background image

Kir Bułyczow
Podróże Alicji
Putieszestwije Alisy
Przełożyła: Irena Piotrkowska
Wydanie oryginalne: 1974
Wydanie polskie: 1978
iMN

background image

PRZESTĘPCZYNI ALICJA

Obiecałem Alicji: „Jak przejdziesz do trzeciej klasy, zabiorę cię na letnią 

ekspedycję. Polecimy statkiem »Pegaz« na poszukiwanie rzadkich okazów zwierząt 
dla naszego Zoo”.

Powiedziałem to jeszcze w zimie, tuż po Nowym Roku. I równocześnie 

postawiłem kilka warunków - dobrze się uczyć, nie robić głupstw i wybić sobie z 
głowy różne dzikie pomysły.

Alicja uczciwie wypełniała warunki i zdawało się, że nic nie zagraża naszym 

planom. Tymczasem w maju, na miesiąc przed odlotem, zaszła pewna okoliczność, 
która omal całkiem ich nie przekreśliła.

Pracowałem tego dnia w domu, pisałem artykuł dla „Wiadomości 

Kosmozoologicznych”. Przez otwarte drzwi gabinetu widziałem, że Alicja wróciła ze 
szkoły ponura, cisnęła z rozmachem na stół torbę z dyktafonem i mikrofilmami, nie 
chciała jeść obiadu i zamiast po ulubioną w ostatnich miesiącach książkę „Zwierzęta 
dalekich planet”, sięgnęła po „Trzech muszkieterów”.

- Jakieś przykrości? - zapytałem.
- Nic podobnego. Skąd ci to przyszło na myśl?
- Tak mi się wydawało.
Alicja po chwili namysłu odłożyła książkę i spytała:
- Tatku, nie masz przypadkiem samorodka złota?
- Duży potrzebujesz?
- Z półtora kilograma.
- Nie, nie mam.
- A może masz mniejszy?
- Prawdę mówiąc, też nie. Żadnego nie mam. Na co mi samorodek?
- Nie wiem - rzekła Alicja. - Po prostu mnie jest bardzo potrzebny.
Wyszedłem z gabinetu i siadłszy przy niej na kanapie, powiedziałem:
- No mów, co masz na sercu.
- Nic szczególnego. Zwyczajnie potrzebny mi samorodek.
- A tak całkiem szczerze?
Alicja westchnęła głęboko, spojrzała w okno i wreszcie zdobyła się na wyznanie:
- Jestem złodziejką, tatku.
- Złodziejką?
- Popełniłam kradzież i teraz na pewno wyrzucą mnie ze szkoły.
- Szkoda - powiedziałem. - No, mów dalej. Mam nadzieję, że cała ta sprawa jest 

mniej straszna, niż się wydaje na pierwszy rzut oka.

- Bo widzisz, ja i Alosza Naumow postanowiliśmy schwytać szczupaka-

background image

olbrzyma. On grasuje w Zalewie Ikszyńskim i pożera narybek. Opowiadał nam o nim 
pewien rybak, ty go nie znasz.

- A co ma z tym wspólnego samorodek?
- Na błystkę.
- Co takiego?
- Dyskutowaliśmy o tym w klasie i doszliśmy do wniosku, że szczupaka trzeba 

złowić na błystkę. Zwykłego szczupaka łowi się na zwykłą błystkę, ale taki olbrzym 
może wziąć tylko na specjalną. I wtedy... {brak strony od 7 do 10}

- Dobrze, mój tajemniczy panie - odpowiedziałem.
- Proszę.
Podał mi woreczek. Poczułem w ręku spory ciężar.
- Samorodek? - spytałem.
- To pan wie?
- Wiem.
- Więc tak, samorodek.
- Mam nadzieję, że nie kradziony?
- Ależ nie, co też pan! Dali mi go w klubie turystów. No, do widzenia.
Nie zdążyłem wrócić do gabinetu, gdy znów odezwał się dzwonek. Za drzwiami 

ujrzałem dwie dziewczynki.

- Dzień dobry - wymówiły chórem. - Jesteśmy z pierwszej klasy. Proszę to oddać 

Alicji.

Wręczyły mi dwie jednakowe sakiewki i uciekły. W jednej sakiewce leżały cztery 

złote monety, stare monety z czyjejś kolekcji. W drugiej - trzy łyżeczki do herbaty. 
Te ostatnie okazały się wprawdzie nie złote, lecz platynowe, nie mógłbym już jednak 
dogonić dziewczynek.

Jeszcze jeden samorodek ręka nieznanego dobroczyńcy wrzuciła do skrzynki 

pocztowej. Potem przyszedł Lowa Zwanski i usiłował mi wcisnąć małą szkatułkę z 
diamentami. Potem jakiś chłopiec ze starszej klasy przyniósł od razu trzy samorodki.

- Kiedyś zbierałem minerały - wyjaśnił.
Alicja wróciła wieczorem. Już od drzwi zawołała triumfująco:
- Tatku, nie martw się, wszystko gra. Lecimy na wyprawę.
- Skąd taka zmiana? - spytałem.
- Stąd, że znalazłam samorodek.
- Gdzie?
Alicja z trudem wyciągnęła z torby samorodek. Na oko ważył ze sześć lub siedem 

kilogramów.

- Pojechałam do Połoskowa. Do naszego kapitana. Wydzwaniał do wszystkich 

swoich znajomych, dowiedziawszy się, o co chodzi. I jeszcze poczęstował mnie 

background image

obiadem, tak że nie jestem głodna.

W tej chwili spostrzegła leżące na stole samorodki i inne złote przedmioty, które 

w ciągu jednego popołudnia nagromadziły się w naszym mieszkaniu.

- Ojejej! - wykrzyknęła. - Ale się wzbogaci nasze muzeum.
- Posłuchaj, złodziejko - przerwałem jej zachwyty - za żadne skarby nie wziąłbym

cię na wyprawę, gdyby nie twoi przyjaciele.

- A cóż oni mają z tym wspólnego?
- Otóż wątpię, aby tak biegali po całej Moskwie i szukali złotych przedmiotów 

dla osoby bardzo złej.

- Nie jestem przecież taka zła - oświadczyła Alicja bez krztyny skromności.
Zmarszczyłem brwi, lecz w tym momencie rozległ się w ścianie brzęczyk poczty 

pneumatycznej. Otworzyłem klapę i wyjąłem paczkę z Muzeum Mineralogicznego. 
Frydman dotrzymał słowa.

- To ode mnie - powiedziałem.
- No widzisz - uśmiechnęła się Alicja. - To znaczy, że ty też jesteś moim 

przyjacielem.

- Chyba tak - odpowiedziałem. - Tylko proszę z tego powodu nie zadzierać nosa.
Nazajutrz rano musiałem odprowadzić Alicję do szkoły, ponieważ łączna waga 

zasobów złota w naszym mieszkaniu sięgała osiemnastu kilogramów.

Oddając Alicji torbę przed wejściem do szkoły, powiedziałem:
- Na śmierć zapomniałem o karze.
- O jakiej karze?
- Będziesz musiała w niedzielę zabrać z Zoo błękitnego irbisa i pójść z nim do 

Muzeum Mineralogicznego.

- Z irbisem do muzeum? Przecież to głupie stworzenie.
- Nie przeczę, ale on będzie tam straszył myszy, ty zaś dopilnujesz, by jeszcze 

kogoś nie nastraszył.

- Zgoda - odpowiedziała Alicja. - Ale na wyprawę mimo wszystko lecimy?
- Lecimy.

background image

CZTERDZIEŚCI TRZY ZAJĄCE

Ostatnie dwa tygodnie przed odlotem upłynęły w pośpiechu, nerwach i nie 

zawsze koniecznej bieganinie. W pierwszej kolejności należało przygotować, 
sprawdzić, przewieźć i ulokować w „Pegazie” klatki, potrzaski, ultradźwiękowe 
przynęty, sidła, sieci, instalacje energetyczne i ponadto tysiące rzeczy, które są 
konieczne przy odłowach zwierzyny. Następnie - zaopatrzyć się w lekarstwa, 
żywność, filmy, taśmy, aparaturę, dyktafony, mikroskopy, teczki zielnikowe, 
notatniki, gumowe buty, komputery, parasolki od słońca i od deszczu, lemoniadę, 
płaszcze i kapelusze panama, lody w proszku, autoloty i jeszcze w milion rzeczy, 
które się przydadzą albo i nie przydadzą podczas wyprawy. Na koniec, skoro 
planujemy po drodze lądowanie w bazach naukowych, na stacjach oraz różnych 
planetach, trzeba zabrać dodatkowy bagaż: pomarańcze dla astronautów na Marsie, 
słoiki śledzi dla badaczy Małego Arktura, sok wiśniowy, tusz i gumę arabską dla 
archeologów w Układzie 2-BC, brokatowe kaftany i elektrokardiografy dla 
mieszkańców planety Fiks, komplet mebli orzechowych, wygrany przez mieszkańca 
planety Samora w konkursie „Czy znasz Układ Słoneczny?”, konfitury z pigwy 
(witaminizowane) dla Liceniańczyków i poza tym całe mnóstwo podarków i 
przesyłek, jakie nam do ostatniej sekundy znosili dziadkowie, bracia, siostry, rodzice, 
dzieci i wnukowie ludzi oraz mieszkańców innych planet, z którymi się podczas 
naszej wyprawy zobaczymy. W rezultacie nasz „Pegaz” upodobnił się do arki Noego, 
do pływającego jarmarku, do supermarketu, a nawet do magazynu bazy handlowej.

Straciłem przez te dwa tygodnie na wadze sześć kilogramów, a kapitan „Pegaza”, 

słynny kosmonauta Połoskow, postarzał się o sześć lat.

„Pegaz” jako statek nieduży załogę ma również niewielką. Na Ziemi oraz na 

innych planetach dowódcą wyprawy jestem ja, profesor Sielezniew z moskiewskiego 
Zoo. Mój tytuł profesorski bynajmniej nie oznacza, że jestem już człowiekiem 
starym, siwym i dostojnym. Tak się złożyło, że od dziecka ogromnie lubiłem 
wszelakie zwierzęta i nigdy nie zamieniłbym ich na minerały, znaczki pocztowe, 
aparaty radiowe czy inne interesujące rzeczy. Mając dziesięć lat, wstąpiłem do kółka 
młodych przyrodników, potem ukończyłem szkołę średnią i rozpocząłem studia 
uniwersyteckie na wydziale biologii. Podczas studiów każdy wolny dzień spędzałem 
nadal w Zoo i w pracowniach biologicznych. Po otrzymaniu dyplomu wiedziałem o 
zwierzętach tak dużo, że mogłem napisać o nich swoją pierwszą książkę. W owym 
czasie nie było jeszcze superszybkich pojazdów kosmicznych mogących dotrzeć do 
każdego punktu Galaktyki, dlatego też niewielu było zoologów kosmicznych. Ja 
byłem jednym z pierwszych. Obleciałem mnóstwo planet i gwiazd i nawet sam nie 
spostrzegłem, kiedy zostałem profesorem.

background image

Gdy „Pegaz” odrywa się od stałego gruntu, władzę nad nim oraz nad nami 

wszystkimi obejmuje Gennadij Połoskow, słynny kosmonauta i dowódca statku. 
Spotykaliśmy się już wcześniej na dalekich planetach i w bazach naukowych. Bywa 
częstym gościem w naszym domu, a z Alicją łączy go szczególna przyjaźń. Połoskow 
całkiem nie wygląda na nieustraszonego kosmonautę i gdy zdejmuje mundur 
kapitana-astronauty, można go wziąć za wychowawcę w przedszkolu lub 
bibliotekarza. Jest niewysoki, jasnowłosy, małomówny i cechuje go wielka 
delikatność. Ale gdy zasiada w swym fotelu w sterowni kosmicznego pojazdu, 
zmienia się - i głos jego ma inne brzmienie, i nawet twarz nabiera wyrazu pewności i 
zdecydowania. Połoskow nigdy nie traci przytomności umysłu i cieszy się wielkim 
szacunkiem we flocie kosmicznej. Z trudem udało mi się namówić go, by poleciał z 
nami jako kapitan „Pegaza”, gdyż równocześnie Jack O’Connoll proponował mu 
objęcie tejże funkcji na nowym liniowcu pasażerskim obsługującym trasę Ziemia-
Fiks. I gdyby nie Alicja, nigdy nie zdołałbym go uprosić.

Trzeci członek załogi „Pegaza” to mechanik Zielony. Wielkie chłopisko z bujną 

rudą brodą. Jest dobrym mechanikiem, już z pięć razy latał z Połoskowem na innych 
statkach. Największa jego pasja - grzebanie w silnikach oraz wieczne naprawy w 
maszynowni. Na ogół bywa to wspaniałą zaletą, czasem jednak zbytnio się zapala i 
zdarza się, że jakaś bardzo ważna maszyna lub aparat znajdują się w proszku akurat w 
momencie, gdy są najbardziej potrzebne. Poza tym Zielony jest strasznym pesymistą. 
Sądzi zwykle, że „to” dobrze się nie skończy. Jakie „to”? Ano wszystko. Zapuścił na 
przykład brodę, przeczytał bowiem w jakiejś starej książce, że pewien kupiec zaciął 
się brzytwą i zmarł na zakażenie krwi. I chociaż dziś na całej Ziemi nie znajdzie się 
taka brzytwa, którą można by się zaciąć, a wszyscy mężczyźni zamiast golić się rano, 
smarują twarz pastą, Zielony na wszelki wypadek zapuścił brodę. Gdy lądujemy na 
jakiejś nieznanej planecie, z miejsca radzi nam stąd odlecieć, ponieważ zwierząt na 
pewno tu nie ma, a jeśli są, to niepotrzebne dla Zoo, a jeśli nawet potrzebne, to i tak 
ich na Ziemię nie dowieziemy. I tak dalej, i tak dalej. My jednak przywykliśmy już do 
niego i nikt się nie przejmuje tym zrzędzeniem. On zaś nie obraża się za to.

Czwartym członkiem naszej załogi, nie licząc kuchennego robota, który wiecznie 

się psuje, oraz automatów terenowych, jest Alicja. Jak wiadomo, jest ona moją córką, 
przeszła do klasy trzeciej, ma niezwykłe wprost szczęście do różnych przygód, na 
razie jednak wszystkie kończyły się dobrze. Alicja jest osobą bardzo w czasie 
wyprawy przydatną, umie opiekować się zwierzętami i prawie niczego się nie boi.

Ostatniej nocy przed odlotem spałem źle - ciągle mi się zdawało, że ktoś chodzi 

po mieszkaniu i trzaska drzwiami. Gdy wstałem, Alicja była już ubrana, jakby w 
ogóle nie kładła się spać. Zeszliśmy do autolotu. Bagaży nie mieliśmy, wyjąwszy 
moją czarną teczkę oraz konduktorkę Alicji, do której były przywiązane płetwy oraz 

background image

harpun do podwodnych polowań.

Ranek był przejmująco chłodny. Meteorologowie zapowiadali po południu 

deszcz, lecz jak zwykle nieco się pomylili i deszcz ten spadł już w nocy. Na ulicach 
było pusto, pożegnaliśmy się z rodziną, obiecując wysyłać listy ze wszystkich planet.

Autolot z wolna wzniósł się nad ulicą i lekko popłynął na zachód w kierunku 

kosmodromu. Oddałem stery Alicji, a sam wyjąłem tasiemcowe spisy bagaży, tysiąc 
razy poprawiane i kreślone, i znów zabrałem się do ich studiowania, gdyż Połoskow 
zaklinał mi się, że jeśli nie wyrzucimy przynajmniej trzech ton ładunku, nigdy nie 
zdołamy oderwać się od Ziemi.

Nawet nie zauważyłem, kiedy dolecieliśmy do kosmodromu. Alicja była 

skupiona, jakby pochłaniała ją jakaś myśl. Tak dalece, że wylądowała przed innym 
statkiem, ładującym prosięta dla Wenus.

Na widok opadającego z nieba pojazdu prosięta rozpierzchły się w różne strony, 

gnające je roboty rzuciły się za nimi w pogoń, a wściekły szef transportu zwymyślał 
mnie za to, że powierzam lądowanie małemu dziecku.

- Ona nie jest taka mała - odpowiedziałem. - Przeszła już do trzeciej klasy.
- Tym większy wstyd - ofuknął mnie szef tuląc do piersi schwytane prosię. - 

Teraz ich nie pozbieramy do samego wieczora.

Spojrzałem z wyrzutem na Alicję i ująwszy stery, podjechałem do białego 

„Pegaza”. W dniach swej młodości „Pegaz” był superszybkim statkiem pocztowym. 
Później, gdy pojawiły się statki o jeszcze większej szybkości i ładowności, „Pegaza” 
oddano do użytku ekspedycjom. Miał obszerne ładownie, służył już geologom i 
archeologom, a teraz przydał się dla Zoo. Połoskow czekał na nas i nim zdążyliśmy 
się przywitać, zapytał:

- Wymyśliłeś, gdzie podziać te trzy tony?
- Coś niecoś wymyśliłem odparłem.
- No to gadaj!
W tej chwili podeszła do nas skromna starsza kobiecinka w niebieskim szalu i 

spytała:

- Nie zabralibyście malutkiej paczuszki dla mojego syna na Aldebaranie?
- Masz ci los - machnął ręką Połoskow - tylko tego brakowało!
- Maluteńkiej - powtórzyła - najwyżej dwieście gramów. Możecie sobie 

wyobrazić, jak on by się czuł, gdyby nie dostał żadnego prezentu na urodziny?

Nie mogliśmy sobie wyobrazić.
- A co jest w tej paczuszce? - spytał uczuciowy Połoskow zdając się na łaskę 

zwycięzczyni.

- Nic nadzwyczajnego. Torcik. Kola przepada za torcikami! I taśma stereo z 

zapisem, jak jego synek uczy się chodzić.

background image

- Proszę przynieść - mruknął ponuro Połoskow.
Poszukałem wzrokiem Alicji. Nigdzie jej nie było. Nad kosmodromem 

wschodziło słońce i długi cień „Pegaza” sięgał budynku kosmoportu.

- Słuchaj - rzekłem do Połoskowa - przerzucimy część ładunku na Księżyc 

statkiem liniowym. A z Księżyca będzie nam już łatwiej wystartować.

- To samo myślałem - przytaknął. - Na wszelki wypadek usuniemy cztery tony, 

żeby mieć rezerwę.

- Komu mam wręczyć paczuszkę? - spytała kobiecinka.
- Robot przy wejściu odbierze - poinformował Połoskow, po czym zaczęliśmy się 

zastanawiać, co przerzucić na Księżyc.

Kątem oka zerkałem, gdzie się podziała Alicja, i mimo woli zwróciłem uwagę na 

naszą kobiecinkę. Stała w cieniu „Pegaza” i cicho spierała się o coś z robotem. Za nią 
piętrzyła się na wózku góra pakunków.

- Połoskow - zawołałem - spójrz no tam!
- Oj - jęknął zacny kapitan. - Ja tego nie przeżyję!
Tygrysim skokiem dopadł kobiecinki.
- Co to jest?! - zagrzmiał.
- Paczuszka - odparła nieśmiało.
- Torcik?
- Tak, torcik. - Otrząsnęła się już ze strachu.
- Taki olbrzymi?
- Wybaczy pan, kapitanie - oświadczyła surowym tonem. - Chce pan, aby mój syn 

jadł sam przysłany przeze mnie torcik i nie poczęstował swych stu trzydziestu 
kolegów z pracy? Tego pan chce?

- Ja niczego już nie chcę! - jęknął udręczony Połoskow. - Zostaję w domu i 

nigdzie nie lecę. Rozumie pani? Nigdzie!

Przeprawa z kobiecinką trwała pół godziny i zakończyła się zwycięstwem 

Połoskowa. Ja tymczasem wszedłem do statku i kazałem robotom znieść z pokładu 
pomarańcze oraz komplet orzechowych mebli.

Alicję niespodzianie spotkałem w dalekim korytarzu ładowni.
- Co ty tu robisz? - spytałem zdziwiony.
Alicja schowała za plecami wianuszek obarzanków.
- Zaznajamiam się ze statkiem - odpowiedziała.
- Idź do kajuty - rzuciłem i pobiegłem dalej.
O godzinie dwunastej skończyliśmy wreszcie przeładunek. Statek był gotów do 

odlotu. Sprawdziliśmy z Połoskowem jeszcze raz ciężar ładunku - zostało nam 
dwieście kilogramów rezerwy, można więc było spokojnie startować w Kosmos.

Połoskow połączył się przez wewnętrzną linię z mechanikiem. Zielony siedział 

background image

przed pulpitem sterowniczym i rozczesywał swoją rudą brodę. Kapitan przysunąwszy 
twarz do wideofonu spytał:

- Gotowi do startu?
- W każdej chwili - odpowiedział Zielony. - Chociaż pogoda mi się nie podoba.
- Wieża kontrolna - rzekł do mikrofonu Fołoskow - „Pegaz” prosi o start.
- Chwileczkę - usłyszał głos dyspozytora. - Czy nie macie wolnego miejsca?
- Ani jednego - odparł stanowczo kapitan. - Nie zabieramy pasażerów.
- Może jednak weźmiecie z pięć osób? - spytał dyspozytor.
- Z jakiej racji? Czy nie ma statków liniowych?
- Wszystkie przeładowane.
- A to czemu?
- Doprawdy pan nie wie? Na Księżycu odbędzie się dziś mecz piłki nożnej o 

puchar galaktycznego sektora Ziemia - planeta Fiks.

- A dlaczego na Księżycu? - zdziwił się Połoskow, którego nie interesowała piłka 

nożna, a ostatnio, zajęty przygotowaniami do lotu, w ogóle stracił kontakt z 
rzeczywistością.

- Naiwny człowieku! - rzekł dyspozytor. - Jakim cudem Fiksjanie mogliby grać 

przy ciążeniu ziemskim? Nawet na Księżycu nie będzie im łatwo.

- To znaczy, że my wygramy?
- Wątpię. Oni przeciągnęli z Marsa do swojej drużyny dwóch obrońców i Simona 

Browna.

- Żebym ja miał takie zmartwienia - mruknął Połoskow. - Kiedy dacie start?
- A właśnie, że my zwyciężymy - wmieszała się do rozmowy Alicja, która nagle 

zjawiła się w sterowni.

- Święte słowa, panienko - ucieszył się dyspozytor. - Może jednak zabierzecie na 

pokład kibiców? Aby wyprawić wszystkich chętnych, potrzebuję ośmiu statków. Nie 
mam pojęcia, skąd je wezmę. A zgłoszenia wciąż napływają.

- Nie - uciął Połoskow.
- Trudno, pan decyduje. Włączajcie silniki.
Połoskow przełączył się na maszynownię.
- Zielony - powiedział - włączaj planetarne. Tylko powoli. Sprawdzimy, czy nie 

ma przeciążenia.

- Skąd przeciążenie? - zdenerwowałem się. - Przecież wszystko dokładnie 

podliczyliśmy.

Statek lekko zadygotał nabierając mocy.
- Pięć-cztery-trzy-dwa-jeden-start! - skandował kapitan.
Statek drgnął, ale nie ruszył z miejsca.
- Co się stało? - zawołał Połoskow.

background image

- Co się u was stało? - spytał równocześnie dyspozytor obserwujący nasz start.
- Klops - stwierdził Zielony. - Mówiłem przecież, że nic dobrego z tego nie 

wyjdzie.

Alicja siedziała wciśnięta w fotel i nie patrzyła w moją stronę.
- Spróbujmy jeszcze raz - rzekł Połoskow.
- Nie ma co próbować - odpowiedział Zielony. - Znaczne przeciążenie. Mam 

przed oczami przyrządy.

Kapitan spróbował jeszcze raz poderwać statek, lecz „Pegaz” stał jak 

przyśrubowany do ziemi.

- Musi być jakaś pomyłka w obliczeniach - oświadczył.
- Wykluczone, komputer sprawdzał - odpowiedziałem. - Mamy dwieście 

kilogramów rezerwy.

- To co u diabła się dzieje?
- Trzeba wyrzucać ładunek za burtę. Nie wolno tracić czasu. Od której ładowni 

zacząć?

- Od pierwszej. Tam są przesyłki. Zaczekają na Księżycu i stamtąd je zabierzemy.
- Tylko nie od pierwszej - odezwała się nagle Alicja.
- No dobrze - zgodziłem się machinalnie. - Zaczniemy wobec tego od trzeciej.
- Tylko nie od trzeciej - zaprotestowała ponownie.
- Co to ma znaczyć? - spytał groźnie Połoskow.
Akurat w tej chwili połączył się z nami dyspozytor.
- Halo, „Pegaz”, wpłynęła na was skarga.
- Jaka skarga?
- Łączę z informacją.
Na ekranie ukazała się poczekalnia. Przy stanowisku informacji tłoczyli się 

ludzie. Wydało mi się, że widzę wśród nich kilku znajomych. Skądże ich znałem?

Kobieta stojąca najbliżej powiedziała patrząc na mnie:
- To naprawdę wstyd. Nie wolno tak pobłażać wybrykom.
- Jakim wybrykom?
- Powiedziałam Aloszy: nie polecisz na Księżyc, masz pięć trój na czwarty 

kwartał.

- Ja też zabroniłam Lowcę lecieć na ten mecz - poparła ją druga. - Równie dobrze 

mógłby obejrzeć go w telewizji.

- Aha-a - wymówiłem powoli. Już wiedziałem, skąd znam osoby zgromadzone w 

informacji - byli to rodzice kolegów klasowych Alicji.

- Wszystko jasne - rzekł Połoskow. - Dużo mamy tych „zajęcy” na pokładzie?
- Nie przypuszczałam, że „Pegaz” jest przeładowany - tłumaczyła się Alicja. - 

Nie mogli przecież opuścić meczu stulecia! Jak by to wyglądało - ja zobaczę, a moi 

background image

koledzy nie?

- Dużo mamy tych „zajęcy”? - powtórzył kapitan głosem twardym jak stal.
- Nasza klasa i dwie równoległe. W nocy, jak tatuś spał, odwiozłam ich na 

kosmodrom i wpuściłam do statku.

- Nigdzie nie polecisz - oświadczyłem. - Ludzie nieodpowiedzialni nie mogą brać 

udziału w wyprawie.

- Tatku, już nie będę! - zawołała błagalnie Alicja. - Zrozum, ja mam bardzo duże 

poczucie obowiązku!

- Mogliśmy się rozbić przez to twoje poczucie obowiązku - odpowiedział kapitan.
Na ogół wszystko wybacza Alicji, tym razem jednak był bardzo rozgniewany.
- Chodźmy wywlekać „zające” - dodał. - Jeżeli załatwimy to w ciągu pół godziny, 

zostaniesz na statku. Jeśli nie - odlatujemy bez ciebie.

Ostatniego „zająca” wywlekliśmy z ładowni po dwudziestu trzech minutach. Po 

upływie sześciu następnych wszyscy już stali na dole zmartwieni i smutni, a od 
kosmoportu biegli ku nim ojcowie, mamy i babcie.

W sumie znajdowało się ich na „Pegazie” czterdziestu trzech. Do dziś nie mogę 

pojąć, jakim cudem udało się Alicji ukryć ich na pokładzie i jak to się stało, że nikogo 
nie zauważyliśmy.

- Szczęśliwej drogi, Alicjo! - krzyknął z dołu Alosza Naumow, gdy wreszcie 

wchodziliśmy na pokład. - Pokibicuj za nas. I prędko wracaj!

- Ze sportowym pozdrowieniem! - odkrzyknęła Alicja. - Paskudnie to wyszło, 

tatusiu. - oświadczyła mi, gdy już wznieśliśmy się nad Ziemią i wzięliśmy kurs na 
Księżyc.

- Paskudnie - przyznałem. - Wstyd mi za ciebie.
- Nie o tym mówię. Przecież w nocy trzecia B odleciała w komplecie na barce 

transportowej, ukryta w workach od kartofli. I oni będą na stadionie, a nasze drugie 
klasy - nie. Zawiodłam zaufanie kolegów.

- A gdzie oni podzieli kartofle z tych worków? - zdziwił się Połoskow.
- Nie wiem - odpowiedziała. Po chwili zamyślenia dodała: - Jak ja na tym 

stadionie będę mogła spojrzeć na trzecią B! Okropność!

background image

SŁYSZAŁEŚ O TRZECH KAPITANACH?

Kiedy „Pegaz” wylądował na księżycowym kosmodromie, zapytałem moich 

współtowarzyszy:

- Jakie kto ma plany? Odlot jutro o szóstej zero zero.
Kapitan Połoskow oświadczył, że zostaje na pokładzie, gdyż musi przygotować 

statek do odlotu.

Mechanik Zielony poprosił o zezwolenie pójścia na mecz.
Alicja oznajmiła, że też się wybiera, aczkolwiek bez najmniejszej przyjemności.
- Dlaczego? - spytałem.
- Czyżbyś zapomniał? Trzecia B będzie na stadionie w komplecie, a z klas 

drugich tylko ja jedna. Wszystkiemu ty jesteś winien.

- Ja?
- A kto wysadził z „Pegaza” moich kolegów?
- Przecież nie mogliśmy wystartować! Cóż by zresztą pomyśleli o mnie ich 

rodzice! A jakby zdarzyła się katastrofa?

- Gdzie? - oburzyła się Alicja. - W Układzie Słonecznym? Pod koniec 

dwudziestego pierwszego wieku?

Alicja z Zielonym wyszli, ja zaś postanowiłem wypić po raz ostatni filiżankę 

kawy w prawdziwej restauracji. Poszedłem do „Lunochoda”.

Ogromna sala była przepełniona. Zatrzymałem się przy drzwiach szukając 

wzrokiem wolnego miejsca i nagle usłyszałem znajomy potężny bas:

- Kogo ja widzę!
W końcu sali siedział przy stoliku mój stary przyjaciel Gromozeka. Nie 

widzieliśmy się z pięć lat, nie było jednak dnia, bym o nim nie pomyślał. Kiedyś 
byliśmy bardzo zżyci, a zażyłość nasza zaczęła się od dnia, w którym los pozwolił mi 
uratować Gromozekę w dżunglach Eurydyki. Odłączył się od grupy archeologów, 
zabłądził i omal nie dostał się w paszczę Małego Smoka, złośliwego gada długości 
szesnastu metrów.

Na mój widok Gromozeka spuścił na podłogę zwinięte dla wygody macki, 

rozdziawił w czarującym uśmiechu swą półmetrową paszczę, przyjaźnie wyciągnął 
ku mnie ostre szpony i biorąc rozpęd rzucił się w moją stronę.

Jakiś turysta, który nigdy dotąd nie oglądał mieszkańca planety Czumaroz, 

wrzasnął dziko ze strachu i zemdlał. Gromozeka jednak nie poczuł się tym dotknięty. 
Objął mnie mocno mackami i przycisnął do kłujących tarczek na swej piersi.

- Stary! - ryczał jak lew. - Kopę lat! Właśnie miałem lecieć do Moskwy, żeby się 

z tobą zobaczyć, a tu nagle - własnym oczom nie wierzę... Co cię tu sprowadza?

- Jesteśmy w trakcie wyprawy. Nie mamy określonych tras, po prostu swobodne 

background image

poszukiwania w Galaktyce.

- Znakomicie! - rzekł gorąco Gromozeka. - Jestem szczęśliwy, że zdołałeś 

przezwyciężyć intrygi wrogów i lecisz na wyprawę.

- Ależ ja nie mam wrogów.
- Nie oszukasz mnie - mówił Gromozeka potrząsając przed moim nosem ostrymi 

zagiętymi szponami.

Nie starałem się zaprzeczać znając nieufność mego przyjaciela.
- Siadaj! - nakazał Gromozeka. - Robot, proszę gruzińskie dla mego najlepszego 

przyjaciela, a dla mnie trzy litry waleriany.

- Słucham pana - odpowiedział robot-kelner i oddalił się do bufetu po 

zamówienie.

- Co u ciebie słychać? - wypytywał Gromozeka. - Jak żona? A córeczka? Już 

nauczyła się chodzić?

- Owszem, chodzi nawet do szkoły - odpowiedziałem. - Przeszła do trzeciej klasy.
- Niesłychane! - wykrzyknął. - Jak ten czas szybko leci...
Tu nawiedziła mego przyjaciela smutna refleksja, a że był osobnikiem nader 

wrażliwym, jęknął ogłuszająco i gorzkie dymiące łzy popłynęły z jego ośmiorga 
oczu.

- Co ci jest? - zaniepokoiłem się.
- Pomyśl tylko, jak szybko upływa czas! - wyjąkał przez łzy. - Dzieci rosną, a my 

się starzejemy...

Roztkliwiony do ostateczności, wypuścił z nozdrzy cztery kłęby gryzącego 

żółtego dymu, który zasnuł całą salę. Natychmiast jednak zapanował nad sobą i 
zwrócił się do gości:

- Wybaczcie mi, szanowni państwo, postaram się nie sprawiać wam więcej 

przykrości.

Dym płynął między stolikami, ludzie krztusili się, niektórzy nawet opuszczali 

salę.

- My też wyjdźmy - zaproponowałem resztką tchu - bo znowu wytniesz jakiś 

numer.

- Masz rację - zgodził się pokornie.
Wyszliśmy do holu. Gromozeka zajął całą kanapę, ja zaś przysiadłem obok niego 

na krześle. Robot podał nam wino i walerianę, kieliszek dla mnie i litrowy słój dla 
Czumarozańczyka.

- Gdzie teraz pracujesz? - spytałem.
- Będziemy odkopywać umarłe miasto na Koleidzie - odpowiedział. - 

Przyleciałem tu po detektory podczerwone.

- Ciekawe to miasto?

background image

- Zapewne tak - odpowiedział wymijająco Gromozeka, który był straszliwie 

zabobonny. Żeby nie zauroczyć, przesunął czterokrotnie ogonem koło prawego oka i 
wymówił szeptem: - Baskuri bariparata.

- Kiedy zaczynacie? - spytałem.
- Za tydzień startujemy z Merkurego, tam znajduje się nasza tymczasowa baza.
- Dziwne i niedogodne miejsce - zauważyłem - jedna połowa planety rozżarzona, 

a druga niczym lodowa pustynia.

- Nie ma w tym nic dziwnego - odpowiedział Gromozeka sięgając znów po 

walerianę. - Po prostu w zeszłym roku odkryliśmy tam szczątki statku Wędrowców 
Północy. No i prowadziliśmy roboty. Ale ja wciąż o sobie i o sobie! Lepiej ty mi 
opowiedz o swojej marszrucie.

- Znam ją tylko w przybliżeniu - odpowiedziałem. - Początkowo oblecimy kilka 

baz w sąsiedztwie Układu Słonecznego, a potem udamy się na swobodne 
poszukiwania. Czasu mamy dużo - trzy miesiące, statek ładowny.

- Na Eurydykę się nie wybierasz?
- Nie. Mały Smok już jest w moskiewskim Zoo, a Wielkiego Smoka, niestety, 

jeszcze nikomu nie udało się schwytać.

- Nawet gdybyś go schwytał - rzekł Gromozeka - i tak nie byłbyś w stanie 

przewieźć go swoim statkiem.

Zgodziłem się z tym, albowiem dzienna racja pokarmu wynosiła cztery tony 

mięsa i bananów.

Umilkliśmy. Przyjemnie jest tak siedzieć w towarzystwie starego przyjaciela i 

nigdzie się nie spieszyć. Jakaś podeszła wiekiem turystka w lila peruce ozdobionej 
woskowymi kwiatami zbliżyła się do naszego stolika i nieśmiało podsunęła notes.

- Czy zechce pan dać mi swój autograf na pamiątkę tego spotkania?
- Czemuż by nie - rzekł Gromozeka wyciągając po notes szponiaste macki.
Starsza pani zmrużyła z przerażenia oczy, a jej drobna ręka zadrżała.
Gromozeka otworzył notes i nakreślił zamaszyście:

Młodej i pięknej Ziemiance od wiernego
wielbiciela z mglistej planety Czumaroz.
Księżyc. Restauracja „Lunochod”,
3 marca 2074 roku.

- Dziękuję - szepnęła starsza pani i odeszła drobnym kroczkiem.
- Ładnie napisałem? - spytał mnie Gromozeka. - Wzruszająco?
- Owszem, bardzo - przyznałem. - Tylko niezbyt ściśle.
- Jak to?

background image

- To wcale nie jest młoda Ziemianka, lecz starsza pani.
- Cóż za kompromitacja! - zmartwił się Gromozeka. - Ale przecież na kapeluszu 

miała kwiatki. Natychmiast ją dogonię i zmienię dedykację.

- Daj spokój, przyjacielu - powstrzymałem go. - Tylko ją przestraszysz.
- Ta-ak, ciężkie jest brzemię sławy - westchnął Gromozeka. - Ale miła 

świadomość, że wybitnego archeologa z Czumarozy znają nawet na dalekim 
ziemskim Księżycu.

Pozostawiłem mego przyjaciela w tym błogim przekonaniu. Podejrzewałem 

jednak, że starsza pani nigdy w swoim życiu nie zetknęła się z żadnym archeologiem 
kosmicznym. Po prostu zdumiała ją powierzchowność Gromozeki.

- Słuchaj - powiedział - przyszła mi do głowy pewna myśl. Ja ci pomogę.
- W jaki sposób?
- Słyszałeś o planecie Trzech Kapitanów?
- Gdzieś o niej czytałem, ale nie pamiętam gdzie i kiedy.
- No to doskonale.
Gromozeka nachylił się do mnie, położył mi na ramieniu ciężką gorącą mackę, 

wygładził lśniące tarczki na okrągłym jak balon brzuchu i zaczął:

- W sektorze 19-4 znajduje się nie zamieszkana planeta. Dawniej nawet nie miała 

nazwy, jedynie kod cyfrowy. Obecnie kosmonauci nazwali ją planetą Trzech 
Kapitanów. A dlaczego, jak myślisz? Na równej skalistej platformie stoją tam trzy 
posągi. Wzniesiono je ku czci trzech kapitanów-kosmonautów. Byli to wielcy 
odkrywcy i odważni ludzie. Jeden pochodził z Ziemi, drugi z Marsa, trzeci zaś urodził 
się na Fiksie. Ręka w rękę przemierzali gwiazdozbiory, lądowali na planetach, na 
których jakiekolwiek lądowanie jest wykluczone, ratowali całe światy, którym groziło 
niebezpieczeństwo. Oni pierwsi przebyli dżungle Eurydyki, a jeden postrzelił 
Wielkiego Smoka. Oni wykryli i zniszczyli gniazdo piratów kosmicznych, choć tamci 
mieli dziesięciokrotną przewagę liczebną. Oni zeszli w metanową atmosferę Golgoty 
i znaleźli tam kamień filozoficzny, zgubiony przez konwój Kursaka. Oni rozsadzili 
trujący wulkan grożący zagładą ludności całej planety. O ich czynach można by całe 
tomy napisać...

- Już wiem, przypomniałem sobie - przerwałem Gromozece. - Oczywiście, że 

słyszałem o trzech kapitanach.

- No właśnie - mruknął i wychylił szklankę waleriany. - Prędko się zapomina o 

bohaterach. Wstyd. - Gromozeka z wyrzutem pokiwał miękką głową i dalej ciągnął 
swą opowieść: - Kilka lat temu rozeszły się drogi kapitanów. Pierwszy zapalił się 
niesłychanie do projektu „Wenus”.

- No tak, wiem - wtrąciłem. - To on należy do zespołu specjalistów zmieniających 

jej orbitę?

background image

- Tak. Pierwszego kapitana zawsze pasjonowały gigantyczne przedsięwzięcia. 

Kiedy więc dowiedział się, że postanowiono przesunąć Wenus dalej od Słońca i 
zmienić czas jej obrotu, aby umożliwić ludziom jej zasiedlenie, natychmiast 
zaofiarował swoje usługi. I dobrze się stało, bowiem zgodnie z decyzją uczonych 
Wenus ma być przekształcona w olbrzymi statek kosmiczny, a nie ma w całej 
Galaktyce człowieka, który lepiej znałby się na technice kosmicznej niż pierwszy 
kapitan.

- A pozostali dwaj kapitanowie?
- Drugi podobno zaginął nie wiadomo gdzie i nie wiadomo kiedy. Trzeci kapitan 

poleciał do sąsiedniej Galaktyki i wróci za kilka lat. Otóż do tego prowadzę, że 
kapitanowie na pewno spotykali mnóstwo niezwykłych, cudownych zwierząt. Na 
pewno zostawili jakieś notatki, dzienniki.

- A gdzie można je znaleźć?
- Dzienniki są przechowywane na planecie Trzech Kapitanów. Oprócz 

pomników, które im wystawili wdzięczni współcześni ze składek zebranych na 
osiemdziesięciu planetach, znajdują się tam jeszcze laboratoria oraz centrum 
pamiątek. Mieszka tam stale doktor Wierchowcew. On wie o kapitanach najwięcej. 
Jeżeli do niego wstąpisz - nie pożałujesz.

- Dziękuję ci, Gromozeka - powiedziałem. - Może już dosyć tej waleriany? Sam 

mi się skarżyłeś, że szkodzi na serce.

- Cóż robić! - załamał macki mój przyjaciel. - Mam przecież trzy serca. Na któreś 

z nich waleriana działa bardzo źle. Ale ani rusz nie mogę się połapać, na które.

Siedzieliśmy jeszcze godzinę wspominając starych znajomych oraz przygody, 

jakie wspólnie przeżyliśmy. Nagle drzwi do holu otworzyły się na oścież wpuszczając 
tłum ludzi i kosmitów. Nieśli na ramionach piłkarzy z reprezentacji Ziemi. Grała 
muzyka, rozbrzmiewały wesołe okrzyki.

Z tłumu wybiegła Alicja.
- No i co! - zawołała spostrzegłszy mnie. - Nie pomogli Waregowie z Marsa! 3: 1 

dla nas. Teraz spotkanie na polu neutralnym!

- A jak tam trzecia B? - spytałem perfidnie.
- Nie było nikogo - odpowiedziała Alicja. - Wykluczone, bym ich nie spostrzegła. 

Na pewno trzecią B też przyłapali i odesłali z powrotem. W workach od kartofli. 
Dobrze im tak!

- Masz paskudny charakter, Alicjo - zauważyłem.
- Nieprawda! - ryknął urażony Gromozeka. - Nie masz prawa znieważać 

bezbronnego dziecka! Nie pozwolę jej skrzywdzić!

Pochwycił Alicję mackami i podniósł pod sufit.
- Nie! - powtórzył wzburzony. - Twoja córka jest moją córką. Ja nie pozwolę!

background image

- Nie jestem jednak pańską córką - stwierdziła pod sufitem Alicja. Na szczęście 

niezbyt się przestraszyła.

O wiele bardziej przeraził się mechanik Zielony. Wszedł akurat do holu i 

zobaczył Alicję szamocącą się w mackach olbrzymiego potwora. Na mnie w ogóle 
nie zwrócił uwagi. Skoczył do Grumozeki powiewając rudą brodą niby sztandarem i z 
rozpędem wbił się w okrągłe brzuszysko mego przyjaciela.

Gromozeka chwycił go wolnymi mackami i posadził na żyrandolu. Później 

ostrożnie postawił Alicje na podłodze i spytał mnie:

- Trochę się uniosłem?
- Trochę - odpowiedziała za mnie Alicja. - Proszę zdjąć Zielonego z żyrandola.
- Niech się nie rzuca na archeologów. Nie zdejmę go. Na razie żegnam, 

zobaczymy się wieczorem. Przypomniało mi się, że miałem w godzinach pracy 
wstąpić do magazynu bazy.

I mrugnąwszy chytrze do Alicji, oddalił się kołyszącym krokiem w kierunku 

śluzy. Fala zapachu waleriany rozeszła się po całym holu.

Zielonego zdjęliśmy z żyrandola przy pomocy drużyny piłkarskiej. Na 

Gromozekę jednak byłem z lekka obrażony. Niestety mój przyjaciel, mimo że jest 
wybitnym naukowcem i wiernym towarzyszem, nie grzeszy dobrym wychowaniem, a 
jego poczucie humoru przejawia się nieraz w dość szokującej formie.

- Dokąd lecimy, tatku? - spytała Alicja, gdy podchodziliśmy do „Pegaza”.
- Najpierw zawieziemy bagaż na Marsa i badaczom Małego Arktura. A stamtąd 

do sektora 19-4, na bazę Trzech Kapitanów.

- Niech żyją Trzej Kapitanowie! - zawołała Alicja, mimo że nigdy przedtem o 

nich nie słyszała.

background image

GDZIE SIĘ PODZIAŁY KIJANY?

Badacze Małego Arktura powitali „Pegaza” bardzo uroczyście. Jak tylko stanął 

na metalowej nawierzchni lądowiska, która zakołysała się pod jego ciężarem i ze 
szczelin między pasami trysnęła zgniła rudawa woda, brawurowo podjechali do nas 
łazikiem terenowym. Wysiadło z niego trzech chwackich młodzieńców w 
czerwonych kaftanach, włożonych na skafandry. Za nimi szli trzej następni 
kosmonauci w przepięknych sarafanach również włożonych na wierzch. Młodzieńcy i 
młódki nieśli na tacach chleb i sól.

A kiedy wysiedliśmy na płytę kosmodromu, włożyli nam na hełmy wieńce z 

tutejszych przepysznych kwiatów.

W ciasnym saloniku bazy przygotowano na naszą cześć uroczystą kolację. 

Podejmowano nas kompotem z puszki, kaczką z puszki oraz kanapkami z puszki. 
Zielony jako szef naszej kuchni też nie chciał być gorszy - postawił na stole jabłka, 
bitą śmietanę z konfiturą z czarnej porzeczki i prawdziwy rarytas, czarny chleb - 
wszystko w świeżym naturalnym stanie.

Alicja stała się ośrodkiem zainteresowania. Badacze Małego Arktura byli ludźmi 

dorosłymi, dzieci ich zostały w domu - na Marsie, na Ziemi, na Ganimedzie - toteż 
nic dziwnego, że stęsknili się za widokiem prawdziwego dziecka. Alicja odpowiadała 
na wszystkie pytania, uczciwie starała się wydać głupszą, niż jest w rzeczywistości, a 
gdy wróciliśmy na statek, poskarżyła mi się:

- Oni tak chcieli, żebym była małym głuptaskiem, że nie miałam serca ich 

rozczarowywać.

Nazajutrz oddaliśmy przeznaczone dla nich ładunki oraz przesyłki, lecz ku 

naszemu zmartwieniu okazało się, że na łowy miejscowych zwierząt nie mogą nas 
zaprosić - nadchodziła pora burzowa, wszystkie rzeki i jeziora wystąpiły z brzegów i 
dalsze wyprawy na planetą stały się prawie niemożliwe.

- Może bodaj kijanę panu złapiemy? - spytał szef bazy.
Zdarzało mi się słyszeć o różnych gadach i płazach Małego Arktura, lecz z kijaną 

nigdy się nie zetknąłem - niechaj będzie choćby kijana.

W dwie godziny później przynieśli mi duże akwarium, w którym drzemały na 

dnie metrowej długości kijany, podobne do olbrzymich salamander. Wciągnęli też po 
trapie skrzynię z wodorostami.

- To karma na kilka pierwszych dni - wyjaśnili. - Proszę pamiętać, że kijany są 

bardzo żarłoczne i szybko rosną.

- Czy mamy przygotować większe akwarium? - zapytałem.
- Chyba raczej basen - odpowiedział szef bazy.
Po trapie wjeżdżała następna skrzynia.

background image

- A jak szybko one rosną? - zwróciłem się ponownie do szefa.
- Dość szybko. Nie mogę panu służyć jednak ściślejszymi informacjami, gdyż nie 

trzymamy kijan w niewoli.

Uśmiechnął się zagadkowo i zmienił temat.
- Czy może był pan kiedy - zagadnąłem - na planecie Trzech Kapitanów?
- Nie. Ale czasem przylatuje do nas doktor Wierchowcew. Był akurat miesiąc 

temu. Muszę panu wyznać, że to wielki oryginał.

- Dlaczego?
- Poszukuje dokumentacji statku „Błękitna Mewa”.
- Przepraszam, ale co w tym dziwnego?
Szef bazy uśmiechnął się wyrozumiale.
- Widzę, że nie jest pan w tej sprawie zorientowany. Otóż statki trzech kapitanów 

zostały zbudowane na specjalne zamówienie, a później oni na własną rękę 
wprowadzili jeszcze zmiany konstrukcyjne - byli przecież mistrzami w swoim fachu. 
Jakież to były cudowne statki! Przygotowane na wszelką ewentualność. Jeden o 
nazwie „Everest”, należący do Pierwszego Kapitana, stoi obecnie w paryskim 
Muzeum Kosmicznym.

- To dlaczego Wierchowcew nie zwrócił się do nich? - zdziwiłem się.
- Ponieważ każdy z tych statków był inny! - wykrzyknął szef bazy. - Kapitanowie 

to ludzie z charakterem, nigdy niczego nie powielali.

- Jeśli tak, to co innego - przyznałem. - Polecimy teraz do Wierchowcewa. Czy 

mógłby pan podać nam współrzędne jego bazy?

- Z przyjemnością. Proszę go bardzo serdecznie od nas pozdrowić. I niech pan nie 

zapomni przenieść kijan do basenu.

Pożegnaliśmy się z gościnnymi badaczami i odlecieliśmy w dalszą drogę.
Przed pójściem spać chciałem się jeszcze przyjrzeć kijanom. Ich podobieństwo do 

salamander okazało się tylko pozorne. Pokrywała je twarda błyszcząca łuska, miały 
duże i smutne oczy z długimi rzęsami i krótkie rozdwojone ogony, zakończone 
ostrymi szczotkami.

Postanowiłem przenieść je do basenu rano - śmiało mogą zostać przez noc w 

akwarium. Rzuciłem im dwie garści wodorostów i zgasiłem światło w ładowni. 
Początek zrobiony. Pierwsze okazy dla Zoo znajdują się już na pokładzie „Pegaza”.

Rano obudziła mnie Alicja.
- Tatusiu, nie śpij, słyszysz?
- Co się stało?
Spojrzałem na zegarek. Była dopiero siódma według czasu pokładowego.
- Dlaczego zerwałaś się tak wcześnie?
- Chciałam popatrzeć na kijany. Przecież nikt na Ziemi ich jeszcze nie widział.

background image

- Co z tego? I to ma być powód, żeby o tej porze budzić staruszka ojca? Lepiej 

byś zrobiła włączając robota. Nim przygotuje śniadanie, sto razy zdążylibyśmy 
wstać...

- Przestańże, tatku, z tym swoim śniadaniem! - przerwała mi niegrzecznie Alicja. 

- Mówię ci, chodź zobaczyć kijany.

Coś mnie zaniepokoiło w jej głosie.
Wyskoczyłem z łóżka i nie ubierając się pobiegłem do ładowni, w której stało 

akwarium. Widok, jaki ukazał się mym oczom, był wstrząsający. Kijany, choć to 
rzecz niewiarygodna, urosły przez noc więcej niż dwukrotnie i już nie mieściły się w 
akwarium. Ogony ich zwisały na zewnątrz niemal dotykając podłogi.

- Nieprawdopodobne! zawołałem. - Trzeba natychmiast przygotować basen.
Pobiegłem obudzić mechanika Zielonego.
- Musisz mi pomóc, kijany tak urosły, że sam ich nie udźwignę.
- A ostrzegałem - powiedział Zielony. - Będą jeszcze gorsze numery. Co mnie 

podkusiło, żeby przyjąć pracę w tym wędrownym Zoo? Co?

- Nie wiem - odparłem. - Chodźmy prędzej.
Zielony włożył szlafrok i powlókł się, zrzędząc, do ładowni. Ujrzawszy kijany, 

chwycił się za brodę i jęknął:

- Jutro zawalą cały statek!
Na szczęście basen był zawczasu napełniony wodą. Przy pomocy Zielonego 

przeniosłem kijany, przy czym okazało się, że wcale nie są ciężkie, wyrywały się 
tylko i wyślizgiwały nam z rąk tak desperacko, że po wpuszczeniu do basenu trzeciej, 
czyli ostatniej kijany, byliśmy ogromnie zasapani i mokrzy od potu.

Basen na „Pegazie” był nieduży - osiem metrów kwadratowych powierzchni i 

dwa metry głębokości - kijany jednak mogły się w nim całkiem swobodnie poruszać. 
Od razu też zaczęły uwijać się w poszukiwaniu żeru. Nic dziwnego, że były głodne - 
przecież stworzenia te najwyraźniej zamierzały ustanowić rekord Galaktyki w 
szybkości wzrostu.

Podczas karmienia - na które zużyłem połowę jednej skrzyni z wodorostami - 

wszedł do ładowni kapitan. Był już po porannej toalecie, ogolony, w mundurze.

- Alicja mówi, że kijany ci nieco podrosły - rzekł z uśmiechem.
- Ależ skąd, normalna rzecz - odparłem, udając, że takie cuda nie są dla mnie 

niczym osobliwym.

Połoskow zajrzał do basenu i wykrzyknął:
- Krokodyle! Istne krokodyle! Przecież one mogą pożreć człowieka!
- Nie obawiaj się - uspokoiłem go - to są stworzenia roślinożerne. W przeciwnym 

razie badacze Małego Arktura na pewno by nas ostrzegli.

Kijany pływały pod powierzchnią, wysuwając z wody żarłoczne pyski.

background image

- Znów im mało żarcia - odezwał się Zielony. - Tylko patrzeć, jak za nas się 

wezmą.

W południe kijany osiągnęły długość dwu i pół metra i opróżniły pierwszą 

skrzynię wodorostów.

- Powinni nas uprzedzić - gderał Zielony mając na myśli badaczy. - Wiedzieli 

przecież o tym, ale chcieli nam zrobić na złość, niech się specjaliści pomęczą.

- Wykluczone - oburzyła się Alicja, którą badacze obsypali na pożegnanie 

prezentami. Dostała wykonany z drzewa model pojazdu terenowego, szachy z kości 
paralelepipeda, nóż do rozcinania papieru, wytoczony z kory szklanego drzewa, oraz 
mnóstwo innych ciekawych przedmiotów, które sami majsterkowali w ciągu długich 
wieczorów.

- No cóż, przekonamy się - oświadczył filozoficznie Zielony i poszedł sprawdzić 

silniki.

Wieczorem kijany osiągnęły już długość trzech i pół metra. Trudno im było 

poruszać się w basenie, kołysały się przy dnie, wypływając jedynie po to, aby 
chwycić pęczek wodorostów.

Kładłem się spać z gnębiącym przeczuciem, że nie dowiozę kijan do Zoo. 

Pierwsza zdobycz okazała się niewypałem. Kosmos daje niekiedy zagadki, których 
zwykły ziemski biolog nie jest w stanie rozwiązać.

Obudziłem się wcześnie, gdy wszyscy jeszcze spali. Na palcach szedłem przez 

korytarz wspominając dręczące mnie przez całą noc koszmary. Śniło mi się, że kijany 
stały się dłuższe od „Pegaza”, wypełzły na zewnątrz, lecą obok w przestrzeni 
kosmicznej i w dodatku usiłują połknąć statek.

Otworzyłem drzwi do ładowni i przez chwilę rozglądałem się, czy gdzieś z kąta 

nie wypełznie kijana.

Jednakże w ładowni panowała cisza. Woda w basenie była nieruchoma. 

Podszedłem bliżej. Cienie kijan, długości najwyżej czterech metrów, czerniały na 
dnie. Kamień mi spadł z serca. Wziąłem szczotkę na kiju i zmąciłem wodę. Dlaczego 
kijany się nie ruszają?

Szczotka dotknęła jednej, która lekko odpłynęła w bok przyciskając do ściany 

basenu swoje siostrzyce. Tamte ani drgnęły.

„Zdechły - pomyślałem. - I na pewno z głodu”.
- No i co, tatusiu? - usłyszałem głos Alicji.
Obejrzałem się. Alicja stała boso na zimnym plastyku, toteż zamiast 

odpowiedzieć, nakazałem:

- Natychmiast włóż coś na nogi, przeziębisz się.
Równocześnie otworzyły się drzwi i wszedł Połoskow. Za jego ramieniem 

widniała ognista broda Zielonego.

background image

- No i co? - zapytali chórem.
Alicja pobiegła włożyć pantofle, a ja nie odpowiadając na pytanie, próbowałem 

rozruszać nieruchomą kijanę. Ciało jej jak wypatroszone lekko pływało po basenie. 
Oczy były zamknięte.

- Zdechły - stwierdził z żalem Zielony. - Tyle się wczoraj namęczyliśmy, 

nadźwigaliśmy i wszystko na marne. A nie mówiłem?

Odwróciłem kijanę szczotką. Plamisty brzuch był wzdłuż rozcięty. W basenie 

pływały jedynie skóry potworów, które zachowały kształt ich ciał, gdyż pokrywająca 
je twarda łuska nie pozwalała im się skurczyć.

- Oho! - powiedział rozglądając się Zielony. - One się wylęgły.
- Kto? - zapytał Połoskow.
- Żebym ja to wiedział!
- Panie profesorze Sielezniew - zwrócił się do mnie kapitan oficjalnym tonem. - 

Po tym, co tu zaszło, mam prawo podejrzewać, że na moim statku znajdują się 
nieznane potwory, które ukrywały się w tak zwanych kijanach. Gdzież one są?

Odwróciłem szczotką pozostałe kijany. One też były puste.
- Nie wiem - wyznałem z całą uczciwością.
- Jak tu przyszedłeś, drzwi były otwarte czy zamknięte?
W mojej głowie panował kompletny zamęt.
- Nie pamiętam, kapitanie. Może i zamknięte.
- Ładna historia! - Kapitan spiesznie podążył ku drzwiom.
- Dokąd idziesz? - zapytał Zielony.
- Przeszukać statek. Tobie radzę zrobić to samo w maszynowni. Tylko weź jakąś 

broń. Nie wiemy, co wylęgło się z kijan. Może smoki?

Wyszli, a w kilka minut później Połoskow przyniósł mi blaster.
- Licho wie, co może się zdarzyć - powiedział - ja bym zamknął Alicję w kajucie.
- Akurat! - zawołała. - Mam w tej sprawie własną teorię.
- Nie obchodzą mnie twoje teorie! - oświadczyłem. - Marsz do kajuty.
Alicja opierała się niczym dzika kotka, w końcu jednak zamknęliśmy ją w kajucie 

i przystąpiliśmy do gruntownej rewizji pomieszczeń.

Zdumiewające, jakie mnóstwo ładowni, komór, korytarzy oraz innych 

pomieszczeń kryje w swym wnętrzu stosunkowo nieduży statek ekspedycyjny! We 
trzech, osłaniając się wzajemnie, straciliśmy trzy godziny na przetrząśnięcie całego 
„Pegaza”.

Potworów nigdzie nie było.
- Trudno - powiedziałem - zjedzmy wobec tego śniadanie, a później jeszcze raz 

przeszukamy statek. Gdzieś przecież musiały się podziać.

- Ja też będę jadła śniadanie - odezwała się Alicja, słuchająca naszej rozmowy 

background image

przez wewnętrzną linię. - Wypuśćcie mnie stąd.

Otworzyliśmy drzwi i Alicja pod naszą eskortą udała się do jadalni.
Przed śniadaniem zamknęliśmy się na klucz, a blastery położyliśmy na stole, by 

je mieć pod ręką.

- Cudy niewidy! - rzekł Połoskow nabierając łyżkę manny na mleku. - Gdzież one 

się schowały? Może do reaktora? A może wylazły na zewnątrz?

- Złowróżbne cuda - dodał Zielony. - Nie w moim guście. Od samego początku 

nie podobały mi się te kijany. Podaj mi dzbanek z kawą.

- Obawiam się, że nigdy nie rozwiążemy tej zagadki - rzekł Połoskow.
Kiwnąłem głową przyznając mu rację.
- Właśnie że rozwiążemy - wmieszała się do rozmowy Alicja.
- Ty lepiej milcz.
- Kiedy nie mogę milczeć. Chcecie, to znajdę wam kijany.
Połoskow wybuchnął śmiechem. Śmiał się długo i serdecznie.
- Trzech dorosłych mężczyzn szukało ich przez trzy godziny, a ty chcesz je 

znaleźć sama?

- Bo to łatwiej - odpowiedziała. - Założymy się, że znajdę!
- No jasne - śmiał się Połoskow. - A o co?
- W ciemno.
- Zgoda.
- Ale ja sama będę szukać.
- Wybij to sobie z głowy - powiedziałem. - Nigdzie sama nie pójdziesz. 

Zapomniałaś, że po statku mogą się włóczyć nieznane potwory?

Zły byłem na badaczy za ich niebezpieczne żarty. Zły na siebie, że poszedłem 

spać i przeoczyłem moment wylęgu. Zły na Alicję i Połoskowa, że w tak poważnej 
sytuacji przekomarzają się jak dzieci.

- Chodźmy - powiedziała Alicja wstając od stołu.
- Najpierw skończ pić herbatę - rzuciłem surowo.
Alicja dopiła herbatę i z pewną miną udała się do ładowni. Szliśmy za nią, czując 

się jak głupcy. Co za licho nas podkusiło, żeby jej posłuchać.

Alicja bystrym okiem zbadała komorę ładowni. Poprosiła kapitana o odsunięcie 

skrzyni od ściany. Z uśmiechem spełnił jej życzenie. Następnie wróciła do basenu i 
obeszła go dokoła. Puste powłoki kijan ciemniały na dnie. Na powierzchni pływały 
resztki wodorostów.

- O! - zawołała Alicja. - Łapcie je. Tylko ostrożnie, bo one skaczą.
I nagle zobaczyliśmy siedzące na wodorostach trzy malutkie żabki. A raczej nie 

tyle żabki, ile trzy stworzenia bardzo podobne do żabek. Każde wielkości naparstka. 
Schwytaliśmy je, włożyliśmy do słoja i wówczas mocno skruszony spytałem Alicję:

background image

- Powiedz mi, córeczko, jak na to wpadłaś?
- Nie pierwszy raz, tatusiu, zadajesz mi podobne pytanie - odpowiedziała nie 

kryjąc dumy. - Cała rzecz polega na tym, że wy, dorośli, jesteście bardzo mądrzy. I 
rozumujecie, jak sam mówiłeś, logicznie. A ja nie jestem bardzo mądra i czasem coś 
mi wpadnie do głowy. Pomyślałam sobie: jeżeli to są kijany, powinny z nich być 
żaby. Żabki są przecież zawsze mniejsze od kijanek. Wy chodziliście po statku z 
pistoletami, szukając wielkich potworów. I nawet mieliście przed nimi porządnego 
stracha. A ja siedziałam zamknięta w kajucie i myślałam sobie, że chyba nie zawsze 
powinno się patrzeć w górę i szukać czegoś ogromnego. Może by tak rozejrzeć się po 
kątach i poszukać malutkich żabek. No i znalazłam.

- Ale na co małym żabkom takie wielkie powłoki? - dziwił się Połoskow.
- Nie zastanawiałam się nad tym - wyznała Alicja. - Nie przyszło mi do głowy. 

To lepiej, bo gdyby przyszło, nigdy bym nie znalazła żabek.

- I cóż ty na to, profesorze? - zwrócił się do mnie Połoskow.
- Co? Trzeba będzie dokładnie zbadać te powłoki. Być może są one czymś w 

rodzaju fabryk przetwarzających karmę na specjalny koncentrat dla żab. A być może 
te wielkie rozmiary kijan skuteczniej chronią je przed wrogiem.

- Nie zapomnij o zakładzie, kapitanie - powiedziała Alicja.
- Ja nigdy o niczym nie zapominam - odparł dobitnie kapitan.

background image

RADY DOKTORA WIERCHOWCEWA

Wysłaliśmy z pokładu radiogram do doktora Wierchowcewa: „Przylatujemy w 

piątek. Prosimy nas oczekiwać”. Odpowiedział natychmiast, że z radością nas powita 
i przewiezie swoim kutrem kosmicznym przez niebezpieczną strefę asteroidów, która 
otacza planetę Trzech Kapitanów.

O oznaczonej godzinie zahamowaliśmy przed strefą asteroidów. Roje 

kamiennych brył niby gęsta chmura zakrywały przed naszym wzrokiem powierzchnię 
planety. Wszystkich nas ogarnęło podniecenie. Przeczuwaliśmy, że konsekwencją 
spotkania z doktorem będą ciekawe wydarzenia. Może nawet przygody.

Kuter doktora Wierchowcewa błysnął pośród asteroidów niby srebrna strzała. W 

chwilę później leciał już przed nami.

- „Pegaz”, słyszycie mnie? - odezwał się w głośniku radiowym stłumiony głos. - 

Lećcie za mną.

- Ciekawe, jaki on jest. Chyba nudno tak żyć samemu jak palec na całej planecie - 

powiedziała Alicja siedząca z nami w sterowni w małym, specjalnie dla niej 
wykonanym fotelu amortyzacyjnym.

Nikt jej nie odpowiedział. Połoskow prowadził statek, ja pełniłem funkcję 

nawigatora, a Zielony został w maszynowni.

„Pegaz” zmienił kurs, okrążył zębiasty asteroid i od razu posłusznie zszedł w dół.
Pod nami rozpościerała się pustynia tu i ówdzie pocięta wąwozami i poznaczona 

bliznami kraterów. Srebrna strzała kutra leciała przed nami wskazując kierunek.

Znajdowaliśmy się na niewielkiej wysokości. Można już było rozróżnić skały i 

wyschnięte koryta rzek. Niebawem ukazała się przed nami ciemnozielona plama 
oazy, nad którą wznosiła się wysoka kopuła. Tu właśnie mieściła się baza. Kuter 
doktora wziął wiraż i wylądował na równym placu. Poszliśmy za jego przykładem.

Kiedy „Pegaz” lekko się kołysząc stanął na amortyzatorach i Połoskow zawołał: 

„Dobra!”, ujrzałem pomiędzy zielonością oazy a naszym statkiem trzy posągi.

Na wysokim cokole stali wykuci z kamienia trzej kapitanowie. Nawet z daleka 

było widoczne, że dwa posągi wyobrażają ludzi. Trzeci natomiast - smukłego 
trójnożnego Fiksjanina.

- Jesteśmy na miejscu - powiedziała Alicja. - Mogę wysiąść?
- Zaczekaj - powstrzymałem ją. - Nie znamy składu atmosfery ani temperatury. 

Jaki zamierzasz włożyć skafander?

- Żadnego - pokazała na iluminator.
Ze srebrzystego kutra wysiadł mężczyzna w zwykłym szarym garniturze i w 

szarym zmiętym kapeluszu. Podniósł zapraszająco rękę. Połoskow włączył 
zewnętrzny głośnik i zapytał:

background image

- Można w tej atmosferze oddychać?
Mężczyzna kiwnął kilkakrotnie głową na znak, że można bez obawy.
Oczekiwał nas przy trapie.
- Witam na bazie - powiedział z ukłonem. - Tak rzadko widują tu gości.
Wyrażał się nieco po staroświecku, co szło w parze z jego staroświeckim 

garniturem.

Można mu było dać jakieś sześćdziesiąt lat. Niezbyt wysoki, bardzo chudy, 

przypominał z wyglądu poczciwą staruszkę. Twarz miał posiekaną drobnymi 
zmarszczkami. Ciągle mrużył oczy lub się uśmiechał, a gdy chwilami twarz mu się 
wygładzała, zmarszczki stawały się białe i szerokie. Uścisnął nam dłonie długimi, 
smukłymi palcami i zaprosił do siebie.

Udaliśmy się za nim w kierunku zielonych drzew oazy.
- Dlaczego tu jest tlenowa atmosfera? - zapytałem. - Przecież ta planeta to 

zupełna pustynia.

- To sztuczna atmosfera - odpowiedział doktor.
- Została stworzona wówczas, gdy wznoszono pomniki. Za kilka lat powstanie tu 

wielkie muzeum poświęcone bohaterom Kosmosu. Będzie się do niego przywozić 
wysłużone statki kosmiczne oraz różne osobliwości z dalekich planet.

Doktor zatrzymał się przed wielkim głazem. Przeczytałem wyryty na nim napis w 

języku kosmicznym. „W tym miejscu stanie Główne Muzeum Kosmosu”.

- Widzi pan - mówił Wierchowcew - muzeum to zostanie zbudowane wspólnym 

wysiłkiem osiemdziesięciu różnych planet. A tymczasem, na początek, zainstalowano 
pośrodku planety potężny reaktor, który powoduje wytrącanie się tlenu ze skał. 
Obecnie nie ma tu jeszcze zbyt dobrego powietrza, ale po otwarciu muzeum stanie się 
ono najlepsze w całej Galaktyce.

Podeszliśmy do cokołu pomnika.
Był to prawdziwy kolos wysokości kilkunastu pięter. Staliśmy z zadartymi 

głowami przyglądając się trzem kapitanom.

Pierwszy Kapitan był młody, barczysty i zgrabny. Nos miał z lekka perkaty i 

szeroką twarz. Usta rozchylone w uśmiechu. Na jego ramieniu siedział dziwaczny 
dwudzioby ptak z piękną koroną rzeźbionych piór.

Drugi Kapitan był wyższego wzrostu. Miał bardzo szeroką pierś i cienkie nogi, 

jak wszyscy ludzie urodzeni i wychowani na Marsie. Twarz pociągłą o ostrych 
rysach.

Trzeci Kapitan, trójnożny Fiksjanin, w obcisłym skafandrze z hełmem 

odrzuconym na plecy, wspierał się dłonią o gałąź kamiennego krzewu.

- Oni wcale nie są starzy - stwierdziła Alicja.
- Słuszna uwaga, panieneczko - odpowiedział doktor Wierchowcew. - Bo 

background image

wówczas gdy zdobyli sławę, byli młodzi.

Weszliśmy w cień drzew i szeroką aleją dotarliśmy do bazy. Było to niezwykle 

obszerne pomieszczenie, zawalone skrzyniami, kontenerami i najrozmaitszą 
aparaturą.

- Zaczęto już przysyłać eksponaty do muzeum - tłumaczył się doktor. - Proszę za 

mną, do mojej gawry.

- Kubek w kubek „Pegaz” na początku naszej podróży! - ucieszyła się Alicja.
Istotnie, wędrówka przez bazę do złudzenia przypominała poruszanie się we 

wnętrzu naszego statku, gdy był po czubek załadowany przesyłkami, bagażami i 
wszelakim sprzętem.

Niewielki kąt między kontenerami, zapchany górą książek i mikrofilmów, w 

którym ledwie mieściło się łóżko również zawalone stosami papierów i taśm, był 
sypialnią i zarazem gabinetem pracy kustosza muzeum, doktora Wierchowcewa.

- Siadajcie i czujcie się jak w domu - zapraszał.
Dla wszystkich nas, z wyjątkiem gospodarza, było najzupełniej jasne, że tu nie 

ma gdzie usiąść. Wierchowcew zmiótł na podłogę stertę papierów. Kartki frunęły w 
górę i Alicja zaczęła je zbierać.

- Pisze pan powieść? - zapytał Połoskow.
- Powieść? Ach tak, oczywiście, życie trzech kapitanów jest ciekawsze od 

najbardziej pasjonującej powieści. Warto je opisać, aby służyło za wzór przyszłym 
pokoleniom. Niestety, ja nie mam zdolności literackich.

Pomyślałem w duchu, że doktor Wierchowcew tylko udaje skromnego. Wszakże 

sam odwiedził badaczy Małego Arktura szukając dokumentacji statku, który był 
własnością jednego z trzech kapitanów.

- A więc - zaczął doktor - w czym mogę być pomocny moim drogim gościom?
- Powiedziano mi - rzekłem - że jest pan prawdziwą kopalnią wiadomości o 

trzech kapitanach.

- Och - doktor zaczerwienił się, zmieszany moimi słowami - to gruba przesada.
Położył kapelusz na stercie książek. Kapelusz co chwila zjeżdżał z niej, a doktor 

chwytał go i znowu kładł na dawnym miejscu.

- Kapitanom - mówiłem dalej - udało się dotrzeć do wielu nieznanych planet. Na 

pewno spotykali tam różne niezwykłe zwierzęta. Zostawili podobno jakieś zapiski, 
dzienniki. A my właśnie szukamy nieznanych okazów. Czy możemy liczyć na pańską 
pomoc?

- Aha, więc o to chodzi... - Wierchowcew zamyślił się. Kapelusz wykorzystał ów 

moment, zsunął się z książek i zniknął pod łóżkiem. - Ach - westchnął doktor - 
gdybym wiedział o tym wcześniej.

- Tatku, mogę coś powiedzieć doktorowi? - zapytała Alicja.

background image

- Oczywiście, panieneczko - odwrócił się do niej Wierchowcew.
- Na ramieniu jednego kapitana siedzi dwudzioby ptak z koroną na głowie. 

Takiego ptaka nie mamy w naszym Zoo. Czy pan coś o nim wie?

- Nie, prawie nic. A gdzie mój kapelusz?
- Pod łóżkiem - wyjaśniła Alicja. - Zaraz go wyciągnę.
- Proszę się nie trudzić - powiedział i wlazł cały pod łóżko. Tylko nogi sterczały 

na zewnątrz. Szukał tam po ciemku kapelusza, szeleścił papierami, nie przerywając 
równocześnie rozmowy: - Twórcy pomnika po obejrzeniu ostatnich zdjęć kapitanów 
wybrali te, które im się najbardziej podobały.

- Może ten ptak jest ich własnym pomysłem? - spytałem, zaglądając pod łóżko.
- Ależ nie, nie! - wykrzyknął Wierchowcew i jego buty poruszyły się gwałtownie. 

- Sam widziałem te fotografie.

- Wiadomo chociaż, gdzie były robione?
- Pierwszy Kapitan nigdy nie rozstawał się z ptakiem - odpowiedział doktor - ale 

gdy odlatywał na Wenus, podarował go Drugiemu. A Drugi Kapitan, jak wiemy, 
zaginął bez wieści. A razem z nim zaginął ptak.

- Więc nawet nie wiadomo, gdzie te ptaki występują?
Wierchowcew wylazł wreszcie spod łóżka. Stał z niepewną miną, miętosząc w 

ręku kapelusz.

- Proszę mi wybaczyć moje roztargnienie - powiedział.
- Więc nie wiadomo, gdzie te ptaki występują?
- Nie, nie - zaprzeczył skwapliwie.
- Szkoda - westchnąłem. - Spotkał nas wielki zawód. W niczym pan nie może 

nam pomóc. A tak na to liczyliśmy...

- Dlaczego nie mogę? - obraził się doktor. - Ja też dużo podróżowałem... 

Pozwólcie mi tylko pomyśleć.

Myślał dobrych parę minut, wreszcie oznajmił:
- Przypomniałem sobie! Na Eurydyce zamieszkuje Mały Smok. I Wielki podobno 

też.

- Słyszałem o tym. Wielkiego Smoka ustrzelił kiedyś jeden z kapitanów.
- Skąd pan wie?
- Wiem. Opowiadał mi mój przyjaciel, archeolog Gromozeka.
- Dziwne - mruknął Wierchowcew i pochyliwszy głowę przyglądał mi się, jak 

gdyby dopiero teraz mnie zobaczył. - Wobec tego jeszcze trochę pomyślę.

Po następnym dłuższym namyśle wymienił marsjańską modliszkę. To już było po 

prostu śmieszne. Marsjańskie modliszki znajdują się nie tylko we wszystkich Zoo, ale 
nawet są hodowane w domach. Ma ją na przykład Alicja.

Mówił jeszcze o kijanach, o gąsieniczniku z Fiksa, o diabelskich ptakach z 

background image

planety Trul, a także o innych osobnikach znanych dobrze z książki: „Zwierzęta 
naszej Galaktyki”.

- Niestety, te okazy nie są nam potrzebne.
- Wybaczy pan - rzekł uprzejmie doktor - ale przez całe życie interesowały mnie 

istoty rozumne, ze zwierzętami raczej się nie stykałem. Może jeszcze się zastanowię? 
Gdzież ja bywałem? - mruczał sam do siebie. - Aha! Byłem na Pustej Planecie.

- Gdzie?
- Na Pustej Planecie. Niedaleko stąd, w sąsiednim systemie gwiezdnym.
- Ale jeśli to Pusta Planeta, to jakież tam mogą być zwierzęta? - zdziwiła się 

Alicja.

- Tego nikt nie wie. Wyobraźcie sobie, jak przylecieliśmy tam w poniedziałek, 

całe niebo roiło się od ptactwa. A we wtorek - ani jednego ptaka, tylko włóczące się 
stada wilków. I jeleni. W środę - jedne i drugie zniknęły bez śladu. Planeta 
opustoszała.

- Może po prostu zwierzęta powędrowały gdzie indziej?
- Nie - zaprzeczył Wierchowcew - nie w tym rzecz. Mieliśmy kuter zwiadowczy i 

przez ciekawość oblecieliśmy całą planetę. Ani zwierzyny, ani ptactwa. Kompletna 
pustka. Nie tylko nam zresztą to zjawisko wydało się zdumiewające. Podam panu 
współrzędne.

- Dziękuję - odpowiedziałem. - Skoro nic więcej pan sobie nie przypomina, 

proszę nam pokazać dzienniki kapitanów. Z pewnością są tam wzmianki o 
zwierzętach.

- Od kogo pan się dowiedział o dziennikach? - spytał doktor pochylając głowę.
- Od naszego przyjaciela, archeologa Gromozeki.
- Nie słyszałem o nim. Ale po co panu te dzienniki? Przypomniałem sobie jeszcze 

o sklisach. Sklisach z planety Szeszyneru. Jest tam ich zatrzęsienie. Wiem z 
opowiadań innych.

- Dziękuję i za to - powiedziałem. Marzyłem o przejrzeniu tych dzienników, lecz 

doktor Wierchowcew z jakiegoś powodu nie chciał ich pokazać. Widocznie coś w 
naszym zachowaniu wzbudziło jego nieufność.

- Proszę bardzo - odpowiedział doktor.
- A dzienniki? - zapytała Alicja.
- Ach, moje dziecko, czemu się tak przy tym upieracie? Zresztą tutaj ich nie ma. 

Są na Fiksie. W tamtejszym archiwum. Tak, tak, w archiwum - i doktor 
Wierchowcew nagle się ożywił, jakby mu się udało sprytnie z czegoś wyłgać.

- Trudno, jak pan chce - rzekła Alicja.
Doktor stropił się, wcisnął nisko na oczy wymięty kapelusz i powiedział cicho:
- Możecie też wstąpić na rynek w Palaputrze.

background image

- Wstąpimy tam z całą pewnością - odrzekłem. - Słyszeliśmy o nim.
- Odprowadzę was.
Wstał i poprowadził nas tą samą drogą w stronę wyjścia. Szedł spiesznym 

krokiem, jakby w obawie, że się rozmyślimy i zostaniemy. Wracając jeszcze raz 
zatrzymaliśmy się przed pomnikiem.

- A co się stało z Drugim Kapitanem? - zapytałem.
- Jak to, przecież pan wie, że zginął - odparł Wierchowcew.
- Wiem tylko, że zaginął bez wieści.
Doktor wzruszył wąskimi ramionami.
- A Pierwszego można odnaleźć? Czy on żyje? - nie ustępowałem.
- Tak, pracuje gdzieś w Kosmosie.
- Przy projekcie „Wenus”? Ależ tam jest zatrudnionych kilka tysięcy ludzi.
- Przecież pan sam dobrze wie, jak go szukać. I nic więcej pan ze mnie nie 

wydobędzie.

- No cóż - powiedziałem - dziękuję wobec tego za gościnę. Inaczej wprawdzie 

wyobrażaliśmy sobie nasze spotkanie.

- Ja również - odparł doktor.
- Może gdy skończy pan swoją powieść, zechce pan przysłać mi jeden 

egzemplarz?

- Ja nie piszę powieści! Nie umiem! Kto to wymyślił?!
- Chodzi mi o tę powieść, w związku z którą przyleciał pan na Małego Arktura i 

wypytywał badaczy o plany konstrukcyjne „Błękitnej Mewy”.

- Co? - doktor zatrzepotał rękami. - Jaka „Błękitna Mewa”? Jacy badacze? Nie 

byłem tam z pół roku!

- No dobrze, już dobrze - rzekłem pojednawczo, widząc, że jest do reszty 

skonsternowany. - Nie chcieliśmy pana urazić.

- Tak, oczywiście - odpowiedział. - Jeżeli kiedy znajdziecie się w pobliżu, 

wstąpcie do mnie, zawsze będziecie mile widziani. Zwłaszcza to czarujące 
dziewczątko.

Wyciągnął rękę, by pogłaskać Alicję po głowie, lecz ona odsunęła się nieco i ręka 

doktora zawisła w powietrzu.

- A więc pamiętajcie - powiedział. - Sklisy z Szeszyneru i tajemnica Pustej 

Planety.

- Dzięki, doktorze. Będziemy pamiętać - zapewniłem.

background image

ŚPIEWOKRZEWY

Doktor stał na tle olbrzymiego pomnika kapitanów i powiewał kapeluszem. W 

złotych promieniach zachodzących słońca on też wyglądał jak posąg, tylko znacznie 
mniejszy.

- He-e-ej! - doleciało nas z daleka wołanie.
Zatrzymaliśmy się.
Doktor biegł ku nam, grzęznąc w piasku.
- Za-po-mniałem! - wołał. - Zapomnia...!
Dogonił nas tak zasapany, że przez dłuższą chwilę nie mógł złapać tchu. W kółko 

zaczynał to samo zdanie, lecz brakowało mu oddechu, by je dokończyć.

- Śpie... śpiew... Na pom...
- Zaśpiewać? - spróbowała mu dopomóc Alicja.
- Nie-e... śpie...wo...krzewy. Zapomniałem wam o nich powiedzieć.
- Jakie śpiewokrzewy?
- Staliśmy tuż obok nich, a ja się tak zagapiłem.
Doktor wskazał na posąg Trzeciego Kapitana. Nawet z daleka było widać, że u 

jego stóp rzeźbiarz umieścił bujny krzew pięknie cyzelując w kamieniu jego gałązki i 
liście.

- A ja myślałam, że to taka ozdoba - powiedziała Alicja.
- Nie, to właśnie jest śpiewokrzew. Nigdy nie słyszeliście o śpiewokrzewach?
- Nigdy.
- No to posłuchajcie. Będę się streszczał... Gdy Trzeci Kapitan był na ósmym 

sputniku Aldebarana, zabłądził w piaskach pustyni. Nie było wody ani żywności - 
kompletnie nic. Wiedział jednak, że musi dotrzeć do bazy, bowiem w przeciwnym 
razie zginie cała załoga statku, którą powalił atak malarii kosmicznej. Szczepionka 
znajdowała się w bazie, pustej, opuszczonej bazie w górach Sierra-Barrakuda. I oto, 
gdy siły już opuszczały kapitana, gdy zabłądził w piaskach, usłyszał płynący z daleka 
śpiew. Początkowo myślał, że to halucynacja. Mimo to jednak zebrał resztkę sił i 
ruszył w kierunku tych dźwięków. Po trzech godzinach doczołgał się do krzewów. 
Rosną one wokół niewielkich źródeł, a przed nadejściem burzy piaskowej liście ich 
trą o siebie nawzajem, wydając melodyjny dźwięk. Powstaje złudzenie, że krzewy 
śpiewają. I tak oto w górach Sierra-Barrakuda wskazały swym śpiewem kapitanowi 
drogę do źródła, pozwoliły przeczekać straszliwą burzę piaskową oraz ocaliły życie 
ośmiu kosmonautom umierającym na malarie kosmiczną. Zdarzenie to uwiecznił 
rzeźbiarz, umieszczając śpiewokrzew na pomniku Trzeciego Kapitana. Chyba więc 
warto, byście zajrzeli na ósmy sputnik Aldebarana i w górach Sierra-Barrakuda 
poszukali śpiewokrzewu. Trzeci Kapitan mówił jeszcze, że wieczorem zakwitają, a 

background image

kwiaty ich są duże, delikatne i świecące.

- Dziękuję, doktorze - powiedziałem. - Postaramy się koniecznie odnaleźć 

śpiewokrzew i zawieźć go na Ziemię.

- A czy można je hodować w doniczkach? - spytała Alicja.
- Na pewno tak - odpowiedział doktor. - Choć szczerze mówiąc nigdy ich nie 

widziałem - są to okazy niesłychanie rzadkie. Występują tylko nad źródłem, w 
samym centrum pustyni otaczającej góry Sierra-Barrakuda.

...System Aldebarana leżał niedaleko, postanowiliśmy więc odnaleźć krzewy i, 

jeśli nam się uda, posłuchać ich śpiewu.

Osiemnastokrotnie nasz kuter kosmiczny obleciał całą pustynię, dopiero przy 

dziewiętnastym okrążeniu odkryliśmy w głębokim parowie zieleń. Kuter zniżył się 
nad piaszczystymi wydmami i wtedy oczom naszym ukazały się krzewy okalające 
źródło.

Były niezbyt wysokie, sięgały mi do pasa, miały długie srebrzyste od spodu liście 

i krótkie grube korzenie, które łatwo dawały wyciągnąć się z piasku. Ostrożnie 
wykopaliśmy pięć krzewów, które wypuściły już pączki, napełniliśmy dużą skrzynię 
piaskiem i przewieźliśmy nasza zdobycz na pokład „Pegaza”.

Tegoż dnia „Pegaz” wystartował z pustynnego sputnika w dalszą podróż. 

Natychmiast po starcie zacząłem przygotowywać kamerę do zdjęć, spodziewając się, 
że wieczorem rozwiną się na krzewach świecące kwiaty, Alicja zaś rozłożyła papier i 
farby, aby je namalować.

I nagle usłyszeliśmy cichy melodyjny śpiew.
- Co to? - zdziwił się Zielony. - Ja nie włączałem magnetofonu. Kto to zrobił? 

Doprawdy, nic dadzą człowiekowi chwili spokoju!

- To nasze krzewy śpiewają! - zawołała Alicja. - Czyżby nadciągała burza 

piaskowa?

- Co-o? - zdziwił się Zielony. - Jakim cudem w Kosmosie burza piaskowa?
- Chodźmy popatrzeć na śpiewokrzewy, tatku - zażądała Alicja.
Wybiegła, a ja zatrzymałem się jeszcze chwilę, ustawiając kamerę.
- Ja też pójdę - oznajmił Zielony - nigdy nie widziałem śpiewających krzewów.
Podejrzewałem w duchu, że chce na wszelki wypadek zerknąć w iluminator - a 

nuż naprawdę ta burza nadciąga.

Właśnie miałem do nich dołączyć, gdy rozległ się krzyk. Poznałem głos Alicji.
Rzuciłem wszystko i czym prędzej zbiegłem na dół do ładowni.
- Tatku! - wołała Alicja. - Popatrz!
- Prędzej! - podnosił larum Zielony. - One idą!
Jeszcze kilka kroków i dopadłem drzwi zderzając się z Zielonym, który niósł na 

background image

rękach Alicję. Minę miał wystraszoną, broda mu się rozwiewała jak na silnym 
wietrze.

Przez otwarte drzwi zobaczyłem śpiewokrzewy. Był to widok naprawdę 

przerażający. Krzewy wydostały się ze skrzyni i ciężko stąpając na krótkich 
pokracznych korzeniach, sunęły prosto na nas. Szły półkolem, kołysząc gałęziami, 
pączki zdążyły się rozwinąć i wśród liści niby wielkie złe oczy, jarzyły się różowe 
kwiaty.

- Lecę po broń! - Zielony oddał mi Alicję.
- Zamknijcie drzwi! - krzyknąłem.
Było już jednak za późno. Gdy próbowaliśmy z Zielonym wyminąć się w 

przejściu, pierwszy śpiewokrzew przekroczył próg i musieliśmy wycofać się na 
korytarz.

Reszta krzewów maszerowała rzędem za swym przywódcą.
Zielony, uruchamiając po drodze wszystkie sygnały alarmowe, biegł do sterowni 

po broń, ja zaś chwyciłem szczotkę na kiju i starałem się osłonić Alicję. A ona 
patrzyła na zbliżające się śpiewokrzewy jak zaczarowana, jak królik na boa dusiciela.

- Uciekaj! - krzyknąłem. - Długo nie zdołam ich zatrzymać!
Śpiewokrzewy silnymi prężnymi gałęziami chwyciły za szczotkę. Cofałem się.
- Zatrzymaj je przez chwilę jeszcze, tatku! - rzuciła Alicja uciekając.
„Całe szczęście - przebiegło mi przez myśl - że chociaż jej nic nie grozi”. Moja 

sytuacja nadal była niebezpieczna. Śpiewokrzewy próbowały zapędzić mnie w kąt, a 
szczotką już nie mogłem się posługiwać.

- Na co Zielonemu miotacz ognia? - usłyszałem w głośniku głos kapitana. - Co 

się stało?

- Śpiewokrzewy nas zaatakowały - odpowiedziałem. - Ale nie dawaj miotacza 

Zielonemu. Postaram się zamknąć je w komorze. Jak tylko się wycofam, dam ci znak, 
a ty natychmiast zasuniesz drzwi komory.

- Nic ci nie grozi? - zapytał Połoskow.
- Nie, trzymam się jak dotąd.
W tej chwili najbliższy śpiewokrzew szarpnął mocno za szczotkę i wyrwał mi ją z 

rąk. Poleciała w koniec korytarza, a śpiewokrzewy, jak gdyby ośmielone moją 
bezbronnością, ruszyły na mnie w zwartym szyku.

Nagle usłyszałem za sobą pospieszne kroki.
- Dokąd, Alicjo?! - krzyknąłem. - Wracaj natychmiast! One są silne jak lwy!
Alicja jednak przesmyknęła mi pod ręką i podbiegła do śpiewokrzewów.
Niosła coś dużego i błyszczącego. Skoczyłem za nią, lecz straciłem równowagę i 

upadłem jak długi. Zdążyłem tylko zobaczyć Alicję pośród złowieszczych gałęzi 
ożywionych nagle śpiewokrzewów.

background image

- Kapitanie - krzyknąłem. - Na pomoc!
Równocześnie umilkł melodyjny śpiew krzewów przechodząc w cichy, 

przerywany westchnieniami szelest.

Podniósłszy się, ujrzałem sielankowy obrazek.
Alicja stała w gąszczu śpiewokrzewów i podlewała je z konewki, a one kołysały 

gałęziami, starając się nie uronić ani kropli wody i wzdychając błogo...

Gdy już zapędziliśmy z powrotem krzewy do ładowni i uprzątnęliśmy niedawny 

plac boju, spytałem Alicję:

- Powiedz mi, córeczko, jak na to wpadłaś?
- To bardzo proste, tatku. Śpiewokrzewy są przecież roślinami. Trzeba je 

podlewać. Jak marchewkę. A my posadziliśmy je w skrzyni i zapomnieliśmy o tym. 
Gdy Zielony mnie stamtąd wynosił, przyszło mi na myśl, że one u siebie rosną tuż 
nad wodą. I Trzeci Kapitan idąc za ich śpiewem odnalazł wodę. Śpiewają, gdy 
nadciąga burza, która wysusza powietrze i zasypuje piaskiem źródło, wyrażając w ten 
sposób niepokój, że zabraknie im wilgoci.

- Dlaczego więc nie powiedziałaś od razu?
- A uwierzyłbyś wtedy? Walczyłeś z nimi jak z tygrysami. Nawet nie pomyślałeś, 

że to są zwyczajne krzewy, które trzeba podlewać.

- Ładnie mi zwyczajne! - mruknął Zielony. - Ganiają za wodą po korytarzach.
Był już najwyższy czas, abym jako biolog wypowiedział się na ten temat.
- Śpiewokrzewy po prostu walczą o byt. Na pustyni jest mało wody, źródła 

wysychają, muszą więc wędrować przez piaski w poszukiwaniu niezbędnej im do 
życia wilgoci.

Odtąd Śpiewokrzewy spokojnie żyły sobie w skrzyni z piaskiem. Tylko jeden 

mały wiercipięta często wyłaził z niej, czatował na nas w korytarzu i szeleszcząc 
gałązkami, podśpiewując, dopraszał się wody. Mówiłem Alicji, by nie przekarmiała 
malca - i tak już woda sączy mu się z korzeni - ona jednak litowała się nad maluchem 
i do końca wyprawy przynosiła mu wodę w szklance. To jeszcze nie byłoby 
najgorsze. Odkąd napoiła go kompotem, zaczęła się prawdziwa klęska - maluch 
nikomu z nas nie pozwala przejść spokojnie. Drepcze po korytarzach zostawiając za 
sobą mokre ślady i ociera się liśćmi o nasze nogi.

Rozumu nie posiada za grosz. Za to kompot uwielbia do szaleństwa.

background image

TAJEMNICA PUSTEJ PLANETY

- Dokąd najpierw? - zapytał Połoskow studiując mapę Kosmosu. Był na niej 

wytyczony kurs na Palaputrę i równocześnie linią przerywaną drugi kurs - na Pustą 
Planetę, o której mówił nam Wierchowcew.

- Do Palaputry zawsze trafimy - odpowiedziałem. - A Pusta Planeta nie figuruje 

w żadnym informatorze kosmicznym. Może zaryzykujemy?

- Przecież sam doktor powiedział, że zwierzęta na niej wyginęły. Może więc na 

próżno stracimy czas.

- Paliwa też zostało niewiele - włączył się do naszej rozmowy Zielony. - Tak czy 

siak musimy zatankować w Palaputrze. Skąd wiadomo, że da się to zrobić na Pustej 
Planecie? Zabraknie nam paliwa i czekaj tatka latka, aż ktoś tamtędy będzie 
przelatywał.

Nie przejęliśmy się jego krakaniem. Pesymista, jak zwykle. Byliśmy pewni, że 

ma dostateczny zapas paliwa. Chciał się tylko na wszelki wypadek zaasekurować.

- Mimo wszystko - oświadczyłem - zajrzymy tam. To wielka zagadka, a nie ma 

nic bardziej pasjonującego nad rozwiązywanie zagadek.

I wzięliśmy kurs na Pustą Planetę.
Niestety, po dwóch dniach okazało się, że doktor Wierchowcew podał nam 

niezbyt dokładne współrzędne. Powinniśmy zobaczyć już gwiazdę, wokół której ta 
planeta się obraca, tymczasem przed nami wciąż była pustka.

Co dalej? Postanowiliśmy kontynuować lot jeszcze przez jeden dzień i o ile nic 

się nie zmieni - zawrócić.

Decyzję podjęliśmy wieczorem, a po kolacji Zielony udał się do kabiny radiowej, 

aby wysłać na Ziemię radiogram, że nasz lot przebiega normalnie. Poszedłem za nim.

Lubię asystować przy tym, gdy Zielony uruchamia radiostację i Kosmos, taki 

bezbrzeżny i pustynny, nagle się ożywia. Słychać, jak rozmawiają ze sobą dalekie 
bazy kosmiczne i planety, jak porozumiewają się statki, jak automatyczne stacje 
nadają z nie zasiedlonych planet i asteroidów informacje o warunkach lotu, o drogach 
strumieni meteorytów, o pulsarach.

Zielony zajął się radiogramem, a ja kręciłem gałką odbiornika. W pewnej chwili 

złapałem słabo słyszalny głos kobiecy:

- Mówię z sektora 16-2, zarejestrowałam w systemie Błuk nieznany rój 

meteorów. Za trzy dni rój ten przetnie linię pasażerską Błuk-Fiks. Proszą zawiadomić 
wszystkie statki.

- Akurat jesteśmy w tym sektorze - powiedziałem do Zielonego.
- Słyszałem - odrzekł. Okazało się, że odłożył radiogram i wpisywał do dziennika 

pokładowego komunikat nieznanego statku.

background image

- Skoro już mamy ten statek w naszym sektorze, zapytajmy go o Pustą Planetę - 

zaproponowałem. - Może zeszliśmy z kursu?

Zaczął mi natychmiast wyliczać, że odległość jest zbyt wielka, więc nas nie 

usłyszą, że radiostacja z pewnością nawali, że kobieta, która ostrzegała nas przed 
meteorami, na pewno nic nie wie o Pustej Planecie, ponieważ takowa w ogóle nie 
istnieje. Gderając manipulował równocześnie przy radiostacji i widocznie udało mu 
się nawiązać łączność z nieznanym statkiem.

- Halo, tu „Pegaz”. Znajdujemy się w waszym sektorze. Lecimy na Pustą Planetę, 

nie wiemy jednak, czy obraliśmy właściwy kurs.

- Zaraz sprawdzę - odpowiedział kobiecy głos. - Proszę mi podać współrzędne.
Połączyliśmy się ze sterownią i kapitan przekazał jej informacje.
- Wszystko się zgadza - oznajmił kobiecy głos. - Między wami a Pustą Planetą 

wisi chmura pyłu kosmicznego, dlatego planeta jest niewidoczna. Lećcie śmiało 
naprzód, a jutro miniecie tę chmurę.

- Bardzo dziękujemy - odpowiedziałem głosowi. - Otrzymaliśmy te współrzędne 

na planecie Trzech Kapitanów nie od kosmonauty, lecz od kustosza tamtejszego 
muzeum i obawialiśmy się pomyłki.

- Od doktora Wierchowcewa?
- Tak. Pani go zna?
- Doskonale znam. To cudowny i wielkiej dobroci człowiek. Jaka szkoda, że nie 

spotkałam was wcześniej. Mam dla niego list i żadnym cudem nie uda mi się go 
doręczyć. Nie mam chwili czasu. Może zobaczycie się jeszcze z Wierchowcewem?

- Nie - odpowiedziałem. - Lecimy potem na Błuk do Palaputry. Jesteśmy 

biologami i poszukujemy rzadkich okazów zwierząt.

- Ja również. Może się kiedyś spotkamy. Teraz niestety bardzo się spieszę. 

Szukam żywej mgławicy.

- Jeszcze ostatnie pytanie. Czy może była pani na Pustej Planecie?
- Byłam. Jeziora pełne ryb, a na lądzie ani śladu zwierzyny. Życzę powodzenia.
Usłyszeliśmy głuchy szum, wyładowania.
- Włączyła silniki na pełną moc - zauważył Zielony. - Tak jej się spieszy. Co to 

za jakaś żywa mgławica?

- Żywa mgławica nie istnieje. Spotkałem kiedyś tę kobietę na konferencji i 

starałem się przekonać ją, że jest w błędzie. Słyszałeś, jak wyrażała się o 
Wierchowcewie? Cudowny człowiek, wielkiej dobroci...

- A ja mu tam nie dowierzam - mruknął Zielony. - Dlaczego niby pisze tę 

powieść, to znów nie pisze? Dlaczego się wypiera, że latał na Małego Arktura? 
Dlaczego nie chciał nam pokazać dzienników?

Co powiedziawszy, wrócił do swojego radiogramu.

background image

Kobieta miała rację. Nazajutrz radary zarejestrowały niedużej wielkości gwiazdę, 

wokół której krążyła tylko jedna planeta. Wszystko wskazywało, że jest to właśnie 
Pusta Planeta.

Wylądowaliśmy nad brzegiem dużego jeziora, na skraju rozległej równiny, 

zarośniętej pożółkłą trawą. Padał drobny deszcz, do znudzenia jednostajny. Przez 
dłuższy czas obserwowaliśmy to miejsce, nie wychodząc na zewnątrz - ani 
zwierzyny, ani ptactwa. Może naprawdę nic tu nie ma?

W końcu Alicja z Zielonym poszli do jeziora po wodę. Siedzieli tam dość długo, 

nie denerwowałem się jednak, widząc przez iluminator, że są czymś bardzo zajęci.

Potem wrócił Zielony, lecz zamiast do sterowni, poszedł do swej kajuty.
- Czego szukasz? - spytałem przez wewnętrzny telefon.
- Wędki - odpowiedział. - W tym jeziorze jest chmara ryb. Nabraliśmy wiadro 

wody, patrzymy, a tu trzy ryby w nim pływają. Nie miałbyś chętki na świeżutką uchę, 
profesorze?

- Nie - odparłem. - I wam też nie radzę próbować. Nawet na Ziemi spotyka się 

trujące ryby, tym większą lekkomyślnością byłoby raczyć się uchą na nieznanej 
planecie.

- No dobrze, już dobrze - mruknął Zielony. - Wobec tego schwytamy coś do 

twojej kolekcji.

Pobiegł z powrotem nad jezioro, a ja w obawie, by Alicja się nie przeziębiła, 

wziąłem jej płaszcz oraz sieć rybacką i udałem się za nim.

Zielony nie chciał łowić ryb siecią, oświadczywszy mi, że to żaden sport, a on 

jest z krwi i kości wędkarzem. Za to my dwoje nałowiliśmy pełne wiadro i 
zanieśliśmy na statek. W chwilę później nadszedł przemoknięty do cna Zielony, 
niosąc sadzyk ze swym połowem.

- Nie zapomnij dobrze zamknąć wejścia - powiedziałem stawiając wiadro koło 

luku.

- Na pewno nie zapomnę - obiecał z zapałem. Tak się stęsknił za wędkowaniem, 

że gdyby nie ciemności, gotów byłby łowić ryby do samego rana.

Nazajutrz skoro świt wyjrzałem przez iluminator. Na zewnątrz świeciło jaskrawe 

słońce i chmary ptactwa krążyły nad statkiem.

- I to ma być Pusta Planeta - zauważyłem głośno i poszedłem ściągać z łóżek 

mych współtowarzyszy. - To ma być Pusta Planeta - powtórzyłem. - Wczoraj 
mnóstwo ryb, a dziś wielkie stada ptaków.

Obudziłem Alicję i Połoskowa. Zielony od dawna był już na nogach. Segregował 

haczyki i żyłki.

- Szykuję sprzęt na duże sztuki - wyjaśnił. - Czuje moja dusza, że tutejsze 

szczupaki są wielkości człowieka.

background image

- Bądź więc ostrożny - przestrzegłem go. - Uważaj, żeby który ciebie nie złapał.
Zszedłem następnie do luku, aby móc z bliska przyjrzeć się ptakom. I tu zastałem 

przykrą niespodziankę - rozentuzjazmowany wędkarskim sukcesem nasz mechanik 
zapomniał zamknąć na noc statek. Żadne zwierzę na szczęście nie zakradło się do 
środka, ale ryby zniknęły wszystkie co do jednej. Widocznie ptaki wlatywały do luku 
jak do pieczary i sprzątnęły cały nasz wczorajszy połów.

- Jest to bardzo poważne naruszenie dyscypliny kosmicznej - oświadczył 

Połoskow, dowiedziawszy się przy śniadaniu o niedbalstwie Zielonego. - Ale to moja 
wina. I profesora również. Naszym obowiązkiem było sprawdzić luk.

- Przecież nic się nie stało - wtrąciła Alicja. - Zaraz nałowimy wam choćby 

dziesięć wiader. Nie wyobrażacie sobie, ile w tym jeziorze jest ryb.

- Nie o to idzie - westchnął kapitan. - Jeżeli coś takiego jeszcze raz się powtórzy, 

możemy wracać do domu. Dla ludzi tak lekkomyślnych nie ma miejsca w Kosmosie.

- Niech mi pan wybaczy, kapitanie - powiedział Zielony. Oczywiście zdawał 

sobie sprawę ze swego przewinienia, lecz perspektywa wędkowania tak go 
podniecała, że jedną nogą był już nad jeziorem.

Zastawiłem sieci na ptaki i przyniosłem strzelbę, która wyrzucała igły nasycone 

środkiem nasennym. Krzątając się obserwowałem Zielonego, który siedział z wędką 
na brzegu jeziora. Dziwiła mnie jego ponura mina. „Może tak przeżywa tę historię?” - 
pomyślałem.

Pogoda niespodziewanie się popsuła. Zerwał się gwałtowny wicher. Przyginał 

trawę, zmiatał z nieba ptaki, pędził na jeziorze wysokie fale. Po kilku minutach nie 
było już ani jednego ptaka. Zniknęły nie wiadomo gdzie.

Zielony szedł już w stronę statku.
Ja też postanowiłem schować sieci i zaczekać, aż pogoda się poprawi i ptaki 

znowu powrócą.

- No i co? - spytałem Zielonego. - Można ci gratulować połowu?
- Jaki tam połów - odpowiedział. - Wcale nie biorą.
- Niemożliwe. Przecież sam mówiłeś, że takie mnóstwo ryb.
- To było wczoraj. A dziś widocznie wszystkie zaległy w głębinie.
- A mnie z kolei uciekły ptaki - powiedziałem. - Obydwaj mamy pecha. 

Zaczekamy, dopóki pogoda się nie zmieni. Spróbujesz jeszcze raz wieczorem? Może 
tu ryby tylko o tej porze biorą?

- Nie wiem. Jakoś mi śmierdzi ta planeta - mruknął niechętnie. - Nie bez kozery 

przecież nazwano ją Pustą. Były ryby - nie ma ryb. Były ptaki - nie ma ptaków.

- Patrzcie! - wykrzyknęła Alicja, która stała obok i przysłuchiwała się naszej 

rozmowie. - O, tam - zając!

Jakieś zwierzątko skakało w trawie. Za nim drugie, nieco większe. Zniknęły nam 

background image

z oczu, nim zdążyliśmy dobrze im się przyjrzeć, i tylko trawa kołysała się na wietrze.

- No widzisz - powiedziałem - planeta wcale nie jest pusta. Są na niej zwierzęta.
- Zwierząt też nie będzie - odparł Zielony. - Pamiętasz, co mówił Wierchowcew? 

Chociaż jemu tak samo nie wierzę.

- Wiesz co - zaproponowałem - możemy przecież sprawdzić, gdzie pochowały się 

twoje ryby. Rzucimy do jeziora biosondę, odpowiednio nastawioną. Po ich wykryciu 
natychmiast prześle nam sygnał.

- Jak uważasz - zgodził się Zielony. - Tylko że ryb tam nie ma. Jestem starym 

wędkarzem i dobrze się na tym znam.

Przyniosłem biosondę i rzuciłem do wody. Była umieszczona w wodoszczelnym 

pancerzu i wyposażona w silnik. Założywszy słuchawki, czekałem na sygnał. 
Przyrządy wskazywały, że biosonda opuściła się na dno, a następnie popłynęła dalej, 
na środek jeziora. Nie otrzymałem jednak żadnych sygnałów. Jezioro było martwe. 
Po półgodzinie zaprzestałem poszukiwań. Biosonda nie mogła się mylić - ryby 
przepadły bez śladu.

- Gdybym wczoraj własnymi rękami nie wyciągnął ryb z jeziora, nigdy bym nie 

uwierzył, że istnieje w nim jakiekolwiek życie - wyznałem. - Wierchowcew miał 
rację, to dziwna planeta.

- No właśnie. Ja twierdzę to samo - Zielony zwinął wędki i odszedł w kierunku 

„Pegaza”.

- Na horyzoncie duże stado antylop - głośno poinformował radiotelefon.
To Połoskow, obserwujący ze sterowni okolice, pierwszy zobaczył sylwetki 

zwierząt.

Ale ja i bez tego już się zorientowałem, że stop zaczął pulsować życiem. W 

trawie przemykały myszy polne, nie opodal suseł stanął słupka, jakieś zwierzę bardzo 
przypominające niedźwiadka szło brzegiem jeziora.

- Nic groźnego - powiedziałem. - Weźmiemy łazik i wyruszymy na łowy.
Ledwie zdążyliśmy wyciągnąć z „Pegaza” łazik, lunął ulewny deszcz. Był 

znacznie gwałtowniejszy niż wczoraj, spadł niespodzianie i bębnił w dach łazika. 
Mimo to wskoczyliśmy szybko z Alicją do środka i ruszyliśmy w step, gdzie pasło się 
stado antylop.

Nie mogliśmy ich jednak dostrzec. Nie znaleźliśmy też innych zwierząt. 

Wysiadłem z łazika, by przypatrzeć się myszom, które tak niedawno jeszcze biegały 
w trawie, lecz one również zniknęły. Wysłałem biosondę, tym razem nad równinę. 
Doleciała aż do horyzontu i wróciła, upewniając nas ostatecznie, że na tej planecie nie 
ma żadnej zwierzyny.

- Co robimy dalej? - spytałem zmartwiony Połoskowa, gdy po naszym powrocie 

zasiedliśmy w jadalni. - Ta planeta jest rzeczywiście pusta, a jednak nie chciałbym 

background image

stąd odlatywać, nim rozwikłamy jej tajemnicę.

- Nie możemy siedzieć tu wiecznie - odpowiedział. - I nie my pierwsi się z tym 

zetknęliśmy. Być może tajemnica Pustej Planety nie zostanie nigdy rozwikłana.

- Szkoda, że Zielony zapomniał zamknąć luk - odezwała się Alicja. - Mielibyśmy 

chociaż ryby.

- Nie wracajmy do tego, on i tak ma dosyć - przerwałem jej. - To jednak bardzo 

dziwne - jak wczoraj tu przybyliśmy, padał deszcz i w jeziorze było pełno ryb, rano 
przyleciały ptaki, potem zerwał się wicher, rozpędził je i z kolei pojawiły się 
zwierzęta...

- Tatku - powiedziała nagle Alicja - rozwiązałam już tę zagadkę.
- Wiadoma rzecz - mruknął pod nosem Zielony. - Nikt na to nie wpadł, tylko 

jeden Sherlock Holmes zwany Alicją!

- Miej się na baczności, Zielony - roześmiał się Połoskow - ja przegrałem już z 

nią zakład, gdy chodziło o kijany.

- To prawda - potwierdziła Alicja. - Bo ja nie myślę naukowo.
- No więc mów, mów, córeczko - ponagliłem ją.
- A może zamiast mówić, będę pokazywać?
- Dobrze, jak ci wygodniej.
- No to posiedźcie chwilkę, ja zaraz wrócę.
- Chcesz wyjść? Na taki deszcz?
- Nie obawiaj się. Nawet nie zdążę zmoknąć. A jeśli masz stracha o mnie, to patrz 

przez iluminator. Skoczę tylko do jeziora i zaraz wracam.

Widziałem, jak Alicja nakrywając głowę płaszczem biegnie do jeziora, czerpie 

wiaderkiem wodę, raz, potem drugi, trzeci... I już pędzi z powrotem.

Wbiegła do jadalni i postawiła wiaderko na stole.
- Spójrzcie!
- Oho! - zawołał Zielony. - Na śmierć zapomniałem, że tu ryba najlepiej bierze 

wieczorem. Gdzie moje wędki?

- Poczekaj chwilę - Alicja zanurzyła rękę w wiaderku, wyjęła rybę i rzuciła ją na 

stół.

- Co ty robisz?
- Jeżeli mam rację... - zaczęła i równocześnie staliśmy się świadkami 

zdumiewającej metamorfozy. Ryba zatrzepotała się, poruszyła kilka razy ogonem i 
oto płetwy jej zaczęły przekształcać się w skrzydła, łuska w pióra, a po chwili 
ujrzeliśmy na stole niewielkiego ptaka otrząsającego się i muskającego pióra.

Gdy z otwartymi ze zdziwienia ustami przyglądaliśmy się temu widowisku, ptak 

rozwinął skrzydła i frunął, uderzając o sufit.

- Łapcie go! - krzyknąłem. - Zabije się!

background image

- Cierpliwości, tatku, to jeszcze nie koniec - uspokoiła mnie Alicja.
Ptak obijał się jeszcze chwilę o sufit, po czym spadł na stół i nastąpiła kolejna 

metamorfoza. Tym razem zniknęły pióra, skrzydła się skurczyły i nagle ujrzeliśmy 
przed sobą mysz. Zsunęła się po nodze stołu i skryła w kącie jadalni.

- Teraz już rozumiecie?
Alicja triumfowała. Bądź co bądź nie co dzień udaje się rozwiązać zagadkę, z 

którą tylu biologów nie mogło się uporać.

- Jak na to wpadłaś, córeczko? - zapytałem.
- Ty sam podsunąłeś mi tę myśl. Wspomniałeś, że jak wczoraj padał deszcz - były 

ryby, później, jak świeciło słońce - ptaki, a jak zerwał się wiatr - zwierzyna.

- Słusznie - powiedziałem. - Jest to zadziwiająca zdolność przystosowawcza, na 

tej planecie całkiem uzasadniona. Istoty żyjące przybierają tu zależnie od warunków 
najdogodniejszą dla siebie postać. Nie boją się wichru ani deszczu, ani słońca. 
Zapewne na zimowe mrozy też wynalazły jakiś sposób.

- Możemy sprawdzić, tatku. Włóżmy rybę do lodówki.
Na razie jednak zamiast włożyć rybę do lodówki, sporządziliśmy dla niej klatkę, 

w której stało akwarium, a później godzinami przyglądaliśmy się, jak wychodzi z 
wody, wzbija się w powietrze lub biegnie do stojącej w kącie miseczki z jedzeniem.

background image

CO NAM OPOWIEDZIELI USZANIE

Wszyscy kolekcjonerzy oraz amatorzy różnych osobliwości z ósmego sektora 

Galaktyki przylatują na planetę Błuk. Raz w tygodniu odbywa się tam pod miastem 
Palaputra jarmark.

W Galaktyce zamieszkuje kilka miliardów kolekcjonerów. Na przykład 

kolekcjonerzy z Układu Słonecznego zbierają się w pierwszą niedzielę każdego 
miesiąca na Marsie, na płaskowyżu nad Wielkim Kanałem. Opowiadano mi, że w 
mgławicy Andromedy istnieje również potężne bractwo kolekcjonerów, a na jednej z 
planet jest ich tak wielu, że oni sprawują władzę i cały przemysł produkuje wyłącznie 
klasery, pincety oraz akwaria.

U hobbystów marsjańskich nieraz bywałem. Przywiozłem stamtąd rzadkie okazy 

ryb latających. Ale planety Błuk jakoś dotychczas nie miałem okazji poznać.

Palaputra okazała się niedużym miastem. Było w niej mnóstwo hoteli i 

magazynów. A kosmodromu mogła jej pozazdrościć każda metropolia.

Gdy tylko „Pegaz” wylądował na betonowym polu, natychmiast podjechał do nas 

samochód, w którym siedzieli strażnicy.

- Skąd przylatujecie? - spytali Połoskowa hamując przy trapie.
- Z Ziemi.
- Gdzie to jest?
- W trzecim sektorze Układu Słonecznego.
- Aha, tak właśnie myślałem - powiedział starszy strażnik.
Przypominał z wyglądu wentylator. Miał troje dużych okrągłych uszu i mówiąc 

kręcił głową tak szybko, że zrywał się wiatr.

Strażnicy weszli na pokład i udali się do jadalni.
- Co macie do sprzedania?
- Chcieliśmy tylko zobaczyć, czy nie ma tu jakichś ciekawych zwierząt dla 

moskiewskiego Zoo.

- To znaczy, że nic nie będziecie sprzedawać?
- Nie.
- Nie ma na pokładzie żadnych zwierząt?
- Owszem, są - powiedziałem - ale nie na sprzedaż.
- Proszę mi je pokazać.
- A to dlaczego? - zdziwił się Połoskow. - Jesteśmy waszymi gośćmi i 

powinniście nam wierzyć.

- Chętnie bym uwierzył, ale wy nie znacie hobbystów. Zwożą z całej Galaktyki 

najrozmaitsze stwory, a potem mamy z tego same przykrości. Dawniej byliśmy 
uprzejmi i nie kontrolowaliśmy statków, teraz jednak przeprowadzamy kontrolę. 

background image

Nauczeni gorzkim doświadczeniem.

I strażnik, robiąc wiatr uszami, opowiedział następującą smutną historię:
- Niedawno temu zjawił się na bazarze handlarz przynosząc ze sobą mały 

woreczek oraz słoik, w którym znajdowały się białe robaki. Hodowcy ptaków 
natychmiast się na nich poznali. Nie dość, że stanowiły największy ptasi przysmak, to 
jeszcze odznaczały się wysoką kalorycznością. Jeden kupił słoik tych robaków, potem 
drugi, trzeci... A handlarz rozwiązywał woreczek i dobywał z niego wciąż nowe 
porcje. W końcu utworzyła się długa kolejka. Jako dwieście dwudziesty trzeci stał w 
niej słynny kolekcjoner egzotycznych rybek, Krabakas z Barakasu. Zaczął się z 
nudów przyglądać, jak handlarz czerpie słoikiem robaki z woreczka. I obliczył, że w 
takim woreczku może się zmieścić najwyżej trzy i pół słoika. Domyślił się zatem, że 
to jakaś nieczysta sprawa. Podszedł do handlarza i zapytał: „Czy jest to worek bez 
dna?”

- Nie, wasza wielkoduszność - przerwał w tym miejscu opowiadanie starszego 

strażnika jego zastępca - on zapytał: „Skąd bierzesz tyle robaków?”

- Co ty gadasz - wtrącił się trzeci strażnik. - Wcale nie tak było. Krabakas z 

Barakasu powiedział: „Daj no mi twój woreczek, chcę go obejrzeć”.

- Milczeć! - ofuknął swych podwładnych starszy strażnik. - Uszy wam odgryzę, 

jeśli będziecie wciąż przerywać!... Handlarz nawet nie raczył zwrócić uwagi na słowa 
Krabakasa. Może dlatego, że ma on zaledwie pół milimetra obwodu i sam 
przypomina cieniuteńkiego sinego robaka. Krabakas zwrócił się wówczas do 
stojących w kolejce kolekcjonerów i zawołał: „Nie podoba mi się ten podejrzany 
typ!”

- Wasza wielkoduszność zechce wybaczyć - wyrwał się znów zastępca - że 

ośmielę się sprostować. Krabakas z Barakasu zawołał do nich: „Łapcie złodzieja!”

- Czyś ty na głowę upadł?! - zasyczał trzeci strażnik. - Krabakas powiedział: 

„Jestem tak samo istotą rozumną jak ty, handlarzu, i nie waż się mnie lekceważyć! 
Proszę mi dać ten worek!”

- Dość! - kłapnął uszami ich zwierzchnik. - Odchodzę na emeryturę!
Zaczęli się kłócić przechodząc na swój dla nikogo niezrozumiały język, 

polegający na bardzo przemyślnym kłapaniu uszami. W jadalni szalała wichura i nie 
wiadomo, czym skończyłaby się owa kłótnia, gdyby gwałtowny podmuch mię zmiótł 
ze stołu dzbanka z kawą. Roztrzaskał się na kawałki i wtedy strażnicy umilkli 
zawstydzeni swoim zachowaniem.

- Bardzo przepraszamy - rzekł starszy strażnik. - Trochę poniósł nas 

temperament.

- Nic nie szkodzi - z trudem udało mi się powstrzymać śmiech. Alicja skoczyła po 

ścierkę, by zetrzeć z podłogi brązową kałużę.

background image

- Krabakas z Baralcasu - kontynuował swą opowieść starszy strażnik - szepnął 

kolekcjonerom o swych podejrzeniach i wspólnymi siłami odebrali handlarzowi 
woreczek. Było w nim najwyżej dwie garści robaków. Ale gdy część wyrzucili na 
ziemię, zaczęły w ich oczach dzielić się i rosnąć. Nagle z odległego końca bazaru 
doleciał krzyk przerażenia. Pewien kolekcjoner ptaków śpiewających wsypał karmę 
do klatki i ujrzał gwałtowne rozmnażanie się robaków.

- Nie - kłapnął uszami drugi strażnik. - Ośmielam się sprostować, wasza 

wielkoduszność...

Starszy strażnik miał już dość wszelkich sprostowań. Chwycił swych 

podwładnych za uszy, wypchnął z jadalni i starannie zamknąwszy drzwi, rzekł z ulgą:

- Nareszcie będę mógł spokojnie opowiadać.
Wtem drzwi uchyliły się i przez szparę wsunęło się ucho krnąbrnego strażnika.
- Ośmielę się... - zaczął.
- Nie, to już przechodzi wszelkie granice! - starszy strażnik podparł drzwi 

chudymi plecami i mówił dalej: - Robaki rozmnażały się z nieprawdopodobną wręcz 
szybkością. Po dziesięciu minutach było ich dwa razy, po godzinie sześćset razy 
więcej.

- A czym się one żywią? - spytała zdziwiona Alicja.
- Powietrzem - odpowiedział strażnik. - Oczywiście, że powietrzem.
- Tlenem! - krzyknął zza jego pleców drugi strażnik.
- Azotem! - dorzucił trzeci.
Starszy zasłonił twarz uszami, paląc się ze wstydu za swych podwładnych. 

Minęło z pięć minut, nim na tyle przyszedł do siebie, że mógł dokończyć swą 
opowieść.

- W trzy godziny później już cały rynek był zawalony metrowej grubości warstwą 

robaków, kolekcjonerzy i handlarze pouciekali gdzie pieprz rośnie.

- A tamten handlarz? - spytała Alicja.
- Przepadł bez śladu w tym zamęcie.
- Zwiał - rozległo się za drzwiami.
- Niezliczone masy robactwa rozpełzły się na wszystkie strony. Wieczorem 

dotarły do centrum miasta. Cała straż pożarna stanęła do akcji. Zalewano robaki 
wodą, pianą z gaśnic, nic nie było w stanie powstrzymać tej inwazji. Próbowano je 
palić, truć, posypywać DDT, rozdeptywać nogami - wszystko na próżno. Powietrza 
na planecie wciąż ubywało, rozdano więc maski tlenowe. Sygnały SOS pomknęły w 
najdalsze krańce Galaktyki. Ocalił nas jednak miłośnik ptaków, Krabakas z Barakasu. 
Wypuścił na robaki stado nienasytek - niewielkich ptaszków, lecz tak okropnie 
żarłocznych, że żaden szanujący się kolekcjoner ich nie trzyma - zbankrutowałby z 
kretesem. Ostatecznie udało się nam pozbyć robaków, aczkolwiek nienasytki pożarły 

background image

za jednym zamachem wszystkie mrówki, pszczoły, komary, motyle, karaluchy, 
trzmiele i żuki.

- Dlaczego ten handlarz sprzedawał tak niebezpieczne robaki? - zapytała Alicja.
- Dlaczego? Dla zysku. Jego woreczek nie miał dna.
- Nie, to wykluczone. Handlarz nie był takim głupcem. Przecież kolekcjonerzy 

prawie natychmiast go rozszyfrowali.

- Jasne, że nie był głupcem! - wykrzyknął za drzwiami drugi strażnik. - Chciał 

zniszczyć naszą planetę!

- Ale z jakiego powodu?
- Tego nie wiemy - wyznał starszy strażnik i odszedł od drzwi wpuszczając 

swych podwładnych. - Nie wiemy, ale odtąd kontrolujemy wszystkie statki, 
przybywające z Układu Słonecznego.

- Czemu właśnie stamtąd?
- To tajemnica - rzekł starszy strażnik.
- Żadna tajemnica - wtrącił drugi. - Handlarz przybył z Układu Słonecznego. To 

był Człowiek.

- Bardzo dziwne - zauważyłem. - Macie może jakiś rysopis? Jak on wyglądał?
- Nie. Dla nas wszyscy ludzie są na jedno kopyto.
- No dobrze, ale przecież mają jakieś cechy wyróżniające.
- Racja - przyznał drugi strażnik - było coś takiego.
- Milcz! - nakazał mu ostro zwierzchnik.
- Nie będę milczał. Ten człowiek chodził w nakryciu głowy z poziomymi 

skrzydłami i poprzecznym wgłębieniem.

- Nie rozumiem - zdziwiłem się. - Co za poprzeczne wgłębienie?
- Wasza wielkoduszność, proszę mu pokazać fotografię. Może właśnie oni nam 

pomogą - powiedział drugi strażnik.

- Nie wolno, to jest tajna fotografia.
- Wolno. Jak o niej powiedziałem, to już nie jest tajna.
- Mało, że powiedziałeś, zdradziłeś tajemnicę państwową.
- No więc tym bardziej można pokazać.
Jego wielkoduszność wyjął z kieszeni fotografię. Było to zdjęcie amatorskie, 

pogniecione i zatarte, mimo to bez najmniejszych wątpliwości poznaliśmy doktora 
Wierchowcewa ze słoikiem w jednej ręce oraz woreczkiem w drugiej.

- Nie do wiary! - zdumiałem się.
- Pan go zna?
- Oczywiście. Mieszka na planecie Trzech Kapitanów.
- Aj-aj-aj, na takiej dobrej planecie mieszka taki zły człowiek! Kiedy się z nim 

widzieliście?

background image

- Trzy dni temu.
- U nas był w zeszłym miesiącu. No, a teraz chodźmy wreszcie obejrzeć statek. A 

nuż znajdziemy na pokładzie robaki?

- Nie mamy żadnych robaków.
- Wypiera się - szepnął swemu zwierzchnikowi drugi strażnik. - Nie chce się 

przyznać.

- Wobec tego nie dostaniecie przepustki do miasta - oświadczył starszy strażnik. - 

Gdzie tu jest telefon? Uznamy, że cała załoga choruje na dżumę galaktyczną. Wtedy 
odlecicie dobrowolnie. W przeciwnym razie zrobimy wam taką dezynfekcję, że 
ciężko pożałujecie godziny, w której tu przybyliście.

- Naprawdę nie mamy żadnych złych zamiarów - starałem się ułagodzić 

strażnika. - Tylko raz widzieliśmy tego człowieka i nawet możliwe, że to nie był on. 
Bywają przecież ludzie bliźniaczo do siebie podobni. I po cóż by doktor, kustosz 
muzeum, miał sprzedawać robaki?

- Nie wiem - powiedział smutno Uszanin. - Tyle nieszczęść na nas spadło. 

Przestaliśmy już wierzyć naszym gościom.

- A co jeszcze się stało?
- Niech pan lepiej nie pyta. Ktoś wytępił prawie wszystkie bajdury.
- Bajdury?
- Tak. To są nasze ulubione ptaki.

background image

POSZUKUJEMY BAJDURA

Na bazar wybraliśmy się z Alicją pieszo, każąc łazikowi przyjechać po nas za 

dwie godziny.

Ranek był cudowny, pomarańczowe niebo jasne i czyste, na nim delikatne zielone 

obłoki, a pod nogami miękki błękitny piasek.

Szliśmy główną aleją miasta. Po obu jej stronach stały hotele - każdy inny, 

zbudowany specjalnie dla mieszkańców tej bądź innej planety lub systemu 
gwiezdnego.

Był hotel „Krak”, wyglądający jak dziecinny balonik o średnicy stu metrów. Od 

spodu wystawały końce antygrawitatorów. Zatrzymywali się w nim przyzwyczajeni 
do nieważkości kosmiczni nomadowie, którzy nie mieli własnej planety. Latali na 
kometach lub rojach meteorów i tam rozstawiali swe namioty.

Potem minęliśmy Hotel „Rajski Azyl”, również w kształcie kuli, ale twardej, 

masywnej i do połowy wkopanej w ziemię. Zobaczyliśmy na niej tabliczkę „Tylko 
dla mieszkańców planet metanowych”. Przez szczelinę w nie domkniętych drzwiach z 
sykiem wydobywał się gaz.

Następny hotel „Patelnia” miał mury tak rozpalone, że mimo stu warstw 

izolacyjnych nie sposób go było dotknąć. W „Patelni” zatrzymywali się mieszkańcy 
gwiazd, dla których kąpiel w gorącej lawie była tym samym, czym dla nas latem 
pluskanie się w rzece.

Widzieliśmy dalej hotele zawieszone w powietrzu bądź zakopane w ziemi, z 

drzwiami umieszczonymi na dachu lub w ogóle bez drzwi i okien. I oto nagle 
spostrzegliśmy niewielki budynek z kolumnami, o najzwyklejszych w świecie oknach 
i drzwiach. Na tabliczce widniał napis: „Wołga-matka”.

- Patrz, tatusiu, to jest na pewno hotel dla ludzi! - zawołała Alicja.
Staliśmy chwilę, gdyż widok ten sprawiał nam taką przyjemność, jak nagłe 

spotkanie z bliskim a dawno nie widzianym znajomym.

Z hotelu wyszedł wysoki mężczyzna w mundurze kosmonauty floty handlowej. 

Skinął nam głową, a my zagadnęliśmy:

- Dzień dobry. Skąd pan przybywa?
- Przywieźliśmy z Ziemi regeneratory tlenu dla planety Błuk. Może pan słyszał, 

co oni tu przeżyli? Groził im całkowity zanik powietrza.

Alicja podczas tej rozmowy stała obok i przyglądała się hotelowi. Nagle 

szarpnęła mnie za rękę:

- Tatusiu, spójrz, kto tam stoi!
Z okna na drugim piętrze obserwował nas doktor Wierchowcew. Napotkawszy 

mój wzrok, gwałtownie cofnął się w głąb pokoju.

background image

- Niemożliwe! - wykrzyknąłem. - Jakim cudem zdążyłby tu przylecieć!
- Chodź, zapytamy, skąd się tu wziął - rzekła Alicja.
Drzwi wejściowe były ciężkie, rzeźbione, z wygiętą pozłacaną klamką. 

Prowadziły do holu urządzonego na wzór bojarskiego tereniu. Ściany były pokryte 
malowidłami z powtarzającym się motywem postaci pięknych kobiet i jednorożców, a 
pod ścianami ciągnęły się szerokie ławy. Widocznie architekci uszańscy oglądali 
znakomity dwudziestoodcinkowy serial telewizyjny „Borys Godunow”. Zatrzymałem 
się pośrodku tych bojarskich komnat i powiedziałem do Alicji:

- Zaczekaj, córeczko. Coś mi się w tym wszystkim nie podoba.
- Dlaczego?
- No pomyśl sama - dopiero rozstaliśmy się z doktorem Wierchowcewem, 

przylatujemy tu i strażnicy mówią nam, że omal nie zniszczył ich planety, sprzedając 
białe robaki, a w chwilę później widzimy go w oknie hotelu.

- Tym bardziej powinniśmy go zapytać, co to za historia - odpowiedziała Alicja.
- No dobrze - zgodziłem się i podszedłem do długiego stołu, za którym między 

wypchanym łabędziem a plastykowym koszem stał uszasty portier w białej kurtce.

- Czy mógłbym się dowiedzieć - spytałem - jaki numer zajmuje doktor 

Wierchowcew?

- Chwileczkę, dzielny młodzianie - odpowiedział portier i założywszy uszy za 

plecami, otworzył opasłą księgę w skórzanej oprawie, z klamrami: - Wierchowcew... 
- mamrotał: - Wie-ri-cho-wi-cew... Jest Wierchowcew!

- Który pokój zajmuje?
- Drugie piętro, komnata osiem - odpowiedział portier. - Jesteście jego 

przyjaciółmi?

- Znajomymi - wyjaśniłem przezornie.
- Przykro pomyśleć - mruknął portier - że taki zły i ordynarny gość ma takich 

miłych znajomych.

- A co się stało? - zapytałem. - Obraził was?
- Proszę na drugie piętro. Komnata numer osiem. I niech pan powie temu 

bisurmanowi, że jeśli dalej będzie gotował parówki na łóżku i demolował roboty-
pokojowców, wyprosimy go z naszego zajazdu cieszącego się znakomitą renomą.

- A na mnie Wierchowcew zrobił wrażenie człowieka bardzo spokojnego - 

powiedziałem do Alicji, gdy wchodziliśmy po schodach. Z góry zbiegali 
Lineańczycy, Fiksjanie oraz inne istoty żyjące na planetach, na których, są takie same 
warunki jak na Ziemi. Niektórzy nieśli klatki, akwaria, klasery lub po prostu torby. 
Spieszyli na bazar.

Numer osiem znajdował się na samym końcu długiego korytarza wysłanego 

mnóstwem perskich dywanów. Zatrzymaliśmy się przed plastykowymi drzwiami 

background image

robionymi na dąb. Nacisnąłem dzwonek.

Żadnej odpowiedzi.
Zapukałem. Od lekkiego pchnięcia drzwi się posłusznie otworzyły. Niewielki 

pokój był umeblowany i ozdobiony według ilustracji znajdujących się w powieściach 
historycznych z życia Ziemi. Kryształowy żyrandol i lampa naftowa bez knota, 
wolframowy samowar i japoński parawan. Ale Wierchowcewa nie było.

- Doktorze! - zawołałem. - Jest pan tam?
Żadnej odpowiedzi.
Alicja weszła do środka i zajrzała za parawan.
- Chodźmy stąd - powiedziałem stojąc na progu - nie wypada wchodzić do 

cudzego pokoju...

- Zaraz, tatku.
Za plecami usłyszałem czyjś przyspieszony oddech. W drzwiach sąsiedniego 

pokoju stał bardzo otyły mężczyzna w czarnym skórzanym ubraniu. Miał grube 
miękkie wargi i kilka podbródków zwisających na kołnierzyk.

- O kogo panu chodzi? - zapytał cienkim dziecinnym głosem.
- Szukamy znajomego.
- Przepraszam, mieszkam obok i słyszałem, jak pięć minut temu ten pan wyszedł. 

Chciałem więc o tym poinformować.

- A nie wie pan, dokąd wyszedł?
Grubas podrapał się w brodą, a raczej w kilka bród, namyślając się chwilę.
- Przypuszczam, że na bazar. Dokąd mógłby iść?
Udaliśmy się i my na bazar. „Straszny oryginał z tego Wierchowcewa” - 

rozmyślałem.

Minęliśmy hotel „Akwarium”, przeznaczony dla mieszkańców planet pokrytych 

wodą, oraz drugi - w kształcie czajnika, z którego buchały kłęby pary. Mieszkali tam 
Kuksovrie z Paracelsusa. Panuje tam straszliwy upał, woda wrze i całą planetę 
spowija gęsta para.

Z hoteli wychodzili goście. Wielu miało na sobie skafandry, i to najróżniejszego 

rodzaju. Ten i ów pełznął po ziemi, ten i ów płynął nad ulicą. Pod nogami przemykali 
się kolekcjonerzy niewiele więksi od mrówki, obok nich stąpali inni niewiele mniejsi 
od słonia.

Im bliżej bazaru, tym większy panował tłok, wziąłem więc Alicję za rękę, by 

niechcący na kogoś nie nadepnęła lub też ktoś niechcący na nią nie nadepnął.

Bazar ciągnął się na przestrzeni wielu kilometrów. Był podzielony na kilka 

sekcji. Najpierw szliśmy przez sekcję kolekcjonerów muszel, potem sekcję 
bibliofilów, wreszcie z trudem przepchnęliśmy się przez sekcję zbieraczy minerałów 
oraz drogich kamieni. Między stoiskami kwiatów posuwaliśmy się dość swobodnie, 

background image

tylko w pewnej chwili musiałem wziąć Alicję na ręce, gdyż zrobiło się jej słabo od 
zapachu fiksjarskich róż.

Ale gdy znaleźliśmy się w sekcji filatelistów, poprosiła mnie:
- Chwileczkę, tatku.
Kilometrowy plac był zastawiony składanymi stolikami. Stolików tych, jak mnie 

poinformował jeden z tubylców, „było czternaście tysięcy trzysta. Siedzieli przy nich 
filateliści - po dwóch, gdzieniegdzie po czterech. I wymieniali znaczki. Ci, dla 
których zabrakło miejsca przy stolikach, czynili to samo stojąc lub spacerując obok. 
Alicja kupiła serie ruchomych znaczków stereoskopowych z syriańskimi ptakami, 
znaczek czarnogórski z roku 1896, klaser do znaczków fiksjańskich, który sam je 
umieszczał w odpowiednich miejscach, wystarczyło tylko podać. Potem jeszcze 
wymieniła znaczek czarnogórski na dwa z planety Szeszyneru.

- Specjalnie dla ciebie, tatku.
Jeden znaczek był całkiem biały, na drugim widniał napis drobnym maczkiem: 

„Młody sklis na pastwisku”.

- Chciałeś się czegoś dowiedzieć o sklisach.
- Ale gdzież ten sklis?
- Sklis ukaże się jutro - wyjaśnił stojący za nami grubas, którego niedawno 

spotkaliśmy w hotelu.

- Jak to? Nie rozumiem.
- Bo na tych znaczkach wizerunek ukazuje się tylko w ściśle oznaczonych 

terminach - dodał.

- A co się ukaże na tym drugim?
- Na drugim? Nic. To znaczek używany.
- Dlaczego więc go wymieniają? - zdziwiłem się.
- To niesłychanie rzadki egzemplarz. Mieszkańcy Szeszyneru nie lubią pisać 

listów i stąd prawie wszystkie znaczki z ich planety są nie używane. Natomiast puste 
stanowią prawdziwy rarytas. Pańska córka słusznie zrobiła nabywając ten znaczek.

Grubas pożegnał nas machnięciem ręki i oddalił się spiesznym podrygującym 

krokiem.

Omal nie zabłądziliśmy w licznych sekcjach, podsekcjach i działach bazaru. 

Wreszcie usłyszeliśmy gdzieś z bliska głosy ptaków, ryki zwierząt i bzykanie 
owadów. Wyszliśmy na plac, na którym znajdowało się mnóstwo klatek, akwariów, 
sadzo w i zagród. Był to właśnie dział wszelakich zwierząt żyjących w Kosmosie.

Nawet mnie, doświadczonemu biologowi, trudno było zorientować się w tym, co 

ujrzeliśmy. Była tu wielka rozmaitość zwierząt i niekiedy jeszcze większa ich 
właścicieli, toteż od razu na wstępie popełniłem poważną gafę. Podszedłem do 
ciemnoniebieskiego ptaka o trzech żółtych dwumetrowych nogach. Od jednej nogi 

background image

ciągnął się łańcuszek do jego właściciela, którego posiać składała się z wielu 
kolorowych kul. Nie wiedziałem, z jakiej planety pochodzi. Zbliżywszy się doń, 
zapytałem, ile chce za tego pięknego ptaka. I nagle w czystym języku kosmicznym 
odpowiedział mi ptak:

- Ja nie jestem na sprzedaż. Ale jeśli pan sobie życzy, mogę sprzedać tego oto 

kulecznika nakrapianego. A poza tym wypraszam sobie podobne zniewagi.

No cóż, moja wina, zupełnie nie poznałem się na tym, kto kogo trzyma na 

łańcuszku. Stojący wokół kolekcjonerzy i handlarze wybuchnęli gromkim śmiechem, 
co tak dalece rozgniewało ptaka, że stuknął mnie w głowę długim dziobem.

Odszedłem czym prędzej widząc, że wpadł w złość i zamierza się do następnego 

ciosu.

- Tatku, chodź no tu - przywołała mnie Alicja. - Zobacz, jakie to ciekawe.
Oderwałem się od chrząszczy kryształowych, które już dawno pragnęliśmy 

zdobyć dla Zoo, i podszedłem do niej.

Stała przed dużym akwarium. Obok, na malutkim krzesełku, siedział karzełek.
- Zobacz, jakie ciekawe zwierzęta sprzedaje ten człowiek.
- Nic tu nie widzę - wyznałem. - Przecież to akwarium jest puste.
Karzełek westchnął żałośnie i strząsnął łzę z policzka.
- Pan nie pierwszy - jęknął - nie pierwszy.
- A co pan tu ma w tym akwarium? - spytałem. - Mikroorganizmy?
- No nie, to okropne! - wykrzyknął karzełek. - Odchodzę stąd. Odchodzę na 

zawsze.

- Tatku - poinformowała mnie Alicja szeptem, który było słychać na odległość 

dziesięciu metrów. - Tam są niewidzialne ryby latające. Wiem od niego.

- Niewidzialne?
- Dziewczynka mówi prawdę - potwierdził - karzełek. - To są zwykłe 

niewidzialne ryby.

- Bardzo interesujące. A jak pan je łowi?
- Sieciami. Niewidzialnymi. Ryby lecą, lecą, wpadają w niewidzialne sieci, a ja 

zawożę je do domu.

- Czy mogę jedną potrzymać? - zapytałem.
- Potrzymać? - karzełek był niezmiernie zdziwiony. - W jaki sposób chce pan ją 

trzymać?

- W rękach.
- Przecież pan nie zdoła jej utrzymać.
- Dlaczego?
- Dlatego, że latające ryby są niesłychanie zwinne, jeszcze się ich nie dotknie, a 

już umykają. Pan mi nie wierzy?

background image

Milczałem. Wówczas karzełek podniósł ręce i zawołał:
- Proszę bardzo! Niech pan je ogląda, bierze do ręki, wypuszcza na wolność! 

Niech pan robi, co chce! Poniża mnie! Znieważa!

Ściągnął z akwarium dużą płachtę i chwyciwszy moją rękę, siłą zanurzył ją w 

akwarium.

- No? - krzyczał - No? Złapał pan? Nic pan nie złapie!
Wyczuwałem ręką jedynie pustkę. Żadnych ryb nie było w akwarium.
- Nic tu nie ma - stwierdziłem.
- No widzicie? - karzeł, zalewając się łzami, zwrócił się do otaczających nas 

gapiów. - Przekonał się, że tych ryb nie można schwytać, tylko nie chce się przyznać!

Pobełtałem wodę w pustym akwarium i ledwie wyjąłem rękę, karzeł znów 

zawrzasnął:

- On wypuścił moje ryby! Wypłoszył je! Przecież ostrzegałem, że nie wolno 

bełtać wody w akwarium.! Zostałem żebrakiem! To on mnie zrujnował!

Widzowie zaczęli szemrać niechętnie w dwudziestu językach i spoglądali na 

mnie potępiająco.

Nawet Alicja szepnęła:
- Jak mogłeś to zrobić, tatusiu?
- Czy doprawdy nie rozumiecie - zwróciłem się do nich - że w akwarium nic nie 

było?

- Skąd możemy wiedzieć? - odparł białowąsy, pręgowany jak tygrys mieszkaniec 

planety Ikes. - A jeśli on mówi prawdę? Jeśli ryby są niewidzialne i nie wolno ich 
chwytać ręką? Jak możemy sprawdzić, czy to kłamstwo?

- No jasne - poparł go Uszanin. - Po co miałby lecieć z drugiej planety i 

przywozić puste akwarium.

- Aby je co dzień w kółko sprzedawać - odpowiedziałem.
Nikt jednak nie chciał mnie słuchać.
Musiałem zapłacić zdesperowanemu karzełkowi za dziesięć niezwykłych ryb. 

Widocznie nie spodziewał się, że tak prędko ustąpię, gdyż niepomiernie wzruszony 
dziękował mi i obiecywał, że jeśli schwyta niewidzialną rybę, na pewno mi ją 
przyniesie. A gdy odchodziliśmy, rzekł do Alicji:

- Dziewczynko, przyjmiesz ode mnie mały podarek?
- Bardzo chętnie. Sprawi mi wielką przyjemność.
- Masz.
Poszperał w kieszeni i wyjął stamtąd pustą rękę. Zwinął dłoń, jakby coś w niej 

było, i ostrożnie podał Alicji.

- To jest czapka-niewidka. Weź, nie krępuj się. Lubię obdarzać miłych ludzi 

kosztownymi prezentami. Tylko uważaj. Czapka jest utkana z tak cieniuteńkiej 

background image

przędzy, że nic nie waży i nie czuje się jej w ręku.

Alicja podziękowała naciągaczowi, udała, że chowa prezent do torby, i poszliśmy 

dalej.

Nagle wpadło nam pod nogi dziwaczne stworzenie. Wyglądało jak puszysta kula 

na patyczkach i sięgało mi do kolan. Było oryginalnie ubarwione - białe kropki na 
jasnoczerwonym tle, zupełnie jak muchomor.

- Łap go, tatku! - zawołała Alicja. - Na pewno komuś uciekł.
- Ani myślę - odparłem, chowając do kieszeni prawie pusty portfel. - Może to nie 

zwierzę, lecz kolekcjoner szukający zbiegłego zwierzęcia. Złapię go, a on wezwie 
policję i oskarży mnie o obrazę honoru, ponieważ nie rozpoznałem w nim istoty 
rozumnej.

I nagle zobaczyliśmy, jak tropem czerwonej kuli pędzi gruba dwugłowa żmija w 

wytwornym opalizującym skafandrze.

- Pomóżcie mi! - wołała. - Indykator uciekł.
Czerwona kula usiłowała skryć się za moimi nogami, lecz żmija wyciągnęła 

jedną spośród stu cienkich nóżek dyndających, po jej bokach i zgarnęła uciekiniera. 
Natychmiast zmienił barwę z czerwonej na żółtą i podkulił proste nóżki.

- Przepraszam panią - zagadnąłem grubą żmiję - co to za zwierzę?
- Mało interesujące - powiedziała żmija. - Jest ich mnóstwo na naszej planecie. 

Nazywamy je indykatorami. Nie umieją mówić, za to zmieniają kolor w zależności od 
doznań. I nieraz zdarzają się bardzo ciekawe odcienie. Może ma pan przy sobie 
kostkę cukru?

- Niestety.
- Szkoda - powiedziała żmija i wydobyła skądś kostkę.
Na widok cukru kula zagrała wszystkimi odcieniami koloru lila.
- Cieszy się - wyjaśniła żmija. - Prawda, że to ładne?
- Bardzo - przyznałem.
- Specjalnie wymyślamy dla nich nowe wrażenia, by uzyskać oryginalne kolory. 

Chce pan, to go uderzę? Zrobi się czarny.

- Ależ nie, proszę go nie bić - powiedziałem. - Natomiast chętnie bym go kupił 

dla moskiewskiego Zoo.

- Nie sprzedam go - odparła jedna z głów żmii, podczas gdy druga zwisła 

milcząco. - Ale mogę wymienić.

- Niestety, nie mam nic na wymianę.
- A na ten egzemplarz, na to zwierzątko? - żmija wskazała Alicję dziesięcioma 

nóżkami naraz.

- Nie mogę - starałem się mówić jak najdelikatniej, mając świeżo w pamięci 

niedawną gafę. - To moja córka.

background image

- Ach, co za okropność! - wykrzyknęła gniewnie żmija. - Natychmiast zawezwę 

straż porządkową. To przecież wzbronione!

- Co jest wzbronione? - zdziwiłem się.
- Handlowanie własnymi dziećmi. Jak również - wymiana ich na zwierzęta. Nie 

czytał pan regulaminu przy wejściu na bazar? Bestia! Barbarzyńca!

- Ależ myli się pani - powiedziałem ze śmiechem. - Z takim samym 

powodzeniem mógłbym sprzedać Alicję, jak i ona mnie.

- To jeszcze gorzej! - zawołała żmija przyciskając do piersi kolorową kulę. 

Indykator, najwidoczniej przestraszony, zbielał i wzdłuż jego grzbietu wystąpiły 
czerwone krzyżyki. - Córka handlująca rodzonym ojcem! Widziane to rzeczy?!

- Ależ daję słowo - zacząłem błagalnie - nie ma mowy o żadnym handlu! U nas 

na Ziemi w ogóle nie handluje się ludźmi. Po prostu przyszliśmy tu razem, aby kupić 
coś ciekawego dla Zoo.

Żmija namyślała się chwilę, po czym rzekła:
- Sama nie wiem, czy wam wierzyć. Lepiej zapytam indykatora. On jest taki 

czuły. - Pochyliła nad nim obie głowy i spytała: - Czy tym dziwnym istotom można 
wierzyć?

Indykator spłynął szmaragdową zielenią.
- Zdumiewające, on twierdzi, że można.
Uspokojona, dodała całkiem innym tonem:
- A chciałbyś, żebym cię im oddała?
Indykator zabłysnął złociście niby promień słońca.
- Bardzo chciałby - wyjaśniła jego uczucia. - Bierzcie go więc, zanim się 

rozmyślę. I jeszcze na dodatek informator: „Jak karmić indykatory i jak wywołać 
bladoróżowe emocje”.

- Doprawdy nie wiem, co mógłbym dać w zamian.
- Nic - powiedziała. - Obraziłam pana swymi podejrzeniami. Jeśli w zamian za 

niego zechce mi pan wybaczyć, będę szczęśliwa aż do wieczora.

- Ależ my nie czujemy do pani urazy.
- Najmniejszej - dodała Alicja.
Żmija machnęła mnóstwem swych nóżek, kulisty indykator wzleciał w powietrze 

i wpadł prosto w ręce Alicji. Był ciągle złocisty, tylko po jego grzbiecie przebiegały 
jak żywe błękitne smużki.

- Jest bardzo zadowolony - oświadczyła żmija i czym prędzej odpełzła nie 

słuchając naszych protestów.

Indykator zeskoczył z rąk Alicji i szedł za nami kiwając się na cienkich 

patykowatych nóżkach.

Spotkaliśmy po drodze całą rodzinę Uszanów. Ojca, który miał uszy większe od 

background image

słoniowych, mamę oraz sześcioro Uszaniątek.

- Spójrz, tatku.! - zawołała Alicja. - Czy to kanarek?
- Tak.
- Pan się myli - wyjaśnił poważnym tonem Uszanin. - To jest rajski ptak. Wcale 

nie mieliśmy zamiaru go kupować. Szukaliśmy autentycznego bajdura.

- I nie znaleźliśmy - wymówiły chórem Uszanięta: - Nie ma ani jednego bajdura.
- Zdumiewająca rzecz! - dodała Uszanka. - Jeszcze w zeszłym roku było ich 

pełno na bazarze, a dziś jakby je wymiótł. Nie wie pan przypadkiem, co się stało?

- Niestety - odpowiedziałem.
- Tatusiu - rzekła Alicja, gdy Uszanie odeszli - musimy zdobyć bajdura.
- Po co? - zdziwiłem się.
- Bo wszyscy chcą go koniecznie mieć.
- Zgoda, poszukamy bajdura. Ale proponuję, byśmy przedtem spróbowali znaleźć 

pająka-tkacza-troglodytę. Musimy go kupić, jeśli tylko się uda. Jest to ciche marzenie 
naszego Zoo.

background image

KUPILIŚMY BAJDURA

Obeszliśmy z Alicją cały bazar, kupiliśmy dla Zoo osiemnaście sztuk różnych 

ssaków ptaków, z których większość była dotychczas na Ziemi zupełnie nie znana. 
Alicja wypytywała po kolei wszystkich handlarzy bądź też kolekcjonerów:

- Gdzie można kupić bajdura?
Odpowiedzi przeważnie były sprzeczne:
- Bajdury przestały składać jaja.
- Bajdury wymarły na jakąś bardzo tajemniczą chorobę.
- Bajdurów nie wolno hodować.
- Ktoś wykupił wszystkie bajdury żyjące na planecie.
I tak dalej, mnóstwo jeszcze innych wersji. Wciąż jednak nie wiedzieliśmy, co tu 

naprawdę zaszło. Wszyscy przyznawali, że bajdury były bardzo popularnymi 
ptakami, chętnie trzymano je w domu i w ogrodach zoologicznych. Ale w ciągu 
ostatniego roku prawie wszystkie gdzieś znikły. Opowiadano, że jacyś ludzie chodzili 
po domach i wykupywali ptaki. Że ktoś wykradł je z Zoo. Że w największym ich 
skupisku wybuchła zaraza i wszystkie wyginęły. Im mniej było nadziei na znalezienie 
bajdura, tym goręcej Alicja pragnęła bodaj rzucić na niego okiem.

- Czym wyróżniają się te ptaki? - zapytałem Krabakasa z Barakasu, z którym 

przed chwilą zawarliśmy znajomość.

- Niczym - odpowiedział uprzejmie, zwijając w pierścienie niebieskosiny ogon. - 

Umieją mówić.

- Papugi również mówią.
- O papugach nie słyszałem. Ale może u was papugami nazywa się bajdury?
- Być może - zgodziłem się, choć wydało mi się wątpliwe, aby papugi mogły 

występować na tej planecie. - A gdzie te bajdury żyją?

- Czego nie wiem, to nie wiem - odpowiedział Krabakas z Barakasu. - Może 

właśnie żyły tutaj? Słyszałem, że mogą latać na inne planety i zawsze wracają do 
rodzinnego gniazda.

- Nic z tego, nie znajdziemy bajdura - powiedziałem do Alicji. - Czas wracać. 

Zwłaszcza że twój indykator na pewno jest głodny.

Indykator usłyszał moje słowa i z zadowolenia zrobił się seledynowy.
Szliśmy już w stronę wyjścia, gdy nagle zatrzymał mnie krzyk. Krabakas niczym 

trąba powietrzna wzbił się nad klatkami.

- Hej! - wołał. - Ziemianinie, chodź tu czym prędzej!
Wróciłem. Krabakas zwinął się w kłębek i powiedział:
- Chcieliście zobaczyć bajdura? No to macie wręcz bajeczne szczęście. Za moimi 

klatkami ukrył się ktoś, kto przyniósł prawdziwego dorosłego bajdura.

background image

Alicja, nie dosłuchawszy do końca, biegła już ku nam, za nią dreptał indykator 

mieniąc się z niecierpliwości wszystkimi kolorami tęczy.

Za ścianą klatek chował się niziutki tubylec ze skulonymi uszami. Trzymał za 

ogon dużego białego ptaka. Ptak miał dwa dzioby i złotą koronę na głowie.

- Ojej - wymówiła Alicja - poznajesz go, tatku?
- Rzeczywiście coś znajomego...
- „Coś znajomego”! - przedrzeźniła mnie. - Ten ptak siedzi na ramieniu 

Pierwszego Kapitana. Pamiętasz pomnik?

Miała rację. Oczywiście, że tak. Rzeźba artysty wyobrażała bajdura.
- Sprzedaje pan tego ptaka? - zapytałem Uszanina.
- Ciszej! - syknął. - Jeśli nie chce pan mojej zguby, proszę ciszej!
- Radzę kupić bez korowodów - rzekł mi na ucho Krabakas z Barakasu. - Sam 

bym to zrobił, lecz panu jest bardziej potrzebny. Może to ostatni bajdur na tej 
planecie?

- Ale czemu taka tajemnica? - spytałem.
- Gdybym to wiedział - odparł właściciel bajdura. - Mieszkam daleko od miasta i 

rzadko tu bywam. Kilka lat temu ten bajdur przyleciał do mnie. Był wycieńczony i 
ranny. Odchuchałem go, leczyłem i odtąd został w moim domu. Musiał bywać w 
swoim życiu na różnych planetach. Zna wiele języków. Parę dni temu byłem za 
interesem w mieście i spotkałem tam mego starego przyjaciela. Siedzieliśmy w 
restauracji, gadaliśmy i całkiem przypadkowo dowiedziałem się od niego, że w 
mieście w ogóle już nie ma bajdurów. Ktoś je skupuje albo też zabija. Zwierzyłem się 
wówczas przyjacielowi, że mam w domu jednego bajdura. „Pilnuj go jak oka w 
głowie” ostrzegł mnie. Naraz podszedł do nas pewien Ziemianin mówiąc, że chce 
kupić bajdura.

- Czy był w kapeluszu? - przerwała nagle Alicja.
- Tak - odpowiedział Uszanin. - A skąd wiesz o tym?
- Starszy i chudy?
- Tak.
- Więc to on - stwierdziła.
- Jaki on? - spytał Krabakas z Barakasu.
- Ten sam, który sprzedawał robaki.
- Jasne, że to ten łajdak! - wykrzyknął Krabakas.
- Chwileczkę, pozwólcie mi skończyć - zmitygował nas Uszanin. - Otóż wtedy 

odmówiłem sprzedaży mojego ulubionego ptaka i wyjechałem z miasta. Wyobraźcie 
sobie, że tej samej nocy ktoś usiłował wtargnąć do mego domu. Następnej nocy 
chciano go podpalić, ale śpiący czujnie bajdur zdążył mnie obudzić. Wczoraj 
znalazłem nie dokończony podkop pod mój dom. A dziś ktoś wrzucił do mej sypialni 

background image

ogromny kamień. Zrozumiałem więc, że gdy zostawię ptaka u siebie, to koniec ze 
mną. Jeżeli pan nie obawia się śmierci, proszę go wziąć, lecz nie odpowiadani za 
konsekwencje.

- Niech pan bierze - powiedział Krabakas. - To piękny i rzadki ptak, a wy 

przecież stąd odlatujecie. Nic wam nie grozi.

- Weźmiemy, tatku? - spytała Alicja wyciągając do bajdura rękę.
Nim zdążyłem odpowiedzieć, ptak sfrunął lekko na ramię Alicji.
- Żegnaj, przyjacielu - westchnął Uszanin.
Dałem mu pieniądze i natychmiast uciekł. Nawet ich nie przeliczył.
- Bajdura należy karmić białym chlebem - rzekł nam przy pożegnaniu zacny 

Krabakas - i mlekiem. Bardzo odżywczy jest również syrop z dzikiej róży.

Powiedziawszy to, zwinął się w sinoniebieski kłębek i ułożył na klatkach z 

kanarkami.

Podążyliśmy do wyjścia. Przodem szła Alicja z bajdurem na ramieniu. 

Wprawdzie nie wymówił dotychczas ani słowa, lecz tym się nie martwiłem. Za Alicją 
dreptał indykator przybierając w zamyśleniu coraz to inne kolory. Następnie szedłem 
ja prowadząc na smyczy kupionego za szalone pieniądze, bardzo rzadkiego i prawie 
rozumnego pająka-tkacza-troglodytę. Pająk tkał starannie wełniany szal w pepitkę, 
gotowa część wlokła się po ziemi. Z tyłu jechał automatyczny łazik tak zastawiony 
klatkami i akwariami, że nawet szpilki nie byłoby gdzie wetknąć. Oglądali się za 
nami kolekcjonerzy, ze wszystkich stron padały różnojęzyczne okrzyki:

- Patrzcie, bajdura niosą!
- Bajdur! Żywy bajdur!
Nagle ptak przechylił głowę na bok i wymówił po rosyjsku:
- Uwaga! Lądowanie na tej planecie jest niemożliwe. Przechodzę na orbitę 

planetarną, a ty, drogi przyjacielu, nie zapomnij włączyć amortyzatorów.

Skończywszy, przeszedł od razu na jakiś nieznany język i trajkotał ze dwie 

minuty.

- To ci papuga! - rzekła Alicja.
Bajdur umilkł i powtórzył:
- To ci papuga!
Po chwili namysłu wymówił moim głosem:
- Ale czemu taka tajemnica?
I z kolei głosem swego niedawnego właściciela:
- Tej samej nocy ktoś usiłował wtargnąć do mego domu. A następnej - chciał go 

podpalić.

- Nie ma wątpliwości - powiedziałem. - Mieliśmy fantastyczne szczęście, Alicjo. 

To jest superpapuga, ptak nad ptaki. Zapamiętuje wszystkie słowa, i to od razu.

background image

Bajdur tymczasem znów zaczął po rosyjsku:
- Słuchaj, Drugi, nie mam dla ciebie nic na pamiątkę. Jeśli chcesz, weź mego 

bajdura. Będzie ci przypominał o naszych wędrówkach - przecież jego głowa 
przechowuje wszystko, co usłyszał. I ty wiesz, jak go nastroić na odpowiedni tekst.

Odpowiedział sam sobie innym głosem:
- Dziękuję, Pierwszy. Na pewno się jeszcze zobaczymy...
Nagle w gardle bajdura coś zatrzeszczało, zawyło, jakby gdzieś w oddali 

startował pojazd kosmiczny.

- Rozumiesz, tatku, co on mówi? - spytała Alicja.
- Chyba tak - odpowiedziałem. - Chyba są to głosy słynnych kapitanów.
Wyszliśmy z placu starając się obejść bokiem sekcję filatelistów, by z całym 

naszym dość niepowszednim majdanem nie przepychać się w tłumie. Wtem podbiegł 
do nas znajomy grubas w czarnym skórzanym ubraniu.

- No i jak? - zapytał. - Zadowolony pan z zakupów?
- Owszem - odpowiedziałem. - Całkowicie.
- Kupiliśmy bajdura - oznajmiła z dumą Alicja. - Nie ma pan pojęcia, jakie on 

ciekawe rzeczy opowiada.

A bajdur jak na zamówienie otworzył dzioby, wyprostował koronę na głowie i 

przemówił głosem Pierwszego Kapitana:

- Wiesz dobrze, Drugi, jak bardzo pragnąłbym znów polecieć w Kosmos. 

Jednakże wszystko ma swoje granice.

Grubas odwrócił się do Alicji, zobaczył bajdura i jego twarz upodobniła się do 

płaskiego naleśnika, oczy zbielały i skryły się głęboko w orbitach.

- Niech pan mi odstąpi tego ptaka - powiedział.
- A to dlaczego? - zdziwiłem się.
- Bo tak trzeba - rzekł wyciągając do bajdura rękę, ten zaś wykorzystał ten 

moment i dziobnął go boleśnie w palec.

- Oj! - krzyknął grubas. - Ty przeklęta kreaturo! Od dawna na ciebie poluję!
- Proszę zabrać rękę - powiedziałem.
- Przepraszam pana - zreflektował się grubas. - Ja rzeczywiście od dawna szukam 

bajdura. Specjalnie po niego przyleciałem z odległości osiemdziesięciu lat 
świetlnych. Nie może mi pan odmówić. Zapłacę, ile pan zażąda.

- Pańskie pieniądze na nic się nie zdadzą - odpowiedziałem. - U nas na Ziemi w 

ogóle już nie ma pieniędzy. Zabieramy je tylko lecąc w Kosmos, i to tam, gdzie 
jeszcze się ich używa.

- Dam za tego ptaka, cokolwiek pan zechce! Podaruję panu cały ogród 

zoologiczny!

- Nie - odparłem stanowczo. - O ile wiem, bajdury już prawie całkiem wyginęły. 

background image

A w Zoo ptak będzie bezpieczny.

- Proszę mi go oddać! - zawołał grubas ze złością. - Bo zabiorę siłą.
- Niech pan spróbuje!
Obok przechodzili dwaj policjanci uszańscy. Odwróciłem się, by wezwać ich na 

pomoc, lecz grubas jakby pod ziemię się zapadł.

Poszliśmy dalej.
- Widzisz, tatku, że z bajdurami wiąże się jakaś tajemnica - powiedziała Alicja. - 

Nikomu go nie oddawaj.

- Nie obawiaj się - uspokoiłem ją.
Szliśmy pustą drogą. Za niewysokim ogrodzeniem huczał bazar. Przed nami 

widać już było hotele Palaputry. Nagle usłyszeliśmy z tyłu czyjeś lekkie kroki. 
Obejrzałem się i osłupiałem z wrażenia.

Drogą biegł doktor Wierchowcew. Kapelusz miał przekręcony na bok, ubranie 

zmięte, wydawał się jeszcze chudszy niż przedtem.

- Profesorze - rzeki do mnie zdyszany - grozi wam straszne niebezpieczeństwo. 

Jak to dobrze, że udało mi się was dogonić. Co za szczęście!

- Jakie niebezpieczeństwo? - spytałem.
- To dotyczy bajdura. Jeśli pan natychmiast się go nie pozbędzie, wasz statek 

czeka katastrofa. Wiem o tym z całą pewnością.

- Panie doktorze Wierchowcew - odpowiedziałem gniewnie - pańskie 

postępowanie jest co najmniej szokujące. Na planecie Trzech Kapitanów zachowywał 
się pan bardzo dziwnie, twierdził pan, że nie wie, jakiego ptaka wyrzeźbił artysta na 
pomniku. Następnie jak nam mówiono, przybył pan tutaj i usiłował całkowicie 
pozbawić tę planetę tlenu, sprzedając białe robaki. Wręcz skandalicznie zachowywał 
się pan w hotelu, gotując na łóżku parówki i demolując obsługujące roboty. Teraz z 
kolei domaga się pan od nas bajdura... Chwileczkę, proszę nie przerywać. Gdy pan się 
opamięta, proszę przyjść do nas na statek i wtedy porozmawiamy spokojnie.

- Pożałujecie tego - syknął Wierchowcew i sięgnął ręką do kieszeni.
Indykator poczerwieniał ze strachu, pająk-tkacz-tryglodyta zaczął machać na 

doktora nie dokończonym szalem.

- Ostrożnie, tatusiu, on ma rewolwer! - krzyknęła Alicja.
- Połoskow! - zawołałem do mikrofonu wiszącego na mojej piersi. - Notuj 

współrzędne. Grozi nam niebezpieczeństwo! Pilnie na pomoc!

Wierchowcew speszył się nieco usłyszawszy moje słowa. Szczęśliwym dla nas 

trafem na drogę wysypała się gromada kolekcjonerów, którzy ciągnęli opierającego 
się zielonego słonia. Doktor przeskoczył przez ogrodzenie i zniknął.

- Och, jak ja to lubię! - powiedziała ze smakiem Alicja. - To dopiero są 

prawdziwe przygody!

background image

- Wyznam szczerze, że mnie takie przygody niezbyt pociągają. Naszym celem 

jest poszukiwanie zwierząt dla Zoo, a nie walka z doktorem Wierchowcewem.

W trzy minuty później zawisł nad nami kuter z „Pegaza”. Połoskow przybył na 

ratunek. Wolniutko lecąc prowadził nas aż do statku, toteż dotarliśmy na miejsce bez 
żadnych komplikacji.

background image

KURS DO SYSTEMU MEDUZY

Zaraz po rozlokowaniu zwierząt w klatkach i nakarmieniu ich udałem się do 

sterowni, by wysłać na bazę Małego Arktura telegram następującej treści:

„Sprawdźcie, gdzie znajduje się doktor Wierchowcew. Podejrzewam, że nie jest 

on tym, za którego się podaje”.

Wieczorem nadeszła z Małego Arktura odpowiedź:
„Doktora Wierchowcewa nie ma na planecie Trzech Kapitanów. Dalszych 

informacji na razie brak”.

- I bez nich wiemy, że na planecie Trzech Kapitanów go nie ma - mruknął 

Połoskow, przeczytawszy telegram. - Jest tutaj.

Dla bajdura sporządziliśmy dużą klatką i zawiesiliśmy w jadalni. Przez cały dzień 

mamrotał coś w nieznanych językach i ani rusz nie chciał przemówić głosem któregoś 
z kapitanów. Połoskow jednak uwierzył nam bez wahania i dodał od siebie:

- Ja też sądzę, że jest to bajdur Pierwszego Kapitana, ten sam, którego podarował 

Drugiemu, gdy się rozstawali.

- A czy nie jest możliwe - spytała Alicja - że Wierchowcew specjalnie uganiał się 

za wszystkimi bajdurami licząc, że w końcu trafi na właściwego?

- Ale po co miałby to robić?
- Jak to? Wiemy przecież, że Drugi Kapitan zaginął bez wieści. Nie wiadomo, co 

się z nim stało. Wiemy, że zabrał w podróż bajdura...

- Racja! - zawołał Zielony. - Oczywiście. Nasza dziewczynka ma absolutną rację. 

Kapitana nie ma, ale bajdur jest. Czyli bajdur wie, co się stało z kapitanem. I 
Wierchowcew też chce to wiedzieć.

- Czemu więc robi taką tajemnicę? - spytałem. - Chętnie byśmy mu pomogli.
Usłyszeliśmy pukanie. Poszedłem otworzyć luk. Na trapie stał grubas w czarnym 

skórzanym ubraniu.

- Wybaczy pan, że przeszkadzam. Chciałem przeprosić za mój wybryk na 

bazarze. Tak bardzo pragnąłem mieć żywego bajdura, że nie mogłem się pohamować.

- Nic nie szkodzi - odpowiedziałem. - Nie czujemy do pana urazy. Zastrzegam 

jednak, że nie oddamy bajdura.

- Mniejsza z tym - rzekł grubas wesoło. - Nie chciałem tylko zostawiać po sobie 

tak złego wrażenia. Zechce pan łaskawie przyjąć na pożegnanie ten drobiazg.

I podał mi niezwykle rzadkie zwierzę - diamentowego żółwika z Menaty. Ma on 

pancerz z prawdziwych diamentów rzucających takie ognie, że oczy bolą patrzeć.

- Proszę się nie krępować. Mam jeszcze trzy takie okazy.
Nie powinienem, rzecz jasna, przyjmować prezentu od tak dziwnego człowieka, 

należało zachować ostrożność. Ale przecież żadne Zoo na Ziemi nie miało 

background image

diamentowego żółwika. Pięć lat polowaliśmy na niego i oto ktoś nam po prostu go 
daje.

- Niech pan mi nie odmawia - nalegał grubas. - Do widzenia. Może się jeszcze 

spotkamy. Nazywam się Wesołek Ypsilon, na stu planetach wszyscy znają moje 
nazwisko.

Zbiegł tupiąc głośno po trapie i podrygującym krokiem oddalił się w kierunku 

Palaputry.

Ściemniało się, oba słońca planety zachodziły niemal równocześnie, tyle że po 

różnych stronach horyzontu, i nad kosmodromem płonęły dwie zorze wieczorne, 
jedna piękniejsza od drugiej. Pomyślałem, że jednak nie wolno zbyt źle sądzić o 
ludziach. Ten grubas, na przykład, jest prawdziwym entuzjastą biologii. I mimo to 
bez żalu ofiarował nam tak rzadkie zwierzę.

W doskonałym humorze wróciłem do jadalni i pokazałem przyjaciołom żółwika. 

Przechodził z rąk do rąk, nie mogliśmy po prostu się napatrzyć fantastycznej grze 
światła na jego diamentowym pancerzu.

- Dokąd się teraz wybieramy? - spytał po kolacji kapitan.
- Do sklisów - powiedziała Alicja - na planetę Szeszyneru.
- Niech będzie - zgodziłem się - i tak zamierzaliśmy tam wstąpić.
Nagle bajdur, który dotychczas siedział spokojnie, przyglądając się, jak pijemy 

herbatę, przemówił:

- Zamierzasz lecieć? - spytał głosem Pierwszego Kapitana.
- Tak. Polecę na spotkanie z nim - odpowiedział głosem Drugiego.
- W porządku, Drugi. Jeżeli będą kłopoty, wezwiesz mnie na pomoc.
- Jeśli zdołam.
- Przyślij bajdura. On mi powtórzy. Wiem, jak go zmusić do mówienia. Podaj mu 

wszystkie szczegóły.

- No, do zobaczenia.
- Do zobaczenia.
Bajdur umilkł.
- Słyszałeś, kapitanie? - spytała Alicja.
- Oczywiście, że słyszałem, nie wrzeszcz. - Połoskow zamyślił się.
Bajdur zakołysał złotą koroną, jakby zastanawiając się, czy mówić dalej. I nagle 

rzekł powoli i dobitnie głosem Drugiego Kapitana:

- Trzymaj kurs na system Meduzy.
Czekaliśmy, czy znów się odezwie, ale ptak zamknął oczy i schował głowę pod 

skrzydło.

- To znaczy, że Drugi Kapitan znalazł się w niebezpieczeństwie i wysłał bajdura 

po ratunek - tłumaczyła Alicja. - Ale jak zmusić ptaka, by nam wszystko 

background image

opowiedział?

- Czekajcie - zabrałem głos. - Skąd ten wniosek? Przecież bajdur nie poleciał na 

Wenus, gdzie pracuje Pierwszy Kapitan, lecz wrócił na swą rodzinną planetę. To by 
znaczyło, że nie został skierowany gdzie indziej. Drugi mógł po prostu zginąć. I 
wtedy bajdur poleciał do domu.

- Wszystko jest możliwe - rzekł Połoskow i wstał od stołu.
Opuścił jadalnię i po pięciu minutach wrócił z mapą Galaktyki. Rozłożył ją na 

stole, odsunąwszy filiżanki, i wskazał palcem miejsce na samym skraju mapy.

- Tu - wyjaśnił - znajduje się system Meduzy. Absolutnie nie zbadany. Są w nim 

planety. Proponuje tam lecieć. Jeżeli kapitan żyje, to mu pomożemy. A jeśli zginął, 
dowiemy się przynajmniej, w jakich okolicznościach.

- Mógł przecież zginąć w otwartym Kosmosie - odparłem.
- Cóż mogło się zdarzyć wielkiemu kapitanowi w otwartym Kosmosie?
- Wybuch statku, na przykład.
- A bajdur wyszedł z tego cało?
- No cóż, różnie mogło być!
Umilkłem. Ostatecznie, wyprawa miała określone zadania, tymczasem nie 

wiadomo, czy w systemie Meduzy występują jakiekolwiek zwierzęta. Zanim tam 
dotrzemy i wrócimy, minie czas przeznaczony na wyprawą. A przecież wiemy tylko 
tyle, ile powiedział nam bajdur. Może kapitan był w systemie Meduzy, lecz zginął w 
zupełnie innej części Galaktyki? Wszystkie te argumenty wyłożyłem moim 
współtowarzyszom. Im dłużej jednak mówiłem, tym mniej byłem pewny swych racji i 
tym wyraźniej zdawałem sobie sprawę, że nie przemawiają one ani do Połoskowa, ani 
do Alicji.

- No więc dobrze - zakończyłem. - Kupić nie kupić, potargować można. Najpierw 

jednak wyruszymy na Szeszyneru. Trzeba przecież zobaczyć, co to za dziwo te sklisy.

- W porządku - zgodził się kapitan, wodząc palcem po mapie. - Akurat po drodze. 

Możemy też odwiedzać inne planety leżące na naszym szlaku i tam szukać ciekawych 
zwierząt.

- A teraz spać - powiedziałem. - Jutro z rana odlot. Wszystkie zwierzęta 

nakarmione, napojone?

- Tak jest, panie szefie ekspedycji - zameldowała Alicja, do której należała opieka 

nad zwierzętami.

- A gdzie jest diamentowy żółwik? - spytałem.
- Przed chwilą tu był - odpowiedział Połoskow. - Gdzież się u licha podział?
Straciliśmy okrągłą godzinę, przetrząsając dokładnie cały statek, i dopiero 

indykator przyłapał go tuż koło luku.

- Pewnie chciał zwiać - rzekł Zielony. - A ostrzegałem. Tych żółwi nie wolno 

background image

spuszczać z oka.

Indykator zżółkł jak cytryna.
Wyjąłem tabliczkę kolorystyczną doznań indykatora i odczytałem:
- Kolor żółty - nieufność.
- Nie dowierzasz, bracie, żółwikowi? - spytał indykatora Zielony. - Ja tak samo.
Indykator zapłonął tak żółtym blaskiem, że przyćmił światło lamp.
- Zgoda - powiedziałem. - Jeśli tak, zanikniemy go w klatce.
Indykator nie zmienił barwy, tylko po jego grzbiecie zaczęły płynąć czarne pręgi. 

Tablica poinformowała nas, że czarne pręgi na żółtym tle oznaczają sprzeciw.

- No dobrze, dobrze. Skoro taki z ciebie niedowiarek, zamkniemy żółwia na noc 

w sejfie.

I wtedy nareszcie indykator zrobił się ciemnozielony ze szczęścia.

background image

TAKI SMUTNY WYNALAZEK

Gdy „Pegaz” zbliżał się do planety Szeszyneru, ilość przesyłek i bagaży na jego 

pokładzie znacznie już zmalała. Można było swobodnie chodzić po korytarzach nie 
wpadając co chwila na jakieś worki, skrzynie lub kontenery.

Spenetrowaliśmy już trzecią część Galaktyki, byliśmy nawet w takich punktach, 

do których nie docierają statki liniowe z Ziemi.

Szeszyneru leży na uboczu wielkich szlaków. Fauna jej nie przedstawia się 

bogato - jeszcze trzysta lat temu planeta była naga i pusta, dopiero później przybyli tu 
koloniści z Rozodoru, stworzyli sztuczną atmosferę, założyli ogrody i trawniki.

„Pegaz” wylądował późną nocą z dala od nikłych światełek miasta. Lądowaliśmy 

cicho, by nie obudzić i nie spłoszyć mieszkańców - na Szeszyneru nie często 
przylatują statki i niektórzy tubylcy jeszcze w ogóle ich nie widzieli.

Silniki umilkły, mechanik Zielony rozczesał brodę i poszedł spać, kapitan 

Połoskow siedział w sterowni nanosząc poprawki na przestarzałą mapę nawigacyjną, 
Alicja pisała list do babci mając nadzieję wysłać go z Szeszyneru, ja zaś zszedłem do 
ładowni, aby wybrać pustą klatkę dla sklisa oraz nakarmić zwierzęta.

Cicho było na statku i ciepło. Szedłem prawie bezszelestnie po miękkim dywanie, 

myśląc o tym, że trzeba zaopatrzyć się w wodę oraz zdobyć włóczkę dla pająka-
tkacza-troglodyty. Gałęzisty śpiewokrzew czatował na mnie za rogiem.

- Marsz natychmiast spać! - ofuknąłem go. - Bo cię jutro nie podleję.
Maluch powiał ze strachu listkami i głośno szeleszcząc wciskał się do swej 

przegrody.

Nagle usłyszałem ciche mlaskanie. Ktoś zakradł się do magazynu, w którym 

leżała reszta przesyłek. Stanąłem nasłuchując. Nie wiadomo, jakie zwierzę wydostało 
się z klatki - nie każde da się wziąć gołymi rękami.

Ostrożnie zajrzałem przez uchylone drzwi magazynu. Nikogo. Mlaskanie jednak 

stało się wyraźniejsze. Wszedłszy do środka zorientowałem się, że dolatuje z 
zamkniętej szafy chłodniczej. Przechowywaliśmy w niej ananasy.

Zdziwiło mnie, że klucz wystaje na zewnątrz - nikt zatem nie mógł wejść do 

szafy i zamknąć się od środka.

Powoli wyciągnąłem rękę i przekręciwszy klucz, otworzyłem szeroko drzwi.
W szafie, dygocąc z zimna, siedział nieduży zielony człowieczek i gryzł ostrymi 

ząbkami ananas.

Podniósł na mnie przerażone oczy i przycisnął owoc do piersi.
- Nie rusz - warknął.
- Mógłbyś chociaż obrać ananas - zauważyłem. - A w ogóle, jak się tu dostałeś?
- Nie dadzą spokojnie zjeść kolacji! - mruknął człowieczek i zniknął wraz z 

background image

ananasem.

Przetarłem oczy. Szafa była pusta. Na półkach o trzy ananasy mniej. Ktoś dotknął 

mojej nogi, drgnąłem z zaskoczenia.

Okazało się, że to mały śpiewokrzew-wiercipięta łazi po ładowni.
- Jazda spać! - krzyknąłem, aczkolwiek z zasady nie krzyczę na zwierzęta ani 

rośliny.

Spojrzałem znów na szafę. Stał w niej odwrócony do mnie plecami zielony 

człowieczek i wspiąwszy się na palce usiłował ściągnąć z półki duży ananas.

- Zostaw to! - krzyknąłem.
Człowieczek obejrzał się i wtedy spostrzegłem, że to nie ten sam rabuś, który 

parę minut temu jadł ananas.

- Nie denerwuj się - rzekł - ja mam pozwolenie.
I w tejże sekundzie zniknął unosząc ananas.
Takich cudów jeszcze nie zdarzyło mi się widzieć. Poczułem lekki zawrót głowy. 

W niedorzecznym odruchu zajrzałem w głąb szafy, jakby ktoś jeszcze mógł się tam 
ukrywać.

Wtem coś mnie szturchnęło - na półce stał trzeci człowieczek.
- Nie przeszkadzaj - powiedział - bo zatłukę. - I sięgnął po ananas.
- Co za jakieś licho! - wybuchnąłem. - Skąd jesteś?
- Mieszkam tutaj - odpowiedział i wraz z ananasem rozwiał się w powietrzu.
To już było ponad moje siły. Nacisnąłem guzik telefonu.
- Gienek - spytałem Połoskowa - nie śpisz?
- Nie - odpowiedział. - Pracuję. A co z twoim głosem?
- Z głosem? Nic.
- Trzęsie się jak barani ogon. Coś się stało?
- Powiedz mi, czy luk był dobrze zamknięty?
- Oczywiście. Przecież nikt nie wychodził.
- A Zielony śpi?
- Śpi. Alicja również. Przed chwilą sprawdzałem. Pisała list i w połowie zasnęła. 

Ale co się stało?

- Słuchaj, nie wiesz przypadkiem, co to znaczy, kiedy komuś zaczynają roić się 

zielone ludziki?

- Malutkie? - zapytał rzeczowo kapitan. - Siedzą na ramieniu? Z ogonkami? 

Gdzieś o tym czytałem. W jakiejś starej książce.

- Nie - odpowiedziałem - dość spore, bez ogonków i jadają ananasy. O... o jest! 

Czwarty!

Rzeczywiście, jeszcze jeden grabieżca zjawił się w szafie, zrobił do mnie oko i 

zniknął.

background image

- Już idę - zaniepokoił się Połoskow. - Weź się w garść. Sam nic nie rób.
Zanim Połoskow przybiegł do ładowni, w szafie chłodniczej została niespełna 

połowa ananasów, a dwa zielone ludziki, podsadzając się wzajemnie, usiłowały 
wdrapać się na górną półkę.

- Czekaj - rzekł kapitan - nie wypłaszaj ich. To na pewno nie jest halucynacja.
- Halucynacja, także coś! - obraził się człowieczek. - Możecie mnie dotknąć.
- Nie mamy czasu - przerwał mu drugi.
- Pozdrowienia dla Alicji - powiedział pierwszy.
I rozwiali się, ustępując miejsca trzeciemu.
- Czy Alicja naprawdę śpi? - spytałem kapitana.
- Śpi.
- To skąd mogą o niej wiedzieć?
- Zachodzę w głowę. Jakaś zwariowana historia.
W szafie było pusto. Nikt więcej się nic zjawił.
- Zamknijmy dobrze drzwi - rzekł Połoskow. - Może będzie spokój.
- Skąd oni mogą wiedzieć o Alicji? - powtórzyłem.
Wylądowaliśmy zaledwie przed godziną, nikt nie wychodził na zewnątrz.
Długo jeszcze siedzieliśmy łamiąc głowy nad wyjaśnieniem tego dziwnego 

zjawiska. Bezskutecznie jednak. Sprawdziliśmy jeszcze raz zawory na lukach, 
obeszliśmy statek. Pustka, cisza, spokój.

Na wszelki wypadek położyłem się spać w pokoju Alicji. Niewygodnie mi było, 

uwierał mnie twardy dywanik, a pod głowę musiałem podłożyć gumowe płetwy.

Zdążyłem na szczęście wstać wcześniej, toteż gdy Alicja otworzyła oczy, 

siedziałem już jak gdyby nigdy nic w fotelu, przeglądając „Informator o 
mieszkańcach Galaktyki”.

- Co tu robisz? - spytała.
- Wstąpiłem, żeby zajrzeć do twojej biblioteki i dowiedzieć się, jak wyglądają 

tutejsi mieszkańcy.

- A dlaczego jesteś potargany?
Zamknąłem książkę trudno, przejrzę ją później - i pobiegłem do swej kajuty, żeby 

się doprowadzić do porządku.

Myjąc się, byłem już nieomal pewny, że żadne zielone ludziki nie istnieją, 

wszystko to złudzenie, sen i halucynacja.

Z tą myślą zszedłem do ładowni, by rzucić okiem na szafę chłodniczą.
Była otwarta, kompletnie pusta - ani jednego ananasa - a przed nią stał głęboko 

zamyślony Połoskow.

- Jestem zdania - odezwał się - że tutejsi mieszkańcy, wbrew prawom natury, 

nauczyli się przenikać przez ściany.

background image

- Nie, chyba to nie ich sprawka. Na pewno zahaczyliśmy w Kosmosie jakąś 

pasożytniczą cywilizację.

Do ładowni wkroczyła Alicja.
- Dzień dobry, kapitanie - powiedziała. - Co się stało z ananasami?
- Skradziono je. Właśnie zastanawiamy się, jak ukarać złodziei.
- Kogo? - zdziwiła się Alicja.
- Zielone diabły. Och, z rozkoszą dobrałbym się im do skóry! Pomyślcie tylko, 

jak ja się teraz pokażę na Redwajcie?! Tam przecież czekają na ananasy!... O, 
patrzcie, jest, łapcie go!

Istotnie, w szafie znów pojawił się zielony człowieczek. Obrzucił wzrokiem puste 

półki, mruknął nie raczywszy nas zauważyć: „Spóźniłem się” - i w jednej chwili 
rozpłynął się w powietrzu.

- To on - powtórzył kapitan. - I jak tu go złapać?
- To rzeczywiście był tubylec - stwierdziła Alicja. - Widziałam w książce, którą 

tatuś zostawił na fotelu.

- Jesteś pewna?
- Absolutnie.
- Skoro tak, tym gorzej dla nich. Natychmiast wysyłam zażalenie do ich. władz. - 

Tak się przyjmuje gości? - Połoskow kipiał gniewem.

- Wybacz im, kapitanie.
- O nie, ani myślę. Gdzie telefon?
- Zastanów się - powiedziała błagalnie Alicja. - To są tacy mili, dobrzy ludzie. 

Wcale nie chcieli kraść ananasów. Tak się złożyło. Przypadek.

- Masz zbyt miękkie serce, Alicjo - odparł Połoskow. - Dziś w nocy, ledwie 

zdążyliśmy wylądować, zakradli się do magazynu i dalejże wyciągać ananasy, minie 
pół godziny i wezmą się za resztę ładunku.

- Kapitanie - ton Alicji brzmiał stanowczo - zapomniałeś o przegranym 

zakładzie? W ciemno?

- Nie zapomniałem.
- No więc życzę sobie, byś darował im te ananasy.
W tym momencie za ścianami statku rozległ się piekielny wrzask. Tak straszliwy, 

że przeniknął przez poszycie. Wyleciały nam z głowy zielone ludziki, ananasy, co sił 
w nogach popędziliśmy do trapu. Poioskow nacisnął w biegu guzik alarmowy i we 
wszystkich korytarzach zamigotały czerwone lampki.

Dopadł luku, otworzył go i z wysokości drugiego piętra wyjrzeliśmy na zewnątrz.
Wschodziło mgliste słońce - ogromne i czerwone. Po niebie szybko płynęły 

podłużne szaroniebieskie obłoki. Cała polana przed „Pegazem” była zatłoczona 
zielonymi ludzikami. Wymachiwali flagami, chusteczkami, rozwijali transparenty z 

background image

napisem: „Serdecznie witamy” i krzyczeli chórem:

- Za-pra-sza-myL. Wi-taj, A-li-cjo! Dzię-ku-je-my!... Niech żyyyją! - oraz inne 

powitalne słowa w swym niezrozumiałym języku.

Na widok Alicji radość przeszła w euforię. Wydawało się, że niebo runie od tego 

wrzasku.

Kilku zielonych ludzików w mgnieniu oka znalazło się przy luku, porwali Alicję i 

nim zdążyłem otworzyć usta, zniknęli wraz z nią, by znów pojawić się w środku 
rozentuzjazmowanego tłumu. Poniesiono Alicję wysoko na ramionach w stronę 
bielejącego na horyzoncie miasta.

Na polanie został jeden zielony człowieczek, w starszym wieku, zaczekał, aż 

zejdziemy z trapu, i przywitawszy się z nami, rzekł:

- Zapewne nie wszystko jest dla was zrozumiałe, drodzy goście?
- Rzeczywiście nie wszystko - odpowiedział Połoskow.
- Czy Alicji nic się nie stanie? - zapytałem.
- Nic a nic. Zechcecie wysłuchać moich wyjaśnień?
- Bardzo chętnie.
- Proszę, siadajcie na trawie, ziemia ciepła, przeziębić się nie sposób.
Skorzystaliśmy z zaproszenia, a zielony człowieczek opowiedział nam, co 

następuje:

Nie tak dawno jeszcze planeta Szeszyneru niczym nie wyróżniała się spośród 

innych ubogich prowincjonalnych planet Galaktyki. Jednakże lat temu dziesięć 
pewien Szeszyneryjczyk wynalazł pigułki, dzięki którym można było w granicach 
kilku lat podróżować w czasie w dowolnym kierunku. Początkowo całą planetę 
ogarnął szał radości, zaczęto masowo łykać pigułki i podróżować w przeszłość lub w 
przyszłość. Ale już po kilku tygodniach nastąpiło gorzkie rozczarowanie.

Jeden wyruszył w przyszłość i tam dowiedział się, że opuści go żona bądź że jego 

dom zostanie okradziony. Drugi - w przeszłość, aby naprawić popełniony ongiś 
fatalny błąd, tymczasem okazało się to niemożliwe, mógł tylko ów błąd powtórzyć. 
Powiedzmy, że ktoś podejrzewał kogoś o oszustwo - z łatwością mógł wrócić do 
owego dnia i wyśledzić fałszywca. Ktoś inny, obawiając się, że umrze na daną 
chorobę, bez trudu wypuszczał się w przyszłość i sprawdzał, czy lekarze mówią mu 
prawdę. I tak oto z czasem zaczęto bać się przyszłości - nikt już tam nie podróżował. 
Natomiast coraz częstsze stały się podróże w przeszłość. Każdy człowiek ma jakieś 
miłe wspomnienia. Wyrusza więc w przeszłość, by raz jeszcze przeżyć szczęśliwe 
chwile. Potem znów tam powraca, jeszcze raz i jeszcze... W nieskończoność.

- Chodźmy do miasta - rzekł zielony staruszek - tam zobaczycie, do czego ten 

wynalazek doprowadził.

Udaliśmy się za nim do miasta. Było zaniedbane, pełne wysypisk śmieci. 

background image

Triumfalny pochód z Alicją przeszedł gdzieś dalej i na ulicach rzadko spotykało się 
ludzi. Nie zwracali zresztą na nas najmniejszej uwagi, od czasu do czasu któryś z 
przechodniów znikał. Inny znów zjawiał się niespodziewanie, chwilę o czymś 
rozmyślał i już go nie było.

- Oni wciąż podróżują w czasie - wyjaśnił nasz przewodnik. - Rzeczywistość ich 

nie interesuje. Przyszłości się boją. Nikt nie bierze się do pracy. Rząd wydał zakaz 
produkcji pigułek, lecz są one tak nieskomplikowane, że można je sporządzić w 
domu.

- Teraz rozumiem - powiedziałem - dlaczego już wczoraj pańscy rodacy wiedzieli 

o Alicji i o przylocie naszego statku.

- Jasne. Wchodzili do waszej lodówki w przyszłości.
- Mimo to chciałbym wiedzieć, skąd taka radość z przyjazdu Alicji? - spytał 

Połoskow. - Czemu na przykład nie z mojego?

- To bardzo proste - rzekł stary Szeszyneryjczyk. - Jesteśmy ludźmi bardzo 

spokojnymi, dobrodusznymi. I potrafimy docenić życzliwość innych.

- I co z tego? Przecież Alicja nie wiedziała, że zakradniecie się do naszej 

lodówki.

- Ach, cóż za naiwność! - rzekł z wyrzutem zielony człowieczek.
Rozwiał się w powietrzu i w trzy sekundy później znów się zjawił z dużym 

ananasem w rękach.

- Byłem przed chwilą w waszej lodówce - oświadczył.
- Przecież tam nie ma już ananasów.
- Ależ ja byłem tam wczorajszej nocy. Czy to takie trudne do zrozumienia? Nic 

prostszego. Poleciałem teraz w przeszłość i wczorajszej nocy wziąłem z waszej szafy 
chłodniczej ananas. Nie ukradłem go jednak, tylko wziąłem, ponieważ dziś rano 
Alicja przypomniała Połoskowowi o wygranym zakładzie i na jej życzenie darował 
nam ananasy. Dlatego dziś rano witaliśmy ją z taką wdzięcznością za to, że pozwoliła 
nam wczorajszej nocy brać ananasy...

- Ja zwariuję! - rzekł Połoskow. - Najpierw było dziś rano, potem była wczorajsza 

noc, a wy braliście ananasy, których jeszcze nie wolno było brać, dlatego że później 
będzie je wolno brać...

- Tak niewiele zostało nam w życiu radości - powiedział zielony człowieczek 

jakby nie słysząc słów kapitana. - Nie znaliśmy dotychczas smaku ananasa. Ja na 
przykład będę teraz codziennie wyruszał w dzień poprzedni, aby zjeść ananas, który 
zjadłem wczoraj...

Milczeliśmy dłuższy czas przetrawiając niecodzienne nowiny. Wreszcie 

Szeszyneryjczyk westchnął:

- Nie mogę dłużej. Idę w przeszłość dojadać waszego ananasa.

background image

- Chwileczkę - zatrzymałem go. - Mam do pana pytanie w pewnej sprawie.
- Niech się pan nie męczy - rzekł zielony człowieczek. - Ja przecież wiem, o co 

pan spyta.

- Ach, prawda.
- Zapyta pan o zwierzę, które nazywa się sklis, gdyż z jego powodu tu 

przylecieliście.

- Tak jest.
- Możemy panu przyprowadzić nawet sto sklisów, ale głowę dam, że pan z nich 

zrezygnuje. O proszę, jeden tam leży za węgłem. Od razu rozłoży pan ręce i zawoła: 
„Przecież to najzwyklejsza pod słońcem krowa”.

Zajrzeliśmy za węgieł. Rozłożyłem race i zawołałem:
- Przecież to najzwyklejsza pod słońcem krowa!
- No widzi pan.
Zielony człowieczek pożegnał się z nami i odszedł, a raczej zniknął, jako że 

mieszkańcy tej planety mieli dziwny zwyczaj rozpływania się w powietrzu. I nie 
zobaczył tego, co zaszło później, i cała jego zdolność zaglądania w przeszłość i 
przyszłość na nic się nie zdała. Albowiem zabraliśmy tę krowę, przywieźliśmy do 
moskiewskiego Zoo, w którym do dziś przebywa stanowiąc jeden z 
najpopularniejszych okazów.

Jak tylko nasz zielony przewodnik zniknął, krowa przeciągnęła się, wstała 

pomalutku i rozpostarła długie błoniaste skrzydła, które przedtem miała owinięte 
wokół brzucha. Westchnęła, zwróciła na nas wielkie melancholijne oczy, potrząsnęła 
skrzydłami strzepując z nich kurz, odbiła się zdartymi kopytami od ziemi i przeleciała 
na drugą stronę ulicy. Leciała jak to krowa - brzydko i niezdarnie, ale jednak leciała!

Zapytałem chłopaczka, który niespodzianie zjawił się obok mnie:
- Czyja to krowa?
- Sklis?
- No tak. Czyj to sklis?
- A niczyj - odpowiedział chłopaczek. - Komu potrzebne sklisy? Paść ich nie 

można, bo odlatują na wszystkie strony. Niech pan bierze, nikt nawet palcem nie 
kiwnie.

Wracaliśmy do „Pegaza” poganiając sklisa witką. Chwilami wzlatywał w 

powietrze, ale prędko się męczył i przechodził w leniwy truchcik.

Po drodze przyczepił się do nas drugi sklis, choć nie chcieliśmy go zabrać - 

wystarczy nam jeden do karmienia. Wzgardzony, długo z urazą myczał i machał 
ogonem.

Alicja wróciła wkrótce po nas. Znudziło ją w końcu towarzystwo 

Szeszynerejczyków. Oni zresztą też o niej szybko zapomnieli - rozpierzchli się, jedni 

background image

w przeszłość, drudzy w niedaleką przyszłość.

background image

SPARALIŻOWANE ROBOTY

- No, a teraz - rzekł Połoskow po naszym odlocie z planety, na której straciliśmy 

cały zapas ananasów - prościutko do systemu Meduzy. Są sprzeciwy?

Nie było. Chciałem wprawdzie coś wtrącić, lecz Alicja tak mnie spiorunowała 

wzrokiem, że tylko powiedziałem:

- W czasie lotu rządzi na pokładzie kapitan. Jak Połoskow każe, tak być musi.
- Wobec tego nigdzie się już nie zatrzymujemy - oświadczył.
W dwa dni później musieliśmy jednak zatrzymać się i zmienić kurs.
Radiostacja pokładowa przejęła sygnał SOS.
- Skąd ten sygnał? - zapytałem Połoskowa.
- Zaraz się dowiemy - odpowiedział nasz kapitan, pochylając się nad 

odbiornikiem.

Usiadłem w szerokim fotelu w sterowni, korzystając z chwili wytchnienia. 

Dzisiejszy ranek był dla mnie bardzo męczący. Indykatora rozbolał brzuch i co 
chwila zmieniał kolory niczym sygnalizator świetlny na ruchliwym skrzyżowaniu. 
Pająk-tkacz-troglodyta na skutek braku surowca dobrał się do sennego pilcha w 
sąsiedniej klatce i zgolił z niego całą długą sierść, tak że pilcha nie poznałem. W 
rezultacie pilch się przeziębił i kaszlał, aż się rozlegało w całej ładowni. Musiałem 
więc sporządzić izolatkę. Bajdur przez całą noc mamrotał w niezrozumiałym języku, 
ochrypł i skrzypiał jak nie nasmarowany wóz. Trzeba go było poić gorącym mlekiem 
z sodą. Śpiewokrzewy pokłóciły się w nocy o pestki ze śliwek i połamały maluchowi 
gałązki. Diamentowy żółwik wyciął ostrymi krawędziami pancerza otwór w drzwiach 
do maszynowni i znów musiałem zamknąć go w sejfie.

Byłem zmęczony, ale to rzecz normalna, gdy przewozi się tyle niezwykłych 

zwierząt. Wszystkie te choroby, przykrości, bójki i konflikty są niczym w porównaniu 
z karmieniem. Pomagała mi wprawdzie Alicja, lecz dziś właśnie zaspała i poranne 
karmienie spadło wyłącznie na moje barki.

Na szczęście zwierząt nie było jeszcze dużo i większość mogła oddychać 

powietrzem ziemskim. Jedynie pod szklany pojemnik z beżowymi chrząszczami 
musieliśmy wstawić piecyk, gdyż żyją one zazwyczaj w kraterach wulkanów...

- Już wiem - usłyszałem głos kapitana.
O czym on mówi? Ach tak, zamyśliłem się i całkiem wyleciało mi z głowy - 

przecież odebraliśmy sygnał SOS.

- To z planety Szelezaka. Co się tam mogło u nich wydarzyć?
Połoskow otworzył ostatni tom informatora i przeczytał głośno:
- „Planeta Szelezaka. Odkryta przez wyprawę fiksjańską. Zamieszkana przez 

cywilizację żelazną o bardzo niskim stopniu rozwoju. Istnieje hipoteza, że 

background image

mieszkańcy tej planety są potomkami robotów, które ocalały z katastrofy nieznanego 
statku kosmicznego. Wyróżniają się szczerością i gościnnością. Równocześnie jednak 
są bardzo kapryśne i łatwo się obrażają. Kopalin użytecznych na planecie nie ma. 
Powietrza i wody również nie ma. Planeta całkowicie wyjałowiona. Jeżeli nawet były 
zasoby, roboty wszystko zużytkowały i prowadzą nędzną wegetację”. Tak - dodał 
Połoskow - niezbyt interesujące perspektywy. Ale co tam się stało?

- SOS - powtarzał raz po raz odbiornik. - Na planecie epidemia. Prosimy o 

pomoc!

- No cóż, trzeba zboczyć z drogi - westchnął Połoskow. - To są istoty rozumne, 

nie wolno im odmawiać pomocy w nieszczęściu.

I zboczyliśmy w kierunku planety Szelezaka.
Dopiero gdy ujrzeliśmy w przestrzeni kosmicznej szarą pozbawioną powietrza, 

gór i oceanów kulę planety, udało się kapitanowi nawiązać łączność z tamtejszym 
dyspozytorem.

- Co się stało? - zapytał. - Jakiej pomocy żądacie?
- Wybuchła epidemia... - zaskrzypiał głos... - Wszyscy są chorzy. Potrzebny nam 

doktor.

- Doktor? - zdziwił się Połoskow. - Jesteście przecież cywilizacją żelazną. Może 

wysłać do was mechanika?

- Niech będzie mechanik - zgodził się głos. - Ale doktor też potrzebny.
Stanęliśmy na pokrytym warstwami kurzu i całkowicie pustym lądowisku 

kosmodromu. Od dawna nie lądował tu żaden pojazd kosmiczny.

Gdy kurz osiadł, spuściliśmy trap i wyprowadziliśmy łazika. Kapitan został na 

statku, a my we trójkę pojechaliśmy do długiego, niskiego i bardzo jednostajnego 
budynku portu. Ani żywej duszy, ani cienia dokoła. Gdyby nie odbyta przed chwilą 
rozmowa, nikomu nie przyszłoby na myśl, że są tu jakieś żywe istoty. Na drodze 
poniewierała się pęknięta zardzewiała noga robota, dalej koło z wyłamanymi 
szprychami.

Przykro było patrzeć na takie spustoszenie. Mimo woli chciało się głośno 

krzyknąć: „Hej, jest tu jakaś żywa dusza?!”

Drzwi dworca były na rozcież otwarte. W środku ta sama cisza i pustka. 

Wysiedliśmy z łazika i zatrzymaliśmy się w progu, nie wiedząc, dokąd się skierować.

W dużym szarym głośniku zawieszonym pod sufitem rozległ się szmer i znajomy 

zgrzytliwy głos powiedział:

- Wejdźcie po schodach na górę. Doprowadzą was do małych czarnych drzwi. 

Wystarczy je pchnąć, są otwarte.

Znaleźliśmy wąskie schody. Były kręte i tak samo zakurzone jak wszystko wokół. 

Kończyły się przed niskimi drzwiami. Pchnąłem je, lecz nie ustąpiły. Czyżby 

background image

zamknięte?

- Mocniej! - rozległo się za nimi.
- Daj no, ja spróbuję - powiedział Zielony.
Naparł z całej siły ramieniem na drzwi, stęknął - i wtedy otworzyły się z piskiem. 

Zielony nie utrzymał równowagi i wleciał do środka.

- To było do przewidzenia - mruknął, wpadając z rozpędu na siedzącego przy 

biurku żelaznego tubylca.

Robot był także pokryty kurzem.
- Dziękuję, że zechcieliście przylecieć - rzekł, podnosząc rękę, by pomóc wstać 

Zielonemu. - Myślałem, że nie zechcecie. Nie miałem nadziei.

- Macie bardzo słabą stację - wyjaśniłem. - Usłyszeliśmy was tylko dlatego, że 

przelatywaliśmy obok. Czysty przypadek.

- Kiedyś nasza stacja była najsilniejsza w tym sektorze - powiedział robot.
Nagle coś zaburczało w jego żelaznym brzuchu, znieruchomiał z otwartą gębą. 

Poruszał rękami prosząc na migi o ratunek. Spojrzałem zdetonowany na Zielonego, 
który mruknął:

- Tu nie doktora trzeba.
Trzasnął robota pięścią w podbródek. Usta zamknęły się ze szczękiem i 

wymówiły:

- Ratuj...
Zielony musiał jeszcze raz obejść się z nim grubiańsko, po czym zapowiedział:
- Proszę tak szeroko nie rozdziawiać ust. Nie mogę wiecznie stać nad panem z 

pięścią.

Robot kiwnął głową i mówił dalej ledwie szparką ust w obawie, by się znów nie 

zacięły.

- Wysłałem sygnał SOS, ponieważ od dwóch tygodni nikt nie przychodzi zastąpić 

mnie na dyżurze. Podejrzewam, że wszyscy moi ziomkowie ulegli paraliżowi.

- Skąd to przypuszczenie?
- Stąd, że i ja straciłem władzę w nogach.
- Dawno dotknęła was ta choroba? - zapytałem.
- Nie, niezbyt dawno - odpowiedział robot. - W ostatnich latach mieliśmy w ogóle 

kłopoty ze smarem, ale jakoś tam było. Jednakże od czasu, gdy rozgniewał się na nas 
pewien człowiek i rzucił straszne przekleństwo, zagadkowy okropny paraliż zaczął 
kłaść pokotem starych i młodych. Obawiam się, że jestem jedynym względnie 
zdrowym robotem na całej planecie.

- No dobra, popatrzę, jak to wygląda. Może jednak zapomniał pan nałożyć świeży 

smar - rzekł podejrzliwy jak zwykle mechanik.

Otworzył klapę na piersi robota, włożył do środka palec. Robot zachichotał:

background image

- Oj, łaskocze!
- Cierpliwości! - skarcił go Zielony. Sprawdziwszy mu dokładnie przeguby nóg i 

rąk, wyprostował się i wycierając ręce chusteczką, oświadczył: - Smar jest. Nic z tego 
nie rozumiem!

- My również nie rozumiemy - stwierdził robot.
Pojechaliśmy do miasta. Wstępowaliśmy do domów - wszędzie długie 

jednostajne pomieszczenia z szeregami identycznych nar. Na narach leżały 
identyczne roboty, pokryte warstwą kurzu. Na ich czołach świeciły lampki kontrolne. 
Był to znak, że roboty żyją. Obracały oczami, ale były całkiem bezwładne. Nie 
wyjaśniwszy zatem niczego, wróciliśmy do kosmoportu i wpakowaliśmy do łazika 
dyżurnego robota. Ten przynajmniej jeszcze mówił. Zawieźliśmy go na statek, aby 
tam go zdemontować i wreszcie zbadać, co za dziwna epidemia zaatakowała planetę.

Robot sam pomagał nam przy demontażu, wskazywał, jaką śrubę odkręcać, jaki 

guzik naciskać. Był bardzo zaniedbany, brudny, lecz poza tym nie wykryliśmy w nim 
żadnych specjalnych uszkodzeń. Na ogół tego typu służebne roboty dawno 
zaprzestano produkować w Galaktyce, były wiecznotrwałe, przystosowane do pracy 
w głębokim Kosmosie, w wulkanach, pod wodą i pod ziemią. Trzeba je było tylko od 
czasu do czasu smarować, lecz nawet i to doskonale umiały robić same.

Wreszcie na dużym laboratoryjnym stole w naszej pracowni leżały wszystkie 

części robota, głowa zaś osobno w rogu, podłączona do sieci energetycznej statku.

- No i jak? - spytała głowa robota, gdy Zielony kończył demontaż jego korpusu.
Mechanik wzruszył ramionami.
- Cóż teraz poczniemy? - cicho wymówiła głowa. - Przecież ginie cała 

cywilizacja.

- Nadamy radiogram na Ziemię bądź na inną dużą planetę - rzekłem pocieszająco. 

- Niech przyślą tu specjalną ekspedycję oraz ekspertów w dziedzinie chorób robotów.

- Jakie choroby u robotów! - wykrzyknęła głowa i usta jej znów pozostały 

otwarte.

Musiałem podejść i stuknąć ją w podbródek.
- Dziękuję panu - powiedział robot. - Ale czy nie żal wam zostawiać nas bez 

opieki? Pomyślcie tylko, na całej planecie ani jednej istoty mogącej się poruszać. 
Pierwszy gwałtowny deszcz bądź zalanie naszych domów sprawi, że wszyscy 
zginiemy bezpowrotnie - przecież nawet nie możemy się wytrzeć.

- Niechże pan zrozumie - tłumaczyłem - nasze zadania nie pozwalają nam zostać 

tu, dopóki nie nadejdzie pomoc.

- Czy to aż takie ważne zadania? - spytała głowa.
Nie zdążyłem odpowiedzieć, gdy Zielony zawołał:
- Tu trzeba różnie kombinować! Spróbuję zmienić smar. Można pana podlać 

background image

olejem maszynowym?

- Jeżeli dobry, to można - odpowiedziała głowa.
Zielony zaczął wycierać wszystkie detale i smarować je ponownie naszym 

olejem. Robot tymczasem znów zapytał:

- A jakie macie zadanie?
- Poszukujemy zwierząt dla moskiewskiego Zoo. Musimy jak najprędzej 

zakończyć wyprawę i wracać do domu. To bardzo skomplikowana rzecz - wozić na 
pokładzie cały ogród zoologiczny.

- Ale jeśli przyjdziecie nam z pomocą - rzekła głowa - damy wam za to nasze 

zwierzęta. Takich nigdzie nie znajdziecie.

- Jakież to są zwierzęta?
I robot opowiedział nam, co następuje:
Ongiś, wicie lat temu, uległ awarii na tej planecie automatyczny statek 

kosmiczny, który miał na pokładzie kilka uniwersalnych robotów. Wyszły z 
katastrofy cało i zbudowały sobie chatę z odłamków pojazdu. Potem znalazły tu złoża 
żelaza oraz innych metali, znalazły uran i mnóstwo innych pożytecznych kopalin. 
Zaczęły wówczas konstruować sobie dzieci i tak pomalutku rozpleniały się coraz 
bardziej.

Jednakże roboty, aczkolwiek są myślące, nie umieją przewidywać przyszłości. W 

owym czasie były na planecie woda i powietrze, trawa i drzewa, ale im obojętne było 
wszystko, co dzieje się wokół. Korzystając z całkowitej swobody, zbudowały wkrótce 
na planecie mnóstwo fabryk. Wszystkie fabryki wytwarzały nowe roboty, one z kolei 
budowały następne fabryki, wytwarzające następne roboty. I tak trwało do owego 
dnia, gdy wszystek tlen został zużyty w paleniskach, wszystkie drzewa zamienione na 
składy części zapasowych, wszystkie zwierzęta wyginęły, wszystkie góry były 
skopane do podstaw i wszystkie morza wyczerpane do dna dla chłodzenia silników. 
Skończyły się również kopaliny. Na nagiej planecie pozostały tylko roboty - wiele 
milionów identycznych robotów, które nagle spostrzegły, że nie mają co robić.

Zaczęły więc ciągnąć losy i tych, którym się nie powiodło, demontowały na 

części zapasowe lub drogą wymiany dostawały za nie smar od przelatujących w 
pobliżu statków bądź włóczęgów gwiezdnych. Tak żyły roboty. Powoli zmniejszała 
się ich liczebność, lecz mimo to wciąż jeszcze wegetowało na planecie kilka 
milionów nierobów. Postanowiły więc roboty zbudować statek kosmiczny i polecieć 
na inną nie zasiedloną planetę, by tam prowadzić swe dzieło od początku. Nie udało 
im się jednak zbudować statku bez gotowych rozwiązań konstrukcyjnych, same zaś 
nie posiadały zdolności twórczych. Tak więc sytuacja w niczym się nie zmieniła aż 
do dnia, gdy dziwna epidemia wybuchła na planecie i wszystkie roboty uległy 
paraliżowi.

background image

- O jakich pan wspominał zwierzętach? - spytałem głowę robota.
- O roboto-zwierzętach. Chcieliśmy mieć wszystko to samo, co ludzie. I gdy 

nagle zdaliśmy sobie sprawę, że cała fauna na planecie wyginęła wskutek braku 
warunków do życia, zrobiliśmy sztuczne zwierzęta. Później jednak przestały nas 
interesować i postanowiliśmy je rozebrać na części zapasowe dla robotów. Ale 
zwierzęta wyczuły niebezpieczeństwo i uciekły. Do dziś biegają po pustych dolinach 
planety Szelezaka. Jeśli nam pomożecie, złapiemy dla was kilka tych unikalnych 
żelaznych zwierząt.

- Dziękuję - powiedziałem, żywiąc jednak w duchu wątpliwości, czy coś takiego 

nadaje się dla Zoo - każdy uczeń na Ziemi potrafi skonstruować mechanicznego 
żółwia bądź elektronicznego jeża.

W trakcie naszej rozmowy Zielony oczyścił wszystkie części robota i nasmarował 

je ponownie. Potem przykręcił mu ręce i nogi i nacisnął czerwony guzik. Z napięciem 
czekaliśmy na rezultat. Robot niepewnie uniósł rękę, zrobił krok naprzód. Noga była 
posłuszna. Posunął się jeszcze o krok, machnął obiema rękami, zrobił skłon w przód, 
w tył, potem zaczął tańczyć. Nigdy dotąd nie mieliśmy okazji widzieć tańczącego 
robota. Omal nie przewrócił stołu laboratoryjnego, nie zmiażdżył mi nogi, zdawało 
się nawet, że śmieje się z radości. Natańczywszy się do woli, wykrzyknął:

- Ratuj... - i znieruchomiał.
No tak, zapomnieliśmy wymienić smar w głowie.
Tym razem Zielony nie zadał mu ciosu w podbródek, tylko zwyczajnie wlał mu w 

otwarte usta puszkę oleju.

Robot zachłysnął się, coś zagulgotało w jego wnętrzu, usta się zamknęły, znów 

otworzyły i nagle wdzięcznym melodyjnym głosem zaśpiewał: „Nie straszny dla nas 
szary wilk”, piosenkę, którą widocznie słyszał kiedyś przed laty.

- A więc to tylko wina smaru - stwierdził nieco uspokojony. - Ale przecież był 

zupełnie świeży. Niedawno wymienialiśmy.

Zielony niewiele myśląc nabrał na szkiełko odrobinę poprzedniego smaru i 

włożył pod mikroskop.

- Jasne jak słońce - rzekł po chwili. - Powinniśmy od razu na to wpaść. W smarze 

rozmnożyły się bakterie, które powodują, że olej przekształca się w roztwór 
szmerglowy. Ciekawe, jakim sposobem mogły się tam dostać?

Robot zamyślił się. Przeszliśmy wraz z nim do jadalni, aby tam kontynuować 

rozmowę. Był wciąż zatopiony w myślach. Nalaliśmy dla siebie herbaty, a przed nim 
postawiliśmy słoik z olejem słonecznikowym, wielkim przysmakiem robotów. Wypił 
z roztargnieniem, nawet to nie zdołało wyrwać go z zadumy.

Nagle w klatce nad jego głową obudził się bajdur. Spostrzegłszy naszego gościa, 

otworzył szeroko dziób i zaśpiewał głosem robota:

background image

„Nie straszny dla nas szary wilk”.
Spojrzeliśmy na siebie zdziwieni. Jedynie robot przyjął to normalnie. Podniósł 

głowę i rzekł do bajdura:

- Witaj, ptaku. Jak się czujesz?
Ale bajdur śpiewał dalej, trzepocząc skrzydłami. Nie potrafił odpowiedzieć, gdyż 

bajdury nie są na tyle mądrymi ptakami.

- Pan go zna? - zapytała Alicja.
- Tak, znam - odpowiedział z roztargnieniem robot. - Sam go remontowałem.
- Jakże pan mógł remontować żywego ptaka? - zdziwiła się.
- Kilka lat temu - mówił robot - ten ptak przyleciał na naszą planetę z Kosmosu. 

W owym czasie powietrza mieliśmy już mało i cała tutejsza fauna wyginęła. Trzeba 
wam jednak wiedzieć, że dla bajdurów powietrze nie jest warunkiem koniecznym do 
życia. Mogą latać z planety na planetę i nie oddychać przez kilka tygodni, a nawet 
miesięcy. Ale ten bajdur doleciał do nas ostatkiem sił. Ktoś napadł go w drodze i 
ciężko zranił. Wyleczyliśmy go, karmiąc olejem smarowniczym, lecz jedno skrzydło 
trzeba było odciąć i zastąpić protezą.

- Niepodobna! - wykrzyknąłem. - Przecież byśmy to zauważyli!
- Niech pan sprawdzi - odparł z dumą robot. - Jesteśmy pod tym względem 

prawdziwymi mistrzami.

Wstałem i podszedłem do bajdura. Ptak, jakby domyślając się, o co mi chodzi, 

rozprostował prawe skrzydło. Pomacałem je i wyczułem pod piórami metal.

- No proszę - triumfował robot. - Nawet pan tego nie spostrzegł.
- A co się stało z ptakiem później? - spytała Alicja.
- Przybył do nas z systemu Meduzy. Ktoś go ścigał i koniecznie chciał uśmiercić. 

Przez ten czas, gdy dorabialiśmy mu skrzydło, dużo nam opowiadał. Z jego słów 
można było wywnioskować, że ktoś miał awarię bądź też znalazł się w wielkich 
opałach na jednej z planet systemu Meduzy i ptak spieszy donieść o tym jego 
przyjacielowi. Sami byśmy chętnie pomogli, lecz nie mieliśmy statku kosmicznego.

- I wypuściliście ptaka?
- Tak - odpowiedział robot. - Staraliśmy się wytłumaczyć mu, że nie zdoła 

dolecieć do tego sektora Galaktyki, do którego spieszył. Sztuczne skrzydło, choć nie 
różni się od normalnego, jest przecież znacznie mniej sprawne. Niestety, ptak nie 
zrozumiał. Nie jest zbyt mądry. Wiedzieliśmy jednak, że niedaleko znajduje się 
planeta Błuk, rodzinne gniazdo bajdurów, i że ptak może tam dolecieć. Od tego czasu 
nie widziałem go więcej.

- Słyszysz, tatku?! - spytała Alicja. - Teraz chyba nie wątpisz, że Drugi Kapitan 

żyje i że wysłał ptaka po ratunek?

- Ale to było cztery lata temu. Dotychczas pewnie już zginął.

background image

- Muszę wam jeszcze opowiedzieć - przerwał nam robot - o czymś bardzo 

dziwnym, co zdarzyło się miesiąc temu. Dokładnie na trzy dni przed wybuchem 
epidemii. Nie wspominałbym o tym, gdyby nie bajdur... Na naszej planecie 
wylądował mały czarny statek. Wysiadł z niego mężczyzna w kapeluszu. Sądziliśmy, 
że chodzi o wymianę robotów, okazało się jednak, że potrzebuje naszej pomocy, gdyż 
jego statek ma poważne uszkodzenie... Chętnie mu pomogliśmy...

- To był doktor Wierchowcew - szepnęła mi Alicja.
- A kiedy statek był już gotowy do lotu, zapytaliśmy, czy da nam trochę oleju lub 

świeżych gazet w nagrodę za pomoc. Odpowiedział w arogancki sposób, że nic nie 
dostaniemy. I że powinniśmy być mu wdzięczni, iż darował nam życie. Wtedy 
oświadczyłem mu: „Wstydź się, przybyszu! Kiedy ptak bajdur, bezmyślne 
stworzenie, nie dał nam nic za naprawione skrzydło, nikogo to nie zdziwiło. Ale ty - 
istota rozumna i jak świadczy twój wygląd pochodząca z Wielkiej Ziemi! Wstydź 
się!” Zaczął od razu wypytywać o bajdura. Odparłem, że to było przed czterema laty i 
nie ma nic wspólnego z obecną sprawą. Tak jednak nalegał, że opowiedziałem mu 
historię rannego ptaka. Trzeba było widzieć, w jaką wpadł furię! Przeklinał nas za to, 
że pomogliśmy ptakowi, a usłyszawszy, że poleciał on na planetę Błuk, zaczai wśród 
tych przekleństw natychmiast szykować się do drogi. „Tyle czasu kosztuje mnie to 
piekielne ptaszysko - klął. - A nuż się wygada!” W nocy widzieliśmy go koło głównej 
cysterny...

- Jakiej cysterny?
- No jasne! - zawołał robot. - Był przy głównej cysternie z olejem! To bardzo zły 

człowiek i na pewno wrzucił tam jakieś złośliwe bakterie.

Staraliśmy się wytłumaczyć mu, że bakterie mogły równie dobrze trafić na 

planetę inną drogą, lecz on tylko kręcił głową i nie chciał w ogóle słuchać naszych 
argumentów.

Na pożegnanie otrzymał od nas beczkę oleju, co powinno mu starczyć na 

uruchomienie bodaj dziesięciu robotów. Obiecaliśmy poza tym, że zaraz po wyjściu 
w Kosmos nadamy radiogram, aby z najbliższej planety wysłano do nich statek z 
olejem.

Ledwie robot odszedł, moi przyjaciele zaczęli się gorączkować.
- Prędzej - popędzali mnie - prędzej w drogę! Jest jeszcze szansa na ocalenie 

kapitana! Teraz już nie ma wątpliwości, że spotkało go nieszczęście i doktor 
Wierchowcew boi się, aby prawda nie wyszła na jaw.

- W ogóle wstyd mi za Ziemian - rzekł ponuro Zielony. Dopóki nie rozgryziemy 

tej tajemnicy, nie będę mógł spojrzeć w oczy mieszkańcom innych planet. Jeżeli 
wśród Ziemian znalazł się taki szubrawiec, to naszym obowiązkiem jest znaleźć go i 
unieszkodliwić, I w tym właśnie pomoże nam Drugi Kapitan, którego bezwzględnie 

background image

znajdziemy. A zwierzęta mogą poczekać.

Westchnąłem, widząc, że Alicja i Połoskow są absolutnie tego samego zdania.
- Zgoda - powiedziałem. - Ustępuję wobec większości. Mimo to uważam, że 

wasze nadzieje opierają się wyłącznie na pogłoskach i że Drugiego Kapitana w 
systemie Meduzy nie znajdziemy. Ale stawiam warunek - jeśli się okaże, że zaszła 
pomyłka, natychmiast wracamy do centrum Galaktyki i zajmujemy się już tylko 
poszukiwaniem zwierząt.

- Przygotować statek od odlotu! - rzekł kapitańskim tonem Połoskow. - Zielony, 

zejdź do maszynowni. Włącz supersilniki.

Podszedłem do iluminatora, by rzucić ostatnie spojrzenie na pustynną planetę, 

którą zmarnowały nie wiedząc, co czynią, pracowite roboty. I nagle spostrzegłem, że 
przez pole biegnie ku nam nasz robot niosąc coś w rękach.

Czekałem na niego przy trapie.
Wysypał mi pod nogi stertę jakichś metalowych przedmiotów.
- Do widzenia - rzekł patrząc, jak wciągam trap. - Jeżeli znajdziecie tego łotra w 

kapeluszu, a nie będziecie wiedzieli, co z nim począć, oddajcie go nam. 
Wysmarujemy go skażonym olejem.

Roześmiał się i ruszył z powrotem, wzbijając kłęby kurzu.
W czasie gdy statek nabierał prędkości kosmicznej, zmieniłem smar metalowym 

zwierzętom. Ciekawiło mnie bądź co bądź, jakie też roboto-zwierzęta występowały 
na tej planecie. I kiedy w dwie godziny później Zielony wszedł do pracowni, omal nie 
zemdlał z wrażenia. Po podłodze biegały zwierzątka na kółkach. Piszczały, biły się ze 
sobą, próbowały wdrapać się na ściany. Wyglądały jak straszydełka, ale było w nich 
jakieś podobieństwo do myszy i kotów. Widocznie roboty konstruując je myślały o 
prawdziwych kotach i myszach.

Umieściłem roboto-zwierzątka w żelaznej klatce, czasem jednak wyłaziły z niej i 

uganiały się po korytarzach za diamentowym żółwikiem.

background image

POGOŃ ZA LADY WINTER

System Meduzy leżał zagubiony na najdalszym krańcu Galaktyki. Wokół dużej 

gwiazdy z długimi niby splątane pasma protuberancjami krążyły tylko trzy planety. 
Pierwsza, najbliższa gwiazdy, była tak rozżarzona, że z góry wykluczała możliwość 
lądowania.

Zbliżyliśmy się do drugiej planety.
Była pustynna, posępna. Promienie słońca odbijały się od szaroniebieskich 

błyszczących gór, od asfaltowo czarnych jezior, od z rzadka rosnących nagich drzew. 
Dął nad nią wieczny wicher.

- No i co? - zapytałem bajdura. - Czy to jest właściwa planeta?
Bajdur przechylił głowę na bok i nic nie odpowiedział.
- Tatku - zauważyła Alicja, podchodząc do iluminatora w jadalni - ty zupełnie nie 

umiesz z nim rozmawiać. On się ciebie boi.

- A ciebie nie?
- Mnie żadne zwierzęta się nie boją. - Trzymała na ręku roboto-kociaka, który 

koniecznie chciał ją polizać w nos zimnym naoliwionym jęzorkiem. - Powiedz nam, 
kochany bajdurze, czy na tej planecie zostawiłeś swego pana?

Bajdur przysłuchiwał się uważnie słowom Alicji, po czym odpowiedział głosem 

Drugiego Kapitana:

- Strzeż się miraży. Nie wierz im. Ale przyglądaj się uważnie.
- Głupi ten twój bajdur - rozgniewałem się. - Ja mu o planecie, a ten o mirażach.
- Zobaczymy - odparła Alicja.
Za iluminatorem zaczął padać deszcz. Niezbyt silny, lecz wicher sprawiał, że 

ukośne strug: bębniły w poszycie.”Pegaza”. Aż nieprzyjemnie było patrzeć na tę 
planetę. Zapadał melancholijny długi wieczór.

- Słuchajcie - zaproponował Połoskow. - Dziś już za późno, aby wyjść na 

zewnątrz. Zjemy więc kolację i pójdziemy spać.

Po kolacji Alicja zapędziła do klatki roboto-kocięta i usiadła z książką na kanapce

w jadalni. A ja chyba po raz tysięczny poszedłem szukać diamentowego żółwika w 
obawie, by czegoś nie narozrabiał. Połoskow z Zielonym zajęli się swoją pracą.

I tak minęły ze dwie godziny. Wróciłem do jadalni, Alicja wciąż jeszcze czytała. 

Przytulnie tu było, ciepło i jakoś niezwykle sympatycznie, zapewne przez kontrast z 
wyjącym na zewnątrz wichrem.

Podszedłem do iluminatora i spojrzałem w półmrok. Dwa wielkie księżyce skąpo 

oświetlały równinę. I nagle osłupiałem ze zdumienia.

Doliną szło w stronę naszego statku kilka osób. Byli to na pewno ludzie, bez 

skafandrów, w oryginalnych strojach. Zajęci rozmową, zdawali się w ogóle nie 

background image

dostrzegać „Pegaza”.

- Alicjo, popatrz - przywołałem ją cicho.
Rzuciła książkę na kanapę i podbiegła do mnie.
Ludzie tymczasem podeszli już bliżej i mogliśmy przyjrzeć się ich strojom - byli 

odziani w kamizele, na głowach mieli szerokoskrzydłe kapelusze, a na ramionach 
krótkie szerokie płaszcze. Przodem szło czterech mężczyzn. Za nimi powoli, jakby 
niechętnie, postępowała kobieta w szerokiej sukni do ziemi, uczesana w niezmiernie 
wyszukany sposób. Mężczyźni żywo o czymś rozprawiali, kobieta milczała.

- Alicjo, to pewnie halucynacja? - zapytałem nie wierząc własnym oczom.
- Nie - odpowiedziała. - Nie spłosz ich. Wiem, kim oni są.
- Sielezniew! - zagrzmiał mi nad uchem głośnik. - Sielezniew, nie śpisz?
Był to głos kapitana.
- Gdzie jesteś? - spytałem.
- W sterowni. Spójrz no w iluminator. Czy coś z tego rozumiesz?
- Właśnie patrzę - odpowiedziałem - i niczego nie rozumiem. Skąd tu mogą być 

ludzie?

- A ja rozumiem - rzekła Alicja. - Znam tych ludzi.
Odwróciłem się do niej. Czyżby bredziła w gorączce?
- Doprawdy nie poznajesz ich, tatku? - mówiła zdziwiona. - No dobrze, tej 

kobiety możesz nie pamiętać, ale drugiego mężczyznę z prawej strony powinieneś 
znać!

- Ależ nie znam! - zniecierpliwiłem się. - Mówże wreszcie!
- Drugi z prawej to jest Portos - wyjaśniła Alicja. - Widzisz, jak się nachyla do 

d’Artagnana, słucha, co tamten mówi. Na pewno postanowili mimo wszystko 
zgładzić lady Winter.

- Jaką znów lady Winter?! - wykrzyknąłem. - Ja chyba zwariuję! Skąd się tu 

wziął Portos?

- Nie mam pojęcia - wyznała Alicja. - Ale to są oni. Przecież to muszkieterowie 

królewscy. Gwardzistów kardynała natychmiast byśmy odróżnili od muszkieterów 
króla.

- Połoskow, słyszysz? - zapytałem.
- Słyszę - odpowiedział spokojnie. - Moim zdaniem Alicja ma zupełną rację. 

Gwardzistów kardynała natychmiast byśmy odróżnili od muszkieterów króla.

Czterej muszkieterowie doszli tymczasem do „Pegaza”. Przycisnąłem nos do 

iluminatora, by zobaczyć, co zrobią dalej. Zatrzymali się, jeden, jak mi się wydało 
Aramis, piękny mężczyzna z cienkim wąsikiem, ustąpił z drogi lady Winter, 
wytwornym gestem dając jej pierwszeństwo.

- Szalenie interesujące - rzekła Alicja stając na palcach, by lepiej widzieć. - 

background image

Zgładzą ją czy nie? Jak myślisz, tatku?

- Nic już; nie myślę. Kapitanie, może spuścić trap?
Lecz oto muszkieterowie weszli w ścianę statku i zniknęli nam z oczu.
- Przechodzą ściany na wskroś - wyczułem w glosie kapitana lekkie zaskoczenie.
Połoskowa trudno czymkolwiek zadziwić. Widział dziesięciokrotnie więcej, niż 

przeciętny człowiek zdoła zobaczyć w ciągu całego życia. Nie straszny dla niego ani 
Mały Smok, ani pęcherze z Hiely, ani kosmiczni piraci. Ale muszkieterów 
królewskich przechodzących skroś ścian „Pegaza” jeszcze mu nie zdarzyło się 
widzieć.

- Może oni też podróżują w czasie, jak tamci z Szeszyneru - wyraziłem 

przypuszczenie.

Alicja podbiegła do iluminatora po przeciwnej stronie jadalni.
- Są - oznajmiła. - Tak myślałam. Przeszli na wskroś „Pegaza” i nawet tego nie 

zauważyli.

Podszedłem do tamtego iluminatora. Istotnie, muszkieterowie, jakby nigdy nic, 

oddalali się od statku, ich szpady połyskiwały w świetle dwóch księżyców. Minęli 
skałę i skryli się w wąwozie.

- Chodźmy do sterowni - zaproponowałem. - Stamtąd lepiej widać.
- Dobrze - wzięła z kanapy książkę, którą czytała przez cały wieczór. Książka 

nosiła tytuł „Trzej muszkieterowie”.

Zacząłem się czegoś domyślać.
- Daj mi tę książkę - powiedziałem.
Otworzyłem ją po drodze. Akurat na ilustracji przedstawiającej jednego z 

muszkieterów - d’Artagnana w płaszczu i ze szpadą u boku.

Gdy wbiegliśmy do sterowni, Połoskow stojący przed dużym iluminatorem 

przywołał nas skinieniem ręki

Pośrodku równiny stała wysmukła brzózka, liście jej trzepotały na wietrze jak 

żywe. Wokół brzózki rosła trawa, a nisko spomiędzy korzeni wyglądał kapelusz 
sporego koźlarza.

- Skąd ja to znam? - zastanawiał się kapitan. - Musiałem to gdzieś widzieć.
- Ja wiem gdzie - zawołała Alicja. - To ulubiona pocztówka Zielonego. Wisi nad 

łóżkiem w jego kajucie. Ciągle patrzy na nią i deklamuje głośno: „Chrzęści - szeleści 
Zielony szum...”

- Miraże - powiedział kapitan.
- Tak - przyznałem. - Oczywiście, że tak. Bajdur się nie mylił uprzedzając nas o 

tym głosem Drugiego Kapitana. Kto je stwarza i dlaczego? Komu zawdzięczamy tę 
niecodzienną rozrywkę?

Brzoza rozpłynęła się w ciemnościach, a z dalekiego stoku góry ruszyła w 

background image

kierunku „Pegaza” przedziwna procesja. Byli tam ludzie, Fiksjanie, istoty z 
nieznanych planet i gwiazd, roboty, zwierzęta. Tłum miraży otoczył statek 
przechodząc skroś niego, dwojąc się, przenikając się wzajemnie.

- Tatku - rzekła prosząco Alicja - chodźmy popatrzeć na nich z bliska.
- Stąd też widać - odparłem. - Nie znamy przecież ich właściwości. A nuż nie są 

takie bezcielesne, jak się wydają.

Długi czas przyglądaliśmy się tej procesji majaków, a gdy równina opustoszała, 

Alicja znów zaczęła nudzić:

- Oj, tatku, zejdźmy tam, jeszcze nie jest późno. Popatrz, tylko jeden miraż został 

- d’Artagnan.

Rzeczywiście, na opustoszałą równinę wyszedł samotny muszkieter i zaczął, 

rozmyślając o czymś, przechadzać się nie opodal statku.

- Idźcie - rzeki nagle Połoskow. - Tylko nie oddalajcie się zbytnio od „Pegaza”. 

Będę czuwał, żeby się wam coś nie przytrafiło.

Kapitan jak zwykle odgadł moje życzenie. Oczywiście, że miałem ochotę 

przyjrzeć się majakom z bliska. Obawiałem się tylko o bezpieczeństwo Alicji. Pójście 
bez niej oznaczało długotrwałe dąsy. Uważała miraże niejako za swoją własność, 
przecież ona pierwsza rozpoznała trzech muszkieterów.

Zeszliśmy po trapie. Na dole było zupełnie pusto. D’Artagnan gdzieś przepadł.
- Zaczekajmy - powiedziała Alicja. - Na pewno wrócą.
Zbliżyłem się do miejsca, gdzie niedawno rosła brzózka. Na ziemi leżały jedynie 

okrągłe kamyki - ani źdźbła trawy, ani listeczka.

- Patrz, tatusiu, kto tam idzie! - wykrzyknęła Alicja. - Coś takiego!
Podniosłem głowę i drgnąłem. Vis a vis szedłem ja, trzymając za rękę Alicję. 

Ponadto byliśmy oboje bez skafandrów i zdawałoby się, że powietrze nie jest dla nas 
warunkiem koniecznym.

Alicja podskoczyła na spotkanie siebie samej.
- Stój! - krzyknąłem. - Dokąd idziesz?
Lecz ona już dobiegła do swego sobowtóra, z rozpędem przeleciała skroś niego, 

potknęła się o kamień i upadła na kolana. Miraż natychmiast zniknął. Gdy spieszyłem 
jej na pomoc, ukazał się drugi. Zmierzał ku niej szybkim krokiem, jakby chciał ją 
porwać. Tym razem miraż przedstawiał doktora Wierchowcewa. W kapeluszu 
zsuniętym na oczy, z głową schowaną w skulonych spiczastych ramionach.

Zdążyłem jeszcze osłonić przed nim Alicję, niezupełnie przekonany, że 

Wierchowcew jest tylko mirażem.

On jednak nie zauważył Alicji. Przeszedł bardzo blisko, jak gdyby witając kogoś 

uśmiechem. Spojrzałem w tym kierunku. Naprzeciwko szedł grubas w czarnym 
skórzanym ubraniu. Podali sobie ręce i przysunąwszy blisko głowy zaczęli o czymś 

background image

rozmawiać.

Alicja podniosła się i wzięła mnie za rękę.
- Spróbuj mieć jakiś sekret na tej planecie! - powiedziała. - Akurat! Za to 

przynajmniej wiemy, że grubas i Wierchowcew znają się dobrze i że nie bez kozery 
obydwaj chcieli wydębić od nas bajdura.

Majaki rozmawiały bezgłośnie, a z drugiej strony zbliżał się do nas nowy miraż. 

Wyobrażał trzech kapitanów. Nie takich jak na pomniku, lecz żywych, w 
ciemnoniebieskich mundurach floty kosmicznej. Kapitanowie przystanęli ujmując się 
za ręce, jak gdyby pożegnalnym gestem. I natychmiast się rozwiali. Zamiast nich 
zjawił się na równinie jeden kapitan. Drugi. Wysoki, smukły, z orlim nosem. Stał ze 
ściągniętymi brwiami, jak gdyby o czymś rozmyślając. Na jego ramieniu siedział 
bajdur. Kapitan ogarnął spojrzeniem dolinę i szybkim krokiem ruszył w stronę 
następnego majaka, który zjawił się na horyzoncie. Był to statek kosmiczny 
błękitnego koloru, na jego burcie lśniła wysadzana drogimi kamieniami 
ciemnobłękitna mewa.

I te miraże się rozwiały... Zniknął Wierchowcew, grubas...
Alicja wymówiła z zachwytem:
- Jeszcze nigdy w życiu nie widziałam tak pięknego statku...
W moich słuchawkach zabrzmiał głos kapitana:
- Profesorze, czyś kiedykolwiek widział tak piękny statek? Z pewnością jest to 

„Błękitna Mewa” Drugiego Kapitana.

- Z pewnością - potwierdziła Alicja. - Może on gdzieś tu jest ukryty? Musimy go 

znaleźć.

Na horyzoncie, w miejscu gdzie stała „Błękitna Mewa”, zapłonął jaskrawy błysk. 

Zobaczyliśmy, jak statek wzbił się nad planetą.

- Odleciał twój miraż - rzekł Zielony. - Tak przypuszczałem.
- Rzeczywiście wygląda na to, że „Błękitna Mewa” stąd odleciała - zgodził się z 

nim Połoskow.

Schyliłem się nad tym miejscem, gdzie Alicja upadła. Zainteresowała mnie 

pewna rzecz - dwa okrągłe kamyki nagle potoczyły się z wolna, jakby ktoś je trącił. A 
przecież nikogo nie było w pobliżu. Nawet wiatr przycichł. Wyciągnąłem rękę, chcąc 
podnieść jeden kamyk, tymczasem on przyspieszył i umknął mi spod palców. 
Równocześnie zaczął się z niego wyłaniać miraż. Kontury jego, początkowo mgliste, 
blade, nabrały ostrości i ukazała się lady Winter. Uniosła wytworną suknię i pobiegła 
w stronę gór.

- Nie uciekniesz mi - powiedziałem głośno. - Domyślałem się tego. Cudów 

przecież nie ma!

Skoczyłem naprzód, jakbym zamierzał schwytać lady Winter. W momencie, gdy 

background image

padłem na to miejsce, w którym się znajdowała, miraż zniknął.

- Co ty wyprawiasz, tatku? - zdziwiła się Alicja. - Dlaczego ścigasz lady Winter?
- Właśnie ją schwytałem.
Zielony rzekł ironicznie:
- A jakże. Pańska milady prysnęła jak bańka mydlana.
- Trzymam ją w ręku - odpowiedziałem. - Wracamy zaraz na statek i wszystko 

wam wyjaśnię.

W jadalni położyłem na stole okrągły kamyk i obok jeszcze pięć podobnych, 

które pozbierałem idąc do statku. Leżały spokojnie rzędem. Najpospolitsze kamyki 
wielkości kartofla i nawet kształtem przypominające kartofel.

- Pozwólcie, że wam przedstawię - powiedziałem - mieszkańców tej planety.
- Żywe istoty? - zdumiał się Zielony. - Kto by to pomyślał!
- I obdarzone bardzo ciekawą zdolnością. Potrafią tworzyć złudzenia optyczne - 

kopie ludzi, przedmiotów, w dodatku nie tylko tych, które widziały, na przykład 
trzech kapitanów bądź doktora Wierchowcewa, lecz także chwytać obrazy istniejące 
w wyobraźni ludzkiej. Alicja, dajmy na to, czytała „Trzech muszkieterów”, oglądała 
ilustracje, wyobrażała sobie, jak oni wyglądali, i oto ich zobaczyliśmy. Czy byli 
podobni do twoich wyobrażeń, Alicjo?

- Jota w jotę, tatusiu - odpowiedziała.
- Po co i w jaki sposób tworzą te miraże, tego jeszcze nie wiem.
- Może po prostu z nudów? - zastanawiała się Alicja. - Leżą na gołej ziemi i 

okropnie się nudzą, A każdy przybysz, każdy gość stanowi dla nich świetną 
rozrywkę.

- Wszystko możliwe - przyznałem. - No więc jak, szukamy tutaj, czy lecimy na 

trzecią planetę?

- Trzecia planeta wydaje mi się znacznie bardziej interesująca - rzekł Połoskow. - 

Oglądałem zdjęcia - jest na niej roślinność, woda, powietrze.

Wtem jeden z kamyków przybrał postać Drugiego Kapitana. Kapitan popatrzył na 

nas smutno, a bajdur odezwał się jego głosem:

- Szukaj na planecie trzy. Szukaj na planecie trzy.
- No widzicie - podsumowała Alicja.
W chwilę później wystartowaliśmy w kierunku trzeciej planety systemu Meduzy.

background image

PISKLĘ PTAKA KROK

Cztery słońca wędrowały nad tą planetą, noc zapadała bardzo rzadko i nie sposób 

było bez skomplikowanych obliczeń, przewidzieć, w którym momencie nastąpi krótki 
zmierzch, a potem ogarnie planetę równie krótkotrwała ciemność. Upływało pół 
godziny, niekiedy mniej i nowe słońce wschodziło nad kolczastymi krzewami, 
błyskawicznie wtaczając się na niebo.

Wszędzie rozciągały się lasy i gęste zarośla. W pobliżu bieguna lasy były niskie, 

jakby przytłamszone do ziemi, za to w tropikach osiągały wręcz nieprawdopodobną 
wysokość.

Istny raj dla biologa. Czegóż tu nie było! W oceanach mrowie ryb, meduz, 

drobnych żyjątek, węży morskich, lasy pełne wszelkiego zwierza oraz motyli o 
skrzydłach ponad metrowej długości, a wyżej, nad spiczastymi skałami i łagodnymi 
zboczami aż się roiło od różnorodnego ptactwa.

- Zostaniemy tu z pewnością na dłużej - oświadczyłem, gdy wylądowaliśmy na 

wierzchołku lesistego wzgórza. Z tej jednej planety można by stworzyć pięćdziesiąt 
ogrodów zoologicznych.

- No to świetnie - rzekł kapitan. - A my tymczasem doprowadzimy do porządku 

statek.

- No tak - wtrąciła Alicja - najpierw jednak musimy znaleźć Drugiego Kapitana. 

Dałabym głowę, że tu gdzieś przebywa.

- Tylko nie wypuszczaj się sama na zwiady - ostrzegłem ją. - Tu są bardzo 

niebezpieczne zwierzęta.

- Ale ja jestem królem przyrody!
- Zwierzęta o tym nie wiedzą. Brak im wykształcenia.
- Tylko jak będziemy szukać Drugiego Kapitana? - spytała.
- Na początek - odpowiedział Połoskow - wyślemy nad planetę 

metalozwiadowcę.

- Po co?
- Będzie krążył na niskiej orbicie i jak tylko wykryje ślady metali stosowanych 

przy budowie statków kosmicznych, da nam znać.

- Długo będzie tak krążył?
- Pewnie ze dwa tygodnie mu zejdą na zbadanie całej planety.
- Ojej, jak długo!
- Będziesz mi przez ten czas pomagała - pocieszyłem ją. - Zajmiesz się 

karmieniem zwierząt.

- I podlewaniem śpiewokrzewów - dodała. - Bo nam zwieją.
Jak na zawołanie przydreptał do jadalni nasz maluch i nieśmiało zatrzymał się w 

background image

progu. Kołysał gałązkami, podśpiewywał, usiłując dać nam do zrozumienia, że chce 
kompotu.

- Popatrz - rzekł do Alicji Zielony - rozpuściłaś je jak dziadowski bicz. Niedługo 

gryźć zaczną. Daj mu kompotu, niech się ucieszy.

Nazajutrz wstaliśmy skoro świt. Połoskow szykował metalozwiadowcę, a ja 

ładowałem do gazika sieci oraz kamerę filmową.

Byliśmy tak zaabsorbowani, że nie zauważyliśmy nadlatującego ptaka Krok. 

Zorientowałem się dopiero wtedy, gdy padł na mnie cień i usłyszałem łopot skrzydeł, 
który wydał mi się łopotem żagli.

- Padnij! - krzyknął Połoskow.
Padłem na trawę.
Tuż nad moją głową zachrzęściły szpony, ptak nie trafił, wzbił się w powietrze, 

by stamtąd znów zaatakować.

Wykorzystując ten moment, przyjrzałem mu się dokładnie.
Był to olbrzymi stwór wielkości średniego samolotu pasażerskiego. Miał długie 

wąskie skrzydła, krótki ogon i potężny dziób, zakrzywiony na podobieństwo 
chwytaków dźwigu. Ptak opisał niewielkie koło i niby nurkujący bombowiec poszedł 
w dół.

Próbowałem się odczołgać, lecz było już za późno.
Zmrużyłem oczy i uczepiłem się kurczowo koła łazika. Równocześnie huknął 

strzał.

Okazało się, że Zielony zdążył jeszcze podbiec do luku i strzelić, gdy ptak 

znajdował się w odległości zaledwie trzech metrów ode mnie.

Krok wrzasnął i wzbił się w powietrze. Tuż przed moim nosem upadło pióro. 

Metrowej długości i tak twarde, że wbiło się końcem w suchą ziemię niby miecz 
junaka.

Wyciągnąłem je i pokazałem Alicji.
- Posłuchaj - tłumaczyłem jej - właściciel tego pióra jest na nas bardzo obrażony i 

zamierza upolować na kolację któregoś członka naszej załogi. Rozumiesz?

- Rozumiem. Ale przecież łazika nie udźwignie.
- Łazika nie.
- Więc pojadę z tobą łazikiem.
- Nie, Alicjo. Wyruszam teraz na zwiady i wrócę na obiad. Wszyscy, z wyjątkiem 

ciebie, mają dużo roboty. Musisz przygotować obiad i nakarmić zwierzęta. I nie 
zapomnij, że pająkowi kończy się włóczka.

- No dobrze - zgodziła się Alicja.
- Jak tam metalozwiadowca? - spytałem Połoskowa wsiadając do łazika.
- Nie rozumiem - odpowiedział. - Coś się z nim stało. Nigdy nie zawodził, a teraz 

background image

nawala.

Łazik jechał wolno przez zarośla, kołysząc się na wybojach i lekko zsuwając się z 

pagórków. Zarośla rozstępowały się przed nim i z powrotem zamykały, gdy 
przejechał. Rozmyślałem o tym, jak by tu schwytać ptaka. Marzyło mi się zdobycie 
go dla Zoo, wątpiłem jednak, czy uda się przewieźć go statkiem. Inna rzecz, gdyby 
znaleźć jego gniazdo i zabrać pisklęta. Gniazda powinny mieścić się na skałach - 
żadne drzewo nie wytrzyma ciężaru domostwa ptaka Krok.

Skręciłem ku dalekim górom. Sznur długonogich żółtych jaszczurek przeciął mi 

drogę. Przodem dreptała najwyższa, za nią coraz mniejsze. Naliczyłem dwadzieścia 
trzy sztuki. Ostatnia jaszczurka była całkiem malutka. Mogłem ją schwytać, lecz nie 
zrobiłem tego - najpierw trzeba się rozejrzeć, wyjaśnić, czym się odżywiają, inaczej 
daremny trud, nie dowiózłbym jej na Ziemię. Wysoko nade mną przeleciał ptak Krok. 
Zmierzał ku górom. Na pewno wracał do swego gniazda.

Wystrzeliłem automatyczną sieć, nakrywając nią metrowej długości niebieskiego 

motyla. Gdy sterowałem manipulatorami, by go uśpić i zamknąć w bagażniku, nie 
uszkodziwszy skrzydeł, zajaśniał ekran wideofonu i ukazała się na nim zaniepokojona 
twarz Połoskowa.

- Wysłałem metalozwiadowcę, słyszysz?
- No to świetnie - odpowiedziałem. - Poczekaj, tylko ułożę motyla.
- Ale łączność z nim została przerwana.
- Z kim? Z metalozwiadowcą?
- No tak. To się jeszcze nigdy nie zdarzyło. Wszystko sprawdzałem. W trzy 

minuty po starcie zamilkł.

- Trzeba polecieć kutrem, dogonić go i naprawić - powiedziałem, układając 

motyla w kontenerze.

- Właśnie to ci zamierzałem powiedzieć. Ja polecę, a ty wracaj na statek. Nie 

podoba mi się ta planeta.

- Mylisz się. To wspaniała planeta. Cieszę się, żeśmy na nią trafili.
- A jeżeli Drugi Kapitan rzeczywiście tu zginął?
- Wierzysz w to?
- Nie wiem. Skoro mógł tu zginąć tak doświadczony kapitan, to znaczy, że ta 

planeta kryje jakieś groźne niebezpieczeństwo, o którym nie mamy pojęcia.

- Może po prostu zawiodły silniki? Przecież zdarza się tak nawet z najlepszymi 

statkami. Albo napadł na kapitana jakiś miejscowy potwór. Na przykład ptak Krok. 
Widziałeś jego dziób?

- Pewnie, że widziałem.
I Połoskow wyłączył ekran.
Jeszcze jeden ptak przeleciał nade mną, a ja starałem się zapamiętać kierunek 

background image

jego lotu. Na pewno w górach mają swoje gniazda. Koniecznie musze, tam pojechać.

Nieoczekiwanie zapadł zmierzch. Szybko wróciłem na statek.
Postawiłem łazik przy trapie i po ciemku wszedłem na górę kierując się do 

sterowni. Najpierw sprawdziłem, gdzie są moi współtowarzysze. Zielony siedział w 
maszynowni i odprawiał czary nad przyrządami. Alicja odpowiedziała ze swej kajuty, 
oznajmiając, że czyta. Połączyłem się z kapitanem.

- Co tam u ciebie słychać? - spytałem.
- Zapelengowałem metalozwiadowcę. Zaraz go dogonię. Nie wyłączaj radiostacji.
Usiadłem przy iluminatorze i słuchałem, jak Połoskow mamrocze coś do siebie 

pod nosem, usiłując schwytać metalozwiadowcę. Krótka noc już się kończyła. 
Spoglądałem w dal na lasy, góry i w myśli wytyczałem sobie jutrzejszą trasę. Pojadę 
wzdłuż tej rzeczki, potem na wzgórza... Trzeba zabrać Alicję. W łaziku nic jej nie 
grozi...

- Mam go - odezwał się Połoskow. - Złapałem chwytakami i zaraz wracam.
Wtem na placyku przed „Pegazem” zobaczyłem Alicję. Szła ostrożnie, na 

palcach, oglądając się na iluminatory, ale mnie nie spostrzegła.

Było chłodno, włożyła więc żółty puszysty kombinezon. Widocznie wybierała się 

gdzieś daleko. Ale co najdziwniejsze - przed nią kroczył po trawie bajdur. Był 
uwiązany na długim łańcuszku, drugi koniec trzymała Alicja. Powiedziała coś i ptak 
wzleciał w powietrze. Zluzowała łańcuszek, dając mu swobodę ruchów. Machnął 
skrzydłami i powoli, jakby rozumiejąc, że Alicja nie umie latać, skierował się w 
stronę lasu.

Dopiero wówczas oprzytomniałem.
Włączyłem głośnik i krzyknąłem:
- Alicjo, czyś ty oszalała! Wracaj natychmiast!
Bojąc się jednak, że nie posłucha, pędem zbiegłem po trapie, by ją dogonić i 

przyprowadzić na statek.

Alicja była już daleko pod lasem, a nad nią krążył olbrzymi ptak Krok.
- Alicjo! - krzyknąłem przeraźliwie.
Nie usłyszała mojego krzyku.
Ani strzelby, nic pod ręką!
Co robić?
Jak szalony puściłem się naprzód.
Alicja spostrzegła zniżającego się ptaka i ze strachu wypuściła z rąk łańcuszek. 

Spłoszony bajdur frunął ku drzewom.

Biegnąc do Alicji widziałem, jak ptak Krok wysuwa białe szpony, jak chwyta 

żółtą puszystą figurkę, po czym śmiga w górę.

Widziałem, jak coraz bardziej maleje, jak wzlatuje coraz wyżej i wyżej ptak 

background image

unoszący swą zdobycz.

W dziesięć minut później zniżył się koło „Pegaza” Połoskow. Obaj z Zielonym 

przygotowaliśmy tymczasem mały kuter.

- Dokąd się wybieracie? - spytał kapitan zdziwiony.
- Krok porwał Alicję! - krzyknął mechanik i umilkł nagle, gdyż z rozpaczy mowę 

mu odjęło.

- Skacz tutaj! - rzekł do mnie Połoskow, zniżając kuter tuż nad ziemię.
Uczepiłem się dolnej krawędzi otwartego iluminatora i wskoczyłem do kabiny.
Kuter natychmiast poszedł w górę.
- Dokąd ptak poleciał? - spytał kapitan głośno, przekrzykując warkot silnika.
- W kierunku gór. Na pewno tam są ich gniazda.
Za parę minut dotarliśmy na miejsce. Ale nie tak łatwo było odnaleźć gniazdo. 

Tysiące jednakich spiczastych skał sterczały nad płaskowyżem, przeszło godzinę 
krążyliśmy nad nimi bezskutecznie. Coraz niklejsze wydawały się szanse 
odnalezienia Alicji.

Pomógł nam sann Krok. Zobaczyliśmy go lecącego nad skałami.
- Za nim - krzyknąłem.
- Cierpliwości - zmitygował mnie Połoskow. - Spłoszymy go i nie wskaże nam 

drogi do gniazda.

Przyhamował kuter w powietrzu i zawisnęliśmy nad skałami. Ptak zmierzał ku 

wierzchołkowi, nad którym jeszcze nie byliśmy. Tam, złożywszy skrzydła, spikował. 
Połoskow natychmiast wziął ten sam kierunek, nabierając równocześnie wysokości.

Gdy zbliżaliśmy się do wierzchołka, z dołu zerwało się kilka ptaków. Wzięły 

nasz kuter za nieznanego latającego wroga. Atakowały nas tak odważnie, że 
Połoskow musiał sobie przypomnieć akrobacje lotnicze, by nie zderzyć się z 
rozjuszonymi ptakami.

- Patrz, tam są gniazda! - zawołałem.
Na stromym zboczu góry widniały ciemne kręgi gniazd. Zbudowane były z 

kamieni oraz suchych gałęzi i przylepione do skalnych występów nad przepaścią.

Zniżyliśmy się na tyle, że można już było rozróżnić w niektórych gniazdach 

ptaki, które rozpostartymi skrzydłami osłaniały przed wrogiem pisklęta lub jaja.

- Spójrz - powiedziałem.
W jednym gnieździe coś się żółciło. Kuter jak strzała pomknął w tym kierunku. 

Tak szybko, że ptaki nie nadążały za nim.

- Nie, to nie Alicja - stwierdził Połoskow. - To pisklęta.
W gnieździe istotnie siedziały trzy okryte puchem pisklęta. Ujrzawszy nas, 

rozdziawiły haczykowate dzioby. Jeden Krok spikował obok kutra i siadł na 
gnieździe, zakrywając je skrzydłami.

background image

- Steruj wyżej - powiedziałem do kapitana.
Wtem zobaczyliśmy następnego ptaka. Nadlatywał niosąc w dziobie dużą rybę.
- Tam - powiedziałem.
Ptak nie zauważył nas. Zmierzał w stronę najdalej położonego gniazda.
I w tym to gnieździe, między dwoma pisklętami, siedziała Alicja. Z daleka ona 

też wydała mi się pisklęciem, do którego upodobnił ją żółty puszysty kombinezon.

Pisklęta na widok matki otworzyły szeroko dzioby, lecz ona usiłowała koniecznie 

wepchnąć rybę do ust Alicji. Alicja broniła się, jednakże ptak nie dawał za wygraną.

Połoskow zaczął ryczeć ze śmiechu.
- Co się stało? - zapytałem, nie odrywając wzroku od niezwykłego widowiska.
- Nic Alicji nie grozi - powiedział śmiejąc się kapitan. - Wzięto ją za pisklę i 

zastosowano intensywne odżywianie.

I tak rzeczywiście było. Uratował Alicję puszysty kombinezon.
Zawisnęliśmy nad gniazdem. Połoskow spuścił trap i gdy Alicja wchodziła po 

nim do kutra, musiałem odpędzać ptaki straszakami oraz granatami z gazem 
usypiającym.

- Może weźmiemy pisklęta? - zapytał Połoskow wciąż jeszcze dusząc się ze 

śmiechu.

- Następnym razem - odpowiedziałem. - Jak się czujesz, Alicjo?
- Całkiem nieźle.
Była usmarowana rybią łuską, poza tym cała i zdrowa.
- Z początku trochę się przestraszyłam, ale jak mnie ten wielki ptak przyniósł do 

gniazda, to nawet było przyjemnie. Pisklęta tuliły się do mnie, ogrzewaliśmy się 
nawzajem. Tylko że on okropnie wmuszał we mnie jedzenie. Zupełnie jak babcia: 
„Zjedz jeszcze łyżeczkę manny”.

Połoskow dowcipkował, wypytując Alicję, czy nie nauczyła się fruwać i czy nie 

ma ochoty wrócić do nowych rodziców.

- A dlaczego samowolnie opuściłaś statek? - zapytałem surowo, gdy już po całym 

wstrząsie przyszedłem nieco do siebie.

- Wybrałam się na poszukiwanie Drugiego Kapitana.
- Jak to?
- Słyszałam, że Połoskow ma kłopoty z metalozwiadowcą. I w ogóle, to 

niemożliwe czekać dwa tygodnie. Przyszło mi na myśl, że bajdur może pamiętać 
drogę do tego miejsca, gdzie słyszał głos Drugiego Kapitana. No i poprosiłam go, 
żeby mi ją wskazał, no i on pofrunął.

- A czemu to nas nie poprosiłaś o pozwolenie?
- Pozwoliłbyś?
- Oczywiście, że nie. Drugiego Kapitana tu nie ma. Zapomnij o nim.

background image

- Nie ma? - powtórzyła Alicja. - A właśnie, że jest. Szkoda tylko, że bajdur 

odleciał. Gdyby nie to, raz-dwa znaleźlibyśmy kapitana.

- I co jeszcze wymyśliłaś?
- Zobacz, znalazłam to w gnieździe - Alicja wyjęła z kieszeni skorupkę 

porcelanowego talerza z resztką złotego napisu: „...na Mewa”. - „Błękitna Mewa”, 
prawda? Może jeszcze nie wierzysz?

- Pokaż mi, no pokaż - prosił Połoskow. - Ale ty masz szczęście!
- A już - odparła Alicja. - Po tę skorupkę musiałam podróżować w szponach 

ptaka Krok. Latałeś kiedy w ten sposób?

- Nie - uśmiechnął się Połoskow.
- Ptak sam wetknął mi skorupkę do rąk. Widocznie jest ona czymś w rodzaju 

zabawki dla piskląt. Chciał więc, żebym i ja się pobawiła.

Zamyśliłem się. Alicja ma rację. Może „Błękitna Mewa” rzeczywiście jest na tej 

planecie. Tylko jak ją odnaleźć?

- Co się stało zwiadowcy? - spytałem Połoskowa. - Jeszcze nie sprawdzałeś?
- Zastanawiająca rzecz, ktoś rozbił w nim indykator metalosondy.
- Rozbił?
- Sam nie mógł się rozbić. Mechanizm wskaźnikowy znajduje się w samym 

środku zwiadowcy - powiedział Połoskow.

- Co teraz robić? - zastanawiałem się głośno. Lądowaliśmy przed „Pegazem” i 

wysiadając na polanę pilnie rozglądaliśmy się, czy nie nadlatuje ptak Krok.

- A oto i nasz bajdur - powiedziała Alicja.
Zauważyłem nagle, że tuż przed moim nosem zwisa do ziemi cienki łańcuszek.
Z drzewa sfrunął bajdur i krążył nad nami, jakby zapraszając do pójścia za nim.

background image

ZWIERCIADLANE KWIATY

Alicja ujęła łańcuszek, na którym uwiązany był bajdur. Ptak nie opierał się, 

rozumiejąc dobrze, czego się po nim spodziewamy. Powoli leciał nad zaroślami i jeśli 
zostawaliśmy w tyle, wzbijał się nieco wyżej i szybował w powietrzu czekając na nas. 
Nie była to łatwa wędrówka, bowiem nikt przed nami nie wydeptał ścieżek na tej 
planecie. Musieliśmy przekraczać zbutwiałe pnie, przedzierać się skroś liany i ciernie, 
przeprawiać przez bystre strumienie.

Żółte jaszczurki na długich wysokich nogach wyskakiwały spod grubych pni i 

umykały z piskiem ostrzegając leśnych mieszkańców przed nadchodzącymi 
intruzami.

Niebawem wyszliśmy na polanę, na której rosło mnóstwo białych drapieżnych 

kwiatów. Mlaskały głośno pożerając motyle i pszczoły, wyciągały się ku nam, 
chwytając płatkami za nogi. Nie mogły jednak przegryźć butów, co je tak wściekało, 
że warczały ze złości. Za następnym zagajnikiem rozciągała się druga polana, pełna 
czerwonych kwiatów. Te z kolei okazały się nadzwyczaj ciekawe - jak tylko 
wyszliśmy zza drzew, wszystkie główki zwróciły się w naszą stronę, obserwując nas i 
węsząc. Nad polaną krążyły szepty.

- To są okropni plotkarze - powiedziała Alicja. - Teraz do wieczora będą 

obgadywać, jak byliśmy ubrani, jak się poruszaliśmy.

Długo jeszcze goniły nas szepty i mamrotania ciekawskich kwiatów.
Była to zaiste planeta kwiatów. W ciągu tego dnia spotykaliśmy jeszcze kwiaty, 

które biły się ze sobą, chowały się na nasz widok pod ziemię, przeskakiwały z 
miejsca na miejsce, wiosłując w powietrzu długimi korzeniami. A także mnóstwo 
zwykłych sobie kwiatów - niebieskich, czerwonych, zielonych, białych, żółtych, 
brązowych oraz nakrapianych. Jedne rosły w ziemi, inne na drzewach bądź krzakach, 
jeszcze inne w skałach, w wodzie lub tez z wolna szybowały w powietrzu.

Biegliśmy tak za bajdurem chyba ze dwie godziny. W końcu nogi odmówiły nam 

posłuszeństwa.

- Zaczekaj! - krzyknąłem do ptaka. - Musimy trochę odpocząć.
Rozłożyliśmy się w cieniu wielkiego drzewa, by nie wypatrzył nas kołujący w 

górze Krok. Bajdur siadł wyżej na gałęzi i jak zwykle zaczął drzemać. Był leniwy i 
jeśli nie gadał bądź nie zajmował się czymkolwiek, stale drzemał.

Połoskow, wsparłszy się plecami o pień drzewa, spytał z powątpiewaniem:
- A jeżeli bajdur po prostu wybrał się na spacer?
- Nie wolno ci tak myśleć! - oburzyła się Alicja. - Skoro tak myślicie, to lepiej 

wracajmy na statek.

Słońce niespodziewanie skryło się za wierzchołkami drzew i zapadła 

background image

krótkotrwała noc. Na niebie ukazały się gwiazdy.

- Spójrz - powiedziała do mnie Alicja - jedna gwiazda się porusza.
- Pewnie asteroid.
- A może statek?
- Skądże tutaj statek?
Gwiazda schowała się za drzewami. W pięć minut później nadszedł ranek. Tym 

razem trzy słońca wzeszły równocześnie z trzech stron nieba, zrobiło się bardzo jasno 
i gorąco. Wokół nas zabrzęczały pszczoły, zagrały koniki polne.

- No, ruszamy - rzekł Połoskow wstając. - Bajdur zaprasza nas w drogę.
- Naprzód! - krzyknął ptak głosem Pierwszego Kapitana. - Naprzód! A później 

zobaczymy. - Po chwili dodał innym głosem: - „Walczyć i poszukiwać, znaleźć i nie 
ustępować”, jak mawiał słynny kapitan Scott.

- Widzisz, tatusiu - powiedziała Alicja - on nam dodaje otuchy. Niedługo 

będziemy u celu.

Nie podzielałem entuzjazmu Alicji. Wiedziałem, co ujrzymy, jeśli bajdur 

rzeczywiście prowadzi nas ku miejscu, w którym wylądował kapitan. Ujrzymy 
oplatane lianami i porośnięte masą kwiatów szczątki „Błękitnej Mewy”. Po samym 
kapitanie zapewne już ślad zaginął. Szedłem jednak za Połoskowem. Przedzieraliśmy 
się jeszcze przynajmniej półtorej godziny przez leśne chaszcze. Nagle bajdur śmignął 
w górę, jakby sprawdzając wytrzymałość łańcuszka.

- Zapamiętaj to miejsce! - krzyknął z wysokości. - Zapamiętaj to miejsce, 

kapitanie!

Po chwili doleciały nas słowa wypowiedziane zmienionym głosem:
- Trzymajcie ptaka! Łapcie ptaka! Nie wypuszczajcie żywego!
- Kogo on naśladuje? - spytała Alicja.
- Bo ja wiem - zastanawiał się Połoskow. - Może Wierchowcewa?
Bajdur najwyraźniej czegoś szukał.
- Zluzuj łańcuszek - powiedziałem do Alicji.
Gdy to uczyniła, bajdur wzbił się jeszcze wyżej, zamieniając się w czarny 

punkcik pośród obłoków i nagle jak kamień runął w dół.

- Znalazł! - zawołał Połoskow.
Wtem spostrzegliśmy, że naszego bajdura ściga ptak Krok. Już go niemal 

doganiał.

- Strzelaj! - krzyknąłem do Połoskowa.
Kapitan chwycił za pistolet i strzelił nie celując. Krok, który już wyciągał szpony 

po bajdura, głośno jęknął. Zdawało się, że straci równowagę i spadnie, zdołał się 
jednak utrzymać i wolniutko leciał nad lasem.

Pobiegliśmy ku miejscu, gdzie zniknął nam z oczu bajdur. Za gęstwiną zarośli 

background image

roztaczała się zielona polana. Okalały ją strome wzgórza porośnięte brzuchatymi 
drzewami. Bajdura nigdzie nie było widać.

Zatrzymaliśmy się na skraju polany. Rosła na niej niewysoka jedwabista trawa, a 

po brzegach, jakby specjalnie przez kogoś posadzone, niezwykle oryginalne kwiaty. 
Krótkie, szerokie, metalicznej barwy płatki otaczały środek kwiatów wielkości 
sporego talerza. Było to lekko wypukłe zwierciadło, w którym odbijała się cała 
polana. Łodyga krótka, pozbawiona liści.

- Nie zbliżaj się, Alicjo - ostrzegłem. - A nuż są trujące.
- Nie, nie przypuszczam. Patrz.
Z zarośli wyskoczyło zwierzątko podobne do zająca. Podbiegło do kwiatka i 

przejrzało się w nim, po czym spokojnie, jakby nas tu nie było, pokicało z powrotem 
w krzaki.

- Jakaś pomyłka - rzekł Połoskow. - Nie widać tu śladów statku. Prawdopodobnie 

bajdur się pomylił.

- Albo my się pomyliliśmy biegnąc za nim jak dzieci - odparłem.
Westchnąłem, uprzytomniwszy sobie, jak wielki szmat drogi dzieli nas od statku. 

Mogliśmy wprawdzie wezwać Zielonego z kutrem lub łazikiem, jednakże zostawienie 
„Pegaza” bez opieki byłoby bardzo nierozsądne.

Alicja wyszła na środek polany, chwilę się rozglądała, po czym zbliżyła się do 

kwiatka. Nieznacznie zwrócił ku niej zwierciadło, jakby chciał, by się w nim 
przejrzała.

- Zabierzmy kilka - poprosiła.
- Możemy - odpowiedziałem.
Połoskow wyjął z kieszeni podręczną metalosondę i obszedł z nią całą polanę. 

Sonda nie wydała dźwięku.

- Żadnego statku tu nie ma i nie było - stwierdził na koniec. - Wracamy.
Nacięliśmy bukiet zwierciadlanych kwiatów. Ciążyły nam, jak wykute, z 

kamienia. Dźwigaliśmy bukiet po kolei, proponowałem nawet, aby część kwiatów 
wyrzucić, lecz Alicja za nic w świecie nie chciała się zgodzić.

Do „Pegaza” dotarliśmy ledwie żywi. Na szczęście zastaliśmy wszystko w 

porządku.

- No i jak? - zapytał Zielony. - Klapa, oczywiście?
- Kompletna - odpowiedział Połoskow, zdejmując buty i wyciągając się na 

kanapie w jadalni.

Alicja przyniosła tymczasem dwa duże wazony i nalała do nich wody, by kwiaty 

nie uschły.

- Tak - potwierdziłem - statku tam nie ma. Na domiar złego zginął nam bajdur. 

Możliwe, że dostał się w szpony ptaka Krok.

background image

- No trudno - oświadczył kapitan leżąc na kanapie. - Jutro od rana biorę się do 

naprawy metalozwiadowcy i nie odlecimy z tej planety, póki nie znajdziemy 
kapitana.

Coś mnie boleśnie uderzyło w nogę. Schyliwszy się, zobaczyłem diamentowego 

żółwika.

- Co on tu robi? - spytałem Zielonego. - Przecież zamknęliśmy go w sejfie.
- Tak drapał i stukał do drzwi, że się nad nim zlitowałem. Co to za dziwne kwiaty 

przynieśliście?

- Zwierciadlane kwiaty - wyjaśniłem.
Zielony podszedł do bukietu.
- Zwierciadlane?
- A co?
- Przeglądam się w nich, ale zamiast siebie widzę kogo innego.
Odwróciłem się. Zielony nie żartował - zwierciadła kwiatów, zamiast jego 

odbicia, ukazywały Alicję. A w głębi, za jej głową, widać było dwie małe sylwetki, 
moją i Połoskowa. I nie staliśmy w jadalni, lecz na kolistej polanie.

- Szalenie interesujące! - zawołałem. - A więc te kwiaty, dopóki żyją, odbijają 

wszystko i utrwalają, jak na kliszy.

- Tuk-tuk-tuk! - rozległo się w jadalni. Połoskow zerwał się z kanapy i skoczył do 

iluminatora.

Po drugiej stronie szyby siedział bajdur i stukał w nią dziobem, by ściągnąć naszą 

uwagę.

- To taki z ciebie mądrala! - powiedziałem z uznaniem. - Zaraz cię wpuścimy.
Bajdur otwierał obydwa dzioby widocznie coś mówiąc, lecz przez ściany statku 

nic do nas nie docierało. Gdy pobiegłem otworzyć luk, czekał już tam na mnie. Wpadł 
do środka i skierował się prosto do jadalni. Szedłem za nim korytarzem. Leciał trochę 
niepewnie, potem opuścił się na podłogę i kulejąc podreptał pieszo. Kapitan otworzył 
drzwi i na widok ptaka rzekł współczująco:

- Och, biedaczysko, w niezłych byłeś opałach!
Bajdur odpowiedział ni w pięć, ni w dziewięć:
- Dłużej już nie mam sił! Prędko nadejdzie ratunek?
- To jest głos Drugiego Kapitana! - zawołała Alicja. - On go widział!
- Alicjo - przywołałem ją do rozsądku - przecież kapitan mógł wypowiedzieć te 

słowa cztery lata temu. Wiesz dobrze, jaką bajdur ma znakomitą pamięć.

- Nie - upierała się - on widział Drugiego Kapitana. Wracajmy zaraz na polanę.
- Zaraz wykluczone - odpowiedział Połoskow. - Nawet ja lecę z nóg. A cóż 

dopiero ty - dziewczynka. Jesteś zmęczona sto razy więcej. W dodatku tam, gdzie 
byliśmy, kapitana nie ma. Gdyby nawet w promieniu dziesięciu metrów leżał jeden 

background image

guzik, bodaj jedna śrubka, metalosonda by je wykryła.

- To znaczy, że trzeba szukać w jeszcze większym promieniu - nie ustępowała 

Alicja. - I jeśli wy nie pójdziecie, pójdę sama.

- Najpierw się wyśpisz powiedziałem surowo. - A później wszyscy razem 

wrócimy w ten rejon. Postanowiliśmy przecież zgodnie, że nie odlecimy z tej planety, 
póki nie odnajdziemy kapitana... lub póki nie upewnimy się, że go tu nie ma.

background image

SPOGLĄDAMY W PRZESZŁOŚĆ

Życie na tej planecie nie należało do łatwych. Gdy wstaliśmy rano, zegar 

pokładowy wskazywał godzinę ósmą, a za iluminatorami zapadał zmierzch wróżący 
nadejście krótkotrwałej nocy. Nim zjedliśmy śniadanie, noc minęła i zabłysnął ranek.

Jaskrawe promienie oświetliły jadalnię. Alicja spojrzawszy na stojące w 

wazonach zwierciadlane kwiaty, powiedziała:

- Patrzcie, mnie już nie ma.
W zwierciadłach, zamiast wczorajszego odbicia Alicji, widniała polana, ale 

zupełnie pusta. Po chwili obraz ściemniał i na polanie zapadł mrok.

- Dziwne to są rośliny - powiedziałem patrząc w ciemne zwierciadła. - Kwiaty-

kamery filmowe.

W zwierciadłach zaczęło świtać. Zapomnieliśmy o śniadaniu, pochłonięci 

niepowszednim widowiskiem. Okazuje się, że kwiaty z wolna, sekunda za sekundą, 
sfotografowały wszystko, co odbywało się na polanie. A teraz oglądaliśmy pokaz 
filmu.

- Ciekawe, jak długo te kwiaty żyją? - zastanawiał się głośno Połoskow.
- Na pewno kilka dni - odpowiedziałem. - Jak wszystkie kwiaty.
Wtem ujrzeliśmy w zwierciadłach obraz zwierzątka przypominającego zajączka. 

Wypadło z zarośli i pokicało ku kwiatom. W zwierciadłach jeszcze panował mrok i 
stąd nie od razu się połapaliśmy, co nas uderza w jego ruchach.

- Ależ on kica tyłem! - wykrzyknęła Alicja. Zwierzątko istotnie zbliżało się do 

kwiatów tyłem.

Zatrzymało się chwilę przed nimi, po czym w ten sam niezwykły sposób wróciło 

w zarośla.

- Źle założona taśma - roześmiała się Alicja. - Partacze! Przełóżcie ją!
- Nie - rzekł Połoskow. - Tu chodzi o coś innego. Te kwiaty nie są zwierciadłami 

zwykłymi, lecz fotografującymi. Mogą to czynić, jeśli na powierzchni bez przerwy 
nakłada się warstwa po warstwie. Miliony cieniuteńkich warstewek. Ledwie utrwali 
się jeden obraz, od razu nakrywa go następny. I tak dalej, i tak dalej... Natomiast gdy 
kwiat zostaje ścięty, zwierciadło nie może już utrwalać obrazów i warstwy zaczynają 
z niego schodzić - jedna po drugiej. Oglądamy zatem to, co widziało zwierciadło. 
Tylko w odwrotnym kierunku. Jak film puszczony od końca. Czy wyjaśniłem to dość 
zrozumiale?

- Całkiem możliwe - przyznałem. Nadzwyczaj interesujący kwiat. No, ale do 

roboty. Połoskow przygotuje do lotu metalozwiadowcę, a ja skoczę łazikiem na 
polanę i zbadam, czy gdzieś w okolicy nie ma śladów zaginionego statku.

- Jadę z tobą, tatusiu - oświadczyła Alicja. - I zabierzemy bajdura.

background image

- Zgoda.
Zszedłem na dół po łazik, Alicja została jeszcze w jadalni, bawił ją ten film 

puszczony od końca.

- Alicjo - zawołałem uruchamiając pojazd. - Jesteś gotowa?
- Zaraz! Chwileczkę!
I nagle zawołała:
- Oj, tatusiu, chodź tu prędko! Ale prędziutko, bo odejdą!
Trzema susami przebyłem trap i wpadłem do jadalni.
- Spójrz - rzekła nie oglądając się.
Wszystkie zwierciadła ukazywały ten sam obraz - na środku polany stali dwaj 

mężczyźni, grubas w skórzanym ubraniu oraz doktor Wierchowcew. Spoza zarośli 
widać było spiczasty dziób superszybkiego statku.

Obaj mężczyźni zawzięcie o czymś dyskutowali, następnie oddalili się tyłem.
- Oni są gdzieś tutaj - powiedziała Alicja. - Nie przypuszczali, że wydadzą ich 

kwiaty.

- Chyba masz rację. Ale dlaczego? Dlaczego?
- O co ci chodzi?
- Widzisz, oni też pewnie nie wiedzą, gdzie jest kapitan. Bo dlaczego tak się 

uganiają za bajdurem?

- A może trzymają kapitana w niewoli i boją się, aby ptak się nie wygadał? 

Schwytali kapitana, wsadzili do więzienia, ale bajdur uciekł. Więc mają stracha.

- Z jakiej racji miałby kto wsadzać kapitana do więzienia? Co tobie się roi, 

Alicjo!

- Więc rezygnujesz z poszukiwań? Niech wszystko zostanie, jak jest?
- Nie - odpowiedziałem. - Bezczynność jest najgorszym rodzajem nieudolności.
Nacisnąłem guzik mikrofonu:
- Połoskow, Zielony, posłuchajcie. Przed chwilą w zwierciadle kwiatów 

zobaczyliśmy grubasa rozmawiającego z Wierchowcewem. To by oznaczało, że byli 
tu przynajmniej o dzień przed nami. Przylecieli superszybkim statkiem. Co o tym 
sądzicie? Odbiór.

- Sądzę, że Drugi Kapitan jest gdzieś na tej planecie - rzekł Połoskow.
- A ja sądzę, że najlepiej zrobimy natychmiast stąd odlatując - oświadczył 

Zielony. - Jest nas tylko trzech, statek niezabezpieczony przed atakiem, powinniśmy 
niezwłocznie lecieć na jakąś zamieszkaną planetę i nawiązać łączność z Ziemią lub 
Fiksem. A stamtąd wyślą specjalny statek Galaktycznej Służby Bezpieczeństwa. Oni 
najlepiej poradzą sobie z różnymi niespodziankami.

Zielony, rzecz jasna, mówił rozsądnie. Ale on zawsze wyolbrzymia trudności. 

Dlatego też powiedziałem:

background image

- Na razie nikt nas nie atakuje. Mimo to przyznaję, że trzeba zastosować jakieś 

środki obronne.

- Słusznie - zgodził się ze mną Połoskow. - Nie jestem za natychmiastowym 

odlotem. Najpierw musimy zrobić wszystko, co w naszej mocy, by ratować Drugiego 
Kapitana.

- Słusznie - powtórzyła Alicja.
- To zadziwiające! - powiedział Zielony. - Ktoś mógłby pomyśleć, że mam pietra. 

A ja tylko staram się iść za głosem rozsądku. Na pokładzie mamy dziecko i 
bezbronne zwierzęta. A nuż się zdarzy, że kapitanowi nie pomożemy i sami 
ucierpimy? Skoro jednak kapitan statku zdecydował, że należy zostać, będę walczył 
do ostatniego naboju.

- No, mam nadzieję, że do tego nie dojdzie - odpowiedziałem. - Przybyliśmy tu w 

zupełnie innym celu. Na nikogo nie zamierzamy napadać ani z nikim walczyć.

- A ja nie jestem takim bezradnym dzieckiem - dodała Alicja. - Jedziemy na 

polanę?

- Za chwilę. Popatrzmy jeszcze w zwierciadła.
Nie działo się tam jednak nic godnego uwagi. Wsiedliśmy zatem do łazika i 

objechaliśmy okolice polany. Za wzgórzami znaleźliśmy tylko ślady lądowania 
statku. Trawa w tym miejscu była wypalona przez silniki hamujące i wąska ścieżka 
prowadziła przez zarośla ku polanie.

Wróciwszy na obiad, zastaliśmy w jadalni Zielonego. Stał przed zwierciadlanymi 

kwiatami targając w zamyśleniu rudą brodę. W drugiej ręce trzymał wibrobrzytwę.

- Co ty tu robisz? - spytałem.
- Myślę - odpowiedział.
Zwierciadła odbijały cichy słoneczny dzień.
- Myślę nad tym - mówił dalej mechanik - ile czasu żyją te kwiaty.
- Zapewne kilka dni.
- A może wprost przeciwnie, żyją wiele lat? Może rok za rokiem utrwalają 

wszystko, co zachodzi wokół nich? Spójrz, jaką one mają grubość, przynajmniej ze 
sześć centymetrów. I jakie są spoiste. Przez te dwa dni u nas nic a nic nie ścieniały. 
Jeśli pozwolisz, Alicjo, spróbuję zoperować jeden kwiatek.

- Dobra - skinęła głową Alicja, która w lot pojęła, o co chodzi.
Zielony przeniósł jeden kwiat do pracowni, umocował go na stole zaciskami i 

przystąpił do precyzyjnej operacji.

- Zdejmę od razu centymetr - powiedział.
- Czekaj - powstrzymałem go. - Zacznij od cieniutkiej warstwy. Może nic z tego 

nie wyjdzie.

Zielony włączył wibrobrzytwę. Indykator, biały z ciekawości, wysunął się z kąta i 

background image

podszedł bliżej, cichutko przebierając patyczkowatymi nóżkami. Śpiewokrzewy 
zaszeleściły w swej przegrodzie, spodziewając się widać porcji kompotu. Pająk-
tkacz-troglodyta przestał tkać szalik.

Cieniutka warstewka, przezroczysta jak celofan, oddzieliła się od zwierciadła. 

Zielony zdjął ją ostrożnie i położył na stole.

Przez kilka sekund zwierciadło było zupełnie ciemne, ale w momencie gdy już 

zwątpiłem w nasz pomysł, nagle się rozjaśniło. Tym razem ukazał się w nim wietrzny 
pochmurny dzień.

- Wszystko gra! - zawołała Alicja. - Pojechaliśmy głębiej w przeszłość!
- Ale jak tu obliczać dni? - zastanawiałem się głośno. - Nie wiemy przecież, jakiej 

grubości warstwy odpowiada jeden dzień.

Zielony nie słuchał. Podważył nożem brzeg zwierciadła i odgiął z pół centymetra 

powierzchni. Indykator, który z niecierpliwości zmieniał kolory niczym sygnalizator 
świetlny, nie wytrzymał i wsadził długi nos Zielonemu pod rękę.

- Masz ci los! - zdenerwował się mechanik. - Jak mogę pracować w takich 

warunkach!

- On niechcący - wstawiła się za indykatorem Alicja. - To z ciekawości.
- Wszyscy są ciekawi - złościł się Zielony. - Ale ja nie ręczę za nic.
- Rób dalej - poprosiłem.
Zdjął delikatnie warstwę.
- Jak szyba w iluminatorze, tyle że giętka - stwierdził.
Pochyliliśmy się nad nieco już cieńszym, mrocznym zwierciadłem.
Pomalutku zaczęło się rozjaśniać. Wciąż ta sama polana. Tylko trawa na niej 

wyburzała, z drzew opadły liście, a resztki na gałęziach zżółkły. Ani motyli, ani 
pszczół - szaro i nostalgicznie. Z pochmurnego nieba lecą rzadkie płatki śniegu i po 
chwili topnieją na wiechetkach trawy.

- Jesień - orzekła Alicja.
- Jesień - powtórzył Zielony. Wziął lupę i przez nią obserwował zwierciadło. - 

Gołym okiem nie widać, ale to bardzo ładnie wygląda, jak te płatki pojawiają się na 
krzewach i wzlatują w niebo.

Wszyscy po kolei obejrzeliśmy wsteczny lot płatków śniegowych. Indykator też 

popatrzył, oblewając się jasnym seledynem zdumienia.

- Ile czasu minęło od jesieni? - zapytał mnie Zielony.
- Teraz mamy lato. Rok tutejszy trwa niewiele ponad czternaście miesięcy 

ziemskich. Liczmy więc, że minął rok.

- Tak - Zielony wyjął z szafki mikromierz. - Wobec tego możemy ściśle określić, 

ile zwierciadło ma lat i...

- ...ile warstw należy zdjąć, by zobaczyć, cc zaszło na polanie cztery lata temu - 

background image

dokończyła za niego Alicja.

- Najpierw - mówił dalej Zielony - zdejmiemy ciut mniej niż cztery.
- Czy nie za dużo? - spytałem. - Możesz nie utrafić i przepuścimy moment, kiedy 

był tu Drugi Kapitan.

- Jak przepuścimy, też nic strasznego - odparł Zielony mierząc grubość warstwy. 

- Mamy jeszcze cały bukiet.

Spostrzegłem nagle diamentowego żółwika chyłkiem umykającego z pracowni. 

Nieznośny wiercipięta znów jakimś cudem wydostał się z sejfu. Już miałem biec za 
nim, lecz poniechałem zamiaru - chciałem być przy tym, gdy Zielony zdejmie ze 
zwierciadła warstwę czterech lat.

- Co u was słychać? - spytał przez głośnik Połoskow, który wciąż jeszcze 

majstrował przy metalozwiadowcy.

- Wszystko w porządku - odpowiedziałem.
- Wobec tego polecę na metalozwiadowcy. Nie chcę go wypuszczać samego. 

Jakoś nieprecyzyjnie działa.

- Nie zapominaj - ostrzegłem go - że na planecie może być jeszcze jeden statek 

oprócz „Błękitnej Mewy”.

- Będę pamiętał.
- Zostaw linię włączoną. W razie czego natychmiast daj znać.
- Dobrze.
- Możliwe, że po powrocie zastaniesz niespodziankę.
- Świetnie! Z tym, że ja lubię tylko miłe niespodzianki. Przykrych nie znoszę.
Połoskow odleciał. Usłyszeliśmy brzęczenie wznoszącego się zwiadowcy.
- Gotowe, profesorze - oświadczył Zielony. - Ryzykujemy?
Dopiero za trzecim razem zdjął warstwę. Tak grubą, że ledwie utrzymał ją w 

ręce. Płatki opadły, na stole leżało tylko okrągłe, wgłębione jak talerz, dno kwiatu.

Długi czas się nie rozwidniało. Od dawna nie padał na nie promień światła.
A kiedy wreszcie obraz wypłynął, ujrzeliśmy ze zdumieniem, że polana wygląda 

zupełnie inaczej niż obecnie. Środkowy krąg, dziś zarośnięty trawą, był goły, szary 
niczym betonowa pokrywa gigantycznego otworu. Można było nawet rozróżnić 
kolisty obrys zaznaczający jej krawędzie.

- Widzisz! - triumfowała Alicja. - To jest ta właściwa polana!
- Teraz ostrożnie - powiedziałem. - Byle tylko nie ściąć za dużo.
- Wiem - mruknął Zielony - nie jestem dzieckiem.
Nie udało się jednak ściąć dokładnie. Cętkowany, jaśniutki, niemal przezroczysty 

z niecierpliwości i zaciekawienia, indykator w najważniejszym momencie trącił 
niechcący Zielonego w łokieć. Wibrobrzytwa przejechała po płaszczyźnie i zaryła się 
w głąb. Zwierciadło pękło i spadło na podłogę.

background image

Indykator ściemniał, zmalał o połowę ze wstydu. Wolałby umrzeć. Miotał się po 

pracowni, głaskał nóżkami rozjuszonego mechanika, wreszcie rzucił się na podłogę i 
sczerniał na amen.

- Nie przejmuj się - pocieszała nieszczęśnika Alicja. - Każdemu mogło się to 

zdarzyć. Wiemy, że nie zrobiłeś tego naumyślnie.

Odwróciła się do mechanika, który wciąż jeszcze klął indykatora w żywy kamień, 

i powiedziała:

- Zielony, przestań, bardzo cię proszę! Indykatory są takie wrażliwe, on może 

umrzeć z rozpaczy.

- A poza tym - poparłem ją - został nam jeszcze cały bukiet. Sam przecież 

mówiłeś.

- No dobra - ustąpił Zielony. Był niepamiętliwym i na ogół zacnym człowiekiem. 

- Szkoda tylko straconego czasu. Może jeszcze minuta i odkrylibyśmy tajemnicę 
Drugiego Kapitana.

Indykator, usłyszawszy to, skurczył się jeszcze bardziej.
Z Zielonym na czele wracaliśmy do jadalni. Poczerniały indykator wlókł się z 

tyłu, złośliwe śpiewokrzewy podstawiały mu gałązki, żeby się potknął i przewrócił.

Nawet nie zdążyliśmy wejść do środka. Zielony zatrzymał się w drzwiach i 

wymówił tylko: - Och!

Zajrzałem mu przez ramię.
Obydwa wazony były zwalone na podłogę, kwiaty potłuczone i zdeptane, jakby 

tu szalała jakaś złowroga siła. Nie ostało się jedno całe zwierciadło. Płatki leżały 
rozrzucone po całej jadalni.

I na domiar złego znów przepadł gdzieś bajdur.

background image

SZPIEG

Kwiaty zniszczone. Bajdur zniknął. Zostaliśmy na lodzie. Jak teraz pomóc 

kapitanowi?

Sięgnąłem po mikrofon i wezwałem Połoskowa.
- Gennadij, mamy pewne komplikacje. Powiedz mi, gdzie teraz jesteś?
- Lecę nad biegunem północnym. Jak dotąd nic nie wykryłem. A co się u was 

stało?

- Później ci opowiem. Na ogół udało się nam przy pomocy zwierciadlanych 

kwiatów odkryć, co tu zaszło cztery lata temu. A raczej prawie odkryć. W tej chwili 
jednak ktoś potłukł wszystkie zwierciadła. Musimy mieć świeże kwiaty. Daleko jesteś 
od polany?

- Ze dwadzieścia minut lotu - odpowiedział. - No i dojdzie jeszcze lądowanie.
- To nie zawracaj sobie głowy. Leć dalej.
- Ani myślę - odparł Połoskow. - Wracam na statek. Jeżeli ktoś roztrzaskał 

kwiaty, to znaczy, że na „Pegazie” lub w jego pobliżu są wrogowie. Nie róbcie nic 
beze mnie.

- Tak jest.
Gdy odwiesiłem mikrofon, Alicja rzekła:
- Biegnijmy czym prędzej na polanę.
- Po co?
- Nie rozumiesz? Narwiemy nowych kwiatów. Widocznie kryją tak ważną 

tajemnicę...

- Ja pojadę łazikiem - oświadczył Zielony. - Nic mi się nie stanie. Zdejmę 

czteroletnią warstwę na miejscu i natychmiast was zawiadomię.

- Jadę z Zielonym - zadecydowała Alicja.
- Nie bądźcie tacy narwani! - sprzeciwiłem się stanowczo. - Zaczekamy na 

kapitana. Jego kutrem dotrzemy do polany znacznie szybciej niż łazikiem. Lepiej 
zresztą trzymać się teraz razem. A tymczasem trzeba koniecznie zbadać, w jaki 
sposób mógł przeniknąć na statek ten ktoś, kto potłukł zwierciadła.

Wyszedłem na korytarz sprawdzić luk. Jeżeli jest zamknięty, to znaczy, że 

złoczyńca ukrywa się na „Pegazie”. Jeżeli otwarty - ktoś wszedł na statek, dokonał 
niszczycielskiego dzieła i uciekł. Druga wersja wydawała mi się mało 
prawdopodobna. Kiedyż by wszedł, znalazł drogę do jadalni i zniszczył wszystkie 
kwiaty? Dlaczego zrobił to właśnie wtedy, gdy zajrzeliśmy cztery lata wstecz? Skąd 
się o tym dowiedział? Byłem przekonany, że ten łajdak ukrywa się na pokładzie i wie, 
że tylko krok dzieli nas od wykrycia tajemnicy Drugiego Kapitana, a więc ktoś, kto 
widział, co robimy... Ale kto? W pracowni był Zielony,

background image

Alicja i ja. Nie licząc indykatora. Aha, indykator. Trącił Zielonego w łokieć!... 

Nie, to wykluczone. Indykator, aczkolwiek niezwykle wrażliwy, jest przecież tylko, 
zwierzęciem. Nawet mówić nie umie. A może nie chce?

W trakcie tych rozmyślań doszedłem do luku. Był otwarty na oścież.
Wszystkie moje teorie rozleciały się jak domek z kart. Inaczej zresztą być nie 

mogło. Gdybym się zastanowił chwilę dłużej, przypomniałbym sobie, że indykator 
tkwił przy nas murem, nie mógł zatem potłuc kwiatów w jadalni.

Luk był otwarty, a zagadkowy złoczyńca zbiegł z pokładu, unosząc ze sobą nasz 

bezcenny skarb - bajdura. Może w ogóle ostatniego bajdura na świecie.

Na polance przed „Pegazem” świeciło słońce. Zieleniły się drzewa i krzewy, 

śpiewały ptaki - istny raj. Trudno wprost uwierzyć, że dzieją się tu rzeczy dość 
ponure.

Spojrzałem na niebo. Może wraca Połoskow? Nie, jeszcze nie było go widać. 

Tylko niezmiernie wysoko, pod obłokami, krążył ptak Krok.

- Na pomoc, kapitanowie! - usłyszałem niespodziewanie. - Zawsze naprzód, a 

później zobaczymy!

- Bajdur! Gdzie jesteś? - zawołałem. - Już biegnę ci na pomoc!
- „Trzej przyjaciele - rozległ się w zaroślach śpiew Pierwszego Kapitana - weseli 

czołgiści, załoga maszyny bojowej!”

Pobiegłem za głosem ptaka, rozsunąłem gałęzie i zobaczyłem bajdura. Nie mógł 

fruwać, ponieważ turlał przed sobą diamentowego żółwika. Pomagał sobie łapami, 
skrzydłami, a wolnym dziobem wyśpiewywał pieśni i wzywał pomocy.

- O, dziękuję ci! - powiedziałem. - Dziękuję, bajdurze! Bardzo się już o ciebie 

martwiliśmy.

Bajdur wyprostował się dumnie i złożył skrzydła. Spełnił, co do niego należało.
- Dzielny ptak! - mówiłem do niego. - Spostrzegłeś, że ten psotnik znów ucieka, i 

zapędziłeś go do domu. Należy ci się co najmniej pięć kostek cukru za taki wyczyn.

Wracałem na statek. Bajdur powoli kroczył za mną bardzo z siebie zadowolony.
- A ty, głuptasku - zwróciłem się do żółwia - w końcu kiedyś zabłądzisz. Kto cię 

będzie karmił? Zapomniałeś, że jesteś własnością moskiewskiego Zoo? I że nie wolno 
ci nigdzie uciekać...

Nagle usłyszałem nad sobą szelest skrzydeł i dwoma susami dopadłem luku. 

Nauczyłem się już rozpoznawać ptaka Krok po jego locie. Bajdur śmignął wraz ze 
mną i zatrzasnęliśmy pokrywę. Usiedliśmy na podłodze pod lukiem, by zaczerpnąć 
tchu, a Krok walił w pokrywę swym żelaznym dziobem.

Alicję z Zielonym spotkaliśmy na korytarzu. Szukali mnie wszędzie, 

przestraszeni moją nieobecnością.

- Wszystko dobre, co się dobrze kończy - powiedziałem do nich. - Okazuje się, że 

background image

nasz bajdur to genialny ptak. Zauważył, że diamentowy żółwik znów wyruszył na 
wędrówkę, przyłapał go i do taszczył z powrotem. Pewnie żółwik porządnie najadł się 
strachu!

Żółwik odpychał się pazurami, usiłując wyrwać się z moich rąk.
- Ale jakim on cudem wydostał się na zewnątrz? - zdziwiła się Alicja. - Przecież 

luk był zamknięty.

- Nie ma w tym żadnego cudu - odpowiedziałem. - Ten, kto strzaskał zwierciadła, 

otworzył również luk.

- A skąd miał klucz od statku? Właśnie, gdzie się podział elektroniczny klucz do 

„Pegaza”? Wisiał przecież w jadalni.

- Tej zagadki nie rozgryzie nawet Sherlock Holmes - mruknął Zielony.
- A ja rozgryzę - odpowiedziała Alicja. - Ja wiem.
- No, co takiego wiesz?
- Rozwiązanie masz w ręku.
Spojrzałem na swoje ręce. Trzymały źółwika.
- Nie rozumiem - powiedziałem.
- Zobacz, co on chowa w pyszczku.
Głowa źółwika była wciśnięta pod pancerz, lecz koniuszek elektronicznego 

klucza wystawał na zewnątrz. Pociągnąłem za klucz. Żółwik opierał się, trzymał go w 
żelaznym uścisku i musiałem sporo się namęczyć, zanim wyrwałem mu klucz. 
Równocześnie coś w żółwiku zgrzytnęło i jego usiane drobnymi kamyczkami łapki 
wysunęły się spod pancerza, opadły martwo.

- No, no - rzekł Zielony - dajcie mi tego źółwika, zobaczymy, jak on ćwierka.
Z lekkim zamętem w głowie, niezbyt jeszcze pojmując, co się dzieje, oddałem 

mechanikowi nieżywe zwierzątko i powiesiłem klucz na dawnym miejscu. Zielony 
wyjął z kieszeni kombinezonu śrubokręt, położył źółwika na stole i obejrzawszy go 
ze wszystkich stron, podważył pancerz. Szczęknął jak wieko szkatułki, odskoczył 
ukazując skupisko najrozmaitszych elementów, komórek pamięci, atomowych 
bateryjek - żółwik był po prostu mistrzowsko skonstruowanym robotem.

- Teraz rozumiem tę jego ruchliwość - powiedziała Alicja. - To koniecznie chciał 

wcisnąć się do maszynowni, to biegał za nami. Przypomnij sobie, tatusiu, wiecznie 
się koło nas kręcił, jak rozmawialiśmy o ważnych rzeczach.

- Cud techniki - wymówił z szacunkiem Zielony. - Jest tu nadajnik i nawet mały 

antygrawitator.

- Więc grubas znał każde nasze słowo - powiedziałem.
- Właśnie! Grubas! - wykrzyknęła Alicja. - Przecież to on ofiarował ci żółwika.
- Tak nalegał, że to dla naszego Zoo. Nie wypadało mi odmówić.
- Cieszmy się, że nie ofiarował dla Zoo bomby zegarowej - mruknął ponuro 

background image

Zielony. - Mieliśmy za to wewnętrznego wroga. Żółw słyszał wtedy w pracowni, że 
wpadliśmy na sposób zajrzenia w przeszłość i natychmiast otrzymał rozkaz, by nam 
przeszkodzić. No i strzaskał resztę zwierciadlanych kwiatów w jadalni. Mogę się 
założyć, o co chcecie, że na polanie śladu już nie zostało po kwiatach. Właściciele 
żółwia na pewno się o to postarali.

- Zgadzam się z Zielonym - powiedziała Alicja. - A na koniec żółw ukradł klucz 

od statku i zwiał.

- No tak - przyznałem. - Ale w tej chwili mamy jedną przewagę nad grubasem i 

Wierchowcewem.

- Jaką?
- Oni nie wiedzą, czy zobaczyliśmy coś w zwierciadle.
- Nie to jest teraz najważniejsze.
- A co?
- Musimy się dowiedzieć, dlaczego żółwik nagle uciekł z „Pegaza”.
- Zrobił swoje i uciekł - powiedziałem.
- Przecież o nic go nie podejrzewaliśmy. Mógł dalej kręcić się nam pod nogami i 

w najlepsze przekazywać rozmowy swoim panom. A tymczasem nagle zwiał.

- Może jest teraz potrzebniejszy w innym miejscu?
- Wątpię - rzekł Zielony. - Nie podoba mi się ta historia. Raczej podłożył na 

statku bombę zegarową i lada chwila możemy wylecieć w powietrze. I my fruniemy, i 
zwierzęta z nami. Proponuję natychmiast ewakuować statek.

- Czekaj - tłumaczyłem mu - gdyby nas chcieli wysadzić, zrobiliby to wcześniej.
W korytarzu rozległy się pospieszne kroki i do jadalni wbiegł Połoskow. Jednym 

rzutem oka objął rozmontowanego żółwika i prawie już nie potrzebował naszych 
wyjaśnień.

- Najlepszy dowód, że oni są jeszcze na planecie - stwierdził. - Bez ich rozkazu 

żółw nie zniszczyłby zwierciadeł. W końcu to tylko robot.

- Kazali mu podłożyć bombę - upierał się Zielony - i spływać stąd.
Spoglądaliśmy wszyscy na Połoskowa, czekając na kapitańskie słowo.
- Bzdura! - powiedział.
- To dlaczego zwiał?
- Niósł im przecież klucz od „Pegaza”. Cóż by im przyszło z klucza od 

wysadzonego statku?

- No pewnie - rzekła z uznaniem Alicja. - Nasz kapitan jest po prostu genialny!
- Skądże, przeciętnie zdolny... - zaczął Połoskow.
- ...a my kapuściane głąby! - cieszyła się Alicja. - Powinniśmy się skapować, że 

bomby żółw nie mógł podłożyć. Kiedy zdążyłby ją przynieść?

- Też racja - rzekł kapitan. - Ale to już teraz nieważne. Grubas i doktor 

background image

Wierchowcew podejrzewają, że znamy tajemnicę Drugiego Kapitana, i zdecydowali 
się zawitać do nas na statek. Potajemnie czy jawnie, tego nie wiem. W każdym razie 
należy spodziewać się gości. I przygotować się na tę wizytę. A co z kwiatami na 
polanie? W gruncie rzeczy nie wiemy nic pewnego.

background image

GDZIE JEST DZIEWCZYNKA?

Nie taka to prosta rzecz poderwać z ziemi statek kosmiczny i przerzucić go 

zaledwie kilka kilometrów dalej. Trudniejsza niż odlot z planety. Nie każdy kapitan 
tego się podejmie.

Połoskow zdecydował się jednak przenieść „Pegaza” na polanę. Statek zapewnia 

większe bezpieczeństwo, bez naszego zezwolenia nikt nie wejdzie na pokład. Kapitan 
dokonywał obliczeń, jak mu będzie najłatwiej przeskoczyć „Pegazem”, my zaś 
rozeszliśmy się po statku, by przywiązać stojące luzem rzeczy, sprawdzić klatki ze 
zwierzętami i zamknąć w szafie naczynia. W pół godziny później „Pegaz” był zapięty 
na ostatni guzik.

Zebraliśmy się w sterowni. Połoskow zasiadł przed pulpitem sterowniczym, ja na 

stanowisku nawigatora, Alicja nieco dalej za nami.

- Silniki gotowe? - zapytał kapitan.
- Gotów do startu - odpowiedział z maszynowni Zielony.
Ale Połoskow nie zdążył wymówić słowa: „Start”...
Biała ognista smuga przecięła błękit nieba. Obok nas lądował drugi statek 

kosmiczny. Od wstrząsu zgięły się drzewa, zadrżała ziemia.

- Zaczekaj chwilkę - rzekł do Zielonego patrząc w iluminator.
- Co tam znowu? - spytał mechanik.
- Sąsiedzi wylądowali.
- Kto?
- Nie wiem jeszcze. Drzewa zasłaniają. Ale bądź gotów do natychmiastowego 

startu. Może to oni.

- Wierchowcew? Grubas?
- Tak.
Unieśliśmy się w fotelach, na sekundę nie spuszczając z oka lasu. Nad drzewami 

sterczał dziób statku. Bliziutko, najwyżej w odległości dwustu metrów. Zdawało mi 
się nawet, że słyszę, jak otwiera się luk i spada na ziemię trap.

...Oto już schodzą po nim, biegną przez zarośla. Przyjaciele czy wrogowie?
Zarośla rozsunęły się i na polankę przed „Pegazem” wybiegł człowiek. Miał na 

sobie skafander, co prawda bez hełmu. U pasa pistolet. Człowiek podniósł rękę 
nakazując nam zaczekać. I w tym momencie go rozpoznaliśmy.

- Doktor Wierchowcew! - zawołała Alicja. - Bez kapelusza.
- Tak, to on - powtórzył kapitan, schylając się do mikrofonu: - Zielony, start!
Nasz „Pegaz” błyskawicznie zareagował na słowa kapitana, zakołysał się z lekka, 

ryknęły silniki, wznosiliśmy się w powietrze.

- Brawo, Zielony - rzekł Połoskow.

background image

- Kto to był?
- Wierchowcew - odpowiedział kapitan.
„Pegaz” zawisł na sekundę nad polaną i doktor Wierchowcew cofnął się pod 

osłonę zarośli. Gniewnie wymachiwał rękami.

- Bo co? - krzyknęła Alicja, choć tamten nie mógł nas usłyszeć. - Za krótkie ręce?
- Alicjo - powiedziałem z wyrzutem - czy tak należy zwracać się do starszych?
Połoskow parsknął śmiechem.
- Bez kapelusza - mówiła Alicja, puszczając mimo uszu moją uwagę. - Zgubił go. 

Tak mu było pilno.

„Pegaz” przechylił się biorąc kurs na polanę, niebawem nasz wróg był już tylko 

małą mrówką, mimo to zauważyłem, jak spiesznie wracał do swego statku.

- Teraz - rzekł Połoskow - zarobiliśmy trochę czasu. Zanim wrócą na swój statek, 

pozamykają luki i uruchomią silniki, minie pół godziny. I tyle właśnie mamy na 
znalezienie Drugiego Kapitana. Niełatwa sprawa.

- Chcieli nas schwytać - powiedziała Alicja - a nam w to graj. Przynajmniej 

wiemy, że nie ma ich na polanie.

Kolista polana była już pod nami. Kapitan nakierował „Pegaza” dokładnie na jej 

środek. Gdy schodziliśmy do lądowania, zauważyłem mnóstwo lśniących punkcików, 
jak gdyby na polanie iskrzył się szron. A w miarę zniżania się coraz wyraźniej było 
widać, że to nie szron, lecz odłamki rozbitych zwierciadeł. Nasze przewidywania 
okazały się słuszne, nieprzyjaciel zdążył zniszczyć wszystkie kwiaty.

„Pegaz” już dotykał trawy, wyrzucił amortyzatory i Alicja pierwsza odpięła pasy. 

Nie mogła się doczekać chwili, kiedy wybiegnie na polanę. Wtem „Pegaz” drgnął, 
zachwiał się, Alicja potoczyła się na ścianę. Zielony krzyknął z dołu:

- Co się dzieje?
A potem nastąpił jeden gwałtowny wstrząs, drugi, trzask amortyzatorów - nasz 

statek spadał w jakąś przepaść. Chciałem odpiąć pasy, znaleźć Alicję i pomóc jej, ale 
jeszcze jeden, ostatni wstrząs ogłuszył mnie, a gdy oprzytomniałem, „Pegaz” stał 
przechylony w głębokiej ciemności.

Było bardzo cicho.
- Alicjo! - zawołałem, nie mogąc w pośpiechu poradzić sobie ze sprzączkami. - 

Alicjo, co z tobą?

- Nic, normalnie - odpowiedziała spokojnym tonem. - Trochę się potłukłam.
Z daleka doszedł nas głos Zielonego:
- O rany! Gdzieś ty nas wpakował, Połoskow? Teraz już się stąd nie 

wygramolimy.

- Żyjesz? - spytał kapitan.
- Żyję. Ale co się w końcu stało? Zlecieliśmy z góry?

background image

- Gorzej - odpowiedział Połoskow i włączył awaryjne oświetlenie sterowni. Skale 

przyrządów na pulpicie rozbłysły niczym gwiaździste niebo. - Zapadliśmy się pod 
ziemię.

Uświadomiłem sobie nagle, że wszystkiemu ja jestem winien. Miałem obowiązek 

uprzedzić kapitana o tym, co widzieliśmy w zwierciadle kwiatu.

- Łeb mi ukręcić, to jeszcze za mało! - wybuchnąłem. - Przecież cztery lata temu 

zamiast polany była w tym miejscu betonowa płyta!

- To prawda - potwierdziła Alicja.
Znalazła mnie w półmroku, skuliła się na ukośnej podłodze i wzięła mnie za rękę.
- Oczywiście, że była tam płyta - dodała. - I zapomnieliśmy powiedzieć o niej 

kapitanowi.

- Jaka płyta?
Zdałem mu dokładną relację z tego, co oglądaliśmy w zwierciadle.
- Nigdy bym nie zdecydował się na lądowanie, gdybym wiedział o tym 

wcześniej.

Był bardzo zmartwiony. Każdy kapitan martwi się, gdy jego statek spotyka coś 

złego.

- No trudno, płakać nie będziemy - Połoskow umiał panować nad sobą. - Zielony, 

słyszysz mnie?

- Słyszę.
- Weź ze składziku latarki i sprawdź, czy uszkodzenia w maszynowni są bardzo 

poważne.

- Już sprawdzam.
Połoskow naciskał guziki kontrolując stan przyrządów i maszyn „Pegaza”. Był 

zadowolony z kontroli.

- Moim zdaniem - stwierdził - poważnych uszkodzeń nie ma. Tyle tylko, że 

podczas upadku złamał się jeden z amortyzatorów. Trzeba wyjść na zewnątrz i 
zobaczyć, czy naprawa jest możliwa. Ja pójdę, a wy zostaniecie na pokładzie.

- Nie ma mowy - zaprotestowałem. - Ty jesteś na statku osobą niezbędną. Gdyby 

się coś stało, „Pegaz” nigdy się stąd nie wydostanie. Ja pójdę.

- Ja! - zawołał z maszynowni Zielony.
- I ja też - oświadczyła Alicja.
Skończyło się na tym, że do luku pomaszerowaliśmy wszyscy razem.
- To dziwne - rzekł Połoskow, otwierając luk. - Jeżeli wpadliśmy w jamę, to z 

góry powinno padać światło. A tutaj panują egipskie ciemności.

- Może wpadliśmy bardzo głęboko? - spytała Alicja.
- Nie. Gdyby tak było, poszłyby wszystkie amortyzatory. Jama nie jest głęboka.
Otworzył luk. Dokoła zalegała ciemność.

background image

- No widzicie - powiedział. - Zielony, daj latarkę.
- Oj - wykrzyknął mechanik - zaraz, coś mnie trzyma za nogę.
Nim zdążyłem przyjść mu z pomocą, sam już zapalił latarkę i wodził nią dokoła, 

szukając napastnika.

Był to jednak tylko biedny indykator. Przerażony ciemnością, zdołał jakoś 

otworzyć klatkę i dogonił nas przy luku. W świetle latarki był jaskrawożółty. Dygotał 
ze strachu tuląc się do nogi Zielonego.

Połoskow wziął od mechanika latarkę i skierował przed siebie silny strumień 

światła. Wszędzie gęsty mrok - widocznie jama, do której wpadliśmy, była bardzo 
rozległa. Potem światło przesunęło się w górę i zobaczyliśmy nad sobą gładką 
powierzchnię.

- Jak w czajniku - powiedział kapitan. - Wpadliśmy do środka i pokrywka się 

zamknęła. - Jeszcze raz powiódł dokoła latarką. - Nikogo tu nie ma. I nie było od 
dawna.

Spuścił trap i zszedł na dół. Postukał obcasem w ziemię i rzekł odwracając się do 

nas:

- Kamień. Można chodzić.
Zeszliśmy za nim. Kapitan przeprowadzał oględziny statku, badając uszkodzony 

amortyzator, a ja tymczasem skierowałem ponownie reflektor w górę. I niebawem 
znalazłem to, czego szukałem - cienką kreskę, zaznaczającą kolistą krawędź 
kamiennej płyty. Połoskow trafnie to określił - pokrywa otworzyła się pod naciskiem 
lądującego „Pegaza” i natychmiast zamknęła się za nim.

Trzymając przed sobą latarkę, okrążyłem statek z drugiej strony. Wszędzie ta 

sama ciemność. Włączyłem reflektor na pełną moc i wtedy promień światła musnął w 
głębi coś czarnego.

- Pójdę kawałek w tę stronę - powiedziałem głośno, by kapitan usłyszał. - Tam 

coś jest.

- Zaczekaj, tatku, idę z tobą - Alicja podbiegła do mnie, trzymając w ręku dużą 

latarkę.

Uszliśmy ze dwadzieścia kroków, przyświecając sobie reflektorem, i naraz oboje 

zdaliśmy sobie sprawę, że prócz „Pegaza” stoi w tej jamie jeszcze jeden statek 
kosmiczny. A gdy zbliżyliśmy się jeszcze o kilkanaście kroków, Alicja odczytała jego 
nazwę:

- „Błękitna Mewa”.
- Połoskow! - zawołałem, a głos mój, odbijając się wielokrotnym echem od ścian, 

zadudnił jak w beczce. - Połoskow! Zielony! Znaleźliśmy Drugiego Kapitana!

Usłyszałem przytłumiony tupot - Połoskow i Zielony biegli ku nam. Jaskrawo 

białe plamy reflektorów kołysały się w takt ich poruszeń.

background image

- Gdzie?!
Statek „Błękitna Mewa” wznosił się przed nami. Był szary od kurzu, 

osiadającego na nim w ciągu kilku lat. Wydawał się martwy, opuszczony przez ludzi. 
Na luku wisiała wielka kłoda.

- Nareszcie widzimy, co się stało - powiedziałem.
- Wpadł do tej jamy - zastanawiał się Połoskow - i widocznie z jakiegoś powodu 

Drugi Kapitan nie mógł się stąd wydostać.

- To i my nie damy rady - mruknął ponuro Zielony. - I resztę życia spędzimy w 

tej jaskini. A nie mówiłem: lećmy wezwać pomoc. Ostrzegałem.

- Tylko bez paniki na pokładzie - skarcił go surowo kapitan. - Na pewno się stąd 

wydostaniemy. A teraz proponuję wejść do środka „Błękitnej Mewy”. Skoro ją 
znaleźliśmy, doprowadźmy rzecz do końca.

- Luk jest zamknięty - powiedziałem. - Trapu też nie ma.
Wtem nad naszymi głowami zabłysło światło. Tak oślepiające, że wszyscy 

zmrużyliśmy oczy. Gdy je otworzyłem, z wysokiego sklepienia spadała na nas wielka 
sieć. W sekundę później zostaliśmy w nią schwytani jak pisklęta. Gdy próbowaliśmy 
się wyplątać, szamocąc się i przeszkadzając sobie wzajemnie, z góry doleciał 
grzmiący głos:

- Nie ruszać się! Jesteście pojmani!
Osłoniwszy dłonią oczy przed rażącym blaskiem, popatrzyłem w stronę, skąd 

dochodził głos. Po równym błyszczącym podłożu jaskini szli ku nam grubas o 
przezwisku Wesołek Ypsilon oraz doktor Wierchowcew, teraz już w kapeluszu. W 
rękach trzymali wymierzone w nas pistolety.

Z drugiej strony zbliżali się dwaj inni mężczyźni w czarnych skórzanych 

mundurach.

- Rzuć broń! - rozkazał grubas. - No, do kogo mówię?
- Rób, co każe - szepnąłem do Połoskowa, bowiem tylko on miał przy sobie broń.
Kapitan wyjął pistolet z kabury i rzucił na ziemię. Rozległ się głośny brzęk. Sieć 

zaczęła się podnosić.

Przez tych kilka sekund, zanim tamci podeszli do nas, zdążyłem się rozejrzeć. 

Pułapka, w którą wpadł nasz „Pegaz”, była ogromną, lecz niezbyt wysoką jaskinią. W 
pewnej odległości od siebie stały dwa pojazdy kosmiczne - „Pegaz” i „Błękitna 
Mewa”. Pomiędzy nimi, oświetleni ostrym blaskiem reflektorów, wyglądaliśmy jak 
mrówki na podłodze wielkiej sali.

Spojrzałem na moich przyjaciół. Połoskow patrzył na zbliżających się wrogów, 

usta miał tak zaciśnięte, że tworzyły wąską kreskę. Zielony zwinął pięści i stał 
osłaniając plecami Alicję. Alicja przycisnęła się do mnie. A z drugiej strony tulił się 
do mojej nogi żółty ze strachu indykator.

background image

- No i tuście mi, ptaszki - powiedział Wesołek Ypsilon. - Poszło jak po maśle.
Mówił bez złości, nawet się uśmiechał. Za to doktor Wierchowcew, który 

tymczasem zdążył się przebrać - zdjąć skafander i włożyć swój kapelusz - twarz miał 
nieruchomą jak maska, a jego wzrok wydawał się pusty.

Alicja odsunęła się o pół kroku.
- Dokąd? - spytałem.
- Tu jestem - szepnęła.
Dwaj ludzie w czarnych mundurach trzymali nas na muszce, gdy Wierchowcew, 

na rozkaz grubasa, zbliżył się i podniósł pistolet kapitana. Następnie obmacał nas 
zimnymi rękami i sprawdził kieszenie.

- W porządku - rzekł cicho - więcej broni nie mają.
- Bo i do czego im broń? - roześmiał się grubas. - Oni przecież łapią siecią 

motyle. A teraz sami w sieć się złapali. Tak samo, jak tamten. - Wesołek Ypsilon 
wskazał grubym serdelkowatym paluchem „Błękitną Mewę”. - Sami się złapali! Nikt 
ich nie zwabiał! - I znów ryknął śmiechem. A potem rozkazał: - Wszystkim założyć 
kajdanki!

Widocznie kajdanki były przygotowane zawczasu.
Jeden z ludzi w czarnych mundurach otworzył wiszącą na ramieniu torbę i wyjął 

pęk błyszczących bransolet.

Przebierał je, rozdzielając parami, a grubas tymczasem, zbliżywszy się, 

wymierzył we mnie tłusty paluch.

- No i co, nie chciałeś mi oddać bajdura, profesorze?
- Nie chciałem.
- Spójrz na niego - grubas odwrócił się do Wierchowcewa. - Żałował staremu 

przyjacielowi bajdura! A gdzie teraz jest ptaszynka?

- Nie wiem - odparłem, doskonale rzecz jasna wiedząc, że bajdur jest na statku.
Widocznie jednak grubasowi wciąż na nim zależało, gdyż nakazał pomocnikom:
- Przeszukać „Pegaza”!
A potem, znów odwracając się do mnie, dodał:
- Za to, że powiedziałeś mi nieprawdę, profesorze, zostaniesz ukarany. I to 

srodze. Moi ludzie umieją to robić. Ale nie zaraz jeszcze, nie zaraz... Włożyć im 
kajdanki. Nie dowierzać ani przez chwilę.

Człowiek w czarnym mundurze podszedł do mnie i szczęknął kajdankami. Ręce 

moje były skute.

- Następny! - rozkazał Wesołek Ypsilon.
Jego pomocnik zbliżył się do Połoskowa. Poruszał się tak rytmicznie i działał tak 

precyzyjnie, że zacząłem podejrzewać, czy nie jest robotem.

- Następny!

background image

Kajdanki szczęknęły na rękach Zielonego.
- Następny!
Człowiek w czerni pochylił się nad indykatorem i nagle zatrzymał się 

niezdecydowany.

Indykator miał dziesięć nóżek i wszystkie tak cieniutkie, że nie sposób ich było 

skuć kajdankami.

- Głupiec! - rzucił grubas. - Załóż dziewczynce! - Obejrzał się: - A gdzie jest 

dziewczynka?

Alicji nigdzie nie było.

background image

W NIEWOLI

- Gdzie jest dziewczynka? - gorączkował się Wesołek Ypsilon i uśmiech zniknął 

z jego twarzy, a krótkie tłuste łapska miotały się i trzepały jakby samoistnie poza 
korpusem. Dziwne to sprawiało wrażenie.

- Jaka dziewczynka? - zapytał człowiek w czarnym mundurze.
- Była tu! - wrzeszczał grubas. - Nazywała się... zaraz, jakie ona miała imię? - 

Wyjął z kieszeni notes i przesylabizował: - A-li-cja. Gdzie jest Alicja? - tym razem 
spoglądał na mnie.

- Co za Alicja? - udawałem obojętność, głowiąc się równocześnie nad tym, w jaki 

sposób zdołała się wymknąć. Jesteśmy widoczni jak na dłoni, nie ma się gdzie ukryć.

- Była tu dziewczynka - upierał się grubas. - Widziałem ją. A ty nie widziałeś? - 

spytał Wierchowcewa, który stał zwiesiwszy ręce i wydawało się, że śpi z otwartymi 
oczami.

Człowiek w czerni, wysłany na nasz statek, wracał niosąc bajdura. Trzymał go za 

nogi, głowa ptaka majtała się tuż nad ziemią.

- Aa, znalazłeś - ucieszył się grubas. - Ukręć mu łeb.
- Co?
- Powiadam, ukręć mu łeb. Nie jest już nam potrzebny.
- Wykluczone! - żachnąłem się. - Nie wolno wam tego uczynić. Jest to być może 

ostatni bajdur na świecie.

Indykator posiniał z oburzenia i skoczył na swych cienkich nóżkach bajdurowi na 

ratunek. Ale Wesołek Ypsilon spostrzegł to i zarechotał:

- Co, ty też się pchasz? - i zadziwiająco zwinnie jak na takiego tłuściocha 

wykręcił się, podstawiając mu nogę.

Indykator upadł i sczerniał z obrazy.
- No, na co czekasz? - niecierpliwił się grubas. - Mówiłem przecież, że nie zależy 

nam na bajdurze. Ukręć mu łeb.

Nie wiem, czy ptak zrozumiał słowa grubasa, lecz nagle zatrzepotał w ręku 

swego oprawcy i przemówił głosem, którego nie znaliśmy:

- Ptak bajdur, jako unikalny i niezwykle ciekawy gatunek, zostaje niniejszym 

objęty ochroną na planecie Błuk. Zabrania się polowań na bajdury, a ci, którzy 
pogwałcą ten zakaz, będą ukarani grzywną oraz potępieni przez opinię publiczną.

- Zatkaj mu wreszcie dziób! - wrzasnął Wesołek Ypsilon. - I bez niego mam 

dosyć kłopotów!

Nagle stała się rzecz absolutnie niepojęta. Człowiek w czarnym mundurze 

podniósł bajdura za nogi nieco wyżej, już miał go ścisnąć za gardło i w tym 
momencie runął jak długi na ziemię, krzyknął i wypuścił ptaka z rąk. Bajdur wywinął 

background image

w locie koziołka i wzbił się pod sklepienie.

- Strzelaj! - ryknął grubas wyszarpując pistolet.
Huknęły strzały. Kilka razy kule niemal otarły się o bajdura, lecz ptak uchylał się 

zwinnie i pofrunął w daleki nie oświetlony koniec jaskini.

Ludzie w czerni puścili się za nim w pogoń, lecz Wesołek ich zatrzymał:
- Nie ma sensu go ścigać! Trzeba było mocno trzymać, gamonie! Dlaczego się 

wywaliłeś jak długi?

- Wcale się nie wywaliłem - odpowiedział człowiek w czarnym mundurze. - Ktoś 

mnie pchnął.

- Milcz! - wybuchnął grubas i jego galaretowate policzki zatrzęsły się ze złości. - 

Jak mi tu będziesz łgać, to ja cię pchnę, ale tak, że się już nie podniesiesz! Nie warto 
się uganiać za ptakiem. Zabłądzi i zgubi się w tunelach. Szkoda czasu. Mamy co 
innego do załatwienia.

Odwrócił się do cichej, martwej „Błękitnej Mewy” i zapytał, jak gdyby statek 

mógł mu odpowiedzieć:

- Słyszysz mnie?
Milczenie.
- Nie odpowiadasz. Nie, to nie. Ja i tak wiem, że nas słyszysz. Siedzisz tam i 

obserwujesz, zastanawiasz się, dlaczego ściągnąłem tutaj „Pegaza”. Ano dlatego, 
żeby cię zmusić do kapitulacji.

Podszedł bliżej do statku i kontynuował swój wywód:
- Cztery lata nie chcesz się poddać. Cztery lata trwasz w przekonaniu, że ocalą cię 

twoi przyjaciele. Cztery lata nie wierzysz, że nikt nie ma pojęcia, co się z tobą stało. 
Cztery lata nie tracisz nadziei, że twój parszywy ptak dotarł na Wenus. Myślałem już, 
że powoli zemrzesz w tej swojej klatce. Ale dziś wszystko się zmieniło. Dziś 
otworzysz drzwi na pokład i oddasz to, co mi się prawnie należy. Słyszysz mnie, 
kapitanie?

Nikt nie odpowiedział. Głos jego rozlegał się w podziemiu i tylko ściany 

odpowiadały mu dalekim echem. Echo umilkło i grubas zaczerpnął tchu.

- Gdzie jest dziewczynka? - wymamrotał. - Bardzo mi potrzebna ta dziewczynka.
Doktor Wierchowcew stał nie opodal i patrzył w ziemię. Dwaj inni w czarnych 

mundurach cofnęli się nieco w bok, trzymając pistolety gotowe do strzału.

- Wiem, że mnie słyszysz, kapitanie - podjął na nowo Wesołek Ypsilon. - 

Zaszyłeś się w swojej norze, chcesz przeczekać. Spójrz w iluminator. Stoją przed tobą 
trzej ludzie z Ziemi - głupi profesor, który ugania się po Galaktyce w poszukiwaniu 
zwierząt, jakby lepszego zajęcia nie mógł sobie wymyślić, trusia kapitan i durny 
mechanik z rudą brodą.

Mimo że słyszałem, co dzieje się wokół mnie, pochłaniała mnie przede 

background image

wszystkim myśl o Alicji. Dokąd się ulotniła? Gdzie się teraz ukrywa?

- Tyle lat rzucasz mi kłody pod nogi - mówił grubas, patrząc na „Błękitną 

Mewę”. - Ale dziś jest moje święto. Dziś oddasz mi formułę. Słyszysz?... Milczy - 
rzekł innym tonem, ciszej. - Namyśla się. Zaraz go popędzimy. Szkoda tylko, że 
dziewczynka gdzieś przepadła. Gdyby była, łatwiej dopiąłbym swego.

Wyjął z kieszeni dużą chustkę i otarł spocone czoło.
- Posłuchaj, kapitanie - zaczął znów - jeżeli w ciągu trzech minut nie otworzysz 

luku i nie oddasz mi formuły, każę zabić wszystkich moich jeńców. Nie od razu 
jednak. O nie. Najpierw obetniemy uszy głupiemu profesorowi. On mi się najbardziej 
naraził, nie chciał mi oddać bajdura! A potem...

- Zaczekaj, piracka baryło - rozległ się nagle głos Drugiego Kapitana. Głos 

bardzo znajomy, słyszeliśmy go po wielekroć - bajdur był przecież niezrównanym 
imitatorem.

- No wreszcie - powiedział Wesołek Ypsilon.
- Tak czy owak nie ma dla ciebie miejsca w Galaktyce - mówił Drugi Kapitan. - 

Tak czy owak znajdą cię i schwytają, gdziekolwiek się ukryjesz. Lepiej więc zrób, jak 
ci radzę - poddaj się...

- Zamilcz! - przerwał mu grubas. - W ten sposób się nie dogadamy. Dzięki tobie i 

dzięki twym przyjaciołom już prawie wszystko straciłem. Lecz tego ostatniego ci nie 
oddam. Galaktyt będzie mój.

- Jak ci nie wstyd, piracie! - rzekł Drugi Kapitan. - Choć ty przecież nie masz 

wstydu.

Niewiele rozumieliśmy z tej rozmowy. Jedno tylko nie ulegało wątpliwości - 

kapitan posiadał coś, na czym niesłychanie zależało grubasowi. I czego nie mógł 
zdobyć, nie mógł mu odebrać. Słowo „galaktyt” nic mi nie mówiło. Nigdy przedtem 
go nie słyszałem. Ale kapitan „Błękitnej Mewy” za nic nie chciał tego galaktytu 
oddać.

- Tracimy tylko czas - powiedział grubas. - Nie interesują mnie twoje myśli i 

nastroje. Wstyd to cecha słabych. My, silni, nie znamy wstydu. Mów - oddasz mi 
formułę galaktytu?

- Muszę porozmawiać z tymi ludźmi - odparł Drugi Kapitan.
- Nie, na to się nie zgodzę. Wiem z góry, że postaracie się wywieść mnie w pole. 

Otwórz natychmiast luk i oddaj mi formułę galaktytu. A ja obiecuję zwrócić wolność 
tobie i tym ludziom. Jeśli nie uczynisz zadość memu żądaniu, będziesz przez długie 
dni skręcał się słuchając ich krzyków. A przecież ty masz i wstyd, i sumienie.

- Nic z tego, grubasie - rzekł Drugi Kapitan. - Od chwili gdy cztery lata temu 

wylądowałem na tej planecie, próbowałeś za pomocą tysiąca sztuczek wydobyć ode 
mnie formułę absolutnego paliwa, wszystkie jednak zawiodły. I dziś nie będzie 

background image

inaczej. Wiesz, co uczynię?

- Co?
- Wysadzę „Błękitną Mewę”. Zginę wraz z nią, lecz galaktytu nie dostaniesz. 

Gdyby absolutne paliwo trafiło do twych rąk, wyrządziłbyś tyle zła, że mieszkańcy 
Galaktyki przez dziesięć lat nie zdołaliby go naprawić.

- Racja - rzekł Wesołek Ypsilon. - Jeśli jednak sądzisz, że wysadzając „Błękitną 

Mewę” ocalisz profesora i jego ludzi, to się grubo mylisz. Daję ci uroczyste słowo 
Czarnej Mgły, że na pewno zginą. Na cóż mi kłopot z jeńcami? Jeżeli zwrócę im 
wolność, poinformują o mojej planecie Galaktyczną Służbę Bezpieczeństwa i nie 
minie miesiąc, jak zaczną na mnie polować wszystkie krążowniki w Galaktyce. O nie, 
niechaj do czasu jeszcze uważają mnie za nieżyjącego.

- Tym bardziej więc mogę opowiedzieć wszystko twym jeńcom. Nie znałem ich 

przedtem, a skoro trzymasz ich w niewoli, to znaczy, że są ludźmi szlachetnymi. 
Zobaczymy, co orzekną po wysłuchaniu mej opowieści.

- Nie! - krzyknął grubas.
- Nie krzycz! - rzekł spokojnie kapitan. - Co ci tak pilno? Zawsze zdążysz spełnić 

swą groźbę.

- Niech mówi - wtrącił się niespodzianie doktor Wierchowcew. - Widział 

przecież, że mieli na statku bajdura. Niech mówi - ani jego, ani tamtych to nie uratuje.

Grubas rozłożył ręce.
- Posłuchaj, profesorze, i wy posłuchajcie wszyscy. Było nas trzech - trzech 

kapitanów. Wiele lat temu doszła nas wieść, że w Galaktyce zaczęli grasować piraci. 
Potrzebne im były pieniądze, kosztowności, chcieli posiąść władzę. Chcieli zostać 
panami Galaktyki. Dowiedzieliśmy się o tym, gdy napadli na planetę Triada i 
uprowadzili stamtąd pojazd kosmiczny. A doścignęliśmy ich, gdy zagarnęli drugą 
planetę, czyniąc jej mieszkańców swymi niewolnikami. Tam też zaczęli potajemnie 
budować krążownik wojenny, by napadać na statki handlowe. Zbyt długo trzeba by 
opowiadać o tym, w jaki sposób wyśledziliśmy piratów, dostaliśmy się na ujarzmioną 
planetą i wznieciliśmy na niej bunt przeciw agresorom.

- Wzięliście nas podstępem - warknął grubas.
Doktor Wierchowcew machnął ręką.
- Niech mówi. Niewiele mu czasu zostało na gadanie.
- I oto - ciągnął kapitan, odczekawszy, aż tamci umilkną - dwóm piratom udało 

się zbiec. Przez kilka lat ukrywali się tutaj, na peryferiach Galaktyki, z dala od 
szlaków kosmicznych. Wszyscy już zapomnieli o piratach.

- Ale my niczego nie zapomnieliśmy - powiedział grubas.
- Tak - przyznał Drugi Kapitan - oni nie zapomnieli i nie wyrzekli się swoich 

planów. A najbardziej, ponad wszystko inne, pragnęli zemścić się na nas - trzech 

background image

kapitanach.

- I zemściliśmy się - wtrącił znów Wesołek Ypsilon.
- Nie bądź taki pochopny. To jeszcze nie koniec. Skończy się waszą przegraną. 

Nie możecie podbić całej Galaktyki.

- Podbijemy! - zawołał grubas.
Drugi Kapitan jakby nie słyszał jego słów.
- Minęły lata. Nadszedł czas, że trzej kapitanowie się rozstali. Pierwszy poleciał 

na Wenus. Trzeci postanowił dotrzeć do sąsiedniej Galaktyki, na co nikt dotychczas 
się nie odważył. Poświęcił się badaniom naukowym. I oto pewnego razu otrzymałem 
od niego list. Zawiadamiał mnie, że wraca już z wyprawy. List ten był dużym 
zaskoczeniem, nikt nie spodziewał się tak szybkiego powrotu. Przyjaciel prosił mnie, 
bym oczekiwał go na peryferiach Galaktyki, gdyż ma dla mnie niezwykle ciekawe 
nowiny. Rzuciłem więc wszystko i pospieszyłem na to spotkanie.

- Ale Trzeci nie wiedział, że przejęliśmy ten list - zachichotał grubas zacierając 

dłonie - i poznaliśmy jego treść.

- Tak - rzekł Drugi Kapitan - przejęli list Trzeciego, gdyż nieszczęśliwym 

zbiegiem okoliczności ukrywali się właśnie na tej planecie, ku której z różnych stron 
spieszyliśmy ja i mój przyjaciel. On był ciężko chory. Długotrwały lot, którego nie 
podejmował jeszcze żaden mieszkaniec naszej Galaktyki, podkopał jego zdrowie tak 
dalece, że obawiał się, iż nie zdoła dotrzeć do Ziemi bądź do swej ojczystej planety 
Fiks. A przywoził niezwykle cenne informacje. Mieszkańcy najbliższej Galaktyki 
ofiarowali mu formułę galaktytu - paliwa absolutnego. Statek o napędzie 
galaktytowym osiąga szybkość sto razy większą niż najszybsze statki kosmiczne. 
Tym samym odległość między planetami stanie się tak niewielka jak między 
sąsiadującymi ze oba miastami. Mieszkańcy tamtej Galaktyki zatankowali statek 
mego przyjaciela galaktytem i dali mu jego formułę, abyśmy i my korzystali z ich 
odkrycia. Trzeci Kapitan doleciał do tej planety, nie podejrzewając, że jest ona 
schronieniem piratów, i tu wylądował. Był tak wyniszczony chorobą, że nie mógł 
dłużej prowadzić statku. Piraci doskonale widzieli statek, obserwowali go, trzymali 
się jednak z daleka. Postanowili zaczekać na mój przylot i dowiedzieć się, co za 
ważne nowiny przywiózł Trzeci Kapitan. Gdy był nieprzytomny, zakradli się na 
pokład, zainstalowali podsłuch, by znać treść naszych rozmów, a statek ostrożnie 
przetransportowali na tę polanę.

- Musisz przyznać, że dobrze przygotowaliśmy się na twój przylot - przerwał mu 

Wesołek Ypsilon.

- Gdy wylądowałem obok statku mego przyjaciela, znalazłem go w bardzo 

ciężkim stanie. Opowiedział mi o swej wyprawie i o formule galaktytu. Byłem 
świadomy, że przede wszystkim winienem zawieźć kapitana na Ziemię, gdzie go 

background image

potrafią wyleczyć, i równocześnie wiedziałem, że nie wytrzyma podróży kosmicznej. 
Postanowiłem więc zostać z nim, dopóki nie poczuje się trochę lepiej. Wróciłem na 
swój statek po lekarstwa, ale piraci otworzyli tymczasem z góry przygotowaną 
pułapkę i oba nasze statki wpadły do tej podziemnej jaskini.

- Fantastycznie to było pomyślane - rzekł grubas.
- Tak - odpowiedział kapitan. - Bali się zaatakować mnie na powierzchni. Zanim 

zrozumiałem, co się stało, „Błękitna Mewa” była już w podziemiu. Zabłysło światło i 
zbliżył się do niej ten typ, który stoi obok was. Poznałem go natychmiast i 
domyśliłem się, że piraci mnie przechytrzyli. Zaproponowali mi wolność w zamian za 
formułę galaktytu. W lot skombinowali, że to paliwo da im całkowitą bezkarność, 
krążowniki Galaktycznej Służby Bezpieczeństwa nie będą w stanie ich doścignąć, i 
dzięki temu wszystkie statki handlowe staną się łatwym dla nich łupem. Ja zaś 
wiedziałem swoje - za nic w świecie nie oddam im formuły i nigdy nie dostaną mnie 
żywego. Zamknąłem luk na cztery spusty i nie wpuściłem ich na pokład „Błękitnej 
Mewy”.

- A co się stało z Trzecim Kapitanem? - zapytał Połoskow.
- Próbowali pociąć statki i wziąć nas do niewoli. Udało im się to ze statkiem 

Trzeciego Kapitana. Mój przyjaciel został przez nich pojmany i zapewne uśmiercony.

- Nieprawda - przerwał grubas. - Nieprawda. On umarł. Wiesz, jak ciężko był 

chory. Gdy przecięliśmy statek, już nie żył.

- „Błękitnej Mewy” nie zdołali rozciąć. Jest wykonana z diamentowego stopu. A 

na moim pokładzie był bajdur, którego podarował mi Pierwszy Kapitan. Zawarliśmy 
następującą umowę: jeżeli zdarzy się coś złego, wypuszczę bajdura, każąc mu lecieć 
na Wenus i odszukać Pierwszego. A on już wie, jak nakłonić ptaka, by opowiedział, 
gdzie i co się ze mną stało.

- Myśmy tego nie umieli - powiedziałem. - Coś niecoś z niego wydobyliśmy, ale 

niestety zbyt mało.

- A w jaki sposób trafił do was? - zapytał Drugi Kapitan.
- Był ranny. Widocznie ścigali go piraci.
- Tak jest - przyznał grubas.
- Uciekł im jednak. A na planecie Szelezaka roboty wstawiły mu znakomitą 

protezę na miejsce okaleczonego skrzydła.

- Podziękowaliśmy im za to zatruwając wszystek smar w cysternie. Leżą teraz 

pokotem sparaliżowane - roześmiał się grubas, aż zatrzęsły mu się zwisające 
podbródki.

- Pomogliśmy im - odparłem. - Są wyleczone.
- Jak to?
- Byliśmy na tej planecie i wyleczyliśmy roboty.

background image

- Przekleństwo! - krzyknął grubas.
- Niestety, bajdur mając sztuczne skrzydło nie mógł dolecieć do Układu 

Słonecznego - mówiłem dalej. - Z ledwością dotarł do swej rodzinnej planety.

- Szukaliśmy go tam - wyznał grubas. - Wspólnie z mym przyjacielem. - Wskazał 

doktora Wierchowcewa.

- Zdrajco! - warknął posępnie Zielony. - Jeszcze dobierzemy ci się do skóry!
- Zamknij się! - pogroził mu pięścią - Wesołek Ypsilon. - Wytępiliśmy wszystkie 

bajdury na planecie Błuk. Różnymi sposobami - przez wykup, wymianę, kradzież. 
Chcieliśmy nawet pozbawić planetę tlenu.

- Za pomocą białych robaków? - spytałem.
- Tak. Niestety, to się nam nie powiodło. Bajdur też zupełnym przypadkiem trafił 

do tych półgłówków, a oni przyleźli tutaj. Nie słuchali naszych ostrzeżeń. Sami są 
sobie winni. Teraz zapłacą życiem.

- Nie obawiajcie się - rzekł Drugi Kapitan. - Nie odważą się zrobić wam nic 

złego. To przecież tchórze. Wszyscy piraci świata nie zdołają pokonać trzech 
kapitanów. Nawet osobno nie mogli nas zwyciężyć.

- Właśnie że tak! - zawołał grubas. - Trzeci Kapitan nie żyje. Ty cztery lata 

siedzisz w niewoli. A jak tylko zdobędziemy galaktyt, Pierwszy też się nam nie 
wywinie.

- I pan cztery lata przesiedział w tym statku? - zapytał Połoskow.
- Tak - odpowiedział Drugi Kapitan. - Jestem uparty. Mógłbym oczywiście 

zniszczyć formułę. Ale wtedy byłaby stracona i dla mieszkańców Galaktyki. Paliwo 
absolutne jest dla istot rozumnych niezmiernie ważne - zbliżając planety ułatwi 
wzajemne kontakty. Wiedziałem, że wcześniej czy później nadejdzie ratunek.

- Tylko psu na budę się nie zdał - mruknął grubas. - Wygadałeś się już, kapitanie? 

Teraz będziesz musiał rozstać się z formułą.

- Umówiliśmy się jeszcze inaczej z Pierwszym Kapitanem. Jeżeli w ciągu 

czterech lat nie dam żadnego znaku życia, Pierwszy zawiadomi o tym Galaktyczną 
Służbę Bezpieczeństwa i sam też wyruszy na poszukiwanie. A skoro przypadkowi 
ludzie znaleźli mnie tak szybko, Pierwszy Kapitan trafi tu bez porównania szybciej. I 
wy dobrze o tym wiecie.

- Dość tego gadania - rzekł głuchym głosem Wierchowcew. - Zaczynajcie. On po 

prostu chce wygrać na czasie.

Jeden z piratów podszedł do mnie i z całej siły szarpnął za skute ręce. Straciłem 

równowagę i upadłem. Powlekli mnie na bok. Próbowałem stawiać opór, ale z 
pomocą pierwszemu nadbiegł drugi pirat i już po chwili miałem skrępowane nogi.

Grubas wyciągnął zza pasa długi nóż.
- Znasz mnie, Drugi - rzekł, zwracając się do statku - i wiesz, że lubię żartować, 

background image

nie darmo noszę przezwisko Wesołek. Niektóre jednak moje żarty kończą się łzami. - 
Podniósł nóż.

Połoskow i Zielony rzucili się na ratunek, lecz Wierchowcew, który nie spuszczał 

ich z oka, wystrzelił gaz usypiający z pojemniczka, który miał zawieszony u 
nadgarstka. Moi współtowarzysze padli jak kosą podcięci.

- Nno - powiedział Wesołek Ypsilon.
Poczułem zimne ostrze noża na gardle.
- Zdejmij kłódkę - powiedział Drugi Kapitan.
- Dawno tak trzeba było.
Grubas dał znak piratowi, ten zaś wszedł po drabinie do luku „Błękitnej Mewy” i 

zdjął ciężką kłodę. Piraci zawiesili ją przed laty, jak tylko „Błękitna Mewa” znalazła 
się w jaskini. Skoro Drugi Kapitan nie pozwalał im wejść na pokład, oni z kolei nie 
chcieli, by opuścił statek bez ich pozwolenia.

Pirat zszedł z drabiny i stanął w pewnym oddaleniu, trzymając pistolet w 

pogotowiu. Wierchowcew również wyciągnął broń. Nie zamierzali ryzykować. 
Czterech mężczyzn bało się jednego kapitana, którego przez cztery lata nie zdołali 
pokonać.

- Tylko bez żadnych sztuczek - powiedział Wierchowcew - bo strzelamy.
Luk otworzył się raptownie i nawet nie zdążyłem dobrze zobaczyć kapitana. 

Niczym ciemnobłękitna błyskawica skoczył w dół. Równocześnie huknęły dwa 
strzały. Kapitan był już na dole. Szybko odczołgał się w bok, świetliste serie z 
pistoletów kruszyły kamienie w pobliżu jego głowy. Jeszcze ułamek sekundy i 
znalazł się za osłoną szerokiego amortyzatora „Błękitnej Mewy”.

Piraci błyskawicznie rozbiegli się i ukryli za głazami.
- Spokojnie, nie ucieknie nam - rozległ się głos Wierchowcewa. - Otoczyć go.
Odpowiedział mu huk strzału od strony „Błękitnej Mewy”.
Zdawałem sobie sprawę, że sytuacja kapitana jest prawie beznadziejna. Piraci 

okrążali go chyłkiem, kryjąc się za występami.

- Nie strzelaj! - krzyknął grubas.
Głos jego zabrzmiał tuż nad moim uchem. Zobaczyłem znów wzniesiony nóż.
- Jeszcze jeden strzał i profesor zginie.
Nie skończył jeszcze mówić, gdy z tego miejsca, gdzie stał „Pegaz”, padł rozkaz:
- Nie ruszać się! Jesteście otoczeni!
Ręka grubasa znieruchomiała. Pięścią wytrąciłem nóż, który z brzękiem potoczył 

się dalej.

- Słyszycie? - doleciał drugi głos z kierunku, w którym pofrunął bajdur. - Rzucić 

broń!

Piraci z wolna podnosili się z ziemi, pistolety jeden po drugim szczękały o 

background image

kamienne podłoże.

Uniosłem głowę i zobaczyłem, że zza amortyzatora naszego statku wyszedł 

doktor Wierchowcew w skafandrze, ale bez kapelusza.

Ze zdumienia przeturlałem się na drugi bok.
Doktor Wierchowcew w kapeluszu klęczał z podniesionymi rękami.
Z przeciwnej strony zbliżał się do piratów Pierwszy Kapitan. Do złudzenia 

przypominający posąg na planecie Trzech Kapitanów, tylko żywy, ogorzały, w 
ciemnoniebieskim mundurze kapitana Wielkiej Żeglugi Kosmicznej.

Nie wiadomo skąd wyfrunął bajdur i trzepocząc skrzydłami siadł na ramieniu 

kapitana. A potem z ciemności wyszła Alicja.

background image

A TYMCZASEM...

Alicja zniknęła w chwili, gdy brano nas do niewoli. A stało się to tak 

niepostrzeżenie, że na jej zniknięcie nikt nie zwrócił uwagi. Między innymi - ja.

W jaki sposób dokonała tej sztuki, dowiedziałem się później. Aby jednak nie 

zakłócać kolejności wydarzeń, którą zachowuję od początku mej opowieści, muszę 
najpierw wyjaśnić, co robiła Alicja przez ten czas, gdy nas trzymano w jaskini, i 
dzięki czemu Pierwszy Kapitan oraz doktor Wierchowcew (ten prawdziwy) znaleźli 
właz do jaskini i zdążyli nas uratować.

Otóż było to tak. Alicja dostała na bazarze w Palaputrze prezent od karzełka 

sprzedającego rzekomo, jak sądziłem, niewidzialne ryby. Podarował jej czapkę-
niewidkę.

Początkowo uważała to za żart - czapka była tak leciuteńka, że nic nie ważyła. 

Ale gdy Alicja wróciwszy na statek poszła do swojej kajuty i zaczęła układać kupione 
na bazarze znaczki, znalazła w swej torebce jeszcze coś. To coś było nieważkie i 
niewidzialne. Przypomniała sobie wówczas o czapce-niewidce i spróbowała ową 
rzecz rozciągnąć i włożyć na głowę. I w mgnieniu oka stała się niewidzialna. Chciała 
biec do mnie lub do Połoskowa i pochwalić się czapką, lecz zreflektowała się, 
pomyślawszy, że z punktu widzenia fizyki jest to zupełna bzdura i że nawet nie 
zechcemy słuchać o tych magicznych sztuczkach. Odłożyła czapkę-niewidkę do 
powrotu na Ziemię. W szkole będzie jak znalazł. Na przykład niewielkie spóźnienie - 
zawsze można wtedy wejść do klasy, usiąść w ławce i nikt tego nie zauważy. Można 
nawet (choć Alicja oczywiście tego nie uprawia) zerknąć do zeszytu prymuski 
Skorniakowej.

Nosiła czapkę-niewidkę stale w torebce zawieszonej na ramieniu. Gdy w jaskini 

zabłysło światło i ukazali się nasi wrogowie, włożyła ją niepostrzeżenie i znikła. W 
razie gdyby nas zamknięto, postanowiła wykraść klucz i uwolnić nas z więzienia.

Odeszła nieco w bok i słyszała, co mówił grubas. Zapewne dalej nie ruszyłaby się 

ze swego miejsca, gdyby nie nadszedł pirat niosący za nogi bajdura i gdyby grubas 
nie kazał mu zabić ptaka. Wtedy zrozumiała, że musi działać.

Zbliżyła się na palcach do pirata i podstawiła mu nogę. Upadł jak długi, wypuścił 

ptaka z rąk, zaczęła się strzelanina i bajdur uciekł.

Co począć dalej? Nagle w głowie Alicji zaświtała myśl, że bajdur nie po raz 

pierwszy stąd się wymknął. Przecież Drugi Kapitan wypuścił go ze statku i ptak 
znalazł drogą prowadzącą do wyjścia. To znaczy, że wie, jak się wydostać z 
podziemia. I Alicja pobiegła za bajdurem. Ułożyła sobie plan, że jak tylko znajdzie 
wyjście z jaskini, natychmiast wróci, uwolni nas z zamknięcia i wyprowadzi na 
zewnątrz.

background image

Początkowo biegła w ciemności. Światło z głównej jaskini ginęło w mroku 

długiego korytarza. Bajdur leciał daleko w przedzie, Alicja nie widziała go, słyszała 
tylko szelest skrzydeł. Gdy byli już w dość bezpiecznej odległości, zawołała cicho:

- Bajdur! Zaczekaj na mnie.
Ptak usłyszał jej głos. Akurat znajdowali się w następnej jaskini, nie tak rozległej, 

pośrodku której stał nieduży czarny statek. Alicja zapomniała, że nie zdjęła czapki i 
jest niewidzialna. Bajdur zatoczył nad nią koło, pokiwał niedowierzająco koroną i 
pofrunął dalej w wąskie przejście, kryjące się za występem skalnym. Alicja poszła za 
nim. Właz był stromy, prowadził wysoko w górę, a na samym końcu majaczył biały 
krąg - światło dzienne.

Alicja już zaczęła wdrapywać się po skalnej ścianie, gdy nagle usłyszała słaby 

jęk.

Dochodził z tunelu czarnego jak bezksiężycowa noc. Podeszła ostrożnie bliżej. 

Jęk powtórzył się, tym razem wyraźniejszy. Nie wzięła ze sobą latarki, musiała więc 
posuwać się po omacku. Liczyła kroki. Przy trzydziestym kroku ręka jej natrafiła na 
kratę.

Znowu jęk.
- Jest tu ktoś? - zapytała szeptem.
Widocznie jednak ten, kto jęczał, nie usłyszał jej szeptu.
- Proszę jeszcze trochę zaczekać - powiedziała. - Zaraz uwolnię naszych, a 

później pana. O ile jest pan również jeńcem tych piratów.

Nie było odpowiedzi.
Alicja zawróciła. Czas był drogi - nie wiadomo przecież, co uczyni grubas.
Dotarłszy do włazu, jeszcze raz spojrzała w górę. Jasna plama, stanowiąca wylot, 

zniknęła. W pierwszej chwili nie przyszło Alicji do głowy, że na górze zapadła krótka 
noc, przelękła się, że to jakiś ślepy tunel. Może się pomyliła? Może bajdur poleciał 
gdzie indziej? I mimo niepokoju o nasz los, postanowiła sprawdzić, czy jest u góry 
wylot. A nuż nie ma - wtedy przyprowadziłaby nas tu na pewną zgubę, piraci znów 
by nas schwytali.

Z trudem wdrapywała się pod górę. Właz był śliski, mokry od skapującej i nigdy 

nie wysychającej wody. Alicji zdawało się, że minęła co najmniej godzina, a końca 
wciąż nie widać. Chciała już wracać, gdy nagle mrok zaczął się przerzedzać i ujrzała 
wylot prawie tuż przed sobą.

Ostatnie metry były najtrudniejsze - część wylotu zapchała osypująca się ziemia i 

długie rozwidlone korzenie krzewów. W pewnej chwili omal się nie rozbeczała, 
przekonana, że nie zdoła wydostać się na słońce i świeże powietrze. Zapomniała 
nawet o nas, o piratach, o wszystkim na świecie - myślała tylko o wyjściu na 
swobodę.

background image

Jeszcze jeden zryw i równoczesna świadomość zwycięstwa - trudny właz 

pozostał za nią. Za nią zostało podziemie z piratami i jeńcami.

Na błękitnym niebie szybko wschodziło żółte słońce. Drugie słońce było już w 

zenicie i zaczynało przypiekać. Tuż przed twarzą niewidzialnej Alicji biły się dwa 
chrząszcze, nalatywały na siebie trzepocząc lśniącymi skrzydłami. Patrząc na nie 
pomyślała ze smutkiem, że trzeba wracać. I tak straciła zbyt wiele czasu.

Po raz ostatni ogarnęła wzrokiem przestrzeń, rozsunęła bujną trawę i nagle 

zobaczyła na pobliskim wzgórzu ten sam statek kosmiczny, który wylądował obok 
„Pegaza” przed jego odlotem na zdradziecką polanę. Statek doktora Wierchowcewa.

„Jak to dobrze, że tam spojrzałam - odetchnęła z ulgą. - Wybieglibyśmy stąd 

prosto w ich łapy. Na pewno piraci zostawili na pokładzie straż”.

I nagle spostrzegła, że na trapie statku siedzi bajdur i stuka dziobem w zamknięty 

luk.

Już chciała krzyknąć: „Bajdur, wracaj!”, ale było za późno. Zresztą ptak by jej nie 

usłyszał.

Luk otworzył się i stanął w nim wysoki młody mężczyzna, którego Alicja już 

gdzieś widziała. Ale gdzie?

Bajdur frunął mu na ramię.
- Stary! - zawołał mężczyzna. - Jak ty nas znalazłeś?
Gdy Alicja zobaczyła go z bajdurem na ramieniu, wiedziała już, kogo ma przed 

sobą. To był Pierwszy Kapitan. Przyleciał na ratunek! Ale skąd się dowiedział, gdzie 
należy ich szukać? Wyskoczyła z włazu i jak szalona biegła do statku. Co za 
szczęście, że kapitan jest tutaj. Teraz już wszystko będzie dobrze.

Zostało jej zaledwie kilka kroków, chciała krzyknąć, lecz nie mogła wydobyć z 

siebie głosu. Wtem drugi mężczyzna wyszedł z luku i stanął obok kapitana.

Był to doktor Wierchowcew. Ubrany inaczej niż tamten w jaskini. Miał na sobie 

skafander, a za pasem pistolet.

Alicja zatrzymała się jak wryta. Nic już nie pojmowała. Ten zdrajca jakimś 

sposobem był obecny w dwóch miejscach naraz. Jedno tylko nie ulegało wątpliwości 
- kapitanowi grozi niebezpieczeństwo, on przecież nie wie jeszcze, że Wierchowcew 
jest piratem!

- Kapitanie, uwaga! Niebezpieczeństwo! Wierchowcew to pirat! - zawołała.
Kapitan i doktor obejrzeli się, usłyszawszy jej głos. Nic jednak nie zobaczyli, 

gdyż nadal była niewidzialna.

- Kto to mówi? - zapytał kapitan.
- Wierchowcew był przed chwilą w podziemiu! - krzyknęła ponownie. - To pirat. 

Oni trzymają w niewoli Drugiego Kapitana i naszą załogę.

- Jaką znów załogę? - zdziwił się kapitan, usiłując zorientować się, skąd płynie 

background image

ten dziecinny głos.

- Załogę „Pegaza”. Bądź ostrożny, kapitanie!
- Kim jesteś? - zapytał.
- Jestem Alicja - odpowiedziała, nie spuszczając z oka Wierchowcewa.
Doktor jednak nie wyciągał blastera, nie napadał na kapitana. I kapitan też nie 

zdradzał żadnego niepokoju.

- Mylisz się, dziecko - powiedział. - Doktor Wierchowcew od trzech dni nie 

opuszczał naszego statku. Przylecieliśmy razem, by ratować was i Drugiego 
Kapitana. A w jaskini znajduje się jakiś inny człowiek podszywający się pod naszego 
przyjaciela, doktora Wierchowcewa. Możesz więc bez obawy zbliżyć się do nas.

- A jeśli pan też podszywa się pod Pierwszego Kapitana? - spytała Alicja.
- Skądże, moje dziecko. Przecież ty pierwsza mnie poznałaś. I spójrz na bajdura. 

On również mnie poznał. A ptaka nie tak łatwo oszukać. Poznałeś mnie, bajdurze?

- Spiesz się, kapitanie - przemówił ptak. - Formuła galaktytu jest ukryta w 

przegrodzie z próbkami materiałów. Jeżeli stanie się coś ze mną, weź formułę i oddaj 
Galaktyce. To ogromnie ważne. Trzeci Kapitan zapłacił za to życiem.

Bajdur mówił głosem Drugiego Kapitana.
- No widzisz. Teraz chyba uwierzyłaś. No, zbliż się do nas. Nie traćmy czasu. Jak 

się wydostałaś na powierzchnię? Jak ci się udało im wymknąć?

Alicja podeszła do trapu.
- Tu jestem. To bajdur pokazał mi wyjście z jaskini.
- Nic nie rozumiem! - rzekł nagle doktor Wierchowcew. - Gdzież ta 

dziewczynka? Jest niewidzialna czy co?

- No pewnie, że tak. Dopiero teraz pan się domyślił? Jakże inaczej mogłabym 

wymknąć się piratom?

Alicja zdjęła czapkę-niewidkę i nawet Pierwszy Kapitan, najodważniejszy 

człowiek w całej Galaktyce, drgnął z zaskoczenia.

Żółty kombinezon Alicji była usmarowany ziemią, rękaw rozdarty, twarz miała 

podrapaną, włosy rozczochrane...

- Alicjo, będziesz dziś jadła mannę na śniadanie? - zapytał bajdur głosem 

profesora.

- Dzielna dziewczynka! - rzekł z uznaniem Pierwszy Kapitan. - A teraz chodźmy. 

Po drodze mi wszystko opowiesz.

I pobiegli do włazu, bowiem liczyła się już każda sekunda.

background image

GRUBAS KŁAMIE

- Przydadzą się te kajdanki - powiedział Drugi Kapitan. - Oni są tak perfidni, że 

nawet za grosz nie wolno im ufać.

- Daję wam słowo - zaklinał się grubas - że nie będę próbował ucieczki.
- Będziesz - odparł z przekonaniem kapitan.
Doktor Wierchowcew podszedł tymczasem do swego sobowtóra. Osobliwy był to 

widok. Gdyby mnie zapytano, powiedziałbym, że autentyczny doktor to ten w 
kapeluszu. Jego właśnie poznaliśmy na planecie Trzech Kapitanów.

- No, samozwańcze - rzekł Wierchowcew w skafandrze.
- Nie rozumiem - odparł Wierchowcew w kapeluszu cofając się o krok.
Zielony, który stał za nim, popchnął go w kierunku doktora.
- Przez ciebie, kochasiu - mówił z oburzeniem - posądziliśmy przyzwoitego 

człowieka o czort wie jakie machlojki. Przez ciebie omal nie zginęliśmy.

- Pewnie, że tak - dodała Alicja. - Zupełnie już straciliśmy zaufanie do 

Wierchowcewa, i jak przyleciał z Pierwszym Kapitanem i próbował nas zatrzymać, to 
„Pegaz” zwiał mu sprzed nosa i potem wpadliśmy do tej jaskini.

- Nie ważcie się mnie tknąć! - wymówił fałszywy Wierchowcew.
Wesołek Ypsilon zachichotał.
- Nigdy nie warto włazić w cudzą skórę. Źle się to kończy. Ja mam własną, nic mi 

nie będzie, nikogo nie oszukiwałem. Jestem uczciwym piratem.

Prawdziwy doktor Wierchowcew podszedł do swego sobowtóra i przyjrzał mu się 

uważnie. Pirat nie mógł się cofnąć, gdyż z tyłu napierał Zielony.

Doktor podniósł rękę i szybkim ruchem przesunął nią po głowie, twarzy i piersi 

pirata.

I nagle ujrzeliśmy, jak spada z niego powłoka Wierchowcewa, odsłaniając coś, co 

nie było człowiekiem.

Okazuje się, że doktor wypatrzył cieniutki zamek błyskawiczny spinający ową 

powłokę.

Kapelusz potoczył się gdzieś dalej. Ubranie leżało na ziemi. A z kupki gałganów, 

która niedawno była Wierchowcewem, wyłonił się wielki, wysoki na półtora metra 
owad z kosmatymi łapami, okrągłym chitynowym odwłokiem i dużymi ostrymi 
kleszczami. Rozprostował krótkie skrzydła i próbował frunąć, lecz Zielony go złapał. 
Owad zwrócił ku niemu głowę i groźnie rozwarł kleszcze.

- Uwaga! - krzyknął Drugi Kapitan. - Jest jadowity!
Zielony błyskawicznie cofnął rękę, a kapitan chwycił za pistolet.
Widząc, że nie ma wyjścia, owad podniósł nagle cieniutki ogon zakończony igłą i 

wbił go sobie w chitynową pierś. I od razu upadł, rozrzuciwszy cienkie łapki.

background image

- Użądlił sam siebie! - wykrzyknęła Alicja. - Jak skorpion.
- Skorpiony nigdy nie popełniają samobójstwa - powiedziałem. - To są bajki. 

Tylko istoty rozumne wiedzą, co to jest śmierć.

- Nie wierzcie mu - odezwał się grubas. - Chcę z wami współpracować, więc 

lepiej od razu wyznam całą prawdę. To jest główny pirat. Zmuszał nas do 
posłuszeństwa i to on planował wszystkie łotrostwa. Nazywa się Krys i pochodzi z 
Martwej Planety Krokrys. Kiedyś, dawno temu, Krokrysowie powybijali się 
wzajemnie w ciągłych wojnach, a resztki ich kryją się w podziemnych jaskiniach. Nie 
wierzcie, że on się zabił. Zanadto siebie kocha, aby to zrobić. Popadł tylko w 
omdlenie. Liczy na to, że go zostawicie i ucieknie, jak odzyska przytomność. Nieraz 
już tak robił. Zabijcie go.

- Po co go mamy zabijać? - odparł Pierwszy Kapitan. - Będzie sądzony.
Zbliżył się do leżącego na kupie szmat Krysa, podniósł za nogę lekki zewłok i 

oddał jeńcom w czarnych mundurach.

- Zanieście go na pokład „Pegaza” - polecił - i zamknijcie w klatce. Znajdzie się u 

pana pusta klatka, profesorze?

- Oczywiście. Nawet nie jedna. Zgromadziliśmy o wiele mniej zwierząt, niż to 

było w planie. Pójdę z nimi na pokład i dopilnuję, żeby klatka była mocna i dobrze 
zamknięta.

- A później odwieziemy go na planetę, gdzie jest od dawna poszukiwany, i niech 

go tam sądzą.

- Racja - powiedział grubas. - Dobrze mu tak. To przecież jego pomysł, by 

udawać Wierchowcewa. Przybrawszy jego postać poleciał na bazę Małego Arktura. 
Miał nadzieję znaleźć u badaczy plany „Błękitnej Mewy” i otworzyć statek. To on 
jako Wierchowcew sprzedawał robaki w Palaputrze, tępił bajdury, aby któryś nie 
dotarł do Pierwszego Kapitana i nie wezwał go na ratunek. To on kazał mi podarować 
profesorowi diamentowego żółwika. To on zakaził bakteriami smar na planecie 
robotów. Nie zasłużył na litość! Pod sąd z tym zdrajcą i przeniewiercą!

- Spokojnie, Wesołku Ypsilon - odezwał się Drugi Kapitan. - Nie licz, że 

pogrążając swego kompana, wywiniesz się przez to od kary. Ty również będziesz 
sądzony. Goniłem przecież za tobą po całej Galaktyce. Masz na sumieniu tyle 
zbrodni, że nowymi zdradami nigdy nie zdołasz ich odkupić.

Grubas naburmuszył się i umilkł.
Udałem się na statek z dwoma piratami niosącymi rzekomo martwego Krysa. 

Towarzyszył mi Połoskow, który nie dowierzał piratom i wolał ich mieć na oku.

Zamknęliśmy Krysa w jednej z najbardziej masywnych klatek i nie zwlekając, 

wróciliśmy do naszych. Rozmawiali już o innych sprawach.

- Jak się stąd wydostać? - zapytał grubasa Pierwszy Kapitan.

background image

- Jeżeli mi darujecie życie, pomogę wam, w przeciwnym razie, dlaczego mam to 

robić? Nikt poza mną nie wie, jak otworzyć tę płytę. Jest wykonana z tak twardego 
kamienia, że nawet bomba grawitacyjna nie da jej rady.

- Jak nie chcesz, to trudno - uśmiechnął się Pierwszy Kapitan. - Poczekamy, aż 

twój przyjaciel Krys odzyska przytomność. On nam chętnie będzie służył.

Kapitanowie stali obok siebie i choć jeden ogorzały, kwitnący, w nowym 

eleganckim skafandrze, a drugi wycieńczony, wychudły i umęczony, to jednak 
podobni byli jak bracia, nie mogłem wprost oderwać od nich zachwyconych oczu. 
Byli o wiele piękniejsi niż posągi na planecie Trzech Kapitanów. Pierwszy objął 
swego przyjaciela, wsparłszy mu rękę na ramieniu, i górowali nad grubasem niby nad 
wielką ropuchą.

- Nie - zaklinał się grubas. - Za nic nie powiem! Gińcie tutaj!
- To się nie stanie - powiedział Drugi Kapitan. - Teraz, gdy moi przyjaciele - 

zatoczył ręką, dając do zrozumienia, że nie tylko Pierwszego Kapitana i 
Wierchowcewa zalicza do swych przyjaciół, lecz także nas którzy przybyliśmy mu na 
ratunek, mimo że nigdy przedtem nie widzieliśmy go na oczy - gdy moi przyjaciele są 
ze mną, żadni piraci nie mogą mi zagrozić. W najgorszym razie odlecimy wszyscy 
statkiem Pierwszego Kapitana, a potem wrócimy i wydobędziemy nasze statki.

Wesołek Ypsilon zawahał się. Zrozumiał, że jakiekolwiek targi z jego strony nie 

mają sensu, i już otworzył usta, gdy wszystko zepsuł Zielony.

- Nie - powiedział. - Ja nigdy nie opuszczę mego statku. Lepiej będzie, jak 

poczekam tu na was. Ktoś zresztą musi karmić zwierzęta. Przecież nie upchniemy ich 
na drugim statku. Ten numer nie przejdzie. Proszę cię, powiedz nam, jak otworzyć 
pokrywę.

Nie wolno było mówić w ten sposób do grubasa, to duży błąd. Nie wolno o nic 

prosić piratów, gdyż od razu stają się bezczelni.

Grubas też po tych słowach od razu nabrał tupetu.
- Nie - odparł - jak mi dacie pisemne zobowiązanie, że ujdę z życiem, to was stąd 

wypuszczę.

Kapitanowie tylko spojrzeli wymownie na Zielonego i na tym koniec.
- No dobrze. Skoro tak - powiedział Pierwszy - zaczekamy. Dajemy ci, Wesołku, 

dziesięć minut do namysłu. Mamy czas.

- Słusznie - poparł go Drugi Kapitan. - A na razie ty, Pierwszy, opowiesz, w jaki 

sposób nas znalazłeś. Przecież bajdur nie przyleciał do ciebie.

- A ja przygotuję kanapki - rzekł skruszonym tonem mechanik. - Na pewno 

wszyscy są głodni jak wilki.

- Wspaniała myśl - zgodził się kapitan.
- Chętnie bym ci pomogła, Zielony - tłumaczyła się Alicja - ale taka jestem 

background image

ciekawa opowiadania Pierwszego Kapitana, że za nic w świecie stąd nie odejdę.

- Zostań, Alicjo - rzekł Pierwszy. - Bez ciebie nie zdołalibyśmy uratować naszych 

przyjaciół.

- A ja bez was niczego bym nie dokonała - odpowiedziała, zarumieniwszy się z 

dumy.

- Alicjo - skarciłem ją surowo - idź umyj ręce i doprowadź się do porządku. Jesteś 

brudna jak błotny kret z planety Bukanatu.

- Dobrze - nie oponowała. - Niech ci będzie kret.
I puściła się pędem w stronę „Pegaza” wołając po drodze:
- Tylko nic nie opowiadajcie, zaraz wracam.
Pierwszy Kapitan odwrócił się do Wesołka i spytał obojętnie:
- No, jeszcze się nie namyśliłeś?
Pirat uśmiechnął się przypochlebnie, jego oczki schowały się w fałdach tłuszczu.
- Potargujmy się, kapitanie. Jak ludzie interesu.
Kapitan zignorował te słowa.
W dwie minuty później wróciła Alicja. Zauważyłem, że ręce miała umyte byle 

jak, za to żółty kombinezon zmieniła na błękitny.

Za nią truchtał indykator. Omal się nie rozerwał z pragnienia, by wszędzie 

nadążyć. Po prostu nie zwierzę, lecz żywa tęcza mieniąca się wszystkimi barwami. 
Na samym końcu kroczył powoli wiecznie zapracowany pająk-tkacz-troglodyta. 
Robił trzy rękawice jednocześnie, wszystkie na prawą rękę.

- Jesteście? - uśmiechnął się Pierwszy Kapitan, patrząc na ten niecodzienny 

pochód. - No więc muszę od razu wyznać, że ja osobiście odegrałem w tej historii 
skromną rolę. Przez cztery lata pracowałem na Wenus. Okazało się, że 
przekształcenie dużej planety w pojazd kosmiczny i przesunięcie jej na nową orbitę 
jest zadaniem prawie niewykonalnym. A skoro niewykonalnym, należało je 
bezwzględnie wykonać.

- Słusznie - rzekła Alicja. - Szkoda, że nie mam takiego silnego charakteru.
- Charakter można wyrobić - uśmiechnął się kapitan. - Spójrz na pająka-tkacza-

troglodytę. Te jest upór godny pozazdroszczenia! Gdyby jeszcze nauczył się 
odróżniać prawą stronę od lewej, nie byłoby na niego ceny.

- Też mi przykład! - wzruszyła ramionami Alicja. - Przecież to głupie jak but 

stworzenie.

- Otóż to właśnie - sam upór jeszcze o niczym nie świadczy. Przez cztery lata z 

okładem Wenus nie przesunęła się ze swej orbity ani o centymetr, my zaś rozważając 
wszystkie możliwości, dyskutując, przygotowywaliśmy się do decydującego 
momentu. Mam nadzieję, że zdążę wrócić, nim rozpocznie się przelot planety na 
orbitę znacznie bliższą Ziemi. To już bardzo bliska przyszłość.

background image

- I wtedy na Wenus zmieni się klimat?
- Ogromnie. Za lat kilkadziesiąt ludzie będą mogli żyć na niej w takich samych 

warunkach, jak na Ziemi.

- I nazwiemy ją Ziemia-Dwa - oświadczyła Alicja.
- Dlaczego? Pozostanie nadal Wenus. Czy to zła nazwa?
Alicja nic nie odpowiedziała. Czułem, że nie jest tym zachwycona. Kiedyś 

mówiła mi, że nie widzi sensu w nadawaniu planetom imion dawnych bogów, którzy 
niczym na to wyróżnienie nie zasłużyli.

- Byłem tak pochłonięty pracą - ciągnął swą opowieść Pierwszy Kapitan - że 

cztery lata przeleciały jak z bicza trząsł. I muszę wyznać, że niezbyt martwiłem się o 
mych przyjaciół, wiedziałem bowiem, jak daleko losy rzuciły kapitanów. Trzeci może 
nieprędko jeszcze wróci z sąsiedniej Galaktyki, a ty, Drugi, wyznaczyłeś mi termin - 
cztery lata.

- I nie żal było panu - spytała Alicja - siedzieć wciąż na tej samej planecie, 

zamiast latać ku innym gwiazdom?

- To skomplikowany problem, Alicjo - odrzekł poważnie. - Nie przeczę, że 

bardzo mnie ciągnęło, by znów zasiąść w sterowni, znów lądować na nieznanych 
planetach. Byłem jednak świadomy, że moje doświadczenie i wiedza są w Układzie 
Słonecznym bardzo potrzebne. A ponadto mówiłem ci przecież, że nade wszystko 
lubił nierozwiązalne zadania i niewykonalne projekty.

- A pańska żona - nie ustępowała Alicja - buja tymczasem, po całej Galaktyce w 

poszukiwaniu żywej mgławicy. Z pewnością pan jej strasznie zazdrości.

- To prawda - przyznał kapitan. - A jeszcze bardziej będę zazdrościł, gdy w końcu 

znajdzie tę swoją mgławicę.

- To wykluczone - wmieszałem się do rozmowy. - Żywa mgławica nie istnieje. 

Podobnie jak nie istnieją żywe planety.

- A tu się pan myli, profesorze - zabrał głos Drugi Kapitan. - Miałem kiedyś 

okazję natknąć się na taką planetę. Ledwie zdążyłem jej umknąć. Żywi się tym, co 
przyciąga z Kosmosu. Na szczęście „Błękitna Mewa” ma silniki o potężnej mocy.

- Bardzo interesując - powiedziałem. - Porozmawiamy jeszcze o tym później. 

Aczkolwiek nie słyszałem dotychczas o takich cudach.

- Przestań się upierać, tatusiu - wtrąciła Alicja. - Przecież kapitan nie będzie 

mówił nieprawdy.

- Z pewnością nie - uśmiechnął się Drugi. - My zawsze mówimy prawdę. Nawet 

wrogom.

I spojrzał na Wesołka Ypsilona, który natychmiast się odwrócił udając, że ogląda 

ścianę jaskini.

- I oto - zakończył swą opowieść Pierwszy Kapitan - otrzymałem 

background image

niespodziewanie radiogram, że przylatuje do mnie nasz stary przyjaciel, doktor 
Wierchowcew. Powiedział mi, że bardzo się niepokoi o losy Drugiego Kapitana. Po 
tym, co usłyszałem, poprosiłem, by pozwolono mi niezwłocznie opuścić Wenus. 
Dalszy ciąg opowieści należy do doktora.

- Ależ co znowu! - Wierchowcew zmieszał się, przygarbił i zamrugał oczami. - Ja 

nic nie zrobiłem. Dosłownie nic... Właściwie to wizyta „Pegaza” przeważyła szalę 
moich podejrzeń.

- Pięknie dziękujemy! - skwitował to oświadczenie Zielony, roznoszący kanapki 

z serem. - To przecież pan zachowywał się podejrzanie.

- Ale ja nic jeszcze, a raczej prawie nic o was nie wiedziałem.
Doktor przestąpił z nogi na nogę i pogłaskał ciemnobłękitnego z ciekawości 

indykatora.

- Od początku nie wierzyłem w wersję, że śmiały i bystry Drugi Kapitan zaginął 

bez wieści. Znałem też „Błękitną Mewę” i tym bardziej wydawało mi się 
nieprawdopodobne, by w Galaktyce znalazła się jakaś siła zdolna pokonać Drugiego 
Kapitana.

- Dziękuję za komplement - uśmiechnął się kapitan.
- To nie jest komplement. To wniosek wynikający z trzeźwych naukowych 

obliczeń.

- Jakbym słyszała naszego profesora matematyki - szepnęła mi Alicja.
- Organizując Muzeum imienia Trzech Kapitanów studiowałem ich życiorysy, w 

czym był mi ogromnie pomocny Pierwszy Kapitan, który nigdy nie odmawiał 
informacji, przysyłał fotografie, korygował szczegóły. Gdy jednak podzieliłem się z 
nim wątpliwościami co do losów Drugiego, dał mi odpowiedź bardzo wymijającą. 
Tak dalece, że zacząłem przypuszczać, iż wie o „Błękitnej Mewie” znacznie więcej, 
niż chce lub może powiedzieć.

- Nic specjalnego nie wiedziałem - przerwał Pierwszy Kapitan. - Po prostu była 

między nami umowa, że jeśli bajdur nie przyleci, czekam cztery lata nie podejmując 
żadnych kroków. Wiadomość od doktora obudziła jednak we mnie pewien niepokój, 
choć nie dałem tego poznać po sobie.

- Nie miałem pojęcia o umowie kapitanów - mówił dalej Wierchowcew - jak też o 

tym, że Drugi zamierzał polecić na spotkanie z Trzecim. Moją uwagę zwróciło co 
innego - wszystkie dokumenty wspominały, że kapitanowie ostatecznie uwolnili 
Galaktykę od piratów. Tymczasem miałem podstawy sądzić, że jest inaczej. 
Dochodziły mnie wieści, że piraci jednak grasują, napadając od czasu do czasu na 
statki. Widziano też wśród nich obecnego tu grubasa.

- Nie brałem w tym udziału - rzekł z pretensją w głosie Wesołek Ypsilon. - To 

wszystko Krys. On miał kilka różnych powłok, między innymi z pewnością kopię 

background image

mojej osoby - i w niej ograbiał statki.

- No, pozwolę sobie w to nie uwierzyć - odparł doktor Wierchowcew. - Tak, tak, 

nie uwierzyć. Pewnego razu podczas mej nieobecności na planecie Trzech Kapitanów 
ktoś dostał się do muzeum. Zostało dokładnie splądrowane, lecz nie zginęło nic 
ważnego poza zdjęciami „Błękitnej Mewy”. Aha, pomyślałem wówczas, komuś 
bardzo zależy na tej informacji. I nagle dowiaduję się, że na statku pirackim, który 
obrabował liniowiec pasażerski planety Fiks, był człowiek tak do mnie podobny, że 
gdyby w tym czasie nie przebywał u mnie prezydent tej planety, mógłbym zostać 
posądzony o straszne rzeczy. I akurat wtedy przylatuje „Pegaz”. Mówią mi, że 
poszukują zwierząt i równocześnie zaczynają wypytywać o Trzech Kapitanów. 
Trochę mnie to zdziwiło. Może bym nawet nie zwrócił na to większej uwagi - tyle 
przecież osób interesuje się bohaterską biografią kapitanów - lecz ni stąd, ni zowąd 
oświadczają mi, że jakoby przylatywałem specjalnie do badaczy Małego Arktura w 
sprawie planów „Błękitnej Mewy”.

- Mówiliśmy prawdę - wtrąciłem. - To był fałszywy doktor.
- Obecnie ten smutny fakt nie budzi już wątpliwości - odpowiedział 

Wierchowcew. - Ale wówczas byłem kompletnie oszołomiony. Gdy „Pegaz” odleciał, 
natychmiast wyruszyłem na bazę Małego Arktura, a tam badacze potwierdzili, że 
istotnie byłem u nich miesiąc temu i interesowałem się planami „Błękitnej Mewy”. 
To mnie do reszty upewniło, że Drugiemu Kapitanowi grozi niebezpieczeństwo. I to 
właśnie z rąk piratów. Niezwłocznie pospieszyłem na Wenus.

- Przyleciał do mnie okropnie wzburzony - uśmiechnął się Pierwszy Kapitan. - A 

ja w pierwszej chwili nie mogłem się połapać, o co chodzi. Jeden Wierchowcew, 
drugi Wierchowcew... Ale potem zrozumiałem, że trzeba co rychlej pędzić na 
ratunek. Tylko dokąd? Podejrzewając, że „Pegaz” jest statkiem pirackim, 
postanowiliśmy was śledzić. Byliśmy w Palaputrze i tam Krabakas z Barakasu 
opowiedział nam, że kupiliście bajdura i że ktoś chciał wytępić wszystkie te ptaki. 
Znalazłszy Uszanina, który wam sprzedał bajdura. upewniliśmy się, że był to właśnie 
ptak Drugiego Kapitana. Poza tym omal nie trafiliśmy w Palaputrze do więzienia z 
powodu niecnych sprawek fałszywego Wierchowcewa. Strażnicy uszańscy z trudem 
dali się przekonać, że nie był to prawdziwy doktor, lecz jego sobowtór. Krysa czeka 
zasłużona kara za próbę wytępienia bajdurów, jak również pozbawienia planety 
powietrza. Uszanie jeszcze nie obmyślili rodzaju tej kary, lecz bez wątpienia to 
zrobią.

- Oj! - wyrwało się grubasowi.
- A dalej już poszło łatwo - mówił Pierwszy Kapitan. - Wszystkie latarniowce 

Galaktyki poinformowały nas, że „Pegaz” leci w kierunku systemu „Meduzy”. A na 
planecie robotów dowiedzieliśmy się, że byliście tam i nawet uzdrowiliście roboty, 

background image

wymieniając im olej. Potem przylecieliśmy tutaj. Dosłownie w ostatniej chwili.

- A kiedy przekonaliście się, że nie jesteśmy piratami? - spytała Alicja.
- Już w Palaputrze. Poza tym spotkaliśmy w Kosmosie statek archeologów. Leciał 

nim Gromozeka. Z takim ogniem bronił profesora, że największego sceptyka by 
przekonał. Zaczęliśmy z kolei obawiać się o wasze bezpieczeństwo. Nie macie 
przecież pojęcia, jak postępować z piratami.

- Ano nie mamy - westchnął Połoskow. - Następnym razem będziemy mądrzejsi.
- Następnego razu nie będzie - rzekł Pierwszy Kapitan.
Podszedł do siedzącego na kamiennej podłodze grubasa i oświadczył:
- Czas minął, Wesołku Ypsilon. Albo otwierasz płytę, albo koniec rozmów. Liczę 

do dziesięciu: raz, dwa, trzy...

- Powiem wszystko! - zaczął skwapliwie grubas. - Wszystko. Chciałem to od razu 

zrobić, ale trząsłem się ze strachu przed Krysem. I teraz się go boję. On mi tego nie 
daruje. Zemści się jak dwa razy dwa. Najlepiej, jeśli go zabijecie. Błagam, zabijcie 
go!

- Przecież to twój przyjaciel - powiedział Wierchowcew. - Jak możesz pragnąć 

śmierci przyjaciela, z którym przez tyle lat wspólnie dokonywałeś przestępstw?

- To nie mój przyjaciel! - krzyknął grubas. - To mój wróg! Jestem uczciwym 

piratem, a nie bandytą i zdrajcą!

- Szkoda czasu - rzekł Drugi Kapitan. - Otwieraj płytę.
Grubas podniósł się z ziemi. Sprawiał obrzydliwe wrażenie. Nogi uginały się pod 

nim, brzuch trząsł się jak galareta. Pokuśtykał do ściany, nacisnął niewidoczny guzik. 
Część ściany rozsunęła się, odsłaniając układ sterowniczy.

- Zaraz - mamrotał - jedną chwileczkę... ja wszystko zrobię...
Dotykał przycisków grubymi drżącymi paluchami, na koniec płyta poruszyła się i 

odjechała w bok. Droga na górę stała otworem.

- Do statków! - zawołał Pierwszy Kapitan. - Na pierwszy ogień idzie „Pegaz”. 

Odlatuje, siada nie opodal i zaczynamy start „Błękitnej Mewy”. Załoga „Pegaza”, 
proszę zająć miejsca.

Lunął deszcz. Wielkie krople wpadały przez jasny krąg dźwięcznie bębniąc o 

kamienie.

Grubas nacisnął jeszcze jeden guzik i z kamiennej podłogi wyrosła drabina, 

sięgnęła krawędzi otworu i zaczepiła o nią metalowymi szponami.

- Całkiem nieźle - powiedział Pierwszy Kapitan. - Doktorze, zechce pan wspólnie 

z profesorem wyprowadzić jeńców na górę. Niech tam zaczekają na nas.

Połoskow i Zielony zajęli miejsca w „Pegazie”, wciągnęli trap i zamknęli luk. My 

zaś cofnęliśmy się, patrząc, jak „Pegaz” wolniutko wznosi się i przesłoniwszy na 
kilka sekund światło, wypływa na powierzchnię.

background image

- W porządku - rzekł Pierwszy - wszyscy są, o nikim nie zapomnieliśmy?
- Wszyscy - odpowiedziałem.
Wierchowcew wyprowadził po drabinie dwóch piratów, ja zaś podszedłem do 

grubasa.

- Więcej piratów nie ma? - zapytał go kapitan. - Na waszym statku nikt nie 

został?

- Przysięgam na wszystkie świętości, że nie ma już nikogo. Można spokojnie stąd 

wyjść. Bez najmniejszej obawy. A potem wysadzimy tę jaskinię razem z przeklętym 
statkiem Krysa. I nawet śladu nie zostanie po pirackim gnieździe. Słusznie mówię?

- Słusznie - uśmiechnął się Drugi Kapitan. - Jeszcze tylko ostatni raz rzucę okiem 

na moje więzienie. Bądź co bądź przesiedziałem w nim cztery lata.

- Czekajcie! - wykrzyknęła nagle Alicja. - On przecież kłamie!
- Kto? - zdziwił się Pierwszy Kapitan.
- Grubas. Jak biegłam za bajdurem, słyszałam czyjeś jęki.

background image

JENIEC W PODZIEMIACH

- Nie może być... - krzyknął grubas i zaciął się.
- Gdzie są jeńcy? - spytał kapitan z taką nutą w głosie, która nie pozostawiała 

wątpliwości, że grubas z punktu wszystko wyśpiewa.

I tak było. Natychmiast podreptał ku tunelowi mrucząc pod nosem:
- Na śmierć zapomniałem... to Krys... Ja zawsze mówiłem... zawsze byłem 

przeciwny.

- Bardzo przepraszam, kapitanie - usprawiedliwiała się Alicja, spiesząc za nimi. - 

Na pewno bym sobie przypomniała, ale tyle działo się naraz, że całkiem wyleciało mi 
z głowy. Ale na pewno bym sobie przypomniała...

- Nie przejmuj się, dziecko - Pierwszy Kapitan położył szeroką dłoń na jej 

głowie. - Jesteś niezwykle dzielna i nikt cię nie obwinia. A z tym piratem specjalnie 
pogadamy.

- To tutaj - wskazał grubas. - Zaraz zapalę światło... Wszystko będzie dobrze... 

Jakże ja mogłem zapomnieć! Wszystkiemu winien Krys.

Zapłonęło światło i za niewielką salą, w której stał piracki statek, ujrzeliśmy 

następny długi tunel, zagrodzony masywną kratą.

Grubas podbiegł do kraty i nieposłusznymi palcami usiłował włożyć klucz do 

zamka. Pierwszy Kapitan odebrał mu klucz i odsunął kratę. Weszła w szczelinę w 
ścianie.

- Ja sam... ja sam... - mamrotał grubas, nikt go jednak nie słuchał.
Nic dziwnego, że nie chciał, byśmy zobaczyli ten tunel. Po obu jego stronach 

ciągnęły się sale pełne zagrabionego dobra, klejnotów oraz rozmaitych łupów.

- Nie - powiedziałem zaglądając do jednej z sal - lepiej nie wysadzać tego 

miejsca. Tu jest tyle skarbów, że sto miast można za nie zbudować.

- Czekajcie - podniósł rękę Pierwszy Kapitan nasłuchując czegoś z uwagą.
Z daleka, jakby z głębokiego dołu pod nami, doleciał ledwie dosłyszalny bolesny 

jęk.

Pospieszyliśmy w tym kierunku. Drzwi do jednej z sal były zamknięte.
- Klucz! - rozkazał kapitan.
Grubas trzymał już klucz w pogotowiu.
Salka stanowiła platformę, od której biegły w dół strome, wyrąbane w skale 

schody. Kończyły się przed następną kratą. Kapitan skierował tam promień latarki i 
ujrzeliśmy siedzącą w głębi na kupie gałganów, przykutą do ściany dziwną istotę, w 
której z najwyższym trudem rozpoznałem trójnożnego i wielkookiego mieszkańca 
planety Fiks.

Fiksjanin umierał. Wystarczył mi jeden rzut oka, by sobie ten fakt uświadomić. 

background image

Był u kresu wycieńczenia.

- Zabiję go! - wybuchnął kapitan patrząc na grubasa.
- Wsiewołod - szepnął Drugi - nie poznajesz...
- Niemożliwe!
I Pierwszy Kapitan z taką siłą szarpnął nagle wpuszczoną w skalną ścianę grubą 

stalową kratę, że zgięła się i wypadła z wyżłobień. Odrzucił na bok plątaninę 
stalowych prętów i skoczył do umierającego Fiksjanina. Wziął go na ręce i wyniósł z 
lochu.

- Kto to jest? - szepnęła Alicja.
Pokręciłem głową na znak, że nie wiem.
Nie opodal pochlipywał grubas.
- T-o Trzeci Kapitan - odpowiedział mi, wstrzymując łzy. - Oni myśleli, że on już 

od dawna nie żyje.

I nagle, jakby tknięty jakąś ważną myślą, puścił się za kapitanem skomląc:
- To sprawka Krysa! To on wszystkiemu winien!
Trzeci Kapitan był nieprzytomny. Pierwszy ułożył go na podłodze i zwrócił się 

do mnie:

- Proszę mi powiedzieć, profesorze - spytał załamującym się głosem - czy da się 

jeszcze cokolwiek zrobić?

- Nie wiem. Wątpię. - Pochyliłem się nad Fiksjaninem. - Był morzony głodem.
- Męczyli go przez cztery lata! - powiedział Drugi Kapitan. - A my byliśmy 

przekonani, że od dawna nie ma go na tym świecie! I gdyby nie Alicja, zostałby w 
tym lochu. Nic nie zdołali z niego wydobyć. Profesorze, błagam, niech pan zrobi 
wszystko, co w pańskiej mocy, by go ratować.

- I bez próśb to uczynię - odpowiedziałem. - Przede wszystkim konieczne są 

wzmacniające zastrzyki. Alicjo, biegnij, kochanie, na statek i przynieś apteczkę.

Alicja jak strzała pomknęła korytarzem.
- Pójdę z nią! - zawołał Pierwszy Kapitan.
- Nic trzeba - odkrzyknęła w biegu. - Ja lepiej wiem, gdzie szukać.
- Słyszysz mnie, Trzeci? - przemawiał do przyjaciela Drugi Kapitan. - Słyszysz 

mnie? Nie poddawaj się! Twoje męki już się kończą. Chcesz się poddać w ostatniej 
chwili? Jesteśmy przy tobie.

I nagle Fiksjanin otworzył oczy. Z najwyższym trudem, gdyż jego organizm 

zamierał. Jedynie mózg walczył jeszcze ze śmiercią.

- Wszystko w porządku - wyszeptał. - Nic nie powiedziałem. Dzięki, przyjaciele, 

że przybyliście. - Zamknął oczy i serce jego przestało bić.

Natychmiast zastosowałem sztuczne oddychanie. Nic nie pomogło. Sytuacja była 

nad wyraz krytyczna - nie miałem przecież narzędzi chirurgicznych, aparatu 

background image

diagnostycznego czy też automatów leczniczych. Byłem więc zmuszony postąpić w 
ten sam sposób, jak lekarze przed stu laty.

- Zaryzykuję - powiedziałem do kapitanów. - Obawiam się, że nie ma innego 

wyjścia.

- Całkowicie panu ufamy, profesorze.
Rozciąłem nożem klatkę piersiową Trzeciego Kapitana, ująłem w rękę serce i 

zacząłem je masować. Zdawało mi się, że upłynęła co najmniej godzina, ręka mi 
zdrętwiała. Nie zauważyłem nawet, że wróciła Alicja z apteczką i narzędziami. 
Pierwszy Kapitan sam wprowadził do żyły swego przyjaciela odżywczą mieszankę. I 
nie wiem już, co pomogło, moje wysiłki czy zabieg Pierwszego Kapitana, dość że 
serce Trzeciego drgnęło raz, potem drugi... i zaczęło bić.

- Jeszcze jeden zastrzyk! - zleciłem.
Alicja podała ampułki kapitanowi.
- Niezwykle silny organizm ma ten Fiksjanin - stwierdziłem. - Inny na jego 

miejscu dawno by nie żył.

Wyjąłem z apteczki zszywacz i po chwili mały aparacik zszył mu wszystkie 

naczynia oraz klatkę piersiową. Ostrożnie przenieśliśmy go na „Błękitną Mewę”, 
gdzie mogłem udzielić mu prawdziwej pomocy lekarskiej. Pomógł mi doktor 
Wierchowcew i po półgodzinnych wspólnych staraniach mieliśmy już prawo orzec, 
że życiu Trzeciego Kapitana nie grozi niebezpieczeństwo.

Zostawiliśmy Drugiego na dyżurze przy łóżku przyjaciela, a sami zeszliśmy z 

pokładu do jaskini. Należała nam się chwila wytchnienia. Towarzyszył nam Pierwszy 
Kapitan.

U wejścia siedział w kucki grubas pod strażą Zielonego.
- Czy będzie żył? - zapytał z pokornym uśmiechem, jak gdyby chodziło o 

ukochanego brata.

- Tak - rzucił krótko Wierchowcew. - Chociaż zrobiłeś wszystko, aby go 

uśmiercić.

- Nie, nie, to nieprawda! - zaprzeczył gwałtownie. - Wszystkiemu winien Krys! 

Czy wciąż nie rozumiecie, jaką on fatalną rolę odegrał w moim życiu, jak podstępem 
i obiecankami wciągnął mnie w te ohydne i awanturnicze historie? Cóż mi było 
potrzeba do szczęścia? Wesoło żyć i mieć, czego dusza zapragnie. A on? On pożądał 
władzy. Tak jak inni ludzie żywią się zupą i kotletami, jego pożywką była władza. 
Jeżeli w ciągu dnia nie zamanifestował swej władzy nad kimś, był to dla niego dzień 
stracony. Pragnął panować nad wszystkimi planetami, nad całą Galaktyką. A ja, cóż? 
Chciałem tylko weselić się i to wszystko. W gruncie rzeczy jestem nieszkodliwym 
człowiekiem, tyle że dostałem się pod złe wpływy.

Odwróciliśmy się, on zaś gadał dalej do Zielonego, doprawdy liczył, że damy się 

background image

przekonać, iż jest wesolutką niewinną owieczką.

- No, nareszcie - rzekł doktor z takim uśmiechem, cała jego twarz zdawała się 

składać z tysiąca dobrodusznych zmarszczek. - Nareszcie trzej kapitanowie są znowu 
razem. Jak za dawnych dobrych czasów. Przez kilka lat byliście własnością historii, 
przepraszam, relikwią historii, a teraz...

- Tak - zgodził się z nim Pierwszy Kapitan - zupełnie jak za dawnych dobrych 

czasów.

Spoglądając na niego myślałem, że daleko mu jeszcze do starości. I być może 

powróci znów w Kosmos, zwłaszcza że projekt „Wenus” dobiegł końca.

On jakby odgadł moje myśli:
- Trzeba się na nowo zaprawiać. Lecąc tu przekonałem się, że moje ręce od wielu 

rzeczy odwykły.

- Więc jednak zamierza pan powrócić w Kosmos? - ucieszył się doktor 

Wierchowcew.

- I jeszcze jedno - mówił dalej kapitan, nie odpowiadając wprost na pytanie 

doktora - trzeba koniecznie zmienić nazwę planety i muzeum. To do niczego 
niepodobne - jesteśmy żywi i zdrowi, nie wsławiliśmy się niczym specjalnym, a nasze 
kamienne kopie stoją w muzeum, jakbyśmy od niepamiętnych czasów rozstali się z 
tym światem.

background image

KONIEC PODRÓŻY

Po upływie dwóch godzin Trzeci Kapitan poczuł się o tyle lepiej, że mogliśmy 

wynieść go na powierzchnię. Następnie kapitanowie wyprowadzili z jaskini Mewę”. 
Kamienna płyta z powrotem zakryła wejście.

I oto wokół polany zasypanej szczątkami zwierciadlanych kwiatów stały teraz 

trzy pojazdy kosmiczne: „Pegaz”, „Błękitna Mewa” oraz służbowy statek projektu 
„Wenus”, nie mający nazwy, jedynie wielocyfrowy numer.

- Tatku - spytała Alicja - czy mogę skoczyć do lasu?
- Po co?
- Chcę poszukać całych zwierciadeł. Nie możemy wracać na Ziemię bez 

świeżego bukietu.

- Tylko uważaj - ostrzegłem. - Masz na sobie błękitny, a nie żółty kombinezon i 

Krok nie pomyli cię tym razem z własnym pisklęciem.

Podczas gdy statki przygotowywały się do długiego lotu, wypuściłem sklisa, żeby 

się popasł na polanie. Skakał niezdarnie z radości, wyrzucając w górę kopyta, machał 
skrzydłami, ale do latania w żaden sposób nie dawał się namówić.

- To najweselsza krowa, jaką kiedykolwiek widziałem - śmiał się doktor 

Wierchowcew. - Ale w gospodarstwie raczej kłopotliwa.

- Owszem, słyszeliśmy, że wypasanie sklisów sprawia ogromne trudności. 

Potrafią za to przefruwać głębokie rzeki, jeśli pastwisko znajduje się na drugim 
brzegu.

Grubas wciąż jeszcze siedział na ziemi obok „Pegaza” i plótł o swoim starym 

chorym sercu, dla którego konieczne jest świeże powietrze. Nikt nie miał chęci 
wdawać się z nim w jakiekolwiek rozmowy, zwłaszcza gdy Trzeci Kapitan 
powiedział nam, że to właśnie Wesołek Ypsilon usiłował za pomocą tortur wydobyć z 
niego tajemnicę galaktytu.

- Zielony - poprosiłem - bądź tak dobry i popilnuj trochę sklisa, żeby go Krok nie 

porwał, a ja pójdę nakarmić resztę zwierząt.

I nagle zobaczyłem zniżający się do lądowania jeszcze jeden statek kosmiczny.
To już przekraczało wszelkie pojęcie! Ta planeta zamieniła się w istny 

kosmodrom. Któż tu jeszcze przybywa?

Wpadło mi na myśl, że to może posiłki dla piratów i już chciałem wszcząć alarm, 

dałem jednak spokój, zauważywszy, że statek doznał najwyraźniej jakiejś awarii.

Leciał wykonując zwroty lub dziwnie kładąc się na bok, a za jego ogonem wlokła 

się jakaś szara masa, która go hamowała, utrudniając normalne lądowanie.

Na mój okrzyk wybiegli wszyscy obserwując zniżanie się nowego statku.
- Włącz radiostację, Zielony - rzucił Połoskow.

background image

Zielony skoczył do „Pegaza”, złapał właściwą falę i włączył radiostację na pełną 

moc, byśmy i na zewnątrz wszystko słyszeli.

- Halo, statek! - wołał. - Co się stało? Macie awarię? Odbiór.
Sympatyczny głos kobiecy odpowiedział:
- Gwiżdżę na awarie. Grunt, żeby jej nie wypuścić, reszta to drobiazg.
- Jakiś znajomy głos - zauważyłem. - Gdzie ja go słyszałem?
- Jak zabłądziliśmy niedaleko Pustej Planety - podpowiedziała Alicja.
- Czekajcie - przerwał nam gwałtownie Pierwszy Kapitan. - Mogę przysiąc, że to 

jest moja żona Ella.

Zbladł i jak szalony pobiegł do radiostacji. Zaraz też usłyszeliśmy jego słowa:
- Czy to ty, Ella? Co się stało?
- Kto mówi? - spytał surowo kobiecy głos. - To ty, Wsiewołod? Dlaczego nie 

jesteś na Wenus? Wiesz dobrze, jak się niepokoję, gdy wylatujesz w Kosmos.

Drugi Kapitan uśmiechnął się.
- Ona nigdy nie oswoi się z myślą - powiedział do mnie - że jej mąż jest 

kapitanem żeglugi kosmicznej, choć sama przemierzyła całą Galaktykę.

- Wyjaśnienia zostawmy na później - mówił Pierwszy Kapitan. - Przede 

wszystkim myśl o tym, że twój statek uległ awarii. Potrzebna ci pomoc? Co ty 
wleczesz za sobą?

- Nie widzisz? - zdziwiła się Ella. - Przecież to żywa mgławica. Goniłam za nią 

przez trzy tygodnie, schwytałam w sieć, a ona teraz chce mi się wyrwać i szukaj 
wiatru w polu. Żeby ją poskromić, jestem zmuszona lądować na pierwszej z brzegu 
planecie. Kochany, nie masz tam pod ręką jakiego statku?

- Oczywiście, że mam - odpowiedział. - Tylko nie spiesz się z lądowaniem, 

obawiam się, że z takim ogonem nie uda ci się tego dokonać.

- Świetnie się składa. Podleć do mnie na chwilę i razem wylądujemy.
Pierwszy Kapitan jeszcze nie skończył rozmowy, gdy Drugi już siedział w 

sterowni i po chwili obaj wznieśli się ku miejscu, gdzie Ella walczyła z niepokorną 
mgławicą, o której krążą w Kosmosie setki legend, lecz nikomu dotychczas nie udało 
się jej zobaczyć.

Dwa statki uporały się wreszcie z siecią i w pół godziny później żywa mgławica 

leżała ściśnięta między nimi na trawie. Podbiegliśmy do niej. Wyznam szczerze, że 
byłem pierwszy, bowiem zdawałem sobie sprawę, jak wielkiego odkrycia w biologii 
dokonała Ella.

Mgławica nas rozczarowała. Możliwe, że w przestrzeni międzygwiezdnej, 

rozpostarta na miliony kilometrów, wygląda bardzo efektownie, ale tu na trawie 
wydawała się lekko pulsującym szarym, galaretowatym kłębem mgły.

Luk statku otworzył się i ukazała się w nim Ella. Biegł już ku niej mąż, Pierwszy 

background image

Kapitan. Rozwarł silne ramiona i Ella skoczyła w nie z wysokości luku. Schwycił ją i 
ostrożnie postawił na ziemi.

- Nic ci się nie stało? - zapytał.
- Nie - odpowiedziała z uśmiechem. - Zresztą to całkiem nieważne.
Ella była prawdziwą pięknością, patrzyliśmy na nią jak urzeczeni. Nawet 

indykator stał się zupełnie przezroczysty wskutek przepełniających go uczuć.

- Całkiem nieważne - powtórzyła przygładzając jasne włosy. - Mgławica 

schwytana, zostaje tylko dostarczyć ją na Ziemię, aby sceptycy przekonali się 
naocznie, że ona istnieje.

Milczałem, gdyż mówiąc o sceptykach z pewnością miała mnie na myśli. Kiedyś, 

rozmawiając z nią podczas konferencji naukowej, żartowałem, że zbyt pasjonuje się 
fantastyką. Istnieje na świecie tyle zwykłych realnych zwierząt, których badaniu 
warto poświęcić czas i starania, natomiast żywa mgławica wydawała mi się czystym 
zmyśleniem. I tak jej wtedy powiedziałem.

- Kogo ja widzę! - wykrzyknęła, spostrzegłszy Drugiego Kapitana. - Kopę lat! 

Jak pan się miewa? Wciąż jeszcze penetruje pan Kosmos?

- Nie - odpowiedział - w zasadzie siedziałem na jednym miejscu.
- Bardzo słusznie - pochwaliła go Ella. - Na jednym miejscu też można znaleźć 

masę roboty. A czyjeż to urocze dziecię?

- Jestem Alicja - poinformowało urocze dziecię.
- Alicja. Niepospolite imię.
- Całkiem pospolite. Alicja Sielezniewa.
- Chwileczkę. Czy to może twój ojciec pracuje w moskiewskim Zoo?
- Tak - odpowiedziała Alicja nie mająca pojęcia o rozbieżnościach w naszych 

poglądach naukowych.

- Wobec tego bądź taka dobra, Alicjo, i gdy zobaczysz się z ojcem, powiedz mu, 

że żywa mgławica nie jest biologicznym mitem, fantastyką ani też czystym 
zmyśleniem, jak on to lubi nazywać, lecz całkiem realną rzeczywistością.

- Skoro już mówimy o ojcu - rzekła Alicja - to jest tutaj. Oto on.
Nie pozostało mi nic innego, jak ujawnić się i przywitać.
- Proszę o wybaczenie. Uznaję mój błąd.
- No to się cieszę - odpowiedziała Ella. - Pomoże mi pan później w badaniach 

mgławicy?

- Z przyjemnością.
Ella zwróciła się do swego męża:
- Powiedz mi, co cię tu sprowadziło?
- Drugi znalazł się w ciężkich tarapatach - powiedział krótko - i trzeba go było z 

nich wyciągnąć. Właśnie to zrobiliśmy. Z pomocą naszych nowych przyjaciół.

background image

- Jakież to były tarapaty, kapitanie?
- Niewola u piratów.
- U piratów? Przecież już dawno ich załatwiliście.
- Tak, ale nie ze wszystkim. Wie pani, jak to bywa, gdy jeden chwast zostanie na 

grządce?

- A jednak nie mieści mi się to w głowie - rozłożyła ręce. - Żeby w dzisiejszych 

czasach siedzieć cztery lata w niewoli?

Przybyła do nas jakby z innego świata. Ze świata, w którym przyzwyczailiśmy 

się żyć, lecz od którego ostatnio byliśmy oderwani. I gdybyśmy zaczęli opowiadać jej 
o torturach, podziemiach i zdradzie, po prostu nie byłaby w stanie nam uwierzyć. 
Dlatego też nawet nie próbowaliśmy nic bliżej wyjaśniać.

- A co zrobiliście z piratami? - zapytała Ella.
- Jeden siedzi w klatce. Dwóch w ładowni. A ten najgrubszy i najchytrzejszy był 

tu przed chwilą - odpowiedział Drugi Kapitan. - Zaraz, gdzież on się podział?

Grubas znikł. Dopiero co siedział na trawie uśmiechając się pokornie - i nagle 

ulotnił się jak kamfora.

Obeszliśmy wszystkie dookolne zarośla, przetrząsnęliśmy każdy krzaczek - nie 

mógł chyba daleko uciec. Bajdur by zresztą nas zaalarmował.

- No i proszę - powiedziała z wyrzutem Ella. - Nie potrafiliście upilnować 

jednego pirata! Tak wygląda wasze odchwaszczanie?

Naraz zauważyłem, że mgławica faluje silniej niż przedtem. Przyjrzałem się 

dokładnie. Kilka oczek sieci było rozciętych.

- Wiem już, gdzie szukać grubasa! - zawołała Alicja, która wraz ze mną 

obserwowała sieć. - Wlazł do mgławicy.

- Jesteś tu, Wesołku Ypsilon? - zapytał schylając się Wierchowcew.
Mgławica poruszyła się niby kopa siana, w której zagrzebał się bezdomny pies.
- Zaraz wypuścimy mgławicę i wtedy się przekonamy - rzekł ostro Pierwszy 

Kapitan.

- Wykluczone! - oburzyła się Ella. - Drugiej takiej nie znajdę.
Nerwy grubasa nie wytrzymały. Z mgławicy wynurzyła się jego głowa. Oczy 

miał wybałuszone, oddech spazmatyczny - widocznie tam w głębi nie było z 
powietrzem najlepiej.

Nagle żwawym ruchem wyskoczył z mgławicy i na łeb, na szyję pognał przez 

polaną.

- Dokąd? - krzyknął za nim Drugi Kapitan. - I tak cię złapiemy. Daremnie 

wysilasz to chore serce!

Grubas nie słyszał. Sadził przez zarośla, przeskakiwał wyrwy, potykając się, 

wymachując rękami.

background image

Krok zataczający duże leniwe koła dostrzegł go w pewnej chwili i spadł na niego 

jak kania na zająca.

Ułamek sekundy - i grubas huśtał się w powietrzu, jakby kontynuując swą 

ucieczkę, a ptak wzbijał się z taką szybkością, że zanim Drugi Kapitan wyciągnął 
pistolet, był już wysoko pod niebem.

- Nie strzelaj - powstrzymał przyjaciela Pierwszy Kapitan. - Za wysoko, zabije 

się...

Jakby wymówił te słowa w złą godzinę.
Grubas wywinął się, zatrzepotał w szponach ptaka, który go upuścił.
Niby szmaciana kukła spadał na ziemię. Potem przesłoniło go wzgórze.
Milczeliśmy.
Wreszcie Zielony Odezwał się:
- Sam sobie wymierzył karę. To najlepsze wyjście.
Byliśmy tego samego zdania.
Mgławica tymczasem powolutku wypełzała z sieci, rozlewała się na wszystkie 

strony jak kisiel i nagle stwierdziliśmy ze zdziwieniem, że stoimy po kolana w gęstej 
brei.

- Trzymajcie ją! - wykrzyknęła Ella. - Zaraz czmychnie!
I mgławica rzeczywiście czmychnęła. Spowiła nas nieprzeniknioną mgłą, a gdy 

mgła się rozproszyła, nad naszymi głowami płynął wielki szary obłok.

- Byliśmy już gotowi do startu - odezwał się Drugi Kapitan - teraz więc proszę się 

pospieszyć.

Zapędziliśmy czym prędzej sklisa na statek, ryknęły silniki i po chwili wzbiliśmy 

się w powietrze. Tuż po nas wystartowały pozostałe trzy statki. Ustawieni w tyralierę 
puściliśmy się w pogoń za żywą mgławicą.

Dopadliśmy jej dopiero w pobliżu planety Szelezaka. Zdążyła przez ten czas 

rozpostrzeć się na kilka tysięcy kilometrów i straciliśmy trzy dni na ścieśnianie jej i 
upychanie do sieci.

W końcu zawinęliśmy mgławicę w potrójną sieć i mocno przywiązaliśmy między 

dwoma statkami. W tym stanie dotarła do Układu Słonecznego, gdzie każdy może do 
woli nacieszyć się jej widokiem w kraterze Archimedesa na Księżycu. Choć szczerze 
mówiąc wątpliwa to uciecha - nie znam nudniejszego eksponatu niż żywa mgławica.

W centralnej bazie księżycowej, w hotelu „Lunochod”, po raz ostatni zebraliśmy 

się wszyscy razem.

- Nadszedł czas, że trzeba się rozstać - powiedział Drugi Kapitan.
Kapitanowie siedzieli obok siebie na dużej kanapie tak niepodobni do swych 

posągów jak dzień do nocy. Pierwszy był zamyślony i z trudem ukrywał smutek. 
Okazało się, że operacja przesunięcia Wenus na nową orbitę rozpoczęła się, gdy 

background image

przebywał w systemie Meduzy, ominął go zatem tak wyczekiwany, uroczysty 
moment.

Trzeci czuł się źle. Trzęsła go febra, której nabawił się w podziemiach, gdy 

jednak doktor Wierchowcew przyniósł mu lekarstwa, pokręcił odmownie głową.

- Na ten rodzaj febry nie pomogą ziemskie lekarstwa. Sam się z nią uporam. Nie 

przejmujcie się mną. Niech tylko znów wylecę w Kosmos, wszystko ustąpi jak ręką 
odjął. Sterownia pojazdu kosmicznego to dla mnie najlepszy szpital.

Jedynie Drugi Kapitan był ożywiony i wesoły. Przed chwilą oddał przybyłym z 

Ziemi fizykom formułę galaktytu. Połowa hotelu była już przez nich zajęta, a nowe 
statki wciąż przywoziły ich kolegów z różnych uniwersytetów bądź instytutów. 
Nadeszła informacja, że na Księżyc przylatują uczeni z planety Fiks oraz 
Lineańczycy, a w stoczni kosmicznej na Plutonie położono już stępka statków 
przystosowanych do nowego paliwa.

- Pan się ciągle uśmiecha - powiedziała do Drugiego Kapitana Ella, która nie 

mogąc usiedzieć na jednym miejscu spacerowała nerwowo po pokoju. - Czy to z 
radości, że narobił pan tyle zamieszania wśród fizyków?

- Tak, to dla mnie wielka radość. Szczerze mówiąc obawiałem się, czy formuła 

galaktytu zachowa swą rewelacyjność. Przez te lata wciąż rozmyślałem - może 
galaktyt już wynaleziono na Ziemi?

- Ale mimo wszystko nie oddałby pan formuły piratom? - spytałem.
- Nie, na pewno bym tego nie zrobił. No a teraz, jakie kto ma plany? 

Przypuszczam, że jeszcze nieraz spotkamy się w tym gronie. Ostatecznie Kosmos nie 
jest tak wielki. Żałuję tylko, że profesor Sielezniew nie zgromadził tyle zwierząt, ile 
zamierzał. Ale wdzięczni za udzieloną nam pomoc, obiecujemy solennie, że zewsząd, 
gdziekolwiek się znajdziemy, Zoo otrzyma najciekawsze okazy zwierząt.

- Dziękuję, przyjaciele - powiedziałem. - Zapewniam was, że wcale nie jestem 

zmartwiony. Latem przyszłego roku znów wyruszymy na wyprawę „Pegazem”. Jeśli 
oczywiście Połoskow i Zielony zechcą lecieć ze mną.

- Jasne, że tak - odpowiedział Połoskow.
- I ja chętnie - oświadczył Zielony - o ile tylko będą sprzyjające warunki.
Ach, ten Zielony, zawsze niepoprawny! Wiedziałem, że poleci. On również o tym 

wie, ale koniecznie musi wyrazić swoje zastrzeżenia.

- Ja też polecę! - zawołała Alicja.
- Zobaczymy. Przed tobą jeszcze cały rok szkolny.
- A dokąd teraz się wybieracie? - zapytał kapitanów Połoskow.
- Ja na Plutona, gdzie będą budowane statki o napędzie galaktytowym - 

odpowiedział Drugi. - Mam nadzieją, że jeden z pierwszych powierzą mnie.

- A ja najpierw do domu, na planetę Fiks - rzekł Trzeci. - Od niepamiętnych 

background image

czasów tam nie byłem. No, a później też zacznę budować statek napędzany nowym 
paliwem.

- Ja na Wenus - powiedział Pierwszy - która już przesuwa się na nową orbitę. 

Jeszcze kilka miesięcy i moja praca dobiegnie końca. Dołączę wówczas do mych 
przyjaciół.

- I wszyscy razem polecicie w daleki Kosmos? - spytała Alicja.
- Tak - odrzekł Pierwszy Kapitan.
- Tak - potwierdził Drugi.
- Rozumie się - dodał Trzeci.
- A ja zamierzałam lecieć na żywą planetę - oświadczyła Ella. - To nawet 

ciekawsze niż żywa mgławica. Chyba jednak będę zmuszona prosić, by wybrał się 
tam profesor Sielezniew.

- Dlaczego? - spytałem. - Przecież to pani jest obecnie specjalistką od 

superwielkich zwierząt.

- Ja polecę z kapitanami.
- Ależ my lecimy do innej Galaktyki. To bardzo długi i trudny lot.
- Tylko bez dyskusji - ucięła stanowczym tonem. - Wszystko obmyśliłam. Nie 

powinniśmy rozstawać się na tak długo.

- A co z dziećmi? - spytał Pierwszy Kapitan.
- Dzieci zostaną z babcią. Przecież nie co dzień występuje w balecie Teatru 

Wielkiego. Będzie je zabierała z przedszkola na sobotę i niedzielę.

Pierwszy Kapitan rzucił swym przyjaciołom zmieszane spojrzenie.
A Drugi na znak zgody pochylił głowę.
A Trzeci na znak zgody podniósł jedną z sześciu rąk.
- Proszę nie zapomnieć - zwróciła się do mnie Ella, która, jak sądzę, nawet przez 

chwilę nie wątpiła w zgodę kapitanów - że obiecał mi pan znaleźć żywą planetę. A ja 
przywiozę panu najbardziej oryginalne zwierzę, jakie spotkamy w sąsiedniej 
Galaktyce.

„Pegaz” pierwszy wystartował z Księżyca. Chcieliśmy jak najprędzej dostarczyć 

zwierzęta do Zoo i stworzyć im normalne warunki bytowania. Kapitanowie wraz z 
Ella odprowadzili nas do statku, życząc szczęśliwego lotu. Po chwili „Pegaz” wzniósł 
się nad Księżycem biorąc kurs na Ziemię.

Zszedłem do ładowni popatrzeć, jak się czują nasze zwierzęta. Większość klatek 

świeciła pustkami. Niezbyt bogato przedstawiał się plon tej wyprawy. Pusta była 
również klatka, w której niedawno siedział pirat Krys. Wysadziliśmy go wraz z 
dwoma jego pomagierami na planecie, która tyle przez nich wycierpiała. Tam mu 
wymierzą zasłużoną karę.

Podałem sklisowi garść siana. Przycisnął się bokiem do klatki, żeby go podrapać.

background image

Weszła Alicja. Za nią wianuszkiem dreptały śpiewokrzewy.
- No i jak? - spytałem. - Będzie o czym opowiadać w szkole?
- O wszystkim nawet nie warto próbować - wzruszyła ramionami. - Nigdy w 

życiu nie uwierzą.

Wzięła szczotkę i zaczęła mi pomagać przy czyszczeniu klatek.
- Tak - przyznałem jej rację - chyba nie we wszystko uwierzą.
- Nie jesteś zadowolony z wyprawy? - spytała Alicja. - Za mało zwierząt?
- Skądże, daję ci słowo, że jestem. Zyskaliśmy nowych przyjaciół. I to jakich!
- Równy tata! - usłyszałem pochwałę. - A wiesz, kapitanowie obiecali zabrać 

mnie do drugiej Galaktyki. Nie bój się, nie w pierwszą podróż, tylko później, jak 
trochę podrosnę.

- No cóż - powiedziałem - szczęśliwej drogi.
- Nie martw się, tatusiu, może ciebie też zabierzemy. Biologowie są w każdej 

wyprawie potrzebni.

- Dziękuję, Alicjo. Prawdziwy z ciebie przyjaciel.
Skończyliśmy czyszczenie klatek i napoiliśmy zwierzęta, jako że przed 

lądowaniem na Ziemi wszystko winno być w idealnym porządku.