background image

Debra Webb 

Cienie  przeszłości 

background image

ROZDZIAŁ PIERWSZY 

Poczuła miękkość w kolanach i nogi komplet­

nie odmówiły jej posłuszeństwa. Livvy Hamil­

ton osunęła się bezwładnie po ścianie, upadając 

na wypolerowaną podłogę. 

To niemożliwe. 

Leżała nieruchomo ze ściśniętym gardłem 

i tępym bólem w żołądku. W głowie huczało jej 

od tych wszystkich gwałtownych emocji. 

Ta dziewczyna nie żyje. 

Biedna. 

Livvy otarła wierzchem dłoni zbierające się 

na twarzy kropelki potu i przymknęła oczy. 

Nie na wiele zdało się zaciskanie powiek. Ciało 

zamordowanej znajdowało się na wyciągnięcie 

ręki. Dlaczego właśnie wczoraj poleciła jej zrobić 

to, co zawsze robiła sama?- Wieczorne spraw­

dzanie drzwi prowadzących na dziedziniec na­

leżało do jej codziennej rutyny. To ona, Livvy, 

scandalous

background image

była odpowiedzialna za zamykanie budynku. Co 

spowodowało nieoczekiwaną zmianę w jej co­

dziennych zwyczajach? 

Miała telefon od prezesa organizacji Christ-

mas Tree.

 Ważny telefon, który mógł w decy­

dujący sposób zaważyć na losach planowanej 

przez nią świątecznej gali. Chociaż był dopiero 

wrzesień, przygotowania do udanego sezonu 

zimowego musiały iść pełną parą. Uzyskanie 

wsparcia tej organizacji dawało szansę na 

sukces i ostateczne uzasadnienie decyzji przy­

wrócenia do dawnej świetności zajazdu „Pod 

Zabłąkanym Aniołem". Konieczne też było przy­

łączenie się do corocznych działań charytatyw­

nych, a w szczególności zaistnienie na szeroko 

rozreklamowanej świątecznej trasie historycz­

nych obiektów. 

Większość miejscowości usytuowanych 

wzdłuż Wybrzeża Maine miała w swojej ofercie 

turystycznej atrakcyjne imprezy zimowe. Cam-

den i Rockport słynęły z minizawodów olimpij­

skich. Jedno z położonych na wyspie sennych 

miasteczek zostało zamienione w bajkową, bo­

żonarodzeniową krainę, o której świetność dbał 

każdy najdrobniejszy sklepikarz Cliffs Cove. 

Przyciągała ona rzesze turystów, nie mniejsze 

niż amatorów plażowania i żeglarstwa latem. 

Udany sezon zimowy gwarantował zapewnie­

nie finansów na resztę roku. Taki postawiła 

sobie cel. Nie potrzebowała niczego więcej. 

scandalous

background image

Wyprostowała się i oparła głową o ścianę. Jak 

mogła teraz myśleć o pieniądzach?- Tu, obok 

martwego ciała Beverly? 

Co gorsza, wydarzenie nie było kontrower­

syjnym chwytem reklamowym, ani też mrożącą 

krew w żyłach inscenizacją dla zabawienia gości. 

To stało się naprawdę. 

Tak wyglądała przerażająca rzeczywistość. 

Zazwyczaj nie wierzyła w żadne duchy i le­

gendy, ale... tym razem musiała przyznać, że to, 

co się stało niosło ze sobą złowieszczy powiew 

przeszłości. 

Dokładnie co dwadzieścia lat, jakby wypełnia­

jąc przepowiednię zawartą w starej legendzie 

- nie, to nie była ani legenda, ani przepowiednia, 

ale rzucona przed kilkuset laty klątwa - w zajeź­

dzie ginęła jedna osoba. 

Dawna klątwa powinna stracić na aktual­

ności. Czyż nie zostało oczyszczone z podejrzeń 

dobre imię Nory O'Malley? 

Dlaczego w takim razie doszło do tragedii ? 

Przecież Beverly Bellamy nikomu nie wyrządziła 

krzywdy. Była cichą, pracowitą osobą o łagod­

nym usposobieniu. Najprawdopodobniej nie 

ona miała zostać ofiarą. Po prostu znalazła się 

tam w złym czasie, wykonując obowiązki Livvy. 

Ale kto i dlaczego miałby interes w uśmiercaniu 

właścicielki zajazdu?- Czy mało nieszczęść spot­

kało ją do tej pory? 

Objęła ramionami swoje podkurczone nogi 

scandalous

background image

i przyciągnęła kolana do podbródka. Jej twarz 

wykrzywił grymas bólu. Minęły całe trzy lata, 

a ból wciąż dawał o sobie znać. Zamrugała 

powiekami, starając się odgonić od siebie na­

trętne wspomnienia. Chciała zapomnieć, ale 

obrazy z przeszłości niezmiennie przesuwały 

się przed jej oczami. Dudniący w uszach 

krzyk. Krzyk mężczyzny, którego poślubiła. 

Szarpanina i mocny cios. Zepchnięta w dół 

spadała coraz niżej i niżej... aż stała się obola­

łym, bezwładnym kształtem leżącym u pod­

nóża schodów. 

Livvy zaczęła energicznie pocierać dokuczają­

ce jej prawe udo. Przeszła wiele operacji i przez 

długie miesiące była rehabilitowana, zanim po­

nownie nauczyła się chodzić. Do dzisiaj lekko 

utykała na jedną nogę, szczególnie gdy była 

nieco przeforsowana. A tak właśnie, przy gorącz­

kowych przygotowaniach do sezonu zimowego, 

zdarzało się ostatnio. 

To on ją tak naznaczył, żeby zawsze, nawet 

po jego śmierci, pamiętała o jego istnieniu. 

Rozejrzała się po pięknym holu, który dzięki 

ciężkiej pracy został przywrócony do dawnej 

świetności. Zatrzymała wzrok na wiszącym 

nieopodal obrazie. Znalazła go na strychu i była 

swoim odkryciem bardzo podekscytowana. Po­

noć od niepamiętnych czasów należał do wy­

stroju tego miejsca. Czytała o nim we wspo­

mnieniach dawnych gości rezydencji, którzy 

scandalous

background image

bywali tutaj jeszcze przed śmiercią pierwszego 

właściciela. Senator zakupił to dzieło o niebiań­

skiej tematyce i zawiesił je właśnie w tym holu... 

aby chroniło jego żonę, gdy będzie przebywał 

w podróży. 

Niestety nie przyniosło ono szczęścia ani 

jemu, ani jego małżonce. 

Livvy przyjrzała się dokładnie twarzom na­

malowanych na płótnie aniołów. Wydawały się 

rzucać jej ironiczne spojrzenia. 

Wystroju rezydencji dopełniały jeszcze inne 

anioły i amorki. Najbardziej rzucała się w oczy 

odlana z brązu figura skrzydlatego anioła, przy­

mocowana do ściany tuż nad portykiem, a kor­

pulentne kształty kolejnego aniołka wieńczyły 

pobliską fontannę. Aniołki nie były tutaj od 

samego początku. Pojawiły się na znak pamięci 

o małej dziewczynce, która zginęła w niewyjaś­

nionych okolicznościach. W poszukiwaniu ojca, 

który utonął, wybiegła z domu w stronę oceanu 

i już nigdy nie wróciła. Najprawdopodobniej 

wzburzone fale porwały ją z nadbrzeżnej skały. 

Podobno potem często widywano unoszącą się 

tuż nad falami postać małego aniołka... 

Livvy oparła brodę o kolana. Próbowała sobie 

wyobrazić, jak dalece tragicznym przeżyciem mo­

że być utrata ukochanego dziecka. Sama zawsze 

chciała mieć dzieci. To było jej wielkie marzenie. 

Szczęśliwie, Bóg uchronił ją przed macierzyń­

stwem w nieudanym związku z mężem tyranem. 

scandalous

background image

Wydanie dziecka na świat i stworzenie mu przez 

ojca tyrana dramatycznej sytuacji rodzinnej było­

by prawdziwym nieszczęściem. 

I oto znalazła się tutaj. Trzy lata później, 

wolna od dawnych demonów stanęła w obliczu 

następnych. 

Pokochała to miejsce całym sercem. Wydała 

wszystkie pieniądze, do ostatniego grosza, na 

przywrócenie zajazdu do jego dawnej świetno­

ści. Niepowodzenie w ogóle nie wchodziło w ra­

chubę. Tyle pracy, tyle energii... Po prostu musi 

się udać! 

W starych murach, przesiąkniętych boles­

nymi przeżyciami dawnych mieszkańców, 

znalazła wymarzoną dla siebie przystań i właś­

nie tu zapragnęła rozpocząć nowe życie. 

Może dla kogoś zabrzmiałoby to absurdalnie, 

ale wiedziała, że ona i ten wiekowy dom razem 

wyleczą swoje stare rany. Poświęcając mu czas, 

czuła się silniejsza z każdym spędzonym w nim 

dniem. Realizowała się przez tę ciężką pracę. 

Była szczęśliwa. Tylko chwilami niepokoiły ją 

dziwne historie, jakie zaczęły się wydarzać od 

momentu otwarcia podwoi zajazdu. 

Po plecach Livvy przebiegł nagły dreszcz. 

Zrobiło jej się zimno i ogarnęło ją poczucie... 

samotności. Nie miała zjwyczaju wierzyć w du­

chy ani żadne zjawiska nadprzyrodzone, nie 

przejmowała się miejscowymi iegendami. Każde 

wydarzenie w tym domu musiało przecież mieć 

scandalous

background image

swoje racjonalne wytłumaczenie. Teraz Livvy 

zrobi absolutnie wszystko, żeby dowiedzieć się 

prawdy. To, rzecz jasna, nie przywróci Beverly 

do życia. Nawet jeśli uda się wyjaśnić okoliczno­

ści morderstwa, życie tej dziewczyny zostało 

nieodwołalnie zakończone. 

Livvy instynktownie wiedziała, że to ona 

miała być ofiarą, chociaż zupełnie się nie orien­

towała, kto i dlaczego mógł pragnąć jej śmierci. 

Było to pytanie, na które nie znała odpowiedzi. 

Po odejściu z tego świata jej okrutnego psy­

chopatycznego męża, nie miała już żadnych 

wrogów. Co prawda ciągle jeszcze uporczywie 

wracało uczucie dziwnego lęku jakby przeczu­

wała zagrożenie ze strony zmarłego męża. Za­

drżała na taką myśl, ale szybko uznała ją za 

wytwór wyobraźni. 

Nie bez wysiłku podniosła się na nogi. Ta 

prosta czynność wciąż sprawiała jej wiele trud­

ności. Wygładzając dłońmi spódnicę, jeszcze raz 

wróciła myślami do tematu wrogów. Czy na­

prawdę ich nie miała? 

Poza sporadycznymi protestami przeciw ot­

warciu zajazdu, jakie do niej docierały, spotykała 

się z ciepłym przyjęciem ze strony większości 

tutejszych mieszkańców. Po raz pierwszy od 

wielu lat, w pewnym sensie, miała... rodzinę. 

Obydwoje rodzice zmarli w krótkim odstępie 

czasu, tuż po skończeniu przez nią studiów. 

scandalous

background image

Została sama, bez bliskich krewnych. Miała 

kilkoro przyjaciół z lat dzieciństwa w Santa 

Barbara, dzięki którym nie czuła się kompletnie 

samotna. Niestety, po jej ślubie z doktorem 

Jamesem Hamiltonem, zaprzyjaźnione osoby 

szybko przestały się z nią kontaktować. Mąż 

dołożył wszelkich starań, aby właśnie tak się 

stało. 

Początkowo jego nieprzerwana uwaga i obec­

ność sprawiały jej dużą przyjemność i wydawa­

ły się nawet romantyczne. Czuła się doceniona. 

Była dla niego ważna, potrzebna, jedyna. Wkrót­

ce jednak okazało się, że ta chęć ciągłego posiada­

nia jej na własność poważnie wykraczała poza 

zjawisko typowego zamknięcia się przed świa­

tem u nowo poślubionych małżonków. 

James był zaburzonym i złym człowiekiem, 

którego jedynym celem na ziemi stało się domi­

nujące kontrolowanie i poniżanie osób znaj­

dujących się w zasięgu jego władzy. Livvy szyb­

ko i boleśnie zaznała takiego traktowania. Choć 

pacjenci i współpracownicy doktora uwielbiali 

go i szanowali, w osobach znających go bliżej 

wzbudzał ogromny lęk. Nikt nie mógł wiedzieć 

tego lepiej niż żona. 

Wystarczy, skarciła się w myślach. Wspomi­

nanie niedobrych czasów było ostatnią rzeczą, 

jakiej teraz potrzebowała. 

Będzie musiała zatelefonować do rodziców 

Beverly i złożyć im kondolencje. 

scandalous

background image

Po wizycie policji i techników medycyny 

sądowej, wczesnym rankiem ciało Beverly zo­

stało zabrane na sekcję zwłok. Livvy wzdrygnęła 

się na myśl o tej okropnej procedurze. Wiedziała, 

że mają obowiązek wszystko dokładnie spraw­

dzić... chociaż nóż do otwierania listów, zanu­

rzony po rękojeść w plecach Beverly, był oczywi­

stym powodem jej śmierci. 

Livvy odsunęła od siebie makabryczny obraz. 

Osoba, która popełniła tę straszną zbrodnię 

użyła dokładnie tego samego przedmiotu, któ­

rym dawno temu młoda żona zamordowała 

swojego męża, senatora, a kilka lat później pew­

na obłąkana kobieta, gość zajazdu, usiłowała 

odebrać życie swojej siostrzenicy. 

Tego ranka komisarz policji wyjaśnił, że 

dzień wcześniej nóż został skradziony ze zbio­

rów pracownika lokalnego muzeum. Człowiek 

ów pasjonował się dziejami okolicy i z wiel­

kim zapałem gromadził kolekcję poświęconą 

między innymi historii zajazdu „Pod Zabłąka­

nym Aniołem". To on poświadczył policji 

autentyczność zdobionego szlachetnymi ka­

mieniami noża. Pięknie wykonany, drogocen­

ny przedmiot posłużył do popełnienia ohydnej 

zbrodni. Po plecach Livvy przebiegł kolejny 

dreszcz. 

Pogrążyła się w rozmyślaniach. Wciąż nie 

potrafiła się otrząsnąć. Poruszyła gwałtownie 

głową, odgarnęła opadające jej na twarz włosy 

scandalous

background image

i postanowiła pójść do kuchni. Mocna kawa 

powinna postawić ją na nogi. 

W domu panowała absolutna cisza. Nie było 

nikogo. Kucharka Clara wyjechała na kilkutygo­

dniowy urlop, w odwiedziny do rodziny w Mas-

sachussets. Ogrodnik Ralph miał pełne ręce 

roboty przy usuwaniu przekwitłych kwiatów. 

Dorodne pęki jesiennych chryzantem czekały na 

posadzenie w donicach rozmieszczonych wokół 

dziedzińca. Edna, odpowiedzialna za sprawy 

administracyjne, wracała do pracy następnego 

dnia. 

Chociaż był dopiero wrzesień, Livvy czuła 

w powietrzu powiew zimy. Ralph również 

głosił jej rychłe nadejście. W zeszłym roku 

pierwszy śnieg spadł już na początku paź­

dziernika. Nikomu nie spieszyło się do zbyt 

wczesnej zimy, ale Livvy czekała z wytęsk-

nieniem na opadający bezgłośnie, miękki 

puch. Może przykryje swoją wszechobecną 

bielą demony, które skalały jej nowy dom, jej 

nowe życie... Ktoś powiedział, że śnieg jest 

zimowym bożym darem. Jego nieskazitelność 

i piękno rozjaśniają ponurą porę roku. Livvy 

zdawała sobie sprawę, że w tym roku naj­

cudowniejszy biały kobierzec nie zdoła od­

wrócić uwagi od popełnionego w zajeździe 

morderstwa. 

Nic tego nie zmieni, ani nie naprawi. Livvy 

może uwierzyć w starą legendę albo ją odrzucić, 

scandalous

background image

ale fakt następnego zabójstwa w zajeździe po 

kolejnych dwudziestu latach wszystkim mroził 

krew w żyłach. 

Podczas uroczystego otwarcia zajazdu „Pod 

Zabłąkanym Aniołem" co niektórzy szeptali po 

kątach, że Livvy sama kusi los, proponując 

gościom popularną towarzyską zabawę w roz­

wikłanie inscenizowanej zagadki morderstwa. 

Ale ona nic sobie z tego nie robiła. 

Z diabłem to ona miała doświadczenia z pierw­

szej ręki, prawdziwym, z krwi i kości. Nie 

wierzyła w bzdurne opowieści o duchach. 

Od kiedy to duchy zajmują się kradzeniem 

noży do popełnienia przestępstwa. Tego po­

twornego czynu dopuściła się istota ludzka. 

Ktoś, kto zakradł się do jej domu i zamordował 

niewinną młodą kobietę podczas wykonywania 

obowiązków Livvy. 

Miała głębokie przeczucie, które wyostrzyło 

się jej przez lata spędzone w roli maltretowanej 

żony Jamesa Hamiltona, że zabójstwo było 

planowane. Miała umrzeć konkretna osoba. To 

ona, Livvy, powinna teraz spoczywać w miej­

scowej kostnicy. 

Kto mógłby chcieć ją zamordować?- I za co? 

Za otwarcie zajazdu?-

To niemożliwe. Nieliczni niezadowoleni dale­

cy chyba byli od życzenia jej śmierci. Komisarz 

uprzedzał, że niektórym bardzo nie podobał się 

jej pomysł i miała wręcz wrażenie, że on sam, 

scandalous

background image

z zastanawiającą przyjemnością, szczegółowo 

opowiadał jej o takich przypadkach. Nie mogła 

oprzeć się wrażeniu, że gdyby tylko mógł, z ra­

dością przyczyniłby się do przerwania zapocząt­

kowanego przez nią remontu zajazdu. 

Splotła ręce na piersiach i westchnęła głęboko. 

Komisarz od początku nie pałał do niej sym­

patią, ale nie miała wobec niego żadnych kon­

kretnych zarzutów. Wszystko rozgrywało się 

bardziej w sferze niedopowiedzeń niż skierowa­

nych do niej słów. Zupełnie, jakby stawianie 

Livvy w kłopotliwych sytuacjach sprawiało mu 

wyjątkową przyjemność. 

Dlaczego tak się zachowywał? 

Nigdy nie była na bakier z prawem. Musiał to 

wiedzieć. Jedyną nie do końca wyjaśnioną spra­

wą w jej życiu była nagła śmierć męża. Z pew­

nością, gdy tylko pojawiła się w miasteczku, 

skrupulatnie sprawdził jej kartotekę. Poczuła 

nagły powiew chłodu. Zaczęła energicznie ma­

sować swoje ramiona, w nadziei rozgrzania 

zmarzniętego ciała. 

Livvy znieruchomiała na moment. Chyba 

komisarz nie będzie dalej grzebał w jej przeszło­

ści i na siłę doszukiwał się powiązań z dawną 

historią. Niemożliwe. To absurdalne, żeby pró­

bował obarczać ją winą za obecne morderstwo. 

Przecież nawet nie była obecna przy śmierci 

męża. Co prawda detektyw będący świadkiem 

wydarzenia był z nią zaprzyjaźniony, ale prze-

scandalous

background image

cież nie spowodował tamtego tragicznego 

w skutkach upadku. Ironia losu polegała na tym, 

że James zginął dokładnie w taki sposób, w jaki 

o mało sam jej nie uśmiercił. Spadł ze schodów. 

Zdecydowanym ruchem uderzyła dłońmi 

o kuchenny blat. Koniec z bolesnymi wspo­

mnieniami! Nie mogła bez końca roztrząsać 

dawno zakończonej sprawy. Nic nowego nie 

wynikało z tamtej tragedii. Nie łączyła się ona 

w żaden sposób z jej osobą ani zajazdem. 

Przynajmniej nie na tym etapie... Jednocześnie 

nie wierzyła, aby ktoś z miejscowych mógł być 

zamieszany w zabójstwo. Na wyspie mieszkali 

spokojni, dobrzy ludzie. Niewielka i zżyta społecz­

ność. To musiała być osoba z zewnątrz. 

Może ktoś zamierzał dokonać kradzieży albo 

miał jakieś porachunki z rodziną Beverly. Komi­

sarz twierdził, że rozpatrują obydwie możliwo­

ści, ale Livvy jakoś nie ufała mu do końca. 

Starała się o tym nie myśleć. Policjant nie miał 

powodów, żeby wyrządzać jej krzywdę, nawet 

jeśli nie żywił do niej sympatii. Być może, nieco 

rozczulając się nad sobą, zbyt surowo oceniała 

jego zachowanie. 

Livvy nalała kawę do filiżanki. Rozmyślając, 

piła gorący płyn drobnymi łyczkami. Błogie 

ciepło ogarniało powoli jej ciało i koiło skołatane 

nerwy. 

Wspominała uczucie szczęścia, jakie towarzy­

szyło jej od momentu zamieszkania w tym 

scandalous

background image

magicznym miejscu. Pokochała tę wyspę. Poko­

chała ten dom i każdy stary mebel, który 

wyszukali wspólnie z Christopherem Maxwel-

lem. Odnalezione piękne przedmioty, będące 

niegdyś własnością pierwszych właścicieli po­

siadłości, były dla niej prawdziwymi skarbami. 

Czy kiedykolwiek będzie w stanie wystarcza­

jąco odwdzięczyć się Christopherowi za okaza­

ną pomocz 

Livvy uśmiechnęła się do siebie. Jak cudownie, 

że Christopher i Emily zakochali się w sobie 

i zostali parą. Dowiedziała się od nich, że planują 

ślubne przyjęcie właśnie tutaj, w tych starych 

murach zajazdu. I co za ulga, że wyjaśniła się 

tajemnica okrywająca śmierć matki Emily. Dzię­

ki temu ojciec Christophera został uwolniony od 

wszelkich podejrzeń. Poza tym pojawił się do­

wód, że ostatnia związana z zajazdem tragedia 

nie miała nic wspólnego z tą przeklętą legendą. 

Letni sezon obdarował hojnie nie tylko Chris­

tophera. Szczęście uśmiechnęło się także do Jeffa 

Cunninghama, znanego jako Denton Drakę, 

autor kryminalnych zagadek, i do Ellie Gresham. 

Związała ich wielka miłość. Byli po prostu dla 

siebie stworzeni. 

Nowa myśl spowodowała, że z twarzy Livvy 

zniknął uśmiech. Wiedziała, że w sprawach 

sercowych nie było dla niej dobrych rokowań. 

Los tak ciężko ją doświadczył, że kontakty 

z mężczyznami w ogóle nie wchodziły w rachu-

scandalous

background image

bę. Z pewnością jeszcze przez jakiś czas, a kto 

wie, czy nie na zawsze. Chociaż minęły już trzy 

lata jej samodzielnego życia, nie zdołała zaleczyć 

emocjonalnych ran. Do tego niepełnosprawność 

polegająca na utykaniu na jedną nogę pozostanie 

z nią do końca życia i będzie musiała się z tym 

pogodzić. 

Ciszę przerwało nagle donośne i nerwowe 

dobijanie się do frontowych drzwi. Livvy pod­

skoczyła przestraszona, omal nie wypuszczając 

z rąk filiżanki. 

Biorąc głęboki oddech, odstawiła kawę na 

spodeczek i ruszyła w kierunku wzmagającego 

się hałasu. Musiała wziąć się w garść. Miała całe 

mnóstwo rzeczy do wykonania. Zacznie od 

telefonu do rodziców Beverly i od zajęcia się jej 

rzeczami. Nie będzie to przyjemne zadanie. 

Livvy na moment zastygła w bezruchu, zbie­

rając w sobie siły na stawienie czoła następnym 

smutnym obowiązkom. Całe to wydarzenie 

wydawało się tak nieprawdopodobne! Morder­

stwo... właśnie tutaj, w jej własnym domu. 

Drzwi zadudniły kolejną falą łomotów. Livvy 

uniosła w górę brwi. Kto, do diabła... ? 

Ciężkim krokiem ruszyła w kierunku nie­

proszonego gościa. Ledwie zdążyła przekręcić 

klucz i nacisnąć masywną klamkę, gdy rozległ się 

zniecierpliwiony głos komisarza Fraleya. 

- Nie jestem przyzwyczajony do tak długie­

go oczekiwania na czyimś progu, pani Hamilton. 

scandalous

background image

A już myślała, że dzisiejszy dzień nie przyniesie 

żadnych przykrych niespodzianek. Przecież wczo­

raj kręcił się po jej domu do samego świtu! Czego 

jeszcze mógł od niej chcieć ?- Jego podejrzenia były 

ostatnią rzeczą, jakiej potrzebowała. Na myśl 

o kolejnych, wydumanych przez komisarza scena­

riuszach wydarzeń poprzedniej nocy, tężał każdy 

nerw jej ciała. Obiecała sobie w duchu, że nie 

pozwoli wyprowadzić się z równowagi. Komisarz 

był wyraźnie zdenerwowany. On też, jak wszyscy 

mieszkańcy wyspy, nie potrafił pogodzić się 

z faktem, że taka historia mogła przydarzyć się na 

jego terenie. Livvy przybrała spokojny ton głosu. 

- Proszę mi wybaczyć, panie komisarzu. 

Właśnie przyrządzałam sobie w kuchni kawę. 

- Ależ nic się nie stało - powiedział uprzej­

mym tonem towarzyszący komisarzowi jego 

zastępca, a prywatnie bratanek. Chase Fraley 

i jego przełożony byli jedynymi przedstawiciela­

mi prawa na wyspie. 

Na te słowa Livvy nieco się rozluźniła. Chase 

był kompletnym przeciwieństwem swojego 

opryskliwego i dominującego wuja. Miał w sobie 

wiele łagodności, dbał o dobre maniery i do tego 

był dosyć przystojny. Jego włosy kolorem przy­

pominały słoneczne piaski Kalifornii, a oczy 

były tak niebieskie, jak obmywający skaliste 

wybrzeże ocean. Mężczyzna ten robił na Livvy 

bardzo sympatyczne wrażenie. 

Niespodziewanie poczuła przelotne drżenie.

scandalous

background image

Zauważyła, że za każdym razem spotkanie 

z Chasem wywoływało w niej podobną reakcję. 

Czyżby zapowiedź zainteresowania, przedsmak 

zauroczenia? 

Livvy nie pozwoliła sobie na dalsze rozważa­

nia na ten temat. Natychmiast zgasiła nieśmiałą 

iskierkę wspomnieniem dawnych krzywd i ode-

gnała nonsensowne myśli. Wiedziała, dlaczego 

tak się dzieje. Nie potrafiła zapomnieć. Do głosu 

dochodził mechanizm samoobronny i ostrzegał, 

by nigdy więcej nie zaufała żadnemu mężczyź­

nie, choćby był najbardziej sympatyczny i przy­

stojny. 

Tak, jak przyszło jej od nowa uczyć się 

chodzenia, będzie musiała poświęcić dużo czasu, 

zanim ponownie obdarzy zaufaniem drugiego 

człowieka. Tyle, że nauka chodzenia sprowadza­

ła się w sumie do konsekwentnej kontroli umys­

łu nad ciałem... zacięcia i determinacji. Kwestia 

zaufania wydawała się natomiast dużo bardziej 

złożona. Nie miała pojęcia, od czego zacząć, 

a nawet nie była do końca pewna, czy naprawdę 

należy podejmować taką próbę. 

- Muszę jeszcze raz obejrzeć miejsce zbrodni 

- warknął pod nosem komisarz Fraley. - Prawdę 

mówiąc, nie potrzebuję w tym celu pani zezwole­

nia, ale skoro ten budynek jest także pani domem, 

informuję panią o tym z czystej kurtuazji. 

Livvy wstrzymała się od złośliwej uwagi na 

temat rzekomej uprzejmości intruza. 

scandalous

background image

- Ależ proszę, niech pan wejdzie, panie komi­

sarzu - odparła szybko, siląc się na grzeczny ton. 

Otworzyła szerzej drzwi i w zapraszającym 

geście zrobiła krok do tyłu. 

Nie miała przecież niczego do ukrycia i nie 

zamierzała przeszkadzać komisarzowi w prowa­

dzonym przez niego śledztwie. 

- Ty, Chase, dotrzymasz w tym czasie towa­

rzystwa pani Hamilton - warknął ponownie 

komisarz Fraley, wymijając ich zdecydowanym 

krokiem. Nie oglądając się za siebie i nie zwal­

niając, dotarł do drzwi prowadzących na zalany 

słonecznym światłem dziedziniec. 

Livvy westchnęła głęboko. Czym sobie za­

służyła na tak niemiłe traktowanie ? 

- Niech się pani nie przejmuje humorami 

komisarza i nie bierze ich sobie do serca - powie­

dział półgłosem Chase. - On jest mocno przejęty 

całym tym... wydarzeniem. 

Zabójstwem. 

Tak, nie musiał głośno wypowiadać tego 

słowa. Ta okropna tragedia była na ustach 

wszystkich okolicznych mieszkańców. Wiedzia­

ła, że wielu z nich właśnie ją, Livvy, będzie po 

cichu obarczało odpowiedzialnością. 

Po plecach Livvy przebiegł kolejny lodowaty 

dreszcz. Zadrżała na całym ciele. Mój Boże, jak 

ona będzie w stanie funkcjonować ze świado­

mością, że gdyby nie ona, Beverly do dzisiaj 

byłaby wśród żywych. Mogła przecież wybrać 

scandalous

background image

jakiś inny dom, nie dotykać naznaczonego po­

nurą legendą zajazdu i wówczas nie wydarzyło­

by się nic złego. 

Rozejrzała się po ogromnym holu, popatrzyła 

na ozdobne schody biegnące półokrągłą linią aż 

do drugiego piętra. Dlaczego tak miłe dla oka 

miejsce, architektoniczna perełka, musiało stać 

się scenerią tragicznych wydarzeń? Czy słusznie 

wkładała między bajki opowieści o duchach? 

Chociaż niektórzy goście zarzekali się na 

wszystkie świętości, że nocą daje się czasem 

słyszeć dziwne szlochanie, do opowieści o zjawi­

skach nadprzyrodzonych Livvy odnosiła się 

z dużym dystansem. Sama nigdy nie doświad­

czyła żadnych dziwnych zjawisk, przypisywa­

nych temu miejscu przez wieloletnią legendę. 

Pewnie tak jak ona, zajazd „Pod Zabłąkanym 

Aniołem" też miał swoje sekrety. Może fakt, że 

miał ich zbyt wiele, stanowił dla niej tak istotną 

siłę przyciągania. Lubiła wyszukiwać ciekawost­

ki z przeszłości i poznawać koleje losu wcześ­

niejszych pokoleń. Livvy od dawna interesowała 

się historią i kochała literaturę. Zaczytywała się 

w książkach, a historie miłosne, łącznie z tymi, 

które kończyły się tragicznie, żywo działały na 

jej wyobraźnię. 

Nawet teraz, stojąc w towarzystwie Chase'a, 

nie mogła oprzeć się wrażeniu, że ten dom był 

jej przeznaczeniem. Ona i dom stanowili jed­

ność. Dwa istnienia, które się odnalazły w czasie 

scandalous

background image

i w przestrzeni. Ich czas miłości i świetności 

kiedyś nadszedł i przeminął. Jednocześnie całą 

siłą woli odrzucała taki wyrok losu. Nie po to 

i nie na darmo udało jej się przeżyć ten okropny 

upadek ze schodów w Santa Barbara. Bóg dał jej 

jeszcze jedną szansę. Miała przed sobą przy­

szłość, a wraz z nią - ten dom! 

- Ma pan rację - odezwała się do Chase'a. 

- To wydarzenie bardzo poruszyło wszystkich 

mieszkańców wyspy. 

Chase, z ledwie widocznym uśmiechem, kiw­

nął potakująco głową. 

Nigdy wcześniej nie przyglądała się jego 

ustom. Teraz zauważyła ich interesującą linię. 

Były kształtne, nie za wąskie, ale też nie zanadto 

wydatne. Delikatne zagłębienia po obu ich stro­

nach wskazywały, że ich właściciel często się 

uśmiechał. Był to kolejny, budzący jej sympatię 

szczegół... 

- Pani Hamilton! 

Nagły krzyk komisarza spowodował, że na 

moment zadrżała ze strachu pomieszanego z iry­

tacją. 

- Proszę się nie obawiać. - Chase znowu 

próbował załagodzić sytuację, tym razem lekko 

dotykając dłonią jej ramienia. - Komisarz ma 

pewnie do pani jakieś pytania. 

Łagodny dotyk Chase'a sprawił Livvy nie­

spodziewaną przyjemność i rozlał się miłym 

ciepłem po całym jej ciele. Próbowała nie okazy-

scandalous

background image

wać żadnej reakcji i skupić się na wypowiada­

nych do niej słowach, ale wrażenie było tak 

nieoczekiwane, że nie potrafiła powstrzymać 

wypływającego na twarz rumieńca. 

Chase, jakby wyczuwając jej skrępowanie, 

szybko cofnął dłoń. 

- Chodźmy zobaczyć, co go tak wyprowa­

dziło z równowagi - zarządził. 

Livvy skinęła głową, unikając odpowiedzi, 

aby głos przypadkiem nie zdradził jej nagłych 

emocji. Szybko biorąc się w garść, ruszyła pierw­

sza w stronę tylnych drzwi. Komisarz stał na 

środku dziedzińca, tuż obok pięknego starego 

drzewa, którego liście właśnie zaczynały nabie­

rać czerwono-złotych kolorów jesieni. Ten po­

stawny mężczyzna, z nogami w rozkroku i ręka­

mi na biodrach, z wypiętym brzuchem wylewa­

jącym się ponad pasek spodni, wykrzykiwał 

w wielkiej irytacji serię urywanych zdań. 

- Pani Hamilton, chyba wyraziłem się wczo­

raj wystarczająco jasno. Nikomu nie było wolno 

niczego tutaj dotykać! - dyszał z wściekłości. 

- Ja niczego nie ruszałam. - Livvy rozejrzała 

się szybko po dziedzińcu, ale nie zauważyła 

żadnych zmian. 

Wszystko zdawało się wyglądać tak samo, 

jak w godzinach porannych. Żółta policyjna 

taśma odgradzała od reszty dziedzińca fontannę 

i wejście do wschodniego skrzydła, przy którym 

znaleziono zwłoki. Długa końcówka taśmy 

scandalous

background image

powiewała luźno na wietrze jak ogon latawca. 

Przestrzeń od strony domu również wyglądała 

najnormalniej w świecie. Krzesła i stoliki stały 

na swoich miejscach wokół drzewa, a mały 

aniołek spoglądał kamiennymi oczami ze 

zwieńczenia fontanny. Bujne krzewy biegły 

wzdłuż alejek, dodając miękkości chropowatej 

nawierzchni. Na drugim planie piętrzyły się 

kamienne płyty, usunięte chwilowo na czas 

robót ziemnych przy naprawie fontanny. Za­

trudniony mistrz kamieniarski zamówił nową 

instalację wodną i elektryczną do poprowadze­

nia z głównego budynku. 

Nieopodal widniały odkryte fundamenty ca­

łej konstrukcji. Po zakończeniu renowacji dzie­

dziniec miał powrócić do swojej dawnej świet­

ności i stać się znowu gwarnym miejscem towa­

rzyskich spotkań. Wykonawcy spieszyli się, że­

by zdążyć z robotami kamieniarskimi przed 

pierwszymi mrozami. 

- Mogę pana zapewnić, komisarzu, że nikt tu 

nawet na moment nie postawił nogi - powie­

działa z przekonaniem Livvy. - Kamieniarz nie 

był zachwycony nakazem zaprzestania prac, ale 

wszyscy doskonale rozumieją konieczność prze­

prowadzenia szczegółowego dochodzenia. 

- Czyżby? - Komisarz wściekłym ruchem 

ręki wskazał na rzędy betonowych i glinianych 

donic. - Dlaczego, w takim razie, tyle tu świeżo 

posadzonych kwiatowi 

scandalous

background image

Livvy złapała się za głowę. No tak, Ralph! 

Zupełnie nie pomyślała, że on może zabrać się za 

sadzenie kwiatów również na dziedzińcu. Rze­

czywiście powinna to przewidzieć. 

- Najmocniej przepraszam, komisarzu. Z pew­

nością Ralph doszedł do wniosku, że prace 

wykonywane poza odgrodzonym taśmą obsza­

rem nie będą stanowiły problemu dla czynności 

dochodzeniowych. 

Pomimo tego, co się stało poprzedniej nocy, 

codzienne zajęcia musiały być kontynuowane. 

Były wręcz konieczne, a poza tym pełniły też 

rolę terapeutyczną. Livvy od samego rana po­

stanowiła, że obydwoje z Ralphem nie zarzucą 

codziennej rutyny. Praca dawała jej ukojenie 

i ratowała przed rozpaczą. Kiedy ręce i głowa 

zajęte są przyziemnymi sprawami, nie można 

pozwalać sobie na zbyt długie rozmyślania. 

Komisarz wskazał palcem na fontannę. 

- Nie życzę sobie, żeby ktokolwiek się do niej 

zbliżał. Słyszy pani? 

- Obiecuję, że to się więcej nie powtórzy 

- przytaknęła skwapliwie Livvy. 

- Technicy medycyny sądowej przyjdą tutaj 

ponownie. 

Sposób, w jaki Chase spojrzał na wuja, gdy 

ten wypowiadał ostatnie słowa, dał Livvy do 

myślenia. Miała nieodparte wrażenie, że oby­

dwaj wiedzą coś więcej, ale nie są gotowi po­

dzielić się z nią tą informacją. Czyżby komisarz 

scandalous

background image

znał już sprawcę tej ohydnej zbrodnii Przecież 

dopiero rozpoczął swoje dochodzenie. A może to 

właśnie ona jest główną podejrzaną ? 

Jedno było pewne przy takim obrocie wyda­

rzeń - otwarcie sezonu zimowego nie dojdzie 

wówczas do skutku. 

I może dokładnie o to chodziło. 

scandalous

background image

ROZDZIAŁ DRUGI 

To tylko sen, mówiła do siebie gorączkowo 

Livvy. Obiecywała sobie w myślach, że nie 

będzie się bać. Mimo to wciąż narastający lęk 

chwytał ją za gardło. Jego lodowaty uścisk, 

kawałek po kawałku, zdradziecko paraliżował 

jej ciało. Nastała noc i zajazd „Pod Zabłąkanym 

Aniołem" spowiły nieprzyjazne ciemności. Liv-

vy chodziła niespokojnie po piętrach, mając 

nadzieję, że fizyczne zmęczenie przyniesie 

w końcu wyczekiwany sen. Desperacko potrze­

bowała snu. Kiedy nadszedł, nie przyniósł wy­

poczynku i ukojenia. Podświadomość podsunęła 

męczące i bolesne obrazy, pogłębiając tylko stan 

niepokoju. 

We śnie Livvy biegła wzdłuż krawędzi wy­

sokiego, skalistego wybrzeża, a jej bose stopy 

co chwilę obsuwały się i grzęzły w śliskiej 

i wilgotnej ziemi. Balansowała nad przepaścią. 

scandalous

background image

Rozrywane bólem płuca potrzebowały więcej 

powietrza, serce waliło jak oszalałe. Starała się 

biec coraz szybciej, żeby umknąć z rąk oprawcy, 

ale nie dawała sobie rady. Słyszała jego dyszący 

oddech. Za każdym dudniącym stąpnięciem 

nóg, zbliżał się do niej coraz bardziej. 

- Boże, nie pozwól! - szeptała. 

Silne ramiona dopadły jej pleców i powaliły ją na 

ziemię. Poczuła na sobie ciężar wielkiego, męskiego 

ciała. Już była nieżywa. Nie musiała poznawać 

sposobu egzekucji. Gdzieś głęboko w środku, gdzie 

nikt nie mógł zajrzeć... dotknąć... wiedziała, że już 

jest nieżywa. Tym razem na pewno ją uśmierci. 

Ciemne, złe oczy wpatrywały się w nią nieru­

chomo. 

- Musisz teraz dostać nauczkę, Liv - wyszep­

tał charczącym głosem. - Dlaczego wciąż nad­

używasz mojej cierpliwości ? 

Widok z wysokich schodów. Ich dom w Santa 

Barbara, Livvy spada stromo w dół... przerażona, 

jest jedną kulą rozrywającego bólu. Żebro prze­

bija jej płuca. Nie może oddychać. Trzaska kość 

udowa. W ostatniej sekundzie przed utratą 

przytomności pojawia się myśl, że umrze zanim 

nadejdzie pomoc. Nastaje ciemność. 

Budzi się wreszcie z makabrycznego snu 

i zrywa się gwałtownie do pozycji siedzącej. 

W ciszy ciemnej sypialni słyszy własny świsz­

czący i ciężki oddech. 

To był sen. Tylko sen. 

scandalous

background image

Mokra koszula nocna oblepia jej skórę. Udo 

pulsuje bólem, zupełnie jakby wypadek, o któ­

rym śniła, wydarzył się przed chwilą. 

- To tylko sen - powiedziała na głos, próbu­

jąc odzyskać równowagę ducha. - To nie wyda­

rzyło się naprawdę. 

Opadła z powrotem na poduszki, starając się 

wyciszyć, uspokoić skołatane nerwy. Przecież 

nic jej nie grozi. Jest bezpieczna. James nie żyje 

i już nigdy nie będzie mógł jej skrzywdzić. 

Zaśmiała się histerycznie. Najdziwniejszy 

w tej historii był fakt, że gdyby jej ukochany 

mężulek nie wezwał wówczas pogotowia, a bę­

dąc sam doktorem, teoretycznie nie musiał tego 

robić, z pewnością by nie przeżyła. Otwarte 

złamanie kości udowej przy olbrzymiej utracie 

krwi było, obok innych jej obrażeń, najwięk­

szym zagrożeniem życia. Mógł pozwolić jej 

umrzeć i potem, jako szanowany lekarz i obywa­

tel, spokojnie opowiadać, że zrobił wszystko, co 

było w jego mocy. Głośno ubolewałby nad 

znaną powszechnie przypadłością Livvy, z po­

wodu której spadła, biedna, ze schodów. 

- Żona ciągle się przewracała lub wpadała na 

różne sprzęty - opowiadałby z nieszczęśliwą 

miną. - Była taka nieuważna... 

Livvy była przekonana, że znajomi wysłucha­

liby jego zwierzeń z wyrozumieniem i domiesz­

ką wyższości. Poślubił szarą myszkę, „pannę 

znikąd" i nie udało mu się nauczyć jej godne-

scandalous

background image

go pełnienia roli pani doktorowej. Nie potrafi­

ła nawet we właściwy sposób schodzić po 

schodach. 

W jego oczach Livvy nigdy nie prezentowała 

się w towarzystwie wystarczająco dobrze, nie 

umiała odpowiednio prowadzić rozmowy ani 

zajmować się domem jak należy. Wszystko 

robiła niedobrze, wręcz beznadziejnie. 

Ale tamtej nocy pozwolił jej żyć. Nie potrafił 

się z nią rozstać... Była zbyt ważnym wyzwa­

niem dla psychopatycznego ego małżonka. On 

jej nie kochał. Kochał absolutną kontrolę, jaką 

nad nią posiadał, spełnianie każdego jego życze­

nia. Bawił się jej życiem... 

Miała pełną świadomość, że jeśli sytuacja się 

powtórzy, będzie musiała umrzeć. To było osta­

teczne ostrzeżenie: „Mogę cię uśmiercić w każ­

dej chwili. Jeden fałszywy ruch i giniesz!" Zda­

wał sobie sprawę z dojrzewającej w niej despe­

racji. Domyślał się, że Livvy planuje wystąpienie 

o rozwód. Nie mógł do tego dopuścić. Jego ego 

nie zniosłoby takiego upokorzenia. Poza tym, 

wdowiec poszukujący uległej żony miał więk­

sze notowania od rozwodnika. Livvy nie wi­

działa innego wyjścia. Musiała podjąć bardziej 

drastyczne kroki. Musiała uciec. 

Lekarka prowadząca leczenie po kilku roz­

mowach z Livvy szybko zorientowała się 

w skomplikowanym położeniu swojej pacjentki 

i mocno nalegała, aby przez trzy miesiące Livvy 

scandalous

background image

pozostała pod pełną opieką rehabilitacyjną szpi­

tala. Była tu pilnowana dzień i noc. Doktor 

James Hamilton był wściekły. W międzyczasie 

Livvy wraz z dwójką starych przyjaciół, którzy 

po wypadku odnowili z nią kontakt, oraz przy 

wydatnej pomocy lekarki i wynajętego do 

ochrony detektywa, opracowali plan ucieczki. 

Ich błędem było niedocenianie możliwości 

Jamesa Hamiltona. Przeczuwał, że coś knują. 

Przed groźnymi skutkami konfrontacji z mężem 

uchroniła Livvy tylko interwencja detektywa. 

Czekał w szpitalu w momencie, gdy James miał 

się dowiedzieć o zniknięciu żony. James dostał 

szału i nie dał za wygraną, ostro domagając się 

od detektywa informacji o miejscu pobytu Liv-

vy. Gdy detektyw odmówił, doszło między nimi 

do walki na klatce schodowej. 

W czasie przesłuchania detektyw zrelacjono­

wał całe wydarzenie. Poprosił Jamesa Hamilto­

na, aby zaniechał poszukiwań żony. Po przeka­

zaniu informacji o woli Livvy, detektyw zamie­

rzał się oddalić. James nie pozwolił mu odejść. 

Żądał, bezskutecznie, natychmiastowego prze­

kazania adresu żony. Po kategorycznej odmowie 

detektywa, poszedł za nim i brutalnie zaatako­

wał go na schodach. 

Livvy nigdy potem nie zadawała na ten temat 

żadnych pytań. Postanowiła uznać sprawę za 

zakończoną. Oficjalne dochodzenie i rozprawa 

sądowa uniewinniły detektywa. 

scandalous

background image

Livvy zanurzyła twarz w dłoniach. Myślała, 

że wszelkie horrory ma już za sobą, ale histo­

ria z Beverly przebudziła dawne demony. 

Livvy zadrżała na całym ciele i opatuliła się 

po uszy kołdrą. Po raz pierwszy od momen­

tu zakupienia zajazdu poczuła się napraw­

dę samotna. To idiotyczne - pomyślała. Te­

raz, poza sezonem, prawie co wieczór mia­

ła być sama. Ralph i Edna wracali przecież do 

swoich domów. Do tego od października Edna 

będzie pracowała tylko trzy dni w tygodniu. 

Ralpha poprosi o przychodzenie codzien­

nie, choćby po to, żeby odgarniał śnieg ze 

ścieżki i ze schodów. Zajazd bez gości nie 

będzie potrzebował całodobowej opieki. Zimo­

wy rozkład zajęć ulegnie zmianie dopiero 

w grudniu. 

Wcześniej nigdy Livvy nie przeszkadzało 

przebywanie w samotności. Całkiem polubiła 

sytuację, w której nikomu i z niczego nie 

musiała się tłumaczyć. Ale teraz to uczucie 

zniknęło jak za dotknięciem czarodziejskiej 

różdżki. Wraz z wewnętrznym spokojem, jaki 

dał jej zajazd „Pod Zabłąkanym Aniołem" od 

pierwszego momentu, gdy zatrzymała wzrok 

na jego fotografii w internetowej agencji nie­

ruchomości. 

Złe moce znowu pojawiły się w jej życiu. 

Co to...? Dziwny odgłos przykuł nagle jej 

uwagę. Cała zamieniła się w słuch. 

scandalous

background image

Czy zostawiła niedomknięte okno? Czy to 

podmuch wiatru w holu na parterze? 

Odgłos po chwili się powtórzył. 

Serce Livvy zaczynało bić coraz mocniej. 

Wsłuchiwała się uważnie... bała się poruszyć, 

śmiertelnie przerażona odgłosem, który okazał 

się... szlochaniem. 

Cichym i żałosnym. Rozpaczliwym. 

Przypominał trochę dochodzący z oddali i tak 

jej znajomy dźwięk portowej syreny. Ale to nie 

była syrena. 

Livvy odrzuciła energicznie kołdrę i pobiegła 

w kierunku drzwi. Bez chwili namysłu uchyliła 

je lekko, wstrzymując oddech, gdy odgłos me­

chanizmu starego zamka spotęgowało echo od­

bijające się od grubych murów. Wyszła na spo­

wity ciemnościami korytarz. Próbowała w myś­

lach określić porę nocy. Była może jakaś trzecia... 

czwarta nad ranem. Jej bose stopy znierucho­

miały na pokrytej dywanem podłodze. Łkania 

stały się głośniejsze i bardziej przejmujące. 

Dochodziły z parteru. 

Szybko przemieściła się w stronę schodów, 

całą siłą woli opanowując narastający w gardle 

strach. Musiała to sprawdzić, musiała się dowie­

dzieć, skąd brał się tamten szloch. Ludzie opo­

wiadali jej o nim, ale sama nigdy wcześniej go 

nie słyszała. 

Ostrożnie schodząc po schodach, starała się 

umiejscowić źródło dochodzących do jej uszu 

scandalous

background image

odgłosów. Serce łomotało jak oszalałe. Delikat­

nie wyszukiwała stopami jak najmniej skrzypią­

ce deski. 

Podążając w kierunku skąd dochodził szloch, 

dotarła do wschodniego skrzydła budynku. Tu 

piękna drewniana podłoga ustępowała miejsca 

wytartej wykładzinie dywanowej. Subtelny aro­

mat bukietów zdobiących stół w wielkim holu 

pomieszany z zapachem olejku do konserwacji 

antyków zamienił się w wilgotną woń zanied­

banych pomieszczeń. 

Z wciąż mocno bijącym sercem, Livvy za­

trzymała się przed ostatnimi drzwiami po lewej 

stronie, prowadzącymi do jednego z pokoi 

z drzwiami wychodzącymi na dziedziniec. Wej­

ście do zamkniętego pokoju otaczała żółta poli­

cyjna taśma. 

Szlochanie ustało nagle, wypełniając prze­

strzeń niespodziewaną ciszą. 

W tym pokoju zginęła Beverly. Ktoś czekał na 

nią w środku, gdy przed nocą sprawdzała po 

kolei wszystkie drzwi. Kiedy weszła, musiała się 

zorientować, że nie działa górne światło. Wkro­

czyła do ciemnego wnętrza i były to ostatnie 

kroki w jej życiu. 

Po zakończeniu długiej rozmowy telefonicz­

nej, zaniepokojona Livvy ruszyła na poszukiwa­

nie Beverly. Chwilę później tam właśnie zoba­

czyła jej nieruchome ciało. 

Był to makabryczny widok... 

scandalous

background image

Livvy trwała w bezruchu... w oczekiwaniu na 

ponowny odgłos szlochania. Byli już tacy, 

w tym ostatnio Emily Carlyle, którzy słyszeli już 

to szlochanie. Emily przekonywała, że docho­

dziło ono z pomieszczenia dla pokojówki, tej 

samej, która została skazana na śmierć za mor­

derstwo. Dziewczyna, która musiała pożegnać 

się z życiem jako niewinna ofiara. To ktoś inny 

zasłużył na śmierć... nie ona... 

Dokładnie jak Beverly... 

W ciemnym pokoju śmierć miała czekać na 

Livvy. 

W nagłym przypływie gniewu Livvy roze­

rwała żółtą taśmę chroniącą miejsce zbrodni 

i zdecydowanym ruchem nacisnęła na klamkę. 

Uderzył ją powiew zimnego powietrza. Spara­

liżowana strachem, nerwowo poszukiwała dło­

nią włącznika na ścianie, zbyt późno przypomi­

nając sobie, że przecież miał nie działać. Wcis­

nęła go palcami. Pokój zalało silne światło. 

Zamrugała oczami, bardziej z zaskoczenia niż 

potrzeby przystosowania wzroku. Oniemiała 

wpatrywała się przed siebie przez kilka sekund. 

Drzwi na dziedziniec były otwarte na oścież. 

Tego ranka Livvy poczekała na pojawienie się 

w pracy Ralpha i Edny. Nic nie wspominając 

o nocnym incydencie, pod pretekstem załatwiania 

ważnych spraw, wyruszyła do miasta. Postanowi­

ła pójść piechotą, wiedząc, że rozprostowanie 

scandalous

background image

kości i świeże powietrze dobrze jej zrobią. Bolała 

ją noga. Nie był to ostry ból, ale niemiły dyskom­

fort przypominający, że jej ciało, podobnie jak 

psychika nie były w idealnym stanie. Żeby tylko 

takie miała na dzisiaj zmartwienia! Niestety, 

rzeczywistość wyglądała inaczej. 

Usiłowała uporządkować swoje przemyślenia 

na temat przyprawiającej ją o dreszcze sytuacji 

sprzed kilku godzin. Pokój okazał się pusty. Na 

dziedzińcu również nie znalazła niczyich śla­

dów. Ale ktoś musiał przecież otworzyć tamte 

drzwi. Komisarz domagał się, aby, aż do od­

wołania, pokój pozostał zamknięty na klucz 

i nikt nie miał do niego dostępu. 

Livvy obeszła wyrysowany kredą na podłodze 

kontur ciała i dokładnie pozamykała drzwi. Gdy 

ponownie znalazła się w holu, ze zdenerwowa­

nia nie mogła złapać tchu. 

Pamiętała komentarz komisarza, że ktoś maj­

strował przy włączniku światła. Czyżby właś­

nie on go naprawił? Światło działało. Dlaczego 

miałby to zrobić, jeśli sam podkreślał, żeby pod 

żadnym pozorem niczego nie dotykać? Tech­

nicy medycyny sądowej zabezpieczyli wszyst­

kie ślady i materiały dowodowe. Widziała, jak 

szukali jakichś nawet najmniejszych śladów. 

Obejrzała wystarczającą ilość filmów kryminal­

nych, by mieć jako takie pojęcie, czym się zaj­

mowali. Czy możliwe, żeby jeden z nich zabrał 

się za naprawianie światła? 

scandalous

background image

Historia wyglądała na zagmatwaną, ale czy 

miało to wielkie znaczenie? Ktoś zostawił ot­

warte drzwi. Nie ona. W takim razie mógł to być 

tylko komisarz albo jakiś intruz. Tę sprawę 

będzie musiała wyjaśnić, choć nie cieszyła jej 

perspektywa konfrontacji z komisarzem Fra-

ley'em. 

Przez kilka minut, po drodze do Cliffs Cove, 

napawała się widokiem pięknego krajobrazu. 

Błękitne niebo i drgająca powierzchnia wody 

szafirowego oceanu tworzyły bajkowe tło dla tej 

urokliwej miejscowości. Świeży i wilgotny po­

wiew morskiego wiatru, z delikatną domieszką 

dymu z kominów pobliskich domów, działał na 

nią kojąco jak nic innego na świecie. Wrześ­

niowe poranki robiły się coraz chłodniejsze. 

Malejące temperatury skłoniły ją niedawno do 

skontaktowania się z kominiarzem. Trzeba było 

przygotować kominki do zimowego sezonu 

w zajeździe. W poprzednim roku prace komi­

niarskie nie ograniczały się do samego czysz­

czenia. Wymagały poważniejszych napraw mu­

rarskich. Wesoło buzujący ogień w kominkach 

zdecydowanie uprzyjemnił i pomógł w prze­

trwaniu tutejszej srogiej zimy. 

O dziesiątej rano sklepy w Cliff's Cove tętniły 

już pełnią życia. Livvy z uśmiechem pozdrawiała 

znajomych sklepikarzy i ucinała krótkie poga­

wędki z niektórymi kupującymi. Na szczęście 

tylko jedna osoba obrzuciła ją podejrzliwym 

scandalous

background image

i lodowatym wzrokiem. Reszta mieszkańców 

spoglądała na nią z sympatią i zrozumieniem. 

Doceniała to i była im bardzo wdzięczna. 

Tak jak podejrzewała, spacer bardzo dobrze 

jej zrobił. Przewietrzyła się i odzyskała jasność 

myślenia. Ale po chwili, w miarę zbliżania się do 

ratusza, znowu zaczął ogarniać ją niepokój. 

Zastanawiała się, czy komisarz Fraley nie zamie­

rza skierować podejrzeń na nią. 

Podobnie jak większość domów usytuowa­

nych wzdłuż ulicy, ratusz pochodził jeszcze 

z czasów pierwszych osadników na wyspie. 

Chociaż ten niewysoki, podłużny budynek nie­

jeden raz przechodził różne renowacje, pozo­

stawiono w nim oryginalną fasadę, nadającą 

okolicy historyczny wygląd. Livvy bardzo się to 

podobało. Wiele miast bezmyślnie i niepotrzeb­

nie likwidowało stare fasady domów, każąc 

historii ustępować przed nowoczesnością. Tu­

taj, ku jej radości, mieszkańcy wyspy i właś­

ciciele firm robili wszystko, aby przeszłość pozo­

stawała ważnym elementem teraźniejszości. 

Livvy westchnęła głośno, przypominając so­

bie, że nie ma czasu na dłuższe podziwianie 

uroków architektury miasteczka. Szykując się 

na najgorsze, weszła do budynku i skierowała się 

do recepcji. 

Wnętrze utrzymane było w stylu wiktoriań­

skim. Gipsowe gzymsy i rozety, ozdobne pane­

lowe ściany i dobrej jakości wykładzina dywa-

scandalous

background image

nowa stanowiły odpowiednie tło dla antycznych 

mebli. Wystroju dopełniały dwa obrazy przedsta­

wiające pejzaże - prawdziwe dzieła sztuki. 

To okropne, że w tej klasy miasteczku popeł­

niono morderstwo, pomyślała. 

- Czym mogę pani służyć ?-

Słowa sekretarki przypomniały Livvy o celu 

wizyty w ratuszu. Z najmilszym ze swoich 

uśmiechów podeszła bliżej do starszej siwej 

kobiety. Przepracowawszy czterdzieści lat 

w tym samym miejscu, zdążyła ona mieć do 

czynienia z trzema różnymi komisarzami poli­

cji. Obecny, kilkakrotnie wybierany na kolejną 

kadencję, piastował to stanowisko od jakichś 

dwudziestu lat. Musiał nieźle wykonywać swo­

je obowiązki, przekonywała się w myślach Liv-

vy. Przecież mieszkańcy miasteczka nie daliby 

się otumaniać przez dwie dekady. 

- Dzień dobry, pani Whiteman. Czy zasta­

łam komisarza ?-

Livvy dyskretnie próbowała ukryć przyspie­

szony oddech. 

Spokojnie, tylko spokojnie. Przyszła jedynie 

zameldować komisarzowi o dzisiejszych wyda­

rzeniach. 

Chase Fraley przerwał czytanie raportu z wy­

działu medycyny sądowej, dotyczącego zabój­

stwa Beverly. Uniósł brwi i uważnie nasłuchiwał 

odgłosów rozmowy dochodzących z recepcji. 

scandalous

background image

Doskonale rozróżniał ton głosu Shirley Whit-

man. Był donośny, nieco apodyktyczny i świet­

nie się nadawał do odstraszania nieproszonych 

gości. Chase uśmiechnął się pod nosem. 

Po chwili do jego uszu dotarł delikatny kobiecy 

głos, który także rozpoznałby na końcu świata. 

Olivia Hamilton. 

Zerwał się z krzesła i, zanim zdążył prze­

myśleć swoje zamiary, szybkim krokiem pod­

szedł się do drzwi. Komisarz powiedział mu 

wprost, żeby nie wtrącał się w tę sprawę. Byłby 

bardzo niezadowolony, gdyby się dowiedział, że 

Chase przeczytał wstępny raport z wydziału 

medycyny sądowej. Ale Chase musiał zapoznać 

się ze szczegółami tej historii. Nie tylko z powo­

du swojej słabości do 01ivii Hamilton. On sam 

również był w jakiś sposób powiązany z tym 

przeklętym zajazdem i miał prawo dowiedzieć 

się prawdy o zabójcy Beverly. 

- Hmm... w takim razie... później do niego 

zatelefonuję - odparła O1ivia, zdradzając lekkie 

zdenerwowanie. Wyraźnie zmieszana, zerknęła 

w stronę Chase'a. 

Zastanawiał się, czy przyszła tutaj w takim 

stanie, czy też jej zachowanie zmieniło się na 

jego widok. 

- Dzień dobry, pani Hamilton - wszedł do 

sekretariatu, zanim Shirley zdążyła zareagować 

na słowa O1ivii. - A może ja mógłbym pani 

w czymś pomóc? - Chase miał nadzieję, że jego 

scandalous

background image

grzecznościowe pytanie nie zabrzmiało zbyt 

dwuznacznie. 

Olivia Hamilton podobała mu się od dnia, 

kiedy zobaczył ją po raz pierwszy. Jednak cały 

czas zachowywał dystans, głównie dlatego, że 

nigdy z jej strony nie odebrał najmniejszego 

sygnału zachęty. Od wszystkich trzymała się 

trochę z daleka. Nawet w tej chwili jej chęć 

odizolowania się była bardzo czytelna. 

Nerwowo zwilżyła usta, natychmiast przy­

kuwając jego uwagę do ich pełnych kształtów. 

Nie mógł zrozumieć, dlaczego tak atrakcyjna 

kobieta unikała jak ognia wszelkich towarzys­

kich kontaktów. Nie dotyczyło to, rzecz jasna, 

imprez organizowanych dla gości hotelowych, 

podczas których zawsze perfekcyjnie pełniła 

rolę gospodyni. Ale nigdy, poza sprawami zwią­

zanymi z zajazdem „Pod Zabłąkanym Anio­

łem", w nic nie angażowała się osobiście. Zupeł­

nie, jakby bycie „panią na włościach" w pełni 

wystarczało jej do szczęścia. 

Przecież nocami musiała czasem czuć się 

samotna. 

- Coś się dziś wydarzyło... - Przenosiła ner­

wowo wzrok z Chase'a na Shirley i z powrotem. 

- Muszę koniecznie porozmawiać z komisa­

rzem. - Spoglądała niepewnie dużymi, brązowy­

mi oczami. 

- Proszę mnie z nikim teraz nie łączyć - zwró­

cił się do sekretarki Chase i wskazał zapraszają-

scandalous

background image

cym gestem na drzwi do swojego gabinetu. 

- Zapraszam do mnie, pani Hamilton. Spokojnie 

sobie porozmawiamy. 

Chase miał przez chwilę wrażenie, że nie 

zdecyduje się na jego propozycję. Zachowywała 

się bardziej nerwowo niż zazwyczaj. Po chwili 

wahania zrobiła jednak krok we wskazanym 

przez niego kierunku. 

Weszli razem do gabinetu. Chase zamknął za 

sobą drzwi. 

- Proszę usiąść. 

Rozejrzała się dookoła i wybrała jedno 

z dwóch krzeseł naprzeciwko biurka. Była spięta 

i wyraźnie zachowywała czujność. 

Chase zachodził w głowę, co mogło spowodo­

wać jej wyjątkową ostrożność w kontaktach 

z ludźmi, a w szczególności z mężczyznami. 

Zauważył też, że nieznacznie utyka na jedną 

nogę. Wypadek? A może straciła ukochaną oso­

bę i nie była gotowa na ponowne podjęcie 

emocjonalnego ryzyka?- On, chociaż miał za 

sobą kilka związków, nigdy się nie zakochał. 

Osiągnąwszy wiek trzydziestu trzech lat zaczął 

oswajać się z myślą, że to może nigdy nie stać się 

jego udziałem. Chociaż, w obecności Olivii, łapał 

się na zgoła odmiennych myślach. 

Usadowił się wygodniej w fotelu. 

- Proszę mi po kolei opowiedzieć, co się 

wydarzyło. Służę pani wszelką pomocą. 

Położyła dłoń na swojej szyi i automatycznie 

scandalous

background image

powędrował tam wzrokiem. Jak zawsze, ubrana 

była dosyć konserwatywnie. Stonowana w kolo­

rze bluzka kończyła się wysoko pod szyją, długa 

spódnica sięgała prawie do kostek. Na nogach 

miała niczym nie wyróżniające się, wygodne 

buty. Żadnych ozdób, biżuterii, dodatków. 

- Dzisiaj nad ranem wydawało mi się, że 

słyszę jakieś głosy... - Ponownie zwilżyła języ­

kiem usta. - Z pokoju... w którym zamordowa­

no Beverly. 

Chase cały zamienił się słuch. 

- Co dokładnie pani słyszałaś 

Poruszyła się niespokojnie na krześle, wyraź­

nie nie przekonana do kontynuowania relacji. 

- Proszę się nie obawiać. Naprawdę wszyst­

ko może mi pani powiedzieć. - Miał nadzieję, że 

uwierzyła w jego dobre intencje. 

Chase nie rozumiał silnej niechęci wuja do 

Olivii. Komisarz od pierwszego dnia zachowy­

wał się wobec niej niemiło, na długo jeszcze 

przed historią z zabójstwem. Pewnym wytłu­

maczeniem mógł być fakt, że losy ich rodziny 

również łączyły się ze starym zajazdem. Dwa­

dzieścia lat temu, podczas dochodzenia w spra­

wie popełnionego tam wówczas morderstwa, 

zginął jedyny brat komisarza i jednocześnie 

ojciec Chase'a. Różnica między postawą Chas'a 

a postawą komisarza wobec O1ivii polegała na 

tym, że on za nic nie winił O1ivii Hamilton. Wuj 

natomiast uważał decyzję renowacji i przywro-

scandalous

background image

cenia zajazdu do dawnej świetności za wymie­

rzoną personalnie przeciw niemu... i całej lokal­

nej społeczności. 

Livvy wzruszyła ramionami, ponownie przy­

kuwaj ąc całą uwagę Chase

;

a do wypowiadanych 

przez nią słów. 

- Wiem, że to niepoważnie brzmi, ale... - od­

nalazła jego wzrok - przysięgam, że słyszałam 

czyjś płacz. Kiedy weszłam do pokoju, nikogo 

tam nie było. 

Chase kiwnął głową. O odgłosach szlochania 

słyszał już od wielu osób. Osobiście kładł to na 

karb ich wybujałej wyobraźni. Jednakże O1ivię 

uważał za kobietę stojącą twardo na ziemi, 

której z pewnością nie przypisywał wiary w zja­

wiska nadprzyrodzone. 

- Ten odgłos mnie obudził - mówiła dalej 

z coraz większym skrępowaniem. - Nie wy­

kluczam do końca, że miałam jakieś omamy... 

- Ponownie spojrzała mu w oczy, tym razem 

z pełną determinacją. - Najbardziej zastanawia 

mnie fakt, że drzwi wychodzące z pokoju na 

dziedziniec były otwarte na oścież. 

Chase nie spodziewał się takiego finału. 

- Otwarte? - zaskoczony, powtórzył za nią 

jak echo. 

Poruszyła gwałtownie głową. 

- Pokój był pusty, ale jestem pewna, że ktoś 

tam wcześniej był. 

- Czy cokolwiek zostało naruszone? - Chase 

scandalous

background image

zdenerwował się tą wiadomością. On i komisarz 

byli tam razem poprzedniego dnia. Drzwi, zaró­

wno wewnętrzne, jak i te prowadzące na ze­

wnątrz, zamknęli wówczas na klucz. 

- Nie zauważyłam żadnych zmian. 

- A kto jeszcze jest w posiadaniu klucza? 

Zastanowiła się przez moment. 

- Tylko ja, Ralph i Edna... I oczywiście komi­

sarz - dodała po chwili wahania. - Dałam mu 

klucz, żeby ekipy dochodzeniowe mogły dostać 

się do pokoju o każdej porze. 

- Czy jest pani pewna, że nie wchodził tam 

Ralph albo Edna? - Chase dobrze znał obydwoje. 

Nie ma mowy, aby któreś z nich beztrosko 

pozostawiło otwarte drzwi, a już szczególnie 

w obecnych okolicznościach. 

- Wieczorem wszystkie drzwi były pozamyka­

ne. Osobiście to sprawdzałam po wyjściu Ralpha 

do domu. Edna miała wolny dzień. Obudziłam się 

przed świtem i zastałam otwarte drzwi... 

Ołivia pochyliła się nieco do przodu, ner­

wowo wykręcając palce rąk. 

- Zdaję sobie sprawę, jak to brzmi, ale tak 

było naprawdę. Czy uważa pan za prawdopodob­

ne, żeby zabójca Beverly wrócił po coś, co mógł 

nieopatrznie zostawić? Coś, co mogłoby stać się 

materiałem dowodowymi 

Strach, jaki właśnie rozszerzył jej oczy, wskazy­

wał na to, że dopiero teraz przyszło jej to do głowy. 

- Trudno taką możliwość zupełnie wykluczyć, 

scandalous

background image

pani Hamilton. - Myśl, że rzeczywiście ktoś 

mógł wtargnąć do jej domu, gdy spała, bardzo go 

zaniepokoiła. 

Podniosła się z krzesła. Chase zrobił to samo. 

- Powinnam już pójść- oznajmiła. - Chciałam 

tylko powiadomić panów o tym wydarzeniu. 

- Może panią odprowadzę. - Jak zwykle 

w jej obecności, złożył jej propozycję, zanim 

zdążył pomyśleć, co zamierza powiedzieć. - Ro­

zejrzę się na miejscu i napiszę raport. 

Na jej twarzy zawitał delikatny uśmiech. 

- Myślę, że to będzie najlepsze rozwiązanie. 

Mimo że propozycja podyktowana była nader 

prywatnymi powodami, rzeczywiście procedura 

wymagała sporządzenia raportu. Niezależnie, 

czy drzwi na dziedziniec otworzyła we śnie 

sama i potem nie pamiętała, czy, jak podej­

rzewała, ktoś wtargnął tam dla zatarcia śladów, 

Chase miał obowiązek zajęcia się sprawą. 

- Odprowadzę panią Hamilton do domu 

- oznajmił sekretarce. 

- Aha... No to ja tutaj, jak zwykle, wszyst­

kim się zajmę. - Shirley obrzuciła Chase'a pyta­

jącym spojrzeniem. 

Pewnie powinien ostrzec Olivię, że pokazy­

wanie się w jego towarzystwie, nawet w tak 

zwykłych okolicznościach, może stać się tema­

tem do plotek. Co niektórzy niezdrowo inte­

resowali się jego życiem prywatnym i nawet 

robili miedzy sobą zakłady, czy się ustabilizuje 

scandalous

background image

i znajdzie żonę. Perspektywa starokawalerstwa 

przyszłego komisarza policji nie była dobrze 

widziana, chociaż obecny też żył samotnie. Po 

śmierci swojego brata, komisarz Fraley wziął 

Chase'a pod swoją opiekę i wychowywał jak 

własnego syna. Lokalna społeczność traktowała 

więc Chase'a jako jego następcę i spadkobiercę. 

Pogrążony w rozmyślaniach Chase, przytrzy­

mał O1ivii drzwi i obydwoje wyszli na zewnątrz. 

Wuj, małżeństwo, plotki - sam był zaskoczony, 

skąd się u niego wzięły takie skojarzenia przy 

okazji zwykłego spaceru z Olivią. 

Po paru krokach zatrzymała się i podniosła na 

niego wzrok. 

- Dziękuję. 

Chase poprawił czapkę i uśmiechnął się do 

niej szeroko. W jej obecności zawsze miał ochotę 

się uśmiechać. 

- Dziękuje mi pani za wykonywanie mojej 

pracy ? 

Potrząsnęła przecząco głową. 

- Za... - uciekła na chwilę spojrzeniem - za 

dokładanie starań, aby to wszystko było łatwiej­

sze do zniesienia. 

Z trudem opanował chęć wzięcia jej choć na 

moment w ramiona. 

- Któregoś dnia ta sprawa zostanie zakoń­

czona - zapewniał. Chciał dodać jej otuchy. 

Wyraźnie tego potrzebowała. - Rozwikłamy 

całą zagadkę i życie wróci do normalności. 

scandalous

background image

Roześmiała się i na ten widok zrobiło mu się 

ciepło wokół serca. Jak ona pięknie się śmiała! 

Dźwięcznie i melodyjnie. Kojąco. 

- Normalność byłaby dla mnie interesującą 

nowością - powiedziała półgłosem, jakby do 

siebie. 

Komentarz O1ivii niespodziewanie nim poru­

szył. Sprawiała wrażenie zaskoczonej własną 

szczerością i Chase zrezygnował z zadawania 

jakichkolwiek pytań. Fakt, że powiedziała coś na 

swój temat w jego obecności dał mu promyk 

nadziei. Być może będzie mu kiedyś dane dowie­

dzieć się, co skrywa w sobie ta tajemnicza 

kobieta. 

Szli obok siebie w milczeniu, każde pogrążone 

we własnych myślach. Jej długie włosy tańczyły 

bezładnie na wietrze. Chase wiele by dał, by móc 

poczuć pod palcami ich miękkość. Szanując jej 

potrzebę milczenia, nie rozpoczynał rozmowy, 

o nic nie pytał. Obserwował ją ukradkiem, 

czerpiąc przyjemność z samego patrzenia. Nie 

chciał, żeby to zauważyła i znowu poczuła się 

nieswojo. Pragnął, aby czuła się swobodnie w je­

go towarzystwie. 

Gdy dotarli do zajazdu „Pod Zabłąkanym 

Aniołem", zerknął na złowieszczy, choć dobrze 

mu znany kontur dwóch wieżyczek górujących 

nad dachem dostojnego budynku. Nieraz przy­

chodziło mu do głowy, że to miejsce stanowiło­

by doskonałą scenerię do któregoś z filmów 

scandalous

background image

Hitchcocka. Było piękne i przerażające zarazem, 

jakby nawiedzone przez nieczyste moce. Tyłe, 

że on w duchy i legendy nie wierzył. Osoba, 

która odebrała życie Wayne'owi Frałeyowi mu­

siała mieć coś wspólnego z zabójstwem, którego 

okoliczności badał jego ojciec. Chociaż Doroty 

Carlyle, po uśmierceniu własnej siostry, nie 

przyznała się do zamordowania także jego ojca, 

mogła nie pamiętać lub nie być świadoma swo­

ich czynów. Po zabiciu siostry zapadła na choro­

bę psychiczną i nie powróciła do pełni władz 

umysłowych. 

Chase może się już nigdy nie dowiedzieć, 

w jaki dokładnie sposób, w dwa tygodnie po 

śmierci Melissy Carlyle, zginął jego ojciec. Ale 

- ogarnął wzrokiem gotyckie mury - nie zmienia 

to faktu, że ojca zamordowano właśnie tutaj, 

w zajeździe „Pod Zabłąkanym Aniołem". 

Czyżby nie miał racji, nie wierząc w starą 

legendę?- Spojrzenie Chase'a ponownie zatrzy­

mało się na kobiecie stojącej u jego boku. Może 

i ona powinna w nią uwierzyć. Nagle, czy to 

za sprawą instynktu policjanta, czy szóstego 

zmysłu, uświadomił sobie, że jej życie całkowi­

cie zależało od wyniku prowadzonego obecnie 

śledztwa. 

scandalous

background image

ROZDZIAŁ TRZECI 

Livvy ledwie zdążyła uchylić drzwi, gdy Edna 

wybiegła z kuchni na jej spotkanie. 

- Dzięki Bogu, Livvy! Szukając ciebie, ob­

dzwoniłam pół miasta. 

Jej wszystkowidzące spojrzenie prześlizgnęło 

się z Livvy na Chase'a i z powrotem. 

- Zadzwoniłam po komisarza. Tak się cieszę, 

że Chase Fraley cię odnalazł. 

- Nie, my... - Livvy zaczęła się tłumaczyć. 

- Komisarz jest wściekły jak diabli - prze­

rwała Edna, cała drżąca z przejęcia - nigdy nie 

widziałam go tak wzburzonego. 

- Komisarz jest tutaj ? zapytał Chase. 

Edna przytaknęła, po czym wytarła ręce w far­

tuch i wskazała palcem na wschodnie skrzydło 

domu. 

- To straszne... po prostu straszne. 

- Dziwne, nie zauważyłem jego samochodu 

scandalous

background image

- mruknął Chase, nie zwracając najmniejszej 

uwagi na słowa Edny. 

- Zaparkował tuż za chatą stolarza - pospie­

szyła z wyjaśnieniem. Ton jej głosu wciąż wyrażał 

ponaglenie. - Wezwał też pana Maxwella, no 

i tego kamieniarza, co zaczął odnawiać dziedziniec. 

Potrząsnęła głową. Jej długie siwe włosy, 

zawsze schludnie związane w kok, teraz były 

w nieładzie, jak gdyby udzielił im się stan ner­

wowego podniecenia ich właścicielki. 

Livvy w duchu błagała Boga, by nie okazało 

się, że znowu komuś stała się krzywda. 

- Gdzie jest Ralpha 

Dobry Boże, miej go w swojej opiece, pomyś­

lała. Nie mogła znieść myśli, że cokolwiek mog­

łoby się stać temu miłemu staruszkowi. 

Edna wskazała na wschodnie skrzydło domu. 

- Jego też przesłuchuje komisarz. 

Nim Livvy zdążyła o cokolwiek zapytać, Chase 

już prowadził ją w tym kierunku. Serce waliło jej 

jak oszalałe. Przez chwilę myślała nawet, że 

dostanie ataku serca. To by zapewne ucieszyło 

Jamesa. Oczami wyobraźni widziała, jak śmieje się 

z niej z otchłani piekieł. Ona nigdy nie potrafiła nic 

dobrze zrobić. Rzeczywiście była tak głupia 

i nieporadna, jak zawsze jej to powtarzał. 

Grzmiący głos komisarza Fraleya nie pozo­

stawiał wątpliwości co do jego nastroju. Ale coś 

jeszcze zastanowiło Livvy, zanim usłyszała je­

go głos. Poczuła zapach farby. Czyżby Ralph 

scandalous

background image

zabrał się za odmalowywanie wschodniego 

skrzydła ? Czy to było powodem wściekłości 

komisarza ? 

Gdy zobaczyła, które drzwi były otwarte, 

zachwiała się i o mało nie upadła. Na szczęście 

Chase zdążył ją podtrzymać. 

Nawet dreszcz, który przeszył ją pod wpły-

wem jego dotyku, nie zdołał odwrócić jej uwagi 

od tego, co zaprzątało teraz jej myśli. Dotarli na 

miejsce. 

Och, nie! 

Spojrzała na pokój, w którym została zamor­

dowana Beverly. Na widok tego, co ukazało się 

jej oczom, stanęła jak wryta. Serce uwięzło jej 

w gardle. 

Ciemnoczerwona farba, zakupiona do poma­

lowania jednego z pokoi gościnnych, pokrywała 

teraz kredowy obrys ciała, mieszając się z plama­

mi krwi, pozostałymi po dokonanej tu zbrodni. 

Ale to nie wszystko. Na ścianach... podłodze... 

dosłownie wszędzie widniały rozległe ciemno­

zielone i niebieskie plamy. W pokoju unosił się 

duszący zapach świeżej farby. 

Kto mógł to zrobić ? 

Livvy usłyszała ciężkie westchnienie mężczy­

zny stojącego tuż obok niej. Wiedział, nawet 

lepiej niż ona, co to oznacza. Ślady na miejscu 

zbrodni zostały doszczętnie zniszczone. Jakakol­

wiek nadzieja na znalezienie jakichś nowych 

dowodów w sprawie przepadła bezpowrotnie. 

scandalous

background image

- To pani sprawka! 

Livvy podniosła wzrok na rozwścieczoną 

twarz komisarza. Oskarżenie, które zobaczyła 

w jego stalowych oczach, wstrzymało na chwilę 

bicie jej serca. 

- Miała pani pilnować tego pokoju! 

- Chwileczkę, komisarzu - wtrącił Chase, 

zasłaniając kobietę przed furią szefa. - Pani 

Hamilton przyszła do naszego biura, by zgłosić, 

że gdy wstała dziś nad ranem, drzwi prowadzące 

stąd na dziedziniec były otwarte na oścież. 

Livvy ulżyło, że nie wspomniał o słyszanych 

przez nią szlochach. Po raz pierwszy odkąd 

zaczęło się to szaleństwo, poczuła, że ktoś stoi 

po jej stronie. 

- Co takiego! 

Komisarz odsunął bratanka na bok. 

- Jak to, do cholery, mam rozumieć, że drzwi 

były otwartej Wczoraj sam je osobiście spraw­

dzałem. Były zamknięte na klucz! 

Livvy skinęła potakująco głową. Przełknęła 

ślinę i z ogromnym wysiłkiem zdołała zapano­

wać nad swoim głosem. 

- Tak, panie komisarzu, wiem. Ja również 

byłam zaskoczona, widząc otwarte drzwi. 

Uznałam, że z pewnością chciałby pan o tym 

wiedzieć. 

Rozejrzała się po pokoju, do głębi wstrząś­

nięta aktem wandalizmu. 

- Ale rano to tak nie wyglądało - potrząsnęła 

scandalous

background image

głową, wciąż nie dowierzając własnym oczom. 

- Nie było mnie zaledwie parę chwil. W domu 

zostali Ralph i Edna. Na pewno któreś z nich coś 

by usłyszało. 

Nie zdążyła dokończyć zdania, gdy komisarz 

skierował swój przenikliwy wzrok na Ralpha. 

- Czy może mi pan udzielić wyjaśnień, panie 

Cook ? 

Powiedział to tym samym, pełnym podej­

rzliwości tonem, którym zwracał się do Livvy. 

Skrzywiła się na dźwięk jego głosu i spojrzała na 

twarz ogrodnika, na której malowało się za­

kłopotanie. 

- Ja... ja... byłem cały dzień na zewnątrz 

- wyjąkał Ralph. 

- Nie wiem, do czego pan zmierza, komisarzu 

- wtrącił Christopher Maxwell, przypominając 

Livvy o swojej obecności - ale rzucanie oskarżeń na 

lewo i prawo nie pomoże w rozwiązaniu sprawy. 

Zna pan Ralpha Cooka od lat i wie doskonale, że 

on tego nie zrobił. Równie dobrze mógłby pan 

mnie o to posądzić. Pan Dotson również jest 

niewinny - wskazał kciukiem na kamieniarza. 

- Ta cała farsa jest nie do uwierzenia! 

Livvy miała ogromną ochotę podziękować 

Christopherowi za wyrażenie także jej opinii. 

- Z pewnością nie wierzy pan, że któryś 

z nich to uczynił - jej głos wyrażał niezachwianą 

wiarę w to, co mówi. Chłodno spojrzała w świd­

rujące oczy komisarza. 

scandalous

background image

Komisarz Fraley przyjrzał się uważnie obu 

mężczyznom, po czym przeniósł całą swoją 

uwagę na Livvy. 

- Pani ogrodnik ma farbę na rękach - powie­

dział spokojnie, jak gdyby nic, co przed chwilą 

do niego mówili, nie dotarło do niego. - Sami 

zobaczcie. To ta sama farba, co na podłodze. 

Livvy powstrzymała się przed spojrzeniem 

w kierunku Ralpha. Nie chciała dać satysfakcji 

komisarzowi, że przez sekundę udało mu się 

zasiać w niej ziarno niepewności. 

- Nic z tego nie wynika - wyrzuciła z siebie. 

- Ralph malował wiele pokoi w zajeździe. Prawdo­

podobnie przez większość czasu chodzi umazany 

farbą. Tutaj zawsze trzeba zrobić jakieś poprawia. 

- Proszę pani, ja dotykałem tej farby. 

Wszystkie oczy zwróciły się w kierunku tego 

wysokiego, szczupłego mężczyzny, który wciąż 

ciężko pracował pomimo podeszłego wieku. Za­

nim Livvy zdążyła zapytać, co to oznacza, 

komisarz wtrącił znużonym tonem. 

- Twierdzi, że dotknął plamy na podłodze, 

by sprawdzić, czy to farba. - Fraley potrząsnął 

głową i westchnął ciężko. - Nikt z was nie 

ułatwia mi tutaj pracy. 

Livvy wpatrywała się w dużą, karmazynowa 

kałużę na podłodze. Rzeczywiście wyglądała jak 

krew i pomimo walających się dookoła puszek 

po farbie, ona będąc na miejscu Ralpha pewnie 

odruchowo zrobiłaby to samo. 

scandalous

background image

-

 Ktokolwiek by to nie był - wtrącił ponow­

nie Chase - i tak obecnie niczego to nie zmieni. 

To stwierdzenie zwróciło uwagę wszystkich 

obecnych na Chase'a. 

- Technicy medycyny sądowej nie znaleźli 

tu niczego istotnego dla śledztwa. Nawet jed­

nego włosa, który należałby do kogoś innego niż 

do ofiary lub do pani, pani Hamilton - dodał, na 

dłużej zatrzymując na niej spojrzenie. 

Twarz komisarza zrobiła się czerwona. 

- Może od razu zarezerwujesz sobie plotkar­

ską kolumnę w lokalnej gazecie? 

Coś niewątpliwie zaszło między nimi dwo­

ma. Livvy przypomniała sobie ich wczorajszą 

wymianę spojrzeń, gdy komisarz coś powiedział 

na temat techników medycyny sądowej. Naj­

wyraźniej sprawa tego morderstwa dosyć ich 

poróżniła. 

Ale dlaczego? 

Może komisarzowi nie podobała się uprzej­

mość, z jaką ją traktował Chase i miał to 

bratankowi za złe. Póki co, to ona kwalifikowała 

się na główną podejrzaną. 

- Skoro jest pani święcie przekonana o nie­

winności swoich pracowników i skoro pani 

twierdzi, że nikt inny nie miał dostępu do kluczy 

-komisarz zwrócił się do Livvy- pozostaje tylko 

jedna osoba. Czy pani to zrobiła, pani Hamilton ? 

- Nie wierzę własnym uszom - obruszył się 

Christopher. 

scandalous

background image

- Livvy nikogo by nie skrzywdziła - wtrąciła 

Edna. 

Ralph poparł Ednę, stając w obronie chlebodaw-

czyni. 

- A może to ktoś powiązany z przeszłością 

Beverłyi Myślałam, że sprawdzi pan ten trop. 

- Przypomniała mu Livvy. 

- Już to zrobiłem - odparł sucho komisarz. 

- Nie ma absolutnie nikogo, kto mógłby mieć 

powody do skrzywdzenia tej kobiety lub człon­

ka jej rodziny. Czy mogłaby pani to samo 

powiedzieć o sobie, pani Hamilton £ 

Jego pytanie było dobrze przemyślane i odnios­

ło zamierzony skutek. Na pewno dokładnie 

zapoznał się jej przeszłością. Wiedział o jej mężu. 

Gniew wstrząsnął ciałem Livvy, pozbawiając 

ją resztek zdrowego rozsądku. 

- Tak, panie komisarzu. Zapewniam pana, że 

nie znajduję w mojej przeszłości nikogo, kto 

chciałby mi to zrobić. 

- Doprawdy*?- - nie ustępował. - Ani jednej 

osobyć 

Wiedziała, do czego zmierza. 

- Nikogo - powtórzyła. - Jedyny człowiek, 

który usiłował mnie skrzywdzić, nie żyje. 

Komisarz Fraley nie dawał za wygraną. 

- Proszę nam opowiedzieć, jak zginął pani 

mąż, pani Hamilton^ 

Oczy wszystkich obecnych jednocześnie 

zwróciły się w jej stronę. Strach i upokorzenie 

scandalous

background image

zlały się w jedno wszechogarniające, bolesne 

uczucie. Nikomu nie mówiła o swojej przeszło­

ści... o tym, co przeszła. 

- Spadł ze schodów - wykrztusiła z siebie. 

- A gdzie pani była, gdy zdarzył się ten 

fatalny wypadek? 

- Dość tego! 

Ostry ton Chase'a Fraleya bardzo ją zaskoczył. 

Spojrzała na jego wyprostowaną sylwetkę. Zdzi­

wiła się, widząc na jego twarzy wyraz pogardy. 

Tym razem komisarz zwrócił się do swojego 

zastępcy. 

- Dwójka jej znajomych dała jej alibi. Zezna­

li, że była wówczas z nimi. 

- Byłam - potwierdziła Livvy stanowczo. 

Mój Boże, przecież wtedy ledwo potrafiła cho­

dzić. Dopiero co wypuszczono ją z centrum 

rehabilitacji. 

- Nic już nie mamy tu do roboty - warknął 

Chase, po czym jak burza wybiegł z pokoju. 

Komisarz pozostał na miejscu jeszcze krótką 

chwilę. Wszyscy jak sparaliżowani stali bez ruchu 

w oczekiwaniu na jego kolejne posunięcie. 

- Jeżeli coś ukrywacie - wyciągnął wskazują­

cy palec w stronę Livvy - zapewniam, że do­

wiem się tego! 

Wypowiedziawszy tę groźbę, wolnym kro­

kiem opuścił pokój. 

Przez parę chwil nikt nie drgnął i nie odezwał 

się ani słowem. Livvy wiedziała, że każde z nich 

scandalous

background image

było równie zaszokowane, jak ona. Wyobrażała 

sobie także, co o niej obecnie myślą. Nikt wcześniej 

nie słyszał o Jamesie Hamiltonie. Teraz już wie­

dzą, jak zginął. 

Komisarz był przekonany, że Livvy jest w jakiś 

sposób zamieszana w zabój stwo Beverly. Nie miała 

wątpliwości, że to ją uważał za główną podejrzaną. 

Nagle słowa Chase'a powróciły niczym echo: 

„Nawet jednego włosa, który należałby do kogoś 

innego niż do ofiary czy do pani, pani Hamilton". 

- Czy dobrze się czujesz? - zapytał Christo-

pher. - Nic ci nie jest? 

Livvy otrząsnęła się z natrętnych myśli. 

- Nic - odpowiedziała. - Wszystko w porządku. 

Jej zapewnienie chyba nie trafiło mu do prze­

konania. Twarz Christophera wyrażała praw­

dziwą troskę. 

- Nie wiem, co się dzieje z komisarzem, ale 

zdecydowanie go dzisiaj poniosło. Może przez 

to morderstwo Beverly od nowa przeżywa daw­

ną traumę spowodowaną zaginięciem jego bra­

ta. Nie umie pogodzić się z tym, że nie udało mu 

się znaleźć winnego... Może nadal podejrzewa 

mojego ojca? 

Livvy co nieco słyszała o tamtej historii. Może 

powinna dowiedzieć się więcej. 

- On tak po prostu zaginął? 

Christoper przytaknął. 

- Zniknął z powierzchni ziemi. Rozpłynął się 

w powietrzu. 

scandalous

background image

Edna wtrąciła się do rozmowy. 

- Moim zdaniem - powiedziała - spadł 

w przepaść z klifu. Wielu tak zaginęło bez śladu. 

Jeśli ciało nie zatrzyma się na skałach, nie ma 

możliwości, by je odnaleźć. 

- Nawet, jeśli komisarz ma jakiś problem 

- powiedział Christopher, wierny przyjaciel 

i pomocnik Livvy w odrestaurowaniu zajazdu 

- to nie powód, by pozwalał sobie na nękanie 

ciebie w taki sposób. Może warto zasięgnąć 

porady adwokata? 

Wzdrygnęła się na samą myśl. Już przecho­

dziła przez podobne piekło. 

- Wszystko w porządku, naprawdę. Komi­

sarz po prostu wykonuje swoją robotę. 

Nie zrobiła nic złego. Przecież nie ma powodu 

do żadnego niepokoju. 

- Czy ktoś może mnie poinformować, kiedy 

w końcu będę mógł powrócić do swojej pracy? 

- zapytał kamieniarz Dotson. - Nie chciałbym 

znaleźć się w takiej sytuacji, że będę zmuszony 

układać kamienne płyty, gdy temperatura spad­

nie poniżej zera. 

- Oczywiście, rozumiem - westchnęła cięż­

ko Livvy. - Zobaczę, co da się zrobić. Jeśli mieliby 

natrafić na jakieś dowody na dziedzińcu, zapew­

ne już by je znaleźli. 

Wszyscy skinęli głowami. 

Livvy zauważyła, że Ralph cały czas jest dziw­

nie milczący. 

scandalous

background image

Christopher położył rękę na jej ramieniu. Na 

jego twarzy wciąż malowała się troska. 

- Livvy, daj mi znać, jeśli będziesz potrzebo­

wać czegokolwiek. Emily i ja zawsze służymy ci 

pomocą. 

Uśmiechnęła się niepewnie. 

- Dziękuję. Doceniam wasze dobre chęci. 

Jego twarz nieznacznie się rozjaśniła. 

- Będę informował cię na bieżąco na temat 

nowego wyposażenia sypialni, jakie ostatnio 

znalazłem. 

- Tak, bardzo proszę. 

Miała nadzieję, że uda się wyremontować 

i umeblować wschodnie skrzydło jeszcze przed 

Dniem Dziękczynienia, ale w obecnych okolicz­

nościach pewnie trzeba będzie zmienić plany. 

Równie mocno obawiała się takiej perspekty­

wy, jak i tego, że śledztwo może przeszkodzić 

w pomyślnym przebiegu sezonu zimowego. 

Czuła się winna, że zajmuje się takimi sprawa­

mi, gdy biedna Beverly leży w kostnicy. Zwłasz­

cza po wczorajszym, rozdzierającym serce tele­

fonie do rodziców dziewczyny. Niestety, nawet 

najbardziej dramatyczne wydarzenia nie po­

zwalają jej odsunąć bieżących problemów na 

dalszy plan. 

Christopher i Dotson zmierzali już do wyj­

ścia, kiedy jeszcze na moment zatrzymała ich 

Edna, nalegając, by koniecznie stawili się następ­

nego dnia na obiedzie. Powiedziała, że planuje 

scandalous

background image

zrobienie słynnej sałatki z kurczaka według 

przepisu Clary. 

Wreszcie pojawiło się coś, na co Livvy mogła 

z góry się cieszyć, a samo już wspomnienie sa­

łatki Clary poprawiało najgorszy humor. 

Idąc razem z Ralphem długim korytarzem, 

który prowadził do wyjścia, Livvy zawahała się 

na moment. 

- Czy wszystko w porządku, Ralph? 

Nadal nie powiedział ani słowa. Mogła zro­

zumieć, że komisarz surowo się do niej odnosił, 

ale jakim prawem uwziął się także na Ralpha? 

Przecież ze świecą szukać porządniejszego czło­

wieka. 

Ralph przygarbił się, wzruszył lekko ramiona­

mi i wreszcie się odezwał: 

- Sam nie wiem, proszę pani. Może jednak 

trzeba było zostawić to miejsce w spokoju ? 

Livvy znieruchomiała. Nie musiał tłumaczyć. 

Doskonale wiedziała, co miał na myśli. 

- Chcesz powiedzieć, że gdybym się nie 

zdecydowała na otwarcie tego zajazdu, Beverly 

nadal byłaby wśród żywych. 

To było proste i jednocześnie nieprawdopo­

dobnie skomplikowane, a poza tym - bardzo 

niesprawiedliwe. 

Ralph, z kamienną powagą na twarzy, skinął 

głową w geście milczącej zgody. 

Ciężar winy jeszcze bardziej ją przytłoczył. 

Ralph miał rację. Nic nie można było odpowie-

scandalous

background image

dzieć na takie oskarżenie. Livvy była winna, bo 

przygotowała scenę, na której odegrano ten 

dramat, choć do aktu zabójstwa, tak jak Ralph 

czy Edna, nie przyłożyła ręki. 

Naturalnie, że dowody jej obecności na miej­

scu zbrodni były niezaprzeczalne. Wszędzie mog­

li pobrać odciski jej palców, znaleźć ślady 

w różnej postaci, znajdowały się one w każdym 

pokoju w tym domu. Przecież szorowała, od­

kurzała, mierzyła, malowała, tu i ówdzie zo­

stawiając złamany paznokieć, plamkę krwi po 

zdartych kostkach na ręce i niewątpliwie kilka 

włosów. Przecież to jej dom, czy mogło być 

inaczej ? 

A więc żaden z tych śladów nie czyni z niej 

morderczyni. 

Miała jedynie nadzieję, że komisarz też to 

wkrótce zrozumie i zacznie szukać prawdziwe­

go zabójcy. 

Nagle, niczym grom z jasnego nieba, uderzyła 

ją nowa myśl. A jeśli morderca na tym nie 

poprzestanie ?- Po co innego miałby tu wracać, 

zakładając, że otwarte drzwi i rozlana farba to 

jego sprawka. Bo kto inny mógłby coś takiego 

zrobić ?- A jeśli planuje pozbawić życia każdego, 

kto angażuje się w renowację i ponowne otwar­

cie zajazdu ? Jeśli tak, Edna, Ralph, Clara i ona 

sama mogą stać się jego kolejnymi ofiarami. 

Była zła na siebie za te myśli, ale trzeba 

przecież rozważyć wszystkie możliwości. Idąc 

scandalous

background image

korytarzem obok Ralpha, zerknęła na jego ręce. 

Przyszedł jej do głowy inny scenariusz. A jeśli 

otwarte drzwi i farba nie miały nic wspólnego ze 

śmiercią ?- Czy to możliwe, by ktoś próbował 

zmusić ją do zamknięcia zajazdu na dobrej 

Może uznał, że śmierć to zły znak lub jakieś 

fatum. 

„Sam nie wiem, pani Livvy. Może trzeba było 

zostawić to miejsce w spokoju.? 

I może ten ktoś miał rację. 

Nie byłaby to pierwsza fatalna pomyłka w jej 

życiu. 

Ale nie mogła przyznać się do porażki... 

jeszcze nie teraz. 

- Co, do diabła, starasz się udowodnić ?! 

Pytanie Chase'a odbiło się echem o okalające 

zajazd klify. Nie obchodziło go, czy ktoś to 

słyszał, czy nie. Tego już za wiele. Ta sprawa nie 

jest bardziej osobista dla wuja, niż dla niego. I nie 

pozwoli na rzucanie nieuzasadnionych oskarżeń 

na lewo i prawo. 

- Nie będę teraz z tobą dyskutował, synu. 

Synu. Tak było od dwudziestu lat. Odkąd 

ojciec zaginął, uznany za zmarłego, Benton 

Fraley przejął rolę ojca i matki. Matka Chase'a 

zmarła, gdy był jeszcze dzieckiem. Ojciec i wuj 

byli dla niego wszystkim. Ale zmiana zachowa­

nia, którą w ciągu ostatniego roku zauważył 

u wuja była dla niego niezrozumiała. Od mo-

scandalous

background image

mentu, gdy O1ivia Hamilton przybyła na wyspę, 

niechęć wuja do niej rosła z każdym dniem. 

- Wiem, że otwarcie zajazdu przywołało 

demony przeszłości. To jest trudne dla nas obu 

- oświadczył Chase, gdy udało mu się wreszcie 

dopasować tempo do powolnych kroków komi­

sarza. 

Przeszli przez trawnik i ruszyli w kierunku 

tylnej części posiadłości. Może to wpływ niezwyk­

le ciepłego dnia o tej porze roku, a może zdenerwo­

wanie z powodu niewytłumaczalnego uporu wuja 

w traktowaniu 01ivii jako głównej podejrzanej, 

niemniej Chase ledwo nad sobą panował. 

O1ivia Hamilton nie była odpowiedzialna za 

to, co stało się dwadzieścia lat temu, ani też za 

śmierć Beverly Bellamy. Wuj musiał zdawać 

sobie z tego sprawę. 

Komisarz Fraley zatrzymał się gwałtownie 

i obrzucił Chase'a rozognionym spojrzeniem. 

- Czy ty nie pojmujesz, co tu się dzieje ?-

Było coś wyprowadzającego z równowagi 

w maniakalnym wyrazie jego twarzy. Wydawa­

ło się, że za chwilę cały eksploduje. 

- Ta kobieta... - wskazał drgającym palcem 

w kierunku zajazdu - jest zdesperowana. Dob­

rze wiesz, do czego zdolna jest osoba doprowa­

dzona do ostateczności. Sprawdziłem ją. Ostat­

nim razem, gdy straciła kontrolę nad swoim 

życiem, ktoś zginął. Nie widzisz, że to wszystko 

składa się w jedną całości 

scandalous

background image

Chase potrząsnął głową z niedowierzaniem. 

- Nie możesz przecież jej podejrzewać o za­

mordowanie Bellamy. Mój Boże, ta dziewczyna 

zginęła, wykonując obowiązki Livvy. Czy to nie 

świadczy bardziej o tym, że sama Livvy jest 

w niebezpieczeństwie? 

To był dodatkowy powód, dla którego Chase 

chciał mieć Livvy na oku. Najwyraźniej był 

jedyną osobą obawiającą się, że to Livvy była 

zamierzoną ofiarą. 

Komisarz wycelował w Chase'a palec w oska­

rżającym geście. 

- Dobrze widzę, co się tu dzieje. Zakochałeś 

się w niej... robisz ten sam błąd, co twój ojciec... 

- urwał nagle, zaskoczony własnymi słowami. 

- O co ci chodzi ?- zażądał wyjaśnień Chase, 

czując ogarniającą go furię. - Jaki błąd popełnił 

mój ojciec i jakie to ma znaczenie w tej sprawie? 

Nieznośną ciszę przerwał w końcu głos wuja. 

- Zrobił błąd, zakochując się do szaleństwa 

w kobiecie. Za swoją obsesję zapłacił życiem. 

A ja dobrze widzę, jak patrzysz na tą Hamilton. 

Słowa wuja ogłuszyły Chase'a niczym ude­

rzenie młota. 

- O czym ty mówisz? 

Z oczu Bentona Fraleya biło absolutne prze­

konanie, że ma rację. 

- Powiem tylko, że Martin Maxwell, ojciec 

Christophera, być może nie zabił tamtej kobiety, 

ale kto może być pewny, że nie zabił swojego 

scandalous

background image

rywala? Bywa, że pragnienie bycia z kobietą 

sprowadza na mężczyznę śmierć. 

Oniemiały Chase patrzył na wuja oddalają­

cego się w stronę zaparkowanego samochodu. 

Dlaczego, do diabła, Chase nigdy nie słyszał 

o tej historii- Dlaczego dopiero teraz wuj mu 

o tym powiedział? Tak zupełnie niespodzie­

wanie ? 

Co z tego, że podobała mu się O1ivia Hamil­

ton i pragnął się nią opiekować- Jaki to może 

mieć związek z morderstwem jego ojca- Jeśli 

ojciec był związany z Melissą Carlyle, dlaczego 

nigdy nie dotarły do uszu Chase'a żadne plotki 

na ten temat? 

Nie oczekiwał, że wuj odpowie mu na te 

pytania. Znał jednak osobę, która wiedziała 

wszystko o tamtych czasach. I Chase zamierzał 

dowiedzieć się prawdy. 

Podążył ścieżką za wujem i wskoczył do 

radiowozu. Nie odezwał się więcej ani słowem. 

Nie było sensu. Najwyraźniej wuj miał powody, 

by zachowywać się w ten sposób i Chase zamie­

rzał je poznać. Wolał jednak dotrzeć do bardziej 

wiarygodnego źródła. Być może wtedy zrozu­

mie, co sprawiło, że zrównoważony skądinąd 

człowiek, jakim był dotychczas komisarz Ben-

ton Fraley, rzuca tak bezpodstawne oskarżenia. 

Chase uniósł brwi ze zdziwienia, gdy wuj 

gwałtownym ruchem wrzucił bieg i z piskiem 

opon ruszył w stronę bocznej drogi wiodącej do 

scandalous

background image

miasta. Droga krzyżowała się dalej z częściej 

uczęszczaną, główną arterią. 

Wiele spraw było niejasnych. Chase wiedział, 

że sam będzie musiał rozwiązać tę sprawę, 

zwłaszcza teraz, gdy wuj najwyraźniej nie był 

w stanie ocenić jej obiektywnie. W przeciwnym 

razie morderca po prostu wymknie im się z rąk, 

Livvy nie będzie mogła prowadzić spokojnego 

życia, a źródło jej utrzymania zostanie posta­

wione pod znakiem zapytania. Nie mógł na to 

pozwolić. Być może, że oszalał na jej punkcie 

i dlatego nie potrafi odwrócić się plecami do 

01ivii Hamilton. 

scandalous

background image

ROZDZIAŁ CZWARTY 

Chase przetrząsnął całe archiwum, zanim 

znalazł pudło, które zawierało akta sprawy Me-

lissy Carlyle. Starł z niego grubą warstwę kurzu 

i usiadł przy stole, by dokładnie przejrzeć jego 

zawartość. 

Przez ponad dwie godziny czytał zeznania 

i raporty śledczych. Najwięcej problemów spra­

wiły mu notatki prasowe. Pełne były spekulacji 

dotyczących ojca oraz głównego podejrzanego, 

Martina Maxwella. Nie zawierały jednak żad­

nych dowodów. Oczywiście, teraz wszyscy zna­

ją prawdę. Melissę Carlyle zabiła jej siostra. Co 

do ojca, nie było żadnych informacji. Okoliczno­

ści jego śmierci do dziś nie zostały wyjaśnione. 

Chase ostrożnie odłożył akta na miejsce, 

w odpowiednią przegródkę na półce. Pozostało 

mu jeszcze jedno źródło informacji, któremu 

mógł całkowicie zaufać. 

scandalous

background image

Skierował się w stronę korytarza. O tej godzi­

nie Shirley powinna wracać z przerwy obiado­

wej. Musiał zadać jej kluczowe pytania, zanim 

pojawi się wuj. Dość, że komisarz był już 

wściekły na Chase'a za samowolne przeczytanie 

raportu techników medycyny sądowej. Nigdy 

wcześniej, podczas ich wspólnej dziesięciolet­

niej służby, wuj nie zachowywał się w tak 

agresywny sposób. 

Chase zamknął drzwi do archiwum w mo­

mencie, gdy Shirley Whitman sadowiła się 

w wygodnym fotelu za swoim biurkiem. Popra­

wiła ozdobnie haftowaną poduszkę, którą zrobi­

ła dla niej wnuczka i podniosła na niego wzrok. 

- Czy wydarzyło się coś interesującego pod­

czas mojej nieobecności ?-

Chase usiadł w tapicerowanym fotelu tuż 

obok jej biurka. 

- Nic ważnego. Jeb Kendrick dzwonił w spra­

wie piątkowego obiadu w urzędzie gminy. 

Oczy Shirley rozjaśniły się. 

- Doprawdy? 

Chase uśmiechnął się szeroko. Najwyraźniej 

Shirley znalazła nowego adoratora. 

- Powiedziałem mu, że przekażę pani tę 

wiadomość. 

- Oddzwonię do niego... później. - Wygląda­

ła na zadowoloną z siebie. - Niech sobie trochę 

popracuje i poczeka. 

Chase zachichotał. Biedny Jeb. Facet będzie 

scandalous

background image

musiał stanąć na głowie, jeśli będzie chciał ją 

zdobyć. 

Cisza trwała nieco dłużej, niż Chase plano­

wał, ale nie mógł znaleźć odpowiednich słów. 

Shirley zdążyła się domyślić, że ma zamiar zadać 

jej jakieś ważne pytanie, ale nie wie, jak to zro­

bić. Postanowiła mu pomóc. 

- Jeśli chcesz mnie o coś zapytać, Chase, to 

mów śmiało. I nie owijaj w bawełnę. 

To była jedna z wielu zalet, które w niej cenił. 

Była nie tylko sprawna w pracy, ale i bezpośred­

nia. Ta ostatnia cecha nie dotyczyła, rzecz jasna, 

spraw sercowych. 

- Dowiedziałem się dziś rano czegoś nowego 

o moim ojcu. 

Shirley lekko uniosła brew. 

- Twój ojciec był porządnym człowiekiem. 

Mógł zostać komisarzem, ale wiedział, jak bar­

dzo Benton pragnął tego stanowiska, więc się 

usunął. 

Chase wiedział o tym. Wuj zawsze szczerze 

przyznawał, że jego brat był lepszym polity­

kiem. W małym miasteczku, jakim jest ClifPs 

Cove, znalezienie się na stanowisku komisarza 

policji zależało bardziej od układów politycz­

nych niż od umiejętności. Benton Fraley twier­

dził nawet, że brat odstąpił mu stanowisko, 

ponieważ musiał zająć się synem. Sam nie miał 

dzieci i nigdy się nie ożenił. Dla obu braci takie 

rozwiązanie wydawało się bardzo praktyczne. 

scandalous

background image

Benton, nie obarczony żadnymi obowiązkami 

poza pracą, zostałby komisarzem, zaś Wayne, 

ojciec Chase'a, jego zastępcą. Plan idealny. 

Ważąc każde słowo, Chase w końcu poruszył 

drażliwy temat. 

- Czy słyszała pani kiedyś plotki, jakoby mój 

ojciec był związany z Melissą Carlyle ? 

Shirley wyglądała na zaskoczoną tym pyta­

niem, ale szybko opanowała wyrazistą mimikę 

swojej twarzy. 

- Byli zaprzyjaźnieni. Większość mężczyzn 

w miasteczku była gotowa wiele oddać za przy­

jaźń z Mellisą - dodała szczerze. 

Chase zmarszczył czoło. 

- Co pani ma na myśli ? 

Zanim odpowiedziała, westchnęła ciężko. 

- Melissa Carlyle była niezwykle piękną ko­

bietą. Wszyscy się w niej kochali. To było 

silniejsze od nich. Osobiście uważam, że twój 

tata również szalał na jej punkcie, ale jestem 

pewna, że nie okazywał tego. Nigdy nie wszedł­

by na terytorium innego mężczyzny. 

- Terytorium Martina Maxwella ? 

Shirley skinęła głową. 

- Wayne wiedział o uczuciach Maxwella 

i dlatego z własnymi się nie ujawniał. Moim 

zdaniem, kochał się w niej skrycie i na odległość, 

jeśli można tak powiedzieć. 

Te nowe informacje wprawiły Chase'a w jesz­

cze większe oszołomienie. 

scandalous

background image

- Myśli pani, że ta skrywana miłość mogła 

przyczynić się do jego śmierci ?-

Shirley zacisnęła usta i zastanawiała się przez 

chwilę. 

- Z pewnością Benton pragnie wierzyć w ta­

ką wersję wydarzeń. Musisz zrozumieć - wyjaś­

niła - że Martin Maxwell, twój ojciec i twój wuj 

byli najlepszymi przyjaciółmi. Melissa wprowa­

dziła zamęt w ich relacje. Z pewnością nie 

zrobiła tego celowo. Tak po prostu wyszło. 

Chase skinął głową. Powoli zaczynał wszyst­

ko rozumieć. 

- Czy to możliwe, że komisarz nadal uważa 

Maxwella za głównego podejrzanego w sprawie 

zniknięcia ojca ? 

- Myślę, że jest o tym święcie przekonany. 

Choć nie udało mu się niczego udowodnić. 

Shirley pochyliła głowę i zamyśliła się. 

- Sądzę, że to również powód, dla którego 

twój wuj nie chciał otwarcia zajazdu. Wciąż 

przypomina mu jego porażkę. 

Chase przestał rozumieć. 

- Jaką porażkę? 

Shirley spojrzała mu w oczy. 

- W dowiedzeniu się prawdy, a jakąż by inną ? 

Do niedawna ta sprawa pozostawała tajemnicą. 

Teraz, gdy zajazd został otwarty, wiele rzeczy się 

wyjaśniło, ale żadna dzięki niezwykłym umiejęt­

nościom śledczym komisarza. 

Wnioski Shirley były dla Chase'a jasne. Nie 

scandalous

background image

brał pod uwagę, że wuj może czuć się upokorzo­

ny, iż kto inny rozwiązał sprawę morderstwa 

Carlyle. Jeszcze jedno pytanie pozostało bez 

odpowiedzi. Co się stało z Waynem Fraleyem? 

Jeśli Dorothy Carlyle i Martin Maxwell nie mieli 

nic wspólnego z jego śmiercią, to kto? 

Ta myśl nie dawała mu spokoju, nie odważył 

się jednak wypowiedzieć jej na głos. 

A jeżeli ojciec popełnił samobójstwo? Jeśli nie 

mógł pogodzić się ze śmiercią Melissy? 

Czy to możliwe, by tak mocno kochał tą 

kobietę, że ta platoniczna miłość była dla niego 

o wiele ważniejsza od miłości do własnego 

syna? 

Chase poczuł uciskający ból w żołądku. Może 

dlatego komisarz zdecydował się dziś opowie­

dzieć mu o tym ? Może znał prawdę ? 

Rozczarowanie i przygnębienie ogarnęły go 

na dobre. 

Nie powinien tak myśleć. Nie był w stanie 

uwierzyć, że kochający ojciec mógłby porzucić 

go w taki sposób. Ale czy łatwiej było myśleć, że 

został zamordowany, a zabójca wciąż cieszy się 

wolnością ?-

- Daj wujowi trochę czasu - kontynuowała 

Shirley, sprowadzając Chase'a z powrotem do 

rzeczywistości. - Czas leczy rany. A kiedy 

znajdzie zabójcę tej dziewczyny, pogodzi się 

i z otwarciem zajazdu. 

Chase kiwnął potakująco głową. Wiedział, jak 

scandalous

background image

ta sprawa ciąży wujowi. Jemu też nie dawała 

spokoju. Dopiero teraz uprzytomnił sobie i zrozu­

miał, jak ważne było dla wuja zostawienie starego 

zajazdu w spokoju. 

Chase nie zadał sobie wcześniej pytania, jak 

dalece przywoływanie dawnych wspomnień 

może zranić jego wuja. 

Wstając z fotela, Chase zwrócił się do Shirley: 

- Dziękuje pani za informacje. Przejrzę akta 

komisarza dotyczące morderstwa Beverly i zoba­

czę, czy czegoś nie przeoczyliśmy. 

Shirley przytaknęła. 

- Niezły pomysł. Komisarz jest strasznie za­

borczy, jeśli chodzi o tę sprawę. - Ze sceptycz­

nym wyrazem twarzy uniosła brew w górę. 

- Oboje rozumiemy powody, ale nie wróżą one 

obiektywnie prowadzonego śledztwa. 

Do tej samej konkluzji doszedł Chase. Cho­

ciaż komisarz życzył sobie, by trzymał się z dala 

od tej sprawy, Chase nie mógł się na to zgodzić. 

Pośrednio dotyczyła ona również jego osoby. 

Śmierć ojca miała związek z przeszłością zajaz­

du. Wuj Benton nie był w stanie już dłużej ukry­

wać tego faktu przed Chasem. Teraz doszło do 

kolejnego morderstwa. Przypuszczenie, że któ­

ryś z okolicznych mieszkańców popełnił mor­

derstwo jedynie z myślą o pokrzyżowaniu pla­

nów właścicielki i niedopuszczenie do dalszego 

działania zajazdu było absurdalne. Chyba że mor­

derca miał jeszcze jakieś inne ukryte powody. 

scandalous

background image

Chase rozmyślał intensywnie, rozważając 

wszelkie możliwe scenariusze wydarzeń. W końcu 

zdecydował się wejść do gabinetu komisarza 

i przejrzeć teczki z dokumentami leżące na biurku. 

Teczka z aktami sprawy Bellamy była zaska­

kująco lekka. Znajdował się w niej jedynie ra­

port komisarza, zawierający listę nazwisk człon­

ków rodziny i przyjaciół Beverly. Zaskoczył go 

też brak raportu techników medycyny sądowej. 

Przejrzał dokładnie papiery na biurku komisarza, 

przeszukał każdą szufladę i szafę z aktami. Bez 

skutku. 

Coś bardzo mu się tu nie podobało. Tak być 

nie powinno. Może komisarz miał raport przy 

sobie ? Możliwe, że pojechał do laboratorium, by 

zobaczyć się z którymś ze śledczych medycyny 

sądowej. Wspominał przecież, że jeden z tech­

ników miał ponownie przyjrzeć się dowodom. 

W obecnym śledztwie Chase był z rzadka infor­

mowany o ruchach komisarza i skazany głównie 

na domysły. Był tylko jeden sposób, aby poznać 

prawdę. 

Chase zabrał akta i zamknął się w swoim 

gabinecie. Usiadł za biurkiem, podniósł słuchawkę 

telefonu i wybrał numer, który znał już na pamięć. 

Dreszcz emocj i związany z oczekiwaniem naras­

tał z każdym sygnałem. Nadzieje prysły, gdy 

okazało się, że głos po drugiej stronie nie należał do 

O1ivii. 

Pokiwał głową nad swoją głupotą. 

scandalous

background image

- Witam, Edno, tu Chase Fraley. Czy nie 

zastałem przypadkiem u was komisarza ? 

- Nie, proszę pana. Nie widziałam go od 

momentu, kiedy wyszliście razem dziś rano. 

Przez moment rozważał poproszenie do tele­

fonu O1ivii. Chciał się tylko upewnić, czy wszyst­

ko u niej w porządku. Rozmyślił się jednak. 

- Dziękuję, Edno. 

Odłożył słuchawkę i zaklął pod nosem. Nie­

potrzebnie przejął się słowami wuja. Nie miał 

obsesji na punkcie O1ivii. Po prostu ją lubił 

i chciał lepiej poznać. Czy było w tym coś złegoi 

Nic. Podejrzenia wuja były bezpodstawne. Oli-

via nie miała nic wspólnego z morderstwem 

i z pewnością nie mogła odpowiadać za wyda­

rzenia, które miały miejsce w zajeździe w dale­

kiej przeszłości. 

Musi znaleźć sposób rozwikłania zagadki za­

bójstwa Bellamy. Może wówczas Ołivia, zajazd 

i całe miasteczko raz na zawsze uwolnią się od 

wiszącej nad wszystkimi klątwy. 

- Idę do domu, nim rozpęta się burza. 

Chase spojrzał na Shirley, stojącą w drzwiach 

jego gabinetu. Nawet nie zauważył, kiedy otwo­

rzyła drzwi. Jeśli pukała, z pewnością nie usłyszał. 

Zamrugał oczami, popatrzył na papiery roz­

łożone na biurku i z powrotem na Shirley. 

- Zdaje się, że straciłem rachubę czasu. 

- Jest po piątej - powiedziała, mocując się 

z wyślizgującym się jej z rąk płaszczem. -W pro-

scandalous

background image

gnozie pogody ostrzegali, że burza będzie wyjąt­

kowo groźna. 

Chase spojrzał przez okno po raz pierwszy, od 

kiedy usiadł za biurkiem. Niebo zrobiło się 

ciemnoszare. Gałęzie rosnących wzdłuż ulicy 

drzew hulały na wietrze, nie pozostawiając 

wątpliwości, co się szykuje. Pojawienie się desz­

czu, grzmotów i błyskawic było kwestią minut. 

Niewykluczony był nawet grad. 

- Niech pani biegnie do domu - powiedział 

do Shirley - ja jeszcze zostanę i poczekam na 

komisarza. 

- Proszę pamiętać o przełączeniu telefonów. 

- Jasne. 

Usłyszał, jak drzwi zamykają się za nią, gdy 

wychodziła z biura. 

Po godzinach urzędowania telefony były prze­

łączane do centrali policji na lądzie. W sytuacjach 

nagłych operator centrali kontaktował się z komi­

sarzem lub z jego zastępcą. Na wyspie jeden 

z nich zawsze musiał być w gotowości i pełnić 

funkcję reprezentanta prawa. Większość miesz­

kańców i tak wiedziała, że w późniejszych porach 

należy dzwonić do niego lub do komisarza. 

Chase spojrzał na leżące przed nim papiery. 

Ostatnie parę godzin spędził na telefonowaniu 

do wszystkich krewnych i znajomych Beverly. 

Rodzice już raz odpowiadali na pytania komisa­

rza i nie rozumieli, czemu mają robić to ponow­

nie. Chase nie chciał sprawiać im bólu, ale po-

scandalous

background image

licyjny instynkt podpowiadał mu, że wiele spraw 

wymagało jeszcze dalszych wyjaśnień. Po ruty­

nowych zapytaniach usiłował dowiedzieć się, czy 

Beverly nie wspominała o jakichś nietypowych 

wydarzeniach w zajeździe. Niestety, nie udało 

mu się ustalić żadnych nowych faktów. 

Miał już na tym poprzestać, ale zdecydował 

się na rozmowę z kolejną osobą z listy komisa­

rza, potem z następną... Porozumiał się w ten 

sposób ze wszystkimi krewnymi i znajomymi 

Beverly. Z każdym telefonem rosło jego zmiesza­

nie. Jakież było jego zdziwienie, gdy wyszło na 

jaw, że komisarz nie skontaktował się i nie 

przesłuchał nikogo poza jej rodzicami. 

Co prawda Chase nie uzyskał żadnej znaczącej 

informacji, ale nie w tym leżał problem. Wykona­

nie tych telefonów należało przecież do podsta­

wowych obowiązków komisarza. Samo zanie­

chanie tego już było wystarczająco podejrzane, 

ale kłamanie na ten temat jeszcze bardziej... 

Chase wyszukał kolejny numer w obroto­

wym stojaku na wizytówki i chwycił za telefon. 

Tym razem zadzwonił do laboratorium tech­

ników medycyny sądowej. Rozpoznał znajomy 

głos technika, który odebrał telefon. 

- Witam, mówi agent Fraley z Cliff's Cove 

- przedstawił się. -Wiem, że już późno, ale mam 

tylko jedno pytanie. Czy któryś z was planował 

ponowne zbadanie miejsca zbrodni w zajeździe 

„Pod Zabłąkanym Aniołem" ? 

scandalous

background image

Nie taką odpowiedź chciał usłyszeć. Upłynęło 

parę sekund, zanim odzyskał głos. 

- Dziękuję. - Odłożył słuchawkę. W głowie 

Chase'a zapaliło się czerwone światełko ostrze­

gawcze. 

Co skłoniło komisarza do kłamstwa?- Dlacze­

go zażądał od Olivii wstrzymania prac remon­

towych do czasu ponownego przeszukania bu­

dynku przez techników medycyny sądowej ? 

Ciało zostało dziś wydane rodzinie. Pogrzeb 

miał odbyć się pojutrze. Dalsze izolowanie miej­

sca przestępstwa nie miało sensu, skoro niczego 

więcej nie udało się znaleźć. 

Chase raz jeszcze przeanalizował akt wandali­

zmu, który wydarzył się ostatniej nocy. Gdyby 

nie wchodziło w grę morderstwo, mógł sobie 

wyobrazić jakiegoś tutejszego mieszkańca, który 

chciał wyrządzić szkody i udaremnić normalne 

funkcjonowanie zajazdu. Wielu z nich było bar­

dzo przeciwnych zakłócaniu spokoju duchom 

przeszłości, które w ich świętym przekonaniu 

zamieszkiwały w zajeździe. Ale Chase dobrze 

znał wszystkich członków tej społeczności. Nie 

potrafił wskazać choćby jednej osoby, która 

byłaby w stanie posunąć się do morderstwa. 

Przyjaciele i rodzina Beverly Bellamy nie bu­

dzili najmniejszych podejrzeń. W tej małej i zży­

tej grupie trudno było znaleźć jakiekolwiek 

motywy do działania na jej szkodę. Nie było też 

nikogo, kto miał z nią jakieś stare porachunki. 

scandalous

background image

To wszystko nie miało sensu. 

Ważny był fakt, że to właśnie Olivia zwykle 

zamykała zajazd. Czy to nie ona była zamierzo­

ną ofiarą ? Kto znał ten jej zwyczaj- Prawdo­

podobnie tylko Ralph, Clara i Edna. Nie mógł 

sobie wyobrazić, aby któreś z nich chciało wy­

rządzić krzywdę O1ivii. 

Włożył zawartość akt do teczki i ruszył 

z powrotem do gabinetu komisarza. Zatrzymał 

się jedynie, by przełączyć telefony, o których 

przypomniała mu Shirley. 

Właściwie mógłby skończyć pracę na dziś. Nie 

było nic więcej do roboty. Powinien teraz odnaleźć 

wuja i odbyć z nim długą, męską rozmowę. 

Ujawnić wszystkie jego matactwa. Wyłożyć karty 

na stół. Mają do rozwiązania sprawę morderstwa. 

Nie ma czasu na tajemnice. Być może O1ivia będzie 

potrzebowała policyjnej ochrony. 

Gdy odchodził od biurka komisarza, coś 

w ostatnim momencie przykuło jego uwagę. 

Marszcząc brwi, zbliżył się do mahoniowego 

blatu. Spod ciężkiego bloku do notatek wy­

stawał róg tekturowej teczki. Uniósł warstwy 

papieru z wielotygodniowymi zapiskami i wy­

ciągnął spod nich nie oznakowaną teczkę. Z dud­

niącym w uszach szumem otworzył ją i spojrzał 

na jej zawartość. 

Na wszystkich stronach widniało imię i na­

zwisko O1ivii Hamilton. 

scandalous

background image

ROZDZIAŁ PIĄTY 

Zaczęło padać. 

Livvy nalała sobie brandy i podeszła do okna 

w salonie. Kiedy burza przychodziła od strony 

morza, widok zapierał dech w piersiach. 

Burze wiedzione silnym huraganem nie miały 

w sobie wiele romantyzmu, ale ta, prosta, przed­

wieczna, będąca wynikiem zmiany pór roku 

była monumentalnym widowiskiem i wyjąt­

kowo oddziaływała na zmysły. Livvy, słysząc 

huk grzmotu i obserwując następujący chwilę 

po nim elektryzujący błysk światła, czuła, że 

naprawdę żyje. Zafascynowana, przyglądała się, 

jak wody oceanu unoszą się niespokojnie, coraz 

wyżej i wyżej, reagując na targające nimi siły 

natury. 

Chociaż była zupełnie sama w zajeździe, na 

tym poszarpanym skrawku ziemi, gdzie ląd 

spotyka się z morzem, Livvy nie czuła się ani 

scandalous

background image

trochę samotna. Atmosferę wypełniała wielka 

energia. Dom - wysoki i masywny - dzielnie 

opierał się wiatrom. W jego murach była absolut­

nie bezpieczna. 

- Cóż za paradoksalna myśl - powiedziała na 

głos. 

Jeszcze dwa dni temu była przekonana, że już 

nigdy nie poczuje się tu bezpiecznie. Ale stary 

dom zdawał się dodawać jej otuchy. Włożyła 

oszczędności całego życia w przywrócenie go do 

dawnej świetności. Nie miała innego miejsca na 

ziemi. 

Jeśli zabójca zamierza wyrządzić jej krzywdę, 

jakie ma ona podjąć działania, co robić? Miałaby 

uciekać ? Porzucić to wszystko, cały wysiłek 

i pieniądze zainwestowane w zajazd ? Już raz 

musiała uciekać i nigdy więcej tego nie zrobi. 

Przenigdy. Nie ugnie się przed strachem. Nie 

pozwoli na to. Musi być silna... nie da się 

sterroryzować. 

Przeszył ją nagły ból. Za żadne skarby nie 

opuści zajazdu. Była jego częścią. Czuła, jakby 

należała do niego od zawsze. 

Bez względu na opinie komisarza czy kogo­

kolwiek innego, Livvy doszła ostatnio do wnio­

sku, że jej przeznaczeniem jest ratowanie tego 

wspaniałego miejsca. Tak jak trzy lata temu 

została uratowana przez lekarza, detektywa 

i dwójkę lojalnych przyjaciół, tak teraz ona 

musi ratować zajazd. Wychyliła pokaźną porcję 

scandalous

background image

brandy i nalała sobie kolejną. Paląca w gardle 

dawka alkoholu wykrzywiła jej twarz. 

Uważnie rozejrzała się po pokoju. Była dum­

na, jak świetnie teraz wyglądał. Goście, przeby­

wający w zajeździe ostatniego lata, byli pod wra­

żeniem tego, co udało się jej dokonać. Oczywiś­

cie, za bardziej szczegółowe i skomplikowane 

prace słowa uznania należały się Christophero-

wi. Jej wkład obejmował głównie sprzątanie 

i malowanie. Nie czuła z tego powodu wstydu. 

Prace te były równie potrzebne. 

Przypomniała sobie reakcję Ralpha na dzisiej­

sze zdarzenia i poczuła bolesny ucisk w piersi. 

Nietrudno było zrozumieć jego uczucia. Z jed­

nej strony była trochę zła za komentarz, który 

zabrzmiał tak nielojalnie, ale z drugiej strony 

trudno było nie zrozumieć, że jego reakcja była 

naturalna. Ktoś inny na jego miejscu miałby 

podobne odczucia. 

Jej również takie myśli przychodziły do gło­

wy. Może pomysł ponownego otwierania zajaz­

du jednak był błędem? 

Ale co się stało, to się nie odstanie. Wycofanie 

się z przedsięwzięcia nie przywróci życia Beverly 

Bellamy. 

Kolejne brandy rozlało się przyjemnym ciep­

łem po przełyku. Wiedząc, że nie powinna, 

Livvy nalała sobie następną szklaneczkę i za­

pragnęła wziąć długą, gorącą kąpiel w wannie. 

Zgasiła światła i sprawdziła drzwi wejściowe. 

scandalous

background image

Następnie, sącząc powoli brandy, sprawdziła 

resztę drzwi na parterze. Alkohol dodawał jej 

odwagi, choć nie chciała się do tego przyznać. 

Nie sprawdziła tylko jednych drzwi. Wciąż, na 

wyraźne polecenie komisarza, były oznakowane 

żółtą taśmą. Nikt nie miał prawa wejść do 

tamtego pokoju. 

Wstrzymując oddech, Livvy upewniła się, że 

drzwi w korytarzu prowadzącym do tego poko­

ju były zabezpieczone. Odetchnęła z ulgą, gdy 

zastała je zamknięte na klucz. 

Nie spiesząc się, weszła na górę. Zauważyła, 

że dzięki brandy nie dokuczała jej dawna kontu­

zja. Prawie wcale nie odczuwała bólu. 

Starając się skierować myśli na bardziej przy­

jemny temat, pomyślała, że być może wkrótce 

uda się odmalować i wyłożyć dywanami wschod­

nie skrzydło. Po tej pracy, jak również po od­

nowieniu dziedzińca, posiadłość będzie całkowi­

cie odrestaurowana. Będzie wówczas mogła za­

jąć się jedynie konserwacją i bieżącymi sprawa­

mi. Jeśli sezon urlopowy zakończy się sukcesem, 

być może będzie w stanie odłożyć trochę pienię­

dzy na czarną godzinę. 

Rozbawiło ją to powiedzenie. Czuła, że właś­

nie wybiła czarna godzina, a poza pieniędzmi, 

które odłożyła na nowe dywany, remont fon­

tanny i drobne wydatki na czas oczekiwania 

sezonu świątecznego, właściwie była bez grosza. 

scandalous

background image

Głęboka wanna na szponiastych nóżkach 

wypełniała się gorącą wodą. Łazienka Livvy była 

największa w całym domu. Prezentowała się 

bardzo romantycznie, może z wyjątkiem umiesz­

czonego dyskretnie nad wanną uchwytu. Starała 

się go nie używać, ale zdarzały się dni, kiedy był 

niezbędny. Nie zamierzała się jednak nad sobą 

użalać. 

Żyła. By uczcić ten cudowny fakt, zapaliła 

świeczki porozmieszczane w różnych punk­

tach łazienki. Niektóre zapachowe, inne nie, ale 

wszystkie promieniujące miłym dla oka, na­

strojowym blaskiem. 

Przygotowała sobie dwa ogromne puszyste 

ręczniki i z poczuciem błogości zanurzyła się 

w wannie. Gorąca, parująca woda przyjemnie 

pieściła jej ciało i natychmiast przyniosła ulgę 

nadwerężonym mięśniom. W pełni zrelaksowa­

na, dopiła resztę brandy i postawiła szklaneczkę 

na znajdującym się w zasięgu ręki antycznym 

stoliku. Wszechobecna para wirowała leniwie 

wokół ciepłego światła świec. Ogarnęła ją błogość. 

Zachowując w pamięci ten uspokajający obraz, 

przymknęła powieki i starała się o niczym nie 

myśleć. Po prostu relaks. Zmartwienia odpłynęły. 

Z daleka dochodziły odgłosy burzy. Deszcz zacinał 

bezlitośnie. Łkające zawodzenie wiatru przerywał 

czasem pomruk pioruna. Co pewien czas skąpo 

oświetlone pomieszczenie rozjaśniał nagły blask 

błyskawicy, kontrastując z lekką poświatą świec. 

scandalous

background image

Brandy wyciszyła ją tak wybornie, że z tru­

dem powstrzymała się od zaśnięcia. Łazienkę 

wypełniał słodki zapach róż i lilii. Spokojny 

dom, własny zakątek, położony na postrzępio­

nym klifie był tym, czego szukała... czego prag­

nęła od chwili, gdy podjęła decyzję o rozpoczęciu 

wszystkiego od nowa. Samotność przerywana 

jedynie obecnością interesujących gości, przyjeż­

dżających w sezonie letnim i świątecznym. 

Niezależność, bycie własnym szefem i kowalem 

własnego losu, to jest to, o co jej chodziło. 

Nowe życie w miejscu, gdzie czuła się jak 

w raju, w odległej Nowej Anglii. Daleko od 

wrzawy i zgiełku reszty świata, w zakątku 

głęboko zanurzonym w przeszłości. I ten zajazd. 

Uśmiechnęła się. Boże, on jest wszystkim, czego 

pragnęła. Piękny na swój surowy sposób. Przepeł­

niony magią i historią. 

Jedyną rzeczą, której dotąd nie znalazła, była 

prawdziwa miłość. 

Otworzyła oczy. Przecież jej wcale nie szuka-

ła. Jak mogłaby zaufać sobie czy komukolwiek, 

że zdoła rozpoznać to uczucie. 

Nie potrafiłaby. 

Natychmiast ukazała się jej przed oczami 

przystojna twarz Chase'a Fraleya, jakby na za­

przeczenie wcześniejszej konkluzji. 

Westchnęła cicho. Na samą myśl o nim zrobi­

ło jej się ciepło na sercu. 

Karcąc się w myślach, zamknęła ponownie 

scandalous

background image

oczy, by przywołać z pamięci każdy najdrobniej­

szy szczegół jego postaci. Mundur skrywał świetną 

sylwetkę. Chase był wysoki, barczysty, silny. 

Włosy koloru piasku i żywe niebieskie oczy czyniły 

z niego ideał urody amerykańskiego chłopca. 

W każdej jednak chwili ta siła i piękno mogły 

przeobrazić się w coś zupełnie innego, złego, 

wrogiego. Znała to od podszewki. 

Ale przecież Chase Fraley nie miał nic wspól­

nego z Jamesem Hamiltonem, protestowała 

w duchu. Przez ostatnie dni Chase wyraźnie 

starał się chronić ją przed furią komisarza. Po­

zwolił wyładować na sobie cały jego gniew. To 

dobrze o nim świadczyło. 

Pragnęła poznać go bliżej. Czy mogła sobie 

pozwolić na takie uczucia? Tak po prostu pod­

dać się im? 

Z pewnością się jej podobał i przyciągał ją 

niczym magnes, ale bardzo się bała sobie zaufać. 

Odezwały się w niej dawno zapomniane potrze­

by. Po raz pierwszy od niepamiętnych czasów 

umiała je nazwać. Pragnęła dotyku. 

Na krótki moment jej myśli odpłynęły... krą­

żąc wokół pożądania, jakie Chase niezaprzeczal­

nie w niej wywoływał. 

Przypomniała sobie dotyk jego silnych rąk... 

głęboki, zmysłowy głos. Troskę w jego oczach, 

gdy na nią patrzył. 

A więc nie była mu obojętna. Nie umknęło jej 

uwagi tęskne wejrzenie Chase'a. Zorientowała 

scandalous

background image

się, że sposób, w jaki ją traktował, wykraczał 

daleko poza obowiązki zawodowe. 

Nieproszona, nowa myśl pojawiła się nagle 

i zmieniła jej błogi stan w stan pełnego napięcia. 

Jedna wielka pomyłka! To, co widziała w oczach 

Chase'a nie mogło być pragnieniem. Jak mogła 

zapomnieć o swojej brzydocie i nijakości. Prze­

cież James wielokrotnie jej to powtarzał. Wspo­

mnienia, które nagle powróciły, wstrząsnęły jej 

ciałem. James podkreślał nawet, że kompletnie 

nie pamiętał, co go w niej kiedyś zainteresowało. 

Na domiar złego, po wypadku i w konsekwencji 

licznych operacji, ciało Livvy całe pokryte było 

bliznami. Przesunęła ręką po udzie. Jaki męż­

czyzna zapragnie kobiety tak okrutnie oszpeco­

nej... Dotykała zabliźnionych nierówności. 

Chase z pewnością zauważył też jej utykanie. 

Nie mogąc sprawnie chodzić ani biegać, próbo­

wała dbać o kondycję na wszelkie inne sposoby. 

Niestety, z niewielkimi sukcesami. Skóra straciła 

jędrność i młody wygląd. 

Chase miał wysportowaną, zgrabną sylwet­

kę, jego ciało było z pewnością perfekcyjne. Na 

samą myśl o jego nagości przeszedł ją elekt­

ryzujący dreszcz, tak silny, że na moment za­

brakło jej tchu. Pogrążona w myślach, pogładziła 

dłonią szyję, przesuwając rękę powoli ku pier­

siom, które prężyły się w oczekiwaniu na za­

spokojenie swoich nagłych pragnień. 

Być może piersi były jej jedynym atutem. 

scandalous

background image

Całkiem duże i dosyć jędrne. Cofnęła rękę. 

Niepotrzebnie zawraca sobie głowę głupotami. 

Nigdy nie pozwoli mu się zbliżyć. Była tego 

całkowicie pewna, a torturowanie się podob­

nymi wyobrażeniami nie miało najmniejszego 

sensu. 

Wytrącona nagle z rozmyślań, Livvy usiadła 

gwałtownie, nasłuchując. 

Mimo ciepłej wody, przeszły ją ciarki, a na 

ciele pojawiła się gęsia skórka. 

Co to mogło być...? 

Muzyka. Słyszała muzykę. 

Czepiając się uchwytu przy wannie, błys­

kawicznie podniosła się na nogi. 

Wycierając naprędce mokre ciało, próbowała 

ustalić, skąd dochodzi muzyka i co to za melodia. 

Nie zapalała wcześniej światła w łazience, by 

cieszyć się widokiem świec. Czyżby znowu 

wystąpił chwilowy spadek napięcia? W takich 

przypadkach zdarzało się, że telewizor sam się 

włączał. Może tym razem radio? 

Wśliznęła się w szlafrok, ciasno związała 

w pasie i przeszła na palcach do sypialni. Muzy­

ka była nieco głośniejsza. 

Otworzyła drzwi i przemknęła w kierunku 

holu. 

Muzyka klasyczna. Mozart. 

Strach zmroził jej krew w żyłach. 

Rozpoznała melodię. 

Ulubiony utwór Jamesa. 

scandalous

background image

Nie wiedziała, jak długo tam stała, komplet­

nie sparaliżowana. Musiała zdecydować się na 

jakiś ruch, sprawdzić skąd dobiega muzyka. 

Uciekaj! - podpowiadał wewnętrzny głos. 

Szybko dotarła do schodów. Zawahała się, 

wpatrując się w smolistą ciemność poniżej. 

Nacisnęła włącznik na ścianie. Silne światło 

wypełniło cały hol. 

Muzyka zdawała się dochodzić z salonu. 

- Zwykły zbieg okoliczności - mruknęła. 

Prawdopodobnie radio włączyło się pod wpły­

wem nagłej zmiany napięcia. Akurat grali ten 

utwór. 

To nie mogło być nic innego! 

Wydobyła z siebie dźwięk, który w zamierze­

niu miał być śmiechem. 

Za parę sekund didżej przerwie audycję i ogło­

si aktualną godzinę lub najświeższą prognozę 

pogody. 

Spokojnie! Uspokój się i idź do salonu. 

Wyłącz radio. 

Wszystko jest w porządku. 

Livvy zeszła ostrożnie po schodach. Z każ­

dym krokiem przekonywała siebie, że to jedynie 

zbieg okoliczności. Ot, taki głupi i okrutny żart 

losu. 

Dotarła do drzwi salonu. Wyczuła na ścianie 

włącznik światła. Natychmiast stołowe lampy 

w salonie zapaliły się, rozpraszając ciemności. 

Z ulgą wypuściła powietrze, nie zdając sobie 

scandalous

background image

nawet sprawy, że przez cały czas wstrzymywała 

oddech. 

Okey, wszystko jest w porządku. 

Dźwięki muzyki wciąż narastały, gdy pew­

niejszym krokiem zbliżała się do wbudowanej 

w ścianę biblioteczki. Na jednej z półek znaj­

dował się sprzęt grający. 

Zwilżyła usta i sięgnęła w kierunku wyłącz­

nika. W połowie drogi jej ręka zatrzymała się 

w powietrzu. Ogarnęła ją kolejna fala przera­

żenia. 

To nie było radio. Muzyka dobiegała z od­

twarzacza płyt. 

Sztywna ze strachu wyłączyła sprzęt. Szuf­

ladka wysunęła się na zewnątrz. Palce sięg­

nęły po błyszczący dysk i podniosły go do 

góry. 

Zbiór utworów Mozarta. 

Płyta upadła na podłogę. 

To niemożliwe! 

Oddała przecież wszystkie rzeczy, które do 

niego należały. Nie zachowała niczego. Nawet 

fotografii. 

Podmuch zimnego powietrza przeszył ją 

i wdarł się do holu. Dźwięk tłuczonego szkła 

wytrącił ją ze stanu odrętwienia i kazał biec 

w tamtym kierunku. 

Na podłodze leżały kwiaty. Kawałki roztrzas­

kanego drogiego wazonu, który stał na stoliku 

przy ścianie, połyskiwały dookoła niczym dro-

scandalous

background image

binki lodu. Prawdopodobnie łodygi były za dłu­

gie. Musiały przeciążyć wazon, poszukała wy­

tłumaczenia. 

Podmuch wiatru podwiał poły jej szlafroka. 

Zadrżała z zimna. 

Niczym na filmie w zwolnionym tempie, 

Livvy odwróciła się w kierunku frontowych 

drzwi. Były otwarte na oścież. Wiatr i deszcz 

wdzierały się do środka. 

Inny dźwięk jednak zagłuszył świst wiatru. 

Wzrok Livvy przesunął się w kierunku kory­

tarza, który miał być dopiero odnawiany. Płacz. 

Głośny... rozpaczliwy. Z przerażenia serce u wię­

zło jej w gardle. 

- Nie! - zdołała wydusić z siebie, gdy dobiegł 

ją zawodzący szloch. 

Rzuciła się w stronę drzwi. Po drodze chwyci­

ła wiszące na ścianie klucze i wybiegła z domu. 

Poczuła silny podmuch wiatru. Deszcz ośle­

piał ją, ale nie zatrzymała się. Biegła co sił 

w nogach. Musiała dostać się do samochodu. 

Nagły ból przeszył jej udo. Krzyknęła, nogi 

ugięły się i upadła na mokrą trawę. 

Wstawaj! Wstawaj! 

Z trudem podniosła się i ruszyła dalej. Już 

niedaleko, mówiła do siebie. 

W końcu dotarła do samochodu. Palce zacisnęły 

się na zewnętrznej klamce drzwi od strony kiero­

wcy... szarpnęła. Drzwi były zamknięte. 

Zaklęła... nerwowo przebierała palcami... aż 

scandalous

background image

udało się wcisnąć odpowiedni przycisk w pilocie 

przy kluczach. 

Gwałtownie otworzyła drzwi i rzuciła się na 

miejsce kierowcy. Włożyła kluczyk do stacyjki. 

Szybciej! Głos, głęboko w jej mózgu, ponaglał 

nieustannie. Ręce drżały tak mocno, że musiała 

zacisnąć je przez chwilę, by zebrać siły do 

przekręcenia kluczyka. 

Silnik zadziałał już przy pierwszej próbie. 

Dzięki, Boże! Dzięki! Wrzuciła wsteczny bieg 

i wcisnęła pedał gazu. Nagły ruch samochodu 

pchnął ją silnie do przodu. Uderzyła czołem 

o kierownicę. 

Walcząc o odzyskanie kontroli nad pojazdem, 

przesunęła drążek do przodu i ruszyła w stronę 

miasta. 

- Weź się w garść - wymamrotała. 

Niedługo będzie na miejscu. Musi tylko uspo­

koić się i starać nie wjechać do rowu. 

Silnik gasł. Uderzyła dłonią w kierownicę. 

Nie! Wcisnęła pedał gazu, ale silnik nie wydał 

z siebie żadnego dźwięku. Cholera! Przekręciła 

klucz w stacyjce. Samochód nie zapalił. 

- Co do diabła...? 

Spojrzała na wskaźnik poziomu paliwa. Bak 

był pusty. 

Przecież tankowała go do pełna dwa dni 

temu. Nigdzie od tamtego czasu nie jeździła. 

Doskonale to pamiętała... 

Odwaga i determinacja, które towarzyszyły 

scandalous

background image

jej okaleczonemu ciału podczas ponownej nauki 

chodzenia, nagle wzięły górę. Wszechogarniają­

ce przerażenie nieoczekiwanie ustąpiło. Jego 

miejsce zajęła furia. 

Livvy z impetem otworzyła drzwi i wydo­

stała się z samochodu. W strugach deszczu 

ruszyła z powrotem do zajazdu. Idąc, wpat­

rywała się w złowrogie kontury sterczących ku 

niebu wieżyczek. 

To był jej dom. Bóg świadkiem, że nikt jej 

stamtąd nie wyrzuci. A właśnie przed chwilą na 

to pozwoliła. 

Pomaszerowała prosto do frontowych drzwi. 

Z każdym krokiem rosło jej wzburzenie. Ktokol­

wiek to robi, nie ujdzie mu to na sucho. Musi być 

tchórzem, by posuwać się do takich sposobów, 

ukrywając swą twarz. 

Ona tchórzem nie jest. Odmawia stawiania 

się w pozycji ofiary. Już nigdy więcej. 

Livvy weszła pewnie do holu i zatrzasnęła za 

sobą drzwi. Przez chwilę, oparta o nie, nasłuchiwa­

ła. Z zewnątrz dochodziły odgłosy burzy. Wciąż 

lało jak z cebra. W środku panowała grobowa cisza. 

Myśl, że jakiś tchórz przestraszył ją, a teraz 

czmychnął, jeszcze bardziej ją rozwścieczyła. 

Ominęła potłuczone szkło i poszła po szczot­

kę z szufelką, by uprzątnąć bałagan. 

Po wysprzątaniu i umyciu podłogi w holu, 

przeszła przez wszystkie pokoje w domu, na 

parterze i na piętrze. 

scandalous

background image

Otworzyła nawet drzwi do odgrodzonego 

taśmą pokoju. Nie weszła do środka, ale z oddali 

dokładnie przyjrzała się drzwiom, prowadzą­

cym na zewnątrz. Były zamknięte. Upewniając 

się, że wszystko jest w porządku, wróciła do 

salonu. Odnalazła płytę CD i przyglądała się jej 

przez chwilę. 

Rzadko używała odtwarzacza płyt. Nawet 

nie pamiętała, kiedy ostatni raz była w jego 

pobliżu. Jeden z gości, którzy odwiedzili zajazd 

w lecie, prawdopodobnie zostawił tę płytę w od­

twarzaczu. Jeśli doszło, jak przypuszczała, do 

skoku napięcia w instalacji elektrycznej, sprzęt 

mógł się samoistnie włączyć. 

Livvy zaśmiała się ironicznie, patrząc na swój 

wilgotny szlafrok. Co z niej za idiotka. Pozwoliła 

ponieść się wybujałej wyobraźni. 

Dom był stary. Była przekonana, że dokład­

nie zamknęła frontowe drzwi, ale niewyklu­

czone, że w rzeczywistości nie dopchnęła ich 

wystarczająco mocno. Wiatr mógł zrobić resz­

tę. Nie bardzo umiała wytłumaczyć zasłyszany 

płacz, ale jeśli to sprawka rzeczonych duchów, 

to ich się nie bała. Ludzi zabijają inni ludzie, 

nie duchy. 

Z trudem dotarła do kuchni, wyrzuciła płytę 

do śmieci i włączyła czajnik. Kubek gorącej 

herbaty bez wątpienia ukoi jej stargane nerwy. 

Brandy nie wchodziło w rachubę. Alkohol rów­

nie dobrze mógł podsycić jej wyobraźnię. 

scandalous

background image

W oczekiwaniu na wrzątek do herbaty, Livvy 

postanowiła się osuszyć i założyć miękką flane­

lową pidżamę. Dzisiejszego wieczoru zamierza­

ła się zrelaksować, tak czy inaczej. 

Już miała wyjść z kuchni, gdy zawahała się na 

moment. Cholera. Przez to całe zamieszanie 

- jeśli morderstwo można nazwać zamiesza­

niem - nie zrobiła w tym tygodniu zakupów. 

Herbaty pewnie już nie ma. Rano w szafce 

widziała tylko kawę. Kiedy w zajeździe nie było 

gości, nie zawracała sobie głowy zbyt skrupulat­

nym robieniem zapasów. 

Nie ma sensu podgrzewać wody, jeśli brakuje 

herbaty. Zła, że pewnie nie będzie jej dane 

delektować się ulubionym gatunkiem herbaty, 

podbiegła do szafki. 

Otworzyła drzwiczki i zamarła. 

Wielka puszka importowanej herbaty stała 

tuż przed jej oczami. 

Livvy przełknęła ślinę. 

Herbata indyjska Assam ?-

Czyżby Edna postanowiła zrobić zakupy na 

własną rękę, gdy ona nie miała do tego głowyć 

Livvy nienawidziła herbaty Assam. Nigdy nie 

znalazłaby się na liście jej zakupów. Nie poda­

wała jej gościom. Ewentualnie tylko na specjalne 

zamówienie... 

Czyżby Edna lub Clara ją zamówiły ?-

Drżącą ręką sięgnęła po puszkę. Wyjęła ją 

z szafki i poczuła przyspieszone bicie serca. 

scandalous

background image

Kolejna puszka stała tuż za pierwszą. A za nią 

jeszcze jedna. 

To niemożliwe. Przecież tak bardzo nienawi­

dziła herbaty Assam. 

Za to James ją uwielbiał. Upierał się, że 

Amerykanie nie znają się na dobrej herbacie. 

Livvy przypomniała sobie, jak po raz pierwszy 

zamówiła herbatę dla Jamesa i dostała jakiś inny 

gatunek... Wzdrygnęła się na samo wspomnie­

nie wybuchu jego dzikiej złości. 

To niemożliwe. 

Nikt nie znał szczegółów z jej przeszłości... 

tego, co przeszła. Kto i dlaczego mógł zamówić 

ulubioną herbatę Jamesa? 

Livvy stała pośrodku kuchni. Bała się ruszyć, 

bała się krzyczeć. 

Niemożliwe. Nikt nie wiedział. Nikt. 

To musiał być on... 

scandalous

background image

ROZDZIAŁ SZÓSTY 

Chase czekał, siedząc w ciemności. 

Była ósma wieczór. 

Benton Fraley wszedł do biura, zapalił światło 

i zamknął za sobą drzwi. 

Zmrużył oczy, wyraźnie zaskoczony wido­

kiem Chase'a. 

- Po cholerę tu siedzisz po ciemku, synu? 

- zapytał ostrożnie. W jego oczach kryła się 

podejrzliwość. 

Chase uderzył ręką teczkę, leżącą na krawędzi 

biurka Shirley. 

- Powiedz mi, co się dzieje. Chcę wszystko 

wiedzieć, tu i teraz! - Miał ochotę mocno potrząs­

nąć wujem, dopóki nie powie mu całej prawdy. 

Na myśl o tym, co Olivia Hamilton przeżyła ze 

swoim obłąkanym mężem, poczuł mocne wale­

nie serca. Przypomniał sobie jej lekkie utykanie... 

jej wrażliwość i nieśmiałość w jego obecności. 

scandalous

background image

Teraz rozumiał. Była molestowana w najgor­

szym tego słowa znaczeniu. Dobry Boże! Rapor­

ty medyczne wskazywały na liczne złamania, 

zrośnięte bez jakiegokolwiek leczenia. W wyni­

ku upadku ze schodów omal nie straciła życia. 

W końcu przyznała się lekarzowi i przyjaciołom, 

że została zepchnięta przez męża. Ale raport 

psychologa zawierał same najgorsze rzeczy. Po­

wtarzające się znęcanie psychiczne spowodowa­

ło, że najmniejsze wspomnienie przeszłości wy­

wołuje u niej napady lęku. 

Przybyła tu niewątpliwie w poszukiwaniu 

nowego życia, chęci zaczęcia wszystkiego od 

początku. W rezultacie - wpadła z deszczu pod 

rynnę. Na myśl o tym, jak niesprawiedliwie los ją 

potraktował, poczuł kolejny ucisk w piersi. Nikogo 

nie powinny spotykać cierpienia, jakie ją spotkały. 

Komisarz rzucił okiem na akta. 

- Są rzeczy, o których nie wiesz, Chase. 

Wściekłość przesłoniła wszelkie inne emocje 

Chase'a. 

- Czego nie wierni Czy tego, że nawet nie 

zadałeś sobie trudu, by przesłuchać znajomych 

i dalszą rodzinę Beverly Ballamy ? Czy może tego, 

że nie było żadnej umówionej wizyty techników 

medycyny sądowej ? - poderwał się na nogi. - Po 

co te wszystkie kłamstwa ? Wytłumacz mi! 

Wuj spojrzał mu w twarz. Jego niebieskie 

oczy, znak rozpoznawczy Fraleyów, pozostały 

niewzruszone, mimo oskarżeń Chase'a. 

scandalous

background image

- Usiądź, wszystko ci powiem... 

- I tak mi powiesz - przerwał Chase. Z ręka­

mi na biodrach, rozsierdzony, dyszał ze zdener­

wowania. Ktoś zamordował Bellamy. O1ivia 

również może znajdować się w niebezpieczeń­

stwie. On musi poznać prawdę! 

- Właśnie spędziłem dwie godziny, przesłu­

chując Ednę Bradley. 

Informacja ta mocno zaskoczyła Chase'a. Go­

spodynię O1ivii ? 

- W jakim celu ? 

Komisarz westchnął i znużony opadł na fotel, 

jakby dłuższe stanie na nogach było ponad jego 

siły. 

- Pilnie obserwowałem zajazd. Wiedziałem, że 

dzieje się tam coś podejrzanego. - Jego oczy 

z determinacją wpatrywały się w Chase'a. - Po 

rozmowie z rodzicami Beverly, gdy upewniłem się, 

że wokół dziewczyny nie było żadnych mrocz­

nych tajemnic, nabrałem pewności, że jej śmierć 

jest związana z zajazdem. Dlatego wziąłem się za 

uważną obserwację tego miejsca. Ralph Cook 

często przychodził i wychodził w dosyć nietypo­

wych godzinach, jak na pracę od ósmej do piątej. 

Chase potrząsnął z niedowierzaniem głową. 

- Chyba nie usiłujesz obarczyć winą Ralpha 

Cooka. Nie zrobiłby tego. 

- Mylisz się, Chase - przerwał mu wuj. 

- Edna zauważyła, że zarówno 01ivia, jak 

i Ralph zachowują się dziwnie, zwłaszcza od 

scandalous

background image

czasu, gdy otwarcie oskarżyłem go o wandalizm. 

Śledziłem go dziś, gdy wracał do domu o piątej 

trzydzieści. 

Chase'a ogarnął nowy niepokój. 

- To dlaczego nie przyprowadziłeś go na 

posterunek? 

Komisarz potrząsnął głową. 

- Ponieważ udało mu się mnie zgubić. Po­

szedłem więc do Edny, żeby sprawdzić, czy 

niczego nie zauważyła. Była teraz moją ostatnią 

szansą na dotarcie do prawdy. 

Chase uniósł do góry ramiona w geście zdzi­

wienia. 

- Naprawdę wierzysz, że Ralph zamordował ? 

Komisarz sięgnął do wewnętrznej kieszeni 

płaszcza i wyjął plastykową, przeźroczystą toreb­

kę. Położył ją na biurku, tuż przed stojącym nad 

nim Chase'em. 

Chase nie musiał jej brać do ręki, by rozpo­

znać zawartość. Wysadzana drogimi kamienia­

mi pochwa od kompletu z nożem do otwierania 

listów... Narzędzie zbrodni w sprawie... 

- Co ciekawe - kontynuował komisarz - gdy 

pojawiłem się u Edny, właśnie miała do mnie 

dzwonić. Kiedy robiła pranie dziś po południu, 

zmieniała w pokojach zajazdu pościel, oto co 

znalazła - wskazał na plastykową torbę. - Znajdo­

wała się w sypialni Ołivii, ukryta pod materacem. 

Wersja wydarzeń przedstawiana przez komi­

sarza była dla Chase'a niczym cios między oczy. 

scandalous

background image

- Chyba nie mówisz poważnie! 

Komisarz skinął głową. 

- Edna powiedziała również, że widziała 

Ralpha i panią Hamilton, prowadzących oży­

wione rozmowy, a może nawet ostrą wymianę 

zdań... ale zawsze poza zasięgiem jej słuchu. 

Wyglądało to na kwestionowanie przez Ralpha 

wydanych mu poleceń. Nie zrozum mnie źle 

- zastrzegł się wuj. - Edna bardzo szanuje Olivię, 

jednak przyparta do muru, przyznała się do 

obaw, że pani Hamilton jest bliska załamania 

nerwowego. Bardzo niespokojna, dziwnie się 

zachowuje, wyjątkowo milcząca... zamknięta 

w sobie. 

Zaszokowany Chase z trudem podsumował 

słowa wuja. 

- Uważasz, że O1ivia zaplanowała lub też 

dokonała tego morderstwa? A w jakim to niby 

celu? By torturować samą siebie? - Kłębiące się 

w nim, rozszalałe emocje na dobre zachwiały 

jego równowagą. Ledwo mógł ustać na nogach. 

Wszystko to jakiś obłęd! 

- Jestem przekonany, że jest niezrównowa­

żona psychicznie. I może sama zabiła swojego 

męża. - Komisarz wzruszył ramionami. - Może 

w obronie własnej, kto wie? Przyjechała tu 

z daleka, aby zacząć życie od nowa, ale wszystko 

zaczęło się jej źle układać. A dotychczas umiała 

rozwiązywać swoje problemy jedynie przy po­

mocy desperackich metod. Uprzedzałem cię, 

scandalous

background image

Chase, że jest uparta, zdeterminowana. Tacy 

ludzie sięgają po drastyczne środki. Kto może 

dać gwarancję, że nie jest kompletną wariatką ? 

Postukał palcem w jedną z teczek, które 

trzymał Chase. 

- Nie czytałeś opisu moich badań nad seryjny­

mi zabójcami? Większość z nich była w dzieciń­

stwie molestowana w taki czy inny sposób. Być 

może to mąż O1ivii doprowadził ją do szaleństwa. 

Chase czytał tę pracę, ale w żaden sposób nie 

wpłynęła ona na jego przekonania. Wuj mocno 

naciągał swoje argumenty. Nie zamierzał tego 

dalej słuchać! Chwycił klucze do samochodu. 

- Jeśli potrafisz to udowodnić - rzucił - are­

sztuj ją. Osobiście uważam, że to ona jest 

w niebezpieczeństwie. Ktokolwiek to zrobił, 

zapewne jeszcze nie dokończył dzieła. 

Komisarz zerwał się na nogi. 

- Sugerujesz, że ktoś z tej wyspy byłby 

w stanie popełnić morderstwo, by zamknąć 

zajazd ?- - W każdym słowie komisarza słychać 

było jego wściekłość. 

- Sam oskarżyłeś Ralpha Cooka. Dlaczego? 

Komisarz dźgnął palcem tors Chase'a. 

- Oskarżyłem go o bycie pod wpływem uro­

ku tej kobiety. Nie zarzuciłem mu popełnienia 

morderstwa. 

- Mylisz się - warknął Chase. 

- Nie - przerwał wuj - to ty się mylisz. 

Pozwalasz, by obsesja na punkcie tej kobiety 

scandalous

background image

odebrała ci zdrowy rozsądek, tak jak stało się 

z twoim ojcem. 

Chase zbliżył twarz do twarzy wuja. 

- Być może straciłem dla niej głowę, ale to 

moje ryzyko. Twoje sugestie to kompletna bzdu­

ra. Nawet gdyby była zdolna do popełnienia 

zbrodni, taki czyn byłby ostatnią głupotą. Za­

jazd jest jedynym źródłem jej utrzymania. Po co 

miałaby działać na własną szkodę ? 

- Może dla rozgłosu - zasugerował nie zbity 

z tropu komisarz Fraley, po czym wzruszył 

ramionami. - A może to było silniejsze od niej 

i nie potrafiła się powstrzymać. W każdym razie... 

wysyłam list gończy za Cookiem- kontynuował 

- a potem zdobędę nakaz rewizji zajazdu. I uczci­

wie ostrzegam... mam zamiar ją zaaresztować. 

- Zrobisz, co uznasz za stosowne - rzucił 

Chase. - A ja zrobię, co ja uznam za stosowne. -

I z tymi słowami wyszedł, trzasnąwszy za sobą 

drzwiami. 

Zupełnie nie zważając na strugi deszczu, 

Chase skierował się w stronę samochodu. Powia­

domi 01ivię, że powinna znaleźć adwokata. On 

jej pomoże. Znajdą sposób, by udowodnić, że 

wuj nie ma racji. 

Zaklął siarczyście parę razy, włączył silnik 

i zapiął pasy. Sprawy najwyraźniej wymknęły 

mu się spod kontroli. Ufał, że wuj działa w naj­

lepszej wierze, że ma czyste intencje, ale nie 

dawało się ukryć, że uwziął się na Olivię od 

scandalous

background image

momentu, kiedy przybyła na wyspę. Nie był 

więc w swoich podejrzeniach i działaniach obiek­

tywny. Kto wie, czy grzebanie w jej przeszłości 

nie pogłębiło jego uprzedzeń. 

Zadzwonił telefon, odrywając Chase'a od 

ponurych myśli. Wyciągnął aparat z kieszonki 

przy pasku i odebrał. 

- Chase Fraley. 

- Agencie Fraley, dzwonię z centrali. 

W głowie Chase'a zapaliło się czerwone świa­

tełko. 

- Jaka sprawa ? 

- Przed chwilą odebrałem telefon od kobiety, 

która była w lekkiej histerii. Prosiła o rozmowę 

z panem, ale gdy zorientowała się, że wybrała 

numer 112 zamiast pana telefonu, odłożyła 

słuchawkę. Próbowałem oddzwonić, ale nie od­

bierała. Na szczęście rozmawiała na tyle długo, 

że zdążyliśmy namierzyć, skąd dzwoniła. 

- Jaki jest jej adres ? - zapytał Chase, czując 

coraz większy niepokój. Czyżby ktoś dzwonił 

z zajazdu? Tylko kto?. Edna czy O1ivia? 

Rozmówca podyktował adres zajazdu. 

- Dziękuję. Zapisałem. - Zakończył rozmowę. 

Rzucił telefon komórkowy na siedzenie i z piskiem 

opon ruszył z chodnika okalającego ratusz. 

Był pewny, że rozhisteryzowaną kobietą mo­

gła być tylko OIivia. Jego informator podał adres 

zajazdu. Nim dotarł do długiej krętej drogi, 

prowadzącej do zajazdu, przeanalizował wszyst-

scandalous

background image

kie najgorsze scenariusze. Około pięćdziesięciu 

metrów od pensjonatu zahamował z poślizgiem. 

Na środku drogi stał samochód 01ivii. 

Szybko wyskoczył z jeepa i biegiem rzucił się 

w kierunku auta. 

Była w środku. Siedziała za kierownicą. Ży­

wa. Odetchnął z ulgą. 

Wpatrywała się w niego poprzez strużki 

wody cieknące po szybie. Chciał otworzyć 

drzwi, ale były zamknięte. 

- O1ivio, otwórz samochód! - zawołał wy­

starczająco głośno, by zagłuszyć szalejącą wciąż 

burzę. Błyskawica przeszyła niebo, oświetlając 

jej bladą jak kreda twarz. W jej brązowych 

oczach zobaczył przerażenie. 

Poruszając się jak robot, odblokowała zamek 

samochodu. 

Otworzył drzwi i schylił się, by móc spojrzeć 

jej w twarz. 

- Czy nic ci nie jest? - zapytał miękko. 

Jednocześnie badał wzrokiem jej ciało, szukając 

ewentualnych obrażeń. 

- Nie mogę wrócić do domu. 

Jej głos był tak cichy, że ledwo go usłyszał. 

- Powiedz mi, co się stało - nalegał. 

Gorąco pragnął dotknąć jej dłoni, pogłaskać po 

ramieniu, ale powstrzymał się, zdając sobie sprawę, 

że mógłby ją tylko jeszcze bardziej przestraszyć. 

Spojrzała na zajazd. 

- Wydaje mi się... że tam ktoś... coś... jest. 

scandalous

background image

Poprosił O1ivię, by opuściła swój samochód 

i poszła z nim do jeepa. O dziwo, posłuchała go od 

razu i bez słowa protestu weszła do jeepa. 

Szlafrok, który miała na sobie, był kompletnie 

przemoczony. Trzęsła się z zimna i szczękała 

zębami. Zimna, deszczowa noc z pewnością 

wyziębiła ją do szpiku kości. Chociaż wydawało 

mu się, że jej stan psychiczny wynikał bardziej ze 

strachu niż z zimna. Jednak powinna jak najszyb­

ciej zdjąć z siebie przemoczone ubranie. Z tym 

zamiarem Chase podjechał bliżej pod zajazd. 

Drzwi frontowe były otwarte na oścież. 

Chase wyłączył silnik i zwrócił się do OHvii. 

- Czy twoim zdaniem ktoś obcy jest 

w środkuj 

Odpowiedź sprawiła jej wyraźną trudność. 

- Nie... nie jestem pewna. 

- Wejdę na chwilę i sprawdzę. Zamknę cię 

w samochodzie. Będziesz tu bezpieczna. 

Livvy potrząsnęła przecząco głową. 

- Błagam, nie zostawiaj mnie tutaj samej. 

Troska na twarzy Chase'a przyniosła jej ogro­

mną ulgę. Dzięki Bogu, że przyjechał. Wiedziała, 

że może na niego liczyć. 

- Dobrze, wejdziemy razem. 

Gdy już znaleźli się wewnątrz i Chase zamk­

nął drzwi wejściowe, Livvy wzięła się w garść 

i opowiedziała o wszystkim po kolei. Poprowa­

dziła go przez wszystkie pokoje w zajeździe, 

kończąc na kuchni. Szafka nadal była otwarta, 

scandalous

background image

a puszki z herbatą niezmiennie tkwiły na swoim 

miejscu. 

Chase stał przez chwilę w milczeniu. 

Livvy straciła nadzieję. Na pewno uważa, że 

postradała zmysły. Już widziała jego reakcję. 

Sama przed sobą przyznawała, że to wszystko 

brzmi dosyć niewiarygodnie. 

- W porządku - powiedział wreszcie. - Spo­

kojnie zastanówmy się nad całą sytuacją. 

Nadzieja ponownie wstąpiła w serce Livvy. 

- W domu nie było nikogo i drzwi były 

zamknięte. Muzyka być może rzeczywiście sa­

ma się włączyła. Załóżmy, że dało się słyszeć 

szlochanie. Przyjmijmy, że Edna z własnej inicja­

tywy zakupiła nowy gatunek herbaty - wskazał 

na szafkę i spojrzał na Livvy. - Na szczęście tę 

sprawę możemy potwierdzić już jutro rano. 

Skinęła głową. Dobrze. Był jakiś plan. Tego 

potrzebowała. Z drugiej strony nie potrafiła się 

przekonać, że spośród tylu rodzajów herbaty, 

Edna wybrałaby właśnie ten. I do tego w tak 

dużej ilości... 

- Sprawdźmy, skąd mógł dobiegać ten szloch 

- zaproponował Chase. 

Livvy szybko zamrugała oczami, by ukryć 

napływające do nich łzy. Wierzył jej. Dzięki 

Bogu! Tak bardzo bała się, że nikt jej nie 

uwierzy. 

Rozpoczęli od piętra, skąd po raz pierwszy 

doszedł do niej odgłos płaczu. Przeszukali każdy 

scandalous

background image

pokój, szafę, wszystkie zakamarki. Chase Fraley 

nie przeoczył niczego. 

Niczego jednak nie znaleźli. 

Wreszcie dotarli do pralni, znajdującej się na 

parterze. W składziku, w którym przechowy­

wano środki czystości oraz różnorodne szczot­

ki i mopy, na półce, znajdującej się poza 

zasięgiem wzroku Edny, znaleźli magnetofon. 

Z sufitu powyżej biegły do niego kable. Chase 

wspiął się na stołek i naliczył cztery różne 

przewody. 

- Prawdopodobnie prowadzą do głośników 

rozstawionych w różnych miejscach domu. 

- Przyjrzał się dokładnie magnetofonowi. - Wy­

gląda, że został ustawiony na automatyczne 

włączanie kasety o konkretnej godzinie. 

Wcisnął przycisk przewijania i włączył mag­

netofon. W ciągu paru sekund rozległ się słysza­

ny z oddali płacz. Wyłączył sprzęt. 

- Zostawmy go na miejscu. W ten sposób nie 

zniszczymy żadnych śladów, które mogą się tu 

znajdować. 

Livvy skinęła głową. 

- Co teraz zrobimy ? - Przeszedł ją dreszcz. 

Wciąż miała na sobie wilgotny szlafrok i czuła 

przenikliwe zimno. 

Chase zszedł ze stołka. 

- Najpierw musisz się rozgrzać. 

Ubrania, które miał na sobie, też były mokre. 

- Ty również jesteś przemoczony. 

scandalous

background image

- Nic mi nie będzie. - Jego zazwyczaj cza­

rujący uśmiech teraz był pełen ciepła i troski. 

Poszła przodem w kierunku sypialni na pięt­

rze. Za żadne skarby nie chciała zostać sama. 

Ulżyło jej, gdy zobaczyła, że idzie za nią. Nie 

musiała prosić, by jej towarzyszył. 

Przyniosła Chase'owi ręcznik i wróciła do 

łazienki. Zdmuchnęła świeczki, o których kom­

pletnie zapomniała. Teraz dziękowała w duchu 

Bogu, że nie spowodowały pożaru. Szybko zdję­

ła z siebie szlafrok i wilgotną bieliznę, wytarła 

ciało suchym ręcznikiem i włożyła ciepłą, flane­

lową podomkę. Nazywała ją babciną podomką, 

bo była na nią zbyt obszerna, sięgała jej do 

kostek i wyglądała w niej jak w worku, ale za to 

zawsze świetnie ogrzewała ciało. Pomyślała, że 

o suchą bieliznę zatroszczy się później. 

Rozczesała grzebieniem wilgotne włosy i po­

szła szybko do pokoju, w którym czekał Chase. 

Właśnie zdjął koszulę i był w trakcie osusza­

nia ręcznikiem swojego muskularnego torsu. 

Livvy zatrzymała się w drzwiach, oczarowana 

jego widokiem. Tak jak przypuszczała, miał 

piękne ciało. Poczuła uderzenie gorąca. W ślad za 

nim pojawiło się pożądanie, którego nie zaznała 

od tak dawna... 

Spojrzał na nią. Najwyraźniej zauważył jej 

szeroko otwarte oczy. 

- Przepraszam. - Sięgnął po koszulkę wi­

szącą na oparciu krzesła. - Pomyślałem, że 

scandalous

background image

mógłbym ją zdjąć i włożyć do suszarki na parę 

minut, jeśli nie masz nic przeciwko. 

Skwapliwie przytaknęła. 

Spojrzał na jej babciną podomkę. 

- Z pewnością jest ci w niej ciepło i wygodnie. 

Nie zabrzmiało to jak komplement, ale miał 

rację. Objęła się rękoma i uśmiechnęła lekko. 

- Tak... wreszcie jest mi ciepło i wygodnie 

- przyznała. I co najdziwniejsze, tak było rze­

czywiście. Nie czuła się skrępowana z powodu 

swojej podomki, a przebywanie z nim w jednej 

sypialni wydawało jej się takie naturalne... 

Dobry Boże, o czym ona myśli

1

?- Czuła, że się 

czerwieni. 

- Czy masz ochotę na kawę? 

- Bardzo chętnie. 

Ruszyła przez pokój, gdy nagle ostry i nie­

oczekiwany ból zmusił ją do zatrzymania się. 

Skrzywiła się. Zaczęła rozcierać nogę. 

- Nic ci nie jest? - Natychmiast zjawił się 

przy niej. 

- Wszystko w porządku. - Przypomniała 

sobie dzisiejszy upadek. Zapewne strach i pod­

niecenie zagłuszały do tej pory dokuczliwy ból. 

Pocierała coraz mocniej udo, myśląc jednocześ­

nie, że jej umęczone ciało idealnie pasuje do tej 

babcinej podomki. Cóż za romantyczny widok! 

Otrząsnęła się. Który mężczyzna zdecydowałby 

się na wybrakowany towar? A ona była wybra­

kowana, na zewnątrz i w środku. 

scandalous

background image

- Olivio - powiedział miękko. 

Spojrzenie mu w oczy okazało się trudnym 

zadaniem. Nie chciała, aby czuł do niej litość, 

a właśnie to uczucie spodziewała się ujrzeć na 

jego twarzy. 

- Wiem, przez co przeszłaś - kontynuował, 

gdy wreszcie odważyła się spojrzeć mu w oczy. 

Serce Livvy zabiło gwałtowniej, gdy zobaczy­

ła, co kryło się w jego spojrzeniu. Nie było w nim 

współczucia ani litości. Jego oczy wyrażały 

pożądanie... pragnienie, równie silne, jak jej 

własne. 

Splotła palce, nie bardzo wiedząc, jak zarea­

gować. 

- To nie jest specjalnie przyjemna historia... 

- Uciekła w bok spojrzeniem, nie mogąc znieść 

narastającego napięcia. Tyle się wydarzyło. Wy­

mknęło spod kontroli... 

- Nigdy bym cię nie skrzywdził, Olivio - po­

wiedział cicho. - Chcę, żebyś o tym wiedziała. 

Zrobię wszystko, co w mojej mocy, by cię 

ochronić. 

Podniosła wzrok i spojrzała na jego twarz, 

pragnąc ponad wszystko uwierzyć w te jego 

piękne słowa. 

- Nie wiem, co się dzieje - przyznała. - Ja... 

- Potrząsnęła głową. - Zabójstwo... taśma mag­

netofonowa... - zadrżała. -I ta herbata... Kto za 

tym wszystkim stoi? 

Pogłaskał ją po policzku tak delikatnie, że z jej 

scandalous

background image

gardła wydostał się niekontrolowany, cichutki 

jęk. Nikt, od bardzo dawna, nie dotykał jej w ten 

sposób. 

- Przysięgam, że dowiem się prawdy. Nie 

pozwolę już nikomu cię skrzywdzić. 

Dotyk jego ciepłej dłoni, siła z niej emanująca 

sprawiły, że miała ochotę mocno się w niego 

wtulić. 

- Dziękuję - zdobyła się wreszcie na odwagę 

wypowiedzenia tych słów. - Dziękuję, że mi 

uwierzyłeś. 

Zobaczyła, jak pochyla się nad nią. Momen­

talnie zesztywniało jej zatrwożone ciało. 

- Muszę to zrobić - wyszeptał, a jego usta 

musnęły policzek, którego wcześniej dotykał. 

Livvy zamknęła oczy. Jej serce biło coraz 

szybciej. 

- Nie chcę ryzykować... Zostanę dziś z tobą 

- szeptał, muskając jej policzek. Pełne usta 

poruszały się ze zmysłową delikatnością, za­

chowując jednocześnie powściągliwość. 

Po raz pierwszy od ponad pięciu lat po­

słuchała głosu serca i wyszła naprzeciw drugie­

mu człowiekowi. Objęła ramionami jego szczup­

łą talię i przywarła do potężnego torsu. 

- Przytul mnie. -W tej rozpaczliwej prośbie 

ledwie rozpoznała swój głos, tak bardzo był 

nabrzmiały bólem tęsknoty. 

- Będę cię tulił, Livvy. Całą noc - obiecał. 

scandalous

background image

ROZDZIAŁ SIÓDMY 

Livvy przebudziła się o drugiej nad ranem. 

Widziała przed sobą, zawieszone w smolistej 

ciemności, mocne barwy cyfr elektronicznego 

zegara. 

Przez parę sekund leżała bez ruchu, próbując 

ustalić, gdzie się znajduje. Męskie ciało koło niej 

początkowo wywołało u niej paniczny lęk. Do­

piero po chwili wszystko sobie przypomniała. 

Chase. Ta świadomość przesłoniła wszystkie 

przerażające sceny z poprzedniej nocy, które, 

jedna po drugiej, stawały teraz przed jej oczami. 

Była bezpieczna. On będzie jej bronił. 

Westchnęła ciężko. On się dowie, kto próbuje 

ją skrzywdzić... i kto zamordował Beverly... 

Zastanawiała się, czy obudził ją jakiś sen. 

Chase przez długi czas trzymał ją w swoich 

ramionach. Po osuszeniu ubrania zaprowadził 

Livvy do łóżka, sam kładąc się obok niej. Przez 

scandalous

background image

całą noc delikatnie ją do siebie przytulał. Była to 

jedyna pieszczota, na którą sobie pozwolił. Livvy 

nie mogła się powstrzymać, by nie musnąć dłonią 

jego torsu. Cieszyła się, że przed położeniem się 

do łóżka nie włożył z powrotem koszuli. 

Fala przyjemności rozlała się po jej ciele 

i przyspieszyła bicie serca. Jego skóra była jed­

wabista i delikatna, mięśnie pod nią twarde 

i silne. Ten kontrast bardzo ją zaintrygował. 

Zwilżyła usta i wstrzymując oddech, pocałowa­

ła go. Smakowała jedwabistość jego skóry. Nie 

mogła sobie tego odmówić. 

Mruknął coś i przytulił ją jeszcze mocniej. 

- Myślałem, że śpisz - wyszeptał. 

Poczuła, że rumieni się na twarzy. Cieszyła 

się, że tego nie widzi. 

- To samo myślałam o tobie. 

Chase obrócił się na bok i wpatrywał się w nią 

w ciemności. 

- Powinienem chyba przenieść się na fotel 

- zaproponował niskim głosem. 

Livvy potrząsnęła głową. 

- Proszę, zostań. - Ponownie przeciągnęła 

palcami po jego torsie, rozkoszując się cudow­

nym uczuciem wywoływanym przez najmniej­

szy dotyk. 

Ujął jej dłoń, przysunął do ust i z czułością 

pocałował. 

- Musimy być ostrożni. 

Miał rację. Nie była jeszcze gotowa, by posu-

scandalous

background image

nąć się dalej. Gdzieś wgłębi duszy zdawała sobie 

z tego sprawę, ale z drugiej strony, już od tak 

dawna tęskniła do takich intymnych chwil. 

Nagle Chase znieruchomiał, nasłuchując. 

- Co się dzieje ? - Nie usłyszała niczego 

niepokojącego. 

Wstał z łóżka i podszedł do okna. Nie czekając 

na odpowiedź, pospieszyła za nim. 

Burza minęła, zabierając ze sobą zimny 

deszcz. W jego miejsce pojawiła się gęsta, kłębią­

ca się mgła. Livvy zadrżała, patrząc, jak mgielne 

opary wirują wokół latarni na dziedzińcu. 

Przed położeniem się spać Chase zasugero­

wał, by zostawili zewnętrzne lampy włączone. 

Teraz była mu za to wdzięczna, mimo że 

niewiele mogła dostrzec poza cieniutkimi, wiją­

cymi się językami mgły. 

Chase ubrał się w pośpiechu. 

- Pójdę rozejrzeć się na zewnątrz. 

- Po co ? - Była przekonana, że zaniepokoił go 

jakiś odgłos. 

Założył swój służbowy pas. Doskonale wie­

działa, co to oznacza. Do pasa, obok innych 

praktycznych przedmiotów, przypięta była broń. 

- Uważasz, że ktoś tam jest... 

To nie było pytanie. 

- Chcę się tylko upewnić - powiedział tonem 

pozbawionym jakichkolwiek oznak niepokoju. 

Co innego zdradzał jej głos. Z pewnością rozpo­

znał w nim strach. 

scandalous

background image

- Idę z tobą! 

Złapał ją za ramiona i mocno przytrzymał. 

Mimo iż nie mogła zobaczyć wyraźnie rysów 

jego twarzy, czuła, że patrzy jej prosto w oczy. 

- Zostań tutaj i zamknij za mną drzwi. Jeśli 

usłyszysz coś podejrzanego, natychmiast za­

dzwoń po pomoc. Pamiętaj: numer 112. 

Poczuła, że ogarnia ją przerażenie. 

- Zadzwoń po kogoś już teraz, Chase. Nie idź 

sam! 

- Nic mi nie będzie. Po prostu zrób, co ci 

powiedziałem. 

Nie chciała mu pozwolić, ale czuła, że Chase 

ma rację. Był uzbrojony, przeszkolony i wie­

dział, jak sobie radzić w takich sytuacjach. 

- Dobrze. - Niechętnie odprowadziła go do 

drzwi. 

- Zamknij je od wewnątrz - nakazał. - Nie 

wpuszczaj nikogo oprócz mnie, nawet komisa­

rza. Jeśli nie wrócę, zadzwoń po policję. 

Zanim zdążyła dowiedzieć się, dlaczego wspo­

mniał o komisarzu, już go nie było. Zamknęła 

i zaryglowała drzwi. Pospieszyła do stolika przy 

łóżku i odszukała telefon. Wróciła do okna 

i wpatrywała się bacznie w pełną grozy scenerię. 

W duchu prosiła Boga, by miał Chase'a 

w swojej opiece. 

Ponownie dotarło do niej, że ktokolwiek stoi 

za tymi wydarzeniami, na pewno nie jest żad­

nym duchem. James Hamilton nie żyje, ale 

scandalous

background image

osoba, która dopuściła się tych czynów, dużo 

wiedziała o jej przeszłości. Umiała doskonale 

wykorzystać tę wiedzę przeciw niej. Prawdopo­

dobnie ten ktoś liczył na przypięcie jej etykietki 

osoby, która postradała zmysły. Przecież szalona 

kobieta może posunąć się do zamordowania 

swojej pracownicy i nawet o tym nie pamiętać. 

Czy ostrzeżenie Chase'a oznaczało, że komisarz 

jest przekonany o jej winien A może niosło ze sobą 

jeszcze bardziej złowieszcze przypuszczenie ? 

Przycisnęła drżące palce do ust, drugą dłonią 

ściskając przy piersi telefon. Boże, co to wszyst­

ko mogło oznaczać? 

Od strony dziedzińca dobiegł ją głuchy odgłos 

przypominający uderzenie. Usilnie wpatrywała się 

w gęstą mgłę. Czyżby Chase wpadł na coś w tych 

ciemnościach ?- Nie mogła tak nadal stać bezczyn­

nie. Czy ma zaryzykować wyjście na zewnątrz

1

Nie. Trzeba wezwać pomoc. Natychmiast. Chase 

jednak nie powinien wychodzić w pojedynkę. 

Włączyła telefon i wystukała numer. Zmarsz­

czyła czoło. Telefon nie działał. Spróbowała 

ponownie. Głucha cisza. 

Livvy cisnęła nim ze złością. Gdzie jest jej 

komórka ?- Ach, na dole, w torebce. Bez wahania 

zeszła schodami w dół, nie zwracając uwagi na 

uporczywy ból w nodze. 

Poruszała się w kompletnych ciemnościach, 

nasłuchując jakiegoś dźwięku. Nic. Cisza. 

Bała się włączyć światło. Na szczęście udało 

scandalous

background image

się jej po omacku znaleźć torebkę. Wyjęła komór­

kę i zadzwoniła na policję. Odmówiła pozostania 

na linii... musiała odnaleźć Chase'a. 

Przez chwilę nasłuchiwała, ale wokół pano­

wała złowieszcza cisza. 

Nic jej nie zatrzyma. 

Poczuła na skórze prąd zimnego powietrza 

dochodzący od drzwi na dziedziniec. Nie potrze­

bowała włączać światła, by się zorientować, że 

są otwarte na oścież. To tamtędy wyszedł Chase. 

Zanim doszedł do głosu zdrowy rozsądek, 

podbiegła cicho na palcach do otwartych drzwi. 

Próbowała dostrzec cokolwiek w gęstym mroku. 

Bez skutku. 

Z mocno bijącym sercem, ostrożnie wysunęła 

się na dziedziniec. Dodatkową dawkę adrenali­

ny zapewnił jej zimny, mokry bruk, po którym 

stąpała bosymi stopami. Otworzyła usta, by 

zawołać Chase'a, ale natychmiast zrezygnowała 

z tego pomysłu. To nie byłoby rozsądne. Jeśli 

ktoś tam jest, zdradziłaby tylko swoją obecność. 

Powoli posuwała się do przodu, uważnie 

nasłuchując i wypatrując jakiegoś najmniejszego 

ruchu w tej koszmarnej mgle. Naraz zawadziła 

stopą o coś o pokaźnych rozmiarach. Potknęła 

się, ale utrzymała równowagę. O mały włos... 

a nadepnęłaby na czyjeś ciało! 

Chase! 

Czuła, jak krew szybciej popłynęła w jej 

żyłach. Przykucnęła. Świat zawirował jej przed 

scandalous

background image

oczami. Jak na zawołanie, ciemności przeciął 

snop księżycowego światła, oświetlając na krót­

ki moment twarz Chase'a. 

Krzyk uwiązł jej w gardle. Przesunęła rękami 

po jego ciele, szukając obrażeń. Pochyliła się nad 

twarzą, by sprawdzić, czy oddycha. Żył. Dzięki 

Bogu! 

Mimo ogromnego zdenerwowania, zmusiła się 

do przeanalizowania sytuacji. Nie stwierdziła 

żadnych oczywistych obrażeń na ciele Chase'a, aż 

do momentu, kiedy jej palce natrafiły na coś 

ciepłego i lepkiego w jego włosach. Serce podjecha­

ło jej do gardła. Zmobilizowała się do myślenia. To 

na głowie miał ranę. Na szczęście jego oddech 

nadal był miarowy. Pomoc była już w drodze. 

Wszystko będzie dobrze. Musi być dobrze... 

I nagle poczuła zapach, dymu. 

Przeniosła wzrok na dziedziniec. Gdy w ciem­

nościach ujrzała wznoszące się w górę języki 

ognia, przerażenie sparaliżowało jej ruchy. 

Płonęła ogrodowa szopa. 

O Boże! 

Livvy poderwała się na nogi i przebiegła tak 

szybko, jak mogła po śliskiej kamiennej nawierz­

chni dziedzińca. Ostrożnie omijała znane jej 

przeszkody. Nie miała jeszcze pojęcia, co zrobi, 

gdy dobiegnie na miejsce, ale musiała działać. 

Ogień był zbyt blisko domu. Liczyła na to, że 

jeszcze niedawno padający deszcz sprawił, że 

wszystko było wilgotne... Ale czy ta wilgotna 

scandalous

background image

mgła zahamuje nieco płomienie?- A jeśli jakaś 

iskra osiądzie na dachu zajazdu... 

Z lekkim poślizgiem zatrzymała się przed 

szopą. Źródło ognia znajdowało się wewnątrz. 

Ściany zewnętrzne były jeszcze nie nadpalone, 

ale płomienie szybko torowały sobie drogę 

przez drewniane gonty dachu. Drzwi były 

uchylone. 

W pierwszym odruchu chciała wbiec do środ­

ka, choć instynkt samozachowawczy kazał jej 

pozostać w miejscu. Nie potrafiła jednak się 

powstrzymać. Absolutnie musiała się upewnić, 

że w środku nie ma nikogo. Nie mogła dopuścić 

do kolejnego śmiertelnego wypadku w zajeździe 

„Pod Zabłąkanym Aniołem". 

Porzucając wszelkie wahania, rzuciła się 

w kierunku półotwartych drzwi. Ostry ból prze­

szył jej udo, wysyłając dodatkowe ostrzeżenie. 

Dzisiejszej nocy bardzo się przeforsowała. 

Gdy drzwi z hukiem uderzyły o ścianę, gorącz­

kowym wzrokiem ogarnęła ciemną czeluść szo­

py. Paniczne przerażenie o mało nie rozsadziło 

jej piersi. 

Na podłodze, twarzą do ziemi leżał Ralph. 

Wtargnęła do środka i próbowała go podnieść. 

- Ralph! - potrząsnęła nim mocno. 

Nie zareagował. 

Trzask ognia i coraz większy żar uświadomiły 

Livvy, że nie zostało wiele czasu. Zebrawszy 

resztki sił, chwyciła Ralpha pod pachy i pociąg-

scandalous

background image

nęła w stronę drzwi. Sapała z wysiłku, a duszący 

dym w płucach wywoływał napady kaszlu. 

Prędzej! 

Ciągnęła mocno, z całej siły zapierając się 

nogami. Na zewnątrz, przy ostatnim szarpnię­

ciu, przewróciła się do tyłu na plecy. Ralph był 

już bezpieczny na zimnym nocnym powietrzu. 

Szukając czegokolwiek do podparcia, posta­

nowiła przesunąć go nieco dalej. Sprawdziła puls 

i pochyliła się nad jego twarzą. Wciąż żył, ale 

jego oddech był płytki i niewyraźny. Potrzebo­

wał natychmiastowej pomocy. 

Wstała i pobiegła do domu z szybkością, jakiej 

nie powstydziłaby się w pełni sprawna osoba. 

Koniecznie musiała wezwać pogotowie. Policja 

na pewno jest już w drodze, ale nie miała 

pewności, czy przyślą również karetkę. 

W pośpiechu zupełnie zapomniała o mokrym, 

śliskim bruku... o fontannie... o wykopach... 

Niespodziewanie jej stopa poślizgnęła się na 

błotnistej mazi. Livvy przewróciła się i wylądo­

wała w szerokim, płytkim dole, wykopanym tuż 

przy fontannie. 

Nie zwracając uwagi na ból w nodze, usiłowa­

ła się podnieść. W grząskim błocie nie było to 

łatwe zadanie. Palcami czepiała się rozmokłej 

ziemi, próbując się przytrzymać i osiągnąć pozy­

cję pionową. 

Nagle zamarła w bezruchu. 

Palcami prawej ręki natrafiła na jakiś przedmiot. 

scandalous

background image

Był długi, twardy... cienki i gładki. Upadła z po­

wrotem na kolana i wyciągnęła przedmiot przed 

siebie. Lewą dłonią powoli badała jego długość 

i kształt. Mózg próbował przetworzyć otrzymy­

wane informacje. Długi... o cylindrycznym kształ­

cie. Na ułamek sekundy poświata księżyca nieco 

mocniej oświetliła badany przedmiot. 

Kości 

Ludzka kość! 

Aniołek spoglądający na nią z czubka fontan­

ny wydawał się krzyczeć w grymasie bólu. 

Usłyszała ten krzyk. Odbijał się echem od 

murów zajazdu i po chwili zdała sobie sprawę, 

że wydobył się z jej własnego gardła. 

Kość z pluskiem wpadła do błotnistej wody. 

Nagle chwyciły ją od tyłu czyjeś brutalne ręce 

i jednym szarpnięciem wyciągnęły ją z dołu. 

Zanim zdążyła wydobyć z siebie głos, ciężka 

dłoń przykryła jej usta. 

Jakiś mężczyzna wlókł ją w ciemnościach po 

ziemi. Przez chwilę, która wydawała się wiecz­

nością, nie była w stanie wykonać sama żadnego 

ruchu. Ogłuszona rozwojem wydarzeń, nie wal­

czyła. Ale kiedy znaleźli się za rogiem zachod­

niego skrzydła zajazdu, nagle odezwał się w niej 

instynkt samozachowawczy. Ze zdwojoną siłą 

zaczęła się rozpaczliwie bronić. Usiłowała wy­

rwać się z żelaznego uścisku, okładała napast­

nika pięściami, zapierała się nogami w gęstym 

błocie. 

scandalous

background image

Przytrzymywał ją jeszcze brutalniej. Jej wysił­

ki nie zdały się na nic. Przemieszczali się w tym 

samym tempie. Kiedy mijali płonącą szopę, 

spróbowała odwrócić głowę, by w łunie ognia 

zobaczyć jego twarz. Szarpnął ją wówczas tak 

mocno, że o mało nie skręcił jej karku. 

Livvy ogarnęła nowa fala przerażenia. Mięś­

nie straciły napięcie, serce łomotało jej bezsilnie 

w piersiach. Musiała coś zrobić. Znaleźć sposób, 

by się uwolnić. 

Zmienił się grunt pod jej nogami... trawa 

ustąpiła miejsca żwirowi... znowu pojawiła się 

trawa. 

To klify. Wlókł ją w stronę urwiska. 

Znowu zaczęła się szamotać. Walczyła zacie­

kle. Uderzyła się boleśnie o twardy przedmiot 

przy jego pasie. Silny skurcz przebiegł od łokcia 

aż po ramię. 

Nagle wszystko do niej dotarło. To komisarz 

Fraley! 

Broń przy jego pasie była identyczna jak ta, 

która należała do Chase'a. Jej łokieć uderzył 

w kolbę rewolweru. 

Rzucił ją na ziemię. Upadła twarzą na kra­

wędź urwiska. Rozpościerająca się przed nią 

głębia przyprawiła ją o potworny zawrót głowy. 

Miała wrażenie, że spada. 

- Wstawaj! 

Spojrzała na niego. Szorstki rozkaz odbił się 

echem od skał i zniknął gdzieś daleko nad falami 

scandalous

background image

niespokojnego oceanu. Jego sylwetka była led­

wie widoczna w słabym świetle księżyca. 

- Dlaczego to robisz

1

- Bo nie zostawiłaś tego miejsca w spokoju 

- warknął. - Nie miałem zamiaru nikogo krzyw­

dzić, ale ty nie chciałaś zrezygnować i zniknąć 

stąd na zawsze. 

Potrząsnęła rozpaczliwie głową. 

- Nic z tego nie rozumiem. 

- Mniejsza o przywrócenie zajazdu do uży­

tku... ale prace remontowe nie miały prawa 

dojść do skutku. Po prostu nie mogłem po­

zwolić na ich przeprowadzenie. Niestety, 

wszystko spieprzyłaś. Przez ciebie zginęła nie­

winna dziewczyna. Ale nie miałem już od­

wrotu. Musiałem cię powstrzymać, za wszelką 

cenę... 

Boże! To on był mordercą! 

To odkrycie kompletnie ją zaszokowało, było 

niczym gwałtowne trzęsienie ziemi. Poczuła 

narastające mdłości. 

- Niestety - powiedział - zabiłem Beverly. 

Ale to miałaś być ty, a nie ona. 

Livvy nie od razu zdała sobie sprawę, że 

powiedział to na głos. Przyznanie się do winy, 

wypowiedziane z taką obojętnością, wywołało 

w niej wzbierającą furię. 

- Dlaczego tak bardzo obchodziła cię reno­

wacja zajazdu?- - domagała się odpowiedzi. 

Ostrożnie podniosła się na nogi, świadoma 

scandalous

background image

bliskości przepaści, ale przynajmniej wolna od 

mocnych rąk komisarza. 

Niespodziewanie doznała deja vu ... już raz to 

przeżyła. Spadanie... tyle, że tym razem... to nie 

będą schody... 

- Chciałem jedynie, by przeszłość pozostała na 

swoim miejscu - powiedział z nieoczekiwanym 

znużeniem w głosie - ale ty nie odpuszczałaś. 

Wszystkie wydarzenia... wszystkie fakty... 

nagle połączyły się ze sobą. 

- To ty kiedyś zakopałeś ciało na dziedzińcu. 

Dlatego nie chciałeś, żebyśmy zaczynali tam 

jakiekolwiek prace. - Komisarz rzeczywiście 

zbytnio nie oponował dopóki odbywały się 

renowacje wnętrza zajazdu. Natomiast w dniu 

rozpoczęcia wykopów wokół fontanny... zosta­

ła zamordowana Beverly. 

- To był wypadek. Kochałem go... 

Li wy nie mogła dojrzeć wyraźnie twarzy 

komisarza, ale w głosie usłyszała wielki żal. Już 

wiedziała, do kogo należało zakopane ciało. 

- Zabiłeś ojca Chase'a. 

Słowa zawisły między nimi w powietrzu 

i były dla niej wyrokiem śmierci. Nigdy nie 

pozwoliłby żyć jej z taką wiedzą. 

- Powinienem dawno temu usunąć stąd 

szczątki mojego brata, ale nigdy nie przypusz­

czałem, że pojawi się ktoś taki jak ty. Teraz już 

za późno. Przez ciebie dojdzie do śmierci kilku 

osób. 

scandalous

background image

- Ralpha - Serce podeszło jej do gardła. 

Ralph potrzebował natychmiast pomocy. 

I Chase... Boże... Chase też był ranny. 

- Właśnie. Wspólnie z Ralphem zabiliście 

Beverly. Zgodnie z planem, Edna z łatwością zła­

pała się na moją przynętę. Uwierzyła we wszyst­

kie głoszone przeze mnie teoretyczne przypusz­

czenia. Będzie moim głównym świadkiem. 

Livvy zacisnęła mocno pięści. 

- Chase nigdy ci nie uwierzy! 

Chase na pewno dojdzie do siebie, jest silny... 

- myślała gorączkowo. Pomoc przybędzie lada 

moment. Ona musi za wszelką cenę przedłużać 

rozmowę z komisarzem, by nie zdążył tam 

wrócić i dokończyć swojego dzieła. Jej już pew­

nie nic nie pomoże. I choć nie mogła niczego 

w ciemnościach zobaczyć, poczuła, że Fraley 

wyciągnął broń. 

- Chase w końcu mi uwierzy. Zawsze tak 

było. Posiadam wystarczającą ilość dokumen­

tacji na temat twojej przeszłości i naukowych 

dowodów, do czego zdolna jest osoba w szoku 

pourazowym, by przekonać każdego sędziego. 

Po prostu nie mogłaś się powstrzymać... - Wy­

dobył z siebie dźwięk przypominający rechot. 

- Przekonam wszystkich, że zabiłaś Ralpha, by 

zrzucić na niego całą winę. Ale cię przyłapałem... 

próbowałaś uciec i cóż... - Wskazał ręką na 

przepaść. - Reszta pozostanie kolejną, "mrożącą 

krew w żyłach historią przerobioną na atrakcyj-

scandalous

background image

ną opowieść dla turystów. Pozacieram wszyst­

kie moje ślady i wezwę policję. Biedny Chase 

długo jeszcze nie odzyska świadomości. A potem 

długo będzie w szoku, gdy się dowie, że nawet 

jego potrafiłaś nabrać. 

Zrozumiała teraz, skąd wzięła się kość w błot­

nistym rowie. Komisarz był w trakcie pozbywa­

nia się dowodów. Pewnie kończył wydobywać 

szczątki. 

- Wyrzucasz kości Wayne'a w przepaść. 

- I tak wszyscy myślą, że jest tam od dawna. 

Jego słowa były bezbarwne, pozbawione ja­

kichkolwiek emocji. 

- Dlaczego zabiłeś własnego bratać 

Rzucił się na nią. Nie mogła się cofnąć. Ledwo 

utrzymywała równowagę, stojąc na samej kra­

wędzi urwiska. Starała się nie wykonać naj­

mniejszego ruchu. Wczepił palce w jej włosy 

i przyciągnął jej twarz do swojej. Zrobiła krok do 

przodu, a on cofnął się o krok do tyłu. Ode­

tchnęła z ulgą. A więc jeszcze nie teraz... może 

jeszcze ma szansę... Powinna z nim rozmawiać... 

jak najdłużej... 

- Dlaczego to zrobiłeś?- - zapytała z odwagą, 

o którą wcale by siebie nie podejrzewała w tych 

okolicznościach... stojąc dwa, trzy kroki nad 

przepaścią... 

- Ponieważ miał obsesję - warknął. - Miałem 

w garści mordercę Melissy. To był Maxwell. Ale 

Wayne nie chciał mi uwierzyć. Przychodził tu 

scandalous

background image

i rozpaczał za nią jak głupek, starając się znaleźć 

jakąś odpowiedź. Miał kiedyś piękną żonę, 

wspaniałego, zdrowego syna. To nie było w po­

rządku. To ja powinienem był opłakiwać śmierć 

Melissy. To mnie powinni byli pocieszać. Ale on 

zawsze musiał mieć lepiej. Dla mnie zostawały 

same ochłapy. Z pracą było podobnie. Nigdy nie 

byłem tak dobry jak on... nigdy! 

Livvy nie mogła uwierzyć własnym uszom. 

Ten człowiek najwyraźniej przez te wszystkie 

lata żył w cieniu swojego brata. 

- Ty także kochałeś Melissę Carlyle? - wy­

szeptała. 

- Owszem - burknął - nawet ja miałem 

kiedyś uczucia. Ale nie zwracała na mnie naj­

mniejszej uwagi. Zajęta była flirtowaniem z bra­

tem i pieprzeniem się z moim najlepszym przy­

jacielem, Martinem Maxwellem.. Nie byłem dla 

niej wystarczająco dobry. Ale nigdy bym jej nie 

skrzywdził... - Nieco rozluźnił uścisk. - Kocha­

łem ją. - Okrutny śmiech wydobył się z jego 

gardła. - Nie on powinien ją opłakiwać... ona 

powinna była do mnie należeć. On miał już 

żonę... i syna, którego zawsze pragnąłem. Miał 

wszystko. Całe miasto go uwielbiało. Z jego 

pomocą mogłem przyskrzynić Maxwella, nawet 

bez mocnych dowodów. Ale on nie chciał się 

zgodzić i tamten drań cieszył się wolnością. 

I oto cała prawda. Zazdrość o brata... zazdrość 

o przyjaciela... chorobliwa obsesja na punkcie 

scandalous

background image

kobiety, która nie zauważyła jego miłości... 

odrzucenie... kompleksy... 

- Zabiłeś więc brata, bo nie mogłeś znieść 

jego przewagi nad tobą... bo Melissa nie kochała 

ani jego, ani ciebie, tylko tego waszego przyjacie­

la, Maxwella - szepnęła Livvy. - Boże, jakie to 

smutne. Chase byłby zdruzgotany. 

- Nie zamierzałem go zabić... 

Komisarz puścił ją nagle, aż zatoczyła się nad 

zdradliwą krawędzią, ale szybko postąpiła do 

przodu kilka kroków. 

Byle jak najdalej od krawędzi... 

- Nie mogłem tego już znieść. Znalazłem go 

w zajeździe. Znowu rozpaczał jak jakiś idiota. 

Szukał śladów, które nie istniały. Powiedziałem 

mu dosadnie, co o tym myślę. Wyzwałem go od 

egoistów. Biliśmy się. Uderzył głową w fontan­

nę... to był wypadek... to nie było morderstwo... 

- To czemu go tam pochowałeś ? - zapytała 

Livvy, zaskoczona, że w ogóle nie pomyślał 

o konsekwencjach. O wiele prościej byłoby zrzu­

cić ciało brata z klifu. 

Tak jak zaraz zrobi to z tobą, ostrzegł ją 

wewnętrzny głos. 

- Bałem się, że ciało zatrzyma się na skałach 

- wymamrotał komisarz, bardziej do siebie niż 

do Livvy. - Minęło zbyt wiele czasu, by zrzucić 

winę na mordercę Melissy. Poza tym nie byłem 

pewien, czy Maxwell nie miał mocnego alibi. 

Pochowałem więc Wayne'a obok fontanny... 

scandalous

background image

A potem kupiłaś zajazd... To wszystko przez 

ciebie! - krzyknął histerycznie. 

- Nie ruszać się! 

To był Chase. 

Serce Livvy podskoczyło i zabiło mocno, po 

czym zamarło. Uczucie ulgi mieszało się ze 

strachem o niego. 

Komisarz odwrócił się od niej i spojrzał 

w stronę niespodziewanego zagrożenia. Podczas 

ostrej wymiany zdań pomiędzy mężczyznami 

Livvy powoli odsuwała się od brzegu urwiska. 

- Nie zmuszaj mnie do strzału - ostrzegł Chase. 

Livvy znieruchomiała. To nie może dziać się 

naprawdę! Nie! Przed oczami przesuwały się 

sekwencje obrazów z przeszłości. Historia właś­

nie miała się powtórzyć... 

Przez długą chwilę żaden z mężczyzn nie 

ruszył się z miejsca. Wreszcie, w momencie, 

w którym Livvy rzuciła się na ziemię, komisarz 

upuścił pistolet na ziemię. 

- To był wypadek - powiedział głucho, kie­

rując słowa do Chase'a. - Kochałem cię i bardzo 

chciałem cię przed tym wszystkim uchronić... 

I nagle skoczył w przepaść. 

Livvy przeraźliwie krzyknęła. Chase natych­

miast znalazł się przy niej i mocno przytulił. 

- Jużwporządku-wyszeptał całującj ej skroń. 

Przywarła do jego piersi. Nie szlochała, ale łzy 

bezgłośnie popłynęły po jej twarzy. 

Nagle coś sobie przypomniała, cofnęła się. 

scandalous

background image

- Ralph! 

- Ciii... - ukołysał ją w ramionach - Pomoc 

już tu jest. 

Od tego momentu wszystko potoczyło się 

bardzo szybko. Mgliście pamiętała, jak podbiegli 

do nich policjanci. 

Karetka z pobliskiego pogotowia ratunkowe­

go przybyła natychmiast. Lekarze zapewnili 

Livvy, że Ralph będzie żył. 

Twarz Chase'a była cała zlana krwią. Na 

szczęście rana nie była poważna. 

Livvy była posiniaczona i podrapana na całym 

ciele, ale przeżyła już w życiu gorsze obrażenia. 

Żyła i Chase żył. To było najważniejsze. 

Był przy niej, gdy badali ją lekarze. Jego 

obecność dała jej siłę i odwagę przetrwania tej 

nocy. 

Noc, w której ostatnia tajemnica zajazdu 

„Pod Zabłąkanym Aniołem" została wyjaśniona 

i zamknięta. 

scandalous

background image

EPILOG 

Zajazd „Pod Zabłąkanym Aniołem" pokry­

wał miękki biały puch. 

Livvy, urzeczona, wpatrywała się w bezkres­

ne połacie śniegu. Prognoza pogody przewidy­

wała obfite opady, chociaż przez ostatnie trzy 

dni pokrywa śnieżna powiększyła się o ponad 

dwadzieścia centymetrów. 

- Czy masz zamiar zabrać tacę, czy będziesz 

dalej śniła na jawie? - zbeształa ją Clara. 

Livvy powróciła do rzeczywistości. 

- Przepraszam. 

Oba skrzydła zajazdu były po brzegi wypeł­

nione gośćmi. Do Bożego Narodzenia został 

tylko tydzień, a do końca sezonu nie było ani 

jednego wolnego miejsca. 

Uśmiechając się, wzięła tacę pełną przepysz­

nych ciasteczek i wycofała się do kuchni. Goście 

mieli się wkrótce pojawić w jadalni, a wszyscy 

scandalous

background image

z niecierpliwością wyczekiwali na słynne śnia­

daniowe smakołyki Clary oraz na wyborną, 

parzoną według jej tajemnego przepisu kawę, 

nie do dostania w żadnym innym miejscu na 

ziemi. 

Ralph i Enda byli również zabiegani. Oboje, 

paskudnie potraktowani przez komisarza, sta­

rali się nie wracać myślami do niedawnych 

wydarzeń. 

To właśnie komisarz zamówił duże ilości 

herbaty Assam i umieścił ją w kuchennej szafce 

owej feralnej nocy. Płyta Mozarta oraz pusz­

czanie przez głośniki nagranych szlochów rów­

nież były jego sprawką. 

Ale to należało już do przeszłości. Livvy 

postawiła tacę na bufecie i zaczęła układać 

ciasteczka na półmiskach. Hmm... Niebiański 

aromat, jak zawsze. 

Usłyszała kroki. Zanim zdążyła się odwrócić, 

silne ramiona objęły ją czule. 

- Jak się dziś czuje moja dziewczynka ? 

- Chase ukradł błyskawicznego całusa. 

Nie potrafiła się oprzeć, nawet, gdyby Clara 

miała wyzionąć ducha, oczekując na nią w kuch­

ni. Wtopiła się w jego ramiona, z uwielbieniem 

delektując się jego bliskością... smakiem poca­

łunków. 

- Czy nie powinieneś być teraz w biurze ? 

- zapytała, przerywając jego czułe i żartobliwe 

pocałunki. 

scandalous

background image

Chase ogłosił wycofanie się z policji, ale całe 

miasteczko gorąco zaapelowało do niego o zmia­

nę decyzji. Ojcu Chase'a urządzono należyty 

pochówek, wraz z uroczystością pogrzebową. 

Oddzielna, cicha ceremonia odbyła się ku pamię­

ci komisarza, człowieka trawionego zazdrością 

i obsesjami. 

Szargana przez lata reputacja Martina Max-

wella została raz na zawsze oczyszczona. Chris-

topher i Emily byli w trakcie gorączkowych 

przygotowań do ślubu mającego się odbyć 

w Dzień Świętego Walentego, z wielkim przyję­

ciem organizowanym w zajeździe „Pod Zabłą­

kanym Aniołem". 

- No cóż - odparł Chase. Jego piękne niebies­

kie oczy wpatrywały się z uwielbieniem w uko­

chaną. - Postanowiłem wziąć dzisiaj wolne 

i wrócić do domu, by kochać się z moją żoną. 

Livvy uśmiechnęła się szeroko. Jej ciało za­

drżało w reakcji na te słowa. Kochanie się 

z Chase'em było wszystkim, czego tylko mogła 

zapragnąć. Budując swój związek, nie spieszyli 

się do intymności. Chase był wyrozumiały i cierp­

liwy. Livvy pozbierała się po swoich przeżyciach 

i obdarzyła go pełnym zaufaniem. Oświadczył 

się dużo wcześniej, trzymała go jednak w niepew­

ności. Czekała, aż będzie mogła stać się żoną, 

na jaką zasłużył. Wolną od cieni przeszłości. 

Wspomnienia o jej przeszłości zawsze zakłócały 

szczęście teraźniejszości 

scandalous

background image

Pobrali się w weekend przed Dniem Dzięk­

czynienia. Prawie wszyscy mieszkańcy mias­

teczka zjawili się w zajeździe, zajmując każdy 

wolny skrawek podłogi, by móc usłyszeć, jak ich 

ulubieniec składa przysięgę ukochanej kobiecie. 

- Clara nie będzie zachwycona moją przerwą 

w pracy - zaoponowała przewrotnie Livvy, 

przesuwając w dół palcami po jego torsie, w kie­

runku newralgicznego terytorium. 

- Jakoś to będzie musiała przeżyć - powie­

dział szeptem i wziął ją na ręce. 

Westchnęła. 

- Jesteś pewien, że dasz sobie radę ? - dro­

czyła się z nim, gdy skierował się w stronę 

schodów. 

Podniósł brew ze zdziwienia. 

- Żartujesz sobie, prawda? 

Uśmiechnęła się i przytuliła do umięśnionego 

męskiego ramienia. 

- Prawda - uspokoiła go ciepło. 

Bez wysiłku wspiął się na schody. Otworzył 

nogą drzwi i delikatnie położył Livvy na mięk­

kiej pościeli. 

- Wątpię, czy za parę miesięcy będziesz 

w stanie tak mnie nosić - dokuczała mu, zapada­

jąc się w stertę puchowych poduszek. - Wiesz 

chyba, że kobiety w ciąży przybierają na wadze. 

Podniósł rąbek jej swetra i pochylił się, by 

złożyć delikatny pocałunek na wciąż nieznacz­

nie zaokrąglonym brzuszku. 

scandalous

background image

- Wtedy nie będę w ogóle wypuszczał cię 

z łóżka. 

Zbliżyła jego twarz do swojej. 

- Kocham cię, Chase. - Patrzyła w jego oczy 

i zastanawiała się, jakim cudem stała się taką 

szczęściarą. Życie z nim było spełnieniem jej 

najpiękniejszych marzeń. Chase będzie cudow­

nym ojcem, a już teraz jest najlepszym mężem 

na świecie. Zabrał ją na wyżyny szczęścia, które 

przysłoniły cienie bolesnej przeszłości. 

- Olivio Fraley, kocham cię nad życie 

- oświadczył. 

I jakby świat nie istniał poza tą sypialnią, 

zaczął powoli rozbierać najpierw Livvy, a potem 

siebie. 

Minuta po minucie, dzień po dniu będą two­

rzyli razem nową historię w tym pięknym 

starym zajeździe, mając nadzieję na wypełnie­

nie go przynajmniej czwórką lub piątką włas­

nych, małych, słodkich aniołków. 

scandalous