background image
background image

NORA ROBERTS

I ZJAWIŁEŚ SIĘ TY......

background image

   

MIĘDZY PARYŻEM A HAWAJAMI

background image

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Przylot na lotnisko międzynarodowe w Honolulu wyglądał tradycyjnie. Laine 

zdecydowanie wolałaby wtopić się w tłum, ale klasa turystyczna, którą podróżowała, 

zapewniała   dodatkowe   atrakcje   w   hali   przylotów.   Pięknie   opalone   i   promiennie 

uśmiechnięte   dziewczęta,   przystrojone   w   jaskrawe   spódniczki,   obdarowywały 

podróżnych   wieńcami   z   barwnych   kwiatów.   Przyjmując   powitalne   pocałunki   i 

kolejne   girlandy,   Laine   przedzierała   się   przez   tłum   w   poszukiwaniu   punktu 

informacyjnego.   Niespodziewanie   na   jej   drodze   wyrosła   tęga   postać.   Koszula   w 

pomarańczowe i żółte kwiaty oraz dwa aparaty zawieszone na szyi nie pozostawiały 

złudzeń, że ich właściciel pragnie w pełni korzystać z wakacji. Być może w innych 

okolicznościach   ten   widok   rozbawiłby   ją,   ale   teraz   była   zbyt   zdenerwowana,   by 

zwrócić na niego uwagę. Nie stała na amerykańskiej ziemi od piętnastu lat. Kiedy 

podczas lądowania patrzyła na klify i plaże, wcale nie czuła, że wraca do domu.

Obraz Ameryki, jaki zachowała w pamięci, składał się ze strzępów wspomnień 

siedmioletniego   dziecka.   Dominowały   w   nich   zielone   łąki,   upstrzone   złotymi   ja-

skrami, sękaty wiąz, strzegący okna sypialni, i skrzynka na listy, stojąca na końcu 

alejki. Ale przede wszystkim było to wspomnienie mężczyzny, który zabierał ją w 

fantastyczny,   wyimaginowany   świat   podróży   po   afrykańskich   dżunglach   i 

bezludnych wyspach. Bujna i egzotyczna roślinność Honolulu była dla Laine równie 

obca jak ojciec, którego przyjechała tu odszukać. Miała wrażenie, że od rozwodu 

rodziców, który rzucił ją tak daleko od jej korzeni, minęły już całe wieki.

Bała się, że adres, odnaleziony wśród papierów matki, zaprowadzi ją donikąd. 

Nie wiedziała, jak stary jest ten pomięty skrawek papieru. Nie miała nawet pojęcia, 

czy   kapitan   James   Simmons   wciąż   mieszka   na   wyspie   Kauai.   Nie   było   żadnych 

background image

listów, potwierdzających aktualność adresu. Sensowniej byłoby napisać do ojca, ale 

po tygodniu rozważań uznała, że lepiej będzie spotkać się z nim osobiście. Pieniędzy 

miała zaledwie na tydzień i doskonale wiedziała, że ta podróż to czyste szaleństwo. 

Nic jednak nie mogło jej powstrzymać. Bała się jedynie, że u celu zostanie odrzucona.

W zasadzie nie mam powodu, by spodziewać się czegoś innego, zganiła się w 

myślach.   Dlaczego   mężczyzna,   który   opuścił   ją   w   okresie   dla   dziecka   najważ-

niejszym, miałby teraz interesować się jej losem?

Odetchnęła głęboko i ponownie obiecała sobie, że zaakceptuje wszystko, co ta 

podróż przyniesie. A także to, co spotkają na końcu tej drogi. Już dawno nauczyła się 

akceptować wyroki losu. Przywykła do ukrywania uczuć, co utrwaliło się w okresie 

dojrzewania.

Szybkim ruchem poprawiła biały kapelusz z miękkim rondem i uniosła głowę. 

Nikt by nie odgadł, że ta dziewczyna o gęstych włosach w kolorze lnu, krocząca z 

gracją   wśród   tłumu   turystów,   czuje   narastający   wewnątrz   niepokój.   Wyglądała 

elegancko   w   swym   odziedziczonym   kostiumie   podróżnym   z   błękitnego   jedwabiu. 

Kostium trzeba było dopasować do jej delikatnej figury, gdyż matka miała obfitsze 

kształty.

Dziewczyna   w   punkcie   informacyjnym   zajęta   była   pogawędką   z   jakimś 

mężczyzną.   Laine   stanęła   z   boku   i   przypatrywała   się   im   z   wyraźnym 

zainteresowaniem.   Mężczyzna   miał   ciemną   karnację   i   był   bardzo   wysoki.   Jej 

uczennice   zapewne   powiedziałyby   o   nim,   że   jest   atrakcyjny.   Jego   surową   twarz 

okalały czarne, kręcone, zmierzwione, pozostające w dużym nieładzie włosy. Opalona 

skóra była dowodem na to, że nie obce było mu słońce Hawajów. W jego wyglądzie 

było coś zawadiackiego. Jakaś zmysłowość, którą Laine rozpoznawała, ale nie do 

background image

końca rozumiała. Pomyślała, że chyba kiedyś miał złamany nos, ale jeśli nawet tak 

było, to jego profil tylko na tym zyskał, nabierając bardziej męskiego, zadziornego 

wyglądu. Ubrany był zwyczajnie w znoszone dżinsy z postrzępionymi nogawkami i 

roboczą koszulę, podkreślającą szeroki tors i muskularne ramiona.

Laine   przyglądała   się   mu   z   lekką   irytacją.   Obserwowała,   jak   swobodnie   się 

zachowywał,   jak   czarował   swoją   rozmówczynię,   jak   nonszalancko   opierał   się   o 

kontuar i kpiąco uśmiechał. Wspominając z goryczą matkę, pomyślała, że zna ten typ 

facetów,   krążących   nad   kobietą   niczym   sępy.   Pamiętała,   że   kiedy   uroda   matki 

przeminęła, tłumek adoratorów zainteresował się młodszymi wybrankami. W takich 

chwilach Laine czuła wdzięczność, że jej kontakty  z mężczyznami były dotąd tak 

ograniczone.

Mężczyzna   odwrócił   się   i   podchwycił   jej   spojrzenie.   Zdenerwowana,   nie 

potrafiła odwrócić wzroku.

Lustrował ją uważnie, unosząc ciemne brwi. Prostota stroju Laine podkreślała 

jej elegancję i ukazywała piękną budowę młodego ciała. Kapelusz tylko nieznacznie 

zakrywał  twarz.   Widać  było  delikatne,   arystokratyczne  rysy,   prosty   nos,   usta  bez 

uśmiechu i oczy o barwie porannego nieba. Rzęsy miała gęste, złociste i wyjątkowo 

długie.   Mężczyzna   pomyślał,   że   chyba   nie   mogą   być   naturalne.   Spostrzegłszy,   że 

jedynym widocznym kosmetykiem jest lakier do paznokci, uznał, że dziewczyna musi 

być skromna i zrównoważona.

Powoli, z wyrachowaną zuchwałością, uśmiechnął się. Laine starała się nie dać 

po sobie poznać żadnych uczuć i ukryć rumieniec, który pojawił się na jej twarzy. 

Urzędniczka,   widząc,   że   jej   rozmówca   znalazł   sobie   inny   obiekt   zainteresowania, 

niechętnie przeniosła wzrok na Laine.

background image

- W czym mogę pomóc? - zapytała z wyuczonym uśmiechem.

Laine zignorowała mężczyznę i podeszła do kontuaru.

- Dzień dobry. Muszę się dostać na Kauai. Czy mogłaby mi pani w tym pomóc?

W głosie Laine dawało się wyczuć francuski akcent.

- Oczywiście. Lot czarterowy na Kauai będzie za... - Urzędniczka spojrzała na 

zegarek i uśmiechnęła się ponownie. - Za dwadzieścia minut.

- A ja ruszam natychmiast - odezwał się mężczyzna.

Laine spojrzała na niego. Zauważyła, że jego oczy były intensywnie zielone.

- Po co marnować czas na włóczenie się po lotnisku? - Nieznajomy uśmiechał 

się szeroko. - A poza tym mój samolot nie jest tak zatłoczony i kosztowny jak lot 

czarterowy.

Laine pogardliwie uniosła brew.

- A czy pan ma samolot? - zapytała chłodno.

- O tak, mam samolot. - Mimo iż opierał się o kontuar, nadal był od niej o wiele 

wyższy. - Nigdy nie gardzę drobnymi, jakie można dostać za przewiezienie kogoś z 

wyspy na wyspę.

-   Dillon   -   odezwała   się   urzędniczka,   ale   przerwał   jej   skinieniem   dłoni   i 

ponownie się uśmiechnął.

- Rose może za mnie ręczyć. Latam dla linii Canyon na Kauai.

- Dillon... Pan O'Brian jest świetnym pilotem - odchrząknęła Rose i posłała mu 

znaczące   spojrzenie.   -   Mogę   zapewnić,   że   lot   jego   samolotem   będzie   równie 

ekscytujący, jak czarterowym.

Przyglądając się jego twarzy, która wyrażała lekceważenie i rozbawienie, Laine 

pomyślała, że podróż nie będzie chyba aż tak ciekawa, jak zapewniała ją urzędniczka. 

background image

Ale z drugiej strony wiedziała, że ma mało pieniędzy i warto wykorzystać okazję, by 

zaoszczędzić kilka dolarów.

- Świetnie, panie O'Brian. Skorzystam z pana usług.

Wyciągnął rękę przed siebie dłonią do góry. Wściekła, spojrzała na niego.

- Jeśli poda mi pan swoją stawkę, to chętnie zapłacę po wylądowaniu.

- Odprawa bagażowa - uśmiechnął się. - Część usługi, proszę pani.

Pochyliła głowę, żeby ukryć rumieniec.

- W porządku, ruszajmy. Lot zajmie nam dwadzieścia osiem minut. - Wziął ją 

pod rękę i poprowadził przed siebie. - Do zobaczenia, Rose! - Odwrócił się przez 

ramię i pożegnał z dziewczyną za biurkiem.

Laine, nieprzyzwyczaj ona do tego, by ją ktoś tak bezceremonialnie traktował, z 

trudem utrzymywała spokój, niemal biegnąc przy jego boku.

- Mam nadzieję, panie O'Brian, że nie będziemy musieli tak biec do Kauai.

Zatrzymał się i uśmiechnął szeroko. Laine bezskutecznie starała się nie dyszeć. 

Zauważyła, że jego uśmiech ma w sobie niezwykłą moc. Pomyślała jednocześnie, że 

nie potrafi się przed nim bronić.

-   Myślałem,   że   się   pani   spieszy,   pani...   -   Rzucił   okiem   na   bilet   i   Laine 

zauważyła, że uśmiech znika mu z twarzy. Kiedy uniósł wzrok, nie było już w nim 

nawet cienia rozbawienia. Gdyby nie trzymał jej tak mocno, pewno uciekłaby, widząc 

w tym spojrzeniu wyraźną wrogość.

Laine Simmons? - Zabrzmiało to raczej jak oskarżenie, a nie pytanie.

- Zgadza się, wymówił to pan prawidłowo - przytaknęła.

Oczy   Dillona   zwęziły   się.   Poczuła,   że   jej   spokój   topnieje   w   zastraszającym 

tempie.

background image

- Czy jedziesz może zobaczyć się z Jamesem Simmonsem?

Patrzyła   na   niego   ze   zdziwieniem.   Przez   moment   miała   w   sercu   nadzieję, 

jednak po chwili czar prysnął. Wyraz jego twarzy pozostawał nieprzyjazny. Czując, 

jak zaciska palce na jej ramieniu, powstrzymała się przed zadawaniem pytań.

-   Nie   wiem,   dlaczego   tak   pana   to   interesuje,   panie   O'Brian   -   zaczęła   -   ale 

odpowiedź brzmi: tak. Czy zna pan mojego ojca?

-   Tak,   znam...   Zapewne   lepiej   niż   ty.   No   cóż,   księżniczko.   Wątpię,   czy 

piętnaście   lat  spóźnienia   to   lepiej   niż  nigdy,  ale  zobaczymy.  Linie   Canyon  są   do 

twojej   dyspozycji.   -   Ukłonił   się   nieznacznie.   -   Jedziemy   do   domu.   O   mało   nie 

policzyłem   za   podróż   marnotrawnej   córce   właściciela.   -   Wziął   bagaże   i   ruszył   w 

grobowej ciszy.

Wstrząśnięta wrogim zachowaniem i tym, co usłyszała, podążyła za nim.

Ojciec jest właścicielem linii lotniczych, huczało jej w głowie. Pamiętała Jamesa 

Simmonsa jako pilota, który mógł jedynie marzyć o własnych liniach. Kiedy ten sen 

stał się rzeczywistością? Dlaczego ten mężczyzna, który właśnie pakował walizkę do 

luku małego samolotu, tak gwałtownie się zmienił, kiedy poznał jej nazwisko? Skąd 

wiedział,   że   rozłąka   z   ojcem   trwała   piętnaście   lat?   Otworzyła   usta,   by   zadać   te 

pytania Dillonowi, ale zaraz je zamknęła, kiedy zobaczyła jego wściekłe spojrzenie.

- No to lecimy, księżniczko. - Złapał ją w talii i podniósł z taką swobodą, jakby 

ważyła tyle co puch.

Pomógł jej zająć miejsce w samolocie, a po chwili usiadł obok niej.

Czuła się nieswojo i postanowiła go zignorować, koncentrując się na swoim 

pasie bezpieczeństwa. Spod rzęs przyglądała się, jak Dillon przyciska różne guziki i 

uruchamia silnik samolotu. Po chwili samolot wzbił się w powietrze i poszybował w 

background image

stronę nieba. Morze otworzyło się pod nimi.

-   Kauai   to   naturalny   raj   -   Dillon   zaczął   tonem   przewodnika   turystycznego. 

Odchylił się na fotelu i zapalił papierosa. - Na północy mamy rzekę Wailua, która 

wpada do Fern Grotto. Roślinność jest tam wyjątkowa. Rozciągają się tam kilometry 

pięknych   plaż,   wspaniałe   pola   trzciny   i   uprawy   ananasów.   Warte   zobaczenia   są 

również wodospady Opeakea, zatoka Hanalei i wybrzeże Na Pali. Na południu zaś - 

kontynuował - mamy park stanowy Kokie i kanion Waimea. Można tam podziwiać 

tropikalne drzewa i cudowne kwiaty w ogrodach Olopia i Menehune. W zasadzie na 

całej   wyspie   można   uprawiać   wszelkie   sporty   wodne.   Dlaczego,   do   diabła,   tu 

przyjechałaś?

To ostatnie pytanie, wypowiedziane tak niespodziewanie i tym samym tonem 

co   informacje   o   krajobrazie,   wyrwało   Laine   z   rozmyślań.   Popatrzyła   na   niego 

zdziwiona.

- Żeby... żeby zobaczyć się z ojcem.

-   Nie   można   powiedzieć,   że   ci   się   spieszyło   -  mruknął  Dillon   pod   nosem   i 

spojrzał uważnie. - Zgaduję, że byłaś bardzo zajęta, kończąc tę swoją ekskluzywną 

szkołę.

Laine zmarszczyła brwi na myśl o szkole z internatem, która przez ostatnie 

piętnaście lat była jednocześnie jej domem i azylem. Pomyślała, że Dillon to jakiś 

wariat i że nie ma sensu sprzeczać się z nim.

- Cieszę się, że to rozumiesz - odparła chłodno. - Żałuj, że nie mogłeś tego 

doświadczyć. To niesamowite, jak dobrze takie życie wpływa na brak ogłady.

- Nie, dziękuję, księżniczko. - Wypuścił kłęby dymu. - Mnie tam brak manier 

nie przeszkadza.

background image

- Wygląda na to, że masz naprawdę odpowiednie przygotowanie.

-   Radzę   sobie.   Życie   na   wyspie   odbiega   czasem   od   powszechnie   przyjętych 

standardów cywilizacyjnych. - Uśmiechnął się blado. - Wątpię, czy będzie odpowia-

dało twoim potrzebom.

- Potrafię być bardzo elastyczna, panie O'Brian. Potrafię też znosić cierpliwie 

czyjaś arogancję, ale krótko. Dwadzieścia osiem minut akurat mieści się w moim 

limicie.

-   Rewelacyjnie.   Powiedz   mi,   panno   Simmons   -   kontynuował   z   przesadnym 

szacunkiem - jak wygląda życie w Europie?

- Cudownie. - Zaskoczona pytaniem pochyliła głowę i przyjrzała mu się spod 

ronda kapelusza. - Francuzi są tacy kosmopolityczni, tacy otwarci, kulturalni. Czu-

jesz się - naśladując matkę, uzupełniła swoją wypowiedź gestykulacją i francuskim 

zwrotem - chez soi, jak wśród ludzi o podobnych upodobaniach.

- No tak - zauważył ironicznie Dillon. Spojrzał w niebo i dodał: - Raczej nie 

znajdziesz na Kauai ludzi, którzy mają upodobania podobne do twoich.

- Może nie. Ale może wyspa wyda mi się równie urocza jak Paryż.

- Jestem pewien, że znalazłaś tam sobie jakiegoś sympatycznego mężczyznę - 

powiedział, gasząc papierosa.

Laine   wyczuła   nawrót   gniewu   w   głosie   Dillona.   Wspomnienie   tych   kilku 

żałosnych facetów, z którymi była w bliższym kontakcie, sprawiło, że powstrzymała 

się od wybuchu śmiechu.

-   Mężczyźni,   których   znam   -   wyjaśniła   -   to   osoby   kulturalne,   eleganckie   i 

dobrze wychowane. To ludzie o wysokiej inteligencji i wyrobionym smaku, o dobrych 

manierach i dużej wrażliwości. O cechach, których, jak na razie, nie mogę znaleźć u 

background image

Amerykanów.

- Doprawdy? - spytał.

- Zdecydowanie tak - odparła dobitnie.

-   No   cóż,   taką   opinię   należy   podtrzymywać.   -   Przełączył   sterowanie   na 

automatycznego pilota, odwrócił się w jej stronę i chwycił ją w objęcia. Przywarł 

ustami do jej warg, nim zdążyła zareagować.

Była zamknięta w jego silnym uścisku. Oszołomiona jego zapachem, smakiem i 

dotykiem nie próbowała się wyrywać. Rozchylił jej wargi swoim językiem. Wylęk-

niona, że doznanie może być silniejsze, niż była w stanie sobie wyobrazić, przerwała 

pocałunek, gwałtownie chwytając Dillona za koszulę.

Dillon szarpnął głową i uniósł brwi na widok jej zdziwionych oczu. Odchylił się, 

włączył ponownie ręczne sterowanie i skoncentrował się na pilotowaniu samolotu.

-  Wygląda   na   to,   że   twoi  francuscy  kochankowie   nie   nauczyli   cię   rozumieć 

amerykańskich zachowań.

Urażona i jednocześnie wściekła na siebie za swoją słabość, która ją ogarnęła 

przed chwilą, spojrzała na niego i odparła: - Pańskie zachowanie, panie O'Brian, jest 

równie szorstkie i nieuładzone, jak pan sam.

Wyszczerzył zęby w szerokim uśmiechu i wzruszył ramionami.

- Powinnaś być wdzięczna, księżniczko, że zwyczajnie nie wyrzuciłem cię za 

drzwi. Walczyłem z tą myślą przez dwadzieścia minut.

- Lepiej hamuj takie zapędy, drogi panie - warknęła Laine, czując, jak złość 

pulsuje w niej z niebezpieczną siłą.

Nie   stracę   nerwów,   pomyślała.   Nie   dam   mu   satysfakcji   i   nie   pozwolę,   by 

zobaczył, jak bardzo mnie zirytował.

background image

Niespodziewanie samolot zanurkował w stronę morza, które nagle znalazło się 

niezwykle blisko. Niebo, woda i chmury zawirowały jej przed oczami, mieszając się w 

jedną bladoniebieską masę, gdy samolot wykonał kilka szalonych podskoków. Laine 

wcisnęła się głęboko w fotel i zamknęła oczy, licząc na to, że ta masa wody i nieba 

zniknie z jej mózgu. Nie była w stanie zaprotestować, ponieważ głos i serce zamarły 

w niej już przy pierwszym obrocie. Modliła się tylko, by jej żołądek nie reagował na 

to, co dzieje się wokół. Dillon wyrównał lot i zaczął podchodzić do lądowania. W 

głowie Laine nadal wszystko wirowało. Usłyszała głośny, szczery śmiech pilota.

- Panno Simmons, może już pani otworzyć oczy. Za chwilę lądujemy.

Spojrzała na niego złowrogo i wybuchnęła potokiem słów, poddając wnikliwej 

analizie jego charakter. W pewnej chwili zorientowała się, że mówi to wszystko po 

francusku, na zakończenie więc dodała ozięble: - Pan, panie O'Brian, jest najbardziej 

wstrętnym facetem, jakiego kiedykolwiek spotkałam.

- Dziękuję, księżniczko - odparł uradowany i zaczął nucić pod nosem.

Laine zmusiła się do niezamykania oczu, gdy Dillon zaczął kierować maszynę 

na płytę lotniska. Zatrzymali się i wówczas, jeszcze oszołomiona, zauważyła hangary 

oraz rzędy rozmaitych samolotów, od awionetek po pasażerskie odrzutowce. To jakaś 

pomyłka, przemknęło jej przez głowę. To wszystko nie może należeć do mojego ojca.

-   Nic   nie   kombinuj,   księżniczko   -   Dillon   skomentował   jej   osłupiały   wyraz 

twarzy. Jego usta zacisnęły się. - Straciłaś prawo do swoich udziałów. I nawet gdyby 

kapitan planował być szczodry, to jego partner skomplikuje sprawy. Musisz poszukać 

sobie innego miejsca do zdobycia łatwych pieniędzy.

Zeskoczył na ziemię, a Laine przypatrywała się mu z niedowierzaniem. Odpięła 

swój   pas   i   przymierzyła   się   do   zeskoku,   kiedy   chwycił  ją   wpół.   Przez   chwilę   nie 

background image

pozwalał   jej   dotknąć   stopami   ziemi.   Jej   twarz   była   tuż   przy   jego   i   Laine   miała 

wrażenie,   że   Dillon   zniewalają   swym   wzrokiem.   Nigdy   nie   widziała   oczu   tak 

niesamowicie, fascynująco zielonych.

- Patrz pod nogi - ostrzegł ją i postawił na ziemi. Laine cofnęła się, wystraszona 

wrogim tonem. Po chwili zebrała się na odwagę, uniosła brodę i spytała:

- Panie O'Brian, czy byłby pan tak miły i powiedział mi, gdzie mogę znaleźć 

mojego ojca?

Przyglądał się jej przez chwilę z wahaniem. Laine wystraszyła się, że nic nie 

odpowie  i  zostawi  ją tu, ale Dillon  uniósł gwałtownie  dłoń  i  wskazał mały, biały 

budynek.

- Tam jest jego biuro - warknął, zanim się odwrócił i odszedł.

background image

ROZDZIAŁ DRUGI

Kiedy   wchodziła   do   budynku,   dygotała   ze   zdenerwowania.   Kolana   miała 

miękkie, a serce biło jej tak mocno, że zdawało się rozsadzać piersi. Co powie męż-

czyźnie, który zostawił ją samotną na całe piętnaście lat? Jakie słowa wypełnią tę 

przepaść i wyrażą pragnienia, które nie umarły przez ten czas rozłąki? Czy powinna 

zadawać   pytania,   czy   raczej   zapomnieć   o   wszystkich   wątpliwościach   i   po   prostu 

zaakceptować istniejący stan rzeczy?

Wyobrażenie o tym, jak wygląda James Simmons, było tak wyraźne i żywe, 

jakby widziała się z nim wczoraj. Upływ czasu ani odrobinę nie zniekształcił tego 

obrazu. Będzie trochę starszy, pomyślała, tak jak i ja jestem starsza. Nie była już 

dzieckiem, które jechało do swojego idola, tylko kobietą, która miała spotkać się z 

ojcem. Obydwoje nie byli już tymi samymi ludźmi, ale może będzie to zaletą, a nie 

wadą w ich wzajemnych relacjach.

W   pierwszym   pomieszczeniu,   wyposażonym   w   wiklinowe   meble,   nie   było 

nikogo. Rozejrzała się wokół i poczuła się dość niepewnie. Nagle, przez uchylone 

drzwi, dotarł do niej głos. Podążając za nim, zobaczyła ojca siedzącego za biurkiem i 

rozmawiającego przez telefon.

Zauważyła   zmiany,   jakich   dokonał   czas   na   jego   obliczu,   ale   cieszyła   się,   że 

ogólne wspomnienie wyglądu ojca było bliskie prawdzie. Na pociemniałej od słońca 

twarzy przybyło zmarszczek, ale czuła, że te rysy nie są jej obce. Gęste brwi posiwiały, 

ale nadal pięknie podkreślały brązowe oczy. Nad wąskimi ustami, jak zapamiętała, 

był prosty i wydatny nos. Włosy, choć mocno posiwiałe, wciąż były lśniące i gęste. Z 

przyjemnością zauważyła, że poprawia je tym samym, tak dobrze znajomym, ruchem 

dłoni.

background image

Kiedy odłożył słuchawkę, przełknęła ślinę i powiedziała miękko, jak kiedyś.

- Czołem, kapitanie.

Odwrócił   gwałtownie   głowę   i   zobaczyła   zaskoczenie   malujące   się   na   jego 

twarzy. W oczach przewijała się cała gama emocji, wśród których, jak się zdawało, 

dominował ból. Wstał zza biurka i z zaskoczeniem zauważyła, że był dużo niższy, niż 

zapamiętała go jako dziecko.

- Laine?

Wahanie   i   rezerwa   w   pytaniu   powstrzymały   ją   przed   rzuceniem   się   w   jego 

ramiona.   Uświadomiła   sobie,   że   być   może   wcale   nie   ma   ochoty   jej   przytulić,   i 

przejęło ją to na tyle, że niepewny uśmiech zniknął z jej ust.

- Miło cię widzieć. - Zrobiła niepewny krok w jego stronę i wyciągnęła rękę 

przed siebie.

Po chwili on również wyciągnął dłoń. Krótko uścisnął jej rękę, po czym cofnął 

się.

-   Urosłaś   -   zauważył   powoli,   z   niewyraźnym   uśmiechem   na   ustach.   - 

Przypominasz teraz swoją matkę. I nie masz już warkoczyków.

Uśmiech rozjaśnił jej twarz.

- Już od jakiegoś czasu ich nie noszę. Nie ma nikogo, kto mógłby je wiązać. - 

Zauważyła, że znowu przyjął postawę pełną rezerwy, szybko więc zmieniła temat.

- Masz swoje lotnisko, musisz być bardzo szczęśliwy. Chętnie je obejrzę.

- Zorganizujemy to jakoś. - Jego ton był uprzejmy, choć bezosobowy.

Laine spojrzała przez łzy i zauważyła:

- Naprawdę robi wrażenie.

- Dziękuję, jesteśmy z niego bardzo dumni. - Odchrząknął i przyjrzał się jej 

background image

ostrożnie. - Jak długo będziesz na Hawajach?

Chwyciła się parapetu. W najgorszych przeczuciach nie była przygotowana, że 

to tak zaboli.

-   Może   kilka   tygodni,   nie   mam   jasno   określonych   planów.   Przyjechałam... 

przyjechałam   prosto   tutaj   -   odparła,   starając   się,   by   jej   głos   zabrzmiał   równie 

obojętnie. Odwróciła się i zaczęła mówić. Mówiła cokolwiek, byle zagłuszyć pustkę w 

głowie. - Na pewno jest tu sporo rzeczy, które warto zobaczyć. Pilot, który mnie 

przywiózł, opowiadał, że Kauai jest pełna pięknych ogrodów i parków.

- Z przyklejonym, sztucznym uśmiechem zapytała: - Może mógłbyś polecić mi 

jakiś hotel?

Przyglądał się jej i Laine z trudem udawało się zachować uśmiech.

- Jeśli chcesz, możesz przez ten czas mieszkać u mnie.

Schowała   swoją   dumę   do   kieszeni   i   skwapliwie   przystała   na   propozycję. 

Wiedziała, że nie stać by jej było na mieszkanie gdziekolwiek indziej.

- To bardzo miłe z twojej strony, chętnie skorzystam. Kiwnął głową i zebrał 

papiery z biurka.

- A jak twoja matka?

-   Zmarła   -   odpowiedziała   cicho.   -   Trzy   miesiące   temu.   Uniósł   gwałtownie 

wzrok.   Zobaczyła   skurcz   bólu,   który   przebiegł   przez   jego   twarz.   James   usiadł   w 

fotelu.

- Przykro mi, Laine. Czy była chora?

- To był... - Przełknęła z trudem. - To był wypadek samochodowy.

- Rozumiem. - Odkaszlnął i dodał ponownie beznamiętnym tonem: - Gdybyś 

napisała, mógłbym przylecieć i pomóc ci.

background image

- Naprawdę? - Odwróciła się w stronę okna. Przypomniała sobie chwile paniki, 

odrętwienia, niekończące się listy długów, wyprzedaż wszystkiego, co miało jakąś 

wartość. - Jakoś sobie poradziłam.

- Laine, dlaczego przyjechałaś? - Chociaż jego głos złagodniał, to mężczyzna 

nadal przezornie pozostał za biurkiem.

- Zobaczyć ojca - powiedziała cicho, głosem pozbawionym emocji.

- Kapitanie.

Na dźwięk głosu Dillona Laine odwróciła się w stronę drzwi. Dillon zlustrował 

ją wzrokiem, po czym zwrócił się do jej ojca:

- Chambers odlatuje zaraz na stały ląd i chciałby się przedtem z tobą zobaczyć.

- Laine - Kapitan zwrócił się do córki. - To jest Dillon O'Brian, mój partner. 

Dillon, to jest moja córka.

- Spotkaliśmy się już - wyjaśnił Dillon z uśmiechem.

Laine skinęła głową.

-   Tak,   pan   O'Brian   był   tak   miły   i   przywiózł   mnie   tutaj   z   Oahu.   To   była 

wyjątkowa podróż.

-   W   porządku.   -   Kapitan   podszedł   do   Dillona   i   klepnął   go   po   ramieniu.   - 

Zaprowadź Laine do domu, dobrze? I dopilnuj, żeby się rozgościła. Na pewno jest 

bardzo zmęczona.

- Z przyjemnością. - Dillon skinął głową.

- Będę w domu za kilka godzin - powiedział do córki.

-   Jasne.   -   Napięte   mięśnie   twarzy   już   zaczęły   ją   boleć   od   przyklejonego 

uśmiechu, pozwoliła im więc odpocząć. - Dziękuję.

Kapitan zawahał się przez chwilę, po czym wyszedł z pokoju, zostawiając Laine 

background image

zapatrzoną w pustkę. Nie płacz, nakazała sobie w myślach. A już na pewno nie w 

obecności tego faceta. Poza dumą nic ci już nie pozostało.

- Kiedy tylko będziesz gotowa, panno Simmons, możemy jechać.

-   Mam   nadzieję,   że   samochód   prowadzi   pan   ostrożniej   niż   samolot,   panie 

O'Brian.

-   Chodźmy   sprawdzić.   -   Wzruszył   ramionami.   Spojrzała   na   swoje   bagaże, 

potem na Dillona.

- Mam wrażenie, że czekałeś na mnie.

- Prawdę mówiąc, miałem nadzieję - zaczął, pakując torby na tył lśniącego, 

małego samochodu - że wywiozę cię razem z walizkami tam, skąd przyjechałaś, ale 

najwyraźniej na razie jest to niemożliwe. - Otworzył drzwi i wsiadł.

Zajęła miejsce obok. Ruszył tak gwałtownie, że wcisnęło ją w fotel.

- Co ty mu powiedziałaś? - nie owijając w bawełnę, zażądał wyjaśnień.

- To, że jesteś partnerem mojego ojca w interesach, nie upoważnia cię jeszcze 

do ingerowania w nasze prywatne sprawy - odpowiedziała urażona.

- Posłuchaj, księżniczko, nie zamierzam stać obojętnie, kiedy tak ładujesz się w 

życie kapitana i przynosisz kłopoty. Nie podobało mi się to, jak na ciebie patrzył. 

Dałem   ci   dziesięć   minut,   i   udało   ci   się   go   skrzywdzić.   Nie   każ   mi   zatrzymywać 

samochodu, żeby wyciągnąć z ciebie to, co mu powiedziałaś. - Zrobił pauzę i zniżył 

głos. - Wiesz dobrze, że moje metody nie są zbyt wyszukane.

Czuła   się   zbyt   zmęczona,   by   się   z   nim   droczyć.   Bezsenne   noce,   dni   pełne 

napięcia i lęku oraz nużąca podróż kosztowały ją sporo zdrowia. Machinalnie zsunęła 

kapelusz z głowy. Wsparła głowę o oparcie fotela i zamknęła oczy.

- Panie O'Brian, nie miałam zamiaru ranić mojego ojca. W ciągu tych dziesięciu 

background image

minut udało nam się powiedzieć sobie niezmiernie mało. Być może przygnębiła go 

informacja   o   śmierci   mojej   mamy,   ale   o   tym   i   tak   dowiedziałby   się   prędzej   czy 

później.

- Kiedy to się stało?

- Trzy miesiące temu - westchnęła i odwróciła twarz w jego stronę. - Wjechała 

na słup telegraficzny. Powiedzieli mi, że zginęła na miejscu.

Do tego bezboleśnie, bo skutecznie znieczulona kilkoma kieliszkami szampana, 

dodała w myślach.

Dillon   zamilkł   i   Laine   była   mu   wdzięczna,   że   darował   sobie   jakieś 

wyświechtane formułki współczucia czy sympatii. Miała ich już serdecznie dość i ta 

cisza była dużo przyjemniejsza. Przez chwilę przyglądała się jego opalonej twarzy, 

ostrym rysom i nieustępliwym ustom. Potem odwróciła się do okna.

Poczuła zapach Pacyfiku. Połyskująca, błękitna woda rozbijała się o złote plaże. 

Widok zapierał dech w piersiach.

Dillon skręcił w drogę strzeżoną przez dwie potężne palmy. Kiedy podjechali 

pod dom, Laine po raz pierwszy tego dnia poczuła, że coś sprawiło jej przyjemność.

- Przepiękny - powiedziała na widok budynku.

-   Nie   tak   wymyślny,   jakiego   być   może   się   spodziewałaś   -   zripostował, 

zatrzymując samochód na końcu drogi.  - Ale kapitanowi się podoba. - Jego głos 

brzmiał pojednawczo.

Wysiadł z samochodu i zajął się bagażami.

Laine   nie   skomentowała   tych   słów.   Także   wysiadła   i   osłaniając   oczy   przed 

słońcem, przez chwilę przyglądała się posiadłości swego ojca. Wspięli się po kilku 

stopniach na owalny taras. Dillon otworzył drzwi i wszedł do domu. Wśliznęła się 

background image

niepewnie za nim.

- Zamknij drzwi od mojego domu. Muchy nie są tu mile widziane.

Spojrzała w górę i zobaczyła niezwykle piękną, dojrzałą kobietę, schodzącą ze 

schodów   z   lekkością   młodej   dziewczyny.   Laine   patrzyła   na   nią   z   podziwem   i 

zaskoczeniem.   Kobieta   była   ubrana   w   zwiewną,   bajecznie   kolorową,   hawajską 

suknię,   zwaną   muumuu.   Błyszczące,   czarne   włosy   miała   ciasno   związane   z   tyłu 

głowy. Gładka skóra w kolorze ciemnego miodu i iskrzące, głęboko osadzone oczy 

powodowały, że trudno było określić jej wiek. Mogła mieć zarówno trzydzieści, jak i 

sześćdziesiąt lat. Dostojnie podeszła do Laine, stojącej u stóp schodów.

- Kto to jest? - zapytała Dillona, skrzyżowawszy ramiona na obfitym biuście.

- To jest córka kapitana.

- Córka kapitana Simmonsa. - Wydęła usta i zmrużyła oczy. - Ładniutka, tylko 

trochę zbyt blada i chuda. Czy ty nic nie jesz?

- Nie, dlaczego...

- Widać niewystarczająco - przerwała i wskazała z zainteresowaniem na włosy 

Laine, w których połyskiwało słońce. - Bardzo ładne. Wprost piękne. Dlaczego nosisz 

taką krótką fryzurę?

- Ja...

- Powinnaś przyjechać tu wiele lat temu. - Pokiwała głową i poklepała Laine po 

policzku. - Musisz być zmęczona. Przygotuję twój pokój.

- Dziękuję. Ale ja...

- A potem coś zjesz - zawyrokowała i wciągnęła dwie torby Laine po schodach 

na górę.

-   To   była   Miri   -   wyjaśnił   Dillon,   po   czym   włożył   ręce   do   kieszeni.   -   Ona 

background image

prowadzi ten dom.

- To da się zauważyć. - Nie mogła się powstrzymać i uniosła dłoń do swoich 

włosów, zastanawiając się nad ich długością. - Czy nie powinieneś pomóc jej wnieść 

bagaże na górę?

- Miri mogłaby  mnie wnieść po schodach bez zadyszki. Poza tym wiem, że 

lepiej jej nie przeszkadzać, jeśli uzna coś za swój obowiązek. Chodź. - Chwycił ją za 

ramię i pociągnął w głąb holu. - Zrobię ci drinka.

Dillon wszedł przez podwójne drzwi do gabinetu. Wyglądało na to, że czuje się 

w   tym   domu   bardzo   swobodnie.   Laine   rozglądała   się   po   pokoju.   Jego   ściany 

pomalowane   były   na   kremowo.   Królowała   tu   prostota,   a   wszystko   błyszczało 

czystością. Laine zauważyła z westchnieniem smutku, że najwyraźniej nie ma w tym 

domu   miejsca   dla   jeszcze   jednej   kobiety.   Wystrój   wnętrza   wskazywał   na   to,   że 

mieszka   tu   mężczyzna   i   że   to   jego   wygody   i   oczekiwania   brano   pod   uwagę,   gdy 

urządzano dom.

- Na co masz ochotę? - Pytanie Dillona przerwało jej rozmyślania. Potrząsnęła 

głową i położyła kapelusz na małym stoliku.

- Na nic. Dziękuję.

-   Rozgość   się.   -   Przygotował   sobie   drinka   i   opadł   na   krzesło.   -   My   tu   nie 

przywiązujemy wielkiej wagi do etykiety, księżniczko. Podczas pobytu tutaj będziesz 

musiała przywyknąć do prymitywnych zachowań.

Laine postawiła torebkę obok kapelusza.

- Ale wolno mi chyba umyć ręce przed obiadem?

- Jasne - odpowiedział, ignorując jej sarkazm. - Wody mamy pod dostatkiem.

- A gdzie pan mieszka, panie O'Brian?

background image

- Tutaj. - Wyciągnął przed siebie nogi i popatrzył na jej zaskoczoną minę z 

uśmiechem satysfakcji. - Przez tydzień lub dwa. Mój dom wymaga teraz drobnych 

przeróbek.

- Co za pech - skomentowała i zaczęła przechadzać się po pokoju. - Dla nas 

obojga.

- Jakoś to przeżyjesz, księżniczko. - Uniósł swoją szklankę w jej kierunku. - 

Jestem pewien, że miałaś już wiele doświadczeń z przetrwaniem w trudnych wa-

runkach.

-  Tak,   miałam,  panie   O'Brian,   ale  odnoszę   wrażenie,  że   pan   nie  ma   o  tym 

zielonego pojęcia.

- Niezły charakterek, panienko. Muszę ci to przyznać. - Wypił swojego drinka i 

spojrzał na nią groźnie. - Przyjechałaś po więcej pieniędzy? Czy to możliwe, że jesteś 

aż tak pazerna? - Wstał raptownie z krzesła, przeszedł przez pokój i chwycił ją za 

ramiona, zanim zdążyła uchylić się przez wybuchem jego niekontrolowanej złości. - 

Czy nie wydusiłaś z niego wystarczająco wiele? Do tego nie dałaś mu nic w zamian. 

Nigdy, przenigdy nie zadałaś sobie trudu, żeby odpisać na którykolwiek z jego listów. 

Pozwoliłaś,   aby   lata   mijały,   a   ty   nie   dawałaś   znaku   życia.   Czego,   u   diabła,   teraz 

chcesz od niego?

Dillon zatrzymał się nagle. Rumieniec gniewu zbladł na jego twarzy, ustępując 

miejsca marmurowej bladości. Laine stała oszołomiona. Czuła, że ledwie trzyma się 

na nogach. Dillon podtrzymał ją i przyjrzał się jej z nagłym zaskoczeniem.

- Co się z tobą dzieje?

- Ja... Panie O'Brian, myślę, że chętnie bym się jednak napiła, jeśli nie sprawi 

to panu kłopotu.

background image

Zmarszczył   brwi,   ale   posadził   ją   na   krześle,   zanim   poszedł   po   drinka. 

Podziękowała mu szeptem. Poczuła przeszywający dreszcz, gdy spróbowała mocnej 

brandy. Pokój przestał wirować jej przed oczyma.

- Panie  O'Brian.  Ja jestem...  Ja  nie  rozumiem...  -  Zaniemówiła  na  chwilę i 

zamknęła oczy. - Twierdzi pan, że mój ojciec pisał coś do mnie?

- Doskonale wiesz, że tak. - Odpowiedź była szybka i nerwowa. - Przyjechał na 

wyspę zaraz po tym, gdy ty i twoja matka go zostawiłyście. Pisał do ciebie regularnie. 

Dopiero   pięć   lat   temu   się   poddał.   Nadal   wysyłał   pieniądze   -   dodał,   zapalając 

zapalniczkę.   -   O   tak,   pieniądze   płynęły   aż  do   zeszłego   roku,   kiedy   to   skończyłaś 

dwadzieścia jeden lat.

- Kłamiesz!

Dillon   patrzył   ze   zdumieniem,   jak   wstała   z   krzesła,   a   jej   oczy   i   policzki 

rozpalone były gniewem.

- Proszę, proszę. Wygląda na to, że emocje cię ponoszą. Bryła lodu zaczyna się 

roztapiać.   -   Wypuścił   obłok   dymu   i   dodał   delikatnie:   -   Ja   nigdy   nie   kłamię, 

księżniczko. Prawda wydaje mi się bardziej interesująca.

- Nigdy do mnie nie napisał. Nigdy! - Podeszła do miejsca, w którym siedział 

Dillon. - Ani razu przez te długie lata. Wszystkie wysłane przeze mnie listy wracały, 

ponieważ ojciec się wyprowadził, nie informując mnie nawet dokąd.

Dillon zgasił papierosa i wstał, aby spojrzeć jej w twarz.

- I myślisz, że ja to kupię? Sprzedajesz swoją bajeczkę niewłaściwej osobie, 

panno Simmons. Widziałem listy, które Kapitan wysyłał. Widziałem też czeki. Co 

miesiąc.

- Powiódł palcem wzdłuż lamówki jej kostiumu. - Wygląda na to, że zrobiłaś z 

background image

nich niezły użytek.

- Mówię ci, że nigdy nie dostałam żadnego listu.

-   Odtrąciła   jego   rękę   i   odchyliła   głowę,   aby   spojrzeć   mu   w   oczy.   -   Nie 

otrzymałam od mojego ojca ani jednego słowa, odkąd skończyłam siedem lat.

- Panno Simmons, wysłałem osobiście co najmniej kilka listów, chociaż kusiło 

mnie, żeby je wrzucić do Pacyfiku. Podobnie jak prezenty, początkowo lalki, a potem 

biżuterię. Pamiętam doskonale prezent na twoje osiemnaste urodziny. Kolczyki z 

opali w kształcie kwiatków.

- Kolczyki - wyszeptała. Poczuła, że pokój ponownie wiruje jej przed oczami. 

Zagryzła wargi i potrząsnęła głową.

-   Dokładnie   -   potwierdził.   Jego   głos   był   szorstki.   Podszedł   i   nalał   sobie 

ponownie. - Wszystkie były wysyłane na ten sam adres, rue de la Concorde numer 17, 

Paryż.

Laine zbladła ponownie i uniosła dłoń do skroni.

-   To   adres   mojej   matki   -   jęknęła   i   odwróciła   się,   aby   usiąść,   zanim   nogi 

odmówią jej posłuszeństwa. - Ja byłam w szkole. To matka tam mieszkała.

- Tak. - Dillon pociągnął łyk i rozsiadł się ponownie na sofie. - Twoja nauka 

trwała długo i była bardzo kosztowna.

Laine pomyślała przez chwilę o szkole z pensjonatem, o paskudnych, mdłych 

posiłkach, drelichowych mundurkach i przeciekającym dachu. Przycisnęła dłonie do 

oczu.

- Nie miałam pojęcia, że to właśnie ojciec płacił za moją szkołę.

- A jak sądziłaś, kto płacił za twoje francuskie sukieneczki i zajęcia ze sztuki?

Westchnęła, dotknięta ostrym tonem jego głosu. Ręce zaczęły jej drżeć, więc 

background image

opuściła je na kolana.

-   Vanessa...   moja   matka   mówiła,   że   ma   dochody.   Nigdy   jej   nie   pytałam   o 

szczegóły. Musiała ukrywać przede mną listy od ojca.

Jej głos był coraz słabszy. Dillon poruszył się niecierpliwie.

- Czy takie przedstawienie zamierzasz odgrywać przed kapitanem? Robisz to 

bardzo przekonująco.

- Nie, panie O'Brian. To chyba zresztą nie ma znaczenia, prawda? W każdym 

razie wątpię, że uwierzyłby mi choć odrobinę bardziej niż pan. Skrócę moją wizytę i 

wrócę do Francji. - Uniosła brandy i wpatrywała się w złocisty płyn, zastanawiając 

się, czy to z powodu trunku czuła odrętwienie całego ciała. - Potrzebuję tygodnia lub 

dwóch. Byłabym wdzięczna, gdyby nie wspominał pan ojcu o naszej rozmowie. To by 

tylko wszystko skomplikowało.

Dillon zaśmiał się krótko i wypił kolejny łyk.

- Nie mam najmniejszego zamiaru opowiadać mu ani słowa z tej bajeczki.

- Daje mi pan słowo, panie O'Brian?

Dillon spojrzał na nią zaskoczony lękiem, jaki można było wyczuć w jej głosie.

- Chcę, żeby dał mi pan słowo - dodała, patrząc mu zdecydowanie w oczy.

- Ma pani moje słowo, panno Simmons - zgodził się po dłuższej chwili.

Laine skinęła głową, wstała i podniosła ze stolika kapelusz oraz torebkę.

- Chciałabym teraz pójść do mojego pokoju. Jestem bardzo zmęczona.

Dillon   siedział   wpatrzony   w   swoją   szklankę.   Laine   wyszła   z   pokoju,   nie 

odwracając się za siebie.

background image

ROZDZIAŁ TRZECI

Laine   przyjrzała   się   swojemu   odbiciu   w   lustrze.   Zobaczyła   bladą   twarz   z 

podkrążonymi oczami. Wyjęła kosmetyki i nałożyła trochę różu na policzki.

Z perspektywy czasu zaczęła dostrzegać desperacką, egoistyczną pogoń matki 

za przemijającą młodością i urodą. Dojrzała, zgrabna córka stała się raczej prze-

szkodą   niż powodem  do dumy.  Ona całe  życie  bała  się porażki,   myślała Laine  o 

matce. Bała się stracić swój wygląd, przyjaciół i mężczyzn. Przez te wszystkie lata 

pozwoliła   mi   myśleć,   że   ojciec   o   mnie   zapomniał.   Spojrzała   przez   okno   nic 

niewidzącymi oczyma. Izolowała mnie od niego. Nawet od jego listów. Nie cierpię jej 

za to, Boże, jak ja jej nie znoszę. Nie chodzi o pieniądze, ale o to, że kłamała i że przez 

nią tyle straciłam. Pewnie korzystała z nadsyłanych pieniędzy, żeby utrzymać swój 

apartament w Paryżu, żeby kupować te wszystkie stroje i urządzać imprezy. Laine 

zacisnęła powieki. Była oburzona. Przynajmniej teraz wiem, dlaczego zabrała mnie 

ze sobą do Francji. Byłam jej polisą ubezpieczeniową. Wykorzystywała mnie przez 

blisko piętnaście lat. Laine poczuła, że łzy płyną jej spod zamkniętych powiek. Och, 

jak kapitan musi mnie nienawidzić. Jaka muszę być w jego oczach niewdzięczna i 

wyrachowana. Nigdy nie uwierzy mi, jak było naprawdę. Westchnęła, wspominając, 

jak ojciec zareagował na jej widok. „Przypominasz teraz swoją matkę”. Otworzyła 

oczy, podeszła do lustra i ponownie przyjrzała się swojej twarzy.

Stwierdziła,   że   miał   rację.   Powiodła   palcem   wzdłuż   kości   policzkowych. 

Wystarczyło, że na mnie popatrzył, i widział moją matkę. Będzie myślał podobnie jak 

Dillon   O'Brian.   Jak   mogłam   oczekiwać   czegokolwiek   innego?   Przyglądała   się 

swojemu odbiciu w lustrze. Ale być może, pomyślała, wydymając dolną wargę, przez 

tydzień lub dwa uda mi się uratować cokolwiek z tego, co nas kiedyś łączyło. Jakąś 

background image

cząstkę naszej przyjaźni. Ale nie może myśleć, że przyjechałam tu po pieniądze. Nie 

może nawet domyślać się, jak niewiele mi ich zostało. Ale przede wszystkim muszę 

uważać na O'Briana.

Wstrętny facet, pomyślała i poczuła, jak zalewa ją nowa fala gniewu. On jest z 

pewnością najgorzej wychowanym i pozbawionym manier mężczyzną, jakiego kiedy-

kolwiek   spotkałam.   Kapitan   musiał   przygarnąć   go   z   litości   i   uczynił   swoim 

partnerem. Już w jego spojrzeniu widać bezczelność, pomyślała i poprawiła fryzurę. 

Stale  na  mnie  patrzy  tak,  jakby  zastanawiał  się,  co  będę  czuła  w  jego  objęciach. 

Paskudny typ. Odłożyła szczotkę do włosów i ponownie przyjrzała się sobie. Jest po 

prostu nieokrzesanym, aroganckim kobieciarzem. Wystarczy przypomnieć sobie jego 

zachowanie w samolocie.

Jak czuła się podczas lotu? Przecież już całowałaś się z facetami, tłumaczyła 

sobie, żeby odpędzić od siebie rosnące podekscytowanie wspomnieniami. Ale nie w 

taki sposób, podszepnął jej wewnętrzny głos. Nigdy w taki sposób.

- Och, do diabła z Dillonem O'Brianem - powiedziała głośno.

W chwili gdy chciała właśnie opuścić swoją sypialnię, usłyszała męskie głosy. 

Było to dla niej czymś nowym, gdyż przywykła do towarzystwa kobiet. Była to jednak 

przyjemna odmiana. Cicho zeszła w dół schodów i podeszła do drzwi.

Siedzieli wygodnie, gdy Laine weszła do pokoju. Dillon rozparty na sofie. Jej 

ojciec   na   krześle.   Unosił   się   dym   z   fajki.   Obaj   byli   tak   zrelaksowani   i   usatys-

fakcjonowani swoim towarzystwem, że Laine poczuła pokusę, aby wrócić do pokoju i 

nie przeszkadzać im. Czuła się jak intruz wkradający się w ich świat. Ukłucie zawiści 

przeszyło jej serce, zrobiła krok wstecz.

Jej   ruch   zwrócił   uwagę   Dillona.   Jego   wzrok   sparaliżował   i   unieruchomił   ją 

background image

mocniej,   niż   mogłyby   to   zrobić   jego   ramiona.   Już   zdążyła   przebrać   się   ze   swej 

wyszukanej   garsonki,   którą   nosiła   podczas   podróży,   w   prostą   białą   sukienkę   ze 

swojej własnej garderoby. Kapitan podążył za pozbawionym uśmiechu wzrokiem Dil-

lona i uniósł się z miejsca, widząc Laine. Rozluźnienie, jakie panowało w tym pokoju, 

zmieniło się w napięcie.

- Witaj, Laine. Rozgościłaś się?

Laine z trudem przeniosła wzrok z Dillona na ojca.

-   Tak,   dziękuję.   -   Wargi   miała   suche,   co   było   pierwszym   sygnałem 

zdenerwowania. - Pokój jest śliczny. Przepraszam, czy ja wam nie przeszkadzam? - 

Złączyła dłonie, aby opanować ich drżenie.

- Ależ nie. Wejdź i usiądź. To tylko taka zawodowa pogawędka.

Zawahała się ponownie, zanim weszła w głąb pokoju.

-  Czego   się   napijesz?   -  Kapitan   podszedł   do  barku   i   wyjął  szklankę.  Dillon 

pozostał milczący na swoim miejscu.

- Nie, dziękuję. - Laine próbowała się uśmiechnąć.

- Dom jest prześliczny.  Z mojego  okna  jest widok  na plażę. - Zajęła wolne 

miejsce na sofie i starała się, aby odległość dzieląca ją od Dillona była jak największa.

-   To   musi   być   cudowne,   móc   pójść   popływać,   gdy   tylko   przyjdzie   ci   na   to 

ochota.

- Już nie pływam tyle co kiedyś. - Kapitan usiadł i zaczął czyścić fajkę. - Kiedyś 

trochę   nurkowałem.   Teraz   tylko   Dillon   się   w   to   angażuje.   -   Laine   wyczuła 

serdeczność w jego głosie, gdy mówił o Dillonie.

- Zauważyłem, że morze i niebo mają wiele wspólnego - skomentował Dillon. 

Pochylił się i uniósł szklankę. - Wolność i wyzwanie. - Uśmiechnął się. - Nauczyłem 

background image

kapitana przeszukiwać głębiny, a on mnie nauczył latać.

- Obawiam się, że jestem bardziej typem lądowym - odpowiedziała Laine. - Nie 

mam specjalnych doświadczeń ani w powietrzu, ani w wodzie.

Dillon pociągnął mały łyk ze szklanki. W jego oczach nadal tliło się wyzwanie.

- Umiesz pływać, prawda?

- Jakoś sobie radzę.

-   Świetnie.   -   Wypił   kolejny   łyk.   -   Nauczę   cię   nurkować   z   maską   i   rurką.   - 

Odstawił szklankę na stolik i przyjął ponownie wygodną pozycję. - Jutro. Zaczniemy 

wcześnie rano.

Jego bezceremonialność uderzyła w Laine jak piorun. Ton jej głosu zmienił się 

w zimny i odpychający.

- Nie chciałabym zajmować panu cennego czasu, panie O'Brian.

Niezrażony chłodem, bijącym z jej wypowiedzi, Dillon kontynuował.

- Ależ to żaden problem. Nie mam żadnych planów aż do popołudnia. Mamy 

jakiś zapasowy sprzęt, prawda kapitanie?

- Jasne. W pokoju na tyłach domu - odpowiedział.

- Spodoba ci się, Laine, Dillon jest świetnym nauczycielem, no i doskonale zna 

okoliczne wody.

- Mam nadzieję, że wie pan, jak bardzo będę zobowiązana za poświęcony mi 

czas.

- Nie bardziej niż ja, panno Simmons.

- Obiad. - Nagłe wejście Miri przestraszyło Laine.

- Ty. - Gospodyni wskazała oskarżycielsko palcem na Laine. - Maszeruj jeść. I 

bez ociągania, proszę. Za chuda jesteś - mruknęła i wyszła.

background image

Kiedy ruszyli do jadalni, Dillon zrównał się z Laine i przytrzymał ją za ramię, 

pozwalając, by kapitan i Miri poszli przodem.

- Twoje wejście było czarujące. Wyglądałaś jak cudowna, niewinna dziewica - 

szepnął jej do ucha.

- Nie mam wątpliwości, że zamierza mi pan zaoferować erotyczne usługi, panie 

O'Brian, ale - jeśli to możliwe - chciałabym zjeść w spokoju ten posiłek.

- Panno Simmons.   -  Dillon  ukłonił się  z przesadną  elegancją  i  przytrzymał 

pewniej jej rękę. - Nawet ja potrafię od czasu do czasu zachować się jak dżentelmen i 

poprowadzić damę do stołu.

-   Jeśli   wystarczająco   skupi   się   pan   na   swoim   zadaniu,   może   uda   się   panu 

doprowadzić mnie na obiad bez łamania mi ręki.

Zacisnęła zęby i pozwoliła się poprowadzić. Kiedy weszli do oszklonej jadalni, 

Dillon pomógł jej usiąść przy stole.

- Dziękuję, panie O'Brian. - Spojrzała na niego chłodno. Co za wstrętny typ, 

dodała w myślach.

Skinął uprzejmie głową. Obszedł stół i opadł na swoje krzesło.

Do jadalni weszła Miri i postawiła przed nią parujący półmisek z rybą. Żeby jej 

intencje zostały dobrze zrozumiane, wskazała palcem najpierw na półmisek, a na-

stępnie na pusty talerz Laine.

Mężczyźni   skoncentrowali   się   na   rozmowie   dotyczącej   spraw   zawodowych. 

Laine jadła w milczeniu, a po skończonym posiłku wróciła do pokoju. Przez chwilę 

miała wrażenie, że wraz z jej odejściem Dillon i ojciec odetchnęli z ulgą.

Wieczorem tego samego dnia Laine siedziała w swoim pokoju i rozmyślała. W 

domu   panowała   cisza.   Na   niebie   pojawił   się   księżyc,   a   lekki   wiaterek   poruszał 

background image

firankami, niosąc ze sobą  zapach tropikalnego powietrza. Laine nie mogła dłużej 

znieść uczucia samotności. Zeszła na dół i wyszła na zewnątrz. Włóczyła się bez celu, 

nasłuchiwała   nawoływań   nocnych   ptaków,   które   przeszywały   ciszę   nieznaną   jej 

dotąd   muzyką.   Wsłuchiwała   się   w   szum   morza.   Zsunęła   buty,   aby   poczuć   pod 

stopami przyjemny dotyk piasku.

Fale rozbijały się o brzeg i wracały do morza. Jego powierzchnia iskrzyła się 

odbiciem gwiazd. Laine odetchnęła głęboko.

Ten raj nie był jednak dla niej. Dillon i ojciec zdecydowali się jej pozbyć. Znów 

powtórzyła się ta sama historia. Pamiętała, jak często była traktowana jak intruz 

podczas wizyt w domu matki w Paryżu. Zastanawiała się, czy ma wystarczająco dużo 

siły i woli, żeby zachować maskę uśmiechu na twarzy choćby przez tydzień pobytu u 

ojca. Jej miejsce nie było przy nim, tak samo jak nie było przy Vanessie. Usiadła na 

piasku, podciągnęła kolana pod brodę i zatopiła się w rozmyślaniach.

- Nie mam chusteczek, więc musisz się bez nich obejść.

Na dźwięk głosu Dillona przeszedł ją dreszcz.

- Odejdź, proszę.

-   W   czym   problem,   księżniczko?   -   zapytał   szorstko   i   niecierpliwie.   -   Jeśli 

sprawy nie układają się tak, jak planowałaś, to siedzenie na piasku i zalewanie się 

łzami   nic   nie   pomoże.   Zwłaszcza   jeśli   wokoło   nie   ma   nikogo,   kto   mógłby   ci 

współczuć.

- Odejdź - powtórzyła, zakrywając twarz dłońmi. - Chcę, żebyś mnie zostawił. 

Chcę być sama.

-   Możesz   równie   dobrze   zacząć   się   do   tego   przyzwyczajać   -   odpowiedział 

niedbale. - Mam zamiar bacznie cię obserwować do chwili, kiedy wrócisz do Europy. 

background image

Kapitan jest zbyt miękki, żeby oprzeć się na dłuższą metę tak słodkiej i niewinnej 

osóbce.

Laine poderwała się i rzuciła na niego. Zatoczył się przez moment, jakby rażony 

małym pociskiem.

- On jest moim ojcem. Rozumiesz? Moim ojcem! I mam prawo być z nim. Mam 

prawo go poznać. - Z wściekłością tłukła go pięściami po torsie. Przyjął ten atak z 

pewnym zaskoczeniem. Po chwili złapał ją za ramiona i przyciągnął do siebie.

-   Pod   tym   lodem   czai   się   charakterek!   Zawsze   możesz   powtórzyć   swoją 

bajeczkę i utrzymywać, że nie dostawałaś jego listów.

- Nie chcę jego litości, słyszysz? - Wyrywała się i szarpała, ale Dillon trzymał ją, 

nie   wkładając   w   to   większego   wysiłku.   -   Wolałabym,   żeby   mnie   nienawidził,   niż 

traktował obojętnie. Ale wolę już jego obojętność niż litość.

- Uspokój się i przestań się szamotać, do cholery - zażądał. - Przecież nie zrobię 

ci krzywdy.

- Nie uspokoję się. - Szarpnęła się ponownie. - Nie jestem szczeniakiem, który 

potrzebuje, żeby go ktoś głaskał po głowie. Zamierzam spędzić tu dwa tygodnie, tak 

jak   zaplanowałam,   i   nie   pozwolę   ci   tego   popsuć.   -   Odrzuciła   głowę   do   tyłu.   Łzy 

płynęły jej z oczu, ale były to raczej łzy wściekłości niż smutku. - Puść mnie! Nie chcę, 

żebyś mnie dotykał. - Zaczęła wyrywać się z wielką siłą, kopać i omal nie przewróciła 

ich oboje na piasek.

- W porządku. Wystarczy.

Dillon sprawił, że w głowie jej zawirowało i straciła poczucie czasu. Czuła słony 

smak łez i silny męski zapach, który należał tylko do niego. Czuła, jak jej skóra robi 

się gorąca. Rozpaczliwie walczyła z ogarniającym ją podnieceniem, tak jak walczyła z 

background image

jego ramionami, które ją więziły. Ich usta złączyły się ponownie. Nagle straciła cały 

swój upór i pozostała bezwładnie w jego ramionach. Jej wargi stały się miękkie i nie 

stawiały oporu. Dillon odsunął ją od siebie, lecz Laine, nie zdając sobie sprawy z 

tego, co robi, przylgnęła do niego, kładąc głowę na jego torsie. Zadrżała, czując, jak 

jego dłoń gładzi delikatnie jej włosy. Przytuliła się do niego. Nagle odczuła ciepło i po 

raz   pierwszy   od   bardzo   dawna   ustąpiło   towarzyszące   jej   uczucie   zupełnego 

osamotnienia. Zamknęła oczy i pozwoliła opaść emocjom.

- Kim ty jesteś, Laine Simmons? - Dillon ponownie odsunął ją od siebie. Uniósł 

swą silną dłonią jej podbródek, gdyż zmieszana Laine usiłowała opuścić głowę.

- Spójrz  na  mnie  - zażądał  tonem nieznoszącym  sprzeciwu.  Zmrużył oczy  i 

przyglądał się jej twarzy.

Patrzyła na niego dużymi, okrągłymi oczyma. Łzy płynęły jej po policzkach i 

błyszczały na rzęsach. Cała wypracowana powściągliwość prysła. Pozostała jedynie 

wrażliwość. Dillon westchnął ze zniecierpliwieniem.

- Najpierw lód,  potem ogień, teraz łzy. Przestań - nakazał, kiedy ponownie 

chciała pochylić głowę. - Nie jestem w nastroju, żeby testować swoją wytrzymałość.

- Potrząsnął głową. - Będą z tobą same kłopoty. Powinienem był to zauważyć 

już od pierwszego spojrzenia. Ale jesteś tutaj i musimy uzgodnić warunki.

- Panie O'Brian...

-   Dillon,   na   miłość   boską.   Przestań   się   wygłupiać   i   mówić   do   mnie   po 

nazwisku.

- Dillon - powtórzyła, pociągając nosem i czując niechęć do samej siebie. - Nie 

sadzę, żebym była w stanie logicznie myśleć i rozmawiać na temat warunków. Puść 

mnie teraz, a jutro możemy spisać kontrakt.

background image

- Nie. Warunki są proste, ponieważ to ja je dyktuję.

-   To   brzmi   niezwykle   sensownie.   -   Ucieszyła   się,   że   ironią   jest   w   stanie 

zatamować łzy.

- Dopóki tu jesteś - kontynuował łagodnie - będę cię pilnował, jak twój cień. 

Jestem twoim aniołem stróżem, dopóki nie wrócisz do Europy. Jeśli zrobisz jakiś 

fałszywy krok w stosunku do kapitana, zniszczę cię tak szybko, że nie zdążysz nawet 

zamrugać tymi swoimi niewinnymi oczkami.

- Czy mój ojciec jest tak bezradny, że potrzebuje ochrony przed własną córką? - 

Otarła ponownie napływające do oczu łzy.

-   Nie   ma   na   świecie   takiego   mężczyzny,   który   by   nie   potrzebował   ochrony 

przed tobą, księżniczko. - Pochylił głowę i przyglądał się jej wilgotnej, błyszczącej 

twarzy. - Jesteś naprawdę niezłą aktorką. A jeśli  mylę się  co do ciebie, będę cię 

musiał przeprosić. Ale dopiero wówczas, kiedy się o tym przekonam.

- Możesz się wypchać swoimi przeprosinami.

Dillon zaśmiał się głośno w ten sam ujmujący sposób, jaki zauważyła u niego 

już wcześniej. Oburzona jego śmiechem i własną reakcją na tego mężczyznę, cofnęła 

rękę i uderzyła go w twarz.

- O nie! - Dillon chwycił ją za nadgarstek. - Nie pogarszaj sytuacji. Nie zmuszaj 

mnie, żebym musiał ci oddać. A przy okazji... wyglądasz ślicznie, kiedy się złościsz. 

Jesteś wtedy o wiele bardziej w moim typie niż ta chłodna  mademoiselle  z Paryża. 

Posłuchaj, Laine.

- Zaczerpnął powietrza, żeby powstrzymać śmiech. Laine zmieszała się, słysząc, 

jak wymawia jej imię.

-   Spróbujmy   zawieszenia   broni.   Przynajmniej   udawajmy   to   na   zewnątrz. 

background image

Między nami może toczyć się walka każdej nocy. Z rękawicami lub bez.

- To ci powinno odpowiadać. - Wyswobodziła się z jego słabnącego uścisku. - 

Masz jedną bardzo znaczącą przewagę - siłę.

- O, tak. - Uśmiechnął się i wzruszył ramionami.

- Musisz nauczyć się z tym żyć. Chodź. - W przyjacielskim geście chwycił jej 

rękę, co wywołało jej konsternację. - Marsz do łóżka. Jutro musisz wcześnie wstać. 

Nie mam zamiaru tracić poranka.

- Nie idę z tobą jutro. - Wyrwała rękę i zatrzymała się gwałtownie. - Pewnie 

masz zamiar mnie utopić, a potem ukryć moje ciało w jakiejś zatoczce.

- Laine, jeśli będę musiał wyciągnąć cię jutro rano z łóżka, nurkowanie nie 

będzie jedyną rzeczą, jakiej się nauczysz. A teraz wrócisz wreszcie do domu czy mam 

cię zanieść?

- Gdyby twoją arogancję zamknąć w cysternach, Dillonie O'Brianie, nie byłoby 

nigdy problemu z brakiem paliwa w tym kraju!

Odwróciła się i pobiegła w stronę domu. Dillon patrzył za nią do chwili, gdy w 

ciemności zniknęła jej biała sylwetka. Potem pochylił się, aby podnieść jej buty.

background image

ROZDZIAŁ CZWARTY

Poranek był cudowny. Laine, jak zwykle, obudziła się wcześnie. Rozejrzała się 

dookoła,   nie   rozumiejąc   jeszcze,   gdzie   się   znajduje.   Zamiast   białych   ścian   jej 

mieszkania, ściany były tu zielone, zamiast wyblakłych, pasiastych zasłon - w oknach 

zawieszone były żaluzje, a zamiast jej biurka stał mahoniowy sekretarzyk, na szczycie 

którego w pięknym wazonie ułożone były purpurowe kwiaty. Ale tym, co najbardziej 

ją zaskoczyło, była zalegająca wokół cisza. Cisza, przerywana jedynie od czasu do 

czasu   śpiewem   ptaków   za   oknem.   Wspomnienia   wróciły.   Laine   z   westchnieniem 

opadła   na   poduszki.   Pragnęła   ponownie   zapaść   w   sen,   ale   nawyk   wczesnego 

wstawania był w niej zbyt silnie zakorzeniony. Wstała więc, wzięła prysznic i ubrała 

się.

Przyjaciółka   pożyczyła   jej   kostium   kąpielowy.   Laine   początkowo   wzbraniała 

się, ale ta tak ją namawiała, że w końcu uległa. Teraz stała i przyglądała się dwóm 

małym   skrawkom   materiału.   Włożyła   je   na   siebie.   Było   to   podobno   nowoczesne 

bikini.   Srebrzystoniebieska   materia   przylgnęła   do   ciała,   podkreślając   kształty. 

Zdaniem Laine, tkanina mogłaby zakrywać większe partie ciała, a nie eksponować 

nagość.

-   Nie   przesadzaj   -   zganiła   się   i   po   raz   ostatni   poprawiła   głęboko   wycięte 

majteczki.   -   Kobiety   stale   noszą   takie   rzeczy,   a   moja   figura   raczej   nie   przykuwa 

uwagi.

Chudzielec, przypomniała sobie uwagę Miri i zrobiła grymas. Bez specjalnej 

nadziei   na   oczekiwany   rezultat   poprawiła   też   stanik.   Włożyła   białe   dżinsy   i 

karminowy top z odkrytymi plecami. Pomyślała, że odsłanianie dekoltu nie było tym, 

czego potrzebowała w kontaktach z Dillonem O'Brianem.

background image

Kiedy schodziła ze schodów, na dole usłyszała krzątaninę. Podeszła cicho, w 

obawie, że zakłóci poranne zwyczaje tego domu. Złote promienie słońca przez okno 

rozświetlały jadalnię. Laine stanęła w ich blasku i wyjrzała na zewnątrz. Pod oknem 

rosły   miękkie   paprocie   i   czerwone   maki.   Ten   widok   oczarował   dziewczynę. 

Pomyślała, że nie pozwoli, aby cokolwiek zepsuło ten wspaniały dzień. Będzie miała 

wystarczająco   dużo   czasu   później,   w   smutne   deszczowe   poranki   we   Francji,   na 

myślenie   o   doznanych   upokorzeniach,   ale   dzisiaj   słońce   świeci   jasno   i   napełnia 

nadzieją.

- Widzę, że jesteś gotowa do śniadania. - Z przylegającej do jadalni kuchni 

wyszła Miri. Wyglądała wdzięcznie, mimo swego wzrostu. I dostojnie, choć miała na 

sobie, jak zwykle, muumuu w wielkie kwiaty.

- Dzień dobry, Miri. - Laine uśmiechnęła się i wskazała na niebo. - Jest piękne.

- Może słońce doda trochę koloru twojej skórze. - Miri wskazała palcem jasne 

ramię   Laine.   -   Czerwonego,   jeśli   nie   będziesz   ostrożna.   A   teraz   usiądź,   zrobię 

wszystko, żebyś się trochę zaokrągliła. - Władczym gestem poklepała oparcie krzesła, 

nakazując, by usiadła, a Laine posłusznie wykonała to polecenie.

- Długo pracujesz dla mojego ojca?

- Dziesięć lat. - Miri nalała gorącej kawy do filiżanki. - Mężczyzna nie powinien 

tak długo żyć bez kobiety. Czy twoja matka też była taka chuda? - kontynuowała, 

mrużąc oczy.

- Nie... Nie powiedziałabym... To znaczy... - Laine zawahała się, nie wiedząc, co 

dla Miri byłoby właściwą wagą.

Miri   zaśmiała   się   głośno.   Różowe   i   pomarańczowe   kwiaty   na   jej   sukience 

podskakiwały do rytmu.

background image

-   Nie   chcesz   powiedzieć,   że   nie   miała   aż   tak   kobiecych   kształtów   jak   ja.   - 

Pogładziła swoje pulchne biodra. - Jesteś piękną dziewczyną - dodała niespodziewa-

nie i pogłaskała jasne loki Laine. - Twoje oczy są zbyt młode, żeby były tak smutne. - 

Laine   patrzyła   na   Miri   bez   słowa,   z   nieznaną   jej   dotychczas   czułością.   Miri 

westchnęła. - Przyniosę ci śniadanie, a ty zjesz wszystko, co ci przygotowałam.

- Podaj od razu dwie porcje, Miri. - Dillon wszedł do jadalni. Wyglądał na 

bardzo pewnego siebie. Opalona skóra kontrastowała z gładką białą koszulką i krót-

kimi dżinsowymi spodenkami. - Dzień dobry, księżniczko. Dobrze spałaś? - Usiadł 

na krześle naprzeciwko i nalał sobie kawy. Jego ruchy były swobodne, pozbawione 

porannej ociężałości, a oczy zupełnie rozbudzone. Laine wywnioskowała, że Dillon 

O'Brian był taką rzadko spotykaną istotą, która potrafi błyskawicznie przejść od snu 

do   stanu   zupełnego   rozbudzenia.   Przemknęło   jej   przez   myśl,   że   był   to   jeden   z 

najbardziej atrakcyjnych i najbardziej pociągających mężczyzn, jakich kiedykolwiek 

spotkała. Starała się nie pokazać po sobie tych odczuć i naśladować jego swobodne 

zachowanie.

- Dzień dobry, Dillon. Wygląda na to, że dziś będzie kolejny piękny dzień.

- Mamy ich tu całkiem sporo po tej stronie wyspy.

- Po tej stronie? - Laine przyglądała się, jak przeciągnął palcami po włosach, 

pozostawiając je w uroczym nieładzie.

-   Yhm.   Po   zawietrznej   pada   prawie   codziennie.   -   Wypił   jednym   haustem 

niemal połowę swojej kawy. Laine przyłapała się na tym, że przygląda się jego opa-

lonym   dłoniom.   Wyglądały   na   silne   i   mocne   przy   kruchej,   kremowej   filiżance. 

Przypomniała sobie nagle ich dotyk na swoim policzku. - Czy coś się stało?

- Słucham? - Zamrugała i ponownie próbowała skoncentrować uwagę na jego 

background image

twarzy.  - Nie,  tylko się  zamyśliłam...  Będę  musiała  objechać wyspę,  skoro  już tu 

jestem - próbowała improwizować, w pośpiechu poszukując odpowiednich słów. - 

Czy twój... czy twój dom jest tu gdzieś blisko?

- Niedaleko. - Dillon ponownie uniósł filiżankę, spoglądając znad jej krawędzi.

Laine   utkwiła   wzrok   w   swojej   kawie,   jakby   wymagało   to   wyjątkowej 

koncentracji.

- Śniadanie! - zawołała Miri, wchodząc do pokoju i niosąc zastawioną po brzegi 

tacę.   -   Jedz   -   rozkazała   i   nałożyła   porządną   porcję   na   talerz   Laine.   -   A   potem 

wyjdziesz, żebym mogła posprzątać dom. - A ty - wycelowała wielką łychą w stronę 

Dillona, który napełniał swój talerz - przestań nanosić mi piach na podłogi.

Dillon   odpowiedział   coś   szybko   w   miejscowym   dialekcie   i   wyszczerzył 

zawadiacko zęby. Miri zaśmiała się głośno i wyszła do kuchni.

- Dillon - zaczęła Laine, wpatrując się z przerażeniem w talerz pełen jedzenia. - 

Ja nie dam rady tego wszystkiego zjeść.

Dillon nałożył sobie kolejną porcję jajecznicy i wzruszył ramionami.

- Lepiej się postaraj. Miri postanowiła  trochę  cię podtuczyć - dodał i wziął 

jeszcze jeden tost. - Z Miri nie wygrasz. Możesz udawać, że to zupa bouillabaisse albo 

ślimaki.

To ostatnie powiedział z wyczuwalną irytacją w głosie, co nie spodobało się 

Laine. Instynktownie wzięła stronę Miri.

- Nie mam zastrzeżeń do jakości jedzenia, tylko do jego ilości.

Dillon pozostał niewzruszony. Rozdrażniona, zabrała się do jedzenia. Jedli w 

milczeniu.   Piętnaście   minut   później   Laine,   z  przerażeniem   na   twarzy,   próbowała 

sięgnąć po kolejną porcję jajecznicy. Dillon, zniecierpliwiony, wstał od stołu i uniósł 

background image

ją z krzesła.

- Pękniesz, jeśli zjesz jeszcze trochę. Uratuję cię i zabiorę cię stąd, zanim wróci 

Miri.

Zacisnęła zęby, mając nadzieję, że w ten sposób wyda się bardziej pokorna.

- Dziękuję - szepnęła.

Kiedy ciągnął ją przez hol w stronę drzwi, na schodach pojawił się kapitan. 

Zatrzymali się.

- Dzień dobry - przywitał ich. - Szykuje się piękny dzień na naukę nurkowania.

- Nie mogę się doczekać - odparła Laine, próbując uśmiechnąć się w sposób 

naturalny, co w jego obecności przychodziło jej z trudem.

- Świetnie. Dillon w oceanie czuje się jak ryba w wodzie. - Twarz kapitana 

rozjaśniła się, kiedy spojrzał na mężczyznę u jej boku. Gdy jednak odwrócił się do 

niej, serdeczność zastąpiła chłodna uprzejmość. - Zobaczymy się wieczorem. Miłego 

dnia.

- Dziękuję. - Patrzyła, jak odchodzi, i przez chwilę serce zabiło jej mocniej.

Odwróciła się do Dillona i zauważyła, że ten bacznie się jej przygląda. Wyglądał 

na zasępionego.

- Dobra, idziemy - powiedział gwałtownie i chwycił ją za rękę. - Pora zaczynać. 

-   Zarzucił   sobie   torbę   ze   sprzętem   na   ramię   i   wyszedł   przed   dom.   -   Gdzie   twój 

kostium?

- Mam go na sobie - odparła.

Mocno wydeptana, zakurzona ścieżka otoczona była z obu stron niezliczoną 

ilością kwiatów i paproci. Laine zastanawiała się, czy jest jeszcze gdzieś na ziemi 

miejsce, gdzie przyroda ma tak czyste, żywe kolory, a zieleń tak wiele odcieni. W 

background image

wilgotnym, morskim powietrzu unosił się intensywny waniliowy zapach. Szli w ciszy, 

a słońce świeciło coraz mocniej nad ich głowami.

Po dziesięciu minutach Laine, z trudem łapiąc oddech, powiedziała:

- Mam nadzieję, że to już niedaleko. Czuję się, jakbym startowała w maratonie.

Dillon zwolnił tempo. Uśmiechnęła się z zadowoleniem. Każdy, choćby nawet 

tak mały sukces w  kontaktach z nim traktowała  jako osiągnięcie. Chwilę  później 

zapomniała o swoim triumfie.

Zatoka była miejscem odosobnionym. Otaczały ją palmy i krzewy hibiskusa o 

aksamitnych płatkach.  Pośród  przecudnej, egzotycznej przyrody  Kauai to miejsce 

wydawało   się   prawdziwą   perłą.   Woda   lśniła   i   połyskiwała   niezliczoną   ilością 

błękitnych refleksów.

Z okrzykami zachwytu zaczęła ciągnąć go pomiędzy palmami w stronę jasnego 

piasku plaży.

-   Och,   jak   tu   pięknie.   -   Okręciła   się   wokół   własnej   osi,   jakby   chciała   mieć 

pewność, że to wszystko dzieje się naprawdę. - Niepowtarzalnie i cudownie.

Błysk jego uśmiechu niczym orzeźwiająca bryza przegonił wszystkie chmury. 

Przez   krótką   chwilę   było   między   nimi   więcej   cichego   zrozumienia   niż   wrogiego 

napięcia. Było to uczucie równie niespodziewane, co przyjemne i kojące. Gwałtownie 

jak zawsze, Dillon przerwał idyllę i podszedł do torby, by wydobyć z niej sprzęt do 

nurkowania.

- Nurkowanie jest proste, kiedy już opanujesz nerwy i nauczysz się prawidłowo 

oddychać. Ważne jest, żeby jednocześnie być zrelaksowanym, ale i czujnym - wyjaś-

niał w prostych słowach podstawowe zasady poruszania się w wodzie. Opowiadając o 

technikach nurkowania, pomagał jednocześnie w dopasowaniu maski.

background image

- Przećwiczmy to w wodzie. - Podał jej rurkę i maskę.

Ściągnął koszulę i rzucił na torbę. Stanął nad nią i poprawił pasek w swojej 

masce.

Jego opalony tors był mocno owłosiony. Skóra sprężyście napinała mu się na 

żebrach. Wyblakłe dżinsy wisiały nisko na wąskich biodrach. Z zaskoczeniem poczuła 

falę ciepła w sercu. Spuściła oczy, udając, że obserwuje piasek.

- Rozbieraj się!

Laine otworzyła oczy ze zdumienia i cofnęła się o krok.

- No chyba że masz zamiar pływać w tym stroju - dodał. Usta zadrżały mu w 

mimowolnym uśmiechu. Odwrócił się i ruszył w kierunku wody.

Mimo swego zawstydzenia, próbowała naśladować swobodę Dillona. Nieśmiało 

zdjęła koszulkę i dżinsy. Złożyła ubranie i podążyła za Dillonem. Czekał już w wodzie, 

która z pluskiem rozbijała się o jego uda. Przeanalizował każdy centymetr jej nagiego 

ciała, aż wreszcie zatrzymał wzrok na jej twarzy.

- Trzymaj się blisko mnie - polecił. - Popływamy chwilę na powierzchni, zanim 

zaczniesz nurkować. - Założył i dopasował jej maskę.

Powoli   posuwali   się   po   płyciźnie.   Promienie   słońca   docierały   aż   do   dna, 

oświetlając tańczące i kołyszące się wodorosty. Laine zapomniała o wskazówkach i 

próbowała zaczerpnąć powietrza pod wodą. Wynurzyła się, nie mogąc złapać tchu.

- Co się stało? - zapytał, podczas gdy ona kaszlała i prychała. - Musisz zwracać 

większą uwagę na to, co robisz - przestrzegł. Klepnął Laine mocno w plecy i uniósł jej 

maskę. - Gotowa?

Wzięła trzy głębokie oddechy, zanim była w stanie coś wykrztusić.

- Tak - odpowiedziała.

background image

Zanurzyła się ponownie. Krok po kroku wpływała na głębszą wodę, trzymając 

się przy boku Dillona. Poruszał się w wodzie z taką swobodą, jak ptak w powietrzu. 

Wkrótce Laine nauczyła się odczytywać sygnały, jakie dawał jej ręką pod wodą, sama 

też zaczęła porozumiewać  się z nim w  ten  sposób.  Otoczyły  ich ciekawskie  ryby. 

Przyglądała się im szeroko otwartymi oczami i zastanawiała się, kto kogo przyszedł 

obserwować.

Kiedy   wynurzyła   się   na   powierzchnię,   potrząsnęła   głową   i   ochlapała   maskę 

Dillona. Śmiejąc się, stanęła na dnie, gdyż w tym miejscu woda sięgała jej do pasa.

- Och, to było wspaniałe! Nigdy nie widziałam czegoś tak pięknego. Te kolory i 

tyle połączonych ze sobą odcieni błękitu i zieleni. Człowiekowi zaczyna wydawać się, 

że na całym świecie nie istnieje nic poza nim samym i tym niezwykłym miejscem.

Jej policzki zaróżowiły się z podniecenia, oczy przybrały barwę morza, a lśniące 

włosy w kolorze ciemnego złota ściśle przylegały do jej głowy. Teraz, gdy jej twarzy 

nie   okalały   loki,   zdawała   się   jeszcze   delikatniejsza   i   bardziej   krucha.   Dillon 

przyglądał się jej w milczeniu. Uniósł maskę i uśmiechnął się.

- Nigdy dotąd nie robiłam nic tak fantastycznego! Mogłabym zostać tam na 

dole na wieki. Tyle jest tam pięknych rzeczy do oglądania, do dotknięcia. Zobacz, co 

znalazłam. Jest piękna. - Trzymała fantazyjnie poskręcaną muszlę w obu rękach, 

gładząc palcem bursztynowe krawędzie. - Co to jest?

Dillon chwycił muszlę i obracał ją chwilę w dłoniach, zanim jej oddał, podając 

miejscową nazwę jakiegoś ślimaka.

- Wokół wyspy znajdziesz dziesiątki takich i wiele innych muszli.

- Mogę ją zatrzymać? Czy to miejsce do kogoś należy?

Dillon zaśmiał się, uradowany jej entuzjazmem.

background image

- To prywatna zatoczka, ale znam właściciela. Nie sądzę, by miał coś przeciwko 

temu.

- Czy w muszli można usłyszeć szum morza? Podobno można. - Uniosła muszlę 

do ucha. Gdy usłyszała niski, wibrujący dźwięk, w jej oczach pojawił się zachwyt.

Oh, c'est incroyable - podekscytowana, nawet nie zauważyła, że swój zachwyt 

wyraża po francusku. Zresztą nie tylko słowami, ale i gestami. Zatrzymała wzrok na 

Dillonie, jedną ręką trzymała muszlę przy uchu, a drugą żywo gestykulowała. - Oh 

entend le bruit de la mer, Cest merveilleux! Dillon, ecoute.

Podała mu muszlę, pragnąc podzielić się odkryciem. Dillon śmiał się. Śmiał się 

tak, jak podczas żartów z jej ojcem.

- Wybacz, księżniczko, ale nic nie zrozumiałem.

-   O   rany,   nie   pomyślałam.   Od   bardzo   dawna   nie   mówiłam   po   angielsku.   - 

Odgarnęła włosy z twarzy i uśmiechnęła się do niego ciepło. - Muszla jest niesa-

mowita, naprawdę można usłyszeć w niej morze.

Słowa   zamarły   w   jej   ustach,   kiedy   spostrzegła,   że   z   jego   twarzy   znikło 

rozbawienie. Emocje, które ich ogarnęły, sprawiały, że serce tłukło się jak oszalałe w 

jej   piersi.   Umysł   krzyczał,   żeby   uciekać,   ale   jej   ciało   najwidoczniej   miało   inne 

pragnienia. Nie odsunęła się, gdy Dillon wyciągnął rękę i ją objął.

Po raz pierwszy czuła męską dłoń wędrującą po jej nagiej skórze. Nie dzieliło 

ich nic poza wodą, która obmywała ich ciała. W promieniach złotego słońca poddała 

się pieszczotom jego dłoni, aż zaczęło się jej wydawać, że nigdy się nie rozdzielą. 

Pragnęła już tylko, żeby stali się jednym, póki słońce nie zniknie, a świat nie stanie w 

miejscu.

Dillon uwolnił ją z objęć. Powoli zabrał ręce, jakby nie miał ochoty rezygnować 

background image

z czegoś, co już przez chwilę do niego należało. W westchnieniu Laine słychać było 

zadowolenie i rozpacz po utracie nowo odkrytej przyjemności.

-   Przysiągłbym   -   mruknął,   przyglądając   się   jej   uważnie   -   że   albo   jesteś 

pierwszorzędną aktorką, albo zakonnicą, która właśnie wyszła z klasztoru.

Laine spłoniła się i odwróciła, aby uciec w stronę piasku na plaży.

-   Poczekaj.   -   Złapał   ją   za   ramiona   i   obrócił   w   swoją   stronę.   Obserwował 

uważnie jej rumieńce. - Czegoś tak wspaniałego nie widziałem od lat. Księżniczko, 

muszę przyznać, że mnie zadziwiasz. Kolejny już raz - dodał, i choć nadal uśmiechał 

się kpiąco, to nie było już w jego głosie złośliwości. - Bez względu na to, czy jest to 

działanie przemyślane, czy też wynika z twojej niewinności.

Tym   razem   pocałunek   był   delikatny   i   drażniący   zarazem.   Nie   potrafiła   się 

bronić i oddała całkowicie jego namiętności. Objęła go mocno. Czuła pod dłońmi 

każdy jego mięsień. Nie zdając sobie sprawy z siły swego uroku, kusiła Dillona swoją 

niewinnością. Odsunął ją od siebie i spojrzał pochmurnie.

- Masz w sobie niezwykłą moc - powiedział po chwili i pozwolił jej odetchnąć. - 

Usiądźmy na moment. - Chwycił jej dłoń i pociągnął w stronę piasku.

Rozłożył duży ręcznik i położył się na nim. Laine wahała się chwilę, ale posadził 

ją siłą.

- Nie. gryzę, księżniczko.  Co najwyżej skubię. Wyciągnął  papierosy  z  torby, 

wsparł się na łokciach i zapalił jednego. Jego mokra skóra błyszczała w słońcu. Laine, 

która   czuła   się   niezręcznie,   siedziała   sztywno   na   brzegu   ręcznika   z   muszlą   w 

dłoniach.   Starała   się   zrozumieć   uczucia,   jakimi   darzyła   Dillona,   a   także   ich 

przyczynę. Wiedziała, że to jest naprawdę ważne. I że to będzie ważne przez całe jej 

przyszłe życie. Taki nienazwany jeszcze dar. Niespodziewanie poczuła się szczęśliwa, 

background image

jak   w   chwili,   kiedy   usłyszała   szum   muszli.   Przyglądając   się   jej,   uśmiechnęła   się 

ciepło.

- Obchodzisz się z tą muszlą jak z nowo narodzonym dzieckiem.

Odwróciła   się   w   stronę   Dillona   i   zobaczyła,   jak   szczerzy   zęby   w   uśmiechu. 

Pomyślała, że nigdy wcześniej nie była tak uradowana.

- To moja pierwsza pamiątka. No i nigdy jeszcze nie nurkowałam po skarby.

- Tylko pomyśl o tych wszystkich rekinach, które musiałaś pokonać, żeby go 

zdobyć. - Wypuścił dym w niebo.

-   Chyba   jesteś   zazdrosny,   bo   ty   nic   sobie   nie   wyłowiłeś.   Może   to   było 

samolubne z mojej strony, że nic dla ciebie nie wzięłam.

- Przeżyję.

- Nie znajdziesz takich muszli w Paryżu - wyjaśniła. - Dzieciaki będą ją cenić, 

zupełnie jakby to były złote dukaty.

- Dzieciaki?

Laine przyglądała się uważnie swojemu skarbowi. Gładziła palcami delikatną 

powierzchnię muszli.

-   Moi   uczniowie   w   szkole.   Większość   z   nich   widziała   takie   rzeczy   tylko   w 

książkach.

- Ty uczysz?

Pochłonięta odkrywaniem każdego załamania powierzchni muszli, Laine nie 

dostrzegła niedowierzania w jego pytaniu. Odpowiedziała machinalnie:

-   Tak,   angielskiego   francuskich   uczniów   i   francuskiego   angielskich,   którzy 

mieszkają we Francji. Kiedy skończyłam szkołę, zostałam tam jako nauczycielka. Nie 

miałam   dokąd   iść,   a   internat   był   przecież   moim   domem.   Dillon,   czy   myślisz,   że 

background image

mogłabym tu co jakiś czas przyjechać i poszukać jeszcze jakiejś muszli? Dziewczyny 

w szkole byłyby zachwycone, one mają tam bardzo mało rozrywek.

- A gdzie była twoja matka?

- Co? - Zaskoczona zauważyła, że Dillon siedzi wyprostowany i badawczo ją 

obserwuje. - Co ty powiedziałeś? - spytała zmieszana zmianą jego tonu.

- Spytałem, gdzie była twoja matka?

- Kiedy byłam w szkole? Ona mieszkała w Paryżu. - Niespodziewany gniew w 

jego głosie bardzo ją speszył. Spróbowała zmienić temat. - Chciałabym jeszcze raz 

obejrzeć lotnisko, myślisz, że...

- Przestań - przerwał jej.

Drgnęła   nerwowo   na   tę   suchą,   ostrą   komendę.   Momentalnie   przeszła   do 

defensywy.

- Nie ma potrzeby krzyczeć. Całkiem dobrze cię słyszę z tego miejsca.

- Nie zmieniaj tematu, księżniczko. Chcę usłyszeć tylko kilka odpowiedzi. - Z 

wściekłością i determinacją odrzucił papierosa.

- Przepraszam, Dillon. - Wstała i odsunęła się od niego. - Nie jestem w nastroju 

na szczegółowe przesłuchanie.

Mamrocząc   przekleństwa   pod   nosem,   zerwał   się   na   nogi   i   chwycił   ją   z 

zaskakującą szybkością.

- Ależ z ciebie numerek! Połapać się nie można w twoich nastrojach. Już sam 

nie wiem, który z nich jest prawdziwy. Kim ty, do diabła, jesteś?

- Mam już dość powtarzania ci, kim jestem - odpowiedziała cicho. - Nie wiem, 

co chcesz usłyszeć, nie wiem, kim chcesz, żebym była.

Jej   odpowiedź   i   łagodny   ton   jeszcze   bardziej   go   rozwścieczyły.   Ścisnął   ją 

background image

mocniej   i   potrząsnął,   ale   nim   zdążył   dokończyć,   ktoś   zawołał   jego   imię.   Zaklął 

ponownie, puścił Laine i odwrócił się do postaci, która właśnie wyszła z tunelu palm.

Przez   chwilę   pomyślała,   że   to   duch   tej   wyspy   sunie   po   piasku.   Skóra 

dziewczyny   była   śniadozłota,   a   podkreślał   to   dodatkowo   szkarłatno   -   granatowy 

sarong. Kaskada hebanowych włosów opadała na jej ramiona i plecy, falując w takt 

jej ruchów. Oczy, o kształcie migdałów, obrysowane ciemną aksamitną obwódką, 

mieniły się bursztynowym kolorem. Ponętny uśmiech przebiegł przez jej egzotyczną 

twarz. Uniosła rękę w powitalnym geście i Dillon zrobił to samo.

- Witaj, Orchideo.

Dopiero gdy dziewczyna uniosła głowę i musnęła wargami usta Dillona, Laine 

zrozumiała, że ma do czynienia z istotą śmiertelną.

- Miri powiedziała, że idziesz ponurkować, więc wiedziałam, że tu cię znajdę. - 

Jej głos brzmiał niczym delikatna muzyka.

- Laine Simmons, Orchidea King. - Dillon dokonał szybkiej prezentacji. - Laine 

jest córką kapitana - dodał, patrząc na Orchideę.

- Ach, rozumiem. - Spojrzała badawczo, kryjąc podejrzliwość za wymuszonym 

uśmiechem. - Jak to miło, że wreszcie przyjechałaś. Długo zostaniesz?

-   Tydzień,   może   dwa.   -   Wyprostowała   się,   aby   spojrzeć   jej   w   oczy.   -   A   ty 

mieszkasz na wyspie?

- Tak, choć często z niej wyjeżdżam. Jestem stewardesą. Właśnie wróciłam z 

lądu i mam kilka dni wolnych. Chciałam zamienić niebo na morze. Mam nadzieję, że 

zaraz   wracacie   do   wody.   -   Uśmiechnęła   się   do   Dillona   i   położyła   mu   rękę   na 

ramieniu. - Byłabym szczęśliwa, gdybym miała towarzystwo.

Dillona   otaczała   niezwykle   magiczna   aura.   W   zasadzie   nie   musiał   nic 

background image

specjalnego robić - wystarczyło, że się uśmiechnął.

- Jasne. Mam kilka godzin wolnych.

- Ja chyba wrócę do domu - powiedziała szybko Laine. Czuła się niezręcznie, 

jakby im przeszkadzała. - Pierwszego dnia nie powinnam tak długo przebywać na 

słońcu. - Podniosła i włożyła swoją koszulkę. - Dziękuję, Dillon, że poświęciłeś mi 

tyle czasu. - Schyliła się po resztę rzeczy. - Miło było panią poznać, pani King.

- Jestem pewna, że się jeszcze spotkamy. - Orchidea zdjęła sarong, odsłaniając 

skąpe bikini i zachwycające ciało. - Na tej wyspie wszyscy jesteśmy bardzo przyja-

cielsko nastawieni. Prawda, kuzynie? - Mimo iż był to powszechnie używany zwrot, 

Orchidea sugerowała, że z Dillonem łączy ją o wiele bliższa relacja.

-   Bardzo   przyjacielsko   -   zgodził   się   z   taką   lekkością,   że   Laine   wyczuła,   jak 

swobodnie czuje się w jej towarzystwie.

Mruknęła słowa pożegnania i ruszyła w kierunku rozłożystych palm. Za sobą 

słyszała śmiech i melodyjny głos Orchidei. Spojrzała za siebie, zanim liście zasłoniły 

jej widok. Zobaczyła, jak dziewczyna oplotła ramionami szyję Dillona, zbliżając do 

jego ust swe wargi w powitalnym pocałunku.

background image

ROZDZIAŁ PIĄTY

Spacer powrotny znad zatoki pozwolił Laine przemyśleć ostatnie wydarzenia. 

Miała czas, żeby zastanowić się, jak wiele różnych emocji niosła ze sobą, tak krótka 

przecież, znajomość z Dillonem O'Brianem. Irytacja, rozdrażnienie, uraza i gniew 

stały na pierwszym miejscu. A z drugiej strony, z niewyjaśnionych powodów, były też 

momenty harmonii i zrozumienia między nimi. Jak choćby te z dzisiejszego poranka. 

Czuła   się   przy   nim   naprawdę   beztrosko.   A   przecież,   przyznała   ponuro,   nigdy 

wcześniej nie czuła się tak swobodnie w męskim towarzystwie.

Było coś niezwykle naturalnego w ich zbliżeniu. Zupełnie jakby ciało zostało 

stworzone do kontaktu z drugim ciałem, usta z drugimi ustami. Czuła prawdziwą 

wolność w jego ramionach.

Zatrzymała   się,   żeby   zerwać   różowy   kwiat   hibiskusa.   Nerwowo   szarpnęła 

łodygą.   Jej   uczucia   zostały   zranione   najpierw   przez   niespodziewany   atak   szału 

Dillona, a potem przez pojawienie się tej ciemnoskórej piękności.

Orchidea, Rose... Zmarszczyła czoło na myśl o tych wszystkich kokietkach u 

jego boku. Potrząsnęła głową, jakby chciała zrzucić z siebie całe przygnębienie. Może 

Dillon ma zamiłowanie do kobiet o imionach pochodzących od kwiatów, pomyślała. 

Oczywiście,  kontynuowała rozmyślania,  nieświadomie  odrywając  płatki  hibiskusa, 

on rozdaje pocałunki bez większego zaangażowania. I zapewne pocałował mnie tylko 

dlatego,   że   akurat   znalazłam   się   na   jego   drodze.   Najwyraźniej,   myślała,   szarpiąc 

odruchowo zerwane kwiaty, Orchidea King ma do zaoferowania znacznie więcej niż 

ja.   Ona   sprawia,   że   czuję   się   jak   mały,   szary   wróbel   przy   barwnym,   pięknym 

flamingu. Ciężko by mi było oczarować Dillona swoją kobiecością. Zwłaszcza że i tak 

już   mnie   znielubił.   Poza   tym   to   przecież   wcale   nie   chcę   przyciągać   jego   uwagi. 

background image

Zdecydowanie nie, przypodobanie się temu okropnemu facetowi to ostatnia rzecz, o 

jakiej marzę. Spojrzała groźnie na postrzępiony kwiat. Westchnęła i wyrzuciła go, 

jednocześnie przyspieszając kroku.

Zaniosła   muszlę   do   swego   pokoju,   przebrała   się   i   zeszła   na   dół.   Czuła   się 

apatycznie, była zagubiona. W dobrze zorganizowanym systemie lekcji, posiłków i 

przydzielonych   zadań   jej   czas   był   dokładnie   zagospodarowany.   Teraz   brak 

jakichkolwiek wymogów sprawiał, że poczuła się niespokojna. Wspomniała, ile to 

razy w ciągu napiętego dnia tęskniła za krótką przerwą, kiedy mogłaby spokojnie 

poczytać lub choćby pobyć sama. Teraz miała mnóstwo wolnego czasu, a marzyła o 

jakimś konkretnym zajęciu. Bała się bezczynnych, pustych godzin. Bała się myśleć. 

Zazwyczaj   unikała   rozważań   o   swojej   sytuacji   czy   też   zastanawiania   się   nad 

przyszłością.

Od kiedy tu przyjechała, nikt jeszcze nie pokazał jej całego domu. Przez chwilę 

się wahała, ale ciekawość zwyciężyła i Laine postanowiła to nadrobić. Odkryła, że jej 

ojciec żył prosto, bez zbędnych ozdóbek i świecidełek. Dom urządzony był skromnie, 

w sam raz na potrzeby samotnego mężczyzny. Było trochę książek, ale nie wyglądały 

na   zbyt   często   otwierane.   Po   ilości   magazynów   o   tematyce   lotniczej   bez   trudu 

zorientowała się, co czyta jej ojciec. W oknach, zamiast tradycyjnych zasłon, wisiały 

bambusowe rolety, tkane maty zastąpiły dywaniki.

Zaczęła  rysować  sobie  w myślach obraz  mężczyzny, którego  satysfakcjonuje 

takie skromne życie, który żyje cicho, każdego dnia podobnie, i który całą energię 

wkłada   w   swoją   jedyną   miłość,   czyli   latanie.   Zaczynała   rozumieć,   dlaczego 

małżeństwo   ich   rodziców   rozpadło   się.   Skromny   styl   życia   ojca   nie   pasował   do 

pretensjonalnych zachowań matki. Ona nie miała satysfakcji z jego sposobu bycia, 

background image

on   czuł   się   zagubiony   w   jej   świecie.   Skonstatowała   ze   smutkiem,   że   zaczyna 

rozumieć,  dlaczego  nie  mogła   znaleźć  wspólnego   języka   ani  z  matką,  ani  teraz z 

ojcem.

Podniosła z półki zdjęcie oprawione w czarną ramkę. Ze zdjęcia uśmiechał się 

do niej młody kapitan Simmons, obejmujący ramieniem Dillona O'Briana. Dillon też 

się uśmiechał, ale po swojemu  - zadziornie. W ich wzroku  widać było wzajemne 

zrozumienie i swobodę. Poczuła rozgoryczenie, widząc, że Kapitan i Dillon wyglądają 

na tym zdjęciu niczym ojciec i syn. Lata, które razem spędzili, są na zawsze dla mnie 

stracone, pomyślała ze smutkiem.

To   nie   jest   w   porządku,   przemknęło   jej   przez   myśl.   Jej   ciałem   wstrząsnął 

dreszcz. Przycisnęła zdjęcie do piersi i zamknęła oczy. Kogo ja obwiniam? - pytała się 

w myślach. Kapitana, że kogoś potrzebował? Dillona, że jest stąd? Szukanie winnych 

i   oglądanie   się   wstecz   nic   tu   nie   pomoże.   No   dobrze,   pora   na   kontynuowanie 

zwiedzania. Odetchnęła głęboko, odstawiła zdjęcie i ruszyła dalej. Kiedy weszła do 

kuchni, Miri powitała ją promiennym uśmiechem.

- Przyszłaś na lunch? - Miri spojrzała spod przymkniętych lekko powiek. - No 

proszę, nabrałaś już trochę koloru.

Laine rzuciła okiem na swoje nagie ramiona i ucieszyła się na widok delikatnej 

opalenizny.

- W zasadzie nie przyszłam wcale jeść. - Uśmiechnęła się do Miri i zatoczyła 

ręką koło. - Zwiedzam dom.

- Świetnie. A teraz siadaj. - Miri wskazała długim nożem drewniany stół. - I 

nigdy więcej nie ściel swojego łóżka, to moja praca - rozkazała i postawiła przed nią 

szklankę mleka. Poranek z Dillonem był udany?

background image

- Tak, było miło. - Laine sięgnęła po kanapkę, a Miri zajęła miejsce po drugiej 

stronie stołu. - Nigdy nie przypuszczałam, że jest tyle fascynujących rzeczy pod wodą. 

Dillon to doskonały nauczyciel i przewodnik.

- On  zawsze  jest albo  w  wodzie,  albo w powietrzu.   Powinien  trochę  więcej 

pochodzić po ziemi. - Odchyliła się na krześle i patrząc na nią uważnie, dodała: - On 

bardzo cię pilnuje.

-   Tak,   wiem   -   wydukała   Laine.   -   Zupełnie   jakbym   była   na   zwolnieniu 

warunkowym. Poznałam dziś pannę King. - Laine zmieniła temat. - Przyszła nad 

zatokę.

- Orchidea King. - Miri wymamrotała coś w niezrozumiałym języku.

- Ona  jest taka pełna życia i przyciągająca  uwagę. Przypuszczam,  że  Dillon 

znają od dawna.

-   Wystarczająco   długo.   Ale   nie   udało   się   jej   jeszcze   go   usidlić.   -   Miri 

uśmiechnęła się chytrze. - Myślisz, że Dillon jest przystojny?

- Czy jest przystojny? - powtórzyła zaskoczona Laine, nie rozumiejąc, do czego 

Miri zmierza. - Tak, Dillon jest bardzo atrakcyjnym mężczyzną. To znaczy, tak sądzę. 

Nie znam zbyt wielu mężczyzn.

- Powinnaś się więcej  do niego uśmiechać - doradziła jej Miri z zadumą. - 

Sprytna kobieta w ten sposób przekazuje mężczyźnie swoje myśli.

- On nie daje mi zbyt wielu powodów, żeby się do niego uśmiechać. Poza tym 

przypuszczam, że dostaje wystarczająco dużo uśmiechów z innych źródeł.

- Dillon przyciąga uwagę wielu kobiet. Jest bardzo hojnym mężczyzną. - Miri 

zachichotała   i   Laine   w   lot   zrozumiała   podtekst   tego   żartu.   -   Nie   znalazł   jeszcze 

kobiety, która sprawiłaby, że stałby się mniej rozrzutny. A teraz ty... - Miri postukała 

background image

się palcem w nos, jakby coś rozważała. - Moglibyście przydać się sobie nawzajem. On 

mógłby uczyć ciebie, a ty jego.

- Ja Dillona? - Zaśmiała się szczerze. - Nie można uczyć kogoś, kogo się nie zna, 

Miri, a ja poznałam go dopiero wczoraj. Jedyne, co do tej pory robi, to wprawia mnie 

w   zakłopotanie.   Nigdy   nie   wiem,   co   przyjdzie   mu   do   głowy   następnym   razem   - 

westchnęła.   -   Myślę,   że   mężczyźni   są   bardzo   dziwni,   Miri.   Zupełnie   ich   nie 

rozumiem.

- Zrozumieć mężczyzn? - Miri roześmiała się głośno. - Co w nich jest takiego, co 

chciałabyś zrozumieć? Jedyne, czego potrzebujesz, to czerpać radość z bycia z nimi. 

Miałam trzech mężów i żadnego z nich nie rozumiałam. Ale - uśmiechnęła się jak 

młoda dziewczyna - miałam dużo przyjemności.

- Nie sądzę... to znaczy, oczywiście, wcale nie chciałabym, żeby on... ale... - 

Laine jąkała się, nie mogąc zebrać myśli. - Jestem pewna, że Dillon nie byłby mną 

zainteresowany. Wygląda na to, że ma bardzo udany związek z panną King. A poza 

tym - wzruszyła ramionami, czując rosnące przygnębienie - jest w stosunku do mnie 

nieufny.

- Tylko głupia kobieta pozwala, aby jej przeszłość wpływała na teraźniejszość. - 

Miri   splotła   palce   i   odchyliła   się   na   krześle.   -   Chcesz   odzyskać   miłość   ojca, 

chudzielcu? Czas i cierpliwość pozwolą ci to osiągnąć. Pragniesz Dillona? - Uniosła 

rękę, zatrzymując automatyczny protest Laine. - Naucz się walczyć, tak jak potrafi 

walczyć kobieta. - Wstała. Kwiaty na jej muumuu zatrzepotały. - A teraz wynocha z 

mojej kuchni. Mam masę roboty.

Laine wstała posłusznie i ruszyła w stronę drzwi.

- Miri... - Odwróciła się, przygryzając wargi. - Byłaś bardzo blisko mego ojca 

background image

przez wiele lat.  Czy  nie  masz... - Laine  zawahała  się, ale pospiesznie  dokończyła 

zdanie. - Czy nie masz mi za złe, że pojawiłam się tak nagle po tylu latach?

- Za złe? - powtórzyła. - Nie mam ci za złe, ponieważ byłaby to wyłącznie strata 

czasu. Zresztą nie mogłabym się gniewać na dziecko. - Wyjęła dużą łyżkę i uderzyła 

nią   gniewnie   w   dłoń.   -   Kiedy   opuściłaś   kapitana   Simmonsa,   byłaś   dzieckiem   i 

odeszłaś ze swoją matką. Teraz nie jesteś już dzieckiem. I jesteś tutaj. Co mogłabym 

ci mieć za złe? - Wzruszyła ramionami i odwróciła się w stronę kuchenki.

Laine poczuła, że łzy napływają jej do oczu. Zacisnęła powieki i wzięła głęboki 

oddech.

- Dziękuję ci, Miri - mruknęła i wróciła do swojego pokoju.

Myśli wirowały w jej głowie, kiedy siedziała sama w swojej sypialni. Tak jak 

Dillon, obejmując ją, otworzył jej drzwi do uśpionych emocji, tak słowa Miri obudziły 

w niej uśpione obawy.

Czas i cierpliwość, powtarzała w myślach. Czas i cierpliwość - to była recepta 

Miri na zbolałe serce. Ale ja mam tak mało czasu i tylko nieco więcej cierpliwości. 

Jak mogę odzyskać miłość ojca w ciągu kilku dni? Potrząsnęła głową, nie potrafiąc 

znaleźć odpowiedzi. A Dillon... Poczuła ucisk w sercu. Opadła na łóżko i wpatrzyła się 

w sufit. Dlaczego on musi komplikować i tak już niezwykle skomplikowaną sytuację? 

Dlaczego w jednej chwili jest taki delikatny i sprawia, że czuję się jak kobieta, a zaraz 

potem staje się taki brutalny i podejrzliwy? Potrafi być tak łagodny i ciepły, kiedy 

trzyma   mnie   w   ramionach.   A   potem...   Zdenerwowana   odwróciła   się   i   przytuliła 

policzek do poduszki. Potem jest taki zimny, że nawet jego oczy zdają się być pełne 

agresji. Gdybym tylko mogła przestać o nim myśleć i zapomnieć, jakie to cudowne 

uczucie, kiedy mnie całuje.

background image

Pukanie do drzwi poderwało ją na równe nogi. Podeszła do nich, poprawiając 

zmierzwione włosy. W drzwiach stał Dillon, w nowym stroju, odświeżony i rześki. 

Laine   wyglądała   przy   nim   na   zdezorientowaną   i   zaspaną.   Patrzyła   na   niego,   nie 

umiejąc zebrać myśli ani powiedzieć słowa. Dillon zmarszczył brwi i przyglądał się jej 

zaspanym oczom i zaróżowionym policzkom.

- Obudziłem cię?

- Nie, ja tylko... - Zerknęła na zegarek i ze zdumieniem zorientowała się, że 

przeleżała w łóżku ponad godzinę. - Tak - przyznała. - Myślę, że czas spędzony w 

samolocie daje mi się wreszcie we znaki. - Przygładziła dłonią włosy i próbowała 

odnaleźć się w sytuacji. - Nawet nie zdawałam sobie sprawy z tego, że zasnęłam.

Dillon oparł się nonszalancko o framugę drzwi i nadal jej się przyglądał.

- Jadę na lotnisko. Pomyślałem, że może masz ochotę się przejechać. Mówiłaś, 

że chciałabyś je jeszcze raz zobaczyć.

- Tak, chętnie - odparła, zaskoczona jego niewymuszoną uprzejmością.

- A więc... - odpowiedział sucho, dając jej gestem znak, żeby szła za nim.

- Za chwilę zejdę na dół. To mi zajmie tylko minutkę, obiecuję.

- Wyglądasz, jakbyś już była gotowa.

- Muszę się tylko uczesać.

- Ale twoje włosy są w porządku. - Złapał ją za rękę i wyciągnął z pokoju, zanim 

zdołała zaprotestować.

Kiedy   wyszli   na   zewnątrz,   Dillon   wcisnął   jej   w   ręce   kask.   Laine   stała 

zaskoczona. Po chwili ujrzała przed sobą lśniący motocykl. Spojrzała na kask, na 

motocykl, a potem na Dillona.

- Pojedziemy... tym?

background image

- Zgadza się. Rzadko jeżdżę na lotnisko samochodem.

- Dziś chyba jest ten dzień, kiedy warto by skorzystać z samochodu - doradziła. 

- Nigdy nie jechałam motocyklem.

- Księżniczko, wszystko, co musisz robić, to usiąść za mną i się trzymać. - Wziął 

kask i włożył jej na głowę. Wsiadł na motocykl i włączył silnik. - Wskakuj.

Kiedy dotarli na lotnisko, Dillon zatrzymał się przed hangarem.

- Jesteśmy na miejscu, księżniczko. Koniec trasy. Zsiadła z motoru i próbowała 

zdjąć kask.

- Tutaj. - Dillon jej pomógł. - Jesteś cała?

- Szczerze mówiąc - odparła - chyba nawet mi się podobało.

- To ma swoje zalety. - Powiódł rękami wzdłuż jej ramion i chwycił ją w talii. 

Stała nieruchomo, pragnąc, aby nie przestał jej dotykać. Przylgnął do niej wargami. 

Dreszcz przebiegł jej po skórze. - Później - powiedział, cofając się - mam zamiar 

zrobić   to   w   bardziej   satysfakcjonujący   sposób.   Ale   teraz   mam   pewną   pracę   do 

wykonania. - Powolnym ruchem pogładził jej biodra.

- Kapitan chciałby pokazać ci okolicę. Czeka na ciebie. Trafisz sama?

- Oczywiście. - Laine zrobiła krok do tyłu, zmieszana szybkim biciem swego 

serca. Dzieląca ich odległość nie pomogła jednak wyciszyć emocji. - Czy mam iść do 

jego biura?

-   Tak.   W   to   samo   miejsce,   gdzie   byłaś   poprzednio.   Pokaże   ci   wszystko, 

cokolwiek chciałabyś zobaczyć. Uważaj, Laine. - W jego zielonych oczach nagle poja-

wił się chłód, a jego głos stał się szorstki. - Dopóki się do ciebie nie przekonam, nie 

możesz sobie pozwolić na najmniejszy błąd.

Przyglądała mu się przez chwilę. Poczuła chłód, a jej serce zaczęło znów bić 

background image

miarowo.

- Bardzo się obawiam - przyznała ze smutkiem - że zrobiłam już jeden poważny 

błąd.

Odwróciła się i odeszła.

background image

ROZDZIAŁ SZÓSTY

Laine   podeszła   do   małego,   otoczonego   palmami   budynku.   Przez   jej   głowę 

przebiegały myśli dotyczące wszystkiego, co wydarzyło się w ciągu ostatnich dwu-

dziestu czterech godzin. Spotkała się z ojcem, dowiedziała o oszustwie matki i teraz 

musiała zweryfikować swoje marzenia.

W ciągu tak krótkiego czasu, od wschodu do zachodu słońca, odkryła także 

przyjemności i ograniczenia związane ze swą kobiecością. Dillon wyzwolił w niej no-

we, magiczne doznania. Ponownie jej rozum walczył z sercem, tłumacząc, że uczucia 

były   jedynie   wynikiem   pierwszego   fizycznego   zauroczenia.   To   nie   może   być   nic 

innego, zapewniała się. Nie można się zakochać w jeden dzień. I z całą pewnością nie 

w mężczyźnie takim jak Dillon O'Brian. Jesteśmy swoimi przeciwieństwami. On jest 

pewny siebie i wylewny. A do tego nie ma najmniejszych oporów w kontaktach z 

ludźmi. Zazdroszczę mu tej jego szczerej pewności siebie. Nie ma to związku z moimi 

uczuciami. Po prostu nie spotkałam nigdy nikogo takiego jak on. To dlatego jestem 

taka zmieszana.

Kiedy weszła do holu, kapitan wychodził właśnie ze swojego biura.

- Witaj, Laine. Dillon mówił, że chciałaś się przejść po okolicy.

- Tak. Z przyjemnością. Jeśli masz chwilę czasu.

- Oczywiście. - Zawahał się, zanim ujął ją pod ramię i poprowadził na zewnątrz. 

- To nie jest duże lotnisko - zaczął opowiadać, kiedy ruszyli na obchód. - Nasze 

podstawowe usługi to przewozy między wyspami i czarter. Prowadzimy też szkółkę 

lotniczą. To w gruncie rzeczy projekt Dillona.

- Kapitanie. - Laine przerwała mu gwałtownie i odwróciła się, aby na niego 

spojrzeć. - Wiem, że postawiłam cię w niewygodnej sytuacji. Zrozumiałam teraz, że 

background image

powinnam  wcześniej  napisać  do ciebie list  i  zapytać,  czy  mogę   przyjechać, a  nie 

wpadać tak bez uprzedzenia. To było bezmyślne z mojej strony.

- Laine...

-   Proszę.   -   Pokręciła   głową,   aby   jej   nie   przerywał   i   przyspieszyła   kroku.   - 

Zdałam sobie też sprawę, że ty masz swoje własne życie, dom, swoich przyjaciół. 

Miałeś piętnaście lat na to, aby ułożyć sobie wszystko. Nie zamierzam ingerować w 

żadną ze sfer twego życia. Wierz mi, nie chcę wchodzić ci w drogę, nie chcę, żebyś 

czuł... - Machnęła ręką z rezygnacją, bo zabrakło jej słów. - Chciałabym, żebyśmy 

zostali przyjaciółmi.

Kapitan przyglądał się jej, kiedy mówiła. Na koniec obdarzył ją uśmiechem 

dużo cieplejszym niż do tej pory.

- Wiesz - westchnął i poprawił ręką włosy - to nieco przerażające stanąć w 

obliczu dorosłej córki po tylu latach. Żałuję, że nie widziałem wszystkich etapów i 

zmian, jakie się w tobie dokonywały. Obawiam się, że nadał myślę o tobie jako o 

trudnym do poskromienia małym urwisie z warkoczykami i podrapanymi kolanami. 

Elegancka kobieta, która weszła wczoraj do mojego biura i przemówiła do mnie z 

delikatnym francuskim akcentem, jest dla mnie kimś zupełnie obcym. I kimś - dodał, 

gładząc   jej   włosy   -   kto   przywołuje   wspomnienia,   o   których   sądziłem,   że   dawno 

umarły   śmiercią   naturalną.   -   Westchnął   ponownie   i   wsunął   ręce   w   kieszenie.   - 

Niewiele wiem o kobietach. I prawdopodobnie nigdy nie wiedziałem. Twoja matka 

była najpiękniejszą i najbardziej skomplikowaną osobą, jaką kiedykolwiek znałem. 

Kiedy byłaś mała i byliśmy jeszcze razem we troje, przyjaźń z tobą zastępowała mi 

przyjaźń, której nigdy nie doznałem ze strony twej matki. Byłaś jedyną kobietą, jaką 

kiedykolwiek rozumiałem. Zawsze się zastanawiałem, czy to właśnie nie dlatego nic 

background image

mi się w życiu nie układało.

Laine długo mu się przyglądała.

-   Kapitanie,   dlaczego   się   z   nią   ożeniłeś?   Wygląda   na   to,   że   nie   mieliście 

żadnych wspólnych cech.

Potrząsnął głową i zaśmiał się krótko.

- Nie znałaś jej dwadzieścia lat temu. Bardzo się zmieniła, Laine. Niektórzy 

zmieniają się bardziej niż inni. - Ponownie potrząsnął głową i zapatrzył się w dal.

- Poza tym kochałem ją. Zawsze ją kochałem.

-   Przykro   mi.   -  Laine   czuła,   jak   łzy   napływają   jej   do   oczu.   Wbiła   wzrok   w 

ziemię. - Nie chciałam wszystkiego utrudniać.

-   Nie   utrudniasz.   Spędziłem   z   twoją   matką   także   miłe   chwile.   -   Przerwał   i 

czekał, aż Laine spojrzy na niego.

- Lubię je wspominać. - Wziął ją za ramię i ruszyli przed siebie. - Czy twoja 

matka była szczęśliwa, Laine?

- Szczęśliwa? - Pomyślała przez chwilę, wspominając zmienne nastroje i wesoły 

głos,   w   którym   jednak   zawsze   dało   się   słyszeć   nutę   niezadowolenia.   -   Myślę,   że 

Vanessa była tak szczęśliwa, jak tylko potrafiła być. Kochała Paryż i żyła tak, jak 

chciała.

-   Vanessa?   -   Kapitan   zmarszczył   brwi   i   spojrzał   na   Laine   z   góry.   -   To   tak 

mówisz o swojej matce?

-   Zawsze   mówiłam   jej   po   imieniu.   -   Uniosła   dłoń,   aby   osłonić   oczy   przed 

słońcem i przyglądała się, jak samolot schodzi do lądowania. - Mówiła, że określenie 

„mama”   ją   postarza.   Nie   znosiła   się   starzeć.   Czuję   się   lepiej,   wiedząc,   że   jesteś 

szczęśliwy w życiu, które wybrałeś. Latasz jeszcze, kapitanie? Pamiętam, jak bardzo 

background image

kiedyś to kochałeś.

- Ciągle jeszcze dokładam jakąś kolejną wylataną godzinę. Laine! - Chwycił ją 

za ramiona i odwrócił twarzą do siebie. - Zadam ci jedno pytanie, a potem zostawimy 

ten temat na jakiś czas. Czy byłaś szczęśliwa?

Bezpośredniość   jego   pytania   i   intensywność   spojrzenia   spowodowały,   że 

poczuła   się   zmieszana.   Spojrzała   przed   siebie,   jakby   zaciekawił   ją   widok 

wysiadających z samolotu pasażerów.

- Byłam bardzo zajęta. Zakonnice poważnie podchodzą do kwestii nauki.

- Nie odpowiedziałaś na moje pytanie. A może...

- poprawił się, ściągając wąskie brwi - może właśnie odpowiedziałaś.

- Byłam zadowolona - odpowiedziała, uśmiechając się do niego. - Nauczyłam 

się naprawdę dużo i jestem zadowolona ze swego życia. Myślę, że to by każdemu 

wystarczyło.

- Może komuś, kto osiągnął mój wiek - odparł kapitan - ale nie bardzo młodej, 

uroczej kobiecie. - Zauważył, że zamiast uśmiechu na jej twarzy pojawił się grymas 

bezradności. - To nie wystarczy, Laine. Jestem zdziwiony, że na tym się zatrzymałaś. 

- Jego głos był tak surowy i pełen dezaprobaty, że poczuła, iż musi się bronić.

-   Kapitanie,   nie   miałam   możliwości...   -   przerwała,   zdając   sobie   sprawę,   że 

powinna ważyć słowa. - Nie traciłam czasu na walkę z wiatrakami - poprawiła się.

- Uniosła ręce, dłońmi do góry,  w typowym francuskim geście. - Być może 

doszłam do takiego punktu w życiu, kiedy powinnam coś zmienić.

Jego twarz złagodniała, kiedy Laine się do niego uśmiechnęła.

- W porządku. Zostawmy to na jakiś czas.

Nie   wspominając   więcej   o   przeszłości,   kapitan   poprowadził   Laine   wśród 

background image

samolotów ustawionych w równych rzędach. Gładził każdy z nich tak, jakby to było 

jego   dziecko,   opisując   z   dumą   ich   możliwości.   Dla   Laine   były   to   jednak 

niezrozumiałe   techniczne   określenia.   Mimo   wszystko   słuchała   go   uważnie, 

zadowolona z jego dobrego humoru, ciesząc się na sam dźwięk jego głosu. Od czasu 

do   czasu   dodawała   jakieś   uwagi,   które   świadczyły   o   nieznajomości   tematu   i 

wywoływały śmiech kapitana. Jego śmiech był dla niej czymś bardzo cennym.

Budynki były rozległe, schludne i bezpretensjonalne. Nad wszystkim górowała 

przeszklona wieża kontrolna. Kapitan wskazywał na każdy budynek, ale to samoloty 

były jego głównym obiektem zainteresowania.

-   Mówiłeś,   że   lotnisko   nie   jest   duże.   -   Rozejrzała   się   dookoła.   -   Wygląda 

oszałamiająco.

- To jest małe, rzadko uczęszczane miejsce, ale robimy, co w naszej mocy, aby 

funkcjonowało tak dobrze, jak międzynarodowe lotnisko w Honolulu.

- Czym zajmuje się Dillon? - Zadając to pytanie, tłumaczyła sobie, że to tylko 

zwykła ciekawość.

- Och, Dillon robi wszystko po trochu - odpowiedział ogólnikowo. - Ma talent 

organizatorski. Potrafi znaleźć rozwiązanie problemu, zanim faktycznie coś stanie się 

problemem. Poza tym zarządza ludźmi tak dobrze, że nawet nie zdają sobie sprawy, 

że   to   on   nimi   kieruje.   Potrafi   też   rozłożyć   samolot   na   części   i   ponownie   go 

zmontować. - Potrząsnął głową i uśmiechnął się. - Nie wiem, co bym bez niego zrobił. 

Bez jego zacięcia i determinacji byłbym co najwyżej pilotem samolotu, z którego 

opyla się uprawy.

-   Zacięcia?   -   powtórzyła,   przeciągając   słowo.   -  O  tak,   on   zdecydowanie   ma 

zacięcie, kiedy czegoś chce. Ale czy on... - zawahała się, nie mogąc znaleźć odpo-

background image

wiedniego   określenia   -   czy   nie   jest   przypadkiem   bardzo   nieskomplikowanym 

człowiekiem?

-   Życie   na   wyspie   determinuje   prosty,   na   swój   sposób,   styl   życia,   a   Dillon 

urodził się tutaj - zaczął kapitan. - Fakt, że jest normalny i unika pretensjonalnych 

zachowań, nie musi oznaczać, że brakuje mu inteligencji czy umiejętności. Dillon ma 

jedno i drugie, tylko że realizuje ambicje na swój specyficzny sposób.

Później, kiedy szli w stronę hangarów, Laine uświadomiła sobie, że między nią 

a   ojcem   powstaje   więź.   Kapitan   wyglądał   na   bardziej   zrelaksowanego   w   jej 

obecności, zachowywał się bardziej spontanicznie. Zdawała sobie sprawę, że ona też 

bardziej się otworzyła. Czuła się o wiele swobodniej.

- Mam spotkanie za kilka minut - powiedział kapitan, kiedy weszli do hangaru. 

- Muszę z powrotem oddać cię pod opiekę Dillona. Chyba że chcesz, bym poprosił 

kogoś o zawiezienie cię do domu?

-   W   porządku,   poradzę   sobie   -   zapewniła   go.   -   Może   po   prostu   trochę   się 

przejdę. Nie chciałabym się naprzykrzać.

- Nie naprzykrzałaś się. Bardzo miło było cię oprowadzić. Nic nie straciłaś ze 

swojej   dziecięcej   ciekawości.  Zawsze   chciałaś  wiedzieć,  jak  i  dlaczego,   i  zawsze   z 

zaciekawieniem słuchałaś odpowiedzi. Jeśli mnie pamięć nie myli, miałaś pięć lat, 

kiedy zażądałaś wyjaśnienia działania panelu kontrolnego Boeinga 707 - odkaszlnął, 

a Laine zauważyła, że zrobił to dokładnie tak, jak zapamiętała z dzieciństwa. - Miałaś 

tak   poważną   minę,   że   mógłbym   przysiąc,   że   wszystko   doskonale   zrozumiałaś.   - 

Poklepał jej dłoń i uśmiechnął się do Dillona, który zbliżał się do nich. - Cieszę się, że 

jesteś. Zaopiekuj się Laine, dobrze? Ja za chwilę spotykam się z Billetim.

- Wygląda na to, że dobrze  na tym wyszedłem.  Laine odwróciła się w jego 

background image

stronę i zobaczyła, jak opiera się o samolot i wyciera dłonie o kombinezon, w który 

był ubrany.

- Świetnie. Zatem do zobaczenia wieczorem. - Kapitan odwrócił się do Laine, 

dotknął jej policzka, po czym wszedł do budynku.

Uśmiechnięta zwróciła się w stronę Dillona i napotkała jego zasępiony wzrok.

- Och, proszę. Nie niszcz tego. To tylko taki maleńki gest.

Wzruszył ramionami i stanął twarzą do samolotu.

- Podobała ci się wycieczka? - spytał.

- Tak. - Kilka kroków, które zrobiła, żeby do niego dołączyć, odbiło się głośnym 

echem po hangarze. - Obawiam się jednak, że niewiele zrozumiałam z tego, co mi 

opowiadał, ale nie miałam odwagi przyznać się.

-   Jest   najszczęśliwszy,   kiedy   może   opowiadać   o   samolotach   -   skomentował 

Dillon. - Dopóki słuchasz, nie ma znaczenia, czy rozumiesz, co mówi - dodał. - Podaj 

mi tamten klucz dynamometryczny.

Laine spojrzała na rozłożone narzędzia i zaczęła szukać czegoś, co mogło być 

kluczem dynamometrycznym.

- Słuchałam z przyjemnością. Czy to jest ten klucz? Dillon spojrzał na przyrząd, 

który trzymała w ręku.

Z   rozbawieniem   popatrzył   na   nią   i   potrząsnął   przecząco   głową.   -   Nie, 

księżniczko. To ten klucz - oświadczył, wyszukawszy właściwe narzędzie.

- Dotychczas nie spędziłam zbyt wiele czasu przy samochodach czy samolotach 

- mruknęła.

Zagotowało się w niej na myśl,  co by  było,  gdyby  Dillon  poprosił o pomoc 

Orchideę King...

background image

- Kapitan powiedział, że założyłeś szkołę latania - zmieniła temat. - Sam też w 

niej uczysz?

- Czasami.

Zebrała się na odwagę i spytała szybko:

- Nauczysz mnie?

- Co? - Spojrzał na nią przez ramię.

- Czy nauczysz mnie latać samolotem?  - Zastanawiała się, czy Dillonowi  to 

pytanie wydało się równie śmieszne, jak jej samej.

- Może. - Studiował jej twarz, próbując rozgryźć, o co chodzi. Dostrzegł jedynie 

determinację w jej oczach. - Może - powtórzył. - Dlaczego chcesz się nauczyć? Taka 

zachcianka?

- Kapitan kiedyś wspominał, że mnie nauczy. Oczywiście - rozłożyła ręce w 

typowym dla Francuzów geście - byłam wtedy tylko dzieckiem, ale... - Wypuściła 

gwałtownie   powietrze,   uniosła   brodę   i   powiedziała   z   charakterystyczną   dla 

Amerykanów pewnością siebie: - Bo to musi być fajne.

Zmiana   w   jej   postawie   i   upór   w   głosie   sprawiły,   że   Dillon   nie   mógł 

powstrzymać śmiechu.

- Dobra, jutro jedną z was zabiorę do góry. Laine zmarszczyła brwi, próbując 

zrozumieć, co miał na myśli. Dillon podał jej klucz, by go odłożyła, a sam odwrócił się 

ponownie   do   samolotu.   Spojrzała   na   upapraną   smarem   rączkę   klucza.   Dillon 

spostrzegł wahanie, wymamrotał coś pod nosem, po czym podszedł do wieszaka i 

podał jej kombinezon roboczy.

- Masz, załóż to. Muszę tu chwilę zostać, więc możesz się przydać.

- Jestem pewna, że doskonale poradzisz sobie z tym beze mnie.

background image

-   Bez   wątpienia.   Tak   czy   inaczej   przebierz   się.   Pod   jego   czujnym   okiem 

ostrożnie ubrała obszerny kombinezon.

- Mój Boże! Utopisz się w tym! - Kucnął przed nią i zaczął podwijać nogawki 

spodni.

- Podejrzewam, że będę raczej zawadą niż pomocą.

- Zorientowałem się już jakiś czas temu - zripostował natychmiast.

Jego   głos   był   jednak   niezaprzeczalnie   pogodny,   kiedy   podwijał   jej   rękawy. 

Jednym płynnym ruchem zapiął jej suwak pod samą szyję. Spojrzeli sobie w oczy i 

Laine dostrzegła zmieniony wyraz twarzy Dillona. Przez ułamek sekundy pomyślała, 

że   widzi   w   jego   oczach   przebłysk   czułości.   Dillon   jednak   szybko   odwrócił   twarz, 

zaklął pod nosem i wsadził głowę do wnętrza samolotu.

- No dobra - zaczął energicznie. - Podaj mi śrubokręt. Ten z czerwoną rączką.

Laine wiedziała, jak wygląda śrubokręt, poszperała wśród narzędzi i znalazła 

go.

Dillon przez jakiś czas intensywnie pracował. Nie rozmawiali więc. Operowali 

tylko półsłówkami dotyczącymi niezbędnych narzędzi.

Laine zaczęła wypytywać go o różne szczegóły jego pracy. Nie wsłuchiwała się 

w odpowiedzi. Czerpała przyjemność z samego brzmienia i barwy jego głosu. Zajęty 

był pracą,  mogła  więc mu  się  swobodnie   przyjrzeć.  Bez skrępowania  patrzyła  na 

niezwykłą barwę jego oczu, obserwowała mocny zarys brody i opaleniznę na silnych 

ramionach. Jego twarz pokrywał jednodniowy zarost, a włosy w nieładzie opadały na 

kombinezon. Spostrzegła, że w chwilach zwiększonej koncentracji unosi prawą brew.

Odwrócił się do niej, żeby o coś poprosić, ale Laine nie reagowała, wpatrzona w 

jego oczy.

background image

- Coś nie tak? - spytał zdziwiony.

Laine potrząsnęła gwałtownie głową i nerwowo przełknęła.

-   Nie,   ja...   Coś   chciałeś?   Przepraszam,   zamyśliłam   się.   -   Pochyliła   się   nad 

skrzynią z narzędziami.

Dillon   bez   słowa   podniósł   potrzebne   narzędzie   i   wrócił   do   pracy.   Laine, 

wdzięczna za to, że był tak zaabsorbowany, zamknęła oczy.

Miłość,   zaczęła   rozmyślać,   nie   powinna   pojawiać   się   tak   niespodziewanie. 

Powinna nadpływać powoli, wspierana czułością i łagodnymi gestami. Nie powinna 

spadać na człowieka bez ostrzeżenia, niczym miecz. Jak można kochać coś, czego nie 

potrafi się zrozumieć?

Dillon  O'Brian  stanowił dla  Laine nie  lada  zagadkę.  Zdawał się  mężczyzną, 

którego humory pojawiały się na ogół bez konkretnego powodu. Laine zastanawiała 

się, co tak naprawdę o nim wie. Wiedziała, że jest partnerem jej ojca, choć jego rola 

w interesie nie była jasna. Był mężczyzną, który ze swobodą poruszał się w wodzie i w 

powietrzu. Zdawała sobie też sprawę, że Dillon świetnie zna się na kobietach i potrafi 

je usatysfakcjonować.

Ale   jak,   zastanawiała   się,   jak   można   walczyć   z   miłością,   skoro   się   jej   nie 

rozumie? Może to jest po prostu kwestia równowagi, jak w chodzeniu po linie?

-   Wygląda   na   to,   że   znowu   gdzieś   odleciałaś   myślami   -   zauważył   Dillon, 

wyciągając szmatę z kieszeni.

Laine aż podskoczyła wyrwana z rozmyślań, co sprawiło, że Dillon wyszczerzył 

zęby w uśmiechu.

- Żałosny z ciebie mechanik, księżniczko. I niechlujny. - Przetarł jej policzek. - 

Tam jest umywalka. Idź i umyj ręce. Skończę tę robotę kiedy indziej. Układ paliwowy 

background image

może dać w kość.

Ruszyła we wskazanym kierunku. Zmywając brud, wykorzystała chwilę, żeby 

odzyskać utracony spokój wewnętrzny. Odwiesiła na miejsce pożyczony kombinezon 

i kiedy Dillon pakował narzędzia, rozejrzała się po opustoszałym hangarze. Zdziwiła 

się, że tyle czasu upłynęło, gdy niezbyt udolnie mu asystowała. Na zewnątrz zapadał 

zmierzch.   Ostatnie   promienie   słońca   przebłyskiwały   w   liściach   palm.   Laine 

odwróciła się, czując na sobie przeszywający wzrok Dillona. Zwilżyła językiem wargi.

- Skończyłeś?

- Nie całkiem. Chodź.

Coś w jego głosie podpowiedziało jej, żeby się cofnąć, zamiast pójść za nim. 

Dillon spojrzał na nią wymownie i powtórzył groźnie:

- Powiedziałem, chodź!

Uznała, że lepiej dobrowolnie przystać na jego prośbę. Modliła się, żeby dźwięk 

kroków na posadzce zagłuszył łomot serca w jej piersi. Stała przed nim w ciszy, a on 

przyglądał się jej twarzy. Nic nie powiedział, tylko położył dłonie na jej biodrach, 

lekko ją do siebie przyciągając. Otarli się o siebie udami. Trzymał ją mocno, choć nie 

musiał tego robić, bo nie była w stanie ruszyć się, kiedy tak na nią patrzył.

- Pocałuj mnie - powiedział tylko.

Pokręciła głową w proteście, nie potrafiąc uciec czy cokolwiek powiedzieć.

- Laine, powiedziałem, żebyś mnie pocałowała - powtórzył z naciskiem.

Uniosła ręce i położyła dłonie na jego ramionach. Cały czas patrzyła mu w oczy. 

Ich twarze zbliżyły się do siebie. Delikatnie i powoli pocałowała jego usta.

Wyczekał momentu, aż jej ruchy stały się bardziej śmiałe, aż jej dłonie zaplotły 

się na jego szyi. Przyciągnął ją bliżej siebie i wsunął ręce pod bluzkę. Gładził miękką 

background image

skórę jej pleców. Dotykał jej niebywale łagodnie i wolno. Szepcząc jego imię, Laine 

przylgnęła do niego, bez skrępowania okazując, jak bardzo go pragnie. Z pasją zaczęli 

szukać rozkoszy. Cały świat wokół zdawał się nie istnieć. W tej jednej chwili nic się 

dla niej nie liczyło poza Dillonem.

Odsunął ją od siebie. Nic nie mówiąc, stali tak i patrzyli sobie w oczy, próbując 

wyczytać z nich to, czego nie mogli powiedzieć. Dillon odgarnął kosmyk włosów z jej 

policzka.

- Lepiej zabiorę cię do domu.

-   Dillon   -   zaczęła,   nie   wiedząc   zupełnie,   co  powinna   powiedzieć.   Zamknęła 

oczy, zawstydzona swoim zachowaniem.

- Chodź, księżniczko. Miałaś długi dzień. - Otoczył zaczął delikatnie masować 

jej kark. - Nie walczymy teraz na równych warunkach. A ja chcę walczyć fair.

- Walczyć? - Laine z trudem otworzyła oczy i wytrzymała jego spojrzenie. - Czy 

tak to właśnie widzisz, Dillon? Jako walkę?

- Nazywają to najstarszą walką świata - odpowiedział z uśmieszkiem, który 

zniknął jednak z jego twarzy, zanim się w pełni pojawił. Nagle jego dłoń zacisnęła się 

na   jej   brodzie.   -   To   jeszcze   nie   koniec,   Laine,   a   w   następnej   rundzie   mogę 

powiedzieć: „do diabła z zasadami”.

background image

ROZDZIAŁ SIÓDMY

Następnego poranka, kiedy Laine zeszła na śniadanie, zastała tylko ojca.

- Witaj, chudzielcu - zawołała Miii, zanim kapitan zdążył ją powitać. - Siadaj i 

jedz. Przygotuję ci herbatę, skoro nie lubisz mojej kawy.

Laine nie wiedziała, czy powinna czuć się zakłopotana, czy rozbawiona. Usiadła 

posłusznie przy stole.

- Polubiła cię - powiedział kapitan. Uniosła wzrok i zauważyła iskierki radości i 

uznania w oczach ojca. - Odkąd tu jesteś, tak się skoncentrowała na tym, żeby cię 

trochę podtuczyć, że nie ma czasu, żeby mi dokuczać. Co za ulga.

Laine patrzyła z uśmiechem, jak ojciec nalewał sobie kawy.

- Miło mi, że mogę być pomocna. Rozejrzałam się wczoraj po domu. Chyba nie 

masz mi tego za złe, po prostu byłam ciekawa.

- Oczywiście, że nie. - Uśmiechnął się smutno. - Domyślam się, że pewnie sam 

powinienem pokazać ci dom. Moje maniery nieco zardzewiały.

-   Nic   się   nie   stało.   Tak   naprawdę   -   odchyliła   głowę   i   odwzajemniła   jego 

uśmiech - samotne włóczenie się po domu dało mi świeży obraz tego, jak mieszkasz.

Powiedziałeś, że żałujesz, że przegapiłeś etapy mojego dorastania, i że nadal 

myślisz o mnie jak o dziecku. Myślę... myślę, że ja także tego żałuję... To znaczy nadal 

mam   w   pamięci   twój   obraz   z   mojego   dzieciństwa.   Wczoraj   zobaczyłam   Jamesa 

Simmonsa z krwi i kości.

- Rozczarowana? - Rozbawienie kryło się w jego oczach i tonie głosu.

-   Raczej   pod   wrażeniem   tego   -   poprawiła   go   -   że   zobaczyłam   mężczyznę 

zadowolonego z tego, kim jest, i ze swojego życia; którego najbliżsi otaczają miłością 

i szacunkiem. Myślę, że mój ojciec musi być bardzo miłym człowiekiem.

background image

Obdarzył ją uśmiechem pełnym zaskoczenia i radości.

- To ci dopiero komplement. I to z ust dorosłej córki. Spojrzał na zegarek i 

skrzywił się.

- Niedługo mam spotkanie. Wybacz, że zostawiam cię samą w taki sposób, ale...

- Ależ proszę - przerwała. - Nie muszę być zabawiana. I, tak jak powiedziałam 

wczoraj, naprawdę nie chcę przeszkadzać. Jestem pewna, że znajdę wiele rzeczy, 

którymi będę mogła się zająć.

- Zatem w porządku. Do zobaczenia wieczorem. Laine spędziła poranek nad 

zatoką na pisaniu listów do Francji.

Pisała tak długo, aż słońce stanęło w zenicie. Powietrze było wilgotne i gęste. 

Cisza oraz promienie słońca sprawiły, że poczuła się senna. Ułożyła się na kocu i 

zasnęła.

Poczuła, że ktoś potrząsają za ramię.

-  Un moment, ma soeur -  wymruczała. Starała się otworzyć powieki, które 

zdawały się być z ołowiu. Tuż nad sobą zobaczyła twarz Dillona.

- Wygląda na to, że budzenie cię staje się moim przyzwyczajeniem. - Kucnął i 

wpatrywał się w jej ledwo widzące oczy. - Nie wiesz, że lepiej nie spać na słońcu, 

kiedy ma się taką karnację jak ty? Masz szczęście, że się nie spaliłaś.

- Och. - Laine zrozumiała wreszcie, gdzie się znajduje, i spróbowała usiąść. - 

Nie wiem, dlaczego zasnęłam. To pewnie przez tę ciszę.

- Innym powodem może być wyczerpanie - podpowiedział Dillon i zmarszczył 

brwi. - Wreszcie znikają cienie pod twoimi oczami.

- Kapitan powiedział, że rano byłeś bardzo zajęty.

- Hmm. Tak, byłem zajęty. - Pomógł jej stanąć na nogi.

background image

- Myślałem, że chciałaś nauczyć się latać samolotem.

- Wspaniale! - Jej twarz rozjaśniła  się w  uśmiechu radości.  - Myślałam, że 

zapomniałeś. Jesteś pewien, że masz czas? Kapitan powiedział...

- Nie, nie zapomniałem. I nie, nie jestem zbyt zajęty - przerwał jej i pochylił się, 

aby podnieść koc. - Przestań się tak entuzjazmować, jakbyś miała dwanaście lat, a ja 

zabierałbym cię do cyrku.

- Oczywiście - odpowiedziała, rozbawiona jego zniecierpliwioną reakcją.

Dillon odetchnął z ulgą, chwycił ją za rękę i pociągnął za sobą. Słyszała, że 

złorzeczył pod nosem na kobiecy ród.

Niecałą godzinę później siedziała już w samolocie.

- No więc to jest jednopłatowiec z silnikiem tłokowym. Ogólnie rzecz ujmując, 

pilotowanie   samolotu   nie   jest   trudniejsze   od   prowadzenia   samochodu.   Pierwszą 

rzeczą,   jakiej   trzeba   się   nauczyć,   jest   zrozumienie   posiadanych   przyrządów   i 

odczytywanie ich sygnałów.

- A jest tych przyrządów całkiem sporo, prawda?

- Laine z powątpiewaniem przyglądała się licznym tarczom i wskazówkom.

- Wcale nie. To nie jest samolot wojskowy. - Wziął głęboki oddech, widząc, że 

Laine nic nie zrozumiała, i włączył silnik. - W porządku. Jak będziemy się wznosić, 

chcę, żebyś patrzyła na ten przyrząd. To jest wysokościomierz. On...

-   On   pokazuje   odległość   samolotu   od   poziomu   morza   albo   od   ziemi   - 

dokończyła za niego.

- Bardzo dobrze - Dillon poinformował wieżę o swoim starcie i samolot zaczął 

kołować. - A co, w nocy ukradłaś kapitanowi jedną z jego gazet?

- Nie. Zapamiętałam jedną z moich dawnych lekcji. Myślę, że zachowałam w 

background image

pamięci wszystko, co opowiadał mi, kiedy byłam dzieckiem. To jest kompas, a to...

- Uniosła brew i zamyśliła się. - To jest wskaźnik przechyłów, ale nie jestem 

pewna, czy pamiętam, co to dokładnie oznacza.

- Jestem pod wrażeniem twojej wiedzy, ale miałaś patrzeć na wysokościomierz.

- Racja. - Skarcona posłusznie przeniosła wzrok.

- W porządku. - Uśmiechnął się do niej i ponownie skoncentrował uwagę na 

niebie. - Większa igła powinna zrobić jedno okrążenie na każde trzysta metrów wy-

sokości. Mniejsza obraca się za każdym razem, kiedy wzniesiemy się o trzy tysiące 

metrów.   Kiedy   nauczysz   się,   do   czego   służą   wszystkie   przyrządy   i   jak   z   nich 

korzystać,   latanie   okaże   się   łatwiejsze   niż   prowadzenie   samochodu.   I   trzeba 

przyznać, że jest zdecydowanie mniej korków.

Na   kolejne   trzydzieści   minut   Dillon   zamienił   się   w   nauczyciela.   Laine 

zaskoczyła jego ogromna wiedza i cierpliwość. Odpowiadał spokojnie na dziesiątki 

pytań.   Zdawał   się   wręcz   cieszyć   z   jej   głodu   wiedzy.   Płynęli   przez   niebo   pośród 

pierzastych   chmur   i   szczytów   górskich.   Laine   zaczęła   dostrzegać   podobieństwo 

między   wolnością,   jaką   dają   człowiekowi   nurkowanie   i   radością   latania.   Zaczęła 

rozumieć fascynację, o której opowiadał Dillon. O potrzebie poszukiwania wyzwań, 

potrzebie odkrywania. Słuchała go w napięciu, usilnie starając się nic nie przeoczyć, 

wszystko zrozumieć i zapamiętać.

- Rozpętała się mała burza za naszymi plecami - poinformował ją spokojnie. - 

Nie będziemy z nią walczyć. - Odwrócił się do niej z niewyraźnym uśmiechem. - 

Trochę nami porzuca, księżniczko.

-   Och!   -   Próbując   naśladować   jego   głos,   uniosła   się   na   fotelu   i   uważnie 

przyjrzała ciemnym chmurom. - Myślisz, że mógłbyś przez to przelecieć? - zapytała, 

background image

zachowując spokój w głosie, choć żołądek się jej ścisnął.

- Być może - odparł.

Kiedy zauważyła rozbawienie w jego oczach, odetchnęła spokojniej.

- Masz doprawdy dziwne poczucie humoru - skomentowała jego zachowanie, 

po czym wstrzymała oddech, kiedy wlecieli pomiędzy te chmury.

W jednej chwili utonęli w ciemnościach. Ze wszystkich stron  wściekle siekł 

deszcz. Kiedy zatrzęsło samolotem, poczuła, jak ogarniają panika.

- Wiesz, zawsze fascynowało mnie bycie w środku chmur. Niby to tylko para 

wodna, ale chmury są bajeczne. - Jego głos był spokojny i opanowany, co trochę ją 

uspokoiło. - Najciekawsze są chmury burzowe, ale przydałyby się błyskawice - dodał.

- Myślę, że mogę obejść się bez nich - wydukała Laine.

-  Mówisz  tak,  bo  nigdy   nie  widziałaś  ich  z tej   perspektywy.   Kiedy  lecisz  w 

chmurach, możesz obserwować pioruny zupełnie z innej perspektywy. Ich kolory są 

nieziemskie.

- Przeleciałeś przez wiele takich burz? - Laine wyjrzała przez swoje okno, ale 

zobaczyła jedynie kłębiące się ołowiane chmury.

- Trochę tego było. Ale ta rozpęta się, dopiero kiedy już wylądujemy. Zresztą 

nie potrwa długo.

Samolotem znowu rzuciło i Laine spojrzała zdezorientowana na Dillona, który 

szeroko się uśmiechnął.

- Lubisz takie sytuacje, prawda? Podniecenie, dreszczyk emocji?

- To utrzymuje refleks w dobrej formie, Laine. - Spojrzał na nią i uśmiechnął 

się, tym razem bez odrobiny złośliwości. - I chroni człowieka przed nudą. - Zatrzymał 

na niej wzrok w taki sposób, że jej serce zabiło szybciej. - W życiu jest wystarczająco 

background image

dużo   stabilizacji   -   kontynuował.   -   Praca,   rachunki,   polisa   ubezpieczeniowa.   To 

wszystko   daje   ci   równowagę.   Ale   czasami   człowiek   musi   przejechać   się   górską 

kolejką, skoczyć na spadochronie czy rzucić się w fale oceanu. Adrenalina nadaje 

życiu sens. Sztuką jest utrzymanie równowagi.

Tak, pomyślała Laine. Vanessa nigdy nie opanowała tej sztuki. Ciągle szukała 

nowych   wyzwań,   ale   nigdy   nie   potrafiła   się   cieszyć   tymi,   w   których   akurat 

uczestniczyła.   A   ja   być   może   przesadzam   w   drugą   stronę,   myśląc   zbyt   wiele   o 

stabilizacji. Za dużo książek, a za mało działań.

- Od lat nie jechałam kolejką górską. - Uśmiechnęła się do niego. - Można 

powiedzieć,   że   najwyższa   pora   na   to.   Spójrz!   -   Przytknęła   nos   do   szyby.   -   Te 

złowrogie   mgły   wyglądają   jak   żywcem   wyjęte   z   „Makbeta”.   Chciałabym   zobaczyć 

błyskawicę, Dillon. Naprawdę chciałabym.

Uśmiechnął się na widok pożądliwego oczekiwania na jej twarzy.

- Zobaczymy, co da się zrobić.

Samolot wytracał wysokość. Chmury po chwili zupełnie zniknęły. Ich oczom 

ukazała się ziemia zmoczona deszczem i pełna świeżych kolorów. Kiedy wylądowali, 

Laine czuła się jak dziecko, które nie dostało wymarzonej zabawki.

-   Za   kilka   dni   znów   cię   zabiorę,   jeśli   będziesz   chciała   -   powiedział   Dillon, 

kierując samolot w stronę hangarów.

- O tak, proszę. Bardzo bym chciała. Nie wiem, jak ci dziękować...

- Odrób pracę domową - polecił, wyłączając silniki. - Dam ci kilka książek, 

żebyś mogła poczytać o przyrządach pokładowych.

- Tak jest! - Odparła z podejrzaną pokorą, co sprawiło, że Dillon przyjrzał się jej 

uważnie, nim wyskoczył z samolotu.

background image

Brak doświadczenia sprawił, że wysiadanie zajęło Laine więcej czasu. Dillon 

wykorzystał  to  i wyciągnął ją, nim uporała się  z tym  sama.  Stali blisko   siebie  w 

zacinającym   deszczu.   Opierał   dłonie   o   jej   talię.   Przez   przemoczoną   bluzkę   czuła 

ciepło jego  ciała. Ciemne kosmyki  włosów  opadły  mu  na czoło.  Czuła  się w jego 

ramionach tak pewnie, jakby była w nich od zawsze. I jakby na zawsze miała już w 

nich pozostać. Fala miłości zalała jej serce.

- Mokniesz - szepnęła, przykładając dłoń do jego twarzy.

- Ty również.

- Nie zwracam na to uwagi. Westchnąwszy, Dillon oparł brodę na jej głowie.

- Miri mnie zabije, jeśli przeze mnie się przeziębisz.

- Nie jest mi zimno - mruknęła, czując się cudownie z powodu ich bliskości.

- Ty drżysz. - Niespodziewanie Dillon przyciągnął ją do swego boku i ruszył 

przed siebie. - Idziemy do mojego biura. Musisz wyschnąć, zanim wrócimy do domu.

Deszcz przestał padać, promienie słońca wyjrzały zza chmur. Laine spojrzała w 

stronę budynku, w którym mieściło się biuro Dillona. Z uśmiechem odrzuciła mokre 

kosmyki włosów z oczu i wyswobodziła się z uścisku Dillona.

- Ścigamy się! - krzyknęła i popędziła po mokrej ziemi.

Złapał  ją   tuż  przy   drzwiach,   śmiejąc   się   i   z  trudem  łapiąc   oddech.   Laine   z 

lekkością otoczyła rękami jego szyję. Śmiali się teraz razem. Czuła się jak młoda, głu-

piutka i bezgranicznie zakochana dziewczyna.

- Ale jesteś szybka - zauważył Dillon. Odchyliła głowę, żeby odwzajemnić jego 

uśmiech.

- Kiedy żyjesz w klasztorze, uczysz się być szybkim. Wyścig do łazienki jest 

brutalny.

background image

Dillon sprawdził wiadomości, zamienił kilka zdań ze swoją sekretarką, po czym 

zabrał Laine z powrotem do domu.

Słońce właśnie zachodziło, kiedy usadowiła się na werandzie w towarzystwie 

Dillona i ojca.

Niebo wyglądało oszałamiająco. Intensywny tropikalny błękit zmieniał się w 

złoto i purpurę. Niskie kłębiaste chmury mieniły się odcieniami różu i fioletu. Za-

padał zmrok i świat wokół wyglądał jak senne marzenie. Laine siedziała cicho w 

wiklinowym fotelu, myśląc o minionym dniu. W tle słyszała rozmowę mężczyzn. Po 

raz   pierwszy   w   swoim   dorosłym   życiu   czuła,   że   jest   psychicznie   i   fizycznie 

zrelaksowana.

Kapitan wstał, mówiąc coś na temat przygotowania kawy, i wszedł do domu. 

Laine   uśmiechnęła   się   do   niego,   kiedy   ją   mijał.   Podkuliła   nogi   i   spoglądała   na 

pierwsze gwiazdy, pojawiające się właśnie na niebie.

- Jesteś dziś bardzo cicha. - Dillon odchylił się na krześle i Laine usłyszała 

dźwięk jego zapalniczki.

- Właśnie myślałam o tym, jak tu pięknie - westchnęła z zadowoleniem. - To 

jest chyba najcudowniejsze miejsce na świecie.

- Piękniejsze niż Paryż?

Słysząc,   jak   szorstko   to   powiedział,   odwróciła   się   i   popatrzyła   na   niego 

pytająco. Blask księżyca oświetlał jej twarz.

- Jest zupełnie inne niż Paryż - odpowiedziała. - Niektóre miejsca w Paryżu z 

wiekiem nabrały szlachetnego piękna. Inne są eleganckie i dostojne. Paryż jest jak 

kobieta, której często mówią, że jest czarująca. Ale tutaj piękno jest bliższe natury. 

Ta wyspa jest wiecznie młoda i niewinna.

background image

- Wielu ludzi męczy niewinność. - Dillon zaciągnął się głęboko.

- Pewnie to prawda - zgodziła się, zastanawiając się, dlaczego Dillon jest taki 

zdystansowany i krytyczny.

- W tym świetle wyglądasz zupełnie jak twoja matka - powiedział nagle.

Laine poczuła, że przeszył ją chłód.

- Skąd ty to możesz wiedzieć? Przecież nigdy nie spotkałeś mojej matki.

-   Kapitan   ma   jej   zdjęcie.   -   Dillon   odwrócił   się   do   niej,   ale   jego   twarz 

pozostawała w mroku. - Przypominasz ją w każdym calu.

- Z całą pewnością. - Kapitan pojawił się z tacą zastawioną kubkami z kawą. 

Postawił ją na okrągłym stoliku, wyprostował się i przyjrzał Laine. - To niezwykłe. 

Światło pada na ciebie w taki szczególny sposób albo masz taki szczególny wyraz 

twarzy. Nagle zmieniasz się w swoją matkę sprzed dwudziestu lat.

- Nie jestem Vanessa. - Laine wstała gwałtownie ze swego krzesła, a jej głos 

trząsł się z wściekłości. - I nie jestem taka jak Vanessa. - Łzy napływały jej do oczu, co 

pogłębiało jej rozpacz. Ojciec patrzył na nią ze zdumieniem. - Nie jestem taka jak 

ona. Nie chcę być z nią porównywana. - Wściekła na obu mężczyzn i na siebie samą, 

odwróciła  się  i wyszła, trzaskając przeszklonymi  drzwiami.  Biegnąc  po schodach, 

wpadła na Miri. Wyjąkała słowa przeprosin, dobiegła do końca schodów i zniknęła w 

swoim pokoju.

Zdenerwowana   Laine   robiła   trzecie   okrążenie   wokół   swojego   pokoju,   kiedy 

weszła Miri.

- Co ma znaczyć to bieganie i trzaskanie drzwiami w moim domu? - zapytała, 

krzyżując ręce na obfitym biuście.

Laine opadła na łóżko i rozpłakała się, choć bardzo starała się zapanować nad 

background image

łzami. Miri podeszła do niej, szepcząc coś w swoim języku, i przytuliła ją.

- Cały Dillon - mruknęła, kołysząc Laine.

- To nie przez Dillona - wydusiła Laine. Ten matczyny uścisk był dla niej czymś 

nowym i przytłaczającym. - To przez... to przez nich obu. - Poczuła, że brakuje jej 

tlenu. - Nie jestem do niej podobna, Miri. Nie jestem do niej podobna ani trochę.

- Oczywiście, że nie jesteś. - Miri pogładziła jasne loki Laine. - A do kogo nie 

jesteś tak zupełnie podobna?

- Do Vanessy. - Laine otarła łzy grzbietem dłoni.

- Do mojej matki. Obaj patrzyli na mnie i mówili, że wyglądam jak ona.

- Co to ma znaczyć? Co to w ogóle ma znaczyć? Te wszystkie łzy tylko dlatego, 

że jesteś do kogoś podobna?

-   Miri   odsunęła   Laine   od   siebie   i   potrząsnęła   nią   za   ramiona.   -   Dlaczego 

marnujesz   swoje   łzy   z   tego   powodu?   Kiedy   już   myślałam,   że   jesteś   mądrą 

dziewczyną, ty zachowujesz się tak głupio.

- Nic nie rozumiesz. - Laine podciągnęła kolana pod brodę. - Nie chcę być do 

niej porównywana. Nie do niej. Vanessa była samolubna i skoncentrowana wyłącznie 

na sobie, no i nieuczciwa.

- Była twoją matką - stwierdziła  Miii tak dobitnie, że Laine zaniemówiła. - 

Będziesz wyrażała się o swojej matce z szacunkiem. Ona nie żyje i cokolwiek zrobiła 

w przeszłości, to się już skończyło. Musisz o tym zapomnieć - oznajmiła, ponownie 

potrząsając   Laine.   -   Albo   nigdy   nie   będziesz   szczęśliwa.   Czy   uważasz,   że   jesteś 

samolubna i skoncentrowana wyłącznie na sobie, a w dodatku nieuczciwa?

- Nie, ale...

- A co powiedział ci Kapitan Simmons? - zapytała Miri.

background image

Laine westchnęła głęboko.

- Powiedział, że wyglądam jak moja matka.

- A wyglądasz tak, czy on kłamie?

- Chyba wyglądam, ale...

-   Więc   twoja   matka   była   piękną   kobietą.   I   ty   jesteś   piękną   kobietą.   -   Miri 

uniosła twarz Laine swymi silnymi palcami. - Wiesz, kim jesteś, Laine Simmons?

- Myślę, że wiem.

- A więc nie masz żadnego problemu. - Miri poklepała ją po policzku i wstała.

- Och, Miri - zaśmiała się Laine i ponownie otarła oczy. - Sprawiłaś, że czuję się 

okropnie głupio.

- Sama sprawiłaś, że czujesz się głupio - poprawiła ją Miri. - Ja nie trzaskałam 

drzwiami.

Laine musiała zgodzić się z jej logiką, r - Obawiam się, że będę musiała teraz 

zejść na dół i przeprosić.

Kiedy   Laine   wstała,   Miri   zagrodziła   jej   drogę   ponownie,   krzyżując   ręce   na 

piersi.

- Nie ma mowy.

Laine spojrzała na nią i zdezorientowana wydukała:

- Ale przecież powiedziałaś...

-   Powiedziałam,   że   zachowałaś   się   głupio,   bo   tak   było.   Kapitan   Simmons   i 

Dillon także zachowali się głupio. Żadna kobieta nie powinna być porównywana do 

innej kobiety. Jesteś wyjątkowa i jedyna w swoim rodzaju. Czasami mężczyźni widzą 

w kobiecie tylko twarz. - Miri poklepała ją po obu policzkach. - Nieco dłużej zajmuje 

im dotarcie do tego, co jest wewnątrz. A więc - uśmiechnęła się do Laine, ukazując 

background image

białe zęby - nie będziesz przepraszać. Pozwolisz, aby to oni przeprosili ciebie. To 

najlepsza droga.

- Rozumiem - powiedziała Laine, nie rozumiejąc zupełnie nic. Nagle roześmiała 

się i ponownie usiadła na łóżku. - Dziękuję ci, Miri. Czuję się o wiele lepiej.

-   To   dobrze.   A   teraz   kładź   się   do   łóżka.   Idę   dać   reprymendę   kapitanowi 

Simmonsowi i Dillonowi. - Po tonie jej głosu można się było domyślić, że bardzo się 

na to cieszy.

background image

ROZDZIAŁ ÓSMY

Następnego   ranka   Laine   ruszyła   powoli   do   kuchni.   Jej   zielona   sukienka 

odsłaniała   ramiona.   Czuła   się   niezręcznie   po   incydencie   z   zeszłego   wieczoru. 

Zatrzymała się przed drzwiami, słysząc, że Kapitan i Dillon są już na śniadaniu. Obaj 

pochłonięci byli ożywioną dyskusją.

- Jeśli Bob rzeczywiście musi wziąć wolne w przyszłym tygodniu, to mogę go 

zastąpić - mówił Dillon, popijając kawę.

- Po pierwsze, masz wystarczająco dużo własnych zajęć, a po drugie, to chyba 

ty miałeś wziąć kilka dni  wolnego.  - Kapitan upił łyk kawy i spojrzał surowo  na 

Dillona.

- Wiesz,  w zasadzie  przez  ostatni  tydzień  nie  byłem specjalnie przykuty  do 

biurka. - Dillon wyszczerzył w uśmiechu zęby, a ponieważ mina Kapitana nie zmie-

niła się, wzruszył ramionami i dodał: - Wezmę trochę wolnego w przyszłym miesiącu.

- Ile razy ja to już słyszałem? - Kapitan zrezygnowanym wzrokiem powiódł po 

wnętrzu.

Dillon uśmiechnął się.

- Mówiłem ci już, że przechodzę na emeryturę w przyszłym roku?

Laine bez trudu wyczuła żart w jego głosie.

- Chcę się zająć lotniarstwem - Dillon kontynuował - podczas gdy ty będziesz 

nadal niewolnikiem swojego biurka. I kogo będziesz dręczył, jak zabraknie mnie w 

pobliżu?

- Kiedy ty będziesz w stanie wytrzymać tydzień bez pracy, to zapewne ja już 

będę na emeryturze. Z tobą jest taki problem - kapitan wycelował w Dillona łyżką - 

że jesteś za dobry i pozwoliłeś, żeby inni to odkryli. I teraz nikt nie potrafi podjąć 

background image

decyzji bez konsultacji z tobą. Trzeba było swoje umiejętności i wiedzę trzymać w se-

krecie. Lotniarstwo, mówisz? - kapitan zachichotał i uniósł kubek z kawą do ust. - O, 

dzień dobry, Laine.

Laine drgnęła na dźwięk swego imienia.

- Dzień dobry - odpowiedziała, mając nadzieję, że jej wczorajszy wybuch nie 

zniszczy tej cienkiej nici zrozumienia, jaką udało się jej utkać w kontaktach z ojcem.

- Czy bezpiecznie jest zaprosić cię do środka? - Uśmiechał się niepewnie, ale 

gestem dłoni wskazał jej miejsce przy stole. - Jeśli dobrze pamiętam, twoje wybuchy 

są częste i gwałtowne, ale za to krótkotrwałe.

Odetchnęła, że obyło się bez sztucznych przeprosin. Usiadła przy stole.

- Pamięć cię nie zawodzi, choć zapewniam, że ostatnio nie wybucham już tak 

często. Dzień dobry, Dillon.

- Uśmiechnęła się z zakłopotaniem.

- Dzień dobry, księżniczko. Kawy? - Nim zdążyła odpowiedzieć, napełnił jej 

kubek.

- Dziękuję - wymruczała pod nosem. - Ciężko w to uwierzyć, ale mam wrażenie, 

że   dziś   jest   jeszcze   piękniejszy   dzień   niż   wczoraj.   Nie   sądzę,   że   mogłabym 

kiedykolwiek przywyknąć do życia w raju.

- Niewiele jeszcze widziałaś - skomentował Kapitan. - Powinnaś pojechać w 

góry   albo  w głąb wyspy.  Centrum Kauai to  jedno z najwilgotniejszych  miejsc  na 

ziemi. Tropikalny las trzeba zobaczyć.

- Wygląda na to, że wyspa jest pełna niespodzianek. Choć nie potrafię sobie 

teraz wyobrazić, że jest cokolwiek piękniejszego od tego, co już zobaczyłam.

- Zabiorę cię dzisiaj na wycieczkę - oświadczył Dillon.

background image

Laine spojrzała na niego ostro.

- Nie chciałabym zakłócać twojego porządku dnia. I tak zajęłam ci już bardzo 

dużo czasu.

- Mam jeszcze trochę wolnego. - Wstał gwałtownie. - Uporządkuję kilka spraw i 

przyjadę po ciebie o jedenastej. Do zobaczenia, kapitanie. - Pożegnał się i wyszedł, 

nie czekając na jej zgodę.

Do jadalni weszła Miri z talerzem pełnym jedzenia. Postawiła go przed Laine. 

Zirytowana spojrzała na kubek kawy, którym Laine się bawiła.

- Po co nalewasz sobie kawę, skoro nie zamierzasz jej pić? - Zabrała kubek i 

wyszła.

Laine westchnęła i zabrała się do śniadania.

Miri wspaniałomyślnie wyraziła zgodę na to, by Laine po śniadaniu zmieniła 

kwiaty w wazonach w całym domu. Laine spędziła w ogrodzie sporo czasu.

Kiedy   wróciła   do   domu,   z   dużym   pietyzmem   zabrała   się   do   układania 

bukietów. Jej myśli popłynęły w kierunku żonkili rozkwitających za oknem jej szkoły. 

Pomyślała, że to dziwne, iż nie tęskni za Francją. Zaniepokoiło ją również, że myśli o 

Kauai jak o swoim domu. Myśl o tym, że miałaby wrócić do Francji i wieść życie takie 

jak kiedyś, napełniła ją nieprzyjemnym, tępym bólem.

W pokoju ojca na biurku postawiła wazon z gałązkami uroczynu. Przy okazji 

przyjrzała się zdjęciu kapitana i Dillona. Jakie to dziwne, pomyślała, że tak bardzo 

potrzebuję jednego i drugiego. Westchnęła i ukryła twarz w kwiatach.

- Czy to kwiaty sprawiają, że jesteś nieszczęśliwa?

Odwróciła się gwałtownie, o mało nie strącając wazonu. Przez chwilę patrzyli 

na siebie z Dillonem bez słowa. Laine czuła niejasne napięcie między nimi.

background image

- Cześć, to już jedenasta?

- Już niemal południe, spóźniłem się. - Wsadził ręce w kieszenie i przyglądał się 

jej. Wpadające przez okno słońce rozświetlało jej włosy. - Masz ochotę na lunch?

- Nie, dziękuję.

- Jesteś gotowa?

- Tak.

Kiedy   ruszyli,   Dillon   milczał.   Laine   uszanowała   to   i   skoncentrowała   się   na 

roztaczających   się   z   samochodu   widokach.   Z   obu   stron   wyłaniały   się   grzbiety 

zielonych gór. Jechali skrajem stromej przepaści. Ląd kończył się nagle, ustępując 

miejsca niebu i lazurowym wodom oceanu.

- Swego czasu zabawiano tu wyspiarskie  osobistości,   rzucając pochodnie  ze 

skał. - Dillon odezwał się niespodziewanie po kilku kilometrach ciszy. - Legenda 

głosi, że kiedyś żyły tu skrzaty - dodał.

- Gdzie się teraz podziały? - Laine uśmiechnęła się do niego.

Dillon wysiadł i energicznie obszedł samochód, by otworzyć jej drzwi.

- Wciąż tu są. Ukrywają się.

Udali się razem na skraj urwiska. Serce podeszło jej do gardła na widok fal 

rozbijających się wściekle o skały głęboko pod nimi.

Dillon, nieczuły na przyprawiające o zawrót głowy widoki, spojrzał przed siebie 

na ocean. Bryza rozwiała mu włosy, rozrzucając je w nieładzie.

-   Masz   niezwykłą   umiejętność   zachowania   milczenia,   kiedy   sytuacja   tego 

wymaga - zauważył.

- Wyglądałeś na zaabsorbowanego. - Odgarnęła kosmyki włosów z twarzy. - 

Pomyślałam, że może zaprząta ci głowę jakiś problem.

background image

-  Naprawdę?  -  Jego   twarz   wyrażała   rozbawienie   i   rozdrażnienie   zarazem.   - 

Chcę porozmawiać o twojej matce.

Laine   była   tak   zaskoczona   tym,   co   powiedział,   że   potrzebowała   chwili   na 

pozbieranie myśli.

- Nie! - Odwróciła się, by odejść, ale przytrzymał ją za ramię.

- Chcę znać przyczyny twojego wczorajszego ataku wściekłości.

-   Wczoraj   przesadziłam.   -   Potrząsnęła   głową,   walcząc   z   włosami,   które 

bezlitośnie targał wiatr. - Zachowałam się głupio, ale czasem to jest silniejsze ode 

mnie - tłumaczyła. Widziała wyraźnie, że takie wyjaśnienie mu nie wystarczy.

Tak bardzo chciała mu wytłumaczyć, jak silnie poczuła się zraniona. Pamiętała 

jednak pierwszą rozmowę z Dillonem i jego niesprawiedliwą ocenę pobudek, jakimi 

kierowała się, przyjeżdżając tu. To powstrzymywało ją przed szczerą rozmową.

-   Dillon,   całe   moje   życie   akceptowano   to,   kim   jestem   -   mówiła   powoli, 

starannie dobierając słowa. - Irytuje mnie, kiedy ktoś to zmienia. Nie chcę być po-

równywana z Vanessa tylko dlatego, że istnieje między nami fizyczne podobieństwo.

- Myślisz, że to właśnie robił kapitan?

- Może tak, może nie. - Uniosła powoli głowę. - Ty to robiłeś.

- Czyżby? - spytał, choć nie spodziewał się odpowiedzi. - Dlaczego jesteś tak 

zawzięta na swoją matkę?

Wzruszyła ramionami i odwróciła twarz w stronę wody.

- Nie jestem,  Dillon.  Już nie.  Vanessa  nie  żyje i  ta część  mojego życia  jest 

zamknięta. Nie chcę o niej rozmawiać, póki sama nie zrozumiem swoich uczuć.

- W porządku.

Stali przez chwilę razem w zupełnej ciszy, smagani przez wiatr.

background image

- Mam z tobą więcej problemów, niż mogłem przewidzieć - odburknął.

- Nie rozumiem, co masz na myśli.

- Tak. Jestem pewien, że nie rozumiesz.

Ruszył w stronę samochodu, po chwili zatrzymał się. Wahał się przez moment, 

po czym wyciągnął do niej rękę. Laine patrzyła na nią i nie była pewna, co Dillon jej 

oferuje. Uznała, że w sumie nie ma to znaczenia, i podała mu swoją.

Podczas   jazdy   samochodem   Dillon   rozmawiał   swobodnie.   Jego   nastrój 

poprawił się. Laine poszła w jego ślady. Gdy Dillon znowu zatrzymał samochód, nie 

wahała się i chwyciła go za rękę.

Poprowadził   ją   ścieżką   wśród   palm.   Poruszał   się   tak,   jakby   doskonale   znał 

drogę. Usłyszała z daleka szum wody. Kiedy ujrzała źródło tego hałasu, oniemiała z 

wrażenia.   Jej   oczom   ukazało   się   otoczone   gęstymi   drzewami   jezioro,   do   którego 

wpadał wodospad.

- Och, Dillon. Tu jest cudownie! Nie ma drugiego takiego miejsca na świecie! - 

Podbiegła na brzeg i zanurzyła dłonie w wodzie. - Gdybym tylko mogła, przyszłabym 

tu popływać w świetle księżyca. - Zaśmiała się, po czym wstała, rozchlapując wodę 

wokół siebie. - Tylko z kwiatami we włosach.

- To jedyne dopuszczalne zachowanie. Tak stanowi prawo wyspy.

Śmiejąc się, podbiegła w stronę krzaku hibiskusa i zerwała kwiat.

- Potrzebowałabym jeszcze długich ciemnych włosów i skóry w kolorze miodu.

Wziął od niej kwiat i zatknął go za jej uchem. Przyjrzał się efektowi, uśmiechnął 

zadowolony i przesunął palcem po jej policzku.

- Były czasy, kiedy czczono by cię z wszelkimi należnymi honorami, a następnie 

zrzucono ze skał zazdrosnym bogom.

background image

- Nie wierzę, że coś takiego spotkałoby akurat mnie.

- Całkowicie oczarowana miejscem, Laine zakręciła się wokół własnej osi. - Czy 

to sekretne miejsce? Sprawia wrażenie takiego. - Usiadła na brzegu stawu, zdjęła 

buty i zanurzyła stopy w wodzie.

- Jeśli chcesz, może takim pozostać. - Dillon przysiadł się do niej. - W każdym 

razie nie ma go w przewodnikach.

' - Jest coś magicznego w tym miejscu. Podobnie jak w tamtej małej zatoczce. 

Czujesz to, Dillon? Zdajesz sobie sprawę z cudowności i niezwykłości tych miejsc, czy 

może uodporniłeś się na takie widoki?

- Nie uodporniłem się na piękno. - Uniósł jej dłoń do swoich ust. - Dreszcz 

rozkoszy wstrząsnął jej ciałem. Dillon odwrócił jej rękę i pocałował wnętrze dłoni.

- Nie wierzę, że kiedy mieszkałaś piętnaście lat w Paryżu, nikt nigdy nie całował 

twoich rąk. Widziałem to na filmach.

Spokój w jego głosie pomógł jej odzyskać równowagę.

- Właściwie do tej pory wszyscy całowali moją lewą rękę. Zaskoczyłeś mnie, 

całując prawą. - Machnęła nogą w wodzie, rozchlapując ją. Patrzyła, jak krople łapią 

promienie słońca, a potem znowu spadają do wody. - Kiedyś, kiedy będzie padało i 

wilgoć wkradać się będzie niemal wszędzie, wspomnę ten widok. - Jej głos zmienił 

się, pojawiła się w nim nuta tęsknoty i pragnienia. - A kiedy nadejdzie wiosna i 

kwiaty wypuszczą pąki, będę wspominać zapachy tej wyspy. A gdy słońce zaświeci w 

niedzielę, a ja będę spacerować wzdłuż Sekwany, przypomnę sobie ten wodospad.

Deszcz lunął bez ostrzeżenia. Dillon zerwał się na równe nogi i pociągnął Laine 

w stronę palm.

- Deszcz jest ciepły i przyjemny. - Wychyliła się spod liści i łapała krople w 

background image

dłonie.

- Cała przemokniesz. Chyba podobają ci się takie kąpiele w ubraniu. - Wciągnął 

ją z powrotem pod palmę.

- Tak, chyba tak. - Zafascynowana obserwowała zmieniającą się pod wpływem 

deszczu przyrodę. - Tak wiele miejsc na tej wyspie wydaje się nietkniętych i nie-

skażonych. Bałam się, kiedy staliśmy nad urwiskiem i patrzyliśmy na morze. Zawsze 

byłam   tchórzem.   Ale   mimo   lęku,   jaki   odczuwałam,   widok   był   cudowny,   tak 

porażająco wspaniały, że nie mogłam oderwać wzroku.

- Tchórzem? - Dillon usiadł na ziemi i pociągnął ją w dół do siebie. Oparła 

głowę   na   jego   ramieniu.   -   Powiedziałbym   raczej,   że   byłaś   nadzwyczaj   dzielna. 

Wczoraj podczas burzy też nie spanikowałaś.

- Nie, ale z trudem uniknęłam napadu histerii. Dillon zaśmiał się głośno.

- Udało ci się też przetrwać mały pokaz, gdy lecieliśmy z Oahu.

- To dlatego, że byłam zła. - Odrzuciła do tyłu mokre włosy. - To było bardzo 

niemiłe z twojej strony.

- Chyba masz rację. Często jestem niemiły.

- Myślę, że częściej jesteś miły niż na odwrót. Ale jednocześnie myślę, że jesteś 

mężczyzną, który nie zniósłby etykietki sympatycznego faceta.

- To dość dziwna opinia jak na tak krótką znajomość, nie sądzisz?

Odpowiedziała jedynie wzruszeniem ramion.

- Ta twoja szkoła - zmienił temat. - Jaka jest?

- Szkoła jak każda inna. Wiesz, z chichoczącymi dziewczętami i zasadami do 

łamania.

- Szkoła z internatem?

background image

- Tak. Dillon, to nie czas ani miejsce, żeby rozmawiać o planach lekcji i nauce. 

Już niedługo będę musiała znowu się z tym zmierzyć. A w tym baśniowym otoczeniu 

chcę udawać, że jestem stąd. Ah, regarded - Laine uniosła się, żywo gestykulując. - 

Un arc - en - ciel.

Zgaduję, że mówisz o tęczy. - Rzucił okiem na niebo, potem ponownie na jej 

twarz.

- Nawet o dwóch. Jak to możliwe, że są dwie?

-   Podwójne   tęcze   to   tutaj   nic   nadzwyczajnego.   Zaczął   wyjaśniać   jej   proces 

powstawania tęczy, ale przerwała mu.

- Nie mów, proszę. Czar pryśnie, jeśli mi wszystko wyjaśnisz. - Uśmiechnęła 

się, dając mu do zrozumienia, że rzeczy naprawdę cenne woli pozostawić niewy-

jaśnione. - Nie chcę rozumieć - wyszeptała, akceptując w duszy zarówno tęczę, jak i 

swoją miłość do niego, bez logicznego wytłumaczenia. - Chcę po prostu korzystać z 

chwili i cieszyć się. - Odchyliła głowę do tyłu i podała mu swoje usta. - Czy mnie 

pocałujesz?

Uniósł dłonie do jej twarzy. Powiódł delikatnie palcami po jej policzkach. W 

ciszy   pieścił palcami  atłasową  skórę   jej  twarzy.  Usta  podążyły  w ślad  za  dłońmi. 

Laine przymknęła oczy i pomyślała, że nigdy nie doznała przyjemniejszego uczucia 

niż dotyk jego ust. Musnął wargami jej usta. Zdawał się zadowolony z powolnego 

poznawania jej ciała. Delektował się jej smakiem. Całował jej szyję, szczypał wargami 

płatki  jej uszu, po czym ponownie powrócił do ust. Językiem rozchylił jej wargi. 

Laine czuła, że serce jej bije coraz szybciej, aż zaszumiało jej w uszach. Przyciągnęła 

go bliżej, czując, że jej pragnienie rośnie. Kusząco otarła się ciałem o jego ciało.

Dillon zaklął gwałtownie i odsunął ją od siebie. Nadal ramionami oplatała jego 

background image

szyję,   a   palcami   mierzwiła   jego   włosy.   Spojrzał   w   jej   oczy,   w   których   czaiła   się 

namiętność.   Laine,   nieświadoma   siły   swego   uwodzenia,   westchnęła   jego   imię   i 

ucałowała go miękko w oba policzki.

-   Pragnę   cię   -   oznajmił   półszeptem   i   przylgnął   wargami   do   jej   ust   z   nową 

namiętnością. Oddała się mu, jak młode drzewo oddaje się we władanie wiatru.

Jego ręce pieściły ją tak, jakby Dillon chciał poznać każdy fragment jej ciała, 

każdą jej tajemnicę. A Laine, która nigdy nie znała tak intymnego dotyku mężczyzny, 

smakowała przyjemność płynącą z fizycznego kontaktu. Jej ciało wyginało się pod 

wpływem jego dotyku, gorliwie reagując na każde muśnięcie. Byli jak nauczyciel i 

uczennica. Jej skóra była gorąca, a krew szybciej krążyła w jej żyłach. Mały płomyk 

rozgorzał   wielkim   ogniem.   Zadrżała   i   wyszeptała   jego   imię.   Była   tak   speszona 

nowym, nieznanym jej dotąd doznaniem, że czuła się niemal tak, jakby podchodziła 

na brzeg urwiska.

Dillon odsunął się od niej i ucałował ją w czubek głowy, mimo iż Laine nadal 

szukała ustami jego warg. Przytulił jej głowę do swojej piersi. Słyszała, jak mocno i 

szybko bije mu serce. Zamknęła oczy i uśmiechnęła się. Dillon wstał, wsunął ręce w 

kieszenie i odwrócił się do niej tyłem.

- Przestało padać - powiedział, ale Laine słyszała zmianę w tonie jego głosu i 

widziała, że wziął głęboki oddech, zanim ponownie się do niej odwrócił. - Lepiej już 

chodźmy.

Wyraz   jego   twarzy   był   nieodgadniony.   Mimo   usilnych   prób,   Laine   nie 

znajdowała słów, które przerwałyby niezręczną ciszę, jaka nastała, i zmniejszyły dys-

tans, jaki nagle ich rozdzielił. Ich spojrzenia spotkały się, zadając pytanie, którego 

usta nie umiały wypowiedzieć. Dillon otworzył usta, jakby chciał coś powiedzieć, ale 

background image

wycofał się. Spuściła wzrok. Dillon uniósł jej brodę i bez słowa złożył pocałunek na jej 

ustach, a potem powiódł ją w kierunku samochodu.

background image

ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY

Słońce świeciło wysoko na niebie, kiedy ich samochód przemierzał autostradę. 

Dillon rozpoczął niezobowiązującą rozmowę, tak jakby namiętność opadła z niego 

wraz z minionym deszczem.  Laine czuła,  że nie  może  się  wyswobodzić  z silnych 

uczuć, które nią zawładnęły.

Mężczyźni,   pomyślała,   znacznie   lepiej   radzą   sobie   z   potrzebami   ciała   niż 

kobiety z potrzebami serca. Dillon jej pragnął. Nawet jeśli tego nie powiedział słowa-

mi, ona doskonale zdawała sobie z tego sprawę. Jego zachowanie nie pozostawiało 

cienia   wątpliwości.   Laine   poczuła,   że   się   rumieni,   kiedy   przypomniała   sobie   swą 

gotowość do odwzajemnienia jego pieszczot. Odwróciła głowę i udawała, że podziwia 

widoki. W istocie zastanawiała się, co ją czeka w najbliższym czasie.

W ciągu tygodnia opuści wyspę. Porzuci nie tylko ojca, za którym tęskniła przez 

całe swoje życie, ale także mężczyznę, który zawładnął całym jej sercem. Być może, 

pomyślała, wzdychając, zawsze obdarzam miłością kogoś, kto nie może być mój. Miri 

powiedziała,   że   muszę   walczyć,   tak   jak   walczą   kobiety,   ale   nie   wiem,   od   czego 

powinnam   zacząć.   Może   powinnam   po   prostu   powiedzieć   Dillonowi   o   moich 

uczuciach?   Jeśli   będzie   wiedział,   że   nie   chcę   od   niego   nic   więcej   poza   miłością, 

mógłby to być początek czegoś pięknego. Być może znalazłabym tu jakąś pracę i 

mogłabym zostać dłużej na Kauai. Ta myśl wyraźnie poprawiła jej humor. Ponownie 

zapatrzyła się w widok za oknem.

- Co to za roślina tam rośnie? Czy to bambus?

- Trzcina cukrowa - odpowiedział, nie patrząc na pola.

- Wygląda jak dżungla. - Zafascynowana wyjrzała przez okno, a wiatr owiał jej 

twarz. - Nie przypuszczałam, że trzcina rośnie tak wysoko.

background image

- Osiąga ponad sześć metrów wysokości, ale nie rośnie tak szybko jak dżungla 

w tej części świata. Dojrzewa od półtora roku do dwóch lat.

- Jest jej tak dużo! - Odwróciła się, żeby na niego spojrzeć, i odgarnęła kosmyki 

loków z twarzy. - Domyślam się, że to plantacja, ale trudno mi sobie wyobrazić, że to 

własność jednej osoby. Żeby zebrać plony, musi tu pracować bardzo wielu ludzi.

Przerwała obserwację pól i rozważania nad zbiorami, gdy w oddali dojrzała 

białe ściany skąpanego w słońcu domu. Wysoki budynek w kolonialnym stylu stał 

dumnie   pośród   bujnej   trawy.   Z   balkonów   spływały   pnącza   winorośli.   Wysokie, 

wąskie   okna   zabezpieczone   były   jasnoszarymi   okiennicami.   Laine   przez   chwilę 

pomyślała, że dom idealnie pasowałby do scenerii z plantacji w starej Luizjanie.

- Cóż za cudowny dom! Widok z balkonów musi być wspaniały - zachwyciła się 

Laine i jednocześnie zdziwiła, widząc, że Dillon zatrzymuje samochód i otwiera jej 

drzwi. - To prywatna posiadłość, prawda? Czy możemy tu przebywać?

- Jasne. To mój dom. - Obszedł samochód i pochylił się nad nią. - Będziesz tu 

siedzieć  z otwartymi  ustami   czy   wejdziesz  do  środka?  Wyglądasz  na  zaskoczoną. 

Spodziewałaś się szałasu z hamakiem?

- Dlaczego? Nie, w zasadzie nie wiem, czego dokładnie się spodziewałam, ale... 

- Rozejrzała się wokół zdezorientowana. - Pola... - zaczęła. - Czy one też są twoje?

- Wziąłem je razem z domem.

Laine nie mogła wykrztusić z siebie słowa. Po kamiennych stopniach podążyła 

za Dillonem.  Przez  szerokie,  mahoniowe  drzwi  weszli  do  środka.  Nie  zdążyła się 

rozejrzeć,   bo   Dillon   poprowadził   ją   prosto   do   salonu.   Wzdłuż   intensywnie 

kremowych ścian stały ciemne, stare meble. Na drewnianej podłodze leżał dywan. 

Ciemne   zasłony   zostały   rozsunięte   tak,   aby   przez   szerokie   okno   można   było 

background image

podziwiać wypielęgnowany trawnik.

- Usiądź. - Dillon wskazał krzesło. - Poszukam czegoś chłodnego do picia.

Laine kiwnęła posłusznie głową. Odczekała chwilę, aż odgłos kroków Dillona 

ucichł, i wolno rozejrzała się po pokoju.

Niezaprzeczalnie wyczuwało się, że dom prowadzony jest przez zamożną osobę. 

Do tej pory Laine nie myślała w ten sposób o Dillonie. Przyszło jej do głowy, że jego 

bogactwo to przeszkoda nie do pokonania i że Dillon nigdy nie uwierzy w szczerość 

jej   intencji.   Będzie   sądził,   że   to   jego   pieniądze   wzbudziły   jej   uczucia.   Laine 

westchnęła rozpaczliwie i podeszła do okna.

Po kilku minutach usłyszała, że Dillon wraca. Kiedy wszedł, uśmiechnęła się do 

niego ostrożnie.

-   Masz   przepiękny   dom.   -   Wzięła   od   niego   wysoką   szklankę   i   podeszła   do 

krzesła.

- Dobrze mi służy. - Usiadł naprzeciwko niej, trochę zaskoczony jej oficjalnym 

tonem.

- Sam go zbudowałeś?

- Nie, mój dziadek to zrobił. - Odchylił się na krześle i przyglądał się jej z 

rozmysłem.   -   Był   marynarzem.   Uważał   Kauai   za   drugą,   zaraz   po   morzu, 

najcudowniejszą rzecz na świecie.

- Ale ty wybrałeś samoloty, a nie morze ani pola. - Laine upiła ze szklanki mały 

łyk.

- Dzięki uprawom mogę realizować swoje cele. Pola są bardzo dochodowe, a 

nie wymagają ode mnie zbyt wiele wysiłku. - Odstawił szklankę na stół. - Mój ojciec 

zmarł   na   kilka   miesięcy   przed   tym,   nim   poznałem   kapitana.   Obaj   brnęliśmy   w 

background image

beznadzieję, tylko że ja byłem wściekły, a on... - Dillon zawahał się przez chwilę. - Był 

taki, jaki jest zawsze. Pasowaliśmy do siebie. Miał jeden samolot i przewoził ludzi na 

wyspę.   Ja   potrzebowałem   czasu   na   naukę,   kapitan   chciał   mnie   uczyć.   Szukałem 

równowagi, a on czuł potrzebę, by mi ją przywrócić. Kilka lat później zbudowaliśmy 

nasze wymarzone lotnisko.

Laine spuściła wzrok, patrząc na szklankę.

- I to wszystko za pieniądze z upraw?

- Tak jak powiedziałem, pola spełniają swoją rolę.

- A zatoka, w której pływaliśmy, też jest twoja, tak?

- Spojrzała na niego.

- Zgadza się.

- Dom mojego ojca - Laine przełknęła ślinę, czując, jak zasycha jej w gardle. - 

Czy on też stoi na twojej ziemi?

Dostrzegła błysk gniewu w jego oczach, który jednak szybko ustąpił.

- Kapitan miał słabość do tego skrawka lądu, więc go sobie kupił - odpowiedział 

łagodnie.

- Od ciebie?

- Tak, ode mnie. Czy to coś zmienia?

- Nie - odparła. - Po prostu pewne rzeczy zaczynam postrzegać w nowy sposób. 

- Laine odstawiła szklankę i złożyła dłonie razem. - Wygląda na to, że jesteś o niebo 

bliższy memu ojcu niż ja.

- Laine... - Dillon odetchnął głęboko, wstał i przeszedł się nerwowo po pokoju. - 

Kapitan i ja rozumiemy się doskonale. Znamy się od ponad piętnastu lat. Jest częścią 

mojego życia.

background image

- Nie proszę, żebyś się tłumaczył. Przepraszam, jeśli tak to zabrzmiało. - Laine 

wstała, starając się uspokoić głos. - Kiedy wrócę w przyszłym tygodniu do Francji, 

będę spokojna, że ojciec zawsze będzie miał w tobie oparcie.

- W przyszłym tygodniu? - Dillon zatrzymał się.

- Chcesz wyjechać w przyszłym tygodniu?

- Tak - odparła, choć przerażała ją myśl o tym, jak szybko tych siedem dni 

minie. - Zawarliśmy układ, że mogę zostać przez dwa tygodnie, a czas mija. Pora 

wracać do własnych spraw.

- Czujesz się zraniona, bo kapitan nie zareagował tak, jak na to liczyłaś?

Zaskoczył ją zarówno tym, co powiedział, jak i łagodnym sposobem, w jaki to 

zrobił.

-   Zmieniłam   wyobrażenie   na   temat   bardzo   wielu   spraw.   -   Sporo   wysiłku 

kosztowało ją zachowanie spokoju i nieuciekanie wzrokiem przed jego oczami. - Po-

czekaj. - Potrząsnęła głową, kiedy próbował coś powiedzieć. - Wolę o tym nie mówić. 

To tylko wszystko bardziej skomplikuje.

- Laine. - Położył dłonie na jej ramionach. - Jest wiele rzeczy, o których ty i ja 

powinniśmy porozmawiać, bez względu na to, czy są one skomplikowane i trudne, 

czy nie. Nie możesz tak ciągle zamykać się w sobie. Chcę... - Przerwał mu dzwonek u 

drzwi wejściowych. Zaklął zniecierpliwiony i poszedł otworzyć.

Z   korytarza   do   uszu   Laine   dobiegł   łagodny,   melodyjny   głos.   Uprzejmym 

uśmiechem powitała Orchideę King, która, wsparta na ramieniu Dillona, weszła do 

salonu.

Laine   uderzyło,   że   Orchidea   i   Dillon   wyglądają  jak   para.   Egzotyczna   uroda 

Orchidei doskonale uzupełniała surowe, proste oblicze Dillona. Jej kobiece krągłości 

background image

idealnie   pasowały   do   jego   szczupłej   sylwetki.   Patrząc   na   nią,   Laine   czuła   się 

zaniedbana i prowincjonalna.

- Dzień dobry, panno Simmons. - Orchidea zacisnęła dłoń na ramieniu Dillona. 

- Jak miło znów panią widzieć.

-   Dzień   dobry,   panno   King.   -   Poirytowana   własną   niepewnością,   Laine 

spojrzała na Orchideę chłodnym wzrokiem. - Sama pani powiedziała, że wyspa jest 

mała.

- Rzeczywiście. Jak sądzę, miała pani okazję zobaczyć choć trochę.

- Zabrałem dziś Laine na małą wycieczkę. - Dillon patrzył na Laine i nie mógł 

zauważyć błysku w bursztynowych oczach Orchidei.

- No cóż, nie mogła trafić na lepszego przewodnika. - Odwróciła się bardziej do 

Dillona. - Cieszę się, że cię zastałam. Przyszłam upewnić się, że pamiętasz o luau 

jutro wieczorem. Bez ciebie nie będzie zabawy.

- Przyjdę. Będziesz tańczyć?

Laine zauważyła, że mówiąc to, Dillon nieznacznie się uśmiechnął.

- Oczywiście, Tommy tego oczekuje.

Dillon   wyszczerzył   zęby   w   uśmiechu.   Spojrzał   na   Laine   i   pospieszył   z 

wyjaśnieniem.

- Tommy to siostrzeniec Miri. Jutro obchodzi swoje coroczne święto luau. Na 

pewno spodoba ci się ta uroczystość.

- O tak - zgodziła się Orchidea. - Żaden turysta nie może opuścić wyspy, nie 

uczestnicząc wcześniej w luau. Zamierzasz zwiedzić inne wyspy podczas wakacji?

- Obawiam się, że będą musiały poczekać na mnie do następnego razu. Przykro 

to mówić, ale kompletnie zawaliłam obowiązki turysty. Głównym celem mojej wizyty 

background image

na Kauai była chęć zobaczenia ojca.

Gwałtownie i ze zniecierpliwieniem Dillon wyswobodził się z uścisku Orchidei.

- Muszę zobaczyć się z nadzorcą. Dotrzymaj, proszę, towarzystwa Laine przez 

kilka minut, dobrze?

- Naturalnie. - Orchidea rozpuściła włosy.

- Panno Simmons,  proszę   się rozgościć. - Orchidea  przejęła rolę  gospodyni 

domu, gdy Dillon je opuścił. - Co mogę pani zaproponować? Coś chłodnego do picia?

Wściekła, że znalazła się w roli gościa Orchidei, Laine z trudem opanowała 

nerwy.

- Dziękuję, nie. Dillon już o wszystko zadbał.

- Wygląda na to, że spędzacie razem dużo czasu - skomentowała Orchidea i 

usiadła na krześle. Skrzyżowała nogi.

Bardzo długie nogi, pomyślała Laine. Wyglądające jak z reklamy hawajskich 

atrakcji.

- Szczególnie jak na kogoś, kto przyjechał odwiedzić ojca - dodała Orchidea.

-   Dillon   bardzo   hojnie   szafował   swoim   czasem.   -   Laine   przyjęła   postawę 

Orchidei, nie mając jednak pewności, czy jest przygotowana na słowny pojedynek.

- On w ogóle jest bardzo hojny. - Orchidea spojrzała na Laine pobłażliwie. - 

Łatwo jednak źle zinterpretować jego wielkoduszność, jeśli nie zna się go tak dobrze, 

jak na przykład ja. On potrafi być doprawdy czarujący.

- Czarujący? - Laine powtórzyła z nutką powątpiewania. - Dziwne. Czarujący to 

słowo, które nie przyszłoby mi do głowy na myśl o Dillonie. Ale znasz go dużo lepiej 

niż ja...

Orchidea złączyła dłonie i spojrzała na Laine.

background image

- Panno Laine, darujmy sobie może ten ugrzeczniony ton, kiedy jesteśmy same.

- Twój wybór, panno King. - Laine kiwnęła głową.

- Zamierzam poślubić Dillona.

- Brzmi groźnie. - Serce Laine zabiło mocniej. - Przypuszczam, że Dillon zna 

ten plan?

- Dillon wie, że go pragnę - odparła Orchidea, zirytowana reakcją Laine. - Nie 

podoba mi się, że spędzacie razem tyle czasu.

- No to jest problem, panno King. - Laine uniosła szklankę do ust i upiła mały 

łyk. - Ale nie sądzi pani, że rozmawia z niewłaściwą osobą? Jestem przekonana, że 

rozmowa z Dillonem byłaby bardziej efektywna.

-   Nie   wydaje   mi   się,   żeby   to   było   konieczne.   -   Uśmiechnęła   się   niemal 

przyjaźnie. - Jestem pewna, że możemy to załatwić między sobą. Nie sądzisz, że po-

proszenie Dillona o naukę latania było dość perfidne?

Laine poczuła, jak ogarnia ją wściekłość na myśl o tym, że Dillon rozmawiał o 

niej z Orchideą.

- Perfidne?

Orchidea machnęła niecierpliwie ręką.

- Na chwilę odwróciłaś uwagę Dillona. Być może udało ci się to dlatego, że 

jesteś tak bardzo różna od typu kobiet, jakie on preferuje. No ale taka słodziutka 

postawa   nie   będzie   go   interesować   zbyt   długo.   -   Jej   melodyjny   głos   stracił   swój 

wdzięk. - Wyrafinowana elegancja nie rozgrzewa mężczyzn, a Dillon z pewnością jest 

prawdziwym mężczyzną.

- O, tak. Dość wyraźnie dał mi to odczuć. - Laine nie mogła powstrzymać się 

przed takim komentarzem.

background image

- Ostrzegam cię... - syknęła Orchidea. - Mogę spowodować, że nie będzie ci do 

śmiechu.

- Jestem przekonana, że mogłabyś to zrobić. Prawdę mówiąc, do tej pory też 

nie było mi wesoło.

- Dillon potrafi być bardzo mściwy, kiedy zorientuje się, że jest oszukiwany. 

Skończysz, tracąc więcej, niż chciałaś zdobyć.

-  Nom  de   Dieu!   -  Laine   zerwała   się   na   nogi.   -  Tak   chcesz   ze   mną   grać?   - 

Machnęła pogardliwie ręką. - Nie mam ochoty na takie wzajemne podchody.

-   Jeszcze   nie   zaczęłyśmy   grać.   -   Odchyliła   się   na   krześle,   zadowolona   ze 

zdenerwowania Laine. - Jeśli nie podobają ci się reguły, to lepiej się wycofaj. Nie 

zamierzam cię tu dłużej znosić.

- Znosić mnie? - Głos Laine drżał z wściekłości. - Nikt, panno King, absolutnie 

nikt nie będzie mi mówił, co mam robić. Twoje groźby są żałosne.

Słysząc to, Orchidea wstała i oparła zaciśnięte pięści na biodrach.

- Czego ty ode mnie chcesz? - Laine zażądała wyjaśnień. - Żądasz zapewnienia, 

że nie będę ingerować w twoje plany? W porządku, z przyjemnością to zrobię. Dillon 

jest twój!

- To miło z twojej strony.

Obie   kobiety   odwróciły   się   gwałtownie   na   dźwięk   głosu   Dillona,   który   stał 

oparty o framugę drzwi.

-   Och,   Dillon.   Tak   szybko   wróciłeś?   -   Głos   Orchidei   nie   brzmiał   już   tak 

wyraźnie jak przed chwilą.

- Najwyraźniej niewystarczająco szybko. - Dillon wpatrywał się w Laine. - O co 

chodzi?

background image

- Ot, taka kobieca rozmowa, nic ważnego. - Orchidea przylgnęła do jego boku. - 

Właśnie poznawałyśmy się z Laine.

- Laine, co się stało?

-   Nic   istotnego.   Myślę,   że   powinnam   już   sobie   pójść.   -   Nie   czekając   na 

odpowiedź, wzięła swoją torbę i ruszyła w stronę drzwi.

Dillon zagrodził jej drogę.

- Zadałem ci pytanie.

- A ja odpowiedziałam  dokładnie tak, jak chciałam. -  Spojrzała  na niego.  - 

Wystarczy tych wszystkich pytań, nie masz prawa mnie przesłuchiwać. Nic dla ciebie 

nie znaczę. Nie masz prawa mnie krytykować, jak to robisz od samego początku. Nie 

masz prawa oceniać - mówiła zdenerwowana. - I nie możesz się ze mną kochać tylko 

dlatego, że tobie sprawia to przyjemność.

Wybiegła na zewnątrz, a on tylko wpatrywał się w drzwi, które zatrzasnęła za 

sobą z hukiem.

background image

ROZDZIAŁ DZIESIĄTY

Resztę dnia Laine spędziła w swoim pokoju. Starała się nie rozmyślać o scenie 

z domu Dillona. Ani o pełnej smutku i złości drodze powrotnej. Pomyślała, że trwa-

łość   serdecznych   bądź   przynajmniej   sympatycznych   stosunków   między   nimi 

ograniczała się ledwie do kilku godzin. Uznała, że już najwyższy czas, żeby opuścić 

wyspę. Kiedy zastanawiała się nad podróżą, naszły ją wątpliwości, czy wystarczy jej 

pieniędzy na powrót.

Westchnęła   na   myśl,   że   w   każdym   razie   kupując   bilet,   wyda   wszystkie 

pieniądze. A przecież nie mogła wrócić do Francji bez grosza przy duszy. Jeśli cokol-

wiek pójdzie nie po jej myśli, nie będzie miała rezerwy finansowej.

Usiadła na łóżku i zastanawiała się, jak temu zaradzić. Nie chciała prosić ojca o 

pieniądze.  Duma   nie  pozwalała  jej  również  zwrócić   się  o  pożyczkę  do  przyjaciół. 

Sfrustrowana spojrzała na kilka banknotów, które leżały przed nią. No cóż, same się 

nie rozmnożą, pomyślała.

Podeszła   do   szafki   i   wzięła   do   ręki   małe   pudełko.   Wyjęła   z   niego   złoty 

medalion. Przyglądała mu się przez chwilę. Był to prezent od ojca dla matki, który 

Vanessa podarowała Laine na jej szesnaste urodziny.

Laine pamiętała dobrze, jaką przyjemność sprawił jej prezent, który choć nie 

trafił   do   niej   bezpośrednio,   był   podarunkiem   od   ojca.   Nosiła   go   zawsze   na   szyi. 

Zdjęła tylko przed lotem na Hawaje, w obawie, żeby nie sprawił ojcu przykrości. Była 

to jedyna wartościowa rzecz, jaka jej została. I musiała ją teraz sprzedać.

Ktoś otworzył drzwi do pokoju. Laine schowała pudełko za plecami i odwróciła 

się w stronę Miri, która właśnie weszła.

- Coś nabroiłaś? - spytała Miri, widząc rumieniec zmieszania na twarzy Laine.

background image

- Nie.

- Ale tak właśnie wyglądasz. Masz. - Położyła na łóżku niezwykłej urody suknię 

w kolorach jasnoniebieskim i połyskliwym białym. - To dla ciebie. Założysz to na 

jutrzejsze luau.

- Och! - jęknęła Laine, zachwycona widokiem cudownego stroju. Wyobraziła 

sobie, jak wspaniały musi być w dotyku. - Jest piękna. Ale nie mogę tego przyjąć.

-   Nie   podoba   ci   się   mój   prezent?   -   spytała   Miri   władczym   tonem.   -  Jesteś 

wyjątkowo niegrzeczna.

- Ależ nie... - Speszyła się z powodu swego zachowania. - Jest piękna, naprawdę 

- zaczęła się tłumaczyć. - Tylko ja...

- Powinnaś nauczyć się dziękować, a nie kłócić. Będzie pasowała na ciebie, 

chudzielcu. - Miri uśmiechnęła się. - Jutro pokażę ci, jak to założyć.

Laine nie potrafiła się powstrzymać i dotknęła tkaniny, żeby poczuć przyjemny, 

chłodny materiał pod palcami. Odwróciła się z westchnieniem w stronę Miri.

- Dziękuję ci. To bardzo miłe z twojej strony.

-   O,   tak   jest   znacznie   lepiej   -   zgodziła   się   Miii   i   poklepała   Laine.   -   Jesteś 

ślicznym dzieckiem. Powinnaś się więcej uśmiechać, bo kiedy się uśmiechasz, to cały 

smutek znika.

Laine   poczuła,   że   pudełko   zaczyna   niewyobrażalnie   ciążyć   w   jej   dłoni. 

Wyciągnęła je przed siebie i otworzyła.

- Miri, może potrafiłabyś doradzić mi, gdzie mogę to sprzedać?

Miri przesunęła pulchnym palcem po złotym medalionie, a następnie spojrzała 

na Laine. Laine dostrzegła, znaną już jej, zmarszczkę na czole Miri.

- Dlaczego chcesz sprzedać coś tak ładnego? Nie podoba ci się?

background image

- Nie, nie. Bardzo mi się podoba. - Bezradna pod wzrokiem Miri, wzruszyła 

ramionami. - Potrzebuję pieniędzy.

- Pieniędzy? A po co ci pieniądze?

- Na podróż i życie... Na powrót do Francji.

- Nie podoba ci się na Kauai?

Oburzenie   w   jej   głosie   sprawiło,   że   Laine   uśmiechnęła   się   i   potrząsnęła 

przecząco głową.

- Na Kauai jest przepięknie. Chciałabym zostać tu na zawsze, ale muszę wracać 

do pracy.

- I co tam będziesz robić? - Miri machnęła ręką z lekceważeniem i usadowiła 

swe pulchne ciało na krześle.

- Uczyć. - Laine usiadła na łóżku i zamknęła wieczko pudełka z medalionem.

- To oni ci nie płacą za nauczanie? - Miri wydęła usta z wyraźną dezaprobatą. - 

Co zrobiłaś ze swoimi pieniędzmi?

Laine zarumieniła się, czując się jak dziecko, które zostało przyłapane na tym, 

że wydało całe kieszonkowe na cukierki.

- Bo... były długi i ja...

- Ty masz długi?

- No... nie... niedokładnie. - Wzruszyła ramionami. Miri siedziała w bezruchu, 

czekając   na   wyjaśnienia.   Laine   skapitulowała.   Powoli   zaczęła   opowiadać   o   ogro-

mnych długach, jakie odkryła po śmierci matki, o konieczności wyprzedania majątku 

i   stałym   obciążeniu   jej   własnych   środków   finansowych.   Miri   nie   przerywała   jej 

wypowiedzi, a Laine czuła, że to wyznanie przyniesie jej ulgę i pozwoli uwolnić się od 

rozterek i rozżalenia.

background image

- I wtedy, kiedy znalazłam adres ojca pomiędzy jej osobistymi dokumentami, 

zabrałam  to,   co mi   jeszcze   zostało,  i   przyjechałam  tutaj.  Obawiam  się,  że  nie  za 

dobrze   wszystko   zaplanowałam,   a   żeby   móc   wrócić...   -   Ponownie   wzruszyła 

ramionami i umilkła. Miri pokiwała głową.

-   Dlaczego   nie   powiedziałaś   kapitanowi?   On   nie   pozwoliłby   swojej   córce 

sprzedawać własnych błyskotek. To dobry człowiek. Nie pozwoliłby ci w obcym kraju 

liczyć nerwowo grosików.

- On nic mi nie jest winien.

- Jest twoim ojcem - oznajmiła Miri. Uniosła brodę i spojrzała na Laine z góry.

- Ale nie jest odpowiedzialny za sytuację, którą stworzyło nieodpowiedzialne 

postępowanie Vanessy i moja impulsywność. Mógłby pomyśleć... Nie. - Potrząsnęła 

głową. - Nie chcę, żeby wiedział. To dla mnie bardzo ważne, żeby się nie wydało. 

Musisz mi obiecać, że nic mu nie powiesz.

- Jesteś bardzo upartą dziewczyną. - Miri skrzyżowała ramiona i przyjrzała się 

Laine,   ale   dziewczyna   patrzyła   na   nią   stanowczo.   -   W   porządku   -   westchnęła.   - 

Musisz   zrobić   to,   co   ci   serce   podpowiada.   Jutro   poznasz   mojego   siostrzeńca, 

Tommy'ego. Poproś go, żeby przyszedł i zerknął na twoje cacko. Jest jubilerem i da ci 

uczciwą cenę.

,   -   Dziękuję   ci,   Miri.   -   Laine   uśmiechnęła   się,   czując,   że   znika   część 

przygniatającego ją brzemienia.

- Spędziłaś z Dillonem miły dzień?

- Byliśmy w jego domu - odpowiedziała wymijająco. - Robi wrażenie.

-   To   bardzo   miłe   miejsce   -   zgodziła   się   Miri   i   wytarła   nieistniejący   kurz   z 

oparcia krzesła. - Moja kuzynka mu gotuje, ale nie jest tak dobra jak ja.

background image

- Wpadła też panna King - kontynuowała Laine, starając się zachować obojętny 

ton, ale Miri czujnie uniosła brwi.

- Hmm. - Miri pogładziła jedwabny materiał swego kwiecistego muumuu.

-   Miałyśmy   niezbyt   miłą   rozmowę,   kiedy   Dillon   zostawił   nas   same.   Kiedy 

wrócił... - Laine zrobiła pauzę i zmarszczyła brwi. - Nakrzyczałam na niego.

Miri roześmiała się, trzymając się za brzuch. Jej śmiech rozbrzmiewał w całym 

domu.

- A więc ty umiesz krzyczeć, chudzielcu. Chciałabym to zobaczyć.

- Nie sądzę, żeby Dillon uznał to za tak zabawne.

- Laine uśmiechnęła się, choć wcale nie było jej do śmiechu.

Miri pokręciła głową.

- Zanadto przyzwyczaił się do traktowania kobiet na swój sposób. Jest zbyt 

przystojny i ma zbyt dużo pieniędzy. - Oparła rękę na wydatnym brzuchu. - Jest do-

brym   szefem   i   kiedy   zachodzi   taka   potrzeba,   sam   pracuje   w   polu.   Ma   wysokie 

kwalifikacje w wielu dziedzinach. Jest bardzo bystry. - Stuknęła się palcem w skroń.

-   Kiedyś   był   bardzo   niegrzecznym   chłopcem   i   robił   różne   figle.   -   Jej   usta 

zadrżały,   gdy   próbowała   ukryć   rozbawienie,   jakie   niosły   ze   sobą   wspomnienia.   - 

Nadal nie jest grzecznym chłopcem - dodała. - Jest bardzo mądry i bardzo potrzebny. 

- Zatoczyła rękami koło, podkreślając tym samym wagę swoich słów, ale w jej głosie 

słychać było matczyną krytykę. - Ale niezależnie od tego, co myśli, on po prostu nie 

zna się na kobietach.

- Pogładziła Laine po głowie i wskazała na jedwabną kreację. - Założysz to jutro 

i wepniesz kwiat we włosy. Jutro będzie pełnia.

Noc była przepiękna. Ze swego okna Laine mogła podziwiać gwiazdy odbijające 

background image

się w tafli morza. Bryza owiewała jej nagie ramiona. Laine pomyślała, że ta noc jest 

idealna na luau.

Nie widziała Dillona od poprzedniego dnia. Wrócił do domu długo po tym, jak 

Laine położyła się spać, a wyszedł rano, zanim Laine się obudziła. Obiecała sobie 

jednak, że ich ostatnie nieporozumienie nie zakłóci uroku tego wieczoru. Jeśli to 

miały być ostatnie dni w jego towarzystwie, postara się, aby były one przyjemne.

Laine odwróciła się od okna i przyjrzała swemu odbiciu w lustrze. Patrzyła na 

kobietę w lustrze i widziała, że zaszły w niej zmiany. Nie zdawała sobie do końca 

sprawy, że w ciągu tych kilku ostatnich dni zmieniła się z dziewczyny w kobietę. 

Ostatni raz przeczesała włosy i wyszła z pokoju. Usłyszała głos Dillona. Nagle wydało 

jej się, że od czasu, kiedy słyszała go po raz ostatni, minęły całe wieki.

- Będziemy zbierać plony w przyszłym miesiącu, ale gdybym znał plan spotkań 

z wystarczającym wyprzedzeniem, mógłbym...

Jego   głos   przycichł,   kiedy   Laine   pojawiła   się   w   drzwiach.   Dillon   przerwał 

nalewanie drinka i uważnie jej się przyjrzał. Laine poczuła, że jej serce bije z potrójną 

prędkością, kiedy jego wzrok wędrował po jej ciele. Ich spojrzenia spotkały się.

Kapitan   spojrzał   badawczo   znad   swojej   fajki   na   Dillona   i   dostrzegł   jego 

zmieszanie. Podążył za jego spojrzeniem.

- Laine. - Wstał i podszedł do zaskoczonej dziewczyny, chwytając jej dłonie w 

swe ręce. - Cóż za piękny widok.

- Podoba ci się? - Uśmiechnęła się i spojrzała w dół na swój sarong. - Nie 

przywykłam do takich strojów.

- Bardzo mi się podoba, ale mówiłem o tobie. Moja córka jest bardzo piękną 

kobietą, prawda, Dillon? - W jego oczach widać było radość.

background image

- Tak. - Głos Dillona brzmiał nienaturalnie. - Bardzo piękną.

- Cieszę się, że tu jest. Tęskniłem za nią. - Ucałował ją w policzek i odwrócił się 

do Dillona. - Wy dwoje idźcie razem, a ja sprawdzę, czy Miri jest gotowa. Zapewne 

jeszcze nie jest, więc dołączymy do was później.

Laine patrzyła, jak odchodził. Uniosła dłoń do policzka, nie mogąc uwierzyć, że 

tak mocno poruszył ją ten drobny gest.

-   Gotowa?   -   Usłyszała   pytanie.   Skinęła   tylko   głową.   Po   chwili   poczuła   ręce 

Dillona   na   swoich   ramionach.   -   Niełatwo   zasypać   przepaść,   która   rosła   przez 

piętnaście lat, ale zrobiłaś pierwszy krok.

Laine była zaskoczona, słysząc te słowa i wsparcie, jakiego udzielił jej Dillon. 

Przełknęła łzy wzruszenia i odwróciła się w jego kierunku.

- Dziękuję. To dla mnie niezwykle ważne, że to powiedziałeś. Dillon, wczoraj 

ja...

- Nie martwmy się teraz o to, co stało się wczoraj. - Uśmiechnął się, jakby 

chciał ją przeprosić, a jednocześnie jakby przyjmował jej przeprosiny. Przez chwilę 

jej się przyglądał, po czym podniósł jej dłoń do swych ust. - Jesteś niewyobrażalnie 

piękna. Jak kwiat rosnący na gałęzi, wysoko poza zasięgiem ręki.

Laine   chciała   sprostować,   że   nie   była   wcale   poza   jego   zasięgiem,   ale 

nieśmiałość nie pozwoliła jej na takie wyznanie. Nie mogła zrobić nic więcej poza pa-

trzeniem mu w oczy.

- Chodźmy. - Dillon wziął ją za rękę i ruszył w kierunku drzwi.

Wyszli na zewnątrz i wsiedli do jego samochodu. Usiadła bokiem na swoim 

siedzeniu, żeby lepiej go widzieć i móc się do niego uśmiechać.

- Czy tam będzie dużo ludzi?

background image

- Mniej więcej setka. - Dillon stukał palcami w kierownicę.

- Setka? - powtórzyła pytająco. Przypomniały jej się nieszczęśliwe chwile, kiedy 

to jej matka wydawała przyjęcia. Były nad wyraz tłoczne i przesadnie eleganckie. 

Tylu ludzi, tyle wymagań, tyle oceniających spojrzeń.

- Tommy ma wielu krewnych.

- Jak miło - wymruczała pod nosem, doceniając uroki małej rodziny.

background image

ROZDZIAŁ JEDENASTY

Z   dala   dobiegł   ich   niski   dźwięk   bębnów   i   zapach   pieczonego   mięsiwa.   Na 

wysokich   palach   płonęły   pochodnie.   Ich   pomarańczowe   płomienie   odcinały   się 

wyraźnie na tle czarnego nieba. Laine czuła się tak, jakby cofnęła się w czasie. Z 

daleka zobaczyła tłum gości - niektórych w tradycyjnych strojach, innych, jak Dillon, 

w zwykłych, wygodnych dżinsach. Słychać było gwar i śmiech. Laine rozejrzała się 

dookoła, zafascynowana widokiem i zapachami.

Na   wielkiej,   tkanej   macie   ustawione   były   drewniane   misy   i   tace,   pełne 

niezwykłych potraw. Dziewczęta o hebanowych włosach, odziane w ludowe suknie, 

klęcząc,   nakładały   dania   na   talerze   i   podawały   je   gościom.   Bogactwo   aromatów 

unosiło się kusząco w nocnym powietrzu. Mężczyźni o nagich torsach, przepasani 

szerokimi pasami, wybijali pulsujący rytm na wysokich, stożkowatych bębnach.

Laine została przedstawiona wielu osobom, których twarze rozmywały się w jej 

pamięci. Wydawało się, że wszyscy są tu przyjaciółmi, że są pozytywnie nastawieni 

do całego świata i czerpią radość z każdej drobnej chwili.

Wkrótce usiadła na trawie pomiędzy Dillonem i ojcem. Na talerzu pojawiły się 

nieznane jej dotąd przysmaki. Nagle rozległ się głośny aplauz, głośniejszy nawet niż 

grana w tle muzyka. Zaczęto bowiem kroić prosię.

- Proszę. - Dillon uniósł widelec i siłą wcisnął jego zawartość w zaciśnięte usta 

Laine.

Laine odkryła z pewnym zaskoczeniem, że smak był wyborny.

- To jest pyszne. Co to jest?

- Laulau.

- Niewiele mi to mówi.

background image

- Ale skoro jest smaczne, co jeszcze potrzebujesz wiedzieć? - zauważył i nawet 

Laine  musiała przyznać, że brzmiało  to  logicznie. - To  wieprzowina z rybą, ugo-

towane w liściach ti - wyjaśnił. - Spróbuj tego. - Ponownie podał jej widelec, który 

tym razem Laine przyjęła bez protestu.

- Och! Co to jest? Nigdy nie próbowałam niczego o podobnym smaku.

- Mątwa - odpowiedział i zaśmiał się głośno, widząc, że aż zachłysnęła się ze 

zdumienia.

-   Wierzę   na   słowo   -   odparła   dostojnie.   -   Powinnam   ograniczyć   się   do 

wieprzowiny  i ananasa. Co to za napój? Nie  - zdecydowała,  słysząc, że jej  ojciec 

chichocze. - Myślę, że lepiej, bym nie wiedziała.

Laine musiała przyznać, że to przyjęcie i nieformalna atmosfera bardzo się jej 

podobały. Starała się tylko unikać jedzenia mątwy. Od czasu do czasu ktoś zatrzymy-

wał   się   koło   nich,   przysiadał,   wymieniał   kilka   pozdrowień   lub   opowiadał   długą 

historię.   Traktowano ją z naturalną gościnnością  i serdecznością,  co sprawiło,  że 

szybko   poczuła   się   swobodnie.   Wydawało   się,   że   ojciec   czuje   się   dobrze   w   jej 

towarzystwie. Mimo iż on i Dillon tworzyli koalicję, do której nie miała dostępu, Lai-

ne   nie   czuła   się   już   jak   intruz.   Muzyka,   śmiechy   i   odurzający   zapach   nieco   ją 

oszołomiły.   Pomyślała,   że   jeszcze   nigdy   nie   doznawała   tak   wielu   intensywnych 

wrażeń.

Nagle bębniarze przyspieszyli tempo. Grali coraz szybciej i szybciej, po czym 

muzyka gwałtownie ucichła. Jedynie echo powtórzyło ich ostatnie takty w chwili, gdy 

przed zgromadzonymi pojawiła się Orchidea. Stanęła w kręgu pochodni. Jej skóra 

błyszczała   w   ich   świetle,   a   oczy   mieniły   się   złotem.   Patrzyła   na   wszystkich   z 

wyższością.   Jej   wspaniałe,   kuszące   ciało   było   skąpo   odziane   i   ozdobione.   Stała 

background image

nieruchomo, pozwalając, aby cisza spotęgowała napięcie. Po chwili zaczęła wolno 

kołysać biodrami. Pojedynczy bęben wybijał rytm, który ona narzucała.

Włosy,   przystrojone   koroną   z   pąków   kwiatów,   opadały   wzdłuż   jej   nagich 

pleców.  Ręce i  giętkie,  kształtne ciało poruszały  się zmysłowo  w takt wybijanego 

rytmu. Laine zauważyła, że złote oczy Orchidei były utkwione w Dillonie, a uśmiech, 

jakim go obdarzała, wyrażał bardzo wiele. Niemal niezauważalnie tempo jej tańca za-

częło   rosnąć.   Bębny   grały   intensywniej,   a   ruchy   tancerki   stały   się   bardziej 

impulsywne.   Twarz   miała   bardzo   spokojną   i   uśmiechniętą,   choć   całe   jej   ciało 

wirowało. W jednej chwili nastała cisza. Dźwięki i taniec ustały gwałtownie.

Wówczas rozległy się huczne oklaski. Orchidea rzuciła Laine spojrzenie pełne 

triumfu, po czym zdjęła z włosów kwiecistą koronę i rzuciła ją na kolana Dillona. 

Zaśmiała się szyderczo i zniknęła w mroku.

-   Chciałabyś   się   tak   poruszać,   chudzielcu?   -   Laine   odwróciła   się   i   ujrzała 

siedzącą tuż obok niej Miri. Wyglądała jeszcze dostojniej niż zwykle, usadowiona na 

wysokim   rattanowym   krześle.   -   Zaczynasz   jeść,   więc   nie   wyglądasz   już   jak   kości 

obciągnięte skórą, a ja nauczę cię tańczyć.

Laine unikała wzroku Dillona. Była zarumieniona z powodu zakłopotania, w 

jakie wprawiły ją słowa Miri, a także z powodu zazdrości, jaką wzbudził w niej taniec 

i swoboda ruchów Orchidei.

-   Być   może   moje   kształty   się   zaokrąglają,   ale   nie   dorównam   naturalnym 

zdolnościom panny King.

- Wystarczy tylko, że rozwiniesz swoje predyspozycje, księżniczko - uśmiechnął 

się  Dillon.  -  Chciałbym  przyjrzeć  się  waszej   lekcji,  Miri.  Jak  ci  wiadomo,   jestem 

znawcą i potrafię dostrzec talent. - Powiódł wzrokiem od jej nagich stóp, przez całą 

background image

długość biało - niebieskiej, jedwabnej kreacji, aż do twarzy.

Miri mruknęła coś po swojemu, a Dillon zachichotał i odpowiedział jej w tym 

samym języku.

- Chodź ze mną - zażądała Miri. Wstała z krzesła i pociągnęła Laine za sobą. - 

Powiedziałam Tommy'emu, że masz błyskotkę do sprzedania - oznajmiła. - Teraz z 

nim porozmawiasz.

- Tak, oczywiście - odparła Laine pod nosem, gdyż urok tej nocy sprawił, że 

zapomniała o medalionie.

Miri zatrzymała się przed gospodarzem luau. Był to postawny, ciemnowłosy 

mężczyzna o miłym uśmiechu i przyjacielskim spojrzeniu. Laine oceniła, że mógł 

mieć około trzydziestki.

-   Porozmawiasz   z   córką   kapitana   Simmonsa   -   zakomenderowała   Miri, 

trzymając dłoń na ramieniu Laine. - Bądź dla niej uprzejmy, bo inaczej wytargam cię 

za uszy.

- Oczywiście, Miri - zgodził się, choć jego usłużny ton nie szedł w parze ze 

śmiejącymi się oczami. Odczekał, aż masywna sylwetka Miri zniknie w ciemności i 

otoczył   Laine   ramieniem.   Pokierował   ją   delikatnie   w   ustronne   miejsce   pod 

drzewami.

- Miri jest głową rodziny - powiedział ze śmiechem. - Sprawuje rządy silnej 

ręki.

- O tak. To się da zauważyć. Chyba trudno jest jej się sprzeciwić, prawda?

Z oddali dobiegał ich gwar przyjęcia.

- Nigdy nie próbowałem. Nie jestem na tyle odważny.

-   Dziękuję,   że   zechciał   pan   poświęcić   mi   trochę   czasu,   panie   Kinimoko   - 

background image

zaczęła.

- Mów mi Tommy, proszę, a wówczas ja będę mógł nazywać cię Laine.

Laine uśmiechnęła się. Szli obok siebie przy dźwiękach fal rozbijających się o 

brzeg morza.

-  Miri  mówiła,   że  masz  jakąś  błyskotkę  do   sprzedania.  Niestety   nie  umiała 

powiedzieć mi nic bardziej konkretnego.

- To złoty medalion - wyjaśniła Laine. Zachowywał się bardzo przyjaźnie, więc 

od razu poczuła się swobodniej. - Jest w kształcie serca i ma łańcuszek o splocie 

warkocza. Nie mam pojęcia, ile może być wart. - Przerwała, zastanawiając się, co 

powinna   mu   jeszcze   powiedzieć.   Po   chwili   dodała   szczerze:   -   Potrzebuję   szybko 

pieniędzy.

Tommy spojrzał na jej delikatny profil i poklepał ją po ramieniu.

- Wiem też, że nie chciałabyś, by kapitan się o tym dowiedział. W porządku - 

kontynuował, widząc, że Laine pokiwała głową. - Mam trochę wolnego czasu jutro 

rano. Mógłbym wpaść około dziesiątej i spojrzeć na medalion. Co ty na to? Dla ciebie 

będzie to pewnie wygodniejsze niż przyjeżdżanie do sklepu.

Laine usłyszała jakiś szmer w krzakach i spostrzegła, że Tommy obejrzał się w 

tym kierunku.

-   To   bardzo   miłe   z   twojej   strony.   Mam   nadzieję,   że   nie   sprawiam   dużego 

kłopotu.

-   Lubię   kłopoty,   które   sprawiają   piękne   kobiety.   -   Objął   ją   ramieniem   i 

poprowadził z powrotem w stronę zabawy. - Poza tym słyszałaś, co mówiła Miri. Nie 

chciałabyś chyba, żeby wytargała mnie za uszy.

- Nigdy bym sobie tego nie wybaczyła. Powiem Miri, że obszedłeś się właściwie 

background image

z córką kapitana Simmonsa i twoje uszy będą bezpieczne.

Śmiejąc się i patrząc na siebie, wyszli spomiędzy drzew.

- Siostra cię szuka, Tommy.

Na dźwięk głosu Dillona, Laine spojrzała z miną winowajcy.

- Dzięki, Dillon. Oddaję ci już Laine. Dobrze się nią opiekuj - doradził. - Miri jej 

pilnuje.

- Będę o tym pamiętał. - Dillon w milczeniu przypatrywał się Tommy'emu, a 

kiedy ten już wmieszał się w tłum, odwrócił się do Laine i przyjrzał się jej uważnie. - 

Jest taki stary hawajski zwyczaj - zaczął wolno groźnym tonem - który przed chwilą 

wymyśliłem, a który głosi, że gdy kobieta przychodzi na luau z mężczyzną, to nie 

spaceruje po gęstym zagajniku z nikim innym.

-   Czy   zostanę   rzucona   rekinom   na   pożarcie,   jeśli   złamię   tę   zasadę?   - 

zażartowała. Ale przestała uśmiechać się drwiąco, gdy Dillon zrobił krok w jej stronę.

- Nie rób tego, Laine. - Objął dłonią jej szyję. - Nie mam zbyt dużej wprawy w 

zachowywaniu powściągliwości.

Zbliżyła się do niego, czując gwałtowną, niepohamowaną potrzebę pocałowania 

go.

- Dillon - wymruczała zachęcająco i uniosła głowę, oferując mu usta.

Czuła dotyk jego palców na szyi. Oparła dłonie na jego piersi i poczuła, jak bije 

jego serce. Jej ciałem wstrząsnął dreszcz. Dillon zwolnił uścisk i powiedział cicho:

- Kobieta, która stoi w blasku księżyca, musi być pocałowana.

- Czy to też stary hawajski obyczaj?

- O tak, ma około dziesięciu sekund.

Z niezwykłą łagodnością przylgnął ustami do jej warg. Pocałunek sprawił, że 

background image

kolana   się   pod   nią   ugięły,   a   ciało   zadrżało   z   rozkoszy.   Z   oddali   dobiegał   odgłos 

bębnów, których dźwięk przybierał na sile, podobnie jak bicie jej serca. Objęła go 

mocno i przycisnęła do siebie. Zbyt szybko, jak uznała z przykrością, Dillon puścił ją, 

odsuwając twarz.

- Jeszcze - wyszeptała nienasycona i przyciągnęła go do siebie.

Siła   jego   pocałunku   sprawiła,   że   mogła   myśleć   wyłącznie   o   swoich 

pragnieniach. Czuła jego niecierpliwe usta i żar bijący z jego ciała. Powietrze wokół 

nich zdawało się wirować. Miała wrażenie, że nie panuje nad swoim ciałem. Dillon 

odsunął ją raz jeszcze.

- Wracajmy, zanim objawi mi się jakiś kolejny stary zwyczaj.

Następnego   ranka   Laine   zwlekała   z   wyjściem   z   łóżka.   Z   przyjemnością 

wspominała   wydarzenia   zeszłego   wieczora.   Smak   ust   Dillona   i   zapach   jego   ciała 

wciąż pozostawały żywe. Z rozkoszą myślała o chwili, kiedy trzymał ją w ramionach. 

Westchnęła i zebrała się na odwagę, by stawić czoło rzeczywistości. Opuściła wy-

godne łóżko i w chwili gdy założyła szlafrok, do pokoju weszła Miri.

-   O,   zdecydowałaś   się   wstać?   Pół   dnia   minęło,   kiedy   się   tak   wylegiwałaś   - 

powiedziała pełnym powagi tonem, ale w jej oczach migotało pobłażanie.

- Dzięki temu noc trwała dłużej - wyjaśniła jej Laine z uśmiechem.

- Smakowały ci hawajskie smakołyki?

- Były wyborne.

Melodyjny śmiech Miri wypełnił pokój.

- Wychodzę na zakupy - powiedziała i odwróciła się w stronę drzwi. - Tommy 

przyjechał. Ma poczekać?

Laine nerwowo poprawiła włosy.

background image

- O rany, nie zdawałam sobie sprawy, że jest już tak późno. Nie chciałabym 

sprawić mu kłopotu. Czy jest ktoś jeszcze w domu?

- Nie, wszyscy wyszli.

Laine rzuciła okiem na szlafrok i uznała, że jest on wystarczającym okryciem, 

żeby przyjąć gościa.

- Niech wejdzie, nie chciałabym kazać mu czekać.

- Zaoferuje ci uczciwą cenę. - Miri otworzyła drzwi. - A jeśli nie, przyjdź do 

mnie.

Laine wyjęła pudełeczko z szuflady i otworzyła je. Promienie słońca odbiły się 

od powierzchni medalionu.

- Laine.

Odwróciła się i zobaczyła stojącego w drzwiach Tommy'ego.

-   Dzień   dobry.   Dziękuję,   że   przyszedłeś.   Przepraszam,   ale   spałam   dziś 

wyjątkowo długo.

- Traktuję to jako komplement dla gospodarza luau. - Ukłonił się lekko.

- To było moje pierwsze. I na pewno pozostanie w pamięci jako najlepsze. - 

Wyciągnęła przed siebie pudełko z medalionem, a kiedy wziął je do ręki, złożyła 

dłonie na piersi.

- Ładna rzecz - ocenił po chwili. Uniósł głowę i popatrzył uważnie na Laine. - 

Laine, przecież ty wcale nie chcesz tego sprzedać. To jest wypisane na twojej twarzy.

- Nie. - Z jego zachowania wyczytała, że nie ma sensu ukrywać prawdziwych 

zamiarów. - Ja muszę to zrobić.

Zdecydowanie w jej głosie  sprawiło,  że Tommy  tylko wzruszył ramionami i 

zamknął pudełko.

background image

- Mogę dać ci sto dolarów, choć sądzę, że tak naprawdę jest to dla ciebie dużo 

więcej warte.

- W porządku. Zabierz pudełko już teraz.

- Jeśli tego właśnie chcesz. - Tommy wyciągnął portfel i zaczął liczyć banknoty. 

- Przyniosłem gotówkę, bo zapewne to wygodniejsze niż czek.

- Dziękuję. - Przyjęła pieniądze i wpatrywała się w nie pustym wzrokiem, aż 

położył rękę na jej ramieniu.

-   Laine,   znam   kapitana   już   dość   długo.   Czy   możemy   się   umówić,   że 

potraktujesz te pieniądze jako pożyczkę?

-   Nie.   -   Potrząsnęła   przecząco   głową,   a   potem   uśmiechnęła   się,   łagodząc 

gwałtowną reakcję. - To bardzo uprzejme z twojej strony, ale muszę to załatwić w ten 

sposób.

- Jasne. - Schował pudełko do kieszeni. - W każdym razie zachowam medalion 

przez jakiś czas, tak na wszelki wypadek, gdybyś zmieniła zdanie.

- Dziękuję. Dziękuję też za to, że o nic nie pytasz.

- Nie odprowadzaj mnie, sam trafię do wyjścia. - Uścisnął delikatnie jej dłoń. - 

Jeśli zmienisz zdanie, powiadom Miri, a ona skontaktuje się ze mną.

- Zgoda.

Kiedy wyszedł, opadła ciężko na łóżko i przyjrzała się banknotom zaciśniętym 

w dłoni. Nie miałam wyjścia, powiedziała do siebie w myślach. To był tylko kawałek 

metalu. Sprawa zamknięta i nie ma sensu jej teraz rozpamiętywać.

-   Widzę,   księżniczko,   że   miałaś   pracowity   poranek.   Dillon   patrzył   na   nią 

lodowatym wzrokiem i Laine nie mogła pozbierać myśli. Wpatrywał się w jej ledwo 

co okryte ciało. Automatycznie poprawiła szlafrok. Podszedł do niej, wyjął pieniądze 

background image

z jej dłoni i rzucił na szafkę nocną.

-   Masz   klasę,   księżniczko.   -   Przeszył   ją   wzrokiem.   -   Całkiem   nieźle   jak   na 

poranną robotę.

-   O   czym   ty   mówisz?   -   Próbowała   poukładać   myśli   i   szukała   sposobu,   jak 

pominąć temat medalionu.

- Myślę, że to nie wymaga wyjaśnień. Sądzę jednak, że jestem winien Orchidei 

przeprosiny. - Wcisnął ręce w kieszenie i odwrócił się na pięcie. Ta swobodna po-

stawa   nie   pasowała   do   ognia   w   jego   oczach.   -   Kiedy   powiedziała   mi   o   waszej 

schadzce,   wsiadłem   na   nią   niemiłosiernie.   Szybko   pracujesz,   Laine.   Wczoraj   nie 

mogłaś być z Tommym dłużej niż dziesięć minut, ale udało ci się go skaptować.

-   Ale   co   cię   tak   złości?   -   zaczęła,   nie   mogąc   zrozumieć,   dlaczego   sprzedaż 

medalionu tak go rozwścieczyła. - Domyślam się, że panna King słyszała naszą wczo-

rajszą rozmowę. - Niespodziewanie Laine przypomniała sobie dziwne poruszenie w 

krzakach,   które   zwróciło   uwagę   Tommy'ego.   -   Ale   dlaczego   uznała,   że   warto 

informować cię o moich sprawach?

- Jak ci się udało pozbyć Miri na czas załatwiania interesów? - spytał. - Miri ma 

raczej sztywny, jasno określony kodeks zasad moralnych. Gdyby dowiedziała się, jak 

zarobiłaś te pieniądze, mogłoby być z tobą krucho.

- Co ty... - Zaczęło do niej docierać, o czym mówił. Nie chodziło mu o medalion, 

pomyślała zupełnie osłupiała, lecz o moje ciało. - Chyba nie myślisz naprawdę, że ja... 

- urwała w pół słowa, widząc potępienie w jego oczach. - To naprawdę nikczemne z 

twojej strony. Nic, co do tej pory o mnie mówiłeś i o co mnie oskarżałeś, nie może się 

równać z tym, co teraz sugerujesz. - Jej głos drżał. - Nie życzę sobie, żebyś obrażał 

mnie w ten sposób.

background image

- Nie? - Dillon chwycił jej ramię i gwałtownie postawił ją na nogi. - Masz w 

zanadrzu jakąś prawdopodobną historyjkę na temat odwiedzin  Tommy'ego i pie-

niędzy, które ściskasz w dłoni? Proszę bardzo, opowiedz mi ją. Zamieniam się w 

słuch.

- Właśnie widzę. Wybacz Dillon, ale wizyta Tommy'ego i moje pieniądze to nie 

twój   interes.   Nie   widzę   powodu,   by   tłumaczyć   się   przed   tobą.   Wnioski,   jakie 

wyciągnąłeś, sprawiają, że niewart jesteś ani jednego słowa wyjaśnienia. Sam fakt, że 

uwierzyłeś Orchidei oraz w jej wierutne kłamstwa i przybiegłeś tu mnie kontrolować, 

dowodzi, że nie mamy sobie nic więcej do powiedzenia.

-   Nie   przyszedłem   tu   na   kontrolę.   Przyszedłem,   bo   pomyślałem,   że   może 

chciałabyś kontynuować naukę. Obiecałem, że nauczę cię latać. Jeśli chcesz, żebym 

cię przeprosił, to podaj mi logiczne wytłumaczenie tej sytuacji.

- Poświęciłam już wystarczająco dużo czasu na tłumaczenie  się  przed tobą. 

Więcej niż zasługujesz. Ciągle zadajesz pytania, żądasz wyjaśnień. Nigdy nie ufasz. - 

Oczy Laine zapłonęły gniewem. - Wyjdź teraz z mojego pokoju. Chcę, żebyś zostawił 

mnie w spokoju do końca mojego pobytu w domu ojca.

- Już wychodzę. - Zacisnął palce na jej ramieniu.

- Kupiłem to wszystko. Nabrałem się na te duże, niewinne oczy, na kruchą, 

niewinną kobietkę, która przedstawiła się jako biedna córka szukająca miłości ojca i 

niczego   więcej.   Mówisz   o   zaufaniu?   Sprawiłaś,   że   ufałem   ci   bardziej   niż   sobie 

samemu. Wiedziałaś, że cię pragnę, i wykorzystałaś to umiejętnie. Odgrywałaś do-

skonale swoją rolę. - Pociągnął ją gwałtownie do siebie, niemal odrywając od ziemi.

- Dillon, to boli.

- Pragnąłem cię - kontynuował, jakby jej nie słyszał. - Zeszłej nocy pożądałem 

background image

cię,   ale   pohamowałem   się   i   okazałem   ci   szacunek,   jakiego   nie   okazałem   jeszcze 

żadnej   kobiecie.   Przybierasz   pozę   niewiniątka,   która   doprowadza   mężczyzn   do 

szaleństwa. Ale nie powinnaś robić tego mnie, księżniczko.

Strach ścisnął jej serce. Oddychała szybko i niespokojnie.

- Koniec zabawy. Zamierzam wziąć to, czego chcę.

- Zignorował jej protest i pocałował ją gwałtownie i mocno.

Próbowała się bronić, ale zdziałała tyle co liść próbujący opierać się wichurze. 

Poczuła,   jak  pokój   przechyla  się,  i   wylądowała   na  materacu,   przygnieciona  przez 

Dillona. Starała się walczyć, ale nic nie mogła poradzić na atak jego zapalczywych ust 

i dłoni. Brutalnie zerwał z niej szlafrok i namiętnie pieścił jej ciało.

Z wolna jego ruchy stawały się delikatniejsze i bardziej zmysłowe. Całował jej 

usta   i   szyję.   Ze   szlochem   przechodzącym   w   jęk   rozkoszy   Laine   poddała   się   jego 

pieszczotom. Jej ciało uległo jego atakom, przytłoczone podnieceniem, jakiego nigdy 

nie zaznało. Łzy wzbierały w jej oczach i nie próbowała ich zatrzymać, podobnie jak 

nie powstrzymywała pieszczot mężczyzny, który te łzy wywołał.

Nagle Dillon zastygł w bezruchu. W pokoju zaległa grobowa cisza, przerywana 

tylko ich przyspieszonymi oddechami. Dillon uniósł głowę i przyjrzał się łzom płyną-

cym po jej policzkach. Zaklął gniewnie i wstał. Przeczesał palcami włosy i odwrócił 

się do Laine plecami.

- Po raz pierwszy zostałem doprowadzony do takiego stanu, że niemal wziąłem 

kobietę siłą. - Jego głos był niski i ochrypły. Odwrócił się i spojrzał na nią. Laine 

leżała nieruchomo, zupełnie wyczerpana psychicznie. Nie próbowała nawet zakryć 

swego nagiego ciała. Patrzyła na niego wzrokiem zranionego dziecka. - Nie mogę 

poradzić sobie z tym, jak na mnie działasz, Laine.

background image

Obrócił   się   na   pięcie   i   wybiegł   z   pokoju.   Laine   pomyślała,   że   dźwięk 

zatrzaskiwanych   drzwi   jej   pokoju   był   najbardziej   przejmującym   dźwiękiem,   jaki 

kiedykolwiek słyszała.

background image

ROZDZIAŁ DWUNASTY

Przez   swoje  okno   w  sypialni  Laine   patrzyła  na   wiosenny   deszcz.   Zza  drzwi 

słyszała   dziewczęta   schodzące   do   holu   na   śniadanie,   ale   nie   uśmiechnęła   się   na 

dźwięk ich beztroskiego chichotu. Nadal uśmiech przychodził jej z trudem.

Nie minęły przecież jeszcze dwa tygodnie od dnia, kiedy Miri przyłapała Laine 

na   pakowaniu   walizek.   Miri   ze   skrzyżowanymi   na   piersiach   rękami   wysłuchała 

wyjaśnień Laine, która jednak pozostała niewzruszona na dziesiątki pytań i prośby o 

przełożenie daty wyjazdu. Liścik, który zostawiła ojcu, nic w zasadzie nie wyjaśniał. 

Były w nim tylko przeprosiny za niespodziewany wyjazd oraz obietnica napisania 

dłuższego listu, kiedy już wróci do Francji. Jak do tej pory, Laine nie znalazła w sobie 

jeszcze tyle odwagi, żeby zabrać się do pisania.

Wspomnienia ostatnich chwil spędzonych z Dillonem wciąż ją prześladowały. 

Nie   potrafiła   też   zapomnieć   zapachu   kwiatów   z   wyspy,   ciepłego,   wilgotnego 

powietrza morskiego pieszczącego jej skórę. Gdy patrzyła na księżyc, przed oczami 

stawał jej obraz palm oświetlonych jego światłem. Laine liczyła na to, że z biegiem 

czasu wszystkie te wspomnienia wyblakną. Kauai to była przeszłość.

Tak jest lepiej, pomyślała,  szykując się do pracy. Lepiej dla wszystkich.  Jej 

ojciec   ma   swoje   szczęśliwe   życie   i   na   pewno   wystarczy,   jeśli   od   czasu   do   czasu 

napiszą do siebie. Być może któregoś dnia ją odwiedzi. Laine wiedziała, że na Hawaje 

już nie poleci. Miała przecież swoje życie, pracę, przyjaciół. Tu wiedziała, czego od 

niej   oczekują.   Tutaj   żadne   emocjonalne   burze   nie   będą   zakłócać   jej   spokojnej 

egzystencji. Zamknęła oczy i pomyślała o Dillonie.

Jeszcze za wcześnie, powiedziała sobie. Zbyt wcześnie na myślenie o nim bez 

uczucia bólu. Może za jakiś czas, kiedy wspomnienia osłabną, łatwiej przyjdzie jej 

background image

rozpamiętywać tamten czas i piękne chwile na wyspie.

Łatwiej przychodziło jej zapomnieć, kiedy oddawała się rutynowym zajęciom. 

Plan dnia Laine był tak napięty, że zostawało jej tylko niewiele wolnego czasu. Lekcje 

zajmowały jej poranki i przedpołudnia. Resztę dnia spędzała na różnych pracach 

domowych, tak żeby nie mieć czasu na rozmyślania.

Deszcz   padał   przez   cały   dzień.   Krople,   wpadając   przez   nieszczelny   dach, 

stukały o podłogę w klasie, w której uczyła Laine. Budynek był już bardzo stary i 

zaniedbany.   Naprawy   nigdy   nie   były   zakończone   lub   odkładano   je   na   bliżej 

niesprecyzowaną   przyszłość.   Okna   były   zamknięte   przed   napływem   wilgoci,   ale 

ponura   mgła   wpełzła   do   sali.   Uczniowie   wydawali   się   znudzeni,   senni   i 

niezainteresowani tematem zajęć. Ostatnią lekcję miała z dziewczętami z Anglii. Były 

wyraźnie   znudzone   nauką   francuskiej   gramatyki.   Ponieważ   była   sobota,   zajęcia 

trwały   tylko   pół   dnia,   ale   godziny   bardzo   się   dłużyły.   Laine   otuliła   się   szczelnie 

granatowym swetrem i pomyślała, że popołudnie lepiej wypełniłaby lektura dobrej 

książki i miła pogawędka przy kominku, niż odmiana czasowników w wilgotnej sali 

lekcyjnej.

-   Eloise   -   zawołała   Laine,   przypominając   sobie   o   swych   obowiązkach.   - 

Drzemkę warto odłożyć na czas po zajęciach.

Dziewczyna zamrugała oczami. Uśmiechnęła się zakłopotana, a jej koleżanki 

zachichotały pod nosem.

- Oczywiście. Laine westchnęła.

- Za dziesięć minut będziecie wolne - przypomniała uczennicom, siadając na 

brzegu biurka. - Jeśli zapomniałyście, to przypominam wam, że dzisiaj jest sobota. A 

jutro niedziela.

background image

Ta   informacja   wywołała   radosne   szepty   i   kilka   westchnień.   Widząc,   że 

przynajmniej na chwilę udało jej się skupić uwagę dziewcząt, Laine kontynuowała 

zajęcia.

-  Maintenant,  czasownik  chanter.  Śpiewać.  Attendez,   ensuite   repetez.   Je  

chante, tu chantes, U chante, nouschantons, vous... - Jej głos zamarł, gdy zobaczyła 

mężczyznę zaglądającego przez drzwi do klasy.

Vous chantez.

Laine zmusiła się, by ponownie skupić swą uwagę na Eloise.

Oui, vous chantez, et ils chantent. Repetez. Dziewczęta posłusznie powtórzyły 

chórem odmianę czasownika. Laine wróciła za swoje biurko. Dillon stał spokojnie i 

czekał. Kiedy głosy przycichły, Laine starała się wrócić myślami do ćwiczeń, które 

zaplanowała.

-  Bien.  Na   poniedziałek   napiszecie   zdania   z   użyciem   tego   czasownika   we 

wszystkich formach.

- Tak jest, proszę pani.

W tym momencie dzwonek oznajmił, że lekcja się skończyła.

-  Nie  szalejcie   -  zawołała  za  dziewczętami,  z  trzaskiem  zamykającymi   blaty 

biurek i uciekającymi w pośpiechu z klasy. Zaciskając nerwowo dłonie, przygoto-

wywała się na trudne spotkanie.

Patrzyła,   jak   jej   uczennice,   chichocząc   i   szepcząc,   mijały   Dillona.   Jej   serce 

zatrzepotało w piersi, gdy zobaczyła jego przyjazny, ciepły uśmiech. Wszedł do klasy, 

podszedł do Laine i zatrzymał się przed nią.

- Witaj, Dillon - zaczęła szybko, starając się ukryć zmieszanie. - Wygląda na to, 

że zrobiłeś niezwykłe wrażenie na moich uczennicach.

background image

Przyglądał się jej w milczeniu, a Laine próbowała zachować uśmiech na twarzy, 

choć czuła, że emocje targają nią coraz mocniej.

- Nie zmieniłaś się - powiedział po chwili. - Nie wiem dlaczego, ale obawiałem 

się, że się zmienisz.  -  Sięgnął do kieszeni, wyjął z niej medalion i  położył go na 

biurku.   Laine   zaniemówiła   i   wpatrzyła   się   w   medalion.   Jej   palce   instynktownie 

zacisnęły się na złotym; sercu.

- Wiem, że nie były to zbył wyszukane przeprosiny, ale dotychczas nie miałem 

okazji tego przećwiczyć. Na miłość boską, Laine! - Ton jego głosu zmienił się w gniew 

tak   szybko,   że   zaskoczona   Laine   uniosła   głowę.   -   Jeśli   potrzebowałaś   pieniędzy, 

dlaczego mi nie powiedziałaś?

- Po co? Żeby potwierdzić twoją opinię o mnie?

- zapytała.

Dillon odwrócił się, podszedł do okna i zapatrzył się w ścianę deszczu.

- Zasłużyłem sobie na to - mruknął, oparł ręce na parapecie i zamilkł. Wyraz 

bólu przeszył jego twarz. Laine, poruszona tym widokiem, powiedziała:

- Nie ma sensu się teraz spierać, Dillon. To już przeszłość i nie wracajmy do 

tego. - Wstała, pozostając nadal po drugiej stronie biurka. - Doceniam, że poświęciłeś 

swój czas i wysiłek, żeby oddać mi medalion. To dla mnie ważniejsze, niż myślisz. 

Nie wiem, kiedy będę w stanie zwrócić ci pieniądze. Ja...

Dillon odwrócił się, a Laine zeszła mu z drogi, widząc wściekłość w jego oczach. 

Dostrzegła, że próbował opanować emocje.

- Nie, nie mów już nic więcej. Po prostu daj mi chwilę czasu. - Ponownie włożył 

ręce do kieszeni i  przez długą chwilę  przechadzał się  po pokoju.  Stopniowo jego 

ruchy stały się wolniejsze. - Dach przecieka - powiedział od niechcenia.

background image

- Tylko kiedy pada deszcz.

Zaśmiał się krótko, po czym ponownie odwrócił się w jej stronę.

- Być może niewiele to dla ciebie znaczy, ale chciałem cię przeprosić. Nie. - 

Pokręcił głową, nie dopuszczając tym samym, by mu odpowiedziała. - Nie bądź tak 

cholernie wielkoduszna. To tylko sprawi, że będę czuł się bardziej winny. - Chciał 

zapalić papierosa, ale przypomniał sobie, gdzie się znajduje, i tylko westchnął ciężko. 

- Po tym, jak się ośmieszyłem, wypadłem na chwilę z twojego pokoju. Moje myśli 

zawsze są najbardziej klarowne, kiedy jestem kilkaset metrów nad ziemią. Być może 

ciężko byłoby ci w to uwierzyć, ale chciałem prosić cię o wybaczenie. Pewnie nawet 

zabrzmiałoby to dla ciebie zabawnie, lecz takie właśnie są fakty. Nawet przez chwilę 

nie wierzyłem w te wszystkie słowa, które do ciebie mówiłem. - Zakrył twarz dłońmi, 

a Laine po raz pierwszy zauważyła, że wyglądał na zmęczonego i wyczerpanego. - 

Jedno wiem na pewno. Zwariowałem na twoim punkcie od pierwszej chwili, w której 

cię ujrzałem. Wróciłem do domu z zamiarem wygłoszenia przeprosin, które i tak 

pewnie niewiele by dały... Próbowałem wmówić sobie, że mój dystans w stosunku do 

ciebie  miał  jedynie  na  celu dobro  kapitana.  - Potrząsnął  głową,  a  przepraszający 

uśmiech rozświetlił mu twarz. - Ale to nic nie pomogło.

- Dillon...

- Laine, nie przerywaj. Nie mam na tyle cierpliwości. - Zaczął ponownie krążyć 

po sali, a Laine stała w milczeniu. - Nie jestem w tym za dobry, więc po prostu milcz, 

dopóki nie skończę. - Kiedy to mówił, nadal niespokojnie przechadzał się po pokoju. 

- Gdy wróciłem, Miri czekała na mnie. Początkowo nie mogłem z niej nic wydusić 

poza tym, że wygłosiła szczegółową krytykę mojego charakteru. W końcu powiedziała 

mi, że wyjechałaś. Nie przyjąłem najlepiej tej wiadomości, ale nie ma sensu teraz 

background image

wracać do tego. Po tym, kiedy wyrzuciłem z siebie wiele przekleństw, powiedziała mi 

o medalionie. Musiałem przysiąc na wszystkie świętości, że nie powiem kapitanowi 

ani słowa. Wygląda na to, że Miri dała ci swoje słowo, że kapitan o niczym się nie 

dowie. Jestem we Francji od dziesięciu dni, próbując cię odszukać. - Odwrócił się i z 

rezygnacją   machnął   ręką.   -   Dziesięć   dni   -   powtórzył,   jakby   to   oznaczało   całą 

wieczność. - Tak było do dzisiejszego poranka, kiedy to spotkałem służącą, która 

pracowała dla twojej matki. Kiedy już dogadałem się z nią łamaną angielszczyzną, 

zrobiła   się   bardzo   wylewna.   Nasłuchałem   się   o   długach   i   licytacjach,   i   o   małej 

mademoiselle, która została w szkole podczas ferii świątecznych na Boże Narodzenie, 

podczas gdy Madame wyjechała do Saint Moritz. Podała mi nazwę twojej szkoły. - 

Zrobił przerwę. Przez chwilę słychać było jedynie kapiące z sufitu krople wody. - Nie 

ma takiej rzeczy, którą mogłabyś mi powiedzieć, a której sam już sobie dobitniej nie 

powiedziałem.   Ale   doszedłem   do   wniosku,   że   powinnaś   mieć   przynajmniej   taką 

możliwość. A więc słucham...

Widząc, że skończył, Laine zaczerpnęła powietrza i zaczęła mówić:

- Dillon, przemyślałam dokładnie, jak mogłeś odebrać tamtą sytuację. Znałeś 

jedynie jedną stronę, a twoje serce było po stronie mego ojca. Nie mogę gniewać się 

na ciebie za twoją lojalność i dbałość o jego dobro. A co do tego, co zdarzyło się 

ostatniego poranka - przełknęła, starając się, aby jej głos brzmiał spokojnie - myślę, 

że było  to  dla ciebie  trudne co najmniej  tak samo,  jak  dla  mnie.  A  może  nawet 

bardziej.

- Sprawiłabyś, że byłoby mi nieco lżej na sumieniu, gdybyś mnie sklęła lub 

cisnęła czymś we mnie.

- Wybacz. - Spróbowała się uśmiechnąć i uniosła ramiona w przepraszającym 

background image

geście.   -   Musiałabym   być   naprawę   wściekła,   żeby   to   zrobić.   Zwłaszcza   tutaj.   Za-

konnice niechętnie patrzą na wybuchy emocji.

- Kapitan chce, żebyś wróciła do domu - powiedział cicho.

Uśmiech zamarł na twarzy Laine. Pokręciła głową, i podeszła do okna.

- Tu jest mój dom.

- Twój dom jest na Kauai. Kapitan chce mieć cię z powrotem. Czy to byłoby w 

porządku, żeby stracił cię ponownie?

- A czy w porządku jest oczekiwać, że odwrócę się plecami do mojego życia i 

wrócę? - spytała. Starała się jednocześnie nie dopuścić do swego serca bólu, jaki 

wywołały w niej własne słowa. - Nie mów mi, co jest w porządku, a co nie, Dillon.

-   Posłuchaj.   Możesz   być   wobec   mnie   tak   okrutna,   jak   tylko   potrafisz. 

Zasłużyłem   na   to.   Ale   kapitan   nie   zasłużył.   Jak   ci   się   wydaje,   jak   on   się   czuje, 

wiedząc, jakie miałaś dzieciństwo?

- Powiedziałeś mu? - Odwróciła się gwałtownie i Dillon zobaczył, że Laine z 

trudem kontroluje emocje. - Nie miałeś prawa...

- Miałem święte prawo - przerwał jej. - Tak jak kapitan miał święte prawo 

wiedzieć. Laine, posłuchaj mnie. - Chciała odwrócić się, ale jego słowa i delikatny ton 

głosu zatrzymały ją. - On cię kocha. Nigdy, przez wszystkie te lata, nie przestał cię 

kochać. To pewnie dlatego zareagowałem na twój przyjazd w taki przykry sposób. - 

Przeczesał włosy niecierpliwym ruchem ręki. - Przez piętnaście lat miłość do ciebie 

raniła go.

- Nie wydaje ci się, że ja doskonale zdaję sobie z tego sprawę? - rzuciła w jego 

stronę. - Dlaczego więc miał cierpieć jeszcze bardziej?

- Laine, tych kilka dni, które z nim spędziłaś, zwróciły mu z powrotem jego 

background image

córkę. Nie pytał, dlaczego nigdy nie odpowiedziałaś na jego listy, nie oskarżał cię o 

żadną   z   tych   rzeczy,   o   które   ja   cię   posądzałem.   -   Zacisnął   powieki,   ponownie 

sprawiając wrażenie udręczonego. - Kochał cię, nie oczekując wyjaśnień ani prze-

prosin. Byłoby czymś bardzo złym podtrzymywanie kłamstwa. Kiedy dowiedział się, 

że wyjechałaś, sam chciał przyjechać do Francji i zabrać cię z powrotem. Poprosiłem 

go,   by   pozwolił   mi,   bym   ja   to   zrobił,   ponieważ   wiedziałem,   że   to   przeze   mnie 

wyjechałaś.

- Tu nie ma mowy o winie, Dillon. - Laine z westchnieniem wsunęła medalion 

do kieszeni swego swetra. - Być może miałeś rację, mówiąc wszystko kapitanowi. Być 

może teraz wszystko jest jasne. Napiszę do niego dziś wieczorem. Popełniłam błąd, 

wyjeżdżając bez wyjaśnienia mu sytuacji. Fakt, iż teraz wiem, że ponownie jest moim 

ojcem,   to   dla   mnie   najpiękniejszy   prezent,   jaki   kiedykolwiek   dostałam.   Nie 

chciałabym, aby którykolwiek z was myślał, że mój powrót do Francji i oznacza, że 

czuję się rozgoryczona. I naprawdę wierzę, że kapitan wkrótce mnie odwiedzi. Może 

zawieziesz mu list ode mnie?

Oczy Dillona pociemniały, a jego głos drżał od gniewu.

- Nie będzie szczęśliwy, wiedząc, że pogrzebałaś się żywcem w tej szkole.

- Nie pogrzebałam się, Dillon. Ta szkoła jest moim domem i moją pracą.

- I twoim sposobem ucieczki  od problemów?  - zapytał zniecierpliwiony, po 

czym zaklął i znowu zaczął przemierzać pokój. - Wybacz, to była zwykła złośliwość. 

Sam nie wiem, co mówię.

- Nie przepraszaj więcej, Dillon. Te ściany chyba tego nie zniosą.

Zatrzymał   się   i   przyjrzał   jej   uważnie.   Stała   do   niego   bokiem,   ale   widział 

wyraźnie linię jej brody i jasne pukle loków na skroniach. W granatowym sweterku i 

background image

białej plisowanej spódniczce wyglądała bardziej jak studentka niż nauczycielka. Tym 

razem zaczął mówić spokojnie.

-   Posłuchaj,   księżniczko.   Zostanę   tu   kilka   dni   i   po   -   ,   udaję   turystę.   Może 

pokazałabyś mi miasto? Przydałby się ktoś ze znajomością francuskiego.

Laine zamknęła oczy i zastanowiła się, jak będzie wyglądać kilka dni w jego 

towarzystwie. Nietrudno było przewidzieć kłopoty i ból.

- Przepraszam cię, Dillon. Bardzo chciałabym to zrobić, ale obowiązki mi na to 

nie pozwalają. Może następnym razem.

- Nie będzie następnego razu. Staram się rozegrać to najlepiej, jak potrafię, ale 

chyba mi się nie udaje. Nigdy nie spotkałem kobiety takiej jak ty. Nie można do 

ciebie dopasować żadnego, znanego mi szablonu.

Ze zdziwieniem spostrzegła, że gdzieś zniknęła pewność siebie Dillona. Zrobił 

krok   w  jej   stronę,   zawahał  się   i   podszedł   do   tablicy.   Przez   chwilę   przyglądał   się 

odmianie czasowników francuskich.

- Zjedz dziś ze mną kolację.

- Nie, Dillon ja...

Odwrócił się gwałtownie, a Laine urwała w pół słowa.

- Jeśli nie zjesz ze mną nawet kolacji, to jak do diabła mam cię namówić, żebyś 

wróciła do domu i znów zaczęła ze mną normalnie rozmawiać? Każdy głupi widzi, że 

nie jestem najlepszy w tych sprawach. Sporo już namieszałem, a nie wiem, jak długo 

jeszcze uda mi się w miarę sensownie i logicznie mówić. Kocham cię, Laine. Wróć ze 

mną na Kauai i wyjdź za mnie.

Oszołomiona   Laine   nie   mogła   wykrztusić   słowa.   Wpatrywała   się   w   niego 

wielkimi jak spodki oczami.

background image

- Dillon? Czy ty powiedziałeś, że mnie kochasz?

- Tak. Powiedziałem, że cię kocham. Mam powtórzyć? - Uniósł dłonie do jej 

ramion, ustami dotknął jej włosów. - Kocham cię tak bardzo, że wariuję. Prawie nie 

jem i nie śpię. Wspominam, jak cudownie wyglądałaś z muszlą przy uchu. Stałaś 

tam, woda kapała z twoich włosów, w twoich oczach odbijało się niebo i morze, i 

całkowicie, bez pamięci zakochałem się w tobie.

Starałem się wyzwolić od tego uczucia, ale kolana się pode mną uginały za 

każdym razem, kiedy byłaś w pobliżu. A kiedy wyjechałaś, czułem się rozdarty. Nie 

byłem sobą, nie mogę bez ciebie żyć.

- Dillon - wyszeptała jego imię.

- Przyrzekam, że do niczego nie będę cię zmuszał ani namawiał. Obdaruję cię 

wszystkim,   czego  pragniesz.   Kwiatami,  światłem  świec.  Będziesz  zaskoczona,   jaki 

potrafię być tradycyjnie romantyczny. Tylko proszę, wróć ze mną. Dam ci trochę 

czasu, zanim zacznę nalegać na małżeństwo.

- Nie. - Odetchnęła głęboko. - Nie wrócę, dopóki mnie nie poślubisz.

-   Twardo   negocjujesz   -   mruknął   i   zbliżył   wargi   do   jej   ust.   Spragniony   ich 

smaku, całował ją długo i delikatnie.

- Nie pozwolę ci zmienić zdania. - Zaplotła ręce na jego karku i przytuliła się do 

jego policzka. - A kwiaty i kolacje przy świecach będą mile widziane po ślubie.

- Ubiłaś interes, księżniczko. Poślubię cię, nim zdasz sobie sprawę, w co się 

pakujesz. Kilka osób mogłoby ci powiedzieć, że mam pewne wady. Jak na przykład 

okresowe utraty kontroli nad swoim temperamentem.

- Doprawdy? - Spojrzała na niego z niedowierzaniem. - Nigdy nie spotkałam 

mężczyzny   bardziej   łagodnego   i   opanowanego.   Chociaż   -   mówiąc   to,   przesunęła 

background image

palcem wzdłuż jego szyi w stronę guzika u jego koszuli - być może to odpowiednia 

chwila na wyznanie, że jestem diabelnie zazdrosna. Zupełnie nad tym nie panuję. I 

jeśli kiedyś, przypadkiem, zobaczę jakąś kobietę tańczącą hula specjalnie dla ciebie, 

to zrzucę ją przy pierwszej sposobności z klifu do morza.

- Zrobiłabyś to? - Dillon uśmiechnął się szeroko i ujął w dłonie twarz Laine. - W 

takim razie Miri powinna jak najszybciej zacząć cię uczyć tańczyć. Ostrzegam jednak, 

że będę na każdej lekcji.

- Spróbuję być pojętną uczennicą. - Przyciągnęła go mocniej do siebie. - Ale w 

tej chwili wolę trochę inne lekcje. Pocałuj mnie, Dillon.      

background image

NIEBÓJ SIĘ ŻYCIA

background image

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Przyglądał się, jak podjeżdża. Choć ubrana była w kurtkę i dżinsy, a na głowie 

miała   maskujący   kask,   Katcha   uderzyła   jej   kobiecość.   Przyjechała   na   małym 

motocyklu   marki   Honda.   Zaciągając   się   cygaretką,   podziwiał,   z   jaką   zręcznością 

zaparkowała.

Powoli zsiadła z motocykla. Była bardzo wysoka i smukła. Katch oparł się o 

automat z napojami i z bezmyślną ciekawością dalej obserwował nieznajomą. Gdy 

zdjęła kask, jego zainteresowanie wzrosło.

Rozpuszczone proste włosy sięgały jej do ramion, a na czoło opadała grzywka. 

Była ciemną brunetką, choć w jej włosach lśniły czerwone i złote refleksy od słońca. 

Twarz   miała   szczupłą   o   ostrych,   wyrazistych   rysach,   a   jednocześnie   pełnych, 

wydatnych ustach. Znał modelki, które głodziły się, by uzyskać taki wygląd.

Katch, znając się trochę na kosmetykach, wiedział, że żadnego nie użyła dla 

podkreślenia swej urody.  Nie potrzebowała  ich. Miała duże oczy, nawet z daleka 

zauważył,   że   były   ciemnobrązowe.   Przypominały   oczy   źrebaka   —   były   szeroko 

background image

rozstawione, rozwarte i czujne. Poruszała się z naturalnym wdziękiem. Musiała być 

bardzo młoda. Wyglądała najwyżej na dwadzieścia lat.

Zaciągnął się znów cygarem. Tak, naprawdę była piękna.

— Cześć, Megan!

Dziewczyna odwróciła się, odgarniając włosy z czoła i uśmiechnęła do sióstr 

Bailey, bliźniaczek, które zatrzymały swojego dżipa przy krawężniku.

— Cześć. — Megan podeszła do samochodu. Bardzo lubiła siostry Bailey.

Tak   jak   ona   miały   dwadzieścia   trzy   lata.   Były   drobnymi   blondynkami   o 

niebieskich oczach i długich, delikatnych włosach, potarganych teraz przez wiatr. 

Obie pary niebieskich oczu przesunęły się po Megan i skupiły na mężczyźnie, który 

stał oparty o automat. Jak na komendę dziewczyny wyprostowały się i założyły włosy 

za uszy, świadome, że ich prawy profil jest bardziej atrakcyjny.

— Dawno cię nie widziałam! — Teri Bailey, zwracając się do Megan, zerkała z 

ukosa na Katcha.

— Miałam sporo spraw do załatwienia przed rozpoczęciem nowego sezonu. — 

Megan  miała  niski   głos  i  mówiła  z  lekkim  południowym   akcentem.   —  Co  u was 

słychać?

— Świetnie! — odpowiedziała Jeri, poruszając się na siedzeniu kierowcy. — 

Mamy   wolne   popołudnie.   Może   pojedziesz   z   nami   na   zakupy?   —   Również   ona 

zerkała na Katcha.

— Chciałabym… — Megan pokręciła głową — ale muszę tu coś załatwić.

— Może z tym facetem o wspaniałych, szarych oczach? — wtrąciła Jeri.

Megan wybuchnęła śmiechem.

— I szerokich ramionach — dodała Teri.

background image

— On nie spuszcza z niej wzroku, prawda, Teri? — dodała Jeri.

— O czym wy mówicie? — Megan była całkowicie zdezorientowana.

— Spójrz za siebie. — Teri delikatnie poruszyła głową. — Na tego przystojniaka 

przy automacie. Olśniewający, prawda? — Ale gdy Megan zaczęła odwracać głowę, 

Teri dodała dramatycznym szeptem: — Nie obracaj się tak ostentacyjnie, na litość 

boską!

— Przecież nic nie zobaczę, jeśli nie spojrzę — zauważyła rozsądnie Megan, 

odwracając jednak głowę.

Mężczyzna miał gęste blond włosy, choć nie tak jasne jak bliźniaczki Teri i Jeri, 

lekko przydymione, z pasemkami rozjaśnionymi przez słońce. Był smukły, wysoki i 

miał na sobie sprane dżinsy. Stał oparty o automat do napojów, w niedbałej pozie, 

potargany,   i   pił   z   puszki.   Ale   wyraz   jego   twarzy   jest   skupiony,   a   nawet   czujny, 

pomyślała   Megan,   gdy   bez   mrugnięcia   okiem   wytrzymał   jej   spojrzenie.   Miał 

regularne   rysy   twarzy,   rzec   można   —   doskonałe,   choć   jego   policzki   wymagały 

ogolenia. Mały dołek w podbródku dodawał mu uroku.

W   zwykłych   okolicznościach   Megan   uznałaby   tę   przystojną   twarz   za 

fascynującą.   Jednak   spojrzenie   szarych,   nieprzeniknionych   oczu   było 

impertynenckie.   Megan   dobrze   znała   takie   typy   —   tajemniczy   samotnik,   który 

nigdzie nie potrafi zagrzać miejsca, szukający przelotnych znajomości z kobietami. 

Ściągnęła brwi. Bezceremonialnie jej się przyglądał. A nawet, o zgrozo, dotykając 

ustami puszki, mrugnął wesoło.

Słysząc chichot jednej z bliźniaczek, Megan odwróciła głowę.

— Fantastyczny facet — zdecydowała Jeri.

— Nie bądź idiotką! — Megan energicznym ruchem głowy odrzuciła włosy do 

background image

tyłu. — Pospolity typ. Nawet prymitywny.

Bliźniaczki wymieniły spojrzenia, po czym Jeri odpaliła dżipa.

—   Jesteś   zbyt   wybredna   —   oświadczyła.   Uśmiechnęły   się   jednocześnie   do 

Megan, a potem ruszyły.

— Na razie!

Megan   pomachała   im   na   pożegnanie,   a   potem,   świadomie   ignorując 

mężczyznę, który spacerował po parkingu, weszła do sklepu.

Skinieniem   głowy   odpowiedziała   na   powitanie   kasjera.   Dorastała   w   Myrtle 

Beach i znała wszystkich kupców w promieniu pięciu mil od wesołego miasteczka, 

które było własnością jej dziadka.

Wzięła   wózek   i   zaczęła   prowadzić   go   wzdłuż   pierwszej   alejki.   Potrzebowała 

tylko kilku rzeczy. Zresztą na motocyklu miała niewielką torbę na zakupy. Jeśli nie 

naprawią pikapa… Oderwała myśli od tego problemu. W tej chwili go nie rozwiąże.

Wzięła już karton mleka, a potem zatrzymała się przy półce ze słodyczami. Nie 

jadła dziś lunchu, a kolorowe opakowania ciasteczek wyglądały niezwykle kusząco. 

Może owsiane…

— Te są lepsze.

Megan przestraszyła się, widząc czyjąś rękę chwytającą torbę z czekoladowymi 

chipsami. Odwróciła głowę, a wtedy spojrzała prosto w impertynenckie, szare oczy.

— Weź te! — Mężczyzna uśmiechnął się bezceremonialnie.

— Nie, dziękuję — odpowiedziała, znacząco spoglądając na jego rękę w swoim 

koszyku.

Wzruszył ramionami i cofnął ją. Ale ku irytacji Megan nadal szedł obok niej.

—   Co   masz   jeszcze   na   liście   zakupów,   Meg?   —   spytał   życzliwym   tonem, 

background image

otwierając torbę z ciasteczkami.

— Sama dam sobie radę, dziękuję. — Skręciła w następną alejkę, po drodze 

biorąc   puszkę   tuńczyka.   Kątem   oka   zauważyła,   że   mężczyzna   szedł,   niczym 

uzbrojony bandyta, długimi, posuwistymi krokami, jednocześnie lekko się kołysząc.

— Masz ładny motocykl. — Ugryzł kawałek ciasteczka. — Mieszkasz w pobliżu?

Megan wybrała pudełko herbaty w torebkach. Oceniła je wzrokiem, po czym 

wrzuciła do koszyka.

— Jestem zajęta — powiedziała i ruszyła energicznie do przodu.

— Nie szkodzi — stwierdził wesoło i zaproponował jej ciasteczko.

Zignorowała   propozycję   i   poszła   dalej.   Gdy   sięgnęła   po   chleb,   mężczyzna 

położył rękę na jej dłoni.

— Najlepszy będzie dla ciebie pełnoziarnisty.

Jego dłoń wydawała się twarda i stanowcza. Megan, spojrzawszy na niego z 

oburzeniem, usiłowała wyrwać rękę.

— Posłuchaj… — zaczęła.

— Brak obrączki — skonstatował, podnosząc jej dłoń, by się lepiej przyjrzeć. — 

Żadnych zobowiązań. Może zjemy razem kolację?

— Wykluczone. — Potrząsnęła ręką, ale mężczyzna nadal ją trzymał.

— Nie bądź taka niemiła, Meg. Masz piękne oczy. — Uśmiechnął się. Patrzył na 

nią w takim skupieniu, jakby byli jedynymi ludźmi na świecie. Jakiś klient, mrucząc 

coś   pod   nosem   z   irytacją,   sięgnął   ponad   jej   głową,   by   wziąć   bochenek   żytniego 

chleba.

— Odejdź! — zażądała przyciszonym głosem. Dziwiło ją, że pozostawała pod 

jego urokiem, mimo że wiedziała, co kryje się pod tym uśmiechem. — Bo zrobię 

background image

scenę! — zagroziła.

— Nie mam nic przeciwko scenom — rzekł spokojnie i uśmiechnął się.

To prawda, pomyślała, przyglądając mu się uważnie. Doskonale by się bawił.

— Nie wiem, kim jesteś — zaczęła ze złością — ale…

— David Katcherton — przedstawił się z sympatycznym uśmiechem. — O której 

po ciebie przyjechać?

— Nie będziesz po mnie przyjeżdżać — powiedziała z naciskiem. — Ani dzisiaj, 

ani nigdy. — Rozejrzała się po sklepie. Wokół było pusto. Nawet gdyby urządziła tu 

scenę, na nikim nie zrobiłaby wrażenia. — Puść moją rękę — nakazała stanowczo.

— Izba Handlowa uznała Myrtle Beach za przyjazne miasto,  Meg. — Katch 

puścił jej rękę. — Zadajesz kłam tej opinii.

— I przestań nazywać mnie Meg! — powiedziała z furią. — Nie znam cię!

Ruszyła wściekle do przodu, popychając przed sobą wózek.

— Ale poznasz — oświadczył cicho.

Znów   skrzyżowali   spojrzenia.   Jej   oczy   pałały   złością,   jego   —   niezmąconą 

pewnością siebie. Odwróciła się na pięcie i szybkim krokiem podążyła do kasy.

* * *

— Nie uwierzysz, co mi się przydarzyło w sklepie. Megan z łoskotem postawiła 

torbę z zakupami na kuchennym stole.

Jej dziadek siedział za stołem na jednym z czterech klonowych krzeseł, zajęty 

przypinaniem do haczyka wędki sztucznej przynęty. Mruknął coś pod nosem. Przed 

nim piętrzyła się kupka drucików, piórek i ciężarków.

background image

— Ten mężczyzna — zaczęła, wyjmując z torby chleb — ten niewiarygodnie 

impertynencki mężczyzna próbował się ze mną umówić. Stałam wtedy przy półce z 

ciasteczkami. — Megan zmarszczyła brwi, chowając torebki herbaty do puszki. — 

Zaprosił mnie na kolację.

— Aha. — Jej dziadek z wielką precyzją przywiązywał żółte piórko do muchy. — 

Miłego wieczoru.

— Pop! — Megan pokręciła głową, a uśmiech wykrzywił jej usta.

Timothy   Miller   był   niskim,   szczupłym   mężczyzną   po   sześćdziesiątce.   Jego 

okrągłą, pomarszczoną twarz otaczała gęsta, siwa czupryna i starannie utrzymana 

broda.   Niebieskie   oczy,   które   mimo   upływu   lat   nie   straciły   blasku,   były   głęboko 

osadzone i okolone zmarszczkami. Niewiele uchodziło ich uwadze. Megan wiedziała, 

że   teraz  był   bardzo   skupiony   na   osadzaniu   przynęty.   To,   że   w   ogóle   ją   usłyszał, 

wynikało jedynie z głębokiego przywiązania do wnuczki.

Megan pochyliła się i pocałowała dziadka w czoło.

— Idziesz jutro na ryby?

— Tak, wczesnym rankiem. — Pop policzył przynęty i jeszcze raz powtórzył w 

myślach   strategię.   Wędkowanie   to   poważna   sprawa.   —   Muszę   dziś   wieczorem 

spakować wóz. Wrócę na kolację.

Megan   skinęła   głową   i   raz   jeszcze   go   pocałowała.   Dziadek   potrzebował 

odpoczynku. A łapanie ryb to była jego pasja. Wesołe miasteczko, które wspólnie 

prowadzili,   jesienią  i   wiosną   było  otwarte   tylko   w  weekendy.  Ale   podczas  trzech 

letnich   miesięcy   pracowali   przez   siedem   dni   w   tygodniu.   Przyjeżdżało   wtedy 

mnóstwo   turystów.   Na   te   trzy   miesiące   lata   liczba   ludności   nadmorskiego, 

trzynastotysięcznego   Myrtle   Beach   wzrastała   w   porywach   do   trzystu   tysięcy. 

background image

Przyjeżdżały tu tłumy w poszukiwaniu rozrywki.

Dziadek ciężko pracował, by dostarczyć im tej rozrywki oraz zarobić na życie. 

Zawsze ciężko pracował, zamyśliła się Megan. Byłoby to naprawdę uciążliwe, gdyby 

tak bardzo nie kochał swojego lunaparku. Odkąd pamiętała, to miejsce było również 

częścią jej życia.

Megan straciła rodziców w wieku pięciu lat. Od tamtej pory Pop był dla niej 

matką, ojcem i przyjacielem. Dawno temu połączył ich wspólny ból. Dziś ich miłość 

była   twarda   jak   skała.   Megan   cechowała   ostrożność   w   sprawach   uczuciowych, 

ponieważ gdy już się angażowała, to na całego. Gdy kochała, to na zabój.

— Z przyjemnością zjem pstrąga — powiedziała, mocno ściskając dziadka. — A 

dziś wieczorem zjemy tuńczyka.

— Myślałem, że wychodzisz?

— Pop! — Megan oparła się o kuchenkę i obiema rękami odgarnęła włosy z 

twarzy.   —   Czy   sądzisz,   że   spędzę   wieczór   z   mężczyzną,   który   próbował   mnie 

poderwać na paczkę czekoladowych ciasteczek?

— To zależy, co to za mężczyzna. — Gdy na nią spojrzał, dostrzegła filuterny 

błysk w jego oczach. — Jak wyglądał?

— Jak plażowy playboy — odparła, choć wiedziała, że nie była to prawda. — Z 

niewielką domieszką kowboja.

— Odpowiedziała szerokim uśmiechem na uśmiech Popa. — Tak naprawdę ma 

wspaniałą twarz. Szczupłą, silną i bardzo atrakcyjną. Można ją wyrzeźbić.

— Brzmi interesująco. Gdzie go spotkałaś?

— W dziale ze słodyczami.

—   I   zamierzasz   robić   zapiekankę   z   tuńczyka   zamiast   zjeść   kolację   w 

background image

restauracji? — Pop westchnął ciężko i pokręcił głową. — Nie wiem, co się z tobą 

dzieje, dziewczyno

— dodał, przyglądając się swojej ulubionej przynęcie.

— On był zbyt pewny siebie — oświadczyła Megan, krzyżując ramiona. — I 

patrzył   na   mnie   tak   jakoś…   pożądliwie.   Czy   w   takich   przypadkach   porządni 

dziadkowie nie wyciągają rewolweru, by wypłoszyć zalotnika?

— Chcesz wziąć rewolwer na wszelki wypadek?

Przenikliwy gwizd czajnika zagłuszył odpowiedź Megan. Pop patrzył, jak wstała 

i zaczęła przygotowywać herbatę.

* * *

Była dobrą dziewczyną… Może czasami zbyt poważnie podchodziła do pewnych 

spraw, ale była dobrą dziewczyną. A na dodatek piękną. Wcale go nie dziwiło, że 

jakiś mężczyzna chciał się z nią umówić. Zdziwiony był raczej, że nie zdarzało się to 

częściej. Ale Megan samym spojrzeniem potrafiła zmrozić mężczyznę. Wystarczyło, 

że spojrzała w taki sposób, jakby mówiła „chyba się przesłyszałam” i większość jej 

adoratorów rej terowała. Wyglądało na to, że jeszcze żaden jej się nie spodobał.

Zajęta pracą w wesołym miasteczku, a w wolnych chwilach swoją sztuką, nie 

miała   czasu   na   życie   towarzyskie.   Albo   nie   chciała   go   mieć,   poprawił   się   Pop   w 

myślach.

Teraz jednak nie był pewny, czy w jej stosunku do nieznajomego nie kryło się 

coś więcej poza rozdrażnieniem. Chyba była rozbawiona i on jej się trochę podobał. A 

ponieważ Pop dobrze znał wnuczkę, postanowił zostawić sprawę biegowi czasu.

background image

—   Pogoda   ma   być   ładna   przez   cały   weekend   —   zauważył,   starannie 

umieszczając   przynęty   w   pudełku.   —   W   miasteczku   powinno   być   sporo   ludzi. 

Będziesz pracować w salonach gier?

— Oczywiście. — Megan postawiła na stole filiżanki z herbatą i usiadła. — Czy 

siedzenia na karuzeli zostały już naprawione?

— Dopilnowałem tego dziś rano. — Pop dmuchając, studził herbatę, a potem 

popijał ją małymi łykami.

Megan zauważyła, że był dziś wypoczęty i w dobrym humorze. Pop był prostym 

człowiekiem.   Zawsze   podziwiała   jego   skromny   sposób   bycia   i   subtelne   poczucie 

humoru. Uwielbiał patrzeć, jak ludzie się bawią. Lubił to nawet bardziej, pomyślała z 

westchnieniem,   niż  pobieranie   za   to   opłaty.   Joyland   przynosił   zaledwie   skromne 

zyski. Megan już dawno doszła do wniosku, że Pop był o wiele lepszym dziadkiem niż 

biznesmenem.

To   ona   zajmowała   się   finansami   firmy.   I   choć   ten   obowiązek   pochłaniał 

mnóstwo czasu, który mogłaby  poświęcić na rzeźbienie, zdawała sobie  doskonale 

sprawę, że wesołe miasteczko stanowi ich podstawowe źródło utrzymania. A — co 

ważniejsze, Pop je kochał.

Ostatnio ich dochody spadły gwałtownie. To ją zaniepokoiło, ale z dziadkiem 

nie rozmawiała na ten temat. Zaledwie wspomniała o konieczności wprowadzenia 

pewnych zmian w nowym sezonie, zwłaszcza o zainwestowaniu w reklamę.

Megan, popijając herbatę, z roztargnieniem słuchała, jak Pop rozwodził się na 

temat konieczności zatrudnienia kogoś do pomocy na lato. Zajmie się tym sama, gdy 

przyjdzie   pora.   Pop   miał   tendencję   do   płacenia   zbyt   wysokich   wynagrodzeń 

pracownikom,   którzy   na   to   nie   zasługiwali.   Megan   była   bardziej   praktyczna.   Z 

background image

konieczności.

Doszła do wniosku, że tego lata będzie musiała pracować w pełnym wymiarze 

godzin.  Przelotnie   pomyślała  o   nie   dokończonej  rzeźbie   stojącej  w  pracowni   nad 

garażem.   Trzeba   będzie   poczekać   z   tym   do   grudnia,   pomyślała,   tłumiąc 

westchnienie. Nie było innego sposobu na poprawę ich sytuacji finansowej. Może w 

przyszłym roku… Zawsze wszystko odkładała do przyszłego roku. Zawsze było coś do 

zrobienia, do załatwienia. Wzruszyła ramionami i skupiła uwagę na monologu Popa.

— Przypuszczam, że jak zwykle zatrudnimy kilku studentów oraz sezonowych 

pracowników do obsługi urządzeń.

—   Nie   będzie   z   tym   żadnego   problemu   —   mruknęła   Megan.   Gdy   Pop 

wspominał o sezonowych pracownikach, przyszedł jej na myśl David Katcherton.

Katch…   Przywołała   w   myślach   jego   twarz.   Mogłaby   wziąć   go   za   plażowego 

playboya, ale musiała przyznać, że było w nim coś więcej. Była dumna ze swego 

zmysłu obserwacji i umiejętności charakteryzowania ludzi. Toteż złościło ją, że tym 

razem nie potrafi wydać ostatecznej opinii. A jeszcze bardziej złościło ją, że ciągle 

wraca myślami do tego idiotycznego spotkania w sklepie.

— Chcesz jeszcze herbaty? — Pop podszedł do kuchenki, ale Megan pokręciła 

głową.

— Nie, dziękuję. — Zgromiła się w duchu, że myśli o nieistotnych sprawach, 

podczas   gdy   tyle   jest   do   zrobienia.   —   Zabieram   się   za   kolację.   Powinieneś   iść 

wcześniej spać, skoro jutro wybierasz się na ryby.

— Mam wspaniałą wnuczkę! — Pop zgasił płomień pod czajnikiem i wyjrzał 

przez okno, a potem obrzucił Megan przelotnym spojrzeniem. — Mam nadzieję, że i 

tuńczyka wystarczy dla trzech osób — rzekł obojętnie.

background image

— Wygląda na to, że twój kowboj z plaży odnalazł drogę na ranczo.

— Co? — Megan gwałtownie wstała, ściągając brwi.

—   Jak   zwykle   doskonałe   go   opisałaś   —   pochwalił   ją   Pop,   obserwując 

zbliżającego się zawadiackim krokiem mężczyznę o wyrazistej, przystojnej twarzy. 

Popowi spodobał się z wyglądu. Odwrócił się do Megan rozpromieniony.

Megan podeszła do okna i wyjrzała. Na widok wyrazu jej twarzy Pop stłumił 

chichot.

—   To   on!   —   szepnęła,   ledwo   wierząc   własnym   oczom,   podczas   gdy   Katch 

podchodził do kuchennych drzwi.

— Domyśliłem się, że to on — rzekł Pop.

— Co za tupet! — wymamrotała. — Co za niewiarygodny tupet!

background image

ROZDZIAŁ DRUGI

Zanim dziadek zdążył skomentować jej słowa, Megan podeszła do kuchennych 

drzwi i otworzyła je z rozmachem akurat w momencie, gdy Katch stanął w progu. 

Dostrzegła przebłysk, zaledwie przebłysk zaskoczenia w jego szarych oczach.

— Ale masz tupet! — powitała go zimno.

—   Już   mi   to   mówiono   —   zgodził   się   swobodnym   tonem.   —   Jesteś   jeszcze 

ładniejsza niż godzinę temu. — Przesunął palcem po jej policzku. — Zaróżowiona. 

Bardzo twarzowo. — Dotknął jej podbródka, potem opuścił rękę. — Tutaj mieszkasz?

— Doskonale wiesz, że tak — odparowała. — Śledziłeś mnie!

Katch uśmiechnął się szeroko.

—   Przykro   mi,   ale   muszę   cię   rozczarować,   Meg.   Odnalezienie   cię   tutaj   to 

dodatkowa premia. Szukam Timothy’ego Millera. Czy to twój przyjaciel?

— To mój dziadek. — Przesunęła się prawie niedostrzegalnie i stanęła pośrodku 

drzwi. — Czego od niego chcesz?

Katch zauważył tę obronną postawę, ale zanim zdążył skomentować, dobiegł 

background image

ich z tyłu głos Popa.

— Dlaczego nie wpuścisz gościa do środka, Megan? Sam mi wszystko wyjaśni.

Megan   zerknęła   przez   ramię,   potem   odwróciła   się   z   powrotem   do   Katcha. 

Rzuciła mu ostrzegawcze spojrzenie.

— Tylko go nie zdenerwuj — syknęła.

O   dziwo,   w   jego   oczach   zauważyła   łagodność.   Tego   się   naprawdę   nie 

spodziewała. I to ją zaniepokoiło. O wiele bardziej niż wcześniejsza arogancja.

W końcu wycofała się do kuchni, pozostawiając otwarte drzwi.

Katch   znów   się   uśmiechnął,   a   przechodząc   obok   niej,   pozwolił   sobie   na 

intymny gest. Odgarnął kosmyk włosów z jej policzka. Megan na moment zastygła, 

zastanawiając się, dlaczego dotyk nieznajomego zrobił na niej aż takie wrażenie.

— Pan Miller? — Usłyszała naturalną życzliwość w głosie Katcha, gdy wyciągnął 

rękę do jej dziadka.

— Nazywam się David Katcherton.

Pop skinął głową.

— To pan dzwonił do mnie dwie godziny temu, prawda? — Ponad ramieniem 

Katcha zerknął na Megan.

— Widzę, że poznał już pan moją wnuczkę.

W oczach Katcha pojawił się uśmiech.

— Tak, jest urocza.

Pop zachichotał i podszedł do kuchenki.

— Właśnie parzymy herbatę. Napije się pan?

Megan zauważyła, że nieznajomy lekko uniósł brew. Domyśliła się, że wolałby 

pewnie co innego.

background image

—   Chętnie,   dziękuję.   —   Podszedł   do   stołu   i   usiadł   ze   swobodą   człowieka 

zadomowionego.

Megan, pohamowując niechęć, usiadła obok, zerkając na niego pytająco.

—   Powiedziałem   ci   już,   że   masz   cudowne   oczy?   —   spytał   półgłosem.   Nie 

czekając na odpowiedź, skierował uwagę na pudełko ze sprzętem wędkarskim Popa. 

— Ma pan wspaniałe przynęty — zauważył, biorąc, do ręki kalmara wykonanego z 

kości, a potem drewnianą żabkę. — Sam je pan robi?

— To połowa zabawy — powiedział Pop, przynosząc filiżankę herbaty. — Dużo 

pan wędkował?

— Trochę. Przypuszczam, że zna pan najlepsze miejsca na Grand Strand.

— Kilka znam — rzekł Pop skromnie.

Megan ze złością wpatrywała się w swoją herbatę. Nieznajomy podjął temat 

wędkowania, domyślając się, że Pop potrafi rozwodzić się nad nim godzinami.

— Pomyślałem, że podczas pobytu w tych stronach powędkuję trochę na plaży 

— rzucił Katch chytrze.

—   Mogę   pokazać   panu   kilka   dobrych   miejsc   —   ożywił   się   Pop.   —   Ma   pan 

sprzęt?

— Nie, nie mam.

Pop nie zwrócił uwagi na tę niekonsekwencję.

— Skąd pan pochodzi, panie Katcherton?

— Katch, po prostu Katch — poprawił nieznajomy, odchylając się na krześle. — 

Z Kalifornii.

Ach,   to   wiele   wyjaśniało,   pomyślała   Megan.   Przede   wszystkim   ten   wygląd 

plażowego podrywacza. Popijała stygnącą herbatę, obserwując go ukradkiem.

background image

— Wypuściłeś się daleko od domu — zauważył Pop. Sięgnął po fajkę, którą 

zapalał tylko podczas szczególnie interesujących rozmów. — Jak długo zamierzasz 

zabawić w Myrtle Beach?

— To zależy. Chcę pogadać o twoim wesołym miasteczku.

Pop, który właśnie zapalał fajkę, raptownie wciągnął powietrze. Tytoń zajął się, 

roztaczając aromatyczny, wiśniowy dym.

— Wspomniałeś o tym przez telefon. Widzisz, właśnie rozmawialiśmy z Megan 

o zatrudnieniu kogoś do pomocy na lato. Zostało zaledwie sześć tygodni do otwarcia 

sezonu.   —   Pyknął   fajkę   i   dym   leniwie   poszybował   w   powietrze.   —   A   tylko   trzy 

tygodnie do Wielkanocy. Czy obsługiwałeś kiedyś urządzenia w lunaparku?

— Nie. — Katch upił łyk herbaty.

— Łatwo się tego nauczyć. — Pop nie przejął się jego brakiem doświadczenia. — 

Wyglądasz na inteligentnego.

Megan   zauważyła   zapowiedź   uśmiechu   w   kącikach   ust   Katcha.   Odstawiła 

filiżankę.

—   Osobie   niedoświadczonej   nie   możemy   zapłacić   zbyt   dużo   —   wtrąciła   z 

udawanym żalem.

Katch działał jej na nerwy. Miała nadzieję, że go zniechęci. Niech poszuka sobie 

szczęścia gdzie indziej.

Ale coś ją niepokoiło. Katch nie wyglądał na człowieka, który przyjąłby pracę 

przy obsłudze kolejki górskiej lub sprzedaży pamiątek. Jego twarz naznaczona była 

autorytetem,   a   cała   postawa   świadczyła   o   dużej   pewności   siebie.   Tylko   w   jego 

naturalnym, trochę nonszalanckim wdzięku kryło się coś podejrzanego…

Odpowiedział na jej spojrzenie z zupełnym brakiem skrępowania.

background image

— To oczywiste — rzekł. — Pracujesz w wesołym miasteczku, Meg?

Miała   ochotę   odparować   mu   ostro,   by   tak   śmiało   sobie   nie   poczynał,   ale 

powstrzymała się od komentarza.

— Często — powiedziała.

— Megan ma głowę do interesów — wtrącił Pop. — Dba o moje sprawy.

— Naprawdę? — rzekł Katch, jakby wyrwany z zadumy. — A ja zastanawiałem 

się, czy nie jesteś modelką. Masz bardzo oryginalny typ urody. — Tym razem ton jego 

głosu był poważny.

— Megan jest artystką — powiedział Pop z zadowoleniem, pykając fajką.

— Naprawdę?

Obserwowała, jak Katch mruży oczy i przypatruje jej się z uwagą. Zakłopotana 

poruszyła się na krześle.

— Chyba odbiegliśmy od tematu — powiedziała szorstko. — Jeśli przyjechałeś 

tu w sprawie pracy…

— Nie — padła krótka odpowiedź.

— Ale… chyba powiedziałeś…

— Nie sądzę — znów jej przerwał i uśmiechnął się lekko. Potem zwrócił się do 

Popa:   —   Nie   chcę   pracować   w   waszym   wesołym   miasteczku.   Chcę   je   kupić.   Czy 

możemy o tym porozmawiać?

Mężczyźni zmierzyli się wzrokiem. Pop był niewątpliwie zaskoczony, ale w jego 

oczach pojawił się namysł. Żaden z nich nie zauważał teraz Megan. Wpatrywała się 

niemo   w   Katcha,   a   na   jej   otwartej   twarzy   malował   się   przestrach.   Miała   ochotę 

roześmiać się i powiedzieć mu, by przestał żartować, ale instynktownie wiedziała, że 

Katch mówi poważnie.

background image

Dostrzegła   moc   i   siłę   pod   maską   chłopięcej   nonszalancji.   Chodziło   mu   o 

interes. Czysty, uczciwy biznes. Nie miała co do tego żadnych wątpliwości. Spojrzała 

na dziadka w przypływie paniki.

—   Pop?   —   Głos   miała   cichy,   a   Pop   w   żaden   sposób   nie   zdradził   się,   że   ją 

usłyszał.

— A to dopiero niespodzianka! — powiedział. Potem znów pyknął z fajki. — Ale 

dlaczego właśnie moje wesołe miasteczko?

— Rozejrzałem się już po tutejszych obiektach rozrywkowych. — Nie zamierzał 

wdawać się w szczegóły. — Podoba mi się właśnie ten.

Pop westchnął i wypuścił dym prosto w sufit.

—   Nie   mogę   powiedzieć,   bym   był   zainteresowany   sprzedażą,   synu   —   rzekł 

wolno. — Człowiek przywiązuje się do określonego stylu życia.

— Gdy usłyszy pan moją propozycję, może pan zmieni zdanie.

— Ile masz lat, Katch? — odpowiedział z uśmiechem Pop.

— Trzydzieści jeden.

—   Właśnie   od   tylu   lat   prowadzę   ten   interes.   A   co   ty   właściwie   wiesz   o 

prowadzeniu wesołego miasteczka?

— Oczywiście, nie tak dużo jak pan. — Katch uśmiechnął się szeroko i znów 

odchylił   na   oparcie   krzesła.   —   Ale   od   dobrego   nauczyciela   mógłbym   się   wiele 

nauczyć.

Megan   spostrzegła,   że   dziadek   uważnie   przygląda   się   Katchowi.   Czuła   się 

wyłączona   z  rozmowy   i  bardzo   jej   się   to  nie  podobało.   Dziadek  potrafił  to   robić 

bardzo subtelnie. David Katcherton, jak widać, miał taki sam talent.

— Dlaczego chcesz zostać właścicielem parku rozrywki? — spytał nagle Pop.

background image

Megan   nabrała   przekonania,   że   David   Katcherton   wzbudził   jego 

zainteresowanie.   W   jej   głowie   zabrzęczał   ostrzegawczy   dzwonek.   Naprawdę   nie 

chciała, by jej dziadka połączyły z Katchem jakieś interesy. Przeczuwała zbliżające się 

kłopoty.

— To dobry interes — odpowiedział Katch na pytanie Popa. — I zabawny. — 

Uśmiechnął się. — Lubię rzeczy, które sprawiają radość.

Potrafił przemówić do Popa, pomyślała Megan z zazdrością, obserwując wyraz 

twarzy swego dziadka.

— Byłbym zobowiązany, gdyby pan to sobie przemyślał, panie Miller — ciągnął 

Katch. — Możemy wrócić do tej rozmowy za kilka dni.

I wiedział, kiedy dyplomatycznie się wycofać, pomyślała.

— Mogę pomyśleć — zgodził się Pop, choć jednocześnie kręcił głową. — Ale 

lepiej rozejrzyj się gdzie indziej. Prowadzimy Joyland od wielu lat. Ja i Megan. To 

nasz dom. — Popatrzył przekornie na wnuczkę. — Czy przypadkiem nie wybieracie 

się na kolację?

— Nie! — zaprzeczyła gwałtownie, rzucając mu rozzłoszczone spojrzenie.

— Właśnie pomyślałem o tym samym — wtrącił gładko Katch. — Chodźmy, 

Meg. Kupię ci hamburgera.

—   Ogromnie   mi   przykro,   że   muszę   odmówić   tak   uroczemu   zaproszeniu   — 

powiedziała kwaśno.

— A więc nie odmawiaj — powiedział Katch, a potem zwrócił się do Popa: — 

Pójdzie pan z nami?

Pop zaśmiał się cicho i zbył ich machnięciem ręki.

— Zmykajcie już. Muszę przygotować sprzęt na jutro.

background image

— Mogę wybrać się z panem? — spytał znienacka Katch.

Pop przyjrzał mu się uważnie.

—   Wychodzę   o   piątej   trzydzieści   rano   —   powiedział   po   chwili.   —   Mam 

zapasowy sprzęt.

— Przyjdę.

Megan była tak zaskoczona, że bez słowa protestu pozwoliła wyprowadzić się 

na zewnątrz. Pop nigdy nikogo nie zapraszał na wspólne wędkowanie. Lubił łowić 

ryby w samotności. W ten sposób się odprężał.

— On nigdy nikogo ze sobą nie zabiera — powiedziała, głośno myśląc.

— Bardzo mi to pochlebia.

Megan dopiero teraz zauważyła, że Katch nadal trzyma ją za rękę, splatając jej 

palce ze swoimi.

— Nigdzie z tobą nie pójdę — oświadczyła stanowczo, przystając. — Mogłeś 

zauroczyć Popa, ale…

— Naprawdę uważasz, że jestem uroczy? — Z zuchwałym uśmiechem wziął jej 

drugą rękę.

— Wcale nie — odparła twardo, ale musiała powstrzymywać uśmiech.

— Dlaczego nie chcesz zjeść ze mną kolacji?

— Ponieważ cię nie lubię — powiedziała, patrząc mu prosto w oczy.

Uśmiechnął się jeszcze szerzej.

— Daj mi szansę, bym zdołał cię przekonać do zmiany zdania.

— To niemożliwie. — Megan usiłowała wyrwać dłonie, ale Katch zacisnął na 

nich palce.

— Chcesz się założyć? Ale jeśli uda mi się skłonić cię do zmiany zdania, obiecaj, 

background image

że pobawimy się razem w lunaparku w piątkowy wieczór.

Znów musiała tłumić uśmiech.

— A jeśli nie zmienię zdania? Co wtedy?

— Wtedy nie będę ci się więcej narzucać. — Uśmiechnął się tak wymownie, 

jakby już był pewien swego.

Uniosła pytająco brew. Nieoczekiwanie przyszło jej do głowy, że może warto z 

nim wyjść.

— Musisz tylko zjeść ze mną dziś wieczorem kolację — przekonywał, wpatrując 

się w jej twarz. — Zajmie ci to najwyżej dwie godziny.

— W porządku — zgodziła się impulsywnie. — Umowa stoi. — Wykręciła palce, 

ale on ich nie puszczał.

—   Moglibyśmy   podać   sobie   ręce   —   powiedziała   —   ale   ty   nadal   mi   nie 

pozwalasz.

— To prawda. A więc przypieczętujmy to inaczej.

Tak   szybko   przyciągnął   ją   do   siebie,   że   uderzyła   o   jego   klatkę   piersiową. 

Wyczuła   w  nim  ogromną   siłę,   choć   ciało  miał  szczupłe   i   z  pozoru   kościste.   Nim 

zdążyła zaprotestować, poczuła jego władcze usta na swoich.

Był zręczny i nieustępliwy. Nie pamiętała potem, czy instynktownie rozchyliła 

usta, czy delikatnie dotykając jej języka, skłonił ją, by to zrobiła.

Gdy znalazła się w jego objęciach, nagle poczuła pustkę w głowie. Nie potrafiła 

zebrać myśli, ulegając nieoczekiwanym potrzebom swego ciała. Stopiła się z nim, 

świadoma   jego   twardej   klatki   piersiowej,   o   którą   się   oparła,   świadoma   jego   ust 

atakujących jej usta. Wokół panowała pustka. Odkryła, że nie było niczego, na czym 

mogłaby się wesprzeć. Żadnej kotwicy, która powstrzymałaby ją przed wypłynięciem 

background image

na wzburzone wody.

Nagle wydała cichy jęk protestu i odsunęła się od niego.

Oczy miał pociemniałe i zbyt zamglone, by mogła cokolwiek z nich wyczytać. 

Nazbyt pochopnie myślała, że łatwo je rozszyfrować. Jak mogła naiwnie sądzić, że 

łatwo nim sterować! Wszystko wyglądało teraz inaczej niż kilka minut temu. Cała 

drżała, bezskutecznie usiłując zapanować nad sobą.

— Jesteś podniecona — stwierdził łagodnie Katch. — Szkoda, że tak usilnie 

walczysz, by zachować chłód.

— Ja nie… — Megan rozpaczliwie kręciła głową, pragnąc, by jej serce zwolniło.

— Ależ tak. Nadal to robisz. — Katch po przyjacielsku uścisnął jej dłonie, a w 

końcu puścił jedną z nich. Drugą nadal mocno trzymał w swojej dłoni, gdy odwrócił 

się do samochodu.

Megan poczuła przypływ paniki. Usiłowała nad sobą zapanować. Już przecież 

całowała się z chłopakami… Katch po prostu ją zaskoczył.

Ale   wiedziała,   że   to   nie   było   wytłumaczenie.   Nigdy   przedtem   tak   jej   nie 

całowano.

— Myślę jednak, że z tobą nie pojadę — powiedziała trochę spokojniejszym 

tonem.

Ale Katch już otworzył drzwi samochodu.

— Umowa stoi, Meg.

background image

ROZDZIAŁ TRZECI

Katch jeździł czarnym porsche. Megan to nie zdziwiło. Łatwo było się domyślić, 

że David Katcherton może pozwolić sobie na wszystko co najlepsze.

Opierając się o srebrnoszare poduszki siedzenia, doszła do wniosku, że swój 

majątek   zapewne   odziedziczył.   Prawdopodobnie   nie   przepracował   w   życiu   ani 

jednego dnia. Przypominając sobie twardą skórę jego dłoni, pomyślała, że pewnie 

uprawia   jakiś   sport.   Gra   w   tenisa,   squasha   albo   żegluje.   Nigdy   nie   robi   niczego 

użytecznego. Szuka wyłącznie przyjemności. I łatwo je znajduje.

Megan   odrzuciła   włosy   na   ramiona   i   odwróciła   się   do   niego.   Miał   bardzo 

atrakcyjny profil. Ciemnoblond włosy niesfornie wiły się za uchem.

— Zobaczyłaś coś, co ci się spodobało? Przyłapana na podglądaniu, zarumieniła 

się ze złości.

— Powinieneś się ogolić — powiedziała chłodno.

Katch zerknął w lusterko.

—   Chyba   masz   rację.   —   Uśmiechnął   się,   gdy   włączali   się   do   ruchu.   — 

background image

Następnym razem, gdy po ciebie przyjadę, będę o tym pamiętał. — Tylko nic już nie 

mów   —   dodał   szybko,   czując,   że   zesztywniała.   —   Czy   twoja   matka   nigdy   ci   nie 

mówiła,   że   lepiej   się   w   ogóle   nie   odzywać,   jeśli   nie   można   powiedzieć   czegoś 

naprawdę przyjemnego?

Megan przełknęła ostre słowa, jakie przyszły jej do głowy.

— Jak długo tu mieszkasz? — zagadnął po chwili jak gdyby nigdy nic.

— Od niepamiętnych czasów. — Przez otwarte okno dobiegała muzyka płynąca 

z   samochodowych   odbiorników.   Megan   podobała   się   ta   kakofonia   dźwięków. 

Odprężyła się, wyprostowała ramiona i znów odwróciła w stronę Katcha.

— Czym się zajmujesz? — spytała.

Zauważył cień lekceważenia w jej głosie, ale skwitował to uniesieniem brwi.

— Posiadam pewne rzeczy.

— Jakie rzeczy?

Katch zatrzymał się na czerwonym świetle i spojrzał na nią badawczo.

— Wszystkie, które zechcę. — Gdy światło zmieniło się, zręcznie wjechał na 

parking i zatrzymał samochód.

—   Nie   możemy   tam   pójść   —   powiedziała   Megan,   zerkając   na   elegancką 

restaurację.

— Dlaczego nie? — Katch wyłączył silnik. — Można tu nieźle zjeść.

— Wiem, ale nie jestem odpowiednio ubrana i…

— Czy zawsze robisz odpowiednie rzeczy, Meg?

To   pytanie   zbiło   ją   z   tropu.   Przyglądała   się   przez   chwilę   jego   twarzy, 

zastanawiając się, czy z niej kpił.

—   Pomyśl   o  tym  przez  chwilę.   —   Wysiadł  z  samochodu,   a   potem  wystawił 

background image

głowę przez okno. — Zaraz wracam.

Megan   obserwowała,   jak   niespiesznym   krokiem   wchodzi   przez   eleganckie 

drzwi do restauracji. Pokręciła głową. Zaraz go wyproszą, pomyślała. Podziwiała jego 

pewność siebie. Skrzyżowała ramiona. Mimo wszystko nie lubię go, zapewniła się w 

duchu.

Po   piętnastu   minutach   doszła   do   wniosku,   że   lubi   go   jeszcze   mniej.   Co   za 

nieuprzejmość! Nadąsana wysiadła z samochodu. Tyle czasu kazać jej czekać!

Rozejrzała się za najbliższą budką telefoniczną. Zadzwoni do dziadka, by po nią 

przyjechał. Sięgnęła do kieszeni kurtki, a potem do dżinsów. Nie miała przy sobie 

nawet dziesięciu centów. Wzięła głęboki oddech i wpatrywała się w drzwi restauracji. 

Za   chwilę   będzie   musiała   pożyczyć   jakieś   drobne,   albo   prosić,   by   pozwolono   jej 

skorzystać z telefonu. Upokarzające! Ale wszystko było lepsze, niż czekać tu na niego.

W chwili, gdy otworzyła drzwi do restauracji, pojawił się w nich Katch.

— Dzięki — powiedział uprzejmie, przechodząc ostrożnie obok niej.

Patrzyła za nim w zdumieniu. Niósł największy kosz piknikowy, jaki w życiu 

widziała. Otworzył bagażnik i wstawił kosz do środka.

— Chodźmy — powiedział, zatrzaskując klapę bagażnika. — Umieram z głodu.

— Co tam masz? — spytała podejrzliwie.

— Kolację. — Ponaglił ją gestem ręki.

Megan nadal stała przy zamkniętych drzwiach od strony pasażera.

— W jaki sposób to załatwiłeś?

— Poprosiłem. Nie jesteś głodna?

— Owszem, jestem… Ale…

— A więc jedźmy. — Katch usiadł za kierownicą i włączył silnik. Ledwie Megan 

background image

zdążyła zająć miejsce, ruszył z parkingu. — Masz jakieś ulubione miejsce? — spytał 

po chwili.

— Ulubione miejsce? — powtórzyła jak echo.

—   Chyba   nie   chcesz   powiedzieć,   że   mieszkając   tu   całe   życie,   nie   masz   tu 

swojego  ulubionego  miejsca?  — Katch skręcił w stronę  oceanu.  —  A więc  dokąd 

jechać?

— Na północny kraniec plaży — odpowiedziała. — Niewielu ludzi tam dociera, 

chyba że jest pełnia sezonu.

— To świetnie. Wolę być z tobą sam na sam. Ta szczerość ją poruszyła. Powoli 

odwróciła się i spojrzała na niego z uwagą.

— Czy jest w tym coś złego? — Uśmiechnął się tak zuchwale, że Megan aż dech 

zaparło.

— Prawdopodobnie — mruknęła pod nosem.

* * *

Plaża   była   zupełnie   pusta,   nie   licząc   krążących   nad   nią   krzykliwych   mew. 

Megan stała przez chwilę z twarzą zwróconą  ku zachodowi,  napawając się urodą 

zachodzącego słońca.

— Uwielbiam tę porę dnia — powiedziała cicho. — Wszystko jest teraz takie 

spokojne. Jakby dzień wstrzymał oddech. — Katch położył ręce na jej ramionach. 

Megan drgnęła.

—   Spokojnie   —   powiedział.   Stojąc   za   nią   i   obserwując   ponad   jej   głową 

zachodzące   słońce,   niespodziewanie   zaczął   masować   jej   napięte   mięśnie.   —   Ja 

background image

najbardziej lubię tę chwilę przed świtem, gdy ptaki zaczynają śpiewać, a światło jest 

nadal rozproszone. — Przesuwał palcami w górę i dół jej szyi. — Powinnaś częściej 

się odprężać.

— Gdy chciała się odsunąć, odwrócił jej twarz do siebie.

— Nie! — zaprotestowała, opierając się rękami o jego klatkę piersiową. — Nie!

— W porządku.  — Zwolnił uścisk,  ale jeszcze przez chwilę jej nie puszczał. 

Potem   pochylił   się   nad   koszykiem   piknikowym,   wyjął   z   niego   biały   obrus   i 

energicznie stwierdził: — Pora coś zjeść. Proszę.

Megan   wzięła   serwetkę   z   jego   rąk,   nie   wychodząc   z   podziwu,   że   dano   mu 

adamaszkowy obrus.

Kryształowe, pomyślała oszołomiona, gdy wręczył jej kieliszki.

— Dlaczego dali ci to wszystko? — Patrzyła na porcelanową zastawę i srebra.

— Zabrakło im papierowych talerzy. Szampan?

— Chyba oszalałeś!

— Co się stało? Nie lubisz szampana?

— Lubię, ale do tej pory piłam tylko amerykański — powiedziała niepewnie.

— Ten jest francuski — odpowiedział swobodnie, nalewając trunek.

Megan wypiła mały łyk.

— Cudowny — oceniła, zanim pociągnęła następny.

— Ale nie musiałeś… — Bezradnie rozłożyła ręce.

— Doszedłem do wniosku, że nie mam ochoty na hamburgera. — Katch wbił 

butelkę w piasek. Postawił mały pojemnik na obrusie, potem znów zaczął grzebać w 

koszyku.

—  Co to jest?  — spytała Megan,  otwierając  pojemnik. Zmarszczyła  brwi  na 

background image

widok lśniącej, czarnej masy. — Czy to…? — Urwała z niedowierzaniem, zerkając na 

Katcha, który układał grzanki na talerzu. — Czy to naprawdę kawior?

. Tak Pozwól, że coś zjem, dobrze? Umieram z głodu. — Wyjął jej z rąk pudełko 

i posmarował grzankę grubo kawiorem. — Nie masz ochoty? — spytał, gdy ugryzł 

kęs.

—   Nie   wiem…   —   Megan   przyglądała   się   grzance   krytycznym   wzrokiem.   — 

Nigdy przedtem nie jadłam kawioru.

—   Naprawdę?   —   Oddał   jej   swoją   grzankę.   —   A   więc   spróbuj.   —   A   gdy   się 

zawahała, uśmiechnął się szerzej

i przysunął grzankę do jej ust. — Odwagi, Meg, ugryź kawałek.

— Słony — mruknęła zaskoczona. Wyjęła mu grzankę z ręki i ugryzła następny 

kęs. — Ale bardzo dobry — oceniła, przełykając.

—   Mogłaś   mi   trochę  zostawić   —   pożalił  się,   gdy   Megan   skończyła   grzankę. 

Roześmiała się, po czym nałożyła obficie kawioru na następną grzankę i podała ją 

Davidowi. — Zastanawiałem się, jaki on będzie. — Katch przyjął grzankę, ale jego 

uwaga skupiona była na Megan.

— Co takiego? — Uśmiechając się, oblizała kciuk.

— Twój śmiech. Zastanawiałem się, czy będzie równie pociągający jak twoja 

twarz… — Nie spuszczając z niej wzroku, ugryzł kawałek grzanki. — I jest.

Megan usiłowała zapanować nad swoim przyspieszonym pulsem.

—   Nie   musiałeś   karmić   mnie   kawiorem   i   szampanem,   żeby   usłyszeć   mój 

śmiech. — Z obojętnym wzruszeniem ramion odsunęła się od niego. — Śmieję się 

całkiem często.

— Nie dość często.

background image

— Dlaczego tak mówisz? — Była zaskoczona.

— Twoje oczy są takie poważne. Twoje usta też. — Przesunął wzrokiem po jej 

twarzy.   —   Być   może   dlatego   poczułem   wewnętrzny   przymus,   by   skłonić   cię   do 

uśmiechu.

— To niebywałe. — Megan przykucnęła i wpatrywała się w niego. — Ledwie 

mnie znasz.

— Czy to ma znaczenie?

—   Zawsze   myślałam,   że   powinno   —   wyszeptała,   podczas   gdy   Katch   znów 

sięgnął   do   koszyka.   Już   bez   zdziwienia   patrzyła,   jak   wyciąga   sałatkę   z   homara   i 

truskawki. Roześmiała się, odrzuciła włosy do tyłu i przysunęła bliżej do niego.

— Dasz mi spróbować? — powiedziała.

Zanim   skończyli   tę   ucztę,   słońce   już   zaszło   i   księżyc   rzucał   drżącą,   białą 

poświatę na morze. Megan pomyślała, że wszystko działo się jak we śnie. Porcelana, 

srebra   lśniące   w   świetle   księżyca,   wykwintne   jedzenie,   znajomy   szum   fal   i   ten 

nieznajomy obok niej, który z każdą minutę stawał się coraz mniej obcy.

Megan   wyczuwała   już,   kiedy   Katch   się   uśmiecha,   poznała   modulację   jego 

głosu,   wyraz   oczu,   gdy   się   cieszy   i   gdy   ironizuje.   Zapamiętała   również 

charakterystyczny sposób, w jaki włosy układały mu się za uchem. Więcej niż raz, 

oczarowana   szampanem   i   poświatą   księżyca,   musiała   się   powstrzymywać,   by   nie 

przygładzić ich palcami.

— Nie masz ochoty na kawałek sernika? — Katch machnął widelcem, a potem 

wsunął go jej do ust.

— Już nie mogę. — Przyciągnęła kolana do klatki piersiowej i oparła na nich 

podbródek. Patrzyła, jak Katch delektuje się deserem. — Jak ty to robisz?

background image

—   Poświęcam   się   —   zażartował,   zjadając   ostatni   kęs.   —   Zawsze   staram   się 

doprowadzić sprawy do końca.

—   Nigdy   nie   byłam   na   takim   pikniku   —   powiedziała,   wzdychając   z 

zadowolenia. Oparła się na łokciach, wyciągnęła nogi i zapatrzyła się w gwiazdy. — 

Nigdy nie jadłam takich delicji.

— Przekażę Ricardo twoje wyrazy uznania. — Katch zmienił pozycję i usiadł 

obok niej.

—   Kto   to   jest   Ricardo?   —   spytała   machinalnie,   a   potem   bez   sprzeciwu 

pozwoliła, by Katch odgarnął jej włosy za ucho.

— Szef kuchni. Uwielbia komplementy.

Megan uśmiechnęła się, zachwycona tym, jak dźwięk jego głosu mieszał się z 

szumem fal.

— Skąd wiesz?

— W ten sposób ściągnąłem go z Chicago.

— Ściągnąłeś go z Chicago? Co masz na myśli? — Po chwili się zreflektowała: — 

Jesteś właścicielem tej restauracji?

— Tak. — Z uśmiechem przyjął niedowierzanie malujące się na jej twarzy. — 

Kupiłem ją dwa lata temu.

Megan zerknęła na delikatną porcelanę i ciężkie srebra rozrzucone na białym 

obrusie.   Przypomniała   sobie,   że   ponad   dwa   lata   temu   ta   restauracja   była   bliska 

bankructwa. Jedzenie było za drogie,   a obsługa   beznadziejna.  Potem lokal  został 

zmodernizowany. Słyszała, że zmieniono wystrój wnętrza, a na suficie zamontowano 

lustra. Od czasu ponownego otwarcia restauracja zapracowała na miano najlepszej w 

mieście.

background image

— Kupiłeś ją? — powtórzyła.

— To prawda. — Katch usiadł na piętach obok Megan, która leżała oparta na 

łokciach. — Czy to cię dziwi?

Megan dokładnie mu się przyjrzała. Potargane nonszalancko włosy, wytarte na 

kolanach   dżinsy,   podniszczone   sportowe   buty.   Nie   przypominał   prosperującego 

biznesmena.   A   jednak…   Jednak   musiała   przyznać,   że   w   jego   twarzy   było   coś 

takiego…

— Nie — powiedziała w końcu. — Raczej nie. — Zmarszczyła brwi, gdy zmienił 

pozycję. W jednej chwili znalazł się obok niej i patrzył na morze tak jak ona. — 

Kupiłeś ją w taki sam sposób, jak chcesz kupić Joyland — zawyrokowała.

— Mówiłem ci, że właśnie tym się zajmuję.

— Ale to coś więcej niż samo posiadanie, prawda? — nalegała. — Ty jeszcze 

doprowadzasz swoje nabytki do stanu świetności.

— Na tym to polega — zgodził się. — Sukces przysparza mnóstwo satysfakcji, 

nie uważasz?

Megan usiadła i odwróciła się do niego.

— Ale nie możesz mieć Joylandu. Jest całym życiem Popa. Nie rozumiesz…

— Wyjaśnisz mi to później, zgoda? — rzekł swobodnie. — Nie dziś wieczorem. 

— Nakrył jej dłoń swoją. — To nie jest biznesowa kolacja.

— Katch, musisz…

—   Spójrz   na   gwiazdy,   Meg   —   poprosił.   —   Czy   kiedykolwiek   próbowałaś   je 

policzyć?

— Gdy byłam mała — zaczęła. — Ale…

— Nie tylko dzieci liczą gwiazdy — powiedział ciepłym tonem. — Przychodzisz 

background image

tu czasami wieczorami?

Gwiazdy nisko zawieszone nad morzem jasno lśniły.

— Czasami — powiedziała cicho. — Gdy praca nie idzie mi dobrze, albo gdy 

chcę coś przemyśleć, albo po prostu gdy chcę być sama.

— Malujesz morskie pejzaże? Portrety?

Uśmiechnęła się i pokręciła głową.

— Rzeźbię.

— Ach! — Uniósł jej rękę, a potem przyjrzał jej się uważnie z jednej i z drugiej 

strony. — Tak, teraz widzę. Twoje ręce są silne i zręczne. — Gdy przywarł ustami do 

jej dłoni, poczuła prąd elektryczny przeszywający całe jej ciało.

Ostrożnie   cofnęła   rękę.   Potem   przyciągnęła   kolana   do   piersi   i   objęła   je 

ramionami.

Nie patrząc na Katcha, wiedziała, że się uśmiechał.

— W jakim materiale rzeźbisz? W glinie, drewnie, kamieniu?

— We wszystkich trzech. — Odwróciła głowę i znów się uśmiechnęła.

— Gdzie studiowałaś?

— Skończyłam kursy w college’u. — Wzruszyła ramionami. — Nie miałam na 

studiowanie zbyt dużo czasu. — Znów spojrzała w niebo. — Księżyc tak jasno dziś 

świeci. Lubię tu przychodzić, gdy jest pełnia. Wtedy wszystko tonie w srebrzystym 

blasku.

Gdy musnął wargami jej ucho, chciała raptownie się odsunąć, ale on jej nie 

pozwolił. Objął ją za ramiona.

— Odpręż się, Meg — szepnął prosto w jej policzek. — Jest tylko księżyc i 

ocean. Tylko to jest prócz nas.

background image

Prawie mu uwierzyła, zwłaszcza że jego wargi przyjemnie drażniły jej skórę, a 

w całym ciele czuła słodką ociężałość po winie. Ale gdy Katch przesunął wargi w dół 

jej szyi, nagle puls jej podskoczył i jęknęła.

— Katch, lepiej już pójdę… Proszę…

— Później — wymamrotał, pokrywając lekkimi pocałunkami jej szyję, potem 

znów podbródek i wracając do ucha. — Później, znacznie później.

Odwróciła głowę, chciała coś powiedzieć, ale głos zamarł jej w gardle. Jego usta 

były tak blisko. Wpatrywała się w niego szeroko otwartymi, czujnymi oczami, on zaś 

pochylał się coraz bliżej i bliżej. Nadal jednak nie dotknął ustami jej ust. Krążyły one 

nad nią, wabiąc i obiecując. Gdy wreszcie dotknął kącików jej ust, jęknęła znów i 

przymknęła oczy. Tym razem w ogóle nie dotykał jej rękami. Łączyły ich usta, języki i 

wymieszane oddechy.

Megan   czuła,   że   jej   opór   słabnie,   warstwa   po   warstwie,   aż  pozostało   nagie 

pożądanie.   Zapomniała   o   niebezpieczeństwie,   o   konsekwencjach.   Zawładnęły   nią 

zmysły.   Jej   usta   szukały   jego   ust,   odpowiadały   na   pocałunki.   Porzuciła   wahanie, 

nieśmiałość, dotknięta szaleństwem pożądania i pragnieniem, by doznać znów tego, 

co czuła już przedtem — rozkosznego zawrotu głowy.

Ponieważ nadal jej nie obejmował, sama oplotła go pożądliwie ramionami i 

mocno   do   siebie   przyciągnęła.   Pozwolił   jej   przejąć   inicjatywę,   jedynie   gładząc 

palcami jej włosy. Megan ledwie słyszała szum fal poprzez głuche dudnienie swego 

serca.

Wreszcie oderwała się do niego z głębokim westchnieniem. Ale on nie chciał 

pozwolić jej odejść.

—   Powtórzymy?   —   Mimo   że   pytanie   padło   cichym   głosem,   w   nocnej   ciszy 

background image

zabrzmiało jak krzyk.

Miała na końcu języka odmowę. Wiedziała, że traci grunt pod nogami. Katch, 

trzymając rękę na jej karku, przyciągnął ją bliżej.

Tym   razem   był   natarczywy.   Pokazał   jej   wiele   odmian   pocałunku.   Zarówno 

język, jak i wargi mogły dostarczyć przyjemności.

Megan   wsunęła   palce   we   włosy   Katcha,   gdy   całował  ją   coraz   gwałtowniej   i 

mocniej. Była gotowa, odpowiadała na jego pocałunki. Pragnęła go.

Gdy objął dłonią jej nagą pierś, ledwie wyszeptała słowa sprzeciwu. Nie czuła, 

gdy   rozpiął   suwak   jej   kurtki,   a   potem   guziki   bluzki.   Pieszczota   jego   ręki   była 

delikatna, a jednocześnie zuchwała. Opór jej powoli topniał, by wreszcie przeistoczyć 

się   w   dzikie   pożądanie,   które   tliło   się   pod   jej   skórą,   w   każdej   chwili   grożąc 

wybuchem.

— Pragnę cię — szepnął Katch prosto w jej usta. — Pragnę się z tobą kochać.

Megan   czuła,   jak   pożądanie   ją   obezwładnia,   jak   ogarniają   nieposkromiony 

apetyt na miłość.  Toczyła walkę,  by wrócić  do rzeczywistości,  przypomnieć  sobie 

okoliczności, nazwiska, miejsca, obowiązki. Było przecież coś więcej niż tylko księżyc 

i morze. A Katch był obcy, był mężczyzną, którego ledwie znała.

— Nie! — Udało jej się wreszcie wyzwolić usta ze słodkiej niewoli jego ust. Z 

trudem podniosła się z piasku. — Nie — powtórzyła, zapinając guziki.

Katch   również   wstał   i   chwycił   ją   za   połę   koszuli.   Megan   popatrzyła   ze 

zdziwieniem w jego oczy jaśniejące dziwnym blaskiem.

— Dlaczego nie?

Megan przełknęła ślinę. W jego głosie nie było teraz leniwej nonszalancji lecz 

jakaś oschła, bezwzględna nuta.

background image

— Nie chcę — powiedziała.

— Kłamiesz! — rzucił jej w twarz.

— Zgoda — przyznała. — Nie znam cię.

— Ale poznasz — zapewnił. Potem pocałował ją mocno, jakby chciał sprawić jej 

ból. — Ale zaczekamy, aż to nastąpi.

— Zawsze osiągasz to, co chcesz? — spytała w przypływie zuchwałości.

— Tak — odpowiedział i uśmiechnął się szeroko. — Oczywiście, że tak.

— Będziesz więc rozczarowany. — Wyrwała mu z rąk koszulę i zaczęła znów 

zapinać guziki. — Nie możesz mieć Joylandu i nie możesz mieć mnie.

Katch przyglądał jej się przez chwilę, gdy stała odwrócona plecami do morza. 

Na jego twarzy znów zagościł arogancki uśmiech.

— Będę miał i Joyland, i ciebie, Meg — obiecał cicho. — Zanim nadejdzie sezon.

background image

ROZDZIAŁ CZWARTY

Popołudniowe   słońce   zalewało   pracownię,   ale   Megan   nie   zwracała   na   nie 

uwagi, tak samo jak na śpiew ptaków za oknem. Była skupiona na glinie, nad którą 

pracowała, a raczej nad tym, co w tej chwili było częściowo uformowaną głową.

Zrobiła coś, co zdarzało jej się niezmiernie rzadko — odsunęła na bok aktualną 

pracę, żeby rozpocząć następną. Nowy temat ścigał ją przez całą noc i w końcu doszła 

do   wniosku,   że   uwolni   się   od   myśli   o   Davidzie   Katchertonie,   wykonując   jego 

popiersie. To wydawało się najlepszym sposobem.

Megan miała bardzo wyraźną wizję, dokładnie wiedziała, co pragnie uchwycić: 

siłę i determinację tkwiącą pod powierzchnią uprzejmości i pewnej nonszalancji.

Musiała jednak przyznać, że wczoraj wieczorem Katch ją nieco przestraszył. 

Nie   fizycznie,   oczywiście   —   wiedziała,   że   był   mężczyzną   zbyt   inteligentnym,   by 

zachować się wobec niej brutalnie — ale siłą swej osobowości.

Ze złością uderzyła w glinę. Wyglądał na człowieka, który osiąga to, co chce. Ale 

nie   tym   razem.   Była   zdecydowana   zrobić   wszystko,   by   tym   razem   mu   się   nie 

background image

powiodło. Katch wkrótce zrozumie, że nie można nią dyrygować. Nawet Popowi to 

się nie udawało.

Wolno, precyzyjnie modelowała rysy jego twarzy. To dawało jej uczucie pewnej 

przewagi.

Instynktownie, jakby w natchnieniu, nadała kształt niesfornemu kosmykowi 

włosów tuż nad uchem. Cofnęła się o krok, by lepiej przyjrzeć się swemu dziełu. 

Udało jej się uchwycić pewien rys jego osobowości. Doszła do wniosku, że był typem 

słodkiego   drania.   To   staroświeckie   określenie   bardzo   do   niego   pasowało.   Mogła 

wyobrazić go sobie w kowbojskich butach i z rewolwerem za pasem, grającego w 

pokera w jakiejś szulerni w Tuscon; albo z szablą, gdy zdobywa statek.

Bezwiednie zaczęła pieścić palcami uformowane w glinie loki. Taki mężczyzna, 

prawdziwy pirat, nie lękał się sztormu, zdobywał skarby i kobiety wszędzie, gdzie 

tylko chciał. Kobiety… Myśli Megan wróciły do poprzedniego wieczoru. Do jego ust 

na   jej   ustach,   do   pieszczoty   jego   dłoni.   Zapamiętała   nawet   strukturę   piasku,   na 

którym   razem   leżeli,   zapach   i   odgłos   oceanu   za   plecami.   Pamiętała,   jak   światło 

księżyca oświetlało jego włosy, które przeczesywała spragnionymi palcami, podczas 

gdy Katch wędrował ustami po jej ciele. Wydały jej się miękkie, a zarazem szorstkie… 

Jak…

Przerażona odegnała zdrożne myśli. Zerknęła w dół na własne palce błądzące 

po   glinianych   włosach   Katcha.   Zaklęła   pod   nosem,   o   mały   włos   nie   niszcząc 

rodzącego  się  dzieła.  Wstała i  odeszła  od stołu.  Nie  powinna dopuścić,  by  jakieś 

drobne   zawirowania   odrywały   ją   od   pracy.   Wczorajszy   wieczór   spędzony   w 

towarzystwie   Katcha   należał   do   tej   kategorii.   Tylko   drobne   zawirowanie.   Nic 

ważnego.

background image

A jednak intuicja podpowiadała jej, że Katch był ważny, o wiele ważniejszy, 

niżby sobie tego życzyła.

Gdzie podział się jej zdrowy rozsądek? Zaczerpnąwszy powietrza, podeszła do 

umywalki,   by   umyć   ręce.   Musi   być   rozsądna.   Pop   potrzebował   kogoś,   kto 

przypominałby mu o konieczności płacenia rachunków. Uśmiechnęła się, wycierając 

ręce.   Przyszło  jej   do  głowy,   zresztą  nie   po  raz  pierwszy,   że   jest   w  takim  samym 

stopniu potrzebna swemu dziadkowi, jak on jej.

Dawno temu, gdy była jeszcze dzieckiem, a potem młodą dziewczyną, była od 

niego całkowicie zależna. I on jej nie zawiódł. W miarę jak dorastała, stopniowo 

przejmowała od niego obowiązki, które sprawiały mu trudność, a więc księgowość 

czy pertraktacje z bankiem. Zdarzało się, że rezygnowała z własnych pragnień, by 

zrobić   to,   co   uważała   za   swój   obowiązek.   Zajmowała   się   nudnymi,   mało 

romantycznymi rachunkami, choć wolała przebywać w zaczarowanym świecie sztuki. 

Bywały momenty, gdy pochłonięta swoją twórczością, zapominała o codzienności. 

Często czuła się rozdarta pomiędzy tymi dwoma światami.

Miała naprawdę dość życiowych rozterek nawet bez Davida Katchertona.

Nie   rozumiała,   jak   to   się   stało,   że   nieznajomy   mężczyzna   tak   szybko   i   tak 

skutecznie naruszył delikatną równowagę jej świata. Pokręciła głową. Zamiast się 

nad tym zastanawiać, postanowiła wyładować złość, kończąc popiersie.

Następna godzina szybko minęła. W ferworze pracy zapomniała o irytacji, z 

jaką przyjęła wiadomość, że Katch wybiera się z jej dziadkiem na ryby. Rozzłościło ją, 

gdy   o   wpół   do   szóstej   rano,   wyglądając   zza   firanki,   zobaczyła   go   wypoczętego   i 

pełnego zapału do wędkowania. Rzuciła się z powrotem na łóżko i przez następną 

godzinę martwo wpatrywała się w sufit. Jakże pociągająco zabrzmiał o świcie jego 

background image

śmiech… Wolałaby o tym zapomnieć.

Rzeźbiona   twarz   zaczęła   nabierać   kształtu   pod   jej   palcami.   Po   chwili   Meg 

usłyszała nadjeżdżający samochód. Śmiechowi Katcha towarzyszył szorstki, rubaszny 

głos jej dziadka.

Z pracowni znajdującej się nad garażem Megan miała doskonały widok na dom 

i podjazd. Patrzyła, jak Katch wyciąga sprzęt i połów z pikapa, a potem z szerokim 

uśmiechem mówi coś do jej dziadka. Pop odrzucił do tyłu grzywę białych włosów i 

roześmiał się głośno, jakby zachwycony jakimś pomysłem. Po przyjacielsku poklepał 

Katcha   po  plecach.   Dziwne,   ale   Megan   poczuła   się   urażona.   Czy   dlatego,   że,   jak 

widać, panowie doskonale czuli się w swoim towarzystwie?

Przyglądała   się   Katchowi,   gdy   wyciągał   z   bagażnika   pudełka   z   przynętami. 

Ubrany był, tak samo jak wczoraj, w jasnoniebieską, spłowiałą koszulkę, ozdobioną 

jakimś nadrukiem na przodzie. Na głowę włożył czapkę z daszkiem, własność Popa, 

co dodatkowo zdenerwowało Megan. Musiała jednak przyznać, że obydwaj dobrze 

się   prezentowali.   Mimo   różnicy   wieku   i   budowy   ciała   obaj   robili   bardzo   męskie 

wrażenie. Różnice i podobieństwa pomiędzy nimi zaabsorbowały ją na chwilę tak 

bardzo, że nawet gdy Katch spojrzał do góry i zauważył ją w oknie, nie zwróciła na to 

uwagi i nadal im się przyglądała.

Katch   uśmiechnął   się,   przesuwając   do   tyłu   daszek   czapki,   by   miała   lepszy 

widok. Okno było długie i wąskie, a parapet sięgał jej do kolan. Wyglądała jak na 

oprawionym w ramy obrazie. Z włosami związanymi do tyłu wstążką wydawała się 

jeszcze   młodsza   i   bardziej   niewinna,   a   jej   oczy   pełne   melancholii   przypominały 

czarne   jeziora.   Stara   koszula   Popa,   którą   założyła   zamiast   fartucha,   szczelnie 

spowijała jej kruchą postać.

background image

Na   chwilę   skrzyżowali   wzrok   i   Megan   dojrzała   w   oczach   Katcha   ten   sam 

wewnętrzny   blask,   jaki   zauważyła   wczoraj   przez   moment   w   świetle   księżyca. 

Zadrżała. Po chwili jego usta znów wykrzywił arogancki uśmiech, a z oczu wyjrzało 

rozbawienie.

— Zejdź na dół, Meg! — Machnął do niej ręką. — Przywieźliśmy ci prezent. — 

Odwrócił się, by podnieść lodówkę z połowem.

— Wolałabym szmaragdy! — zawołała w odpowiedzi.

— Następnym razem — obiecał, znikając z lodówką na tyłach domu.

* * *

Znalazła   Katcha   w   kuchni,   skrobiącego   ryby.   Uśmiechnął   się   na   jej   widok, 

odłożył nóż, a potem wziął ją w ramiona i ku jej ogromnemu zdziwieniu pocałował. 

Mimo że pocałunek był bardziej przyjacielski niż namiętny, wywołał w niej reakcję, 

której siła ją zdumiała. Zszokowana oderwała się od niego.

— Nie możesz…

—   Już   to   zrobiłem   —   podkreślił,   a   potem   dodał   obojętnym   tonem,   jakby 

pocałunek w ogóle nie miał miejsca: — Chciałbym zobaczyć twoją pracownię.

W gruncie rzeczy była oczywiście zadowolona ze zmiany tematu.

— Gdzie jest mój dziadek? — spytała, podchodząc do torby — lodówki i unosząc 

wieko.

— Pop odkłada sprzęt.

Wszyscy,   którzy   znali   Timothy’ego   Millera,   zwracali   się   do   niego   Pop.   Ale 

Megan zmarszczyła brwi.

background image

— Szybko się zaprzyjaźniasz, prawda?

— To fakt. Polubiłem twojego dziadka, Meg. Ty najlepiej powinnaś wiedzieć 

dlaczego.

Postąpiła krok w jego stronę.

— Nie wiem, czy powinnam ci ufać — powiedziała.

— Nie powinnaś. — Katch uśmiechnął się szeroko i przesunął palcem po jej 

nosie. — Ani przez sekundę. — Otworzył pokrywę lodówki, żeby pokazać złowione 

ryby. — Jesteś głodna?

Megan uśmiechnęła się, ulegając jego urokowi, mimo ostrzeżeń płynących z 

bardziej rozsądnej strony swej natury.

— Nie byłam. Ale mogę być. Zwłaszcza, jeśli nie muszę ich czyścić.

— Pop powiedział mi, że masz delikatny żołądek.

— Doprawdy? I co jeszcze ci powiedział?

— Powiedział, że lubisz narcyzy i miałaś pluszowego słonia o imieniu Henry.

— Powiedział ci to? — Megan nie była zadowolona.

— I jeszcze, że lubisz oglądać horrory, a potem wchodzisz z głową pod kołdrę.

Megan zmrużyła oczy, widząc coraz szerszy uśmiech Katcha.

—   Przepraszam   —   rzuciła   ze   złością,   a   potem   odepchnęła   Katcha   na   bok   i 

pobiegła do kuchennych drzwi. Za plecami słyszała jego gromki śmiech.

— Pop! — Znalazła dziadka w małym pokoju przylegającym do kuchni, gdzie 

trzymał swoje wędkarskie akcesoria.

—   Cześć,   kochanie.   —   Na   widok   Megan   stojącej   w   drzwiach   z   rękami   na 

biodrach Pop uśmiechnął się czule. — Muszę ci powiedzieć, że ten chłopak zna się na 

łowieniu ryb. Naprawdę wie, jak to się robi!

background image

Jego zachwyt nad Katchem był tak oczywisty, że Megan tylko zacisnęła zęby.

—   To   najlepsza   wiadomość,   jaką   usłyszałam   dzisiejszego   dnia   —   zadrwiła, 

wchodząc   do   pokoju.   —   Ale   dlaczego   uznałeś   za   konieczne   informowanie   tego 

chłopaka, że miałam pluszowego słonia i śpię z głową pod kołdrą?

Pop   uniósł   rękę,   by   podrapać   się   w   głowę.   Nie   zrobił   tego   jednak   na   tyle 

szybko, by ukryć uśmiech.

— Pop, naprawdę… — Megan ściągnęła brwi. — Czy musisz pleść o mnie takie 

rzeczy, jakbym była małą dziewczynką?

— Zawsze będziesz moją małą dziewczynką — powiedział Pop i pocałował ją w 

policzek. — Widziałaś nasze pstrągi? Dziś wieczór usmażymy mnóstwo ryb.

— Przypuszczam — Megan skrzyżowała ramiona — że on zje z nami kolację?

— Oczywiście. — Pop zamrugał oczami. — W końcu to on złowił połowę ryb.

— To wspaniale.

—   Pomyślałem,   że   mogłabyś   upiec   swoje   ciasteczka,   z   jagodami…   —   Pop 

uśmiechnął się prostodusznie.

Megan westchnęła, uznając swoją klęskę.

Po kilku minutach Pop usłyszał łoskot wyjmowanych foremek. Uśmiechnął się 

pod   nosem,   a   potem   cicho   prześlizgnął   się   przez   dom   i   wyszedł   frontowymi 

drzwiami.

— Upiecz swoje ciasteczka! — przedrzeźniała Megan, siekając masło z mąką. — 

Ci mężczyźni!

Gdy pochylała się, by wsunąć foremki do piekarnika, usłyszała za sobą dźwięk 

zamykanych szklanych drzwi.

—   Słyszałem   już   o   ciasteczkach   —   powiedział   Katch,   kładąc   na   blacie 

background image

oczyszczone ryby. — Pop jest zajęty w garażu. Prosił,  by go zawołać, gdy kolacja 

będzie gotowa.

Megan ze złością spojrzała przez szklane drzwi na sąsiedni budynek.

— Naprawdę? — Znów odwróciła się do Katcha. — Jeśli myślisz, że będziesz 

siedział i czekał, to się grubo mylisz.

— Chyba nie sądzisz, że pozwoliłbym ci smażyć moje ryby!

Wpatrywała się w jego kamienną twarz.

— Zawsze sam je smażę — dodał tonem wyjaśnienia. — Gdzie jest patelnia?

Megan,   obserwując   go   uważnie,   w   milczeniu   pokazała   właściwą   szafkę. 

Patrzyła, jak przykucnął, by poszukać patelni.

—   To  oczywiście   nie   znaczy,   że   uważam   cię   za   kiepską   kucharkę.   —   Wyjął 

ciężką patelnię z nierdzewnej stali. — Po prostu lubię i umiem gotować.

— Czyżbyś jednak sugerował, że ja nie potrafię usmażyć tych żałosnych, małych 

sardynek?

— Powiedzmy, że w sprawie posiłków nie lubię zdawać się na przypadek. — 

Zaczął przeszukiwać szufladę. — Lepiej przygotuj sałatę — podpowiedział — a mnie 

zostaw ryby.

Megan patrzyła, jak bez skrępowania buszuje w kuchennych szufladach.

— Dlaczego nie zabierzesz swoich pstrągów i…

Przenikliwy dzwonek minutnika przerwał jej gniewną wypowiedź.

— Twoje ciastka. — Katch podszedł do lodówki po jajka i mleko.

Megan najwyższym wysiłkiem opanowała się i zajęła wypiekiem. Odstawiając 

ciasteczka,   żeby   wystygły,   postanowiła   zrobić   swoją   specjalną   sałatkę.   Miała 

nadzieję, że zakasuje nią smażonego pstrąga.

background image

Na dłuższą chwilę zapadła cisza. Rozgrzana oliwa syczała, gdy Katch kładł na 

nią przyprawione ryby. Megan darła sałatę, potem kroiła warzywa. Zapach unoszący 

się z patelni był niezwykle kuszący. Megan obrała marchewkę i westchnęła. Katch 

uniósł pytająco brew.

— Jesteś dobrym kucharzem, prawda? — Megan uśmiechnęła się niechętnie.

Wzruszył ramionami, a potem wyrwał jej z ręki obraną marchewkę i schrupał.

— Wolałabyś, aby było inaczej, prawda?

—   Byłbyś   bardziej   uroczy,   gdybyś   kręcił   się   nieporadnie   po   kuchni   i   robił 

bałagan — stwierdziła.

Katch sprawdził szpikulcem, czy ryba na patelni jest już gotowa.

— Czy to komplement?

Marszcząc brwi, w skupieniu nadal pedantycznie kroiła marchewkę.

— Nie wiem… Może byłoby łatwiej się z tobą porozumieć, gdybyś był mniej 

kompetentny.

Ku jej zaskoczeniu chwycił ją za ramiona i odwrócił twarzą do siebie.

—   Naprawdę   chciałabyś   tego?   —   Delikatnie   masował   palcami   jej   ciało.   — 

Porozumieć się ze mną? — Gdy przyciągnął ją bliżej, położyła ręce na jego klatce 

piersiowej w obronnym geście. — Czy ja cię denerwuję?

— Nie. — Zaprzeczyła ruchem głowy. — Oczywiście, że nie. — Ale gdy Katch, 

unosząc brew, przyciągnął ją jeszcze bliżej, przyznała pospiesznie: — Tak, jak diabli!

— Odsunęła się od niego. Podeszła do lodówki, by wyjąć stamtąd jagodowe 

nadzienie do ciasteczek. — Nie musisz okazywać z tego powodu takiego zadowolenia. 

— Pożałowała, że nie potrafi okazać zniecierpliwienia, które powinna odczuwać. — 

Kilka   rzeczy   doprowadza   mnie   do   złości   —   ciągnęła,   napełniając   babeczki 

background image

nadzieniem. — Węże, próchnica zębów i małe ujadające pieski.

—   Gdy   usłyszała,   że   zachichotał,   odwróciła   głowę   i   sama   się   roześmiała.   — 

Trudno cię nie lubić, ponieważ mnie rozśmieszasz.

— Naprawdę nie możesz  mnie polubić? — Katch zręcznie wrzucił następną 

rybę na skwierczący tłuszcz.

—   Taki   miałam   plan   —   przyznała   Megan.   —   To   wydawało   się   dobrym 

pomysłem.

— Opracuj więc inny plan — poradził, wyjmując z szafki półmisek. — Co jeszcze 

lubisz oprócz narcyzów? — spytał niespodziewanie.

— Roztopione lody — odparła spontanicznie. — Oskara Wilde’a i chodzenie na 

bosaka.

— A baseball?

Na chwilę przerwała napełnianie babeczek.

— O co ci chodzi?

— Czy lubisz baseball?

— Tak — rzekła po namyśle, uśmiechając się. — Właściwie to lubię.

— Wiedziałem, że coś nas łączy. — Katch z promiennym uśmiechem zgasił 

ogień pod patelnią. — Zawołamy Popa? Ryby gotowe.

* * *

Megan doszła do wniosku, że było coś zbyt słodkiego w tym, że siedzieli we 

trójkę przy posiłku, który wspólnie przygotowali. Wyczuwała coraz większą sympatię 

pomiędzy dwoma mężczyznami i to ją najbardziej niepokoiło. Była pewna, że Katch 

background image

nadal jest zdecydowany kupić Joyland. A Pop najwyraźniej dobrze czuł się w jego 

towarzystwie. Instynktownie nie ufała Katchowi. Musiała jednak przyznać, że ona 

również go polubiła.

— Coś wam powiem… — Pop westchnął nad pustym talerzem i odchylił się na 

krześle. — Skoro we dwoje przygotowaliście ucztę, ja przynajmniej pozmywam. — 

Popatrzył na Megan, potem na Katcha. — Dlaczego nie pójdziecie sobie na spacer? 

Megan bardzo lubi spacery po plaży.

— Pop!

— Wiem, że młodzi ludzie wolą być sami — ciągnął Pop bezlitośnie.

Megan otworzyła usta, żeby zaprotestować, ale Katch przemówił pierwszy.

—   Chętnie   pójdę   na   spacer   z   piękną   kobietą,   zwłaszcza   jeśli   to   oznacza 

uniknięcie prac domowych.

— Bardzo wdzięcznie to ująłeś — skwitowała Megan.

— Ale najpierw chciałbym zobaczyć twoją pracownię, dobrze?

—   Zabierz   Katcha   na   górę,   Megan   —   nalegał  Pop.   —   Tak   pięknie   rzeźbisz. 

Pozwól Katchowi zobaczyć twoje prace.

Po   chwili   wahania   Megan   wyraziła   zgodę.   W   gruncie   rzeczy   nie   miała   nic 

przeciwko   pokazaniu   Katchowi   swoich   prac.   Zresztą   na   pewno   bezpieczniej   było 

przebywać z nim w pracowni, niż iść z nim na plażę.

Ledwie opuścili kuchnię, Katch objął ją ramieniem.

— To bardzo miły dom — zauważył, rozglądając się po zadbanym trawniku 

okolonym krzewami azalii. — Spokojny i przytulny.

Ciężar   jego   ramienia   był   przyjemny.   Gdy   szli   w   stronę   garażu,   Megan   nie 

uwolniła się z ramion Davida.

background image

— Nie sądziłam, że coś cichego i spokojnego będzie dla ciebie pociągające.

—   Jest   czas   na   huśtanie   się   na   werandzie   i   czas   na   kolejki   górskie   — 

odpowiedział, zerkając na nią, gdy zatrzymała się przy schodach. — Myślę, że o tym 

wiesz.

— Wiem — powiedziała, zdając sobie sprawę, że uczucia do niego wymykają jej 

się   spod   kontroli.   —   Ale   dziwię   się,   że   ty   wiesz.   —   W   zamyśleniu   wchodziła   po 

schodach.   —   To   mała   pracownia   —   uprzedziła.   —   Nie   robi   dużego   wrażenia. 

Właściwe   to   tylko   kąt   do   pracy,   gdzie   nie   przeszkadzam   Popowi,   a   on   nie 

przeszkadza mnie.

Otworzyła drzwi i zapaliła światło, ponieważ zaczynało się ściemniać.

Panował   tu   artystyczny   nieład.   Na   taki   nieporządek   nie   pozwalała   sobie   w 

innych dziedzinach życia. To pomieszczenie należało tylko do niej, bardziej nawet niż 

sypialnia znajdująca się w sąsiednim domu. Tu i ówdzie leżały rozmaite narzędzia — 

imadła, dłuta, noże i pilniki. Z krzesła zwisał rzucony tam naprędce fartuch. Pod 

ścianami stały szkice przyszłych prac, nietknięte jeszcze kawałki piaskowca i drewna. 

Był też cenny kawałek marmuru, który chroniła jak największy skarb. Wszędzie — na 

półkach, stołach oraz na podłodze, stały jej rzeźby.

Katch   ominął   ją   w   drzwiach   i   wszedł   do   środka.   Poczuła   zdenerwowanie. 

Zastanawiała się, jak zareaguje, jeśli Katch wypowie się krytycznie lub, co gorsze, 

wystąpi z jakimiś banalnymi komplementami. Jej twórczość była dla niej sprawą 

bardzo   ważną   i   bardzo   osobistą.   Ku   swemu   niemałemu   zdziwieniu   doszła   do 

wniosku, że zależy jej na jego opinii. Cicho zamknęła za sobą drzwi i oparła się o nie 

plecami.

Katch podszedł do małego studium dziewczynki budującej zamek z piasku. Tę 

background image

rzeźbę   wykonała   w   drzewie   orzechowym   i   była   z   niej   bardzo   dumna,   ponieważ 

osiągnęła nastrój, jaki chciała. Na twarzy dziecka malowało się coś więcej niż tylko 

młodość   i   niewinność.   Dziewczynka   uważała   się   za   księżniczkę   zamkniętą   w 

zamkowej wieży. Półuśmiech błąkający się na jej ustach świadczył, że wierzyła w 

szczęśliwe zakończenie.

Rzeźba   była   misternie   wykończona,   począwszy   od   zwieńczonego   blankami 

dachu i wieżyczek zamkowych, aż po drobne palce dziewczynki. Dziewczynka miała 

długie włosy opadające na ramiona; kilka kosmyków wiatr rozwiewał na jej twarzy. 

Po   skończeniu   tej   pracy   Megan   była   ogromnie   z   siebie   zadowolona;   czuła,   że 

odniosła   sukces,   ale   teraz,   widząc,   jak   Katch   w   skupieniu,   z   dziwnie   ponurym 

wyrazem twarzy obraca rzeźbę w rękach, dopadły ją wątpliwości.

— To twoja praca?

Ponieważ cisza się przeciągała, Megan aż podskoczyła, słysząc pytanie.

— Tak… — Gdy szukała w myślach czegoś stosownego, co mogłaby powiedzieć, 

Katch odwrócił się i zaczął chodzić po pracowni. Słyszała każde skrzypnięcie podłogi 

pod jego sportowymi butami.

W milczeniu oglądał kolejne rzeźby. W miarę jak cisza się przedłużała, Megan 

robiła   się   coraz   bardziej   spięta.   Powinna   wreszcie   coś   powiedzieć…   Podniosła 

niedbale rzucony fartuch i złożyła go nerwowym ruchem, wygładzając fałdy.

— Co ty tu jeszcze robisz?

Szeroko otworzyła oczy. Spodziewała się po nim każdej reakcji, ale nie gniewu. 

Na jego zaś twarzy malowała się złość. Mocnej zacisnęła palce na starym, znoszonym 

fartuchu.

— Co masz na myśli? — Głos miała spokojny, ale jej serce biło coraz szybciej.

background image

— Dlaczego się tu ukrywasz? — spytał. — Czego się boisz?

Zdumiona pokręciła głową.

— Wcale się nie ukrywam, Katch. Mówisz bez sensu.

—   Ja   mówię   bez   sensu?   —   Zrobił   krok   w   jej   stronę,   potem   zatrzymał   się, 

odwrócił i zaczął znów maszerować po pracowni. Obserwowała go zafascynowana. — 

Uważasz, że tworzenie takich rzeczy, żeby je trzymać w zamknięciu, ma sens? — 

Podniósł   wypolerowany   piaskowiec,   przedstawiający   mężczyznę   i   kobietę   w 

objęciach. — Gdy ma się taki talent, ma się również pewne zobowiązania. Zamierzasz 

upychać tu swoje prace, aż nie starczy ci miejsca?

Jego reakcja wytrąciła ją z równowagi. Rozejrzała się bezradnie po pracowni.

— Od czasu do czasu zanoszę niektóre prace do galerii w centrum miasta — 

powiedziała. — Sprzedają się nieźle, zwłaszcza w sezonie i…

Ostre   przekleństwo   Katcha   przerwało   jej   wypowiedź.   Spojrzała   na   niego   z 

uwagą. Czyżby ten wściekły, naburmuszony człowiek był tym samym sympatycznym 

facetem, który niedawno smażył pstrągi w jej kuchni?

— Nie rozumiem, dlaczego jesteś taki zły — powiedziała.

— Straty! — rzucił ostro, odstawiając rzeźbę z piaskowca na półkę. — Straty 

zawsze doprowadzają mnie do furii. — Podszedł do niej i gwałtownie chwycił ją za 

ramiona. — Dlaczego nic nie zrobiłaś ze swoim talentem,

Megan? — Patrzył jej prosto w oczy, domagając się odpowiedzi.

— To nie jest takie proste — zaczęła. — Mam pewne zobowiązania.

— Masz zobowiązania wobec siebie i swego talentu.

—   Mówisz   tak,   jakbyś   uważał,   że   dopuściłam   się   występku.   —   Zmieszana, 

zaczęła uważnie przyglądać się jego twarzy. — Robię to, co uważam za właściwe. Nie 

background image

rozumiem,   dlaczego   jesteś   taki   zły.   W   grę   wchodzą   jeszcze   inne   sprawy   —   czas, 

pieniądze   i   interes,   który   trzeba   prowadzić.   I   rzeczywistość,   której   trzeba   stawić 

czoła. — Pokręciła głową. — Chyba nie wyobrażasz sobie, że zawiozę swoje rzeźby do 

galerii w Charlestonie i zażądam wystawy?

— To byłoby na pewno bardziej sensowne, niż trzymać je tu pod kluczem. — 

Puścił ją nagle i znów zaczął przechadzać się po pracowni.

Był   bardziej   impulsywny,   niż   osądziła   na   podstawie   pierwszego   wrażenia. 

Zerknęła na glinę owiniętą mokrym ręcznikiem. Zapragnęła poczuć ją pod swoimi 

palcami.

—   Kiedy   ostatnio   byłaś   w   Nowym   Jorku?   —   spytał,   zatrzymując   się 

naprzeciwko niej. — Albo w Chicago czy Los Angeles?

— Nie wszyscy możemy być obieżyświatami  — powiedziała. — Niektórzy są 

stworzeni do czego innego.

Podniósł znów dziewczynkę z zamkiem z piasku, a potem musnął palcem parę 

zakochanych z piaskowca.

— Chcę te dwie — oświadczył. — Sprzedasz mi?

To były jej ulubione prace, choć tak odmienne w nastroju.

— Dobrze… — zgodziła się z wahaniem. — Jeśli chcesz.

— Dam pięćset dolarów. Za każdą.

Oczy Megan rozszerzyły się ze zdumienia.

— Och, nie są tyle warte…

— Są warte o wiele więcej, jak sadzę. Masz jakieś pudełko, w które mógłbym je 

zapakować?

— Tak, ale… — Megan przecierała oczy. — Tysiąc dolarów?

background image

Odstawił rzeźby na stół i podszedł do niej. Nadal był nachmurzony.

— Uważasz, że bezpieczniej jest siebie nie doceniać, niż stanąć oko w oko z 

własnym talentem?

Wytrącona z równowagi, zrobiła bezradny gest rękami. Katch odwrócił się i 

zaczął szukać pudełka. Potem przyglądała się, jak zawijał rzeźby w stare gazety. Czoło 

miał nadal zmarszczone, a w oczach złość.

— Przyniosę ci czek — oświadczył, po czym bez słowa wyszedł.

background image

ROZDZIAŁ PIĄTY

Rozległ się długi, przeraźliwy krzyk. Kolejka górska z turkotem pięła się w górę, 

potem   wzięła   ostry   zakręt,   niebezpiecznie   przechylając   się   na   bok.   Wzdłuż   toru 

kolejki migotały światełka i było głośno. Bardzo głośno. Słychać było łoskot i jęki 

maszynerii,   gwizdy   i   brzęczenie   maszyn   elektronicznych   z   grami   wideo,   trzaski 

korkowców i nawoływania sprzedawców.

Z   głośników   dobiegała   jazgotliwa   muzyka,   zagłuszana   przez   ludzkie   głosy. 

Ludzie śmiali się, nawoływali, krzyczeli. W powietrzu unosiły się zapachy popcornu, 

orzeszków ziemnych, hot dogów i smażonego oleju.

Megan naładowała magazynek i podała pistolet przyszłemu Wyattowi Earpowi.

—   Króliki   po   pięć   punktów,   kaczki   po   dziesięć,   jelenie   dwadzieścia   pięć,   a 

niedźwiedzie pięćdziesiąt.

Szesnastoletni strzelec wyborowy wycelował i udało mu się ustrzelić kaczkę i 

królika.   W   nagrodę   wybrał   gumowego   węża,   mimo   okrzyków   przerażenia 

towarzyszącej mu dziewczyny.

background image

Megan,   kręcąc   głową,   obserwowała   ich,   jak   odchodzili.   Chłopak   objął 

dziewczynę   ramieniem,   a   potem   objawiał   swe   uczucia,   machając   wężem   przy   jej 

twarzy. Zarobił mocnego kuksańca w żebra.

Dziś wieczorem nie było tłumu, jak zwykle przed sezonem. Poza tym, o czym 

Megan wiedziała, w okolicy było kilka parków rozrywki, oferujących więcej atrakcji. 

Megan   nie   przeszkadzał   ten   luz.   Od   tamtego   wieczoru,   gdy   Katch   odwiedził   jej 

pracownię, pochłonięta była własnymi myślami.

Od trzech dni nie odezwał się ani słowem. Z początku bardzo chciała się z nim 

zobaczyć, porozmawiać o tym, co jej powiedział. Było niewątpliwie zasługą Katcha, 

że   zaczęła   myśleć   o   tej   stronie   swej   natury,   którą   przez   większą   część   życia 

ignorowała lub tłumiła.

Ale w miarę upływu czasu to pragnienie słabło. Ostatecznie, czy Katch miał 

prawo krytykować jej sposób życia, traktować ją tak, jakby popełniła przestępstwo? 

W ciągu paru minut oskarżył ją, osądził i skazał. A potem zniknął.

Trzy   dni,   rozmyślała,   podając   kolejnemu   strzelcowi   pistolet.   Trzy   dni   i   ani 

jednego słowa. Czekała na niego, mimo że czuła do siebie z tego powodu wewnętrzną 

niechęć. Po trzech dniach, tęsknota przerodziła się w gniew. Przypominała sobie, że 

nie tylko ją skrytykował i obraził, ale w dodatku wyszedł z jej dwiema ulubionym 

rzeźbami. Tysiąc dolarów, dobre sobie! Marszcząc brwi, wsunęła nowy magazynek 

do pistoletu. Gadanina, czcza gadanina, to wszystko! Przyznać trzeba, że robił to 

bardzo dobrze. Gadanie o prowadzeniu restauracji pewnie też było kłamstwem.

Ale dlaczego? Po co? Doszła do wniosku, że mężczyźni tacy jak on nie muszą 

kierować się logicznymi powodami. To wszystko przez rozbuchane ego, uznała na 

koniec.

background image

— Ach, mężczyźni… — mruknęła, podając pistolet nowemu klientowi.

— Wiem, co masz na myśli, moja droga. — Pulchna blondynka wzięła karabin z 

rąk Megan i puściła do niej oko.

Megan mocniej zmarszczyła czoło.

— Komu oni są potrzebni? — spytała.

— Nam, kochanie. — Kobieta przyłożyła karabin do ramienia. — Na tym polega 

problem.

Megan westchnęła, gdy kobieta zdobyła sto dwadzieścia punktów.

—   Niezły   wynik   —   pogratulowała.   —   Może   pani   sobie   wybrać   nagrodę   z 

drugiego rzędu.

— Poproszę hipopotama. Odrobinę przypomina mojego drugiego męża.

Megan ze śmiechem zdjęła hipopotama z półki.

— Bardzo proszę.

Kobieta   mrugnęła   porozumiewawczo,   wsadziła   hipopotama   pod   ramię   i 

odeszła kołyszącym się krokiem.

Megan   cofnęła   się,   gdy   znów   dwóch   nastolatków   próbowało   szczęścia. 

Uśmiechnęła   się,   przypominając   sobie   słowa   tamtej   kobiety.   W   jakiś   sposób   ją 

rozbawiły   i   udobruchały.   Chociaż,   pomyślała,   znów   podając   karabin   i   inkasując 

ćwierć dolara, ona przecież nie zna Katcha.

I ja też go nie znam, przypomniała sobie.

Automatycznie rozmieniła banknot jednodolarowy, który pojawił się na ladzie.

— Dziesięć strzałów za ćwierć dolara — zaczęła jak zwykle. — Króliki za pięć, 

kaczki   za   dziesięć…   —   Popchnęła   trzy   ćwierćdolarówki   po   ladzie   i   sięgnęła   po 

karabin. Nagle rozpoznała palce, które odsunęły resztę w jej stronę.

background image

— Postrzelam za dolara — powiedział Katch, gdy zaskoczona podniosła wzrok. 

Uśmiechnął się, a potem pochylił i przelotnie pocałował ją w usta. — To na szczęście 

— oświadczył, gdy odskoczyła.

Zanim   Megan   zdążyła   zebrać   ćwierćdolarówki,   ustrzelił   wszystkie 

niedźwiedzie.

— Hej, proszę pana, może pan powtórzyć? — Dwóch chłopców stojących w 

pobliżu było pod wrażeniem.

— Naładujesz? — Katch spojrzał na Megan. Megan w milczeniu podała mu 

karabin.

— Ładnie pachniesz — zauważył. — Co to jest?

— Olej do karabinu.

Wybuchnął   śmiechem,   a   potem   kolejno   zestrzelił   nieszczęsne   niedźwiedzie. 

Dwaj chłopcy jednocześnie zagwizdali z podziwem. Wokół Katcha zebrał się tłum.

— Hej, Megan!

— Zerknęła do góry i zobaczyła bliźniaczki Bailey oparte o kontuar. Obie pary 

ich oczu patrzyły znacząco na Katcha. — Czy to nie jest…?

— Tak — ucięła Megan, nie wdając się w dalsze wyjaśnienia.

— Boski! — westchnęła Teri i uśmiechnęła się zalotnie do Katcha, gdy ten się 

wyprostował.

Katch   odwzajemnił   uśmiech   i   znów   sięgnął   po   karabin,   który   podała   mu 

Megan.

— Masz zamiar życzyć mi szczęścia? — spytał.

Megan wytrzymała jego długie spojrzenie.

— Dlaczego nie?

background image

— Meg, szaleję na twoim punkcie!

Podczas gdy zestrzelił czwarty zestaw niedźwiedzi, Megan starała się opanować 

falę nagłego uczucia, którą wywołały jego beztrosko rzucone słowa. Zebrani wokół 

gapie   zareagowali   burzliwym   aplauzem.   Katch   odłożył   strzelbę   na   ladę,   po   czym 

znów zwrócił się do Meg:

— Co wygrałem?

— Wszystko, co zechcesz.

Ani na chwilę nie spuszczając wzroku z jej twarzy, błysnął zębami w uśmiechu. 

Zarumieniła się, karcąc się za to w duchu. Wolno przeszedł na bok i pokazał nagrodę.

—   Wezmę   Henry’ego   —   powiedział,   a   gdy   zaintrygowana   podniosła   wzrok, 

wyjaśnił: — Słonia. — A gdy Megan postawiła prawie metrowej wysokości słonia w 

kolorze lawendowym na ladzie, Katch ujął jej dłonie. — I ciebie — dodał cicho.

—   Możesz   wybierać   tylko   spośród   wystawionych   nagród   —   powiedziała 

sztywno.

— Uwielbiam, gdy tak mówisz — skomentował.

— Przestań! — syknęła, słysząc chichot bliźniaczek.

— Założyliśmy się, pamiętasz? — Katch uśmiechnął się znacząco. — Jest piątek 

wieczór.

Megan próbowała wyrwać dłonie, ale jego palce splotły się z jej palcami.

—   A   kto   mówi,   że   przegrałam   zakład?   —   spytała.   Starała   się   mówić   cicho, 

ponieważ   obok   stoiska   nadal   kłębił   się   tłum.   Katchowi   najwyraźniej   to   nie 

przeszkadzało.

—   Daj   spokój,   Megan.   Wygrałem   bezdyskusyjnie.   Chyba   nie   zamierzasz 

wystrychnąć mnie na dudka?

background image

— Nigdy nikogo nie wykiwałam — szepnęła, zerkając na zaciekawiony tłum. — 

Ale   nawet   jeśli   przegrałam,   czego   nie   powiedziałam,   nie   mogę   teraz   zostawić 

strzelnicy. Na pewno znajdziesz kogoś, kto dotrzyma ci towarzystwa.

— Chcę ciebie.

Walczyła, by patrzeć mu prosto w oczy.

— Naprawdę nie mogę stąd wyjść. Ktoś musi obsługiwać…

— Megan… — Jeden z zatrudnionych na godziny pracowników stanął za ladą. 

— Pop mnie przysłał, bym cię zastąpił.

—   Doskonała   koordynacja   czasowa   —   skomentowała,   patrząc   na   niego   z 

niechęcią. — Wielkie dzięki.

— Ależ nie ma za co, Megan.

— Przechowaj go dla mnie, dobrze? — Katch wcisnął słonia w ręce pracownika, 

a gdy Megan schyliła się nad ladą, chwycił ją za rękę i przyciągnął do siebie.

Pocałunek był długi i namiętny. Gdy odsunął ją od siebie, rękami oplatała jego 

szyję i wpatrywała się w jego twarz oczami pociemniałymi z pożądania.

— Tęskniłem za tym od trzech dni — wyszeptał i lekko potarł jej nos swoim.

— To dlaczego tego nie zrobiłeś?

Katch uniósł brwi, a potem uśmiechnął się szeroko. Megan zawstydzona swą 

impulsywnością zarumieniła się.

— Och, nie miałam tego na myśli — dodała szybko, próbując wyswobodzić się z 

jego ramion.

—   Ależ   tak   —   odparował   Katch.   Puścił   ją,   ale   zaraz   po   przyjacielsku   objął 

ramieniem. —  To było naprawdę  miłe. Nie psuj  efektu. —  Powiódł  wzrokiem po 

lunaparku. — Może się przejdziemy?

background image

— Nie wiem po co. My nie sprzedamy Joylandu.

— To się jeszcze okaże — powiedział, jak zawsze z nieznośną pewnością siebie. 

—   W   każdym   razie   ja   nadal   jestem   zainteresowany.   Wiesz,   dlaczego   ludzie   tu 

przychodzą? — Gestem ręki omiótł cały park.

— Żeby się zabawić — odpowiedziała Megan, podążając wzrokiem za jego ręką.

— Zapominasz o dwóch najważniejszych powodach. Aby pomarzyć i aby się 

sprawdzić.

Zatrzymali   się   i   przyglądali   mężczyźnie   w   średnim   wieku,   który   zdjął 

marynarkę   i   próbował   zadzwonić   dzwonkiem.   Młot   opadł   na   dół   z   głośnym 

łoskotem,   ale   kula   podniosła   się   zaledwie   do   połowy   masztu.   Mężczyzna   potarł 

dłonie z zamiarem ponowienia próby.

— Masz rację. — Megan odrzuciła włosy do tyłu, a potem uśmiechnęła się do 

Katcha. — Ty powinieneś to wiedzieć.

Odchylił głowę i posłał jej szeroki uśmiech.

— Chcesz, żebym zadzwonił?

— Siła mięśni nie robi na mnie wrażenia — rzekła stanowczo.

— Naprawdę? — Nadal ją obejmując, poprowadził ją dalej. — A co robi na tobie 

wrażenie?

— Poezja — powiedziała bez namysłu.

— Aha. — Katch, pocierając podbródek, zręcznie wyminął trójkę nastolatków. 

— A może limeryki? Znam kilka wspaniałych limeryków.

— Nie wątpię. — Megan pokręciła głową. — Chyba zrezygnuję.

— Tchórz!

— Przejedźmy się kolejką górską, a wtedy zobaczysz, kto tu jest tchórzem — 

background image

zaproponowała.

— Chętnie. — Wziął ją za rękę i zaczął biec.

Dopiero przy budce z biletami  zdołała  złapać oddech.  Przypatrując się  jego 

twarzy,   doszła   do   wniosku,   że   go   naprawdę   lubi.   Nie   ma   sensu   udawać,   że   jest 

inaczej, pomyślała.

— O czym myślisz? — spytał, gdy zapłacił za ich przejażdżkę.

— O tym, że mogłabym cię polubić za jakieś trzy czy cztery lata. A może w 

trochę krótszym czasie — dodała z uśmiechem.

Katch ujął jej dłonie i pocałował je, a Megan przeszył silny dreszcz.

— Schlebiasz mi — mruknął pod nosem, a jego oczy rozjaśnił wesoły błysk.

Megan próbowała wyrwać ręce, zaskoczona siłą swojej reakcji. Instynktownie 

czuła, że ich znajomość nie powinna wykroczyć poza pewne ramy.

— Będziesz musiała trzymać mnie za rękę. — Katch ruchem głowy  pokazał 

kolejkę górską. — Mam lęk wysokości.

Wybuchnęła śmiechem. Pozwoliła sobie na chwilę zapomnienia. Nie wycofała 

ręki.

Katchowi   nie   wystarczyła   przejażdżka   górską   kolejką.   Potem   zgubili   się   w 

labiryncie, przestraszyli w zamku duchów i pokręcili leniwie na diabelskim młynie.

Z góry mogli podziwiać kolorowe światła lunaparku oraz ocean ciągnący się z 

prawej strony. Wiatr rozwiewał włosy Megan. Katch zebrał je, gdy pięli się znów w 

górę, i przytrzymał w dłoni. Gdy ją pocałował, przyjęła to niezwykle naturalnie, jakby 

ta chwila należała tylko do nich. Hałas i ludzie tam na dole — to był inny świat. W ich 

świecie był tylko kręcący się młyn oraz lekki wietrzyk wiejący od oceanu. I dotyk ust. 

I przyjemność…

background image

Megan oparła się o Katcha; odkryła,  że jej głowa doskonale pasuje do jego 

ramienia.   Wtulona   w  nie,   obserwowała,   jak   kręci   się   świat.   Na   niebie   pulsowały 

niezliczone gwiazdy. Sierp księżyca pojawiał się i znikał za chmurami. W powietrzu 

czuło się morską wilgoć i lekki chłód. Westchnęła z rozkoszą.

— Kiedy po raz ostatni to robiłaś?

— Co takiego? — Pochyliła głowę, by na niego spojrzeć. Mimo że byli tak blisko 

siebie, nie czuła niebezpieczeństwa.

— Kiedy po raz ostatni bawiłaś się w wesołym miasteczku? — Katch zauważył 

wyraz zmieszania na jej twarzy. — Kiedy tak po prostu się tu bawiłaś?

Diabelski młyn zwolnił, potem zatrzymał się. Wagoniki kołysały się lekko, gdy 

jedni pasażerowie wysiadali, inni wsiadali. Nagle wróciła myślami do dzieciństwa. 

Kiedy to było?

— Nie wiem — powiedziała niepewnie, podnosząc się z ławki.

Idąc u boku Katcha, rozglądała się wokół siebie. Zauważyła kilka znajomych 

osób, ale w większości byli to turyści, którzy wzięli urlop przed sezonem.

—   Powinnaś   robić   to   częściej   —   zauważył   Katch,   kierując   się   w   stronę 

wschodniej bramy. — Śmiać się — ciągnął, gdy odwróciła do niego głowę — odprężyć, 

zapomnieć o ograniczeniach, które na siebie nałożyłaś.

Megan zesztywniała.

— Jak na kogoś, kto ledwie mnie zna, zbyt dobrze się orientujesz, co dla mnie 

dobre.

— To nic trudnego. — Zatrzymał się przy budce z lodami i zamówił dla Megan 

lody w waflu. — Nie masz żadnych tajemnic, Megan.

— Dziękuję bardzo.

background image

Katch, śmiejąc się, podał jej lody.

— Nie dąsaj się, to miał być komplement.

— Przypuszczam, że znasz wiele bywałych w świecie kobiet.

Gdy zaczęli iść, Katch znów objął ją ramieniem.

—   Owszem,   znam   taką   —   powiedział.   —   Nazywa   się   Jessica.   To   jedna   z 

najpiękniejszych kobiet, jakie spotkałem.

— Naprawdę? — Megan w roztargnieniu lizała lody.

— To blondynka o klasycznych rysach. Jasna skóra, delikatnie rzeźbione rysy, 

niebieskie oczy. Cudowne niebieskie oczy.

— To interesujące — wtrąciła Megan.

— I jeszcze coś — ciągnął Katch. — Jest bardzo inteligentna i ma poczucie 

humoru.

— Wygląda na to, że ją lubisz.

— Nawet więcej. Przez wiele lat razem mieszkaliśmy. — Nagle dodał obojętnym 

tonem: — Teraz jest już mężatką i ma dwoje dzieci, ale nadal często się spotykamy.

Może uda jej się przyjechać tu na parę dni, wtedy ją poznasz.

— Och, naprawdę? — Megan była nie na żarty zła. Przystanęła. — Jeśli myślisz, 

że marzę o tym, by poznać twoją…

— Siostrę — dokończył Katch, chrupiąc wafel. — Polubiłabyś ją. Lód ci kapie, 

Meg!

Podeszli do bramy wyjściowej.

—   To   bardzo   ładny   lunapark   —   pochwalił   Katch.   —   Mały,   ale   dobrze 

zorganizowany.   —   Jakby   od   niechcenia   sięgnął   do   kieszeni   i   wyciągnął   kartkę 

papieru. — Och, zapomniałem dać ci czek.

background image

Megan, nie patrząc, wsunęła czek do kieszeni. Oczy miała utkwione w twarzy 

Katcha. Doskonale zdawała sobie sprawę, w którą stronę biegły jego myśli.

— Mój dziadek poświęcił temu miasteczku całe swoje życie — przypomniała.

— Ty również — powiedział Katch.

— Dlaczego chcesz je kupić? Żeby na nim zarobić? Katch milczał przez długą 

chwilę. Jakby za obopólną zgodą zaczęli schodzić w dół po piasku ku oceanowi.

— Czy to taki zdrożny powód, Megan? — odpowiedział. — Masz coś przeciwko 

zarabianiu pieniędzy?

— Nie, oczywiście, że nie. To byłoby śmieszne.

— Zastanawiałem się, czy dlatego nic nie zrobiłaś ze swoimi rzeźbami.

— Robię to, co mogę i na co mam czas. Istnieją w życiu pewne priorytety.

— Być może źle je ustaliłaś. — Nim zdążyła odpowiedzieć, znów się odezwał: — 

Jaki wpływ na zyski z lunaparku miałoby zainstalowanie nowoczesnych karuzeli i 

powiększenie pasażu handlowego?

— Nie możemy sobie pozwolić…

— To nie jest odpowiedź na moje pytanie. — Wziął ją za ramiona i poważnym 

wzrokiem spojrzał prosto w jej oczy.

— Naturalnie zyski byłyby większe — odpowiedziała. — Ludzie przychodzą tu, 

by   się   rozerwać.   Im   więcej   atrakcji,   tym   bardziej   są   zadowoleni   i   wydają   więcej 

pieniędzy.

Katch skinął głową ze zrozumieniem.

— Czytasz w moich myślach — skwitował.

— Ale, jak wiesz, nie mamy pieniędzy na modernizację. — Nadal na nią patrzył, 

ale Megan zauważyła, że myślami błądził daleko stąd. — O czym myślisz? — spytała.

background image

Zwolnił uścisk na jej ramieniu i teraz delikatnie je gładził.

— Jesteś niezwykle piękna — powiedział.

— Nie, nie o tym myślałeś. — Odsunęła się od niego.

— Ale teraz myślę. — Oczy mu zabłysły, gdy obejmował ją w talii. — To właśnie 

pomyślałem, gdy zobaczyłem cię po raz pierwszy.

— Jesteś zabawny! — Próbowała się wyrwać, ale zdołał przyciągnąć ją bliżej.

—   Temu   nie   przeczę.   Ale   nie   możesz   mówić,   że   jestem   zabawny,   ponieważ 

twierdzę, że jesteś piękna. — Niespodziewanie pocałował ją w czoło. Megan poczuła, 

jak kolana się pod nią uginają. Oparła ręce na jego klatce piersiowej, częściowo by się 

na nim wesprzeć,

a częściowo by zaprotestować. — Jesteś artystką — ciągnął zniżonym głosem. — 

Potrafisz rozpoznać piękno.

— Przestań! — zaprotestowała bez przekonania.

—   Przestać   cię   całować?   —   Wolno,   z   namaszczeniem,   jego   usta   zaczęły 

wędrować po jej skórze. — Ale ja muszę, Meg.

Gdy jego usta czule dotknęły jej ust, a potem wycofały się, Meg wydawało się, 

że serce jej stanęło. Jęknęła z rozkoszy, a potem przyciągnęła go do siebie. Miała 

wrażenie,   że   coś   w   niej   eksploduje.   Oszołomiona,   przerażona   siłą   swej   reakcji, 

przywarła do niego. Pożądanie, nowe, nieznane wrażenia i emocje kłębiły się w niej 

zbyt szybko, by mogła je analizować. Nagle ogarnięta paniką zaczęła się wyrywać. 

Najchętniej uciekłaby na oślep przed siebie, ale Katch nadal trzymał ją mocno w 

ramionach.

— Co się stało? Cała drżysz. — Uniósł jej podbródek, by spojrzała mu w oczy. — 

Nie chciałem cię przestraszyć, przepraszam.

background image

Jego delikatność ją obezwładniła. Miłość, nowo odkryta, gwałtownie szukała 

ujścia. Megan nie mogła się odezwać, ponieważ głos miała nabrzmiały od łez. Zdołała 

jedynie pokręcić głową. Potem przełknęła ślinę i modliła się, by się uspokoić.

—   Nie…   —   zająknęła   się.   —   Muszę   już   wracać.   Za   chwilę   zamykamy.   — 

Widziała, jak za jego plecami gasną światła w miasteczku.

— Meg… — Ton jego głosu zatrzymał ją w miejscu. Nie było to żądanie, lecz 

prośba. — Zjedz ze mną kolację.

— Nie mogę…

— Może w poniedziałek?

— Nie. — Twardo obstawała przy swoim.

— Proszę.

Jej stanowczość złagodziło lekkie westchnienie.

— Nie grasz fair — wyszeptała.

— Nigdy. O siódmej?

— Ale żadnych pikników na plaży — zdecydowała się na kompromis.

— Zjemy w środku, obiecuję.

— Zgoda, ale tylko kolacja. — Odsunęła się od niego. — Teraz muszę już iść.

—   Odprowadzę  cię.   —  Katch  wziął  jej  rękę  i,  nim  zdołała  go  powstrzymać, 

pocałował ją. — Muszę zabrać słonia.

background image

ROZDZIAŁ SZÓSTY

Megan trzymała w dłoniach głowę Katcha. W skupieniu modelowała jego kości 

policzkowe. Gdy zaczynała pracę nad tym popiersiem, myślała, że będzie to dobra 

terapia. Do pewnego stopnia miała rację. Czas mijał spokojnie, bez niepokoju, który 

dręczył ją przez ostatnie dwie noce. Umysł miała skoncentrowany na pracy, nie było 

w nim miejsca na niepokojące myśli, które męczyły ją przez cały weekend.

Wolno   otwierała   i   zamykała   dłonie,   ćwicząc   mięśnie,   aż   zaczęły   ją   boleć. 

Zerknęła   na   zegarek.   Pracowała   dłużej,   niż   zamierzała.   Przez   okna   wlewało   się 

popołudniowe słońce. Masując palce, krytycznym wzrokiem przyglądała się swemu 

dziełu.

Doszła   do   wniosku,   że   ma   powody   do   radości.   Udało   jej   się   uchwycić 

charakterystyczne cechy osobowości Katcha: pewną twardość oraz inteligencję. Usta 

miał   mocno   zarysowane   i   zmysłowe,   oczy   myślące,   przenikliwe.   Była   to   twarz 

wzbudzająca zaufanie.

Mrużąc   oczy,   przyglądała   się   glinianej   replice   Katcha.   Pomyślała,   że   są 

background image

mężczyźni,   którzy   robią   karierę   dzięki   kobietom,   inni   zdobywają   je,   kochają   i 

porzucają. Wreszcie są też tacy, którzy się ustatkowują, żenią się, zakładają rodzinę. 

Nie miała wątpliwości, do której kategorii należał Katch.

Wstała, by umyć ręce. Zauroczenie, pomyślała. Po prostu zauroczenie. On jest 

inny   i   naprawdę   ekscytujący…   Nie   byłaby   kobietą,   gdyby   nie   schlebiało   jej   jego 

zainteresowanie. Och, zbyt silnie zareagowała, to wszystko. Wytarła ręce. Człowiek 

nie zakochuje się tak szybko. A jeśli nawet, to nie może być nic trwałego.

Gliniany model znów przykuł jej wzrok. Uśmiech Katcha zdawał się drwić z jej 

jakże rozsądnych argumentów. Cisnęła ręcznik na podłogę.

— To nie mogło stać się tak szybko! — rzuciła mu w twarz z wściekłością. — Nie 

w ten sposób. Nie mogło przytrafić się właśnie mnie. — Odsunęła się, by nie widzieć 

jego pewnego siebie wyrazu twarzy. — Nie pozwolę na to!

On   tylko   chce   kupić   wesołe   miasteczko,   przypomniała   sobie.   Gdy   w   końcu 

przekona się, że nie może go mieć, odejdzie. Ból, jaki ją przeszył, był niespodziewanie 

silny. Tego właśnie pragnę, pomyślała stanowczo. Chcę, by wyjechał i zostawił nas w 

spokoju. Starała się nie pamiętać wzruszeń, jakich doświadczała, gdy była w jego 

ramionach.

Potrząsając   głową,   zerwała   z   włosów   wstążkę.   Włosy   rozsypały   jej   się   na 

ramiona. Jutro zacznę pracować w drewnie, postanowiła, zakrywając gliniany model. 

A dziś będzie się dobrze bawić na kolacji z atrakcyjnym mężczyzną. To takie proste.

Z udawanym spokojem Megan zdjęła roboczy fartuch i wyszła z pracowni.

* * *

background image

— Cześć, kochanie! — Pop podjechał furgonetką, akurat gdy Megan zeszła na 

dół.

Gdy wysiadł z samochodu, Megan zauważyła, że jest zmęczony. Podeszła do 

niego szybko i objęła go wpół ramieniem.

— Cześć. Długo cię nie było.

— Miałem kilka spraw w miasteczku — powiedział, gdy szli w stronę domu.

To wyjaśniało, dlaczego jest zmęczony, pomyślała Megan, otwierając drzwi.

— Jakieś problemy? — Poczekała, aż usiadł przy stole, a następnie podeszła do 

kuchenki, by zaparzyć herbatę.

— Naprawy, Megan. — Westchnął. — Naprawy. Kolejka górska i ośmiornica 

oraz kilka mniejszych urządzeń. — Oparł się o krzesło, gdy Megan odwróciła się i 

spojrzała na niego.

— Bardzo źle?

Pop westchnął. Wiedział, że najlepiej od razu powiedzieć prawdę.

— Dziesięć tysięcy, może piętnaście.

—  Dziesięć  tysięcy  dolarów…  —  Megan  wzięła długi   oddech.  Potarła   dłonią 

czoło. Nie było sensu dopytywać się. Gdyby miał jakieś wątpliwości, zatrzymałby tę 

wiadomość   dla   siebie.   —   Możemy   wyłożyć   pięć   tysięcy   —   zaczęła,   dokładając   w 

myślach do oszczędności sumę, którą dostała właśnie od Katcha. — Musimy znać 

dokładną kwotę, by wiedzieć, jaką pożyczkę zaciągnąć w banku.

— Banki niechętnie pożyczają duże sumy ludziom w moim wieku — mruknął 

Pop.

— Nie bądź niemądry — starała się go pocieszyć. — I tak pożyczą pieniądze pod 

zastaw parku, prawda? — Starała się nie myśleć o wysokich odsetkach od kredytu.

background image

— Jutro spróbuję porozmawiać z kilkoma osobami — obiecał, wyciągając rękę 

po fajkę i tym gestem kończąc rozmowę o interesach. — Wychodzisz dziś na kolację z 

Katchem, prawda?

— Tak. — Megan wyjęła filiżanki i spodki.

— Sympatyczny młody człowiek. — Pop pykał fajkę.

— Lubię go. Ma klasę.

— To prawda — bąknęła, gdy czajnik zaczął gwizdać. Ostrożnie nalała wrzątek 

do filiżanek.

— I potrafi łowić ryby — podkreślił Pop.

— Co, oczywiście, czyni go wcieleniem wszelkich cnót.

— Nie mam mu tego za złe, to fakt. — Mówił miłym tonem, uśmiechając się do 

Megan szeroko. — Zauważyłem was wczoraj na diabelskim młynie. Ładnie razem 

wyglądaliście.

—   Pop,   naprawdę…   —   Czując,   że   się   rumieni,   Megan   podeszła   do   zlewu   i 

zaczęła przestawiać naczynia.

— Wydaje się, że trochę go lubisz — powiedział. — Nie zauważyłem, żebyś się 

wzbraniała, gdy cię całował.

— Pop rozradowany popijał herbatę. — Nawet wydawało mi się, że bardzo ci się 

to spodobało.

— Pop! — jęknęła zaskoczona.

—   Och,   Megan   wcale   cię   nie   szpiegowałem   —   wyjaśnił   uspokajająco.   I 

zakaszlał, by zamaskować chichot.

— To się działo w miejscu publicznym, wiesz o tym. Założę się, że wielu ludzi 

was widziało. Wyglądaliście razem naprawdę ładnie.

background image

Megan nie wiedziała, co powiedzieć. Podeszła i usiadła przy stole.

— To był tylko pocałunek — wykrztusiła. — To jeszcze nic nie znaczy.

Pop dwukrotnie skinął głową, drobnymi łykami popijając herbatę.

— Zupełnie nic — powtórzyła Megan.

Pop uśmiechnął się do niej jednym ze swoich pobłażliwych uśmiechów.

— Ale ty go lubisz, prawda? Megan spuściła wzrok.

— Czasami — powiedziała cicho. — Czasami tak.

Pop przykrył jej dłoń swoją i poczekał, aż wnuczka podniesie wzrok.

— To najbardziej naturalna rzecz na świecie — powiedział. — Trzeba zostawić 

sprawy własnemu biegowi.

— Ledwie go znam — odparła pospiesznie.

— Mam do niego zaufanie — wyznał szczerze Pop. Megan przyjrzała mu się 

uważnie.

— Dlaczego?

Pop wzruszył ramionami i znów pociągnął fajkę.

—   Mam   takie   przeczucie,   a   poza   tym   dobrze   mu   z   oczu   patrzy.   Gdy   się 

prowadzi interesy z ludźmi, trzeba umieć właściwie oceniać charaktery. To uczciwy 

człowiek. Chce postawić na swoim, to fakt, ale nie jest oszustem. To ważne.

Megan   przez   chwilę   siedziała   w   milczeniu,   nawet   nie   upiła   swej   stygnącej 

herbaty.

— On chce mieć nasze wesołe miasteczko. Pop patrzył na nią poprzez obłok 

dymu.

— Wiem. Powiedział mi to wprost. Nie działa podstępnie. — Wyraz jego twarzy 

złagodniał,   gdy   patrzył   w   oczy   Megan.   —   W   życiu   zachodzą   zmiany.   Musisz   to 

background image

zaakceptować, Meg.

— Nie rozumiem, co masz na myśli? Czy… czyżbyś myślał jednak o sprzedaży?

Pop dosłyszał w jej głosie panikę i znów poklepał ją po dłoni.

— Nie martwmy się tym teraz. Przede wszystkim trzeba nareperować sprzęt 

przed feriami wielkanocnymi. Może dziś wieczorem założysz tę żółtą sukienkę, którą 

tak lubię, Meg? Tę z małym żakiecikiem. Gdy cię w niej widzę, od razu myślę o 

wiośnie.

Megan   zrezygnowała   z   dalszej   indagacji.   Dziadek   to   był   twardy   orzech   do 

zgryzienia. Gdy postanowił zamknąć temat, nic go od tego nie odwiedzie.

— Zgoda — powiedziała. — Pójdę teraz na górę i wezmę kąpiel.

— Megan! — Odwróciła się od drzwi i popatrzyła na niego. — Baw się dobrze. 

Czasami lepiej jest popłynąć z prądem — dodał sentencjonalnie.

Gdy wyszła, patrzył za nią, w zamyśleniu gładząc się po brodzie.

Godzinę   później   Megan   przyglądała   się   swojemu   odbiciu   w   lustrze.   Żółta 

sukienka, o prostym kroju pasującym do jej smukłej figury, miała ciepły, morelowy 

odcień, który podkreślał jej karnację.

Megan   długimi   pociągnięciami   szczotki   rozczesała   włosy.   W   uszy   wpięła 

maleńkie złote kółka. Stanowiły jej jedyną biżuterię.

— Cześć, Megan!

Szczotka znieruchomiała w powietrzu. Oczy, które Megan widziała w lustrze, 

zrobiły się okrągłe ze zdumienia. To niemożliwe, żeby to Katch stał pod jej oknem!

— Meg!

Kręcąc z niedowierzaniem głową, podeszła do okna. Katch istotnie stał pod jej 

oknem i machał do niej na powitanie.

background image

— Co tutaj robisz?

— Otwórz! — poprosił.

— Jeśli spodziewasz się, że wyskoczę przez okno, to się rozczarujesz.

— Łap!

Refleks   zadziałał,   nim   zdążyła   pomyśleć.   W   porę   wyciągnęła   rękę   i   złapała 

bukiecik narcyzów.

— Jakie piękne! — Jej oczy śmiały się do niego z góry. — Dziękuję.

— Schodzisz już?

— Tak. — Odrzuciła włosy do tyłu. — Za chwilę.

* * *

Katch prowadził szybko i z wprawą. Nie pojechał jednak do swojej restauracji, 

czego się spodziewała, tylko skręcił w stronę oceanu i dalej jechał na północ. Megan 

odprężyła się, delektując się cichym zmierzchem i płynną, swobodną jazdą.

Rozpoznała okolicę. Domy za wysokimi żywopłotami były tu większe i bardziej 

eleganckie niż te na obrzeżach miasta. Katch zatrzymał się przed jednym z nich i 

zaparkował pod kwitnącym na czerwono krzewem.

W   porównaniu   z   sąsiednimi   domami   ten   był   mniejszy,   jednopiętrowy, 

zbudowany z omszałych desek, ale Megan od razu przypadł do gustu.

— Co tu się mieści? — spytała.

— Tutaj mieszkam. — Katch otworzył furtkę i przepuścił Megan przed sobą.

— Mieszkasz tutaj?

Słysząc zaskoczenie w jej głosie, uśmiechnął się lekko.

background image

— Muszę gdzieś mieszkać, Megan.

Szła kamienną ścieżką prowadzącą do domu.

—   Nie   sądziłam,   że   kupisz   tu   dom   —   powiedziała.   To   by   świadczyło,   że 

zapuszczasz korzenie.

— Przenoszę je z łatwością — oświadczył. Spojrzała na dom i rozległy ogród.

— Znalazłeś doskonałe miejsce.

Katch wziął ją za rękę i oplótł jej palce swoimi.

— Wejdź do środka — zaprosił.

— Kiedy go kupiłeś? — dopytywała się, wchodząc po schodkach.

— Kilka miesięcy temu, gdy tu przyjechałem. Przeprowadziłem się w zeszłym 

tygodniu i jeszcze nie miałem zbyt wiele czasu na poszukanie odpowiednich mebli. — 

Włożył klucz do zamka. — Znalazłem kilka rzeczy, a resztę  wkrótce  sprowadzę  z 

mojego mieszkania w Nowym Jorku.

Umeblowanie   rzeczywiście   było   skąpe,   ale   stylowe.   W   salonie   stała   niska, 

kremowa sofa, na której leżały barwne poduszki, oraz duży wiklinowy fotel, obok zaś 

stała   ceramiczna   donica   z   okazałym,   wijącym   się   bluszczem.   W   etażerkach 

wykonanych   z   mosiądzu   i   szkła   znajdowała   się   kolekcja   muszli,   a   na   dębowej 

podłodze leżał sizalowy dywan.

Pokój był przestronny, na prawo znajdowały się schody wiodące na piętro, na 

lewo zaś kamienny kominek. Megan szybko omiotła wzrokiem pokój w poszukiwaniu 

swoich rzeźb. Ale ich nie znalazła. Zastanawiała się, co z nimi zrobił.

— Jest tu bardzo pięknie, Katch — pochwaliła. — Podeszła do okna. Trawnik 

schodził   w   dół,   a   na   jego   końcu   stał   wysoki   żywopłot,   zapewniając   ogrodowi 

intymność. — Czy z góry widać ocean? — spytała.

background image

Nie   odpowiedział.   Odwróciła   się   do   niego   i   uśmiech   jej   zamarł   na   widok 

intensywności   jego   spojrzenia.   Serce   zabiło   jej   szybciej.   Bała   się,   ale   mimo   lęku 

odrzuciła głowę do tyłu i patrzyła mu w oczy. Katch ujął jej twarz w dłonie, odgarnął 

włosy z jej twarzy i przyciągnął ją do siebie. Pochylił głowę, ale zanim ją pocałował, 

wstrzymał się na chwilę, by zobaczyć w jej oczach pożądanie. Pocałunek był od razu 

gorący i namiętny.

Była głupia, jakże naiwna, myśląc, że uda jej się w nim nie zakochać!

Gdy   Katch   odsunął   ją   od   siebie,   Megan   przytuliła   policzek   do   jego   piersi, 

pozwalając mocno objąć się w talii. Z wahaniem, nie dłuższym jednak niż ułamek 

sekundy, przyciągnął ją znów do siebie. Gdy poczuła jego usta na swoich, westchnęła 

z rozkoszy. Słyszała szybkie, równomierne bicie jego serca.

— Mówiłaś coś?

— Kiedy?

— Przedtem. — Pomasował palcami jej kark. Megan zadrżała z przyjemności, 

jednocześnie   usiłując   sobie   przypomnieć,   co   było   przedtem,   nim   znalazła   się   w 

ramionach Katcha…

— Chyba spytałam cię, czy z góry widać ocean — powiedziała.

— Tak. — Objął rękami jej twarz i całował ją znów długo i namiętnie. — Widać.

— Pokażesz mi?

Zacisnął mocniej palce na jej skórze, aż przymknęła oczy, czekając na następny 

pocałunek. Ale tym razem uwolnił ją z objęć.

— Po kolacji — obiecał.

— Będziemy jeść tutaj? Uśmiechnął się tajemniczo.

— Nie lubię restauracji — powiedział i poprowadził ją do kuchni.

background image

— To dziwne, jak na właściciela jednej z nich.

— Powiedzmy, że w pewnych okolicznościach wolę bardziej kameralny nastrój.

—   Rozumiem.  —   Popchnął  drzwi   i  Megan  zobaczyła   nowoczesną  kuchnię  z 

drewna i nierdzewnej stali. — A kto dziś gotuje?

— My — rzekł swobodnie. — Co powiesz na steki?

Zjedli wspaniały posiłek przy stole z blatem z przydymionego szkła, popijając 

smakowite mięso wybornym czerwonym winem. Na bufecie w tle migotały płomienie 

tuzina   świec   oprawionych   w   małe   mosiężne   świeczniki.   Megan   poddała   się 

intymnemu   nastrojowi,   czując   w   głowie   szum   wina.   Mężczyzna,   który   siedział 

naprzeciwko niej, miał ją w garści. Gdy podniosła się, by posprzątać ze stołu, chwycił 

ją za rękę.

— Nie teraz. Chodźmy. Dzisiaj widać księżyc. Bez wahania poszła za nim.

Weszli po szerokich, drewnianych schodach, które na podeście rozchodziły się 

w   dwie   strony.   Katch   poprowadził   Megan   przez   sypialnię   zdominowaną   przez 

ogromne   łóżko   z   mosiężnym   wezgłowiem.   Wysokie,   szklane   drzwi   wiodły   na 

korytarz, skąd po schodach w górę wchodziło się na taras widokowy na dachu.

Megan   usłyszała   szum  fal  uderzających   o   brzeg,   jeszcze   zanim  podeszła   do 

barierki. Poniżej żywopłotu przewalały się niespokojne fale. Białe grzywy lśniły w 

ciemnościach. Księżyc świecił słabo, ale pomagały mu niezliczone gwiazdy.

Z głębokim westchnieniem szczęścia oparła się o barierkę.

— Jak tu pięknie. Uwielbiam patrzeć na ocean. — Usłyszała trzask zapalniczki, 

a potem zapach tytoniu zmieszał się przyjemnie z zapachem morza.

— Myślałaś kiedyś o podróżach?

— Oczywiście, czasami. — Megan wzruszyła ramionami. — Ale teraz to nie jest 

background image

możliwe.

Katch zaciągnął się cienkim cygarem.

— Dokąd chciałabyś pojechać?

— Dokąd bym pojechała? — powtórzyła.

— Tak, dokąd byś pojechała, gdybyś mogła? — Dym z cygara szybował do góry i 

rozpływał się w powietrzu,  — Pofolguj  wyobraźni,  Megan. Przecież lubić marzyć, 

prawda?

Przymknęła oczy, pozwalając, by fantazja pokierowała jej myślami.

— Do Nowego Orleanu — powiedziała półgłosem. — Zawsze chciałam zobaczyć 

Nowy Orlean. I Paryż. Gdy byłam młodsza, marzyłam o studiach w Paryżu, śladami 

wielkich   artystów.   —   Otworzyła   oczy.   —   Przypuszczam,   że   ty   tam   już   byłeś?   W 

Nowym Orleanie i Paryżu?

— Tak, byłem.

— I jak tam jest?

Zanim odpowiedział, pogładził jej podbródek.

— Latem Nowy Orlean pachnie rybami i potem. Przez całą dobę rozbrzmiewa 

muzyka grana w nocnych klubach i przez ulicznych grajków. Podobnie jak Nowy 

Jork, miasto nieustannie tętni życiem.

— A Paryż? — dopytywała się, chcąc zobaczyć swoje marzenie jego oczami. — 

Opowiedz mi o Paryżu.

— Jest staroświecki i dostojny, jak dama w podeszłym wieku. Nie jest zbyt 

czysty, ale to nie ma znaczenia. Najpiękniej wygląda wiosną; nic tak nie pachnie jak 

Paryż wiosną. Chciałbym cię tam zabrać. — Niespodziewanie ujął pukiel jej włosów. 

Oczy   wpatrzone   w   nią   przybrały   intensywny   wyraz.   —   Chciałbym   zobaczyć,   jak 

background image

ulegasz   emocjom,   które   tutaj   tak   skutecznie   kontrolujesz.   W   Paryżu   nie   da   się 

trzymać uczuć na wodzy.

— Wcale tego nie robię! — zaprzeczyła natychmiast z ożywieniem.

Wyrzucił cygaro przez barierkę, a potem wolno objął ją wpół i przyciągnął do 

siebie.

—   Naprawdę?   —   Ściągając   żakiet   z   jej   ramion,   dodał   z   lekkim 

zniecierpliwieniem: — Masz w sobie życiową pasję, którą stale tłumisz. Znajdujesz 

dla niej ujście w pracy, ale nawet swoje rzeźby trzymasz zamknięte w pracowni. Gdy 

cię całuję, czuję, jak walczysz z namiętnością, by nie wydostała się na zewnątrz.

Uwolnił   ją   od   żakietu   i   powiesił   go   na   barierce   tarasu.   Wolno,   zmysłowo 

przesuwał palcami po jej nagiej skórze, czując, jak powoli rozbudza jej zmysły.

— Pewnego dnia ona wybuchnie — dokończył. — Zamierzam to zobaczyć.

Zsunął   ramiączka,   potem   sukienkę   z   jej   ramion   i   zaczął   całować   jej   szyję. 

Megan nie protestowała, gdy poczuła jego dłoń na swojej piersi. A gdy jego usta 

znalazły się na jej ustach, odpowiedziała mu z równą namiętnością.

Katch mamrotał z zadowoleniem, czując, jak jej piersi twardnieją z pożądania. 

Megan pozwalała mu na wszystko, ponieważ wezbraną falą ogarniało ją podniecenie. 

Nie   miała   wiedzy,   która   służyłaby   jej   za   przewodnika,   nie   miała   żadnego 

doświadczenia. Rządziło nią pożądanie i instynkt.

Przesuwała palcami po jego karku, uciskając ciepłą skórę i rozkoszując się jego 

reakcją na swój dotyk. Tej swojej siły jeszcze nie znała. Wsunęła ręce pod sweter 

Katcha. Wolno, z namysłem odnajdywała zakamarki jego ciała. Czuła pod palcami, 

jak tężeją mu mięśnie.

Całował   ją   coraz   głębiej,   coraz   bardziej   gorączkowo,   jego   namiętność   ją 

background image

pochłaniała,   mieszała   się   z   jej   namiętnością.   Ból   przyszedł   nagle,   znikąd. 

Rozprzestrzenił się  po  jej  ciele  z  nienasyconą  gwałtownością.   Pożądanie było  tak 

ostre,   że   nie   mogła   mu   się   oprzeć.   Poddała   się   z   nieznośnym   wyczekiwaniem, 

przywierając do Katcha całym ciałem.

— Katch… — Miała zduszony głos. — Chcę zostać u ciebie na noc…

Na moment gwałtownie ją do siebie przycisnął i trzymał w objęciach mocno, 

niemal nie pozwalając jej na oddech.

Potem poczuła, że zwalania uścisk. Wziął ją za ramiona i popatrzył na nią z 

góry przenikliwymi oczami. Rwał jej się oddech, dreszcze przeszywały ciało. Wolno, 

prawie jej nie dotykając, założył jej z powrotem sukienkę.

— Odwiozę cię do domu.

Szok z powodu odrzucenia był bolesny jak cios. Z drżeniem otworzyła usta, ale 

zaraz jej zamknęła. Szybko, walcząc z napływającymi do oczu łzami, niezdarnymi 

ruchami zakładała żakiet.

—   Meg!   —   Wyciągnął   rękę   i   dotknął   jej   ramienia,   ale   ona   cofnęła   się 

gwałtownie.

— Nie, nie dotykaj mnie… — Głos miała nabrzmiały łzami. Przełknęła ślinę. — 

Nie musisz głaskać mnie po głowie. Chyba się źle zrozumieliśmy.

— Nieprawda — odrzekł. — I nie płacz, do diabła!

— Nie zamierzam płakać — powiedziała. — Chcę już wrócić do domu. W jej 

oczach czaił się ból, do którego nie chciała się przyznać.

— Porozmawiajmy spokojnie. — Wziął ją za rękę, ale mu się wyrwała.

— Nie będziemy rozmawiać. — Wyprostowała ramiona i popatrzyła mu prosto 

w oczy. — Zjedliśmy kolację, potem sprawy zaszły trochę za daleko. To proste. I już 

background image

minęło.

—   To  nie   jest  proste   i  wcale  nie  minęło,  Meg  —  zaoponował.   Popatrzył  jej 

głęboko w oczy. — Ale na razie to zostawmy.

Megan odwróciła się i zaczęła schodzić po schodach.

background image

ROZDZIAŁ SIÓDMY

W świetle dnia lunaparki tracą wiele ze swego uroku. Bród, rdza i odrapana 

farba wychodzą na wierzch. To, co w sztucznym świetle lśni i mieni się kolorami, w 

naturalnym wygląda bardzo pospolicie. Tylko bardzo młodzi ludzie, a przynajmniej 

młodzi duchem, mogą wierzyć w magię, gdy zderzają się z rzeczywistością.

Pop   należał   do   tych   wiecznie   młodych.   Megan   kochała   go   za   to.   Ze 

wzruszeniem   obserwowała,   jak   nadzoruje   naprawy   w   zamku   duchów.   Weszła   do 

środka,   odganiając   własne   upiory.   Minęło   dziesięć   dni   od   czasu   spotkania   z 

Katchem.   Odsunęła   myśl   o   nim,   skupiając   uwagę   na   rzeczywistości.   Myślała   o 

dziadku i ich wesołym miasteczku. Była wystarczająco dorosła, by odróżniać realne 

życie od fantazji.

— Jak leci? — zawołała za plecami Popa.

Pop odwrócił się i uśmiechnął od ucha do ucha.

— Doskonale, Megan. — Jego słowom towarzyszyły odgłosy prac remontowych. 

— Lepiej niż myślałem. Ruszymy jeszcze przed wielkanocną gorączką. — Objął ją 

background image

ramieniem   i   uścisnął.   —   Wszystkie   mniejsze   urządzenia   są   w   porządku.   A   co   u 

ciebie?

Nie wzbraniała się, gdy wyprowadził ją na zewnątrz. Hałas był taki, że trudno 

było rozmawiać.

— U mnie? — powtórzyła. W ostrym świetle słonecznym zamrugała oczami. 

Wiosenny dzień był równie gorący jak w środku lata.

— Masz takie smutny wyraz oczu. Już od tygodnia.

— Pop poklepał ją po ramieniu, jakby mimo gorącego dnia chciał ją rozgrzać. — 

Wiesz, że przede mną nic nie ukryjesz. Znam cię zbyt dobrze.

Milczała przez chwilę, szukając odpowiednich słów.

— Niczego nie próbuję ukryć, Pop. — Wzruszyła ramionami, potem odwróciła 

się i obserwowała ludzi pracujących przy górskiej kolejce. — Po prostu sprawa nie 

jest aż tak ważna, by się nad nią rozwodzić. To wszystko. Kiedy kolejka ruszy?

— To musi być ważna sprawa, ponieważ jesteś nieszczęśliwa — odpowiedział, 

ignorując próbę zmiany tematu. — Czyżbyś już była za dorosła, by rozmawiać ze mną 

o swoich problemach?

Rzuciła mu przepraszające spojrzenie.

— Ależ nie, Pop! Zawsze będę ci się zwierzać.

— A więc słucham — rzekł po prostu.

— Popełniłam błąd. To wszystko.

— Megan. — Pop położył ręce na jej ramionach. Ich oczy, ponieważ byli tego 

samego wzrostu, znajdowały się na tym samym poziomie. — Zapytam cię wprost. 

Jesteś w nim zakochana?

— Nie — zaprzeczyła pospiesznie.

background image

— Jak widzę, nie musiałem wymieniać jego imienia.

— Pop uniósł brew.

Jakże sprytny potrafił być jej dziadek! Nie powinna o tym zapominać.

— Myślałam, że je wymieniłeś — powiedziała ostrożnie. — Ale się pomyliłam.

— A więc dlaczego jesteś taka nieszczęśliwa? — kontynuował przesłuchanie.

— Proszę… — Chciała się cofnąć, ale duże ręce Popa znów ją powstrzymały.

— Zawsze mówiłaś mi prawdę, Meg. Westchnęła, wiedząc, że wszelkie uniki i 

półprawdy na nic się nie zdadzą, jeśli dziadek postanowił się czegoś dowiedzieć.

— W porządku. Tak, jestem w nim zakochana, ale to już nie ma znaczenia.

— Niezbyt to inteligentne stwierdzenie, jak na tak mądrą dziewczynę — rzekł z 

pewną dezaprobatą w głosie. — Może wyjaśnisz, dlaczego to nie ma znaczenia?

— Nie ma znaczenia — powtórzyła, wzruszając ramionami — ponieważ jest to 

nieodwzajemnione uczucie.

— A kto to powiedział? — dopytywał się Pop. W jego głosie słychać było lekkie 

oburzenie.

— Pop… — Wyraz jej twarzy złagodniał. — To, że ty mnie kochasz, nie oznacza, 

że wszyscy inni też muszą.

— Dlaczego jesteś taka pewna, że on cię nie kocha? r upierał się dziadek. — 

Pytałaś go o to?

— Nie! — Megan ze zdumienia niemal się roześmiała.

—   Dlaczego   nie?   Wszystko   byłoby   wtedy   prostsze.   Megan   wzięła   głęboki 

oddech. Miała nadzieję, że jednak go przekona.

— David Katcherton nie należy do mężczyzn, którzy się zakochują. W każdym 

razie nie na poważnie. A jeśli nawet, to z pewnością nie w kimś takim jak ja. — 

background image

Podkreśliła słowa energicznym machnięciem ręki. — On był w Paryżu, mieszka w 

Nowym Jorku… Ma siostrę o imieniu Jessica…

— To rzeczywiście wszystko wyjaśnia — zgodził się Pop ironicznie.

— Ja nigdy nigdzie nie byłam. — Megan westchnęła, przeciągając dłonią po 

włosach. — Latem widuję tu tysiące ludzi, naprawdę tysiące, ale to tylko turyści. 

Najdalej byłam w Charlestonie.

Pop pocieszająco pogłaskał ją po głowie.

— Zawsze trzymałem cię zbyt blisko siebie — wymamrotał. — Mówiłem sobie, 

że jeszcze będziesz mieć wiele okazji.

— Och, nie, Pop, nie to miałam na myśli! — Objęła go i zatopiła twarz w jego 

ramieniu. — Nie chciałam, by to tak zabrzmiało. Kocham cię! I kocham to miejsce. 

Niczego nie chcę zmieniać. To było okropne z mojej strony.

Pop   roześmiał   się   i   poklepał   ją   po   plecach.   Delikatny   zapach   jej   perfum 

przypomniał mu, że Megan nie jest już małą dziewczynką. Jak szybko minęły te lata!

—   Nigdy   w   życiu   nie   zrobiłaś   niczego   okropnego.   Obydwoje   wiemy,   że 

chciałabyś zobaczyć kawałek świata, a ja wiem, że tkwisz tu ze mną, by się mną 

opiekować. — Ależ tak — powiedział szybko, przewidując jej protesty. — To ja byłem 

samolubny, że ci na to pozwoliłem.

— Nigdy nie byłeś egoistą — odrzekła i odsunęła się od niego. — Chciałam tylko 

powiedzieć, że ja i Katch mamy ze sobą tak niewiele wspólnego. On patrzy na świat 

inaczej niż ja. Przy nim tracę grunt pod nogami.

—   Przypominam   sobie,   że   jesteś   niezłą   pływaczką.   —   Pop   pokręcił   głową, 

widząc wyraz jej twarzy i westchnął. — W porządku. Zostawmy to. Jesteś również 

uparta.

background image

— Stanowcza — poprawiła go z uśmiechem. — To ładniejsze określenie.

— Jedynie bardziej elegancki sposób stwierdzenia, że ktoś jest uparty jak osioł 

— rzekł szczerze, ale nie mógł ukryć uśmiechu w oczach. — Dlaczego nie popracujesz 

nad swoimi rzeźbami, zamiast kręcić się tutaj w środku dnia?

— Praca nie szła mi zbyt dobrze — wyznała, myśląc o niedokończonej twarzy 

Katcha, która ją prześladowała. — A zresztą lubię tu przychodzić. — Wzięła go pod 

ramię i zaczęli iść razem.

—   W   przyszłym   tygodniu   już   wszystko   będzie   gotowe   —   powiedział   Pop, 

rozglądając   się   dookoła   z   zadowoleniem.   —   Przy   odrobinie   szczęścia,   jak   będzie 

dobry sezon, spłacimy znaczną część z tych dziesięciu tysięcy.

— Może bank pójdzie nam na rękę i dogodnie rozłoży spłaty — zasugerowała 

Megan, wsłuchując się w stukot młotków, gdy zbliżali się do kolejki górskiej.

— Nie pożyczyłem pieniędzy od banku… — Pop urwał w pół zdania. Potem 

chrząknął i pochylił się, by zawiązać but.

—   Nie   pożyczyłeś   pieniędzy   od   banku?   —   Megan   zmarszczyła   brwi   i   ze 

zdziwioną miną wpatrywała się w posiwiałą głowę dziadka. — Skąd więc, na Boga, je 

wziąłeś?

Pop w odpowiedzi mruknął coś niezrozumiale.

— Nie znam nikogo z takimi pieniędzmi — podjęła z zastanowieniem i nagle 

zamilkła. — Nie! Nie zrobiłeś tego, prawda? Chyba nie wziąłeś od niego pieniędzy?

—   Och,   Megan   miałaś   o   tym   nie   wiedzieć!   —   W   jego   głosie   pobrzmiewała 

niepewność, a w oczach pojawił się niepokój. — On bardzo prosił, by ci o tym nie 

mówić… Jak mogłem…

— Dlaczego? — spytała. — Dlaczego to zrobiłeś, Pop?

background image

—   Och,   to   był   zwykły   przypadek,   Megan.   —   Pop   wyciągnął  rękę   i   w   stary, 

wypróbowany sposób poklepał ją pocieszająco po dłoniach. — Akurat tu był. Gdy 

wspomniałem   o   naprawach   i   konieczności   zaciągnięcia   kredytu,   od   razu 

zaproponował mi pożyczkę. Wydało mi się to doskonałym rozwiązaniem. — Bawił się 

sznurówkami.   —   Banki   tracą   mnóstwo   czasu   na   papierkową   robotę,   a   on   bierze 

zdecydowanie mniejsze odsetki. Myślałem, że się z tego powodu ucieszysz…

— Czy spisaliście umowę? — spytała ze śmiertelnym spokojem.

— Oczywiście. Katch, co prawda, nie nalegał, ale ponieważ wiem, jaka jesteś 

pedantyczna, jeśli chodzi o finanse, spisałem prawną umowę.

— A co dałeś w zastaw? — spytała półgłosem.

— Oczywiście, wesołe miasteczko.

— Oczywiście! — powtórzyła, a słowo to pulsowało furią. — Założę się, że zrobił 

to z wielkim zapałem.

— Meg, nie martw się. Wszystko dobrze się układa, Naprawy idą sprawnie i 

otworzymy zgodnie z planem. A prócz tego — dodał z westchnieniem — wcale nie 

miałaś się o tym dowiedzieć. Katch tak chciał.

— Och, tego jestem pewna — skomentowała z goryczą. — Absolutnie pewna. — 

Odwróciła się i uciekła.

Pop   obserwował,   jak   znika   mu   z   pola   widzenia.   Potem   wstał.   Co   za 

temperament   ma   ta   dziewczyna!   Z   szerokim   uśmiechem   otrzepał   dłonie.   Był 

zadowolony ze swoich działań. Naprawdę zadowolony.

* * *

background image

Megan zatrzymała motor przed domem Katcha i zgasiła silnik. Zdjęła kask i 

przyczepiła go do siedzenia.

Z   mocnym   postanowieniem,   że   nie   ujdzie   mu   to   na   sucho,   przeszła   przez 

trawnik do frontowych  drzwi.  Zastukała, potem załomotała w drzwi,  ale nikt nie 

otwierał.

Ze złością wsadziła ręce do kieszeni. Jej motocykl stał zaparkowany za jego 

czarnym   porsche.   Porzucając   zasady   dobrego   wychowania,   usiłowała   przekręcić 

gałkę. Gdy ustąpiła, Megan bez wahania otworzyła drzwi i weszła do środka.

W domu panowała cisza. Instynktownie czuła, że nikogo nie ma. Weszła do 

salonu, mimo wszystko rozglądając się za gospodarzem.

Złoty, cienki jak opłatek zegarek leżał na jednej ze szklanych półek etażerki. Na 

stoliku do kawy zobaczyła aparat fotograficzny, otwarty i bez filmu. Spod kanapy 

wystawała para używanych adidasów. Obok leżała otwarta książka Johna Cheevera.

Nagle zdała sobie sprawę z tego, co zrobiła. Wdarła się do cudzego domu! Czuła 

zażenowanie, a zarazem podniecenie. Niedopałek cygara leżał w popielniczce…

Po krótkiej walce z sumieniem weszła do kuchni. Powtarzała sobie w duchu, że 

wcale nie myszkuje, a jedynie upewnia się, czy Katcha nie ma w domu. W końcu jego 

samochód stał przed domem, a drzwi były otwarte.

W zlewie stała filiżanka, na kuchence dzbanek z zimną kawą. Rozlał trochę 

kawy   na   blat   i   jej   nie   wytarł.   Megan   powstrzymała   się   przed   instynktownym 

sięgnięciem po gąbkę. Gdy już się odwracała, by wyjść, jednostajny, mechaniczny 

dźwięk przykuł jej uwagę. Podeszła do okna i wtedy go zobaczyła.

Nadchodził   z  południowego   krańca   ogrodu,   pchając   przed   sobą   elektryczną 

kosiarkę. Był nagi do pasa, dżinsy opadały mu nisko na biodra. Opalone na złoto 

background image

ciało lśniło z powodu fizycznego wysiłku. Patrzyła z podziwem na grę mięśni na jego 

klatce piersiowej.

Raptownie odskoczyła od okna, wypadła przez kuchenne drzwi i pobiegła przez 

trawnik.

Nagły ruch i błysk czerwieni przykuł uwagę Katcha. Podniósł głowę i zobaczył 

zmierzającą   ku   niemu   Megan,   ubraną   w   czerwoną,   dopasowaną   koszulę   i   białe 

dżinsy. Mrużąc oczy w słońcu, wierzchem dłoni otarł pot z czoła. Następnie pochylił 

się i wyłączył kosiarkę.

— Witaj, Meg — powiedział swobodnie, ale w jego oczach zabłysł niepokój.

— Jesteś bezczelny, Katcherton! — rzuciła. — Ale mimo wszystko nie sądziłam, 

że wykorzystasz łatwowierność starego człowieka!

Katch uniósł brew i oparł się o kosiarkę.

— Jeszcze raz — poprosił. — Powiedz to trochę jaśniej.

— Należysz do ludzi, którzy lubią mieszać się w cudze interesy — ciągnęła. — 

Po prostu musiałeś przyjść do naszego lunaparku i wysunąć swoją wspaniałomyślną 

propozycję, posługując się starannie przygotowaną bajeczkę dla naiwnych!

— Och, wreszcie snop światła. — Wyprostował plecy.

—   Podejrzewałem,   że   nie   będziesz   zachwycona,   iż   pieniądze   pochodzą   ode 

mnie. I, jak widać, miałem rację.

— Wiedziałeś, że nigdy bym na to nie pozwoliła!

—   Nie   zastanawiałem   się   nad   tym.   —   Znów   oparł   się   o   kosiarkę,   ale   nie 

wyglądał na odprężonego. — Nie rządzisz życiem Popa, Meg, a już na pewno nie 

rządzisz mną. Mam rację?

Rozpaczliwie starała się, by głos jej brzmiał spokojnie i zimno.

background image

— Bardzo interesuję się lunaparkiem i wszystkim, co go dotyczy.

—   Doskonale,   a   więc   powinnaś   być   zadowolona,   że   szybko   otrzymałaś 

pieniądze na remont, w dodatku płacąc bardzo niskie odsetki. — Ton jego głosu był 

oschły, niemal urzędowy.

— Dlaczego? — spytała. — Dlaczego pożyczyłeś nam pieniądze?

— Nie muszę ci niczego wyjaśniać — rzekł Katch po dłuższym milczeniu.

—   A   więc   ja   zrobię   to   za   ciebie   —   odparowała,   gotując   się   ze   złości.   — 

Dostrzegłeś   okazję   i   ją   wykorzystałeś.   Przypuszczam,   że   tak   postępują   ludzie   w 

twoim świecie. Biorą, co chcą, nie myśląc o innych.

— Może się mylę — powiedział bezosobowym głosem — ale miałem wrażenie, 

że ja coś dałem.

— Pożyczyłeś — poprawiła go. — Pod zastaw…

— Jeśli w tym leży problem, porozmawiaj ze swoim dziadkiem. — Pochylił się i 

sięgnął po sznur, by uruchomić kosiarkę.

— Nie miałeś prawa go wykorzystywać! On ufa każdemu.

Katch gwałtownie upuścił sznur.

— Szkoda, że nie jest to u was cecha dziedziczna.

— Nie mam powodu ci ufać.

— Wygląda na to, że nie ufasz mi od pierwszej chwili. — Zmrużył oczy, jakby się 

nad czymś zastanawiał. — Czy chodzi tu tylko o mnie, czy żywisz urazę do wszystkich 

mężczyzn?

Nie zamierzała odpowiadać na tę prowokację.

— Chcesz mieć nasze miasteczko — powtórzyła.

— Tak, i postawiłem tę sprawę jasno od samego początku. — Katch odstawił na 

background image

bok kosiarkę. Nie było teraz pomiędzy nimi przeszkody. — Nadal też mam zamiar 

zdobyć ciebie. — Cofnęła się o krok, ale Katch był szybszy. Lekko chwycił ją za ramię. 

— Może popełniłem błąd, pozwalając ci tamtej nocy odejść.

— Wcale mnie nie pragnąłeś. To tylko gra.

— Nie pragnąłem cię? — Zrobiła kolejną próbę, by się odsunąć, ale jej się nie 

udało. — Tak, to prawda, nie chciałem cię. — Przyciągnął ją do siebie i wycisnął na jej 

ustach namiętny, nieco brutalny pocałunek. W głowie jej się zakręciło. — I teraz też 

cię nie chcę. — Nim zdążyła odpowiedzieć, znów zaatakował jej usta. — Tak samo nie 

chciałem cię od kilku dni. — Pociągnął ją na ziemię.

— Nie! — powiedziała wystraszona. — Nie… — Ale jego usta ją uciszyły.

Nie   było   teraz   w   jego   zachowaniu   tej   łagodnej,   zniewalającej   siły 

przekonywania,   którą   demonstrował   do   tej   pory,   ani   też   śladu   arogancji. 

Powodowało nim prymitywne pragnienie, na które odpowiadała tym samym. Jego 

usta zostawiły na chwilę jej usta i powędrowały na szyję, a potem niżej. Megan czuła, 

jak traci oddech, jak niemal dusi się z gorąca. Powietrze zatrzymało się w jej płucach, 

wydostając się z nich krótkimi, urywanymi spazmami. Tak długo przesuwał kciukiem 

po jej piersi, aż znalazła się poza strachem. Potem wrócił gorącymi ustami do jej ust. 

Mamrotała coś bez sensu, jęczała, przywierając do niego ciałem, którym wstrząsały 

dreszcze.

Katch uniósł głowę, ciepłym, urywanym oddechem omiatając jej twarz. Megan 

zamrugała powiekami, otwierając oczy, zamglone namiętnością, ciężkie z pożądania. 

Gdyby była w stanie cokolwiek powiedzieć, powiedziałaby, że go kocha. Nie czuła w 

tej chwili ani upokorzenia, ani wstydu, tylko rosnącą namiętność i miłość, które były 

tak silne, że aż bolesne.

background image

— To nie jest odpowiednie miejsce. — Głos miał chrapliwy, gdy przewracał się 

na plecy. Przez chwilę leżeli obok siebie, nawet się nie dotykając. — I nie jest to 

odpowiedni sposób.

Umysł miała zamglony, krew szumiała jej w żyłach.

— Katch — powiedziała z wysiłkiem i z trudem usiadła.

Wolno przesunął wzrokiem po jej ciele, aż zatrzymał się na jej twarzy. Chciała 

go dotknąć, ale się bała. Na chwilę ich oczy się spotkały.

— Czy… sprawiłem ci ból? — zapytał. Pokręciła głową. Owszem, bolało ją ciało, 

ale z powodu niezaspokojonych pragnień.

— A więc wracaj do domu. — Wstał i raz jeszcze spojrzał na nią przelotnie. — 

Ja już idę. — Odwrócił się i zostawił ją pośrodku ogrodu.

Po chwili usłyszała trzask zamykanych kuchennych drzwi.

background image

ROZDZIAŁ ÓSMY

Przez   najbliższe   dwa   tygodnie   Megan   z   trudem   radziła   sobie   z   napływem 

turystów. Zawsze przyjeżdżali tłumnie na każdą Wielkanoc. To był przedsmak tego, 

co   działo   się   w   lecie.   Przybywali,   by   smażyć   się   na   plaży,   a   potem   imponować 

wiosenną   opalenizną   tym,   którzy   pozostali   w   domach.   Przyjeżdżali,   by   zażywać 

morskich kąpieli i surfować na falach. Przyjeżdżali wreszcie, by się zabawić. Jakie 

lepsze  miejsce  mogli   znaleźć  niż  plażę   z  białym  piaskiem  i  ocean   ze   spokojnymi 

prądami? Przyjeżdżali, by się pośmiać i szukali rozrywki na wodnych zjeżdżalniach, 

w hałaśliwych centrach handlowych lub zatłoczonych lunaparkach.

Megan po raz pierwszy w życiu miała ich dosyć. Traktowała ich jak intruzów. 

Pragnęła ciszy, tęskniła za spokojem, który panował tu przed sezonem. Chciała być 

sama, chciała pracować, by ukoić ból. Tylko sztuka mogła ją pocieszyć. Nie potrafiła 

rozmawiać z dziadkiem o swoich uczuciach. Zbyt wiele spraw musiała jeszcze sobie 

ułożyć w myślach. Pop przez delikatność o nic nie pytał.

Godziny w lunaparku mijały jedna po drugiej. Przewijały się przed jej oczami 

background image

obce   ludzkie   twarze.   Megan   czuła   do   nich   niechęć.   Denerwowało   ją,   że   inni   się 

bawili, gdy jej życie stanęło w miejscu. Pociechę znajdowała tylko w swojej pracowni. 

Światło paliło się tam długo po północy. Tutaj nie zauważała upływu czasu. Kipiała 

wprost energią, nerwową, gorączkową energią, która pozwalała jej żyć.

* * *

Było już dobrze po południu. Megan sprawdzała bilety przy wejściu na karuzelę 

dla   dzieci.   A   potem,   gdy   wozy   strażackie,   ambulanse,   samochody   wyścigowe   i 

policyjne zostały załadowane, naciskała dźwignię, wprawiając maszynerię w ruch. 

Dzieci chwytały się kierownicy, piszczały i śmiały się głośno.

Chłopiec siedzący za kierownicą wozu strażackiego miał szeroko otwarte oczy. 

Malował się w nich taki zachwyt, że Megan mimo zmęczenia uśmiechnęła się do 

siebie.

— Przepraszam. — Megan podniosła głowę, by odpowiedzieć na pytanie jakiejś 

matki. Kobieta była elegancką blondynką o gładko zaczesanych do tyłu włosach. — 

Pani ma na imię Megan? — spytała. — Megan Miller?

— W czym mogę pani pomóc?

— Jestem Jessica Delaney.

— Siostra Katcha — powiedział Megan szybciej, niż zdążyła pomyśleć.

— Tak. — Jessica uśmiechnęła się. — Katch wspominał, że jest pani bardzo 

inteligenta   i   spostrzegawcza.   Oczywiście,   jest   pomiędzy   nami   pewne   rodzinne 

podobieństwo, ale niewielu ludzi je zauważa, chyba że stoimy obok siebie.

Megan patrzyła na ludzkie twarze okiem artystki. Zwracała uwagę na strukturę 

background image

kości. Poza tym Jessica miała niebieskie oczy i delikatniej zarysowane brwi, ale takie 

same jak Katch gęste rzęsy i ciężkie powieki.

— Cieszę się, że panią poznałam — powiedziała Megan, szukając w myślach 

dalszych słów. — Przyjechała pani odwiedzić Katcha? — Jessica nie wyglądała na 

stałą bywalczynię lunaparków.

— Na dzień lub dwa — odpowiedziała. Gestem wskazała karuzelę, na której 

kręciły się dzieci. — Jestem tu z rodziną. To Rob, mój mąż.

Megan   uśmiechnęła   się   do   wysokiego   mężczyzny   z   ciemnymi,   prostymi 

włosami i przystojną, kościstą twarzą.

— A to moje dziewczynki — ciągnęła Jessica. — Erin i Laura. — Skinęła głową w 

stronę dwóch kilkuletnich dziewczynek o brązowych włosach, które razem szybowały 

w samolocie. — Katch nie wiedział, gdzie mogę panią dziś znaleźć, ale opisał panią 

bardzo dokładnie — dodała.

—   On   tu   jest?   —   Megan   postarała   się,   by   głos   jej   zabrzmiał   obojętnie,   ale 

wzrokiem zaczęła przeszukiwać tłum.

— Nie, miał spotkanie w interesach.

Zadźwięczał dzwonek, sygnalizując, że przejażdżka skończona.

—   Przepraszam   na   chwilę   —   bąknęła   Megan.   Zadowolona   z   tej   przerwy, 

doglądała   wysiadania   i   Wsiadania   malców   na   następną   karuzelę.   Miała   czas   na 

uspokojenie.   Dwie   ostatnie   dziewczynki   to   były   siostrzenice   Katcha.   Erin 

uśmiechnęła się do niej oczami, które były identyczne jak oczy jej wuja.

— Ja prowadzę — rzekła Erin stanowczo, gdy jej siostra siadała obok niej.

— Nieprawda! — Laura z energią chwyciła swoją kierownicę.

— To cecha rodzinna — oświadczyła stojąca za nimi Jessica. — Upór. Pewnie 

background image

zdążyła pani zauważyć?

Megan zapięła ostatni z pasów bezpieczeństwa i podeszła do tablicy z dźwignią.

— Tak, raz czy dwa — przyznała z uśmiechem.

—   Wiem,   że   jest   pani   zajęta.   —   Jessica   spojrzała   na   wypełnioną   po   brzegi 

karuzelę.

—   Muszę   dopilnować   przede   wszystkim,   by   dzieci   były   zapięte   pasami   — 

powiedziała.

— Czy możemy porozmawiać, gdy skończy pani pracę?

— Tak, oczywiście. — Megan zmarszczyła brwi.  — Powinnam być wolna  za 

godzinę.

—   Świetnie.   —   Jessica   uśmiechnęła   się   tak   samo   uroczo,   jak   jej   brat.   — 

Chciałabym   przyjechać   do   pani   pracowni.   Oczywiście,   jeśli   się   pani   zgodzi. 

Mogłybyśmy się spotkać za półtorej godziny.

— W mojej pracowni?

—  Świetnie! —  powiedziała od razu Jessica  i poklepała  Megan po dłoni.  — 

Katch objaśnił mi, jak dojechać.

Znów rozległ się dzwonek, wzywając Megan do jej obowiązków. Uruchamiając 

karuzelę, zastanawiała się, dlaczego Jessica chciała się z nią spotkać w pracowni.

* * *

Megan   ściągnęła   brwi   i   przyglądała   się   swemu   odbiciu   w   lustrze.   Czy 

mężczyźnie, który zachwycał się delikatną, eteryczną Jessicą, mogła się spodobać 

kobieta   o   tak   wyrazistych,   ostrych   rysach?   Megan   wzruszyła   ramionami.   To   nie 

background image

miało znaczenia. Bezwiednie zaczęła obracać szczotkę w ręce. Zapewne Katch, jak 

większość ludzi, którzy tu przyjeżdżali, po prostu szukał przelotnej rozrywki.

— Jesteś głupia — powiedziała cicho do kobiety w lustrze. Przymknęła powieki, 

by nie widzieć potwierdzenia we własnych oczach. — Dobrze wiesz, że w gruncie 

rzeczy nie ma znaczenia, dlaczego cię pragnął. Ważne, że w ogóle cię pragnął. Bo ty 

nadal go pragniesz, pragniesz całym sercem.

Potrząsnęła   głową,   niszcząc   fryzurę,   którą   przed   chwilą   ułożyła.   Musiała 

wreszcie   z   tym   skończyć.   Przestać   o   tym   myśleć.   Za   chwilę   zjawi   się   tu   Jessica 

Delaney.

Po co ona tu przyjeżdża? Megan odłożyła szczotkę i zmarszczyła brwi. Czego 

może chcieć? Megan nie mogła znaleźć sensownego wytłumaczenia. Katch nie dawał 

znaku   życia   od   dwóch   tygodni.   Dlaczego   jego   siostra   nagle   zapragnęła   się   z   nią 

widzieć?

Tok jej myśli przerwał szum samochodowego silnika. Megan podeszła do okna. 

Z samochodu Katcha wysiadła Jessica.

Megan wyszła jej naprzeciw na tylną werandę.

— Witam. — Megan czuła się trochę niezręcznie.

— Jakie urocze miejsce! — Jessica uśmiechnęła się, upodabniając się jeszcze 

bardziej do swego brata. — Jakże zazdroszczę wam tych azalii.

— To Pop… mój dziadek je hoduje — wyjaśniła Megan.

— Tak. — Niebieskie oczy były ciepłe i pogodne. — Słyszałam wspaniałe rzeczy 

o pani dziadku. Bardzo chciałabym go poznać.

—   Pracuje   jeszcze   w   lunaparku.   —   Megan   czuła,   jak   jej   początkowe 

skrępowanie mija. Urok osobisty był jak widać cechą dziedziczna u Katchertonów. — 

background image

Napije się pani kawy? Herbaty?

— Może później. Chodźmy do pracowni, dobrze?

— Jeśli nie ma pani nic przeciwko, pani Delaney…

— Och, mówmy sobie wreszcie po imieniu. Jestem Jessica — dodała radośnie i 

zaczęła piąć się w górę po schodach.

— Jessico — poprawiła się szybko Megan — skąd wiesz, że moja pracownia jest 

nad garażem?

— Katch mi powiedział — odparła Jessica beztrosko. — On dużo mi opowiada. 

— Zatrzymała się przed drzwiami, czekając, aż Megan je otworzy. — Nie mogę się 

doczekać, by zobaczyć twoje prace. Ja również maluję po amatorsku.

—   Naprawdę?   —   Teraz   zainteresowanie   Jessiki   wydało   jej   się   bardziej 

zrozumiałe.

— Niestety, obawiam się, że moje prace nie są zbyt udane. Stale przyprawiają 

mnie o frustrację. — Znów uśmiech Katchertonów rozświetlił jej twarz.

Megan, sięgając do klamki, podjęła temat:

—   Nigdy   nie   wychodziło   mi   malowanie   na   płótnie…   —   Potrzebowała   słów, 

wielu słów, by pokryć to, co jak się obawiała, łatwo było zauważyć. — Zresztą nic mi 

nie   wychodzi   tak,   jak   zamierzałam   —   ciągnęła,   gdy   weszły   do   pracowni.   —   To 

naprawdę   frustrujące,   gdy   nie   można   wyrazić   tego,   co   się   chce.   Latem,   podczas 

sezonu, wykonuję trochę kompozycji techniką aerografii, ale…

Jessica jej nie słuchała. Poruszała się po pracowni w bardzo podobny sposób 

jak jej brat — wdzięcznie, w skupionym milczeniu. Jednych rzeźb dotykała palcami, 

inne   unosiła   do   góry.   Tak   długo   przyglądała   się   małemu   jednorożcowi   z   kości 

słoniowej, że Megan zaczęła się kręcić nerwowo.

background image

Co ona robi? — rozmyślała. Dlaczego? Promienie zachodzącego słońca wpadały 

do pokoju, rysując desenie na podłodze. Drobinki kurzu tańczyły w powietrzu. Zbyt 

późno Megan przypomniała sobie o popiersiu Katcha. Ukośny promień padł na nie, 

wydobywając   płaszczyzny   już   zaznaczone   dłutem.   Chociaż   popiersie   było   jeszcze 

surowe i dalekie od ukończenia, łatwo można było rozpoznać, że przedstawia Katcha. 

Megan, czując zażenowanie, podeszła i stanęła przed nim w nadziei, że ukryje je 

przed Jessiką.

— Katch miał rację — powiedziała Jessica w skupieniu. Nadal trzymała w ręce 

jednorożca i pieściła go palcami. — Bez wątpienia. Zwykle mnie to denerwuje, ale nie 

tym razem. — Jej podobieństwo do Katcha było uderzające. Nawet teraz, gdy Megan 

starała   się   nadążyć   za   jej   rozumowaniem,   aż   swędziały   ją   palce,   by   szybko   ją 

naszkicować.

— W jakiej sprawie?

— Masz niezwykły talent.

— Co? — Megan szeroko otworzyła oczy.

— Katch powiedział mi, że twoje prace są genialne — ciągnęła. Po raz ostatni 

obrzuciła   zachwyconym   spojrzeniem   jednorożca,   po   czym   go   odstawiła.   —   Na 

podstawie  tych dwóch  rzeźb,  które   mi  przysłał,  zgodziłam  się  z nim.  Ale  to  były 

zaledwie dwie prace. — Podniosła dłuto i zaczęła nim bezwiednie uderzać o dłoń, 

podczas gdy jej oczy nadal wędrowały po pracowni. — To zdumiewające!

— Wysłał ci moje rzeźby?

— Tak, kilka tygodni temu. Zrobiły na mnie duże wrażenie. — Jessica odłożyła 

dłuto   i   podeszła   do   niedokończonego   studium   kobiety   wyłaniającej   się   z   morza. 

Megan pracowała nad nim, zanim zajęła się popiersiem Katcha.

background image

— To jest wspaniałe! — powiedziała z zachwytem. — Wezmę je, jak również 

jednorożca. Dwie rzeźby, które przysłał mi Katch, zostały entuzjastycznie przyjęte.

— Nie rozumiem, o czym mówisz.

— Przez moich klientów — wyjaśniła Jessica. — W mojej galerii w Nowym 

Jorku. — Uśmiechnęła się do Megan.

— Czy nie wspomniałam ci, że prowadzę galerię?

— Nie. Nie wspomniałaś.

— Och, pewnie myślałam, że zrobił to już Katch. Zacznę więc od początku.

— Będę naprawdę zobowiązana — powiedziała Megan i poczekała, aż Jessica 

usiądzie na małym drewnianym krześle.

—   Dwa   tygodnie   temu   Katch   przysłał   mi   dwie   twoje   prace   —   rozpoczęła 

Jessica. — Chciał usłyszeć moją opinię. Mimo że sama słabo maluję, znam się na 

sztuce. — Mówiła z dużą pewnością siebie. — Gdy zorientowałam się, że nigdy nie 

będę wielką artystką, poświęciłam się studiowaniu sztuki. Potem otworzyłam galerię 

na Manhattanie. Przez ostatnie sześć lat wyrobiłam sobie dobrą markę i pozyskałam 

klientelę.   —   Uśmiechnęła   się   z   dumą.   —   A   więc   naturalnie,   gdy   mój   wiecznie 

podróżujący brat zobaczył twoje prace, przysłał mi je do oceny. On zawsze poddaje 

swoje instynktowne działania weryfikacji eksperta, a potem i tak robi to, co sam 

uważa   za   stosowne.   —   Westchnęła   pobłażliwie.   —   W   zeszłym   roku   na   przykład 

eksperci odradzali mu budowę szpitala w Afryce, ale on i tak go wybudował.

— Szpital? — Megan uchwyciła się nowego tematu.

— Tak, szpital dziecięcy. Katch ma miękkie serce dla dzieci. — Jessica starała 

się   mówić   z   nonszalancją,   ale   w   jej   głosie   czuło   się   wzruszenie.   —   Katch   zrobił 

zadziwiające rzeczy dla osieroconych dzieci z Wietnamu — ciągnęła. — I wreszcie ten 

background image

fantastyczny park rozrywki, który zbudował w Nowej Południowej Walii.

Megan   siedziała   jak   zamurowana.  Czy   naprawdę  rozmawiały   o  tym  samym 

Davidzie Katchertonie? Czy to ten sam człowiek, który tak bezczelnie zaczepił ją w 

sklepie spożywczym?

Przypomniała sobie,  jak oskarżyła go, że usiłował oszukać i wykorzystać  jej 

dziadka. Zarumieniła się ze wstydu. Wmówiła sobie, że był oportunistą, pyszałkiem 

zepsutym   przez   bogactwo,   zakochanym   w   sobie   narcyzem.   Próbowała   przekonać 

samą siebie, że był nieodpowiedzialny, że nie można było na nim polegać oraz że w 

życiu szukał wyłącznie przyjemności.

— Nie wiedziałam — wymamrotała. — Nic o tym nie wiedziałam.

— Och, Katch jest bardzo skromny i trzyma się w cieniu — powiedziała Jessica. 

—   Nie   szuka   rozgłosu.   Jest   niewiarygodnie   energiczny   i   pewny   siebie,   ale 

jednocześnie to bardzo ciepły i wrażliwy człowiek. — Spojrzała gdzieś poza ramię 

Megan. — No, ale ty chyba dobrze go znasz.

Przez   moment   Megan   wpatrywała   się   w   Jessicę   nieobecnymi   oczami.   Gdy 

odwróciła głowę, wzrok jej padł na popiersie Katcha. Na chwilę zapomniała, że chce 

je zasłonić. Powoli odwróciła głowę i powiedziała ze spokojem, starając się zachować 

obojętny wyraz twarzy:

—   Nie.   Myślę,   że   tak   naprawdę   w   ogóle   go   nie   znam.   Wiem   tylko,   że   ma 

fascynującą twarz. Nie mogłam się oprzeć pokusie, by go wyrzeźbić.

Dostrzegła błysk zrozumienia w oczach Jessiki.

— To w ogóle fascynujący człowiek — dodała Jessica.

Megan odwróciła wzrok.

—   Przepraszam   —   zreflektowała   się   Jessica.   —   Wtrąciłam   się   w   nie   swoje 

background image

sprawy. Nie będziemy rozmawiać o Katchu. Porozmawiajmy o twojej wystawie.

— O czym? — Megan znów podniosła wzrok.

— O twojej wystawie — powtórzyła Jessica, rzucając się pospiesznie na nowy 

temat. — Jak myślisz, czy masz już dość gotowych prac? Katch wspomniał mi coś o 

jakiejś galerii w mieście, gdzie wstawiałaś swoje rzeźby. Myślę, że można by urządzić 

ci wystawę na jesieni… Co o tym sądzisz?

— Jessico, naprawdę nie wiem, o czym mówisz. — W głosie Megan pojawiła się 

nuta paniki. Jessica ją zauważyła. Wyciągnęła dłoń i ujęła ręce Megan. Ten uścisk był 

niespodziewanie stanowczy.

—   Megan,   posiadasz   coś   specjalnego,   coś   potężnego.   Czas,   byś   się   tym 

podzieliła z innymi. — Wstała, pociągając Megan za sobą. — Może napijemy się teraz 

kawy?

Godzinę później Megan siedziała samotnie w kuchni. Zapadała ciemność, ale 

Megan  nie  wstała,  by  zapalić  światło.  Na  stole  nadal stały  dwie  filiżanki.  Megan 

starała   się   uporządkować   w   myślach   to   wszystko,   co   usłyszała   w   ciągu   ostatniej 

godziny.

Wystawa   w   galerii   Jessiki   na   Manhattanie   w   Nowym   Jorku.   Publiczna 

wystawa. Wystawa jej prac!

To się nie mogło zdarzyć, myślała. To tylko wytwór mojej wyobraźni. Zerknęła 

znów   na   pustą   filiżankę.   W   powietrzu   nadal   unosił   się   lekki,   wytworny   zapach 

perfum Jessiki.

W   końcu,   nadal   oszołomiona,   zaniosła   filiżanki   do   zlewu   i   automatycznie 

zaczęła je myć.

Jak dała się namówić? Uzgadniała daty i szczegóły, zanim jeszcze zgodziła się 

background image

na   wystawę…   Ale   czy   ktoś   potrafił   kiedyś   odmówić   czegoś   Katchertonom? 

Westchnęła, spoglądając na swoje mokre ręce. Musi do niego zadzwonić. Gdy sobie 

to uzmysłowiła, ogarnęła ją jeszcze większa panika. Musi…

Postawiła   filiżanki   i   spodki   na   suszarce.   Musi   mu   podziękować.   Ze 

zdenerwowania i tremy dławiło ją w gardle, ale aby zachować pozory przed samą 

sobą, metodycznie wytarła ręce. Potem podeszła do telefonu wiszącego na ścianie 

obok kuchenki.

—   To   przecież   proste   —   szepnęła   do   siebie,   a   potem   zagryzła   wargę. 

Odchrząknęła. — Muszę mu tylko podziękować. To zabierze minutę. — Sięgnęła po 

słuchawkę, ale zaraz cofnęła rękę. Myśli tłukły jej się po głowie w szalonej gonitwie. 

Tak samo biło jej serce.

Wreszcie podniosła słuchawkę. Znała numer. Czyż przez ostatnie dwa tygodnie 

nie zaczynała wykręcać tego numeru co najmniej dziesięć razy dziennie? Głęboko 

wciągnęła powietrze, zanim wybrała pierwszą cyfrę. To zajmie pięć minut, a potem 

nie będzie już żadnego powodu, by się z nim kontaktować. Byłoby lepiej, gdyby ich 

znajomość skończyła się w jakiś przyjemniejszy sposób. Nacisnęła ostatni klawisz i 

czekała.

Zabrzmiały   cztery   dzwonki,   cztery   długie   dzwonki,   zanim   Katch   podniósł 

słuchawkę.

— Katch? — Ledwie usłyszała własny głos.

— Meg?

—   Tak,   to   ja…   —   Szukała   odpowiednich   słów.   —   Mam   nadzieję,   że   ci   nie 

przeszkadzam… — Jakie to wyświechtane… jakie banalne…

— Wszystko w porządku? — W jego głosie zabrzmiał niepokój.

background image

—   Tak,   oczywiście.   —   Gorączkowo   szukała   prostych,   zwyczajnych   słów.   — 

Katch, chciałabym z tobą porozmawiać. Była tu twoja siostra i…

— Wiem, wróciła kilka minut temu — powiedział z lekkim zniecierpliwieniem. 

— Czy coś się stało?

— Nie, nic się nie stało. — Nadal nie mogła uspokoić głosu.

— Jesteś sama?

— Tak…

— Przyjadę za dziesięć minut.

—   Nie!   —   Megan   nerwowo   przeczesała   włosy   palcami.   —   Proszę,   nie 

przyjeżdżaj.

— Za dziesięć minut — powtórzył i przerwał połączenie.

background image

ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY

Przez dłuższą chwilę Megan wpatrywała się w głuchą słuchawkę telefonu. Ale 

narobiła   zamieszania!   Wcale   nie   chciała,   by   przyjeżdżał.   W   ogóle   nie   chciała   go 

widzieć. Och, to kłamstwo…

Powoli odłożyła słuchawkę. Chciała go zobaczyć. Chciała go zobaczyć od wielu 

dni.   Odwróciła   się   i   pustym   wzrokiem   rozejrzała   po   kuchni.   W   pomieszczeniu 

panowała  prawie  całkowita   ciemność.   Stół  i   krzesła  wyglądały   jak  ponure  cienie. 

Podeszła do kontaktu i włączyła światło.

Tak lepiej, pomyślała. Bezpieczniej. Kawa. Zaparzy kawę. Musiała czymś zająć 

ręce.

Zaczęła   się   krzątać   przy   ekspresie.   Czuła   ogromne   zdenerwowanie.   Miała 

nadzieję, że za kilka minut zdoła się uspokoić. Gdy Katch przyjedzie, powie mu, co 

ma do powiedzenia, a potem się rozstaną.

Zadzwonił telefon. Podskoczyła nerwowo. Usiadła i podniosła słuchawkę.

— Cześć, Megan — zatrzeszczał w słuchawce jowialny głos Popa.

background image

— Pop, nadal pracujesz w lunaparku? Która to już godzina? — zastanawiała się 

nieprzytomnie, zerkając na zegarek.

— Właśnie dlatego dzwonię. Wpadł do mnie George. Zjemy kolację w mieście. 

Nie chciałem, byś się martwiła.

— Nie będę. — Uśmiechnęła się. Napięcie powoli mijało. — Przypuszczam, że 

macie sobie dużo do opowiedzenia o ostatnich wędkarskich przygodach.

— A może wpadniesz do miasta, kochanie? Postawimy ci drinka.

—   Och,   chcecie   mieć   po   prostu   wdzięcznego   słuchacza.   —   Uśmiechnęła   się 

szerzej, a Pop zachichotał. — Ale dziś wieczorem dziękuję. Mam w lodówce resztkę 

spaghetti, poradzę sobie.

—   Przywiozę   ci   coś   dobrego   na   deser.   —   To   był   stary   zwyczaj.   Od 

niepamiętnych   czasów,   gdy   Pop   jadł   kolację   bez   niej,   zawsze   przywoził   jej   coś 

słodkiego. — Na co masz ochotę?

— Na tęczowy sorbet — zdecydowała natychmiast. — Baw się dobrze.

— A ty nie pracuj za długo, kochanie.

Gdy   odłożyła   słuchawkę,   zaczęła   się   zastanawiać,   dlaczego   nie   powiedziała 

dziadkowi, że Katch złoży jej wizytę. Nie wspomniała ani o Jessice, ani o planowanej 

wystawie.

To musi poczekać. Aż będą mogli spokojnie porozmawiać.

Tylko w ten sposób dowie się, co dziadek naprawdę czuje i myśli o jej planach.

To   nie   był   najlepszy   pomysł.   Megan   zaczynała   mieć   wątpliwości.   W 

zdenerwowaniu  przeczesywała  włosy  palcami. Szalony pomysł.  Przecież  nie może 

wyjechać do Nowego Jorku i…

Jej   myśli   przerwał   widoczny   w   oknie   blask   świateł   nadjeżdżającego 

background image

samochodu. Powoli, starając się po drodze odzyskać równowagę, skierowała się do 

szklanych, przesuwanych drzwi.

Katch wszedł na werandę i położył dłoń na klamce. Przez chwilę w milczeniu 

przyglądali się sobie przez szybę. Megan słyszała delikatny trzepot skrzydeł owadów 

wpadających na lampę na zewnątrz.

W końcu Katch otworzył drzwi. Gdy zamknął je cicho za sobą, wyciągnął rękę i 

dotknął policzka Megan. Nie odrywając dłoni, oczami badał jej twarz.

— Wydaje mi się, że jesteś zdenerwowana — powiedział cicho.

Megan zwilżyła usta.

— Wszystko w porządku. — Cofnęła się o krok. Katch wolno opuścił rękę. — 

Przepraszam, że cię niepokoję…

— Megan, przestań. — Głos miał cichy i opanowany. Znów spojrzała na niego, 

trochę zaintrygowana. — Przestań przede mną uciekać. I przestań mnie przepraszać!

— Robię kawę — powiedziała sucho. — Za chwilę powinna być gotowa. — Już 

miała się odwrócić, by przygotować filiżanki, gdy Katch złapał ją za ramię.

— Nie przyjechałem na kawę. — Opuścił rękę i objął ją wpół.

— Katch, proszę, nie utrudniaj mi tego. — Pod jego dotykiem puls zaczął jej 

przyspieszać. Zauważyła, jak coś zabłysło w jego oczach, a potem znikło.

— Przepraszam — powiedział. — Przez ostatnie dwa tygodnie miałem pewne 

trudności   z   poradzeniem   sobie   z   tym,   co   zaszło   podczas   naszego   ostatniego 

spotkania. — Zauważył, że gwałtownie się zarumieniła, ale nie odwracała wzroku. 

Wsunął ręce do kieszeni. — Chciałbym to naprawić, Megan.

Poruszona niezwykłą delikatnością w jego głosie, pokręciła głową i odwróciła 

się do ekspresu z kawą.

background image

— Nie wybaczysz mi?

Gdy znów na niego spojrzała, oczy miała pociemniałe ze zmieszania.

— Nie… — zająknęła się. — To znaczy, tak, oczywiście, ja…

— Oczywiście nie chcesz mi wybaczyć? — dopytywał się. W jego oczach i wokół 

ust pojawił się cień uśmiechu. A wtedy poczuła, że tonie.

— Oczywiście, że ci przebaczam — poprawiła się i znów odwróciła głowę, by 

nalać kawę. — Już o wszystkim zapomniałam, — Aż podskoczyła, gdy położył ręce na 

jej ramionach.

— Naprawdę? — Obrócił ją do siebie. Uśmiech zniknął z jego oczu. — Mam 

wrażenie, że nie znosisz mojego dotyku. Myślę, że się mnie boisz.

Uczyniła wysiłek, by odprężyć się pod jego delikatnym dotykiem.

—  Nie  boję  się  ciebie,  Katch —  powiedziała  półgłosem.  —  Wprawiasz  mnie 

tylko w zakłopotanie. Przez cały czas.

Obserwowała, jak z namysłem unosi brwi,

— Nie zamierzałem wprawiać cię w zakłopotanie. Przepraszam cię, Megan.

— Wiem, że mówisz szczerze. — Uśmiechnęła się.

Przyciągnął ją do siebie.

— A więc możemy się pocałować na przeprosiny?

Megan   zaczęła   protestować,   ale   jego   usta,   mimo   że   czułe   i   delikatne,   były 

nieubłagane. Serce zaczęło jej walić. Katch nie próbował pogłębić pocałunku. Ręce 

nadal trzymał swobodnie na jej ramionach. Wbrew ostrzeżeniom zdrowego rozsądku 

przytuliła się do niego, przyzwalając na więcej. Ale on nie wziął więcej.

Odsunął ją od siebie i poczekał, aż otworzy oczy. Następnie bez słowa odwrócił 

się i podszedł do okna.

background image

— Chciałam porozmawiać z tobą o twojej siostrze.

— Za wszelką cenę starała się wypełnić ciszę. — A mówiąc dokładniej, o jej 

wizycie w mojej pracowni.

Katch odwrócił głowę i obserwował, jak rozlewa kawę do filiżanek. Podszedł do 

lodówki i wyjął mleko.

— Zgoda. — Stojąc przy niej, nalał mleko do filiżanek.

— Dlaczego nie powiedziałeś mi, że wysłałeś swojej siostrze moje rzeźby?

— Wolałem poczekać, aż wypowie swoją opinię. — Katch usiadł obok Megan i 

podniósł filiżankę do ust.

— Mam do niej zaufanie. Pomyślałem, że ty również bardziej zaufasz jej opinii 

niż   mojej.   Zamierzasz   urządzić   wystawę?   Jessica   nie   zdążyła   mi   wszystkiego 

powiedzieć, gdy zadzwoniłaś.

Wpatrując się w kawę, lekko poruszyła się na krześle. Potem uniosła głowę i 

spojrzała mu prosto w oczy.

— Ona ma ogromną siłę perswazji. Zgodziłam się, zanim jeszcze zdałam sobie z 

tego sprawę.

— To świetnie — powiedział po prostu, popijając kawę.

— Chcę ci podziękować — dodała pewniejszym głosem — za załatwienie tej 

sprawy.

—   Niczego   nie   załatwiałem   —   odparł.   —   Jessica   sama   podejmuje   decyzje, 

odpowiedzialnie   i   profesjonalnie.   Ja   tylko   wysłałem   jej   twoje   rzeźby   z   prośbą   o 

opinię.

— A więc dziękuję ci za wykonanie tego pierwszego ruchu, którego ja pewnie 

nigdy bym nie zrobiła z tysiąca powodów, które przyszły mi do głowy już pięć minut 

background image

po wyjściu Jessiki.

Katch wzruszył ramionami.

— W porządku, skoro tak bardzo chcesz być mi wdzięczna.

—   Jestem   ci   wdzięczna   —   przyznała.   —   Ale   boję   się,   naprawdę   jestem 

przerażona, że moje prace zostaną wystawione na widok publiczny. — Oddychała z 

drżeniem. — A ponieważ po otwarciu wystawy krytycy sztuki mogą mnie całkowicie 

zmiażdżyć,   wtedy   będę   na   ciebie   wściekła.   Dlatego   lepiej   teraz   przyjmij   moją 

wdzięczność, zgoda?

Gdy Katch podszedł do niej, poczuła zawrót głowy, ponieważ była absolutnie 

pewna, że weźmie ją zaraz w ramiona. Ale on tylko wierzchem dłoni pogładził ją po 

policzku.

— Gdy odniesiesz olśniewający sukces, będziesz znów mogła mi ją okazać. — 

Uśmiechnął   się,   a   wtedy   cały   świat   nabrał   barw   i   ostrości.   Aż   do   tej   chwili   nie 

zdawała sobie sprawy, jak nudne i szare było jej życie bez niego.

— Cieszę się, że przyjechałeś — wyszeptała i, nie mogąc się powstrzymać, objęła 

go   i   wtuliła   twarz   w   jego   ramię.   Po   chwili   Katch   delikatnie   objął   ją   w   talii.   — 

Przepraszam za to, co powiedziałam… na temat pożyczki. Wcale nie miałam tego na 

myśli. Mówię okropne rzeczy, gdy jestem wściekła.

— Czy teraz przyszła kolej na okazanie skruchy? Potrafił ją rozśmieszyć.

— Tak. — Odchyliła głowę i uśmiechnęła się. Nadal go obejmowała. Pocałował 

ją lekko i wypuścił z objęć. Z niechęcią mu na to pozwoliła.  Stał przez chwilę w 

milczeniu i patrzył na nią z góry.

— Co robisz? — spytała trochę zażenowana.

— Zapamiętuję twoją twarz. Jadłaś już kolację?

background image

Pokręciła głową, zastanawiając się, jak to się działo, że ciągle wprawiał ją w 

zakłopotanie.

— Jeszcze nie. Miałam zamiar podgrzać sobie makaron.

— To nie do przyjęcia. Co powiesz na pizzę?

— Wspaniale, ale ty masz przecież gości.

—   Jessica   i   Rob   zabrali   dzieci   na   minigolfa.   Nie   będą   za   mną   tęsknić.   — 

Wyciągnął rękę. — Chodźmy!

— Och, poczekaj — powiedziała, zanim podała mu dłoń.

Na   tablicy   obok   szklanych   drzwi   napisała:   „Wyszłam   z   Katchem”.   To 

wystarczyło.

background image

ROZDZIAŁ DZIESIĄTY

Katch pojechał nadmorskim bulwarem. Poruszali się wolno w tłumie turystów. 

Radia w samochodach grały na cały regulator. Zewsząd dobiegały śmiechy i muzyka. 

Ludzie   siedzieli   na   hotelowych   balkonach   i   obserwowali   wolno   płynący   potok 

samochodów i pieszych. Z lewej strony pomiędzy budynkami raz po raz połyskiwało 

morze.

Zadowolona   i   nieco   senna   po   zjedzeniu   olbrzymiej   pizzy   i   wypiciu   chianti 

Megan zapadła się głęboko w miękki, skórzany fotel.

— Po weekendzie wróci tu spokój — zauważyła.

— Czy czasami nie macie wrażenia, że jesteście obiektem inwazji? — spytał 

Katch, gestem pokazując tłum.

— Lubię tłok i gwar — odparła natychmiast, a po chwili wybuchnęła śmiechem. 

— Ale lubię też zimę, gdy plaże są puste. Przypuszczam, że jest coś takiego w tym 

zgiełku, co do mnie przemawia, zwłaszcza gdy sobie przypominam senne zimowe 

miesięce.

background image

— To przecież twój czas — powiedział Katch, zerkając na nią. — Czas, który 

poświęcasz swoim rzeźbom.

Wzruszyła   ramionami,   czując   się   trochę   niezręcznie   pod   jego   intensywnym 

spojrzeniem.

—   Rzeźbię   również   latem   —   powiedziała.   —   Gdy   mam   wolną   chwilę… 

Właściwie zapomniałam o wolnym czasie, gdy Jessica mówiła o wystawie i robiłyśmy 

plany…   —   Urwała,   marszcząc   brwi.   —   Nie   wiem,   jak   zdołam   to   wszystko 

przygotować.

— Chyba się nie wycofasz?

— Nie, ale… — Znów zawstydziło ją jego spojrzenie. — Nie — dodała bardziej 

stanowczo. Nie wycofam się.

— Nad czym teraz pracujesz?

Megan przeniosła  wzrok  za okno,  myśląc o na wpół ukończonym popiersiu 

Katcha.

—   Nic   wielkiego…   —   Wzruszyła   ramionami   i   zaczęła   bawić   się   gałkami 

radioodbiornika. — Mała rzeźba w drewnie.

— Co przedstawia?

Megan   mruknęła   coś   niewyraźnie.   Katch   odwrócił   się   do   niej   z   szerokim 

uśmiechem.

— Pirata — powiedziała szybko,  gdy światło latarni padło na twarz Katcha, 

uwydatniając jej płaszczyzny i cienie. — Głowę pirata.

— Chciałbym ją zobaczyć — rzekł w skupieniu.

—   Nie   jest   jeszcze   skończona   —   odparła   pospiesznie.   To   zaledwie   gliniany 

model. Możliwe, że odłożę ją na bok, jeśli mam przygotować resztę moich prac na 

background image

wystawę.

—   Meg,   dlaczego   nie   przestaniesz   się   martwić   i   nie   zaczniesz   wreszcie   się 

cieszyć?

— Cieszyć się? — Nieco zdezorientowana wpatrywała się w niego.

— Z wystawy.

—   Och!   —   Walczyła,   by   uporządkować   myśli.   —   Będę   się   cieszyć…  gdy   już 

wszystko się skończy — dodała z uśmiechem. — Będziesz wtedy w Nowym Jorku?

— Zastanawiam się.

— Chciałabym, byś tam był. — Gdy się roześmiał, potrząsając głową, dodała 

tonem   wyjaśnienia:   —   Chodzi   mi   o   to,   że   potrzebuję   mieć   obok   siebie   jakieś 

przyjazne twarze.

—   Zobaczysz,   że   nie   będziesz   potrzebować   niczego   prócz   swoich   rzeźb   — 

zapewnił ją Katch nadal z rozbawieniem w oczach. — Nie sądzisz, że zechcę być obok 

ciebie na wernisażu, bym mógł się przechwalać, że cię odkryłem?

— Miejmy nadzieję, że obydwoje nie będziemy tego żałować — bąknęła Megan, 

a on znów się roześmiał. — Nie dopuszczasz do siebie myśli, że mogłeś się pomylić — 

oskarżyła go cierpko.

— A ty nie dopuszczasz myśli, że możesz odnieść sukces — odparował.

Megan otworzyła usta, a potem znów je zamknęła.

— Tak — odezwała się po namyśle — obydwoje mamy rację. — Gdy zatrzymali 

się w korku, dotknęła jego ramienia. — Katch?

— Tak?

— Dlaczego zbudowałeś szpital w Środkowej Afryce?

Odwrócił się do niej, lekko marszcząc brwi.

background image

— Ponieważ był tam potrzebny.

— Tylko tyle? — naciskała, choć czuła, że nie był zadowolony z tej indagacji. — 

Jessica wspomniała, że ci odradzano, ale ty…

—   Szczęśliwym   trafem   posiadam   dość   pieniędzy.   —   Niecierpliwie   wzruszył 

ramionami. — I mogę robić z nimi, co zechcę. Och, są pewne rzeczy, które lubię 

robić. To wszystko. — Widząc wyraz jej twarzy, pokręcił głową. — Nie rób ze mnie 

świętego, Meg.

Odprężona, bezwiednie pogłaskała go po włosach nad uchem.

—   Ani   mi   się   śni.   —   Wolałby   uchodzić   za   ekscentryka   niż   za   dobroczyńcę, 

pomyślała z nagłą czułością. Jeszcze łatwiej było go kochać, znając ten sekret. — O 

wiele łatwiej cię polubić, niż myślałam wtedy w sklepie, gdy mi się naprzykrzałeś — 

powiedziała głośno.

— Próbowałem ci tylko coś uświadomić — podkreślił. — Ale ty udawałaś, że nie 

jesteś zainteresowana.

— Nie byłam zainteresowana. W najmniejszym stopniu. — Jego uśmiech był 

zaraźliwy i stwierdziła, że sama się śmieje. — W każdym razie nie bardzo — dodała. 

Gdy raptownie skręcił w boczną uliczkę, spojrzała na niego pytająco: — Co robisz?

—   Pospacerujemy   po   promenadzie.   —   Zaparkował   samochód   i   energicznie 

wysiadł. — Może kupię ci jakąś pamiątkę — obiecał.

— Trzymam cię za słowo! — zawołała radośnie Megan, dołączając do niego.

— Powiedziałem „może”.

— Umówmy się, że tego nie dosłyszałam. — I dodała, splatając palce z jego 

palcami: — Liczę na coś ekstrawaganckiego.

—   Na   przykład?   —   Przecinali   nieprawidłowo   jezdnię,   lawirując   między 

background image

samochodami.

— Gdy zobaczę, dam ci znad.

Promenada   była   zatłoczona,   pełna   ludzi,   świateł   i   hałasu.   Wiatr   od   morza 

przynosił orzeźwiający zapach soli, który mieszał się z zapachem smażonego mięsa 

dochodzącego z barów.

Zamiast wejść do jednego ze sklepików z pamiątkami, Katch pociągnął Megan 

do salonu gier.

—   Wielkie   słowa   o   prezencie,   a   potem   coś   takiego…   —   skomentowała,   gdy 

wymieniał banknoty na żetony.

—   Jeszcze   za   wcześnie   na   taką   opinię   —   powiedział,   wysypując   jej   kilka 

żetonów   na   rękę.   —   Może   spróbujesz   szczęścia   i   ocalisz   naszą   galaktykę   przed 

najeźdźcami?

Megan   ze   znaczącym   uśmiechem   wybrała   maszynę   i   wsunęła   do   niej   dwa 

żetony.

—   Gram   pierwsza.   —   Nacisnęła   guzik   startowy,   a   potem   posługując   się 

dźwignią,   zaczęła   unieszkodliwiać   wroga.   Mocno   ściągając   brwi,   skręciła   swym 

pojazdem w prawo, a wtedy maszyna eksplodowała kolorami i hałasem.

Katch rozbawiony włożył ręce do kieszeni i obserwował ożywioną mimikę jej 

twarzy.   Podczas   manewrów   Megan   marszczyła   brwi,   zagryzała   wargi,   a   gdy   na 

ekranie pojawiał się laserowy wybuch, mrużyła oczy. Walczyła bardzo dzielnie, by 

uniknąć krzyżowego ognia, ale w końcu jej pojazd został unicestwiony.

— Całkiem nieźle! — Katch pochwalił osiągnięty przez nią wynik.

—   Trzeba   być   dzielną,   gdy   jest   się   ostatnią   nadzieją   planety   —   odrzekła 

skromnie.

background image

Katch zaśmiał się, odsunął ją na bok i sam zmierzył się z maszyną.

Megan   doceniła   jego   zręczność,   gdy   jeszcze   szybciej   niż   ona   niszczył 

przeciwników. Lubi ryzykować, pomyślała, gdy o mały włos nie został zestrzelony 

przez ogień laserowy w trakcie wysadzania trzech statków. Podeszła bliżej, by lepiej 

obserwować jego technikę.

Przypadkowo musnęła ramieniem jego ramię, a wtedy zauważyła, że na krótką, 

ledwie dostrzegalną chwilę stracił rytm. Prowokacyjnie przysunęła się jeszcze bliżej. 

Nastąpiło kolejne krótkie zakłócenie jego rytmu. Delikatnie dotknęła wargami jego 

ramienia, a potem uśmiechnęła się mu prosto w twarz. Wtedy usłyszała eksplozję. 

Jego statek wystrzelił w powietrze.

Katch nie patrzył na ekran, tylko na nią. Zauważyła przelotny błysk w jego 

oczach, zanim zmierzwił ręką jej włosy.

— Oszustka — wymamrotał.

Na chwilę Megan zapomniała o panującym na sali zgiełku, zapomniała o tłumie 

ludzi, którzy kręcili się wokół nich. Zatraciła się w tych zamglonych, szarych oczach 

oraz swym własnym, przyprawiającym o zawrót głowy poczuciu siły.

— Oszustka? — powtórzyła, zostawiając lekko rozchylone usta. — Nie wiem, co 

masz na myśli.

Zacisnął palce na jej włosach.

—   Myślę,   że   dobrze   wiesz   —   wykrztusił   z   wysiłkiem,   jakby   zmagając   się   z 

własnymi   uczuciami.   —   I   myślę,   że   muszę   teraz   być   bardzo   ostrożny,   ponieważ 

zdałaś sobie sprawę, jaką masz nade mną władzę.

— Katch… — Wzruszona przywarła wzrokiem do jego ust. — Może ja nie chcę, 

żebyś był dłużej ostrożny?

background image

Puścił jej włosy i pogłaskał ją po policzku.

— Mam ku temu swoje powody — powiedział stłumionym głosem. — Chodźmy. 

— Wziął ją pod ramię i odciągnął od maszyny. — Zagramy w coś innego.

Megan nie sprzeciwiała się, zadowolona, że spędza z nim czas. Wrzucali żetony 

do   następnych   automatów   i   rywalizowali   zaciekle   —   zarówno   ze   sobą,   jak   i   z 

maszynami.   Megan   czuła   ten   sam   radosny   nastrój,   jak   pamiętnego   wieczoru   w 

wesołym   miasteczku.   Przebywanie   z   Katchem   przypominało   jazdę   na   górskiej 

kolejce.   Błyskawiczne   zakręty,   szybkie   podjazdy   i   zjazdy   na   łeb   na   szyję, 

niespodziewane przeszkody i hamowanie.

Z rękami na biodrach stała za nim, gdy wygrywał z kolejną maszyną.

— Czy ty kiedykolwiek przegrywasz? — spytała wyzywająco.

Katch rzucił kolejną piłkę za czterdzieści punktów.

— Staram się, by nie weszło mi to w nawyk. Chcesz rzucić?

— Nie. Wspaniale się popisujesz.

Śmiejąc się, Katch rzucił dwie ostatnie piłki za dziewięćdziesiąt punktów, a 

potem pochylił się, by oderwać kolejny wygrany kupon.

— Uważaj, bo nie zamienię tego na prezent dla ciebie — ostrzegł.

—   Obiecałeś   —   powiedziała   Megan   z   wyrzutem,   patrząc   na   wygrany   plik 

kuponów.

— To prawda. — Z uśmiechem zwinął kupony, potem objął ją ramieniem i 

podszedł do stoiska z nagrodami.

— Zaraz zobaczymy, co tu jest… Mam dwa tuziny. Co powiesz na przykład na 

jeden z tych wielofunkcyjnych scyzoryków?

—   Jeśli   to   ma   być   dla   mnie   —   powiedziała   Megan,   przyglądając   się 

background image

asortymentowi   na   półkach   —   to   podoba   mi   się   ta   mała,   jedwabna   różyczka.   — 

Postukała palcem w szklaną ladę, wskazując szpilkę do wpinania w klapę. — Mam 

wszystkie narzędzia — dodała z figlarnym uśmiechem.

— W porządku. — Katch skinął na kobietę stojącą za ladą, a potem oderwał 

kupony.   —   Zostały   jeszcze   cztery   —   policzył,   potem   rozejrzał   się   po   pólkach.   — 

Poproszę jeszcze to.

Megan   z   ciekawością   przyglądała   się   maleńkiej   figurce,   którą   podała 

sprzedawczyni. Przedstawiała coś pośredniego między kaczką a pingwinem.

— Co zamierzasz z tym zrobić? — spytała.

— Podarować tobie. — Katch podał kobiecie resztę kuponów. — Mam szczodre 

serce.

— Jestem do głębi poruszona — powiedziała Megan, obracając figurkę w dłoni, 

podczas gdy Katch przypinał jej do kołnierzyka koszuli spinkę z różyczką. — Co to 

właściwie jest?

— Chyba jakiś mutant. — Objął ją ramieniem i wyprowadził z salonu gier. — 

Sądziłem, że jako artystka docenisz jego walory estetyczne.

Megan uważnie przyjrzała się figurce, potem wsunęła ją do kieszeni.

— Dostrzegam jej urok. I — dodała, stając na palce, by pocałować go w policzek 

— to było naprawdę miłe z twojej strony, że całą wygraną przeznaczyłeś dla mnie.

Katch z uśmiechem przesunął palcem po jej nosie.

— Czy pocałunek w policzek to jedyne twoje podziękowanie?

Śmiejąc się, Megan obejmowała go w pasie, gdy przechodzili przez promenadę, 

a potem schodzili w dół na plażę.

Księżyc w nowiu wyglądał jak cienki rogalik, ale gwiazdy błyszczały jasno i 

background image

odbijały się w wodzie. Fale rozbijały się z szumem o brzeg. Zakochani spacerowali 

tam   i   z  powrotem,   ramię   przy   ramieniu,   cicho   rozmawiając   albo   milcząc.   Dzieci 

biegały z latarkami po piasku, poszukując skarbów.

Megan zdjęła buty i podwinęła nogawki dżinsów. W milczącym porozumieniu 

Katch zrobił to samo. Chłodna woda lizała im stopy, a oni szli i szli coraz dalej, aż 

śmiech i muzyka dobiegająca z promenady stała się tylko odległym echem.

— Twoja siostra jest urocza — odezwała się w końcu Megan. — I bardzo ładna. 

Tak jak mówiłeś.

— Jessica zawsze była piękna — zgodził się w zamyśleniu. — Realistka, ale 

zawsze piękna.

— Widziałam w parku twoje siostrzenice. — Megan uniosła głowę; wiatr od 

morza targał jej włosami. — Buzie miały wysmarowane czekoladą.

—   Typowe.   —   Śmiejąc   się,   gładził   ją   po   ramieniu.   Megan   czuła,   jak   krew 

zaczyna pulsować w jej żyłach. — Dziś wieczorem poszły kopać robaki. Jutro mam 

zabrać je na ryby.

— Lubisz dzieci — stwierdziła.

Odwrócił głowę, by na nią spojrzeć, ale Megan wpatrywała się w ocean.

— Tak, dzieci to nieustanna przygoda, prawda?

—   Co   roku   w   lunaparku   widzę   ich   mnóstwo,   ale   nigdy   nie   przestają   mnie 

zadziwiać. — Odwróciła się; słodki, kobiecy uśmiech rozjaśniał jej twarz. — Widuję z 

nimi również udręczonych rodziców.

— Kiedy straciłaś swoich rodziców?

Zauważył zaskoczenie w jej oczach, nim znów zapatrzyła się w przestrzeń.

— Miałam pięć lat — powiedziała.

background image

— Pewnie słabo ich pamiętasz?

— Mam tylko niejasne wspomnienia, właściwie impresje. Pop oczywiście ma 

fotografie. Gdy je oglądam, zawsze dziwię się, jak bardzo byli młodzi.

— To musiało być dla ciebie niezwykle trudne — powiedział Katch. — Dorastać 

bez nich.

Współczucie w jego głosie ją ujęło. Odwróciła do niego głowę. Przeszli plażą już 

tak daleko, że teraz oświetlały im drogę tylko gwiazdy. Katch zauważył ich odbicie w 

oczach Megan.

— Byłoby nie do zniesienia, gdyby nie Pop — powiedziała. — Zrobił więcej, niż 

powinien. — Zatrzymała się i weszła głębiej do morza. Woda pieniła się i pluskała 

wokół jej stóp. — Nigdy nie zapomnę, jak Pop starał się uprasować moją odświętną, 

organdynową sukienkę. Miałam wtedy jakieś osiem lat… — Kręcąc głową, roześmiała 

się, rozpryskując stopą wodę. — Nadal mam ten obrazek przed oczami. Stał nad 

deską   do   prasowania   i   walczył   z   falbankami   i   zakładkami,   a   klął   jak   szewc. 

Oczywiście, nie wiedział, że tam byłam. Nadal kocham go za to — dodała. — Ghoćby 

tylko za to.

Katch objął ją w pasie i przyciągnął plecami do siebie. Musnął ustami czubek 

jej głowy.

—   Wyobrażam   sobie,   że   niedługo   potem   powiedziałaś   mu,   że   nie   lubisz 

odświętnych sukienek.

— Skąd wiesz? — Spojrzała na niego kompletnie zaskoczona.

— Bo znam cię. — Pieszczotliwie powiódł palcem po jej twarzy.

Megan ze zmarszczonymi brwiami patrzyła gdzieś ponad jego ramieniem.

— Jestem aż tak nieskomplikowana?

background image

— Ależ nie. — Dotykając nadal palcem jej policzka, odwrócił ku sobie jej twarz. 

— Muszę przyznać, że dużo o tobie rozmyślałem.

— Dlaczego? — Poczuła, że krew niemal zastyga jej w żyłach.

Katch pokręcił głową i zatopił znów palce w jej puszystych włosach.

—   Dziś   wieczorem   żadnych   pytań   —   rzekł   cicho.   —   Nie   znam   jeszcze 

odpowiedzi.

— Żadnych pytań — zgodziła się, a potem wspięła na palce i dotknęła ustami 

jego ust.

Był to czuły, ale zarazem zmysłowy pocałunek. Katch obejmował ją tak lekko i 

delikatnie, jakby była porcelanową lalką, która może się stłuc. Rozchyliła usta i to 

ona pierwsza zawładnęła jego ustami, zaczęła drażnić jego język swoim. Chłodna, 

aksamitna woda obmywała jej łydki.

Przesuwała dłońmi po jego plecach, a następnie jej silne palce artystki wsunęły 

się w jego włosy i pieściły jego kark. Wyczuwała, że jest spięty, szeptała więc coś 

prosto w jego usta, jakby chciała go tym szeptem ukoić. Wyczuwała jego opór, ale 

jednocześnie coraz mocniej zaciskał palce na jej skórze. Jej zaś ciało coraz bardziej 

natarczywie naciskało na jego.

Namiętność   narastała   z   każdą   chwilą.   Megan   czuła,   że   wzbudza   w   Katchu 

podniecenie, które wymyka mu się spod kontroli. Zdumienie z powodu własnej siły 

uderzyło   ją   jak   błyskawica.   Powstrzymywał   się,   hamował,   pozwalał   jej   narzucać 

tempo, ale czuła, że jest bliski wybuchu. Kusiło ją, jakże kusiło ją, by wytrącić go z 

równowagi, podkopać jego samokontrolę. Nie mogła zmusić go do miłości, ale mogła 

sprawić, by jej pragnął do szaleństwa. To powinno jej wystarczyć.

Toczył   walkę   z   ogarniającym   go   pożądaniem.   Obejmował   ją   coraz   mocniej, 

background image

przytulał coraz gwałtowniej, aż stali się jedną sylwetką. W pewnej chwili złapał ją za 

włosy i odchylił jej głowę do tyłu, jakby zdecydował się przejąć przywództwo. Płonął 

teraz  jasnym,  gorącym  ogniem.   W niej  też narastał żar,  pulsowała   krew.  Złapała 

zębami jego wargę. Wtedy usłyszała jego cichy jęk i raptownie wypuścił ją z objęć.

— Meg…

Z głową odrzuconą do tyłu, z włosami, którymi szarpał wiatr, czekała na dalsze 

słowa. Właściwie, co chciała usłyszeć? Czuła się niewiarygodnie silna. Wpatrzone w 

nią badawczo oczy  Katcha  była prawie czarne. Na wargach  czuła jego oddech  — 

gorący, ciężki, nierówny.

— Meg — powtórzył jej imię, kładąc dłonie na jej ramionach. — Muszę iść.

Ośmielając się na rzecz niemożliwą, Megan znów przycisnęła usta do jego ust.

— Czy naprawdę tego chcesz? — wymamrotała. — Chcesz teraz mnie zostawić?

Konwulsyjnie zacisnął palce na jej ramionach, by zaraz znów oderwać ją od 

siebie.

— Znasz odpowiedź — rzekł szorstko. — Co chcesz zrobić? Doprowadzić mnie 

do szaleństwa?

—   Może…   —   Nadal   czuła   podniecenie   rozchodzące   się   po   ciele   ciepłą   falą. 

Odbijało się w jej oczach, gdy w nie spojrzał. — Może tak.

Przycisnął ją do siebie, mocno i stanowczo. Czuła szaleńcze tempo, w jakim 

biło mu serce. Ich wargi znajdowały się znów tak blisko siebie…

— Przyjdzie taka chwila — powiedział czule. — Przysięgam, że nadejdzie czas, 

gdy będziemy tylko ty i ja. Niedługo, Meg. Pamiętaj o tym.

Patrzyła mu prosto w oczy. Poczucie siły nadal ją uskrzydlało.

— To ma być obietnica?

background image

— Tak — powiedział. — Dokładnie tak.

background image

ROZDZIAŁ JEDENASTY

Nad popiersiem Katcha pracowała jeszcze dwa dni. Gdy skończyła, próbowała 

zdystansować się do swego dzieła i ocenić je obiektywnie.

Miała rację, że wybrała drewno. Materiał był o wiele cieplejszy niż kamień. 

Zagryzła wargi i długo szukała niedociągnięć. W końcu jednak całkiem obiektywnie 

stwierdziła, że to jedna z jej lepszych prac. Może nawet najlepsza.

Ta   twarz   nie   była   nienagannie   piękna,   ale   miała   w   sobie   siłę   i   przykuwała 

uwagę. Poczucie humoru widoczne było w wygięciu brwi i ust. Przesunęła palcem po 

tych ustach. Były niewiarygodnie zmysłowe. Przypomniała sobie ich smak, ich dotyk. 

Widziała, jak wyglądają, gdy jest rozbawiony, zły lub podniecony. A jego oczy… Te 

oczy zmieniały barwę i wyraz w zależności od jego nastroju. Bywały jasne, gdy się 

cieszył,   zamglone   złością,   gdy   wpadał   w   szał,   pociemniałe   z   namiętności,   gdy   ją 

całował.

Znała tę twarz tak dobrze jak swoją własną. Ale nadal nie przeniknęła jego 

duszy. Nadal jego umysł był dla niej ziemią nieznaną. Z westchnieniem oparła łokcie 

background image

na stole i położyła podbródek na dłoniach.

Czy Katch kiedykolwiek pozwoli jej wniknąć do

swego serca? Czule pogłaskała jego rozwichrzone loki. Jessica zna go zapewne 

lepiej niż ktokolwiek. Jeśli był w kimś zakochany…

Jak by zareagował, gdyby wyznała mu miłość? Co by się stało, gdyby po prostu 

powiedziała mu „kocham cię”? Niczego od niego nie żądając, niczego nie oczekując. 

Może   powinna   to   zrobić?   Czyż   miłość   nie   była   uczuciem   zbyt   rzadkim,   zbyt 

specjalnym, by ją ukrywać?

Ale Meg wyobraziła sobie wyraz współczucia w jego oczach.

—   Nie   zniosłabym   tego   —   szepnęła,   pochylając   się   i   dc   tykając   czołem 

drewnianego   czoła   Katcha.   —   Po   prostu   bym   nie   zniosła.   —   Jej   rozmyślania 

przerwało pukanie do drzwi. Megan przybrała obojętny wyraz twarzy i przekręciła się 

na obrotowym krześle. — Proszę!

W   drzwiach   stanął   Pop.   Wędkarską   czapkę   z   daszkiem   miał   zawadiacko 

nasadzoną na czubek siwej głowy.

— Co powiesz o świeżej rybie na kolację? — Szeroki uśmiech świadczył, że jego 

poranna wyprawa zakończyła się sukcesem.

— Chyba dam radę przełknąć kilka kęsów. — Megan przekornie przechyliła 

głowę. Uśmiechnęła się zadowolona, widząc błysk w oczach dziadka i rumieniec na 

jego policzkach. Wstała i, tak samo jak robiła to w dzieciństwie, objęła go za szyję. — 

Och, kocham cię, Pop!

— Je też cię kocham, Megan. — Zaskoczony, ale zadowolony pogładził ją po 

głowie. — Wygląda na to, że powinienem częściej przynosić pstrąga na kolację.

Oderwała głowę od jego ramienia i uśmiechnęła się ciepło.

background image

— Nie trzeba wiele, by mnie uszczęśliwić.

Pop przybrał poważny wyraz twarzy. Z czułością założył jej włosy za ucho.

— To prawda. Zawsze tak było. — Szorstką dłonią dotknął jej policzka. — Przez 

te wszystkie lata to ty dałaś mi wiele szczęścia, Megan. Wiele radości. Będę za tobą 

tęsknił, gdy wyjedziesz do Nowego Jorku.

— Och, Pop! — Znów ukryła twarz w jego ramieniu. — To tylko miesiąc lub 

dwa. Potem wrócę. — Czuła zapach tytoniu, który zawsze nosił w kieszonce na piersi. 

— Może zresztą wybierzesz się ze mną? Sezon już się skończy…

— Meg — przerwał jej, unosząc głowę, tak by ich oczy się spotkały. — To dla 

ciebie początek nowego etapu w życiu. Nie narzucaj sobie ograniczeń.

Kręcąc głową, Megan zaczęła nerwowo przechadzać się po pracowni.

— Nie wiem, co masz na myśli.

— Musisz zrobić coś dla siebie, coś bardzo ważnego. Masz talent, Meg. — Pop 

rozejrzał się po pomieszczeniu, aż jego wzrok spoczął na popiersiu Katcha. — Masz 

przed sobą całe życie. Chcę, byś od razu ruszyła pełną parą.

— Mówisz to tak, jakbym miała tu nie wrócić. — Gdy się odwróciła, zobaczyła, 

co przykuło uwagę Popa. — Właśnie ją skończyłam — objaśniła, walcząc, by je głos 

brzmiał normalnie. — Dość dobra, nie sądzisz?

— Myślę, że bardzo dobra. — Spojrzał na nią uważnie. — Usiądź, Megan, muszę 

z tobą porozmawiać.

Wiedziała, że mówił poważnie. To ją nieco speszyło. Bez słowa podeszła do 

krzesła. Pop poczekał, aż usiadła i znów wbił uważny wzrok w jej twarz.

— Jakiś czas temu — podjął — powiedziałem ci, że wszystko się zmienia. Przez 

większość twego życia byliśmy tylko we dwoje. Byliśmy sobie potrzebni, polegaliśmy 

background image

na sobie. Dzięki wesołemu miasteczku mieliśmy dach nad głową i pracę. — Jego głos 

złagodniał.

— Przez te osiemnaście lat ani przez chwilę nie byłaś dla mnie ciężarem. Dzięki 

tobie czułem się młody.  Obserwowałem, jak dorastasz i byłem z ciebie ogromnie 

dumny. Teraz nadszedł czas na zmianę.

Megan z trudem przełknęła ślinę.

— Nie rozumiem, co próbujesz mi powiedzieć.

— Nadszedł czas, byś wyruszyła w świat, Megan. Czas, bym wypuścił cię spod 

swoich skrzydeł. — Sięgnął do kieszeni koszuli i wyjął starannie złożone papiery. 

Rozłożył jej i podał Megan.

Patrząc   mu   prosto   w   oczy,   wzięła   je   dopiero   po   chwili   wahania.   Od   razu 

domyśliła się, co ma przed sobą. Mimo to przeczytała wszystko bardzo starannie, 

zdanie po zdaniu.

—   A   więc   sprzedałeś   mu   nasze   wesołe   miasteczko   —   skwitowała   oschłym 

tonem.

—   Musimy   jeszcze   podpisać   dokumenty   —   odpowiedział.   —   A   ty   będziesz 

świadkiem. — Klęska odmalowała się w jej oczach. — Megan, posłuchaj, wiele o tym 

myślałem. — Pop wyjął jej z dłoni papiery, odłożył je na stół i chwycił jej dłonie. — 

Katch nie był pierwszy, który zwrócił się do mnie z taką propozycją. I nie po raz 

pierwszy   się   nad   tym   zastanawiałem.   Tylko   przedtem   nie   wszystko   pasowało   do 

siebie tak, jak chciałem.

— A teraz co pasuje? — spytała, czując, jak jej oczy wypełniają się łzami.

— To jest właściwy człowiek, Megan. I odpowiedni moment. — Gładził ją po 

dłoniach, z bólem patrząc na malujące się w jej oczach cierpienie. — Wiedziałem to 

background image

od   chwili,   gdy   spadły   na   mnie   te   wszystkie   naprawy.   Jestem   gotów   oddać   nasz 

lunapark komuś młodszemu, kto .go sprawnie poprowadzi, abym sam mógł iść na 

ryby. Teraz potrzebuję tylko łódki i wędki. A on jest takim człowiekiem, którego 

chętnie zobaczę na moim miejscu. — Przerwał i zaczął szukać w kieszeni chusteczki, 

by wytrzeć jej oczy. — Powiedziałem ci, że mu ufam i nie zmieniłem zdania. — A ty — 

ciągnął, wycierając jej łzy z policzków — musisz pójść wreszcie swoją drogą. Nie 

możesz robić tego, co chcesz, ślęcząc nad księgowością czy listą płac.

— Jeśli ty tego naprawdę chcesz… — zaczęła, ale Pop jej przerwał.

— Nie, to ty musisz chcieć. Dlatego ostatnie linijki kontraktu są ciągle puste. — 

Popatrzył na nią swymi poważnymi, głęboko osadzonymi oczami. — Nie podpiszę 

tego, Megan, jeśli ty się nie zgodzisz. To musi być najlepsze dla nas obojga.

Megan wstała, a Pop uwolnił jej ręce. Podeszła do okna. Nie rozumiała teraz 

swoich uczuć. Wiedziała tylko, że zgadzając się na wystawę w Nowym Jorku, zrobiła 

milowy   krok,  oddalający ją  od dotychczasowego  życia.  A  lunapark  był tego  życia 

istotnym elementem. Wiedziała, że jeśli chce poświęcić się karierze artystycznej, nie 

może przywiązywać się do Joylandu.

Lunapark dawał jej poczucie bezpieczeństwa, był jej drugim domem, tak samo 

jak stojący za nią mężczyzna był dla niej i matką, i ojcem. Pamiętała to znużenie i 

zatroskanie na jego twarzy, gdy przyszedł do domu i powiedział, że park potrzebuje 

pieniędzy. Megan wiedziała, ile niekończących się problemów przyniesie najbliższe 

lato.

Pop miał prawo przeżyć starość w spokoju, poświęcając się swojemu hobby. 

Miał   już   w   życiu   wystarczająco   dużo   zmartwień   i   dużo   odpowiedzialności.   Miał 

prawo do chodzenia na ryby, wysypiania się, do hodowania azalii. Czyż mogła mu 

background image

tego   odmawiać   jedynie   z   lęku   przed   przecięciem   ostatniej   nici,   jaka   łączyła   ją   z 

dzieciństwem? Pop miał rację. Nadszedł czas na zmiany.

Wolno podeszła do biurka i poszukała długopisu.

— Podpisz to — zwróciła się do Popa. — Wypijemy szampana na kolację.

Pop wziął długopis, ale nie spuszczał z niej wzroku.

— Jesteś pewna, Meg?

Skinęła głową bez najmniejszego wahania.

— Oczywiście. — Uśmiechnęła się na widok błysku w jego oczach, gdy pochylał 

się, by podpisać akt sprzedaży.

Napisał swoje nazwisko zamaszyście, potem podał Megan długopis, by mogła 

poświadczyć   podpis.   Megan   podpisała   się   wyraźnymi,   dużymi   literami,   nie 

pozwalając, by jej zadrżała ręka.

— Powinienem zadzwonić teraz do Katcha — powiedział Pop z westchnieniem 

ulgi,   zupełnie   jakby   zdjęto   mu   z   piersi   ogromny   ciężar.   —   Albo   odwieźć   mu   te 

dokumenty.

—   Ja  je   zawiozę.   —  Megan   starannie  złożyła   papiery.   —  Chciałabym  z  nim 

porozmawiać.

— Doskonały pomysł. Weź pikapa — zasugerował, gdy odwracała się w stronę 

drzwi. — Zanosi się na deszcz.

Gdy dojeżdżała do domu Katcha, odzyskała już całkowity spokój. Dokumenty 

wsunęła bezpiecznie do tylnej kieszeni spodni. Zaparkowała pikapa za samochodem 

Katcha i wysiadła.

Powietrze było śmiertelnie ciche i ciężkie, niemal drżało od zbierającego się 

deszczu. Na niebie kłębiły się czarne chmury. Tak jak poprzednim razem, podeszła 

background image

do   frontowych   drzwi   i   zapukała.   I   tak   samo   jak   przedtem   nie   było   odpowiedzi. 

Odwróciła się i obeszła dom dookoła.

Ale nie znalazła Katcha w ogrodzie. Nie słyszała żadnego dźwięku prócz szumu 

morza   stłumionego   przez   wysoki   żywopłot.   Zauważyła,   że   Katch   posadził   młodą 

wierzbę   na   zboczu,   które   schodziło   do   plaży.   Ziemia   pod   drzewem   była   jeszcze 

ciemna, świeżo poruszona. Nie mogąc się pohamować, Megan podeszła do drzewka, 

by   dotknąć   jego   delikatnych,   młodych   liści.   Dziś   nie   było   wyższe   od   niej,   ale 

wyobraziła   je   sobie   w   przyszłości   —   potężne,   rozłożyste,   latem   stanowiące   oazę 

cienia. Instynkt nakazał jej pójść zboczem dalej ku morzu.

Katch stał z rękami w kieszeniach, obserwując nadchodzący przypływ. Nagle 

odwrócił się, jakby wyczuł jej obecność.

— Stałem tu i myślałem o tobie — powiedział. — Czyżbym cię tu ściągnął?

Wyjęła dokumenty i podała mu zamaszystym gestem.

— Lunapark jest twój — powiedziała. — Tak jak chciałeś.

Nawet nie spojrzał na dokumenty, ale dostrzegła przelotny błysk w jego oczach.

— Chciałbym z tobą porozmawiać, Meg. Wejdźmy do domu.

— Nie. — Cofnęła się o krok. — Naprawdę nie ma już nic do powiedzenia.

— To twoja opinia. Ja mam ci wiele od powiedzenia. A ty mnie wysłuchasz. — 

Jego głos, w którym pojawiło się zniecierpliwienie, dotarł do Megan wraz z silnym 

podmuchem wiatru.

— Nie chcę cię słuchać, Katch! — Przy świetle pierwszej błyskawicy na niebie 

wcisnęła mu do ręki dokumenty. — Weź je!

—   Megan,   poczekaj…   —   Gdy   się   odwróciła,   chwycił   ją   za   ramię.   Grzmot 

zagłuszył jego dalsze słowa.

background image

—   Nie   będę   czekać!   —   odparowała,   wyrywając   mu   się.   —   Przestań   mnie 

szarpać. Masz to, czego chciałeś. Nie jestem już ci potrzebna.

Katch zaklął, wcisnął dokumenty do kieszeni i, zanim uszła dwa kroki, znów 

chwycił ją za ramię i obrócił w kółko.

—   Nie   jesteś   chyba   taką   idiotką.   Musimy   porozmawiać.   Mam   ci   coś   do 

powiedzenia. Coś ważnego.  — Podmuchy  wiatr  smagały twarz Megan, targały  jej 

włosami.

— Czy ty nie rozumiesz prostego słowa „nie”? — krzyknęła, a jej głos walczył z 

narastającym   hukiem   fal   i   świstem   wiatru.   —   Nie   chcę   słuchać,   co   masz   mi   do 

powiedzenia! Nic mnie to nie obchodzi!

Z nieba lunął deszcz, tak silny, że zmoczył ich w okamgnieniu.

—   A   szkoda   —   odpowiedział   równie   zły   jak   ona.   —   Ponieważ   i   tak   mnie 

wysłuchasz. Chodźmy do środka!

Zaczął ją ciągnąć przez plażę, ale udało jej się wyrwać i skręcić gwałtownie. 

Deszcz lał strugami, tworząc wokół nich ściany wody.

— Nie! — krzyknęła. — Nie wejdę z tobą do środka!

— Ależ wejdziesz — upierał się.

— A co zrobisz? Zaciągniesz mnie za włosy?

— Nie podpuszczaj mnie. — Znów wziął ją za rękę i pociągnął za sobą. — W 

porządku — powiedział wreszcie i jednym sprawnym ruchem, którym całkowicie ją 

zaskoczył, wziął ją na ręce.

— Zostaw! — Oślepiona złością, kopała i rzucała się w powietrzu. Ale Katch, 

ignorując   całkowicie   jej   opór,   bez   widocznego   wysiłku   wspinał   się   po   zboczu.   — 

Nienawidzę cię! — krzyczała niemal histerycznie, gdy szybkim krokiem maszerował 

background image

po trawniku.

— Nie szkodzi. To dopiero początek. — Otworzył biodrem drzwi, a potem przez 

kuchnię   wniósł   ją   do   salonu.   Pozostawili   za   sobą   na  podłodze   smugę   wody.   Bez 

dalszych ceremonii rzucił ją na sofę. — Siedź spokojnie — rozkazał, nim zdążyła 

odzyskać oddech. — Choć przez chwilę bądź cicho! — Podszedł do kominka i długą 

zapałką podpalił papier wsadzony pomiędzy gałęzie i polana. Suche drewno zajęło się 

ogniem niemal natychmiast.

Megan, która zdążyła już złapać oddech, wstała i skierowała się do drzwi. Katch 

powstrzymał ją, zanim palcami dotknęła klamki. Chwycił ją za ramiona i obrócił 

plecami do drzwi.

—   Ostrzegam   cię,   Megan,   moja   cierpliwość   wisi   na   cienkim   włosku.   Nie 

prowokuj mnie!

— Nie przestraszysz mnie — powiedziała niecierpliwie, potrząśnięciem głowy 

odrzucając mokre włosy z czoła.

— Wcale nie próbuję cię przestraszyć. Próbuję rozsądnie z tobą porozmawiać. 

Ale ty jesteś zbyt uparta, by zamilknąć na chwilę i posłuchać.

Oczy jej się rozszerzyły w przypływie nowej fali gniewu.

— Nie odzywaj się do mnie w ten sposób! Wcale nie muszę cię słuchać.

—   Owszem,   musisz.   —   Zręcznie   sięgnął   do   jej   prawej   kieszeni   i   wyciągnął 

stamtąd kluczyki od pikapa. — Przynajmniej tak długo, jak mam to!

— Mogę iść piechotą  — odparowała, patrząc, jak jej kluczyki lądują w jego 

kieszeni.

— W taką ulewę?

—   Oddaj   mi   kluczyki.   —   Potarła   ramiona,   ponieważ   zaczynała   trząść   się   z 

background image

zimna.

Zamiast odpowiedzi pociągnął ją bliżej kominka.

— Musisz zdjąć te mokre ciuchy — poradził.

— Jesteś szalony, jeśli myślisz, że się tutaj rozbiorę.

— Jak chcesz. — Ostentacyjnie ściągnął z siebie przemoczony podkoszulek i 

odrzucił ją na bok. — Jesteś uparta jak osioł.

— Dzięki. — Ledwie opanowała kichnięcie. — To wszystko, co miałeś mi do 

powiedzenia?

— Nie. — Podszedł do ognia. — To dopiero początek. Usiądź.

—   A   więc   może   ja   najpierw   powiem,   co   mam   do   powiedzenia.   —   Ciało 

przeszywały dreszcze; musiała walczyć, by opanować drżenie. — Myliłam się co do 

ciebie. Nie jesteś ani leniwy, ani niefrasobliwy, ani też nie szukasz poklasku. I na 

pewno postępowałeś ze mną uczciwie. — Wytarła oczy mokre od deszczu i łez. — 

Powiedziałeś mi otwarcie, że zamierzasz kupić nasz park. Dochodzę do wniosku, że 

być może to najlepsze wyjście. To, co zdarzyło się między nami, to była moja wina, 

ponieważ pozwoliłam ci się do siebie zbliżyć.

— Przełknęła ślinę; chciałaby ocalić trochę dumy, ale musiała to powiedzieć. — 

Ale ty jesteś mężczyzną, którego trudno ignorować. Teraz, gdy osiągnąłeś swój cel, 

wszystko dobiegło końca.

— Mam dopiero część tego, czego chciałem. — Podszedł do niej i wziął do ręki 

jej ociekające wodą włosy.

— Tylko mizerną część, Meg.

Spojrzała na niego z rezygnacją. Była zbyt zmęczona, by się dalej z nim kłócić.

—   Czy   nie   możesz   po   prostu   zostawić   mnie   w   spokoju?   —   spytała   trochę 

background image

bezradnie.

— Zostawić cię w spokoju? Wiesz, ile razy spacerowałem po tej plaży o trzeciej 

nad ranem, ponieważ pragnienie posiadania ciebie nie dawało mi spać? Czy wiesz, 

jak   trudno   mi   było   oderwać   się   od   ciebie,   gdy   trzymałem   cię   w   ramionach?   — 

Zacisnął mocniej palce na jej włosach, przyciągając ją bliżej.

Oczy   miała   teraz   ogromne,   a   dreszcze   nadal   przeszywały   jej   skórę.   Co   on 

wygaduje? Nie mogła zaryzykować pytania, nie mogła zacząć się zastanawiać. Nagle 

zaklął i chwycił ją w ramiona.

Cienkie, mokre ubranie nie stanowiło wystarczającej osłony przed jego rękami. 

Nie   zaprotestowała,   gdy   pociągnął   ją   na   podłogę,   gdy   jego   palce   pospiesznie 

rozpinały guziki jej bluzki, a usta, chłodne i zarazem gorące, wędrowały od jej szyi w 

dół i w dół. Jej wychłodzona, mokra skóra zapłonęła ogniem pod pieszczotą tych 

palców, pod dotykiem ust.

Ich   przyspieszonym   oddechom   towarzyszyło   dzwonienie   deszczu   o   szyby   i 

trzaski polan w kominku.

Megan usłyszała, jak Katch bierze długi, głęboki oddech, by się uspokoić.

— Przepraszam… Chciałem porozmawiać. Jest tyle spraw, o których muszę ci 

powiedzieć. Ale tak cię pragnę… Zbyt długo to w sobie tłumiłem.

Pragnę…?   „Pragnę”   brzmiało   trochę   lepiej   niż   zwykłe   „chcę”   —   mocniej   i 

bardziej   osobiście   i,   choć   nadali   nie   wyrażało   miłości,   Megan   uchwyciła   się   tego 

słowa z nadzieją.

—   W   porządku.   —   Chciała   usiąść,   ale   Katch,   pochylając   się   nad   nią,   znów 

przygwoździł ją do podłogi.

—   Proszę   cię,   Meg,   wysłuchaj   mnie.   Przyglądała   się   bacznie   jego   twarzy   i 

background image

zauważyła,   że   jego   oczy   i   wyraz   ust   były   poważne.   Naprawdę   to,   co   chciał   jej 

powiedzieć, musiało być dla niego bardzo istotne.

— Zgoda — powiedziała już spokojnie. — Słucham.

— Pragnę cię od pierwszej chwili, w której cię zobaczyłem, Meg. Od pierwszej 

minuty.   Wiesz   o   tym.   —   Głos   miał   niski,   wyraźnie   podenerwowany.   —   Podczas 

pierwszego   wieczoru,   który   razem   spędziliśmy,   zaintrygowałaś   mnie   w   równym 

stopniu,   jak   mi   się   spodobałaś.   Z   początku   myślałem,   że   zdobycie   ciebie   będzie 

proste… Zwykły, przyjemny romans na parę tygodni.

— Wiem — wtrąciła półgłosem, starając się nie okazać bólu.

— Nie mów tak. — Przytknął palce do jej ust. — Nic nie wiesz. To bardzo szybko 

przestało być proste. Gdy przywiozłem cię tutaj na kolację, a ty powiedziałaś, że 

chcesz   zostać…   —   Zamilkł   na   chwilę   i   odsunął   kosmyki   mokrych   włosów   z   jej 

policzków.   —   Nie   mogłem   ci   na   to   pozwolić.   Choć   nie   byłem   do   końca   pewien 

dlaczego. Pragnąłem cię, pragnąłem bardziej niż jakiejkolwiek kobiety w moim życiu. 

Ale nie mogłem cię wziąć…

— Katch… — Megan pokręciła głową. Nie była pewna, czy potrafi udźwignąć 

prawdę. Przymknęła oczy. Katch poczekał, aż je otworzy, zanim znów się odezwał.

— Próbowałem trzymać się z dala od ciebie, Meg. Próbowałem wmawiać sobie, 

że tylko wyobrażam sobie swoje uczucia do ciebie. Ale potem, gdy wściekła pędziłaś 

przez trawnik, wyglądałaś tak pięknie, że już nie mogłem myśleć o niczym innym. 

Sam twój widok odebrał mi oddech. — Uniósł jej dłoń i przycisnął do ust. Ten gest 

niezwykle ją poruszył.

— Przestań — wyszeptała. — Przestań, proszę…

Katch przez długą chwilę wpatrywał się w jej oczy, potem puścił jej rękę.

background image

— Pragnąłem cię — powtórzył spokojniejszym głosem.

— Pragnąłem i byłem na ciebie z tego powodu wściekły.

— Przyłożył czoło do jej czoła i zamknął oczy. — Nigdy nie chciałem cię zranić, 

Meg. Ani cię przestraszyć.

Leżała spokojnie, jakby bez czucia. Powoli, bardzo wolno docierały do niej jego 

słowa. Zdawała sobie sprawę, że był podekscytowany i mówił szczerze. Płomyki ognia 

połyskiwały na skórze jego ramion i pleców.

—   Nie   mogłem   uwierzyć,   że   się   tak   zaangażowałem   —   ciągnął.   —   Ale   nie 

potrafiłem się wycofać. Byłaś stale obecna w moich myślach, w moich snach. Nie 

miałem odwrotu. I tamtej nocy, gdy odwiozłem cię do domu, przyznałem sam przed 

sobą, że wcale nie chcę uciekać. Nie tym razem. Nie od ciebie. — Uniósł głowę i 

spojrzał   na   nią   z   góry.   —   Najpierw   musisz   wiedzieć,   że   zrezygnowałem   z  kupna 

waszego lunaparku. Ale wczoraj z tą propozycją wystąpił twój dziadek. Nie chciałem, 

by ta sprawa stanęła między nami, ale Pop nalegał. Uważał, że to i dla ciebie, i dla 

niego   najlepsze   rozwiązanie.   Ale   jeśli   nie   chcesz   się   z   tym   pogodzić,   podrę   te 

przeklęte dokumenty…

—  Nie! — zaprotestowała  gwałtownie.  — Wiem,  że to najlepsze wyjście. Po 

prostu czuję pustkę, jakbym straciła coś bardzo drogiego. To boli, nawet jeśli zdaję 

sobie sprawę, że to najdogodniejsze rozwiązanie. Ale, proszę, nie chcę, byś mnie 

przepraszał. Nie powinnam tu wpadać z krzykiem i mieć do ciebie pretensji. — Czuła, 

że   uwalnia   się   od   wielkiego   ciężaru.   Ból   ustąpił,   a   wszystkie   lęki   zaczęły   z   niej 

opadać. — Pop dobrze robi, sprzedając park, a ty masz wszelkie prawo go kupić. — 

Westchnęła,  chcąc  już zakończyć te  wyjaśnienia.  — Przypuszczam,   że  w pewnym 

sensie poczułam się zdradzona. I nie umiałam spokojnie tego przemyśleć.

background image

— A teraz?

— A teraz wstydzę się, że zachowałam się jak idiotka. — Uśmiechnęła się z 

wysiłkiem. — Chciałabym już jechać do domu. Pop będzie się martwić.

— Jeszcze nie — poprosił.

Gdy   odchylił   się,   by   wyjąć   coś   z   kieszeni,   Megan   zdołała   wreszcie   usiąść. 

Zebrała do tyłu mokre, splątane włosy. Wtedy zauważyła, że Katch trzyma w dłoni 

małe   pudełko.   Na   moment   zawahał   się,   zanim   je   jej   ofiarował.   Zaintrygowana 

zarówno   prezentem,   jak   i   bijącym   od   Katcha   napięciem,   uchyliła   wieczko.   I 

zaniemówiła.

Był tam pierścionek z kwadratowym, zielonym szmaragdem, wytworny w swej 

prostocie.   Megan   oszołomiona   wpatrywała   się   w   niego,   a   potem   w   Katcha.   W 

milczeniu kręciła głową.

— Katch… — wyjąkała. — Nie rozumiem… Nie mogę tego przyjąć.

— Nie odmawiaj, Meg.  — Katch przykrył jej dłoń swoją.  — Niezbyt dobrze 

znoszę odmowę.

Mimo   że   ton   jego   głosu   był   swobodny,   zauważyła   napięcie   w   jego   twarzy. 

Przelotna myśl zadrżała w jej umyśle, a serce zatrzepotało.

Próbowała zachować spokój i patrzeć mu prosto w oczy.

— Nie wiem… nie rozumiem, o co mnie prosisz.

— Wyjdź za mnie. — Uścisnął jej palce. — Kocham cię, Megan.

Zawładnęły nią gwałtowne emocje. Pomimo że jego głos brzmiał śmiertelnie 

poważnie, przeleciało jej przez myśl, że Katch żartuje. Ale nie, on nie żartował. Miał 

ściągniętą twarz, był poruszony. Megan wstała, mocno ściskając w dłoni pudełko. 

Musiała to przemyśleć. Musiała zyskać na czasie.

background image

Małżeństwo… W najśmielszych snach nie oczekiwała, że poprosi ją o rękę. Że 

zechce   spędzić   z   nią   życie.   Jakie   byłoby   to   życie?   Czy   rozpędzone,   pełne 

nieoczekiwanych zakrętów i nadspodziewanych wrażeń, podobne do jazdy na kolejce 

górskiej?   Tego   się   spodziewała,   ale   pomyślała   również   o   cichych,   kameralnych 

momentach,   ciepłych   chwilach   we   dwoje,   które   na   pewno   ich   czekały.   O   takich 

chwilach,   po   których   każdy   nowy   zwrot   czy   zakręt   byłby   jeszcze   bardziej 

podniecający.

Być może oświadczył jej się tak otwarcie i prosto,  bez ogródek i wybiegów, 

ponieważ był szczerze zdesperowany. Tak samo jak ona. Cóż za pomysł! Przycisnęła 

palce do skroni. A jednak… Megan przypomniała sobie ten błagalny wyraz jego oczu, 

gdy prosił ją o rękę.

Kocham cię. Te dwa słowa, słowa wypowiadane przez ludzi na całym świecie, 

na zawsze odmieniły jej życie. Megan odwróciła się, potem podeszła do Katcha i 

uklękła. Jej oczy prześwietlał wewnętrzny blask. Trzymając pudełko w wyciągniętej 

dłoni, oświadczyła pospiesznie, widząc rozpacz na jego twarzy:

— Będę go nosić na serdecznym palcu lewej dłoni.

Wtedy chwycił ją w ramiona i zamknął jej usta gwałtownym pocałunkiem.

—   Och,   Meg!   —   Obsypał   pocałunkami   jej   twarz.   —   Tak   się   bałem,   że   mi 

odmówisz.

— Jak bym mogła! — Zarzuciła mu ramiona na szyję i oddawała mu pocałunki. 

—  Kocham cię,  Katch  — wypowiedziała   prosto  w jego  usta.  —  Rozpaczliwie,  bez 

reszty. Przygotowywałam się na powolną śmierć, gdy już odejdziesz.

—   Nie   miałem   zamiaru   odchodzić.   —   Leżeli   znów   na   podłodze,   a   Katch 

zanurzył twarz w pachnących deszczem włosach Megan. — Pojedziemy do Nowego 

background image

Orleanu w krótką podróż poślubną, żebyś zdążyła przygotować swoją wystawę. A na 

wiosnę polecimy do Paryża.

— Uniósł głowę i spojrzał na nią z góry. — Wyobrażam już sobie, jak kochamy 

się w Paryżu. Chcę zobaczyć twoją twarz w miękkim świetle poranka.

Dotknęła czule jego policzka.

— Już wkrótce, kochany — powiedziała półgłosem.

— Pobierzmy się jak najszybciej. Pragnę być z tobą.

Podniósł   pudełko,   które   leżało   na   podłodze   obok   nich,   wyjął   pierścionek   i 

wsunął jej na palec.

— Jesteśmy zaręczeni, Meg — powiedział stłumionym głosem. — Nie możesz 

teraz odejść.

— Nigdzie się nie wybieram — odparła, podając mu usta.

background image

EPILOG

Megan   nerwowym   ruchem   przekręciła   szmaragd   na   palcu.   Spróbowała 

szampana, którego Jessica wcisnęła jej do ręki. Uśmiechała się niepewnie. Nigdy nie 

spodziewała  się tylu ludzi. Takie  tłumy! Co ona tutaj robi?  W sławnej galerii  na 

Manhattanie   stała   oto   pośród   podnieconych   gości,   udając   artystkę!   Najchętniej 

schowałaby się w jakimś zacisznym kąciku.

— Chodź do bufetu, Meg! — Pop wyglądał nadzwyczaj dystyngowanie w swym 

najlepszym   —   i   jedynym   —   czarnym   garniturze.   —   Powinnaś   skosztować   tych 

smakołyków. — Podsunął jej mikroskopijną kanapkę.

— Dziękuję. — Megan, zżerana przez tremę, nie miała wcale apetytu. — Cieszę 

się, że przyleciałeś na weekend.

— Jakże mógłbym przegapić wielki wieczór mojej wnuczki! — obruszył się Pop. 

Połknął kanapkę i uśmiechnął się jowialnie. — Co powiesz na ten tłum?

— Czuję się jak oszustka — wymamrotała Megan, uśmiechając się bohatersko, 

gdy jakiś mężczyzna w kapeluszu na bakier przystanął nieopodal, by podziwiać jedną 

background image

z jej marmurowych rzeźb.

— Nie pamiętam, żebyś kiedykolwiek ładniej wyglądała. — Pop dotknął rękawa 

jej pastelowej jedwabnej sukni. — No, może z wyjątkiem dnia ślubu.

— Och, dziś jestem o wiele bardziej stremowana. — Omiotła wzrokiem tłum 

gości. — Gdzie się znowu podział Katch?

—   Ostatnio   widziałem   go   w   towarzystwie   bardzo   eleganckiej   pary.   Ale 

słyszałem, jak Jessica mówiła, że ty masz teraz wmieszać się w tłum i rozmawiać z 

gośćmi.

— Nie mogę się ruszyć. — Megan westchnęła zrozpaczona.

— Nie sądziłem, że jesteś taka tchórzliwa, Meg — rzucił Pop prowokacyjnie.

Z  ustami  na  wpół  otwartymi   w proteście,   Megan  obserwowała,   jak   dziadek 

odchodzi. Tchórzliwa! — obruszyła się w duchu. Wyprostowała ramiona i upiła łyk 

szampana. Raz kozie śmierć. Nie będzie ukrywać się w kącie. Z dumnie podniesioną 

głową, wolno zaczęła iść do bufetu.

— To pani wystawa?

Odwróciła   głowę   i   zobaczyła   dostojną   starszą   kobietę   w   czarnej   jedwabnej 

sukni ozdobionej brylantami.

— Tak — przyznała Megan, nieznacznie unosząc podbródek. — To ja.

Elegancka dama omiotła Megan długim, taksującym spojrzeniem.

— Zauważyłam, że studium dziewczynki budującej zamek z piasku nie jest na 

sprzedaż.

—   Rzeźba   należy   do   mojego   męża.   —   Nawet   po   dwóch   miesiącach,   gdy 

wymawiała to słowo, robiło jej się cieplej na sercu, a krew zaczynała szybciej krążyć 

w jej żyłach. Katch… Jej mąż… Rozejrzała się wokół z lekkim roztargnieniem.

background image

— Szkoda — zauważyła kobieta w czerni.

— Słucham panią?

— Powiedziałam, szkoda. Chciałabym ją mieć.

— Pani… — Megan, oszołomiona, wbiła wzrok w swą rozmówczynię — pani 

naprawdę chciałaby ją mieć?

—   Kupiłam   już   „Kochanków”   —   ciągnęła   kobieta.   —   To   znakomita   rzeźba. 

Chciałabym zamówić kolejny zamek z piasku. Skontaktuję się z panią przez Jessicę.

— Tak, oczywiście — bąknęła Megan, automatycznie podając nieznajomej dłoń. 

Zamówienie? — Dziękuję — dodała, gdy kobieta już odchodziła.

— Miriam Tailor Marcus — odezwał się obok znajomy głos. — Ciężki orzech do 

zgryzienia.

Megan odwróciła się i chwyciła Katcha za ramię.

— Katch, ta kobieta… Ona…

— Miriam Tailor Marcus — powtórzył i pochylił się, by ją pocałować w usta. — 

Wszystko słyszałem. Przed chwilą ze skromną miną zbierałem komplementy za mój 

wkład do świata sztuki. — Stuknął kieliszkiem o jej kieliszek. — Moje gratulacje, 

kochanie!

— Podobają im się moje prace?

—   Gdybyś   nie   była   tak   zajęta   udawaniem,   że   cię   nie   ma,   wiedziałabyś,   że 

odniosłaś   ogromny   sukces.   Chodź   ze   mną.   —   Wziął   ją   za   rękę.   —   I   obejrzyj   te 

wszystkie   maleńkie   niebieskie   znaczki   przy   twoich   rzeźbach.   One   oznaczają 

„sprzedane”.

—   Kupują  je?   —   Megan  roześmiała   się   z  niedowierzaniem.  —   Naprawdę   je 

kupują?

background image

—   Jessica   gorączkowo   usiłuje   zapanować   nad   sytuacją.   Już   trzy   osoby 

próbowały kupić tę alabastrową rzeźbę, którą sama od ciebie kupiła, i to za podwójną 

cenę.   A   jeśli   za   chwilę   nie   porozmawiasz   z   krytykami   sztuki,   Jessica   naprawdę 

oszaleje.

— Nie wierzę…

— Uwierz. — Podniósł rękę Megan do ust. — Jestem z ciebie bardzo dumny, 

Meg.

Oczy Megan wypełniły łzy.

— Proszę… — zdołała wyszeptać.

Bez słowa pociągnął ją przez tłum i wyprowadził do magazynu położonego na 

zapleczu.

— Jaka jestem głupia — powiedziała, gdy zamknął za nimi drzwi. Łzy popłynęły 

strumieniami po jej policzkach. — Jestem idiotką… Mam wszystko, o czym w życiu 

marzyłam, a zamiast cieszyć się, płaczę na zapleczu. O wiele lepiej znosiłam porażki.

— Kocham cię, Megan. — Śmiejąc się z cicha, przycisnął ją do piersi.

— To wszystko jest takie nierealne — wyjąkała drżącym głosem. — Nie tylko 

wystawa… ale wszystko. Gdy patrzę na ten pierścionek na palcu, zastanawiam się, 

kiedy się w końcu obudzę. Nie mogę w to uwierzyć…

Zamknął  jej   usta   pocałunkiem.   Bezradnie   westchnąwszy,   wtuliła   się   w   jego 

marynarkę. Nadal, po tych wszystkich razem spędzonych dniach i szalonych nocach, 

wystarczyło,   że   jej   dotknął,   że   ją   pocałował,   a   stawała   się   miękka   jak   wosk, 

bezbronna jak lalka. Przełknęła łzy, czując znów w żyłach pulsującą krew. Przytuliła 

się do niego mocniej, przesuwając dłońmi po jego twarzy, a potem po włosach.

— To rzeczywistość — szeptał prosto do jej ucha. — Uwierz w nią wreszcie. 

background image

Naprawdę każdej nocy jesteś w moich ramionach i naprawdę każdego ranka budzisz 

się przy mnie. — Wolno odsunął ją od siebie, a potem całował jej wilgotne policzki, 

aż   zamrugała   oczami.   —   A   dziś   wieczorem   —   dodał   z   łagodnym   uśmiechem   — 

zamierzam kochać się z najnowszą gwiazdą nowojorskiego świata artystycznego. A 

jutro rano, gdy będzie uszczęśliwiona po przeczytaniu recenzji w porannej prasie, 

zamierzam kochać się z nią znów.

—   O   której   możemy   stąd   wyjść?   —   spytała   z   nadzieją.   Rozpromieniony 

szczęściem znów mocno i namiętnie ją pocałował.

—   Nie   kuś   mnie.   Jessica   obedrze   nas   ze   skóry,   jeśli   nie   zostaniemy   tu   do 

ostatniego gościa. A teraz, popraw makijaż i idź na salę upajać się powszechnym 

podziwem. To wzmacnia ego.

— Katch! — Megan powstrzymała go, zanim otworzył drzwi. — Mam jedną 

rzeźbę, której dziś wieczorem nie wystawiłam.

— Tak? — Zaciekawiony uniósł brew.

—   Tak…   —   Zarumieniła   się   lekko.   —   Bałam   się,   że   wystawa   skończy   się 

fiaskiem,   ale   od   początku   uważałam,   że   jakoś  zniosę   krytykę.  Ale   ta   praca… Nie 

zniosłabym, gdyby ktoś powiedział, że jest słaba lub amatorska.

— Widziałem ją?

— Nie. — Ruchem głowy odrzuciła z czoła grzywkę.

— Chciałam dać ci ją w prezencie ślubnym, ale wszystko wydarzyło się tak 

szybko, że nie zdążyłam. Ostatecznie — dodała z promiennym uśmiechem — byliśmy 

zaręczeni zaledwie trzy dni.

— I tak byłem bardzo cierpliwy — podkreślił.

— A potem — ciągnęła — byłam zajęta wystawą i zbyt zdenerwowana, by ci ją 

background image

podarować. — Zaczerpnęła powietrza. — Chcę dać ci ją teraz, gdy czuję się, naprawdę 

czuję się artystką.

— Ona jest tutaj? — spytał coraz bardziej zaciekawiony.

Megan bez słowa sięgnęła na półkę, gdzie stało starannie przykryte płótnem 

popiersie. W milczeniu podała je Katchowi.

Katch zdjął zasłonę, a potem długo wpatrywał się we własną twarz.

Megan niezbyt dokładnie wypolerowała drewno, ponieważ chciała zachować tę 

nieco   buntowniczą   aurę,   która   otaczała   Davida.   Rzeźba   oddawała   jego   tupet, 

pewność siebie, ale i wewnętrzne ciepło, które prędzej spostrzegła okiem artystki niż 

kobiety.   Katch   przyglądał   się   swemu   popiersiu   tak   długo,   że   Megan   zaczęła   się 

niepokoić.   Wreszcie   podniósł   wzrok   i   długą   chwilę   przeszywał   ją   pociemniałymi 

oczami.

— Meg… — Jedynie tyle był w stanie powiedzieć.

— Nie chcę jej wystawiać — rzekła pospiesznie. — Jest dla mnie zbyt osobista. 

Były takie chwile podczas pracy nad gipsowym modelem — wyznała, biorąc od niego 

popiersie   i   przesuwając   palcem   po   wyrzeźbionych   kościach   policzkowych   —   gdy 

chciałam go roztrzaskać na kawałki. — Odstawiła rzeźbę na mały stolik. — Ale nie 

mogłam. Z początku wmawiałam sobie, że stale myślę o tobie tylko dlatego, że masz 

niezwykle plastyczną twarz. Twarz, którą chciałabym rzeźbić. — Podniosła głowę i 

napotkała oczy Katcha. — Zakochałam się w tobie, siedząc w pracowni i modelując 

twoją głową. Myślałam, że nie mogę kochać cię bardziej niż wtedy. Ale się myliłam.

— Meg… — Katch znów wziął ją za ręce i uścisnął. — Słów mi brakuje…

— Po prostu mnie kochaj.

— Zawsze będę cię kochać.

background image

Megan z westchnieniem położyła głowę na jego ramieniu.

— Świadomość tego pozwoli mi lepiej znieść sukces.

Katch objął ją i otworzył drzwi.

— Chodźmy napić się szampana. To wyjątkowy wieczór. Trzeba go uczcić.


Document Outline