background image

 

Laurell. K Hamilton 

 

 

 

 

Podążając za Ciemnością 

Tłumaczyła Rissaya 

Beta: Averil 

www.chomikuj.pl/Rissaya 

background image

Merry  Gentry  nie  jest  przeciętnym  prywatnym  detektywem.  W  połowie  człowiek, 

w połowie istota magiczna, uwikłana w walkę, która jest zagrożeniem nie tylko dla jej życia, ale 
także dla życia tych, których pożąda i którzy są jej drodzy. Jej egzystencja i jej prawa do objęcia 
tronu  faerie  zależą  od  zdolności  spłodzenia  następcy  tronu.  Teraz  po  tak  wielu  nieudanych 
zamachach, jej królewscy strażnicy zorientowali się, że jest w ciąży… 

To powinna być chwila chwały, ale za tym odkryciem idą następne rewelacje: Merry nosi 

w sobie dwójkę dzieci i wie, że każde z nich ma więcej niż jednego ojca…  I oczywiście wciąż, 
we  własnym  rodzie,  ma  wrogów,  którzy  chcą  jej  śmierci.  Ale  Merry  walczy  i  dzierży 
nieposkromioną magię. To jest jej świat, gdzie splata się magia ze śmiertelnością, gdzie folklor, 
fantazja i erotyka niebezpiecznie ze sobą konkurują. 

 

background image

Rozdział 1 

Szpitale są miejscem, gdzie ludzie przybywają, żeby zostać ocalonymi, ale lekarze mogą 

tylko połatać cię, złożyć cię w całość. Nie mogą cofnąć zniszczeń. Nie mogą sprawić, żebyś nie 
obudziła  się  w  niewłaściwym  miejscu,  lub  zmienić  prawdy  w  kłamstwo.  Mili  lekarze  i  miłe 
kobiety  z  SART  (Sexual  Assault  Response  Team),  Zespołu  Reagowania  ds.  Napaści 
Seksualnych,  nie  mogą  zmienić  tego,  że  rzeczywiście  zostałam  zgwałcona.  Fakt,  że  nie 
pamiętałam  tego,  ponieważ  mój  wujek  użył  zaklęcia,  jak  narkotyków  przy  gwałcie  na  randce, 
nie  zmieniał  dowodów.  Dowodów,  które  znaleźli  w  moim  ciele,  kiedy  dokonali  oględzin 
i pobrali próbki. 

Możesz myśleć, że bycie prawdziwą żywą księżniczką faerie sprawia, że twoje życie jest 

jak z bajek o wróżkach, ale bajki zawsze kończą się dobrze. Kiedy historia jest w trakcie, zdarzają 
się  straszne  rzeczy.  Pamiętacie  Roszpunkę?

1

.

  Jej  księciu  wiedźma

 

wydrapała  oczy,  co  go 

oślepiło.  Na  końcu  bajki  łzy  Roszpunki  magicznie  przywróciły  mu  wzrok,  ale  to  był  koniec 
bajki.  Kopciuszek  była  czymś  niewiele  lepszym  od  niewolnika.  Śnieżka  została  prawie  zabita 
przez  złą  królową,  cztery  razy.  Wszyscy  pamiętają  o  zatrutym  jabłku,  ale  zapominają 
o łowczym,  zaczarowanym  gorsecie  czy  zatrutym  grzebieniu.  Większość  bajek  o  wróżkach 
opartych jest na starych opowieściach, a ich bohaterka w poszczególnych częściach jest godna 
pożałowania, narażona na niebezpieczeństwa i koszmary. 

Jestem  Księżniczka  Meredith  NicEssus,  następna  w  kolejności  do  dziedziczenia  tronu 

faerie  i  jestem  w  połowie  opowieści.  Zakończenie  i-żyli-długo-i-szczęśliwie,  jeżeli  nawet 
nadejdzie, wydaje się być bardzo odległe od dzisiejszej nocy. 

Leżałam  w  szpitalnym  łóżku,  w  miłym  prywatnym  pokoju,  w  bardzo  miłym  szpitalu. 

Był to oddział położniczo-ginekologiczny, ponieważ byłam w ciąży, ale nie z dzieckiem mojego 
szalonego  wujka.  Byłam  w  ciąży,  jeszcze  zanim  mnie  porwał.  W  ciąży  z  dziećmi  mężczyzn, 
których  kochałam.  Ryzykowali  wszystko,  żeby  ocalić  mnie  z  rąk  Taranisa.  Teraz  byłam 
bezpieczna.  Miałam  przy  boku  jednego  z  największych  wojowników  faerie,  jakiego 
kiedykolwiek  widziano,  Doyle’a,  kiedyś  Ciemność  Królowej,  a  teraz  moją.  Stał  obok  okna, 
wpatrując się w noc rozświetlaną przez światła dochodzące ze szpitalnego parkingu. Jego skóra 
i  włosy  były  dużo  czarniejsze  niż  noc  na  zewnątrz.  Ściągnął  okulary  słoneczne,  za  którymi 
ukrywał  się  prawie  zawsze,  kiedy  był  na  zewnątrz,  ale  jego  oczy  były  prawie  tak  czarne  jak 
szkła,  za  którymi  się  ukrywał.  Jedynym  kolorem  w  przymglonym  świetle  pokoju  był  blask  od 
srebrnych kolczyków, które pięły się po eleganckiej linii jego szpiczastych uszu, jedynej oznace, 
że  nie  był  czystej  krwi,  nie  był  naprawdę  z  wysokiego  rodu,  ale  był  mieszanej  krwi,  jak  ja. 
Diament w płatku jego ucha połyskiwał w świetle, kiedy Doyle odwrócił głowę, jakby poczuł, 
że wpatruję się w niego. Najpewniej tak właśnie było. Był zamachowcem królowej

 

przez tysiąc 

lat, zanim się urodziłam. 

                                            

1

 Rapuntzel (niem.), bohaterka baśni braci Grimm, po polsku Roszpunka, księżniczka uwięziona w wysokiej wieży, do której 

książę dostawał się, wdrapując za pomocą jej długich do ziemi złotych włosów. Rozwścieczona wiedźma zrzuca księcia z 
wieży  na  dół,  a  on  traci  wzrok  spadając  na  ciernie.  W  finale baśni  książę  odzyskuje  wzrok,  gdy  na  jego  oczy  spadają  łzy 
Roszpunki . Wersja z wydrapywaniem księciu  oczu przez wiedźmę jest w Polsce raczej nieznana. 

background image

Jego  sięgające  kostek  włosy  poruszyły  się  jak  peleryna,  kiedy  podszedł  w  moją  stronę. 

Miał na sobie pożyczony, zielony, szpitalny fartuch. Przebrał się w niego z koca, który dostał 
w ambulansie,  który  nas  tu  przywiózł.  Doyle  wszedł  na  złoty  dwór,  żeby  mnie  uratować, 
w formie wielkiego, czarnego psa. Kiedy zmieniał formę, tracił wszystko, ubrania, broń, ale co 
dziwne-  nie  kolczyki.  Kolczyki  w  uchu  i  sutku  przetrwały  powrót  do  ludzkiej  formy,  może 
dlatego, że były jego integralną częścią. 

Podszedł,  stanął  obok  łóżka  i  wziął  mnie  za  rękę,  tę,  do  której  nie  miałam  podpiętej 

kroplówki,  za  pomocą  której  nawadniano  mnie,  pomagając  mi  wyjść  z  szoku,  w  którym  się 
znajdowałam  przybywając  do  szpitala.  Gdybym  nie  oczekiwała  dziecka,  najpewniej  daliby  mi 
więcej leków. Szkoda, bo nie miałabym nic przeciwko silniejszym lekom, przeciwko czemuś co 
sprawiłoby,  że  zapomniałabym.  Nie  tylko  to,  co  zrobił  mój  wujek,  Taranis,  ale  również 
o utracie Mroza. 

Chwyciłam  rękę  Doyle’a,  moja  dłoń  była  taka  mała  w  jego  wielkiej,  ciemnej  ręce.  Ale 

powinien tu być ktoś jeszcze obok niego, obok mnie. Mróz, nasz Zabójczy Mróz odszedł. Nie 
umarł,  nie  dokładnie,  ale  dla  nas  był  stracony.  Doyle  mógł  zmieniać  postać  do  kilku  form 
i powrócić  do  swojej  prawdziwej  postaci.  Mróz  nie  miał  zdolności  zmiany  kształtu,  ale  kiedy 
nieokiełznana  magia  wypełniła  posiadłość,  w  której  mieszkaliśmy  w  Los  Angeles,  to  go 
zmieniło.  Stał  się  białym  jeleniem  i  pobiegł  do  drzwi,  które  pojawiły  się  w  tej  części  faerie, 
która wcześniej nie istniała, zanim nie nadeszła magia. 

Ziemie  faerie  powiększały  się,  zamiast  się  kurczyć,  po  raz  pierwszy  od  wieków.  Ja, 

arystokratka  z  królewskiego  dworu,  oczekiwałam  dzieci,  bliźniąt.  Byłam  ostatnim  dzieckiem 
w faerie,  jakie  urodziło  się  arystokracji.  Wymieraliśmy  jako  naród,  ale  może  tak  się  nie  stanie. 
Może  odzyskamy  naszą  moc,  ale  jaki  ja  miałam  pożytek  z  mocy?  Jaki  miałam  pożytek 
z powrotu  faerie  i  nieokiełznanej  magii?  Jaki  miałam  pożytek  ze  wszystkiego,  skoro  Mróz  był 
zwierzęciem, ze zwierzęcym umysłem. 

Myśl, że noszę w sobie jego dziecko, a on o tym nie wie, ani nie rozumie tego, sprawiła, 

że  ścisnęło  mnie  w  piersi.  Ścisnęłam  rękę  Doyle’a,  ale  nie  patrzyłam  mu  w  oczy.  Nie  byłam 
pewna, co w nich zobaczy. Nie byłam już pewna swoich uczuć. Kochałam Doyle’a. Kochałam, 
ale kochałam również Mroza. Myśl, że obaj będą ojcami, była radosna. 

Odezwał  się  swoim  gęstym  głosem,  tak  gęstym,  jakby  melasa,  czy  coś  innego,  gęstego 

i słodkiego, mogło stać się słowami, ale to co powiedział nie było słodkie. 

- Zabiję Taranisa dla ciebie 

Potrząsnęłam głową. 

- Nie, nie zabijesz. 

Właśnie tak myślałam, ponieważ wiedziałam, że Doyle zrobiłby to, co mówił. Gdybym 

poprosiła, spróbowałby zabić Taranisa i może by mu się udało. Ale nie mogłam dopuścić, żeby 
mój kochanek i przyszły król dokonał zamachu na Króla Światła i Iluzji, króla wrogiego dworu.  
Nie prowadziliśmy wojny, a nawet na Dworze Seelie ci, którzy uważali, że Taranis był szalony 

background image

czy  zły,  nie  mogli  pogodzić  się  z  zamachem.  Z  pojedynkiem  być  może,  ale  nie  z  zamachem. 
Doyle  miał  prawo  wyzwać  króla  na  pojedynek.  O  tym  również  pomyślałam.  Częściowo 
spodobał  mi  się  ten  pomysł,  ale  widziałam,  co  zrobił  Taranis  swoją  ręką  mocy.  Jego  ręka 
światła mogła palić ciało i prawie już zabił Doyle’a wcześniej. 

Porzuciłam  jakąkolwiek  myśl  o  zemście  z  ręki  Doyle’a,  kiedy  zdałam  sobie  sprawę,  że 

mogłabym również jego utracić. 

- Jestem kapitanem twojej straży i mogę pomścić  równocześnie twój i mój honor. 

- Masz na myśli pojedynek – powiedziałam. 

- Tak. Nie zasługuje na szansę, żeby się bronić, ale jeżeli dokonam na niego zamachu, to 

będzie oznaczało wojnę pomiędzy dworami, a na to nie możemy sobie pozwolić. 

- Nie – odrzekłam. – Nie możemy. 

Podniosłam głowę i spojrzałam na niego. Wolną ręką dotknął mojej twarzy. 

-  Twoje  oczy  lśnią  w  ciemności  swoim  własnym  światłem,  Meredith.  Zielone  i  złote 

okręgi światła na twojej twarzy. Uczucia cię zdradzają. 

-  Tak,  chcę  jego  śmierci,  ale  nie  za  cenę  zniszczenia  całego  faerie.  Nie  chcę,  żeby 

z powodu  mojego  honoru  wyrzucono  nas  ze  Stanów  Zjednoczonych.  Układ,  który  pozwolił 
naszym  ludziom  na  przybycie  tutaj  trzysta  lat  temu,  ustanowił  tylko  dwie  rzeczy,  za  które 
możemy  być  wyrzuceni.  Dwory  nie  mogą  prowadzić  wojny  na  amerykańskiej  ziemi  i  nie 
pozwolimy ludziom czcić się jako bóstwa. 

- Byłem jednym z tych, którzy podpisywali ten układ, Meredith. Wiem, co mówi. 

Uśmiechnęłam się do niego. Wydawało się to dziwne, że nadal mogłam się uśmiechać. 

Ta myśl sprawiła, że mój uśmiech opadł trochę, ale wydaje mi się, że to i tak był dobry znak. 

- Pamiętasz Magna Carta. 

- To sprawa ludzi i miała z nami mało wspólnego. 

Ścisnęłam jego dłoń. 

- Wskazałam ci sedno, Doyle. 

Uśmiechnął się i skinął głową. 

- Moje emocje sprawiają, że wolno myślę. 

- Ja również – odrzekłam. 

Drzwi  za  nim  otwarły  się.  Na  korytarzu  stało  dwóch  mężczyzn,  jeden  wysoki  i  jeden 

niski. Sholto, Król sluaghów, Pan Tego Co Pomiędzy był wysoki jak Doyle, miał długie, proste 
włosy w kolorze białoblond, które opadały mu do kostek, a jego skóra, podobnie jak moja, była 

background image

jasna jak blask księżyca. Oczy Sholto były w trzech odcieniach żółtego i złota, jakby jesiennych 
liści  z  trzech  różnych  drzew,  które  przetopiły  się  na  kolor  jego  oczu  obramowanych  złotem. 
U sidhe  zawsze  najpiękniejsze  były  oczy.  Miał  najurodziwszą  twarz  ze  wszystkich,  na  każdym 
dworze  faerie,  poza  moim  utraconym  Mrozem.  Ciało  ukryte  było  pod  koszulką  i  dżinsami, 
które nosił jako część swojego przebrania, kiedy przybył mnie uratować. Jego ciało wydawało 
się  być  równie  urocze  jak  twarz,  ale  wiedziałam,  że  akurat  to  było  tylko  iluzją.  Zaczynając  od 
żeber,  aż  do  brzucha,  Sholto  miał  ekstra  dodatki,  macki,  ponieważ  chociaż  jego  matka  była 
arystokratką  z  wysokiego  rodu,  jego  ojciec  był  jednym  z  nocnych  myśliwców,  częścią  sluagh, 
ostatniej  dzikiej  sfory.  No  dobrze,  ostatnia  dzika  sfora,  aż  do  czasu  powrotu  nieokiełznanej 
magii.  Teraz  istoty  z  legend  powróciły  i  sama  Bogini  wie,  co  było  rzeczywiste  i  co  nadal 
wracało. 

Jeżeli  nie  miał  płaszcza  czy  marynarki  na  tyle  grubej,  żeby  ukryć  te  ekstra  dodatki, 

używał  magii,  osłony,  żeby  je  ukryć.  Nie  było  powodu,  żeby  straszyć  pielęgniarki.  Przez  całe 
życie ukrywał swoją inność, a to sprawiło, że był tak dobry w iluzji, że zaryzykował przybycie 
mi z odsieczą. Nie jest lekko  wyruszyć przeciwko Królowi Światła i Iluzji z iluzją jako jedyną 
osłoną. 

Sholto uśmiechnął się do mnie i był to uśmiech, jakiego nigdy wcześniej nie widziałam 

na jego twarzy, aż do tej pory, kiedy przy ambulansie trzymał mnie za rękę, mówiąc mi, że wie, 
że będzie ojcem. Wieści wydawały się zmiękczyć jakąś twardość, która zawsze była widoczna na 
jego przystojnym ciele. Wydawał się być nowym mężczyzną, kiedy szedł w naszą stronę. 

Rhys nie uśmiechał się. Ze swoimi 5 stopami 6 calami

2

 był najniższym pełnej krwi sidhe, 

jakiego kiedykolwiek spotkałam. Skórę miał jasną jak blask księżyca, jak Sholto, jak ja, jak Mróz. 
Rhys usunął fałszywą brodę i wąsy, jakie nosił wewnątrz kopca faerie. Pracował razem ze mną, 
jako detektyw w Los Angeles i uwielbiał przebrania. Był w tym dobry, może nawet lepszy niż 
w iluzji.  Ale  władał  iluzją  na  tyle,  żeby  ukryć  fakt,  że  ma  tylko  jedno  oko.  Ocalałe  oko  było 
trzema okręgami błękitu, tak piękne jak żadne inne na dworze, ale w miejscu, gdzie znajdowało 
się  wcześniej  lewe,  były  tylko  białe  blizny.  W  miejscach  publicznych  Rhys  zazwyczaj  nosił 
opaskę, ale dzisiejszej nocy jego twarz była nieosłonięta i podobało mi się to. Dzisiejszej nocy 
chciałam widzieć twarze moich mężczyzn, chciałam, żeby nic ich nie zasłaniało. 

Doyle  przesunął  się  na  tyle,  żeby  Sholto  mógł pocałować  mnie  w  policzek.  Sholto  nie 

był  jednym  z  moich  stałych  kochanków.  W  rzeczywistości  byliśmy  ze  sobą  tylko  raz,  ale  jak 
mówi stare porzekadło, jeden raz wystarczy. Jedno z dzieci, które nosiłam, było w części jego. 
Odnosiliśmy się do siebie z pewną rezerwą, ponieważ wspólne dziecko było efektem naszego 
jedynego wspólnego razu. Była to wprawdzie randka z piekła rodem, ale nadal nie znaliśmy się 
zbyt dobrze. 

Rhys podszedł i stanął w stopach łóżka. Jego kręcone, białe włosy, które opadały mu do 

pasa,  były  związane  z  tyłu  w  koński  ogon,  który  nosił,  żeby  pasował  do  dżinsów  i  koszulki. 
Jego  twarz  była  bardzo poważna.  To  było  niepodobne  do  niego.  Kiedyś  był  Cromm  Cruach, 

                                            

2

 Ok. 167 cm 

background image

a jeszcze  wcześniej  był  bogiem  śmierci.  Nie  powiedział  mi  którym,  ale  miałam  wystarczająco 
wskazówek, żeby zgadywać. Powiedział mi, że bóstwo Cromm Cruacha było wystarczające, by 
nie potrzebował innych tytułów. 

- Kto wyzwie go na pojedynek? – zapytał Rhys. 

- Meredith powiedziała mi, żebym tego nie robił – odrzekł Doyle. 

- No dobrze – stwierdził Rhys. – Ja to zrobię. 

- Nie – odrzekłam. – Myślałam, że boisz się Taranisa. 

-  Bałem  się  i  może  nadal  się  boję,  ale  nie  możemy  tego  puścić  płazem,  Meredith,  nie 

możemy. 

- Dlaczego? Ponieważ uraził waszą dumę? 

Spojrzał na mnie. 

- Powinnaś bardziej w nas wierzyć. 

- Więc ja go wyzwę – odezwał się Sholto. 

-  Nie  –  powiedziałam.  –  Nikt  nie  wyzwie  go  na  pojedynek,  ani  nie  zabije  go  w  żaden 

inny sposób. 

Trzej  mężczyźni  spojrzeli  na  mnie.  Doyle  i  Rhys  znali  mnie  wystarczająco,  żeby 

domyślać się i wiedzieć,  że mam plan. Sholto nie znał mnie jeszcze na tyle. Był po prostu zły. 

- Nie możemy zostawić tak tej obrazy, Księżniczko. Musi zapłacić. 

- Zgadzam się – odrzekłam – ale skoro sprowadził ludzkich prawników, kiedy oskarżył 

Rhysa, Galena i Abeloeca za zaatakowanie jednej z jego arystokratek, użyjemy ludzkiego prawa. 
Mamy jego DNA i oskarżymy go o zgwałcenie mnie. 

- I co – powiedział Sholto - zaryzykuje  wiezienie? Nawet jeżeli pozwoli się wsadzić do 

ludzkiego więzienia, to nie będzie wystarczająca kara za to, co ci zrobił. 

- Nie,  nie będzie. Ale to najlepsze, co możemy zrobić zgodnie z prawem. 

- Ludzkim prawem – odrzekł Sholto. 

- Tak, ludzkim prawem – przyznałam. 

- Zgodnie z naszym prawem możemy wyzwać go na pojedynek i zabić. 

- To brzmi super jak dla mnie – wtrącił Rhys. 

-  To  mnie  zgwałcono.  I  to  ja  będę  królową,  jeżeli  uda  nam  się  powstrzymać  naszych 

wrogów  od  zabicia  mnie.  I  mówię,  że  Taranis  będzie  ukarany  –  mój  głos  stał  się  na  końcu 
trochę piskliwy, więc musiałam wstrzymać się na chwilę i odetchnąć raz czy dwa. 

background image

Twarz Doyle’a nic nie zdradzała. 

- Coś wymyśliłaś, Moja Księżniczko. Już planujesz jak to może pomóc twojej sprawie. 

- Pomóc naszemu dworowi. Przez wieki Dwór  Unseelie, nasz dwór, był przedstawiany 

jako  ciemny  w  świecie  ludzkim.  Jeżeli  w  publicznym  procesie  oskarżymy  króla  Dworu  Seelie 
o gwałt, w końcu uzmysłowimy ludziom, że nie jesteśmy wszyscy łajdakami – powiedziałam. 

- Mówisz jak królowa – stwierdził Doyle. 

- Jak polityk – dodał Sholto, ale to nie był komplement. 

Rzuciłam mu spojrzenie, na które zasługiwał. 

-  Ty  również  jesteś  królem,  królem  ludu  twojego  ojca.  Czy  zniszczyłbyś  całe  własne 

królestwo dla zemsty? 

Odwrócił spojrzenie, ale wyraz jego twarzy pokazywał złość. Ale  jak bardzo by się nie 

dąsał, Sholto nie dorównywał w tym Mrozowi. To on był moim humorzastym chłopcem. 

Rhys podszedł do mnie. Dotknął mojej ręki, tej, do której podpięta była kroplówka. 

- Dla ciebie mógłbym stawić czoło królowi, Merry. Wiesz o tym. 

Położyłam moją wolną rękę na jego dłoni, spojrzałam w to jedno niebieskie oko. 

- Nie chcę już nikogo więcej stracić, Rhys. Nigdy więcej. 

- Mróz nie umarł – odrzekł Rhys. 

- Jest białym jeleniem, Rhys. Ktoś powiedział mi, że może tylko utrzyma tę formę przez 

sto  lat.  Ja  mam  trzydzieści  trzy  i  jestem  śmiertelna.  Nie  doczekam  stu  trzydziestu  trzech  lat. 
Może  powróci  jako  Zabójczy  Mróz,  ale  to  dla  mnie  będzie  za  późno  –  moje  oczy  paliły, 
ścisnęło mnie w gardle, a głos zadrżał. – Nigdy nie będzie trzymał swojego dziecka. Nigdy nie 
będzie  dla  niego  ojcem.  Jego  dziecko  dorośnie,  zanim  ręce  Mroza  go

 

dotkną,  a  ludzkie  usta 

przemówią  słowami  miłości  i  troski  ojcowskiej  –  oparłam  się  o  poduszkę  i  pozwoliłam 
popłynąć łzom. Trzymałam rękę Rhysa i zapłakałam. 

Doyle podszedł i stanął obok Rhysa, położył swoją dłoń na mojej twarzy. 

- Gdyby wiedział, że to jego będziesz bardziej opłakiwać, bardziej by z tym walczył. 

Zamrugałam odganiając łzy, spojrzałam na jego ciemną twarz. 

- Co masz na myśli? 

-  Obaj  mieliśmy  sen,  Meredith.  Wiedzieliśmy,  że  jeden  z  nas  będzie  poświęcony 

w ofierze za odrodzenie się mocy faerie. Ten sam sen, tej samej nocy i wiedzieliśmy. 

-  Nie  powiedzieliście  mi,  żaden  z  was  –  stwierdziłam  i  w moim  głosie  było  słychać 

wyrzut. Miałam nadzieję, że wyraźniej niż łzy. 

background image

- A co byś zrobiła? Kiedy sami Bogowie wybierają, nikt nie może tego zmienić. Ale to 

musi był dobrowolna ofiara, sen jasno to tłumaczył. Gdyby Mróz wiedział, że to jego serce jest 
ci droższe, pewnie walczyłby z tym i to ja odszedłbym zamiast niego. 

Potrząsnęłam głową odsuwając ją od jego ręki. 

-  Czy  ty  nie  rozumiesz?  Gdybyś  to  ty  został  zmieniony  w  inną  postać  i  stracony  dla 

mnie, opłakiwałabym cię równie mocno. 

Rhys ścisnął moja rękę. 

- Doyle i Mróz nie rozumieli, że wygrywają razem, równorzędnie. 

Wyszarpnęłam  rękę  z  jego  dłoni,  spojrzałam  na  niego  szczęśliwa,  że  jestem  zła, 

ponieważ to było najlepsze uczucie z tych wszystkich, które mnie przepełniały. 

-  Jesteście  głupcami,  wy  wszyscy.  Czy  wy  nie  rozumiecie,  że  opłakiwałabym  was 

wszystkich? Nie ma nikogo w moim wewnętrznym kręgu, kogo chciałabym utracić czy narazić! 
Czy wy tego nie rozumiecie? – Wykrzyczałam i poczułam się dużo lepiej, niż kiedy płakałam. 

Drzwi  do  pokoju  znów  się  otwarły.  Pojawiła  się  pielęgniarka  idąca  za  biało  ubraną 

lekarką,  którą  widziałam  już  wcześniej.  Dr  Mason  była  ginekologiem  położnikiem,  jednym 
z najlepszych  w  stanie,  może  nawet  w  całym  kraju.  Wytłumaczył  mi  to  dokładnie  prawnik, 
którego  przysłała  moja  ciotka.  To,  że  królowa  przysłała  śmiertelnika,  a  nie  kogoś  z  naszego 
dworu,  było  interesujące.  Żadne  z  nas  nie  wiedziało,  co  to  może  oznaczać,  ale  czułam,  że 
traktuje mnie tak, jak traktowałaby siebie, gdyby nasze sytuacje odwróciły się. Miała skłonności 
do  zabijania  posłańców.  Zawsze  możesz  znaleźć  następnego  ludzkiego  prawnika, 
a nieśmiertelni  w  faerie  są  rzadsi,  więc  przysłała  do  mnie  kogoś,  kogo  może  zastąpić.  Ale 
prawnik wyjaśnił dokładnie, jak królowa odnosi się do mojej ciąży i że zrobi wszystko, co tylko 
możliwe, żeby zapewnić mojej ciąży bezpieczeństwo. Co włączało płacenie dr Mason. 

Doktor skrzywiła się do mężczyzn. 

- Mówiłam, żeby jej nie martwić, panowie, i właśnie to miałam na myśli. 

Pielęgniarka,  masywna  kobieta  z  brązowymi  włosami  zebranymi  z  tyłu  w kucyk, 

sprawdzała monitory i krzątała się obok mnie, kiedy lekarka beształa mężczyzn. 

Lekarka nosiła szeroką, czarną opaskę, która przy jej żółtych włosach wyglądała bardzo 

surowo. To pozwalało mi się domyślić, że ten kolor nie był jej naturalnym odcieniem. Nie była 
dużo wyższa ode mnie, ale nie wydawała się niska, kiedy przeszła dookoła mojego łóżka, żeby 
stanąć przed mężczyznami. Stała patrząc z niezadowoleniem na Rhysa i Doyle’a stojących przy 
łóżku, a także na Sholto, który był nadal w kącie niedaleko krzesła. 

- Jeżeli nadal będziecie denerwować moją pacjentkę, będziecie musieli opuścić pokój. 

-  Nie  możemy  zostawić  jej  samej,  pani  doktor  –  odezwał  się  Doyle  swoim  głębokim 

głosem.  

background image

–  Pamiętam,  co  pan  mówił,  ale  pan  chyba  zapomniał,  co  ja  powiedziałam.  Czyż  nie 

mówiłam, że potrzebuje odpoczynku i nie można jej martwić? 

Tę „rozmowę” musieli odbyć poza pokojem, ponieważ jej nie słyszałam. 

- Czy coś jest nie tak z dziećmi? – Zapytałam i teraz było słychać strach w moim głosie. 

Czy może raczej złość. 

- Nie, Księżniczko Meredith, dzieci są dość – tu nastąpiło małe wahanie – zdrowe. 

- Ukrywacie coś przede mną – odrzekłam. 

Lekarka  i  pielęgniarka  wymieniły  spojrzenia.  To  nie  był  uspokajający  widok.  Doktor 

Mason podeszła do brzegu łóżka, przeciwnego niż to, przy którym stali mężczyźni. 

- Martwię się po prostu o panią, jak o każdą pacjentkę, która jest w ciąży mnogiej. 

- Jestem w ciąży, ale nie jestem kaleką, dr Mason – mój puls przyspieszył i urządzenia to 

pokazały.  Rozumiałam,  że  byłam  podpięta  do  większej  ilości  urządzeń  niż  normalnie.  Gdyby 
cokolwiek  z  tą  ciążą  poszło  źle,  byłoby  to  problemem  dla  szpitala.  Byłam  osobą  publiczną 
i martwili  się.  Poza  tym  byłam  w  szoku,  kiedy  mnie  przywieźli,  z  niskim  ciśnieniem,  niskim 
poziomem  wszystkiego,  skórą  zimną  w  dotyku.  Chcieli  upewnić  się,  że  moje  serce  bije 
regularnie i nie spadnie mi znów ciśnienie. Teraz te urządzenia zdradziły mój nastrój. 

- Proszę porozmawiać ze mną, pani doktor, ponieważ to wahanie mnie przeraża. 

Spojrzała na Doyle’a, a on lekko skinął głową. Wcale mi się to nie spodobało. 

- Powiedziała mu pani pierwszemu? – zapytałam. 

- Nie odpuści pani, nieprawdaż? – odrzekła. 

- Nie – powiedziałam. 

- Więc może zrobimy jeszcze raz badanie ultrasonografem, dziś wieczór. 

- Nigdy wcześniej nie byłam w ciąży, ale wiem od przyjaciół w L.A., że USG nie robi się 

zazwyczaj  w  tak  wczesnej  ciąży.  A  wy  zrobiliście  je  już  trzy  razy.  Coś  jest  nie  tak  z  dziećmi, 
nieprawdaż? 

-  Przysięgam  pani,  że  z  bliźniakami  wszystko  w  porządku.  Na  tyle,  na  ile  widziałam 

z ultrasonografu i mogę stwierdzić z wyników badania krwi, jest pani zdrowa, w początkowym 
okresie  normalnej  ciąży.  Wieloraczki  zawsze  sprawiają,  że  ciąża  jest  większym  wyzwaniem  dla 
matki i lekarza – uśmiechnęła się w końcu. – Ale wszystko wygląda wspaniale. Przysięgam. 

- Proszę być ostrożną z przysięganiem mi, pani doktor. Jestem księżniczką dworu faerie, 

a  przysięganie  jest  bardzo  bliskie  daniu  słowa.  Nie  chciałaby  pani  wiedzieć,  co  może  się  stać, 
jeżeli stanie się pani krzywoprzysięzcą względem mnie. 

background image

-  Czy  to  pogróżka?  -  Powiedziała  prostując  się  na  swoją  całą  wysokość  i  chwytając 

obiema rękami stetoskop zwisający jej z ramion. 

-  Nie,  pani  doktor,  ostrzeżenie.  Wokół  mnie  jest  magia,  czasami  nawet  w  świecie 

śmiertelników.  Chcę  po  prostu  powiedzieć  pani  i  wszystkim  ludziom,  którzy  będą  się  mną 
opiekować, żeby uważali i zrozumieli, że słowa, które być może wypowiedzą odruchowo, mogą 
mieć różne konsekwencje, kiedy są niedaleko mnie. 

- Chodzi pani o to, że jeżeli powiem „życzę sobie” to będzie wzięte na serio? 

Uśmiechnęłam się. 

- Istoty magiczne tak naprawdę nie spełniają życzeń, pani doktor, a na pewno nie istoty 

w tym pokoju. 

Spojrzała troszkę zakłopotana. 

- Nie miałam na myśli… 

-  Wszystko  w  porządku  –  odrzekłam  -  ale  kiedyś  danie  słowa  i  niedotrzymanie  go 

oznaczało,  że  będzie  się  ściganym  przez  dziką  sforę,  mogło  też  oznaczać  pecha,  który  będzie 
podążał  za  tą  osobą.  Nie  wiem,  jak  wiele  magii  towarzyszy  mi  z  faerie,  ale  nie  chcę,  żeby 
ktokolwiek został przez przypadek ranny. 

-  Słyszałam  o  stracie  pani…  kochanka.  Wyrazy  współczucia,  chociaż  szczerze  mówiąc 

nie zrozumiałam wiele z tego, co mi o tym mówiono. 

-  My  sami  nie  do  końca  rozumiemy,  co  się  stało  –  odrzekł  Doyle.  –  Nieokiełznana 

magia nie bez przyczyny nazywana jest nieokiełznaną. 

Skinęła głową, jakby rozumiała, ale wydawało mi się, że raczej miała zamiar wyjść. 

- Pani doktor – odezwałam się. – Chce pani zrobić jeszcze jedno badanie USG? 

Odwróciła się z uśmiechem. 

- Czy mogę spróbować wyjść bez odpowiadania na to pytanie? 

- Pewnie by pani mogła, ale to zrazi mnie do pani. Za to, że rozmawiała pani z Doylem 

zanim porozmawiała pani ze mną, już ma pani u mnie minus. 

- Odpoczywała pani w spokoju, a pani ciotka chciała, żebym porozmawiała z Kapitanem 

Doylem. 

- A to ona płaci rachunki – stwierdziłam. 

Pani doktor wyglądała na zmieszaną i trochę rozzłoszczoną. 

- Jest również królową i szczerze mówiąc nie jestem jeszcze pewna, jak reagować na jej 

życzenia. 

background image

Uśmiechnęłam się, nawet jeżeli był to gorzki uśmiech. 

-  Jeżeli  to  co  powiedziała,  brzmiało  jak  życzenie,  pani  doktor,  to  oznacza,  że  była  dla 

pani  bardzo  miła.  Jest  królową  i  absolutnym  władcą  na  swoim  dworze.  Władcy  absolutni  nie 
przedstawiają życzeń. 

Pani doktor znów chwyciła oba końce stetoskopu. Nerwowy odruch, założyłam. 

- No cóż, może tak jest, ale chciała, żebym przedyskutowała sprawy z najważniejszym – 

zawahała się – mężczyzną w pani życiu. 

Spojrzałam na Doyle’a, który stał nieruchomy obok mojego łóżka. 

- Królowa Andais wybrała Doyle’a jako najważniejszego? 

- Zapytała, kto jest ojcem dzieci, a ja oczywiście nie mogłam jeszcze odpowiedzieć na to 

pytanie.  Powiedziałam  jej,  że  punkcja  owodni  byłaby  dla  pani  teraz  ryzykowna.  Ale  Kapitan 
Doyle wydawał się bardzo pewien, że jest jednym z ojców. 

Skinęłam głową. 

- On, tak jak i Rhys i Lord Sholto. 

Zamrugała. 

- Księżniczko Meredith, ma pani bliźnięta, nie trojaczki. 

Spojrzałam na nią. 

- Wiem, którzy mężczyźni są ojcami moim dzieci. 

- Ale… 

-  Pani  doktor,  to  nie  jest  tak,  jak  pani  myśli  –  odezwał  się  Doyle.  –  Proszę  mi  zaufać, 

każde z bliźniąt ma kilku genetycznych ojców, nie tylko mnie. 

- Jak może pan być pewien czegoś tak niemożliwego? 

- Miałem wizję od Bogini. 

Otworzyła usta, jakby chciała się kłócić, ale zamknęła je. 

Przeszła  na  drugą  stronę  pokoju,  gdzie  był  pozostawiony  ultrasonograf  po  tym,  jak 

ostatnio  go  wykorzystywano.  Nałożyła  rękawiczki,  tak  jak  pielęgniarka.  Wzięły  tubkę  żelu, 
o którym przekonałam się już, że był naprawdę, naprawdę zimny. 

Dr  Mason  nie  pytała  się  tym  razem,  czy  chcę,  żeby  którykolwiek  z  mężczyzn  opuścił 

pokój. Zajęło jej chwilę, żeby zorientować się, że uważam, że wszyscy ci mężczyźni mają prawo 
być w tym pokoju. Jedyny, którego nie było z nami, to Galen. Doyle posłał go po sprawunki. 
Na  wpół  spałam,  kiedy  słyszałam  ich  rozmowę,  cichą,  a  potem  Galen  wyszedł.  Nie 
zastanawiałam się gdzie i dlaczego. Ufałam Doyle‘owi. 

background image

Uniosły moją koszulę, wyciskając niebieskawy żel, znów bardzo zimny, na mój brzuch, 

potem pani doktor chwyciła grubą rączkę i zaczęła przesuwać nią po moim brzuchu. Patrzyłam 
na monitor i zamglony obraz. Widziałam wizerunek na tyle wyraźnie, że mogłam dostrzec dwa 
punkty,  dwa  kształty,  które  były  zbyt  małe,  nawet  nie  wyglądały  jeszcze  rzeczywiście.  Jedyną 
rzeczą,  która  pozwoliła  mi  uwierzyć,  że  tam  były,  to  ich  szybko  migoczące  serduszka  na 
obrazie. 

- Widzicie, wyglądają całkowicie idealnie. 

- Więc po co te dodatkowe badania? – zapytałam. 

- Szczerze? 

- Proszę. 

-  Ponieważ  pani  jest  Księżniczką  Meredith  NicEssus,  a  ja  chronię  swój  tyłek  – 

uśmiechnęła się, a ja odwzajemniłam uśmiech. 

- To szczerze jak na lekarza – odrzekłam. 

- Staram się – powiedziała. 

Pielęgniarka  zaczęła  oczyszczać  mój  brzuch  szmatką,  potem  oczyściła  końcówkę 

ultrasonografu, podczas gdy obie z lekarką wpatrywałyśmy się w siebie nawzajem. 

-  Reporterzy  dręczą  mnie  i  mój  personel  z  prośbami  o  szczegóły.  Nie  tylko  królowa 

będzie mnie dokładnie obserwować. 

Znów chwyciła swój stetoskop. 

- Przykro mi, że moja pozycja utrudnia działanie pani i pani personelowi. 

- Proszę być przykładną pacjentką, a porozmawiamy rano, Księżniczko. A teraz czy pani 

prześpi się, lub przynajmniej odpocznie? 

- Postaram się. 

Prawie uśmiechnęła się, ale jej oczy nadal miały uważny wyraz, jakby nie wiedziała, czy 

mi wierzyć. 

-  Wydaje  mi  się,  że  to  najlepsze  na  co  mogę  liczyć,  ale…  -  odwróciła  się  w  stronę 

mężczyzn – …nie martwcie jej – pogroziła im palcem. 

- Jest księżniczką – odezwał się Sholto z kąta – i naszą przyszłą królową. Jeżeli domaga 

się rozmawiać na niemiłe tematy, cóż możemy zrobić? 

Skinęła głową, znów ściskając stetoskop. 

- Rozmawiałam z Królową Andais, więc rozumiem wasz problem. Postarajcie się, żeby 

odpoczęła, zapewnijcie jej spokój. Miała dzisiaj wiele wrażeń, wolałabym, żeby odpoczęła. 

background image

- Zrobimy, co tylko będziemy w stanie – odrzekł Doyle. 

Uśmiechnęła się, ale jej oczy pozostały zmartwione. 

- Liczę na to. Proszę odpoczywać – wskazała na mnie palcem, jakby to był jakiś rodzaj 

magii, który mógłby mnie do tego skłonić. Potem podeszła do drzwi, a pielęgniarka podążała 
za nią. 

- Gdzie wysłałeś Galena? – zapytałam. 

- Żeby sprowadził kogoś, kto wydaje mi się, że nam pomoże. 

- Kogo i skąd? Nie odesłałeś go samego do faerie? 

-  Nie  –  Doyle  objął  rękami  moją  twarz.  –  Nie  narażałbym  naszego  zielonego  rycerza. 

Jest jednym z ojców i będzie królem. 

- Jak to będzie działać? – zapytał Rhys. 

- Tak – dodał Sholto – jak wszyscy możemy być królami? 

- Myślę, że odpowiedzią jest to, że Merry będzie królową – stwierdził Doyle. 

- To nie jest odpowiedź – powiedział Sholto. 

- To jest jedyna odpowiedź, którą mamy teraz – odrzekł Doyle, spojrzałam w jego oczy 

i zobaczyłam kolorowe światełka. W kolorach, jakich nie było w tym pokoju. 

- Próbujesz mnie zauroczyć – odezwałam się. 

- Musisz odpocząć, dla dobra dzieci, które nosisz. Pozwól mi sobie pomóc. 

- Chcesz mnie zauroczyć i chcesz, żebym ci na to pozwoliła– odrzekłam cicho. 

- Tak – powiedział. 

- Nie. 

Pochylił  się  w  moją  stronę,  kolory  w  jego  oczach  wydawały  się  coraz  jaśniejsze,  jak 

tęczowe gwiazdy. 

- Ufasz mi, Meredith? 

- Tak. 

-  Więc  pozwól  mi  sobie  pomóc.  Przysięgam,  że  obudzisz  się  odświeżona,  a  wszystkie 

problemy będą nadal czekały, żebyś podjęła decyzję. 

- Nie podejmiecie żadnych ważnych decyzji beze mnie? Obiecujesz? 

background image

-  Obiecuję  –  powiedział  i  pocałował  mnie.  Pocałował  mnie  i  nagle  wszystko  co 

widziałam  to  kolor  i  ciemność.  To  było  tak,  jakby  stać  w  letnią  noc  otoczona przez  świetliki, 
poza tym, że świetliki był czerwone, zielone, żółte i … zasnęłam.