background image

Shannon Waverly

Julia, czyli magiczne światło 

księżyca

Tłumaczyła Hanna Wójt

background image

Prolog

Koniec sierpnia 1987..

W powietrzu czuło się zmiany.
Julia  Lewis  dostrzegała  ich  zapowiedź  choćby  w  blasku  gwiazd 

rozświetlających  niebo,  w  zapachu  róż  unoszącym  się  wokół,  w  brzęczeniu 
owadów  nad  wydmami.  Najbardziej  jednak  zapowiedź  zmian  widoczna  była  na 
twarzach  wszystkich  jej  przyjaciół  zebranych  przy  ognisku  w  ogrodzie  Cathryn 
Hill na uroczystości pożegnania lata.

Obecna była cała maturalna klasa plus kilku innych kolegów z tej samej szkoły, 

grono  nastolatków  dorastających  razem  w  oazie  spokoju,  na  niewielkiej  wyspie 
Harmony, która dotąd była ich jedynym światem.

Tylko nieliczni mieli na niej pozostać. Dla reszty nadszedł czas wyjazdu.  Szli 

na  wyższe  uczelnie,  do  szkół  pomaturalnych  albo  po  prostu  do  pracy,  i  Julia 
wiedziała, że nigdy już tu nie wrócą.

Mimo że liczba mieszkańców wyspy w sezonie letnim dochodziła do dziesięciu 

tysięcy,  na  stałe  mieszkało  tu  niewiele  ponad  sześćset  osób.  Tak  mała  liczba 
wykluczała  niektóre  zawody:  trudno,  na  przykład,  było  liczyć  tu  na  posadę 
adwokata  albo  księgowego,  nie  można  było  zostać  maklerem  ani  zawodowym 
sportowcem, modelką czy chirurgiem plastycznym. A już na pewno nie było szans 
na karierę w zawodzie prezenterki radiowej, a to dotyczyło Julii bezpośrednio.

Wyspa  leżała  na  południowy  wschód  od  Massachusetts  i  latem  przeżywała 

najazdy zorganizowanych grup i turystów indywidualnych. Poza sezonem żyło się 
tu cicho i spokojnie.

Julia  powiodła  wzrokiem  po  twarzach  oświetlonych  ciepłym  blaskiem 

płomieni:  Lauren  DeStefano,  Amber  Loring  i  Cathryn  –  jej  trzy  najlepsze 
przyjaciółki.  Z  całej  czwórki  jedna  tylko  Cathryn  miała  ściśle  określone  plany: 
zostawała  na  Harmony  i  wychodziła  za  mąż  za  chłopaka,  w  którym  się  kochała 
przez całą szkołę. Ustalono już nawet datę ślubu.

Lauren  zamierzała  wyjechać  na  zawsze.  Jej  rodzice  właśnie  sprzedali  dom  i 

opuścili  już  wyspę. Lauren  miała studiować  na  uniwersytecie,  a  potem, jak  sama 
mówiła,  „robić  duże  pieniądze”.  Amber  planowała  dwuletnie  studia  w 
pomaturalnej szkole dla sekretarek, a następnie pracę w jakiejś firmie.

Julia,  dzięki  rozmaitym  stypendiom  i  finansowej  pomocy  Charliego  i  Pauline 

background image

Slocumów,  którzy  zaopiekowali  się  nią  po  śmierci  matki,  również  zamierzała 
uczyć się dalej. Wkrótce udawała się do Bostonu, żeby studiować dziennikarstwo 
w Emerson College.

Zawsze  chciała pracować  w  radio; przez  ostatnie  dwa  lata  prowadziła  własny 

program  w  lokalnej  stacji,  należącej  do  miejscowego  dziwaka  Prestona  Fincha. 
Było to niezwykle cenne doświadczenie.

Pozwoliło jej odnaleźć się i wyjść z depresji po śmierci matki. Odkryła swoje 

powołanie i wiedziała już, co chce robić przez resztę życia.

Mimo to bardzo przeżywała fakt, że musi opuścić Harmony. Tutaj się urodziła, 

wychowała  i  tu  dorastała;  jak  wszyscy  stali  mieszkańcy  Harmony  kochała  swoją 
wyspę.  Musiała  jednak  wyjechać  w  świat,  żeby  zdobyć  doświadczenie  i  nauczyć 
się zawodu.

Pamiętała  jeszcze  ciężkie  warunki  panujące  w  jej  rodzinnym  domu.  Matka 

pracowała  od  rana  do  wieczora,  żeby  jakoś  związać  koniec  z  końcem.  Julia  nie 
chciała tak żyć, nie chciała również pozostawać na utrzymaniu męża, być zależna 
od jego kaprysów i widzimisię. Jej własny ojciec przekazał jej przekonanie, że nie 
ma  nic  gorszego  niż  tego  rodzaju  sytuacja.  Już  w  dzieciństwie  postanowiła,  że 
kiedy dorośnie, będzie samodzielna i niezależna.

Opuszczenie wyspy oznaczało jednak również rozstanie z przyjaciółmi. Już za 

nimi tęskniła; wiedziała, że przede wszystkim będzie jej brakowało Amber, która 
była jej przyjaciółką od serca.

Amber spojrzała na nią, zupełnie jakby usłyszała jej myśli.
– Dlaczego siedzisz taka zamyślona? – spytała.

–  Trochę  mi  smutno,  kiedy  pomyślę,  że  pewnie  po  raz  ostatni  jesteśmy  tak 

wszyscy razem.

Amber podciągnęła kolana pod brodę.
–  Nie  martw  się,  niedługo  znowu  się  spotkamy.  Cathryn  już  nas  wszystkich 

zaprosiła na gwiazdkowe przyjęcie, jak co roku.

Julia w zadumie pokręciła głową.
–  Lauren  na  pewno  nie  przyjedzie,  a  Barry  będzie  w  wojsku  i  nie  wiadomo, 

gdzie będzie stacjonował.

Amber również posmutniała.
– Nie pomyślałam o tym.
–  A  nawet  jeśli  się  spotkamy,  nie  będziemy  już  tacy  sami.  Poznamy  innych 

ludzi,  będziemy  mieli  nowe  zajęcia,  kłopoty  i  problemy.  Będziemy  naprawdę 

background image

dorośli i samodzielni.

Amber westchnęła.
– Dotychczas byłyśmy zawsze razem...
Julia skinęła głową.
– Tak, wszystko robiłyśmy razem.
Amber  zapatrzyła  się  w  ogień;  jasne  włosy  otoczyły  aureolą  jej  piękną, 

zamyśloną twarz. Przyjaciółki pod każdym względem bardzo się różniły, ale mimo 
to były sobie niezwykle bliskie.

– My się nigdy nie zmienimy – powiedziała po chwili Amber swoim zwykłym 

wesołym głosem. – Ty i ja na zawsze pozostaniemy takie same. Nawet kiedy nasze 
drogi  się  rozejdą,  zostaniemy  przyjaciółkami.  Będziemy  do  siebie  dzwonić  i  się 
odwiedzać. Przecież nasze szkoły będą od siebie oddalone tylko o czterdzieści mil.

Uśmiechnęła  się  szelmowsko  i  Julia  odpowiedziała  jej  uśmiechem.  Ogromnie 

chciała wierzyć, że tak właśnie będzie.

– Masz rację.
–  Będziemy  sobie  chodzić  do  kawiarni  i  po  zakupy  –  ciągnęła  rozmarzona 

Amber – no i oczywiście będziesz moją druhną. Pamiętasz? Przyrzekłaś mi.

–  A  ty  będziesz  moją,  o  ile  zmienię  zdanie  i  nie  zostanę  starą  panną.  A  jeśli 

zostanę, będziesz mi pomagała karmić koty.

Roześmiały  się  i  zaczęły  słuchać  piosenki  śpiewanej  przy  dźwiękach  gitary 

przez  Setha Connora. Po  chwili  jednak  Amber  wyjęła  chusteczkę  i  wytarła oczy. 
Julia spojrzała na przyjaciółkę ze zdziwieniem.

– Co ci jest?
Ludzie na ogół uważali Amber za beztroską ślicznotkę, gdyż była bardzo ładna 

i  zawsze  się  śmiała.  Julia  jednak  wiedziała,  że  jej  przyjaciółka  wcale  nie  jest 
bezmyślna.

– Dziękuję ci za to, że jesteś – szepnęła Amber.
Julia poczuła, że coś ją dławi w gardle.
– To ja ci dziękuję...
Siedzący  naprzeciwko  nich  po  drugiej  stronie  ogniska  Mike  Fearing  podniósł 

się z koca.

– Na mnie już czas; muszę wstać skoro świt.
Mike,  podobnie  jak  jego  ojciec,  pracował  na  morzu  i  wypływał  na  łowiska 

bardzo wcześnie. Ich kuter stał przycumowany w zatoce.

–  Ja  też  już  pójdę  –  odezwała  się  Lauren.  –  Jutro  odpływam  pierwszym 

promem.

background image

–  Jest  jeszcze  bardzo  wcześnie.  –  Cathryn  próbowała  ich  zatrzymać.  –

Posiedźmy jeszcze trochę.

Bezskutecznie. Kilka innych osób podniosło się również.
– W takim razie widzimy się w grudniu – dodała Cathryn z rezygnacją w głosie.
– Tak, jasne...
– Na pewno...
– Do zobaczenia.
W niektórych głosach  Julia wyraźnie wyczuła wahanie. Przyjaciele  rozstawali 

się i coś ostatecznie się kończyło. Nie wiedziała, czy nazwać to dzieciństwem, czy 
młodością,  ale  jednego  była  pewna:  coś  dobiegło  końca  i  odtąd  wszystko  będzie 
inaczej.

Jeszcze raz powiodła wzrokiem po wszystkich twarzach, tak jakby chciała raz 

na  zawsze  zapamiętać  rysy,  które  widziała  po  raz  ostatni.  Potem powoli  wstała i 
zaczęła składać koc.

W powietrzu czuło się zmiany.

1

Jedenaście lat później...

– Kto do mnie dzwoni?
Julia uniosła głowę znad konsoli i spojrzała na młodego producenta stojącego 

za szklaną szybą. Przez słuchawki usłyszała odpowiedź:

–  Jakiś  gliniarz.  Powiedziałem,  że  jesteś  zajęta,  ale  mówi,  że  poczeka,  bo  to 

ważne. Coś ty narozrabiała, Juleczko?

Sama nie miała pojęcia.
– Pewnie chodzi mu o ten bank, który obrobiłam w zeszłym tygodniu...
Producent wybuchnął śmiechem.
– W takim razie lepiej z nim pogadaj.
Julia włączyła mikrofon.
– Słyszeli państwo nasz nowy przebój „Nowhere to Run”. Zostańcie z nami w 

ten gorący dzień, dwudziestego szóstego września...

Mówiąc to, nie spuszczała wzroku z aparatury wykazującej natężenie dźwięku.
– Jest godzina piąta pięćdziesiąt osiem, a to znaczy, że za dwie minuty korek na 

background image

Beverly  Kane  stanie  się  nie  do  zniesienia  i  czeka  was  przymusowy  postój  przy 
dźwiękach naszego radia. Zrobimy wszystko, żeby go wam umilić. A teraz ja, Julia 
Lewis, żegnam się z państwem, do jutra, do godziny pierwszej. Do zobaczenia, Los 
Angeles.

Wyłączyła mikrofon i zdjęła słuchawki.
–  Jak  zwykle,  byłaś  świetna.  –  Tym  razem  usłyszała  głos  producenta  za 

pośrednictwem interkomu.

– Dzięki – odpowiedziała, nie patrząc na niego.
Lubiła swoją pracę i wykonywała ją jak mogła najlepiej, ale świadomość, że jej 

program ma wkrótce zostać „przeprofilowany w stronę jazzu”, zmniejszył nieco jej 
zapał. Wsunęła stopy w pantofle stojące pod konsolą.

– Julia! Pamiętaj, że dzwoni ten gliniarz!
Zupełnie jakby mogła o tym zapomnieć...
– Przyjmij telefon w studio D, tam będziesz miała spokój.
Sięgnęła  po  torebkę  i  opuściła  pomieszczenie,  z  którego  nadawała  swój 

program.

Niewielkie i zakurzone studio D pełne było półek uginających się pod ciężarem 

starych  taśm.  Zapaliła  światło,  usiadła  za  stołem  i  sięgnęła  po  słuchawkę 
telefoniczną.

– Tu Julia Lewis, czym mogę służyć? Przepraszam, że musiał pan czekać.

–  Cześć,  maleńka!  Wiesz,  ile  to  czekanie  kosztuje  pracowitych  mieszkańców 

Harmony?

–  Charlie!  –  W  jej  głosie  zabrzmiało  zdumienie  i  radość.  –  Charlie!  To 

naprawdę ty?

W słuchawce usłyszała śmiech.
– To naprawdę ja, Buziaczku.
Otworzyła usta, ale nie wydobyła z siebie żadnego dźwięku. Tak jakby fakt, że 

nagle za sprawą czarów znalazła się znowu na swojej wyspie, zepchnął ją gdzieś w 
rejony nierzeczywistości.

– Charlie! – wykrztusiła wreszcie. – O Boże... Powiedziano mi, że dzwoni jakiś 

gliniarz, a nie że chce ze mną mówić sam komendant!

– Chciałem ci zrobić niespodziankę.
– I całkowicie ci się udało!
Julia  wygodnie  rozparła  się  na  krześle.  Od  dzieciństwa  uwielbiała  Charliego. 

Był wielki i mądry, a w jego ciepłych brązowych oczach dostrzegała zrozumienie 

background image

już  w  czasach,  kiedy  razem  z  żoną,  Pauline,  przychodził  w  odwiedziny  do  jej 
matki.  Najbardziej  lubiła  jego  sposób  mówienia:  Charlie  wymawiał  słowa  tak, 
jakby każde z nich miało uspokajającą moc.

„Spokojnie, nie przejmuj się, jeszcze się zobaczy, wszystko będzie dobrze... „
Fakt, że nigdy nie miała ojca, pogłębiał jej przywiązanie do Charliego Slocuma 

i idealizował jego obraz. Charlie był szlachetny i odważny, Charlie walczył ze złem 
i  pilnował  porządku.  Jej  uwielbienie  wzrosło  jeszcze  z  chwilą,  kiedy  po  śmierci 
matki Slocumowie wzięli ją do siebie.

– Jak dobrze cię słyszeć, Charlie.
– Ja też się cieszę.
Ostatnio rozmawiali z sobą dwa lata temu, tuż po śmierci Pauline.
Julia  nigdy  nie  pogodziła  się  z  faktem,  że  nie  mogła  być  na  jej  pogrzebie. 

Bardzo  ją  kochała,  mimo  że  Pauline  nie  grała  w  jej  życiu  tak  wielkiej  roli  jak 
Charlie. Wiadomość o  jej śmierci dotarła do  Julii z opóźnieniem;  była  właśnie w 
trakcie przeprowadzki z Mobile do Omahy.

–  Co  u  ciebie?  –  zapytał  Charlie  i  jednocześnie  usłyszała  stukot  lodu  w 

szklance, którą uniósł do ust.

– Wszystko w porządku, jakoś leci.
– Od razu tak sobie pomyślałem, kiedy na święta dostałem twoją kartkę z Los 

Angeles. Moja maleńka w Mieście Aniołów! Ostatnio pisałaś do mnie z Nebraski.

– Tak, ale tamta praca przestała mi się podobać.
Niemal zobaczyła jego myśli:  „A która praca podobała ci się dłużej niż przez 

pół roku, maleńka?”

– A jak ci jest w Los Angeles?
–  Cudownie  –  odrzekła  z  wymuszonym  entuzjazmem.  –  To  ogromne  miasto, 

zupełnie nie do ogarnięcia...

Charlie nie wydawał się zachwycony.
– A tam, gdzie mieszkasz, jest bezpiecznie?
Uśmiechnęła się do siebie.
–  Tak,  i  mam na  miejscu  korty,  basen  i  salę  gimnastyczną. Musisz  kiedyś do 

mnie przyjechać, sam zobaczysz.

Charlie jakby nie dosłyszał zaproszenia.
– Masz kogoś?
Ukryła zniecierpliwienie.

background image

– Nie.
– To oni tam są ślepi w tym Los Angeles?
– Charlie, mam  mnóstwo przyjaciół, chodzę na randki, tylko nie mam nikogo 

na stałe.

Zwykle  tak  mu  odpowiadała  i  na  ogół  mówiła  prawdę.  Dotychczas  poważnie 

związana  była  jedynie  z  dwoma  mężczyznami:  z  pewnym  dentystą  z  Buffalo 
imieniem  Brian  i  z  Davidem,  kolegą  z  radia  w  Mobile.  Obaj  byli  przystojni, 
zamożni i obaj chcieli się z nią żenić. Nikt nie mógł zrozumieć, że nie skorzystała z 
propozycji i po prostu przeprowadziła się do innego miasta.

– A co z tym facetem z Buffalo? – nie ustępował Charlie.
– Nic, na Boga, przecież to było sześć lat temu...
– Wybacz staremu człowiekowi, że tak się dopytuje.
Po prostu chciałbym, żebyś była szczęśliwa.
– I jestem.
– Zawsze byłaś strasznie samodzielna – mruknął.
– I to mi zostało.
– A jak tam praca? – Zmienił temat na bezpieczniejszy. – Na razie jakoś ujdzie?
–  Jest  wspaniale.  Właśnie  to  chciałam  robić  w  życiu,  dlatego  wyjechałam  z 

Harmony.

Charlie nigdy nie mógł zrozumieć, dlaczego właściwie opuściła wyspę. Ale jak 

mogła tam zostać? Przecież tam nie było dla niej żadnej przyszłości!

– A teraz powiedz, czemu zawdzięczam twój telefon.
– Julia też wiedziała, kiedy zmienić temat.
Usłyszała, że Charlie pociąga ze szklanki.
–  Przepraszam,  że  dzwonię  do  ciebie do  pracy, ale  musiałem.  Tutaj  jest  teraz 

dziewiąta wieczór i jestem wykończony, mam za sobą ciężki dzień. Chciałbym już 
się położyć, a nie chciałem zostawiać ci wiadomości na sekretarce.

– W porządku, słucham.
– Nie mam dobrych wieści, maleńka.
Julia zesztywniała.
– Ale o co chodzi?
– Ktoś tu u nas umarł.
– Kto? Preston Finch?
Tylko on przyszedł jej do głowy. Właściciel jej pierwszej stacji radiowej musiał 

mieć teraz grubo ponad siedemdziesiąt lat.

– Nie! Nasz dzielny Preston niedawno się ożenił.

background image

– Ożenił się!
Nie  mogła  w  to  uwierzyć.  Preston  stanowił  przecież  część  krajobrazu;  był 

niezmienny jak skały, o które rozbijały się fale!

– Nabrała się na niego pewna turystka, bardzo ładna pani z New Jersey.
– Nie do wiary, ale skoro to nie Preston...
Znowu usłyszała stukanie lodu w szklance Charliego.
– Chodzi o kogoś... z twojej dawnej szkoły.
Julia znieruchomiała; tego się nie spodziewała.
– Z mojej szkoły?
Przecież  to  niemożliwe;  jej  koledzy  są  w  jej  wieku,  mają  dopiero  po 

dwadzieścia dziewięć lat.

– O Boże...
W całej szkole była ich setka, a w jej klasie około dziesięciu osób. Wybór jest 

nieduży...

– Kto?
– Strasznie mi przykro, to... Amber – powiedział bardzo zmęczonym głosem.
Julia zastygła ze wzrokiem utkwionym w półki z zakurzonymi szpulami, które 

nagle zlały się w jedną szarą masę.

– Jesteś tam, maleńka?
Była, ale tak jakby jej nie było. Przecież to wszystko nie ma odrobiny sensu.
– Amber? Amber Loring?
– Tak, teraz nazywała się Davoll, po mężu.
– Przecież wiem! Byłam jej druhną!
Głos Charliego zrobił się bardzo łagodny.
– Bardzo mi przykro, ale musiałem ci to powiedzieć.
Jej rodzice mnie prosili, oni i tak już mają dość telefonów do załatwienia.
Julia go nie słuchała.
– Amber? – Głos jej się łamał. – Amber nie żyje?
– Tak, kochanie.
Straszna  wiadomość  wreszcie  do  niej  dotarła.  Poczuła  się  tak,  jakby  nagła 

błyskawica rozświetliła zakurzone studio.

– Nie! To niemożliwe... – -jęknęła.
– Znaleziono ją dzisiaj rano, piętnaście po siódmej naszego czasu.
Serce Julii załomotało.
Znaleziono ją? To znaczy, że... miała wypadek?

background image

Wyobraziła  sobie  piękną  twarz  Amber  pośród  potrzaskanego  szkła.  A  może 

czymś się zatruła? Albo miała jakiś atak?

– Jak to się stało?
Charlie przez chwilę milczał.
– Wszystko wskazuje na to, że... – zaczął z denerwującą powolnością.
– Możesz mówić wprost. Nie  widziałyśmy się  od  lat, przyjaźniłyśmy się  jako 

dzieci, ale teraz nasze drogi się rozeszły. Nie bój się, nic mi nie będzie.

– Wszystko wskazuje na to, że sama odebrała sobie życie.
Mimo dzielącej ich odległości Charlie musiał wyczuć, że jego słowa zrobiły na 

niej wielkie wrażenie.

– Wiem, kochanie, że to straszne. Była taka młoda...
Julia poczuła, że ogarnia ją niekontrolowane drżenie.
Przytrzymała się brzegu stołu.
– Jak... ona to zrobiła?
– Zastrzeliła się.
– Co takiego?
– Strzeliła sobie w głowę.
–  Czy  mówimy  o  Amber  Loring,  tej  samej  dziewczynie,  która  przed  każdym 

wyjściem spędzała dwie godziny przed lustrem, żeby ładnie wyglądać?

– Kochanie, ja wiem...
–  Nic  nie  wiesz,  Charlie,  przecież  ona...  –  Julia  zakryła  oczy  dłonią.  –  Co  ja 

mówię...  Nie  chciałam  powiedzieć,  że  była  próżna.  Nie,  ona  po  prostu  zawsze 
bardzo dbała o swój wygląd.

– Rozumiem.
– Popełniła samobójstwo? Niesamowite...
– Nikt nie może w to uwierzyć.
Julia nagle poczuła, że ogarnia ją gniew.

–  Ja  też  nie  mogę  w to  uwierzyć! Przecież to...  absurdalne! Miała  przed sobą 

całe  życie.  Była  śliczna,  miała  mnóstwo  przyjaciół,  rodziców,  może  niezbyt 
bogatych, ale przecież miała w nich oparcie... Była szczęśliwa.

– To było dawno.
Julia drgnęła. Charlie ma rację; jej gniew z wolna opadał.
– Tak, upłynęło dużo czasu, dawno mnie tam nie było.
Charlie... – szepnęła.

background image

– Słucham, kochanie.
– Dlaczego ona się zabiła?
– Dlaczego?
– Tak.
Na chwilę zapadła cisza. Wiedziała, że Charlie nie może jej tego tak po prostu 

wyjaśnić jak dawniej.

–  Nie  wiem,  Buziaczku.  Kiedy  ktoś  popełnia  samobójstwo,  nie  zawsze 

wiadomo, dlaczego to robi.

– Nie zostawiła żadnego listu?
– Nie.
– Nic nikomu nie powiedziała?
– O ile wiem, nie.
Julia przeczesała ręką włosy.
– Przecież musi coś być.
–  Skoro  koniecznie  chcesz  wiedzieć... –  zaczął  powoli.  –  Znaleźliśmy  w  jej 

apteczce środki antydepresyjne.

– Amber miała depresję?
– Na to wygląda.
Julia wzruszyła ramionami.
– Niemożliwe. Zawsze była taka radosna, taka... beztroska.

– Ostatnio trochę się zmieniła.
– Nie rozumiem.
– Mam na myśli jej rozwód, i w ogóle.
Pokój wokół Julii zawirował.
– Amber się rozwiodła?
– Prawie. Ona i Bruce byli w trakcie rozwodu, za miesiąc miał być koniec. Nie 

wiedziałaś o tym?

– Nie.
– Kiedy ostatni raz z nią rozmawiałaś?
– Dość dawno. – W jej głosie zabrzmiało poczucie winy.
–  Jakiś  rok  temu  coś  się  między  nimi  popsuło,  zresztą  Bruce  nigdy  nie  był 

łatwy...

Julia przełknęła ślinę. Trudno jej było pogodzić się z myślą, że Amber, wesoła, 

uśmiechnięta Amber przeżywała podobny dramat.

– Wiesz już, kiedy będzie pogrzeb?

background image

–  Za  trzy  dni,  w  poniedziałek,  a  co?  –  Charlie  na  chwilę  przerwał,  a  potem 

zapytał: – Zamierzasz przyjechać?

– Sama nie wiem. Nie wiem, czy będę się mogła zwolnić z pracy.
Charlie westchnął.
– Taka podróż musi być strasznie droga.
Nie odpowiedziała. Czuła, że Charlie czeka.
– Oczywiście, że przyjadę – oświadczyła. – Przecież nie mogę nie przyjechać.
Po głosie zorientowała się, że Charlie się uśmiecha.
– Strasznie się cieszę, Buziaczku. Tak dawno cię nie widziałem.

– Dokładnie siedem lat – uściśliła, uśmiechając się smutno – od ślubu Amber. 

Ja też się cieszę, że cię zobaczę.

– Kiedy przylecisz?
– Nie wiem, muszę zarezerwować bilet.
– Zadzwoń do mnie, jak coś będziesz wiedziała. Wyjadę na lotnisko.
– Nie musisz...
– A gdzie chcesz mieszkać?
– Nie mam pojęcia.
–  Twój  dawny  pokój  zawsze  jest  do  twojej  dyspozycji,  chociaż  szczerze 

mówiąc, od śmierci Pauline w domu jest straszny bałagan.

– Nie szkodzi, zatrzymam się w hotelu.
– Nie ma mowy. Poczekaj, przecież możesz się zatrzymać w domu Prestona!
– Jak to?
– Jego dom stoi pusty, odkąd państwo młodzi w czerwcu wyjechali w podróż 

poślubną. Jeżdżą po całym kraju z przyczepą. Ostatnio Preston dzwonił do mnie z 
Montany.  W lecie  dom  jest  wynajmowany,  ale  teraz  nikt  tam nie  zagląda oprócz 
mnie.

– Przecież nie mogę mieszkać w cudzym domu!
– Niby dlaczego? Stary będzie szczęśliwy, że się u niego zatrzymasz.
Julia poddała się. Kiedy Charlie postanowił kogoś uszczęśliwić, nie było innego 

wyjścia, jak mu na to pozwolić.

–  Dobrze,  zamieszkam  w  domu  Prestona  –  rzekła  zrezygnowana,  wznosząc 

oczy do nieba.

Swoją drogą niepotrzebnie się tak opierała. Dom był stary i przytulny, a widok, 

jaki się z niego roztaczał, należał do najpiękniejszych na całej wyspie. A ponadto... 
tam właśnie znajdowała się lokalna radiostacja, ta sama, w której Julia debiutowała 

background image

jako szesnastolatka.

– W takim razie zaraz do niego dzwonię.
– Dzięki, Charlie.
– Nie ma za co.
– I dziękuję, że do mnie zadzwoniłeś.
– Szkoda tylko, że musiałem to zrobić w takich okolicznościach.
Twarz Julii poszarzała.
– Tak, szkoda – szepnęła.
Odłożyła  słuchawkę  i  spojrzała  na  zegarek.  Przy  odrobinie  szczęścia  złapie 

jeszcze szefa w biurze. Poprosi go o dwa tygodnie urlopu; nie ma sensu odbywać 
tak dalekiej podróży tylko po to, żeby na drugi dzień wracać.

Przez chwilę siedziała jeszcze bez ruchu, jak skamieniała, próbując coś z tego 

wszystkiego pojąć. Zrozumienie jednak nie nadchodziło. Zamiast niego napłynęły 
obrazy: Amber siedząca nad książką w szkolnej ławce, pochylona, odgarnia jasne 
włosy; obie wędrują do szkoły przez zaspy śniegu; Amber śmieje się, lekko mrużąc 
oczy...

Łzy popłynęły jej po policzkach. To prawda, ostatnio ich drogi się rozeszły, ale 

przecież  łączyło  je  tak  wiele.  Nie  kończące  się  rozmowy,  wspólne  wycieczki, 
wypożyczane  sobie  stroje,  obcinanie  włosów.  Wszystko  to  składało  się  na  obraz 
wspólnego  życia,  którego  nic  nie  mogło  zastąpić,  a  które  teraz  odpływało  w 
zamkniętą raz na zawsze przeszłość.

Amber  odeszła  i  Julia  wiedziała,  że  nic  nie  wypełni  pustki,  którą  po  sobie 

pozostawiła.

Sposób, w jaki Amber umarła, zwiększył ból po jej stracie. Dlaczego to zrobiła? 

Co ją do tego skłoniło? Czy nikt nie mógł jej pomóc? Dlaczego nikt nie zauważył 
sygnałów, że dzieje się coś niedobrego?

Julia pochyliła głowę, czując, jak ogarniają ją wyrzuty sumienia. Ona też mogła 

pomóc przyjaciółce, mogła  częściej do niej dzwonić; wtedy wiedziałaby, co się z 
nią dzieje. Nie zrobiła tego i teraz będzie musiała z tym żyć.

Wytarła nos chusteczką. Nie mogła sobie wyobrazić pogrzebu Amber; przecież 

Amber mogła jeszcze żyć tak długo...

Sięgnęła po jedną z zakurzonych taśm i puściła ją; zabrzmiały dźwięki muzyki.
Wyprostowała się. Widocznie nie znała prawdziwej Amber, słabej i bezbronnej, 

skłonnej  do  depresji  i  rozpaczy.  A  może  Amber  po  prostu  zmieniła  się  w  ciągu 
ostatnich lat; nie widziały się tak długo, a trudno przypuszczać, że tam na wyspie 

background image

wszystko trwa w stanie jakiejś dziwnej hibernacji.

To dobrze, że postanowiła pojechać na  Harmony. Spotka dawnych przyjaciół, 

porozmawia z ludźmi, może nawet dowie się od rodziców Amber czegoś, co choć
w części pozwoli jej zrozumieć to, co się stało.

Muzyka,  którą  machinalnie  puściła,  właśnie  umilkła.  Julia  odłożyła  taśmę  na 

półkę i sięgnęła po następną.

Pojedzie na  pogrzeb, uczci pamięć  przyjaciółki, ale  przede wszystkim postara 

sieją zrozumieć. Pozna prawdę albo przynajmniej spróbuje wprowadzić pewien ład 
w chaos, który nagle zapanował w jej świecie.

Przymknęła  oczy  i  pogrążyła  się  w  napływającej  falami  muzyce.  To  był  jej 

żywioł.  Muzyka  towarzyszyła  jej  zawsze,  dzięki  muzyce  mogła  przetrwać 
najgorsze chwile.

Lekko poruszyła ustami, wymawiając słowa słuchanej piosenki. James  Taylor 

śpiewał  o  ulewnym  deszczu  i  słonecznym  żarze.  Julia  poczuła  ciepło  łez  na 
policzkach.

Zawsze myślałam, że jeszcze kiedyś się spotkamy, Amber...

background image

2

Kelly Carter przeciągnęła się jak kotka.
–  Jakie  masz  plany  na  weekend,  Ben?  –  zapytała,  spoglądając  zalotnie  na 

siedzącego  po  drugiej  stronie  stołu  Bena  Granta,  właściciela  i  wydawcę  „Island 
Record”, jedynego tygodnika na wyspie Harmony.

Ben  zsunął  okulary  do  czytania  na  czubek  nosa  i  skrzyżował  ręce  na  piersi. 

Redaktor  naczelny powinien  mieć  dobre  stosunki  z  zespołem.  Uważał  jednak, że 
wspólnie  zjedzona  w  redakcji  pizza  całkowicie  wystarczy.  Zawsze  tak  robili  w 
piątek wieczór, kiedy kończyli pracę.

Wszyscy już wyszli, została tylko Kelly.
– Mam zamiar popływać trochę kajakiem – odpowiedział wymijająco.
– A co robisz wieczorem?
Kelly była bardzo atrakcyjna i bardzo młoda; Ben miał prawie trzydzieści sześć 

lat  i  doświadczenie  mówiące,  że  nie  wolno  się  wdawać  w  romanse  ze  swoimi 
najlepszymi reporterkami.

Kelly przejęła prowadzenie.
– Mam pewien pomysł... – ciągnęła, nie zrażona jego milczeniem. – Zapraszam 

cię do siebie, obejrzymy sobie jakiś film, zjemy coś... Co ty na to?

– Pomysł nie jest zły.
Rzeczywiście, sam pomysł był niezły, ale Ben wiedział, że dalszy ciąg będzie 

gorszy. Spędzą razem noc,  jedną albo dwie, a potem zaczną  się kwasy i wspólna 
praca stanie się niemożliwa. Do tego Ben nie chciał dopuścić. Nareszcie miał swoją 
własną  gazetę,  wszystko  szło  doskonale  i  czuł,  że  jego  marzenie  wreszcie  się 
urzeczywistnia. Nie poświęci tego dla przelotnego flirtu.

Wyspa  urzekła  go  od  pierwszej  chwili.  Przyjechał  na  Harmony  przed  dwoma 

laty z przyjaciółmi na wycieczkę. Pracował wówczas w bostońskim „Globe”. Rok 
temu przeprowadził się na wyspę, wprawiając w zdumienie rodzinę i przyjaciół, nie 
mogących pogodzić się z faktem, że można tak, bez wyraźnego powodu, porzucić 
doskonałą posadę i wielkie miasto.

Miesiące, które spędził na  Harmony, utwierdziły go  w przekonaniu, że podjął 

właściwą  decyzję.  Głównym  jej  powodem  była  oczywiście  gazeta.  Koledzy  z 
„Globe”  uważali,  że  zwariował,  kupując  jakiś  nikomu  nie  znany  tygodnik  w 
zapadłej dziurze. On jednak był szczęśliwy.

Praca sprawiała mu satysfakcję, a życie na wyspie, gdzie panował ład i spokój, 

background image

jakiego zawsze łaknął, radowało go z każdym dniem bardziej. Ben Grant wiedział, 
że  dobre  pismo  można  robić  wszędzie,  wiedział  również,  że  on  chce  je  robić 
właśnie tutaj.

– Co ty na to?
Kelly zmysłowo dotknęła jego ramienia.
Może  to  kwestia  wieku,  ale  nie  miał  ochoty  na  krótki  romans.  Może  to 

rodzinne...  Ben  pochodził  z  rodziny,  w  której  ludzie  wiązali  się  z  sobą  raz  na 
zawsze i dotrzymywali sobie wierności do końca życia.

Kłopot w tym, że dotychczas nie spotkał nikogo, z kim chciałby zostać dłużej. 

Był zmęczony przelotnymi fascynacjami; może przeżył ich zbyt wiele, a może nie 
był zdolny do trwalszego uczucia.

Kelly czekała na odpowiedź.
– Przykro mi, ale muszę ci odmówić, Kelly.
– Dlaczego?
Postanowił być szczery.
– Nie można mieszać przyjemności z obowiązkami.
Uśmiech na twarzy Kelly zgasł. Widać było, że jest jej przykro.
– Tak tylko chciałam...
– Nic się nie stało, a teraz kończymy i zamykamy interes.
Kiedy wyszła, wstał i podszedł do okna, żeby zaciągnąć żaluzje.
Wtedy  w  zapadającym  zmroku  ujrzał  człowieka,  który  właśnie  przechodził 

przez  jezdnię,  zmierzając  wprost  do  budynku  redakcji.  Rozpoznał  jednego  z 
młodych  policjantów,  których  w  czasie  sezonu  przysyłano  na  wyspę,  żeby 
wzmocnić nieco miejscowe siły.

Otworzył drzwi, nie czekając, aż policjant zapuka.

– Dobry wieczór, czym mogę służyć?
Młody człowiek był w cywilu.
–  Przepraszam,  właściwie  myślałem,  że  już  nikogo  nie  ma.  Ale  potem 

zobaczyłem światło... – Miał zmęczony wzrok i znużenie w głosie. – Czy mógłbym 
chwilę z panem porozmawiać?

Ben poczuł, jak instynkt podpowiada mu, że ta wizyta może okazać się ważna.
– Oczywiście, proszę wejść.
Młody człowiek wszedł i przez chwilę w milczeniu przyglądał się komputerom, 

drukarkom  i  stertom  papieru.  Redakcja  mieściła  się  na  parterze  stuletniego 
budynku  w  centrum  miasta,  gdzie  dawniej  były  magazyny.  Ben  miał  mieszkanie 

background image

tuż obok.

Wyciągnął rękę do przybysza.
– Miło mi poznać, jestem Ben Grant.
– Scott Bowen.
Podeszli do biurka; Ben schował nie dopitą butelkę szampana.
– Mieliśmy tutaj taką małą uroczystość – wyjaśnił.
–  Dziś  właśnie  mija  pierwsza  rocznica  mojego  dyrektorowania.  Zespół 

redakcyjny postanowił to uczcić.

Policjant z roztargnieniem pokiwał głową.
– Dziwi mnie, że pan jeszcze nie wyjechał z wyspy – powiedział Ben, układając 

papiery  w  segregatorze.  –  Myślałem,  że  wszyscy  młodzi  policjanci  opuścili  już 
Harmony; sezon przecież się skończył.

–  Tak,  większość  moich  kolegów  już  wyjechała,  ale  kilku  zostaje  jeszcze  na 

wrzesień.

– Rozumiem, we wrześniu są jeszcze turyści.

Poprawił stojące na biurku zdjęcie siostrzeńców i spojrzał pytająco na Scotta.
– Ja również wyjeżdżam – wyjaśnił.
– I dokąd się pan udaje?
Wiedział, że większość młodych policjantów odbywających praktyki na wyspie 

traktuje  ten  pobyt  jako  wakacje  i  wstęp  do  poważniejszej pracy  w  jakimś  innym 
miejscu.

– Jadę w okolice Bostonu. Mam służyć w Wellington Police Force.
– Gratuluję, to bardzo dobre miejsce.
Chłopak uśmiechnął się, ale widać było, że myślami przebywa gdzieś daleko.
– Dziękuję.
Ben odczekał chwilę.
– Słyszał pan o tym samobójstwie?
Ben skinął głową.
– Tak, miałem telefon z domu pogrzebowego.
Zwykle zawiadamiała go o tym policja.
– Okropne, prawda? Była taka młoda.
– To było straszne.
Chłopak powiedział to z takim przejęciem, że Ben spojrzał na niego uważnie.
– Nie znałem jej – oznajmił. – To znaczy, widziałem kilka razy, to wszystko...
– Byłem pierwszy na miejscu wypadku – przerwał mu Scott.

background image

– Rozumiem.
– Miałem służbę od północy do ósmej rano, dlatego właśnie mnie wezwali.
– Był pan już kiedyś wzywany do samobójcy?

– Nie, nigdy. Pierwszy raz widziałem coś takiego.
I dlatego przyszedłeś z kimś o tym porozmawiać... Rozumiem, pomyślał Ben i 

poczuł się jak stary wyga, do którego młodzież przychodzi ze sprawami, z którymi 
sama  nie  potrafi  się  uporać.  Było  to  jednocześnie  miłe  i  na  swój  sposób 
przygnębiające.

– Właśnie dlatego przyszedłem do pana, panie redaktorze. – Scott spojrzał mu 

w oczy i  Ben  zrozumiał,  że  jego przypuszczenie było niesłuszne. – Jestem na  tej 
wyspie już po  raz trzeci i  znam to  pismo.  Odkąd pan je kupił, zrobiło się bardzo 
dobre. Jest pan świetnym fachowcem.

– Robię, co mogę – bąknął Ben ze zdziwieniem.
– Robi pan znacznie więcej. Robi pan świetną robotę.
Pańskie wstępniaki są po prostu... – przez chwilę szukał właściwego słowa – ... 

dobre. Ludzie wiele o nich mówią.

– Dziękuję – powiedział Ben, nie kryjąc zadowolenia.
– Od razu widać, że pana naprawdę obchodzi to, co się tutaj dzieje, życie ludzi, 

opieka zdrowotna, ekologia, płace. Pan się nie boi mówić o tym, co ważne, nawet 
jeśli to wzbudza kontrowersje.

– Listy od czytelników świadczą, że ludzie tego potrzebują.
– Właśnie.
Wiedział,  że  chłopak  nie  przyszedł  tu  po  to,  żeby  mu  winszować  dobrze 

prowadzonego tygodnika; postanowił mu pomóc.

– Co to ma wspólnego z tym dzisiejszym samobójstwem?
Scott pokręcił, głową.
–  Bardzo  mi  trudno  o  tym  mówić,  bo  komendant  tutejszego  posterunku, 

Slocum,  to  przyzwoity  facet.  Zawsze  był  dla  mnie  bardzo  dobry,  wystawił  mi 
świetną opinię i w ogóle...

Ben wyprostował się.
– Chodzi o Charliego Slocuma?
Scott skinął głową.
– A dokładnie?
–  Powiedzmy,  że  mój  szef  mógł  dziś  rano  trochę  bardziej  przyłożyć  się  do 

pracy.

background image

– Nie rozumiem.
Scott nerwowo przełknął ślinę.
– Po pierwsze, nawet nie kazał zrobić sekcji zwłok.
Wiedział pan o tym?
– W przypadku samobójstw chyba zawsze przeprowadza się sekcję?
– Nie wszędzie. Jak widać, tutaj nie.
Ben zrozumiał, że oto pojawił się „temat”.
– Proszę mi wszystko dokładnie opowiedzieć.
Młody  człowiek  jakby  tylko  na  to  czekał.  Opowiedział  Benowi  o  sąsiedzie, 

który  podczas  porannego  joggingu  zauważył  coś  niepokojącego  i  zajrzał  przez 
okno  do  domu  Amber,  a  potem  natychmiast  pobiegł  do  jej  rodziców, 
mieszkających kilka domów dalej. Zadzwonili na policję i...

–  I  wtedy  pan  pojawił  się  na  scenie  –  wtrącił  Ben,  żeby  rozładować  jakoś 

sytuację, ponieważ głos młodego policjanta wyraźnie zadrżał.

– Tak, ja.
– Co było dalej?
– Kiedy wszedłem, jej rodzice już tam byli. Nie czekali na policję.

Ben milczał.
–  To  było  okropne.  Najpierw  musiałem  ich  uspokoić, potem  zadzwoniłem  na 

posterunek, żeby zapytać, czy komendant już do nas jedzie.

– I co?
– Dyżurny powiedział, że tak.
– Szybko dojechał?
– Zabrało mu to jakieś dwadzieścia minut.
Ben pomyślał, że Slocum nie bardzo się śpieszył, i wyczuł, że młody człowiek 

sądzi tak samo.

– Co pan w tym czasie robił?
– Sporządziłem raport, takie tam, wie pan, o której znaleziono ciało, jaka była 

pogoda i tak dalej.

– Obejrzał pan ciało?
– Tylko pobieżnie. Rozejrzałem się też po sypialni i łazience.
Przez chwilę nic nie mówili.
–  W  końcu  komendant  przyjechał,  porozmawiał  z  rodzicami...  denatki,  tak 

jakoś po przyjacielsku, jak to sąsiedzi, myślę, że to dobrze, chociaż...

– ... za mało oficjalnie?

background image

–  Tak.  Potem  zapytał,  jak  ich  córka  ostatnio  się  czuła,  jak  się  zachowywała, 

kiedy widzieli ją po raz ostatni, i tak dalej.

Państwo  Loring  niewiele  mieli  do  powiedzenia.  Córka  odwiedziła  ich 

poprzedniego wieczoru, ale nic nie zauważyli.

Powiedzieli, że ostatnio leczyła się na nerwy, właśnie tak to określili, ale teraz 

już wszystko było dobrze. Znalazłem w łazience jakieś środki uspokajające, w tym 
Valium.

Następnie  zrobił  kilka  zdjęć  z  miejsca  tragedii,  a  Slocum  „pokręcił  się”  po 

mieszkaniu i zadał kilka zdawkowych pytań. Z tonu Scotta jasno wynikało, że nie 
ceni sobie zbytnio śledczych umiejętności szefa.

– Potem zadzwonił do centrali. – Głos młodego człowieka drgnął. – Po prostu 

wziął  do  ręki  słuchawkę,  nie  zabezpieczył  odcisków  palców  ani  innych śladów... 
Nigdy czegoś takiego nie widziałem.

Benowi przemknęło przez głowę, że doświadczenie Scotta nie jest chyba zbyt 

duże.

– Zadzwonił po lekarza sądowego, tak?
– Tak, ale nie słyszałem całej rozmowy, bo posłał mnie po coś do samochodu. 

Kiedy  wróciłem,  zapytałem,  kiedy  przyleci  lekarz.  Odpowiedział,  że  wcale  nie 
przyleci, bo nie ma takiej potrzeby, i wcale nie będzie sekcji.

– Zapytał pan dlaczego?
–  Oczywiście.  Powiedział,  że  rozmawiał  z  lekarzem  sądowym  przez  telefon  i 

doszli do wniosku, że to nie jest konieczne. Słyszy pan? Tak po prostu: to nie jest 
konieczne.

Ben zachował spokój.
– To wszystko? Nie powiedział nic więcej?
–  Owszem,  bąknął  coś  o  braku  funduszy,  cięciach  budżetowych,  jednym 

słowem nie ma pieniędzy ani czasu na takie fanaberie.

Ben przez chwilę bawił się piórem.
–  Trochę  go  rozumiem.  To  może  się  wydać  bezduszne,  ale  brak  funduszy 

nieraz...

– Wiem, co pan chce powiedzieć, ale  przecież jak trzeba coś zrobić, to jakieś 

wyjście  musi  się  znaleźć.  Powiedziałem  mu  to,  a  on  odpowiedział,  że  to  dla 
rodziny  był  tak  potworny  szok,  że  jeśli  można  im  czegoś  oszczędzić,  to  przede 
wszystkim trzeba to zrobić.

– Coś w tym jest.

background image

Młody człowiek energicznie pokręcił głową.
– Nie. To nie jest wytłumaczenie. Istnieje pewien tryb postępowania w takich 

przypadkach  i  należy  to  honorować.  Oficer  policji  nie  ma  prawa  naginać 
rzeczywistości do swoich potrzeb i opuszczać pewnych etapów śledztwa.

Ben był tego samego zdania, ale na razie zachował to dla siebie.
– Kto sporządził akt zgonu?
– Doktor Winters z tutejszego szpitala. Komendant zadzwonił do niego zaraz po 

rozmowie z lekarzem sądowym. Doktor Winters dość dokładnie obejrzał ciało, ale 
przecież on nie jest anatomopatologiem. Wypisał akt zgonu, jako przyczynę podał 
samobójczy strzał w głowę, i koniec. Potem zabrali ją do kostnicy.

Ben przetarł dłonią czoło.
– Nie wiem, czego się pan po mnie spodziewa.
To  nie  był  materiał  na  reportaż;  brakowało  faktów,  a  samo  samobójstwo,  ze 

względu  na  rodzinę  i  przyjaciół  ofiary,  nie  mogło  stać  się  tematem  publicznej 
debaty.

Młody człowiek ledwo dostrzegalnie wzruszył ramionami.
–  Sam  nie  bardzo  wiem.  Pana  przy  tym  nie  było,  a  nie  napisze  pan  przecież 

artykułu  o  czymś,  czego  pan  nie  widział.  Nawet  jeśli  chodzi  o  niechlujnie 
prowadzone śledztwo.

– A pan sam też nie chce nigdzie tego zgłaszać?
– Moi zwierzchnicy nie byliby zachwyceni. – Zawahał się. – Przepraszam, że 

przyszedłem zwalić kłopot na pana, ale ja jutro stąd wyjeżdżam, a wiem, że pan już 
wcześniej coś zarzucał komendantowi.

– Jest pan pewien, że w tym przypadku można mu zarzucić coś konkretnego?
Scott skinął głową.
– Prawda wygląda tak, że komendant Slocum z sezonu na sezon pracuje coraz 

gorzej.  Jestem  tu  po  raz  trzeci  i  widzę  zmiany  na  gorsze.  On  od  pewnego  czasu 
pije.

Nigdy  nie  pije  alkoholu  w  pracy,  ale  kiedy  przychodzi,  czuje  się  od  niego 

whisky na odległość, mimo że żuje gumę miętową, żeby zabić zapach. Nie wiem, 
może jest już zmęczony i powinien iść na emeryturę.

Uniósł głowę i spojrzał Benowi prosto w oczy.
– Wiem tylko, że dopóki Charlie Slocum jest na wyspie komendantem policji, 

wszystko może się zdarzyć, nawet morderstwo.

Ben poczuł dreszcz podniecenia.

background image

– O czym pan mówi? Albo o czym pan nie chce mówić?
Scott zaczął się wycofywać.
– Nie mam na myśli nic konkretnego. Po prostu zdziwiły mnie jego czynności 

śledcze i pomyślałem, że ludzie nie są tu bezpieczni.

Oczy Bena zwęziły się.
– I co jeszcze?
Scott odwrócił wzrok.
– Niech pan powie, skoro już pan zaczął.
Ben wstał zza biurka i obszedł je dokoła.
–  Sam  nie  wiem,  może  to  rzeczywiście  było  samobójstwo,  może  pani  Davoll 

naprawdę miała depresję, może nie mogła pogodzić się z myślą o rozwodzie, ale...

– Ale... ?
–  Nie  wiem,  mam  takie  przeczucie.  Myślę,  że  kobiety  nie  strzelają  sobie  w 

głowę.  Kobiety  chyba  nie  biorą  do  tego  broni.  Zwłaszcza  kiedy  mają  apteczkę 
pełną środków nasennych.

– Jakich środków? Uspokajających? Przeciwbólowych? Antydepresyjnych?
– Takich zwyczajnych, valium i coś jeszcze.
– To także bywa skuteczne, prawda?
– Oczywiście.
A do tego bardziej estetyczne, pomyślał Ben.
–  Jak  pan  wie,  kobiety  ostatnio  bardzo  się  zmieniły,  zwiększyła  się  również 

liczba  samobójstw  dokonywanych  przez  kobiety  przy  użyciu  broni  palnej  –
wyrecytował głośno.

Scott pokręcił głową.
– Nie tutaj, nie na Harmony. Tutaj wszystko jest opóźnione o jakieś trzydzieści 

lat.  Ponadto  jest  coś  jeszcze.  Na  stoliku  przy  łóżku  zobaczyłem  dwa  bilety  na 
koncert Stinga. Komendant nie zwrócił na to uwagi, ale ja mam siostrę w wieku tej 
kobiety, więc wiem, że żadna się nie zabije, jak ma szansę zobaczyć Stinga.

Ben o mało się nie uśmiechnął. Wszedł w cień, gdzie nie dosięgało go światło 

lampy, i stamtąd spojrzał na młodego człowieka.

– Pan myśli, że ktoś ją zabił?
Sam nie wierzył, że mógł o to zapytać. Przecież na tej wyspie nikt nikogo nie 

mógł zabić. Harmony jest oazą spokoju i bezpieczeństwa. Tutaj nigdy nic się  nie 
dzieje.

–  Nie,  ale  mam  pewne  wątpliwości.  A  skoro  nie  przeprowadzono  sekcji,  te 

wątpliwości pozostaną na zawsze.

background image

Ben wysunął się z cienia.

– Pozostaną na zawsze – powtórzył cicho Scott.
– Będę o tym pamiętał, ale nie mogę przyrzec, że coś się da zrobić. Dlaczego 

pan nie chce oficjalnie zażądać sekcji zwłok?

– Mam wystąpić przeciwko komendantowi?
– Tak.
Widać było, że chłopiec wolałby, żeby ktoś zrobił to za niego. Odwrócił oczy.
–  Nie  znam  wszystkich  formalności,  nie  wiem,  jak  to  się  robi  –  rzekł 

wymijająco.

– Ja  też nie wiem, ale mogę panu dać kilka telefonów, pod którymi  wszystko 

panu wyjaśnią.

Scott zawahał się.
– Dobrze, proszę – powiedział w końcu.
Ben  zajrzał  do  kartoteki  i  szybko  coś  napisał.  Scott  wziął  od  niego  kartkę  i 

schował ją do tylnej kieszeni spodni. Podziękował, a Ben pomyślał, że kartka zaraz 
wyląduje w najbliższym koszu na śmieci.

Odprowadził młodego policjanta do drzwi i otworzył je. W gęstej mgle światło 

latarni ulicznych wydawało się dochodzić z jakiegoś odległego lądu. Z knajpy na 
rogu usłyszeli dźwięki muzyki.

– To jazz – powiedział Scott. – Jak widać, wyspa bardzo szybko się zmienia.
W jego głosie zabrzmiała ironia.
– Mam nadzieję, że pańska ostatnia noc na Harmony upłynie spokojnie – rzekł 

życzliwie Ben.

–  Oby.  –  Scott  wyciągnął  do  niego  rękę.  –  Bardzo  dziękuję,  że  mnie  pan 

wysłuchał.

– Od tego jestem. – Ben uśmiechnął się skromnie.

Potem patrzył, jak młody człowiek kieruje się w stronę zatoki i wsiąka w mgłę. 

Znowu  pomyślał  o  sobie  jako  o  doświadczonym,  mądrym  człowieku,  jakim 
zapewne  jest  w  oczach  tego  dwudziestolatka.  Doświadczenia  mu  nie  brakowało, 
ale mądrości? Mądry chyba nie był, w tej chwili był tylko zmęczony i smutny.

Zaatakować Slocuma? Zarzucić mu zaniedbanie obowiązków służbowych? Nic 

trudnego. Charlie Slocum należy do starej gwardii „wyspiarzy”, którzy rządzą się 
własnymi prawami i patrzą na ludzi z zewnątrz jak na zło konieczne. Ich zdaniem 
tylko  mieszkańcy  wyspy  z  dziada  pradziada  mają  prawo  wypowiadać  się  na  jej 

background image

temat. Tylko oni wiedzą, co jest dobre, a co złe. Reszta się nie liczy.

Sami  najlepiej  damy  sobie  radę,  nikogo  nie  potrzebujemy  –  tak  brzmiało  ich 

motto. Ben nieraz je słyszał.

Charlie Slocum postanowił nie ranić jeszcze bardziej rodziców Amber i Ben go 

rozumiał. Chciał im zaoszczędzić cierpienia.

Ale  kto  pomyśli  o  samej  Amber?  Kto  zastanowi  się  nad  powodami,  które  ją 

pchnęły do straszliwego czynu? Kto wyjaśni tajemnicę jej śmierci? I kto – jeśli to 
nie jest samobójstwo – zapewni bezpieczeństwo mieszkańcom wyspy?

Ben spojrzał prosto w opary mgły. – Stało się. Tylko jeszcze nie wiem co.

background image

3

Julia  przyleciała  na  wyspę  w  niedzielę,  w  przeddzień  pogrzebu.  Po  długiej 

podróży z Los Angeles czekała w Bostonie dwie godziny na połączenie lotnicze z 
Harmony. Mały samolot wystartował z Logan o piątej po południu; na miejscu miał 
wylądować w porze kolacji.

Czuła  narastający  niepokój.  Nie  lubiła  pogrzebów,  a  ten  zapowiadał  się 

wyjątkowo  ciężko.  Najgorsze  było  to,  że  podświadomie  przez  cały  czas 
oczekiwała,  że  Amber  wyjdzie  po  nią  na  lotnisko,  razem  pójdą  na  pogrzeb  i 
wzajemnie będą się wspierać w najtrudniejszych chwilach.

Potem nagle zjawiało się przypomnienie, że to ma być pogrzeb Amber, i serce 

Julii przeszywał ból.

Skierowała  wzrok  w  stronę  okna,  żeby  choć  przez  chwilę  oderwać  się  od 

posępnych  myśli.  Próbowała  wyobrazić  sobie,  jak  obecnie  wygląda  stary  dom 
Prestona i jak to będzie, kiedy Charlie wyjedzie po nią na lotnisko.

Ta  ostatnia  myśl  była  najprzyjemniejsza.  Cudownie  będzie  znowu  spotkać 

Charliego. Odegrał w jej życiu niezwykle ważną rolę; po śmierci matki bez niego 
nie dałaby sobie rady.

Charlie interesował się jej szkołą, pomagał, gdy miała kłopoty, cieszył się z jej 

osiągnięć, a kiedy miała ochotę wypłakać się na czyimś ramieniu, ramię Charliego 
zawsze było w zasięgu jej łez.

Komendant Slocum cieszył się na wyspie ogromną popularnością, ale dla Julii 

był  kimś  zupełnie  wyjątkowym.  Dawał  jej  prezenty  na  Boże  Narodzenie, 
prowadzał do kina i na minigolfa, a kiedyś nawet, razem z Pauline, zabrali Julię do 
Disneylandu.

Jego opieka bywała czasem dokuczliwa. Julii jako nastolatce nieraz doskwierała 

jego  zbytnia  dociekliwość;  Charlie,  żeby  ochronić  ją  przed  kontaktem  z 
narkotykami  i  alkoholem,  ograniczał  jej  wyjścia,  ostro  krytykował  chłopców, 
którzy jej się podobali, i  wychwalał  takich, którzy nie byli w stanie  wzbudzić jej 
zainteresowania.

Przede wszystkim jednak zaprowadził ją do studia, gdzie Preston „robił radio”.
Słowem, był dla niej ojcem i matką w jednej osobie. Własnego ojca nie znała, a 

matka  była zbyt zapracowana,  żeby poświęcać  jej  wiele  czasu. Kiedy wieczorem 
wracała z pracy, zasypiała przed telewizorem.

background image

Charlie  wzbudził  jej  zainteresowanie  światem  i  była  mu  za  to  wdzięczna. 

Ponadto  bardzo  go  szanowała.  Charlie  Slocum  wykonywał  zawód  policjanta  z 
samozaparciem  i  poświęceniem;  prywatnie  był  doskonałym  mężem,  opiekunem  i 
przyjacielem.  Julia  zawsze  miała  świadomość,  że  obcuje  z  naprawdę 
wartościowym człowiekiem.

Uśmiechnęła się  do  wspomnień i  wyspy, której  zarys wyłonił się  właśnie  zza 

skrzydła  samolotu.  Harmony  z  każdą  sekundą  robiła  się  coraz  bardziej  wyraźna; 
wkrótce  można  już  było  dostrzec  zatokę,  świetlne  punkty  na  krańcach  wyspy,  a 
nawet hotele i restauracje w samym centrum.

Julia  powstrzymała  oddech;  było  w  tym  widoku  coś  doskonale  znanego  i 

nowego  jednocześnie.  Tak  jakby obrazy  zatrzymane  pod  powiekami zmieniły się 
nagle, oglądane pod nowym kątem lub w innym oświetleniu. Wzgórza, drogi, pola 
i  plamy  lasów,  rozległe  piaszczyste  plaże,  wszystko  to  układało  się  pod  jej 
wzrokiem  w  kolorową  pocztówkę,  na  której  rozróżniała  poszczególne  punkty 
swojego  życia,  a  wśród  nich  ten  najważniejszy:  maszt  lokalnej  radiostacji.  Tak, 
maszt  prężący  się  przed  siedzibą  Prestona  Fincha  był  najważniejszym  punktem 
odniesienia; od niego wszystko się zaczęło i w nim wszystko się skupiało. Był jak 
latarnia morska wskazująca podróżnikowi drogę do domu.

Przez  chwilę  miała  wrażenie,  że  naprawdę  do  niego  wraca,  i  ogarnęło  ją 

radosne podniecenie. Nie spodziewała się tego. Przecież nie ma domu i donikąd nie
wraca. Przyjechała tylko na dwa tygodnie; nie ma tu żadnej rodziny i z nikim nic 
jej nie łączy. Ma tylko Charliego, ale Charlie to przyjaciel, nie należy do rodziny.

Nie  była  nawet  pewna,  czy  ma  jeszcze  na  wyspie  pozostałych  przyjaciół. 

Oczywiście  Cathryn  jeszcze  tu  mieszka,  jest  również  Mike  Fearing,  ale  ostatnio 
kontakty z nimi ograniczały się do kartek bożonarodzeniowych.

W  niczym  nie  zmienia  to  faktu,  że  w  oczach  miała  łzy,  a  gardło  dziwnie 

ściśnięte. Człowiek może spędzić wiele lat z dala od swego miejsca urodzenia, ale 
kiedy  do  niego  przyjeżdża,  to  jednak  zawsze  się  czuje,  jakby  wracał  do  domu. 
Zrozumiała, że oto miał miejsce obrót o trzysta sześćdziesiąt stopni i znalazła się w 
punkcie wyjścia. Geometria serca, pomyślała, absurdalna matematyka uczuć...

Niewielki  samolot  wykonał  skręt  i  podszedł  do  lądowania.  Julia  poczuła,  jak 

koła lekko uderzają o pas startowy. Była w domu.

Ben zaparkował samochód na parkingu przed lotniskiem i wysiadł. Dobiegł go 

background image

warkot  lądujących  i  startujących  samolotów. W  niedzielne  popołudnie  niewielkie 
lotnisko  na  Harmony  roiło  się  od  turystycznych  maszyn,  wyrzucających  z  siebie 
kolorowe korowody gości. Na chwilę pozazdrościł im beztroski.

Od  wizyty  Scotta  Bowena  dręczyła  go  myśl  o  komendancie  Slocumie  i 

nieudolności,  z  jaką  prowadził  sprawę  Amber  Davoll.  Ta  wyspa  i  ci  ludzie 
zasłużyli  na  kogoś  lepszego.  Najpierw  zamierzał  natychmiast  napisać  o  tym 
artykuł, ale po namyśle postanowił czekać. Doświadczenie podpowiedziało mu, że 
nie  można  tak  od  razu,  bez  zastrzeżeń  dawać  wiary  relacjom  młodego 
niedoświadczonego policjanta. Najpierw trzeba wszystko sprawdzić.

Właśnie temu poświęcił całe sobotnie przedpołudnie. Relacje Scotta okazały się 

wiarygodne i  Ben  sam nie  wiedział,  czy ma się  z  tego  cieszyć,  czy nie.  Pozostał 
problem elementarnej przyzwoitości wobec uczuć rodziny ofiary.

Po południu, przy pomocy dawnych znajomości z „Globe”, zasięgnął języka w 

sprawie  cięć  budżetowych  i  ograniczeń  finansowych,  jakie  w  ostatnich  czasach 
dotknęły policję.

Potem  próbował  telefonicznie  porozumieć  się  z  komendantem  Slocumem,  ale 

zrezygnował.  Najlepiej  będzie  porozmawiać  z  nim  w  cztery  oczy.  Noc  spędził, 
chodząc od baru do baru; na wyspie były trzy nocne lokale; jeden z nich należał do 
Bruce’a Davolla, męża Amber.

W  niedzielę  rano  obudził  się  z  mocnym  postanowieniem  rozmówienia  się  z 

Charliem  Slocumem.  Musi  usłyszeć  jego  wersję  wydarzeń;  to  kwestia 
odpowiedzialności  i  uczciwości  dziennikarskiej.  Miał  nadzieję,  że  swoim 
zainteresowaniem  sprawą  pośrednio  skłoni  Slocuma  do  przeprowadzenia  sekcji 
zwłok i ostatecznego wyjaśnienia przyczyn śmierci Amber.

Ubrał  się,  zjadł  śniadanie  i  wystukał  domowy  numer  telefonu  komendanta. 

Odpowiedziała mu automatyczna sekretarka.

Zatelefonował na posterunek policji, gdzie mu powiedziano, że komendant ma 

wolny  dzień.  Zapytał,  gdzie  może  go  złapać,  i  ku  swemu  zdziwieniu  otrzymał 
wyjątkowo  precyzyjne  informacje:  Charlie  Slocum  miał  zrobić  zakupy,  iść  do 
fryzjera, a potem, o piątej, wyjechać po kogoś na lotnisko.

Dochodziło wpół do szóstej, kiedy Ben otworzył szklane drzwi prowadzące do 

niewielkiej sali przylotów. Charlie siedział przy barze nad kubkiem kawy.

– Komendant Slocum, prawda?
Charlie Slocum podniósł głowę i spojrzał na Bena, wyraźnie niezadowolony.

– Czy mogę się na chwilę przysiąść?

background image

– Jak pan widzi, miejsce jest wolne.
Ben udał, że nie słyszy sarkazmu w jego głosie. Usiadł i zamówił kawę.
– Doskonałą dziś mamy pogodę – zaczął.
– Czego chcesz, Grant? – warknął Charlie.
– Pogadać.
– Czekam tu na kogoś. Samolot ląduje za pięć minut.
– To mi wystarczy. Poza tym, czartery zwykle się spóźniają.
– W takim razie mów szybko, o co chodzi.
Kelnerka postawiła przed Benem kubek z kawą. Poczekał, aż odejdzie.
– Chodzi o śmierć Amber Davoll.
Charlie odłożył łyżeczkę. Jego czerwona twarz zrobiła się purpurowa.
– Radzę ci nie pisać o tym ani słowa – syknął. – Ci biedni ludzie i tak już dość 

cierpią.

–  Nie  zamierzam  o  tym  pisać.  –  Ben  posłodził  sobie  kawę.  –  Jednak  pewne 

aspekty tej sprawy mnie interesują i chciałbym ci zadać kilka pytań.

– Nie ma w tym nic ciekawego; to po prostu rodzinna tragedia. Nie ma się czym 

ekscytować.

– Masz rację, ale podobny wypadek daje mieszkańcom wgląd w pracę policji. 

Dowiadują się, czego mogą oczekiwać od ludzi, którym płacą za zapewnienie sobie 
bezpieczeństwa.

Charlie z wolna zwrócił ku niemu nalaną twarz.
– O czym ty, do cholery, mówisz?
– Słyszałem, że ma nie być sekcji, to prawda?

Charlie nadal patrzył na niego złym wzrokiem.
– Tak, z powodu ograniczeń finansowych – wycedził.
Wypił łyk kawy. – Skąd wiesz? – zapytał po chwili.
– W knajpie tak mówią – odparł nonszalancko Ben, żeby nie narażać swojego 

informatora. – Jak wiesz, plotki szybko się rozchodzą.

– I co z tego?
–  Szczerze  mówiąc,  bardzo  mnie  to  zaskoczyło.  Myślałem,  że  w  przypadku 

samobójstwa  zawsze  rutynowo  przeprowadza  się  sekcję.  Nie  było  żadnych 
finansowych  przeszkód,  żeby  to  zrobić.  Dowiedziałem  się,  że  ostatnio  nawet 
dofinansowano policję, żeby mogła częściej korzystać u usług lekarzy sądowych.

Charlie spojrzał na zegarek. Pierwsi pasażerowie właśnie zaczęli wchodzić do 

sali.

background image

– Co z tego? – powtórzył.
– Przeprowadzenie sekcji w przypadku tego samobójstwa jest możliwe, trzeba 

tylko zasugerować, że są pewne wątpliwości...

– Ja nie mam żadnych – przerwał mu Charlie.
–  Kobiety  w  celach  samobójczych  nie  posługują  się  bronią,  używają  zwykle 

środków  farmakologicznych,  zwłaszcza  jeśli  je  mają  pod  ręką.  Czy  to  nie 
wzbudziło twoich podejrzeń?

Charlie nie odpowiedział. Gruba żyła na jego skroni zaczęła pulsować.
– Ponadto jest świadectwo rodziny i przyjaciół.
Ludzie  mi  mówili,  że  Amber  wcale  nie  była  w  depresji,  przeciwnie,  ostatnio 

świetnie się czuła – oznajmił Ben i urwał.

Charlie rzucił kilka monet na kontuar.
– Nie podoba mi się to, co mówisz, Grant.
– Powiem wprost: myślę, że powinieneś zażądać przeprowadzenia sekcji zwłok. 

To twój obowiązek jako policjanta.

– I dodatkowe cierpienia dla jej rodziny.
Ben wypił łyk kawy i odstawił kubek z powrotem.
–  Charlie,  proszę,  żebyś  mi  wyjaśnił,  na  jakiej  podstawie  masz  tak 

niewzruszoną pewność, że to było samobójstwo.

Komendant nie odpowiedział; wstał i wyprostował się. Ben wstał również.
–  Czy  wziąłeś  odciski  palców?  Czy  dokładnie  przeszukałeś  cały  dom?  Czy 

dopilnowałeś doktora Wintersa?

Czy przesłałeś próbki do laboratorium?
Charlie odwrócił się, żeby odejść.
– Czy zapytałeś jej męża, Bruce’a Davolla, co robił w nocy, kiedy umarła?
Charlie wzruszył ramionami.
– O co tobie, do cholery, chodzi?
– Chcę jedynie usłyszeć twoją wersję tej historii.
– Nieprawda. Chcesz wyciągnąć ode mnie informacje, upitrasić z tego krwawą 

historyjkę i zamieścić ją w tym swoim szmatławcu, żeby zrobić więcej kasy, a przy 
okazji wyjść na rycerza bez skazy.

– Szkoda, że tak myślisz. Dla mnie najważniejsza jest prawda.
– Akurat.
W  tej  samej  chwili  Ben  poczuł  nagle,  że  nie  są  sami  i  że  czyjeś  baczne 

spojrzenie towarzyszy ich gwałtownej wymianie zdań. Obejrzał się i zrozumiał, że 

background image

miał słuszność. Kilka kroków dalej ktoś stał. Ten ktoś patrzył na niego z wyraźną 
dezaprobatą i złością.

Charlie Slocum, zaskoczony i zmieszany, szybkim krokiem podszedł do młodej 

kobiety. Jego twarz natychmiast się zmieniła.

– Witaj, Buziaczku! – wykrzyknął z rozjaśnionym wzrokiem i wziął kobietę w 

ramiona.

Ona mocno go uścisnęła, nie spuszczając gniewnego spojrzenia z Bena.
Ten  zaś  nie  krył  zdziwienia.  Dyżurna  policjantka  powiedziała  mu,  że  Charlie 

pojechał po kogoś na lotnisko, ale nie przypuszczał, że ten ktoś... może tak właśnie 
wyglądać. Młoda kobieta mogła być córką Charliego, ale Ben wiedział, że Charlie 
nie ma córki.

Była  bardzo  wytworna.  Z  kieszeni  jej  podróżnej torby  wystawał  tomik  poezji 

Pabla Nerudy. Kimkolwiek była, robiła wrażenie istoty jakby nie z tego świata.

Zamiast  dżinsów  i  luźnej  koszuli,  noszonych  przez  turystki  odwiedzające 

wyspę,  miała  na  sobie  cienki  żakiet  koloru  płynnego  miodu,  o  ton  ciemniejsze 
spodnie  z  cienkiego płótna  i  beżową  jedwabną bluzkę.  Wyglądała,  jakby właśnie 
wyszła z gabinetu jakiegoś wielkiego biura.

Miała  też  cudownie  piękne  włosy.  Długie,  ciemne,  związane  aksamitną 

wstążką; przypominała gwiazdę kina z lat czterdziestych. Jej piękne ciemne oczy 
spochmurniały  i  Ben  zrozumiał,  że  jeszcze  w  nikim  nigdy  nie  wzbudził  takiej 
niechęci.

Ku swojemu ogromnemu zdumieniu uśmiechnął się do nieznajomej.

Ale  ten  facet  jest  bezczelny!  –  pomyślała  Julia.  Jak  śmie  się  tak  niewinnie 

uśmiechać,  skoro  wie,  że  słyszała,  jak  przed  chwilą  dręczył  Charliego!  Nie 
wiedziała, o czym ze sobą rozmawiali, ale przypuszczała, że chodzi o „wywiad”; o 
to, co te hieny z brukowców nazywają w podobnych przypadkach „wywiadem”!

Kim on jest! I za kogo się uważa!
Charlie wypuścił młodą kobietę z objęć i obejrzał ją od stóp do głów.
– Pięknie wyglądasz! – oświadczył z dumą.
Julia  opanowała  się,  zrozumiawszy,  że  Charlie  zamierza  udać,  że  nic  się  nie 

stało.  Skoro  on  zachowuje  się  jakby  nigdy  nic  –  ona  musi  uczynić  to  samo. 
Przeniosła wzrok z nieznajomego na Charliego Slocuma.

Na widok jego twarzy ścisnęło jej się serce. Charlie bardzo się zmienił. Przed 

siedmioma  laty  miał  we  włosach  zaledwie  kilka  srebrnych  nitek.  Teraz  był 
kompletnie  siwy,  jakby  przyprószony  srebrnopopielatym  pyłem.  Twarz  miał 

background image

czerwoną i spuchniętą; pod oczami sinawe wory.

Nic  dziwnego,  pomyślała, patrząc  na  niego  ze  współczuciem;  przecież  on  ma 

prawie  sześćdziesiąt lat...  Niepotrzebnie  tylko  tak  strasznie  utył.  Musiał  przybrać 
co najmniej dwadzieścia kilogramów.

Ale jak zawsze jest kochany. Po prostu wygląda trochę inaczej niż przedtem.
– Cześć, Charlie – powiedziała i pocałowała go w policzek. – Mam nadzieję, że 

nie czekałeś zbyt długo.

– Nie. Dopiero przyszedłem. Jaką miałaś podróż?
– Nużącą, ale wszystko w porządku.
– Musisz być zmęczona.

–  Nie  bardzo,  ale  te  trzy  godziny  różnicy  czasu  to  zawsze  szok.  Człowiek 

dziwnie się czuje.

Charlie rozejrzał się.
– Nie masz innego bagażu?
– Mam jeszcze dwie torby.
Spojrzała  na  stojący  nieco  dalej  wózek  i  jej  wzrok  znowu  padł  na 

nieznajomego. Stał bez ruchu i patrzył na nich uważnie, jakby koniecznie chciał im 
zepsuć powitanie. Nie wiedziała, dlaczego jego obecność tak bardzo ją denerwuje.

Charlie również na niego spojrzał i sięgnął po bagaże – powoli, jakby się wahał, 

czy ma nieznajomego przedstawić Julii.

– Dzień dobry, nazywam się Ben Grant – usłyszała i zobaczyła, że mężczyzna 

podchodzi do niej z wyciągniętą ręką.

Nie podała mu własnej; mruknęła tylko swoje imię i nazwisko. Zawsze, kiedy 

była dla kogoś niegrzeczna, nawet gdy ten ktoś na to zasłużył, długo ją to potem 
dręczyło.

Ben Grant włożył rękę do kieszeni.
– Julia... – powtórzył, jakby smakował jej imię.
Kim on jest?
Wysoki,  ciemnowłosy, jakieś trzydzieści kilka lat, płócienne spodnie, błękitna 

koszula,  niedbale  zawiązany  czarny  krawat.  Inteligentny,  wzbudzający  zaufanie 
wzrok.

Wszystko  pozory.  Patrząc  mu  prosto  w  oczy,  poczuła,  że  nigdy  jeszcze  nie 

widziała  podobnie  przenikliwego  spojrzenia.  Ciemnoniebieskie  oczy  wycelowane 
były  na  nią  z  siłą  obiektywu  kamery  telewizyjnej,  śledzącej  każdy  ruch  i 
wysysającej najtajniejszy sens.

background image

Nie pochodził stąd. Gdyby kiedykolwiek mieszkał na wyspie, pamiętałaby go. 

Zresztą  w  niczym  nie  przypominał  „wyspiarzy”.  To  był  człowiek  z  wielkiego 
miasta.

Co ktoś taki robi na Harmony?
Charlie uznał, że nie może dłużej zwlekać.
– Ben jest nowym naczelnym „Island Record”.
Julia zmarszczyła czoło.
– Tego miejscowego tygodnika?
– Tak – odparł Ben Grant.
Wszystko zaczynało się wyjaśniać.
– Czy przeszkodziłam panom w wywiadzie?
Charlie ujął ją pod ramię.
–  Nie,  w  niczym  mi  nie  przeszkodziłaś,  kochanie.  Zresztą  Ben  już  skończył. 

Prawda?

Słowo potwierdzenia nie padło. Charlie lekko pociągnął Julię w stronę wyjścia.
–  Miło  mi  było  poznać  –  usłyszała  jeszcze  i  było  w  tym  krótkim  zdaniu  coś 

dziwnego, lecz co – nad tym nie miała czasu się zastanowić.

– O co tam chodziło? – zapytała, kiedy zostali sami.
Charlie odchrząknął i lekceważąco machnął ręką.
–  Powiedz  –  nie  ustępowała.  –  Kiedy  do  was  podeszłam,  kłóciliście  się, 

widziałam wyraźnie.

Poczuła, że role się zmieniły i że teraz ona jest gotowa opiekować się Charliem 

i chronić go.

– O co on cię wypytywał? To ma związek ze śmiercią Amber, prawda?
Charlie spojrzał na nią i zaraz odwrócił wzrok.
– Takie tam drobiazgi. Pytał, jak przebiega śledztwo.

– Co go to obchodzi?!
Charlie ujął ją za ramię.
– Kochanie, zrób coś dla mnie, dobrze? Nie zajmuj się w czasie swojego pobytu 

w domu takimi głupstwami jak ta jego gazeta i jego bezpodstawne podejrzenia.

– Jakie podejrzenia?
– Nawet nie warto o tym mówić.

background image

– Owszem, warto. Czego on chce? Co ci zarzuca?
Złapała jedną z toreb, Charlie wziął drugą, i poszli w stronę wyjścia.
– Uważa, że nie dopilnowałem pewnych formalności.
Myśli, że powinienem kazać zrobić sekcję zwłok. – Charlie spuścił głowę. – On 

tego nie widział, nie było go tam.

Nie widział, jak jej rodzice strasznie cierpią. Przecież on ich nawet nie zna.
Otworzył szklane drzwi i Julia poczuła ciepłe, wrześniowe powietrze Harmony.
– Zrobiłem, co mogłem, żeby jak najszybciej zakończyć sprawę i oszczędzić im 

przykrości. Po trzydziestu pięciu latach służby nie potrzebuję, żeby jakiś mądrala, 
co przyjechał nie wiadomo skąd, mówił mi, co mam robić.

Podeszli  do  samochodu;  Julia  z  przykrością  spostrzegła,  że  Charlie  wkłada 

torby do bagażnika z dużym wysiłkiem.

Odczekała, aż wsiądą, i dopiero wtedy się odezwała:
– Chyba nie myślisz, że on chce o tym coś napisać? To byłoby straszne, gdyby 

wysmażył jakiś artykuł.

Charlie wzruszył ramionami.
– Nie mam pojęcia.
– Dlaczego on to robi?

Zapięła pasy. Wyjechali z parkingu i skierowali się na szosę.
–  Wiesz,  jacy  oni  są,  ci  dzisiejsi  dziennikarze  –  skrzywił  się  Charlie.  –

Każdemu  z  nich  się  wydaje,  że  jest  supermanem,  od  którego  zależą  losy  świata. 
Nic  dziwnego!  W  kinie  stale  pokazują  jakiegoś  takiego  bohatera,  dlatego 
poprzewracało im się w głowach.

– Znam takich.
Pracowała  z  takimi  typami  w  stacjach  radiowych  i  telewizyjnych  i  musiała 

przyznać, że zawsze uważała ich towarzystwo za trudne do zniesienia.

–  To  śmieszne,  zwłaszcza  tutaj,  na  Harmony  –  powiedziała.  –  A  do  tego  w 

przypadku czegoś takiego jak lokalna gazeta.

– Dlatego uważam, że nie ma sobie czym zawracać głowy. – Charlie skrzywił 

się lekceważąco. – Mówiłem ci.

– Co się stało z dawną właścicielką pisma?
–  Agnes?  W  końcu  poszła  na  emeryturę.  Nigdy  nie  rozumiałem,  dlaczego 

sprzedała pismo komuś obcemu.

Julia otworzyła okno i wystawiła twarz na świeży powiew wiatru.
– A skąd on jest?

background image

– Chyba z Bostonu. Nie mam pojęcia, po co tu przyjechał; zawraca tylko głowę.
– Ożenił się z kimś z wyspy?
– Nie, wcale nie ma żony.
Nie wiedziała, dlaczego, ale tego właśnie się spodziewała.
– Od dawna tu jest?
Pokręcił głową, wyraźnie zirytowany.

– Nie widziałem cię siedem lat – rzekł z przekąsem – i zupełnie nie rozumiem, 

dlaczego marnujemy czas na rozmowę o tym facecie.

Julia przymknęła oczy, rozkoszując się zapachem Harmony.
– Nie mam najmniejszego pojęcia...

Dom  Prestona  Fincha  znajdował  się  na  wzgórzu  w  najmniej  zaludnionej, 

południowej,  części  wyspy.  Julia  zawsze  go  lubiła.  Jako  najwyższy  punkt  na 
Harmony, Pegoty Hill doskonale nadawał się na miejsce dla radiowego nadajnika.

Charlie  wjechał  na  podjazd  przed  domem  i  Julia  z  rozczuleniem  spojrzała  na 

stojący  przed  nim  maszt.  Wspomnienia,  jakie  ją  nawiedziły,  należały  do  bardzo 
ważnych. Charlie przyprowadził ją tu przed laty, jako szesnastoletnią dziewczynę, 
by  spróbowała  swoich  sił  w  radiu  Prestona.  Do  dziś  pamiętała  swój  strach  i 
zdenerwowanie.

Preston był dziwakiem, co na wyspie nie było taką znowu osobliwością. Wyspa 

pełna  była  dziwaków,  lecz  Preston  Finch  należał  do  dziwaków  niezwykle 
przedsiębiorczych. W latach sześćdziesiątych wybudował studio i założył prywatną 
stację  radiową.  Prowadził  ją  przez  całe  lata  po  prostu  dla  przyjemności,  nie 
czerpiąc z tego żadnych zysków.

Zasięg  stacji  pokrywał  się  z  powierzchnią  wyspy  i  to  całkowicie  mu 

wystarczało.  Rozpoczynał  nadawanie  po  kolacji  i  przez  cały  wieczór  puszczał 
swoje ulubione utwory muzyczne.

Kiedy umarła matka Julii, Charlie doszedł do wniosku,
że dziewczynka powinna zająć się czymś, co pozwoli jej przezwyciężyć stres. 

Nie wiedział, że wprowadzając Julię do studia Prestona, wprowadza ją na drogę jej 
życia, pomaga przeznaczeniu i uświadamia cel istnienia.

Julia  z  przyjemnością  spostrzegła,  że  posiadłość  zupełnie  się  nie  zmieniła.  Z 

samolotu widziała mnóstwo nowych budowli, ale zmiany na szczęście nie dosięgły 
wzgórza,  na  którym  znajdowała  się  radiostacja.  Ziemia  należąca  do  Prestona  w 

background image

dalszym ciągu leżała odłogiem.

Charlie zahamował przed głównym wejściem i wyłączył silnik.
–  Jesteś  pewien,  że  pan  Finch  nie  będzie  miał  nic  przeciwko  temu,  że  tu 

zamieszkam? – zapytała z niepokojem.

– Absolutnie. Powiedział, że zadzwoni do ciebie wieczorem i sam ci to powie. 

Możesz być spokojna, ręczę za wszystko.

Julia  otworzyła  drzwiczki  samochodu i  wysiadła.  Słony  powiew  dochodził  aż 

tutaj,  mieszając  się  z  zapachem  laurowych  drzew.  Zachodzące  słońce  oświetlało 
złocistym blaskiem wzgórze.

Wyjęła podróżną torbę i spojrzała na wznoszące się przed nią domostwo. Dwa 

skrzydła  budynku  oddzielone  były  od  siebie  potężnym  frontonem.  Symetrię 
zakłócało  studio  dobudowane  przez  właściciela  w  dziesięć  lat  po  skończeniu 
całości. Z domem łączył je wąski oszklony pawilon.

Nawet  z  daleka  studio  wydawało  się  opuszczone  i  zaniedbane.  To  po  prostu 

brudne okna, pocieszyła się w myślach, nic więcej. Całość robiła wrażenie letniego 
domostwa, opuszczonego przez właścicieli pod koniec wakacyjnego sezonu.

Charlie wyjął klucz i otworzył drzwi wiodące do pawilonu. Mieszkańcy wyspy 

tylko w wyjątkowych okazjach używali frontowego wejścia.

– Nie wejdziesz?
– Tak, oczywiście.
Julia oderwała wzrok od studia i szybko podążyła za Charliem.
Dom  Prestona  pozostał  w  stanie  nietkniętym  od  końca  lat  sześćdziesiątych. 

Podłoga  pokryta  była  brązowawą  wykładziną,  ciężkie  drewniane  meble  z 
rzeźbionymi gzymsami  zasłaniały dawno  nie  malowane  ściany. Dom nadawał się 
jednak  do  zamieszkania  i  Julia  bez  przykrości  postanowiła  spędzić  w  nim 
najbliższe dwa tygodnie. W duchu przyznała, że Charlie miał dobry pomysł.

Wniosła  swoje  bagaże  do  małej  gościnnej  sypialni,  którą  gospodarz 

wynajmował  w  sezonie  letnikom.  Wychodzący  na  ocean  duży,  słoneczny  pokój 
Prestona  nosił  ślady  niedawnej  bytności  gospodarza  i  pełen  był  jego  osobistych 
rzeczy.

Julia  rozejrzała  się  po  pokoju,  w  którym  miała  mieszkać.  Obydwa  okna 

wychodziły na drogę, w oddali widać było dachy hoteli. Postawiła torbę i walizkę 
przy zasłanym żółtą kapą łóżku i poszła do kuchni, gdzie już gospodarzył Charlie.

Pociągnęła nosem.
– Co tu tak ładnie pachnie?
– Postanowiłem upiec kilka skorupiaków.

background image

– Nie jadłam tego, odkąd... wyjechałam z domu.

Zajrzała  d.  o  lodówki.  Charlie  zaopatrzył  ją  w  jaja,  mleko,  soki,  masło;  nie 

zapomniał też o bananach. Na półce zobaczyła kukurydziane płatki, na blacie pod 
oknem chleb. Zapasów powinno jej starczyć do końca pobytu.

Jak  ona  mu  się  odwdzięczy?  Charlie  jak  zwykle  pomyślał  o  wszystkim. 

Postanowiła, że któregoś dnia zabierze go gdzieś na kolację, ale to przecież i tak w 
niczym nie umniejszy jej długu wdzięczności.

Gdy danie było gotowe, zasiedli przy kuchennym stole. Julia jadła z apetytem, 

od czasu do czasu spoglądając na swojego towarzysza. Charlie jadł niewiele, raz po 
raz dolewając sobie whisky. Była zdziwiona; nie pamiętała, żeby tyle pił, ale może 
dawniej po prostu nie zwracała na to uwagi.

Sprzątali właśnie ze stołu, kiedy zadzwonił telefon. Tak jak zapowiadał Charlie, 

Preston  Finch  telefonował  do  Julii,  by  ją  zapewnić,  że  bardzo  się  cieszy  z  jej 
pobytu w swoim domu.

–  Jestem  teraz  spokojniejszy  –  mówił  –  kiedy  wiem,  że  ktoś  tam  stale  jest. 

Możesz też wziąć mój samochód, jeśli masz ochotę. Ostrzegam cię tylko, że stoi w 
garażu już od dawna, i pewnie wysiadł mu akumulator.

Julia  słabo  zaprotestowała,  ale  Preston  tak  bardzo  nalegał,  że  w  końcu  się 

zgodziła.  Zaproponował  jej  też,  by  zajrzała  do  studia,  kiedy  najdzie  ją  ochota 
„trochę pobawić się w nadawanie”.

Podziękowała  mu  za  wszystko,  w  duchu  dodając,  że  ta  ostatnia  propozycja 

chyba  nie  ma  sensu,  bo  aparatura  w  studio  musi  już  być  tak  przestarzała,  że  o 
żadnym nadawaniu nie może być mowy.

Odłożyła słuchawkę i zauważyła, że Charlie wyciąga pudełko z ciastkami.
– Już nie mogę, dziękuję, może trochę później.
– Napijesz się kawy?
– Nie, dziękuję. – Zawahała się na chwilę. – Wiesz, na co mam teraz ochotę?
Charlie uśmiechnął się, jego oczy rozbłysły.
– Chyba się domyślam. Od razu przyszło mi to do głowy, kiedy usłyszałem, że 

rozmawiasz z Prestonem o nadawaniu.

Wyszli z kuchni, przeszli przez salon i oszklonym pawilonem dotarli do drzwi 

radiowego studia.

Okna pawilonu z jednej strony wychodziły na podjazd, z drugiej na patio, skąd 

widać było morskie fale rozbijające się o skały.

background image

Charlie otworzył drzwi i oddał jej pęk kluczy.
– Możesz je zatrzymać.
Wszedł do środka i zapalił światło; jak wzrokiem sięgnąć, wszystko pokrywała 

gruba warstwa kurzu.

Julia  z  bijącym  sercem  weszła  za  nim  do  obszernego  pomieszczenia; poczuła 

zapach kurzu i pleśni. Potem spojrzała na konsolę, przy której po raz pierwszy w 
życiu przemówiła do mikrofonu.

– Coś ci to może przypomina? – zapytał z uśmiechem Charlie.
Z  roztargnieniem  skinęła  głową  i  podeszła  o  krok  bliżej.  Zamiast 

skomplikowanej aparatury nadawczej, do której  w ciągu  ostatnich lat  zdążyła już 
przywyknąć,  miała  przed  sobą  prymitywne  i  proste  urządzenie;  nieco  z  boku 
umieszczony  był  ciężki,  metalowy  mikrofon.  Rozpoznała  stary  magnetofon  na 
szpule. Preston najwyraźniej nie słyszał o kasetach ani o kompaktach. Pociągnęła 
palcem po blacie konsoli, pozostawiając jaśniejszą smugę w szarym kurzu.

– Czy Preston coś ostatnio nadaje?
– Od czasu do czasu, ale nie są to jakieś regularne audycje.
– Szkoda, że się wycofał. To było coś nadzwyczajnego, takie radio na wyspie.
Charlie zmarszczył czoło.
– Dokonał wyboru i chyba jest szczęśliwy.
Poczuła  od  niego  zapach  alkoholu  i  lekko  się  skrzywiła.  Podeszła  do  półek 

wypełnionych płytami i taśmami.

– Nie ma tu nic nowego, wszystkie pamiętam z dawnych czasów, Glen Miller, 

Vaughn Munroe, Perry Como...

Nic się nie zmieniło, tylko wszystko jest trochę starsze.
– My też – mruknął znużonym głosem.
Zwróciła ku niemu głowę.
– Charlie...
Podsunął  jej  stare  krzesło  na  kółkach,  którego  używano  w  czasie  nadawania 

programu, a sam usiadł obok.

–  Kochanie...  –  zaczął  niepewnie  –  czy  ten  jutrzejszy  pogrzeb  nie  będzie  dla 

ciebie zbyt ciężkim przeżyciem?

Ze  zdziwieniem  zdała  sobie  sprawę  z  faktu,  że  przez  ostatnie  kilka  godzin 

wcale nie myślała o pogrzebie.

– Nie wiem, sama nie wiem, jak to będzie...
Charlie uścisnął jej rękę.
– Czy zamierzasz przyjść do kościoła z kimś z przyjaciół?

background image

Julia pokręciła głową.

–  Miałam  zadzwonić  do  Cathryn  Hill,  to  znaczy,  do  Cathryn  McGrath,  ale 

jeszcze tego nie zrobiłam.

– Może w takim razie spotkamy się przed kościołem?
– Dobrze.
Charlie cofnął się i Julia przytrzymała jego rękę.
– Chciałabym jeszcze chwilę porozmawiać o Amber. .. Wiem, że była w złym 

stanie z powodu rozwodu, ale ja jakoś nie mogę uwierzyć, że to był jedyny powód 
jej samobójstwa. Czy znalazłeś coś innego?

Charlie przecząco pokręcił głową.
– Nie.
– Musi przecież coś być.
– Nic się nie zmieniłaś – powiedział łagodnie. – Mój  Buziaczek zawsze musi 

wiedzieć, co i dlaczego.

Julia spojrzała na niego pytająco.
– Zawsze taka byłam?
– Od najmłodszych lat. Zanudzałaś mnie pytaniami, ledwo odrosłaś od ziemi. 

Dlaczego jedne  psy są  czarne, a  inne brązowe?  Dlaczego ludzie się  zakochują?  I 
tak dalej, stale i bez przerwy.

Julia mrugnęła okiem.
– Czy to źle?
–  Nie  wiem.  Wiem  tylko,  że  znowu  mnie  pytasz,  zupełnie  jak  trzyletnia 

dziewczynka.

Twarz Julii spoważniała, w jej oczach ukazały się łzy.
– Ja po prostu nie mogę...
– Tak w życiu bywa, kochanie. Tak po prostu w życiu bywa i chociaż bardzo 

byśmy chcieli dokładnie wiedzieć, dlaczego przytrafiają się nam złe rzeczy, nigdy 
do końca tego nie wiemy. Nie ma racjonalnej przyczyny, nie ma żadnej logicznej 
odpowiedzi  na  wiele  spraw  tego  świata  i  musimy  się  z  tym  pogodzić.  Nie  pytaj 
więc, tylko jakoś z tym żyj, albo przynajmniej się staraj.

Charlie na pewno wie, co mówi. Jest policjantem i nieraz już widział rzeczy, o 

których  ona  nie  ma  pojęcia.  Zresztą  wystarczy  takie  doświadczenie  jak  śmierć 
Pauline, która dwa lata temu umarła na raka.

– A jak ty sobie z tym radzisz, Charlie?
Zrozumiał natychmiast, o co jej chodzi.

background image

– Z czasem ból trochę słabnie – odrzekł z pozorną obojętnością.
– Nie przeprowadziłeś się? Dalej mieszkasz w waszym dawnym domu?
– Tak. Może powinienem był to zrobić, ale jakoś nie mogłem.
Julia uważnie przyjrzała się jego zmiętej twarzy. Bardzo się zmienił, nie tylko 

osiwiał i utył... Zmienił się tak jakoś... wewnętrznie.

– Dużo masz pracy?
Nie podniósł na nią wzroku.
– O tak, bardzo dużo.
–  Przykro  mi,  że  nie  mogłam  przyjechać  na  pogrzeb  Pauline.  Bardzo  ją 

kochałam. Była jeszcze taka młoda.

– Tak, i nie zasłużyła na taką straszną śmierć.
Zapadła  cisza;  za  oknem  pokrytym  szarym  kurzem  szumiało  morze,  pod 

wpływem podmuchu wiatru zatrzeszczała framuga.

Charlie spojrzał na zegarek.
– Na mnie już czas, będę leciał.
Julia podniosła się z krzesła.

–  Dziękuję,  że  wyjechałeś  po  mnie  na  lotnisko,  dziękuję  za  ten  dom  i  za

kolację.

I za całe moje życie, dodała w myślach.
– Cała przyjemność po mojej stronie.
Otworzył  drzwi  i  stanął  w  progu  oszklonego  pawilonu.  Mrok  zgęstniał,  szum 

morza stał się bardziej natarczywy.

– Będziesz się tu dobrze czuła taka sama?
–  Jasne,  muszę  się  rozpakować  i  rozgościć.  Potem  może  skorzystam  z 

pozwolenia Prestona i przejadę się po wyspie jego samochodem.

– Mógłbym cię przewieźć.
– Nie żartuj, Charlie.
Spojrzał na nią z lekką urazą i pomyślała, że jest bardzo dobry i kochany.
Kiedy  się  oddalił,  zamknęła  studio  i  udała  się  do  swojego  pokoju.  Stan 

Charliego  bardzo  ją  zmartwił;  widać  było,  że  zupełnie  nie  może  się  pogodzić  ze 
śmiercią żony.

Otworzyła walizkę i zaczęła rozpakowywać rzeczy.
Dziwne,  ale  nie  byłaby  tak  bardzo  przejęta  stanem  starego  przyjaciela,  gdyby 

nie  tamto  spotkanie  z  Benem  Grantem  na  lotnisku.  Wierzyła  w  Charliego, 
wiedziała,  że  jest  doskonałym  policjantem  i  na  pewno  w  śledztwie  niczego  nie 

background image

zaniedbał.  Tylko  dlaczego  tamten  człowiek  zdawał  się  żywić  co  do  tego 
wątpliwości?

Pewnie dlatego, że go nie znał, może dlatego, że był tu obcy i wielu rzeczy nie 

rozumiał... A może po prostu za wszelką cenę szukał sensacji.

Powiesiła  w  szafie  kostium,  który  chciała  włożyć  na  pogrzeb.  Kiedy  się 

odwróciła, jej wzrok padł na miasto widoczne za oknem pod postacią świetlistych 
punktów.

Gdzieś wśród nich znajduje się redakcja tej jego gazety... Poczuła, że powinna 

natychmiast  tam  pójść  i  nauczyć  rozumu  tego  ignoranta.  Dopiero  po  chwili 
przypomniała  sobie,  że  jest  niedziela  wieczór  i  możliwość,  że  Ben  Grant 
przesiaduje o tej porze w redakcji, jest równa zeru.

Postanowiła skupić się na czekającej ją nazajutrz smutnej uroczystości. Pogrzeb 

Amber będzie ciężkim przeżyciem i trzeba się na nie przygotować.

Jednak  scena,  którą  ujrzała  na  lotnisku,  prześladowała  ją  przez  cały  wieczór. 

Podobnie  jak myśl,  że  Ben Grant  jako  właściciel  jedynej gazety na  wyspie  może 
zrobić wszystko; może zniszczyć każdego, może podważyć opinię najuczciwszego 
człowieka. Sprawić, że całe lata pracy obrócą się na marne.

Spojrzała znowu na migocące w dole światła miasta i poczuła dziwny niepokój. 

Nagle  przyszło  jej  do  głowy,  że  ta  wizyta  w  domu  może  się  okazać  znacznie 
bardziej skomplikowana, niż to sobie wyobrażała.

background image

4

Ben wyszedł z redakcji za piętnaście jedenasta, wsiadł do samochodu i po kilku 

minutach  skręcał  już  w  ulicę  wiodącą  do  dwóch  stojących  naprzeciw  siebie 
kościołów zaspokajających duchowe potrzeby wierzących mieszkańców Harmony.

Zaparkował przed jedną ze świątyń – białym skromnym budynkiem należącym 

do  kongregacjonistów.  Farmerzy  i  rybacy  zamieszkujący  wyspę  przez  całe  lata 
wznosili świątynie na miarę swoich możliwości. Dopiero ostatnio, wraz z nagłym 
napływem turystów, możliwości te uległy zmianie.

Zamykając  drzwi  samochodu,  usłyszał  dźwięk  organów  wydobywający  się 

przez otwarte okna. Odwrócił się i... o mało nie wpadł na Julię Lewis. Serce zabiło 
mu gwałtownie. Od poprzedniego dnia nie przestawał o niej myśleć; nie był nawet 
pewien, czy właśnie w tej chwili również o niej nie myślał.

Wysiadła  ze  starego  pontiaca  zaparkowanego  tuż  obok  forda  bronco  Bena 

Grania.  Poznał  ją  natychmiast,  mimo  iż  była  ubrana  zupełnie  inaczej  niż  wtedy, 
kiedy  zobaczył  ją  po  raz  pierwszy.  Miała  na  sobie  wytworny  kostium  miodowo-
złotej barwy, niezbyt pasujący do  charakteru uroczystości. Pewnie tak  się nosi  w 
Kalifornii,  pomyślał.  Pod  żakietem  nie  miała  bluzki,  tylko  maleńką,  ozdobną 
apaszkę.

Nie chcąc zbyt długo wpatrywać się w jej dekolt, opuścił oczy. Jego wzrok padł 

teraz na długie smukłe nogi, wyraźnie widoczne spod krótkiej spódniczki.

– Dzień dobry – powiedział, nie podnosząc oczu.
– Cześć!
Agresywnemu,  nie  wróżącemu  nic  dobrego  słowu  towarzyszyło  trzaśniecie 

drzwiczkami i energiczny krok do przodu.

Ben przypomniał sobie scenę na lotnisku i pełne złości spojrzenie Julii. Teraz 

też nie była do niego dobrze nastawiona. Zerknął w stronę kościoła, nie mogąc się 
zdecydować, czy mą iść sam, czy raczej dotrzymać towarzystwa Julii.

Wybrał  to  drugie,  sam  nie  bardzo  wiedząc,  dlaczego  skazuje  się  na  niezbyt 

przyjemną  wymianę  zdań.  Na  wszelki  wypadek,  by  jakoś  usprawiedliwić  swoją 
zwłokę, sięgnął do samochodu po sportową marynarkę i zaczął ją wkładać.

– Co słychać? – zapytał głupio i zaraz się poprawił:
– Przepraszam, wiem, że Amber Davoll była pani przyjaciółką.
Od  wczoraj  próbował  się  czegoś  o  niej  dowiedzieć.  Zajrzał  nawet  do 

background image

najbardziej znanej restauracji na wyspie,

w nadziei, że się dowie, kim jest tajemniczy „Buziaczek” Charliego Slocuma. 

W  „Water Diner”,  w niedzielny wieczór po  sezonie, zastał tylko jednego klienta, 
ale  nawet  on  znał  Julię  Lewis.  Razem  ze  stojącą  za  barem  właścicielką  knajpy 
dostarczyli mu podstawowych informacji z życia Julii.

Ben wypił dwie kawy, przekąsił coś i dowiedział się, że Julia Lewis urodziła się 

na  wyspie,  ojciec  opuścił  dom,  kiedy  była  niemowlęciem,  matka  umarła,  kiedy 
Julia  chodziła  do  szkoły;  sierotą  zaopiekowali  się  państwo  Slocum.  Mieszkała  z 
nimi  aż  do  matury,  a  potem  wyjechała,  żeby  studiować  na  uniwersytecie. 
Dowiedział się również, że przed laty pracowała w lokalnym radio jako spikerka, i 
zafascynowało go to. Najbardziej jednak zapamiętał wiadomość, że Julia i Amber 
bardzo się przyjaźniły i Julia przyjechała specjalnie na pogrzeb.

Nie dowiedział się nic więcej, bo właścicielka knajpy, Asa Hodge, nie była zbyt 

rozmowna. Widać było, że przestępuje z nogi na nogę, żeby już zamykać, i jedno 
pytanie więcej może spowodować wybuch. Zresztą Ben nie widział powodów, by 
specjalnie nalegać. Właściwie dlaczego tak się dopytuje? Co jest tak ciekawego w 
Julii Lewis? Zwykłe, ludzkie zainteresowanie.

Teraz, stojąc przed kościołem, z pozorną swobodą rozluźnił krawat.
– To wóz Prestona Fincha, prawda?
Wszyscy mieszkańcy wyspy wiedzieli, kto czym jeździ.
Julia rzuciła roztargnione spojrzenie na starego pontiaca.
– Tak.

– Preston wrócił?
Zdziwił się, bo poprzedniego dnia w knajpie nikt o tym nie wspominał.
– Nie. Mieszkam w jego domu i pozwolił mi korzystać z samochodu.
Odpowiedziała mu szybko i niechętnie, jakby każde słowo skierowane do niego 

było niepotrzebną stratą czasu.

– Myślałem, że mieszkasz u komendanta Slocuma...
Julia zarumieniła się.
– Skoro już mowa o komendancie Slocumie...
No,  właśnie,  pomyślał  Ben.  W  tej  samej  chwili  na  parking  przed  kościołem 

wjechał policyjny samochód. O wilku mowa.

Julia na widok Charliego jakby się odprężyła.
– Mówiłaś coś – przypomniał Ben.
– Tak, chciałam z tobą porozmawiać, ale to nie jest odpowiedni moment. Może 

background image

potem, po pogrzebie?

–  Bardzo  proszę.  Nie  mam  nic  do  roboty  oprócz  pracy,  ale  jestem  dla  siebie 

bardzo wyrozumiałym szefem.

Uśmiechnął się do niej, ale nie odwzajemniła jego uprzejmości.
–  Może  pójdziemy  gdzieś  na  kawę  albo  lunch?  –  zapytał  i  jej  spojrzenie 

uświadomiło mu, że działa zbyt pochopnie.

– Nie, dziękuję, chciałam tylko... zamienić kilka słów.
Minęła  go  i  podeszła  do  samochodu  policyjnego,  pozostawiając  po  sobie 

zapach perfum. Był oryginalny i intrygujący.

Ujęła Charliego pod ramię i razem weszli do kościoła. Komendant Slocum tego 

dnia był w pełnym umundurowaniu. Nie spojrzeli na Bena i zrozumiał, że popełnił 
błąd, zapraszając Julię na lunch. Wolnym krokiem ruszył za nimi.

Widok Julii wyprowadził go z równowagi i zburzył jego spokój. Z wysiłkiem 

postanowił  skupić  się  na  uroczystości  i  choć  przez  chwilę  pomyśleć  o  zmarłej. 
Wiedział jednak, że nie zdoła się opanować i wykorzysta nabożeństwo żałobne do 
obserwacji.  Przecież  to  doskonała  okazja,  żeby  zobaczyć  wszystkich,  którzy  w 
jakiś sposób związani byli z Amber Davoll. Zobaczyć ich i zaobserwować, jak się 
zachowują.

Otworzył drzwi i wszedł do kościoła.

Julia siedziała obok Charliego w zatłoczonej świątyni. Mogło w niej być ponad 

dwieście osób, ale jej umysł zaprzątała tylko jedna z nich. Ben Grant utkwił w jej 
myślach z dręczącą uporczywością kolca. Dlaczego tu przyszedł? Czy znał Amber? 
Czy  przyszedł  do  kościoła,  aby  ją  pożegnać?  Nie  wiadomo  dlaczego  była 
przekonana, że przybył tu z dziennikarskiego obowiązku.

Na  próżno  usiłowała  przestać  o  nim  myśleć  i  skupić  na  odprawianym 

nabożeństwie.  Spojrzała  na  rodziców  Amber  siedzących  w  pierwszym  rzędzie. 
Państwo  Loring  wyglądali  na  bardzo  starych  ludzi,  tak  jakby  niespodziewane 
nieszczęście  przytłoczyło  ich  swoim  ciężarem.  Poczuła,  jak  ogarniają  fala 
współczucia. Nikt nie wie, co oni teraz przeżywają...

Kilka  rzędów  za  nimi  siedział  były  mąż  Amber,  Bruce  Davoll.  Poznała  go 

natychmiast  po  byczym  karku  i  szerokich  barach.  Obok  niego  siedziała  szczupła 
jasnowłosa kobieta.

– Z kim on przyszedł? – zapytała Charliego, ruchem głowy wskazując Bruce’a.

background image

– Z narzeczoną.
Julia zamrugała powiekami.
– Na pogrzeb żony? Z narzeczoną?
Charlie położył palec na ustach. Kilka osób odwróciło się i spojrzało na nich. 

Julia znowu utkwiła wzrok w mężu Amber.

Bruce  Davoll  pochodził  z  Harmony,  ale  ponieważ  był  o  kilka  lat  od  nich 

starszy, Julia nie pamiętała go ze szkoły. Amber poznała go kilka lat później, kiedy 
miała dwadzieścia dwa lata i przyjechała odwiedzić rodziców.

Skończyła  już  wtedy  szkołę  dla  sekretarek  i  pracowała  w  wielkiej  agencji 

ubezpieczeniowej  w  Worcester.  Julia,  nadal  studiująca  w  Emerson,  była  z  nią  w 
ciągłym kontakcie. Bardzo często do siebie dzwoniły, a raz w miesiącu gdzieś się 
spotykały. Myślała,  że przyjaciółka  jest zadowolona  ze swobody i  wolności,  jaką 
daje życie w dużym mieście samotnej, młodej dziewczynie. Wyobrażała sobie, że 
jeszcze  przez  długie  lata  będą  się  tak  spotykały,  razem  chodziły  na  obiad  i  po 
zakupy.

Pewnego  dnia  Amber  zatelefonowała  do  niej  i  oświadczyła,  że  wraca  na 

Harmony.

– Zakochałam się po uszy – oznajmiła ze śmiechem.
Julia ledwo sobie przypomniała chłopaka, o którym jej wtedy powiedziała. Jak 

zza  mgły  wyłonił  się  obraz  osiłka  w  otwartym  samochodzie,  z  którego  buchały 
dźwięki heavy metalu. Charlie kiedyś go zatrzymał za jakieś przewinienie.

Rodzice  Amber  początkowo  próbowali  wyperswadować  córce  małżeństwo  z 

Bruce’em,  ale  nic  nie  wskórali  i  musieli  się  z  tym  pogodzić.  Kupili  nawet 
nowożeńcom dom.

Julia doskonale pamiętała ślub Amber. Musiała przyznać, że Bruce jest bardzo 

przystojny  i  że  ładnie  razem  wyglądają.  Nie  opuszczała  jej  jednak  myśl,  że 
przyjaciółka popełnia błąd.

Nic nie mówiła, by nie psuć Amber nastroju. Zresztą Bruce wyglądał na bardzo 

zakochanego. Może nawet trochę za bardzo...

Przypomniała  sobie,  że  podczas  wesela  na  chwilę  schroniły  się  z  Amber,  by 

sobie trochę porozmawiać. Julia właśnie zaczęła pracować w małej stacji radiowej 
w  Bostonie  i  chciała  się  podzielić  z  przyjaciółką  pierwszymi  wrażeniami.  Po 
dziesięciu minutach zjawił się Bruce i zażądał, by panna młoda wróciła do gości. 
„Tego  dnia  powinna  siedzieć  obok  mnie”,  oświadczył  takim  tonem,  że  Julia 
natychmiast umilkła, zdumiona jego zaborczością.

Amber roześmiała się zmieszana i chciała coś powiedzieć, ale Julia szybko się 

background image

wycofała,  by  nie  pogarszać  i  tak  już  niezręcznej  sytuacji.  Zrozumiała,  że  odtąd 
Amber będzie miała własne życie, do którego ona, jej najbliższa przyjaciółka, nie 
ma dostępu.

Teraz,  wpatrując  się  w  szerokie  plecy  Bruce’a,  zastanawiała  się,  co 

spowodowało  rozpad  tego  małżeństwa.  Czyżby  Bruce  zostawił  Amber  z  powodu 
tej  szczupłej  blondynki,  która  przy  nim  siedzi?  A  może  Amber  sama  doszła  do 
wniosku, że do siebie nie pasują i postanowiła się wycofać?

Czyżby poczucie, że dokonała złego wyboru i zmarnowała życie, skłoniło ją do 

pociągnięcia za cyngiel?

Odwróciła wzrok i siłą wygnała obraz Bruce’a z myśli, próbując się skupić na 

muzyce  organowej.  Udało  jej  się  i  już  po  chwili  mogła  znowu  rozejrzeć  się  po 
zebranych w świątyni.

– Co to za ludzie w trzecim i czwartym rzędzie?
– To są jej koledzy z pracy – odparł Charlie, pochylając ku niej głowę. – Jest 

dyrektor banku, szef Amber, i jego pracownicy.

Julia przyjrzała się grupie osób, wśród których wyróżniał się wysoki, elegancki 

mężczyzna o gładko zaczesanych włosach. Zauważyła chusteczki w rękach kobiet.

Z  każdą  chwilą  rozpoznawała  nowe  twarze.  Sąsiedzi,  sprzedawcy,  krewni 

Amber  i  przyjaciele  jej  rodziców,  koledzy  ze  szkoły.  Uśmiechnęła  się  na  widok 
Mike’a Fearinga, z którym kiedyś przez krótki czas się spotykała. Obok siedzieli –
zupełnie do siebie niepodobni – bliźniacy, bracia O’Banyon. Przy nich zaś... tak, to 
jest Cathryn McGrath.

Julia była pewna, że spotka ją na pogrzebie; przecież Cathryn stale mieszka na 

wyspie. Mimo to poczuła ogromne wzruszenie na  widok od dawna nie oglądanej 
przyjaciółki. Nic dziwnego, przecież były ze sobą bardzo blisko. Jeśli się chodzi do 
klasy, w której są tylko cztery dziewczęta, nic dziwnego, że więzy są bardzo silne.

Rozejrzała  się,  wzrokiem  szukając  Lauren.  Nie  dostrzegła  jej;  Lauren  pewnie 

nie mogła przyjechać.

Rozległo  się  bicie  dzwonów.  Organista  przestał  grać  i  w  ciszy,  jaka  właśnie 

zapadła, Julia usłyszała szum liści za oknem.

Potem  organy  rozległy  się  znowu;  towarzyszył  im  teraz  głos  śpiewający 

żałobną pieśń, której słów Julia nie znała. Obecni powstali, wniesiono trumnę.

Z bijącym sercem Julia śledziła ją wzrokiem, nie mogąc uwierzyć, że asystuje 

przy pożegnaniu Amber.

Po  drodze  jej  wzrok  napotkał  czyjś  profil  i  zatrzymał  się.  Ciemnowłosy 

background image

wydawca miejscowej gazety stał lekko pochylony, spoglądając w jej stronę. Kiedy 
ich spojrzenia się spotkały, uśmiechnął się kącikiem ust. Szybko odwróciła wzrok, 
udając,  że  nic  nie spostrzegła,  ale  wiedziała,  że oszukuje  samą siebie.  Ben  Grant 
stał się integralną częścią tego dnia, a może nawet całego jej pobytu na wyspie.

Pracownicy  zakładu  pogrzebowego  ustawili  trumnę  przed  celebransem  i 

wycofali  się.  Wszyscy  z  powrotem  zajęli  miejsca.  Śpiew  umilkł  i  rozpoczęła  się 
ceremonia.

Była zdumiewająco skromna i prosta. Pastor przeczytał kilka wersów z Biblii, 

organista odśpiewał jakiś psalm, i – to  wszystko.  Julia pamiętała, że uroczystości 
pogrzebowe  zwykle  odbywały  się  na  Harmony  z  większą  pompą.  Ludzie  byli  z 
sobą bardzo związani i każde pożegnanie miało w sobie coś niezwykle uroczystego 
i osobistego. Wspominano zmarłego, wychwalano jego zasługi i długo, serdecznie 
żegnano...

Zwykle  oprócz  pastora  głos  zabierali  również  bliscy  zmarłego;  opowiadali  o 

jego życiu rzeczy smutne, poważne, a nieraz nawet zabawne i wywołujące uśmiech 
u słuchaczy.

No i muzyka. Na to Julia była wyjątkowo czuła. Przecież można by dobrać coś, 

co naprawdę pasowałoby do Amber.

Pastor pobłogosławił obecnych i mężczyźni w ciemnych garniturach wstali, by 

wynieść trumnę.

– To ma być wszystko? – zapytała Charliego, nie mogąc się powstrzymać.
Skinął głową.
–  Tak,  wziąwszy  pod  uwagę  okoliczności,  Hank  i  Vivian  postanowili  nie 

przedłużać ceremonii. Nie będzie również stypy.

Julia  westchnęła  i  spojrzała  na  rodziców  Amber,  wolno  postępujących  za 

trumną córki. Pani Loring trzymała męża mocno pod rękę, jakby się obawiała, że 
upadnie.

– Rozumiem ich – szepnęła.
Rozumiała,  ale  nie  mogła  opanować  zawodu.  Była  rozczarowana:  przecież 

Amber zasłużyła na chwilę wspomnień,  zasłużyła na to, by ktoś powiedział, jaką 
cudowną była osobą; bez tego cała ta ceremonia nie miała sensu.

Charlie  wstał  z  ławki  i  przepuścił  Julię  przed  sobą.  W  tej  samej  chwili  Ben 

Grant oderwał się od ściany i podszedł ku nim. Lekko skłonił się komendantowi.

– Dzień dobry.
Charlie  Slocum  odpowiedział  na  pozdrowienie,  nie  patrząc  w  jego  stronę. 

background image

Potem ujął Julię pod ramię i utorował jej drogę przez tłum ludzi.

–  Będziesz  musiała  sama  pojechać  na  cmentarz  –  powiedział.  –  Jestem 

policyjnym wozem i mogą w każdej chwili gdzieś mnie wezwać.

–  Dobrze.  –  Skinęła  głową,  widząc  kątem  oka,  jak  Ben  Grant  podchodzi  do 

Bruce’a Davolla i ściska mu rękę.

Czyżby mu składał kondolencje?
Wyszli na zewnątrz i Charlie włożył kapelusz.
– Zobaczymy się później.
– Może zjemy razem kolację? Ja zapraszam.

– Zgoda.
Charlie  chciał  coś  jeszcze  powiedzieć,  ale  właśnie  zjawiła  się  Cathryn.  Miała 

zaczerwienione oczy i mokre policzki. Objęła Julię i serdecznie ją ucałowała. Julia 
poczuła, że przyjaciółka drży.

–  Tak  się  cieszę,  że  cię  widzę,  Cathryn,  tylko  dlaczego...  dlaczego  w  takich 

smutnych okolicznościach...

Sięgnęła do torebki po chusteczkę, czując, że łzy napływają jej do oczu.
– Nic nie mam, może masz jakieś zapasowe...
– Tak, proszę.
Przez chwilę obie ocierały łzy.
– To straszne... – szepnęła Cathryn, pochlipując.
– Tak...
Odeszły  na  bok,  żeby  nie  tarasować  przejścia.  Cathryn  uniosła  oczy  i  przez 

krótki moment przyglądała się przyjaciółce z uwagą i podziwem.

– Jak ty cudownie wyglądasz! Podła jesteś!
Julia uśmiechnęła się do niej przez łzy.
– Ty też nic się nie zmieniłaś.
–  Nie  kłam!  Utyłam  piętnaście  kilo,  zostało  mi  po  pięć  z  każdej  ciąży.  Nie 

udawaj, że tego nie widać!

Julia  nie  odpowiedziała,  w  duszy  przyznając  jej  rację.  Cathryn  rzeczywiście 

znacznie przybrała na wadze.

Chowając chusteczkę, zauważyła, że Ben przestał już rozmawiać z Bruce’em i 

zwrócił się do kolegów Amber z pracy. Robił wrażenie człowieka niebezpiecznie 
aktywnego.  Co  on  wyprawia?  Przeprowadza  wywiady?  W  czasie  pogrzebu?  Ten 
człowiek jest naprawdę bezczelny.

– Nie wiedziałam, że przyjechałaś – dodała Cathryn,

background image

z powrotem przyciągając uwagę Julii. – Gdzie się zatrzymałaś?
Julia nie zdążyła odpowiedzieć, bo właśnie podeszli do nich Mike i bliźniacy. 

Mike został na wyspie, poszedł w ślady ojca i łowił homary, a bliźniacy mieszkali 
na kontynencie: jeden był adwokatem, drugi – inżynierem.

Przywitali  się,  ucałowali  i  Julia  jeszcze  raz  musiała  powtórzyć,  kiedy 

przyjechała, gdzie mieszka i jak długo zamierza zostać na wyspie. Obiecali sobie, 
że muszą się spotkać i zjeść razem obiad przed jej wyjazdem. Potem wszyscy trzej 
mężczyźni poszli do samochodów.

– Szkoda, że Lauren nie ma – westchnęła Cathryn.
– Myślałam, że przyjedzie.
– Ja też. – Julia skinęła głową. – Mieszka w Bostonie, prawda?
– Tak, jest jakąś bardzo ważną osobą. Dzwoniłam do niej, żeby jej powiedzieć 

o tym, co się stało z Amber, i, mówiła, że jak będzie mogła, przyjedzie na pogrzeb.

Widocznie się nie udało.
Cathryn przerwała, wyraźnie się nad czymś zastanawiając.
– Pozwól, że ci go przedstawię – rzekła nieoczekiwanie.
– Kogo?
– Bena Granta, przecież bez przerwy na niego patrzysz.
Julia zaczerwieniła się; nigdy łatwo się nie czerwieniła.
– Znasz go?
– Oczywiście, jest naczelnym naszej gazety. Pisuję do niej od czasu do czasu. –

Cathryn skinęła ku niemu głową.

– Niezły jest, prawda?

„Niezły”  to  nie  jest  właściwe  słowo  dla  kogoś  tak  pociągającego  i 

niebezpiecznego jak ten facet, pomyślała Julia.

– Jest bardzo towarzyski i świetnie gotuje – uzupełniła jej przyjaciółka.
To ostatnie zupełnie do niego nie pasowało.
– Co robi? Gotuje?
–  Tak.  Od  czasu  do  czasu  organizujemy  tu  sobie  takie  spotkania,  takie  małe 

kolacyjki, każdy po kolei wymyśla coś smakowitego. Zawsze go zapraszamy.

Julia mimo woli roześmiała się.
– Jakoś nie mogę go sobie wyobrazić w takiej roli.
– Za dobre, żeby mogło być prawdziwe, tak?
Nie mogła się powstrzymać i spytała:
– Ma tutaj kogoś? Spotyka się z kimś?

background image

–  Oczywiście,  z  mnóstwem  ludzi,  no  i  z  kobietami.  To  słynny  Don  Juan, 

zmienia  damy  jak  rękawiczki.  Boże,  gdyby  nie  to,  że  mam  męża...  –  Cathryn 
położyła  rękę  na  sercu  i  przewróciła  oczami.  –  Chodź,  poznam  was.  Mam 
przeczucie, że powinno coś z tego być.

Julia nawet nie drgnęła.
–  Nie  jestem  zainteresowana  tą  znajomością.  Zapytałam  z  czystej  ciekawości. 

Zresztą, my się już poznaliśmy.

– Kiedy?
– Na lotnisku, kiedy przyleciałam.
– Wszystko jedno, to bez znaczenia.
Julia powstrzymała ją siłą.
– Daj spokój, dlaczego tak się uparłaś? Przecież wiesz, że to bez sensu.
Ciemne oczy Cathryn spochmurniały.

– Wiem. Ty masz swoje życie, jesteś tu tylko przejazdem. Ale zrozum, ja się po 

prostu boję, że zawsze będziesz sama.

Zupełnie jakby słyszała Charliego.
–  Dziękuję za troskę, ale  nie  musisz  się o  mnie  martwić. Lubię  być sama.  W 

ciągu ostatnich siedmiu lat przeprowadziłam się pięć razy. Naprawdę myślisz, że to 
można zrobić, kiedy się ma rodzinę?

Mina Cathryn nie wróżyła nic dobrego.
– Wtedy nie ma się takiej potrzeby.
Julia ujęła ją pod ramię.
– Nie martw się o mnie – powtórzyła.
Spojrzała na parking; prawie wszystkie samochody już odjechały.
– Chodź, bo się spóźnimy na pogrzeb.

Wyspa  Harmony  powitała  pierwszych  angielskich  osadników  w  1600  roku; 

było to jedenastu śmiałków gotowych rozpocząć nowe życie na nieznanym lądzie, 
w  zgodzie  z  naturą  i  tubylcami. Prawie  im  się  to  udało,  jeśli nie  liczyć  faktu,  że 
przywlekli z sobą ospę i zarazili nią całą miejscową populację. Z czasem wszystko 
jakoś  się  ułożyło  i  miejscowa  ludność  zgodnie  pielęgnowała  kamienne  nagrobki 
tubylców  i  przybyszów  w  dobrze  rozumianej  trosce  o  przeszłość  i  dziedzictwo 
historyczne.

Julia i Cathryn nie zwracały jednak uwagi na napisy zdobiące tablice; zbyt były 

background image

pochłonięte rozmową o zmarłej przyjaciółce.

– Często ją ostatnio widywałaś?
–  Nie  tak  często,  jak  można  by  się  spodziewać.  Amber  była  strasznie  zajęta 

pracą,  domem  i  rodziną.  Przyjaźniła  się  z  ludźmi,  z  którymi  pracowała,  i  często 
gdzieś razem chodzili.

– Spotykała się z mężczyznami?
–  Nie,  o  ile  wiem,  nie  miała  męskich  przyjaźni.  Jak  to  się  mówi  „wyszła  z 

obiegu”.

– W jakim była nastroju?
–  Całkiem  niezłym,  do  głowy  mi  nie  przyszło,  że  tak  strasznie  przeżywa  ten 

rozwód. Mam okropne wyrzuty sumienia, że nie zrobiłam nic, żeby jej pomóc.

– Ja też. Nawet nie wiedziałam, że się rozwodzi.
Julia głęboko westchnęła.
– Nie zawiadomiła cię o tym, bo była zbyt dumna – rzekła zamyślonym głosem 

Cathryn.  –  Nie  chciała  się  przyznać,  że  jej  małżeństwo  okazało  się 
nieporozumieniem. Między nami mówiąc, wcale się nie zmartwiłam tym, że oni się 
rozstają. Przecież ten Bruce Davoll to bydlak.

Julia  spojrzała  na  nią  ze  zdziwieniem.  Dawniej  Cathryn  nigdy  nie  używała 

takich słów.

– Może byśmy w tym tygodniu zjadły razem lunch?
– zaproponowała. – Wydaje mi się, że powinnyśmy o tym wszystkim spokojnie 

porozmawiać.

– Przyjdź do mnie dzisiaj, cały dzień siedzę w domu.
Odbiorę tylko mojego najmłodszego z przedszkola.
– Nie chciałabym przeszkadzać.
– W takim razie załatwione, dzisiaj u mnie.
Żałobnicy zatrzymali się przy grobie i pastor zaczął odmawiać modlitwę. Julia 

spojrzała na trumnę i spróbowała skupić myśli na nieżyjącej przyjaciółce, lecz cała 
ta scena miała w sobie coś tak nierealnego, że jej myśli znowu się rozpierzchły.

Zaczęła błądzić wzrokiem po otaczających ją twarzach. Jej uwagę przyciągnęła 

dziewczyna  towarzysząca  Bruce’owi.  Julia  była  pewna,  że  ją  zna,  nie  wiedziała 
tylko skąd. Gdzieś już widziała te wielkie, niebieskie oczy...

Nicole.  Imię  pojawiło  się  nagle  wraz  z  przypomnieniem.  Nicole  Normandin, 

młodsza siostra Jake’a, kolegi Julii z klasy. Tak, to ona.

–  Z  prochu  powstałeś...  –  usłyszała  głos  pastora  i  grudka  ziemi  spadła  na 

trumnę.

background image

Julia  przeniosła  spojrzenie  z  Nicole  na  Charliego,  a  następnie  na  rodziców 

Amber i na Bena Granta. Napotkała jego wzrok i natychmiast powędrowała dalej, 
ku  bliźniakom  i  kolegom  Amber  z  banku.  Potem  znowu  powróciła  wzrokiem do 
Bruce’a Davolla.

– ... i w proch się obrócisz – zaintonował pastor.
Julia spojrzała na trumnę Amber.
Nie rozumiem, dlaczego umarłaś, kochanie, ale prędzej czy później się dowiem, 

przysięgam.

– Już po wszystkim – oznajmiła gorzko Cathryn. – Szybko i sprawnie.
Julia rozczarowana rozejrzała się wokół. Ludzie się rozchodzili, tylko nieliczni 

się zbliżali do rodziców zmarłej.

– Niedługo do ciebie przyjdę – rzekła Julia do Cathryn, czując, że przyjaciółka 

bardzo się śpieszy – tylko złożę kondolencje państwu Loring.

Rodzice  Amber  właśnie  z  kimś  rozmawiali.  Na  widok  Julii  pani  Loring 

zamrugała zaczerwienionymi oczami.

– To Julia – powiedziała do męża. – Och, kochanie...

Julia objęła ją mocno i usłyszała głuchy szloch. Siłą powstrzymała się, żeby nie 

wybuchnąć płaczem.

– Vivien, uspokój się – odezwał się pan Loring. – Przestań już.
–  Jest  mi  tak  strasznie  przykro  –  wyjąkała  Julia.  –  Zupełnie  nie  wiem,  co 

powiedzieć...

Matka  Amber  odgarnęła  jej  włosy  z  twarzy,  tak  jak  to  robiła,  kiedy  obie  z 

Amber były małymi dziewczynkami.

– Nie musisz nic mówić – załkała. – Przyjechałaś specjalnie... po to?
Julia skinęła głową.
– Amber bardzo by się ucieszyła...
Łzy znowu popłynęły po policzkach pani Loring.
–  Zostanę  tu  dwa  tygodnie  –  oznajmiła  Julia.  –  Odwiedzę  państwa  któregoś 

dnia. Zatrzymałam się w domu Prestona Fincha, gdybym była potrzebna...

– Dziękujemy ci, koniecznie do nas wpadnij.
– Na pewno.
Nic  się  nie  dzieje  bez  powodu,  pomyślała  Julia.  Amber  jest  teraz  w  lepszym 

świecie, nie męczy się tak, jak ostatnio męczyła się tutaj.

Poczuła, że ogarniają niemoc i gniew. Ostatnim spojrzeniem obrzuciła trumnę i 

poszła w kierunku skromnej kamiennej tabliczki, na której wyryto napis „Patricia 

background image

Lewis”. Ogarnęła trochę grób, odmówiła krótką modlitwę,  a kiedy się odwróciła, 
ujrzała stojącego obok Bena Granta w rozpiętej marynarce.

– To grób matki? – zapytał.
– Tak.
– Serdecznie współczuję.

Mimo  że  słowa  współczucia  były  znacznie  opóźnione  w  stosunku  do  faktu, 

zabrzmiała w nich szczerość.

– Dziękuję.
– Musiało ci być trudno, straciłaś matkę w tak młodym wieku...
Podszedł bliżej i Julia poczuła zapach dobrej wody po goleniu.
– Na co umarła?
–  Dokładnie  nie  wiadomo.  To  była  bardzo  ciężka  zima,  mama  stale  była 

przeziębiona, potem dostała zapalenia płuc, ale nie chciała się położyć, bo musiała 
pracować.

Julia próbowała jej pomóc; opiekowała się dziećmi sąsiadów, ale dostawała za 

to grosze i nie mogły związać końca z końcem.

– Pewnego dnia serce nie wytrzymało... i odeszła.
Zapadła cisza; słychać było tylko odległy szum fal i ciche brzęczenie owadów.
– Chciałaś ze mną porozmawiać – przypomniał po chwili Ben.
Julia wzięła głęboki oddech, próbując wrócić myślami do sprawy, którą z nim 

chciała omówić.

–  Tak.  Dziękuję,  że  na  mnie  zaczekałeś.  Chciałam  porozmawiać  o  Charliem 

Slocumie i o tym, co do mnie dotarło z waszej wczorajszej rozmowy na lotnisku.

Z twarzy Bena nie można było nic wyczytać.
– Dlaczego chcesz o tym mówić?
– Jesteśmy bardzo zaprzyjaźnieni i jeśli masz coś do Charliego, chciałabym o 

tym wiedzieć.

– Po co?

– Może jestem w stanie właściwie naświetlić ci to, co cię interesuje.
Spojrzał na nią z powątpiewaniem.
– Chętnie cię wysłucham.
Julia spojrzała mu w oczy.
– Przejdźmy od razu do rzeczy. Nie podoba ci się sposób, w jaki on prowadzi 

sprawę Amber.

background image

– Właśnie.
– A czego oczekiwałeś?
Ben spoważniał.
– W przypadku samobójstw zwykle dopełnia się tych samych formalności, co w 

przypadku morderstwa. Wiesz o tym, prawda?

Julia bez przekonania skinęła głową. Słowo „morderstwo” uderzyło ją jak bryła 

lodu i głuchym echem rozległo się w duszy.

–  Komendant  Slocum  postąpił  inaczej.  Nie  zrobił  wielu  rutynowych  rzeczy, 

może dlatego, że przyjaźni się z rodzicami zmarłej...

Julia przerwała mu.
– O co właściwie ci chodzi? Czego konkretnie zaniedbał?
Ben odwrócił wzrok.
– Nie zlecił sekcji zwłok.
Wysoko uniosła głowę i spojrzała na mężczyznę pogardliwie.
– No i co z tego?
– Postąpił niewłaściwie.
–  Postąpił  jak  człowiek,  który  się  liczy  z  cierpieniem  innych  ludzi.  Państwo 

Loring przeżywają tragedię, Charlie postanowił choć trochę im ulżyć. – Spojrzała 
na niego spod oka. – A może myślisz, że sekcja to dla najbliższych nic takiego?

– Myślę, że sekcja jest koniecznym wymogiem śledczej procedury.
Julia nie zamierzała ustępować.
– Gdyby była taka konieczność, władze stanowe same by zarządziły autopsję.
– Niekoniecznie.
Odrzuciła włosy na ramiona.
– W dalszym ciągu nie bardzo rozumiem, o co ci właściwie chodzi.
–  Mam  po  prostu  kilka  pytań.  Dlaczego  nie  dokonano  dokładnych  oględzin 

miejsca  wypadku?  Dlaczego  nie  zdjęto  odcisków  palców  ze  sprzętów  w  całym 
domu? Dlaczego nie wysłano próbek krwi do laboratorium?

– Skąd ty to wszystko wiesz?
– Sprawdziłem.
– Sprawdziłeś... – powtórzyła przeciągle.
– Tak.
Nie dodał nic więcej; nie powiedział, w jaki sposób tego dokonał.
–  Wiele  osób  zapewne  uzna,  że  Charlie  postąpił  słusznie  i  że  wykazał  wiele 

zdrowego  rozsądku, nie  wydając  pieniędzy  na  niepotrzebne rzeczy –  powiedziała 
Julia opanowanym głosem.

background image

–  Skąd  można  wiedzieć, że to  niepotrzebne? Może gdyby zrobiono  te  rzeczy, 

okazałyby się bardzo potrzebne?

Roześmiała się z przymusem.
– A w tym konkretnym przypadku, co twoim zdaniem dałoby zdjęcie odcisków 

palców? Dowiodłoby, że ktoś inny pociągnął za cyngiel?

Ben  nie  odpowiedział.  Spojrzał  na  nią  tak  dziwnie,  że  krew  odpłynęła  jej  z 

policzków. Czy on naprawdę... czy on podejrzewa...

–  To  absurd!  Na  Harmony  od  osiemdziesięciu  kilku  lat  nikt  nikogo  nie 

zamordował!

– Dokładnie od osiemdziesięciu trzech.
Miała ochotę go kopnąć.
–  Zresztą  –  dodał  Ben  obojętnym  tonem  –  ja  wcale  nie  wspomniałem  o 

morderstwie.

– Ale przecież cały czas to sugerujesz.
– Nie.
– O co ci w takim razie chodzi?
Milczał.
–  Wiem  –  zaczęła  po  chwili  Julia  w  przedłużającej  się  ciszy  –  że  jakiś  czas

temu napisałeś coś niepochlebnego o miejscowym komendancie policji. Czy teraz 
zamierzasz  uczynić  to  samo?  Chcesz  wykorzystać  ten  przypadek  i  narobić  mu 
kłopotów?

– Może, jeszcze nie wiem.
– Jako przyjaciółka Charliego jestem temu przeciwna. Jako przyjaciółka Amber 

będę boleśnie zraniona.

– Rozumiem, ale...
– Nie rozumiesz! Nigdy nie zrozumiesz, co czują jej rodzice.
– Staram się...
– Nieprawda! Nic cię to nie obchodzi!
– Dlaczego tak mówisz?
–  Jesteś  jednym  z  tych  dziennikarzy,  którzy  dla  sensacji  zrobią  wszystko. 

Przejdą  po  trupach  i  wejdą  z  buciorami  do  cudzej  duszy,  żeby  tylko  mieć 
odpowiedni  tytuł  w  swojej  gazecie.  Czy  ty  myślisz,  że  dostaniesz  za  to  nagrodę 
Pulitzera?

– Nie potrzebuję Pulitzera.
– Akurat!
– Już raz go dostałem.

background image

Strzał był celny. Przez chwilę nie wiedziała, co odpowiedzieć.
– Zamknij usta, strasznie głupio wyglądasz.
Posłuchała go i usiłowała się opanować. Co z tego, że kiedyś dostał największą 

nagrodę,  jaką  dostać  może  dziennikarz?  Przecież  to  nie  znaczy,  że  nie  może  się 
mylić. Zresztą może on kłamie.

–  Jeśli  nie  robisz  tego  dla  sensacji,  to  dlaczego  to  robisz?  Dlaczego 

prześladujesz  dobrych,  uczciwych  ludzi  takich  jak  Charlie,  jak  państwo  Loring? 
Oni nie potrzebują żadnej afery.

Ben przeczesał ręką włosy.
– Dręczy mnie to. Cała ta sytuacja nie daje mi spokoju. Dlatego to robię.
Spojrzała na niego niechętnie.
– Chodzi ci o spokój sumienia, o prawdę i o sprawiedliwość? Znam pewnego 

naprawdę sprawiedliwego człowieka i muszę powiedzieć, że nie jesteś godny, żeby 
mu sznurować buty.

Ben machnął ręką.
– Może byśmy dali temu spokój...
Nie chciała spokoju, chciała wyładować swój gniew. Ben Grant postanowił do 

tego nie dopuścić.

–  Wiem,  że  Charlie  jest  dla  ciebie  kimś  bardzo  ważnym  –  powiedział 

polubownie.  Chciała  mu  przerwać,  ale  nie  dopuścił  jej  do  głosu.  –  I  dlatego  tak 
trudno ci jest zrozumieć moje stanowisko. Musisz jednak wiedzieć, że Charlie nie 
pierwszy  raz  dopuszcza  do  pewnych  zaniedbań.  Pisałem  już  o  tym,  jak  wiesz. 
Opublikowałem  wszystkie  listy  od  czytelników,  jakie  nadeszły  w  odpowiedzi. 
Próbuję być obiektywny.

– Dlaczego tak się upierasz, że to nie było samobójstwo?
– Nie upieram się, chciałbym tylko zobaczyć dowody.
Nie mogę... nie mogę tego tak zostawić.
Julia westchnęła. Przecież to i tak nic nie zmieni.
–  Nie  mogę  o  tym  zapomnieć  – mówił  dalej  Ben  –  muszę  zadawać pytania  i 

będę to robił. Charlie Slocum mi w tym nie przeszkodzi.

Spojrzała na niego z bólem w oczach.
– Dlaczego? – zapytała cicho.
Spojrzał na nią zmęczonym wzrokiem.
– Nie mogę inaczej.
Mimo  woli  poczuła  coś  jakby  podziw.  Gdyby  spotkali  się  w  innych 

background image

okolicznościach, gdzie indziej, w jakimś innym świecie...

Potrząsnęła głową.
– Coś ci powiem. Nie musisz mi wierzyć, nie znasz mnie przecież, ale spróbuj 

mnie wysłuchać.

– Ja słucham każdego.
– W takim razie posłuchaj, co ci powiem. Ja rozumiem, że dla kogoś z zewnątrz 

pewne sprawy...

– Dla kogoś z zewnątrz? – Brwi Bena uniosły się.
– Z kontynentu, ze Stanów. Ja nie zamierzam pochwalać anarchii ani samosądu, 

ale to jest mała społeczność, Ben. Wszyscy się znają od pokoleń. Jesteśmy w stanie 
rozwiązywać  nasze  problemy  bez  udziału  biurokracji  z  zewnątrz.  Zbytnie 
formalizowanie nieraz tylko wszystko komplikuje i pogarsza.

Widać było, że go uraziła, usuwając poza obręb wyspiarskiej społeczności.
–  Charlie  to  bardzo  mądry  człowiek  –  ciągnęła.  –  Jest  bardzo  doświadczony, 

pracuje w policji od trzydziestu pięciu lat i jeśli ocenia sytuację w jakiś konkretny 
sposób, możesz być pewien, że ma rację.

–  Chciałbym  ci  wierzyć.  Jestem  pewien,  że  kiedyś  był  naprawdę  dobrym 

policjantem, ale to już dawne czasy.

Teraz, kiedy stracił cały zapał, chęć i...
– .. . żonę – dokończyła z goryczą w głosie.
Ben zamrugał oczami.
– Co takiego?
– Jego żona umarła dwa lata temu, nie wiedziałeś?
– Tak, słyszałem.
– Naprawdę nie jesteś w stanie go zrozumieć?
Ben milczał; odpowiedź odczytała w jego wzroku i nagle wszystko, co w niej 

obudził w czasie tej rozmowy, gdzieś się ulotniło.

– Rozumiem. Jesteś gotów iść po trupach.
– Po prostu sądzę, że ta wyspa zasłużyła sobie na kogoś lepszego.
Spojrzała na niego bez uśmiechu, nie siliła się nawet na uprzejmość.
– W takim razie zostaw w swojej gazecie dużo miejsca na korespondencję od 

czytelników.

– Dlaczego? Zamierzasz coś napisać?
– Owszem, i możesz być pewien, że pójdzie ci w pięty.
Nieoczekiwanie  się  uśmiechnął  i  jego  uśmiech  w  jakiś  cudowny  sposób 

background image

przekształcił całą jego twarz.

– Jestem do usług – oznajmił.
Nie  mówiąc  do  siebie  nic  więcej,  wolnym  krokiem  skierowali  się  w  stronę 

samochodów stojących za ogrodzeniem cmentarza.

– Byłaś druhną na ślubie Amber?
– Tak – odrzekła automatycznie. Skąd on to wie? Nie na darmo dostał kiedyś 

nagrodę Pulitzera.

– Byłaś z nią w kontakcie?
– Od czasu do czasu. A ty ją znałeś?
–  Trochę.  Lepiej  znam  jej  męża.  Gramy  w  koszykówkę,  jesteśmy  w 

przeciwnych drużynach.

Cmentarz  był  pusty.  Przy  grobie  Amber  został  tylko  grabarz.  Julia  uniosła 

wzrok na Bena.

– Jak myślisz, dlaczego ona to zrobiła?
– Dziwne. Właśnie miałem cię zapytać o to samo.
Spojrzeli  sobie  w  oczy  i  Julia  zrozumiała,  że  w  gruncie  rzeczy  Ben  szuka 

odpowiedzi na te same pytania co ona.

– Robi się chłodno – powiedział.
– Tak. – Rozejrzała się, a potem spojrzała na jasnobłękitne niebo. – Szkoda, że 

to wrzesień.

– Rozumiem, że kiedy się przyjeżdża z Kalifornii, chciałoby się, żeby wszędzie 

był lipiec.

– Nie rozumiesz. Jesień to moja ulubiona pora roku.
Dlatego to wszystko jest jeszcze bardziej ciężkie.
Szybko otworzyła drzwi starego pontiaca.
–  Muszę  jechać,  umówiłam  się  na  lunch  z  przyjaciółką.  –  Wsiadła  do 

samochodu.  –  Mam  nadzieję,  że  sobie  przemyślisz  sprawę  Charliego  –  dodała, 
wychylając się ku niemu przez okno.

Ben lekko pokręcił głową.
– Zdania i tak nie zmienię, to byłoby wbrew mojemu sumieniu...
– Mylisz się, bardzo się mylisz.
W milczeniu odsunął się od samochodu i patrzył, jak odjeżdża. Julia spojrzała 

na  niego  w  lusterku  i  wyraz  jego  twarzy  powiedział  jej  więcej  niż  jakiekolwiek 
słowa.

background image

5

Z ulgą wróciła do siedziby na wzgórzu, która na przeciąg dwóch tygodni miała 

się stać jej domem. Prosto z cmentarza pojechała do Cathryn i zjadła lunch z nią i 
jej uroczymi dziećmi. Potem rysowała z nimi jesienne liście i przyklejała rysunki 
na  oknach  jadalni,  zachwycała  się  okiennymi  zasłonami  i  kapami,  które  Cathryn 
sama szyła i haftowała.

Potem wypiła filiżankę kawy i zjadła kilka pysznych czekoladowych ciasteczek 

roboty pani domu, a potem obejrzała jej ogród i szczerze podziwiała hodowlę róż.

A  mimo  to  do  swojej  samotni  wróciła  z  westchnieniem  ulgi,  szczęśliwa,  że 

nareszcie  może  być  sama  ze  swymi  myślami.  To,  co  Cathryn  powiedziała  jej  o 
Amber, kiedy na chwilę zostały same, wytrąciło ją z równowagi.

– Wiedziałaś, że Bruce ją bił?

Julia miała wrażenie, że kuchnia nagle zawirowała.
– Chyba... żartujesz...
– Niestety, nie. Podłe bydlę.
Cathryn  zauważyła,  że  jej  słowa  wywarły  na  przyjaciółce  wstrząsające 

wrażenie. Ujęła jej rękę.

– Nie chciałam cię martwić, Julio. O ile wiem, to się zdarzało niezbyt często i 

nie było bardzo dotkliwe, ale...

Na szczęście, postanowiła od niego odejść.
Nie było to bardzo pocieszające.
Na prośbę Julii opowiedziała, jak Amber przychodziła do niej po radę i pomoc. 

Jak  początkowo  nie  chciała  nawet  słyszeć  o  opuszczeniu  Bruce’a,  jak  się 
dopytywała, co Cathryn robi, że jej małżeństwo jest takie dobre.

–  To  było  naprawdę  strasznie  przygnębiające.  Brała  ode  mnie  przepisy 

kucharskie, zupełnie jakby to mogło coś zmienić.

Julia  poczuła,  jak  serce  jej  się  ściska  na  myśl  o  tej  nowej  Amber,  której  nie 

znała. Przecież Amber zawsze była tak bardzo pewna siebie, zwłaszcza wobec osób 
płci odmiennej. Widocznie ten bydlak potrafił nawet jej odebrać wiarę we własne 
siły.

– Wszystko przez tę jego dziką zaborczość, prawda?
– spytała Julia, przypominając sobie epizod z wesela.
Cathryn ponuro skinęła głową.

background image

–  Pierwszy  raz  usłyszałam,  że  coś  jest  nie  tak,  kiedy  kupili  dom  i  zaczęli  go 

urządzać. Amber szalała z radości.

Pewnego dnia Bruce przyszedł i zrobił jej scenę, mówiąc, że pośrednik się do 

niej zaleca. Wyrzucił go za drzwi, a potem wziął się do niej.

–  O  Boże...  –  jęknęła  Julia,  wyobrażając  sobie,  co  to  może  oznaczać  w 

wykonaniu kogoś, kto waży sto kilogramów i składa się z samych mięśni.

– Potem to się powtarzało. Jak jakiś facet szedł po tej samej stronie ulicy, Bruce 

robił awanturę, że mają romans.

Co gorsza, utrzymywał, że to ona go sprowokowała.
Wszystko urojenia. Znasz Amber i wiesz, jaka była otwarta i serdeczna. Wobec 

wszystkich. Później zaobserwowałam w niej pewne zmiany. Nie przychodziła już 
do mnie pytać o radę. Przestała widywać się z ludźmi, nie była już taka towarzyska 
jak  dawniej.  Jasne,  że  robiła  to  wszystko  dla  niego,  ale  on  wcale  nie  był 
zadowolony.  Przez  ostatnie  lata  żyła  w  stałym  napięciu.  To  było  nie  do 
wytrzymania.

Pocieszające w jej opowieści było jedynie to, że Amber postawiła na swoim i 

nie  zrezygnowała  z  pracy.  Mąż  żądał,  by  odeszła  z  banku  i  zaczęła  pracować  w 
jego  barze.  I  tak  prowadziła  mu  już  księgowość,  lecz  chciał,  żeby  oprócz  tego 
pracowała u niego jako kelnerka. Stanowczo odmówiła, i to ostatecznie ich z sobą 
skłóciło.

– Decyzję o rozwodzie podjęła z wielkim trudem – ciągnęła Cathryn. – Kiedy 

się  z  nią  spotkałam,  była  bardzo  zdenerwowana  i  niepewna,  czy  dobrze  robi.  Z 
Bruce’em  wiele  ją  łączyło.  Po  pewnym  czasie  okrzepła  i  przestała  się  wahać. 
Wynajęła adwokata i sprawa ruszyła naprzód.

Na  nieszczęście,  kłopoty  Amber  na  tym  się  nie  skończyły.  Bruce  stale  ją 

nachodził z nowymi pretensjami; powodem przedłużania się procesu rozwodowego 
stały się nie rozwiązane sprawy majątkowe.

–  Amber znosiła  to  wyjątkowo dobrze. Tak  jakby wraz  z  decyzją  o  rozstaniu 

spadł  jej  kamień  z  serca.  Miałam  wrażenie,  że  znowu  stała  się  dawną  Amber, 
znowu była sobą.

Dlaczego w takim razie pociągnęła za cyngiel? To pytanie dręczyło Julię przez 

drogę  powrotną  i  nie  dawało  spokoju  po  powrocie  do  domu  pod  radiowym 
masztem.  Czy  Bruce  po  rozstaniu  w  dalszym  ciągu  dręczył  żonę?  Czy 
prześladował  ją  tak  strasznie,  że  nie  widziała  innego  sposobu  ucieczki  przed 
koszmarem, jak odebranie sobie życia?

Przebrała się w dżinsy i sweter, wyszczotkowała włosy i spięła je na karku.

background image

Może  Cathryn  niewłaściwie  rozumiała  zachowanie  Amber?  Może  Amber 

ostatnio przez cały czas była w złym stanie psychicznym, może depresja wcale nie 
minęła...

Przecież Cathryn sama powiedziała, że Amber przestała bywać w towarzystwie. 

Musiała się czuć strasznie samotna, zwłaszcza kiedy zobaczyła Nicole Normandin 
u  boku  Bruce’a...  Mogła  przecież  również  poczuć  się  zagrożona  pod  względem 
materialnym.

Wynajdując  coraz  to  nowe  powody  desperackiego  kroku  przyjaciółki,  Julia 

wyszła  z  sypialni.  Nieoczekiwanie  Amber  stała  się  dla  niej  zagadką  i  jednym 
wielkim znakiem zapytania.

Weszła do kuchni i zerknęła na zegar; dochodziło wpół do szóstej. Przyrządziła 

zupę  pomidorową  z  puszki,  nalała  zimnego  mleka do  szklanki,  usmażyła  omlet  i 
posmarowała pajdę chleba masłem. Postawiła wszystko na tacy i skierowała się w 
stronę  oszklonego  pawilonu  prowadzącego  do  studia.  Nie  rozumiała,  dlaczego  to 
robi; po prostu wiedziała, że tam jej będzie najlepiej.

W zaniedbanym pomieszczeniu panował półmrok.

Przetarła  brudne  szyby  i  nieco  światła  wsączyło  się  do  środka.  Zasiadła  do 

posiłku w miejscu, na które padał jeden z ostatnich promieni zachodzącego słońca i 
z przykrością spostrzegła, że światło wydobyło na jaw grube pokłady kurzu.

Szybko  zjadła  zupę  i  poszła  do  kuchni  po  szmaty  i  kubeł  z  wodą.  Starannie 

przetarła  stół  i  mikrofon,  a  potem  wzięła  się  do  aparatu  telefonicznego, 
magnetofonów,  krzeseł,  framug  i  całej  reszty.  Pod  energicznymi  ruchami  jej  rąk 
szara  warstwa  znikała, z  zapomnienia  wydobywały  się  dobrze  znane  przedmioty. 
Zupełnie  jakby  za  jakimś  tajemniczym  podszeptem  nagle  zaczęła  ożywać 
przeszłość.

Tymczasem słońce  zaszło,  ostatnim różowym  blaskiem  oświetlając  wzgórza  i 

morskie fale. Widok był tak przepiękny, że Julia zamarła w pół ruchu i zapatrzyła 
się w obraz, który miała przed sobą. Ostry ból uświadomił jej, że Amber już nigdy 
tego nie zobaczy. Szybko znowu zabrała się do sprzątania i ból na chwilę zniknął.

Znalazła  w  schowku  odkurzacz  i  oczyściła  podłogę  i  półki  z  taśmami. 

Następnie,  czując, że jej  zapał  maleje, odniosła wszystko  z powrotem  do  kuchni. 
Napełniła  szklankę  winem  i  wróciła  do  studia.  Zupełnie  machinalnie  zasiadła  na 
swoim dawnym miejscu przed konsolą.

Na swoim dawnym miejscu, na swoim miejscu...
Sączyła  wino,  patrząc  na  zachodzące  słońce,  a  potem  w  nagle  pociemniałe 

background image

niebo.  W  oddali  zapaliły  się  światła.  Srebrna  wstęga  latarni  morskiej  oświetliła 
kawał morza i ześliznęła się po skałach.

Nagle zrozumiała, dlaczego tak starannie oczyściła studio: musiała zrobić coś, 

co  rozładuje  emocje  nagromadzone  w  ciągu  tego  przygnębiającego  dnia.  Musi... 
musi wyjść w eter, poruszyć radiowe fale.

Jak w transie podeszła do nadajnika i włączyła go.
– Chyba zwariowałam...
Automatycznie  nacisnęła przycisk i  zapaliła żółte światełko. Wieczornej ciszy 

nie zakłócał żaden dźwięk i wyraźnie słyszała wibrację masztu znajdującego się w 
odległości dziesięciu metrów od niej. Zupełnie jakby był żywą istotą, z którą łączy 
ją jakaś niewidzialna więź.

Sięgnęła  do  plastikowego  pudła,  wyjęła  z  niego  notatnik,  w  którym  Preston 

zapisywał pory nadawania, czas trwania audycji i częstotliwość. Wpisała dokładną 
godzinę i określiła przypuszczalny czas emisji.

Podeszła do półek i przebiegła wzrokiem po grzbietach pudełek ze szpulami i 

płytami.  Wybrała  kilka  z  nich  i  położyła  na  podłodze  obok  swojego  krzesła. 
Przypomniała sobie, że wzięła z sobą do samolotu kilka nagrań i poszła po nie do 
sypialni.

Kiedy wróciła, zegar wskazywał szóstą czterdzieści dziewięć. Poczuła, jak wali 

jej serce, a żołądek ściska się boleśnie. Już nic nie oddziela jej od mikrofonu; tutaj 
nie ma reklam ani przerw na drobne ogłoszenia. Nie ma nic, tylko ona.

Nic nie szkodzi, powiedziała do siebie uspokajająco; nie panikuj, i tak nikt cię 

nie usłyszy. Przecież nikomu nawet do głowy nie przyjdzie, że dzisiaj ktoś może 
nadawać ze studia Prestona.

Nie  mogła  się  skupić  nad  wyborem  muzyki.  Ręką  machinalnie  pogrzebała  w 

stosie płyt; zegar tykał i czas rozpoczęcia audycji zbliżał się nieubłaganie.

Niemal na oślep natrafiła na płytę z największymi przebojami Johna Denvera. 

Dziwna zbieżność losów spadła na nią jak grom: John Denver, zupełnie jak Amber, 
też zginął śmiercią tragiczną.

Włożyła  słuchawki,  nastawiła  płytę  i  zawisła  wzrokiem  na  wskazówkach 

zegara.

Nerwy  miała napięte  do  granic  wytrzymałości.  Dokładnie o  siódmej  włączyła 

mikrofon i opanowanym głosem wyrecytowała:

– Tutaj radio wyspy Harmony, własność Prestona Fincha, nadajemy na falach o 

częstotliwości  91,2  megaherca  zgodnie  z  obowiązującą  ustawą  o  mediach  i 

background image

radiostacjach prywatnych. Jesteśmy radiostacją niekomercyjną nadającą programy 
w ramach Atlantic Network News. Rozpoczynamy naszą codzienną audycję.

Włączyła muzykę i nieco się uspokoiła. Czuła, że serce przestaje jej walić jak 

oszalałe,  ręką  powoli  przetarła  czoło.  Kiedy  melodia  się  skończyła,  nastawiła 
następną płytę. Tym razem były to „Światła portu”, piosenka z czasu drugiej wojny 
światowej. Oparła się wygodnie i z przyjemnością wysłuchała utworu do końca.

Wybrała  album Johna Denvera zupełnie przypadkowo, ale teraz nie mogła się 

nie  uśmiechnąć  do  samej  siebie.  Słowa  piosenki  mówiącej  o  powrocie  do  domu 
wydały jej się bardzo znaczące. Podświadomość najwyraźniej cały czas pracowała.

Muzyka ucichła.
–  Dobry  wieczór  –  powiedziała  swobodnym  głosem.  –  Witam  wszystkich 

słuchaczy.  Słuchali  państwo  piosenek  Johna  Denvera  z  początku  lat 
siedemdziesiątych.  Mówi  do  was  Julia  Lewis.  Zastępuję  dziś  Prestona  Fincha, 
który  niedawno  wyjechał  na  wakacje.  Będę  z  państwem  przez  następne  trzy 
godziny. Razem  będziemy  słuchali  wspaniałych nagrań, jak  to  zwykle  w naszym 
radio.  Proponuję  wyłączyć  telewizor,  nalać  sobie  kieliszek  wina  i  usiąść  przy 
odbiorniku. Zostańcie ze mną.

Zapisała tytuł następnej piosenki i odczekała chwilę.
–  Jest  godzina  siódma  dwadzieścia,  dwudziestego  dziewiątego  września.  Jest 

cudowny wieczór, świecą gwiazdy i księżyc, niebo jest czyste i wielkimi krokami 
zbliża się październik. Czujecie to, prawda?

Poczuła,  że  nerwy  ustępują,  serce  bije  wolno  i  rytmicznie,  a  skurcz  żołądka 

gdzieś zanika.

– W takim razie teraz Roger Williams zaśpiewa nam coś o jesieni.
Rozległy  się  dźwięki  muzyki  i  w  tej  samej  chwili  zapaliło  się  światełko  przy 

aparacie telefonicznym. Julia zmarszczyła brwi. To na pewno jakaś pomyłka.

– Słucham? – spytała niepewnym głosem.
–  Cześć,  właśnie  wynosiłem  śmieci  i  zobaczyłem,  że  czerwone  światełko  na 

maszcie się pali.

Czerwone  światełko!  Zapomniała,  że  podczas  nadawania  zawsze  się  pali 

czerwone światełko!

Preston zapalał je nie ze względu na samoloty, maszt był na to za niski; zapalał 

je dla swoich słuchaczy, którym w ten sposób sygnalizował, że stacja funkcjonuje i 
można  posłuchać  muzyki.  Ludzie  z  okien  mogli  dostrzec  jego  sygnał  i  włączyć 
radioodbiorniki.

– Nigdy cię chyba nie słyszałem. Kim jesteś?

background image

W głosie dzwoniącego zabrzmiało prawdziwe zainteresowanie.
– Nazywam się Julia Lewis, zastępuję dzisiaj Prestona Fincha.
– Tylko dzisiaj?
– Tak.
– Masz cudowny radiowy głos.
– Bardzo dziękuję.
Uśmiechnęła się na dźwięk dobrze znanego komplementu.
– Ale kim jesteś? Powiedz o sobie kilka słów.
Julia spojrzała na stoper.
– Nie będziesz miał  nic przeciwko temu, jeśli  odpowiem ci  w  trakcie trwania 

audycji?

– Nic a nic. Miło mi się rozmawiało, nazywam się Norm Silvia.
Muzyka właśnie ucichła.
– Zadzwonił do mnie przed chwilą pewien słuchacz – zaczęła Julia, wkładając 

jednocześnie płytę z powrotem do koperty – który mnie zapytał, kim jestem. Zaraz 
mu  odpowiem.  Nazywam  się  Julia  Lewis  i  od  siedmiu  lat  pracuję  jako  radiowa 
prezenterka muzyki. Dawno temu, kiedy chodziłam jeszcze do szkoły, pracowałam 
w radio Harmony. Prowadziłam audycję pod tytułem „Popołudnie z Julią” i przez 
dwie  godziny  codziennie  torturowałam  mieszkańców  naszej  wyspy  muzyką 
rockową.

Wsunęła kasetę do magnetofonu i mówiła dalej:
–  Potem  nieco  zmieniłam  repertuar.  Nadawałam  jazz,  muzykę  country,  nieco 

lżejszy rock. Dzisiaj zamierzam zaproponować wam mieszankę różnych melodii; w 
zbiorach Prestona znajdziemy wszystko. Proponuję zatem dorzucić kolejne polano 
do kominka, objąć kogoś bardzo miłego i wysłuchać następnej piosenki. Zostańcie 
ze mną.

Rozległy się dźwięki „Tonight, Tonight” w wykonaniu Mello-Kings. Światełko 

zapaliło się znowu. Tym razem to już na pewno musi być pomyłka.

– Halo?
– Cześć, Julia, mówi Mike Fearing.
Kolega z klasy, którego spotkała na pogrzebie Amber.
– Cześć! Miło cię słyszeć.
– Dzwonię w dwóch sprawach. Po pierwsze, chciałem ci powiedzieć, że jesteś 

wspaniała, po prostu cudowna, zupełnie jakby od czasów „Popołudnia z Julią” nic 
się nie zmieniło, a po drugie...

background image

Julia pociągnęła łyk wina.
– Tak?
– Możesz zagrać coś na zamówienie?
– Oczywiście. A co byś chciał?
– Macie tam „Niezapomnianą” w wykonaniu Nata King Cole’a i jego córki?
– Chyba nie, u Prestona nie ma takich nowości. – Spojrzała w stronę półek. –

Ale mam to chyba na jednej z taśm, które przywiozłam. Zaraz ci znajdę, dobrze?

Mike przez chwilę milczał.
– A będzie można to komuś zadedykować? – zapytał po chwili.
– Jasne. Kim jest ta szczęściara?
– To nie to, co myślisz. – Mike zawahał się. – Myślałem o Amber.
Julia zesztywniała.

– Można będzie?
– Oczywiście.
– Dzięki, i do zobaczenia.
Powoli włączyła mikrofon i zamyślonym głosem zaczęła mówić:
–  Dwa  dni  temu  byłam  w  Los  Angeles,  spokojnie  sobie  pracowałam  i  nie 

podejrzewałam,  że  tak  szybko  znajdę  się  z  powrotem  na  Harmony.  Nie  mam  tu 
żadnej  rodziny,  mam  tylko  serdecznych  przyjaciół.  Myślałam,  że  tak  będzie 
zawsze, że nic się nie zmieni, i wszystko zostanie tak, jak było.

Nagle  w  piątek  dowiedziałam się,  że  moja przyjaciółka  umarła.  Przyjechałam 

na  jej  pogrzeb,  odbył  się  dzisiaj  rano.  Jak  wszyscy  się  domyślacie,  chodzi  mi  o 
Amber  Loring  Davoll.  Nie  zamierzałam  dzisiaj  o  niej  mówić,  ale  właśnie 
zadzwonił do mnie pewien słuchacz i poprosił, żebym zadedykowała jej piosenkę. 
Zaraz ją nadam, ponieważ podobnie jak ty, Mike, uważam, że Amber była i jest...

Zwiększyła  natężenie  dźwięku  i  zabrzmiał  ciepły,  głęboki  głos  Nata  King 

Cole’a:

– Niezapomniana...
Telefon znowu zamrugał.
– Tak, słucham.
– Julia! Tu Cathryn! Właśnie dzwonił do mnie Mike.
Co  ty  tam  wyprawiasz?  Przepraszam,  możesz  nie  odpowiadać,  to  głupie 

pytanie. Jesteś cudowna! Nie wiem, co powiedzieć. Zaraz dzwonię do mojej mamy, 
żeby włączyła radio. Pa! Do zobaczenia.

Pierwsza godzina programu z wolna dobiegała końca, kiedy telefon odezwał się 

background image

znowu. Męski głos po drugiej stronie słuchawki był spokojny i dystyngowany.

– Chciałbym poprosić o nadanie pewnej piosenki.
Czy ma pani przypadkiem piosenkę o kobiecie w czerwonej sukni?
– Chyba nie, ale zaraz sprawdzę.
– Byłbym bardzo zobowiązany. To była ulubiona piosenka Amber.
Julia zaskoczona nie bardzo wiedziała, co powiedzieć.
– Czy my się znamy? – wykrztusiła wreszcie.
–  Nie,  nigdy  się  nie  spotkaliśmy.  Byłbym  wdzięczny,  gdyby  pani  puściła  tę 

piosenkę. „Kobieta w czerwonej sukni”.

Odłożył  słuchawkę.  Julia  przez  chwilę  siedziała  zamyślona,  a  potem  zbliżyła 

usta do mikrofonu.

– Dobry wieczór państwu. Panu, który prosił o nadanie piosenki o kobiecie w 

czerwonej sukni, chciałabym z przykrością odpowiedzieć, że nie mamy tej płyty w 
naszych  zbiorach.  To  rzeczywiście  była  ulubiona  piosenka  Amber.  Pamiętam
nawet,  że  specjalnie  kupiła  sobie  czerwoną  sukienkę,  jak  ta  kobieta  z  piosenki. 
Włożyła  ją  potem  na  jakiś  bal  i  od  razu  trzech  panów  zaproponowało  jej 
małżeństwo, a kilku następnych coś jeszcze innego.

Roześmiała się; napięcie ustąpiło bez śladu.
– Jeśli jest jakaś piosenka, którą mogę panu puścić w zamian, proszę znowu do 

mnie  zadzwonić.  Tymczasem  puszczę  inną  melodię,  za  którą  Amber  przepadała. 
Mówi Julia Lewis, radio Harmony, zostańcie ze mną.

„Simply  Irresistible”  popłynęło  falami  eteru  prosto  w  noc.  Nie  można  się  jej 

oprzeć... Telefon nie próżnował.

– Cześć, nazywam się Angie i jestem fryzjerką, przez ostatnie pięć lat robiłam 

Amber pasemka we włosach.

– Witaj, Angie, miło cię słyszeć.
– Rzadko dzwonię do radia, ale teraz to co innego.
Na pewno.
– Czym mogę służyć?
–  Chciałam  tylko  powiedzieć,  że  Amber  była  słodka  i  kochana.  Właśnie  tak, 

była słodka i kochana.

– Wiem.
–  Nigdy  o  nikim  nie  powiedziała  złego  słowa,  nie  jak  te  inne  baby,  co  tylko 

plotkują.  Była  bardzo  dobra  i  pełna  wdzięku,  bardzo  ją  lubiłam.  Nie  mogę  się 

background image

pogodzić z jej śmiercią.

– Ja też nie.
– To wszystko, chciałam powiedzieć tylko to. I jeszcze jedno... Ona miała takie 

cudowne włosy.

Julia przygryzła wargi, żeby nie parsknąć śmiechem, mimo że w oczach miała 

łzy.

– Dziękuję za telefon.
Szkoda, że słuchacze nie mogli słyszeć tej rozmowy. Gdyby mogła ją nagrać, 

puściłaby  ją  później.  Spojrzała  na  konsolę  i  zobaczyła  przycisk  pozwalający  na 
kierowanie telefonicznych rozmów wprost na antenę. Ale ze mnie idiotka...

Przełączyła  telefon  i  zaczęła  czekać.  Może  już  nikt  nie  zadzwoni,  może  ta 

fryzjerka była ostatnim słuchaczem radia Harmony tego wieczoru, a może nie...

Ben  siedział  nad  przenośnym  komputerem,  sporządzając  notatkę  z  pogrzebu 

Amber  Davoll,  kiedy  nagle  odezwał  się  aparat,  na  którym  można  było  odbierać 
policyjne  pasma.  Dyżurny  policjant  łączył  się  właśnie  z  Charliem  Slocumem 
patrolującym miasto.

–  Szefie,  dzwonił  Bob  Willis  z  Briggs  Road  i  powiedział,  że  coś  dziwnego 

dzieje się u Prestona Fincha. Ktoś nadaje z jego studia. Pytał, czy o tym wiemy.

Ben oderwał oczy od ekranu komputera.
– Ktoś nadaje ze studia Prestona?
– Tak mówi Willis.
Slocum wybuchnął śmiechem.
– A to dopiero!
– Wiedział pan o tym, szefie?
– To Julia Lewis. Preston o tym wie, pozwolił jej.
Wszystko w porządku, Bill.
Ben  natychmiast  włączył  radio.  Niecierpliwie  odszukał  pasmo  Harmony. 

Piosenka właśnie dobiegła końca.

– Słyszeli państwo „Kobietę w czerwonej sukni”. Bardzo dziękuję pani Wilson 

z Barney Cove Road, że mi przyniosła tę płytę.

Ben siedział wsłuchany w dźwięk płynący z radia. Nigdy jeszcze nie słyszał tak 

ciepłego, czarującego i melodyjnego głosu. Jedwab i czekoladowy krem, pomyślał.

–  Tu  radio  Harmony,  jest  godzina  ósma  pięć.  Mamy właśnie  kolejny  telefon. 

Słucham?

background image

– Mówi Gray McCord z Piney Point Road.
– Dobry wieczór, Gray.
– Wiesz, co mi się kojarzy z Amber Loring?
– No, słucham?
–  Nasza  wspólna  jazda  moim  starym  cadillakiem  podczas  parady  z  okazji 

Święta Pracy.

– To był twój samochód?
– Tak.
– Musiał być niesamowity.
–  Dzięki,  ona  też  była  niesamowita.  Wyglądała  przepięknie  w  białej  balowej 

sukience  i  diademie  we  włosach,  zupełnie  jak  Kopciuszek  na  balu  u  księcia. 
Pamiętam, że miała bukiet z czerwonych róż.

– Tego roku została wybrana królową balu.
– Tak. Byłem bardzo dumny. Wszyscy na wyspie byliśmy z niej dumni. Potem 

dała mi jedną taką różę. Przechowywałem ją przez kilka lat, ale potem moja żona ją 
wyrzuciła.

W głosie Julii słychać było uśmiech.
– Dzięki za telefon, Gray.
Ben przysunął się z krzesłem do odbiornika, jakby chciał być bliżej płynącego z 

niego kobiecego głosu.

Julia wspomniała coś o romantycznym księżycu, nocnej poświacie, o morskich 

falach,  i  nastawiła  następną  płytę.  Ben  rozpoznał  ścieżkę  dźwiękową  z  filmu 
„Dying Young”.

„Umrzeć młodo... „ Czyżby puściła to specjalnie? Telefon odezwał się dopiero

po trzech następnych utworach.

– Witam, czym mogę służyć?
Ben poczuł dreszcz. Głos Julii, w połączeniu z nocą, zabrzmiał tak niezwykle 

zmysłowo,  że  miał  wrażenie,  iż  zwraca  się  bezpośrednio  do  niego.  Dopiero  po 
chwili uświadomił sobie, że każdy ze słuchaczy czuje to samo.

Zdumiał go kontrast istniejący pomiędzy jej głosem a osobą, jaką była w ciągu 

dnia. Julia jest przecież oschła i wyniosła, pełna dystansu i pogardy. A teraz... teraz 
otwiera się, przygarniając do siebie wszystkich ludzi, którzy jej słuchają.

– Cześć, to jeszcze  raz ja, Mike.  Skończ już z  tymi księżycami, kwiatkami, z 

tym całym  romantycznym  balastem.  Słucham  tego  całego gadania o  tym,  jaka  to 
Amber  była  cudowna  i  myślę  sobie,  że  z  niej  przede  wszystkim  była  niezła 

background image

zgrywuska. Pamiętasz, jak nas namówiła, żebyśmy sobie wszyscy wymoczyli tyłki 
w zatoce i poszli do domu w mokrych gaciach przez całe miasto? To się nazywało 
„pogoń za ostatnim promem”.

Rozległ się perlisty śmiech Julii.
– Pewnie, że pamiętam. Charlie Slocum o mało mnie nie zabił, kiedy zjawiłam 

się w domu w mokrych szortach.

Ben  spróbował  wyobrazić  sobie  Julię  w...  „mokrych  gaciach”  i  poczuł,  że 

wyobraźnia go zawodzi.

–  Nie  wiem,  czy  wiesz,  ale  pogoń  za  ostatnim  promem  wymyślona  przez 

Amber stała się odtąd tradycyjną rozrywką podczas uroczystych obchodów Święta 
Pracy.

– Żartujesz!
Ben uśmiechnął się; w głosie Julii zabrzmiała dziecięca radość z udanego figla.
– Wcale nie. Z roku na rok coraz więcej ludzi to robiło.
– Tak się przechodzi do historii...
– Chciałem tylko powiedzieć, że Amber była świetna i że bez niej świat będzie 

o wiele nudniejszy.

Rozległy  się  ciche  dźwięki  piosenki  Cindy  Lauper  „Bo  dziewczęta  chcą  się 

bawić”.

– Mike, dziękuję ci za telefon.

Ben  odsunął  się  od  odbiornika.  Nie  mógł  wyjść  z  podziwu.  Jak  ona  to  robi? 

Zwłaszcza  mając  do  dyspozycji  taki  prymitywny  sprzęt!  Profesjonalizm  Julii 
zdumiał go i zaskoczył. No i ten jej głos... Taki głos to skarb dla każdej radiostacji. 
Kiedy  mówiła,  człowiek  nie  myślał  o  treści  wypowiadanych  słów;  mogła  mówić 
byle co, a I tak potrafiła przykuć słuchaczy do odbiorników.

Dźwięk telefonu wyrwał go z zamyślenia.
– Słucham – warknął niezadowolony, że ktoś mu przeszkadza.
– Mówi Scott Bowen.
Głos Bena natychmiast złagodniał.
– Witam. Co nowego?
– Chciałem, żeby pan wiedział, że zadzwoniłem pod te telefony, które mi pan 

dał.

Kolejna niespodzianka. Tego się nie spodziewał; najwyraźniej nie docenił tego 

chłopca.

– I czego się pan dowiedział?

background image

– Zaraz wszystko opowiem.
Po  kilku  minutach  Ben  odkładał  słuchawkę  z  przekonaniem,  że  młodemu 

policjantowi  należy  się  medal.  Nazajutrz  na  wyspie  miał  wylądować  lekarz 
sądowy, specjalnie oddelegowany do sprawy Amber Davoll.

– Czas nam szybko upłynął i nasza dzisiejsza audycja dobiega końca...
Głos Julii przestawił myśli Bena na inny tor i wywołał w nim dziwne wyrzuty 

sumienia.

– Pytali mnie państwo, czy podczas mojego pobytu na wyspie będę co wieczór 

nadawać swoje  audycje.  Szczerze  mówiąc, nie planowałam tego,  ale  dzisiejszego 
wieczoru było nam ze sobą tak dobrze, że postanowiłam tak zrobić. W takim razie 
do jutra o tej samej porze na tej samej częstotliwości.

Ben  wstał  i  podszedł  do  okna;  z  miejsca,  w  którym  stał,  widział  maleńkie 

czerwone  światełko  na  maszcie  Prestona.  Wyobraził  sobie  Julię  siedzącą  przy 
mikrofonie,  uśmiechniętą  i  nareszcie  pogodzoną  z  całym  światem.  Jego  poczucie 
winy jeszcze wzrosło.

–  Chciałabym  się  z  państwem  pożegnać  pieśnią,  którą  w  moich  czasach 

śpiewano  na  zakończenie  roku  szkolnego.  Nie  wiem,  czy  teraz  też  tak  jest,  ale 
dawniej tak było. Żegna się z państwem Julia Lewis z radia Harmony. Dobranoc. A 
ty, Amber, śpij sobie spokojnie, kochanie.

Poczuł dziwny ucisk w piersi, kiedy z radia rozległy się pierwsze słowa starej 

pieśni „Gdyby nigdy, przenigdy nie było rozstania... „

Julia  będzie  wściekła,  kiedy  jutro  o  wszystkim  się  dowie;  będzie  zła  i 

rozgoryczona. To, co się stanie, na pewno bardzo ją zrani. Poczuł, że musi sam ją o 
wszystkim zawiadomić; tak będzie najlepiej. Przecież w gruncie rzeczy, gdyby nie 
on, sprawy potoczyłyby się zupełnie inaczej.

Tylko  jak  to  zrobić?  Jak  jej  powiedzieć,  że  nazajutrz  ciało  jej  przyjaciółki 

zostanie ekshumowane?

Radio  zamilkło  i  Ben  wyłączył  odbiornik.  Znowu  zasiadł  do  komputera,  ale 

dopiero po dłuższej chwili powrócił do przerwanej pracy.

background image

6

Kiedy  samochód  podjechał  pod  dom,  Julia  siedziała  na  podłodze  w  studio, 

przewijając taśmy. Wstała, obciągnęła na sobie sweter i poszła otworzyć drzwi. Na 
widok czarnego forda Bena poczuła gwałtowne bicie serca. Co on tu robi? A dzień 
zapowiadał się tak miło... Obudziła się o siódmej, wyspana i w doskonałej formie. 
Audycja  poświęcona  Amber  przyniosła  jej  ulgę,  tak  jakby  garść  wspomnień  o 
zmarłej przyjaciółce uwolniła jej sumienie od poczucia niedosytu wywołanego zbyt 
skromną ceremonią pożegnalną. Teraz może rozpocząć prawdziwe dwutygodniowe 
wakacje.

Podśpiewując, wzięła prysznic i ubrała się w sportowy strój, w którym można 

było  zarówno  pobiegać  sobie  wokół  domu  Prestona,  jak  i  pospacerować  doliną 
pełną kwitnących krzewów dzikiej róży.

Po  powrocie  z  przechadzki  odsłuchała  wiadomość  od  Cathryn,  nagraną  na 

automatycznej sekretarce. Cathryn miała zamiar przed jej wyjazdem zorganizować 
przyjęcie dla wszystkich dawnych przyjaciół – coś między „klasowym spotkaniem” 
a wieczorem poświęconym pamięci zmarłej koleżanki.

–  To  nie będzie nic nadzwyczajnego  –  wyjaśniła  Cathryn,  kiedy Julia  do niej 

zadzwoniła. – Po prostu spotkamy się u mnie w ogrodzie i pogawędzimy sobie o 
starych dobrych czasach. Może nawet wzniesiemy jakiś toast. Możemy też wybrać 
się  na  cmentarz.  W ten  sposób  ci, którzy nie  mogli być na  pogrzebie, będą mieli 
okazję  odwiedzić  grób  Amber.  Wieczorem  pójdziemy  coś  zjeść  w  jakiejś  miłej 
knajpce. Co ty na to?

Julia  była  zachwycona;  zaofiarowała  przyjaciółce  wszelką  pomoc  w 

organizowaniu spotkania.

– Kiedy to ma być?
– A kiedy wyjeżdżasz?
– Od tej niedzieli za tydzień.
– W takim razie spotkajmy się  w sobotę. Wtedy ludzie  mają  najwięcej czasu. 

Chyba że nie chcesz mieć żadnych zajęć w przeddzień wyjazdu...

– Nie, w sobotę będzie doskonale.
Po rozmowie z Cathryn zabrała się do przygotowywania wieczornego programu 

radiowego. Po południu czekały ją zakupy, a potem kolacja z Charliem.

Studio  radiowe  w  świetle  dziennym  prezentowało  się  znacznie  gorzej  niż 

wieczorem, a aparatura  wymagała  natychmiastowej, choć drobnej, naprawy. Julia 

background image

postanowiła najpierw uporządkować taśmy i wtedy właśnie przyjechał Ben Grant.

Dokładnie  pamiętała  ich  wczorajszą  rozmowę  na  cmentarzu.  Przez  chwilę 

myślała  wtedy, że uda jej się  zmienić jego stosunek do  Charliego,  ale szybko się 
przekonała, że Ben jest nieprzejednany.

Musiała przyznać, że nie tylko ta cecha zrobiła na niej wrażenie. Był niezwykle 

atrakcyjny i nic dziwnego, że na jego widok odczuwała pewien niepokój. Tak czy 
inaczej, postanowiła czym prędzej go spławić i wrócić do przerwanej pracy.

Stała  w  drzwiach  i  zza  szyby  patrzyła,  jak  Ben  wysiada  z  auta,  bierze  coś  z 

tylnego siedzenia i kieruje się w stronę domu. Nie mogła nie zauważyć, że porusza 
się  zwinnie  jak  drapieżnik i  podąża  przed siebie  pewnym,  opanowanym  krokiem 
człowieka, który ani na chwilę nie wątpi, że postępuje słusznie.

Ze  zdumieniem  spostrzegła,  że  paczka,  którą  wziął  z  samochodu,  to  bukiet 

kwiatów w celofanowym opakowaniu. Chyba nie dla niej...

Poczuła dziwną słabość i zganiła się w duchu za swoją. .. babską reakcję.
Ben spojrzał na nią i przyśpieszył kroku.
– Dzień dobry. Co słychać?
Obrzuciła go nieprzyjaznym spojrzeniem.
–  Czego  chcesz?  –  zapytała,  starając  się,  żeby  jej  głos  zabrzmiał  sucho  i 

odpychająco.

Ben wszedł na schody; dzieliła ich teraz tylko szklana szyba.
– Chciałbym cię przeprosić.
– Za co?
– Za ten zły początek. Każde z nas może mieć przecież swoje własne zdanie na 

jakiś  temat,  a  mimo  to  możemy  zachowywać  się  tak,  żeby  nie  zepsuć  twojego 
pobytu na wyspie. Wpuścisz mnie? Zawahała się.

– Nie zajmę ci dużo czasu. Muszę wracać do redakcji.
Otworzyła drzwi i cofnęła się, wpuszczając go do szklanego pawilonu. Podał jej 

bukiet kwiatów, kupionych pewnie na targu za kilka groszy. Taki banalny gest nie 
może niczego między nimi zmienić.

– Po co mi to przyniosłeś?
– Na dobrą zgodę. Mam coś jeszcze.
Podał jej świeże wydanie swojego tygodnika.
– Właśnie się ukazało.
Przyjęła  jego  dary,  ani  na  chwilę  nie  zapominając,  że  ma  przed  sobą  wroga, 

człowieka,  który  postanowił  obsmarować  Charliego  w  prasie  i  zbrukać 

background image

wspomnienie jej najlepszej przyjaciółki.

– Dziękuję, ale przyniosłeś to niepotrzebnie.
Ben  przechylił  głowę  i  lekko  się  uśmiechnął.  Zauważyła,  że  ma  dołek  w 

prawym policzku.

– Może... Chociaż sądzę, że kiedy przejrzysz gazetę, przekonasz się, że jestem 

prawdziwym dziennikarzem, a nie jakimś potworem uganiającym się za sensacją.

Siłą się powstrzymała, żeby nie zajrzeć do trzymanego w ręku pisma.
– Mam coś jeszcze...
Dopiero wtedy spostrzegła pudełko, które trzymał pod pachą.
– Słuchałem wczoraj twojej audycji i pomyślałem, że to ci się może przydać.

– Słyszałeś mnie? – zapytała słabym głosem. – Nie byłam wczoraj w najlepszej 

formie.

Niebieskie oczy Bena rozjaśniły się.
– Byłaś cudowna.
– Dziękuję.
Wzrok  Julii  mimo  woli  powędrował  w  stronę  pudła  z  kasetami.  Spośród 

wszystkich  prezentów,  jakie  mężczyzna  mógł  jej  ofiarować,  tylko  takiemu  nie 
potrafiła się oprzeć.

– Wejdź. Wstawię kwiaty do wody i zobaczę, co tu przyniosłeś.
Poprowadziła go do studia, położyła kwiaty na konsoli i poszła do kuchennego 

kącika po jakieś naczynie. Znalazła szklankę i nalała do niej wody.

Po  powrocie  zastała  Bena  rozglądającego  się  po  zastawionym  sprzętami 

wnętrzu.

–  Nigdy  tu  nie  byłem  –  przyznał  zaciekawiony.  –  Widziałem  już  w  życiu 

niejedno studio radiowe, ale nigdy nie widziałem czegoś podobnego. To naprawdę 
niesamowite.

Wzruszyła ramionami.
– Niesamowite... – powtórzył.
Podeszła do stołu i umieściła kwiaty w prowizorycznym wazonie.
–  Rzeczywiście,  to  studio  trochę  się  różni  od  tego,  do  czego  jestem 

przyzwyczajona.  Tutaj  nie  jest  się  tylko  prezenterem,  jest  się  inżynierem, 
kierownikiem produkcji, a czasem nawet elektrykiem i hydraulikiem.

Ustawiła kwiaty i przyjrzała im się z dezaprobatą.
–  U  mnie  w  redakcji  jest  podobnie.  –  Ben  nie  spuszczał  oczu  z  półek 

zawalonych pudłami. – Ja też jestem wszystkim po trochu: fotografem, reporterem, 

background image

korespondentem sportowym, gońcem... To duża satysfakcja tak robić wszystko.

– Sama nie wiem...
Julia znowu podeszła do kwiatów i spróbowała jakoś lepiej je ułożyć w ciasnej 

szklance. Poczuła wzrok Bena na swoich rękach i drgnęła. Trochę wody rozlało się 
na stół. Co się z nią dzieje w obecności tego mężczyzny?

–  Kiedy  cię  słuchałem,  miałem  wrażenie,  że  prowadzenie  audycji  sprawia  ci 

przyjemność.

Julia zamrugała powiekami.
– Coś trzeba z sobą robić, jak się ma wolne całe dwa tygodnie.
Spojrzał na rozrzucone na podłodze taśmy.
– Właśnie je przegrywałaś?
– Najpierw muszę zrobić coś z przewodami.
Przykucnął  i  spojrzał  na  nią  z  dołu.  Pomyślała,  że  musi  okropnie  brzydko 

wyglądać  w  tym  wyciągniętym  swetrze  i  bez  makijażu.  A  do  tego  włosy  ma 
zebrane w koński ogon, jak jakaś szara myszka...

– Znasz się na elektryczności? Preston cię tego nauczył?
– Nie. Charlie Slocum.
Zebrała  machinalnie  jakieś  pyłki  ze  stołu, zawinęła  je  w  papier  od  kwiatów  i 

wrzuciła do kosza na śmieci.

– Uznał, że skoro przez całe życie mam pracować przy elektrycznym sprzęcie, 

powinnam mieć o tym jakie takie pojęcie.

Patrzył na  nią, jakby była jakimś cennym i  nieodgadnionym prezentem, który 

człowiek boi się rozpakować.

– Zgodziłabyś się... udzielić mi wywiadu?
– Nie.
–  Dlaczego?  Masz  bardzo  ciekawą  pracę,  sama  jesteś  niezwykle  interesującą 

osobą...

Przygryzła  wargi,  próbując  nie  okazać  zadowolenia  z  nieoczekiwanego 

komplementu.

– Przykro mi, ale nie znoszę wywiadów.
–  Mogłabyś  zrobić  wyjątek.  Nie  obawiaj  się,  nigdy  nie  mieszam  prywatnych 

spraw z zawodowymi.

– Nie o to chodzi.
Ben zmarszczył czoło i przyjrzał jej się uważnie.
– O co w takim razie chodzi? Nie chcesz mieć nic wspólnego z moją gazetą?

background image

Niezupełnie, ale nie chciała wdawać się w szczegóły.
– Tak, właśnie tak.
Jego jasne oczy pociemniały i dostrzegła w nich złość.
– Ja po prostu – wyjaśniła szybko – nie lubię o sobie mówić. Jestem bardzo... 

nieśmiała.

–  Interesujące  –  wycedził  Ben.  –  Bardzo  interesujące,  jeśli  się  weźmie  pod 

uwagę, jaką pracę wykonujesz. Zawsze taka byłaś?

– Właśnie na takie pytania nie lubię odpowiadać.
– Jesteś pewna?
– Najzupełniej.
– Jesteś uparta jak osioł.
Bezpośredniość tej opinii rozbroiła ją. Uśmiechnęła się lekko.
– Czy w takiej sytuacji odbierzesz mi swoje zabawki?

– To nie są żadne zabawki.
– Tak łatwo mnie nie przekupisz.
–  Łatwo?  Co  ty  sobie  wyobrażasz?  –  W  głosie  Bena  zabrzmiała  niezupełnie 

udana  uraza.  –  Masz  przed  sobą  piętnaście  kaset  z  mojej  osobistej  kolekcji,  co 
moim zdaniem sprawia, że są to rzeczy bezcenne.

Nagle  zdała  sobie  sprawę,  że  dobrze  się  czuje  w  jego  towarzystwie.  Ben 

również wyglądał jak ktoś, kto nieźle się bawi.

– Napijesz się kawy?
– Oczywiście, jeśli jest gotowa.
Rozsiadł się na obrotowym krześle przy konsoli,  nie spuszczając oczu z Julii, 

która zaczęła się krzątać w mikroskopijnej kuchence. Jestem tchórzem, pomyślał; 
poprosiłem o kawę, żeby zyskać na czasie i nie musieć jej mówić o tym, z czym 
przyszedłem.

– Nie gwarantuję, że będzie dobra! – krzyknęła Julia z  kuchenki. – Tyle  razy 

była parzona, że może być ohydna.

– Nie szkodzi.
Podeszła i wręczyła mu kubek pełen gorącego napoju.
– Dziękuję. – Pociągnął łyk i omal się nie skrzywił.
Kawa  rzeczywiście  była  ohydna.  –  Bardzo  mi  się  podobała  twoja  wczorajsza 

audycja.

Stała  przed  nim,  drobna  i  zgrabna  w  długim  ciemnozielonym  swetrze,  w 

czarnych  obcisłych  spodniach,  z  czarnymi  włosami  zebranymi  z  tyłu  głowy. 

background image

Wyglądała  jak  młody  chłopak  albo  leśny  elf,  a  nie  jak  właścicielka  najbardziej 
zmysłowego głosu, jaki kiedykolwiek w życiu słyszał.

– Muszę przyznać – powiedziała – że sprawiło mi to  przyjemność. Nawet się 

nie spodziewałam. To bardzo odbiegało od tego, co ostatnio robiłam.

– Tak? Dlaczego?
– W nowoczesnym studio wszystko jest zautomatyzowane. Moja rola ogranicza 

się do naciskania guzików we właściwym czasie.

Ben  uśmiechnął  się  w  duchu.  Słuchał  jej  z  ogromną  przyjemnością;  w  głosie 

Julii  odnajdywał  cień  głosu  tamtej  kobiety,  która  tak  bardzo  go  poruszyła 
poprzedniego  wieczoru.  Podobał  mu  się  również  szczery  i  prosty  sposób,  w  jaki 
mówiła.

– Nie brzmi to zbyt zachęcająco.
Zmarszczyła brwi.
–  Da  się  wytrzymać.  Dużo  zarabiam,  mam  opiekę  medyczną,  może  nawet 

zabezpieczenie  emerytalne.  Chociaż  to  ostatnie  nie  bardzo  mnie  interesuje,  bo 
zamierzam pracować do końca życia.

Ben  podparł  się  na  łokciu  i  przez  chwilę  uważnie  się  jej  przyglądał.  Musiała 

zrozumieć jego spojrzenie, bo szybko dodała:

– To oczywiście nie wszystko. Moja obecna praca to nie tylko duże pieniądze. 

Zawsze chciałam pracować w branży muzycznej, spotykać ciekawych ludzi. Lubię 
z nimi pracować, mam kontakt ze sztuką.

Wypiła łyk kawy.
– A jak przestanie mi się podobać... zawsze mogę przenieść się gdzie indziej.
–  Czy  to  znaczy,  że  w  twoim  życiu  nie  ma  nikogo,  kto  mógłby  tu  stanowić 

problem?

– Masz na myśli mężczyznę? Nie, nie mam takiego problemu – stwierdziła.
Sam był zdziwiony, dlaczego ta ostatnia wiadomość tak bardzo go ucieszyła.
– Myślałaś kiedy, żeby tu wrócić i dalej prowadzić lokalną radiostację?
Roześmiała się, niemal prychając kawą.
–  A  z  czego  bym  żyła?  Musiałabym  chyba  zatrudnić  się  w  hotelu  jako 

pokojówka!

Zapytał tylko tak sobie, żeby podtrzymać rozmowę, lecz teraz, kiedy to pytanie 

już padło, wcale nie wydało mu się takie niedorzeczne.

– Preston mógłby ci płacić...

background image

– Chyba żartujesz! – Spojrzała na niego, jakby miał dwie głowy. – Przecież ta 

stacja nie przynosi żadnych pieniędzy!

Teraz Ben spojrzał na nią ze zdziwieniem.
– To z czego on opłaca licencję, elektryczność i całą resztę?
–  Traktuje  to  jako  hobby.  Ma  trochę  pieniędzy  i  wydaje  je  właśnie  w  ten 

sposób.

Ben uśmiechnął się przepraszająco.
– Rozumiem.
Szkoda; miło byłoby słyszeć co wieczór jej głos i wybrane przez nią piosenki. 

Wiedział  również,  że  nie  jest  to  jedyny  powód,  dla  którego  nagle  zapragnął,  by 
Julia na zawsze została na wyspie.

–  To  dokąd  w  takim  razie  pojedziesz,  kiedy  się  zdecydujesz  opuścić  Los 

Angeles?

– Nie wiem. Tam, gdzie będzie najlepsza praca.

–  Czy  to  znaczy,  że  jest  ci  wszystko  jedno,  gdzie  mieszkasz,  bylebyś  miała 

dobrą pracę?

– Nie. Miejsce też się liczy. Wiem już, że nie lubię takich zim jak w Buffalo, 

upałów, jakie przeżywałam w Mobile, i wielkich miast w rodzaju Los Angeles... –
Urwała, a potem dodała: – Jak widzisz, mam już za sobą kilka przeprowadzek.

– A jakie lubisz audytoria? Czy ważna jest dla ciebie liczba słuchaczy?
Zamyśliła  się  i  przygryzła  wargi.  Wyglądała  teraz  jak  mała  dziewczynka, 

próbująca  znaleźć  odpowiedź  na  trudne  pytanie,  i  Ben  zapragnął  wziąć  ją  w 
ramiona. Od dłuższej chwili myślał już tylko o tym.

–  To  nigdy  nie  było  decydujące,  nigdy  nie  pragnęłam  pracować  dla  wielkich 

stacji.  Choć  trzeba  przyznać,  że  duża  liczba  słuchaczy  zapewnia  stacji  stabilność 
materialną.

Stabilizacja, zabezpieczenie finansowe, emerytura i ubezpieczenie... Myśli Julii 

nieustannie skupiały się na tym, czego, jak się domyślał, boleśnie brakowało w jej 
dzieciństwie. Zabezpieczenie materialne... jej  matka  nigdy tego nie miała. Ludzie 
powiedzieli Benowi, że ojciec Julii porzucił ją w dzieciństwie, a matka wcześnie ją 
osierociła, ale nikt nie wspomniał, jakie głębokie ślady wszystko to pozostawiło w 
psychice dorosłej już osoby.

–  Nie  chciałbym cię  urazić,  ale  odnoszę  wrażenie,  że  całe  życie  przed  czymś 

uciekasz.

– Co?

background image

– Przenosisz się z miasta do miasta, szukając gotowego ideału, zamiast osiąść 

gdzieś  na  stałe  i  spokojnie,  konsekwentnie  zacząć  budować  swoją  sytuację 
zawodową i finansową.

Tym razem spojrzała na niego tak, jakby miał trzy głowy.
– Dlaczego jesteś tak bardzo mało pewna siebie?
Już miała mu odpowiedzieć, żeby się nie wtrącał w jej sprawy, ale zamiast tego 

nieoczekiwanie wyznała prawdę.

– To chyba dlatego, że jako dziecko żyłam w stałej niepewności.
Zapatrzyła się w okno; jej profil czysto zarysował się na tle błękitnego nieba.
– W domu stale brakowało pieniędzy. Pewnie zauważyłeś, że na Harmony nie 

ma wiele okazji do znalezienia pracy.

–  Nie  bardzo  mogę  się  z  tobą  zgodzić.  Ja  wszędzie  widzę  okazje,  wszędzie 

dostrzegam jakąś szansę. Jest tu mnóstwo rzeczy do zrobienia, a przy okazji można 
zarobić spore pieniądze.

Spojrzała na niego z wyrzutem.
– To nie są szanse dla wszystkich. Moja matka pracowała w hotelach, podczas 

sezonu w dwóch jednocześnie, a potem, kiedy nie było już gości, w jednym, który 
był czynny przez  cały rok.  Harowała jak wół  i nigdy nie  mogła  związać końca z 
końcem. Kiedy umarła, przyrzekłam sobie dwie rzeczy: nigdy nie pozostanę na tej 
wyspie i nigdy nie uzależnię się od mężczyzny. Żadnemu nie można wierzyć.

– Jako mężczyzna i wielbiciel tej wyspy, dziękuję za komplement.
– Bardzo proszę.

Jego przekorne spojrzenie na chwilę złagodniało.
– Czy to znaczy, że nie zamierzasz nigdy wyjść za mąż?
Otworzyła usta, by odpowiedzieć, ale zawahała się i spojrzała na niego z urazą.
– Dlaczego przeprowadzasz ze mną wywiad, skoro już wiesz, że sobie tego nie 

życzę?

Ben uśmiechnął się.
– Po prostu tak sobie rozmawiamy.
– Doskonale. W takim razie powiedz mi, co ty właściwie robisz na Harmony?
– Co robię?
– Tak. Dlaczego tu przyjechałeś?
–  To  miejsce  bardzo  mi  się  podoba.  Przyjechałem  tu  kiedyś  na  wakacje  i 

postanowiłem zostać.

Założył nogę na nogę i odchylił się do tyłu.

background image

– Tak po prostu?
– Tak po prostu.
Julia gwałtownie pokręciła głową; koński ogon zawirował.
– Nie wierzę. Masz przecież gdzieś jakieś życie.
– Owszem. Cała moja rodzina mieszka w Bostonie.
Moi  rodzice,  moje  dwie  siostry  z  mężami,  mój  brat  i  siostrzeńcy.  Jesteśmy 

bardzo zżyci.

– Miałeś tam dobrą pracę.
– Tak, pracowałem dla „Globe”.
– Chyba rozumiesz, że ludzie nie rzucają tak dobrej pracy i nie przenoszą się w 

inne miejsce bez jakiegoś wyraźnego powodu.

– Tak. Miałem taki powód: własne pismo.

– Czyli „Island Record” – rzekła z niedowierzaniem.
– Tak.
– Wolałeś „Island Record” od „Boston Globe”?
– Zawsze chciałem mieć własną gazetę.
Oczy Julii zrobiły się ogromne.
– Własną gazetę... na własność?
–  Tak.  –  Skrzywił  się.  –  Wiem,  że  ludzie  uważają,  że  zwariowałem.  Trudno, 

kocham moją pracę. Wszystko tutaj mi się podoba, ludzie, z którymi pracuję, fakt, 
że jestem swoim własnym szefem i to, że nie uczestniczę w wyścigu szczurów.

– Czy aby – spytała podejrzliwie – nie ma w twojej przeszłości czegoś, przed 

czym uciekasz?

– Nie.
Roześmiał się.
– Nie wierzysz?
– Wierzę. Wszystko jest możliwe. Jesteś z tym szczęśliwy?
– Bardzo.
Spoglądała teraz na niego jak na kogoś nieuleczalnie chorego.
–  I  zamierzasz  spędzić  resztę  życia  na  Harmony,  pracując  w  redakcji  „Island 

Record”?

– Mam nadzieję. Chciałbym również spotkać kogoś miłego, założyć rodzinę i 

mieć mnóstwo dzieci. W mojej rodzinie to właśnie jest najważniejsze.

Julia  skrzyżowała  ramiona  i  zmarszczyła  brwi,  niezadowolona  z  przebiegu 

rozmowy. Zupełnie niepotrzebnie zeszli na tematy zbyt prywatne.

background image

–  Wszystkiego najlepszego  w  takim razie  –  powiedziała tonem świadczącym, 

że zamierza zakończyć konwersację.

We wzroku Bena dostrzegła niedowierzanie.
– Naprawdę życzę ci wszystkiego najlepszego – powtórzyła. – A teraz musisz 

chyba wracać do pracy.

Wstała i uczyniła ruch, jakby chciała swojego gościa odprowadzić do drzwi.
Ben wolno podniósł się z krzesła.
–  Może  rzucisz  okiem  na  te  moje  taśmy  i  zobaczysz,  czy  coś  z  tego  ci  się 

przyda.

–  Rzeczywiście,  zupełnie  zapomniałam.  –  Otworzyła  pudło.  –  Zaraz 

zobaczymy...

Znajdowała się teraz bardzo blisko Bena i za każdym ruchem niemal dotykała 

jego ciała.

– Nie chciałbym ci niczego wciskać...
– Nic mi nie wciskasz, są wspaniałe. Masz doskonały gust.
– Chyba w to nie wątpiłaś.
Uśmiechnęła się, a on zaraz dodał:
– Mam tego w domu całe mnóstwo. Zawsze możesz wpaść i pobuszować sobie 

w moich zbiorach.

– To mi wystarczy, nie zamierzam siedzieć tutaj zbyt długo. Zresztą, nie znam 

twojego adresu.

– Mieszkam nad redakcją.
Musiał jeszcze bardziej się zbliżyć, bo te słowa musnęły jej policzek.
Chciała się odsunąć, ale nie była w stanie zrobić ruchu.
– To bardzo wygodnie – szepnęła tylko.
– Tak, ale w lecie jest tam straszny hałas.
Spojrzała  na  niego  zmieszana  i  spostrzegła,  że  Ben  obserwuje  ją  z 

intensywnością  równą  zainteresowaniu,  jakie  on  sam  w  niej  wzbudził.  Bała  się 
odetchnąć,  jakby myślała, że z  każdym  oddechem zmniejszy jeszcze  dzielącą ich 
odległość.

Nagle zapragnęła pocałować go w usta.
Wiedziała,  że  Ben  myśli  o  tym  samym.  Siłą  przerwała  magiczny  krąg 

fascynacji i postąpiła krok do tyłu.

–  Dziękuję...  dziękuję  ci  za  taśmy...  –  wybąkała.  –  To  bardzo  miło  z  twojej 

strony.

– Bardzo proszę.

background image

Przez chwilę stał jakby czymś oszołomiony, a potem nagle się zreflektował.
– Na mnie już pora, mój zespół czeka.
Podszedł do drzwi i zatrzymał się w progu.
– Chciałem...
– Tak?
–  Chciałem  cię  jeszcze  o  czymś  uprzedzić.  Właściwie  po  to  do  ciebie 

przyjechałem...  Przepraszam,  że  zabrałem  ci  tyle  czasu,  zamiast  powiedzieć  od 
razu, ale obawiam się, że to nie będzie miła wiadomość.

– O co ci, na Boga, chodzi?
Ben nerwowo odrzucił włosy z czoła.
–  Dowiedziałem  się  wczoraj,  że  sekcja  zwłok  Amber  Davoll  chyba  jednak 

zostanie przeprowadzona.

– Co takiego?
– Bardzo mi przykro, ale dojdzie do autopsji. Po południu ma przylecieć lekarz 

sądowy.

Wszystko to było całkowicie niedorzeczne. W głowie Julii zapanował zamęt; z 

gonitwy myśli wyłoniła tę najważniejszą.

– Przecież... przecież pogrzeb już się odbył.
– Czasem mimo to przeprowadza się sekcje.
Ośmielił się położyć dłoń na jej ramieniu i strząsnęła ją, jak się strząsa gada.
–  Czasem...  mimo  to...  mówisz,  że  przeprowadza  się  sekcje?  Jak  w  ogóle  do 

tego doszło?

Ben zrobił niewinną minę i spojrzał na nią jasnym wzrokiem.
Poczuła zawrót głowy.
–  O  Boże,  co  oni  zrobią,  ci  nieszczęśliwi  Loringowie...  A  Charlie!  Jak  on  to 

przeżyje, to będzie dla niego straszny cios.

Spojrzała na Bena oczami jak sztylety.
– Co ty zrobiłeś?
– Dlaczego ja? Oskarżasz mnie, a nie wiesz...
– A któż by inny! Tylko ty jeden od samego początku domagałeś się sekcji! –

Zatrzęsła  się  z  gniewu  i  bezsilnej  wściekłości.  –  A  ja,  głupia,  uwierzyłam,  że 
przyszedłeś tu tak sobie, z przyjaźni.

– Jedno nie wyklucza drugiego – rzekł bezradnie.
– Owszem, wyklucza.
W jej głosie wyraźnie słychać było rozpacz.

background image

– Poczekaj... – Gwałtownym ruchem zwróciła się do stołu i sięgnęła po pudełko 

z kasetami. – Możesz sobie to zabrać, i swoją gazetę też. I kwiaty.

Podała  mu  bukiet  tak  gwałtownie,  że  woda spryskała  przód  jego koszuli.  Nie 

przyjął ich, może dlatego, że miał już ręce zajęte czym innym, a może z jakiegoś 
innego powodu. Przez chwilę chciała je cisnąć na ziemię, ale w końcu położyła je 
na stole.

– Mylisz się – powiedział cicho. – To nie ja zażądałem autopsji.
– Kto w takim razie?
– Nie mogę ci powiedzieć. Spróbuj mi zaufać.
–  Przykro  mi,  ale  to  niemożliwe  i  byłabym  ci  bardzo  wdzięczna,  gdybyś  już 

sobie poszedł.

– Nie chcę odchodzić w takiej chwili.
– Lepszej już nie będzie. Myślałeś, że będę zachwycona?
–  Chciałbym, żebyś sobie  to  wszystko spokojnie przemyślała. Jestem pewien, 

że zrozumiesz.

– Na dzisiaj dość już powiedziałeś.
Otworzyła na oścież drzwi i niemal wypchnęła go na dwór.
– Idę już, idę. Nie musisz mnie wyrzucać. Właściwie cię rozumiem.
Szybkim krokiem podszedł do swojego samochodu.
– Zasłużyłem sobie na coś podobnego! – krzyknął w stronę domu, ale Julia nie 

usłyszała jego słów. – Na co ja właściwie liczyłem, przychodząc tutaj? – dokończył 
nieco ciszej.

Julia  zatrzasnęła  za  nim  drzwi.  Nie  słyszała,  jak  odjeżdżał,  nie  słyszała,  jak 

szumią fale, słyszała jedynie łomot w skroniach i bicie własnego serca.

Dwie godziny później, jeszcze nie ochłonąwszy z wrażenia, pojechała do miasta 

po  zakupy.  Nie  miała  na  to  ochoty,  ale  wiedziała,  że  musi  coś  z  sobą  zrobić.  W 
przypadku podobnie silnego wzburzenia najgorsza jest bezczynność.

Na nieszczęście, najkrótsza droga do miasta wiodła obok cmentarza. Nawet nie 

patrząc  w  stronę  grobu  Amber,  mogła  zauważyć  kilku  oficjalnie  ubranych 
mężczyzn i policyjne wozy zaparkowane przed cmentarną bramą. Samochód Bena 
również tam był. Ten facet jest wszędzie; dwoi się i troi, żeby tylko zdobyć jakiś 
materiał dla swojego szmatławca.

background image

Chciała się zatrzymać, ale zrezygnowała. Po co? Po to, żeby im powiedzieć, że 

to, co robią, jest głupie, bezmyślne, nieludzkie i niegodne? Przecież wydano w tej 
sprawie oficjalne rozporządzenie i jej słowa niczego tu nie zmienią. Ekshumacja i 
tak się odbędzie. *

Kiedy w godzinę później wracała tą samą drogą, cmentarz był już pusty.
Pośpiesznie, byle jak zrobiła zakupy i zajechała na posterunek policji.
– Cześć, Madeleine.
Kobieta  w  średnim  wieku,  rozwiązująca  właśnie  krzyżówkę,  raptownie 

podniosła głowę.

– Julia! O Boże!
– Myślałam, że mnie nie poznasz.
– Jakżebym mogła! Nic się nie zmieniłaś! Co słychać?
– Wszystko w porządku. – Julia uśmiechnęła się z wysiłkiem. – Gdyby nie ta 

sprawa z Amber...

Kobieta westchnęła głęboko.
– Tak, to straszne, naprawdę straszne.
– Komendant jest u siebie?
– Nie, ale lada chwila ma przyjechać. Miał dzisiaj bardzo ciężki dzień.
Julia zamilkła na chwilę; mogła sobie wyobrazić,
czym było dla Charliego to, co go spotkało przez tego... Bena Granta.
– Mieliśmy iść dzisiaj na kolację. Wpadłam, żeby się z nim umówić.
– Zaczekaj na niego, to nie potrwa długo.
Julia zawahała się na moment.
– Myślisz, że mogłabym poczekać w jego pokoju?
Dawniej zawsze tak robiła.
– Oczywiście, na pewno nie będzie miał nic przeciwko temu.
– Dziękuję.
Niedużym  korytarzem  dotarła  do  dobrze  znanych  drzwi  i  otworzyła  je.  W 

pustym pokoju paliło się światło. Weszła do środka.

Wnętrze właściwie się nie zmieniło, było tylko może bardziej zaniedbane. Na 

ścianach  dostrzegła  te  same  półki  pełne  książek  poświęconych  kryminologii,  te 
same  nagrody  i  puchary  oraz  zdjęcia,  na  których  Charlie  ściskał  dłonie  jakichś 
dygnitarzy. Było też zdjęcie z prezydentem i nowa amerykańska flaga.

Odetchnęła  głęboko,  próbując  odzyskać  spokój.  Może  tutaj,  w  tym  dobrze 

znanym otoczeniu,  które  zawsze  kojarzyło  jej się  z  bezpieczeństwem  i  oparciem, 
wreszcie uda jej się opanować to potworne zdenerwowanie...

background image

Podeszła do biurka i zrozumiała ogrom swej pomyłki.
Na  biurku  Charliego  leżały  rozrzucone  zdjęcia  Amber.  ..  takiej,  jaką  ją 

znaleziono  tamtego  ranka.  Powiększenia  i  zbliżenia  były  tak  dokładne,  że  mogła 
zobaczyć pory na skórze przyjaciółki.

Poczuła, jak zalewa ją mieszanina gniewu i goryczy;

krew napłynęła jej do głowy i odebrała zdolność logicznego myślenia. Stała jak 

przymurowana  do  podłogi,  słysząc  tylko  szum  w  uszach  i  szaleńcze  bicie  serca. 
Nawet nie usłyszała, że ktoś wszedł do pokoju.

–  Witaj,  kochanie.  Madeleine  właśnie  mi  powiedziała...  –  Charlie  nagle 

przerwał i dodał zupełnie już innym głosem: – Nie powinnaś tego oglądać, to nie są 
widoki dla ciebie.

Szybko zebrał zdjęcia i wrzucił je do szuflady.
– Przepraszam, wiem, że nie powinnam wchodzić do twojego pokoju.
– Nie, to ja nie powinienem tego zostawić na wierzchu. Ale miałem taki dzień, 

że  nie  pomyślałem,  żeby  to  gdzieś  schować.  Postaraj  się  o  tym  nie  myśleć, 
kochanie.

Wyrzuć to z głowy i zapomnij, dobrze?
–  Spróbuję  –  powiedziała,  nie  mając  wątpliwości,  że  to,  co  przed  chwilą 

zobaczyła, zostanie w jej pamięci wyryte na zawsze.

– Usiądź.
Poczuła od niego ciężki zapach alkoholu i przymknęła oczy.
Charlie, czemu to robisz, przecież i bez tego wszystko jest takie okropne...
Nie wolno jej go sądzić. Nic strasznego się nie stało. Pewnie był z tymi ludźmi 

na lunchu i wypił jakiś koktajl. Zawsze tak jest, jak ktoś przyjeżdża.

–  Słyszałam,  że  mają  przeprowadzić  sekcję  –  oznajmiła,  siadając  po  drugiej 

stronie biurka. – Właściwie dlaczego?

Brwi Charliego podjechały do góry.

– To pomysł jakiegoś nadgorliwego dupka z Bostonu.
Położył kapelusz przed sobą i podrapał się w głowę.
– Taka tam burza w szklance wody, nic wielkiego. Za tydzień wszyscy o tym 

zapomną.

Chciała  w to  wierzyć,  ale  wiedziała, że nie  ma tak  gorliwego dupka  w całym 

Bostonie,  który  mógłby  wydać  podobne  polecenie,  gdyby  nie  było  po  temu 
powodów.

background image

Czuła,  jak  ogarnia  ją  gniew  i  bezbrzeżne współczucie.  Biedny Charlie!  Teraz 

całe miasto się dowie, że w porę sam nie zażądał przeprowadzenia autopsji.

– Co się za tym kryje? A raczej kto, nie wiesz?
–  Całą  sprawę  zaczął  jeden  z  tych  młodych  policjantów,  którzy  byli  tutaj  na 

praktyce.  On  był  pierwszy  na  miejscu...  wypadku  –  rzekł  Charlie  głuchym, 
zmęczonym głosem. W jego oczach dostrzegła pustkę.

– To znaczy, że Ben Grant nie maczał w tym palców?
Spojrzał na nią zdziwiony.
– Nie! Skąd ci to przyszło do głowy?
Dziwne uczucie ulgi przepełniło ją całą, obezwładniając jeszcze bardziej.
– Tak sobie pomyślałam... A jak to znieśli rodzice Amber? – zmieniła szybko 

temat.

– Nawet lepiej, niż myślałem.
– Naprawdę? To dobrze.
Charlie spojrzał na zegar wiszący na ścianie.
– Przyszłaś tu tylko z tego powodu?
– Nie, chciałam ci przypomnieć, że wybieraliśmy się dzisiaj razem na kolację.
Skrzywił się.
– Po tym wszystkim, co dzisiaj zaszło...

– Tak sobie właśnie myślałam.
– Odłożymy to na jakiś inny wieczór, dobrze?
– Oczywiście, kiedy będziesz chciał. Po prostu mi powiesz.
Julia wstała i Charlie odprowadził ją do drzwi.
– Kiedy dostaniesz wyniki sekcji? – zapytała jeszcze.
– Za jakieś dwa dni; zwykle to trwa długo.
Przerzuciła torbę przez ramię.
–  Jestem  pewna,  że  wszystko  dobrze  się  skończy.  Jak  powiedziałeś,  to  tylko 

burza w szklance wody.

Charlie uśmiechem podziękował jej za słowa pocieszenia.
Nie  mogła  dostrzec  wyrazu  jego  oczu.  Pomyślała,  że  może  dobrze  się  stało  i 

wynik sekcji nareszcie zamknie usta takim ludziom jak Grant.

Pocałowała Charliego w policzek.
– Trzymaj się.
– Dobrze, a ty już idź. Postaraj się trochę wypocząć, przecież to twoje wakacje.

background image

Przez pierwszą godzinę wieczornego programu musiała odpowiadać na pytania 

dotyczące  autopsji.  Kilka  osób  zadzwoniło  z  pretensjami,  pytając,  dlaczego 
właściwie  miejscowe  władze  pozwalają,  żeby  ktoś  z  zewnątrz  wtrącał  się  w  nie 
swoje sprawy. Był jeden telefon w sprawie biurokracji jako takiej i jeden w obronie 
Charliego.

Julia starała się nie przeciągać podobnych rozmów, przypominając słuchaczom, 

że jej program jest audycją wyłącznie muzyczną.

O  dziesiątej  wszystko  dobiegło  końca i  powitała  ten  fakt  westchnieniem  ulgi. 

Mimo  nieoczekiwanych  wtrętów  program  przebiegł  sprawnie.  Tego  wieczoru 
nadawała  wyłącznie  to,  co  Preston  zwykle  nazywał  „kanonem  amerykańskiej 
muzyki”:  Rosemary  Clooney,  Tony  Bennett,  Ella  Fitzgerald  i  Frank  Sinatra;  od 
czasu  do  czasu  wtrącała  krótkie  informacje  z  wyspy  i  ze  świata.  Przeczytała 
również  kilka  wierszy  jakiegoś  miejscowego  autora,  którego  tomik  znalazła  na 
biurku Prestona.

Celowo  nie  chciała  wdawać  się  w  dyskusje  na  temat  autopsji.  Najpierw 

zamierzała  wykorzystać  swoje  radio  do  obrony  Charliego,  żeby  w  ten  sposób 
zrównoważyć  atak,  jakiego spodziewała  się  ze strony  Bena  Granta  i  jego  gazety. 
Potem  uznała  jednak,  że  najlepiej  będzie  nie  uprzedzać  faktów  i  spokojnie 
poczekać na rozwój wypadków.

Wyłączyła mikrofon, zgasiła nadajnik, uporządkowała taśmy i ułożyła na stole 

notatki dotyczące nadawania programu. O jedenastej leżała już w łóżku, zmęczona, 
ale spokojna, myśląc o porannych zakupach czekających ją z Cathryn.

Zamknęła  oczy  i  wtedy  zrozumiała,  że  cały  ten  spokój  jest  tylko  iluzją.  Pod 

zamknięte  powieki  natychmiast  napłynęły  obrazy  ujrzane  na  zdjęciach  w  pokoju 
Charliego.  Amber  leżąca  na  łóżku  z  małą  czerwoną  dziurką  w  prawej  skroni  i 
plamą zakrzepłej krwi na jasnych włosach...

Jak  w  mgnieniu  błyskawicy  zrozumiała  nagle,  że  fakt,  iż  zrezygnowała  z 

obrony Charliego na  falach eteru nie  miał  nic  wspólnego z logicznym powodem, 
jaki podsuwał jej rozsądek. Zrobiła to pod naporem podświadomości.

Postąpiła tak, bo jej pamięć automatycznie zanotowała strój, jaki Amber miała 

na sobie w chwili śmierci. Znała dobrze swą przyjaciółkę: Amber mogła włożyć te 
sprane dżinsy i  wypłowiałą koszulkę do trzepania dywanów, ale nigdy by się  tak 
nie ubrała, wiedząc, że będą ją w tym stroju oglądać ludzie w najtragiczniejszym 
momencie jej istnienia.

background image

7

Ben lubił środy. Środek tygodnia był zwykle dniem największej aktywności: w 

redakcji  bez  przerwy  dzwoniły  telefony,  szumiały  komputery,  biegali  ludzie,  w 
powietrzu krzyżowały się pytania i komentarze.

Tego  dnia  jednak  wszystko  wyglądało  inaczej.  Siedział  bez  ruchu  przed 

ekranem komputera, nad kubkiem wystygłej kawy, i nie mógł myśleć o niczym, co 
nie miało związku z jego wizytą w domu Julii.

Najgorsze, że sam nie wiedział, co właściwie tak bardzo go gnębi. Przecież nie 

po  raz  pierwszy  w  życiu  komuś  się  naraził,  nie  po  raz  pierwszy  ktoś  na  niego 
krzyczał i obrażał się; bywało już znacznie gorzej. A mimo to nigdy dotąd nie czuł 
się tak podle. Może dlatego, że rzuciła mu jego dary w twarz? Nie, nie miał jej tego 
za złe, sam by tak zrobił na jej miejscu.

Może  czuł  się  podle,  bo  wiedział,  że  przynosi  złe  nowiny?  Ale  przecież  te 

nowiny według niego nie były złe, to tylko Julia tak sądziła.

Spojrzał  na  ekran  komputera  nie  widzącym  wzrokiem.  Nie  rozumiał  sensu 

słów,  nie  pojmował  znaczenia  zdań.  Nie  lepiej  szło  mu  tego  dnia  odczytywanie 
własnego  stanu  ducha.  Coś  mu  szepnęło,  że  sam  się  oszukuje,  próbując  nie 
dostrzegać prawdy. A prawda była taka, że Julia bardzo mu się podobała i fakt, że 
mimo  woli  ją  do  siebie  zraził,  przygnębiał  go  i  uniemożliwiał  pracę.  Wszystko 
sprzysięgło się przeciwko niemu: Julia niedługo opuści wyspę, wróci do Kalifornii 
i już nigdy się nie zobaczą. I właśnie to kompletnie wytrącało go z równowagi.

Przeniósł  wzrok  z  ekranu  na  aparat  telefoniczny.  Może  do  niej  zadzwonić? 

Porozmawiać z nią, wszystko jej powiedzieć, spojrzeć w jej wielkie ciemne oczy, 
przytulić ją do siebie. A potem... Potem sam już nie wiedział, co chce robić z Julią 
Lewis, wziąwszy pod uwagę fakt, że znał ją dopiero od kilku dni.

I to właśnie było najbardziej dziwne i szalone. Jak nieprawdopodobnie szybko 

go zafascynowała! W jakim błyskawicznym tempie doszedł do wniosku, że byłoby 
cudownie  być  razem!  Tyle  różnych  rzeczy  ich  dzieliło,  a  jednak  miał  nieodparte 
wrażenie, że byłoby cudownie. Wiedział, że tak silne przekonania na ogół bywają 
prawdziwe.

Spróbował  skupić  się  nad  tekstem,  ale  właśnie  wtedy  zadzwonił  telefon.  Z 

uczuciem ulgi podniósł słuchawkę.

– „Island Record”, słucham.
– Ben, mówi Kelly.

background image

Natychmiast się zmobilizował; swą najzdolniejszą reporterkę posłał przecież na 

posterunek policji po najnowsze wiadomości.

– Coś się dzieje?
– Dzieje się, i to niemało.
Od  czasu  tamtej  pamiętnej  propozycji  zachowanie  Kelly  wobec  naczelnego 

uległo całkowitej zmianie. Było profesjonalne i nienaganne.

– Mów.
– Slocum powiedział, że o czwartej ogłosi komunikat.
Ben spojrzał na zegarek. Dochodziło wpół do trzeciej.
– Nic nie wspomniał o wyniku sekcji?
– Wszystko ma powiedzieć o czwartej. Co o tym myślisz?
Ben skrzywił się.
– Sam nie wiem.
–  Może  to  nic  nie  znaczy  –  rzekła  z  namysłem  Kelly  –  ale  właśnie  do  niego 

przyjechał ten lekarz sądowy.

Ben  dokonał  w  myślach  szybkiego  przeglądu  aktualnych  wiadomości, 

zastanawiając się, gdzie dać treść komunikatu komendanta.

–  Zrobimy  z  tego  coś  krótkiego,  Kelly.  O  czwartej  sam  tam  przyjadę  i 

postanowimy, co i jak, a na razie miej uszy i oczy otwarte.

Szybko  przeczytał  tekst,  który  miał  na  komputerze,  przeczuwając,  że 

najważniejsza wiadomość dopiero nadejdzie. Po niecałej godzinie był już gotów do 
wyjścia;  zdążył  jeszcze  zamienić  kilka  słów  z  kolegami  z  redakcji  i  oczywiście 
pomyśleć  o  Julii.  Właściwie  myślał  o  niej  przez  cały  czas,  tylko  nieraz  jej  obraz 
zacierał się nieco w jego świadomości.

Ciekawe, gdzie Julia teraz jest i czy już wie, że Slocum postanowił przemówić.
Nie  namyślając  się  długo,  wystukał  z  pamięci  telefon  Prestona  Fincha;  Julia 

odezwała się prawie natychmiast.

–  Mówi  Ben.  Poczekaj,  zanim  odłożysz  słuchawkę,  chciałbym  ci  coś 

powiedzieć. Wynik sekcji jest już znany.

Chyba o tym nie wiedziała, bo odpowiedziało mu milczenie.
– Nie wiemy jeszcze, jak brzmi, ale komendant oświadczył, że o czwartej poda 

wszystko do wiadomości publicznej. Chciałem, żebyś o tym wiedziała. To tyle.

Rozłączył się, zanim zdążyła się odezwać.

background image

Weszła  do  budynku  komendy,  chcąc  na  własne  uszy  usłyszeć  komunikat,  o 

którym powiedział jej Ben. Ze zdziwieniem rozejrzała się dokoła: hol wypełniony 
był  po  brzegi.  Wśród  zebranych  rozpoznała  kilka  lokalnych  znakomitości.  W 
tłumie spostrzegła również Bena Granta i już zamierzała do  niego podejść, kiedy 
przypomniała sobie, że nie są bynajmniej po tej samej stronie. Ben Grant nie jest 
jej sojusznikiem, mimo że to właśnie on zawiadomił ją o tym spotkaniu.

Zresztą  Ben  był  w  towarzystwie.  Kobieta  stojąca  przy  nim  była  energiczna, 

atrakcyjna  i  raz  po  raz  spoglądała  na  niego  wzrokiem  pełnym  uwielbienia.  Coś 
nieuchwytnego  podpowiedziało  Julii,  że  muszą  razem  pracować.  Ciekawe,  co 
jeszcze razem robią, pomyślała i natychmiast zganiła się za głupie przypuszczenia i 
za ukłucie zazdrości, które im towarzyszyło. Ben jest niezwykle przystojny...

I  co  z  tego?  Znała  mnóstwo  przystojnych  mężczyzn,  a  właśnie  na  tego  nie 

powinna zwracać uwagi.

W tej  samej chwili  Ben  odwrócił się i  zauważył ją. Szybko  odwróciła wzrok, 

ale nie udało się: musiał spostrzec, że na niego patrzyła.

Nie było czasu rozdzielać włosa na czworo, bo właśnie otworzyły się drzwi od 

gabinetu  komendanta  i  ukazał  się  w  nich  młody  człowiek  w  granatowym 
garniturze.  Utorował  sobie  drogę  przez  tłum  i  przeszedł  do  sąsiedniej  sali.  Julię 
dobiegły  szepty  mówiące,  że  to  właśnie  jest  lekarz  sądowy.  Za  nim  podążał 
Charlie.  Był  purpurowy  na  twarzy, a  jego  ręce  odsuwające  ludzi  na  bok  dziwnie 
drżały.

– Dziękuję państwu za cierpliwość – powiedział, kiedy wszyscy znaleźli się w 

sali. – Wiem, że bardzo wiele osób dzwoniło do nas, żeby się dowiedzieć o wynik 
sekcji,  ale  z  pewnych  względów  nie  mogliśmy  wcześniej  zaspokoić  państwa 
ciekawości. Musieliśmy jeszcze uzgodnić pewne sprawy.

Stała daleko z tyłu i nie mógł jej widzieć. Odnosiła wrażenie, że w ogóle nikogo 

nie widzi. Wzrok miał wbity w guziki koszuli osoby stojącej naprzeciw niego.

–  Znane  są  już  wyniki sekcji  zwłok  Amber Davoll  – kontynuował powolnym 

głosem, jakby ważył każde słowo – i na tej podstawie mogę państwu powiedzieć, 
że śledztwo dotyczące śmierci Amber Davoll... zostaje wznowione.

Szmer przeszedł wśród zgromadzonych i rozległ się echem w głowie Julii.
– Nie czas tu  i  miejsce,  żeby się  wdawać w szczegóły – ciągnął bezbarwnym 

głosem Charlie. – Mogę tylko powiedzieć, że pewne fakty wskazują na to, że ofiara 
mogła już być nieprzytomna, kiedy pociągnięto za cyngiel.

Sala zafalowała. Julia dłonią zakryła usta, żeby nie krzyknąć.

background image

–  Jednym  słowem  –  usłyszała  jasny  i  wyraźny  głos  Bena  Granta  –  Amber 

Davoll została zastrzelona, czy tak?

Charlie uniósł na niego zmęczone spojrzenie.
– Prowadzimy teraz śledztwo w sprawie zabójstwa.
Rozległy się głosy  oburzenia, gniewu i  rozpaczy.  Głos  Bena przebił się  przez 

szum sali i utonął w gwarze.

– Gdyby mógł nam pan powiedzieć coś więcej...
Charlie przetarł czoło.
–  Na  tym  etapie  śledztwa  nic  więcej  państwu  powiedzieć  nie  mogę.  Jutro 

zwołamy  konferencję  prasową  i  wtedy  być  może  wydamy  bardziej  szczegółowy 
komunikat.

Serdecznie zapraszam wszystkich na jutro.
Nie zważając na pomruki niezadowolenia i  rozczarowane spojrzenia, szybkim 

krokiem  opuścił  salę  i  pomaszerował  do  swego  gabinetu.  Trzask  zamykanych 
drzwi rozszedł się echem po korytarzach.

– Cholera jasna! – zaklął Ben.
– Święte słowa, sama bym tego lepiej nie określiła.
– Kelly wzruszyła ramionami i wyłączyła magnetofon.
Ale  Ben  nie  miał  na  myśli  lakonicznej  wypowiedzi  szefa  policji  ani  jego 

pośpiesznej ucieczki. Odwrócił się, żeby zobaczyć reakcję Julii.

– Muszę lecieć, Kelly. Zostań tu jeszcze trochę i zorientuj się, co i jak. Trzeba 

się czegoś dowiedzieć.

Spojrzała na niego zdumiona.

– Jasne, a dokąd ci tak spieszno?
Nie odpowiedział; biegł już w stronę wyjścia.
– Dziękuję, Kelly, zadzwonię do ciebie później! – krzyknął w przelocie.
Błyskawicznie zbiegł po schodach i rozejrzał się po parkingu. Stary pontiac stał 

na swoim miejscu, ale Julii w nim nie było. Spojrzał w stronę zatoki i ujrzał drobną 
postać,  oddalającą  się  szybkim,  nerwowym  krokiem,  jakby  goniły  ją  demony. 
Mając świadomość, że folguje swym masochistycznym skłonnościom, dogonił ją.

– Julia!
Nie zatrzymała się i nie spojrzała na niego.
– Julia, poczekaj! – krzyknął głośniej, jakby myślał, że go nie usłyszała.

background image

Żadnej reakcji. Chwycił ją za ramię i zmusił do zwolnienia kroku.
– Posłuchaj...
– Ręce przy sobie i zjeżdżaj, Grant.
Puścił jej ramię.
– Co ja takiego zrobiłem?
– Nie mogłeś się powstrzymać, prawda? Musiałeś za mną biec i triumfować!
– Naprawdę myślisz, że triumfuję?
– A co! Przecież to ty miałeś rację, a ja cały czas się myliłam!
Jej podejrzenia sprawiły mu ogromną przykrość. Nawet nie podejrzewał, że tak 

bardzo liczy się z jej zdaniem.

– Bardzo się o ciebie martwiłem i dlatego za tobą biegłem. Możesz mi wierzyć, 

w tym przypadku wolałbym wcale nie mieć racji.

Spojrzała na niego nieco mniej wrogo. Ruszyli przed siebie powolnym krokiem.
– Może gdzieś przysiądziemy i napijemy się czegoś?
Tu niedaleko jest mała knajpka...
Odsunęła się.
– Chciałabym się przejść, najchętniej sama.
Zatrzymał się i Julia przystanęła również. Lekko się zachwiała.
– Strasznie dużo czasu spędzasz sama.
Odrzuciła włosy z czoła.
– Lubię własne towarzystwo.
– Ale nieraz jest łatwiej znieść przeciwności, jak się ma kogoś obok siebie.
Zrobiła minę osoby całkiem opanowanej.
– Już wszystko w porządku, nic mi nie jest.
– Jasne.
Uniósł rękę i delikatnie otarł łzę z jej policzka. Tym razem też się odsunęła, ale 

nieco mniej gwałtownie.

– Lepiej mnie zostaw – powiedziała – dla swojego własnego dobra. Jestem dziś 

w marnej formie.

– Trudno, zaryzykuję.
Ruszyła przed siebie i Ben poszedł za nią.
Zeszli  do  portu  i  znaleźli  się  na  pomoście,  przy  którym  zacumowano  jachty. 

Maszty  dostojnie  kołysały  się  w  rytm  fali.  W  oddali  widać  było  ciężką  sylwetkę 
promu  powracającego  z  kontynentu  na  wyspę.  W  lecie  kursował  dziesięć  razy 
dziennie, po  sezonie tylko  raz. W porcie  roiło się od łodzi  rybackich; o tej porze 

background image

wszystkie wracały z morza.

– Jak się czujesz? – ostrożnie zapytał Ben.
– A jak myślisz?

Otuliła  się  szczelniej  swetrem,  jakby  chroniąc  się  przed  podmuchem  bryzy 

wiejącej od morza, i energicznie ruszyła przed siebie, głośno stukając obcasami.

– Jestem  wściekła. Wracam  do  domu,  myśląc,  że  moja najlepsza  przyjaciółka 

popełniła  samobójstwo,  i  po  tygodniu  wyrzutów  sumienia  i  wszelkiego  rodzaju 
zadręczania się zostaję poinformowana, że to wcale nie było samobójstwo. I że całe 
to zawracanie głowy na próżno.

Bardzo ciekawy punkt widzenia, pomyślał Ben, dziwny i równie niedorzeczny 

jak jej poprzednie oskarżenia.

Minęli  kolejne  sklepy  i  restauracje,  i  znaleźli  się  na  Water  Street.  Znowu 

zaproponował, żeby gdzieś usiedli. Gwałtowność, z jaką ponownie odrzuciła jego 
propozycję, zaniepokoiła go nieco.

– Ale to nie dlatego jestem taka wściekła...
Tak właśnie myślał i czekał na dalszy ciąg. Nie czekał długo. Julia nagle stanęła 

jak  wryta,  rozłożyła  ramiona,  a  potem  opuściła  ręce  gestem,  w  którym  była 
bezsilna wściekłość.

– Jak on mógł to zrobić? Jak mógł tak pokpić sprawę!
– Kto?
– Charlie, oczywiście!
Jednym słowem, teraz jej gniew skierował się przeciwko Charliemu...
– Jak mógł nie spostrzec czegoś, co miał pod nosem...
– W jej ciemnych oczach pojawiły się łzy.
Ben  rozejrzał  się  dokoła.  Stali  obok  sklepiku  z  lodami,  zamkniętego  już  po 

sezonie.

– Chcesz usiąść? – zapytał, wskazując pustą ławkę.
– Nie, nie usiedzę na miejscu! Muszę iść...

– To nie jest najlepsze miejsce na spacery, to jest przecież najruchliwsza ulica 

naszego miasta.

Poszedł jednak za nią, a po chwili odważył się przerwać milczenie.
– Chcesz porozmawiać o Charliem?
Julia  znowu  się  zatrzymała  i  tym  razem  siarczyście  zaklęła.  Potem  szybkim 

krokiem ruszyła przed siebie, wykrzykując i gestykulując.

background image

– W porę nie zrobił tego, co trzeba, i teraz wszystko diabli wzięli! Nie znam się 

na policyjnej robocie, ale każdy głupi wie, że najważniejsze są dwadzieścia cztery 
godziny  od  chwili  popełnienia  zbrodni.  Potem  wszystko  się  zaciera,  świadkowie 
zapominają, ślady nikną...

Minęli Brass Anchor, ale Ben nie zaproponował jej, żeby weszli do środka. To 

nie był najlepszy pomysł; nie mogli jednak bez końca tak chodzić po mieście.

– ... a przecież chodzi o morderstwo – ciągnęła Julia. Jej usta drżały, w oczach 

lśniły łzy. – Minął już cały tydzień.

Ktokolwiek to zrobił, zdążył już zatrzeć wszystkie ślady, wyrobić sobie alibi i 

tak dalej. Nigdy go się nie znajdzie.

–  Może  nie  jest  tak  źle.  Mordercy  czasem  są  po  prostu  głupi  i  popełniają 

mnóstwo błędów.

– Sam mi mówiłeś, że Charlie niezbyt dokładnie przeszukał dom Amber i nie 

zabezpieczył śladów.

–  Może  jednak  to  zrobił,  wszystkiego  nie  wiem.  Może  coś  ważnego  da  się 

jeszcze znaleźć. Na szczęście opieczętował dom i ogrodził całość taśmą.

Dopiero  w  tym  momencie  Julia  zauważyła,  że  znajdują  się  pod  drzwiami 

redakcji. Ze zdziwieniem spojrzała na Bena.

–  Jak  myśmy  się  tutaj  znaleźli?  I  co  ja  tu  robię?  A  na  dodatek  rozmawiam  z 

tobą o Charliem...

Lekko dotknął jej ramienia.
– Zapraszam cię na drinka.
Spuściła głowę.
– Chyba rzeczywiście mi się należy.
Zaprowadził  ją  do  wejścia  z  tyłu  budynku,  którędy  wchodziło  się  do  jego 

prywatnego mieszkania.

– To na specjalne okazje – wyjaśnił w odpowiedzi na jej pytające spojrzenie.

Szła  za  nim  po  schodach,  zastanawiając  się,  czy  robi  dobrze.  Właściwie  nie 

miała  wyboru.  Nie  mogła  teraz  zostać  sama.  Nie  mogła  usiąść  za  kierownicą 
samochodu i prowadzić z oczami zalanymi łzami, gotowa na coś się wpakować; a 
nie bardzo miała dokąd pójść.

Doszli do drzwi i Ben włożył klucz do zamka.
– Odrywam cię od obowiązków – powiedziała, żeby coś powiedzieć. – Przecież 

background image

to środek dnia pracy.

– Raczej koniec. Zresztą ktoś mnie zastąpi i zamknie za mnie sklepik. Wejdź, 

proszę, rozgość się.

Mieszkanie  Bena  zaskoczyło  ją.  Obszerne,  jasne  pomieszczenie,  podłoga  z 

desek, białe ściany i mnóstwo okien.

– Musi być koszmarnie drogie.
–  Było,  ale  to  jednorazowy  wydatek.  Kupiłem  je  razem z  redakcją.  Teraz  nie 

muszę płacić czynszu.

Spojrzała na niego inaczej niż dotąd. Nie przypuszczała, że poczynił na wyspie 

tak poważne inwestycje.

– Usiądź, a ja tymczasem przygotuję nam coś do picia.

Poszedł do kuchni i zaraz z niej wyjrzał.
– A może wolisz kawę albo herbatę?
– Nie, dziękuję.
Zwykle nie pijała alkoholu, ale tym razem miała ochotę na coś mocniejszego.
Ben  wrócił  ze  szklankami  i  butelką  w  ręku.  Postawił  szklanki  na  stoliku  i 

napełnił  je;  nie  widziała  nalepki  i  nie  zapytała,  co  będą  pili.  Pociągnęła  łyk  i  na 
początku nic nie poczuła; dopiero po chwili żar wypełnił jej żołądek i gorącą falą 
zalał płuca.

Spojrzała  w  niewinne  oczy  Bena  i  pomyślała,  że  nalał  jej  pewnie 

dwudziestoletniej szkockiej whisky.

Znowu napełnił jej szklankę.
– Dziękuję, wystarczy – mruknęła i wzdrygnęła się.
– Zimno ci?
Wstał i nie czekając na odpowiedź, zaczął rozniecać ogień na kominku.
–  Pod  koniec  września  robi  się  chłodno.  Ale  dzisiaj  jest  już  pierwszy 

października, prawda?

Patrzyła, jak Ben uwija się przy palenisku, przygotowując papier i drewno. Jest 

bardzo  miły,  pomyślała  z  dziwnym  jakimś  żalem,  nie  bardzo  potrafiąc 
wytłumaczyć jego przyczynę.

Ben  zapalił  zapałkę  i  przytknął  ją  do  kawałka  papieru.  Poczekał,  aż  ogień 

buchnie jasnym płomieniem i dopiero wtedy wrócił na miejsce. Wygodnie rozsiadł 
się w fotelu.

– To był bardzo ciężki dzień – rzekł z westchnieniem.
Julia  poczuła,  że  coś  ją  dławi  w  gardle,  i  zamrugała  powiekami,  żeby 

background image

powstrzymać łzy. Nie udało jej się.

– Julia, co ci jest? – spytał z niepokojem w głosie.

Spróbowała odwrócić głowę i jakoś się opanować, ale wzburzenie okazało się 

silniejsze.

– Boże – wyszeptała – ktoś ją zamordował...
Zakryła ręką usta.
– Amber została zamordowana.
Ben  bez  słowa  objął  ją  i  przytulił.  Próbowała  się  uwolnić  z  jego  ramion,  ale 

szybko zrezygnowała.

–  W  porządku,  kochanie,  popłacz  sobie,  to  ci  przyniesie  ulgę.  Nikt  się  nie 

dowie, płacz.

Głos Bena brzmiał tak łagodnie i kojąco, że bez zastanowienia przytuliła głowę 

do jego piersi i rozpłakała się. W jego ramionach czuła się bezpieczna.

– Płacz, kochanie, płacz...
Tulił  ją  i  kołysał  tak  długo,  aż  jej  łkanie  z  wolna  się  uspokoiło.  Uniosła 

zapłakaną twarz i zobaczyła czarne smugi na koszuli Bena.

– Strasznie cię pobrudziłam, przepraszam...
Bezradnie dotknęła palcem zabrudzonego materiału.
– Nic nie szkodzi. – Uśmiechnął się do niej tym swoim cudownym uśmiechem, 

nie puszczając jej z ramion.

Pod  palcami  czuła  jego  umięśnione  ciało,  na  biodrach  czuła  jego  dłonie. 

Wyprostowała się, odsunęła, obciągnęła na sobie sweter.

– Mogę skorzystać z łazienki? Chciałabym umyć twarz.
– Oczywiście, drzwi są zaraz przy wejściu.
– Dziękuję.
Kiedy wróciła kilka minut później, Ben wychodził właśnie z sypialni. Miał na 

sobie świeżą niebieską koszulę, podkreślającą błękit jego oczu.

– Lepiej ci? – zapytał, zapinając prawy mankiet.
Skinęła głową i pomyślała, że powinna już iść. Nie odpowiada za siebie, kiedy 

jest  sam  na  sam  z  tym  mężczyzną.  Był  zbyt  pociągający,  zbyt  atrakcyjny  i... 
zbytnio jej się podobał.

Najpierw jednak musi go prosić o wybaczenie.
– Ben, przepraszam za wszystkie niedorzeczne podejrzenia. Sama nie wiem, co 

mnie napadło.

background image

Podszedł i stanął przed nią.
–  Daj  spokój.  Po  tym  wszystkim,  co  usłyszałaś  dzisiaj  na  policji,  przeżyłaś 

szok.

Uniosła na niego oczy.
– To prawda, ale teraz już mogę racjonalnie myśleć.
W dalszym ciągu jestem wściekła, ale przynajmniej mogę jakoś zebrać myśli.
Gniew na Charliego opuścił ją, nie myślała już nawet o tym, że popełnił błąd w 

śledztwie. Jej głowę zaprzątało teraz tylko jedno.

– Ktoś zabił Amber i musi za to ponieść karę. Trzeba znaleźć mordercę.
Ben skinął głową.
– Tak, teraz właśnie to jest najważniejsze.
Spojrzał na nią uważnie i nieco uspokojony poszedł do kuchni.
– Kto mógł to zrobić? – Julia spojrzała w ślad za nim.
– Kto mógł pragnąć jej śmierci? Amber nie miała wrogów.
– To właśnie jest pytanie.
Powiedział to tak zagadkowym tonem, że spojrzała z nowym zainteresowaniem 

na stojącego przy kuchennym blacie mężczyznę.

– Podejrzewasz kogoś? Kogoś z wyspy? Znam go?
Ben postawił garnek na kuchence, wyjął z lodówki jakąś puszkę, otworzył ją i 

przelał jej zawartość do garnka.

– To mógł być ktoś przyjezdny.
Julia zmarszczyła czoło.
– Ale skoro upozorował samobójstwo... Boże, a jeśli ona wpadła w jakieś złe 

towarzystwo? Może spotykała się z jakimiś niebezpiecznymi ludźmi.

Położył na blacie sałatę, ogórki i pomidory.
– Możliwe.
Spojrzała na niego błędnym wzrokiem.
– Co ty robisz?
– Przygotowuję dla nas kolację.
– Ja nie mogę zostać, mam swój program.
– Zaczynasz dopiero za dwie godziny, zdążymy coś zjeść.
Julia pociągnęła nosem.
– Ładnie pachnie. Co to takiego?
– Zupa rybna. Zostań, proszę, zjemy razem.
– Dobrze, ale pod warunkiem, że ci pomogę.

background image

– Może być. Zrób sałatę.
Podeszła  do  kuchennego  blatu  i  zabrała  się  do  pracy.  Ben  miał  znakomicie 

wyposażoną kuchnię; z sufitu zwieszały się rondle różnej wielkości i pęki ziół, na 
półkach stały słoje i puszki z przyprawami.

– Nic dziwnego, że nikt nie zauważył, że miała depresję. Mówię o Amber... –

Julia  zaczęła  rwać  sałatę  na  kawałki  i  wrzucać  ją  do  szklanej  misy.  –  Nie  miała 
żadnej  depresji...  –  Zabrała się  do  krojenia  pomidora.  –  Trochę  mi  nawet  ulżyło, 
kiedy to sobie uświadomiłam, chociaż to pewnie bez sensu.

Ben wyjął przyprawy do sałaty i wymieszał je.
–  Doskonale  to  rozumiem.  Ja  też,  jak  się  dowiedziałem,  że  popełniła 

samobójstwo, miałem wyrzuty sumienia, chociaż prawie jej nie znałem.

Julia uśmiechnęła się.
– To dziwne, że tak sobie rozmawiamy.
– Chyba nie. Zawsze myślałem, że może do tego dojść, jeśli damy sobie szansę.
–  Nie  rozpędzaj  się  tak.  Nie sądzę,  żebym  cię  jeszcze  lubiła po  tym,  co  teraz 

napiszesz w tej swojej gazecie.

– Czy to znaczy, że teraz mnie lubisz?
– Nie bądź za bardzo ciekawy.
Mrugnął okiem.
– Miałaś już okazję zajrzeć do mojej gazety?
–  Owszem,  przelotnie,  jest  bardzo...  absorbująca,  świetnie  wchłania  tłuszcz. 

Smażyłam dzisiaj ryby i sam rozumiesz...

Nie  dokończyła,  bo  rzucił  w  nią  mokrą  gąbką.  Po  chwili  oboje  znowu 

spoważnieli.

– Biedny Charlie – zauważyła Julia, unosząc oczy znad miski z sałatą. – Będzie 

teraz  w  kłopocie,  nigdy  dotąd  nie  prowadził  sprawy  o  morderstwo.  A  do  tego 
alkohol zmniejszył jego możliwości...

Przerwała, nagle spłoszona.
– Co ja mówię, nie powinnam...
Zwłaszcza w obecności naczelnego redaktora miejscowej gazety! Ben jakby nie 

dosłyszał jej słów; w każdym razie ani słowem ich nie skomentował.

– Może zostawi tę sprawę i odda ją policji stanowej – odrzekł zamyślony.
Odstawił garnek z ognia i spojrzał na nią.
– Nie zamierzasz zmienić terminu wyjazdu?
– Nie, a dlaczego pytasz?

background image

–  Mam  wrażenie,  że  prasa  weźmie  się  teraz  za  Charliego.  Nadejdą  dla  niego 

trudne chwile. Chyba nie chciałby, żebyś go widziała w takiej sytuacji? To będzie 
dla niego krępujące.

– Chcesz się mnie pozbyć?
Tak sobie gawędzili, żartując swobodnie i  zupełnie bezpiecznie. Przynajmniej 

Julia  dotąd  tak  myślała.  Ale  kiedy  podszedł  i  położył  jej  ręce  na  biodrach, 
zrozumiała, że nie doceniła niebezpieczeństwa.

– Dla mnie możesz tu zostać na zawsze...
Wstrzymała  oddech,  nie  wiedząc,  co  zrobić  ani  co  powiedzieć.  Ben  jednak 

szybko  ją  puścił  i  zaczął  nakrywać  do  stołu.  Zrozumiała,  że  tak  tylko  sobie 
zażartował, i poczuła się jak idiotka.

Zanim  usiedli  do  stołu,  Ben  puścił  muzykę.  Poznała  jedną  z  taśm,  które  jej 

przyniósł poprzedniego dnia. Przypomniała sobie, jak go wtedy potraktowała.

– Muszę cię przeprosić za coś jeszcze – powiedziała.
Ben napełnił kieliszki i spojrzał na nią pytająco.
–  Przepraszam,  że  cię  oskarżyłam  o  to,  że  spowodowałeś  przeprowadzenie 

sekcji. Teraz już wiem, że domagał się tego jeden z pomocników Charliego.

Ben spuścił oczy.
– Muszę przyznać, że trochę mu pomogłem...
– W takim razie cofam swoje przeprosiny.

Wcale się nie pogniewała, przeciwnie: jego szczerość zrobiła na niej wrażenie. 

Cokolwiek zrobi czy powie, jestem zachwycona, pomyślała z niesmakiem. Dobrze, 
że chociaż zdaję sobie z tego sprawę.

– Oczywiście moja kolekcja stoi przed tobą otworem.
– Ben ruchem dłoni wskazał kasety i kompakty ustawione równo na półce.
– Dziękuję, chętnie skorzystam, a teraz może wreszcie zaczniemy jeść.
Skosztowała zupy i z niekłamanym zachwytem spojrzała na Bena.
–  Doskonałe,  jak  ty  to  robisz?  Cathryn  mówiła  mi,  że  jesteś  świetnym 

kucharzem, ale nie potraktowałam tego poważnie.

– To tylko takie moje hobby.
– Niezłe i bardzo pożyteczne.
Przez  chwilę  gawędzili,  jedli  i  cieszyli  się,  że  potrafią  rozmawiać  i  jeść  przy 

dźwiękach muzyki.

Potem  oboje  niemal  równocześnie  wrócili  myślami  do  bulwersującej  sprawy 

morderstwa.

background image

– Ciekawa jestem, czy wiesz coś o jej byłym mężu?
– zapytała Julia.
Ben uniósł kieliszek z winem i odstawił go na stół.
– Bruce Davoll... – Zmarszczył czoło. – Nie podoba mi się sposób, w jaki gra w 

kosza – rzekł powoli. – Jest strasznie agresywny. A co ty o nim wiesz?

– Cathryn mówiła mi, że bił Amber.
Ben skinął głową.
–  Słyszałem  o  tym.  Czy  Cathryn  powiedziała  ci  coś  o  problemach  z  ich 

rozwodem?

–  Mieli  podobno  jakieś  nie  rozwiązane  sprawy  finansowe,  ale  nie  wiem 

dokładnie, o co chodziło.

– Chyba o dom i knajpę. To była wspólna własność.
Julia uniosła kieliszek do ust i upiła łyk wina.
– Rozumiem.
– Co masz na myśli?
Zmarszczyła brwi.
– To, że Bruce skorzystał na jej śmierci.
Przez chwilę słychać było jedynie tykanie zegara.
– Myślisz, że Bruce Davoll zamordował swoją żonę?
Julia skrzywiła się.
– Miał powód.
– Żeby oskarżyć człowieka o morderstwo, trzeba czegoś więcej niż powód.
– Jest coś więcej. Znęcał się nad nią.
Ben w zamyśleniu pokręcił głową.
– To do niego nie pasuje, to jest zbyt chłodne i przemyślane. Bruce raczej by ją 

udusił gołymi rękami.

– Może masz rację, ale jakoś nikt inny nie przychodzi mi do głowy.
Znowu zamilkli i siedzieli tak bez słowa, z kieliszkami w rękach, zapatrzeni w 

ogień płonący na kominku.

– Nic nie wymyślimy – oświadczyła w końcu Julia.
– Lepiej pozmywam naczynia.
Ben zerwał się od stołu.
–  Wykluczone,  od  tego  mam  zmywarkę.  Zapomniałaś,  że  musimy  iść  po 

samochody?

On  też  zostawił  samochód  pod  komendą  policji.  Wieczór  był  łagodny  i 

background image

spokojny, i Julia z przykrością pomyślała, że nazajutrz wszystkie dzienniki Nowej 
Anglii ogłoszą wszem i wobec, że na cichej, uroczej wyspie Harmony popełniono 
morderstwo.

– Nie wysłuchaliśmy wiadomości o szóstej.
– Posłuchamy, co powiedzą o jedenastej.
Szła obok niego, starannie unikając jego bliskości, bo kiedy tylko musnął ją w 

przelocie, traciła wątek i nie potrafiła się skoncentrować.

–  Nie  męczy  cię  ta  codzienna  praca  w  redakcji?  –  zapytała,  żeby  coś 

powiedzieć.

– Nie. – Ben lekko się uśmiechnął. – Sam się w to wpakowałem i niczego nie 

żałuję.

Doszli do samochodu Julii i Ben spojrzał na nią w zamglonym świetle ulicznej 

latarni.

– Przyjdziesz jutro na tę konferencję prasową?
– Tak.
Otworzyła drzwiczki i położyła pudło z kasetami na siedzeniu. Chciała usiąść 

za kierownicą, ale Ben chwycił ją za ramię.

– Poczekaj.
Zwrócił  ją  ku  sobie  i  stali  teraz  bardzo  blisko  siebie.  Niewidzialny  fluid,  jaki 

między nimi był, stał się wyraźnie wyczuwalny.

– Pomyślałem, że Charlie bardzo cię zawiódł i...
Zamierza rozmawiać z nią o Charliem i zawodzie, jaki jej sprawił?
– I co?
– Zrobisz, co zechcesz, to nie moje sprawy, ale on teraz będzie miał wszystkich 

przeciwko sobie i może potrzebować kogoś bliskiego.

Ten facet nie przestaje jej zdumiewać!

– Dziękuję, że mi o tym przypomniałeś – powiedziała ironicznie i rozejrzała się 

po parkingu.

Samochodu Charliego nie było.
– Wpadnę do niego po drodze – dodała poważniejszym głosem.
– Bardzo dobrze.
Rozmowa  wyglądała  na  skończoną  i  Julia  schyliła  się,  żeby  wsiąść  do 

samochodu.

– Poczekaj – rzekł Ben i jej serce ponownie mocniej zabiło.
– Co jeszcze?

background image

– Bardzo cię proszę, żebyś dzisiaj wieczorem dobrze zamknęła drzwi na klucz.
Odprężyła się nieco, niebezpieczeństwo minęło.
– Dobrze, ale chyba nie ma powodu do obaw.
– Wiem, ale zamknij drzwi na klucz.
– Zamknę, a teraz dobranoc, i jeszcze raz dziękuję za kolację.
Odwróciła się.
– Jest jeszcze coś...
– Słucham?
Odpowiedzi  nie  usłyszała;  zamiast  niej  poczuła  usta  Bena  na  swoich.  Nie 

odsunęła  się,  nie  zrobiła  żadnego  ruchu,  nie  była  w  stanie.  To  był  cudowny 
pocałunek...

– A teraz możesz jechać – szepnął.
Wolno  otworzyła  oczy  i  ujrzała  jego  przystojną,  uśmiechniętą  twarz.  Chciała 

coś powiedzieć, ale nie mogła. Ben lekko dotknął palcem jej nosa.

– Dobranoc, i do jutra.

Niemal zapomniała odwiedzić Charliego. Dopiero po  chwili świeże powietrze 

wpadające  przez  otwarte  okno  samochodu  nieco  ją  orzeźwiło  i  pozwoliło  zebrać 
myśli.

Komendanta  zastała  za  kuchennym  stołem;  siedział,  popijając  wódkę.  Przed 

nim  stała  napoczęta  butelka.  Julia  zapukała  i  mimo  braku  zaproszenia  weszła  do 
środka.

– To nie jest najlepszy moment na wizyty – oznajmił Charlie, nie zwracając w 

jej stronę głowy. Nie widzącym wzrokiem patrzył tępo przed siebie.

– Wiem, widziałam cię przez okno.
Julia przysunęła sobie krzesło i usiadła. Gdyby nie zastała go nad butelką, może 

byłaby bardziej wyrozumiała, ale teraz cały jej gniew obudził się na nowo.

– Znasz nowiny?
– Tak – odparła, z trudem się hamując.
– Wiem. Ktoś mi powiedział, że widział cię w komendzie.
Julia odsunęła butelkę.
– Nie czekałam na ciebie, bo po tym, co usłyszałam, chciałam przez chwilę być 

sama – rzekła przez zęby.

–  Strasznie  mi  przykro,  to  wszystko  moja  wina.  –  W  głosie  Charliego 

zabrzmiało  pijackie  rozrzewnienie.  –  Od  trzydziestu  lat  robię  w  tym  zawodzie, 
ludzie  mi  ufają,  a  teraz...  –  Pociągnął  z  kieliszka.  –  Najgorsze,  że  ja  naprawdę 

background image

myślałem, że robię dobrze, ale nic mi nie wychodzi. Coś się porobiło i nie jestem 
już taki jak dawniej.

Julia oparła brodę na łokciach.
– Daj spokój i przestań się nad sobą rozczulać. Niedobrze mi się robi, jak tego 

słucham.

Spojrzał na nią zdumiony.

–  Zrobiłeś  błąd  i  sam  o  tym  wiesz.  Uznałeś  za  samobójstwo  coś,  co  było 

morderstwem.  Trudno,  stało  się,  było,  minęło.  Teraz  musisz  się  zastanowić,  co 
dalej.

Spojrzenie Charliego zmętniało; ręce opadły mu bezwładnie.
– Podam się do dymisji.
– Nie sądziłam, że z ciebie taki mięczak.
Nie zareagował tak, jak się spodziewała. Wzruszył tylko ramionami.
– Tak będzie najlepiej. Przyjedzie ktoś młodszy i lepszy ode mnie, i wszystkim 

się zajmie.

– Jednym słowem, zamierzasz pogrzebać całą swoją karierę i odejść ze sceny w 

niełasce?

Charlie przeczesał drżącą ręką siwe kosmyki.
– Co innego mi pozostało?
Spojrzała  na  niego  ze  złością,  gotowa  wypalić  kazanie.  Potrzebny  mu  będzie 

ktoś bliski... Przypomniała sobie słowa Bena i jej gniew się rozpłynął. Złość nic tu 
nie pomoże, krzykiem nic nie zwojuje, tylko jeszcze dodatkowo kopnie leżącego.

Usiadła bliżej i objęła Charliego ramieniem.
– Sam zadecydujesz, co masz zrobić. Oczywiście, możesz się podać do dymisji, 

wolny wybór, ale pamiętaj, że cię kocham i będę cię kochała bez względu na to, co 
zrobisz. Chciałam ci tylko powiedzieć, że nie powinieneś robić uników.

Uniósł głowę i spojrzał jej w oczy.
– Wiem, że robisz to dla mojego dobra, ale nie rozumiesz jednego: ja jeszcze 

nigdy nie prowadziłem śledztwa w sprawie morderstwa.

– Wiem, ale sam mi zawsze mówiłeś, że wszystko kiedyś robi się pierwszy raz. 

Mówiłeś mi to przy tym stole, tutaj.

Charlie z uporem pokręcił głową i Julia mocniej go objęła.
–  Zrobisz  to,  jeśli  zechcesz.  To  tylko  zagadka,  a  każdą  zagadkę  można 

rozwiązać.  Porozmawiasz  z  ludźmi,  którzy  znali  Amber,  wyślesz  materiały  do 

background image

laboratorium.  Po  co  ja  ci  to  wszystko  mówię?  Przecież  sam  najlepiej  wiesz,  co 
robić. Zawsze mi mówiłeś, że po prostu trzeba zacząć, postawić pierwszy krok, a 
potem drugi, trzeci i tak dalej, aż do końca. Układanka sama się ułoży, zobaczysz, 
zacznij tylko działać.

Charlie wyprostował zgarbione plecy; Julia, zachęcona, mówiła dalej:
– Pomogę ci, jak tylko będę mogła. Zostaję tu jeszcze przecież ponad tydzień.
Spojrzał na nią wzrokiem zbitego psa.
–  Wolałbym,  żeby  cię  przy  tym  nie  było.  Nie  chcę,  żebyś  mnie  widziała  w 

takim stanie.

– Trudno, i tak zostanę.
Uśmiechnął się i to była dla niej największa nagroda.
– Nie wiem, od czego zacząć, maleńka, a tak bardzo chciałbym doprowadzić do 

końca tę sprawę.

Wiedziała,  że  nie  ma  wyjścia.  Nie  wolno  jej  dopuścić  do  jego  dymisji;  to  by 

oznaczało  koniec.  Charlie  zniszczy  całą  swoją  przyszłość  i  zniweczy  przeszłość, 
ludzie będą go źle wspominali, a on sam będzie żył w nieustannym poczuciu winy.

Nie zasłużył na taki los.

– Musisz to  zrobić dla samego siebie, nie wolno ci się poddawać. Jest jednak 

jedno  „ale”:  przede  wszystkim  musisz  natychmiast  odstawić  wódę.  Alkohol 
niszczy  cię  fizycznie  i  okalecza  emocjonalnie.  To  tylko  chwilowo  przynosi  ulgę, 
Charlie.

Nigdy  nie  widziała,  żeby  się  czerwienił,  ale  właśnie  teraz  jego  policzki 

napłynęły krwią. Ujął jej rękę i lekko pocałował palce.

–  Masz  nieco  ponad  pięćdziesiąt  lat,  Charlie.  Możesz  przeżyć  w  zdrowiu 

następne trzydzieści, i dobrze o tym wiesz.

Pokręcił sceptycznie głową.
– Wiem, co mówię. Pauline umarła, ale ty musisz żyć.
Masz przed sobą kawał życia i musisz je przeżyć godnie.
Dlatego powinieneś się za siebie wziąć.
Teraz ona uniosła jego dłoń i przytuliła ją do swego policzka.
–  Zrób  to  dla  mnie,  Charlie,  jesteś  mi  bardzo  potrzebny.  Nie  mam  nikogo 

oprócz ciebie.

Odwrócił głowę, a potem zwrócił w jej stronę odmienioną nagle twarz.
– Najważniejszy jest pierwszy krok, prawda? – odezwał się mocnym głosem.
Poczuła, że w jej serce wstępuje nadzieja.

background image

– Tak, i na pewno trzeba go uczynić.

background image

8

Zgodnie  z  przewidywaniami  Bena,  media  rzuciły  się  na  sprawę  Amber  jak 

hieny.  Następnego  dnia  w  komendzie  policji  kręcili  się  telewizyjni  reporterzy; 
przybyło również czterech dziennikarzy z kontynentu. Julia weszła do niewielkiego 
pomieszczenia,  gdzie  miała  się  odbyć  konferencja  prasowa  i  przez  chwilę  miała 
ochotę zatkać sobie uszy. Harmider panował nieopisany.

– Julia!
Ben machał do niej z krzesła. Skierowała się w jego stronę.
– Zająłem ci miejsce.
– Dziękuję, nie spodziewałam się podobnych tłumów.
– I proszę, wykołowałaś ich wszystkich.
Uśmiechnął  się  do  niej  łobuzersko  i  siłą  się  powstrzymała,  żeby  nie 

odwzajemnić jego uśmiechu. Okazja nie była po temu.

Poprzedniego wieczoru, w czasie jej radiowego programu, telefon dzwonił bez 

przerwy.  Wiadomość  o  zabójstwie  Amber  rozeszła  się  lotem  błyskawicy  i 
zszokowała  bez  wyjątku  wszystkich.  Ludzie  nie  wierzyli  własnym  uszom  i 
dopytywali się, co zostało w tej bulwersującej sprawie zrobione.

Początkowo  Julia  nie  zamierzała  poświęcać  sprawie  morderstwa  zbyt  wiele 

czasu,  ale  wkrótce  została  do  tego  zmuszona.  Mogła  przecież  z  całą 
odpowiedzialnością potwierdzić ten trudny do zrozumienia fakt; była obecna przy 
oświadczeniu  Charliego  i  czuła  się  w  obowiązku  rozpowszechnić  prawdę. 
Najpierw  chciała  po  prostu  podać  sensacyjną  wiadomość  w  krótkim  serwisie 
informacyjnym z  kraju i  ze świata, ale potem postanowiła pominąć formalności i 
opowiedzieć o wszystkim ciepło i bezpośrednio, w stylu, w jakim zawsze zwracała 
się do swoich słuchaczy.

Kiedy skończyła i nastawiła muzykę, zadzwonił Ben.
– Co ty tam kombinujesz? – zapytał bez wstępów.
Głos miał serdeczny i porozumiewawczy, przywołujący wspomnienie bliskości, 

jaka się między nimi zrodziła tego wieczoru.

–  Nic  nie  kombinuję  –  odparła  swobodnie  i  wyobraziła  sobie  jego  twarz  tuż 

przy swojej w świetle księżycowej poświaty.

– Znam cię, ty czarownico.
– A co, moje prawo! Ja też pracuję w mediach.

background image

Powiedziawszy  to,  uświadomiła  sobie,  że  jako  osoba  dysponująca  nadającą 

codzienny program stacją radiową ma o wiele większy wpływ na opinię publiczną, 
niż ktoś redagujący tygodnik, w którym może co najwyżej skomentować minione 
już wydarzenia.

–  Dobrze,  nie  będę  cię  dłużej  zatrzymywał.  Wiem,  że  pracujesz.  Powiedz  mi 

tylko, czy zjesz ze mną jutro lunch po tej konferencji prasowej?

Zawahała  się,  nie  wiedząc,  czy  należy  zacieśniać  ich  znajomość  i  dodatkowo 

komplikować  sytuację. Z  drugiej  strony, można  było  to  omówić  właśnie  podczas 
lunchu.

– Chętnie, to dobry pomysł. Masz coś jeszcze?
– Tak, puścisz coś specjalnie dla mnie?
– Jasne, a co chciałbyś usłyszeć?
– Piosenkę Lindy Ronstadt „Nawet nie wiesz, co do ciebie czuję”.
Powiedział  to  takim  zmysłowym  głosem,  że  odsunęła  słuchawkę  od  ucha, 

ogarnięta  nagłym  dreszczem.  Chyba  naprawdę będą  musieli  porozmawiać  o  tym, 
co się z nimi dzieje.

Konferencja prasowa nie była do tego najodpowiedniejszym miejscem. Właśnie 

wszedł Charlie i zajął miejsce na podium. Miał zaczerwienione oczy i spuchnięte 
powieki. Chyba wcale nie spał tej nocy, pomyślała Julia i zacisnęła dłonie, modląc 
się, żeby udało mu się godnie przedstawić oficjalny punkt widzenia.

Komendant  najpierw  podziękował  dziennikarzom  za  zainteresowanie  i 

przybycie na wyspę, po czym przyrzekł, że udzieli im wszelkich informacji – pod 
warunkiem,  że  nie  będą  one  godzić  w  dobro  śledztwa.  Następnie  przeszedł  do 
omówienia  sprawy,  podając  podstawowe  dane:  imię  i  nazwisko  ofiary,  datę 
znalezienia zwłok i przypuszczalną godzinę śmierci. Nadmienił również, że zanim 
przeprowadzono  sekcję,  wszystko  wskazywało  na  to,  że  Amber  Davoll  zginęła 
śmiercią samobójczą.

–  A  teraz  proszę  państwa  o  pytania  –  zakończył  i  Ben  Grant  natychmiast 

podniósł rękę.

Czyżby  zamierzał  zapytać,  dlaczego  sekcję  przeprowadzono  z  takim 

opóźnieniem i zapędzić Charliego w kozi róg?

Inne ręce podniosły się również.
Charlie powiódł po sali zmęczonym wzrokiem i ku przerażeniu Julii zatrzymał 

się na Benie. Julia wstrzymała oddech; przecież on wie, że Ben może go zapytać o 
powód zaniedbań w śledztwie, że może go wydać na żer tych pismaków...

– Pan Grant, słucham.

background image

Charlie idzie prosto w paszczę lwa. Co za głupota...
Dopiero w sekundę później uświadomiła  sobie, że to, co pochopnie uznała za 

głupotę, jest po prostu odwagą. Charlie postanowił stawić czoło najgroźniejszemu 
przeciwnikowi. Jego zachowanie było godne najwyższego szacunku. Poczuła, jak 
ogarnia ją radość i nadzieja.

– Wspomniał pan wczoraj, że strzał, który spowodował śmierć Amber Davoll, 

padł zapewne w chwili, kiedy ofiara była już nieprzytomna. Czy mógłby pan jakoś 
rozwinąć ten temat?

Do  podziwu  dla  odwagi  Charliego  doszło  jej  teraz  zdumienie  zachowaniem 

Bena.  Pytanie  było  tak  niewinne,  że  mógł  je  zadać  tylko  ktoś,  kto  chciał 
komendantowi  ułatwić  sytuację.  Charlie  zrozumiał  to  tak  samo  i  uśmiechnął  się 
pod nosem.

–  Tak,  mógłbym  –  odparł.  –  W  ciele  ofiary  znaleziono  ślady  silnego  leku 

psychotropowego...  –  zerknął  w  kartkę  –  flunitrazepamu,  którego 
rozpowszechnianie  jest  w  naszym  kraju  zakazane,  a  który  przenika  do  nas  z 
Meksyku  i  krajów  Ameryki  Południowej,  gdzie  jest  lekiem  oficjalnie 
dopuszczonym  do  sprzedaży  jako  preparat  uspokajający.  Jest  to  lek  o  bardzo 
silnym działaniu, bezwonny i pozbawiony smaku, dlatego łatwo go podać w jakimś 
napoju.  Ostatnio,  niestety,  bardzo  często  spotyka  się  go  w  miasteczkach 
uniwersyteckich. Głos zabrał inny dziennikarz:

– Czy ofiara została zgwałcona?
Julia zastygła sparaliżowana strachem.
– Nie.
Odprężyła się i usiadła nieco wygodniej.
– Czy przed śmiercią miała stosunek seksualny?
Charlie znowu zaprzeczył.
–  Czy  można  przypuszczać,  że  ofiara  została  uśpiona  flunitrazepamem,  żeby 

można było łatwiej upozorować samobójstwo?

Charlie skinął głową.
– Jest to dopuszczalna hipoteza.
– Do kogo należała użyta broń?
– Broń była własnością ofiary. Zgodnie z zeznaniem ojca ofiary, Amber Davoll 

zakupiła  broń,  ponieważ  mieszkała  sama  i  obawiała  się  o  swoje  bezpieczeństwo. 
Trzymała ją zwykle przy łóżku.

Nikt  nie  zapytał,  czego  Amber  tak  bardzo  się  bała  na  spokojnej  wyspie 

Harmony, gdzie nikt nigdy na nikogo nie napadał. Julia pomyślała, że chodziło o 

background image

Bruce’a.

Pytania padały teraz jedno za drugim.

–  Czy  znaleziono  jakieś  ślady  świadczące  o  tym,  że  do  domu  ofiary  zabójca 

dostał się siłą?

– Nie.
– Czy stąd wniosek, że znała mordercę?
Charlie zastanawiał się tak długo, że Julia pomyślała, że musi nie mieć żadnych 

wątpliwości.  Amber  musiała  znać  swojego  mordercę;  morderca  też  ją  znał, 
wiedział, że ciężko przeżywa rozwód i ma w domu środki uspokajające; wiedział 
też, że przy łóżku trzyma rewolwer...

Wiedział,  że  wszyscy  uwierzą  w  jej  samobójstwo.  Wszystko  do  siebie 

doskonale pasowało.

– Wolałbym na razie wstrzymać się od odpowiedzi.
Nie  znamy  jeszcze  dokładnego  wyjaśnienia  w  tej  sprawie,  a  nie  chciałbym, 

żeby moja wypowiedź stała się źródłem nie sprawdzonych pogłosek.

Ben znowu podniósł rękę.
– Czy ktoś z sąsiadów coś widział? Może zauważono blisko domu pani Davoll 

jakieś podejrzane samochody?

– To dosyć odludne miejsce, najbliższe domy znajdują się w sporej odległości. 

Nikt niczego nie zauważył.

–  Czy  już  kiedyś  spotkał  się  pan  z  tym  narkotykiem  na  wyspie  Harmony?  –

zapytał ktoś z drugiego końca sali.

– Nie, nigdy.
Ręka Bena znowu powędrowała do góry.
– Czy wiadomo, skąd się tutaj wziął?
– Na razie nie, ale wszczęto w tej sprawie energiczne śledztwo.
Julia  oczami  duszy  ujrzała  „energiczne  śledztwo”  wszczęte  przez  Charliego  i 

jego liczącą dwie osoby ekipę.

Przymknęła  oczy.  Na  chwilę  zwątpiła,  czy  mordercę  Amber  kiedykolwiek 

dosięgnie sprawiedliwość...

– Kto ostatni widział Amber Davoll?
Charlie przechylił głowę i spod oka spojrzał na pytającego.
– Gdybym to wiedział, mógłbym spokojnie zamknąć śledztwo.
Na sali rozległy się ironiczne śmiechy. Ben zbliżył usta do ucha Julii.

background image

– Doskonale sobie radzi, od razu widać doświadczonego gliniarza.
Zerknęła na niego bez przekonania.
– Powiedz – szepnęła – dlaczego go oszczędzasz?
Ben wzruszył ramionami.
– To nasza wyspiarska sprawa, nikomu nic do tego.
Dopadnę go później.
Na twarzy Julii odmalował się podziw. Z każdą chwilą lubiła go coraz bardziej, 

zresztą nie tylko za jego lojalność wobec lokalnej społeczności... Przede wszystkim 
pociągał ją fizycznie, a oprócz tego lubiła w nim wszystko: jego poczucie humoru, 
błyskotliwość, dystans do samego siebie i sposób, w jaki gotował.

Charlie zaś mówił dalej:
– Pani Amber Davoll spędziła swój ostatni wieczór w towarzystwie rodziców. 

Wyszła z biura około piątej, poszła do domu, przebrała się, nakarmiła psa i udała 
się  do  mieszkających  kilka  ulic  dalej rodziców na  kolację. Wyszła od nich około 
wpół do dziewiątej, mówiąc, że zamierza obejrzeć telewizję i położyć się spać. Nic 
nie wskazywało na to, że czegoś się obawia.

Julia z wahaniem uniosła rękę i zapytała o to, o czym myśleli wszyscy.
– Czy kogoś już pan podejrzewa?
Charlie przesłał jej zupełnie prywatny uśmiech.
–  Nie,  na  razie  przesłuchujemy  ludzi,  badamy  ślady,  jesteśmy  w  stałym 

kontakcie ze stanowym laboratorium.

Jestem pewien, że wkrótce będziemy coś wiedzieli.
Odpowiedział  jeszcze  na  kilka  pytań  i  konferencja  prasowa  dobiegła  końca. 

Komendant wycofał się do gabinetu i obecni z wolna zaczęli się rozchodzić.

Na schodach Ben niespodzianie objął Julię.
–  Jak  się  czujesz  po  tych  wszystkich  dodatkowych  szczegółach?  –  zapytał 

troskliwie.

Westchnęła.
– Nadspodziewanie dobrze. Mam takie  wrażenie, że podanie pewnych faktów 

sprawiło, że sprawa Amber stała się po prostu łamigłówką, którą trzeba rozwiązać 
sprawnie i szybko.

– Jak to się mówi, została zobiektywizowana. – Ben uśmiechał się lekko. – Też 

myślę, że dobrze się stało.

Julia uniosła na niego oczy.
– A co z naszym lunchem?

background image

– Jestem do usług.
– Dokąd pójdziemy?
– A masz jakieś swoje ulubione miejsce?
Otworzył przed nią drzwiczki i wśliznęła się do samochodu.
– Co byś powiedział na lokal Bruce’a Davolla?
– Dlaczego akurat tam?
Ben usiadł za kierownicą.

– Słyszałam, że robią tam prawdziwą włoską pizzę, taką na cienkim spodzie.
Zwrócił ku niej zdziwione spojrzenie.
– Nie udawaj, przecież wcale nie masz ochoty tam iść.
Julia oparła się wygodnie i wsunęła ręce w kieszenie swetra.
– Nigdy cię nie interesowało, jak on reaguje na to wszystko?
– Nie, ponieważ nie podejrzewam go o popełnienie tej zbrodni. A ty?
Przygryzła wargi.
– Sama nie wiem, może.
– Chyba już o tym wczoraj rozmawialiśmy.
– Tak, ale mąż i narzeczony są zwykle najbardziej podejrzani.
– Komendant Slocum też pewnie to wie i wyciąga z tego odpowiednie wnioski.
– Skąd ta pewność? – zapytała i natychmiast poczuła się winna.
Ben położył rękę na jej ramieniu.
– Ty nie powinnaś wątpić w jego możliwości.
Drgnęła.
– Wcale w nie nie wątpię.
– To dlaczego w takim razie sama chcesz się zabawiać w detektywa?
– Zabawiać? Nie traktuj mnie  jak  małą  dziewczynkę, którą można odesłać do 

kącika z lalkami.

Ben westchnął i uniósł oczy do nieba.
– Boże broń, nawet mi to do głowy nie przyszło. Zastanawiam się tylko, po co 

mamy  tam  iść.  Wejdziesz  do  baru  i  powiesz:  cześć,  Bruce,  zastanawialiśmy  się 
właśnie  z  Benem,  czy  aby  nie  zabiłeś  swojej  żony,  i  wpadliśmy,  żeby  cię  o  to 
zapytać?

Julia roześmiała się cicho.
– Może rozegram to bardziej finezyjnie.
– Mam nadzieję, bo Bruce to facet, któremu raczej nie warto się narażać.
Spoważniała.

background image

– Coś o tym wiem.
Ben położył dłonie na kierownicy.
– W dalszym ciągu masz ochotę tam jechać?
– Tak, podobno mają bardzo dobrą kuchnię.
– W takim razie jedziemy, ale musisz uważać.

Bruce  Davoll  zrobił  pieniądze  głównie  na  turystach,  i  to  zwłaszcza  tych 

młodych.  Jego  lokal  mieścił  się  tuż  przy  zejściu  na  plażę  i  od  rana  do  wieczora 
rozbrzmiewał muzyką i gwarem mniej lub bardziej pijanych głosów. Muzyka była 
głośna,  potrawy  pikantne  i  gorące,  a  alkohol  podawano  bez  względu  na  wiek 
klienta.

Po  sezonie  stoliki  wstawiano  do  środka  i  bar  Davolla  stawał  się  po  prostu 

zwykłą nocną knajpą.

Bruce  zmienił  wystrój  wnętrza,  zastępując  muszle  i  plecionki  poprzedniego 

właściciela  elementami  sportowymi;  zainstalował  też  wielki  telewizor  stale 
nastawiony na jakiś sportowy kanał.

Latem  organizował  na  plaży  zawody  siatkówki,  zimą  grywał  w  kosza.  Stąd 

właśnie znał go Ben.

Kiedy weszli, Bruce stał za barem i podrygiwał w rytm jakiegoś utworu Guns 

N’Roses. Żadnego klienta nie było.

Ben  wszedł  do  środka  z  lekkim  ociąganiem,  niepewny,  czy  dobrze  zrobił, 

przyprowadzając  tutaj  Julię.  Instynkt  mówił  mu,  że  Bruce  nie  zabił  żony  –
potwierdzało to jego zachowanie w czasie pogrzebu – ale bał się, że gdyby Bruce 
jednak  to  uczynił,  Julia  swoimi  pytaniami  i  podejrzeniami  ściągnie  na  siebie 
niebezpieczeństwo.

– Cześć, Bruce – powiedział od progu.
Bruce obrzucił ich podejrzliwym spojrzeniem.
– Można jeszcze coś zjeść?
– Tak, ale trzeba poczekać jakieś dziesięć, piętnaście minut.
Bruce podniósł dwa kartony puszek z piwem, jakby nic nie ważyły, i ustawił je 

na półce. Miał na sobie obcisłą koszulkę, pod którą prężyły się mięśnie. Zlepione 
żelem krótkie jasne włosy błyszczącym hełmem opinały mu czaszkę.

Jego  spojrzenie  popłynęło  ku  Julii.  Najwyraźniej  doszedł  do  wniosku,  że  dla 

własnego  dobra  powinien  przez  chwilę  zachowywać  się  jak  istota  ludzka  i 

background image

uśmiechnął się uprzejmie.

Skoro  był  właścicielem  baru,  musiał  od  czasu  do  czasu  krzywić  twarz  w 

uśmiechu,  ale  Ben  nigdy  jeszcze  tego  nie  widział.  W  czasie  meczu  koszykówki 
Bruce nie uśmiechał się nigdy.

Ben objął Julię i wprowadził do środka. Czuł, że jest zdenerwowana i napięta. 

Nie  wiedział,  czy  z  powodu  miejsca,  w  którym  byli,  czy  też  z  powodu  jego 
bliskości.  Na  razie  wolał  w  to  nie  wnikać.  Nie  można  wykluczyć,  że  z  obu 
powodów naraz.

Poprzedniego dnia, kiedy ją pocałował, wiedział już,
że  będą  tego  następstwa.  Wiedział  to  właściwie,  zanim  ją  pocałował.

Niepotrzebnie  pogłębiał  ich  znajomość.  To  nie  ma  sensu,  nie  mają  przed  sobą 
przyszłości.  Wiedział to  i  ona  to  wiedziała.  A  jednak  pocałował  ją. Nie  mógł  się 
powstrzymać, a od tamtej pory marzył tylko, żeby pocałować ją znowu.

Wiedział, że Julia mimo przyjemności, jaką jej sprawił, żałowała, że pozwoliła 

mu na to. Dosłyszał to w jej głosie, kiedy wieczorem zadzwonił do studia.

Najrozsądniej byłoby dać sobie spokój. Zapomnieć o niej, wycofać się. Ale Ben 

wcale  nie  chciał  zachowywać  się  rozsądnie  i  nie  chciał  o  niej  zapominać.  Wolał 
zapomnieć  o  tym,  że  Julia  niedługo  wyjedzie  i  –  nacieszyć  się  jej  krótką 
obecnością.

Nie wiedział, co robić, i miał nadzieję, że Julia uczyni coś, co zasugeruje jakieś 

wyjście. Julia tymczasem podeszła do baru i wyciągnęła do Bruce’a rękę.

– Cześć.
– Witaj, widziałem cię na pogrzebie.
– Przepraszam, że nie podeszłam, żeby ci złożyć kondolencje.
Ben  próbował  ukryć  zdumienie.  Biorąc  pod  uwagę  to,  co  wiedziała  o  jego 

stosunkach z Amber, zachowywała się zdumiewająco.

–  Byłabyś  jedyna.  Nikomu  jakoś  nie  przyszło  do  głowy,  żeby  mi  składać 

kondolencje.

–  Wiem,  że  byliście  w  trakcie  rozwodu,  ale  przecież  siedem  wspólnie 

spędzonych lat też coś znaczy. Wierz mi, bardzo ci współczuję.

– Dziękuję. Czego się napijecie?

Błyskawicznie  położył  przed  nimi  podstawki.  Bruce  był  zwalisty,  ale  nie 

ociężały. Był szybki i wcale niegłupi. Ben, który rozgrywał z nim mecze, wiedział, 
że jako przeciwnik może być bardzo niebezpieczny.

– Dla mnie jakiś zimny napój – rzekła Julia, sadowiąc się na stołku.

background image

– Sam Adams – dopowiedział Ben.
Bruce zaczął przygotowywać napoje.
– Nie wiedziałem, że się znacie.
– Bo wcale się nie znamy – szybko odparowała.
– Dopiero się poznajemy – wyjaśnił Ben z uśmiechem.
Bruce postawił przed nimi szklanki.
– Uważaj na niego – zwrócił się do Julii. – To niebezpieczny facet.
–  Doprawdy?  –  Julia  obdarzyła  swojego  sąsiada  powłóczystym  spojrzeniem  i 

zamrugała rzęsami.

Na zapleczu coś się poruszyło i po  chwili do sali weszła  młoda kobieta. Julia 

poznała Nicole Normandin, kelnerkę i przyjaciółkę Bruce’a. Nicole ubrana była w 
czarną  minispódniczkę  i  obcisły  sweterek  ze  złotymi  aplikacjami.  Bez  słowa 
zaczęła przecierać stoliki, od czasu do czasu zerkając w stronę nowych klientów.

–  Te  ostatnie  wiadomości  o  okolicznościach  śmierci  Amber  są  naprawdę 

straszne. – Julia przyciszyła głos i wzdrygnęła się.

Niezła komediantka, pomyślał z podziwem Ben.
– Chodzi ci o to, że to mogło być morderstwo? – zapytał Bruce.
Ben porozumiewawczo ścisnął ramię Julii, lecz nie zwróciła na niego uwagi.

– Tak, właśnie.
– Pewnie, że to okropne. – Bruce potrząsnął głową, ale jego twarz nie zmieniła 

wyrazu.

Julia pociągnęła łyk ze szklanki, nie spuszczając z niego uważnego spojrzenia.
– Wracamy prosto z konferencji prasowej – dorzuciła jakby nigdy nic. – Podali 

mnóstwo szczegółów.

– Tak?
Bruce bez zainteresowania zaczął przecierać blat.
–  Powiedzieli,  że  podczas  sekcji  wykryto,  że  przed  śmiercią  została 

oszołomiona za pomocą jakiegoś narkotyku.

Powiedziała  to  spokojnym  i  pewnym  głosem,  ale  jej  ręce  pod  stołem  nie 

przestawały  miąć  papierowej  serwetki.  Ben  opiekuńczym  ruchem  otoczył  ją 
ramieniem. Bruce pozostał niewzruszony.

– Wiem, też o tym słyszałem. Komendant Slocum był u mnie dziś rano.
– Charlie tutaj był?
– Tak.
Ben poczuł, jak plecy Julii sztywnieją.

background image

– Czego chciał? – zapytała.
Teraz się zacznie, przeszło przez myśl Benowi.
– Pytał, czy Amber coś mi mówiła, czy czegoś się bała, takie tam, jak zwykle. –

Bruce wytarł ręce o koszulkę. – Niestety, niewiele mogłem mu pomóc, bo sam nic 
nie wiem. Nic a nic.

Mówiąc  to,  spojrzał  na  Julię  jakoś  tak  dziwnie  i  Ben  poczuł,  że  sprawy 

przybierają niedobry obrót. Głos Julii leciutko zadrżał.

– W każdym razie mam nadzieję, że ktokolwiek to zrobił, szybko go złapią. –

Rozejrzała się. – Miłe miejsce, nigdy tu nie byłam.

Twarz Bruce’a jakby się rozjaśniła.
– To wszystko moje dzieło!
– Możesz być z niego dumny. – Julia odwróciła się na stołku i spojrzała na salę. 

– Gdzie mamy usiąść?

– Gdzie chcecie, a ja tymczasem zajrzę do kuchni – odrzekł Bruce i zwracając 

się do kelnerki, dorzucił: – Nicky, masz klientów!

Julia błyskawicznie odsunęła się od baru. Nie mogła ani sekundy dłużej patrzeć 

na  tego  bydlaka.  Miała  ochotę  złapać  go  za  kudły  na  piersi,  potrząsnąć  nim  i 
wykrzyczeć, że wie, jak podle traktował Amber. Opanowała się jednak i teraz była 
z tego dumna.

– I co o tym sądzisz? – zapytał Ben, kiedy usiedli przy stoliku.
– ...

– Chciałaś zobaczyć jego reakcję.
– Nie reaguje normalnie, cały czas jakby się czaił.
Ciekawe dlaczego.
Przerwała,  bo  do  stolika  podeszła  Nicole.  Położyła  przed  nimi  menu  i  z 

wymuszonym uśmiechem zapytała, czy mają ochotę na specjalność zakładu.

Bruce  najwyraźniej  lubił  określony  typ  kobiet.  Podobnie  jak  Amber,  Nicole 

była bardzo ładna, miała długie jasne włosy i niebieskie oczy. W przeciwieństwie 
do Amber jednak, w jej spojrzeniu było coś twardego.

Widać  było,  że  bardzo  dba  o  swój  wygląd.  Była  starannie  umalowana  i 

uczesana,  elegancko  ubrana,  drugie  kolczyki  miała  dopasowane  do  aplikacji  na 
swetrze.  Paznokcie  miała  pomalowane  na  ten  sam  kolor  co  usta.  Julia  mogła  się 

background image

założyć,  że  ma  również  pomalowane  paznokcie  u  nóg.  Ben  pytająco  spojrzał  na 
swoją towarzyszkę.

– W dalszym ciągu masz ochotę na pizzę?
– Tak.
– W takim razie poprosimy dwie pizze.
Nicole wyjęła ołówek i notesik.
– Jakiego rodzaju?
– Może z tymi tutejszymi kiełbaskami, co ty na to?
– zwróciła się Julia do Bena.
– Doskonale.
Nicole  przyjęła  zamówienie,  odwróciła  się  i  zamierzała  odejść,  kiedy  Julia 

nagle ją zatrzymała.

– Jeszcze chwileczkę.
– Tak? Słucham, coś podać?
– Nie przypominasz mnie sobie?
Nicole z namysłem zmarszczyła czoło.
– Może, coś jakby...
– Nazywam się Julia Lewis. Chodziłam do szkoły z twoim bratem.
–  Ach,  tak.  –  Nie  była  zaskoczona,  tak  jakby  od  początku  o  tym  wiedziała. 

Może  rozmawiała  z  bratem?  Julia  przypomniała  sobie,  że  braci  Normandin  było 
dwóch.

– To ty prowadzisz tę audycję w radio – rzekła Nicole.
– Tak.
– Słuchałam cię wczoraj. Nie pracowałam, a ponieważ jakiś klient mówił coś o 

twoim programie, postanowiłam posłuchać. Bardzo mi się podobało.

Do Nicole znacznie bardziej pasowałby program, jaki Julia robiła w Kalifornii...
– Dzięki. A jak tam Jake?
–  W  porządku.  Mieszka  na  Rhode  Island  i  pracuje  na  statku  rybackim. 

Przynajmniej tak było, kiedy z nim rozmawiałam ostatnim razem.

– Ożenił się?
– Jest rozwiedziony.
– Możesz mi podać jego adres albo numer telefonu?
Nicole przez chwilę się namyślała.
– Niestety, nie mam przy sobie.
– Mogłabym do ciebie zadzwonić?

background image

–  Jasne.  –  Uważniej  przyjrzała  się  Julii.  –  Chcesz  się  skontaktować  z  moim 

bratem?

Przeniosła wzrok na Bena, jakby chciała sprawdzić, jak zareaguje.
–  Tak.  Koleżanka  za  tydzień  organizuje  spotkanie  naszej  klasy.  Mieszkam 

daleko stąd i dla mnie to jedyna okazja, żeby wszystkich zobaczyć.

Szczere zdziwienie Bena uświadomiło jej, że nie zdążyła mu o tym powiedzieć.
– Będzie fajnie – uśmiechnęła się Nicole.
– Mam nadzieję.
W  tej  samej  chwili  ukazał  się  Bruce;  spojrzał  na  Nicole  i  dziewczyna 

natychmiast gorliwie zaczęła układać na stole sztućce.

–  Pizza  będzie  gotowa  za  jakieś  piętnaście  minut  –  powiedziała  szybko.  –

Gdyby coś było potrzebne, proszę zawołać.

Uśmiechnęła się nerwowo i zniknęła w kuchni.

Julia odezwała się dopiero po chwili:
– Miałam wrażenie, że cały czas czegoś się boi, a ty?
– Też tak myślę.
Pociągnęła łyk mineralnej wody.
– Mam nadzieję, że ta mała wie, co robi, spotykając się z Bruce’em. Myślisz, że 

mieszkają razem?

– Nie, on ma mieszkanie tutaj, nad restauracją, a ona wynajmuje mały domek 

na Old Harbor Road.

– Mieszkają oddzielnie, bo on jeszcze nie ma rozwodu, tak?
– Nie mam pojęcia. Myślę raczej, że on nie traktuje ich związku aż tak bardzo 

poważnie. Coś kiedyś wspominał, że chodzi mu tylko o seks.

Julia skrzywiła się.
–  Rozmawia  o  tym  z  ludźmi?  Może  w  takim  razie  wiesz,  od  jak  dawna  są 

razem?

–  Od  jakichś  dwóch  miesięcy.  Słyszałem  plotki,  że  Nicole  zawsze  się  w  nim 

podkochiwała, nawet kiedy był jeszcze z Amber.

– Ciekawe...
Powiedziała to tak dziwnym głosem, że Ben odstawił szklankę i spojrzał na nią 

zaskoczony.

– Co masz na myśli?
– Pomyślałam, że oto zjawiła się druga osoba, której Amber przeszkadzała.
Wzruszył ramionami.

background image

– Przecież to niepoważne.
–  Przeciwnie.  –  Julia  odwróciła  się,  szukając  wzrokiem  Nicole.  –  Ciekawe 

swoją drogą, gdzie ona była w czwartek wieczorem.

Twarz Bena spoważniała.
–  Chyba  jednak  przesadzasz.  Jeśli  koniecznie  chcesz,  zapytaj  Charliego. 

Komendant nie ma zwyczaju rozmawiać o tej sprawie z osobami postronnymi, ale 
sądzę, że dla ciebie jest gotów zrobić wyjątek.

Teraz ona spojrzała na niego ze zdziwieniem.
– Strasznie cię to poruszyło. O co ci chodzi?
Powiódł wzrokiem po jej twarzy i zatrzymał go na ustach.
– Przepraszam – rzekł łagodniejszym już głosem. – Wiem, że nie mam prawa 

mówić ci, co masz robić, ale bardzo się o ciebie boję.

Spuściła oczy i wbiła wzrok w papierową serwetkę.
– To miło, ale nie ma takiej potrzeby.
Zrozumiała, że nadszedł właściwy czas; trzeba sprawę postawić jasno.
– Ben, musimy chyba porozmawiać.
– O czym?
– O tym, co się wydarzyło wczoraj wieczorem.
– Masz na myśli to, że cię pocałowałem?
Niepotrzebnie zaczęła, skoro nie wiedziała, co chce mu powiedzieć.
– Ben, posłuchaj – wybąkała – ja nie mam ochoty na żaden związek, w ogóle o 

tym  nie  myślę.  To  nie  jest  właściwy  moment,  a  już  na  pewno  nie  mam  ochoty 
związać się z kimś z tej wyspy. Chyba o tym wiesz.

Ben patrzył na nią bardzo spokojnie.
–  Może  cię  zawiodę,  ale  wczoraj  zamierzałem  tylko  cię  pocałować,  a  nie 

zaproponować ci małżeństwo.

Julia gwałtownie się zaczerwieniła; chyba oszalała,
żeby mówić takie rzeczy komuś, kto wszystko bierze tak lekko.
– Wiem – odrzekła z udaną swobodą – ale wiele rzeczy zaczyna się właśnie od 

pocałunku, a w ciągu tygodnia niejedno może się wydarzyć.

Ben zmrużył oko.
– Mam nadzieję.
– Jesteś okropny.
–  Wcale  nie.  Po  prostu  myślę,  że  świetnie  do  siebie  pasujemy  i  że  możemy 

spróbować, co też ten tydzień nam przyniesie.

background image

Powiedział to  z  rozbrajającą  szczerością i  postanowiła dorównać mu  pod  tym 

względem.

–  Nie  zamierzam  ukrywać,  że  bardzo  mi  się  podobasz,  ale  uważam,  że 

powinniśmy trochę bardziej nad sobą panować.

– Dlaczego? Oboje jesteśmy dorośli, nie mamy innych zobowiązań.
– W takim razie co proponujesz?
–  Nie  mam  żadnych  konkretnych  planów,  jestem  otwarty  na  wszystko.  –

Pochylił  się  i  ujął  jej  rękę.  –  Sądzę,  że  możemy  spokojnie  zaufać  instynktowi  i 
zobaczyć, co z tego wyniknie.

Poczuła jakiś dziwny ból w sercu.
– Nie mogę – powiedziała.
– Dlatego, że za tydzień wyjeżdżasz?
– Może i tak.
– Nie uważasz, że to mógłby być cudowny tydzień?
Czuła, że brakuje jej tchu.
– Ja nie chcę... sobie... komplikować życia.

– Wcale ci nie chcę go komplikować.
– W takim razie nic już nie mów.
Ben zamilkł; przez chwilę namyślał się.
– Przykro mi, ale nic ci nie mogę obiecać.
– Przestań!
Uśmiechnął się.
– Dobrze, już nic nie mówię, teraz twoja kolej. Następny ruch należy do ciebie. 

Co ty na to?

– To bardzo dobrze. W ten sposób mamy gwarancję, że następnego ruchu nie 

będzie.

Roześmiał się, dźwięcznie, intrygująco.
– Jesteś bardzo pewna siebie!
– Możemy się nawet założyć.
Wcale nie była pewna siebie, niczego już nie była pewna, gdy tak patrzyła w 

jego niebieskie oczy.

Na  szczęście  do  stolika  właśnie  podeszła  Nicole  i  wręczyła  Julii  karteczkę  z 

numerem swojego telefonu.

– Dzisiaj krócej pracuję. Możesz zadzwonić do mnie po ósmej.
Julia miała ochotę ją zapytać, czy w tamten czwartek też tak krótko pracowała, 

background image

ale  Nicole  wydała  jej  się  tak  drobna  i  krucha,  że  wszystkie  podejrzenia,  jakie  w 
stosunku do niej żywiła, nagle się rozwiały.

– Dziękuję – powiedziała tylko i schowała kartkę do torebki.
Potem zaczęła opowiadać Benowi o planowanym przyjęciu u Cathryn i nie było 

już mowy o tym, co się między nimi dzieje.

Przekonała  Charliego,  że  powinien  wziąć  udział  w  jej  programie  i  przez 

godzinę,  od  wpół  do  ósmej  do  wpół  do  dziewiątej,  odpowiadać  na  pytania 
słuchaczy.  Charlie  ustąpił  dopiero,  gdy  mu  powiedziała,  że  kiedy  wypowie  się 
przez radio, ludzie przestaną zamęczać go pytaniami, dzwoniąc na posterunek i do 
domu.

Toteż  przez  całą  godzinę  odpowiadał  na  pytania  słuchaczy  telefonujących  do 

studia. Był bardzo rzeczowy i opanowany, mimo że telefon dzwonił bez przerwy. 
Pytania były sformułowane dość sensownie, ale z wszystkich przebijał strach. Tak 
jakby  nagle  na  wyspie  wszystko  się  zmieniło.  Ludzie  zdali  sobie  sprawę,  że 
mordercą  może  być  każdy:  sąsiad,  przypadkowy  przechodzień,  jakiś  człowiek, 
którego  niechcący  potrąciło  się  na  poczcie.  Nikt  otwarcie  nie  podważał 
kompetencji komendanta Slocuma, ale z wielu wypowiedzi przebijał brak poczucia 
bezpieczeństwa. Kilka osób zapytało nawet, czy komendant dostanie jakieś posiłki 
z zewnątrz...

Julia  nie  chciała  powiększać  obaw  słuchaczy.  Przeciwnie,  miała  nadzieję,  że 

rozmowa  z  Charliem  uspokoi  ludzi  i  sprawi,  że  nabiorą  pewności  siebie.  Kiedy 
jednak spoglądała w ciemniejące nad zatoką niebo, czuła, jak ją też ogarnia jakiś 
dziwny niepokój.

–  Chciałam  państwu  przypomnieć  –  powiedziała na  zakończenie  audycji  –  że 

możecie  dzwonić  do  komendanta  Slocuma  z  każdą  informacją.  Może  ktoś  z  was 
widział coś w ostatni czwartek, może wydarzyło się coś, co wtedy wydało się wam 
zwyczajne,  ale  teraz  może  dostarczyć  jakiejś  dodatkowej  ważnej  informacji  i 
skierować śledztwo na właściwy ślad.

Podała numer policji, ale kiedy po chwili znowu zadzwonił telefon, zrozumiała, 

że chyba nie wszyscy go zanotowali.

–  Mieszkam  na  Settlers  Neck  Road  –  powiedziała  jakaś  kobieta,  nie  podając 

swojego  nazwiska  –  i  zwykle  wypuszczam wieczorem  psa  około  dziesiątej,  żeby 
sobie godzinkę pobiegał. O tej porze nikomu nie przeszkadza, za domem jest las, 
pies sobie biega i węszy za królikami. W tamten czwartek wrócił zziajany po kilku 

background image

minutach, cały był czymś popryskany, jakby amoniakiem czy czymś takim. Musiał 
w lesie kogoś spotkać, ale kto o tej porze chodzi po lesie?

Julia  uprzejmie  podziękowała  słuchaczce  za  telefon  i  opanowanym  głosem 

przypomniała numer posterunku policji. Dopiero po chwili poczuła, że włosy jeżą 
jej  się  na  głowie.  Nie  musiała  sprawdzać  na  mapie:  wiedziała,  że  las,  o  którym 
mówiła kobieta, zaczyna się tuż za domem Amber.

background image

9

Zerknęła na zegar; dochodziło wpół do dziewiątej.
–  Niestety,  czas  spędzony  z  naszym  gościem  dobiegł  końca  i  musimy  już 

pożegnać  komendanta  Charliego  Slocuma.  W  imieniu  własnym  i  wszystkich 
słuchaczy dziękuję, że zechciał tu do nas przyjść pomimo nawału zajęć, jakie ma 
ostatnio.

– Bardzo państwu dziękuję – dodał Charlie z wyraźną ulgą w głosie.
– Przechodzimy do naszej cowieczornej audycji muzycznej. Tu radio Harmony, 

mówi  Julia  Lewis.  Będę  z  wami  do  godziny  dziesiątej,  więc  usiądźcie  sobie 
wygodnie przy kominku i zostańcie ze mną.

Puściła muzykę i z uśmiechem spojrzała na Charliego.
– Byłeś doskonały.
Potarł ręką czoło.

– Robiłem, co mogłem.
– Wiem, a jak tam śledztwo?
– Pomalutku.
– Co myślisz o tym ostatnim telefonie?
Machnął lekceważąco ręką.
– To była Dottie Carrolton, poznałem po głosie. Ten jej głupi, stary pies pewnie 

spotkał w lesie skunksa.

Julia spojrzała na niego spod oka.
– Słyszałam, że dziś rano odwiedziłeś Bruce’a.
– To chyba zrozumiałe. Bez przerwy z kimś gadam;
słyszysz, jaką mam chrypę?
Postanowiła  go  nie  naciskać;  Charlie  naprawdę  robił,  co  mógł,  żeby  nie 

powiedzieć nic konkretnego w sprawie śledztwa.

– Nie musisz mi nic mówić, ale nie kryję, że bardzo jestem ciekawa, czy ten typ 

ma jakieś alibi na czwartkowy wieczór – powiedziała mimo to.

Charlie skinął głową.
– Do jedenastej siedział w swojej knajpie, kelnerka to poświadczyła.
Teraz  nie  miała  już  wątpliwości,  że  Charlie  przesłuchiwał  Bruce’a  jako 

podejrzanego.

– Ale przecież Amber mogła zginąć po godzinie jedenastej. Wiadomo tylko, że 

background image

zamordowano ją przed północą.

– Tak, może nawet później. Ale Davoll zeznał, że po pracy poszedł do swojej 

dziewczyny i przebywał u niej całą noc.

W jego głosie wyraźnie usłyszała wahanie.
– Na pewno?
–  Dziewczyna  to  potwierdza  –  oznajmił,  dając  tym  samym  mimo  woli  do 

zrozumienia, że przesłuchiwał również Nicole. – Trochę to się wszystko co prawda 
kupy nie trzyma, bo na przykład samochód Davolla całą noc stał pod barem, ale...

– I jak oni to tłumaczą?
– Powiedzieli, że w samochodzie Bruce’a wyczerpał się akumulator i pojechali 

do Nicole jej samochodem.

– Wierzysz im?
– Jestem gliną, maleńka. Nikomu nie wierzę, ale dopóki nie mam dowodów, nic 

nie mogę zrobić. – Skrzywił się. – No, na mnie już czas.

Klepnął się po kolanie, ale nie wstał, jakby coś go jeszcze męczyło.
–  Strasznie  mi  przykro,  że  tak  wyszło.  Myślałem,  że  spędzimy  więcej  czasu 

razem,  że  sobie  pochodzimy,  pogadamy,  ale  ta  sprawa  zabiera  mi  każdą  wolną 
chwilę.

– Nie przejmuj się. Mam co robić, wcale się nie nudzę.
– Widziałem cię dziś rano z Benem Grantem. Co się dzieje?
– Sama nie wiem. – Wzruszyła ramionami.
– To niedobrze.
Próbowała uśmiechnąć się pocieszająco.
–  Nie  martw  się,  nic  z  tego  nie  wyjdzie.  Wiem,  że  go  nie  lubisz.  Zresztą,  za 

tydzień już mnie tu nie będzie.

– Tak mówisz, jakbyś żałowała.
Spojrzała przed siebie, wprost na widoczne za oknem światła zatoki.
– A gdyby tak było?
Czekała, aż Charlie się obruszy, ale nic takiego nie nastąpiło.

– Powiedziałbym, że życie nie jest łatwe.
– Bo nie jest.
Charlie wstał.
– Teraz naprawdę muszę już iść.
Odprowadziła go do drzwi.
– Może znowu tu wpadniesz jutro pogadać ze słuchaczami?

background image

–  Nigdy  w  życiu.  –  Zatrzymał  się  w  progu.  –  Ale  ty  możesz  jutro  do  mnie 

zadzwonić. Powiem ci, jak będzie coś nowego.

–  Dobrze.  Trzymaj  się,  Charlie.  –  Pocałowała  go  w  policzek.  –  I  dobrze  się 

wyśpij.

– Przyrzekam. A ty zamknij drzwi na klucz.
Stała przez chwilę w drzwiach, patrząc na niknące w oddali światła samochodu 

policyjnego. Na wyspę zeszła spokojna, cicha noc. W Los Angeles nie widywało 
się takich nocy. Nigdy dotąd nie zwróciła jednak uwagi na to, jak bardzo ciemno 
jest na Harmony. W porcie błyskało kilka świateł, ale na terenie posiadłości Fincha 
panował gęsty mrok. Wzdrygnęła się mimo woli.

Lubiła  ciszę,  spokój  i  samotność,  ale  po  tej  ostatniej  rozmowie  telefonicznej 

wolałaby widzieć obok siebie jakąś żywą istotę. Wokół domu Fincha również były 
lasy.  Pomyślała,  że  Charlie  chyba  niesłusznie  tak  zbagatelizował  telefon 
właścicielki psa.

Automatycznie  jej  myśli  pobiegły w  stronę Bena;  cóż łatwiejszego,  jak wziąć 

telefon  i  wystukać  jego  numer...  Ben  natychmiast  przyjedzie  dotrzymać  jej 
towarzystwa. Przecież sam powiedział, że następny ruch należy do niej.

Ale  czy  tylko  dotrzyma  jej  towarzystwa?  Czy  nie  stanie  się  nic  więcej? 

Przyznał  przecież,  że  dzieje  się  z  nimi  coś  dziwnego.  Ona  też  nigdy  nie  czuła 
czegoś podobnego w stosunku do żadnego mężczyzny. Żaden w tak krótkim czasie 
nie stał się jej tak bliski. Zanim się spostrzegą, coś się wydarzy i ona...

Ona zostanie ze złamanym sercem.
Odrzuciła myśl o wezwaniu Bena i wróciła do studia. Najlepszym lekarstwem 

na takie stany ducha jest praca.

Następnego dnia północny wiatr gnał po niebie ciemne chmury, w każdej chwili 

grożąc  ulewą.  Harmony  szykowała  się  do  jesieni.  Julia  jak  zwykle  rano  włożyła 
sportowe  buty  i  pobiegła  na  codzienny  jogging.  Pomyślała,  że  warto  by  się 
przebiec  po  lasku,  o  którym  wspomniała  Dottie  Carrolton.  Zwykle  robiła  to 
niedaleko domu Prestona.

Skręciła  w najbliższą  ścieżkę i  po  kilku metrach  została zatrzymana.  Strażnik 

powiedział,  że  do  lasu  nikomu  nie  wolno  wchodzić  i  nie  kwapił  się  wyjaśnić 
dlaczego.  Julia  zbytnio  nie  nalegała;  zrozumiała,  że  Charlie  stanął  jednak  na 
wysokości zadania.

Skoro już wyszła z domu, postanowiła załatwić kilka spraw. Poszła do banku 

background image

zrealizować  czek,  zrobiła  jakieś  zakupy,  zajrzała  na  pocztę.  W  pewnej  chwili  ze 
zdumieniem spostrzegła, że stale krąży wokół budynku redakcji „Island Record”.

Poprzedniego wieczoru Ben nie zadzwonił. Czekała na jego telefon, ponieważ 

zwykle  kontaktował  się  z  nią  wieczorem,  i  poszła  spać  zawiedziona  jak  dziecko, 
któremu przed snem odmówiono czekoladki.

Myślała,  że  przez  noc  o  nim  zapomni,  ale  obudziła  się  z  myślą  o  nim  i 

nieprzepartą chęcią zobaczenia go natychmiast.

Po raz któryś mijała jego biuro, zastanawiając się, pod jakim pretekstem może 

do niego wejść. Mimo że sama się przed sobą do tego nie przyznawała, czuła, że 
jego widok jest jej potrzebny jak powietrze. Przy Benie czuła się lekka, radosna i 
szczęśliwa.

Najlepszy powód, żeby natychmiast stąd prysnąć.
Poszła w stronę domu i  przypomniała sobie,  że zamierzała zajrzeć do  Nicole. 

Dzwoniła do niej poprzedniego wieczoru, ale nikt nie odpowiadał.

Mogła oczywiście jeszcze raz do niej  zadzwonić, ale  wolała spotkać się  z nią 

osobiście.

Domek, w którym mieszkała Nicole, był maleńki i niemal całkowicie zasłonięty 

starymi  sosnami.  Wejście  zagradzały  zwalone  pnie.  Julia  podeszła  pod  drzwi  i 
przez chwilę wahała się, czy zapukać.

Nie  miała zwyczaju składać  wizyt bez  zaproszenia. Znajdowała się  jednak  na 

Harmony,  a  tu  panowały  nieco  inne  obyczaje  niż  w  wielkich  miastach.  Ludzie 
zachowywali  się  bardziej  swobodnie  i  często  wpadali  do  siebie  bez  uprzedzenia. 
Zapukała głośno kilka razy.

Drzwi otworzyły się po dłuższej chwili. W wąskiej szczelinie ukazała się twarz 

Nicole.  Dziewczyna  miała  na  sobie  zielone  kimono,  głowę  –  zawiniętą  grubym 
ręcznikiem. Bez makijażu wyglądała o wiele młodziej.

– O co chodzi?
–  Przepraszam,  że  ci  przeszkadzam,  ale  właśnie  tędy  przechodziłam  i 

przypomniałam sobie, że miałyśmy się skontaktować.

Drzwi  otworzyły  się  nieco  szerzej.  Oczy  Nicole  też  się  rozszerzyły  ze 

zdziwienia.  Wydawała  się  nie  kojarzyć,  po  co  właściwie  miałyby  się 
„kontaktować”.

– Miałaś mi dać telefon swojego brata – przypomniała jej Julia.
Lodowate  spojrzenie  Nicole  nie  zmieniło  się  ani  na  jotę.  Błękit  jej  oczu 

przywodził na myśl dalekie lodowce. Julia poczuła się nieswojo.

background image

–  Będziesz  mogła  mi  go  podać?  Nie  zajmę  ci  dużo  czasu;  widzę,  że  jesteś 

zajęta.

–  Owszem,  mam  bardzo  dużo  pracy  w  barze,  więc  jak  mam  trochę  czasu, 

staram się coś zrobić w domu.

Mimo  to  otworzyła  drzwi  na  całą  szerokość  i  zaprosiła  Julię  do  środka.  W 

starej, ale dobrze utrzymanej kuchni unosił się zapach papierosów.

Wszędzie znać było ślady robienia porządków. Na suszarce stały świeżo umyte 

naczynia, uprane tenisówki suszyły się na grzejniku, kosz z mokrą bielizną stał na 
kuchennym stole.

Mimo  że  w  kuchni  było  kilka  krzeseł,  Nicole  nie  poprosiła,  by  Julia  usiadła. 

Szybkim  krokiem  podeszła  do  telefonu  i  spisała  numer  brata  z  małego,  leżącego 
obok aparatu notesiku. Bez słowa podała swemu gościowi karteczkę.

Kiedy  to  robiła,  zielone  kimono  rozchyliło  się  lekko  i  Julia  ujrzała  na  jej 

ramieniu wielki siniak.

– Dziękuję – wykrztusiła.
Nicole  skierowała  się  ku  drzwiom,  lecz  Julia  nie  poszła  za  nią.  Nie  miała 

zamiaru wychodzić. Wiedziała, że podobna okazja może się już nie powtórzyć.

– Czy mogłabym chwilkę z tobą porozmawiać?
Nicole wymownie spojrzała na zegar i niechętnie skinęła głową.
– To ważne. Chodzi o Bruce’a.
– Co ma do tego Bruce?
Julia ujęła ją za rękę i wskazała rozległy siniak.
– To.
Nicole przez  chwilę jakby nie  rozumiała; potem gwałtownym ruchem zakryła 

ramię.

– Uderzyłam się o stół, w pracy.
Julia  nie  zamierzała  z  nią  dyskutować;  wiedziała,  że  wtedy  Nicole  jeszcze 

bardziej się w sobie zamknie. Nie zamierzała jednak ustępować.

–  Po  prostu  martwię  się  o  ciebie,  Nicole.  Wiem,  jak  Bruce  obchodził  się  z 

Amber, a agresywny mężczyzna nigdy się nie zmienia.

– On mnie nie bije.
– Może, ale to tylko kwestia czasu.
– Nic nie rozumiesz, on mnie kocha.
– Amber też kiedyś kochał.
–  Tak,  ale  ona  tego  nie  doceniała  –  oświadczyła  Nicole  zaciętym  głosem.  –

background image

Zadawała się z każdym napotkanym facetem, nawet w obecności Bruce’a. Sama to 
widziałam. A co robiła, kiedy nikt jej nie widział... Żaden mężczyzna nie zniósłby 
czegoś podobnego.

– I dlatego, twoim zdaniem, miał prawo ją bić?
–  Nie,  ale  świetnie  rozumiem,  dlaczego  to  robił.  Ja  jestem  zupełnie  inna, 

zupełnie.

Julia  westchnęła  z  rezygnacją.  Nicole  nie  chciała  znać  prawdy  i  broniła  się 

przed nią wszelkimi siłami.

– Posłuchaj – rzekła. – Wiem, że mi nie wierzysz, ale przyrzeknij, że będziesz 

na siebie uważać. To bardzo niebezpieczny facet; nawet się nie domyślasz.

– Nie rozumiem.
Julia spojrzała jej prosto w oczy.
– Przecież wiesz, kto skorzystał na śmierci Amber.
Bruce.
–  To  nie  znaczy,  że  ją  zabił.  On  nawet  muchy  by  nie  zabił.  Jest  bardzo 

wrażliwy. – Odwróciła wzrok. – Nic mu nie udowodnicie, całą noc był ze mną. Już 
to powiedziałam na policji, oboje to powiedzieliśmy.

– Byłaś z Bruce’em przez całą czwartkową noc?
Nicole spojrzała na nią z nie skrywaną niechęcią.
– Tak. Kiedy ktoś mordował twoją przyjaciółkę, my kotłowaliśmy się w łóżku.
Chciała ją zranić i osiągnęła swój cel. Julia z trudem zachowała spokój.
–  Wiem,  że  to  zabrzmiało  paskudnie  –  ciągnęła Nicole  –  ale  chcę  być  z  tobą 

szczera.  Nie  mogę  udawać,  że  lubiłam  Amber.  Jest  mi  oczywiście  przykro,  że 
zginęła, i tak dalej, ale jestem zadowolona, że zniknęła z życia Bruce’a. Chciała mu 
zabrać wszystko: dom, samochód, łódź. A przede wszystkim jego bar. Nie zależało 
jej na tym, żeby mieć tę knajpę, ona po prostu chciała, żebyśmy my nic nie mieli. 
Chciała  nam  zatruć  życie.  Nie  lubiłam  jej  i  nie  zamierzam  jej  opłakiwać.  Teraz 
nareszcie Bruce może znajdzie trochę szczęścia.

– Nie wiedziałam, że między wami to takie poważne.
– Oczywiście, że poważne, a jak myślisz?
Nicole urażona otworzyła przed Julią drzwi.

– A teraz muszę już cię pożegnać, mam kupę roboty.
– Dziękuję za telefon brata i przepraszam, że ci zajęłam tyle czasu.
Nicole milczała.

background image

– Wiesz, kto mógł zabić Amber? – zapytała niespodziewanie Julia.
– Nie mam zielonego pojęcia.
Lodowate spojrzenie było puste i mroczne.
– Gdybyś się czegoś dowiedziała, zadzwoń na policję, dobrze?
Nicole z ociąganiem skinęła głową.
–  A  gdybyś  chciała  z  kimś  porozmawiać,  zadzwoń  do  mnie.  Będę  tu  jeszcze 

przez jakiś czas.

– Dobrze, oczywiście.
Mówiąc te słowa, Nicole zamknęła Julii drzwi przed nosem.

Wróciła do domu, rozpaczliwie pragnąc wypełnić czymś popołudnie. Starannie 

opracowała  wieczorny  program,  a  potem  zadzwoniła  do  Cathryn,  żeby  się  jakoś 
umówić.

Przyszła do niej i pomagała jej w ogródku, podczas gdy Bethany, pięcioletnia 

córeczka  Cathryn,  jeździła  wokół  nich  na  trzykołowym  rowerku.  Przyjaciółka 
koniecznie  chciała  zatrzymać  ją  na  kolacji,  lecz  Julia  odmówiła,  nie  chcąc 
nadużywać jej gościnności.

–  W  takim  razie  masz  przyjść  na  kolację  jutro.  Nie  chcę  słyszeć  żadnych 

wymówek.

Następnego  dnia  była  sobota  i  zapowiadał  się  najbardziej samotny  wieczór  w 

tygodniu, więc Julia wyraziła zgodę. Wieczorem po prostu zapowie słuchaczom, że 
w sobotę audycji nie będzie, i nieco sobie odpocznie. Nie ma przecież obowiązku 
nadawać codziennie; robi to społecznie, z dobrej woli; jeśli zechce, może wcale nie 
nadawać.  Mimo  to  czuła  się  odpowiedzialna  za  radiosłuchaczy  i  nie  chciała  ich 
zawieść.

Wieczór  wreszcie  nadszedł,  niosąc  z  sobą  zimny  deszcz.  Julia  siedziała  w 

studio  i  nadawała  muzykę,  od  czasu  do  czasu  spoglądając  w  okno;  po  szybach 
spływały strugi wody. Częściowo odnalazła już spokój ducha, który opanowywał ją 
zwykle, kiedy pracowała. Coś jednak nadal było nie tak. Tylko co?

Telefon zadzwonił dopiero po godzinie. Podniosła słuchawkę z przekonaniem, 

że dzwoni słuchacz z prośbą o jakiś konkretny utwór, a także z nadzieją, że może 
jednak to Ben. Na samą myśl o tym mocno zabiło jej serce.

W  miarę  jednak,  jak  słuchała  relacji  swego  rozmówcy,  uśmiech  znikał  z  jej 

twarzy. To nie był słuchacz, i nie był to Ben. Telefon dotyczył Amber, a informacje 
były porażające.

background image

Ben  właśnie  pisał  artykuł,  słuchając  audycji  Julii,  kiedy  na  biurku  zadzwonił 

telefon. – Ben? To ja, Julia.

Serce  zabiło  mu  mocniej.  Przez  cały  dzień  nieustannie  o  niej  myślał, 

zastanawiając  się,  pod  jakim  pretekstem  do  niej  zatelefonować  albo  wpaść. 
Wyrzucał sobie, że zbyt pochopnie przerzucił piłeczkę na jej pole i teraz nie może 
zrobić żadnego ruchu.

– Witaj – powiedział swobodnym głosem. – Co tam u ciebie?
– Nie mogę  długo mówić, prowadzę audycję, ale  pomyślałam,  że  może  jesteś 

ciekaw, czego się właśnie dowiedziałam.

Ben  podszedł  do  okna  tak  blisko,  jak  na  to  pozwalał  sznur  telefoniczny,  i 

spojrzał  w  stronę  masztu.  Z  powodu  deszczu  czerwone  światełko  było 
niewidoczne.

Usłyszał stłumiony ze wzruszenia głos Julii:
– Czy wiesz coś o... romansie Amber?
– O romansie? – Ben ze zdziwienia uniósł wysoko brwi. – O jakim romansie?
– Z pewnym żonatym mężczyzną.
– Amber miała romans z żonatym facetem?
– Przed chwilą właśnie się o tym dowiedziałam.
– Od kogo?
– Tego ci nie mogę powiedzieć.
– Charlie już o tym wie?
– Jeszcze nie. Zadzwonię do niego zaraz po rozmowie z tobą.
Ben namyślał się przez chwilę.
– Czy znam tego faceta?
– Wolałabym o tym nie mówić przez telefon.
Już  miał  zapytać  „dlaczego  nie?”,  ale  powstrzymał  się,  dostrzegając  w  tym 

szansę. Uśmiechnął się do siebie.

– Bardzo jesteś zajęty? – zapytała Julia cichutko.
Omal nie zapiał z zachwytu.
– Zaraz do ciebie jadę.
W  mroku  nocy,  za  zasłoną  deszczu,  dom  Prestona  i  radiowe  studio  tonęły  w 

morzu świateł.

background image

–  Jaka  to  mądra  dziewczynka  –  mruknął  do  siebie  Ben,  wyskakując  z 

samochodu.

Julia otworzyła drzwi, zanim zdążył zastukać.
– Cześć, wejdź.
Jej piękne, ciemne oczy miały jakiś niezwykły wyraz.
Poszedł za nią w kierunku studia, nie spuszczając wzroku z jej bioder opiętych 

spódniczką,  na  którą  opadał  luźny czerwony  sweter.  Już  sam  jej  widok  budził  w 
nim nieopisaną radość.

– Poczekaj chwilkę – rzekła, siadając za konsolą.
Usadowił  się  na  krześle  naprzeciwko  niej,  podparł  ręką  brodę  i  wsłuchał  w 

cudowny głos Julii.

– Na termometrze mamy dziś sześć stopni i pada deszcz, barometr ciągle spada. 

Nad ranem może się nieco rozjaśnić i temperatura  ma się podnieść w ciągu dnia. 
Jeśli chcecie jutro spędzić dzień na świeżym powietrzu, nie rezygnujcie!

Zerknęła w swoje notatki.
–  Co  my  tu  dzisiaj  mamy?  Aha,  dzwoniła  Lillian  Dumont  z  Billings  Road  i 

mówiła, że ma do oddania dwa szczeniaki. Jeśli kogoś to interesuje, niech do niej 
zadzwoni pod numer 2927. A teraz z aksamitnej mgły wyłoni się sam Mel Torme.

Zdjęła słuchawki i Ben poczuł, jakby i on zanurzył się w aksamitnej mgle.
– Jesteś niesamowita.
Zaczerwieniła się.
– Dzięki. Napijesz się kawy?
– Nie. Powiedz mi, czego się dowiedziałaś o Amber.
Co z tym romansem?

Julia  odwróciła  się  na  obrotowym  krześle  w  jego  stronę,  podkuliła  nogi  i 

obciągnęła spódnicę.

–  Osoba,  która  do  mnie  dzwoniła,  pracowała  z  Amber  w  banku.  Prosiła  o 

niepodawanie jej nazwiska, więc wybacz, że dotrzymam tajemnicy.

– Jasne.
– Powiedziała, że przyjaźniła się z Amber i wie, że Amber spotykała się z ich 

szefem, Jeffem Parkerem.

– Z Jeffem? Kto by pomyślał!
– Znasz go?
– Grywam z nim w kosza.
Julia uśmiechnęła się i Ben poczuł, że jeszcze chwila, a eksploduje.

background image

– Czy tutaj nikt nie robi nic innego, tylko gra w koszykówkę? – zapytała.
– Zimy na wyspie są długie. Nie ma co robić, więc gramy w kosza, gawędzimy 

sobie o polityce, chodzimy do kościoła na zebrania...

– I romansujemy – dokończyła Julia. – Zupełnie nie mogę uwierzyć, że Amber 

się na coś takiego zdobyła!

– I to z Jeffem Parkerem. Przecież on musi mieć co najmniej czterdzieści pięć 

lat.

– Tak, ale świetnie się trzyma. I jest bardzo przystojny.
Jej uwaga nie wiedzieć czemu rozdrażniła go.
– A do tego żonaty i dzieciaty – dodał z przekąsem.
–  Moja informatorka  też  mi to  powiedziała. Jeff  Parker ma troje  dzieci, które 

uwielbia, nowy wielki dom przy Settlers Neck Road i żonę, która zamieniłaby mu 
życie w piekło, gdyby się dowiedziała, że ją zdradza.

Julia wstała, nastawiła nową taśmę, i wróciła do poprzedniej pozycji.
– Czy jego żona mogła się czegoś domyślać? – zapytał Ben.
–  Chyba  tak.  Moja  informatorka  powiedziała,  że  w  zeszłym  tygodniu  Amber 

pokłóciła się z Jeffem w biurze.

Mówili  cicho,  więc  nie  słyszała  szczegółów,  ale  się  domyśliła,  że  Jeff  chce 

przestać się z nią spotykać. Amber się na to nie zgadzała i groziła mu, że jeśli ją 
zostawi, nada sprawie rozgłos.

Przez chwilę patrzyli sobie znacząco w oczy.
– Niesamowite! – westchnął w końcu Ben. – Jeff robił wrażenie takiego fajnego 

faceta. Można powiedzieć: wzorowy ojciec rodziny.

–  Do  tego  ma  niezłą  pozycję.  Jak  się  dowiedziałam,  jest  prezesem  Izby 

Handlowej.

–  Tak.  Należy  do  wszystkich  bardziej  szacownych  stowarzyszeń  na  wyspie, 

udziela się w kościele, wszędzie go pełno. Pewnie dlatego jego żona niczego się nie 
domyślała; takiego zajętego faceta trudno podejrzewać, że kręci coś na boku.

Oczy Julii rozbłysły.
– Może w końcu jednak czegoś zaczęła się domyślać.
Może to ją należy podejrzewać!
Ben zawahał się, potem otrząsnął i w końcu wzruszył ramionami.
– Powód to nie wszystko. Gdybyśmy podejrzewali każdego, kto miał powód...
– Masz rację. Ale bywają powody i powody. Żona Jeffa jest bardzo bogata, on 

sam sporo zarabia, ale to nic w porównaniu z jej majątkiem. Dziesięć razy mogłaby 

background image

go kupić. W razie rozwodu jej prawnicy nie zostawią mu ani grosza. Jest jeszcze 
kwestia  dzieci.  Gdyby  się  rozstali,  ona  zabrałaby  prawdopodobnie  dzieci  do 
Michigan, skąd pochodzi.

– Skąd ty to wszystko wiesz?
Nie mógł dłużej wytrzymać; wyciągnął rękę i dotknął jej włosów.
– Od mojej informatorki, pani X.
– Jakaś stara plotkara...
Lekko dotknął palcem jej nosa.
– Nie sądzę.
Pani  X  samotnie  wychowywała  dziecko  i  bardzo  jej  zależało  na  stałych 

dochodach;  nie  zaryzykowałaby  dobrze  płatnej  pracy  w  banku,  żeby  sobie  po 
prostu poplotkować.

– Dzwoniłaś do Charliego?
– Tak.
– I co on na to?
–  Był  bardzo  zdziwiony. –  Julia  zmarszczyła  brwi.  – Obiecał, że  to  wszystko 

posprawdza, ale... sama nie wiem. Nieraz myślę, że niepotrzebnie go namówiłam, 
żeby sam prowadził tę sprawę. Może dla wszystkich byłoby lepiej, gdyby ją oddał 
w ręce policji stanowej.

Ben nie spodziewał się podobnie krytycznej opinii. Zaczął już pisać artykuł o 

sprawie Amber Davoll, ale  postanowił wstrzymać się  z publikacją do  następnego 
numeru.  Uznał,  że  warto  dać  Slocumowi  tydzień  na  rozkręcenie  śledztwa.  Na 
komentarze  i  zarzuty  zawsze  będzie  czas.  Nie  zamierzał  oczywiście  czekać  w 
nieskończoność; społeczność wyspy ma prawo domagać się sprawnie działających 
organów ścigania.

Nie odezwał się. Bez względu na to, jak oceniał pracę komendanta, wolał, żeby 

Julia nie straciła do niego zaufania. Jest przecież w jej życiu kimś bardzo ważnym.

– Czy mógłbym sam coś wybrać? – zapytał, zmieniając temat i ruchem głowy 

wskazując półki z nagraniami.

– Bardzo proszę.
Wstał i podszedł do półek. Julia powiodła za nim wzrokiem.
–  Nie  wiem,  dlaczego  pani  X  nie  zadzwoniła  najpierw  do  Charliego. 

Powiedziałam, żeby ze wszystkim dzwonili na policję.

– Wszystkiemu winien  twój głos. Sposób, w jaki  mówisz,  i  to co  mówisz. W 

twoim wykonaniu wszystko jest intymne i osobiste. Ludzie uważają, że jesteś kimś 
bardzo bliskim. – Spojrzał na nią przez ramię. – Na pewno już ci to mówiono.

background image

Odwróciła wzrok. Owszem, już to słyszała, ale nigdy od kogoś takiego jak Ben.
Ben  zaś  wybrał  płytę  w  starej,  zmiętej  okładce  i  położył  ją  przed  Julią  na 

konsoli.  Było  to  „Heavenly”  w  wykonaniu  Johnny’ego  Mathisa,  niezwykle 
romantyczna płyta sprzed czterdziestu lat.

Julia spojrzała na okładkę.
– Którą piosenkę wybierasz?
– Wszystko jedno, każda jest dobra.
Wrócił  na  swoje  krzesło,  nie  przestając  na  nią  patrzeć.  Ręce  Julii  zadrżały; 

drżały też, kiedy włączała aparaturę i kładła płytę na adapterze. Jej profil delikatnie 
rysował się na tle zalanej deszczem szyby. Po chwili znowu zabrzmiał jej magiczny 
głos i Ben leciutko przymknął oczy.

Wymieniła  tytuł  piosenki  i  zamilkła,  bo  Ben  przekręcił  obrotowe  krzesło,  na 

którym siedziała, w swoją stronę. Zrobiła zdziwioną minę.

–  Wezwałaś  mnie  tutaj  tylko  dlatego,  że  chciałaś  mi  powiedzieć  o  romansie 

Amber?

Chciał, by mu wyznała prawdę i żeby sama zdała sobie sprawę z tego, co czuje.
– Ja... chciałam cię zapytać, czy... mamy coś z tym zrobić...
– Reszta należy do Charliego. Przekazałaś mu informacje i niech z nimi robi, co 

chce.

Z  ociąganiem  skinęła  głową.  Wiedziała,  że  Ben  ma  rację,  ale  miała  zbyt 

osobisty  stosunek  do  tej  sprawy,  żeby  tak  od  razu  zrezygnować  z  poszukiwania 
mordercy na własną rękę.

Ben przysunął się i położył dłonie na poręczach jej krzesła.
– To wszystko?
Przygryzła wargi.
– Jesteś pewna?
Po co właściwie go wzywała? Przecież mogła  mu wszystko powiedzieć przez 

telefon.

–  Chciałam  z  tobą  porozmawiać  o  tym,  o  czym  mówiliśmy  wczoraj  przy 

lunchu.

– A o czym mówiliśmy?
Żeby chociaż trochę się odsunął... Czuła się uwięziona i przyparta do muru.
– Zastanawialiśmy się, czy mamy się widywać. Myślałam o tym i doszłam do 

wniosku,  że  byłoby  głupio,  gdybyśmy  z  tego  zrezygnowali.  Musimy  tylko 
pamiętać, że ja za kilka dni wyjeżdżam... Ale możemy przecież przez ten czas się 
spotykać. Powinniśmy tylko uważać, żeby sprawy nie zaszły za daleko.

background image

– Narzucić sobie pewne ograniczenia, czy tak?
– No właśnie.
Ujął jej dłonie i pocałował czubki palców.
– Mam nadzieję, że nie przekroczyłem jeszcze żadnych granic?
– Nie.
– A teraz?
Delikatnie pocałował ją w usta.
– Jak to oceniasz? – zapytał.
– Przestań się tak dopytywać, bo zwariuję!
Jednym ruchem podniósł ją z krzesła i więcej już o nic nie pytając, zamknął w 

ramionach. Natychmiast pożałowała, że kazała mu przestać gadać.

Jego następny pocałunek w niczym nie przypominał poprzedniego. Był długi i 

namiętny; więcej mówił o pożądaniu niż najdłuższe tyrady.

– Poczekaj – szepnęła, wyrywając się z jego objęć.
– Płyta zaraz się skończy.
Niechętnie  ją  puścił,  a  ona  rzuciła  się  ku  konsoli,  przez  chwilę  nie  bardzo 

wiedząc,  co  właściwie  ma  zrobić.  Potem  sięgnęła  po  płytę,  którą  zamierzała 
nastawić,  ale  płyta  wyśliznęła  się  jej  z  drżących  rąk  i  upadła  na  podłogę.  Julia 
pochyliła się, by ją podnieść, ale tylko niezręcznie popchnęła ją nogą jeszcze dalej. 
Czas naglił.

Ben chwilę wcześniej odwrócił się w stronę okna i zapatrzył w padający deszcz. 

Julia ze zgrzytem włączyła mikrofon.

–  Słyszeliście...  –  zaczęła  nieswoim  głosem  –  płytę  Johnny’ego  Mathisa...  –

odchrząknęła – to znaczy „Heavenly”...

Ben podszedł, stanął za nią i zaczął całować jej włosy.
Modliła się, żeby nikt nie zauważył, co dzieje się z jej głosem, ale to było chyba 

niemożliwe.

Całował teraz jej kark... Zadrżała. Zerknęła na zegar i termometr; powinna teraz 

podać czas i temperaturę... Pokój wokół niej zawirował i nie miała już wątpliwości, 
że  kiedy  się  odezwie,  wszyscy  zrozumieją,  co  się  dzieje  w  radiowym  studio 
Prestona Fincha.

– Puścimy... teraz coś... innego... to znaczy za chwilę... Tu Julia Lewis... radio 

Harmony...

Uniosła oczy na Bena.
– Zostańcie ze mną.

background image

10

Ledwo zdążyła powiedzieć te słowa i odsunąć usta od mikrofonu, Ben znowu 

zaczął ją całować. Przechyliła się do tyłu na obrotowym krześle, ryzykując, że się 
przewróci  na  podłogę.  Była  jednak  w  tak  przedziwnym  stanie,  że  nie  zdziwiłaby 
się, gdyby po upadku zaczęła unosić się nad ziemią.

–  Boże  –  szepnął  Ben  –  coraz  lepiej  nam  to  wychodzi.  Wzrokiem  poszukał 

potwierdzenia  w  jej  oczach.  Milcząc,  lekko  powiodła  palcem  po  jego  ustach. 
Podniósł ją z krzesła i przytulił całym ciałem. Objęła go za szyję, nie walcząc już 
dłużej z tym, co działo się między nimi. Ich usta spotkały się znowu.

Muzyka  wypełniająca  studio  stanowiła  romantyczne  tło  rozgrywającej  się 

sceny.  Julia  miała  wrażenie  czegoś  nierealnego  i  całkowicie  oderwanego  od 
rzeczywistości, uczucie potęgowane jeszcze przez strugi deszczu i nieprzenikniony 
mrok za oknem. Tak jakby jej marzenia spełniały się oto w ramionach mężczyzny, 
który sprawiał, że odrywała się od ziemi i szybowała gdzieś w przestrzeni.

Ben całował ją i czuła, że coraz bardziej go pragnie. Nie była niewinna, ale jej 

doświadczenie w sprawach seksu było raczej skromne. Na studiach miała przelotny 
romans z kolegą – jak to później zrozumiała,  z ciekawości raczej niż z  miłości  –
potem kolejno nastali Brian i David. Żaden z tych związków nie satysfakcjonował 
jej  w  pełni.  Jej  dotychczasowa  wstrzemięźliwość  nie  miała  nic  wspólnego  z 
wyrzeczeniem; spowodowana była raczej brakiem potrzeb.

Nie  znała  dotąd  tego  ognia,  który  rozpalał  w  niej  Ben;  tej  ociężałości  w 

piersiach  i  gotowości  oddania  się  mężczyźnie.  Ben  całował  teraz  jej  szyję.  Gdy 
poczuła  jego  ręce  pod  swoim  swetrem,  jej  piersi  naprężyły  się.  Usłyszała  jego 
szept:

– Kochanie, tutaj pewnie jest jakieś wygodniejsze miejsce? Długo tak stać nie 

mogę...

Otworzyła oczy i powiodła zamglonym wzrokiem po wnętrzu studia. Widziała 

tu tylko krzesła...

– Chyba nie będziesz chciała stąd wyjść.
– Nie mogę, mam jeszcze godzinę programu.
– Trudno, chodź tutaj.
Ben opadł na obrotowe krzesło i pociągnął ją za sobą.
Płyta  dobiegała  już  końca,  kiedy  usłyszeli,  że  przed  dom  podjeżdża  jakiś 

samochód. Julia szybko obciągnęła spódnicę.

background image

– Och, nie, tylko nie to – jęknęła, słysząc, że ktoś parkuje na podjeździe.

Ben lekko rozluźnił uścisk.
– Spodziewasz się kogoś?
– Nie. – Siedziała bez ruchu, nie mając siły wstać  z jego kolan. Odsunęła się 

nieco.  Po  chwili  wstała z  ociąganiem  i  dłonią  przeczesała  włosy,  zapięła  stanik  i 
podeszła  do  okna.  Ze zdziwieniem  spostrzegła,  że samochód zawraca  i  odjeżdża. 
Mimo deszczu i mgły poznała wóz policyjny Charliego.

Poczuła, jak zalewa ją fala wstydu. Charlie tu był! Charlie zobaczył samochód 

Bena  i  wycofał  się!  Ciekawe,  co  sobie  pomyślał.  Jeśli  słuchał  radia,  musiał 
zauważyć,  że  tego  wieczoru  puszcza  płyty  w  całości,  utwór  po  utworze,  czego 
nigdy dotąd nie robiła.

Lekko  dotknęła  palcem  nabrzmiałych  ust,  czując  żal,  że  jej  przerwano.  Ben 

podszedł do niej i położył dłoń na jej ramieniu.

– Kto to był? Slocum?
– Tak.
Czuła  się  tak,  jakby właśnie  zdradziła  Charliego. Ben  obrócił ją ku  sobie, ale 

nie uniosła ku niemu twarzy.

– Wolisz zapomnieć o tym, co tu przed chwilą robiliśmy?
Przełknęła ślinę i skinęła głową. Ramiona Bena opadły; cofnął się o krok.
– Jednym słowem, musimy się „hamować”?
Prawie się roześmiała. Jak mogła kiedykolwiek myśleć, że to, co między nimi 

jest, można powstrzymać?

Ben ujął ją za rękę i podprowadził do konsoli.
– Mam wrażenie, że twoi słuchacze na dzisiaj mają dość Johnny’ego Mathisa.

Został przy niej do końca audycji, a potem, kiedy przestała nadawać, poszedł z 

nią do salonu i pokazał, jak rozpalić ogień w starym kominku Prestona Fincha.

Przyniosła  z  kuchni  ser  i  krakersy  oraz  butelkę  wina  i  siedząc,  zapatrzeni  w 

ogień,  zaczęli  sobie  opowiadać  o  tym,  co  działo  się  z  nimi  do  chwili,  kiedy  się 
spotkali.  Wspomnienia  z  dzieciństwa,  lata  szkolne,  ulubione  książki  i  filmy, 
zwierzęta,  które  hodowali  –  wszystko  to  pojawiało  się  przed  nimi  niczym  stary 
film, i zanim się spostrzegli, zegar wskazał drugą nad ranem.

Julia  odprowadziła  Bena  do  drzwi,  czując,  że  musi  się  jeszcze  wiele  o  nim 

dowiedzieć. Mogłaby go tak słuchać bez końca. Było już jednak bardzo późno i nie 
chciała  przesadzać.  I  tak  udało  im  się  w  miarę  rozsądnie  zakończyć  wieczór 

background image

rozpoczęty szaleństwem w studio.

– Co robisz jutro? – spytał, zapinając kurtkę.
– Jutro... – Z trudem zebrała myśli. – Jutro idę na kolację do Cathryn.
– Może przedtem wybrałabyś się ze mną na wycieczkę kajakiem?
Spojrzała na niego ze zdziwieniem.
– Miałabym pływać kajakiem?
– To bardzo łatwe; na pewno ci się spodoba.
Patrzył  na  nią  tak,  że  miała ochotę  odwrócić się  i  uciec,  zatrzaskując za sobą 

drzwi.

– Dobrze – odparła pośpiesznie – ale ranek muszę mieć dla siebie.
Musi  przecież  zrobić  kilka  rzeczy;  między  innymi  musi  zadzwonić  do  brata 

Nicole Normandin.

–  Jasne,  jak  mogłem  o  tym  zapomnieć  –  odparł  lekko  drwiącym  tonem.  –

Zresztą, ja przecież też mam rano mnóstwo zajęć.

– A co zamierzasz robić?
Pytanie  zabrzmiało  zdawkowo,  ale  kryło  w  sobie  pragnienie  poznania  każdej 

chwili jego życia.

– Muszę iść do pracy. Mamy lekkie opóźnienie. Zwykle oddajemy materiał do 

drukarni  w  piątek  po  południu,  ale  tym  razem  z  powodu  tego,  co  zaszło,  muszę 
wprowadzić pewne zmiany. Tytułową stronę trzeba przerobić, napisać komentarz, 
dołączyć kilka zdjęć, i tak dalej. Słowem, jest co robić nawet w sobotę.

Trzeba  przerobić  tytułową  stronę?  Napisać  komentarz?  Dołączyć  zdjęcia? 

Ciekawe, jak on zamierza naświetlić rewelacje dotyczące śmierci Amber?

Ben czytał w jej myślach.
– Nie martw się, będziesz zadowolona. Jeden z moich dziennikarzy zrobił o niej 

świetny reportaż; rozmawiał z ludźmi, którzy ją znali, w tym z waszymi dawnymi 
nauczycielami. Do tego zdobył doskonałe zdjęcia: Amber jako królowa piękności, 
Amber na lipcowej paradzie. Do tego damy wzmiankę dotyczącą przestępczości na 
wyspie i kilka fotografii historycznych.

– A jaki będzie twój wkład w tak starannie opracowany numer?
W dalszym ciągu była zaniepokojona pomysłem wydania numeru specjalnego z 

okazji morderstwa.

– Jak zwykle napiszę artykuł wstępny.
– Rozumiem, i wspomnisz w nim o tym, że niesłusznie odwleczono sekcję.
Skinął głową.

background image

– Nie mogę tego pominąć, przecież to bardzo ważny epizod tej sprawy.
Nie  potrafiła  ukryć  smutku.  Ben  ujął  jej  twarz  w  dłonie,  jego  błękitne  oczy 

poszukały jej spojrzenia.

–  Nie  przejmuj  się.  Postaram  się  nikogo  za  to  nie  obwiniać.  Charliemu 

potrzebny jest spokój, a nie nękanie oskarżeniami.

Nie odwróciła wzroku.
– Jak długo potrwa ten okres ochronny?
– Nie wiem. Może jeszcze tydzień. Potem rzucam rękawicę. Dotyk jego dłoni 

na jej twarzy sprawił, że przestała myśleć o tym, co Ben opublikuje w gazecie. On 
też zdawał się o tym zapominać, lecz oboje wiedzieli, że to nie jest dobry pomysł. 
Gdyby teraz zaczęli się całować, nie poprzestaliby na jednym pocałunku, a potem... 
potem mogłoby się stać to, do czego nie chcieli dopuścić.

Delikatnie uwolniła się z jego ramion.
– O której mam być jutro gotowa?
Zrozumiał, dlaczego się wycofała, i westchnął z rezygnacją.
– Wpadnę po ciebie w południe. Nic nie jedz, zrobimy sobie piknik.
– Dobrze.
Spojrzał na nią zawiedzionym wzrokiem.
– W takim razie do jutra.

Nazajutrz  wcześnie  rano  Julia  zadzwoniła  do  Jake’a  Normandina.  Podniósł 

słuchawkę prawie natychmiast.

– Tu Jake, słucham.

Uśmiechnęła się, słysząc jego tak dobrze znany, nieco ochrypły głos.
– Witaj, mówi Julia Lewis.
Na chwilę zapadła cisza, tak jakby Jake szukał czegoś w pamięci.
– Julia! – wykrzyknął wreszcie. – Co tam u ciebie słychać?
– Pomalutku, a jak ty?
Próbowała  go  sobie  wyobrazić;  ciekawe,  jak  wygląda  Jake  o  dziesięć  lat 

starszy? Pewnie utył, ale jego otwarta, szczera twarz na pewno się nie zmieniła.

– Można wytrzymać.
Przez  jakiś  czas  rozmawiali  o  swojej  pracy,  o  tym,  gdzie  mieszkają  i  jaką 

straszną  tragedią  jest śmierć  Amber. Potem Julia  wyjaśniła prawdziwą  przyczynę 
swojego telefonu.

background image

Pomysł klasowego spotkania przypadł Jake’owi do gustu.
– Kto jeszcze przyjdzie?
–  Na  razie  wiadomo,  że  na  pewno  będzie  Cathryn,  ja,  Mike  Fearing,  Tyler 

O’Banyon i Barry Devine. Reszta ma jeszcze odpowiedzieć. Nie wiedzą, czy im się 
uda przyjechać.

– Jak to ma wyglądać?
–  Cathryn  chce,  żeby  wszyscy  przyjechali  na  wyspę  w  piątek  wieczorem.  W 

sobotę rano spotkamy się u niej w domu, pogadamy sobie, zjemy wczesny lunch i 
resztę  dnia  spędzimy  razem.  Towarzysze  i  towarzyszki  życia  są  oczywiście  mile 
widziani.

– Podoba mi się, możecie na mnie liczyć.

– Cudownie. Przy okazji będziesz mógł odwiedzić swoją siostrę. Pewnie się u 

niej zatrzymasz? Nie będziesz musiał wynajmować pokoju w hotelu.

Jake przez chwilę milczał.
–  Może...  –  odparł  z  wahaniem  –  chociaż  my  ostatnio  nie  jesteśmy  w 

najlepszych stosunkach.

Julia wiedziała, że w takich sytuacjach najlepiej o nic się nie dopytywać, tym 

razem jednak nie mogła się powstrzymać.

– A co się stało?
– Nic takiego. Po prostu od pewnego czasu nie rozmawiam z naszym młodszym 

bratem  i  Nicole  nie  może  mi  tego  darować.  Zawsze  miała  do  Chrisa  słabość; 
między nimi jest tylko rok różnicy.

– A o co pokłóciłeś się z Chrisem?
Jake milczał tak długo, że Julia pomyślała, że połączenie zostało przerwane.
–  Głupi  smarkacz  władował  się  w  jakieś  afery,  jak  tylko  wyjechał  z  wyspy. 

Zwrócił się do mnie o pomoc i oczywiście mu jej nie odmówiłem.

– To było coś poważnego?
–  Raczej  tak.  Włamania  do  samochodów,  drobne  kradzieże,  takie  tam  różne. 

Potem  któregoś  dnia  zjawił  się  u  mnie,  mówiąc,  że  się  zmienił  i  szuka  uczciwej 
pracy.  Poleciłem  go  znajomemu  właścicielowi  kutra,  żeby  go  zatrudnił.  To  była 
dobra praca, nieźle płatna, tylko trzy, cztery dni na morzu, reszta tygodnia wolna. 
Ale Chris oczywiście znalazł sposób, żeby z niej wylecieć.

Julia nie mogła się powstrzymać od dalszych pytań.
– Jak mu się to udało?

background image

–  Wszystkiemu  winne  narkotyki.  Jest  tego  teraz  od  groma  w  każdym  porcie. 

Robiłem, co mogłem, żeby go wyciągnąć. Potem dałem sobie spokój; jest dorosły, 
niech robi, co chce. Ostatnio widziałem go jakieś dwa lata temu.

– Wiesz coś o nim?
– Niewiele. Podobno się przeprowadził, kupił jakąś łódkę, łowi ryby. Jeśli cię to 

interesuje, musisz zapytać Nicole, ona wie więcej.

– Rozmawiałam z nią wczoraj.
– Z Nicky?
– Tak. Jest teraz z Bruce’em Davollem.
– Wiem, słyszałem. Następna, co zgłupiała na jego punkcie.
Zrozumiała, że Jake ma na myśli swoją siostrę.
–  Może  jej  się  naraziłam  –  podjęła  temat  –  mówiąc,  że  powinna  uważać,  ale 

kiedy  ktoś  się  spotyka  z  Bruce’em...  Dałam  jej  do  zrozumienia,  że  gdyby 
potrzebowała pomocy, chętnie służę.

– Dlaczego to zrobiłaś?
– Jest mi jej żal. Musi być bardzo samotna i bezbronna. Nie ma tutaj nikogo.
– Rozumiem, ale musisz wiedzieć, że ona tylko tak wygląda, bo naprawdę jest 

silna.

– Mam nadzieję. Bruce też nie jest słaby.
Jake westchnął.
– Dobra, zadzwonię do niej i zapytam, jak leci. Jesteś zadowolona?
– Bardzo.
Pożegnali  się  i  Julia  wystukała  numer  Cathryn,  żeby  jej  powiedzieć,  że 

zawiadomiła Jake’a Normandina o spotkaniu.

– Bardzo dobrze, zawsze go lubiłam – odrzekła Cathryn.
–  Ja  również.  A  swoją  drogą  to  ciekawe,  jak  rodzeństwo  wychowane  w  tym 

samym domu, w takich samych warunkach może być tak całkowicie różne.

Zamierzała zakończyć rozmowę, gdy Cathryn dodała:
–  Poczekaj.  –  W  jej  głosie  zabrzmiała  przekora.  –  Chciałam  ci  tylko 

powiedzieć,  że  zaprosiłam  dziś  na  kolację  Bena  Granta.  Wpadnie  po  ciebie  za 
piętnaście szósta.

Julia nie bardzo zrozumiała  swoją reakcję na te słowa. Można by powiedzieć, 

że doznała wrażenia, jakby nareszcie ten wieczór miał być dokładnie taki, jaki być 
powinien.

–  Jesteś  zadowolona?  –  zapytała  Cathryn,  nieco  zaniepokojona  milczeniem 

przyjaciółki.

background image

– Owszem, cóż mi to może przeszkadzać?
W  głosie  Julii  był  spokój  i  obojętność,  lecz  w  środku  cała  się  gotowała. 

Wystarczył dźwięk jego imienia, żeby przenieść ją w inny wymiar.

– W takim razie widzimy się o szóstej.
– Tak. Trzymaj się.
Julia rozłączyła się i natychmiast zaczęła przygotowywać do następnego punktu 

programu.

Ben wystawił ciało na ciepłe strumienie prysznica. Czuł się wspaniale; dawno 

już nie miał tak cudownej soboty.

Pojechał po Julię o dwunastej, zawiózł ją nad rzekę, wsiedli do kajaka i kilka 

godzin  pływali  po  spokojnych  wodach  Creek  River.  Rzeka  była  cudownie 
spokojna, widoki boskie, niebo błękitne, ciepłe słońce, nawet wiatr nie ośmielił się 
im przeszkadzać.

Potem usiedli na piaszczystym brzegu, zjedli kurczaka na zimno, popili winem i 

ułożyli się w słońcu.

Julia  powiedziała,  że  nigdy  jeszcze  nie  pływała  kajakiem.  Znała  oczywiście 

Creek  River,  przychodziła  tu  w  dzieciństwie,  ale  jakoś  nigdy  nie  przyszło  jej  do 
głowy  pływać  łódką.  Ben  wprowadził  ją  w  tajniki  kajakarstwa,  z  przyjemnością 
obserwując przy tym wyraz jej twarzy. Julia niczym dziecko była zafascynowana 
wszystkim:  leniwie  płynącą  wodą,  roślinnością  rosnącą  na  brzegu,  wędrownymi 
ptakami ciągnącymi po niebie.

Rozstali  się  niedawno, żeby się  umyć i  przebrać  przed kolacją  u  Cathryn, ale 

już za nią tęsknił.

Wytarł się do sucha i podszedł do lustra, żeby po raz drugi tego dnia się ogolić.
Przez cały dzień bardzo oboje uważali, żeby nie „przekroczyć pewnych granic”, 

jak  to  określiła  Julia.  Pocałował  ją  jedynie,  kiedy  tak  leżeli  w  słońcu,  na  wpół 
uśpieni.  Nie  chciał  posuwać  się  dalej;  przecież  wyraźnie  mu  powiedziała,  że  nic 
więcej  nie  wchodzi  w  rachubę.  Teraz  będą  się  kochać,  a  potem  będą  tego  długo 
żałować. Nazwała to „komplikowaniem życia”...

Spojrzał na siebie uważnie i pomyślał, że będzie długo żałował, jeśli nie będzie 

się  kochał  z  Julią  w  tym  krótkim  czasie,  jaki  im  jeszcze  pozostał.  Tego  właśnie 
zamierzał żałować do końca swoich dni.

Skończył się golić, przeczesał włosy i poszedł do sypialni, żeby się ubrać.

background image

Miał również do załatwienia pewien telefon. Usiadł na łóżku i wystukał numer 

Scotta Bowena.

– Cześć, Scott, Ben Grant przy telefonie.
Scott właśnie się gimnastykował i był nieco zdyszany.
– Miałeś niesamowite wyczucie, gratuluję, stary. Sekcja była konieczna, znasz 

zresztą wyniki.

– Zawsze tak się robi, to rutyna.
– Będzie z ciebie doskonały gliniarz, znasz się na rzeczy.
– Dziękuję. Coś jeszcze?
– Co sądzisz o tym narkotyku, który wykryto w ciele ofiary? Wiesz, jaką drogą 

tu dotarł?

–  Nie  mam  pojęcia.  Tego  lata  było  mnóstwo  narkotyków  na  wyspie,  ale 

głównie lekkie, takie jak marihuana.

Była też koka, ale tego świństwa nie widziałem.
Ben skrzywił się.
– Nie wiedziałem, że tyle tu tego jest. Widocznie obracam się w niewłaściwych 

kręgach.

– W lecie tak jest zawsze, a w tym roku było tego więcej niż zwykle.
– Kto tym obraca? Tutejsi mieszkańcy?
– Nie, na ogół turyści. Dzieciaki, które przypływają promem i ludzie z jachtów 

cumowanych w zatoce.

– A gdybym tak ja chciał sobie sprokurować coś takiego? Do kogo musiałbym 

się  zwrócić?  Kto  to  sprzedaje?  Znasz  jakieś  nazwiska,  może  kogoś  ostatnio 
zatrzymaliście?

– Tak z głowy nie pamiętam.
– A mógłbyś jakoś sprawdzić?
– Musiałbym wykonać kilka telefonów, zajrzeć do policyjnego komputera... –

Zamilkł. – Po co ci to? Masz zamiar prowadzić prywatne śledztwo?

– Można tak to nazwać.
Chłopak roześmiał się.
– Na dodatek trochę mi się śpieszy – dorzucił jeszcze Ben.
Scott spoważniał.
– Przyrzeknij mi, Ben, że jak czegoś się dowiesz, powiesz o tym, komu trzeba.
– Przyrzekam. Wiem, że jestem tylko skromnym dziennikarzem.
– Bardzo dobrze. Będziesz dłużej żył.
– I o to chodzi, Scott.

background image

– Zadzwonię, jak tylko będę mógł.
– Z góry dziękuję.

Julia  czuła  się  dość  dziwnie,  składając  przyjaciołom  wizytę  w  towarzystwie 

Bena.

Cathryn  i  Dylan  zaczęli  z  sobą  chodzić  już  w  szkole  średniej;  Cathryn  była 

wtedy w pierwszej klasie, a Dylan w maturalnej. Wbrew wszystkim i wszystkiemu 
przetrwali  razem  cztery  lata  i  pobrali  się  zaraz  po  maturze  Cathryn.  Zostali  na 
wyspie, zbudowali duży dom, dali życie trójce dzieci, pracowali i doskonale sobie 
radzili.

Kiedy tak siedzieli w czwórkę za stołem, Julia miała wrażenie, że są po prostu 

dwoma  zaprzyjaźnionymi  małżeństwami  podczas  rewizyty.  Chwilami  odnosiła 
wrażenie,  jakby  szczęśliwe  małżeństwo  przyjaciółki  odbijało  się  w  nich  jak  w 
lustrze i formowało na swój obraz i podobieństwo ich związek.

Obecność Bena zmieniała wszystko. Gdyby przyszła tu sama, byłaby po prostu 

sobą,  dawną  Julią.  Lecz  gdy  tylko  przestąpili  próg,  Cathryn  obrzuciła  ich 
spojrzeniem,  w  którym  można  było  wyczytać  słynne:  „Ale  to  piękna  para”.  I 
wszyscy bez wyjątku – nawet pięcioletnia Bethany – uważali ich za parę.

Buntowała  się  przeciw  temu.  Oni  nie  są  parą,  nie  są  razem.  Są  dwojgiem 

niezależnych ludzi, którzy po prostu w tym samym czasie wpadli kogoś odwiedzić. 
Potem ona wyjedzie i wszystko się skończy. Może będą jeszcze przez jakiś czas do 
siebie pisać, a potem nawet i to ustanie.

Kłopot  w  tym,  że  tylko  ona  jedna  zdawała  się  tak  myśleć.  Z  przykrością 

obserwowała, jak Ben doskonale się czuje w tym domu.

Oczywiście,  znał  już  Cathryn  i  Dylana.  Kiedy  remontował  budynek  redakcji, 

zaangażował  Dylana  do  pomocy.  Zaprzyjaźnili  się  w  czasie  pracy.  Nie  znał 
natomiast ich dzieci, a sposób, w jaki natychmiast się do nich zbliżył, uświadomił 
Julii, jak bardzo rodzinnym jest człowiekiem i... jak dobrym ojcem będzie pewnego 
dnia.

Cathryn powiedziała coś na temat jego doświadczenia z dziećmi, a Ben odparł, 

że praktykował na swoich siostrzeńcach.

Po kolacji mężczyźni pomogli sprzątnąć ze stołu i zeszli do piwnicy, gdzie stał 

stół  do  ping-ponga,  a  Julia  poszła  z  Cathryn  wykąpać  małą.  Nawet  w  łazience 
słychać było podochocone męskie głosy dochodzące z dołu.

background image

–  O,  rany,  ale  fajnie!  –  Bethany  z  rozkoszą  usiadła  w  wannie  pełnej  piany. 

Wyglądała jak mała wróżka w białej muślinowej, pienistej szacie.

Julia  przysiadła  na  brzegu  wanny,  siłą  się  powstrzymując,  by  nie  pocałować 

różowej buzi. Czuła się jakoś inaczej niż zwykle. Może to  wiek,  pomyślała; czas 
płynie  i  odbiór  rzeczywistości  się  zmienia,  ja  też  się  zmieniam.  Dotąd  nigdy  nie 
myślała  o dzieciach. Teraz na widok małej Bethany, która nazywała ją ciocią, jej 
serce topniało jak lód.

– Ciociu – zaszczebiotała dziewczynka – wyjdziesz za Bena za mąż, prawda?
Było to tak nieoczekiwane, że Julia omal nie wpadła do wanny.
– N... nie, kochanie.
– A dlaczego? Nie lubisz go?
– Lubię, ale on mieszka tutaj, a ja daleko stąd.
Bethany plasnęła rączkami w pachnącą pianę.
– Chyba możesz się tu przeprowadzić.
Julia  błagalnie  spojrzała  na  Cathryn,  lecz  przyjaciółka  zdawała  się  czekać  na 

odpowiedź z równą niecierpliwością co córka.

– Nie, kochanie, ja tutaj nie mam pracy.
Bethany wśliznęła  się  pod  wodę; z  piany wystawała teraz tylko  zarumieniona 

buzia.

– Nie musisz pracować, Ben pójdzie do pracy, a ty sobie zostaniesz z dziećmi w 

domu.

Z dziećmi... Poczuła dziwne ukłucie w sercu. Dzieci... Jej dzieci...
– Ale ja lubię swoją pracę – powiedziała z wysiłkiem.
– Bardziej niż Bena?
Tym razem zaniemówiła. I tym razem Cathryn przyszła jej z pomocą.

– Przestań już męczyć ciocię i wyłaź z tej wody. Masz gęsią skórkę.
Dziewczynka nie od  razu posłuchała. Skusiła  ją dopiero  obietnica bajki  przed 

snem.

–  Przepraszam  za  to  przesłuchanie  –  powiedziała  później  Cathryn,  kiedy 

ułożywszy małą, zeszła na dół.

– Nic nie szkodzi. Jest bardzo mała i nie wszystko rozumie.
Cathryn wydęła wargi.
– Przez usta maluczkich... przemawia prawda.
Weszły  do  kuchni  i  Cathryn  krzyknęła  na  dół  do  „chłopaków”,  że  daje  im 

background image

jeszcze piętnaście minut.

– Napijesz się kawy? – spytała, zwracając się do Julii.
– Chętnie. – Julia ujęła kubek w dłonie i przez chwilę milczała. – Powiedz mi –

odezwała  się  potem  –  czy  nigdy  ci  nie  przeszkadzało,  że  jesteś  tak  całkowicie 
zależna finansowo od Dylana?

Cathryn przysunęła sobie krzesło.
– Przecież on też jest ode mnie zależny. To partnerski układ. Masz pojęcie, ile 

by go kosztowało, gdyby ktoś mu za pieniądze robił to wszystko co ja? Zresztą nie 
ma takich pieniędzy, bo ja to robię z miłości.

Julia popatrzyła na nią; życie przyjaciółki było uporządkowane i stabilne. A co 

będzie, jeśli on cię zostawi? – pomyślała. Jak zapłacisz za dom i co postawisz na 
stole? I co się stanie z twoimi dziećmi, kiedy na cały dzień będziesz musiała pójść 
do pracy, żeby zarobić na życie?

Nie mogła o to zapytać; nie wolno jej było zarażać przyjaciółki swoją trwogą.
–  Jakoś  nie  widzę  siebie  w  takiej  roli  –  oznajmiła  po  namyśle.  –  Pamiętam, 

jakie  trudne  życie  miała  moja  matka.  Bałabym  się,  że  pewnego  dnia  zostanę  na 
lodzie. Różowe policzki Cathryn poczerwieniały.

– Przepraszam, że to mówię, ale nie wszyscy mężczyźni są tacy jak twój ojciec.
– Ale podobnych nie brakuje. W tym kraju połowa małżeństw się rozwodzi.
– Tak, ale nie tylko z powodu mężczyzn.
–  Jeszcze  jeden  dowód  na  to,  że  miłość  na  dłuższą  metę  się  nie  sprawdza  –

zakończyła  Julia  z  goryczą  w  głosie  i  dodała,  żeby  zatrzeć  ponure  wrażenie:  –
Przepraszam,  że  tak  kraczę.  Ty  masz  takie  udane  małżeństwo,  a  ja  ci  tu 
przedstawiam ciemne strony życia. Okropne.

Cathryn uśmiechnęła się.
– Nie masz za co przepraszać. Zastanawiam się tylko, przed czym ty się stale 

tak bronisz.

Julia  poczuła,  że  przyjaciółka  czyta  w  jej  myślach.  Pochyliła  głowę,  jakby 

chciała  w  ten  sposób  ukryć  myśli  pod  włosami,  które  ciemną  falą  opadły  jej  na 
twarz.

– Wiesz, Cath, ja bardzo go lubię.
Cathryn wzruszyła ramionami.
– Przecież to jasne.
–  Dla  mnie  to  nowość.  Zawsze  byłam  zdeklarowaną  samotnicą.  Oczywiście 

spotykałam się z mężczyznami, ale zawsze unikałam stałych związków. Nigdy nie 
zamierzałam z nikim się wiązać.

background image

– A teraz?
Julia zalała się rumieńcem.
– Też nie! Skądże!
Po co w takim razie cała ta przemowa...

–  Znam  Bena  dopiero  od  tygodnia.  Nie  myślę  o  naszej  znajomości  w  takich 

kategoriach.

– Zakochałaś się w nim, prawda?
Julia  zmarszczyła  czoło.  Czy  się  w  nim  zakochała?  Może...  Dotąd  przecież 

myślała, że to jedynie fascynacja seksualna.

– Nie rób takiej zrozpaczonej miny – roześmiała się Cathryn. – Gorsze rzeczy 

się zdarzają.

Na  szczęście  gracze  właśnie  się  zjawili  i  można  było  porzucić  niebezpieczny 

temat.

Zostali  u  Cathryn  i  Dylana  do  jedenastej  i  wreszcie  z  ociąganiem  zaczęli  się 

zbierać do wyjścia.

– Są bardzo mili – zauważył Ben w powrotnej drodze.
Julia w milczeniu skinęła głową.
– I mają bardzo miłe dzieci – dodał.
Znowu odpowiedziała tylko skinieniem głowy. Dopiero po pewnym czasie Ben 

rzucił jej znad kierownicy krótkie spojrzenie.

– Coś się stało?
– Nie. Co się mogło stać?
Po  prostu  całą  drogę  zastanawiała  się,  jak  by  to  było,  gdyby  ona  miała  takie 

życie.  Pomysł,  że  mogłaby  być  czyjąś  żoną  i  czyjąś  matką,  zaczynał  jej  się 
podobać.  Jak  to  jest  tulić  dziecko  w  ramionach  albo  kłaść  się  wieczorem  obok 
mężczyzny, wiedząc, że będzie tu również rano, następnego dnia i za czterdzieści 
parę lat?

Co  za  głupie  myśli!  Nie  czas  teraz  ani  miejsce  na  podobne  mrzonki!  Nie  ma 

sensu  analizować  życia  i  robić  planów  na  przyszłość.  Wszystko  to  wina  tego 
ciepłego,  domowego  nastroju,  jaki  panował  u  Cathryn.  Oszołomiło  ją  to  i 
zamroczyło.  Prześpi  się,  otrząśnie,  i  rano  obudzi  się  równie  trzeźwo  myśląca  jak 
zwykle.

Trzeba zachować większy dystans; zbytnio się zbliżyła do Bena i rzeczywiście 

może  się  w  nim  zakochać;  Cathryn  ma  rację.  Kiedy  myśli  o  dzieciach,  oczami 
duszy  widzi  jego  dzieci;  kiedy  rozpatruje  możliwość  stałego  związku  z  jakimś 

background image

mężczyzną, widzi tylko Bena. Oczywiste szaleństwo, jeśli się weźmie pod uwagę, 
że  znają  się  dopiero  od  kilku  dni.  Zachowuje  się  zupełnie  jak  nastolatka,  która 
wypisuje na zeszytach imię chłopaka, którego zna z widzenia.

Ben  zaparkował  przed  domem  i  wysiadł  z  samochodu,  żeby  przed  Julią 

otworzyć  drzwi.  Noc  była  cicha  i  bezwietrzna,  na  niebie  świecił  księżyc,  cicho 
szumiały fale. Cudowne zakończenie pięknego dnia.

Podeszła do drzwi, otworzyła je, ale nie weszła do środka. Bała się, że jeśli to 

zrobi, Ben podąży za nią i nie będzie miała siły, żeby go odprawić. Odwróciła się, 
by go pożegnać na progu domu.

–  Dziękuję,  że  mnie  dzisiaj  zabrałeś  –  powiedziała,  nerwowo  skubiąc  pasek 

torebki. – Było bardzo miło.

Ben ujął jej rękę i uniósł do ust.
– Cała przyjemność po mojej stronie.
Poczuła  na  skórze  ciepło  jego  oddechu.  Przytulił  ją,  a  ponieważ  stała  nieco 

wyżej, ich twarze znalazły się na tym samym poziomie.

– Jakie masz plany na jutro? – zapytał lekko schrypniętym głosem.
Z  trudem  zbierała  myśli;  w  jego  ramionach  stawała  się  bezwolna  i 

rozkojarzona.

Jutro? Jakie jutro? O czym on mówi?
–  Może  byśmy  razem  zjedli  drugie  śniadanie  w  Surfie?  Robią  tam  najlepsze 

naleśniki świata. – Pocałował jej skroń. – Ze świeżymi truskawkami. – Pocałował 
ją w szyję. – I z bitą śmietaną.

– Tak – odparła, wcale nie mając na myśli naleśników z truskawkami ani bitej 

śmietany. – Och, tak...

Powtórzyłaby to  jeszcze  tysiąc  razy,  lecz  Ben  zaczął  ją  całować  w  usta.  Jego 

pocałunek  wywoływał  w  niej  spustoszenia  niczym  rozprzestrzeniający  się  pożar. 
Kiedy wreszcie oderwała się od niego, w jej głowie panowała pustka.

– Może byśmy weszli do środka – zaproponował.
Do środka? Też bardzo tego pragnęła, ale to wszystko działo się tak szybko, tak

potwornie szybko...

–  Może  lepiej  już  powiemy  sobie  dobranoc...  –  szepnęła.  –  Przepraszam  –

dodała, widząc rozczarowany wyraz jego twarzy. – Jeszcze raz... przepraszam.

Ben spuścił głowę.
– Nie jesteśmy dziećmi – rzekł, nie patrząc jej w oczy.
– Już od dawna nie robiłem takich rzeczy, stojąc w progu.

background image

Poczuła się urażona, mimo że wiedziała, iż nie ma do tego prawa.
–  Nie  wiedziałam,  że  idziesz  do  łóżka  z  każdą  kobietą,  którą  zabierasz  na 

kolację.

– Tego nie powiedziałem.
– Ale tak to zabrzmiało.
Przymknął oczy i z trudem się opanował. Po chwili był już spokojniejszy.
– W porządku, masz rację. Na tym powinniśmy skończyć.

– Ja po prostu nie chcę żadnego z nas zranić.
Uśmiechnął się z wysiłkiem.
– Rozumiem.
Julia zawahała się.
– Co w takim razie z jutrzejszym śniadaniem?
– Bez zmian – oświadczył, nie patrząc jej w oczy. Jego usta zadrżały. – Wpadnę 

do ciebie o dziesiątej.

Odwrócił się i szybkim krokiem poszedł w stronę samochodu.

Ledwo zgasiła światło, usłyszała  warkot silnika. Jakiś samochód zatrzymywał 

się  na  podjeździe.  Usiadła  na  łóżku  z  bijącym  sercem.  Czyżby  Ben  wrócił? 
Dlaczego?

Ześliznęła  się  z  łóżka,  włożyła  szlafrok  i  zbiegła  na  dół.  Przez  szybę  w 

wewnętrznych  drzwiach  zobaczyła,  że  to  nie  jest  samochód  Bena.  Przed  domem 
zatrzymał się okazały saab.

Zapięła  szlafrok  wysoko  pod  szyję,  żałując,  że  nie  zdążyła  się  ubrać.  W  tym 

stroju  czuła  się  prawie  naga.  Bezbronna  i  samotna.  Wrażenie  to  pogłębiło  się 
jeszcze, gdy rozpoznała mężczyznę wysiadającego z auta: był to Jeff Parker, żonaty 
kochanek Amber.

background image

11

Julią wstrząsnął dreszcz. Co Jeff Parker robi tutaj o tej porze? Co on w ogóle 

tutaj robi? Przecież wcale się nie znają.

Spojrzała  na  drzwi:  nie  były  zamknięte.  Z  bijącym  sercem,  drżącymi  rękami 

dotknęła zardzewiałej zasuwki. W końcu jakoś zdołała ją zasunąć. Z trudem łapiąc 
oddech, próbowała nie wpadać w panikę.

Jeff Parker jej nie widział; nawet nie wysiadł jeszcze z samochodu. Miotał się w 

środku,  najwyraźniej próbując  zarzucić na  siebie  kurtkę.  W końcu  zrezygnował  i 
odrzucił ją na siedzenie obok.

Ciekawe, co mu jest?  Jest ranny? Wreszcie niezgrabnie wysiadł, rozprostował 

się  na  całą  wysokość  i  zatrzasnął  drzwiczki  samochodu,  a  potem  odwrócił  się  i 
ruszył  w  stronę  domu.  Kiedy  zaczął  chwiejnie  wstępować  na  schody,  Julia 
spłoszonym  wzrokiem  zmierzyła  odległość  dzielącą  ją  od  telefonu.  Nieproszony 
gość nacisnął klamkę, a widząc, że drzwi są zamknięte, uniósł wzrok i spostrzegł 
Julię stojącą za szybą.

–  Panno  Lewis  –  powiedział  sztucznie  opanowanym  głosem.  –  Nazywam  się 

Jeffrey Parker i jestem wiceprezesem Banku Atlantyckiego na Harmony.

– Wiem. Czego pan chce?
Sama nie wiedziała, dlaczego zaraz nie rzuciła się do telefonu, by zaalarmować 

Bena  albo  Charliego.  Może  z  ciekawości.  Ciekawe,  po  co  tu  przyszedł?  Poczuła 
zapach alkoholu i nieco się uspokoiła; po tym, co wypił, Jeff Parker nie może być 
zbyt niebezpieczny.

Co  w  niczym  nie  zmieniało  faktu,  że  jest  sama  w  nocy  w  pustym  domu  na 

odludziu...

I może nie docenia przeciwnika.
– Chciałbym z panią porozmawiać.
– Trochę późna pora, jak na rozmowy.
– Ale ja muszę! – warknął. – I to zaraz!
Przyglądając  mu  się,  Julia  zaczynała  rozumieć,  dlaczego  Amber  się  z  nim 

związała. Był wysoki, przystojny, doskonale ubrany; miał regularne rysy i starannie 
ostrzyżone włosy.

– O czym? – zapytała krótko.
– O czym? – żachnął się. – Jak to, o czym? O Amber, oczywiście. O Amber i o 

mnie.

background image

Spojrzał  na  nią  rozwścieczonym  wzrokiem.  Mogła  udawać,  że  o  niczym  nie 

wie, ale żeby nie tracić czasu, postanowiła grać w otwarte karty.

– Rozumiem. Chodzi o romans, jaki mieliście...
– Właśnie, doskonale rozumiesz – przerwał jej, nieoczekiwanie przechodząc na 

ty. – Chodzi o nasz romans, o którym doniosłaś Slocumowi.

W jego wzroku dostrzegła nienawiść.
–  Komendant  Slocum  rozmawiał  z  tobą?  O  tym,  co  cię  łączyło  z  Amber?  –

zapytała, usiłując zachować spokój.

–  Przylazł  do  mnie  do  pracy,  wypytywał  o  wszystko  w  banku,  tam  gdzie 

wszyscy mnie znają i znają moją żonę...

Kilka  razy  ze  złością  szarpnął  klamką.  Julia  nakazała  sobie  spokój  i  co 

dziwniejsze,  udało  jej  się  posłuchać  samej  siebie.  ,  –  Skąd  wiesz,  że  komendant 
dowiedział się tego ode mnie?

– Bo nikt inny o tym nie wiedział. My... my oboje...
– język mu się zaplątał – byliśmy bardzo dyskretni.
Coś  w  jego  głosie  przyciągnęło  jej  uwagę;  zupełnie  jakby  już  kiedyś  go 

słyszała. Przypomnienie przyszło nagle: poznała głos słuchacza, który pierwszego 
wieczoru poprosił ją o nadanie piosenki o kobiecie w czerwonej sukni...

– Skoro to była taka tajemnica, skąd ja miałabym o tym wiedzieć?
Wahał się chwilę.
– Amber do ciebie napisała – oznajmił Parker, wymawiając słowa ze sztuczną 

starannością  osoby  niezupełnie  trzeźwej.  –  Sam  widziałem  list  na  jej  stole,  w 
kuchni.

Kazałem jej go podrzeć, ale powiedziała, że musi ci o wszystkim opowiedzieć. 

Jesteś  jej najlepszą przyjaciółką  i  wszystko sobie mówicie, więc musi ci napisać, 
jaka  jest  szczęśliwa.  Zresztą,  skąd  byś  się  dowiedziała?  Mieszkasz  daleko.  Nie 
pozwoliłem jej wysłać tego listu, ale mnie nie posłuchała.

Już  miała  mu  wyjawić,  skąd  naprawdę  zna  jego  tajemnicę,  ale  się 

powstrzymała.  Przecież  tamta  kobieta  pracuje  u  niego  i  bardzo  zależy  jej  na 
anonimowości.

– Nie potwierdzam ani nie zaprzeczam – odrzekła obojętnym głosem.
Zbliżył twarz do szyby; jego usta pobielały z wściekłości.
– Chcę ci powiedzieć, że to, co zrobiłaś, było podłe.
Dopiero  po  chwili  zrozumiała,  że  chodzi  mu  o  to,  iż  powiedziała  o  jego 

romansie Charliemu.

– Ja? Przypominam ci, że to ty zdradzałeś żonę.

background image

–  Nie  twój  interes!  Nic  ci  do  tego!  –  Przez  chwilę  miała  wrażenie,  że  w 

kącikach jego ust zaraz ukaże się piana. – Słyszysz?!

On chyba jednak może być groźny, nawet jeśli niezupełnie pewnie trzyma się 

na nogach.

– To nie twoja sprawa! Ani Slocuma! Ani mojej żony!
Niczyja!
W każdej chwili może stłuc szybę w drzwiach i wtargnąć do środka.
–  Jeśli  jeszcze  komuś  o  tym  powiesz  albo  piśniesz  słówko  w  tej  swojej 

cholernej audycji, pożałujesz!

– Grozisz mi? – zapytała chłodno.
– Radzę ci posłuchać.
– A ja ci radzę wynosić się stąd. W przeciwnym razie zastanie cię tu policja.
– Radzę ci nie dzwonić na policję, ostrzegam.
Odszedł od drzwi, a potem znowu się odwrócił.

– I zamknij się raz na zawsze, dość już szkody wyrządziłaś.
Z  trudnością  zszedł  po  schodach  i  wężykiem  dotarł  do  samochodu.  Julia 

patrzyła  w  ślad  za nim. Trudno,  niech  jedzie pijany, nie  będzie go  zatrzymywać; 
zresztą Parker do pewnego stopnia panuje nad sobą, skoro nie uległ pokusie i nie 
wyważył drzwi.

Wróciła  do  domu,  sprawdziła  wszystkie  pokoje,  zamknęła  okna  i  zapaliła 

światła.  Całkowicie  rozbudzona,  przysiadła  na  kanapie,  zastanawiając  się,  czy 
dzwonić do Charliego albo Bena.

Jest bardzo późno, a zresztą, co im powie? Że Jeff Parker odwiedził ją w nocy 

kompletnie pijany? To jeszcze nie zbrodnia. I co oni niby mają zrobić? Przecież już 
sprawę załatwiła. Poszedł sobie i nic się przecież nie stało. Nic się nie stało, a ona 
jest zupełnie spokojna. No, może niezupełnie...

Gdy rozległ się dźwięk telefonu, podskoczyła przerażona. Boże, żeby to tylko 

nie był Parker!

– Słucham – powiedziała sucho.
– Julia, to ty?
Kurczowo objęła palcami słuchawkę.
– Ben!

Ton  jej  głosu  bardzo  go  zaskoczył.  Powiedziała  to  tak,  jakby  mówiła  „dzięki 

background image

Bogu!”.

–  Strasznie  przepraszam,  że  dzwonię  o  tej  porze.  Nie  mam  nic  na  swoje 

usprawiedliwienie...

Nie wiedział, jak jej to wytłumaczyć, skoro sam nie bardzo rozumiał, dlaczego 

do niej zadzwonił.

Czuł się okropnie; był rozbity i przygnębiony, sfrustrowany i niezaspokojony. 

Wrócił do domu, zrobił sobie drinka i położył się na kanapie z jakąś durną książką 
w ręku.

Chyba zasnął, bo następną rzeczą, jaką spostrzegł, było to, że książka ześliznęła 

mu się z piersi i upadła na podłogę. Usiadł i natychmiast pomyślał o Julii, co o tyle 
nie  było  dziwne,  że  od  kilku  dni  myślał  o  niej  bez  przerwy.  Tym  razem  jednak 
myśl o niej pełna była jakiegoś niezrozumiałego niepokoju.

Wstał  i  ruszył  w stronę  sypialni, zamierzając się położyć, lecz nie opuszczało 

go wrażenie, że w domu Prestona dzieje się coś niedobrego.

Usiłował  zbagatelizować  niedobre  przeczucia,  ale  nie  był  w  stanie  się 

powstrzymać i mimowolnie wystukał numer Julii, mając nadzieję, że w najgorszym 
razie jedynie się wygłupi.

– Obudziłem cię?
– Nie... Siedziałam i... czytałam.
Siedziała sobie i spokojnie czytała, a on wydzwania do niej po nocy jak idiota.
– Dobrze, że zadzwoniłeś. Sama chciałam to zrobić.
Teraz zaniepokoił się naprawdę.
– Czy coś się stało?
– Po twoim wyjściu miałam gościa.
Opowiedziała mu o niespodziewanych odwiedzinach Jeffa i o rozmowie, jaką z 

nią odbył.

– Zaraz do ciebie jadę. Nie możesz być sama w tym domu.
– Uspokój się, Ben. On już nie wróci. Pewnie pojechał do siebie i już smacznie 

śpi.

– Zawiadomiłaś o wszystkim Charliego?
–  Nie.  Co  miałam  mu  powiedzieć? Że Jeff  Parker  wpadł do  mnie  po  pijaku i 

trochę się zdenerwował?

– Właśnie to, i to, że ci groził.
– Dobrze, zadzwonię do niego.

background image

– Kiedy?
– Jutro rano.
– Nie. Teraz, natychmiast, jak tylko się rozłączymy.
– A przewidując opór z jej strony, dodał: – Jeśli tego nie zrobisz, sam do niego 

zadzwonię.

– Dobrze, już dzwonię.
– A ja już do ciebie jadę.
– Nie.
– Julia, zrozum, to nie przelewki. Ten facet może popełnił morderstwo, a teraz 

jest na ciebie wściekły. On jest niebezpieczny.

Julia  nie  odpowiedziała;  słyszał  tylko  jej  oddech.  Dlaczego  Ben  tak  mówi? 

Czyżby naprawdę uważał, że Jeff Parker zamordował Amber?

– To naprawdę niepotrzebne, Ben, ale skoro się upierasz...
– Będę u ciebie za pięć minut.

Postawiła  dwa  kubki  grzanego  wina  na  małym  kuchennym  stole  i  usiadła 

naprzeciwko Bena. Była spięta i zdenerwowana.

– Przypomnij sobie – poprosił Ben – czy Jeff coś jeszcze powiedział?
W zamyśleniu uniosła kubek do ust.
– Nie, i nie mogę sobie darować, że nic z niego nie wyciągnęłam. Był przecież 

kompletnie pijany. Trzeba go było o wszystko wypytać, jak się poznali, jak to się 
zaczęło, jak się skończyło, co czuje po śmierci Amber, i tak dalej. A ja zamiast się 
tego  dowiedzieć,  kazałam  mu  się  wynosić  i  zagroziłam  policją.  Straciłam  taką 
okazję! Ben ujął jej rękę.

–  Nie  wyrzucaj  sobie  tego.  Nic  innego  nie  mogłaś  zrobić.  I  byłoby  najlepiej, 

gdybyś nie zapominała zamykać drzwi.

Zmarszczyła czoło.
– Charlie powiedział mi to samo, kiedy z nim rozmawiałam.
Pogładził ją po dłoni; była tak gładka i delikatna jak srebrne światło księżyca, 

które nieśmiało zaglądało do kuchni.

– Mówił, co zamierza teraz zrobić? Po tej wizycie Jeffa?
Julia wyprostowała się na krześle.
–  Na  razie  nic.  Nie  chce,  żeby  Jeff  się  dowiedział,  że  natychmiast 

zawiadomiłam policję. Powiedział, że robi tak ze względu na moje bezpieczeństwo. 
Ma zamiar go obserwować.

background image

Ben  nie  był  pewien,  jak  oceniać  postępowanie  komendanta:  czy  chodzi  tu 

rzeczywiście  o  względy  bezpieczeństwa,  czy  raczej  o  niechęć  do  otwartego 
wystąpienia przeciwko komuś tak potężnemu jak Jeff Parker.

–  A  wie  przynajmniej,  co  Parker  robił  tamtej  nocy,  kiedy  zamordowano 

Amber? Przecież z nim rozmawiał.

Julia skinęła głową.
–  Powiedział  mu,  że  wieczorem  jechał  na  spotkanie  z  ekologami,  ale  złapał 

gumę  i  musiał  wrócić  piechotą  do  domu  po  podnośnik.  Zanim  zmienił  koło, 
upłynęło  sporo  czasu  i  kiedy  wreszcie  dojechał  na  miejsce,  spotkanie  już  się 
skończyło.  Nikt  go  oczywiście  nie  widział  i  nie  ma  żadnego  świadka,  ale 
przysięgał, że tak właśnie było.

– Jak się domyślam, Charlie nie ma przeciwko niemu żadnych dowodów?
– Nawet gdyby je miał, nie powiedziałby mi tego.
Zresztą  chyba  nic  nie  ma.  Jeff,  kiedy  tutaj  był,  wcale  nie  brał  pod  uwagę,  że 

może być podejrzany o morderstwo.

Wściekał się tylko, że ktoś się dowiedział o jego miłosnej przygodzie.
– Może rzeczywiście nie ma nic innego na sumieniu.
– Może.
Wyjęła dłoń z rąk Bena i lekko się odsunęła.
–  Biedna  Amber  –  rzekła  cicho.  –  Była  taka  łatwowierna,  jeśli  chodzi  do 

mężczyzn.  Nieraz  jej  mówiłam,  że  powinna  bardziej  uważać,  ale  ona  strasznie 
łatwo się zakochiwała. Zwłaszcza wiosną. Kiedy tylko nadchodziła wiosna, od razu 
była zakochana.

Ben nie spuszczał z niej zaciekawionego spojrzenia, jakby oczekiwał, że to, co 

powie dostarczy mu informacji również o niej samej.

– Jestem pewna, że kochała Jeffa. Nawet w takim stanie, w jakim był dzisiaj, 

dało  się  zauważyć,  jak  bardzo  jest  atrakcyjny.  Ma  klasę  i  pieniądze,  pozycję 
społeczną...

Cóż  z tego,  że  jest  żonaty  i  ma dzieci.  Dla  Amber, po  kimś  takim jak  Bruce, 

musiał być niczym książę z bajki.

– I pewnie był.

– Przynajmniej przez jakiś czas. – Twarz Julii stężała i Ben odczytał jej myśli; 

podejrzewała, że kochanek Amber mógł być również jej mordercą.

–  Ona  nieraz  sama  nie  bardzo  umiała...  –  Julia  zacisnęła  wargi.  –  Bardzo 

żałuję...

background image

– Czego żałujesz?
– Że nasze drogi w pewnym momencie się rozeszły.
– Ale dlaczego tak się stało?
Przez pewien czas nie podnosiła wzroku, wpatrzona w swoje ręce.
–  Tak  jakoś...  Amber  miała  swoje  życie,  rodzinę,  męża.  Ja  już  do  tego  nie 

pasowałam.

Bardzo chciał, żeby mówiła dalej; może wreszcie się o niej czegoś dowie, może 

nareszcie  zrozumie,  co  dzieje  się  pod  tym  pozornym  spokojem  i  opanowaniem. 
Julia jednak nie dała mu szansy, bo nagle zmieniła temat.

– Powiedziałam Charliemu, że jedziesz do mnie.
– No, dobrze...
Przytaknęła z uśmiechem.
– Tak. Nie skomentował tego, oczywiście, ale  wyczułam, że jest zadowolony, 

że nie będę sama.

Ben wzruszył ramionami.
– Przecież ja i Charlie możemy się jeszcze kiedyś zaprzyjaźnić.
– Raczej na to nie licz. Powiedział, żebyś uważał, bo w przeciwnym razie słono 

za to zapłacisz.

– A gdybym... nie uważał? Doniesiesz na mnie?
– Oczywiście.
Ben żartobliwie wzniósł oczy do nieba. Julia dopiła wino i wstała od stołu.

– Idę do łóżka. Jestem tym wszystkim wykończona, muszę się położyć.
Ben odsunął krzesło.
– A gdzie ja będę spał?
Pytanie  było  niewinne,  ale  zważywszy  na  okoliczności,  zabrzmiało  raczej 

dwuznacznie.  Kiedy  tak  siedział  w  nocy  z  Julią  przy  stole  w  kuchni,  w  której 
siadywały całe pokolenia kobiet i mężczyzn, nie mógł nie myśleć, jak to by było, 
gdyby byli małżeństwem, gdyby zaraz mogli iść na górę do sypialni, położyć się do 
łóżka i nie martwić się, co będzie nazajutrz.

– Możesz się położyć na kanapie w salonie. Dam ci poduszkę i koce.
– Nie ma tu drugiego łóżka?
– Jest, ale skoro zjawiłeś się tu w roli ochroniarza – wyjaśniła z uśmiechem –

powinieneś  chyba  spać  na  parterze,  żeby  lepiej  słyszeć,  czy  wróg  nie  atakuje 
naszego zamczyska.

Ma  rację;  z  niechęcią  musiał  to  przyznać.  Spojrzała  w  stronę  korytarza 

background image

prowadzącego do drzwi wejściowych.

– Za to łazienka jest tylko na górze.
–  W  porządku.  Znieś  mi  te  koce,  potem  sobie  pościelę,  teraz  pójdę  zrobić 

obchód.

– Dziękuję i dobranoc, Ben.
Obszedł  cały  dom  od  piwnic  po  strych,  sprawdził  drzwi  i  okna;  zajrzał  do 

garażu i starej stodoły. Światło latarni morskiej szeroką jasną struną omiatało przed 
nim drogę i sunęło w stronę morza.

Okrążył  dom  po  raz  drugi,  żeby  dać  Julii  czas  na  spokojnie  ułożenie  się  i 

zaśnięcie.  Pragnął  uniknąć  dodatkowych  pokus  związanych  ze  świadomością,  że 
nie będzie spała, kiedy on wróci do domu.

Podszedł do okna, za którym było studio, i zapatrzył się w ciemność. Widział 

teraz  to  samo,  co  widywała  Julia,  kiedy  nadawała  swój  program.  Ogrom  pustej 
przestrzeni i kilka światełek migoczących w oddali. Pustka i samotność.

Nagle zdał sobie sprawę z tego, czym naprawdę jest jej życie. Zwykle bardzo 

stanowczo broniła swojej samodzielności i samowystarczalności. Była niezamężna, 
bezdzietna,  wolna  i  z  nikim  nie  związana.  Nie  miała  stałej  pracy  ani  grona 
przyjaciół.

„Bardzo  żałuję,  że  nasze  drogi  się  rozeszły”,  powiedziała,  myśląc  o  Amber,  i 

prawdopodobnie było to jedyne szczere wyznanie, jakie w jego obecności uczyniła. 
„Bardzo żałuję... „

Była  potwornie  samotna.  Łaknęła  miłości,  przyjaźni  i  serdeczności  jakiejś 

ludzkiej istoty. Nietrudno było odgadnąć, dlaczego tak się broniła przed okazaniem 
prawdziwych  uczuć  i  emocji.  Powody  większości  zahamowań  można  znaleźć  w 
dzieciństwie,  a  czymże  było  dzieciństwo  Julii?  Ojciec  opuścił  ją,  kiedy  była 
dzieckiem;  matka  pracowała  i  nie  miała  dla  niej  czasu;  nie  było  nikogo,  kto 
zauważyłby jej wrażliwość.

Miała tylko pracę. Miała jedynie swój głos, którym mogła docierać do ludzkich 

istot  rozproszonych  po  wyspie.  Ben  nagle  zobaczył  głos  Julii  pod  postacią 
promienia zataczającego świetlisty krąg po Harmony w poszukiwaniu zrozumienia 
i  bliskości.  Rzucała  wołanie  w  ciemność  i  pustkę  i  odnajdywała  odległe  echo 
odpowiedzi.

Nagle poczuł się spokojny i silny. Odnalazł do niej klucz, wiedział już, czego 

się  trzymać.  Julia  nie  może  spędzić  w  ten  sposób  całego  życia;  musi  w  pewnej 
chwili zrozumieć, że nic nie zastąpi bezpośredniego kontaktu, że nie można istnieć, 

background image

nadając komunikaty z wieży z kości słoniowej.

Jakiś szelest wyrwał go z zamyślenia. Wielki groźny cień oderwał się od muru i 

dziki  królik,  pomniejszony  nagle  i  niegroźny  w  świetle  księżyca,  oddalił  się  w 
podskokach, znikając w krzakach.

Skoro  dzikie  króliki  hasają  sobie  tak  swobodnie,  to  znak,  że  nastała  głęboka 

noc.

Wrócił do domu, starannie zamykając drzwi na klucz. Potem poszedł do salonu, 

wziął torbę ze swoimi rzeczami i cicho, by nie obudzić Julii, udał się na górę. W 
holu paliło się światło, ale w jej pokoju panowała ciemność.

Szedł cicho, starając się robić jak najmniej hałasu. Kiedy mijał sypialnię Julii, 

usłyszał nagle cichy głos:

– Ben...
To niemożliwe, niemożliwe, nie...
– Tak?
Nie odpowiedziała. Wyciągnął rękę w stronę klamki i zawahał się.
– Ben, wejdź na chwilę, dobrze?
Wszystko tylko mu się śni; to przecież nie może być jawa...
Nacisnął  klamkę  i  zajrzał  do  środka.  W  pokoju  panowała  ciemność,  światło 

padające z korytarza oświetlało tylko kawałek ściany i łóżko.

– Słucham – powiedział, postępując krok do przodu.

Postać w łóżku usiadła, podciągając prześcieradło pod samą szyję. Dobiegł go 

zaniepokojony głos Julii:

– Wszystko w porządku?
– Tak. Dlaczego pytasz?
– Tak długo cię nie było.
– Wszystko w porządku, śpij spokojnie.
Gratulując sobie opanowania i kontroli nad zmysłami, odwrócił się, żeby wyjść.
– Ben...
– Tak?
– Mógłbyś przy mnie usiąść na chwileczkę?
Niebywałe. Dwie godziny temu wyrzuca go z domu, a teraz zaprasza do swojej 

sypialni... Podszedł i stanął w nogach łóżka.

– Przyrzekam, że wcale nie będę cię wodzić na pokuszenie...
Uśmiechnął się w duchu. Dobre sobie...
– Coś cię dręczy? – zapytał głośno.

background image

–  Nic  specjalnego,  po  prostu  nie  mogę  zasnąć  i  tak  sobie  myślę  o  różnych 

rzeczach. Może moglibyśmy chwilę porozmawiać... jeśli chcesz.

Odsunęła  się,  robiąc  mu  miejsce  obok  siebie.  Usiadł,  starając  się  jej  nie 

dotknąć, i oparł się o wezgłowie łóżka.

– A o czym chciałabyś porozmawiać?
– Powiedz, dlaczego do mnie zadzwoniłeś? Nie wyjaśniłeś tego jeszcze...
Powiedziała to swoim radiowym głosem i poczuł, że zmysłowy aksamitny głos, 

który miał już okazję słyszeć z odległości, jest teraz tuż obok niego. Przypomniał 
sobie złociste pasmo wędrujące po wyspie.

– Tak zadzwoniłem, po prostu. Zdrzemnąłem się i obudziłem z poczuciem, że 

dzieje się coś złego i że potrzebujesz mojej pomocy.

Julia uniosła głowę.
– Tak tylko żartujesz, prawda?
– Wcale nie.
– Często masz... takie przeczucia?
Nie  widział  wyrazu jej  twarzy,  lecz  miał  wrażenie,  że  po  raz  pierwszy zdołał 

czymś obudzić jej ciekawość.

– Nie, to mi się zdarzyło chyba po raz pierwszy.
Julia znowu opadła na poduszki.
–  Pewnie  to był  tylko  zbieg  okoliczności.  Musiałeś  myśleć  o  sprawie  Amber, 

powiedziałeś mi, że powinnam zamknąć drzwi...

– Tak, coś mi się po prostu przywidziało.
– Pewnie tak, ale dziękuję, że się o mnie bałeś.
Pragnął  dotknąć  jej  ramienia,  pragnął  pogładzić  jej  włosy,  pragnął  choć  na 

krótką  chwilę  wziąć  ją  w  ramiona.  Na  wszelki  wypadek  położył  sobie  ręce  pod 
głowę.

– Nie mogę przestać myśleć o sprawie Amber.
– Ja też.
Julia na chwilę zamilkła; szczelniej otuliła się kołdrą.
– Jeff Parker powiedział mi dziś coś dziwnego.
– Co?
– Powiedział, że Amber napisała do mnie list, w którym wspomniała o tym, co 

ich łączy.

Głos  Julii  zadrżał.  Ben  z  wahaniem  dotknął  jej  włosów.  Przyjęła  jego  gest  z 

wdzięcznością.

background image

–  Strasznie  się  z  tym  czuję  –  westchnęła.  –  Amber  chciała  mi  wszystko 

powiedzieć, ale nie wysłała tego listu. Może dlatego, że Parker jej nie pozwolił, a 
może dlatego, że nasze drogi się rozeszły i myślała, że jej nie zrozumiem.

Pogłaskał ją po włosach.
– Nie ma w tym twojej winy. Mieszkałaś daleko, bo tam miałaś pracę.
– Tak, wiem, ale byłam jej najlepszą przyjaciółką i...
zostawiłam  ją.  Nie  myślałam,  że  byłam  dla  niej  kimś  tak  ważnym.  Ja  nie 

wiedziałam... – zamilkła.

– Nie wiedziałaś, że ktoś może cię tak kochać? – podpowiedział.
Nie musiał na nią patrzeć, by dostrzec łzy w jej oczach.
– Nie przypuszczałam, że mam tu kogoś tak bliskiego.
Uważałam,  że  nie  mam  już  prawdziwych  przyjaciół.  –  Otarła  oczy  rąbkiem 

prześcieradła.  –  Ja  się  nie  skarżę,  Ben.  To  częściowo  moja  wina,  ale  jestem  tak 
strasznie...

– Jej głos załamał się. – Jest mi żal Amber i żal mi siebie, i... Czy możesz mnie 

przytulić?

Nie  wierzyła,  że  mogła  to  powiedzieć,  że  mogła  poprosić  kogoś,  by  ją 

pocieszył. A do tego mężczyznę... Kiedy jednak Ben objął ją i przytulił, wszystko 
nagle stało się zrozumiałe. To nie był jakiś obcy człowiek, to był Ben. Przylgnęła 
do niego, siłą powstrzymując łzy.

– Nie jesteś sama – powiedział, tuląc ją w ramionach.
– Nie jesteś sama.
Czuła,  jak  jej  oddech  z  wolna  się  uspokaja,  a  serce  zaczyna  bić  spokojnie  i 

miarowo.

Nie jest już sama, ma przy sobie Bena. Zawsze tego pragnęła, ale bała się. Tej 

nocy bardziej przestraszyła się samotności i ten lęk zwalczył tamten.

Usiadła, pochyliła się nad Benem i delikatnie pocałowała go w usta.
– Dziękuję ci – szepnęła.
– Za co?
– Za to, że czekałeś.
Wiedziała, że nie od razu zrozumiał, co to oznacza; spojrzał na nią pytająco, z 

nadzieją.

– Czy... jesteś tego pewna?
– Całkowicie – odparła z uśmiechem.
Oczy Bena zwęziły się.

background image

– Uprzedzam, że to będzie noc, której nigdy nie zapomnisz.
– Właśnie na to liczę.
– W takim razie...
Przyciągnął  ją  do  siebie  i  zaczął  całować  w  sposób,  w  jaki  jeszcze  jej  nie 

całował. Julia nigdy czegoś takiego nie doświadczyła; nigdy nawet o czymś takim 
nie  marzyła.  Straciła  kontakt  z  otaczającą  rzeczywistością  i  jej  jedyną 
rzeczywistością stał się Ben.

W pewnej chwili Ben przestał ją całować.
– Co się stało? – spytała rozczarowana.
Wstał i jednym ruchem zrzucił kołdrę na podłogę.
– Bez tego będzie nam lepiej.
Spojrzała mu w oczy i  pod  wpływem jego  spojrzenia ogarnęło ją drżenie, nie 

mające nic wspólnego z nocnym chłodem.

– Jesteś taka piękna...
Przez chwilę patrzył na nią, a potem wrócił do łóżka i położył się przy niej.
– Jest jeszcze jedno. Czy jesteś zabezpieczona?

Julia pokręciła głową.
– Czy to znaczy, że nie masz...
–  ...  prezerwatyw?  Mam,  oczywiście.  Nie  dlatego,  żebym  się  czegoś 

spodziewał, skądże. Po prostu miałem nadzieję, że pewnego dnia zmienisz zdanie i 
chciałem być przygotowany.

– Nie musisz się tłumaczyć. Bardzo dobrze, że jesteś przygotowany.
Objęła go za szyję ruchem, który świadczył, że dyskusję uważa za zakończoną.
– Ben...
Jego  dłonie  poczęły  wędrować  po  jej  ciele  i  jej  ciało  zaczęło  odpowiadać  na 

jego wezwanie.

– Jesteś cudowna, szaleję za tobą...
Nigdy  nie  słyszała  takich  słów  i  dopiero  teraz  czuła,  jak  bardzo  były  jej 

potrzebne.

– Usiądź – powiedziała.
A kiedy spełnił jej prośbę, rozpięła mu koszulę i zaczęła pieścić jego skórę. Ben 

zdjął jej koszulę nocną i odrzucił daleko w mrok. Mimo ciemności czuła, jak jego 
ciało odpowiada na dotyk jej dłoni.

– Jesteś pewna, że chcesz? – zapytał jeszcze raz. – Muszę mieć pewność.
Objęła go znowu i spojrzała mu prosto w oczy.

background image

– Ben, ściągnij wreszcie spodnie.
Zrobił to, o co prosiła. Był cudownie zbudowany.
Przesunęła  dłonią  po  jego  ciele  i  zatrzymała  się  onieśmielona.  Ben  kilkoma 

ruchami przywrócił jej odwagę.

Czuła  się  dziwnie  rozdwojona;  wiedziała,  że  powinna  czuć  lęk  i  niepewność 

wobec nieznanej sytuacji, a jednocześnie, w ramionach Bena, czuła się wyjątkowo 
pewnie  i  bezpiecznie.  Przy  nim  nareszcie  mogła  być  sobą;  mogła  bez  strachu 
okazywać swoje potrzeby i bez obawy domagać się uczucia. Była wolna; wolna i 
bezpieczna.  Ben  był  cierpliwy  i  wspaniałomyślny;  spokojnie  i  pewnie  czerpał  z 
nieprzebranych zasobów swych pieszczot, obdarzając ją hojnie rozkoszą.

– Czy nie sprawiam ci bólu? – spytał w pewnej chwili.
– Nie. Ja...
– Spójrz na mnie.
Otworzyła oczy, przebijając się przez ostatnią zasłonę, za którą była już tylko 

ekstaza.  Nabrzmiała  rozkoszą  i  bólem, pomyślała,  że  niedługo  opuści  Harmony  i 
już  nigdy  nie  zobaczy  Bena.  Nagle  jej  myśli  rozpierzchły  się  pod  wpływem 
ostatecznego momentu i przyjęła to, co działo się z Benem, jak część samej siebie.

Opadli potem oboje na łóżko i przez  chwilę panowała cisza przerywana tylko 

ich z wolna uspokajającymi się oddechami.

– Boże... – szepnął wreszcie Ben.
Uniósł głowę i spojrzał Julii w oczy. Nie odezwała się, nie znajdując słów, aby 

wyrazić pełnię i błogostan, w jakim się znajdowała. Schyliła się, podniosła kołdrę z 
podłogi i przykryła ich oboje. W chwilę potem zapadli w głęboki sen.

background image

12

Czas płynął, a oni się kochali.
Całą noc i większą część dnia spędzili w łóżku. Od czasu do czasu zapadali w 

krótki sen, po czym zaczynali kochać się ponownie, rozbudzeni bliskością swych 
ciał. Pragnęli siebie tak bardzo, że każda chwila, w której nie obejmowali się i nie 
całowali, wydawała im się daremnie utraconym czasem.

W niedzielę zbudzili się wyczerpani. Dochodziło południe; przespali kontrolny 

telefon Charliego, przespali dźwięk kościelnych dzwonów wzywających wiernych 
na  modlitwę,  przespali  wszystko  oprócz  samych  siebie.  Byli  dla  siebie  całym 
światem, nareszcie nasyceni; mieli spokój w duszy, ciele i w myślach.

Zbudzili się, ale nie od razu wstali. Donikąd im się nie śpieszyło. Świat nie miał 

im  nic  do  oferowania.  Leżeli  objęci,  zastanawiając  się  głośno,  co  zrobić  na 
śniadanie  czy  też  na  lunch,  a  może  nawet  już  na  kolację,  zawieszeni  w  czasie  i 
zagubieni  w  przestrzeni.  Ben  lekko  gładził  plecy  Julii,  Julia  wsuwała  dłonie  we 
włosy Bena.

W  końcu  postanowili  napić  się  kawy  i  wypili  ją  w  łóżku,  aby  nie  tracić  sił 

nadwątlonych przez miłość.

Potem  wzięli  razem  kąpiel  i  Julia  zaznała  nie  znanej  jej  dotąd  rozkoszy,  jaką 

jest  leżenie  w  wannie  z  ukochanym  mężczyzną.  Wszystko  od  poprzedniego  dnia 
robiła po raz pierwszy. Kochała się w nowy, nieznany sposób, doświadczała siebie 
niczym nieznanej, wspaniałej istoty, myła  plecy Bena i pozwalała, by łagodnymi, 
sprawnymi ruchami on mył jej głowę.

Rozmawiali  przy  tym,  pryskali  na  siebie  wodą,  wycierali  sobie  załzawione 

oczy, i wyszli z wanny dopiero, gdy woda kompletnie już wystygła.

Ubrali  się,  zeszli  do  kuchni,  usmażyli  sobie  jajka  na  bekonie,  potem  zjedli 

jeszcze grzanki z serem. Później zrobili sobie świeżą kawę i z kubkami w rękach 
wyszli na patio pogrzać się w słońcu.

Po południu udali się na daleki spacer po okolicznych wzgórzach i nadmorskich 

skałach.  Wędrowali,  trzymając  się  za  ręce,  i  opowiadali  sobie  całe  swoje 
dotychczasowe  życie.  Byli  jak  para  nastolatków,  którzy  po  pierwszej  wspólnie 
spędzonej nocy pragną przekazać sobie całą swoją przeszłość, aby oddanie stało się 
jeszcze bardziej pełne. Usiedli potem u  stóp latarni morskiej i Julia opowiedziała 
Benowi  znane  sobie  z  dzieciństwa  historie  o  zaginionych  żeglarzach  i  statkach 
widmach nawiedzających wody zatoki.

background image

Potem wstali i poszli dalej, co jakiś czas przystając, by na dłużej zatrzymać w 

oczach ulotną  chwilę  i  utrwalić  ją za  pomocą aparatu  fotograficznego.  Starali się 
nie myśleć o rozstaniu, by nie niszczyć cudownego dnia.

Kolację  zjedli  w  domu  Bena,  gdzie  wpadli  na  chwilę,  bo  Ben  chciał  się 

przebrać. Ben usmażył steki, ugotował ryż, zrobił sałatę, a do tego podał czerwone 
francuskie wino, przechowywane na specjalną okazję.

Tego  wieczoru  Julia  nie  miała  ochoty  prowadzić  audycji,  bo  wolała  kilka 

dodatkowych godzin spędzić z Benem, lecz w piątek, kiedy zapowiadała sobotnią 
przerwę, przyrzekła słuchaczom, że w niedzielę będzie na posterunku. Nie mogła 
ich zawieść.

Robienie  audycji  razem  z  Benem  okazało  się  bardzo  zabawne.  Ucieszyli  się 

bardzo,  kiedy  w  pewnej  chwili  jakiś  słuchacz  zadzwonił i  zapytał,  dlaczego  tego 
wieczoru  wszystkie  „kawałki”  są  takie  romantyczne.  Przyznali  mu  rację,  Julia 
natychmiast  puściła  piosenkę  Tony’ego  Bennetta  „Zabierz  mnie  na  Księżyc”  i 
zaczęła z Benem tańczyć w studio.

Znacznie później, kiedy już pożegnała słuchaczy, zadzwoniła do Charliego, by 

mu powiedzieć, że wszystko w porządku i żeby się o nią nie martwił.

A  potem,  kiedy  już  poszła  z  Benem  do  sypialni  i  otrzymała  swoją  porcję 

miłości,  ułożyła  się  wygodnie  w  ramionach kochanka  i  jeszcze  raz  przypomniała 
sobie  tamten  moment.  Ona  i  Ben  tańczą  w  studio  przy  dźwiękach  piosenki  o 
miłości...

Łzy napłynęły jej do oczu.
Przeżyła właśnie najpiękniejsze doświadczenie swojego życia. Gdy unosiła się 

w tańcu w ramionach Bena,

czuła, że naprawdę frunie w stronę Księżyca ku drżącym na niebie gwiazdom. 

Wiedziała, że taka chwila zdarza się tylko raz i że tylko raz w życiu słyszy się takie 
słowa jak te, które szeptał jej Ben.

Kiedy nagranie dobiegało końca, złożyła głowę na jego ramieniu i wiedziała, że 

nie wyszepcze „kocham cię”, bo wyszeptać tego nie może.

Teraz zamknęła oczy, pozwoliła łzom płynąć po policzkach i nie zastanawiała 

się, czy płacze ze szczęścia, czy z rozpaczy.

Nastał poniedziałek i natychmiast zeszli na ziemię. Rzeczywistość osaczyła ich 

i  zmusiła  do  działania.  Ben  pojechał  do  siebie  wykąpać  się  i  przebrać  przed 
pójściem  do  pracy,  a  Julia  sprzątnęła  kuchnię,  wyprała  pościel  i  pojechała  na 

background image

policję,  żeby  się  dowiedzieć,  co  nowego  słychać  w  sprawie  morderstwa  Amber. 
Poprzedniego  wieczoru  słuchacze  dopominali  się  o  wiadomości  i  ze  wstydem 
musiała przyznać, że nic nie wie.

Gdy weszła, Charlie właśnie rozmawiał z kimś przez telefon.
–  Bardzo  dziękuję,  to  bardzo  ważne  –  usłyszała  tylko,  zanim  odłożył 

słuchawkę.

Zwrócił ku niej uśmiechniętą twarz.
– Co tam masz? – zapytała ciekawie.
– Zamknij drzwi, maleńka.
Zrobiła, o co prosił, i usiadła naprzeciw niego przy biurku. Charlie rzucił na nią 

wzrokiem  i...  jakby  zapomniał,  co  miał  powiedzieć.  Zarumieniła  się  gwałtownie. 
Czy naprawdę wszystko po niej widać?

– Był z tobą ten Grant?
– Charlie, daj spokój... No dobrze, był.
– Cokolwiek między wami jest, to sprawa bez przyszłości, chyba wiesz?
Nie miała nastroju do wysłuchiwania kazań. Dość miała własnych problemów i 

wątpliwości.

– Miałeś mi coś powiedzieć? Kto dzwonił?
Twarz Charliego stężała.
–  To  tylko  do  twojej  wiadomości,  rozumiesz?  Nikomu  tego  nie  wolno 

powtarzać. Właściwie i tobie nie powinienem mówić.

– Ale mów, słucham.
Charlie sapnął.
–  Zrobiłem  mały  wywiad  i  dowiedziałem się  kilku  ciekawych  rzeczy o  Jeffie 

Parkerze.

Jeff  Parker.  Julia  zmarszczyła  brwi.  Jego  nocna  wizyta  w  domu  na  wzgórzu 

wydała jej się odległa o kilka tysięcy lat świetlnych.

–  Zaraz  po  skończeniu  studiów  zaczął  pracować  w  pewnej  firmie 

ubezpieczeniowej  w  Hartford,  w  stanie  Connecticut.  Kiedy  był  tam  zatrudniony, 
wybuchła  jakaś  afera,  ktoś  zdefraudował  pieniądze,  wystawił  fałszywe  polisy, 
zagarnął pieniądze klientów. Winnego nigdy nie znaleziono, ale Parker znajdował 
się w gronie podejrzanych.

Julia  miała  nadzieję,  że  jej  rozczarowanie  nie  jest  zbyt  widoczne.  Co  jakieś 

finansowe nadużycia sprzed dwudziestu lat mogą mieć wspólnego z morderstwem 
Amber?

background image

–  Potem  zaczął  pracować  w  biurze  maklerskim  w  Nowym  Jorku.  Teraz  jest 

tutaj. W międzyczasie przez pół roku był ekspedientem w sklepie obuwniczym.

– A co się stało wtedy, kiedy był maklerem?
–  Wybuchła  nowa  afera,  znowu  zniknęła  spora  suma,  przeprowadzono 

śledztwo, ale nikogo oficjalnie nie oskarżono. W takich sprawach strasznie trudno 
coś dowieść.

Wiadomo tylko, że do defraudacji doszło w jego dziale.
– Coś w tym jest.
Charlie nareszcie wzbudził jej zainteresowanie.
–  Po  tym  wszystkim  związał  się  z  Atlantic  Trust;  najpierw  pracował  w 

Bostonie, a potem przysłali go tutaj.

– I co?
–  Podczas  jego  pobytu  w  Bostonie  doszło  do  pewnego  epizodu:  ktoś  pocztą 

elektroniczną przelewał pieniądze firmy na prywatne konto.

Julia pochyliła się ku niemu.
– I co? Mów!
–  Nie  znaleźli  przeciwko  niemu  dowodów.  –  W  głosie  Charliego  zabrzmiało 

rozczarowanie.  –  Jedynym  podejrzanym  był  jego  bezpośredni  zwierzchnik,  jemu 
postawiono  zarzuty  i  jego  skazano.  Ale  Parker  przy  okazji  chyba  niejednego  się 
nauczył, jak myślisz?

Julia zmarszczyła czoło.
– Myślisz, że w banku na wyspie dzieje się coś niedobrego?
– Nie wiem. Może to tylko zbieg okoliczności, że gdzie tylko Parker się zjawia, 

zaraz  coś  zaczyna  śmierdzieć,  ale  tak  czy inaczej,  będę  się  musiał  zainteresować 
działalnością Atlantic Trust na Harmony.

Uniosła na niego oczy.
– Myślisz, że Amber coś o nim wiedziała?
Charlie wzruszył ramionami.

– Nie można tego wykluczyć.
Niczego nie można wykluczyć, ale nadużycia finansowe zdarzają się wszędzie. 

To, że Jeff Parker pracował w instytucjach, gdzie zdarzały się również, niczego nie 
dowodzi.  Nie  można  zaraz  podejrzewać,  że  w  miejscowym  banku  doszło  do 
defraudacji  i  że  Amber  została  zamordowana,  bo  o  tym  wiedziała.  Charlie  tylko 
spekuluje, nie ma żadnych dowodów.

background image

W  każdym  bądź  razie  dobrze,  że  energicznie  zabrał  się  do  śledztwa.  Nie 

podejrzewała, że jest do tego zdolny. Teraz ona musi powiedzieć ludziom, jakiego 
mają  komendanta,  bo  od  pewnego  czasu  dają  się  słyszeć  głosy  poddające  w 
wątpliwość jego kompetencje. Nawet jej słuchacze narzekali, że uznał zbrodnię za 
samobójstwo,  a  w  dwóch  gazetach  napisano  coś  o  jego  „nieudolności”.  Ben 
również planuje atak. Charlie nie ma dużo czasu. Jeśli natychmiast nie popisze się 
skutecznością, nic go nie uratuje.

– Powiedziałem ci to wszystko – odezwał się – żebyś się miała na baczności. 

Parker może być bardzo niebezpieczny. Trzymaj się od niego z daleka.

– Przecież to on do mnie przyszedł.
–  Wiem  i  nie  zamknąłem  go  tylko  dlatego,  że  nie  chcę  drania  spłoszyć. 

Poczekam na wynik kontroli w banku.

Julia rozejrzała się po gabinecie i znowu spojrzała na Charliego.
– Masz jakieś wyniki z laboratorium?
Skrzywił się.
– Mam, ale nic nowego nie wnoszą.
– Żadnych śladów? Żadnych odcisków palców?
Pokręcił głową.

– Nie ma cudzych włosów, próbek skóry, śladów krwi... Nic takiego?
– Nic a nic.
– A co z alibi Parkera? Nic nowego nie wiesz?
W oczach Charliego w końcu zabłysło nikłe światełko.
– Rozmawiałem z ludźmi z warsztatu samochodowego. Parker nie był u nich od 

dwóch lat, nie miał kłopotów z kołem i nic nie wymieniał.

Może Charlie jednak słusznie podejrzewa Parkera?
–  Ale  skąd  taki  szanowany  obywatel  jak  Jeff  Parker  miałby  wytrzasnąć 

narkotyk?

–  Szanowani  obywatele  też  nieraz  dają  sobie  w  żyłę,  moja  droga.  Mógł  się 

zaopatrzyć w Bostonie; lata tam raz na miesiąc w sprawach służbowych.

Julia wstała i przysiadła na biurku komendanta.
– A co z Bruce’em?
–  Zaczął  się  interesować  domem  byłej  żony.  Tym  też  się  będę  musiał  zająć. 

Rodzice Amber  poprosili o pozwolenie zabrania z domu  osobistych  rzeczy córki, 
zanim on wszystko zagrabi.

Julia poczuła, jak ogarnia ją gniew.

background image

– To on na dodatek dostanie jeszcze jej dom?
– I knajpę, i wszystko, co było ich wspólną własnością.
Zaklęła brzydko pod nosem.
– Rozumiem, co czujesz, kochanie – odezwał się Charlie. – Ja myślę tak samo, 

ale  jesteśmy  bezsilni.  Nie  mam  żadnych  dowodów,  a  bez  dowodów  nic  mu  nie 
mogę zrobić.

Julia schyliła się po leżącą na podłodze torebkę.

– W takim razie szukaj. Jestem pewna, że coś się znajdzie.
– Będę szukał, a ty możesz  powiedzieć swoim słuchaczom, że  śledztwo trwa, 

ludzie mi pomagają i wszystkim jestem bardzo za to wdzięczny.

Podeszła do niego i pocałowała go w policzek.
– Trzymaj się, Charlie.
Uśmiechnął się.
– Będę się trzymał. Wypijam już tylko jedną szklaneczkę whisky przed snem. 

Nie mogę stać się aniołem z dnia na dzień.

– Jesteś aniołem i zawsze nim byłeś, pamiętaj o tym.

Czas  pędził  jak  oszalały.  Z  poniedziałku  zrobił  się  wtorek,  a  z  wtorku  środa, 

która właśnie mijała.

Ben  żył  jak  w  amoku.  W  pracy  przysypiał,  pismo  redagował  niedbale, 

interesował się tylko sprawą Amber, i to jedynie dlatego, że miała coś wspólnego z 
Julią. Całe jego życie toczyło się wokół Julii. Razem jadali lunche, po pracy jechał 
do niej i zostawał do rana. Stała się jego obsesją. Julia, Julia, Julia. W głowie miał 
tylko Julię.

Kiedy  Scott  Bowen  zatelefonował  do  niego  w  środę,  z  trudnością  sobie 

przypomniał, o co go prosił.

– Zająłem się tymi narkotykami i chyba znalazłem coś ciekawego – powiedział 

bez wstępów młody policjant.

Ben  siedział  właśnie  wpatrzony  w  jedno  ze  zdjęć  Julii,  jakie  zrobili  sobie  na 

skałach.

– Tak? Słucham.
–  Trzy  tygodnie  temu  niejaki  Kenny  Lopes  został  aresztowany  i  oskarżony  o 

gwałt.  Jego  ofiara  została  zbadana  w  szpitalu  i  wykryto  u  niej  ślady  silnego 
narkotyku.  Sprawa  ma  zostać  skierowana  do  sądu  i  Lopes  będzie  miał  kłopoty. 

background image

Zainteresowało  mnie  najbardziej  to,  że  Lopes  dzwonił  do  kogoś,  żeby  go 
wyciągnął. Ten ktoś nazywa się Chris Normandin. Czy to nazwisko coś ci mówi? 
Ben skoczył na równe nogi.

– Normandin! Pewnie, że mi mówi! Tak właśnie nazywa się nowa dziewczyna 

Bruce’a Davolla, męża Amber.

– Chris jest jej młodszym bratem.
Ben przypomniał sobie, że Julia wspominała coś o bracie Nicole. Miał chyba na 

imię Jack, a może Jake.

– I co? Ten Chris zgłosił się po Lopesa?
– Tak, i mówił do niego „szefie”.
– Szefie? Co to może być za interes?
– Też jestem ciekaw. Oficjalnie mówi się, że Chris Normandin jest rybakiem, 

ma własną łódź.

Ben spróbował się skupić.
– Czyli jak to z nim jest?
–  Chris  może  spokojnie  dostawać  narkotyki  od  takiego  Lopesa,  dawać  je 

siostrze, a ona  przez Bruce’a rozprowadza je po  całej wyspie. Prowadzą przecież 
nocny lokal.

W kartotece Chrisa roi się od notatek o zatrzymywaniu go z narkotykami.
– Sprzedawał je?
– Nie, tylko posiadał. Ale może i handluje, to nie jest pierwszy taki przypadek. 

Właściciele kutrów często sobie dorabiają w taki sposób.

Ben  nie  był  zaskoczony.  Już  nieraz słyszał o  tym,  co  dzieje się  w  zatoce  –  o 

rybackich  łodziach  podpływających  do  jachtów  pod  osłoną  nocy,  o  niejasnych 
transakcjach dokonywanych na plaży i w dyskotekach, o tajemniczych ładunkach 
przekazywanych z pokładu na pokład. Jak dotąd, były to jednak tylko pogłoski.

– Czy wiesz coś o jego pobytach na Harmony?
– Niewiele. Przez jakiś czas miałem praktyki w urzędzie celnym, nauczyłem się 

rozpoznawać ludzi, łodzie...

– Chris łowił tutaj w okolicy?
–  Nie.  Kiedy  przyjeżdża,  większość  czasu  spędza  w  knajpie  Bruce’a;  siedzi, 

rozmawia z ludźmi, opala się na pomoście. Właśnie to jest najciekawsze. Niewielu 
rybaków może sobie pozwolić w sezonie na takie marnowanie czasu.

Ben spróbował być bezstronny.
– Jego siostra tam pracuje, może ją odwiedza.
– Możliwe, ale to nie wyjaśnia, skąd bierze pieniądze.

background image

Benowi wydało się, że Scott coś wie. On sam też miał wrażenie, że dostrzega 

jakiś ślad, wątłą linię wskazującą rozwiązanie.

Do ostatecznego rozwikłania zagadki było jednak jeszcze daleko.
– Nie zostawię tego tak – oznajmił Scott. – Może wybiorę się do Provincetown; 

Chris trzyma tam swój kuter.

– Zawiadom mnie, jak coś znajdziesz.
– Jasne.
– Zatem do usłyszenia.

Zaraz po wyjściu z redakcji Ben udał się prosto do komendanta Slocuma, by go 

poinformować o telefonie Scotta.

Charlie potraktował jego relację z wielką ostrożnością.

– Dlaczego mi to wszystko mówisz? – zapytał podejrzliwie.
Ben wzruszył ramionami.
– Prowadzisz w tej sprawie śledztwo. Komu innemu miałbym to powiedzieć?
Mógł  to  po  prostu  zatrzymać  dla  siebie  i  czekać  na  dalsze  wiadomości  od 

Scotta, a potem, po zakończeniu śledztwa, zarzucić Charliemu, że przeoczył ważny 
ślad, na który wpadł młody praktykant.

Komendant obrzucił go uważnym spojrzeniem.
– Tak bardzo ci na niej zależy? – zapytał, rozumiejąc nagle właściwą przyczynę 

wizyty Bena i jego gotowości do współpracy.

– Na kim?
– Na Julii. Zależy ci na niej.
Ben poczuł, że Charlie czyta w nim jak w otwartej książce.
– Tak, bardzo mi na niej zależy.
– Jej na tobie też.
Ben spuścił oczy.
– Nie na tyle, żeby tu zostać.
Spojrzenie Charliego stwardniało.
– A prosiłeś ją, żeby została?
Ben uśmiechnął się ironicznie.
– Nie muszę, znam odpowiedź.
– Musisz zrozumieć, że praca w radio jest dla niej wszystkim. Przed laty sam ją 

prosiłem, żeby nie wyjeżdżała, ale mi odmówiła. Nie chciałem jej nic narzucać.

background image

– Ja też nie chcę.
– Ale nie chcesz też, żeby wyjechała.

– Nie.
– Co w takim razie zamierzasz robić?
Ben westchnął.
– Nie wiem. Porozmawiam z nią. Może coś wskóram.
Ona nie jest szczęśliwa w Los Angeles. Mówi, że jest jej tam dobrze, ale wcale 

bym się nie zdziwił, gdyby się stamtąd wyniosła jeszcze w tym roku. Dlaczego nie 
miałaby  przyjechać  tutaj?  Jeśli  chodzi  o  pieniądze,  to  przecież  bym  jej  pomógł. 
Opłaciłbym  Prestonowi  wszystkie  koszty  radia  Harmony  i  mogłaby  w  dalszym 
ciągu prowadzić swój program.

Charlie uśmiechnął się ze współczuciem.
– To niczego nie załatwi. Mógłbyś być bogaty jak Rockefeller, a ona i tak by 

się  nie  zgodziła.  Raz  na  zawsze  postanowiła,  że  będzie  absolutnie  niezależna 
finansowo.

Ben zamyślił się.
– Spróbuj mi to wyjaśnić – powiedział po chwili. – Ja oczywiście rozumiem ten 

punkt  widzenia,  ale  co  jest  tak  bardzo  złego  w  tym,  że  facet  pomaga  kobiecie 
finansowo?

–  To  wszystko  się  bierze  z  sytuacji,  jaką  miała  w  rodzinnym  domu.  Tyle  się 

teraz pisze o wpływie rozstania rodziców na dzieci, ale nikt jeszcze nie napisał, jak 
głęboko sięgnąć mogą te wpływy i jak bardzo potrafią okaleczyć na całe życie.

– Może dlatego nie mogę tego pojąć. Pochodzę z bardzo szczęśliwej rodziny. –

Ze zdziwieniem spojrzał na Charliego, słysząc, że komendant parsknął śmiechem. 
–  Nie  byliśmy  nigdy  specjalnie  bogaci;  ojciec  był  kierowcą  w  metrze,  matka 
siedziała w domu i zajmowała się dziećmi. Było nas czworo: ja, dwie siostry i brat. 
Nie pamiętam,

żeby kiedykolwiek się skarżyła, że jest człowiekiem drugiej kategorii. Zawsze 

mówiła,  że  praca  w  domu  jest  najważniejszym  i  najbardziej  odpowiedzialnym 
zajęciem.

–  Szczęśliwy  z  ciebie  człowiek.  –  Charlie  przestał  się  uśmiechać  i  nagle 

spoważniał. – Musisz mieć bardzo kochającą rodzinę.

– Tak. Nikomu z nas nigdy nie przyszłoby do głowy, że ojciec może nagle nas 

zostawić. Nigdy. Zawsze był z nami.

Charlie spojrzał na niego z nowym zainteresowaniem.

background image

– Myślisz o Julii jako swojej żonie?
Ben nie od razu odpowiedział.
–  To  nie  jest  pytanie  fair.  Znamy  się  dopiero  od  dwóch  tygodni.  Musimy  się 

jeszcze  przekonać,  jak  silne  jest  to,  co  do  siebie  czujemy.  A  właśnie  może  nie 
starczyć nam czasu.

Ben ciężko oparł się o biurko.
–  Nie  wiem,  co  ci  radzić,  synu.  Bóg  jeden  wie,  jak  bardzo  bym  chciał,  żeby 

tutaj  została.  Chciałbym  ją  mieć  tuż  obok, chciałbym,  żeby  miała  rodzinę,  męża, 
dzieci.

Tylko  w  ten sposób mogę kiedyś  mieć  wnuki... Ale  chciałbym również,  żeby 

robiła to, co dla niej najlepsze.

– Wiem.
– Jeśli to cię pocieszy, wiedz, że jestem po twojej stronie.
Ben wstał.
– Dziękuję, i bardzo się cieszę z naszej rozmowy.
Charlie nieco się zmieszał.
– Pogadaliśmy sobie jak dwie stare baby u fryzjera.
Ben  już  miał  się  żegnać,  ale  nagle  zatrzymał  się,  przypomniawszy  sobie 

prawdziwy powód wizyty.

– Może byłoby dobrze, gdybyś zadzwonił do Scotta Bowena. Na razie robi to 

wszystko z własnej inicjatywy.

Moglibyście połączyć wysiłki dla dobra śledztwa.
Charlie zjeżył się, a potem złagodniał.
– Pomyślę o tym.
Ben wyciągnął do niego rękę i Charlie mocno ją uścisnął.

Tego  samego  dnia  wieczorem,  w  czasie  kolacji,  Ben  z  Julią  rozmawiali  o 

ewentualnej roli, jaką Chris Normandin mógł odegrać przy dostarczeniu narkotyku 
na wyspę. Nie wykluczali przy tym, że wszystko to mogło być jedynie wynikiem 
zbiegu okoliczności. Albo mogło tylko potwierdzać fakt, że Chris ma kontakty w 
świecie przestępczym, co wcale automatycznie nie dowodzi, że ma jakiś związek z 
zabójstwem Amber. Sprawa pozostawała otwarta.

Następnie  Julia  zaczęła  swą  audycję,  a  Ben  poświęcił  się  rozmyślaniom  na 

temat najbliższej przyszłości.  W niedzielę Julia ma opuścić wyspę i muszą o tym 

background image

porozmawiać.  Musi  ją  skłonić  do  zmiany  planów  albo  chociaż  do  obietnicy,  że 
niedługo wróci.

Mimo to nie zaczął tej rozmowy. Bał się zakłócić te krótkie, szczęśliwe chwile, 

które im jeszcze pozostały.

W  nocy  nie  zmrużył  oka.  Świt  zastał  go  wpatrzonego  w  sufit,  pełnego 

wyrzutów sumienia, że stchórzył. Skoro nawet nie zapytał, to skąd może wiedzieć, 
co Julia myśli na interesujący go temat?

Odwrócił się ku niej, zastanawiając się, czy ma ją budzić, czy jeszcze poczekać, 

i spostrzegł, że Julia również nie śpi.

Poczuł, że kocha ją jak nikogo na świecie.

– Dzień dobry, kochanie.
Pocałował jej zaróżowiony policzek.
– Coś się stało? Nie spałeś całą noc.
– Przepraszam, nie chciałem ci przeszkadzać.
– Nie o to chodzi. Widzę, że coś cię dręczy.
Usiadła, oparła się o poduszkę i objęła rękami kolana.
– O co chodzi?
Ben również usiadł; wziął głęboki oddech.
– Nie wiem, jak zacząć. Całą noc o tym myślałem i nic nie wymyśliłem.
– Po prostu powiedz. Cokolwiek to jest, lepsze to niż taka niewiedza.
Położył rękę na jej dłoni.
– Chodzi o twój niedzielny wyjazd.
– A konkretnie?
Opuścił wzrok, nie chcąc widzieć wyrazu jej twarzy.
–  Tak  sobie  myślałem...  że  ponieważ  jest  tak  dobrze,  to  może...  byś  tutaj 

została. Nie chcę, żebyś wyjeżdżała.

– Ja też będę za tobą tęsknić.
– Tęsknić? Nie zrozumiałaś mnie. Ja chcę, żebyś tutaj została ze mną. I bardzo 

cię o to proszę. Proszę, żebyś ze mną została.

Julia  nie  odzywała  się  i  jej  milczenie  napawało  go  trwogą.  Kiedy  wreszcie 

odważył się na nią spojrzeć, na jej twarzy nie dostrzegł nic dobrego.

background image

13

Spuściła nogi z łóżka i usiadła do niego tyłem.
–  Doszło  chyba  do  nieporozumienia.  Myślałam,  że  jest  oczywiste,  że  w 

niedzielę stąd odlatuję i wszystko, co między nami było, odchodzi w przeszłość.

Ben wyprostował się. Nadeszło to najgorsze...
– Tak miało być na początku, ale potem wszystko się zmieniło.
Spojrzała na niego przez ramię.
– Nie.
– Co, nie?
– Nie mów tak. Zanim się powie pewne rzeczy, trzeba się głęboko zastanowić.
–  Dlatego  właśnie  potrzebujemy  więcej  czasu.  Musimy  zrozumieć,  co  nas 

naprawdę łączy.

Czuł, że zaczyna tracić cierpliwość.

– Ja nie mam czasu, Ben.
– A może mogłabyś trochę znaleźć!
Mimo nikłego światła dostrzegł, że bardzo zbladła.
– Nie, bo nie mogę rzucić pracy!
Wstała i kilka razy nerwowo przeszła się po pokoju.
–  Mam  pracę,  środowisko,  kolegów!  Mam  możliwości!  Mam  mieszkanie, 

meble, książki, płyty. Trzy razy w tygodniu chodzę na aerobik i prenumeruję pięć 
pism.  Mam  swoje  życie!  Czy  kiedykolwiek  zastanawiałeś  się  nad  tym,  kim  ja 
jestem poza tą wyspą?

Ben powoli oparł głowę o ścianę.
–  Masz  rację.  Wiem  o  tobie  tylko  tyle,  ile  zobaczyłem  na  Harmony.  Może 

rzeczywiście  powinienem  się  zastanowić  nad  tym,  kim  jesteś  tam,  daleko.  Jest 
jednak jeszcze coś. Istnieje nasze wspólne życie tutaj. Ono jest równie rzeczywiste 
jak to, co zostawiłaś w Los Angeles.

Julia zatrzymała się, oparła dłoń o najbliższe krzesło.
– O co ty mnie właściwie prosisz? Chcesz, żebym tu  z tobą została? Pytam z 

czystej ciekawości.

–  Bardzo  bym  chciał,  żebyś  została  ze  mną,  ale  wcale  nie  musisz  tego  robić. 

Możesz mieszkać sama, ale widywalibyśmy się i spotykali, i dali sobie czas, żeby 
zrozumieć, co między nami jest.

background image

Podeszła do łóżka i splotła ramiona na piersiach.
– Tak tylko pytam: jak długo miałby trwać ten eksperyment?
Poczuł się przyparty do muru. Julia żądała gwarancji, których nie mógł jej dać.
– Nie wiem... Tak długo, aż się zdecydujemy zostać razem na zawsze.

– Na zawsze – powtórzyła.
– Tak albo nie.
Znowu ruszyła przed siebie, ale natychmiast się zatrzymała.
– Zupełnie jakbyś nie słyszał, co przed chwilą powiedziałam. Tutaj nie ma dla 

mnie pracy!

–  Posłuchaj,  przecież  ci  pomogę.  Moje  pismo  przynosi  spory  dochód.  A  jeśli 

będziesz chciała pracować, zawsze masz jeszcze radio Harmony.

– Radio Harmony?!
– Tak. Mogę opłacić Prestonowi czas antenowy i będziesz miała swój program.
Spojrzała  na  niego  z  takim  zdumieniem,  jakby  powiedział  coś  całkiem 

absurdalnego.

– Jak będzie trzeba, kupię od niego całą stację – ciągnął nie zrażony. – Będziesz 

sobie  mogła  robić  to,  co  zechcesz,  będziesz  miała  radio  na  własność  i  będziesz 
całkiem niezależna. Pomyśl, jaka to szansa i jakie możliwości!

– Chyba zemdleję z wrażenia.
Podeszła do toaletki i gwałtownymi ruchami zaczęła szczotkować włosy.
Zrozumiał,  że  radio  Harmony  jest  dla  niej  niczym,  po  prostu  chwilową 

rozrywką. On też chyba jest dla niej tylko chwilową rozrywką...

– Myślałem, że jakoś ci zależy na tej radiostacji. Przepraszam, jeśli się myliłem.
– Zależało mi, bo to przyjemna praca, ale na tym nie można zarobić. Nikt mi za 

to nie będzie płacił. Muszę mieć prawdziwą pracę. A jeśli idzie o twoją propozycję, 
to wolałabym się zatrudnić jako pokojówka w hotelu, niż pozwolić, żebyś za mnie 
płacił. Nie zamierzam być... utrzymanką.

Gdyby nie to, że bardzo go zraniła, chybaby się roześmiał. Ciekawe, dlaczego 

jego  matka  nie  czuła się  jak utrzymanką,  kiedy ojciec kładł  jej na  stole wypłatę? 
Był pewien, że nigdy tak się nie czuła.

Z trudem się opanował.
– Staram się jakoś to wszystko ułożyć, żebyśmy mogli spróbować zostać razem. 

To  wcale  nie  musi  wyglądać  tak,  jak  powiedziałem.  To  była  tylko  propozycja, 
jestem otwarty na twoje sugestie. Słucham, pomóż mi.

Wzruszyła ramionami, spojrzała na siebie w lustrze i spięła włosy szylkretową 

background image

spinką.

– Nie mam żadnych propozycji.
–  Może  byś  sobie  znalazła jakąś pracę  bliżej Harmony?  Tak,  żeby  można  się 

było często widywać.

– A co to by dało?
Ogarnęła go nagła rozpacz.
– Moglibyśmy się spotykać.
Zwróciła się ku niemu nagłym ruchem.
– A może by tak nieco odwrócić sytuację? Dlaczego ty nie miałbyś pojechać ze 

mną? Dlaczego nie rzucisz wszystkiego i nie wyjedziesz do Los Angeles?

Ben zmartwiał.
– Przecież wiesz, co to miejsce dla mnie znaczy. Tu mam swoją gazetę, tu jest 

mój dom.

Była teraz wściekła.
–  Więc to  ja  mam ze  wszystkiego zrezygnować?  Tylko  twoje życie się  liczy! 

Twoja praca! Twoje potrzeby!

Uważasz, że to słuszne?

Zrozumiał, że Julia ma rację. Żądał od niej ofiary ze wszystkiego, chciał, żeby 

dla niego poświęciła to, co z takim trudem zdobyła. Myślał, że warto.

Ona widocznie myśli inaczej.
–  Dobrze,  zapomnijmy  o  tym.  Chcesz  wrócić  do  Kalifornii,  wracaj  do 

Kalifornii. I pomyśl o mnie czasem jak o miłej wakacyjnej przygodzie.

Ręce Julii opadły.
– Wiesz przecież, że to dla mnie nie była przygoda.
– Nie?
Pośpiesznie zaczął się ubierać.
– Oczywiście, że nie!
– Niczego nie musisz udawać.
W oczach Julii ukazały się łzy, chociaż jej cudowny, magiczny głos w dalszym 

ciągu był niezłomny i stanowczy.

– Ben, chyba rozumiesz...
– Wszystko doskonale rozumiem. Dla ciebie to był tylko seks. Doskonale, jakoś 

to  przeżyję.  Każdy  facet  w  mojej  sytuacji  byłby  szczęśliwy,  że  udało  mu  się 
uniknąć komplikacji.

Włożył spodnie, buty, zapiął koszulę.

background image

–  Przecież  to  wymarzona  sytuacja  –  mówił  dalej.  –  Kilka  dni  z  piękną 

dziewczyną,  a  potem  do  widzenia,  żadnych  zobowiązań.  Czysta  przyjemność. 
Marzenie każdego samotnego faceta.

Uniósł oczy na Julię i zobaczył, że jej twarz przybrała dziwny wyraz.
– Postępujesz nie fair... – powiedziała cicho.
Nerwowo przeczesał ręką włosy.

– Przepraszam, ale nie zamierzam zaczynać tej rozmowy od początku.
Widać było, że Julia nie chce mu pomóc. Wszystko się skończyło.
– Może lepiej od razu teraz się pożegnamy – rzekł zdławionym głosem.
– Tego właśnie chcesz?
– Wiesz, czego chcę. Powiedziałem ci już.
Miał  nadzieję,  że  Julia  się  zawaha.  Odwróciła  wzrok,  po  jej  bladym  policzku 

spłynęła łza. Sięgnął po torbę.

– Lepiej już sobie pójdę.
– Nie zjesz śniadania?
– Nie.
Ruszył ku drzwiom i Julia poszła za nim.
– To szaleństwo... To wszystko stało się tak nagle...
Nie czuł współczucia, zbytnio go zraniła.
–  Nieważne, nagle  czy powoli  –  oświadczył.  – I nie zamierzam  więcej o  tym 

debatować. To bez sensu. Zbyt wiele... zbyt wiele już w to włożyłem.

Usłyszał krótkie westchnienie i jakby szloch. Miał ochotę wziąć ją w ramiona i 

odwołać ostatnie słowa, lecz tego nie uczynił. Zrobił kilka kroków i znalazł się w 
korytarzu; jeszcze kilka i był już na schodach; jeszcze kilka i wsiadł do samochodu, 
i odjechał.

Cathryn zadzwoniła do niej w najbardziej właściwym momencie. Julia musiała 

czymś  się  zająć,  żeby  kompletnie  nie  zwariować.  Prośbę  przyjaciółki,  żeby  jej 
wyświadczyła przysługę,  przyjęła  z  wielką  ulgą.  Przynajmniej  przez  pewien  czas 
nie będzie myślała o Benie i o ich rozstaniu. I tak całe przedpołudnie spędziła na 
rozpamiętywaniu każdego słowa – i pochlipywaniu.

Na  szczęście  był  już  czwartek;  jeszcze  tylko  dwa  dni  i  opuści  wyspę.  Piątek 

jakoś minie na przygotowaniach do koleżeńskiego spotkania, a sobota – na samym 
spotkaniu. A potem raz, dwa i będzie już daleko.

background image

Zresztą przecież kiedy wiązała się z Benem, zdawała sobie sprawę z grożącego 

jej  niebezpieczeństwa.  Nie  może  udawać,  że  nie  wiedziała,  jak  bardzo  bolesne 
będzie rozstanie.

Cathryn  prosiła,  by  Julia  pojechała  do  portu  i  poczekała  na  kuter  Mike’a 

Fearinga. Mike miał  dostarczyć kraby na sobotnie przyjęcie  i Cathryn obiecała je 
odebrać. Nie mogła jednak tego zrobić, bo akurat szła do lekarza z Bethany.

Julia  zapewniła  przyjaciółkę,  że  bardzo  chętnie  ją  wyręczy,  przemyła  twarz 

zimną  wodą,  lekko  się  umalowała  i  pojechała  do  portu.  Spotkanie  z  Mikiem 
wypadło  bardzo  przyjemnie.  Przełożyli  ładunek  do  samochodu  Julii  i  poszli  coś 
zjeść.  Dwie  następne  godziny  spędzili  w  małej  restauracyjce,  gawędząc  o 
wszystkim i o niczym.

Po  kolacji  Julia  poczuła  się  znacznie  lepiej.  Dostarczyła  kraby  Cathryn  i 

posiedziała  u  niej  aż  do  czasu  rozpoczęcia  audycji.  Dobrze  się  czuła  w  kuchni 
przyjaciółki,  zawalonej  przepisami  i  listami  zakupów  na  sobotnie  przyjęcie. 
Pomogła  jej  sprzątnąć  dom  i  sama  odkurzyła  salon.  Zaproponowała  także,  że 
nazajutrz pójdzie z nią na targ, ale Cathryn zapewniła, że sama doskonale da sobie 
radę.

Po powrocie do domu włączyła automatyczną sekretarkę. Serce biło jej mocno 

w oczekiwaniu na głos Bena. Dlaczego czeka na to z taką niecierpliwością? Skąd ta 
nagła zmiana? Przecież tego samego dnia rano odrzuciła jego propozycję.

Usłyszała jednak tylko głos matki Amber.
– Julio, to ja, Vivien Loring.
Poczuła wyrzuty sumienia. Przyrzekła, że ją odwiedzi, ale pochłonięta własnym 

szczęściem, zapomniała o cudzym cierpieniu.

–  Przepraszam,  że  dopiero  teraz dzwonię –  ciągnęła zgnębionym głosem pani 

Loring – ale wcześniej nie mogłam. Po tym wszystkim, czego się dowiedziałam o 
śmierci  Amber...  Rozumiesz,  prawda?  Bardzo  bym  chciała  się  z  tobą  spotkać. 
Może jutro? Zadzwoń do mnie, jak wrócisz.

Natychmiast to uczyniła; nie musiała szukać numeru; był na zawsze odciśnięty 

w jej pamięci.

– Dzień dobry, mówi Julia.
– Jak dobrze, że dzwonisz. Zaraz ci powiem, o co chodzi. – Pani Loring od razu 

przeszła do sedna sprawy.

–  Policja  nareszcie  odplombowała  dom  Amber  i  Bruce  na  pewno  tam  się 

wybiera. Dostałam pozwolenie i mogę wejść pierwsza, żeby zabrać osobiste rzeczy 
Amber. Czy mogłabyś mi towarzyszyć?

background image

Julia  nerwowo  przetarła  ręką  czoło;  nie  wiedziała,  co  powiedzieć.  Wizyta  w 

domu, w którym zamordowano jej przyjaciółkę, była ostatnią rzeczą, na jaką miała 
ochotę.

–  Proszę,  chodź  ze  mną  –  rzekła  matka  Amber  błagalnym tonem.  –  Tam  jest 

mnóstwo zdjęć i pamiątek, coś z tego może będziesz chciała sobie wziąć.

Julia głęboko odetchnęła i wyprostowała się z determinacją.
– Dobrze. O której się spotkamy?
– Ja będę tam od drugiej do piątej. Wpadnij, kiedy chcesz.
– W takim razie do zobaczenia.

Noc zapowiadała się długa i bezsenna.
Ben wsparł się o stół i zrezygnowanym spojrzeniem obrzucił wystygłe jedzenie. 

Nie  mógł  jeść, na samą  myśl  robiło mu się niedobrze. Lunchu nie jadł wcale, od 
rana wypił tylko kubek kawy.

Muzyka,  jaką  tego  wieczoru  nadawało  radio  Harmony,  też  mu  nie  służyła. 

Bluesy,  wolne  liryczne  piosenki.  Utwory  zdolne  rozbić  go  do  reszty  i  zapewnić 
beznadziejnie długą i bezsenną noc. Właściwie powinien zgasić radio i odciąć się 
od tego głosu.

Tego jednak nie potrafił zrobić. Nie mógł tak po prostu zerwać z Julią. Cienka, 

świetlista linia jej głosu była jedynym łącznikiem pomiędzy nią a jego sercem i nie 
był w stanie tego zniszczyć. Mógł zrobić jeszcze coś...

Kompletne szaleństwo!
Szybko włączył magnetofon i zaczął nagrywać.
– Słyszeliśmy właśnie Franka Sinatrę. Mówi do was Julia Lewis, jestem razem 

z wami w ten smutny, jesienny wieczór.

Ben  wbił  wzrok  w  światełko  wskazujące  natężenie  dźwięku  i  zapatrzył  się  w 

wizualne  wibrowanie  jej  głosu.  Przez  chwilę  miał  wrażenie,  że  obserwuje  bicie 
serca Julii. Wyobraził ją sobie siedzącą przy mikrofonie: czarna fala włosów opada 
na czoło, drobna dłoń odgarnia ją, odsłaniając różowy policzek. Julia przybliża usta 
do mikrofonu...

Zdawał  sobie  sprawę  z  tego,  że  ogarnia  go  szaleństwo  i  wiedział,  że  nigdy, 

przenigdy nie wymaże tego obrazu z pamięci.

Może  Julia  ma  rację?  Może  zachował  się  jak  zwykły  męski  szowinista? 

Przerzucił całą odpowiedzialność za ich związek na nią. Może powinien sprzedać 

background image

swoje pismo, zamknąć redakcję i podążyć za Julią na koniec świata...

Musiałby wówczas na  zawsze  opuścić  Harmony i  wschodnie wybrzeże, gdzie 

mieszka cała jego rodzina.

Tego zrobić nie mógł. Nigdy nie miał ochoty mieszkać nad Pacyfikiem i nigdy 

nie  zamierzał  prowadzić  koczowniczego  trybu  życia.  Dlaczego?  Dlaczego  nagle 
stanął przed takim wyborem?

Może  jest  jakaś  inna  droga?  Mogliby  na  przykład  być  „parą  na  odległość”; 

wiele osób tak robi. Mieszkają na dwóch krańcach kontynentu i spotykają się w pół 
drogi.

Tylko  skąd  brać  na  to  pieniądze?  Samoloty  są  strasznie  drogie.  Takie  ciągłe 

podróże  szybko  pochłoną  wszystkie  ich  zasoby.  Jest  jeszcze  kwestia  czasu;  nie 
można  pracować  ani  normalnie  żyć,  kiedy  się  połowę  życia  spędza  w  podróży. 
Przede wszystkim jednak: cóż to byłoby za życie? Czy taki związek na odległość w 
ogóle jest prawdziwym związkiem dwojga ludzi?

– A teraz usłyszymy Barbrę Streisand. Mówi Julia Lewis, pomału zbliżamy się 

do końca naszego dzisiejszego programu.

Wstał  i  przygotował  sobie  drinka.  Julia  ma  rację.  Sytuacja  jest  bez  wyjścia. 

Każde z nich ma swoje życie i żadne nie jest skłonne z niego zrezygnować. Julia 
ma absolutną rację.

Wypił  i  znowu  sięgnął  po  butelkę.  Noc  zapowiada  się  długa,  bezsenna  i 

rozpaczliwie beznadziejna.

Następnego  dnia  po  południu,  kiedy  Julia  podjechała  pod  dom  Amber, 

samochód pani Loring już tam stał. Był zaparkowany obok policyjnego wozu.

Julia wyłączyła silnik i niechętnie wysiadła. Miała przed sobą drewniany dom, 

przypominający  stylem  większość  domów  na  wyspie.  Ślady  Amber  widać  było 
jednak wszędzie: oto jej ukochane skrzynki z kwiatami stojące na oknie, ulubiona 
tkanina osłaniająca drzwi, rękawica ogrodowa leżąca na skrzynce na listy.

Nie  zastanawiaj  się  i  nie  myśl,  powiedziała  do  siebie;  w  przeciwnym  razie 

nigdy nie wejdziesz do tego domu.

W progu wpadła w ramiona pani Loring. Spojrzały na swoje zmienione twarze.
W domu Amber, oprócz  nich, znajdował się  jeszcze policjant przysłany przez 

komendanta Slocuma. Matka Amber łamiącym się głosem wyjaśniła, że zaczęła już 
robić przegląd rzeczy. Większość ubrań córki odłożyła na bok z zamiarem oddania 
ich potrzebującym; kilka sztuk porcelany chciała zabrać do siebie.

background image

– Daliśmy to jej na prezent urodzinowy...
– Miała bardzo miły dom – szepnęła Julia przez łzy.
– Nigdy tu nie byłaś?
Julia  schyliła głowę.  Jak  cudownie  byłoby  znaleźć  się  tutaj  z  Amber,  dumnie 

pokazującą  każdy  szczegół  wyposażenia  i  objaśniającą,  co  z  tego  wszystkiego 
zrobiła sama, a co gdzie i przy jakiej okazji kupiła...

– Mam tu też coś dla ciebie. – Pani Loring ze sztucznym ożywieniem sięgnęła 

po pudło stojące na małym stoliku.

Julia zerknęła do środka i usta jej zadrżały.
– O Boże... – wyszeptała.
W  środku,  starannie  ułożone,  leżały  listy,  jakie  w  ciągu  tych  wszystkich  lat 

napisała  do  przyjaciółki.  Pierwszy  nosił  stempel  Disneylandu...  Miała  wtedy 
jedenaście lat.

W pudle znajdowały się również zdjęcia. Na jednych były we dwie, na innych –

w towarzystwie koleżanek i kolegów.

– Nie chce ich pani zatrzymać? Naprawdę mogę je zabrać?
–  Naprawdę.  Ja  i  tak  mam  wiele  różnych  pamiątek  po  mojej...  córeczce... 

Pamiętasz  to?  –  Pani  Loring  uśmiechnęła  się  przez  łzy.  –  Przypominasz  sobie  to 
zdjęcie? Zrobiłyście sobie na wiosnę trwałą, same, w domu...

– Oczywiście, że pamiętam. O mało nie spaliłyśmy przy tym włosów.
W  pudle,  wśród  innych  przedmiotów,  Julia  ujrzała  też  kryształowe  kieliszki, 

które sama podarowała Amber i Bruce’owi z okazji ślubu.

– Jest pani pewna, że Bruce nie zechce ich zatrzymać?
– Nie sądzę, ale wygląda na to, że sama go będziesz mogła zapytać, bo właśnie 

przyjechał. – Pani Loring machnęła ręką w stronę okna. – Właśnie parkuje. Mam 
nadzieję, że przyjechał tu bez tej... O nie, ona też jest!

Julia odeszła od pudła i stanęła obok pani Loring.

Czarna  corvette’a  ostro  zahamowała,  a  po  chwili  rozległo  się  energiczne 

trzaśniecie  drzwiami.  Bruce  bez  pukania  wtargnął  do  domu,  nie  oglądając  się  na 
Nicole.

– Dzień dobry – powiedział, przenosząc wzrok z teściowej na Julię.
W  ślad  za  nim  nieśmiało  wśliznęła  się  Nicole.  Oczy  miała  spuszczone.  Julia 

poczuła,  że  ma  ochotę  natychmiast  stąd  wyjść.  Nie  wiedziała  tylko,  co  zrobić  z 
pudłem.

–  Jeszcze  nie  skończyłyśmy,  Bruce  –  oznajmiła  pani  Loring  nie  znoszącym 

background image

sprzeciwu głosem. – Mamy sporo do zrobienia, zostaniemy tu jeszcze trochę.

Bruce wzruszył szerokimi barami.
– Nic mnie to nie obchodzi, chcę tylko zobaczyć, co zamierzacie zabrać.
Matka  Amber  pokazała  mu  stertę  ubrań do  oddania  i  porcelanę, którą  chciała 

zatrzymać. Niedbale przerzucił zawartość pudeł i poszedł do kuchni.

– Te kuchenne urządzenia mają zostać na miejscu – oświadczył.
Julia uznała, że powinna zapytać go o kieliszki.
– To był prezent dla nas obojga, o ile pamiętam – odrzekł znacząco Bruce.
Nicole stała obok bez słowa, wpatrzona w okno.
–  Julio,  chciałabym  ci  jeszcze  coś  pokazać.  –  Pani  Loring  niemal  popchnęła 

Julię  przez  niewielki  korytarzyk do  sypialni  Amber.  – Jest  tu  pewna  rzecz, którą 
chcę ci podarować.

Julia jej nie słuchała. W sypialni panował sztuczny, wzorowy porządek. Łóżko 

ktoś starannie zasłał czystym prześcieradłem.

Bruce  ruszył  za  nimi.  Nicole  towarzyszyła  mu  jak  cień.  Ciekawe,  pomyślała 

Julia, czy tutaj zamieszkają?  Będą spać w tej sypialni, kochać się na tym łóżku... 
Zrozumiała nagle, dlaczego Nicole jest tak potwornie blada. Biedna dziewczyna.

Pani  Loring  otworzyła  ścienną  szafę  i  wyjęła  coś  starannie  zapakowanego  w 

papierową torbę.

– Co to jest?
–  To  narzutka  z  norek.  Pamiętasz?  Należała  do  jej  babki.  Przerobiłyśmy  ją, 

kiedy Amber zrobiła maturę.

Julia  doskonale  pamiętała  tę  narzutkę.  Kiedy  miała  siedemnaście  lat,  te  norki 

wydawały się jej najcudowniejszym strojem, jaki w życiu widziała.

– Są prawie nie używane, Amber bardzo je oszczędzała. Włożyła je tylko kilka 

razy na jakiś bal. Chciałabym, żebyś je wzięła.

–  Ja?  –  Julia  pytająco  zerknęła  na  Bruce’a,  który  stał  w  progu  z  kamienną 

twarzą.

Widocznie nawet on nie był w stanie oświadczyć, że narzutka z norek przyda 

się... jemu.

– Tak, ty. Są twoje. Nie odmawiaj, proszę.
Wyszeptała słowa podziękowania i pani Loring szybko zatrzasnęła drzwi szafy.
Bruce  tymczasem  podszedł  do  biureczka  żony  i  wysunął  jedną  z  szufladek; 

potem drugą i następną.

– Były tu monety, cała kolekcja. Co się z nimi stało?

background image

– Nie mam pojęcia i nie podoba mi się twój ton.
Pani Loring spojrzała na niego z pogardą, ale Bruce nie zareagował.

– Były w takiej brązowej książce, no, w takim albumie. .. Gdzie on się podział?
Pani Loring wzruszyła ramionami.
– Brązowy album? Widziałam coś takiego w schowku na korytarzu.
Bruce znacząco spojrzał na Nicole, a ona natychmiast zrozumiała jego milczący 

rozkaz. Wyszła z pokoju i po chwili wróciła.

– Tak. Jest – zameldowała cichym głosem.
Bruce otwierał właśnie kasetkę z biżuterią żony.
– Gdzie te brylantowe kolczyki, co jej dałem na Boże Narodzenie?
– Tutaj, nie widzisz?
Pani  Loring  powiedziała  to  wyraźnie  podniesionym  głosem  i  napięcie  w 

sypialni sięgnęło zenitu.

– A gdzie ten złoty łańcuszek, który jej dałem na pierwszą rocznicę?
Pani Loring z trudem się opanowała. Z podejrzaną starannością zaczęła układać 

pierścionki i bransoletki córki.

– To możesz sobie wziąć, Julio. Należało do mojej matki.
– Zapytałem, gdzie ten złoty łańcuch?
Matka Amber spojrzała na swego zięcia lodowatym wzrokiem.
–  Masz  na  myśli  ten  ze  złotym serduszkiem,  na  którym kazałeś  wyryć  napis: 

„Jedynej kobiecie, którą kocham”?

Tym razem nawet Bruce nieco się zmieszał.
– Właśnie – bąknął.

Julia  mimo  woli  spojrzała  na  twarz  Nicole  odbitą  w  lustrze  ,  ciekawa,  jak 

dziewczyna znosi tę sytuację. Ich oczy spotkały się. W oczach Nicole było napięcie 
tak  wielkie,  że  Julia  nagle  poczuła  współczucie.  Zrozumiała,  że  uczucie 
przykuwające  tę  dziewczynę  do  Bruce’a  jest  katastrofą,  zdolną  pochłonąć  młode 
istnienie.

Bruce bardzo szybko odzyskał tupet.
– Zapłaciłem za niego trzysta kawałków, to było najlepsze złoto. Mam nadzieję, 

że go nie sprzedała.

– Nie, nie sprzedała go. Teraz sobie przypominam.
– Pani Loring szybko poruszyła powiekami, nie pozwalając wypłynąć łzom. –

Miała go wtedy... tego wieczoru, kiedy...

background image

Odwróciła głowę i przełknęła łzy. Julia poczuła, że jeszcze chwila, a ucieknie 

stąd; Nicole zapewne musiała czuć to samo.

– Miała go na szyi, kiedy od nas wychodziła – dzielnie dokończyła pani Loring. 

– Dobrze pamiętam, bo nawet zwróciłam jej na to uwagę. Zapytałam, dlaczego go 
nosi, a ona mi odpowiedziała, że po prostu lubi ten łańcuszek i że to nieważne, od 
kogo go dostała. Możesz więc być spokojny, Bruce, łańcuch nie zginął. Musi być 
albo tutaj, w domu, albo w depozycie na policji.

Po raz ostatni rozejrzała się po sypialni córki.
–  Nie  ma  powodu,  żeby  Julia  dłużej  to  znosiła.  Odprowadzę  ją  tylko  do 

samochodu i zaraz wracam.

Julia odetchnęła z ulgą; ta scena stawała się dla niej nie do zniesienia.
Wróciła  do  domu  i  zaniosła  prezenty  do  swojego  pokoju.  Nadal  nie  mogła 

uwierzyć, że stała się posiadaczką narzutki z norek. Postanowiła bardzo o nią dbać 
i wkładać tylko na specjalne okazje.

Żeby  się  czymś  zająć,  sprzątnęła  dom  Prestona,  chcąc  wszystko  zostawić  w 

należytym porządku. W sobotę będzie przyjęcie u Cathryn i nie starczy jej na nic 
czasu.

O  zwykłej  porze  rozpoczęła  nadawanie  wieczornego  programu,  starając  się 

myśleć tylko o przyjemnych rzeczach.

Już jutro zobaczy swoich przyjaciół. Dobrze będzie spotkać ich wszystkich...
Wszystkich?  Amber  przecież  nie  będzie.  Amber  nie  zobaczy  już  nigdy. 

Przyjechała  tu,  żeby  zrozumieć  tajemnicę  jej  śmierci,  i  co?  Nic  nie  zrozumiała, 
niczego się nie dowiedziała. Tajemnica była głębsza i trudniejsza do przeniknięcia 
niż przedtem.

Dlaczego  Amber  zginęła?  Wiadomo  już,  że  została  zamordowana,  ale  przez 

kogo? Kto ją zabił?

Podeszła do okna i zapatrzyła się w ciemną noc. Właściwie nic nie zrobiła, w 

żaden sposób nie przyczyniła się do rozwiązania sprawy, nie posunęła śledztwa ani 
o krok naprzód. A przecież sobie przyrzekła, przyrzekła zmarłej przyjaciółce...

Może  Charlie  wpadnie  jednak  na  jakiś  trop.  Tak  bardzo  chciała, żeby  mu  się 

udało;  również  ze  względu  na  niego  samego.  Charliemu  potrzebny  był  sukces; 
komendant  Slocum  musi  dowieść  mieszkańcom  wyspy,  jak  bardzo  jest  im 
potrzebny. W przeciwnym razie...

Zadrżała na samą myśl o tym, jaki koniec może czekać Charliego.
Tymczasem jej audycja trwała; kolejna płyta właśnie dobiegała końca.

background image

–  Słyszeliśmy  wielki  przebój  lat pięćdziesiątych,  piosenkę  Rosemary  Clooney 

„Przyjdź do mojego domu”, dedykowaną Cathryn McGrath z West Shore Road. A 
teraz posłuchamy Peggy Lee i jej przeboju „Dopóki tu byłeś”.

To  dla  ciebie,  Ben,  dodała  w  myślach  i  poczuła  się  bardzo  nieszczęśliwa. 

Pochyliła głowę i włosy opadły jej na twarz. Jeśli chce jakoś przeżyć to wszystko, 
nie wolno jej myśleć o Benie.

Wiedziała,  że  kiedy  już  wkrótce  znajdzie  się  w  swoim  supernowoczesnym 

studio w Los Angeles, zatęskni za zakurzonym pomieszczeniem w domu Prestona 
Fincha.  Zatęskni  za starymi, romantycznymi  przebojami,  za  swoimi  słuchaczami, 
za  ich  telefonami  i  prośbami.  Zatęskni  nawet  za  starą,  niewygodną  aparaturą  i 
ręcznym  przewijaniem  taśm.  A  wszystko  to  dlatego,  że  zostawi  za  sobą 
doświadczenie  jedyne  w  swoim  rodzaju,  coś  niezwykle  osobistego  i 
niepowtarzalnego.

Coś  własnego,  coś,  czego  nikt  jej  nie  narzucał.  Ben  coś  takiego  powiedział. 

Mówił,  że  tutaj  byłaby  niezależna.  Może  ma  rację?  Tutaj  mogłaby  robić  swoje 
własne radio; sama wybierać piosenki, prowadzić rozmowy na dowolny temat. Po 
raz pierwszy propozycja Bena wydała jej się sensowna i realna.

A ponadto bardzo kusząca...
Tylko  że  niezbyt  łatwo  ją  przyjąć.  Oznaczałaby  przecież  zależność  innego 

rodzaju – rezygnację z pewnego sposobu życia, całkowitą zmianę.

Gorąco  pragnęła  odczuwać  to  wszystko  inaczej;  spojrzeć  na  życie  oczami 

Cathryn,  być  taka,  jak  Cathryn  wobec  Dylana.  Bezgranicznie  ufna,  szczera  i 
otwarta, wyzbyta lęku i niepokoju. Chciała raz na zawsze uwierzyć, że będą razem 
zawsze, dziś, jutro i za pięćdziesiąt lat.

Nie  mogła.  Nie  potrafiła.  Lęk  i  nieufność  były  w  niej  zakodowane  zbyt 

głęboko.

Drgnęła. Coś jakby trzask łamanej gałązki przyciągnął jej uwagę w stronę okna. 

Ściszyła  odbiornik  i  zaczęła  nasłuchiwać.  Podejrzany  dźwięk  nie  powtórzył  się. 
Pewnie wiatr...

Trzecia  godzina  programu  dobiegała  końca.  Jeszcze  jeden,  dwa  utwory, 

kilkuminutowe  pożegnanie  i  jakiś  wiersz  na  zakończenie.  Wybrała  poemat 
zatytułowany „Nie mówmy o pożegnaniu”. No i ostatnia piosenka z kolekcji Bena.

Boże! Jak mogła o tym zapomnieć? Kolekcja Bena! Przecież przed wyjazdem 

musi mu oddać jego nagrania.

Właśnie  gorączkowo  się  zastanawiała,  jak  to  zrobić,  kiedy  dobiegł  ją  dźwięk 

kroków.  Zupełnie  jakby  ktoś  się  skradał  od  strony  kuchennego  wejścia.  Ale 

background image

przecież  to  niemożliwe.  Nie  słyszała  podjeżdżającego  samochodu,  nie  widziała 
żadnych świateł...

Nagle  zdała  sobie  sprawę,  że  siedzi  w  oświetlonym  pomieszczeniu  wśród 

morza  ciemności.  Nie  widzi,  co  dzieje  się  na  zewnątrz,  ale  sama  jest  doskonale 
widoczna. Zadrżała i podeszła do okna, chcąc zaciągnąć zasłony.

Uspokój  się,  nic  się  nie  dzieje,  pomyślała.  Wiatr  targa  gałęziami,  polne

zwierzątka wychodzą na nocne łowy, trzeszczą dachówki na wypaczonym dachu... 
Zasunęła zasłony, próbując nie patrzeć w gęsty mrok.

Wróciła  na  swoje  miejsce  i  zastygła  z  przerażenia.  Dźwięk  kroków  dobiegał 

teraz z wnętrza domu.

Ktoś tu jest... Jak się dostał do środka? Przecież starannie zamknęła wszystkie 

drzwi!

To musi być wytwór jej wyobraźni, nikogo nie ma. Sprawdziła przecież nawet 

okna.

Nie  zamknęła  tylko  na  klucz  drzwi  wiodących  do  studia...  Po  co  miałaby  się 

zamykać, skoro zamknęła cały dom?

Zastygła  w  nagłej  ciszy  ze  wzrokiem  wbitym  w  klamkę.  Musi  wstać  i 

zaryglować te drzwi, może to śmieszne, ale musi to zrobić dla własnego spokoju.

Światło  lampy  ledwo  sięgało  tamtego  kąta,  ale  i  tak  spostrzegła,  że  klamka 

lekko  się  poruszyła.  Julia  poczuła,  jak  krew  ścina  jej  się  w  żyłach.  Znowu  była 
tamtą małą dziewczynką, która wpatrzona z przerażeniem w drzwi  szafy czekała, 
aż wyjdzie z niej potwór, którego sapanie słyszała bardzo wyraźnie.

To  tylko  halucynacje,  przywidzenia,  nic  poza  tym.  Wbrew  jej  bezgłośnym 

zaklęciom, klamka poruszyła się jednak znowu i drzwi powoli zaczęły się otwierać. 
Chciała  wstać,  ale  nie  mogła.  Chciała  krzyknąć,  ale  nie  mogła  wydobyć  głosu. 
Drzwi otwierały się coraz szerzej, coraz bardziej nieubłaganie.

Za nimi była noc.
A  potem  raptownie  otworzyły  się  na  całą  szerokość.  W  progu  stała  Nicole  z 

pistoletem w dłoni. W jej oczach był lodowaty chłód.

background image

14

– Nicole?!
Dziewczyna  weszła  do  studia,  nie  spuszczając  z  Julii  oczu.  Ubrana  była  w 

czarne  spodnie  i  ciemną  marynarkę.  Jedną  ręką  ściągnęła  czarną  opaskę 
podtrzymującą włosy, drugą skierowała broń w stronę Julii.

– Nie ruszaj się.
Julia zastygła z przerażenia.
– Nicole, co ty robisz?
Spojrzała  na  wycelowany  w  siebie  pistolet  i  zrozumiała  cały  absurd  swojego 

pytania.

– Jak się tu dostałaś?
–  Jak  to  jak?  Drzwi  kuchenne  mają  taki  zamek,  że  nawet  dziecko  może  je 

otworzyć.  Nie  wstawaj,  siedź  spokojnie  i  puść  jakąś  muzykę.  Tylko  nie  próbuj 
żadnych sztuczek.

To niemożliwe, to musi być tylko sen, przebiegło przez głowę Julii. To znaczy, 

że to Nicole zamordowała Amber? A teraz przyszła tutaj...

Starała  się  jakoś  uporządkować  fakty  i  wprowadzić  nieco  ładu  w  uciekające 

myśli, ale nie potrafiła.

Nicole stanęła za nią i Julia poczuła chłód metalu na karku. Płyta skończyła się 

kilka  minut  wcześniej  i  na  antenie  panowała  cisza.  Julia  drżącym  głosem 
przeprosiła słuchaczy i na chybił trafił sięgnęła po następny utwór.

– Jest za jedenaście minut dziesiąta – powiedziała.
Do końca programu pozostało jej właśnie te jedenaście minut. Rozległ się głos 

Neila Diamonda; nie lubiła tej piosenki.

Przez sekundę miała zamiar nie wyłączać mikrofonu, żeby wszyscy mieszkańcy 

wyspy mogli usłyszeć, co dzieje się w studio, ale Nicole była szybsza.

– Wyłącz to, ale już. Mówiłam, żebyś nie robiła głupstw.
Dotyk  stali  na  karku  przekonał  Julię  ostatecznie.  Jednym  ruchem  wyłączyła 

mikrofon.

Potem odwróciła się w stronę swojej prześladowczym.
– To ty zabiłaś Amber, prawda?
– Po co pytasz? Przecież dobrze wiesz.
Dlaczego Nicole tak myśli? Skąd niby miałaby to wiedzieć?
– A kiedy zrozumiałaś, że wiem? – zapytała, blefując.

background image

– Dzisiaj u niej w domu.
Julia  spróbowała  dokładnie  odtworzyć  w  pamięci  scenę  z  domu  Amber,  ale 

pamięć  ją  zawodziła.  Wszystko  mieszało  się  i  ginęło,  tłumione  panicznym 
strachem.

Zresztą  nieważne,  jak  Nicole  do  tego  doszła;  ważne,  że  przyszła  tu  z  takim 

przekonaniem.

Julia zaczerpnęła powietrza i z trudem zadała następne pytanie:
– Przyszłaś tu... właśnie dlatego?
Nicole  skinęła  głową.  Była  bardzo  blada,  w  jej  oczach  widniały  rozpacz  i 

determinacja.

Wzrok Julii powędrował w ślad za lufą.
– Nie teraz – rzekła Nicole martwym głosem. – Jeszcze nie teraz. Dopiero jak 

skończysz z tym tutaj.

Julia  zerknęła  na  zegar. Do  końca  programu  pozostało  siedem  minut.  Siedem 

minut łączności ze światem, siedem minut szansy, ostatnie siedem minut.

Czy istnieje jakiś sposób wezwania ratunku?
Jakiś  pewnie  jest,  tylko  jak  go  znaleźć  i  wprowadzić  w  czyn?  Postanowiła 

spróbować. Znowu powoli zwróciła twarz w stronę Nicole.

– Muszę wziąć z półki taśmę – oznajmiła.
– A te ci nie wystarczą? – Nicole ruchem głowy wskazała taśmy leżące na stole.
– Te już nadawałam. Ludzie się zorientują, że coś jest nie tak, jeśli zacznę się 

powtarzać. Nigdy tego nie robię.

– Dobrze, tylko pamiętaj, nie wygłupiaj się.
Julia  wstała  i  na  uginających  się  nogach  podeszła  do  półki.  Przebiegła 

wzrokiem tytuły albumów.

– Szybciej. Ależ ty się guzdrzesz!
Wreszcie  znalazła  to,  czego  szukała.  Wybór  melodii  z  najbardziej  znanych 

filmów kryminalnych.

–  Słyszeli  państwo  Neila  Diamonda,  a  teraz  posłuchamy  muzyki  z  filmu 

„Laura”,  pochodzącego,  jak  wszyscy  zapewne  wiedzą,  z  tysiąc  dziewięćset 
siedemdziesiątego piątego roku.

Mówiąc te słowa, kątem oka zerknęła na Nicole. Ciekawe, czy się zorientuje? 

Twarz  Nicole  jednak  nawet  nie  drgnęła;  dziewczyna  widocznie  nie  była 
kinomanką.

background image

– Mówi Julia Lewis z radia Harmony. Zostańcie teraz ze mną.
Czy ktokolwiek zauważy napięcie w jej głosie? Czy ktokolwiek się zastanowi, 

że  podając  datę  powstania  słynnego  filmu,  pomyliła  się  o  trzydzieści  lat?  Czy 
ktokolwiek skojarzy, że „Laura” jest filmem o tajemniczym morderstwie?

Czy ktokolwiek w ogóle ją słyszy?
Spojrzała na ciemną, nieruchomą postać dziewczyny.
– To długi kawałek. Możemy sobie porozmawiać.
Powiedziała to tak swobodnie, jakby przyjmowała przyjaciółkę na herbatce.
– Porozmawiać? O czym?
– Na przykład, jak to zrobiłaś. Jak zabiłaś Amber.
Nicole trzymała teraz broń obiema rękami. Czyżby zaczynała się męczyć?
–  Przyznaję,  że  zrobiłaś  to  doskonale.  Nie  zostawiłaś  żadnych  śladów, 

odcisków  palców,  nic.  To  naprawdę  wyglądało  na  samobójstwo.  Niepotrzebnie 
tylko podałaś jej ten narkotyk.

– Wcale nie – obruszyła się Nicole. – To było potrzebne, i gdyby nie ta sekcja, 

wszystko by się udało. I uda się, jestem tego pewna.

To pewnie powszechnie znana nieudolność Charliego spowodowała, że Nicole 

myślała,  że  autopsji  nie  będzie.  A  może  przypuszczała,  że  w  przypadku 
samobójstwa nigdy nie robi się sekcji?

Zadzwonił  telefon  i  obie  gwałtownie  drgnęły.  Palce  Nicole  zacisnęły  się  na 

rewolwerze.

– Odbierz, tylko nie mów nic głupiego.
Julia sięgnęła po słuchawkę. Jakaś kobieta zauważyła jej pomyłkę i dzwoniła, 

żeby  podać  prawdziwą  datę  powstania  „Laury”.  Julia  podziękowała  i  właśnie 
szukała  w  myślach  czegoś, co  mogłoby zaalarmować  jej rozmówczynię,  kiedy ta 
szybko się pożegnała i rozłączyła.

Nicole wyjęła słuchawkę z rąk Julii i położyła ją na stole.
– Teraz nikt nam nie będzie przeszkadzał.
Jeśli ktoś zadzwoni do studia, usłyszy taki sygnał, jakby telefon był zajęty.
Może to niegłupi pomysł...
Julia  niemal  się  uśmiechnęła.  Zazwyczaj  nagrywała  wszystkie  rozmowy 

telefoniczne, a teraz, kiedy słuchawka była odłożona, mogło się nagrać to, o czym 
rozmawiały w studio. Zawsze to jakaś pociecha. Ponadto w czasie programu nigdy 
z nikim tak długo nie rozmawiała. Jeśli Charlie wystuka jej numer, natychmiast się 
zorientuje, że dzieje się coś niedobrego. Albo przynajmniej powinien...

background image

Nieco uspokojona podjęła przerwaną rozmowę.
– Ciekawi mnie tylko, jak zdobyłaś te narkotyki.
Dziewczyna wzruszyła ramionami.
– Kupiłam.
– Tutaj? Na naszej wyspie?
Nicole wydęła wargi.
– Za dużo chcesz wiedzieć.
Julia machnęła ręką.
– Przepraszam.

Oparła  się  wygodnie,  starając  się  przybrać  neutralny  wyraz  twarzy.  Nie 

wiedzieć czemu uważała, że musi sprawić, by Nicole przestała być tak potwornie 
spięta. Kiedy zacznie mówić, może uda się znaleźć sposób, żeby ją przechytrzyć.

– Usiądź, Nicole – powiedziała, wskazując fotel.
– Po co? Denerwuję cię, kiedy tak stoję?
– Nie, ale mam wrażenie, że jest ci niewygodnie.
– Nie gadaj tyle, tylko kończ te swoje kawałki.
Julia spojrzała na czasomierz.
– Ten utwór skończy się dopiero za minutę.
Nicole, nie spuszczając jej z oka, przysunęła sobie fotel i przysiadła na poręczy.
– Co słychać u twojego brata? – rzuciła od niechcenia Julia.
Nicole pobladła jeszcze bardziej.
– Co?
– To od niego kupiłaś te prochy? Od Chrisa?
– Zamknij się, do cholery!
– Najpierw odpowiedz, naprawdę jestem ciekawa.
W oczach Nicole po raz pierwszy, oprócz chłodu, pojawiło się coś jeszcze.
– Nie wiem, skąd to wszystko wiesz, ale Chris nie jest złym chłopcem – rzekła 

szybko. – On po prostu... nieraz coś komuś sprzeda, ale tylko trochę. Robi to... bo 
potrzebuje pieniędzy.

– Rozumiem. Zresztą nie mógł wiedzieć, co z tym zrobisz.
– Właśnie, Chris nie miał o tym zielonego pojęcia.
Chciał  je  sprzedać  komuś  na  plaży,  ale  odebrałam  mu  te  prochy,  bo  nie 

chciałam, żeby się narażał. Powiedziałam mu, że wyrzuciłam je do ubikacji.

–  W  porządku,  w  takim  razie  nic  mu  nie  grozi.  Skoro  nie  wiedział  o 

przestępstwie, nie jest w nic zamieszany.

background image

– Chris jest niewinny.
– Nie bój się. Nic mu nie grozi.
Nicole wyraźnie się uspokoiła. Muzyczny temat z  „Laury”  dobiegł  końca, ale 

Julia nie poruszyła się.

– Nie dasz teraz nic nowego? – zapytała niespokojnie Nicole.
– Zaraz będzie następny utwór, z tej samej płyty. Często tak robię, możesz być 

spokojna.

Zabrzmiały pierwsze takty „Body Heat”. Jeśli Charlie jej słucha, nie może nie 

zorientować  się,  jakie  utwory  nadaje.  Jeśli  jej  słucha,  musi  się  tu  zjawić,  by 
sprawdzić,  co  się  dzieje.  Poprzednim  razem  przecież  wpadł,  kiedy  go  coś 
zaniepokoiło. Tylko czy dzisiaj jej słucha?

– Przyszłaś tu ścieżką przez las?
Źrenice Nicole zwęziły się.
– Skąd wiesz?
– Do spodni przyczepiła ci się gałązka.
Dziewczyna rzuciła okiem na wskazane miejsce.
– Rzeczywiście.
– Do Amber też przyszłaś leśną ścieżką?
Na wargach Nicole pojawił się słaby uśmiech.
– Nasze domy są od siebie bardzo oddalone, jak się idzie drogą. Ale przez las to 

tylko pół mili.

–  Bardzo  sprytnie.  Amber  się  nie  zdziwiła,  że  przychodzisz  tak  późno,  bez 

samochodu. To musiała przecież być już... chyba jedenasta, prawda?

– Było wpół do jedenastej. Amber wcale się nie zdziwiła, no, może trochę, ale 

jej  powiedziałam,  że  samochód  mi  się  zepsuł  niedaleko  jej  domu  i  muszę 
zadzwonić.

Julia  próbowała  nie  wyobrażać  sobie  tej  sceny,  ale  sugestywny  obraz  pojawił 

się nieproszony.

– Potem zapytałam, czy ma coś do picia, bo strasznie się zgrzałam, idąc przez 

las. Otworzyła butelkę wody mineralnej i nalała do szklanek.

– A ty wsypałaś jej narkotyk?
Nicole skinęła głową.
Obraz Amber przyjmującej w swoim domu osobę, która przyszła ją zabić, miał 

w sobie coś makabrycznego.

– A potem to już poszło szybko...

background image

Głos Nicole stał się obojętny, mechaniczny.
– Zaprowadziłam ją do łóżka i pomogłam się położyć.
Ledwo się poruszała, lała się przez ręce...
Julia uczepiła się myśli, że Amber była nieprzytomna i nie zaznała panicznego 

strachu; ta myśl sprawiła jej ulgę.

–  Wyjęłaś  pistolet  z  jej  nocnego  stolika  i  zastrzeliłaś  ją,  tak?  –  zapytała 

zdławionym głosem.

W oczach Nicole dostrzegła pustkę.
– Tak.
– I włożyłaś jej broń do ręki?
– Tak.
Muzyka  umilkła;  zegar  wskazywał  za  trzy  minuty  dziesiątą.  Trzy  minuty  i 

wszystko  się  skończy.  Zabrzmiały  pierwsze  takty  kolejnego  utworu  z  płyty 
„najsłynniejszych utworów kryminalnych”.

– Potem musiałaś jeszcze posprzątać, umyć szklanki i tak dalej...

–  Umyłam  je  i  odstawiłam  na  miejsce,  potem  wytarłam  wszystko,  czego 

dotykałam.

Jakiś  cień  padł  na  twarz  Nicole;  coś  jak  gdyby  przypomnienie  błędu,  który 

popełniła.

– Zrobiłam tylko jedno głupstwo...
– Jakie?
– Wróciłam do sypialni i wzięłam ten łańcuszek.
Łańcuszek? Jaki łańcuszek? O czym ona mówi?
Julia  nagle  przypomniała  sobie  słowa  Bruce’a;  niemal  usłyszała  jego 

nieprzyjemny, napastliwy głos: „Gdzie ten złoty łańcuszek, który jej dałem... „

– Jak tylko na mnie spojrzałaś, wtedy, w tym lustrze, od razu wiedziałam, że się 

domyśliłaś. Widziałaś go przecież u mnie w domu...

Głos Nicole dotarł do niej jak z bardzo daleka.
Spuściła  oczy,  żeby  ukryć  zdumienie.  Nareszcie  zrozumiała.  Nicole  pomyliła 

się;  tym  razem  naprawdę  popełniła  błąd.  Julia  w  jej  domu  nie  widziała  żadnego 
łańcuszka.  Zbyt  była  zaaferowana,  żeby  się  przyglądać  ozdobom  leżącym  na 
kuchennym  stole.  Owszem,  teraz  sobie  przypominała:  były  tam  kolczyki,  jakieś 
spinki, bransoletka, może i łańcuszek z breloczkiem...

– Dlaczego to wzięłaś, Nicole? – zapytała spokojnie.
– Nie wiem, z głupoty.

background image

Lufa rewolweru obniżyła się; celowała teraz w kolana Julii.
– Chodziło ci o ten napis?
Nicole otrząsnęła się; lufa wróciła na swoje poprzednie miejsce.
– Jaki napis?

– „Jedynej kobiecie, którą kocham”.
Wyraz twarzy Nicole zdradził jej, że trafiła w sedno.
– Czy on naprawdę kochał tylko Amber? – spytała łagodnie.
–  Stale  tam  chodził,  mówił,  że  idzie  porozmawiać  o  rozwodzie,  aleja 

wiedziałam... Stale do niej chodził...

– Głos Nicole rwał się, jej pierś falowała.
– Myślałaś, że nigdy od niej nie odejdzie?
Oczy Nicole wypełniło cierpienie.
– Dlatego ją zabiłaś?
Niemal jej współczuła. Oto do czego może człowieka doprowadzić miłość.
Ale to nie była miłość, to była groźna choroba, obsesja, która niszczy ludzkie 

istnienia.

–  Myślałam,  że  jak  ona  zniknie,  to  on  wreszcie  mnie  zauważy,  zobaczy,  że 

zawsze przy nim jestem, bo go kocham.

– Przecież jesteście razem.
– Tak jak mu wygodnie.
– Myślisz, że chodzi mu tylko o seks?
Nicole niechętnie skinęła głową.
– I o rozładowanie frustracji?
– On... on mnie nie bije. – Nicole jakby się uśmiechnęła. – Może popchnął mnie 

raz czy dwa, ale nigdy mnie nie uderzył. On wie, że Chris by mu nie darował. Mój 
brat zna różnych niebezpiecznych ludzi.

– Bruce wie, że Chris handluje narkotykami?
– Bruce wie wszystko.
– I to, że zabiłaś Amber?
Rewolwer w dłoni Nicole niebezpiecznie zadrżał.

–  Powiedziałam  mu,  że  to  nie  ja,  ale  on  chyba  wie,  nie  jest  głupi.  Musi  się 

domyślać, przecież mamy wspólne alibi.

Julia nie wszystko rozumiała. Jakoś nie bardzo miała ochotę wierzyć, że Bruce 

podejrzewa Nicole. Znała go na tyle, by wiedzieć, że gdyby rzeczywiście uważał, 

background image

że  to  zrobiła,  ani  jej  brat,  ani  jego  koledzy  nie  powstrzymaliby  go  przed 
wymierzeniem kary albo pójściem na policję. Chyba że...

Chyba że kryjąc Nicole, kryje samego siebie.
– Co ty o nim wiesz? W co on jest zamieszany?
Nicole milczała. Jakby nagle przebudzona, powiodła wzrokiem w stronę zegara.
– Już dziesiąta – odezwała się. – Powinnaś kończyć.
Julia zrobiła nieokreślony ruch ręką.
– Zaraz kończę, ale porozmawiajmy jeszcze chwilę.
– Nie ma o czym mówić. Sprawa jest jasna. Tylko ty jedna wiesz, że byłam u 

Amber tamtej nocy, i taki ktoś nie jest mi potrzebny.

– Przecież nie mam żadnych dowodów. Weź ten przeklęty łańcuszek i wrzuć go 

do wody. Nie będzie żadnych śladów.

– Wystarczy, że ty wiesz. Będziesz o tym gadać.
– Nie. Mogę ci przyrzec, nie powiem nikomu słowa.
Nicole przez chwilę się zastanawiała, a potem przecząco pokręciła głową.
– Nie wierzę ci. Kończ już, powiedziałam.
Julia ze ściśniętym sercem zbliżyła usta do mikrofonu.
–  Chciałam  się  z  państwem  pożegnać.  Było  mi  bardzo  miło.  –  Gdyby  tylko 

mogła  wykrztusić  to  jedno  jedyne  słowo:  „Na  pomoc!”  Chłodny  dotyk  lufy 
skutecznie ją jednak od tego odwiódł.

– Dobranoc, Harmony – powiedziała tylko.
Nicole niecierpliwym ruchem wyłączyła mikrofon.
– Wystarczy, idziemy.
– Dokąd?
– Na spacer.
Julia  z  wolna  zaczęła  podnosić  się  z  krzesła  i  wtedy  usłyszały  dźwięk 

wjeżdżającego na podjazd samochodu. Nicole zaklęła.

Julia poznała samochód Bena. Przymknęła oczy i wydała głębokie westchnienie 

ulgi. Ben zrozumiał, że jest w niebezpieczeństwie i przybywa na pomoc. Ben...

W tej samej chwili ogarnęło ją przerażenie na myśl o tym, co mu grozi.
– Szybko! – Nicole popchnęła ją w stronę drzwi.
Było jednak za późno; gdyby teraz wyszły przed dom, znalazłyby się wprost w 

świetle reflektorów.

–  Spław  go,  rób,  co  chcesz,  ale  masz  go  spławić.  Jeśli  zrobisz  jakiś  numer, 

strzelam.

Usłyszała  znajome  kroki  na  podjeździe,  a  potem  na  schodach.  Po  chwili  Ben 

background image

pukał już do drzwi.

– Julia! To ja.
Nicole wsunęła jej lufę pod żebro.
– Idź tam i pogadaj z nim. Tylko pamiętaj: jedno nieostrożne słowo i zastrzelę 

cię. Zastrzelę was oboje.

Przekręciła  wyłącznik  i  studio  pogrążyło  się  w  ciemności.  Julia  ostrożnie 

podeszła  do  drzwi  i  stanęła  twarzą  w  twarz  z  Benem.  Nagle  zrozumiała,  że  jeśli 
teraz umrze, Ben nigdy nie dowie się, kim dla niej był.

Uchyliła drzwi.
– Słucham?
Spojrzał na nią niepewnie.
–  Przyjechałem  tak  nieoczekiwanie,  bo...  –  Urwał  i  jakby  się  nad  czymś 

zastanawiał. – Dzwoniłem, ale stale było zajęte. Myślałem...

– Miałam dziś mnóstwo telefonów od słuchaczy.
Spojrzał ponad jej ramieniem w kierunku ciemnego studia.
– Mogę wejść?
– To nie jest najlepszy pomysł. Ja...
Tak strasznie chciała, by został, ale nie mogła go narażać. Wiedziała, że Nicole 

jest zdecydowana na wszystko.

– Jestem strasznie zmęczona. Przepraszam, zadzwonię do ciebie jutro.
Chciała zamknąć drzwi, ale Ben przytrzymał je ręką.
– Nie mogę czekać do jutra – oświadczył i wszedł do środka. – Dużo myślałem 

o tym, co powiedziałaś, i...

Rozpaczliwie próbowała zagrodzić mu drogę.
– Nie teraz, Ben...
– Owszem, teraz!
Odsunął  ją  energicznie,  wszedł  do  studia,  zapalił  światło  i...  ujrzał  Nicole  z 

wycelowaną w siebie bronią.

Z całej ich trójki to ona właśnie była najbardziej przerażona. Stała tak niczym 

parodia  telewizyjnego  rewolwerowca,  na  ugiętych  nogach,  drżącymi  rękami 
ściskając broń.

 O Boże... O Boże... – szeptała do siebie.
Sytuacja wyraźnie ją przerosła i teraz nie miała pojęcia, co robić. Ben natomiast 

nie wahał się ani przez chwilę.

background image

Błyskawicznym  ruchem  wepchnął  Julię  za  swoje  plecy,  chroniąc  ją  własnym 

ciałem.

– Uciekaj – szepnął. – Klucze są w stacyjce.
– Nie ruszać się! – krzyknęła Nicole piskliwym głosem. – Zastrzelę was oboje/
Drżała  na  całym  ciele.  Julia  wiedziała,  że  dziewczyna  w  każdej  chwili  może 

spełnić swoją groźbę.

– Uspokój się, Nicole – rzekł łagodnym głosem Ben.
– Przecież sama wiesz, że nikogo nie chcesz zastrzelić.
Dziewczyna postąpiła krok do tyłu.
– Nie ruszaj się – syknęła. – Jeszcze jeden ruch...
Ben spojrzał na nią z wyraźnym współczuciem.
– Spójrz na siebie, Nicky. Cała drżysz, jesteś blada jak ściana.
Postąpił krok w jej stronę.
– Ben, nie rób tego – szepnęła Julia błagalnym tonem.
– W porządku. Nicole jest mądrą dziewczyną i nie popełni żadnego głupstwa.
Jednak  popełniła  głupstwo.  Kula  przeszła  tuż  obok  głowy  Bena  i  utkwiła  we 

framudze drzwi.

– Julia!
– Nic mi nie jest.
Spojrzenie Bena stało się ostre, hipnotyzujące.
– Oddaj broń, Nicole, nie wygłupiaj się.
Dziewczyna parsknęła nerwowym śmiechem.
– Nie mam już nic do stracenia. Co za różnica, czy będę siedzieć dwa lata czy 

pięćdziesiąt. I tak nikt na mnie nie będzie czekał. A tak, może mam jeszcze jakąś 
szansę...

Jej twarz rozjaśniła się.

–  Mogę  zadzwonić  do  brata,  ukryje  mnie  gdzieś.  Zanim  zaczną  was  szukać, 

będę już daleko.

Wyglądała jak dziecko, które rozpaczliwie próbuje wzbudzić w sobie nadzieję.
– Brat chyba nie będzie mógł ci pomóc – oznajmił Ben spokojnym głosem. –

Dziś po południu został aresztowany.

Nicole jęknęła.
– Co?
– To, co słyszałaś. Wygląda na to, że tylko ty sama możesz sobie pomóc.
Rozczarowanie jakby nagle odjęło jej wszystkie siły. Zrobiła niepewny krok do 

background image

przodu  i  zachwiała  się.  Ben  runął  ku  niej,  jednocześnie  z  całej  siły  odpychając 
Julię.

– Uciekaj!
Julia zatoczyła się na półki z taśmami i albumami. Czy on nie rozumie, że ona 

nigdy nie ucieknie, nigdy go nie zostawi?

– Uciekaj!
Ben upadł wraz z Nicole na ziemię i w tej samej chwili huknął strzał.
– Julia! Uciekaj! – jęknął Ben.
Rzuciła się ku niemu, nie wiedząc, co robić i jak mu pomóc. Rozległ się kolejny 

strzał  i  Ben  zwinął  się  z  bólu.  Julia  ujrzała  krew  sączącą  się  z  jego  rozerwanej 
koszuli.

Poczuła, jak ogarnia  ją dzika,  zwierzęca wściekłość. Rozejrzała się  z  furią po 

pokoju.  Jej wzrok padł na  ciężki, metalowy mikrofon; chwyciła go  i podeszła do 
Nicole.

Ale Nicole tylko na to czekała; klęczała na podłodze z bronią gotową do strzału.

– Zostaw to – rzekła rozkazującym głosem.
Julia nie zamierzała jej słuchać. Ben leżał, zwijając się z bólu i brocząc obficie 

krwią.  Nie  zamierzała  słuchać  niczego  i  nikogo.  Musi  unieszkodliwić  Nicole,  w 
przeciwnym razie Ben zginie. Miała tylko jedno wyjście.

Zbliżyła  się  i  z  całej  siły  uderzyła  Nicole  w  nadgarstek.  Broń  upadła  na 

podłogę.  Gdy  Julia  schyliła  się,  by  ją  podnieść,  Nicole  z  całej  siły  kopnęła  ją  w 
żebra. Julia straciła z bólu oddech, pokój wokół niej zawirował.

Nie wolno mi zemdleć, nie wolno. Jeśli stracę przytomność, Ben zginie.
Uklękła, dłonią szukając rewolweru. Nicole jednak była szybsza. Jej palce jak 

szpony zacisnęły się na rękojeści.

– Zostaw to, ręce do góry!
Ten  rozkazujący  głos  nie  mógł  należeć  do  Bena.  Ben  właśnie  stracił 

przytomność i leżał bez ruchu. W drzwiach stał Charlie Slocum ze służbową bronią 
w ręku.

– Wszystko skończone, Nicole – rzekł. – Wszystko skończone.

background image

15

Tej  samej  nocy  Julia  opuściła  wyspę  sanitarnym  helikopterem,  który  przybył 

zabrać  Bena  do  szpitala  w  Providence.  Światła  wyspy  oddalały  się  szybko, 
pozostając w dole, ale nie widziała tego i nie słyszała warkotu silnika. Oczy miała 
wpatrzone w Bena, uszy wsłuchane w jego urywany oddech. Podczas gdy lekarze 
walczyli o jego życie, nie wypuszczała jego dłoni z rąk, przemawiając do niego i 
mówiąc mu, że nie może umrzeć, bo ona go kocha.

Potem  wylądowali  na  dachu  szpitala;  Bena  natychmiast  zawieziono  na  salę 

operacyjną, a ją umieszczono  w poczekalni, gdzie następne trzy godziny spędziła 
na czuwaniu i modlitwie. Na szczęście, był z nią jeden z ludzi Charliego, więc nie 
była tak beznadziejnie sama.

Modliła  się  o  ratunek  dla  Bena,  płakała,  rozmyślała  i  robiła  rozmaite 

postanowienia,  owładnięta  jedną  tylko,  banalną  myślą,  że  człowiek  nigdy  nie 
docenia tego, co ma, zanim tego nie utraci.

Nad  ranem  zjawił  się  Charlie.  Nie  mógł  przylecieć  wcześniej,  bo  musiał 

przesłuchać Nicole. Pocałował Julię w policzek i mocno ją przytulił.

– Strasznie się boję, Charlie...
Otarł jej łzy z policzków.
– Wiem, ale wszystko będzie dobrze. On z tego wyjdzie, to mocny facet. Tacy 

tak szybko nie umierają.

Bardzo chciałaby uwierzyć w słowa Charliego bez zastrzeżeń, ale paniczny lęk 

nie ustępował łatwo. Charlie spojrzał na siedzącego obok policjanta.

– Bill, możesz iść napić się kawy. Dobrze ci zrobi.
Policjant uśmiechnął się, wstał i odszedł.
Charlie spoczął na zwolnionym przez niego miejscu. Julia usiadła obok niego. 

Przez chwilę milczała.

–  Jestem  taka  głupia...  –  powiedziała  wreszcie  –  taka  beznadziejnie  głupia, 

Charlie.

Spojrzał na nią, unosząc jedną brew.
– A to dlaczego?
– Wszystko robię nie tak. Pędzę gdzieś, szukam czegoś, sama nie wiem po co i 

dlaczego, zmieniam prace, miejsca zamieszkania...

–  Przecież  każda  twoja  kolejna  praca  jest  coraz  lepsza  i  ty  też  jesteś  coraz 

lepsza w tym, co robisz.

background image

Przytaknęła.
– Tak, ale mogłabym się doskonalić zawodowo również w jednym miejscu.
Charlie pokiwał głową.

– Dziwny moment sobie znalazłaś na rozmowy o pracy, kochanie.
– Ja nie mówię tylko o pracy, mówię o wszystkim, o życiu, o ludziach...
– A może doszłaś przy okazji do jakiegoś wniosku?
– Tak. Jestem po prostu do niczego.
Charlie wzruszył ramionami.
– Chyba trochę przesadzasz.
Uniosła na niego oczy.
–  Odkąd  pamiętam,  zawsze  lubiłam  być  sama.  Nie  dopuszczałam  ludzi  do 

siebie, bo nikomu nie ufałam.

Trzymałam wszystkich z daleka od siebie i bałam się zaangażować.
– Mylisz się. Miałaś wielu przyjaciół. Sam znam ludzi, z którymi byłaś bardzo 

blisko. Jeden z nich siedzi tu teraz przy tobie.

– Wiem, ale...
–  Lubisz  ludzi  i  potrzebujesz  ich.  Nie  możesz  tylko  uwierzyć,  że  oni  cię 

kochają.

Spojrzała na niego z bezgranicznym zdumieniem.
– Skąd... skąd ty to wszystko wiesz?
– Nie jestem taki głupi, na jakiego wyglądam.
Uśmiechnęła się.
– Jesteś bardzo mądrym człowiekiem, Charlie, i dobrze o tym wiesz.
– A co to wszystko ma wspólnego z Benem?
Sięgnęła do torebki po czystą chusteczkę.
–  Właśnie  w  tym  przypadku  okazałam  się  prawdziwą  idiotką.  Ben  dzisiaj  w 

nocy ryzykował dla mnie życie.

Szkoda,  że  go  nie  widziałeś.  Rzucił  się  na  Nicole,  jakby zupełnie  się  nie  bał. 

Jakby nie widział broni. Myślał tylko o tym, żeby mnie ratować.

– To się nazywa miłość, kochanie.
– Wiem, ale ty nie wiesz, że ja tę jego miłość odrzuciłam. Dlatego mówię, że 

jestem głupia.

Charlie objął ją i mocno przytulił.
– Wszystko będzie dobrze. On z tego wyjdzie, zobaczysz.
– Może...

background image

Westchnęła i wtuliła się w Charliego. Wcale nie była tego taka pewna. Gdyby 

teraz Ben, wyzdrowiawszy, nie chciał z nią mieć nic wspólnego, zrozumiałaby to. 
Przecież  nie  jest  znowu  tak  nadzwyczajna,  by  oddać  za  nią  wszystko,  zdrowie, 
życie...

Zza  szklanych  drzwi  z  napisem:  „Prosimy  nie  wchodzić”  wyszedł  młody 

chirurg w zielonym stroju.

– Pani Julia Lewis?
Wstała, czując, że serca w niej zamiera.
– Tak, to ja.
–  Nazywam  się  Flynn  i  jestem  jednym  z  lekarzy,  którzy  operowali  pani 

przyjaciela.

– Tak, słucham?
– Operacja się udała.
To nie była zadowalająca odpowiedź na jej pytanie.
– Jak on się czuje? Rany są bardzo groźne? – Charlie wstał również i pytająco 

spojrzał na lekarza.

– Było lepiej, niż myśleliśmy. Kula przeszła tuż obok serca i utknęła w lewym 

płucu.

– A co z postrzałem w nogę?
– Stracił dużo krwi, ale kość jest nie naruszona.

Julia odetchnęła.
– To znaczy, że będzie całkiem zdrowy?
– Tak. – Uśmiechnął się lekarz. – Będzie zupełnie zdrowy.
– Mogę do niego pójść? – spytała z wahaniem.
– Jeszcze się nie obudził, ale może pani do niego na chwilę zajrzeć.
Poszła  na  oddział  pooperacyjny,  przez  całą  drogę  powtarzając  sobie,  że  musi 

być  przygotowana  na  okropny  widok.  Widywała  już  bardzo  chorych  ludzi  i 
spodziewała się odczłowieczającej plątaniny plastikowych rurek i aparatów. Kiedy 
jednak ujrzała Bena, zrozumiała, że wygląd i otoczenie nie jest ważne: miała przed 
sobą mężczyznę swojego życia i tylko to się liczyło.

Pocałowała go  w  czoło,  odgarnęła  włosy i  powiedziała,  jak  bardzo  go  kocha. 

Potem do pokoju wszedł lekarz i Charlie, i obaj przekonali ją, że powinna wracać 
do  domu,  by  trochę  odpocząć.  Benowi  już nic  nie  grozi.  Zawiadomiono  też  jego 
rodzinę, która ma niedługo przyjechać. Ben nie będzie sam.

background image

Dopiero  kiedy  niewielki  samolot  wzbił  się  w  powietrze,  biorąc  kierunek  na 

Harmony, Julia i  Charlie zaczęli rozmawiać o Nicole i wydarzeniach poprzedniej 
nocy.

– Teraz sobie coś przypomniałam – rzekła Julia, przekrzykując hałas silnika. –

Ben wspomniał o aresztowaniu Chrisa. Jak to było?

– Zaraz ci powiem. Ten facet, którego oskarżono o gwałt, zeznał, że Chris też 

był  w  to  zamieszany.  Policja  z  Providence  przymknęła  go,  a  w  jego  mieszkaniu 
znaleziono pięć kilogramów marihuany i niezły zapas prochów.

– Wiedzą już, że dostarczył narkotyku, który posłużył do popełnienia zbrodni?
– Oczywiście. Od trzech dni jestem z nimi w stałym kontakcie, pomaga mi ten 

młody policjant, Scott Bowen.

Będzie z niego znakomity gliniarz.
– Muszę przyznać, że zaskoczyłeś mnie. Jesteś naprawdę niesamowity, Charlie.
Mrugnął okiem.
– Może mam powody.
Powiedział  jej  też,  że  Bruce  Davoll  od  pewnego  czasu  trudnił  się  handlem 

narkotykami.  Policja  znalazła  w  mieszkaniu  Chrisa  notatnik,  w  którym  między 
innymi notował transakcje zawierane z Bruce’em.

– To dlatego nie doniósł na Nicole! – zawołała Julia.
– Trzymała go w garści!
– Można powiedzieć, że jedno drugie trzymało w garści.
– Aresztowaliście go?
– Tak, zaraz dziś w nocy.
Pozostał jeszcze tylko kochanek Amber, Jeff Parker.
–  Wynika  z  tego,  że  on  nie  miał  nic  wspólnego  z  morderstwem?  –  zapytała 

Julia.

Charlie pokręcił głową.
– Nie. Jeff Parker nie jest mordercą, jest jedynie niewiernym mężem. Zdradzał 

żonę nie tylko z Amber. Kiedy się zorientował, że go podejrzewam o morderstwo, 
przyszedł do mnie i wszystko mi wyśpiewał. Tego wieczoru, kiedy zabito Amber, 
był u swojej nowej kochanki.

– Stąd ta cała historia o złapanej gumie, i tak dalej.
–  Właśnie.  Zresztą  teraz  Parker  będzie  miał  ciężkie  życie.  Zrobił  się  szum  i 

żona o wszystkim się dowiedziała.

background image

Podobno ma teraz piekło w domu. Jakoś dziwnie mu nie współczuję, zasłużył 

sobie  na  to.  Jest  dorosłym  facetem  i  powinien  wiedzieć,  co  robi.  Zresztą  opuścił 
Amber w najtrudniejszej chwili.

Zapatrzyli się w ciemne niebo; pod nimi był równie mroczny ocean.
–  Chciałam  cię  jeszcze  o  coś  zapytać,  Charlie,  i  to  już  będzie  moje  ostatnie 

pytanie. Skąd wiedziałeś, że potrzebuję pomocy? Jak to się stało, że zjawiłeś się u 
mnie dokładnie w chwili, kiedy cię potrzebowałam?

Rzucił na nią okiem i wzruszył ramionami.
– Też pytanie! Wiesz, ile osób dzwoniło na posterunek, żeby powiedzieć, że się 

o ciebie boją, bo coś niedobrego się u ciebie dzieje?

– Naprawdę?
– Mówili, że masz taki dziwny głos, że puszczasz jakieś starocie, że nie zgasiłaś

światełka na maszcie, że...

Julia złapała się za głowę.
– Nie zgasiłam go? O Boże! Rzeczywiście!
Harmony  była  teraz  ciemną  plamą  na  tle  nieco  jaśniejszego  morza. 

Gdzieniegdzie migotały światła: jedno z nich było czerwone. Julia spojrzała na nie 
i uśmiechnęła się. Po raz pierwszy w życiu naprawdę miała wrażenie, że wraca do 
domu.

Nazajutrz w domu Cathryn panowała atmosfera w niczym nie przypominająca 

zwykłego  koleżeńskiego  spotkania. Julia  zjawiła  się  ostatnia.  W  ciągu  tych  kilku 
godzin,  które  przespała,  cała  wyspa  dowiedziała  się  już  o  jej  niezwykłych 
perypetiach. Kiedy tylko podjechała pod dom przyjaciółki, wszyscy rzucili się w jej 
stronę,  zasypując  ją  pytaniami.  Musiała  opowiedzieć  im  wszystko  z 
najdrobniejszymi szczegółami.

Raz po raz ze współczuciem spoglądała na Jake’a Normandina. On nie ponosi 

przecież żadnej odpowiedzialności za wyczyny rodzeństwa.

Po  zaspokojeniu  ciekawości  goście  rozproszyli  się  po  ogrodzie,  od  czasu  do 

czasu  podchodząc  do  stołu,  zastawionego  smakołykami  przygotowanymi  przez 
Cathryn. Zaczęły się wspomnienia i  rozmowy o  teraźniejszości; ktoś  zaczął robić 
zdjęcia.

Julia  z  ożywieniem  podeszła  do  Lauren  DeStefano.  Lauren  była  typową 

„kobietą sukcesu”; tak jak planowała, zrobiła karierę i świetnie jej się powodziło. 
Od jedenastu lat jej noga nie stanęła na Harmony.

background image

–  Kiedy  stąd  wyjeżdżałam  –  powiedziała  do  Julii  w  swój  zwykły  ironiczny 

sposób  –  przyrzekłam  sobie,  że  nigdy,  za  żadne  skarby  świata,  tu  nie  wrócę. 
Przyjechałam na naszą wysepkę tylko po to, żeby cię zobaczyć. Nigdy bym sobie
nie darowała, że straciłam taką okazję.

Następnie  Julia  porozmawiała  z  Sethem  Connorem  i  jego  żoną,  którzy 

przylecieli  na  spotkanie  z  New  Haven.  Seth  pracował  w  szkole  jako  nauczyciel 
angielskiego.  Później  zamieniła  kilka  słów  z  Mikiem  Fearingiem  i  bliźniakami 
O’Banyon,  których  widziała  już  na  pogrzebie,  ale  nie  mieli  okazji  porozmawiać. 
Pogadała  też  z  Barrym  Devine’em,  który  odchodził  właśnie  z  lotnictwa 
wojskowego i miał teraz zamiar latać na liniach pasażerskich.

Nalała  sobie kolejny kubek  kawy i  zamyśliła się; zamyślenie  przerwała  cisza, 

która  nagle  zapadła.  Jake  Normandin  stał  na  środku  trawnika  i  zamierzał  coś 
powiedzieć. Zrobił to jak wszystko, co robił, po prostu i szczerze.

–  Wszystkich  przepraszam  za  to,  co  zrobiła  moja  siostra.  Jest  mi  strasznie 

przykro – oznajmił i rozejrzał się po otaczających go twarzach.

Julia podeszła i pocałowała go w policzek.
–  Tak  się  cieszę,  że  jednak  przyszedłeś.  Teraz  już  są  wszyscy...  –  jej  oczy 

pociemniały – z wyjątkiem Amber.

–  Moglibyśmy  chyba...  –  chrząknęła  Lauren  –  wybrać  się  kiedyś  do  niej  na 

cmentarz.

Cathryn natychmiast przejęła sprawy w swoje ręce.
– W takim razie chodźmy zaraz.

Zatrzymali  się  nad  szarym  kamieniem.  Cathryn  położyła  na  grobie  bukiet 

jesiennych chryzantem i cofnęła się, żeby stanąć w kręgu wraz z innymi.

– Nie przygotowałam żadnego oficjalnego przemówienia. Pomodlimy się za nią 

po cichu i każdy sam powie w myślach, co mu się wydaje najstosowniejsze.

Spuścili głowy, poruszyli wargami, wzięli się za ręce.
Julia  spojrzała  na  szary  kamień  i  przypomniała  sobie  swoją  pierwszą  wizytę 

przy  grobie  Amber.  Stała  tu  wtedy  targana  gniewem  i  zgnębiona  bezradnością. 
Teraz w jej sercu  panował dziwny spokój. Dług  został spłacony, sprawiedliwości 
stanie się zadość. Wiedziała już,  jak i dlaczego zginęła jej przyjaciółka i na swój 
sposób przyczyniła się do ujęcia sprawcy.

To jednak nie przywróci życia Amber. Ból po jej stracie pozostanie na zawsze. 

Ból  i  wiedza,  że  nic  nie  jest  dane  raz  na  zawsze  i  że  wszystko  w  każdej  chwili 

background image

można utracić.

Modlitwy ucichły i przyjaciele zaczęli oddalać się od grobu. Julia spojrzała na 

zegarek. Ciekawe, co teraz robi Ben?

Cathryn natychmiast zrozumiała jej gest.
– Myślisz o nim? – zapytała cicho.
Julia skinęła głową.
– Chcesz do niego pojechać?
Julia nie odpowiedziała; zresztą Cathryn wcale jej o nic nie pytała, stwierdziła 

tylko oczywisty fakt.

– Nie wiem, czy wypada. Tak starannie przygotowałaś to nasze spotkanie, nie 

chciałabym ci go popsuć – rzekła z wahaniem w głosie.

Cathryn poklepała ją po ramieniu.
– Niczym się nie przejmuj, tylko do niego leć.
– Nie bardzo mogę. Muszę się jeszcze spakować przed jutrzejszym wyjazdem.
–  Przecież  ty  nigdzie  nie  wyjedziesz  i  doskonale  o  tym  wiesz  –  oznajmiła 

spokojnie Cathryn. – Ani jutro, ani nigdy.

Julia spuściła oczy, obcasem buta grzebiąc w ziemi.
– Chyba zostanę kilka dni dłużej, żeby zobaczyć, jak on się czuje.
–  O  czym  mówicie?  –  Lauren  podeszła  do  nich  i  stała  teraz,  przenosząc 

pytający wzrok z Julii na Cathryn i z powrotem.

– Julia nie wie, czy nie obrazi naszego małego zgromadzenia, jeśli się wymknie 

i pojedzie odwiedzić swojego księcia w jego zamku.

– Kochanie – rzekła Lauren protekcjonalnym tonem – posłuchaj naszej drogiej 

Cathryn. To kobieta doświadczona i wie, co mówi.

– Ale on wcale nie jest moim księciem. Po tym, co przeze mnie wycierpiał, na 

pewno nawet nie zechce na mnie spojrzeć. Pewnie mnie znienawidził.

Wtedy podszedł do nich Mike Fearing.
– Mówicie o Benie? Ten facet za nią szaleje.
Julia zaczerwieniła się jak piwonia.
Bliźnięta też dorzuciły swoje trzy grosze.
– Jak za tobą szaleje, to o co chodzi? Leć i pogadaj z nim.
Lauren skrzywiła się z niesmakiem.
– Jak długo można tak marudzić?! Robisz się nudna, moja droga.
–  Wygląda  na  to  –  dodał  Mike  –  że  ona  dobrowolnie  nas  nie  opuści.  Chyba 

musimy jej pomóc.

– Jedziemy wszyscy na lotnisko! – krzyknął Tyler. – Na lotnisko, chłopaki!

background image

Julia  roześmiała  się.  Wszystko  nagle  stało  się  łatwe  i  zwyczajne.  Wpadli  na 

chwilę  do  jej  domu,  żeby  mogła  zabrać  najpotrzebniejsze  rzeczy,  i  trzema 
samochodami ruszyli na  lotnisko Harmony,  gdzie  dopilnowali,  by  kupiła  bilet do 
Providence, a potem długo stali i machali rękami na pożegnanie.

Samolot wzbił się w błękitne niebo i Julia spojrzała w słońce, uśmiechając się 

do swoich myśli.

Pod  drzwiami  szpitalnego  pokoju  cała  odwaga  ją  opuściła.  Dochodzące  ze 

środka głosy świadczyły o tym, że przy łożu chorego zebrała się cała rodzina.

Spojrzała na bukiet czerwonych róż, które kupiła w przyszpitalnej kwiaciarni i 

poczuła,  że  jest  tu  nie  na  miejscu.  Jak  Ben  ma  ją  przedstawić  rodzicom?  Jako 
kobietę,  dla  której  zaryzykował  wszystko,  by  mogła  sobie  dalej  wieść  swoje 
samolubne, bezużyteczne życie? Jako kogoś, kto odrzucił jego miłość? Kogoś, kto 
mu nie ufał i obrażał swoimi podejrzeniami? Na pewno będą zachwyceni, że mogą 
ją poznać.

Nie, Ben wcale jej nie przedstawi. W ogóle nie wpuści jej do pokoju. Po co ona 

tu właściwie przyszła?

Zerknęła  w  stronę  windy,  ogarnięta  chęcią  natychmiastowej  ucieczki. 

Wystarczy jeden krok i będzie bezpieczna.

– Nie! Tym razem nie! Żadnych uników!
Zapukała i z uniesioną głową weszła do pokoju Bena.
Siedział  w  fotelu  ubrany  w  ciemny  szlafrok,  śmiejąc  się  i  żartując  z  rodziną. 

Wyglądał cudownie! Oczy mu błyszczały, na twarz wróciły rumieńce. Julia nigdy 
nie czuła takiej ulgi... i tak wielkiej miłości.

Gdy spojrzał w stronę drzwi, uśmiech na jego wargach zamarł. Wszyscy obecni 

odwrócili  w  jej  stronę  głowy.  Zapadła  cisza.  Julia  na  uginających  się  nogach 
weszła do środka.

– To jest Julia – oznajmił Ben zupełnie zwyczajnym głosem. – Moglibyście na 

chwilę zostawić nas samych?

Zachowanie jego bliskich świadczyło o tym, że wiedzą o niej wszystko. Wyszli, 

nic nie mówiąc i zamykając za sobą drzwi.

Julia i Ben patrzyli sobie w oczy. Kiedy się odezwali, uczynili to jednocześnie:
– Tak bardzo mi przykro, przepraszam...
Znowu zapadła cisza.
– Za co przepraszasz? – zapytał w końcu. – Przecież to moja wina.

background image

– Twoja? Jak to?
–  Zachowałem  się  ubiegłej  nocy  zupełnie  nieodpowiedzialnie.  Naraziłem  nas 

oboje.

Julia wybuchnęła nerwowym śmiechem.
– Ty? Nieodpowiedzialnie? Jesteś najodważniejszym człowiekiem na świecie! 

To ja jestem wszystkiemu winna i za wszystko bardzo cię przepraszam. Wcale się 
nie zdziwię, jeśli nie będziesz chciał już ze mną mieć  nic  wspólnego, ale  proszę, 
jeśli możesz, zastanów się jeszcze.

– Już się zastanowiłem i zamierzam ci oświadczyć, że przenoszę się do ciebie 

na  zachodnie  wybrzeże,  ponieważ  to  właśnie  uważam  za  jedynie  słuszne 
rozwiązanie.

– O czym ty mówisz?
Uśmiechnął się z absolutną pewnością siebie.
– Popełniłem błąd, obarczając ciebie całą odpowiedzialnością za nasze przyszłe 

życie. Nie miałem prawa wymagać, żebyś dla mnie cokolwiek poświęcała. Ja mogę 
pracować  wszędzie,  to  będzie  dla  mnie  po  prostu  nowe  wyzwanie.  Ty  jesteś 
związana z Los Angeles i nie możesz rzucić pracy. Dlatego...

– Masz przecież swoje wymarzone pismo, kochasz tę wyspę...
– Tak, ale ciebie kocham bardziej.

Chciała coś dodać, ale jego ostatnie słowa całkiem zbiły ją z tropu.
– Co ty powiedziałeś?
Ben  z  trudem  powstał  z  fotela,  przenosząc  cały  ciężar  ciała  na  lewą  nogę,  i 

głęboko odetchnął.

– Powiedziałem, że cię kocham i jeśli stąd wyjedziesz, pojadę z tobą.
Patrzyła na niego jak zaczarowana, nie wierząc, że naprawdę słyszy te  słowa. 

Przecież  on  jest  zupełnie  nadzwyczajny!  Jego  szlachetność  i  wielkoduszność  nie 
mają granic!  Nigdy  się  nie  spodziewała, że  ktoś  może być  zdolny do  podobnego 
poświęcenia.

Chciała mu powiedzieć, jak bardzo go kocha, ale nie mogła wykrztusić słowa. 

Łzy dławiły ją w gardle.

–  Doskonale  rozumiem  –  mówił  Ben  –  że  boisz  się  zaangażować,  ale  daj  mi 

szansę. Daj szansę nam obojgu.

Pozwól mi z tobą jechać.
Julia przełknęła łzy. On się boi, że ona odrzuci jego propozycję, boi się, że nie 

będzie chciała spróbować.

background image

–  Głupi  jesteś,  okropnie  głupi.  –  Roześmiała  się  i  objęła  go  za  szyję.  –

Oczywiście, że dam nam obojgu szansę.

Ale  wcale  nie  musisz  nigdzie  wyjeżdżać.  Zamierzam  dać  szansę  również  tej 

wyspie.

– Czy to znaczy, że...
– To znaczy, że zostaję tu z tobą, o ile oczywiście tego chcesz.
– To ty jesteś okropnie głupia. – W jego wzroku dostrzegła ogromną czułość. –

Powiem ci tylko, że jeśli nie uda nam się tutaj, natychmiast się przeprowadzimy w 
inne miejsce.

Usta Julii zadrżały; uśmiechnęła się.
– Zgoda.
Ben schylił się i pocałował ją.
– Jak ty się właściwie czujesz? – zapytała.
–  Cudownie –  odparł rozmarzony i  zaraz  dodał:  –  Masz na  myśli  moje rany? 

Trochę pobolewa, ale lekarz obiecuje, że będę żył.

Mimo że powiedział to żartobliwym głosem, twarz Julii spochmurniała.
– Boże, myślałam, że cię stracę... Przyrzeknij, że już nigdy, przenigdy tak mnie 

nie przestraszysz!

– Słowo honoru.
Stali tak, trzymając się w objęciach, aż do chwili, kiedy pielęgniarka zajrzała do 

pokoju  i  zapytała,  czy  rodzina  chorego  może  do  niego  zajrzeć,  bo  trochę  się  już 
niepokoi.

Ben zerknął na Julię.
– Jesteś gotowa na spotkanie z moją rodziną?
Julia głęboko odetchnęła.
– Dobra, niech wejdą.

background image

Epilog

Julia  delikatnie  poruszyła  dłonią,  poprawiając  rękaw  ślubnej  sukni,  i  ułożyła 

welon, który Cathryn, w zastępstwie matki, przypięła jej do włosów. Przez otwarte 
okna  sypialni  Charliego  Slocuma  wpadało  ciepłe  wiosenne  słońce  i  zapach 
krokusów.  W  oddali  widniały  wzgórza  Harmony  pokryte  białym  kwieciem 
kwitnących drzew.

Zapięła ostatni guzik i odwróciła się, żeby przyjaciółka mogła ją obejrzeć.
W oczach Cathryn zobaczyła łzy.
– Wyglądasz... jak księżniczka z bajki!
Julia z nieśmiałym uśmiechem spojrzała w lustro i zaniemówiła. Nigdy jeszcze 

nie  była  tak  piękna  –  piękna,  spokojna  i  pewna  siebie.  Wiedziała,  że  postępuje 
słusznie, a wspólne życie, jej i Bena, będzie życiem pełnym satysfakcji i szczęścia.

Mieszkała  już  teraz  na  Harmony  od  pół  roku.  Ben  nie  chciał  jej  ponaglać  i 

dawał  pełną  swobodę  wyboru,  gotów  w  każdej  chwili  podążyć  za  nią,  gdyby 
wynikła taka potrzeba. Czekali długo i czekali cierpliwie, aż doszli do wniosku, że 
dojrzeli do małżeństwa i mogą planować weselną uroczystość.

– Właściwie jesteśmy gotowe – oznajmiła Cathryn.
– Możemy iść.
W  tej  samej  chwili  do  pokoju  wtargnęła  Lauren,  druhna  panny  młodej,  w 

zielonym  kostiumie  wspaniale  pasującym  do  ognistorudych  włosów.  Cathryn 
spojrzała na nią z wyrzutem.

– Gdzie się podziewałaś?
–  Ugrzęzłam w  korku  na  naszej  kochanej  wyspie,  gdzie  moja  noga  miała  już 

nigdy  nie  stanąć  –  wyjaśniła  jak  zwykle  ironicznie  Lauren.  –  A  po  drodze 
obejrzałam jeszcze pewną posiadłość do kupienia... Co tak na mnie patrzysz? Julio, 
wyglądasz jak anioł. Ten twój Ben pewnie się nie może doczekać, aż go zabierzesz 
wprost do nieba!

Cathryn z Julią wymieniły zdumione spojrzenia.
– Oglądałaś tutaj posiadłość? – wykrztusiła wreszcie Cathryn.
– A co? Ziemia to najlepsza lokata kapitału. Nie wiecie o tym, moje panie?
Lauren  energicznym  ruchem  poprawiła  maleńki  bukiecik  kwiatów  wpięty  we 

włosy.

– Już  rozumiem, dlaczego  wy z  Benem  kupiliście tę ruinę starego Fincha. To 

background image

dobry interes.

– Potrzebny jest co prawda remont kapitalny – wtrąciła Julia – ale i tak jesteśmy 

zadowoleni z zakupu.

Preston Finch powrócił w listopadzie z podróży dookoła świata i postanowił, że 

wytworna  siedziba  jego  małżonki  jest  znacznie  właściwszym  do  zamieszkania 
miejscem niż  stary, rozlatujący się  dom obok  radiowego  masztu.  Wystawił go  na 
sprzedaż, a Julia i Ben nie wahali się ani chwili.

Julia  cieszyła  się  zwłaszcza  z  tego,  że  Preston  przy  okazji  przepisał  na  nią 

radiostację i była teraz jedynym właścicielem jedynego na wyspie radia.

Przedłużyła  czas  nadawania  do  czterech  godzin  i  udostępniła  czas  antenowy 

prywatnym przedsiębiorcom, którzy za pomocą reklam sowicie zasilili pustą dotąd 
kasę radia.

Ktoś zapukał i po chwili do pokoju zajrzał Charlie.
– Czas iść do kościoła, Buziaczku. Jesteś gotowa?
– Prawie. Wejdź i sam zobacz.
Wszedł  i  niepewnie  rozejrzał  się  po  swojej  sypialni,  czasowo  zamienionej  na 

alkowę panny młodej. Julia obejrzała go sobie od stóp do głów.

– Ale ty jesteś przystojny – powiedziała z podziwem.
– Będę o tym pamiętała podczas tańców.
Charlie machnął ręką.
– Daj spokój, nie żartuj.
Nie  tylko  życie  Julii  uległo  w  ciągu  ostatnich  sześciu  miesięcy  kompletnej 

przemianie.  Charlie,  natychmiast  po  zakończeniu  sprawy  Amber,  odszedł  na 
emeryturę. Zegnano go bardzo uroczyście i z wielką pompą.

Żył  teraz  spokojnie,  chodził  na  ryby  i  prowadził  zajęcia  z  młodzieżą 

zgrupowaną  wokół  kościoła.  Od  czasu  do  czasu  wygłaszał  odczyty  dla  młodych 
policjantów,  zapraszany  przez  nowego  komendanta,  młodego  człowieka 
przysłanego z New Hampshire. Cathryn podała Julii bukiet.

– Idziemy. Jesteś gotowa?
Julia uśmiechnęła się promiennie.
– Po prostu nie mogę się doczekać, kiedy mnie wreszcie wydasz za mąż.
Kryjąc wzruszenie, Charlie otworzył drzwi i Julia przekroczyła próg.

Późnym wieczorem Ben przywiózł Julię do położonej na wzgórzach posiadłości 

background image

należącej  kiedyś  do  Prestona  Fincha  i  poprowadził  ją  do  domu.  Szła  powoli, 
wsparta  na  jego  ramieniu,  zaczepiając  długim  welonem  o  muszle  na  podjeździe, 
rozmarzona i szczęśliwa.

Gdy dotarli do drzwi, Ben wziął ją na ręce.
–  Możesz  mnie  na  chwilę  postawić  –  szepnęła,  tuląc  się  do  niego.  –  Musisz 

przecież otworzyć drzwi.

Ben miał rozpięty kołnierzyk; marynarkę i krawat zostawił gdzieś na przyjęciu.
–  Dam  sobie  radę.  O,  zobacz.  –  Ben  schylił  się,  zachwiał,  z  trudem  umieścił 

klucz w zamku i otworzył drzwi.

– Jesteś pijany, mój drogi.
– Chyba ma pani rację, pani Grant.
Wniósł  ją  do  salonu  o  odrapanych  ścianach  i  nierównym,  skrzypiącym 

parkiecie, i nucąc „Zawsze będę kochał cię”, delikatnie postawił na ziemi. Przyjrzał 
jej się w srebrnej poświacie księżyca i nagle spoważniał.

–  Jaka  ty  jesteś  piękna...  Bardzo  cię  kocham.  –  Patrzył  na  nią  z  tak  wielkim 

uwielbieniem  w  oczach,  że  poczuła  dziwną  słabość.  –  Czasem  myślę,  że  to 
wszystko tylko mi się śni i że zaraz się obudzę i...

– Nic nie mów. – Położyła mu palce na ustach. – Nic nie mów. Ja też bardzo cię 

kocham i nigdy stąd nie wyjadę.

Zawsze będę przy tobie.
Ucałował jej oczy.
– Piękny mieliśmy ślub – powiedziała – prawda?
– Piękny? Tego się nie da określić słowami.
Uśmiechnęli się do siebie, wspominając wydarzenia kilku ostatnich godzin.
Kościół  był  wypełniony po  brzegi. Mieszkańcy wyspy  przybyli  tłumnie,  żeby 

na własne oczy zobaczyć legendarną Julię i nie mniej słynnego Bena na ślubnym 
kobiercu.  Rodzina  Bena  zjawiła  się  w  komplecie;  nie  zabrakło  również  jego 
bostońskich przyjaciół. Rodzinę Bena Julia poznała już wcześniej, w szpitalu, a w 
Święto Dziękczynienia odwiedziła ją razem z Benem.

Sama uroczystość zaślubin odbyła się niesłychanie romantycznie; otaczało ich 

mnóstwo zapalonych świec, kwiatów, grały organy i śpiewał chór.

Na koniec, kiedy pastor wypowiedział sakramentalne „teraz możesz pocałować 

pannę młodą”, Ben natychmiast skorzystał z pozwolenia. Zrobił to tak gorliwie, że 
przez  kościół  przeszedł  szmer  podziwu  i  rozbawienia.  Potem  przy  dźwiękach 
marsza  weselnego  państwo  młodzi  wyszli  z  kościoła,  a  na  dziedzińcu  zostali 
zasypani ziarnkami ryżu i płatkami róż.

background image

Po krótkiej wizycie w zakładzie fotograficznym udali się do najlepszego hotelu 

na wyspie na przyjęcie weselne.

Siedzieli za ogromnym stołem z panoramicznym widokiem na ocean i wznosili 

toasty szampanem, a potem tańczyli do upadłego.

– Twoja rodzina potrafi się bawić – powiedziała Julia w pewnej chwili.
– Twoi przyjaciele też nie podpierają ścian.
–  Są  wspaniali,  prawda?  –  zapytała,  dumna  z  grona  najbliższych  sobie  ludzi, 

którzy bez wyjątku zjawili się, by uczestniczyć w jej wielkim święcie.

– Zwłaszcza to, co przygotowała dla nas Lauren, było niesamowite.
Przyjęcie dobiegało już końca i państwo młodzi zbierali się do wyjścia, kiedy w 

niebo  wystrzeliły  nagle  kolorowe  fajerwerki.  Race  wzbijały  się  ze  świstem, 
obsypując  granatowe  niebo  garściami  różnobarwnych  gwiazd.  Prezent  ślubny  od 
Lauren okazał się godnym zwieńczeniem wieczoru.

–  Zawsze  udaje  taką  praktyczną,  zajętą  tylko  interesami  i  lokowaniem 

pieniędzy, a przecież to był najbardziej romantyczny gest, jaki można było zrobić.

Ben mocniej przytulił żonę do siebie.
– Dlaczego ona taka jest? Zawsze taka była?
–  Nie.  Zrobiła  się  taka  dopiero  później,  ale  to  długa  i  niewesoła  historia. 

Opowiem ci ją kiedyś. Dotyczy Camerona Hathawaya.

– Cama? Tego z marynarki?
–  Cama  z  najbogatszej  rodziny  na  wyspie  –  poprawiła  z  lekkim  sarkazmem 

Julia. – Nie przyszedł na wesele.

–  Mówił  mi,  że  ma  wcześniejsze  zobowiązania.  Co  takiego  się  wydarzyło 

pomiędzy nim a Lauren?

– Opowiem ci kiedy indziej. – Julia zerknęła w stronę kuchni. – Jesteś głodny?
Mimo  obficie  zastawionych  stołów  państwo  młodzi  ledwo  mieli  czas  coś 

skubnąć. Oczy Bena zaświeciły się.

– I to jak jeszcze...
Pocałował  ją,  i  całował  nieprzerwanie  przez  całą  drogę,  gdy  niósł  ją  po 

schodach do sypialni.

Julia obudziła się w środku nocy z  głębokiego snu bez  marzeń sennych.  Ben, 

uśpiony, leżał obok niej.

Wstała  ostrożnie  i  cichutko  podeszła  do  okna;  delikatnym  ruchem  rozsunęła 

zasłony.

background image

Była  pełnia  i  okrągły złoty  księżyc  oświetlał  wyspę.  Wokół  niego  unosiła  się 

szeroka  świetlista  aureola.  Julia  wiedziała,  że  to  zjawisko  ma  na  pewno  jakąś 
naukową nazwę i  można je logicznie wytłumaczyć. Nie  obchodziło  jej to  jednak. 
Wolała w nim widzieć dar niebios i magiczną zapowiedź szczęśliwego losu.

Nagle  w  jej  myślach  pojawiła  się  Amber.  Nie  było  jej  na  weselu.  Najlepsza 

przyjaciółka Julii nie mogła być jej druhną. A tak pięknie wyglądałaby za stołem, 
pośród kwiatów, niby najpiękniejszy z nich złoty pąk.  Tańczyłaby i śpiewała, tak 
jak tańczyła i śpiewała na swoim własnym weselu siedem lat temu...

Gdyby  nie  umarła,  pomyślała  nagle  Julia,  nigdy  bym  tu  nie  przyjechała,  nie 

poznałabym Bena i nie byłoby dzisiejszego dnia. Ale nie chciała o tym myśleć w 
ten  sposób;  wolała  wierzyć,  że  Amber  gdzieś,  w  tajemniczy  jakiś  sposób 
asystowała przy jej szczęściu.

Dotknęła obrączki symbolizującej wierność i miłość,
które na zawsze połączyły ją z Benem. Czy wieczna miłość jest możliwa? Tak, 

i ona zrobi wszystko, żeby taka właśnie okazała się ich miłość. Ben jej pomoże.

Odwróciła się i spojrzała na niego. Leżał, równo oddychając, ufny i spokojny. 

Wiedziała,  że  kocha  go  miłością  zdolną  przenosić  góry.  Życie  jest  wielką 
przygodą. Coś się dzieje i nagle wracamy do punktu wyjścia, a tam okazuje się, że 
właśnie po długiej wędrówce dotarliśmy do celu.

Julia  uśmiechnęła się  do  księżyca;  poczuła,  jak  srebrne światło spływa  na  nią 

niby błogosławieństwo, i wróciła do łóżka.