background image

 

Lucy Clark 

 

Niezwykły ojciec 

 

 

 

S

S

C

C

A

A

N

N

 

 

d

d

a

a

l

l

o

o

u

u

s

s

 

 

 
 

background image

Rozdział 1 

 
–  No, gotowe – 

oznajmiła  Amelia,  wstając  i  zamykając  teczkę  z  dokumentami, 

które skończyła właśnie uaktualniać. – Teraz zrobię sobie przerwę na lunch – dodała, 

spoglądając na pielęgniarkę oddziału ratownictwa medycznego, Rosie Jefferson. 

– Smacznego – 

powiedziała Rosie, kiwając głową. – Gdzie jest Tina? 

– Chyba w gabinecie zabiegowym. 
– 

W  porządku.  Widzimy  się  za  pół  godziny,  jeśli  nie  wcześniej  –  zażartowała 

Rosie, a Amelia głęboko westchnęła. 

– 

Żadnych nagłych przypadków przez najbliższą godzinę... albo dwie. 

– 

Czy wtedy kończysz dyżur? 

– 

Mniej  więcej.  –  Amelia  uśmiechnęła  się,  wyszła  z  pokoju  i  ruszyła  w  stronę 

stołówki. Była zadowolona, że pamięta drogę i nie błądzi tak jak poprzednio. 

W stołówce było tłoczno.  Glenelg General nie był tak duży  jak inne szpitale, w 

których dotychczas pra

cowała. A zdecydowanie mniejszy niż ten w Anglii, w którym 

odbyła znaczną część stażu specjalizacyjnego. Wielką jego zaletą było ładne położenie. 
Znajdo

wał  się  blisko  plaży  oraz  mieszkania,  które  wynajęła  na  okres swojego 

trzymiesięcznego pobytu w Adelajdzie. 

Stanęła w kolejce do bufetu, wzięła jogurt i zaczęła się zastanawiać, na co jeszcze 

miałaby ochotę. W końcu zdecydowała się na bułkę z lekkostrawną sałatką. 

Wracając  na  oddział  ratownictwa  medycznego,  usłyszała  jakiś  dziwny  hałas. 

Zatrzymała się i zaczęła uważnie nasłuchiwać. Miała wrażenie, że ktoś płacze. Skręciła 

w wąski boczny korytarz i ruszyła w kierunku, z którego dobiegał dźwięk. Po chwili 

ujrzała  małą,  mniej  więcej  trzyletnią  dziewczynkę,  która  siedziała  na  podłodze  pod 

ścianą,  obejmując  rękami  kolana,  i  patrzyła  na  nią  szeroko  otwartymi  oczami.  Jej 

przerażoną twarzyczkę okalały pukle gęstych jasnych włosów. 

– 

Dzień dobry, kochanie – powiedziała Amelia łagodnym tonem. – Czy nic ci nie 

jest? – 

Podeszła do dziewczynki i przykucnęła. – Co się stało? Czy coś cię boli? 

Widząc,  że  dolna  warga  dziewczynki  zaczyna  drgać,  poczuła  bolesny  skurcz 

serca. 

– 

Och nie płacz, maleńka. Wszystko będzie dobrze. Jestem lekarzem i mogę ci 

pomóc. 

– Lekarzem? 
– 

Tak. Czy coś cię boli? 

– Nie. 

background image

– 

Więc może się zgubiłaś? 

Dziewczynka kiwnęła potakująco głową. 
– 

Moje  biedactwo.  Pewnie  jesteś  przerażona.  Czy  chcesz,  żebym  pomogła  ci 

znaleźć twoją mamusię? 

– Tatusia. 
– 

Zgubiłaś tatusia? 

–  Tak  – 

wyszeptała.  Jej  dolna  warga  znów  zaczęła  drgać,  a  po  policzkach 

popłynęły łzy. 

– 

Wszystko będzie dobrze – zapewniła ją Amelia. – Może poszukamy go razem? – 

spytała, wyciągając do niej rękę. ( 

Dziewczynka kiwnęła głową i wsunęła rączkę w jej dłoń. 
– 

Mam na imię Amelia. 

– Mil.. ja. 
– 

A ty? Jak się nazywasz? 

– Lan... da. 
– 

Ojej, co za piękne imię. W sam raz dla takiej ślicznej dziewczynki jak ty. Chodź, 

poszukamy tatusia. Czy on jest chory? 

– Nie. 
– 

I nie leży w łóżku? 

– Nie. 
– 

A może się skaleczył? 

– 

Tak. W rękę. 

– 

Och, biedny tatuś – powiedziała Amelia, prowadząc małą w kierunku oddziału 

ratownictwa. 

W  pewnym  momencie  jakiś  mężczyzna  wybiegł  z  klatki  schodowej  i  zaczął 

gorączkowo rozglądać się po korytarzu. Miał na sobie wytarte dżinsy, poplamione farbą 

robocze wysokie buty i sportową kraciastą koszulę, spod której wystawał szary T-shirt. 

Jego ręka była niedbale owinięta przybrudzonym bandażem. 

Nieznajomy  spojrzał  w  ich  kierunku.  Kiedy  Amelia  dostrzegła  na  jego  twarzy 

wyraz ulgi, od razu 

domyśliła się, że jest on ojcem Landy. Dziewczynka natychmiast 

wyrwała rączkę z dłoni Amelii i pobiegła w jego stronę. 

–  Tatusiu!  – 

zawołała piskliwie, a on chwycił ją  w  ramiona, uniósł do góry  i 

uścisnął. 

– 

Gdzie byłaś? Tatuś bardzo się o ciebie martwił – wyszeptał, a potem przesunął 

małą na biodro, przytrzymał zabandażowaną ręką i podszedł do Amelii. 

– 

Dziękuję.  Jestem  pani  bardzo  wdzięczny  –  powiedział  z  uśmiechem,  który  w 

background image

znacznym stopniu złagodził rysy jego twarzy. 

Nieznajomy miał brązowe oczy, gęste ciemne włosy, idealnie prosty nos i wyraźnie 

zarysowaną  szczękę.  Te  cechy  oraz  jego  szerokie  ramiona  nadawały  mu  wygląd 

człowieka bardzo pewnego siebie. Takiego, który nie dba o to, co myślą o nim inni 
ludzie. 

Patrząc na niego, Amelia poczuła dziwny ucisk w dołku, czego nie doświadczyła 

nigdy przedtem. Miała wrażenie, że niebawem wydarzy się coś niezwykłego. Wydało 

jej się to absurdalne, ponieważ ten mężczyzna nie tylko był pacjentem, lecz zapewne 

miał też żonę i gromadkę małych jasnowłosych córeczek. 

– 

Dziękuję  –  powtórzył,  podając  jej  rękę.  –  Ona  uciekła  swojej  opiekunce.  – 

Spojrzał na córkę. – Pani D. bardzo się o ciebie martwi, kotku. Szukała cię wszędzie. 

Landa wtuliła buzię w jego szyję, a on przycisnął ją do siebie jeszcze mocniej. 
– 

Myślę, że mała była okropnie przerażona – powiedziała Amelia. – No ale na 

szczęście wszystko dobrze się skończyło. Sądzę, że teraz będzie się bardzo pilnować. 

– 

Mam taką nadzieję – mruknął malarz, łaskocząc córeczkę po brzuszku. 

Landa uniosła głowę i cicho zachichotała. Amelia patrzyła na nią z coraz większą 

zazdrością. 

– 

No cóż... muszę wracać do pracy. Malarz kiwnął głową ze zrozumieniem. 

– 

Przepraszam,  że  zabrałem  pani  tyle  czasu.  Amelia  skwitowała  jego  słowa 

machnięciem ręki. 

–  Nic nie szkodzi – 

odparła,  a  potem  spojrzała  na  Landę  i  dodała:  –  Musisz 

pilnować tatusia. 

–  Tak.  – 

Dziewczynka  kiwnęła  głową  z  takim  entuzjazmem,  że  jej  włosy 

gwałtownie podskoczyły. – Do widzenia, Mil... ja. 

–  Do widzenia, kochanie – 

powiedziała  Amelia,  delikatnie  ściskając  jej  drobną 

rączkę. 

Chciałabym  mieć  takie  dziecko  jak  Landa.  Jej  rodzice  są  prawdziwymi 

szczęściarzami,  pomyślała  z  westchnieniem,  wchodząc  do  pokoju  dla  personelu  i 

włączając telewizor. 

– . Cudownie. Film o lekarzach – 

mruknęła niechętnie, ale mimo wszystko usiadła 

przed odbiornikiem. 

Dwa

dzieścia  minut  później  miała  już  powyżej  uszu patrzenia na mocno 

wymalowaną pacjentkę w bardzo wydekoltowanej szpitalnej koszuli i pantoflach na 

wysokich  obcasach,  która  trzepotała  rzęsami  na widok niezwykle przystojnego 

młodego lekarza, będąc przekonana, że tylko on może uratować jej życie. 

– Och, do diabla! – 

Rozejrzała się wokół siebie, szukając czegoś, czym mogłaby 

background image

rzucić w telewizor, ale niestety, nie znalazła niczego odpowiedniego. 

W tym momencie otworzyły się drzwi i do pokoju weszła jej przyjaciółka, Tina. 
– 

Czyżbyś znów oglądała ten tandetny serial o lekarzach? – spytała ze śmiechem, 

nalewając sobie kawę. 

– 

Oczywiście. Chcę wzbogacić mój dzień o jakiś miły akcent. 

– 

I to właśnie jest ten miły akcent? Moja droga, chyba masz bardzo nudne życie. 

– Wiem o tym. 
Nagle  odezwały  się  ich  pagery.  Spojrzały  na  wyświetlacze  i  odkryły,  że  są 

wzywane w to samo miejsce. 

– 

Oto  coś,  co  pomoże  ci  przezwyciężyć  nudę  –  mruknęła  niechętnie  Tina.  – 

Dlaczego wzywają nas obie równocześnie? 

Pracowały od wczesnego wieczoru poprzedniego dnia,  ponieważ  było  dużo 

nagłych przypadków, a teraz dochodziła trzecia w piątek po południu, więc marzyły 

tylko o tym, by jak najszybciej znaleźć się w domu. 

– 

Wezmę  to  na  siebie  –  zaproponowała  Amelia.  –  Ty  masz  właśnie  przerwę. 

Dam ci znać, jeśli będziesz potrzebna. – Wstała i podeszła do telewizora. 

– 

Nie wyłączaj go – poprosiła Tina, siadając w fotelu, który przed chwilą zwolniła 

Amelia. – 

Muszę się trochę pośmiać. W dodatku ci aktorzy są superprzystojni. 

Amelia wzr

uszyła ramionami. 

– Chyba tak – 

mruknęła, myjąc swój kubek oraz łyżeczkę. 

– 

Och, nie udawaj. Nie wmówisz mi, że ci się nie podobają. 

Amelia uśmiechnęła się i jeszcze raz zerknęła na ekran telewizora. 
– 

Może. 

Z niewiadomych powodów przypomniał jej się malarz, którego spotkała przed 

półgodziną. Był zabójczo przystojny i zrobił na niej wielkie wrażenie. Mogła wyznać 

to tylko Tinie, z którą przyjaźniła się od wielu lat. 

Poznały się, kiedy Tina odbywała praktykę w Anglii na oddziale ratownictwa. I to 

właśnie  ona  załatwiła  Amelii  trzymiesięczny  staż  w  Glenelg  General  Hospital w 

Adelajdzie.  Po  jego  zakończeniu  zamierzała  wrócić  do  Anglii,  zdać  końcowe 
egzaminy 

i uzyskać tytuł specjalisty w dziedzinie ratownictwa medycznego. 

Cieszyła ją taka perspektywa i nie chciała, by cokolwiek jej w tym przeszkodziło. 

A zwłaszcza jakiś niezwykle atrakcyjny mężczyzna. Aktorzy grający w telewizyjnych 

serialach nie stanowili zagrożenia dla jej uporządkowanego życia. Wszyscy byli jedynie 

wytworami wyobraźni scenarzystów, a zespoły garderobianych oraz charakteryzatorów 

dbały o to, żeby wyglądali na zabójczo przystojnych. Dopóki nie poznała ojca Landy, 

nieraz zastanawiała się, czy w realnym świecie istnieją tacy faceci. Mężczyźni, którzy 

background image

chętnie spędzaliby czas na łonie rodziny. 

Ten sek

sowny malarz z pewnością był właśnie taki. Cieszyła się, że spotkanie z 

nim zmieniło jej pogląd na ten temat. 

Czy wciąż jest na naszym oddziale? Czy Tina zajęła się jego ręką? – spytała się w 

duchu, postana

wiając nie podejmować tego tematu i  jak najszybciej wyrzucić  go  z 

pamięci. 

– 

Do  zobaczenia  później,  Tina.  Och,  zapomniałabym... czy nasze jutrzejsze 

spotkanie jest nadal aktualne? 

– 

Oczywiście. Jeśli zaczniemy o dziesiątej, zdążymy pójść na zakupy, a potem 

zjeść lunch. 

– 

Nie  mogę  się  doczekać  –  odparła  z  uśmiechem  Amelia,  opuszczając  pokój  i 

podchodząc  do  punktu  pielęgniarek  na  oddziale  ratownictwa.  –  Cześć,  Rosie,  już 

jestem. Co się dzieje? 

–  Zaraz przyjedzie karetka. Po lekcjach znaleziono w klasie dwoje 

nieprzytomnych nastolatków. 

– Narkotyki? 
– Nie. Alkohol. Wódka. 
Amelia westchnęła i potrząsnęła głową. 
– Wiek? 
– 

Mają po szesnaście lat – odparła Rosie, zaglądając do notatek. 

– 

W porządku. Trzeba przygotować wszystko do płukania ich żołądków. 

– 

Oczywiście. Aha, chciałam cię widzieć jeszcze z innego powodu. 

– Jakiego? – 

spytała Amelia, wzdychając. 

Obawiała się, że Rosie nie ma dla niej najlepszych wiadomości, że będzie musiała 

zostać  w  szpitalu  jeszcze  dłużej,  a  ona  marzyła  tylko  o  jednym  –  by  pomóc tym 

dzieciakom, a potem jak najprędzej wrócić do domu. 

– 

Podobno  nie  poznałaś  jeszcze  Harrisona  –  powiedziała  Rosie  scenicznym 

szeptem. 

– 

Chodzi ci o ordynatora naszego oddziału? Nie, nie widziałam go na oczy. Kiedy 

zaczęłam tu pracować w zeszłym tygodniu, on musiał akurat wyjechać. 

– 

Tak, ale już wrócił. 

–  Co? Kiedy? Gdzie jest? – 

spytała Amelia, rozglądając się wokół siebie. Nagle 

dostrzegła  seksownego  malarza  i  poczuła  mrowienie  w  całym  ciele.  Nadal  był  na 

oddziale  i  wciąż  miał  na  ręce  swój  niedbały  opatrunek.  Rozmawiał  z pielęgniarką, 
która prom

iennie się do niego uśmiechała. 

– To on – 

wyszeptała Rosie. – Ten z zabandażowaną ręką. 

background image

– 

Naprawdę? – wyjąkała Amelia, unosząc brwi ze zdumienia. 

A więc ten seksowny malarz jest w rzeczywistości lekarzem, a w dodatku moim 

szefem, pomyślała z niedowierzaniem. 

– Tak. 
W tym momencie mężczyzna odwrócił się i spojrzał w jej stronę. Amelia poczuła, 

że  zaczyna  wewnętrznie  płonąć.  Nie  mogła  oderwać  od  niego  wzroku, a on na jej 

widok  skończył  rozmawiać  z  pielęgniarką  i  podszedł  do  niej  zdecydowanym 
krokiem. 

– Doktor 

Watson, jak sądzę – powiedział z lekkim uśmiechem. – A więc znów się 

spotykamy. 

– 

Hm, jak widać... 

– 

Nazywam się Harrison Stapleton i jestem ordynatorem tego oddziału. 

– Milo mi – 

wymamrotała. – Uhm, a gdzie jest pańska córka? Mam nadzieję, że 

ktoś się nią zajmuje. 

– 

Tak.  Opiekunka  zabrała  ją  do  domu,  twierdząc,  że  obie  muszą  się  położyć  i 

odpocząć. – Potrząsnął głową. – Biedna pani D. Wzięła Yolandę do naszej stołówki 

na posiłek. Kiedy stała w kolejce do kasy, nagle stwierdziła, że Yolanda zniknęła. 

– Czy 

ona często się gubi? 

– 

Niestety, tak. A jak pani sądzi, skąd mam te – siwe włosy? – spytał, wskazując 

swoje skronie, a ona 

lekko się uśmiechnęła. 

Podobały  jej  się  jego  przyprószone  siwizną  włosy,  które  nadawały  mu 

dystyngowany wygląd. 

– Pewnie przysparza 

panu wielu kłopotów. 

– 

To prawda, ale próbujemy opanować sytuację. Problem polega na tym, że ona 

gubi się nieświadomie. 

Ta  informacja  wzbudziła  zainteresowanie  Amelii.  Z  tonu  jego  głosu 

wywnioskowała, że z Yolandą coś  jest nie w porządku.  Na twarzy dziewczynki nie 

było widać objawów jakiejś choroby, ale to nie znaczyło, że w jej umyśle nie dzieje 

się coś złego. 

– 

Tak  czy  owak,  cieszę  się,  że  jest  bezpieczna  –  powiedziała,  uświadamiając 

sobie, że nie powinna wtrącać się w jego prywatne sprawy. 

– 

Ja również. Miałem wrażenie, że w ciągu pięciu minut postarzałem się o jakieś 

pięćdziesiąt lat. 

– 

I tak pan wyglądał. 

Harrison wybuchnął głośnym śmiechem. 
– 

Dziękuję za komplement, doktor Watson. Ale zmieniając temat, przepraszam, 

background image

że nie było mnie tu w ubiegłym tygodniu, kiedy pani zaczynała pracę. 

– 

Nic nie szkodzi. Jakoś dałam sobie radę. Poza tym powiedziano mi, że wyjechał 

pan na sympozjum naukowe. 

– 

Tak, ale prawdę mówiąc, wolałbym być tutaj. 

– 

Czyżby nie spędził pan tam miło czasu? Słyszałam, że to sympozjum odbywało 

się na Gold Coast, gdzie jest przecież bardzo ładnie. 

– 

To  prawda.  Ale  ja  po  prostu  nie  potrafię  siedzieć  bezczynnie  i  słuchać 

prelegentów, mając świadomość, że w tym czasie mógłbym doskonale bawić się poza 

salą konferencyjną. 

– 

Ale wtedy nazywałoby się to wakacjami, a nie sympozjum naukowym. 

Harrison ponownie wybuchnął śmiechem. 
– 

Słuszna uwaga. 

– 

A jak pańska ręka? Czy zranił się pan, będąc na wyjeździe? 

– 

Nie.  Skaleczyłem  się  dziś  rano,  kiedy  otwierałem  puszkę  z  farbą.  To  nic 

poważnego. 

– 

Naprawdę? Czy nie trzeba jej na nowo zabandażować? 

Harrison zmarszczył brwi i spojrzał na opatrunek. 
– 

Uważam,  że  wygląda  całkiem  dobrze.  Fachowa  robota.  Wykonała  ją  urocza 

młodziutka pielęgniarka. 

– 

Bez wątpienia – mruknęła Amelia z rozdrażnieniem. 

Harrison uważnie się jej przyjrzał. Nie miała klasycznej urody, ale w jej niebieskich 

oczach dostrzegł lśniące ogniki, które bardzo go zaintrygowały. Jej kasztanowe włosy 

były na tyle krótko ostrzyżone, że z pewnością nie wymagały rano wielu zabiegów. 

Miała na sobie schludny strój służbowy. Mierzyła co najmniej metr sześćdziesiąt pięć i 

była  zbudowana  bardzo  proporcjonalnie.  W  jej  uszach  błyszczały  niewielkie  złote 

kolczyki, a z szyi zwisał stetoskop. 

– 

Myślę, że powinniśmy się przygotować – oznajmił w końcu. 

–  Do czego?  – 

Amelia  uniosła  pytająco  brwi,  nie  bardzo  wiedząc,  o  co  mu 

chodzi. 

–  Lada moment ambulans przywiezie dwoje na

stolatków,  którzy  nadużyli 

alkoholu. Czy to coś pani mówi? 

– 

Owszem,  doktorze  Stapleton.  Dziękuję,  że  mi  pan  przypomniał.  Pójdę  się 

przygotować.  A  pan  zapewne  musi  zająć  się  córką  albo  nadrobić  zaległości  w 
papierkowej robocie. 

– 

Papierkowa robota może zaczekać do poniedziałku. Idę z panią. 

–  A jak zamierza pan nam pomóc? – 

spytała,  spoglądając  wymownie  na  jego 

background image

zabandażowaną rękę. 

– 

No cóż, przy takim nastawieniu chyba w ogóle nie zaofiaruję mojej pomocy – 

odrzekł z żartobliwą nutką w głosie. – Natomiast mogę po prostu poobserwować panią 

w akcji i przekonać się, czy istotnie jest pani tak dobrą lekarką, jak twierdzi Tina. 

– 

Cóż za wspaniały pomysł! – odparła oschłym tonem, a potem odwróciła się na 

pięcie i ruszyła w stronę gabinetu zabiegowego. 

Po  chwili  zdała  sobie  sprawę,  że  doktor  Stapleton  idzie  za  nią.  Dlaczego  nie 

zostawi mnie w spokoju? – 

zastanawiała się w duchu. Nie mam ochoty na żadne testy. 

Tym  bardziej,  że  od  wielu  godzin  tkwię  w  szpitalu.  Westchnęła,  próbując  się 

zmobilizować. 

– 

Długi dyżur, co? 

– 

Owszem, i zanosi się na to, że potrwa jeszcze dłużej. 

– 

Niektórzy  powiedzieliby,  że  robienie  uszczypliwych uwag nie jest najlepszym 

sposobem wywiera

nia dobrego wrażenia na swoim nowym szefie. 

– 

A inni powiedzieliby, że szef sprawdzający swojego nowego pracownika, który 

jest na dyżurze od wielu godzin, nie zaskarbi sobie jego sympatii. 

– 

Zwłaszcza że ten podwładny zaopiekował się jego córką, a potem przekazał mu 

ją całą i zdrową – odparowała, zmuszając się do uśmiechu. 

– 

Pani uśmiech jest słodki, ale słowa niezwykle... hm, wymowne – powiedział z 

błyskiem w oczach, który ją zauroczył. 

Zaczęła  się  zastanawiać,  czy  inne  kobiety  reagują  na niego tak samo jak ona. 

Wiedziała o nim tylko tyle, że jest wdowcem, a jego żona zmarła kilka lat temu. Poza 

tym Tina powiedziała jej jeszcze, że jest uczciwym i sprawiedliwym przełożonym. 

– 

Chodźmy się przygotować, doktor Watson. 

– Ja nie jestem uszczy

pliwa, tylko mam ostry język. A to nie to samo. 

– 

Między tymi pojęciami istnieje cienka granica, Amelio Jane. 

– Po prostu Amelia. 
– 

Dlaczego? Moim zdaniem to podwójne imię bardzo do ciebie pasuje, Amelio 

Jane. 

– 

Ale jest trochę za długie. 

– 

No dobrze... W miłej swobodnej atmosferze będę zwracać się do ciebie Amelio 

Jane. Natomiast 

w czasie wytężonej pracy chyba po prostu będę wrzeszczał: Watson!, 

a wtedy natychmiast do mnie przybiegniesz. 

Tym  razem  Amelia  nie  mogła  się  powstrzymać  i  wybuchnęła  głośnym 

śmiechem. 

 

background image

Harrison  był  zadowolony,  że  oparł  się  o  ścianę,  ponieważ  czarujący  uśmiech 

Amelii  omal  nie  zwalił  go  z nóg.  Zastanawiał się,  jak  to  się  stało,  że  dopiero  teraz 

zauważył jej oryginalną urodę. Kiedy uśmiechała się do niego, przeszywał go dreszcz 
rozkoszy. Wyda

wało mu się to bardzo dziwne, ponieważ w jego życiu nie było miejsca 

na nic poza pracą i ukochaną córeczką. A jednak Amelia Jane Watson, młoda Angielka 

mówiąca  z  urzekającym  akcentem,  z  każdą  mijającą  sekundą  intrygowała  go  coraz 
bardziej. 

– 

Dziwię  się,  że  dyskutujemy  o  moim  imieniu  –  powiedziała  Amelia, 

podchodząc  do  umywalki  i  po raz  drugi  szorując  ręce.  Wycie  syreny  karetki  coraz 

bardziej się nasilało. – Przecież to tylko imię. Mam rację, Harry? 

– 

Mów do mnie Harrison, jeśli drogie jest ci życie i praca, doktor Watson. 

– Nie lubisz tego zdrobnienia, co? 
– Nieszczególnie. 
– Ono do ciebie nie pasuje, a Harrison tak. 
– 

Dziękuję. Z kolei ja sądzę, że Amelia Jane lepiej pasuje do ciebie niż Amelia. Jest 

bardziej... hm, angielskie  –  stwie

rdził,  a  ona  poczuła,  że  coraz  bardziej  ulega jego 

urokowi. 

– 

Jak na ordynatora wydajesz się niezwykle niefrasobliwy. 

– 

I taki właśnie jestem – odrzekł. 

Spojrzał jej w oczy i ku swojemu zaskoczeniu poczuł, że jej pożąda. Nigdy dotąd 

żadna kobieta nie wydała mu się tak bardzo pociągająca jak ona. Amelia Jane miała w 

sobie  coś...  może  był  to  kojący  ton  jej  głosu  lub  subtelny  zapach  perfum,  albo  po 
prostu 

to,  że  nie  sprawiała  wrażenia  osoby,  która  czułaby  przesadny respekt wobec 

swojego nowego szefa. Na pewno 

była kobietą interesującą i oryginalną. 

Usłyszeli bardzo głośne wycie syreny, które po chwili ucichło. To oznaczało, że 

karetka  zajechała  pod  szpital.  Kiedy  Amelia  wkładała  fartuch  ochronny, drzwi 

otworzyły  się  i  do  sali  weszli  ratownicy,  pchając  przed  sobą  wózki  z  pacjentami. 
Odwróciw

szy  głowę,  zobaczyła,  że  Harrison  stoi  przy  umywalce  i  szoruje  dłonie. 

Nigdzie nie dostrzegła jego przybrudzonego bandaża. 

– Co ty wyprawiasz? Uszkodzisz sobie... – 

Urwała, stwierdzając z zaskoczeniem, 

że na jego ręce nie ma nawet śladu zadraśnięcia. – Cudowne uzdrowienie? No tak, 

wcale się nie zraniłeś, prawda? 

– Drogi Watsonie, pojmujesz wszystko w mig. 
– 

Dziękuję, Sherlocku. Więc dlaczego miałeś tę rękę zabandażowaną? 

– 

Bo się w nią skaleczyłem. To nie było nic poważnego, ale moja córka uparła się, że 

zagra rolę lekarza i ją zabandażowała. 

background image

Urocza młodziutka pielęgniarka, powtórzyła w duchu Amelia, teraz rozumiejąc, co 

miał na myśli. 

– Yolanda jest niezwykle uparta jak na trzy lata – 

ciągnął z uśmiechem. 

– 

Robi wrażenie osóbki, która ma bardzo silną wolę. Nie pozostaje mi nic innego, jak 

życzyć ci szczęścia. 

Harrison jęknął i wzniósł oczy do nieba. 
– 

Zdaje  się,  że  będzie  mi  ono  potrzebne.  –  Wytarł  ręce,  włożył  kitel  i  spojrzał 

pytająco na Amelię, czekając na jej polecenia. 

– Co mamy? – 

spytała ratowników. 

– 

Dwoje  szesnastolatków.  Meg  i  Tad.  Sprzątaczka  znalazła  ich  po  lekcjach  w 

klasie. Byli pijani do 

nieprzytomności. Obok nich leżały dwie półlitrowe butelki po 

wódce. 

– 

Niezłe przyjęcie – mruknęła Amelia, wciągając rękawiczki. – Harrison, ty zajmij 

się chłopcem – poleciła. – Meg? Meg? Czy mnie słyszysz? Jestem doktor Watson. 
Meg?  – 

Poklepała  dziewczynę  lekko  po  policzku,  a  ona  wybełkotała  coś 

niezrozumiale. 

– 

Źrenice są rozszerzone – poinformowała pielęgniarka. – Ciśnienie krwi spada. 

–  Dlaczego to zrobili? – 

spytał  Harrison,  a  widząc,  że  Tad  nagle  pozieleniał, 

krzyknął: – Wiadro! 

– 

W ostatniej chwili zdążył się cofnąć, zanim Tad sam sobie zrobił płukanie 

żołądka. 

– 

Drogi  oddechowe  Meg  są  drożne  –  stwierdziła  Amelia.  –  Teraz  płukanie. 

Przewróćmy ją na lewy bok. – Wprowadziła przez jej usta sondę żołądkową. 

– Zaczynamy ssanie. – 

Spojrzała na Harrisona i spytała: – Jak Tad? 

– 

Wykonuje dobrą robotę, wymiotując to, co połknął. 

– 

Dobrze. Podaj mu węgiel aktywowany i odpowiednią do wagi dawkę sorbitolu. 

To powinno przy

spieszyć opróżnianie jelit. Czy ich rodzice są już tutaj? 

– Chyba tak – 

odrzekła pielęgniarka. 

– 

W porządku. Porozmawiam z nimi, kiedy tylko skończymy. – Spojrzała na Meg i 

westchnęła, zastanawiając się, dlaczego ta nastolatka uważa picie alkoholu za dobrą 

zabawę. 

Kiedy stan młodych pacjentów już się ustabilizował, Amelia poszła porozmawiać 

z ich rodzicami, 

którzy z  jednej strony byli zakłopotani i zaniepokojeni  postępkiem 

swoich dzieci, a z drugiej okropnie na nie w

ściekli. 

– 

Tad i Meg muszą zostać w szpitalu przynajmniej na tę noc, ponieważ trzeba 

ich  monitorować.  Chcemy  też,  żeby  spotkali  się  z  naszym  psychologiem i 

background image

porozmawiali z nim o tym, co zrobili. 

– 

Moja córka jest porządną dziewczyną! – wybuchnął ojciec Meg, a potem zaczął 

wymachiwać palcem przed nosem ojca Tada i krzyczeć: – To wszystko jego wina. To 

jego syn zdeprawował moje słodkie maleństwo. 

Między rodzicami młodych pacjentów doszło do ostrej wymiany zdań, ale Amelii 

w  końcu  udało  się  ich uspokoić.  Przez  cały  czas  miała  świadomość,  że  Harrison 

uważnie ją obserwuje. 

Kiedy nastolatków przewieziono na oddział, usiadła przy biurku, by wypisać kartę 

choroby Meg. Har

rison zajął miejsce obok niej i również zabrał się do sporządzania 

notatek. 

– Jak wyp

adłam, doktorze Stapleton? Czy zdałam egzamin? 

Harrison kiwnął głową z namysłem. 
– 

Muszę przyznać, że byłaś dość dobra, doktor Watson. 

– 

Dość  dobra?  –  powtórzyła.  –  Gdybym  znała  cię  lepiej,  wiedziałabym,  czy  w 

twoich ustach jest to pochwala, czy nie. 

Harri

son nadal robił notatki i nawet na nią nie spojrzał. 

– 

Pochwała – mruknął. 

– 

Och,  cóż  za  wspaniałomyślność.  –  Choć  w  jej  głosie  zabrzmiała  nutka 

sarkazmu,  była  zadowolona  z  jego  oceny.  –  Jeśli  skończyłeś  już  wypełniać  kartę 

choroby Tada, to zaniosę obie na oddział. 

– 

Próbujesz się mnie pozbyć, Amelio Jane? 

– 

Wzruszyła  ramionami.  Po  raz  kolejny  poczuła  bijące  od  niego  ciepło  i  była 

rozdrażniona tym, że jego bliskość tak na nią działa. 

– 

Po prostu pomyślałam, że chciałbyś spędzić resztę dnia z córką. 

– 

A jeśli jeszcze nie skończyłem cię egzaminować? 

– 

No cóż, chyba będziesz musiał przełożyć to na inny dzień, ponieważ wybieram 

się do domu – oznajmiła, biorąc obie karty choroby. – Do zobaczenia w poniedziałek, 
doktorze Stapleton. 

– 

Jeśli nie wcześniej, doktor Watson. 

Idąc  korytarzem,  Amelia  starała  się  zachować  poważny  wyraz  twarzy.  Musiała 

przyznać, że Harrison jest miły, przystojny i zabawny. W obecnej chwili nie była w 

stanie  znaleźć  w  nim  niczego,  co  mogłoby  ją  do  niego  zniechęcić.  Chciała,  by  ich 
stosunki ograni

czały się do pracy, by nie łączyło ich nic więcej. Ale, choć dopiero się 

poznali, Harrison Stapleton wywarł na niej niezatarte wrażenie. 

Weszła  do  szatni,  wzięła  szybki  prysznic,  przebrała  się  w  prywatne  ubranie  i 

wyszczotkowała włosy. Teraz mogła już wrócić do swojego apartamentu nad morzem 

background image

iw spokoju odpocząć po ciężkim dyżurze. Na szczęście budynek, w którym mieszkała, 

był położony niedaleko szpitala, więc nie potrzebowała samochodu. Jeśli pracowała 

do  późna,  zamawiała  taksówkę.  W  dodatku  wystarczyło  przejść  przez  ulicę,  by 

znaleźć się na plaży. A od centrum handlowego dzieliła ją tylko jedna przecznica. 

Wzięła  torebkę,  poinformowała  Tinę,  że  opuszcza  szpital,  i  ruszyła  w  kierunku 

drzwi frontowych. Kie

dy wyszła ze szpitala, ze zdumieniem zauważyła Harrisona, 

który stał oparty o ścianę budynku. Gdy ją zobaczył, natychmiast wyprostował się i do 
niej pod

szedł. 

– 

Och, Amelia Jane. Tutaj jesteś. A już myślałem, że cię przegapiłem. 

– 

Czy coś się stało? 

– 

Nie. Ja... hm, po prostu chciałem raz jeszcze podziękować ci za opiekę nad moją 

córeczką.  Yolanda  jest  dla  mnie  wszystkim  i  szalałem  z  niepokoju,  kiedy pani D. 

powiedziała mi, że zniknęła. Więc... hm, dziękuję. 

– 

Nie  ma  za  co.  Najważniejsze,  że  wszystko  dobrze  się  skończyło.  –  Wyjęła  z 

torebki okulary słoneczne, nadal próbując przyzwyczaić się do tego, że w Australii 

marzec to końcowy miesiąc lata, a nie zimy. – Czy coś jeszcze? 

– Masz samochód? – 

spytał. 

– 

Nie. Mieszkam niedaleko stąd. 

– 

Ja również. Na jakiej ulicy? 

– Esplanade. 
– 

Naprawdę? Pod którym numerem? Amelia zastanawiała się przez chwilę. 

– 

Uhm...  trzysta  siedemdziesiątym  piątym.  Harrison  potrząsnął  głową  z 

niedowierzaniem. 

– 

To  o  dwa  budynki  dalej  niż  ja.  Odprowadzę  cię.  Amelia  spojrzała  na  niego 

zaskoczona. 

– 

Nie trzeba. Dam sobie radę. 

–  Idziemy w tym samym kierunku, Amelio Jane. 

Jak by to wyglądało, gdybyśmy 

szli, udając, że się nie znamy... 

 

background image

Rozdział 2 

 
– 

Chyba masz rację – przyznała Amelia. 

– Zatem idziemy? 
– 

Oczywiście – powiedziała, wkładając okulary. 

Przez  chwilę  szli  w  milczeniu,  a  ona nerwowo szukała  jakiegoś  odpowiedniego 

tematu rozmowy, ale 

wpadła tylko na jeden pomysł. 

– 

Tutejsza pogoda jest o wiele ładniejsza niż w Anglii. 

Harrison kiwnął potakująco głową. 
– 

Tina mówiła, że pochodzisz z Krainy Jezior. 

– 

Zgadza się. Mieszkałam z rodzicami w Barrow. 

– 

To piękna okolica. 

– 

Byłeś tam? 

– 

Tak, w podróży poślubnej. Zwiedziliśmy z Ingą wszystko, co było do obejrzenia 

– 

odrzekł. – Jestem wdowcem – dodał pospiesznie na wypadek, gdyby o tym nie 

wiedziała. 

– 

Słyszałam – mruknęła, nie mogąc zrozumieć, dlaczego poczuła się nieswojo, kiedy 

wspomniał o swojej zmarłej żonie. – Czy wam się tam podobało? 

– 

Mnie tak, ale Inga nie była zachwycona. Zdecydowanie bardziej przypadł jej do 

gustu Londyn. 

– Och, a ja za nim nie przepadam. 
– 

Czy uważasz, że panuje tam zbyt wielki ruch i zgiełk? 

– Owszem. 
– 

Ja też tak sądzę. 

Jadący ścieżką młodzi rowerzyści przemknęli tak blisko nich, że Harrison musiał 

uskoczyć  w  bok  i  niechcący  wpadł  na  Amelię.  Chwycił  ją  za  ramiona  i mocno 

przytrzymał, chroniąc przed upadkiem. 

–  Przepraszam  – 

mruknął,  odzyskując  równowagę  i  gwałtownie  się  od  niej 

odsuwając. – Czy nic ci nie jest? 

– Nie – 

wyszeptała, potrząsając głową. Nie mogła powstrzymać reakcji swego ciała 

na jego dotyk. Mia

ła wrażenie, że nie słucha ono wydawanych przez mózg poleceń. 

– 

Całe szczęście.  Dzieciaki nigdy  nie patrzą,  gdzie jadą. Tylko jeden budynek 

dzieli nas od twoje

go domu. Czy sądzisz, że uda nam się dotrzeć tam bezpiecznie? 

– 

To może być ryzykowne, ale chyba powinniśmy spróbować – odparła, a on się 

zaśmiał. 

background image

– Doskonale! – 

zawołał, a potem ruszyli w dalszą drogę. 

Mijając  sklepy,  Amelia  spoglądała  na  wystawy.  Zatrzymała  się,  widząc  wyroby 

czekoladowe w kształcie wielkanocnych zajączków i pisanek. Harrison podążył za jej 

wzrokiem i głośno westchnął. 

– 

Czyżbyś nie przepadał za Wielkanocą? 

– 

Lubię ją, ale nie jestem zachwycony, kiedy mała wierci mi dziurę w brzuchu, 

domagając się czekoladek – wyjaśnił. 

– 

Chodzi o Yolandę? Kiwnął potakująco głową. 

– 

To zdumiewające. Kobiety zdają się genetycznie – uwielbiać czekoladę, a moja 

córka  potwierdza  tę  regułę.  Doszło  nawet  do  tego,  że  zmusza  mnie  do  oglądania 

najnowszych katalogów wielkanocnych i pokazuje, co mam jej kupić. 

– 

Jest dziewczynką, która doskonale wie, czego chce. 

– 

W końcu to moja córka – powiedział z uśmiechem ojca uwielbiającego swoje 

dziecko. – A ty? 

– 

Co ja? Chodzi ci o to, czy przeglądałam z moim ojcem wielkanocne katalogi? 

– 

Zgadłaś. – Był zadowolony, że mają podobne poczucie humoru. – Ale szczerze 

mówiąc, miałem na myśli to, czy byłaś dziewczynką, która wie, czego chce? 

Amelia zastanawiała się przez dłuższą chwilę. 
– 

Hm...  chyba  raczej  tak.  Oczywiście,  nie  zawsze  stawiałam  na  swoim,  ale  w 

przypadku wielkanocnych 

słodkości nigdy nie miałam większych problemów. 

. – 

Naprawdę? 

– Owszem. Po prostu nie jeste

m zbyt wielką amatorką czekolady. 

– 

Mówisz poważnie? – Ze zdumieniem uniósł wysoko brwi. – Naprawdę nie lubisz 

czekolady? 

Amelia wzruszyła ramionami. 
– 

Nad słodycze przedkładam pikantne jedzenie. 

– Ciekawe – 

mruknął z zadumą. 

– 

Co?  Czyżbyś  nigdy  nie  spotkał  kobiety,  która  nie  przepada  za  czekoladą? 

Ciętych kwiatów też nie lubię. 

– 

Teraz zaczęłaś mnie przerażać. I to właśnie w chwili, kiedy wydało mi się, że 

nareszcie rozgryz

łem tajemnicę płci pięknej. 

– 

Amelia  nie  mogła  stłumić  śmiechu.  Harrison  okazał  się  bardzo  miłym, 

dowcipnym i pełnym uroku mężczyzną. Wiedziała, że musi być silna, aby zapanować 
nad odruchami. 

Kiedy stanęli przed jego domem, Amelia z podziwem spojrzała na ładny piętrowy 

budynek, które

go frontowe okna wychodziły na ocean. 

background image

– 

Ładnie tu – wyszeptała. 

Harrison nonszalancko wzruszył ramionami. 
– 

Nie widzę w tym nic szczególnego... no, poza tym, że tu mieszkam. 

Amelia wybuchnęła śmiechem. 
–  A ty lubisz to miejsce? – 

spytał,  wskazując  pobliski budynek, w którym 

znajdował się jej apartament. 

– Owsz

em, lubię. Mieszkanie jest wygodne, w pełni umeblowane i niezbyt drogie. 

No a przede wszystkim blisko morza. – 

Westchnęła i spojrzała na lśniący złoty piasek i 

ciemnoniebieski ocean. – Moim zda

niem w Australii są najpiękniejsze plaże. 

– 

Nie zaprzeczę. Myślę, że tutejszy piasek jest nieco bardziej... hm, złoty niż w 

Brighton. 

Amelia kiwnęła głową. 
– 

Masz rację. I bardzo przyjemnie się po nim spaceruje... 

W  tym  momencie  powietrze  przeszył  przenikliwy  pisk.  Oboje  gwałtownie  się 

odwrócili i ujrzeli Yolan

dę,  która  z  szeroko  otwartymi  ramionami  biegła  w  ich 

kierunku. 

Harrison natychmiast pochylił się, chwycił ją i podniósł, a ona objęła go mocno 

za szyję. 

– 

Tatuś! Tatuś! – krzyczała radośnie. 

Trzymając ją w ramionach, spojrzał w stronę drzwi frontowych, w których stała 

jakaś kobieta. 

– Witam, pani D. – 

zawołał i pomachał do niej. 

– 

Wróciłeś wcześniej niż się spodziewałyśmy – odparła pani Deveraux z silnym 

angielskim akcentem.  – 

Niedawno  skończyłyśmy  odpoczywać  i  upiekłyśmy 

ciasteczka. 

– 

One są bardzo mniam mniam, tatusiu – zapewniła go Yolanda. 

– 

Lepiej  już  pójdę  –  powiedziała  Amelia,  nie  chcąc  zakłócać  czułej  sceny 

powitania. – Do zobaczenia w pracy. 

– Uh... – 

Harrison przesunął córkę na swoje biodro, nadal mocno ją obejmując, a 

ona zaczęła całować go w policzek. – Może wstąpisz? 

– 

Nie chciałabym sprawiać kłopotu. 

– 

Och, nie ma o czym mówić – oznajmiła pani D. , gestem ręki zapraszając ją do 

środka. – Przynajmniej tyle możemy zrobić w rewanżu za to, że nam pani pomogła 

odnaleźć Yolandę. Zaraz włączę czajnik, a potem wszyscy usiądziemy, wypijemy 

herbatę i zjemy ciasteczka. 

– 

To nie potrwa dłużej niż pół godziny – zapewnił ją Harrison. 

background image

Amelia wahała się, nie bardzo wiedząc, czy powinna przyjąć zaproszenie, choć 

propozycja podwieczorku w towarzystwie Harrisona, jeg

o  córki  i  pani  D.  była 

bardzo kusząca. 

– 

No  chodź,  nie  daj  się  prosić.  Pani  D.  ma  rację.  Uznaj  to  za  formę 

podziękowania.  W  końcu  to  ty  odnalazłaś  Yolandę  –  powiedział  Harrison,  ruchem 

głowy wskazując swój dom. 

Kiedy  weszli  do  środka,  Amelia  z  podziwem  patrzyła  na  wystrój  wnętrza. 

Zmierzając  do  położonej  na  tyłach  domu  kuchni  minęli  pusty  pokój,  w  którym 

dostrzegła rozłożone na podłodze brezentowe płachty, rozstawioną drabinę i puszki z 

farbą. 

– 

Zabrałeś się za remont? 

Harrison uśmiechnął się i spojrzał znacząco na swoje poplamione farbą spodnie. 
– 

To mnie odpręża. 

– 

Harrison odnowił prawie cały dom – oznajmiła pani D. – Proszę usiąść, moja 

droga – 

dodała, wskazując Amelii kuchenny taboret. – Nazywam się Deveraux, ale 

on mówi do mnie pani D. 

– Wybaczcie mi brak dobrych manier – powie

dział Harrison, sadzając Yolandę w 

dziecięcym  foteliku.  –  Pani D. , to jest Amelia Jane, która robi specjalizację  na 
naszym oddziale, a pochodzi z pani rodzinnego kraju... 

– 

Bardzo mi miło – odparła pani D. , a potem spytała: – Jaką herbatę pani pije, 

moja droga? 

– 

Bez mleka i bez cukru, dziękuję. 

– 

Pani D. była serdeczną przyjaciółką mojej matki i zajmuje pokój z tyłu domu. 

Uparcie twierdzi, że jest jej tam wygodnie i nie pozwala mi ani go przemeblować, ani 

pomalować ścian. 

– 

Święta  prawda  –  mruknęła  pani  D.  ,  wyjmując  z kredensu porcelanowe 

filiżanki. 

– 

Pamiętasz Yolandę, prawda? – ciągnął Harrison, całując córkę w czoło. 

– 

Jakże mogłabym zapomnieć? 

– 

A ty, czy pamiętasz Amelię Jane ze szpitala? – spytał. 

– Mil... ja – wyszepta

ła dziewczynka. 

– 

Miło  cię  znów  widzieć  –  powiedziała  Amelia  z  uśmiechem,  odsuwając  od 

siebie  myśli  o  tym,  że  sama  nigdy  nie  będzie  miała  tak  pięknego  dziecka.  Wciąż 

starała się pogodzić z bolesną prawdą, ale ilekroć widziała szczęśliwą rodzinę, z trudem 
powstrzy

mywała łzy rozpaczy. 

Herbata i ciasteczka były wyśmienite. Kiedy Amelia pochwaliła podwieczorek, 

background image

Yolanda natych

miast zrobiła zadowoloną minę. 

– 

Ja je upiekłam. Mieszałam mąkę i ciu... 

– Cukier – 

podpowiedziała jej pani D. 

–  Ciukier  – 

powtórzyła  Yolanda,  zsuwając  się  z  fotelika.  –  Chodź  zobaczyć 

moje laleczki – 

dodała, a potem wzięła ją za rękę i zaciągnęła do swojej sypialni, 

której ściany pomalowane były na kolor biało-różowy z kwiecistym szlaczkiem pod 
sufitem. 

Naprzeciwko szafy i różowo-bialego regału stało również różowo-białe łóżko, a na 

nim leżała dziecięca apteczka. Natomiast na podłodze rozrzucone były liczne zabawki. 

– 

Mój tatuś to zrobił – ciągnęła dziewczynka z dumą w głosie, wypuszczając z 

rączki dłoń Amelii i podbiegając do pięknego domku dla lalek. 

Amelia spojrzała na Harrisona, który stał oparty o framugę drzwi, ale on tylko 

wzruszył ramionami. 

– 

Mój  tatuś  zrobił  te  półki  –  zawołała  Yolanda,  podbiegając  do  regału.  –  I to 

łóżko. – Podbiegła do łóżka. – I ten domek dla lalek! – Położyła się na podłodze 

obok domku i otworzyła małe drzwi. 

– 

Twój tatuś to prawdziwy stolarz. – Amelia zerknęła na Harrisona, a on lekko się 

uśmiechnął. Usiadła na podłodze i zajrzała do wnętrza domku. 

– 

Jest różowo-biały – oznajmiła Yolanda z dumą. 

– Chyba lubisz te kolory, prawda? – 

spytała Amelia, doskonale znając odpowiedź, a 

dziewczynka ener

gicznie kiwnęła głową. 

– 

Jakim  cudem  na  to  wpadłaś?  –  zażartował  Harrison,  podchodząc  do  nich  i 

siadając  na  podłodze  obok córki. –  Jestem  pewny,  że  kiedy  zmieni  zdanie,  będę 

musiał wszystko pomalować na nowo. 

– 

Może do tego nie dojdzie. Moim ulubionym kolorem jest i zawsze była czerwień. 

Nigdy nie zmieni

łam upodobań i nie zamierzam tego robić. 

– 

Jej  ulubiony  kolor  to  czerwień,  nie  przepada  za  czekoladkami  ani  ciętymi 

kwiatami, przedkłada ostre potrawy nad słodycze i pije herbatę bez mleka i bez cukru 
– 

wyliczył Harrison, zdając sobie sprawę, że Amelia jest też jedyną jego podwładną, 

do której 

Yolanda poczuła wyraźną sympatię. 

– 

Robisz listę? – spytała Amelia, zastanawiając się, czy są to z jego strony zarzuty, 

czy pochlebstwa. 

– 

Muszę wiedzieć, kto jest grzeczny, a kto nieposłuszny. 

Amelia wybuchnęła śmiechem. 
– 

Przecież zbliża się Wielkanoc, a nie Boże Narodzenie. 

– 

Lubię być przygotowany. 

background image

– Wielkanoc! Wielkanoc! – 

zawołała piskliwie Yolanda. 

– 

Nie tak głośno, koteczku. Proszę – uciszył ją ojciec. 

– Wielkanoc. Wielkanoc. Czekoladki. Czekoladki. 
– 

Dziewczynka wstała i zaczęła podskakiwać, klaszcząc w dłonie. 

– 

Teraz chyba rozumiesz, o co mi chodziło? Moja córeczka ma prawdziwą obsesję 

na punkcie świąt wielkanocnych. 

Amelia zauważyła, że Yolanda nadal nosi pieluszkę i nie mówi tak płynnie jak inne 

dzieci w jej wieku. 

– 

Może pobawisz się lalkami, kotku – zaproponował. 

Yolanda natychmiast położyła się na podłodze, chwyciła dwie lalki i jedną podała 

ojcu, a drugą Amelii. 

– 

Ta jest dla ciebie, tatusiu, to chłopiec. A ta dla ciebie, Mil. , ja, to dziewczynka. 

– 

Och, dziękuję – powiedziała Amelia, biorąc od niej długowłosą blondynkę. 

– 

Nie  licz  na  to,  że  tak  łatwo  uda  ci  się  stąd  wyrwać,  Amelio  Jane.  – 

Odchrząknął i wyciągnął rękę z lalką w stronę Yolandy. – Cześć, moja mała. Czy 

jesteś już gotowa na przyjęcie? Ojej, jaką masz piękną sukienkę. 

– 

Czy na tym przyjęciu będą czekoladki? – spytała lalka głosem Yolandy. 

– 

Oczywiście.  Mnóstwo  czekoladek  –  odparł  Harrison,  a  lalka  Yolandy  zaczęła 

wesoło podskakiwać. 

Widząc miły, ciepły stosunek ojca do córki, Amelia poczuła, że do oczu napływają 

jej łzy. Przygryzła wargę i wzięła kilka głębokich oddechów, próbując zapanować nad 

sobą. To niesprawiedliwe, że nigdy tego nie zaznam, pomyślała ze smutkiem. 

– 

Co się dzieje? – spytał z niepokojem Harrison, uważnie się jej przyglądając. 

–  Nic takiego – 

odparła, potrząsając głową i zmuszając się do uśmiechu. Potem 

oddała lalkę Yolandzie i powiedziała: – To bardzo ładna lalka. Cieszę się, że o nią 
dbasz. 

– 

Bardzo ładna lalka – powtórzyła dziewczynka. 

– 

Muszę iść – oznajmiła Amelia, wstając z podłogi. 

– 

Już teraz? 

– 

Mam jeszcze kilka spraw do załatwienia, a poza tym jestem po bardzo długim 

dyżurze. – Spojrzała na Yolandę. – Do widzenia, kochanie. 

– Pa! 
– 

Tatuś zaraz wróci, koteczku. 

– Dobrze. 
Poszli  do  kuchni.  Amelia  wzięła  swoją  torebkę  i  podziękowała  pani  D.  za 

poczęstunek. 

background image

– 

Bardzo  smakowały  mi  ciasteczka,  a  herbata była  wyśmienita.  Jeszcze  raz 

dziękuję. 

– 

Naprawdę nie ma za co, moja droga. Proszę niebawem znów do nas wpaść. 

Ruszyli korytarzem w stronę wyjścia. 
– 

Dziękuję. To miło z twojej strony, że mnie zaprosiłeś – powiedziała Amelia. 

– 

Odprowadzę cię pod dom. 

– 

Naprawdę nie trzeba – zaczęła, ale on zatrzasnął już za sobą drzwi i poprowadził 

ją ścieżką. 

– 

To żaden kłopot. Czy na pewno nic ci nie jest? – spytał, kiedy mijali budynek 

dzielący ich domy. 

Amelia  potarła  dłonią  skroń  i  cicho  westchnęła.  Nie  chciała  rozmawiać  na  ten 

temat. Nie teraz i nie z Harrisonem. 

– Nic. Ja... Ona jest taka cudowna... Poza tym, 

muszę jeszcze coś załatwić. 

– 

Niestety, nie wierzę ci. 

– 

Że muszę coś załatwić? A dlaczego miałabym kłamać? 

– 

Jest coś, o czym mi nie mówisz. 

– 

Jest wiele rzeczy, o których ci nie mówię. Harrison, poznaliśmy się zaledwie kilka 

godzin temu. Nie

często otwieram się przed ludźmi. Taka już jestem. 

– 

Więc jednak coś cię martwi. 

– 

Wiele rzeczy mnie martwi. Ale jestem pewna, że to samo można powiedzieć o 

tobie,  pani  D.  czy  kimkolwiek  innym.  Nie  znaczy  to  jednak,  że  chcę  rozmawiać o 

wszystkich dręczących mnie sprawach. 

–  Zgoda  – 

przytaknął, postanawiając dłużej nie nalegać. – No i już jesteśmy na 

miejscu. Odpocznij 

po ciężkim dniu, doktor Watson. Do zobaczenia w pracy. 

 
Następny  tydzień  mijał  Amelii  bardzo  szybko.  Rzadko  widywała  Harrisona, 

ponieważ pracowali na różnych zmianach. Dopiero w czwartek, kiedy miała dzienny 

dyżur, spotkali się w stołówce. 

–  Czy to miejsce jest wolne? – 

spytał,  a  ona  uniosła  wzrok  znad  książki,  którą 

właśnie czytała, i uśmiechnęła się do niego. 

– 

Cześć.  Uhm...  tak.  Siadaj,  proszę  –  powiedziała,  ciesząc  się  w  duszy  z  tego 

niespodziewanego spotkania. 

– 

Czy to ciekawa książka? 

– 

Owszem, czytam ją już po raz drugi – odparła, wzruszając ramionami. – Co 

słychać? 

– 

Wszystko dobrze. Podobno wczoraj jadłaś podwieczorek z moją córką. 

background image

– 

Tak.  Kiedy  spacerowałam  po  plaży,  spotkałam  panią  D.  i  Yolandę,  a  one 

zaprosiły mnie do siebie. Chyba nie masz nic przeciwko temu. 

– 

Oczywiście,  że  nie.  Yolanda  była  szczęśliwa,  że  mogła  z  kimś  pobawić  się 

lalkami. Powiedziała mi, że twoje lalki poszły na przyjęcie, na którym było mnóstwo 
czekoladek. 

– Istotnie – 

przytaknęła z uśmiechem. 

– To dobrze. – 

Kiwnął głową i rozpakował swoją kanapkę. – Powiedz mi, Amelio 

Jane,  co  robiłaś  przez  kilka  ostatnich  dni,  poza  pracą,  spacerami  po  plaży  i 
podwieczorkami. 

– 

Hm,  niech  się  zastanowię.  Pracowałam,  spacerowałam  po  plaży  i  jadłam 

podwieczorki. 

– 

Tak właśnie przypuszczałem – odrzekł, a ona się roześmiała. Dostrzegł w jej 

oczach wesołe iskierki, które bardzo mu się podobały. Zaczęli rozmawiać o pacjentach i 

różnych sprawach związanych ze szpitalem. 

Nagle zabrzęczał jej pager, więc cicho westchnęła i wstała. 
– 

Przykro mi, że nie mogę dotrzymać ci towarzystwa do końca lunchu. 

Harrison wzruszył ramionami. 
– 

Lepiej idź. Jeśli każesz Rosie czekać, nie zaznasz chwili spokoju. 

– 

Kto kieruje tym oddziałem? 

– Hm... ja? 
– 

Przynajmniej tak ci się wydaje. Do zobaczenia później, Harrison. 

Kiedy  wyszła  ze  stołówki,  była  zdumiona,  że czuje się  tak  szczęśliwa.  Po  raz 

kolejny stwierdziła, że Harrison jest niezwykle miły i czarujący i że bardzo lubi z 

nim rozmawiać. 

Po  drodze  na  oddział  ratownictwa  wpadła  na  Tinę,  która  spojrzała  na  nią  z 

szerokim uśmiechem. 

– 

Widziałam, że rozmawiasz z Harrisonem – oznajmiła wymownym tonem. 

– 

Hm. On po prostu usiadł przy moim stoliku, żeby zjeść lunch – powiedziała 

Amelia, chowając książkę do kieszeni fartucha. 

– 

Czyżby odbyły się jeszcze jakieś podwieczorki? – spytała Tina. 

– 

Prawdę mówiąc, wczoraj, ale tylko w towarzystwie jego córki i jej opiekunki. 

– Och, jaka szkoda! 
– 

Niezupełnie. – Amelia zniżyła głos do szeptu i dodała: – Wiesz, jak jest mi 

trudno z ludźmi. Sporo czasu musi upłynąć, zanim jestem w stanie swobodnie z nimi 

rozmawiać. 

–  To pewnie ni

ełatwe,  skoro  co  trzy  miesiące  zmieniasz miejsce pracy – 

background image

powiedziała Tina z wyraźnym sarkazmem. – Dlaczego, u licha, zdecydowałaś się na 

to, żeby w ciągu rocznego pobytu za granicą robić specjalizację w czterech różnych 
szpitalach? 

– 

Bo chciałam jak najlepiej poznać Australię. Przecież dobrze o tym wiesz. 

– 

Owszem, ale wiem również, że to nie jest prawdziwy powód. Tak czy owak, 

muszę przyznać, że w towarzystwie Harrisona wydajesz się bardzo odprężona. 

Amelia westchnęła i ze smutkiem pokiwała głową. 
– 

I na tym właśnie polega mój problem. 

– 

Dlaczego? Przecież on jest przystojnym i bardzo zabawnym wdowcem. 

– 

Ale ma córkę. 

– 

W  twoim  przypadku  może  to  być  okoliczność  korzystna,  bo  mając  własne 

dziecko, nie przejąłby się tak bardzo tym, że ty mu go nie dasz. 

Amelia  zatrzymała  się  i  spojrzała  na  przyjaciółkę.  Nie  była  zaskoczona  jej 

szczerością. 

– 

Nie  mogę  się  angażować.  Wyjeżdżam  stąd  pod  koniec czerwca i mam plany 

związane z Anglią. 

– 

Takie, żeby nie zagrzać miejsca w jednym szpitalu przez dłuższy okres? 

Ame

lia  ruszyła  przed  siebie  szybkim  krokiem.  Na  jej  twarzy  malowało  się 

wyraźne rozdrażnienie. 

– 

Takie, żeby doświadczyć rozmaitych sytuacji na całym świecie – odparowała. 

– 

Nie widzę niczego złego w podróżach... dopóki mam takie możliwości. 

– 

Podróże? Nie. To jest raczej ucieczka. 

– Wcale nie uciekam. 
– 

Masz rację, bo niemożliwe jest uciekanie przed samym sobą. 

Amelia poczuła irytację. 
– 

Wiesz co, Tina? Idź do domu i połóż się spać. Ja muszę wracać do pracy. 

– 

W porządku. Aha, zauważyłam, że w sobotę masz wolne. Czy chcesz umówić 

się na kawę? Ja zaczynam dyżur dopiero o jedenastej. 

– Jasne. 
– 

Będziemy mogły pogadać sobie więcej... wiesz, o kim. 

– Do widzenia, Tina – 

odburknęła Amelia, a potem – pomachała do niej i ruszyła w 

kierunku punktu pielęgniarek. 

 
Spotkały  się  w  sobotę  rano.  Znalazły  trochę  czasu,  by  zrobić  sprawunki,  zanim 

Tina zacznie dyżur. Amelia kupiła buty, dwie spódnice, trzy bluzki i żakiet. 

– 

Czyżbyś miała w planie jakieś randki? – zażartowała Tina. 

background image

– 

Nie. Po prostu tutaj ubrania są o wiele tańsze niż w Anglii. 

– 

Och, wspaniały pretekst. 

– 

Mówię prawdę. 

– 

Posłuchaj, dlaczego nie przyznasz, że lubisz Harrisona Stapletona? 

– Po co? 
– 

Bo wtedy mogłabyś przedsięwziąć jakieś kroki w tej sprawie. 

– Albo nie. 
– 

To wspaniały facet. Wszyscy bardzo go lubią i szanują. Osobiście uważam, że 

byłoby cudownie, gdybyście zaczęli się spotykać. Idealnie do siebie pasujecie. 

Amelia  otworzyła  usta,  chcąc  zakwestionować  jej  punkt  widzenia,  ale  doszła  do 

wniosku, że szkoda zachodu, bo przyjaciółka na pewno nie zmieni zdania. 

– 

Sama widzisz. Nie możesz nawet zaprzeczyć. 

Amelia westchnęła z rezygnacją. 
– 

No dobrze, lubię go. W porządku? Czy teraz jesteś zadowolona? 

– 

Powinnaś skorzystać z okazji. 

– 

Tina. Mówiłam ci, że nie mam... 

– 

Oszczędź  mi  tego,  Amelio.  Już  to  słyszałam.  –  Zerknęła  na  zegarek  i 

krzyknęła: – Ojej, muszę lecieć! Do zobaczenia. 

Amelia pomachała  jej na pożegnanie. Postanowiła  wypić  jeszcze  jedną  filiżankę 

kawy, zanim zacznie 

szukać nowych kolczyków. 

Kiedy siedzia

ła  przy  stoliku,  nagle  ku  swemu  zdumieniu  ujrzała  Harrisona. 

Wychodził  właśnie  ze  sklepu  położonego  naprzeciwko  kawiarni,  niosąc  Yolandę  na 

ramionach. Pani Deveraux podążała za nimi z torbami pełnymi zakupów. Harrison o coś 

ją spytał, a ona rozejrzała się wkoło i wskazała bar kawowy, w którym właśnie siedziała 

Amelia. Harrison od razu ją dostrzegł i machając do niej, ruszył w jej kierunku. 

–  Amelia Jane – 

powiedział, kiedy do niej podeszli. – A to niespodzianka! Ty 

tutaj? 

– Owszem – 

odparła, witając się z panią D. i Yolandą, a potem wskazała krzesła 

przy swoim stoliku 

i spytała: – Czy usiądziecie? 

– 

Doskonały  pomysł.  –  Harrison  zdjął  Yolandę  z ramion. –  Najwyższy  czas 

czegoś się napić, nie sądzisz? – Pocałował córeczkę w policzek i posadził ją sobie na 
kolanach.  – 

Pani  D.  z  pewnością  skorzysta  z  chwili  przerwy  w  zakupach  i  trochę 

odpocznie. 

– 

Oczywiście – odparła, stawiając torby na podłodze. – Pora na herbatę. 

– 

A.  J.  ?  Czy  masz  na  coś  ochotę?  –  spytał  Harrison,  kiedy  podeszła  do  nich 

kelnerka. 

background image

– 

Nie, dziękuję – odparła, zdziwiona, że użył inicjałów jej podwójnego imienia. 

Kiedy  Harrison  złożył  zamówienie  i  kelnerka  zniknęła,  pochylił  się  w  stronę 

Amelii. 

– 

Czy nie masz nic przeciwko temu, żebym tak się do ciebie zwracał? 

– 

Hm... oczywiście,  że nie. Po prostu  mnie zaskoczyłeś. Prawdę  mówiąc, poza 

moimi rodzicami 

nikt do tej pory tak do mnie nie mówił. 

– AJ. bardzo do ciebie pasuje. 
–  Herbata! Herbata! – 

zawołała  Yolanda,  ześlizgując  się  z  kolan  ojca,  a  potem 

zaczęła grzebać w dużej torbie z zakupami. 

– Jest tutaj, kochanie – 

powiedziała pani D. , wyciągając pudełko i kładąc je na 

stole. 

Dziewczynka  wdrapała  się  z  powrotem  na  kolana  ojca  i  zaczęła  ustawiać  na 

plastikowych spodkach 

małe filiżanki, a następnie uniosła dzbanek i udała, że nalewa 

do nich herbatę. W tym momencie zadzwonił telefon komórkowy pani Deveraux, która 
spojrzaw

szy na wyświetlacz, z westchnieniem go włączyła. 

– Przepraszam – 

powiedziała, a potem wstała i odeszła na bok. 

Harrison spojrzał na Amelię, a później na córkę. 
– 

Yolando, czy pamiętasz Amelię Jane? Bawiła się z tobą lalkami. 

Yolanda kiwnęła głową. 
– 

Czy możesz się z nią przywitać? 

– 

Cześć,  Mil...  ja  –  wyszeptała,  a  Amelia  ponownie  odniosła  wrażenie,  że 

dziewczynce coś dolega. Yolanda podała jej filiżankę i spodek, a ona udała, że wypija 

łyk herbaty. – Uważaj. Gorąca. 

–  Dobrze  – 

odparła Amelia. Zerknęła na Harrisona i stwierdziła, że uważnie ją 

obserwuje. Oddała filiżankę dziewczynce. – Dziękuję za herbatę. Była pyszna. 

– Ona bardzo lubi podwieczorki – oznajmi

ł Harrison, nadal bacznie przyglądając 

się Amelii. 

– 

Która mała dziewczynka ich nie lubi? 

– A ty? 
– 

Wręcz  uwielbiam.  W  dzieciństwie  robiłam  dokładnie  to  co  ona,  zmuszając 

wszystkich do picia wyimaginowanej herbaty. 

– 

Czy jesteś jedynaczką? 

– Tak – 

odparła krótko, nie zamierzając kontynuować tego tematu. 

Harrison  najwyraźniej  zrozumiał,  że  ona  nie  chce  mówić  o  swojej  rodzinie. 

Przynajmniej nie tym razem. 

– 

Więc... jak ci minął tydzień? – spytał. 

background image

– 

Miałam dużo pracy. Ale na pewno o tym wiesz. 

– 

Czytałem  sprawozdania.  Czy  zadomowiłaś  się  już  w  nowym  mieszkaniu? 

Niczego nie potrzebujesz? 

– 

Nie, dziękuję. Wszystko jest w porządku – odrzekła, dochodząc do wniosku, że 

mogłaby przez cały dzień siedzieć naprzeciwko niego i patrzeć mu w oczy. – Muszę 

już iść. – Kiedy zaczęła zbierać swoje pakunki, wróciła pani D. , a kelnerka przyniosła 
zamówione napoje. 

– 

Zostań – poprosił Harrison, zanim zdążyła wstać. 

Spojrzała na niego, zastanawiając się, dlaczego Harrison nie chce, by odeszła. 
– 

Muszę jeszcze zrobić zakupy. 

– Zakupy! – 

zawołała Yolanda. 

– 

Ona uwielbia włóczyć się po sklepach – wyjaśnił Harrison. 

– A ty? 
– 

Nie znoszę. Zwłaszcza w soboty, kiedy panuje tu taki okropny ruch. 

– 

Masz rację. Mimo wszystko muszę iść. Miło było znów was spotkać. 

– Trudno – 

mruknął Harrison, wstając. – Wobec tego do zobaczenia w pracy. 

Wyszła z kawiarni i ruszyła w kierunku ruchomych schodów. Była na wysokości 

pierwszego piętra centrum handlowego, kiedy powietrze przeszył rozdzierający krzyk. 

Gwałtownie odwróciła głowę i zobaczyła, jak ciężarna kobieta traci równowagę na 

schodach jadących w dół i wpada na mężczyznę, któremu jakimś cudem udaje się nie 

upaść. 

Amelia zaczęła przeciskać się między ludźmi. 
– 

Proszę mnie przepuścić! Jestem lekarzem! – krzyczała na cały głos. 

W końcu podbiegła do leżącej na podłodze u stóp schodów kobiety i przyklękła 

obok niej. W tym mo

mencie niespodziewanie zbliżył się do nich Harrison. 

– 

To ty. Dzięki Bogu – wyszeptała z wyraźną ulgą. 

 

background image

Rozdział 3 

 
Harrison szybko zorientował się w sytuacji. 
– 

Czy  pan  jest  jej  mężem?  –  spytał  krzepkiego  mężczyznę,  który  klęczał  obok 

poszkodowanej kobiety. 

– 

Nie. Ona na mnie wpadła. 

– 

Ten pan ją złapał – wtrąciła Amelia. 

– 

Rozumiem. Proszę nacisnąć guzik zatrzymujący schody i poprosić ludzi, żeby nie 

blokowali pr

zejścia,  a  potem  skontaktować  się  z  ochroną  centrum.  Będzie  nam 

potrzebny ambulans. 

–  Czy pan jest lekarzem? – 

spytał  mężczyzna, kiedy Harrison przykucnął obok 

rannej i położył dłoń na jej brzuchu. 

– 

Oboje jesteśmy lekarzami – odrzekł Harrison. – Niech pan zrobi, o co proszę. 

– 

Czy  pani  mnie  słyszy?  –  spytała  Amelia,  mierząc  tętno  kobiecie,  która  była 

oszołomiona,  lecz  przytomna.  Dostrzegła  dużą,  obficie  krwawiącą  ranę  na jej 

ramieniu. Ucisnęła ją jedną dłonią, a drugą badała głowę poszkodowanej. – Jak ma 
p

ani na imię? – Kobieta milczała. – Jak się pani nazywa? 

– Mamusiu! Mamusiu? – 

zawołał mały chłopiec, który siedział u jej stóp i głośno 

płakał. 

– 

Jak ci na imię, kolego? – spytał Harrison, nadal sprawdzając, czy pacjentka nie 

ma jakichś złamań. 

– Ja nazywa

m się Harrison, a ona AJ. Jesteśmy lekarzami i chcemy pomóc twojej 

mamie, rozumiesz? 

Amelia uniosła powieki rannej kobiety i z ulgą stwierdziła, że jej źrenice reagują 

na światło bijące z witryn sklepów. Nagle zauważyła, że pacjentka zaczyna bardzo 

szybko  oddychać.  Obmacując  jej  głowę,  wyczuła  we  włosach  dwa  wilgotne  lepkie 
miejsca. 

– 

Zaczęły się skurcze – oznajmił Harrison. – Taki upadek może znacznie... 

– 

Przyspieszyć poród – dokończyła Amelia. 

– 

Wyczułam dwie otwarte rany na głowie. Obie krwawią, ale nie są groźne. Czy 

pani mnie słyszy? 

– 

spytała ponownie, a kobieta cicho jęknęła. – W porządku. 

–  Mamusiu?  – 

zawołał  chłopiec,  a  potem  wstał  i  zaczął  przeciskać  się  obok 

Harrisona, chcąc być bliżej matki. 

– 

Bardzo  proszę, kolego –  powiedział  Harrison,  cofając  się,  żeby  zrobić  mu 

background image

miejsce.  – 

Czy możesz mi pomóc i potrzymać  mamę za rękę? Mów do niej, bo na 

pewno lubi słyszeć twój głos. 

– Moja mamusia? 
– 

Tak. Razem pomożemy twojej mamie – zapewniła go Amelia. – Tylko trzymaj 

ją mocno za rękę. Jak masz na imię? 

– Ethan – 

wymamrotała kobieta. 

– Mamusiu! – 

zawołał malec, szeroko otwierając swoje niebieskie oczy. 

Biedactwo, pomyślała Amelia ze współczuciem. Ma nie więcej niż trzy lata. 
– 

Mamusiu!  Wstawaj!  Wstań!  –  krzyczał  chłopiec, a po jego policzkach 

popłynęły łzy. 

– 

Ethan jest cały i zdrów – zapewnił ją Harrison. 

– 

Jak pani się nazywa? – spytała Amelia. 

– Liv Davis – 

wyszeptała kobieta. 

– 

Ja mam na imię Amelia, a on Harrison. Oboje jesteśmy lekarzami. 

– Dziecko? 
– 

W porządku, ale zaczyna się niecierpliwić – odrzekł Harrison łagodnym tonem. 

– 

Odniosła pani kilka obrażeń, Liv. Sądząc po miejscowym obrzęku, prawdopodobnie 

złamała  pani  piszczel.  Ma  pani  rany  na  nogach,  rękach  i  na  głowie,  ale  może  pani 

mówić o wielkim szczęściu. 

– Ethan? 
– 

Jest trochę wystraszony, ale czuje się dobrze. 

W  tym  momencie  zjawili  się  pracownicy  ochrony  centrum handlowego z 

podręczną apteczką oraz noszami. 

– Wspaniale – 

powiedział Harrison, a Amelia otworzyła apteczkę, wyjęła z niej 

sterylny opatrunek i pr

zycisnęła go do głowy Liv. W następnej kolejności zamierzała 

opatrzyć  jej  ramię,  które  wymagało  założenia  szwów,  ale  w  tej  chwili  musieli 
skoncen

trować się na ważniejszych sprawach. 

– 

Co  się  dzieje,  Harrison?  –  spytała  pani  Deveraux,  wyłaniając  się  z  tłumu 

gapiów. 

– 

Och,  pani  D.  Dobrze,  że  was  widzę.  To  jest  Ethan  –  oznajmił,  wskazując 

chłopca. – Czekamy na karetkę, a na razie musimy przenieść jego mamę do jakiegoś 

ustronnego pomieszczenia. Może przez ten czas zaopiekujecie się nim, dobrze? 

– 

Oczywiście – odparła pani D. 

– 

Tatuś!  –  zawołała  Yolanda,  podbiegając  do  niego.  –  Czy robisz dziecko? – 

spytała, pokazując palcem brzuch kobiety. 

– Raczej odbieram – 

poprawił ją odruchowo. – Podejdź do Ethana i przywitaj się 

background image

z nim. 

– 

Cześć. Mam trzy lata. – Uniosła w górę trzy palce. – Jestem dużą dziewczynką 

– 

dodała z dumą. 

– 

Ja też mam trzy. – Ethan wypiął pierś, spoglądając na nią z wyższością. 

Amelia skończyła bandażować głowę rannej kobiety. 
– 

Chyba  trzeba  podać  jej  jakiś  środek  przeciwbólowy,  zanim  położą  ją  na 

noszach. 

– 

Liv? Czy jest pani na coś uczulona? – spytał Harrison. 

– Nic mi o tym nie wiadomo. 
– 

Czy miała pani jakieś problemy przy porodzie Ethana? 

– 

To był poród pośladkowy. 

Harrison położył dłoń na jej brzuchu, chcąc wyczuć pozycję dziecka. 
– 

Na szczęście tym razem się na to nie zanosi. 

Pacjentka nagle jęknęła, napięła mięśnie i zaczęła przeć. 
– 

Musimy  natychmiast  ją  stąd  zabrać!  –  krzyknął  Harrison,  gestem  ręki 

przywołując pracowników ochrony. – Czy przechodziliście kurs pierwszej pomocy? 

– 

Oczywiście. 

– 

To  dobrze.  Muszę  mieć  coś,  czym  mógłbym  unieruchomić  jej  nogę.  I  to 

natychmiast. Amelia, – 

podaj mi bandaże. Przysuńcie nosze bliżej. Pani D. , proszę 

czymś zająć Ethana, żeby nie plątał się nam pod nogami. 

– 

Bolą mnie plecy. Mój brzuch! Dziecko! – jęczała Liv. 

– 

Świetnie sobie pani radzi. Jesteśmy tu, żeby się panią zająć. Zanim zdąży się 

pani zorientować, będziemy już w szpitalu. Niestety, nie możemy podać pani środka 

przeciwbólowego,  dopóki  któreś  z  nas  nie  przeprowadzi  badania  wewnętrznego. 
Poród mo

że  się  zacząć  lada  chwila  –  rzekła  Amelia,  przecierając  chusteczką 

higieniczną oczy kobiety. 

– Ethan? 
– Jest tu obok – 

zapewnił ją Harrison. – Rozmawia z moją trzyletnią córeczką. 

Kiedy  wrócił  ochroniarz,  Harrison  unieruchomił  lewe podudzie Liv. W tym 

cza

sie Amelia zrobiła z kilku bandaży prowizoryczny kołnierz usztywniający, żeby 

w trakcie transportu zabezpieczyć jej szyję. 

– 

W porządku. A. J. , ty wsuniesz ręce pod jej głowę i ramiona. Pan... – gestem 

ręki przywołał ochroniarza – pan pod nogi, a ja pod plecy. Przysuńcie nosze jeszcze 

bliżej. Niech ktoś każe zrobić nam przejście, żebyśmy mogli zanieść ją do pokoju. Nie 

możemy przeciskać się między gapiami. Pani D. ? 

– 

Dzieci są ze mną – zawołała pani Deveraux. – Aha, wezmę też torby pani 

background image

Amelii. 

– 

Dziękuję, pani D. 

Zanieśli Liv do niewielkiego pokoju, w którym były krzesła, łóżko i umywalka. 

Zostawili ją jednak na noszach, nie chcąc niepotrzebnie jej ruszać. 

Liv poprosiła, by zawiadomić jej matkę, więc ochroniarz natychmiast pobiegł do 

telefonu. Kiedy spyta

li ją o ojca nienarodzonego jeszcze dziecka, odparła, że on już 

się nie liczy. 

– Liv? – 

zaczęła Amelia, wciągając rękawice. – Teraz sprawdzę rozwarcie. Czy 

jest pani gotowa? 

– Tak. 
Pomogli  jej  się  rozebrać,  a  potem  Harrison  przykrył  ją  kocem,  który  znalazł  w 

szafce pod umywalką. 

– 

Czy odebrałaś dużo porodów, AJ. ? – spytał. 

– 

Kilka, ale od jakiegoś czasu nie miałam okazji... 

– 

To jest jak jazda na rowerze. Tego nigdy się nie zapomina. No to do dzieła. 

– Tak jest, szefie. 
Harrison  spojrzał  jej  w  oczy.  Za  każdym  razem,  kiedy  spotykał  ją  w  szpitalu, 

dochodził do wniosku, że jest ona naprawdę piękną kobietą. Dotyczyło to zarówno jej 

urody, jak i duszy. Chciał też dowiedzieć się, co zasmuciło ją tego popołudnia, gdy była 

u niego na podwieczorku. Dzisiaj dostrzegł na jej twarzy ten sam wyraz bólu, kiedy 

Liv  ścisnęła  rączkę  Ethana,  chcąc  dodać  mu  otuchy.  To  podsunęło  mu  pewne 
podejrzenie. 

Czyżby w przeszłości straciła dziecko? – zastanawiał się w duchu, postanawiając 

dociec prawdy. 

– 

Liv, czy przed przyjściem do centrum bolały panią plecy lub brzuch? – spytała 

Amelia, zaczynając badanie. 

– 

Trochę. Ostatniej nocy bardzo źle spałam, ale w końcu można było się tego 

spodziewać. 

– 

Czy  na  ruchomych  schodach  straciła  pani  równowagę,  czy  może  ktoś  panią 

popchnął? 

– Ja... hm, 

chyba straciłam równowagę. 

– 

Czy potrafi pani odtworzyć całe zajście? Liv zamknęła oczy. 

– Tak – 

odparła po chwili namysłu. 

– 

To dobry znak. Nie doszło więc do zaniku pamięci.  Czy  zauważyła pani,  że 

odeszły pani wody? 

–  Co takiego? Nie – 

odrzekła  Liv,  a  potem  gwałtownie  wciągnęła  powietrze. – 

background image

Dziś rano, kiedy brałam prysznic, odniosłam dziwne wrażenie... ale sądziłam, że po 

prostu pęcherz nie trzyma... 

– 

Czy potem czuła się pani bardziej ociężała? 

– 

Jak teraz o tym pomyślę, to istotnie tak było. 

– 

W  porządku,  wody  zdecydowanie  odeszły,  bo  nastąpiło  pełne  rozwarcie  – 

oznajmiła Amelia. – Dziecko jest już w drodze. 

– 

Och! Czy ono... Wszystko jest w porządku, prawda? – spytała Liv ze łzami w 

oczach, chwytając Harrisona za rękę. 

– 

Poród  pośladkowy  jest  wykluczony,  jeśli  o  to  pani chodzi –  zapewniła  ją 

Amelia. – 

Widzę już główkę. Czy poprzednim razem poród trwał długo? 

– 

Owszem, i zakończył się cesarskim cięciem. 

– 

Następne dziecko zazwyczaj przychodzi na świat znacznie szybciej. 

– Kiedy mija termin porodu? – 

spytał Harrison. 

– Za dwa tygodnie. 
– 

To maleństwo najwyraźniej nie może się już doczekać. 

–  Strasznie mocno kopie – 

wycedziła  przez  zęby  Liv,  kiedy  nastąpiły  kolejne 

skurcze. 

– 

Tak,  dobrze.  Proszę  oddychać.  Świetnie!  Wspaniale pani sobie radzi, Liv. 

Główka jest tuż-tuż! 

– 

oznajmiła  Amelia  z  uśmiechem,  a  potem  spojrzała  na  Harrisona  i  spytała:  – 

Czy  mógłbyś dowiedzieć  się, kiedy przyjedzie karetka? Harrison kiwnął głową i 

wyszedł. 

– 

Będzie za jakieś pięć minut – oznajmił po chwili. 

– 

Dobrze. W porządku, Liv. Przy następnym skurczu musi pani naprawdę mocno 

przeć. Zdaję sobie sprawę, że to trudne i nieprzyjemne, ale konieczne. 

– 

Boli mnie głowa. 

–  Nic dziwnego – 

odparł  Harrison  łagodnym  tonem.  –  Niedługo  będzie  pani 

mogła odpocząć. 

Wyciągnął z szafki pod umywalką jeszcze jeden koc i rozłożył go na krześle. Z 

podręcznej apteczki wyjął nożyczki i tasiemkę, którą pociął na kawałki odpowiedniej 

długości do zawiązania pępowiny. 

– 

Doktorze, proszę podać mi rękę! Muszę ją ściskać – wyszeptała Liv, a Harrison 

natychmiast do niej 

podszedł. 

Amelia była pod wrażeniem jego zachowania. Odnosił się do pacjentki z sympatią, 

troską i zrozumieniem. Miał do niej wspaniałe pokrzepiające podejście, dzięki czemu 

potrafiła zachować spokój. Zagadywał ją i dodawał jej otuchy. 

background image

Liv znó

w zaczęła przeć. 

– 

W porządku. Dobrze. Jeszcze raz i główka będzie na zewnątrz – zachęcała ją 

Amelia.  – 

Oddychać!  Proszę  oddychać!  Jest!  Wspaniale!  Jeszcze  trochę!  Tak! 

Świetnie! 

Po chwili noworodek leżał już na rękach Amelii, która otuliła go kocem. 
– Ma 

pani chłopca, Liv – oznajmił Harrison, pokazując jej synka, a ona uniosła 

drżącą rękę i pogłaskała palcem jego policzek. 

– Jest cudowny – 

powiedziała Amelia z uśmiechem. 

W tym momencie do pokoju weszli ratownicy 

i  zajęli  się  Liv  oraz  jej  nowo 

narodzonym synkiem. 

– 

Muszę się przebrać, Harrison – oznajmiła Amelia, pokazując plamy na ubraniu. – 

Dobrze się składa, że wcześniej zrobiłam zakupy. 

– Istotnie – 

przyznał, chwytając ją za rękę. – Świetna robota, AJ. – Spojrzał na 

nią w taki sposób, że jej serce zaczęło bić w przyspieszonym tempie. 

–  Ja... uhm – 

wymamrotała,  uwalniając  dłoń  z  jego  uścisku  i  gwałtownie  się 

cofając. – Muszę się przebrać – powtórzyła, a potem odwróciła się i wyszła z pokoju. 

Kiedy pani D. ją zobaczyła, natychmiast podała jej torby z zakupami. 
– 

Sądzę,  że  mogą  się  pani  przydać  –  powiedziała,  a  Amelia  podziękowała  jej  i 

poszła  do  najbliższej  damskiej  toalety.  Pospiesznie  zmieniła  ubranie,  stanęła  przed 

lustrem i spojrzała na swoje odbicie. 

–  To nic takiego – 

mruknęła  pod  nosem.  –  Między  wami  nie  dzieje  się  nic 

szczególnego. Po prostu zapomnij o nim. On jest twoim szefem i na tym koniec. 

Opłukała twarz chłodną wodą i wytarła papierowym ręcznikiem, a później palcami 

przeczesała  włosy.  Zebrała  swoje  rzeczy  i  wyszła  na  korytarz.  Położyła  torby  pod 

ścianą i dogoniła Liv, którą ratownicy wieźli na noszach. 

– 

Jak się pani czuje? – spytała. 

– Jestem wyczerpana – 

odparła Liv z uśmiechem. 

– 

To zrozumiałe. Czy pani matka już przyjechała? 

– 

Tak,  przed  chwilą  –  powiedział  Harrison,  wychodząc  z  pokoju, w którym 

odebrali dziecko. Towa

rzyszyła mu matka Liv, tuląc w ramionach nowo narodzonego 

wnuka. 

– 

Ale  państwo  oboje  pojedziecie  do  szpitala,  prawda?  –  spytała  Liv,  patrząc 

błagalnym wzrokiem na Amelię i Harrisona. 

– 

Oczywiście – zapewniła ją Amelia. 

– Do zobaczenia na miejscu – 

dodał Harrison, kiedy ratownicy ruszyli z noszami 

w stronę ambulansu, a Ethan oraz jego babcia z noworodkiem na rękach podążyli za 

background image

nimi. 

Amelia  doszła  do  wniosku,  że  jej  rola  dobiegła  końca  i  pospiesznie  chwyciła 

swoje torby. 

– Pani D. – 

zaczął Harrison. – Proszę zabrać Yolandę do domu. Ja pojadę z AJ. 

do szpitala. To nie 

powinno potrwać zbyt długo. 

– 

Oczywiście – odparła pani D. 

– 

Tatuś też do domu! – zawołała Yolanda. 

Harrisson pochylił się i pogłaskał ją po włosach. 
– Tatu

ś musi pojechać do szpitala. Tylko na krótko i zaraz... 

– Nie! – 

Yolanda tupnęła nogą. – Nie. Mój tatuś. 

– 

Chyba nie spodobało jej się, że wziąłeś na ręce tamto dziecko – wyjaśniła pani 

D. półgłosem. 

– 

Nie będę tam długo, koteczku. 

–  Nie, tatusiu! – 

zawołała  ze  łzami  w  oczach,  rzucając  mu  się  na  szyję,  a  on 

mocno ją przytulił. 

– 

Ona  jest  zmęczona  –  stwierdziła  pani  D.  –  Chodź,  Yolando.  Tatuś niedługo 

wróci. Byłaś bardzo – grzeczna, więc w domu czeka cię coś przyjemnego. Będziesz 

mogła  obejrzeć  w  telewizji  swój ulubiony program,  tańczyć,  śpiewać  i  dobrze  się 

bawić. 

– 

Chcę tatusia – nalegała z uporem dziewczynka. 

– Wracaj z nimi do domu – 

zaproponowała Amelia, widząc wahanie Harrisona. – 

Zajmę się Liv. 

– 

Ale powiedziałem jej, że... 

– 

Ona też ma trzyletnie dziecko, więc na pewno to zrozumie. Spędź resztę dnia z 

rodziną. 

– 

Dziękuję, Amelio. 

– 

Nie ma za co. Jeśli chcesz, to wracając ze szpitala, mogę ci podrzucić aktualne 

dokumenty. 

– 

Nie trzeba. Mogą zaczekać do poniedziałku. 

Amelia była nieco zawiedziona jego reakcją, ale nie dała tego po sobie poznać. 
– 

Oczywiście. Życzę miłego popołudnia. 

– 

Ja tobie również. Nie siedź zbyt długo w szpitalu. Do widzenia, AJ. – rzekł i 

odszedł. 

Amelia odniosła wrażenie, że pożegnał ją na zawsze. 
 

background image

Rozdz

iał 4 

 
Tej nocy Amelia nie spala zbyt dobrze. Ciągle zastanawiała się, czy nie popełniła 

jakiejś gafy w stosunku do Harrisona. Choć polubiła tego mężczyznę i jego śliczną 

córeczkę, doskonale wiedziała, że wzajemne zauroczenie do niczego nie doprowadzi. 
Wci

ąż nie mogła zapomnieć wczorajszego pożegnania, a nie chciała, żeby myśli o nim 

nieustannie za

przątały jej umysł. 

W  niedzielę  miała  dzienny  dyżur.  Przyszła  do  szpitala  wcześnie  rano, 

przygotowana na wszystko, 

co zgotuje jej los. Zepchnęła chwilowo Harrisona i jego 

córkę na dalszy plan. W końcu czerwca ma wyjechać z Australii i wrócić do Anglii, 

musi więc skupić się na pracy, by osiągnąć wyznaczony cel. 

Kiedy w przerwie między pacjentami podeszła do stanowiska pielęgniarek, Rosie 

dostała właśnie wiadomość z ambulansu, który był już w drodze do szpitala. 

– 

Och, mój Boże! – jęknęła Rosie, odkładając słuchawkę. 

– 

Co się stało? – spytała Amelia. 

– 

Karetka wiezie do nas opiekunkę Yolandy. Podobno upadła i nie była w stanie 

się ruszyć. Podejrzewają złamanie stawu biodrowego. 

– Pani Deveraux? Och, biedaczka. 
– 

Jeśli  trafi  do  nas  członek  rodziny  lub  krewny  –  któregoś  z  pracowników 

oddziału, zazwyczaj wzywamy szefa – oznajmiła Rosie, wstając. 

–  To znaczy Harrisona – 

mruknęła  Amelia,  ruszając  w  kierunku  gabinetu 

zabiegowego. – Kiedy karet

ka może tu być? 

– 

Za jakieś pięć minut. 

– 

W  porządku.  Gdzie  jest  ten  skomplikowany  nowy cyfrowy aparat 

rentgenowski? 

– 

Ja się tym zajmę – oznajmiła Rosie. 

– 

Wezwij ortopedę i anestezjologa. Jeśli to istotnie złamanie, może trzeba będzie 

wymienić całe biodro, a wtedy Harrison zażąda, żeby jak najszybciej ją zoperować. 

– 

Wszystko załatwię; 

– 

Niech przygotują całą dokumentację pani Deveraux. Musimy wiedzieć, jaką ma 

grupę krwi i na co jest uczulona – dodała Amelia, wchodząc do gabinetu. 

Zaczęła  się  zastanawiać,  jak  doszło  do  tego  upadku.  Czy  Yolanda  była  jego 

świadkiem? Czy bardzo się tym przejęła? Czy Harrison był wtedy w domu, czy też 

poszedł pobiegać po plaży? 

Kiedy  usłyszała  syrenę  zbliżającej  się  karetki,  wyszła  przed  budynek.  Nie  była 

background image

zaskoczona widokiem 

Harrisona,  który  otworzył  drzwi  i  wyskoczył  z  karetki, gdy 

tylko zatrzymała się przed szpitalem. 

– 

Chodź, koteczku – powiedział, wyciągając ręce do córki. 

– Nie! – 

zawołała piskliwie Yolanda. 

– 

Cześć!  –  Amelia  zajrzała  do  wnętrza  karetki  i  zauważyła,  że  dziewczynka 

mocno tuli się do pani D. – Och, Yolanda! Czyżbyś przyjechała odwiedzić mnie w 
pracy?  – 

spytała  z  wyrazem  radości  na  twarzy,  a  mała  zerknęła  na  nią  z 

zaskoczeniem. 

Amelia dostrzegła jej mokre od łez policzki i zdała sobie sprawę, że Harrison miał 

zapewne  bardzo  ciężki  poranek.  Pani  D.  również  starała  się  nakłonić  Yolandę  do 
opuszczenia karetki. 

– 

Jeśli pójdziesz ze mną, sanitariusze będą mogli zająć się twoją opiekunką. Potem 

pozwolę ci zbadać jej serce moim stetoskopem, bo jesteś świetnym lekarzem. Co ty na 
to, kochanie? 

– Jestem lekarzem – 

powiedziała Yolanda, odsuwając się nieco od pani D. 

– 

Wspaniałym  lekarzem  –  poprawił  ją  Harrison,  ponownie  wyciągając  do  niej 

ręce. 

Choć ratownicy zaczęli się już niecierpliwić, on doskonale wiedział, że nie wolno 

mu nic robić na siłę, ponieważ Yolanda może dostać napadu złości. A tego za wszelką 

cenę chciał uniknąć. 

– 

To  prawda.  Pamiętam,  jak  ładnie  zabandażowałaś  tatusiowi  rękę  –  przyznała 

Amelia, a Harrison 

miał ochotę uściskać ją z  wdzięczności. – Popatrz, kochanie – 

dodała, pokazując jej stetoskop. – Chodź do mnie. Pozwolę ci go potrzymać, a w tym 
czasie 

pani D. pojedzie do szpitala na specjalnym łóżku... 

– 

Ja też chcę pojechać. 

Amelia spojrzała na stojącego przy drzwiach sanitariusza, który z zaciekawieniem 

przyglądał się całej scenie. 

–  Czy dysponuje pan wolnym wózkiem, który mo

głabym na chwilę pożyczyć? – 

zapytała. 

– Jasne – 

odparł. 

– Ojej! – 

zawołała pani D. – Wolałabym jechać na – twoim wózku, a nie na łóżku. 

Masz wielkie szc

zęście, Yolando. 

Dziewczynka natychmiast podbiegła do ojca, który wziął ją na ręce i posadził na 

wózku. Amelia 

podała jej stetoskop, a ona chwyciła go, włożyła do uszu i zaczęła 

słuchać bicia swojego serca jak prawdziwy zawodowiec. 

– 

Najwyraźniej robiła to już wcześniej – stwierdziła Amelia, uśmiechając się do 

background image

Harrisona. 

– 

Dziękuję. 

– Nie ma za co – 

odparła, pchając wózek w stronę wejścia do szpitala. 

– 

Zejdźcie z drogi! – wołała po drodze Yolanda. 

Amelia postawiła wózek obok drzwi gabinetu zabiegowego. 
– 

Chodź, Yolanda. Zobaczymy, jak czuje się pani D. – powiedziała, ujmując jej 

rękę i wprowadzając do pokoju. – Widzisz? Wszystko w porządku. 

– 

Chcę słuchać – oznajmiła Yolanda, wskazując stetoskop. 

– 

Wobec tego najpierw sprawdź,  jak bije  moje  serce, dobrze? – zaproponowała 

Amelia, przykucając obok niej. 

– 

Pokaż język, Mil... ja! – rozkazała Yolanda, a Amelia posłusznie wykonała jej 

polecenie. – Powiedz: „a”. Dobrze. Teraz pani D. 

– 

Zgoda, ale muszę cię podnieść. 

Yolanda natychmiast wyciągnęła ramiona, a Amelia wzięła ją na ręce i delikatnie 

pocałowała w policzek. 

– 

Och, ten język niedobry. Potrzebna operacja – oznajmiła Yolanda, osłuchując 

serce pani D. 

– 

Ona jest całkiem niezła – stwierdziła Rosie, chichocząc. 

– 

A  czego  się  spodziewałaś?  W  końcu  jest  nieodrodną  córką  swojego  ojca  – 

oświadczył z dumą Harrison. – Żałuję, że nie jestem w stanie postawić diagnozy na 

podstawie oględzin języka pacjenta. 

– 

Wszystkim nam oszczędziłoby to dużo czasu – przyznała Amelia. – Doktor 

Yolando, czy uważa pani, że trzeba zrobić prześwietlenie? 

– 

Tak. Prześwietlenie od razu – odparła dziewczynka po chwili namysłu. – Teraz 

muszę pisać – dodała, wyślizgując się z objęć Amelii i oddając jej stetoskop. 

– 

Dobrze, pójdziemy do pielęgniarek i wszystko zapiszemy – powiedziała Amelia, 

a Harrison kiwnął głową, mrugając do niej porozumiewawczo. 

Amelia zaprowadziła Yolandę do stanowiska pielęgniarek i posadziła obok siebie 

przy stole. Dała jej kartkę oraz długopis. Dziewczynka zaczęła coś gryzmolić, przez 

cały czas mamrocząc. Amelia zrozumiała jedynie dwa słowa: „język” i „operacja”. 

Kiedy  Harrison  przyszedł  po  córkę,  ona  nadal  była  pochłonięta  rysowaniem 

różnych zawijasów. 

– 

Czy ty również mamroczesz, robiąc notatki? – spytała go Amelia z uśmiechem. 

– 

Możliwe – odparł z zakłopotaniem, wzruszając ramionami. – Mamy już zdjęcia 

rentgenowskie. 

– 

Co o nich sądzisz? 

background image

– 

Chodź  i  oceń  sama.  Yolanda?  Czy  ty  też  chcesz  je  zobaczyć?  –  spytał,  a  ona 

natychmiast przerwała swoją „pracę” i chętnie do niego podeszła. Potem wszyscy troje 

udali się z powrotem do gabinetu zabiegowego. 

– 

Nie wydajesz się przesadnie zmartwiony, więc chyba wyniki są zadowalające – 

oznajmiła Amelia. 

– 

Lepsze, niż się spodziewałem. 

Amelia spojrzała na zdjęcia i pokiwała głową. 
– 

Doskonale! Panewka jest nienaruszona, a główka kości udowej wygląda dobrze. 

Pani  D.  ,  można  powiedzieć,  że  złamała  pani  szyjkę  kości  udowej  we  właściwym 

miejscu. Gdyby było to trochę wyżej, czekałaby panią wymiana całego biodra. 

– To samo mówi Harrison. 
– 

Ja też – wtrąciła Yolanda. 

– 

Jesteś najlepszym małym doktorem – stwierdził jej ojciec, całując ją w policzek. 

– 

Dużym doktorem – poprawiła go dziewczynka. 

– 

Tak, oczywiście. Przepraszam. 

W tym momencie zjawił się chirurg ortopeda. 
– 

Złamanie  można  łatwo  zespolić  za  pomocą  kilku  śrub,  a  jeśli  będzie  trzeba, 

zastosujemy metalową płytkę. Taka operacja powinna potrwać jakieś czterdzieści pięć 
minut – 

powiedział. 

– 

O której moglibyście zacząć? – spytał Harrison. 

– 

Myślę, że około trzeciej po południu. 

– Wspaniale. – 

Harrison pożegnał się z ortopedą oraz anestezjologiem i zostawił 

panią D. pod ich opieką. 

– 

Czy  wybieracie  się  teraz  do  domu?  –  spytała  Amelia, kiedy wrócili do 

stanowiska pielęgniarek. 

– 

Nie. Chyba pokręcimy się gdzieś w pobliżu. 

– 

Ale przecież do operacji jest jeszcze bardzo dużo czasu. Czy Yolanda się nie 

znudzi? 

– Nie. Ona jest przyzwyczajona do szpitala. Poza 

tym na pewno zechce pójść do 

zoo. 

– 

Amelia zmarszczyła brwi. 

– 

Myślałam, że zamierzacie zostać... 

Na  dźwięk  słowa  „zoo”  Yolanda  zaczęła  podskakiwać  z  radości,  klaszcząc  w 

dłonie. 

– Zoo! Zoo! – 

wołała. 

– 

Chyba czegoś nie rozumiem. Zoo jest w mieście, prawda? 

background image

– 

Chodź, pokażemy AJ. zoo, dobrze? – powiedział Harrison, biorąc córkę za rękę, 

a ona bez chwili namysłu kiwnęła głową i chwyciła dłoń Amelii. – No to ruszamy. 

Poszli korytarzem w kierunku wind. 
– 

Ja  zrobię  –  zawołała  Yolanda,  podbiegając  do  przycisków.  Kiedy  wsiedli  do 

kabiny, nacisnęła guzik trzeciego piętra. 

– 

Czyżby w szpitalu było zoo? Przecież to niezgodne z przepisami. 

– 

Ona  tak  nazywa  oddział  dziecięcy,  ponieważ  w  pokoju  zabaw  jest  pełno 

pluszowych zwierzaków. – 

Mówiąc to, połaskotał córeczkę po brzuszku. 

– 

Och. Nie miałam jeszcze okazji odwiedzić pediatrii. 

– 

Dlatego właśnie tam cię prowadzimy. 

Kiedy  winda  zatrzymała  się  na  trzecim  piętrze,  Yolanda  natychmiast  z  niej 

wyskoczyła  i  pobiegła  korytarzem.  Harrison  pospieszył  za  nią,  doskonale  wiedząc, 

dokąd córka zmierza. 

– 

Mała na pewno zna tu każdy zakamarek. 

– 

Jak  mówiłem,  jest  przyzwyczajona  do  tego  szpitala.  Często  bywała  na  tym 

oddziale. 

– 

Och. Czyżby chorowała? 

– Nie – 

odrzekł po chwili namysłu. – Jednak miała tu regularne spotkania... – Nie 

dokończył, bo Yolanda już stała przed bramką „zoo”, czekając na moment, w którym 

wpuści ją do środka. 

– 

Pójdę uprzedzić pielęgniarkę, że Yolanda jest tutaj – powiedział i zniknął za 

drzwiami. 

Gdy wrócił, od razu podszedł do córki. 
– 

Wszystko  w  porządku,  koteczku.  Zostaniesz  tu,  dopóki  tatuś  po  ciebie  nie 

przyjdzie. 

– Dobrze. 
– 

Co ona zrobi, jeśli będzie potrzebowała cię wcześniej? – spytała Amelia. 

– 

Co zrobisz, jeśli będziesz potrzebowała tatusia? 

– 

Pójdę do dozorczyni, a ona pójdzie po tatusia – odparła Yolanda. 

– 

Przypuszczam, że dozorczynią jest siostra oddziałowa. 

– 

Zgadza się, doktor Watson. 

Kiedy wrócili na oddział ratownictwa, Harrison natychmiast poszedł sprawdzić, jak 

czuje się pani D. Natomiast Amelia wzięła od Rosie karty swoich pacjentów i udała się do 

izby przyjęć. Po dwóch godzinach, gdy robiła notatki, przyjechał następny ambulans. 

Sanitariusze  wwieźli  na  wózku  pacjentkę,  która  obrzucała  wyzwiskami  cały 

personel. Amelia, uprze

dzona o tym przypadku, od razu ruszyła w ich stronę. 

background image

– June? – 

zaczęła, spoglądając na jej duży brzuch. 

– 

Proszę się uspokoić. 

Ciężarna  nie  przestawała  przeklinać,  .  a  jej  nieświeży  oddech  przesiąknięty  był 

odorem alkoholu. 

– Zostawcie mnie! 

Nic nie muszę robić. Chcę wracać do domu. Nie możecie mnie 

tu zatrzymać – krzyczała, chwytając się za serce. 

– 

Muszę panią osłuchać, June – powiedziała Amelia, wkładając do uszu słuchawki 

stetoskopu. 

– 

Odejdź! Zjeżdżaj... 

– 

Co tu się dzieje? – spytał Harrison tak głośno, że Amelia nerwowo podskoczyła. – 

Zakłóca pani spokój na oddziale. Proszę pozwolić doktor Watson zrobić niezbędne 
badania. 

Jego podniesiony głos wyraźnie przestraszył pacjentkę, więc Amelia wykorzystała 

sytuację i osłuchała jej serce. 

– 

Tachykardia. Trzeba zrobić badanie krwi i sprawdzić poziom alkoholu. Palce u 

rąk  są  spuchnięte.  Kostki  również.  Należy  pobrać  próbkę  moczu  i  natychmiast 

wezwać położną. Możliwy stan przedrzucawkowy. 

– 

Wy... Nie możecie... jazda stąd... ! 

– To wszystko z powodu alkoholu – 

uznał Harrison. – Nie wolno dawać pacjentce 

niczego, dopóki 

nie obejrzy  jej położna. Proszę wezwać psychologa.  – Spojrzał na 

June. – 

Myślę, że przyda się pani lekcja na temat szkodliwego wpływu alkoholu na 

pani nienarodzone dziecko. 

June 

splunęła na niego, ale chybiła. 

– 

Cóż za czarujące maniery! Powinna pani zdawać sobie sprawę, że pani stan jest 

poważny.  Zarówno  pani,  jak  i  dziecko  możecie  umrzeć  z  powodu  przedawkowania 

alkoholu, który pani w siebie wlała. Jeśli pani dziecku uda się przeżyć, będzie narażone 

na  trwałe  kalectwo.  Mogą  wystąpić  zniekształcenia  twarzy,  zaburzenia rozwoju 

fizycznego oraz upośledzenie umysłowe. A wszystko przez to, że przez całą ciążę pani 
przy

jemnie spędzała czas, upijając się do nieprzytomności. 

Mówił  to  tak  oskarżycielskim  tonem,  jakby  zarzucał  pacjentce  nie  tylko 

bezmyślność, lecz również nieodpowiedzialność. Kiedy pielęgniarki zaczęły robić jej 

badania, Amelia chwyciła go za ramię i pociągnęła w stronę drzwi. 

– 

Niedługo wrócę – zawołała, wychodząc z gabinetu i wprowadzając Harrisona do 

pokoju dla personelu. – Czy nic ci nie jest? – 

spytała, zamykając drzwi. 

– 

Takie przypadki doprowadzają mnie do szału – odparł po namyśle. 

– 

Nie da się tego ukryć. 

background image

– 

Ona nie ma pojęcia, jaką krzywdę wyrządza temu dziecku. 

–  Prz

yprowadziłam  cię  tutaj,  bo  musisz  ochłonąć.  Jeśli  chcesz  porozmawiać, 

wyrzucić z siebie to, co leży ci na sercu, zamieniam się w słuch. 

Zaczął chodzić nerwowo po pokoju, potrząsając głową. 
– To sprawa osobista, prawda? – 

spytała w końcu, a on zatrzymał się i spojrzał na 

nią zaskoczony. – Chodzi o Yolandę? 

– 

Tak. O nią. 

– O to, co jej dolega? 
Harrison głęboko westchnął. 
– 

Najpierw  skrócona  wersja.  Kiedy  Yolanda  się  urodziła,  miała  objawy  głodu 

alkoholowego. Po roku 

rozpoznano  u  niej  płodowy  zespół  poalkoholowy. Ma 

zaburzenia układu nerwowego i wady rozwojowe, powstałe na skutek alkoholizmu jej 
matki. 

 

background image

Rozdział 5 

 
– Och! – 

Amelia była wstrząśnięta tą wiadomością. 

– 

Wiesz, o czym mówię, prawda? Amelia kiwnęła potakująco głową. 

– 

Oczywiście, ale nigdy się z tym nie zetknęłam. 

– 

Niestety, ta choroba staje się coraz bardziej powszechna. Spójrz na June. Ona 

nawet nie zdaje sobie sprawy, jaką krzywdę wyrządza swojemu dziecku... 

W tym momencie odezwał się pager Amelii. 
– To z ortopedii. Pewnie w sprawie pani D. – 

powiedziała, podchodząc do telefonu 

i wykręcając odpowiedni numer. 

– 

Czy Harrison jest z tobą, Amelio? – spytał chirurg. 

– Tak. 
– 

Nie  bardzo  wiedzieliśmy,  jak  się  z  nim  skontaktować,  ale  pielęgniarka 

skierowała nas do ciebie. 

– Harrison, to do ciebie – 

oznajmiła, podając mu słuchawkę. 

– 

Zaraz tam będę – oświadczył Harrison, uważnie wysłuchawszy kolegi. 

– 

Jakieś kłopoty? – spytała Amelia, kiedy ruszył w kierunku drzwi. 

– 

Zabierają ją na operację wcześniej, a ja chciałbym się z nią przedtem zobaczyć. 

– 

Rozumiem. Daj mi znać, co się dzieje. 

–  Dobrze.  – 

Zatrzymał  się  w  drzwiach  i  spojrzał  na  nią.  –  Dziękuję,  że  mnie 

wysłuchałaś, AJ. 

– Nie ma za co – 

odparła z uśmiechem. 

–  Nawet nie wiesz, jak wiele to dla mnie znaczy – 

powiedział  półgłosem  i 

odszedł. 

Amelia stała przez chwilę nieruchomo, próbując zebrać myśli, a potem wróciła do 

swoich  zajęć.  Miała  wrażenie,  że  od  tego  momentu  dzień  zaczyna  się  wlec w 

nieskończoność. 

Operacja pani Deveraux przebiegła pomyślnie. Choć Amelia skończyła już swój 

dyżur,  nie  wyszła  ze  szpitala, dopóki nie przewieziono pacjentki do sali 
pooperacyjnej. 

– 

Jeszcze tutaj jesteś? – spytał Harrison na jej widok. 

– 

Czy Yolanda nadal bawi się w zoo? 

Harrison kiwnął potakująco głową. 
– 

Właśnie dzwoniła do mnie pielęgniarka oddziałowa... 

– 

Chciałeś powiedzieć dozorczyni – poprawiła go, a on szeroko się uśmiechnął. 

background image

– 

Jak czuje się pani D. ? 

– 

Dobrze. Operacja nie była zbyt skomplikowana, a ona ma zostać w szpitalu tylko 

pięć dni. 

– 

To lepiej, niż się spodziewałeś, prawda? 

– 

Tak.  Kiedy  usłyszałem  jej  krzyk,  natychmiast  pobiegłem  do  kuchni.  – 

Potrząsnął  głową.  –  Pani  D.  leżała  na  podłodze  w  takiej  pozycji,  że  nie  miałem 

wątpliwości.  Byłem  pewny,  że  nie  obejdzie  się  bez  wymiany  całego  stawu 

biodrowego. Potem przyszła Yolanda, spojrzała na panią D. i wybuchnęła płaczem. 

– No ale teraz wszystko idzie ku lepszemu. 
– 

Masz rację. Pójdę po Yolandę. Czy wybierasz się do domu? 

– Owszem. 
– 

Czy możemy ci towarzyszyć? 

Amelia uśmiechnęła się, czując mrowienie w plecach. 
– 

Będzie mi bardzo miło. 

– 

Wobec tego spotkajmy się za dziesięć minut przy głównym wejściu. 

– Dobrze. 
 
Ruszyli  brzegiem  morza.  Yolanda  pobiegła  przodem. Od czasu do czasu 

zatrzymywała się, podnosiła leżącą na piasku muszelkę i chowała ją do kieszeni. 

– 

Skąd ona ma tyle energii? Ja jestem zmęczona od samego patrzenia na nią – 

zażartowała Amelia, a Harrison wybuchnął śmiechem. 

– 

Zdrowo się odżywia, sypia po kilka godzin w ciągu dnia, ale nie bez przerwy. 

Raz dwie godziny, 

raz pięć. Poza tym nie ma żadnych trosk. Jest wolna jak ptak. 

Amelia westchnęła. 
– 

To brzmi cudownie, nie sądzisz? 

– 

My  też  kiedyś  tak  żyliśmy.  Mieliśmy  beztroskie  dzieciństwo  –  mruknął  z 

zadumą,  kiwając  głową.  –  A  Yolandzie  część  tej  beztroski  odebrano  już  w  chwili 
narodzin. 

– 

Masz na myśli jej chorobę? 

– 

Tak. Wcześniej przedstawiłem ci to w skrócie. Czy jesteś gotowa na pełną wersję 

z przypisami i od

ręcznymi wykresami na piasku? 

– 

Widzę, że podchodzisz do tego z humorem, Harrison. 

– 

Teraz  już  tak.  Ale to były  dla  mnie  dwa  długie,  trudne  lata, AJ.  Nie  potrafię 

pojąć,  dlaczego  niektóre  kobiety  piją  w  czasie  ciąży.  To  tak  jak  prowadzenie 

samochodu  bez  zapiętych  pasów.  Zdrowy  rozsądek  zabrania  pić,  bo  alkohol  ma 

zgubny wpływ na dziecko, ale one mimo wszystko to robią. 

background image

– Tak jak June. – 

Amelia kiwnęła głową ze zrozumieniem. 

– 

Widząc ją, poczułem się tak bezsilny jak wtedy, gdy zdiagnozowano tę chorobę u 

Yolandy. Inga pra

wdopodobnie nadużywała alkoholu przez cały okres trwania ciąży. 

Nie przestała pić nawet wtedy, kiedy w końcu to odkryłem. 

Amelia szła w milczeniu. Czekała na jego zwierzenia, wiedząc, że jest to dla niego 

niezwykle ważne. 

– 

Zaszła w ciążę niemal natychmiast po naszym ślubie. Przez pierwszy rok nie 

było  nam  łatwo,  ale  jakoś  dawaliśmy  sobie  radę.  Sześć  miesięcy  po  narodzinach 

Yolandy,  Inga  miała  już  dosyć  macierzyństwa.  Zażądała  rozwodu,  a  ja  chętnie  się 

zgodziłem. Potem wyprowadziła się do hotelu. 

– 

A ty zostałeś samotnym ojcem. 

– 

Owszem.  Inga  była  alkoholiczką,  ale  nie  przyjmowała  tego  do  wiadomości. 

Przypuszczam, że zupełnie inaczej wyobrażała sobie życie żony lekarza. 

– 

Masz na myśli pieniądze, prestiż, duży wygodny dom i luksusowe samochody? 

– 

Tak, i nie tylko. Zamiast tego większość czasu spędzała w samotności, boja ciągle 

byłem  w  szpitalu.  Nie  znosiła,  kiedy  w  moje  wolne  dni  dzwonił  telefon,  –  a  jeśli 

zgadzałem  się  zastąpić  kolegę  czy  zamienić  z  kimś  na  dyżury,  wpadała  we 

wściekłość. 

– 

Wygląda na to, że nie układało wam się najlepiej. 

– 

Z czasem butelka stała się jej nieodłączną towarzyszką. Obracała się w gronie... 

hm, dość specyficznych „koleżków”. Ale taki tryb życia zaczęła prowadzić dopiero po 
narodzinach Yolandy. 

– 

Twoja córeczka jest wspaniała, Harrison. Powinieneś być z niej dumny. 

– 

Dziękuję, AJ. Jestem dumny. Ale abstrahując od tego, czy jest wspaniała, czy 

nie, biedactwo wiele wycierpiało z winy swoich rodziców, którzy nie zrobili dla niej 

wystarczająco dużo wtedy, kiedy tego naprawdę potrzebowała. 

– 

Czy próbowałeś w jakiś sposób powstrzymać żonę od picia? 

– 

Tak, kiedy odkryłem, że jest uzależniona... ale nic nie skutkowało. Wmawiała 

mi, że zerwała z nałogiem, ale kłamała. Poza tym rzadko bywałem wtedy w domu. 

– 

W końcu jesteś lekarzem, Harrison. Musisz wypełniać obowiązki. 

– 

Zycie  i  dobro  mojej  córeczki  powinny  być  najważniejsze.  Przebyłem  długą, 

trudną drogę, zanim przyznałem... pogodziłem się z tym, że Yolanda jest upośledzona, 

a ja po części ponoszę za to odpowiedzialność. 

– 

Co działo się po zdiagnozowaniu jej choroby? 

– 

Zacząłem szukać ratunku. Udało mi się znaleźć znakomitą specjalistkę. Pomogła 

mi uświadomić sobie, że Yolanda może robić pewne rzeczy inaczej niż – inne dzieci, 

background image

ale jest moją córką. Wtedy zdałem sobie sprawę, że rodzice potrzebują odpowiedniego 
przy

gotowania.  Kiedy  przywykną  do  zachowań  swojego  dziecka  i  zrozumieją  jego 

przyczyny, życie stanie się dla wszystkich znacznie łatwiejsze. 

– 

Mówiłeś, że ona często się gubi. 

– 

Tak. Czasami mam ochotę założyć jej na szyję łańcuch z dzwonkami, żeby przez 

cały czas wiedzieć, gdzie jest. 

Amelia zaśmiała się cicho. 
– 

Myślę, że wielu rodziców ma takie same odczucia. 

– 

Pewnie tak, ale za każdym razem, kiedy nie mogę jej znaleźć, zamiera mi serce 

z przerażenia. 

– 

Dobrze, że tak wcześnie rozpoznano tę chorobę. 

– 

Jak sama pewnie zauważyłaś, Yolanda nie jest upośledzona fizycznie, nie ma 

zniekszta

łconej twarzy i nie jest opóźniona w rozwoju. Ma pewne zaburzenia układu 

nerwowego, ograniczoną sprawność ruchową i słabą koordynację wzrok-ręce. 

– 

Ale mimo wszystko piecze ciasteczka z panią D. 

– 

To część jej terapii – wyjaśnił z uśmiechem. 

– A przy okazji dobra zabawa. 
– 

Istotnie. Ma też luki w pamięci, ale ostatnio zdarzają się one coraz rzadziej, a to 

dobry znak. Na 

przykład doskonale zapamiętała ciebie. 

– Mnie? 
– 

Tak. Musiałaś wzbudzić w niej zachwyt, ponieważ nieustannie pyta, kiedy wróci 

Mil... ja i pobawi 

się z nią lalkami. 

– No, no! To mi pochlebia. 
– 

Cieszę się, AJ. Prawdę mówiąc, zrobiłaś na niej – spore wrażenie – powiedział z 

nutką  niepokoju  w  głosie,  a  sens  jego  słów  dopiero  po  chwili  dotarł  do  jej 

świadomości. 

– Och. To chyba niezbyt dobrze. 
– 

Uważam,  że  trzeba  być  z  nią  szczerym  i  wytłumaczyć  jej,  że  nie  zawsze 

będziesz w pobliżu. 

– 

Całkowicie się z tobą zgadzam – oznajmiła Amelia, spoglądając z miłością na 

Yolandę, która podniosła kolejną muszelkę, a potem ruszyła biegiem w ich kierunku, 
by p

ochwalić się znalezionymi skarbami. 

Uświadomiła  sobie,  że  jest  bardzo  do  niej  przywiązana.  Ale  w  końcu  jakże 

mogłoby być inaczej? Yolandę kochali wszyscy. A jeśli chodzi ojej ojca... 

Amelia  usiłowała  odepchnąć  od  siebie  myśli  o  Harrisonie.  Zdawała  sobie 

sp

rawę, że ich dwoje może łączyć jedynie przyjaźń, nawet jeśli w głębi duszy chciała 

background image

czegoś więcej. To, że w tak młodym wieku przeszła endometriozę, bynajmniej, nie 

ułatwiało jej kontaktów z mężczyznami. 

– 

Bardzo  ładne  –  pochwalił  córkę  Harrison.  –  Znajdź  jeszcze trzy muszelki, a 

potem pójdziemy już do domu. 

– 

Jak  dacie  sobie  radę  bez  pani  Deveraux?  –  spytała  Amelia,  kiedy  Yolanda 

ponownie się oddaliła. 

– 

No cóż, jestem niezłym kucharzem, a ze sprzątaniem jakoś się uporam. 

Amelia roześmiała się, lekko klepiąc go po ramieniu. 
– 

Nie o to mi chodziło. 

–  Yolanda?  – 

Potrząsnął  głową.  –  Próbowałem  znaleźć  jakieś  racjonalne 

rozwiązanie.  W  szpitalu  –  mamy  oddział  dzienny,  ale  nie  jestem  pewny,  czy 

przyjmą ją bez uprzedzenia. 

– 

Czy będzie się tam dobrze czuła? 

– Chodzi ci o opiekunki czy o innych podopiecznych? 
–  O jedno i drugie, ale raczej o podopiecznych. 

Yolanda  nie  wygląda  na 

upośledzoną dziewczynkę, więc dzieci mogą być zaskoczone, jeśli zareaguje na coś 

inaczej niż one. 

– 

To kwestia niespełna tygodnia. Poza tym mogę wziąć sobie wolne dni. 

– 

Z urlopu? Przecież dopiero co wróciłeś z sympozjum. 

– 

Wiem. Mam też spore zaległości w papierkowej robocie, ale sądzę, że mógłbym 

nadgonić je w domu. 

Amelia milczała przez chwilę, zastanawiając się, czy powinna powiedzieć to, co 

miała już na końcu języka. Po chwili zdobyła się na odwagę i odchrząknęła. 

– 

Myślę, że... hm... mogłabym pomóc. 

Harrison gwałtownie się odwrócił i spojrzał na nią z zaskoczeniem. 
– Co takiego? 
– 

Mieszkam  blisko.  Yolanda  mnie  lubi.  Mógłbyś  przesunąć  moje  dyżury  na 

popołudnia. Wtedy spędzałabym z nią poranki, a potem zabierałabym ją do szpitala. 

Harrison przez chwilę rozważał jej propozycję. 
– 

Zaczynałabyś pracę o trzeciej, a ja mógłbym kończyć najwcześniej około wpół 

do piątej – rzekł z zadumą, starając się uporządkować myśli i ułożyć wstępny plan. 

– A zoo? 
– 

Biorę to pod uwagę. Yolanda ma sesje terapeutyczne trzy razy w tygodniu. Ale 

piątek  odpada,  bo  to  jest  dzień  wolny  od  pracy  w  związku  z  Wielkanocą.  Zatem 

zostają dwie sesje. 

– 

O której one się odbywają? 

background image

– 

Rano,  o  dziesiątej  trzydzieści,  ale  postaram  się  przesunąć  je  na  trzecią  po 

południu, czyli na początek twojej zmiany. Wtedy po sesji mogłaby pobawić się na 

oddziale dziecięcym, czekając, aż ja skończę dyżur. – Kiwnął głową. – Tak, to układa 

się w jakąś logiczną całość, AJ. 

– W jakie dni ma te sesje? 
– 

W tym tygodniu jest umówiona na poniedziałek i środę. 

– Dobrze. Zgodnie z harmonogramem moich dy

żurów, wtorek mam wolny... 

– 

Wobec tego ja wezmę sobie wolny czwartek. 

– 

Zostaje więc tylko piątek, ale pani D. powinna już wyjść ze szpitala. 

– 

Ale nawet wtedy będę potrzebował pomocy. Amelia wzruszyła ramionami. 

– 

Możesz na mnie liczyć. 

Harrison zatrzymał się i spojrzał na nią. 
–  To bardzo szlachetnie z twojej strony, AJ. 

Amelia  ponownie  wzruszyła 

ramionami. 

– 

Nie przesadzaj. W końcu po to są sąsiedzi. 

– 

Jestem niezwykle wymagający, jeśli chodzi o opiekunki mojej córeczki, ale jej 

sympatia i zaufanie 

do ciebie mówią same za siebie. 

– 

Kiedy  pani  D.  wyzdrowieje,  będę  rzadziej  widywać  Yolandę  i  spędzać  z  nią 

znacznie mniej czasu, – 

żeby powoli odzwyczajała się ode mnie. Bo inaczej, gdy w 

końcu czerwca stąd wyjadę, małej będzie... – Głos jej się załamał i cicho westchnęła. 

– 

Przykro,  że  ją  opuściłaś  –  dokończył  Harrison.  –  Nie  tylko  ona  poczuje  się 

osamotniona.  –  C

hwycił  ją  za  rękę  i  lekko  uścisnął.  –  Dziękuję  za  propozycję 

pomocy. 

– 

Zamierzasz ją przyjąć, prawda? W końcu jest to chyba najlepsze rozwiązanie. 

Harrison kiwnął potakująco głową, wypuszczając jej rękę. 
– 

Tak, zamierzam przyjąć twoją propozycję. 

– Dobrze. 

W takim razie już sobie pójdę – mruknęła, wskazując kciukiem dom, w 

którym mieszka. 

– 

Ja również. Na której zmianie pracujesz jutro? 

– 

Na nocnej, ale Tina ma dyżur po południu, więc się z nią zamienię. Zostanie 

nam tylko środa, bo wtedy powinnam pracować rano. 

– 

Zajmę się tym jutro – powiedział, kiwając głową. 

– 

Dziękuję.  –  Ruszyła  w  kierunku  swojego  domu,  żegnając  się  po  drodze  z 

Yolandą, która wręczyła jej muszelkę. 

Amelia przyjęła drobny upominek, wiedząc, że będzie on dla niej cenną pamiątką. 

Kiedy  znalazła  się  w  mieszkaniu,  natychmiast  podeszła  do  telefonu  i  wykręciła 

background image

numer Tiny. Po czwartym sygnale włączyła się automatyczna sekretarka, co Amelia 
skwi

towała niechętnym mruknięciem. 

– Jestem, jestem! – 

zawołała Tina. – Kto wydaje te groźne pomruki? 

– Ja – 

odparła Amelia. 

– Och, witaj. Jak ci leci? 
– 

Kiepsko. Nigdy nie zgadniesz, co zrobiłam. 

– 

Czy w związku z tym powinnam usiąść wygodnie? 

– Tak – 

odparła, a potem opowiedziała jej o wszystkim. – W końcu zaproponowałam 

mu, że zaopiekuję się jego córką! 

Tina się zaśmiała. 
– 

Co cię tak rozbawiło? – spytała Amelia. 

– 

Uwielbiam  obserwować,  jak  chwytasz  się  najróżniejszych  sposobów,  żeby 

zachować dystans do ludzi. Żeby nie brać udziału w ich życiu. A teraz... zanim zdałaś 

sobie z tego sprawę, znalazłaś się w samym środku związku. 

– 

Związku? 

– 

Owszem, moja droga. A może powinnam nazywać cię AJ. ? – spytała Tina z 

lekką ironią. – Ty i Harrison. Widziałam, jak na siebie patrzycie. 

– 

Ale ja ledwo znam tego mężczyznę. 

– 

Poznasz go znacznie lepiej po upływie najbliższego tygodnia. 

– 

Może  powinnam  odwołać  moją  propozycję.  Masz  rację.  Istotnie  wymyślam 

różne  sposoby,  żeby  przypadkiem  nie  zaangażować  się  w  jakiś  związek.  Życie 

rodzinne nie jest mi pisane, choć pragnę mieć męża i gromadkę dzieci... Ale niestety, 
n

ie mogę. To niesprawiedliwe – powiedziała ze łzami w oczach. 

– 

Masz słuszność. – Tina odchrząknęła. – Ale pomyśl o tym inaczej... Nie możesz 

mieć potomstwa, więc nawet jeśli znajdziesz wspaniałego mężczyznę i wyjdziesz za 

niego  za  mąż,  nigdy  nie  spełnią  się  twoje  marzenia  o  szczęśliwym  domu  pełnym 
dzieci. 

– Do czego zmierzasz? 
– 

Po prostu teraz masz okazję... 

– Nie rozumiem. 
– 

Masz  okazję  zakosztować  życia  rodzinnego.  Przez  kilka  najbliższych  dni 

będziesz opiekować się Yolandą jak matka. Wiesz, że to nie potrwa długo. Kiedy pani 

D. odzyska siły, ty na pewno z powrotem zamkniesz się w swojej skorupie. Dlaczego 

więc nie wykorzystasz tej szansy, Amelio? 

– To okrutne. 
– W stosunku do kogo? 

background image

– 

Do mnie. Bo zakosztowałabym czegoś, czego nigdy nie będę miała. 

– 

Ale również przeżyłabyś jeden czy może nawet dwa cudownie boskie tygodnie. 

Zwłaszcza  że  taki  układ  na  pewno  bardzo  zbliżyłby  was  do  siebie.  Mam  na  myśli 
ciebie i Harrisona. 

– 

Przestań! – zawołała Amelia, wzdychając. – Chyba jest już za późno, żeby się 

wycofać. 

– 

Tym bardziej że zgodziłam się zamienić z tobą na dyżury. 

– 

Czy uważasz, że powinnam to zrobić? 

– 

Oczywiście. 

 
Następnego dnia o siódmej trzydzieści rano Amelia Jane stała już na progu domu 

swojego szefa. 

Harrison otworzył drzwi i wprowadził ją do przedpokoju. 

– 

Przepraszam,  ale  nie  zrobiłem  wszystkiego,  co  powinienem  –  zaczął.  –  Nie 

byłem w stanie zmusić Yolandy do zjedzenia śniadania. 

Amelia kiwnęła głową i podążyła za nim do kuchni. Yolanda siedziała w foteliku, a 

przed  nią  na  stole  stały  szklanki  z  mlekiem,  sokiem  oraz  wodą,  miska  płatków 

śniadaniowych, talerz z grzankami i kieliszek z ugotowanym jajkiem. 

– 

Ona  ciągle  zmienia  zdanie.  Po  wielu  namowach  udało  mi  się  nakłonić  ją  do 

zjedzenia łyżki płatków, ale nie chce nic wypić. 

–  Rozumiem  – 

powiedziała  Amelia,  z  trudem  tłumiąc  wybuch  śmiechu.  –  Nie 

martw się, Harrison. Jedź do pracy, a ja spróbuję przemówić jej do rozsądku. 

– 

Yolanda, żadnych ciasteczek, dopóki nie zjesz śniadania! – zawołał. – Tatuś musi 

jechać do szpitala. 

– 

Landa  też  –  powiedziała  dziewczynka,  próbując  zsunąć  się  z  fotelika,  ale 

Harrison ją powstrzymał. 

– 

Nie, kotku. Tatuś musi iść do nudnej pracy, a ty zostaniesz tutaj i pobawisz się 

lalkami z Amelią. Jesteś szczęśliwą kaczuszką. 

Yolanda zastanawiała się przez chwilę. 
– T

ak. Szczęśliwą kaczuszką. 

– 

No dobrze. A teraz pocałuj tatusia i wypij sok. – Yolanda pocałowała go, ale 

soku nie tknęła. – Nie mam szansy z nią wygrać. 

Amelia roześmiała się, a on zaczął wkładać dokumenty do teczki. 
– 

Co słychać u pani D. ? – zapytała. 

– 

Wszystko dobrze. Zajrzę do niej. Jeśli coś się zmieni, zadzwonię do ciebie, ale 

sądzę, że szybko odzyskuje zdrowie. – Rozejrzał się wokół siebie. – Gdzie podziały 

się kluczyki od samochodu? 

background image

–  Czy chodzi o te? – 

spytała  Amelia,  machając  kluczykami, które wzięła  z 

kuchennego blatu. 

– 

Tak. Amelio, jesteś cudowna. – Chwycił kluczyki i ruszył w stronę wyjścia. – 

W razie potrzeby dzwoń do mnie. Zamknij drzwi na klucz, bo mała potrafi wyśliznąć 

się z domu tak bezszelestnie jak węgorz. 

– 

Załatwione.  Idź  już.  –  Patrzyła  na  niego,  zdając  sobie  sprawę,  że  właśnie 

odegrali typową scenkę rodzinną... z wyjątkiem jej zakończenia. Przed wyjściem do 

pracy  mąż  powinien  pocałować  żonę  na  pożegnanie.  Na  myśl  o  tym  pocałunku 

przeszył ją dziwny dreszcz. 

Kiedy  jego  samochód  zniknął  za  zakrętem,  Amelia  zamknęła  drzwi  na  klucz  i 

wróciła  do  kuchni.  Yolanda  nadal  siedziała  w  swoim  foteliku,  który  teraz  był  cały 
usmarowany jedzeniem i pochlapany napojami, 

spływającymi  dużymi  kroplami  na 

podłogę. 

– Typowa scenka rodzinna – 

mruknęła do siebie i zabrała się do sprzątania. 

Kiedy  po  lunchu  Yolanda  zasnęła  na  kanapie  w  salonie,  Amelia  podniosła 

słuchawkę i wykręciła numer służbowy Harrisona. 

– 

Cześć. To ja – oznajmiła. 

– 

Witaj. Właśnie miałem do was dzwonić. 

– 

Tak myślałam, bo od twojego ostatniego telefonu minęła już niemal godzina. 

– 

Nie niepokoję was chyba zbyt często? 

– 

Cogodzinne kontrole można by uznać za przesadnie intensywne, ale w końcu to 

dopiero pierwszy 

dzień... Jeśli jutro nic się nie zmieni, możesz usłyszeć zupełnie inną 

odpowiedź. 

Harrison wybuchnął śmiechem. 
– 

Wybacz nadopiekuńczemu ojcu. 

– 

Dobrze. Tak czy owak chciałam cię poinformować, że udało mi się położyć ją 

spać, więc przez jakiś czas nie dzwoń, żeby jej nie obudzić. 

– 

Gratuluję. 

– 

Do zobaczenia około trzeciej. 

– 

Cieszę  się  na  to  spotkanie.  Już  nie  mogę  się  doczekać  –  odrzekł  i  odłożył 

słuchawkę. 

Amelia usiadła wygodnie obok Yolandy i położyła dłoń na jej głowie. Poranek był 

dość  męczący,  choć  spędziły  go  bardzo  przyjemnie.  Tańczyły  przed  telewizorem, 

bawiły  się  lalkami  i  urządziły  dla  nich  podwieczorek.  Amelia  była  zadowolona,  że 
nazajutrz ma 

wolny dzień i będzie mogła odpocząć. 

Tuż  po  wpół  do  trzeciej  spakowały  rzeczy  Yolandy,  wstąpiły  do  mieszkania 

background image

Amelii, by mogła przebrać się do pracy, a następnie ruszyły plażą w kierunku szpitala. 

Po  drodze  dziewczynka  zebrała  dwie  pełne  kieszenie  muszelek.  Kiedy  dotarły  na 
miejsce, 

zatrzymały  się  i  zanim  weszły  do  gabinetu  Harrisona,  Amelia  strzepnęła 

piasek z ubrania Yolandy. 

– 

Oto twoja pociecha. Cała i zdrowa. 

Harrison przytulił córkę, a potem spojrzał na Amelię. 
– 

Czego  nie  można  powiedzieć  o  tobie.  Wyglądasz  na  wykończoną,  doktor 

Watson. 

– 

I tak właśnie się czuję. Nie wiem, jak pani D. daje sobie radę. 

–  Och, to proste, mój drogi Watsonie. Ona nie ma 

dyżuru  w  szpitalu  po 

całodziennym uganianiu się za ruchliwą trzylatką. 

– 

To  prawda.  Byłam  do  tego  stopnia  wyczerpana,  że  kiedy  ona  spała,  sama 

zdrzemnęłam się jakieś pół godziny. 

– 

Tak właśnie postępują rozsądni rodzice. A teraz przeproszę cię i zaprowadzę ją 

do terapeutki. 

 
Wtorek poto

czył się podobnie. Z tą tylko różnicą, że Amelia, bogatsza o pewne 

doświadczenia,  potrafiła  sprawniej  pokierować  biegiem  wydarzeń.  Zdążyła  nawet 

przygotować kolację dla Harrisona, który wrócił ze szpitala nieco później niż zwykle. 

– 

Coś tu pięknie pachnie – stwierdził, wchodząc do kuchni z Yolandą na rękach. 

– 

Nie jestem mistrzynią, ale jakoś sobie radzę – odparła, wyjmując zapiekankę z 

piekarnika. 

Harrison uśmiechnął się i postawił córkę na podłodze. 
– 

Czy  dzisiaj  miałaś  lepszy  dzień?  –  spytał,  biorąc  widelec  i  zamierzając 

spróbować potrawę. 

– 

Hej, chwileczkę. Zaczekaj, aż dostaniesz talerz. 

– 

Ojej, ale ja umieram z głodu. 

– 

W lodówce jest sałata, więc ją podaj. Przygotowałam też przysmak Yolandy. – 

Otworzyła kuchenkę mikrofalową i wyjęła z niej niewielką miskę owsianki. 

– To jest przysmak mojej córki? – 

zawołał ze zdumieniem. 

– 

Dzisiaj, owszem. Na lunch zjadła trzy porcje i zażądała, żebym przygotowała 

jej to pyszne danie 

na kolację. 

– Nieco monotonne, ale zdrowe. Dobra robota, Watsonie. 
– 

Dziękuję, Stapleton. – Wyjęła z szafki talerz i zaczęła nakładać zapiekankę. 

– 

Zaraz! A ty nie będziesz jadła? 

– Hm... nie. 

background image

– 

Dlaczego? Przecież wystarczy dla wszystkich. Poza tym to absurdalne, żebyś po 

powrocie do domu 

zabierała się za gotowanie. Zostaniesz i zjemy razem. 

Amelia  wzruszyła  ramionami,  wiedząc,  że  spieranie  się  z  nim  nie  ma  sensu  i 

wyjęła z szafki drugi talerz. Harrison posadził Yolandę przy stole i z radością patrzył, 

jak jego córeczka zajada owsiankę. 

Po kolacji odprowadził Amelię do drzwi, położył Yolandę spać i wrócił do kuchni, 

by posprzątać po posiłku. Opłukał talerze i włożył je do zmywarki, a potem zabrał 

się do papierkowej roboty. Po pięciu minutach podszedł do telewizora i go włączył. 
Dwie 

minuty później wyłączył go i zaczął nerwowo chodzić po pokoju, zastanawiając 

się, co nie daje mu spokoju. W końcu zdał sobie sprawę, że przez cały czas jego myśli 

zaprząta Amelia. Kiedy wszedł do kuchni i poczuł zapach jej perfum, uświadomił sobie 

nagle, że ma ochotę ją pocałować. 

 

background image

Rozdział 6 

 
W środę wszystko przebiegało tak jak w poniedziałek. Z jednym tylko wyjątkiem. 

Amelia odczuła nieodpartą chęć pocałowania Harrisona zarówno na powitanie, jak i na 

pożegnanie. Była zadowolona, kiedy nastał czwartek, bo tego dnia Harrison miał zostać 
w domu 

i zająć się córeczką. W szpitalu odwiedziła panią Deveraux i ucieszyła się, 

widząc ją w dobrym zdrowiu. 

– 

Mogę wrócić do domu już jutro – oznajmiła pani D. na jej widok. 

– 

To wspaniała wiadomość. 

– 

Tak.  Bardzo  dziękuję,  kochanie,  że  pomogłaś  Harrisonowi w opiece nad 

Yolandą. 

– 

Cała przyjemność po mojej stronie. – odparła szczerze Amelia. 

Po dyżurze wróciła do domu. Była zadowolona, że może odpocząć. Z drugiej jednak 

strony  przygnębiała  ją  świadomość,  że  tego  dnia  nie  zobaczy  już  Harrisona ani 

Yolandy. Bardzo lubiła spędzać z nimi czas. 

Kiedy wzięła prysznic i włożyła różowy dres, usłyszała pukanie do drzwi. Gdy je 

otworzyła, stwierdziła ze zdumieniem, że na progu stoi Harrison, trzymając  za  rękę 

swoją córeczkę. 

– 

Przynieśliśmy kolację – oznajmiła Yolanda z dumą, wchodząc do mieszkania 

Amelii jak do własnego domu. 

– 

Pomyśleliśmy, że przynajmniej tak  możemy  ci podziękować  –  rzekł  Harrison, 

kiedy weszli do pokoju. 

– 

Ojej!  To  jest  różowe!  –  zawołała  Yolanda,  podbiegając  do  Amelii  i  gładząc 

rękawy jej dresu. 

Na ten widok Harrison poczuł ukłucie zazdrości. 
– 

Wiedziałam, że ci się spodoba – stwierdziła Amelia z uśmiechem. – A zatem... 

zabierzmy  się  do  jedzenia,  póki  wszystko  jest  jeszcze  gorące.  Wyjmę  talerze. 

Yolando, pomóż mi nakryć do stołu, dobrze? 

Dziewczynka nie odstępowała jej na krok, a Harrison nie mógł oderwać od nich 

oczu. Yolanda miała na sobie różowo-białą piżamę i była bardzo podobna do Amelii... 
tylko znacznie mniejsza. 

– 

Zrobiliśmy  taki  wielki  obraz  dla  pani  D.  –  oznajmiła  Yolanda,  rozpościerając 

szeroko ramiona. 

– Powitalny plakat – 

wyjaśnił Harrison. – Zajęło nam to prawie cały dzień. 

– 

Wierzę. 

background image

Po kolacji przez chwilę rozmawiali o sprawach związanych ze szpitalem. Kiedy 

Yolanda zaczęła ziewać, Amelia powiedziała Harrisonowi, by zabrał ją już do domu, 

a  on  posłuchał  jej  rady  i  niezbyt  chętnie  wziął  córkę  na  ręce.  Nie  miał  ochoty 
wy

chodzić. Chciał zostać i spędzić z Amelią więcej czasu. Wiedział, że skoro pani D. 

ma wrócić następnego dnia, będzie widywał Amelię znacznie rzadziej niż dotąd. 

– 

Posłuchaj, AJ. – zaczął, kiedy zamierzała otworzyć im drzwi. – Co robisz w 

sobotę rano? 

– 

W Wielką Sobotę? 

– Tak. 
– 

Uhm... prawdę mówiąc, nie mam żadnych planów. A dlaczego pytasz? 

– 

Czy miałabyś ochotę wyskoczyć na śniadanie? 

– 

Śniadanie? 

– 

Owszem.  Pani  D.  i  Yolanda  też  będą  w  nim  uczestniczyć,  więc  mogę  cię 

zapewnić, że absolutnie nic ci nie grozi. 

– 

A dokąd się wybieracie? 

– 

Zamierzamy  zjeść  je  na  plaży.  To  coś  w  rodzaju  tradycji.  Będziesz  musiała 

jedynie wyjść z domu, pójść ścieżką i przejść przez ulicę. – Wskazał ręką plażę. – A 

my będziemy już tam na ciebie czekać z miską płatków śniadaniowych. 

– 

Naprawdę? Płatki śniadaniowe? A dlaczego na plaży? 

– 

Sam nie wiem. Zrobiliśmy tak w pierwszą Wielką Sobotę po narodzinach Yolandy 

i stało się to jakby zwyczajem. No więc jak? Przyjdziesz? 

– 

Czy będą jakieś wielkanocne jajka? 

– 

Sądziłem, że nie lubisz czekolady. 

– 

Nie mówiłam, że nie lubię. Powiedziałam tylko, że nad słodycze przedkładam 

pikantne jedzenie. 

– 

Rozumiem. A odpowiedź na twoje pytanie brzmi: nie. Nie będzie jajek. One 

pojawią się dopiero w niedzielę. Zatem do zobaczenia w sobotę o ósmej trzydzieści. 

– 

Czy mam coś przynieść? 

– 

Nie... to znaczy weź ze sobą strój kąpielowy. Może przed jedzeniem wskoczymy na 

chwilę do wody. 

– Dobrze. 
– 

Słodkich snów, Amelio Jane –  rzekł  półgłosem,  a  potem  otworzył  drzwi  i 

wyszedł. 

– 

Zaniósł swoją śpiącą córkę do jej pokoju i ostrożnie położył ją na różowo-białym 

łóżku. Wiedział, że za kilka godzin przyjdzie do niego. Zrobił sobie drinka, usiadł na 

krześle i zaczął myśleć o Amelii. Powiedziała mu, że nie lubi ciętych kwiatów. Nie 

background image

mógł też dać jej czekoladek. A bardzo chciał coś jej podarować i podziękować w ten 
sposób za wszystko, co 

w  ostatnim  tygodniu  zrobiła  dla  niego  i  Yolandy.  Jednak 

pragnął, by był to jakiś prezent osobisty, który mogłaby zabrać ze sobą do Anglii. Coś, 
co przypomi

nałoby jej pobyt w Australii... no i jego. 

 
W Wielki Piątek personel oddziału ratownictwa miał jak zwykle ręce pełne roboty. 

Amelia musiała uporać się z trzema pijakami, parą nastolatków, którzy przedawkowali 

narkotyki  i  trzeba  było  zrobić  im  płukanie  żołądków,  kobietą,  która  złamała  rękę, 

spadając ze schodów, i młodym mężczyzną skarżącym się na palpitacje serca. Mimo 

nadmiaru wyczerpujących obowiązków przez cały czas myślała o Harrisonie. 

Sobotni  poranek  był  pogodny  i  ciepły.  Amelia  starała  się  stłumić  podniecenie, 

które ogarniało ją za każdym razem, kiedy pomyślała o spotkaniu z Harrisonem. Choć 

nie widziała go zaledwie przez jeden dzień, już za nim tęskniła. 

Czy kiedykolwiek b

ędę  potrafiła  usunąć  się  z  jego  życia?  Z  życia  Yolandy?  – 

spytała się w duchu. 

Potrząsnęła głową, nie chcąc nawet o tym myśleć. Kiedy zamknęła za sobą drzwi 

mieszkania  i  wyszła  przed  dom,  ze  zdumieniem  dostrzegła  liczne  zaparkowane w 

pobliżu samochody oraz tłumy ludzi zmierzających na plażę. 

Idąc ulicą, zauważyła panią Deveraux, która wychodziła właśnie z domu, trzymając w 

jednej ręce wielką miskę, a w drugiej laskę. Zawołała do niej, a ona odwróciła się i 

powitała ją serdecznym uśmiechem. 

– 

Proszę mi to dać – powiedziała Amelia, biorąc od niej miskę. 

– 

Dziękuję, kochanie. Miło znów cię widzieć. 

– 

Mnie również. Jak się pani czuje? Mam nadzieję, że się pani nie przemęcza. 

– 

Harrison nie pozwoliłby mi na to – odparła. – On jest tam z Yolandą – dodała, 

wyciągając rękę w kierunku plaży. Amelia odwróciła głowę i zobaczyła Harrisona 

ścigającego  się  z  córeczką.  –  On  uważa,  że  mała  musi  najpierw  trochę  pobiegać. 
Miej

my nadzieję, że dzięki temu nabierze apetytu. 

Przeszły przez jezdnię, a potem pokonały wydmy i w końcu znalazły się na plaży. 

Amelia stwierdziła z zaskoczeniem, że stał już tam stół otoczony krzesłami, a obok 

wbity był parasol, który miał ich chronić przed promieniami słońca. Ten obrazek wydał 

jej się niezwykle malowniczy. Postawiła na stole wielką miskę sałatki owocowej, a 

potem spojrzała w stronę Harrisona, który miał na sobie jedynie sięgające do kolan 

szorty.  Jego  umięśniony  tors  oraz  szczupłe  nogi  były  opalone  na  ładny  brązowy 

kolor. Włosy rozwiewał mu lekki wiatr, a czarujący uśmiech dopełniał obrazu zabójczo 

przystojnego mężczyzny. Na ten widok tęsknie westchnęła. 

background image

Zauważywszy  ją,  Harrison  natychmiast  do  niej  przyjaźnie  pomachał,  a  potem 

podniósł Yolandę, która zaczęła piszczeć z zachwytu i radośnie chichotać. 

–  Hej, A. J. ! – 

zawołał,  ruszając  w jej kierunku. –  Cieszę  się,  że  jesteś.  – 

Podszedł do niej i lekko uścisnął jej dłoń. – Naprawdę miło mi, że zdecydowałaś się 

dotrzymać nam towarzystwa. 

– 

Mnie również. 

– Tatusiu! – 

zawołała Yolanda za śmiechem. – Nie złapiesz mnie! 

– 

Wzywają  mnie  obowiązki  –  oznajmił  Harrison,  wzruszając  ramionami.  – 

Usiądź, proszę – dodał, a potem odwrócił się i zaczął gonić córkę. 

Amelia patrzyła na nich ze wzruszeniem. 
Kiedy wrócili, wszyscy czworo ochoczo zasiedli 

do  uczty  składającej  się  z 

płatków  zbożowych,  grzanek,  jogurtu,  sałatki  owocowej,  francuskich  rogalików i 

bułeczek. Yolanda sporo zjadła, więc jej ojciec był bardzo z niej zadowolony. 

Amelia nie pamiętała już, kiedy spędziła równie uroczy poranek na plaży. 

Po śniadaniu Yolanda wzięła wiaderko oraz łopatkę i zaczęła budować zamek z 

piasku. 

– Tatusiu! – 

zawołała po chwili. – Chodź mi pomóc. 

– O co chodzi? – 

spytał Harrison, podchodząc do niej. 

Yolanda stała  z  rękami  opartymi  na  biodrach i uważnie  przyglądała  się  swemu 

dziełu. 

– 

On  musi  być  większy,  tatusiu.  Dużo,  dużo  większy  –  wyjaśniła,  zataczając 

ramionami duże koło nad swoją głową, by pokazać mu, jakich rozmiarów powinna 

być budowla. 

– 

Chyba przydałby się nam jeszcze ktoś do pomocy, nie sądzisz? – spytał Harrison, 

gestem wskazując Amelię. 

– Tak – 

zawołała dziewczynka z entuzjazmem, a potem podbiegła do Amelii i 

chwyciła ją za rękę. 

– 

Weź to – poleciła, kładąc jej na kolanach wiaderko. 

– 

Dziękuję – odparła Amelia i pozwoliła zaprowadzić się na „plac budowy”. Po 

chwili  siedziała  już  na  piasku  i  pracowicie  pomagała  powiększyć  zamek.  –  Co 

myślisz  o  tym,  żeby  ozdobić  go  muszelkami?  –  spytała,  a  Yolanda  natychmiast 

przytaknęła, po czym ujęła jej dłoń i pociągnęła w stronę brzegu morza. 

Kiedy wróciły, udekorowały zamek, a Amelia nadała mu tak piękny kształt, jakby 

była to prawdziwa rzeźba z wody i piasku. 

– 

Trzeba więcej muszelek – stwierdziła Yolanda. 

– 

Chodź, Mil... ja – dodała, ponownie chwytając ją za rękę. 

background image

– 

Pozwól  jej  trochę  odpocząć,  dobrze,  córeczko?  Poza tym wiesz, dlaczego 

muszelki, które ty znaj

dujesz, zawsze są najładniejsze? Bo ty jesteś najładniejsza. 

Jego słowa najwyraźniej trafiły jej do przekonania, bo kiwnęła głową i pobiegła 

na brzeg oceanu. 

– 

Muszę przyznać, że ten zamek jest bardzo piękną rzeźbą – zauważył Harrison. – 

To prawdziwe dzieło sztuki, AJ. 

Amelia uśmiechnęła się, wzruszając ramionami. 
– 

Dawniej, kiedy byłam młodsza, trochę rzeźbiłam. Poza tym tutejszy piasek jest 

bardzo drobny, 

delikatny i łatwy do modelowania. 

– 

Teraz już się tym nie zajmujesz? 

– Nie mam na to czasu. 
– 

Nie przesadzaj. Wyznaj prawdę. Nie zapominaj, że wiem coś na temat twojego 

zawodu.  Uważam,  że  lekarz  zawsze  jest  w  stanie  wygospodarować  kilka  wolnych 
godzin. 

Amelia  zanurzyła  dłonie  w  wiaderku  z  wodą  i  wygładziła  palcami  wieżyczki 

zamku. 

– 

Przestałam rzeźbić i jakoś za tym nie tęsknię. 

– 

Dlaczego przestałaś? 

– 

Bo... mhm, zachorowałam. 

Harrison gwałtownie się wyprostował i spojrzał na nią z niepokojem. 
– 

Czy teraz dobrze się czujesz? Czy wszystko jest w porządku? 

Amelię wzruszyła jego troska. 
– 

To było dość dawno temu. Ale tak, czuję się... dobrze. 

– 

Czy mogłabyś opowiedzieć mi, co się wtedy stało? – spytał, a potem zerknął w 

stronę Yolandy, która zaczęła się od nich oddalać. – Pomyśl o tym – dodał i pobiegł 
po cór

kę. 

Kiedy wrócili, Yolanda przez jakiś czas absorbowała ich swoją osobą, każąc im 

dekorować zamek. W końcu oświadczyła, że arcydzieło jest gotowe. Wtedy pani D. , 

która obserwowała ich poczynania, siedząc w cieniu parasola, wyjęła z torby aparat 
fotografic

zny i zrobiła im kilka zdjęć na tle artystycznej budowli. 

– 

To  po  prostu  niewiarygodne.  Jesteś  niezwykle  utalentowana,  Amelio  – 

stwierdziła, a później dodała: – Może poszlibyście na spacer? Zabiorę już Yolandę do 

domu, a mojej nodze też przyda się odpoczynek. 

–  Dobrze  – 

zgodził  się  Harrison  bez  namysłu.  Był  zadowolony,  że  spędzi  z 

Amelią trochę czasu sam na sam. 

Pomachali do Yolandy i ruszyli wolnym krokiem 

wzdłuż  brzegu.  Amelia 

background image

zastanawiała się, czy Harrison weźmie ją za rękę. Kilka minut później jej ciekawość 

została  zaspokojona.  Kiedy  potknęła  się  na  pofałdowanym  piasku,  on  natychmiast 

chwycił jej dłoń, chcąc uchronić ją przed upadkiem. 

– 

Czy nie masz nic przeciwko temu, że trzymam cię za rękę? – spytał z lekkim 

uśmiechem. 

– 

Od dawna nikt tego nie robił. 

– To godne ubolewania, Amelio Jane. 
– 

Być może – odparła, wzdychając. 

Szli w milczeniu w stronę mniej zatłoczonej i bardziej zacisznej części plaży, nie 

chcąc lawirować wśród ludzi. 

– 

Miałem ci powiedzieć, że w końcu przyszły z Brisbane twoje dokumenty. 

– Nareszcie. 
– 

Zainteresował mnie fakt, że podzieliłaś swój roczny pobyt w Australii na cztery 

trzymiesięczne staże specjalizacyjne. Przyznam, że trochę mnie to zaskoczyło. 

Amelia wzruszyła ramionami. 
– 

Chciałam odwiedzić jak najwięcej miejsc w Australii. 

– 

Zatem  byłaś  w  Perth,  Melbourne  i  Brisbane,  a  teraz  jesteś  w  Adelajdzie. 

Zgadza się, AJ. ? 

– Owszem. 
– 

W ciągu trzech miesięcy trudno znaleźć sobie wielu przyjaciół – powiedział, a 

kiedy nagle rozluźniła – uścisk dłoni, zdał sobie sprawę, że trafił w jej czuły punkt. 

– 

Nie szukam przyjaciół, Harrison. Chcę skończyć staż i zrobić specjalizację. 

– 

W tych papierach nie ma ani słowa o twojej chorobie. 

– 

Stan mojego zdrowia nie wpłynie na wykonywanie przeze mnie obowiązków, 

jeśli to cię niepokoi – odparła dość oschłym tonem. 

– 

Dobrze wiesz, że nie w tym rzecz – odparował. 

– 

Dlaczego  przestałaś  rzeźbić?  Na  co  chorowałaś?  Czy  teraz  lepiej  się  już 

czujesz? – 

Potrząsnął głową. 

– 

Nie  zamierzam  zasypywać  cię  pytaniami.  Tak  niewiele o tobie wiem, a 

chciałbym poznać cię znacznie lepiej. 

– 

W jakim celu, Harrison? Przecież niedługo stąd wyjadę. 

– W jakim celu? – 

powtórzył. – A w takim, że bardzo cię polubiłem. 

–  Och  – 

mruknęła,  nie  wiedząc,  jak  powinna  zareagować  na  jego  wyznanie. 

Miejsce  rozdrażnienia  zajęło  teraz  jakieś  dziwnie  ciepłe  uczucie  w  stosunku  do 
Harrisona. 

Pragnęła, by nigdy jej ono nie opuściło. Dotychczas żaden mężczyzna nie działał 

background image

na nią w taki sposób jak on. 

– 

Proszę cię, AJ. , rozmawiaj ze mną. – Zatrzymał się i stanął naprzeciwko niej. – 

Rozumiem, że nie jest to łatwe, ale jeśli ma nas coś łączyć, muszę wiedzieć o tobie 
wszystko. 

– 

Coś... ale nie przyjaźń? 

– 

Chyba oboje doskonale zdajemy sobie sprawę, – że przyjaźń jest tylko cząstką 

tego, co do siebie czujemy. Nie umniejszam bynajmniej jej znaczenia... pra

wdę 

mówiąc, po jednym nieudanym związku doszedłem do wniosku, że więź duchowa jest 

znacznie  ważniejsza  niż  cielesna.  –  Ujął  jej  dłonie.  –  Ale prawdziwa  przyjaźń 

wymaga od obu stron otwartości, zaufania i szczerości. 

Słysząc jego słowa, Amelia miała ochotę uciec na koniec świata. Wiedziała, że nie 

może  się  z  nim  związać.  Oboje  doskonale  zdawali  sobie  z  tego  sprawę.  Musiała 

jednak przyznać, że to, co powiedział, było prawdą. Istotnie czuli do siebie coś więcej 

niż tylko przyjaźń, ale czy postąpiliby rozsądnie, zacieśniając ten związek? 

– 

Zgadzam się z tobą, ale... 

– Ale? 
– 

Wyjeżdżam pod koniec czerwca. Uważam, że bliższy związek między nami nie 

byłby rozsądnym posunięciem. 

– 

A jeśli jest już na to za późno? 

– A jest? – 

wymamrotała, czując, że cała drży. 

– 

Bardzo cię lubię, AJ. Czy widzisz coś złego w tym, że chcę cię lepiej poznać? 

Czy nie jesteś w stanie zaufać mi na tyle, żeby powiedzieć, na co chorowałaś? 

Amelia westchnęła i zamknęła na chwilę oczy, zastanawiając się, czy przypadkiem 

nie robi z igły wideł. Bardzo nie lubiła mówić o swojej przeszłości byle komu, ale w 

końcu Harrison znaczy dla niej znacznie więcej niż ktoś, kogo zna tylko przelotnie. 

Uniosła powieki i spojrzała w jego oczy. 

– 

Mam endometriozę. 

Harrison zatrzymał się, czekając na jej dalsze wyjaśnienia, ale ona milczała. 
–  Rozumiem  – 

mruknął  w  końcu,  z  zadumą  kiwając  głową.  –  Czy w twoim 

przypadku jest to przypad

łość dziedziczna? 

– Tak – 

odparła, siadając na piasku i wpatrując się w morze. – Jestem jedynaczką. 

Kiedy się urodziłam, moi rodzice mieli już po czterdzieści kilka łat. Matka chorowała 

na  endometriozę,  ale  w  tamtych  czasach  lekarze uważali, że kobiety wyolbrzymiają 
bóle men

struacyjne. Mama jednak okropnie cierpiała. W końcu znalazła lekarza, który 

zechciał ją wysłuchać. Po dwudziestu latach małżeństwa i licznych operacjach udało 

jej się zajść w ciążę. Choć od tego momentu aż do rozwiązania była przykuta do łóżka, 

background image

urodziłam się przed terminem. – Podciągnęła kolana pod brodę i objęła je ramionami. 

Harrison milczał wyczekująco. 
– 

Już jako nastolatka zaczęłam przyjmować leki, ale mimo wszystko wpadałam 

czasami  w  depresję.  Gdy  miałam  osiemnaście  lat,  poddano  mnie  laparotomii... 

Początkowo  zamierzali  tylko  wypalić  cysty,  usunąć  zrosty  i  fragmenty  śluzówki 
macicy, ale kiedy mnie otworzyli, s

twierdzili,  że  jest  znacznie  gorzej,  niż 

przypuszczali.  Gdy  się  obudziłam,  powiedziano  mi,  że  nie  mam  jednego  jajnika  i 
jajowodu. 

Oczywiście  wiedziałam,  czym  ryzykuję,  poddając  się  tej  operacji.  Mój 

chirurg  wszystko  mi  wytłumaczył,  ale  mimo  to  nie  spodziewałam  się,  że  do  tego 
dojdzie. 

–  AJ.  – 

wyszeptał  z  takim  uczuciem,  że  w  jej  oczach  zakręciły  się  łzy 

wzruszenia.  Kiedy  objął  ją  –  i  przyciągnął  do  siebie,  poddała  się  bez  żadnego 
oporu. 

Przez pięć minut siedzieli w milczeniu, a Amelia czuła się bardzo bezpieczna w 

jego ramionach. 

– 

Więc  nie  ma  szansy,  żebyś  zaszła  w  ciążę?  –  spytał  łagodnym  tonem,  a  ona 

wzruszyła tylko ramionami. – Dlatego trudno ci przebywać w pobliżu małych dzieci? 

Niemowląt? 

– 

One są takie cudowne. Zwłaszcza Yolanda. Mimo wszystkich problemów bardzo 

ją kochasz... co rzuca się w oczy, kiedy tylko jesteście razem. 

– 

Poza nią nie widzę świata. 

– 

No  właśnie.  Dziecko  to  prawdziwy  skarb.  Ludzie,  którzy  zostają  rodzicami, 

powinni wiedzieć, że spotkało ich wielkie szczęście. Niestety, niektórym nigdy nie 

będzie to dane... 

– 

Dziękuję, że mi o wszystkim powiedziałaś. 

– 

Muszę przyznać, że nie było to dla mnie łatwe. 

– 

Nieczęsto otwierasz się przed ludźmi, prawda, Amelio Jane? – spytał łagodnie. 

– 

Nie. Zwłaszcza, kiedy mam mówić o mojej chorobie. 

– 

No to zrobiliśmy krok we właściwym kierunku oznajmił zdecydowanym tonem. 

– 

Naprawdę? 

– 

Owszem. Rozmawiamy ze sobą szczerze, a to dobry znak. 

– Chyba tak. 
– 

Chyba?  Powiedz  raczej,  że  to  wspaniale!  Bo  to  oznacza,  że  jesteśmy  gotowi 

zrobić następny krok! 

– Na

stępny krok? Jaki? 

– 

No,  żeby  lepiej  się  poznać  –  wyjaśnił  z  uśmiechem,  zdejmując  jej  z głowy 

background image

kapelusz. – 

Jesteś piękna, Amelio Jane – wyszeptał czule, gładząc palcami jej policzek. 

Potem uniósł jej podbródek i delikatnie pocałował ją w usta, wzbudzając w niej uczucie 

pożądania. 

Kiedy po raz kolejny dotknął jej warg, przylgnęła do niego całym ciałem, chcąc 

dać mu do zrozumienia, że pragnie tego równie silnie jak on. Harrison poczuł się jak 

nie umiejący zapanować nad sobą nastolatek, który nie jest w stanie pohamować swych 

odruchów.  Nie  pamiętał  już,  kiedy  przeżywał  coś  podobnego.  Przyciągnął  Amelię 

jeszcze bliżej, chcąc poczuć bijące od niej ciepło, i zaczął namiętnie ją całować. Kiedy 

przesunęła dłonią po jego nagiej klatce piersiowej, cicho jęknął z rozkoszy. 

Nic  nie  miało  teraz  dla  nich  znaczenia.  Absolutnie  nic.  Liczyli  się  tylko  oni. 

Pragnienie.  Pożądanie.  Namiętność,  która  nieustannie  się  nasilała.  Zapomnieć  

przeszłości i przyszłości. Istniała tylko teraźniejszość. Żyli jedynie chwilą obecną. W 

końcu musieli nabrać  powietrza, ale Harrison nie dał za wygraną. Wykorzystał ten 

moment i delikatnie musnął wargami jej szyję. 

– Ojej! 
Harrison wybuchnął śmiechem. 
– 

Amelio Jane, jesteś wyjątkowa. Czy wiesz o tym? 

– Hmm... 
– 

Widzę, że nie lubisz komplementów. Uwierz mi jednak na słowo, kiedy mówię, że 

jesteś nieodparcie pociągająca. 

– 

Chciałabym w to wierzyć, ale... 

– Ale co? 
– 

Ale to by znaczyło, że potrafię się otworzyć. 

– 

I do tego właśnie zmierzam, bo... 

Przerwał  mu  głośny  krzyk  jakiegoś  chłopca,  który  wyskoczył  z  wody  i 

rozpaczliwie machając rękami, biegł w kierunku stanowiska ratowników. 

– 

Rekin! Widziałem rekina! On kogoś zaatakował! 

 

background image

Rozdział 7 

 
Amelia  zesztywniała  w  objęciach  Harrisona.  Kiedy  na  nią  spojrzał,  była 

śmiertelnie blada. 

– A. J. ? 
Ni

e odpowiedziała, więc lekko nią potrząsnął. 

– Amelia? 
Kiedy  gwałtownie  odwróciła  głowę  w  jego  stronę,  dostrzegł  malujący  się  w  jej 

oczach paniczny strach. 

Zaczęła  drżeć  na  całym  ciele,  a  jej  oddech  stał  się 

nieregularny. 

– Co ci jest, AJ. ? 
– 

Nie cierpię rekinów – wyjąkała. – Jestem Angielką. U nas ataki rekinów nie 

zdarzają się zbyt często. 

– 

Nic ci nie będzie – powiedział, pomagając jej wstać. – Dasz sobie radę. To taki 

sam przypadek jak inne. 

Amelia  rozejrzała  się  wokół  siebie.  W  końcu  dotarło  do  niej,  że  muszą  zacząć 

działać.  Oboje  byli  wykwalifikowanymi  lekarzami  oddziału  ratownictwa. Skoro 

znaleźli się na miejscu wypadku, powinni bezzwłocznie ruszyć do akcji. 

– 

A. J. , tam będzie pełno krwi. Nastaw się na widok poważnych ran szarpanych. W 

przypadku ataku 

rekina  często  dochodzi  do  amputacji...  –  Chwycił  ją  za  rękę  i 

pociągnął  za  sobą.  –  Niejednokrotnie  miałaś  już  do  czynienia  z  tego  rodzaju 

obrażeniami, więc tym razem też dasz sobie radę. 

Grupa ratowników wybiegła z pawilonu klubowego, zabierając ze sobą łódź. Ludzie 

kręcili  się  po  całej  plaży,  wyskakiwali  z  wody,  gorączkowo  szukali  swoich dzieci, 

wykrzykując  ich  imiona.  Harrison  podziękował  w  duchu  pani  D.  za  to,  że  zabrała 

Yolandę do domu. 

Dyżurny  ratownik  usiłował  uspokoić  przerażonych  plażowiczów,  którzy 

zasypywali go pytaniami. 

Niektórzy ludzie pozbierali już swoje rzeczy i pobiegli w 

kierunku  zaparkowanych  w  pobliżu  samochodów.  Inni  stali  nad  wodą  i  patrzyli  w 

stronę surfingowców, którzy starali się pomóc osobom mającym trudności z dotarciem 
do brze

gu. Dzielni sportowcy trzymali się blisko siebie, przestrzegając zasady: nigdy 

nie uprawiaj surfingu samotnie. 

– 

Chodź,  AJ.  Musimy  im  pomóc  –  powiedział  Harrison,  a  ona  przytaknęła 

ruchem głowy. 

Oboje  patrzyli  w  stronę  morza,  uważnie  obserwując wysokie fale. Surfingowcy 

background image

zbliżali się do brzegu. 

– 

Pierwsze minuty będą miały decydujące znaczenie – mruknął Harrison. 

– 

Co mam robić? – spytała Amelia opanowanym głosem, oddychając już równo i 

spokojnie. 

– 

Idź do mojego mieszkania i poproś panią D. , żeby dała ci torbę lekarską. Ona 

wie, gdzie ją znaleźć. 

– 

Czy mam wezwać karetkę? 

– 

Na pewno już to zrobiono – odrzekł Harrison, a potem odwrócił się i ruszył w 

kierunku  ratowników  przygotowujących  miejsce  dla  rannego,  którego  koledzy 

wyciągnęli  już  z  wody  i  kładli  na  prowizorycznych  –  noszach utworzonych z desek 
surfingowych. – Jestem lekarzem – 

oznajmił, a na twarzy ratownika pojawił się wyraz 

ulgi. 

– 

Wspaniale. Aha, mam na imię Jonah. Mhm... położymy go tutaj – powiedział, 

wskazując  miejsce  po  swojej  lewej  stronie,  gdzie  leżały  już  koce  i  podręczna 
apteczka. 

– 

Dobrze. Niech ci ludzie się cofną. Muszę mieć trochę swobody. 

Jonah odwrócił się do kolegi i przekazał mu instrukcje. 
– 

Mam nadzieję, że wezwaliście ambulans? – spytał Harrison. 

– 

Oczywiście. 

– 

Koleżanka z ratownictwa poszła do mojego domu po torbę lekarską... mieszkam 

po drugiej stronie drogi – 

oznajmił  Harrison,  sprawdzając  zawartość  podręcznej 

apteczki. – 

Kiedy wróci, macie ją przepuścić bez zadawania zbędnych pytań. Będzie 

niosła czarną torbę lekarską, więc chyba ją rozpoznacie. 

– 

To znaczy... uhm... wie pan, czego się spodziewać, tak? – wyjąkał Jonah. 

– 

.  Jeśli  interesują  pana  moje  kwalifikacje,  to  jestem  ordynatorem  oddziału 

ratownictwa  szpitala  Glenelg  General.  To  powinno  panu  wystarczyć  –  powiedział 

Harrison, unosząc głowę i widząc zbliżającą się do nich Amelię. 

Kiedy  zerknął  w  stronę  oceanu,  zauważył,  że  surfingowcy  wraz  z  ratownikami 

niosą rannego w ich kierunku. 

– 

Proszę natychmiast się cofnąć i zrobić miejsce – rozkazał Jonah. 

W tym momencie 

podeszła do nich Amelia. Otworzyła torbę lekarską Harrisona i 

zaczęła przeglądać jej zawartość. 

– 

Masz sól fizjologiczną... w porządku. 

– Co u Yolandy? – 

spytał Harrison. 

– 

Ogląda telewizję. 

– To dobrze. 

background image

Kiedy położono rannego przed nimi, Amelia zmarszczyła brwi. Ku jej zaskoczeniu 

żył  i  był  przytomny.  Sądziła,  że  jego  stan  będzie  krytyczny,  a  on  przez  cały  czas 

gawędził z ożywieniem, jakby atak rekina był dla niego czymś powszednim. 

Ach, ci Australijczycy! – 

pomyślała. Chyba nigdy ich nie zrozumiem. 

–  Jak 

ci  na  imię?  –  spytał  Harrison  surfingowca,  sięgając  po  nożyczki  i 

rozcinając jego piankowy kombinezon. 

– Troy. 
– Ile masz lat, Troy? 
– 

Dwadzieścia. 

– Od jak dawna uprawiasz surfing? 
– 

Od dziesięciu lat. 

– 

Czy jesteś na coś uczulony? 

– Nie. 
– 

W porządku. 

Podczas rozmowy Harrison pobieżnie obejrzał jego obrażenia. Prawa stopa Troya 

silnie krwawiła, więc Amelia pospiesznie założyła sterylny opatrunek i przez chwilę 

mocno  przyciskała  go  do  rany.  W  pewnym  momencie  poczuła,  że  coś  nie  jest  w 

porządku. Kiedy uniosła tampon, zauważyła, że Troy stracił czwarty i piąty palec u 
nogi. 

– 

Weź głęboki oddech – powiedział Harrison, a Troy skwapliwie wykonał jego 

polecenie.  –  Rany  szarpane na prawym ramieniu i prawej nodze – 

oznajmił 

spokojnym, lecz rzeczowym tonem, a nast

ępnie  zaczął  badać  jego  głowę.  –  Czy 

miałeś jakieś guzy? 

– Nie. 
– Patrz tutaj – 

polecił, unosząc palec i przesuwając go przed oczami Troya. 

– 

Brak czwartej i piątej kości śródstopia. Duża utrata krwi – stwierdziła Amelia. 

Harrison kiwnął głową, a potem wezwał do siebie jednego z ratowników. 
– 

Proszę przykryć go kocem. Nie wolno dopuścić do wyziębienia ciała. Znajdźcie 

coś, na czym można by oprzeć jego nogę. Musi mieć ją lekko uniesioną – polecił, 

wyjmując  z  apteczki  kilka  gazików  i  przyciskając  je  do  krwawiącego  miejsca.  – 
Jonah! – za

wołał. – Zastąp mnie i przytrzymaj to, dobrze? 

– 

Czy nic mu nie będzie, doktorze? – spytał kolega Troya. 

– Wyjdzie z tego – 

odrzekł Harrison, badając źrenice oczu rannego. – Są równe i 

reagują  na  światło.  Tętno  coraz  słabiej  wyczuwalne.  Troy,  weź  głęboki  wdech  – 

powiedział,  przyciskając  palce  do  jego  nadgarstka.  –  Jeszcze raz. No, teraz lepiej. 

Staraj się tak oddychać. Nie za szybko. Nie chcemy, żebyś dostał zawrotów głowy. – 

background image

Spojrzał  na  jego  przyjaciela  i  dodał:  –  Pilnuj,  żeby  przez  cały  czas  oddychał 

równomiernie i głęboko. – Odwrócił się do Amelii. – A. J.? 

–  Krwotok zatamowany – 

odparła,  bandażując  stopę  Troya.  –  Teraz  podłączę 

kroplówkę. 

–  Dobrze.  – 

Harrison  dokładniej  przyjrzał  się  ranom  szarpanym  na  ramieniu  i 

udzie Troya. – 

Usiłował wyrwać ci spory kawał nogi, kolego. 

– Mhm. 
– 

Prawdę  mówiąc,  niewiele  brakowało,  a  uszkodziłby  ci  tętnicę  udową.  Miałeś 

szczęście!  –  stwierdził  Harrison,  ponownie  mierząc  mu  tętno.  –  Tylko  tak dalej. 

Lubimy słyszeć równe oddechy naszych pacjentów, prawda, AJ.? 

– 

Oczywiście – przytaknęła. – Proszę to potrzymać – zwróciła się do ratownika, 

podając mu butelkę z solą fizjologiczną. – A ja podłączę kroplówkę. 

– 

Niech ktoś dowie się, kiedy przyjedzie ambulans – polecił Harrison, a potem 

ponownie zajął się ranami Troya. – Trzeba będzie je zszyć – oznajmił, zakładając mu 

opaskę uciskową. – A. J. , obejrzyj go, proszę. 

Amelia sięgnęła po lekarską latarkę i zbadała oczy Troya, a następnie zmierzyła 

mu  tętno,  które  nadal  było  słabo  wyczuwalne.  Jego  twarz  lekko  się  zarumieniła,  a 

wargi i paznokcie, które miały dotąd niebieskawy odcień, odzyskały bardziej zdrowy 

różowy kolor. 

– 

Czy masz zawroty głowy? Mdłości? – spytała, nadal obejmując palcami jego 

nadgarstek. 

– Nie. 
– 

Przyjechała karetka! – zawołał jeden z gapiów, a po chwili zjawili się ratownicy z 

noszami i sprzętem medycznym. 

–  Amelia?  – 

powiedziała  ze  zdumieniem  Giną  Douglas,  a  potem  spojrzała  na 

Harrisona i dodała: – Witaj. 

– 

Cześć, Giną, cześć, Ben ~ odrzekł Harrison. – Cieszę się, że was widzę. Rekin 

za

atakował dwudziestoletniego mężczyznę, który odniósł poważne obrażenia. Liczne 

rany szarpane na prawym ramieniu 

i  prawej  nodze.  Stracił  czwartą  i  piątą  kość 

śródstopia. Nie doznał urazów głowy. Źrenice równe i reagują na światło. Tętno dość 

słabo wyczuwalne, chwilami przyspieszone. Podaliśmy mu sól fizjologiczną, ale dotąd 

nie dostał żadnych środków przeciwbólowych. 

– 

A co byś mu zaaplikował? 

– 

Troy, czy jesteś uczulony na morfinę? 

– 

Nie. Brałem ją już wcześniej i nic mi nie było. 

– 

Co ci wtedy dolegało? 

background image

– 

Och... usunięto mi wyrostek robaczkowy. Miałem wówczas siedemnaście lat. 

– 

Czy obecnie przyjmujesz jakieś leki? 

– 

Nie. Ojej... wczoraj wieczorem trochę wypiłem... 

– 

Nie ci nie będzie – pocieszył go Harrison, robiąc mu zastrzyk z morfiny. 

Potem sanitariusze 

położyli Troya na noszach i zanieśli do ambulansu. Ratownik 

Jonah  przez  cały  czas  im  towarzyszył,  trzymając  w  rękach  butelkę  z  solą 

fizjologiczną. 

– 

Dobrze się czujesz, Amelio? – spytał Harrison, biorąc ją za rękę. 

– 

Oczywiście. Tak jak mówiłeś, jakoś dałam sobie radę. 

Harrison uśmiechnął się, a potem przyciągnął ją do siebie, otoczył ramieniem i 

pocałował  w  czubek  głowy.  W  tym  momencie  Giną  wyskoczyła  z  ambulansu i z 

aprobatą spojrzała w ich kierunku. 

– 

Dziękuję, Giną! – zawołała Amelia. – Napiszę sprawozdanie z tego wypadku 

dziś po południu, kiedy tylko przyjdę do szpitala. 

– 

Jasne.  Zostawię  papiery  w  twojej  przegródce  –  oznajmiła  ciemnowłosa 

ratowniczka, siadając obok kierowcy, który włączył światła i na sygnale ruszył. 

– 

Chodź, musisz odpocząć przed pracą – powiedział Harrison, nadal tuląc ją do 

siebie. 

– 

Jeśli  nie  masz  nic  przeciwko  temu,  to  chciałabym  pożegnać  się  z  Yolandą  – 

oznajmiła, gestem ręki wskazując jego dom. 

– 

Ależ naturalnie. 

Yolandą  tańczyła  przy  swojej  ulubionej  muzyce,  ale kiedy zobaczyła  Amelię, 

natychmiast podbiegła do niej i zarzuciła jej na szyję swoje pulchne rączki. 

– 

Mil. , ja. Chodź i tańcz. 

– 

Czy nie mogłabym popatrzeć, jak ty tańczysz? – spytała Amelia, a dziewczynka 

nie  dała  się prosić  i w  rytm  muzyki  zaczęła  wirować  po całym  pokoju,  naśladując 
ruchy aktorów w telewizji. – 

Jesteś naprawdę świetną tancerką – pochwaliła ją pod 

koniec trzeciej melodii. 

Kiedy wychodziła, Yolandą pomachała do niej na pożegnanie. 
– 

Odprowadzę Amelię do domu – zawołał Harrison do pani D. , która siedziała w 

fotelu i czytała książkę. 

– 

W porządku, mój drogi. 

Ruszyli  ścieżką,  trzymając  się  za  ręce.  Harrison  uważał  Amelię  za  niezwykłą 

kobietę.  Nie  mógł  wprost  uwierzyć,  że  w  końcu  coś  mu  o  sobie  opowiedziała. 

Zawsze miał nadzieję, że kiedyś spotka kobietę, która zostanie jego przyjaciółką. Że 
z cza

sem  ten  związek  się  zacieśni.  Że  ponownie  się  ożeni,  dając  córeczce  zarówno 

background image

kochającą matkę, jak i rodzeństwo do wspólnych zabaw, ale... 

– 

Czy kiedykolwiek powiedziałaś jakiemuś mężczyźnie o swojej operacji? O tym, 

co musisz znosić na co dzień? – spytał, wiedząc, że endometrioza jest bardzo bolesną 

chorobą. 

– Tak. Jeden raz. Dawno temu. 
– 

Niech  zgadnę.  Kiedy  powiedziałaś  mu  o  tej  operacji,  on  natychmiast  cię 

porzucił? 

– 

Właśnie. 

– 

I od tej chwili straciłaś zaufanie do ludzi. 

– Owszem. 
– 

Doskonale cię rozumiem. Naprawdę. I czuję się zaszczycony, że zaufałaś właśnie 

mnie. Wiem, że nie jest to łatwe, zwłaszcza po zawodzie, jaki przeżyło się wcześniej. 

– 

Masz na myśli swoją żonę? 

– 

Byłą żonę. To znaczy, zgodnie z literą prawa do końca byliśmy małżeństwem, ale 

gdyby  Inga  żyła,  na  pewno  doszłoby  do  rozwodu.  To  byłoby  jedyne  rozsądne 

rozwiązanie, zarówno dla Yolandy, jak i dla mnie. – Spojrzał na splecione palce ich 

dłoni. – Dwa tygodnie po jej wyprowadzce zadzwonili do mnie z policji, prosząc o 

spotkanie w szpitalu. Musiałem zidentyfikować jej zwłoki. 

– Och, Harrison – 

wyszeptała ze współczuciem. 

– 

Poziom  alkoholu  w  jej  krwi  znacznie  przewyższał  dozwoloną  normę,  a  ona 

prowadziła samochód; 

Amelia 

wpatrywała  się  w  niego,  nie  mogąc  wyobrazić  sobie  tej  makabrycznej 

sceny. 

– 

To był dla nas ciężki okres. Yolanda też nie czuła się dobrze. 

– 

Ale jakoś się z tym uporałeś. To dowodzi, że w głębi duszy jesteś bardzo silny. 

Wiem, jak ważna jest dla ciebie Yolanda. To widać już na pierwszy rzut oka. Jesteś 

cudownym ojcem i nie mam wątpliwości, że wychowasz córkę na samowystarczalną, 

niezależną i zaradną osobę. Chyba żaden ojciec ani matka nie może żądać więcej... 

Harrison westchnął głęboko. 
– 

Niekiedy  zadaję  sobie pytanie, co ja najlepszego  robię.  Mimo  zabiegów 

leczniczych, intensywnych 

ćwiczeń oraz ciągłego nadzoru bywają dni, kiedy Yolanda 

siedzi  bez  ruchu  i  wpatruje  się  w  ścianę,  ponieważ  nie  może  dać  sobie  rady  z 

otaczającym ją światem. To wszystko przerasta jej możliwości. Co będzie, jeśli z tego 

nie wyrośnie? Co będzie, jeśli nie uda mi się przygotować jej do życia? 

– 

Ależ,  Harrison,  z  tego,  co  widziałam,  wykonujesz  niezwykłą  robotę.  Nie 

zostawiasz małej na oddziale dziennym, lecz zajmuje się nią zaufana osoba, którą oboje 

background image

kochacie. Yolanda jest cudownym dziec

kiem.  To,  że  postawiono  diagnozę  tak 

wcześnie, działa na waszą korzyść, a podjęta terapia przynosi wspaniałe rezultaty. A 

wszystko dzięki temu, że od razu wiedziałeś, na co należy zwracać uwagę... 

– Al

e ty mimo to natychmiast zauważyłaś, że coś jej dolega. 

– 

Owszem, ale ja jestem lekarzem, a to zupełnie inna sprawa. Poza tym przecież 

nie  starasz  się  ukryć  upośledzenia  Yolandy.  Usiłujesz  jedynie  dawać  jej  wszystko, 
czego potrzebuje. To znaczy dajesz jej – 

narzędzia,  żeby  mogła  maksymalnie 

korzystać z życia i wyrosnąć na niezależną kobietę. 

– 

Tak uważasz? 

Amelia nie mogła pojąć, dlaczego aż tak bardzo brak mu wiary w siebie. Zawsze 

wydawał jej się mężczyzną silnym i umiejącym zapanować nad każdą sytuacją. 

– 

Oczywiście.  Jesteś  wspaniałym  ojcem,  Harrison.  Nie  powinieneś  mieć  co  do 

tego cienia wątpliwości. 

Harrison przez chwilę rozważał jej słowa w milczeniu. 
– 

Jesteś dla mnie niezwykle dobra, Amelio Jane. Czy zdajesz sobie z tego sprawę? 

Naprawdę, bardzo lubię twoje towarzystwo i sam już nie wiem, jak ci dziękować za 

wszystko, co zrobiłaś dla Yolandy w ciągu tego tygodnia. 

Amelia poczuła, że robi jej się ciepło na sercu. 
– 

Sprawiło mi to wielką przyjemność. Lubię spędzać z nią czas. 

– 

Nie chciałbym się narzucać, ale upłyną jeszcze co najmniej dwa tygodnie, zanim 

pani D. w pełni odzyska zdrowie i, że tak powiem, stanie na nogach. Czy mogłabyś 

nadal do nas zaglądać i sprawdzać, czy wszystko jest w porządku? Oczywiście, w wolne 
dni... 

– 

Naturalnie. Powiedziałam, że chętnie pomogę i nie zamierzam zmieniać zdania 

– 

oznajmiła, uświadamiając sobie, że nie potrafiłaby odmówić temu mężczyźnie. 

– To wiele dla mnie znaczy, AJ. Zatem do zoba

czenia później. 

– 

Słucham?  –  Stali teraz przed drzwiami jej mieszkania, a ona odwróciła  się  i 

spojrzała na Harrisona, czując zamęt w głowie. – Przecież mam dyżur. 

– 

Wiem. Kończysz około północy, prawda? 

– No... tak. 
– 

Zatem  przyjdę  po  ciebie  do  szpitala  i  odprowadzę  cię  do  domu.  Chcę  mieć 

pewność, że jesteś bezpieczna. 

– 

Zamierzałam wziąć taksówkę. 

– 

Zapowiadają cudowny wieczór. 

– 

Harrison, czegoś tu nie rozumiem. 

– 

Powiedziałaś, że chętnie pomożesz, kiedy nie będziesz pracować. 

background image

– No tak. 
– 

A wtedy skończysz już zmianę. 

– 

A ty będziesz potrzebował pomocy? 

– 

Tak, bo chcę odprowadzić cię do domu. A jak miałbym to zrobić bez ciebie? 

Amelia zamknęła na chwilę oczy. 
– 

Mam kompletny zamęt w głowie. 

Harrison uniósł brwi i lekko się uśmiechnął. 
– To dobrze – 

mruknął, a potem pochylił się, musnął wargami jej usta i odszedł. 

Amelia  wyjęła klucz z kieszeni spódnicy i otworzyła  drzwi,  wciąż  nie  mogąc 

ochłonąć po tym przelotnym pocałunku. 

– 

Mam zupełny chaos w głowie – jęknęła, wchodząc do mieszkania. 

 

background image

Rozdział 8 

 
Kiedy tego dnia po południu dotarła do szpitala, odsunęła na bok wszelkie myśli 

dotyczące Harrisona i była gotowa skupić się wyłącznie na pracy. Idąc korytarzem, 

zdała sobie sprawę, że wszyscy uśmiechają się do niej inaczej niż zwykle. 

Otworzyła drzwi do szatni i stanęła twarzą w twarz z Tiną. 
– 

No więc? Powiedz mi, Amelia. W szpitalu aż huczy od plotek, że ty i Harrison 

jesteście parą. W zeszłym tygodniu w ogóle cię nie widziałam, bo wzięłaś sobie wolne, 

żeby bawić się z nim w szczęśliwą rodzinkę. Nie mogę więc powiedzieć, żebym była 

zaskoczona, ale tak czy owak... przekaż mi najświeższe wiadomości. 

– 

No  cóż...  –  zaczęła  Amelia.  –  Można  powiedzieć,  że  znaleźliśmy  wspólny 

język. – Odwróciła się i zamknęła drzwi swojej szafki. 

– 

Ojej, to fajnie. Cieszysz się, prawda? 

– 

Jak mogę się cieszyć? Zostało mi dziesięć tygodni pobytu w tym kraju. 

– 

Ale przecież powiedziałaś, że znaleźliście wspólny język. – Urwała, a potem 

zawołała: – Och, teraz rozumiem... 

Amelia westchnęła i odwróciła się do Tiny plecami. 
– 

On cię pocałował, prawda? Nie ukryjesz tego przede mną. Masz to wypisane na 

twarzy. 

– 

Naprawdę? – Amelia spojrzała w lustro. 

– 

Powiedziałam to w przenośni – zawołała Tina, wybuchając śmiechem. – O rany! 

Widzę, że pobyt na łonie szczęśliwej rodziny bardzo ci służy. 

– 

Nic na to nie poradzę, że lubię spędzać czas z nim... i z Yolandą. 

– 

Więc nie trać ani chwili. Macie zaledwie dziesięć tygodni. 

– 

Nie wiem, czy powinnam się angażować, skoro mam wkrótce wyjechać. 

– 

Och,  Amelio!  Jak  często  przytrafiały  ci  się  podobne historie? Prawie nigdy! 

Skoro czujesz coś do Harrisona, to masz prawo wdać się z nim w romans i zobaczyć, 
co z tego wyniknie. 

– 

Muszę stąd wyjechać. 

– 

Ale dlaczego nie miałabyś przekonać się, jak wam... 

– Z powodu Yolandy. 
–  Och, daj spokój. To kiepska wymówka. Po pros

tu jesteś przerażona. Piekielnie 

boisz się, że on odepchnie cię, tak jak zrobił to przed laty ten kretyn. 

– 

Nigdy  nie  urodzę  dziecka,  Tina.  Czy  nie  uważasz,  że  to  mogłoby  mieć  dla 

niego znaczenie? 

background image

– Nie wiem. Spytaj Harrisona. 
– 

Nie mogę. 

– Dlaczego? 
– 

Bo mnie odtrąci. To oczywiste, że on pragnie mieć więcej dzieci i doskonale go 

rozumiem. Jest 

niezwykłym  ojcem.  Zasługuje  na  kobietę,  która  może  dać  mu  to,  o 

czym marzy. 

– 

A  jeśli  tą  kobietą  jesteś  właśnie  ty?  Co  będzie,  jeśli  go  odrzucisz?  Czy 

pomyślałaś o tym choć przez moment? 

Amelia milczała przez dłuższą chwilę, rozważając w myślach jej słowa. 
– 

Nie. Nie myślałam o tym w ten sposób. – Westchnęła. – Muszę iść. 

Amelia  skupiła  się  na  pracy.  Po  wizycie  pierwszego  pacjenta  poszła  do  Troya, 

który leżał na ortopedii. 

– 

Cześć! – powitał ją, kiedy podeszła do jego łóżka. – Dziękuję, że przyszła pani 

mnie odwiedzić. 

– 

Jestem zaskoczona, że nie masz gości, Troy. 

– 

Moi rodzice poszli przed chwilą kupić coś do jedzenia. Teraz, kiedy zobaczyli, 

że nic mi nie jest, mama trochę się uspokoiła. 

– 

Bardzo  się  cieszę.  Jesteś  prawdziwym  szczęściarzem,  Troy  –  powiedziała 

łagodnym tonem, a on skwitował jej słowa uśmiechem. 

– 

Szczęście  nie  ma  z  tym  nic  wspólnego.  Ten  rekin  nie  chciał  zrobić  mi  nic 

złego. 

– 

Dlaczego tak mówisz? Przecież on mógł cię zabić! 

– 

Ale tego nie zrobił. I powiem pani dlaczego. 

– 

Słucham. 

– 

Bo nie surfowałem sam. Byli ze mną kumple, którzy wyciągnęli mnie na brzeg, 

zanim zdałem sobie sprawę, co się dzieje. Przezorni surfingowcy wiedzą, co robić i 

czego można się spodziewać. Mieliśmy przy sobie czujniki do wykrywania rekinów. 
Nie jes

teśmy głupi, ale w końcu zdarzają się różne wypadki. 

– 

Jak możesz tak spokojnie o tym mówić? 

– 

Pani też była spokojna, kiedy opatrywała pani moje rany. Jest pani lekarzem, 

przygotowanym do tego rodzaju pracy. A ja jestem zawodowym surfingowcem, który 
cały wolny czas spędza na plaży – odrzekł z uśmiechem. 

– 

Czy zamierzasz nadal uprawiać ten sport? 

– 

Oczywiście, Amelia oniemiała z wrażenia i patrzyła na niego z otwartymi ze 

zdumienia ustami. 

–  Mam to we krwi. 

Przypuszczam,  że  wydaje  się  to  pani  lekkomyślne  i 

background image

nierozważne,  ale  nie  rzuciłaby  pani  medycyny,  gdyby  podupadła  pani  na  zdrowiu. 

Pozbierałaby się pani i wróciła do swojego zawodu... do tego, co robi pani najlepiej. 

Ma rację, przyznała w duchu Amelia. Właśnie tak postąpiłam, kiedy stan mojego 

zdrowia przekreślił wszelkie plany na przyszłość. 

– 

To  bardzo  słuszna  uwaga,  Troy  –  powiedziała,  uśmiechając  się  do  niego.  – 

Wracaj do zdrowia. 

– Dobrze. 
Kiwnęła głową i ruszyła w stronę wyjścia. 
– Och, pani doktor... jeszcze jedno... 
Amelia przystanęła i odwróciła się do niego. 
– 

Dziękuję za... och, wie pani... za doprowadzenie mnie do porządku – wyjąkał ze 

łzami w oczach. 

Widząc  to,  Amelia  zdała  sobie  nagle  sprawę,  że  ten  wypadek  wstrząsnął  nim 

bar

dziej,  niż  to  okazywał.  Kiwnęła  głową,  a  potem  serdecznie  się  do  niego 

uśmiechnęła i poszła z powrotem na oddział ratownictwa. 

Upłynęło  kilka  godzin.  Tina  nie  wspomniała  już  ani  słowem  o  Harrisonie,  a 

Amelia  była  jej  za  to  bardzo wdzięczna. Na oddziale panował wyjątkowy – jak na 
sobotni wieczór – 

spokój, więc miała mnóstwo czasu na rozmyślania, choć wcale tego 

nie chciała. Podczas przerwy na kolację poszła do pokoju dla personelu. Ze zmęczenia 

głowa opadła jej na stół. Harrison nieustannie zaprzątał myśli Amelii i coraz trudniej 

było  jej  skupić  się na  pracy.  Ciągle  zastanawiała się nad tym,  jak powinna postąpić 
wobec niego. 

Nie bardzo wiedziała, co ma dalej robić. 

–  Dobrze ci, co? – 

powiedział Harrison, niespodziewanie wchodząc do pokoju, a 

ona na dźwięk jego niskiego, głębokiego głosu gwałtownie się wyprostowała. 

– Co... ty tutaj robisz, Harrison? – 

spytała, spoglądając na niego szeroko otwartymi 

oczami. Powoli 

dopiła  herbatę,  stwierdzając,  że  ten  mężczyzna  wygląda  równie 

dobrze w dżinsach oraz podkoszulku, które teraz miał na sobie, jak i w eleganckim 
ubraniu 

czy kąpielówkach. Nagle zdała sobie sprawę, że choć widziała go tego ranka, 

przez cały dzień okropnie za nim tęskniła. – Czy Yolanda dobrze się czuje? 

– Tak. 
– 

Więc co tu robisz? Chodzi o panią D. ? 

– N

ie. Yolanda i pani D. są w świetnej formie. Wezwała mnie Tina. 

– W jakiej sprawie? 
– 

Chodzi o jakiś poważny nagły przypadek. – Podszedł do stołu i usiadł obok niej. – 

Nic o tym nie wiesz? 

– 

Od półgodziny mam przerwę – wyjaśniła, odsuwając się nieco od niego. 

background image

Harrison kiwnął głową i pochylił się w jej stronę, ale ona odruchowo odskoczyła. 
– 

Przecież cię nie ugryzę – powiedział łagodnym tonem. – No, chyba że mnie o to 

poprosisz. 

–  Harrison!  – 

upomniała  go,  ale  jego  niezbyt  wyszukany  żart  odniósł  skutek. 

Patrz

ąc  w  jego  oczy,  poczuła  suchość  w  ustach.  Przyglądając  się  jego  wargom, 

zapragnęła,  by  znów  ją  pocałował.  Ponownie  spojrzała  mu  w  oczy  i  zdała  sobie 

sprawę, że on doskonale wie, o czym ona myśli. 

Harrison wziął głęboki oddech, przez chwilę go wstrzymywał, a potem wypuścił 

powietrze. 

– 

Może  pójdziemy  dowiedzieć  się,  co  Tina  ma  nam do powiedzenia? – 

zaproponował,  wyciągając  do  niej  rękę,  a  ona  mimo  wszystko  nie  była  w  stanie 

przepuścić tej okazji. 

Pragnęła go dotknąć, a kiedy poczuła ciepło jego dłoni, jej serce znów zaczęło bić 

w przyspieszonym tempie. 

– 

Chodźmy, doktor Watson – powiedział, chwytając ją za rękę i kierując się w 

stronę stanowiska pielęgniarek na oddziale ratownictwa. Mijani przez nich członkowie 

personelu  uśmiechali  się  życzliwie  na ich widok,  a  jeden  z  portierów  przyjaźnie 

poklepał Harrisona po plecach. 

– 

Tak trzymać, szefie! – powiedział, szczerząc zęby. 

Kiedy dotarli do recepcji, zastali w niej Tinę, która odkładała właśnie słuchawkę. 
– 

Widzę,  że  Harrison  już  cię  znalazł  –  zawołała  z  wyraźną  radością.  –  To 

świetnie. Zaraz zaczynamy odprawę. 

Wciąż  trzymając  się  za  ręce,  weszli  do  pokoju,  w  którym  zgromadziło  się  już 

kilkunastu członków personelu. Była wśród nich Rosie, która powitała ich serdecznym 

okrzykiem, a potem podeszła do Amelii. 

– Wy

gląda na to, że zostałaś dziewczyną naszego szefa – szepnęła jej do ucha. 

Amelia nie wiedziała, jak się zachować. Czuła, że ma zaczerwienione policzki. Na 

szczęście w tym momencie weszła Tina i wszyscy zamienili się w słuch. 

–  Stajemy w obliczu kryzysowej sytuacji –  oznaj

miła  donośnym  głosem.  – 

Podczas koncertu rocko

wego,  który  odbywał  się  nad  morzem,  słuchacze  dostali 

zbiorowego  amoku  i  doszło  do  ogólnej  bijatyki.  Wysiano tam co najmniej osiem 
karetek pogotowia. 

Będziemy mieli do czynienia ze złamaniami, obrażeniami ciała, 

oparzeniami i Bóg wie czym jeszcze. 

Nie  wspominając  już  o  tym,  że  niektórzy 

spośród poszkodowanych są pijani lub odurzeni na skutek nadużycia narkotyków. 

– 

Sobotnie  wieczory  sprzyjają  bijatykom  –  wtrąciła  jedna  z  pielęgniarek, 

wywołując wybuch śmiechu zebranych. 

background image

– 

Zachowajcie powagę i skupcie się na tym, co nas czeka – zarządził spokojnym, 

ale stanowczym tonem Harrison. – 

Z informacji, które przekazała mi Tina, wynika, że 

będziemy zawaleni robotą. Przyjmujcie pacjentów kolejno, w miarę ich pojawiania 

się  na  oddziale.  Tych,  których  stan  nie  jest  krytyczny,  należy  opatrzyć  i  wysłać  do 

domu.  Będą  mogli  wrócić  jutro  lub  skontaktować  się  w  poniedziałek  ze  swoimi 

lekarzami rodzinnymi. Amelio, ty i ja będziemy urzędowali w sali zabiegowej numer 
jeden. Tina, 

zbierz zespół i zajmij salę numer dwa. – W tym – momencie rozległa 

się syrena i wszyscy zastygli na chwilę w bezruchu, jakby czekając na jego komendę. – 

No dobrze, bierzmy się do pracy. 

W ciągu najbliższych trzech godzin Amelia była tak zajęta, że nie mogła nawet 

pomyśleć  ani  o  Harrisonie, ani o niczym innym. W sali zabiegowej pojawiali  się 

kolejno ranni pacjenci. Na szczęście oboje z Harrisonem byli już na tyle zgrani, że 

rozumieli się bez słów. Pracowali w milczeniu, tylko od czasu do czasu rzucając jakąś 

uwagę. 

Choć  część  poszkodowanych  kierowano  do  innych  szpitali,  po  północy  ich 

napływ zmniejszył się tylko w niewielkim stopniu. W szpitalu pojawiła się też policja, 

bo  w  poczekalni  wybuchła  bójka  między  oczekującymi  na  swoją  kolej  młodymi 

ludźmi. 

– 

Jak  długo  to  jeszcze  potrwa?  –  spytała  Amelia,  zdejmując  rękawiczki  po 

opatrzeniu kolejnego pacjenta. 

– 

Wydaje  mi  się,  że  karetki  nie  kursują  już  tak  często  jak  przedtem  –  odparł 

Harrison. – 

To by oznaczało, że liczba poszkodowanych będzie się zmniejszać. 

Ale  minęła  jeszcze  godzina,  zanim  poczekalnia  opustoszała,  a  oni  mogli  sobie 

pozwolić na chwilę odpoczynku. 

– 

Zabieram torebkę i idę do domu – jęknęła Amelia, tłumiąc ziewnięcie. 

– 

Lepiej usiądź na chwilę i napij się kawy – zaproponowała Tina. 

– 

Nie mogę – mruknęła, rozglądając się wokół siebie. – Jeśli to zrobię, już nie 

wstanę o własnych siłach. 

– 

Nie widziałam go od dłuższej chwili – oznajmiła Tina. 

– Kogo? 
– 

Harrisona. Nie widziałam go, ale myślę, że nadal jest na terenie szpitala. 

– 

To  dobrze,  bo  mam  nadzieję,  że  odprowadzi  mnie  do  domu.  Albo  wezwie 

taksówkę. 

– Nic z tego – 

roześmiała się Tina. – Jest bardzo zmęczony, ale z pewnością będzie 

chciał  iść  piechotą,  bo  wtedy  spędzi  w  twoim  towarzystwie  więcej  czasu.  On chyba 

naprawdę jest w tobie śmiertelnie zakochany. 

background image

– Nie mów tak! – 

jęknęła Amelia. 

–  O czym rozmawiacie? – 

spytał  Harrison,  który  stanął  właśnie  w  drzwiach 

pokoju. 

– O... niczym – 

wykrztusiła Amelia, czerwieniąc się z zażenowania. 

– 

Mam tu jeszcze jedną pacjentkę – zawołała Rosie, machając kartą choroby. – 

Kto się nią zajmie? 

–  Ja  – 

odparła  Amelia,  z  trudem  wstając  z  krzesła.  –  Im  prędzej  się  do  tego 

zabiorę, tym wcześniej skończę. 

– 

Dziękuję ci. Ta biedna kobieta siedzi tam już od dwóch godzin. 

– 

Przykro  mi,  że  musiała  pani  tak  długo  czekać,  pani Franklin –  powiedziała 

Amelia, wchodząc do sali zabiegowej. 

–  Nic nie szkodzi – 

odparła  kobieta.  –  Wiem,  że  mieliście  pełne  ręce  roboty. 

Zrobiono mi tymczasem 

zdjęcia rentgenowskie. 

– 

Zaraz je przyniosę – oznajmiła Amelia, wychodząc z pokoju  i kierując się  w 

stronę stanowiska pielęgniarek. 

–  Czego szukasz? – 

spytał  Harrison,  który  przekładał  jakieś  leżące  na  stole 

dokumenty. 

– 

Zdjęć pani Franklin. 

– 

Są tutaj. Czy to twoja ostatnia pacjentka? 

– 

Mam nadzieję – odparła, tłumiąc ziewanie. – Marzę już tylko o tym, żeby jak 

najszybciej znaleźć się w domu. 

– 

Czy nadal nie masz nic przeciwko temu, żebym cię odprowadził? 

– 

Oczywiście. Świeże powietrze dobrze nam zrobi. 

– 

To świetnie.  W takim razie przekażę Tinie wszystkie  inne sprawy  i  będę  na 

ciebie czekał. 

Amelia uśmiechnęła się z wdzięcznością i wróciła do pacjentki. Umieściła zdjęcia 

na negatoskopie i za

częła je uważnie oglądać. 

– 

Ręka jest niewątpliwie złamana – oznajmiła po chwili. – Widzę też dwa drobne 

pęknięcia kości. Z wywiadu wynika, że pani upadla i ktoś nadepnął pani na ramię. 

– 

Zgadza  się.  To  był  naprawdę  udany  koncert  –  odparła  kobieta  z  ironicznym 

uśmiechem. 

– 

Czy rozmawiała pani z policją? 

– 

Tak. To mi nic nie pomoże, ale przynajmniej będę miała czyste sumienie. 

– 

No dobrze. Założymy pani gips. Trzeba go będzie nosić przez sześć tygodni. 

Po  upływie  tego  terminu  proszę  zapisać  się  na  wizytę  do  jednego  z naszych 

szpitalnych  ortopedów.  Dyżurna  pielęgniarka  przekaże  pani  wszystkie  niezbędne 

background image

informacje. 

– B

ardzo pani dziękuję. 

Amelia wróciła do stanowiska pielęgniarek i dokonała niezbędnych adnotacji w 

karcie choroby pani 

Franklin. Potem wypisała dla niej skierowanie do gipsowni. 

– 

Czy jesteś już gotowa? – spytał Harrison. 

– 

Muszę tylko przynieść moją torebkę. Pobiegła do szatni i po chwili wróciła. 

– 

Szybko się z tym uwinęłaś – mruknęła z uśmiechem Tina. – Widzę, że marzysz o 

tym, żeby stąd jak najprędzej wyjść. 

– 

Żebyś wiedziała. 

– 

W takim razie znikajcie stąd oboje, a ja zajmę się wszystkim innym. 

– 

Życzę dobrej nocy – powiedział Harrison, kiedy wychodzili z oddziału. 

Gdy tylko znaleźli się na dworze, mocno ją objął, a ona od razu poczuła się lepiej. 

Ale odezwał się do niej dopiero wtedy, kiedy minęli bramę szpitala i wyszli na ulicę. 

– Dlaczego nic nie mówisz? – 

spytał. 

– 

Hmm... Sama nie wiem, co mam powiedzieć. 

– 

Przykro  mi,  jeśli  czujesz  się  skrępowana  tym,  że  wszyscy  tak  uważnie  cię 

obserwują. 

– 

Oni najwyraźniej bardzo dobrze ci życzą. 

Harrison wzruszył ramionami. 
– 

Znamy się od dawna. Spora część personelu pamięta mnie z czasów, w których 

byłem jeszcze studentem medycyny i stawiałem pierwsze kroki w zawodzie. Było to 

na  długo  przedtem,  zanim  poznałem  Ingę  i  zostałem  ojcem.  Ale  zapomnijmy  o 
szpitalu. 

Cieszmy się tym, że wędrujemy we dwoje pod rozgwieżdżonym niebem. 

Amelia  stwierdziła  ze  zdziwieniem,  że  istotnie  czuje  się  bardzo  szczęśliwa.  Ale 

miała jeszcze do niego kilka pytań. 

– 

Jak mam reagować na to, że wszyscy uważają mnie za twoją dziewczynę? 

Harrison  zerknął  na  nią  z  uśmiechem.  Potem  rozejrzał  się  na prawo i lewo, by 

sprawdzić, czy mogą bezpiecznie przejść na drugą stronę, i ruszył naprzód, pociągając 

ją za sobą. 

– 

A czy nią nie jesteś? – spytał cicho. 

– 

Sama nie wiem. Pomagałam ci w opiece nad Yolandą, a ty pocałowałeś mnie 

dziś po raz pierwszy, ale... 

– Wczoraj – 

poprawił ją odruchowo, a ona potakująco kiwnęła głową. 

– 

Tak,  to  było  wczoraj.  Trzymałeś  mnie  też  za  rękę  na  odprawie,  więc  cały 

szpital uważa mnie za twoją ostatnią zdobycz. 

– 

Ostatnią?  –  spytał  urażonym  tonem.  –  Moja  ostatnia zdobycz została  moją 

background image

żoną. 

– 

I o to właśnie mi chodzi. 

– Co to znaczy? 
– 

Harrison, nie możemy sobie pozwolić na poważne zaangażowanie. Nie chcę się 

powtarzać jak zacięta płyta, ale ja mam w Anglii swoje własne życie. 

Zmarszczył  brwi,  wyraźnie  niezadowolony  z  jej  odpowiedzi,  i  objął  ją  jeszcze 

mocniej. 

– Wiem o tym. 
– 

Więc  musisz  sobie  zdawać  sprawę,  że  nasza  znajomość...  nasz  związek...  – 

wzruszyła ramionami – nie ma przyszłości. 

– Dlaczego? 
– 

Dlatego, że mieszkamy w różnych krajach. Na różnych kontynentach. 

–  To prawda...  – 

mruknął  niechętnie,  zastanawiając  się,  czy  jest  to  jedyna 

przyczyna, dla której Ame

lia zachowuje wobec niego taki dystans. Wyznała mu, że 

cierpi na endometriozę, ale on podejrzewał, że na jej postawę wpływają jakieś inne 
motywy. 

–  A poza tym musi

my  wziąć  pod  uwagę  dobro  Yolandy.  I  to  jest  dodatkowy 

powód, dla którego nie 

powinniśmy się widywać. 

– 

Ale mimo wszystko pozwalasz mi się obejmować i spacerujesz ze mną po ulicach o 

drugiej nad ranem. 

– 

Ja nie powiedziałam, że cię nie lubię. Lubię cię... może nawet za bardzo. 

– 

Więc dlaczego nie możemy uznać tej sytuacji za punkt wyjścia i nie pozwolimy 

jej się rozwijać? 

– 

Dlatego, że muszę stąd wyjechać, wrócić na moją półkulę, przygotować się do 

końcowych egzaminów, a jeśli je zdam, przyjąć lub odrzucić proponowaną mi posadę. 

– 

A więc zaproponowano ci stałą pracę? – spytał ze zdumieniem. – W Anglii? 

– 

Nie wiem, dlaczego jesteś taki zaskoczony. 

– 

Nie jestem. Uważam cię za znakomitego lekarza. Po prostu nie zdawałem sobie 

sprawy, że otrzymałaś taką ofertę. 

– 

To tylko dowodzi, jak mało o sobie wiemy, Harrison. 

– 

I właśnie dlatego powinniśmy bliżej się poznać. – Minęli właśnie jego dom i szli 

dalej w kierunku jej mieszkania. – 

Posłuchaj, połączyła nas ze sobą jakaś niezwykła 

więź. Nie mogę przestać o tobie myśleć. 

– 

Choć znamy się od niedawna, jesteś dla mnie bardzo ważna. Kiedy  cię  przy 

mnie  nie  ma,  myślę  tylko  o  tym,  że  chciałbym  być  z  tobą,  trzymać  cię  za  rękę, 

obejmować, całować... Moje uczucia są tak silne, że nie potrafię nad nimi zapanować, 

background image

c

hoć wydaje mi się to trochę przerażające. Nie wiem, dokąd to doprowadzi i co może 

się wydarzyć. Ale wiem, że nie przeżywałem czegoś takiego nigdy dotąd. 

– 

Nawet w towarzystwie twojej żony? 

– Nie – 

odparł bez chwili wahania. – Ona nigdy nie sprawiła, że czułem się tak, 

jakbym potrafił latać, jakbym mógł samotnie pokonać cały świat. A ty wyzwalasz we 
mnie moje najlepsze cechy. Nigdy nie 

zrobiłbym  ci  krzywdy,  AJ.  Jesteś  dla  mnie 

kimś wyjątkowym. 

– 

Tak myślisz? 

– Jestem tego pewny. – 

Zatrzymali się pod jej drzwiami, więc sięgnęła po klucze 

do mieszkania. – 

Czy zobaczymy się dziś w ciągu dnia? 

– 

Muszę się trochę przespać, a potem iść do pracy. Może jutro? 

– 

Czyli w poniedziałek? 

– 

Tak. Przez najbliższe dwa dni pracuję na dziennej zmianie, a w środę i czwartek 

mam wolne. 

– 

Więc może przyjdziesz do mnie jutro na kolację? 

– Harrison. :. 
– 

Daj spokój, A. J. , przecież chodzi tylko o kolację. Yolanda i pani D też będą. 

Wiem, że chętnie się z nimi zobaczysz. 

– No dobrze – 

zgodziła się, choć wiedziała, że popełnia błąd. – A teraz idź już do 

domu. 

– 

Harrison kiwnął głową i musnął wargami jej usta. 

– 

Śpij dobrze. 

– 

Wesołego Alleluja. 

Odchylił się gwałtownie i spojrzał na nią ze zdumieniem. 
– 

Czyżby jutro była Wielkanoc? Zapomniałem ukryć czekoladowe jajka! 

– 

A więc je kupiłeś? 

– 

Zrobiła  to  za  mnie  pani  D.  Muszę  pędzić  do  domu  i  pochować  je.  zanim 

Yolanda wstanie! Mam 

nadzieję, że tej nocy się nie budziła. 

– 

Przecież pani D. natychmiast by cię wezwała. 

– 

To prawda, a ponieważ nie dzwoniła, zakładam, że wszystko jest w porządku. 

Zatelefonuję do ciebie później! 

Odszedł pospiesznie, a ona stała przez chwilę nieruchomo, usiłując zebrać myśli. 

Wiedziała już, że jest w nim zakochana, ale nie miała pojęcia, jak się w tej sytuacji 

zachować. 

 

background image

Rozdział 9 

 
Kiedy w tę wielkanocną niedzielę udało jej się w końcu zasnąć, miała bardzo 

piękne  sny.  Widziała  w  nich  siebie,  Harrisona  i  Yolandę.  Tworzyli  wspólnie 

szczęśliwą rodzinę, ale tym razem odniosła wrażenie, że dzieje się to na jawie. Że jest 

żoną Harrisona, a Yolanda mówi do niej „mamo” i wszystko układa się tak, jak sobie 

wymarzyła. 

Kiedy się obudziła, było już wczesne popołudnie. Uświadomiła sobie z radością, 

że nie musi iść do pracy ani spotykać się z Harrisonem. Kiedy zdała sobie sprawę, że 

jest w nim  zakochana, poczuła się wstrząśnięta i przerażona. Na samą  myśl o tym 
za

czynała nerwowo dygotać. 

Nie  podejrzewała  siebie  samej  o  zdolność  do  tak  silnych  uczuć.  Kochała 

oczywiście  Yolandę,  która  była  uroczym  dzieckiem,  lubiła  i  szanowała  panią 

Deveraux, ale nigdy nie przypuszczała, że może się zakochać w swoim szefie. 

Harrison  potrafił  przełamać  w  jakiś  sposób  wszystkie  bariery,  które  zbudowała 

wokół  siebie  na  przestrzeni  kilku  minionych  lat.  Dotarł  do  jej  serca  i  zajął  w nim 

bardzo ważne miejsce. 

– Kocham Harrisona! – 

powiedziała na głos, patrząc na swoje odbicie w lustrze. 

Ta  świadomość  wzbudziła  w  niej  wielką  radość,  a  równocześnie  przywróciła  jej 

jasność myśli. Wiedziała, jak ma postąpić. 

Doszła  do  wniosku,  że  dla  dobra  wszystkich  zainteresowanych  musi  jak 

najszybciej zdystansować się od rodziny Stapletonów. 

Wzięła  prysznic  i  zjadła  śniadanie,  a  potem  postanowiła  wybrać  się  na  spacer. 

Chcąc  uniknąć  spotkania  z  Harrisonem  i  jego  córką,  ruszyła  w  kierunku  Brighton. 

Harrison powiedział jej kiedyś, że jest tam piękna plaża, więc... 

Harrison..

. Wszystkie jej myśli nieustannie wracały do niego. 

Kiedy otworzyła drzwi mieszkania, dostrzegła ze zdumieniem leżącą na słomiance 

ozdobnie opakowa

ną  paczkę.  Po  chwili  wahania  wniosła  ją  do  środka,  otworzyła 

przyczepioną do niej kopertę z jej nazwiskiem i przeczytała wypisane na kartce słowa: 
„Weso

łych  Świąt  i  dziękujemy  bardzo  za  twoją  bezcenną  pomoc”.  Życzenia 

podpisane były przez Harrisona, panią Deveraux i Yolandę. Widząc narysowane przez 

dziewczynkę  trzy  krzyżyki  symbolizujące  pocałunki,  Amelia  uśmiechnęła  się  ze 
wzruszeniem. 

Jakże  mogę  zerwać  kontakty  z  tak  uroczym  dzieckiem?  –  spytała  się  w  duchu. 

Wiedziała dobrze, że byłoby to bardziej bolesne dla niej niż dla Yolandy, ponieważ 

background image

uczyniłaby to wbrew swoim przekonaniom. Marzyła o tym, by stać się częścią życia 

tej dziewczynki, patrzeć,  jak dorasta, obserwować zachodzące w niej zmiany... Ale 

właśnie dlatego musi zniknąć z jej świata. 

Odłożyła  list  i  drżącymi  rękami  zaczęła  rozpakowywać  paczkę.  Kiedy  ujrzała 

oprawioną fotografię przedstawiającą zbudowany przez nich na plaży zamek, jej serce 

zabiło jeszcze szybciej. Powiesiła zdjęcie w swojej sypialni, żeby oglądać je codziennie 

tuż przed zaśnięciem. 

Harrison  znów  trafił  do  mojego  serca,  utrudniając  mi jeszcze bardziej to, co 

muszę zrobić, pomyślała z irytacją. Wiedziała, że zabierze tę fotografię do Anglii i że 

będzie  jej  ona  zawsze  przypominała  o  tym  cudownym  poranku.  O  śniadaniu,  które 
zjedli na pla

ży... i o pierwszym pocałunku Harrisona. 

Zamknęła oczy, usiłując stłumić ból serca. Dlaczego to wszystko jest takie trudne? 

– 

pomyślała z rozpaczą. 

– 

Dlatego,  że  jesteś  skończoną  idiotką  i  zakochałaś  się  w  tym  mężczyźnie!  – 

wyjaśniła sama sobie. 

Potem szybko wyszła z domu, żeby pobiegać po plaży i zapanować nad swoimi 

uczuciami. 

Tej nocy przewracała się nerwowo na łóżku, nie mogąc zasnąć, a nazajutrz poszła 

do pracy, zadowo

lona z tego, że Harrison postanowił spędzić drugi dzień świąt ze 

swoją rodziną. Przyjmując pacjentów i rozmawiając z członkami personelu, myślała 
jednak 

z przerażeniem o czekającej ją tego wieczoru wspólnej kolacji. 

Oczywiście bardzo chciała się z nim zobaczyć. Pragnęła, by ponownie ją objął i 

pocałował, by powiedział, że jest piękna... Ale zdawała sobie sprawę, że nie powinna 

się z nim spotykać, gdyż nie ma prawa utrzymywać go w przekonaniu, że ich związek 

może mieć przed sobą jakąkolwiek przyszłość. 

Trzykrotnie podchodziła do telefonu i zaczynała wystukiwać jego numer, a potem 

odkładała słuchawkę. 

Uznała  w  końcu,  że  Harrison  zasługuje  na  to,  by  powiadomiła go o swoim 

postanowieniu osobiście. Bała się tylko, że kiedy spojrzy mu w oczy, jej silna wola 

stopnieje jak wosk, a ona nie będzie w stanie wykrztusić ani słowa. 

W  drodze  ze  szpitala  do  domu  kupiła  butelkę  wina  do  kolacji  oraz  zestaw 

rysunkowy dla Yolan

dy. Składał się on z różowo-białego bloku i kompletu kolorowych 

kredek. Płacąc za nową książkę jednego z ulubionych autorów pani D. , zdała sobie 

nagle sprawę, że nie ma żadnego prezentu dla Harrisona. Doszła jednak do wniosku, 

że  nie  powinna  obsypywać  go  podarunkami  w  przeddzień  zerwania  ich  związku, 

który w gruncie rzeczy jeszcze nie nabrał trwałego charakteru. 

background image

Po  powrocie  do  domu  przebrała  się  na  wieczór.  Włożyła  niebieską  bluzkę, 

pasujący  do  niej  żakiet  i  luźne  czarne  spodnie.  Zgromadziła  wszystkie  prezenty i 

wzięła ze sobą aparat fotograficzny, żeby utrwalić ten ostatni wspólny wieczór. Kiedy 
nacis

nęła dzwonek do drzwi mieszkania Harrisona i usłyszała jego kroki, odetchnęła 

głęboko kilka razy, by trochę się uspokoić. 

–  Witaj, AJ. – 

powiedział,  przyglądając  jej  się  badawczo.  –  Wyglądasz 

wspaniale. 

– 

Dziękuję  –  mruknęła,  starając  się  zachować  obojętny  ton  głosu.  Potem,  nie 

wiedząc, jak się zachować, wręczyła mu butelkę wina. 

– 

To miło z twojej strony – powiedział Harrison. Miał ochotę ją pocałować, ale w 

j

ej postawie było coś, co go od tego powstrzymało. – Wejdź do pokoju. Yolanda nie 

może się ciebie doczekać. 

– 

W tym momencie usłyszeli drobne kroki nadbiegającej dziewczynki, która po 

chwili czule objęła nogi Amelii. 

– 

Tatuś  był  dziś  dla  mnie  bardzo  dobry!  –  oznajmiła  z  dumą.  –  Uczył  mnie 

tańczyć i rysować, a potem bawił się ze mną lalkami! 

– 

Wygląda  na  to,  że  mieliście  pełne  ręce  roboty  –  mruknęła  Amelia,  idąc  w 

kierunku kuchni. 

–  Czy to jest dla mnie? – 

spytała  Yolanda,  dostrzegając  w  jej  rękach  ozdobnie 

zapakowany prezent. 

– 

A jak myślisz? 

– 

On jest różowy! – z zachwytem zawołała dziewczynka. 

– 

Usiądź przy stole i zobacz, co jest w środku. 

Yolanda wspięła się na krzesło, a Amelia wręczyła jej prezent. Po chwili papier był 

już rozerwany, zaś całe mieszkanie wypełniały okrzyki radości. 

Amelia zerknęła na Harrisona i dostrzegła na jego twarzy życzliwy uśmiech. 
– 

Co się mówi? – spytał córkę. 

– 

Dziękuję, Mil... ja – odparła natychmiast Yolanda. 

– Zabierz ten prezent do swojego pokoju i spróbuj 

coś narysować, a tatuś dokończy 

przygotowywanie kolacji. 

–  Dobrze.  – 

Dziewczynka  zsunęła  się  z  krzesła  i  wybiegła  z  kuchni.  Zostali 

sami. 

Amelia  natychmiast  wyczuła  zmianę  atmosfery.  Harrison  położył  dłoń  na  jej 

ramieniu, a ona, za

skoczona  tą drobną pieszczotą,  odwróciła głowę  i spojrzała na 

niego z czułością. On jednak dostrzegł w jej wzroku niepewność i zdał sobie sprawę, 

że od chwili, w której pocałował ją na pożegnanie poprzedniego ranka, zaszła w ich 

background image

stosunkach jakaś zmiana. 

– 

Czy wszystko w porządku? – spytał, cofając rękę i podchodząc do kuchenki, 

na której gotowała się kolacja. 

– T... tak. 
– 

Miałaś ciężki dzień? 

– Nie bardzo – 

odparła, zadowolona, że Harrison przeszedł na bardziej neutralny 

temat.  – 

Mieliśmy  sporo  pacjentów  skarżących  się  na  bóle  żołądka  z  powodu 

przejedzenia  lub  zatrucia.  Przywieźli  też  jakieś  dziecko,  które  dostało  w  prezencie 

kostium supermana, więc zaczęło wspinać się na drzewa, a potem spadło i rozbiło 

sobie głowę. 

Usiadła  na  stołku  i  obserwowała  z  uznaniem  jego  poczynania w roli kucharza. 

Poczuła radość na myśl o tym, że zakochała się w mężczyźnie, który wszystko robi 
dobrze. 

– 

Twoja potrawa pięknie pachnie. 

– 

To  węgierski  gulasz.  Oprócz  niego  zamierzam  podać  puree  z  ziemniaków, 

gotowaną kukurydzę i zielony groszek. 

– 

A ja spodziewałam się czekoladowej zupy i czekoladowego tortu na deser. 

– 

Myślę, że po wczorajszym dniu wszyscy mamy na jakiś czas dosyć czekolady. 

– 

Jak sobie poradziłeś z Yolandą? 

– 

Udało  mi  się  ograniczyć  jej  konsumpcję  czekoladowych jajek do jednego na 

godzinę. 

– Czy mier

zyłeś jej poziom cukru? 

–  Tak. Nie jest najgorszy. – 

Harrison  spojrzał  na  nią  badawczo.  –  Wczoraj po 

południu wpadliśmy do – ciebie, bo chciała ci pokazać swój koszyk ze święconym, 

ale nie było cię w domu. 

– 

Żałuję, że go nie zobaczyłam. 

– 

Czyżby wezwano cię nagle do szpitala? 

– Nie. – 

Wyczuła, że zamierza ją spytać, gdzie była, więc szybko zmieniła temat. – 

Gdzie jest pani D. ? 

– 

Odpoczywa. Ale z pewnością zjawi się lada chwila. 

– 

Mam nadzieję, że czuje się dobrze. 

– 

Lepiej niż dobrze. Jak na osobę w jej wieku, wraca do pełni sił zadziwiająco 

szybko. 

– 

Słyszałam to – oznajmiła pani Deveraux, która właśnie wchodziła do kuchni. – 

Cóż za bezczelny smarkacz – dodała, grożąc mu laską. 

– 

Smarkacz?  Przecież  jestem  od  dawna  dorosły!  –  zawołał  ze  śmiechem 

background image

Harrison. 

– 

Kiedy cię poznałam, byłeś młodszy niż Yolanda, więc dla mnie zawsze będziesz 

smarkaczem – oznaj

miła starsza pani, siadając na kuchennym stołku. 

– 

Mam dla pani mały prezent – oznajmiła Amelia, wręczając jej pakunek. 

Pani Deveraux delikatnie od

winęła  ozdobny  papier  i  krzyknęła  z  zachwytu  na 

widok książki. 

– 

Och, Amelio, sprawiłaś mi wielką przyjemność! Nie wiem, czy dotrwam do końca 

kolacji. Mam ocho

tę zamknąć się w moim pokoju i natychmiast ją przeczytać. 

– 

Ale najpierw musimy coś zjeść – oznajmił Harrison, mając nadzieję, że pani D. 

dotrzyma obietnicy 

i  opuści  ich  zaraz  po  posiłku.  Liczył  też  na  to,  że  uda  mu  się 

położyć Yolandę do łóżka i spędzić jakiś czas sam na sam z Amelią. – Wszystko jest 

już gotowe. 

– 

W takim razie nakryję do stołu – powiedziała pani D. , ale Amelia postanowiła 

ją wyręczyć i sama zabrała się do ustawiania talerzy, a potem zawołała Yolandę. 

Kiedy  siadali  do  stołu,  pani  Deveraux  kazała  jej  zająć  miejsce  naprzeciw 

Harrisona,  a  ona  poczuła  się  tak,  jakby  była  członkiem  szczęśliwej  rodziny.  Choć 

gulasz był wyborny, oderwała się od niego na moment, by wyciągnąć aparat i utrwalić 

tę  chwilę  szczęścia.  Miała  nadzieję,  że  gdy  będzie  oglądać  po  latach  te  zdjęcia, 

przypomni sobie ostatnie chwile spędzone w towarzystwie ukochanego mężczyzny. 

Gdy zachwycona Yolanda usiadła na kolanach Harrisona i spojrzała z uśmiechem w 

obiektyw, Ame

lia poczuła bolesny ucisk w gardle i zdała sobie sprawę, że rozstanie z tą 

dziewczynką i jej ojcem będzie o wiele trudniejsze, niż myślała. 

Po kolacji, 

chcąc choć na chwilę oderwać się od Harrisona, poszła z Yolandą do 

łazienki, by towarzyszyć jej podczas kąpieli. Przez chwilę bawiła się z nią gumowymi 

zwierzątkami, a potem wytarła ją i odprowadziła do jej sypialni. Po drodze spotkała na 

korytarzu panią D. 

– Dobranoc, moja droga – 

powiedziała z uśmiechem starsza dama. – Idę czytać 

swoją książkę. 

– 

Mam nadzieję, że się pani spodoba. 

Kiedy dziewczynka włożyła różową piżamę i grzecznie schowała się pod kołdrę, 

Amelia prze

czytała  jej  kilka  bajek.  Yolanda  słuchała  ich,  ale  wkrótce  ziewnęła 

szeroko i uścisnęła jej rękę. 

– 

Kocham, cię, Mil... ja – mruknęła sennym głosem, zamykając oczy. 

– 

Ja też cię kocham – wyszeptała ze wzruszeniem Amelia, czując, że z jej oczu 

spływają  łzy  wzruszenia.  Nie  miała  najmniejszej  ochoty  rozstawać  się  z  tym 

dzieckiem, ale wiedziała, że jest to nieuniknione. 

background image

– 

Kiedy śpi, wygląda jak aniołek – rzekł półgłosem Harrison, stając w drzwiach 

pokoju. 

– 

Ona zawsze jest aniołkiem. 

– 

Więc dlaczego płaczesz? 

Wyciągnął  do  niej  rękę,  a  ona  po  krótkim  wahaniu  podała  mu  swoją,  obiecując 

sobie, że pozwala mu się dotknąć po raz ostatni. Ale kiedy potem usiłowała uwolnić 

dłoń, chwycił ją mocniej i poprowadził w kierunku salonu. 

Paliły  się  tu  tylko  boczne  lampy,  a  ze  stereofonicznej  aparatury  płynęła  cicho 

łagodna muzyka. W tej romantycznej atmosferze trudno jej było zachować silną wolę. 

Wiedziała,  że  powinna  jak  najszybciej  się  pożegnać,  ale  usiadła  obok  niego  na 
kanapie. 

– O co chodzi, A. J. ? – 

spytał, nadal trzymając ją za rękę. – Co się stało? 

–  Och,  Harrison...  – 

Czując  głośne  bicie  serca,  wyrwała  dłoń  z  jego  uścisku  i 

szybko wstała. 

Harrison poszedł za jej przykładem, jakby podejrzewając, że wybiegnie z pokoju, 

ale ona bezradnie 

splotła ręce i rozejrzała się po saloniku. 

– 

Nie mogę się na to zgodzić... 

Chwycił ją za ramiona i odwrócił przodem do siebie. 
– 

Na co? Co masz na myśli? 

– 

Na to! Nie mogę być... twoją dziewczyną. 

– 

Dlaczego?  Przecież  nie  ma  w  tym  nic  złego.  –  Próbował  ją  do  siebie 

przyciągnąć, ale czując jej – opór, opuścił ręce. – Czy nie pamiętasz, że zawarliśmy 

umowę? Postanowiliśmy zobaczyć, do czego doprowadzi nasza wzajemna fascynacja. 

– 

Nie. To ty tak postanowiłeś. Ja byłam temu przeciwna. 

– 

Powiedziałaś, że wyjeżdżasz pod koniec czerwca. I oboje o tym wiemy. 

– 

Więc dlaczego nadal mi się narzucasz? To grozi katastrofą, a ja nie mogę jej na 

nią narażać! 

– Kogo? Yolandy? 
– 

Tak. Muszę powoli ograniczać kontakty z tym dzieckiem.  To  jedyne  wyjście. 

Pani D. radzi sobie 

bardzo dobrze. Sam mówiłeś, że jej rekonwalescencja przebiega 

lepiej, niż się spodziewałeś. Wiem, że potrzebujesz pomocy. Mogę spędzać z Yolandą 
co

dziennie  kilka  godzin,  ale  w  ciągu  najbliższych  tygodni  będę  stopniowo  skracać 

nasze spotkania. To naj

lepsze wyjście z tej sytuacji. 

– Dla kogo najlepsze? Dla niej czy dla ciebie? Bo 

z pewnością nie dla mnie. Ale 

najwyraźniej ty nie przywiązujesz do tego żadnej wagi. – Podszedł do niej bliżej, a 

ona poczuła bijące od niego ciepło i z trudem powstrzymała się od zarzucenia mu rąk 

background image

na 

szyję. – Kiedy porozmawiamy o tym, co nas łączy, Amelio? Niezależnie od tego, 

czy będziesz mieszkała tutaj, w Anglii czy w Timbuktu, moje uczucia wobec ciebie 

pozostaną prawdziwe. Nie pozwolę ci ich zdeptać i nie uwierzę, że jestem ci zupełnie 

obojętny. 

– Nigdy te

go nie mówiłam – wykrztusiła drżącym głosem. 

– 

Więc dlaczego nie spojrzysz prawdzie w oczy? Dlaczego nie chcesz przyznać, 

że coś nas łączy? 

– 

Dlaczego nie masz do mnie dość zaufania, żeby mi powiedzieć, na czym polega 

problem? 

– 

Bo  nie  chcę  być  narażona  na  cierpienie!  –  krzyknęła  pod  wpływem  nagłego 

odruchu, a on wyczuł w jej słowach prawdziwy ból i zaczął się zastanawiać, co jest 

jego  przyczyną.  Zdał  sobie  nagle  sprawę,  że  za  jej  decyzją  o  zerwaniu  kryją  się 

jakieś istotne przyczyny, ale nie potrafił ich zidentyfikować. Był jednak przekonany, 

że kiedy Amelia ujawni mu wszystkie przeszkody stojące na drodze do ich związku, 

będzie w stanie je pokonać. 

– 

Ja z pewnością nie chcę cię na nie narażać, Amelio. I nie rozumiem, o co ci 

chodzi. 

Nie mogła mu tego wyjaśnić. Nie potrafiła zdobyć się na wyznanie prawdy. Nie 

wiedziałaby nawet, w jakie ją ubrać słowa. 

– 

Proszę cię, Harrison... Pozwól mi odejść... 

– 

Nie mogę. – Jakby chcąc tego dowieść, pochylił się i przycisnął wargi do jej ust, 

a ona przywarła do niego całym ciałem. Poczuł jej podniecenie i zdał sobie sprawę, 

że przyczyną, dla której chce zerwać ich związek, nie jest obojętność. Przecież ona 

też  musi  o  tym  wiedzieć.  Więc  dlaczego  ciągle  powtarza,  że  nie  może  się  z  nim 

związać? 

Przerwał pocałunek i postąpił krok do tyłu, nie wypuszczając jej z objęć. 
– 

Zmieniłaś całe moje życie, Amelio Jane. Zmieniłaś też życie Yolandy. Ona cię 

podziwia i kocha. 

– Wiem o tym i odwzajemniam jej uczucia. 
– 

Więc dlaczego? Dlaczego chcesz zniknąć z jej świata? Dajesz jej to, czego nie 

dostała od własnej matki. Ona cię potrzebuje, AJ. I ja też. 

– 

Amelia stłumiła szloch, wysunęła się z jego objęć i zrobiła trzy kroki do tyłu. 

– Nie powstrzymuj mnie od zrobienia tego, co jest konieczne – 

wykrztusiła przez 

łzy. 

– 

Muszę  cię  powstrzymywać  od  popełnienia  błędu.  Będę  o  ciebie  walczył.  I 

przekonam  cię,  że  warto  walczyć  o  to,  co  nas  łączy.  Ale  najpierw  musisz  mi 

background image

powiedzieć, na czym polega problem. Musisz mi zaufać. 

Amelia zagryzła wargi. Oddychała z trudem i miała wrażenie, że jej płuca pękną za 

chwilę  z  powodu  niedoboru  tlenu.  Wiedziała,  że  Harrison  ma  prawo  żądać,  by 

wyznała mu prawdę. Ale gdyby ją poznał, nie chciałby mieć z nią nic wspólnego. A ona 

umarłaby z bólu. 

– 

Czy  to  ma  coś  wspólnego  z  twoją  endometriozą?  –  spytał  nagle,  a  gdy 

wciągnęła głęboko powietrze, poczuł, że jest na właściwym tropie i zaczął gorączkowo 

rozważać wszystkie aspekty sytuacji. 

– 

Czy boisz się, że nawroty twojego złego samopoczucia mogą mieć niekorzystny 

wpływ na nasz związek? 

Przyglądał się badawczo jej twarzy, usiłując odczytać z niej odpowiedź. Był coraz 

bardziej przeko

nany, że udało mu się rozszyfrować jej zagadkę. 

– 

Usunięto ci jajnik i jajowód. Czy to znaczy... ? 

– 

Dostrzegł w oczach Amelii lęk i uświadomił sobie, że odkrył jej tajemnicę. – To 

może znaczyć, że nigdy nie zostaniesz matką... – mruknął cicho, czując zalewającą go 

falę  współczucia.  –  Masz  wspaniały  stosunek  do  Yolandy,  ale  obawiasz  się,  że  nie 

będziesz mogła mieć własnych dzieci, prawda? 

Po jej twarzy zaczęły spływać łzy. Harrison chciał podejść bliżej i czule ją objąć, ale 

ona natychmiast się cofnęła. 

– 

Amelio,  przestań.  Nie  uciekaj  ode  mnie.  Usiądźmy i spróbujmy o tym 

porozmawiać. – Wyciągnął rękę, ale ona zrobiła kolejny unik i odsunęła się od niego 
jeszcze dalej. – – 

Nie mogę – wykrztusiła przez łzy, potrząsając głową. – Nie mogę, 

Harrison. Nie mogę tak postąpić ani wobec Yolandy, ani wobec ciebie. 

Otworzyła drzwi i przekroczyła próg, a potem raz jeszcze odwróciła się i spojrzała 

mu w oczy. 

– 

Nie mamy o czym rozmawiać, Harrison. – Ze smutkiem potrząsnęła głową. – 

Wszystko jest skończone. 

 

background image

Rozdział 10 

 
Usłyszawszy  pukanie  do  drzwi,  Harrison  odłożył  pióro  i  odetchnął  z  ulgą, 

zadowolony, że jego pracownica zareagowała wreszcie na sygnał, który nagrał na jej 
pager. 

– 

Proszę! – zawołał głośno, a chwilę później do gabinetu wkroczyła Tina. 

– 

Wzywałeś mnie, szefie? 

– 

Tak. Usiądź. 

– O co chodzi? 
– 

O Amelię. 

– Och... – 

Tina chciała zerwać się z krzesła, ale powstrzymał ją ruchem ręki. 

– Poczekaj – 

powiedział błagalnym tonem. – Porozmawiaj ze mną. Powiedz mi, 

co się dzieje. 

– 

Musisz o to spytać Amelię. Ja jestem Szwajcarią. 

– 

Więc dlaczego zamieniałaś się z nią dyżurami? 

– 

Szwajcaria może pomagać potrzebującym, zachowując neutralność. 

– 

To znaczy, że mnie również powinnaś pomóc. Nie możesz nikomu okazywać 

szczególnych względów. 

Tina zmarszczyła brwi. 
– 

Masz  słuszność  –  odparła  po  chwili  namysłu,  uśmiechając  się  do  niego  z 

sympatią. – Okej, szefie, powiedz mi, czego potrzebujesz. 

– 

Potrzebuję informacji. Chcę, żebyś mi powiedziała, dlaczego Amelia nie reaguje 

na moje telefony, dlaczego nigdy nie mogę zastać jej w domu, dlaczego ciągle zamienia 

się  dyżurami.  Za  każdym  razem,  kiedy  próbuję  się  z  nią  skontaktować,  ponoszę 

klęskę. 

– 

Przecież  widziałeś  się  z  nią  wczoraj.  Pamiętam  dokładnie,  że  wspólnie 

badaliście jakiegoś pacjenta, który był tak blady, że wydawał się niemal zielony. 

Harrison skrzywił się z niesmakiem, przypominając sobie dalszy bieg wydarzeń. 
– 

Odzyskał normalny kolor, kiedy opróżnił zawartość żołądka na moje spodnie – 

mruknął, wstając z miejsca i przesuwając dłonią po włosach. – Zanim zdążyłem się 

przebrać i wrócić na odział, AJ. zniknęła. 

– 

Po prostu jej dyżur dobiegł końca – oznajmiła Tina, wzruszając ramionami. 

– 

Miej  dla  mnie  odrobinę  litości,  Tina.  Dlaczego  ona nie chce ze mną 

rozmawiać? 

– 

A jak myślisz? 

background image

– 

Myślę, że jest wściekła, ponieważ odkryłem jej tajemnicę. A może dlatego, że za 

bardzo  usiłowałem  się  do  niej  zbliżyć.  Gdyby  mogła  zakończyć  swój  staż 

specjalizacyjny już dziś, wsiadłaby w pierwszy samolot do Londynu, nie przejmując 

się ani mną, ani moją córką. 

– 

Wydawało mi się, że jej stosunki z Yolandą są bardzo przyjazne. 

– 

Tak było, ale ona usunęła się potem stopniowo z mojego życia. Yolanda ciągle o 

nią pyta, marzy o tym, żeby ją jak najczęściej widywać. Dałem Amelii na – jakiś czas 

swobodę ruchów, bo miałem wrażenie, że potrzebuje spokoju. Byłem przekonany, że 
kiedy 

przemyśli  całą  sytuację,  zechce  ze  mną  przynajmniej  życzliwie  porozmawiać. 

Ale ona unika mnie jak zara

zy, a ja uważam, że posuwa się za daleko. Nie wiem nawet, 

na której zmianie pracuje, a przecież to ja układam harmonogramy dyżurów! 

– 

Nie ja jestem osobą, z którą powinieneś na ten temat porozmawiać – oznajmiła, 

uważnie mu się przyglądając. 

– 

Wiem o tym, ale ona zrobiła się nieuchwytna – odparł, zastanawiając się, czy 

Tina dostrzega w nim 

człowieka, który znajduje się na krawędzi załamania, bo nie 

może spędzić dwóch sekund sam na sam z ukochaną kobietą. 

– 

Czy podchodzisz do tej sprawy poważnie? – spytała w końcu. 

– 

Bardzo poważnie. 

– 

O której kończysz dziś pracę? 

– 

O piątej, a może nawet czwartej trzydzieści. Yolanda ma sesję terapeutyczną. 

– 

Amelia pracuje na popołudniowej zmianie. 

– Czyli zgodnie z planem – 

oznajmił, zerkając na grafik. 

– 

Owszem. Ona jest przekonana, że cię tu nie będzie, bo pojedziesz z Yolandą. 

Zna twój rozkład zajęć, Harrison, więc bez trudu może cię unikać. 

– 

Więc będzie tu zaraz po piątej. 

– 

Czy możesz zostać w szpitalu do tej pory? 

– Nic mnie od tego nie powstrzyma. – 

Kiwnął głową. – Dziękuję ci, Szwajcario. 

– Nie ma za co, szefie – 

odparła z uśmiechem. 

– 

Od  dawna  uważam,  że  jesteście  dla  siebie  stworzeni, i wielokrotnie jej to 

powtarzałam. 

– 

To dobrze. Cieszę się, że mam sojusznika. 

– 

Ale nie wspominaj o mnie, wygłaszając apel o pojednanie. 

– 

Obiecuję ci, że tego nie zrobię. 

Kiedy Ti

na wyszła, poczuł się tak, jakby z jego barków spadł ogromny ciężar. A 

więc  Amelia  będzie  w  szpitalu  po  piątej...  Podniósł  słuchawkę  i  zadzwonił  do 

terapeuty Yolandy, by przesunąć wizytę o godzinę. Następnie zatelefonował do pani 

background image

D. i poinfor

mował ją o zmianie planów. 

Potem  rozsiadł  się  w  fotelu  i  zatonął  w  myślach.  Postanowił  przekonać  Amelię 

Watson, że jest dla niej wymarzonym partnerem. Kochał ją tak bardzo, że gotów był 

odeprzeć wszystkie jej obiekcje. Unaocznić jej, że są dla siebie stworzeni. Otworzyć 

przed nią serce. 

Nie  wiedział  dokładnie,  kiedy  zakochał  się  w  swojej  angielskiej  koleżance  po 

fachu. Ale wiedział, że jest jego wielką miłością. Że uwielbia ją Yolanda, a pani D. 

jest  o  niej  jak  najlepszego  zdania.  Był  przekonany,  że  mogą  stworzyć  szczęśliwą 

rodzinę. 

 
Amelia  weszła  znużonym  krokiem  do  przebieralni  i  otworzyła  szafkę.  Była 

wyczerpana  dwoma  tygodniami  nieprzespanych  nocy.  Przez  cały  czas  starała  się 

myśleć tylko o swoich obowiązkach. Przychodziła do szpitala, pracowała tak ciężko, że 

padała z nóg, a potem wracała do domu i kładła się do łóżka. 

Zawsze jednak budziła się w środku nocy i do rana przeżywała mękę bezsenności, 

dygocząc  z  lęku  oraz  poczucia  samotności.  Często  też  wymawiała  przez  sen  imię 
Harrisona. 

Zamknęła na chwilę oczy, przytłoczona myślą o tym, jak bardzo za nim tęskni. 

Była  przekonana  o  słuszności  własnego  postępowania,  ale  wiedziała,  że  pęka  jej 

serce. Ten, kto powiedział, że rozłąka wzmaga siłę uczuć, miał słuszność. Od chwili 
roz

stania z Harrisonem kochała go coraz bardziej. 

Wiedziała, że on chce się z nią skontaktować, więc usiłowała go unikać, ale robiła to 

wbrew sobie. Jedy

nymi jasnymi punktami jej życia były chwile spędzane z Yolandą. 

Pani Deveraux próbowała ją nakłonić do szczerej rozmowy, ale ona nie pozwoliła 

się zawrócić z obranej drogi. Przyjechała do Australii, by zrobić specjalizację, a nie po 

to,  żeby  się  zakochać.  Musi  jakoś  przeżyć  te  ostatnie  tygodnie.  Rezygnacja  byłaby 

równoznaczna ze zmarnowaniem kilku lat ciężkiej pracy. 

– 

Cześć! – zawołała Tina, a Amelia wzdrygnęła się nerwowo, słysząc jej głos. – O 

Boże. Wyglądasz okropnie. – Położyła dłoń na jej czole. – Nie masz gorączki, więc 

chyba nie zaatakował cię ten wirus, który ostatnio dziesiątkuje nasz personel. 

– Nic mi nie jest, Tina. 
– Akurat. 
Amelia  zamknęła  szafkę,  powiesiła  na  szyi  stetoskop  i  przypięła  do  kitla 

identyfikator. 

– 

Naprawdę nic mi nie jest. 

– 

Nie próbuj mnie okłamywać, Amelio. Nie zamierzam prawić ci morałów ani cię 

background image

pouczać, ale zaczynam się niepokoić. Wyglądasz tak, jakby coś cię bolało. 

– Bo tak jest, ale nie chodzi bynajmniej o problemy sercowe – 

dodała pospiesznie. 

– Kilka dni temu 

zapomniałam zażyć leki i teraz za to płacę. 

– 

Czy mam tu natychmiast wezwać ordynatora ginekologii? 

– 

Nie,  wszystko  jest  w  porządku.  Czuję  się  o  wiele lepiej niż  wczoraj.  Kiedy 

wróciłam do domu, miałam bardzo silne bóle. 

– Hm... – 

mruknęła Tina z niedowierzaniem. 

– Co znaczy to „hm”? – 

spytała Amelia, marszcząc brwi. 

– 

Nic. Obiecałam, że nie będę zaczynać z tobą rozmów na temat Harrisona. 

– 

Już to zrobiłaś.. – Amelia skrzyżowała ręce na piersiach. – Więc mów dalej. 

– 

Chciałam tylko powiedzieć, że właśnie wczoraj się z nim widziałaś. 

– 

I myślisz, że moje bóle były skutkiem tego spotkania? 

– Owszem. 
– 

To były bóle brzucha, a nie serca. 

–  Wszystko jedno – 

mruknęła Tina, wzruszając ramionami. – Posłuchaj, czy nie 

możesz  się  z  nim  spotkać  choćby  na  pięć  minut?  Albo  dziesięć.  Przecież  on  chce 

tylko z tobą porozmawiać. 

– Nie wracajmy do tego tematu – 

powiedziała Amelia, potrząsając głową. 

– 

On też cierpi, Amelio, choć nie dokucza mu endometrioza... a przynajmniej taką 

mam nadzieję. 

Amelia nie mogła powstrzymać uśmiechu. Nigdy nie potrafiła się złościć na Tinę 

dłużej niż przez kilka sekund. 

– 

On za tobą tęskni – oznajmiła poważnym tonem przyjaciółka. 

– Wiem o tym. 
– 

Więc dlaczego czegoś nie zrobisz? Jesteście dla siebie stworzeni! Nie odrzucaj 

uczucia, które może być dla ciebie spełnieniem marzeń o szczęściu. 

Amelia doszła do wniosku, że nie ma dość sił, by dyskutować z Tiną o swoich 

marzeniach, więc kiwnęła głową. 

– Prz

yjmuję do wiadomości twoje uwagi, ale teraz muszę iść do pracy. 

Dziesięć minut później przelewała już do probówki pobraną przed chwilą próbkę 

krwi. 

– 

Chcę  jak  najszybciej  poznać  wynik  badania,  więc  sama  pójdę  z  nią  do 

laboratorium – 

powiedziała dyżurnej pielęgniarce. – Nic się tu teraz nie dzieje, ale 

proszę mnie wezwać pagerem, gdybym była potrzebna. 

Zaniosła probówkę na oddział patologii i wracała pustymi korytarzami do swojego 

gabinetu. Wchodzi

ła  właśnie  na  schody  wiodące  na  oddział  ratownictwa,  kiedy z 

background image

przeciwnej  strony  nadbiegł  jakiś  mężczyzna.  Przywarła  do  ściany,  żeby  go 

przepuścić, i nagle zatrzymała się gwałtownie. 

– Harrison! 
– 

Ach, to ty. Cieszę się, że jeszcze tu jesteś. – Przymknął na chwilę oczy, a ona 

dostrzegła na jego twarzy lęk i ból. 

– 

Co się stało? – spytała z przerażeniem. – Czy chodzi o Yolandę? 

Kiwnął głową, chwycił ją za rękę i pociągnął za sobą w kierunku schodów. 
– 

Znowu się zgubiła. 

– Och, to straszne! – 

Znaleźli się na korytarzu, na którym przed chwilą była. – Tu 

jej nie ma

.  Właśnie  stamtąd  przyszłam.  –  Zatrzymała  się  gwałtownie,  ale  on nie 

wypuścił jej dłoni. Poczuła, że jest dla niego źródłem siły i mimo wszystko sprawiło 
jej to przyje

mność.  –  Poczekaj.  Musimy  się  rozdzielić.  Gdzie  widziano  ją  po  raz 

ostatni? 

– 

Była u terapeutki. 

– O tej porze? 
– 

Zmieniłem godzinę sesji – odparł, usiłując opanować ogarniające go poczucie 

winy. Przełożył terapię Yolandy na późniejszą porę, by mieć szansę na spotkanie z 

Amelią, ale teraz nie chciał o tym myśleć. – Kiedy po nią przyszedłem, terapeutka 

wychodziła właśnie na korytarz, żeby jej poszukać. Przysięgała mi, że spuściła ją z 

oczu tylko na chwilę. 

– 

To wystarczyło. Yolanda jest bardzo szybka. 

– I uparta. 
– 

Czy przeszukałeś wszystkie zakamarki w pobliżu gabinetu terapeutki? 

– Tak. 

Myślałem, że mogła pójść na ratownictwo, ale tam jej nie ma. 

– 

Może schowała  się  w  którejś  z  wind? Wiesz  sam,  jak  bardzo  lubi naciskać 

guziki. 

– 

Wiem. Myślałem już o tym. 

– 

W takim razie zajrzyj do wszystkich wind, a ja przeszukam cały teren między 

oddziałem ratownictwa a trzecim piętrem. Kiedy znalazłam ją ostatnim razem, płakała 

w jakimś ciemnym kącie, więc musimy zajrzeć w każdy zakamarek. 

– 

Terapeutka też jej szuka. Nie zdziw się, jeśli na nią wpadniesz. 

– Dobrze. – 

Amelia ścisnęła lekko jego dłoń, chcąc dodać mu otuchy, a potem 

oznajmiła: – Na pewno ją znajdziemy. 

Rozstali  się,  by  kontynuować  poszukiwania.  Amelia  była  śmiertelnie  przerażona. 

Modliła się w duchu, żeby dziecko wyszło z tej przygody bez szwanku. Yolanda była 

tak samowolna i uparta, że robiła wszystko, co przyszło jej do głowy. Ale kiedy zdawała 

background image

sobie 

sprawę, że się zgubiła, wpadała w panikę i zaczynała płakać. 

– Yolanda! – 

zawołała cicho, ale odpowiedział jej tylko własny głos odbity echem 

od ścian korytarza. 

Ruszyła  w  kierunku  oddziałów  mieszczących  się  na  trzecim  piętrze.  Naciskała 

klamki wszystkich 

drzwi, ale pokoje były zamknięte na klucz, więc dziewczynka nie 

mogła się w nich ukryć. 

Usłyszała  okrzyk:  „Yolanda!”,  a  chwilę  później  ujrzała  jakąś  drobną  kobietę  w 

białym kitlu, więc domyśliła się, że ma przed sobą terapeutkę. 

– No i co? – 

spytała. 

– 

Ani śladu. Nigdzie jej nie ma. Pani też jej szuka? 

Amelia westchnęła i kiwnęła potakująco głową. 
– 

Czy może mi pani powiedzieć, co się stało tuż przed jej zniknięciem? Czy ona 

coś mówiła? Jak się zachowywała? Może chciała pójść do toalety? 

– 

Nie.  Sama  ją  tam  zaprowadziłam  kilka  minut  wcześniej.  Układałyśmy 

łamigłówkę, a ja siedziałam jak zawsze obok niej. Zadzwonił telefon, więc wstałam, 

żeby go odebrać. Przysięgam, że odwróciłam się – do niej plecami tylko na minutę. 

Kiedy  spojrzałam  w  jej  kierunku,  ona  już  zniknęła!  Wyparowała  jak  kamfora! 

Początkowo  myślałam,  że  się  przede  mną  schowała,  więc  zajrzałam  do  szaf  i  pod 
biurka, ale 

nigdzie jej nie znalazłam. 

– 

Jak długo to trwało? 

– Co? 
– 

Jak długo szukała jej pani w tym gabinecie? 

– 

Chyba przez jakąś minutę. 

– 

Trzyletnie dziecko może w ciągu minuty przebyć sporą odległość! 

– Kim pani jest? – 

spytała terapeutka. – Nie znamy się, prawda? 

– 

Doktor  Watson.  Pracuję  na  oddziale  ratownictwa  medycznego.  Czy  ona  coś 

mówiła, zanim zadzwonił ten telefon? 

– 

Chwileczkę... Tak,  mamrotała jakieś słowo, które brzmiało jak Mil. , ja? Nie 

mam pojęcia, o co jej chodziło. 

Amelia poczuła, że z jej twarzy odpływa krew. 
– 

Czy  pani  dobrze  się  czuje,  doktor  Watson?  Zrobiła  się  pani  nagle  strasznie 

blada. 

– 

Ona szukała mnie. Mam na imię Amelia. 

– Och... 
– 

Domyślam  się,  że  chciała  pójść  na  oddział  ratownictwa,  ale  przeszukałam 

wszystkie prowadzące stamtąd korytarze i nigdzie jej nie znalazłam. Tutaj też jej nie 

background image

ma. Sama nie 

wiem, co robić. Czy ktoś zajrzał na oddział dziecięcy? 

– 

Wydaje mi się, że Harrison zadzwonił do dyżurnej pielęgniarki i poprosił ją, żeby 

dała mu znać, jeśli gdzieś zobaczy Yolandę. 

– 

Pójdę  to  sprawdzić.  A  pani  niech  jej  szuka  na  oddziałach  sąsiadujących z 

ratownictwem. 

Amelia pobiegła na górę. Yolanda uwielbiała zabawki, w które wyposażony był 

oddział  dziecięcy,  więc  mogła  skierować  się  w  tamtą  stronę  i  zapomnieć  o  całym 

świecie. 

W sali rekreacyjnej bawiła się czwórka maluchów, ale nie dostrzegła wśród nich 

Yolandy.  Ruszyła  więc  w  kierunku  drzwi,  ale  nagle  ujrzała  wystającą  spod  stosu 

pluszowych  zwierzątek  drobną  różową  nóżkę  jakiegoś  dziecka,  które  najwyraźniej 

leżało na podłodze. 

– Yolanda? 
– Mil... ja! – 

wyjąkała dziewczynka ze łzami w oczach. 

Yola

nda zerwała się z podłogi, podbiegła do Amelii i zarzuciła jej ręce na szyję. 

– 

Och, kochanie, gdzie ty byłaś? Wszyscy umieraliśmy ze strachu! 

– 

Szukałam Mil... ja, ale ona sobie gdzieś poszła. – Z oczu dziewczynki znów 

popłynęły łzy. 

– 

Co to za hałasy? – spytała siostra oddziałowa, stając w drzwiach. Kiedy ujrzała 

Yolandę w ramionach Amelii, uśmiechnęła się z wyraźną ulgą. – O mój Boże, więc pani 

ją znalazła. Pójdę zadzwonić do Harrisona. 

– 

Dziękuję – wykrztusiła z trudem Amelia. 

Dopiero  teraz  zdała  sobie  sprawę,  jak  bardzo  przeżyła  zaginięcie  dziewczynki. 

Czując  zawrót  głowy,  osunęła  się  na  najbliższe  krzesło,  sadzając  Yolandę  na 
kolanach. 

– 

Oboje  z  tatusiem  byliśmy  bardzo  niespokojni.  Nie  mogliśmy  cię  znaleźć, 

kochanie. 

– 

To ja nie mogłam znaleźć ciebie. 

– 

Ale  już  mnie  znalazłaś,  więc  wszystko  dobrze  się  skończyło  –  powiedziała 

Amelia, całując ją w policzek. 

– 

Ale już więcej nie odejdziesz? 

– 

Nie, nie odejdę. 

– Och, moja kochana! – 

zawołał Harrison, stając w progu. – Twój tatuś bardzo się 

o ciebie niepoko

ił. 

Yolanda natychmiast zsunęła się z kolan Amelii i podbiegła do ojca. 
– 

Mil. , ja też była niespokojna. 

background image

– 

Z pewnością. – Harrison podniósł dziecko z podłogi i przycisnął je do piersi. – 

Słyszałem, co przed chwilą powiedziałaś, Amelio. Mam nadzieję, że to prawda. Nie 

pozwolę na to, żebyś okłamywała moją córeczkę. Co miałaś na myśli, obiecując, że od 
niej nie odejdziesz? 

Amelia spojrzała mu w oczy i milczała przez chwilę, a potem kiwnęła głową. 
– 

Nie mogę jej zostawić. 

– 

Czy to znaczy, że tu zostaniesz? Staniesz się częścią jej życia. 

– 

Będę częścią jej życia do końca mojego pobytu w Australii – odparła Amelia, 

wzruszając bezradnie ramionami. – Potem jakoś jej wytłumaczymy, że muszę jechać 
do Anglii. 

– 

A co będzie później? Kiedy zdasz swoje egzaminy? 

Amelia ponownie wzruszyła ramionami. 
– Nie wiem, Harrison. 
– 

Idę  się  bawić  w  zoo  –  oznajmiła  Yolanda,  po  czym  ruszyła  w  kierunku 

pluszowych zwierzątek. 

– 

Czy... wszyscy inni też zachowają się tak dyskretnie? – spytała Amelia, czując na 

sobie pełen żaru wzrok Harrisona. 

– 

Mam nadziej ę. Ponieważ... – przerwał i rozłożył ramiona. – Ponieważ chcę cię 

przytulić, A. J. 

Westchnęła, postąpiła krok do przodu i mocno go objęła. Po przeżytym niedawno 

napięciu oboje potrzebowali swojej bliskości. Słysząc mocne bicie jego serca, poczuła 

się naprawdę szczęśliwa. 

– 

Kocham  cię,  Amelio  Jane  –  wyszeptał.  –  Yolanda  mnie  uprzedziła,  ale  to  ja 

chciałem cię poprosić, żebyś tu została i stała się częścią mojego życia. Nie pozwolę ci 

odejść. 

Amelia  spojrzała  mu  w  oczy  i  utwierdziła  się  w  przekonaniu,  że  jego  słowa 

wyrażają prawdziwe uczucie. 

– 

Muszę wrócić do Anglii. – Usiłowała oswobodzić się z jego uścisku, ale on objął 

ją jeszcze mocniej. – Zdać te egzaminy. 

– 

Wiem o tym. Amelio Jane, chcę, żebyś została moją żoną. Zamierzałem ci to 

zaproponować  już  wcześniej  i  właśnie  dlatego  tu  przyjechałem  razem  z  Yolandą. 

Sprawy ułożyły się inaczej, niż planowałem, ale... 

– Och... – 

Obezwładniona siłą własnego uczucia, zastygła na chwilę w bezruchu, 

a potem  zaczęła drżeć. Dlaczego on chce ją poślubić, skoro ona nie może dać  mu 
tego, czego on pragnie. – Ale... 

– 

Ale nie możesz mieć dzieci? Ja już się z tym pogodziłem. 

background image

– Harrison, ty nie rozu... 
– 

Wszystko rozumiem. Kocham cię. Im prędzej – w to uwierzysz, tym prędzej 

będziemy  mogli  ułożyć  sobie  wspólne życie.  Zdaję sobie sprawę,  że  cierpiałaś przez 

wiele lat z powodu choroby, nad którą nie miałaś żadnej kontroli. Ale to nie jest koniec 

świata.  Ja  cię  potrzebuję,  Amelio.  Te  ostatnie  tygodnie  rozłąki  były  dla mnie 
koszmarem. Dopóki 

cię nie poznałem, żyłem w próżni. Tyją wypełniłaś, ty sprawiłaś, że 

stałem się innym, lepszym człowiekiem. Mamy Yolandę i to nam wystarczy. A jeśli 

zechcesz, możemy adoptować jakieś dziecko. Wszystko zależy od ciebie. Zrozum, że 

jesteś dla mnie ważniejsza niż wszystkie dzieci świata. 

– 

Chcę ci wierzyć... – szepnęła. – I wiem, że mówisz szczerze. Ale co będzie, jeśli 

zmienisz zdanie? 

– 

I przestanę cię kochać? Nigdy. 

– Chodzi mi o twoje zdanie na temat dzieci. 
– 

To również nie wchodzi w rachubę. 

– Dlaczego? 
– 

To  bardzo  proste,  drogi  Watsonie.  Jesteś  dla  mnie  całym  światem.  Ty  i 

Yolanda.  Bez  ciebie  nie  potrafię  oddychać.  Nie  potrafię  spać  ani  normalnie 

funkcjonować. Pragnę cię bardziej niż jakiegokolwiek dziecka. Byłem już raz żonaty, 

ale to, co nas łączy... różni się zasadniczo od wszystkiego, co dotychczas przeżyłem. 

Przy tobie jestem szczęśliwy. Brak mi tylko jednej rzeczy. 

– Czego? – 

spytała z niepokojem. 

– 

Chciałbym usłyszeć, że ty też mnie kochasz. 

Amelia  poczuła  się  tak,  jakby  z  jej  serca  spadł  ogromny ciężar.  Nie  mogła 

uwierzyć,  że  to  wszystko  dzieje  się  naprawdę.  Że  uwielbiany  przez  nią  mężczyzna 

całkowicie ją akceptuje i chce z nią spędzić resztę życia. To był jakiś cud. Jej cud. 

Spojrzała w jego piwne oczy i na jej ustach pojawił się czuły uśmiech. 
–  T

ak,  Harrison.  Kocham  cię.  Kocham  cię  tak  bardzo,  że  moje  serce  pęka  z 

nadmiaru uczucia. Te 

ostatnie tygodnie również i dla mnie były koszmarem. Ale co z 

moim wyjazdem do Anglii? Będziemy musieli się rozstać, bo... 

– 

Nic z tego. Czeka nas w najbliższych tygodniach mnóstwo pracy. 

– Dlaczego? 
– 

Dlatego, że Yolanda i ja pojedziemy z tobą do Anglii. Zamieszkamy razem z 

tobą i pomożemy ci w nauce, żebyś wspaniale zdała wszystkie egzaminy. A potem 

spakujemy twoje rzeczy i zabierzemy cię tam, gdzie jest twoje miejsce. Do Australii. 

– 

Co ty powiesz? A dlaczego nikt nie zechciał nawet spytać mnie o zdanie? 

Po  raz  pierwszy  w  ciągu  tej  rozmowy  Harrison  poczuł  wątpliwości.  Nie  był 

background image

pewny, czy nie posunął się zbyt daleko. 

– Pytam o nie teraz – 

odparł. – Czy uważasz, że to dobry pomysł? 

Amelia  zerknęła  na  Yolandę,  a  potem  znów  spojrzała  w  oczy  ukochanego 

mężczyzny. Wiedziała już, czego chce. I nie miała żadnych wątpliwości. 

– 

Jestem  nim  zachwycona.  Ale  co  będzie,  kiedy  wrócimy do Australii? Co ja 

będę tu robić? 

– Pr

acować w tym szpitalu. 

– 

Czyżbyś proponował mi posadę? 

– 

Oczywiście. Jesteś świetnym lekarzem. 

– 

No  dobrze.  Przyjmuję  twoją  ofertę.  Ale  jeśli  chodzi  o  małżeństwo,  to  moim 

zdaniem decyzja nie – 

należy wyłącznie do mnie. – Ruszyła w kierunku Yolandy, a 

Harri

son poszedł za nią i wziął dziewczynkę na ręce. 

– 

Czy chciałabyś, żeby Amelia zamieszkała z nami i została twoją mamą? 

– 

Moją  mamą?  –  Dziewczynka  wytrzeszczyła  oczy,  a  potem  uśmiechnęła  się 

radośnie.  –  Tak! Tak, tak,  tak!  Ona  będzie  moją  mamą,  ty  będziesz  tatą,  pani D. 

będzie moją babcią, a ja będę waszą kochaną dziewczynką! 

– 

Wspaniały plan – oznajmił Harrison. – Co ty na to, Amelio Jane? 

– 

Ja również mówię „tak”. 

Harrison pochylił się, by ją pocałować. 
– 

Będziemy rodziną! – zawołała radośnie Yolanda, a oni roześmiali się pogodnie, 

wiedząc, że dziecko ma stuprocentową rację. 

 

background image

EPILOG   

 
– 

Yolando, czy możesz wziąć ode mnie tę torbę? – spytała Amelia. 

– 

Oczywiście, mamo – odparła dziewczynka. – Przecież mam już sześć lat. 

– Wiem o tym, kochanie. – 

Amelia chwyciła ją za rękę i zamknęła drzwi ich domu, 

a potem przeszły na drugą stronę ulicy. Gdy tylko dotarły do plaży, Yolanda pobiegła 

w kierunku miejsca, w którym siedział w wodzie jej ojciec, trzymając na kolanach 

ośmiomiesięcznego chłopczyka. 

Ameli

a podeszła do pani D. , która była zatopiona w lekturze jakiejś książki. 

– 

Chyba możemy już zaczynać śniadanie. 

– 

Musisz najpierw wyciągnąć ich z morza – oznajmiła pani D. – Ten mały Scott 

jest zdecydowa

nym miłośnikiem wody. 

Amelia  zerknęła  w  kierunku  swojego  synka.  Adopcja  była  procesem  dość 

skomplikowanym, ale 

kiedy już mieli wszystko za sobą, Scott okazał się cudownym i 

czarującym dzieckiem. 

Stan Yolandy uległ niewiarygodnej poprawie, gdy tylko zyskała nową matkę. Pani 

D.  ,  która  odbyła  sześciomiesięczną  podróż  po  Europie,  pospiesznie  wróciła  do 

Australii, gdy tylko usłyszała o pojawieniu się małego Scotta, i była od tej pory jego 
najczul

szą opiekunką. 

– 

Możesz się do nich przyłączyć, Amelio – powiedziała. – Śniadanie poczeka. 

– 

Doskonały  pomysł.  –  Amelia  zdjęła  sarong,  pod  którym  miała  dwuczęściowy 

kostium kąpielowy. Blizna po operacji była już prawie niewidoczna, a ona sama czuła 

się  lepiej  niż  kiedykolwiek  dotąd.  Odnosiła  nawet  chwilami  wrażenie,  że  jest 

księżniczką z bajki, mieszkającą w pałacu ze swym ukochanym księciem. 

– Mamo, zbudujmy jeszcze jeden zamek z piasku! – 

zawołała Yolanda. – Musimy 

trenować przed następnym konkursem. W zeszłym roku dostaliśmy przecież pierwszą 

nagrodę. 

–  To prawda. – 

Pogłaskała dziewczynkę po głowie, a potem usiadła w płytkiej 

ciepłej wodzie obok Harrisona, który podał jej chłopczyka. 

– 

Idź do mamy, Scott – powiedział czułym tonem. – Ależ on lubi wodę! 

– Prawie tak samo jak jego ojciec. 
Harrison pochylił się i musnął wargami jej policzek. 
– 

Chyba  nigdy  nie  znudzi  mi  się  twoje towarzystwo,  Amelio  Jane.  Bardzo  cię 

kocham i jestem ogrom

nie szczęśliwy. 

–  No, no! – 

zawołała Yolanda, pokazując im język. – Kiedy dorosnę, nigdy nie 

background image

pozwolę  się  całować  żadnym  chłopcom!  A  teraz  przynieś  mi  jeszcze  trochę  wody, 
tatusiu – 

dodała, podając mu wiaderko. – Bardzo cię proszę. 

Harrison  jeszcze  raz  pocałował  swoją  żonę,  a  potem  wstał,  by  spełnić  prośbę 

córki. Kiedy wrócił, usiedli wszyscy wokół stołu. 

– 

Co dziś budujemy? – spytał. 

– 

Szczęśliwą przyszłość – odparła Yolanda, – Tak się będzie nazywał mój zamek. 

 


Document Outline