background image

 

1

Candace Schuler KIERUNEK - MIŁOŚĆ 

 
 

ROZDZIAŁ 

Goniące za sensacją ilustrowane czasopisma nadały jej przezwisko Hollywoodzkiej Królowej Lodu. Tym 

razem  trafiły  w  sedno,  rozmyślał  Rafe,  wpatrując  się  w  zdjęcie  kobiety  zdobiące  okładkę  „National 
Enquirer”. Kobiety niewiarygodnie pięknej - jeżeli komuś odpowiadał typ urody Grace Kelly - emanującej 
chłodem i nieprzystępnej. Jemu nie odpowiadał. 

Ciemna  szatynka  o  delikatnych  rysach  z  włosami  ściągniętymi  do  tyłu  i  upiętymi  w  kok  przywodziła  na 

myśl zwiewne tancerki baletów klasycznych. Ogromne, szafirowe oczy w rzeczywistości zapewne nie miały 
tak  intensywnej  barwy  jak  na  fotografii,  pomyślał  uszczypliwie.  To  dzięki  umiejętnemu  i  dyskretnemu 
makijażowi  rzęsy  były  tak  gęste  i  długie,  a  brwi  zarysowane  w  piękne  łuki.  Nos  wąski,  arystokratyczny, 
skóra jasna i bez skazy -jak z alabastru albo z płatków róż. 

Jedynie usta wskazywały, że pod tą idealną powłoką mogła kryć się prawdziwa kobieta. Zarys jej warg był 

zachwycający.  Górna;  jakby  dziecięca,  nadawała  twarzy  wyraz  niewinności.  Dolna,  pełna  i  zmysłowa, 
kojarzyła się z ogniem płonącym w kominku i czerwonymi, jedwabnymi prześcieradłami. 

Jednak  wyniosły  uśmiech  malujący  się  na  tych  kuszących  wargach  psuł  całe  wrażenie.  Był  to  bowiem 

zdecydowanie fałszywy uśmiech, w którym na próżno by szukać kobiecego ciepła. Z wielkich, szafirowych i 
zimnych  oczu  wyzierało  zniecierpliwienie  i  niezadowolenie,  jakby  to,  na  co  patrzyła,  zupełnie  jej  nie 
interesowało. Oczywiście, miała przecież przed sobą tylko grupę reporterów wykonujących swą pracę. 

Rafe  Santana  posłał  ostatnie  spojrzenie  kobiecie,  której  dłoń  obejmowała  ramię  Dona  Johnsona,  i  rzucił 

pismo na stos magazynów ilustrowanych i różnych innych czasopism związanych z przemysłem filmowym, 
tuż obok swych stóp, opartych na blacie biurka. W każdym z nich można się było natknąć na informacje o 
pięknej  pannie  Claire  Kingston.  Przejrzał  połowę  i  doszedł  do  wniosku,  że  nie  musi  czytać  reszty,  żeby 
dowiedzieć się, jaką w istocie jest kobietą. 

Dobrze  znał  ten  typ,  pomyślał,  patrząc  jeszcze  raz  na  zdjęcie,  z  którego  spoglądały  na  niego  oczy  pełne 

grzecznego  lekceważenia.  Oto  księżniczka.  Rozpieszczona,  uprzywilejowana  dzięki  pieniądzom  i 
właściwemu,  bo  anglosaskiemu  pochodzeniu.  Och,  tak,  dobrze  znal  ten  typ.  Miewał  już  do  czynienia  z 
takimi kobietami i niestety doświadczenia te nie należały do najprzyjemniejszych. 

A  tego  popołudnia  czekało  go  spotkanie  właśnie  z  nią  i  rozmowa,  od  której  zależała  jego  najbliższa 

przyszłość. 

- Co, u licha, taka kobieta może wiedzieć o produkcji filmów? - mruknął do siebie ze złością. 
- Mówiłeś coś? – spytała młoda kobieta, odrywając oczy od komputera. 
Była  śniada,  ciemnowłosa  i  ciemnooka  jak  jej  pracodawca.  Jego  młodsza  siostra,  piąte  z  kolei  dziecko 

spośród siedmiorga rodzeństwa. 

- Claire Kingston. - Rafe wskazał na okładkę pisma. - Co, u licha, ona może wiedzieć o produkcji filmów? 
-  Z  pewnością  sporo  -  odparła  Pilar  Santana.  -  Uważa  się,  że  jest  w  Hollywood  jedną  z  najbardziej 

obiecujących producentek młodego pokolenia. 

- Gruba przesada - burknął. 
- „Para za parą”, „Wszystko jasne”, „Obietnica”, „Diabelska gra”, „Dni chwały”. - Pilar wymieniła tytuły 

ostatnich  pięciu  filmów,  które  powstały  przy  udziale  Claire  Kingston.  Nie  musiała  dodawać,  że  wszystkie 
cieszyły się wielkim powodzeniem, gdyż o tym jej brat doskonale wiedział. - Według mnie to bardzo zdolna 
i fachowa producentka. 

-  Asystentka  producenta  -  poprawił  ją  Rafe.  -  I  zapewne  nie  miałaby  takiej  opinii,  gdyby  nie  jej  sławna 

rodzina. 

-  Co?  -  roześmiała  się  Pilar.  -  Czy  mam  rozumieć,  że  ty  byś  mnie  nie  zatrudnił,  gdybym  nie  była  twoją 

siostrą? 

-  Wszyscy,  którzy  mają  do  czynienia  z  przemysłem  filmowym,  wiedzą,  że  to  matka  Claire  rządzi 

Wytwórnią Kingston, podpisuje wszystkie umowy i nadzoruje produkcję. Bracia albo grają główne role, albo 
są szefami ekipy operatorów. A ojciec reżyseruje. Jak wynika z lektury tych pism - Rafe potrącił butem stos 
ilustrowanych  magazynów  -  Królowa  Lodu  spędza  czas  głównie  na  przyjęciach  i  premierach  i  z  punktu 
widzenia zawodowego jest z pewnością przereklamowana. W najlepszym razie wykonywała jakieś zlecone 
przez producenta czynności. 

- Czy nie osądzasz jej zbyt surowo? Może jest bardzo kompetentną i miłą osobą. 
-  Wątpię.  -  Rafe  w  zamyśleniu  jeszcze  raz  spojrzał  na  fotografię.  Claire  Kingston  odpowiedziała  mu 

uśmiechem pięknej, władczej księżniczki. Lodowato zimnym. 

-  Miła  czy  nie,  powinieneś  znaleźć  jakiś  sposób,  żeby  stosunki  między  wami  dobrze  się  układały  - 

background image

 

2

stwierdziła Pilar. - Przecież macie ze sobą przez pewien czas współpracować. O ile ona w ogóle zaangażuje 
cię jako reżysera „Desperata”. 

- Zaangażuje mnie, na pewno - powiedział cicho do siebie, gdy Pilar zajęła się swoją pracą. 
Jego  słowa  zabrzmiały  jak  zaklęcie.  Albo  modlitwa.  Był  młodym  reżyserem  i  pochlebiało  mu,  że 

Wytwórnia  Kingston,  mająca  dobrą  markę,  rozważała  jego  kandydaturę.  W  miarę  czytania  scenariusza 
początkowe zainteresowanie przerodziło się w gorące pragnienie zrealizowania tego filmu. 

To może być ważny etap jego zawodowej kariery. 
Wyreżyseruje ten film. 
Wyciągnął  rękę  i  nieświadomie  powiódł  palcem  po  delikatnym  zarysie  górnej  wargi  Claire  Kingston, 

spoglądającej  na  niego  ze  zdjęcia.  Powtórzył  w  duchu  przyrzeczenie.  Nic  go  nie  powstrzyma  przed 
reżyserowaniem  „Desperata”.  Nawet  ta  oziębła  dama,  która  się  łudzi,  że  jest  liczącą  się  producentką 
filmową. 

- Dzień dobry, Robercie. 
Claire Kingston szła szybkim krokiem przez biuro. Nie zatrzymała się przy biurku asystenta, tylko już w 

drodze do gabinetu, jak zwykle, wydawała polecenia. 

- Połącz mnie z biurem Mike’a Ovitza. W czasie śniadania doszły mnie pewne plotki i muszą sprawdzić, 

ile w nich prawdy. 

- Że Madonna szuka nowego scenariusza? - spytał Robert. 
Claire przystanęła z ręką na klamce i odwróciła się do asystenta. 
- Już wiesz? „U Huga” zaczęło się o tym mówić dopiero dzisiaj rano. 
W restauracji „U Huga” jadały śniadanie co znamienitsze postaci przemysłu filmowego Hollywood. 
- Mam swoje źródła. - Robert wzruszył ramionami. 
-  Rzeczywiście  -  uśmiechnęła  się  Claire.  Z  doświadczenia  wiedziała,  że  asystenci,  podobnie  jak  cały 

personel pomocniczy w Hollywood, zawsze byli dobrze poinformowani. Nie tak dawno sama należała do tej 
grupy. 

Zwróciła się do Roberta z dalszymi poleceniami. 
- Jak połączysz mnie z Mike’em, spróbuj załatwić spotkanie z Costnerem i jego agentem. Muszę mieć ich 

odpowiedź jak najszybciej. Zatelefonuj do Jane Jenkins z Agencji Aktorów i dowiedz się, czy ma dla mnie 
dalsze  taśmy  z  próbnymi  zdjęciami.  No  i...  chwileczkę  -  zastanawiała  się  przez  moment  -  nadaj  fax  do 
Olivera  Stone’a  z  wiadomością,  że  możemy  podpisać  umowę,  jeżeli  zgodzi  się  na  niższe  wynagrodzenie. 
Zadzwoń  do  Goldie  Hawn  i  powiedz,  że  jesteśmy  nią  bardzo  zainteresowani,  ale  możemy  się  spotkać 
najwcześniej w połowie przyszłego tygodnia. I przynieś mi teczkę z danymi Santany. Muszę jeszcze raz je 
przejrzeć przed popołudniową rozmową. Zapisałeś wszystko? 

- Tak. - Robert zakończył stenografowanie ozdobnym zakrętasem. 
Skinęła głową, weszła do gabinetu i zamknęła za sobą drzwi. 
W pokoju panował błogosławiony chłód. Stonowane kolory eleganckiego wnętrza działały kojąco. Długie, 

kremowe  zasłony  w  oknach  nie  dopuszczały  porannego  słońca.  Cichy  szum  klimatyzacji  tłumił  odgłosy  z 
zewnątrz. Obite szarym brokatem małe sofki, ustawione przed wytwornym, stylowym stolikiem z początku 
osiemnastego wieku, pełniącym rolę biurka, zachęcały, by na nich usiąść. 

Claire wstała o wpół do siódmej, gdyż musiała przebić się przez zatłoczone jezdnie Los Angeles i zdążyć 

przed  ósmą  trzydzieści  na  umówione  śniadanie  „U  Huga”.  Nie  znosiła  pośpiechu,  lecz  nie  udało  się  jej 
wymknąć wcześniej z wieczornego przyjęcia, więc zaspała. 

Czuła, że zbliża się ból głowy, który stanie się nie do zniesienia, jeżeli go jakoś od razu nie powstrzyma. 

Najlepiej zrobiłaby jej drzemka, niestety, sofki były za krótkie, żeby się na nich wygodnie wyciągnąć, a poza 
tym  nie  miała  na  to  czasu.  Czerwone  światełko  telefonu  dawało  już  znak,  że  na  linii  jest  połączenie  z 
Mike’em  Ovitzem.  Nikt,  kto  chciał  nadal jadać  lunch  z  wpływowymi  ludźmi  z  branży  filmowej,  nie  mógł 
dopuścić, aby wszechwładny szef największej w Hollywood agencji artystycznej czekał na rozmówcę. 

Po uzyskaniu od Ovitza potrzebnych informacji połączyła się z Robertem i poprosiła o dane Santany. 
Asystent zjawił się z herbatą w pięknej filiżance z cienkiej porcelany. Ustawił ją na biurku przed Claire. 
- Pomyślałem, że najpierw chciałabyś napić się czegoś gorącego - powiedział. - A tu masz dwie aspiryny. 
- Skąd wiedziałeś? - Uśmiechnęła się z wdzięcznością. 
- Masowałaś sobie nasadę nosa. Miałaś ciężki wieczór? 
- Długi. Byłam na przyjęciu u Spellingów i późno wróciłam do domu. - Upiła łyk mocnego naparu. 
- Och, cudowna. Nikt nie potrafi tak parzyć herbaty jak ty. - Odstawiła filiżankę, co oznaczało, że przerwa 

w pracy jest zakończona. 

-  Nie  zastałem  agenta  Kevina  Costnera,  więc  zostawiłem  wiadomość  jego  sekretarce.  Goldie  Hawn 

powiedziała, że nie ma pośpiechu i zgodziła się na spotkanie w przyszłym tygodniu. Jane Jenkins znalazła 

background image

 

3

trzy bardzo dobre kandydatki do roli Molly. Taśmy  z próbnymi zdjęciami dwóch z nich przyśle dzisiaj po 
południu, a trzeciej za parę dni. Tu masz pocztę. 

-  Położył  przed  nią  grubą  teczkę.  -  To  dzienne  raporty  produkcji.  -  Położył  drugą.  -  A  jeśli  znajdziesz 

wolną chwilę, rzuć okiem na te informacje. - Dołożył trzecią. - Spodoba ci się to, co napisali o „Stworzonych 
dla siebie”. Krótko, ale bardzo pochlebnie. 

- Tak?  - „Stworzeni dla siebie” był ostatnim filmem  jej brata Pierce’a, romantyczną komedią, kręconą w 

Toronto. W filmowym światku zastanawiano się od tygodni, jak Pierce, grający do tej pory role 

awanturników w filmach akcji, da sobie radę z nową, całkowicie odmienną postacią. - Co napisali? 
-  Cytuję:  „Stuprocentowy,  twardy  mężczyzna  pokazał  zupełnie  inną  twarz  i  okazało  się,  że  może 

pretendować do przejęcia berła po Carym Grande”. Koniec cytatu. 

-  Kochany  Pierce,  zawsze  dobry  -  powiedziała  Claire  z  czułością.  Dobrze  pamiętała,  jak  bardzo  brat  nie 

chciał przyjąć tej roli, gdy mu ją zaproponowała. -Wiedziałam, że mu się uda. Czy jest jeszcze coś godnego 
uwagi? 

-  Mogłabyś  przeczytać  w  „Entertainment  Weekly”  artykuł  o  kobietach,  zajmujących  wysoką  pozycję  w 

Hollywood. Sytuują twoją matkę gdzieś pomiędzy Joanną D’Arc, Joan Crawford i Audrey Hepburn. 

Claire roześmiała się. 
- Przekaż jej to do Paryża telexem. Będzie w siódmym niebie. 
- Już to zrobiłem. 
- Świetnie. No to daj mi teczkę Santany. - Zrobiła na biurku miejsce, odsuwając na bok pozostałe trzy do 

przejrzenia  na  później.  -  Co  tam  jeszcze  masz?-  Zmarszczyła  brwi  na  widok  dziwnej  miny  asystenta.  Na 
wierzchu ostatniej teczki, którą trzymał, leżał ilustrowany magazyn. 

Claire poczuła, że ból głowy się wzmaga. Wypiła duży łyk herbaty. 
- O co chodzi tym razem? Czy tata znowu uwiódł jakąś wschodzącą gwiazdkę? 
Ojciec  Claire,  niepoprawny  kobieciarz,  o  którego  uroku  krążyły  legendy,  a  do  tego  znany,  nagrodzony 

Oskarem reżyser, był w równej mierze przedmiotem zainteresowania młodych aktorek, jak dziennikarzy. 

Robert pokręcił przecząco głową. 
-  Jakaś  dramatyczna  historia  o  Tarze  i  jej  najmłodszym  dziecku?  -  zgadywała  dalej.  Tara  była  żoną 

starszego  brata  Claire,  Gage’a.  Od  trzech  lat  nie  występowała  przed  kamerą,  lecz  jako  była  gwiazda, 
grywająca w serialach telewizyjnych, nadal była łakomym kąskiem dla prasy. 

- A może to kolejna przepowiednia, że Pierce i Nikki są o krok od rozwodu? 
- Nie. Chodzi o ciebie. Jesteś na okładce „National Enquirer”. 
-  Ja?  -  spytała  zdumiona.  Odkąd  przestała  grać  w  filmach,  jej  zdjęcia  bardzo  rzadko  zdobiły  pierwsze 

strony ilustrowanych magazynów. - Z jakiego powodu? 

- Najwyraźniej w związku z kolacją we dwoje, na którą wybrałaś się z Donem Johnsonem. 
- Kolacją we dwoje? 
- „Królowa Lodu wciska się pomiędzy najbardziej zakochaną parę Hollywoodu”. - Robert przeczytał tytuł 

artykułu, kładąc pismo przed Claire. 

-  Najbardziej  zakocha...  O,  mój  Boże!  -Już  przypomniała  sobie  ten  moment.  Wychodzili  właśnie  z 

restauracji i dotknęła lekko ramienia Dona, żeby zwrócić mu uwagę na czatujących reporterów. Odwrócił się 
do  niej  z  uroczym,  pytającym  uśmiechem.  Tyle  tylko,  że  obiektyw  nie  objął  Melanie  Griffith  idącej  obok 
Dona, który trzymał za rękę swą kochaną i kochającą żonę. We troje omawiali w czasie kolacji możliwość 
udziału tej słynnej gwiazdorskiej pary w przyszłym filmie Wytwórni Kingston. 

Claire  zacisnęła  dłonie.  Miała  ochotę  wyrwać  tę  okładkę,  zgnieść ją  i  rzucić  w  kąt  pokoju.  Z  trudem  się 

powstrzymała. 

- Niezależnie od wszystkiego zdjęcie jest dobre. - Robert przerwa ciszę, która nagle zapadła w gabinecie. 
Claire wydało się, że ból głowy ustępuje. Pierce tak właśnie pocieszał ją przy podobnych okazjach. 
-  A  nazwisko  zostało  napisane  prawidłowo.  -  Powiedziała  to,  gdyż  Pierce  zawsze  mawiał,  że  każda 

wzmianka w prasie jest dobra, jeżeli nazwisko nie zostało przekręcone. Oczywiście, najlepiej byłoby za to 
komuś  przyłożyć.  Ale  Claire  nigdy  nie  lubiła  robić  z  siebie  widowiska.  Ani  w  życiu  zawodowym,  ani 
prywatnym. 

Powoli i spokojnie złożyła magazyn na pół. 
-  Wyślij  Melanie  tuzin  róż  z  karteczką,  że  bardzo  mi  przykro.  -  Rzuciła  pismo  do  kosza  z  gestem 

najwyższej pogardy. - Więc masz te dane Santany? 

-  Nic  nowego  w  nich  nie  znajdziesz.  -  Robert  położył  teczkę  na  biurku.  -  Nie  można  by  go  nazwać  człowiekiem 

Hollywoodu. Jest związany z przemysłem filmowym od niedawna, w każdym razie jako reżyser. Chyba też nie udziela 
się towarzysko, nie widać go na ważnych przyjęciach. Zresztą na mniej ważnych także nie. Żadnych kolacji w „Spago” 
lub  czegoś  w  tym  rodzaju.  Żadnych  kręcących  się  koło  niego  atrakcyjnych  gwiazdek.  Ani  plotek  o  wybrykach  na 

background image

 

4

planie. Według mnie to raczej nudnawy facet. 

Claire skinęła głową, choć właściwie wcale nie słuchała Roberta. 
Rafe  Santana  był  znakomitym  reżyserem,  rozmyślała,  przeglądając  informacje.  Po  prostu  świetnym.  Co 

było tym bardziej zaskakujące, że nie miał żadnych powiązań z hollywoodzkim światem filmu. 

Przez krótki czas pracował jako kaskader, zastępując w niebezpiecznych scenach takich aktorów jak Stall 

one, Seagal czy innych bohaterów filmów akcji. I nagle, ni stąd ni zowąd, wziął się za reżyserowanie. 

Zrealizowany  przez  niego  film  dokumentalny  o  ciężkiej  sytuacji  ubogich  Meksykanów,  zatrudnianych 

przez  potężne  koncerny  amerykańskie  za  marne  grosze,  okazał  się  arcydziełem.  Potrafił  poruszyć  serca 
widzów bez uciekania się do taniej propagandy. Uzyskał w swej kategorii nominację do Oskara. 

Dwa  fabularne,  niskobudżetowe  filmy,  które  potem  zrobił,  również  były  swego  rodzaju  perełkami. 

Wykazał  się  w  nich  umiejętnością  subtelnego  i  głębokiego  ujęcia  tematu,  oczekiwaną  raczej  w  filmach 
większego  formatu.  Żywa  akcja  nie  przesłaniała  psychologicznego  rysunku  postaci,  gdyż  reżyser  potrafił 
wydobyć  ze  scenariusza  coś  ponad  samą  tylko  treść.  Claire  podobało  się  zwłaszcza  prowadzenie  ról 
kobiecych. W jego filmach bohaterki odznaczały się poczuciem humoru i inteligencją, nie traktował kobiet 
jak dekoracyjne manekiny. Szukała reżysera obdarzonego takim właśnie talentem. 

Jedno  ją  tylko  niepokoiło  -  jego  styl  pracy.  Chociaż  nie  wprowadzał  przesadnie  surowej  dyscypliny  na 

planie,  nie  pozwalał  na  odstępstwa  od  swoich  założeń.  Tym,  którym  się  to  nie  podobało,  widzieli  w  nim 
upartego  autokratę,  ignorującego  uświęcone  zasady  hollywoodzkiego  kina.  Ci,  którym  jego  styl  pracy 
odpowiadał,  uważali  go  za  pomysłowego  reżysera,  spontanicznego  nowatora,  nienaginającego  się  do 
skostniałych, zastanych reguł. 

Zdaniem  producenta  jego  ostatniego  filmu  Santana  celowo  rezygnował  z  powtarzania  po  wielokroć  tych 

samych  scen,  gdyż  bardziej  cenił  świeżość  pierwszego  ujęcia.  W  konsekwencji  nie  zdarzało  mu  się 
przetrzymywać aktorów do późna w nocy dla osiągnięcia właściwego efektu. 

Z  wyjątkiem  scen  zbiorowych  lub  z  udziałem  kaskaderów  nie  uznawał  scenopisów  w  formie  rysunków 

przedstawiających  kolejne  kadry  na  taśmie  filmowej.  To  było  również  niepokojące,  gdyż  z  pewnością 
utrudniało  określenie  harmonogramu  zdjęć  i  kosztu  filmu,  przynajmniej  w  takim  precyzyjnym  stopniu,  na 
jakim 

Claire zależało. 
Najgorszą  wadą  Santany  była  skłonność  do  zmian  w  scenariuszu  w  czasie  zdjęć.  A  według  Claire 

scenariusz  „Desperata”  nie  wymagał  żadnych  korekt.  Jednak  plusy  były  niewątpliwe.  Pomysłowość  i 
nowatorstwo reżysera, tak podkreślane przez producenta, z którym ostatnio pracował. Sympatia i zaufanie, 
jakim  go  darzyli  aktorzy,  zdający  sobie  sprawę,  jak  wiele  potrafią  dać  z  siebie  pod  jego  kierunkiem. 
Wreszcie  wymowa  dotychczas  zrobionych  przez  niego  filmów,  bardziej  przekonujący  dowód  jego 
wybitnego talentu niż wszystkie zebrane informacje o nim. 

Claire  zamknęła  teczkę.  Nie  miała  wątpliwości.  Rafael  Santana  mógł  nie  wywodzić  się  ze  środowiska 

hollywoodzkich  filmowców,  być  wolnym  strzelcem  i  właściwie  nie  znaną  postacią  w  środowisku,  lecz  to 
jego właśnie chciała mieć jako reżysera swego filmu „Desperat”. 

Tym filmem chciała coś udowodnić - sobie, swojej rodzinie i Hollywood. 
Santana musi jej w tym pomóc. 

 
 

ROZDZIAŁ 2 

Brzęczyk  interkomu  zapowiedział  umówioną,  popołudniową  wizytę.  Claire  spojrzała  na  zegarek  -  było 

dziesięć po czwartej. Podniosła słuchawkę i przekazała Robertowi polecenie. 

- Powiedz  mu, że rozmawiam przez telefon, odczekaj piętnaście minut i dopiero potem wprowadź  go do 

mnie. 

Nie  cierpiała  tych  gierek,  mających  pokazać,  kto  tu  rządzi,  lecz  umiała  je  zastosować  we  właściwym 

momencie, tak jak wszyscy w filmowym biznesie. 

Rafael  Santana  spóźnił  się,  celowo  lub  nie,  teraz  ona  każe  mu  poczekać  parę  minut  dłużej.  To  było 

małostkowe, ale konieczne. 

Mieć władzę w Hollywood to znaczyło dawać czekać na siebie. Podobne znaczenie miało lepsze miejsce 

na parkingu studia czy stolik w „Spago” lub najwygodniejsza przyczepa w plenerze. 

A  poza  tym  najlepiej  jest  występować  z  pozycji  siły,  zwłaszcza  kobiecie.  W  przemyśle  filmowym  nie 

patrzono łaskawym okiem na koleżanki po fachu. Ci dobrzy, zacni chłopcy zniszczyliby każdą, gdyby tylko 
nadarzyła się im sposobność. Claire nauczyła się już nie dawać im jej. 

O godzinie czwartej dwanaście przesunęła scenariusz „Desperata” na brzeg stolika, otworzyła przed sobą 

teczkę z dokumentami, na których ułożyła wieczne pióro marki Mont Blanc. Chciała stworzyć wrażenie, że 

background image

 

5

gość przerwał producentce filmu pilną pracę. 

O godzinie czwartej piętnaście przełożyła pióro o centymetr dalej. 
O czwartej osiemnaście poprawiła klapy bladoniebieskiego żakietu Chanel, dotknęła sznurka dużych pereł, 

zdobiących jedwabną bluzkę koloru kości słoniowej, przygładziła włosy i poprawiła kok, choć nie wystawał 
z niego najmniejszy kosmyczek. 

O  czwartej  dwadzieścia  cztery  zakazała  sobie  ruszać  się  z  miejsca  i  zachowywać  jak  początkująca 

asystentka producenta. 

Wiele razy miała podobne spotkania. I to z ludźmi na pewno sprytniejszymi i bardziej onieśmielającymi od 

ś

wieżo upieczonego i niedoświadczonego reżysera. 

Da  sobie  z  Santaną  radę.  Znała  zasady  słownej  szermierki.  Żadne  tajniki  filmowego  fachu  nie  były  jej 

obce. Bracia uważali nawet, że mogłaby innym udzielać lekcji ubijania interesów w hollywoodzkim stylu. 

I chociaż tym razem bardziej niż zwykle zależało jej na zawarciu umowy, wcale nie musiała zmieniać reguł 

gry. 

Tylko  spokojnie,  upominała  się,  kiedy  otworzyły  się  drzwi  gabinetu.  Chwyciła  pióro  i  pochyliła  się  nad 

papierami. 

-  Chwileczkę  -  powiedziała,  nie  podnosząc  oczu.  -  Muszę  jeszcze  coś  zapisać.  -  Nagryzmoliła  pierwszą 

linijkę dziecięcego wierszyka, który tak lubił jej dwuletni siostrzeniec. - O co chodzi, Robercie? 

- Pan Santaną przyszedł na umówione spotkanie, proszę pani - zaanonsował Robert jak angielski lokaj. 
Powoli odłożyła pióro i przeniosła wzrok na stojącego obok asystenta mężczyznę. 
Zawodowy półuśmiech zamarł jej na wargach. Poczuła dreszcz na karku i prawie bolesny ucisk w gardle. 
Rafael  Santaną  należał  do  tego  rodzaju  mężczyzn,  którzy  od  pierwszego  wejrzenia  wzbudzali  w  niej 

nieufność.  Był  jednym  z  tych  stuprocentowych  przedstawicieli  swego  gatunku,  można  nawet  powiedzieć: 
kwintesencją męskości. 

Wysoki, silnie zbudowany, miał szerokie ramiona i wąskie biodra. Emanował jakimś diabelskim powabem. 
Swym  strojem  chciał  z  pewnością  zrobić  wrażenie  na  zwykłych  śmiertelnikach.  Obcasy  czarnych 

kowbojskich  butów  jeszcze  go  podwyższały,  obcisłe,  czarne  dżinsy  przylegały  do  muskularnych,  długich 
nóg.  Prosta,  czarna  koszula  podkreślała  masywną  klatkę  piersiową,  a  bluza  w  stylu  Dzikiego  Zachodu  - 
rozłożystość ramion. 

Miał  niedbale  zaczesane  do  tyłu  czarne  włosy.  Jak  krucze  pióra,  przemknęło  jej  przez  myśl.  Ostre  rysy, 

skórę  bardzo  śniadą,  ocienioną  ukazującym  się  już  popołudniowym  zarostem  na  linii  szczęki  i  podbródka 
znamionującego stanowczość. 

A jego oczy były koloru mocnej, gorącej kawy. To były oczy inteligentne, przenikliwe, o śmiałym, wręcz 

zuchwałym spojrzeniu. Taksowały Claire tak samo uważnie, jak ona jego. 

Stal w progu w niedbałej pozie, lecz czujny i nieruchomy jak drapieżnik, w którego polu widzenia znalazła 

się ofiara. Promieniowała z niego zmysłowość i męska siła, niczym ciepło z ogniska. 

Czuła  tę  niepokojącą  energię  na  odległość.  Nie,  nie  może  nawet  o  tym  myśleć,  powinna  udawać,  że 

niczego nie zauważa. Przecież w sztuce udawania była profesjonalistką. 

Z  trudem  powstrzymała  się  od  pomasowania  karku,  po  którym  przebiegało  mrowienie.  Przełknęła  ślinę, 

ż

eby wydobyć słowa ze ściśniętego gardła i uśmiechnęła się mile. W miarę mile. 

- Proszę wybaczyć, panie Santana, że kazałam panu czekać. 
Jej głos zabrzmiał jak zwykle chłodno i spokojnie. 
Skinął  lekko  głową,  jakby  przyjmując  usprawiedliwienie,  lecz  w  oczach  miał  żartobliwe  uznanie  dla 

kłamstwa, które wypowiedziała bez zająknięcia. 

Wstała zza biurka zdecydowana dać mu do zrozumienia, kto tu jest szefem. Najlepiej na samym początku 

pokazać,  że  ona  tu  rządzi,  żeby  w  przyszłości  nie  było  żadnych  nieporozumień  na  tym  tle.  Musi  tak 
postępować, zwłaszcza wobec takiego mężczyzny jak on. Żadnych dwuznaczności, które kiedyś mogłyby się 
na niej zemścić. 

- Robercie, czy możesz mi przynieść filiżankę herbaty? - spytała swym najbardziej władczym tonem. - I... - 

spojrzała na potężnego mężczyznę, stojącego nadal bez ruchu w progu... - kawy? - Uniosła pytająco w górę 
swe doskonałe w linii brwi. 

- Bardzo proszę. 
Jego mroczny, gardłowy głos, pomyślała Claire z drżeniem, robi tak samo niepokojące wrażenie, jak i cała 

postać. Mógłby szeptać groźby. Albo składać obietnice, którym trudno byłoby się oprzeć. 

- Z cukrem, bez śmietanki - dodał. 
A kiedy Robert zniknął w sekretariacie, gość przestąpił próg gabinetu. 
Claire  z  wysiłkiem  opanowała  się  żeby  nie  wezwać  asystenta  z  powrotem.  O  mało  nie  zawołała:  „Nie 

zostawiaj  mnie  z  nim  samej  w  pokoju!”.  Jednak  uniosła  wysoko  podbródek  zdecydowana  potraktować 

background image

 

6

Rafaela Santanę jak przystało na dojrzałą, opanowaną kobietę. 

Na  miłość  boską,  nie  była  już  niedoświadczonym  niewiniątkiem,  a  on  jakimś  mitologicznym  potworem, 

który pożera dziewice na śniadanie. 

Był reżyserem ubiegającym się u niej o pracę. Ta sytuacja ustawiała ją w dogodnej pozycji, przekonywała 

się Claire. Ona miała w ręce wszystkie karty i nadszedł czas, żeby mu to uświadomić. 

Posłała mu najzimniejsze i najgroźniejsze spojrzenie, dzięki któremu prasa ochrzciła ją Królową Lodu już 

jako dwudziestojednoletnią dziewczynę. 

- Może pan usiądzie, panie Santana - odezwała się szorstkim głosem. - Mamy do omówienia wiele spraw, 

zanim podejmę decyzję. 

-  Dobrze  go  pani  wyszkoliła  -  stwierdził  gość.  Stojąc  nadal  w  pobliżu  drzwi,  skierował  wzrok  w  stronę 

sekretariatu, do którego tak pospiesznie wybiegł Robert. 

-  Owszem  -  odparła  spokojnie,  jakby  nie  usłyszała  ironii  w  głosie  Santany.’-  Robert  jest  znakomitym 

asystentem. - Ponownie wskazała obitą brokatem sofkę. -Możemy przystąpić do rzeczy, panie Santana? 

- Rafe - powiedział i ruszył z miejsca. 
- Słucham? - spytała zduszonym głosem, gdyż zorientowała się, że idzie ku niej. 
- Tak mam na imię. - Zatrzymał się dwa kroki przed nią. - Rafe. - Wyciągnął do niej dłoń. 
Musiała  przywołać  całą  siłę  woli,  żeby  się  przed  nim  nie  cofnąć.  Każdy  nerw  i  każde  włókno  jej  ciała 

walczyło z paniką, jaka ją ogarniała. 

On był tak przytłaczająco męski. Taki mroczny. Taki potężny. Taki... 
- W moich stronach, przed przystąpieniem do interesów podajemy sobie ręce. - Spojrzał na jej dłoń, której 

nadal nie podnosiła. 

- Och. Och, tak, oczywiście. - Panika ustąpiła zmieszaniu. - Nie wiem, o czym myślałam. To pewno przez 

tę rozmowę telefoniczną... 

Niechętnie  podała  mu  dłoń.  Objęły  ją  duże,  mocne  i  cieple  palce. To  ciepło  nią  wstrząsnęło  -  grzało  nie 

tylko skórę, lecz także płynącą pod nią krew. Rozpaczliwie pragnęła cofnąć rękę, zanim ogarnie ją całą. 

-  Miło  mi  pana  poznać,  panie  Santana.  -Po  zdawkowym  uścisku  usiłowała  cofnąć  dłoń,  lecz  jego  palce 

zacisnęły się mocniej. 

Podniosła na niego wzrok. Jej źrenice rozszerzyły się, gdyż z każdym ułamkiem sekundy wzmagało się w 

niej uczucie niepewności i niepokoju. 

Wciągnęła głęboko powietrze, gotowa zapomnieć zarówno o dumie, jak i swym sławetnym opanowaniu i 

wołać Roberta na ratunek. Przed czym - nie wiedziała. 

- Cała przyjemność po mojej stronie - odrzekł, wpatrując się w nią bacznie. - Jak powiedziałem, na imię mi 

Rafe.  -  Niedbały,  trochę  senny  uśmiech  złagodził  jego  ostre  rysy.  -  A  właściwie  -  poważny  głos  także 
złagodniał i stał się niebezpiecznie uwodzicielski - Rafael. Rafael Enrique Santana. Ale tylko mama tak do 
mnie mówi. - Uśmiech stał się cieplejszy, pogłębił zmarszczki wokół ciemnych oczu. - I tylko wtedy, kiedy 
jest zła. - Wypuścił dłoń Claire i skierował się w stronę sofki. 

Claire czuła, jak jej oddech wraca do normy. Ten mężczyzna nie jest wielkim,  przerażającym potworem, 

dybiącym na jej ciało. To zwykły człowiek, na którego matka czasem się złości. To na jej wspomnienie tak 
się uśmiechnął. Czy ktoś taki może być niebezpieczny? 

 
Rafe  usadowił  się  na  sofce,  założył  wysoko  nogę  na  nogę  i  lekko  uderzając  w  dłoń  zwiniętym 

scenariuszem „Desperata”, czekał na następny ruch Claire. 

Patrzył,  jak  stoi  za  swym  niby-biurkiem,  wpatrzona  w  niego  czujnym  i  bacznym  spojrzeniem,  jakby  był 

dzikim  zwierzęciem,  wypuszczonym  na  wolność.  Albo  żarłoczną  bestią,  gotową  do  niej  doskoczyć  przy 
pierwszej okazji. Chyba tracił czas, usiłując się zbliżyć do tego sopla lodu. Nie, to nieprawda. Podobnie jak 
nieprawdziwe było zdjęcie. 

Tak,  ci,  co  je  zrobili,  dobrze  uchwycili  chłodną  elegancję  i  arystokratyczną  wyniosłość,  która 

prowokowała,  żeby  tej  księżniczce  trochę  utrzeć  nosa.  Lecz  zupełnie  nie  udało  im  się  oddać  zmysłowości 
kipiącej pod tą powłoką. Królowa Lodu mogła być zimna, lecz nie oziębła. Bynajmniej. 

Prawda, że jej ciało pod nieskazitelnym strojem było smukłe jak trzcina, ale wdzięczny, kobiecy sposób, w 

jaki się poruszała, był wyraźnym  zaproszeniem dla każdego, w czyjej krwi było dość testosteronu, żeby je 
rozpoznać i na nie odpowiedzieć. 

Jasna  skóra  rzeczywiście  była  bez  skazy  jak  alabaster  albo  płatki  róży,  ale  emanowała  również  niemal 

namacalnym ciepłem, którego nie jest w stanie oddać fotografia. A zarys ust był nawet bardziej uroczy niż 
na  zdjęciu.  Prawdziwą  naturę  tej  kobiety  zdradzały  przede  wszystkim  oczy,  bo  pod  lodowatym  chłodem 
spojrzenia czaił się blask uczuć, których żaden fotograf nie zdołałby uchwycić. 

Odgadywał je, kiedy patrzyła na niego. Czuł je, gdy trzymał w palcach jej lekko drżącą dłoń. Słyszał je w 

background image

 

7

szybkim oddechu. Doznawał ich, kiedy - cała w napięciu - usiłowała tę dłoń wysunąć, a jednak pozostawiła 
ją  w  jego  ręce.  Jego  męskość  zrobiła  na  niej  wrażenie,  choć  za  wszelką  cenę  starała  się  to  ukryć. 
Rozpieszczona księżniczka była zaszokowana, że mógł ją pociągać zwykły wieśniak. 

Ta diagnoza trochę go zezłościła, a jednocześnie zaintrygowała. Co potrafiłoby rozgrzać Królową Lodu i 

do jakiego stopnia? Oczywiście nie zamierzał szukać odpowiedzi na to pytanie. A w każdym razie, poprawił 
się  w  duchu,  dopóki  nie  rozwiąże  innych  problemów.  Takich  jak  umowa  na  wyreżyserowanie  filmu 
„Desperat”. W tym momencie żadna kobieta, rzucająca mu nie wiadomo jak intrygujące wyzwanie, nie była 
warta  zaprzepaszczenia  szansy,  na  którą  tak  bardzo  liczył.  Nawet  ta  kusząca  mała  księżniczka,  Claire 
Kingston. 

- Czy są dla pana do przyjęcia, panie Santana? 
Głos  kobiety  przerwał  jego  gorączkowe  rozmyślania.  Ten  głos  kojarzy  się  z  lodami  waniliowymi, 

pomyślał, celowo ociągając się z podjęciem rozmowy. Był tak uroczo dźwięczny, miły, wręcz słodki. Choć 
niewątpliwie wystarczająco zimny, żeby zmrozić mężczyznę, który by zapomniał o rozwadze. 

- Panie Santana? 
Powoli  uniósł  oczy,  tylko  oczy,  odrywając  wzrok  od  czubka  kowbojskiego  buta,  i  stwierdził,  że  Claire 

siedzi za stolikiem z utkwionym w niego spojrzeniem. 

Jej  piękne,  wiśniowe  wargi  były  zaciśnięte  jak  u  zniecierpliwionej  i  niezadowolonej  nauczycielki,  zbyt 

długo oczekującej na odpowiedź ucznia. 

- Czy co jest do przyjęcia, panno Kingston? - zapytał. 
- Ogólne warunki kontraktu, którego projekt panu przesłałam. Zakładam, że udało się panu rzucić na niego 

okiem. 

Rafe potrząsnął głową. 
-  Ogólne  warunki  przeważnie  nie  mają  znaczenia.  -  Pochylił  się  do  przodu,  jakby  przygotowując  się  do 

poważnych negocjacji. - Zajmijmy się szczegółami. 

Claire  splotła  oparte  na  blacie  dłonie,  udając  sama  przed  sobą,  że  nie  zwróciła  uwagi  na  włosy,  które 

opadły mu na czoło i na niedbały, typowo męski gest ręki, jakim je odgarnął. 

- Co pana konkretnie interesuje? 
- Obsada. 
- Oglądałam już kilka taśm z próbnymi zdjęciami, a Agencja Aktorów ma mi jeszcze przysłać następne. Do 

tej pory z nikim nie przeprowadzono przesłuchań. 

Zastanawiał się przez chwilę nad tą informacją. Skoro mówiła o próbnych zdjęciach i przesłuchaniach, to 

oznaczało,  że  nie  zamierzała  zaangażować  żadnych  renomowanych  aktorów.  Nie  szkodzi.  Film  oparty  na 
takim scenariuszu odniesie sukces również bez udziału gwiazd ekranu. Jego w tym głowa. 

- Rozumiem. Lecz zastrzegam sobie prawo zatwierdzenia wyboru. 
Claire uniosła do góry pięknie zarysowane brwi. 
- Podziwiam pana... ambicję - oznajmiła tonem nie pozostawiającym wątpliwości, co sądzi o tym żądaniu - 

ale obawiam się, że to nie wchodzi w rachubę. 

Spojrzał  jej  prosto  w  oczy,  gdyż  wiedział,  w  jaki  sposób  może  zwalczyć  jej  opór.  Albo  stracić  szansę 

podpisania umowy. O tym wolał nie myśleć. 

- Wobec tego ja obawiam się, że dalsza dyskusja jest bezcelowa - powiedział z kamiennym spokojem. - W 

tym punkcie nie mogę ustąpić. 

Jego  spojrzenie  i  postawa  wyrażały  niezłomne  zdecydowanie.  Była  pewna,  że  wyszedłby,  gdyby  się  nie 

zgodziła. 

Skinęła głową. 
- Niech będzie. 
Rafe powstrzymał westchnienie ulgi. 
- W porządku. - Teraz już wiedział, jak bardzo jej na nim zależy. I ile zyskał swą nieustępliwością. 
- Jak wysoki jest budżet? 
- Dwanaście milionów. To nieprzekraczalna granica - odparła stanowczo. 
Nie ukrywał niedowierzania. 
- Na film Wytwórni Kingston? 
- Czytał pan scenariusz. To film kameralny. Raczej studium charakterów - stwierdziła. - Bez specjalnych 

nacisków czy wyczynów kaskaderskich. Bez udziału wielkich gwiazd. Dwanaście milionów to dużo. 

- Ile z tego przeznacza pani dla mnie? Zapytał, bo ona z pewnością tego oczekiwała. Jeśli chodziło o niego, 

mógłby  robić  taki  film  nawet  za  darmo.  Do  licha,  jeszcze  by  jej  dopłacił.  Choć  do  tego  nie  mógł  się 
przyznać. 

- Czterysta tysięcy dolarów. 

background image

 

8

Usiłował wyrazem twarzy dać do zrozumienia, że to marna zapłata, gdy tymczasem była to dla niego fura 

pieniędzy.  Mógł  z  niej  pokryć  w  całości  koszty  wyższych  studiów  młodszych  braci  i  zapłacić  za  remont 
starego,  rodzinnego  domostwa,  z  którego  matka  za  nic  w  świecie  nie  chciała  się  wyprowadzić.  I  jeszcze 
odłożyć coś na czarną godzinę. 

Ciszę,  która  zapadła,  przerwało  wejście  Roberta.  Postawił  na  brzegu  stolika  srebrną  tacę,  zastawioną 

dwoma  małymi  czajniczkami,  dwiema  filiżankami  na  spodeczkach  -  wszystko  z  delikatnej  porcelany  -  i 
talerzem jakichś wymyślnych, kruchych ciasteczek. 

Claire  skinęła  asystentowi  głową,  uśmiechając  się  automatycznie,  bo  jej  uwaga  była  pochłonięta 

całkowicie siedzącym naprzeciwko mężczyzną. 

Robert napełnił filiżanki i wyszedł bez słowa. 
-  Przewiduję  premię,  jeżeli  uda  się  panu  zrobić  film  przed  terminem  -  powiedziała  najwidoczniej  dla 

zachęty. Wzruszył ramionami i odłożył scenariusz. 

- W jakiej wysokości? - Sięgnął po filiżankę. 
- To zależy od tego, jakie będą oszczędności. 
Patrzyła,  jak  Rafe  próbuje  włożyć  swój  duży  palec  w  malutkie  uszko  filiżanki.  Nie  udało  mu  się.  Objął 

filiżankę dłonią. 

-  A  jaki  czas  zdjęć  się  proponuje?  -  Spojrzał  na  Claire  ponad  posrebrzanym  brzegiem  filiżanki.  Szybko 

przeniosła wzrok na jego twarz. 

- Nie proponuje się go. Został już ostatecznie określony - odparła. - Wynosi czterdzieści osiem dni. Dobrze 

to  wiedziała,  gdyż  sama  ten  termin  ustaliła.  Rafe  upił  łyk  kawy  i  udawał,  że  się  zastanawia.  Czterdzieści 
osiem dni to było więcej niż trzeba. Zwłaszcza że sam wyliczył czas filmowania na czterdzieści dni. 

-  Zgoda.  -  Pokiwał  powoli  głową,  jakby  trudno  mu  było  przyjąć  takie  wygórowane  żądanie.  Spojrzał  na 

scenariusz. - Kiedy będę się mógł spotkać z autorem? 

Claire mocniej zacisnęła dłonie. 
- Nie spotka się pan z nim. Tym razem nie musiał udawać. Był autentycznie zaskoczony. 
- A dlaczegóż to, u licha? 
- A czy istnieje po temu jakaś szczególna potrzeba? - Uniosła władczo brwi. 
- Sceny od dwudziestej czwartej do trzydziestej pierwszej należy przerobić. Wloką się niemiłosiernie. 
Claire ukryła irytację wywołaną tak otwarcie sformułowanym zarzutem. 
- Przekażę pana zastrzeżenia. - Nie przyznała się, że i ona miała podobne wątpliwości. - Zawiadomię pana 

o stanowisku autora przed rozpoczęciem zdjęć. 

- I to wszystko? 
- Tak, to wszystko. 
- Żadnych dyskusji, wymiany poglądów? Żadnego spotkania? 
- Właśnie tak. 
- Kto to, do licha, jest K.E.C.? - spytał, wskazując na inicjały umieszczone na scenariuszu. 
- Nie mogę tego ujawnić. Pewien odludek, który zastrzegł sobie szereg warunków przy sprzedaży praw do 

scenariusza.  Jednym  z  nich  było  zachowanie  całkowitej  anonimowości.  Kolejnym  jest  zakaz  zmian  w 
scenariuszu, poza autorskimi. 

Spojrzała na Rafe’a z powagą. W oczach miała stanowczość. A w żołądku gulę wielkości pomarańczy. 
- Jeżeli panu to nie odpowiada, możemy uznać rozmowę za zakończoną. 
Rafe nie musiał się zastanawiać. I nawet nie udawał, że się waha. 
-  Czy  członkowie  ekipy  realizacyjnej  również  zastrzegli  anonimowość?  -  Nie  mógł  sobie  odmówić  tej 

ironii. Chociaż musiał przyjąć warunki, taka sytuacja wcale mu się nie podobała. 

Claire nie mogła okazać zadowolenia. Jeszcze nie wygrała do końca. 
- Oczywiście, że nie - odparła spokojnym głosem. 
- Robert sporządzi harmonogram spotkań ze wszystkimi, jak tylko zostanie uzgodniony skład zespołu. 
- Chciałbym mieć tego samego asystenta, który pracował ze mną przy poprzednich dwóch filmach. 
Rafe też miał swoje zastrzeżenia. 
- Dobrze. 
Claire  wiedziała,  że  asystentką  Rafe’a  była  jego  siostra,  co  mogło  stwarzać  pewien  problem.  Jednym  z 

zadań asystenta reżysera było zabezpieczanie na planie interesów producenta. Jednak to nie miało znaczenia. 
Zamierzała każdego dnia zjawiać się osobiście. 

- I proponuję Becky Ward jako scenografa. 
Claire udała, że rozważa tę propozycję. Sama od początku wybrała Becky Ward. 
- A Dennisa Cleary’ego na operatora. 
Claire domyśliła się, czego Rafe się po niej spodziewał. 

background image

 

9

- Dobrze - odparła z uśmiechem. Spojrzał na nią uważnie. 
- Nie upiera się pani przy swoim bracie? 
- Wprawdzie Gage jest najlepszy, ale dla mnie zbyt drogi. 
A tak naprawdę, to chciała trzymać wszystkich członków swojej utalentowanej i sławnej rodziny z daleka 

od „Desperata”. Wypłynie albo utonie, lecz będzie zawdzięczała to wyłącznie sobie. 

-  A  poza  tym  -  dodała  -  on  teraz  pracuje  nad  czymś  innym.  Jeżeli  Dennis  Cleary  jest  wolny  i  jego 

wynagrodzenie zmieści się w naszym budżecie, to możemy go zatrudnić. Coś jeszcze? 

Rafe zawahał się. Do diabła, musi spróbować, sprawa była tego warta. 
- Chciałbym mieć prawo akceptacji ostatecznej wersji montażu. 
- Takiego uprawnienia nie przyznałabym nawet Eastwoodowi - odrzekła oschłym tonem  - chociaż dostał 

Oscara.  O  co  panu  chodzi?  Chce  pan  wykazać,  że jest  wart  więcej,  niżby  to  wynikało  z  krążących  o  panu 
pochlebnych opinii? 

-  Cóż.  -  Odchylił  się  do  tyłu  i  oparł  plecami  o  sofkę.  W  tej  swobodnej  pozie  znowu  emanował  utajoną, 

męską siłą. - Rozumiem - rzekł z zaczepnym uśmiechem - że pani sama chce się o tym przekonać, tak? 

Ten  zuchwały  uśmiech  był  wyzwaniem.  Nie  powinna  okazać  nawet  cienia  słabości.  Zdobyłby  nad  nią 

przewagę.  Obrzuciła  lekceważącym  spojrzeniem  okazałe,  muskularne  ciało,  żeby  dać  panu  reżyserowi  do 
zrozumienia, że ono nie wodzi jej na pokuszenie. Ani nie zagraża. 

-  Tak  -  wycedziła  lodowatym  tonem.  -  Chyba  tak.  -  Wstała.  -  A  zatem,  czy  doszliśmy  do  porozumienia, 

panie Santana? 

On także się podniósł. 
-  Na  imię  mi  Rafe.  Zgoda.  Sprawa  załatwiona.  Wyciągnął  do  niej  dłoń  ponad  stolikiem  służącym  za 

biurko. 

- Załatwione, Rafe. 
Podała mu rękę dla przypieczętowania umowy. 

 
 

ROZDZIAŁ 3 

- Więc ty jesteś także kierownikiem produkcji tego filmu? 
Claire podniosła wzrok znad tablicy przedstawiającej kalendarzowy plan zdjęć poszczególnych scen filmu, 

który sprawdzała jeszcze raz przed pierwszym spotkaniem całej ekipy realizacyjnej „Desperata”. 

Jej reżyser patrzył na nią ze złością. Stał przy biurku i trzymał w ręce harmonogram zdjęć, który dala mu 

do przejrzenia. Nazwisko Claire widniało na nim w dwóch miejscach. 

-  Tak  -  odrzekła  tonem  tak  lodowatym,  że  masło  z  pewnością  zamarzłoby  w  jej ustach.  Szeroko  otwarte 

oczy patrzyły niewinnie. - Nie wspominałam ci o tym? 

- Nie. 
Wzruszyła ramionami. 
-  No  to  teraz  już  wiesz.  -  Odwróciła  się,  żeby  wyrównać  jeden  z  przypiętych  do  tablicy  pasków,  jakby 

absorbowała  ją  wyłącznie  ta  czynność.  -  Mam  nadzieję,  że  to  nie  przysporzy  ci  kłopotów  -  powiedziała, 
zdając sobie sprawę, że każdy dobry reżyser miałby podobne obiekcje. 

Do licha, na pewno przysporzy, i tobie także. 
- Czyżby? - rzuciła przez ramię. - Dlaczego? 
-  Claire,  nie  zgrywaj  się.  Dobrze  wiesz  dlaczego.  Jeżeli  producent  przebywa  nieustannie  na  planie  i  we 

wszystko wtyka nos, to podkopuje autorytet innych. 

- Nie będę na planie jako producent, tylko jako kierownik produkcji. I nie zamierzam wtykać do niczego 

nosa - zapewniła go beztrosko, nadal przypatrując się tablicy. - Nasza współpraca dobrze się ułoży. 

- Nie ułoży się. 
Rafe rzucił papiery na biurko i podszedł do Claire, żeby stanąć z nią oko w oko. 
- Nie mogę dobrze pracować, jeżeli ktoś bez przerwy zagląda mi przez ramię, próbując na mnie wpływać i 

dezawuować moje polecenia. - Ujął ją pod brodę, gdyż chciał patrzeć jej w oczy. - Na planie filmowym nie 
może być dwóch szefów - oświadczył. - A już szczególnie u mnie - dodał burkliwie. 

Claire  przekonywała  się,  że  nie  ma  powodu  do  paniki.  Nic  się  nie  może  stać,  skoro  w  pokoju  obok  jest 

Robert, a reszta filmowców ma się zjawić lada chwila. 

Powolnym,  spokojnym  ruchem  odsunęła  rękę  Rafe’a  i  spojrzała  na  niego  wzrokiem,  który  potrafiłby 

zmrozić lawę. 

-  Nie  mam  zamiaru  zaglądać  ci  przez  ramię  ani  podważać  autorytetu  twojego,  ani  w  ogóle  niczyjego.  - 

Serce biło jej nierówno, ale udało się jej nadać słowom spokojny i opanowany ton. - Na planie ty rządzisz 
według własnych zasad, a ja jestem tylko kierownikiem produkcji. 

background image

 

10 

Cofnęła  się,  odwróciła  da  niego  i  nieświadomie  przesunęła  przeszło  metrowej  szerokości  tablicę, 

odgradzając się od niego w ten sposób. Dopiero wtedy ponownie odwróciła ku niemu twarz. 

- Obiecuję, że jeżeli będę miała jakieś wątpliwości jako producent, nie zgłoszę ich na planie. Przekażę ci je 

dopiero po zakończeniu zdjęć w danym dniu - przyrzekła. 

Teraz, kiedy oddzielała ich większa przestrzeń i tablica, poczuła się pewniej. 
- A jak sobie wyobrażasz utrzymanie delikatnej równowagi między oboma stanowiskami? Uśmiechnęła się 

ironicznie. 

- Tak samo jak twoja siostra, która jest twoją asystentką i rzeczniczką moich interesów jako producenta. 
- Więc o to chodzi? Boisz się, że Pilar nie będzie wystarczająco dobrze cię reprezentowała i postanowiłaś 

dopilnować mnie osobiście? - 

-  Nawet  jeszcze  nie  poznałam  twojej  siostry  -  odezwała  się  rzeczowo.  -  Postanowiłam,  że  będę 

kierownikiem  produkcji  tego  filmu  znacznie  wcześniej,  niż  dowiedziałam  się,  że  Pilar  ma  być  twoją 
asystentką. Dla ścisłości, jeszcze zanim zdecydowałam się na złożenie ci propozycji reżyserowania filmu. - 
Poprawiła na tablicy jeden z ruchomych pasków, obrazujących poszczególne sceny. - To była decyzja natury 
zawodowej, nie mająca żadnych osobistych podtekstów. 

- Czy twoja matka wie o tej decyzji natury zawodowej? 
- Moja matka? - spytała, unikając jego wzroku. - A co ona ma do tego? 
-  Czy  nie  jest  dyrektorem  działu  produkcji  waszej  wytwórni?  Nie  powiesz  mi,  że  jedna  z  najbardziej 

wpływowych  kobiet  w  Hollywood  -  nawiązywał  do  artykułu  w  „Entertainment  Weekly”  z  poprzedniego 
tygodnia - zaaprobuje taką niedorzeczną decyzję. 

Claire potrząsnęła stanowczo głową. 
- Ja jestem kierownikiem produkcji filmu „Desperat” i nikt poza mną. - Wymawiała te słowa jak wydający 

rozkazy  sierżant.  -  Jeżeli  dla  ciebie  ta  decyzja  jest  niedorzeczna  i  uważasz,  że  przysporzy  ci  kłopotów,  to 
proszę, odpowiedz, zanim zjawi się tu cała ekipa: czy mam szukać innego reżysera? 

Zdumiała  go  ta  raptowna  zmiana  w  jej  postawie.  Przed  chwilą  była  opanowana  i  nieco  pogardliwa, 

odsunęła  jego  dłoń,  jakby  się  bała,  że  zostawi  plamę  na  jej  alabastrowym  podbródku,  potraktowała  jego 
uzasadnione obawy jako drobne dokuczliwości. A teraz nagle zmieniła się w rozszalałą kotkę. Stała z dłońmi 
na biodrach, wysoko uniesioną głową i oczami rzucającymi lodowate błyski. 

-  Czy  mam  szukać  kogoś  innego  na  twoje  miejsce?  -  powtórzyła  wyniosłym  tonem  obrażonej  królowej. 

Nie potrafił powstrzymać śmiechu. 

- Nie. 
Odpowiedziało mu zakłopotane spojrzenie szafirowych oczu. 
-  To...  w  porządku  -  wymamrotała  zaskoczona  jego  wesołością.  To  głupie,  że  z  rękami  na  biodrach 

awanturuje  się  jak  przekupka.  Zacisnęła  dłonie  na  lamówce  eleganckiego  żakietu,  żeby  odzyskać  zimną 
krew. - Zatem wszystko zostało wyjaśnione - powiedziała szorstko. Usiłowała udawać, że nic się nie stało. 

Rafe popatrzył na nią z żartobliwym uśmiechem. 
- Nie wszystko, kochanie. - Zanim się zorientowała, już był przy niej. - Nie uda ci się wywinąć z tego w ten 

sposób. 

-  Wywinąć?  O  czym  ty  mówisz?  -  Chciała  jeszcze  coś  powiedzieć,  lecz  głos  uwiązł  jej  w  gardle,  gdyż 

poczuła na wargach dotyk palców Rafe’a. 

Skamieniała. 
- O, widzisz, już lepiej. - Był wyraźnie zadowolony, że tak łatwo zmusił ją do milczenia. - O wiele lepiej. 

A teraz... 

Chciał jej powiedzieć... o czymś. Albo zwrócić uwagę... na coś. Lecz pod wpływem spojrzenia tej kobiety, 

stojącej  tak  nieruchomo  i  wpatrzonej  w  niego  tymi  nieprawdopodobnie  szafirowymi  oczami,  całkiem  się 
pogubił. 

Więc  tylko  czubkami  palców  wodził  po  jej  wargach,  zafascynowany  wrażeniem,  jakie  na  niej  robiła  ta 

pieszczota. 

-  Masz  najbardziej  zmysłowe  usta  pod  słońcem  -  powiedział  zduszonym  szeptem.  -  Takie  miękkie.  - 

Powiódł palcem po delikatnym zarysie górnej wargi. - Takie słodkie. - Dotknął dolnej, jakby obrzmiałej. - 
Kuszą jak świeżo zerwane dojrzałe wiśnie. - Przesunął palec pod jej brodę, żeby odchylić do tyłu głowę. - 
Na pewno tak samo smakują. - Pochylił ku niej twarz. 

W głowie Claire odezwał się sygnał ostrzegawczy. Powinna odsunąć się albo zacząć krzyczeć, odepchnąć 

jego dłoń. Jednak niezdolna do jakiegokolwiek działania, mogła tylko tak stać jak sama złapana w światła 
nadjeżdżającego samochodu, oczekująca na spełnienie się losu. 

Wydawało się jej, że jego twarz zbliża się bardzo powoli, jakby oglądana na filmie w zwolnionym tempie - 

każdy szczegół widziany tak ostro i wyraźnie jak przez najczulszy obiektyw kamery. Ciemne włosy opadły 

background image

 

11 

mu na czoło, kiedy się nad nią pochylał. Czarne oczy, przepełnione pożądaniem, utkwione były w jej ustach, 
a jego lekko rozchylone wargi były coraz bliżej i bliżej... 

Rozległo  się  głośne  pukanie  do  drzwi.  Rafe  zaklął  pod  nosem  i  opuścił  rękę.  Oboje  starali  się  uspokoić 

przyspieszone oddechy. 

- Bardzo przepraszam. - Robert wetknął głowę przez drzwi. - Pan Cleary i panna Santana już przyszli na 

spotkanie. Panna Ward telefonowała z samochodu i powiedziała, że razem z panem Benningtonem utknęli w 
korku, ale są już w drodze. Od pozostałych osób nie otrzymałem żadnych wiadomości. Czy mam czekać, aż 
wszyscy się zjawią, czy wprowadzić tych, którzy już przyszli? 

Rafe i Claire spojrzeli na siebie ukradkiem. 
- Proszę ich wprowadzić - odrzekli równocześnie. 
 
- A dlaczego nie Woody Harrelson? - zapytał Rafe. Dwa dni po spotkaniu z ekipą filmową zasiedli oboje 

przy  stole  konferencyjnym,  żeby  uzgodnić,  któremu  aktorowi  zostanie  powierzona  główna  rola  w 
„Desperacie”.  -  Jest  młody,  przystojny,  potrafi  przekonująco  zagrać  takiego  pozornie  lekkomyślnego 
prostaka jak Josh. W filmie „Biały człowiek nie umie tak skakać” udowodnił, że to dzięki niemu publiczność 
waliła do kin. A w „Niemoralnej propozycji” pokazał, jakie ma możliwości aktorskie. 

- Dlatego właśnie już się dla nas nie nadaje. Jest za drogi. 
-  Nie  możesz  zaoszczędzić  na  innych  pozycjach  budżetu?  Skrócić  czasu  zdjęciowego?  -  zaproponował, 

wskazując na tablicę. - Coś z tego da się okroić. 

- Nie będzie nas stać na Harrelsona, choćbyśmy coś okroili o połowę. 
- Jestem przekonany, że potrafisz gdzieś znaleźć pieniądze. Wszyscy dobrzy producenci to potrafią. A ty 

jesteś dobra, prawda? 

Nie zamierzała zwracać uwagi na tę żartobliwą drwinę. 
- Nie stać nas na niego - powtórzyła i wskazała na stos taśm z próbnymi zdjęciami. - Żaden z tych aktorów 

ci nie odpowiada? 

Rafe potrząsnął głową. 
- Podobnie jak tobie. 
- Dlaczego tak sądzisz? 
- Nie sądzę. Wiem. 
Uśmiechnął się  do niej  niedbale,  trochę  sennie, jak  w  czasie  ich  pierwszego  spotkania.  Prawie  uwierzyła 

wtedy,  że  on  nie  może  być  tak  niebezpieczny,  na  jakiego  wygląda.  Teraz  wiedziała,  że  ten  uśmiech  nie 
powinien był jej zwieść. 

- Skąd wiesz? 
- Gdybyś się którymś z nich zainteresowała, wyznaczyłabyś termin przesłuchania. Mam rację? 
-  No...  tak.  -  Nie  była  pewna,  czy  ma  być  zadowolona,  że  tak  szybko  dostosował  się  do  jej  stylu  pracy. 

Trocheja zatrwożyło, że w ciągu zaledwie kilku dni tak dobrze się na niej poznał. 

- Tyle czasu przeglądamy te taśmy, że wszystko mąci mi się przed oczami. - Rafe odchylił się na oparcie 

krzesła i przetarł powieki wierzchem dłoni. - I żadna z aktorek nie nadaje się do roli Molly. 

- Chyba nie masz racji - sprzeciwiła się Claire. Wstała od stołu i włożyła kolejną kasetę do magnetowidu. - 

Jeszcze  raz  popatrz  na  Christine  Bishop.  -  Wróciła  na  swoje  miejsce  przy  stole.  -  Ja  uważam,  że  jest 
doskonała. 

- Zbyt wyrafinowana. Molly jest prowincjonalną dziewczyną z małego miasteczka. A ta kobieta - wskazał 

na  ekran  -  wygląda...  czy  ja  wiem...  jest  chyba  zanadto  doświadczona,  żeby  grać  rolę  ufnej,  naiwnej  i 
skrzywdzonej. 

- Molly została skrzywdzona, ale nie można jej nazwać naiwną. To po prostu osoba wrażliwa na ciosy. I 

nie  była  taka  znowu  ufna.  Josh  musiał  sobie  ciężko  zapracować  na  jej  zaufanie.  A  poza  tym  Molly  była 
bardziej doświadczona, niż myślisz. - Spojrzała na Rafe’a kątem oka. Wyglądał wzruszająco, zmęczony, ze 
ś

ladami popołudniowego zarostu. - Jak większość kobiet. 

- Co większość kobiet? - spytał, jakby myślał o czymś innym. Popatrzył na ekran, usiłując dostrzec to, o 

czym mówiła Claire. 

- Są mniej naiwne i bardziej doświadczone, niż to się zdaje mężczyznom. 
Odwrócił do niej głowę, gdyż uderzył go jakiś ukryty sens tego zdania. 
- Coś mi umknęło? - zapytał. Potrząsnęła głową. Niepotrzebnie to powiedziała. Wskazała na ekran. 
- Popatrz tylko, jak Christine gra tę scenę. Spójrz na jej oczy. Dostrzegasz tę wrażliwość i bezbronność? A 

jednocześnie  jak  ona  stara  się  ukryć  swą  słabość?  -  Cofnęła  taśmę.  -  Obejrzyj  jeszcze  raz  tę  scenę  bez 
dźwięku. Teraz widzisz? Trzeba złagodzić makijaż, zmienić uczesanie, zwrócić jej uwagę na teksaski akcent 
i będzie doskonała. Myślę, że musimy zaprosić ją na przesłuchanie. 

background image

 

12 

Spojrzał na Claire, jakby spłynęło na niego natchnienie. 
- Uważam, że ty powinnaś zagrać Molly. 
- Ja? - Była autentycznie zdumiona. - Nie jestem aktorką. 
- Ale byłaś. I to bardzo dobrą. Przecież w „Oszustach” grałaś taką prowincjonalną dziewczynę, jak Molly. 

Jesteś oczywiście trochę starsza, ale od czego właściwy  makijaż i odpowiedni strój. To ty masz właśnie w 
sobie niewinność i czystość. 

- Nie - odrzekła porywczo. - Od siedmiu lat nie grałam w fiknie i nadal nie mam na to ochoty. - Nie lubiła 

tego zawodu nawet wtedy, gdy uchodziła za cudowne dziecko Hollywoodu. 

- To nie znaczy, że nie możesz wrócić przed kamerę. - Pochylił się w jej kierunku z ożywieniem. Spodobał 

mu się pomysł, że mógłby być jej reżyserem, kierować nią, i wreszcie wydobyć na światło dzienne emocje, 
które chowała pod kruchą powłoką lodu. Stosunki między reżyserem i aktorką mogą być bardzo intymne. A 
on chciał, wręcz pragnął nawiązać z nią intymny kontakt. - Rola Molly jest po prostu dla ciebie napisana. Jak 
mogłem tego nie zauważyć? - Wyciągnął do niej dłoń. 

Odskoczyła od stołu, zanim zdążył jej dotknąć. 
- Nie bądź śmieszny. - Była zła i przerażona równocześnie. On chyba nie uświadamiał sobie, jak bliski był 

prawdy. 

-  Co  w  tym  śmiesznego?  Byłaś  podziwianą  aktorką.  Zdobyłaś  Oskara  za  rolę  w  „Pełnoletniej”  - 

przypomniał, tak jakby ona tego nie pamiętała. 

- Byłam tylko podziwianym, cudownym dzieckiem ekranu. - Podeszła do magnetowidu i zaczęła przewijać 

taśmę. - Dostałam Oskara, kiedy miałam trzynaście lat. 

- I co z tego? Bardzo wiele aktorek, które obecnie odnoszą sukcesy, zaczynały grać w filmie jako dzieci. 

Elizabeth  Taylor.  Natalie  Wood.  Jodie  Foster.  Po  „Oszustach”  wydawało  się,  że  pójdziesz  w  ich  ślady.  I 
wtedy zrezygnowałaś z kariery. 

Dobrze  pamiętał,  jak  prasa  rozpisywała  się  o  przyczynach  jej  zniknięcia  po  zakończeniu  zdjęć  do 

„Oszustów”. 

Wymyślano  rozmaite.  Cierpiała  na  anoreksję  i  została  umieszczona  w  szpitalu  przez  zaniepokojoną 

rodzinę.  Przeżyła  załamanie  nerwowe.  Uciekła  z  żonatym  mężczyzną.  Miała  zniekształconą  figurę  po 
przebytej chorobie. Poszła na wyższe studia. Została członkiem religijnej sekty. Uprowadzili ją przybysze z 
kosmosu. Urodziła upośledzone dziecko i poświęciła się jego wychowywaniu. 

Oczywiście  żadna  nie  była  prawdziwa.  Hollywoodzki  światek  uznał  w  końcu,  że  powodem  porzucenia 

aktorstwa był po prostu kaprys gwiazdy. 

Lecz patrząc na nią teraz, nagle zesztywniałą. Rafe zaczął się zastanawiać, czy choć w jednej z tych plotek 
nie kryło się źdźbło prawdy. Coś przecież stworzyło tę lodową zaporę, ukrywającą jej prawdziwe uczucia. 
-  Dlaczego?  -  spytał  cicho.  -  Jak  to  się  stało,  że  odnosząca  sukcesy  młoda  aktorka,  która  praktycznie 

wychowała się przed kamerą, porzuciła karierę i odeszła z zawodu? 

Claire zatrzymała taśmę i wyjęła kasetę. Odetchnęła głęboko i z wysoko uniesioną głową odwróciła się do 

niego. Była już gotowa do odpowiedzi, takiej samej zresztą, jakiej niejednokrotnie udzielała swojej rodzinie. 

-  Sam  już  sobie  odpowiedziałeś  na  to  pytanie.  Wychowałam  się  przed  kamerą.  Dosłownie.  Moja  matka 

była ze mną w ciąży, kiedy pracowała z Seanem Connery. Gdy miałam cztery lata, ojciec dał mi małą rolę w 
swoim filmie. Wszyscy mówili, że jestem urodzoną aktorką. A dla mnie aktorstwo było rzeczą tak naturalną 
jak oddychanie. Jako dziecko, nigdy nie zastanawiałam się, czy lubię to zajęcie. 

W  gruncie  rzeczy  go  nie  cierpiała.  Wzrastanie  w  nieustannym  świetle  jupiterów  i  w  związanym  z  tym 

rozgłosie  miało  swe  ujemne  strony,  których  dziecko  najpierw  nie  umiało,  a  później  nie  mogło  wyrazić. 
Kariera  aktorska  sprawiała  satysfakcję  jej  rodzicom.  Stwarzała  podwaliny  przyszłych  sukcesów.  Dawała 
możliwość bogatych przeżyć. To wszystko wtedy się liczyło. 

- Nie rozważałam początkowo poważnie, czy aktorstwo jest moim życiowym powołaniem. Taka refleksja 

przyszła dopiero wtedy, gdy zagrałam w „Oszustach”. Miałam prawie dziewiętnaście lat i zrozumiałam, że 
już więcej nie mam na to ochoty. 

- Ale nadal mi nie powiedziałaś dlaczego. 
- Znudziła mi się ta praca. Taki prosty powód. Przestała już być dla mnie wyzwaniem, więc postanowiłam 

spróbować  czegoś  innego.  A  to  -  zatoczyła  wkoło  ręką,  wskazując  na  stosy  kaset  z  próbnymi  zdjęciami, 
tablice  z  kalendarzowym  planem  zdjęć,  stertę  nie  przeczytanych  jeszcze  scenariuszy  -  jest  właśnie  tym 
czymś. 

Rafe nadal nie był przekonany. 
-  I  nigdy  potem  nie  ciągnęło  cię  przed  kamerę?  Nie  wabiły  cię  światła  jupiterów?  Żądza  sławy  i  dalszej 

kariery gwiazdy filmowej? 

- Nie, nigdy. - Wypowiedziała te słowa z najgłębszym przekonaniem. - A teraz chyba powinieneś jeszcze 

background image

 

13 

raz  przejrzeć tę taśmę.  -  Podsunęła  mu  kasetę  z  próbnymi  zdjęciami  Christine Bishop.  -  Musimy  wreszcie 
znaleźć aktorkę do roli Molly. 

 
-  Przyznaję,  myliłem  się  -  stwierdził  Rafe,  spoglądając  chmurnym  wzrokiem.  Claire  Kingston  była 

naprawdę producentką o niesamowitym instynkcie, dzięki któremu bezbłędnie dobierała obsadę aktorską. - 
Przesłuchanie Christine Bishop wypadło... 

- ...kapitalnie - podsunęła, bardzo z siebie zadowolona. - Zdumiewająco. 
- Miałem na myśli: zadowalająco. 
Chciał ją zezłościć. Zaczął stosować taką metodę, żeby się przekonać, czy uda mu się znowu wyprowadzić 

ją  z  równowagi,  jak  wtedy,  gdy  zarzucił  jej  podjęcie  decyzji  bez  zgody  matki.  Jak  dotąd  bez  skutku.  Jej 
opanowanie zaczynało go powoli doprowadzać do szału. 

- Droczysz się, bo nie miałeś racji - odparła spokojnie. Nie da się sprowokować. Tylko raz mu się powiodło 

i  to  się  już  nie  powtórzy.  Tak  było  bezpieczniej.  -  Christine  zagrała  pięknie  i  dobrze  o  tym  wiesz.  Teraz 
musimy wyszukać jej partnera o podobnej sile wyrazu i odpowiednim stylu gry. 

 
- Mam kandydata do roli Josha - oznajmił Rafe. - Znalazłem go tam, gdzie wcale nie zamierzałem szukać. 

Przeskakiwałem wczoraj wieczorem z kanału na kanał w telewizji i nagle mi się objawił. 

Claire nawet nie podniosła oczu znad dziennego raportu produkcji. 
- Kto i za ile? 
- Aktor dobry warsztatowo. - Nie wprowadzał jej w szczegóły, gdyż wiedział, jak ona ceni zwięzłość. 
- Nie jest olśniewający, ale ma duże umiejętności. Może trochę za stary do tej roli... 
- Kto i za ile? - Tym razem Claire uniosła wzrok. 
- Twój stary przyjaciel z „Oszustów”. 
- Kto i za... - W jej oczach pojawił się przestrach. 
- Z „Oszustów”? 
Rafe skinął głową. 
- Dax Wyatt - wyjaśnił, oczekując, że będzie mile zaskoczona. 
- Dax Wyatt? - Patrzyła na niego, jakby postradał zmysły. - Chyba żartujesz. Zmarszczył brwi. 
- Dlaczego ci nie odpowiada? 
- No... - Zastanawiała się gorączkowo, co ma mu powiedzieć, jaką znaleźć wymówkę. Cokolwiek, byle nie 

prawdę.  -  Przede  wszystkim  jest  za  stary.  -  Energicznie  przekładała  kartki  raportu,  usiłując  ułożyć  je  we 
właściwej kolejności. - Sam to stwierdziłeś. 

- To żaden problem. Różnica wieku nie jest taka duża. Poza tym on potrafi zagrać mężczyznę młodszego 

od  siebie.  Najważniejsze,  że jest  naturalny  i  bezpretensjonalny.  A  fizycznie  będzie  dobrym  kontrastem  dla 
Christine. 

- Nie. 
- Dlaczego? 
- Nie chcę go. Dlatego. - Złożyła gwałtownie teczkę z raportem i wstała. - To kończy sprawę. 
-  O  nie,  nie  kończy,  bynajmniej.  -  Rafe’a  zaczęła  ogarniać  złość.  -  Nie  możesz  podejmować  sama  takiej 

decyzji,  dopóki  przynajmniej  ze  mną  jej  nie  przedyskutujesz.  Mam  prawo  zatwierdzania  obsady, 
zapomniałaś? 

- Ja także mam takie prawo - odparła ostro. - I nie godzę się na Daxa Wyatta. 
- Dlaczego? 
-  Ponieważ...  ponieważ  go  nie  cierpię. To  wszystko.  -  Skierowała  się  do  stojącej  za  biurkiem  sekretery  i 

otworzyła szufladę. - Czy możemy już uznać ten temat za wyczerpany? Bardzo proszę. 

- Nie, nie możemy - odrzekł Rafe z uporem. - Chyba że mnie przekonasz. Dax Wyatt jest dobrym aktorem. 

Według mnie świetnie nadaje się do tej roli. Nie odrzucę jego kandydatury tylko dlatego, że ty go nie lubisz. 
Do licha, Claire, przecież nie namawiam cię, żebyś poszła z nim do łóżka. Proponuję tylko przesłuchanie i... 

Zamknęła szufladę z trzaskiem. 
Czarne oczy Rafe’a zwęziły się, jakby zaczął się czegoś domyślać. 
- Co ci jest? Miałaś z Daxem Wyattem nieszczęśliwy romans? I dlatego nie chcesz z nim pracować? Czy 

właśnie o to chodzi? 

-  Romans?  -  Palce  Claire  zacisnęły  się  na  uchwycie  szuflady.  -  Z  Daxem  Wyattem?  -  Przez  krótki, 

przerażający  moment  myślała,  że  zemdleje.  Albo  zwymiotuje.  Opanowała  się  całą  siłą  woli.  Kiedy 
odwróciła się do Rafe’a, znowu była Królową Lodu. 

-  Nie  obrażaj  mnie  -  powiedziała  tonem,  jakby  rozmowa  o  Daxie  Wyattcie  zaczynała  ją  nudzić.  -  To 

wstrętny typ. - Pięknie zarysowana górna warga wykrzywiła się w lekkim grymasie szyderstwa. - Obleśny, 

background image

 

14 

męski szowinista. A ja po prostu z kimś takim nie lubię pracować. Ale skoro sądzisz, że on może być dobry 
w  roli  Josha...  -  Wzruszyła  ramionami,  co  miało  wskazywać,  że  na  temat  gustów  się  nie  dyskutuje,  i 
otworzyła  swój  terminarz.  -  Chyba  będę  miała  trochę  czasu  w  przyszłym  tygodniu.  -  Przerzucała  strony 
kalendarza. - Jaki dzień najbardziej by ci odpowiadał? - Podniosła na niego wzrok, gdyż milczał. -Rafe? 

- Co za zaskakująca zmiana poglądów. 
-  Jestem  ci  to  winna.  -  Musiała  się  jakoś  wytłumaczyć.  -  Ty  zawierzyłeś  mojemu  instynktowi  przy 

obsadzaniu  roli  Molly,  więc  chyba  powinnam  ci  się  zrewanżować.  Kto  wie?  Może  będę  mile  zdziwiona. 
Niewykluczone, że Dax wydoroślał od tamtych czasów. - Wzięła do ręki pióro. - Co powiesz na czwartek? 

 
- Molly, musisz podjąć decyzję. - Dax Wyatt wypowiadał swą kwestię ze scenariusza. - Ufasz mi czy nie? - 

Patrzył w oczy Christine Bishop. - Co się z tobą dzieje, jedziesz ze mną czy zostajesz - wyczuwało się, że 
pod oschłym tonem pragnie za wszelką cenę ukryć głęboką rozpacz. 

Nikt  z  oglądających  tę  scenę  nie  miał  wątpliwości,  że  bohater  przeżywa  mękę  walki  wewnętrznej. 

Modulacja głosu i wyraz oczu mówiły, że Molly odmową zadałaby mu cios w samo serce. A on raczej by 
umarł, niż się do tego przyznał. 

Rafe spojrzał na Claire znacząco. Jego wzrok wyraźnie mówił: Czy nie miałem racji, że Dax Wyatt będzie 

doskonały w tej roli? 

Niewątpliwie  miał  rację,  pomyślała  Claire.  Aktor  wspaniale  zagrał  zakochanego  młodego  człowieka  - 

czułego, a jednocześnie bojącego się wyjawić uczucie, które uważał za słabość. 

Może rzeczywiście dojrzał psychicznie od czasu, kiedy razem pracowali? 
- Ja... ja nie mogę. - To była kwestia Christine Bishop. - Nie teraz. Jeszcze nie. Proszę. - Aktorka położyła 

dłoń na ramieniu Daxa. - Josh, proszę cię, daj mi trochę czasu. 

-  Ile?  - spytał szorstko, jakby lekceważył takie babskie gadanie, gdy tymczasem słychać było łzy w jego 

głosie. 

- Kilka dni. Dopóki mama nie wyzdrowieje. Wtedy pojadę z tobą. Obiecuję. 
- Przedtem też mi obiecywałaś. 
- Tym razem dotrzymam słowa, naprawdę. Musisz mi uwierzyć. - Zacisnęła palce na gorsie jego koszuli. - 

Powiedz, że nie wyjedziesz beze mnie. Proszę, Josh. 

Odsunął ją od siebie. 
- Nie mogę się tu obijać w nieskończoność - odrzekł twardo. 
- Jeszcze tylko parę dni. 
Claire obserwowała, jak z wolna twarz aktora łagodnieje. 
- Niech będzie. - Wziął partnerkę w ramiona i ich usta zwarły się w namiętnym pocałunku. Pocałunek trwał 

o wiele dłużej, niż wymagał scenariusz. 

A jednak Dax nie wydoroślał, pomyślała Claire, patrząc z zakłopotaniem, jak Christine stara się w miarę 

dyskretnie wysunąć z jego objęć. 

-  To  chyba  wystarczy  -  powiedziała  Claire  donośnym  głosem.  Nie  mogła  dłużej  znieść  tego  żenującego 

widowiska. 

Dax uniósł głowę z uśmiechem. 
- I jak mi poszło? - spytał, najwyraźniej nieświadomy reakcji Christine na przedłużoną scenę pocałunku. 
Rafe spojrzał na Claire. Skinęła niechętnie głową. 
- Moje gratulacje - rzekł Rafe. - Masz tę rolę. 
 
-  A  zatem  jak  dotąd,  nie  ma  między  nami  rozbieżności.  -  Claire  powiodła  wzrokiem  po  zgromadzonych 

wokół stołu konferencyjnego. 

Właśnie  dobiegało  końca  zebranie,  jedno  z  tych  długich  i  wyczerpujących  spotkań  z  głównymi 

realizatorami filmu przed przystąpieniem do zdjęć. 

Uczestniczyli w nim scenograf, dekorator wnętrz, asystentka reżysera, sekretarka planu, szef operatorów i 

oczywiście reżyser. 

- Rozumiem - mówiła dalej Claire - że nikt nie ma wątpliwości, co i jak chcemy osiągnąć. Wszyscy wiecie, 

jakimi  środkami  dysponujemy  i  znacie  ograniczenia.  A  zwłaszcza  każdy  pamięta  o  wysokości  naszego 
budżetu. Tak? 

Odpowiedzią były znużone potakiwania. Nikt nie zgłaszał dalszych uwag, więc Claire zwróciła się jeszcze 

do dwóch osób - Becky Ward, scenografa, i Benningtona, dekoratora wnętrz. 

- Becky? R.J.? Czy wszystko jasne? 
- Jasne jak słońce - odparł R.J. Bennington w imieniu obojga. 
- A ty, Anno? Nie masz żadnych pytań lub uwag? 

background image

 

15 

Anna Markowitz zdjęła okulary i pomasowała nasadę nosa. 
- Jeżeli przyjdzie mi coś do głowy, czego jeszcze nie przemaglowaliśmy tysiąc razy, to dam ci znać. 
- Pilar? O niczym nie zapomnieliśmy? 
- O niczym. Wszystko zostało omówione. 
- W kółko i na okrągło - powiedział Rafe scenicznym szeptem. 
Wszyscy się roześmieli, nawet Claire, która jednak nie dawała za wygraną. 
- Denis, a ty? Masz jeszcze jakieś nie rozwiązane problemy? 
Operator powiedział tylko jedno słowo. 
- Plener. 
Tak. Jak dotąd była to nadal otwarta kwestia. Po trzech tygodniach poszukiwań małego, prowincjonalnego 

miasta w Teksasie, mającego oddawać klimat Burley, w którym autor scenariusza umiejscowił akcję filmu, 
nie udało się znaleźć niczego, co odpowiadałoby wymaganiom Claire. 

-  Ja  się  tym  zajmę.  To  znaczy  -  poprawiła  się,  rzucając  szybkie  spojrzenie  na  reżysera  -  my.  Rafe  i  ja 

wyruszymy w sobotę skoro świt do Teksasu - wyjaśniła. Starała się, by jej głos nie zdradził, że na samą myśl 
o wspólnej podróży dostawała gęsiej skórki. 

Przemierzanie  rozległych  obszarów  zachodniego  Teksasu  wypożyczonym  samochodem  w  poszukiwaniu 

małego  miasteczka,  smażone  kurczaki  w  wiejskich  gospodach,  nocowanie  w  skromnych  motelach  bez 
obsługi  i  telewizji  zupełnie  się  jej  nie  uśmiechało.  Przede  wszystkim  ze  względu  na  nieustanną  obecność 
Rafe’a, w samochodzie, podczas posiłków, a nocą w sąsiednim pokoju. 

- Przyrzekam,  że znajdziemy  Burley przed rozpoczęciem zdjęć. - Przysięgła sobie w duchu, że będzie to 

najkrótszy rekonesans plenerów w dziejach kina. 

- Nawet gdybym musiała wybudować to miasteczko gołymi rękami - dodała. 
- Brawo - skomentowała Becky Ward, po czym ziewnęła. - Czy możemy już iść do domu? 
- Wy możecie - powiedziała Claire z westchnieniem, jak wyrozumiała matka do gromadki dzieci. 
- Robert natychmiast was zawiadomi, jak tylko coś znajdziemy. 
Zebrani zaczęli wstawać od stołu. 
-  I  pamiętajcie,  że  wszyscy  członkowie  naszej  ekipy  realizacyjnej  mają  zawiadamiać  Roberta  o  swych 

aktualnych  planach.  -  Claire  nie  mogła  odmówić  sobie  tej  uwagi.  -  Wszelkie  zmiany  w  dotychczasowych 
ustaleniach powinny być zgłoszone na piśmie albo... 

Rafe podszedł do niej i stanowczym ruchem położył jej dłoń na ustach, przerywając w pół słowa. 
- Wiemy, wiemy - powiedział. - Daj już... Urwał gwałtownie, gdyż wyczuł, że ona zadygotała nerwowo. W 

jej  szeroko  otwartych  oczach  dojrzał  oburzenie  i  przerażenie,  zupełnie  nie  pasujące  do  tego  niewinnego 
gestu. Natychmiast cofnął rękę. 

Claire oddychała szybko, lecz odwróciła się od niego bez słowa, jakby nic nie zaszło. 
- Zanim wyjdziecie... - Zamilkła na moment, gdyż musiała odchrząknąć. - Zanim wyjdziecie - powtórzyła 

już opanowana jak zawsze - chciałabym jeszcze coś powiedzieć. 

Pięć dorosłych osób westchnęło głośno. Jak zawiedzione dzieci, którym oznajmiono, że wyjazd na wakacje 

się opóźnia. 

Tylko Rafe stał w milczeniu i zastanawiał się, czy przypadkiem nie poniosła go wyobraźnia, kiedy przed 

chwilą wydawało mu się, że dostrzegł w oczach Claire panikę. 

-  Uspokójcie  się  -  mówiła  dalej.  -  Nie  zamierzam  wam  znowu  o  czymś  przypominać  ani  wydawać 

ostatnich poleceń. Chciałam po prostu powiedzieć, jak bardzo jestem wam wdzięczna za tyle ciężkiej pracy, 
którą już wykonaliście. Wiem, że przy tym właśnie fiknie dałam się wam trochę we znaki... 

- Trochę, to za mało powiedziane - wtrąciła żartobliwie Anna Markowitz. 
-  Zgoda,  zalazłam  wam  porządnie  za  skórę.  -  Claire  uśmiechnęła  się  ze  skruszoną  miną.  -  Pragnęłabym 

więc choć w drobnej mierze się odwdzięczyć. Zapraszam was na bal. Urządza go Tara w sobotni wieczór w 
domu Pierce’a. Na cele dobroczynne. Będziecie moimi gośćmi  - podkreśliła z naciskiem.  - Małżonkowie i 
bliskie  sercu  osoby  mile  widziane. Mam  tylko  nadzieję  -  uśmiechnęła  się  kpiąco  -  że  nie  przyprowadzicie 
jednych  i  drugich.  -  Kiedy  zamilkły  chichoty,  dodała:  -  Stroje  wieczorowe.  Będzie  kolacja  i  oczywiście 
tańce, a dla zainteresowanych aukcja. Nie przejmujcie się dojazdem, przyślę po was samochody. Są chętni? 

Wszyscy  byli,  oczywiście.  Bale  dobroczynne  Tary  Channing-Kingston  miały  opinię  jednej  z 

najważniejszych imprez towarzyskich. Między innymi dlatego, że nie urządzała ich tak często jak inne damy 
Hollywoodu, więc zaproszenie do niej było nadzwyczaj pożądane. 

Udział  w  jej  przyjęciu  mógł  mieć  korzystny  wpływ  na  pozycję  towarzyską  i  wizerunek  w  świecie 

filmowym. W najgorszym razie umożliwiał kontakt z wybitnymi ludźmi. A w najlepszym... Plotka głosiła, 
ż

e  szczegóły  dotyczące  jednej  trzeciej  filmów  zostały  opracowane  na  koktajlowych  serwetkach  w  czasie 

przyjęć u Tary. 

background image

 

16 

Jedynie Rafe nie wydawał się szczególnie podekscytowany. 
- Nie chodzę na bale dobroczynne - odezwał się, kiedy już reszta towarzystwa opuściła pokój. 
- Nie? Dlaczego? 
- Głównie ze względu na snobistyczne towarzystwo i czczą gadaninę - odparł. 
Patrzył, jak Claire idzie wzdłuż stołu ze spuszczoną głową i zbiera pozostałe po długim dniu pracy papiery. 
- Płacisz setki dolarów - ciągnął dalej - i dostajesz za to rozgotowane spaghetti i kilka listków sałaty, które 

nie wystarczyłyby nawet królikowi. Czasem przy odrobinie szczęścia trafi ci się kawałek nie dopieczonego 
kurczaka. - Podniósł kosz na śmieci i zaczął sprzątać ze stołu z drugiej strony. - A te wszystkie pieniądze idą 
w końcu raczej na dekoracje wnętrz i rozrywki niż dla potrzebujących wsparcia. 

- Jeśli chodzi o towarzystwo, to oczywiście masz rację, ale w tym mieście nie można od tego uciec. Za to 

jedzenie  u  Tary  jest  zawsze  znakomite.  Tym  razem  szykuje  jakieś  egzotyczne,  tajlandzkie  potrawy,  maje 
przyrządzać kucharz z San Francis... - urwała gwałtownie. 

Uświadomiła  sobie,  że  Rafe  stoi  zupełnie  blisko  z  wyciągniętym  ku  niej  koszem  w  ręce.  Posłała  mu 

spłoszone  spojrzenie,  wrzuciła  śmieci  do  kosza  i  odeszła  w  przeciwnym  kierunku,  żeby  zabrać  ze  stołu 
swoje teczki i notatniki. 

-  Zaręczam,  że  nie  umrzesz  z  głodu  -  mówiła  dalej,  jakby  nic  się  nie  stało.  -  A  cały  dochód  jest 

przeznaczony  na  sfinansowanie  programu  badań  prenatalnych  prowadzonych  przez  szpital  położniczy  we 
wschodniej dzielnicy Los Angeles i tam zostanie od razu przekazany. Ten program to oczko w głowie Tary. 
Zainteresowała  się  nim,  kiedy  zmarło  jej  pierwsze  dziecko,  urodzone  przedwcześnie.  To  oczywiście  było 
dawno temu, ale... 

- Claire. 
Zatrzymała się na dźwięk swego imienia wypowiedzianego niskim, gardłowym głosem. 
Przycisnęła kurczowo do piersi plik teczek i uniosła głowę. 
- Słucham? - Patrzyła na niego zupełnie jak wtedy, gdy położył jej dłoń na ustach. 
Prawie  tak  samo,  poprawił  się.  Z  jej  oczu  nie  wyzierała  już  panika,  tylko  jakaś  czujna  obawa. 

Przypominało  mu  się  pewne  wydarzenie  z  dzieciństwa.  Koło  stajni  ich  sąsiadów  półdzikie  kociaki  łowiły 
myszy.  Złapał  jednego,  bo  chciał  go  oswoić.  Kiedy  w  swoim  pokoju  leżał  na  brzuchu  na  podłodze  i 
próbował  pieszczotliwym  tonem  nakłonić  kotka,  żeby  wziął  z  jego  ręki  jedzenie,  zwierzątko  patrzyło  na 
niego właśnie takim samym wzrokiem, jak teraz Claire. 

- Masz jakiś uraz do mnie - spytał miękko - czy boisz się wszystkich mężczyzn? 
W oczach Claire błysnęło oburzenie. 
- Nie boję się mężczyzn. 
- A więc jedynie mnie. 
- Ciebie też nie. - Uniosła wysoko głowę. - Nie wiem, skąd ci przyszła do głowy podobnie śmieszna myśl. 
- Obserwowałem, jak okrążasz stół, żeby stale nas rozdzielał, jakbyś się bała, że cię złapię i przewrócę na 

blat. 

- Co za bzdura. 
- Naprawdę? 
- Totalna - warknęła. - I irytująco typowa. 
- Typowa? 
-  Dlaczego  mężczyźni  zawsze  uważają,  że  każda  kobieta,  która  się  nimi  nie  interesuje,  musi  albo się  ich 

bać, albo cierpieć na oziębłość. Nie przychodzi im do głowy, że może być po prostu wymagająca. 

- Czy możemy przeprowadzić mały test? 
- Jaki? 
-  Będziesz  tutaj  stała,  a  ja  przejdę  wzdłuż  stołu.  Zmrużyła  podejrzliwie  oczy.  Jakby  spodziewała  się 

pułapki. 

- I co potem? 
- Nic. Podejdę i stanę obok ciebie, a ty tylko będziesz spokojnie stała. Myślę, że ci się to nie uda. Strach ci 

na to nie pozwoli. 

Wzruszyła ramionami i położyła teczki z trzaskiem na stole. 
- Bardzo proszę. 
Zaczęła przeglądać jakieś papiery, jakby była sama w pokoju. 
A Rafe już był przy niej. Poczuła bijące od niego ciepło. Nie powinno drgnąć najmniejsze włókno jej ciała. 

Tylko  w  ten  sposób  może  udowodnić,  że  się  go  nie  boi  i  nie  jest  nim  zainteresowana.  Musi  zachować 
całkowitą obojętność. 

Stała  nieruchomo,  choć  czuła  już,  że  jego  pierś  dotyka  jej  ramienia,  a  gorący  oddech  unosi  włosy  na  jej 

skroni. Odczekała dla pewności jeszcze parę sekund. 

background image

 

17 

-  Zadowolony?  -  spytała  uszczypliwie,  unikając  jego  wzroku.  Każdy  nerw  miała  napięty,  lecz 

zdecydowana była za żadne skarby świata nie okazać zdenerwowania. 

Bynajmniej, pomyślał Rafe, i ta myśl go zdziwiła. Lecz zaraz uświadomił sobie, że dopiero wtedy będzie 

usatysfakcjonowany,  kiedy  ona  zacznie  mu  jeść  z  ręki.  I  pomrukiwać  z  zadowolenia,  jak  w  końcu  tamten 
półdziki kotek. 

Najważniejsze było wzbudzenie jej zaufania. 
-  Jesteś  bardzo  opanowana,  Claire  Kingston,  muszę  to  przyznać.  -  W  jego  głosie  brzmiało  rozbawienie  i 

podziw.  -  Ale  nie  aż  tak,  jakbyś  chciała.  Pod  lodową  maską,  którą  przybrałaś,  kipi  wulkan.  Widzę  go  w 
twoich  oczach,  za  każdym  razem,  kiedy  na  mnie  patrzysz.  Wyczuwam  w  mchach  twego  ciała  pod 
zakrywającym je szczelnie kostiumem. Dostrzegam na miękkiej skórze, o tu, pod brodą. - Bardzo powoli i 
ostrożnie podniósł rękę i nie dotykając, wskazał na pulsujący punkt nad wysokim kołnierzykiem jedwabnej, 
ozdobionej falbanką bluzki. - Tak szybko bije ci tętno. Pewnego dnia namiętność, którą w sobie uwięziłaś, 
wybuchnie z całą mocą. Potrzebny jest ci tylko ktoś, kto by cię poprowadził we właściwym kierunku. Kto 
odbezpieczyłby zapalnik. I ja zamierzam być tym kimś. 

Spojrzała na niego kątem oka. 
- Skończyłeś już te naiwne, pseudopsychologiczne rozważania? 
Królowa Lodu nie ustąpiła nawet o włos. Odpowiedział uśmiechem na tę kąśliwą uwagę. Skinął głową. 
- Na razie. 
- Więc teraz zejdź mi z drogi. Mam jeszcze mnóstwo pracy. - Obrzuciła go odpychającym spojrzeniem. 
- Ciebie oczywiście nie zatrzymuję. To już było prawie polecenie. 
- Aha, jeszcze jedno. - Zatrzymał się w drodze do drzwi. - O której jutro przyślesz po mnie samochód? 
- Sądziłam, że nie bywasz na balach dobroczynnych. Uśmiechnął się do niej od progu. 
- Zmieniłem zdanie. O której? 
Chciała  mu  powiedzieć,  żeby  nie  przejmował  się  jej  zaproszeniem.  Lecz  taka  reakcja  byłaby  zbyt 

oczywista. Poza tym zaprosiła przecież wszystkich. Prasa mogłaby rozdmuchać fakt, że jedynie reżyser nie 
pojawił się na przyjęciu. 

- O wpół do ósmej. Punktualnie. I Rafe - poczekała, aż ponownie zwróci na nią wzrok - musisz się ogolić 

po południu - powiedziała słodkim głosem 

- żebyś nie wyglądał na gangstera przebranego w smoking, który, niestety, będziesz zmuszony sobie kupić. 

Jeśli ci się uda w tak krótkim czasie znaleźć odpowiedni rozmiar. 

 
 

ROZDZIAŁ 4 

Uwaga  Claire  o  smokingu,  rozmyślał  Rafe,  sadowiąc  się  w  samochodzie,  który  po  niego  przysłała,  była 

zapewne  rewanżem  za  jego  „naiwne,  pseudopsychologiczne  rozważania”.  Prawie  całe  sobotnie 
przedpołudnie  spędził  na  poszukiwaniach  odpowiedniego  rozmiaru  i  tylko  dzięki  solidnemu  napiwkowi 
krawiec jednego z najdroższych salonów mody dopasował mu ten strój na wieczór. 

W  dzieciństwie  żył  w  skromnych  warunkach  i  zwykle  nosił  przerabiane  i  używane  rzeczy.  Nadal 

wydawało mu się absurdalne wyrzucanie masy pieniędzy na wytworne, wieczorowe ubranie. Ale, do licha 
ciężkiego, nie mógł sobie pozwolić na to, żeby wyglądać na przyjęciu jak ubogi krewny. Claire strzeliła w 
ciemno,  lecz  trafiła  w  słaby  punkt,  jakim  było  jego  pochodzenie.  A  właśnie  ono  odbierało  mu  pewność 
siebie. 

Dorastał  w  biedzie,  w  małym  miasteczku  zachodniego  Teksasu,  niewiele  różniącym  się  od  owego 

fikcyjnego  Burley  z  „Desperata”.  Meksykańskie  dziedzictwo,  z  którego  był  dumny,  stanowiło  jednak 
obciążenie  na  drodze  do  społecznej  akceptacji,  nie  mówiąc  już  o  karierze.  Po  śmierci  ojca  stal  się  głową 
rodziny,  choć  miał  dopiero  piętnaście  lat  i  był  o  wiele  za  młody  na  dźwiganie  takich  obowiązków.  Tylko 
dzięki własnemu, zawziętemu dążeniu do sukcesu i nieugiętej woli matki, udało mu się zdać maturę. Wyższe 
studia nie wchodziły w rachubę, skoro trzeba było wyżywić, odziać i wykształcić sześcioro rodzeństwa. Tak 
więc  Rafe  poszedł  do  pracy  na  polu  naftowym  i  większość  zarobionych  pieniędzy  wysyłał  co  tydzień  do 
domu. 

Od tego czasu zdobył jeszcze trochę wykształcenia, a i samo życie dodało mu ogłady, lecz nadal nie był 

całkowicie  pewny,  którego  widelca  ma  użyć,  gdy  leżały  dwa  przy  nakryciu.  To  dlatego  nie  uczęszczał  na 
bale dobroczynne i inne wystawne hollywoodzkie przyjęcia. Nie czul się na nich swobodnie. Bal się, że się 
wygłupi. 

I  teraz,  mknąc  w  luksusowej  limuzynie,  ubrany  w  czarny  smoking  i  czarne,  kowbojskie  buty  z  wężowej 

skóry,  zastanawiał  się,  czy  właśnie  dokładnie  tego  nie  robi.  Błaźni  się.  Z  powodu  rozpieszczonej, 
pochodzącej z wyżyn społecznych księżniczki. 

background image

 

18 

Już mu się to kiedyś zdarzyło. 
W  małym,  teksaskim  mieście,  takim jak  Flat  Rock,  społeczne  linie  podziału  były  znacznie  ostrzejsze  niż 

gdzie  indziej,  a  jego  od  początku  los  umieścił  po  tej  gorszej  stronie.  Oczywiście,  wiele  dziewcząt  chętnie 
przekraczało tę niewidzialną granicę. Takie zawsze się znajdą, w każdym mieście. Lecz nie robiły tego nigdy 
publicznie. Zawsze wycofywały się, gdy pojawiło się ryzyko utraty pozycji towarzyskiej. Jakoś sobie z tym 
radził. Dla większości znajomość z nim była jedynie 

okazją poznania innego świata. Wiedział o tym. I nawet go to czasem bawiło. 
Spotkał tylko jedną dziewczynę, która wydawała się inna. Poznał ją przed maturą. Nie kryła się z tym, że 

chodziła z nim na randki, obwoziła go odkrytym, czerwonym kabrioletem, który dostała od ojca na szesnaste 
urodziny. Na spacerach trzymali się za ręce, razem chodzili popływać do miejscowego klubu, nie zważając 
na plotki. Zakochał się w niej bez pamięci, oddał jej swe młode serce wraz z obietnicą małżeństwa. W końcu 
któregoś dnia w pełni długiego, gorącego teksaskiego lata oznajmiła mu, że nie chce go już więcej widzieć. 
Miesiąc  później  wyjechała  bez  pożegnania.  Dopiero  wtedy  uświadomił  sobie,  że  go  wykorzystała,  aby 
skłonić swego bogatego tatusia do wysłania jej na studia do Dallas. 

Potem  były  oczywiście  inne  kobiety.  Tak  zwane  porządne  dziewczyny  i  te  trochę  mniej  porządne.  Ze 

wszystkich  możliwych  sfer.  Od  nich  nauczył  się,  że  nie  należy  patrzeć  na  stosunki  między  kobietą  i 
mężczyzną przez pryzmat bolesnego doświadczenia wyniesionego z kontaktów z jedną zepsutą dziewczyną. 
Mimo  to,  pierwsza  lekcja  była  ciągle  żywa  i  jej  wspomnienie  nawiedzało  go  w  najmniej  odpowiednich 
momentach. Takich jak ten. 

 
W wytwornej rezydencji Pierce’a w Beverly Hills trwały ostatnie przygotowania do balu. Claire, od dawna 

już przebrana i uczesana, wręcz narzucała się bratowej z pomocą. Nie mogła znieść myśli, że choć na chwilę 
zostanie  sama.  Pragnęła  znaleźć  się  w  hałaśliwym  dumie.  Może  gwar  gości  zagłuszyłby  wspomnienie 
niskiego,  gardłowego  głosu  Rafe’a,  który  wmawiał  jej,  że  potrzebuje  kogoś,  kto  poprowadziłby  ją  we 
właściwym kierunku. I że on miałby być tym kimś. Taka wizja była równie podniecająca, jak i alarmująca. 

Wstąpiła do kuchni, lecz gospodyni, groźna pani Gilmore, całkowicie panowała nad sytuacją, poganiając 

personel swym zwykłym, nie znoszącym sprzeciwu głosem i rzucała mordercze spojrzenie na każdego, kto 
ośmieliłby się pomyśleć o wścibianiu nosa w jej sprawy. 

Claire szybko wycofała się z kuchni i weszła na piętro. Tarę zastała tam, gdzie mogła się jej spodziewać - 

w  przygotowanym  przez  Pierce’a  dla  siostrzeńców  pokoju  dziecinnym.  Bratowa  właśnie  karmiła  piersią 
niemowlę. Jej mąż - starszy brat Claire, Gage, czytał na dobranoc bajkę dwuletniemu Beau. Malec siedział 
mu  na  kolanach.  Okoloną  potarganymi  blond  włoskami  główkę  przytulił  do  plisowanego  gorsu  białej, 
wieczorowej koszuli ojca. Tara z uśmiechem zaprosiła Claire gestem dłoni do środka, lecz Claire potrząsnęła 
głową. 

- Przyjdę później. 
Nie  chciała  zakłócać im  tej  rodzinnej,  intymnej atmosfery.  Dobrze  wiedziała,  ile  wysiłku  kosztuje Tarę  i 

Gage’a  danie  dzieciom  tych  wspólnych  szczęśliwych  chwil.  Wiedziała  także,  jak  ważne  będą  takie 
wspomnienia,  gdy  już  dorosną.  Ona  sama,  dziecko  rodziców  pochłoniętych  zawodowymi  zajęciami, 
szczęśliwe chwile dzieciństwa zawdzięczała głównie niańce. 

Pierce’a i Nikki spotkała na szerokich schodach, wiodących ku wyłożonemu marmurami holu. Trzymając 

się za ręce, skradali się w górę jak złodzieje. Ich 

miny nie pozostawiały wątpliwości, jaki jest cel tej wyprawy. 
Claire przysunęła się do połyskującej poręczy z orzechowego drewna i właśnie zastanawiała się, czy ją w 

ogóle  zauważyli,  gdy  Nikki  odwróciła  się,  by  sprawdzić,  czy  nikt  ich  nie  obserwuje  z  holu  -  i 
znieruchomiała. 

- Pierce. - Szarpnęła męża za rękę. Rozejrzał się wokoło. 
- Och, Claire, cześć. Co słychać? 
- Dziękuję, wszystko w porządku  - odparła Claire z uśmiechem. Młodszy  z jej dwóch braci zapominał o 

dobrych manierach, kiedy ulegał niepohamowanemu apetytowi na żonę. Na tym między innymi polegał jego 
urok. - A co u ciebie? 

- Jak dotąd - rzucił spojrzenie na zapłonioną Nikki - wszystko szło jak najlepiej. 
Zbliżył się do siostry i pocałował ją w policzek. 
- Cieszę się, że cię widzę, Claire. 
- Mnie też miło widzieć was oboje. - Claire równie czule pocałowała brata. - Ale właściwie co tu robicie? 

Przeglądałam  wczoraj  raporty  produkcji  i  wynika  z  nich,  że  zdjęcia  do  „Stworzonych  dla  siebie”  mają 
potrwać jeszcze przynajmniej dwa tygodnie. Czy nie powinniście być w Toronto? W pracy? 

- Och, Claire, daj spokój. Nie bądź taka zasadnicza. Jesteśmy na przyjęciu. 

background image

 

19 

-  Przyjechaliśmy  tylko  na  weekend  -  pospieszyła  z  wyjaśnieniem  Nikki,  kierując  w  stronę  męża 

piorunujące spojrzenie. - Prawda, Pierce? 

Głębokie, ciężkie westchnienie Pierce’a miało świadczyć o godnym pożałowania losie pantoflarza. 
- Tak, kochanie. 
Obie panie roześmiały się. 
- No to wracajcie do swoich zajęć - powiedziała Claire. - A ja pójdę zobaczyć, co się dzieje w ogrodzie. 
Pierce miał już iść na górę, gdy Nikki pociągnęła go za rękaw, wskazując głową w kierunku Claire. 
-  Co?  Jej  to  nie  przeszkadza.  O  Jezu  -  jęknął.  Zza  zakrętu  schodów  wyłonili  się  Tara  i  Gage.  -  To  już 

koniec. 

-  Chyba  nie  zdążycie  powiedzieć  dzieciom  dobranoc  -  odezwał  się  Gage.  Wesołe  błyski  w  jego  oczach 

wyraźnie wskazywały, że ma na myśli zupełnie co innego. 

-  Za  trzy  godziny  trzeba  będzie  karmić  Chloe.  A  Beau  zawsze  przy  tej  okazji  się  budzi.  -  Gage  objął 

ramieniem Nikki i zaczął sprowadzać ją i żonę po schodach. - Wtedy będziecie mogli ich zobaczyć. 

Pierce  z  komicznym  grymasem  rozczarowania  podał  ramię  Claire,  która  ujęła  je  ze  śmiechem.  Zeszli  na 

dół za resztą rodziny. 

 
Limuzyna wioząca Rafe’a zwalniała na długim, ciągnącym się łukiem podjeździe. Rafe wytrzeszczył oczy 

na  widok,  jaki  mu  się  ukazał.  Miał  przed  sobą  budowlę  przypominającą  do  złudzenia  stary,  normandzki 
zamek.  Front  budynku  był  wyłożony  szarymi  kamieniami,  pomiędzy  którymi  połyskiwały  ozdobione 
witrażami okna. Surowość muru przysłaniały pędy bluszczu pnącego się aż pod sam dach. Dwa olbrzymie, 
kamienne lwy strzegły okazałego portalu. Dwaj odźwierni w uniformach stali gotowi na każde skinienie. 

Samochód stanął, lecz Rafe nie wysiadał. Czuł bowiem, że potrzebuje trochę czasu, by wziąć się w garść. 

Trudno  mu  było  przyznać  się  przed  samym  sobą  do  ogarniającego  go  niepokoju.  Przesunął  dłonią  po 
brodzie,  sprawdzając,  czy  jest  dostatecznie  gładka,  poprawił  spinki,  badając  równocześnie,  czy  mankiety 
wystają  z  rękawów  marynarki  na  obowiązującą  długość.  Wreszcie  dotknął  szpilki  z  onyksem,  zdobiącej 
wykrochmalony  gors  koszuli  i  dopiero  wtedy  sięgnął  do  klamki.  Gdy  tylko  wysiadł,  jeden  z  odźwiernych 
otworzył  masywne,  szerokie  odrzwia.  Idąc  ku  nim  kamiennymi  schodami,  Rafe  pokręcił  kpiąco  głową  - 
niewykluczone, że usłyszy witające go na progu fanfary. 

Tymczasem z holu wybiegł mu naprzeciw melodyjny, kobiecy śmiech. 
Ś

miech Claire. 

Uniósł  głowę  i  zobaczył  obraz,  za  którego  uwiecznienie  każdy  szanujący  się  fotoreporter  oddałby  duszę. 

Sam  Rafe  nie  potrafiłby  lepiej  zaaranżować  sceny  symbolizującej  świetność  Hollywoodu,  niż  to  zrobiła 
rodzina Claire, schodząca właśnie w dół po szerokich schodach. 

Każdy z jej członków z osobna nie robił tak oszałamiającego wrażenia, lecz razem tworzyli zespół gwiazd 

Hollywoodu, który byłby w stanie rozjaśnić całe Los Angeles. 

Bracia podobni byli do siebie z postawy - wysocy, o szerokich ramionach i smukłych sylwetkach, świetnie 

prezentowali się w wieczorowych strojach. Pierce był bardziej efektowny. Miał” gęste, jasne, falujące włosy 
i oczy o tym samym odcieniu głębokiego szafiru co siostra. To była uroda chłopięca, tak chwytająca za serce 
kobiety. Gage Kingston wyglądał poważniej od brata, miał ciemniejszą karnację, oczy bursztynowe i gładko 
zaczesane włosy, tej samej kruczoczarnej barwy co Claire. 

Ich  żony  były  swoim  całkowitym  przeciwieństwem.  Tara  Channing-Kingston  o  lekko  zaokrąglonych 

kształtach  z  chmurą  rozwichrzonych,  rudych  włosów  i  lekko  skośnymi  oczami  koloru  akwamaryny 
wyglądała na kobietę zmysłową i uwodzicielską. 

Nikki  Kingston  prawie  tak  wysoka  jak  jej  mąż,  robiła  wrażenie  seksownej  Amazonki  z  długimi  nogami 

tancerki  rewiowej.  Jej  zielone  oczy  kontrastowały  z  czarnymi,  bardzo  krótko  ostrzyżonymi  włosami.  A 
Claire... 

Rafe stłumił westchnienie niekłamanego podziwu. 
W  przylegającej  do  ciała,  lśniącej,  srebrnoniebieskiej  sukni,  podkreślającej  jej  szczupłą  sylwetkę  i 

odsłaniającej jedno ramię, wyglądała jak cudowna i niedosiężna księżniczka z bajki. Włosy miała upięte, jak 
zwykle,  w  węzeł  nad  karkiem.  Kolczyki  połyskiwały  blaskiem  brylantów.  Podobnie  przyozdobiona 
bransoletka  otaczała  wąski  przegub  jej  ręki.  Do  tej  pory  Rafe  nie  widział  Claire  tak  odprężonej,  łagodnej, 
rozbawionej. Nie mógł oderwać oczu od jej ujmującej, rozpromienionej twarzy. 

Claire  wyczuła  badawcze  spojrzenie.  Zarumieniła  się  i  odwróciła  głowę,  szukając  wzrokiem.  Brylanty 

kolczyków zamigotały w świetle. Spojrzenia Rafe’a i Claire spotkały się. 

Zapatrzyli się w siebie. 
Trwało to parę sekund. Wystarczająco długo, żeby dostrzegła, jak doskonale leży na nim świetnie skrojona, 

smokingowa marynarka. I że biel koszuli podkreśla smagłość jego cery. A czarne, kowbojskie buty i lśniące, 

background image

 

20 

krucze włosy przydają tej formalnej elegancji nieco intrygującej fantazji. 

Na  widok  samotnego  nieznajomego  Tara  natychmiast  wystąpiła  w  roli  gospodyni.  Wysunęła  rękę  spod 

ramienia męża, pospieszyła w dół po schodach, a potem szybkim krokiem przemierzyła wyłożoną czarnymi i 
białymi marmurowymi płytami posadzkę eleganckiego holu. 

- Proszę mi wybaczyć. Nie zdawałam sobie sprawy, że nasi goście już przybywają. - Wyciągnęła do Rafe’a 

dłoń przyjaznym gestem powitania. Poczuł zapach delikatnych perfum. - Tara Kingston. 

-  Rafe  Santana.  -  Uścisnął  jej  dłoń.  -  Jestem  reżyserem  „Desperata”  -  dodał,  gdyż  zauważył,  że  jego 

nazwisko nic jej nie mówi. 

- Och - twarz Tary rozjaśniła się - pracuje pan z Claire. 
Odwróciła się z uśmiechem do męża, który właśnie do nich podszedł. 
-  Gage,  kochanie, to  Rafe Santana, reżyseruje  najnowszy  film  Claire.  Pamiętasz,  wspominała  nam  o  tym 

nowym projekcie. Nosi tytuł „Desperat”. Rafe, to mój mąż, Gage. 

Panowie uścisnęli sobie dłonie, bacznie się sobie przyglądając. 
- A to mój szwagier Pierce. I jego żona Nikki. Znowu nastąpiły powitania. 
- Właśnie szliśmy na werandę na drinka przed nadchodzącym szaleństwem... - zaczęła Tara. 
- Proszę sobie nie przeszkadzać - wpadł jej w słowo Rafe. - Zaraz pójdę sobie do ogrodu. 
- Nonsens. Nie ma mowy. Bardzo prosimy z nami. Będzie nas sześcioro, a więc do pary. - Rzuciła figlarne 

spojrzenie na szwagierkę. - Z pewnością dlatego Claire zaprosiła cię na nieco wcześniejszą godzinę. Prawda, 
Claire? 

Wszystkie głowy zwróciły się w jej stronę. 
-  Tak  -  wybąkała,  choć  do  tej  pory  nie  zdawała  sobie  nawet  sprawy,  że  wysłała  po  niego  samochód 

wcześniej. - Chyba tak. 

- A widzisz? - Tara ujęła Rafe’a pod ramię i ruszyli przodem. - Przyszedłeś akurat w dobrym momencie, 

zdążysz nam opowiedzieć o sobie i Claire, no i o „Desperacie”. Bo od niej trudno się czegoś na ten temat 
dowiedzieć. 

 
No, nie jest tak źle, pomyślał Rafe trochę już rozluźniony, przyjmując z rąk Pierce’a kieliszek szampana. 

Zwykle pijał dobrze schłodzone piwo Lone Star, albo marganie, lecz w tak baśniowym świecie, pośród tych 
urodziwych ludzi, szampan wydawał się najbardziej odpowiednim trunkiem. 

-  No  więc  -  Pierce  usadowił  się  naprzeciwko  niego  na  jednej  z  trzech  wąskich  sof  -  jak  ci  się  podoba 

współpraca z naszą małą dyktatorką? - Wskazał oczami siostrę. - Dałeś już jej łupnia? 

- Słucham? - Rafe o mało nie zakrztusił się szampanem. 
- O, tak. - Pierce podniósł żartobliwie dwie pięści do podbródka Claire. 
Spojrzała na brata z wściekłością. 
Rafe dobrze pamiętał, jak on i reszta rodzeństwa podobnie się przekomarzali. Roześmiał się. 
-  Nie  myślałem  jeszcze  o  takim  podejściu  do  zagadnienia  -  przyznał.  -  A  czy  ty  zwykle  w  taki  właśnie 

sposób dawałeś sobie z nią radę, kiedy ci szefowała? 

- Nie... Na ogół robiłem, co chciała. 
- Bo ona na ogół ma rację - wtrąciła się Nikki. 
- W każdym razie miała rację, gdy ciebie wybrała. - Pierce przyciągnął żonę, żeby ją pocałować. 
- Pierce, proszę - odezwała się Tara z lekkim wyrzutem - mamy gościa. 
- Mnie to nie przeszkadza. - Rafe spojrzał na Claire. 
Claire przez chwilę nie odwracała od niego wzroku, zahipnotyzowana wyrazem jego oczu. Przypomniało 

się jej, jak oskarżał ją o skrywanie emocji, mówił o namiętności, która kiedyś wybuchnie z całą mocą. I nie 
zapomniała przyrzeczenia, że to on w niej tę pasję wyzwoli. Pochyliła twarz nad uniesionym kieliszkiem w 
nadziei, że nikt nie zauważy rumieńców, które nagle poczuła na policzkach. 

Zebrani wymienili znaczące spojrzenia. 
- Podobno jutro jedziesz z Claire do Teksasu szukać pleneru do „Desperata” - zagadnął Gage. 
Podtekst tych słów był wyraźny. Rafe sam miał cztery siostry. 
- Ona nalegała - odparł miękko. - Przecież jest szefem. 
Gage skinął głową. 
- Nie zapominaj o tym. 
Spojrzenie Rafe’a zapewniało, że Claire będzie z nim bezpieczna. Przynajmniej tak dalece, jak to jej będzie 

odpowiadało. 

- No, to teraz zmieńmy temat. - Pierce przerwał ciszę, która zapadła na moment. Uśmiechnął się do żony. - 

Nikki i ja chcemy wam coś oznajmić. 

- Wiedziałam, że nie przyjechaliście do domu tylko na przyjęcie - odezwała się Tara. Podniosła wzrok na 

background image

 

21 

męża. - A nie mówiłam? 

- Mówiłaś. - Gage objął żonę ramieniem. - A więc? - spytał z udanym zaciekawieniem, jakby nikt z nich 

nie domyślał się nowiny. - Czy potrzebne będą większe ilości szampana dla wzniesienia toastu? 

Pierce uśmiechnął się szelmowsko. 
-  Tak,  do  licha,  prosimy  o  szampana  dla  wszystkich.  To  znaczy,  z  wyjątkiem  Nikki.  -  Ujął  jej  dłoń  i 

podniósł  do  ust.  -  Gdyż  ona  ma  zamiar  wydać  na  świat  nową  supergwiazdę  Kingstonów  -  oświadczył 
uroczyście. Popatrzył z dumą na zarumienioną i szczęśliwą żonę. 

Nastąpiły uściski i gratulacje. Panie miały w oczach łzy. Rafe po złożeniu życzeń stanął nieco z boku. Miło 

mu  było,  że  brał  udział  w  tej  rodzinnej  uroczystości,  lecz  czuł  się  trochę  speszony.  Nowina  o  mającym 
przyjść na świat dziecku jest zawsze dla rodziny niezwykłą wiadomością. I ma bardzo intymny charakter lub 
powinna taki mieć. Jednak tym ludziom nieustannie występującym publicznie trudno było zachować swoją 
prywatność. Może dlatego w takiej chwili nie czuli się skrępowani. 

- Jeżeli jest na świecie sprawiedliwość, to urodzi się dziewczynka. - Gage wyciągnął rękę z kieliszkiem w 

stronę brata. - Rewanż ze strony tych ojców, którym pomogłeś osiwieć. 

Wszyscy  wybuchnęli  śmiechem  na  widok  komicznie  przerażonej  miny  Pierce’a  i  wznieśli  do  góry 

kieliszki. 

- Bardzo przepraszam. - W drzwiach ukazał się jeden z kelnerów. - Pani Gilmore zawiadamia, że goście się 

schodzą. 

Jak na komendę Kingstonowie pospiesznie dopili szampana i odstawili kieliszki. 
- Czas na występ - oznajmił Pierce. 
- Trzeba iść do pracy - westchnęła Claire. 
 
Ogród na tyłach rezydencji Pierce’a Kingstona skrzył się setkami białych światełek. Drzewa udekorowano 

girlandami  małych  żaróweczek.  Na  podium  grała  orkiestra.  Kelnerzy  w  białych  marynarkach  zwinnie 
poruszali się wśród zgromadzonego przy oświetlonym basenie tłumu gości, roznosząc pikantne przystawki 
kuchni  tamilskiej  i  szampana.  Pod  białym  namiotem,  ustawionym  na  kortach  tenisowych,  służba  kończyła 
nakrywać  do  dwóch  dużych  stołów,  jaśniejących  bielą  adamaszkowych  obrusów  i  lśniących  blaskiem 
porcelanowej zastawy. 

Rafe,  stojący  teraz  samotnie,  wsparty  o  kamienną  kolumnę,  podtrzymującą  balustradę  tarasu 

wychodzącego  na  basen,  popijał  drugi  kieliszek  szampana  i  obserwował  Claire  w  akcji.  Od  pół  godziny 
krążyła między gośćmi. 

W tym czasie zdążyła wymienić jakieś żartobliwe uwagi z Michaelem Douglasem i jego żoną, poświęciła 

piętnaście minut na dyskusję z Susan Sarandon i Goldie Hawn na temat stowarzyszenia zwanego „Kobiety 
Filmu” i przywitała się w przelocie z półtuzinem agentów, reżyserów i innych hollywoodzkich grubych ryb. 

Zatrzymał ją, kiedy właśnie przechodziła do kolejnej grupy gości. 
- Naprawdę traktujesz to jak pracę? - zapytał. 
-  W  tym  celu  urządza  się  przyjęcia  w  Hollywood  -  odparła  chłodno.  -  Po  cóż  innego  przyszłoby  tu  tyle 

ludzi? 

- Żeby się zabawić. 
- Nie. Chodzi o nawiązanie kontaktów. - Upiła mały łyk szampana. - O uzyskanie zakulisowych informacji. 

Kto jest w liczącym się układzie. Kto już z niego wypadł. Kto co robi. Co kto zamierza robić. Więc wybacz 
mi - zamierzała go wyminąć - ale muszę wrócić do pracy. 

Zastąpił jej drogę. 
- Przepraszam za wszystkie słowa, które kiedyś mogły sprawić ci przykrość, i 
- Rafe... 
- Claire, powiedziałem, że cię przepraszam. Kobieto, okaż mi trochę litości. 
- Litości? 
- Czuję się jak ryba wyjęta z wody. Jestem tu obcy. - Uśmiechnął się rozbrajająco. Usiłował przybrać minę 

człowieka nieśmiałego, wpatrzonego w nią z podziwem bez żadnej ubocznej myśli. Nie wiedział tylko, czy 
wypadł  przekonująco.  -  Ty  mnie  zaprosiłaś  na  ten  oszałamiający  spęd.  I  twoim  obowiązkiem  jest 
przypilnować, żebym się dobrze bawił. 

-  Kiedy  rozmawiałeś  z  Sharon  Stone  przed  paroma  minutami,  wyglądało,  że  nawet  bardzo  dobrze  się 

bawisz. 

Spojrzał na nią oczami niewiniątka. 
- To była ona? - spytał, zadowolony, że to zauważyła. 
Patrzyła na niego przez chwilę trochę zła, a trochę już rozbawiona. Rozbawienie wzięło górę. 
- Dobrze, chodź  ze  mną.  -  Dała znak  kelnerowi, żeby zabrał jej kieliszek.  - Pokażę ci, jak się obracać w 

background image

 

22 

tym towarzystwie. 

Ujęła go pod rękę, tak jak często chodziła z braćmi, nieświadoma, że po raz pierwszy dotknęła go z własnej 

woli. 

Do Rafe’a dotarło to natychmiast. Wydawało mu się, że ta mała dłoń trzymająca jego ramię przypieka mu 

skórę  poprzez  materiał.  Miał  ogromną  ochotę  przykryć  ją  swoją  ręką,  lecz  bal  się,  że  wtedy  Claire 
uświadomi sobie, co zrobiła. 

- Pierwsza zasada głosi, że trzeba sobie wybrać odpowiedni cel - powiedziała. - Pójdziemy tam - wskazała 

głową drugi koniec basenu. - Widzisz Jona Petersa? - To był jeden z producentów. - Rozmawia z Arnoldem 
Schwarzeneggerem. 

- A my którego namierzamy? 
- Ty wybieraj. 
- Schwarzeneggera. 
- Dlaczego? 
- Bo większy. 
Roześmiała się cicho, uroczo, jak wtedy na schodach, i ścisnęła jego ramię. Rafe był w siódmym niebie. 
- Powinnaś to częściej robić. 
- Co mianowicie? 
- Śmiać się tak jak teraz. 
Zdziwiona, podniosła na niego wzrok. 
- Bardzo często się śmieję. 
- Ale nie tak wesoło, nie tak spontanicznie. 
- Jestem tu z rodziną. - Była zdumiona, że on zauważył tę różnicę. Myślała, że jest lepszą aktorką. 
- Zawsze wśród nich się odprężam. Chyba dlatego, że dają mi poczucie bezpieczeństwa. 
- Bezpieczeństwa? - powtórzył. 
Pomyślał, że to niezwykle słowo w jej ustach. 
-  Czuję  się  kochana.  -  Szybko  starała  się  skierować jego  myśli  na  inne tory.  -  Akceptowana.  Hołubiona. 

No,  różu...  O,  Dennis,  Mary,  dobry  wieczór.  -  Przystanęła,  żeby  przedstawić  Rafe’owi  żonę  operatora 
zatrudnionego przy „Desperacie”. - Dobrze się bawicie? 

- Tak, dzięki - odrzekła Mary Cleary. - Wspaniałe przyjęcie. 
- Cieszę się. - Claire uśmiechnęła się i ruszyła dalej. - Druga lekcja dotyczy spotykania się i witania z tymi 

- przepychali się teraz przez tłum zebrany wokół przebieralni - do których nie masz interesu. Trzeba to robić 
w taki sposób, aby cały czas iść do celu i nie tracić go z oczu. - Wymieniła właśnie po drodze uśmiechy i 
ukłony z koleżanką, producentką Sherry Lancing. 

- Ale - dodała szeptem - musisz również wiedzieć, kiedy należy przystanąć i poplotkować. - Don, Melanie, 

witajcie - przywitała ciepło mijaną parę. 

- Co słychać? Miło spędzacie czas? 
Don Johnson wzniósł do góry szklankę z wodą mineralną. 
- Tara zawsze urządza nieziemskie przyjęcia. 
- Jeszcze raz dziękuję ci za róże - odezwała się Melanie Griffith swym cichym głosem malej dziewczynki. 

- To było bardzo miłe z twojej strony, choć naprawdę niepotrzebne. 

- Wiem - uśmiechnęła się Claire - ale po tym lepiej się poczułam. 
- Róże? - spytał Rafe, gdy już zostali sami. Claire skrzywiła się. 
- Opublikowano paskudny artykuł o mnie i Donie kilka tygodni temu. 
- Tak, coś sobie przypominam. „Królowa Lodu wciska się między najbardziej zakochaną parę Hollywood”. 

- Pamiętał też, jak go to zezłościło, choć nie wiedział dlaczego. - No i co? 

- Wysłałam Melanie róże z przeprosinami. 
- Za co? 
- Za ten ohydny artykuł. 
- Po co? Przecież to było kłamstwo. Zamilkł na moment, wmawiając sobie, że to nie jego sprawa. Chyba 

ż

e... 

- A może prawda? - zapytał, zanim zdołał się powstrzymać. 
Claire puściła jego ramię. 
- Nie - odrzekła stanowczo, lecz bardzo chłodno - to nieprawda. 
 
-  Czyż  to  nie  wspaniałe  przyjęcie?  -  Pilar  w  przerwie  między  tańcami  postanowiła  odetchnąć  i 

porozmawiać przez chwilę z bratem. 

-  Rzeczywiście  -  przyznał  Rafe  posępnym  głosem,  wodząc  cały  czas  wzrokiem  za  Claire,  która  teraz 

background image

 

23 

rozmawiała z reżyserem Ronem Howardem. Po tym ostatnim, nieszczęsnym pytaniu, zostawiła go samego i 
wyraźnie zaczęła unikać. 

Do  licha,  jak  mógł  się  tak  głupio  zachować?  Claire  Kingston  nie  należy  do  kobiet,  które  romansują  z 

ż

onatymi  mężczyznami.  Wyglądało  na  to,  że  ona  w  ogóle  nie  romansuje.  A  jeśli  nawet,  to  i  tak  nie  jego 

sprawa. W każdym razie jeszcze nie. 

- Nie do wiary, ile tu sław - ciągnęła Pilar. - Gwiazdy i gwiazdorzy pierwszej wielkości. 
Pilar już prawie dwa lata pracowała w Hollywood, lecz nadal była pod ich wrażeniem, jak każdy kinoman. 
- Siedziałam podczas kolacji przy tym samym stole co Denzel Washington i jego żona Pauletta. Wiesz, ona 

jest przepiękna. Rozmawiałam także z Geeną Davis. - Upiła łyk szampana. - A z kim ty jadłeś kolację? - Nie 
odpowiadał, więc nadal się dopytywała. - Jakie znakomitości siedziały koło ciebie? 

- Billy Crystal z żoną. Steven Spielberg. A, i Michelle Pfeiffer. 
- Jadłeś kolację z Michelle Pfeiffer i nie jesteś podekscytowany? 
Rafe wzruszył ramionami. Byłby podekscytowany, gdyby to była Claire. 
Boże, co za żałosna sytuacja. Pilar miała rację. Każdy normalny mężczyzna z krwi i kości byłby przejęty, 

gdyby miał okazję siedzieć koło Michelle Pfeiffer. A on dąsa się i patrzy wilkiem znad swego kieliszka tylko 
dlatego, że to nie była Claire. 

- ...żeby za nim przepadała. 
- Przepraszam, Pilar. Co mówiłaś? 
- Powiedziałam, że chyba Claire nie przepada za naszym pierwszym amantem. 
Wskazała kieliszkiem stojącą w oddali parę. 
- To chyba ona z Daxem Wyattem, prawda? 
Rafe  spojrzał  we  wskazanym  kierunku.  Rzeczywiście,  to  był  Dax  Wyatt.  I  stał  o  wiele  za  blisko  Claire. 

Pochylony  ku  niej,  jedną  ręką  opierał  się  o  kamienną  kolumnę  nad  głową  rozmówczyni.  Odsunęła  się 
nieznacznie z odwróconą od niego twarzą. Cała jej postać była nienaturalnie sztywna. Każdy  mężczyzna z 
odrobiną  wrażliwości  cofnąłby  się,  gdyż  było  oczywiste,  że  ona  czuje  się  osaczona.  Claire  nazwała  go 
wstrętnym typem. I chyba miała rację. 

Rafe zerwał się z miejsca pod wpływem ślepej i dzikiej furii, jaka ogarnia mężczyznę, kiedy widzi, że jego 

kobieta jest napastowana. Podkradł się do nich i znienacka położył Daxowi rękę na ramieniu. Miał zamiar 
przekręcić go ku sobie i przyłożyć mu pięścią w żołądek. 

- Co, do... - Dax najwidoczniej przestraszył się tej niespodziewanej ingerencji. 
Claire  odwróciła  głowę  i Rafe  napotkał jej  spojrzenie.  Szeroko  rozwarte  oczy  wyraźnie  błagały  go,  żeby 

nie wszczynał awantury. 

- Wybacz, Dax - Rafe powściągnął wściekłość nadludzkim wysiłkiem woli - ale Claire obiecała, że ze mną 

zatańczy przed końcem przyjęcia. Właśnie przyszedł na to czas. 

 
 

ROZDZIAŁ 5 

Orkiestra grała klasycznego, staromodnego walca angielskiego. W tym tańcu partnerzy powinni utrzymać 

między  sobą  stosowną  odległość.  Rafe jedną  ręką  ujął  dłoń  Claire,  a  drugą  położył  na  jej  plecach  tuż  pod 
łopatkami.  Ona  zaś,  zacisnąwszy  kurczowo  dłoń  na  jego  ramieniu,  dała  mu  się  poprowadzić  w  rytmiczne 
rozkołysanie. Oddaleni od siebie prawie na długość ramienia, a jednak połączeni, obracali się powoli w takt 
muzyki. 

Jakie  to  kojące,  myślała  Claire,  być  tak  na  wpół  w  jego  ramionach.  Oszalałe  serce  uspokajało  się, 

straszliwa  panika  po  kilku  chwilach  ustąpiła.  Dłoń  na  jego  ramieniu  stopniowo  rozluźniała  się.  Krew  w 
ż

yłach zaczęła normalnie krążyć. 

Uniosła głowę i napotkała czekający na jej spojrzenie wzrok Rafe’a. 
- Dziękuję - szepnęła. 
- Zawsze do usług. 
Przez chwilę tańczyli w milczeniu - ich ciała w pełnej harmonii, ich oczy wpatrzone w siebie. Jej - szeroko 

otwarte, pełne niedowierzania i wahań. Jego - spoglądające z czułością i niepokojem. Zadawały pytania, na 
które nie chciała odpowiedzieć. 

Odwróciła wzrok. 
- Dobrze się czujesz? - zapytał. 
- Tak. - Teraz tak, pomyślała. 
- Co on ci powiedział? Potrząsnęła głową. 
- Właściwie nic takiego. Dax... po prostu jest nadal sobą. 
- Pozbędziemy się go. Rozwiąż z nim umowę, zaangażuj kogoś innego do roli Josha. 

background image

 

24 

- Nie. - Spojrzała na niego zdumiona, że on może nawet coś takiego sugerować. Dax Wyatt zagrał Josha w 

czasie przesłuchania bezbłędnie. - Naprawdę nie ma potrzeby. Nic nie zrobił, właściwie nic też szczególnego 
nie powiedział. On tylko... 

- ...jest nadal niedojrzałym, wstrętnym typem. 
Claire sama była zdziwiona, że potrafiła zareagować uśmiechem. 
- Tak, jest wstrętnym typem, utalentowanym, ale wstrętnym. - Jej uśmiech zastygł. - Powinnam była lepiej 

dać sobie z nim radę. I tak będzie następnym razem. 

- Po prostu wyobraź sobie, że on jest mną. 
- Że on jest tobą? 
-  Wydaje  mi  się,  że  nie  nastręcza  ci  żadnego  kłopotu  ustawienie  mnie  na  właściwym  miejscu,  kiedy 

przekraczam pewną linię - powiedział z ironią. 

Zastanawiała się przez moment. 
- To dlatego, że jesteś dżentelmenem. - Uświadomiła sobie, jak trafnie charakteryzuje go to określenie. W 

sprawach naprawdę się liczących był subtelnym człowiekiem. - Umiesz pogodzić się z tym, że ktoś mówi ci 
„nie”. 

Roześmiał się. 
- Chyba tak. Bardzo ci dziękuję. 
- To miał być komplement. 
-  Wiem.  I  to  właśnie  mnie  martwi.  W  stronach,  z  których  pochodzę,  kobieta,  która  nazywa  mężczyznę 

dżentelmenem,  nieuchronnie  zaczyna  mu  z  kolei  mówić,  jak  bardzo  mu  ufa  i  jaka  się  czuje  przy  nim 
bezpieczna. Co oznacza, że już jest gotowa traktować go jak brata. - Przyciągnął ją nieco bliżej do swojej 
piersi.  Nie  za  mocno,  ale  tak,  żeby  mogła  wyczuć  jego  twarde  muskuły.  -  Claire,  ja  nie  jestem  jednym  z 
twoich braci - ostrzegł ją. - Nie myl mnie z nimi. 

- Wiem - odrzekła cicho, nie spuszczając z niego wzroku. - Nie obawiaj się. 
Orkiestra przestała grać, a oni stali objęci jeszcze przez chwilę. 
- Może zaprowadziłbym cię do domu? - zaproponował Rafe. - Właściwie już po balu, a ty wyglądasz na 

wykończoną. Reszta Kingstonów da chyba sobie radę z pożegnaniem gości. 

- Dobrze  - skinęła głową. - Jestem rzeczywiście bardzo zmęczona. A nasz samolot wylatuje jutro bardzo 

wcześnie. 

- Dzisiaj. - Rafe zerknął na zegarek. - Jest po pierwszej. 
Zeszli  z  parkietu.  Przeprowadza  ją  obok  basenu,  a  potem  szerokimi,  kamiennymi  schodami  ku  tarasowi 

pierwszego piętra. 

Panował tu półmrok. Balustrada obrośnięta bluszczem i pnącą się, tropikalną, słodko pachnącą bugenwillą 

stanowiła  osłonę  przed  wesołym  gwarem  panującym  jeszcze  na  dole.  Szczęśliwym  trafem  dwa  fotele  przy 
stoliku z rozpiętym nad nim ogrodowym parasolem były puste. 

- Chyba usiądę na chwilę - odezwała się Claire. 
- Po domu pewno kręcą się jeszcze jacyś goście, a tu jest tak pięknie i spokojnie. Nie musisz dotrzymywać 

mi towarzystwa - dodała, siadając na jednym z wysłanych poduszkami foteli. - Będzie mi tu bardzo dobrze 
samej. 

- Usiłujesz się mnie pozbyć? 
- Nie. -  I, o dziwo, powiedziała prawdę. - Pomyślałam tylko, że chcesz wrócić do domu, żeby się trochę 

przespać przed jutrzejszą podróżą. Dzisiejszą - poprawiła się. 

- Będę spał w samolocie. 
-  Zazdroszczę  ludziom,  którzy  to  potrafią.  -  Przysunęła  stopą  drugi  fotel  i  położyła  nogi  na  miękkim 

siedzeniu. - Mnie się to nigdy nie udaje. 

- Boisz się latać? 
- Nie. - Zamknęła oczy i odchyliła do tyłu głowę. 
- Nie mogę usnąć wśród obcych ludzi. 
- Droga pani ma niezły problem z systemem nerwowym. Zdajesz sobie z tego sprawę? 
- Już mi to mówiono. - Otworzyła szybko oczy, gdyż poczuła, że Rafe wsuwa dłonie pod jej stopy. - Co ty 

wyprawiasz? 

- Zamknij oczy i odpręż się. - Usiadł na fotelu i położył sobie jej stopy na kolanach. - Zamierzam uchylić 

przed  tobą  nieco  wrota  do  niebiańskiej  rozkoszy.  -  Jego  zęby  zabłysły  w  uśmiechu.  -  Tak  przynajmniej 
podczas masażu mówiła moja mama. 

Zręcznie  rozpiął  wieczorowe  sandałki,  jakby  to  robił  już  tysiące  razy,  zdjął  je  i  ostrożnie  postawił  na 

podłodze obok fotela. 

- Masowałeś stopy swojej mamie? - spytała, gdy zaczął uciskać jej palce. 

background image

 

25 

- Prawie każdego wieczoru, kiedy wracała do domu po pracy. Pracowała w barze samoobsługowym przy 

miejskim szpitalu. Nosiła wprawdzie specjalne obuwie, ale i tak po całym dniu na nogach ledwo się ruszała. 
No i jak się czujesz? 

-  Cudownie  -  odparła.  Musiała  powstrzymać  jęk,  kiedy  jego  kciuki  zaczęły  okrężnym  ruchem  pocierać 

podbicie stóp. 

Początkowo była zakłopotana, jakby połączyło ich coś intymnego, choć przecież wcale tak nie było. Ale 

już po chwili czuła jedynie przyjemność. Ukojenie. Chyba nie miało to nic wspólnego z seksem ani niczym 
nie groziło. Po prostu rozcierał jej stopy. 

A  on  nadal  powoli  zataczał  kciukami  kręgi  wzdłuż  całej  podeszwy,  delikatnie  na  wrażliwym  śródstopiu, 

mocniej  na  piętach.  Powtarzał  te  ruchy  wolno,  cierpliwie,  czując,  jak  napięcie  jej  mięśni  maleje.  Kiedy 
pieszczotliwie  zaczął  masować  ścięgna  ponad  piętą,  nie  mogła  powstrzymać  głośnego  westchnienia. 
Uśmiechnął się do siebie. Wsunął ręce pod obrzeże długiej, srebrzystej sukni, żeby pomasować jej mięśnie 
łydek.  Wiedział,  że  kobiety  odczuwają  w  nich  ból  po  dłuższym  chodzeniu  w  pantoflach  na  wysokich 
obcasach, a Claire przez wiele godzin nie zdejmowała szpilek. 

-  O  Boże!  To  powinno  być  nielegalne  -  szepnęła  w  błogim  upojeniu.  -  Jeszcze  nigdy  nie  czułam  się  tak 

wspaniale. 

Nagle z ciemności dobiegło ich chrząknięcie. Claire chciała się poderwać, wysunąć stopy z rąk 
Rafe’a, lecz on przytrzymał je w kostkach. 
-  Prosimy  -  zawołał  bez  cienia  zmieszania  w  kierunku  postaci  majaczącej  za  fotelem  Claire  -  nie 

zagrażamy dobrym obyczajom. 

- To, co słyszałem, nie brzmiało tak niewinnie - rzekł Pierce. Postąpił do przodu i jego twarz oświetlił blask 

ż

aróweczek dekorujących pobliskie drzewo. 

-Dobrze,  że  to  nie  Gage  usłyszał  te  pojękiwania  i  westchnienia  -  zwrócił  się  do  Claire.  -  Zaraz  by  tu 

przyleciał z rewolwerem i pastorem. 

- Pierce, na miłość boską! - Claire miała nadzieję, że żaden z nich nie zauważył jej rumieńców. Wyrwała 

stopy z rąk Rafe’a i postawiła je na podłodze. - On tylko masował mi stopy. 

- Aha. - Ton głosu Pierce’a wskazywał, że to wytłumaczenie wydaje mu się zbyt proste. - Po takim masażu 

mężczyzna  może  dostać  od  kobiety  wszystko,  czego  zażąda.  Może  jednak  lepiej  zawołam  uzbrojonego 
Gage’a. 

Rafe roześmiał się cicho, jakby całkowicie zgadzał się z Pierce’em. 
Claire poczuła, że pod wpływem tego śmiechu dreszcz przebiega jej po plecach. 
- Natychmiast przestańcie, obydwaj. - Wstała. 
- Jeżeli macie zamiar wymieniać poglądy na temat techniki uwodzenia kobiet, to ja odchodzę. 
- Do twojej wiadomości, nasze panie są w dziecinnym pokoju - rzekł Pierce. - Tara obiecała udzielić Nikki 

lekcji poglądowej przewijania dzieci. 

- Bardzo dobrze. Jestem pewna, że rozmowa na temat pieluszek będzie ciekawsza. Claire weszła do domu. 
- No, to nam wygarnęła - odezwał się rozbawiony Rafe. 
Wstał z fotela. 
- Chyba już pójdę. Czy mogę liczyć na samochód? 
- Nie spiesz się tak bardzo - zaprotestował Pierce. 
-  Samochód  może  być  w  każdej  chwili.  -  Włożył  ręce  do  kieszeni  spodni  i  oparł  się  o  balustradę,  jakby 

miał zamiar jeszcze trochę porozmawiać. - Po takich przyjęciach zawsze idziemy do kuchni na kawę. Panie 
lubią  pogawędzić  na  gorąco  o  tym,  czy  wszystko  się  udało.  To  jest  taka  nasza  tradycja.  Jak  kieliszek 
szampana przed balem na werandzie. 

- Chyba jak na jeden wieczór wystarczająco zakłóciłem wam rodzinny rytuał. 
- Tarze będzie przykro, jeżeli się do nas nie przyłączysz. Prosiła, żebym cię zaprosił. 
Rafe postanowił iść na całość. Musi wiedzieć, na czym stoi. 
- Dlaczego? 
- No, cóż. Tara to kobieta o czułym sercu i... 
- Pierce wzruszył ramionami. - Nic ci to nie mówi? 
- Co do serca Tary nie mam wątpliwości, ale nadal nie rozumiem, dlaczego mnie zaprasza. 
- A niech to licho. - Pierce westchnął teatralnie. 
-  Tara  mnie  ostrzegła,  że  mam  być  dyskretny,  ale  chyba  masz  prawo  wiedzieć.  Ja  na  twoim  miejscu 

chciałbym  wiedzieć.  Otóż  panie  mają  zamiar  zrobić  na  ciebie  zamach.  -  Zaprezentował  swój  słynny 
uśmiech. 

- Bardzo taktownie, rzecz jasna. 
- Zamach na mnie? W jakim celu? Pierce spoważniał i przyglądał się Rafe’owi przez długą chwilę, zanim 

background image

 

26 

odpowiedział. 

-  Jesteś jednym  z  niewielu  mężczyzn,  którym  Claire okazała  zainteresowanie  z powodów,  żeby  tak  rzec, 

pozazawodowych. - Powiedział to lekkim tonem, lecz jego oczy bardzo uważnie wpatrywały się w Rafe’a w 
oczekiwaniu na jego reakcję. 

Spojrzenie Rafe’a również było poważne. 
- Poza tym jesteś jedynym, którego przyprowadziła do domu i przedstawiła rodzinie. Więc rozumiesz, że 

wzbudziłeś naszą ciekawość. 

Słowa Pierce’a zaciekawiły Rafe’a. Nawet bardzo. 
- Niewielu, to ilu? 
- Dwóch. 
- Dwóch? - powtórzył Rafe jak echo. Trudno mu było w to uwierzyć. 
- Chyba że prowadziła podwójne życie. Ale o tym nic nam nie wiadomo. I oba te związki miały - jak by tu 

powiedzieć - bardzo letnią temperaturę, co najwyżej. I, jak wiemy, do niczego nie doprowadziły. 

- Znowu się uśmiechnął. - Jeżeli piśniesz choć słówko, wszystkiemu zaprzeczę. 
- Więc po co mi to, u licha, mówisz? 
- Ponieważ Claire się tobą interesuje. I tym razem wyczuwam wyższą temperaturę. A poza tym, dlatego - 

jego  szafirowe  oczy  nabrały  twardego,  ostrzegawczego  wyrazu  -  byś  dokładnie  zdawał  sobie  sprawę,  że 
rodzina czuwa. 

- Jeśli wyrządzę jej krzywdę, padnę trupem? 
- Zgadza się. Więc gotów jesteś narazić się Tarze czy przyjmujesz zaproszenie na kawę? 
- Oczywiście nie chciałbym jej urazić. 
- Ja też tak bym zdecydował na twoim miejscu - stwierdził Pierce. - Gage potrafi być bardzo niemiły dla 

ludzi, którzy dokuczają jego żonie. 

- Niech będzie kawa. 
Rafe ruszył za gospodarzem w stronę drzwi. O mało nie potknął się o pantofle Claire. Podniósł je ostrożnie 

i wszedł za Pierce’em do domu. 

Claire  rzeczywiście  znalazła  bratowe  w  dziecinnym  pokoju,  krzątające  się  wokół  najmłodszych 

Kingstonów. 

-  O  wilku  mowa.  -  Nikki  na  widok  Claire  podniosła  wzrok  znad  stołu,  na  którym  zmieniała  pieluszkę 

Chloe.  W  jasnych,  zielonych  oczach  żony  Pierce’a  błyskały  wesołe  iskierki.  -  Waśnie  rozmawiałyśmy  o 
tobie i tym twoim urodziwym przyjacielu. Gdzie go do tej pory ukrywałaś? 

- On nie jest moim przyjacielem, tylko reżyserem. I wcale go nie ukrywałam. 
- Ja w każdym razie nigdzie go nie widziałam. A gdyby ktoś taki kręcił się w pobliżu, na pewno bym go 

zauważyła. Jest prawie tak przystojny jak Pierce. 

- Nikki zapięła do końca śpioszki i wzięła dziecko na ręce. - Albo jak ta młoda dama. 
- Ostatnio właściwie niczego nie mogłaś zauważyć. 
-  Claire  posadziła  sobie  na  biodrze  bratanka,  dwuletniego  Beau,  który  od  dłuższej  chwili  szarpał  ją  za 

sukienkę. - Nie było cię tutaj. 

- To prawda - wtrąciła się Tara. - Za to ja byłam i też go nigdy przedtem nie widziałam. 
- Bo on nie bywa tam, gdzie ty - odparła Claire. 
-  Reżyseruje  mój  najnowszy  film.  Kropka.  Nie  jest  nikim  więcej.  Nie,  Beau,  kochanie,  nie  ciągnij  cioci 

Claire za kolczyk, to boli. - Wyciągnęła rękę i potrząsnęła ozdobioną brylantami bransoletką, żeby zwrócić 
na nią uwagę chłopczyka. Zaczął ją przekręcać, usiłując dociec, jak zdjąć z ręki błyszczące cacko. - Dzisiaj 
wieczorem  Rafe  Santana  był  tu  tylko  dlatego  -  ciągnęła  -  że  zaprosiłam  całą  ekipę  filmową  pracującą  nad 
„Desperatem” w podziękowaniu za ich wysiłek. 

-  Taak,  ale  ich  wszystkich  nie  zaprosiłaś  na  wcześniejszą  godzinę  i  na  kieliszek  szampana  w  rodzinnym 

gronie - zauważyła Nikki. 

-  Wcale  nie  zaprosiłam  go  na  szampana  przed  przyjęciem  -  zaprzeczyła  Claire,  lecz  pomyślała,  że  choć 

podświadomie, właśnie to zrobiła. - Przecież to Tara mu zaproponowała, żeby poszedł z nami na werandę. 

- Chyba nie mogłam go zostawić samego w progu? - spytała Tara z niewinną miną. 
- No tak, ale... 
-  A  poza  tym  -  nacierała  w  dalszym  ciągu  Nikki  -  to  nie  Tara  przez  cały  wieczór  wymieniała  gorące 

spojrzenia z pewnym wysokim, przystojnym brunetem. 

- Ja nie wy... 
- Puk, puk. - Zza drzwi dobiegł głos Pierce’a. 
- Czy nikt nie jest rozebrany? Możemy wejść? 
Wszystkie trzy panie poczuły wyrzuty sumienia, że tak długo kazały na siebie czekać. 

background image

 

27 

- Za minutkę schodzimy - odpowiedziała Tara - tylko położymy dzieci do łóżek. 
-  Nie  ma  zmartwienia  -  oznajmił  Pierce,  wchodząc  do  pokoju  z  tacą  pełną filiżanek  i  spodków.  -  To  my 

postanowiliśmy przyjść na górę. 

Za  bratem  kroczył  Gage  z  drugą  tacą,  na  której  stał  duży  dzbanek  z  kawą,  mały  ze  śmietanką  i 

cukierniczka. Na końcu szedł Rafe z dyndającymi na paskach pantoflami Claire. 

Wyciągnął je ku Claire na zgiętym palcu. 
- Zostawiłaś na tarasie. 
- Mam nadzieję, że tylko to - odezwał się Gage, stawiając tacę na dziecinnym stoliku. 
Claire obrzuciła brata lodowatym spojrzeniem i, ku swemu przerażeniu, zaczerwieniła się jak burak. Beau 

poklepał ciocię po policzku. 

- Ciepły! - zawołał. 
Wszyscy  wybuchnęli  śmiechem,  więc  i  on  zaśmiał  się  radośnie  i  powtarzał  „ciepły,  ciepły,  ciepły”  z 

nadzieją, że to słowo wywoła dalsze wybuchy śmiechu. Rafe pospieszył Claire na ratunek. 

-  Czy  rodzina  nie  jest  cudownym  wynalazkiem?  -  spytał,  usiłując  odwrócić  uwagę  zebranych  od 

zapłonionej Claire. 

Wyciągnął do niej ponownie rękę z pantoflami. 
- Masz, a ja wezmę tego małego dowcipnisia. 
- Nie wiem, czy pójdzie do ciebie. Pewno będzie się wstydził i... 
Tymczasem Beau gwałtownie pochylił się do przodu, jak to się zdarza małym dzieciom. 
Rafe  rzucił  pantofle  na  ziemię,  wyciągnął  ręce  i  przygarnął  malca  do  piersi,  choć  Claire  wcale  go  nie 

wypuściła.  Jej  ramiona  zostały  uwięzione,  przyciśnięte  do  muskularnego  torsu  ciałkiem  bratanka.  A  piersi 
opierały  się  o  dłonie  Rafe’a  przytrzymujące  dziecko.  Znieruchomieli  na  moment,  wplątani  nagle  w  sieć 
intymności.  Sutki  Claire  stwardniały  pod  jedwabiem  sukni.  Mięśnie  torsu  Rafe’a  naprężyły  się  jak  struny. 
Poczuli  przepływającą  przez  nich  falę  pożądania.  Rafe  -  gwałtownego  i  płomiennego,  Claire  -  dopiero 
rodzącego  się  i  jeszcze  nie  w  pełni  uświadomionego.  Emocja,  jakiej  się  poddali,  była  niemal  namacalna, 
oczywista dla wszystkich obecnych. 

Uwięzione między nimi dziecko zaczęło się wiercić. 
Claire, zakłopotana, chciała się cofnąć, lecz Rafe instynktownie mocniej przytulił chłopczyka, jakby chciał 

mieć przy sobie jeszcze bliżej kobietę, której zapragnął. 

- Puść mnie! - zawołał Beau. Dolna warga zaczęła mu niebezpiecznie drgać. 
Rafe ocknął się i nieco uniósł chłopczyka, żeby Claire mogła uwolnić ręce. 
-  Już  dobrze  -  powiedział do  dziecka przymilnie.  Podrzucił je leciutko  na ramieniu  do  góry  kilka razy  w 

nadziei, że zapobiegnie łzom malca. 

Lecz Beau miał już dosyć. Spojrzał na trzymającego go obcego człowieka i zaczął kwilić. 
- Chodź do taty, synku. - Gage przyszedł dziecku z pomocą i wziął je na ręce. - Zobacz, tam jest mama. 
Nagle  wszyscy,  poza  Rafe’em  i  Claire  znaleźli  się  przy  stoliku  z  kawą  i  wychwalając  grzecznego, 

dzielnego Beau, zaczęli napełniać filiżanki. 

Tylko  oni  dwoje  stali  na  uboczu,  jakby  byli  sami  w  pokoju.  Rafe  miał  ochotę  dotknąć  miękkiego, 

alabastrowego  policzka  Claire,  ciągle  jeszcze  zaróżowionego.  A  ona  stała  ze  spuszczoną  głową,  z 
opadającym na ramię puklem czarnych włosów, który Beau w czasie zabawy musiał wyciągnąć jej z koka. 
Przygryzając drżącą wargę, obracała nerwowo bransoletkę na przegubie ręki. 

Tylko  raz  w  życiu  doznała  podobnego  uczucia  -  przejmującego  dreszczem,  wzbudzającego  jednocześnie 

lęk i podniecenie. Nie ufała temu uczuciu, gdyż tak naprawdę nie ufała żadnemu poza miłością do rodziny. 
Nie  dowierzała  bowiem  tego  typu  porywom,  budzącym  się  łatwo  i równie  łatwo  przemijającym,  a  jeszcze 
łatwiej branym za uczucie, którym w istocie nie były. Zwłaszcza gdy, tak jak teraz, ogarnęła ją zdradziecka 
tęsknota za czymś, czego być może wcale nie pragnęła, a co mogło się dla niej skończyć bólem jak kiedyś. 

- Claire - wyszeptał Rafe zdławionym głosem, tak cichym, że nikt nie mógł go usłyszeć - Claire, popatrz na 

mnie. 

Rzuciła  mu  tylko  jedno  krótkie,  spłoszone  spojrzenie.  Rafe  westchnął.  Nie  mógł  się  do  niej  zbliżyć  w 

obecności tych wszystkich ludzi udających, że nie zwracają na nich uwagi. Nie mógł unieść jej podbródka 
do  góry  i  zażądać,  żeby  popatrzyła  mu  w  oczy.  Nie  mógł  zapytać,  dlaczego  namiętność,  którą  w  nim 
rozbudziła i jej własna reakcja przejęły ją taką nieufnością i strachem. 

- Chyba już pójdę. - Uświadomił sobie, że tego wieczoru, w tym pokoju, nie otrzyma odpowiedzi na swe 

pytanie. 

Skinęła głową, nie usiłując nawet z grzeczności go zatrzymywać. 
- Odprowadzisz mnie do drzwi? Claire zawahała się. 
Spojrzał na gromadkę skupioną przy stoliku z kawą. 

background image

 

28 

- Jeżeli tego nie zrobisz, uznają twoje zachowanie za dziwne - ostrzegł ją. Tylko tak mógł ją przekonać. - I 

po moim wyjściu rzucą się na ciebie z tysiącem pytań. 

Ten ostatni argument przemówił do niej. 
- Odprowadzę Rafe’a do wyjścia, a potem pójdę spać - oznajmiła. 
Miała tutaj, w domu brata, własny pokój, tak zresztą jak i pozostali członkowie rodziny. Zadbano, aby nie 

zabrakło w nim jej przyborów toaletowych, a nawet kilku strojów w szafie. Uznała więc, że najlepiej będzie, 
jeśli  przenocuje  tu  dzisiaj,  rano  wstanie  wcześnie,  żeby  uniknąć  kłopotliwych  pytań  rodziny,  a  po  rzeczy 
wstąpi do domu po drodze na lotnisko. 

Rafe został miło pożegnany i razem z Claire opuścił dziecinny pokój. Szli w dół schodami w całkowitym 

milczeniu ku pogrążonemu w półmroku westybulowi, gdzie w płynącym z piętra świetle połyskiwała tylko 
czarno-biała  posadzka.  Kiedy  zeszli  z  ostatniego  stopnia,  Claire  zesztywniała  z  obawy,  że  Rafe  będzie 
próbował  ją  pocałować.  Zastanawiała  się  też,  jak  powinna  się  w  takiej  sytuacji  zachować.  Nikomu  nie 
pozwalała na to od bardzo długiego czasu. A jeszcze dłużej nie pragnęła żadnego mężczyzny. Byli już przy 
drzwiach. 

- Nie zrobię tego, jeżeli ty nie będziesz chciała - powiedział. 
Nie patrzyła na niego. 
- Czego nie zrobisz? 
-  Nie  pocałuję  cię  na  pożegnanie  -  odrzekł.  -  Jednak  -  dodał  lekkim  tonem  -  radziłbym  ci  zdobyć  się  na 

odwagę i mieć to już za sobą. 

Wyraz jej oczu był parodią chłodnego opanowania. 
- Po co? 
- Ponieważ oboje wiemy, że to się w końcu zdarzy. Podobno oczekiwanie i wydarzenie to niemal to samo, 

a  nic  nie  okazuje się ani takie  złe,  ani takie  dobre, jak  to  sobie  wyobrażamy.  Jeżeli  cię  teraz  nie  pocałuję, 
będziesz  się  zamartwiała  i  zastanawiała  przez  całą  noc,  kiedy  to  nastąpi.  Nie  wyśpisz  się,  w  samolocie 
będziesz zmęczona i zła. Weź też pod uwagę, że obecność twoich obu braci tam, na górze, powstrzyma mnie 
przed czymś więcej poza pocałunkiem. W innych okolicznościach może byłoby to trudne. Razem wziąwszy, 
nie znajdziesz lepszej - w duchu dopowiedział: bezpieczniejszej - okazji do naszego pierwszego pocałunku. 

- Zmusił się do uśmiechu. - A przecież nie mogę nawet być pewny, czy ci się to spodoba. 
- A co byś powiedział, gdybym nie chciała się z tobą całować, ani teraz, ani kiedykolwiek? 
- Ale ty chcesz. - Jego głos zmienił się w uwodzicielski, schrypnięty szept, sam brzmiący jak pieszczota. 
- Prawda, Claire? 
Stała  pełna  wątpliwości,  z  dłonią  na  klamce,  usiłując  pojąć,  co  właściwie  czuje.  Czy  rzeczywiście  chce, 

ż

eby ją pocałował? 

- Tak - przyznała. Powiedziała to bardziej do siebie niż do niego. - Tak, chcę. 
- No to - starał się zapanować nad wzruszeniem - odwróć się do mnie. 
Czekał, a wydawało mu się, że mijają wieki. I nagle była tuż blisko, z twarzą uniesioną ku niemu i tymi 

wpatrzonymi w niego niezwykłymi, szafirowymi oczami, błyszczącymi w półmroku jak klejnoty. Wyglądała 
na taką kruchą i bezbronną, bez pantofli, z opadającym na ramię puklem włosów i czającą się w spojrzeniu 
niepewnością i nieufnością. Robiła wrażenie raczej dziecka spodziewającego się kary niż kobiety czekającej 
na pocałunek. 

Rafe pragnął wziąć ją w ramiona. Nie z namiętności, lecz z czułości. Chciał ją uspokoić, dodać jej 
odwagi  i  ochronić przed czymś,  co  powodowało,  że trzęsła się  ze  strachu  na  samą  myśl  o  pocałunku. W 

jego umyśle zaczęło kiełkować podejrzenie, co było tym „czymś”, i ten domysł nie był przyjemny. „Dają mi 
poczucie bezpieczeństwa” - tak powiedziała o swojej rodzinie. „Jesteś jednym z niewielu mężczyzn, którym 
Claire  okazała  zainteresowanie”  -  przypomniał  sobie  słowa  Pierce’a.  Wszystko  to  wydawało  mu  się  nad 
wyraz dziwne. 

Claire  Kingston,  utalentowana  i  urodziwa,  pracowała  w  branży,  która  przyciągała  przystojnych, 

obdarzonych  twórczymi  zdolnościami  i  pasją  mężczyzn.  Myśl,  że  żaden  z  nich  nie  rozpalił  w  niej  ognia 
namiętności, była śmieszna, wręcz absurdalna. Chyba że jego podejrzenia okazałyby się słuszne. Jeśli tak, to 
postawa Królowej Lodu jest kamuflażem. Barwą ochronną. Czy tylko on widział w niej przerażoną kobietę? 
I tylko on domyślał się prawdziwych powodów przywdziania przez nią maski oziębłej kobiety? 

-  Jeżeli  masz  zamiar  mnie  pocałować,  to  pocałuj  -  odezwała  się  oschle.  Nerwy  miała  napięte  do 

ostateczności od tego czekania i żaru, którym płonęło jej ciało. Chciała pocałunku i bała się go jednocześnie. 
Podobne doznania już kiedyś były przyczyną jej kłopotów. - Chciałabym trochę się przespać przed podróżą - 
dodała. 

Rafe uśmiechnął się z zadowoleniem. Była przerażona, lecz nie stchórzyła. 
Jeszcze bardziej zbliżył się do niej. Wzdrygnęła się, ale nie cofnęła. 

background image

 

29 

-  Zamknij  oczy,  Claire  -  poprosił  cicho.  Nie  posłuchała  go.  -  W  porządku  -  rzekł  z  westchnieniem  -  jak 

wolisz. 

I bardzo powoli, z rękami celowo opuszczonymi wzdłuż ciała, pochylił głowę, żeby ją pocałować. 
Jego  wargi  dotknęły  jej  ust  lekko,  delikatnie.  Jakby  motyl  musnął  kwiat.  Bez  nacisku.  Bez  zniewolenia. 

Bez przymusu. Tak bardzo się bal, żeby nie odwróciła głowy. Wyczuwał jej napięcie, ona jednak pozostała 
nieporuszona. Nie wychodziła mu naprzeciw, ale też nie wycofywała się. Przycisnął wargi troszkę mocniej, 
wciąż ostrożny, gotowy do odwrotu przy pierwszym odruchu niechęci z jej strony. 

Lecz Claire nie poruszyła się. Nie wiedziała, że wargi mężczyzny mogą być tak miękkie. A pocałunek taki 

delikatny.  Czując  jego  usta  na  swoich,  miała  wrażenie  takiej  samej  słodyczy  i  bezpieczeństwa  jak  wtedy, 
kiedy  malutki  Beau  całował  ją  w  policzek.  Powoli  zamknęła  oczy  i  zdała  sobie  sprawę,  że  jakaś  drobna 
cząstka  jej  niepokoju  ulatuje.  Pochyliła  się  nieznacznie  ku  mężczyźnie,  próbując  sama  troszkę  mocniej 
przycisnąć do jego ust swe wargi. 

W  odpowiedzi  każdy  nerw  ciała  Rafe’a  zadrżał  od  szalonego  napięcia.  Wcisnął  ręce  do  kieszeni  spodni, 

ż

eby  się  powstrzymać  od  przyciągnięcia  jej  do  siebie  i  okazania  swej  namiętności.  Zacisnął  dłonie  i 

czubkiem języka zaczął wodzić po jej wargach, cierpliwie, łagodnie, czekając, aż utajone w niej pragnienie 
wyzwoli się i skłoni ją do dalszego ustępstwa. A jego doprowadzi do szaleństwa. 

Zdał  sobie  bowiem  sprawę,  że  pocałunek  z  Claire  jest  niewyobrażalnym  przeżyciem.  Smak  jej  warg 

odurzył  go,  a  ich  nieśmiały  dotyk  pobudził  bardziej  niż  wszystkie  wyrafinowane  pieszczoty,  które 
ofiarowały  mu  dotąd  inne  kobiety.  Zastanawiał  się,  jak  daleko  jeszcze  może  się  posunąć,  żeby  nie  stracić 
panowania  nad  sobą.  Chciał  porwać  tę  kobietę  w  ramiona,  przytulić  do  siebie,  czuć  jak  najbliżej jej  małe, 
piękne  piersi.  Pragnął  rozpaczliwie  wyrazić  w  najgorętszym  pocałunku  całą  swą  namiętność.  Lecz 
równocześnie  wiedział,  iż  nie  może  sobie  na  to  pozwolić,  dopóki  nie  przywiedzie  jej  do  takiego  samego 
pragnienia i nie otrzyma od niej sygnału zachęty. Nagle poczuł, że jej język wysuwa się powoli, z wahaniem 
i  wreszcie  dotyka  jego  języka.  Jęknął  cicho  i  na  moment  dotarł  do  słodkiej  głębi  jej  ust.  Zaraz  jednak 
oderwał się od niej i cofnął o krok. 

- Dobranoc, Claire - powiedział. Głos miał ochrypły z pożądania. Oczy rozszerzone z namiętności. Ciało 

napięte i tętniące rytmem rozszalałej krwi. - Do zobaczenia rano na lotnisku. 

Chwycił  klamkę  i  gwałtownie  otworzył  drzwi.  Wiedział,  że  musi  uciekać,  w  przeciwnym  razie  ulegnie 

spojrzeniu  jej  szeroko  otwartych,  błyszczących  oczu,  w  których  widział  rodzące  się  pożądanie.  Gdyby 
pocałował ją  tak, jak  naprawdę  chciał  i  czego  ona  nieświadomie  oczekiwała,  śmiertelnie  by  ją  wystraszył. 
Czuł instynktownie, że nie była jeszcze gotowa do dzielenia z nim nieokiełznanej pasji, a on nie potrafiłby 
już  dłużej  utrzymać  się  w  ryzach.  Szybkim  krokiem  wyszedł  na  ganek,  minął  kamienne  lwy,  zbiegł  po 
schodach i nie oglądając się za siebie, wskoczył do czekającej na niego limuzyny. 

Claire stalą w progu z dłonią przy gorących wargach i patrzyła, aż samochód zniknął za bramą na końcu 

długiego podjazdu. Zastanawiała się, czy właśnie nie zrobiła pierwszego kroku, którego obiecała sobie nigdy 
więcej nie postawić. 

I dziwne było to, że perspektywa wspólnego wyjazdu z Rafe’em nie wydawała się jej już tak zatrważająca. 

 
 

ROZDZIAŁ 6 

Królowa  Lodu  wróciła.  Następnego  dnia  rano  siedziała  dumnie  wyprostowana  obok  Rafe’a  w  samolocie 

lecącym do Lubbock w Teksasie. Zrobiła wszystko, co możliwe, żeby przywrócić swój wizerunek. Włożyła 
wygodne,  praktyczne  obuwie,  szczelnie  zapięty  pod  szyję  żakiet,  włosy  ściągnęła  do  tyłu  w  kok,  zrobiła 
nieskazitelny  makijaż.  A  zachowywała  się  tak  ozięble,  że  już  na  sam  jej  widok  człowiek  mógłby  dostać 
zapalenia płuc. 

Rafe  poczuł  się  nieco  rozczarowany,  lecz  nie  był  zdziwiony.  Wiedział  bowiem,  że  metoda  „krok  do 

przodu,  dwa  kroki  wstecz”  jest  typowa  dla  odzyskiwania  równowagi  po  każdym  doświadczeniu,  które 
pozostawiło  uraz  fizyczny  czy  psychiczny.  U  Claire,  rozmyślał,  obserwując  ją  spod  oka,  prawdopodobnie 
chodzi o obydwa. 

Dla  kobiety  gwałt  musi  być  wstrząsającym  przeżyciem,  pozostawiającym  wielorakie  następstwa. 

Rozmowa  z  Pierce’em  poprzedniego  wieczoru  i  zachowanie  Claire  w  czasie  pocałunku  utwierdziły  w 
przekonaniu Rafe’a, że to właśnie jej się przydarzyło. Nie okazywała bowiem wahania czy lęku na myśl o 
pocałunku, naturalnego i instynktownego przed pierwszym zbliżeniem. A potem jej usta pod jego wargami 
nie  drżały  z  nerwowego  podniecenia.  Ona  była  autentycznie  przerażona.  To  był  pierwotny,  skręcający 
wnętrzności strach. 

Mimo to pocałowała go. To mii dawało nadzieję. Nadzieję, że pewnego dnia, może już niedługo, zanim on 

całkiem oszaleje w oczekiwaniu na ten moment - ona pozwoli mu na więcej niż tylko pocałunek. Sama go 

background image

 

30 

do tego zachęci i będzie dzielić z nim to przeżycie z niekłamanym uniesieniem i namiętnością. 

Podobnie  oceniała  sytuację  psycholog  dyżurująca  przy  telefonie  zaufania  dla  ofiar  gwałtu,  czynnym  całą 

dobę, z którą przeprowadził rozmowę po powrocie do domu. 

-  Nie  mogę  niczego  stwierdzić  z  całą  pewnością  bez  znajomości  stanu  faktycznego  -  powiedziała,  kiedy 

podzielił się z nią swymi podejrzeniami. - Jednak wydaje mi się, że pana przypuszczenia są słuszne. Chyba 
była  zgwałcona.  Jeżeli  naprawdę  tak  się  stało  i  pan  jest  pierwszym  mężczyzną,  którym  się  po  tym 
zainteresowała, to mogę panu udzielić tylko jednej, ale bardzo ważnej rady. Proszę postępować niezmiernie 
ostrożnie.  Niech  pan  nie  będzie  natarczywy  i  do  niczego  jej  nie  nakłania. Może  pan  spróbuje  z  nią  na  ten 
temat  porozmawiać.  To  zawsze  pomaga.  I  niech  pan  ją  zachęci,  żeby  poradziła  się  specjalistów.  Nawet 
mimo  znacznego  upływu  czasu  fachowa  porada  pomogłaby  jej  uporać  się  z  tego  typu  problemem.  Jednak 
nade  wszystko  -  powtórzyła  psycholog  z  naciskiem  -  niech  pan  nie  dąży  do  zbliżeń  i  nie  wymaga  od  niej 
współdziałania. Proszę pozwolić, żeby to ona nadawała kierunek waszym stosunkom zgodnie z jej własnymi 
psychicznymi możliwościami. 

Rafe zamierzał w pełni dostosować się do rady. Aż do osiągnięcia celu. 
Niczego  od  niej  nie  zażąda  ani  do  niczego  nie  przymusi.  Po prostu będzie  przy  niej  przez  cały  czas. Jak 

pokusa.  Jak  przynęta.  Niech  przyzwyczai  się  do  niego  i  jego  obecności.  Będzie  ją  łagodnie  prowadził  we 
właściwym  kierunku,  aż  zaufa  mu  na  tyle,  żeby  ulec  drzemiącej  w  niej  namiętności.  I  tak  już  ufała  mu 
bardziej, niż to sobie uświadamiała. 

Właśnie  przed  chwilą  usnęła,  choć  twierdziła,  że  nie  może  spać  w  obecności  obcych  ludzi.  Siedziała  z 

rękami  opuszczonymi  na  kolana  i  z  głową  niewygodnie  przechyloną  na  oparcie  fotela.  Uśmiechając  się 
czule, wyjął z jej palców wieczne pióro i odłożył na podniesiony, podręczny blat. Uniósł rozdzielającą ich 
siedzenia podpórkę i delikatnie wsunął ramię pod jej plecy. Zesztywniał, kiedy wymamrotała coś przez sen. 
Wstrzymał oddech w obawie, że Claire się obudzi i zaprotestuje przeciwko takiej poufałości. Lecz ona tylko 
przytuliła  się  do  niego.  Z  policzkiem  przy  jego  piersi  i  dłonią  opartą  tuż  ponad  srebrną  klamrą jego  paska 
wyglądała jak pełne ufności kocię, które znalazło się w znajomych, czułych rękach. 

Rafe  nakrył  jej  dłoń  swoją  i  przycisnął  ją  lekko  do  siebie.  Zamknął  oczy.  Zasypiał  z  uśmiechem  cichej 

satysfakcji. 

 
- ...schodzimy do lądowania w Lubbock. Kapitan prosi o zapięcie pasów, opuszczenie podręcznych blatów 

i ustawienie w pionie oparć foteli... 

Metaliczne, zniekształcone głośnikiem polecenia wyrwały Claire z głębokiego snu. 
Rafe  także  się  obudził,  lecz  nie  otwierał  oczu,  tylko  czekał  ciekawy,  jak  się  Claire  zachowa.  Gdy  tylko 

zauważyła, co jej służyło za poduszkę, zesztywniała i usiłowała usiąść prosto. Usłyszał, że cicho sapnęła z 
irytacją i oczyma duszy widział zakłopotanie na jej twarzy, kiedy rozważała swój kolejny ruch. 

Rzuciła  okiem  na  Rafe’a,  żeby  się  upewnić,  czy  śpi,  i  przygryzając  wargę,  bardzo  powoli,  milimetr  po 

milimetrze  wysunęła  dłoń.  Potem  uchwyciła  w  dwa  palce  jego  nadgarstek,  podniosła  do  góry  rękę  i 
uchylając głowę, przełożyła mu ją na kolano. Chwyciła wieczne pióro, ułożyła rozrzucone papiery i dopiero 
wtedy trąciła Rafe’a łokciem. 

- Rafe, obudź się - odezwała się ożywionym głosem. - Schodzimy do lądowania. 
-  Hm?  -  udawał,  że  z  wolna  powraca  do  przytomności.  Wyprostował  ramiona,  potem  się  przeciągnął, 

ocierając się przy okazji o Claire. 

Nie odsunęła się nawet o centymetr. 
- Długo spałem? - zapytał. 
-  Chyba  przez  całą  drogę  -  wymamrotała,  schylając  się  po teczkę.  Położyła ją  na  kolanach i  otworzyła  z 

trzaskiem. - Właściwie nie zwróciłam uwagi. 

- Przez cały czas pracowałaś? - Patrzył, jak metodycznie układa papiery i przybory do pisania na właściwe 

miejsca. 

- Uhm. - Zatrzasnęła teczkę. - W samolocie można się dobrze skupić. 
Skoro ona chce prowadzić taką grę, niech tak będzie, pomyślał. Tymczasem. Nie powie jej, że na policzku 

ma odciśnięty ślad guzika jego koszuli. 

- Co to za miasto? - zapytała Claire. Mrużąc oczy, usiłowała w gęstniejącym mroku odszukać na leżącej na 

kolanach mapie kolejną mijaną przez nich miejscowość w zachodnim Teksasie. 

- Ropesville. 
Rafe nie musiał nawet odczytywać tablicy informacyjnej witającej przybyszów. Odwrócił się do Claire. 
- Może byśmy się tu zatrzymali? Wyjrzała przez okno samochodu i zlustrowała otoczenie. 
- Nie, nie nadaje się - odrzekła, potrząsając głową. 
- Za duże, za ruchliwe. - Znów pochyliła się nad mapą. - Myślę, że powinniśmy zjechać z tej szosy w jakąś 

background image

 

31 

mniej  uczęszczaną.  Skręć  w  lewo  przy  pierwszym  zakręcie.  -  Podniosła  mapę  bliżej  do  oczu.  -  To  chyba 
będzie droga numer 41. 

Rafe zatrzymał samochód na parkingu następnego motelu. 
Claire spojrzała zdumiona znad mapy. 
- Co ty robisz? Dlaczego stoimy? 
- Zwracam ci uwagę, jeśli sama tego nie zauważyłaś, że słońce już zaszło i nic prawie nie można odczytać 

z mapy. Według mnie czas na odpoczynek. 

- Ale... 
-  Żadnego  ale  -  przerwał  Rafe.  Jego  cierpliwość  wystawiona  na  próbę  przez  Królową  Lodu,  przez  cały 

dzień w najwyższym stopniu oziębłą i odpychającą, wyczerpywała się. 

-  Krążymy  już  tak  w  kółko  -  spojrzał  na  zegarek  -  prawie  od  sześciu  godzin,  przejeżdżamy  przez  każdy 

przeklęty metr kwadratowy tego nieszczęsnego bezludzia. Nie wiem, czy od przedwczoraj spałem z pięć 

godzin,  wliczając  w  to  drzemkę  w  ciasnym  fotelu  w  samolocie.  A  jadłem  tylko  podany  tam  omlet  i 

jakiegoś  hamburgera  po  drodze.  Jestem  zmęczony  i  głodny.  Muszę  wziąć  gorący  prysznic,  wypić  zimne 
piwo i zjeść solidny stek z wszystkimi  możliwymi dodatkami. W tej właśnie kolejności. A potem chcę się 
porządnie wyspać przez osiem godzin. Myślę, że tobie też się to należy. 

Przyjrzał się jej uważnie i uderzyło go, że wcale nie robi wrażenia zmęczonej. Wyglądała tak samo świeżo 

i nieskalanie jak rano, kiedy wyruszali w podróż. 

Z jakichś niezrozumiałych dla niego samego przyczyn jej wygląd go zezłościł. 
-  A  może  Hollywoodzkiej  Królowej  Lodu  obce  są  takie  słabości,  typowe  dla  zwykłych...  -  urwał  nagle, 

gdyż zobaczył wyraz jej twarzy. - Co się stało? 

Odwróciła głowę. 
-  Masz  rację  -  odrzekła,  wpatrując  się  w  mapę  -  to  był  długi  dzień.  -  Zaczęła  ją  składać  lub  raczej 

próbowała to robić. Dlaczego mapy nigdy nie składają się tak łatwo jak się rozkładają, przemknęło jej przez 
myśl. - Jesteśmy oboje zmęczeni i... 

Wyciągnął rękę, żeby jej dotknąć, lecz tylko przytrzymał mapę, z którą nie mogła sobie poradzić. 
- Nie chciałem być taki obcesowy. - Wyrządził jej przykrość i poczuł się jak grubianin. A przecież to nie 

ona go rozdrażniła, po prostu był wykończony. Wypuścił z ręki mapę. - Przepraszam cię. 

-  Nie  masz  za  co  przepraszać  -  szepnęła  ze  wzrokiem  utkwionym  w  mapę.  Otworzyła  szeroko  oczy.  To 

była  znana  sztuczka,  która  miała  powstrzymać  łzy.  -  Dobrze,  że  się  zatrzymałeś.  A  ja...  -  Sztuczka  się  nie 
udała. - Do licha - powiedziała cicho i odwróciła twarz w stronę okna. Zgniotła w palcach brzeg mapy. 

- Claire, na miłość boską. - Rafe patrzył przerażony na pierwszą łzę spływającą po jej policzku. - Claire, 

kochanie, nie płacz - powiedział zrozpaczony i bezradny, jak każdy mężczyzna wobec kobiecych łez. - Jeżeli 
nie  chcesz,  nie  musimy  się  tu  zatrzymywać.  -  Gotów  był  jej  wszystko  teraz  obiecać,  byleby  nie  płakała.  - 
Możemy jechać tak długo, jak zechcesz. 

Po policzku pociekła druga łza. Otarła ją wierzchem dłoni, jak dziecko. 
- Ja n-nie dlatego - odparła, zła na siebie za okazanie słabości. Czuła się upokorzona. 
- Więc dlaczego? 
- To nic. Przepraszam. Sama nie wiem, co się ze mną dzieje. Ja... 
Rafe nie mógł znieść tego ani chwili dłużej. Ujął jej twarz i delikatnie odwrócił ku sobie. 
-  Powiedz  mi  -  poprosił  łagodnym  głosem.  Patrzyła  na  niego  w  milczeniu  przez  chwilę,  która  jemu 

wydawała  się  wiecznością,  szafirowymi,  błyszczącymi  od  łez  oczami.  Wargi  jej  drżały.  Rafe  pragnął 
scałować te łzy z czułością, która falą zalała mu serce. A potem całować wargi, żeby zaczęły drżeć już nie ze 
smutku, lecz z namiętności. - Powiedz mi - powtórzył cicho, z trudem powstrzymując odruch tkliwości. 

- Nie cierpię tego przezwiska! - wybuchnęła gwałtownie. - Nigdy go nie znosiłam. Ale jeszcze bardziej jest 

mi przykro, kiedy ty tak o mnie mówisz. 

- Chodzi ci o Królową Lodu? 
Kiwnęła głową. 
-  Jakbym  była  taka  zimna...  i  nieczuła...  i...  -  Choć  sama  nie  była  pewna,  czy  to  nie  jest  prawda.  Nawet 

teraz, gdy ją to tak zabolało, nie była pewna. 

- Już nigdy tak nie powiem - przyrzekł. - I spiorę na kwaśne jabłko każdego, kto cię tak nazwie. - Ujął jej 

twarz w dłonie i kciukami otarł resztki łez. - Już wszystko dobrze? 

Pociągnęła jeszcze nosem i skinęła głową. 
- Przepraszam, że zachowałam się jak idio... 
- Nie. - Dotknął kciukami jej warg. - To ja przepraszam, że doprowadziłem cię do płaczu. To się nigdy nie 

powtórzy. - Miał taką nadzieję. Musiał użyć całej siły woli, żeby oderwać dłonie od jej twarzy. - Co powiesz 
na taki pomysł. Może byśmy wynajęli sobie dwa pokoje w tym motelu? - zaproponował. - Wykąpiemy się, 

background image

 

32 

przebierzemy i poszukamy największych, najbardziej soczystych steków w całym Ropesville. 

Claire zmusiła się do podobnie lekkiego tonu. 
- A czy można by zamienić jeden z tych steków na porcję jarzyn? Nie jadam mięsa. 
 
- Wątpię, czy tutaj mają jakieś specjalne dania jarskie - odezwał się Rafe, kiedy w godzinę później siedzieli 

naprzeciwko siebie w restauracji. - Ale wiem, że będziesz mogła dostać tutejszą cętkowaną fasolę, pieczone 
ziemniaki, bo to zawsze podają do steków. No i zieloną sałatę, jak ładnie poprosisz. 

- Skąd wiesz, co tu podają do steków? W pierwszej chwili miał ochotę skłamać. Zdziwiło go to, gdyż już 

od  dawna  nie  odczuwał  takiej  pokusy.  Przestał  ukrywać  swe  pochodzenie,  kiedy  przekonał  się,  że  nie  dla 
wszystkich  kobiet  wartość  mężczyzny  zależy  od  tego,  kto  był  jego  dziadkiem  i  czy  jego  rodzina  jest 
zamożna. 

- Wychowałem się we Flat Rock, kilkadziesiąt kilometrów stąd - powiedział. - Jeżeli chłopak chciał zrobić 

na  dziewczynie  wrażenie,  to  przyjeżdżał  z  nią  na  randkę  właśnie  do  Ropesville.  Tu  było  najbliższe  kino  i 
kręgielnia. Najlepsza restauracja w promieniu wielu mil znajdowała się wprawdzie w klubie sportowym we 
Flat Rock, ale - w jego głosie zabrzmiała gorycz - tam wstęp był tylko dla członków. 

- Rozumiem, że ty nie miałeś karty członkowskiej. 
-  To  byłoby  raczej  trudne  -  odrzekł  zupełnie  szczerze,  jakby  chciał  się  zrehabilitować  przed  sobą  za 

poprzednią pokusę kłamstwa. - Moja rodzina mieszkała w najbiedniejszej dzielnicy tego miasteczka. Ludzie 
naszego pokroju nie byli mile poza nią widziani, chyba jako dozorcy czy kucharki. 

Nie wiedział, jak przyjmie to zwierzenie kobieta, przed którą wszystkie drzwi stały otworem. 
Wyglądało na to, że całkiem normalnie. 
- Czy twoja rodzina nadal tam mieszka, we Flat Rock? 
- Tak. W domu, w  którym się wychowałem, wciąż jeszcze  mieszka  mama  z  moim najmłodszym bratem, 

Matteo.  Zostanie  sama,  kiedy  on  na  jesieni  wyjedzie  na  studia.  Najstarsza  siostra,  Inez,  wyszła  za  mąż  za 
farmera i mieszka w pobliżu. Druga siostra. Mercedes, i jej mąż, też są niedaleko, mają dom na przedmieściu 
Brownfield. Prowadzą szkołę pilotażu na tamtejszym lotnisku i wykonują różne usługi lotnicze. 

- Jak liczne masz rodzeństwo? 
-  Ze  mną  jest  nas  siedmioro.  Jeszcze  jedna  siostra,  Ramona,  jest  adwokatem  w  Dallas  -  powiedział  z 

wyraźną dumą. - Pilar znasz. Brat Luis jest na drugim roku studiów. 

- A twój ojciec? 
- Zginął w czasie pożaru na polu naftowym, kiedy miałem piętnaście lat. 
-  Bardzo  mi  przykro  -  szepnęła,  gdyż  z  tonu,  jakim  to  powiedział,  wywnioskowała,  że  bolesne 

wspomnienie o wypadku ojca było ciągle żywe. 

- Mnie też - mruknął. 
Zjawiła się kelnerka z napojami - piwem Lone Star z lodu dla Rafe’a i mrożoną herbatą dla Claire. 
Przyjęła  od  nich  zamówienie,  nie  mrugnąwszy  nawet  okiem,  kiedy  Claire  poprosiła  o  porcję  steku  bez 

steku. 

- Chyba będziesz chciał się zobaczyć z rodziną, skoro już jesteś tak blisko? 
- Chyba. - Westchnął. Gdyby do nich nie wstąpił, matka urwałaby mu głowę. 
Claire spojrzała na niego zaciekawiona. Wydawało się, że jego rodzina była bardzo zżyta, więc powinien 

skwapliwie skorzystać z okazji odwiedzenia bliskich. 

- Nie masz ochoty? 
- Nie, skądże, mam. Tylko... - Wzruszył ramionami i zaczął zeskrobywać paznokciem etykietę z butelki. - 

Moja matka zrobi zaraz z tego wielką hecę. Powrót marnotrawnego syna i takie tam. Będzie chciała sprosić 
wszystkich  krewnych  z  bliższych  i  dalszych  okolic,  i  wyprawić  wielkie,  rodzinne  przyjęcie,  na  które 
poświęci swego najdorodniejszego cielaka. 

- Więc co z tego? - Claire nadal nie mogła zrozumieć, dlaczego Rafe tak niechętnie się odnosi do wizyty w 

domu. Ją bardzo by ucieszyło, gdyby matka chciała dla niej zrobić przyjęcie. Niestety, jej matka wydawała 
przyjęcia jedynie z towarzyskiego obowiązku. - Chyba byłoby bardzo przyjemnie? 

-  Taak.  -  Rafe  porównał  w  myślach  to  rodzinne  zgromadzenie  do  balu  w  domu  brata  Claire,  gdzie  był 

zaledwie wczoraj. 

-  Myślę,  że  powinieneś  zrobić  to  dla  swojej  matki.  Kelnerka  przyniosła  zamówione  dania.  Claire jadła  z 

prawdziwą  przyjemnością.  Zielona  sałata  była  świeża  i  krucha,  pomidory  miały  pomidorowy  smak,  co  się 
rzadko zdarzało, cienkie plasterki czerwonej cebuli i sos winegret zaostrzały apetyt. A do tego podano grube 
grzanki chleba domowego wypieku na kwasie, natarte czosnkiem, z roztapiającym się na nich masłem. 

- Nigdy bym nie pomyślał, że sobie z tym poradzisz - odezwał się Rafe po kilku minutach pełnej skupienia 

ciszy. 

background image

 

33 

Claire, z pełnymi ustami, spojrzała na niego pytająco. 
Wskazał widelcem niemal pusty talerz. 
Przełknęła jedzenie. 
- Ty zjadłeś hamburgera dzisiaj po południu, a ja tylko frytki. 
- Myślałem, że wpadłaś na jakiś idiotyczny pomysł odchudzania się. Gdybyś mi wcześniej powiedziała, że 

nie jadasz mięsa, moglibyśmy gdzieś po drodze kupić chociaż owoce. 

-  Nie  chciałam  ci  zawracać  głowy.  I  to  mówi  kobieta,  pomyślał,  która  nie  zawaha  się  przed  wierceniem 

dziury w brzuchu każdemu, kto pracuje nad jej filmem. Pokręcił głową ze zdziwieniem nad skomplikowaną 
kobiecą psychiką. 

- I wolałaś być głodna - stwierdził z nutą żartobliwej nagany. - Wobec tego jutro rano - rzekł stanowczo - 

przed  wyruszeniem  w  drogę  zabierzemy  ze  sobą  torbę  chłodniczą  i  załadujemy  do  niej  zapas  owoców  i 
soków.  Trzeba  było  tak  zrobić już  przed  wyjazdem  z  Lubbock.  Lepsze  to  niż  tłuste  hamburgery.  Aaa,  oto 
mój stek. - Spojrzał łakomie na mięso. - Nie jadłem kawałka porządnej wołowiny od wyjazdu z Teksasu. 

Pozwoliła mu w spokoju sycić się soczystym mięsem i dopiero po paru dobrych chwilach spytała: 
- Skoro wychowałeś się w tej okolicy, to zapewne dobrze znasz wszystkie małe miasteczka w tym regionie. 
Miał to być subtelny wyrzut, że niepotrzebnie krążyli tak długo w poszukiwaniu idealnego Burley. 
- Właściwie nie bardzo. - Jej aluzja była dość przejrzysta. - Opuściłem dom w parę miesięcy po maturze. - 

Niedługo po tym, jak Laura Lyn Parker wystawiła go do wiatru. - I nigdy tu na dłużej nie wracałem. Małe 
miasteczka  szybko  się  zmieniają,  zwłaszcza  w  takich  niestabilnych  ekonomicznie  czasach,  jakie  mieliśmy 
przez ostatnie dwanaście lat. 

- Dokąd wyjechałeś po maturze? 
- Początkowo nie za daleko. Dostałem pracę na polu naftowym w rejonie Midland, potem przeniosłem się 

do Houston, a w końcu na platformę wiertniczą w Zatoce Meksykańskiej. 

- A jak to się stało, że z Zatoki Meksykańskiej przeniosłeś się do Hollywood, i to jako reżyser? 
Przeszłość Rafe’a tak bardzo różniła się od życiorysów znanych jej ludzi. To było fascynujące. 
-  Przyjechała  ekipa  filmowa  robić  film  dokumentalny  o  pracy  i  życiu  na  dalekomorskiej  platformie 

wiertniczej.  Byłem  wtedy  jeszcze  bardzo  młody,  miałem  dwadzieścia  trzy  lata,  i  kręcenie  filmu,  nawet 
dokumentalnego,  wydawało  mi  się  o  wiele  bardziej  interesujące  niż  wydobywanie  ropy.  Więc  trochę  im 
pomagałem, a kiedy skończyli, wyjechałem razem z  nimi. Ale praca nad filmem się skończyła, a ja byłem 
bez grosza i musiałem szukać nowego zajęcia. 

- I dlatego zostałeś kaskaderem? 
- Tak. Ta robota zapowiadała się na znacznie ciekawszą od przenoszenia z miejsca na miejsce oświetlenia 

czy kamer. - I o niebo lepiej płatną, dodał w duchu. - Stąd już droga do stanowiska szefa ekipy kaskaderów 
była stosunkowo prosta. A potem dalej, do reżyserowania filmów akcji. 

- A ten film dokumentalny, który zasługiwał na Oskara, zrobiłeś tak od niechcenia? - spytała. Skinął głową 

w podziękowaniu za komplement. 

- No to już znasz historię mego życia. Teraz twoja kolej. 
- Moja? 
-  Proszę  o  historię  twojego  życia.  Jak  to  się  stało,  że  siedzi  tu  przede  mną  Claire  Kingston,  producentka 

filmowa? - spytał, patrząc na nią uważnie. 

-  O  nieba!  -  To  pytanie  ją  speszyło.  Nie  lubiła  opowiadać  o  swojej  przeszłości.  -  Wystarczy  przeczytać 

pierwsze  lepsze  czasopismo  zajmujące  się  kinem  albo  jeszcze  lepiej  popularne  magazyny.  Powtarzają  do 
znudzenia te same fakty z mojego życia. Zapis dla potomności. 

- Z. pewnością nie wszystkie fakty. - Nie spuszczał z niej wzroku. 
- Wszystkie, które miały znaczenie - powtórzyła z uporem. 
Rozłożyła palce, żeby na nich wyliczać te wydarzenia. 
- Trzeba zacząć od tego, że urodziłam się - dotknęła pierwszego palca - i to jak stwierdzają dziennikarze - 

uśmiechnęła  się  -  we  właściwym  czasie,  gdyż  w  tym  dniu  moi  rodzice  obchodziliby  jedenastą  rocznicę 
ś

lubu, gdyby przedtem się nie rozwiedli, co im nie przeszkodziło wkrótce pobrać się na nowo. Nie pamiętam 

tego,  ale  mówiono  mi,  że  pierwsze  urodziny  spędziłam  z  nianią  w  Beverly  Hills,  bo  mama  i  tata  właśnie 
załatwiali  sobie  w  Meksyku  drugi  rozwód.  Potem  przez  jakiś  czas  nic  się  specjalnego  nie  działo,  a  w 
czwartym roku życia zadebiutowałam w filmie w niewielkiej roli sierotki o anielskiej buzi i niewyparzonym 
języku. Partnerowałam aktualnej kochance mego ojca, grającej zakonnicę. Wypaliłam pierwszego - i dzięki 
Bogu  jedynego  -  papierosa  przed  kamerą,  kiedy  miałam  dziesięć  lat.  Całowałam  się  pierwszy  raz  jako 
trzynastolatka w filmie „Pełnoletnia” i za tę rolę dostałam Oskara. 

Zaczęła wyliczać na palcach drugiej ręki. - Pierwszą scenę miłosną zagrałam mając szesnaście lat, ale nie 

mogłam  obejrzeć  tego  filmu,  bo  był  dozwolony  od  lat  osiemnastu.  -  Ton  jej  głosu  był  teraz  mniej 

background image

 

34 

niefrasobliwy. - Wtedy też włożyłam po raz pierwszy długą suknię, gdyż bohaterka, którą grałam, szła na bal 
maturalny. 

Nie dodała tylko, że to był jedyny bal maturalny, w którym brała udział. 
-  Dwa  lata  później  zagrałam  pierwszą  już  dorosłą  rolę  w  „Oszustach”,  po  czym  zrezygnowałam  z 

aktorstwa. I tak oto - dotknęła ostatniego palca - Claire Kingston, kobieta, producent filmowy, siedzi teraz 
naprzeciwko ciebie. 

- Rzeczywiście wtedy całowałaś się po raz pierwszy? 
-Tak. 
Wszystko,  co  robiła  po  raz  pierwszy,  działo  się  w  filmie.  Pierwsze  wypowiedziane  ordynarne  słowo, 

pierwszy wypalony papieros, pierwsza długa suknia, pierwszy romans - wszystko na oczach ekipy filmowej. 
Każdy  znaczący  krok  w  jej  życiu  był  pozorem,  fikcją,  przeżyciem  sfabrykowanym  dla  potrzeb  kamery. 
Doszło  do  tego,  że  zaczynała  zastanawiać  się,  czy  jest  zdolna  do  przeżywania  prawdziwych  uczuć,  czy  je 
rozpozna, gdy nadejdą. Co doprowadziło nieuchronnie do zdarzenia, które rozegrało się później. 

- Już państwo zjedli? - Kelnerka przerwała ich rozmowę, zanim Rafe zdołał zadać następne pytanie. 
- Tak, dziękujemy - odparła Claire. 
- Może przynieść jakiś deser? Kawę? 
- Dla mnie nie. A dla ciebie, Rafe? 
Potrząsnął głową. 
- Proszę rachunek. 
 
Z  restauracji  wyszli  w  milczeniu.  Był  ciepły,  teksaski  wieczór.  Powietrze  pachniało  kurzem,  bylicą  i 

spalinami unoszącymi się nad przecinającą szosę drogą,” która oddzielała parking restauracji od ich motelu. 

Kiedy przechodzili przez skrzyżowanie, choć nie było wielkiego ruchu. Rafe wziął Claire za rękę. 
Claire pozwoliła mu spleść palce ze swoimi bez najmniejszego protestu. Nie czuła nawet cienia niepokoju. 

Przeciwnie, wydawało się jej, że tak właśnie powinno być - jej dłoń w jego gorącej, silnej, chroniącej ją ręce. 

Spoglądała  na  niego  spod oka,  gdy,  ciągle  trzymając  się  za  ręce,  przechodzili  koło  biur  motelu,  a  potem 

obok  basenu,  w  kierunku  przydzielonych  im  pokojów.  Zastanawiała  się,  jakim  byłby  kochankiem.  Czy 
okazałby  jej  taką  delikatną  czułość  jak  wczoraj,  przy  pocałunku?  Czy  może  nie  potrafiłby  opanować 
namiętności? Czy oczekiwałby od niej takiej samej reakcji? Czy umiałby się powstrzymać, gdyby się zlękła? 
Był  takim  silnym,  potężnie  zbudowanym  mężczyzną.  Lecz  także  dżentelmenem.  Człowiekiem  subtelnym. 
Nie wyrządziłby jej krzywdy, choćby nawet nie sprostała jego oczekiwaniom. 

Pociągał  ją  fizycznie  -  wbrew  jej  woli.  Być  może  nigdy  nie  będzie  miała  lepszej  sposobności,  żeby 

zmierzyć  się  ze  swym  strachem.  A  jednak  gdy  wypuścił  jej  rękę,  aby  wyjąć  klucz  z  kieszeni  opiętych  na 
muskularnych  nogach  dżinsów,  poczuła  uścisk  w  żołądku.  Czy  wystarczy  jej  odwagi,  aby  poszukiwać 
odpowiedzi na nurtujące ją pytania? Czy ma pozostać emocjonalną kaleką, dlatego że nie potrafi wyzbyć się 
obaw, mimo nadarzającej się szansy? 

Otworzył drzwi jej pokoju. 
- Dobranoc, Claire - powiedział łagodnym głosem. Ujął jej dłoń i położył na niej klucz. - Śpij smacznie. 
Odwrócił się w stronę drzwi swego pokoju. 
- Rafe? - Usłyszała swój głos, zanim zdążyła ten 
impuls powstrzymać. 
- Słucham. 
Przełknęła ślinę. 
- Czy pocałujesz mnie na dobranoc? 

 
 

ROZDZIAŁ 7 

Te  ciche  słowa  były  jak  uderzenie  pięścią  w  splot  słoneczny.  Znieruchomiał,  starając  się  pojąć  ich 

właściwe znaczenie. 

„Czy  pocałujesz  mnie  na  dobranoc?”  Chciała,  żeby  ją  pocałował  na  dobranoc.  Niewątpliwie  to  zdanie 

znaczyło dokładnie to. Nic więcej. Nic mniej. Czy rzeczywiście? 

Odwrócił  się  do  niej,  zdecydowany  spełnić jej  prośbę,  a  potem  zabrać ją  do siebie.  I  wtedy  przypomniał 

sobie,  co  mówiła  psycholog  z  telefonu  zaufania.  „Niech  pan  nie  będzie  natarczywy  i  do  niczego  jej  nie 
nakłania.  Proszę  pozwolić,  żeby  to  ona  nadawała  kierunek  waszym  stosunkom  zgodnie  z  jej  własnymi 
możliwościami psychicznymi”. Wiedział, że musi się dostosować do tej rady. Zbliżył się do Claire i tak jak 
poprzedniego  wieczoru,  z  rękami  opuszczonymi  wzdłuż  ciała,  pochylił  głowę  i  tylko  wargami  dotknął  jej 
ust. 

background image

 

35 

Zadrżała. 
Uniósł głowę. 
- Claire? 
- Całuj mnie - domagała się szeptem, jakby w udręce. Pochyliła się ku niemu i oparła zaciśnięte dłonie na 

jego piersi. - Proszę. Całuj mnie. 

Otoczył ją ramionami i połączył jej usta ze swymi. 
Zarzuciła mu ręce na szyję, wspięła się na palce, podsuwając gwałtownie usta do pocałunku, jak kobieta 

opanowana niepowstrzymaną namiętnością. 

Poddał się na moment temu wrażeniu. Mocniej ją przytulił. Rozwarł szerzej wargi. Już miał dać się ponieść 

nieoczekiwanej  fali  uniesienia,  gdy  nagle  uświadomił  sobie,  że  to  nie  namiętność  nią  kieruje,  lecz  jakaś 
brawurowa, rozpaczliwa zuchwałość. Przypominała małą dziewczynkę, która decyduje się nagle na otwarcie 
drzwi  szafy,  aby  stanąć  oko  w  oko  z  zamieszkującym  ją  potworem.  Ciało  Claire  w  jego  ramionach  było 
napięte  i  sztywne,  nie  wyczuwał  w  nim  uległości  i  pożądania.  A  dźwięk,  który  usłyszał,  nie  był  jękiem 
zachwytu,  lecz  przerażenia.  Jego  zapał  ostygł,  jakby  ktoś  oblał  go  kubłem  zimnej  wody.  Objął  dłońmi  jej 
głowę i głaskał zaplecione po kąpieli w warkocz włosy. Potem odchylił ją leciutko do tyłu. 

-  Claire  -  powiedział  z  ustami  przy  jej  wargach.  Jego  oddech  był  jeszcze  gorący.  Jej  -  przyspieszony, 

urywany, jakby po długim biegu. Czul pod swymi kciukami na jej skroniach szybko bijący puls. 

- Claire. Uspokój się, dziecino. To nie jest wyścig. To pocałunek. - Dotknął wargami najpierw jednego, a 

potem drugiego kącika jej ust. - Po prostu pocałunek. 

Wciągnęła  powietrze  głęboko,  spazmatycznie,  jak  dziecko,  które  dopiero  co  przestało  szlochać,  i  kiedy 

znowu objął ją ramionami, pozostała nieruchoma z uniesioną ku niemu twarzą. 

- O to właśnie chodzi - pochwalił ją i zaczął całować jej policzki, brodę, powieki. Delikatnie, powoli, żeby 

ukoić to wzburzenie. Gdy poczuł, że się odpręża, szepnął: 

- Tak, właśnie tak. - I znów dotknął wargami jej ust. 
Jeszcze jakby trochę niepewna, tym razem pokonując wahanie, rozchyliła wargi w oczekiwaniu. Pieszczotę 

jego ust i języka przyjęła z cichym westchnieniem, nie jak agresywną napaść, lecz podarunek, którego nie 
może odrzucić. Starała się rozpoznać uczucia, które ją ogarnęły. Ten mężczyzna obdarowywał ją czułością, 
poczuciem  bezpieczeństwa.  I  wywoływał  w  niej  jeszcze  coś,  co  dopiero  zaczynała  pojmować  -  zmysłowe 
podniecenie.  Chciała  się  sycić  jego  pocałunkiem  bez  końca,  gdyż  z  tą  pieszczotą  nie  wiązało  się  żadne 
nieprzyjemne  doznanie  -  strachu,  niebezpieczeństwa,  bólu.  Dokonuję  zadziwiającego  odkrycia  jak  na 
dwudziestopięcioletnią  kobietę,  pomyślała.  Pragnęła  się  rozkoszować  tym  pocałunkiem  i  upajać  się  nim 
coraz bardziej. 

Rafe od razu wyczuł zmianę, jaka w niej zaszła. Oparł się o futrynę na wpół otwartych drzwi, przyciągnął 

Claire  do  siebie  tak  mocno,  aż  poczuł  przy  sobie  jej  piersi  i  biodra,  a  potem  zaczął  pieścić  plecy  poprzez 
cienki  jedwab  bluzki.  Kusiło  go,  żeby  przesunąć  palce  wzdłuż  wyczuwalnych  pod  materiałem  ramiączek 
stanika i ująć w dłonie jej małe piersi. Lecz nie był pewien, jak by to przyjęła. Czy była gotowa na kolejny 
krok? 

Tuliła  się  do  niego  taka  rozgrzana.  Jej  zmysły  już  były  pobudzone,  wilgotne  wargi  odwzajemniały 

pocałunki,  a  palce  nieprzerwanie  gładziły  jego  włosy.  Przesunął  ręce  ku  jej  piersiom  i  musnął  je  lekko. 
Zesztywniała. Odsunął ręce. 

- Nie, nie - szepnęła tuż przy jego ustach. - Wszystko w porządku. Tylko mnie trochę wystraszyłeś. - Jej 

głos nieco drżał. - Już dobrze, naprawdę. 

Rafe jednak  wiedział,  że  to  nieprawda.  Powrócił  ślad  dawnych  obaw,  a  on  nie  mógł  pozwolić,  aby  choć 

cień  jej  strachu  ciążył  na  atmosferze  ich  fizycznego  zbliżenia.  Jeżeli  w  końcu  Claire  mu  się  odda,  to 
całkowicie, bez zastrzeżeń. 

- Kochanie, jutro znowu mamy przed sobą długi dzień - wyszeptał, rozluźniając uścisk ramion. 
Oparta o niego, nie zareagowała, jakby bała się poruszyć. 
- Ale przecież ty... ty... 
- Pragnę ciebie? - Wiedział, że to miała na myśli. 
- Tak, pragnę. - Położył dłonie na jej karku i przytulił czoło do jej czoła. - Czy nikt ci nie mówił, że nie za 

każdym razem mężczyzna musi otrzymać to, czego pragnie? 

- Nie? - spytała z niedowierzaniem. 
Zastanawiał się, czy rzeczywiście tego nie wiedziała, czy po prostu była zdziwiona, że to mężczyzna jest 

orędownikiem wstrzemięźliwości. 

-  Nie.  -  Objął  dłońmi  jej  talię.  -  Myślałem,  że  wie  o  tym  każda  dziewczyna  już  w  liceum.  Przynajmniej 

taka, która ma starszych braci. 

- Nie chodziłam do liceum - odparła. - Miałam prywatnych nauczycieli. A Gage i Pierce są znacznie starsi 

background image

 

36 

ode mnie - odruchowo stanęła w obronie rodziny. 

- Pozwól więc, że uzupełnię luki w twej edukacji, panno Kingston. Nie spełnione pożądanie może być dla 

mężczyzny frustrujące, ale z pewnością niczym mu nie grozi. I kobieta nie musi się tym przejmować, chyba 
ż

e sama pragnie je zaspokoić. Czy to jasne? - Uniósł jej twarz do góry. - Jasne? - powtórzył. 

- Tak - odrzekła słabym głosem. 
Była zażenowana, lecz równocześnie odczuła wielką ulgę. 
- Dobrze. A to po to, żebyś dobrze zapamiętała, co powiedziałem. 
Jeszcze raz ją pocałował, równie delikatnie, jak przedtem, lecz na tyle długo, że gdy wreszcie uniósł głowę, 

oboje ciężko oddychali. 

- Dobranoc, Claire - szepnął schrypniętym głosem i szybko odsunął ją od siebie. 
Wpatrywała się w niego trochę jeszcze oszołomiona. 
- Idź już. - Popchnął ja lekko w kierunku pokoju. - Poczekam, aż zamkniesz się na klucz. 
- Dobranoc, Rafe. - Z jej oczu wyczytał zdumienie. - I dziękuję - szepnęła, zamykając za sobą drzwi. 
Odczekał moment, a kiedy usłyszał, że klucz przekręca się w zamku, podszedł do drzwi swego pokoju. Za 

pierwszym razem nie mógł trafić do zamka. Zaklął cicho. 

- Cała nadzieja w tym, że mają tu telewizję kablową - wymruczał, otwierając wreszcie pokój. Wiedział, że 

tej nocy nie zmruży oka. Każda cząstka jego ciała wyrywała się do kobiety, która była tuż obok, za ścianą. 

 
Claire  myślała,  że  następnego  dnia  rano  będą  się  czuli  niezręcznie.  Powinni.  Dzięki  Rafe’owi  tak  się 

jednak nie stało. Zjedli razem śniadanie w złudnym chłodzie wczesnego poranka, po czym wyszli na zakupy. 
Kupili  torbę  chłodniczą  i  zapakowali  do  niej  zapas  owoców,  napojów  i  trochę  różności  do  przegryzania. 
Rafe wyśmiewał się z jej dietetycznych odżywek owsiano-orzechowo-rodzynkowych i „źródlanej” wody, a 
ona  wyliczała  mu  kalorie  w  czekoladowych  batonach  i  cukierkach,  które  według  niego  były  niezbędne  w 
czasie dłuższej podróży. Uzupełnili paliwo i o godzinie ósmej trzydzieści ruszyli na zachód w promieniach 
słońca wpadających już przez boczną szybę samochodu. 

Claire  wydawało  się,  że  nigdy  jeszcze  nie  czuła  się  tak  odprężona  i  beztroska.  Po  części  dlatego,  że 

znalazła się daleko od Hollywood. Poza zasięgiem obmowy, podstępnych ciosów w plecy. Z dala od plotek i 
dziennikarzy,  od  nie  kończących  się  przyjęć,  podczas  których  można  było  zyskać  lub  stracić  reputację 
pomiędzy jednym daniem a drugim. 

Kolejnym  powodem  była  niewątpliwie  przyjemność  podróżowania  samochodem  w  przepiękny,  pogodny 

dzień, pokonywania kilometrów przy cichej muzyce płynącej z radia, w lekkim wietrze, wpadającym przez 
uchylone szyby. W takiej chwili miała wrażenie, że wszystko, co najlepsze, jest jeszcze przed nią. 

Lecz najważniejsza przyczyna leżała w czym innym. Można by powiedzieć raczej, że siedziała, o pół metra 

od  niej.  Claire  spojrzała  na  trzymającego  kierownicę i  wpatrzonego  przed  siebie mężczyznę.  Usadowił  się 
wygodnie, widać było, że jego mięśnie są całkowicie rozluźnione, a przecież wciąż wyglądały na twarde jak 
skala i nieodparcie kojarzyły się z opoką. Patrząc na jego profil, Claire pomyślała, że jest to twarz człowieka 
poważnego i bezkompromisowego. 

Szerokie, gładkie czoło, orli nos, wydatne kości policzkowe, znamionujący upór podbródek. Wyraz powagi 

łagodziły  jednak  kształtne  usta,  długie  rzęsy  i  czarne,  faliste  włosy,  teraz  rozwiane  wiatrem.  Dłonie 
spoczywające  na  kierownicy  były  silne  i  niezawodne,  palce  lekko  wystukiwały  rytm  piosenki  country 
płynącej  z  radia.  Szerokie  ramiona,  tors  zwężający  się  w  talii,  płaski  brzuch,  muskularne  uda.  Emanował 
siłą, zmysłowością, a jednocześnie budził zaufanie. 

Wiedziała już, że mogła na niego liczyć, zwłaszcza na jego wrażliwość i odpowiedzialność. Czuła, jak ta 

zlodowaciała  grudka,  którą  gdzieś  w  głębi  siebie  przechowywała  od  tak  dawna,  zaczyna  się  powoli 
roztapiać. 

- Co takiego dostrzegłaś? - spytał. Czuł na sobie jej wzrok jak delikatną pieszczotę. - Została mi na brodzie 

resztka sosu? 

Jadł  na  śniadanie  kiełbaski  i  ta  swoista  dieta  w  stylu  Południa  była  przyczyną  żartów  Claire,  która 

zamówiła otręby z chudym mlekiem. 

Potrząsnęła głową. 
- Zastanawiałam się, kiedy dojedziemy do Flat Rock. 
Spojrzał na nią kątem oka. 
- Spieszy ci się z jakiegoś szczególnego powodu? 
- Nie. 
A jednak się jej spieszyło. Zainteresowanie osobą Rafe’a przeniosło się na wszystko, co go dotyczyło. 
- Po prostu lubię mieć wszystko zaplanowane - dodała. 
- Tak? - udał zdumienie. - Naprawdę? W odpowiedzi usłyszał jej cichy śmiech. 

background image

 

37 

- Zawiadomiłem mamę, że nie może nas oczekiwać wcześniej niż o trzeciej. 
- Sądziłam, że do Flat Rock jest około osiemdziesięciu kilometrów. 
-  Tak  -  przyznał  -  w  linii  powietrznej.  Ale  my  nie  fruwamy,  a  nawet  nie  wybraliśmy  sobie  najkrótszej 

drogi. Pomiędzy Ropesville i Flat Rock jest sporo małych miasteczek. Może któreś z nich okaże się naszym 
Burley. 

- Może. 
Do  Flat  Rock  zajechali  jednak  wcześniej,  gdyż  Claire  wystarczyła  za  każdym  razem  jedynie  minuta  na 

podjęcie decyzji,  że  żadne z  kolejnych  mijanych  małych  miast  nie  spełnia jej  wymagań.  Gdy  dojechali  do 
znaku  granicznego  na  skraju  Flat  Rock,  Rafe  mógł  już  tylko  szczerze  współczuć  ekipie,  która  do  tej  pory 
poszukiwała  lokalizacji  pleneru.  Ani  jedna  miejscowość,  którą  widzieli,  nie  odpowiadała  wyobrażeniom 
Claire. 

- Budynek szkolny jest zbyt nowoczesny - orzekła w jednym z miasteczek. 
- Za dużo szyldów na głównej ulicy - stwierdziła w innym. 
- Wielkomiejska atmosfera. 
- Na rynku powinno stać podium dla orkiestry jak w dawnych czasach. 
- Budynek sądu jest z kamienia, a powinien być z cegły. 
- Nie ma baru z napojami bezalkoholowymi. 
- Zaniedbane. 
- Współczesne budownictwo. 
- Wszystko psuje ten parking. 
Rafe  starał  się  jej  wytłumaczyć,  że  nie  ma  racji.  Kupcom  można  by  zapłacić  za  tymczasowe  zdjęcie 

szyldów,  budowa  podium  czy  ceglanej  fasady  budynku  nie  była  problemem,  a  skoro  nie  przewidywali 
kręcenia scen na parkingu, to obojętne, jaki on jest lub czy go w ogóle nie ma. 

Claire nie chciała słuchać. 
- Czego ty, do licha, szukasz? - zawołał w pewnym momencie. 
- Burley - odparła chłodno. 
Jego  groźne  spojrzenie  nie  wywarło  na  niej  żadnego  wrażenia.  Pochyliła  się  nad  mapą  i  czerwonym 

krzyżykiem skreśliła kolejne miasto. 

Rafe musiał powstrzymać uśmiech podziwu. Claire w różnych kwestiach mogła wykazywać niepewność, 

gdy  jednak  chodziło  o  sprawy  zawodowe,  nie  wahała  się  nigdy.  Przystąpiła  do  poszukiwań  fikcyjnego 
Burley jak dowódca oddziału zwiadowczego, który nie może odstąpić od wyznaczonego celu. Kiedy w parę 
minut  później  wjechali  w  główną  ulicę  Flat  Rock,  a  Claire  zaczęła  się  rozglądać  wokół  z  dużym 
zainteresowaniem, rozbawienie Rafe’a przygasło. 

Flat Rock wyglądało rzeczywiście tak, jakby ostatnie ćwierćwiecze nie wywarło na nie żadnego wpływu. 

Wprawdzie tu i ówdzie zauważało się ślady upływu  czasu, lecz w zasadzie wszystko było bardzo zadbane 
przez  dumnych  ze  swego  miasteczka  mieszkańców.  Boisko  zbudowanego  przed  dwudziestu  pięciu  laty 
liceum  otaczały  z  dwóch  stron  drewniane  ławki  dla  widzów,  którym  wyniki  rozgrywek  sportowych 
pokazywano  na  staromodnej  tablicy,  gdyż  technika  elektroniczna  jeszcze  tu  nie  dotarła.  Na  rynku  stało 
drewniane podium, a przez szybę miejscowej drogerii widać było stoisko z napojami chłodzącymi. 

- Budynek sądu nie jest z cegły - zwrócił uwagę Rafe. 
- Ale za to bank jest - zauważyła Claire, obserwując bacznie okazałą, starą budowlę. - Jestem przekonana, 

ż

e właściciele pozwoliliby nam go wykorzystać. 

- Tutejsi radni zaprojektowali parking na przeciwległym końcu miasta. 
Claire spojrzała na Rafe’a z wyrzutem. 
- Od początku wiedziałeś, że Flat Rock doskonale nadaje się na Burley - stwierdziła. - Prawdopodobnie już 

po przeczytaniu scenariusza. Dlaczego nie powiedziałeś? Zaoszczędziłoby to wiele czasu i wysiłku. 

- Flat Rock jako Burley? - zaśmiał się. - Chyba żartujesz. 
- Nie, mówię poważnie i ty dobrze o tym wiesz. Jest po prostu doskonałe. Ten rynek, podium, szkoła. O, 

mój  Boże!  Czy  to  jest  biblioteka?  Wręcz  wymarzona.  Zatrzymaj  się  -  poprosiła.  -  Muszę  ją  obejrzeć  od 
ś

rodka. 

Rafe skierował samochód w stronę parkingu przy motelu, położonym na skrzyżowaniu autostrady i szosy 

prowadzącej do centrum miasteczka. Przez całą drogę nadal dyskutowali o możliwości nakręcenia plenerów 
we Flat Rock. 

- Nie do wiary. - Claire ze zdumieniem pokręciła głową, wysiadając z samochodu. - Ono jest właśnie takie 

jak  trzeba.  -  Zatrzasnęła  drzwiczki.  -  Może  jesteś  zbyt  blisko  z  nim  związany,  dlatego  nie  widzisz,  że jest 
idealne - zastanawiała się na glos, zdziwiona, że dla Rafe’a nie jest to tak oczywiste. 

- Może  - odparł posępnym tonem. A  może nie chcę kręcić tego przeklętego filmu właśnie tutaj, dodał w 

background image

 

38 

duchu. 

W  czasie  ostatnich  piętnastu  lat  starał  się  otrząsnąć  ze  swych  butów  pył  Flat  Rock.  Żyć  z  dala  od  tych 

małostkowych, prowincjonalnych tradycjonalistów. 

Oczywiście, bywał tutaj. Przyjeżdżał - jeśli tylko mógł - na różne uroczystości rodzinne, takie jak wesela 

czy chrzciny. Lecz nigdy nie zostawał dłużej niż jeden, lub najwyżej dwa dni. I za żadną cenę nie chciałby 
spędzić w rodzinnym mieście przeszło półtoramiesięcznego okresu zdjęciowego. 

Dusił się we Flat Rock. Czuł się osaczony przez tutejszych ludzi. Oni go tu już jednoznacznie osądzili, bez 

względu  na  to,  czy  kiedyś  pokładali  w  nim  nadzieje,  czy  byli  do  niego  uprzedzeni.  Dla  nich  wszystkich 
pozostał  na  zawsze  biednym,  meksykańskim  chłopakiem  z  ubogiej  dzielnicy,  który  zbyt  wysoko  mierzył, 
zadając się z Laurą Lyn Parker i dostał po nosie. 

Z pewnością w stanie Teksas było wiele innych miejscowości nadających się na filmowe Burley. 
- Jak tylko zainstalujemy się w motelu - Claire mówiła w podnieceniu - zaraz zatelefonuję do Tony’ego. 
Tony  kierował  wszystkim,  co  wiązało  się  ze  sprawnym  przebiegiem  zdjęć  plenerowych,  począwszy  od 

wyżywienia ekipy realizacyjnej, na niezbędnych uzgodnieniach z władzami miasta kończąc. 

-  Jeżeli  mamy  zacząć  zdjęcia  zgodnie  z  harmonogramem  -  ciągnęła  -  musi  się  tu  jutro  zjawić  i  szybko 

załatwić formalności. Nie zostało wiele czasu. I trzeba zadzwonić do Roberta - tę uwagę skierowała bardziej 
do siebie - żeby zawiadomił wszystkich o znalezieniu Burley. Dennis, Becky i R.J. też muszą jak najszybciej 
tu przylecieć i zacząć działać. 

- Więc podjęłaś decyzję. Bez uzgodnienia ze mną. 
- Ale dlaczego, na litość boską, miałbyś się nie zgodzić? - spytała. 
Była  gotowa  wysłuchać  wszystkich  jego  zastrzeżeń.  Jako  reżyser  musiał  przecież  mieć  wizję  scen 

plenerowych i z jego opinią powinna się liczyć. 

- Tylko weź pod uwagę - dodała - że na dalsze poszukiwania nie zostało wiele czasu, a Flat Rock wygląda 

naprawdę  na  idealne  miejsce.  Chyba  że  jest  coś,  o  czym  nie  wiem.  Może  biurokraci  z  magistratu  będą 
stawiać jakieś przeszkody? 

Potrząsnął głową. Urzędnicy z pewnością gotowi będą wręczyć jej klucze do miasta na wiadomość, że ona 

chce  tu  robić  film.  I  postawią  jej  pomnik,  jak  się  zorientują,  ile  pieniędzy  przy  tej  okazji  zasili  lokalny 
budżet. 

- Więc o co chodzi? - Szczerze ją dziwiła niechęć Rafe’a. 
A jemu duma nie pozwoliła na wyjawienie prawdy. Nie potrafiłby znieść litości, a bał się, że takie uczucie 

wzbudzi w Claire, jeśli przyzna się do swych rozterek. 

- O nic - odparł. - Oczywiście, masz rację. Flat Rock jest idealne. 

 
 

ROZDZIAŁ 8 

Kiedy  zajechali  pod  dom  pani  Santana,  zobaczyli  stojące już  przed  nim  cztery  inne  samochody.  Rafe  od 

razu je rozpoznał. Zakurzony pikap ze strzelbą myśliwską, przewieszoną w poprzek tylnej szyby należał do 
Inez,  żony  farmera.  Świetnie  utrzymanym  kombi  z  dwoma  dziecięcymi  fotelikami  przyjechali  Mercedes  z 
mężem, Jimmym Lee. Właścicielem starego, rozklekotanego mustanga był Luis, który uparcie nazywał ten 
wehikuł zabytkiem. Stał też srebrzysty taurus, kupiony przez Rafe’a matce kilka lat temu. Brakowało tylko 
japońskiego  czerwonego,  dwuosobowego  kabrioletu  Ramony,  ale  ona  musiała  jechać  z  Dallas  ponad 
piętnaście godzin. 

Rafe  przyglądał  się  z  uśmiechem  tej  zbieraninie.  Teksańczycy  kochali  samochody.  Żałował,  że  nie  mógł 

przyjechać z Kalifornii swym starym porche. Zrobiłby wrażenie, zwłaszcza na szwagrze - Jimmym Lee. 

- Chyba już wszyscy są - powiedział do Claire, wysiadając z auta. 
- Sądzisz, że ten strój jest odpowiedni? - spytała. Wysiadła, nie czekając, aż Rafe otworzy jej drzwiczki. 
- Może powinnam była włożyć coś bardziej eleganckiego? 
- Nie - potrząsnął głową. - Wyglądasz świetnie, wierz mi. 
Miała  na  sobie  jasnobłękitną,  jedwabną  bluzkę,  wpuszczoną  w  bawełniane  spodnie  koloru  khaki,  w 

militarnym stylu. Włosy zaplotła w jakiś bardzo skomplikowany warkocz. Na nogi włożyła proste sandałki. 
Domyślał  się,  że  w  jej  wyobrażeniu  takie  ubranie  było  odpowiednio  skromne  i  stosowne  dla  kobiety  na 
kierowniczym stanowisku w czasie wolnym od pracy. I zapewne miała rację. Lecz ponadto ujawniało ono jej 
wrodzone poczucie stylu i podkreślało wszystkie wdzięki dziewczęcej, szczupłej figury. Pod przylegającym 
do  ciała  jedwabiem  bluzki  rysowały  się  niewielkie,  kształtne  piersi.  Skórzany  i  chyba  bardzo  kosztowny 
pasek uwydatniał wcięcie w talii, a spodnie - łagodne zaokrąglenie bioder. 

Rafe, zbliżając się do Claire, sycił się tym uroczym widokiem. 
- Świetnie, to mało powiedziane. - Posłał jej żartobliwie lubieżne spojrzenie. 

background image

 

39 

Zarumieniła się, zmieszana komplementem. 
- Może powinnam wziąć żakiet. Leżał na siedzeniu samochodu, więc schyliła się, żeby po niego sięgnąć. 
- Zostaw. - Odciągnął ją od drzwi samochodu i zatrzasnął je. - Chodź. - Włożył jej rękę pod swe ramię. - 

Pokażę ci, jak się bawić w tym towarzystwie. 

Ominął  główną  ścieżkę,  prowadzącą  do  frontowych  drzwi  i  poprowadził  Claire  dookoła  domu  boczną 

dróżką, krętą i częściej używaną, pomiędzy wybujałymi, obsypanymi różowymi kwiatami krzewami mirtu, a 
potem koło garażu, służącego jego matce raczej jako składzik. Unoszący się zapach pieczonego na ruszcie, 
przyprawionego  aromatycznymi  ziołami  mięsa  mieszał  się  w  ciepłym  powietrzu  późnego  popołudnia  ze 
słodką wonią letnich kwiatów. Dochodzący z wnętrza domu gwar stawał się coraz głośniejszy. Słychać było 
zarówno  charakterystyczne,  teksaskie  przeciąganie  głosek,  jak  i  szeleszczący,  melodyjny  hiszpański. 
Dochodzili do otwartych, tylnych drzwi domu. 

- Jesteś pewna, że chcesz uczestniczyć w tym spędzie? Oho, za późno. Już nas zobaczyli. 
Uwolnił rękę Claire i wyciągnął ramiona do drobnej, uśmiechniętej kobiety, prawie biegnącej w ich stronę. 
- Mamo. - Przytulił ją do siebie. 
Z potoku hiszpańskich słów Claire zrozumiała tylko „Rafael”, ale z tonu wyczuła, że matka czule beszta 

syna. 

Rafe, potrząsając głową ze śmiechem, odpowiadał w tym samym języku, po czym odwrócił się do Claire, 

ż

eby ją przedstawić. 

Claire  nie  wiedziała  wprawdzie,  jak  powinna  wyglądać  spracowana  wdowa,  która  dochowała  się 

siedmiorga  dorosłych  dzieci,  jednak  żaden  z  obrazów,  które  mogłaby  podsunąć  wyobraźnia,  nie 
odpowiadały  wizerunkowi  stojącej  przed  nią  postaci.  Zamiast  przygarbionej,  zgaszonej  staruszki  w  czerni 
zobaczyła  wesołą  kobietę  w  bardzo  kolorowej,  kretonowej  sukience  i  espadrilach.  Matka  Rafe’a  miała 
czarne,  krótko  ostrzyżone  włosy,  mocno  przyprószone  siwizną,  a  oczy,  podobnie  jak  syn,  koloru  gorącej, 
czarnej kawy. I równie przenikliwe. 

- Mamo, to jest Claire Kingston. - Rafe dokonał prezentacji. - Moja mama, Dolores Santana. 
Claire ujęła silną, stwardniałą od pracy dłoń. 
- Bardzo mi miło panią poznać, pani Santana - powiedziała, żałując w duchu, że nie zdobyła się na bardziej 

oryginalne powitanie. - Rafe dużo mi o pani opowiadał. 

- Tak? - Starsza pani uniosła zaciekawiony wzrok na syna, po czym powróciła spojrzeniem do Claire. - O 

tobie mówił nam bardzo mało. Chodź. 

-  Poklepała  jej  szczupłą  dłoń,  której  nie  wypuszczała  ze  swej  ręki.  -  Musisz  poznać  moje  córki  i 

opowiedzieć nam o tym filmie, który robisz z Rafaelem. 

- Mamo - Rafe próbował się wtrącić, choć wiedział, że nie uda mu się odwieść matki od tego tematu - nie 

sądzę, by Claire chciała rozmawiać o pracy. To podobno ma być przyjęcie. 

- Nie mam nic przeciwko temu - odparła Claire, tak jak się spodziewał. 
- A widzisz? Ona nie ma nic przeciwko temu. A teraz - machnęła ręką w kierunku syna - idź porozmawiać 

sobie z braćmi. Luis już nie może się doczekać, kiedy pokaże ci, jak z Jimmym Lee wyszykowali samochód. 
A Miguel, mąż Inez, z pewnością potrzebuje cię do pomocy przy rożnie. Ją oddam ci później, jak się lepiej 
poznamy. 

- Ale - Rafe gorączkowo szukał wymówki - ona jeszcze nikogo nie poznała. 
- Nie ma sensu przytłaczać jej całą rodziną od razu - odrzekła Dolores pogodnie. - Niech pozna wszystkich 

po kolei. 

- Ja też się jeszcze z nikim nie przywitałem. 
- Z siostrami zdążysz przywitać się przed kolacją. Pani Santana pociągnęła Claire za sobą, pozostawiając 

na placu boju skonsternowanego Rafe’a. 

 
- Proszę, bracie. - Szwagier Rafe’a Jimmy Lee podał mu butelkę zimnego piwa. 
-  Dzięki.  -  Rafe  pociągnął  spory  łyk,  nie  spuszczając  wzroku  z  matki,  prowadzącej  Claire  w  stronę 

ustawionego pod rozłożystym drzewem stołu, gdzie zebrało się kilka kobiet. 

-  Przyjaciółkę  Luisa  też  tam  zaprowadziła.  -  Jimmy  Lee  wskazał  głową  ładną  blondynkę,  siedzącą  przy 

końcu stołu. Trzymała na kolanach jedną z bliźniaczek Jimmy’ego i Mercedes. 

Luis uśmiechnął się kwaśno. 
- Już od pół godziny mama nie daje jej spokoju. 
-  Musi  się  dowiedzieć  tego,  co  ją  najbardziej  interesuje  -  wtrącił  Miguel.  -  Jak  się  prowadzicie  tam,  na 

uczelni, kiedy nie może mieć was na oku. - Mrugnął szelmowsko do Rafe’a. - Twojej pani też to nie ominie. 

Rafe coś mruknął i upił piwa. 
- Czy mama nie zdaje sobie sprawy, że żyjemy w dwudziestym wieku? Teraz na przyjęciach mężczyźni i 

background image

 

40 

kobiety nie zbierają się w osobnych grupach. - Rafe nie był zachwycony tą sytuacją towarzyską. 

-  We  Flat  Rock  taki  jest  zwyczaj.  -  Matteo,  najmłodszy  z  braci,  wręczył  Miguelowi  miskę  z  sosem.  -A 

mama go stosuje zwłaszcza wtedy, gdy chce zaspokoić swoją ciekawość. 

Miguel polał pikantną zaprawą ułożone na rożnie żeberka i kurczaki. 
-  Jedzenie  będzie  gotowe  nie  wcześniej  niż  za  godzinę  -  stwierdził  Jimmy  Lee.  -  Chodź  ze  mną,  Rafe. 

Pokażę ci, co udało mi się zrobić z wyścigówką Luisa. 

 
- Od jak dawna się widujecie? - spytała Dolores, nie tracąc czasu na wyszukane wstępy. 
- Widujemy? - powtórzyła zdziwiona Claire. Oczekiwała, że matka Rafe’a będzie ją wypytywać o film. - 

My się nie spotykamy. Po prostu razem pracujemy. My... - Jak można nazwać mężczyznę, z którym się nie 
„widuje”,  natomiast  całuje,  tak  jak  ona  poprzedniego  wieczoru?  -  ...jesteśmy  kolegami  -  dodała,  mając 
nadzieję, że rumieńce na jej policzkach zostaną przypisane upałowi. - Kolegami z pracy. 

Dolores nie wyglądała na przekonaną. 
- Rafael nigdy nie przedstawiał rodzinie żadnego swego kolegi z pracy. 
-  No  cóż...  -  Claire  nie  wiedziała,  co  powiedzieć.  -  Właściwie,  to  on  nie  przywiózł  mnie  tutaj,  żeby 

przedstawić  rodzinie.  Po  prostu  byliśmy  w  tych  stronach,  bo  poszukujemy  plenerów  do  „Desperata”  i...  - 
wzruszyła ramionami - znaleźliśmy się w tym mieście. 

- „Desperat”? Plenery? Co to wszystko znaczy? 
- Na miłość boską, mamo - odezwała się jedna z kobiet - daj jej przynajmniej usiąść, zanim przystąpisz do 

przesłuchania  trzeciego  stopnia.  -  Uśmiechnęła  się  do  Claire  i  poklepała  drewnianą  ławkę  obok  siebie.  - 
Jestem Inez, najstarsza siostra Rafe’a. 

Claire usiadła koło niej. 
- A to Mercedes. - Inez wskazała kobietę w zaawansowanej ciąży, siedzącą przy stole na obitym pluszem 

fotelu.  -  A  tamta  to  Sandy,  przyjaciółka  Luisa  ze  studiów,  trzyma  na  kolanach Dorrie, jedną  z  bliźniaczek 
Mercedes. - Objęła ramieniem dziesięcioletnią dziewczynkę siedzącą obok i powiedziała: 

- A to Susana, moja najstarsza. Dziewczynka wstała i dygnęła. 
- Chciałabyś się czegoś napić? - Mercedes przejęła rolę gospodyni, gdyż Inez zajęła się córką, która coś jej 

szeptała na ucho. - Piwa? - Oparła się o poręcz fotela, żeby się podnieść. - Może lemoniady? 

- Proszę, nie wstawaj, jeśli mi powiesz, gdzie jest lemoniada... 
- Nic mi nie będzie, rozwiązanie nie jest takie bliskie, jak na to wygląda. - Mercedes ruszyła w kierunku 

stojącego po drugiej stronie stołu termosu. 

- Ruch dobrze mi zrobi. - Nalała lemoniady do plastykowego kubka. - Mamo, skoro już tu jestem, może i 

tobie podać jeszcze jeden? 

Dolores potrząsnęła niecierpliwie głową. 
- Kiedy się spodziewasz? - spytała zaciekawiona Claire, biorąc z rąk Mercedes kubek. Tara nawet w dniu 

porodu nie była taka tęga. 

- Za jakieś trzy miesiące. To znowu będą bliźnięta, dlatego tak wyglądam. - Mercedes ostrożnie usadowiła 

się  w  fotelu.  -  Jimmy  Lee  jest  oczywiście  zachwycony  i  bardzo  dumny  ze  swojego  wyczynu,  a  nawet 
zapowiada podobny  za  dwa  lata,  ale ja  zgłosiłam  weto.  Bardzo  kocham  moje  dzieci,  ale te  -  poklepała się 
czule po brzuchu - będą ostatnie. 

Dolores odczekała cierpliwie, aż Mercedes skończy swe zwierzenia, i przystąpiła do ataku. 
- Więc od jak dawna ty i Rafe jesteście kolegami z pracy? 
- Mamo! - zawołały chórem Inez i Mercedes takim samym zirytowanym tonem. 
- O co chodzi?  - Dolores obrzuciła córki wzrokiem pełnym urazy.  - Czy nie wolno mi zainteresować się 

pracą mego pierworodnego syna? No, opowiedz mi - zwróciła się do Claire. 

 
Rafe  patrząc  na  Claire  siedzącą  pomiędzy  Jimmym  Lee  i  Matteo  przy  zastawionym  jedzeniem  stole, 

zastanawiał się, o czym ona teraz myśli. Co sądzi o jego rodzinie i czy porównuje tę biesiadę z przyjęciem w 
rezydencji jej brata. 

Nie,  rozmyślał,  nie  można  było  w  ogóle  porównywać  szampana  w  kryształowych  kieliszkach  z  zimnym 

piwem Lone Star pitym prosto z butelki, egzotycznych dań podawanych na delikatnej porcelanie z mięsem 
pieczonym  na  grillu  i  układanym  na  papierowych  talerzach.  Podobnie  jak  zawodowej  hollywoodzkiej 
orkiestry  z  piosenkami  country  płynącymi  z  magnetofonu  i  wreszcie  jego  zwykłej,  małomiasteczkowej 
rodziny z konstelacją supergwiazd Hollywoodu. Nie wydawało się, że Claire zaprzątają takie porównania, co 
było dziwne, zważywszy, że jemu się one nasunęły. 

- Jakie konkretnie zadania spełnia producent filmu? - zapytał Matteo, gdy już wszyscy zaspokoili pierwszy 

głód i byli gotowi zająć się jeszcze czymś innym poza jedzeniem. 

background image

 

41 

- No, cóż. - Claire wytarła usta papierową serwetką. - Producent to rodzaj... nadzorcy, chyba tak najlepiej 

można  go  określić.  Kiedy  jakiś  projekt  zostanie  przyjęty,  producent  zaczyna  kompletować  zespół,  który 
będzie  realizował  film.  Angażuje  scenarzystę,  reżysera,  scenografa,  kierownika  zdjęć,  to  znaczy  szefa 
operatorów kamery - wyjaśniła - aktorów i całą resztę ekipy. Producent również określa wysokość budżetu 
filmu oraz okres zdjęciowy i pilnuje, żeby te założenia zostały dotrzymane. Oczywiście - zerknęła na Rafe’a 
siedzącego po drugiej stronie stołu, ciekawa, czy on jej słucha - producent współpracuje przy tym wszystkim 
bardzo ściśle z reżyserem. Od niego w wielkiej mierze zależy sukces filmu. Dobry producent zawsze bierze 
pod uwagę życzenia reżysera. 

- Chyba że pozostają w sprzeczności z oczekiwaniami producenta - dokończył ironicznie Rafe. 
 
Chylące  się  ku  zachodowi słońce  rzucało  na  przedwieczorne  niebo  bladoróżowe  i  pomarańczowe  smugi. 

Starsze dzieci poszły nakarmić jabłkami kozy sąsiadów, młodsze ułożono już do łóżek. Mercedes drzemała 
w  fotelu.  Miguel  czyścił  rożen.  Jimmy  Lee  z  Matteo  majstrowali  przy  którymś  z  samochodów.  Inez  i 
Dolores szykowały w kuchni kawę i desery. Luis ze swoją blondynką, oparci o płot dzielący podwórze od 
pastwiska, chichotali i szeptali sobie czułe słówka. 

Rafe obserwował Claire siedzącą samotnie przy stole. Z brodą opartą na splecionych dłoniach, wpatrywała 

się w ciemniejący nad widnokręgiem nieboskłon. Najwyraźniej czuła się wśród jego rodziny lepiej, niż mógł 
przypuszczać.  W  każdym  razie  nie  była  tak  powściągliwa jak  zwykle  wobec  obcych  ludzi.  Kto  by  zresztą 
zachowywał  długo  nieufność  -  myślał  Rafe  -wobec  bezpośrednich,  gadatliwych  mieszkańców  Teksasu, 
zasypujących gościa wścibskimi pytaniami. Claire dzielnie znosiła te przesłuchania, a nawet obiecała zdobyć 
dla Matteo plakat z roznegliżowaną Heather Locklear opatrzony jej autografem. 

Po  raz  pierwszy  od  przyjazdu  do  domu  matki  mógł  być  z  Claire  sam  na  sam,  podszedł  więc  do  stołu  i 

usadowił się koło niej na ławce. 

- Zmęczona? 
Spojrzała na niego z ciepłym uśmiechem. 
-  Chyba  trochę.  Ale  to  jest  miłe  zmęczenie.  -  Westchnęła  błogo  i  powróciła  wzrokiem  do  odległej  linii 

horyzontu. - Piękny wieczór, prawda? 

- Rzeczywiście piękny - potwierdził wpatrzony w jej profil. 
- W Los Angeles nie ma takich zachodów słońca - stwierdziła. - Tu kolory są wprost niewiarygodne. Takie 

ż

ywe i intensywne. Trzeba parę razy wykorzystać tę scenerię w „Desperacie”. 

- Tylko z filmem kojarzy ci się piękny zachód słońca? - spytał rozbawiony. 
- No nie. - Położyła splecione dłonie na blacie stołu. - Siedząc tutaj, myślałam sobie... 
- Ogólnie o pracy - podpowiedział z łagodną przyganą. 
- I o innych sprawach. 
- O jakich? - Postanowił się z nią podręczyć. - Ośmielam się prosić, żebyś uchyliła rąbka tajemnicy. 
- Po prostu... o innych. - Na próżno usiłowała przybrać chłodny wyraz twarzy. Bo myślała o nim. O tym, 

jak ją całował poprzedniego wieczoru. O tym, czy także dzisiaj będzie ją tak całował. I co ona wtedy zrobi. 

-  Oho,  Claire  Kingston  -  Rafe  delikatnie  przesunął  palcem  po  jej  policzku  -  czy  to  przypadkiem  nie  jest 

rumieniec? 

Zacisnęła mocniej dłonie, gdyż pod wpływem tego dotyku przeszedł ją dreszcz. 
- To tylko odblask słońca - stwierdziła speszona. Rafe roześmiał się cicho. 
- Prosimy na kawę i deser do kuchni - zawołała Inez, wychylając się przez kuchenne drzwi. 
Trzy dziecięce postacie przemknęły obok stołu z szybkością błyskawicy. Mercedes podniosła się z fotela. 

Miguel  założył  pokrywę  na  rożen  i  ruszył  w  stronę  domu.  Za  nim  podążyli  trzymający  się  za  ręce  Luis  i 
Sandy. 

- Masz ochotę na coś słodkiego? - zwrócił się Rafe do Claire. 
Spojrzała na niego zdumiona. 
- Po takiej kolacji? 
Jadła  sałatkę  z  makaronem,  zapiekaną  fasolkę,  wspaniałe,  wyhodowane  w  ogrodzie  matki  Rafe’a 

pomidory,  marynowane  ogórki,  galaretkę  z  malin,  jajka  faszerowane,  a  po  tych  przystawkach  podano  jej 
dwie kolby świeżo ugotowanej, polanej masłem kukurydzy, pieczone w folii ziemniaki i koktajl owocowy. 

- I tak już wyszłam na głodomora. 
- Jest kruche ciasto z truskawkami. 
- Nie kuś mnie. - Potrząsnęła głową. - Jestem przejedzona. 
Rafe roześmiał się, gdyż wyczuł, że to tylko kwestia perswazji, nawet jeśli Claire nie zdawała sobie z tego 

sprawy. 

Pochylił się ku niej i wyszeptał jej do ucha: 

background image

 

42 

- Domowe, kruche ciasto z truskawkami. - Takim samym tonem zwykł podsuwać innego typu pokusy. - Na 

maśle domowej roboty. Z truskawkami z grządki Inez. A na wierzchu obłożone wspaniałym kremem - cedził 
słowa wolno, uwodzicielsko - z prawdziwej śmietany, ubitej z cukrem waniliowym. 

Claire  poczuła,  że  jej  serce  zaczyna  szybciej  bić  w  oczekiwaniu  na  coś,  co  nie  miało  nic  wspólnego  z 

kruchym ciastem. 

- Nie dasz się skusić? Nawet nie spróbujesz? - szeptał jej do ucha. - Choć troszkę? 
Wstała od stołu. Takim głosem potrafiłby skłonić ją do wypróbowania wszystkiego. 
 
- O, Rafe uważa się za twardego mężczyznę - roześmiała się cicho Inez, podając Claire umyty talerzyk do 

wytarcia.  -  Trzeba  przyznać,  że  jest  silny,  jak,  nie  przymierzając,  jeden  z  tych  nagrodzonych  byków 
Miguela.  A  uparty  jak  osioł,  kiedy  jakiś  pomysł  przyjdzie  mu  do  głowy  -  dodała.  -  Ale  serce  ma  gołębie. 
Pamiętasz,  mamo,  że  zawsze  znosił  do  domu  wszystkie  zabłąkane  w  okolicy  zwierzaki?  -  Zwróciła się do 
matki,  która  pakowała  resztki  smakołyków,  żeby  je  wręczyć  dzieciom  przed  wyjazdem  do  domów.  - 
Okaleczone  ptaki.  Oposy.  Króliki.  -  Spojrzała  znowu  na  Claire.  -  Raz  nawet  przyniósł  dużego  armadyla. 
Biedne zwierzę ledwie uniknęło śmierci na autostradzie i Rafe zawziął się, że je wyleczy. 

- Kogo się zawziąłem wyleczyć? - Rafe właśnie wszedł do kuchni. Szukał Claire, gdyż pomyślał, że może 

chciałaby  już  wracać  do  motelu.  Widok  Claire  wycierającej  w  kuchni  naczynia  niepomiernie  go  zdumiał. 
Nie sądził, że ona w ogóle wie, jak to się robi. 

- Tego biednego pancernika, którego na wpół żywego znalazłeś przy autostradzie - przypomniała mu Inez. 

-  Przyniosłeś  go  do  domu  i  trzymałeś  w  drewnianej  zagrodzie,  dopóki  na  tyle  nie  wydobrzał,  że  mógł 
powrócić na wolność. 

- Niczego podobnego nigdy nie zrobiłem. - Rafe pokręcił głową. - Musiałaś mnie pomylić z Matteo. 
- Matteo też był taki. Ale nie pomyliłam cię z nim. 
- Spojrzała na matkę. - Mamo, przecież to był Rafe, prawda? 
Dolores przytaknęła skinieniem głowy. 
- Pewnego razu oswoił na wpół zdziczałego kotka - opowiadała dalej Inez. - Rafe, tego łaciatego kodaka 

chyba pamiętasz? Wielki, piętnastoletni chudzielec czule przemawiał do malutkiego kotka. Mówię ci, to był 
widok. Przez kilka tygodni go oswajał i nigdy się nie zniecierpliwił. Do niczego go nie zmuszał. Tylko się 
do  niego  przymilał,  aż  wreszcie  stworzonko  zaczęło  chodzić  za  nim  jak  pies.  Ciekawe,  co  się  stało  z  tym 
kotkiem? - Inez postawiła kolejny umyty talerzyk na kuchenny blat. 

Claire podniosła go odruchowo i zaczęła wycierać. Zastanowiło ją to opowiadanie o gołębim sercu Rafe’a, 

o  jego  okaleczonych  ptakach,  o  potrąconym  przez  samochód  armadylu  i  na  wpół  zdziczałym  kotku. 
Pomyślała, że może i ona w jakimś sensie pasuje do tej menażerii. Czyżby Rafe traktował ją jak zranione, 
półdzikie zwierzątko, które wymagało ostrożnego oswajania? Byłoby upokarzające, gdyby tylko dlatego tak 
czule  ją  całował  i  tak  delikatnie  obejmował.  A  może  ona  potrzebowała  właśnie  takiego  traktowania? 
Obcowania z mężczyzną, który był tak subtelny i wrażliwy? 

- ...i dożył prawie szesnastu lat - mówiła Dolores. 
- Kazałam Matteo zakopać go na podwórzu pod tą kępą mirtu, przy której tak lubił się wylegiwać całymi 

dniami. 

- Ach, ty moja sentymentalna matulu.- Inez uśmiechnęła się do matki. - Nie wiedziałam, że... 
-  Jimmy  Lee  mówi,  że  szykują  już  z  Mercedes  bliźniaczki  do  drogi,  bo  na  nich  czas  -  oznajmił  Luis, 

wchodząc do kuchni. - Jimmy uważa, że Mercedes powinna się wcześniej położyć. A my z Sandy i Matteo 
wybieramy  się  do  Bucka.  Dzisiaj  występuje  u  niego  nowy  zespół  muzyczny,  chcemy  go  posłuchać.  - 
Spojrzał na brata. - Nie poszlibyście z nami? 

-  To  u  Bucka  występują  teraz  zespoły  muzyczne?  -  spytał  Rafe.  Za  jego  czasów  Buck  miał  knajpkę  z 

barem, kilkoma stolikami, automatami do gry i grającą szafą. To nie było miejsce, do którego zapraszało się 
dziewczyny. 

- Można też potańczyć - zachęcał Luis. 
- A kto tam przychodzi? - dopytywał się Rafe. 
- Ludzie są w porządku. Nie zabrałbym Sandy do jakiejś spelunki. No to idziecie czy nie? 
-  Sam  nie  wiem.  -  Rafe  spojrzał  na  Claire.  -  Co  ty  na  to?  Masz  ochotę  trochę  się  zabawić?  -  Bardzo 

pragnął,  żeby  się  zgodziła.  Chciał  trzymać  ją  w  ramionach  tańczącą  przy  dźwiękach  kowbojskich  ballad  i 
miłosnych piosenek country. Chciał poczuć, jak ich ciała poruszają się w zgodnym rytmie. - Jeżeli ci się nie 
będzie podobało, zawsze możemy wyjść. 

- Chętnie pójdę. Może być miło. 
 
W powszedni dzień u Bucka nie było tłoku. Czteroosobowy zespół grał wcale nieźle i nie za głośno, co się 

background image

 

43 

nieczęsto zdarzało w tego typu prowincjonalnych knajpkach. Rafe nie czekając nawet, aż podadzą im drinki, 
poprowadził Claire na parkiet. 

- Chodź, nauczę cię tańczyć slow-foxa w tutejszym stylu. 
Poszła bez najmniejszych oporów i wpatrywała się w niego ufnym wzrokiem, kiedy ustawił ją przed sobą. 
- Muzykę country tańczy się trochę inaczej. Ja kładę swoją rękę tutaj - położył prawą dłoń na jej ramieniu 

w pobliżu karku - a ty swoją... 

-  Tutaj  -  umieściła  dłoń  na  jego  boku  tuż  nad  paskiem  dżinsów.  -  Widziałam  „Miejskiego  kowboja”.  - 

Uśmiechnęła się wesoło. 

Zaśmiał się. 
- Podstawowy krok jest bardzo prosty. O, tak, dosuwasz jedną stopę do drugiej, raz i dwa, i trzy, i cztery. 

Gotowa? Raz i dwa, i trzy, i cztery. Dobrze 

- pochwalił, prowadząc ją już w rytm melodii. - Troszkę uginaj kolana. Świetnie. I rozluźnij ramiona. 
-  Uścisnął  lekko  kilka  razy  mięśnie  jej  ramienia  i  karku,  aż  wyczul,  że  się  odprężają.  -  O  to  chodzi.  No 

widzisz  -  powiedział  z  uśmiechem,  gdy  okrążyli  mały  parkiet  -  umiesz  już  tańczyć  muzykę  country.  Jak 
dotąd wszystko w porządku? 

Jak dotąd, pomyślała, jest cudownie. 
-  Wydaje  mi  się,  że  w  „Miejskim  kowboju”  ten  taniec  trwał  trochę  dłużej  i  krok  był  bardziej 

skomplikowany. 

- Czy to znaczy, że masz ochotę na jeszcze? Jeżeli będzie ją trzymał trochę bliżej, to... 
- Tak - szepnęła. Zdecydowanie miała ochotę na jeszcze kilka okrążeń. 
Mocniej przycisnął dłoń do jej karku, tym samym bardziej przyciągając ją do siebie. Przysunęła się nawet 

bliżej, niż to było konieczne. Wprawdzie nie dotykali się ciałami, lecz oboje czuli nawzajem bijące od nich 
ciepło. Rafe prowadził ostrożnie, utrzymując wyznaczony przez nią dystans. 

-  Teraz  musisz  obrócić  się  wkoło  -  ostrzegł  ją  cicho  i  mocnym  ruchem  dłoni  zachęcił  do  tanecznej 

ewolucji. 

Zawirowała z wolna pod jego uniesionym ramieniem i znowu była przy nim. Teraz dzieliły ich milimetry. 

Ponownie  nią  zakręcił,  tym  razem  szybciej,  i  gdy  do  niego  wróciła,  ich  ciała  już  przywarły  do  siebie. 
Tańczyli z  zamkniętymi oczami, oboje świadomi nagle tego, co  może i powinno się stać. Rafe objął szyję 
Claire i odchylił jej głowę tak, że piękne, wiśniowe usta znalazły się tuż koło jego warg, jakby gotowe do 
pocałunku.  Ona  zacisnęła palce  na jego  koszuli  i trzymała ją  kurczowo.  Spletli  mocno  dłonie.  Wyczuwała 
ruch mięśni jego ciała, jego oddech tuż przy swoich wargach, uderzenia serca przy swych piersiach. A także 
jego  pożądanie.  Przez  moment  w  napięciu  oczekiwała,  że  ogarnie  ją  przerażenie.  Lecz  on  natychmiast 
zwolnił  uścisk  i  Claire  z  cichym  westchnieniem  ponownie  poddała  się  rytmowi  ballady  o  kowboju 
tęskniącym za swą ukochaną. 

Rafe musnął wargami jej usta i wyszeptał: 
- Claire? 
- Tak - odpowiedziała mu drżąco i zamknęła oczy. 
- Nie - rzekł łagodnie, lecz stanowczo. - Spójrz na mnie. 
Otwierała powieki powoli, jakby były zbyt ciężkie. 
-  Sądzę,  że  wiem,  czego  chcesz  -  mówił  cicho  schrypniętym  głosem,  rozpalającym  żarem  jej  krew  -do 

czego mnie zapraszasz. Ale to nie wystarczy. Musisz mi to wyraźnie powiedzieć, Claire? - Spojrzenie jego 
oczu koloru gorącej kawy przeszyło ją do głębi. - Musisz mi powiedzieć, czego pragniesz, zanim posuniemy 
się dalej. 

Wpatrywała się w niego szafirowymi oczami pełnymi rodzącego się pożądania. Chciała tylko tego, czego 

pragną  inne  kobiety.  Miłości.  Namiętności.  Doświadczania  i  wyrażania  tych  uczuć  bez  strachu.  Czuła 
instynktownie, że Rafe Santana, który patrzył na nią płomiennym wzrokiem, który tak delikatnie jej dotykał i 
jeszcze  delikatniej  całował,  stworzy  jej  taką  szansę.  Ona  tylko  musi  zdobyć  się  na  odwagę  i  postawić 
następny krok. 

- Claire? 
- Rafe, chcę, żebyś się ze mną kochał - powiedziała zdławionym głosem. 

 
 

ROZDZIAŁ 9 

Nie  mógł  sobie  później  przypomnieć,  jak  wyjaśnił  braciom,  dlaczego  w  takim  pośpiechu  wychodzą  z 

Claire od Bucka. 

Ledwie  pamiętał  drogę  do  motelu.  Lecz  nigdy  nie  zapomniał  wyrazu  jej  szeroko  otwartych,  szafirowych 

oczu, kiedy już zamknęły się za nimi drzwi jego pokoju. 

background image

 

44 

Była w nich namiętność, wahanie, determinacja, strach. 
Znów  ożył  w  pamięci  obraz  owego  małego,  łaciatego  kotka,  wpatrzonego  w  niego  i  próbującego  zdobyć 

się na odwagę, gdy pierwszy raz miał wziąć jedzenie z jego ręki. 

Lecz sprawa z Claire nie była taka prosta. Zastanawiał się nawet, czy przypadkiem nie łudził się tylko, że 

potrafi rozwiązać jej problemy. 

- Kochanie, jesteś pewna, że tego chcesz? - zapytał cicho. 
-  Tak,  oczywiście.  -  Widział,  jak  dzielnie  usiłuje  odzyskać  resztki  swej  dawnej  wyniosłości.  -  Przecież 

powiedziałam. 

Powoli, ostrożnie wyciągnął do niej rękę. 
- To chodź tutaj. 
Zawahała się, wpatrzona w niego czujnie. Powoli opuszczał rękę. 
-  Nie...  proszę.  -  Podeszła  do  niego  i  podała  mu  dłoń.  -  Ja  tylko...  jestem  trochę...  zdenerwowana,  to 

wszystko.  - Nie patrzyła mu teraz w oczy, długie rzęsy ukrywały jej spojrzenie. - Po prostu bardzo dawno 
nie... i jestem trochę zdenerwowana. 

- Pozwól, że pomogę ci się odprężyć. - Rafe uniósł jej dłoń do warg i lekko pocałował, po czym podszedł 

do radia stojącego na nocnym stoliku. - Trochę cichej muzyki. - Pogasił wszystkie lampy, poza palącą się w 
łazience,  i  uchylił  do  niej  drzwi.  -  Nie  za  dużo  światła.  A  teraz  oboje  zdejmiemy  buty,  żeby  nam  było 
wygodniej. 

Usiadł na brzegu łóżka i zaczął ściągać swoje. Udawał, że nie widzi, jak Claire stoi niezdecydowana. Po 

chwili jednak pochylona, przytrzymując się szafy, zsunęła ze stóp sandałki. 

- I co teraz? - zwróciła się do niego z pantoflami w ręce. 
- Teraz - odebrał jej pantofle i rzucił za siebie - teraz będziemy tańczyć. - Wyciągnął do niej rękę. 
Uśmiechnęła się niepewnie i podeszła do niego. Objął ją ostrożnie ramieniem, choć najbardziej pragnąłby 

przytulić  do  siebie  z  całej  siły.  Z  radia  płynęła  piosenka  o  zagubionej  i  odnalezionej  miłości  kowboja,  o 
straszliwej  tęsknocie  i  spełnionych  pragnieniach.  Kołysali  się  łagodnie  w  takt  muzyki.  Właściwie  nie 
tańczyli, gdyż nawet nie było na to miejsca, tylko złączeni ze sobą poddawali się powolnemu rytmowi. Rafe 
objął plecy Claire, a ona położyła mu dłonie na piersiach. Przebrzmiała jedna piosenka, potem druga i nagle, 
w  połowie  trzeciej,  jakby  pod  wpływem  słów  o  czułym  pocałunku,  niosącym  dwóm  sercom  radość  i 
spełnienie marzeń, Claire objęła Rafe’a i uniosła ku niemu twarz. 

- Pocałuj mnie - poprosiła cicho. 
Z uśmiechem pochylił głowę i dotknął wargami jej ust. Tym razem były rozchylone, gotowe na przyjęcie 

zmysłowej pieszczoty. A on zaczął niespiesznie wodzić językiem po ich obrzeżach; drażnił je, rozpalał, żeby 
pocałunek stał się jeszcze słodszy i bardziej upragniony. Poczuła zapach kawy z cynamonem - taką właśnie 
według  meksykańskiej  tradycji  przyrządzano  w  domu  Rafe’a  -  i  jeszcze  coś  upajającego,  niezwykłego, 
rodzącego się w niej samej. 

Troszkę  mocniej  objął  szczupłe,  gorące,  nie  stawiające  najmniejszego  oporu  ciało,  przycisnął  do  siebie  i 

przywarł wargami do rozwartych, wiśniowych ust, żeby spełniło się marzenie o namiętnym pocałunku. I tak 
się  stało,  gdyż  Claire  odchyliła  głowę,  objęła  go  ramionami  i  odwzajemniła  pieszczotę.  Zadrżał  na  poły  z 
triumfu,  na  poły  z  ulgi.  Wiedział,  że  może  posunąć  się  o  krok  dalej,  więc  zaczął  przesuwać  dłonie  po  jej 
plecach, powoli, zmysłowo, przytulać ją bardziej do siebie, lecz nadal delikatnie, żeby nie przestała czuć się 
bezpieczna w jego uścisku. 

A ona zrozumiała, że się go nie boi, i dała się ponieść tym osobliwym emocjom, które doprowadziły ją już 

tak daleko. Rafe był taki potężny, myślała, taki męski. Muskularne ciało było takie gorące. Zaczęła dłońmi 
przesuwać po jego plecach. 

Jęknął cicho pod wpływem tej pieszczoty i przyciągnął Claire jeszcze bliżej. Chciał ją porwać w ramiona, 

położyć na łóżku i poczuć pod sobą jej ciało. Jej nagie ciało. Piersi i sutki wezbrane pożądaniem. Chciał... 
tak wiele. Ale najpierw powinna jeszcze bardziej mu zaufać i dać się rozebrać. Uchwycił w dłoń jej bluzkę 
ponad paskiem i zaczął ostrożnie wyciągać ją ze spodni. Zesztywniała, lecz nie odsunęła jego ręki. Oderwał 
wargi od jej ust. 

-  Podciągnę  bluzkę  do  góry,  bo  chciałbym  dotknąć  twoich  nagich  pleców.  Tylko  pleców.  Nie  zrobię 

niczego bez twojej zgody, dobrze? 

- Tak. -Wypowiedziała to słowo miękko i powoli. Wsunął dłonie pod bluzkę i gładził jej plecy tuż ponad 

paskiem spodni. 

- W porządku? 
- Ach...a. 
Zabrzmiało  to,  jakby  zabrakło  jej  tchu.  Nie  wiedział,  czy  ze  strachu,  czy  z  podniecenia.  Sięgnął  dłonią 

wyżej i wodził nią po gładkiej skórze tak samo, jak przedtem pieścił ją przez bluzkę. Powoli przesuwał rękę 

background image

 

45 

wzdłuż  kręgosłupa,  do  góry  i  na  dół,  cierpliwie,  rytmicznie,  szepcząc  słowa  zachwytu  nad  jedwabistą 
gładkością jej ciała, aż poczuł, że mięśnie pod jego dłonią znowu się rozluźniają. 

Odsunął się od niej nieco. 
-  Chciałbym  rozpiąć  ci  bluzkę.  Mogę?  Zawahała  się,  wstrzymała  na  moment  oddech,  a  potem  skinęła 

głową. 

- Claire, pragnę to usłyszeć od ciebie - poprosił łagodnie. - Muszę mieć pewność. 
- Tak - odparła. 
Wziął w palce pierwszy guzik, lecz go nie odpinał. 
- Możesz mnie powstrzymać, kiedy tylko zechcesz. Powiedz tylko „nie „ i przestanę. 
Odczekał  chwilę  i  dopiero  wtedy  zaczął  pomału  rozpinać  guziki.  Były  drobne,  a  jemu  trzęsły  się  trochę 

palce, więc czuł, że robi to niezręcznie. Lecz Claire stalą nieruchoma i milcząca, z opuszczonymi rękami i 
pochyloną głową, wpatrując się w jego dłonie posuwające się coraz niżej. Gdy odpiął ostatni guzik i chciał 
rozchylić bluzkę, zadrżała i odetchnęła głęboko. 

- Mam przestać? - zapytał. Jeszcze raz wzięła głęboki oddech. 
- Nie  - powiedziała bardzo cicho, lecz wyraźnie. Rozsunął bluzkę i sięgnął do zapięcia staniczka między 

piersiami. 

- Mam się zatrzymać? 
Znów zadrżała. 
- Nie. 
Cichy odgłos odskakującej klamerki zabrzmiał w uszach Claire jak wystrzał armatni. Czuła, jak staniczek 

się rozsuwa i opada luźno. Rafe z wahaniem dotknął brzegu materiału. 

- Proszę - powiedziała, zanim zdążył zapytać. Odsunął materiał. I oto miał jej piersi. Były pełniejsze, niż 

mu się wydawało, w przyćmionym świetle kremowobiałe. Brązowe, aksamitne sutki otaczały małe, beżowe 
aureole. Objął palcami piersi od zewnętrznej strony, a kciukami muskał coraz bardziej nabrzmiałe sutki. 

-  Nosisz  stroje,  które  skrywają  wspaniałość  twego  ciała  -  powiedział  cicho,  wpatrując  się  płomiennym 

wzrokiem w olśniewająco jasną skórę, z którą tak kontrastowały jego śniade dłonie. - Jest doskonałe. 

Claire słyszała, jak pod wpływem pieszczot Rafe’a zaczyna łomotać jej serce i zastanawiała się, czy i on to 

słyszy.  Prawie  całkowicie  wyzwolona  od  strachu,  doznawała  teraz  innego  uczucia  -  zapierającego  oddech 
podniecenia i pragnienia dalszych pieszczot. Nie wiedziała do tej pory, że pożądanie może być tak rozkoszne 
i wszechogarniające. Pulsowało w całym jej ciele, oczekującym dalszej gry miłosnej. 

- Chciałbym teraz dotykać cię ustami - szepnął. - Mogę? 
- Tak. 
Pochylił głowę i dotknął ustami jej szyi w miejscu, gdzie pod skórą drgała żyłka tętniąca krwią. Odsunął 

bluzkę i przywarł wargami do zagłębienia ramienia. A potem przesunął usta niżej, na delikatną skórę ponad 
piersiami, aż dotarł wreszcie do ich wzniesienia. 

- Mogę? 
- Tak. - To było prawie błaganie. 
Muskał je pocałunkami, a kiedy chwycił wargami sutek, Claire wstrząsnął dreszcz, jakby przeszył ją prąd. 
Uniósł głowę. 
- Nie chcesz? 
-  Chcę  -  oddychała  gorączkowo  -  chcę,  chcę.  Rafe  zrzucił  koszulę  i  przed  każdą  kolejną,  coraz  śmielszą 

pieszczotą pytał Claire o pozwolenie. Chciało mu się krzyczeć z radości i triumfu. Nie pozostał nawet ślad 
po Królowej Lodu. Wreszcie rozebrał ją zupełnie i pieścił nagą, ciągle delikatnie, pośród czułych szeptów. 

W końcu nadszedł decydujący moment. 
- Claire, czy chcesz, żebym się z tobą kochał? 
Chyba zabiłby się, gdyby odmówiła. 
- Tak - szepnęła, podobnie jak on, głosem ochrypłym z pożądania. 
Zaprowadził ją do łóżka i zaczął na nim układać. I kiedy tak obejmując ją ramieniem, pochylony nad nią 

sięgnął do zamka spodni, ciało Claire zesztywniało w nagłym odruchu oporu. Rafe momentalnie to wyczul. 
Nie wypuszczając jej z ramion, przewrócił się z nią na plecy. 

- Zmieniłem zamiar - oznajmił. Uniosła się nad nim nieco i spojrzała na niego podejrzliwie. 
- Zmieniłeś zamiar? 
- Mam inny pomysł. - Zdobył się na szelmowski, zmysłowy uśmiech, choć umierał z przerażenia, że może 

na nowo ją przestraszyć. - To ty powinnaś kochać mnie. 

Usiadła prosto, nieświadoma, że obejmuje go udami. 
- Ja ciebie? 
Przekonywał ją i uczył. Słowami i pieszczotami. Długo i cierpliwie. Zapewniał ją, że w każdej chwili może 

background image

 

46 

się  wycofać.  Gdy  nadeszło  spełnienie,  przyjęli  je  z  najwyższą  radością.  Ona  -  w  ekstazie  nowo  odkrytych 
doznań, on - w poczuciu zwycięstwa. 

- Nie m-miałam p-pojęcia - wyjąkała, gdy trochę ochłonęła. Łzy popłynęły jej po policzkach. - Nie miałam 

pojęcia - powtórzyła. - Nie myślałam, że jestem zdolna do takich przeżyć. 

Wzruszony Rafe ujął twarz Claire w obie ręce. Delikatnie położył ją przy sobie. 
- Oczywiście, że jesteś, dziecino. - Całował jej mokre policzki. - Oczywiście, że jesteś. 
-  Nie wiedziałam  - powiedziała. - Dziękuję ci. Przywarła wargami do jego ust. Starał się zapanować nad 

sobą, lecz nie potrafił. Przyjął ten pocałunek jak cenny dar, obsypał ją namiętnymi pieszczotami, aż ich ciała 
znowu się połączyły. Kiedy Claire ponownie doznała rozkoszy, z jej ust wyrwał się krzyk, krzyk upojenia, 
które Rafe dzielił z nią w tej obejmującej ich płomieniem pożodze zmysłów. 

 
Później,  gdy  odpoczywali.  Rafe,  tuląc  do  siebie  Claire,  zastanawiał  się,  czy  nie  nadszedł  czas,  żeby 

pomówić z nią o tym straszliwym zniewoleniu, którego padła ofiarą. Przecież stawiła już czoło przerażeniu, 
które  się  jej  z  tym  kojarzyło  i  chyba  całkowicie  je  przezwyciężyła.  Czuła  się  w  tej  chwili  bezpieczna  i 
spokojna. Może nigdy nie będzie lepszej sposobności do poruszenia tego tematu. 

- Claire? 
- Mmm? 
- Czy sądzisz, że teraz możesz mi opowiedzieć o gwałcie? Zesztywniała. 
-  Gwałcie?  -  powtórzyła  zdumionym  głosem,  usiłując  stworzyć  wrażenie,  że  zupełnie  nie  wie,  o  co  mu 

chodzi. - Jakim gwałcie? 

- Na tobie. 
-  O  czym  ty  w  ogóle  mówisz?  -  Próbowała  się  od  niego  odsunąć,  lecz  on  jej  nie  puszczał.  -  Nigdy  nie 

zostałam zgwałcona. 

- Czy jako dziecko byłaś seksualnie napastowana? 
- Nie - odparła szczerze oburzona - nigdy. 
- Więc co to było, Claire? Wiem, że coś złego ci się przydarzyło. Coś, co cię wewnętrznie zmroziło. Pierce 

powiedział mi, że jestem jednym z trzech mężczyzn, którymi się trochę zainteresowałaś. 

- Pierce jest głupim  gadułą  - parsknęła ze złością. - Już ci  mówiłam, po prostu w stosunku do mężczyzn 

mam wysokie wymagania. 

-  Kiedy  po  raz  pierwszy  cię  pocałowałem,  trzęsłaś  się jak  liść  osiki.  Nie,  do licha,  dygotałaś  przy  trzech 

pierwszych pocałunkach. A dzisiaj wieczorem początkowo zachowywałaś się jak lękliwa dziewica. 

- To nerwy - odpowiedziała. - Tłumaczyłam ci, że dawno się z nikim nie kochałam. 
- Nerwy? Claire, ty prawie chciałaś uciekać, kiedy się nad tobą pochyliłem! Byłaś zgwałcona - powtórzył z 

uporem. 

Zastanawiał się tylko, czy psycholog z telefonu zaufania nie uznałby jego nalegania na wyznanie prawdy 

za „natarczywość”. 

- Nie byłam zgwał... 
Nie dokończyła, bo położył jej dłoń na ustach. Zareagowała gwałtownie, zaczęła się wyrywać, kopać go, 

bić  pięściami  i  drapać.  Puścił  ją  dopiero  wtedy,  kiedy  zobaczył,  że  ma  do  krwi  zadrapaną  rękę  i  poczuł 
bolesne uderzenie kolanem w żebra. 

- Claire, kochanie, uspokój się. - Usiadł na łóżku i wyciągnął do niej dłoń, żeby ją pocieszyć. 
- Nie dotykaj mnie! 
- Nie dotknę cię. Popatrz. - Podniósł ręce do góry jak człowiek pod lufą pistoletu. -Tak trzymam ręce. Nie 

dotknę cię. Już dobrze? - Powoli je opuszczał. - Tylko opowiedz mi o tym, dziecino. 

Potrząsnęła głową. 
- Nie ma nic do opowiadania. 
- Jest - nalegał. Wiedział, że powinna o tym porozmawiać, że to by jej dobrze zrobiło. Za długo dusiła to w 

sobie. - On położył ci dłoń na ustach, prawda? 

- Kto? 
- Mężczyzna, który cię zgwałcił. Zamknął ci usta dłonią, żebyś nie mogła krzyczeć. A potem rzucił się na 

ciebie i zgwałcił. 

- Nie zgwałcił mnie. Ile razy mam ci powtarzać? 
- Więc co zrobił? 
- On... - Jej usta zaczęły drżeć żałośnie, a oczy napełniać się łzami. - On... 
- No, dziecino, opowiedz mi o tym. Nie będzie lepiej, dopóki tego z siebie nie wyrzucisz. 
-  Nigdy  nie  będzie  lepiej.  Nigdy.  -  Łzy  płynęły  już  strumieniem  po  jej  jasnych  policzkach.  Objęła  się 

ramionami i skuliła z bólu. - Nigdy, nigdy, nigdy... 

background image

 

47 

To było dla Rafe’a nie do zniesienia. Ostrożnie przysunął się i wziął ją w objęcia. Przez moment usiłowała 

mu  się  wyrwać,  ale  nie  miała  dość  siły,  a  poza  tym  tak  bardzo  pragnęła,  żeby  ją  pocieszył,  żeby  ją  tulił  i 
zapewniał, że wszystko będzie dobrze. 

Rafe oplótł ją mocno ramionami i zaczął kołysać. Z ustami przy jej włosach szeptał czułe słowa otuchy i 

pociechy jak do przestraszonego dziecka. A ona wypłakiwała swój ból z głową przytuloną do barczystego, 
nagiego ramienia mężczyzny, od którego mogła czerpać silę. 

Myśl, że nikt jej nie pomógł bezpośrednio po tym wydarzeniu, napawała Rafe’a oburzeniem. Dlaczego, do 

diabła,  nie  znalazł  się  ktoś,  kto  okazałby  jej  wtedy  zrozumienie,  nie  przekonał jej,  że  wszystko  się  dobrze 
ułoży.  Nie  nakłonił,  żeby  zasięgnęła  rady  specjalisty.  Jak  się  orientował,  rodzice  nie  wykazywali  o  nią 
nadmiernej troski. Lecz gdzie byli jej bracia? Dlaczego nie dopadli tego zboczeńca, który ją tak skrzywdził i 
mógł skrzywdzić jeszcze inne kobiety? 

- Już lepiej? - spytał. Przestała płakać i tylko od czasu do czasu wstrząsał nią spazm. - Chcesz wytrzeć nos? 
Poczuł, że potakująco poruszyła głową. 
- I... chcia... chciałabym napić się wody. 
- Dobrze. - Położył ją i przykrył kocem. - Leż tutaj, zaraz ci przyniosę. 
Wrócił  po  paru  chwilach  z  pudełkiem  chusteczek,  szklanką  wody  i  mokrym  ręcznikiem.  Podał  jej 

chusteczki,  a  kiedy  wytarła  nos,  zaczął  z  czułością  przecierać  chłodnym  ręcznikiem  jej  rozgorączkowaną 
twarz  i  szyję.  Claire  przyjmowała  te  przejawy  troskliwości  jak  posłuszna  dziewczynka.  Napiła  się  wody  i 
oddała mu szklankę z cichym podziękowaniem. Odstawił ją na nocny stolik, odsunął koc i położył się przy 
Claire. Objął ją, a ona przytuliła się do niego z głową na jego ramieniu, tak po prostu, jakby zawsze to robiła. 

- Czy teraz chcesz mi o tym opowiedzieć? - zapytał. 
Westchnęła i zaczęła mówić, wpatrując się w sufit poprzez wypełniający pokój mrok. 
- To się stało dawno temu. Byłam wtedy bardzo młoda. I w kimś się zakochałam. - Poczuł, że zadrżała. - 

Albo tak mi się wydawało. Zawsze miałam pewne trudności ze zrozumieniem własnych uczuć. W każdym 
razie - ciągnęła pospiesznie, jakby bojąc się, że on jej przerwie, gdy tymczasem on milczał w obawie, żeby 
nie przestała mówić - pewnego popołudnia byliśmy sami i on mnie całował. Początkowo to mi się podobało. 
Nawet bardzo. Muszę przyznać. Leżałam na kanapie i pozwalałam mu się całować. I odwzajemniałam jego 
pocałunki.  Nawet  specjalnie  się  nie  sprzeciwiałam,  kiedy  mi  włożył  rękę  pod  sweter.  I  nagle,  sama  nie 
wiem... coś się ze mną stało. Przestraszyłam się. Próbowałam go odepchnąć, prosiłam, żeby przestał, ale on 
nie chciał  słuchać.  Powiedział,  że jak  zaczął,  to  musi  skończyć.  I  że  żaden  mężczyzna  nie lubi,  żeby  się  z 
nim tak drażnić. Zaczęłam płakać, a wtedy on położył mi dłoń na ustach. Prawie nie mogłam oddychać, bo 
okropnie szlochałam, a przez tę jego rękę nie byłam w stanie złapać tchu. A on podciągnął mi spódniczkę, 
rozerwał  majtki...  i  zrobił  to.  Byłam  bardzo  obolała,  ale  niezbyt  mocno  krwawiłam,  więc  on  tylko 
powiedział, żebym przestała być taką beksą. Potem znowu zaczął mnie całować i powiedział, że następnym 
razem  wszystko  pójdzie  łatwiej,  bo  już  będę  wiedziała,  czego  mam  się  spodziewać.  I  gdy  już  się  do  tego 
przyzwyczaję,  nauczy  mnie  kilku  sztuczek.  A  ja  mu  powiedziałam,  że  poskarżę  się  rodzicom,  że  mnie 
zgwałcił. Moje słowa go wprost zdumiały. Do końca życia nie zapomnę tej zdziwionej miny. Roześmiał się i 
oświadczył,  że  nigdy  by  mi  nie  uwierzyli,  a  gdyby  nawet,  to  i  tak  nic  by  się  nie  stało  poza  tym,  że 
dziennikarze mieliby swój wielki dzień. Przemyślałam to i doszłam do wniosku, że on ma rację. 

- Chyba nie sądziłaś, że twoja rodzina ci nie uwierzy? - spytał z niedowierzaniem. 
- No, nie... to znaczy... przypuszczam, że by uwierzyli. W każdym razie na pewno Pierce i Gage. I matka. 

Może. Ale to ja przecież zachowałam się prowokująco. Miałam na niego „ochotę. Całowałam go. - Zaśmiała 
się gorzko. - On nawet się zabezpieczył, powiedział mi, że  ma już jedną sprawę o ustalenie ojcostwa i nie 
zamierza  mieć  drugiej.  Więc  kto  by  mi  uwierzył,  że  zostałam  zgwałcona?  Ja  sama  czasami  mam 
wątpliwości. 

-  Nie  -  odparł  gwałtownie.  -  Byłaś  zgwałcona.  Kiedy  kobieta  mówi  „nie”,  bez  względu  na  to,  w  jakim 

momencie, a mężczyzna na to nie zważa i posuwa się dalej, to jest gwałt. Szczególnie jeżeli ma do czynienia 
z niedoświadczoną dziewczyną, jaką ty wtedy byłaś. 

-  Rozumiem,  co  masz  na  myśli.  Och,  oglądałam  przecież  program  Oprah  -  usiłowała  zażartować  -  i 

teoretycznie się z tym zgadzam, ale - dotknęła piersi nad sercem - tu, tak w głębi duszy, nie jestem pewna, 
czy to przynajmniej w części nie była moja wina. 

- Do diabła, nie twoja! I proszę cię, nawet tak nie myśl. 
Uświadomił  sobie,  że  ściska  w  garści  koc.  Lecz  to  nie  ten  nieszczęsny  koc  powinien  trzymać  teraz  w 

morderczym uścisku, ale kark zboczeńca, który tak skrzywdził Claire. 

- Kto to był? - spytał cicho. 
- To nieważne. 
- Dla mnie bardzo ważne. Potrząsnęła głową. 

background image

 

48 

- Nikomu wtedy nie powiedziałam i nadal nie zamierzam tego zrobić. - Uniosła się na łokciu, żeby spojrzeć 

mu  w  oczy.  -  Rafe,  musisz  mi  przyrzec,  że  i  ty  także  nikomu  nie  powiesz.  Ani  słowa.  Zwłaszcza  mojej 
rodzinie.  Gdyby  Pierce  i  Gage  teraz  się  o  tym  dowiedzieli,  byłoby  im  bardzo  przykro.  Mieliby  wyrzuty 
sumienia, że ich przy mnie nie było, gdy... Proszę, obiecaj mi, że nic nie powiesz. Stało się i się nie odstanie. 
Nic na świecie tego nie zmieni. A być może teraz - pogładziła jego policzek, na którym pojawił się już zarost 
- dzięki tobie, będę powoli o tym zapominać. 

Rafe  przycisnął  na  moment  jej  dłoń  do  policzka,  po  czym  zbliżył  ją  do  swych  ust.  Całował  ją  gorąco, 

namiętnie, a potem obie jej dłonie położył sobie na piersiach. 

- Teraz się prześpij - szepnął czule. Ułożył wygodniej jej głowę na swoim ramieniu. - Musisz być bardzo 

zmęczona. 

Leżał  wpatrzony  w  mroczną  przestrzeń  pokoju  i  tuląc  do  siebie  śpiącą  kobietę,  obmyślał  zemstę  na 

mężczyźnie,  który  ją  tak  skrzywdził.  Nie  wymieniła  jego  nazwiska,  to  prawda,  ale  niechcący  zdradziła 
więcej, niż zamierzała. Filmowy światek Hollywood był mały i hermetyczny, więc nie będzie trudno natrafić 
w końcu na tego drania. Gdzieś. Pewnego dnia. 

A kiedy już go dopadnie, jego w tym głowa, żeby ten łajdak przeklął chwilę, w której pierwszy raz dotknął 

Claire Kingston. 

 
 

ROZDZIAŁ 10 

Następnego ranka Claire obudził dochodzący z oddali, lecz natarczywy dzwonek telefonu. Przedzierał się 

do jej świadomości poprzez pokłady snu i sennych marzeń. Opierała się przez parę chwil temu natrętnemu 
wołaniu  i  mocniej  wtuliła  głowę  w  poduszkę.  Nie  chciała  jeszcze  stracić  tego  niezwykłego  uczucia 
zadowolenia  i  radości,  w  jakim  była  pogrążona.  Miała  taki  wspaniały  sen!  Jednak  telefon  dzwonił 
nieustępliwie. 

Sięgnęła  po  omacku  w  stronę  nocnego  stolika  w  poszukiwaniu  aparatu.  I  wtedy  poczuła,  że  jej  dłoń 

spoczywa  na  czymś,  co  bez  najmniejszej  wątpliwości  było  męską,  owłosioną  piersią.  W  łóżku  leżał 
mężczyzna!  Zesztywniała  na  moment  i  nagle  przypomniała  sobie  wszystko.  Z  uczuciem  bezmiernej  ulgi  i 
wdzięczności. 

Rafe. 
Była w jego łóżku. 
W jego pokoju. 
W jego ramionach. 
Telefon dzwonił w sąsiednim pokoju. 
Claire  należała  do  tej  kategorii  ludzi,  którzy  z  natury  nie  są  w  stanie  oprzeć  się  naglącemu  wezwaniu 

telefonicznego  dzwonka,  więc  zaczęła  wstawać.  Rafe  zaś  należał  do  tej  kategorii  ludzi,  którzy  potrafią 
oprzeć się wszystkiemu, co w danej chwili właśnie im nie odpowiada, więc objął Claire w pasie i pociągnął 
ją z powrotem na łóżko. 

- Niech sobie dzwoni - powiedział i wtulił twarz w ciepłe zagłębienie jej szyi. 
- To może być coś ważnego. 
- To również może być pomyłka. 
- Ale... 
- Jeżeli to coś ważnego, zadzwonią o przyzwoitej porze. 
Claire  uniosła  głowę  znad  poduszki,  zerkając  ponad  jego  ramieniem  w  kierunku  zegarka,  stojącego  na 

nocnym stoliku. 

- Która to godzina? 
- Wczesna - zapewnił. Pomrukując cicho, zaczął pieścić ustami jej kark. - Bardzo wczesna. 
- To chyba niemożliwe. Słońce jest już... Rafe! - Zadrżała, gdyż poczuła, że jego wargi muskają jej sutki. - 

Co ty robisz? 

Westchnął  głęboko,  co  miało  oznaczać,  że  jest  rozczarowany  takim  brakiem  zrozumienia  dla  jego 

poczynań. Gorący oddech owiał wrażliwą skórę jej piersi. 

- Usiłuję cię zainteresować porannymi igraszkami. Ale - spojrzał na nią spod gęstych brwi - skoro pytasz, 

to jest oczywiste, że moja technika wymaga jeszcze dopracowania. 

Położył się na plecy, przyciągnął ją do siebie i objął jej głowę dłońmi. 
- Chodź tu bliżej - szepnął i przycisnął jej usta do swoich. 
Tego rana jego pocałunki były długie, namiętne i gorące. Pełne czułości i miłości. Kiedy wreszcie udało się 

jej złapać oddech, było oczywiste, że jego technika nie wymaga dopracowania. 

- Jak się dzisiaj czujesz, kochanie? - szepnął, wpatrując się uważnie w jej oczy. 

background image

 

49 

- Świetnie. 
- Żadnych niemiłych następstw? Potrząsnęła głową. 
- Nie znienawidziłaś mnie za to, że skłoniłem cię do wyznań? 
-  Czy  tak  wygląda  ktoś,  kto  nienawidzi?  Zaśmiał  się.  Jaka  inna  kobieta,  pomyślał,  potrafiłaby  z  takim 

wdziękiem zrobić królewską minę, leżąc 

całkiem nago na męskiej piersi? 
- Czy wobec tego mogę cię jeszcze bardziej zainteresować porannymi igraszkami? 
Jej rumieńce wystarczyły mu za odpowiedź. Gdy telefon znowu zadzwonił, Claire już go nie słyszała, gdyż 

Rafe wśród czułych szeptów i pieszczot tak rozpalił w niej namiętność, że głośniejsze okazało się bidę jej 
serca. 

 
-  Wiesz,  zanim  się  tu  zjawi  cała  ekipa  -  oznajmiła  Claire  przy  śniadaniu,  które  jedli  w  kawiarni  we  Flat 

Rock - będziemy musieli ustalić kilka podstawowych zasad. 

- Oczywiście - zgodził się Rafe. Był przekonany, że chodzi jej o problemy związane z kręceniem filmu. - O 

czym myślisz? 

-  O  niczym  nadzwyczajnym.  -  Upiła  łyk  herbaty.  -  Chodzi  mi  o  pewne  podstawowe  zasady,  których 

będziemy musieli przestrzegać, żeby nie było między nami zgrzytów. 

Rafe zatrzymał rękę z filiżanką kawy w pół drogi do ust. 
- Między nami? 
- Tobą i mną - wyjaśniła. 
- Chcesz między nami ustalać zasady? 
Claire uniosła brwi. Z jakichś niejasnych dla niego przyczyn Rafe uznał, że nie zrobiła tego z takim samym 

wdziękiem jak rano. 

- Przecież powiedziałam. 
- Masz na myśli nasze stosunki zawodowe czy osobiste? 
- A jaka to różnica? 
-  Do  tej  pory  miałem  wrażenie,  że  istotna.  Najwidoczniej  myliłem  się.  -  Postawił  na  stole  filiżankę  tak 

gwałtownie, że zadźwięczał spodek. - Może lepiej przejdź do rzeczy. 

- Nie wiem, dlaczego jesteś zdenerwowany. 
- Nie jestem. 
-  Pomyślałam  tylko,  że  aby  zapobiec  jakimś  plotkom  na  planie,  które  mogłyby  przedostać  się  do  prasy, 

powinniśmy dostosować się do pewnych reguł. 

- To znaczy do jakich? 
- Chodzi mi o to, żebyśmy publicznie nie demonstrowali naszych... uczuć, unikali ciągłego odwiedzania się 

w pokojach, przesiadywania przy posiłkach. O takie sprawy. 

Rafe spojrzał na nią ostro. 
- Dlaczego? Wstydzisz się tego, co nas łączy? 
- Nie, oczywiście, że nie! - Była prawdziwie zaszokowana, że on mógł tak pomyśleć. - Po prostu nie chcę 

dawać nikomu żadnych powodów do plotek, to wszystko. 

- W świecie filmu plotki są nieuniknione - stwierdził. - Sądziłem, że zdążyłaś przyjąć do wiadomości ten 

fakt. 

- Tak, masz rację. Aleja chcę uniknąć rozgłaszania tego, co nie jest absolutnie niezbędne. 
- Dlaczego? - zapytał ponownie. 
-  Ponieważ  „Desperat”  ma  dla  mnie  wyjątkowe  znaczenie.  I  zależy  mi  na  tym,  żeby  sukces  albo  klęska 

tego filmu zostały przypisane jego rzeczywistym wartościom, bez względu na to, czy i jakie stosunki łączyły 
mnie jako producentkę z reżyserem. Właśnie dlatego. 

- Czy zależy ci na tym z jakichś szczególnych powodów? - spytał, choć już się domyślał. 
Claire zawahała się, jednak zdecydowała, że powinna mu to powiedzieć. 
-  Od  pierwszej  chwili  pracy  w  Wytwórni Kingston  na  stanowisku  producentki musiałam  udowadniać,  że 

reprezentuję coś więcej niż nazwisko. Wszyscy byli przekonani, że powierzono mi tę funkcję wyłącznie ze 
względu na rodzinne powiązania. Prawdą jest, że na początku właściwie tak było. Gdy zaczynałam, byłam 
zupełnie zielona i zrobiłam parę błędów. Ale szybko się nauczyłam tego zawodu i jestem naprawdę dobra. 
Mam na swoim koncie spore osiągnięcia. 

- A niektórzy ludzie w Hollywood nadal sądzą, że pozostałaś dziewczynką na posyłki twojej matki. 
- Właśnie. 
-  I  masz  nadzieję  dzięki  „Desperatowi”  udowodnić  swoją  wartość.  Dlatego  do  pracy  przy  filmie  nie 

zaangażowałaś nikogo z rodziny, prawda? 

background image

 

50 

- Tak. Chciałam go zrobić na własny rachunek. I chcę, żeby ludzie to wiedzieli. 
Rafe właściwie ją rozumiał. W pewnej mierze. Jemu też by się nie podobało, gdyby na efekty jego pracy 

przy tym filmie patrzono przez pryzmat plotek, że został jego reżyserem, ponieważ przespał się z szefową. 
Lecz  to  nie  wyjaśniało  jeszcze,  dlaczego  Claire  nie  chciała,  żeby  nikt  nie  dowiedział  się  o  łączącej  ich 
zażyłości. Fakt, że była z nim, nie mógł mieć najmniejszego wpływu na opinię ojej pracy jako producentki. 

- Wiesz, Claire, to jest trochę mało przekonujące - rzekł podejrzliwie. Jego dawne kompleksy dały o sobie 

znać. 

- Mało przekonujące? 
- W Hollywood nie będą osądzać twojej pracy w zależności od tego, czy sypiasz ze mną, czy nie. 
- Spojrzał na nią spod oka. - Więc jaka jest prawdziwa przyczyna udawania, że nic nas nie łączy? 
- To moja sprawa. 
- Claire... 
- Nie życzę sobie żadnych plotek na nasz temat. 
- Dlaczego? - Jeżeli ona się jego wstydzi, to on musi o tym wiedzieć. Teraz. 
-  Ponieważ...-Wzruszyła  niepewnie  ramionami  i  spuściła  oczy,  krusząc  w  palcach  kromkę  bułki. 

Oczekiwał, że to, co usłyszy, nie będzie miłe. 

- Ponieważ ta sytuacja - odparła w końcu - jest dla mnie zupełnie nowa. Nie chcę, żeby nasze... stosunki - 

nie  bardzo  wiedziała,  jak  to  inaczej  określić  -  były  analizowane  i  komentowane  w  prasie  całego  kraju.  - 
Podniosła na niego oczy szeroko otwarte, jasne i szczere. - Czy to tak trudno zrozumieć? Trochę mnie to... 
peszy. 

-  Tak  -  odrzekł  -  to  można  zrozumieć.  -  Westchnął.  Musi  jej  ustąpić  i  udawać,  że  łączą  ich  tylko  więzy 

ś

ciśle zawodowe. - I jakich jeszcze mamy przestrzegać zasad? 

 
- Rafe. Ju-hu. Rafe Santana. - Kobiecy głos był piskliwy i miał teksaski akcent. 
Rafe uniósł głowę. Dyskutował właśnie z Becky Ward o szkicach scenograficznych głównych wnętrz, w 

których  umiejscowiono akcję „Desperata”. Wybrane już  zostały  plenerowe  obiekty,  znaleźli  nawet idealny 
wprost, walący się budynek, który miał być domem głównego bohatera na jego farmie. Jednak Tony Banks 
wciąż  szukał  odpowiedniego  domu  Molly,  wywodzącej  się  z  wyższych  sfer  niż  Josh.  Czas  naglił,  musieli 
liczyć się z harmonogramem zdjęć i gdyby Tony nic nie znalazł, trzeba by było robić dekoracje w wynajętej 
remizie  strażackiej,  a  R.J.  Bennington,  dekorator,  wydałby  fortunę  na  umeblowanie  tych  zaaranżowanych 
wnętrz.  Praca  pod  presją  napiętych  terminów  i jeszcze  bardziej  napiętego  budżetu  nie  wprawia reżysera w 
najlepszy nastrój, zwłaszcza tuż przed rozpoczęciem kolejnego ujęcia. Ostatnią rzeczą, która mu teraz była 
potrzebna,  to  jakieś  zakłócenia  toku  dokładnie  zaplanowanych  prac,  zżymał  się  Rafe,  patrząc  spod 
zmarszczonych brwi w kierunku, skąd dochodził kobiecy głos. A ta kobieta była mu potrzebna jak dziura w 
moście. 

-  To  ja,  Laura  Lyn  Parker  -  powiedziała  z  promiennym  uśmiechem  -  to  znaczy  teraz  Parker-Moore.  Nie 

mów, że mnie sobie nie przypominasz - roześmiała się kokieteryjnie - po tym, kim dla siebie byliśmy. 

Och,  bardzo  dobrzeją  pamiętał.  Laura  Lyn  Parker,  piękność  z  Flat  Rock  w  Teksasie,  dziewczyna,  która 

udzieliła  mu  pierwszej  lekcji  perfidii,  do  jakiej  są  zdolne  niektóre  kobiety.  Kiedyś  na  jej  widok  serce 
zaczynało  mu  bić  szybciej.  Nawet  gdy  go  już  porzuciła,  nie  mógł  się  pozbyć  myśli  o  niej.  Podczas  wielu 
samotnych nocy na platformie wiertniczej w Zatoce Meksykańskiej fantazjował, jak to wróci do Flat Rock 
po  odniesionym  w  świecie  sukcesie  i  rzuci  sobie  Laurę  do  stóp,  a  następnie  na  oczach  całego  miasta 
wzgardzi  jej  wdziękami.  Właśnie  to  marzenie  przez  wiele  lat  pobudzało  jego  ambicję  i  kierowało  nim,  a 
okazało się niewarte czasu, które na nie poświęcił. Teraz, patrząc na nią, doszedł do wniosku, że mogłoby się 
spełnić bez nadmiernego z jego strony wysiłku. Laura Lyn sama szła mu w ręce. 

- Wybacz Lauro, podejdę do ciebie za chwilę 
- powiedział i odwrócił się od niej. Z trudem zdobył się na minimum grzeczności. Rzucił notatnik na szkice 

scenograficzne  i  ryknął,  przywołując  swego  kierownika  produkcji.  -  Claire,  gdzie  ty  się,  do  diabła, 
podziewasz? 

- Jestem tutaj. - Szła do niego bez pośpiechu. 
- Nie musisz się tak na mnie wydzierać. 
- Nie wydzieram się na ciebie. Wydzieram się, bo cię szukam. A to różnica. 
- Naprawdę? - Obrzuciła go lodowatym wzrokiem, który miał mu pokazać, gdzie jest jego miejsce. 
To spojrzenie go rozbawiło. 
-  Tak,  naprawdę.  -  Ściszył  głos  do  uwodzicielskiego  szeptu.  -  Jeżeli  pójdziesz  ze  mną  do  przyczepy,  to 

wytłumaczę ci szczegółowo różnicę. 

Puściła  mimo  uszu  tę  propozycję,  tak  samo  jak  ignorowała  jego  inne,  podobne  aluzje.  W  miejscach 

background image

 

51 

publicznych  powrócili  do  statusu  Królowej  Lodu  i  reżysera  i  przeważnie  on  przegrywał  w  takich  jak  ta 
utarczkach. W ciągu dwóch tygodni, które minęły od pierwszego dnia zdjęciowego, nikt na planie nie żywił 
nawet cienia podejrzenia, że łączy ich coś więcej poza zawodową współpracą. To doprowadzało Rafe’a do 
szaleństwa. Coraz częściej ogarniała go przemożna ochota, żeby publicznie ogłosić swoje prawa do Claire. 
Nie chodziło zresztą o prawo, jakie w prymitywnym  sensie ma mężczyzna do swojej kochanki. Nawet nie 
myślał tymi kategoriami. Lecz nie opuszczało go poczucie niewątpliwego, niezaprzeczalnego posiadania tej 
kobiety. Ani na chwilę. Nasilało się z dnia na dzień. A zwłaszcza nocami. 

Rafe przypuszczał, że ma to związek z Daxem Wyattem, gdyż zaobserwował, iż aktor krąży wokół Claire 

jak cień, gdy tylko ma okazję. Dax był hollywoodzkim, wiecznym złotym młodzieńcem, starszym od Claire 
o  jakieś  osiem  lat.  Miał  gęste  włosy  koloru  dojrzalej  pszenicy,  miejscami  jeszcze  rozjaśnione  słońcem, 
niebieskie oczy, określane przez ilustrowane magazyny jako „rozkosznie łajdackie”, i wspaniałe, białe zęby. 
Ze swym charakterystycznym, drwiącym uśmiechem bardzo przekonująco grał postaci wrażliwych nicponi. 
Jeżeli  chciał,  potrafił  uśmiechać  się  uroczo i  nadać  swej twarzy  niewinny  wyraz,  stwarzający  wrażenie,  że 
pod tą podejrzaną powłoką bije serce ze szczerego złota. W sumie idealnie pasował do roli Josha. Co było 
dość niepomyślną okolicznością, bo Rafe zaczął odczuwać do niego narastającą niechęć. 

Chociaż  Claire  nie  ukrywała,  że  nie  cierpi  szczególnego  rodzaju  wdzięku,  jakim  odznaczał  się  ich 

gwiazdor, wydawało się, że ostatnio nie przejmuje się zbytnio jego dość natrętnym towarzystwem. Rafe nie 
musiał jej wybawiać z jego lepkich palców. I chociaż był zadowolony, że znalazła sposób trzymania aktora 
na dystans, nie mógł pozbyć się niezbyt szlachetnego uczucia... tak, chyba powinien się do tego przed sobą 
przyznać... zazdrości, która dawała o sobie znać za każdym razem, kiedy widział ich razem. Łączyło ich to 
samo  anglosaskie  pochodzenie.  Pracowali  od  dawna w  tej  samej  branży,  a  nawet razem  zrobili film,  który 
odniósł sukces. 

Redaktorzy rubryk plotkarskich w ilustrowanych czasopismach  mieli pole do popisu. I o ile w żadnym z 

nich  nie  ukazała  się  najmniejsza  wzmianka  o  romansie  Rafe’a  z  Claire,  o  tyle  we  wszystkich  szeroko 
roztrząsano intrygujący fakt, że ona nie flirtuje z Daxem Wyattem. 

- Masz do mnie jakąś sprawę? - spytała, widząc, jak bacznie się jej przygląda. - Przecież mnie wołałeś. A 

może po prostu chciałeś sobie pokrzyczeć? Mam mnóstwo pracy, chyba wiesz. 

- Pracy? - powtórzył. - Ach tak, pracy, teraz sobie przypomniałem. - Ujął ją pod ramię, przyciągnął blisko 

do siebie i odszedł z nią trochę na bok, poza zasięg bystrych oczu i ciekawskich uszu Laury. 

- Pozbądź się jej jakoś. 
- Jej? Kogo? 
- Tego miejscowego babsztyla z szopą na głowie. - Przechylił głowę w kierunku Laury Lyn. - Nie znoszę, 

jak mi się tu obcy kręcą na planie, kiedy usiłuję pracować. Zupełnie nie mogę się skupić. 

- Tak, nawet wiem dlaczego. Ona jest dość ładna. 
- Jeśli ktoś lubi typ panien zagrzewających do boju drużyny sportowe. 
Claire spojrzała na niego kątem oka. 
- Sądząc z tego, co mówiła mi Pilar, ty lubiłeś, i to bardzo. 
- Pilar mówiła ci o Laurze? 
- A także o Ionie, Tiffany, Bobbi Sue i Cathe... 
Rafe  chciał  zakryć  jej  usta  dłonią,  by  przerwać  tę  litanię.  Miarą  postępu  Claire  było  to,  że  się  nie 

wzdrygnęła. Miarą wrażliwości Rafe’a - że cofnął dłoń. 

- A więc czy możesz ją stąd wypłoszyć? 
Potrząsnęła głową. 
- Nie mogę. 
-  Co  to  znaczy  nie  mogę?  Jesteś  kierownikiem  produkcji.  Podejdź  do  niej  i opowiedz jakąś  bajeczkę,  na 

przykład,  że  ze  względu  na  bezpieczeństwo  nie  możemy  pozwolić,  żeby  na  planie  przebywały  osoby  nie 
zatrudnione  i  nie  ubezpieczone.  Albo  coś  takiego.  Słyszałem,  jak  wczoraj  użyłaś  tego  argumentu  wobec 
łowców autografów. 

- Laura nie jest łowczynią autografów. Jest jednym z naszych gospodarzy na tym terenie. 
- Jakich gospodarzy? 
-  Ona  konkretnie  reprezentuje  klub  sportowy,  który  na  okres  naszego  pobytu  we  Flat  Rock 

wspaniałomyślnie otworzył swoje podwoje dla aktorów i członków całej ekipy. Oczywiście odpłatnie. 

Na twarzy Rafe’a pojawił się grymas złości. 
- Rafe, bądź rozsądny. Nie mogę przecież im tak ni stąd, ni zowąd odmówić. Mają najlepszą restaurację w 

mieście.  I  jedyny  basen  pływacki  w  promieniu  wielu  kilometrów.  Już  nie  wspominając  o  klimatyzowanej 
sali  na  nocne  partyjki  pokera.  Ludzie  z  naszego  zespołu  zlinczowaliby  nas  oboje,  gdybym  nie  przyjęła 
zaproszenia klubu tylko dlatego, że ty masz do jego zarządu zadawnione urazy. 

background image

 

52 

-  Wobec  tego  przydziel  jej  kogoś,  kto  ją  weźmie  na  wycieczkę  do  Europy  w  dowód  naszej  głębokiej 

wdzięczności. I pozbądź się jej. 

- Upatrzyłeś już kogoś konkretnego na przewodnika? 
Rafe obejrzał się w kierunku  grupy aktorów siedzących w cieniu rozłożystego drzewa w oczekiwaniu na 

kolejne ujęcie. Złośliwy błysk zalśnił w jego ciemnych oczach. 

- Powierz ją opiece Daxa Wyatta - odrzekł. - Pasują do siebie. 
 
- Stop! Do diabła, stop! - krzyknął Rafe ze złością. 
- Chwila odpoczynku dla wszystkich. - Pilar ubiegła następne polecenie brata. 
Przez  cale  rano  próbowali  to  samo  ujęcie  i  ciągle  nie  wychodziło.  Nie  mieli  jeszcze  ani  metra  dobrze 

sfilmowanej taśmy,  więc Rafe  był już  porządnie  rozdrażniony.  Zawołał  na  pomoc  Claire  i  ruszył  w  stronę 
przyczepy, będącej jego bazą na planie. Nie obejrzał się nawet, żeby sprawdzić, czy za nim idzie. 

- Piętnaście minut - ogłosiła Pilar przez tubę. 
- Nie rozchodźcie się za daleko. 
- Ta scena nam nie wychodzi.  -  Zatrzasnął za nią drzwi. - Już  mnie zmęczyła współpraca na odległość z 

tym  tajemniczym  scenarzystą.  Zatelefonuj  natychmiast  do  tego  K.E.C.,  kimkolwiek  on,  do  licha,  jest,  i 
zażądaj, żeby przyleciał tu najbliższym samolotem. Niech wreszcie ruszy swój utajniony tyłek. Muszę z nim 
omówić osobiście tę scenę i kilka innych - mówił zacietrzewiony, przemierzając nerwowym krokiem wąską 
przyczepę. - Zobaczymy, czy nie będzie można dokonać zmian w tym jego bezcennym scenariuszu. 

- A może mi powiesz, co konkretnie chciałbyś tym razem zmienić? - Głos Claire był podejrzanie spokojny. 

Już dwukrotnie tę scenę przerabiali, a Rafe ciągle nie był zadowolony. 

- Sama doskonale wiesz, co wymaga zmiany. Ta scena - machnął ręką w kierunku drzwi przyczepy - nie 

wychodzi, bo jest po prostu źle napisana. 

- A może nie wychodzi, bo ty niewłaściwie ją interpretujesz - podsunęła słodkim tonem. 
- Moja interpretacja jest właściwa! -  krzyknął ze  złością. - Błąd leży w scenariuszu.  I trzeba go  zmienić. 

Natychmiast - zażądał. 

- Przecież wiesz, że to niemożliwe. Muszę zatelefonować do pisarza wieczorem i... 
- Natychmiast - ponowił żądanie z uporem. Podniósł słuchawkę i wyciągnął rękę do Claire. - Zadzwoń, a 

skoro ty nie potrafisz dać sobie z tym rady, to ja z nim porozmawiam. 

- Z nią - powiedziała Claire odruchowo. 
- Co? 
- Z nią - powtórzyła przez zaciśnięte zęby. - Ten pisarz jest kobietą. 
- Dobrze. Niech sobie będzie. Połącz mnie z nią, a ja już jej wyjaśnię, co trzeba zmienić. 
- A może ona wcale nie potrzebuje wyjaśnień. Może oczekuje, że reżyser okaże się dostatecznie wrażliwy, 

by zrozumieć tę scenę tak, jak została napisana. 

-  A  ja  oczekuję,  że  ona  wreszcie  zacznie  zachowywać  się  jak  profesjonalistka.  Pofatyguje  się  na  plan  i 

osobiście przekona, że scena jest spaprana. - Wręczył Claire słuchawkę. - Więc dzwoń do niej - polecił. 

Odłożyła ją z trzaskiem. 
- Nie muszę do niej dzwonić. 
- Nie musisz...? Do licha ciężkiego, Claire, powiedziałem, dzwoń do niej! - wrzasnął. 
- A ja mówię, że nie ma potrzeby - odpowiedziała mu również podniesionym głosem. - Bo ona jest tutaj. 
- O czym ty, do diabła, mówisz? 
- To ja! -  krzyknęła Claire z wściekłością. - Ja jestem autorką. Ja napisałam scenariusz. Wytrzeszczył na 

nią oczy oniemiały. 

-  K.E.C.  to  są  moje inicjały  -  wyjaśniła,  myśląc,  że  on jeszcze  nie  zrozumiał.  -  Claire  Elise  Kingston,  w 

odwrotnym porządku. 

- Więc to ty jesteś scenarzystką. 
- Tak. - Skinęła głową, żeby rozwiać jego wątpliwości. - Właśnie ja. 
- I od początku bawisz się ze mną w tę śmieszną szaradę, wmawiasz we mnie, że musisz się porozumiewać 

z  ukrywającym  swoją  tożsamość  pisarzem  za  każdym  razem,  kiedy  trzeba  zmienić  choć  jedno  słowo  w 
scenariuszu. 

-Tak. 
- Na miłość boską, po co to wszystko? 
- Nie chciałam, żeby ktokolwiek się o tym dowiedział - odparła, jakby to było całkiem oczywiste. - I nadal 

pragnę utrzymać to w tajemnicy. 

- Dlaczego? - spytał ponownie. 
- Z tych samych przyczyn, dla których zależy mi na unikaniu plotek. Z tego samego powodu nikt z mojej 

background image

 

53 

rodziny  nie  uczestniczy  w  pracy  nad  tym  filmem.  Nie  chcę,  aby  ludzi  uważali, że.  podjęłam  się  produkcji 
„Desperata”, bo to był mój scenariusz i miałam poparcie rodziny. 

- A nie to było przyczyną? 
Spojrzała na niego rozżalonym wzrokiem. 
- Myślałam, że mnie zrozumiesz. 
- No cóż, oczywiście, że cię rozumiem. Jeśli chodzi o mnie, to nie zainteresowałbym się tym scenariuszem, 

gdyby  nie  był  naprawdę  świetny.  -  Spostrzegł,  że  ta  uwaga  sprawiła  jej  przyjemność.  -  Ale  przecież  nie 
byłoby w tym nic złego, gdybyś miała także inne motywy. Powstało wiele wybitnych filmów w rodzinnych 
produkcjach. 

- Tak, ale ten film nie będzie zawdzięczał swego sukcesu żadnym moim rodzinnym powiązaniom. Nikt z 

mojej rodziny nie wie, że to ja napisałam scenariusz. I tak zostanie aż do chwili, gdy film wejdzie na ekrany. 

- Dobrze - zgodził się Rafe. - Lecz niezależnie od tego wszystkiego, tekst wymaga przeróbek. 
- Wiem - przyznała. Chyba znalazła wyjście z sytuacji. - A może zrobimy przerwę na wcześniejszy lunch? 

Przynieślibyśmy sobie kanapki tu, do przyczepy, i razem ustalili, co i jak trzeba poprawić. Wiem, 

ż

e masz kilka pomysłów, bo już o nich mówiłeś, i to nieraz - dodała z uśmiechem. - Chyba są niezłe. Ja je 

tylko nieco zmodyfikuję, żeby utrzymać konsekwencję w sylwetkach postaci. Co ty na to? 

- Całą przerwę na lunch spędzimy w mojej przyczepie, a ty nie będziesz się bala plotek? Potrząsnęła głową. 
- Zostawimy otwarte drzwi. 
Wstała i skierowała się do wyjścia, lecz Rafe ją zatrzymał. Położył jej dłoń na ramieniu. Spojrzała na niego 

pytająco. 

- Twój scenariusz jest naprawdę wspaniały - powiedział z pełnym przekonaniem. 
To była pochwała osoby kompetentnej. Zarumieniła się z radości. 
 
- Idę, idę - zawołała Claire, wstając od biurka. Wstawiono ten mebel na jej żądanie do pokoju w motelu. 

Poszła otworzyć drzwi, do których właśnie ktoś pukał. 

Ostatnio  występowała  w  trzech  rolach,  a  właściwie  w  czterech,  jeśli  uwzględnić  nową,  kochanki.  I  to 

stawało się coraz bardziej męczące. Zrywała się przed świtem, żeby przez nikogo nie zauważona, wrócić z 
pokoju  Rafe’a  do  siebie.  Potem  prowadziła rozmowy  telefoniczne  z  dwoma  młodymi,  niedoświadczonymi 
reżyserami, którzy kręcili filmy w plenerach Nowego Jorku. Jak tylko skończą się zdjęcia do „Desperata”, a 
więc mniej więcej za tydzień, będzie musiała tam pojechać i osobiście im pomóc. Przez ostatnie dziesięć dni 
matka  zasypywała  ją  z  Paryża  teleksami  w  sprawie  najnowszego  filmu  Wytwórni  Kingston  „Osobistość”, 
gdyż  starano  się  pozyskać  do  głównej  roli  Richarda  Gere’a.  Robert-Bogu  niech  będą  dzięki  za  jego 
sumienność  -  przysłał  jej  ekspresem  bieżące  raporty  o  będących  w  realizacji  czterech  filmach.  Tym 
wszystkim musiała się zająć, zanim zjawiła się na planie „Desperata” o ósmej rano. 

-  Wejdź,  Rafe  -  powiedziała,  przekręcając  klucz  w  zamku.  Nawet  nie  spojrzała  na  wchodzącego,  gdyż 

musiała wrócić do telefonu. - Za minutę kończę. 

Wbrew oczekiwaniom rozmowa telefoniczna z montażystą znacznie się przeciągnęła. Kiedy po kilkunastu 

minutach  wróciła  do  swego  gościa,  zobaczyła  Daxa  Wyatta.  Siedział  na  jej  łóżku,  przeglądał  ostatnie 
wydanie  „Variety”  i  popijał  z  plastykowego  kubka  kawę.  Postanowiła  za  wszelką  cenę  zachować  swój 
sławetny spokój i chłód. Poradzi sobie. Dawała już sobie radę z tym typem przez ostatnie dwa miesiące. 

- W czym mogę ci pomóc, Dax? - spytała uprzejmie. Patrzyła na niego, jakby był wężem, który wślizgnął 

się do jej pokoju i zwinął w kłębek na łóżku. 

- Przyniosłem ci kawę. - Wyciągnął do niej kubek. 
- Miło z twojej strony, że o tym pomyślałeś - odpowiedziała - ale ja pijam herbatę. - Odczekała chwilę. - 

Masz do mnie jakąś sprawę? 

- Widziałaś ostatnie tygodniki filmowe? 
- Nie - odrzekła krótko. - Bardzo rzadko poświęcam czas tym bzdurom. 
- Powinnaś to robić częściej. W jednym z nich jesteś głośną gwiazdą. 
- Ja? 
-  Tak.  -  Zaprezentował  swój  zwodniczo  niewinny  uśmiech,  który  miał  zrobić  na  niej  oszałamiające 

wrażenie. - A właściwie my. 

- Nie istnieje coś takiego jak „my”. - Jej oczy nabrały lodowatego wyrazu. 
- Zgodnie z tym, co napisano, istnieje. - Podniósł z łóżka ilustrowane pismo, które najwyraźniej przyniósł 

ze sobą, i podał Claire. 

Zawahała się, lecz sięgnęła po nie. Było to jedno z bardziej szmatławych piśmideł. Tytuł artykułu wielkimi 

literami  głosił:  „Dawne  uczucia  zapłonęły  na  nowo”.  Pod  nim  umieszczono  zdjęcia,  które  miały  go 
uzasadniać.  Fotografie  były  zrobione  niewątpliwie  na  planie  „Desperata”.  Patrząc  na  nie,  pomyślała,  że 

background image

 

54 

musiały być specjalnie zaaranżowane przez Daxa dla osiągnięcia takiego efektu. 

Na pierwszym zdjęciu stali oboje w drzwiach przyczepy. Przypomniała sobie, jak to było  -  zatrzymał ją, 

ż

eby „przedyskutować” jakąś scenę. 

Na  drugim,  zrobionym  w  miejskiej  bibliotece,  ona  siedziała  przy  stole  na  krześle,  a  on  stał  za  nią  tak 

pochylony,  jakby  wargami  skubał  płatek  jej  ucha.  Tę  scenę  również  dobrze  zapamiętała.  Korzystając  z 
przerwy  między  zdjęciami,  poszła  do  biblioteki,  żeby  w  spokoju  przygotować  tekst  teleksu  do  Roberta, 
kiedy  niespodziewanie  Dax  się  nad  nią  pochylił.  Zaraz  wstała  i  wyszła  stamtąd.  Reszta  zdjęć  była  w 
podobnym  stylu.  Z  wyjątkiem  dwóch.  Te  dwie  fotografie  zostały  zrobione  na  planie  „Oszustów”  prawie 
osiem lat temu. Grali w nim parę młodych kochanków. Jedna z nich przedstawiała scenę z filmu  - byli na 
niej ucharakteryzowani, w kostiumach. Na drugiej, zrobionej z ukrycia, uchwycono ich, gdy siedzieli razem 
w  czasie  przerwy  na  posiłek.  Tak,  wtedy  jeszcze  w  swej  bezdennej  głupocie  uważała,  że  jest  w  nim 
zakochana.  Kiedy  przeczytała  artykuł  stanowiący  komentarz  do  zdjęć,  zrobiło  się  jej  niedobrze.  Była  to 
łzawa  historia  o  kochankach  rozdzielonych  przez  rodziców  dziewczyny.  Napomknięto  w  nim  nawet,  że 
aktorka zrezygnowała z kariery w filmie właśnie z powodu tego bolesnego przeżycia. Sugerowano, że maskę 
Królowej Lodu przybrała celowo, w samoobronie przed podobnym cierpieniem, a obecnie jej serce ożyło na 
nowo,  gdyż  kochankowie,  wprawdzie  już  nie  tak  młodzi,  ponownie  jednak  połączyli  się  na  planie  innego 
filmu. Claire uniosła oczy znad czasopisma. W jej wzroku widać było furię. 

- Jaki to ma mieć cel? 
- Ależ Claire, przecież to znakomity artykuł. 
- Poza tym, że nie zawiera ani słowa prawdy. 
Dax wzruszył ramionami. 
- No, nie całkiem. Ty rzeczywiście byłaś we mnie zakochana, a ja złamałem ci serce. Wprost zatrzęsła się z 

gniewu. 

- Nie złamałeś mi serca, ty draniu! Ty mnie zgwałciłeś! 
-  O  Boże,  Claire.  Ciągle  wracasz  do  tej  swojej  historyjki.  Byłaś  napaloną  panienką,  która  już  nie  mogła 

wytrzymać, żeby dać mi swój ruciany wianek. 

- Byłam osiemnastoletnią dziewczyną, która sądziła, że kocha. 
-  No  właśnie.  -  Znowu  wzruszył  ramionami.  -To  przecież  powiedziałem,  prawda?  Rzuciła  w  niego 

czasopismem. 

- Wynoś się - warknęła głosem ochrypłym z obrzydzenia. 
Dax wstał z łóżka. 
- Claire, ty nadal jesteś gorącą pannicą - stwierdził i wyciągnął do niej rękę. 
Poczuła,  że  jego  dłoń  zaciska  się  na  jej  ramieniu.  Skamieniała.  O  Boże,  to  ma  się  znowu  powtórzyć, 

przemknęło  jej  przez  myśl.  Stała  sparaliżowana  przerażeniem.  Otworzyła  usta,  żeby  krzyknąć,  lecz  struny 
głosowe odmówiły jej posłuszeństwa. Och, Boże, proszę, nie dopuść, żeby mnie to znowu spotkało, modliła 
się w duchu. 

Dax roześmiał się cicho. 
- I nadal nie możesz się doczekać, żeby mi to dać - chełpił się, biorąc najwyraźniej paraliżujący ją strach za 

przyzwolenie. Przyciągnął ją bliżej i pochylił głowę ku jej twarzy. 

Na  myśl  o  jego  ustach  dotykających  jej  warg,  instynktownie  cofnęła  się,  a  on  napierał  na  nią  jak  pies 

pasterski na przerażoną owcę. 

- Dziewczynka rozochocona, że aż miło - powiedział z chichotem i popchnął ją na łóżko. 
Bezradnie  młóciła  na  oślep  pięściami,  jedną  z  nich  natknęła  się  na  otwarty  pojemnik  z  kawą,  który  Dax 

zostawił na nocnym stoliku. Musiała się ratować. Chwyciła pojemnik na ślepo, nie bacząc, że gorący płyn 
pochlapał jej palce, w przerażeniu i rozpaczy zdobyła się na wysiłek i rzuciła nim w Daxa. 

- Wynoś się! - krzyknęła, gdyż nagle odzyskała głos. 
Pojemnik trafił go w pierś, gorąca kawa rozbryzgła się na wszystkie strony. 
Przystojna twarz mężczyzny wykrzywiła się we wściekłym grymasie. 
-  Ty  żmijo!  -  warknął  i  rzucił  się  ku  niej.  Claire  błyskawicznie  podciągnęła  do  góry  kolana  i  zaczęła  go 

kopać z całych sił. 

-  Nie  pozwolę  na  to  po  raz  drugi!  -  krzyknęła.  Trafiła  stopą  w  jego  pierś  i  kopnęła  go  tak  mocno,  że  z 

łomotem runął na ścianę. Na podłogę spadła zdobiąca ją rycina. 

Te hałasy zaniepokoiły mieszkającego obok Rafe’a. Wpadł jak bomba do pokoju Claire. 
- Co, do diabła... - zaczął, lecz widok, który ujrzał, mówił sam za siebie. Z okrzykiem rzucił się na Daxa i 

uchwycił  go  za  koszulę  na  plecach.  W  szale  poderwał  go  na  nogi  i  wykręcił  mu  ramię.  Jednym  jego 
pragnieniem było zmienić raz na zawsze nie do poznania oblicze pięknisia Daxa Wyatta. 

- Rafe, nie bij go! - Claire rzuciła się do przodu i chwyciła Rafe’a za ramię. 

background image

 

55 

Nieprzytomny ze złości, usiłował strząsnąć jej dłoń. Żadnemu mężczyźnie napastującemu jego kobietę nie 

ujdzie to bezkarnie. 

- Rafe, na miłość boską, zostaw go! - Claire wczepiła się jak pijawka w jego ramię. - On ma do odegrania 

jeszcze tylko cztery sceny! 

-  Sceny?  -  powtórzył  z  niedowierzaniem,  jakby  nie  był  pewny,  czy  się  nie  przesłyszał.  -  Ten  łobuz  cię 

zaatakował - potrząsał nim jak dog terierem - a ty się martwisz scenami, które zostały do nakręcenia? 

-  Jeśli  mu  pokiereszujesz  twarz,  będzie  musiał  się  leczyć,  a  my  przekroczymy  budżet  w  związku  z 

opóźnieniem - wyjaśniła. 

Patrzył na nią zdumiony, bo ona się uśmiechała. Ona się śmiała. 
Rafe poczuł, jak gniew powoli ustępuje. Ona się śmiała! 
- Czy przynajmniej mogę mu parę razy przyłożyć w inne miejsce? 

 
 

ROZDZIAŁ 11 

Wyrzucili Daxa z pokoju jak worek ze śmieciami - Claire trzymała otwarte drzwi. Rafe, uchwyciwszy od 

tyłu jedną ręką kołnierzyk jego koszuli, a drugą pasek u spodni, wypchnął go na zewnątrz. Dax potknął się o 
jeden  ze  słupów  podpierających  zadaszenie  i  ledwo  utrzymał  się  na  nogach.  Zapewne  również  z  tej 
przyczyny, że ręką osłaniał symbol swej męskości i chwytał powietrze jak ryba wyjęta z wody. 

Claire bowiem kopnęła go w podbrzusze i obcasem trafiła w to czułe miejsce, tak że z bólu nie tylko nie 

mógł  się  poruszać,  ale  nawet  oddychać.  W  tej  sytuacji  pomoc  Rafe’a  była  raczej  już  tylko  moralnym 
wsparciem. 

- Porachuję się z wami w sądzie - wysapał Dax. 
- Będzie nam bardzo miło cię tam zobaczyć - zadrwił Rafe i zatrzasnął drzwi. 
Claire rzuciła się ku niemu i całym ciałem przycisnęła go do zamkniętych drzwi. 
-  Claire,  kochanie,  nic  ci  się  nie  stało?  Czy  ten  drań  nie  zrobił  ci  jakiejś  krzywdy?  Och,  dziecinko,  nie 

płacz, nie płacz, proszę. 

Uniosła ku niemu twarz, aby pokazać, że nie płacze. W każdym razie nie był to płacz ani ze strachu, ani z 

bólu. Zduszone dźwięki, które wydobywały się z jej gardła, były raczej stłumionymi wybuchami śmiechu. A 
łzy cieknące z kącików oczu - wyrazem ulgi i radości. 

-  O  Boże  -  powiedziała,  niemal  trzęsąc  się  ze  śmiechu  -  czy  widziałeś  jego  minę?  Widziałeś?  On  był 

zdumiony. Nie spodziewał się, że potrafię wygrać z nim tę walkę. A mnie się udało - triumfowała - udało! 

- Jeszcze jak, dziecino. - Uniósł ją do góry i zaczął wirować po pokoju. - Jeszcze jak ci się udało. 
Cieszył  się  jej  radością.  Zakręciło  im  się  w  głowie,  więc  Rafe  chwiejnym  krokiem  podszedł  do  łóżka  i 

opadli na nie oboje. Trzymał ją ciągle w ramionach, a ona wysunęła się z nich tylko po to, żeby się na nim 
położyć. Pochyliła głowę i pocałowała go w usta. 

Pocałunek był namiętny, gwałtowny, dziki. 
- Kochaj mnie, Rafe - poprosiła - kochaj mnie teraz. 
Zawahał  się.  Przed  chwilą  przeżyła  napaść  i  choć  wydawało  się,  że  zniosła  to  zadziwiająco  dobrze,  jej 

reakcja mogła być wynikiem szoku. 

- Teraz - nalegała z ustami przy jego wargach. Objął ją ramionami, mocno przytulił do siebie i całował z 

takim  zapamiętaniem  i  namiętnością  jak  ona.  Przedłużał  tę  pieszczotę,  gdyż  nie  był  pewny,  czy  ona 
rzeczywiście chce tego, czego od niego żąda, a bał się, że zaraz straci nad sobą panowanie. Claire uniosła 
głowę. 

- Nic mi się nie stało i nie jestem w szoku  - powiedziała, patrząc mu w oczy.  -  Nie jestem okaleczonym 

małym ptaszkiem ani łaciatym kotkiem, którego trzeba delikatnie oswajać. W każdym razie już nie. Jestem 
kobietą, która zmierzyła się z przeszłością i wygrała. Pragnę uczcić moje zwycięstwo z mężczyzną, którego 
kocham, najlepiej jak umiem. 

- O mój Boże, Claire... - Rafe był tak wzruszony, że nie mógł dokończyć zdania. - Claire... 
- Porozmawiamy później - przerwała mu i znowu zaczęła go całować. 
Poddali  się  niepohamowanej  namiętności.  Całowali  się.  Dotykali.  Zrzucili  z  siebie  ubrania,  żeby  zatracić 

się  w  pieszczocie  ciał.  Wśród  czułych  szeptów  i  miłosnych  westchnień  dotarli  zdyszani  do  granicy  wręcz 
bolesnego pożądania. 

- Teraz, Rafe - prosiła Claire, przyciągając go do siebie - teraz. 
Oddawała  mu  się,  spragniona jego  zaborczej  władzy  nad jej  ciałem,  a  on  chciał,  żeby  poznała  wszystko, 

czego odmawiała sobie Królowa Lodu. I tak się stało - usłyszał to w jej ochrypłym jęku ekstazy, gdy już i 
jego  porwał  zachwyt  upojenia,  jakiego  jeszcze  nigdy  nie  zaznał.  Po  pewnym  czasie,  kiedy  ochłonęli, 
wyszeptał słowa, które pragnęła usłyszeć. 

background image

 

56 

- Byłaś wspaniała. Ponad wszystko w świecie wspaniała. Kocham cię. Pierwszym samolotem polecimy do 

Las Vegas, żeby wziąć ślub. 

- Ale... 
Rafe położył jej palec na ustach. 
-  Nie  ma  żadnego  ale.  Nie  obchodzi  mnie,  czy  będzie  dotrzymany  harmonogram  zdjęć.  Nie  interesuje 

mnie, czy przekroczymy budżet. Nie będę się przejmował, jeżeli złośliwi dziennikarze napiszą, że reżyseruję 
film  tylko  dlatego,  że  wykorzystałem  osobiste  powiązania  z  producentem,  że  załatwiłem  to  przez  łóżko. 
Tylko ty się liczysz. - Odjął palec od jej warg. - Co mi odpowiesz? 

Odpowiedziała: 
- Tak. 
 
Reporterzy  ilustrowanych  czasopism  mieli  prawdziwe  używanie.  Zaskakujące  okoliczności  związane  z 

produkcją  filmu  „Desperat”  były  wyjątkowo  smakowitym  kąskiem.  Wiadomości  o  wstrzymaniu  zdjęć  i 
przekroczeniu  budżetu  wprawiły  dziennikarzy  w  uciechę,  którą  można  było  porównać  tylko  do  radosnego 
podniecenia dzieci w Wigilię Bożego Narodzenia. 

Nie  zabrakło  sugestii  o  wykorzystywaniu  rodzinnych  powiązań  oraz  aluzji  na  temat  seksualnego 

napastowania.  Cała  machina  insynuacji  została  puszczona  w  ruch  bez  najmniejszych  zahamowań.  Plotki  o 
cichym  ślubie  w  Las  Vegas  również  dostały  się  na  łamy  prasy.  Później  im  zaprzeczono,  donosząc  o 
skromnej  uroczystości  ślubnej  w  rezydencji  Pierce’a  Kingstona  w  obecności  najbliższej  rodziny.  Na 
szczęście, młodzi małżonkowie, zaszyci na odludziu w nie znanym nikomu domu letniskowym Kingstonów 
w górach w pobliżu granicy meksykańskiej, mogli nie zważać na całe to zamieszanie. 

Prapremiera  „Desperata”  po  przyspieszonym  montażu,  którego  ostateczną  wersję  zaakceptował  w  końcu 

reżyser, odbyła się w iście hollywoodzkim stylu w cztery miesiące później. W rezultacie film mógł wejść na 
ekrany  w  tygodniu  przedświątecznym.  Przybyło  zarówno  mnóstwo  krytyków  filmowych  z  pism 
branżowych, jak i reporterów ilustrowanych magazynów. Ci drudzy spodziewali się nie lada sensacji, kiedy 
reżyser,  producent  i  odtwórca  głównej  męskiej  roli  pojawili  się  razem.  Większość  żądnych  skandali 
pismaków  oczekiwała  wręcz  rozlewu  krwi.  Niestety,  ku  ich  rozczarowaniu,  wszyscy  zachowywali  się  w 
sposób żałośnie cywilizowany. 

Krytycy  przybyli  tłumnie,  ponieważ  doszły  ich  plotki,  że  autorem  scenariusza  jest  ktoś  z  rodziny 

Kingstonów, więc każdemu się spieszyło, żeby zmieszać film z błotem. Pokusa była zbyt duża, żeby dać się 
komuś  wyprzedzić.  Krytycy  nie  mieli  litości  dla  filmu.  Ckliwie  sentymentalny  to  był  ich  najoględniejszy 
epitet.  Zdecydowanie  niskie  notowania  dał  znany  komentator  telewizyjny  Gene  Siskel.  Tylko  Roger  Ebert 
uznał, że film można pochwalić za optymistyczne przesłanie oraz za znakomitą grę Christine Bishop w roli 
Molly. 

Jednakże  już  w  ciągu  pierwszego  świątecznego  tygodnia  film  przyniósł  dwadzieścia  dziewięć  milionów 

dolarów zysku. Po kolejnych dwunastu tygodniach, jak podał „Entertainment Weekly”, plasował się nadal w 
czołówce  pierwszych  dziesięciu  najlepszych  fumów  wyświetlanych  w  tym  czasie.  Okazało  się,  że  chociaż 
krytykom nie przypadł do gustu, publiczność kinową wprost zachwycił. 

W  wieczór  uroczystego  rozdania  nagród  Akademii  Filmowej  Rafe  i  Claire  zajęli  miejsca  w  sali,  gdzie 

odbywała  się  ceremonia.  Po  lewej  stronie  Claire  siedziała  wysmukła  już  Nikki,  która  przed  dwoma 
miesiącami urodziła córeczkę, a obok niej Pierce, nominowany do Oskara za najlepszą rolę męską w filmie 

„Stworzeni  dla  siebie”.  Tara  i  Gage  tym  razem  nie  oczekiwali  żadnych  nagród,  więc  usadowili  się  w 

drugim  rzędzie  z  siostrą  Rafe’a  Pilar,  która  starała  się  nie  gapić  w  podziwie  na  każdą  z  zebranych  w  tym 
miejscu gwiazd Hollywoodu. Po prawej stronie Rafe’a siedziała jego matka, promieniejąca dumą i szalenie 
elegancka  w  kreacji  od  Yves  Saint  Laurenta.  Czerwony  kolor  sukni  znakomicie  podkreślał  jej  ciemną 
karnację. 

Pozostali członkowie klanu Santanów zebrali się w domu  Inez i Miguela na ich farmie, żeby w telewizji 

obejrzeć ceremonię wręczania nagród. Matka Claire oglądała uroczystość dzięki przekazowi satelitarnemu w 
Paryżu, gotowa wysłać niezwłocznie gratulacje, gdyby jakiś film produkcji jej wytwórni lub ktoś z rodziny 
otrzymał tę najbardziej prestiżową nagrodę. Ojciec Claire był w Istambule, gdzie kręcił swój najnowszy film 
i flirtował z dwudziestojednoletnią odtwórczynią głównej roli. 

Na  scenie  Billy  Crystal  przedstawiał  właśnie  osobę,  która  miała  prezentować  najlepsze  filmy  i  wręczać 

nagrody. 

Rafe  i  Claire  trzymali  się  za  ręce,  kryjąc  je  w  fałdach  jej  srebrnozłotej,  szyfonowej  sukni  i  słuchali 

trzyminutowych omówień każdego z filmów, które w tym roku były nominowane do Oskara. Wydawało się 
im, że to trwa całą wieczność. Mniej więcej w połowie występu prezentera Rafe nachylił się od ucha żony i 
zapytał cicho: 

background image

 

57 

- Czy będziesz zdruzgotana, jeżeli „Desperat” nie zdobędzie nagrody? 
Claire uniosła na niego błyszczące jak szafiry oczy. 
- A ty? 
- Ja spytałem pierwszy. 
Zastanawiała się nad tym. Czy będzie zdruzgotana? Dzięki temu filmowi osiągnęła przecież wszystko, co 

sobie  zakładała  i  jeszcze  coś  więcej.  Bez  cienia  wątpliwości  udowodniła,  na  co  ją  stać.  Jej  pozycja 
samodzielnej  producentki  została  ugruntowana.  Okazało  się  również,  że  potrafi  być  dobrą  scenarzystką. 
Najdziwniejsze było jednak to, że zawodowe osiągnięcia nie miały dla niej już tak wielkiego znaczenia jak 
wtedy, gdy przystępowała do pracy nad „Desperatem”. 

Zdała sobie sprawę, że przestały być takie ważne z chwilą, gdy ostatecznie wyzwoliła się z pęt przeszłości. 

Przecież  w  gruncie  rzeczy  bardziej  jej  zależało  na  przekonaniu  się,  ile  jest  warta  jako  kobieta,  niż  w 
umocnieniu  swojej  pozycji  producentki  filmowej.  I  właśnie  siedzący  koło  niej  mężczyzna  umożliwił  jej 
poznanie siebie. To on uświadomił jej - i uświadamiał nadal każdego dnia - jaką ona ma naprawdę naturę. 
Czułą,  uczuciową.  Odkrył  w  niej  kobietę  zdolną  głęboko  kochać  i  zasługującą  na  miłość.  Och,  reporterzy 
nadal nazywali ją Królową Lodu, lecz teraz zupełnie się tym nie przejmowała, gdyż wiedziała, jak bardzo się 
mylili. 

- Claire? - wyszeptał Rafe, zaniepokojony jej długim milczeniem. 
Spojrzała mu w oczy i uśmiechnęła się. 
- Nie, nie będę zdruzgotana - zapewniła go. - Może rozczarowana, ale nie zdruzgotana. A ty? Zaśmiał się 

cicho. 

-  Och,  do  licha, tak, ja  będę  niepocieszony.  Całkowicie  przybity.  Więc będziesz  musiała  zabrać  mnie  do 

domu  i  zastosować  wszystkie  znane  ci  środki,  żeby  pomóc  memu  ciału  wydostać  się  z  tego  pourazowego 
szoku. 

-  Wszystkie  znane  mi  środki?  Hm,  to  brzmi  interesująco  -  odparła  szeptem.  Jej  ciało  już  zareagowało 

ż

arem na tę propozycję. 

- Nagrodę Oskara za najlepszy film otrzymuje... - Prezenter odczekał chwilę, żeby wzmóc napięcie. 
Kamery ze wszystkich stron zostały skierowane na Rafe’a i Claire, operatorzy mieli nadzieję uchwycić ich 

reakcję na wieść o triumfie. Lecz Rafe i Claire ze splecionymi dłońmi pochylili się właśnie ku sobie, żeby 
połączyć się w pocałunku. Bez względu na to, kto tego wieczoru odebrał Oskara, oni już zwyciężyli.