background image

Alexander McCall Smith

Moralność dla

pięknych dziewcząt

Morality for Beautiful Girls

Przełożył: Tomasz Biedroń

Wydanie oryginalne: 2001

Wydanie polskie: 2005

background image

Rozdział pierwszy

Świat widziany oczyma innej osoby

Mma  Ramotswe,  córka  świętej  pamięci  Obeda  Ramotswe  z  Mochudi  pod  Gaborone,

stolicą  Botswany,  była  oficjalną  narzeczoną  pana  J.L.B.  Matekoniego,  syna  świętej  pamięci

Pumphamilitsego  Matekoniego  z  Tlokweng,  rolnika,  a  później  wysokiego  urzędnika

kolejowego.  Wszyscy  uważali,  że  to  znakomicie  dobrana  para  -  ona,  założycielka  i

właścicielka  Kobiecej  Agencji  Detektywistycznej  Nr  1,  jedynej  w  Botswanie  agencji

detektywistycznej  zajmującej  się  sprawami  także  kobiet,  on,  właściciel  Tlokweng  Road

Speedy Motors i w powszechnej opinii jeden z najlepszych mechaników samochodowych w

Botswanie.  Zawsze  jest  dobrze,  mówili  ludzie,  jak  każde  z  małżonków  prowadzi  osobną

działalność.  Tradycyjne  małżeństwa,  w  których  mężczyzna  podejmuje  wszystkie  decyzje  i

zarządza większością majątku, przeznaczone sadła kobiet, które pragną poświęcić się w życiu

gotowaniu  i  wychowywaniu  dzieci.  Czasy  się  jednak  zmieniły  i  dla  wykształconych  kobiet,

które chcą coś w życiu osiągnąć, lepszym wyjściem jest mieć jakieś zajęcie.

Istniało  wiele  przykładów  takich  małżeństw,  między  innymi  mmy  Maketetse,  która

otworzyła  fabryczkę  specjalizującą  się  w  produkcji  szortów  khaki  dla  chłopców.  Zaczynała

od  ciasnej  i dusznej izdebki na  tyłach  swojego domu,  potem jednak zatrudniła do  krojenia  i

szycia  swoje  kuzynki  i  stworzyła  jedno  z  najlepiej  funkcjonujących  przedsiębiorstw  w

Botswanie, eksportujące swoje wyroby do Namibii mimo ostrej konkurencji ze strony dużych

firm odzieżowych z Przylądka. Wyszła za pana Cedrica Maketetse, który miał dwa sklepy z

napojami w Gaborone, a ostatnio zakupił trzeci we Francistown. W stołecznej gazecie ukazał

się  trochę  krępujący  artykuł  na  ich  temat,  zatytułowany  Producentce  szortów  życzymy

wszelkiej  pomyślności  na  nowej  drodze  szycia  z  lokalnym  potentatem  od  napojów.  Oboje

należeli  do  Izby  Handlowej  i  dla  nikogo  nie  ulegało  wątpliwości,  że  pan  Maketetse  jest

niezmiernie dumny z sukcesów biznesowych swojej żony.

Oczywiście kobieta, której powiodło się w interesach, musi uważać na mężczyzn, którzy

szukają  wygodnego  życia  u  boku  bogatej  małżonki.  Było  wiele  takich  przypadków  i  mma

Ramotswe zauważyła, że tego rodzaju związki prawie zawsze kończą się fatalnie: mężczyzna

albo  przepija  czy  przegrywa  dochody  swojej  żony,  albo  próbuje  zarządzać  firmą,

background image

doprowadzając ją do ruiny. Mężczyźni są dobrzy w interesach, uważała mma Ramotswe, ale

kobiety nie ustępują im pod tym względem. Są z natury oszczędniejsze. Jakże inaczej, skoro

dysponując skąpymi środkami finansowymi, muszą czymś napchać wiecznie głodne brzuchy

dzieci. Dzieci jedzą tak dużo, że ile by się nagotowało dyni czy owsianki, ich brzuchy nigdy

się nie zapełnią. Mężczyźni zaś najszczęśliwsi są wtedy, kiedy pochłaniają całe góry drogiego

mięsa. Można się zniechęcić do życia.

-  To  będzie  dobre  małżeństwo  -  mówili  ludzie,  usłyszawszy  o  jej  zaręczynach  z  panem

J.L.B. Matekonim. - On jest odpowiedzialnym mężczyzną, a ona bardzo dobrą kobietą. Czeka

ich szczęśliwa przyszłość - każde prowadzi swoją firmę i razem piją herbatę.

Mma  Ramotswe  znała  tę  powszechną  opinię  i  podzielała  ją.  Po  katastrofalnym

małżeństwie z Note Mokotim, trębaczem jazzowym i nieuleczalnym babiarzem, postanowiła

już  nigdy  nie  wychodzić  za  mąż,  chociaż  składano  jej  liczne  propozycje.  Odrzuciła  zresztą

pierwsze  oświadczyny  pana  J.L.B.  Matekoniego,  lecz  pół  roku  później  zmieniła  zdanie.

Zrozumiała,  że  w  odniesieniu  do  kandydata  na  męża  należy  sobie  postawić  bardzo  proste

pytanie. Pytanie, które może sobie zadać każda kobieta - a w każdym razie taka, która miała

dobrego  ojca  -  i  na  które  każda  kobieta  instynktownie  zna  odpowiedź.  Mma  Ramotswe

sformułowała je i nie miała żadnych wątpliwości, jak należy na nie odpowiedzieć.

„Co  pomyślałby  o  nim  mój  tata?”,  powiedziała  do  siebie  po  przyjęciu  oświadczyn  pana

J.L.B.  Matekoniego  -  trochę  tak,  jak  człowiek,  który  zastanawia  się  za  skrzyżowaniem,  czy

dobrze skręcił. Dokładnie pamiętała, gdzie to było: pewnego wieczoru spacerowała w pobliżu

zapory jedną z tych ścieżek, które błąkają się pośród akacji. Nagle przystanęła i spojrzała na

niebo,  na  ten  rozwodniony,  sprany  błękit,  który  krótko  przed  zachodem  słońca  zasnuły

miedziane  smugi.  Wokół  panowała  cisza,  mma  Ramotswe  była  zupełnie  sama.  Mimo  to

wypowiedziała to pytanie na głos, jakby ktoś mógł ją usłyszeć.

Spojrzała  na  niebo,  jakby  oczekiwała,  że  tam  znajdzie  odpowiedź.  Znała  ją  jednak  bez

patrzenia do góry. Nie miała najmniejszych wątpliwości, że Obed Ramotswe, który poznał w

swoim  życiu  najróżniejszego  sortu  mężczyzn  z  wszystkimi  ich słabościami, zaakceptowałby

pana  J.L.B.  Matekoniego.  A  skoro  tak,  to  czego  się  bać?  Jej  przyszły  mąż  będzie  dla  niej

dobry.

Obecnie  mma  Ramotswe  siedziała  w  biurze  Kobiecej  Agencji  Detektywistycznej  Nr  1

wraz  ze  swoją  asystentką,  mmą  Makutsi,  najlepszą  absolwentką  studium  dla  sekretarek  ze

swojego  rocznika,  i  rozmyślała  o  decyzjach,  których  wymagał  od  niej  zbliżający  się  ślub  z

panem  J.L.B.  Matekonim.  Narzucało  się,  rzecz  jasna,  pytanie,  gdzie  będą  mieszkali.  To

jednak szybko się rozstrzygnęło. Dom pana J.L.B. Matekoniego, choć atrakcyjnie położony w

pobliżu  starego  lotniska  i  całkiem  ładny,  z  werandą  w  stylu  kolonialnym  i  błyszczącym

blaszanym dachem, gorzej się nadawał na małżeńskie gniazdo niż jej dom przy Zebra Drive.

Jego  ogródek,  a  właściwie  podwórko  było  maleńkie,  ona  zaś  miała  cały  rząd  papai,  kilka

cienistych  akacji  i  dystyngowaną  grządkę  melonów.  Co  się  natomiast  tyczy  wnętrza,  to

background image

spartańskie korytarze i nieużywane pokoje u pana J.L.B. Matekoniego miały niewiele atutów,

zwłaszcza w porównaniu z jej domem. Serce by jej pękło, gdyby musiała się rozstać ze swoim

salonem, z puszystym dywanem na posadzce z polerowanego czerwonego betonu, z gzymsem

kominka, na którym stała pamiątkowa plakietka na cześć sir Sereste Khamy, naczelnika ludu

Bamgwato,  męża  opatrznościowego  i  pierwszego  prezydenta  Botswany,  oraz  ze  stojącą  w

kącie maszyną do szycia na pedały, wciąż chodzącą jak złoto.

Nie musiała uciekać się do długich perswazji. Decyzja na rzecz Zebra Drive w ogóle nie

została ujęta  w słowa.  Po  tym,  jak  pan  J.L.B.  Matekoni  dał  się przekonać mmie  Potokwani,

kierowniczce  farmy  dla  sierot,  żeby  wziął  pod  swoją  opiekę  osieroconego  chłopca  i  jego

kaleką siostrę, dzieci wprowadziły się do niej i natychmiast bardzo dobrze się tam poczuły. W

naturalny  sposób  uznali  zatem,  że  w  stosownej  porze  cała  rodzina  zamieszka  przy  Zebra

Drive.  Na  razie  pan  J.L.B.  Matekoni  mieszkał  w  swoim  domu,  ale  przy  Zebra  Drive  jadał

wieczorny posiłek.

Z  tym  nie  było  problemów.  Pozostała  kwestia  organizacji  pracy.  Siedząc  za  biurkiem  i

patrząc,  jak  mma  Makutsi  porządkuje  dokumenty,  mma  Ramotswe  uświadomiła  sobie,  jak

trudne  czeka  ją  zadanie.  Decyzja  nie  była  łatwa,  ale  podjęła  ją  i  teraz  musiała  wcielić  ją  w

czyn. W końcu na tym polega robienie interesów.

Do  elementarnych  zasad  prowadzenia  przedsiębiorstwa  należy  unikanie  dublowania

zasobów.  Po  ślubie  z  panem  J.L.B.  Matekonim  mieliby  dwie  firmy  z  dwoma  biurami.

Chodziło  oczywiście  o  zupełnie  różne  branże,  ale  Tlokweng  Road  Speedy  Motors

dysponowało  sporą  powierzchnią  biurową  i  przeniesienie  tam  siedziby  agencji

detektywistycznej  byłoby  najzupełniej  sensowne.  Mma  Ramotswe  dokonała  szczegółowej

inspekcji  zakładu  pana  J.L.B.  Matekoniego  i  zasięgnęła  porady  lokalnego  przedsiębiorcy

budowlanego.

- Nie będzie problemu - powiedział, obejrzawszy warsztat i biuro. - Można wstawić nowe

drzwi  po  tamtej  stronie.  Wtedy  pani  klienci  nie  będą  się  stykali  z  tą  całą  papraniną  w

warsztacie.

Po  połączeniu  biur  mma  Ramotswe  mogłaby  swoje  wynająć  i  nareszcie  wyjść  na  plus.

Przykra prawda była taka, że Kobieca Agencja Detektywistyczna Nr 1 generowała zbyt niskie

przychody.  Klientów  nie  brakowało  -  nie  w  tym  rzecz.  Działalność  detektywistyczna  jest

ogromnie  czasochłonna  i  gdyby  mma  Ramotswe  żądała  realistycznej  stawki  godzinowej,

ludzi  po  prostu  nie  byłoby  stać  na  jej  usługi.  Dwieście  puli  za  rozwiązanie  zagadki  czy

znalezienie zaginionej osoby - tyle mogli zapłacić i na ogół było to warte wysiłku, ale kilka

tysięcy puli za tę samą pracę to zupełnie inna rozmowa - człowiek od razu nabiera większej

chęci do życia.

Mma  Ramotswe  mniej  więcej  wychodziłaby  na  swoje,  gdyby  nie  pensja  mmy  Makutsi.

Pierwotnie zatrudniła ją jako sekretarkę, bo firma, która chce być traktowana poważnie, musi

mieć  sekretarkę,  ale  szybko  odkryła  schowany  za  tymi  grubymi  okularami  talent.  Mma

Makutsi  została  awansowana  na  prestiżowe  stanowisko  asystentki  detektywa.  Mma

background image

Ramotswe  czuła  się  jednak  zobowiązana  podnieść  jej  pensję,  zwiększając  ujemne  saldo

bieżące agencji.

Omówiła  sprawę  z  panem  J.L.B.  Matekonim,  który  przyznał  jej  rację:  nie  miała

większego wyboru.

-  Jeśli  nadal  będziesz  tak  funkcjonowała,  to  splajtujesz  -  powiedział  z  powagą.  -

Widziałem  firmy,  którym  to  się  zdarzyło.  Przyślą  ci  człowieka,  który  nazywa  się  syndyk

masy upadłościowej. On jest jak sęp - krąży i krąży. Bankructwo firmy to straszna rzecz.

Mma Ramotswe cmoknęła językiem.

- Chcę tego uniknąć. To byłby bardzo smutny koniec mojej działalności.

Wymienili ponure spojrzenia.

-  Będziesz  musiała  ją  zwolnić  -  zawyrokował  pan  J.L.B.  Matekoni.  -  Mnie  też  się

zdarzało, że musiałem zwolnić mechanika. Ciężka decyzja, ale tak to już w życiu bywa.

- Tak bardzo się ucieszyła, kiedy ją awansowałam. Nie mogę jej nagle powiedzieć, że nie

jest już detektywem. Nie ma w Gaborone nikogo. Jej rodzina mieszka w Bobonong. Z tego,

co wiem, są bardzo biedni.

Pan J.L.B. Matekoni pokręcił głową.

-  Biednych  ludzi  jest  mnóstwo.  Wielu  bardzo  cierpi.  Ale  żaden  interes  nie  działa  na

powietrze. Każdy o tym wie. Musisz zsumować przychody i odjąć od nich wydatki. Różnica

to jest twój zysk. W twoim wypadku tę liczbę poprzedza znak minus. Nie możesz...

- Nie mogę... - przerwała mu mma Ramotswe - ...nie mogę jej teraz zwolnić. Jest dla mnie

jak córka. Bardzo chce być detektywem i ciężko pracuje.

Pan  J.L.B.  Matekoni  spuścił  wzrok  na  swoje  stopy.  Podejrzewał,  że  mma  Ramotswe

oczekuje  od  niego  jakiejś  propozycji,  ale  jakiej?  Że  da  jej  pieniądze?  Że  będzie  regulował

rachunki  Kobiecej  Agencji  Detektywistycznej  Nr  1,  chociaż  jednoznacznie  mu

zakomunikowała, że on ma nadal prowadzić warsztat, podczas gdy ona będzie się zajmowała

swoimi klientami i ich problemami?

- Nie chcę, żebyś płacił moje rachunki - powiedziała mma Ramotswe ze stanowczością,

która budziła w nim zarazem strach i podziw.

- Naturalnie, że nie - pospieszył z odpowiedzią. - Nawet nie przeszło mi to przez myśl.

-  Z  drugiej  strony  -  podjęła  mma  Ramotswe  -  potrzebna  ci  w  warsztacie  sekretarka.

Ciągle  masz  bałagan  w  papierach,  prawda?  Nie  zapisujesz,  ile  płacisz  tym  swoim

darmozjadom. Podejrzewam, że udzielasz im też pożyczek. Notujesz to?

Pan  J.L.B.  Matekoni  nie  wiedział,  gdzie  się  podziać  ze  spojrzeniem.  Skąd  się

dowiedziała,  że  terminatorzy  są  mu  winni  sześćset  puli  każdy  i  nie  zanosi  się  na  to,  żeby

kiedykolwiek mieli możliwość spłacić dług?

-  Chcesz,  żeby  pracowała  dla  mnie?  -  spytał  zaskoczony.  -  A  co  z  jej  stanowiskiem

detektywa?

Mma Ramotswe nie odpowiedziała od razu. Nie przemyślała wcześniej sprawy, ale teraz

zaczął się wykluwać pewien plan. Gdyby przenieśli biuro agencji do warsztatu, mma Makutsi

background image

mogłaby  zachować  posadę  asystentki  detektywa,  a  jednocześnie  wziąć  na  siebie  obowiązki

biurowe  w  warsztacie.  Pan  J.L.B.  Matekoni  płaciłby  jej  pensję,  co  oznaczałoby  znaczne

zmniejszenie  obciążeń  agencji.  W  połączeniu  z  czynszem  za  zwolniony  budynek  ogromnie

poprawiłoby to sytuację finansową firmy.

Wyłuszczyła  swój  plan  panu  J.L.B.  Matekoniemu.  Chociaż  często  kwestionował

przydatność  mmy  Makutsi,  dostrzegał  zalety  propozycji  mmy  Ramotswe  -  zwłaszcza  tę,  że

uszczęśliwiłoby to jego przyszłą żonę. A w końcu na tym najbardziej mu zależało.

Mma Ramotswe przełknęła ślinę.

- Mma Makutsi - zagaiła. - Rozmyślałam o przyszłości.

Mma Makutsi, która skończyła robić porządek w dokumentach, zaparzyła im obu herbatę

z  czerwonokrzewu  i  zasiadła  wygodnie  do  półgodzinnej  przerwy,  którą  zwyczajowo  sobie

robiła około jedenastej. Zaczęła czytać czasopismo - stary egzemplarz „National Geographic”

- pożyczone od kuzyna nauczyciela.

-  O  przyszłości?  Tak,  to  zawsze  ciekawe.  Ale  moim  zdaniem  nie  tak  ciekawe  jak

przeszłość. Jest tutaj bardzo dobry artykuł, mma Ramotswe. Pożyczę pani, jak przeczytam. O

naszych  przodkach  ze  wschodniej  Afryki.  Piszą  tutaj  o  doktorze  Leakeyu.  To  bardzo  znany

spec od kości.

- Spec od kości? - zdziwiła się mma Ramotswe.

Mma Makutsi z reguły doskonale się wysławiała - zarówno po angielsku, jak w setswana

- ale zdarzało jej się posługiwać osobliwymi wyrażeniami. Co to jest spec od kości? Kojarzy

się to z czarownikiem, ale chyba doktor Leakey nie jest czarownikiem?

- Tak - odparła mma Makutsi - wie wszystko na temat starych kości. Wykopuje je z ziemi

i opowiada nam o naszej przeszłości. Niech pani spojrzy.

Obróciła  w  stronę  mmy  Ramotswe  zdjęcie  na  rozkładówce.  Mma  Ramotswe  zmrużyła

oczy.  Jej  wzrok  nie  był  już  taki  jak  dawniej  i  miała  obawy,  że  prędzej  czy  później  będzie

musiała pójść w ślady mmy Makutsi i założyć okulary z grubymi szkłami.

- Czy to jest doktor Leakey?

Mma Makutsi skinęła głową.

-  Tak,  mma,  to  on.  Czaszka,  którą  trzyma  w  dłoni,  należała  do  jednego  z  pierwszych

ludzi. Ten człowiek żył bardzo dawno temu i jest bardzo stary.

W mmie Ramotswe rozbudziła się ciekawość.

- Kim był ten bardzo stary człowiek?

- Piszą tutaj, że to człowiek, który żył, kiedy na świecie było jeszcze bardzo mało ludzi.

Wszyscy mieszkaliśmy wtedy we wschodniej Afryce.

- Wszyscy?

- Tak, wszyscy. Mój lud. Pani lud. Wszyscy. Wszyscy wywodzimy się od tej samej małej

grupy przodków. Doktor Leakey to udowodnił.

Mma Ramotswe zamyśliła się.

background image

- Czyli w jakimś sensie wszyscy jesteśmy braćmi i siostrami?

-  Tak.  Jesteśmy  wszyscy  takimi  samymi  ludźmi.  Eskimosi,  Rosjanie,  Nigeryjczycy.  Ta

sama krew. To samo DNA.

- DNA? Co to takiego?

-  To  jest  coś,  czego  użył  Bóg,  jak  stwarzał  ludzi  -  wyjaśniła  mma  Makutsi.  -  Wszyscy

jesteśmy zrobieni z DNA i wody.

Mma Ramotswe zastanowiła się nad tym, co wynikało z tych rewelacji. Nie miała zdania

na temat Eskimosów i Rosjan, ale Nigeryjczycy to zupełnie inna historia. Mma Makutsi miała

jednak rację: jeśli powszechne braterstwo - i „siostrzaństwo” - nie ma być pustym dźwiękiem,

musi obejmować również Nigeryjczyków.

-  Gdyby  ludzie  wiedzieli,  że  wszyscy  jesteśmy  jedną  rodziną,  to  byliby  dla  siebie  lepsi,

nie sądzi pani?

Mma Makutsi odłożyła czasopismo.

- Na pewno. Gdyby o tym wiedzieli, to byłoby im bardzo trudno krzywdzić innych. Może

nawet chętniej by im pomagali.

Mma Ramotswe milczała. Teraz jeszcze trudniej było jej przedstawić mmie Makutsi swój

plan,  ale  podjęli  wraz  z  panem  J.L.B.  Matekonim  decyzję  i  nie  pozostawało  nic  innego,  jak

przekazać złą wiadomość.

- To wszystko bardzo ciekawe - stwierdziła, siląc się na stanowczy ton. - Muszę poczytać

o doktorze Leakeyu w wolnej chwili. Teraz jestem za bardzo zajęta rozmyślaniami o tym, jak

nie  dopuścić  do  upadku  firmy.  Bilans  nie  przedstawia  się  najkorzystniej.  Wydatki

przewyższają wpływy.

Urwała i obserwowała reakcję mmy Makutsi. Trudno było zgadnąć, co ona myśli za tymi

okularami.

- Muszę więc przedsięwziąć jakieś kroki - ciągnęła. - Jeśli nic nie zrobię, to nałożą na nas

zarząd  komisaryczny  albo  bank  zajmie  nam  biuro.  Tak  się  dzieje  z  firmami,  które  nie

przynoszą zysków. To bardzo niedobra sytuacja.

Mma Makutsi wpatrywała się w biurko. Potem podniosła wzrok na mmę Ramotswe i w

jej okularach odbiły się gałęzie akacji za oknem. Mmę Ramotswe mocno to zdeprymowało -

poczuła się tak, jakby patrzyła na świat oczyma innej osoby. Kiedy to sobie pomyślała, mma

Makutsi poruszyła głową i jej pracodawczyni zobaczyła odbicie swojej czerwonej sukienki.

- Staram się, jak mogę - powiedziała cicho mma Makutsi. - Mam nadzieję, że da mi pani

szansę. Bardzo się cieszę, że pracuję jako asystentka detektywa. Nie chcę do końca życia być

sekretarką.

Umilkła i spojrzała na mmę Ramotswe. Jak to jest, pomyślała mma Ramotswe, być mmą

Makutsi,  absolwentką  studium  sekretarskiego  z  najlepszym  wynikiem  na  roku,  która  nie  ma

jednak nikogo oprócz rodziny w dalekim Bobonong? Wiedziała, że mma Makutsi posyła im

pieniądze, bo podpatrzyła kiedyś na poczcie, jak wypełnia przekaz pocztowy na sto puli. Na

pewno napisała im o swoim awansie i byli dumni, że ich krewna tak doskonale sobie radzi w

background image

Gaborone. Tymczasem prawda była taka, że mma Ramotswe trzymała ją na tym stanowisku z

pobudek  charytatywnych  i  w  gruncie  rzeczy  to  ona  wspierała  finansowo  tę  rodzinę  z

Bobonong.

Przeniosła  spojrzenie  na  biurko  mmy  Makutsi  i  na  wciąż  rozłożone  zdjęcie  doktora

Leakeya  z  czaszką  w  dłoni.  Doktor  Leakey  patrzył  prosto  na  nią.  Co  będzie  z  tą  pani

asystentką, mma Ramotswe?, zdawał się mówić.

Przełknęła ślinę.

-  Niech  się  pani  nie  martwi,  dalej  będzie  pani  asystentką  detektywa.  Dołożymy  pani

jednak  trochę  obowiązków,  kiedy  przeniesiemy  się  do  Tlokweng  Road  Speedy  Motors.  Pan

J.L.B.  Matekoni  potrzebuje  pomocy  przy  papierkowej  robocie.  Będzie  pani  w  połowie

sekretarką,  a  w  połowie asystentką detektywa. -  Urwała, po  czym  dodała pospiesznie:  -  Ale

może się pani przedstawiać jako asystentka detektywa. Taki będzie pani oficjalny tytuł.

Przez  resztę  dnia  mma  Makutsi  była  bardziej  milcząca  niż  zazwyczaj.  Bez  słowa

zaparzyła  mmie  Ramotswe  popołudniową  herbatę,  ale  pod  koniec  dnia  sprawiała  wrażenie

pogodzonej z losem.

-  Podejrzewam,  że  w  biurze  pana  J.L.B.  Matekoniego  panuje  spory  bałagan  -

powiedziała. - Nie wyobrażam sobie, żeby porządnie prowadził papiery. Mężczyźni nie lubią

się tym zajmować.

Mmie Ramotswe spadł kamień z serca, kiedy usłyszała tę zmianę tonu.

- Tak, ma tam straszny bajzel. Będzie pani bardzo wdzięczny, jeśli zrobi pani porządek.

-  Nauczyli  nas  tego  w  studium.  Któregoś  dnia  zostałyśmy  wysłane  do  potwornie

zapuszczonego biura i musiałyśmy to wszystko odgruzować. Było nas cztery - ja i trzy ładne

dziewczyny. Ja wykonałam całą robotę, a te ładne flirtowały z mężczyznami z biura.

- Ach! - westchnęła mma Ramotswe. - Mogę to sobie wyobrazić.

- Pracowałam do ósmej wieczorem. Te ładne o piątej poszły z mężczyznami do knajpy i

zostawiły mnie samą. Następnego dnia szef studium powiedział, że doskonale się spisałyśmy

i  wszystkie  dostaniemy  najwyższą  ocenę.  Pozostałe  dziewczyny  były  bardzo  zadowolone.

Powiedziały,  że  chociaż  porządkowaniem  papierów  zajmowałam  się  głównie  ja,  one  wzięły

na  siebie  trudniejszą  część  zadania,  czyli  odciągnięcie  mężczyzn,  żeby  nie  przeszkadzali.

Szczerze tak uważały.

Mma Ramotswe pokręciła głową.

- Próżniaki z tych dziewcząt. Dzisiaj w Botswanie jest takich mnóstwo. Ale przynajmniej

wie  pani,  że  odniosła  pani  sukces.  Jest  pani  asystentką  detektywa,  a  one?  Dam  sobie  głowę

uciąć, że nikim.

Mma Makutsi zdjęła swoje duże okulary i zaczęła starannie czyścić chusteczką soczewki.

-  Dwie  z  nich  wyszły  za  bardzo  bogatych  ludzi  -  powiedziała.  -  Mają  duże  domy  w

pobliżu  Sun  Hotel.  Widziałam,  jak  paradują  w  drogich  okularach  przeciwsłonecznych.

Trzecia  wyjechała  do  Afryki  Południowej  i  została  modelką.  Widziałam  jej  zdjęcie  w

kolorowym magazynie, dla którego pracuje jej mąż fotograf. On też zarabia kupę pieniędzy i

background image

jest  z  nim  bardzo  szczęśliwa.  Nazywają  go  Polaroid  Khumalo.  Bardzo  przystojny  i  bardzo

znany.

Założyła okulary z powrotem na nos i spojrzała na mmę Ramotswe.

- Któregoś dnia pani też znajdzie sobie męża - odrzekła mma Ramotswe. - I ten człowiek

będzie mógł o sobie powiedzieć, że wygrał los na loterii.

Mma Makutsi pokręciła głową.

-  Nie  sądzę,  żebym  wyszła  za  mąż.  W  Botswanie  brakuje  mężczyzn.  To  znany  fakt.

Wszyscy mężczyźni są już żonaci, nie ostał się ani jeden wolny.

-  Nie  musi  pani  wychodzić  za  mąż  -  pocieszała  ją  mma  Ramotswe.  -  Niezamężnym

kobietom bardzo dobrze się teraz żyje. Ja jestem niezamężna.

- Ale niedługo pani poślubi pana J.L.B. Matekoniego. I przestanie pani być niezamężna.

Mogłaby pani...

- Nie musiałam się na to decydować. Byłam zadowolona ze swojego życia. Świat by się

nie zawalił, gdyby tak pozostało.

Urwała.  Zauważyła,  że  mma  Makutsi  znowu  zdjęła  okulary  i  zabrała  się  do  ich

czyszczenia, bo zaparowały.

Mma Ramotswe zamyśliła się. Nigdy nie umiała siedzieć z założonymi rękami, patrząc na

czyjeś  nieszczęście.  To  niewygodna  cecha  charakteru  u  prywatnego  detektywa,  bo  z  pracą

mmy Ramotswe wiązało się wiele nieszczęścia, ale nie umiała zakuć serca w pancerz, chociaż

bardzo się starała.

-  Aha,  jeszcze  jedna  rzecz.  Zapomniałam  pani  powiedzieć,  że  pani  nowe  stanowisko

nazywa  się  kierownik  administracyjny  Tlokweng  Road  Speedy  Motors.  Nie  będzie  pani

zwykłą sekretarką.

Mma Makutsi podniosła z uśmiechem głowę.

- Cudownie - powiedziała. - Jest pani dla mnie bardzo dobra, mma.

- I pensja wzrośnie - dodała mma Ramotswe, odrzucając precz rozsądek. - Niewiele, ale

zawsze. Będzie pani mogła więcej posyłać rodzinie w Bobonong.

Mma  Makutsi  sprawiała  wrażenie  niemało  ucieszonej  tą  informacją  i  ze  wzmożonym

zapałem  wykonywała  ostatnie  tego  dnia  obowiązki,  czyli  przepisanie  na  maszynie  kilku

listów ręcznie przygotowanych przez szefową. To mma Ramotswe miała teraz ponurą minę.

To  wszystko  wina  doktora  Leakeya,  pomyślała.  Gdyby  nie  pojawił  się  w  rozmowie,  mma

Ramotswe pewnie byłaby bardziej stanowcza. A tak nie dość, że ponownie awansowała mmę

Makutsi, to jeszcze bez konsultacji z panem J.L.B. Matekonim dała jej podwyżkę. Naturalnie

trzeba  mu  będzie  o  tym  powiedzieć,  ale  może  jeszcze  nie  teraz...  Należy  zawsze  wybrać

odpowiedni moment na przekazanie niepomyślnej wiadomości. Mężczyźni od czasu do czasu

obnażają swoje słabe strony i kobieta, która umie poczekać na tę chwilę, pokona facetów w

ich  własnej  grze.  Kiedy  nadejdzie  ten  moment,  dziecinnie  łatwo  się  nimi  manipuluje.  Ale

trzeba umieć czekać.

background image

Rozdział drugi

Chłopiec, który przyszedł w nocy

Obozowali  pośród  bagien  Okawango,  w  pobliżu  Maun,  osłonięci  wysokimi  drzewami

mopane.  Na  północy,  zaledwie  pół  mili  dalej,  ciągnęło  się  jezioro,  wstęga  błękitu  otoczona

brązami  i  zieleniami  buszu.  Trawa  sawanny  była  gęsta  i  bujna,  zwierzęta  miały  gdzie  się

ukryć.  Jeśli  ktoś  chciał  zobaczyć  słonia,  musiał  być  czujny,  bo  obfita  roślinność  utrudniała

rozpoznanie  nawet  ich  zwalistych  szarych  kształtów,  które  poruszały  się  powoli  przez

ż

erowisko.

Obóz, zgrupowanie pięciu czy sześciu dużych namiotów ustawionych w półkole, należał

do  mężczyzny  o  przydomku  rra  Pula,  pan  deszcz.  Wiązało  się  to  z  przekonaniem,

wielokrotnie  potwierdzonym  empirycznie,  że  jego  obecność  ściąga  pilnie  potrzebne  opady.

Rra  Pula  nie  miał  nic  przeciwko  upowszechnianiu  się  tego  przekonania.  Deszcz  oznacza

uśmiech losu, stąd okrzyk „Pula! Pula! Pula!”, kiedy ludzie radują się z pomyślności losu lub

pragną ją sprowadzić. Rra Pula był człowiekiem o pociągłej twarzy i skórzastej, cętkowanej

cerze  białej  osoby,  która  spędziła  całe  swoje  życie  pod  afrykańskim  słońcem.  Piegi  i  plamy

słońca zlały się w jedno, był zatem cały brązowy - jak białe ciasto włożone do piekarnika.

-  Powoli  się  do  nas  upodabnia  -  powiedział  jeden  z  jego  podwładnych,  kiedy  siedzieli

którejś nocy przy ognisku. -  Kiedyś się zbudzi i będzie z niego Motswana - z takim samym

kolorem skóry jak my.

-  Nie  wystarczy  zmienić  kolor  skóry,  żeby  stać  się  Motswana  -  zaoponował  inny.  -

Motswana  jest  się  w  środku.  Zulus  od  zewnątrz  jest  taki  jak  my,  ale  w  środku  pozostaje

Zulusem. Z Zulusa Motswana też nie można zrobić. Są po prostu inni.

Wokół ogniska zapadła cisza, bo wszyscy rozmyślali nad tą kwestią.

-  Mnóstwo  różnych  rzeczy  robi  człowieka  tym,  kim  jest  -  powiedział  w  końcu  jeden  z

tropicieli. - Ale najważniejsze jest łono matki. To, skąd bierzesz mleko, czyni cię Motswana

albo Zulusem. Mleko Motswana, dziecko Motswana. Mleko zuluskie, dziecko zuluskie.

- Mleka nie bierze się z łona - oznajmił jeden z młodszych. - To tak nie działa.

Starszy człowiek zmiażdżył go wzrokiem.

background image

-  To  co  się  je  przez  pierwsze  dziewięć  miesięcy,  panie  Mądralo?  Panie  Akademiku?

Chcesz powiedzieć, że pije się krew matki? Tak?

Młodszy pokręcił głową.

-  Nie  jestem  pewien,  co  się  je,  ale  mleka  nie  ma,  dopóki  człowiek  się  nie  urodzi.  Tego

jestem całkiem pewien.

Starszy zrobił wzgardliwą minę.

-  Guzik  wiesz.  Nie  masz  dzieci,  prawda?  Co  ty  się  na  tym  znasz?  Człowiek  bez  dzieci

mówi  o  dzieciach  tak,  jakby  miał  ich  całą  kupę.  Ja  mam  piątkę  dzieci.  Piątkę.  -  Rozpostarł

palce jednej dłoni. - Piątkę - powtórzył. - Wszystkie pięć z mleka matki.

Umilkli.  Przy  innym  ognisku,  na  krzesłach,  a  nie  na  kłodach,  siedzieli  rra  Pula  i  jego

dwoje  klientów.  Niezrozumiały  pomnik  ich  głosów  docierał  do  tropicieli,  ale  teraz  ucichł.

Nagle rra Pula wstał.

- Coś tam jest - powiedział. - Może szakal. Czasem podchodzą całkiem blisko ognia. Inne

zwierzęta trzymają się na dystans.

Jeden z klientów, mężczyzna w średnim wieku, który miał na głowie miękki kapelusz ze

spuszczonym rondem, również wstał i wbił wzrok w ciemności.

- Czy lampart podszedłby tak blisko? - spytał.

- Nigdy - odparł rra Pula. - To bardzo płochliwe stworzenia.

Kobieta siedząca na składanym płóciennym stołku gwałtownie przekręciła głowę.

- Na pewno coś tam jest - powiedziała. - Posłuchajcie.

Rra Pula postawił na ziemi kubek, który trzymał w dłoni, i zawołał do swoich ludzi:

- Simon! Motopi! Niech któryś przyniesie mi latarkę! Migiem!

Młodszy z mężczyzn wstał i szybkim krokiem poszedł do namiotu z ekwipunkiem. Idąc

w  stronę  pracodawcy,  również  usłyszał  hałas  i  włączył  silną  latarkę,  by  omieść  snopem  jej

ś

wiatła krąg ciemności wokół obozu. Ujrzeli kontury krzewów i drzewek, dziwnie płaskie w

sondującym świetle latarki.

- Czy to nie spłoszy zwierząt? - spytała kobieta.

-  Całkiem  możliwe  -  odparł  rra  Pula  -  ale  nie  życzymy  sobie  żadnych  niespodzianek,

prawda?

Ś

wiatło zatoczyło koło i na krótko powędrowało do góry, by oświetlić listowie karłowatej

akacji. Potem osunęło się ku korzeniom drzewa i wtedy zobaczyli.

-  To  jest  dziecko  -  powiedział  zdumiony  mężczyzna  w  miękkim  kapeluszu.  -  Dziecko?

Tutaj?

Chłopczyk  był  na  czworakach.  Złapany  przez  latarkę  zachowywał  się  jak  zwierzę  w

ś

wietle reflektorów samochodu - sparaliżowany niezdecydowaniem.

- Motopi! - zawołał rra Pula. - Przyprowadź tu chłopca!

Mężczyzna z latarką szybko ruszył po trawie, kierując snop światła na małą postać. Kiedy

był  już  blisko,  dziecko  nagle  pobiegło  do  tyłu,  ale  potknęło  się  o  coś  i  upadło.  Motopi

background image

wyciągnął  ramiona,  upuszczając  przy  tym  latarkę,  która  uderzyła  z  łoskotem  o  kamień  i

zgasła. Motopi trzymał już jednak chłopca, który wyrywał się i wierzgał nogami.

- Nie bij się ze mną, mały - powiedział w języku setswana. - Nic ci nie zrobię. Nic ci nie

zrobię.

Chłopak wierzgnął ponownie i trafił mężczyznę z brzuch.

-  Nie  wolno!  -  potrząsnął  chłopakiem  i  trzymając  go  jedną  ręką,  trzepnął  go  mocno  w

ramię. - Masz! To jest kara za kopanie wujka! Uważaj, bo znowu dostaniesz!

Zaskoczone tym klapsem dziecko przestało stawiać opór i zwiotczało.

- A poza tym - mruknął Motopi pod nosem, idąc w stronę ogniska rry Puli - śmierdzisz.

Postawił  chłopaka  na  ziemi  koło  stolika  z  lampą  naftową,  ale  dalej  trzymał  go  za

nadgarstek, żeby nie uciekł albo nie próbował kopnąć któregoś z białych.

- Więc to jest nasz mały szakal - powiedział rra Pula, przyglądając się chłopcu.

- Jest nagusieńki - stwierdziła kobieta. - Nie ma nic na sobie.

- Ile on ma lat? - spytał któryś z mężczyzn. - Na oko najwyżej sześć albo siedem.

Rra Pula podniósł lampę naftową i przybliżył do dziecka. Światło ślizgało się po skórze,

pokrytej maleńkimi bliznami i zadrapaniami, jakby ktoś przeciągnął chłopca przez kolczasty

krzew.  Brzuch  był  zapadnięty,  żebra  sterczały,  pupa  była  ściągnięta  i  koścista,  a  wzdłuż

podbicia jednej stopy biegła otwarta rana, z białą obwódką wokół czarnego centrum.

Chłopak podniósł oczy ku lampie i skulił się pod tymi oględzinami.

- Spróbuj w kalanga - powiedział rra Pula do Motopiego. - Spróbuj w kalanga, a potem w

herero.  Może  on  jest  Herero.  Albo  Mosarwa.  Trochę  znasz  te  języki,  Motopi.  Sprawdź,  czy

uda ci się coś z niego wydobyć.

Motopi  przykucnął,  żeby  znaleźć  się  twarzą  w  twarz  z  dzieckiem.  Zaczął  mówić  w

jednym  języku,  starannie  artykułując  słowa,  a  potem,  nie  uzyskawszy  żadnej  reakcji,

przerzucił się na inny. Chłopiec nadal milczał jak zaklęty.

-  Chyba  nie  umie  mówić  -  stwierdził  Motopi.  -  Wydaje  mi  się,  że  nie  rozumie,  co  do

niego mówię.

Kobieta zbliżyła się i wyciągnęła rękę, żeby dotknąć chłopaka w ramię.

- Biedactwo - rozczuliła się. - Wyglądasz, jakbyś...

Krzyknęła i szarpnęła ramieniem do tyłu. Chłopak ją ugryzł.

Motopi  chwycił  chłopaka  za  prawe  ramię,  postawił  na  nogi  i  wymierzył  mu  siarczysty

policzek.

- Nie wolno! - krzyknął. - Niegrzeczne dziecko!

Oburzona kobieta odepchnęła go.

-  Niech  go  pan  nie  bije!  Nie  widzi  pan,  że  jest  wystraszony?  Nie  chciał  mi  zrobić  nic

złego. Popełniłam błąd, że go dotknęłam.

- Nie można pozwolić, żeby dziecko gryzło ludzi, mma - odparł spokojnie Motopi. - Nie

podoba nam się to.

Kobieta zawiązała sobie dłoń chusteczką, ale przesączyła się przez nią plama krwi.

background image

-  Dam  pani  na  to  penicyliny  -  powiedział  rra  Pula.  -  Ugryzienie  człowieka  może  być

niebezpieczne.

Spojrzeli na chłopca, który się położył, jakby zamierzał spać, ale spoglądał na nich.

- Dziecko ma dziwny zapach - stwierdził Motopi. - Zauważyłeś to, rra Pula?

Rra Pula pociągnął nosem.

- Tak. Może to rana. Ropieje.

- Nie - zaoponował Motopi. - Mam bardzo dobry węch. Czuję ranę, ale jest jeszcze jakiś

inny zapach. Taki, którego normalnie nie czuć od dziecka.

- Rozpoznajesz go?

Motopi skinął głową.

- Tak. To jest zapach lwa. Nic innego tak nie pachnie, tylko lew.

Przez chwilę nikt nic nie mówił. Potem rra Pula zaśmiał się i powiedział:

- Mydło i woda temu zaradzą. I damy mu coś na tę ranę. Proszek siarkowy powinien ją

wysuszyć.

Motopi  delikatnie  podniósł  chłopca,  który  łypał  na  niego  i  kulił  się  w  sobie,  ale  nie

stawiał oporu.

- Umyj go i zabierz do swojego namiotu - rozkazał rra Pula. - Nie pozwól mu uciec.

Klienci  wrócili  na  miejsca  przy  ognisku.  Kobieta  rzuciła  spojrzenie  mężczyźnie,  który

uniósł brew i wzruszył ramionami.

-  Skąd,  u  licha,  on  się  wziął?  -  spytała  rry  Puli,  który  grzebał  w  ogniu  przyczerniałym

patykiem.

- Pewnie z którejś z okolicznych wiosek. Najbliższa leży około dwudziestu mil w tamtą

stronę. To pewnie pastuch, który się zgubił i zawędrował w busz. To się czasem zdarza.

- Ale dlaczego nie ma nic na sobie?

Rra Pula wzruszył ramionami.

-  Pastuszkowie  czasem  noszą  tylko  przepaski  na  biodrach.  Może  kolczasty  krzew  ją  z

niego zdarł. A może gdzieś ją zostawił. - Rra Pula spojrzał na kobietę. - W Afryce to jest na

porządku dziennym. Mnóstwo dzieci się gubi, a potem znajduje. Nic im się nie dzieje. Chyba

nie martwi się pani o niego?

Kobieta zmarszczyła brwi.

- Oczywiście, że się martwię. Najróżniejsze rzeczy mogły mu się przydarzyć. Mogły go

zaatakować dzikie zwierzęta. Mógł go porwać lew. I tak dalej.

- Tak - odparł rra Pula. - Zgadza się. Ale nic się nie stało. Jutro zabierzemy go na policję

do Maun. Oni się nim zajmą. Dowiedzą się, skąd jest, i zawiozą go do domu.

Kobieta nadal sprawiała wrażenie zatroskanej.

- Dlaczego pana człowiek powiedział, że chłopiec pachnie jak lew? Czy to nie jest trochę

dziwne, żeby mówić takie rzeczy?

Rra Pula parsknął śmiechem.

background image

- Tutaj ludzie gadają różne dziwne rzeczy. Widzą świat inaczej. Motopi to bardzo dobry

tropiciel, ale tak mówi o zwierzętach, jakby to byli ludzie. Twierdzi, że z nim rozmawiają. Że

potrafi wyczuć zapach strachu zwierzęcia. Takie rzeczy gada.

Przez chwilę siedzieli w milczeniu, po czym kobieta oznajmiła, że idzie spać. Powiedzieli

sobie nawzajem dobranoc, po czym rra Pula i biały mężczyzna siedzieli przy ognisku jeszcze

przez  pół  godziny.  Mówili  bardzo  niewiele,  patrzyli,  jak  drwa  powoli  dogasają,  a  iskry  lecą

ku niebu. Motopi leżał w wejściu do swojego namiotu, żeby chłopak nie mógł wydostać się

na  zewnątrz,  nie  trącając  go.  Było  jednak  mało  prawdopodobne,  aby  podjął  taką  próbę,  bo

przyprowadzony  do  namiotu  prawie  natychmiast  zasnął.  Motopi  obserwował  go  jednym

okiem  spod  ciężko  opadającej  powieki.  Przykryty  lekką  derką  chłopak  oddychał  głęboko.

Łapczywie pożarł kawałek mięsa, który mu dali, i wychłeptał duży kubek wody, zagarniając

ją  językiem  jak  zwierzę  u  wodopoju.  Nadal  roztaczał  ten  dziwny  zapach,  który  Motopiemu

nieodparcie kojarzył się z lwem. Ale czemu dziecko miałoby pachnieć lwem?

background image

Rozdział trzeci

Problemy z warsztatem

Po drodze do Tlokweng Road Speedy Motors mma Ramotswe postanowiła wyznać panu

J.L.B.  Matekoniemu  wszystko  jak  na  spowiedzi.  Wiedziała,  że  przekroczyła  swoje

uprawnienia,  awansując  mmę  Makutsi  na  stanowisko  kierownika  administracyjnego

warsztatu.  Ona  sama  miałaby  do  niego  wielkie  pretensje,  gdyby  spróbował  awansować  jej

personel.  Zrozumiała,  że  musi  mu  dokładnie  wyjaśnić,  jak  do  tego  doszło.  Pan  J.L.B.

Matekoni był dobrym człowiekiem i chociaż zawsze uważał, że mma Makutsi jest luksusem,

na  który  mma  Ramotswe  nie  bardzo  może  sobie  pozwolić,  nie  miała  wątpliwości,  że

zrozumie,  jakie  to  ważne  dla  mmy  Makutsi,  aby  zajmować  określone  stanowisko.  W  końcu

jakie to ma znaczenie, że mma Makutsi będzie się nazywała kierownikiem administracyjnym,

jeśli  tylko  będzie  sumiennie  wykonywała  wyznaczone  jej  obowiązki?  Pozostawał  problem

podwyżki. Mma Ramotswe wiedziała, że z tego już tak łatwo się nie wytłumaczy.

Późnym  popołudniem  mma  Ramotswe  jechała  do  Tlokweng  Road  Speedy  Motors

maleńką białą furgonetką, którą pan J.L.B. Matekoni niedawno wyremontował. Auto jeździło

jak złoto, odkąd pan J.L.B. Matekoni podłubał po godzinach w jego silniku. Wymienił wiele

części  na  nowe,  sprowadzone  zza  granicy.  Nowy  był  na  przykład  rozrusznik  i  hamulce.

Wystarczyło, że mma Ramotswe dotknęła pedału hamulca, żeby furgonetka stanęła jak wryta.

Dawniej,  zanim  pan  J.L.B.  Matekoni  rozbudził  w  sobie  zainteresowanie  jej  samochodem,

mma  Ramotswe  musiała  kilka  razy  energicznie  nacisnąć  na  pedał,  żeby  furgonetka  zaczęła

zwalniać.

-  Myślę,  że  już  nigdy  nie  wjadę  nikomu  w  kuper  -  powiedziała  mma  Ramotswe  z

wdzięcznością  po  wypróbowaniu  nowych  hamulców.  -  Będę  się  mogła  zatrzymać  wtedy,

kiedy będę chciała.

Pan J.L.B. Matekoni spojrzał na nią z przerażoną miną.

- To bardzo ważne, żeby mieć dobre hamulce. Nie możesz dopuścić do tego, żeby znowu

tak się popsuły. Jak zaczną nawalać, to od razu daj mi znać.

- Dobrze - obiecała mma Ramotswe.

background image

Nieszczególnie  interesowała  się  samochodami,  chociaż  darzyła  serdecznym  uczuciem

swoją  maleńką  białą  furgonetkę,  która  tak  wiernie  jej  służyła.  Nie  mogła  zrozumieć,  czemu

ludzie umierają z tęsknoty za mercedesem, skoro jest tyle innych samochodów, które potrafią

człowieka  bezpiecznie  przewieźć  z  miejsca  na  miejsce  i  nie  kosztują  przy  tym  fortuny.

Zainteresowanie samochodami miała za typowo męskie zjawisko. Daje się ono zauważyć już

u  małych  chłopców,  którzy  robią  autka  z  drutu,  i  do  końca  życia  nie  zanika.  Dlaczego

mężczyźni uważają, że samochody są takie ciekawe? Samochód to przecież maszyna. Można

by oczekiwać, że mężczyźni będą się interesowali pralkami czy żelazkami, a tymczasem nic z

tego. Słyszał kto kiedyś, żeby grupka mężczyzn stała na ulicy i dyskutowała o pralkach?

Mma  Ramotswe  zajechała  pod  Tlokweng  Road  Speedy  Motors  i  wysiadła  z  maleńkiej

białej furgonetki. W biurze nikogo nie zobaczyła, co oznaczało, że pan J.L.B. Matekoni albo

leży  pod  samochodem  w  warsztacie,  albo  usiłuje  wyłożyć  swoim  opornym  uczniom  jakąś

skomplikowaną  kwestię  z  zakresu  mechaniki  pojazdowej.  Zwierzył  się  mmie  Ramotswe,  że

ma  poważne  wątpliwości,  czy  z  tych  chłopaków  można  coś  wykrzesać,  i  szczerze  mu

współczuła.  Niełatwo  jest  przekonać  młodych  ludzi  o  konieczności  pracy.  Oczekują,  że

wszystko zostanie im podane na talerzu. Nie rozumieją, że wszystko, co Botswana ma im do

zaoferowania  -  czyli  bardzo  wiele  -  zostało  osiągnięte  ciężką  pracą  i  wyrzeczeniami.

Botswana nigdy nie pożyczała pieniędzy i nie ugrzęzła w długach, jak to się zdarzyło wielu

innym państwom afrykańskim. Botswańczycy oszczędzają i oszczędzają, a pieniądze wydają

bardzo  roztropnie.  Każdy  publiczny  grosz,  każde  thebe  jest  rozliczane.  Nic  nie  idzie  do

prywatnych  kieszeni  polityków.  Możemy  być  dumni  z  naszego  kraju,  pomyślała  mma

Ramotswe.  Ja  jestem  dumna.  Jestem  dumna  z  prezydenta  Seretse  Khamy,  który  z  obszaru

zaniedbywanego  przez  Brytyjczyków  stworzył  nowe  państwo.  Zbytnio  nas  nie  cenili,

pomyślała, ale teraz wiedzą, na co nas stać. Podziwiają nas za to. Przeczytała, co powiedział

ambasador  amerykański:  „Gratulujemy  mieszkańcom  Botswany  ich  dokonań”.  Słowa  te

napełniły  ją  dumą.  Wiedziała,  że  mieszkańcy  tych  dalekich  i  dosyć  przerażających  krajów

mają bardzo dobrą opinię o Botswanie.

Dobrze jest być Afrykaninem. W Afryce dzieją się rzeczy straszne, które budzą wstyd i

rozpacz, ale Afryka nie ogranicza się do tego. Chociaż mieszkańcy Afryki doznają wielkich

cierpień,  chociaż  żołnierze  -  a  raczej  mali  chłopcy  z  karabinami  -  przysparzają  jej  wiele

okrucieństwa  i  zamętu,  w  Afryce  jest  mnóstwo  rzeczy,  które  napawają  dumą.  Na  przykład

dobroć, zdolność do uśmiechania się, sztuka i muzyka.

Podeszła  do  drzwi  warsztatu.  Wewnątrz  były  dwa  samochody,  jeden  na  podnośniku,

drugi pod ścianą, z akumulatorem podłączonym do małego prostownika, który stał przy kole.

Na podłodze leżało kilka części - rura wydechowa i jakieś inne, których nie rozpoznawała - a

pod autem na podnośniku stała otwarta skrzynka z narzędziami. Ale pana J.L.B. Matekoniego

- ani śladu.

Dopiero  kiedy  jeden  z  terminatorów  wstał,  mma  Ramotswe  zauważyła  ich  obecność.

Siedzieli  na  podłodze  oparci  plecami  o  puszkę  po  oleju  i  grali  w  tradycyjną  grę  kamykami.

background image

Teraz  jeden  z  nich,  wyższy  chłopak,  którego  imię  ciągle  wylatywało  jej  z  głowy,  wstał  i

wytarł ręce w brudny kombinezon.

- Dzień dobry, mma. Nie ma go. Znaczy szefa. Poszedł do domu.

Obdarzył ją uśmiechem, który uznała za nieco obraźliwy. Wyobrażała sobie, że chłopak

tak  samo uśmiecha się do  dziewczyny na  tańcach.  Wiedziała, co  z  nich za jedni.  Pan J.L.B.

Matekoni powiedział jej, że mają w głowie wyłącznie dziewczyny, i potrafiła w to uwierzyć.

Zasmucało  ją  to,  że  nie  brakowało  dziewcząt  zainteresowanych  tymi  młodzieńcami  z  ich

gęsto wypomadowanymi włosami i lśniącymi białymi zębami.

-  Dlaczego  poszedł  do  domu  tak  wcześnie?  -  spytała.  -  Skończyła  się  robota?  Dlatego

zbijacie bąki?

Pomocnik uśmiechnął się z miną człowieka, który coś wie.

Chętnie  by  się  dowiedziała,  o  co  chodzi.  A  może  zagrało  po  prostu  jego  poczucie

wyższości, protekcjonalność, którą przypuszczalnie okazywał wszystkim kobietom?

-  Nie  -  odparł,  zerkając  na  kolegę.  -  Jeszcze  dużo  nam  zostało  do  fajrantu.  Musimy  się

zająć tym pojazdem.

Od niechcenia pokazał na samochód na podnośniku.

Teraz podniósł się drugi terminator. Coś jadł i miał cienką mączną kreskę wokół ust. Jak

by to  się spodobało dziewczynom?, pomyślała złośliwie mma Ramotswe. Wyobraziła sobie,

ż

e  chłopak  zaczyna  emablować  jakąś  pannę,  nieświadomy,  że  ma  usta  oblepione  mąką.

Normalnie  był  całkiem  przystojny,  ale  z  białą  smugą  ust  wzbudziłby  raczej  śmiech  niż

przyspieszone bicie serca.

- Szefa często ostatnio nie ma - powiedział drugi terminator. - Czasem wychodzi o drugiej

i zostawia całą robotę nam.

- Ale jest problem - dorzucił pierwszy. - Znamy się dobrze na autach, ale nie nauczyliśmy

się jeszcze wszystkiego, rozumie pani?

Mma  Ramotswe  spojrzała  na  samochód,  który  stał  na  podnośniku.  Było  to  francuskie

kombi, bardzo popularne na niektórych obszarach Afryki.

-  Na  przykład  ten  -  powiedział  pierwszy  terminator.  -  Z  rury  wydechowej  leci  mu  para.

Wielka chmura. To znaczy, że uszczelka strzeliła i płyn chłodzący dostaje się do cylindra. I

robi się para. Syczy.

-  To  czemu  nie  naprawicie?  -  spytała  mma  Ramotswe.  -  Pan  J.L.B.  Matekoni  nie  może

cały czas prowadzić was za rękę, prawda?

Młodszy z uczniów zrobił minę.

-  Pani  się  wydaje,  że  to  takie  proste,  co?  Próbowała  pani  kiedyś  zdemontować  głowicę

cylindra w peugeocie?

Mma Ramotswe wykonała uspokajający gest.

-  Nie  chciałam  was  krytykować.  Czemu  nie  poprosicie  pana  J.L.B.  Matekoniego,  żeby

wam pokazał?

Starszy terminator wyglądał na poirytowanego.

background image

- Łatwo się mówi, mma, ale problem w tym, że on nie chce nam pokazać. A potem idzie

do domu i my musimy się tłumaczyć przed klientami. Nie są zadowoleni. Mówią: Gdzie mój

samochód?  Jak  ja  mam  się  poruszać,  skoro  naprawa  mojego  auta  trwa  całe  dnie?  Mam

chodzić pieszo, jakbym nie miał samochodu? Tak mówią, mma.

Mma Ramotswe przez chwilę milczała. Wydawało jej się mało prawdopodobne, aby pan

J.L.B. Matekoni, zawsze taki sumienny, dopuszczał do takich sytuacji. Wyrobił sobie renomę

człowieka,  który  dobrze  i  szybko  naprawia  samochody.  Jeśli  ktoś  nie  był  zadowolony,  miał

prawo przywieźć auto jeszcze raz, a pan J.L.B. Matekoni usuwał usterkę za darmo w ramach

reklamacji.  Zawsze  tak  funkcjonował,  nie  umiała  więc  sobie  wyobrazić,  że  zostawiłby

samochód na podnośniku pod opieką tych dwóch uczniów, którzy najwyraźniej słabo się znali

na silnikach i z pewnością usiłowaliby pójść na skróty.

Postanowiła trochę przycisnąć starszego terminatora.

-  Chcesz  powiedzieć  -  zaatakowała  go  zniżonym  głosem  -  że  pan  J.L.B.  Matekoni  nie

przejmuje się tymi samochodami?

Uczeń bezczelnie wbił w nią spojrzenie. Gdyby miał choć odrobinę dobrych manier, nie

patrzyłby  mi  w  oczy,  pomyślała.  Spuściłby  wzrok,  jak  przystoi  młodzieńcowi  w  obecności

starszej osoby.

- Tak - odparł terminator. - Wydaje się, że jakieś dziesięć dni temu pan J.L.B. Matekoni

stracił  zainteresowanie  warsztatem.  Wczoraj  mi  powiedział,  że  chyba  pojedzie  do  swojej

wioski i zostawi warsztat pod moją opieką. Powiedział, żebym starał się, jak umiem.

Mmie  Ramotswe  zaparło  dech.  Czuła,  że  młodzieniec  mówi  prawdę,  w  którą  trudno

jednak było uwierzyć.

- I jeszcze jedno - dodał pomocnik, wycierając ręce w szmatę. - Od dwóch miesięcy nie

płaci  dostawcom  części  zamiennych.  Jeden  z  nich  dzwonił  parę  dni  temu,  kiedy  pan  J.L.B.

Matekoni wyszedł wcześniej, i ja odebrałem, prawda, Siletsi? - Drugi terminator potwierdził

ruchem głowy. - Powiedział, że jak do dziesięciu dni nie zapłacimy, to wstrzymają dostawy.

Prosili, żebym to przekazał panu J.L.B. Matekoniemu i powiedział mu, żeby pozbierał się do

kupy. Tak mi kazali. Ja - zmyć głowę szefowi. Tak mi powiedzieli.

- I zrobiłeś to?

-  Tak.  Możemy  porozmawiać  w  cztery  oczy,  szefie?  Tak  mu  mówię.  I  wszystko  mu

wygarnąłem.

Mma  Ramotswe  obserwowała  jego  minę.  Było  widoczne,  że  napawa  się  rolą

zatroskanego pracownika, której, jak podejrzewała, nie miał okazji wcześniej odgrywać.

- No i? Jak zareagował na twoją poradę?

Terminator prychnął i wytarł nos dłonią.

-  Powiedział,  że  spróbuje  coś  zrobić.  Tak  powiedział.  Ale  wie  pani,  co  ja  myślę?  Chce

pani wiedzieć, co moim zdaniem się dzieje, mma? - Patrzyła na niego z wyczekującą miną. -

Myślę,  że  panu  J.L.B.  Matekoniemu  przestało  zależeć  na  warsztacie.  Myślę,  że  go  to

background image

zmęczyło. Chce go przekazać nam, a potem wrócić w rodzinne strony i uprawiać arbuzy. On

się zestarzał, mma. Po prostu go to zmęczyło.

Mma Ramotswe wstrzymała oddech. Bezczelność tej hipotezy zdumiała ją: żeby ten... ten

darmozjad,  znany  głównie  jako  podrywacz  dziewczyn  przechodzących  koło  warsztatu,  ten

sam  terminator,  którego  pan  J.L.B.  Matekoni  złapał  kiedyś  na  tym,  jak  przymierzał  się  z

młotkiem do silnika, teraz mówił, że pan J.L.B. Matekoni chce przejść w stan spoczynku!

Zabrało jej prawie minutę, zanim na tyle się pozbierała, żeby odpowiedzieć.

-  Jesteś  wyjątkowo  bezczelnym  młodym  człowiekiem.  Pan  J.L.B.  Matekoni  nie  stracił

zainteresowania  warsztatem.  Nie  jest  starcem.  Ledwo  przekroczył  czterdziestkę.  Wam  się

może  wydaje,  że  to  jest  dużo,  ale  żaden  z  niego  starzec.  I  absolutnie  nie  zamierza

przekazywać wam warsztatu. To byłby koniec firmy. Zrozumiałeś?

Starszy  z  terminatorów  poszukał  oczami  wsparcia  kolegi,  ale  tamten  wbił  wzrok  w

ziemię.

- Zrozumiałem, mma. Przepraszam.

-  Jest  za  co.  I  mam  dla  ciebie  wiadomość.  Pan  J.L.B.  Matekoni  właśnie  zatrudnił

kierownika  administracyjnego.  Ta  osoba  niedługo  przyjdzie  do  pracy  i  na  waszym  miejscu

bardzo bym się pilnowała.

Jej  słowa  wywarły  pożądany  efekt  na  starszym  z  terminatorów,  który  upuścił  tłustą  od

smaru szmatę i spojrzał na kolegę.

- Kiedy ten pan zaczyna? - spytał nerwowo.

- W przyszłym tygodniu - odparła mma Ramotswe. - Nie pan, tylko pani.

- Pani? Kobieta?

-  Tak  -  powiedziała  mma  Ramotswe  i  odwróciła  się  do  wyjścia.  -  Nazywa  się  mma

Makutsi  i  bardzo  surowo  traktuje  terminatorów.  Koniec  ze  zbijaniem  bąków  i  graniem  w

kamyki. Zrozumiano? - Obaj uczniowie skinęli ponuro głowami. - W takim razie zabierajcie

się do tego samochodu. Wrócę za parę godzin i sprawdzę, jak wam idzie.

Podeszła do furgonetki i usiadła za kierownicą. Udało jej się zdobyć na zdecydowany ton,

kiedy  wydawała  terminatorom  polecenia,  ale  w  środku  czuła  się  nad  wyraz  strapiona.  Z

doświadczenia  wiedziała,  że  kiedy  ludzie  zaczynają  się  zachowywać  niezgodnie  ze  swoim

charakterem, oznacza to, że coś jest nie tak. Pan J.L.B. Matekoni był człowiekiem na wskroś

sumiennym, a na wskroś sumienni ludzie nie wystawiają klientów do wiatru, chyba że mają

jakiś  bardzo  ważny  powód.  Jaki  to  może  być  powód?  Coś  związanego  ze  zbliżającym  się

ś

lubem? Odmieniło mu się? Wybrał kawalerską wolność?

Mma  Makutsi  zamknęła  drzwi  -  Kobiecej  Agencji  Detektywistycznej  Nr  1.  Mma

Ramotswe poszła do warsztatu, żeby porozmawiać z panem J.L.B. Matekonim, zostawiając ją

z  listami  do  przepisania  i  zaniesienia  na  pocztę.  Mma  Makutsi  tak  bardzo  się  ucieszyła  z

awansu  i  podwyżki,  że  spełniłaby  każdą  prośbę  swojej  chlebodawczyni.  Był  czwartek,

następnego dnia wypłata, nawet jeśli na razie w dawnej wysokości. Mma Makutsi zamierzała

background image

uczcić to z wyprzedzeniem - może kupić sobie pączka po drodze do domu. Droga do pracy i z

powrotem prowadziła obok budki z pączkami i innymi smażonymi smakołykami - kuszącym

zapachom  trudno  się  było  oprzeć.  Ale  skąd  wziąć  na  to  pieniądze?  Duży  smażony  pączek

kosztował dwie pule, była to zatem kosztowna zachcianka, zwłaszcza jeśli się pomyślało, ile

wyniesie wieczorny posiłek. Życie w Gaborone było drogie. Wszystko kosztowało dwa razy

więcej niż w domu. Na wsi za dziesięć puli można było trochę pożyć. W Gaborone banknot

dziesięciopulowy rozpuszczał się w palcach.

Mma  Makutsi  wynajmowała  izbę  w  szopie  za  domem  przy  Lobatse  Road.

Rozchwierutana  szopa,  która  składała  się  z  dwóch  izb,  przylegała  do  tylnego  ogrodzenia  i

miała  okna  wychodzące  na  krętą  dróżkę  uczęszczaną  przez  wychudłe  psy.  Zwierzęta

formalnie należały do mieszkańców domów, ale najwyraźniej wolały przebywać we własnym

gronie i szwendały się po dwa albo trzy. Zapewne ktoś je regularnie karmił, ale i tak żebra im

sterczały i nie pomagało nawet to, że wiecznie grzebały w śmieciach w poszukiwaniu resztek.

Jeśli  mma  Makutsi  zostawiła  drzwi  otwarte,  czasami  któryś  z  czworonogów  wchodził  do

ś

rodka i mierzył ją tęsknym, wygłodniałym wzrokiem, dopóki go nie wykopsała. Odbierała to

jako jeszcze większy afront od doznawanego w pracy, gdzie do biura właziły kury i dziobały

między jej stopami.

Kupiła w budce pączka, zjadła na miejscu i oblizała palce z cukru. Zaspokoiwszy nieco

głód, ruszyła w drogę powrotną. Mogła pojechać busem - był to tani środek transportu - ale

lubiła  spacery  w  wieczornym  chłodzie  i  zazwyczaj  nie  spieszyło  jej  się  do  domu.  Ciekawe,

czy  mój  brat  miał  dobry  dzień,  pomyślała,  czy  kaszel  go  nie  zmęczył.  Chociaż  był  bardzo

słaby, od kilku dni czuł się całkiem znośnie i zdołała przespać spokojnie kilka nocy z rzędu.

Zamieszkał z nią dwa miesiące wcześniej, po długiej podróży autobusem z domu. Wyszła

po niego na dworzec autobusowy, który znajduje się obok kolejowego. W pierwszej chwili go

nie poznała. Podczas poprzedniej wizyty był dobrze zbudowanym, a nawet trochę spasionym

młodym człowiekiem. Teraz wysiadł z autobusu zgarbiony chudzielec, któremu koszula luźno

powiewała na klatce piersiowej. Kiedy zdała sobie sprawę, że to on, podbiegła i chwyciła go

za rękę. To również był dla niej szok - skóra gorąca, sucha, spękana. Mma Makutsi wzięła od

niego walizkę, chociaż chciał ją nieść sam, i zataszczyła do busa, który kursował po Lobatse

Road.

Brat  rozgościł się  u  niej; sypiał na  macie,  którą mu  rozłożyła  po  drugiej  stronie pokoju.

Przeciągnęła od ściany do ściany drut i powiesiła na nim zasłonę, żeby czuł się trochę mniej

skrępowany i mógł sobie powiedzieć, że ma osobne pomieszczenie. Mimo to słyszała każdy

jego charczący wdech i często ją budziło jego mamrotanie przez sen.

-  Dobra  z  ciebie  siostra,  że  mnie  do  siebie  wzięłaś  -  powiedział.  -  To  wielkie  szczęście

mieć taką siostrę.

Protestowała  oczywiście,  że  to  żaden  kłopot  i  że  brat  może  u  niej  mieszkać,  póki  nie

wyzdrowieje  i  nie  znajdzie  pracy  w  Gaborone,  ale  wiedziała,  że  to  nigdy  nie  nastąpi.  On  z

background image

pewnością  też  o  tym  wiedział,  ale  nie  rozmawiali  ani  o  tym,  ani  o  okrutnej  chorobie,  która

powoli pozbawiała go życia, tak jak susza pozbawia krajobraz soczystych kolorów.

Teraz miała dla niego dobrą wiadomość. Zawsze był bardzo zainteresowany nowinami z

pracy  i  szczegółowo  wypytywał  ją  o  wydarzenia  dnia.  Nie  poznał  mmy  Ramotswe  -  mma

Makutsi nie chciała, żeby szefowa wiedziała o chorobie jej brata - ale wyrobił sobie pogląd na

jej temat i zawsze o nią pytał.

- Może kiedyś ją poznam i będę mógł jej podziękować za to, co zrobiła dla mojej siostry.

Bez niej nigdy byś nie została asystentką detektywa.

- To dobra kobieta.

-  Wiem  o  tym.  Mam  przed  oczami  tę  miłą,  uśmiechniętą  kobietę  z  pucołowatymi

policzkami. Widzę, jak pije z tobą herbatę. Na samą myśl robi mi się raźniej na duszy.

Mma  Makutsi  żałowała,  że  nie  pomyślała  o  kupieniu  mu  pączka,  ale  często  nie  miał

apetytu  i  pieniądze  by  się  zmarnowały.  Mówił,  że  boli  go  w  ustach  i  kaszel  utrudnia  mu

połykanie.  Często  zjadał  tylko  kilka  łyżek  zupy  ugotowanej  przez  nią  na  kuchence

parafinowej, lecz nawet tę odrobinę czasem zwracał.

Kiedy wróciła do domu, w izbie był jeszcze ktoś inny. Usłyszała obcy głos i w pierwszej

chwili zmartwiała ze strachu, że pod jej nieobecność zdarzyło się coś złego, ale kiedy weszła

do środka, zobaczyła, że zasłona jest odsunięta i na składanym krzesełku obok posłania brata

siedzi jakaś kobieta. Na dźwięk otwierania drzwi kobieta wstała i obróciła się twarzą do mmy

Makutsi.

- Jestem pielęgniarką z anglikańskiego hospicjum - powiedziała. - Przyszłam z wizytą do

pani brata. Nazywam się siostra Baleje.

Pielęgniarka  miała  sympatyczny  uśmiech  i  mma  Makutsi  natychmiast  zapalała  do  niej

sympatią.

- Bardzo zacnie z pani strony, że go pani odwiedza. Ten list napisałam tylko po to, żeby

dać znać, że mój brat jest chory.

Pielęgniarka skinęła głową.

- Słusznie pani postąpiła. Możemy czasami do niego zajrzeć. Możemy przynieść jedzenie,

jeśli potrzebujecie. Możemy trochę pomóc, chociaż nasze możliwości są ograniczone. Mamy

także lekarstwa. Nie są zbyt silne, ale mogą nieco złagodzić dolegliwości.

Mma Makutsi podziękowała jej i spojrzała na brata.

- Najbardziej dokucza mu kaszel. To jest najgorsze.

- Tak, nie jest lekko - potwierdziła pielęgniarka.

Ponownie usiadła na stołeczku i wzięła brata mmy Makutsi za rękę.

- Musi pan pić więcej wody, Richard. Nie może pan dopuścić do odwodnienia.

Otworzył  oczy  i  spojrzał  na  nią,  ale  nic  nie  powiedział.  Nie  był  pewien,  skąd  się  tam

wzięła. Sądził, że to znajoma albo sąsiadka siostry.

Pielęgniarka pokazała mmie Makutsi gestem, żeby usiadła obok nich na podłodze. Potem,

nadal trzymając Richarda za rękę, drugą delikatnie dotknęła jego policzka.

background image

- Panie Jezu, który niesiesz ulgę w cierpieniu, pochyl się nad tym biednym człowiekiem i

okaż  mu  miłosierdzie.  Uczyń  jego  dni  radosnymi.  Niech  będzie  szczęśliwy  i  ucieszy  serce

jego siostry, która opiekuje się nim w chorobie. I niech w jego sercu zagości spokój.

Mma  Makutsi  zamknęła  oczy,  położyła  dłoń  na  ramieniu  pielęgniarki  i  siedziały  tak  w

milczeniu.

background image

Rozdział czwarty

Wizyta u doktora Moffata

Kiedy  mma  Makutsi  siedziała  u  wezgłowia  brata,  mma  Ramotswe  zajechała  maleńką

białą  furgonetką  pod  bramę  domu  pana  J.L.B.  Matekoniego.  Jej  narzeczony  był  u  siebie.

Zielona  furgonetka,  którą  zawsze  jeździł  (mimo  że  był  właścicielem  znacznie  lepszego

pojazdu,  który  stał  w  warsztacie),  parkowała  pod  drzwiami  uchylonymi  do  połowy  ze

względu  na  upał.  Zostawiła  furgonetkę  na  ulicy,  żeby  zaoszczędzić  sobie  otwierania  i

zamykania bramy, po czym podeszła do domu obok kilku nędznych roślinek, które pan J.L.B.

Matekoni nazywał swoim ogrodem.

- Ko! Ko! - zawołała od drzwi. - Jesteś tam, panie J.L.B. Matekoni?

- Jestem - dobiegł ją głos z salonu. - Jestem w domu, mma Ramotswe.

Natychmiast po wejściu do środka zauważyła, że podłoga w przedpokoju jest zakurzona i

zaniedbana.  Odkąd  wiecznie  nadąsana  i  antypatyczna  sprzątaczka  pana  J.L.B.  Matekoniego,

Florence,  poszła  do  więzienia  za  nielegalne  posiadanie  broni,  dom  stawał  się  coraz  bardziej

zapuszczony.  Kilkakroć  przypominała  panu  J.L.B.  Matekoniemu,  żeby  zatrudnił  kogoś  na

miejsce Florence, przynajmniej do ślubu, on zaś jej to obiecywał. Nie podjął jednak żadnych

działań i mma Ramotswe w końcu postanowiła przywieźć kiedyś do niego swoją sprzątaczkę,

ż

eby zrobiła generalne porządki.

-  Mężczyźni  będą  żyli  w  bałaganie,  jeśli  ich  nie  przypilnować  -  powiedziała  kiedyś  do

znajomej. - Nie umieją utrzymać porządku w domu ani w obejściu. Po prostu nie wiedzą, jak

się to robi.

Przeszła  do  salonu.  Kiedy  pojawiła  się  w  drzwiach,  pan  J.L.B.  Matekoni,  który  leżał

wyciągnięty  na  swojej  niewygodnej  sofie,  wstał  i  starał  się  nie  wyglądać  na  tak  bardzo

rozmamłanego.

- Dobrze cię widzieć, mma Ramotswe. Od kilku dni się nie widzieliśmy.

- To prawda. Może dlatego, że byłeś tak bardzo zajęty.

- Tak - odparł i ponownie usiadł. - Jestem bardzo zajęty. Mam dużo pracy.

Milczała,  bacznie  go  obserwując.  Coś  było  z  nim  nie  tak.  Jej  podejrzenia  się

potwierdzały.

background image

- W warsztacie jest duży ruch? - spytała.

Wzruszył ramionami.

-  W  warsztacie  zawsze  jest  duży  ruch.  Cały  czas.  Ludzie  przywożą  swoje  samochody  i

mówią: zrób to, zrób tamto. Myślą, że mam dziesięć par rąk.

- Jak to,  nie chcesz, żeby przyprowadzali swoje auta do warsztatu? - spytała życzliwym

tonem. - Czy nie od tego są warsztaty?

Pan J.L.B. Matekoni obrzucił ją przelotnym spojrzeniem i wzruszył ramionami.

- Może, ale jest za dużo do roboty.

Mma  Ramotswe  rozejrzała  się  po  pokoju.  Na  podłodze  zobaczyła  stos  gazet,  a  na  stole

stertę listów, które wyglądały na nieotwarte.

-  Pojechałam  do  warsztatu.  Sądziłam,  że  cię  tam  zastanę,  ale  powiedzieli  mi,  że

wyszedłeś wcześniej. Powiedzieli, że ostatnio często wychodzisz wcześniej.

Pan J.L.B. Matekoni zerknął na nią, po czym przeniósł spojrzenie na podłogę.

- Ciężko mi tam siedzieć cały dzień, kiedy jest tyle pracy. Prędzej czy później będzie to

zrobione. W końcu są ci dwaj chłopcy. Oni mogą się tym zająć.

- Ci dwaj chłopcy? - żachnęła się mma Ramotswe. - Twoi terminatorzy? Przecież ciągłe

powtarzasz, że do niczego się nie nadają. Jak możesz teraz mówić, że sami wszystko zrobią? -

Pan J.L.B. Matekoni milczał. - No to jak, panie J.L.B. Matekoni? Jaka jest twoja odpowiedź?

-  Dadzą  sobie  radę  -  odparł  dziwnie  bezbarwnym  głosem.  -  Trzeba  im  tylko  pozwolić

rozwinąć skrzydła.

Mma  Ramotswe  wstała.  Nie  było  sensu  z  nim  dyskutować,  kiedy  był  w  takim  nastroju.

Może był chory? Słyszała, że złożony grypą człowiek potrafi na parę tygodni zapaść w letarg.

Może takie było wyjaśnienie jego nietypowego zachowania. Jeśli tak, to należało zaczekać, aż

wydobrzeje.

-  Rozmawiałam  z  mma  Makutsi  -  powiedziała,  szykując  się  do  wyjścia.  -  Myślę,  że  w

ciągu  kilku  dni  może  zacząć  pracować  w  warsztacie.  Nadałam  jej  tytuł  kierownika

administracyjnego.

Jego odpowiedź zaskoczyła mmę Ramotswe.

-  Kierownik  administracyjny,  kierownik,  dyrektor  generalny,  minister  warsztatów

samochodowych, jak sobie życzysz. To przecież nie ma znaczenia, prawda?

Mmie  Ramotswe  nie  przyszła  do  głowy  żadna  stosowna  odpowiedź.  Pożegnała  się  i

ruszyła ku drzwiom.

- Aha, tak przy okazji - zatrzymał ją pan J.L.B. Matekoni. - Chyba pojadę na jakiś czas na

wieś. Chcę zobaczyć, jak idą prace polowe. Może zostanę tam chwilę.

Mma Ramotswe wybałuszyła oczy.

- A co z warsztatem?

Pan J.L.B. Matekoni westchnął.

- Ty się nim zajmij. Ty i twoja sekretarka, kierownik administracyjny. Daj jej wolną rękę.

Poradzi sobie.

background image

Mma Ramotswe zacisnęła usta!

- Dobrze. Przypilnujemy ci warsztatu, dopóki nie poczujesz się lepiej.

- Nic mi nie jest - zaprotestował pan J.L.B. Matekoni. - Nie martw się o mnie. Nic mi nie

jest.

Nie  pojechała  na  Zebra  Drive,  chociaż  wiedziała,  że  przybrane  dzieci  na  nią  czekają.

Motholeli  dziewczynka,  na  pewno  przygotowała  już  wieczorny  posiłek.  Mimo  że  poruszała

się na wózku, nie wymagała szczególnego nadzoru ani pomocy. A chłopak, Puso, stworzenie

dosyć łobuzerskie, przypuszczalnie zużył już prawie całe dzienne zasoby energii i był gotów

wziąć kąpiel i położyć się do łóżka.

Zamiast pojechać do domu, skręciła w lewo w Kudu Road i podjechała pod dom przy Odi

Way, gdzie mieszkał jej przyjaciel doktor Moffat. Kierował on kiedyś szpitalem w Mochudi,

gdzie  opiekował  się  jej  ojcem,  i  zawsze  był  gotów  jej  wysłuchać,  kiedy  miała  kłopoty.

Rozmawiała z nim o swoim mężu Note, zanim zwierzyła się komukolwiek innemu, i doktor

Moffat  powiedział  jej,  najdelikatniej  jak  umiał,  że  z  jego  doświadczenia  wynika,  iż  tacy

ludzie nigdy się nie zmieniają.

Był  oczywiście  człowiekiem  niezmiernie  zapracowanym,  więc  nie  chciała  zabierać  mu

czasu,  ale  może  potrafiłby  jej  wyjaśnić,  co  jest  nie  tak  z  panem  J.L.B.  Matekonim.  Czy  po

ludziach krąży jakaś dziwna choroba, która wywołuje w nich zmęczenie i apatię? Jeśli tak, to

jak długo to potrwa?

Doktor  Moffat  właśnie  wrócił  do  domu.  Przywitał  się  z  mmą  Ramotswe  w  drzwiach  i

zaprosił ją do swojego gabinetu.

- Martwię się o pana J.L.B. Matekoniego - wyjaśniła. - Mogę panu o nim opowiedzieć?

Skinął głową. Słuchał przez kilka minut, po czym jej przerwał.

- Chyba wiem, o co chodzi. Jest taka dolegliwość, która nazywa się depresja. Choroba jak

każda inna, i to całkiem rozpowszechniona. Wygląda mi na to, że pan J.L.B. Matekoni jest w

depresji.

- Czy to można wyleczyć?

-  Zazwyczaj  bez  większych  problemów.  Pod  warunkiem  że  to  rzeczywiście  depresja.

Dysponujemy dzisiaj bardzo dobrymi środkami przeciwdepresyjnymi. Jeśli wszystko pójdzie

dobrze,  a  nie  widzę  powodu,  żeby  nie  poszło,  poczuje  się  znacznie  lepiej  po  jakichś  trzech

tygodniach. Te pigułki nie działają od razu.

- Powiem mu, żeby się do pana natychmiast zgłosił.

-  Pacjenci  z  depresją  często  uważają,  że  nic  im  nie  dolega  -  odparł  doktor  Moffat  z

powątpiewającą  miną.  -  Może  nie  przyjść.  Nie  wystarczy,  że  ja  pani  powiem,  o  co

przypuszczalnie chodzi. To on musi chcieć się leczyć.

- Przyprowadzę go do pana, może pan być tego pewien. Dopilnuję, żeby się wyleczył.

- Niech pani będzie ostrożna - powiedział lekarz z uśmiechem. - To są trudne sytuacje.

background image

Rozdział piąty

Człowiek z rządu

Następnego dnia mma Ramotswe zjawiła się w Kobiecej Agencji Detektywistycznej Nr 1

przed  mmą  Makutsi.  Z  reguły  to  mma  Makutsi,  przybywszy  pierwsza,  otwierała  pocztę

tudzież zaparzała herbatę, zanim mma Ramotswe zajeżdżała maleńką białą furgonetką. Mmę

Ramotswe czekał jednak trudny dzień i chciała sporządzić listę rzeczy do zrobienia.

-  Bardzo  wcześnie  pani  przyjechała,  mma  -  powiedziała  mma  Makutsi.  -  Czy  coś  się

stało?

Mma Ramotswe pogrążyła się w zadumie. Istotnie stało się bardzo wiele, ale nie chciała

zasmucać ramy Makutsi, więc postanowiła robić dobrą minę do złej gry.

-  Nie,  nie.  Ale  musimy  zacząć  się  przygotowywać  do  przeprowadzki.  Poza  tym  będzie

pani musiała zabrać się do porządkowania spraw warsztatu. Pan J.L.B. Matekoni nie czuje się

najlepiej  i  prawdopodobnie  na  jakiś  czas  wyjedzie.  To  oznacza,  że  będzie  pani  nie

kierownikiem  administracyjnym,  tylko  p.o.  dyrektora  zakładu.  Od  dzisiaj  taki  przysługuje

pani tytuł.

Mma Makutsi promieniała.

-  Będę  się  starała  jak  najlepiej  sprawdzić  w  roli  p.o.  dyrektora.  Przyrzekam,  że  nie

sprawię pani zawodu.

-  Oczywiście,  że  nie  sprawi  mi  pani  zawodu.  Jestem  pewna,  że  doskonale  wywiąże  się

pani ze swego zadania.

Przez następną godzinę pracowały w przyjaznym milczeniu. Mma Ramotswe wykreśliła

kilka  pozycji  ze  swojej  listy,  a  kilka  dodała.  Wczesny  ranek  to  najlepszy  czas  na  pracę,

zwłaszcza w porze gorącej. W upalnych miesiącach, przed nadejściem deszczów, temperatura

tak bardzo wzrasta, że niebo rozpala się do białości. W chłodzie poranka, kiedy słońce ledwo

ogrzewa  skórę  i  powietrze  wciąż  jest  rześkie,  wydaje  się,  że  nie  ma  rzeczy  niemożliwych.

Później, w skwarze i duchocie, na ciało i umysł spływa odrętwienie. Rano łatwo się myśli - i

sporządza  listy  rzeczy  do  zrobienia.  Po  południu  człowiek  myśli  tylko  o  końcu  dnia  i

ochłodzeniu,  jakie  on  ze  sobą  przyniesie.  To  jedyna  wada  Botswany,  uważała  mma

Ramotswe.  Wiedziała,  że  to  idealny  kraj  -  wszyscy  Batswana  o  tym  wiedzieli  -  ale  byłby

background image

jeszcze  bardziej  idealny,  gdyby  dało  się  obniżyć  temperaturę  w  trzech  najgorętszych

miesiącach.

O  dziewiątej  mma  Makutsi  zaparzyła  kubek  herbaty  z  czerwonokrzewu  dla  mmy

Ramotswe  i  zwykłej  dla  siebie.  Mma  Makutsi  próbowała  się  przyzwyczaić  do  herbaty  z

czerwonokrzewu i dzielnie ją piła przez pierwsze kilka miesięcy pracy w agencji, ale w końcu

przyznała,  że  ten  smak  jej  nie  odpowiada.  Od  tej  pory  były  dwa  czajniczki,  jeden  dla  niej  i

jeden dla mmy Ramotswe.

- Jest za mocna - powiedziała. - I moim zdaniem trąci szczurami.

-  Nieprawda  -  zaprotestowała  mma  Ramotswe.  -  Rooibos  jest  dla  smakoszy  herbaty,  a

zwykła dla każdego.

Na  czas  picia  herbaty  praca  stawała  w  miejscu.  Przerwę  na  herbatę  od  niepamiętnych

czasów  przeznaczało  się  na  wymianę  plotek,  poważne  tematy  zostawiając  na  boku.  Mma

Makutsi  spytała  o  pana  J.L.B.  Matekoniego  i  mma  Ramotswe  zdała  jej  krótką  relację  ze

swojej nieudanej wizyty u niego.

- Wydawało się, że nic go nie interesuje. Gdybym mu powiedziała, że jego dom płonie,

przypuszczalnie niezbyt by się tym przejął. Coś niezwykłego.

-  Widywałam  już  takich  ludzi.  Moją  kuzynkę  umieszczono  w  szpitalu  w  Lobatse  i

odwiedziłam  ją  tam.  Mnóstwo  ludzi  siedziało  i  gapiło  się  w  niebo.  Byli  też  tacy,  którzy

krzyczeli na gości, wywrzaskiwali dziwne rzeczy, zupełnie bez sensu.

Mma Ramotswe zmarszczyła brwi.

- Pani chodzi o szpital wariatów. Pan J.L.B. Matekoni nie jest wariatem.

-  Oczywiście,  że  nie  -  zmitygowała  się  pospiesznie  mma  Makutsi.  -  On  nigdy  by  nie

zwariował. Oczywiście, że nie.

Mma Ramotswe wypiła łyk herbaty.

- Ale muszę posłać go do lekarza. Słyszałam, że taki stan można leczyć. To się nazywa

depresja. Są na to pigułki.

- To dobrze. Pan J.L.B. Matekoni poczuje się lepiej. Jestem tego pewna.

Mma Ramotswe podała jej kubek do ponownego napełnienia.

- A co u pani rodziny w Bobonong? Wszyscy zdrowi?

Mma Makutsi nalała jej do kubka mocno naciągniętej czerwonej herbaty.

- Tak, dziękuję, mma.

Mma Ramotswe westchnęła.

- Myślę, że w Bobonong żyje się łatwiej niż w Gaborone. Tutaj musimy się przejmować

tymi wszystkimi problemami, a w Bobonong nic nie ma, tylko kupa kamieni. - Zreflektowała

się. - Oczywiście to bardzo przyjemna miejscowość. Bardzo ładna.

Mma Makutsi parsknęła śmiechem.

-  Może  pani  być  szczera.  Bobonong  nie  jest  dla  wszystkich,  ja  się  nie  obrażam.  Nie

chciałabym tam wracać, kiedy już zobaczyłam, jak wygląda życie w Gaborone.

background image

-  Zmarnowałaby  się  tam  pani.  Na  co  komu  dyplom  studium  sekretarskiego  w  takim

Bobonong? Mrówki by go zjadły.

Mma Makutsi rzuciła okiem na oprawiony w ramki dyplom, który wisiał na ścianie.

- Musimy pamiętać o jego zabraniu, kiedy będziemy się przeprowadzały. Nie chciałabym

go tutaj zostawiać.

- Oczywiście, że nie - odparła mma Ramotswe, która nie miała żadnego dyplomu. - Jest

ważny dla klientów, zwiększa ich zaufanie do firmy.

- Dziękuję pani.

Przerwa  na  herbatę  dobiegła  końca.  Mma  Makutsi  poszła  umyć  kubki  pod  rurą  z  tyłu

budynku. Tuż po jej powrocie zjawił się klient. Był to pierwszy interesant w tym tygodniu i

ż

adna z nich nie była przygotowana na wizytę wysokiego, dobrze zbudowanego mężczyzny,

który  zapukał  do  drzwi  i  zgodnie  z  dobrym  obyczajem  botswańskim  zaczekał,  aż  zostanie

zaproszony  do  środka.  Zupełnie  zaskoczył  je  również  fakt,  że  klient  zajechał  pod  agencję

rządowym mercedesem, z szoferem w liberii na wyposażeniu.

-  Wie  pani,  kim  jestem,  mma?  -  spytał,  przyjąwszy  zaproszenie  do  zajęcia  miejsca  na

krześle po drugiej strome biurka mmy Ramotswe.

- Oczywiście, że wiem, rra - odparła uprzejmie. - Ma pan coś wspólnego z rządem. Jest

pan człowiekiem z rządu. Widziałam pana wiele razy w gazetach.

Człowiek z rządu machnął dłonią ze zniecierpliwieniem.

- Tak, to też. Ale czy wie pani, kim jestem poza tym?

Mma Makutsi chrząknęła uprzejmie i człowiek z rządu przekręcił głowę w jej stronę.

- To moja asystentka - wyjaśniła mma Ramotswe. - Ona dużo wie.

-  Jest  pan  również  powinowatym  wodza  plemienia  -  powiedziała  mma  Makutsi.  -  Pana

ojciec jest kuzynem jego rodziny. Wiem o tym, bo pochodzę z tych samych stron.

Człowiek z rządu uśmiechnął się.

- Ma pani dobre informacje.

-  A  pańska  małżonka  -  podjęła  mma  Makutsi  -  jest  spokrewniona  z  królem  Lesotho,

prawda? Jej zdjęcie też widziałam.

Człowiek z rządu świsnął przez zęby z podziwu.

- Czapki z głów! Widzę, że trafiłem we właściwe miejsce. Wy chyba wszystko wiecie.

Mma Ramotswe skinęła głową do mmy Makutsi i uśmiechnęła się.

- To nasza rola wiedzieć jak najwięcej - powiedziała. - Prywatny detektyw, który nic nie

wie,  byłby  bezużyteczny.  Zajmujemy  się  informacjami,  na  tym  polega  nasza  praca.  Tak  jak

pańska praca polega na wydawaniu poleceń pracownikom administracji.

- Ja nie tylko wydaję polecenia. - Człowiek z rządu najwyraźniej poczuł się dotknięty. -

Muszę też formułować politykę. Muszę podejmować decyzje.

-  Oczywiście  -  przytaknęła  pospiesznie  mma  Ramotswe.  -  To  z  pewnością  bardzo

odpowiedzialna praca być człowiekiem z rządu.

background image

Człowiek z rządu skinął głową.

-  Nie  jest  lekko  -  przyznał.  -  I  nie  ułatwia  to  sprawy,  jeśli  ma  się  na  głowie  jakieś

zmartwienia. Co  noc  budzę się  o drugiej,  trzeciej,  i  te  kłopoty  każą  mi usiąść  na łóżku.  Nie

wysypiam  się  i  kiedy  rano  przychodzi  do  podejmowania  decyzji,  huczy  mi  w  głowie  i  nie

potrafię myśleć. Tak to już jest, kiedy człowiek się martwi.

Mma  Ramotswe  wiedziała,  że  zaraz  przejdą  do  rzeczy.  Było  łatwiej,  kiedy  klient  mógł

dotrzeć do przyczyny swojej wizyty okrężną drogą, zamiast od razu chwytać byka za rogi. Ta

metoda wydawała się mniej obcesowa.

- Możemy pomóc na zmartwienia - powiedziała. - Czasem umiemy sprawić, żeby całkiem

znikły.

-  Tak  słyszałem  -  odrzekł  człowiek  z  rządu.  -  Ludzie  mówią,  że  czyni  pani  cuda.  Takie

krążą o pani słuchy.

- Bardzo pan miły, rra.

Urwała,  rozważając  w  myślach  różne  możliwości.  Chodziło  zapewne  o  niewierność,

najczęstszy problem klientów, którzy się do niej zgłaszali, zwłaszcza jeśli - jak w przypadku

człowieka  z  rządu  -  z  racji  wykonywanej  pracy  mało  bywali  w  domu.  A  może  o  sprawy

polityczne,  co  stanowiłoby  dla  niej  nowe  wyzwanie.  Nic  nie  wiedziała  na  temat

funkcjonowania  partii  politycznych,  poza  tym  że  nieustannie  się  tam  intryguje.  Przeczytała

wszystko  na  temat  amerykańskich  prezydentów  i  ich  kłopotów  z  różnymi  skandalami,

dotyczącymi kobiet, włamywaczy i tak dalej. Czy takie rzeczy mogły się dziać w Botswanie?

Wykluczone. A jeśli nawet, to ona nie chciałaby się w to angażować. Nie wyobrażała sobie,

ż

e  miałaby  spotykać  się  z  informatorami  w  ciemnych  zaułkach  w  środku  nocy  albo

rozmawiać  szeptem  z  dziennikarzami  po  knajpach.  Z  drugiej  strony  może  mma  Makutsi

ucieszyłaby się z takiej okazji?

Człowiek z rządu uniósł dłoń, jakby prosił o ciszę. Był to władczy gest, ale czegóż innego

oczekiwać od latorośli wpływowego rodu?

- Rozumiem, że rozmawiamy poufnie - powiedział, łypiąc na mmę Makutsi.

- Moja asystentka umie dotrzymać tajemnicy - uspokajała go mma Ramotswe. - Może pan

liczyć na jej dyskrecję.

Człowiek z rządu zmrużył oczy.

- Mam nadzieję. Wiem, jakie są kobiety. Lubią paplać.

Mma Ramotswe otworzyła szerzej oczy z oburzenia.

-  Mogę  pana  zapewnić,  rra  -  powiedziała  lodowatym  tonem  -  że  Kobieca  Agencja

Detektywistyczna  Nr  1  ściśle  przestrzega  zasad  poufności.  Rygorystycznie  się  tego

trzymamy. I dotyczy to nie tylko mnie, ale również tej pani, mmy Makutsi. Jeśli ma pan co do

tego  wątpliwości,  to  radziłabym  udać  się  do  innej  agencji.  Nie  będę  miała  o  to  pretensji.  I

jeszcze jedna rzecz, rra. W tym kraju rzeczywiście sporo się papla, ale w mojej ocenie robią

to głównie mężczyźni. Większość kobiet nie ma na to czasu.

background image

Splotła  dłonie  na  blacie  biurka.  Wyraziła  swoje  zdanie  i  nie  byłaby  zdziwiona,  gdyby

człowiek z rządu wstał i wyszedł. Osoby na takim stanowisku raczej nie są przyzwyczajone

do tego, żeby odnosić się do nich w taki sposób, więc przypuszczalnie mocno go to uraziło.

Przez dłuższą chwilę człowiek z rządu wpatrywał się w mmę Ramotswe bez słowa.

- No tak - odezwał się w końcu. - Ma pani całkowitą słuszność. Przepraszam za sugestię,

ż

e  nie  umiałaby  pani  dotrzymać  tajemnicy.  -  Potem  odwrócił  się  w  stronę  mmy  Makutsi.  -

Panią też przepraszam, mma. To nie było uprzejme z mojej strony.

Mma Ramotswe poczuła, że napięcie odpływa.

- Świetnie - powiedziała. - A teraz może nam pan opowie o tych swoich zmartwieniach.

Moja asystentka nastawi wodę na herbatę. Woli pan z czerwonokrzewu czy zwykłą?

- Z czerwonokrzewu - odparł człowiek z rządu. - Moim zdaniem pomaga na kłopoty.

-  Ponieważ  wiecie,  kim  jestem  -  powiedział  -  nie  muszę  zaczynać  od  początku,  a  w

każdym  razie  nie  od  samego  początku.  Wiecie,  że  jestem  synem  ważnego  człowieka.

Pierworodnym synem, co oznacza, że stanę na czele rodu, kiedy Bóg wezwie mojego ojca do

siebie. Ale mam nadzieję, że nieprędko to nastąpi.

Mam  dwóch  braci.  Jeden  z  nich  ma  nie  całkiem  poukładane  w  głowie.  Z  nikim  nie

rozmawia.  Od  małego  z  nikim  nie  rozmawiał  i  niczym  się  nie  interesował.  Wysłaliśmy  go

więc na tereny wypasowe i jest szczęśliwy. Mieszka tam cały czas i nie ma z nim kłopotów.

Siedzi i liczy bydło, a jak kończy, to zaczyna od nowa. Nie oczekuje od życia niczego innego,

chociaż ma już trzydzieści osiem lat.

Mój  drugi  brat  jest  znacznie  młodszy  ode  mnie.  Ja  mam  pięćdziesiąt  cztery  lata,  a  on

dwadzieścia  sześć.  Przyszedł na świat z  innej matki. Mój  ojciec jest staroświecki i  ma dwie

ż

ony.  Mojego  brata  urodziła  młodsza  z  nich.  Jest  też  dziewięć  sióstr  z  obu  matek.  Wiele  z

nich  powychodziło  za  mąż  i  mają  dzieci,  jesteśmy  więc  liczną  rodziną,  ale  dorosłych  i

zdrowych  na  umyśle  mężczyzn  jest  tylko  dwóch,  ja  i  mój  dwudziestosześcioletni  brat.  Na

imię ma Mogadi.

Bardzo  lubię  mojego  brata.  Ponieważ  jestem  od  niego  dużo  starszy,  bardzo  dobrze

pamiętam  go  jako  dzidziusia.  Kiedy  trochę  podrósł,  nauczyłem  go  wielu  rzeczy.  Pokazałem

mu,  jak  się  znajduje  robaki  mopane.  Pokazałem  mu,  jak  się  łapie  latające  mrówki,  kiedy

wychodzą  ze  swoich  nor  na  początku  pory  deszczowej.  Powiedziałem  mu,  co  w  buszu  jest

jadalne, a co niejadalne.

Pewnego  dnia  uratował  mi  życie.  Byliśmy  na  jednym  z  pastwisk,  gdzie  ojciec  trzyma

część swoich stad. Jest tam bardzo sucho, ale mój ojciec zainstalował wiatrak, który pompuje

wodę  dla  bydła.  Głęboko  pod  ziemią  jest  mnóstwo  bardzo  smacznej  wody.  Ludzie  z

plemienia Basarwa lubili przychodzić i pić tę wodę podczas swoich wędrówek. Wykonywali

dla mojego ojca jakieś prace w zamian za mleko krowie, a jak im się poszczęściło, to także za

odrobinę mięsa. Lubili ojca, bo ich nie bił, w przeciwieństwie do niektórych ludzi, co traktują

ich sjambokami. Nigdy nie mogłem pogodzić się z tym, że tych ludzi się bije.

background image

Zabrałem  mojego  brata  na  spotkanie  z  Basarwa,  którzy  obozowali  pod  drzewem

niedaleko  od  nas.  Mieli  proce  ze  skóry  strusia  i  chciałem  ich  poprosić  o  jedną  dla  mojego

brata. Wziąłem trochę mięsa na wymianę. Liczyłem na to, że może dadzą nam również strusie

jajo.

Właśnie spadły pierwsze deszcze, więc urosła świeża trawa i kwiaty. Wie pani, mma, jak

tam  jest  po  pierwszych  deszczach.  Ziemia  mięknie  i  nagle  wszystko  porastają  kwiaty.

Wygląda  to  przepięknie  i  na  chwilę  człowiek  zapomina,  jak  bardzo  było  gorąco,  sucho  i

ciężko. Szliśmy ścieżką wydeptaną przez krowy, ja przodem, brat tuż za mną. Wlókł za sobą

długi  kij.  Byłem  bardzo  szczęśliwy,  że  tam  jestem  z  moim  braciszkiem,  i  cieszyłem  się  na

widok  świeżej  trawy,  którą  znowu  miało  się  utuczyć  bydło.  Nagle  zawołał  do  mnie  i

przystanąłem.  W  trawie  obok  nas  syczał  wąż,  z  uniesionym  łbem  i  otwartą  paszczą.  Był  to

duży wąż, mniej więcej tak długi, jak ja jestem wysoki, i dźwignął nad ziemię odcinek ciała

długości ramienia. Od razu wiedziałem, jaki to gatunek, i serce we mnie zamarło.

Zastygłem, bo wiedziałem, że przy najmniejszym ruchu wąż może się na mnie rzucić, a

był tylko kawałek ode mnie. Patrzył na mnie tymi wściekłymi oczami mamby i pomyślałem,

ż

e zaraz mnie ukąsi, a ja nie mogę temu zapobiec.

Nagle  usłyszałem  jakieś  szurnięcie  i  zobaczyłem,  że  mój  brat,  który  miał  wtedy

jedenaście  albo  dwanaście  lat,  przesuwa  koniec  kija  po  ziemi  w  stronę  węża.  Mamba

poruszyła łbem i zanim się zorientowaliśmy, zaatakowała koniec kija. To dało mi czas, żeby

się obrócić, złapać mojego brata i pobiec ścieżką. Wąż zniknął. Ugryzł kij i być może złamał

sobie ząb jadowy. W każdym razie nie ścigał nas.

Brat  uratował  mi  życie.  Na  pewno  pani  wie,  mma,  co  oznacza  ukąszenie  mamby.

Człowiek  nie  ma  żadnych  szans.  Od  tego  dnia  wiedziałem,  że  zawdzięczam  swojemu

braciszkowi  życie.  To  było  jakieś  czternaście  lat  temu.  Teraz  rzadko  chodzimy  razem  po

buszu,  ale  nadal  bardzo  kocham  mojego  brata.  I  dlatego  byłem  nieszczęśliwy,  kiedy

przyjechał  do  Gaborone  z  wiadomością,  że  zamierza  się  ożenić  z  dziewczyną  z  Mahalapye

poznaną  tutaj  na  studiach.  Znam  jej  ojca,  który  jest  urzędnikiem  w  jednym  z  ministerstw.

Widuję  go  siedzącego  pod  drzewem  z  innymi  urzędnikami  w  porze  lunchu,  zawsze  mnie

pozdrawia, jak obok niego przejeżdżam. Z początku też do niego machałem, ale teraz już nie

zadaję  sobie  trudu.  Mam  pozdrawiać  jakiegoś  urzędnika  tylko  dlatego,  że  jego  córka

zbałamuciła mojego brata? Brat mieszka teraz na naszej farmie na pomoc od Pilane. Zarządza

nią  bardzo  dobrze  i  ojciec  jest  z  niego  zadowolony.  Do  tego  stopnia,  że  przepisał  farmę  na

niego.  Tym  samym  mój  brat  jest  bogatym  człowiekiem.  Nie  jestem  zawistny,  bo  mam  inną

farmę,  która  też  należała  do  ojca.  Mogadi  ożenił  się  z  tą  dziewczyną  trzy  miesiące  temu  i

wprowadziła się do niego. Moi rodzice też tam mieszkają, a ciotki spędzają na farmie znaczną

część roku. Dom jest bardzo duży i starcza miejsca dla wszystkich.

Matka nie chciała, żeby mój brat żenił się z tą dziewczyną. Powiedziała, że nie będzie z

niej dobrej żony i że sprowadzi na rodzinę nieszczęście. Ja też uważałem, że to nie jest dobry

pomysł,  ale  ja  znałem  powody,  dla  których  dziewczyna  chciała  wyjść  za  mojego  brata.  Nie

background image

sądzę, żeby to miało cokolwiek wspólnego z miłością. Podejrzewam, że namówił ją do tego

jej ojciec, bo mój brat pochodzi z bogatej i wpływowej rodziny. Nigdy nie zapomnę tego, jak

jej ojciec rozglądał się po domu, kiedy przyszedł porozmawiać z moim ojcem o weselu. Oczy

pałały  mu  chciwością  i  widziałem,  że  podlicza  wartość  wszystkiego.  Spytał  nawet  mojego

brata, ile ma krów - sam pewnie nie ma ani jednej sztuki!

Zaakceptowałem  decyzję  mojego  brata,  chociaż  uważałem  ją  za  błędną,  i  starałem  się

traktować  jego  żonę  jak  najuprzejmiej.  Nie  przyszło  mi  to  jednak  łatwo,  bo  widziałem,  że

cały  czas  nastawia  mojego  brata  przeciwko  jego  rodzinie.  Nie  mam  wątpliwości,  że  chce

wysiudać moich rodziców z domu. Zraziła też do siebie moje ciotki. Jest tak, jakby do domu

wleciała osa, która ciągle bzy czy i próbuje ukąsić domowników.

Już samo to daje powód do zmartwienia, ale potem zdarzyło się coś, co jeszcze bardziej

mnie zaniepokoiło. Kilka tygodni temu odwiedziłem brata. Zostałem poinformowany, że nie

czuje się dobrze. Poszedłem do jego pokoju i zobaczyłem, że leży w łóżku, trzymając się za

brzuch. Powiedział, że coś mu zaszkodziło, może zepsute mięso.

Spytałem, czy był u lekarza, a on odpowiedział, że nie jest z nim aż tak źle. Uważał, że

szybko wyzdrowieje, chociaż w tej chwili czuł się fatalnie. Poszedłem porozmawiać z matką,

która siedziała sama na werandzie.

Dała  mi  znak,  żebym  usiadł  obok  niej,  i  sprawdziwszy,  że  w  pobliżu  nie  ma  nikogo,

podzieliła się ze mną swoimi podejrzeniami.

„Ta  nowa  żona  próbuje  otruć  twojego  brata”,  stwierdziła.  „Widziałam  ją,  jak  wchodziła

do kuchni, zanim podano posiłek. Powiedziałam mu, żeby nie jadł mięsa do końca, bo moim

zdaniem jest zepsute. Gdybym go nie ostrzegła, zjadłby całą porcję i umarł. Ona próbuje go

otruć”.

Spytałem,  czemu  miałaby  to  robić.  „Dopiero  co  wyszła  za  sympatycznego  i  bogatego

mężczyznę. Dlaczego miałaby chcieć tak szybko się go pozbyć?”

Moja  matka  roześmiała  się.  „Bo  jako  wdowa  byłaby  znacznie  bogatsza  niż  jako  żona.

Jeśli  on  umrze,  zanim  urodzą  im  się  dzieci,  cały  majątek  przejdzie  na  nią.  Tak  zapisał  w

testamencie. Farma, dom, wszystko. A kiedy będzie już to miała, może wyrzucić nas i ciotki.

Ale najpierw musi go zabić”.

W pierwszej chwili wydało mi się to śmieszne, ale im dłużej się nad tym zastanawiałem,

tym  większego  nabierałem  przekonania,  że  żona  mojego  brata  istotnie  ma  bardzo  rozsądny

motyw.  Nie  mogłem  omówić  tego  z  bratem,  bo  on  nie  chce  słyszeć  złego  słowa  na  temat

swojej  żony,  więc  pomyślałem,  że  może  poproszę  kogoś  z  zewnątrz,  żeby  przyjrzał  się  tej

sprawie. Mma Ramotswe przerwała mu ruchem ręki. - Od takich rzeczy jest policja, rra. To

oni  się  zajmują  trucicielami  i  tym  podobnymi.  My  nie  jesteśmy  tego  typu  detektywami  -

pomagamy  ludziom  w  rozwiązywaniu  problemów  życiowych.  Nie  jesteśmy  od  ścigania

zbrodni.

Mma  Ramotswe  zauważyła,  że  mma  Makutsi  ma  zdruzgotaną  minę.  Szefowa  agencji

wiedziała, że jej asystentka hołduje innym wyobrażeniom na temat ich roli. Taka jest różnica

background image

między kobietą bez mała czterdziestoletnią i dwudziestoośmioletnią, pomyślała. Jak ktoś ma

prawie  czterdzieści  lat  -  a  jeśli  ktoś  jest  pedantyczny,  to  pełne  czterdzieści  -  to  nie  szuka

mocnych  wrażeń.  Jak  ktoś  ma  dwadzieścia  osiem  lat,  ugania  się  za  nimi  na  całego.  Rzecz

jasna,  mma  Ramotswe  doskonale  to  rozumiała.  Wychodząc  za  Note  Mokotiego,  całą  duszą

pragnęła  blasku,  jaki  łączył  się  z  byciem  żoną  znanego  muzyka,  człowieka,  za  którym

obracały  się  wszystkie  głowy,  mężczyzny,  którego  głos  wibrował  jazzowymi  nutami

wydobywanymi  przezeń  ze  srebrnej  trąbki  Selmera.  Kiedy  małżeństwo  rozpadło  się  po

rozpaczliwie  krótkim  czasie,  zostawiwszy  po  sobie  na  pamiątkę  jedynie  maleńki,  smutny

kamień  na  grobie  przedwcześnie  urodzonego  dziecka,  pragnęła  życia  ustabilizowanego  i

uporządkowanego. Z pewnością nie szukała mocnych wrażeń. Zresztą Clovis Andersen, autor

katechizmu  jej  zawodu,  książki  zatytułowanej  Zasady  prowadzenia  prywatnych  dochodzeń,

ostrzegał  wyraźnie,  na  drugiej,  a  może  nawet  pierwszej  stronie,  że  osoby,  które  zostają

prywatnymi  detektywami  w  poszukiwaniu  pełnego  wrażeń  życia,  mają  z  gruntu  błędne

wyobrażenie  o  charakterze  tej  pracy.  „Naszym  zadaniem  -  napisał  w  akapicie,  który  utkwił

mmie Ramotswe w pamięci i który przytoczyła w pełnym brzmieniu mmie Makutsi, kiedy ją

zatrudniała - jest pomoc ludziom potrzebującym w rozwiązywaniu ich problemów życiowych.

Nasze  powołanie  odznacza  się  niewielkim  dramatyzmem.  Jest  to  raczej  proces  cierpliwej

obserwacji,  dedukcji  i  analizy.  Jesteśmy  czujnymi  obserwatorami,  patrzymy  i  przekazujemy

informacje.  W  naszej  pracy  nie  ma  nic  romantycznego,  toteż  ci,  którzy  potrzebują  w  życiu

romantyzmu, powinni w tym momencie zamknąć ten podręcznik i zająć się czymś innym”.

Oczy  mmy  Makutsi  zasnuła  mgiełka,  kiedy  mma  Ramotswe  jej  to  zacytowała.

Najwyraźniej patrzyła na pracę detektywistyczną zupełnie inaczej. Teraz, kiedy zasiadł przed

nimi  sam  człowiek  z  rządu,  aby  opowiedzieć  o  rodzinnych  intrygach  i  przypuszczalnym

trucicielstwie, nareszcie miała poczucie, że czeka je fascynujące śledztwo. A tymczasem mma

Ramotswe chciała dać mu kosza!

Człowiek  z  rządu  badał  mmę  Ramotswe  wzrokiem.  Jej  wtrącenie  się  zezłościło  go  i

można było odnieść wrażenie, że z trudem hamuje gniew. Mma Makutsi zauważyła, że górna

warga mu drży.

- Nie mogę iść na policję - odparł, siląc się na normalny ton. - Co miałbym powiedzieć?

Policja nawet ode mnie zażądałaby jakichś dowodów. Tłumaczyliby się, że przecież nie mogą

wejść  do  tego  domu  i  aresztować  kobiety,  która  wszystkiego  by  się  zaparła,  a  jej  mąż  by

powiedział: „Ta kobieta nic nie zrobiła. Co wam strzeliło do głowy?”

Urwał  i  spojrzał  na  mmę  Ramotswe  takim  wzrokiem,  jakby  przedstawił  miażdżący

argument.

- I co? - spytał po chwili. - Skoro nie mogę iść na policję, jest to zadanie dla prywatnego

detektywa. Od tego jesteście, prawda?

Mma  Ramotswe  odwzajemniła  spojrzenie,  co  już  stanowiło  jakąś  odpowiedź.  W

tradycyjnym  społeczeństwie kobiecie nie  wolno było  tak niezmąconym  wzrokiem  patrzeć  w

oczy mężczyźnie jego rangi. Byłoby to nadzwyczaj obcesowe. Ale czasy się zmieniły, mma

background image

Ramotswe  była  obywatelką  nowoczesnej  Republiki  Botswany,  której  konstytucja  stała  na

straży  godności  wszystkich  obywateli,  w  tym  detektywów  płci  niewieściej.  Konstytucja  ta

obowiązywała  nieprzerwanie  od  tego  pamiętnego  dnia  w  1966  roku,  kiedy  na  stadionie

spuszczono  flagę  brytyjską  i  do  wtóru  wiwatów  tłumu  wciągnięto  na  maszt  ten  piękny

niebieski  sztandar.  Był  to  absolutny  rekord  Afryki.  A  właścicielka  agencji,  Precious

Ramotswe,  była  w  końcu  córką  świętej  pamięci  Obeda  Ramotswe,  człowieka,  który  nie

ustępował  godnością  i  walorami  charakteru  nikomu,  nawet  przedstawicielom  rodów

naczelników plemiennych. Aż do dnia swojej śmierci miał prawo patrzeć w oczy każdemu i

przekazał jej to prawo w spadku.

- To ja decyduję, czy wezmę daną sprawę, rra - powiedziała. - Nie mogę pomóc każdemu.

Staram się pomagać jak najlepiej, ale kiedy nie mogę się podjąć jakiejś sprawy, to mówię, że

bardzo  mi  przykro,  ale  nic  się  nie  da  zrobić.  Takie  mamy  zasady  w  Kobiecej  Agencji

Detektywistycznej Nr 1. W pana przypadku po prostu nie widzę, w jaki sposób miałybyśmy

uzyskać  niezbędne  informacje.  To  jest  problem  rodzinny.  Nie  wyobrażam  sobie,  w  jaki

sposób obca osoba miałaby się czegoś dowiedzieć.

Człowiek z rządu milczał. Zerknął na mmę Makutsi, która spuściła jednak wzrok.

- Rozumiem - rzekł po dłuższej chwili. - Sądzę, że nie chce mi pani pomóc, mma. Cóż,

bardzo mnie to smuci. - Urwał. - Czy ma pani pozwolenie na tę działalność, mma?

Mma Ramotswe wstrzymała oddech.

-  Pozwolenie?  Czy  jest  ustawa,  która  wymaga  od  prywatnego  detektywa  uzyskania

pozwolenia?

Człowiek z rządu uśmiechnął się, ale wzrok miał zimny.

- Przypuszczalnie nie. Nie sprawdzałem tego. Ale mogłaby być. Regulacja, rozumie pani?

Musimy regulować działalność gospodarczą. Dlatego wymagamy uzyskania licencji od ludzi,

którzy  chcą  być  domokrążcami  czy  sprzedawcami  towarów  mieszanych,  i  możemy  je

odebrać,  jeśli  okażą  się  niezdatni  do  wykonywania  tych  zawodów.  Wie  pani,  jak  to

funkcjonuje.

Ustami swojej córki, swojej Precious, przemówił Obed Ramotswe.

- Nie słyszę tego, co pan mówi, rra. Nie słyszę tego.

Mma Makutsi nagle zaczęła głośno szeleścić papierami.

-  Oczywiście  ma  pani  słuszność,  mma  -  powiedziała.  -  Nie  można  po  prostu  iść  do  tej

kobiety i spytać, czy planuje zamordować męża. To by nic nie dało.

- Właśnie - odparła mma Ramotswe. - I dlatego jesteśmy bezradne.

-  Mam  jednak  pewien  pomysł  -  dodała  szybko  mma  Makutsi.  -  Chyba  wiem,  co  można

zrobić.

Człowiek z rządu obrócił się twarzą w stronę mmy Makutsi.

- Co to za pomysł, mma?

Mma Makutsi przełknęła ślinę. Żar inspiracji był tak silny, że zdawało się, iż jej okulary

ś

wiecą.

background image

-  Trzeba  dostać  się  do  domu  i  posłuchać,  o  czym  ci  ludzie  mówią.  Trzeba  obserwować

kobietę, która planuje taką zbrodnię. Trzeba zaglądnąć jej do serca.

-  Tak,  tego  od  was  oczekuję  -  powiedział  człowiek  z  rządu.  -  Zaglądnijcie  w  to  serce  i

znajdźcie  to  zło.  A  potem  oświećcie  to  zło  latarką  i  powiedzcie  mojemu  bratu:  „Niech  pan

spojrzy!  Niech  pan  spojrzy  na  to  złe  serce  pana  żony!  Widzi  pan,  jak  ona  knuje?  Cały  czas

nikczemnie knuje!”

- To nie takie proste - zaoponowała mma Ramotswe. - Życie nie jest takie proste.

- Bardzo panią proszę, mma, wysłuchajmy tej mądrej kobiety w okularach. Na pewno ma

dla nas znakomite propozycje.

Mma Makutsi poprawiła okulary i podjęła:

- W domu jest służba, prawda?

-  Pięć  osób  -  odparł  człowiek  z  rządu.  -  Plus  ci,  którzy  pracują  poza  domem.  I  ludzie

zajmujący  się  bydłem.  Są  też  dawni  służący  ojca.  Nie  mogą  już  pracować,  ale  siedzą  przed

domem na słońcu i ojciec dobrze ich karmi. Są bardzo grubi.

- Nic nie ujdzie uwagi służby domowej - powiedziała mma Makutsi. - Pokojówka zagląda

w łoże małżonków, prawda? Kucharz zagląda w ich żołądki. Służący są zawsze na miejscu i

patrzą, patrzą, patrzą. Rozmawiają z innymi służącymi. Służący wszystko wiedzą.

-  Czyli  pojedzie  tam  pani  i  porozmawia  ze  służbą?  -  spytał  człowiek  z  rządu.  -  Ale  czy

oni zechcą pani coś powiedzieć? Będą się bali, że stracą pracę. Będą milczeli albo mówili, że

nie dzieje się nic ciekawego.

- Ale mma Ramotswe umie rozmawiać z ludźmi - skontrowała mma Makutsi. - Ludzie się

przed nią otwierają. Widziałam ją w akcji. Nie mógłby pan załatwić, żeby się zatrzymała na

kilka dni w domu pana ojca?

-  Oczywiście,  że  mógłbym.  Powiem  rodzicom,  że  pewna  kobieta,  wobec  której  mam

polityczny  dług,  musi  na  kilka  dni  zniknąć  z  Gaborone,  bo  ma  tutaj  kłopoty.  Na  pewno  ją

przyjmą.

Mma  Ramotswe  łypnęła  na  mmę  Makutsi.  Nie  było  rolą  jej  asystentki  wysuwać  takie

sugestie, zwłaszcza wciągające ją w sprawy, którymi nie miała ochoty się zająć. Zamierzała

pomówić z nią o tym, ale nie chciała jej zawstydzać przy tym despotycznym i pełnym pychy

człowieku.  Postanowiła  wziąć  sprawę,  ale  nie  dlatego,  że  zadziałała  cienko  zawoalowana

groźba  -  energicznie  się  jej  przeciwstawiła,  twierdząc,  że  nic  nie  słyszy  -  lecz  dlatego,  że

podsunięto jej sposób na jej rozwiązanie.

-  Dobrze,  weźmiemy  to,  rra.  Ale  nie  z  powodu  tego,  co  pan  do  mnie  powiedział,

zwłaszcza tych  słów,  których  nie słyszałam.  -  Zawiesiła  znacząco  głos. -  Jednak  ja sama  na

miejscu zdecyduję, co mam robić. Panu nie wolno się do tego mieszać.

Człowiek z rządu skinął głową zachwycony.

-  Oczywiście,  mma.  Nie  mam  nic  przeciwko  temu.  I  przepraszam  za  te  rzeczy,  których

nie  należało  mówić.  Musi  pani  zrozumieć,  że  mój  brat  jest  dla  mnie  bardzo  ważny.  Nie

powiedziałbym tego wszystkiego, gdybym się o niego nie bał.

background image

Mma Ramotswe zlustrowała go wzrokiem. Wierzyła, że naprawdę kocha swojego brata.

Z pewnością boleśnie przeżył fakt jego ożenku z kobietą, która budziła w nim taką nieufność.

- Już zapomniałam, co zostało powiedziane, rra - uspokoiła go mma Ramotswe. - Niech

się pan tym nie przejmuje.

Człowiek z rządu wstał.

- Zacznie pani jutro? Wszystko załatwię.

-  Nie,  za  kilka  dni.  Mam  jeszcze  wiele  do  zrobienia  w  Gaborone.  Ale  proszę  się  nie

martwić,  zrobię  wszystko,  co  będę  mogła,  dla  pańskiego  brata.  Kiedy  już  weźmiemy  jakąś

sprawę, traktujemy ją poważnie. To mogę panu przyrzec.

Człowiek z rządu pochylił się nad biurkiem i ujął ją za obie dłonie.

- Bardzo dobra z pani kobieta, mma. Wszystko, co o pani mówią to prawda. - Odwrócił

się  do  mmy  Makutsi.  -  A  pani  jest  bardzo  mądra,  mma.  Jeśli  znudzi  się  pani  kiedyś  praca

detektywistyczna, to niech pani przyjdzie pracować dla rządu. Rząd potrzebuje takich kobiet

jak  pani.  Większość  kobiet,  które  u  nas  pracują  jest  do  niczego.  Nic  tylko  siedzą  i  malują

sobie paznokcie. Widziałem to na własne oczy. Myślę, że pani by się nie obijała.

Mma  Ramotswe  zamierzała  coś  powiedzieć,  ale  człowiek  z  rządu  wyszedł  z  biura.

Zobaczyły przez okno, że kierowca otwiera mu drzwi, a potem zamyka je za nim.

- Gdybym poszła pracować w rządzie, co oczywiście nie wchodzi w rachubę, to ile czasu

by upłynęło, zanim bym dostała taki samochód z kierowcą?

Mma Ramotswe parsknęła śmiechem.

- Niech pani nie wierzy w każde jego słowo. Tacy ludzie składają najrozmaitsze obietnice

bez pokrycia. To człowiek głupi i próżny.

- Ale czy mówił prawdę o żonie swojego brata? - spytała mma Makutsi zaniepokojona.

-  Raczej  tak.  Nie  sądzę,  żeby  to  zmyślił.  Ale  niech  pani  pamięta  o  tym,  co  powiedział

Clovis Andersen. Każda historia ma dwie strony. Na razie poznałyśmy tylko jedną.

Ż

ycie się komplikuje, pomyślała mma Ramotswe. Właśnie wzięła przypuszczalnie bardzo

trudną  sprawę,  która  wymagała  od  niej  wyjazdu  z  Gaborone.  Sytuację  dodatkowo  utrudniał

problem z panem J.L.B. Matekonim i Tlokweng Road Speedy Motors. Do tego jeszcze dzieci.

Teraz, kiedy już się zadomowiły przy Zebra Drive, należało zapewnić im jakiś program dnia.

Rose,  gosposia,  mogła  ją  w  tym  wspomóc,  ale  mma  Ramotswe  nie  mogła  zrzucać  na  nią

wszystkiego.

Na  czele  listy,  którą  sporządziła  tego  ranka,  znajdowało  się  przygotowanie  biura  do

przeprowadzki.  Teraz  uznała,  że  na  pierwsze  miejsce  należy  przesunąć  warsztat,  a  biuro

umieścić  na  drugim.  Potem  szły  dzieci.  Wpisała  SZKOŁA  i  numer  telefonu  pod  spodem.

Następny  punkt:  WEZWAĆ  CZŁOWIEKA  DO  NAPRAWIENIA  LODÓWKI.  Potem:

ZABRAĆ  SYNA  ROSE  DO  LEKARZA  Z  POWODU  ASTMY,  a  na  końcu:  PODJĄĆ

JAKIEŚ DZIAŁANIA W SPRAWIE ZŁEJ ŻONY.

background image

-  Mma  Makutsi  -  powiedziała.  -  Chyba  zawiozę  panią  teraz  do  warsztatu.  Nie  możemy

zostawić  pana  J.L.B.  Matekoniego  na  lodzie,  nawet  jeśli  zachowuje  się  ostatnio  trochę

dziwnie. Od dzisiaj zacznie pani pełnić obowiązki dyrektora. Zawiozę panią furgonetką.

Mma Makutsi skinęła głową.

- Jestem gotowa, mma. Jestem gotowa do dyrektorowania.

background image

Rozdział szósty

Pod nową dyrekcją

Firma Tlokweng Road Speedy Motors należała do kompleksu trzech budynków, razem ze

sklepem  wielobranżowym,  prowadzącym  tanią  odzież,  parafinę,  syrop  i  wszelkie  inne

możliwe towary, oraz składem budowlanym handlującym drewnem i blachą falistą na dachy.

Warsztat  znajdował  się  na  wschodnim  końcu  kompleksu.  Wokół  rosło  kilka  kolczastych

krzewów,  a  z  przodu  była  stara  pompa  benzynowa.  Panu  J.L.B.  Matekoniemu  obiecano

lepszy  dystrybutor,  ale  szefowie  firmy  paliwowej  nie  chcieli  dopuścić  do  tego,  żeby  robił

konkurencję ich nowocześniejszym stacjom benzynowym, i obietnica wypadła im z pamięci.

Nadal  dostarczali  mu  benzynę,  do  czego  zobowiązywała  ich  umowa,  ale  robili  to  bez

entuzjazmu  i  lubili  zapominać  o  terminach  dostaw.  W  rezultacie  zbiorniki  z  benzyną  często

stały puste.

Nie  miało  to  jednak  większego  znaczenia.  Klienci  nie  przyjeżdżali  do  Tlokweng  Road

Speedy Motors po benzynę, lecz po to, żeby pan J.L.B. Matekoni naprawił im samochód. Byli

to  ludzie,  którzy  umieli  odróżnić  dobrego  mechanika  od  takiego,  który  tylko  naprawia  auta.

Dobry  mechanik  rozumie  samochody.  Potrafi  zdiagnozować  usterkę  na  ucho,  tak  jak

doświadczony lekarz potrafi po jednym spojrzeniu rozpoznać dolegliwość.

-  Silniki  mówią  -  tłumaczył  terminatorom.  -  Słuchajcie  ich.  Mówią  wam,  co  im  dolega.

Wystarczy tylko nastawić uszy.

Uczniowie oczywiście nie zrozumieli, o co mu chodzi. Mieli zupełnie inne spojrzenie na

technikę i nie pojmowali, że silniki mają nastroje i uczucia, że silnik może czuć się spięty czy

zestresowany albo odprężony i spokojny. Zatrudnianie terminatorów było aktem miłosierdzia

ze strony pana J.L.B. Matekoniego, który dążył do tego, żeby po przejściu jego pokolenia na

emeryturę Botswana dysponowała dostateczną liczbą porządnie wyszkolonych mechaników.

-  Afryka  do  niczego  nie  dojdzie  bez  mechaników  -  oznajmił  kiedyś  mmie  Ramotswe.  -

Mechanicy to kamień węgielny budynku. Wyżej są lekarze, pielęgniarki, nauczyciele, ale bez

mechaników cała konstrukcja by się zawaliła. Dlatego tak ważne jest uczenie młodych ludzi

na mechaników.

background image

Kiedy  mma  Ramotswe  i  mma  Makutsi  podjechały  pod  Tlokweng  Road  Speedy  Motors,

zobaczyły  jednego  z  uczniów  za  kierownicą  auta,  które  drugi  terminator  pchał  powoli  do

warsztatu.  Na  ich  widok  pchacz  porzucił  swoją  robotę,  żeby  na  nie  spojrzeć,  i  samochód

zaczął się cofać.

Mma  Ramotswe  zaparkowała  maleńką  białą  furgonetkę  pod  drzewem  i  razem  z  mmą

Makutsi podeszły do drzwi biura.

-  Dzień  dobry,  bomma  -  powiedział  wyższy  z  uczniów.  -  Ma  pani  zepsute  zawieszenie,

mma  Ramotswe.  Jest  pani  na  nie  za  ciężka.  Niech  pani  zobaczy,  jak  furgonetka  siada  po

jednej stronie. Jak pani chce, to pani naprawimy.

- Mojemu autu nic nie dolega - odpaliła mma Ramotswe. - Pan J.L.B. Matekoni osobiście

zajmuje się tą furgonetką. Nigdy nic nie mówił o zawieszeniu.

- Ale on ostatnio w ogóle nic nie mówi. Zrobił się bardzo milczący.

Mma Makutsi zatrzymała się i spojrzała na chłopca.

-  Jestem  mma  Makutsi,  p.o.  dyrektora  firmy  -  powiedziała,  mierząc  go  wzrokiem  zza

swoich dużych okularów. - Chcesz porozmawiać o zawieszeniu, to przyjdź do mnie do biura.

A na razie mi powiedz, czyj to samochód i co z nim robicie.

Terminator spojrzał przez ramię, szukając wsparcia u kolegi.

- To jest samochód kobiety, która mieszka za komisariatem policji. Myślę, że jest damą

lekkich obyczajów. - Roześmiał się. - Używa tego auta do podrywania mężczyzn, a teraz nie

chce jej zapalić, więc nici z roboty. Ha, ha!

Mma Makutsi zawrzała gniewem.

- Nie chce zapalić, tak?

- Właśnie. Więc Charlie i ja musieliśmy je przyholować. Teraz wtaczamy je do warsztatu,

ż

eby  rzucić  okiem  na  silnik.  Myślę,  że  szykuje  się  grubsza  robota.  Może  trzeba  będzie

wymienić aparat zapłonowy, a to kosztuje mnóstwo pieniędzy, więc dobrze, że ta kobieta nie

narzeka na brak klientów. Ha, ha!

Mma Makutsi zsunęła okulary na czubek nosa i spojrzała znad nich na chłopaka.

- A co z akumulatorem? Może siadł akumulator. Próbowaliście zapalić na pych?

Uczeń przestał się śmiać.

- Albo podłączyć inny akumulator? - spytała mma Ramotswe.

Uczeń pokręcił głową.

- To stary samochód. Na pewno coś innego nawaliło.

-  Bzdura  -  orzekła  mma  Makutsi.  -  Podnieście  maskę.  Jest  w  warsztacie  dobry

akumulator? Podłączcie kable i spróbujcie.

Pomocnik spojrzał na kolegę, który wzruszył ramionami.

-  Szybciej  -  zniecierpliwiła  się  mma  Makutsi.  -  Mam  w  biurze  mnóstwo  do  zrobienia.

Pospieszcie się!

background image

Mma  Ramotswe  bez  słowa  patrzyła  razem  z  mma  Makutsi,  jak  terminatorzy  wtaczają

auto do warsztatu i podłączają nowo naładowany akumulator. Potem jeden z nich z nadąsaną

miną usiadł za kierownicą i przekręcił kluczyk w stacyjce. Silnik zapalił za pierwszym razem.

-  Naładujcie  stary  akumulator  -  poleciła  mma  Makutsi.  -  Potem  wymieńcie  olej  i

odwieźcie  auto  tej  kobiecie.  Przeproście,  że  to  tak  długo  trwało,  i  powiedzcie,  że  w  ramach

rekompensaty  za  darmo  wymieniliśmy  olej.  -  Odwróciła  się  do  mmy  Ramotswe,  która  stała

obok niej uśmiechnięta. - Lojalność klienta to bardzo ważna rzecz. Jeśli zrobić dla niego coś

ekstra, pozostanie wierny firmie. To jest podstawowa zasada w interesach.

- Absolutnie podstawowa - zgodziła się z nią mma Ramotswe.

Jej  wątpliwości  co  do  tego,  czy  mma  Makutsi  zdoła  pokierować  warsztatem,  zaczynały

się rozwiewać.

- Zna się pani na samochodach? - spytała od niechcenia swoją asystentkę, kiedy zaczęły

odgruzowywać biurko pana J.L.B. Matekoniego.

- Nie bardzo - odparła mma Makutsi. - Ale dobrze się znam na maszynach do pisania, a

wszystkie maszyny są do siebie bardzo podobne, nie uważa pani?

Pierwszym  zadaniem  było  ustalenie,  które  samochody  czekają  na  naprawę  i  w  jakiej

kolejności.  Charlie,  starszy  z  uczniów,  został  wezwany  do  biura  i  poproszony  o  podanie

wszystkich  otrzymanych  zleceń.  Wyszło  na  jaw,  że  na  tyłach  warsztatu  parkuje  osiem

samochodów czekających na części zamienne. Niektóre z tych części zamówiono, innych nie.

Sporządziwszy listę, mma Makutsi zadzwoniła po kolei do wszystkich dostawców.

- Pan J.L.B. Matekoni jest bardzo niezadowolony - mówiła ostrym tonem. - Nie będziemy

w  stanie  zapłacić  za  stare  zamówienia,  jeśli  uniemożliwicie  nam  dalsze  naprawy.  Rozumie

pan?

Padły  obietnice,  które  w  większości  zostały  dotrzymane.  Kilka  godzin  później  pojawiły

się części zamienne, przywiezione przez samych dostawców. Zostały porządnie oznakowane -

jak  twierdzili  terminatorzy,  rzecz  bezprecedensowa  -  i  ułożone  na  stole  roboczym  według

kolejności  zleceń.  Dwaj  uczniowie,  których  działania  koordynowała  mma  Makutsi,

pracowicie  wymieniali  części,  testowali  silniki  i  w  końcu  oddawali  każdy  pojazd  do  p.o.

dyrektora do sprawdzenia. Mma Makutsi pytała ich, co zostało zrobione, czasem dokonywała

inspekcji wykonanej pracy, a potem, jako że nie umiała prowadzić, oddawała samochód mmie

Ramotswe na jazdę próbną. Na koniec informowała właściciela telefonicznie, że auto jest do

odebrania. Wyjaśniała, że w ramach rekompensaty za opóźnienie rachunek zostanie obniżony

o  połowę.  Udobruchało  to  wszystkich  właścicieli  oprócz  jednego,  który  oznajmił,  że  w

przyszłości uda się gdzie indziej.

-  W  takim  razie  nie  skorzysta  pan  z  naszej  oferty  darmowych  usług  -  powiedziała

spokojnie mma Makutsi. - Szkoda.

Rozmówca zmienił zdanie. Do końca dnia firma Tlokweng Road Speedy Motors zwróciła

sześć samochodów właścicielom, którzy najwyraźniej wybaczyli zwłokę.

background image

-  To  był  dobry  pierwszy  dzień  -  powiedziała  mma  Makutsi,  razem  z  mma  Ramotswe

obserwując  wykończonych  terminatorów,  którzy  wracali  piechotą  do  swoich  domów.  -  Ci

chłopcy  bardzo  ciężko  pracowali.  Dałam  każdemu  z  nich  po  pięćdziesiąt  puli  premii.  Byli

bardzo szczęśliwi i jestem pewna, że staną się lepszymi pracownikami. Zobaczy pani.

Mma Ramotswe zadumała się.

- Chyba ma pani rację, mma. Jest pani znakomitą szefową.

-  Dziękuję  pani.  Ale  teraz  musimy  wracać  do  domów,  bo  jutro  mamy  bardzo  wiele  do

zrobienia.

Mma  Ramotswe  odwiozła  swoją  asystentkę  maleńką  białą  furgonetką.  Na  ulicach  roiło

się od ludzi wracających z pracy. Przeładowane busy przechylały się niebezpiecznie na jedną

stronę,  rowery  wiozły  pasażerów  na  bagażnikach,  a  wiele  osób  szło  pieszo,  wymachując

ramionami, pogwizdując, rozmyślając, snując marzenia. Mma Ramotswe dobrze znała drogę,

bo  już  wiele  razy  odwoziła  mmę  Makutsi  do  domu.  Mijała  znajome  rudery  z  gromadkami

wgapionych, ciekawskich dzieci, jakie zamieszkują tego rodzaju dzielnice. Wysadziła swoją

asystentkę  przed  bramą  frontową  i  patrzyła,  jak  mma  Makutsi  idzie  do  swojej  szopy  za

domem. Wydawało jej się, że dostrzega w drzwiach czyjąś postać, może cień, ale potem mma

Makutsi odwróciła się, i nie chcąc wyjść na podglądaczkę, pani detektyw musiała odjechać.

background image

Rozdział siódmy

Potrójne życie pewnej dziewczyny

Nie  każdy  ma  gosposię,  ale  jeśli  ktoś  dobrze  zarabia  i  mieszka  w  tak  dużym  domu  jak

mma  Ramotswe,  to  nie  zatrudniając  gosposi  -  a  nawet  kilkorga  służby  -  daje  świadectwo

egoizmu.  Mma  Ramotswe  wiedziała,  że  w  niektórych  krajach  ludzie  nie  mają  służących,

nawet jeśli stać ich na to z nawiązką. Nie mogła tego zrozumieć. Jeśli ludzie będący w stanie

dać pracę służącym nie robią tego, to co mają począć służący?

W  Botswanie  w  każdym  domu  takim  jak  ten  przy  Zebra  Drive  -  czy  nawet  w  każdym

domu  z  więcej  niż  dwiema  sypialniami  -  pracuje  służący.  Istnieją  przepisy  regulujące  płace

służby domowej, ale często nie są przestrzegane. Niektórzy traktują swoich służących bardzo

ź

le, marnie ich opłacają i żądają tyrania od rana do nocy. Mma Ramotswe podejrzewała, że

tacy ludzie stanowią większość. Wyzysk ten jest botswańską mroczną tajemnicą, o której nikt

nie chce rozmawiać. A już na pewno nikt nie lubi mówić o tym, jak w przeszłości traktowano

członków  ludu  Masarwa  -  w  gruncie  rzeczy  jak  niewolników  -  i  jeśli  ktoś  o  tym  wspomni,

ludzie  z  zakłopotaną  miną  zmieniają  temat.  Ale  takie  rzeczy  się  zdarzały  i  gdzieniegdzie

nadal  się  zdarzają.  Oczywiście  nie  tylko  w  Botswanie,  lecz  w  całej  Afryce.  Niewolnictwo

było  wielką  krzywdą  wyrządzoną  Afryce,  ale  nie  brakowało  gorliwych  afrykańskich

handlarzy  niewolnikami,  którzy  sprzedawali  swoich  pobratymców,  a  ponadto  do  tej  pory

ogromne  rzesze  Afrykanów  pracują  za  głodowe  zarobki  w  warunkach,  które  trudno  nazwać

inaczej niż niewolnictwem. Do tych cichych, słabych ludzi zalicza się służba domowa.

Mma  Ramotswe  nie  mogła  wyjść  ze  zdumienia,  że  ludzie  potrafią  tak  bezdusznie

traktować  swoją  służbę.  Była  kiedyś  w  domu  u  przyjaciółki,  która  jako  coś  zupełnie

naturalnego podała fakt, że jej gosposia ma pięć dni urlopu w roku, i to bezpłatnego. Znajoma

przechwalała się, że obcięła gosposi pensję, bo uznała ją za leniwą.

- Czemu od ciebie nie odejdzie, skoro jej coś takiego zrobiłaś? - spytała mma Ramotswe.

Przyjaciółka wybuchła śmiechem.

-  Dokąd  ma  odejść?  Mnóstwo  ludzi  czyha  na  jej  posadę  i  ona  o  tym  wie.  Wie,  że

mogłabym zatrudnić kogoś na jej miejsce za połowę jej pensji.

background image

Mma  Ramotswe  nic  na  to  nie  odpowiedziała,  ale  w  tym  momencie  milcząco  zerwała

znajomość.  Historia  ta  dała  jej  do  myślenia.  Czy  można  przyjaźnić  się  z  osobą,  która  źle

postępuje? A może przyjaciółmi złych ludzi zostają zawsze inni źli ludzie, bo tylko źli ludzie

mogą  mieć  ze  sobą  dostatecznie  dużo  wspólnego,  żeby  się  zaprzyjaźnić?  Mma  Ramotswe

pomyślała  o  powszechnie  znanych  złoczyńcach.  Na  przykład  o  Idi  Aminie  czy  Henriku

Verwoerdzie.  Idi  Amin  nie  był  oczywiście  całkiem  normalny.  Może  nie  był  złym

człowiekiem w takim samym znaczeniu jak Verwoerd, który sprawiał wrażenie zdrowego na

umyśle, ale serce miał z lodu. Czy ktoś kochał pana Verwoerda? Czy ktoś trzymał go za rękę?

Mma  Ramotswe  uznała,  że  tak.  Ludzie  przyszli  na  jego  pogrzeb  i  płakali  zupełnie  jak  na

pogrzebach  dobrych  ludzi.  Pan  Verwoerd  miał  rodzinę,  która  być  może  nie  składała  się

wyłącznie  ze  złych  ludzi.  Teraz,  kiedy  za  granicą  z  RPA  wszystko  się  zmieniło,  ludzie  ci

musieli  jakoś  dalej  żyć.  Może  zrozumieli,  jakich  krzywd  się  dopuścili,  a  nawet  jeśli  nie,  to

większość  im  wybaczyła.  W  sercach  zwykłych  Afrykańczyków  z  reguły  nie  ma  miejsca  na

nienawiść.  Afrykańczycy  bywają  głupi,  podobnie  jak  mieszkańcy  wszystkich  kontynentów,

ale nie chowają uraz,  co pokazał  światu  Nelson Mandela. I  Seretse  Khama,  pomyślała mma

Ramotswe.  Poza  Botswaną  nikt  już  o  nim  nie  pamięta,  a  przecież  był  to  jeden  z  wybitnych

Afrykańczyków. Uścisnął dłoń jej ojcu, Obedowi Ramotswe, kiedy odwiedził Mochudi, żeby

porozmawiać  ze  zwykłymi  obywatelami.  Ona,  Precious  Ramotswe,  wówczas  młoda

dziewczyna, widziała, jak wysiada z samochodu i otaczają go ludzie, a pośród nich jej ojciec,

ze  sfatygowanym  kapeluszem  w  dłoni.  Kiedy  Khama  uścisnął  dłoń  jej  ojca,  serce  mmy

Ramotswe napęczniało dumą. Przypominała sobie tę sytuację za każdym razem, gdy spojrzała

na fotografię męża opatrznościowego, stojącą na gzymsie kominka.

Przyjaciółka  mmy  Ramotswe,  która  źle  traktowała  swoją  gosposię,  nie  zasługiwała  na

miano  łajdaczki.  Była  dobra  dla  swojej  rodziny  i  zawsze  życzliwie  odnosiła  się  do  mmy

Ramotswe,  ale  co  się  tyczy  gosposi  -  mma  Ramotswe  poznała  tę  sympatyczną  i  pracowitą

kobietę z Molepolole - najwyraźniej lekceważyła jej uczucia. Mma Ramotswe pomyślała, że

takie  zachowanie  bierze  się  z  ignorancji,  z  nieumiejętności  zrozumienia  nadziei  i  aspiracji

innych.  A  zrozumienie  uczuć  innych,  uważała  mma  Ramotswe,  leży  u  podstaw  wszelkiej

moralności. Jeśli wiesz, co czuje inna osoba, jeśli umiesz postawić się na jej miejscu, to nie

zadasz jej dodatkowego bólu, bo wtedy w jakimś sensie raniłbyś samego siebie.

Mma Ramotswe miała świadomość, że wokół moralności toczą się zażarte spory, ale dla

niej  sprawa  była  całkiem  prosta.  Po  pierwsze,  jest  tradycyjna  moralność  botswańska,  w

każdej  sytuacji  słuszna.  Kto  jej  przestrzega,  ten  nie  zgrzeszy  i  nie  ma  powodów  do

zmartwienia.  Są  też,  rzecz  jasna,  inne  systemy  moralne.  Na  przykład  Dekalog,  którego

nauczyła się  przed laty  na pamięć  w  szkółce  niedzielnej  w  Mochudi. Ta  moralność również

bezwzględnie  obowiązuje.  Te  kodeksy  moralne  przypominają  botswański  kodeks  karny,  bo

należy ich przestrzegać w całej rozciągłości. Nie można wcielać się w rolę Sądu Najwyższego

i  samemu  rozstrzygać,  które  przepisy  będzie  się  honorowało,  a  których  nie.  Kodeksów

moralnych  nie  można  traktować  wybiórczo,  nie  można  też  ich  kwestionować.  Nie  można

background image

mówić,  że  będzie  się  przestrzegało  tego  zakazu,  ale  tamtego  już  nie,  zależnie  od  tego,  jak

komu  pasuje.  „Nie  będę  kradł  -  skądże  znowu  -  ale  cudzołóstwo  to  inna  para  kaloszy:  inni

ludzie grzeszą, kiedy cudzołożą, ale ja nie”.

Moralność  jest  dla  każdego,  pomyślała  mma  Ramotswe,  a  to  oznacza,  że  nie  można  jej

tworzyć  na  podstawie  poglądów  jednej  osoby.  Stąd  właśnie  bierze  się  słabość  nowoczesnej

moralności,  z  jej  naciskiem  na  rolę  jednostki  oraz  indywidualnych  rozstrzygnięć.  Jeśli  dać

ludziom możliwość wypracowania sobie własnej moralności, to stworzą system, który będzie

dla  nich  jak  najmniej  uciążliwy  i  w  większości  sytuacji  będzie  im  pozwalał  postępować

według  własnego  widzimisię.  Mma  Ramotswe  uważała  to  za  zwykły  egoizm,  wbrew

wszystkim szumnym nazwom, jakimi opatrywane są te systemy.

Mma  Ramotswe  słuchała  kiedyś  w  BBC  World  Service  audycji,  która  wprawiła  ją  w

osłupienie.  Chodziło  o  filozofów,  którzy  nazywali  się  egzystencjalistami  i,  o  ile  mma

Ramotswe dobrze zrozumiała, mieszkali we Francji. Francuzi ci twierdzili, że należy tak żyć,

aby mieć poczucie, że żyje się naprawdę, a kto żyje naprawdę, ten postępuje słusznie. Mma

Ramotswe  słuchała  tego  ze  zdumieniem.  Nie  trzeba  jechać  do  Francji,  żeby  spotkać

egzystencjalistów,  pomyślała.  Wielu  z  nich  żyje  tutaj,  w  Botswanie.  Na  przykład  Note

Mokoti. Wyszła kiedyś za egzystencjalistę, sama o tym nie wiedząc. Note, temu samolubowi,

który  nigdy  nie  zrobił  nic  dla  drugiego  -  nawet  dla  swojej  żony  -  spodobaliby  się

egzystencjaliści,  a  on  im.  Z  pewnością  bardzo  egzystencjalistycznie  jest  chodzić  co  wieczór

do knajpy, zostawiając w domu ciężarną żonę, a szczytem egzystencjalizmu jest zabawianie

się  z  poznanymi  w  knajpach  dziewczynami,  młodymi  egzystencjalistkami.  Egzystencjaliści

mają klawe życie, czego nie można powiedzieć o nieegzystencjalistach, którzy ich otaczają.

Mma  Ramotswe  nie  traktowała  swojej  gosposi  Rose  według  zasad  egzystencjalizmu.

Rose pracowała u niej od dnia, kiedy pani detektyw przeprowadziła się na Zebra Drive. Mma

Ramotswe  zauważyła,  że  istnieje  sieć  bezrobotnych,  wśród  której  szybko  rozchodzi  się

wiadomość, że ktoś przenosi się do nowego domu i może potrzebować służącej. Rose zjawiła

się w domu godzinę po mmie Ramotswe.

- Będzie pani potrzebowała gosposi, mma - powiedziała. - Jestem bardzo dobrą gosposią.

Będę ciężko pracowała i nigdy nie sprawię pani kłopotu. Mogę zacząć od razu.

Mma  Ramotswe  natychmiast  dokonała  oceny.  Miała  przed  sobą  budzącą  zaufanie,

schludną kobietę około trzydziestki. Zobaczyła jednak także, że osoba ta jest matką i jedno z

jej  dzieci  stoi  za  bramą,  kukając  do  środka.  Zadała  sobie  pytanie,  co  matka  powiedziała

wcześniej dziecku: „Jeśli ta  kobieta  weźmie  mnie  na  gosposię, dziś  wieczór  będziemy  mieli

co  jeść.  Nie  traćmy  nadziei.  Zaczekaj  tutaj  i  stań  na  palcach”.  Stań  na  palcach  znaczy  w

setswana to samo, co wśród białych trzymaj kciuki.

Mma Ramotswe zerknęła ku bramie i zobaczyła, że dziewczynka istotnie stoi na palcach.

Wiedziała, że jest tylko jedna odpowiedź.

Spojrzała na tę kobietę.

background image

- Tak, potrzebuję gosposi i dam pani tę pracę, mma.

Kobieta  klasnęła  z  wdzięczności  w  dłonie  i  pomachała  dziecku.  To  wielki  przywilej,

pomyślała mma Ramotswe, móc kogoś tak uszczęśliwić jednym wypowiedzianym zdaniem.

Rose bardzo szybko udowodniła, że mma Ramotswe podjęła słuszną decyzję. Poprzedni

właściciele,  bałaganiarze,  zostawili  dom  przy  Zebra  Drive  w  stanie  skrajnego  zapuszczenia.

W  każdym  kącie  zalegał  kurz.  Przez  trzy  dni  Rose  zamiatała,  froterowała  i  czyściła,  aż  w

całym domu pachniało pastą do podłogi, a każda powierzchnia lśniła. Ponadto gosposia mmy

Ramotswe  znała  się  na  gotowaniu  i  fantastycznie  prasowała.  Mma  Ramotswe  dobrze  się

ubierała,  ale  często  brakowało  jej  energii,  żeby  wyprasować  sobie  bluzki  tak  pięknie,  jakby

sobie tego życzyła. Rose robiła to z pasją, która wkrótce znalazła odzwierciedlenie w ostrych

kantach i wielkich połaciach materiału bez jednej zmarszczki.

Rose  zamieszkała  w  domku  dla  służby  na  tylnym  podwórzu.  Składał  się  on  z  dwóch

pokojów z prysznicem i toaletą oraz krytym gankiem, na którym można było rozpalić ogień

do gotowania. Rose spała w jednym pokoju, a dwójka jej małych dzieci w drugim. Były też

starsze dzieci, w tym stolarz, który zarabiał dobre pieniądze. Mimo to z trudem starczało im

na  życie,  zwłaszcza  że  młodszy  syn  chorował  na  astmę  i  trzeba  mu  było  kupować  drogie

inhalatory.

Kiedy  mma  Ramotswe  wróciła  do  domu  po  odwiezieniu  mmy  Makutsi,  zastała  Rose  w

kuchni  na  szorowaniu  okopconego  garnka.  Spytała  uprzejmie,  jak  minął  gosposi  dzień,  i

usłyszała, że bardzo dobrze.

- Pomogłam Motholeli wziąć kąpiel, a teraz czyta coś braciszkowi w salonie. Biegał cały

dzień  i  jest  bardzo  zmęczony.  Szybko  zaśnie.  Tylko  myśl  o  jedzeniu  go  przed  tym

powstrzymuje.

Mma  Ramotswe  podziękowała  jej  z  uśmiechem.  Minął  miesiąc,  odkąd  pan  J.L.B.

Matekoni przywiózł dzieci z sierocińca, lecz mma Ramotswe nie zdążyła się jeszcze całkiem

przyzwyczaić do ich obecności. To był jego pomysł - którego zresztą z nią nie skonsultował,

zanim  wziął  na  siebie  rolę  przybranego  ojca  -  ale  zaakceptowała  sytuację  i  dzieci  szybko

zdobyły  jej  serce.  Motholeli,  która  jeździła  na  wózku  inwalidzkim,  pomagała  w  domu  i

wykazała  zainteresowanie  naprawianiem  samochodów  -  budząc  zachwyt  pana  J.L.B.

Matekoniego.  Jej  młodszego  brata  trudniej  było  zgłębić.  Był  żywotnym  dzieckiem  i

odpowiadał  uprzejmie,  kiedy  się  do  niego  coś  mówiło,  ale  wolał  przebywać  sam  albo  w

towarzystwie  siostry  niż  z innymi  dziećmi.  Motholeli  znalazła  już  kilka  koleżanek, chłopiec

zaś jakby stronił od zawierania przyjaźni.

Dziewczynka  zaczęła  chodzić  do  pobliskiej  szkoły  średniej  i  dobrze  się  tam  czuła.

Każdego ranka pod bramę przychodziły dwie koleżanki z klasy do pchania wózka.

Mma Ramotswe była pełna podziwu.

- Nauczyciele wam kazali? - spytała jednej z nich.

- Nie, mma. Przyjaźnimy się z Motholeli i dlatego to robimy.

background image

- Dobre z was dziewczynki. Wyrośniecie na dobre kobiety. Brawo.

Chłopcu znaleziono miejsce w pobliskiej szkole podstawowej, ale mma Ramotswe liczyła

na  to,  że  pan  J.L.B.  Matekoni  pośle  go  do  Thornhill.  Nauka  w  tej  prywatnej  szkole  sporo

kosztowała  i  teraz  pani  detektyw  zadawała  sobie  pytanie,  czy  to  będzie  możliwe.  Kolejna

sprawa  do  załatwienia,  oprócz  warsztatu,  uczniów,  domu  pana  J.L.B.  Matekoniego  i  dzieci.

No  i  ślubu  -  którego  termin pozostawał  nie ustalony  -  lecz mma Ramotswe  w tej  chwili nie

miała odwagi o tym myśleć.

Przeszła do salonu i zobaczyła, że Motholeli czyta coś chłopcu, który siedzi obok wózka.

- Widzę, że czytasz braciszkowi historię. Czy to jest ładna historia?

Motholeli obejrzała się i uśmiechnęła.

- To nie jest historia, mma. A w każdym razie nie taka prawdziwa z książki. Napisałam ją

w szkole, a teraz mu ją czytam.

Mma Ramotswe przysiadła na podłokietniku sofy.

- Mogłabyś zacząć od początku? Chciałabym ją usłyszeć.

„Na  imię  mi  Motholeli  i  skończyłam  trzynaście  lat.  Mam  siedmioletniego  brata.  Moi

rodzice  nie  żyją.  Bardzo  mi  z  tego  powodu  smutno,  ale  cieszę  się,  że  ja  żyję  i  że  mam

swojego braciszka.

Jestem dziewczynką, która miała trzy życia. Pierwsze życie było wtedy, jak mieszkałam z

mamą i ciotkami, i wujkami na bagnach Makadikadi w pobliżu Nata. To było dawno i byłam

bardzo  mała.  Moje  plemię  to  byli  Buszmeni,  którzy  przenosili  się  z  miejsca  na  miejsce.

Umieli znajdować sobie w buszu jedzenie, wykopując korzonki. Byli bardzo mądrzy, ale nikt

ich nie lubił.

Mama  dała  mi  bransoletkę  ze  skóry  strusia  z  powszywanymi  kawałkami  skorupy

strusiego jaja. Nadal ją mam. To jedyna rzecz, która została mi po matce.

Po śmierci mamy uratowałam mojego braciszka, którego zakopali w piasku razem z nią.

Nie  był  głęboko,  więc  zgarnęłam  mu  piasek  z  buzi  i  zobaczyłam,  że  jeszcze  oddycha.

Wzięłam  go  na  ręce  i  pobiegłam  przez  busz,  aż  znalazłam  jakąś  drogę.  Ktoś  jechał

ciężarówką i jak mnie zobaczył, to się zatrzymał i zabrał mnie do Francistown. Nie pamiętam,

co tam się działo, ale w końcu oddali mnie kobiecie, która powiedziała, że mogę mieszkać na

jej podwórzu. Mieli małą szopę, w której było bardzo gorąco, jak słońce na nią świeciło, za to

w nocy robiło się tam chłodno. Spałam tam ze swoim maleńkim braciszkiem.

Karmiłam  go  jedzeniem,  które  dawali  mi  w  domu.  Robiłam  różne  rzeczy  dla  tych

dobrych  ludzi.  Prałam  im  ubrania  i  wieszałam  na  sznurze.  Myłam  też  garnki,  bo  nie  mieli

służącej. Na podwórzu mieszkał także pies. Któregoś dnia ugryzł mnie mocno w stopę. Mąż

kobiety  bardzo  się  na  niego  zezłościł  i  stłukł  go  kijem.  Od  tego  bicia,  że  był  niedobry,  pies

zdechł.

Potem  ciężko  zachorowałam  i  kobieta  zabrała  mnie  do  szpitala.  Wbijali  we  mnie  igły  i

wzięli mi trochę krwi. Ale nic nie pomagało i po jakimś czasie nie mogłam więcej chodzić.

background image

Dali  mi  kule,  ale  nie  bardzo  umiałam  ich  używać.  Potem  znaleźli  dla  mnie  wózek,  co

znaczyło,  że  mogłam  wrócić  do  domu.  Ale  kobieta  powiedziała,  że  dziewczynka  na  wózku

nie może mieszkać na jej podwórzu, bo źle by to wyglądało i ludzie by mówili: »Trzymacie

na podwórzu dziewczynkę na wózku? To bardzo okrutne«.

Potem przyjechał pan z farmy dla sierot. Była z nim pani z rządu, która powiedziała mi,

ż

e mam wielkie szczęście, bo to bardzo piękna farma dla sierot. Że mogę zabrać braciszka i

ż

e  będziemy  tam  bardzo  szczęśliwi.  Ale  muszę  zawsze  pamiętać,  żeby  kochać  Jezusa.

Powiedziałam, że jestem gotowa kochać Jezusa i mojemu braciszkowi też każę go kochać.

To  był  koniec  mojego  pierwszego  życia.  Drugie  życie  zaczęło  się  w  dniu,  w  którym

przybyłam  na  farmę  dla  sierot.  Przyjechaliśmy  z  Francistown  ciężarówką,  było  mi  bardzo

gorąco  i  niewygodnie  z  tyłu.  Nie  mogłam  wysiąść,  bo  kierowca  ciężarówki  nie  umiał  się

obchodzić z dziewczynką na wózku. Kiedy przyjechaliśmy na farmę dla sierot, miałam mokrą

sukienkę i bardzo się wstydziłam, zwłaszcza że wszystkie inne sieroty stały i na nas patrzyły.

Jedna  z  pań  powiedziała  dzieciom,  żeby  przestały  się  gapić  i  poszły  się  pobawić,  ale  one

odeszły tylko kawałek i patrzyły na mnie zza drzew.

Wszystkie  sieroty  mieszkały  w  domach.  W  każdym  domu  było  około  dziesięciu  sierot  i

opiekunka.  Opiekunka  mojego  domu  była  dobrą  kobietą.  Dała  mi  nowe  ubranie  i  szafę  na

moje  rzeczy.  Nigdy  wcześniej  nie  miałam  szafy  i  byłam  z  niej  bardzo  dumna.  Dostałam  też

specjalne  spinki  do  włosów.  Nigdy  nie  miałam  takich  pięknych  rzeczy  i  trzymałam  je  pod

poduszką,  gdzie  były  bezpieczne.  Czasami  budziłam  się  w  nocy  i  myślałam,  jakie  miałam

wielkie  szczęście.  Ale  czasami  płakałam,  bo  myślałam  o  swoim  pierwszym  życiu  i

zastanawiałam  się,  gdzie  są  teraz  moi  wujkowie  i  ciotki.  Widziałam  z  łóżka  gwiazdy,  przez

szparę  między  zasłonami,  i  myślałam:  gdyby  spojrzeli  do  góry,  to  zobaczyliby  te  same

gwiazdy  i  patrzylibyśmy  na  nie  w  tym  samym  czasie.  Ale  nie  byłam  pewna,  czy  o  mnie

pamiętają, bo byłam tylko małą dziewczyną i uciekłam od nich.

Byłam  bardzo  szczęśliwa  na  farmie  dla  sierot.  Ciężko  pracowałam  i  mma  Potokwani,

kierowniczka, powiedziała któregoś dnia, że może nam się poszczęści i ona znajdzie dla nas

nowych  rodziców.  Nie  wierzyłam  w  to  za  bardzo,  bo  nikt  by  nie  chciał  dziewczynki  na

wózku,  skoro  było  mnóstwo  pierwszorzędnych  sierot,  które  umiały  chodzić  i  też  szukały

domu.

Ale pani Potokwani miała rację. Nie sądziłam, że to pan J.L.B. Matekoni nas weźmie, ale

bardzo się ucieszyłam, jak powiedział, że możemy u niego zamieszkać. Tak zaczęło się moje

trzecie życie.

Kiedy odchodziliśmy z farmy dla sierot, upiekli dla nas specjalne ciasto, które zjedliśmy

razem  z  opiekunką  naszego  domu.  Powiedziała,  że  zawsze  jest  jej  bardzo  smutno,  kiedy

któraś  z  sierot  odchodzi,  czuje  się  wtedy  tak,  jakby  odchodził  członek  rodziny.  Ale  bardzo

dobrze  zna  pana  J.L.B.  Matekoniego  i  powiedziała  mi,  że  to  jeden  z  najlepszych  ludzi  w

Botswanie. Będę u niego bardzo szczęśliwa, dodała.

background image

Pojechaliśmy z braciszkiem do jego domu i wkrótce poznaliśmy jego przyjaciółkę, mmę

Ramotswe, która wychodzi za mąż za pana J.L.B. Matekoniego. Powiedziała, że będzie moją

nową matką, i zabrała nas do swojego domu, który lepiej nadaje się dla dzieci niż dom pana

J.L.B. Matekoniego. Mam tu bardzo ładny pokój i dostałam dużo ubrań. Bardzo się cieszę, że

w Botswanie są tacy ludzie. Miałam w życiu wiele szczęścia i z całego serca dziękuję mmie

Ramotswe i panu J.L.B. Matekoniemu.

Jak dorosnę, chciałabym zostać mechanikiem. Będę pomagała panu J.L.B. Matekoniemu

w warsztacie, a wieczorami będę naprawiała ubrania mmy Ramotswe i gotowała jej kolację.

Bardzo bym chciała, żeby na starość mogli być ze mnie dumni i powiedzieć, że byłam bardzo

dobrą córką i dobrą obywatelką Botswany.

Taka  jest  historia  mojego  życia.  Jestem  zwyczajną  dziewczynką  z  Botswany,  ale  to

wielkie szczęście mieć trzy życia. Większość ludzi ma tylko jedno życie.

Ta historia jest prawdziwa. Nic nie zmyśliłam. Wszystko to stało się naprawdę”.

Kiedy  Motholeli  doczytała  do  końca,  zapadła  cisza.  Chłopczyk  spojrzał  na  siostrę  z

uśmiechem.  Pomyślał:  szczęściarz  ze  mnie,  że  mam  taką  mądrą  siostrę.  Mam  nadzieję,  że

Bóg  odda  jej  kiedyś  nogi.  Mma  Ramotswe  położyła  dziewczynce  dłoń  na  ramieniu  i

pomyślała: będę się opiekowała tym dzieckiem. Jestem teraz jej matką. Rose, która słuchała z

korytarza, spuściła wzrok na swoje buty i pomyślała: jak ona to dziwnie wyraziła - trzy życia!

background image

Rozdział ósmy

Niedobór serotoniny

Nazajutrz rano mma Ramotswe najpierw zadzwoniła do pana J.L.B. Matekoniego. Często

rozmawiali ze sobą przez telefon wcześnie rano - a w każdym razie odkąd się zaręczyli - ale z

reguły  dzwonił  pan  J.L.B.  Matekoni.  Dawał  mmie  Ramotswe  czas  na  wypicie  herbaty  z

czerwonokrzewu,  co  najchętniej  robiła  w  ogrodzie,  po  czym  wykręcał  numer  do  niej  i

meldował się dosyć oficjalnie: „Mówi pan J.L.B. Matekoni, mma. Dobrze spałaś?”

Telefon dzwonił ponad minutę, zanim pan J.L.B. Matekoni podniósł słuchawkę.

- Pan J.L.B. Matekoni? To ja. Jak się miewasz? Dobrze spałeś?

Mma Ramotswe poznała po jego zdezorientowanym głosie, że go obudziła.

- O! Tak. Już się obudziłem. To ja.

Mma Ramotswe powtórzyła formalne pozdrowienie. To ważne, by spytać rozmówcę, czy

dobrze spał - należy podtrzymywać tę starą tradycję.

- Dobrze spałeś, rra?

-  Raczej  nie  -  odparł  pan  J.L.B.  Matekoni  matowym  tonem.  -  Spędziłem  całą  noc  na

rozmyślaniach i się nie wyspałem. Zasnąłem, dopiero kiedy wszyscy inni się budzili. Jestem

potwornie zmęczony.

- To niedobrze. Przykro mi, że cię obudziłam. Wracaj do łóżka i wyśpij się. Nie można

ż

yć bez snu.

-  Wiem  o  tym  -  odparł  pan  J.L.B.  Matekoni  z  rozdrażnieniem.  -  Ostatnimi  czasy  ciągle

próbuję  spać,  ale  mi  się  to  nie  udaje.  Mam  wrażenie,  że  w  moim  pokoju  mieszka  jakieś

dziwne zwierzę, które nie chce, żebym spał, i stale mnie trąca.

- Zwierzę? Jakie zwierzę?

-  Nie  ma  żadnego  zwierzęcia.  W  każdym  razie  jak  zapalę  światło.  Tak  tylko  sobie

powiedziałem. Tak naprawdę nie ma żadnego zwierzęcia.

-  Dobrze  się  czujesz,  rra?  -  spytała  mma  Ramotswe  po  chwili  milczenia.  -  Może  jesteś

chory.

background image

- Nie jestem chory - żachnął się pan J.L.B. Matekoni. -  Serce bije, płuca wypełniają się

powietrzem.  Po  prostu  mam  dosyć  tych  wszystkich  problemów.  Boję  się,  że  wszystko

wyjdzie na jaw. I będę skończony.

Mma Ramotswe zmarszczyła brwi.

- Co wyjdzie na jaw? Co się dzieje?

- Wiesz, o czym mówię - odparł pan J.L.B. Matekoni zniżonym głosem. - Bardzo dobrze

wiesz.

- O niczym nie wiem, rra. Oprócz tego, że mówisz bardzo dziwne rzeczy.

-  Ha!  Nie  wypieraj  się,  mma,  bardzo  dobrze  wiesz,  o  co  mi  chodzi.  Zrobiłem  w  życiu

kilka  strasznych  rzeczy,  które  teraz  się  wydadzą  i  zostanę  aresztowany.  Ukarzą  mnie  i

będziesz się za mnie śmiertelnie wstydziła, mma. Możesz mi wierzyć.

Mma  Ramotswe  usiłowała  milcząco  uporać  się  z  tym,  co  usłyszała.  Czy  to  możliwe,  że

pan  J.L.B.  Matekoni  popełnił  jakąś  zbrodnię,  którą  przed  nią  ukrywał?  A  teraz  wyszła  na

ś

wiatło  dzienne?  Nie  do  pomyślenia!  Ten  szlachetny  człowiek  nie  potrafiłby  się  dopuścić

ż

adnej  nikczemności.  Z  drugiej  strony  nawet  szlachetni  ludzie  miewają  mroczne  tajemnice.

Słyszała,  że  każdy  popełnia  w  życiu  co  najmniej  jedną  rzecz,  której  się  wstydzi.  Biskup

Makhulu wygłosił kiedyś odczyt na ten temat w Klubie Kobiecym. Powiedział, że nie spotkał

ani  jednej  osoby,  nawet  wśród  duchownych,  która  nie  miałaby  na  swoim  koncie  jakiegoś

zawstydzającego  czynu.  Nawet  święci  mieli  coś  na  sumieniu.  Święty  Franciszek,  być  może,

nadepnął na gołębia - nie, to niemożliwe, ale może zrobił coś, czego później żałował. Co się

tyczy  mmy  Ramotswe,  to  chętnie  zmieniłaby  parę  rzeczy  w  swoim  życiorysie.  W  wieku

sześciu  lat  oblała  syropem  najlepszą  sukienkę  koleżanki,  bo  sama  takiej  nie  miała.  Czasem

widywała  tę  osobę,  która  mieszkała  teraz  w  Gaborone  i  była  żoną  pracownika  sortowni

diamentów. Mma Ramotswe zadawała sobie czasem pytanie, czy powinna przyznać się po z

górą  trzydziestu  latach  do  winy,  ale  nie  umiała  się  na  to  zdobyć.  Za  każdym  razem,  gdy  ta

kobieta  przyjaźnie  ją  pozdrawiała,  mmie  Ramotswe  przypominał  się  jej  postępek:  kiedy

koleżanka zostawiła któregoś dnia sukienkę w klasie, mała Precious wzięła puszkę z syropem

i wylała go na różowy materiał. Wiedziała, że któregoś dnia trzeba będzie się przyznać. Może

powinna poprosić biskupa Makhulu, żeby napisał w jej imieniu list. „Jedna z moich owieczek

pragnie  uzyskać  Pani  przebaczenie,  mma.  Bardzo  jej  ciąży  krzywda,  którą  Pani  przed  laty

wyrządziła. Czy pamięta Pani swoją ulubioną różową sukienkę...”

Jeśli  pan  J.L.B.  Matekoni  dopuścił  się  czegoś  podobnego  -  na  przykład  oblał  kogoś

olejem  silnikowym  -  to  nie  miał  powodów  do  zmartwienia.  Niewiele  jest  krzywd,  poza

morderstwem,  których  nie  dałoby  się  naprawić.  Wiele  z  nich  jest  bardziej  błahych,  niż  się

wydaje  ich  sprawcy,  i  można  z  czystym  sumieniem  odłożyć  je  do  lamusa.  A  nawet

poważniejsze  mogą  zostać  wybaczone,  jeśli  się  do  nich  przyznać.  Należało  uspokoić  pana

J.L.B. Matekoniego. Łatwo jest zrobić z igły widły, jeśli ktoś się czymś zamartwia przez całą

noc.

background image

- Każdy zrobił w życiu coś złego, rra. Ty,  ja, mma Makutsi, nawet papież. Nikt nie jest

doskonały.  Ludzie  się  tacy  nie  rodzą.  Nie  wolno  ci  się  tym  przejmować.  Powiedz  mi,  o  co

chodzi. Na pewno zrobi ci się lżej na sercu.

- Och, nie mogę, mma. Nawet nie śmiem o tym myśleć. Byłabyś potwornie zaszokowana

i  nie  chciałabyś  mieć  ze  mną  nic  wspólnego.  Widzisz,  nie  jestem  ciebie  godzien.  Nie

zasługuję na taką dobrą kobietę jak ty.

Mma Ramotswe zaczynała wpadać w złość.

- Głupstwa opowiadasz. Oczywiście, że na mnie zasługujesz. Jestem zupełnie zwyczajną

osobą, a ty niezwykle prawym człowiekiem. Jesteś bardzo dobrym mechanikiem i ludzie cię

cenią. Dokąd wysoki komisarz zawozi swoje auto do przeglądu? Do ciebie. Do kogo zwraca

się  farma  dla  sierot,  kiedy  musi  coś  naprawić?  Do  ciebie.  Jesteś  właścicielem  świetnego

warsztatu i czuję się zaszczycona, że wychodzę za ciebie za mąż. I nie próbuj mi wmawiać,

ż

e jest inaczej.

Jej słowa zostały skwitowane milczeniem. A potem:

-  Ale  ty  nie  wiesz,  jaki  ze  mnie  zły  człowiek.  Nigdy  ci  nie  powiedziałem  o  tych

wszystkich łajdactwach.

- To mi powiedz. Powiedz mi teraz. Jestem silna, zniosę to.

- Och, nie mogę tego zrobić, mma. Przeżyłabyś szok.

Mma Ramotswe zdała sobie sprawę, że ta rozmowa do niczego nie prowadzi, i zmieniła

taktykę.

- A skoro już mowa o warsztacie: nie było cię wczoraj ani przedwczoraj. Mma Makutsi

kieruje nim za ciebie, ale to nie może trwać wiecznie.

-  Bardzo  się  cieszę,  że  mma  Makutsi  mnie  zastępuje  -  odparł  pan  J.L.B.  Matekoni

bezbarwnym  tonem. -  Czuję  się trochę  osłabiony.  Chyba  powinienem  zostać  w  domu.  Mma

Makutsi poradzi sobie ze wszystkim. Podziękuj jej ode mnie.

Mma wzięła głęboki wdech.

-  Nie  jesteś  zdrowy,  panie  J.L.B.  Matekoni.  Mogę  cię  umówić  na  wizytę  u  lekarza.

Rozmawiałam  z  doktorem  Moffatem.  Powiedział,  że  cię  przyjmie.  Uważa,  że  to  dobry

pomysł.

-  Nic  mi  nie  nawala  -  odparł  pan  J.L.B.  Matekoni.  -  Nie  muszę  chodzić  do  doktora

Moffata. Co on może dla mnie zrobić? Nic.

Rozmowa  ta  mocno  zaniepokoiła  mmę  Ramotswe,  która  po  rozłączeniu  się  przez  kilka

minut  w  zdenerwowaniu  przemierzała  kuchnię.  Nie  ulegało  dla  niej  wątpliwości,  że  doktor

Moffat miał rację: pan J.L.B. Matekoni zachorował na depresję, jak nazwał to lekarz. Teraz

jednak  bardziej  martwiły  ją  te  straszne  rzeczy  z  jego  przeszłości.  Nie  znała  mniej

prawdopodobnego kandydata na mordercę niż pan J.L.B. Matekoni, ale gdyby się okazało, że

jednak?  Czy  wpłynęłoby  to  na  jej  uczucia  do  niego,  gdyby  się  dowiedziała,  że  kogoś  zabił,

czy  też  powiedziałaby  sobie,  że  to  nie  jego  wina,  że  działał  w  obronie  własnej,  gdy  stuknął

background image

ofiarę w czaszkę kluczem francuskim? Tak zawsze robią żony i dziewczyny morderców. No i

oczywiście  matki.  Wszystkie  matki  morderców  twierdzą,  że  ich  synowie  nie  są  tacy  źli,  jak

ludzie mówią. Oczywiście dla matki mężczyzna do końca życia pozostaje małym chłopcem, a

mali chłopcy są prawnie niezdolni do popełnienia morderstwa.

Note  Mokoti  miał  zadatki  na  mordercę.  Bez  problemu  potrafiłby  z  zimną  krwią  zabić

człowieka,  ponieważ  był  pozbawiony  uczuć.  Łatwo  było  sobie  wyobrazić,  że  Note  zadźgał

kogoś na śmierć, a potem poszedł sobie tak spokojnie, jakby uścisnął ofierze dłoń. Kiedy bił

ramę  Ramotswe,  a  robił  to  wielokrotnie,  zanim  ją  zostawił,  nie  okazywał  emocji.  Pewnego

razu, kiedy rozciął jej łuk brwiowy, przyjrzał się swemu dziełu jak lekarz oglądający ranę.

- Będziesz musiała pójść z tym do szpitala - stwierdził beznamiętnym głosem. - Paskudna

rana. Na przyszłość musisz bardziej uważać.

W  całej  historii  z  Note  była  wdzięczna  za  jedną  rzecz  -  że  jej  tata  jeszcze  żył,  kiedy

rozstała się z mężem. Przynajmniej zdążył się ucieszyć, że jego córka już nie przebywa pod

jednym  dachem  z  tym  człowiekiem,  nawet  jeśli  przez  prawie  dwa  lata  cierpiał  razem  z  nią.

Kiedy  pojechała  do  niego  i  powiedziała,  że  Note  zniknął,  nie  wypominał  jej,  jaka  była

nierozsądna,  wychodząc  za  takiego  typa,  choć  być  może  tak  sobie  pomyślał.  Jak  zawsze

zachował  się  niezwykle  wielkodusznie,  powiedział  tylko,  żeby  zamieszkała  z  powrotem  u

niego, że będzie się nią opiekował i że ma nadzieję, iż życie będzie teraz dla nich łaskawsze.

Jednakże Note Mokoti i pan J.L.B. Matekoni to byli dwaj zupełnie różni ludzie. Zbrodnie

popełniał Note, nie pan J.L.B. Matekoni. Ale czemu twierdził, że zrobił coś strasznego, skoro

tak nie było? To pozostało dla niej zagadką i jak zawsze w takich sytuacjach udała się tam,

gdzie w razie wątpliwości można było uzyskać informacje: do Botswana Book Centre.

Zjadła  szybko  śniadanie  i  zostawiła  dzieci  pod  opieką  Rose.  Chętnie  poświęciłaby  im

trochę  czasu,  ale  jej  życie  było  w  tej  chwili  zbyt  skomplikowane.  Pana  J.L.B.  Matekoniego

przeniosła na pierwsze miejsce listy, na dalszych znalazły się: warsztat, śledztwo w sprawie

brata człowieka z rządu i przeprowadzka do nowego biura. Przytłaczająca lista: każdy punkt

był pilny, a przecież doba zawsze ma tylko dwadzieścia cztery godziny.

Pojechała  do  centrum,  do  którego  miała  niedaleko,  i  znalazła  dla  maleńkiej  białej

furgonetki dobre miejsce do parkowania za budynkiem Standard Bank. Potem, pozdrowiwszy

parę znajomych twarzy na placu, skierowała się ku Botswana Book Centre.

Był to jej ulubiony sklep w mieście. Z reguły przeznaczała dobrą godzinę na zakup nawet

jednej książki, dzięki czemu miała możliwość poszperać wśród regałów. Jednakże tego ranka

miała  wyraźnie  wytyczony  cel,  toteż  oparła  się  umizgom  magazynów  ilustrowanych,  które

wabiły ją zdjęciami upiększonych domów i eleganckich sukienek.

- Chciałabym porozmawiać z kierownikiem - powiedziała do osoby z personelu.

- A ja nie mogę pani pomóc? - spytała młoda ekspedientka. Mma Ramotswe nie ustąpiła.

Ekspedientka  była  uprzejma,  ale  zbyt  młoda,  a  mma  Ramotswe  chciała  pomówić  z

człowiekiem, który zna się na książkach.

- Nie, chcę porozmawiać z kierownikiem, mma. To ważna sprawa.

background image

Wezwano kierownika, który grzecznie przywitał się z mma Ramotswe.

- Miło panią widzieć. Przyszła pani tutaj w roli detektywa?

Mma Ramotswe roześmiała się.

-  Nie,  rra.  Szukam  książki,  która  by  mi  pomogła  rozwiązać  pewien  bardzo  delikatny

problem. Czy mogę liczyć na pańską dyskrecję?

-  Oczywiście,  mma.  Nie  spotka  pani  księgarza,  który  rozpowiada,  jakie  książki  czytają

jego klienci. Rygorystycznie tego przestrzegamy.

- Doskonale. Szukam książki o chorobie, która nazywa się depresja. Słyszał pan o takiej

książce?

Kierownik skinął głową.

-  Proszę  się  nie  martwić,  mma.  Nie  tylko  słyszałem,  ale  mam  ją  na  półce.  Bardzo  mi

przykro, mma - dodał po chwili przerwy. - Depresja to nieprzyjemna choroba.

Mma Ramotswe spojrzała przez ramię.

- Nie chodzi o mnie, tylko o pana J.L.B. Matekoniego. Myślę, że jest w depresji.

Z miną wyrażającą współczucie kierownik zaprowadził ją do półki w rogu i wyjął cienką

książkę w czerwonej okładce.

- To bardzo dobra książka o depresji - powiedział, wręczywszy ją mmie Ramotswe. - Jak

można przeczytać na okładce, wielu ludziom pomogła w uporaniu się z tą chorobą. Bardzo mi

przykro z powodu pana J.L.B. Matekoniego. Mam nadzieję, że dzięki tej książce poczuje się

lepiej.

- Bardzo mi pan pomógł, rra. Dziękuję panu. Nasz kraj ma wielkie szczęście, że prowadzi

pan tę znakomitą księgarnię. Dziękuję serdecznie.

Zapłaciła i wróciła do maleńkiej białej furgonetki, kartkując po drodze książkę. Wpadło

jej w oko pewne zdanie i zatrzymała się, żeby je przeczytać. „Charakterystycznym objawem

depresji  jest  poczucie,  że  zrobiło  się  coś  strasznego,  na  przykład  zaciągnęło  dług  nie  do

spłacenia  albo  popełniło  przestępstwo.  Towarzyszy  temu  zazwyczaj  poczucie  braku  własnej

wartości.  Występek  z  reguły  jest  oczywiście  wyimaginowany,  ale  żadne  argumenty  nie

przekonają o tym chorego”.

Mma Ramotswe przeczytała to zdanie ponownie i nastrój niezmiernie jej się poprawił. Po

książce o depresji raczej nie oczekuje się takiego działania, ale tym razem tak właśnie było.

Pan  J.L.B.  Matekoni  nie  zrobił,  rzecz  jasna,  nic  strasznego.  Doskonale  wiedziała,  że  jest  to

człowiek  o  nieposzlakowanej  opinii.  Teraz  należało  tylko  zaciągnąć  go  do  lekarza,  żeby

poddał się leczeniu. Zamknęła książkę i przestudiowała notę na tylnej okładce. „Ta z gruntu

uleczalna  choroba...”  To  jeszcze  bardziej  ją  pocieszyło.  Wiedziała,  co  trzeba  zrobić,  i  lista,

która  rano  wydawała  się  jej  taka  długa  i  skomplikowana,  teraz  jej  już  tak  bardzo  nie

przerażała.

Z  Botswana  Book  Centre  pani  detektyw  pojechała  prosto  do  Tlokweng  Road  Speedy

Motors. Ku swojej wielkiej uldze zobaczyła, że drzwi warsztatu są otwarte i przed biurem stoi

background image

mma  Makutsi  z  filiżanką  herbaty  w  ręku.  Dwaj  uczniowie  siedzieli  na  puszkach  po  oleju,

jeden palił papierosa, a drugi pił coś zimnego z puszki.

- Dosyć wcześnie na przerwę - powiedziała mma Ramotswe, zerkając na terminatorów.

-  Och,  mma,  zasłużyliśmy  sobie  na  przerwę  -  odparła  mma  Makutsi.  -  Jesteśmy  tu  już

dwie i pół godziny. Wszyscy przyszliśmy o szóstej i bardzo ciężko pracowaliśmy.

- Tak, strasznie ciężko - potwierdził jeden z uczniów. - Odwaliliśmy kawał dobrej roboty.

Niech jej pani powie, mma. Niech jej pani powie, co pani zrobiła!

- P.o. dyrektora jest mechanikiem numer jeden - wtrącił się drugi uczeń. -  Chyba nawet

lepszym od szefa.

Mma Makutsi parsknęła śmiechem.

-  Za  bardzo  się  przyzwyczailiście  schlebiać  kobietom,  chłopcy.  Na  mnie  to  nie  działa.

Jestem tutaj jako p.o. dyrektora, a nie jako kobieta.

- Kiedy to prawda, mma - upierał się starszy uczeń. - Skoro pani nie chce powiedzieć, to

ja powiem. Mieliśmy auto, które stało u nas od kilku dni. Należy do przełożonej pielęgniarek

w  Princess  Marina  Hospital.  To  bardzo  mocna  kobieta  i  nie  chciałbym  być  zmuszony  z  nią

zatańczyć. Ja cię kręcę!

- Ta kobieta w życiu by z tobą nie zatańczyła - zgasiła go mma Makutsi. - Czemu miałaby

tańczyć  z  usmarowanym  olejem  chłopakiem,  skoro  może  tańczyć  z  chirurgami  i  im

podobnymi?

Uczeń zbył tę obelgę śmiechem.

-  W  każdym  razie  przywiozła  swój  samochód  i  powiedziała,  że  czasem  staje  na  środku

ulicy  i  mija  trochę  czasu,  zanim  znowu  ruszy.  A  po  chwili  znów  staje.  Obejrzeliśmy  silnik.

Zapalił od pierwszego razu. Pojechałem na stare lotnisko, a potem przejechałem się kawałek

Lobatse  Road.  I  nic.  Ani  razu  nie  zgasł.  Ale  ta  kobieta  mówiła,  że  ciągle  jej  stawał.

Wymieniłem  świece  i  pojechałem  jeszcze  raz.  Auto  zatrzymało  się  na  rondzie  koło  klubu

golfowego.  Po  prostu  stanęło.  Potem  ruszyło.  I  zdarzyła  się  dziwna  rzecz,  o  której  mówiła

nam  kobieta:  jak  auto  stanęło,  uruchomiły  się  wycieraczki,  chociaż  nawet  nie  tknąłem

dźwigienki.

Dzisiaj rano powiedziałem do mmy Makutsi: „To bardzo dziwny samochód, mma. Staje,

a potem rusza”.

Mma Makutsi przyszła obejrzeć auto. Zajrzała do silnika i zobaczyła, że świece są nowe,

akumulator  też.  Potem  otworzyła  drzwi,  wsiadła  i  zrobiła  taką  minę,  z  nosem  do  góry.  I

powiedziała: „W tym aucie śmierdzi myszami. Mówię wam, czuć tu myszy”.

Rozejrzała się po kabinie. Zaglądnęła pod siedzenie, ale nic nie znalazła. Potem kuknęła

pod  deskę  rozdzielczą  i  zawołała  do  mnie  i  mojego  kolegi:  „Tu  jest  gniazdo  myszy!  Zjadły

izolację tych kabelków - popatrzcie!”

Okazało  się,  że  to  są  kabelki  od  stacyjki.  Dwa  z  nich  się  stykały  albo  prawie  stykały  -

właśnie  tam,  gdzie  myszy  przegryzły  izolację.  Silnik  myślał,  że  stacyjka  jest  wyłączona,

kiedy  kabelki  się  zetknęły,  za  to  włączały  się  wycieraczki.  A  więc  usterka  została

background image

zlokalizowana.  Myszy  zdążyły  uciec  z  auta.  Mma  Makutsi  wyjęła  ich  gniazdo  i  wyrzuciła.

Potem  owinęła  kabelki  taśmą  izolacyjną  i  samochód  jest  naprawiony.  Problem  z  myszami

zniknął, bo ta kobieta jest świetnym detektywem.

- Detektywem-mechanikiem - dodał drugi uczeń. - Mężczyzna byłby przy niej niezwykle

szczęśliwy, ale wypompowany!

-  Cicho  bądź!  -  skarciła  go  mma  Makutsi  żartobliwie.  -  Wracajcie  do  pracy,  chłopaki.

Jestem  p.o.  dyrektora,  a  niejedną  z  dziewczyn,  które  podrywacie  w  knajpach.  Marsz  do

roboty!

Mma Ramotswe zaśmiała się.

- Z pewnością ma pani talent do wykrywania różnych rzeczy. Może zawody detektywa i

mechanika nie różnią się tak bardzo.

Poszły do biura. Mma Ramotswe od razu zauważyła, że mma Makutsi okiełznała bałagan.

Na  biurku  pana  J.L.B.  Matekoniego  wciąż  było  mnóstwo  papierów,  ale  posortowanych  w

kupki: rachunki do wysłania, rachunki do zapłacenia i tak dalej. Katalogi części zamiennych

znalazły swoje miejsce na szafce z dokumentami, a instrukcje obsługi na półce za biurkiem. O

jedną  ze  ścian  opierała  się  błyszcząca  biała  tablica,  którą  mma  Makutsi  podzieliła  na  dwie

kolumny: AUTA PRZYJĘTE i AUTA DO WYDANIA.

-  Nauczyli  nas  w  studium  sekretarskim,  że  ważne  jest  mieć  jakiś  system  -  powiedziała

mma Makutsi. - Jeśli ktoś ma system, który mu podpowiada, gdzie się znajduje, to nigdy się

nie zgubi.

-  To  prawda  -  zgodziła  się  z  nią  mma  Ramotswe.  -  Widać,  że  znali  się  na  zarządzaniu

firmą.

Mma Makutsi promieniała.

-  Jeszcze  jedna rzecz -  powiedziała.  -  Myślę, że  byłoby  dobrze, gdybym  prowadziła dla

pani listę.

- Listę?

-  Tak  -  odparła  mma  Makutsi,  wręczając  jej  czerwoną  teczkę.  -  Przygotowałam  listę,

którą  będę  codziennie  aktualizowała.  Jak  pani  zobaczy,  podzieliłam  ją  na  trzy  rubryki:

PILNE, NIE TAKIE PILNE i KIEDYŚ W PRZYSZŁOŚCI.

Mma Ramotswe westchnęła. Nie potrzebowała kolejnej listy, ale nie chciała robić mmie

Makutsi przykrości.

- Dziękuję, mma - powiedziała, otwierając teczkę. - Widzę, że już pani coś powpisywała.

-  Tak.  Dzwoniła  pani  Potokwani  z  farmy  dla  sierot.  Chciała  rozmawiać  z  panem  J.L.B.

Matekonim, ale powiedziałam, że go nie ma. Ona na to, że właściwie to chciała skontaktować

się z panią i czy mogłaby pani do niej zadzwonić. Jak pani widzi, wpisałam to w rubryce NIE

TAKIE PILNE.

- Zatelefonuję do niej. Na pewno chodzi o dzieci. Lepiej zadzwonię od razu.

Mma Makutsi wróciła do warsztatu i mma Ramotswe usłyszała, że jej asystentka wydaje

polecenia  terminatorom.  Podniosła  słuchawkę  -  pokrytą,  jak  zauważyła,  lepkimi  odciskami

background image

palców  -  i  wykręciła  numer  zanotowany  przez  mmę  Makutsi.  Czekając,  aż  ktoś  odbierze,

postawiła dużego czerwonego ptaszka obok jedynej pozycji na liście.

Odebrała mma Potokwani.

- Bardzo miło, że pani dzwoni, mma Ramotswe. Mam nadzieję, że z dziećmi wszystko w

porządku?

- Doskonale się zadomowiły - odparła mma Ramotswe.

- Świetnie. Mma Ramotswe, czy mogłabym panią o coś prosić?

Mma  Ramotswe  wiedziała,  że  tak  funkcjonuje  farma  dla  sierot.  Stale  potrzebowała

pomocy i oczywiście wszyscy chcieli pomóc. Nikt nie umiał odmówić mmie Potokwani.

- Pomogę pani, mma. Proszę mi tylko powiedzieć, o co chodzi.

-  Chciałabym,  żeby  przyjechała  pani  do  mnie  na  herbatę.  Dzisiaj  po  południu,  jeśli  to

możliwe. Jest coś, co powinna pani zobaczyć.

- Nie może mi pani powiedzieć, co to jest?

- Nie, mma. Trudno to opisać przez telefon. Lepiej niech pani sama zobaczy.

background image

Rozdział dziewiąty

Na farmie dla sierot

Na  farmę  dla  sierot  jechało  się  z  miasta  jakieś  dwadzieścia  minut.  Mma  Ramotswe

bywała  tam  już  wcześniej,  choć  nie  tak  często  jak  pan  J.L.B.  Matekoni,  który  regularnie

jeździł  naprawiać  różne  stale  się  psujące  urządzenia  mechaniczne.  Nieustannych  zabiegów

wymagała  na  przykład  pompa  głębinowa,  jak  również  hamulce  minubusa.  Pan  J.L.B.

Matekoni nie żałował im swego czasu i ludzie z fermy dobrze o nim myśleli, tak jak wszyscy.

Mma  Ramotswe  lubiła  mmę  Potokwani,  której  była  dalekim  krewnym  od  strony  matki.

Wiele osób w Botswanie łączą więzy rodzinne, toteż cudzoziemcy muszą bardzo się pilnować

z  krytycznymi  uwagami  na  temat  kogokolwiek,  bo  może  się  okazać,  że  mówią  o  dalekim

kuzynie rozmówcy.

Kiedy  mma  Ramotswe  przybyła  na  miejsce,  mma  Potokwani  stała  przed  biurem  i

rozmawiała  z  jednym  z  pracowników.  Skierowała  maleńką  białą  furgonetkę  na  parking  dla

odwiedzających pod cienistym jaśminowcem i zaprosiła swojego gościa do środka.

-  Strasznie  ostatnio  gorąco,  mma  Ramotswe  -  powiedziała.  -  Ale  mam  w  biurze  mocny

wentylator. Jak go włączę na maksimum, to wywiewa ludzi z pokoju. Bardzo użyteczna broń.

- Mam nadzieję, że ze mną pani tego nie zrobi - odparła mma Ramotswe.

Wyobraziła sobie, że trzepocząc ubraniem, zostaje wydmuchnięta pod niebo, skąd ogląda

drzewa, dróżki i bydło patrzące na nią do góry w osłupieniu.

-  Oczywiście,  że  nie  -  powiedziała  mma  Potokwani.  -  Pani  należy  do  gości,  których

chętnie przyjmuję. Nie lubię natomiast takich, co się wtrącają. Próbują mi powiedzieć, jak się

powinno zarządzać farmą. Miewamy tu takich. Wszędzie wtykają swój nos. Myślą, że znają

się na sierotach, ale to nieprawda. Najlepiej znają się na sierotach te panie.

Pokazała  za  okno  na  dwie  opiekunki  domów.  Te  krzepkie  kobiety  w  niebieskich

fartuchach  prowadziły  na  spacer  dwójkę  pędraków,  mocno  trzymając  dzieci  za  rączki  i

wspierając je w niepewnych jeszcze krokach.

- Tak - podjęła mma Potokwani - te panie się znają. Umieją się zająć każdym dzieckiem.

Wyjątkowo  smutnym,  które  ciągle  płacze  za  zmarłą  matką.  Wyjątkowo  niedobrym,  które

background image

nauczono kraść. Wyjątkowo bezczelnym, któremu nie wpojono szacunku do starszych i które

używa brzydkich słów. Te panie umieją się z takimi obchodzić.

-  To  bardzo  dobre  kobiety  -  zawyrokowała  mma  Ramotswe.  -  Dwie  sieroty,  które

wzięliśmy z panem J.L.B. Matekonim, mówią, że były tutaj bardzo szczęśliwe. Nie dalej jak

wczoraj Motholeli przeczytała mi swoje zadanie domowe: historię swojego życia. Wspomina

w niej o pani.

-  Cieszę  się,  że  była  tu  szczęśliwa.  To  niezwykle  dzielna  dziewczynka.  Ale  nie

zaprosiłam pani tutaj, żeby rozmawiać o tych dzieciach, mma. Chciałam pani opowiedzieć o

bardzo  dziwnej  rzeczy,  która  się  tutaj  wydarzyła.  To  takie  dziwne,  że  nawet  opiekunki

domów  nie  potrafią  z  tym  dojść  do  ładu.  Dlatego  pomyślałam,  że  zapytam  panią.

Zadzwoniłam do pana J.L.B. Matekoniego, żeby poprosić o pani numer.

Nalała mmie Ramotswe herbatę i zaczęła kroić ciasto owocowe, które stało koło tacy.

- To ciasto upiekły nasze starsze dziewczyny - wyjaśniła. - Uczymy je gotować.

Mma  Ramotswe  wzięła  duży  kawałek  ciasta  i  przyjrzała  się  soczystym  owocom.  Co

najmniej siedemset kalorii, pomyślała, ale co tam. Była tradycyjnie zbudowaną kobietą i nie

musiała się przejmować takimi sprawami.

-  Wie  pani,  że  bierzemy  najróżniejsze  dzieci  -  ciągnęła  mma  Potokwani.  -  Z  reguły  są

tutaj  przywożone,  kiedy  umiera  matka  i  nikt  nie  wie,  kto  jest  ojcem.  Babcia  często  nie  daje

sobie rady, bo jest za bardzo chora albo biedna, a oprócz niej dzieci nie mają nikogo. Czasami

przywożą  je  ludzie  z  opieki  społecznej,  czasami  policja.  Czasami  są  po  prostu  gdzieś

zostawiane i zwykli obywatele się z nami kontaktują.

- Dzieci mają szczęście, że tutaj trafiają - powiedziała mma Ramotswe.

-  Tak.  I  cokolwiek  im  się  przydarzyło,  z  reguły  my  o  tym  wiemy.  Nic  nas  nie  potrafi

zaszokować. Ale od czasu do czasu trafiają się bardzo nietypowe przypadki i nie wiemy, co

robić.

- I teraz macie takie dziecko?

- Właśnie. Jak pani zje ciasto, to pokażę pani chłopca bez imienia. Jeśli nie mają imion, to

im je nadajemy. Dostają dobre botswańskie imiona. Ale zazwyczaj chodzi o niemowlęta. Inne

dzieci mówią nam, jak mają na imię. Ten chłopiec nam nie powiedział. Wygląda wręcz na to,

ż

e w ogóle nie nauczył się mówić. Postanowiliśmy więc dać mu na imię Mataila.

Mma  Ramotswe  dokończyła  ciasto  i  dopiła  herbatę.  Potem  poszła  z  mmą  Potokwani  do

domu stojącego na skraju grupy budynków, w których mieszkały sieroty. Rosła tam fasola, a

maleńkie  podwórko  było  starannie  zamiecione.  Ta  opiekunka  umie  prowadzić  dom,

pomyślała  mma  Ramotswe.  W  takim  razie  jak  to  możliwe,  że  nie  daje  sobie  rady  z  małym

chłopcem?

Opiekunka domu, mma Kerileng, była w kuchni. Wytarłszy ręce w fartuch, przywitała się

serdecznie  z  mma  Ramotswe  i  zaprosiła  obie  kobiety  do  salonu.  Pokój  był  pogodnie

przystrojony.  Obrazki  namalowane  przez  dzieci  wisiały  przypięte  do  dużej  tablicy.  W  kącie

stało pudło pełne zabawek.

background image

Mma Kerileng zaczekała, aż jej goście usiądą, po czym opuściła się na jeden z pękatych

foteli ustawionych wokół niskiego stolika na środku pokoju.

- Słyszałam o pani, mma - powiedziała do mmy Ramotswe. - Widziałam pani zdjęcie w

gazecie.  I  oczywiście  znam  pana  J.L.B.  Matekoniego,  który  przyjeżdża  tutaj  i  naprawia  te

ciągle psujące się maszyny. Ma pani szczęście, że wychodzi pani za mężczyznę, który potrafi

wszystko naprawić. Większość mężczyzn umie tylko psuć.

Mma Ramotswe przyjęła ten komplement skinieniem głowy.

-  To  dobry  człowiek  -  odrzekła.  -  Ostatnio  nie  czuje  się  najlepiej,  ale  mam  nadzieję,  że

szybko wyzdrowieje.

- Ja też mam taką nadzieję - stwierdziła mma Kerileng.

Spojrzała wyczekująco na mmę Potokwani.

-  Chciałam,  żeby  mma  Ramotswe  zobaczyła  Matailę  -  powiedziała  kierowniczka  farmy

dla sierot. - Może udzieli nam dobrej rady. Jak on się dzisiaj miewa?

- Tak samo jak wczoraj - odparła mma Kerileng. - I przedwczoraj. Żadnej zmiany.

Mma Potokwani westchnęła.

- Jest bardzo smutny - wyjaśniła. - Śpi teraz? Możemy do niego iść?

- Myślę, że już się obudził - powiedziała opiekunka domu. - W każdym razie sprawdźmy.

Wstała  z  krzesła  i  poprowadziła  je  korytarzem  z  wyfroterowaną  na  wysoki  połysk

podłogą. Mma Ramotswe zauważyła z aprobatą, że w domu jest bardzo czysto. Wiedziała, że

mma  Kerileng  to  bardzo  pracowita  kobieta.  W  całym  kraju  kobiety  pracują  bez  końca  i

rzadko  spotyka  je  za  to  słowo  pochwały.  Politycy  bezczelnie  przypisują  sobie  całą  zasługę

zbudowania Botswany, zawłaszczając ciężką pracę takich kobiet jak mma Kerileng.

Stanęły  pod  drzwiami  na  końcu  korytarza  i  mma  Kerileng  wyjęła  klucz  z  kieszeni

fartucha.

-  Nie  pamiętam,  kiedy  ostatni  raz  zamknęłam  dziecko  w  pokoju  -  powiedziała.  -  Sądzę

nawet, że nigdy wcześniej nie musiałam tego robić.

Uwaga ta wprawiła mmę Potokwani w zakłopotanie.

- Nie da się inaczej. Uciekłby do buszu.

- Oczywiście - potwierdziła mma Kerileng. - Ale to takie smutne.

Pchnęła  drzwi  pokoju,  w  którym  był  tylko  materac.  Zamiast  szyby  w  oknie  była  krata

antywłamaniowa. Na materacu, z rozsuniętymi na boki nogami, siedział pięcio-, sześcioletni

chłopiec, nagusieńki.

Chłopiec spojrzał na wchodzące kobiety i w jego oczach mignął lęk, jak u wystraszonego

zwierzęcia, ale po chwili w jego wzroku zagościła pustka.

-  Jak  się  dzisiaj  czujesz,  Mataila?  -  spytała  mma  Potokwani,  mówiąc  bardzo  powoli  w

języku setswana. - Ta pani nazywa się mma Ramotswe. Ramotswe. Widzisz ją?

Chłopiec podniósł na nią wzrok i opuścił z powrotem na podłogę, kiedy kobieta umilkła.

- Chyba nic nie rozumie - powiedziała mma Potokwani. - Ale i tak do niego mówimy.

- Próbowałyście innych języków? - spytała mma Ramotswe.

background image

Mma Potokwani skinęła głową.

-  Wszystkich,  które  przyszły  nam  do  głowy.  Sprowadziliśmy  człowieka  z  filologii

afrykańskiej  z  uniwersytetu.  Mówił  do  Mataili  rzadziej  używanymi  językami,  na  wypadek,

gdyby  się  okazało,  że  przywędrował  z  Zambii.  Próbowaliśmy  herero.  Próbowaliśmy  san,

chociaż widać po nim, że nie jest Mosarwa. I nic, żadnego skutku.

Mma  Ramotswe  podeszła  krok  bliżej.  Chłopiec  uniósł  nieznacznie  głowę,  ale  nic  poza

tym. Zbliżyła się jeszcze o krok.

- Niech pani uważa: gryzie - ostrzegła ją mma Potokwani. - Nie zawsze, ale dosyć często.

Mma 

Ramotswe 

stanęła 

miejscu. 

Gryzienie 

należy 

Botswanie 

do

rozpowszechnionych  metod  walki,  mma  Ramotswe  nie  była  więc  zaskoczona  spotkaniem  z

dzieckiem,  które  gryzie.  Gazety  pisały  ostatnio  o  ataku  z  użyciem  zębów  w  Mmegi.  Kelner

pogryzł  klienta  po  kłótni  na  temat  za  małej  reszty  i  sprawa  skończyła  się  przed  sądem  w

Lobatse.  Kelner  został  skazany  na  miesiąc  więzienia  i  bezzwłocznie  ugryzł  konwojenta.

Kolejny  przykład  krótkowzroczności  ludzi  agresywnych:  drugie  ugryzienie  kosztowało

kelnera dalsze trzy miesiące więzienia.

- Mataila? - odezwała się mma Ramotswe, lecz chłopiec nie zareagował. - Mataila?

Wyciągnęła ku niemu rękę, gotowa szybko ją cofnąć w razie potrzeby.

Chłopiec  zawarczał.  Nie  ma  na  to  innego  słowa,  pomyślała.  Było  to  warknięcie,  niski,

charczący dźwięk, który zdawał się wychodzić z klatki piersiowej.

- Słyszała pani? - spytała mma Potokwani. - Coś niezwykłego, prawda? Pewnie się pani

zastanawia,  dlaczego  jest  goły:  bo  podarł  zębami  ubranie,  które  mu  dałyśmy,  i  rzucił  na

ziemię. Dostał od nas dwie pary szortów i obie potraktował tak samo. - Teraz mma Potokwani

podeszła  bliżej.  -  Wstań  i  wyjdź  na  dwór,  Mataila.  Mma  Kerileng  zabierze  cię  na  świeże

powietrze.

Ostrożnie  chwyciła  chłopca  za  ramię.  Głowa  obróciła  się  i  mma  Ramotswe  sądziła,  że

chłopak  zamierza  ugryźć  kierowniczkę,  ale  on  wstał  potulnie  i  pozwolił  się  wyprowadzić  z

pokoju.

Na  zewnątrz  mma  Kerileng  wzięła  chłopca  za  rękę  i  poszła  z  nim  ku  kępie  drzew  koło

ogrodzenia  farmy.  Chłopiec  poruszał  się  dosyć  dziwnie,  to  było  coś  pomiędzy  chodem  a

biegiem, jakby szykował się do skoku.

-  Taki  jest  nasz  Mataila  -  powiedziała  mma  Potokwani,  kiedy  obserwowały,  jak  mma

Kerileng oddala się ze swoim podopiecznym. - Co pani o tym sądzi?

Mma Ramotswe skrzywiła się.

- Przedziwna sprawa. Temu dziecku musiało się przydarzyć coś strasznego.

-  Bez  wątpienia.  Powiedziałam  to  lekarzowi,  który  go  badał,  a  on  na  to,  że  może  tak,

może nie. Stwierdził, że zdarzają się takie dzieci. Odludki, które nie uczą się mówić.

Mma Ramotswe zobaczyła, że mma Kerileng na chwilę puszcza rękę dziecka.

- Nie można z niego spuszczać oka - powiedziała mma Potokwani - bo inaczej ucieka w

krzaki  i się chowa. W  zeszłym tygodniu  zniknął  na cztery  godziny. W  końcu go  znaleziono

background image

koło  stawów  ściekowych.  On  chyba  nie  zdaje  sobie  sprawy,  że  gołe  dziecko,  które  szybko

biegnie, zwraca na siebie uwagę.

Mma Potokwani i mma Ramotswe ruszyły razem w stronę biura. Panią detektyw ogarnęło

przygnębienie.  Od  czego  zacząć  z  takim  dzieckiem?  Łatwo  jest  spełniać  potrzeby

sympatycznych  sierot,  takich  jak  dzieci,  które  zamieszkały  przy  Zebra  Drive.  Jest  jednak

mnóstwo innych dzieci, w ten czy inny sposób upośledzonych, które wymagają cierpliwości i

wyrozumiałości. Pomyślała o swoim życiu, z tymi wszystkimi listami i obowiązkami, i zadała

sobie  pytanie,  czy  znalazłaby  czas  na  to,  żeby  być  matką  takiego  dziecka.  Chyba  mma

Potokwani nie zamierza dorzucić jej i panu J.L.B. Matekoniemu tego chłopca? Wiedziała, że

kierowniczka  ma  opinię  energicznej  kobiety  o  ogromnej  sile  perswazji  -  co  rzecz  jasna

czyniło  z  niej  znakomitą  rzeczniczkę  sierot.  Mma  Ramotswe  nie  wyobrażała  sobie  jednak,

ż

eby mma Potokwani usiłowała zrzucić na nich taki ciężar.

- Jestem zajętą kobietą - zaczęła mówić, kiedy były już blisko biura. - Przykro mi, ale nie

mogę wziąć...

Minęła je grupka dzieci, które uprzejmie pozdrowiły kierowniczkę. Jedno z nich trzymało

na  rękach  małe,  niedożywione  szczenię.  Jedna  sierota  pomaga  innej,  pomyślała  mma

Ramotswe.

-  Uważaj  z  tym  psem  -  powiedziała  mma  Potokwani.  -  Stale  wam  powtarzam,  żebyście

nie brali na ręce tych przybłędów, ale wy nie słuchacie... - Odwróciła się do pani detektyw. -

Ależ  mma  Ramotswe!  Chyba  pani  nie  sądzi...  Nie  oczekiwałam  od  pani,  że  weźmie  pani

chłopca! My sami ledwo sobie z nim radzimy, przy całej pomocy, jaką uzyskujemy.

- Rzeczywiście obawiałam się tego. Jestem zawsze gotowa pomóc, ale są granice tego, co

mogę zrobić.

Mma Potokwani zaśmiała się i uspokajająco dotknęła ramienia swego gościa.

- Ależ oczywiście. Już pani nam bardzo pomogła, biorąc te dwie sieroty. Chciałam tylko

poprosić panią o radę. Uchodzi pani za osobę, która doskonale umie znajdywać zaginionych.

Mogłaby nam pani doradzić, jak możemy się czegoś dowiedzieć o tym chłopcu? Gdybyśmy

coś wiedzieli o jego przeszłości, gdybyśmy wiedzieli, skąd pochodzi, to może łatwiej byłoby

nam dotrzeć do niego.

Mma Ramotswe pokręciła głową.

- To będzie bardzo trudne. Musielibyście porozmawiać z ludźmi w pobliżu miejsca, gdzie

został znaleziony. Sądzę, że oni nie chcą mówić, bo inaczej już by coś powiedzieli.

- Ma pani rację - stwierdziła ze smutkiem mma Potokwani. - Policja zadawała wiele pytań

w  okolicy  Maun.  Rozpytywała  się  we  wszystkich  tamtejszych  wioskach  i  nikt  nie  słyszał  o

tym dziecku. Policjanci pokazywali zdjęcie chłopca i ludzie mówili, że nic o nim nie wiedzą.

Mma  Ramotswe  nie  była  zaskoczona.  Gdyby  ktoś  chciał  to  dziecko,  to  by  się  zgłosił.

Milczenie  oznaczało,  że  dziecko  przypuszczalnie  zostało  celowo  porzucone.  Mogły  też

wchodzić w grę czary. Jeśli czarownik powiedział, że dziecko jest opętane albo że to tokolosi,

background image

duch,  to  nic  nie  można  było  dla  niego  zrobić.  Prawdopodobnie  miało  szczęście,  że  jeszcze

ż

yło. Takie dzieci często spotyka inny los.

Stały teraz obok maleńkiej białej furgonetki. Drzewo zrzuciło gałązkę na dach pojazdu i

mma  Ramotswe  podniosła  ją.  To  drzewo  miało  takie  delikatne  liście  -  setki  listeczków

przymocowanych  do  łodygi,  całość  podobna  do  misternego  ażuru  pajęczyny.  Za  plecami

dwójki  kobiet  rozległ  się  śpiew  dzieci.  Mma  Ramotswe,  która  pamiętała  tę  piosenkę  z

własnego dzieciństwa, uśmiechnęła się.

Krowy wracają do domu, raz, dwa, trzy,

Krowy wracają do domu, ta duża, ta mała, ta z jednym rogiem,

Mieszkam z krowami, raz, dwa, trzy,

O matko, czuwaj nade mną.

Zerknęła  na  twarz  mmy  Potokwani,  twarz,  która  każdym  rysem  i  każdym  drgnieniem

mówiła: jestem kierowniczką farmy dla sierot.

- Nadal śpiewają tę piosenkę - powiedziała mma Ramotswe.

-  Ja  też  ją  śpiewam  -  odparła  z  uśmiechem  mma  Potokwani.  -  Nigdy  się  nie  zapomina

piosenek z dzieciństwa, prawda?

-  Proszę  mi  powiedzieć,  co  mówiono  o  tym  chłopcu.  Czy  ludzie,  którzy  go  przywieźli,

coś powiedzieli?

Mma Potokwani zastanowiła się chwilę.

-  Powiedzieli  policji,  że  znaleźli  go  w  nocy,  że  bardzo  trudno  było  go  okiełznać  i  że

dziwnie pachniał.

- To znaczy?

Mma Potokwani machnęła lekceważąco ręką.

- Zdaniem jednego z tych ludzi pachniał lwem. Policjant zapamiętał to sobie, bo to bardzo

dziwne  stwierdzenie.  Zawarł  te  słowa  w  raporcie,  który  do  nas  dotarł,  kiedy  administracja

plemienna przysłała nam chłopca.

- Lwem? - upewniła się mma Ramotswe.

- Tak. Śmieszne.

Po  chwili  milczenia  mma  Ramotswe  wsiadła  do  maleńkiej  białej  furgonetki  i

podziękowała mmie Potokwani za gościnność.

- Pomyślę o tym chłopcu - obiecała. - Może coś przyjdzie mi do głowy.

Pomachały  sobie  i  mma  Ramotswe  odjechała  w  kurzu  drogą  przez  bramę  sierocińca  z

dużym szyldem: „Tu mieszkają dzieci”.

Jechała  powoli,  bo  na  drodze  były  osły,  krowy  i  pasący  je  chłopcy.  Niektórzy

pastuszkowie  mieli  zaledwie  sześć  czy  siedem  lat,  jak  ten  biedny,  milczący  chłopiec  w

pokoiku z zakratowanym oknem.

background image

Co by się stało, gdyby  pastuszek zaginął? Gdyby zgubił się w buszu daleko od terenów

wypasowych? Straciłby życie czy jego losy potoczyłyby się inaczej?

background image

Rozdział dziesiąty

Opowieść urzędnika

Mma  Ramotswe  miała  świadomość,  że  należy  coś  zrobić  z  Kobiecą  Agencją

Detektywistyczną  Nr  1.  Przeniesienie  rzeczy  ze  starego  biura  do  nowej  siedziby  na  tyłach

Tlokweng Road Speedy Motors nie zajęło wiele czasu. Było tego niezbyt dużo: jasna szafka

na  dokumenty  z  zawartością,  kilka  metalowych  tac  na  jeszcze  niezarchiwizowane  papiery,

stary  czajniczek  plus  dwa  obtłuczone  kubki  i  oczywiście  stara  maszyna  do  pisania  -

podarował  ją  mmie  Ramotswe  pan  J.L.B.  Matekoni  i  teraz  wracała  do  domu.  Dwaj

terminatorzy  zapakowali  to  wszystko  do  przestrzeni  bagażowej  maleńkiej  białej  furgonetki,

poskarżywszy się pro forma, że to nie należy do ich obowiązków. Wyglądało na to, że zrobią

wszystko,  co  każe  im  mma  Makutsi  -  wystarczyło,  że  gwizdnęła  z  biura,  a  jeden  z  nich

przybiegał się dowiedzieć, czego szefowa sobie życzy.

Posłuszeństwo to zaskoczyło mmę Ramotswe, która zadawała sobie pytanie, skąd bierze

się  władza  mmy  Makutsi  nad  dwoma  młodzianami.  Mma  Makutsi  nie  była  piękna  w

obiegowym  sensie  tego  słowa.  Skórę  miała  zbyt  ciemną,  jak  na  współczesne  gusta,  i  krem

rozjaśniający zostawił po sobie plamy. Włosy splatała w warkoczyki, ale wprost przedziwną

metodą!  No  i  wreszcie  nosiła  okulary  z  tak  grubymi  szkłami,  że  w  ocenie  mmy  Ramotswe

powinny wystarczyć dla dwóch osób. A przecież ta kobieta, która nie przeszłaby kwalifikacji

do  żadnego  konkursu  piękności,  komenderowała  tymi  znanymi  bawidamkami,  którzy

niewolniczo jej słuchali. To była wielka zagadka.

Nie  można  było,  rzecz  jasna,  wykluczyć,  że  kryje  się  za  tym  coś  więcej  niż

powierzchowność.  Mma  Makutsi  nie  porażała  urodą,  ale  miała  silną  osobowość  i  może

chłopcy to dostrzegali. Królowe piękności często są bez charakteru i mężczyźni z pewnością

szybko  się  nimi  nudzą.  W  tych  okropnych  konkursach  -  Miss  Lovers  Special  albo  Miss

Przemysłu  Hodowlanego  -  startują  dziewczyny  z  kompletnym  sianem  w  głowie.  Potem  te

bezmózgie panny wypowiadają się na wszelkie możliwe tematy, a ich poglądy często są brane

poważnie. Dla mmy Ramotswe było to niepojęte zjawisko.

Wiedziała,  że  dwaj  uczniowie  śledzą  konkursy  piękności,  bo  słyszała,  jak  o  tym

rozmawiają.  Teraz  jednak  najwyraźniej  interesowało  ich  głównie  to,  żeby  zaimponować

background image

mmie  Makutsi  i  przypochlebić  się  jej.  Jeden  próbował  ją  nawet  pocałować  i  został  z

oburzeniem odepchnięty.

- Odkąd to mechanik całuje dyrektora? - spytała mma Makutsi. - Wracaj do pracy, zanim

przetrzepię ci kijem ten twój nieużyty tyłek!

Terminatorzy  migiem  uporali  się  z  przeprowadzką  -  w  pół  godziny  zapakowali  całą

zawartość  biura  do  maleńkiej  białej  furgonetki.  Potem  jeden  z  nich  wsiadł  do  tyłu,  żeby

przytrzymywać  szafkę  na  dokumenty,  i  Kobieca  Agencja  Detektywistyczna  Nr  1,  wraz  z

pomalowanym  szyldem,  przejechała  pod  nową  siedzibę.  Była  to  smutna  chwila.  Mma

Ramotswe  i  mma  Makutsi  miały  łzy  w  oczach,  kiedy  po  raz  ostatni  zamykały  drzwi

wejściowe.

-  To  tylko  przeprowadzka,  mma  -  powiedziała  mma  Makutsi,  usiłując  pocieszyć

chlebodawczynię. - Przecież nie zwijamy interesu.

-  Wiem  o  tym  -  odparła  mma  Ramotswe,  podziwiając,  być  może  po  raz  ostatni,  widok

sprzed budynku, nad dachami domów i wierzchołkami akacji. - Byłam tu bardzo szczęśliwa.

Tak,  firma  nadal  działa,  ale  ledwo  ledwo,  pomyślała  mma  Ramotswe.  W  ostatnim

okresie, przy całym tym zamieszaniu i z wieloma listami rzeczy do zrobienia, mma Ramotswe

poświęciła zbyt mało czasu sprawom agencji. Prawdę powiedziawszy, w ogóle nie poświęciła

im  czasu.  Było  tylko  jedno  zaległe  zlecenie,  nic  innego  nie  wpłynęło,  chociaż  nie  miała

wątpliwości,  że  wpłynie.  Od  człowieka  z  rządu  zamierzała  zażądać  godziwego  honorarium,

ale to wymagało skutecznego przeprowadzenia śledztwa. Miała prawo wysłać mu rachunek,

nawet gdyby niczego się nie dowiedziała, ale zawsze czuła się nieswojo, prosząc o zapłatę w

sytuacji,  gdy  nie  umiała  pomóc  klientowi.  Może  w  przypadku  człowieka  z  rządu  należało

odrzucić  precz  skrupuły.  Tego  zamożnego  człowieka  stać  było  na  zapłacenie.  Jakie  to  musi

być  łatwe,  pomyślała,  obsługiwać  wyłącznie  bogatych  klientów,  prowadzić  Agencję

Detektywistyczną  Nr  1  dla  Krezusów  -  żądanie  honorarium  nie  przysparza  wtedy  żadnych

rozterek  moralnych.  Jej  firma  funkcjonowała  jednak  głównie  w  innym  segmencie  rynku  i

mma Ramotswe nie miała pewności, czy jest z tego zadowolona. Lubiła pomagać wszystkim,

niezależnie od ich sytuacji majątkowej. Często jej się zdarzało dofinansować śledztwo, bo po

prostu  nie  umiała  odmówić  człowiekowi  w  potrzebie.  Do  tego  jestem  powołana,  mówiła

sobie.  Muszę  pomagać  każdemu,  kto  poprosi  mnie  o  pomoc.  Taki  spoczywa  na  mnie

obowiązek:  pomagać  ludziom  w  rozwiązywaniu  problemów  życiowych.  Oczywiście  nie

można brać na siebie wszystkiego. W Afryce mnóstwo ludzi potrzebuje pomocy i muszą być

jakieś  granice.  Nie  sposób  pomóc  wszystkim,  ale  trzeba  pomóc  przynajmniej  tym,  których

spotykamy  na  swojej  drodze.  To  pozwala  uporać  się  z  cierpieniem,  które  staje  nam  przed

oczyma. To jest nasze cierpienie. Inni niech zajmą się cierpieniem, z którym oni się stykają.

Ale co zrobić z bieżącymi problemami firmy? Mma Ramotswe uznała, że trzeba dokonać

przeszeregowań na liście i postawić na pierwszym miejscu człowieka z rządu. To oznaczało

natychmiastowe zainicjowanie śledztwa. Od kogóż lepiej zacząć jak nie od ojca podejrzanej?

background image

Za  tym  wyborem  przemawiało  kilka  przesłanek.  Przede  wszystkim  mma  Ramotswe  sądziła,

ż

e  jeśli  rzeczywiście  istnieje  spisek  przeciwko  życiu  brata  człowieka  z  rządu,  to  nie  stoi  za

nim  żona  tegoż  brata,  lecz  jej  ojciec.  Mma  Ramotswe  była  przekonana,  że  ludzie

dopuszczający  się  poważnych  występków  rzadko  działają  wyłącznie  z  własnej  inicjatywy.

Zazwyczaj bierze w tym udział jeszcze ktoś inny, ktoś, kto czerpie korzyści ze zbrodni, albo

ktoś  wciągnięty  w  nią  przez  sprawcę  dla  wsparcia  moralnego.  W  tym  przypadku

narzucającym się kandydatem był ojciec tej kobiety. Skoro, jak sugerował człowiek z rządu,

osobnik  ten  robił  wielką  sprawę  z  awansu  społecznego  wiążącego  się  z  małżeństwem  swej

córki, to zapewne był człowiekiem o ogromnych aspiracjach. To oznaczało, że pozbycie się

zięcia byłoby mu na rękę, bo za pośrednictwem córki mógłby wtedy położyć łapę na znacznej

części  majątku  jego  rodziny.  Im  dłużej  mma  Ramotswe  się  nad  tym  zastanawiała,  tym

bardziej  wzrastało  w  niej  przekonanie,  że  pomysłodawcą  trucicielskiej  próby  zamachu  jest

rządowy biurokrata.

Wyobrażała sobie, jak człowiek ten siedzi za swoim biureczkiem i rozmyśla o otaczającej

go  władzy  i  prestiżu,  w  którym  miał  tak  niewielki  udział.  Jakie  to  musi  być  bolesne  dla

człowieka  jego  pokroju,  kiedy  szwagier  jego  rodzonej  córki  mija  go  bez  pozdrowienia  w

swojej  limuzynie.  Jakie  to  musi  być  trudne  nie  spotykać  się  z  wyrazami  szacunku,  co  z

pewnością  by  mu  się  nie  przytrafiło,  gdyby  więcej  ludzi  wiedziało  o  jego  rodzinnych

koneksjach. Gdyby zdobył pieniądze i bydło  -  albo jego córka, co na  jedno wychodziło - to

mógłby  zrezygnować  z  poniżającej  pracy  urzędniczej  i  wieść  życie  bogatego  farmera.

Człowiek,  który  musiał  ścibolić  grosz  do  grosza,  żeby  było  go  stać  na  doroczny  wyjazd  do

Francistown,  jadłby  codziennie  mięso,  a  w  piątki  piłby  z  kolegami  piwo  Lion,  hojnie

stawiając  wszystkim  po  kilka  kolejek.  Na  przeszkodzie  stało  tylko  jedno  małe,  bijące  serce.

Gdyby to serce zatrzymać, życie urzędnika uległoby całkowitemu przeobrażeniu.

Człowiek z rządu podał mmie Ramotswe nazwisko panieńskie żony brata i powiedział, że

jej ojciec lubi spędzać przerwę obiadową pod drzewem koło budynku ministerstwa. Nazwisko

i drzewo: więcej informacji nie potrzebowała.

- Pani ma dużo roboty w warsztacie - powiedziała do mmy Makutsi, gdy siedziały obie w

nowym biurze. - Ja zaczynam nowe śledztwo. Wracam do pracy detektywa.

-  Dobrze  -  odparła  mma  Makutsi.  -  Prowadzenie  warsztatu  to  wymagająca  praca.  Nadal

będę bardzo zajęta.

- Cieszę się, że terminatorzy są tacy pilni. Jedzą pani z ręki.

Mma Makutsi zaśmiała się konspiracyjnie.

-  To  głupkowaci  młodzieńcy,  ale  my,  kobiety,  umiemy  sobie  radzić  z  głupkowatymi

młodzieńcami.

- Właśnie widzę - stwierdziła mma Ramotswe. - Na pewno miała pani wielu chłopaków,

mma. Ci dwaj wyraźnie panią lubią.

Mma Makutsi pokręciła głową.

background image

-  Nie  miałam  prawie  żadnych  chłopaków.  Nie  mogę  zrozumieć,  czemu  ci  chłopcy  tak

mnie traktują, skoro w Gaborone jest tyle ładnych dziewcząt.

- Nie docenia się pani. Widać, że pociąga pani mężczyzn.

- Tak pani uważa? - spytała mma Makutsi, promieniejąc z radości.

- Tak. Niektóre kobiety im są starsze, tym bardziej działają na mężczyzn. Wiele razy to

zaobserwowałam.  Młode  królowe  piękności  z  wiekiem  stają  się  coraz  mniej  atrakcyjne,  a

kobiety mniej powalające - odwrotnie. Bardzo ciekawe zjawisko.

Mma Makutsi zamyśliła się. Poprawiła okulary i ukradkowo spojrzała na swoje odbicie w

szybie,  co  nie  uszło  uwagi  mmy  Ramotswe.  Ta  ostatnia  nie  była  pewna,  czy  jej  słowa

odpowiadają  prawdzie,  ale  warto  było  je  powiedzieć,  jeśli  miały  podnieść  mmy  Makutsi

samoocenę.  Adoracja  tych  nicponiów  raczej  nie  mogła  jej  zaszkodzić,  byle  asystentka

detektywa  z  żadnym  się  nie  wiązała,  a  dla  mmy  Ramotswe  nie  ulegało  wątpliwości,  że  to

zagrożenie jest niewielkie - przynajmniej na razie.

Zostawiła  mmę  Makutsi  w  biurze  i  odjechała  maleńką  białą  furgonetką.  Było  wpół  do

pierwszej. Jeśli dodać do tego dziesięć minut jazdy, to miała czas na to, żeby znaleźć miejsce

do  parkowania  i  udać  się  pod  ministerstwo  na  poszukiwania  pana  Kgosi  Sipoleli,  urzędnika

ministerialnego i - jeśli intuicja jej nie zawodziła - człowieka o morderczych zamiarach.

Zaparkowała  furgonetkę  pod  kościołem  katolickim,  ponieważ  w  mieście  panował  duży

ruch  i  bliżej  nie  dało  się  nic  znaleźć.  Musiała  przejść  kawałek  pieszo,  co  jej  nie

przeszkadzało,  bo  spodziewała  się,  że  spotka  kogoś  znajomego,  a  zostało  jej  jeszcze  kilka

minut na pogawędkę.

Nie  zawiodła  się.  Ledwo  wyszła  zza  rogu,  kiedy  wpadła  na  mmę  Glorię  Bopedi,  matkę

Chemby  Bopedi,  koleżanki  szkolnej  z  Mochudi.  Chemba  wyszła  za  Pilota  Matanyani,  który

ostatnio  został  dyrektorem  szkoły  w  Selibi-Pikwe.  Miała  siedmioro  dzieci,  z  których

najstarsze niedawno zdobyło sprinterskie mistrzostwo Botswany w kategorii do lat piętnastu.

- Czy to pani rodzony wnuk, mma? - spytała mma Ramotswe.

Staruszka uśmiechnęła się od ucha do ucha. Zostało jej niewiele zębów, zauważyła mma

Ramotswe  i  uznała,  że  wyglądałaby  korzystniej,  gdyby  je  do  końca  usunąć  i  wstawić

sztuczne.

-  Och,  ten  to  jest  szybki!  -  powiedziała  mma  Bopedi.  -  Ale  straszny  z  niego  łobuz.

Nauczył się szybko biegać, żeby uciekać przed karą.

-  W  każdym  razie  coś  dobrego  z  tego  wynikło.  Może  kiedyś  będzie  reprezentował

Botswanę na Olimpiadzie i pokaże światu, że nie wszyscy szybcy biegacze są z Kenii.

Znowu złapała się na mówieniu rzeczy, w które nie wierzyła. Prawda jest bowiem taka,

ż

e wszyscy najlepsi biegacze pochodzą z Kenii, bo ludzie są tam bardzo wysocy i mają długie

nogi, idealnie nadające się do biegania. Tymczasem Batswana nie są zbyt wysocy. Mężczyźni

z  reguły  mają  krępą  budowę,  co  dobrze  predysponuje  ich  do  hodowli  bydła,  ale  nie  do

lekkoatletyki. Zresztą Afryka Południowa wydaje niewielu dobrych biegaczy, chociaż wśród

background image

Zulusów  i  Suazi  zdarzają  się  rodzynki,  jak  na  przykład  fantastyczny  biegacz  ze  Suazilandu

Richard „Concorde” Mavuso.

Całkiem  dobrymi  sportowcami  są  oczywiście  Burowie.  Z  ich  szeregów  wywodzą  się  ci

zwaliści mężczyźni z grubymi udami i karkami, na podobieństwo bydła rasy brahman. Nieźle

grają  w  rugby,  chociaż  nie  grzeszą  inteligencją.  Mma  Ramotswe  wolała  mężczyzn  z  ludu

Motswana, nie tak masywnych jak burscy rugbiści i nie tak śmigłych jak kenijscy biegacze,

ale przynajmniej bystrych i godnych zaufania.

- Pani też tak uważa, mma? - spytała mmę Bopedi.

- Co uważam? - zdziwiła się staruszka.

Mma Ramotswe zdała  sobie  sprawę, że zapomniała o  rozmówczyni, pogrążywszy  się w

rozmyślaniach, i przeprosiła ją.

- Tak sobie dumałam o naszych mężczyznach.

Mma Bopedi uniosła brew.

-  Naprawdę?  Prawdę  rzekłszy,  mnie  też  się  zdarza  podumać  o  mężczyznach.  Niezbyt

często, ale czasami. Wie pani, jak to jest.

Mma  Ramotswe  pożegnała  się  z  mma  Bopedi  i  ruszyła  w  dalszą  drogę.  Pod  optykiem

trafiła na pana Motheti Pilaia, który stał bez ruchu i patrzył w niebo.

- Dumela, rra - pozdrowiła go uprzejmie. - Jak się pan miewa?

Pan Pilai spuścił wzrok.

- Mma Ramotswe. Mogę na panią popatrzeć? Właśnie sprawiłem sobie nowe okulary i po

raz  pierwszy  od  lat  widzę  świat  wyraźnie.  Och,  cudowna  sprawa!  Już  zapomniałem,  jak  to

jest wszystko rozpoznawać. I oto widzę panią! Przepięknie pani wygląda, bardzo pani gruba.

- Dziękuję, rra.

Zsunął okulary na koniec nosa.

- Żona stale mi powtarzała, że muszę mieć nowe okulary, ale ja bałem się tutaj przyjść.

Nie lubię tej maszyny, którą optyk świeci w oczy. Ani tej, która dmucha powietrzem w gałkę

oczną. Więc ciągle to odkładałem. Kompletna głupota.

-  Niczego  nie  należy  odkładać  -  stwierdziła  sentencjonalnie  mma  Ramotswe,  myśląc  o

tym, że odłożyła dochodzenie w sprawie brata człowieka z rządu.

- Och, wiem o tym - odparł pan Pilai. - Niestety, człowiek nie zawsze postępuje zgodnie

ze zdrowym rozsądkiem.

-  To  rzeczywiście  niezrozumiałe.  Ale  ma  pan  rację.  Tak  jakby  mieszkały  w  nas  dwie

osoby.  Jedna  mówi:  zrób  to.  Druga  mówi:  nie  rób  tego.  Oba  te  głosy  mieszkają  w  jednym

człowieku.

Pan Pilai wybałuszył na nią oczy.

- Bardzo dzisiaj gorąco.

Zgodziła  się  z  nim  i  poszli  każde  w  swoją  stronę.  Postanowiła  więcej  się  nie

zatrzymywać.  Była  prawie  pierwsza,  a  mma  Ramotswe  chciała  zostawić  sobie  dostatecznie

background image

dużo czasu na znalezienie pana Sipoleli i odbycie z nim rozmowy, która miała zapoczątkować

ś

ledztwo.

Z  identyfikacją  drzewa  nie  było  kłopotu,  stało  bowiem  niedaleko  głównego  wejścia  do

ministerstwa. Była to duża akacja, której korona rzucała rozległy krąg cienia. W pobliżu pnia

leżało kilka strategicznie umieszczonych kamieni - wygodnych siedzisk dla każdego, kto miał

ochotę  odpocząć,  obserwując  życie  codzienne  Gaborone.  Kiedy  za  pięć  pierwsza  mma

Ramotswe dotarła pod ministerstwo, siedziska były wolne.

Wybrała  największy  kamień  i  usadowiła  się  na  nim.  Przyniosła  ze  sobą  duży  termos  z

herbatą, dwa aluminiowe kubki i cztery grube kanapki z peklowaną wołowiną. Wyjęła jeden

kubek i nalała do niego herbaty z czerwonokrzewu. Potem oparła się o pień drzewa i czekała.

Przyjemnie  było  siedzieć  w  cieniu  z  kubkiem  herbaty  i  patrzeć  na  przechodniów  tudzież

przejeżdżające  samochody.  Nikt  nie  zwracał  na  nią  najmniejszej  uwagi,  był  to  bowiem

zupełnie normalny widok: słusznej tuszy kobieta siedząca pod drzewem.

Mniej  więcej  dziesięć  po  pierwszej,  kiedy  mma  Ramotswe  skończyła  herbatę  i  właśnie

miała  się  zdrzemnąć,  z  budynku  ministerstwa  wyłonił  się  jakiś  mężczyzna  i  ruszył  w  stronę

drzewa.  Kiedy  był  już  blisko,  mma  Ramotswe  otrząsnęła  się  z  odrętwienia.  Była  teraz  na

służbie  i  należało  maksymalnie  wykorzystać  możliwość  porozmawiania  z  panem  Sipoleli,

jeśli to istotnie on do niej podchodził.

Człowiek  ten  miał  na  sobie  starannie  odprasowane  niebieskie  spodnie,  białą  koszulę  z

krótkimi rękawami i ciemnobrązowy krawat - typowy strój biurokraty niższej rangi. Jakby na

potwierdzenie tej diagnozy z kieszeni koszuli wystawał rząd długopisów. Bez wątpienia było

to  umundurowanie  młodszego  urzędnika,  nawet  jeśli  miał  je  na  sobie  człowiek  pod

pięćdziesiątkę. A zatem mężczyzna ten zatrzymał się na wczesnym etapie kariery.

Podszedł  do  drzewa  bardzo  ostrożnie.  Spoglądał  na  mmę  Ramotswe  z  taką  miną,  jakby

chciał coś powiedzieć, ale nie mógł się na to zdobyć.

-  Dzień  dobry,  rra  -  odezwała  się  do  niego  z  uśmiechem.  -  Gorąco  dzisiaj,  prawda?

Dlatego siedzę pod tym drzewem. To dobre miejsce, żeby trochę odpocząć od upału.

Mężczyzna skinął głową.

- Tak. Ja zwykle tutaj siedzę.

Mma Ramotswe udała zaskoczoną.

- O! Mam nadzieję, że nie zajęłam panu kamienia. Był wolny, więc usiadłam.

Machnął ze zniecierpliwieniem dłonią.

- Tak się składa, że to rzeczywiście jest mój kamień, ale to publiczne miejsce, więc chyba

każdy może na nim usiąść.

Mma Ramotswe podniosła się.

- Ależ, rra, chętnie panu ustąpię miejsca, a sama usiądę tam.

-  Nie,  mma  -  zaprotestował  pospiesznie,  zmieniając  ton.  -  Niech  sobie  pani  nie  robi

kłopotu. Ja tam usiądę.

background image

- Nie, proszę siadać tutaj, to pana kamień. Nie zajęłabym go, gdybym wiedziała, że jest

dla kogoś zarezerwowany. Ten też jest wygodny. Proszę usiąść na swoim kamieniu.

-  Nie  -  odparł  stanowczo.  -  Niech  pani  wraca  tam,  gdzie  pani  była,  mma.  Ja  mogę

codziennie siedzieć na tym kamieniu, a pani nie. Usiądę tutaj.

Mma  Ramotswe,  po  pozorowanym  wahaniu,  wróciła  na  swoje  pierwotne  miejsce,  a  pan

Sipoleli usadowił się gdzie indziej.

-  Piję  herbatę,  rra.  Ale  dla  pana  też  wystarczy.  Proszę  pozwolić  się  poczęstować,  skoro

już siedzę na pana kamieniu.

Pan Sipoleli uśmiechnął się.

-  Bardzo  pani  miła,  mma.  Uwielbiam  pić  herbatę.  W  biurze  ciągle  piję  herbatę.  Jestem

urzędnikiem rządowym.

- Tak. To dobra praca. Na pewno jest pan bardzo ważny.

Pan Sipoleli parsknął śmiechem.

- Nie, w ogóle nie jestem ważny. Jestem urzędnikiem niższego szczebla. Ale i tak mi się

poszczęściło.  Na  stanowiskach  równorzędnych  z  moim  zatrudniani  są  ludzie  z  wyższym

wykształceniem,  a  ja  mam  tylko  Cambridge  Certificate.  Uważam,  że  jak  na  to,  to  daleko

zaszedłem.

Mma  Ramotswe  słuchała  go,  nalewając  herbatę.  Była  zaskoczona  tym,  co  usłyszała.

Spodziewała  się  innego  człowieka,  drobnego  urzędnika,  któremu  zajmowana  pozycja

uderzyła  do  głowy  i  który  mierzy  jeszcze  wyżej.  A  tymczasem  sprawiał  wrażenie  całkiem

zadowolonego z tego, co w życiu osiągnął.

- Nie ma pan szans na awans, rra? Nie mógłby pan zajść jeszcze wyżej?

Pan Sipoleli starannie rozważył to pytanie.

-  Pewnie  tak  -  odpowiedział  po  zastanowieniu.  -  Szkopuł  w  tym,  że  musiałbym  długo

nadskakiwać  zwierzchnikom.  Prawić  im  pochlebstwa  i  obsmarowywać  podwładnych.  A  nie

mam  na  to  ochoty.  Nie  jestem  ambitnym  człowiekiem.  Jestem  zadowolony  ze  swojego

miejsca w życiu. Naprawdę.

Mmie  Ramotswe  zadrżała  ręka,  kiedy  podawała  panu  Sipoleli  herbatę.  Spodziewała  się

czegoś  zupełnie  innego.  Nagle  przypomniała  sobie  radę  Clovisa  Andersena:  „Nie  zakładaj

niczego  z  góry.  Nie  decyduj  przed  faktem,  co  jest  co  i  kto  jest  kto,  bo  możesz  trafić  na

fałszywy trop”.

Postanowiła poczęstować pana Sipoleli jedną z kanapek, które wyjęła z plastikowej torby.

Ucieszył się, ale wziął najmniejszego sandwicza. Kolejny dowód na to, że miała do czynienia

ze skromną osobą. Pan Sipoleli z jej wyobrażeń bez wahania wziąłby największą kanapkę.

- Ma pan rodzinę w Gaborone, rra? - spytała niewinnie.

Pan Sipoleli przełknął peklowaną wołowinę, zanim odpowiedział.

-  Mam  trzy  córki.  Dwie  są  pielęgniarkami,  jedna  w  Princess  Marina  Hospital,  druga  w

Molepolole.  Moja  pierworodna  bardzo  dobrze  się  uczyła  i  studiowała  na  uniwersytecie.

Jesteśmy z niej bardzo dumni.

background image

- Mieszka w Gaborone? - spytała mma Ramotswe, podając mu drugą kanapkę.

-  Nie,  gdzie  indziej.  Wyszła  za  młodego  człowieka,  którego  poznała  na  studiach.

Mieszkają poza miastem, w tamtą stronę.

- A pana zięć? Czym się zajmuje? Jest dla niej dobry?

- Tak, to bardzo dobry człowiek. Są ze sobą bardzo szczęśliwi. Liczę na to, że będą mieli

dużo dzieci. Już nie mogę się doczekać, kiedy zostanę dziadkiem.

Mma Ramotswe powiedziała po namyśle:

- Kiedy człowiek prowadzi swoje dzieci do ołtarza, to najprzyjemniejsza musi być myśl,

ż

e będą się nim opiekowały na starość.

-  Pewnie  tak  -  odparł  pan  Sipoleli  z  uśmiechem  -  ale  ja  i  moja  żona  mamy,  inne  plany.

Zamierzamy wrócić do Mahalapye. Mamy tam trochę bydła - nie za wiele - i kawałek ziemi.

Będziemy tam szczęśliwi. Niczego więcej nie pragniemy.

Mma Ramotswe umilkła. Wyglądało na to, że ten z gruntu dobry człowiek mówi prawdę.

Bardzo  się  wstydziła  swojej  absurdalnej  hipotezy,  że  to  on  uknuł  spisek  mający  na  celu

zamordowanie zięcia. Dla ukrycia zakłopotania poczęstowała go kolejnym kubkiem herbaty,

który  z  wdzięcznością  od  niej  przyjął.  Po  piętnastu  minutach  dalszej  rozmowy  o  sprawach

bieżących  wstała,  otrzepała  spódnicę  i  podziękowała  mu  za  spędzenie  z  nią  swojej  przerwy

obiadowej. Dowiedziała się  tego,  czego chciała  się  dowiedzieć, przynajmniej na  jego temat.

Spotkanie z ojcem wzbudziło w niej jednak podejrzenia także co do założeń, które przyjęła w

stosunku do jego córki. Jeśli córka choć trochę wdała się w ojca, to nie mogła być trucicielką.

Ten  dobry,  skromny  człowiek  raczej  nie  wychowałby  córki  na  morderczynię.  Ale  czy  na

pewno?  Z  lędźwi  dobrych  ojców  wychodzą  czasem  złe  dzieci.  Nie  trzeba  wielkiego

doświadczenia  życiowego,  żeby  to  sobie  uzmysłowić.  Prawdopodobieństwo  czegoś  takiego

jest jednak niewielkie, w związku z czym mma Ramotswe powiedziała sobie, że do drugiego

etapu śledztwa musi przystąpić z mniejszym bagażem uprzedzeń niż do pierwszego.

Dostałam nauczkę, pomyślała, wracając do maleńkiej białej furgonetki. Była tak głęboko

pogrążona  w  myślach,  że  nie  zauważyła  pana  Pilaia,  który  nadal  stał  pod  sklepem  optyka  i

patrzył na gałęzie drzewa nad głową.

-  Myślałem  o  tym,  co  pani  powiedziała,  mma  -  zaczepił  ją,  kiedy  go  mijała.  -  To  jest

fascynujące zagadnienie.

-  Tak  -  odparła  mma  Ramotswe,  nieco  zbita  z  pantałyku.  -  Obawiam  się,  że  nie  wiem,

jaka jest odpowiedź. Po prostu nie wiem.

Pan Pilai pokręcił głową.

- W takim razie musimy jeszcze trochę się nad tym pogłowić.

- Tak, ma pan rację.

background image

Rozdział jedenasty

Mma Potokwani spełnia prośbę mmy Ramotswe

Człowiek  z  rządu  podał  mmie  Ramotswe  numer  telefonu,  pod  który  mogła  zawsze

zadzwonić, z pominięciem jego sekretarek i asystentów. Po południu wypróbowała go po raz

pierwszy  i  natychmiast  połączyła  się  ze  swoim  klientem.  Sprawiał  wrażenie  ucieszonego  i

wyraził zadowolenie z faktu, że śledztwo ruszyło z miejsca.

- Chciałabym w przyszłym tygodniu pojechać do waszego domu na wsi. Skontaktował się

pan z ojcem?

- Tak - odparł człowiek z rządu. - Powiedziałem mu, że przyjedzie pani na odpoczynek.

Powiedziałem,  że  wywalczyła  pani  dla  mnie  sporo  głosów  kobiet  i  muszę  się  pani

odwdzięczyć. Przyjmą panią po królewsku.

Uzgodnili szczegóły i mma Ramotswe otrzymała wskazówki, jak dotrzeć na farmę, która

znajdowała się niedaleko od drogi do Francistown, na pomoc od Pilane.

-  Jestem  pewien,  że  znajdzie  pani  dowody  na  zbrodnicze  zamiary  mojej  szwagierki  -

powiedział człowiek z rządu. - Potem będziemy mogli uratować mojego brata.

Mma Ramotswe nie chciała się do niczego zobowiązywać.

- Zobaczymy. Nie mogę panu nic zagwarantować. Przekonam się na miejscu, co tam jest

grane.

-  Oczywiście,  mma  -  rzucił  pospiesznie  człowiek  z  rządu  -  ale  bezgranicznie  wierzę  w

pani  zdolność  do  rozszyfrowania  sytuacji.  Wiem,  że  znajdzie  pani  dowody  przeciwko  tej

łajdaczce. Pozostaje tylko mieć nadzieję, że nie będzie za późno.

Po  tej  rozmowie  mma  Ramotswe  siedziała  za  biurkiem  i  wpatrywała  się  w  ścianę.

Właśnie przeznaczyła  cały  tydzień  na to  zadanie, co  oznaczało, że  dalsze  pozycje  z  jej  listy

musiały zaczekać. Pozytywne było to, że na razie nie musiała się przejmować warsztatem ani

ewentualnymi zgłoszeniami do agencji. Zostawiała wszystko w kompetentnych rękach mmy

Makutsi,  a  gdyby  jej  asystentka,  co  ostatnio  coraz  częściej  się  zdarzało,  akurat  leżała  pod

samochodem, to telefon odebraliby terminatorzy, którzy zostali odpowiednio przeszkoleni.

Ale co z panem J.L.B. Matekonim? To była jedyna naprawdę trudna sprawa, której mma

Ramotswe  nie  tknęła.  Uzmysłowiła  sobie,  że  musi  jak  najszybciej  podjąć  jakieś  działania.

background image

Przeczytała  książkę  o  depresji  i  nabrała  więcej  wiary  w  to,  że  potrafi  zaradzić  jej

zagadkowym objawom. Ale przy tej chorobie zawsze istniało niebezpieczeństwo, że pacjent

dopuści  się  czegoś  nierozsądnego  -  książka  nie  pozostawiała  w  tej  kwestii  żadnych

wątpliwości - i mma Ramotswe drżała na myśl, że niska samoocena i obrzydzenie do samego

siebie  pchną  pana  J.L.B.  Matekoniego  do  jakichś  desperackich  kroków.  Należało  w  jakiś

sposób  zaciągnąć  go  do  doktora  Moffata,  żeby  można  było  rozpocząć  leczenie.  Lecz  kiedy

kazała mu udać się do lekarza, stanowczo odmówił. Podejrzewała, że druga próba spotkałaby

się z taką samą reakcją.

A  może  dałoby  się  go  nakłonić  do  brania  tabletek  jakimś  podstępem?  Wolałaby  nie

uciekać  się  do  takich  metod,  ale  uważała,  że  kiedy  ktoś  ma  tego  typu  zaburzenia,  należy

zastosować  wszelkie  dostępne  środki,  żeby  mu  pomóc.  To  jest  tak,  jakby  jakaś  zła  istota

wzięła  człowieka  na  zakładnika.  Mma  Ramotswe  była  zdania,  że  jeśli  złą  istotę  można

pokonać  tylko  podstępem,  to  nie  wolno  się  wahać.  Uważała  to  za  całkowicie  zgodne  z

tradycyjną moralnością botswańską i w ogóle z każdą moralnością.

A  gdyby  domieszała  mu  tabletek  do  jedzenia?  To  by  poskutkowało,  gdyby  regularnie

jadał  posiłki,  ale  tak  nie  było.  Przestał  przychodzić  do  niej  na  kolację  i  wyglądałoby  to

podejrzanie, gdyby nagle ona zaczęła do niego przychodzić i mu gotować. Sądziła zresztą, że

pan  J.L.B.  Matekoni  nie  je  zbyt  dużo  -  autorzy  książki  ostrzegali,  że  depresja  często

wywołuje taki skutek - bo na oko sporo stracił na wadze. A zatem nawet gdyby przemogła w

sobie skrupuły, nie byłaby w stanie podać mu w ten sposób medykamentów.

Westchnęła. Nie miała w zwyczaju siedzieć i gapić się w ścianę, toteż przeszło jej przez

głowę,  że  może  ona  również  wpada  w  depresję.  Myśl  ta  szybko  się  jednak  ulotniła.  Nie

wchodziło  w  rachubę,  żeby  mma  Ramotswe  zachorowała.  Wszystko  spoczywało  na  jej

barkach: warsztat, agencja, dzieci, pan J.L.B. Matekoni, mma Makutsi - już nie wspominając

o  rodzinie  mmy  Makutsi  w  Bobonong.  Nie  miała  czasu  na  chorowanie.  Wstała,  wygładziła

sukienkę  i  podeszła  do  aparatu  telefonicznego.  Wyjęła  notesik  z  numerami.  Potokwani,

Silvia. Kierowniczka. Farma dla sierot.

Mma  Potokwani  rozmawiała  z  potencjalną  przybraną  matką,  kiedy  przybyła  mma

Ramotswe. Siedząc w poczekalni, pani detektyw obserwowała małego, jasnego gekona, który

czaił  się  na  suficie  na  muchę.  I  gekon,  i  mucha  wisieli  do  góry  nogami,  gekon  dzięki

maleńkim przyssawkom, mucha dzięki przyczepności łapek. Nagle gekon śmignął do przodu,

ale był za wolny dla muchy, która wykonała w powietrzu taniec zwycięstwa, zanim usiadła na

parapecie.

Mma  Ramotswe  zajęła  się  czasopismami,  które  zalegały  stolik.  Była  tam  również

broszura  rządowa  ze  zdjęciami  wysokich  urzędników.  Znała  wielu  spośród  tych  ludzi,  a  o

niektórych  wiedziała  więcej,  niż  się  publikuje  w  broszurach  rządowych.  Zobaczyła  między

innymi  twarz  człowieka  z  rządu,  dumnie  uśmiechniętego  do  obiektywu,  mimo  że,  jak

wiedziała, zżerały go obawy o los młodszego brata i dręczyły myśli o spisku na jego życie.

background image

- Mma Ramotswe?

Mma  Potokwani  odprowadziła  przybraną  matkę  do  wyjścia  i  teraz  stała  nad  mma

Ramotswe.

- Przepraszam, że kazałam pani tak długo czekać, ale chyba udało mi się znaleźć dom dla

bardzo trudnego dziecka. Musiałam się upewnić, że ta kobieta nadaje się na matkę.

Weszły  do  pokoju  kierowniczki,  gdzie  stał  talerzyk  z  okruszkami  po  świeżo  zjedzonym

kawałku ciasta.

-  Przyszła  pani  w  sprawie  chłopca?  -  spytała  mma  Potokwani.  -  Na  pewno  coś  pani

wymyśliła.

Mma Ramotswe pokręciła głową.

-  Niestety,  nie  miałam  czasu  się  nad  nim  zastanowić.  Byłam  bardzo  zajęta  innymi

sprawami.

- Stale jest pani zapracowana - odparła mma Potokwani z uśmiechem.

- Przyszłam poprosić panią o przysługę.

-  Och,  zwykle  jest  na  odwrót!  -  rozpromieniła  się  mma  Potokwani.  -  Tak  się  cieszę,  że

tym razem ja mogę komuś pomóc.

-  Pan  J.L.B.  Matekoni  jest  chory  -  wyjaśniła  mma  Ramotswe.  -  Myślę,  że  cierpi  na

chorobę, która nazywa się depresja.

-  O,  znam  się  na  tym.  W  końcu  byłam  kiedyś  pielęgniarką.  Przez  rok  pracowałam  w

szpitalu psychiatrycznym w Lobatse. Widziałam, co wyprawia z człowiekiem ta choroba. Ale

dzisiaj przynajmniej można ją leczyć. Z depresji się wychodzi.

-  Tak,  czytałam  o  tym.  Ale  trzeba  brać  lekarstwa.  Pan  J.L.B.  Matekoni  nie  chce  nawet

pójść do lekarza. Mówi, że jest zdrowy.

- Nonsens. Musi natychmiast iść do lekarza. Niech mu pani to powie.

- Próbowałam, ale twierdzi, że nic mu nie dolega. Potrzebuję kogoś, kto zaciągnie go do

lekarza. Kogoś...

- Kogoś takiego jak ja?

- Właśnie. Zawsze robił wszystko, o co go pani poprosiła. Nie śmiałby pani odmówić.

- Ale będzie musiał brać lekarstwa. Nie mogę nad nim stać i patrzeć mu na ręce.

- No tak - odparła mma Ramotswe z namysłem - ale gdyby sprowadziłaby go pani tutaj,

mogłaby go pani pielęgnować. Dopilnowałaby pani, żeby brał lekarstwa i wyzdrowiał.

- Sprowadzić go na farmę dla sierot?

- Tak. Niech tu mieszka, dopóki nie wydobrzeje.

Mma Potokwani postukała w blat biurka.

- A jeśli nie będzie chciał?

- Nie miałby odwagi się pani sprzeciwić, mma.

- A. Czyli taka ze mnie sztuka?

-  Trochę  -  odparła  życzliwie  mma  Ramotswe.  -  Ale  tylko  na  mężczyzn  tak  pani  działa.

Mężczyźni czują respekt dla osób na kierowniczych stanowiskach.

background image

-  Pan  J.L.B.  Matekoni  zawsze  był  dobrym  duchem  farmy  dla  sierot  -  powiedziała  mma

Potokwani po chwili zastanowienia. - Bardzo wiele dla nas zrobił. Załatwię to dla pani, mma.

Kiedy mam się z nim zobaczyć?

- Dzisiaj, jeśli to możliwe. Niech pani go zabierze do doktora Moffata, a potem sprowadzi

tutaj.

- Doskonale. - Mma Potokwani zapaliła się do tego zadania. - Dowiem się, co to za cyrki.

Nie chce iść do lekarza? Nonsens! Załatwię dla pani tę sprawę. Proszę mi zaufać.

Mma Potokwani odprowadziła mmę Ramotswe do samochodu.

- Nie zapomni pani o chłopcu? - spytała. - Zastanowi się pani nad nim?

-  Proszę  się  nie  martwić,  mma  -  odparła  pani  detektyw.  -  Zdjęła  mi  pani  z  serca  wielki

ciężar. Spróbuję odwdzięczyć się pani tym samym.

Doktor  Moffat  przyjął  pana  J.L.B.  Matekoniego  w  gabinecie  na  końcu  werandy,  a  pani

Potokwani  piła  w  tym  czasie  herbatę  z  panią  Moffat  w  kuchni.  Żona  lekarza,  bibliotekarka,

dużo  wiedziała,  toteż  mma  Potokwani  czasami  zasięgała  u  niej  informacji.  Był  wieczór  i

owady,  które  zdołały  przeniknąć  przez  moskitiery  w  oknach  gabinetu  pana  doktora,  krążyły

jak  pijane  wokół  żarówki  lampy  na  biurku,  rzucały  się  na  metalowy  abażur  i  odlatywały

oparzone.  Na  biurku  leżały  słuchawki  i  ciśnieniomierz,  z  gruszką  zwisającą  poza  krawędź

blatu. Jedną ze ścian zdobiła stara rycina dziewiętnastowiecznej misji nad rzeką Kuruman.

- Dawno pana nie widziałem, rra - powiedział doktor Moffat. - Mój samochód jeździ bez

zarzutu.

Pan J.L.B. Matekoni usiłował się uśmiechnąć, ale był to dla niego zbyt wielki wysiłek.

- Nie czuję...

Urwał. Doktor Moffat odczekał chwilę, ale dalszego ciągu nie było.

- Nie czuje się pan najlepiej?

Pan J.L.B. Matekoni skinął głową.

- Jestem bardzo zmęczony. Nie mogę spać.

-  To  niedobrze.  Brak  snu  źle  wpływa  na  samopoczucie.  Dręczy  pana  coś  konkretnego?

Ma pan jakieś zmartwienia?

Pan J.L.B. Matekoni zamyślił się. Szczęka mu chodziła, jakby próbował wyartykułować

jakieś trudne słowa.

- Martwię się - powiedział w końcu - że moje grzechy z przeszłości wyjdą na jaw i będę

skompromitowany. Ukamienują mnie. To będzie koniec.

- Co to za grzechy? Wie pan, że to pozostanie między nami.

-  To  są  sprawy  z  dawnych  czasów.  Bardzo  złe  rzeczy.  Nikomu  nie  mogę  o  nich

powiedzieć, nawet panu.

- Choćby z grubsza?

- Też nie.

background image

Doktor  Moffat  przyjrzał  się  panu  J.L.B.  Matekoniemu.  Zauważył,  że  kołnierzyk  jest  źle

zapięty,  sznurówki  urwane,  oczy  nabiegłe  lękiem  -  i  więcej  nie  było  mu  potrzeba  do

postawienia diagnozy.

-  Dam  panu  lekarstwa,  po  których  poczuje  się  pan  lepiej.  Pani  Potokwani  mówi,  że

zaopiekuje się panem, dopóki pan nie wyzdrowieje. - Pan J.L.B. Matekoni skinął tępo głową.

- Będzie pan brał to lekarstwo? Daje mi pan słowo?

Spojrzenie pana J.L.B. Matekoniego pozostało utkwione w podłodze.

- Moje słowo nie jest nic warte.

- Przemawia przez pana choroba. Pańskie słowo jest warte góry złota.

Pani Potokwani zaprowadziła go do swojego samochodu i otworzyła mu drzwi od strony

pasażera.  Odwróciła  się  do  państwa  Moffatów,  którzy  stali  w  furtce,  i  pomachała  im.

Odwzajemnili  ten  gest  i  wrócili  do  domu.  Kierowniczka  farmy  dla  sierot  ruszyła  w  drogę

powrotną,  która  wiodła  obok  Tlokweng  Road  Speedy  Motors.  Właściciel  i  założyciel

warsztatu,  opuszczonego  i  pogrążonego  w  ciemnościach,  nie  zaszczycił  go  nawet  jednym

spojrzeniem.

background image

Rozdział dwunasty

Sprawy rodzinne

Wyjechała w chłodzie poranka, chociaż podróż miała zająć niewiele ponad godzinę. Rose

przygotowała śniadanie, które pani detektyw zjadła razem z dziećmi na werandzie domu przy

Zebra Drive. Wokół panowała cisza, bo przed siódmą, kiedy to ludzie zaczynali wyruszać do

pracy, na ich ulicy nie było prawie żadnego ruchu. Przeszło kilka osób - wysoki mężczyzna w

obdartych  portkach,  jedzący  zwęgloną  kolbę  kukurydzy,  kobieta  ze  śpiącym  niemowlęciem

przytroczonym  szalem  do  pleców  -  i  przemknął  jeden  z  żółtych  psów  sąsiada,  chudy  i

niedożywiony,  zaabsorbowany  jakimiś  tajemniczymi  psimi  sprawami.  Mma  Ramotswe

tolerowała  psy,  ale  cuchnące  żółte  stworzenia,  które  mieszkały  obok,  budziły  w  niej  silną

odrazę. Ich nocny skowyt zakłócał jej sen - obszczekiwały cienie, księżyc, podmuchy wiatru -

i  była  pewna,  że  odstraszają  od  jej  ogrodu  ptaki,  które  lubiła.  W  każdym  domu  przy  Zebra

Drive mieszkały psy - wydawało się, że mma Ramotswe jest jedyną antykynologiczną czarną

owcą  -  które  czasami  przełamywały  w  sobie  odruchową  wrogość  i  przechadzały  się  ulicą

całymi sforami, goniąc za samochodami i strasząc rowerzystów.

Mma Ramotswe nalała herbaty z czerwonokrzewu sobie i Motholeli. Puso nie przemógł

się  do  herbaty  i  otrzymał  szklankę  ciepłego  mleka,  do  którego  mma  Ramotswe  szczodrze

wsypała mu dwie łyżeczki cukru. Był łasy na słodycze, być może dlatego, że siostra karmiła

go  nimi,  kiedy  się  nim  opiekowała  na  tym  podwórzu  we  Francistown.  Mma  Ramotswe

zamierzała  go  przestawić  na  zdrowszą  dietę,  ale  to  wymagało  cierpliwości.  Rose  ugotowała

owsiankę,  którą  rozlała  do  misek  i  okrasiła  strużkami  melasy,  a  na  talerzu  leżały  kawałki

papai. Zdrowe śniadanie dla dziecka, pomyślała mma Ramotswe. Co jadłyby te dzieci, gdyby

zostały  wśród  swoich?  Ci  ludzie  żywią  się  byle  czym  -  korzonkami  wygrzebanymi  z  ziemi,

robakami,  ptasimi  jajami.  Umieją  jednak  doskonale  polować,  więc  czasami  raczą  się  też

mięsem strusia i antylopy dujker, na które miastowych rzadko stać.

Przypomniała  sobie,  jak  kiedyś,  podczas  podróży  na  północ,  stanęła  z  boku  drogi,  żeby

napić  się  herbaty  z  termosu.  Koło  miejsca  postojowego  stał  znak,  który  informował,  że

podróżny właśnie przekracza Zwrotnik Koziorożca. Sądziła, że jest sama, toteż zaskoczyło ją,

kiedy  zza  drzewa  wyłonił  się  Mosarwa  bądź  Buszmen,  jak  ich  dawniej  nazywano.  Miał  na

background image

sobie kusy skórzany kaftan i niósł skórzaną torbę. Podszedł do niej, wydając z siebie świsty

charakterystyczne dla swojego dziwacznego języka. W pierwszej chwili wystraszyła się. Była

od  niego wprawdzie dwa  razy większa,  ale ci  ludzie  używali  zatrutych strzał i  byli  z natury

bardzo szybcy.

Wstała niepewnie, gotowa porzucić termos i  schronić się w maleńkiej białej furgonetce,

lecz on pokazał prosząco na swoje usta. Sądząc, że go zrozumiała, mma Ramotswe podała mu

kubek, jemu jednak chodziło o jedzenie, a nie picie. Mma Ramotswe miała ze sobą tylko dwie

kanapki z jajkiem, które wziął od niej łapczywie i błyskawicznie pochłonął. Kiedy skończył,

oblizał palce i odwrócił się. Patrzyła, jak znika w buszu, zlewając się z nim równie naturalnie

jak dzikie zwierzę. Zadała sobie pytanie, czy kanapka z jajkiem przypadła mu do gustu i czy

smakowała lepiej niż dary Kalahari, gryzonie i bulwy.

Dzieci należały niegdyś do tego świata, ale nie było powrotu. Nie było powrotu do tego

ż

ycia,  ponieważ  to,  co  kiedyś  wydawało  się  oczywiste,  teraz  byłoby  potwornie  trudne  i

umiejętność przetrwania zanikła. Ich miejsce było teraz przy Rose i mmie Ramotswe, w domu

na Zebra Drive.

-  Wyjeżdżam  na  kilka  dni  -  wyjaśniła  im  przy  śniadaniu.  -  Rose  się  wami  zaopiekuje.

Wszystko będzie dobrze.

- Nie przejmuj się, mma - powiedziała Motholeli. - Pomogę jej.

Mma  Ramotswe  uśmiechnęła  się  do  niej  zachęcająco.  Wychowała  swojego  braciszka  i

miała  we  krwi  pomaganie  młodszym  od  siebie.  Będzie  z  niej  wspaniała  matka,  pomyślała

mma Ramotswe, ale potem się zreflektowała: czy można być matką na wózku? Chyba nie da

się  wydać  na  świat  dziecka,  jeśli  ktoś  nie  może  chodzić,  a  nawet  jeśli,  to  czy  znajdzie  się

chętny  do  poślubienia  inwalidki?  To  niesprawiedliwe,  ale  trzeba  spojrzeć  prawdzie  w  oczy:

tej  dziewczynce  zawsze  będzie  w  życiu  ciężko.  Oczywiście  istnieją  mężczyźni  o  dobrych

sercach, pomyślała mma Ramotswe, dla których nie grałoby to roli i którzy chcieliby wziąć za

ż

onę to szlachetne, dzielne stworzenie, ale to bardzo rzadki gatunek. Nie przychodziło jej do

głowy  zbyt  wielu  takich.  Chociaż  gdyby  się  trochę  zastanowić?  Był  oczywiście  pan  J.L.B.

Matekoni,  bardzo  dobry  człowiek  -  nawet  jeśli  chwilowo  trochę  dziwnie  się  zachowujący  -

był  biskup,  kiedyś  był  sir  Seretse  Khama,  mąż  opatrznościowy  i  wódz  naczelny.  A  doktor

Merriweather, ordynator szkockiego szpitala w Molepolole, czy to nie dobry człowiek? Byli

też inni, mniej znani. Na przykład pan Potolani, który pomagał biednym i rozdawał większość

pieniędzy,  które  przynosiły  mu  jego sklepy, czy  człowiek, który  naprawiał  mmie Ramotswe

dach  i  za  darmo  zreperował  rower  Rose,  kiedy  zobaczył,  że  jest  popsuty.  Istnieje  wielu

dobrych mężczyzn, pomyślała, i może w przyszłości któryś trafi się Motholeli. Czemu z góry

to wykluczać?

Oczywiście  pod  warunkiem,  że  chciałaby  mieć  męża.  Kobieta  może  być  szczęśliwa  bez

męża, przynajmniej do pewnego stopnia. Ona sama czuła się dobrze jako rozwódka, chociaż

w  sumie  wolałaby  mieć  męża.  Cieszyła  się  z  tego,  że  będzie  mogła  dopilnować,  aby  pan

J.L.B. Matekoni odpowiednio się odżywiał. Cieszyła się z tego, że w razie nocnych hałasów -

background image

ostatnio  coraz  częstszych  -  to  pan  J.L.B.  Matekoni  będzie  wstawał,  żeby  sprawdzić  ich

ź

ródło.  Musimy  mieć  kogoś  w  życiu,  pomyślała  mma  Ramotswe.  Potrzebujemy  osoby,  z

której  zrobimy  naszego  małego  boga  na  ziemi,  zgodnie  z  przysłowiem  ludu  Kgatla.  Czy

będzie  to  małżonek,  dziecko,  rodzic  czy  ktokolwiek  inny,  musi  istnieć  ktoś,  kto  nadaje

naszemu  życiu  sens.  Ona  miała  kiedyś  tatę,  świętej  pamięci  Obeda  Ramotswe,  górnika,

hodowcę bydła i dżentelmena. Z przyjemnością się dla niego poświęcała, póki żył, a teraz z

przyjemnością pielęgnowała jego pamięć. Ale pamięć o ojcu nie wystarczy.

Naturalnie  są  ludzie,  którzy  uważają,  że  małżeństwo  jest  zbędne.  W  jakimś  sensie  mają

rację. I bez małżeństwa można mieć kogoś w życiu, ale nie ma się wtedy gwarancji trwałości.

Małżeństwo  też  tego  nie  zapewnia,  ale  przynajmniej  mężczyzna  i  kobieta  wyrażają  wolę

wspólnego życia aż do śmierci. A jeśli się nie uda, to mogą chociaż powiedzieć, że próbowali.

Mma  Ramotswe  nie  miała  cierpliwości  do  ludzi  szkalujących  instytucję  małżeństwa.  W

dawnych  czasach  małżeństwo  było  dla  kobiet  pułapką,  bo  mężczyznom  przysługiwała

większość  praw,  a  kobietom  większość  obowiązków.  Takie  było  małżeństwo  plemienne,

chociaż starsze kobiety cieszyły się szacunkiem i wysoką pozycją społeczną, zwłaszcza jeśli

urodziły  synów.  Mma  Ramotswe  nie  była  zwolenniczką  dawnych  obyczajów  i  uważała,  że

nowoczesna  koncepcja  małżeństwa,  jako  równoprawnego  związku,  jest  dla  kobiet  znacznie

korzystniejsza. Zdaniem mmy Ramotswe kobiety popełniły wielki błąd, dając się zbałamucić

do  utraty  wiary  w  małżeństwo.  Niektóre  kobiety  sądziły,  że  przyniesie  to  wyzwolenie  od

tyranii  mężczyzn,  i w  jakimś sensie  przyniosło, ale przy  okazji  usankcjonowało  egoistyczne

zapędy  mężczyzn.  Kiedy  mężczyzna  słyszy,  że  jeśli  pobędzie  jakiś  czas  z  kobietą,  a  potem

zamieni ją na młodszą, nikt nie uzna tego za naganne - nie popełnił cudzołóstwa, więc co w

tym nagannego? - jest to muzyka dla jego uszu.

-  Kto  w  dzisiejszych  czasach  cierpi?  -  mma  Ramotswe  spytała  kiedyś  mmę  Makutsi,

kiedy  siedziały  w  biurze  i  czekały  na  klientów.  -  Czy  nie  kobiety,  których  mężczyźni

porzucili je dla młodszych? Czy nie tak jest? Mężczyzna kończy czterdzieści pięć lat i uznaje,

ż

e już ma dosyć, więc ucieka z młodszą kobietą.

-  Ma  pani  rację,  mma  -  stwierdziła  mma  Makutsi.  -  Cierpią  botswańskie  kobiety,  nie

mężczyźni. Mężczyźni są bardzo zadowoleni. Widziałam to na własne oczy. Widziałam to w

studium sekretarskim. - Mma Ramotswe czekała na szczegóły. - W studium uczyło się wiele

pięknych  dziewczyn.  Osiągały  najgorsze  wyniki,  pięćdziesiąt  procent  albo  trochę  więcej.

Trzy,  cztery  razy  w  tygodniu  chodziły  wieczorem  się  zabawić  i  wiele  z  nich  poznawało

starszych  mężczyzn,  którzy  mieli  więcej  pieniędzy  i  lepsze  samochody  niż  młodzi.  Moim

koleżankom  nie  przeszkadzało,  że  ci  mężczyźni  są  żonaci.  Chodziły  z  nimi  potańczyć  do

knajpy. A co się potem działo, mma?

Pani detektyw pokręciła głową.

- Wyobrażam sobie.

Mma Makutsi zdjęła okulary i wyczyściła je bluzką.

background image

-  Mówiły  tym  facetom,  żeby  odeszli  od  żon.  A  oni  uznawali  to  za  dobry  pomysł  i  tak

właśnie  robili.  A  potem  było  wiele  nieszczęśliwych  kobiet,  które  nie  miały  szans  znaleźć

sobie nowego mężczyzny, bo mężczyźni latają za młodymi, pięknymi dziewczynami, starsze

ich  nie  interesują.  Takie  rzeczy  widziałam,  mma.  Mogłabym  pani  podać  listę  nazwisk.  Całą

listę.

- Nie trzeba. Sama mam bardzo długą listę nieszczęśliwych kobiet. Bardzo długą.

-  A  ilu  nieszczęśliwych  mężczyzn  pani  zna?  -  dociekała  mma  Makutsi.  -  Ilu  zna  pani

mężczyzn, którzy siedzą w domu i zastanawiają się, co zrobić po odejściu żony do młodszego

mężczyzny? Ilu, mma?

- Żadnego. Ani jednego.

-  Widzi  pani?  Dałyśmy  się  oszukać.  Chłopy  nas  oszukały,  mma.  A  my  wlazłyśmy  jak

krowy w zastawioną przez nich pułapkę.

Odprawiwszy  dzieci  do  szkoły,  mma  Ramotswe  spakowała  swoją  brązową  walizkę  i

wyjechała poza miasto. Minęła browary i nowe fabryki, minęła nowe przedmieście domów z

ż

użlobetonu, przejechała wiaduktem nad linią kolejową Francistown-Bulawajo i znalazła się

na  drodze,  która  miała  ją  zaprowadzić  do  feralnego  domostwa.  Spadły  pierwsze  deszcze  i

spieczony brunatny veld zaczął się zielenić, dostarczając soczystej trawy bydłu i wędrownym

stadom kóz. W maleńkiej białej furgonetce nie było radia - w każdym razie działającego - ale

mma Ramotswe znała wiele piosenek i śpiewała je przy otwartym oknie, wciągając w płuca

rześkie powietrze poranka. Migotliwie upierzone ptaki wzbijały się do góry z pobocza drogi.

Nad głową mmy Ramotswe puściuteńkie niebo ciągnęło się całymi milami jasnego błękitu.

Jej  misja  budziła  w  niej  skrupuły,  ponieważ  naruszała  zasady  gościnności.  Nie  można

mieszkać  u  kogoś,  podając  się  za  inną  osobę,  a  nawet  matka  i  ojciec  klienta  nie  znali

prawdziwego  celu  jej  wizyty.  Przyjmowali  ją  jako  kobietę,  wobec  której  ich  syn  ma  dług

wdzięczności,  a  tymczasem  przybywała  szpiegować.  Co  prawda  szpiegować  w  dobrej

sprawie, ale zawsze.

Teraz  jednak,  w  maleńkiej  białej  furgonetce,  postanowiła  odsunąć  wątpliwości  moralne

na bok. Była to sytuacja konfliktu wartości, ale mma Ramotswe uznała, że lepiej jest popełnić

fałsz, niż pozwolić na czyjąś śmierć. A skoro już podjęła decyzję, to nie było sensu zadręczać

się  etycznymi  rozterkami.  Poza  tym  mogłyby  jej  one  uniemożliwić  przekonujące  odegranie

swojej  roli.  To  byłoby  tak,  jakby  aktor  zaczął  się  na  scenie  zastanawiać,  czy  grana  przez

niego postać słusznie postępuje.

Mma  Ramotswe  minęła  furmankę  zaprzęgniętą  w  muła  i  pomachała  woźnicy.  Puścił

wodze i odwzajemnił jej gest, podobnie jak jego pasażerowie, dwie staruszki, jedna młodsza

kobieta i dziecko. Pewnie jadą na tereny uprawne, pomyślała mma Ramotswe. Chyba trochę

późno,  ziemia  powinna  być  zaorana  przed  pierwszym  deszczem,  ale  jeszcze  zdążą  posiać

ziarno  i w  żniwa  będą  mieli  kukurydzę,  melony  i  fasolę.  Na furmance  leżało kilka  worków,

ani chybi z ziarnem i prowiantem dla rodziny na czas prac polowych. Kobiety będą gotowały

background image

owsiankę, pomyślała, a mężczyźnie i chłopcu może uda się coś upolować - z perlicy byłaby

pyszna potrawka dla całej rodziny.

Furmanka i jej pasażerowie oddalali się w tylnym lusterku, jakby wracali do przeszłości,

coraz mniejsi i mniejsi. Kiedyś ludzie zaniechają tego, przestaną jeździć na tereny uprawne w

czas  siewu  i  będą  kupować  jedzenie  w  sklepach,  tak jak  miastowi.  Ale  jaka  to  będzie  strata

dla  kraju!  O  ile  mniej  będzie  przyjaźni,  solidarności  i  miłości  do  ziemi!  Jako  mała

dziewczynka  jeździła  z  ciotkami  na  tereny  uprawne,  podczas  gdy  chłopców  wysyłano  na

pastwiska,  gdzie  przebywali  całymi  miesiącami  na  kompletnym  odludziu,  pod  opieką  kilku

starszych  mężczyzn.  Bardzo  lubiła  te  wyjazdy  i  nie  nudziła  się.  Zamiatały  podwórza  i

wyplatały różne rzeczy z trawy. Pieliły grządki melonów i opowiadały sobie nawzajem długie

historie  o  sprawach,  które  nigdy  się  nie  wydarzyły,  ale  mogły  się  wydarzyć,  może  w  innej

Botswanie, gdzie indziej.

A  podczas  deszczu  chowały  się  w  chatach,  słuchały,  jak  grzmi,  i  czuły  kwaśną  woń

spalonego  powietrza,  jeśli  piorun  uderzył  zbyt  blisko.  Kiedy  deszcz  zelżał,  wychodziły  na

dwór  i  czekały  na  latające  mrówki,  które  wypełzały  ze  swoich  nor  w  rozmiękłej  ziemi  i

można  je  było złapać,  zanim wystartowały,  albo  już w  locie, i  zjeść  na surowo.  Smakowały

jak masło.

Minęła  Pilane  i  spojrzała  w  prawo  na  drogę  do  Mochudi.  Miejsce  to  budziło  w  niej

dwojakie  uczucia.  Z  jednej  strony  w  Mochudi  spędziła  dzieciństwo,  z  drugiej  strony

niedaleko  skrzyżowania,  tam,  gdzie  tory  przecinały  się  z  drogą,  pewnej  strasznej  nocy  jej

matka zginęła pod kołami pociągu. Precious Ramotswe była wtedy niemowlęciem, ale śmierć

matki, której nie pamiętała, położyła się cieniem na całym jej życiu.

Zbliżała  się  do  celu  podróży.  Otrzymała  szczegółowe  wskazówki  i  wszystko  było  na

swoim  miejscu:  brama,  płot,  dokładnie  tak,  jak  w  opisie.  Zjechała  z  drogi  i  wysiadła,  żeby

otworzyć  bramę.  Potem  ruszyła  gruntową  drogą  w  stronę  skupiska  domów  oddalonych  o

jakąś milę na zachód, osłoniętych buszem i przycupniętych pod wieżą metalowego wiatraka.

Była to  ogromna farma,  której widok  szarpnął ją  za  serce. Obed  Ramotswe  marzył  o czymś

takim,  ale  chociaż  hodowla  bydła  przynosiła  godziwe  dochody,  nie  wzbogacił  się  na  tyle,

ż

eby go było stać na zakup takiej dużej farmy. Będzie tego co najmniej dwa tysiące hektarów,

pomyślała.

W  kompleksie  budynków  królował  duży,  nieregularny  dom  kryty  czerwoną  blachą  i

otoczony  cienistą  werandą.  Wokół  tego  pierwotnego  budynku  z  czasem  wykwitły  dalsze

zabudowania,  w  tym  dwa  inne  domy.  Po  obu  stronach  głównego  domu  rosły  bugenwille  z

purpurowymi kwiatami, a z tyłu i z jednego boku stały papaje. Postarano się o jak najwięcej

cienia - bo całkiem blisko na zachód, zapewne tylko trochę poza zasięgiem wzroku, krajobraz

ulegał  zmianie  i  zaczynała  się  kotlina  Kalahari.  Tutaj  jednak  wciąż  była  woda,  a  busz

nadawał  się  dla  bydła.  Niedaleko  na  wschód  miała  swoje  źródła  Limpopo,  w  tym  miejscu

wąziutka, ale w porze deszczowej obficie spływająca wodą.

background image

Pod  jednym  z  budynków  gospodarczych  parkowała  ciężarówka  i  mma  Ramotswe

zostawiła  tam  maleńką  białą  furgonetkę.  Kusiło  ją  miejsce  w  cieniu  pod  jednym  z

największych  drzew,  ale  zachowałaby  się  jak  człowiek  niewychowany,  gdyby  je  wybrała  -

zapewne parkował tam jakiś znaczniejszy członek rodu.

Zostawiła  walizkę  na  siedzeniu  pasażera  i  podeszła  do  furtki  prowadzącej  na  podwórze

głównego  domu.  Zawołała,  bo  byłoby  niegrzeczne  pchać  się  bez  zaproszenia.  Nikt  jej  nie

odpowiedział,  więc  zawołała  ponownie.  Tym  razem  otworzyły  się  jakieś  drzwi  i  wyszła  z

nich  kobieta  w  średnim  wieku,  wycierając  dłonie  w  fartuch.  Uprzejmie  pozdrowiła  mmę

Ramotswe i zaprosiła ją do środka.

-  Staruszka  czeka  na  panią  -  powiedziała.  -  Jestem  tutaj  szefową  służby.  Opiekuję  się

staruszką. Czeka na panią.

Pod  daszkiem  werandy  było  chłodno,  a  jeszcze  chłodniej  w  pogrążonym  w  półmroku

wnętrzu  domu.  Zanim  oczy  mmy  Ramotswe  oswoiły  się  ze  zmianą  światła,  widziała  raczej

cienie  niż  kształty.  Potem  zobaczyła  krzesło  z  pionowym  oparciem,  na  którym  siedziała

starsza pani, a obok niej stolik z dzbankiem wody i czajniczkiem herbaty.

Wymieniły  pozdrowienia,  a  mma  Ramotswe  dodatkowo  się  ukłoniła.  Spodobało  się  to

pani  domu,  która  zrozumiała,  że  ma  do  czynienia  z  kobietą  przestrzegającą  dawnych

obyczajów, nie tak, jak te bezczelne nowoczesne kobiety z Gaborone, którym się wydaje, że

pojadły wszystkie rozumy i które nie szanują starszych. Ha! Myślą, że są Bóg wie jak mądre,

mają  się  za  Bóg  wie  kogo,  wykonują  męskie  zawody  i  zachowują  się  wobec  mężczyzn  jak

psie samice. Ha! Ale nie tutaj, na wsi, gdzie dawne obyczaje wciąż cieszą się mirem. A już na

pewno nie w tym domu.

-  Bardzo  miło  z  pani  strony,  że  zgodziła  się  pani  mnie  przyjąć,  mma.  Pani  syn  też  jest

dobrym człowiekiem.

- Nie ma o czym mówić, mma - odparła staruszka z uśmiechem. - Przykro mi słyszeć, że

ma pani w życiu kłopoty. Ale kłopoty, które w mieście wydają się duże, na wsi robią się małe.

Co  tutaj  jest  ważne?  Deszcz.  Trawa  dla  bydła.  Żadna  ze  spraw,  którymi  zadręczają  się

miastowi. Tutaj nie mają one znaczenia. Zobaczy pani.

- To ładne miejsce - odparła mma Ramotswe. - I bardzo spokojne.

Staruszka zamyśliła się.

- Tak, jest u nas spokojnie. Zawsze było spokojnie i nie chciałabym, żeby to się zmieniło.

Nalała wody do szklanki i podała ją mmie Ramotswe.

- Skąd pani jest, mma? - spytała. - Zawsze mieszkała pani w Gaborone?

Pytanie to nie zaskoczyło mmy Ramotswe. Jest to uprzejmy sposób na dowiedzenie się o

czyjąś  przynależność  plemienną.  W  Botswanie  jest  osiem  głównych  plemion  i  trochę

mniejszych. Większość młodych ludzi nie przywiązuje wagi do tych spraw, ale dla starszego

pokolenia  są  one  bardzo  istotne.  Ta  kobieta,  z  jej  wysoką  pozycją  w  społeczeństwie

plemiennym, na pewno się nimi interesowała.

- Pochodzę z Mochudi - odparła mma Ramotswe. - Tam się urodziłam.

background image

Staruszkę wyraźnie to uspokoiło.

- A, czyli jest pani Kgatla, tak jak my. Który szczep?

Mma  Ramotswe  naświetliła  jej  swoje  korzenie  i  staruszka  skinęła  głową.  Znała

naczelnika szczepu i jego kuzynkę, która wyszła za siostrę jej szwagierki. Tak, chyba poznała

przed laty Obeda Ramotswe. Potem pogrzebała w pamięci i powiedziała:

- Pani matka nie żyje, prawda? Przejechał ją pociąg, kiedy pani była niemowlęciem.

Mma  Ramotswe  była  tylko  trochę  zaskoczona.  Niektórzy  ludzie  niemal  zawodowo

trudnią  się  zapamiętywaniem  dziejów  wspólnoty  i  staruszka  najwyraźniej  się  do  nich

zaliczała. Dzisiaj mówi się na nich ustni historycy, ale w rzeczywistości są to staruszki, które

lubią wspominać sprawy najbardziej dla nich interesujące: śluby, zgony i narodziny dzieci. Z

kolei staruszkowie mają w pamięci głównie krowy.

Rozmowa toczyła się dalej. Staruszka powoli i nienachalnie wyciągała z mmy Ramotswe

historię jej życia. Mma Ramotswe opowiedziała jej o Note Mokotim i staruszka pokiwała ze

współczuciem  głową,  ale  powiedziała,  że  takich  mężczyzn  jest  wielu  i  kobiety  powinny  na

nich uważać.

- Dla mnie męża wybrała rodzina. Nie układaliby się, gdybym powiedziała, że kandydat

mi się nie podoba, ale to oni wybrali i wiedzieli, jaki mężczyzna będzie dla mnie dobry. I nie

pomylili  się.  Znaleźli  mi  bardzo  dobrego  męża,  któremu  dałam  trzech  synów.  Jeden  lubi

liczyć krowy, to jego hobby. Na swój sposób jest z niego bardzo mądry człowiek. Drugiego

pani zna, mma, bardzo ważny człowiek w rządzie. Trzeci mieszka tutaj. Jest bardzo dobrym

farmerem  i  zdobył  kilka  nagród  za  swoje  byki.  Wszyscy  są  wspaniałymi  ludźmi  i  jestem  z

nich dumna.

-  Jest  pani  szczęśliwa,  mma?  -  spytała  mma  Ramotswe.  -  Zmieniłaby  pani  swoje  życie,

gdyby ktoś przyszedł do pani i powiedział: tu jest lek, który odmieni pani życie. Zażyłaby go

pani?

-  Nigdy  -  odparła  staruszka.  -  Nigdy.  Bóg  dał  mi  wszystko,  czego  można  zapragnąć.

Dobrego męża. Trzech zdrowych synów. Mocne nogi, które jeszcze dzisiaj potrafią pokonać

pięć,  sześć  mil.  I  niech  pani  spojrzy:  wciąż  mam  wszystkie  zęby.  Siedemdziesiąt  sześć  lat  i

ani  jednego  nie  brakuje!  Z  moim  mężem  jest  tak  samo.  Nasze  zęby  wytrzymają  aż  do  setki

albo jeszcze dłużej.

- Poszczęściło się pani. We wszystkim się pani poszczęściło.

- Prawie we wszystkim.

Mma Ramotswe czekała. Czy staruszka coś wyjawi? Może powie coś na temat synowej.

Może  widziała  ją,  jak  przygotowywała  truciznę,  albo  w  inny  sposób  się  o  tym  dowiedziała.

Staruszka oznajmiła jednak tylko:

-  Jak  padają  deszcze  i  powietrze  robi  się  wilgotne,  bolą  mnie  ręce.  Tutaj  i  tutaj.  Przez

dwa,  trzy  miesiące mam tak obolałe  ręce, że  trudno  mi  się  szyje.  Wypróbowałam  wszystkie

lekarstwa, ale nic nie skutkuje. Ale jeśli to jest całe brzemię, jakie spuścił na mnie Pan Bóg,

to i tak uważam, że miałam w życiu ogromnie wiele szczęścia.

background image

Staruszka  wezwała  przełożoną  służby,  która  wpuściła  mmę  Ramotswe  do  środka,  aby

zaprowadziła  mmę  Ramotswe  do  jej  pokoju  w  tylnej  części  domu.  Był  prosto  urządzony,  z

patchworkową narzutą i oprawionym w ramki zdjęciem Mochudi Hill na ścianie. Był też stół

z białym koronkowym obrusem i komódka na ubrania.

-  W  tym  pokoju  nie  ma  zasłon  -  powiedziała  gosposia  -  ale  koło  tego  okna  nikt  nie

przechodzi. Nikt nie będzie zakłócał pani spokoju, mma.

Wyjaśniła, że obiad jest o dwunastej, więc mma Ramotswe będzie miała aż nadto czasu

na rozpakowanie się.

- Tutaj nie ma nic do roboty. To nie Gaborone - dodała tęsknie.

Odwróciła  się  do  wyjścia,  ale  mma  Ramotswe  próbowała  przedłużyć  rozmowę.  Z  jej

doświadczenia wynikało, że aby skłonić kogoś do mówienia, najlepiej jest go poprosić, żeby

opowiedział o swoich sprawach. Czuła, że przełożona służby, która poprawnie się wysławiała

w języku setswana, jest niegłupią kobietą i ma jakieś poglądy.

- Kto tutaj jeszcze mieszka, mma? - spytała. - Są jacyś inni członkowie rodziny?

-  Tak,  są.  Mieszka  tutaj  syn  państwa  domu  z  żoną.  Oni  mają  trzech  synów.  Jeden  ma

bardzo małą głowę i cały dzień liczy krowy. Stale jest przy bydle i nie przychodzi tutaj. Jest

jak  mały  chłopiec,  rozumie  pani?  Dlatego  mieszka  z  pastuszkami.  Traktują  go  jak  kolegę,

chociaż  to  już  dorosły  człowiek.  Drugi  mieszka  w  Gaborone,  gdzie  zajmuje  ważne

stanowisko, a trzeci żyje tutaj.

- Co pani myśli o tych synach, mma?

Trochę ryzykowała, tak szybko zadając to bezpośrednie pytanie. Takie wścibstwo mogło

wzbudzić w tej kobiecie nieufność. Ale nie wzbudziło. Przełożona służby usiadła na łóżku.

-  Jedno  pani  powiem,  mma.  Ten  syn,  który  zajmuje  się  krowami,  to  bardzo  smutny

człowiek.  Ale  gdyby  pani  słyszała,  co  jego  matka  o  nim  mówi.  Powiada,  że  jest  mądry.

Mądry!  On  ma  rozum  małego  chłopca,  mma.  To  nie  jego  wina,  ale  taka  jest  prawda.

Pastwisko to dla niego najlepsze miejsce, ale nie powinni mówić, że jest mądry. To po prostu

kłamstwo, mma. To tak, jakby powiedzieć, że deszcz pada w porze suchej. To nieprawda.

- Ma pani rację.

Gospodyni ledwo zarejestrowała to wtrącenie.

-  Potem  jest  ten  z  Gaborone.  Kiedy  tutaj  przyjeżdża,  robi  straszne  zamieszanie.  O

wszystko się rozpytuje. Wszędzie wtyka nos. Czasem nawet krzyczy na ojca, wyobraża sobie

pani? Ale wtedy matka krzyczy na niego i przywołuje go do porządku. Może w Gaborone jest

ważnym człowiekiem, ale tutaj jest synem i nie wolno mu krzyczeć na starszych.

Mma  Ramotswe  była  zachwycona.  Gosposia  należała  do  gatunku  służących,  które

najbardziej lubiła odpytywać.

- Ma pani rację, mma. Za dużo ludzi krzyczy dzisiaj na innych. Nic, tylko się drą. Ciągle

się to słyszy. Ale właściwie dlaczego on krzyczy? Myśli pani, że chce poćwiczyć głos?

background image

-  O,  ten  człowiek  ma  donośny  głos!  -  odparła  przełożona  służby  ze  śmiechem.  -  Nie,

krzyczy dlatego, że jego zdaniem coś jest tutaj nie w porządku. Mówi, że nie gospodarujemy

jak należy. Poza tym mówi... - zniżyła głos - ...że żona jego brata jest złą kobietą. Powiedział

tak  do  ojca,  słyszałam  wyraźnie.  Ludzie  myślą,  że  służące  nic  nie  słyszą,  ale  my  też  mamy

uszy. Słyszałam, jak to powiedział. Mówił o niej okropne rzeczy.

Mma Ramotswe uniosła brew.

- Okropne rzeczy?

-  Mówi,  że  ona  sypia  z  innymi  mężczyznami.  Że  kiedy  urodzi  im  się  pierwsze  dziecko,

nie  będzie  pochodziło  z  tego  rodu.  Że  synowie  urodzą  się  z  innych  mężczyzn  i  obca  krew

przejmie tę farmę. Tak mówi.

Mma  Ramotswe  milczała.  Wyglądnęła  przez  okno.  Niedaleko  rosła  bugenwilla,  która

rzucała  purpurowy  cień.  Dalej  było  widać  wierzchołki  akacji,  ciągnących  się  aż  po  niskie

wzgórza na horyzoncie. Samotna kraina, zaczątek pustki.

- Myśli pani, że on ma rację? Jest trochę prawdy w tym, co mówi o tej kobiecie?

- Prawdy, mma? - odparła gosposia z grymasem na twarzy. - Prawdy? Ten człowiek nie

rozumie tego słowa. Oczywiście, że to nieprawda. To dobra kobieta. Kuzynka kuzynki mojej

mamy.  Cała  rodzina,  jeden  w  drugiego,  to  chrześcijanie.  Czytają  Biblię.  Przestrzegają

przykazań bożych. Nie cudzołożą. Taka jest prawda.

background image

Rozdział trzynasty

Arbiter kobiecej urody

Mma  Makutsi,  p.o.  dyrektora  Tlokweng  Road  Speedy  Motors  i  asystentka  detektywa  w

Kobiecej  Agencji  Detektywistycznej  Nr  1,  tego  dnia  udawała  się  do  pracy  z  biciem  serca.

Chociaż  chętnie  brała  na  siebie  odpowiedzialność  i  była  zachwycona  dwoma  awansami,  do

tej  pory  zawsze  miała  w  odwodzie  mmę  Ramotswe,  jeśli  sytuacja  ją  przerosła.  Teraz,  po

wyjeździe szefowej, zdała sobie sprawę, że spoczywa na niej wyłączna odpowiedzialność za

dwie firmy i dwóch pracowników. Mma Ramotswe planowała zabawić na farmie tylko kilka

dni, ale gdyby w tym czasie wyskoczyły jakieś kłopoty, mma Makutsi musiałaby uporać się z

nimi sama, bo z mma Ramotswe nie było kontaktu telefonicznego. Co się tyczy warsztatu, to

wiedziała, że pan J.L.B. Matekoni leczy się teraz na farmie dla sierot i nie powinna zawracać

mu  głowy,  póki  nie  wyzdrowieje.  Lekarz  zalecił  odpoczynek  i  odsunięcie  na  bok  wszelkich

zmartwień i mma Potokwani, która nie miała w zwyczaju kwestionować fachowości lekarzy,

z pewnością jak lwica broniłaby pacjenta przed intruzami.

Mma Makutsi miała cichą nadzieję, że do powrotu mmy Ramotswe w agencji nie zjawią

się żadni klienci. Nie dlatego, że nie miała ochoty prowadzić dochodzeń - wręcz przeciwnie,

marzyła  o  tym  -  nie  chciała  jednak  brać  na  swoje  barki  całej  odpowiedzialności.  Życie  jest

wszakże  złośliwe  i  zjawił  się  klient  -  i  to  z  problemem  wymagającym  natychmiastowych

działań.

Mma  Makutsi  siedziała  za  biurkiem  pana  J.L.B.  Matekoniego,  wypisując  faktury  za

naprawy, kiedy jeden z terminatorów wsunął głowę w drzwi.

-  Bardzo  elegancki  mężczyzna  do  pani,  mma  -  oznajmił,  wycierając  upaprane  smarem

ręce w kombinezon. - Otworzyłem drzwi agencji i kazałem mu zaczekać.

Mma Makutsi zmarszczyła brwi.

- Elegancki?

- W szykownym garniturze. Bardzo przystojny, nie tak jak ja, ale prawie. Buty na wysoki

połysk.  Bardzo  elegancki.  Niech  pani  uważa.  Tacy  faceci  próbują  zbałamucić  takie  kobiety

jak pani. Zobaczy pani.

background image

-  Nie  wycieraj  rąk  w  kombinezon  -  warknęła  mma  Makutsi,  wstając  z  krzesła.  -  My

płacimy  za  pranie,  nie  ty.  Od  tego  macie  szmaty.  Pan  J.L.B.  Matekoni  wam  tego  nie

powiedział?

-  Może  powiedział,  może  nie.  Szef  mówił  nam  tyle  rzeczy,  że  nie  sposób  tego

wszystkiego spamiętać.

Mma  Makutsi  minęła  go  w  drzwiach.  Ci  chłopcy  są  niemożliwi,  pomyślała.  Ale

przynajmniej pracują pilniej, niż się spodziewała. Może pan J.L.B. Matekoni był dla nich za

miękki?  Ten  złotego  serca  człowiek  nie  lubi  nikogo  surowo  krytykować.  Nie  ma  tego  we

krwi. Na szczęście ja mam, pomyślała. Skończyła studium sekretarskie, którego wykładowcy

stale  powtarzali:  Nie  bójcie  się  krytykować  swojej  i  cudzej  pracy  -  konstruktywnie,  rzecz

jasna.  Mma  Makutsi  krytykowała  i  zrodziło  to  owoce.  Warsztat  hulał  i  wydawało  się,  że  z

każdym dniem jest więcej pracy.

Przystanęła  przed  drzwiami  agencji  detektywistycznej,  zaraz  za  rogiem  budynku,  i

spojrzała na samochód zaparkowany pod drzewem. Ten człowiek - ten elegancki mężczyzna,

jak opisał go terminator - z pewnością jeździł pięknym samochodem. Przebiegła wzrokiem po

obłych  liniach  nadwozia  i  zanotowała  fakt,  że  pojazd  jest  wyposażony  w  dwie  anteny,  z

przodu i z tym. Po co komu dwie anteny? Nie da się słuchać dwóch stacji radiowych naraz ani

prowadzić  więcej  niż  jednej  rozmowy  telefonicznej,  siedząc  za  kierownicą  samochodu.  Tak

czy  owak  dwie  anteny  dodatkowo  pogłębiały  aurę  prestiżu  i  znaczenia,  którą  emanowało

auto.

Pchnęła  drzwi.  Na  krześle  koło  biurka  mmy  Ramotswe,  z  nogami  skrzyżowanymi  z

wykwintną swobodą, siedział pan Moemedi „Two Shots” Pulani, natychmiast rozpoznawalny

dla każdego czytelnika gazety „Botswana Daily News”, na której łamach często się pojawiało

jego urodziwe i pewne siebie oblicze. Mma Makutsi zdziwiła się i zezłościła, że uczeń go nie

poznał,  ale  potem  przypomniała  sobie,  że  chłopak  terminuje  w  zawodzie  mechanika,  a  nie

detektywa,  poza  tym  nigdy  nie  widziała,  żeby  ci  dwaj  chłopcy  czytali  gazety.

Południowoafrykański magazyn o motocyklach to tak, przeglądali go z wypiekami na twarzy,

podobnie jak periodyk zatytułowany „Fancy Girls”, który zawsze pośpiesznie chowali, kiedy

mma Makutsi podchodziła do nich podczas przerwy obiadowej. Nie było absolutnie żadnego

powodu,  aby  słyszeli  o  panu  Pulanim,  jego  imperium  odzieżowym  i  działalności

charytatywnej.

Pan Pulani wstał po jej wejściu i pozdrowił ją uprzejmie. Uścisnęli sobie dłonie, po czym

mma Makutsi usiadła za biurkiem na krześle mmy Ramotswe.

-  Cieszę  się,  że  zechciała  mnie  pani  przyjąć,  mimo  że  nie  byliśmy  umówieni,  mma

Ramotswe - powiedział pan Pulani, wyjmując z kieszeni na piersiach srebrną papierośnicę.

-  Nie  jestem  mma  Ramotswe,  rra  -  odparła,  nie  przyjmując  papierosa.  -  Jestem

wicedyrektorem agencji.

background image

Urwała.  Jej słowa nie  do  końca  odpowiadały prawdzie.  Ba, całkiem  się  z  nią  rozmijały.

Ale kierowała agencją pod nieobecność mmy Ramotswe, więc może określenie to znajdowało

uzasadnienie.

-  A  -  zafrasował  się  pan  Pulani,  zapalając  papierosa  wielką  pozłacaną  zapalniczką.  -

Chciałbym porozmawiać z mma Ramotswe.

Mma Makutsi skrzywiła się, gdy nadleciała ku niej nad biurkiem chmura dymu.

- Przykro mi, ale w najbliższych dniach nie będzie to możliwe. Mma Ramotswe prowadzi

ważne śledztwo za granicą.

Znowu  urwała.  Przesada  ta  przyszła  jej  bardzo  łatwo  i  zupełnie  odruchowo.  Brzmiało

bardziej  imponująco,  że  mma  Ramotswe  wyjechała  za  granicę  -  nadawało  to  agencji

międzynarodowy charakter - ale nie należało tak mówić.

- Rozumiem. W takim razie pomówię z panią, mma.

- Słucham pana, rra.

Pan Pulani rozparł się na krześle.

- Sprawa jest bardzo pilna. Byłaby pani w stanie zacząć dzisiaj? Natychmiast?

Mma Makutsi zaczerpnęła głęboko tchu, zanim spowiła ją kolejna chmura dymu.

- Jesteśmy do pańskiej dyspozycji. Naturalnie ekspresowe dochodzenia więcej kosztują. Z

pewnością pan to rozumie.

Machnął bagatelizujące ręką.

- Cena nie gra roli. Ważna jest przyszłość konkursu piękności Miss Beauty and Integrity.

Urwał dla większego efektu. Mma Makutsi nie zawiodła go:

- O! To rzeczywiście bardzo poważna sprawa.

Pan Pulani skinął głową.

- W rzeczy samej, mma. Zostały nam trzy dni na rozwiązanie problemu. Tylko trzy dni.

- Proszę mi o tym opowiedzieć, rra. Zamieniam się w słuch.

-  Sprawa  ma  ciekawe  tło,  mma  -  zaczął  pan  Pulani.  -  Myślę,  że  historia  ta  ma  swoje

korzenie  w  bardzo  odległej  przeszłości.  W  istocie  zaczyna  się  w  Raju,  kiedy  Bóg  stworzył

Adama  i  Ewę.  Jak  sobie  pani  z  pewnością  przypomina,  Ewa  przywiodła  Adama  na

pokuszenie,  bo  była  bardzo  piękna.  I  od  tej  pory  kobiety  pozostały  piękne  w  oczach

mężczyzn.  Mężczyźni  z  Botswany  lubią  ładne  kobiety.  Stale  na  nie  patrzą,  nawet  kiedy  się

zestarzeją, i myślą sobie: tak kobieta jest ładna, ta kobieta jest ładniejsza od tamtej i tak dalej.

- Tak samo robią z krowami - wtrąciła mma Makutsi. - Mówią, że ta krowa jest lepsza, a

ta gorsza. Krowy, kobiety, dla mężczyzn to jedno i to samo.

Pan Pulani zerknął na nią z ukosa.

-  Powiedzmy.  Można  na  to  w  ten  sposób  spojrzeć.  Niech  będzie.  -  Umilkł  na  chwilę,

zanim  podjął  temat.  -  W  każdym  razie  temu  zainteresowaniu  mężczyzn  ładnymi  kobietami

zawdzięczamy  popularność,  jaką  cieszą  się  w  Botswanie  konkursy  piękności.  Lubimy

wyławiać  najpiękniejsze  kobiety  w  Botswanie  i  przyznawać  im  tytuły  i  nagrody.  Dla

background image

mężczyzn  jest  to  bardzo  ważna  forma  rozrywki.  Ja  również  należę  do  takich  mężczyzn.  Od

piętnastu  lat  non  stop  działam  w  świecie  królowych  piękności.  Jestem  bodaj  najważniejszą

osobą w branży pięknościowej.

- Widziałam pana zdjęcie w gazetach, rra - powiedziała mma Makutsi. - Widziałam, jak

wręczał pan nagrody.

Pan Pulani skinął głową.

-  Pięć  lat  temu  powołałem  do  życia  konkurs  Miss  Glamorous  Botswana  i  teraz  jest  to

główne  wydarzenie  z  tej  dziedziny.  Pani,  która  wygra  nasz  konkurs,  zawsze  dostaje  się  do

konkursu Miss Botswana, a czasem Miss Universe. Wysyłamy nasze panie do Nowego Jorku

i  Palm  Springs,  gdzie  są  bardzo  wysoko  oceniane.  Niektórzy  mówią,  że  to  nasz  najlepszy

towar eksportowy po diamentach.

- I krowach - dorzuciła mma Makutsi.

- Tak, i krowach - przystał na to pan Pulani. - Ale są ludzie, którzy stale się nas czepiają.

Piszą  do  gazet  i  tłumaczą  nam,  że  nie  powinno  się  zachęcać  pań,  żeby  paradowały  przed

mężczyznami w eleganckich strojach. Mówią, że to jest szerzenie fałszywych wartości. Phh!

Fałszywych  wartości?  Ludzie,  którzy  piszą  te  listy,  są  po  prostu  zawistni.  Zazdroszczą  tym

dziewczynom urody. Wiedzą, że nigdy nie dostaną się do takiego konkursu. Więc narzekają i

narzekają, i  bardzo  się  cieszą,  kiedy w  konkursie  piękności  coś pójdzie nie  tak. Zapominają

przy  tym,  że  konkursy  te  przynoszą  mnóstwo  pieniędzy  na  cele  charytatywne.  W  zeszłym

roku zdobyliśmy pięć tysięcy puli na szpital, dwadzieścia tysięcy na pomoc ofiarom suszy -

dwadzieścia tysięcy, mma - i prawie osiem tysięcy puli na stypendia dla pielęgniarek. To są

duże  sumy,  mma.  Ile  pieniędzy  pozyskali  nasi  krytycy?  Mogę  pani  odpowiedzieć  na  to

pytanie: ani centa!

Ale musimy być ostrożni. Dostajemy dużo pieniędzy od sponsorów, więc jak sponsorzy

się wycofają, to klops. Jak z konkursem coś pójdzie nie tak, to sponsorzy mogą powiedzieć,

ż

e nie chcą mieć z nami nic więcej wspólnego. Mówią, że nie chcą sobie robić złej reklamy.

Mówią, że płacą za dobrą reklamę, nie za złą.

- I coś poszło nie tak?

Pan Pulani zabębnił palcami o blat biurka.

- Owszem. Wydarzyły się pewne bardzo niedobre rzeczy. W zeszłym roku wyszło na jaw,

ż

e  dwie  z  naszych  królowych  piękności  mają  trochę  grzechów  na  sumieniu.  Jedną

aresztowano  za  prostytucję  w  dużym  hotelu.  Fatalna  historia.  Druga  posługiwała  się  cudzą

kartą  kredytową.  Napisano  o  tym  w  gazetach.  Zrobiła  się  cała  nagonka.  Mówiono  na

przykład:  „Czy  tego  pokroju  dziewczyny  nadają  się  na  ambasadorów  Botswany?  To  może

poszukać w więzieniach i zrobić królowe piękności z niektórych pensjonariuszek?” Ludzi to

ubawiło,  ale  mnie  nie  bardzo.  Niektóre  firmy  przeczytały  ten  artykuł  i  powiedziały,  że  po

następnym tego rodzaju incydencie wycofają się ze sponsorowania. Otrzymałem cztery listy

tej treści.

background image

Postanowiłem  więc,  że  w  tym  roku  tematem  naszego  konkursu  będzie  piękność  i

uczciwość.  Powiedziałem  naszym  ludziom,  że  musimy  wybrać  na  królowe  piękności  dobre

obywatelki,  które  nie  przyniosą  nam  wstydu.  To  jedyny  sposób,  żeby  nasi  sponsorzy  byli

zadowoleni.

W  ramach  kwalifikacji  wszystkie  panie  musiały  więc  wypełnić  formularz,  który  sam

opracowałem.  Zawarte  tam  były  przeróżne  pytania  na  temat  ich  poglądów.  Na  przykład:

„Jakie  wartości  powinien  wyznawać  dobry  obywatel  Botswany?”  albo:  „Lepiej  jest  dawać

czy brać?”

Wszystkie dziewczyny wypełniły formularze i tylko te, które wykazały się zrozumieniem

pojęcia  dobrego  obywatelstwa,  zostały  dopuszczone  do  finału.  Wybraliśmy  pięć  dziewczyn.

Udałem  się  do  gazet  z  informacją,  że  znaleźliśmy  pięć  bardzo  dobrych  obywatelek,  które

wyznają  najszlachetniejsze  wartości.  W  „Botswana  Daily  News”  ukazał  się  artykuł  pod

tytułem Dobre dziewczyny walczą o tytuł najpiękniejszej.

Byłem  bardzo  zadowolony,  a  nasi  adwersarze  mieli  zakneblowane  usta,  bo  nie  mogli

wystąpić  z  krytyką  tych  pań,  które  chcą  być  dobrymi  obywatelkami.  Zadzwonili  do  mnie

sponsorzy  i  powiedzieli,  że  chętnie  się  identyfikują  z  wartościami  obywatelskimi  i  że  jeśli

wszystko  pójdzie  dobrze,  to  w  przyszłym  roku  nadal  będą  nas  sponsorowali.  Organizacje

dobroczynne pochwaliły mnie i powiedziały, że to jest dobre rozwiązanie na przyszłość.

Pan Pulani urwał. Spojrzał na mmę Makutsi z markotną miną i na chwilę jego światowość

go opuściła.

- Wczoraj dotarła do mnie zła wiadomość. Policja aresztowała jedną z naszych dziewczyn

za  kradzież  w  sklepie.  Usłyszałem  o  tym  od  jednego  z  pracowników  i  zatelefonowałem  do

znajomego  inspektora,  który  wszystko  potwierdził.  Dziewczynę  przyłapano  na  kradzieży  w

sklepie Game. Usiłowała ukraść dużą patelnię, wsuwając ją pod bluzkę, ale nie zauważyła, że

rączka wystaje i detektyw sklepowy ją zatrzymał. Na szczęście sprawa nie dotarła do gazet i

może nie dotrze, zanim dziewczyna stanie przed sądem.

Mma  Makutsi  współczuła  pan  Pulaniemu.  Przy  całej  jego  megalomanii  nie  dało  się

zaprzeczyć,  że  bardzo  wiele  robił  dla  biednych.  W  świecie  mody  jest  pełno  bufonów  i  pan

Pulani  specjalnie  się  pod  tym  względem  nie  wyróżniał,  a  przynajmniej  sporo  pomagał

ludziom w potrzebie. Konkursy piękności zaś były, są i będą, czy się to komu podoba czy nie.

Jeśli  pan  Pulani  dbał  o  poziom  moralny  uczestniczek  swojego  konkursu,  to  zasługiwał  na

wsparcie.

- Przykro mi to słyszeć, rra. To musiała być dla pana bardzo zła wiadomość.

- Tak - odparł zrozpaczony. - A dodatkowo pogarsza sprawę fakt, że do finałów pozostały

już tylko trzy dni. Mamy teraz tylko cztery dziewczyny na liście, ale skąd mogę wiedzieć, czy

któraś  mnie  nie  skompromituje?  Ta  jedna  z  pewnością  kłamała,  kiedy  wypełniała

kwestionariusz  i  udawała  dobrą  obywatelkę.  Skąd  mogę  wiedzieć,  że  pozostałe  nie  kłamią,

kiedy mówią, że chciałyby działać charytatywnie? Skąd mam to wiedzieć? Jeśli wybierzemy

background image

dziewczynę, która skłamała, to może się okazać, że jest złodziejką albo jeszcze gorzej. A to

oznacza, że się skompromitujemy, kiedy ona stanie na podium.

Mma Makutsi skinęła głową.

- Bardzo trudna sytuacja. Przydałoby się zajrzeć w serca pozostałej czwórki. Jeśli jest tam

dobroć...

- Jeśli znajdzie się taka pani - przerwał pan Pulani z przekonaniem w głosie - to wygra.

Mogę załatwić jej zwycięstwo.

- A co z innymi jurorami? - spytała mma Makutsi.

-  Ja  jestem  głównym  jurorem.  Może  mnie  pani  nazwać  najwyższym  sędzią  piękności.

Liczy się przede wszystkim mój głos.

- Rozumiem.

- Tak to funkcjonuje. - Pan Pulani zgasił papierosa o podeszwę buta. - Domyśla się więc

pani  chyba,  czego  od  pani  oczekuję.  Podam  pani  nazwiska  i  adresy  naszych  czterech  pań.

Chciałbym,  żeby  się  pani  dowiedziała,  czy  jest  wśród  nich  naprawdę  dobra  kobieta.  A  jeśli

nie  ma,  to  niech  mi  przynajmniej  pani  powie,  która  z  nich  jest  najuczciwsza.  Lepsze  to  niż

nic.

Mma Makutsi roześmiała się.

-  Jak  mogę  tak  szybko  zajrzeć  w  serca  tym  dziewczętom?  Musiałabym  porozmawiać  z

bardzo wieloma ludźmi. Potrwałoby to całe tygodnie.

Pan Pulani wzruszył ramionami.

-  Ale  nie  ma  pani  całych  tygodni,  mma.  Ma  pani  trzy  dni.  Przecież  sama  pani

powiedziała, że może mi pani pomóc.

- Tak, ale...

Pan Pulani wyjął z kieszeni karteczkę papieru.

- To są te cztery nazwiska, z adresami. Wszystkie mieszkają w Gaborone.

Przesunął  karteczkę  w  jej  stronę  po  blacie  biurka,  a  następnie  z  innej  kieszeni  wyjął

skórzaną  teczuszkę.  Kiedy  ją  otworzył,  mma  Makutsi  zobaczyła  w  środku  książeczkę

czekową.

-  A  tutaj  ma  pani  czek  na  dwa  tysiące  puli,  wystawiony  na  Kobiecą  Agencję

Detektywistyczną  Nr  1.  Proszę.  Jest  postdatowany.  Jeśli  pojutrze  uzyskam  potrzebne  mi

informacje, następnego dnia będzie pani mogła przedstawić go w banku.

Mma Makutsi przyglądała się czekowi z szeroko otwartymi oczami. Ale by było, gdyby

mogła  powiedzieć  do  mmy  Ramotswe  po  jej  powrocie:  „Zarobiłam  dla  agencji  dwa  tysiące

puli,  mma,  już  wpłynęło”.  Wiedziała,  że  mma  Ramotswe  nie  jest  kobietą  pazerną,  ale

wiedziała również, że sytuacja finansowa agencji budzi zatroskanie jej chlebodawczyni. Tak

wysokie  honorarium  wiele  by  pomogło  i  stanowiłoby  nagrodę  za  zaufanie  okazane  przez

szefową mmie Makutsi.

Włożyła czek do szuflady i zobaczyła wyraz ulgi na twarzy pana Pulani.

background image

-  Liczę  na  panią,  mma.  Słyszałem  same  dobre  rzeczy  na  temat  Kobiecej  Agencji

Detektywistycznej Nr 1. Mam nadzieję osobiście się przekonać o wysokiej jakości jej usług.

- A ja mam nadzieję sprostać pana oczekiwaniom - stwierdziła mma Makutsi.

Już jednak zaczynały ją ogarniać wątpliwości. Jak ona się dowie, czy cztery panie z listy

pana Pulaniego są uczciwe? Zadanie wydawało się niewykonalne.

Odprowadziła pana  Pulaniego  do  drzwi,  zauważywszy  po  raz pierwszy, że  klient ma na

nogach  białe  buty.  Zarejestrowała  także  wielkie  złote  spinki  do  mankietów  i  krawat  z

błyszczącego  jedwabiu.  Nie  chciałaby  dla  siebie  takiego  mężczyzny.  Kobieta  musiałaby

spędzać większość czasu w salonie piękności, żeby sprostać jego oczekiwaniom. Oczywiście,

zreflektowała się mma Makutsi, niektórym paniom bardzo by to odpowiadało.

background image

Rozdział czternasty

Bóg postanowił, że w Botswanie będzie sucho

Gospodyni  powiedziała,  że  obiad  zostanie  podany  o  dwunastej,  czyli  za  kilka  godzin.

Mma  Ramotswe  postanowiła  przeznaczyć  ten  czas  na  rekonesans.  Lubiła  farmy  -  jak

większość  Batswana  -  bo  przypominały  jej  o  dzieciństwie  i  prawdziwych  wartościach

wyznawanych  przez  jej  plemię.  Ludzie  dzielą  ziemię  z  krowami,  ptakami  i  wieloma  innymi

stworzeniami, które można zobaczyć, jeśli człowiek jest uważny. W mieście, gdzie żywność

kupuje  się  w  sklepie,  a  woda  płynie  z  kranu,  człowiek  nie  myśli  o  tych  sprawach,  ale  dla

wielu ludzi życie wygląda inaczej.

Po  inspirującej  rozmowie  z  przełożoną  służby  mma  Ramotswe  opuściła  swój  pokój  i

wyszła  z  domu  drzwiami  frontowymi.  Słońce  mocno paliło nad  głową  i  cienie  były  krótkie.

W  kierunku  wschodnim,  nad  niskimi,  odległymi  wzgórzami,  zbierały  się  ciężkie  deszczowe

chmury, sine w rozedrganiu upału. To mogło wywołać deszcz, przynajmniej tam, nad granicą.

Wszystko  wskazywało  na  to,  że  tego  roku  spadną  obfite  deszcze.  Wszyscy  się  o  to  modlili.

Obfite deszcze oznaczają pełne brzuchy. Susza oznacza chude krowy i zwiędłe plony. Kilka

lat  wcześniej  na  kraj  spadła  wielka  susza  i  rząd  z  ciężkim  sercem  polecił,  żeby  zacząć

zarzynać bydło. Nie ma większej tragedii i wszyscy ogromnie cierpieli.

Mma Ramotswe rozejrzała się wokół siebie. W pewnym oddaleniu znajdował się padok,

a  krowy  tłoczyły  się  wokół  poidła  zasilanego  rurą,  która  biegła  po  ziemi  od  skrzypiącego

wiatraka z betonowym zbiornikiem. Mma Ramotswe postanowiła rzucić okiem na krowy. W

końcu  była  córką  Obeda  Ramotswe,  zdaniem  niektórych  jednego  z  najlepszych  znawców

bydła  w  całej  Botswanie.  Ona  też  potrafiła  rozpoznać  dorodną  krowę  i  kiedy  przejeżdżała

obok jakiejś szczególnie pięknej sztuki, zadawała sobie pytanie, co tata by o niej powiedział.

Może: dobry kark. Albo: to dobra krowa, patrz, jak chodzi. Albo: ta więcej ryczy, niż mleka

daje.

Oceniała, że na tej farmie jest dużo krów, może pięć albo sześć tysięcy. Dla większości

ludzi  było  to  niewyobrażalne  bogactwo.  Już  przy  dziesięciu  czy  dwudziestu  sztukach  bydła

człowiek  czuł  się  względnie  zamożny.  Obed  Ramotswe  rozbudował  swoje  stado  drogą

rozsądnego  zakupu  i  sprzedaży,  by  pod  koniec  życia  dojść  do  dwóch  tysięcy  krów.

background image

Odziedziczyła  je  po  nim  i  dzięki  temu  mogła  sobie  pozwolić  na  kupno  domu  przy  Zebra

Drive  i  uruchomienie  agencji  detektywistycznej.  Części  bydła  postanowiła  nie  sprzedawać,

opiekowali się nim pastuszkowie na odległych terenach wypasowych, które odwiedzała w jej

imieniu  kuzynka.  Było  tego  sześćdziesiąt  sztuk,  potomstwo  ciężkich  byków  rasy  brahman,

które  jej  ojciec  tak  starannie  wyselekcjonował  i  odhodował.  Któregoś  dnia  zamierzała  tam

pojechać  zaprzężonym  w  woły  wozem  i  zobaczyć  swoje  bydło.  Byłaby  to  emocjonalna

chwila,  ponieważ  krowy  wiązały  się  z  tatą.  Mma  Ramotswe  wiedziała,  że  ogarnęłaby  ją

wielka  tęsknota,  przypuszczalnie  by  się  rozpłakała  i  wszyscy  by  się  dziwili,  że  ta  kobieta

wciąż opłakuje ojca, który zmarł tak dawno temu.

Wciąż mamy łzy do przelania, pomyślała. Wciąż musimy płakać za tymi rankami, kiedy

wstawaliśmy  wcześnie  i  szliśmy  popatrzeć,  jak  krowy  wędrują  swoimi  dróżkami,  a  ptaki

unoszą się wysoko na ciepłych prądach powietrznych.

- O czym pani myśli, mma?

Podniosła  wzrok.  Obok  niej  pojawił  się  mężczyzna  z  krowim  batogiem  w  dłoni  i  w

sfatygowanym kapeluszu na głowie. Mma Ramotswe pozdrowiła go.

- Myślę o swoim zmarłym ojcu. Ucieszyłby go widok tych krów. Pan się nimi opiekuje,

rra? Piękne zwierzęta.

Uśmiechnął się, mile połechtany.

-  Opiekuję  się  nimi,  odkąd  przyszły  na  świat.  Są  dla  mnie  jak  dzieci.  Mam  dwa  tysiące

dzieci, mma. Same krowy.

Mma Ramotswe parsknęła śmiechem.

- Musi pan być zajętym człowiekiem, rra.

Skinął  głową  i  wyjął  z  kieszeni  jakieś  zawiniątko.  Poczęstował  mmę  Ramotswe

kawałkiem suszonej wołowiny.

-  Zatrzymała  się  pani  na  farmie?  -  spytał.  -  Ludzie  często  tu  przyjeżdżają.  Syn,  który

mieszka w Gaborone, często przywozi znajomych z rządu. Widziałem ich na własne oczy.

- To bardzo zajęty człowiek. Dobrze go pan zna?

- Tak - odparł mężczyzna, przeżuwając kawałek mięsa. - Przyjeżdża tutaj i mówi nam, co

mamy  robić.  Ciągle  martwi  się  o  krowy.  Mówi,  że  ta  jest  chora,  ta  chroma.  A  gdzie  się

podziała tamta? I tak bez ustanku. Jak wyjeżdża, to znowu jest spokój.

Mma Ramotswe zmarszczyła ze współczuciem brwi.

- To musi być trudne dla jego brata, prawda?

Pasterz otworzył szeroko oczy.

-  Stoi  jak  zbity  pies  i  pozwala  swojemu  bratu  na  siebie  krzyczeć.  Młodszy  brat  jest

dobrym  rolnikiem,  ale  pierworodny  uważa,  że  to  on  kieruje  tą  farmą.  My  jednak  wiemy,  że

ich  ojciec rozmawiał  z  wodzem i  uzgodnili,  że  młodszy  dostanie  większość  bydła, a  starszy

pieniądze. Tak ustalili.

- Ale starszemu się to nie podoba?

background image

-  Nie.  I  chyba  potrafię  go  zrozumieć.  Ale  bardzo  dobrze  mu  się  powodzi  w  Gaborone  i

ma zupełnie inne życie. Młodszy jest rolnikiem z krwi i kości. Zna się na bydle.

- A co z tym trzecim? - spytała mma Ramotswe. - Co z synem, który jest tam?

Pokazała w stronę Kalahari. Pasterz roześmiał się.

- Pozostał dzieckiem. Bardzo smutna historia. W głowie ma powietrze, jak to się mówi.

Matka coś zrobiła, jak nosiła go w łonie. Dlatego takie rzeczy się dzieją.

- Tak? Co takiego zrobiła?

Mma  Ramotswe  wiedziała,  że  w  przekonaniu  mieszkańców  wsi  upośledzenie  dziecka

wynika  z  jakiegoś  grzechu  rodziców.  Na  przykład  jeśli  matka  miała  romans  pozamałżeński,

może jej się urodzić dziecko słabe na umyśle. Jeśli mąż odejdzie do innej kobiety, kiedy jego

ż

ona jest w ciąży, to również może skończyć się dla dziecka tragicznie.

Pasterz  zniżył  głos,  chociaż  mma  Ramotswe  nie  bardzo  wiedziała,  kto  oprócz  krów  i

ptaków mógłby ich usłyszeć.

- Trzeba na nią uważać - powiedział. - Na staruszkę. To zła kobieta.

- Zła?

Skinął głową.

- Niech pani uważa. Niech pani zajrzy jej w oczy.

Gosposia tuż przed dwunastą przyszła do jej pokoju i oznajmiła, że podano do stołu.

- Jedzą na werandzie, tam.

Pokazała  na  drugą  stronę  domu,  gdzie  dzięki  siatkom  ocieniającym  i  obfitości  pnączy

rozpiętych  na  drewnianym  treliażu  panował  względny  chłód.  Zsunięto  ze  sobą  dwa  stoły  i

nakryto wykrochmalonym białym obrusem. Na jednym końcu dużego blatu stało w krąg kilka

naczyń z jedzeniem: dymiąca dynia, misa kaszy kukurydzianej, talerz fasoli i innej zieleniny

oraz duża waza gęstej potrawki mięsnej. Poza tym był bochenek chleba i masło na talerzyku.

Tylko zamożne rodziny mogą sobie pozwolić na takie dobre jedzenie każdego dnia.

Mma Ramotswe zobaczyła staruszkę, która siedziała trochę odsunięta od stołu, z kraciastą

bawełnianą  serwetką  na  kolanach.  Zebrali  się  także  inni  członkowie  rodziny:  mniej  więcej

dwunastoletni  chłopiec,  młoda  kobieta  w  eleganckiej  zielonej  spódnicy  i  białej  bluzce  -

przypuszczalnie szwagierka człowieka z rządu - i obok niej mężczyzna w długich spodniach i

koszuli  khaki  z  krótkimi  rękawami.  Na  widok  mmy  Ramotswe  mężczyzna  wstał  i  obszedł

stół, żeby się z nią przywitać.

- Jest pani naszym gościem, mma - powiedział z uśmiechem. - Serdecznie panią witamy

pod naszym dachem.

Staruszka skinęła głową.

- To mój syn - wyjaśniła. - Był przy krowach, kiedy pani przyjechała.

Mężczyzna  przedstawił  mmie  Ramotswe  swoją  żonę,  która  uśmiechnęła  się  do  niej

ż

yczliwie.

background image

-  Straszny  dziś  upał,  mma  -  powiedziała  młoda  kobieta.  -  Ale  chyba  będzie  padać.

Sprowadziła nam pani deszcz!

-  Mam  nadzieję  -  odparła  mma  Ramotswe, przyjmując  ten  komplement.  -  Ziemia ciągle

jest spragniona.

-  Zawsze  jest  spragniona  -  stwierdził  mąż.  -  Bóg  postanowił,  że  w  Botswanie  będzie

sucho i że będą tu mieszkały zwierzęta, które nie muszą dużo pić.

Mma Ramotswe usiadła między żoną i staruszką. Żona zaczęła nakładać jedzenie, a mąż

nalewać wodę do szklanek.

- Widziałam, jak pani oglądała krowy, mma - odezwała się staruszka. - Lubi pani krowy?

- Który Motswana nie lubi krów? - odrzekła mma Ramotswe.

- Może są tacy. Może są tacy, co nie znają się na krowach. Czy ja wiem?

Mówiąc te słowa, odwróciła głowę i spojrzała na ciągnący się aż po horyzont busz.

-  Słyszałam,  że  pochodzi  pani  z  Mochudi  -  powiedziała  młoda  kobieta,  podając  mmie

Ramotswe talerz. - Ja też stamtąd jestem.

- To było dawno - odparła mma Ramotswe. - Teraz mieszkam w Gaborone. Tak jak wielu

innych ludzi.

-  Na  przykład  mój  brat  -  stwierdził  mąż.  -  Musi  go  pani  dobrze  znać,  skoro  panią  tutaj

przysłał.

Na chwilę zapadła cisza. Staruszka spojrzała na swego syna, który uciekł ze wzrokiem.

- Nie znam go zbyt dobrze - odpowiedziała mma Ramotswe - ale zaprosił mnie tutaj, bo

mu pomogłam, i chciał mi się odwdzięczyć.

-  Jest  pani  u  nas  bardzo  mile  widziana  -  rzuciła  szybko  staruszka.  -  Jest  pani  naszym

gościem.

Ta ostatnia uwaga była przeznaczona dla uszu syna, który udał jednak, że jej nie usłyszał,

zajęty jedzeniem. Jego żona łypnęła na mmę Ramotswe, a potem szybko odwróciła wzrok.

Jedli  w  milczeniu.  Staruszka  położyła  sobie  talerz  na  kolanach  i  pracowicie  przekładała

do ust kopczyk polanej sosem kaszy kukurydzianej. Połykała jedzenie powoli, z łzawiącymi

oczami utkwionymi w widoku buszu i nieba. Żona nałożyła sobie jedynie warzyw, które jadła

bez przekonania. Spojrzawszy na swój talerz, mma Ramotswe przekonała się, że tylko ona i

mąż  jedzą  potrawkę.  Dziecko,  przedstawione  jako  kuzyn  żony,  pałaszowało  grubą  pajdę

chleba z syropem i sosem.

Mma Ramotswe przyjrzała się swojemu jedzeniu. Zatopiła widelec w kopczyku potrawki

pomiędzy  dużą  porcją  dyni  i  niewielkim  wzgórkiem  kaszy  kukurydzianej.  Potrawka  była

gęsta  i  kleista.  Kiedy  nabrała  ją  na  widelec,  na  talerzu  powstała  cienka  smuga  substancji

podobnej  do  gliceryny.  Lecz  kiedy  włożyła  sobie  jedzenie  do  ust,  okazało  się,  że  smakuje

normalnie  albo  prawie  normalnie.  Wyczuwała  lekki  posmak,  który  określiłaby  mianem

metalicznego,  przypominający  tabletki  z  żelazem,  które  przepisał  jej  swego  czasu  lekarz,  a

może gorzkawego - jak smak przekrojonej na pół pestki cytryny.

Spojrzała na żonę, która uśmiechnęła się do niej.

background image

-  Nie  ja  gotuję  -  wyjaśniła.  -  Jeśli  to  jedzenie  dobrze  smakuje,  to  nie  dlatego,  że  ja  je

ugotowałam.  W  kuchni  rządzi  Samuel.  To  bardzo  dobry  kucharz  i  jesteśmy  z  niego  dumni.

Ma wykształcenie gastronomiczne. Jest mistrzem kucharskim.

-  To  praca  dla  kobiety  -  zawyrokował  mąż.  -  Dlatego  mnie  nie  uświadczysz  w  kuchni.

Mężczyzna jest od innej roboty.

Spojrzał na mmę Ramotswe prowokacyjnie.

- Wiele osób tak mówi, rra - odparła po chwili. - A w każdym razie wielu mężczyzn. Ale

nie jestem pewna, czy wszystkie kobiety się z tym zgadzają.

Mąż odłożył widelec.

- Niech pani spyta moją żonę. Niech pani ją spyta, czy się z tym zgadza. Proszę bardzo.

- Mój mąż ma rację - powiedziała żona bez wahania.

Staruszka odwróciła się do mmy Ramotswe.

- Widzi pani? Staje po stronie męża. Na wsi takie panują obyczaje. W mieście może jest

inaczej, ale na wsi tak żyjemy.

Po  jedzeniu  mma  Ramotswe  wróciła  do  swojego  pokoju  i  położyła  się.  Upał  nie  zelżał,

mimo że na wschodzie nadal gęstniały chmury. Teraz już nie ulegało wątpliwości, że spadnie

deszcz,  nawet  jeśli  dopiero  wieczorem.  Należało  się  spodziewać  wiatru,  a  wraz  z  nim  tego

cudownego,  niezrównanego  zapachu  deszczu,  zapachu  spotkania  pyłu  i  wody,  który  bawi

przez  kilka  sekund  w  nozdrzach,  a  potem  znika  i  czeka  się  na  jego  powrót  z  utęsknieniem,

czasami przez kilka miesięcy - a jak człowiek znowu go poczuje, to zatrzymuje się i mówi do

pierwszej osoby, która się nawinie: „To jest zapach deszczu. Czujesz?”

Leżała na łóżku zapatrzona w białe deski sufitu. Nie zobaczyła na nich kurzu - znak, że

dom był dobrze prowadzony. W wielu domach sufity są upstrzone muszymi odchodami albo

poznaczone w rogach śladami termitów. Tutaj jednak biała farba była dokładnie umyta.

Mma  Ramotswe  nie  mogła  się  otrząsnąć  z  zaskoczenia.  Zdążyła  się  dowiedzieć,  że

personel  ma  własne  zdanie  i  że  nikt  nie  lubi  człowieka  z  rządu.  Wyglądało  na  to,  że  się

szarogęsi, ale co w tym niestosownego? To oczywiste, że starszy brat ma wyrobiony pogląd

na  hodowlę  bydła,  i  naturalne,  że  dzieli  się  tym  poglądem  z  młodszym  bratem.  Nie  ma  nic

dziwnego  w  tym,  że  staruszka  uważa  swojego  upośledzonego  na  umyśle  syna  za  mądrego

człowieka.  Nie  ma  nic  dziwnego  w  tym,  że  w  jej  opinii  miastowi  przestali  się  interesować

bydłem. Mma Ramotswe uświadomiła sobie, że wie o niej bardzo niewiele. Pasterz uważał ją

za  złą  kobietę,  ale  niczym  nie  poparł  tej  oceny.  Powiedział,  żeby  obserwowała  jej  oczy,  i

poszła  za  jego  radą.  Nic  to  jednak  nie  dało.  Zauważyła  tylko,  że  staruszka  patrzyła  w  dal,

kiedy jedli obiad. Co miałoby z tego wynikać?

Mma  Ramotswe  usiadła  na  łóżku.  A  jednak  coś  wynika,  pomyślała.  Jeśli  ktoś  patrzy  w

dal, to znaczy, że wolałby być gdzie indziej. A najczęstszym tego powodem jest niechęć do

obecnego  towarzystwa.  Jeśli  staruszka  ciągle  patrzyła  w  dal,  to  znaczy,  że  kogoś  z  nas  nie

lubi.  Przeciwko  mnie  nic  nie  ma,  pomyślała  mma  Ramotswe,  bo  w  żaden  sposób  tego  nie

background image

okazała  przy  pierwszej  rozmowie  i  nie  miała  czasu  ani  powodu  zapałać  do  mnie  niechęcią.

Chłopak  raczej  nie  wzbudziłby  w  niej  takich  uczuć,  a  zresztą  traktowała  go  z  widoczną

sympatią, parę razy pogłaskała go po głowie.

Pozostawał syn i żona.

Nie  ma  matki,  która  nie  lubiłaby  swojego  syna.  Mma  Ramotswe  wiedziała,  że  zdarzają

się  kobiety,  które  wstydzą  się  za  swoich  synów,  które  są  złe  na  swoich  synów,  ale  żeby  z

głębi  serca  ich  nie  lubiły  -  niepodobieństwo.  Matka  potrafi  wszystko  wybaczyć  swojemu

synowi. A zatem staruszka nie lubi swojej synowej, i to tak bardzo, że woli być gdzie indziej,

kiedy znajduje się w jej towarzystwie.

Mma  Ramotswe  z  powrotem  się  położyła,  kiedy  minęło  podniecenie  wywołane

dokonanym odkryciem. Teraz należało ustalić, dlaczego staruszka nie cierpi swojej synowej i

czy nie takie jest źródło podejrzeń człowieka z rządu. Ale może istotniejsze było pytanie, czy

młoda  kobieta  wie  o  niechęci  teściowej.  Jeśli  wie,  to  ma  powód,  żeby  coś  w  tej  sprawie

zrobić.  A  jeśli  jest  trucicielką  -  zupełnie  na  nianie  wygląda  i  należy  również  uwzględnić

słowa  gosposi,  która  ma  o  niej  dobre  zdanie,  pomyślała  mma  Ramotswe  -  to  próbowałaby

otruć raczej staruszkę niż swojego męża.

Mma  Ramotswe  nagle  poczuła  się  bardzo  zmęczona.  Nie  spała  dobrze  ubiegłej  nocy,  a

jazda, upał i ciężki obiad też zrobiły swoje. Potrawka była bardzo tłusta, tłusta i kleista. Mma

Ramotswe  zamknęła  oczy,  ale  nie  zobaczyła  ciemności.  Jej  wewnętrzne  pole  widzenia

rozjaśniła  biała  aura,  lekko  świecąca  linia.  Łóżko  drgnęło,  jakby  znad  odległej  granicy

nadciągnął  wiatr.  Przyszedł  zapach  deszczu,  a  potem  ciepłe,  zniecierpliwione  krople  spadły

na ziemię, kąsały ją i odbijały się jak maleńkie, szare robaki.

Mma Ramotswe zasnęła, ale oddech miała płytki, a sny gorączkowe. Kiedy się obudziła z

bólem żołądka, była prawie piąta. Burza przeszła, ale wciąż padało, deszcz bębnił o blaszany

dach  jak  oddział  natarczywych  doboszy.  Mma  Ramotswe  usiadła,  ale  poczuła  mdłości  i

znowu się położyła. Potem spuściła nogi na podłogę, wstała niepewnie i chwiejnym krokiem

udała się do łazienki na końcu korytarza. Tam zwymiotowała i od razu zrobiło jej się lepiej.

Kiedy  wróciła  do  pokoju,  najgorsze  mdłości  już  minęły  i  mogła  się  zastanowić  nad  swoją

sytuacją. Przyjechała do domu trucicielki i sama została otruta. Nie powinna być zaskoczona.

Było to absolutnie do przewidzenia.

background image

Rozdział piętnasty

Co chcesz zrobić ze swoim życiem?

Mma Makutsi miała tylko trzy dni. Czy w tak krótkim czasie zdoła uzyskać dostatecznie

dużo  informacji  na  temat  czterech  finalistek,  aby  pomóc  pan  Pulaniemu?  Spojrzała  na

starannie  napisaną  listę,  którą  wcisnął  jej  do  rąk,  lecz  ani  nazwiska,  ani  adresy  nic  jej  nie

mówiły.  Słyszała  o  ludziach,  którzy  twierdzili,  że  potrafią  ocenić  człowieka  na  podstawie

imienia, że dziewczyna, która ma na imię Mary, jest uczciwą domatorką, natomiast jeśli ktoś

ma  na  imię  Sipho,  to  nie  można  mu  ufać.  Była  to  jednak  absurdalna  koncepcja,  znacznie

mniej  pożyteczna  niż  ta,  zgodnie  z  którą  można  poznać  po  kształcie  głowy,  czy  ktoś  jest

przestępcą.  Mma  Ramotswe  pokazała  jej  artykuł  na  ten  temat  i  razem  się  z  tego  śmiały.

Jednakże teoria ta, naturalnie nieprzystająca takiej nowoczesnej osobie jak ona, zaintrygowała

mmę Makutsi, która przeprowadziła własne badania. Zawsze pomocny bibliotekarz z British

Council  Library  w  parę  minut  znalazł  odpowiednią  pozycję  i  wręczył  jej.  Książka  Teorie

przestępczości  była  dziełem  znacznie  bardziej  naukowym  niż  katechizm  zawodowy  mmy

Ramotswe,  Zasady  prowadzenia  prywatnych  dochodzeń  Clovisa  Andersena,  obfitujący  w

pożyteczne  wskazówki  z  dziedziny  traktowania  klientów,  ale  słabo  podbudowany

teoretycznie.  Dla  mmy  Makutsi  nie  ulegało  wątpliwości,  że  Clovis  Andersen  nie  czytuje

„Journal  of  Criminology”.  Autor  Teorii  przestępczości  dobrze  się  natomiast  orientował  w

debatach  dotyczących  przyczyn  popełniania  przestępstw.  Jednym  z  możliwych  winowajców

jest społeczeństwo, przeczytała mma Makutsi. Złe warunki mieszkaniowe i brak perspektyw

ż

yciowych  czynią  z  młodych  ludzi  przestępców  i  powinniśmy  pamiętać,  przestrzegała

książka, że ludzie odpowiadają na zło złem.

Mma  Makutsi  przeczytała  to  z  zaskoczeniem.  Stwierdzenie  to  uznała  za  najzupełniej

słuszne,  ale  nigdy  nie  spojrzała  na  tę  sprawę  od  tej  strony.  To  oczywiste,  że  kto  krzywdzi

innych, ten sam doznał krzywdy. Zgadzało się to z jej własnym doświadczeniem. W trzeciej

klasie  szkoły  podstawowej,  dawno  temu  w  Bobonong,  był  chłopak,  który  terroryzował

młodszych  kolegów  i  napawał  się  ich  strachem.  Nie  mogła  zrozumieć,  dlaczego  chłopak  to

robi - myślała, że przypuszczalnie jest po prostu złym człowiekiem - aż tu pewnego wieczoru,

kiedy  mijała  jego  dom,  zobaczyła,  jak  bije  go  pijany  ojciec.  Szkolny  dręczyciel  wił  się  i

background image

krzyczał,  ale  był  bezsilny.  Następnego  dnia,  po  drodze  do  szkoły,  widziała,  jak  uderzył

mniejszego chłopca i pchnął go na kolczasty krzak wagenbikkie. Była oczywiście za młoda,

aby  powiązać  ze  sobą  te  dwie  sprawy  przyczynowo,  ale  teraz  jej  się  to  przypomniało  i

pomyślała, że Teorie przestępczości to bardzo mądra książka.

Siedząc  sama  w  biurze  Kobiecej  Agencji  Detektywistycznej  Nr  1,  dopiero  po  kilku

godzinach  czytania  dotarła  do  tego,  czego  szukała.  Rozdział  o  biologicznej  genezie

przestępstw  był  krótszy  od  innych,  przede  wszystkim  dlatego,  że  koncepcje  te  budziły  w

autorze wyraźne zakłopotanie.

Dziewiętnastowieczny włoski kryminolog Cesare Lombroso, chociaż liberalny w swoich

poglądach na reformę więziennictwa, był przekonany, że skłonności przestępcze objawiają się

w  kształcie  głowy.  Poświęcił  zatem  wiele  energii  analizie  fizjonomii  kryminalistów,  rojąc

sobie,  że  pozwoli  to  zidentyfikować  cechy  twarzowo-czaszkowe  wskazujące  na  skłonności

przestępcze.  Te  osobliwe  ilustracje  (reprodukowane  poniżej)  są  świadectwem  źle

skanalizowanej  energii  badawczej,  którą  można  było  lepiej  spożytkować,  kierując  ją  gdzie

indziej”.

Mma  Makutsi  przyjrzała  się  ilustracjom  zaczerpniętym  z  książki  Lombroso.  Na

czytelnika  spoglądał  zbirowaty  mężczyzna  z  wąskim  czołem  i  pałającymi  oczami.  Podpis

brzmiał:  „Typowy  morderca  (typ  sycylijski)”.  Był  też  rysunek  mężczyzny  z  eleganckim

wąsikiem i wąskimi, blisko osadzonymi oczami: „Klasyczny złodziej (typ neapolitański)”. Na

czytelnika łypały też inne kryminalne „typy”, wszystkie jednoznacznie groźne. Mmę Makutsi

przeszły ciarki. Gołym okiem było widać, że to bardzo nieprzyjemni ludzie i nikt  by im nie

zaufał.  Czemu  zatem  autor  Teorii  przestępczości  uważał,  że  Lombroso  „roił  sobie”?  Jej

zdaniem było to nie tylko niegrzeczne, ale i ewidentnie błędne. Lombroso miał rację: da się

rozpoznać  kryminalistę  (kobiety  od  dawna  to  wiedzą  -  potrafią  ocenić,  jaki  jest  mężczyzna,

patrząc  na  niego,  i  nie  muszą  w  tym  celu  być  Włoszkami,  nawet  kobiety  z  Botswany  to

umieją). Mma Makutsi była zdezorientowana. Skoro teoria jest tak ewidentnie prawdziwa, to

czemu autor książki jej zaprzecza? Zastanowiła się nad tym i po chwili naszło ją olśnienie: bo

jest  zazdrosny!  Tak,  na  pewno  o  to  chodzi.  Jest  zazdrosny,  bo  Lombroso  go  ubiegł,  a  on

chciał  być  twórcą  oryginalnej  koncepcji.  Skoro  tak,  to  nie  będzie  sobie  więcej  zawracała

głowy  Teoriami  przestępczości!  Znalazła  jeszcze  trochę  informacji  na  temat  tego  nurtu

kryminologii i teraz wystarczyło je zastosować w praktyce. Zamierzała użyć teorii Lombroso

do  wykrycia,  która  z  czterech  dziewczyn  na  liście  jest  uczciwa,  a  która  nie.  Ilustracje

zamieszczone  przez  Lombroso  potwierdziły,  że  mma  Makutsi  może  zaufać  swojej  intuicji.

Chwilę porozmawiać z tymi dziewczynami, dyskretnie zlustrować budowę ich czaszek - nie

chciałaby wyjść na osobę obcesową - i będzie miała odpowiedź. Zresztą, innej drogi nie było.

W  tak  krótkim  czasie  nie  miała  szans  przeprowadzić  dogłębniejszego  śledztwa,  a  ponadto

bardzo  zależało  jej  na  tym,  żeby  skutecznie  rozwiązać  sprawę  przed  powrotem  mmy

Ramotswe.

background image

Cztery nazwiska, wszystkie nieznane mmie Makutsi: Motlamedi Matluli, Gladys Tlhapi,

Makita Phenyonini i Patricia Quatleneni, a obok wiek i adres. Motlamedi, dziewiętnastolatka,

była  najmłodsza  i  najłatwiejsza  do  znalezienia  -  studiowała  na  uniwersytecie.  Najtrudniej

było  zlokalizować  dwudziestoczteroletnią  Patricię,  najstarszą  z  dziewcząt,  bo  adres  był

bardzo ogólnikowy: Tlokweng, parcela 2456. Mma Makutsi postanowiła najpierw udać się do

Motlamedi,  bo  znalezienie  jej  w  akademiku  na  terenie  regularnie  rozplanowanego  kampusu

nie  powinno nastręczyć  żadnych  trudności.  Oczywiście  przeprowadzenie  z  nią rozmowy  już

nie musiało okazać się takie łatwe. Mma Makutsi wiedziała, że dziewczyny, które studiują na

uniwersytecie  i  mają  prawie  zagwarantowaną  dobrą  pracę,  często  patrzą  z  góry  na  mniej

uprzywilejowanych, 

zwłaszcza 

na 

absolwentki 

studium 

sekretarskiego. 

Wynik

dziewięćdziesiąt  siedem  procent  na  egzaminach  końcowych,  owoc  ciężkiej  pracy,  zostałby

wyśmiany  przez  taką  osobę  jak  Motlamedi.  Mma  Makutsi  zamierzała  jednak  z  nią

porozmawiać  i  z  godnością  przyjąć  ewentualną  protekcjonalność.  Nie  miała  się  czego

wstydzić.  Była  teraz  p.o.  dyrektora  warsztatu  i  asystentką  detektywa.  Jakimi  oficjalnymi

tytułami  mogła  się  pochwalić  ta  piękna  dziewczyna?  Ubiegała  się  wprawdzie  o  miano  Miss

Beauty and Integrity, ale na razie go nie zdobyła.

A  zatem  trzeba  ją  znaleźć.  Ale  co  jej  powie?  Nie  mogła  raczej  podejść  do  niej  i

powiedzieć:  „Przepraszam,  czy  mogę  się  przyjrzeć  twojej  głowie?”  Nie  wzbudziłoby  to

przychylnej reakcji,  mimo  że  w stu  procentach  odpowiadałoby prawdzie. Mogła udawać,  że

przeprowadza  jakąś  ankietę,  i  przyjrzeć  się  dziewczynom  podczas  udzielania  przez  nie

odpowiedzi, sprawdzić,  czy występują  jakieś  twarzowo-czaszkowe  znamiona  nieuczciwości.

A  potem  wpadła  na  jeszcze  lepszy  pomysł:  zamiast  jakichś  bezsensownych  badań

marketingowych, do których ludzie są przyzwyczajeni, mogła im podsunąć ankietę na temat

postaw  moralnych,  co  pozwoliłoby  jej  poznać  ich  prawdziwe  poglądy.  Pytania  byłyby  tak

sprytnie sformułowane, żeby dziewczyny nie podejrzewały pułapki, lecz oświetliłyby wnętrza

ich dusz jak reflektory. Na przykład: „Co chciałabyś zrobić ze swoim życiem?” albo: „Lepiej

jest zarabiać dużo pieniędzy czy pomagać innym?”

Pomysły szybko układały się w spójną całość i mma Makutsi uśmiechała się zachwycona

za każdym razem, gdy naszła ją kolejna inspiracja. Przedstawi się jako dziennikarka przysłana

przez  „Botswana  Daily  News”  z  zadaniem  napisania  dużego  artykułu  na  temat  konkursu  -

małe  oszustwa  są  dopuszczalne,  napisał  Clovis  Andersen,  jeśli  pozwalają  osiągnąć  jakiś

ważny  cel.  Tutaj  cel  bez  wątpienia  był  ważny,  ponieważ  w  grę  mogło  wchodzić  dobre  imię

Botswany. Zwyciężczyni Miss Beauty and Integrity zapewne wystartowałaby w konkursie na

Miss  Botswana,  a  stanowisko  to  dorównuje  ważnością  stanowisku  ambasadora.  Zresztą

królowa piękności to coś w rodzaju ambasadora swego kraju; kraj jest oceniany na podstawie

tego, jak ona się prowadzi. Jeśli małe kłamstwo może zapobiec temu, że tytuł zdobędzie jakaś

łajdaczka i okryje swoją ojczyznę wstydem, to warto zapłacić taką cenę. Clovis Andersen na

pewno by się z nią zgodził, natomiast autor Teorii przestępczości, który co krok uderzał w ton

background image

moralnej  wyższości,  przypuszczalnie  wyraziłby  „źle  skanalizowane”  zastrzeżenia  natury

etycznej.

Mma  Makutsi  przystąpiła  do  pisania  na  maszynie  kwestionariusza.  Pytania  były  proste,

ale dociekliwe:

1. Jakie są najważniejsze wartości, które Afryka może pokazać światu?

Pytanie to miało na celu ustalenie, czy dziewczyna wie, co to jest moralność. Jeśli tak, to

odpowie  coś  w  tym  stylu:  „Afryka  może  pokazać  światu,  co  to  znaczy  być  człowiekiem.

Afryka uznaje człowieczeństwo wszystkich ludzi”.

Jeśli  respondentka  pomyślnie  przebrnęłaby  przez  pierwszy  etap,  czekałoby  ją  bardziej

osobiste pytanie:

2. Co chcesz zrobić ze swoim życiem?

Mma  Makutsi  zastawiła  tu  sidła  na  nieuczciwe  dziewczyny.  Standardowa  odpowiedź,

której  udziela  uczestniczka  konkursu  piękności,  brzmi  następująco:  „Chciałabym  pracować

charytatywnie,  najchętniej  z  dziećmi.  Chciałabym  zostawić  po  sobie  świat  lepszym  od  tego,

jaki zastałam”.

Bardzo  pięknie,  ale  odpowiedź  tę  ściągają  z  jakiejś  książki,  być  może  autorstwa  kogoś

takiego  jak  Cło  vis  Andersen.  Praktyczny  poradnik  królowych  piękności  albo  Jak  odnieść

sukces w świecie konkursów piękności.

Uczciwa  dziewczyna,  pomyślała  mma  Makutsi,  odpowiedziałaby  coś  takiego:

„Chciałabym  pracować  charytatywnie,  najchętniej  z  dziećmi.  Jeśli  nie  będzie  się  dało  z

dziećmi,  to  może  być  z  ludźmi  starszymi,  wszystko  mi  jedno.  Ale  bardzo  mi  też  zależy  na

tym, żeby dostać dobrą pracę z dużą pensją”.

3. Lepiej jest być piękną czy mieć dobry charakter?

Również  tutaj  było  oczywiste,  jakiej  odpowiedzi  oczekuje  się  od  zawodniczki:  dobry

charakter  jest  ważniejszy.  Przypuszczalnie  wszystkie  dziewczyny  by  uznały,  że  muszą  tak

odpowiedzieć, ale istniała pewna niewielka szansa, że uczciwość skłoni którąś do przyznania,

iż  uroda  ma  swoje  zalety.  Mma  Makutsi  zauważyła  to  na  przykład  w  branży  sekretarskiej:

pracę  otrzymują  piękne  dziewczyny,  a  dla  reszty  zostaje  bardzo  niewiele,  nawet  jeśli  któraś

uzyskała  dziewięćdziesiąt  siedem  procent  na  egzaminach  końcowych.  Ta  niesprawiedliwość

zawsze  ją  bolała,  chociaż  w  jej  przypadku  ciężka  praca  w  końcu  się  opłaciła.  Ile  jej

rówieśniczek  z  lepszą  cerą  pracuje  teraz  na  kierowniczym  stanowisku?  Gotowa  była  iść  o

zakład, że żadna. Piękne dziewczyny wychodzą za bogatych mężczyzn i żyją w luksusie, ale

background image

raczej nie mają podstaw do stwierdzenia, że zrobiły karierę - chyba że karierą jest chodzenie

w drogich ubraniach i bywanie na przyjęciach.

Mma  Makutsi  skończyła  pisanie  kwestionariusza.  W  biurze  nie  było  kserokopiarki,  ale

pisała  przez  kalkę  i  miała  cztery  kopie  ankiety,  z  kłamliwym  nagłówkiem:  Botswana  Daily

News,  dział  obyczajowy.  Spojrzała  na  zegarek.  Było  południe  i  zrobiło  się  nieprzyjemnie

gorąco. Kilka dni wcześniej spadł deszcz, ale ziemia szybko wypiła wodę i wołała o więcej.

Gdyby  deszcz  nadszedł  ponownie,  na  co  się  zanosiło,  temperatura  by  się  obniżyła  i  ludzie

znowu  poczuliby  się  lepiej.  W  porze  gorącej  nerwy  się  rozpalają  i  wybuchają  awantury  o

drobiazgi. Deszcz przynosi pokój między ludźmi.

Mma  Makutsi  wyszła  z  biura  i  zamknęła  za  sobą  drzwi.  Uczniowie  naprawiali  starą

furgonetkę  kobiety,  która  dowoziła  z  Lobatse  warzywa  do  supermarketów.  Usłyszała  o

warsztacie  od  znajomej,  która  jej  powiedziała,  że  kobieta  może  bez obawy  oddać tutaj swój

pojazd.  „To  jest  warsztat  dla  pań”,  powiedziała  znajoma.  „Oni  rozumieją  kobiety  i  dbają  o

nie. To jest najlepszy warsztat dla kobiety”.

Renoma warsztatu dobrze naprawiającego samochody kobiet przysporzyła terminatorom

pracy. Pod kierownictwem mmy Makutsi nie ugięli się jednak pod ciężarem tego wyzwania,

lecz pracowali dłużej i staranniej. Od czasu do czasu ich kontrolowała, każąc sobie dokładnie

wyjaśnić,  co  robią.  Sprawiało  im  to  przyjemność,  jak  również  pomagało  lepiej  się

skoncentrować na rozwiązaniu problemu. Ich sprawność diagnostyczna - bardzo istotna broń

w  arsenale  każdego  dobrego  mechanika  -  znacznie  wzrosła.  Poza  tym  spędzali  dużo  mniej

czasu na czczych pogaduszkach o dziewczynach.

-  Lubimy  pracować  dla  kobiety  -  powiedział  jej  któregoś  ranka  starszy  uczeń.  -  Dobrze

jest, jak kobieta stale człowieka pilnuje.

-  Bardzo  mnie  to  cieszy  -  odparła  mma  Makutsi.  -  Pracujesz  coraz  lepiej.  Może  kiedyś

zostaniesz tak znanym mechanikiem jak pan J.L.B. Matekoni. Bo i czemużby nie?

Teraz podeszła do nich i patrzyła, jak grzebią przy filtrze oleju.

- Jak skończycie, to chciałabym, żeby jeden z was zawiózł mnie na uniwersytet.

- Jesteśmy potwornie zajęci, mma - zaprotestował młodszy terminator. - Mamy dzisiaj do

zrobienia  jeszcze  dwa  samochody.  Nie  możemy  kursować  po  całym  mieście.  Nie  jesteśmy

taksówkarzami.

Mma Makutsi westchnęła.

-  W  takim  razie  wezmę  taksówkę.  Mam  do  załatwienia  ważną  sprawę  związaną  z

konkursem piękności. Muszę porozmawiać z kilkoma dziewczynami.

-  Ja  panią  zawiozę  -  zaproponował  pospiesznie  starszy  mechanik.  -  Jestem  prawie

gotowy. Mój kolega może sam dokończyć robotę.

- Świetnie. Wiedziałam, że mogę liczyć na twój dobry charakter.

Zaparkowali  pod  drzewem  na  kampusie,  niedaleko  dużego,  pomalowanego  na  biało

budynku,  do  którego  skierował  mmę  Makutsi  stróż  przy  bramie,  kiedy  pokazała  mu  adres.

background image

Grupa studentek stała i rozmawiała pod daszkiem ocieniającym przed drzwiami wejściowymi

do  trzypiętrowego  budynku.  Mma  Makutsi  zostawiła  terminatora  w  furgonetce,  podeszła  do

nich i przedstawiła się.

- Szukam Motlamedi Matluli. Podobno mieszka tutaj.

Jedna ze studentek zachichotała.

- Tak, chociaż chybaby wolała coś bardziej okazałego.

- Na przykład Sun Hotel - powiedziała inna, wywołując wybuch śmiechu.

Mma Makutsi uśmiechnęła się.

- Czyli ważna z niej dziewczyna? - spytała mma Makutsi, co również zostało skwitowane

ś

miechem.

-  Tylko  dlatego,  że  wszyscy  chłopcy  za  nią  biegają,  jej  się  wydaje,  że  całe  Gaborone

należy do niej. Żeby ją pani widziała!

- Chciałabym ją zobaczyć. Właśnie po to tu jestem.

- Zastanie ją pani przed lustrem. Na pierwszym piętrze, w pokoju 114.

Mma Makutsi podziękowała swoim informatorkom i po  betonowych schodach udała się

na pierwsze piętro. Zauważyła, że ktoś wypisał na ścianie niezbyt pochlebną uwagę na temat

jednej z dziewcząt. Pewnie jakiś student dostał kosza i dał wyraz swoim uczuciom w formie

graffiti. Zezłościła się. Ci ludzie są uprzywilejowani - większość mieszkańców Botswany nie

ma  szans  na  taką  edukację,  w  całości  opłacaną  przez  państwo  -  a  mimo  to  nie  mają  nic

lepszego do roboty niż bazgranie po ścianach. A Motlamedi? Zamiast się uczyć, marnuje czas

na  sztafirowanie  się  i  startowanie  w  konkursach  piękności.  Gdyby  mma  Makutsi  była

rektorem  uniwersytetu,  to  powiedziałaby  takim  ludziom,  żeby  się  zdecydowali:  jedno  albo

drugie. Albo pielęgnujesz umysł, albo pielęgnujesz włosy. Nie da się tego ze sobą pogodzić.

Znalazła  pokój  114  i  zastukała  głośno  do  drzwi.  W  środku  grało  radio,  więc  zastukała

ponownie, jeszcze głośniej.

- No idę już! - krzyknął jakiś głos.

Drzwi  się  otworzyły  i  stanęła  przed  nią  Motlamedi  Matluli.  Pierwszą  rzeczą,  która

zwróciła  uwagę  mmy  Makutsi,  były  oczy,  niebywale  duże.  Dominowały  nad  całą  twarzą  i

nadawały jej łagodny, niewinny wyraz, podobny do tego, jaki mają buszmeńskie dzieci.

Motlamedi zlustrowała przybysza wzrokiem.

- Tak, mma? - spytała lekceważącym tonem. - Co mogę dla pani zrobić?

Było  to  bardzo  nieuprzejme  i  mma  Makutsi  poczuła  się  mocno  urażona.  Gdyby  ta

dziewczyna  miała  jakieś  maniery,  pomyślała,  to  zaprosiłaby  mnie  do  środka.  Ale

przypuszczalnie  rzeczywiście  była  zajęta  oglądaniem  się  w  lustrze  stojącym  na  biurku  w

otoczeniu kremów i balsamów.

-  Jestem  dziennikarką  -  powiedziała  mma  Makutsi.  -  Piszę  artykuł  o  finalistkach  Miss

Beauty and Integrity. Chciałabym zadać pani kilka pytań.

Zachowanie Motlamedi uległo natychmiastowej metamorfozie. Wylewnie zaprosiła mmę

Makutsi do środka, uprzątnęła z krzesła jakieś ubrania i dała jej znak gestem, żeby usiadła.

background image

-  Rzadko  mam  aż  taki  bałagan  -  zaśmiała  się,  pokazując  na  porozrzucane  po  całej

podłodze ubrania - ale właśnie porządkowałam swoje rzeczy. Wie pani, jak to jest.

Mma Makutsi skinęła głową. Wyjęła z aktówki kwestionariusz i podała młodej kobiecie,

która przestudiowała go z uśmiechem.

- Bardzo łatwe pytania. Już takie widziałam.

-  Proszę  wypełnić.  A  potem  chciałabym  chwilę  z  panią  porozmawiać,  zanim  zostawię

panią z podręcznikami.

Mówiąc te słowa, rozejrzała się po pokoju, w którym nie zauważyła żadnych książek.

- Tak, my, studenci, jesteśmy bardzo zapracowani - powiedziała Motlamedi i zabrała się

do wypełniania kwestionariusza.

Kiedy  Motlamedi  wpisywała  odpowiedzi,  mma  Makutsi  dyskretnie  przyglądała  się  jej

głowie.  Niestety,  skomplikowana  fryzura  finalistki  uniemożliwiała  odczytanie  kształtu

czaszki.  Nawet  sam  Lombroso,  pomyślała  mma  Makutsi,  mógłby  mieć  kłopoty  ze

zdiagnozowaniem tej osoby. Nie grało to jednak roli. Wszystko, co do tej pory zarejestrowała,

począwszy od nieuprzejmego zachowania w drzwiach po niemal pogardliwe spojrzenie (które

zniknęło  z  chwilą,  gdy  mma  Makutsi  przedstawiła  się  jako  dziennikarka),  mówiło  jej,  że

Motlamedi  Matluli  nie  jest  dobrą  kandydatką  na  Miss  Beauty  and  Integrity.

Prawdopodobieństwo, że zostanie oskarżona o kradzież, było oczywiście znikome, ale mogła

skompromitować konkurs i pana Pulaniego na wiele innych sposobów. Należało się obawiać

przede  wszystkim  skandalu  z  żonatym  mężczyzną.  Tego  pokroju  dziewczyny  nie  mają

szacunku do małżeństwa i szukają mężczyzny, który może im pomóc w zrobieniu kariery, a

jego  status  cywilny  jest  dla  nich  sprawą  wtórną.  Czy  to  byłby  dobry  wzór  do  naśladowania

dla  botswańskiej  młodzieży?  Mma  Makutsi  zdenerwowała  się,  kiedy  to  sobie  pomyślała,  i

odruchowo pokręciła głową.

Motlamedi podniosła wzrok znad formularza.

- Czemu pani kręci głową, mma? Wpisałam złą odpowiedź?

- Nie, nie - odparła pospiesznie. - Musi pani pisać prawdę. Tylko to mnie interesuje.

-  Zawsze  mówię  prawdę  -  zadeklarowała  Motlamedi  z  uśmiechem.  -  Od  dziecka.  Nie

znoszę ludzi, którzy kłamią.

- Tak?

Skończyła pisać i oddała kwestionariusz mmie Makutsi.

- Mam nadzieję, że nie napisałam za dużo. Wiem, że wy, dziennikarze, jesteście zajętymi

ludźmi.

Mma Makutsi przebiegła wzrokiem po odpowiedziach.

Pytanie  l:  Afryka  ma  wspaniałą  historię,  chociaż  wielu  ludzi  ona  nie  interesuje.  Afryka

może  nauczyć  świat,  jak  należy  troszczyć  się  o  drugiego  człowieka.  Są  też  inne  rzeczy,

których Afryka może nauczyć świat.

background image

Pytanie  2:  Moją  największą  ambicją  jest  pracować  dla  innych.  Nie  mogę  się  doczekać

dnia, kiedy będę mogła pomóc większej liczbie ludzi. To jest jeden z powodów, dla których

zasługuję na zwycięstwo w tym konkursie: lubię pomagać ludziom. Nie jestem jedną z tych

samolubnych dziewcząt.

Pytanie  3:  Lepiej  jest  mieć  dobry  charakter.  Uczciwa  dziewczyna  jest  bogata  sercem.

Taka jest prawda. Dziewczyny, które przejmują się swoim wyglądem, nie są takie szczęśliwe,

jak  dziewczyny,  które  myślą  przede  wszystkim  o  innych.  Wiem  o  tym,  bo  należę  do  tego

drugiego gatunku dziewczyn.

Motlamedi bacznie obserwowała mmę Makutsi przy lekturze.

- No i co, mma? Chciałaby pani, żebym pani wyjaśniła którąś z odpowiedzi?

Mma Makutsi złożyła kwestionariusz i umieściła z powrotem w aktówce.

-  Dziękuję,  mma.  Powiedziała  mi  pani  wszystko,  co  chcę  wiedzieć.  Nie  muszę  pani

zadawać żadnych dodatkowych pytań.

- A zdjęcie? - spytała Motlamedi z zaniepokojoną miną.

-  Jeśli  gazeta  przyśle  fotografa,  to  pozwolę  zrobić  sobie  zdjęcie.  Jestem  tutaj  przez  całe

popołudnie.

Mma Makutsi ruszyła ku drzwiom.

-  Może,  nie  wiem.  Udzieliła  mi  pani  bardzo  użytecznych  odpowiedzi  i  na  pewno  je

opublikujemy. Czuję, że znam panią całkiem dobrze.

Motlamedi uznała, że może sobie pozwolić na wielkoduszność.

- Cieszę się, że panią poznałam. Mam nadzieję, że jeszcze się spotkamy. Będzie pani na

konkursie? Może przyprowadziłaby pani ze sobą fotografa...

- Może - odparła mma Makutsi i pożegnała się.

Kiedy wyszła z budynku, terminator rozmawiał z dwiema młodymi kobietami. Objaśniał

coś  na  temat  samochodu,  a  one  słuchały  go  uważnie.  Mma  Makutsi  usłyszała  zakończenie

rozmowy:

-  ...co  najmniej  osiemdziesiąt  mil  na  godzinę.  A  silnik  pracuje  cichuteńko.  Jak  chłopak

siedzi z dziewczyną z tyłu i chce ją pocałować, musi to zrobić bardzo delikatnie, bo inaczej

usłyszą go z przodu.

Studentki zachichotały.

- Nie słuchajcie go, panie - odezwała się mma Makutsi. - Temu młodzieńcowi nie wolno

flirtować  z  dziewczynami.  Jest  żonaty  i  ma  trójkę  dzieci.  Jego  żona  bardzo  by  się

zdenerwowała,  gdyby  do  niej  dotarło,  że  rozmawia  z  dziewczynami.  Bardzo  by  się

zdenerwowała.

Studentki odstąpiły do tyłu i jedna z nich spojrzała na niego z wyrzutem.

- Kiedy to nieprawda - zaprotestował młody człowiek. - Nie jestem żonaty.

background image

-  Wszyscy  mężczyźni  tak  mówią  -  stwierdziła  druga  studentka,  rozgniewana.  -

Przychodzicie  tutaj  i  zagadujecie  nas,  ale  cały  czas  myślicie  o  swoich  żonach.  Co  to  jest  za

zachowanie?

-  Z  gruntu  naganne  -  odpowiedziała  za  niego  mma  Makutsi,  otwierając  drzwi  od  strony

pasażera.  -  Poza  tym  czas  ruszać  w  drogę.  Ten  młodzieniec  musi  mnie  gdzieś  jeszcze

zawieźć.

- Niech pani uważa, mma - przestrzegła ją jedna ze studentek. - My się na takich znamy.

Terminator z zaciśniętymi ustami zapalił silnik i odjechał.

- Czemu tak pani powiedziała, mma? Zrobiła pani ze mnie idiotę.

- Sam zrobiłeś z siebie idiotę - żachnęła się mma Makutsi. - Czemu ciągle uganiasz się za

dziewczynami? Czemu ciągle starasz się im zaimponować?

-  Bo  sprawia  mi  to  przyjemność  -  tłumaczył  się  terminator.  -  Lubię  rozmawiać  z

dziewczynami.  W  tym  kraju  jest  tyle  pięknych  dziewczyn  i  nie  ma  kto  z  nimi  rozmawiać.

Wyświadczam mojej ojczyźnie przysługę.

Mma Makutsi spojrzała na niego karcąco. Młodzieniec ciężko dla niej pracował i słuchał

jej  sugestii,  ale  miał  chroniczną  słabość  charakteru  -  bezustannie  uganiał  się  za  kobietami.

Czy można było jakoś temu zaradzić? Wątpiła w to, ale sądziła, że obu terminatorom to minie

i  spoważnieją.  A  może  nie  spoważnieją?  Ludzie  się  nie  zmieniają.  Mma  Ramotswe

powiedziała tak kiedyś do niej i mma Makutsi wzięła sobie tę uwagę do serca. Ludzie się nie

zmieniają, ale to nie znaczy, że do końca życia będą tacy sami. Można odnaleźć dobre strony

ich charakteru i je pielęgnować. Powstaje wtedy wrażenie, że się zmienili, ale to nieprawda.

Od tej pory są jednak inni, lepsi. Tak powiedziała mma Ramotswe - a w każdym razie coś w

tym  guście.  Jeśli  w  Botswanie  mieszkały  osoby,  których  warto  było  uważnie  słuchać,  to  z

pewnością zaliczała się do nich mma Ramotswe.

background image

Rozdział szesnasty

Opowieść kucharza

Mma Ramotswe leżała na łóżku i wpatrywała się w białe deski sufitu. W żołądku już jej

się  tak  nie  kotłowało  i  przeszły  najgorsze  mdłości.  Ale  kiedy  zamykała  oczy  i  szybko  z

powrotem  otwierała,  wszystko  otaczała  biała  obwódka,  świetliste  halo,  które  tańczyło  przez

moment, a potem gasło. W innych okolicznościach byłoby to przyjemne doznanie, ale teraz,

kiedy  znajdowała  się  na  łasce  i  niełasce  truciciela,  mocno  ją  zaniepokoiło.  Jaka  substancja

wywołuje  takie  skutki?  Mma  Ramotswe  dobrze  wiedziała,  że  trucizny  mogą  działać  na

wzrok.  W  dzieciństwie  uczono  ją  o  krzewach  z  buszu,  których  liście  działają  usypiająco,  o

korze  drzewa,  która  może  posłużyć  do  przerwania  niechcianej  ciąży,  o  korzonkach,  które

leczą swędzenie. Ale są też inne rośliny - takie, z których czarownicy robią muti, niewinnie

wyglądające roślinki, które potrafią zabić od jednego dotknięcia. Tak w każdym razie mówili

dorośli. Jedna z takich roślin została zapewne dodana przez żonę gospodarza do jej porcji lub

też, co bardziej prawdopodobne, do całej potrawki, której trucicielka nie tknęła. Jeśli kobieta

jest  zdolna  do  otrucia  męża,  to  razem  z  nim  bez  skrupułów  pośle  na  tamten  świat  również

innych.

Mma Ramotswe spojrzała na zegarek. Minęła siódma i za oknami było ciemno. Przespała

zachód  słońca  i  nadszedł  czas  wieczornego  posiłku.  Nie  miała  zbytniego  apetytu,  ale  gdyby

nie  przyszła,  zadaliby  sobie  pytanie,  gdzie  jest,  postanowiła  więc  poinformować  ich,  że  nie

czuje się dobrze i nie zje z nimi kolacji.

Usiadła  na  łóżku  i  zamrugała.  Białe  światło  powoli  słabło.  Spuściła  stopy  na  podłogę  i

wsunęła do butów, mając nadzieję, że nie wlazły do nich skorpiony, kiedy spała. Zawsze to

sprawdzała,  odkąd  w  dzieciństwie  włożyła  stopę  do  buta  i  boleśnie  ją  ukąsił  duży  brązowy

skorpion,  który  spędził  tam  noc.  Stopa  tak  jej  spuchła,  że  zanieśli  ją  do  szpitala

holenderskiego  Kościoła  reformowanego  u  podnóża  góry.  Pielęgniarka  opatrzyła  jej  stopę  i

dała  środek  przeciwbólowy.  Potem  przykazała  jej,  żeby  zawsze  sprawdzała  buty,  i  mma

Ramotswe wzięła sobie tę przestrogę do serca.

-  My  mieszkamy  tutaj  -  powiedziała  pielęgniarka,  trzymając  dłoń  na  wysokości  klatki

piersiowej - a one tam w dole. Pamiętaj o tym.

background image

Później  uznała,  że  przestroga  ta  dotyczy  również  innych  obszarów  życia.  Że  odnosi  się

nie  tylko  do  skorpionów  i  węży,  ale  także  do  ludzi.  Poniżej  świata  zamieszkanego  przez

zwykłych, uczciwych, życzliwych ludzi znajduje się świat egoizmu i nieufności, zaludniony

przez intrygantów i manipulatorów. Dlatego zawsze trzeba sprawdzać buty.

Cofnęła  stopę,  zanim  palce  dotarły  do  samego  końca,  podniosła  prawy  but  i  ustawiła

pionowo.  Nic.  Potem  to  samo  zrobiła  z  lewym  i  wypadło  z  niego  maleńkie  połyskujące

stworzenie,  które  przez  chwilę  tańcowało  po  podłodze,  jakby  dworowało  sobie  z  mmy

Ramotswe, po czym schowało się w ciemnym kącie pokoju.

Mma  Ramotswe  wyszła  na  korytarz.  Kiedy  była  już  blisko  salonu,  z  jakichś  drzwi

wyłoniła się szefowa służby i pozdrowiła ją.

- Właśnie miałam po panią pójść, mma. Kolacja jest już prawie gotowa.

- Dziękuję, mma. Spałam. Źle się poczułam, ale teraz jest już lepiej. Chyba nie będę nic

jadła, ale chętnie napiłabym się herbaty. Jestem bardzo spragniona.

Gosposia podniosła dłoń do ust.

-  Oj,  to  bardzo  niedobrze,  mma!  Wszyscy  są  chorzy.  Staruszka  bardzo  źle  się  czuje.

Młody pan i jego żona krzyczą i trzymają się za żołądki. Nawet chłopiec się zatruł, chociaż

nie tak bardzo. Mięso musiało być zepsute.

Mma Ramotswe wytrzeszczyła na nią oczy.

- Wszyscy?

-  Tak,  wszyscy.  Syn  krzyczał,  że  pogoni  rzeźnika,  który  sprzedał  nam  mięso.  Był

wściekły.

- A żona?

Gospodyni spuściła wzrok na podłogę. Chodziło o intymne sprawy gastryczne, o których

wstydziła się tak bez ogródek rozmawiać.

-  Wszystko  zwracała.  Próbowała  napić  się  wody  -  ja  jej  przyniosłam  -  ale  też  zaraz

podeszła  jej  do  góry.  Teraz  ma  pusty  żołądek  i  chyba  czuje  się  lepiej.  Całe  popołudnie

bawiłam  się w  pielęgniarkę. Raz  tu,  raz tam.  Zajrzałam nawet  do  pani, żeby sprawdzić, czy

wszystko  w  porządku,  i  zobaczyłam,  że  śpi  pani  spokojnie.  Nie  wiedziałam,  że  pani  też

choruje.

Mma  Ramotswe  przez  chwilę  milczała.  Informacje  uzyskane  od  gosposi  całkowicie

zmieniały  obraz  sytuacji.  Główna  podejrzana,  bratowa  człowieka  z  rządu,  uległa  zatruciu,

podobnie jak staruszka, także należąca do grona podejrzanych. Albo nastąpiła pomyłka przy

wsypywaniu trucizny, albo żadna z tych dwóch kobiet nie miała nic wspólnego ze sprawą. Za

bardziej prawdopodobną mma Ramotswe uznała tę drugą możliwość. Kiedy źle się poczuła,

pomyślała, że została celowo otruta. A teraz? Po trzeźwym namyśle - bez fal mdłości, które ją

zalały  -  uznała  za  śmieszne,  żeby  truciciel  uderzył  w  sposób  tak  mało  zawoalowany  tuż  po

przybyciu  gościa.  Byłoby  to  mocno  podejrzane  i  mało  wyrafinowane,  a  przeczytała,  że

truciciele to z reguły ludzie nadzwyczaj wyrafinowani.

background image

Przełożona  służby  patrzyła  na  mmę  Ramotswe  wyczekująco,  jakby  się  spodziewała,  że

gość przejmie stery.

- Czy ktoś potrzebuje pomocy lekarskiej? - spytała mma Ramotswe.

- Nie, myślę, że wszyscy czują się lepiej. Ale nie wiem, co mam robić. Wszyscy ciągle na

mnie krzyczą, a jak wszyscy krzyczą, to nie mogę nic zrobić.

- Rzeczywiście, nie jest pani łatwo.

Zlustrowała  gosposię  wzrokiem.  Ciągle  na  mnie  krzyczą.  Oto  kolejna  osoba,  która  ma

motyw. Uznała jednak tę myśl za absurdalną. To była uczciwa kobieta. Miała szczerą twarz i

uśmiechała  się  podczas  mówienia.  Sekrety  zostawiają  na  twarzy  cienie,  a  tutaj  nie  było

ż

adnych cieni.

-  Mogłaby  pani  zrobić  mi  herbaty?  -  poprosiła  mma  Ramotswe.  -  A  potem,  tak  sądzę,

powinna  pani  iść  do  swojego  pokoju.  Jutro  rano  poczują  się  lepiej  i  może  nie  będą  już  tyle

krzyczeli.

Gosposia uśmiechnęła się z wdzięcznością.

-  Dobrze,  mma.  Przyniosę  pani  herbatę  do  pokoju.  Potem  będzie  pani  mogła  znowu

zasnąć.

Spała,  ale  niespokojnie.  Od  czasu  do  czasu  budziła  się  i  słyszała  odgłosy  rozmów  albo

poruszania  się,  zamykania  drzwi,  otwierania  okna,  skrzypiące  odgłosy  starego  domu.

Niedługo przed świtem, zdawszy sobie sprawę, że już nie zaśnie, wstała, ubrała się i wyszła

na  zewnątrz.  Zaspany  pies  za  domem  podniósł  się  i  podejrzliwie  obwąchał  jej  stopy.  Duży

ptak, który przysiadł na dachu, z wysiłkiem wzbił się do lotu.

Mma Ramotswe potoczyła w krąg spojrzeniem. Do wschodu słońca zostało jeszcze około

pół  godziny,  ale  było  dostatecznie  jasno,  żeby  coś  rozpoznać,  i  z  każdą  chwilą  się

przejaśniało.  Drzewa  wciąż  były  tylko  niewyraźnymi,  ciemnymi  kształtami,  ale  wkrótce

miały się pojawić poszczególne gałęzie i liście, jak przy podchodzeniu do malowidła. Bardzo

lubiła tę porę dnia, a w tym samotnym miejscu, z dala od dróg i ludzi z ich hałasami, piękność

jej  ojczyzny  objawiała  się  w  postaci  wydestylowanej.  Wkrótce  miało  wzejść  słońce  i  nadać

ś

wiatu mniej subtelny wyraz. Na razie jednak busz, niebo i sama ziemia sprawiały skromne i

powściągliwe wrażenie.

Mma  Ramotswe  wzięła  głęboki  wdech.  Zapach  buszu,  zapach  pyłu  i  trawy  jak  zawsze

chwycił  ją  za  serce.  Teraz  doszła  jeszcze  ta  cudowna,  kwaśna  woń  dymu  drzewnego,  która

pełznie  przez  nieruchome  powietrze  poranka,  gdy  ludzie  przyrządzają  śniadanie  i  grzeją

dłonie  nad  płomieniami.  Odwróciła  się.  W  pobliżu  płonął  ogień.  Może  pod  kotłem  z  wodą,

albo też było to ognisko nocnego stróża, który spędził nocne godziny nad kilkoma żarzącymi

się węgielkami.

Obeszła  dom  wąską  ścieżką  zaznaczoną  pobielonymi  kamieniami  -  zwyczaj  przejęty  od

kolonialnych administratorów, którzy okalali bielonymi kamieniami swoje osiedla i siedziby.

background image

Robili to w całej Afryce, bielili nawet pnie drzew sadzonych długimi szpalerami. Dlaczego?

Z powodu Afryki.

Minęła  róg  domu  i  zobaczyła  człowieka  przykucniętego  przed  starym,  obudowanym

cegłami  kotłem.  Takie  bojlery  często  spotykało  się  w  starszych  domach,  które  nie  miały

elektryczności,  i  oczywiście  niezbędne  były  w  tej  okolicy,  gdzie  niewielkiej  ilości  prądu

dostarczały tylko generatory. Podgrzewanie wody w bojlerze wychodziło znacznie taniej, niż

gdyby korzystać do tego celu z energii wytwarzanej przez dieslowski generator. W tej chwili

palono drewnem pod kotłem, żeby mieszkańcy domu mieli ciepłą wodę na poranną kąpiel.

Kucający mężczyzna zobaczył ją, wstał i wytarł dłonie w spodnie khaki. Mma Ramotswe

przywitała  się  z  nim  w  tradycyjny  sposób,  a  on  odpowiedział  jej  uprzejmie.  Miał  około

czterdziestu lat, był wysoki i dobrze zbudowany, ze szlachetnymi, kanciastymi rysami twarzy.

- Mocny ogień, rra - powiedziała, wskazując na rozgrzany do czerwoności przód bojlera.

- Z tych drzew jest dobre drewno na opał - odparł zwyczajnie. - I rośnie ich dużo. Nigdy

nie brakuje nam drewna do palenia.

Mma Ramotswe skinęła głową.

- Jest pan palaczem?

Zmarszczył brwi.

- Między innymi.

-  O?  -  Ton  jego  głosu  zaintrygował  ją.  Te  „inne”  najwyraźniej  nie  budziły  jego

entuzjazmu. - Co jeszcze pan robi, rra?

- Jestem kucharzem. Odpowiadam za kuchnię. Przygotowuję jedzenie.

Spojrzał na nią takim wzrokiem, jakby czekał na jej reakcję.

-  To  dobrze  -  stwierdziła  mma  Ramotswe.  -  Dobrze  jest  umieć  gotować.  W  Gaborone

mamy paru znakomitych kucharzy. Mówi się na nich szefowie kuchni. Noszą takie śmieszne

białe czapy.

Mężczyzna skinął głową.

- Pracowałem kiedyś w hotelu w Gaborone. Jako kucharz. Nie szef kuchni, tylko jeden z

podkuchennych. To było kilka lat temu.

- Dlaczego przyjechał pan tutaj?

Uznała  to  za  niezwykłe.  Nie  miała  wątpliwości,  że  kucharze  zarabiają  w  Gaborone

znacznie więcej niż na farmie.

Kucharz uniósł nogę i wepchnął butem płonące drewko z powrotem do ognia.

- Nie sprawiało mi to przyjemności. Nie lubiłem kucharzenia i dalej nie lubię.

- W takim razie dlaczego pan to robi, rra?

Westchnął.

- To zawiła historia, mma. Jej opowiadanie długo by potrwało, a muszę wracać do pracy,

jak  wzejdzie  słońce.  Ale  trochę  mogę  opowiedzieć,  jeśli  pani  chce.  Proszę  usiąść  na  tej

kłodzie, mma. Właśnie. Opowiem, skoro mnie pani o to prosi.

background image

Urodziłem się tam, za tym wzgórzem, jakieś dziesięć mil stąd. Jest tam wioska, o której

nikt nie wie, bo nic się tam nie dzieje. Nikt nie zwraca na nią uwagi, bo ludzie są tam cisi i

spokojni. Nigdy nie krzyczą i nie złoszczą się. Więc nie ma się czym interesować.

W wiosce była szkoła z bardzo mądrym nauczycielem. Miał dwóch innych nauczycieli do

pomocy, ale on był najważniejszy i wszyscy słuchali jego, a nie dwóch pozostałych. Któregoś

dnia  powiedział  do  mnie:  „Bardzo  bystry  z  ciebie  chłopak,  Simon.  Znasz  na  pamięć  imiona

wszystkich  krów,  a  także  ich  ojców  i  matek.  Jesteś  w  tym  najlepszy.  Taki  chłopak  jak  ty

mógłby pojechać do Gaborone i znaleźć tam pracę”.

Nie  widziałem  nic  dziwnego  w  tym,  że  pamiętam  imiona  krów,  bo  ze  wszystkiego

najbardziej  lubiłem  bydło.  Chciałem  pracować  przy  krowach,  jak  będę  duży,  ale  u  nas  nie

było takiej pracy, więc musiałem wymyślić coś innego. Nie wierzyłem, żebym nadawał się do

Gaborone, ale kiedy miałem szesnaście lat, nauczyciel dał mi część pieniędzy, które dostał od

rządu, i kupiłem sobie za nie bilet autobusowy do Gaborone. Mój ojciec nie miał pieniędzy,

ale  podarował  mi  zegarek,  który  znalazł  kiedyś  koło  asfaltowej  drogi.  Była  to  najcenniejsza

rzecz,  jaką  posiadał,  ale  dał  mi  go  i  kazał  sprzedać,  żebym  miał  za  co  kupować  jedzenie  w

Gaborone.

Nie chciałem sprzedawać tego zegarka, ale jak żołądek rozbolał mnie z głodu, nie miałem

innego wyjścia. Dostałem za niego sto puli, bo to był dobry zegarek, i wydałem te pieniądze

na jedzenie, żeby wrócić do sił.

Na  znalezienie  pracy  trzeba  było  wielu  dni,  a  wiedziałem,  że  pieniędzy  za  zegarek  nie

starczy na długo. W końcu zatrudnili mnie w hotelu, gdzie kazali mi nosić bagaże i otwierać

gościom  drzwi.  Niektórzy  z  tych  gości  przyjeżdżali  z  bardzo  daleka  i  byli  strasznie  bogaci.

Kieszenie  aż  im  się  urywały  od  pieniędzy.  Czasem  dawali  mi  napiwki,  a  ja  wpłacałem  te

pieniądze na rachunek pocztowy. Żałuję, że już ich nie mam.

Po  jakimś  czasie  przenieśli  mnie  do  kuchni,  gdzie  pomagałem  kucharzom.  Kiedy  się

okazało, że umiem dobrze gotować, dali mi uniform. Gotowałem przez dziesięć lat, chociaż

nie  znosiłem  tego.  Nie  cierpiałem  kuchennego  gorąca  i  wszystkich  tych  zapachów  jedzenia,

ale taką miałem pracę i musiałem to robić.

Kiedy  pracowałem  w  tym  hotelu,  poznałem  brata  człowieka,  który  tutaj  mieszka.  Wie

pani, o kim mówię - o tym ważnym człowieku, który mieszka w Gaborone. Powiedział, że da

mi tutaj pracę w charakterze zarządcy farmy, i  byłem bardzo szczęśliwy. Powiedziałem mu,

ż

e znam się na bydle i dobrze pokieruję farmą.

Przyjechałem tutaj ze swoją żoną. Pochodzi z tych stron i bardzo się ucieszyła, że może

tu  wrócić.  Dali  nam  piękny  dom  i  moja  żoną  jest  bardzo  zadowolona.  Na  pewno  pani  wie,

mma,  jakie  to  ważne  mieć  zadowoloną  żonę  albo  męża.  Inaczej  człowiek  nigdy  nie  zazna

spokoju. Nigdy. Mam też zadowoloną teściową. Wprowadziła się do nas, mieszka na tyłach

domu. Stale śpiewa, bo jest szczęśliwa, że ma przy sobie córkę i wnuki.

Bardzo  się  cieszyłem,  że  będę  pracował  przy  krowach,  ale  brat,  który  tutaj  mieszka,

podczas pierwszej rozmowy spytał mnie, co robiłem w Gaborone, i wyjaśniłem mu, że byłem

background image

kucharzem. Ucieszył się z tego i powiedział, że mam się zająć gotowaniem. Ciągle przyjmują

ważnych  ludzi  z  Gaborone,  na  których  zrobiłoby  wrażenie,  gdyby  w  domu  był  prawdziwy

kucharz. Nie chciałem tego robić, ale on mnie zmusił. Porozmawiał z moją żoną i ona wzięła

jego stronę. Powiedziała, że to dla nas świetna okazja i tylko dureń odmówiłby tym ludziom.

Moja  teściowa  zaczęła  skuczeć.  Stwierdziła,  że  jest  już  staruszką  i  umrze,  jeśli  będziemy

musieli się stąd wynosić. Moja żona powiedziała do mnie: „Chcesz zabić moją matkę? Tego

chcesz?”

Musiałem więc zostać kucharzem i dalej cały dzień wącham kuchenne zapachy, chociaż

wolałbym być na świeżym powietrzu przy krowach. Dlatego nie jestem zadowolony, ale cała

moja rodzina jest zadowolona. Dziwna historia, nie uważa pani?

Zakończył  swoją  opowieść  i  spojrzał  na  mmę  Ramotswe  smętnym  wzrokiem.

Odwzajemniła  jego  spojrzenie,  lecz  po  chwili  uciekła  z  oczami.  W  jej  głowie  odbyła  się

gonitwa  myśli.  Różne  możliwości  obijały  się  o  siebie,  aż  w  końcu  wykrystalizowała  się

pewna hipoteza, którą mma Ramotswe obstukała ze wszystkich stron i uznała za trafną.

Ponownie spojrzała na kucharza. Wstał i zamykał drzwiczki bojlera. Ze zbiornika, starej

beczki po benzynie przerobionej na ten cel, dochodził dźwięk bulgotania wody. Powinna się

odezwać,  czy  raczej  milczeć?  Jeśli  się  odezwie,  może  powiedzieć  coś  chybionego  i  on

gwałtownie zaprotestuje. Jeśli będzie milczała, straci niepowtarzalną okazję. Decyzja zapadła.

- Chciałam pana o coś spytać, rra.

- Tak?

Zerknął na nią przelotnie i powrócił do porządkowania sterty drewna.

-  Widziałam,  jak  wsypywał  pan  coś  wczoraj  do  jedzenia.  Pan  mnie  nie  widział,  ale  ja

pana tak. Czemu pan to zrobił?

Kucharz zastygł. Właśnie miał dźwignąć grubą kłodę, którą opasał już ramionami. Potem

powoli rozplótł dłonie i wyprostował się.

- Widziała mnie pani? - wydusił niemal niedosłyszalnie.

Mma Ramotswe przełknęła ślinę.

- Tak, widziałam pana. Wsypał pan coś do jedzenia. Coś paskudnego.

Zobaczyła, że wzrok mu zmętniał, a twarz, wcześniej ożywiona, straciła wszelki wyraz.

- Chyba nie próbuje pan ich zabić?

Otworzył usta, żeby jej odpowiedzieć, ale nie wyszedł z nich żaden dźwięk.

Mma  Ramotswe  nabrała  śmiałości.  Podjęła  trafną  decyzję  i  teraz  należało  dokończyć

rozpoczęte dzieło.

-  Chciał  pan  tylko,  żeby  zrezygnowali  z  pana  jako  kucharza,  prawda?  Gdyby  pana

jedzenie  przestało  im  smakować,  to  już  by  nie  chcieli,  żeby  pan  im  gotował,  i  mógłby  pan

zająć się tym, co pan naprawdę lubi. Zgadłam? - Skinął głową. - Bardzo głupio pan postąpił,

rra. Mógł pan ciężko komuś zaszkodzić.

- Nie tym, czego użyłem. To jest zupełnie bezpieczne.

background image

Mma Ramotswe pokręciła głową.

- Nigdy nie ma pewności.

Kucharz spuścił wzrok na dłonie.

- Nie jestem mordercą.

Mma Ramotswe żachnęła się.

-  Ma  pan  wielkie  szczęście,  że  pana  przejrzałam.  Oczywiście  nie  widziałam  pana,  ale

historia, którą mi pan opowiedział, zdradziła pana.

- I co teraz? - spytał kucharz. - Powie im pani i wezwą policję. Proszę panią, niech pani

pamięta, że mam rodzinę. Jak ci ludzie mnie zwolnią, to ciężko mi będzie znaleźć inną pracę.

Nie jestem już młody. Nie mogę...

Mma Ramotswe uciszyła go ruchem ręki.

-  Nie  jestem  taka.  Powiem  im,  że  składniki,  których  pan  użył,  były  zepsute,  ale  pan  nie

mógł o tym wiedzieć. Powiem, żeby dali panu inną pracę.

- Młodszy brat się nie zgodzi. Wiele razy go o to prosiłem.

- Ale ja jestem kobietą. Umiem nakłonić mężczyznę do zmiany decyzji.

Kucharz uśmiechnął się.

- Bardzo pani miła, mma.

- Za bardzo - odparła mma Ramotswe i skierowała się ku domowi.

Słońce  zaczęło  wschodzić,  ozłacając  drzewa,  wzgórza  i  ziemię.  Mma  Ramotswe  bardzo

chętnie zostałaby w tym  pięknym miejscu, ale nie miała tu już nic do  roboty. Wiedziała, co

powie człowiekowi z rządu, i musiała wracać do Gaborone, żeby to zrobić.

background image

Rozdział siedemnasty

Wspaniała dziewczyna

Wykluczenie  Motlamedi  z  grona  odpowiednich  kandydatek  do  ważnego  tytułu  Miss

Beauty and Integrity nie było trudne. Na liście widniały jednak trzy dalsze nazwiska i z każdą

z tych kobiet należało odbyć rozmowę, aby zyskać przesłanki do podjęcia decyzji. A z tymi

mogło  już  nie  pójść  tak  bezproblemowo.  Mmie  Makutsi  rzadko  się  zdarzało,  żeby  przy

pierwszym spotkaniu wyrobić sobie o kimś opinię, ale nie miała najmniejszych wątpliwości,

ż

e  Motlamedi  jest  po  prostu  niedobrą  dziewczyną.  Termin  ten  posiada  w  botswańskim

systemie  pojęciowym  ściśle  określone  konotacje.  Nie  ma  nic  wspólnego  z  „niedobrymi

kobietami”  czy  „niedobrymi  paniami”  -  to  zupełnie  inne  kategorie.  Niedobre  kobiety  to

prostytutki, a niedobre panie to wiekowe manipulatorki, zazwyczaj żony starszych mężczyzn,

wtrącające się do cudzych spraw. Określenie „niedobra dziewczyna” odnosi się natomiast do

osoby  młodszej  (na  pewno  poniżej  trzydziestki),  która  chce  się  w  życiu  przede  wszystkim

dobrze  bawić.  Dobrze  się  bawić  -  to  jest  kwintesencja  tego  pojęcia.  Istnieje  nawet

podkategoria  niedobrych  dziewczyn  -  party  girls.  Można  je  spotkać  głównie  ze  szpanersko

odzianymi  mężczyznami  w  knajpach,  gdzie  odchodzi  dużo  dobrej  zabawy,  przynajmniej  w

ich rozumieniu. Szpanersko odziani mężczyźni uważają się oczywiście za cool facetów, co w

ich  mniemaniu  daje  im  prawo  do  najróżniejszych  egoistycznych  zachowań.  Mma  Makutsi

inaczej jednak zapatrywała się na tę sprawę.

Na drugim końcu skali lokują się dobre dziewczyny. Te ciężko pracują i rodzina bardzo

je  ceni.  Odwiedzają  rodziców  i  dziadków,  opiekują  się  małymi  dziećmi,  siedząc  godzinami

pod drzewem i pilnując maluchów, które się bawią, a później kształcą się na pielęgniarki bądź

też,  jak  mma  Makutsi,  na  sekretarki.  Niestety,  dobre  dziewczyny,  które  dźwigają  świat  na

swoich barkach, nie mają w życiu zbyt wiele frajdy.

Jak się rzekło, nie ulegało wątpliwości, że Motlamedi nie zalicza się do kategorii dobrych

dziewczyn,  ale  czy  można  liczyć  na  to,  zastanawiała  się  ponuro  mma  Makutsi,  że  któraś  z

pozostałych  dziewcząt  okaże  się  znacząco  lepsza?  Szkopuł  w  tym,  że  dobre  dziewczyny

rzadko  zgłaszają  się  do  konkursów  piękności.  Po  prostu  zasadniczo  nie  mieści  się  to  w  ich

obszarze  zainteresowań.  A  gdyby  pesymistyczne  przewidywania  mmy  Makutsi  się

background image

potwierdziły, to co powiedziałaby panu Pulaniemu w swoim końcowym raporcie? Informacja,

ż

e wszystkie dziewczyny są siebie warte i żadna nie zasługuje na tytuł, nie byłaby dla niego

zbyt  przydatna.  Mógłby  ją  tylko  wyrzucić  do  kosza.  Mma  Makutsi  miała  przeczucie,  że  za

taką informację nie potrafiłaby nawet wystawić rachunku.

Siedziała w samochodzie obok terminatora i z rozpaczą wpatrywała się w listę nazwisk.

- Gdzie teraz? - spytał.

Ton był naburmuszony, ale tylko trochę. Uczeń przypomniał sobie, że ma do czynienia z

p.o.  dyrektora  warsztatu.  On i  jego  kumpel  nabrali  zdrowego  szacunku  do tej  kobiety, która

przyszła do warsztatu i postawiła na głowie ich metody pracy.

Mma Makutsi westchnęła.

-  Muszę  się  jeszcze zobaczyć z  trzema  dziewczynami i  nie mogę  się  zdecydować, która

następna.

-  Ja  się  znam  na  dziewczynach  -  odparł  terminator  ze  śmiechem.  -  Mógłbym  pani

podpowiedzieć.

Mma Makutsi rzuciła mu karcące spojrzenie.

-  Ty  z  twoimi  dziewczynami!  Tylko  to  ci  w  głowie,  prawda?  Tobie  i  temu  twojemu

leniwemu koledze. Dziewczyny, dziewczyny, dziewczyny...

Urwała. Tak, uchodził za fachowca w tej dziedzinie, a Gaborone to nie takie duże miasto.

Istniała  całkiem  spora  szansa,  że  wie  coś  o  tych  dziewczynach.  Jeśli  to  są  niedobre

dziewczyny, pomyślała, a zwłaszcza party girls, to przypuszczalnie je spotkał, szlajając się po

knajpach. Zasygnalizowała mu, żeby zjechał na bok.

- Stop! Zatrzymaj się tutaj. Chcę ci pokazać listę.

Terminator  zaparkował  samochód  i  wziął  od  mmy  Makutsi  listę.  W  trakcie  lektury  na

jego twarzy wykwitł szeroki uśmiech.

- Superlista! - powiedział zachwycony. - To są najlepsze dziewczyny w mieście. Znaczy

się, trzy z nich są najlepsze. Duże, dobrze zbudowane dziewczyny, rozumie mnie pani. Duże,

ś

wietne  dziewczyny,  takie,  jakie  my,  chłopcy,  bardzo  sobie  cenimy.  Szalejemy  za  tymi

dziewczynami!

W  mmie  Makutsi  serce  podskoczyło.  Intuicja  jej  nie  zawiodła.  Terminator  znał

odpowiedź na jej pytanie i pozostawało tylko ją z niego wydobyć.

- Które z nich znasz?

Uczeń roześmiał się.

-  Ta  tutaj.  Makita.  Znam ją.  Bardzo  fajna,  dużo się  śmieje,  zwłaszcza  jak ją  połaskotać.

Potem idzie Gladys. Ja cię kręcę! Ta to dopiero jest! I znam jeszcze tę, Motlamedi, a raczej

mój kolega ją zna. Mówi, że to bardzo bystra dziewczyna, która studiuje na uniwersytecie, ale

nie  traci  za  dużo  czasu  na  książki.  Bardzo  łebska,  ale  tyłek  też  ma  po  zbóju.  Bardziej  ją

interesuje, żeby się odstrzelić.

Mma Makutsi skinęła głową.

background image

-  Właśnie  z  nią  rozmawiałam.  Twój  kolega  ma  rację.  A  ta  czwarta,  Patricia?  Ta,  co

mieszka w Tlokweng? Znasz ją?

Terminator pokręcił głową.

-  Tej  nie  znam  -  odparł  i  szybko  dodał:  -  Ale  jestem  pewien,  że  to  też  przeurocza

dziewczyna. Nigdy nic nie wiadomo.

Mma Makutsi odebrała mu kartkę i włożyła do kieszeni sukienki.

- Jedziemy do Tlokweng. Muszę poznać tę Patricię.

Jechali  do  Tlokweng  w  milczeniu.  Terminator  sprawiał  wrażenie  zatopionego  w

rozmyślaniach - może dumał o dziewczynach z listy - natomiast mma Makutsi myślała o nim.

Uważała  za  niesprawiedliwe,  ale  typowe  dla  stosunków  między  płciami,  że  nie  istnieje

odpowiednik  pojęcia  „party  girl”,  którego  można  by  użyć  w  odniesieniu  do  tego

głupkowatego  terminatora.  Takie  typki  są  nie  lepsze,  a  może  nawet  gorsze  od  party  girls,  a

przecież  społeczeństwo  ich  nie  potępia.  Nikt  nie  mówi  na  przykład  o  „knajpianych

chłopakach” i nikt nie określiłby więcej niż dwunastoletniego osobnika płci męskiej mianem

„niedobrego  chłopaka”.  Od  kobiet  z  reguły  oczekuje  się  lepszego  zachowania  i  ściągają  na

siebie  krytykę  za  postępki,  które  mężczyznom  uchodzą  na  sucho.  Nie  zanosi  się,  żeby  ta

odwieczna  niesprawiedliwość  zniknęła.  Mężczyźni  zawsze  się  jakoś  wywiną,  nawet  jeśli

podsunie  im  się  pod  nos  konstytucję.  Sędziowie  płci  męskiej  orzekną,  że  konstytucja  mówi

coś innego, niż jest napisane czarno na białym, i dokonają wykładni korzystnej dla mężczyzn.

Punkt,  który  mówi:  „Wszyscy  ludzie,  niezależnie  od  płci,  mają  prawo  do  równego

traktowania  w  miejscu  pracy”,  zostanie  odczytany  następująco:  „Kobiety  mają  prawo

pracować,  ale  nie  we  wszystkich  zawodach,  dla  ich  własnego  bezpieczeństwa,  a  zresztą

mężczyźni wykonują wiele zawodów lepiej”.

Dlaczego  mężczyźni  tak  się  zachowują?  Dla  mmy  Makutsi  zawsze  było  to  zagadką,

chociaż  ostatnio  w  jej  głowie  zaczęła  się  wykluwać  pewna  hipoteza:  jest  to  w  jakiś  sposób

związane  z  tym,  jak  matki  traktują  swoich  synów.  Matki  wpajają  swoim  synom,  że  są

wyjątkowi,  zaszczepiając  im  pewne  postawy,  których  nie  da  się  później  wykorzenić.

Chłopcom  pozwala  się  myśleć,  że  rolą  kobiet  jest  zajmować  się  nimi,  i  przekonanie  to  nie

opuszcza ich w dorosłości. Mma Makutsi widziała tak wiele przykładów tego zjawiska, że nie

wyobrażała  sobie,  aby  ktoś  mógł  na  serio  podważać  jej  teorię.  Terminator  był  w  tej  kwestii

najzupełniej  typowy.  Widziała,  jak  jego  matka  przychodzi  do  warsztatu  z  całym  melonem,

kroi  go  na  kawałki  i  karmi  swojego  synka  jak  małe  dziecko.  Wielki  błąd  wychowawczy:

matka powinna zachęcać syna do tego, żeby sam sobie kupował i kroił melony. Właśnie przez

tego rodzaju rozpieszczanie ma taki niedojrzały stosunek do kobiet, które służą mu do zabawy

i do krojenia melonów. Pełnią rolę wiecznego substytutu matki.

Przyjechali  pod  parcelę  2456  i  stanęli  przy  bramie  schludnego  domku  w  błotnistym

kolorze,  z  osobnym  kurnikiem  i  -  w  dzisiejszych  czasach  rzecz  rzadko  spotykana  -  dwoma

tradycyjnymi koszami na zboże z tyłu. Trzymają tam karmę dla kur, pomyślała mma Makutsi.

Co  rano  rozsypują  na  porządnie  zamiecionym  podwórzu  ziarna  sorgo,  które  dziobią

background image

zgłodniałe  kury  wypuszczone  z  kurnika.  Dla  mmy  Makutsi  nie  ulegało  wątpliwości,  że

mieszka tam starsza kobieta, bo tylko starsze kobiety mają tradycyjnie urządzone podwórza i

utrzymują  na  nich  nienaganny  porządek.  Pewnie  babcia  Patricii  -  jedna  z  tych  godnych

podziwu Afrykanek, które harują nawet po osiemdziesiątce i stanowią filar rodziny.

Terminator  parkował  samochód,  a  mma  Makutsi  ruszyła  ścieżką  w  stronę  domu.

Zawołała  zgodnie  z  panującym  obyczajem,  ale  sądziła,  że  nikt  jej  nie  usłyszał.  Po  chwili

jednak w drzwiach pojawiła się jakaś kobieta, która wytarła dłonie w szmatę i pozdrowiła ją

serdecznie.

Mma Makutsi wyjaśniła, co ją sprowadza. Inaczej niż w przypadku wizyty u Motlamedi,

nie przedstawiła się jako dziennikarka. Nie miałaby sumienia tego robić w tym tradycyjnym

domu, zwłaszcza wobec kobiety, która okazała się matką Patricii.

- Chcę się czegoś dowiedzieć o uczestniczkach konkursu - powiedziała. - Zostałam o to

poproszona.

Kobieta skinęła głową.

- Możemy usiąść w drzwiach. Słońce tu nie dochodzi. Zawołam córkę. Tam jest jej pokój.

Mma  Makutsi  spojrzała  na  drzwi  z  boku  domu.  Zielona  farba  odłaziła,  a  zawiasy

pokrywała rdza. W obejściu panował nienaganny porządek, ale sam dom wymagał remontu.

Niezbyt  zamożny  dom,  pomyślała  mma  Makutsi.  Nagroda  za  zwycięstwo  w  konkursie

znacząco  poprawiłaby  sytuację  bytową  rodziny.  Nagroda  wynosiła  cztery  tysiące  puli  plus

talon  do  wykorzystania  w  sklepie  odzieżowym.  Pieniądze  te  raczej  nie  zostałyby

przeznaczone  na  zbytki,  pomyślała  mma  Makutsi,  patrząc  na  wystrzępiony  rąbek  spódnicy

gospodyni.

Usiadła i wzięła zaoferowany kubek wody.

- Gorąco dzisiaj - powiedziała kobieta. - Ale niedługo spadnie deszcz. Jestem tego pewna.

- Tak, spadnie. Deszcz jest nam potrzebny.

- Tak, mma. W tym kraju zawsze potrzebny jest deszcz.

- Ma pani rację. Deszcz.

Przez  chwilę  milczały  i  myślały  o  deszczu.  Kiedy  nie  pada,  człowiek  myśli  o  deszczu,

chociaż  niezbyt  natarczywie,  żeby  nie  zapeszyć.  A  kiedy  przychodzi  deszcz,  człowiek  się

zastanawia,  jak  długo  będzie  padał.  „Bóg  płacze.  Bóg  płacze  nad  tym  krajem.  Spójrzcie,

dzieci,  to  jego  łzy.  Krople  deszczu  to  jego  łzy”.  Tak  tłumaczyła  im  nauczycielka  w

Bobonong, kiedy mma Makutsi była mała, i zapamiętała jej słowa.

- Jest moja córka.

Mma  Makutsi  podniosła  oczy.  Patricia  zjawiła  się  bezszelestnie  i  stała  teraz  przed  nią.

Mma  Makutsi  uśmiechnęła  się  do  młodej  kobiety,  która  skierowała  wzrok  na  podłogę  i

dygnęła nieznacznie. „Nie jestem aż taka stara!”, pomyślała mma Makutsi, ale gest ten zrobił

na niej wielkie wrażenie.

- Możesz usiąść - powiedziała jej matka. - Ta pani chce z tobą porozmawiać o konkursie

piękności.

background image

Patricia skinęła głową.

-  Jestem  bardzo  przejęta,  mma.  Wiem,  że  nie  mam  szans  na  wygraną,  ale  i  tak  jestem

bardzo przejęta.

„Nie bądź tego taka pewna”, pomyślała mma Makutsi, ale nic nie powiedziała.

- Jej ciotka uszyła jej na konkurs bardzo ładną sukienkę - oznajmiła matka. - Wydała na

nią mnóstwo pieniędzy. Jest z bardzo dobrego materiału. Piękna sukienka.

- Ale inne dziewczyny będą miały piękniejsze - powiedziała Patricia. - To bardzo bystre

dziewczyny.  Mieszkają  w  Gaborone.  Jedna  nawet  studiuje  na  uniwersytecie.  Mądra

dziewczyna.

„I niedobra”, pomyślała mma Makutsi.

-  Nie  wolno  ci  myśleć,  że  przegrasz  -  skarciła  ją  matka.  -  Tak  się  nie  podchodzi  do

konkursu.  Jak  będziesz  myślała,  że  przegrasz,  to  nigdy  nie  wygrasz.  Gdyby  Seretse  Khama

powiedział: „Nigdy do niczego nie dojdziemy”, to gdzie byłaby dzisiaj Botswana? No gdzie?

Mma Makutsi skinęła głową na znak, ze się z nią zgadza.

-  Słusznie.  Musi  pani  myśleć:  „Mogę  wygrać”.  Wtedy  może  pani  wygra.  Nigdy  nic  nie

wiadomo.

Patricia uśmiechnęła się.

- Ma pani rację. Spróbuję być bardziej pewna siebie. Postaram się.

- Dobrze - odparła mma Makutsi. - A teraz niech mi pani powie, co chciałaby pani zrobić

ze swoim życiem.

Zapadła cisza. Mma Makutsi i matka patrzyły na Patricię z wyczekiwaniem.

- Chciałabym się uczyć w studium sekretarskim w Gaborone

Mma Makutsi spojrzała jej w oczy. Patricia nie kłamała. To była wspaniała dziewczyna,

szczera i uczciwa, jedna z najlepszych w Botswanie. Bez cienia wątpliwości.

-  To  bardzo  dobra szkoła  -  powiedziała  mma  Makutsi. -  Sama jestem  jej  absolwentką.  -

Urwała, ale potem odrzuciła precz skromność i dodała: - Uzyskałam dziewięćdziesiąt siedem

procent na egzaminach końcowych.

Patricia zachłysnęła się powietrzem.

- O! To fantastyczna ocena. Musi pani być bardzo mądra, mma.

Mma Makutsi zaśmiała się bagatelizujące.

- E, nie, bardzo się przykładałam do nauki i tyle.

- Ale taki wynik! Ma pani wielkie szczęście, mma, że jest pani i ładna, i mądra.

Mmie Ramotswe zabrakło słów. Nigdy wcześniej nie usłyszała od nikogo, że jest ładna, a

tym  bardziej  od  obcej  osoby.  Jej  ciotki  mówiły,  że  musi  sobie  w  życiu  radzić  z  taką  urodą,

jaka jest jej dana, a jej matka wyraziła się podobnie. Nikt nie nazwał jej ładną, poza tą młodą

kobietą, która nie skończyła jeszcze dwudziestu lat i sama była bardzo ładna.

- Bardzo pani miła - powiedziała mma Makutsi.

- To bardzo miła dziewczyna - potwierdziła matka. - Od maleńkości.

Mma Makutsi uśmiechnęła się.

background image

-  To  świetnie.  Wie  pani  co?  Myślę,  że  ma  duże  szansę  wygrać  ten  konkurs.  Prawdę

rzekłszy, jestem pewna, że wygra. Na sto procent.

background image

Rozdział osiemnasty

Pierwszy krok

Mma Ramotswe wróciła do Gaborone przed południem tego dnia, w którym rozmawiała

z kucharzem. Odbyła też inne rozmowy - w tym jedną długą - z innymi członkami domostwa.

Pomówiła  z  bratową  człowieka  z  rządu,  która  wysłuchała  jej  z  powagą  i  zwiesiła  głowę.

Pomówiła  ze  staruszką,  która  z  początku  była  wyniosła  i  nieprzejednana,  ale  w  końcu

przyznała mmie Ramotswe rację. Wreszcie doszło do rozmowy z bratem człowieka z rządu,

który  słuchał  z  rozdziawionymi  ustami,  ale  okazał  posłuszeństwo,  kiedy  jego  matka

wmieszała się do rozmowy i wyjaśniła mu ostrymi słowy, na czym polegają jego obowiązki.

Kiedy było już po wszystkim, mma Ramotswe czuła się tak, jakby przejechał po niej walec.

Podjęła  wielkie  ryzyko,  ale  intuicja  jej  nie  zawiodła  i  obrana  przez  nią  strategia  przyniosła

owoce. Teraz pozostawało już tylko porozmawiać z pewnym człowiekiem, który mieszkał w

Gaborone. Obawiała się, że nie będzie jej łatwo go przekonać.

Jazda powrotna była przyjemna. Deszcz, który spadł poprzedniego dnia, zdążył już zrobić

swoje;  ziemia  pokryła  się  zielonym  kobiercem.  W  paru  miejscach  stały  kałuże  wody,  z

odbitymi  srebrzystobłękitnymi  plamami  nieba.  Najsympatyczniejsze  było  zaś  to,  że  osiadł

kurz, ten wszędobylski, drobny pył, który pod koniec pory deszczowej wciska się wszędzie,

wszystko zatyka i sprawia, że ubranie robi się sztywne i niewygodne.

Pojechała prosto na Zebra Drive, gdzie dzieci przywitały ją z zachwytem. Chłopiec ganiał

wokół maleńkiej białej furgonetki, pokrzykując radośnie, a dziewczynka podjechała wózkiem

najszybciej,  jak  umiała,  żeby  się  z  nią  przywitać.  W  oknie  kuchennym  pojawiła  się  twarz

Rose, gosposi, która opiekowała się dziećmi podczas jej krótkiej nieobecności.

Rose  zrobiła  herbatę,  a  dzieci  opowiedziały  mmie  Ramotswe  o  swoich  przeżyciach  w

szkole.  Koleżanka  Motholeli  wygrała  w  konkursie  talon  na  książki  wartości  pięćdziesięciu

puli.  Jeden  z  nauczycieli  przyszedł  do  szkoły  z  ręką  na  temblaku,  bo  złamał  ją  sobie

Dziewczynka z niższej klasy zjadła całą tubkę pasty do zębów i pochorowała się, ale to było

przecież do przewidzenia, prawda?

Były  też  jednak  inne  wiadomości.  Mma  Makutsi  telefonowała  z  biura  i  poprosiła,  żeby

mma Ramotswe oddzwoniła, jak tylko wróci (sądziła, że będzie to następnego dnia).

background image

-  Była  bardzo  przejęta  -  stwierdziła  Rose.  -  Powiedziała,  że  chciała  z  panią  omówić

pewną ważną sprawę.

Mając przed sobą dymiący kubek herbaty z czerwonokrzewu, mma Ramotswe wykręciła

numer Tlokweng Road Speedy Motors, wspólny dla obu biur. Telefon długo dzwonił, zanim

usłyszała znajomy głos mmy Makutsi.

- Nr 1 Tlokweng Road... - zaczęła. - Nie, Nr 1 Speedy Ladies..

- To tylko ja, mma - przerwała jej mma Ramotswe. - Wiem, do czego pani zmierza.

- Zawsze mi się miesza - powiedziała mma Makutsi ze śmiechem. - Tak się to kończy, jak

ktoś próbuje prowadzić dwie firmy naraz.

- Jestem pewna, że obiema kierowała pani bardzo dobrze.

- No, w sumie tak. Prawdę rzekłszy, dzwoniłam po to, żeby pani powiedzieć, że właśnie

zainkasowałam  duże  honorarium.  Dwa  tysiące  puli  za  jedną  sprawę.  Klient  był  bardzo

zadowolony.

- Doskonale się pani spisała - pochwaliła ją mma Ramotswe. - Przyjdę do biura i naocznie

się  przekonam.  Ale  najpierw  chciałabym,  żeby  mnie  pani  umówiła.  Proszę  zadzwonić  do

człowieka z rządu i powiedzieć mu, że musi przyjść do agencji o czwartej.

- A jeśli nie będzie miał czasu?

- To mu pani powie, że musi mieć czas, bo sprawa nie może czekać.

Dokończyła  herbatę,  a  potem  zjadła  dużą  kanapkę  z  mięsem  przygotowaną  przez  Rose.

Mma Ramotswe  odzwyczaiła się  od  obiadów  na  ciepło,  nie licząc  weekendów. Wystarczała

jej  przekąska  albo  szklanka  mleka.  Lubiła  jednak  słodycze,  toteż  po  kanapce  często  szedł

pączek  albo  ciastko.  W  końcu  była  panią  tradycyjnej  postury  i  nie  musiała  się  przejmować

rozmiarami sukienki, w odróżnieniu od tych biednych neurotyczek, które ciągle oglądają się

w  lustrze  i  uważają,  że  są  za  grube.  Co  to  w  ogóle  znaczy  „za  gruby”?  Kto  ma  prawo

narzucać  innym  kategorię  wagową?  Mma  Ramotswe  uznała  to  za  dyktaturę  chudych,  której

nie  zamierzała  się  poddawać.  Pomyślała,  że  jeśli  chudzi  zrobią  się  jeszcze  bardziej

natarczywi, to obszerniej zbudowanym nie pozostanie nic innego, jak na nich usiąść. Tak, to

byłaby dla nich nauczka! Ha, ha!

Parę  minut  przed  trzecią  zjawiła  się  w  biurze.  Terminatorzy  naprawiali  jakiś  samochód,

ale przywitali się z nią serdecznie, bez tej urazy i nadąsania, które dawniej tak ją złościły.

- Widzę, że macie dużo roboty - powiedziała. - Piękne auto naprawiacie.

Starszy z uczniów wytarł usta w rękaw.

-  Fantastyczna  furka.  Należy  do  kobiety.  Wie  pani,  że  wszystkie  kobiety  oddają  swoje

samochody  do  nas?  Jesteśmy  tacy  zajęci,  że  sami  będziemy  musieli  nająć  pomocników!

Supersprawa! Będziemy siedzieć za biurkiem i wydawać terminatorom polecenia.

-  Dowcipniś  z  ciebie,  młody  człowieku  -  odparła  mma  Ramotswe  z  uśmiechem.  -  Ale

uważaj, żeby ci woda sodowa nie uderzyła do głowy. Jesteś tylko terminatorem, a rządzi tutaj

ta pani w okularach.

Uczeń parsknął śmiechem.

background image

- Jest dobrym szefem. Lubimy ją. - Urwał i spojrzał na mmę Ramotswe dociekliwie. - Ale

co z panem J.L.B. Matekonim? Poprawia mu się?

- Jeszcze za wcześnie, żeby coś powiedzieć. Doktor Moffat mówi, że te tabletki zaczynają

działać dopiero po paru tygodniach. Musimy zaczekać jeszcze kilka dni.

- Ma dobrą opiekę?

Mma Ramotswe skinęła głową. Uznała za dobry znak, że terminator spytał o pana J.L.B.

Matekoniego.  Sugerowało  to,  że  zaczynu  się  interesować  losem  innych.  Może  wreszcie

dojrzeje, pomyślała. Mogła to być zasługa mmy Makutsi, która nie tylko wzięła ich w obroty,

ale również wpajała im pewne zasady moralne.

Mma  Ramotswe  weszła  do  biura  i  zastała  mmę  Makutsi  ze  słuchawką  przy  uchu.

Asystentka  detektywa  szybko  zakończyła  rozmowę  i  powstała,  żeby  przywitać  się  z

chlebodawczynią.

- Proszę - powiedziała mma Makutsi, wręczając mmie Ramotswe kawałek papieru.

Mma  Ramotswe  przyjrzała  się  czekowi.  Dwa  tysiące  puli  czekały  na  Kobiecą  Agencję

Detektywistyczną Nr  1 w Standard Bank. Mmie Ramotswe zaparło dech, kiedy zobaczyła u

dołu znane nazwisko.

- Człowiek od konkursów piękności...?

- We własnej osobie - odrzekła mma Makutsi. - To on był naszym klientem.

Mma Ramotswe wsunęła czek za gorset. Ceniła nowoczesne metody zarządzania, ale co

się tyczy bezpiecznego przechowywania środków finansowych, to nie znała lepszego miejsca.

-  Szybko  się  pani  uwinęła  -  powiedziała  mma  Ramotswe.  -  O  co  chodziło?  Kłopoty  z

ż

oną?

- Nie. Chodziło o znalezienie pięknej dziewczyny, której można zaufać.

- Jakie intrygujące. Rozumiem, że znalazła pani taką młodą damę.

- Tak. Znalazłam odpowiednią osobę do wygrania następnego konkursu.

Mma Ramotswe zdziwiła się, ale nie było czasu na wchodzenie w szczegóły, bo musiała

się przygotować do spotkania o czwartej. Przez następną godzinę przejrzała pocztę, pomogła

mmie  Makutsi  zarchiwizować  dokumenty  związane  z  warsztatem  i  wypiła  szybką  filiżankę

herbaty  z  czerwonokrzewu.  Kiedy  zajechała  czarna  limuzyna  wioząca  człowieka  z  rządu,

biuro było posprzątane i uporządkowane, a mma Makutsi, sztywno usadowiona za biurkiem,

udawała, że przepisuje list na maszynie.

- No! - zaczął człowiek z rządu, który rozparł się na krześle i splótł ramiona na brzuchu. -

Nie  zabawiła  tam  pani  długo.  Rozumiem,  że  złapała  pani  trucicielkę.  W  każdym  razie  taką

mam nadzieję!

Mma  Ramotswe  łypnęła  na  mmę  Makutsi.  Były  przyzwyczajone  do  męskiej  arogancji,

ale to przekraczało wszelkie normy.

-  Spędziłam  na  farmie  dokładnie  tyle  czasu,  ile  potrzebowałam,  rra  -  powiedziała

spokojnie. - A potem wróciłam, żeby omówić sprawę z panem.

background image

Człowiek z rządu wydął usta.

- Proszę mi odpowiedzieć na moje pytanie, mma. Nie przyjechałem tutaj na pogaduszki.

Maszyna do pisania stukała ostro w tle.

-  W  takim  razie  może  pan  wracać  do  pracy.  Albo  pan  chce  wysłuchać,  co  mam  do

powiedzenia, albo pan nie chce.

Po chwili milczenia człowiek z rządu odezwał się zniżonym głosem:

- Wyjątkowo bezczelna z pani kobieta. Może nie ma pani męża, który by panią nauczył,

jak się z szacunkiem mówi do mężczyzny.

Maszyna do pisania zaczęła terkotać o kilkanaście decybeli głośniej.

- A panu może przydałaby się żona, która by pana nauczyła odnosić się z szacunkiem do

kobiet  -  stwierdziła  mma  Ramotswe.  -  Ale  nie  będę  panu  zabierała  więcej  czasu.  Tam  są

drzwi, rra. Otwarte. Nie zatrzymuję pana. - Człowiek z rządu nie poruszył się. - Słyszał pan,

co powiedziałam? Chce pan, żebym pana wyrzuciła? Mam tutaj dwóch młodych ludzi, którzy

przy  pracy  z  silnikami  wyrobili  sobie  mocne  mięśnie.  Jest  też  mma  Makutsi,  z  którą,

nawiasem  mówiąc,  nie  przywitał  się  pan,  i  jestem  ja.  Razem  cztery  osoby.  Pana  szofer  to

staruszek.  Mamy  przewagę  liczebną,  rra.  -  Człowiek  z  rządu  nadal  siedział  nieruchomo,  ze

wzrokiem utkwionym w podłodze. - No to jak, rra?

Mma Ramotswe zabębniła palcami o blat biurka. Człowiek z rządu podniósł wzrok.

- Przepraszam, mma. Zachowałem się niegrzecznie.

-  Dziękuję  panu.  Możemy  zaczynać,  ale  najpierw  przywita  się  pan  z  mma  Makutsi  -

tradycyjnie, jeśli można prosić.

-  Opowiem  panu  historię  -  powiedziała  mma  Ramotswe.  -  Była  sobie  rodzina  z  trzema

synami.  Ojciec  bardzo  się  ucieszył,  że  pierwszym  dzieckiem  był  syn,  i  niczego  mu  nie

odmawiał.  Matka  też  była  zadowolona,  że  urodziła  mężowi  syna,  i  potwornie  go

rozpieszczała. Potem przyszedł na świat drugi syn i było im bardzo smutno, kiedy się okazało,

ż

e  chłopak  ma  nie  całkiem  po  kolei  w  głowie.  Matka  wiedziała,  co  ludzie  mówią  za  jej

plecami:  chłopak  jest  upośledzony,  bo  zdradzała  męża  podczas  ciąży.  To  była  oczywiście

nieprawda, ale te okrutne plotki bardzo ją bolały i przestała się pokazywać publicznie. Bardzo

się  wstydziła.  Ale  chłopak  był  szczęśliwy.  Lubił  być  przy  krowach  i  je  liczyć,  chociaż  nie

umiał liczyć zbyt dobrze.

Pierworodny  był  bystry  i  zaradny.  Wyjechał  do  Gaborone  i  wyrobił  sobie  nazwisko  w

polityce. Ale wraz z władzą i sławą wzrastała jego arogancja.

Potem urodził się jeszcze jeden syn. Pierworodny bardzo się ucieszył i kochał młodszego

braciszka.  Ale  miłość  ta  była  podszyta  strachem,  że  chłopczyk  odbierze  mu  część  uczuć

rodziców  i  zajmie  pierwsze  miejsce  w  sercu  ojca.  Wszystko,  co  robił  ojciec,  było

odczytywane jako znak, że preferuje najmłodszego syna, co oczywiście mijało się z prawdą,

bo starzec kochał wszystkich swoich synów jednakowo.

background image

Kiedy  najmłodszy  syn  się  ożenił,  pierworodny  był  wściekły.  Nikomu  o  tym  nie

powiedział,  ale  złość  w  nim  kipiała.  Duma  nie  pozwalała  mu  zwierzyć  się  z  tego

komukolwiek, bo  przecież był  teraz  taki ważny. Sądził,  że żona odbierze mu  brata  i  nic  mu

nie  zostanie.  Sądził,  że  będzie  próbowała  zagarnąć  dla  siebie  farmę  i  całe  bydło.  Nawet  nie

zadał sobie pytania, czy jest to prawdopodobne.

Wmówił sobie, że żona zamierza zamordować jego brata, którego tak kochał. Zamartwiał

się i nie mógł spać, bo wzbierała w nim nienawiść. W końcu udał się do pewnej pani - czyli

do mnie - i poprosił ją, żeby pojechała na farmę i znalazła dowody na zbrodnicze knowania.

Liczył na to, że ta kobieta pomoże mu pozbyć się żony brata.

Owa pani wtedy jeszcze nie wiedziała, co się za tym wszystkim kryje, toteż zgodziła się

pojechać na kilka dni do tej nieszczęśliwej rodziny. Rozmawiała ze wszystkimi i ustaliła, że

nikt nie próbuje nikogo zabić, a cała ta historia z trucizną wzięła się z tego, że sfrustrowany

kucharz pomylił  zioła.  Winę  za jego  frustrację ponosił  najmłodszy syn,  ponieważ  zmusił  go

do wykonywania pracy, która mu nie leżała.

Pani  z  Gaborone  rozmawiała  po  kolei  ze  wszystkimi,  a  potem  wróciła  do  stolicy,  żeby

porozmawiać z pierworodnym. Był wobec niej wyjątkowo obcesowy, ponieważ obcesowość

weszła  mu  w  krew  i  ponieważ  przyzwyczaił  się  do  tego,  że  wszystkie  jego  życzenia  są

spełniane.  Ona  jednak  uprzytomniła  sobie,  że  w  skórze  despoty  mieszka  przestraszony  i

nieszczęśliwy  człowiek.  Postanowiła  więc  porozmawiać  z  tym  przestraszonym  i

nieszczęśliwym człowiekiem.

Wiedziała  oczywiście,  że  pierworodny  nie  będzie  w  stanie  sam  porozmawiać  z  rodziną,

więc  zrobiła  to  za  niego.  Wyjaśniła  rodzinie,  co  on  czuje  -  że  za  jego  zazdrością  kryje  się

miłość  do  brata.  Żona  brata  zrozumiała  to  i  obiecała  uczynić  wszystko,  co  w  jej  mocy,  aby

wzbudzić  w  pierworodnym  przekonanie,  że  nie  odebrała  mu  jego  ukochanego  brata.  Matka

też zrozumiała. Uświadomiła sobie, że razem z mężem wzbudzili w pierworodnym obawy o

utratę  jego  części  majątku.  Oboje  przyrzekli  jakoś  rozwiązać  tę  sprawę.  Powiedzieli,  że

dopilnują,  aby  wszystko  zostało  podzielone  po  równo,  i  że  pierworodny  nie  powinien  mieć

ż

adnych obaw o przyszłość.

Potem  ta  pani  obiecała  rodzinie,  że  porozmawia  z  pierworodnym  w  Gaborone  i  jest

pewna, że on zrozumie. Powiedziała, że przekaże im od nich, co tylko zechcą. Powiedziała,

ż

e prawdziwą trucizną w rodzinach nie jest ta, którą dosypuje się do jedzenia, lecz ta, która

wytwarza się w sercach, kiedy ludzie są o siebie zazdrośni i nie umieją wyrażać uczuć.

Wróciła więc do Gaborone ze słowami, które rodzina chciała przekazać pierworodnemu.

Słowa  najmłodszego  brata  były  takie:  „Bardzo  kocham  mojego  brata.  Często  o  nim  myślę.

Nigdy nic mu nie zabiorę. Ziemia i krowy są wspólne”. Jego żona powiedziała: „Podziwiam

mojego  szwagra  i  nigdy  bym  mu  nie  odebrała  miłości  brata,  na  którą  zasługuje”.  Matka

powiedziała:  „Jestem  dumna  z  mojego  syna.  Jest  tutaj  dosyć  miejsca  dla  nas  wszystkich.

Martwiłam się, że drogi moich synów się rozejdą, że ich żony wklinują się pomiędzy nich i

rozbiją naszą rodzinę. Już się o to nie martwię. Niech pani poprosi mojego syna, żeby szybko

background image

do  mnie  przyjechał.  Nie  zostało  mi  już  wiele  życia”.  Ojciec  nie  mówił  dużo,  tylko  tyle:

„Mężczyzna nie mógłby sobie wymarzyć lepszych synów”.

Maszyna  do  pisania  milczała.  Mma  Ramotswe  skończyła  swoją  opowieść  i  patrzyła  na

człowieka  z  rządu,  który  siedział  zastygły.  Tylko  jego  klatka  piersiowa  się  poruszała  przy

wdechach i wydechach. Potem uniósł jedną dłoń do twarzy, pochylił się i uniósł drugą dłoń.

-  Niech  pan  nie  wstydzi  się  płaczu,  rra  -  powiedziała  mma  Ramotswe.  -  Od  tego  się

zaczyna poprawa. To jest pierwszy krok.

background image

Rozdział dziewiętnasty

Słowa nazywające Afrykę

Przez cztery następne dni padało. Każdego popołudnia gęstniały chmury, a potem, pośród

błyskawic  i  grzmotów,  deszcz  chlustał  na  ziemię.  Drogi,  normalnie  suche  i  pyliste,  były

zalane,  a  pola  zamieniły  się  w  rozmigotane  jeziora.  Spragniona  gleba  szybko  jednak

wchłonęła  wodę  i  ponownie  pojawiła  się  ziemia.  Ludzie  wiedzieli  jednak,  że  woda  jest

zmagazynowana  w  zbiorniku  zapory  i  przenikająca  do  warstw,  do  których  sięgają  studnie.

Kamień spadł im z serca. Kolejna susza byłaby tragedią, chociaż ludzie jak zawsze jakoś by

wytrzymali. Mówili, że pogoda się zmienia i czuli się zagrożeni. W takim kraju jak Botswana,

gdzie  ziemi  i  zwierzętom  nigdy  się  nie  przelewa,  nawet  niewielka  zmiana  może  mieć

katastrofalne skutki. Ale deszcze nadeszły i tylko to się liczyło.

Warsztat Tlokweng Road Speedy Motors otrzymywał coraz więcej zleceń i mma Makutsi

uznała,  że  nie  ma  innego  wyjścia,  jak  tylko  zatrudnić  na  kilka  miesięcy  jeszcze  jednego

mechanika  i  zobaczyć,  jak  się  sprawy  rozwiną.  Dała  ogłoszenie  do  gazety  i  przyszedł

człowiek,  który  kiedyś  naprawiał  i  konserwował  silniki  dieslowskie  w  kopalni  diamentów.

Był teraz na emeryturze i zaproponował, że będzie przychodził do pracy trzy razy w tygodniu.

Natychmiast został przyjęty i od razu zaczął się dobrze dogadywać z terminatorami.

- Pan J.L.B. Matekoni go polubi - powiedziała mma Ramotswe - kiedy wróci i go pozna.

- A kiedy wróci? - spytała mma Makutsi. - Minęły już dwa tygodnie.

- Jak wróci, to wróci. Nie popędzajmy go.

Tego  popołudnia  pojechała  na  farmę  dla  sierot  i  zaparkowała  maleńką  białą  furgonetkę

pod  oknem  biura  mmy  Potokwani.  Kierowniczka  zobaczyła  ją  z  daleka  i  kiedy  mma

Ramotswe zapukała do drzwi, czajnik stał już na gazie.

- Dawno pani nie widzieliśmy, mma Ramotswe.

- Wyjeżdżałam. A potem przyszły deszcze i nie chciałam ugrzęznąć w błocie.

- Bardzo rozsądnie - poparła ją mma Potokwani. - Parę ciężarówek utknęło tuż za bramą i

starsze sieroty musiały je pchać. Z trudem im się udało. Były takie ubłocone, że trzeba je było

spłukać wężem.

- W tym roku zapowiadają się obfite deszcze. To bardzo dobrze dla naszego kraju.

background image

Czajnik  w  kącie  pokoju  zaczął  syczeć  i  mma  Potokwani  podniosła  się,  żeby  zrobić

herbaty.

-  Nie  mam  dla  pani  ciasta.  Wczoraj  upiekłam,  ale  wszystko  zjedzone,  do  ostatniego

okruszka. Jakby przeszła szarańcza.

- Tak, ludzie są pazerni. Miło byłoby zjeść trochę ciasta, ale co poradzić?

Piły herbatę w zgodnym milczeniu. Potem mma Ramotswe zabrała głos.

- Pomyślałam, że może bym zabrała pana J.L.B. Matekoniego na przejażdżkę furgonetką.

Myśli pani, że miałby ochotę?

-  Myślę,  że  miałby  wielką  ochotę  -  odparła  mma  Potokwani  z  uśmiechem.  -  Mało  się

odzywa,  odkąd  go  tu  przywiozłam,  ale  odkryłam,  że  jest  czymś  zajęty.  Sądzę,  że  to  dobry

znak.

- Czym jest zajęty?

-  Pomaga  nam  z  tym  chłopczykiem.  Wie  pani  -  z  tym,  o  którym  z  panią  rozmawiałam.

Pamięta pani?

- Tak - odrzekła mma Ramotswe z wahaniem. - Pamiętam tego chłopczyka.

- Dowiedziała się pani czegoś?

- Nie. Wydaje mi się, że nie mogę zbyt wiele zrobić. Coś przyszło mi jednak do głowy.

Ale to tylko myśl.

Mma  Potokwani  wsypała  sobie  do  herbaty  jeszcze  jedną  łyżeczkę  cukru  i  zamieszała

powoli.

- Tak? Jaka to myśl?

Mma Ramotswe zmarszczyła brwi.

- Nie sądzę, żeby to coś pomogło. Jestem pewna, że nie pomoże.

Mma  Potokwani  podniosła  filiżankę  do  ust,  wypiła  duży  łyk  herbaty  i  delikatnie

odstawiła filiżankę.

- Chyba wiem, o co pani chodzi, mma - powiedziała. - Mnie chyba przyszła do głowy ta

sama myśl. Ale nie mogę w to uwierzyć. To po prostu nie może być prawda.

Mma Ramotswe pokręciła głową.

-  To  samo  sobie  powiedziałam.  Ludzie  mówią  o  takich  sprawach,  ale  nigdy  nic  nie

zostało  udowodnione.  Mówią,  że  są  dzikie  dzieci  wychowywane  przez  zwierzęta  i  od  czasu

do czasu ktoś takie dziecko znajduje. Ale skąd mamy wiedzieć, że naprawdę tak było? Jakie

mamy dowody?

- Nic mi na ten temat nie wiadomo.

-  A  jeśli  komuś  powiemy  o  naszych  przypuszczeniach,  to  co  potem?  Gazety  będą  się  o

tym  rozpisywały.  Zjadą  się  ludzie  z  całego  świata.  Spróbują  zabrać  gdzieś  chłopca,  żeby

mogli go obserwować. Wywiozą go z Botswany.

- Nie - zaoponowała mma Potokwani. - Rząd nigdy by na to nie pozwolił.

background image

-  Nie  byłabym  taka  pewna.  Nie  można  tego  wykluczyć.  Nigdy  nic  nie  wiadomo.  -  Po

chwili  milczenia  stwierdziła:  -  Myślę,  że  pewnych  spraw  lepiej  jest  nie  tykać.  Nie  chcemy

znać odpowiedzi na wszystkie pytania.

-  Zgadzam  się  z  panią.  Czasem  łatwiej  jest  być  szczęśliwym,  kiedy  człowiek  nie  wie

wszystkiego.

Mma  Ramotswe  zamyśliła  się.  Interesująca  teza,  ale  czy  prawdziwa?  Wymagała

pogłębionej  analizy,  na  którą  w  tej  chwili  nie  było  czasu.  Mma  Ramotswe  miała  pilniejsze

zadanie  do  wykonania,  a  mianowicie  zabranie  pana  J.L.B.  Matekoniego  do  Mochudi,  gdzie

mogliby  wspiąć  się  na  kopje,  górę,  wyspową,  i  podziwiać  równiny.  Była  pewna,  że  panu

J.L.B. Matekoniemu spodobałby się widok całej tej wody. Podniósłby go na duchu.

-  Pan  J.L.B.  Matekoni  trochę  nam  pomagał  z  tym  chłopcem  -  powtórzyła  mma

Potokwani.  -  Dobrze  mu  zrobiło,  że  miał  jakieś  zajęcie.  Widziałam,  jak  go  uczy  strzelać  z

procy. I podobno uczy go słów - uczy go mówić. Jest dla niego bardzo serdeczny, a to chyba

dobry znak.

Mma  Ramotswe  uśmiechnęła  się.  Wyobraziła  sobie,  jak  pan  J.L.B.  Matekoni  uczy

małego  dzikusa  nazw  otaczających  go  rzeczy.  Uczy  go  słów  nazywających  świat,

nazywających Afrykę.

Pan J.L.B. Matekoni nie był zbyt komunikatywny po drodze do Mochudi. Siedział obok

kierowcy w maleńkiej białej furgonetce, patrząc na równiny, które przesuwały się za oknem, i

na innych podróżnych. Wygłosił jednak kilka uwag, a nawet spytał, co słychać w warsztacie,

czego nie uczynił, kiedy go poprzedni raz odwiedziła na farmie dla sierot.

- Mam nadzieję, że mma Makutsi krótko trzyma tych moich terminatorów - powiedział. -

Straszne leniuchy. Tylko baby im w głowie.

-  Problem  bab  pozostał,  ale  mma  Makutsi  wyciska  z  nich  siódme  poty  i  dobrze  sobie

radzą.

Dotarli  do  zjazdu  na  Mochudi  i  wkrótce  jechali  drogą,  która  wiodła  w  stronę  szpitala,

domów z podwórzami i usianego głazami wzgórza z tyłu.

- Przejdziemy się na wzgórze? - zaproponowała mma Ramotswe. - Bardzo dobry stamtąd

widok. Zobaczymy, jak bardzo zmienił się kraj po deszczu.

- Jestem za bardzo zmęczony, żeby się wspinać. Ty idź, ja zostanę.

- Nie - odparła stanowczo mma Ramotswe. - Oboje wejdziemy. Weź mnie pod ramię.

Wspinaczka nie trwała długo. Wkrótce stali na skraju dużej połaci wydźwigniętej do góry

skały i patrzyli na Mochudi: na kościół kryty czerwoną blachą, na maleńki szpital, w którym

dzień  w  dzień  skąpymi  środkami  toczono  heroiczną  walkę  z  potężnymi  nieprzyjaciółmi,

wreszcie na równiny ciągnące się w kierunku południowym. Płynęła tam teraz rzeka, szeroko

rozlana  i  leniwa,  wiła  się  między  kępami  drzew  i  krzewów  tudzież  grupek  zagród,  które

składały się na porozrzucaną bezładnie wioskę. Ścieżką w pobliżu rzeki pędzono niewielkie

stado  bydła;  z  tej  odległości  krowy  wydawały  się  tycie,  jak  zabawki.  Wiatr  wiał  od  strony

stada, niosąc dźwięk dzwonków, cichy, delikatny dźwięk, który tak silnie kojarzył się mmie

background image

Ramotswe  z  botswańskim  buszem  -  drugi  hymn  jej  ojczyzny.  Mma  Ramotswe  stała  bez

ruchu, kobieta na skale w Afryce. Właśnie tym i właśnie tutaj chciała być.

-  Patrz  -  powiedziała.  -  Patrz  tam!  To  jest  dom,  w  którym  mieszkałam  z  ojcem.  To  są

moje rodzinne strony.

Pan J.L.B. Matekoni spojrzał w dół i uśmiechnął się. Uśmiechnął się i ona to zauważyła.

- Myślę, że czujesz się trochę lepiej, prawda?

Pan J.L.B. Matekoni skinął głową.

Afryka

Afryka Afryka

Afryka Afryka Afryka

Afryka Afryka

Afryka