background image

Bente Pedersen 

Buntownicy 

background image

- Są pewne sprawy, o których się nie mówi - rzekł 

Jewgienij z powagą. 

Ciemnymi oczami spojrzał na Olega i na jego 

drobną, wesołą i pogodną żonę, Antonię. 

Byli najbliższymi przyjaciółmi Jewgienija. Zostali 

też najbliższymi przyjaciółmi Raiji. O Jewgieniju 

wiedzieli prawie wszystko, a o Raiji więcej niż ona 

sama. Wiedzieli też o Jumali. 

Oboje zgadzali się z Jewgienijem. 

- To prawda, ale nie mogę obiecać, że tak po pro­

stu zapomnę - odezwała się Antonia. 

Ciemne loki podskakiwały, kiedy potrząsała głową. 

Na twarzy zazwyczaj beztroskiej Toni wyjątkowo 

malowała się powaga, w oczach pojawił się smutek. 

Z myślami o bogini Jumali zawsze powracało cier­

pienie, ta niezwykła historia niosła z sobą ból. 

- Ale postaramy się o tym nie wspominać - dokoń­

czył Oleg. Druh Jewgienija z okresu przewozów 

frachtowych na Morzu Białym i na rzece Dwinie oraz 

ku wybrzeżom północnej Norwegii błyskawicznie 

przeszedł do istoty sprawy. - Masz rację, Jewgienij, są 

rzeczy, o których się nie mówi. Czasami zastanawiam 

się, czy to, co widziała Raija, wydarzyło się napraw­

dę, i wraz z upływem czasu nabieram do tego dystan­

su. Czasami zdaje mi się nawet, że to był tylko sen... 

background image

Jewgienij ze smutkiem pokiwał głową. 
Wszyscy troje wiedzieli przecież, że było inaczej. 

Przeżyli to naprawdę. 

- Chciałbym, żeby Rai ja o tym zapomniała - rzekł 

Jewgienij. 

W jego głosie brzmiała troska. Ubóstwiał Raiję, ko­

chał ją z siłą, która nawet jego samego przerażała. 

Być może nie powinien był dopuścić, by Raija zna­

czyła dla niego tak wiele. 

Ale tak się ułożyło jego życie. Została jego żoną, 

stała się całym jego światem. 

- Chciałbym, żeby cień Jumali zniknął z mego ży­

cia - rzekł stanowczo. 

- A ja myślę, że Jumala nas przeżyje - zauważyła 

Antonia. 

Słowa jakby wymknęły się z jej ust, niczym myśl, 

nad którą nie zdążyła się dobrze zastanowić. 

Wyglądało na to, że Jewgienijowi nie spodobały się 

jej przypuszczenia. Być może obawiał się, że mogą 
okazać się słuszne. Jednak nic nie powiedział. 

Wróciła Raija. 

Stąpała na palcach. W jej oczach pojawił się wyraz ulgi. 

Cicho zamknęła za sobą drzwi. Musiała zajrzeć do dzie­
ci, ponieważ Michaił się obudził i domagał się późnej ko­
lacji. Olga na szczęście przespała jego nocny koncert. 

- Misza jest mężczyzną, który wie, czego chce -

uśmiechnął się Oleg. 

Cieszył się, że mogą zostawić temat Jumali. Zawsze 

czuł się nieswojo, kiedy rozmowa toczyła się wokół 
owej pogańskiej bogini. Nie potrafił określić, co czuje. 
Nie bardzo wiedział, w co wierzyć. W głowie miał gma­
twaninę wspomnień o zdarzeniach sprzed roku. Anto-

background image

nia uczestniczyła w nich niemal przez cały czas, on zaś 

przyjechał pod sam koniec. I nie dopuszczał do siebie 

tego, co się stało, tak długo jak potrafił, dopóki nie za­

głuszył głosu rozsądku i ślepo nie zaakceptował faktów. 

Nabrał już dystansu do niesamowitych przeżyć, 

które stały się udziałem Raiji. 

Wydawało się, że ta kobieta przyciąga ku sobie 

wszystko, co niezwykłe. 

Być może nie należało tworzyć jej nowego życia. 

Olegowi często zdarzało się żałować, że obiecał Jew­

gienijowi milczenie na temat przeszłości jego żony. 

Odnosił wrażenie, jakby także kłamał. 

Ale teraz jest za późno, by się wycofać. Od czasu, 

kiedy urodziło się dziecko, przeznaczeniem Raiji jest 

Rosja. Oleg zastanawiał się, czy Jewgienij to sobie za­

planował. Ta myśl nie dawała mu spokoju. 

Siedzieli w domu Olega i Toni w Archangielsku. 

Był lipiec roku 1736. 

Jeszcze raz Jewgienij i Raija przywieźli cały inwen­

tarz z domu nad Dwiną. Raija ponownie miała za­

mieszkać w mieście. Ponownie jej uszy miały wypełnić 

odgłosy kroków na moście, rżenie koni i śmiech chłop­

ców stajennych Toni. Stąd roztaczał się widok na port 

i statki ze świata oddalonego o wiele mil od północnej 

Rosji, ze świata, w którym rozmawiano po niemiecka 

- Może jednak nie pojadę - powiedziała Antonia chy­

ba po raz dziesiąty tego wieczoru. Spojrzała na męża. 

Szukała w jego oczach choćby najmniejszego znaku, że 

się z nią zgadza, ale nie znalazła nawet cienia poparcia. 

Jewgienij zaśmiał się cicho: 

- Po raz pierwszy napotykam takie trudności, by 

namówić kobietę do wspólnej podróży! 

background image

- Kiedyś musi być ten pierwszy raz - zauważyła 

Raija wesoło i potargała go po włosach. 

Jewgienij spojrzał na nią czule. 

- Potrzebujemy koni czy nie? - spytał Oleg na 

wpół zrezygnowany. 

Wzruszył się tym, że jego niezależna żona nie chce bez 

niego wyjeżdżać. Nie musiał szukać zbyt daleko w pamię­
ci, żeby odnaleźć czasy, kiedy Antonia na jedno skinienie 

wyfrunęłaby z domu niczym wędrowny ptak jesienią. 

Tonią ruchem głowy wskazała na pierś Olega i chwy­

ciła brzeg jego kurtki. 

- Powinnam przyszyć ten guzik - mruknęła. 
- Czy myślisz poważnie o prowadzeniu własnej 

hodowli? - dopytywał się dalej Oleg, nie dając żonie 
szans na wynajdywanie kolejnych wymówek. 

- Wiem, że muszę jechać - przyznała z ciężkim sercem. 
Westchnęła równie zrezygnowana jak przed chwi­

lą Oleg. Po chwili jednak roześmiała się cicho. Jej 
twarz wydała się teraz bardzo ładna, pełna ciepła. An­
tonia śmiała się z siebie. Śmiała się tak zaraźliwie, że 

wszyscy wokół także musieli się uśmiechnąć. 

Nikt nie potrafił tak rozładować atmosfery jak An­

tonia. 

- Nie myślcie tylko, że podoba mi się ten pomysł -

dodała szybko, kiedy zauważyła, że odetchnęli z ulgą Jej 
twarz nie całkiem spoważniała. Tonią nigdy nie będzie 
wyglądała jak prawdziwa zrzęda, nawet jako stara ba-
buszka będzie przypominała niesforną dziewczynę, na 
zawsze zachowując w sobie dziecięcy niepokój. - Wcale 
mi się to nie podoba. Niestety Oleg ledwie zauważa róż­
nicę między pyskiem a zadem konia i nie mogę go wy­
słać w tę podróż. Wiem, że sama muszę wybrać odpo-

background image

więdnie okazy. Mnie przynajmniej nikt nie będzie usiło­
wał oszukać. Dawno już przestali próbować! 

Kiedy Tonią po śmierci ojca, który zostawił jej 

w spadku stadninę, zaczynała zajmować się hodow­
lą, nieraz starano się wywieść ją w pole. Wyglądała 

jak niewinny kwiat i gruboskórni mężczyźni dali się 
zmylić temu wizerunkowi. To właśnie wtedy Tonią 

wyrobiła sobie pogląd, że mężczyzn można łatwo 

oszukać, ponieważ bardziej wierzą oczom niż uszom. 

Młodziutka Tonią udowodniła im, że zna się na 

koniach prawie tak samo dobrze jak oni. Udowodni­
ła im, że doskonale wie, co decyduje o wartości ko­
nia, którego zamierza kupić. 

Żaden z handlarzy nie przeprosił za nieuczciwość. 

Ale zapamiętali ją i więcej nie próbowali oszukiwać. 
Ani jeden z nich. 

Wszyscy wiedzieli, kim jest Tonią. 

Była jedyną kobietą, z którą hodowcy koni mieli do 

czynienia. Uznali ją za swoją, ponieważ śmiała się rów­
nie głośno, umiała opowiadać pikantne historie, śpiewa­
ła smutne pieśni fałszywym głosem. Potrafiła dorównać 
im w piciu, nie spadając pod stół. I znała się na koniach. 
Kochała zwierzęta równie mocno jak niektórych ludzi, 
darzyła je szacunkiem, dobrze się z nimi obchodziła. 

Żadnemu z hodowców na północy Rosji nie przy-

szłoby do głowy, żeby starać się przechytrzyć Anto­
nię. A ponieważ była kobietą, każdy z mężczyzn bez 

wahania stanąłby w jej obronie. Jednak nigdy by się 

do tego nie przyznali. Zresztą Tonią, silna i niezależ­
na, nie potrzebowała ich pomocy. 

Antonia zdawała sobie sprawę, że gdyby sama nie 

przyjechała po konie, potraktowaliby to jak zdradę. 

background image

Naturalnie wybaczyli jej to w zeszłym roku, kiedy 

dowiedzieli się, że urodziła dziecko. Wiedziała, iż po­

myśleli, że już przestanie zajmować się końmi, że po­

dzieli los większości innych kobiet. 

Chciała udowodnić, że pozostała sobą, choć trud­

no będzie znieść tak długą rozłąkę z córeczką. 

- Oleg zna się na statkach, Toniu - przekonywał Jew­

gienij. - Ty i ja jesteśmy znawcami koni. Pozwólmy, by 

Oleg i Raija pilnowali spraw tu na miejsca Raija zajmie 

się Olgą jak księżniczką. A my będziemy mogli się upi­

jać każdego wieczoru i płakać na ramieniu drugiego™ 

Tonią zwykła podróżować w towarzystwie jedne­

go ze stajennych, ale tak bywało, zanim poznała Ole-

ga, w czasach kiedy nie przywiązywała szczególnej 

wagi do tego, z kim dzieli siennik. Kiedy lubiła wtu­

lić się w silne ramiona stajennego. 

To było inne życie. Nie żałowała, że minęło. Teraz 

wydawało się takie obce, jakby cudze. 

Nie chciała stwarzać powodów do nieporozumień, 

tym bardziej że Jewgienij sam ofiarował się jej towa­

rzyszyć. 

Znał się na koniach, ludzie słyszeli o nim dużo, po­

wtarzali historie o jednorękim kapitanie. 

Jego obecność da jej poczucie bezpieczeństwa. 

Jewgienij twierdził, że potrafi dobijać targu, choć 

może nie akurat w handlu końmi. Poza tym był przy­

jacielem. Nie będzie zatem tracił czasu na próby 

wtargnięcia jej pod spódnicę. Jemu także odpowiada­

ło, że Tonią nie oczekuje od niego umizgów. 

Ufali sobie wzajemnie. 

Mieli wyruszyć nazajutrz. 

background image

Rai ja i Jewgienij dzielili wąską kuchenną ławę. 

Czuli, że w pomieszczeniu jest chłodno, choć Tonią 
i Oleg palili nawet o tej porze roku. W domach, gdzie 
okna wychodziły na północny zachód, zrobiło się 
zimno. W nocy ucieknie jeszcze więcej ciepła. 

- Nie pozwól się Antonii w nic wplątać! - szepnę­

ła Raija. 

Jewgienij poczuł ciepły oddech żony na swym 

szorstkim policzku. Objął ją i powoli gładził jej ramię. 

- Tonią jest dorosła - roześmiał się cicho. - Może 

raczej to ją powinnaś poprosić, żeby mnie pilnowa­
ła, bym się w coś nie wplątał? 

- Jesteś okropny, Jewgieniju Dymitrowiczu! - od­

parła, choć wcale tak nie myślała. Najbardziej ceniła 

w nim właśnie ową chłopięcość, za to go kochała i dla­

tego chciała się z nim zestarzeć. - Tonią mówiła, że 
tam, dokąd jedziecie, będą sami mężczyźni. Wydaje 
mi się zatem, że nie mam się specjalnie czego obawiać? 

- Hm... - Jewgienij na pozór obojętnie wzruszył ra­

mionami. - Tonią zapomniała ci chyba wspomnieć 
o dziewczynach lekkich obyczajów, które podążają 

w ślad za handlarzami końmi, a które przybywają 

z Kozakami z południa znad Donu... znad Dniepru... 

Raija roześmiała się tuż przy jego szyi. 
- Starasz się wzbudzić we mnie zazdrość, mój drogi? 

- W półmroku nie widziała wyraźnie twarzy męża, ale 
domyśliła się, że zgadła. - Ufam ci - powiedziała po pro­
stu. - Nie muszę nikogo prosić, żeby cię pilnował. 
Wiem, że jesteś rozsądny, i wiem, że mnie kochasz. Wię­
cej mi nie trzeba. Nie muszę posiąść na własność każ­
dej przeżywanej przez ciebie chwili, mój najdroższy. 
Dopóki wiem, że wrócisz, potrafię oddychać, nawet je-

background image

śli przez jakiś czas będę sama. Po prostu nie jestem za­

zdrosna. - Zamilkła, zanim zaczęła mówić dalej. - I nie 

wyrażaj się źle o tych kobietach. Cóż możemy wiedzieć 
o powodach, które nimi kierują... 

Jewgienij milczał. Mocniej uścisnął Raiję. To pew­

ne, że na nią nie zasłużył. 

Być może i świat nie zasłużył na kogoś takiego jak ona. 
Łatwo jest osądzać. Jemu także. Większości osób, 

które znał, przychodziło to bez trudu. Tak łatwo jest 
krytykować i pogardzać... 

Przez moment ujrzał przed sobą te kobiety, o któ­

rych rozmawiali. Większość z nich życie ciężko do­
świadczyło. W mroku trudno jest dostrzec linie po­

zostawione przez troski, lecz dzień je odsłaniał. 

Jewgienij również trzymał kilka z tych dziewcząt 

w ramionach, kiedy miał jeszcze obie ręce. Kiedy 

uciekał od uczuć w wiecznym poszukiwaniu namiast­
ki tego, czego nie mógł dostać. 

Raija nie powinna o tym wiedzieć. 
- Jesteś najpiękniejszą istotą na ziemi - szepnął 

przy jej czole. - Najpiękniejszą z kobiet - dodał. - Mi­
chaił zajmuje w moim sercu równie ważne miejsce, 
ale to zupełnie co innego. - Roześmiał się cicho. -

Marzną mi stopy. Zaraz tak jak Antonia zacznę szu­
kać usprawiedliwienia, żeby zostać w domu... 

Raija pocałowała go. Pocałowała wargi, które po­

trafiły być tak surowe, a które teraz poddały się jej 

woli. Pocałowała jego chude policzki, które z każdym 

upływającym rokiem wydawały się coraz bardziej za­
padnięte, co jednak wcale go nie postarzało. W każ­
dym razie nie w jej oczach. Zresztą wszystko, na co 
się patrzy z miłością, staje się piękne. 

background image

- Dobrze ci zrobi, jeśli na trochę wyjedziesz - rze­

kła z mądrością w oczach. 

Jewgienij zastanowił się przez chwilę, co będzie te­

go dnia, kiedy wszystko, co tłumione, skrywane i za­

pomniane, wyłoni się z cienia. 

Odsunął jednak od siebie tę myśl. Całkiem dobrze 

już mu się to udawało, żył z tym przecież na co dzień. 

Jakoś sobie radził. 

Jednocześnie potrafił być szczęśliwy. Potrafił kochać. 

- Zawsze podróżowałeś - mówiła dalej Rai ja. -

O wiele trudniej musisz znosić siedzenie w domu, niż 

to przyznajesz. 

Rzeczywiście tęsknił za wiatrem we włosach. 

Nie mówił jej o tym, lecz często za tym tęsknił. 

Za wiatrem we włosach, pokładem niespokojnym 

pod stopami, morzem dookoła. Morzem i niebem. 

Człowiek czuje się wtedy taki mały, a jednocześnie ta­

ki potężny. Żeglowali i żyli pośrodku żywiołu, który nie 

został stworzony dla ludzi. Opanowali i morze, i wiatr. 

Brakowało mu tego życia. 

- Wybrałem dom - rzekł tylko. 

Nie potrafił wytłumaczyć Raiji swej tęsknoty. 

Mógł nazwać słowami wszystkie inne pragnienia, ale 

nie to; owej tęsknoty kobiety nie znają. Trudno by­

łoby oczekiwać, że zrozumie. 

Nawet Raija. 

- Kiedy się pojawiłaś, rozpocząłem nowe życie, Ra-

iju. Byłoby niewdzięcznością tęsknić za czymś in­

nym, skoro mam ciebie i chłopca. 

Nie protestowała. Ale wiedziała, że tęsknił również za 

życiem, które zostawił, które, jak twierdził, zakończył. 

Wiedziony poczuciem taktu starał się, by się o tym 

background image

nie dowiedziała, ale przecież nie była dzieckiem. 

Widziała. 

Wiedziała. 

Jewgienij zasnął w jej ramionach. Rai ja ułożyła się 

tak, że jego głowa spoczęła na jej piersi. 

A kiedy zamknęła oczy, przez moment wydał się jej ob­

cy. Jednak to wrażenie zaraz zniknęło. Kiedy na powrót 

otworzyła oczy, znów był jej Jewgienijem, jej mężem. 

Przespał noc, podczas której Raija na moment uchy­

liła zasłony skrywającej przeszłość. Ranek przywitał 

chłodem jej nagie stopy. Nie budząc męża, cicho wsta­

ła i rozpaliła w pieca Potem znowu wśliznęła się pod 

skóry. Ogrzała się pod okryciem. Przytuliła się do Jew­

gienija, przysunęła najbliżej jak mogła. Rozkoszowała 

się bliskością męża, ciszą i trzaskaniem drewna w pieca 

Jewgienij obudził się w jej ramionach. 

- Mogłaś się oswobodzić od mego ciężaru - rzekł 

ciepłym głosem, ziewając. - Nie wyspałaś się. 

Uświadomił sobie, jak bardzo ją kocha. Jednocześ­

nie poczuł ukłucie wyrzutów sumienia, ponieważ dla 

niego zrezygnowała ze snu. 

- Było mi dobrze - odparła. 

Jewgienij wiedział, że w Raiji drzemie ogromna po­

trzeba obdarowywania. Ofiarowania. Bardziej siebie 

niż przedmiotów. Sam nie posiadał tego daru, ale Ra­

ija chętnie rozdawała, jeśli tylko mogła. Jeśli ktoś bar­

dziej niż ona sama potrzebował tego, co miała. 

Raija nie przyznała się, że nie z jego powodu nie 

mogła zasnąć. 

Poza tym chciała popatrzeć na męża ostatniej nocy, 

zanim wyruszy. Posiąść te cenne minuty, których nawet 

on nie znał, kiedy spał w jej ramionach jak dziecko. 

background image

- Musiałam cię zaczarować, żeby nikt inny nie 

mógł cię obejmować, zanim znowu nie będziesz ze 
mną - zażartowała. 

I chociaż Jewgienij uśmiechał się, zakładając wyso­

kie buty do jazdy konnej, w jego głosie brzmiał cień 
powagi, kiedy powiedział: 

- Nie zdziwiłoby mnie, gdybyś była w stanie tego 

dokonać, moja Raiju. Myślę, że już dawno ci się to uda­
ło. Już wtedy, kiedy jeszcze nie wiedziałaś, kim jestem... 

Zamierzał powiedzieć więcej, ale ugryzł się w język, za­

nim zahaczył o obszary, które zatarły się w jej pamięci. 

Omal się nie przyznał, że omotała go swą siecią już 

wtedy, kiedy kochał ją Aleksiej, a on sam traktował 
jak ukochaną siostrę. 

Musi bardziej uważać na słowa, zwłaszcza kiedy 

jest zmęczony. 

- Nie mam ochoty obejmować innych kobiet - za­

pewnił. 

Nie musiał tego robić. 
Raija wiedziała o tym. Była go pewna. Tak otwar­

cie starał się ją uszczęśliwić. Kochał ją wielką i nie­

wzruszoną miłością. I chociaż Raija nie pamiętała 

czasów sprzed małżeństwa z Jewgienijem, miała 
uczucie, że nie zawsze tak było. 

Była prawie pewna, że nigdy przedtem nie zazna­

ła takiego spokoju, że owo poczucie bezpieczeństwa 
pojawiło się w jej życiu wraz z Jewgienijem. 

Wyruszyli jednym ze statków płynących Dwiną na 

południe. Raija usłyszała napomnienia Toni dobiegające 
jeszcze z pokładu. Roześmiała się na poły rozbawiona, 
na poły zrezygnowana Zdawało się, że Tonią nie wie-

background image

rzy, iż Raija potrafi zajmować się dziećmi. Ona, która... 

Coś zablokowało tę myśl, nie pozwoliło jej dokoń­

czyć, jakby gładka ściana, jak skała mokra od deszczu. 

Raija poczuła ucisk w skroniach. 

Wiedziała, co to oznacza. 
Myśl zapędziła się za daleko, zamierzała przebić się 

przez skałę. 

Na próżno... 
Raija zdusiła ją. Tłumienie myśli stało się już nawy­

kiem, nauczyła się tego. Za każdym razem czyniła to 

z mniejszym bólem. Już nawet nie zdawała sobie spra­

wy, że to nie jest normalne, że nie wszyscy tak robią. 

Patrzyła, jak statek z Jewgienijem i Antonią wśli­

zguje się w ujście rzeki. Nie potrafiła rozróżnić ich 

postaci na pokładzie, ale wiedziała, że tam są. Że sta­

rają się dojrzeć dom i ją w niedużym oknie kuchni za 

powiewającymi firankami, ponieważ w ciągu dnia 

otwierała je na oścież. Czasami w mieszkaniu robiło 

się za gorąco, poza tym Raija lubiła też słuchać dźwię­

ków, które brzmiały dziwnie, obco. 

Już tęskniła za Jewgienijem. Kochała go. Czuła się 

z nim szczęśliwa. 

Ale czy żyła? 

Była kobietą i matką. Robiła to, co robiły inne ko­

biety i matki. 

A kiedy Olga i Michaił spali, nudziła się. Nawet 

pośród tych wszystkich odgłosów z zewnątrz, nawet 

z robótką w ręku czy pilnując na ogniu jedzenia dla 

synka, odnosiła wrażenie, jakby całe życie toczyło się 

gdzieś obok. 

Jej myśli wydawały się bardziej żwawe niż palce ła­

tające ubranie. Dłonie nie poruszały się wprawnie, 

background image

wydawały się tak niezgrabne, że się tego wstydziła. 

Wszystkie kobiety potrafiły przecież szyć! 

Z dworu dobiegł ją tupot nóg. Nie należał do nie­

zwykłych odgłosów, często go słyszała. Rozmaite 

kroki, rozmaite buty. Chodaki, skórzane trzewiki, 

buty z kory brzozowej, które szurały o podłoże w cał­

kiem szczególny sposób, ciche kumagi. Musiały tam 

być, słyszała przecież głosy ludzi. 

Tym razem za oknem rozległ się stukot chodaków 

i Rai ja od razu wiedziała, że to kroki marynarza. 

Nie zapukał. Otworzył drzwi na oścież, jakby za­

wsze był mile widzianym gościem. 

- Gdzie pryncypal? - rzucił w progu zdyszany. Bez 

wstępów, nawet bez przywitania. 

Raija zrozumiała, że szuka Olega, a nie Jewgienija. 

Wiedział zatem, że Jewgienija nie ma w mieście, wi­

docznie już z kimś rozmawiał. 

- Zaraz powinien przyjść - odparła. - Szukałeś 

w porcie? W kantorze? 

Skinął głową. 

Stał w drzwiach, wpuszczając do środka popołudnio­

we powietrze. Miał na sobie szare spodnie, tak szerokie, 

że luźno zwisały wokół nóg - jako pasek służył sznur, 

związany nad biodrem w kunsztowny węzeł. Szeroką 

koszulę z rozcięciem na głowę, sięgającym do polowy 

piersi, bez guzików czy wiązania, co sprawiało, że nie 

mogła być przyzwoita, choćby nie wiem jak się starać. 

Przybysz był marynarzem. Raija wiedziała o tym, 

nie pytając. 

Nie zaprosiła go do środka. Pogardzała sobą z te­

go powodu, nie uważała przecież niespodziewanego 

gościa za kogoś gorszego. 

background image

Ale nieprzyjemnie pachniał morzem, rybami, po­

tem i jeszcze czymś, czego nie potrafiła określić. 

Czyżby odgadł, co o nim myślała? Uśmiechał się 

krzywo, jakby drwiąco. Jego zęby lśniły bielą na tle 
opalonej twarzy. 

Usłyszała kroki Olega, jego skórzane buty uderza­

jące o kamienny bruk mostu. Po chwili postać przy­
jaciela ukazała się w drzwiach. Oleg pochylił głowę 

i kark, żeby wejść. 

Rozpoznał w mężczyźnie jednego ze swych pra­

cowników. Spojrzał na niego pytająco. Zaprosił do 
środka, wskazał krzesło przy stole. 

Raija unikała wzroku przybysza. W jego oczach po­

jawiła się śmiałość, której nie potrafiła wytłumaczyć. 
Coś tak wyzywającego, że poczuła się nieswojo. 

- Co się dzieje, Wasilij? - spytał Oleg. Bezceremo­

nialnie ściągnął kurtkę i buty, patrząc jednocześnie 
na marynarza. - Myślałem, że macie dość roboty na 
„Antonii", żeby przygotować ją do drogi. 

- Jednym z kutrów rybackich nadeszła wiadomość z 

Morza Białego - wyjaśnił marynarz. Wstrzymał na chwi­
lę oddech, zanim zaczął mówić dalej. Jego niebieskozielo-
ne oczy przykuły wzrok Olega. - Na naszym drugim stat­
ku wybuchł bunt Na tym, który nosi to piekielne imię„ 

- To moje imię - Raija usłyszała swój własny głos. -

Nie uważam, żeby było piekielne... 

- Tak czy owak marynarze wszczęli bunt - rzekł Wa­

silij. - Załoga wyrzuciła kapitana i sternika za burtę. Ka­
pitan nie żyje, sternika uda się może uratować. Ryba­

cy wyciągnęli go na pokład kutra i przywieźli na ląd™ 

Patrzył wyczekująco na Olega. 

Oleg znieruchomiał z pochyloną głową. 

background image

Raija pomyślała, że niedobrze się stało, iż Jewgie­

nij dziś odpłynął. Coś jej mówiło, że buntownicy 
o tym wiedzieli. 

- Dlaczego? - spytała. 
Wasilij spojrzał na nią. Wzruszył ramionami. 

Skrzywił się. Wzrokiem przebiegł po garnku na pie­

cu. Policzki Raiji zaczerwieniły się. 

Gotowała dziś zupę na mięsie. Wiedziała, że nie ta­

kie zapachy marynarze wdychali na statku. 

- Może ktoś powinien się tego dowiedzieć? - rzucił 

obojętnie. Wstał. - Ja tylko przekazałem wiadomość. 
Reszta nie należy do mnie. Nie biorę w tym udziału. 

- Płyną dalej? - spytał Oleg. - Czy zakotwiczyli statek? 
Znowu wzruszenie ramion. Mężczyzna sugerował, 

że niewiele go to obchodzi, że to nie jego sprawa. Nic 
na tym nie skorzysta ani też wiele nie straci. 

Oleg na powrót założył buty. Wstał. Nic nie zjadł. 

Raija zauważyła, że jest zmęczony. Ale musiał teraz 
podejmować decyzje. Nie miał prawa do odpoczynku. 

- „Antonia" nie odpłynie zgodnie z planem. Muszę 

najpierw dostać się na „Raiję" i dowiedzieć, czego 
chcą buntownicy. Muszę ich powstrzymać, nie dopu­
ścić, by posunęli się za daleko! 

- Czy aby już nie posunęli się za daleko? - spytała 

cicho Raija. - Kapitan nie żyje... 

Ale tylko Wasilij ją słyszał Oleg był w drodze do portu 
Wzrok marynarza świadczył, że życie nie szczędzi­

ło mu gorzkich doświadczeń. 

- Nie myśl tyle o obcych, którzy zginęli - rzekł. 
Uśmiechał się, gdy wychodził. 
Nie zamknął za sobą drzwi. Popołudniowe powie­

trze wypełniło pokoje. 

background image

Oleg wrócił dopiero następnego dnia. Był zarośnięty, 

bruzdy na jego twarzy pogłębiły się, oczy pociemniały. 

- Sytuacja jest poważna - oznajmił Raiji. Był tak 

zmęczony, że nie miał siły się rozebrać. Opadł wyczer­

pany na krzesło, oparł głowę o ścianę. Na chwilę przy­

mknął oczy. - Dlaczego my? - spytał i z trudem pod­

niósł powieki. Napotkał wzrok Raiji. - Czy potrafisz 

to zrozumieć? Przecież dobrze ich traktujemy! W po­

równaniu z innymi właścicielami statków naprawdę 

dobrze traktujemy naszych marynarzy! Więcej im pła­

cimy niż inni. Staramy się dla nich o ubrania, o żyw­

ność. Pomieszczenia dla załogi są lepsze niż na innych 

frachtowcach. Przebudowaliśmy cały statek, żeby po­

prawić marynarzom warunki codziennego bytowania. 

Dlaczego właśnie nas to spotyka? 

- Być może uznali, że jesteście jedynymi, którzy 

potrafią ich zrozumieć? - zgadywała Rai ja. 

Minęła ponad doba od chwili, kiedy Oleg i marynarz 

o śmiałych oczach wyszli z domu. Raija wypełniła czas 

domowymi obowiązkami i opieką nad dziećmi. Cieszył 

ją śmiech i nowe miny Olgi i Miszy, odpowiadała czu­

le na ich gaworzenie. 

Ale myślami była daleko na morzu, razem z Ole-

giem. 

Bała się. 

background image

- Inni właściciele statków i tak nie poszliby na 

ustępstwa - powiedziała zamyślona. - Wy pokazali­

ście marynarzom, że traktujecie ich jak ludzi. Może 

dlatego mają nadzieję, że ich wysłuchacie, może na 

innych machnęli ręką... 

- Mówisz, jakbyś trzymała ich stronę - rzekł Oleg 

z goryczą. Rwał duże kawałki chleba, który przed 

nim położyła. Podgrzała zupę. Nalała pełną miskę. 

Oleg pił z niej, nawet nie spojrzał na łyżkę, którą mu 

podała. - Zabili kapitana. Może on się nie liczy? Miał 

żonę i ośmioro dzieci. Czy to też się nie liczy? 

Raija nie odpowiedziała. Ujrzała przed oczami 

twarz człowieka, który dowodził na „Raiji". Znała 

kobietę, która została wdową. 

- Zabili go z zimną krwią - mówił dalej Oleg. - Po­

derżnęli mu gardło. Czy nadal jest ci ich żal? Tych, 

którzy zaczęli ustanawiać własne prawa? - pytał 

wzburzony. 

- Nikogo nie żałuję - odparła Raija. Usiadła po 

drugiej stronie stołu. Łagodnie poprosiła, by trochę 

zniżył głos. 

Oleg skończył jeść. Przetarł ręką oczy i czoło. 

Uśmiechnął się przepraszająco, rozjaśnił surową twarz. 

- Wybacz - rzekł cicho. Nie miał zwyczaju przy­

znawać się do własnych błędów, ale Raija była niepo­

dobna do innych ludzi. Cenił ją i szanował. Poza An­

tonią niewiele osób było mu tak bliskich. W każdym 

razie pośród kobiet. 

Kruszył chleb między dużymi dłońmi, zlepiał 

okruchy w palcach i zjadał je. Pewnie robił tak jako 

chłopiec. To dziwne, jak tego rodzaju przyzwyczaje­

nia mogą towarzyszyć człowiekowi przez całe życie. 

background image

- Nie staję po niczyjej stronie - rzekła Raija z na­

ciskiem. Oleg nagle uświadomił sobie, że dostrzega 

w Raiji zbyt wiele życiowej mądrości, a w jej ciem­

nobrązowych oczach zbyt wiele zrozumienia. Jest 

zbyt młoda, skąd u niej to doświadczenie? - Nie mam 

pojęcia o życiu na morzu, Oleg, ale tak, jak nie chcę 

stawać po żadnej ze stron, tak też nie chcę nikogo 

osądzać. Trudno jest poznać czyjeś troski, nie będąc 

w jego skórze. Zgadzasz się? Nie możemy wiedzieć, 

co kierowało tymi ludźmi. Nie wszystko jest takie, 

jak to widzimy. Musimy spojrzeć nie tylko oczyma, 

ponieważ obraz, który postrzegamy, może okazać się 

bardzo zwodniczy. Chcę tylko zrozumieć, nie zamie­

rzam nikogo osądzać. 

- Myślisz, że i ja nie chciałbym zrozumieć? - spy­

tał ostrym tonem. - Do diabła, że też Jewgienij mu­

siał wyjechać właśnie w takiej chwili! Marynarze nie 

mogli chyba o tym wiedzieć... 

- Bunt nie jest skierowany przeciw tobie, żadne żą­

dania nie zostały wysunięte wobec ciebie, Oleg! 

Skinął głową. 

Miska była pusta, ale Oleg nadal trzymał ją w dło­

niach. Nie chciał dokładki. 

- Wiem, że ludzie buntują się przeciw wszystkim 

właścicielom statków. Może przeciw całemu porząd­

kowi. 

Wzruszył ramionami. 
- Czy zamierzasz wysłać przeciw nim żołnierzy? -

spytała Raija. 

Tak radzili kapitanowie z innych krajów. Kapitan 

niemieckiego statku, który zawinął niedawno do portu, 

twierdził, że tylko broń przemówi do buntowników. 

background image

- Żołnierze Romanowa potrzebują czasu, żeby tu 

dotrzeć - odparł i zmęczony zamknął oczy. 

- Nie mógłbyś chyba tego zrobić, prawda? - roz­

legł się głos Raiji, przemknął przez pokój niczym po­

wiew wiatru. 

Oleg napotkał jej spojrzenie. Potrząsnął głową. 

Przeczesał palcami sztywne włosy. 

- Sam pływałem jako marynarz - rzekł. - Siedziałem 

przy tych wielkich kotłach na pokładzie. Bywałem tak 

głodny, że rozrywało mi wnętrzności, że miałem przy­

widzenia. Tkwiłem na tym cholernym pokładzie na 

deszczu i wietrze i czekałem, aż jedzenie będzie gotowe. 

Czekałem, aż wszystko się rozgotuje, tak żebyśmy nie 

mogli rozróżnić ryby od robaków, tak żeby powstała 

jednolita papka. Smakowała równie obrzydliwie, jak 

wyglądała, ale przynajmniej już nie kręciło mi się w gło­

wie. Mogłem wstać następnego dnia do pracy, po któ­

rej padałem między twarde maty w kajucie razem 

z piętnastoma towarzyszami. Spaliśmy tak ciasno obok 

siebie, że pluskwy nawet nie musiały brać rozpędu, by 

przeskoczyć z jednego na drugiego... - Oleg westchnął. 

- Byłem prostym marynarzem, Raiju. Zbyt dobrze to 

pamiętam. Być może nadal jestem jednym z nich. Być 

może dlatego traktuję ten bunt jako zdradę... 

Pokręcił głową. Złożył wielkie dłonie, może się mo­

dlił. 

- Czego chcą? - spytała Raija. 

- Lepszych warunków pracy. - Uśmiechnął się 

zmęczony. 

- Czy nie możesz na to przystać? 

Skinął głową. 

- To żaden kłopot. 

background image

- Ale to nie wszystko? 

- Nie. Domagają się wykreślenia długu, dla siebie 

i dla załogi na „Antonii". Myślę, że chcą tamtych po­

zyskać, żądając czegoś również dla nich. Mogą powie­

dzieć, że walczą także w ich imieniu. Może to zapla­

nowali? Nie wiem. Nic już nie wiem, Raiju. Nigdy 

bym nie pomyślał, że ci, którym dajemy pracę, zbun­

tują się przeciw nam... 

Raija wiedziała, że Jewgienij i Oleg byli bardziej 

ludzcy niż inni właściciele statków. 

Marynarze otrzymywali zapłatę po rejsie. To unie­

możliwiało ich odejście przed zakończeniem wypra­

wy. Lecz wielu z nich zostawiało w domu rodziny, 

którym często brakowało środków do życia, kiedy 

mężczyzna wypływał w morze. 

Niektórzy właściciele statków nie przejmowali się 

tym i uważali, że to nie ich sprawa. 

Jewgienij i Oleg udzielali pożyczek tym maryna­

rzom, którzy jej potrzebowali. Naturalnie inni właści­

ciele statków postępowali podobnie, ale w zamian za 

lichwiarski procent. Jewgienij i Oleg nie naliczali od­

setek, a jedynie oczekiwali spłaty pożyczonej kwoty. 

Wielu spośród załogi zwracało pożyczkę, traktując 

ją jak dowód zaufania. 

Ale byli też tacy, którzy nie byli w stanie uregulo­

wać długu. 

Bywało, że Jewgienij i Oleg nie powinni wypłacać 

wynagrodzenia, ponieważ pracownicy byli im winni 

więcej, niż zarobili. 

Raija rozumiała, dlaczego mimo wszystko dłużni­

cy otrzymywali wypłatę, ale czuła, że nie tak należy 

prowadzić interesy. 

background image

- Nie możemy się na wszystko zgadzać - rzekł 

Oleg, ciężko wzdychając. - Wtedy po prostu prowa­
dzenie handlu stanie się niemożliwe. Poza tym inni 
kupcy i armatorzy również wywierają na nas nacisk. 
Twierdzą, że powinniśmy trzymać się razem, nie go­
dzą się na uległość z naszej strony. Grożą, że jeśli mi­
mo wszystko pójdziemy na ustępstwa, wykorzystają 
swoje kontakty. Postarają się, żeby nie było dla nas 
towaru, żeby nikt nam nie sprzedał drewna, niezależ­
nie od tego, ile będziemy chcieli za nie zapłacić... 

- Co zamierzasz zrobić? - spytała Rai ja. 
Zaczynała dostrzegać powagę sytuacji. Przeciw 

Olegowi wystąpili nie tylko zbuntowani marynarze. 
Przeciwko niemu obrócili się także właściciele innych 
statków. 

Oleg podlegał naciskom obu grup. 
- Przespać się - odparł. - Nie za długo, ale muszę 

się choć trochę przespać, Raija. Być może dziś w no­
cy coś się wydarzy. Nie wiem. Powinienem dostać wia­
domość. Obudź mnie! Ale teraz muszę się położyć... 

Raija nie protestowała. Oleg potrzebował snu. 

Zdjęła mu nawet buty. Sam nie zadbał o to albo mo­
że zasnął, zanim zdążył o tym pomyśleć. Przykryła 
go. Delikatnie, tak jak okrywa się dziecko, które za­
snęło ze zmęczenia. 

Potem usiadła na kuchennej ławie. Pilnowała ognia 

w piecu. Nie zamknęła drzwi na klucz. 

Po kilku godzinach zjawił się ten sam marynarz, co 

wcześniej, Wasilij. Raija miała dobrą pamięć do imion. 

Znowu stanął w drzwiach. Znowu zostawił je 

otwarte. Wypuszczał ciepło, przyniósł ze sobą chłód 
nocy. 

background image

- Wejdź - Rai ja zaprosiła go do środka. 

Mówiąc to, nie spuszczała wzroku z przybysza. 

Nie powinien sobie pomyśleć, że ma nad nią przewa­

gę, że ją onieśmiela. 

Uśmiechnął się drwiąco, ale zamknął za sobą drzwi. 

Usiadł przy stole, oparł się o blat, jakby był u siebie. 

- Czy coś się dzieje? - spytała. 

- Śpi? - Wasilij odpowiedział pytaniem. 

Właściwie nie udzielił jej odpowiedzi, jakby ją lek­

ceważył. 

Rai ja skinęła głową. Była na siebie zła za ten gest, 

choć przecież nie miała powodu do złości. 

Wstała. 

- Mogę go obudzić... 

Marynarz powstrzymał ją ruchem ręki i uśmie­

chem równie zmęczonym, jak uśmiech Olega kilka 

godzin wcześniej. 

- Nie ma pośpiechu. Nic nie możemy teraz zrobić. 

To, co się stało, zostało zaplanowane już wcześniej... 

Raija usiadła. 

Ten mężczyzna kogoś jej przypominał. Jednak nie 

była w stanie sobie uzmysłowić, kogo. 

- Załoga „Antonii" przyłączyła się do buntu i jakiś 

czas temu również wypłynęła - wyjaśnił. - Nikt nie 

zdoła jej powstrzymać. Teraz w morzu są oba statki. 

„Antonia" uzupełniła zapasy wody do picia. Kapitan 

na „Raiji" zdążył pozbyć się części słodkiej wody. Być 

może właśnie to przypłacił życiem... [ 

- Czy ty nie pływasz na „Antonii"? - spytała Raija. 

Niebieskozielone oczy pochwyciły jej spojrzenie. 

- Nie - odpowiedział. - Już nie. 

Raija przełknęła ślinę. 

background image

- Dlaczego nie jesteś na pokładzie? 
Musiała zapytać. Zbyt wiele się tu nie zgadzało. 

Ten mężczyzna z pewnością nie stał po stronie Ole-
ga i Jewgienija. Należał do załogi. Raija szybko się zo­
rientowała, że nie jest głupi. Poza tym kipiała w nim 

wola walki, której nie potrafił ukryć. Nie było w nim 

nic z pokory, nie płaszczył się, nie ugiął karku. Wręcz 
przeciwnie: wysuwał żądania. Był śmiały... 

Czyżby działał na dwa fronty? 
- Wyrzucili mnie za burtę - rzekł beztrosko. 
Dopiero wtedy Raija zauważyła, że ma mokre 

ubranie i że przyszedł boso. Dlatego nie usłyszała je­
go kroków. 

- Z „Antonią" jest trochę inaczej niż z „Raiją" -

wyjaśnił, jakby tłumaczył coś trudnego nierozgarnię-

temu dziecku. - Na „Antonii" wszyscy przyłączyli się 
do buntu. Kapitan i sternik też. Wszyscy bez wyjąt­
ku. Nie trzeba było nikogo zabijać. Nie trzeba było 
nikogo się pozbywać... 

- ... nikogo poza tobą? - spytała Raija z niedowie­

rzaniem. To, co usłyszała, nie mieściło jej się w gło­

wie. Wasilij skinął twierdząco. Jego włosy wydawały 

się teraz ciemniejsze niż za dnia. Być może dlatego, 
że gęsta czupryna jeszcze nie całkiem wyschła. - Dla­
czego, do licha, ciebie, a nie kapitana? - wyrwało się 
Raiji. - Jesteś tylko... 

- Zwykłym marynarzem? - dokończył z uśmie­

chem. 

Jego twarz nie wyrażała wrogości. Raija odniosła 

niemal wrażenie, że Wasilij darzy ją sympatią. 

- Jesteś przecież tylko zwykłym marynarzem - po­

wtórzyła bezbarwnie. 

background image

Właśnie to chciała powiedzieć. Nie widziała powodu, 

dla którego miałaby udawać lepszą, niż była. Zresztą ten 

człowiek i tak zdawał się prześwietlać ją na wskroś. Oka­
zywał taką surowość, że prawie się go bała. 

Jakby nie był tylko zwykłym marynarzem. 

Z taką swobodą rozsiadł się przy kuchennym sto­

le Olega. Rozmawiał z nią z taką lekkością, jakby 
uznał, że są sobie równi. Nie zważał na to, że Rai ja 
jest kobietą, że jest żoną pryncypała. 

Tak, ten człowiek z pewnością nie był zwykłym 

marynarzem. 

Raija odgadła to, jeszcze zanim wymówił słowa, 

które potwierdziły jej domysły: 

- To ja zaplanowałem bunt. 
- Ty?! - wybuchnęła. 
- Ty? - rozległo się od drzwi do bocznej izby. 
Oleg zamknął je za sobą. Z butami w ręce usiadł 

ciężko obok Raiji. 

- Ja - odparł Wasilij z powagą na twarzy i pewno­

ścią siebie. 

Nie zamierzał niczego ukrywać. 

- „Antonia" również odpłynęła - rzekła cicho Ra­

ija, kładąc rękę na ramieniu przyjaciela. 

Oleg drgnął. 
- Czy to stanowiło część planu? - spytał ostrym to­

nem. 

- Tak - przyznał Wasilij. 
- Dlaczego przychodzisz do mnie i mi o tym mó­

wisz? - zdziwił się Oleg. Wreszcie postawił buty na 

podłodze, zdjął z ramienia rękę Raiji. - Chyba nie przy­
puszczasz, że nadal będę ci ufał - dodał ze śmiechem. 

- Wyrzucili mnie ze statku - rzekł Wasilij. Uczynił 

background image

gwałtowny ruch głową. Raija zauważyła, że jego wło­

sy nadal są mokre, choć ubranie zdążyło już wy­

schnąć. Widocznie było uszyte z cienkiego materiału... 

- Przychodzisz tu i opowiadasz, że ty to wszystko 

zaplanowałeś. I jeszcze mówisz, że wyrzucono cię za 

burtę. Chcesz, żebym ci uwierzył? - Oleg pokręcił 

głową. - Nie jesteś chyba aż taki głupi! 

- Ja mu wierzę - usłyszała Raija swój własny głos. 
Obaj mężczyźni popatrzyli na nią: jeden z niedo­

wierzaniem, drugi trochę drwiąco, ale też i z uzna­

niem. 

- Nie, nikt nie jest taki głupi! - utrzymywał Oleg. 

- Mieliśmy walczyć o poprawę warunków na po­

kładzie - wyjaśnił Wasilij. 

Jego głos nie drżał, nie zdradzał cienia strachu. 

Raija uznała, że Wasilij rzeczywiście mógł zapla­

nować bunt: był nieustraszony, nie lubił się podpo­

rządkowywać, miał dość rozumu. 

I wiedział, czego może żądać. 

- O zapłatę, kajuty, racje żywnościowe... - mówił 

dalej. 

- Dajemy lepsze warunki niż większość armatorów -

wtrącił Oleg. - Dużo korzystniejsze! 

Marynarz wzruszył ramionami. 

- Być może - przyznał. - Ale mimo wszystko nie 

jesteśmy traktowani jak ludzie. Biorę zapłatę, ale mu­

szę za nią służyć jak pies. 

Raija spuściła głowę. 

- Być może niektórzy z nas mogliby spłacić dług, 

gdyby dostawali więcej pieniędzy. Być może niektó­

rzy pracowaliby lepiej, gdyby posiłki dawały im wię­

cej siły, gdyby mogli się porządnie wyspać. 

background image

Słowa Wasilija zawisły w powietrzu. Pozostały bez 

odpowiedzi. Zapadły w słuchających. 

- Możesz mnie teraz posłać do więzienia - zwrócił 

się po chwili do Olega wciąż tym samym lekkim to­

nem. - Możesz mnie wpisać na czarną listę. Masz 

wszelką władzę, panie. Zdaję sobie z tego sprawę. 

Uważam jednak, że powinieneś znać prawdę, skoro 

już wypadki potoczyły się tak, jak się potoczyły. 

- Czy nie wszystko przebiegło zgodnie z twoimi 

założeniami? - spytała Raija. 

Wasilij odpowiedział jej niedbałym uśmiechem. 

- Nigdy nie było mowy o zabijaniu - odparł sta­

nowczo. - Jesteśmy ludźmi, a nie dzikimi bestiami. 

Powinniśmy zachowywać się jak ludzie, ale niektó­

rzy stracili panowanie nad sobą. To nie należało do 

planu. Być może powinniśmy zacząć na „Antonii"... 

Zamilkł na chwilę. 

- Ale załoga „Raiji" nie przyłączyłaby się do „An­

tonii" - dokończyła Raija. - Kapitan na „Raiji" nie 

stał po waszej stronie. 

Dostrzegła uznanie w twarzy Wasilija. Nieznacz­

nie uniósł kącik ust. 

- To prawda, kapitan „Raiji" nas nie poparł... 

Ponownie spojrzał na Olega. 
- „Antonia" wypłynęła, tak jak to ustalono, ale żą­

dania załogi zaczęły rosnąć, ludzie nie znali umiaru. 

Byłem temu przeciwny i dlatego wyrzucili mnie za 

burtę. Już nie jestem z nimi. 

- Czy w takim razie jesteś z nami? - spytał Oleg. 

Znowu kogoś zapytał, po czyjej stoi stronie. Raija 

zadrżała. Życie to nie tylko czarne i białe, nie tylko 

dobro i zło. Bierze w nim udział wiele innych sił. 

background image

Wasilij długo milczał. Ten mężczyzna, który 

wzniecił bunt przeciwko właścicielom statków, któ­

ry z nich zadrwił, który mógł odnieść zwycięstwo, 

gdyby go posłuchano, nie przyszedł pokornie prosić 

o wybaczenie. Wciąż zachowywał się tak, jakby miał 

prawo negocjować. 

- Nadal uważam, że należy poprawić warunki ży­

cia marynarzy - rzekł. 

Czekał. 

Oleg nie odpowiadał. Rai ja wstrzymała oddech. To 

szczyt bezczelności! Jednak wbrew własnej woli po­

dziwiała tego człowieka. Ależ on ma odwagę! Albo 

nic do stracenia... 

- Zawsze będę uważał, że ludzie traktowani jak lu­

dzie również zachowują się jak ludzie. - Mówił z wyż­

szością, chociaż miał na sobie nędzne marynarskie 

łachmany. Odznaczał się wrodzoną dumą, wewnętrz­

nym poczuciem godności, której nawet te szmaty nie 

zdołały przesłonić. - Ale uważam też, że ci, którzy 

zabili kapitana, powinni zostać ukarani - dodał. - Nie 

mieliśmy zamiaru zabijać, nie szukaliśmy zemsty 

i krwi. Chcieliśmy tylko, żeby zaczęto nas godziwie 

traktować. Chcieliśmy otrzymać to, czego, jak sądzi­

my, jesteśmy warci. Nie pragniemy was zrujnować, 

nic nie osiągniemy, jeżeli statki będą musiały stać 

w porcie albo jeżeli będziecie musieli je sprzedać. Po 

was przyszliby inni, pewnie gorsi, którzy myśleliby 

tylko o zysku. Chcemy, żeby wam się dobrze powo­

dziło, ale pragniemy tego też dla siebie. 

Oleg skinął głową na znak, że rozumie. 

- Czy stoisz teraz po mojej stronie? - spytał. 

Nie poddawał się. Odznaczał się wieloma spośród 

background image

tych cech charakteru, które posiadał Wasilij. Raija 

dostrzegała to wyraźniej niż sam Oleg. 

Marynarz przytaknął. 
- Teraz jestem z wami. Żal mi statków. Jeszcze dłu­

go posłużą i my jeszcze na nich posłużymy. Maryna­

rze nie mogą na razie dojść do porozumienia. Nie­

którzy chcą płynąć do Norwegii i sprzedać wszyst­

ko, co znajduje się na pokładzie. Inni wolą wziąć kurs 

na Kem lub Onegę, by sprzedać tam ryby. Inni znów 

chcą czekać na to, co zaproponuje właściciel... 

- Ale żądasz lepszych warunków? 

Wasilij spojrzał Olegowi w oczy. Nie uciekł wzro­

kiem. 

- Nie jestem w stanie czegokolwiek żądać - odparł. 

Raija zauważyła, że to wyznanie przyszło mu z tru­

dem, że wiele go kosztowało. 

- Możesz mnie posłać do więzienia. Możesz mnie 

umieścić na czarnej liście, co byłoby chyba najgorsze, 

jak wiesz. Sam byłeś marynarzem tak jak ja, nie za­

wsze posiadałeś statki, również pływałeś dla innych. 

- Tak - przyznał Oleg. - Ja również byłem psem. -

Zamilkł. - Chcę, żebyś ze mną został, Wasilij. Wolę, 

żebyś był ze mną niż przeciw mnie. Jeżeli odzyska­

my statki... obiecuję ci poprawę warunków. 

Wasilij nawet nie drgnął. 

- Nie mogę wam umorzyć długów - mówił dalej 

Oleg. - Nie mogę nic więcej wam obiecać. Nie mogę 

się zobowiązać, że będę mógł wam płacić inaczej niż 

za cały sezon. Inni zawierają kontrakty tylko na po­

szczególne wyprawy... - Zapadła cisza. - Nie mogę 

posunąć się tak daleko. Podejmuję teraz decyzje, któ­

rych właściwie nie powinienem podejmować sam. Po-

background image

winienem je uzgodnić z Jewgienijem, który jest 
współwłaścicielem statków, ale on wyjechał. 

-  O n a tu jest. 
Wasilij skinął na Raiję. Postawił ją na równi z Ole-

giem i Jewgienijem. 

Rai ja poczuła ogarniającą ją radość. Ceniła sobie 

takie uznanie. 

- J

e w

gienij również nie mógłby posunąć się dalej. 

Dopiero zaczynamy. Zamierzamy kupić więcej stat­
ków i proponować na nich takie same warunki, jakie 
zaproponowaliśmy na „Raiji" i „Antonii". 

Wasilij skinął głową ze zrozumieniem. 
- Zostaję z tobą - rzekł. 
- Czy będziesz ze mną również po zakończeniu 

buntu? - naciskał Oleg. 

Wasilij podniósł wzrok. Rai ja po raz pierwszy do­

strzegła zaskoczenie na jego twarzy. 

- Niewielu jest takich jak ty, Wasilij - mówił dalej 

Oleg. - Cenię twoją odwagę i nieustępliwość. Możesz 
być nam potrzebny, a i my możemy ci się przydać. 
Mógłbyś zostać kapitanem... 

- Czy to znaczy, że chcesz mnie kupić? - uśmiech­

nął się. 

Rai ja jednak zorientowała się, że ta propozycja wy­

dała się Wasilijowi kusząca. 

- Nie dostaniesz więcej, niż na to zasłużyłeś - od­

parł Oleg. - To twoja jedyna szansa. Niełatwo jest 
z niej skorzystać, na to potrzeba odwagi. Jednak uwa­
żam, że jesteś odpowiednim człowiekiem. 

- To ja przygotowałem bunt... 
- To też wymagało odwagi i uporu - nie ustępował 

Oleg. Zamilkł i przez moment badawczo przyglądał 

background image

się marynarzowi. - Przyszedłeś prowadzić ze mną ne­

gocjacje? Przyprzeć mnie do muru? 

Wasilij skinął głową. 
- Taki był mój zamiar. Uznałem, że najlepiej bę­

dzie, jeśli to ja przedstawię nasze żądania. 

Raija nie mogła powstrzymać się od śmiechu, cały czas 

w niej narastał. Wreszcie nie zdołała się pohamować. 

- Myślę, że na pewno będziesz pasował do Jewgie­

nija i Olega - rzekła rozbawiona. - To bardziej zu­
chwałe niż jakikolwiek ich wspólny pomysł! Bierz 
stanowisko kapitana i dziękuj! Bierz i dziękuj, zanim 

się rozmyśli! 

- Idę z wami - rzekł Wasilij z przekonaniem. - Sta­

nę po waszej stronie i postaram się uspokoić mary­
narzy. Bunt może szybko wymknąć się spod kontro­

li. Na żadnym ze statków nie ma nikogo dostatecz­
nie silnego, by mógł stanąć na czele pozostałych. 

- Nikogo tak silnego jak ty? - Raija nie mogła się 

powstrzymać od ironii. 

Napotkał jej spojrzenie i jakby starał się je ujarzmić. 

- Nikogo tak silnego jak ja - potwierdził z niezwy­

kłą pewnością siebie. Nie czuł się ani trochę speszo­
ny. Zdawał się zupełnie nie zauważać złośliwości, 
która czaiła się w spojrzeniu Raiji i której zresztą nie 
potrafiła ukryć. 

Być może zrozumiał, że Raija pozwalała sobie na 

drwinę tylko wobec tych, których uważa za silnych 
tak jak ona... 

- Powinienem był popłynąć „Raiją" - dodał. - Wte­

dy wszystko potoczyłoby się inaczej. Byłoby wtedy 
o jedną wdowę i osiem półsierot mniej. Może zdołał­
bym zapanować nad sytuacją. Źle zrobiłem, zostając 

background image

na lądzie. Czuję się odpowiedzialny za to, co się stało! 

Raija pragnęła, by Wasilij przystał na propozycję 

Olega. Odnosiła wrażenie, że w przyszłości ten czło­

wiek w jakiś sposób im się przysłuży. 

- Ale jeżeli podtrzymasz swoją propozycję - mó­

wił dalej marynarz - kiedy omówisz to z jej mężem... 

- skinął na Raiję. - Jeśli podtrzymasz tę propozycję, 

kiedy będzie po wszystkim, wtedy chętnie się nad 

tym zastanowię. 

Oleg skinął głową. 
- Niech tak będzie. 

Wasilij wstał, gotów do wyjścia. 

- Będzie mi potrzebna jakaś mniejsza łódź z zaufa­

ną załogą - zwrócił się do Olega. 

Oleg przytaknął. 

- Tylko zjem i zaraz przyjdę. Jesteś głodny? 

- Tak - odpowiedział Wasilij. - Ale mam dom, 

w którym mogę zjeść i w którym mam swoje ubranie. 

- Całą moją dumę diabli wzięli! - powiedział Oleg, 

kiedy Wasilij wyszedł. - Czy potrafisz sobie wyobra­

zić, że zaproponowałem stanowisko kapitana czło­

wiekowi, który wzniecił bunt przeciwko mnie? 

- On nie jest taki jak inni - odparła Raija. - Zgo­

dzi się. 

background image

Szkoda, że to nie zima, pomyślała Raija. Gdyby na 

ulicach leżał śnieg, mogłaby dobrze opatulić dzieci 

w skóry i zabrać na sankach do portu. 

Nie do wytrzymania było dreptanie w kółko przez 

cały dzień po niedużej kuchni. Z okna roztaczał się 

widok na port, ale to nie pozwalało się zorientować, 

co naprawdę się działo. Raija widziała tylko fragmen­
ty rzeczywistości. 

Patrzyła, jak Oleg odpływa na małym frachtowcu. 

Na szczęście jeden został w porcie i nie trzeba było 
szukać odpowiedniej załogi. 

Wasilij popłynął razem z Olegiem. 
Raija widziała, jak stoi obok męża Antonii, niższy 

i szczuplejszy niż rosły Oleg, ale z tym samym co on 
poczuciem godności. 

Raija znała się na tym. 
Kiedy tak wpatrywała się w morze, starając się co­

kolwiek zobaczyć, ponownie zastanowiła się, kogo 
przypomina jej Wasilij. Domyślała się, że pewnie ko­
goś, kto mieszka wewnątrz nieprzeniknionej skały 

w jej duszy, ukrywającej przeszłość. 

Obserwując zachowanie Wasilija, Raija doszła do 

wniosku, że jest on urodzonym przywódcą. Przy­

szedł na świat, by odważnie podejmować szybkie de­
cyzje i zawsze niewzruszenie stać w miejscu, na któ-

background image

rym zdecydował się postawić nogę. Należał do osób, 

których nie złamią żadne przeciwności, które wzra­

stały przy przeciwnych wiatrach. 

Tylko ktoś taki jak on mógł zaplanować i dopro­

wadzić do wybuchu buntu. 

Raija zastanawiała się, czy pozostali marynarze 

z czasem nie zaczną żałować, że pozwolili, by spra­

wy zatoczyły szersze kręgi, niż to wyznaczył. Czy nie 

pożałują, że go zdradzili? 

Zastanawiała się, kim on naprawdę jest. 

- Przenocuje tutaj. - Oleg wskazał głową na Wasi­

lija. 

Raija szykowała dzieci do snu. Olga niczym jasno-

różowy aniołek leżała naga na obrusie pośrodku sto­

łu. W kuchni było ciepło jak w chlebowym piecu, ale 

Raija ofuknęła mężczyzn, kiedy otworzyli drzwi sze­

rzej niż trzeba. 

Przewinęła dziewczynkę. Dziękowała siłom wyż­

szym, że Misza zgłodniał trochę wcześniej niż zwy­

kle i że zasnął zaraz po karmieniu. Dlatego pewnie 

i Olga zachowywała się spokojniej. Tego wieczoru 

mała nie miała już siły wołać mamy, jakby się pogo­

dziła z jej nieobecnością, jakby uznała, że ciepło ra­

mion Raiji też jest miłe. Przekonała się, że od Raiji 

też dostanie jeść i że Raija zawsze jest blisko. Nie 

pachnie mamą, ale jest łagodna i troszczy się o nią 

podobnie jak mama. 

Dziewczynka zasnęła w ramionach Raiji, czując 

jeszcze smak jedzenia w ustach, uśmiechnięta. Okrąg­

lutka i najedzona. Miała wszystko, czego potrzeba do 

szczęścia w tym wieku. 

background image

Oleg rozczulił się na widok Raiji z jego córeczką 

na ręku. Coś w tym jest, że kobieta ze śpiącym dziec­

kiem sama w sobie jest piękna. Jej widok napawał go 
niezwykłym spokojem, o którego istnieniu nie miał 
pojęcia, zanim nie został ojcem. 

W czasie kiedy Rai ja kładła Olgę spać, znalazł 

chleb i suszone mięso. Zauważył, jak wokół zrobiło 
się czysto i schludnie. To dzieło Raiji. Tonią bardziej 
bałaganiła. 

Masło leżało na swoim miejscu. W szafie znalazł 

wódkę. Szczerze polał - obaj z Wasilijem potrzebo­
wali czegoś mocniejszego. 

W milczeniu krajali mięso, jedli, pili. 
Rai ja poruszała się lekko niczym motyl na barw­

nych i pachnących płatkach kwiatów. Ułożyła Olgę 

w łóżeczku, po czym siadła razem z mężczyznami do 
stołu, uznając to za rzecz najbardziej naturalną 
w świecie. Tak jak i Tonią nie uważała, by cokolwiek 
było zastrzeżone tylko dla mężczyzn. 

Wasilij uniósł brwi. Oleg zauważył to. W oczach 

tego mężczyzny, którego już niemal uznał za przyja­

ciela, dostrzegł nieukrywany podziw. 

W głębi duszy posłyszał jakby dźwięk ostrzegaw­

czego dzwonka, ale nie przejął się tym. 

Przecież nie jeden Wasilij patrzył na Raiję w ten 

sposób, zapewne też nie on ostatni. Ta kobieta za­

wsze budziła zachwyt. 

I doskonale potrafiła sobie radzić z jawnie okazy­

wanym przez mężczyzn zainteresowaniem, miała 
własne sposoby, by nic poważnego z tego nie wynikło. 

Potrafiła panować nad sobą. 
Pod wieloma względami przypominała Wasilija. 

background image

Oleg wiedział o jeszcze jednym człowieku, który 

był podobny do Wasilija. 

Nie z wyglądu, lecz ze sposobu zachowania, ze 

sposobu bycia i postawy wobec życiowych wyzwań. 

O bracie Jewgienija, Aleksieju. 
- Co się dzieje? - spytała Raija. 
- Mamy dwa dni na podjęcie decyzji - rzekł Oleg 

ciężko. 

Przełknął ostatni łyk wódki. 

Raija dolała mu. Wasilij ponownie uniósł brwi. 

Przyzwyczaił się, że kobiety zwykle zatykały kor­

kiem karafkę. 

Ale Raija znała Olega wystarczająco dobrze, by 

wiedzieć, że nie upije się do nieprzytomności. 

- Załoga nie ustępuje ani o cal - mówił dalej Oleg. 

Był bardzo zmęczony. 

- Jednak to tylko gra - stwierdził Wasilij. Czekał, aż 

Raija na niego spojrzy, po czym mówił dalej: - Prawie 

wszyscy marynarze mają rodziny, większość z nich się 

boi. Można im zagrozić czarną listą. Zmuszeniem do 

spłaty długu. Na lądzie zostawili rodziny, które żyją 

z pożyczek. To jasne, że się boją. Poddadzą się. 

Wasilij uśmiechnął się, ale jego oczy były smutne. 

Marynarze zdradzili go, ale nadal myślał o nich cie­

pło. Dziwny człowiek. 

- Gorzej z tymi na lądzie - westchnął Oleg. - Sam 

zamierzałem poprawić warunki na naszych statkach, 

lecz wielu właścicielom się to nie podoba. I niestety 

mają swoje sposoby, by wywrzeć na mnie nacisk i nie 

dopuścić do jakichkolwiek zmian. 

- Inna rzecz, że czekałoby cię o wiele trudniejsze za­

danie, gdybym został na „Antonii" - zauważył Wasilij. 

background image

Spojrzał przez okno. Na dworze nadal było jasno. 

Słońce zanurzało się w morzu, świat zabarwił się na 

żółto. Niebo i morze stopiły się w całość wokół sło­
necznej tarczy. 

- Nie wątpię, dlatego zależy mi na tym, byśmy sta­

nęli po tej samej stronie - rzekł Oleg. Stuknął się 
z Wasilijem, który ledwie zamoczył usta w swojej 
szklance. Zostało w niej dużo wódki. - Myślę, że Wa­
silij może przenocować w tej małej izbie - zwrócił się 

do Raiji. 

Raija skinęła głową. 
- Zaraz pościelę łóżko. 
- Nie ma potrzeby - odezwał się Wasilij. - Wystar­

czy mi tylko trochę miejsca na podłodze, żeby się po­
łożyć. Poradzę sobie. 

Raija uśmiechnęła się. 
- Mimo wszystko przygotuję ci posłanie. 
Nie było wiele do przygotowywania. W pomiesz­

czeniu stała drewniana ława, którą Tonią otrzymała 

w spadku. Trochę za krótka dla mężczyzny wzrostu 
Olega i trochę za wąska, by spać na niej we dwoje, 

ale za kilka lat będzie dobra dla Olgi. 

Raija położyła na ławie siennik. Znalazła nieduży 

pled, który złożyła w kostkę, by zastąpił poduszkę. 
Całość przykryła prześcieradłem. Na wierzchu rów­

niutko ułożyła wełniany koc. 

Mężczyźni jeszcze jedli. 
Wasilij opowiadał o marynarzach, o ludziach, któ­

rzy teraz zawładnęli statkami. Opisywał ich tak ob­
razowo, że Raiji zdawało się, jakby sama ich znała. 

Jednak nie mogła oprzeć się wrażeniu, że Wasilij nie 

mówi wszystkiego. 

background image

Widocznie to nie w jego stylu wywlekać sekrety 

kolegów. 

Rai ja zauważyła, że swą postawą wymuszał pew­

nego rodzaju respekt, po prostu nie sposób było trak­

tować go inaczej. 

- Mogę spróbować dostać się na „Antonię" i po­

rozmawiać z marynarzami - zaproponował. - Gdyby 

zaistniała taka potrzeba. 

Ten pomysł mógł stanowić część kolejnego wymie­

rzonego przeciw Olegowi i Jewgienijowi planu. Ktoś, 

kto knuje podstęp, wypowiedziałby dokładnie takie 

same słowa, dokładnie tym samym tonem. 

Ale zdrajca nie uczyniłby tego z podobną pewno­

ścią siebie. 

Raija ufała Wasilijowi. 

- Najpierw musimy porozmawiać z pozostałymi 

właścicielami statków - rzekł Oleg. - Myślę, że nie­

stety ten obowiązek spadnie na mnie. - Odsunął bu­

telkę i spojrzał na Raiję. - Chyba powinienem 

sięgnąć do pudełka z tym białym proszkiem! - wes­

tchnął. Zamilkł, choć otworzył usta, jakby zamierzał 

mówić dalej. 

- Uważam, że to niezbyt mądry pomysł - rzuciła 

Raija bez zastanowienia. 

- Z pewnością masz rację - przyznał Oleg. 

Nie miał odwagi na nią spojrzeć. Ta kwestia nale­

żała do niebezpiecznych. Nie powinien wspominać 

o narkotyku przy Raiji. Istniało tak wiele tematów, 

których nie należało przy niej poruszać, których nie 

należało jej przypominać. 

Nie mogła pamiętać proszku. 

Wiedziała z opowiadań, że uratowała Jewgienijowi 

background image

życie, ale nie pamiętała, jak to zrobiła. Nigdy nie 
zdradzono jej szczegółów. 

Nie mogła pamiętać proszku ze Wschodu, który 

uśmierzał ból i wywoływał przyjemne wizje, po któ­
rym zasypiało się jakby w obłokach. 

I który uzależniał. 
Nie mogła o tym pamiętać, ale zareagowała tak, 

jakby pamiętała. 

Olega przeszedł strach: a jeśli sobie przypomniała? 

Jeśli tylko udawała zanik pamięci...? 

Nigdy jednak nie wolno mu o to spytać. 
Raija czuła, że w powietrzu zawisło coś niedopo­

wiedzianego. Oleg mówił dalej, jednak słuchała go 
tylko jednym uchem. 

Coś było nie tak. 
Wstała. Prześliznęła się obok Olega. Narzuciła szal 

na ramiona. 

- Zajrzę do koni. Chyba i ja potrzebuję trochę 

świeżego powietrza. 

- Co powiedziałaś? - spytał Wasilij. 
Oleg posłał mu surowe spojrzenie, dając do zrozu­

mienia, że nie powinien zbytnio interesować się Raiją. 

- Są w życiu Raiji pewne okresy, których nie pa­

mięta - wyjaśnił. W Archangielsku sporo osób o tym 

wiedziało, jednak Wasilij mieszkał tu od niedawna. -

Biały proszek należy właśnie do tego okresu jej ży­

cia. Dostawałem go kiedyś jako lekarstwo. 

- Proszek, który wywołuje wizje? - spytał Wasilij. 

Wyglądało na to, że o nim słyszał. 

- Był czas, kiedy nie mogłem bez tego żyć - wy­

znał Oleg. Czuł się zmęczony. Być może dlatego 
zwierzał się do niedawna jeszcze obcemu mężczyź-

48 

background image

nie. - Jewgienij pomógł mi się od tego uwolnić - do­

dał. - Zaopiekował się też Rai ją. 

Oleg zamilkł. 

Nie prosi się przecież mężczyzny, którego ledwie 

się zna, żeby trzymał się z dala od żony najlepszego 

przyjaciela. Nie wprost. 

- Jest niepodobna do innych, prawda? - Wasilij 

uśmiechnął się słabo. 

-Tak. 

- Wiem, czyją jest żoną - zapewnił Wasilij, jakby od­

gadł obawy Olega. - Nie zapominam o takich sprawach. 

Ale mężczyzna ma chyba prawo uważać, że jakaś kobie­

ta jest piękna, niezależnie od tego, kto jest jej mężem? 

- Dopóki nie kryją się za tym inne myśli - odparł 

Oleg - wydaje się to rzeczywiście dozwolone. 

Uśmiechnęli się do siebie. 

- Nie zostawiłbym takiej żony w domu innego 

mężczyzny - rzekł Wasilij lekko, używając żartobli­

wego tonu jako tarczy obronnej. - Nawet gdyby ten 

drugi mężczyzna był tobą. 

Oleg wzruszył ramionami. 

- Nie ryzykujemy aż tak bardzo, ani Jewgienij, ani 

ja. Raija prowadzi dom, zajmuje się dziećmi. Antonia 

pojechała z Jewgienijem kupić konia. Raija jest bez­

granicznie wierna. Jeżeli ktoś powinien się obawiać, 

to chyba raczej ja. Jewgienij był kiedyś sympatią An­

tonii. A ona znana jest z tego, że w jej żyłach płynie 

krew, nie woda... 

Roześmiali się. 

Oleg spostrzegł, że nazwane obawy łatwiej w so­

bie nosić, łatwiej przyjrzeć się im i odegnać, uznać za 

śmieszne. 

background image

Nie, Tonią nigdy by nie dopuściła się zdrady! 
- Ty też nie wydajesz się inny - zauważył Wasilij 

z błyskiem w oku i miną znawcy. Bardziej niż kiedy­

kolwiek przypominał Olegowi Aleksie ja. Wprawdzie 

nie był tak niebezpiecznie przystojny jak młodszy 

brat Jewgienija, ale miał w sobie coś demonicznego, 

ten sam urok, który całkiem obezwładnia, gdy tylko 

na to pozwolić. 

- Najlepsze kobiety są zajęte - rzekł Oleg i stuk­

nął swą szklanką o szklankę Wasilija. - Każdy żona­

ty mężczyzna ci to powie, stary. Masz żonę? 

- Nie - odparł Wasilij lekkim tonem. - Sam prze­

cież powiedziałeś, że najlepsze kobiety są już zajęte. 

Oleg czuł, że musi położyć się spać. Kręciło mu się 

w głowie ze zmęczenia. Potrzebował snu. Nawet tro­

ska o statki nie mogła tego zmienić. Liczył na zdrowy 

rozsądek Raiji, choć wiedział, że rozgniewałaby się, 

gdyby odgadła, że starał się grać rolę przyzwoitki. 

Poza tym Wasilij nie był głupi. 

Przyszłość na mostku kapitańskim na pewno była 

obiecująca. Propozycja Olega otworzyła przed nim 

perspektywę lepszą od jakiejkolwiek innej, o której 

miał odwagę śnić. 

Próby uwiedzenia żony właściciela statków ozna­

czałyby zaprzepaszczenie wszelkich szans. Nie, ten 

człowiek nie jest taki głupi. 

W dodatku jest ambitny i zamierza zajść daleko. 

Z jego strony nie trzeba się niczego obawiać. 

Przebywanie ze zwierzętami dawało tyle spokoju. 

Zapach stajni, ciepło, dźwięki. Dobrze było popa­

trzeć w mądre końskie oczy. Poczuć bliskość i ciepło 

background image

zwierzęcia, poklepać je, przesunąć dłonią po mięk­
kim pysku. 

Oleg wniósł do domu pewnego rodzaju zamiesza­

nie. Powiedział lub zrobił coś, czego Raija nie potra­
fiła nazwać, ale czuła to. 

Zdarzało się, że odnosiła wrażenie, iż wszyscy ją 

oszukują. Jakby stali przed nią i zasłaniali widok. 
Zdarzało się, iż odnosiła wrażenie, że wszyscy wiedzą 

więcej niż ona, ale nie mówią jej prawdy. 

Naturalnie to tylko wrażenie, ale robiło jej się 

przykro, kiedy ją ogarniało. 

Jednocześnie jakby traciła oddech i grunt pod no­

gami, tak jakby wszyscy naraz sprzymierzyli się prze­
ciw niej. 

To bezsensowne myśli, ale nie dawały jej spokoju. 
Raija usiadła na sianie. Oparła się plecami o ścianę 

stajni. Słyszała oddechy zwierząt. Słyszała, jak szyku­
ją się do snu. Wydawały się tak spokojne. 

Od drzwi doszedł ją jakiś szelest. 
Miała tylko niedużą lampę, a ciemne ściany wykra­

dały światło. 

Ale Raija rozpoznała, kto to. Nie mógł to być Oleg 

ani też żaden ze stajennych. 

- Ty także nie możesz spać? - spytał przyjaźnie. 
Zamknął za sobą drzwi i usiadł pod przeciwległą 

ścianą. Podniósł z ziemi słomkę i włożył ją do ust. Je­
go zęby i białka oczu wydały się w mroku niezwykle 
białe. Nawet oczy jakby świeciły. 

Znowu ją uderzyło, że kogoś jej przypomina. Nie 

wiedziała jednak, kogo. 

- Wydarzyło się zbyt wiele - odezwał się. - Zaled­

wie kiłka dni temu podburzałem moich towarzyszy, 

background image

a teraz zasiadam przy jednym stole z właścicielem 

statków. 

- Czy jesteś rozgoryczony? - spytała Raija. - Pewnie 

uważasz, że zdradzili cię ludzie, na których polegałeś. 

- Mniejsza o mnie - odparł. Sprawiał wrażenie, jak­

by naprawdę tak myślał. - Najgorsze, że marynarze 

zdradzili samych siebie, swoje rodziny. Nie było mowy 

o stosowaniu przemocy. Mieliśmy tylko domagać się te­

go, na co naszym zdaniem zasłużyliśmy. Nikt nie miał 

przejmować statków siłą. A właśnie tak się stało. Myślę, 

że nie zdają sobie sprawy, iż posunęli się za daleko... 

- Dlaczego właśnie ty ich poprowadziłeś? - spyta­

ła Raija. 

Chciała się tego dowiedzieć, naprawdę ciekawiło 

ją, jak mu się to udało. 

- Sądziłem, że ktoś, kto planuje taki zryw, powi­

nien być starszy, bardziej doświadczony... bardziej 

rozgoryczony... - roześmiał się. - Jestem wystarczają­

co rozgoryczony, mogę cię zapewnić. I czuję się i sta­

ry, i doświadczony. 

- Mam dwadzieścia sześć lat - rzekła Raija. - A ży­

ję już chyba ze sto. 

- Jesteśmy rówieśnikami - zauważył. - I także czu­

ję, jakbym żył sto lat. 

Raija spojrzała na niego z powagą. 

- Tak właśnie myślałam. 

Skinął głową. Wydawał się równie poważny. Nie 

wyjął słomki z ust. 

- Urodziłem się dwadzieścia sześć lat temu i zdą­

żyłem zaznać wiele bólu i goryczy. Przeklinałem los 

i zżymałem się na niesprawiedliwość i niewolnicze 

traktowanie. Spluwałem na widok pokładowych ko-

background image

tłów z zupą rybną. Znam smak chłosty za sprzeciwia­
nie się rozkazom. Widziałem, jak plecy mego ojca co­
raz bardziej się garbią. Widziałem oczy mojej matki 
przez wszystkie te lata, kiedy nie mieliśmy dość pie­
niędzy, by kupić ziarno na chleb. Była bogobojną ko­
bietą i nigdy nie łamała postów. Nigdy nie mogła ich 
łamać, bo nawet raz w miesiącu nie jadaliśmy mięsa. 
Często się zdarzało, że nie mieliśmy do jedzenia nic 
poza ziemniakami. Bóg nie miałby za co karać mojej 
matki, o, nie! - Drżąc, wciągnął powietrze. - Jestem 

wystarczająco rozgoryczony, Bykowa. 

- Na imię mi Raija. 

Jego oczy zapłonęły. 

- Co powiedziałby twój mąż, gdyby usłyszał, że tak 

się do ciebie zwracam? 

Raija wzruszyła ramionami. 
- Pewnie by uznał, że ci pozwoliłam - rzekła po 

prostu. - Raija to ja. Bykowa... brzmi niemal obco... 

Uśmiechnęła się zmieszana. Nazwisko Jewgienija 

stało się dla niej oparciem, jednak zawsze odnosiła nie­
jasne wrażenie, że nie jest jej prawdziwym nazwiskiem. 

Teraz tak się nazywała. 
Ale czuła, że jest kimś innym. 
- To imię jest takie niezwykłe - rzekł Wasilij. - Tak 

jak ty. Pasuje do ciebie. Nie mogłabyś być Anną al­
bo Nataszą lub Wierą... Jesteś Raiją. 

Zaśmiała się. 
- Z pewnością mówiłeś to samo każdej Annie, Na­

taszy i Wierze, które spotkałeś na swej drodze: że nie 
mogły się nazywać inaczej. 

Roześmiał się razem z nią. Musiał w duchu przy­

znać, że to prawda. 

background image

- Już chyba taki jestem - westchnął. - Niepoprawny. 

Dlatego pewnie stanąłem na czele buntu, dlatego udało 

mi się wprowadzić myśli w czyn. Początkowo tylko się 

nimi bawiłem, zachowując je dla siebie. Rozmyślałem 

przez wiele lat. Zastanawiałem się, jak można przepro­

wadzić taki przewrót. Jak należy to zrobić. Wiedziałem, 

jak zachowałby się każdy z armatorów w Archangiel-

sku, w Kem, nad Onegą. Zastanawiałem się, co by po­

wiedzieli, jakich argumentów by użyli. Ustaliłem, z któ­

rymi można by się dogadać, a przeciw komu nie warto 

się buntować, bo oznaczałoby to tylko stracony czas 

i zmarnowane życie. Wiedziałem, że jedyne statki, któ­

re wchodzą w rachubę, to „Raija" i „Antonia". 

- Dlaczego twoje plany stały się czymś więcej niż 

tylko marzeniami? - spytała Raija. 

- Przez wódkę - odpowiedział z największą powa­

gą. Nie uśmiechnął się nawet jednym kącikiem ust. -

Tak się raz upiłem, że z całą nagromadzoną przez la­

ta goryczą wyrzuciłem z siebie wszystko, co mi leżało 

na sercu. A potem było już za późno, by się wycofać. 

Zbyt wielu ludzi mnie wtedy słuchało i zbyt wielu 

uznało mój plan za świetny. Wbrew swej woli dla wie­

lu stałem się przywódcą, dla wielu, których wypełnia­

ła znacznie większa gorycz, niż przypuszczałem, nad 

którymi, jak się okazuje, nie byłem w stanie zapano­

wać. Ale przez chwilę wydawało się, że mi się uda. 

- Kiedy słucham Olega - odezwała się Raija zamyślo­

na - i kiedy słucham ciebie, odnoszę wrażenie, jakbyś 

nadał przewodził. Wygląda na to, że dostajesz to, cze­

go chcesz, mimo że przeszedłeś na przeciwną stronę. 

Nie odpowiedział. Ale na jego ustach igrał ledwie 

zauważalny uśmiech. W oczach czaił się płomień. 

background image

- Może właśnie taki był twój plan? 
- Tego nigdy się nie dowiesz - odparł bez zająknię­

cia. 

Raija wiedziała, że nigdy nie pozwoli jej na tyle się 

zbliżyć, żeby poznała prawdę. 

- Przypominasz mi kogoś - rzekła. - Ale nie pamię­

tam kogo. Myślę, że ten człowiek również był bardzo 
pewny siebie, jednak nie wiem, czy był tak silny jak ty. 

- Przypominam ci siebie samą - odparł. - Jesteśmy 

podobni. Od razu to zauważyłem. Przeżyjemy każdy 
kataklizm, a nie wszystkim się to udaje. Ból nas nie 
dosięga, a w każdym razie nie bardzo głęboko. Nazna­
cza nas, ale dzięki temu stajemy się jeszcze silniejsi. 
Krąży nam po głowie zbyt wiele myśli. Poznaję to po 
twoich oczach, zauważyłem to od razu. Czy nigdy się 
sobie nie przyglądasz, kobieto? Czy nie uderzyło cię, 
że to ty sama patrzysz na siebie z moich oczu? 

Raiję przeszedł dreszcz. 
Te słowa brzmiały tak znajomo. 
Kiedyś je już słyszała. Być może nie zostały wypo­

wiedziane dokładnie w taki sam sposób, ale brzmia­

ły tak podobnie, że przyprawiły ją o drżenie. 

Teraz i ona zauważyła łączące ich podobieństwo: 

tę samą żarliwość, dumę i tę samą ciekawość, który­
mi i ona się odznaczała. 

- Pokrewne dusze - rzekł beztrosko. - Tak się to 

chyba nazywa. 

- Bliźniacze dusze - dodała Raija. - Być może, tak... 
- Oleg obawia się, że cię uwiodę - zauważył Wasilij. 

Sprawił, że się zaczerwieniła. Raija nie sądziła, że 

jeszcze jest do tego zdolna. Myślała, że jest już zbyt 
doświadczona, zbyt stara, być może zbyt zepsuta. 

background image

- Oleg ma urojenia - uśmiechnęła się zakłopotana. 

- Hm... Naprawdę nie wiem, jak bym postąpił, gdy­

byś była żoną kogoś innego, a nie Jewgienija... 

- Mam nadzieję, że zachowasz te myśli dla siebie -

rzekła Raija stanowczo. 

Roześmiał się razem z nią. 

- Bądź o to spokojna, Bykowa... 

Po raz pierwszy w życiu nazwisko zabrzmiało jej 

w uszach jak własne. 

Wasilij pomógł jej zamknąć drzwi do stajni. Raija 

omal go nie ofuknęła, że nie jest kaleką i że sama so­

bie poradzi. 

Zaraz jednak uświadomiła sobie, że uczynił to bez 

złych zamiarów, że po prostu czuł się w obowiązku 

jej pomóc. Pozwoliła mu więc, by ją wyręczył. 

Czasami dobrze jest ugryźć się w język, żeby nie 

ranić innych. 

Wieczorne powietrze było łagodne. Nikt by nie 

zgadł, że na morzu rozgrywa się dramat, sięgając mac­

kami aż tu na ląd. 

Wszystko wokół wydawało się takie zwyczajne. 

Dokoła panowała cisza. Przyjemnie było się 

przejść. Stopy poprowadziły ich wąskimi uliczkami 

w dół do portu. Szli obok siebie. On leniwymi kro­

kami, z rękami mocno wciśniętymi w kieszenie. Ona 

z dłońmi ukrytymi pod szalem. Nie było to koniecz­

ne, nie marzła, ale tak wydawało się bezpieczniej. 

Ku zadowoleniu Raiji nikogo nie spotkali. 

Zdawała sobie sprawę, że jest w mieście znaną po­

stacią, podczas gdy ona znała tu niewielu. Wszyscy 

wiedzieli, że żoną Jewgienija jest kobieta pochodząca 

z obcego kraju. Czasem odnosiła wrażenie, jakby sie-

56 

background image

działa na wystawie. Nie bardzo jej to odpowiadało. Po­
cieszała się myślą, że to minie, że kiedyś będzie lepiej. 

Za jakiś czas. 
Kiedy już przestanie być kimś obcym. 
Nie wiedziała, jak długo to potrwa, zanim ludzie 

ją przyjmą jak swoją, zanim stanie się jedną z wielu. 

Wasilij domyślił się pewnie, o czym myśli, ponie­

waż skierował się ku bardziej zacisznej części portu, 
ocienionej kadłubami dużych statków, cumujących 
z dala od brzegu i noszących dziwne, obco brzmiące 

imiona. 

Marynarz usiadł na krawędzi nabrzeża z nogami 

zwieszonymi w dół. Raija z początku nie chciała 
usiąść obok niego. 

Woda wydawała się czarna. 

Jak w studni bez dna. 

Raija obawiała się, że do niej wpadnie. Nie lubiła 

morza. 

- Nie usiądziesz? - spytał. 
Raija potrząsnęła głową. Stała jak sparaliżowana. 

Zdawała sobie z tego sprawę. Wiedziała, że Wasilij 

również to zauważył. 

- Boisz się morza? 

Skinęła głową. 

W jednej chwili wstał. Zanim Raija odgadła, co za­

mierza zrobić, chwycił ją za rękę i mocno uścisnął, 

jakby dodawał pewności siebie. Następnie pociągnął 
za sobą nad krawędź i stanął na samym skraju nabrze­
ża, tak że czubki butów Raiji wystawały nad wodą. 

Wszystko w niej krzyczało, żeby uciec, ale czuła 

rękę Wasilija, która mocno trzymała. 

- Myślisz, że woda cię wciągnie? - spytał łagodnie. 

background image

Nie potrafiła odpowiedzieć, nie wiedziała. Tak bar­

dzo się bała, że po prostu nie była w stanie myśleć. 
Kręciło jej się w głowie i dostawała mdłości od wpa­

trywania się w połyskującą taflę. 

- Woda nie chce cię pochłonąć - tłumaczył. - Wy­

daje mi się, że nie jesteś dzieckiem wody. Jesteś ra­
czej dzieckiem ognia... 

Odciągnął Raiję od krawędzi nabrzeża w stronę 

drewnianych pękatych beczek, które stały w kilku 
rzędach. Podniósł ją lekko i posadził na jednej z nich. 

Wreszcie mogła oddychać, choć nadal czuła zawroty 
głowy i zlewał ją pot. 

Coś w niej drgnęło, kiedy Wasilij powiedział, że jest 

dzieckiem ognia. Obudził w niej nieprzyjemne odczu­
cia. Być może za tą skałą, która skrywała przeszłość, 

kryło się coś przykrego, co wiązało się z ogniem. 

- Nie możesz uciekać od tego, co cię przeraża - po­

wiedział poważnie, siadając na beczce obok. 

Noc przechodziła w ranek. To taki moment, kie­

dy przyroda wstrzymuje oddech, kiedy słońce kąpie 
się w morzu, a potem wynurza się z niego, by na no­

wo dokonać cudu i stworzyć nowy dzień. 

- Czy ty szukasz niebezpieczeństw? - spytała Ra-

ija. 

- Tak - odpowiedział bez zastanowienia, tak jakby 

dla niego było to coś całkiem oczywistego. Raija 
uwierzyła mu. Nie potrafiła sobie wyobrazić, że 
mógłby się czegoś bać. Spytała go o to. 

- Boję się wielu rzeczy, z którymi ty masz do czy­

nienia na co dzień - rzekł wreszcie. - Boję się żyć tak 

jak ty, w rodzinie, boję się wiązać w ten sposób. Bo­
ję się takiej odpowiedzialności. Być może przede 

background image

wszystkim dlatego, że wiem, iż nie mógłbym zapew­

nić mojej żonie i dzieciom środków do życia, pracu­

jąc jako marynarz. Ani też robiąc cokolwiek innego, 

co potrafię. Kiedy przyszedłem pod drzwi Olega, ba­

łem się je otworzyć. - Uśmiechnął się. - Ogromnie się 

ucieszyłem, kiedy zobaczyłem ciebie. - Popatrzył na 

morze. - Teraz też się boję - mówił dalej. - O tych lu­

dzi na statkach. Potwornie się boję, by nie zrobili cze­

goś nierozważnego i nie sprowokowali innych arma­

torów do stłumienia buntu. Odebranie życia zwykłym 

marynarzom, takim jak ja, kosztuje tak niewiele, je­

steśmy niewiele warci. Tylko w naszych własnych 

oczach znaczymy więcej niż wypłata, którą dostaje­

my po rejsie, albo niż ten dług, od którego nie może­

my się uwolnić... Dla innych jesteśmy tacy mali... 

Raija zmarzła. Zeskoczyła z beczki. Drżała od 

chłodu, udzielił jej się także strach Wasilija. Mimo 

wszystko i tu nie było wystarczająco spokojnie. 

- Dobranoc, Wasilij - powiedziała. - Zostawię 

drzwi otwarte. Zamknij je, jak wrócisz. 

Skinął głową, ale wzrokiem błądził gdzieś w stro­

nę horyzontu. 

Myślami był przy tych, którym powinien był prze­

wodzić, a którzy go zdradzili. 

background image

- Może nie powinienem przynosić tych wszystkich 

trosk do domu - zastanawiał się Oleg, szykując się 
o świcie do drogi. 

Rai ja nie spała wiełe. Mimo to nie słyszała, kiedy 

Wasilij przyszedł. 

Teraz już go nie było. Nawet jednym gestem czy 

słowem nie okazał, że między nim a Rai ją wytworzy­
ła się jakaś zażyłość. 

Odnosił się do niej tak samo jak kilka dni wcześ­

niej - jak do żony armatora. 

- Nieproszone, same wtargnęły do twojego domu, 

Oleg - odparła Raija. 

Pragnęła, by Tonią tu była. Tylko Tonią potrafiła 

odegnać zmartwienia z czoła Olega. Tylko Tonią 
umiała dodawać mu sił, kiedy ogarniała go słabość 
i strach. 

Gdyby Tonią nie wyjechała, byłby też i Jewgienij 

i Oleg mógłby dzielić z nim kłopoty. 

Tymczasem został rzucony na głęboką wodę. Sam 

musiał uporać się z problemami, znaleźć takie roz­

wiązanie, żeby potem mogli normalnie żyć. 

To może być trudne. 
- Nieważne, jak się tu znalazły. 
Przystanął i spojrzał na Raiję. Pamiętał ją z po­

wrotnej podróży od wybrzeży Norwegii, z czasów, 

background image

kiedy zyskała przydomek anioła w czarnej pelerynie 
i kiedy została kobietą Jewgienija. 

Stała się dla niego kimś wyjątkowym. 
- Tylu ludzi będzie tu przychodziło i wychodziło, 

Raiju. Tak wielu różnych ludzi... 

Jego słowa zawisły w powietrzu. 

- Nie ufasz Wasilijowi? 
Oleg usiadł. Nie miał czasu na rozmowy, ale nie 

mógł odejść bez słowa wyjaśnienia. Dręczył go nie­
pokój. Być może zrodził się sam, być może zasiał go 

Wasilij. 

- Zawsze stwarzał kłopoty - westchnął. - Zdąży­

łem się trochę o niego rozpytać. Dobrze jest znać 
swych ludzi, prawda? 

Rai ja uśmiechnęła się słabo. 
- Mówił trochę za głośno. Stawiał niewygodne pyta­

nia. Za swoją krnąbrność został zwolniony z jednego 
ze statków i wysadzony w porcie u wybrzeża Finnmar-
ku. Stało się to kilka lat temu, ale o tym nie zapomnia­
no. Potem jeszcze kilka razy po wielkiej awanturze rzu­
cał pracę. Trafił nawet na czarną listę. W okolicach 
Kem nikt go już nie zatrudni... 

Oleg znowu ciężko westchnął. 
- To ktoś w rodzaju Stieńki Razina? - spytała Ra-

ija łagodnie, niemal z czułością. 

Oleg odczuł przez moment paniczny lęk. 
- Być może - odpowiedział. - Ale nie chciałbym 

myśleć o Wasiliju w ten sposób. Wydaje się zbyt szla­
chetny. 

- Mimo to chwilami myślisz, że działa tylko we 

własnym interesie? 

- Nie wiem — odparł. — Nie wiem. Jego postępowa-

background image

nie budzi we mnie mnóstwo wątpliwości. Chciałbym 

mu wierzyć. Przypomina mi mnie samego, choć ja ni­

gdy nie byłem do tego stopnia pewny siebie. Nigdy nie 

byłem tak butny, nie nosiłem tak wysoko głowy. Wa­

silij bardzo wyróżnia się spośród innych. Twierdzi, że 

jest jednym z marynarzy, ale nie jestem przekonany, 

czy pozostali członkowie załogi właśnie w ten sposób 

go traktują. Być może dlatego go poświęcili. Albo... 

- No właśnie, najbardziej obawiasz się tej drugiej 

ewentualności - zauważyła Rai ja. Odgarnęła Olego-

wi grzywkę z czoła. - Obawiasz się, że oboje postą­

pimy dokładnie tak, jak to przewidział. Że nie ty po­

dejmiesz decyzje, ale że to on pokieruje rozwojem 

wypadków, ponieważ wszystko od początku dokład­

nie zaplanował. Nie tylko bunt i przejęcie statków... 

- To niezwykłe, z jaką łatwością osiąga to, czego 

pragnie - wtrącił Oleg. - Właściwie nie ma nic do za­

oferowania, ale mimo to się targuje. Z największą oczy­

wistością. Jest tak bezczelny, że dostaję gęsiej skórki! 

- Możesz go wtrącić do więzienia... 

Oleg skinął głową. 

- Prędzej czy później niektórzy buntownicy będą 

musieli odpowiedzieć przed prawem. Zabójstwo ka­

pitana „Raiji" musi zostać ukarane. Temu, kto się te­

go dopuścił, nie ujdzie to bezkarnie. Nic nie uspra­

wiedliwia zabijania. - Znowu westchnął. - Tak, mogę 

go wtrącić do więzienia, ale tego nie zrobię, bo Wa­

silij nie zabił kapitana. To jedna z niewielu rzeczy, co 

do których jestem pewien, ponieważ jest tą zbrodnią 

wzburzony równie jak ja. Będę go bronił... Do diabła, 

Raija, co siedzi w tym człowieku? 

Przyjrzał się jej badawczo. 

background image

- Widziałaś, jak on na ciebie patrzy? - wyrwało mu 

się. 

Raija przysunęła się bliżej, chwyciła Olega za rękę, 

oparła policzek o jego ramię. 

- Kochany Olegu! Nie musisz mnie pilnować jak 

starszy brat. Nie bierz na siebie również tych zmar­
twień! Już wiele lat temu dorosłam... - Roześmiała się 
krótko. - Nie pamiętam, kiedy się to stało, ale jestem 
pewna, że bardzo dawno temu... 

- Wasilij jest niebezpieczny jak wilk - rzekł Oleg. 
Raija pokiwała głową w zamyśleniu. 
- Być może - zgodziła się. - Ale uważam, że jest 

uczciwy. Rozmawiałam z nim dziś w nocy. Poszliśmy 
razem do portu i długo rozmawialiśmy. Odnoszę 

wrażenie, że jest szczery, Oleg. Można o nim mówić, 

co się chce, przypisywać mu wiele wad. Z pewnością 
ma ich niemało. Ale uważam, że Wasilij niczego nie 
ukrywa, nie ukrywa też, kim jest. Czuję, że jest uczci­

wy, ufam mu. Wierzę mu. 

- Kobiety łatwo ulegają urokowi tego rodzaju męż­

czyzn... Chyba cię... nie pociąga, co? 

Raija wybuchnęla perlistym śmiechem. Potarła po­

liczkiem o ramię Olega, po czym nieznacznie się od­
sunęła. Popatrzyła przyjacielowi długo w oczy i lekr 
ko pocałowała go w policzek. 

- Miły Olegu. Miły, uroczy Olegu, chyba nie my­

ślisz, że jestem aż takim dzieckiem, bym miała ulec 
pierwszemu lepszemu mężczyźnie, który spojrzy na 
mnie łakomie? 

- Nie, tylko po prostu nie chciałbym, żeby stało ci 

się coś złego - odparł zakłopotany. - Nie chciałbym 
patrzeć, jak cierpisz... 

background image

- Poza tym jestem żoną twego najlepszego przyja­

ciela - drażniła się z nim Rai ja z błyskiem w oku. 

- Przede wszystkim jednak martwię się o ciebie -

rzekł Oleg szczerze. - Nikt nie powinien cię ranić, ani 
Wasilij, ani żaden inny mężczyzna. Nawet nie ukrywa 
spojrzeń, które ci posyła. Nie ukrywa swych myśli... 

- Nie, jest na wskroś uczciwy - przyznała Raija. -

Nie udaje, ale to nie znaczy, że nosi się z jakimiś nie­
uczciwymi zamiarami wobec mnie, Oleg. Czy ty ni­

gdy nie patrzyłeś w ten sposób na inne kobiety niż 
Tonią? 

- Nie tak jawnie - mruknął. 
- Ale nie rzucałeś się na nie od razu i nie brałeś siłą? 
Nie odpowiedział. Wstał. W jego oczach widniało 

to samo co wcześniej ogromne zmęczenie, ten sam 
strach przed tym, z czym musiał się zmierzyć w naj­
bliższym czasie. 

- Ufasz Wasilijowi? 
Raija skinęła głową. 
- Wierzę, że zrobi wszystko, by doprowadzić do 

zakończenia buntu. W każdym razie spróbuje poroz­
mawiać z załogą. Zrobi dla tych ludzi, co w jego mo­
cy, mimo że go zdradzili. Pewnie jednak nie pozwo­
lą mu wrócić na pokład, zbyt się od nich różni, nie 
sądzisz? 

- Wasilij różni się od wszystkich... 
Raija przytaknęła. 
- Sam zdaje sobie z tego sprawę. Wilki są samot­

ne. Ale zrobi, co będzie mógł, możesz na nim pole­
gać. Razem wam się uda. 

- Jeżeli nie, w Archangielsku rozpęta się prawdzi­

we piekło - stwierdził Oleg. - Nie jestem pewien, czy 

background image

tylko załogi wylądują na czarnych listach. Ja i Jewgie­
nij mamy wiele zaległych spraw do załatwienia. Nie 

wiem, czy będę w stanie sam sobie z nimi poradzić... 
Jewgienij ma smykałkę do papierów, ja nie... 

- Trudno, musisz się z tym jakoś uporać - rzekła 

Raija po prostu. - Jewgienij wyjechał. 

- Wiem - odparł Oleg i wyszedł. 
Ku nowemu dniu zwiastującemu problemy, o ja­

kich nie śnił nawet w najgorszych snach. 

Dzień mijał powoli. Raija zauważyła, że ruch w por­

cie jest większy niż zwykle. Biednie odziane kobiety 
stały na nabrzeżu, mniej więcej w tym samym miej­
scu, gdzie Wasilij zaprowadził ją poprzedniej nocy. 

Ale te kobiety nie bały się morza. Obawiały się tyl­

ko o los mężów, synów, braci przebywających na 
statkach. Nie czuły strachu przed żywiołem, lecz 
przed decyzją Olega. I jemu podobnych. 

Pojawili się też inni kupcy. Przyjechali wozami, 

przeciskając się przez tłum biedoty. Ledwie zwracali 
uwagę na milczące kobiety, jakby zasłonili się tarczą 
obojętności przed ich nędzą, przed ich wzrokiem peł­
nym bólu i nienawiści. 

Raija zobaczyła, jak wysiedli, przeszli obok zroz­

paczonych niewiast jak ślepcy. 

Raija poczuła chłód i strach. 
Wyznała Olegowi, że nie stoi po żadnej ze stron, 

lecz stara się tylko zrozumieć. 

Wybór okazał się potwornie trudny. 
Znajdowała się przecież po jednej ze stron, czy te­

go chciała, czy nie. W każdym razie te milczące ko­
biety tak uważały. Oceniały spojrzeniem jej ubranie, 

background image

jej buty, jej zadbane ręce. Widziały jej dom, wóz, któ­
rym jeździła, konia. 

Tak, zdecydowanie by powiedziały, że Rai ja stoi 

po jednej ze stron, i na pewno nie po stronie prote­
stujących marynarzy. 

Doskonale je rozumiała, przecież była i będzie Rai ją 

Bykowa, żoną Jewgienija Bykowa, właściciela statków. 

I co z tego, że urodził się w domu równie ubogim, 

jak chaty niektórych z tych kobiet. Nie brały tego 
pod uwagę, nie patrzyły wstecz, po prostu nie mogły. 
Musiały patrzeć przed siebie, zastanawiać się, czy 
starczy jedzenia na następny dzień. 

Ona, Raija Bykowa, nie była jedną z nich. 
Widziała mały frachtowiec, jak odpływa z nasta­

niem zmroku. Oleg nawet nie wstąpił do domu, że­
by coś zjeść. Raija czuła się żałośnie. Chciałaby wie­

dzieć, co się stało, lecz rozumiała, że w takiej chwili 
Oleg nie może o niej myśleć. Nie powinna czuć się 
tym urażona. 

Teraz nie ona była ważna. 
Gdzieś na morzu, gdzie jej wzrok nie sięgał, koły­

sał się statek noszący jej imię i drugi, nazwany imie­
niem Toni. 

Właśnie tam rozgrywały się decydujące wydarze­

nia. Tam, gdzie wokół masztów niestrudzenie krąży­

ły mewy. 

Raija przygotowała się na to, że spędzi noc w sa­

motności, nasłuchując oddechów Olgi i Miszy. 

Chłopczyk przesypiał już całą noc. Raija jednak tak 

przywykła do czuwania, że nadal się budziła i leżała, 
czekając, aż malec otworzy oczy i zacznie płakać. 

I chociaż często zżymała się, że musi wstawać do 

background image

dziecka z ciepłego łóżka na zimną podłogę, teraz, kie­
dy nie musiała tego robić, czegoś jej brakowało. 

Dziwne jest życie, dziwnie jest być człowiekiem. 
Nie całkiem rozumiała, co się dzieje, kiedy nagle 

w półmroku ujrzała Wasilija. Usiadł na brzegu łóżka, 
jakby był u siebie. 

Skąd się tu wziął? Popłynął przecież z Olegiem ku 

statkom. 

- Nie jestem duchem - rzekł w odpowiedzi na py­

tanie malujące się na jej twarzy. - Oleg poprosił mnie, 
bym tu przyszedł. 

Raija nadal nie mogła ochłonąć ze zdumienia. 
- Chciałem iść do bratowej, u której mieszkam. -

Długo przyglądał się Raiji, chcąc się upewnić, że ro­
zumie, co mówi. - To znaczy do wdowy po moim 
bracie bliźniaku, Waler i j u. Brat nie ma grobu, bo 

w mojej rodzinie mało kto został pochowany na 
cmentarzu, zbyt rzadko bywamy na lądzie. Zwykle 
zamyka się nad nami morze. - Zamilkł. - Oleg bar­
dzo się o ciebie obawiał - wyjaśnił wreszcie. Wyjrzał 
przez okno ponad jej ramieniem. - Musiał popłynąć 
dalej. Gdyby zawrócił, buntownicy mogliby go uznać 
za tchórza. Doszliśmy do wniosku, że to on powinien 
porozmawiać z marynarzami, a nie ja. 

- Dlaczego Oleg miałby się o mnie obawiać? - zdu­

miała się Raija. 

- Może ci grozić niebezpieczeństwo ze strony lu­

dzi równych ci pozycją, Bykowa - wyjaśnił z powa­
gą. - Nie wszystkim podoba się postępowanie Olega. 
Na razie jeszcze ma wolną rękę, ale musiał zapewnić 
innych właścicieli statków, że zabójca kapitana „Ra­
iji" zostanie ukarany. Dopóki Oleg jako właściciel 

background image

sam nie złoży doniesienia na swą załogę na policję 
i do sądu, nie podejmą żadnych kroków, ale już 

ostrzą pazury. 

- Czy i oni nie mają prawa się bać? - spytała. 
Chciała sprowokować Wasilija, wydawał się tak 

irytująco pewny siebie! 

- Armatorzy są w lepszej sytuacji niż ci tam na mo­

rzu. Posiadają dużo większą władzę i większe możli­

wości. Istnieją inne sposoby zabijania niż brutalne 

poderżnięcie gardła. Nie jestem wcale pewien, czy 
bardziej ludzkie jest przyzwalać, by ludzie żyli w nie­
ludzkich warunkach... 

- Nie należę do tej warstwy - rzekła Rai ja twardo. 
- Jesteś żoną właściciela statków. - Wzruszył ra­

mionami. - Masz coś do jedzenia? - spytał bez skrę­
powania. 

Bezpośredniość, która się między nimi zrodziła po­

przedniej nocy na nabrzeżu, gdzieś znikła. Wasilij 
jadł, nic nie mówiąc, nie patrząc na Raiję. 

Ona zaś zachowała dla siebie tysiące pytań, które 

cisnęły się jej do ust. 

- Olegowi grożono - rzekł wreszcie, kiedy skoń­

czył jeść i zabrał się do picia kawy. 

Rai ja zadrżała od chłodu, który poczuła głęboko 

w piersi. Jednak nie nalała sobie kawy, ponieważ nie 

byłaby w stanie utrzymać filiżanki. Gorąca kawa i tak 
by jej nie pomogła. 

- Właściciele statków wiedzą, że mogą nas dotkli­

wie ugodzić - mówił dalej Wasilij - jeśli wyładują 

swój gniew na żonie Bykowa i dzieciach Olega i Jew­
gienija. - Jego niebieskozielone oczy podchwyciły 
spojrzenie Raiji. - To by mi się nie podobało - rzekł 

background image

z przekonaniem. - Środkiem nacisku miały być tylko 

statki, przedmioty, a nie ludzie. To podłe rzucać ta­

kie groźby. Dlatego Oleg nie chciał, żebyś została sa­

ma z dziećmi. 

- Czego żądają? - spytała Rai ja, ciągle czując zim­

no docierające aż po czubki palców. - Ci, którzy wy­

korzystują takie metody, ludzie z mojej warstwy... 

- Wyrzucenia załogi - odparł Wasilij. - To było do 

przewidzenia. Poza tym żądają wpisania buntowni­

ków dożywotnio na czarną listę, osądzenia i zesłania 

przywódców na przymusowe roboty. - Wzruszył ra­

mionami. Raija uznała, że jest nadzwyczaj beztroski 

jak na człowieka, którego czeka taka kara. - Nazwa­

li Olega zdrajcą, kiedy oznajmił im, że sam zdecydu­

je o tym, co zrobi na swoich statkach. Oczywiście za­

raz dodał, że zabójcy zostaną ukarani, że zajmą się 

nimi odpowiednie władze. Jednak jeszcze im było 

mało: powiedzieli, że Byków nigdy nie dałby się prze­

kupić buntownikom i rabusiom... 

Na ustach Wasilija igrał słaby, zmęczony uśmiech. 

- Jak myślisz, czy twój mąż zachowałby się podob­

nie jak Oleg? 

W tym momencie Raija mogłaby pomyśleć, że Wa­

silij wymyślił nawet groźby właścicieli statków, by 

usprawiedliwić swe wtargnięcie do domu Olega o tak 

późnej porze. Że noc po nocy obmyślał każdy poje­

dynczy krok, przewidział wszystko, każdy najdrob­

niejszy szczegół... 

Mogłaby tak sądzić. 

Gdyby mu nie ufała. 

- Jewgienij na pewno nie pozwoliłby się przekupić -

rzekła stanowczo. - Nie dałby się też do czegokolwiek 

background image

zmusić. I zrobiłby dokładnie to samo, co Oleg. Inni 
właściciele statków wiedzą o tym aż nazbyt dobrze, ale 

wiedzą też, że Olegowi brakuje nieco pewności siebie 

Jewgienija... - napotkała wzrok Wasilija. -... trochę two­

jej pewności siebie - dodała. - Dlatego próbują wypro­

wadzić go z równowagi w ten sposób. Boże, dlaczego 

nie jestem mężczyzną?! 

- Myślę, że do twarzy ci z twoją kobiecością - za­

uważył z najniewinniejszym w świecie uśmiechem, 
choć jego oczy mówiły coś zupełnie innego. 

Raija potrząsnęła głową. 
- Daruj sobie takie uwagi - poprosiła. - Dla dobra 

nas obojga, Wasilij. Dobrze o tym wiesz, że do nicze­

go nie doprowadzą. Sądzę, że potrafisz być inny, ta­
ki, jakiego cię jeszcze nie znam. Chętnie bym pozna­
ła twoją drugą twarz... 

-Ale to też do niczego nie doprowadzi? 

Raija potrząsnęła głową. 

- Kocham Jewgienija - powiedziała. - Bezgranicz­

nie i niezmiennie. Brzmi to może jak z bajki dla dzie­
ci, ale tak po prostu jest. 

- Niewiele znam takich kobiet jak ty - przyznał. 

- Może naprawdę uda ci się poznać moje drugie 
ukryte ja. Nie wiem. Nie wiem nawet, czy sam je 
znam, bo tak dawno nie wyglądało na światło dzien­
ne. Zastanawiam się, jak długo potrwa ten bunt. Jak 
się skończy? Być może zostanę zesłany na przymu­
sowe roboty. 

- A może zostaniesz kapitanem - dodała Raija. 
Uśmiechnął się. Znowu przybrał zawadiacki wyraz 

twarzy, znów był śmiały i otwarty. Przyszło mu to 
z łatwością. 

background image

- W takim razie chcę zostać kapitanem na „Raiji" -

rzekł. - Na żadnym innym statku. 

Rai ja odniosła wrażenie, że Wasilij dostanie 

wszystko, czego pragnie. Miał w sobie tyle siły, że nie­

wielu ludzi mogło mu się sprzeciwić. 

Tak wyraźnie precyzował życzenia. Trudno jest 

równie dobitnie i jednoznacznie powiedzieć „nie". 

Jej się to udało. 

Być może dlatego wciąż wystawiał ją na próbę. 

Raija domyśliła się, że nie przywykł, by mu się 

sprzeciwiano. Z pewnością dotyczyło to również ko­

biet. 

Było w nim coś więcej niż tylko urok. Dużo wię­

cej. Wykorzystywał każdy okruch, jaki mu się dostał, 

niczego nie marnował. 

Raija nie znała nikogo, kto jak on umiałby czerpać 

z życia, a jednak kogoś jej przypominał... 

- Dawno umarł twój brat? 

Spojrzał na Raiję badawczo. Czyżby miał jej za złe, 

że zadaje mu takie pytania? 

- Cztery lata temu - odparł. - Katastrofa statku ry­

backiego. Wszyscy zginęli. Statek także zatonął, ale 

to marna pociecha. 

Raija zadrżała. 

A ona go pytała, czy ma w sobie dość goryczy, by 

stanąć na czele buntu. 

Odparł, że tak. 

Teraz potwierdził to innymi słowami. 

- Dagnija miała dwójkę dzieci i z kolejnym była 

w ciąży. Straciła to nienarodzone. Być może dobrze 

się stało. I tak z trudem udawało jej się wykarmić 

dwoje starszych. 

background image

- Żyjesz z nią? - spytała Raija. On też zadawał trud­

ne pytania. 

Śmiech Wasilija zabrzmiał jak mruczenie kota, lecz 

Raija odniosła wrażenie, że wysunął ostre pazury. 

- Nie pytasz, czy ją utrzymuję - rzekł na pozór 

spokojnie. Raija zauważyła, że ma mocne palce. Prze­
suwał nimi pieszczotliwie po uszku filiżanki. Tak jak­
by chciał Raiji w ten sposób coś powiedzieć, jakby 
każdy jego gest stanowił jakiś tajemniczy znak. Od 
niej zależało, jak to sobie wytłumaczy. 

Pomyślała, że Oleg musiał się o nią naprawdę bać, 

skoro wysłał tu tego mężczyznę, by jej pilnował. 

- Pytasz właściwie o to, czy z nią sypiam. Natural­

nie, że tak - odparł. - Jestem jedynym, który przypo­
mina jej Walerija. Jedynym, który może ogrzać jej 

ciało, z kim może się kochać, nie zamykając oczu. Da­
gnija zdaje sobie sprawę, że nie jestem Walerijem. 
Nie jest przecież naiwna! Ale ja jestem do niego po­
dobny bardziej niż ktokolwiek inny. Może się odprę­

żyć w moich ramionach, a nawet poczuć radość. Nie 
taką, jaką dałby jej Walerij, ale to też stanowi dla niej 
jakąś ostoję w życiu, prawda? Bóg jeden wie, ile ta 
kobieta potrzebuje ciepła. Nie prosi o tak wiele. A i ja 

potrzebuję kobiety. Takiej, która nie żąda ode mnie 

więcej, niż jej mogę ofiarować... 

- Kochasz ją? 
Raija słuchała ze spuszczoną głową, ale pytając 

podniosła wzrok. 

Wasilij potrząsnął głową. 
- Nie taką miłością, o jakiej myślisz - rzekł szcze­

rze jak zawsze. - Nie mieszkam u niej na stałe i nikt 
nie nakłania mnie do ślubu. Być może Dagnija liczy 

background image

na to. Małżeństwo bardzo zmieniłoby jej sytuację, da­

łoby jej poczucie spokoju, zatrzymało tych, którzy 

pukają do jej drzwi... 

Odstawił filiżankę, złożył ręce. 
- Nie jestem od nich dużo lepszy - dodał. - Cho­

ciaż może daję jej więcej ciepła niż inni. I zostawiam 

po sobie więcej. Przytulam ją również wtedy, kiedy 

nie myślę o wdzieraniu się pod jej spódnice... 

- Wybacz mi! - szepnęła Rai ja. - Nie miałam pra­

wa pytać. 

- Nie musiałem ci tego opowiadać - odparł. -

Chciałaś poznać tego kogoś bez twarzy, być może 

właśnie z nim rozmawiałaś... 

- Co chcesz robić... potem? - zapytała. - Jeżeli zo­

staniesz kapitanem. Jak zamierzasz rozwiązać ten 

układ z Dagniją? 

Oparł brodę na kostkach splecionych dłoni. Nie 

spuszczał z Raiji wzroku. 

- Czy ktoś już ci powiedział, że za dużo pytasz? 

- Nie musisz odpowiadać. 
- Mogłabyś to przyjąć jako odpowiedź. 

Zgadł. Uznałaby to za odpowiedź. 
- Nie wiem, co bym zrobił, Raiju. 

Do tej pory zachowywał dystans, zwracając się do 

niej po nazwisku. Prosiła go, by mówił jej po imie­

niu, lecz mimo to nadal używał nazwiska. Sprawił, że 

wreszcie zabrzmiało jej w uszach jak własne. Wypo­

wiadał je tak ciepło, jak się wymawia nazwisko przy­

jaciela. Ale jednak wyznaczało granicę między nimi, 

stwarzało mur, dystans. 

Teraz przełamał wszelkie bariery, nazywając ją Ra-

iją. 

background image

- Pod wieloma względami czuję się za bratową od­

powiedzialny. Jest taka bezradna, ma do zaoferowania 
tylko swoje ciało. Kobiety szybko się starzeją, sprze­

dając siebie. Nie wiem, czy chciałbym tego dla niej, ale 
nie marzę też o tym, by doczekać starości u jej boku. 
- Potrząsnął głową. - Nigdy zresztą nie potrafiłem so­
bie wyobrazić siebie z jakąś kobietą jako pary starusz­
ków, prędzej wyobrażałem sobie, jak ginę w morzu 

w zawiązanym worku, nie pozostawiając po sobie śla­
du. To nawet nie sprawia mi bólu. I wydaje się proste. 

Raija nie chciała pytać, czy istnieje coś, co skłania 

go do snucia innych wizji, innych myśli. 

- Wiesz, że zmieniłem zdanie - wyznał. - Pewnie 

zaopiekuję się Dagniją, ale nie mogę się z nią ożenić. 

- Nie chciałabym, żebyś ją poślubił - powiedziała 

Raija, czując, że wyjątkowa uczciwość Wasilija rów­
nież od niej wymaga uczciwości. - Świadomość, że 

wypełnia się pustkę po kimś innym, potwornie boli... 

Nie odważył się jej dotknąć, ale nie spuszczał z niej 

wzroku. 

- Ja też nie chciałbym zaspokajać tylko czyjejś tę­

sknoty - rzekł. - Ale w twoim przypadku już tak się 
stało. 

background image

Nasłuchiwali odgłosów dochodzących z zewnątrz. 

Pilnowali się nawzajem, choć dzieliły ich drzwi i od­
ległości większe niż te, które można by zmierzyć na 
stopy czy łokcie. 

Zza okien nie dotarło jednak do nich nic niepoko­

jącego, nikt nie zatrzymał się za drzwiami w złych za­
miarach. 

Ale strach uwił gniazdo nad framugą. 

Pewnie dzieci obudziły Wasilija. Trudno jednak 

zmusić niemowlęta do milczenia, kiedy pieluchy ma­
ją mokre, brzuszki puste i nie chcą więcej spać. 

Raija wstała, by się nimi zająć. 
Nie ze względu na gościa. 
Chociaż było jej go trochę żal, kiedy ukazał się z po­

targanymi włosami i oczami jak dwie wąskie szparki. 

Nie odezwał się. Podszedł prosto do okna i otworzył 

je, ponieważ szyby zaparowały od wewnątrz, kiedy Ra­
ija rozpaliła w piecu, i nic nie mógł przez nie zobaczyć. 

- Nie wrócili - rzekł krótko. 
W jego słowach Raija wyczuła strach. Nie widział 

powodu, dla którego miałby go ukrywać. To bardzo 
różniło go od innych mężczyzn. 

Kiedy obserwował Raiję z synkiem w ramionach, 

oczy przesłoniła mu mgła niczym dym z odległego 
ogniska. 

background image

- Czy nigdy nie czujesz się więźniem? - spytał na­

gle. - Skrępowana dziećmi, domem...? 

- N i e . 
Gdzieś w głębi duszy odczuła niepokój, ale prze­

cież codzienne obowiązki nigdy jej nie ciążyły, nigdy 
nie tęskniła, by od nich uciec. Wypełniając je, czuła 
się bezpieczna. 

- Z kobietami jest pewnie inaczej - rzekł. 
Nadal ją obserwował. Podziwiał jej pewność ru­

chów i wprawę. Zobaczył miłość w jej twarzy. Bez­
graniczną szczerość i poczucie wolności. 

Nigdy nie zaznał czegoś podobnego. To zupełnie 

co innego niż miłość do mężczyzny czy kobiety. 

Zresztą nie miał czasu na myśli o rodzinie, to luksus 

nie dla niego. Być może nigdy nie będzie go na to stać. 

Istniało wiele innych spraw, którymi musiał się zająć. 
Niepokoił się, że Oleg jeszcze nie powrócił. Minę­

ło wystarczająco dużo czasu, by dopłynąć do bun­
towników i zawinąć z powrotem do portu. 

Wasilij poczuł gdzieś w żołądku dokuczliwy ucisk. 

Dręczyły go strach i determinacja, które wyostrzały 

wszystkie zmysły, zmuszały do myślenia i do bez­
względności, wskutek czego wydawał się zimny i opa­
nowany. 

Stał z czajnikiem w ręku i potrząsał nim, by woda 

z brązowymi fusami mogła stać się prawdziwą kawą. 
Bywały już takie ranki jak ten. Bywały też ranki bez 
kawy. Kawa to luksus, do którego jednak szybko 
mógłby się przyzwyczaić, przebiegło mu przez głowę. 

Pomyślał, że łatwo jest nabrać przyzwyczajeń. 

Niemal równie łatwo, jak osądzać innych. 

Pilnował swoich spraw. Dagnija nieustannie zaj-

background image

mowała się dziećmi. Zasmarkanymi, płaczącymi 

dziećmi, które ciągle czegoś się domagały. 

Starał się tego nie słuchać, zamykał się również 

przed Dagniją. 

W ciągu dnia była wdową po bracie Waleriju. W no­

cy użyczała mu swych ramion, ciepła swego ciała. Wy­

korzystywali i pozwalali się wykorzystywać. Być może 

Dagnija się tego wstydziła. Ale przecież niczego sobie 

nie obiecywali, pamiętali, kim dla siebie są. 

Przybył z Kem, z przedmieścia. Jego dom rodzin­

ny przestał istnieć, rodzeństwo rozpierzchło się na 

wszystkie strony świata - nad Morzem Białym po­

rządnie wiało. 

U Dagniji znalazł namiastkę domu. 

Bywały w nim ranki podobne do dzisiejszego, spę­

dzane w towarzystwie bratowej. Wasilij nigdy tego 

nie lubił. Wolał, by dzień z Dagniją toczył się poza 

nim, wolał zapomnieć, że w mroku nocy zaspokajał 

u niej cielesne pragnienia. W ciągu dnia po prostu ży­

ła obok. Użyczała mu domu, ale nigdy nie pragnął na­

zwać go swoim. 

Nie będzie już takich ranków jak ten, zdecydował. 

- Spodziewałeś się, że Oleg już wrócił? - spytała 

Rai ja. 

Nie podobała mu się jej spostrzegawczość. Uwa­

żał, że kobiety nie powinny być bystre. Wystarczy, 

by natura obdarzyła je łagodnością i ciepłem i żeby 

potrafiły stworzyć przytulny dom. 

Natychmiast jednak odrzucił tę myśl. Nie, to za 

mało. Zrozumiał, że nigdy by mu to nie wystarczyło. 

Potrzebował takiej towarzyszki życia jak Raija. 

Kobiety powinny być właśnie takie jak ona. Powin-

background image

ny zadawać pytania, również te, na które trudno od­
powiedzieć. 

- To byłoby zbyt piękne, gdyby „Raija" i „Anto­

nia" przybiły do przystani - odparł, nie dając po so­
bie poznać zaskoczenia. - Ale rzeczywiście spodzie­

wałem się powrotu Olega. 

- Chyba marynarze nie zrobią mu nic złego? 
Wasilij potrząsnął głową. 
- Co by na tym zyskali? Nie znajdą takich właści­

cieli statków jak Oleg i twój mąż. Podniesienie ręki 
na Olega oznaczałoby wyrok śmierci dla wszystkich 
członków załogi. 

- Mogliby zbiec - zastanawiała się Raija. - Na przy­

kład do Norwegii... 

- Ale nie mieliby po co wracać - odparł Wasilij. -

Ucieczka porwanymi statkami nie oznaczałaby mo­

że wyroku śmierci dla nich samych, ale na pewno dla 
ich rodzin. Zbuntowani marynarze to nie dzikie be­
stie, Bykowa. Są zdesperowani, ale nie są pozbawie­
ni uczuć. Każdy z nich ma kogoś, kogo kocha, kogoś, 
kto ich kocha. Dlatego właśnie odważyli się walczyć... 

Zwrócił się do Raiji po nazwisku. Doznał w tym 

momencie ukłucia w sercu, ale bez trudu zdołał ukryć 
prawdę przed światłem dziennym. W nocy, pod osło­
ną mroku, pozwalał sobie na większą szczerość. Wie­

dział, że to właśnie nocy powinien się obawiać. Raija 
nazwała go uczciwym i chyba miała rację. Tak jak 
i nie myliła się co do tego, że kryje się w nim kilka 
osobowości. 

Teraz nie pamiętał, która z nich dominowała 

u progu dorosłego życia. Czas, który upłynął od tam­
tej pory, wypełniło wiele goryczy. 

background image

- Być może jest wiele spraw do omówienia? Wiele 

do przedyskutowania... 

Rai ja budowała mosty nadziei. 

Wasilij natomiast postrzegał rzeczywistość przez 

pryzmat goryczy, który odmieniał kolory, wyostrzał 

kontury. 

Nie wierzył, że Oleg wróci z odpowiedzią, jakiej 

się spodziewał. A czasu ubywało. Tu na lądzie inni 

właściciele statków także czekali na odpowiedź. Na 

odpowiedź określającą warunki, które mogliby zaak­

ceptować, do których sami może by się nie dostoso­

wali, ale które może nie odbiegałyby zbytnio od ich 

własnych zasad. Na odpowiedź, która nie niosłaby 

dla nich zagrożenia. 

Wasilij pragnął, by marynarze wysłuchali Olega. 

Zaklinał ich w duchu, by nie chcieli zmienić 

wszystkiego od razu. 

By nie żądali rzeczy niemożliwych. 

Mogli przecież wiele stracić. 

On sam był tylko człowiekiem. Istniały pewne gra­

nice kompromisu, określające, jak daleko może się 

posunąć, by zapewnić choćby połowiczne zwycię­

stwo. Nie jest przecież nieśmiertelny. 

Nadal nie czuł się bezpiecznie. 

Musiał liczyć się z przegraną. Obietnicom bogaczy nie 

ufał. Również nie polegał ślepo na Olegu. Współwłaści­

ciel „Raiji" i „Toni" sam kiedyś nosił płócienne mary­

narskie ubranie. Wreszcie uwolnił się od tego życia i nie 

musiał wracać do cuchnących, mrocznych i przepełnio­

nych kajut, położonych tak nisko pod pokładem, że nie 

docierał tam nawet jeden promień słońca. 

Olega nie kosztowało wiele obiecać i cofnąć obiet-

background image

nice. Wasilij pomyślał, że dobrze by było, gdyby po­
płynął na „Antonię" razem z Olegiem i brał udział 

w rozmowach. Więcej mógłby zyskać dla marynarzy, 
będąc tam na miejscu. 

Chociaż sam pewnie skorzysta na tym, że pozostał 

na lądzie. Jeżeli Oleg był uczciwy. 

Ale Wasilij wolał na to nie liczyć, nie mógł po pro­

stu ślepo zawierzyć. 

Grubo posmarował chleb masłem. Kwaśny żytni 

chleb nabierał innego smaku ze słonym tłustym ma­
słem. To prawdziwa rozkosz dla podniebienia. 

Jedząc rozmyślał o tym, że nie powinien pozwolić 

sobie na słabość i utonąć w ciemnych oczach żony Jew­

gienija. Życie nigdy potem nie byłoby już takie samo. 

Potrafił być dla siebie surowy. 
W największej tajemnicy będzie nosił w piersi ma­

rzenie o kobiecie noszącej imię Rai ja. 

Ale żona właściciela statku pozostanie dla niego 

panią Bykową. 

Wasilij nie pragnął bliskości, nie chciał doznawać te­

go niebezpiecznego odczucia, kiedy powietrze staje się 
ciężkie i gęste. Nie pragnął na to narażać gospodyni. 

Bykowa... 
Rai ja... 
Wyszedł z domu, nie wyjaśniając, dlaczego. Chyba 

się domyślała prawdy. 

Ruszył do portu. 
Stał się jego domem od czasu, kiedy był już wystar­

czająco dorosły, by podjąć decyzję, jaką obrać drogę. 

Nie tylko ten port, również wiele innych. Na zewnątrz 

może się różniły, ale właściwie były całkiem podobne. 

background image

Tacy jak on znajdowali tu towarzystwo, które 

pewnie przerażało innych ludzi. 

Ale kiedy nie ma się środków na inne ubranie niż 

szmaty, za które płaci właściciel statku, można się 

wydać przerażającym. 

Teraz Wasilij nie był mile widziany w porcie. 
Nie dzisiaj. 
Takie samo powitanie spotkałoby go również w in­

nych portach, skoro nie udało mu się nakłonić Ole-
ga, by przywiózł zwycięstwo. Dla wszystkich: dla 

właściciela i dla tych tam na morzu. 

Być może i dla niego, Wasilija. 
Wasilij lubił ludzi, lubił, kiedy wokół niego roz­

brzmiewał śmiech i tętniło życie. Z łatwością nawią­
zywał rozmowę, znajdował przyjaciół. Przerażała go 
myśl, że ludzie mogliby go witać milczeniem. 

A mogło się tak zdarzyć. Mógł zapisać się w ludz­

kiej pamięci jako ten, który wszczął bunt, lecz oka­
zał się słaby. Który wystawiony na próbę okazał się 

człowiekiem bez charakteru. Który przeszedł na służ­
bę do Jurkowa, by ratować własną skórę... 

Usiadł na skraju nabrzeża. To tutaj zabrał Raiję 

dziś w nocy. Dla niego była Raiją, nie Bykową, nie 
żoną właściciela statków... 

Dobrze, że to miejsce leży w ukryciu, dobrze, że 

nikt ich nie widział - dla plotkarzy mogłoby to sta­
nowić smakowity kąsek. 

Zdrajca i żona Jewgienija Bykową. 
Tu należało stąpać ostrożnie. Wiele desek już zbu­

twiało, a pod nimi kipiało bezdenne morze. Łatwo 
można wpaść i utonąć... 

Wasilij wpatrywał się w wodę. Powiedział wczoraj 

background image

Raiji, że morze jej nie chce. Jeśli chodziło o niego sa­

mego, nie był tego taki pewien. Czasami wydawało 

mu się, jakby morze aż nazbyt gorliwie zamierzało 

go otoczyć dłońmi fal. 

Niewielu marynarzy do niego zagadało. Widać nie 

uchodziło pozostawać z nim na przyjacielskiej stopie. 

Wasilij zrozumiał, że plotki się rozeszły, że więk­

szość ludzi już wie, kto rozniecił iskrę buntu. Miesz­

kańców portu ogarnęła niepewność, nie wiedzieli, co 

sądzić. Widzieli Wasilija z Olegiem, a przecież powi­

nien znajdować się na pokładzie „Toni". 

Wasilij mógł wyczytać nieufność w oczach wielu 

osób, które nie zwalniały kroku, przechodząc obok, 

raczej przyspieszały. Wydawało mu się, że tę samą 

nieufność dostrzega w spojrzeniach tych, którzy jak­

by go nie widzieli, którzy patrzyli obok, ponad nim... 

Zdrajca - szeptali... 

Również i jego zaczęły ogarniać wątpliwości. 
Może rzeczywiście był zdrajcą? 

W miarę jak tarcza słońca staczała się ku zachodo­

wi, coraz bardziej się bał. 

Oleg się spóźniał. 

Wasilij nie był w stanie się cieszyć, kiedy ujrzał cień 

łodzi. Zobaczył dwa maszty i rozpoznał frachtowiec. 

Zobaczył, jak wpływa do portu na pełnych żaglach. 

Ale nie czuł radości. Może naprawdę był zdrajcą? 

Ludzi zebranych w porcie ogarnął niepokój. Wi­

dzieli to samo, co Wasilij. 

Na skraju nabrzeża wyrósł las mężczyzn. Stanęli 

tak, by jak najlepiej widzieć. Stanęli wyprostowani, 

pod wiatr, mrużąc oczy. Stanęli na rozstawionych no-

background image

gach, z wykrzywionymi ustami i pięściami schowa­
nymi w kieszeniach spodni. Z gołymi głowami lub 
czapkami zsuniętymi mocno na czoło. 

Mężczyźni podobni Wasilijowi. 
Niejeden z nich ukradkiem spoglądał na niego. Roz­

mowy cichły, kiedy ktoś rzucał długie spojrzenie w kie­
runku niedawnego przywódcy buntowników. Słowa 
przeszły w cichy szmer, przypominający brzęczenie owa­
dów nad łąkami w środku lata. Kiedy Wasilij przymknął 
oczy, wydawało mu się, że ludzie też zmieniali się w owa­
dy, całe ich roje, które tak naprawdę nie były groźne. 

Siedział spokojnie na swoim miejscu. Jedną stopę 

postawił na krawędzi, na lekko zgiętym kolanie oparł 
ramię. Drugą nogę zwiesił w dół nad powierzchnią 

wody. Twarz zwrócił na północ, w stronę nadpływa­

jącego żaglowca. 

Jeżeli Rai ja... 
Jakby oparzył się na dźwięk jej imienia. Zamknął 

oczy i zaczął myśl od nowa. 

Jeżeli żona Jewigienija widzi go teraz przez nie­

wielkie, otwarte okno przy kuchennym stole, rozu­

mie, jak jest samotny. I że się boi. 

Jednak nikomu innemu nawet nie przyszłoby to 

do głowy. Inni powiedzieliby raczej, że jest zbyt pew­
ny siebie, że ma o sobie zbyt wysokie mniemanie 
i dlatego stanął po stronie właścicieli statków. 

Dałby im jeszcze więcej powodów do gadania, gdy­

by został kapitanem na „Raiji". 

Frachtowiec rósł w polu widzenia. Już nie wyglą­

dał jak balia z dwoma masztami i żaglami barwy nie­
ba. W miarę zbliżania się do portu żagle stawały się 
brudnoszare. 

background image

Zanim łódź przybiła do przystani, minęło chyba 

parę godzin. 

Słoneczna tarcza toczyła się powoli. Kierowała się 

ku Dwinie. Wolno pochylała się nad ziemią, niemal 
dotykała wrzosów i kępek trawy. Wydawało się, że 

w każdej chwili może zapalić tę suchą ziemię. Ludzie 

odruchowo wstrzymywali oddech, pragnąc, by z pro­
mieni nie sypnęły się iskry. 

Jeszcze raz się udało. 

Ziemia nie zapłonęła. 
Wasilij bał się pożaru portu. Już kiedyś port stanął 

w płomieniach. Krążyło o tym tyle historii, ilu było 
świadków pożogi, a może i więcej. Każdy opowiadał 
swoją wersję. 

Wasilij podejrzewał, że Oleg wie o pożarze więcej 

niż inni mieszkańcy Archangielska. Wszyscy szepta­
li o bracie Toni, który podłożył ogień, ale nikt nie po­
trafił wyjaśnić, dlaczego. 

Wymieniano również imię Raiji, lecz ostrożniej, po­

nieważ ludzie nie byli całkiem pewni, kim jest. Wtedy 

jej czarnowłosą głowę otaczała swoista gloria, gdyż 
przybyła znikąd jako obca i ocaliła życie Jewgienija, kie­
dy jego marynarze sądzili, że wykrwawi się na śmierć. 

Stała się aniołem w czarnej pelerynie. 
Nikt nie mówił o tym głośno, ale czasem zastana­

wiano się, czy Raija jest niezwykle dzielną kobietą, 

czy raczej czarownicą. 

Dopiero kiedy Wasilij spotkał Raiję, zrozumiał, 

dlaczego żywiono wobec niej podobne podejrzenia. 

Podniósł się, kiedy łódź zaczęła przybijać do brzegu, 

ale trzymał się z dala. Stanął w cieniu, za plecami męż­
czyzn, którzy popierali zbuntowaną załogę, lecz nie mie-

background image

li odwagi otwarcie tego przyznać. W tłumie pojawiło się 
bowiem wielu właścicieli statków, którzy szybko wy­
chwytywali spojrzeniem nielojalnych pracowników. 

A żaden z marynarzy nie chciał stracić tego, co posiadał 

Tylko załogi „Raiji" i „Toni" odważyły się na bunt. 

Marynarze zgromadzeni na nabrzeżu być może 

również marzyli o przyłączeniu się do walki o lepszy 
byt, ale wiązał ich także układ z właścicielem statku. 
Podobnie jak chłopi dzierżawiący ziemię i podlegają­

cy swemu panu, choć nie mieli może nad sobą właści­
ciela ziemskiego, nie byli bardziej wolni niż chłopi. 
Ciążył na nich dług, który uzależniał ich od armato­
ra, od sklepikarza. Mieli rodziny. 

I niezależnie od tego, jak nędzne było ich życie, 

mocno się go trzymali. 

Spluwali brązową śliną w miejsce, gdzie przybił 

frachtowiec Olega. Niejeden trafił w burtę, ale żaden 
z właścicieli statków nie mógł zobaczyć brązowych 
strużek ściekających w dół. Znikały na drewnie. Gło­
sy niezadowolenia również nikły w panującej wrzawie. 

Serce Wasilija krwawiło, kiedy patrzył na maryna­

rzy, nie odważyłby się nawet nazwać tych bezsilnych 
ludzi żałosnymi. 

Nie posiadali wiele, ale i tego nie chcieli stracić. 
Może w ich oczach był zdrajcą... 
Sam nie miał wiele do stracenia, na pewno mniej 

niż oni. Nie czuł się więcej wart niż inni. Bez waha­
nia mógłby się poświęcić, gdyby to pomogło. 

W tej grze należało grać wysoko. Nawet Oleg nie 

zdawał sobie z tego sprawy. Albo nie posiadał dość 
odwagi, by wejść do takiej gry. 

Ona, Raija Bykowa, rozumiała to lepiej. 

background image

Myślała podobnie jak on, Wasilij. 
To ona powinna zarządzać statkami. Stworzyłaby 

przedsiębiorstwo lepiej prosperujące od jakiegokol­

wiek innego w Archangielsku, a nawet w całej pół­

nocnej Rosji. 

Posiadała dość odwagi. 

Miała ten diabelski błysk w oku. 
Nawet gdy tak stała z dzieckiem w ramionach, wy­

glądała, jakby chciała rzucić się w wir wydarzeń - bez 
zastanowienia, bez względu na to, do czego by to 
mogło doprowadzić. 

Lubił wyobrażać sobie, że sam taki jest, chciał wie­

rzyć, że walczy dla sprawy, a nie po to, by zagarnąć 
dla siebie co tylko się da. 

Wasilij nie przejmował się opinią innych ludzi, ale 

sam często o sobie myślał. Nie zawsze pochlebnie. 

Zobaczył, jak Oleg schodzi na ląd. Jak mężczyźni 

rozstępują się na boki, robią mu miejsce. Jak pochy­
lają głowy. 

Wasilij poczuł, że się rumieni. Musiał się odwrócić, 

popatrzeć w stronę lądu. 

Wstydził się za nich, wstydził się za ich pokorę. To 

na pracy tych marynarzy opierał się cały transport wod­
ny. Od ich rąk, potu, ich pleców i siły nóg zależało funk­
cjonowanie łodzi, frachtowców i statków rybackich. 

Bez pracy tych ludzi armatorzy nie nosiliby wysokich 

skórzanych butów, a żony armatorów nie mieszkałyby 

w pięknych domach z oszklonymi oknami z firankami 

i nie popijały herbaty ze srebrnych samowarów. 

Ci ubodzy marynarze powinni dumnie podnieść gło­

wy, powinni patrzeć zwierzchnikom prosto w oczy, za­
chować swą godność. 

background image

Na nich opierał się kraj. 

Wasilij nie mógł przez cały czas trzymać się z ty­

łu. Podniósł głowę, wyprostował plecy i popatrzył 

w twarze swych towarzyszy. 

Przeszedł między nimi. Zauważył ze zdziwieniem, 

że i przed nim się rozstąpili. 

Przeraził się. W przypadku Olega to zrozumiałe, 

ale jemu wcześniej nigdy nikt nie schodził z drogi. 
Nadal nie był nikim więcej niż zwykłym maryna­
rzem. Ba, może nawet nie miał już pracy, nie znał się 
na przepisach. Kapitan wyrzucił go za burtę, mówiąc, 
że nie ma już dla niego miejsca na „Toni". 

A właściciel statku zamierzał uczynić go oficerem. 
Wasilij nie mógł pogodzić się z tym, że to przed 

nim otwiera się owa uliczka pośród tłumu. Obraz ten 
przywiódł mu na myśl przypowieść z Biblii, kiedy 
morze rozstąpiło się przed Mojżeszem. 

Zadrżał. 
Poszedł śladem Olega i poczuł się nieco lepiej, kie­

dy go dogonił - łatwiej było przyjąć, że to Olegowi, 
a nie jemu ludzie robią miejsce. Starał się jednak za­
chować pewną odległość, żeby nie zarzucono mu, że 
podążył za Jurkowem posłusznie jak pies. 

Przepełniało go mnóstwo sprzecznych doznań. 
Za nim poszli mężczyźni, którzy wrócili razem 

z Olegiem, ci, na których jeszcze mógł polegać i któ­

rym Wasilij również nie miał powodu nie ufać. 

Oleg nie odezwał się do ludzi zgromadzonych na na­

brzeżu. Nie miał dla nich żadnych nowych wiadomości. 

Poczekał, aż drzwi do biura zostaną starannie zamk­

nięte. 

- Czy w domu wszystko dobrze? - spytał. 

background image

Wasilij przytaknął. Nie wspomniał, że wyszedł na 

dłużej. Nie przyszło mu na myśl, że Raiji mogłoby 

się stać w tym czasie coś złego... 

Teraz poczuł w piersi ukłucie strachu. Nigdy by 

sobie nie darował, gdyby coś jej się przytrafiło... 

Ale chyba nikomu nie wpadłoby do głowy skrzyw­

dzić ją w biały dzień? Na oczach wszystkich... 

- A tam? - spytał. 
- Na pokładzie doszło do nieporozumień - wes­

tchnął Oleg. - Chyba się tego spodziewałeś? 

- Na „Antonii"? - spytał i zaraz skinął głową, za­

nim Oleg zdążył odpowiedzieć. - Tak, obawiałem się, 

że może do tego dojść. 

- Kapitan traci władzę - mówił dalej Oleg. Był zmę­

czony, czuł pulsowanie w skroniach. Wszystko wy­

dawało mu się koszmarem. Pragnął jedynie obudzić 

się z niego i przekonać, że wszystko jest jak dawniej: 

że nikt nie zagarnął jego dwóch statków, że kapitana 

„Raiji" nie pozbawiono życia, a kapitan „Antonii" nie 

stracił dowództwa w wyniku buntu załogi, która oka­

zała się bardziej zaciekła, niż przypuszczał. - Czy my­

ślisz, że zdoła utrzymać ludzi w ryzach jeszcze dwa 

dni, zanim upłynie ostateczny termin odpowiedzi? 

- To zależy, kto wystąpił przeciw kapitanowi - za­

stanawiał się Wasilij. 

Oleg przedstawił mu sytuację na pokładzie. 

Wasilij oparł się o drzwi i założył ręce na piersi. 

- Będzie ciężko - powiedział. - Tego się właśnie 

obawiałem. Ten drań się tak łatwo nie podda. Nie ma 

nic do stracenia. Zostawił w domu jedynie starą mat­

kę, o którą zresztą wcale nie dba. Myśli tylko o lep­

szym, łatwym życiu. Jest niebezpieczny. Nie chcia-

background image

łem, żeby brał udział w przygotowaniach, ale kapitan 
sam go wybrał... 

Oleg ukrył twarz w dłoniach. 
Co za koszmar... 
Pomyślał, że powinien nadal najmować się do pra­

cy u innych, a nie marzyć o własnych statkach. Te­
raz spotykają go same kłopoty. Nic, tylko kłopoty. 

- Na pokładzie „Antonii" są członkowie dawnej 

załogi Jewgienija - zauważył. - Z „Sankt Nikołaja", 
tego, co się spalił... 

- Nie możesz od nich oczekiwać, że będą wierni 

jak w małżeństwie! - zaoponował Wasilij. 

On także czuł się zmęczony. Uważał, że rozmowa 

nadmiernie się przedłuża, a Oleg ciągle nie wyjaśnił, 
co wynikło z jego rozmów z marynarzami i co zamie­
rza przekazać pozostałym właścicielom statków. 

- Nie mówię o lojalności - odezwał się Oleg. Uży­

wał słów, które Wasilij z pewnością słyszał, lecz któ­

rych znaczenia dobrze nie znał, więc wolał milczeć. 
Wszystko się w nim gotowało, ponieważ Oleg potra­
fił bawić się słowami, wywyższać się w ten sposób. -
Mówię raczej o dobrej pamięci - dodał. Podniósł 

wzrok. Napotkał spojrzenie Wasilija, nieco drwiące 

i zniecierpliwione. - Mają na pokładzie kilku ran­
nych, ponieważ doszło do użycia siły. Niektórzy 
z nich bardzo krwawią. Chcą, by przysłać im Raiję. 

Kilka sekund trwało, zanim Wasilij uświadomił so­

bie, że mowa nie o statku. 

Ale o niej. 
O kobiecie. 
O Bykowej. 

background image

- To absolutnie wykluczone, żebyś tam popłynęła! -

wybuchnął Oleg, nie patrząc na Raiję. - Powiedziałem 

im, że żądają zbyt wiele, że Jewgienij nigdy by się na 

to nie zgodził i że nawet nie ma o czym mówić - do­

dał zdenerwowany. - Poradziłem im, żeby sami zajęli 

się rannymi, bo tobie nie wolno się do tego mieszać 

i nie masz z tym nic wspólnego... 

Wasilij uśmiechnął się ukradkiem, tak żeby Oleg te­

go nie widział. Ale Raija to dostrzegła. Odwróciła wzrok. 

Marynarze uważali, że to, co dzieje się na statku, 

dotyczy Raiji tak samo jak Olega i Jewgienija, nie po­

trafili na to spojrzeć w inny sposób. 

- Dlaczego pokładają we mnie takie nadzieje? -

zdziwiła się Raija. 

Początkowo Wasilij pomyślał, że udaje, po chwili 

jednak uzmysłowił sobie, że naprawdę nie rozumie. 

- Nie pamiętasz tego - mruknął Oleg. - Ale napraw­

dę zrobiłaś na nich duże wrażenie, kiedy uratowałaś 

Jewgienija od śmierci. Wierz mi... - mówił to niemal 

z rozpaczą. - Kiedy z nimi teraz rozmawiałem, wysu­

nęli różne żądania, ale przede wszystkim domagali się 

twojego przybycia. Powtórzyli to kilka razy. Nie pro­

sili o przysłanie Raiji Bykowej, lecz kobiety w czar­

nej pelerynie, ponieważ na statku są ciężko ranni. 

- Nie mam już tej peleryny - zauważyła cicho Raija. 

background image

Tak jakby cała moc tkwiła w kawałku tkaniny, tak 

jakby ona sama się nie liczyła. 

- Wybij to sobie z głowy - rzekł Oleg. 
- Oleg ma rację - poparł go Wasilij. - Marynarze 

mogą szykować podstęp. Tak naprawdę myślą o zdo­
byciu zakładnika, kogoś, kto jest więcej wart niż stat­
ki. Czują, że zaczynają tracić przewagę. 

- Czy to także przewidziałeś? - w słowach Raiji 

brzmiała drwina. 

- Nie - odparł szczerze rozczarowany tym, że 

w ogóle mogła tak pomyśleć, ale też nie zaskoczony. 

Wszystkim udzielało się ogromne napięcie. Rozumiał, 
że Raiji także nie było łatwo, mimo że stała nieco 
z boku. - Teraz inni objęli przewodnictwo - dodał. -
Wierz mi, są o wiele bardziej bezwzględni niż ja. 

- Może mogłabym pomóc - nie poddawała się Raija. -

Ranni potrzebują opieki, niezależnie od tego, kim są_ 

- Nie! - zaprotestował Wasilij z większą stanow­

czością niż Oleg. 

Raija popatrzyła na niego z uwagą. 
- Myślałam, że to twoi przyjaciele - powiedziała. 
Oleg zorientował się, do czego zmierzała. Zdał so­

bie sprawę, że stał się więźniem własnych słów, lecz 
nic nie mógł na to poradzić. Znał desperację maryna­
rzy, Raija natomiast nie. Wiedział, że wykorzystają 

wszelkie możliwe środki. Zżymał się na samą myśl, 

że Raija mogłaby stać się zakładnikiem w ich ręku. 

- To zwykli ludzie, którzy zostali przyparci do mu­

ru - rzekł z naciskiem. - Są zdesperowani. Robią to, na 

co nigdy w innych okolicznościach by się nie odważy­
li. Obawiam się, że wejście na pokład może się okazać 
dla ciebie niebezpieczne. Myślę, że są wśród buntów-

background image

ników tacy, którzy bez wahania by cię zabili, gdyby to 

pomogło ich sprawie. Czy to dla ciebie dość jasne? 

- Przesadzasz - odparła Raija. 

Była tak piekielnie uparta! 

Wasilij zdawał sobie sprawę, że niewiele mógł prze­

ciwstawić takiej kobiecie jak Raija. Ale sądził, że Oleg 

ma na nią większy wpływ, że uda mu się ją przekonać... 

- Jest jeszcze cbś, o czym nam nie powiedziałeś, 

Oleg - dodała nieoczekiwanie Raija. 

Oleg aż podskoczył. 

Jego policzki zmieniły barwę niczym u dziewczyny, 

która otrzymała pierwszą nieprzyzwoitą propozycję. 

Wasilij nie rozumiał, co się dzieje, uważał, że sło­

wa Olega brzmiały absolutnie wiarygodnie. 

- Nie popłyniesz tam i już. Nie ma mowy, Raija-

-Raisa - upierał się Oleg. Zwracając się do Raiji, użył 

pieszczotliwego podwójnego imienia, którego zwykle 

używała Antonia. Dał w ten sposób do zrozumienia, 

jak bardzo ceni Raiję i jak bardzo jest mu droga. Pod 

żadnym warunkiem nie zamierzał ryzykować jej ży­

cia. - Nie pozwolę ci na to, moja kochana. Poza tym 

część załogi nadal słucha moich rozkazów, nikt nie 

pomoże ci się tam dostać. 

- Co takiego przed nami ukryłeś? - spytał Wasilij. 

- Jeżeli Raija dotrze do zbuntowanych marynarzy, 

dadzą nam jeszcze trzy dni - odparł Oleg. 

Wasilij wciągnął głęboko powietrze i wypuścił je przez 

nos. Ogarnęła go taka złość, że aż zazgrzytał zębami. 

Wiedział, kto się za tym kryje. 

- Nie mamy czasu do stracenia - uznał Oleg. 

Udało mu się przybrać lekki ton, lecz mimo to nie 

zdołał ukryć, że się boi. 

background image

Wasilij pomyślał, że gdyby on miał decydować, zna­

lazłby rozwiązanie: albo zaprowadziłby na statku porzą­

dek nawet za cenę rozlewu krwi, albo też pozwoliłby 

Raiji dostać się na pokład „Antonii" i łudził nadzieją, że 

trzy dodatkowe dni ułatwią zawarcie porozumienia. 

Ale decyzję musiał podjąć Oleg. Wasilij wiedział, 

że to wspaniałomyślny człowiek, który unika użycia 

siły i nadał wierzy, że można się dogadać. Pragnął, że­

by zbuntowani marynarze docenili to i nie dali się za­

ślepić gładkim słowom nowego przywódcy. 

Jednak uznał ze smutkiem, że Oleg nie zyska sła­

wy bohatera. 

Wręcz zabrzmiało mu w uszach słowo, którym go 

nazwą, niezależnie od tego, czy uda mu się zaprowa­

dzić porządek, czy nie. 

Słaby. 

Jak bardzo można się pomylić w ocenie człowieka? 

Oleg poszedł porozmawiać z innymi armatorami. 

Oceniali go w ten sam sposób jak załogi obu statków. 

Oni już dawno zaprowadziliby porządek. 

Dali do zrozumienia, że czekają tylko na znak, by 

przyjść mu z pomocą. W każdej chwili mogą się stawić, 

jeśli będzie trzeba, wystarczy jedno skinienie Olega. Jed­

nak nie zamierzają się narzucać. Muszą przecież pilno­

wać własnych spraw, nie będą rezygnować z korzyst­

nych transakcji tylko dlatego, że Oleg jest miękki i nie 

potrafi ostro potraktować burzących się szumowin. 

Każdy ma taką załogę, na jaką zasłużył. 

Kończył się ostatni dzień rozmów. Oleg pocił się 

i trząsł z zimna na zmianę. Zastanawiał się, czy od sa­

mego początku właściwie pokierował sprawą. Czy 

Jewgienij zrobiłby to lepiej...? 

background image

Czy ktokolwiek inny lepiej by sobie z tym poradził? 
Zastanawiał się, czy Wasilij jest w stosunku do nie­

go uczciwy... Ale Raija miała do niego zaufanie. 

Zdawał sobie sprawę, że jeżeli teraz straci oba stat­

ki, nie będzie już dla niego przyszłości na morzu. 

Nikt go nie zatrudni nawet jako marynarza. 

Znajdzie się na czarnej liście razem ze swymi bun­

townikami. 

Wasilij również wyszedł z domu. Nie potrafił bez­

czynnie czekać. Nie teraz. Gra toczyła się o większą 

stawkę, niż wcześniej zakładał. 

Pojawił się, zanim wrócił Oleg. 

Zauważył, że Raija jest niespokojna. Nie była w sta­

nie usiedzieć na miejscu ani też zająć się czymkolwiek. 

- Oni nie ustąpią... Ci inni właściciele statków -

rzekła z przekąsem. - Nic na tym nie zyskają, jeśli 

staną po stronie Olega, prawda? 

Wasilij potrząsnął głową. Uznał, że Raija jest bar­

dzo rozsądna. Jej towarzystwo działało pokrzepiają­

co po tygodniach spędzonych z Dagniją i słuchaniu 

jej paplaniny... 

Właściwie Dagnija nie jest niczemu winna. Była bar­

dzo młodziutka, wychodząc za mąż za Walerija. Na­

wet jej do głowy nie przyszło, że mogłaby dążyć do 

czegoś więcej, niż zostać tylko żoną i matką i zajmo­

wać się domem. Dobrze sobie radziła z obowiązkami, 

ale nigdy nie wkraczała w świat mężczyzn. Nigdy nie 

zadawała pytań. Nikt od niej tego nie oczekiwał. 

Z pewnością niesprawiedliwie oceniał Dagniję, ale 

po kilku chwilach spędzonych z Raiją nie mógłby już 

znieść życia z wdową po bracie. 

background image

Rozważył to bardzo dokładnie, przede wszystkim 

dlatego, że dręczyły go wyrzuty sumienia. Teraz na­
brał już pewności. 

- Co grozi Olegowi? - spytała Raija. 
- Może stracić statki - odparł Wasilij. - Ale załoga 

nic na tym nie zyska. Oleg mógłby spróbować prze­
ciągnąć pertraktacje. Na „Antonii" doszło do niepo­
rozumień, wśród załogi nie ma już jedności. Kapitan 

zaczyna tracić panowanie nad marynarzami. Jeśli 
konflikt się zaostrzy, poderżną mu gardło i wyrzucą 
za burtę. 

- To byłoby najgorsze ze wszystkiego... 
Co do tego nie mieli wątpliwości. 

- Wiesz, gdzie zakotwiczono statki? 

Skinął głową. 

- Czy nie wystarczy jakaś mniejsza łódź, żeby tam 

dotrzeć? 

Zgadł, o czym myśli. Odsunął jednak od siebie te 

przypuszczenia. Wolał odpowiadać na każde z pytań 
Raiji z osobna i udać zaskoczonego, gdy wreszcie wy­
jaśni, po co je zadawała. Jeżeli w ogóle mu powie... 

- Właściwie wystarczy, ale przynajmniej z jednym 

żaglem - odpowiedział. - To za daleko, żeby wiosło­

wać. Naturalnie jeśli chciałoby się tam dopłynąć 
w ciągu jednej nocy. Tobie by się to nie udało. 

- Czy mógłbyś mi pomóc dostać się na „Antonię"? 
- Mógłbym z tobą popłynąć - odparł niechętnie. 
Podziwiał jej odwagę. 
Była naprawdę niezwykłą kobietą! 
- Popłyniesz? 
Wasilij potrząsnął głową. 
- Znam człowieka, który objął dowodzenie na 

background image

„Antonii". On jest gotów poderżnąć gardło kapitano­

wi - rzekł bez ogródek. 

Zdawał sobie sprawę, że bunt na „Antonii" i „Ra-

iji" to nie przelewki, i musiał tej kobiecie jakoś wy­

tłumaczyć, że sytuacja na obu statkach jest dla niej 

zbyt niebezpieczna, że niczego nie uda jej się zmie­

nić przez samą swą obecność. Marynarze to ludzie, 

którymi łatwo pokierować, bo nigdy nie wymagano 

od nich niczego innego poza posłuszeństwem. Teraz 

wśród nich znalazł się ktoś, kto bez jednego mrugnię­

cia okiem to wykorzystał. 

- Gotów jest postąpić wobec ciebie tak samo, jeże­

li mu się spodoba. Wierz mi, zrobi to bez wahania... 

Raija głęboko wciągnęła powietrze. Podeszła do 

Wasilija i chwyciła go za ręce. Wprawiła go w takie za­

kłopotanie, że nie zdobył się nawet na to, by je cofnąć. 

- Proszę cię! - Jej głos był miękki jak jedwab, oczy 

jak ciemny aksamit. Mocno trzymała go za ręce. By­

ła silna. - Proszę cię, Wasilij! Mówisz, że go znasz, 

i z pewnością tak jest, ale wiesz także, czym ten bunt 

może się skończyć. Czas, który marynarze dali Ole-

gowi, wkrótce dobiegnie kresu. Trzy dodatkowe dni 

mogą wszystko zmienić, mogą umożliwić znalezienie 

jakiegoś rozwiązania... 

Wasilij nie liczył na to, ale dostrzegł pewną nie­

wielką szansę. 

- Narażasz własne życie - rzekł. Jego głos brzmiał 

dziwnie obco i grubo, ale Raija chyba tego nie zauwa­

żyła. 

- Moje życie jest niczym w porównaniu z życiem 

tych wszystkich, którzy mogą umrzeć z upływu krwi 

- odparła. 

background image

W ustach innej kobiety te słowa zabrzmiałyby fał­

szywie. 

Wasilij uśmiałby się do łez, gdyby wypowiedziała 

je żona innego armatora. 

Był jednak przekonany, że Raija mówi szczerze. 

Jeśli zdecyduje się tam popłynąć, gotów był jej bro­

nić z narażeniem własnego życia. Ale nie mógł tego 

uczynić. Nie mógł wejść na statek. 

- Zostaniesz tam sama - rzekł. - Zupełnie sama. Na 

nikogo nie będziesz mogła liczyć. 

- Wiem o tym. 

Cofnął ręce. 
- Jesteś bardzo odważna - rzekł niechętnie. 

Musiał usiąść. Omal nie przeciągnęła go na swoją 

stronę. Nienawidził siebie za tę słabość. To tak, jakby 

chciał złożyć Raiję w ofierze. Myślał jednak podobnie 

jak ona i rozumiał ją. Raija naprawdę uważała, że jej 

życie jest niewiele warte wobec życia tych kobiet, któ­

re zostały na lądzie, życia ich dzieci i mężczyzn na obu 

statkach. Życia tych mężczyzn w płóciennych koszu­

lach, szerokich, niezgrabnych spodniach i chodakach. 

Nikt nie wiedział, jak zimne były te buty! Trzeba je 

włożyć na bose stopy w grudniu, żeby się o tym prze­

konać. Na szczęście Morze Białe w zimie zamarzało 

i nikt nie musiał żeglować do ponów na północy. 

- Zamierzałem wyruszyć z Olegiem na statki - rzekł, 

jakby chciał w jakiś sposób uniknąć zaproponowane­

go przez Raiję rozwiązania. Albo je odroczyć. - Chcia­

łem podjąć ostatnią próbę i porozmawiać z załogami. 

- Nikt nie będzie cię słuchać - odparła Raija. Tak 

jakby już wiedziała, co powiedzą marynarze. Nie 

trzeba być jasnowidzem, żeby to odgadnąć. - Niech 

background image

Oleg sam popłynie. A potem znajdziemy jakąś łódź 
żaglową i mnie tam zawieziesz. Mniejszą i lżejszą ło­
dzią pokonamy tę odległość w krótszym czasie. 

- Już nie boisz się wody? - spytał, nieznacznie się 

uśmiechając. 

Udała, że nie słyszy. 
- Nie ma innej możliwości - powiedziała. 
- A co z dziećmi? 
- Zona jednego z chłopców stajennych obiecała za­

jąć się maluchami - odparła. 

A więc zdążyła już to załatwić. Myślała bardzo 

trzeźwo, wszystko przewidziała. 

- Ciekawe, z jakimi wieściami wróci Oleg... 

- Nie mam wyboru - rzekł Oleg. - Popłynę i po­

wtórzę marynarzom to samo, co już mówiłem. Po 
prostu nie mogę obiecać nic więcej. Nie mogę skreś­
lić długu. Nie mogę składać obietnic bez pokrycia. 

- Mógłbym spróbować się z nimi dogadać - zapro­

ponował Wasilij. 

Miał nikłą nadzieję, że Oleg się zgodzi. Usłyszał, 

jak Raija wstrzymała oddech. Pomyślał, że pewnie 
uzna to za zdradę, ale machnął na to ręką. 

- Tym bardziej nie będziesz mógł niczego obiecać 

w imieniu innych armatorów - odpowiedział Oleg. -

Roześmieją ci się w twarz. Wiedzą, że na nic nie masz 

wpływu. 

- Poświęcisz statki? - spytał Wasilij z niedowierzaniem. 
-Jeżeli nie będą chcieli rozmawiać... - westchnął 

Oleg - to jaki mam wybór? Jeżeli załogi nie odstąpią 
od swych żądań, stracę wszystko. Wydaje mi się, że 
to jakiś koszmarny sen, z którego wkrótce się obu-

background image

dzc. Ale to „wkrótce" chyba nigdy nie nadejdzie... -
Roześmiał się gorzko. - Nawet nie masz pojęcia, co 
rozpętałeś, Wasilij. Będzie co opowiadać wnukom, je­
żeli pożyjesz wystarczająco długo. 

- Ludzie biedni, jak ja, zwykle umierają, zanim zo­

staną dziadkami - odparł Wasilij. 

Nietrudno było zrozumieć jego rozgoryczenie. 

W znacznym stopniu ponosił winę za wybuch bun­

tu. To on podburzył marynarzy. Ale nie zamierzał 
brać odpowiedzialności za to, że wypadki potoczyły 
się inaczej, niż planował. 

Winę za to ponosił kto inny. 
Wasilij chciał jak najlepiej. 
Nadal miał jak najlepsze intencje. 
- Dobrze, płyń do nich - zwrócił się po chwili do Ole-

ga, wzruszając ramionami. Czuł, że ogarnia go złość. -
Powiedz im, że mają wolną rękę. Powiedz im, że dajesz 
im statki, że dajesz im „Raiję" i „Antonię". Ze mogą po­
płynąć ku wybrzeżom Norwegii, sprzedać mąkę i zażą­
dać gotówki albo wymienić ją na ryby, na które zapew­
ne uda im się znaleźć kupców w drodze powrotnej nad 
Morze Białe. Ponieważ tutaj nikt nawet nie tknie tego, 

z czym wrócą. Tutaj zostaną aresztowani, każdy z nich, 
gdy tylko postawią stopę na lądzie. Niezależnie od tego, 
czy to będzie jutro, czy po rejsie do Finnmarku. Może 
zrozumieją, jeżeli im dość jasno wytłumaczysz. Wyjaśnij 
im, jaka przyszłość czeka ich żony i dzieci, kiedy na zi­
mę zostaną wyrzucone z domów. Postaraj się krzyczeć 
głośniej niż Walentin, który teraz nimi dowodzi, na pew­
no cię wysłuchają. Być może kilku przejdzie na twoją 
stronę, może kogoś jeszcze wyrzucą za burtę, być może 
na pokładzie nie zostanie już wielu-

background image

- Zamierzałeś im to wszystko powiedzieć? 
Wasilij wzruszył ramionami. 
Oleg niestety nie pojmował, do jakich środków na­

leży się uciekać. Natomiast Rai ja dobrze zdawała so­
bie sprawę, że w sporach takich jak ten trzeba posłu­
żyć się podstępem. 

- Masz rację, że by mnie wyśmiali - odparł Wasi­

lij. - Wcale się nie palę do takiej rozmowy. Poczekam, 
aż ty im to powiesz. Na wszelki wypadek powtórzę, 
żebyś zapamiętał. Myślę, że to podziała. Zresztą mo­
żesz użyć argumentów, jakich tylko chcesz. To ty je­
steś właścicielem statków, a nie ja. Nawet nie zamie­
rzam zostać kapitanem. Już nie. To był piękny sen, 

dopóki pozwoliłeś mi śnić. Już prawie się zdecydo­

wałem przyjąć twoją propozycję, już zacząłem się cie­

szyć. Możesz chłopakom powiedzieć i o tym, co stra­
ciłem... Z tego także będą się śmiać. 

- Nie zapominaj, kto to wszystko zaplanował! 
Wasilij długo przyglądał się Olegowi. 
- Nigdy mi się nie uda wyrzucić tego z pamięci. 

Sprawy zaszły za daleko. Nikt zresztą nie pozwoli mi 

zapomnieć. 

Oleg nic nie odpowiedział. Mógłby obiecać, że nie za­

mierza oddać Wasilija w ręce władz, ale nie uczynił tego. 

Wasilij spojrzał na Raiję. Skinął lekko głową, wi­

dząc jej pytające spojrzenie. Zapewnił ją, że to tylko 
gra. Podobnie jak Raija był przekonany, że musi ist­
nieć jakieś wyjście. Tak jak ona nie chciał, żeby pola­
ło się więcej krwi. 

Na swój sposób oboje martwili się o tych samych 

ludzi. Choć Raija nie była żoną prostego marynarza, 
nie stała też po drugiej stronie. 

background image

Było w niej coś takiego, co kazało Wasilijowi wie­

rzyć, że sama zaznała i głodu, i cierpienia. 

Oleg twierdził, że straciła pamięć. 
Być może to dla niej dobrze. 

- Wyjdę do portu popatrzeć, jak odpływasz - rzekł 

Wasilij. Miał nadzieję, że Raija domyśli się, że i ona 
powinna za nim podążyć. - Ubierz się ciepło - rzucił 
w powietrze. - Na morzu w nocy jest bardzo zimno. 

- Zapominasz, że większą część życia spędziłem na 

wodzie - odparł Oleg sucho. - To nie pierwsza moja wy­
prawa, nie jestem przecież szczurem lądowym. Morze 
to mój żywioł... - Zamilkł, a po chwili dodał: - Przykro 
mi, Wasilij, przykro mi z powodu tego, co się dzieje. 
Bardziej niż tobie. Myślę, że mam prawo tak powie­
dzieć. Ale to nie ja wznieciłem bunt. Nawet nie wiesz, 
jak bardzo pragnąłbym cofnąć bieg wydarzeń, ale to nie 
leży w mojej mocy. Ja także wiele tracę. 

- To prawda, dla ciebie też nie będzie tu zajęcia -

przyznał Wasilij, uśmiechając się krzywo. W tym 
uśmiechu nie było radości. - Ale kraj jest duży - do­
dał. Coś przecież musiał powiedzieć. - A może mimo 

wszystko uda się jakoś zażegnać niebezpieczeństwo? 

Nie uzyskał odpowiedzi. Zresztą wcale się jej nie 

spodziewał. Myślał o tym, że musi jak najszybciej do­
stać się na nabrzeże i zdobyć jakąś łódź. Szybką, nie­
dużą żaglówkę. 

Bykowa jest niesamowitą kobietą! 

Wasilij pokładał w niej ostatnią nadzieję. Jeśli się nie 

uda, on może już nie wracać do Archangielska. Nikt 
inny poza Dagniją nie będzie za nim tęsknił. Minie też 
trochę czasu, zanim bratowa się zorientuje, że odszedł 
na zawsze, bo nigdy nie zostawał długo w domu. 

background image

Raija nie marnowała czasu. Ledwie nieduży frach­

towiec Olega rozwinął żagle, a ona już pojawiła się 

w porcie. 

Wasilij uznał, że to godne podziwu. 
- Czy na pewno wytrzyma? - spytała, stojąc na 

stopniu nabrzeża. Wasilij dosłyszał w jej głosie nie­

dowierzanie. Domyślił się, że Raija się boi, chociaż 
robiła co mogła, żeby tego po sobie nie pokazać. 

- Miejmy nadzieję - drażnił się z nią Wasilij, wy­

skakując na brzeg. Jego pomocnik stał milczący na 
pokładzie. - Rybacy wypływają w tych łodziach na 

połowy - uspokoił Raiję. - Dalej niż my się dziś wy­
bieramy. Od tych łodzi zależy ich życie. 

- Wygląda, jakby została zszyta z kawałków - za­

uważyła Raija. 

Spostrzeżenie okazało się całkiem trafne - przy bu­

dowie małych rosyjskich łodzi nie używano zbyt wie­
lu gwoździ, ale mimo to były bardzo trwałe. 

- Obiecuję ci, że dopłyniemy - zapewnił Wasilij. 
Raija nie pytała, czy łódź wytrzyma również po­

wrotną drogę, ponieważ nie wiedziała, czy wróci. 

- Czy kobieta, która zajęła się dziećmi, wie, dokąd 

się wybierasz? 

Raija skinęła głową. 
- Jak zareagowała? 

background image

- Uważa, że słusznie robię - odparła Raija. - Mi­

mo to prosiła, żebym została. 

- Chyba tylko druga kobieta jest w stanie cię po­

jąć - mruknął Wasilij pod nosem. 

- Jest żoną, matką, siostrą. Rozumie, że tu chodzi 

o ludzkie życie, a ludzkie życie jest święte - rzekła 

Raija z przekonaniem. 

- Gdyby kobiety mogły być kapłanami, doskonale 

byś się nadawała - stwierdził Wasilij z krzywym 

uśmiechem. 

Wyciągnął ku niej niezupełnie czystą dłoń. Nie 

chwycił jej za rękę, czekał, aż sama się przytrzyma. 

- Jesteś gotowa? - spytał. 

Raija napotkała spojrzenie oczu, które barwą przy­

pominały morze. Ścisnęła palce Wasilija. Wiedziała, 

że przy nim jest bezpieczna. 

- Nie patrz w wodę, kiedy będziesz wchodziła na 

pokład - ostrzegł. - I nie wpadaj w panikę, żeby nie 

rozkołysać łodzi. To nie ciężki statek, moja miła, ta 

żaglówka zachowuje się na falach raczej jak skorup­

ka jajka. 

- Masz niezwykły dar uspokajania - rzuciła sucho, 

lecz zamknęła oczy i zdała się na Wasilija. Pozwoli­

ła, by pomógł jej wsiąść do tej skorupki, o którą się 

postarał. Dała się prowadzić niczym ślepiec. 

Przerażona poczuła, że nagle cały świat się prze­

krzywia. Szeroko otworzyła oczy. Przestała panować 

nad sobą. Zachwiała się, zrobiło jej się słabo. Zatoczy­

ła się i odruchowo wczepiła palce w kurtkę Wasilija. 

Poczuła ciało pod grubym, wełnianym materiałem. 

Wasilij objął ją na moment. Usłyszała jego przy­

spieszony oddech. 

background image

Po chwili zdecydowanie odsunął ją od siebie, jak­

by wolał zachować bezpieczną odległość. 

- Spokojnie - powiedział cicho. - Nie trać głowy! 

Musisz usiąść... 

Usłuchała. Było jej niedobrze. Miała ochotę zwy­

miotować, ale na szczęście przez cały dzień ze zde­
nerwowania prawie nic nie jadła. 

Kiedy usiadła, poczuła się trochę lepiej. Zadrżała 

z zimna, choć ubrała się ciepło - odgadła intencje Wa­
silija, zrozumiała, że kiedy się żegnał z Olegiem, mó­
wił do niej. 

Być może powinna była włożyć spodnie, ubrać się 

jak mężczyzna, ale coś ją przed tym powstrzymało. 

Szczelniej otuliła się podszytą futrem, czarną pele­

ryną, cała się w niej ukryła. Pożyczyła ją od Toni, bo 
nie miała już swojej, tej, którą pamiętali marynarze 

z „Sankt Nikołaja". Jej własna peleryna była tak 
zniszczona, że nie chroniła już przed chłodem. W do­
datku rozdarła się i Raija uznała, że nie ma sensu jej 
łatać. Kupiła sobie niebieski płaszcz. 

Jednak zapamiętano ją w czarnej pelerynie. Sama 

nie potrafiła przywołać w pamięci żadnych obrazów 
z tamtego czasu. To, co się wydarzyło na pokładzie 
„Sankt Nikołaja", brzmiało jak bajka. 

Być może teraz, kiedy znowu znajdzie się na statku 

w roli miłosiernego Samarytanina, coś sobie przypomni? 

Nie wiedziała, czy będzie w stanie pomóc, ale mu­

si przynajmniej spróbować. Marynarze pokładali 

w niej nadzieję, prosili, by przypłynęła. 

Widziała, jak Wasilij odwiązał cumę, jak wiosłuje, 

by odbić trochę od nabrzeża. Dopiero w pewnej od­
ległości od brzegu mogli rozwinąć żagiel. Raija mia-

background image

la nadzieję, że wiatr jest wystarczająco silny i że szyb­

ko znajdą się u celu. Nie wiedziała, co ją tam czeka, 

ale pragnęła już być na miejscu. 

- Kto to jest? - spytała Wasilija, kiedy przekazał 

wiosła swemu pomocnikowi i podszedł do niej, trzy­

mając w ręku czerpak. 

- Można na nim polegać - odparł, siadając w kuc­

ki. Przesunął dłońmi po pokładzie. Z zadowoleniem 

stwierdził, że łódź nie nabiera zbyt szybko wody. 

Czerpak na razie nie będzie potrzebny. 

Jeszcze nie. 

- To jeden z tych, którzy znaleźli się na czarnej li­

ście. Obiecałem mu zapłatę. 

Raija skinęła głową. 

- Jewgienij doda też jakiś grosz od siebie - zapew­

niła, jakby przewidziała wszystkie ewentualności. 

Wasilij usiadł obok. 

- Spotkasz się na „Antonii" z Walentinem - rzekł. -

Chciałbym cię na to przygotować. 

- Czy to on zamierza przejąć dowodzenie na statku? 

Wasilij skinął ponuro. Jego twarz pociemniała, spu­

ścił wzrok. Przez chwilę zastanawiał się, w jaki spo­

sób opisać tego mężczyznę, którego uważał za najnie­

bezpieczniejszego spośród zbuntowanych marynarzy. 

- Uważam, że Walentinowi na pewno uda się odebrać 

kapitanowi władzę, ponieważ jest urodzonym przywód­

cą, a przy tym posiada niezwykły dar przekonywania. 

Ale jest także jednym z najbardziej bezwzględnych lu­

dzi, jakich znam, a wierz mi, spotkałem już bardzo wie­

lu. - Wasilij wciągnął powietrze. - Jako pierwszy przy­

wita cię na pokładzie, mogę cię o tym zapewnić. I jest 

chyba jedynym spośród załogi, przed którym musisz się 

background image

mieć na baczności. Którego naprawdę musisz się oba­

wiać, ponieważ ten człowiek jest nieobliczalny™ 

- Znasz go dobrze? - spytała Rai ja. 
Wasilij zamilkł. 
- Znam go od dziecka - rzekł i spojrzał jej w oczy. -

Walentin jest moim stryjecznym bratem. Często bywa­
liśmy u siebie domu. Zycie i jego nie rozpieszczało. Bie­
da sprawiła, że stałem się zgorzkniały, ale nie straciłem 
do reszty człowieczeństwa. Walentin natomiast wcale 
nie przejmuje się innymi. Możesz mi wierzyć lub nie, 
ale to człowiek bez serca. 

- Myślisz, że go rozpoznam? 
Wasilij skinął głową. 
- Niezależnie od tego, czy przejął dowództwo na 

pokładzie, czy nie, będzie się wyróżniał spośród po­
zostałych. Jest do mnie bardzo podobny. Ma tylko 
nieco jaśniejsze włosy i trochę więcej lat. 

Wasilij uśmiechnął się smutno, przywołując odleg­

łe wspomnienie. 

- Ludzie nie wierzyli własnym oczom, kiedy wi­

dzieli mnie i Walerija razem jako dzieci. Ale kiedy 
obok pojawiał się jeszcze Walentin, wielu sądziło, że 

wypiło zbyt dużo... 

Wciągnął powietrze. Patrzył przez chwilę na Raiję. 

Wystraszyła się tego, co odczytała w jego twarzy, jed­
nak nie umknęła wzrokiem. 

- Gdyby istniało jakieś inne rozwiązanie - rzekł cięż­

ko Wasilij - wybrałbym je bez wahania. Pamiętaj o tym. 
Gdyby istniała inna możliwość, nigdy, przenigdy nie po­
płynąłbym z tobą, nawet gdybyś błagała mnie na kola­
nach. Jednak sądzę, że w ten sposób uda się nam coś 
osiągnąć. Muszę wierzyć, że Walentin cię nie skrzywdzi. 

background image

Raija zamrugała. Zapiekły ją oczy. Trzęsła się z zim­

na - wiatr przenikał przez wszystkie warstwy ubrania, 

nie pytał o pozwolenie. 

- Będzie się przechwalał, że zabił - mówił dalej Wa­

silij, nie spuszczając z Raiji wzroku. Zaciskał dłonie 

na rączce czerpaka, jakby miał zamiar ją złamać. -

I wcale nie dlatego, żeby udawać śmiałka. Naprawdę 

popełnił morderstwo. Zdołał jednak uniknąć kary, 

ponieważ niczego mu nie udowodniono. Wałentin 

jest wyjątkowo brutalny, gdy sobie wypije, ale i bez 

tego potrafi uderzyć. Kiedy bije, jego oczy stają się 

niebezpiecznie zimne. Ogarnia go gniew, ale wie, co 

robi, nie traci panowania nad sobą. Chełpi się swoją 

siłą. Nie prosi o wybaczenie, kiedy uderzy, ponieważ 

nigdy nie uważa, że zrobił coś złego... 

- Co za miły człowiek - mruknęła Raija. 

Nie chciała, by słowa Wasilija napełniły ją lękiem 

i odwiodły od podjętej decyzji, jednak ogarnął ją 

strach. Zadrżała na samą myśl o Walentinie. 

- To też - rzekł smutno Wasilij, jakby nie dosłyszał 

drwiny w jej głosie i nie zrozumiał ponurego żartu. Je­

go wzrok rzadko bywał równie poważny. - Wałentin 

potrafi również być uroczym człowiekiem. Bywa tak 

uroczy, że gdyby chciał, zdołałby oszukać samego świę­

tego Piotra i przekonał, by ten wpuścił go do nieba. Jed­

nak tuż pod warstwą wdzięku, który błyszczy i oślepia, 

tkwi zło. Wałentin sam decyduje o tym, kiedy wydobyć 

je na światło dzienne. Zawsze sięga po nie świadomie. 

- Nikt nie jest aż tak zły - zauważyła Raija. 

- Wałentin jest - odparł Wasilij. - Jeśli przyjąć, że 

zło jest czarne, a dobro białe, to większość z nas jest 

szara. Nigdy nie spotkałem nikogo, kto byłby czysty 

background image

jak lilia, nawet jednego kryształowego człowieka, nikt 
nie jest tak dobry. Ludzie są przeważnie tacy jak ja: bar­
dziej lub mniej szarzy. Również pani nie jest nieskazi­
telnie biała, pani Bykowa. Ma pani jeden z jaśniejszych 
odcieni szarości, jednak nie jest pani jak świeży śnieg... 

Ale znam człowieka, który jest zły jak sam diabeł. 

Raija musiała się uśmiechnąć. 
- To zapewne on? 
- Walentin - przyznał Wasilij ponuro. - Mam na­

dzieję, że nie będziesz go prowokować. - Zamilkł na 
długo, zanim dodał: - Obawiam się, że potraktuje 
twoją obecność jak wyzwanie. 

- Mam nóż ukryty pod spódnicą - wyznała Raija. -

Nie zawaham się go użyć. 

- Nie jestem wcale pewien, czy zdążysz - ostrzegł 

Wasilij. 

- Czyżbyś sądził, że Walentin będzie chciał mnie 

zgwałcić? 

Wasilij odwrócił się. Raija nie mogła zobaczyć, jak 

z bezsilności mocno zacisnął palce na rączce czerpa­
ka, usłyszała tylko trzask drewna. 

- Ciężko mi to przyznać, ale muszę cię ostrzec - po­

twierdził. - On jest zdolny do wszystkiego. Nie pomo­
że nawet to, że jesteś żoną właściciela. Wręcz przeciw­
nie, Walentin potraktuje cię jak pikantną przyprawę, 
której jeszcze nie próbował. Nie sądzę, by chciał cię 
zabić, ale boję się, że mógłby... 

- Mimo to pozwalasz mi tam popłynąć? 
- Znam dobrze ludzi na pokładzie - odparł z wes­

tchnieniem. - Znam ich żony, dzieci. W Archangiel-
sku przybyłoby wiele mogił, gdybyśmy musieli ich 

wszystkich pochować... 

background image

- To prawda - przyznała Raija. - Dobrze, że przy­

najmniej jesteś ze mną szczery, Wasilij. Nietrudno 

byłoby przemilczeć prawdę o Walentinie. 

- Tak, mógłbym ci tego nie mówić - przyznał. -

Ale nie potrafiłem. 

Świtało, kiedy dotarli do statków. Nawet o tak 

wczesnej porze morze i niebo barwiły się wieloma 

kolorami. 

Zanosiło się na słoneczny dzień, choć zwiastuny 

mogły okazać się złudne. 

Niebo było krwistoczerwone, a czerwieniące się 

poranki oznaczały zwykle płaczące wieczory. 

Wasilij łudził się nadzieją, że barwa nieba nie zapo­

wiada rozlewu krwi. Odsunął od siebie tę myśl. Do ta­

kich znaków przywiązywano może wagę w dawnych 

czasach, ale on nie wierzył ani w bogów, ani w diabły. 

Ranek był czerwony i tyle. Więcej na ten temat nie 

można powiedzieć. Słońce wydawało się białe w sa­

mym sercu, ale chętnie rozdawało najcieplejsze, naj­

gorętsze pocałunki marszczącemu się morzu. A niebo 

bez cienia wstydu wykradało czerwień. Przystrajało 

się w nią, skrywało się w niej. Tylko kilka płynących 

obłoków zachowało swą białą barwę, jedynie na po­

strzępionych brzegach lekko się zaróżowiły. Delikat­

ne koronki znikające w ciągu dnia. 

Raija i Wasilij nie widzieli już lądu, skrywał się za ho­

ryzontem, niezależnie od tego, w którą zwrócili się stro­

nę. To napawało lękiem. Człowiek wydawał się taki sa­

motny. Morze i niebo czyniły wszystko, by go oszukać, 

by kazać mu wierzyć, że nic poza tym nie istnieje, by 

wywołać wrażenie, że ląd jest tylko wymysłem. 

background image

-Jak znajdziesz drogę? - spytała Raija, przytłoczo­

na bezkresną wodną przestrzenią. Bała się, lecz jed­
nocześnie zachwycała wspaniałym widokiem. 

- Bądź spokojna, trafię - rzekł Wasilij z uśmie­

chem. Widać, że był zmęczony, ale jego oczy pozo­
stały czujne. - W nocy drogę pokazują nam gwiazdy. 
Mamy też specjalne przyrządy. To żadne czary, nic 
niezwykłego. 

- Ja bym tu zginęła - wyznała. 
- Nie wszyscy są stworzeni do życia na morzu -

odparł, powtarzając ogólnie znaną prawdę.  - J a zosta­
łem do tego stworzony. 

Po jakimś czasie wyraźnie ujrzeli oba statki stoją­

ce na kotwicy. Mogli je od siebie rozróżnić. Dostrze­
gli sylwetki marynarzy na pokładzie. 

Wszyscy troje płynący niewielką łupiną wiedzieli, 

że czas już upłynął, że tego dnia „Antonia" i „Raija" 

wyjdą na spotkanie nowemu losowi. 

Ani Raija, ani Wasilij nie wierzyli, by Olegowi udało 

się dojść do porozumienia z buntownikami. Z piratami. 

Raija wolała nazywać ich buntownikami. 
Określenie to wydawało się jej odrobinę mniej do­

sadne. Uważała, że buntownikami mogą stać się 
uczciwi, szarzy ludzie, których boi, gorycz, nędza po­
pchnęły do ostateczności. 

Po drodze nie spotkali frachtowca. Niemożliwe, 

by aż tak bardzo go wyprzedzili - stateczek Olega 
miał więcej żagli, szybciej się poruszał. Chociaż Wa­
silij zapewnił Raiję, że obrał o wiele krótszy kurs, że 
popłynęli bliżej lądu, wiatr im sprzyjał i dzięki temu 

osiągnęli dobrą prędkość, nie sądziła, by dotarli 
wcześniej niż frachtowiec Olega. 

background image

- Gdzie jest Oleg? - spytała. Bała się o niego. Czu­

ła, że być może pomyliła się co do marynarzy. Ogar­

nął ją strach, pomyślała, że mogli zrobić mężowi To­

ni coś złego, zranić go, zabić... 

Zagarnęli dwa statki, dlaczego nie mieliby przejąć 

również trzeciego... 

- Zakotwiczył w zacisznym miejscu, między „Raiją" 

i „Antonią" - odparł Wasilij głosem tak spokojnym, 

jakby nie istniały żadne powody do obaw, jakby sam 

wcale się nie bał. Jednak Raija zauważyła, że jeden je­

go policzek drgał. Dostrzegła, jak czujne są jego oczy, 

jak zdecydowanie zacisnął usta, zagryzł zęby, mocno 

chwycił za burtę łodzi. - Nie musisz się obawiać o Ole-

ga - uspokoił Raiję, unikając jej wzroku. Nie patrzył 

na nią. Odkąd zrobiło się widno, odwracał wzrok. Za 

wszelką cenę starał się nie napotkać jej spojrzenia. Za­

jął się wiosłowaniem, zdawał się tym całkiem pochło­

nięty. Wydawał polecenia ostrym tonem. 

Raija nie brała sobie tego do serca, w każdym ra­

zie nie chciała. 

Nie mogła przecież nazwać Wasilija przyjacielem. 

- Na frachtowcu mają broń. 
- Kłamiesz! - Raija chciała wstać, lecz przypomnia­

ła sobie, że grozi to wywróceniem łódki, i została na 

miejscu. Uniosła tylko jak najwyżej głowę, by lepiej 

widzieć statki. Starała się też dojrzeć łódź Olega. 

- Stąd zobaczysz tylko maszt - oznajmił Wasilij 

obojętnym tonem. - Oleg nie jest głupcem - mówił 

dalej. - Byłoby naiwnością nie przygotować się na 

atak ze strony buntowników i wyruszyć zupełnie bez 

zabezpieczenia. Jednak Oleg nigdy pierwszy nie użył­

by siły. Nie jest taki. Właściwie bardzo różni się od 

background image

innych armatorów. Bardziej mi przypomina zwykłe­

go marynarza. 

Raija pomyślała, że Wasilij dobrze zna Olega. 
Nie odezwała się więcej, dopóki nie zbliżyli się do 

statków. Teraz mogli zobaczyć wszystkie trzy. 

Wasilij wmanewrował między frachtowiec a „Anto­

nię". Statek wznosił się obok niczym skała wystająca 

z morza. Przestrzeń dzieląca go od ich skorupki wy­
dawała się nieskończona. 

Raija wiedziała, że musi ją pokonać. 
Zauważono ich. Na „Antonii" wzdłuż burty zgro­

madzili się mężczyźni. 

Raija pochyliła głowę i splotła dłonie. Modliła się 

w duchu, jednak sama nie była pewna, do kogo kie­

ruje swe prośby. 

- Możesz pomodlić się do świętego Mikołaja, by miał 

cię w swej opiece - rzekł Wasilij. W jego słowach moż­
na by się doszukać odrobiny czułości, jednak Raija te­
go nie zauważyła, ledwie dosłyszała, co powiedział. 

- Do diabła, kobieto! Nie wolno ci się do tego mie­

szać! 

Raija spojrzała w górę. 
Zobaczyła twarz Olega - jasną plamę pod ciemny­

mi włosami. Nie potrafiła rozróżnić poszczególnych 
rysów, ponieważ fale rzucały jej łódką mocniej niż 
dużo cięższym frachtowcem, który kołysał się w zu­
pełnie innym rytmie. 

- To, co chcesz zrobić, to samobójstwo! - wrzesz­

czał Oleg. Raija bez trudu się zorientowała, że jest 

wściekły. On również na pewno się bał. Miała nadzie­

ję, że nikt poza nią tego nie spostrzegł. 

- Co my tu mamy? - rozległ się dużo bliżej jakiś 

background image

inny głos, dochodzący ze statku. - Właściciel powia­
domił nas, że nie mamy co liczyć na pomoc dla na­
szych rannych ani na jakikolwiek inny przejaw lito­
ści. Czyżby się mylił? 

- Raija! Prędzej cię zastrzelę, niż pozwolę ci wejść 

na pokład! - krzyknął Oleg. 

Raija wstała. Omal nie upadła, lecz na szczęście 

Wasilij był obok i ją podtrzymał. 

N a d nimi rozległ się śmiech. 
Raiji zrobiło się niedobrze. 
- Pomyliliśmy się co do Wasilija! - zawołał któryś 

z marynarzy. - Przywiózł nam zakładnika pierwszej 
klasy! Wasilij, chodź do nas! Bierz ze sobą kobietę 
i właź na pokład! 

Zrzucili sznurową drabinkę. 

Raija usłyszała, jak drabinka uderza o burtę stat­

ku, zobaczyła, jak jej koniec zanurza się w wodzie, 
jak fale kołyszą nią tam i z powrotem. 

Miała wejść na górę po chybotliwych szczebelkach. 
Przełknęła. 
Wasilij mocno chwycił ją za łokieć. Stał blisko, do­

dawał otuchy. Gdyby Raija nie słyszała jego oddechu, 
dałaby się zwieść i mogłaby pomyśleć, że jest całkiem 
spokojny. Że mu wszystko jedno. 

Teraz wiedziała lepiej. 
Wasilij grał dobrze swą rolę. Oszukał nawet tych, 

którzy sądzili, że go dobrze znają. Przede wszystkim zaś 
starał się przechytrzyć kogoś, kto kiedyś był mu bliski 

Raija domyśliła się, że miękki jak jedwab głos, któ­

ry doszedł ją przed chwilą znad burty „Antonii", to 
głos Walentina. 

Nie spojrzała w górę. Nie poznała jeszcze jego twa-

background image

rzy. W końcu będzie jednak musiała spotkać się z tym 

człowiekiem. Zmierzyć z nim swe siły i odwagę. Mu­

siała wierzyć, że jest od niego silniejsza. 

Bała się. Miała sucho w ustach i drżała z zimna, ale 

przecież nie przypłynęła tu po to, żeby zdradzić się 

ze swą słabością. 

Powoli podniosła wzrok. Przełknęła kilka razy, by 

się upewnić, że wydobędzie z krtani głos. 

- Słyszałam, że ktoś mnie tu potrzebuje! - krzyk­

nęła. - Słyszałam też, że moje przybycie oznacza dla 

nas trzy dodatkowe dni! 

- Pewnie, że trzeba nam tu kobiet! - usłyszała w od­

powiedzi. - Czujemy się zaszczyceni, że żona właści­

ciela chce się z nami zabawić. 

Nowa salwa śmiechu. 

Raiję ogarnęła złość. 

Myśleli pewnie, że ją upokorzyli, ale mylili się. Czu­

ła się silna. Czuła, że owa siła płynęła z jej wnętrza. Po­

czuła gorąco aż po czubki palców, po cebulki włosów. 

Zawrzało w niej, odniosła wrażenie, że cała płonie. 

Na policzki wystąpiły jej rumieńce, a oczy stały się 

czarnymi, rozżarzonymi węgielkami. Wokół całej po­

staci pojawiła się dziwna jasność - niesamowita, nie­

ziemska. 

- Czy któryś z was był na „Sankt Nikołaju"? - spy­

tała. Nie starała się podnosić głosu, lecz mimo to ją 

słyszeli. 

- Jest wiele „Sankt Nikołajów" - odparł ów mięk­

ki głos, przed którym musiała się mieć na baczności. 

Rai ja zobaczyła teraz Walentina wyraźnie. Poczu­

ła się tak, jakby otrzymała silny cios. Zaparło jej dech. 

Gdyby Wasilij nie stał obok i jej nie podtrzymywał, 

background image

pomyślałaby, że ów mężczyzna na pokładzie to wła­
śnie on. 

Tak byli podobni. 
Niebezpieczny buntownik miał już twarz. 
- Widzieliście, jak zagrodziłam drogę śmierci? -

spytała, ignorując Walentina. 

Nie dobierała słów, po prostu padły. Przez krótką 

chwilę Rai ja bardziej obawiała się samej siebie niż 

Walentina - tego, co sama zrobi, a nie tego, co jemu 

może przyjść do głowy. 

- Pamiętamy - odezwał się ktoś cicho. Rai ja nie po­

trafiła odgadnąć, kto to powiedział, ponieważ całą 
swą uwagę kierowała ku mężczyźnie, który teraz 
przewodził na statku. 

- Nie zdobyłeś „Antonii" bez użycia przemocy -

rzekła, zwracając się do Walentina, dając do zrozu­
mienia, że wie więcej, niż było w istocie, jakby mog­
ła jakimś cudem zobaczyć wszystko, co wydarzyło się 
na pokładzie. 

Nic nie zaszkodzi, jeśli buntownicy poczują się 

trochę niepewnie, choć właściwie nie sądziła, by uda­
ło jej się wprawić ich przywódcę w zakłopotanie. Za 
to reszta załogi z pewnością wierzyła w zabobony. 

Raija uznała więc, że może to wykorzystać. 
- Jestem kobietą w czarnej pelerynie. To mnie 

udało się dokonać tego, co nie udało się nikomu na 
„Sankt Nikołaju". Beze mnie Jewgienij utonąłby we 

własnej krwi, otoczony swymi dzielnymi towarzy­
szami. 

Teraz przypomniała sobie Jewgienija i krew. Przy­

pomniała sobie pokład i stopy zgromadzonych wo­
kół marynarzy. Ujrzała wyraźnie czarne poły swego 

background image

okrycia, jak wtedy kiedy uklęknęła obok rannego. 

Wydało jej się, że czuje na rękach krew... 

Przeżyła to naprawdę. 

Przypomniała sobie. 

- Mogę uratować twoich rannych - powiedziała 

z pewnością siebie, która wprost z niej emanowała. 

Ranek pojaśniał, ale niebo pozostało czerwone. 
Raija stała w swej czarnej pelerynie na tle owej 

czerwieni, drobna i wyprostowana. Wasilij podtrzy­

mywał ją, ale ludzie jakby go nie dostrzegali. 

Zapomnieli niemal o tym, że Raija jest żoną Jew­

gienija Bykowa, współwłaściciela statków. 

Dla nich była niezwykłą kobietą w czarnej pelerynie. 

Czarne włosy falowały na wietrze. To sprawiało, 

że wydawała się jeszcze bardziej nieziemska. 

Patrząc na nią, można by naprawdę uwierzyć, że 

została zesłana przez niebiosa i jest w stanie dokonać 

cudu. 

Podmuchy wiatru wdzierały się pod ubranie, ostu­

dziły falę gorąca. Raija nieporuszona czekała na od­

powiedź Walentina. 

- Nie wolno ci, Raija! - krzyczał Oleg. - Czy nie 

masz za grosz rozsądku? Pamiętaj o dziecku, Raija! 

Odwróciła się na krótko. Odnalazła spojrzeniem 

oczy przyjaciela, popatrzyła na niego, lecz nie ode­

zwała się ani słowem. 

Oleg stanął plecami do statku i do niej. Bezsilny 

ukrył twarz w dłoniach. 

- Za to, że ją sprowadziłeś, zasłużyłeś na wybacze­

nie, Wasilij - rozległ się z góry głos. - Możesz wrócić 

na pokład. 

- Ta kobieta prosi o trzy dodatkowe dni - rzekł 

background image

Wasilij. - Wiem, że to nie ty złożyłeś taką obietnicę, 
Walentin, ale co ci szkodzi się na to zgodzić? 

- Czy mi się zdaje, czy ten chłopak nadal trzyma 

stronę właścicieli? Jesteś z nimi czy z nami, Waśka? 

Walentin chciał ubliżyć Wasilijowi, zwracając się 

do niego w sposób, w jaki wabi się zwierzęta. 

Wasilij nawet nie drgnął. 
- Trzy dni - powiedział. - Albo będziesz musiał wy­

prawić swoim rannym mokre pogrzeby. 

- Jurków! - krzyknął Walentin. - Słyszysz mnie, 

Jurków? 

Oleg odwrócił się powoli w stronę własnego stat­

ku, w stronę mężczyzny, którego sam na nim zatrud­
nił. Zastanawiał się, czy jest bliźniaczym bratem Wa­
silija. Byli tak podobni, że można by ich pomylić. 

- Kupiła wam trzy dni, ale żądania pozostają te sa­

me. Jeżeli ich nie spełnicie, pamiętajcie, że ją mamy. 

- Ani się ważcie ją ruszyć! - zagroził Oleg. 
Odpowiedział mu szyderczy śmiech. 

Pomocnik Wasilija podpłynął łodzią bliżej statku. 

Wasilij stał obok Raiji. 

- Mogę pójść z tobą - zaproponował cicho. Rai ja 

napotkała jego wzrok. Wiedziała, że ma dobre inten­
cje, że chce ją chronić. Uważał, że spoczywa na nim 
odpowiedzialność nie tylko dlatego, że Walentin jest 
jego krewnym. - Pozwolą mi wejść na pokład. 

Potrząsnęła głową. 

- Walentin bez wahania mógłby się ciebie pozbyć 

na zawsze. Sam mówiłeś, że jest bezwzględny. 

- Na nikogo nie będziesz mogła liczyć. 

Skinęła głową. Zdawała sobie z tego sprawę. Mimo 

że na pokładzie było kilku marynarzy z „Sankt Ni-

background image

kołaja", nie mogła się spodziewać, że zechcą stanąć 

w jej obronie. 

Będzie zdana tylko na siebie. 

Ale czuła się dziwnie silna, pokrzepiona świado­

mością, że uratowała życie Jewgienija. Do tej pory za­

wsze trochę w to powątpiewała. Teraz wreszcie przy­
pomniała sobie tamte wydarzenia i stały się jej włas­

nym wspomnieniem. 

Zdała sobie sprawę, że posiada coś niezwykłego, ja­

kąś przedziwną siłę, która i teraz się ujawniła. 

Zamierzała wziąć udział w tej niebezpiecznej grze. 
- Muszę iść sama - zdecydowała. 

Wasilij przytrzymywał ją, póki się nie upewnił, że 

mocno chwyciła drabinkę. 

Raija zamknęła oczy. Słyszała pod sobą morze. Za­

częła się wspinać. 

Kiedy dotknęła brzegu burty, złapały ją czyjeś silne 

ręce. Podniosła wzrok i zajrzała w twarz tak bardzo 
przypominającą twarz Wasilija, że przeszył ją dreszcz. 

- Witamy na pokładzie, Bykowa - rozległ się już jej 

znany miękki głos. - Jestem Walentin. Ja tu rządzę. 

background image

- No to kupiłaś im trzy dni - rzekł, mrużąc niebie-

skozielone oczy. 

Brwi miał trochę ciemniejsze niż czuprynę, podob­

nie jak Wasilij. Trochę dłuższe włosy, może odrobi­
nę jaśniejsze. Bardziej ostre i wyraziste rysy. Bruzdy 
na twarzy wyraźniej zaznaczone, choć nie mógł być 

wiele starszy od swego kuzyna. 

- Dlaczego? - spytał. 
Zaprowadził Raiję do kapitańskiej kajuty. 
Z największą oczywistością zasiadł na krześle do­

wódcy. Cały czas towarzyszyło mu dwóch ludzi. 

- Macie rannych na pokładzie - odparła. - Chcia­

łabym do nich zajrzeć. 

Walentin roześmiał się. 
Inaczej niż Wasilij. Ten śmiech napełniał przeraże­

niem. 

- Nic ze sobą nie zabrałaś - rzekł z niedowierzaniem. 
Odchylił się do tyłu na krześle i mierzył ją wzrokiem. 

Starał się, by to zauważyła. Chciał, by poczuła się nie­
swojo, chciał zademonstrować, kto tu ma władzę. 

Tego akurat nie musiał jej tłumaczyć. Od razu też 

dostrzegła, że posiadanie władzy wprost go upaja. 

Lubił, gdy innych przenikał dreszcz strachu, kiedy do 

nich mówił, kiedy przeszywał ich surowym wzrokiem. 

Tak działo się i teraz. Rai ja nie czuła się zbyt pew-

background image

nie, nie chciała jednak tego po sobie pokazać. Poza tym 
odkryła w sobie siłę, o której dotąd nie wiedziała. 

Przez moment pomyślała o swoich niezwykłych 

podróżach w marzeniach. Tak właśnie je nazywała od 
czasu, kiedy Tonią po raz pierwszy określiła te dziw­
ne stany mianem podróży. Wydawały się przez to 
mniej niebezpieczne. 

Wtedy też posiadała tę siłę. 
Wyprawy były może bardziej rzeczywiste, niż by 

chciała. Może też coś po sobie pozostawiły na takie 
chwile jak ta. 

- Dlaczegóż to żona Bykowa zaszczyca nas swą wi­

zytą? - powtórzył Walentin. - Wybacz, ale wprost nie 
mogę uwierzyć, że robisz to z troski o moich ludzi, 
o załogę statku. Dlaczego przypłynęłaś z moim kuzy­
nem? Co cię z nim łączy? Czy jest twoim kochankiem? 

Wąskie oczy zwęziły się jeszcze bardziej. 
- Był jedynym, który zgodził się mnie tu przywieźć -

odparła Rai ja oburzona. - Nie potrafię dobrze pływać. 

- Masz cięty język. - Walentin potarł ręką brodę. 

Raija zauważyła, że jego palce i dłonie są szczuplej­
sze niż Wasilija. - Co dzięki temu zyskasz, Bykowa? 

Mówił ze śmiechem i drwiną w głosie, z budzącym 

lęk zadowoleniem na twarzy. Ponieważ była niczym 
ptak w klatce, ponieważ miał ją w swej władzy. 

- Na lądzie zostały kobiety - rzekła podnosząc gło­

wę. Nie bała się patrzeć Walentinowi w oczy, nie są­

dziła, by coś jej zagrażało. Przynajmniej nie przed 
upływem trzech dni. Zacznie się bać, jeżeli po tym 
czasie Oleg nie wróci z wiadomościami, które zado­

wolą tego człowieka. Ale na razie była pewna, że jej 

życie jest bezpieczne. - Dzieci. Jeżeli wam się nie uda, 

background image

zapłacą za to kobiety i dzieci. Pomyślałeś o tym? 

Nie odpowiedział. Tylko się uśmiechnął. Wygląda­

ło, jakby sytuacja naprawdę go bawiła. 

- Może właśnie o nich myślę. 
Raija nie odezwała się więcej, nie zamierzała się 

wysilać, by go przekonać. Nic nie szkodzi, że patrzy 

na nią z niedowierzaniem, niech nawet podejrzewa, 
że coś knuje. 

- Twoja troska o nieco gorzej sytuowanych jest 

wzruszająca, Bykowa. 

Nie pytał o nic więcej. Po prostu wstał, równie lek­

ko i zwinnie jak Wasilij. Nietrudno było dopatrzyć 
się podobieństw między kuzynami. 

Niewiele brakowało, a dałaby mu się zwieść. Raija 

dziękowała w duchu Wasilijowi, że ją ostrzegł. Wa-
lentin był tak bardzo podobny do Wasilija, że z ła­
twością przypisałaby mu te same cechy charakteru. 

To mogłoby okazać się groźne. 
- Chciałaś zajrzeć do naszych rannych - odezwał się. 
Raija wyczuła powątpiewanie w głosie Walentina, 

ale brzmiało w nim także wyzwanie. 

- Proszę bardzo. Mam nadzieję, że na coś się przy­

dasz i że naprawdę czegoś dokonasz. Krążą o tobie róż­
ne pogłoski. Jeśli wierzyć tym, którzy płynęli wtedy na 
„Sankt Nikołaju" i zapamiętali cię niemal jako Matkę 
Boską. Mam nadzieję być świadkiem jakiegoś cudu. 
Może dzięki temu stanę się pobożnym człowiekiem? 

Roześmiał się. 
Raija poszła za nim wzdłuż burty. Słyszała za so­

bą kroki dwóch ludzi Walentina. 

Dotarli na dolny pokład statku. Walentin podkrę­

cił lampy, żeby mogła lepiej widzieć. 

background image

Rai ja zadrżała. 

- Nie znalazłeś innego miejsca do ułożenia ran­

nych? - spytała, nie mogąc ukryć oburzenia. 

Wzruszył ramionami. W najmniejszym stopniu nie 

przejmował się opinią Raiji. 

W kubryku zawsze brakowało prześcieradeł 

i wszelkiego wyposażenia poza najbardziej niezbęd­
nym. Pomieszczenie dla załogi znajdowało się głębo­
ko pod górnym pokładem, w części pozbawionej do­
stępu światła dziennego. 

W kapitańskiej kajucie było przytulnie, mogła na­

wet przypominać dom. 

Kubryk w niczym nie przywodził na myśl domu, 

chyba że wnętrze najnędzniejszej z chat. Raija wie­
działa, że na statkach Olega i Jewgienija panują dużo 
lepsze warunki niż na większości innych jednostek. 
Wiedziała, że załodze żyje się lepiej. Lecz mimo to 
pomieszczenie dla marynarzy, które teraz ujrzała, 
uwłaczało ludzkiej godności. 

Raiję przeszedł dreszcz na myśl, że Walentin mógł 

ułożyć tu rannych, podczas gdy sam przeprowadził 
się do kajuty kapitana. To przecież jego towarzysze. 

Nie przeszkadzało mu, że ci biedacy leżą na 

zgrzebnych workach i drelichach wypchanych sia­
nem w wilgotnej i ciemnej norze. Nawet teraz, kiedy 
podkręcono lampy, musiała natężać wzrok, żeby co­
kolwiek zobaczyć. 

- Nie wstyd ci? - spytała. 
- To nie mój statek - odparł po prostu. - Powinnaś 

zadać to pytanie swemu mężowi, Bykowa. To jego po­

winnaś spytać, czy mu nie wstyd.  O t o co daje swojej 

załodze! Właśnie z tego żyjesz. Robi wrażenie, co? 

background image

Być może w pewnym stopniu miał prawo tak za­

pytać. 

- Ci ludzie są ranni! 

- Większość z nich i tak umrze - odparł lekko. -

Lepiej, że leżą tutaj, gdzie inni ich nie widzą, gdzie 

Jurków nie może zobaczyć, ilu ludzi straciliśmy. 

A więc tak to tłumaczył. 

Dlatego ranni przebywali w tym wilgotnym, ciem­

nym i zimnym pomieszczeniu. Nieszczęśnikom leżą­

cym w takim miejscu śmierć musi wydawać się wy­

bawieniem. 

- Czekamy na twoje cuda. Jeden niewielki mógłby 

sprawić, by tu pojaśniało, nie sądzisz? 

Raija nie zwracała na niego uwagi. Była poruszona 

do głębi. Nigdy by nie uwierzyła, że ktoś mógł tak 

traktować innych ludzi, a już zwłaszcza swoich 

współtowarzyszy. 

Nie mieściło się jej to w głowie. 

Ale czuła również wstyd. Postanowiła, że musi po­

rozmawiać z Jewgienijem i Olegiem. Pomieszczenie 

takie jak to nie nadaje się dla marynarzy. 

Uklęknęła przy jednym z rannych. Było ich tu chy­

ba tuzin. Może mniej, dokładnie nie liczyła. Kubryk 

wydawał się pełny. Marynarze leżeli ciasno jeden 

obok drugiego, zajmując całą podłogę. 

- Oni nie mogą tutaj zostać! - rzuciła, nie patrząc 

na Walentina. Powiedziała to w przypływie rozpaczy 

i nie chciała, by potraktował jej słowa jak rozkaz. 

Wiedziała, że nigdy nie pozwoliłby na to, by rozka­

zywała mu kobieta. A w każdym razie nie żona wła­

ściciela statku. - Ci ludzie tutaj umrą! 

- Staną się męczennikami, którzy oddali swe życie 

background image

za kolegów - odpowiedział tonem tak zimnym, że za­

drżała. 

Spojrzała na Walentina. Spokojnie wytrzymał jej 

wzrok, stał nieporuszony z rękami skrzyżowanymi 

na piersi. Sprawiał wrażenie całkowicie obojętnego 

i nie poczuwającego się do żadnej odpowiedzialności 

za rannych leżących na mokrej podłodze... 

Rai ja zrozumiała to w jednej chwili. 
Zamordowano kapitana „Raiji"... 

Bóg jeden wie, jaki los spotkał kapitana „Antonii". 

Walentin zdawał sobie sprawę, że buntownikom 

przyda się współczucie, gdy władze zechcą ich rozli­

czyć. Po drugiej stronie był już co najmniej jeden za­

bity. Kapitan „Raiji". 

Marynarze też potrzebowali zabitych. 

Potrzebowali męczenników. 

Dlatego ranni towarzysze Walentina leżeli właśnie 

tutaj. 

- Jak można stać się tak nieczułym? - spytała tylko. 

- Czy nigdy nie rozmawiałaś o tym z Wasilijem? -

odpowiedział pytaniem. Obrzucił spojrzeniem męż­

czyzn, nie odezwał się do nich ani słowem. - Chyba nie 

będę mógł obserwować twoich cudów... Zresztą nie­

ważne, jestem niewierzący. To może być nudne. Zostań 

tu i rób to, co do ciebie należy. Zapukaj, kiedy uznasz, 

że skończyłaś. Moi ludzie poczekają za drzwiami. 

Uśmiechnął się szeroko, ukazując białe zęby. Wa­

silij miał rację. Walentin potrafił również być uroczy. 

I potrafił to wykorzystać. 

Wyszedł, a jego dwaj ludzie jak cienie podążyli za 

nim. 

Rai ja usłyszała, że przekręca w zamku klucz. 

background image

Przepełniała ją złość i poczucie bezsilności. Zacis­

nęła pięści w fałdach spódnicy. 

Klęczała na podłodze, zamknięta z mężczyznami, 

których Walentin wyznaczył na męczenników. 
Z przerażeniem uświadomiła sobie, że mieli stać się 
bronią w walce, którą podjął, ale dopóki żyli, nie 
przedstawiali dla niego żadnej wartości. Potrzebował 
zabitych, wielu zabitych. 

Raija zastanawiała się, ilu marynarzy zamierzał po­

święcić, by zrównoważyć śmierć zamordowanego ka­
pitana. 

Chłopak leżący najbliżej był ciężko ranny. Jego ko­

szula przesiąknęła krwią w okolicy piersi, oczy miał 
jak ze szkła, jednak zachował przytomność. W tej 
zimnej norze lał się z niego pot, jego szczęki drżały. 

- Słuchaliśmy go - wykrztusił. 
W tych dwu słowach powiedział wszystko, zawarł 

całe rozczarowanie, złość i gorycz, które kierował nie 
tylko ku właścicielom statków. Zrozumiał, że Walen­
tin mimo wszystko nie był jednym z nich, a jedynie 

wykorzystał okazję, by upiec przy wspólnym ogniu 
własną pieczeń. 

Raija poprosiła rannego, by nic nie mówił. Wiedzia­

ła, że będzie potrzebował sił, żeby walczyć o życie. 
Musiała ściągnąć z chłopca koszulę, żeby go obejrzeć. 

Jęknął z bólu, zazgrzytał zębami. W oczach Raiji 

pojawiły się łzy. 

Młody marynarz miał ciętą ranę na piersi, a drugą, 

głębszą, w boku. 

Ktoś je przewiązał, a w każdym razie próbował. 

Raija zobaczyła, że nadal ciekła z nich krew. 

To cud, że chłopak zachował przytomność. Leżąc, 

background image

przyciskał rękoma głębszą ranę. Gdyby zemdlał, być 
może już by nie żył. Raija przełknęła ślinę. 

Bała się i jednocześnie czuła złość, ale starała się 

zapanować nad sobą. 

Rany były bardzo rozległe i chłopak stracił dużo 

krwi. Był przeraźliwie blady. 

Taki młody... 
Pewnie w domu czeka na niego matka, która za­

stanawia się, co się z nim dzieje, która się za niego 
modli. Jest chyba za młody, by mieć żonę. 

Raija potrzebowała czystej wody, materiału do 

opatrzenia ran, spirytusu do ich oczyszczenia, ognia... 

Szybko podniosła się na nogi. 

Zapukała do drzwi. 
Otworzył jej sam Walentin. Cały czas stał zatem 

za drzwiami, czekał, nasłuchiwał. 

Nie próbowała zrozumieć, dlaczego. 

- Masz dosyć? - spytał drwiąco. - Czy to zbyt silne 

wrażenia dla pani Bykowej? A może już dokonałaś cu­
du? Muszę przyznać, że nie trwało to zbyt długo. Chy­
ba nasz Pan ma dla ciebie szczególne względy. - Odsu­
nął się na bok. - Chodź, moja piękna, nie musisz dłużej 
tam tkwić, ale pamiętaj, że sama o to prosiłaś. 

Raija nie ruszyła się z miejsca. 
Boże, jak gardziła tym człowiekiem! Życzyła mu 

jak najgorzej. 

- Nigdzie się nie wybieram - rzekła stanowczo. -

Ci ludzie wymagają w równym stopniu opieki, co cu­
du. Potrzebna mi woda, materiał na bandaże. Pozbie­
raj jakieś koszule, prześcieradła, tylko czyste. Muszę 
dostać spirytus, nóż, ogień... 

- Duże masz potrzeby - zadrwił z uśmiechem na 

background image

ustach. - Chyba nie myślisz, że ci dam nóż i że po­
zwolę użyć ognia? 

- Walentin boi się kobiety! - odezwał się z trium­

fem ktoś z kubryka. 

Zaraz potem rozległ się krótki śmiech kilku innych 

rannych. 

- Boisz się kobiety? - powtórzyła Raija. Walentin 

wciąż się uśmiechał, lecz Raija nie miała pewności, co 
się za tym kryje. - Myślisz, że uda mi się dokonać te­
go, co nie udało się tylu mężczyznom? Myślisz, że Oleg 
mnie tu przysłał, bym cię zabiła? Albo podłożyła ogień? 

- Dostaniesz to, o co prosisz - odparł krótko. 
Zatrzasnął z powrotem drzwi tuż przed jej nosem, 

ale nie zamknął ich na klucz. 

Raija wiedziała, że chce ją wypróbować, pozosta­

wiając możliwość ucieczki. Jednocześnie czuła, że zy­

skała przychylność rannych marynarzy. Przyjęli ją 
z życzliwością. Chociaż była żoną armatora, była też 
ich ostatnią nadzieją. 

Zrozumieli, że Walentin ich już nie potrzebuje, że 

dla niego mogą tu choćby zgnić. 

Natomiast ona być może mogła uratować im ży­

cie. Odważyła się sprzeciwić temu łotrowi, chociaż 

wiele ryzykowała. 

Raija zdjęła pelerynę i okryła nią jednego z ran­

nych, który nie miał koca. Był tak osłabiony, że na­
wet tego nie zauważył. 

Nie wiedziała, czy uda się jej uratować tego czło­

wieka, ale przynajmniej nie pozwoli mu zmarznąć. 

- Dziękuję - odezwał się chłopak z ranami na pier­

si i w boku. Chwycił Raiję za rękę i uścisnął. - Masz 

wokół siebie światło - dodał i zamknął oczy. 

background image

Raija uznała, że ból i utrata krwi nie pozwalają mu 

odróżnić fantazji od rzeczywistości. 

Czuła, że wypełniło ją dziwne ciepło. Działała, nie 

zdając sobie sprawy z tego, co robi. 

Nikt z pozostałych rannych niczego nie zauważył. 

Ci, którzy leżeli najbliżej, nie mogli nawet podnieść 

głowy, by na nią spojrzeć. 

Pozornie nic się nie zmieniło, ale cuchnące stęchli-

zną ciasne pomieszczenie wypełnił niezwykły spokój. 

Momentami rannym udawało się odróżnić oddech 

Raij i od oddechów innych. Nic nie mówiła, ale czu­

li jej obecność. Przycisnęła dłonie do ran chłopca 

i stracił przytomność. Wreszcie odważył się złożyć 

swe życie w czyjeś ręce, odważył się uciec od prze­

szywającego bólu w zbawienną nieświadomość. Wy­

starczyło tylko zrobić krok. 

Kubryk nabrał nowego blasku, który mógł pocho­

dzić od światła lamp, ale przecież nie zostało w nich 

już wiele oleju, w niektórych płomyk chwiał się nie­

bezpiecznie, grożąc wygaśnięciem. 

Ów blask mógł pochodzić też od niej, kobiety 

w czarnej pelerynie. 

Nie rozumieli tego, nie chcieli rozumieć, nie chcie­

li się nawet nad tym zastanawiać. Czuli tylko ogrom­

ną wdzięczność i to, że przy niej są bezpieczni. 

Była młoda, młodsza niż większość z nich, ale mia­

ła w sobie coś takiego, co można znaleźć tylko u si­

wiejącej, starzejącej się matki. 

Żaden z rannych nie pływał na „Sankt Nikołaju". 

Na pokładzie z tamtej załogi pozostało też niewielu. 

Ale wszyscy słyszeli, co się wtedy wydarzyło. 

Wszyscy poznali opowieść o tym, jak Byków spadł 

background image

z masztu, jak jego ramię zostało niemal całkiem wy­

rwane z barku, jak leżał w kałuży krwi na pokładzie, 

podczas gdy wkoło szalał sztorm. 

Wtedy pojawiła się ona: w czarnym okryciu, z czar­

nymi włosami powiewającymi wokół bladej twarzy, 

z oczami niczym czarne płomienie. Krzyczała coś do 

mężczyzn, nie chciała oddać Jewgienija śmierci. 

Wszyscy słyszeli o jej niewiarygodnym czynie, 

o tym, że dokonała rzeczy niemożliwych, cudem po­

wstrzymując krwotok O tym, jak przykryła rannego 

swym ciałem i leżała tak do chwili, kiedy marynarze 

wreszcie odważyli się wnieść oboje do środka. 

Przeciwstawiła się śmierci. 

Już raz to zrobiła. 

Może jest i ich nadzieją. 

Rai ja sama dobrze nie wiedziała, co się stało. Nikt 

też nie mógł jej tego opowiedzieć. 

Obudziła się z twarzą na piersi chłopca. Kiedy usiad­

ła, jej ciało było wiotkie. Czuła jeszcze na policzku puls 

rannego. Wpatrywała się w półmrok i po chwili zoba­

czyła, że chłopak oddycha. Miał lekko rozchylone war­

gi, wydawało się, że się uśmiecha. Wyglądał młodziej. 

Rana w boku już nie krwawiła. 

Serce Raiji zamarło, kiedy to zobaczyła. Musiała 

wprost dotknąć, żeby uwierzyć. Wystraszyła się - ba­

ła się o siebie. 

Rozejrzała się dokoła. W najdalej wysuniętej ku ru­

fie części pomieszczenia zauważyła marynarza, któ­

ry mógł siedzieć. Zobaczyła, jak błyszczą białka jego 

oczu. Zorientowała się, że jest od niej sporo starszy. 

- Porządnie ich wystraszyłaś, kobieto - powiedział. 

background image

Raija rozpoznała ten głos. To ten człowiek odważył 
się zakpić z Walentina. - Nie mieli odwagi tu wejść. 
Zostawili tylko rzeczy w drzwiach i poszli, nie śmie­
li wejść do środka... 

Raija patrzyła, nie rozumiejąc. 
- Wokół ciebie lśniło dziwne światło - wyjaśnił. Ra­

ija zobaczyła teraz, że mężczyzna siedzi ze złożonymi 

rękami. - Biło od ciebie światło. Nigdy nie widziałem 
czegoś takiego. Przeraziło to nawet tego bohatera Wa­
lentina i jego straż przyboczną. Nie wierzyłem, że 

w oczach tej bestii kiedykolwiek zobaczę strach, ale 
naprawdę się bał... 

Marynarz roześmiał się i zakaszlał, ale i to nie po­

wstrzymało go od śmiechu. 

- Żyje - powiedziała Raija ze zdumieniem, wska­

zując wzrokiem na chłopca. 

- Uratowałaś go - rzekł człowiek w ciemności. -

Z pewnością się wyliże. Miał umrzeć jako pierwszy. 

Teraz inni cię potrzebują... 

Raija doczołgała się do drzwi. Znalazła to, o co 

prosiła Walentina. Nawet więcej. 

Dostarczono jej wodę i puste naczynie, prześciera­

dła porwane na długie pasy, ogarek, a także nóż z sze­
rokim i błyszczącym ostrzem, niemal tak długim jak 
jej przedramię. Raija skrzywiła się i odłożyła nóż na 
bok. Znalazła też pełną butelkę spirytusu. Zmarszczy­
ła nos i włożyła korek na miejsce. W innym naczy­
niu dostała olej. 

Napełniła i zapaliła lampy. Wkoło zrobiło się ja­

sno niemal jak w pogodny słoneczny dzień. 

Potem przemyła zakrwawioną pierś młodzieńca, 

starając się zużyć jak najmniej wody. Nie zdezynfe-

background image

kowala ran spirytusem - chłopak spał i nie chciała go 

budzić. Wiedziała, że nie grozi mu zakażenie. 

Szybko i delikatnie go opatrzyła. 

Miał umrzeć jako pierwszy... Starszy mężczyzna 

mówił chyba prawdę, nikt inny nie doznał tak głębo­

kich ran. 

Może pozostałym zadano więcej ciosów, ale nie 

tak groźnych. Jednak, gdyby zostawić ich bez opieki, 

wielu mogłoby się wykrwawić. Albo umrzeć z zim­

na. Raija zadrżała. Pomyślała, że Walentin byłby ich 

pewnie zagłodził. 

Ranni wciąż nie mogli czuć się całkiem bezpiecz­

ni. Raija zdawała sobie z tego sprawę. Nie wiedziała 

też, co ją czeka. 

Poznała jednak Walentina na tyle dobrze, by mieć 

pewność, że jej nie zabije. 

Gdyby mógł dokonać tego w tajemnicy, na pewno 

by się nie zawahał, ale o jej obecności na statku wie­

działo zbyt wiele ludzi. 

Niewątpliwie nadal będzie z niej drwił, zrobi 

wszystko, by ją poniżyć, ale zabić jej się nie odważy. 

Woda już się prawie skończyła, gdy Raija dotarła 

do mężczyzny leżącego najbliżej rufy. Jako jeden 

z nielicznych zachował przytomność. 

- Nie jest ze mną tak źle - szepnął. Raija zoriento­

wała się, że jest starszy, niż sądziła. Miał co najmniej 

pięćdziesiąt lat. - Najbardziej ucierpiały plecy - wy­

jaśnił z grymasem. - Wymierzono mi chłostę, ale tak 

szybko zemdlałem, że przestali mnie bić. 

Raija zagryzła wargi na widok krzyżujących się 

długich ran, z których sączyła się ropa i krew. 

- Za co? - spytała. 

background image

- Ośmieliłem się stanąć w obronie kapitana. 
Nie musiał mówić nic więcej. 
- Zabili go? 
Wyjął korek z butelki. 
- Kiedy mnie tu wtrącono, jeszcze żył - powiedział. -

Wiem, że będzie bolało, ale nie zwracaj na to uwagi. 

Drżał na całym ciele, kiedy Rai ja czyściła mu ra­

ny, ale z jego ust nie wydobył się nawet jęk. Raija nie 
pojmowała, jak można wytrzymać taki ból. 

- Długi trening - odparł sucho, kiedy spytała. 
W pomieszczeniu było zimno, ale ściągnęła z ma­

rynarza koszulę przesiąkniętą krwią, nie mogła po­
zwolić, by dotykała czystych bandaży. 

Mężczyzna zmarszczył czoło i zacisnął wargi. 

W jego oczach pojawiły się łzy. 

- Dlaczego to robisz? - spytał. - Czy jesteś aniołem? 
- Nie, nie jestem aniołem - odparła. - Jestem ziem­

ską istotą, ale chyba zostałam wybrana do tego, by po­
magać innym. Posiadam coś, co sprawia, że muszę... 

Pokręcił głową. 
- Wszystko od początku nam nie wychodziło -

westchnął. - Nie powinniśmy się porywać na naszych 

pracodawców. To był błąd... - Zamilkł. - Może by się 
udało, gdyby Wasilij pozostał naszym przywódcą, ale 

daliśmy się omamić temu draniowi, Walentinowi... 

Raija nie wiedziała, co odpowiedzieć. 
- Dobrze, że uratowałaś chłopca - mówił dalej ma­

rynarz. - Miał umrzeć pierwszy. To syn Walentina. 

background image

Wezwał Raiję na górę. Nie miała zamiaru pukać do 

drzwi, postanowiła o nic nie prosić tego człowieka. 

Ale jego dwaj służalcy nie pytali jej o zdanie. Rzu­

cili tylko krótkie polecenie. Raija wiedziała, że lepiej 
się nie sprzeciwiać, poza tym dali jej do zrozumienia, 
że gotowi są użyć pięści, gdy słowa nie poskutkują. 

Strząsnęła z siebie ich ręce. Szła wyprostowana 

między dwoma osiłkami. W kubryku, gdzie leżeli ran­
ni, zostawiła zapalone lampy.  N i e zabrała noża. 
Strażnicy nie pytali jej, co z nim zrobiła. W razie cze­

go zamierzała powiedzieć, że o nim zapomniała, że 
po prostu nie pomyślała. 

Możliwe, że jej uwierzą. 
Zapewne Walentin nie da jej drugiego, ale to już 

połowa zwycięstwa. 

- Naprawdę wygląda na to, że nie kłamałaś - rzekł, 

lekko pochylając się w jej stronę. 

Czekał na nią na pokładzie. Raija domyślała się, 

dlaczego. „Antonię" ze wszystkich stron otaczało 
morze, z lewej burty stała „Raija". 

Mały frachtowiec zniknął, nie było go widać nawet 

na horyzoncie. Odpłynęła także łódka Wasilija. 

Walentin chciał, by Raija wiedziała, że została z bun­

townikami sama, niczym na wyspie odciętej od świata. 

- Aleś ty zakrwawiona i brudna - ciągnął. - Istne 

background image

wcielenie ofiarności! Czy wystarczyło ci wody do do­

konywania cudów? Przemieniłaś ją w wino dla mo­
ich biednych rannych? - zapytał szyderczo. 

Raija nie zadała sobie trudu, by odpowiedzieć. 
Światło dzienne ją oślepiało i musiała się przytrzy­

mać burty. Niedobrze jej się robiło od patrzenia 

w dół na wodę, ale wolała to, niż patrzeć na Walen-
tina. Uśmiechał się do niej. Raija odniosła wrażenie, 
że w jego oczach czai się strach, ale niełatwo jej by­
ło w to wierzyć. Ten człowiek nie doznawał tego ro­
dzaju uczuć, nie wierzyła, że mógłby się bać. 

- Nie chcesz się dowiedzieć, co z twoim synem? 

Spojrzał na nią zaskoczony, niemal zakłopotany. 

Potem roześmiał się serdecznie. 

Raiję ogarnęło obrzydzenie. 
- Domyślam się, że uratowałaś tego słabeusza? 
- Żyje - odparła twardo Raija. - Ale umrze, jeżeli 

nie dostanie jedzenia, opieki, ciepła, światła... Zabijesz 
go, jeżeli będziesz trzymał go tam na dole. Jego 
i wszystkich pozostałych. 

- Uważasz więc, że powinienem ich przenieść? 
Skinęła głową. Nie uciekła wzrokiem, nie przestra­

szył jej. Nie bala się go. Raczej budził w niej złość, 
która przesłaniała strach, rodzący się w głębi duszy. 

- Żona armatora zdobędzie piórko u kapelusza, je­

śli uratuje biednych, wyzyskiwanych marynarzy? 

- Tu chodzi o życie, do diabła! - wybuchnęła. - Czy 

dla ciebie to nic nie znaczy? Nie będzie ci łatwo się 

wymigać, jeżeli wyrzucisz na ląd tuzin zmarłych. Mo­

że nawet dwa tuziny. Ludzie bez trudu odgadną, kto 
odpowiada za ich śmierć. Zrozumieją, że winę pono­
sisz ty, nie kapitan. 

background image

- Podziwiam twoją odwagę, Bykowa! 
Raiji nie podobał się sposób, w jaki się do niej 

zwracał. 

- Nie wolno ci tak traktować rannych! Możesz ura­

tować ich od śmierci, jeżeli przeniesiesz ich na górę. 
Nawet chłopak prawdopodobnie przeżyje... 

- Mój syn? - spytał drwiąco. 
- Jak możesz? - spytała cicho. 
Nie przez delikatność. Rozumiała, że nie należy 

o tym mówić zbyt głośno. Nic nie zyska, otwarcie 
upokarzając Walentina w obecności marynarzy, któ­
rzy pozostali mu wierni. Coś jej mówiło, że Walen­
tin prowadzi dokładny rachunek razów, które otrzy­
mał, i że stara się za nie odpłacić. 

- Może mieć tuzin innych ojców - odparł lekko. -

Dlaczego miałbym wierzyć jakiejś latawicy? 

Był wyjątkowo nieczuły. 

Jak można się wypierać własnego dziecka? 

Pomyślała o Michaile i pożałowała, że zaangażo­

wała się w coś takiego. To szaleństwo! 

Kto wie, ile ją jeszcze czeka bólu. 
Ujrzała przed oczyma twarz synka i po raz pierw­

szy, odkąd weszła na pokład „Antonii", odczuła lęk, 
że nie wróci. 

Że już nie zobaczy Michaiła. 
- Myślisz, że Oleg z Wasilijem zjawią się tu lada 

chwila? - spytał Walentin, starając się wzbudzić 

w Raiji niepewność. - Może właściciele statków zde­

cydują się jednak spełnić nasze żądania - mówił da­
lej, oparłszy łokcie na krawędzi burty. 

Sprawiał wrażenie znudzonego. Słaby wiatr odgar­

nął mu grzywkę do tyłu. Walentin miał wyższe czo-

background image

ło niż Wasilij. Raija bez wysiłku dostrzegała takie 
szczegóły. Mimo woli. 

- Czy mogę się gdzieś umyć? - spytała. 

Nie zamierzała go o nic prosić, w każdym razie 

o nic ważnego. Jednak chciała się jakoś doprowadzić 
do porządku. 

- Dlaczego Wasilij nie wszedł na pokład? - spytał 

nieoczekiwanie Walentin. 

Odwrócił się i stanął na wprost Raiji. Przebiegał po 

niej leniwym wzrokiem. Za każdym razem, kiedy za­
dawał sobie trud, by na nią spojrzeć, rozbierał ją 

oczami. Raija pomyślała, że pewnie patrzy w ten spo­
sób na wszystkie kobiety. Nie stanowiła wyjątku... 

Wzruszyła ramionami. 
- Spytaj go sam, kiedy następnym razem go zoba­

czysz - rzekła obojętnie. 

- Teraz pytam ciebie! - zagrzmiał, chwytając ją za 

przedramię. Jego dłonie okazały się silne, mimo że 
sprawiały wrażenie delikatniejszych niż ręce innych 
mężczyzn, których znała. Jego oczy ciskały błyskawi­

ce. - Nie lubię, gdy stroi się ze mnie żarty! Myślę, że 

wiesz, dlaczego Wasilij odpłynął z Jurkowem, choć 

mógł do nas wrócić. Co prawda nie zostałby przy­

wódcą, bo tylko dla jednego jest miejsce... - Walentin 

roześmiał się ochryple: - ... ale mógłby wrócić na po­
kład. Dałem mu tę szansę. A może razem z Olegiem 

Jurkowem coś knują? Czy jesteś częścią ich planu? 

Po co, u diabła, się tu zjawiłaś, Bykowa? 

- Sądzę, że twój kuzyn Wasilij po prostu nie ufał 

ci do tego stopnia, by wrócić - rzekła zrezygnowana. 
- Mnie także nie ufał na tyle, by zwierzać się ze swych 
tajemnic. 

background image

- Ale opowiadał ci o mnie? 
Raija westchnęła. 
- Powiedział tylko, że na pewno ty przejąłeś przy­

wództwo i że jesteście kuzynami. Nie miałam przy­
jemności poznać historii twego życia ani dzięki Wa­
silijowi, ani dzięki komuś innemu. 

- A chłopak? Skąd wiesz, że jest moim synem? 
- Jeden z rannych mi o tym powiedział - odparła 

Raija lodowato. - Uważał pewnie, że powinnam wie­
dzieć, jak bardzo jesteś miły. Czy dostanę trochę wo­
dy, żeby się umyć? 

- Jesteś wymagająca - rzekł zamyślony. - Sądzę, że 

najlepiej będzie, jeśli nie zostaniesz na pokładzie. To 
zbyt otwarta przestrzeń jak dla ciebie, a nie chciał­
bym, by zamąciło ci się w głowie. 

- Jestem potrzebna rannym. 
Zachichotał. 
- A więc chcesz wrócić na dół? Do tych ciemno­

ści? - Pokręcił głową z niedowierzaniem. - Zupełnie 
nie mogę cię rozgryźć! Albo naprawdę mówisz to, co 
myślisz, w takim razie chyba całkiem rozum postra­

dałaś, albo też zostając tu masz więcej do wygrania, 

niż gdybyś wróciła do domu. Uważam, że prowa­
dzisz jakąś potwornie skomplikowaną grę, Bykowa. 
- Spojrzał na Raiję wyzywająco, uśmiechnął się sze­
roko i wyrzucił ramiona na boki. - Mamy przecież 

wszystko: oba statki, ciebie, trzymamy w ręku 
wszystkie karty. Czegóż moglibyśmy się obawiać? 

Dlaczego mielibyśmy przegrać? 

- Dlatego, że nie działacie w jednej grupie i brak 

między wami zgody - odparła. 

- Podejrzewam, że kryje się za tym Wasilij - mruk-

background image

nął, zaciskając pięści. - To na pewno sprawka Wasi­
lija, jakbym widział jego cień, słyszał jego drwiący 
śmiech. Ale tym razem ten żółtodzób nie zdoła mi 
przeszkodzić... - Popatrzył badawczo na Raiję. - Ja­

kim cudem zdołał cię nakłonić, byś się zgodziła? 

W jaki sposób zmusił cię, byś zaryzykowała? Czy li­
czył na to, że cię nie tknę? - Potrząsnął głową i zło­
wrogo się roześmiał. - Musiał przecież wiedzieć, że 
nie obchodzi mnie, kim jest twój mąż. Nie wiadomo, 
jak długo będziesz tu potrzebna. Może się zdarzyć, 
że będę wolał cię poświęcić. 

Raija słuchała, nie odzywając się. 
- Nie boisz się? - spytał. 
Nie odpowiedziała. 

Jej strach jest jej sprawą. 

Nagle odwrócił się, wściekły i oburzony. Zawołał 

swoich ludzi. Zjawili się obaj. Śledzili każde drgnie­
nie na jego twarzy. Raija domyśliła się, że znają go 
od dawna. Wyglądało na to, że wiedzą, czego się mo­
gą po nim spodziewać. 

To strach ich przy nim trzymał. I być może wiara, 

że Walentin rzeczywiście jest w stanie zapewnić im 
lepsze życie. 

- Zabrać ją! - zarządził. - Zaprowadźcie ją do mo­

jej kajuty! Zamknijcie na klucz. I dajcie jej wodę, ca­
ryca musi się umyć! 

Raija poszła z mężczyznami. Nie zadała sobie tru­

du, by się do nich odezwać. Pewnie zresztą nie mieli 
ochoty na rozmowę. 

Wyglądali całkiem zwyczajnie, choć wydawali się 

silniejsi od innych i z pewnością nie baliby się rzucić 
do walki z gołymi pięściami. Właśnie takich ludzi po-

background image

trzebował Walentin. Najwidoczniej wiedział, jakie 
przyjaźnie opłaca się pielęgnować. Piękna przyjaźń... 

Nikogo nie traktował jak równego sobie, uważał 

siebie za kogoś lepszego. A w takiej sytuacji trudno 
o odpowiedni grunt dla przyjaźni. 

Zamknęli Raiję w kajucie. Wkrótce potem jeden 

z nich wrócił, niosąc miskę ciepłej wody. 

Raij a podziękowała, a wtedy mężczyzna obrzucił 

ją podejrzliwym spojrzeniem. 

- Nazywają to uprzejmością - wyjaśniła - lub po­

wszechnym zwyczajem. Na jedno wychodzi. U więk­
szości ludzi to całkiem naturalny odruch. 

Raija miała pewność, że chłopak przekaże jej słowa 

dalej, ale pewnie tylko rozbawi tym Walentina, który 
nie przejmował się opiniami innych na swój temat. 

Pobieżne ochlapanie się wodą nie pomogło wiele. 

Po takim myciu Raiji nie wpuszczono by do salonów 

w Archangielsku. Ba, wątpiła też, czy mogłaby wejść 

do własnego domu. Zdarzało się, że czasami i ona bar­
dziej zwracała uwagę na wygląd zewnętrzny człowie­
ka niż na to, co tkwiło w jego wnętrzu. 

Przynajmniej ręce udało jej się obmyć z krwi i od­

świeżyć twarz. Ściągnęła też bluzkę, wypłukała ją w sło­
nej wodzie, po czym przewiesiła przez krawędź koi 
Walentina. Niech sobie drań nie myśli, że się krępuje! 

Cienką kurtkę, którą włożyła na koszulę, zapięła 

aż pod szyję. 

Następnie rozejrzała się po kajucie. 
Na jednej ze ścian, nad stołem przymocowanym 

do podłogi, wisiała ikona. Raija pomyślała, że to tu­
taj zwykle siadywał kapitan, kiedy prowadził zapiski 

w dzienniku pokładowym, że patrzył na obraz Ma-

background image

donny i myślał o tych, których zostawił w domu. 

Zastanawiała się, co się z nim stało. Jeżeli go nie 

zabito, to musi przebywać gdzieś w zamknięciu. Tyl­
ko gdzie? 

Raija dziwiła się, że Walentin dał jej tak dużo cza­

su na umycie się i doprowadzenie do porządku. Po­
dejrzewała, że wróci szybko, by zaskoczyć ją bez 
ubrania. Że będzie to początek upokorzeń. 

Upłynęło jednak sporo czasu, zanim się pojawił. 

Raija zaczynała być głodna. Postanowiła zajrzeć do 
szafek. Nie uważała tego za występek. Przecież nie 

Walentina okradam, pomyślała, stojąc z garścią peł­
ną owoców kandyzowanych i napychając nimi usta. 

Minęła już prawie doba, odkąd ostatnio jadła. Do 

tej pory nie myślała o jedzeniu, nie czuła głodu, zaj­
mując się rannymi. 

Wtedy była zła, a złość tłumiła inne doznania. 

I jeszcze ta siła - której nie rozumiała, lecz za którą 
była wdzięczna... - ona również odsunęła na bok po­
trzeby Raiji. 

Okradała ją z jej własnej energii, ale dzięki temu 

pozwalała uczynić coś dla innych. 

Raija nie znalazła słodkiej wody, by zrobić herba­

tę w samowarze. Uznała, że na likier kapitana raczej 
się nie skusi. Ponieważ niewiele jadła, tak silny tru­
nek w jednej chwili powaliłby ją z nóg. 

Wrócił Walentin i przyniósł na wpół ciepłą zupę 

ugotowaną na rybie i kaszy. 

Postawił miskę na stole i zachęcił Raiję do jedze­

nia, nie podając jej jednak łyżki. 

Raija bez mrugnięcia okiem wypiła zupę prosto 

z naczynia. Niech sobie nie myśli, że jest tak wyma-

background image

gająca, w domu nad Dwiną też nie miała srebrnej za­
stawy. 

- Jak udaje ci się zmusić tych mężczyzn do czeka­

nia w takim spokoju? - spytała. 

Zauważyła, że Walentin jest podenerwowany, że 

nie potrafi usiedzieć dłużej na miejscu, a jego wzrok 
nieustannie czegoś szuka. 

Ale nie spytała, jak on to wytrzymuje. 

- Śpiewają - rzekł beztrosko. - Mógłbym nakazać 

im łatanie lub sprzątanie statku, ale nie jest mój. Nie 
chcę, by robili to dla twojego męża i Jurkowa, gdyby 
przypadkiem statki miały trafić z powrotem w ich rę­
ce. Marynarze nie robią nic - mówił dalej po chwili 
milczenia, przyglądając się swoim dłoniom. - Nie tak 
często mają ku temu okazję. A kiedy sytuacja staje się 
naprawdę trudna, częstuję ich wódką. Zwykle muszą 

zadowolić się kwasem. 

Raija uśmiechnęła się. Kwas chlebowy był niemal 

napojem narodowym tu w okolicach Archangielska. 
Nawet biedaków stać było na żyto, jęczmień, owies 
i trochę przypraw. A woda nic nie kosztuje. 

Robiono z tego napój na tyle słaby, że nikt się nim 

nie upijał, a z dodatkiem mięty lub innych ziół o moc­
nym aromacie mógł nawet orzeźwiać i smakować. 

- Czego dokładnie żądacie? - spytała Raija. 
Siedziała przy stole, Walentin zaś dreptał niespo­

kojnie wkoło. 

- Nie wiesz? - spytał. Najwyraźniej nie wierzył jej. 
Potrząsnęła głową. 
- Lepszych statków. Lepszych warunków na pokła­

dzie - wymienił jednym tchem, nie patrząc na Raiję. 
- Lepszych zarobków, lepszego jedzenia. Umowy na 

background image

więcej niż jeden rejs. Prawa do wykupienia naszych 

domów, które teraz są własnością armatorów. Umo­
rzenia długów. Gwarancji, że żaden z marynarzy nie 
zostanie ukarany za udział w buncie. 

- Nikt nie pozwoli, by zabójstwo kapitana uszło 

wam bezkarnie - zauważyła Rai ja. 

Wzruszył ramionami, tak jakby zamordowanie 

człowieka nie miało większego znaczenia. 

- To wszystkie nasze żądania - rzekł. - Nie doty­

czą one wyłącznie załóg na „Antonii" i „Raiji", lecz 
także pozostałych statków w Archangielsku. 

Teraz dopiero spojrzał na Raiję. Na jego twarzy 

malowało się zadowolenie i upór. 

- Co ci z tego przyjdzie? - spytała Raija. - Wiesz 

dobrze, że pozostali właściciele się nie zgodzą na ta­
kie warunki. 

- Ile razy w Archangielsku dochodziło do buntów? -

odpowiedział pytaniem. - Ilu ludzi im przewodziło? 
Wreszcie musi się udać coś zmienić. 

- To nie jest jedyny powód - Raija nie wierzyła mu, 

ale Walentin nie chciał wyjawić więcej. Starannie do­
bierał słowa. 

- Być może - odpowiedział. - Może nie jedyny, ale 

jedyny, który mogę ci podać. Dzisiaj... 

- Gdybyście częściowo ustąpili, gdybyście ograni­

czyli wasze żądania tylko do statków Olega i Jewgie­
nija, moglibyście ocalić swą skórę... 

- Kto mówi o ocaleniu skóry? - spytał z nagłą złością. 

- Nie posądzaj nas o tchórzostwo. Prowadzimy wojnę. 
Nie jesteśmy już marynarzami, lecz żołnierzami. 

Nie chciała przyjąć tego do wiadomości. 
- Czy sam w to wierzysz? - spytała cicho. 

background image

Wydawało się, że jej smutek go nie poruszył, a ra­

czej wprawił w jeszcze większą złość. 

- Nie powiedziałbym tego, gdybym w to nie wierzył! 
Raija zauważyła, że Walentin jest wyższy od Wasi­

lija, niewiele, parę centymetrów. Jest starszy i większy... 

Domyśliła się, że stosunki między kuzynami nie 

układały się dobrze. Domyśliła się, że w rywalizacji 
ze swym stryjecznym bratem Wasilij przeważnie le­
piej wypadał, i to pod wieloma względami. 

To w pewien sposób tłumaczyło dystans między 

nimi. To wyjaśniało, dlaczego Wasilij tak niewiele 
mówił o Walentinie, i uzasadniało wrogość, którą 

Walentin odczuwał w stosunku do Wasilija. 

Raiję ogarnął lęk, kiedy zrozumiała, że owa rywali­

zacja ujawniła się również teraz, w czasie buntu, w spra­

wie znacznie poważniejszej niż kiedykolwiek wcześniej. 

- Czy załoga podziela twoje zdanie? - spytała ostroż­

nie. - Czy ci ludzie są zadowoleni, że z marynarzy sta­
li się żołnierzami? Czy są gotowi chwycić za broń? Czy 
też o wszystkim decydują tylko generałowie...? 

- Kobiety powinny trzymać język za zębami - od­

parł wyraźnie zirytowany. 

Uważał, że zadaje za wiele pytań. Ta kobieta zbi­

jała go z tropu, a on nie lubił tracić wątku, bo zbyt 

wiele czasu zabierał mu powrót do punktu wyjścia. 

Należał do tych, których łatwo było zapędzić w śle­
py zaułek. Często mu to mówiono. 

Nie lubił myśleć o kilku sprawach naraz. 
- Twój kuzyn twierdził tak samo - zauważyła su­

cho Raija. - Widać, że otrzymaliście podobne wycho­

wanie. Lecz Wasilij przynajmniej znał umiar i wie­

dział, że nie powinien prosić o zbyt wiele... 

background image

- Wasilija wyrzucono z pokładu, ponieważ okazał 

się zbyt słaby! - zagrzmiał Walentin. Usiadł na krze­

śle po drugiej stronie stołu. - Wasilij nie jest wystar­

czająco silny, by pokierować buntem. Zabrakło mu 

odwagi, by wysunąć śmiałe żądania. Widzę, że zrobi­

liśmy słusznie, każąc mu się wynosić. Pobiegł prosto 

do Jurkowa, prawda? Stanął po jego stronie? Nie 

chciał przecież wrócić... 

- Sam pozwoliłeś mu odejść - rzekła Rai ja zamyślo­

na, szukając wzroku Walentina. Udało jej się pochwy­

cić jego spojrzenie, ale na krótko. Nie chciał na nią pa­

trzeć, nie chciał jej słuchać. - Nikt mu nie groził... 

Walentin nie odpowiedział. 

- Pozwoliłeś mu odejść - powtórzyła Raija. - Po­

zwoliłeś mu zrezygnować. W przeciwnym razie Wa­

silij leżałby teraz w kubryku razem z innymi. Nieza­

leżnie od tego, co do niego czujesz, pozwoliłeś mu 

odejść. Myślę, że nawet w tobie jest coś dobrego, 

gdzieś na dnie... 

- Wtedy jeszcze tu nie rządziłem! - rzekł ochryp­

łym głosem. - To się stało, zanim miałem cokolwiek 

do powiedzenia. Kapitan był co najmniej równie 

miękki jak Wasilij. Na początku działaliśmy według 

planu Wasilija. Nie wiedział, że potem dokonaliśmy 

pewnych poprawek. Gdybyśmy nie wykluczyli moje­

go poczciwego kuzyna, niczego nie udałoby się nam 

osiągnąć. - Spojrzał na Raiję. - Nie wyobrażaj sobie 

zbyt wiele, Bykowa. Nie myśl sobie, że znajdziesz we 

mnie choćby ślad łagodności. Nie myśl sobie, że da­

rzę Wasilija serdecznymi uczuciami. Jest moim krew­

nym. Krew z mojej krwi. Ale ani jemu, ani mnie jak 

dotąd nie sprawiało to szczególnej radości. Nawet nie 

background image

kiwnąłem palcem, by go chronić. To zasługa kapita­

na, że cało uszedł z „Antonii", to kapitanowi Jurków 

może podziękować za życie swego chłopca na posył­

ki. Nie mnie. Gdybym ja decydował, Wasilij pływał­

by teraz jako karma dla krabów. 

Używał zbyt wielu słów i zbyt wiele czasu na 

usprawiedliwienie swego postępowania. Raija nie 

mogła uwierzyć w jego szczerość. 

Pomimo nienawiści, którą otwarcie żywił wobec 

Wasilija, kierowało nim coś jeszcze, coś, co powstrzy­

mało go od pozbawienia kuzyna życia. 

- Tamci zostali więc ranni później? - spytała Raija 

ostrożnie. 

- Jak na zakładnika jesteś odrobinę zbyt ciekawa. 

- Przybyłam tu dobrowolnie - odparła z dumą. -

Nie jestem zakładnikiem. 

- Tak czy owak podziwiam twoją odwagę -

uśmiechnął się, ale w jego wzroku Raija dostrzegła 

pogardę. - Nieważne, skąd się bierze. Stać mnie na 

ów podziw, dopóki w niczym mi nie przeszkadzasz. 

Wyjął tytoń i napełnił fajkę. Raija pomyślała, że to 

także pożyczka od kapitana. 

Marynarze nałogowo palili nieforemne skręty, ale 

Walentin, jak widać, bez trudu przejmował nowe, 

bardziej wyrafinowane przyzwyczajenia. 

- Ci na dole zostali ranni później - przyznał wresz­

cie między dwoma głębokimi pociągnięciami. - Zwró­

cili się przeciw mnie i stanęli po stronie kapitana. 

Chcieli jak Wasilij pójść na ustępstwa. Nawet kapi­

tan zaczął później mieć wątpliwości. Rozumiesz, że 

taki człowiek nie mógł nami przewodzić. Wystarczy 

Wasilijowi spojrzeć w oczy, by się przekonać, że nie 

background image

jest urodzonym przywódcą. Ani też ten żałosny ka­
pitan. To mnie większość marynarzy wybrała na 

przywódcę. Nie mogliśmy pozwolić, by powstrzyma­
ła nas garstka ludzi. 

- Ale mogliście pozwolić im odejść - zauważyła Ra-

ija. - Jak Wasilijowi. - W tej samej chwili jednak 
uświadomiła sobie, że to byłoby niemożliwe. - No 
tak, nie mogliście... Jeden mógłby odejść, ale nie wszy­
scy, którzy leżą teraz pod pokładem. 

Takie ustępstwo mogłoby zostać uznane za sła­

bość. Nawet Raija to rozumiała. A Walentin został 
obrany przywódcą właśnie dlatego, że uważano go za 
człowieka bezwzględnego. Marynarze bali się go, 
a dopóki tak było, dopóty miał ich w garści. 

Raija pomyślała, że może mu się udać. 

- Przynajmniej chłopcu mogłeś pozwolić odejść -

rzekła po dłuższej chwili. - Syn Walentina był cięż­
ko ranny i chociaż krwotok ustał, Raija nie miała 
pewności, czy wyżyje. - Ludzie będą się starali zro­
zumieć, będą się zastanawiali, dlaczego znalazł się na 
statku, przez kogo został zraniony, kim są jego rodzi­

ce... Wszystko trzeba będzie wytłumaczyć. 

- Nigdy nie twierdziłem, że to mój chłopak - od­

parł twardo i opryskliwie. - Jego matka szła z każ­
dym, kto wcisnął jej do ręki jakiś grosz. Mówią, że 

jest do mnie podobny. I co z tego? Mam pięciu bra­
ci. Ojcem może być każdy z nich. Mógł też nim być 
Walerij lub ten dwulicowy Wasilij... 

Raija obliczyła, że Wasilij musiałby w takim razie 

zostać ojcem, mając trzynaście lat, ale nie wyraziła na 
głos swych wątpliwości. 

- Nawet gdyby chłopak był moim synem... gdyby... 

background image

to nie potraktowałbym go inaczej niż pozostałych, któ­

rzy zwrócili się przeciwko mnie. Nie znałbym litości. 

Zdrajcy nie mogą się spodziewać łagodnego potrakto­

wania, skoro ruszyli na mnie z nożami. Wiedzieli, czym 

to się może skończyć. I tak mieli szczęście, że nie stra­

cili życia. 

Mówił to z takim przekonaniem, że Raija wątpiła, 

by zmienił zdanie w ciągu tych kilku dni, które jesz­

cze pozostały na układy z właścicielami statków. 

Czuła, że uparcie będzie trwał przy swoim. 
- Możesz do nich zajrzeć - rzekł z drwiącym uśmie­

chem. 

Nie wierzył, że Raija naprawdę chce pomóc rannym. 

Nie rozumiał, że można być tak ofiarnym, że moż­

na odsunąć na dalszy plan swe własne życie i bezpie­

czeństwo dla ratowania ludzi, których nawet się nie zna. 

Był nieufny w stosunku do Raiji, czujnie ją obser­

wował. Pragnął ją przyłapać na jakimś błędzie. 

Ale Raija dobrze grała swą rolę. Podziwiał ją za to 

tak samo, jak podziwiał jej odwagę. Była co prawda 

kobietą, ale uważał ją za godnego przeciwnika. 

- Przeniosłem ich z kubryka - zauważył mimocho­

dem. - I zająłem się nożem, który zostawiłaś. Wyglą­

da na to, że nie jest ci już potrzebny... 

Raija zagryzła zęby. 

- Rzeczywiście chciałabym do nich zajrzeć. Cieszę 

się, że ich przeniosłeś z tej nory. 

- Sprawianie innym radości to dla mnie zawsze ra­

dość - odparł z jadowitym uśmiechem. 

Nadal panował nad sytuacją. 

background image

10 

Czuli się lepiej, choć jeszcze dużo czasu miało 

upłynąć, nim całkiem dojdą do siebie. Rai ja nie spo­
dziewała się cudów. 

Mimo to odniosła wrażenie, że cud się jednak stał. 
Ranni wyjaśnili jej, że pomieszczenie, do którego ich 

przeniesiono, wcześniej zajmował sternik. Wydawało 
się dużo mniejsze niż kajuta kapitana, ale znajdowało 
się w wyższej części statku, bliżej pokładu. Było suche 
- stęchła wilgoć nie zajęła ścian i podłogi. Co prawda 
nie dostali więcej miejsca, ale odczuli poprawę. 

Leżeli na suchej podłodze, nie wdychali zgniłego, 

niezdrowego powietrza. Słyszeli ruch na pokładzie. 

Mieli dosyć oleju, by utrzymać płomień w lampach. 

To naprawdę było niczym cud. 
Przyjęli Raiję jak królową, niemal jak boginię, po­

nieważ to jej przypisywali poprawę swego położenia. 

Nie pokazywali po sobie cierpienia. Nie mogli. 

Nie chcieli, by strażnicy usłyszeli, że się skarżą. To 
oznaczałoby za nisko upaść. 

Co prawda potraktowano ich nieludzko, ale nie 

utracili do reszty dumy. Uświadomili to sobie, kiedy 
ta kobieta zeszła do nich na dół do mrocznego ku-
bryka. Odczuli to, kiedy położyła ręce na ich ranach 
i użyczyła im swego ciepła, ciepła, które być może nie 
należało do niej. 

background image

Uczyniła coś więcej poza tym, że wydostała ich 

z ciemnej i wilgotnej nory, poza tym, że opatrzyła ra­
ny i uratowała życie. 

Przywróciła im dumę. 

Wdzięczność rannych cieszyła Raiję, ale ona nie 

przypisywała sobie zbyt wiele zasług. A do rozwiąza­
nia sprawy było jeszcze daleko. 

Nie wiedziała już, po czyjej stoi stronie. 
Na lądzie wydawało się to takie proste. 
Teraz czuła, że w tej grze nie tylko jedna strona 

może przegrać. Przegrana może stać się udziałem 

wszystkich. Raiję przerażała taka ewentualność. 

- Chłopak jest nadal bardzo słaby - odezwał się 

starszy człowiek. - Na imię mu Piotr, ale Piotrem 

Wielkim to on nie jest - zauważył. 

Raija spojrzała na chłopca. Tu na górze, gdzie do­

cierało więcej światła, wydawał się jeszcze młodszy. 

Bandaż na ranie w boku nasiąknął krwią. 

Raija nie zmieniła opatrunku, jedynie mocniej za­

wiązała bandaże. Czuła, że każdy jej ruch śledzi wie­

le par oczu. 

Piotr, syn Walentina, nie odzyskał przytomności, 

ale najwyraźniej jego stan się poprawił. 

- Ile ma lat? - spytała, otulając poszarpaną koszu­

lą chude, blade ciało. 

- Czternaście? - zgadywał jeden z rannych. Popa­

trzył pytająco po twarzach marynarzy, a oni uznali, 
że może mieć rację. 

Wcześniej w mrocznym kubryku, Raija oceniła 

chłopaka na szesnaście-siedemnaście lat. 

Z pewnością nie miał jednak więcej jak czternaście. 

Był wątły i bardzo chudy. Jego dłonie świadczyły 

background image

o tym, że ciężka praca to dla niego nie pierwszyzna. 

Szorstkie stopy wskazywały na to, że nie należał do 

tych, którzy chodzili w butach. Twarz miał niemal 

dziecinną, włosy nieco za długie. Rai ja rozpoznała ry­

sy Walentina. Będzie przystojny, jeżeli przeżyje. Cięż­

ka praca zaznaczy bruzdy na chłopięcej twarzy Piotra. 

Ciężka praca go ukształtuje. Zmieni w mężczyznę. 

Serce Raiji krwawiło z powodu tego dziecka, któ­

re zbyt wcześnie stało się dorosłe. Omal nie straciło 

życia w walce, która być może miała poprawić jego 

los, ale powinna się rozegrać między dorosłymi. 

Jak można zadać dziecku takie rany? 

- Sam Walentin go ugodził - odezwał się starszy 

marynarz imieniem Kazimir. 

Raija nie chciała tego słuchać, nie chciała przyjąć 

do wiadomości. 

Ale nie mogła uciec od prawdy. 

- Chciał poświęcić chłopaka - stwierdził ktoś inny. 

- Kapitan zdecydował się w końcu przyjąć propo­

zycję Jurkowa. Uznał, że tak mimo wszystko będzie 

najlepiej, że nic nie zyskamy, trwając w uporze, wy­

suwając coraz więcej żądań... 

- To dlaczego nie słuchaliście Wasilija? - spytała 

Raija. - Dlaczego wszyscy zgodnie wystąpili przeciw 

niemu, a potem wyrzucili za burtę...? Wasilij nie prze­

ciągałby sporu jak Walentin. 

Wymienili spojrzenia. Nie czuli się bohaterami. 

Byli ranni i bali się. 

- Nawet kapitan nie chciał, by Wasilij został na 

statku - mruknął któryś na swoje usprawiedliwienie. 

Raija przyjrzała się twarzom marynarzy. Zobaczy­

ła, że są zarośnięte, brudne i zmęczone. Pomyślała, że 

background image

ci ludzie nie pamiętali już dokładnie, jaki był prze­

bieg wydarzeń. Uwięzieni w ciasnym, mrocznym ku-

bryku długo rozmyślali i rozmawiali ze sobą. Wspo­

mnienia jednego z nich stawały się wspomnieniami 

innych. Połączyły się w całość. Żaden już nie pamię­

tał, co widział czy słyszał, myślał albo czuł. 

Ich przeżycia stanowiły jeden wielki splot. 
Nie kłamali. 

Raija jednak nie mogła być pewna, co wydarzyło 

się naprawdę, a co stanowiło tylko ich życzenia. 

- Kapitan nie ufał Wasilijowi - wyjaśnił ktoś. 

Spytała, dlaczego. 

Odpowiedzieli, że Wasilij pragnął zdobyć również 

zaufanie właścicieli statków, że chciał sam prowadzić 

negocjacje. Kapitan podejrzewał, że Wasilij działa dla 

obu stron równocześnie. 

Raija zastanawiała się, czy kapitan sam to wymy­

ślił, czy ktoś pomógł mu to ubrać w słowa. Czy to 

przypadkiem Walentin nie szeptał mu przez ramię. 

- Wasilij pragnął waszego dobra - rzekła Raija ciężko. 

- Kobiety mają do niego słabość - mruknął Kazimir. 

Raija chciała się roześmiać, ale nie było tu miejsca 

na śmiech. 

- Może my, kobiety, szukamy w mężczyznach cze­

goś, co kryje się głębiej? - spytała z wyzwaniem w gło­

sie. - Może w przeciwieństwie do was staramy się do­

szukać w człowieku prawdziwych wartości? 

Nie odpowiedzieli. Nie rozumieli motywów jej po­

stępowania i starali się znaleźć jakieś wytłumaczenie. 

Naturalnie najprościej było uznać, że pozwoliła się 

zauroczyć Wasilijowi. 

Nie starali się dociec, czemu tak naprawdę ich kry-

background image

tykuje. Nie słuchali, co miała do powiedzenia, bo jej 
słowa mogły okazać się trudne do przyjęcia. 

Jeśli nawet stała po ich stronie, to nie w taki spo­

sób, jakby tego chcieli. Nie powinna przyglądać im 
się tak dokładnie i wytykać im słabości. Nie powin­
na dostrzegać, że i oni nie są bez wad. 

Łatwiej było uznać, że Raija, tak jak wiele kobiet 

przed nią, dała się oczarować Wasilijowi i dlatego 
bezgranicznie mu wierzyła. Stała może kilka szczebli 

wyżej niż oni, ale miała męża bez ręki. A Wasilij miał 
obie ręce. 

- Nie mamy zaufania do Wasilija - westchnął Ka-

zimir. - Cała rodzina jest podejrzana! Nikt ich nie 

przegada i są sprytni. 

- Na wszystkim potrafią zarobić! - dodał ktoś inny. 
- A czy my też tak nie postępujemy? - spytała ci­

cho Raija. 

Wiedziała, że i ona nie jest całkiem bezinteresowna. 

Wszyscy ludzie od czasu do czasu pozwalają sobie na 
drobne nieuczciwości, choć z ręką na sercu gotowi są 
powiedzieć, że nigdy nie oszukiwali, nie kradli, nie kła­
mali lub nie zbłądzili w taki czy inny sposób. 

- Wasilij może by nas trochę lepiej traktował niż Wa-

lentin! Ale kto, u diabła, mógł wiedzieć, że Walentin za­
mierza przejąć władzę? Kto mógł podejrzewać, że tylko 

czekał, żeby obalić kapitana? Kto mógł przypuszczać, że 
rozpocznie własną walkę? - rzucił Kazimir ponuro. -
Wszyscy w tej rodzinie są sprytni i nikt ich nie przega­
da - powtórzył, jakby to tłumaczyło całą sytuację. 

Może właśnie to był właściwy argument. 
Bunt nie wybuchłby bez Wasilija. 
Bez Walentina nie udałoby się opanować statków. 

background image

Niektórzy przejrzeli na oczy dopiero wtedy, kiedy 

poczuli smak stali na swym ciele. Szkoda, że aż tyle 
było trzeba, żeby zrozumieć. 

- Nie mamy żadnych szans, prawda? - spytali ją. 
Co miała odpowiedzieć? 
- To zależy od Walentina - rzekła tylko. - Nie mo­

żemy chyba nic zrobić... 

- My nie - odparł Kazimir i spojrzał Raiji prosto 

w oczy. - Ale może ty. Gdyby nie ty, Piotr już by nie 

żył. Umieralibyśmy jeden po drugim w tej norze pod 
pokładem. Walentin wcale by się tym nie przejął, ka­
załby jedynie komuś do nas zaglądać co drugi dzień 
i wynosić zwłoki. 

- Walentin mnie nie słucha - rzekła Raija. 
- Jesteś piękną kobietą. 
Naprawdę tak uważali. Brali pod uwagę wszystko, 

co się z tym wiązało. Chodziło przecież o ich życie, 
rozważali różne możliwości. 

Raija smutno potrząsnęła głową. 

-  N i e mogę nic kupić ani sprzedać. Walentin trak­

tuje mnie jak zakładnika, a z zakładnikami się nie 
handluje. Muszę ufać, że Olegowi wspólnie z Wasili­
jem uda się coś wymyślić. To moja szansa. I wasza. 

- Walentin się ciebie boi. 
- To niedobrze - westchnęła Raija. - Walentin jest 

człowiekiem, który nie lubi się bać. Niszczy wszyst­
ko, co budzi w nim lęk. 

- Nie wiedziałaś o tym? - padło pytanie. 
- Nie - odparła. 

Siedziała między nimi w grubej, czarnej spódnicy, 

która w kubryku przesiąknęła wilgocią i teraz była 
mokra i dwa razy cięższa. 

background image

Raija zapomniała zabrać bluzki z kajuty, a ciemna 

wełniana kurtka zapięta pod szyję trochę kłuła przez 
cienką koszulę. Najważniejsze jednak, że wyglądała 
przyzwoicie. 

Czuła, że część włosów wysunęła się jej z węzła 

upiętego na karku, jednak ich nie poprawiała. Nieza­
leżnie od tego, jak by się starała, zawsze kilka kosmy­
ków wymykało się niepostrzeżenie. Teraz taka fryzu­
ra w nieładzie dodawała Raiji łagodności, która koiła 
trochę gorycz rannych marynarzy. 

Stracili już nadzieję. 

Właściwie nie wierzyli, że uda im się wyjść cało, 

przez jakiś czas było im nawet obojętne, czy przeży­
ją, czy zginą w wilgotnym, ciemnym kubryku. 

Wtedy zjawiła się ona. Kobieta w czarnej pelery­

nie. Kobieta z „Sankt Nikołaja". 

I wraz z jej przybyciem nastąpiły zmiany. Zmiany 

na lepsze. 

Nie śmieli w to wierzyć. Wydawało im się, że to 

tylko marzenia. A przecież dawno przestali marzyć. 
Marzyć to tak, jakby obserwować płynące po niebie 
obłoki. Marzenia tak łatwo pryskają... 

- Mimo wszystko masz więcej szans na przeżycie 

niż my - odezwał się jeden z rannych. Inni zgodnie 
przytaknęli. 

- Nie zamierzam was zdradzić! - zapewniła Raija. 

Siedziała pośrodku tych ludzi, czuła, że należy 

do nich, mimo że od rannych marynarzy dzieliła ją 
ogromna przepaść. 

Roześmiali się cicho, bez drwiny. Wierzyli jej na 

swój sposób. 

Jednak zdążyli się przyzwyczaić do obietnic. Sły-

background image

szeli ich tysiące. Wypowiedzianych z największą lek­
kością i z największą w świecie oczywistością przez 
ludzi, którzy mogli coś obiecywać, a potem zapomi­
nać, gdy im się podobało. 

Raija również należała do tych, których składanie 

obietnic nic nie kosztowało. Z pewnością wierzyła na­

wet w to, co mówi. Teraz. 

Jednak mógł nadejść taki moment, w którym za 

zrealizowanie tych obietnic Raija będzie musiała za­
płacić. Mężczyźni w brudnych i zakrwawionych 
ubraniach, z bandażami, które sama nałożyła, o spra­
cowanych rękach i zębach brązowych od tabaki, nie 
wierzyli, by Raija chciała to zrobić. 

Sądzili, że podobnie jak wszyscy inni zechce 

w pierwszej kolejności ratować własną skórę. 

Różnica polegała na tym, że jej byli skłonni wyba­

czyć, ponieważ mimo wszystko uczyniła dla nich 

więcej niż ktokolwiek inny. 

Spędzili długie godziny za zamkniętymi drzwiami, 

w ciasnocie. Dostawali wodę i trochę chleba, które 

bez słowa wstawiano do pomieszczenia. 

Nic ciepłego. Nic bardziej pożywnego niż suchy 

chleb. Ani odrobiny masła. 

Raija nie wiedziała, co dostawali do jedzenia ma­

rynarze przebywający na pokładzie, dlatego nie 
chciała się skarżyć. Starała się dzielić chleb między 
rannych sprawiedliwie. Odkładała porcje dla Piotra. 

Będzie musiał się posilić, kiedy się obudzi. 
Odzyskał już przytomność i teraz spał. Jego usta 

poruszały się we śnie, jakby z kimś rozmawiał. Twarz 

wykrzywiała się w grymasie. Był bardzo podobny do 
Walentina. Do Wasilija także. 

background image

Raija sama nic nie jadła, przecież wcześniej nasy­

ciła głód. Napiła się tylko trochę wody. 

Zmieniła bandaże, które tego wymagały. Zebrała 

w jednym miejscu zakrwawione szmaty, uznała, że 

trzeba je wyrzucić. Trochę się z niej podśmiewali, ale 
uważali, że ma prawo do swoich kaprysów. 

Kobiety takie są. 
Poczuła się zmęczona. Zasnęła na siedząco, oparta 

plecami o ścianę. Chcieli zrobić jej miejsce, by mogła 
się położyć, ale odmówiła. 

Było ciasno, a przecież musieli nabrać sił, musieli 

się wyspać. 

Był chyba ranek, kiedy się obudziła. Ciało miała 

obolałe, ale trochę wypoczęła. A kiedy się przeciągnę­
ła, poczuła, że jest nie najgorzej. 

Zaczął się drugi z trzech dni. 
Piotr nie spał. Nie odezwał się, kiedy przyklęknę­

ła obok, ale wodził za nią wzrokiem. Jego oczy przy­
pominały oczy czujnego ptaka. 

- Czy to ty? - spytał, kiedy zdjęła mu opatrunek 

z rany. - Czy to ty jesteś kobietą w czarnej pelerynie? 

Skinęła z uśmiechem. 

- Tak, to ja, ale nie jestem jakąś czarownicą czy cu-

dotwórczynią. Jestem zwykłym śmiertelnikiem, któ­
ry też się boi, lecz tego nie okazuje... 

- Już byś leżał martwy, gdyby nie ona - powiedział 

ktoś. 

Raija założyła chłopcu czysty opatrunek. 

- Nie przesadzajcie! - poprosiła. - Ten chłopak mu­

siał przeżyć, bo jego czas jeszcze się nie skończył. A ja 
byłam może narzędziem, niczym więcej. To nie mo­
ja zasługa... - Nie wiedziała, jak im to wytłumaczyć. 

background image

- Twierdzisz, że Bóg nagle uznał, że nam także na­

leży się trochę litości? - spytał z powątpiewaniem je­

den z rannych. 

- Nie wiem - odparła Raija szczerze. Wiązała ban­

daże silną ręką, pewnymi ruchami. Potem pospiesznie 

pogładziła Piotra po policzku, a on zaczerwienił się, 

zawstydzony. Dorośli mężczyźni nie potrafią przyj­

mować pieszczot, a chłopcom, którzy ledwie zajrzeli 

w świat mężczyzn, nie jest wcale łatwiej. - Nie wiem 

- powtórzyła i popatrzyła na wszystkich po kolei. -

Nie wiem, skąd to się we mnie bierze. Czuję, że owa 

zdolność jest we mnie, a jednocześnie pochodzi z ze­

wnątrz. Nie jest moja. W każdym razie nie w tym sen­

sie, bym mogła nią kierować. Ujawnia się, kiedy jest 

potrzebna. Kiedy ja jestem do czegoś potrzebna. Ale 

ja nie mogę decydować i nakazać, żeby się pojawiła. 

Nie mogę tej siły wykorzystywać dla siebie samej. To 

coś nieprzewidywalnego. Jest moje i jednocześnie 

wcale nie jest moje. Nie wiem, skąd się bierze i dla­

czego, ale pojawia się po to, żebym czyniła dobro. Nie 

zaszkodzi wierzyć, że owa moc pochodzi od Boga... 

Wzruszyła ramionami. 

- A ty sama w to nie wierzysz? 

- Nigdy moja wiara w Boga nie była tak silna. - od­

powiedziała cicho. 

Nie pytali więcej. Przyjęli jej wyjaśnienia. 

Upłynęło trochę czasu. Raiję ogarnął niepokój. 

Nie była już w stanie określić, czy jest dzień, czy noc. 

Zastanawiała się, czy Oleg znajduje się w pobliżu. 

Czy codziennie przypływa do statków? Co teraz ro­

bią on i Wasilij? Zastanawiała się, czy nie odsunęła 

background image

tylko w czasie tego, co nieuniknione. Kupiła trzy no­

we dni oczekiwania, może trzy kolejne dni cierpienia. 

Zastanawiała się, czy dla innych armatorów i kup­

ców ma to jakieś znaczenie, że zjawiła się na pokła­
dzie „Antonii"? 

Na pewno tak by się stało, gdyby Jewgienij nie wy­

jechał razem z Tonią z Archangielska. 

Doszła też do wniosku, że chociaż była żoną wła­

ściciela statków, nie mogła stać po stronie Olega i Jew­
gienija. Wiedziała, jak wiele może przez to stracić, ale 
sama podjęła decyzję, że wejdzie na pokład „Antonii". 

To był jej wybór. Tylko jej. 

Za drzwiami rozległ się odgłos kroków. Poderwali 

się wszyscy - i Raija, i ranni. Ci, którzy nie mogli 
usiąść, unieśli się na łokciach. Nasłuchiwali w milcze­
niu, utkwiwszy wzrok w drzwiach. Żółte światło ob­
nażało białe twarze z szeroko otwartymi oczyma i na 

wpół otwartymi ustami. Na wszystkich malowało się 
wyczekiwanie, pozbawione jednak radości. Nikt nie 

spodziewał się dobrych wieści. Nikt na to nie liczył. 
Mięśnie marynarzy zastygły na kamień, kiedy usły­
szeli przekręcany w zamku klucz. Drzwi otworzyły 
się z żałosną skargą. 

Dwaj służalcy Walentina byli małomówni jak zwy­

kle i jak zwykle zachowali kamienne twarze. Raija 
dowiedziała się, że jeden z nich wcześniej zaciągnął 
się na „Antonię", drugiego Walentin sprowadził na 
pokład, kiedy przejął statek. Właśnie takich ludzi po­
trzebował - silnych i bezgranicznie posłusznych. 

- Kobieta na górę do Walentina! - powiedział je­

den z nich, a drugi uczynił ruch głową, tak żeby Ra-

background image

ija zrozumiała. Zebrała fałdy spódnicy i wstała. Uczy­
niła to z godnością królowej. 

Nie pozwoliła się dotknąć. 

- Mogę iść sama - rzekła lodowatym głosem. -

Znajdę drogę. Możecie się oczywiście upewnić, czy 
trafię, ale ręce trzymajcie przy sobie! 

Jej upór, dumę i gniew marynarze uznali za oznakę 

sprzeciwu. Kiedy za Raiją i poplecznikami Walentina 
zamknęły się drzwi, roześmiali się cicho, choć wcześ­
niej żaden z nich nawet nie odważył się uśmiechnąć. 
Ale teraz poczuli się bezpieczni, mimo że wciąż pozo­
stawali więźniami. 

Śmiali się z tych dwóch osiłków. Śmiali się zasko­

czeni, że Rai ja odważyła się odezwać do nich tym to­
nem i tymi słowami. 

Śmiali się też, ponieważ w oczach strażników do­

strzegli cień strachu. 

- Jest dwa razy niższa i waży chyba mniej niż jedna 

noga każdego z nich, lecz obaj cofnęli się o pół kroku 
na jej widok I jeszcze o jeden, kiedy otworzyła usta! 

- Powinna zostać carycą! - westchnął któryś z ma­

rynarzy. 

Jak wielu biedaków snuł złote marzenia o bogac­

twie cara i o rodzinie Romanowów. Do niego rów­
nież dotarły opowieści o życiu na carskim dworze, 
które przekraczały wszelkie wyobrażenia i najśmiel­
sze sny. Mimo wszystko lubił się bawić podobnymi 
myślami, lubił wyobrażać sobie, że tacy jak on cho­

dzą w jedwabiach i aksamitach, przerzucają między 
palcami złoto i drogocenne ozdoby, najadają się do 
syta, nie martwiąc się, co będą jedli następnego dnia. 

Takie snuł marzenia. 

background image

Nigdy jednak nie widział w nich siebie, widział ob­

cych ludzi bez twarzy, podobnie wyobrażał sobie car­
ską rodzinę. 

- Ta kobieta mogłaby zniewolić wielki tłum jednym 

uśmiechem - dodał. Po raz pierwszy udało mu się dać 
postaci z marzeń twarz i duszę. - Mogłaby utrzymać 

w posłuchu całe narody, i to bez żadnego wysiłku... 

Wśród mężczyzn rozległ się zgodny pomruk. 

Jednak Piotr nie podzielał ich zdania. 

Był młody i porywczy i nie wierzył, że marzenia 

mogą koić rany. Wypełniała go tylko gorycz. 

- Raija nigdy nie mogłaby zostać carycą - rzekł po­

nuro. - Pomijając to, że przybyła z innego kraju i że 
z pewnością pochodzi z równie ubogiej rodziny jak nie­

którzy z nas, to jest zbyt szlachetna. Nie mogłaby 
mieszkać za złotymi murami, wiedząc, że lud głoduje. 

Kazimir uśmiechnął się smutno. 
Chłopak miał rację. 

Jednak stary marynarz pragnął ocalić okruchy 

pięknego marzenia. 

- Właśnie dlatego powinna zostać carycą, mój 

chłopcze. Ten kraj potrzebuje tam na górze kogoś, 
kto potrafiłby zejść do najmniejszych spośród pod­
danych. Do tych, którzy oglądają większe ciemności 
niż my w kubryku. Mamy szczęście, że jest z nami 
Raija. Ten kraj potrzebuje takiej carycy jak ona... 

background image

11 

Raiję zaprowadzono do kajuty kapitana. Wprowa­

dzono do środka i zamknięto drzwi na klucz. 

Została sama. 
- Pokazujesz mi swą władzę - mruknęła, zwracając 

się do nieobecnego Walentina. Czuła się zmęczona, ale 
bardziej psychicznie niż fizycznie. - Trzeba jednak cze­
goś więcej, żeby mnie wystraszyć - dodała ze złością. 

Musiała się złościć, wykrzesać w sobie tyle wściek­

łości, by nie dać się omotać siecią niemal łagodnego 
głosu Walentina. Jednocześnie jednak musiała zacho­

wać zdrowy rozsądek, musiała panować nad uczucia­

mi i myślami. Wydawało jej się, że balansuje na 
ostrzu noża - niemal czuła jego ostrze pod stopami. 

Uznała, że gorzej już być nie może. 
Usiadła na krześle przy stole, oparła głowę na rękach. 
Od razu zauważyła, że Walentin w ogóle nie trosz­

czył się o utrzymanie porządku w kajucie. Wokół pa­
nował nieład. Walentin wyciągał z szafy szklanki, że­
by się napić, i zostawiał brudne na stole. Wszystkie 
nosiły ślady używania. Teraz będzie chyba musiał 
sięgnąć po porcelanowe filiżanki kapitana, pomyśla­
ła z ironią Rai ja. 

Długo czekała na Walentina. Zamknęła oczy i po­

czuła rytm morza - spokojne kołysanie. Panowała 
ładna pogoda. Morze lekko falowało, przyjemnie by-

background image

łoby siedzieć teraz na brzegu i na nie patrzeć. Gorzej, 

być narażonym na jego kaprysy. 

Teraz właśnie wydawało się przyjazne, zdradliwie 

przyjazne. Raija wiedziała o tym. Nie ufała morzu, 

czuła, że chętnie by ją wciągnęło na dno... 

- Śpisz? 

Walentin pojawił się nagle niczym jastrząb, raróg 

albo jak orzeł z wysuniętymi pazurami, gotowymi 

wbić się w nic nie podejrzewającą ofiarę. 

Raija aż podskoczyła. Obudziła się i otworzyła 

oczy. Gdy podnosiła głowę poczuła, że jeden poli­

czek ma odrętwiały. 

Widocznie przysnęła z twarzą na twardym blacie 

stołu. 

Wyprostowała się. 

Walentin stał przy szafie z przeszklonymi drzwicz­

kami, przez które widać było półki ze specjalnymi za­

głębieniami, dzięki czemu schowane tam rzeczy nie 

wypadały podczas długiej morskiej podróży. Nie za­

wsze morze bywa tak spokojne jak dziś. 

- Nie sądziłem, że możesz zasnąć. Myślałem, że bę­

dziesz umierać z niepokoju o tych biedaków, dla któ­

rych tu przybyłaś. 

Nie przestawał drwić. 

- Wszyscy ranni czują się dobrze - odparła spokoj­

nie Raija. Nie pozwoliła wyprowadzić się z równo­

wagi. - Nawet twój syn wraca do zdrowia. Piotr to 

ładny chłopak... 

Walentin zacisnął pięści. Wyglądał na zmęczonego. 

Teraz Raija wyraźniej widziała zmarszczki na jego 

twarzy, a sprawiło to nie tylko lepsze oświetlenie. 

Na pewno nie wyobrażał sobie, że sprawy przyj-

background image

mą taki obrót, być może w ogóle wcześniej się nad 
tym nie zastanawiał. Może po prostu wykorzystał 
szansę, nie mając pojęcia, co będzie dalej. 

- On nie jest moim synem - wycedził przez zęby. -

Czy muszę to tyle razy powtarzać, kobieto? 

- Nie, bo na pewno nie targnąłbyś się z nożem na 

kogoś z twej krwi i kości - rzuciła Rai ja i natychmiast 
pożałowała swych słów. Powinna się ugryźć w język 
i nie prowokować tego szaleńca... Najwidoczniej 
i ona była już zmęczona. 

Ale Walentin tylko przyznał jej rację: 
- Tak, wtedy na pewno nie użyłbym przeciw nie­

mu noża... 

Przypadkowa osoba z pewnością uznałaby jego sło­

wa za szczere, jednak Rai ja nie dała się zwieść pozorom. 

Bez trudu zauważyła, że Walentin posiadł szczególną 
zdolność - potrafił sprawiać wrażenie otwartego i praw­
domównego. Patrząc mu w oczy, można by uwierzyć, 

że dzieli się z tobą całą duszą. Ale to tylko wyuczona 
sztuczka, pozwalająca osiągać wiele korzyści. 

- Twoja bluzka jest już sucha - rzekł. 

Raija sama to zauważyła, ale nic nie odpowiedziała. 

Zbił ją z tropu. Przecież nie mogła się przy nim ubierać. 

Nie rozumiała tego człowieka. Nie czuła do niego 

nawet odrobiny sympatii, ale wiele dałaby za to, by 
go bliżej poznać. Jedyne, co Raiję interesowało w Wa-

lentinie, to właśnie charakter. Wolała nie zastanawiać 
się, czemu teraz do niej przyszedł. 

Nadal miała nóż, który w każdej chwili mogła wy­

dobyć i użyć w razie zagrożenia, ale uważała to za 
ostateczność. Nie była pewna, czy Walentin nie ze­
mściłby się na niewinnych marynarzach. 

background image

Rozległo się pukanie do drzwi. Trzy uderzenia. Po­

tem dał się słyszeć odgłos oddalających się kroków. 
Buty miały obcasy z twardej skóry. 

Raija bez trudu rozpoznała, kto jeszcze przed 

chwilą stał za drzwiami. 

Wśród załogi takie buty nosili tylko Walentin i je­

go dwaj poplecznicy. 

Walentin rzucił Raiji kurtkę. 
- Załóż to. Wychodzimy na pokład, a na górze jest 

dość chłodno. 

W pierwszej chwili omal nie uniosła się dumą i nie 

odmówiła, ale uznała, że to by nie było rozsądne. 

Nawet duma ma swe granice, nie warto ryzykować 

zdrowia... 

Raija wzięła kurtkę bez słowa. Zobaczyła, że jest 

gruba i o wiele na nią za duża. Podejrzewała, że jest 
za duża także na Walentina. 

Może to kurtka kapitana? 
Niemal całkiem o nim zapomniała. Znowu zaczę­

ła się zastanawiać, co się z nim stało. Pewnie potrze­
bował pomocy, może został ranny... 

- Czekasz na kogoś? - spytała. 
Podążała drobnymi krokami za Walentinem, któ­

ry z rozmysłem udał, że nie dosłyszał pytania. Kolej­
ny kaprys: jak najmniej mówić. Raija uznała, że szy­
kuje jakąś niespodziankę. Najwyraźniej bawił się tym 
jak dziecko. 

Tylko, że niespodzianka, jaką mógł przygotować 

dla niej Walentin, z pewnością nie będzie nawet przy­
pominała niewinnych dziecięcych figli. 

Nie odzywał się. 
Raija już na tyle go poznała, by wiedzieć, że mó-

background image

wi wtedy, kiedy ma ochotę. Uważał, że milczenie jest 
demonstracją władzy. 

Niewielu zasługiwało, by raczył się do nich ode­

zwać. Poza tym słowa zdradzałyby jego myśli, a on 
tego nie chciał. 

Raija pomyślała, że i tak go całkiem nie rozgryzie. 
Zabraknie jej czasu, na całe szczęście. 
Walentin ją przerażał tym bardziej, że choć szalo­

ny i zaślepiony nienawiścią, na pierwszy rzut oka nie 
różnił się zbytnio od innych ludzi, a nawet potrafił 
być uroczy i miły. 

Jeżeli chciał. 

Chwycił ją za ramiona. Raija nie protestowała, nie 

chciała niepotrzebnie go denerwować. Nigdy nie była 
całkiem pewna, kiedy zbliża się do niebezpiecznej linii, 
której przekroczenie obudzi w tym człowieku bestię... 

Pod gładką powierzchnią niebezpiecznie się tliło, 

nigdy nie wolno jej o tym zapomnieć. 

Podprowadził ją do burty. 
Raija zrozumiała, dlaczego, kiedy wyjrzała poza 

krawędź i zobaczyła niewielką łódź żaglową, a na jej 
pokładzie Olega i Wasilija. 

- Jest cała! - ze śmiechem zawołał w ich stronę Wa­

lentin, mocno zaciskając ręce na ramionach Raiji. 
Przysunął ją jeszcze bliżej burty, żeby mogli ją do­
kładnie zobaczyć. 

Raiję ogarnęła rozpacz. 
- Czy Michaił dobrze się czuje? - zawołała. 
Zobaczyła, że Oleg skinął głową. 
Długo udawało się jej nie myśleć o synu, lecz wi­

dok bliskich przypomniał Raiji o domu. 

Czy uda jej się przeżyć, czy jeszcze zobaczy Misze? 

background image

Zastanawiała się nad tym już wcześniej, kiedy po­

dejmowała decyzję o popłynięciu na „Antonię". Wte­
dy wydawało jej się, że w pełni zdaje sobie sprawę, 
jakie podejmuje ryzyko, że dobrze wie, jakie to nie­
bezpieczne. 

A jednak nie całkiem sobie to uświadamiała... Te­

raz to zrozumiała. 

Przywiodło ją tu jednak coś silniejszego od jej 

własnej woli. Wcale nie była taka szlachetna ani bo­

haterska, jak sądzili marynarze. 

- Pozwól jej wrócić! - próbował przekonać Walen-

tina Oleg. - Spełniła już swe zadanie. Zjednasz sobie 
przychylność wielu ludzi, jeśli ją wypuścisz! 

Śmiech Waleńtina zabrzmiał miękko jak mrucze­

nie kota, zadowolonego i pewnego siebie. 

- Myślisz, że tak łatwo wypuszczę bezcennego za­

kładnika? - spytał drwiąco. - Myślisz, że pozwolę jej 
po prostu odejść? 

- Nie mogę ręczyć za innych - zawołał Oleg z dłoń­

mi zwiniętymi przy ustach w trąbkę. - Właściciele in­
nych statków zamierzają użyć wobec ciebie siły. Nie 
zdołam ich powstrzymać, jeżeli zatrzymasz Raiję! 

Wypuść ją! Jest żoną Jewgienija! 

- Wiem, że to żona Bykowa - odparł Walentin. 

Ściągnął brwi i opuścił ręce. Nie spodobała mu się 

wiadomość, że ma wyruszyć za nim pogoń. 

Jego sytuacja wyraźnie się zmieniła. Już nie miał 

pewności, czy utrzyma swą pozycję. Załoga bała się 
go i była mu posłuszna, teraz jednak i do marynarzy 
dotarła wiadomość przywieziona z lądu. 

Głos Olega niósł daleko. 
Nie tylko Walentin go usłyszał. 

background image

Raija dostrzegła wokół siebie niespokojne spojrze­

nia, zobaczyła, że marynarze wcale nie palą się do sta­

wiania oporu. 

Przez kilka ostatnich dni żyli marzeniami, ale wie­

lu w jednej chwili wróciło do rzeczywistości. Strach 
zajrzał im w oczy, uświadomili sobie, że mogą stracić 

wszystko, co kiedykolwiek posiadali. Także i życie. 

- Dam wam moich rannych - rzekł Walentin. 
Raij a zaskoczona wpatrywała się w niego szeroko 

otwartymi oczyma. 

- To niczego nie zmienia - odparł Oleg. - Nie mo­

gę obiecać ci więcej niż do tej pory. 

Walentin wzruszył ramionami. 
- Nie proszę o nic w zamian - powiedział, tak jak­

by tuzin ludzi nic dla niego nie znaczyło. 

Raija zacisnęła ręce na krawędzi burty. Poczuła 

zimne drewno. Deska była gładka, niebieska. W Ro­
sji statki malowano zawsze tak jaskrawo, że przywo­
dziły na myśl kwitnącą łąkę. 

Raija dobrze wiedziała, że Walentinowi los rannych 

był zupełnie obojętny. Tak naprawdę liczył, że ranni 
umrą. Teraz tylko udawał wspaniałomyślnego, żeby 
zaskarbić sobie przychylność ich rodzin, które zosta­
ły na lądzie. To mogło przemawiać na jego korzyść. 

Nie spodziewał się, że na „Antonię" przybędzie ktoś 

z zewnątrz. Tym bardziej nie wierzył, że żona Jewgie­
nija Bykowa zechce dobrowolnie wejść na pokład, nie 
podejrzewał, że ta kobieta potrafi dokonywać cudów. 

Skazał dwunastu swych ludzi na śmierć. Potrzebo­

wał ich martwych. Teraz, kiedy wracali do zdrowia, 

nie przedstawiali dla niego żadnej wartości. 

Jednak fakt, że chciał ich oddać Olegowi, nie żąda-

background image

jąc niczego w zamian, z pewnością doda mu chwały. 

Rai ja nie mogła ochłonąć z zaskoczenia, że tak szyb­

ko to sobie wykalkulował. 

Wasilij mówił prawdę - jego kuzyn był zimny i wy­

rachowany jak mało kto. 

- Naturalnie zabierzemy ich na ląd. 

Wałentin długo milczał, obojętnie wzruszył ramio­

nami. 

Stał boso, z odkrytą głową i rękoma na biodrach. 

Raija musiała przyznać, że jest bardzo przystojnym 

mężczyzną. 

Rzucił krótki rozkaz. 

Po chwili załoga przyprowadziła dwunastu ran­

nych, którzy mieli umrzeć w kubryku. 

Niektórzy szli sami, kilku wspierało się nawzajem. 

Pozostałych wynieśli marynarze posłuszni Walentinowi. 

Kazimir podtrzymywał Piotra. 

- Co się dzieje? - spytał jeden z rannych. Źle wi­

dział, bo długo przebywał w ciemności i teraz nie 

mógł przyzwyczaić oczu do światła dziennego. 

- Puszczam was wolno - odparł Wałentin. Na krót­

ko jego spojrzenie spoczęło na chłopcu, który wspie­

rał się na swym starszym towarzyszu i ze wszystkich 

sił starał się utrzymać na nogach. Równie stanowczo 

jak Wałentin wypierał się ojcostwa, Piotr nie chciał 

przyznać, że jest jego synem. - Wszystkich, bez wy­

jątku - dodał. 

Kazimir odwrócił się do Raiji. 

Skinęła lekko głową i pomogła mu podeprzeć Pio­

tra. Chłopak uśmiechnął się do niej z wdzięcznością. 

Kazimir wychylił się przez burtę. Tuż przy kadłu­

bie „Antonii" zobaczył na wodzie łódź Olega. Przy-

background image

glądał się, jak marynarze przymocowują sznurową 

drabinkę. 

Na Walentina nawet nie spojrzał. 

Nie czuł wdzięczności. 

- Bez ciebie bylibyśmy już martwi - odezwał się ci­

cho. - Dziękuję, Raiju Bykowa. Będziesz naszą carycą. 

- Co? - spytała Rai ja, nie rozumiejąc. 

- To tylko takie marzenie - wyjaśnił Kazimir 

z uśmiechem. - Chłopak pierwszy! - zawołał, zwra­

cając się do Olega. - Trzeba go przewiązać liną. Sam 

nie zejdzie. 

- Przecież on jest tak ciężko ranny! - zaprotesto­

wała Rai ja. 

- Jednak trzeba go jak najszybciej zabrać z tego 

statku! - zdecydowanie rzekł Kazimir. - Zanim kto­

kolwiek się rozmyśli... 

Z dołu rozległ się głos Wasilija: 

- Mogę wejść? Zniosę chłopaka. 

- Czy to nie kolejna próba udawania bohatera? -

Walentin najwyraźniej nie ufał kuzynowi. - Pierwszej 

podjęła się Bykowa! 

- Nie jestem bohaterem, Walentin. W naszej rodzi­

nie nie ma bohaterów - rzekł Wasilij z naciskiem. 

Walentin udał, że nie zrozumiał aluzji. 
- Wchodź, kuzynku! Pomóż nam się pozbyć tych 

ludzi. 

Wasilij bez trudu wspiął się po drabince. 

- Dobrze się czujesz? - spytał Raiję. 

Skinęła głową. Nie było jej tu gorzej niż innym. 

- Posłaliśmy posłańca po twego męża - rzucił pospiesz­

nie szeptem, tak by nikt poza Raiją go nie usłyszał. Bez 

trudu uniósł Piotra i skierował się ku burcie „Antonii". 

background image

- Rai ja...! - zawołał chłopak. 
Podeszła do niego. Na twarzy Piotra malowało się 

nieme uwielbienie. Podniósł szczupłą dłoń i pogładził 
Raiję po policzku i po włosach. Zdawał sobie sprawę, 
że uratowała mu życie. 

Jego rany zaczynały się goić. Pozostaną po nich bli­

zny, ale to niewielka cena za życie. Patrząc na nie, za­

wsze będzie wspominał Raiję. 

Piotr wiedział, że już nigdy nie znajdzie się tak bli­

sko Raiji, że nie będzie mógł zwracać się do niej po 
imieniu. Raija na powrót stanie się dla niego żoną 

właściciela statku. 

Ale teraz była mu bliska. Będzie żyła w jego my­

ślach, okryta czarną peleryną, z twarzą anioła... 

Raija odgadła jego uczucia. Piotr nie umiał ich jesz­

cze skrywać. Tylko niektórzy dorośli posiedli tę sztu­
kę, nauczyli się nosić maski przy każdej okazji. Inni 

wkładali je tylko od czasu do czasu. 

Nie chciała niszczyć niewinnych marzeń Piotra. 
Dlatego uśmiechnęła się do niego. Wydobyła całą 

pogodę ducha, jaka jeszcze jej pozostała, okazała mu 
całe ciepło. Martwiła się o jego przyszłość, zdążyła 
polubić tego chłopca. Mogła tylko mieć nadzieję, że 
życie potraktuje go łaskawie. Zasłużył na coś więcej 
niż tylko odciski na dłoniach... 

Pochyliła się i lekko pocałowała go w usta, jak siostra. 

- Wszystkiego najlepszego, Piotrze - szepnęła. -

Wyrośnij na dobrego człowieka. Myślę, że możesz się 
nim stać! 

Wydawała się nie zauważać jak policzki chłopca ob­

lewają się rumieńcem. Nie wiedziała, że ten moment 
stanie się dla niego najważniejszym wspomnieniem. 

background image

Wasilij zarzucił sobie Piotra na plecy. Aby chłopiec 

nie spadł, sczepił jego pasek ze swoim. 

Z rannym na plecach zaczął schodzić w dół. 
Rai ja stała z innymi marynarzami przy burcie 

i z zapartym tchem śledziła każdy jego ruch. Złoży­
ła ręce. Czuła lodowaty ucisk w żołądku. Serce wali­
ło jak młotem, zaschło jej w gardle. 

Pod nimi było morze. Nadal tylko lekko falowało, 

lecz wydawało się niebezpiecznie zielone i nieskoń­
czenie głębokie. Mogło ich pochłonąć. Mogło schwy­
tać tych dwóch ludzi, którzy stawali się coraz mniej­
si i mniejsi, w miarę jak zsuwali się coraz niżej 

wzdłuż burty statku. 

Na samym dole czekało ich najtrudniejsze zadanie. 

Frachtowiec nie mógł podpłynąć całkiem blisko i od 
drabinki dzielił go prawie metr. Kiedy Wasilij zawisł 
mniej więcej na wysokości burty, Olegowi udało się 
podpłynąć trochę bliżej, tak że łódź otarła się dzio­
bem o statek 

Trwało to zaledwie kilka sekund. 
Wszyscy wstrzymali oddech. 
Raija wbiła paznokcie w dłonie i tak mocno zacis­

nęła zęby, że aż zabolały ją szczęki. 

Ale Wasilij wiedział, kiedy działać, i wiedział, jak. 

Nie mógłby zmarnować takiej chwili. 

Słyszał oddech Piotra i zorientował się, że chłop­

cu wkrótce zabraknie sił. Poczuł dziwne ciepło na 
plecach. Widocznie rany zaczęły znowu krwawić. 

Wasilij puścił drabinkę dokładnie na moment 

przed tym, jak żaglowiec Olega otarł się o „Antonię", 
i rzucił się w stronę łodzi. Nie udało mu się jednak 
skoczyć tak daleko, jakby tego chciał, dźwigał prze-

background image

cięż na plecach dodatkowy ciężar. Zawisł nad wodą 

uczepiony jedną ręką burty. 

Drugą przytrzymywał Piotra, bojąc się, że chło­

pak, tracąc siły, zsunie mu się z pleców. 

Natychmiast pojawiły się ręce, które chwyciły Wa­

silija i Piotra i obu wciągnęły na pokład frachtowca. 

Rozdzielono ich paski. Zajęto się rannym. 

Wasilij czul, jak leje się z niego pot. Słyszał oklas­

ki ze statku. Zobaczył twarze nad burtą. 

Spośród nich wyróżniała się twarz Raiji. 

Zobaczył też Walentina. Od razu wiedział, że ku­

zyn z trudem opanowuje wściekłość. Z pewnością 

miał nadzieję, że mu się nie uda, że zobaczy, jak gi­

ną z Piotrem w morzu... 

Wasilij podniósł dłoń w stronę marynarzy. 

Uśmiechnął się i zawołał: 

- Czy ktoś jeszcze potrzebuje pomocy? 

Potrząsnęli głowami. Z pokładu „Toni" zaczął 

schodzić następny mężczyzna. Znowu Oleg musiał 

podpłynąć jak najbliżej. Ranny, choć przerażony, za­

ryzykował skok. Udało mu się. 

Schodzili jeden po drugim. Dla wielu był to 

ogromny wysiłek, lecz wiedzieli, że to ich jedyna 

szansa. Mieli też świadomość, że w ten sposób mogą 

pokazać Walentinowi, że zostało w nich jeszcze tro­

chę siły, że nie odebrał im do reszty woli życia. 

Każdy z rannych, zanim zszedł z pokładu, ściskał 

dłoń Raiji. Nie znajdowali odpowiednich słów, by 

podziękować, nie znali takich. Nie mieli też zbyt wie­

le czasu na pożegnania, ponieważ Walentin zaczynał 

się niecierpliwić. 

Śpieszyło mu się i popędzał ich - wołał, żeby prędzej 

background image

przebierali nogami, jeżeli nie chcą wrócić do kubryka. 

Nie musiał dwa razy tego powtarzać. 
Schodzili, ratując życie. 
Kazimir, najstarszy z nich, miał opuścić statek ja­

ko ostatni. Nie mógł wprost uwierzyć, że to się dzie­
je naprawdę. Do końca obawiał się, że Walentin ich 
jeszcze zatrzyma. Dlatego chciał, by Piotra zniesiono 

w pierwszej kolejności. 

- Poddaj się, póki masz taką możliwość - rzucił, 

przechodząc obok Walentina. Nic więcej nie dodał. 
Nawet na niego nie spojrzał. 

Walentin nie odpowiedział. 
Następnie Kazimir objął Raiję i uścisnął ją. 
- Bez ciebie już byśmy nie żyli - rzekł. - Dziękuję 

ci za wszystko. Wiele bym dał, żeby cię zabrać z sobą! 

- Będę na siebie uważać - obiecała Raija cicho. 
- Szybko za burtę! - Walentin odepchnął Kazimira. 
Raija odsunęła się i stanęła bliżej krawędzi. Nie pa­

trzyła na Walentina. Wiedziała, że nie odważy się jej 
skrzywdzić na oczach Olega. 

Kazimir ruszył na dół po sznurowej drabince. Jed­

nak zatrzymał się za nisko i odbił odrobinę za póź­
no. Źle wymierzył skok. 

Rozległ się głuchy stuk, kiedy burta łodzi uderzy­

ła go tuż nad biodrem. Trwało to ułamki sekundy. 

Lecz również ułamki sekundy mogą mieścić w so­

bie wieczność. 

Kazimir krzyknął, jego głos uniósł się niczym ptak 

ku obłokom, nie zniknął pod wodą razem z nim. Pal­
ce marynarza ześliznęły się z drabinki. 

Raija uświadomiła sobie, że i ona krzyknęła. 
Ku niebu leciały dwa ptaki. 

background image

Lecz ptak Raiji miał wrócić, ten Kazimira był 

w drodze do gniazda. 

Ciało rannego nie wypłynęło już na powierzchnię. 

Stracił świadomość. 

Może przez krótki moment rozumiał, że jego ży­

cie się kończy. 

- Umarł wolny! - krzyknął Wasilij do Walentina, 

kiedy woda się uspokoiła i morze znowu tylko lekko 

falowało. 

Rai ja miała oczy pełne łez. Nie była w stanie ich 

powstrzymać. Nie chciała. 

Pomyślała, że nikt nie powinien umierać, jeśli ktoś 

po nim nie płacze. Kazimira żegnało wiele łez. 

- Nie zabiłem go - odparł Walentin głosem rów­

nie zimnym i surowym jak zawsze. Najwyraźniej 

śmierć starego marynarza nie zrobiła na nim naj­

mniejszego wrażenia. 

Rai ja miała ochotę uderzyć go w twarz... 

Jednak się pohamowała. Płakała, tłumiąc złość, 

gniew i nienawiść. 

- Nie, twoje ręce są czyste jak śnieg! - zawołał 

w odpowiedzi Wasilij. - Poddaj się, jeśli potrafisz! 

Narażasz na śmierć wielu ludzi, Walentin, nie tylko 

swoją własną cenną skórę. Nie masz żadnych szans, 

jeśli wyślą za tobą inne statki z uzbrojonymi ludźmi 

na pokładzie... 

- Mam Bykową. 

- Żaden z armatorów się tym nie przejmuje - od­

parł za Wasilija Oleg. 

Niechętnie to przyznał, ale taka była prawda. 

Dla innych właścicieli statków rybackich i frach­

towców to, że Raija znalazła się w rękach buntowni-

background image

ków nie miało żadnego znaczenia. Nie zamierzali 
ulec naciskom marynarzy tylko dlatego, że żona By-
kowa straciła rozum i dobrowolnie weszła na pokład 
uprowadzonego statku. 

Jeżeli zaczną ścigać Walentina i zajęte przez niego 

jednostki, to na pewno nie z powodu Raiji Bykowej. 
Nawet im to by nie przeszło przez myśl, zrobią to 
tylko dla siebie. 

Nie pragnęli jej ratować. Jeśli będzie trzeba, zabi­

ją wszystkich na „Raiji" i „Antonii". 

Nie mieli skrupułów - wszak Rai ja dobrze wiedzia­

ła, na co się decyduje. 

Nie traktowali jej jak zakładniczki, którą trzeba 

wykupić za wysoką cenę. Niech to załatwia Oleg. 

Walentin nie potrafił tego zrozumieć. 
Raija od początku wiedziała, jak jest naprawdę. 
Walentin mniemał, że w osobie żony Jewgienija 

Bykowa zyskał cennego zakładnika. Nie chciał przy­
jąć do wiadomości, że ta kobieta nie przedstawia dla 
innych właścicieli statków żadnej wartości. 

- Pamiętaj, że nie zawaham się jej zabić - rzekł lo­

dowatym głosem. 

Raija czuła, że nie kłamie. 
- Mogę tylko podtrzymać swoją propozycję - od­

parł Oleg. - Jednak dotyczy ona wyłącznie marynarzy 
na naszych statkach. Obiecuję, że nawet ty ujdziesz 
bezkarnie, Walentin, pod warunkiem, że zaciągniesz 
się gdzie indziej. Gotów jestem ci wręcz zapłacić, że­
byś zniknął. Zastanów się, co robisz. Radzę ci, oddaj 
nam Raiję, nic dzięki niej nie zyskasz. 

- Nie ma mowy! 
- W takim razie przyjmij i mnie! - zaproponował 

background image

Wasilij. - Nie przyłączę się do twoich zwolenników, 

ale i mnie możesz potraktować jak zakładnika. Nie 

mam broni... 

Walentin wahał się. 
- No, dobrze - rzekł wreszcie. W jego głosie 

brzmiało zadowolenie. - Wchodź, Wasilij. Wreszcie 

rodzina będzie razem! - Następnie zwrócił się do Ra-

iji i patrząc na nią, pogardliwie spytał: - Jest twoim 

kochankiem? Czy dlatego tak się poświęca? 

Raija splunęła na pokład tuż pod jego stopy. Po­

tem popatrzyła na morze, a następnie na Wasilija, 

który zwinnie jak kot wspinał się po sznurowej dra­

bince z łodzi Olega na statek. 

- A więc znalazł się ktoś, dla kogo pani Bykowa 

przedstawia wielką wartość - przywitał go ironicznie 

Walentin. 

Wasilij nie odpowiedział. Raija nie pojmowała, dla­

czego dobrowolnie oddaje się w ręce kuzyna. Prze­

cież chyba nie tylko z jej powodu. 

background image

12 

- Nie musiałeś tego robić - powiedziała Raija do 

Wasilija. 

Wzruszył ramionami niemal w ten sam sposób jak 

Walentin. Zobaczyła, jak bardzo kuzyni są do siebie 

podobni - w ruchach, budowie ciała... I jak bardzo 

niepodobni pod innymi względami. 

- Zrobiłem w życiu wiele rzeczy, których nie musia­

łem robić - rzekł beztrosko, ale w jego oczach było coś, 

co mówiło Raijj, ze za ową beztroską kryje się powaga. 

Walentin nie pozwolił im rozmawiać. Z kamienną 

twarzą mocno chwycił Raiję za rękę i pociągnął za 

sobą, a ruchem głowy dał Wasilijowi do zrozumienia, 

żeby poszedł za nimi. 

- Jak widzę, zachowałeś swe dobre maniery - za­

uważył sucho Wasilij. 

Słysząc te słowa, Raija musiała się uśmiechnąć, 

choć Walentin sprawiał jej ból. Z pewnością na jej rę­

ce zostaną sińce. 

Ludzie Walentina przeszukali Wasilija, kiedy tylko 

wszedł na pokład. Nie znaleźli przy nim broni, czego 

najwyraźniej spodziewał się Walentin. Teraz wyglądał 

na rozczarowanego, tak jakby zawiódł się na kuzynie. 

Poprowadził swych zakładników do kajuty kapita­

na. Traktował ją już jak swoją. Całkiem zapomniał, 

że jeszcze niedawno sypiał w kubryku. Szybko przy-

background image

zwyczaił się do lepszych warunków i przyjął za coś 
zupełnie oczywistego. 

- Co słychać na lądzie? - spytał Wasilija, siadając. 
Wasilij usiadł na drugim krześle przy stole. Więcej 

krzeseł nie było, więc Raija została przy drzwiach. 
Nic na świecie nie zmusiłoby jej do zajęcia miejsca 
na jednym z łóżek, które umieszczono w niszach, 
przez co stanowiły niejako małe osobne sypialnie. 

- Oleg już ci przekazał najnowsze wieści - odparł 

Wasilij spokojnie. Patrzył Walentinowi prosto 

w oczy, nie okazując najmniejszych oznak strachu. 

Raija pragnęła w głębi duszy, żeby nie odnosił się 

w ten sposób do Walentina. Bała się że swym opano­
waniem zirytuje samozwańczego przywódcę buntu. 

- Armatorzy gotowi są zaatakować. Wielu z nich 

bez wahania użyje przeciwko tobie broni... - Wasilij 
na moment zamilkł, po czym mówił dalej: - Nawet 
marynarze, za których tak dzielnie walczysz, są na 

ciebie wściekli. Nie chcą dla siebie żadnych zmian. 
Co więcej, boją się, że ktoś mógłby posądzić ich 
o udział w planowaniu buntu lub pomoc w jego zor­
ganizowaniu... 

- Co ty powiesz? - rzekł Walentin z uśmiechem, 

który przyprawiłby o dreszcz lęku samego diabła. 

- Myśl sobie, co chcesz, ale to prawda - odparł Wa­

silij bez mrugnięcia okiem. - Obawiam się jednak, że 
tylko Oleg się wami przejmuje... 

- Oleg - powtórzył Walentin powoli. - Szybko 

przeszedłeś z szefem na ty, co? Zawdzięczasz to pew­
nie swej otwartości i urokowi osobistemu, prawda? 

A może szeptałeś komuś czułe słówka? 

Zerknął na Raiję. 

background image

- To zwykle pomaga: wykorzystać do swoich 

spraw kobietę... 

Kiedy Wasilij nie odpowiedział, Walentin spytał 

nagle: 

- Czy mają wiele statków? Jakich? Ilu ludzi? 
- Sporo - odparł Wasilij. - Szkunery - uśmiechnął 

się nieznacznie. Trochę krzywo, podobnie jak Walen­

tin, ale mimo wszystko inaczej, ponieważ miał w so­

bie więcej ciepła i pogody. - Armatorzy nie odważą 

się posłać swoich statków handlowych, wiesz, boga­

ci to bogaci! Nieważne, czy chodzi o ich chleb, czy 

nie. Dobrze płacą, by zdobyć ludzi. Obiecują mary­

narzom wykreślenie długów, jeżeli staną po ich stro­

nie. Podjęto wiele kroków, drogi Walentinie. Wyda­

je mi się, że zostałeś całkiem sam... 

- Mam ją - Walentin skinął na Raiję. 

Spojrzenie, jakie mu posłała, ciskało błyskawice, 

ale ledwie zdawał się to zauważać. 

- Wydaje ci się, że to wiele? Byków wyjechał z mia­

sta - wyjaśnił Wasilij. - Możesz próbować szantażo­

wać Olega, ale on nie poruszy nieba i ziemi, żeby ra­

tować cudzą żonę. Rozumiesz? Lepiej pozwól jej 

odejść. Żaden z właścicieli statków nie da ci za nią 

złamanej kopiejki. Co ich obchodzi żona jakiegoś By-

kowa, który w dodatku jest dla nich parweniuszem. 

Ani trochę się nie zmartwią, jeżeli te statki znikną, 

a Jurków i Byków zrezygnują z przewozów. Chętnie 

przejmą ich interes. Może jakoś udałoby ci się przy­

cisnąć tych dwóch, ale z pewnością nie innych. Jeśli 

jednak zechcesz poczekać na pościg, to nie wiem, czy 

z tego wyjdziesz cało, chłopcze. Nie zapominaj, że 

czas płynie! 

background image

- Nie jestem dla ciebie chłopcem! - wybuchnął Wa-

lentin. 

Nalał sobie wódki do brudnej szklanki. Nie poczęsto­

wał Wasilija, ale ten sam napełnił drugie naczynie. Wy­

pił jednym haustem i popatrzył uważnie na Walentina. 

- Tylko kapitana trzymasz teraz pod kluczem? -

spytał. 

Walentin skinął głową. Nie marnował słów, jeśli 

nie chciał i jeśli nie musiał. 

- Czy na „Raiji" wszystko w porządku? 
- Tak. Byłem tam niedawno. Morale wśród załogi 

wysokie. Nie zamierza się poddać, a jeżeli trzeba, bę­

dzie walczyć. 

- Czy wielu jest w stanie się bić? I tu, i na „Raiji" 

jest po kilku starszych marynarzy i paru bardzo mło­
dych chłopców. Nie masz broni... 

- Morale jest wysokie - powtórzył uparcie Walentin. 
Raija wiedziała, że kłamie. Widziała niepewność na 

twarzach marynarzy z „Antonii". Ludzie się bali. Kie­
dy usłyszeli od Olega, że zanosi się na prawdziwą bit­

wę, zrozumieli, czym to się może skończyć. 

Zakończenie buntu nie zapowiadało się tak różo­

wo, jak to sobie wyobrażali i jak obiecywał im Wa­
lentin. 

Nie będzie umorzenia długów, wyższych zarob­

ków, z których będzie można się utrzymać, zatrud­
nienia na kilka lat, domów na własność... 

Wreszcie pojęli, jak bardzo się mylili i jaką przyj­

dzie im za to zapłacić cenę. Nie umieli walczyć, nie 
byli żołnierzami, lecz prostymi marynarzami. 

Walentin pokładał nadzieje w ludziach, którzy się ba­

li. Raija nie sądziła, by na drugim statku panowały inne 

background image

nastroje. „Raija" kotwiczyła na tyle blisko, że jej załoga 

także usłyszała słowa Olega i z pewnością myślała swoje. 

Walentin musiał o tym wiedzieć. 

Ale mimo to upierał się, że jego ludzie są zdecydo­

wani stawiać opór, że myślą tak samo jak on i są go­

towi zginąć. 

Być może sam w to wierzył. 
Raija jednak nie była co do tego przekonana. Wa­

silij również nie. Wymienili pospieszne spojrzenia. 

Zrobili to jednak nie dość szybko, by uszło to uwa­

gi Walentina. Wypił resztę wódki ze szklanki. Nalał 

sobie jeszcze. 

- Uważam, że twoją jedyną szansą jest się poddać -

powtórzył Wasilij. Nie starał się dotrzymać Walenti-

nowi towarzystwa w piciu. 

- Czy to Jurków, twój drogi Oleg, prosił cię, byś 

mnie przekonał? - spytał Walentin drwiąco. - Cieka­

we, że zawsze tak szybko nawiązujesz przyjaźnie, 

Wasilij. Jeden Bóg wie, jak to robisz. Przychodzi ci 

to z dziwną łatwością. I w dodatku jesteś piekielnie 

pewny siebie. Uważaj, żebyś się nie sparzył! Pamię­

taj, że inni również myślą. Zdarza się, że inni myślą 

równie jasno jak ty, mimo że dochodzą do innych 

wniosków. - Zamilkł, ale zaraz dodał: - Nie zapomi­

naj, że to ty wznieciłeś ten bunt, Wasilij! To był twój 

plan. Nawet jeśli teraz skumałeś się z Jurkowem, to 

nie jest pewne, czy będziesz mógł się schować za je­

go plecami, gdy się znajdziesz w tarapatach. Jeżeli sta­

niesz się niewygodny, nie zawaha się, by cię poświę­

cić. Oni tacy są. Twój Oleg tak łatwo nie zapomni, 

że bunt był twoim pomysłem. Nikt ci nie poda ręki, 

bo i kto będzie chciał zaufać takiemu człowiekowi? 

background image

Wasilij nie był w stanie na to odpowiedzieć. Wes­

tchnął tylko, bawiąc się szklanką, na której dnie tań­
czył łyk wódki. Lekko uśmiechał się do siebie. 

- Sądzę, że moje szanse są chyba równe twoim, Wa­

lentin - odezwał się wreszcie. - A gdybym nie miał tu 
czego szukać, to nic mnie przecież nie wiąże. Do dia­
bła, mogę wyjechać dokądkolwiek Kto powiedział, że 
Archangielsk jest jedynym miejscem na świecie, gdzie 
można być szczęśliwym? Mogę zakotwiczyć w Sankt 
Petersburgu! - Roześmiał się cicho. - Tam przecież 

wspaniale kwitnie handel i żegluga. To prawdziwy raj 
dla marynarzy... 

- Słusznie, może nawet wkradłbyś się w łaski Ro­

manowów - wtrącił ironicznie Walentin. - Mógłbyś 
zostać doradcą cara... 

- Mamy teraz carycę - poprawił łagodnie Wasilij. -

Annę. 

- Zatem nic dziwnego, że kraj stoi na głowie -

stwierdził Walentin lekceważąco. - Kobiety powin­
ny zajmować się mężem i dzieciakami. Inaczej się nie 
godzi. Powinny siedzieć na swych tyłkach i dbać 
o porządek w domu, bo niby po co mają tak szero­

kie tyłki? 

- To pewnie dlatego, że rodzimy - odezwała się słod­

ko Raija, zakładając ręce na piersi. - W tym wypadku 
szerokie biodra są zaletą, rozumiesz, Walentin... 

- Dam Olegowi jeszcze jedną szansę - zaproponował 

Walentin, zupełnie nie zwracając uwagi na słowa Raiji. 
- Ostatnią szansę. Termin, który wyznaczyłem, już się 
zbliża. Nie ma powodu czekać do ostatniej chwili. 

- Obiecałeś! - rzekła Raija wzburzona. 
Walentin zareagował tak dobrze jej znanym wzru-

background image

szeniem ramion. Popatrzył Raiji w oczy. Na jego twa­
rzy malowało się rozbawienie. 

- Czy jeszcze nie zauważyłaś, że składam obietnice 

bez pokrycia, Bykowa? Czy nie wiesz, że nie zawsze 
dotrzymuję słowa? Nie jestem kryształowy, nigdy nie 
chciałem taki być i wcale nie zamierzam się teraz zmie­
niać. Jestem na to za stary. Tę grę rozegramy według 
moich zasad. Jakoś się z tego wypłaczę, tak czy inaczej. 

- Nie możesz płynąć do Kem ani w stronę Onegi -

ostrzegł Wasilij. - Nie powinienem ci może tego mó­
wić, ale mimo wszystko jesteśmy spokrewnieni, mimo 
wszystko jedziemy na tym samym wózku... 

- Co mnie to obchodzi - burknął Walentin. 
- Wiadomość o rebelii dotarła już na zachód. Nie ma 

ani jednego portu nad Morzem Białym, do którego 
mógłbyś zawinąć, ponieważ żaden cię nie przyjmie. 
Przykro mi Walentin, ale dopóki wiadomo, że ty dowo­
dzisz „Raiją" i „Antonią", żaden z tych statków nie bę­
dzie mógł wpłynąć do któregokolwiek portu w Rosji. 

- Oho, pokazują pazury - mruknął Walentin. -

Szykowali na mnie pułapkę, a ja nie miałem się o tym 

dowiedzieć, co? 

Wasilij przytaknął. 
Raija nie pojmowała, czemu ostrzegł kuzyna. To 

niepodobne do Wasilija dawać coś za nic. Nie sądzi­
ła też, by uczynił to z uwagi na łączące go z Walen-
tinem pokrewieństwo. 

Walentin też nie bardzo mu dowierzał, na jego 

twarzy wypisana była nieufność. Wasilij jednak nie 
dodał nic więcej. Uznał, że i tak powiedział za dużo. 

- Nie ma o czym gadać - odezwał się Walentin. -

Nie licz na to, że potraktuję cię ze szczególnymi 

background image

względami, bo jesteś moim krewnym. Przyjaciół się 
wybiera, a rodziny nie. 

- Ilu wybrałeś? - zdziwił się Wasilij. - Ilu wybrało 

ciebie? 

- Dostaniesz kajutę sternika - oznajmił samozwańczy 

dowódca, ignorując pytanie. - Zostało tam może trochę 
krwi, ale to chyba nie powinno ci przeszkadzać. W tym 
pomieszczeniu między innymi nasza piękna Bykowa, 
nasza bohaterka, nasza Madonna dokonywała swoich 
cudów. Na pewno poczujesz się tam jak w domu. 

- Ani się waż jej ruszyć! - rzekł Wasilij z naciskiem. 
Walentin w jednej chwili poderwał się na nogi, zła­

pał kuzyna za kołnierzyk koszuli i podciągnął do gó­
ry. Ich twarze znalazły się bardzo blisko i wtedy Ra-
ija zauważyła, że ich profile są prawie identyczne. 

-Jakim prawem śmiesz mi wydawać polecenia? - syk­

nął przez zęby. - Jakim prawem się o nią troszczysz? 

- Jest żoną Bykowa - odparł spokojnie Wasilij. 
Mógłby uwolnić się z rąk Walentina, gdyby chciał, 

ale zachował spokój, nie wyrywał się. 

Raiji wydało się to dziwne. 
- I twoją dziwką? 
Raija na moment zamknęła oczy. Chciała się od­

wrócić, ale nie zdołała - stała jak sparaliżowana. Obe­

lgi były tak niedorzeczne i obrzydliwe, że aż obez­
władniały. 

- Zapłacisz za to! - rzucił Wasilij. - Może nie dziś 

ani nie jutro, ale odpowiesz za te oszczerstwa! 

- Nigdy przedtem nie stawałeś tak gorliwie w obro­

nie swych przyjaciółek - syknął Walentin. U nasady 

włosów pojawiły mu się krople potu. Raiji nie podo­

bał się jego ochrypły głos. - Zona Bykowa musi być 

background image

dla ciebie kimś szczególnym, kimś wyjątkowym, co? 

Nie opowiesz mi o tym? Zawsze lubiłeś opowiadać mi 

o swoich dziewczynach. Pamiętasz? Pamiętasz, jak do­

kładnie opisywałeś, jak było? Jakie one były? Mogłem 

je sobie dokładnie wyobrazić. Do diabła, widziałem je 

w wyobraźni tak wyraźnie, że mogłem je później brać 

w swych marzeniach. Oczywiście nie tak, jak ty to ro­

biłeś, chłopcze, ty byłeś zawsze słaby i łagodny, ale na 

swój sposób, po męsku. Twardo, bez ceregieli, bez ga­

dania. Mogę się założyć, że wolałyby mnie. Kobiety 

trzeba traktować silną ręką, kierować nimi. Lubią, kie­

dy mężczyźni je ujarzmiają... 

Puścił Wasilija. Nie patrząc na kuzyna, podszedł 

do Raiji. Objął ją, nie zwracając uwagi na jej sprze­

ciw. Przywarł do niej całym ciałem. 

- Na pewno byś mnie polubiła - rzekł z przekona­

niem. - Jestem trochę inny niż Byków. Mam dwa silne 

ramiona. Takie kobiety jak ty powinni ujeżdżać męż­

czyźni o dwóch rękach. Zobaczysz, jestem lepszy niż ten 

mięczak Wasilij, który nie chce mi o was opowiedzieć™ 

Mówiąc to położył dłoń na piersi Raiji i mocno za­

cisnął. 

Raija szarpnęła się, ale nie zdołała się uwolnić. Wa-

lentin tylko roześmiał się ironicznie. Wasilij całą silą 

woli starał się zachować spokój. Jego spojrzenie po­

ciemniało, dłonie zacisnęły się mocno na poręczach 

krzesła, ale nie uczynił nic, by powstrzymać kuzyna. 

- Ostatnio Wasilij nie chce mi już opowiadać 

o kobietach, z którymi sypia, ani o tym, jak się z ni­

mi zabawia. Nie powtarza też, co im mówi i co one 

odpowiadają, nie opisuje ich twarzy, które się nad 

nim pochylają. Ale mam nadzieję, że ty, Bykowa, 

background image

opowiesz mi o tym wszystkim, o czym on nie chce 
mówić. A ja dostarczę ci takich wrażeń, których ni­
gdy nie zapomnisz. I to nie raz, lecz wiele razy... 

- Mam nadzieję, że to jeszcze jedna z tych obiet­

nic, których nie spełnisz - syknęła Raija. 

Podniosła nogę i z całych sił kopnęła Walentina 

w krocze. 

Zacisnął zęby z bólu. Cofnął ręce. 
- Przyjdzie na ciebie czas - zagroził. - Przyjdzie 

jeszcze na ciebie czas, Bykowa! 

- Mogę się przejść po pokładzie? - spytał Wasilij 

dziwnie zmienionym głosem. 

Walentin roześmiał się. 
- Jesteś bezczelny! 
- To typowe w naszej rodzinie - odparował Wasilij. 
- Nigdy nie pozwolę takiemu wilkowi jak ty krą­

żyć między mymi ludźmi po pokładzie. Nie, drogi 
kuzynie, nie zgodzę się, byś buszował po statku. Je­
steś zbyt niebezpieczny. Nie ma gorszego wroga niż 
członek najbliższej rodziny! 

Wasilij wzruszył ramionami. 
- Możesz zostać tutaj, dopóki nie wrócę, nie ma tu 

nic do zabrania... - dodał Walentin. 

- Razem z nią? - spytał Wasilij. 
- Przypuszczam, że już nie raz zostawałeś z nią 

sam na sam - odparł Walentin. - Taka okazja może 
się już nie powtórzyć, a mnie to nie przeszkadza. Na 
pewno jest wiele spraw, o których chcielibyście po­

rozmawiać... 

Wyszedł i zamknął za sobą drzwi na klucz. 
- Przepraszam za jego zachowanie. Wstyd mi, 

w końcu jesteśmy krewnymi - rzekł Wasilij, kiedy 

background image

umilkły kroki na korytarzu. - On nie potrafi inaczej. 
Skrzywdził cię? Zrobił ci coś? 

- Czy mnie zgwałcił? - spytała Raija i usiadła na 

krześle. - Jeszcze nie. 

- Zapłaci za każde słowo - obiecał Wasilij. - Jestem 

tchórzem. W twoich oczach okazałem się pewnie słabe­
uszem, Raija, ale nie mogłem postąpić inaczej. Zapew­
niam cię, że nie zawsze zachowuję się tak biernie. Wa-
lentin pożałuje swych słów, pożałuje, że cię dotknął... 

- Siłą nic nie zdziałasz - westchnęła Raija. - On jest 

tak pewny siebie, przekonany o swojej nieomylności. 
Nie znasz go? Nie da sobie nic powiedzieć, nic go nie 
przekona. Teraz chce mnie, ponieważ jestem żoną 

Jewgienija Bykowa. Ponieważ... 

- .„ ponieważ myśli, że ja cię miałem - dokończył za 

nią Wasilij. Chwycił dłoń Raiji i uścisnął ją z szacun­
kiem. - Walentin widzi, że nie jesteś mi obojętna. Dla 
niego istnieje tylko jeden sposób okazywania kobiecie 

zainteresowania, sam zresztą to wyjaśnił. Nie potrafi 
sobie wyobrazić, że między nami może być inaczej. 
Niestety, widzi wyraźnie, że cię lubię. Obawiam się, 
że nie udało mi się tego ukryć, pani Bykowa... 

- Nie mów do mnie w ten sposób! - poprosiła. -

To Walentin zwraca się do mnie wyłącznie po nazwi­
sku. Nie chcę, byś mi go przypominał. 

- Dobrze, więcej cię tak nie nazwę - obiecał, wypusz­

czając jej dłoń. - Wiesz, zobaczyłem twoją bluzkę wi­
szącą na łóżku - powiedział z gorzkim uśmiechem. -
Przez głowę przemknęło mi wiele bolesnych myśli... 

- Nie wszystko jest takie, na jakie wygląda - rze­

kła cicho Raija. Nie lubiła wódki, ale teraz nalała so­
bie trochę z karafki. Nie zwróciła uwagi na to, że wy-

background image

piła z brudnej szklanki. - Nie, nie wszystko jest ta­

kie, na jakie wygląda... - powtórzyła. 

Wasilij wciągnął powietrze. 
- Czy nadal masz nóż, Raiju? 
Gdy wymawiał jej imię, jego głos zdradziecko 

drżał. Zrozumiała, jak wiele dla niego znaczy, i zro­

biło jej się przykro. 

Nie chciała, by się do niej przywiązywał, a potem 

tęsknił. Wiedziała jednak, że nie może tego zmienić, 

że Wasilij również nic na to nie poradzi. 

Skinęła głową. 

- Potrzebujesz go? 

Boże, co powinna odpowiedzieć? 

- Nic mi chyba nie grozi - rzekła beztrosko. - No, 

poza tym, że Walentin wykorzysta pierwszą nadarza­

jącą się okazję, by mnie zgwałcić. Nie, nie sądzę, by 

nóż był mi potrzebny. 

- Wiem, że nie powinienem cię pytać w ten sposób -

westchnął Wasilij. - Matko Boska, zawsze mówię coś nie 

tak! - Popatrzył na Raije. Jego niebieskozielone oczy wy­

dawały się teraz bardziej zielone niż zwykle. To spo­

strzeżenie poruszyło w duszy Raiji jakąś strunę. Zdała 

sobie sprawę, że takie oczy już kiedyś widziała. W każ­

dym razie podobne, tego samego koloru. 

Ale i to wspomnienie mieszkało w niej gdzieś głę­

boko. 

- Mam pewien plan, ale wolałbym ci go nie zdradzać, 

Raija. Po prostu lepiej dla ciebie, żebyś nie wiedziała. -

Przełknął ślinę. - Nie mogę ci wyjawić szczegółów. Wy­

bacz, ale muszę je zachować dla siebie. Mogę ci tylko 

powiedzieć, że nie przez przypadek znalazłem się na 

pokładzie. Walentin nawet nie wie, jak bardzo mi po-

background image

mógł. Ważne, że już tu jestem. Myślę, że potrafię tak 

pokierować wypadkami, żeby zakończyć bunt bez 

przelewu krwi, bez poświęcania czyjegoś życia. Jednak 

może się zdarzyć, że będę potrzebował poświęcenia 

z twojej strony... 

Spojrzał na nią. Nie uciekł wzrokiem. 

Raiję ogarnął gniew. Zrozumiała, co miał na myśli. 

Jak mógł ją prosić o coś takiego? Przez długą chwilę 

milczała. 

- O wiele prosisz - rzekła wreszcie. Głos jej drżał. 
- Wiem o tym i wierz mi, nie czuję się godzien mia­

na mężczyzny. Zdaję sobie sprawę, że możesz mnie 

znienawidzić do końca życia. Ale jestem gotów zapła­

cić tę cenę. 

- Nie jest wysoka w porównaniu z tą, o której za­

płacenie mnie prosisz - rzekła z goryczą Rai ja. 

Wasilij skinął głową. 
- Wiem, że Walentin może cię skrzywdzić, ale ja 

potrzebuję twojego noża. Muszę mieć nóż, a innego 

nie uda mi się zdobyć. - Westchnął. - Zresztą i tak 

nie obronisz się przed gwałtem za pomocą noża ukry­

tego pod spódnicą. Pomyśl, co by było, gdyby Walen­

tin go znalazł, gdy przed chwilą cię dotykał? Jesteś od 

niego o wiele słabsza, Raiju. Jeżeli będzie chciał cię 

wziąć siłą, zrobi to. Czy chcesz, czy nie. Mówią, że 

bardzo lubi, kiedy kobiety się bronią... 

Rai ja nie odpowiedziała. Wsunęła rękę pod brzeg 

spódnicy i wyjęła nóż. Walentin rzeczywiście omal go 

nie wyczuł, kiedy niedawno ją obejmował. Co do te­

go Wasilij miał rację. 

Podała mu nóż, a on natychmiast wsunął go do 

cholewy buta. 

background image

- Jak się czuje mój Michaił? 

- Tęskni za mamą - odpowiedział Wasilij. - Ale żo­

na stajennego dobrze się nim zajmuje. Posłaliśmy lu­

dzi po twojego męża i Antonię... 

- Nie chcę o nich więcej słyszeć - rzekła nagle. Od­

chyliła głowę do tyłu, zdołała powstrzymać łzy, choć 

ścisnęło ją za gardło i zapiekło pod powiekami. 

- Zdajesz sobie sprawę, że wszyscy możemy zginąć? 

Skinęła głową. 

- Jeżeli nas zaatakują - rzekła. - Biedny Oleg! Nie 

pomyślałam o takim rozwoju sytuacji, kiedy nalega­

łam, byś mnie tu przywiózł. 

- Nie zmusiłabyś mnie - rzekł z goryczą - gdybym 

i ja nie sądził, że sprawy potoczą się inaczej. Widzia­

łem inne rozwiązanie, jeśli mam być szczery, Raiju. 

Nigdy nie chciałem, byś ucierpiała. 

Właśnie to musiał jej powiedzieć, uważał, że to 

ważne. 

- Czy widzisz jakieś rozwiązanie? Teraz, kiedy 

masz mój nóż? 

Wasilij skinął głową. Rozlał do szklanek resztkę 

wódki. 

- Tak. Wypijmy za to, Raiju. 

background image

13 

Rai ja nie do końca pojmowała, czemu Walentin 

zamknął ją w kajucie razem z Wasilijem. Niejasno to 

przeczuwała, zgadywała jego tok myślenia, ale czy 

rzeczywiście wpadło mu do głowy coś takiego? Chy­

ba sam nie wierzył, że mogliby się tak zachować. 

Nie są przecież zwierzętami... 

A jednak tak było. Kiedy Walentin wrócił do kajuty 

przyjrzał się obojgu podejrzliwie. Popatrzył na szklan­

ki i pustą butelkę, niby przypadkiem zerknął na prycze. 

Raija poczuła, że robi jej się niedobrze. 

- Wypiliśmy twoją wódkę - oznajmił Wasilij. -

W naszej rodzinie nie pytamy o pozwolenie, prawda, 

stary? To dobra wódka, zupełnie co innego niż kwas. 

Przypuszczam, że kapitan zgromadził większy zapas, 

nie będziesz więc musiał pościć. Rozejrzyj się też za 

rumem, jest niezły, choć może trochę słodki... 

Wasilij wstał i przeciągnął się leniwie. Był szczu­

plejszy i bardziej sprężysty niż Walentin. Gdyby sta­

nęli do uczciwej walki wręcz, z pewnością Wasilij 

byłby górą, uznała Raija. 

- Rozmawiałem z chłopakami - odezwał się Wa­

lentin. - Mogę na nich liczyć, wcale nie zamierzają się 

wycofać. Dostałem też wieści z „Raiji". Tamci mary­

narze także nie myślą o tym, by się wycofać... Przy­

kro mi, ale muszę cię rozdzielić z Bykową - dodał 

background image

drwiąco, ale z niewinnym uśmiechem i pokornym 
spojrzeniem. Nawet wyraz oczu go nie zdradzał, tak 
doskonale potrafił się maskować. 

Raija już wiedziała, dlaczego tylu ludzi brało jego 

słowa za dobrą monetę, pozwoliło mu się oczarować, 
a potem oszukać. 

Ciekawa była, co też Walentin powiedział maryna­

rzom. 

- Ale nie martw się, dostaniesz osobną kajutę, 

w której będziesz bezpieczny, Wasilij. Muszę cię nie­

stety zamknąć na klucz, ale czegóż się nie robi, by 
ochronić człowieka, w którym płynie ta sama krew... 

- Jasne, przekonaliśmy się o tym na przykładzie 

Piotra - odezwała się Raija. 

Musiała to powiedzieć. 
- Piotr nie jest moim synem - rzekł z naciskiem 

Walentin. 

Wciąż zachowywał spokój, wciąż się uśmiechał, ale 

jeden policzek zaczął mu zdradziecko drgać. 

- No to chodźmy - rzekł Wasilij. - Nie mam chy­

ba prawa spytać, co zamierzasz teraz zrobić? 

- Nie mylisz się - odparł Walentin. - Nie możesz 

spytać, a w każdym razie nie otrzymasz odpowiedzi. 

Ale lepiej dla ciebie, żebyś znalazł się bezpieczny 
w kajucie sternika, zanim cokolwiek zacznie się dziać. 

Więcej nic nie powiedział. 
Raija czuła, jak ogarnia ją lodowaty strach, który 

z żołądka rozlewał się na całe ciało. Zrobiło jej się 
zimno, jak gdyby znalazła się na dworze w zimowy 
dzień, a północny wiatr przeszywał ją na wskroś. Ni­
gdy chyba bardziej nie zmarzła. 

- Dobrze wiem, gdzie jest moje miejsce - zapewnił 

background image

beztrosko Wasilij. Wyglądał tak, jakby nie miał żad­
nych zmartwień, niespiesznie ruszając do drzwi. -
Przypuszczam, że ktoś mnie tam odprowadzi. Nie ty? 

Walentin nawet nie drgnął, nie odpowiedział sło­

wem ani gestem. 

- Nie rób jej krzywdy! - poprosił Wasilij. - Ze 

względu na nią i ze względu na siebie samego. Jesz­
cze nie tak dawno temu Jewgienij Byków był nie­
okrzesanym gburem. Ma wprawdzie jedno ramię 
mniej, ale sądzę, że nadal gdzieś w głębi jego duszy 
drzemie zabijaka. Jeśli wyrządzisz krzywdę Raiji, 
z pewnością się zemści. 

Walentin nawet się nie skrzywił, choć nie miał zwy­

czaju przyjmować niczyich rad i pouczeń. Potrafił 
ukryć ogarniający go gniew, tym większy, iż podejrze­

wał, że Wasilij i Raija są kochankami. Dla niego sło­
wo „miłość" miało tylko jedno znaczenie, kojarzyło 

mu się wyłącznie z fizycznym pożądaniem. 

Uważał, że kobieta to tylko ciało, dzięki któremu 

mógł zaspokoić swoje żądze. Teraz też nie ukrywał 
swoich zamiarów wobec żony właściciela statku. 

Ku swemu zaskoczeniu Raija nagle dostrzegła, że 

teraz twarz Walentina się zmieniła. Na jego policz­
kach wykwitły rumieńce, a niebieskozielone oczy lśni­
ły dziwnym blaskiem. Czyżby tak wpłynęła na niego 
ostatnia rozmowa ze zbuntowanymi marynarzami? 
Z pewnością to nie jej bliskość tak na niego działała. 

- Boisz się mnie? - spytał wyzywająco, kiedy zo­

stali sami. 

Nie odpowiedziała.  O n a również znała sztukę mil­

czenia, choć nie potrafiła tak jak on sprawić, by jej 
twarz kłamała, by z oczu nie dało się nic wyczytać. 

background image

- A może Wasilij tak bardzo cię pocieszył, że na­

brałaś odwagi? 

- Wasilij i ja nie rozmawialiśmy o sytuacji na statku. 

- Oczywiście, że nie! - wykrzyknął, wymachując 

rękami. - Rozmawialiście o bardziej wzniosłych spra­

wach, co? Takich, na których ty się znasz, a on uda­

je, że rozumie... Taka wymiana myśli to pewnie miła 

odmiana od mojego towarzystwa, co? Ja nie mam gło­

wy do takich rzeczy. Jestem tylko prostakiem, który 

uprowadził dwa statki. 

- Nie jesteś prostakiem - zaprzeczyła Raija, stara­

jąc się zachować spokój. 

Była w stanie się opanować, dopóki mówiła to, co 

naprawdę myśli, dopóki nie musiała kłamać. 

Uniesione brwi świadczyły o zdumieniu Walen-

tina. Najwyraźniej spodziewał się usłyszeć od niej 

inne słowa. Wciąż jednak nie przestawał jej prowo­

kować. 

-Jakim kochankiem jest mój kuzyn Wasilij? - do­

pytywał się uparcie. 

- Nie mam pojęcia - odparła, nie uciekając spoj­

rzeniem. Nie wiedziała, co Walentin chce osiągnąć. 

Może stara się przyłapać ją na kłamstwie? 

Jak dobrze, że na jego pytania mogła szczerze od­

powiadać. 

- Założę się, że w swym długim życiu pościelowe­

go jeźdźca nauczył się sztuczek, które są w stanie za­

skoczyć nawet tak wymagającą damę jak ty! 

Raija westchnęła. 

- Pewnie jest tak, jak myślisz. Nie potrafię nic na 

ten temat powiedzieć. Jestem szczęśliwą żoną i od 

kiedy poznałam Jewgienija, nie spotkałam mężczy-

background image

zny, który by mnie pociągał. Po prostu nie ma dru­
giego takiego człowieka jak on... 

- Nie, trudno jest znaleźć w okolicy drugiego jed­

norękiego... 

- Możesz sobie myśleć, co chcesz - rzekła Raija zre­

zygnowana. - Wielu kobietom wystarcza jeden męż­
czyzna, choć tobie z pewnością trudno to zrozumieć. 

Jestem bardzo szczęśliwa z Jewgienijem. Daje mi 
wszystko, czego pragnę. Również w miłości. 

Powiedziała to wprost, tak żeby Walentin nie miał 

wątpliwości. Nieważne, że rozmawia z nim o swoich 
osobistych sprawach, choć właściwie nic mu do tego. 

- A więc kuzyn Wasilij w ogóle cię nie pociąga, ma­

ła kobietko? Naprawdę nigdy nie sprawił, że krew za­
częła ci szybciej krążyć? 

- Nie - odparła Raija, ale głos lekko jej przy tym 

zadrżał. W głębi duszy musiała przyznać, że Wasilij 
miał w sobie wiele cech, których szukała u-mężczy­
zny. Gdyby nie była żoną Jewgienija, gdyby chciała 
się związać z kimś, przy kim mogłaby zostać sobą 
i czuć się bezpiecznie, wybrałaby właśnie jego. 

Walentin potrafił wyłowić owo drżenie głosu. Bez 

trudu odgadł, że Raija zawahała się, zanim odpowie­
działa. Dosłyszał niepewność, z której ledwie sama 
zdawała sobie sprawę. 

I wyciągnął własne wnioski. 
Roześmiał się. 

Zadowolony roześmiał się głośno. 
- Nie jesteś całkiem niewinna, co, Bykowa? Kobiety 

to niewierne istoty! Nie znam żadnej zamężnej niewia­
sty, która nie miałaby ochoty zdradzić swego męża, o ile 
nikt by się o tym nie dowiedział. A ty bynajmniej nie 

background image

jesteś wyjątkiem, choć już prawie uwierzyłem, że jesteś 

ideałem. Gdybyś była taka niedostępna, jak początko­

wo sądziłem, warto by było spróbować cię zdobyć. Ale 

ty jesteś jak wszystkie - westchnął. - Jesteś całkiem zwy­

czajna. Nawet nie wiesz, jak mnie rozczarowałaś™ 

Raija przełknęła. Zachciało jej się pić. Teraz chęt­

nie sięgnęłaby nawet po gorzką i palącą wódkę. 

W gardle całkiem jej zaschło. 

- Czego się po mnie spodziewałaś? - spytał i pochy­

lił ku niej, jakby w przypływie zaufania. - Oczekiwa­

łaś, że okażę się taki jak Wasilij? Myślę, że byłbym 

lepszym kochankiem. Dałbym ci więcej. O wiele wię­

cej... - Roześmiał się. - Może jeszcze będziesz miała 

okazję się o tym przekonać. Może... - mrugnął poro­

zumiewawczo. - Ale teraz muszę cię zostawić samą. 

Pewnie cię zawiodłem, ale nie ma innej rady. 

- Czy musisz zamykać mnie na klucz? - spytała, 

starając się przybrać żałosny, błagalny ton. Właściwie 

nie musiała udawać, naprawdę się bała. 

- Zapewne nie wyrządziłabyś wielkich szkód na 

pokładzie - uśmiechnął się - ale prowokujesz moją 

załogę do myślenia o innych sprawach niż te, dla któ­

rych tu jest. A na to nie mogę pozwolić, poza tym 

i ty nie byłabyś bezpieczna. Wygląda na to, że oprócz 

mnie i mojego kuzyna jest jeszcze kiłku innych męż­

czyzn, którym na twój widok przychodzą do głowy 

brzydkie i grzeszne myśli, moja droga. Zrozum, że 

najbezpieczniej jest dla ciebie tutaj, w mojej ciepłej 

i przytulnej kajucie... 

Raija westchnęła. Skinęła głową. 

- Z pewnością masz rację - przyznała zrezygnowana. 

Teraz już nie miała wątpliwości, że jest jego więźniem. 

background image

Chciała jednak wiedzieć, co się dzieje na pokładzie. 
- Dokąd się tak spieszysz? - spytała. - Czyżby gro­

ziło nam jakieś niebezpieczeństwo? 

Uśmiechnął się do niej, choć ten uśmiech przypo­

minał raczej grymas. 

- Nie zauważyłaś, jak się zrobiło cicho? - spytał. - Czy 

nie doznajesz wrażenia, jakby morze się uspokoiło? 

Przytaknęła, miał chyba rację. 
- Nadciąga sztorm - wyjaśnił. - Nie możemy stać 

na kotwicy, bo liny i tak by się zerwały. Stawiamy ża­

gle, moja droga, popłyniemy mimo nawałnicy. Może 
uda się ją ominąć. Nie wiem, gdzie zakotwiczymy ju­
tro. Ale i Jurków tego nie wie... 

Roześmiał się i wyszedł. Potrafił wyjść we właści­

wym momencie. 

Uwięziona w kajucie Walentina Rai ja miała dużo 

czasu na myślenie. Próbowała odgadnąć, czy morze 
rzeczywiście jest spokojne, ale nie znała się ani na że­
gludze, ani na pogodzie. Słyszała tylko, że na pokładzie 
zapanował ruch, zewsząd rozlegał się tupot chodaków, 
kroki biegających ludzi. Słyszała, jak marynarze śpie­

wają, rytmicznie wciągając żagle. Gdy natężyła słuch, 
dobiegał ją niekiedy głos Walentina. 

Zastanawiała się, co teraz czuje, dowodząc dwoma 

statkami, które w jednej chwili stały się dwiema pły­

wającymi wysepkami. 

Mimo nadciągającej burzy podnieśli żagle. 
Raija zastanawiała się, czy to dlatego Walentin wy­

dał jej się tak odmieniony. Czyżby liczył na to, że 

właśnie teraz wydarzy się coś ważnego, i ta nadzieja 

dodała mu skrzydeł? 

background image

Powiedział, że popłyną mimo nawałnicy. Skąd wie­

dział, że będzie sztorm? Prawda, ludzie morza potra­
fią takie rzeczy przewidywać, umieją bezbłędnie od­
czytywać znaki w przyrodzie. Jewgienij również znał 
tę sztukę. Zwykle się nie mylił, kiedy przepowiadał po­
godę na następny dzień. Marynarze nie musieli znać li­
ter, ale przyroda powinna być dla nich otwartą księgą. 

Wyglądało na to, że Walentin bez trudu ją odczy­

tywał. Z pewnością posiadł wiele umiejętności i po­
trafił je wykorzystać. 

Raija bała się. 

Zachodziła w głowę, po co Wasilij wziął od niej 

nóż. Jeśli siedzi teraz zamknięty w kajucie sternika, 
nie będzie przecież mógł go użyć. Znajdował się 

w podobnej sytuacji jak ona. Zapewne i on słyszał, że 
się na coś zanosi. Wątpliwe jednak, by Walentin za­
dał sobie trud i wyjaśnił mu, dlaczego podniesiono 
kotwicę i dlaczego rozwinięto żagle. 

Raija nie znała planów Wasilija, ale bala się, bo 

przecież burza mogła mu je pokrzyżować. 

Chociaż i on pewnie był w stanie wcześniej prze­

widzieć, że nadciągnie sztorm. 

Nagle Raija usłyszała, że za drzwiami coś się dzie­

je. Zazgrzytało w zamku. Niepewnie, nie tak, kiedy 
Walentin przekręcał klucz. 

Nie dobiegł jej też odgłos kroków. 
Szybko znalazła się przy wejściu i spytała szeptem: 
- Kto tam? 
Nie zdążyła otrzymać odpowiedzi, kiedy zamek 

ustąpił. Cofnęła się. 

Za drzwiami stał Wasilij. 
Wśliznął się bezszelestnie do środka i zamknął za 

background image

sobą drzwi. Raija zobaczyła, jak chowa nóż w ręka­
wie kurtki. 

- Przydatna rzecz - zauważył. - Chyba będzie 

sztorm. 

Raija skinęła głową. Nawet nie pytała, skąd o tym 

wie. On także był marynarzem. 

- Weź pelerynę, bluzkę... Chodź ze mną! 

Nie pytała, dokąd ani po co. Ufała Wasilijowi. 
Bluzkę wepchnęła pod kurtkę - później ją założy. 

Pelerynę zwinęła w rulon i wzięła pod pachę. 

- Może powinniśmy zabrać też trochę jedzenia - do­

dał Wasilij. Przeszukał szafki. Butelka likieru i słoik 
kandyzowanych owoców zniknęły pod jego kurtką. 
Raija urwała kawał chleba, chleb był bardziej sycący. 

- Musimy stąd uciekać! - rzucił niespokojnie Wa­

silij. 

Spieszył się, rozglądał, wciąż nasłuchiwał. Dzięki 

docierającym do kajuty odgłosom mógł odgadnąć, co 
dzieje się na pokładzie. Był przecież doświadczonym 
marynarzem. 

Kiedy wyszli z kajuty, rzucił: 
- Poczekaj, zamknę drzwi na klucz... 
Raija uważała, że to zbyteczne, ale nie protestowała. 

Wasilij działał w sposób przemyślany. Za pomocą 

noża przekręcił zamek w drzwiach. Jeśli ktoś teraz 
naciśnie klamkę, przekona się, że kajuta jest zamknię­
ta, i przez dziurkę od klucza zobaczy, że lampy są 
przykręcone, a zasłony na pryczach zasunięte. Pomy­
śli pewnie, że ktoś tam śpi. 

Raija zrozumiała, że Wasilij nie zdawał się na los 

szczęścia. 

Podał jej rękę, kiedy biegli przez ciemne, wąskie 

background image

korytarze, w których ledwie mieścili się obok siebie. 

Z dłonią w jego dłoni Raija czuła się bezpieczniej. 

- Dokąd biegniemy? - szepnęła, kiedy posuwali się 

coraz niżej i coraz bardziej ku rufie statku. Kajuta ster­

nika znajdowała się przecież zupełnie gdzie indziej! 

- Tss! - uciszył Wasilij Raiję. Uniósł pokrywę lu­

ku i pomógł jej zsunąć się w dół. 

Raija kurczowo chwyciła stromą drabinkę. 

Serce mocno waliło jej w piersi, kiedy po niej scho­

dziła. Wasilij nie odezwał się ani słowem, zanim na 

powrót nie zamknął za sobą włazu. 

- Jak myślisz, gdzie najpierw będą cię szukać? -

spytał. 

- U ciebie, to znaczy w kajucie sternika - odparła. 

Skinął głową. Uśmiechnął się, mimo ciemności do­

strzegła błysk jego zębów. 

- Sądzę, że Walentin nie będzie miał czasu do cie­

bie zaglądać, Raija, i nie zauważy twojego zniknięcia. 

Na wszelki wypadek muszę cię jednak ukryć. 

Wasilij roześmiał się i poprowadził Raiję w stronę 

ciasnego, ciemnego i wilgotnego pomieszczenia, przy­

pominającego kubryk, w którym wcześniej leżeli ranni. 

- To być może nie jest konieczne, ale nie lubię ry­

zykować, kiedy stawka jest tak wysoka. Tym razem 

gra toczy się o wszystko. Walentin pewnie zajrzy naj­

pierw do kajuty sternika, a gdy przekona się, że i tam 

cię nie ma, będzie po kolei sprawdzał wszystkie za­

kamarki. Kiedy przyjdzie mu do głowy, że mogłaś się 

ukryć tutaj, być może będzie już za późno... 

Za późno, pomyślała Raija. Tylko dla kogo? 

W pomieszczeniu paliła się jedna lampa. Raija do­

strzegła jakąś postać i kurczowo ścisnęła Wasilija za 

background image

rękę, ale on pogładził ją uspokajająco. Odsunął się 
i zamknął drzwi. Na wszelki wypadek przekręcił no­
żem zasuwę w zamku. 

- Nie obawiaj się, to kapitan, Raiju. Teraz jesteśmy 

po jednej stronie - znowu się roześmiał. - Jeżeli Wa-
lentin zacznie szukać kapitana tu, gdzie go zamknął, 
i przekona się, że pomieszczenie jest puste i zamknię­
te na klucz, jak sądzisz, zmartwi się? 

Raija skinęła głową. 
- I co pomyśli? - dopytywał się. 
- Że to twoja sprawka - odparła bez wahania. 

Wasilij przytaknął. Wyglądał na zadowolonego 

z siebie. 

- Na pewno - przyznał. - I co jeszcze? 
- Ze pomaga ci ktoś z załogi - dodała bez zastano­

wienia. 

- Mądra dziewczyna! 
Wasilij ułożył wilgotne prześcieradła jedno na dru­

gim w ten sposób, że utworzyły piramidkę, i usiadł 
na nich z Rai ją. 

Następnie wyciągnął likier i owoce kandyzowane. 

Wziął od Raiji chleb i podzielił go na trzy równe czę­
ści. Najpierw podał kapitanowi. 

- Nie pamiętali chyba o posiłkach dla ciebie? - spytał. 

Kapitan potrząsnął głową i zaczął łapczywie jeść. 
Wasilij otulił Raiję płaszczem. 
- Nie możemy pozwolić, byś zmarzła - rzekł. - Bę­

dę musiał zgasić lampę. Wolałbym tego nie robić, ale 
obawiam się, że to konieczne. 

Skinęła głową, rozumiała, dlaczego. 

- Zamykałeś za sobą drzwi, przekręcając nożem za­

mek - zauważyła między jednym kęsem chleba a dru-

background image

gim. Za likier podziękowała, bo pragnęła zachować 
jasny umysł. I tak tu na statku wlała już w siebie wię­
cej wódki niż kiedykolwiek wcześniej. Zwykle po 
mocnych trunkach robiła się senna, a to ostatnie, cze­
go teraz chciała. - Walentin pomyśli, że jest z tobą 
ktoś, kto ma klucz. 

Wasilij roześmiał się. 
- Właśnie, jestem sprytniejszy, niż się wszystkim zda­

je! Mam nadzieję, że Walentin połknie przynętę, choć 
nie do końca jestem tego pewien. On też nie jest taki 
głupi, na jakiego wygląda. Obawiam się, że to rodzinne™ 

Wziął butelkę od kapitana, wypił odrobinę albo 

tylko udawał, bo Rai ja nie dosłyszała, żeby przełykał. 

- Kiedy zaczynaliśmy bunt, nikt nie wziął pod 

uwagę kaprysów pogody - mówił dalej Wasilij. -
Trudno ją rozszyfrować. Przyznam, że później, kie­
dy wyrzucono mnie ze statku, liczyłem na to, iż mo­
rze się trochę rozkołysze! Święta Panienko, nigdy 
bym nie śmiał prosić o sztorm. To za wiele. A teraz 

właśnie spełniają się moje życzenia. 

Rozsadzała go radość. 

- Ja także nie jestem taka głupia, na jaką wyglądam -

zauważyła Raija. - Ale nie do końca rozumiem, Wasilij. 
Zanosi się na coś więcej niż sztorm, tak? Czy ty coś szy­
kujesz? Chyba nieprzypadkowo wszedłeś na pokład? 

- Oczywiście, że to nie przypadek! - roześmiał się 

i objął ją ramieniem. Raija nie widziała w tym nic nie­
stosownego. Co prawda Wasilij podobał jej się jako 
mężczyzna, ale w tej chwili nie miało to żadnego zna­
czenia. Był przyjacielem. Obejmował ją jak przyja­
ciel. - Oczywiście, że to część planu, Raiju. Walentin 
pomyśli, że pomaga mi jeden lub dwóch członków 

background image

załogi. Będzie szukał ciebie, mnie, kapitana i tych 
zdrajców. 

Raija wstrzymała oddech. Wasilij potrafił mówić 

z równym przekonaniem, jak jego kuzyn. To pewnie 
jeszcze jedna z ich wspólnych cech. 

- Wymyśliłem pewien plan - mówił dalej Wasilij. 

Świadomie przeciągał, by rozbudzić ciekawość kapi­
tana i Raiji. - A moje plany zawsze były lepsze od 

planów Walentina. On o tym wie. To jeden z powo­
dów, dla których mnie nie lubi. Nigdy nie lubił prze­
grywać. Nigdy też nie wyciągnął nauki ze swych błę­
dów. Okrada mnie z moich kobiet, ubrań, sposobów 
przyrządzania piwa, moich pomysłów... Ale jemu ni­
gdy nic nie udaje się tak jak mnie... 

- Jednak przechwala się tak samo jak ty - przerwa­

ła Raija niecierpliwie. - Wyjaśnij wreszcie, o co chodzi, 
zanim Walentin się tu zjawi. Co się właściwie dzieje? 

- Udało mi się przeciągnąć całą załogę na swoją stro­

nę - rzekł Wasilij. - Bez trudu udowodniłem ludziom, 
że ich okłamał. Morale marynarzy jest wysokie, Wa­
lentin ma rację, ale nie takie, jak by sobie życzył. 

Wasilij znowu się roześmiał. Raija nie pojmowała, 

jak można się śmiać w takiej chwili jak ta. Jej wcale 
nie było wesoło. 

- Walentin bardzo się zdziwi. To nowy bunt, Ra-

iju Bykowa. Odbieramy statek Walentinowi - po­
twierdził słowa Wasilija kapitan. 

background image

14 

Fragmenty późniejszych wydarzeń na zawsze 

utrwaliły się w pamięci Raiji. Decydujących lub trud­

nych momentów życia nigdy jednak nie zapamiętuje 

się takimi, jakimi były naprawdę, bo to zbyt wiele dla 

zwykłego człowieka. Zachowuje się w świadomości 

jedynie urywki. 

Być może właśnie dzięki temu ludzie potrafią na­

dal normalnie żyć. 

Raija usnęła z głową na ramieniu Wasilija. Pamię­

tała niejasno, że było jej zimno. Pamiętała, że w po­

mieszczeniu panowała wilgoć, a na podłodze zebrało 

się sporo wody. I że zewsząd otaczały ją nieprzenik­

nione ciemności. Ciemność przypominała ścianę. Po­

jawiała się natychmiast wraz z otworzeniem oczu. 

Dlatego dobrze było zamknąć oczy i uciec stąd na 

skrzydłach snu. 

Kiedy Wasilij ją obudził, nie pojmowała, jakim cu­

dem mogła w tych warunkach spać. Czyżby jednak 

wypiła za dużo wódki? 

Statkiem już nie kołysało, rzucało nim z burty na 

burtę. 

Raiję ogarnęła panika. Zerwała się na równe nogi, 

chciała wybiec na pokład, za wszelką cenę dostać się 

na górę, ku światłu! Nie chciała utonąć uwięziona 

pod pokładem. 

background image

Wasilij musiał potrząsnąć Rai ją, by oprzytomnia­

ła. Nadal czuła lęk, ale opanowała krzyk. 

- Nie bój się, nic ci tu nie grozi. Nikt nie zginie -

uspokajał ją. 

Rai ja podejrzewała, że nie mówi prawdy. Powiedział 

przecież, że przygotował kolejny bunt. Na pewno doj­
dzie do rozlewu krwi! W pewnej chwili przemknęło jej 
przez głowę, że ona sama pragnie śmierci Walentina. 

Przeraziła się. 
Nigdy nikomu nie życzyła śmierci. Nie przypusz­

czała, by w ogóle była do tego zdolna. Teraz, zdumio­
na, musiała uznać, że nie znała siebie tak dobrze, jak 
jej się wydawało. To zaskakujące i przerażające, że tli 
się w niej taka żądza zemsty. 

- Nie bój się - powtórzył Wasilij. - Takie kołysanie 

to jeszcze nic. 

Raiję przeszedł dreszcz. Czyżby naprawdę mogło 

być gorzej? 

- Właśnie nadszedł odpowiedni moment - mówił da­

lej Wasilij. - Walentin chyba nie zauważył, że uciekłaś 
z kajuty kapitana. Nie miał czasu sprawdzić, ale wcześ­
niej czy później zechce do ciebie zajrzeć, Raiju. Teraz 
jest zbyt zajęty, bo nie udało mu się ominąć sztormu. 
Burza nadciągnęła szybciej, niż się spodziewał. Mary­
narze muszą jak najprędzej ściągnąć żagle, a z tym jest 
dużo pracy. - Uścisnął Raiję i dodał: - Krótko mówiąc, 
nie możemy dłużej czekać. Nie możemy czekać, aż mo­
rze się uspokoi. Myślę, że Walentin spróbuje dostać się 

w sam środek burzy. Tam zwykle jest spokojnie. To 

brzmi jak niedorzeczność, prawda? Myślisz, że tam ki­
pi piekło, a tymczasem zazwyczaj panuje spokój, mo­
rze gładkie jak szklana tafla. A wkoło koniec świata. 

background image

Nie możemy czekać, Raiju. Musimy wydostać się na 

pokład i wykorzystać zamieszanie... 

Raija pojmowała, że mówiąc „musimy", nie myśli 

o niej. 

- Ty zostaniesz na dole, będziesz tu bezpieczniej­

sza - potwierdził jej przypuszczenia. 

Zdawało się, że tak naprawdę uważa, ale tym sa­

mym przeczył wcześniejszym zapewnieniom. Mówił 

przecież, że nikt nie zginie... 

Weź się w garść, Raija! szeptał jej jakiś wewnętrzny 

głos, który próbował pomóc jej zachować rozsądek. 

Jedyne, czego pragnął Wasilij, to ją ochronić, 

chciał dla niej jak najlepiej. 

Ale tu, głęboko pod pokładem, było mokro i prze­

rażająco ciemno. Raija nie dostrzegała nawet ścian. 

Powietrze do tego stopnia przesycone było wilgocią, 

że odnosiła wrażenie, iż zamieniało się w ciecz. 

Słyszała plusk. 
Statek nabierał wody. 

Nie, za nic tu nie zostanie, nie chce utonąć uwię­

ziona pod pokładem! 

- Nie możemy cię zabrać ze sobą na górę - tłuma­

czył Wasilij. 

Jego głos rozlegał się tuż przy jej uchu, ciepły od­

dech muskał jej policzek. Chciała uwierzyć i dać się 

przekonać, ale wszystko się w niej sprzeciwiało. 

- Będę przeszkadzała? 
- Nie w tym rzecz. Boję się, że Walentin mógłby 

cię dostać w swoje łapy - powiedział Wasilij wprost. 

- A wtedy wykorzystałby cię jako zakładnika i użył 

jako broni przeciwko mnie. Doskonale wie, że to je­

dyny sposób, żebym się ugiął. 

background image

Raija nie chciała o tym myśleć. 
- To dla ciebie najbezpieczniejsze miejsce, jakie 

znam - dodał. - Zostawimy tu owoce i ostatni łyk li­
kieru, będziesz się więc mogła w razie czego pocieszyć... 

- Mam się upić ze szczurami, zanim pójdziemy na 

dno? 

- Kiedy usłyszysz, że szczury uciekają, masz moje 

pozwolenie, by czmychnąć stąd razem z nimi - od­
parł Wasilij. Nie żartował, jego głos brzmiał wyjąt­
kowo poważnie. - Ale wcześniej nie chcę cię widzieć 
na górze, Raija, bo zapowiada się na piekielne przed­
stawienie. Sztorm nie ucichnie tylko dlatego, że my 
się pokażemy na pokładzie; będzie mocno kołysało. 
Może się zdarzyć, że na moment stracimy panowa­
nie nad statkiem. Ale wierz mi, „Antonia" świetnie 
trzyma się na wodzie. To marzenie, nie statek. Bę­
dziesz się śmiała, lecz kocham go! Myślę, że i on ko­
cha mnie z wzajemnością, a kiedy poczuje, że to ja 
stanąłem za sterem, posłucha mnie, odda mi się we 

władanie jak kobieta... 

- Jak, do diabła, możesz mówić coś takiego? -

prychnęła Raija. 

Roześmiał się niemal tak samo jak Walentin. Raija 

przez moment zastanowiła się, czy przypadkiem to 
nie on stoi obok. 

- Próbuję cię tylko przekonać, że wszystko będzie 

dobrze, Raiju. Chwilami sytuacja może wydawać się 

niebezpieczna, ale pamiętaj o tym, co ci powiedzia­
łem. Będzie dobrze. Prawie cała załoga przeszła na na­

szą stronę. Walentin nie ma żadnych szans. Sztorm 
dodatkowo nam sprzyja... 

- Burza zjawiła się jak na zawołanie - dodał kapitan. 

background image

Raija nie mogła oprzeć się wrażeniu, że minęło za­

ledwie parę godzin, od kiedy Wasilij wszedł na po­
kład, a marynarze już przestali słuchać Walentina. 

Wiatry szybko się zmieniają. 
Wyglądało jednak na to, że Wasilij ma zaufanie do 

swych kolegów i nie żywi do nich urazy za to, że 

wcześniej się od niego odwrócili. 

- Nie chcę cię widzieć na pokładzie, jasne? - rzekł 

stanowczo. 

- Tak - odparła posłusznie Raija. 
Bała się zostać w tym ciasnym i ciemnym pomiesz­

czeniu, ale musiała też przyznać, że na pokładzie bałaby 
się jeszcze bardziej. Mogłaby ją zmyć fala albo zepchnąć 

wiatr, wokół niej mogłaby się lać krew. Najbardziej 
obawiała się tego, że wpadnie w ręce Walentina. 

Gdyby stała się zakładniczką Wasilija, także nie 

czułaby się bezpieczna, dodała w myśli. 

- Nie pokażesz się na górze, zanim po ciebie nie 

przyjdę, niezależnie od tego, jak długo to potrwa! 

- Dobrze. 
- Bez względu na to, co się wydarzy, zostań tutaj. 

Zachowuj się cicho, pod żadnym pozorem nie zapa­
laj lampy, nie próbuj czerpać wody, nie krzycz. 

- Dobrze. 
Była coraz bardziej pokorna. 
Wreszcie Wasilij puścił ją i wstał. 
Raija usłyszała plusk wody, która przesiąkła do 

środka. Bała się, ale przecież obiecała Wasilijowi, że 
się stąd nie ruszy. Potrafiła dochowywać obietnic, 
miała to we krwi. 

- Nie spodziewałem się, że będziesz taka zgodna -

przyznał Wasilij, kładąc dłoń na jej kolanie. 

background image

Raija cieszyła się, że wokół panują ciemności. 

Dzięki temu kapitan nie dostrzegł gestu Wasilija, 
a ona sama nie widziała wyrazu twarzy mężczyzny, 
któremu najwyraźniej nie była obojętna. Powietrze 
zrobiło się jeszcze bardziej ciężkie. 

- Chciałbym zostawić ci nóż - rzekł z westchnie­

niem. - Ale będzie nam potrzebny na górze. 

Doskonale to rozumiała. 
- Zostanę tu - przyrzekła, starając się, by jej słowa 

zabrzmiały przekonująco. Nie chciała, by Wasilij się 
o nią martwił. Miał na głowie tyle ważnych spraw, 
które znaczyły więcej niż jej życie. O wiele więcej. -
Dopóki szczury nie zaczną w popłochu biec w górę 
- dodała ze słabym uśmiechem, którego Wasilij 

w tych ciemnościach nie mógł zobaczyć. Ale mógł go 
usłyszeć. I rozpoznać ciepło w jej głosie. 

Uścisnął jej kolano. Raija wiedziała, że chce się z nią 

w ten sposób pożegnać, a także przekazać coś, czego ni­
gdy nie ubierze w słowa. Z pewnością nie był skłonny 
do składania deklaracji. Nie należał do tego typu męż­
czyzn. Nie padał na kolana - w każdym razie nie często. 

Wiedział, że jest szczęśliwa z Jewgienijem. 

- Powodzenia - rzekła cicho. 
Poszli. 
Została sama w absolutnej ciemności. Wasilij nie 

zamknął drzwi na zamek, ale to niczego nie zmienia­
ło. I tak była sama. 

Pomyślała, że ciemność nie jest ścianą, tak jak po­

czątkowo sądziła, lecz czymś, co ją spowijało. Nie tak 
jak mgła, raczej jak woalka. Przesłaniała jej twarz, 
okręcała się wokół głowy, Raija nie mogła się od niej 

uwolnić, nic przez nią nie widziała. 

background image

Przez chwilę uważnie nasłuchiwała. Coś plusnęło na 

podłodze gdzieś niżej. Raija nie siedziała zbyt wysoko, 
mogła dotknąć desek, gdyby tylko trochę wyciągnęła 
nogi. Ale nie chciała próbować. Wręcz przeciwnie - pod­
kurczyła nogi jeszcze bardziej. Nie chciała wiedzieć, jak 

wysoko podeszła woda, której przed burzą tu nie było. 

Statek przeciekał. 

Raija słyszała, jak trzeszczy i skrzypi. Słyszała, jak 

burty się skarżą. Po każdym potężnym uderzeniu fal 
tak jęczały, że obawiała się, iż lada chwila ustąpią. 

Wytrzymywały dzielnie napór wody i wichru. 
Chyba Wasilij nie kłamał, kiedy mówił, że „Anto­

nia" to dobry i solidny statek. Wciąż jednak nie czu­
ła się całkiem bezpieczna. 

Wyjęła korek z karafki z likierem, którego niewie­

le już zostało. Wiedziała, że trunek jej nie posłuży, 
ale musiała jakoś zagłuszyć strach. 

Przełknęła ostatnie krople. Napój miał słodki smak 

owoców, których nazwy nie znała, ale pomyślała, że 
to smak lata, kwiatów i słonecznych promieni. 

Poczuła, jak alkohol pali w żołądku, rozgrzewa na 

moment. Jednak w piersi czuła chłód. Słyszała, jak 

wali jej serce, brzmiało chyba równie głośno jak skar­

ga burt statku. Chwilami Raija miała wrażenie, że na­

wet na pokładzie słychać uderzenia jej serca. 

Walentin wcale nie będzie musiał jej szukać, podą­

ży tylko za tym odgłosem. 

Nasłuchiwała, co się dzieje na pokładzie, ale to nie 

zdało się na nic. Wydawało jej się, że słyszy tupot nóg 
w chodakach, by za moment dojść do wniosku, że 
nikt nie biega w taki sposób, a poza tym ów odgłos 
rozłegł się zbyt blisko. 

background image

Wasilij prosił ją, by siedziała spokojnie i żeby by­

ła cicho. 

Przypomniała sobie powiedzenie o szczurach ucie­

kających z tonącego okrętu i wyobraziła sobie, jak 

gryzonie opuszczają „Antonię". 

Czy naprawdę są tu, pod pokładem? Nie słyszała 

nic, co mogłoby świadczyć o ich obecności, ale mimo 

to w wyobraźni ujrzała całe hordy gryzoni. 

Przebiegł ją dreszcz. 

Bujna wyobraźnia naprawdę może być przekleń­

stwem. 

Statkiem wciąż silnie kołysało, burza jeszcze się nie 

skończyła. Najwidoczniej „Antonia" nie zdołała jesz­

cze dotrzeć w samo serce sztormu. Burza najwyraź­

niej sprzyjała Wasilijowi. Wykorzystując zamieszanie 

na pokładzie, z pewnością zamierzał rozprawić się 

z Walentinem. Dlatego tak bardzo mu się spieszyło. 

Miała do Wasilija żal, że nie wtajemniczył jej w swe 

plany, że jej nie zaufał. Choć wywodzili się z różnych 

światów, przecież stali się sobie bardzo bliscy. 

Jednocześnie jednak rozumiała, czemu zataił przed 

nią szczegóły. Tak było dla niej bezpieczniej. 

Powiedział, że prawie cała załoga przeszła na jego 

stronę. Ciekawe, jak przekonał marynarzy, jakich 

użył argumentów. Dopiero co popierali Walentina, 

a już zwrócili się przeciw niemu. Wasilij musiał być 

o wiele bardziej przekonujący. 

Rai ja zmarzła tak bardzo, że dzwoniła zębami. Nie 

miała pojęcia, ile minęło czasu od chwili, kiedy Wa­

silij i kapitan zostawili ją samą. Wydawało jej się, że 

ciągle słyszy trzask zamykających się za nimi drzwi. 

A może jeszcze nie zdążyli dotrzeć na pokład? 

background image

A może jest już po wszystkim? 

Albo właśnie walka rozgorzała na dobre. 

Rai ja nie wiedziała. W myślach przywoływała ob­

raz bitwy, słyszała wokół krzyki tak wyraźne, że pra­

wie od nich ogłuchła. Słyszała szalejący sztorm i ude­

rzenia wichru. 

Zacisnęła powieki. Objęła dłońmi pustą karafkę. 

Czuła tak silne kołysanie, że momentami rzucało nią 

od ściany do ściany. 

A kiedy na powrót otworzyła oczy, panowała ci­

sza. Absolutna cisza. 

Raija wstrzymała oddech. 

Było cicho. 

Poniżej jej stóp pluskała woda, lekko i niemal 

przyjaźnie. 

Cicho. 

Minęło trochę czasu, zanim Raija zrozumiała, co 

się stało. To nie ten sztorm miotał statkiem, to nie 

ten sztorm czuła i słyszała każdą częścią ciała. 

Uświadomiła sobie, że odżyło jakieś inne doświadcze­

nie, które właśnie uwolniło się z okowów niepamięci. Sy­

tuacja, w jakiej się znalazła, obudziła wspomnienia. 

Jakby wytoczyły się pod wpływem uderzeń fal. 

Raija przypomniała sobie, że już raz przebywała 

pod pokładem statku w czasie sztormu, i to znacznie 

silniejszego niż ten. Fale ze wspomnień były wysokie 

jak góry. 

Pulsowało jej w skroniach, głowa ciążyła, w uszach 

dudniły mocne uderzenia serca. Niewiarygodne, ale 

wrażenia powróciły jak żywe. Wiedziała, że wtedy 

tak samo się bała. Może nawet bardziej. Strach moc­

no utkwił jej w pamięci. 

background image

Poczuła, że otacza ją wielka pustka. 
Nie znała swej przeszłości, mogła tylko zgadywać, 

że przeżyła coś podobnego wtedy, kiedy Jewgienij 

stracił ramię. Tak mało o tym wiedziała, choć wiele 

razy opowiadano jej, jak uratowała Jewgienijowi ży­

cie. Teraz zdała sobie sprawę, że postąpiła podobnie, 

jak niedawno w przypadku Piotra. 

Już nie miała wątpliwości, że tkwiła w niej jakaś 

moc, coś wielkiego i potężnego, coś, czego sama nie 

mogła pojąć. Coś, czego nie powinna poznać. 

Choć wiedziała, że jest tylko narzędziem sił z ze­

wnątrz, cieszyła się, że może zrobić coś dobrego dla 

innych. To wielka rzecz, wspaniałe uczucie, które 

sprawiało, że nabierała pokory. 

Zrobiło się niebezpiecznie cicho. Tak przerażająco 

i przenikliwie cicho. 

Cisza również może grzmieć w uszach. 

Cisza również może przypominać krzyk. 

Zakłócały ją jedynie uderzenia fal. Nie były to fale 

sztormowe, woda obmywała burty z lekkim pluskiem. 

Pewnie znaleźli się w samym środku sztormu, jak­

by w oku cyklonu. To o tym mówił Wasilij. Użył bar­

dzo trafnego określenia, uznała Rai ja. Oko musi być 

spokojne, spojrzenie właściwe sztormowi - zimne. 

A może burza już przeszła? 

Dlaczego jest tak cicho? Co z Wasilijem? Dlacze­

go po nią nie przychodzi? 

Obiecał, że zejdzie na dół, jak tylko sytuacja się 

wyjaśni, jak będzie po wszystkim. Nie wątpiła w je­

go prawdomówność. Jeżeli jakikolwiek człowiek do­

trzymywał danego słowa, to był nim właśnie Wasilij. 

Ale dlaczego to tak długo trwa? 

background image

Czyżby Wasilij się przeliczył? Może jednak mary­

narze nie stanęli po jego stronie? Albo Walentin swy­
mi gładkimi obietnicami po raz drugi zdołał ich prze­

konać do swych racji? 

Raiję dręczyło tak wiele pytań. 

Kołatały w jej głowie. I na każde pojawiało się 

mnóstwo sprzecznych odpowiedzi. 

Raija całą wolą pragnęła się wydostać: ruszyć do 

drzwi, wspiąć się po drabince, potem pójść wzdłuż dłu­
gich, ciemnych korytarzy na powietrze i ku światłu. 

Nie wiedziała, jaka to pora dnia. Im dłużej siedzia­

ła w ciemnym pomieszczeniu pod pokładem, tym 
bardziej się bała. Całkiem zaschło jej w ustach, serce 
podchodziło do gardła. 

Dlaczego Wasilij nie przychodzi? Dlaczego, do dia­

bła, nie przychodzi? Może zranił go Walentin? Może 

w tej chwili walczy ze śmiercią? 

Trzeba mu pomóc! Tak, z pewnością trzeba mu na­

tychmiast pomóc... 

Ale prosił ją, by pod żadnym pozorem się stąd nie 

ruszała. Powiedział to z naciskiem. Powtórzył kilka 
razy. Kazał jej czekać, póki po nią nie przyjdzie. Po­

wiedział, że nigdzie indziej nie będzie bezpieczna. 

A może zaprzątnęły go inne sprawy, ważniejsze 

niż ona? 

Raija drżała z niepewności. Nie ma nic gorszego, 

niż tak siedzieć i czekać. 

Zmarzły jej ręce, zgrabiały palce. Nie była w sta­

nie utrzymać karafki. Próbowała ją uchwycić, ale ka­
rafka stoczyła się ze stosu prześcieradeł i wpadła 
z pluskiem do wody. Przechyły statku sprawiały, że 
uderzała rytmicznie to w jedną, to w drugą ścianę. 

background image

Raiji przyszło do głowy, że może słychać to na po­

kładzie i że ten odgłos może ją zdradzić. 

Ogarniało ją coraz więcej wątpliwości. 

W końcu była już niemal pewna, że Walentin za­

triumfuje. 

- Diabeł pomaga sobie podobnym - syknęła przez 

zaciśnięte zęby. 

Wasilij był idealistą, walczył o poprawę losu maryna­

rzy i ich rodzin. Walentin zaś myślał tylko o własnych 

sprawach, chciał władzy dla siebie, a nie dobra innych. 

Raija poczuła, że ogarnia ją złość. Ciągle się bała, 

ale gniew w końcu wziął górę nad strachem. Nie by­

ła już w stanie dłużej znosić bezczynnego siedzenia 

i czekania. Uznała, że musi wyjść na pokład. Musi zo­

baczyć, co się stało. 

Zsunęła sie ze stosu prześcieradeł do wody, która 

już sięgała jej do pół łydki. Po omacku posuwała się 

w ciemności. Znalazła drzwi i drabinkę prowadzącą 

do góry. 

Musi się dowiedzieć. 

background image

EPILOG 

Było coś nierzeczywistego w tym, że tak stała ra­

zem z Wasilijem i spoglądała na wyłaniający się za­

rys katedry Świętego Michała. 

Jeszcze niedawno nie wierzyła, iż doczeka takiej 

chwili. Sądziła, że przyjdzie jej zginąć. 

A teraz Walentin leżał na pokładzie w płóciennym 

worku, starannie zasznurowanym, jak gdyby w oba­

wie, że nawet martwy zechce się jeszcze wymknąć. 

- Dobrze, że tak się stało - odezwał się Wasilij. 

Stał, obejmując Raiję ramieniem. Nikomu nie wy­

dawało się to dziwne, nikt nie doszukiwał się w tym 

żadnej dwuznaczności. Nawet Raija. 

Walczyli przecież po jednej stronie. 

Teraz wracali do domu otoczeni swego rodzaju 

chwałą. 

- Oleg prawie cały dzień i całą noc rozmawiał z po­

licjantami w swym kantorze. Oni nie dopuszczą, by 

sprawa buntu odeszła w niepamięć. Chcą znaleźć 

i ukarać winnego, dostać tych, którzy zamordowali 

kapitana „Raiji". Dobrze, że Walentin nie żyje. 

Zamilkł. Uścisnął Raiję, po czym opuścił rękę i od­

sunął się. Zacisnął dłonie na krawędzi burty. 

Nie chciał, by ktoś z lądu ich zobaczył, kiedy tak sto­

ją razem. Mogliby w ten sposób dać powód do plotek. 

- To najniższa cena, jaką mogliśmy zapłacić, Ra-

background image

i ja. Nie odzyskalibyśmy statków w inny sposób. Wa­

lentin nigdy dobrowolnie by się nie poddał. Uprowa­

dziłby „Raiję" i „Antonię", a ciebie razem z nimi. 

Bóg jeden wie, dokąd by popłynął. Może udałoby mu 

się zawinąć do jakiegoś rosyjskiego portu i sprzedać 

statki. Wszędzie można znaleźć nieuczciwych ludzi. 

Zgubiłby wiele rodzin, a ciebie za nic by nie wypu­

ścił. Możesz mi nie wierzyć, ale bardzo chciał cię 

mieć. I wziąłby cię, nawet gdyby miał zostać za to 

surowo ukarany. Nie bał się niczego. Nie bał się na­

wet śmierci... 

Rai ja zamknęła oczy. 

Pomyślała, że Wasilij miał rację. Walentin nie bał 

się śmierci. Sam wyszedł jej na spotkanie. 

Takim go zapamięta... 

Wspinanie się w ciemności po chybotliwej i wą­

skiej drabince przywodziło na myśl scenę z sennego 

koszmaru. Rai ja, stojąc na śliskim szczeblu, walczyła 

z pokrywą włazu, która zagradzała jej wyjście na po­

kład. Nigdy by nie pomyślała, że może być taki cięż­

ki! Dobrze, że nie mogła spojrzeć w dół. 

Kiedy już była pewna, że zgnije tu w ciemności, że 

Walentin triumfuje i że wszyscy o niej zapomnieli, 

pokrywa ustąpiła. 

Ostrożnie wchodziła coraz wyżej, wreszcie dotar­

ła na pokład. Uderzyły ją cisza i chłód. Powietrze by­

ło zimne i rześkie, gęsto spowijało statek. Całkiem 

niedaleko dostrzegła maszty „Raiji". Tam też pano­

wał dziwny spokój. 

I morze było spokojne. 

Wydawało się, jakby wszystko wstrzymało od-

background image

dech, jakby wszyscy poumierali. Jak gdyby ona jed­

na pozostała przy życiu. 

Serce waliło jej jak młotem. Snuła coraz bardziej 

niesamowite myśli i wyobrażenia. Przerażony czło­

wiek wszystko wyolbrzymia. W strachu nawet to, co 

najbardziej nieprawdopodobne, wydaje się możliwe. 

Raija krążyła po statku. Znalazła nóż, ale właści­

ciel jakby się rozpłynął. Nie zauważyła krwi. Żad­

nych śladów walki. 

Wydawało jej się, że trafiła na statek-widmo, któ­

ry wszyscy opuścili w popłochu. 

Nie pomyślała, że ktoś musiał stać u steru, nie po­

myślała o takim drobiazgu. 

Morze nie było jej żywiołem, nie znała go i przera­

żało ją. Myśl, że jest sama, dodatkowo potęgowała lęk. 

Dotarła do kajuty kapitana. Nie wiedziała, czemu 

poszła akurat w tę stronę. Może dlatego, że znała dro­

gę, a może pomieszczenie to kojarzyło się jej z pew­

nego rodzaju bezpieczeństwem. 

Drzwi stały otworem. 

Weszła do środka. 

W kajucie zobaczyła tylko Walentina i Wasilija. 

Wasilij przyciskał do brzucha Walentina poduszkę, 

która cała była czerwona. Raija zobaczyła, że prze­

ścieradła również są zaplamione krwią. 

W pierwszej chwili Raija pomyślała, że Walentin 

nie żyje. Jego twarz nawet nie drgnęła, była całkiem 

bez wyrazu, jak twarz martwego człowieka. 

Wasilij spojrzał na Raiję. 

- To już koniec - rzekł. I zaraz dodał z wyrzutem: -

Miałaś zostać pod pokładem, póki po ciebie nie przyj­

dę. Czy tak trudno ci dotrzymać tego, co obiecałaś? 

background image

Raija potrząsnęła głową. Odsunęła ręce Wasilija 

i podniosła poduszkę. 

Walentin miał głęboką ranę w brzuchu. Mocno 

krwawił. 

Poduszka nic nie pomoże. Wasilij musiał o tym 

wiedzieć, ale pewnie złapał to, co pierwsze wpadło 

mu w rękę. 

Raija usiadła na brzegu koi. Położyła ręce na ranie, 

na zimnej skórze. 

Walentin spojrzał na nią. 

- Nie mogłaś beze mnie wytrzymać - szepnął 

ochryple i uśmiechnął się. Raija nie odpowiedziała. 

Słyszała jego słowa jak przez mgłę, ale ich sens do 

niej nie dotarł. Nawet nie mogły jej rozzłościć. 

To nie trwało długo. Nie zabrało wiele czasu. Wa­

lentin stracił dużo krwi. Raija nadal trzymała dłonie 

na ranie, ale poświata wokół niej zniknęła. 

Walentin uśmiechał się, umierając. 

Być może zobaczył coś, czego żywi nie mogli doj­

rzeć. Raija uśmierzyła najgorsze cierpienia, ale nie 

zdołała uratować mu życia. 

Nie wiedziała, czy tego chce. 

Jednocześnie uświadomiła sobie, że to nie zależy 

od niej. Jak dobrze, że nie sama tym kieruje. 

Nie musi wybierać. 

Czuła się wyczerpana. Wasilij przeniósł ją na krzesło. 

Następnie umył ciało zmarłego i włożył do płó­

ciennego worka, który dobrze zawiązał, choć wie­

dział, że na lądzie jeszcze zostanie otworzony. Wa­

lentin nie od razu spocznie w pokoju. 

Potem Wasilij opowiedział Raiji o wszystkim, co 

wydarzyło się pod jej nieobecność na pokładzie. 

background image

O Walentinie, który stracił władzę. O maryna­

rzach, którzy nie chcieli walczyć do upadłego, któ­

rym w zupełności wystarczyła poprawa warunków 

na statku, wyższa płaca i świadomość, że mają pracę 

i zatrudnienie na więcej niż jeden rejs, jeżeli dobrze 

się sprawią. Nie zamierzali wysuwać dodatkowych 

żądań. Kiedy dowiedzieli się, że przeciw nim wyru­

szyła cała flota, zrozumieli, że nie chcą walczyć 

w prywatnej wojnie Walentina. 

- Tak, to zadecydowało - stwierdziła Raija bezbarw­

nie. Poznała to po twarzach wielu marynarzy, którzy 

wyraźnie zazdrościli rannym opuszczającym pokład. 

- To było kłamstwo - rzekł Wasilij i usiadł ciężko 

po drugiej stronie stołu. 

Raija spojrzała w jego niebieskozielone oczy, pod­

krążone, z przekrwionymi białkami. Policzki Wasilija 

jeszcze nigdy nie wydawały się tak chude i zapadnięte. 

- To było kłamstwo - powtórzył cicho, ponieważ 

drzwi pozostały otwarte. - Zaryzykowaliśmy. Spo­

dziewaliśmy się, że Walentin nie będzie czekał z za­

łożonymi rękami, aż zostanie pokonany. Liczyliśmy 

na to, że marynarze nie zechcą za niego umierać. 

Skłamaliśmy. To właśnie było częścią mojego planu, 

którego nie chciałem ci wyjawić. 

Minęło trochę czasu, zanim do Raiji dotarło zna­

czenie tych słów i zanim zrozumiała, że Wasilij z Ole-

giem razem to uknuli. Może zresztą nie tyle Oleg, co 

Wasilij. 

- Nie mogliśmy Walentinowi nic zaproponować -

dodał Wasilij, wzruszając ramionami. - Inni właści­

ciele statków powiedzieli, że nic ich nie obchodzi 

bunt na „Antonii" i „Raiji", że Oleg musi to załatwić 

background image

na własną rękę. Oni niczym nie ryzykowali, zaś Jur­

ków i Byków mogli stracić wszystko. 

- A co ty z tego masz? - spytała Raija blado. 

Znowu to samo wzruszenie ramion. 

- Zakładam, że Oleg dotrzyma obietnicy. Nie mam 

nic przeciwko temu, by zostać kapitanem... 

- A marynarze? 
- Dostaną to, co Oleg przez cały czas obiecywał. 

Tylko ci, którzy zamordowali kapitana „Raiji", zosta­

ną oddani w ręce gubernatora, co do tego mówiliśmy 

prawdę... 

- Ale z ciebie zimny drań - zauważyła Raija. 

Skinął głową. 

- To typowe w naszej rodzinie - odparł, przebie­

gając wzrokiem po worku leżącym na podłodze. 

Wpłynęli do portu. Czekały ich zwykłe dni. 
Znowu będzie trzymała Michaiła w ramionach. 

Jewgienij wróci do domu. Wiele będzie musiała wy­

jaśnić. 

Ale nie mogła postąpić inaczej, wybór nie należał 

do niej. Do działania popchnęło ją coś, co istniało po­

za nią, coś dużo silniejszego. 

Tak, wiele trzeba będzie wyjaśnić.