background image

ROXANNE RUSTAND

Tajemnica mojej siostry

background image

Rozdział 1
Gdyby  Claire  wcześniej  wiedziała o  wężu,  dwa  razy 

przemyślałaby swą decyzję wyprowadzki z Nowego Jorku.

Długi  na  ponad  pół  metra,  oswojony  wąż  albinos  Jasona 

przesunął się dostojnie po podłodze kuchni i najspokojniej w świecie 
zwinął  w  kłębek  u  podnóża  lodówki.  Pomna  poprzednich 
doświadczeń, Claire wiedziała, że ten stwór imieniem Igor będzie się 
tak  grzać  w  cieple  agregatora  w  nieskończoność,  uciekając  przed 
chłodem pierwszych jesiennych dni w północnej Minnesocie.

Co  innego,  gdyby  to  któreś  z  pozostałych  zwierząt  jej 

siostrzeńców,  pies  albo  kot,  chciały  tu  drzemać:  taki  widok  mógłby 
nadać  kuchni  bardziej  swojski, domowy  charakter.  Lecz  Gilbert, 
leciwy  pudel,  zawsze  chował  się  w  najdalszych  kątach  starego 
wiktoriańskiego  domu,  ilekroć  Igorowi  udało  się  wymknąć  ze 
„szczelnego  i  bezpiecznego"  terrarium,  a  kot  syjamski  Sullivan  z 
wrzaskiem  zagłuszającym  syrenę  strażacką  wskakiwał  na  szczyt 
kredensu.

Mimo  iż  Claire  od  dzieciństwa  miała  awersję  do  płazów,  nie 

zabroniła  Jasonowi  trzymania  węża.  Starała  się  iść  na  wszelkie 
możliwe ustępstwa, żeby tylko uszczęśliwić chłopca. Na próżno.

Trzasnęły  drzwiczki  samochodu,  po  czym  na  betonowej  ścieżce 

dały się słyszeć ciężkie  kroki. Claire z westchnieniem  wróciła  myślą 
do  życia  w  Nowym  Jorku,  gdzie  pracowała  na  stanowisku 
wicedyrektora w firmie elektronicznej ojca.

Teraz,  po  miesiącu  całodziennego  obsługiwania  gości,  prania 

stosów brudnej bielizny pościelowej i odbierania telefonów od rana do 
nocy,  dawny  świat  uniżonych,  poddanych  jej  pracowników  i 
bezszelestnej służby domowej nagle zaczął zyskiwać na atrakcyjności. 
Co prawda, zamożność rodziców nie przyniosła jej szczęścia, a awans 
w  firmie  zawdzięczała  przede  wszystkim  ambicjom  ojca,  a  nie 
własnym, musiała jednak przyznać, że posiadanie pieniędzy ma swoje 
zalety.

Cóż, sama tego chciałaś, powiedziała sobie z bladym uśmiechem. 

Podjęła  się  opieki  nad  trójką  dzieci  zmarłej  siostry  i  zamierzała  ją 
sprawować - mimo wątpliwości, czy podziela ich gusty co do zwierząt 
domowych.  Miała  więc  do  wyboru:  albo  zamartwiać  się  nowymi 
problemami,  albo  stawić  im  czoło,  traktując  je  jako  ekscytujące 
wyzwanie.

background image

Tutaj,  w  ośrodku  wypoczynkowym  Pine  Cliff,  może  nareszcie 

czymś  się  wykazać  i  sprawdzić,  ile  jest  warta  bez  protekcji  rodziny. 
Jej  siostrzeńcy,  którzy  pół  roku  temu  stracili  rodziców  w  wypadku 
samochodowym,  potrzebowali  nie  płatnej  opiekunki,  lecz  kogoś 
bliskiego. Mieli prawo do szczęśliwego dzieciństwa. Kochała te dzieci 
i pragnęła dać im wszystko co najlepsze.

Z zamyślenia wyrwało ją gwałtowne pukanie. Claire uśmiechnęła 

się  do  starszej  kobiety,  patrzącej  na  nią  zza  siatki  przesłaniającej 
wejście do domu, i szybko podeszła do drzwi.

- Czym mogę służyć?
- Nazywam  się  Rogers - zabrzmiał  chrapliwy  baryton, 

zdradzający nałogową palaczkę.

Kiedy Claire otworzyła drzwi, dobiegł ją duszny zapach perfum i 

stęchły odór papierosów.

- Mam  tu  rezerwację - dodała  kobieta.  Wrzaski,  wydobywające 

się  z  gardła  Sullivana, podniosły  się  o  kilka  decybeli.  Pani  Rogers, 
mimo  swej  potężnej  postury,  cofnęła  się  w  popłochu  i  podejrzliwie 
zerknęła do środka.

- Gdzie jest kierownik?

Claire zdusiła uśmiech  i  zaprosiła  ją do  małego holu  z biurkiem 

przy drzwiach, po czym przejechała palcem po spisie nazwisk.

- Ja  jestem  nową  kierowniczką.  Czy  chce  pani  domek  numer 

trzy?

Kobieta  pokręciła  głową  i  zaczęła  stukać  nerwowo  butem  o 

podłogę.

- Kiedy dzwoniłam tu w czerwcu, obiecano mi domek na samym 

końcu, jak zawsze. Niech pani sprawdzi jeszcze raz.

Claire posłusznie przejrzała ponownie księgę rezerwacji.

- Ten  będzie  otwarty  dopiero  jutro,  ale  trójka  też  ma  piękny 

widok.

W powietrzu zaległa ciężka, pełna niechęci cisza.

- Spaliśmy  kiedyś  w  trójce.  Mój  Henry,  niech  Bóg  ma  go  w 

swojej opiece, powiedział, że łóżko się zapada i...

Urywając  w  pół  słowa,  pani  Rogers  cofnęła  się  z  szeroko 

otwartymi oczami. Zapewne dostrzegła Igora.

- Coś jeszcze? - spytała Claire słodko.

Może zwierzątko domowe do towarzystwa? - dodała w myślach, 

uśmiechając się cierpko do siebie.

background image

Zdjęła ze ściany  klucz  i  wręczyła oniemiałej  kobiecie,  dziękując 

w duchu Igorowi za ucięcie szykującej się już tyrady. Jeszcze miesiąc 
temu  pozbywała  się  uciążliwych  gości,  ale  teraz  musiała  się  do  nich 
uśmiechać.

To nie było łatwe.
Po  wyjściu  pani  Rogers  wzięła  z  półki  nad  biurkiem  torebkę  z 

potpourri,  uznała  jednak,  że  delikatny  zapach  suszonych  płatków 
kwiatowych  nie  zabije  ciężkiej  woni  perfum,  wciąż  wiszącej  w 
powietrzu.  Marszcząc  nos,  otworzyła  wszystkie  trzy  okna  za 
dębowym  stołem  i  patrzyła,  jak  białe  muślinowe  firanki  tańczą  w 
powiewie  wiatru.  Dom,  w  którym  mieszkają  dzieci,  powinien 
pachnieć  świeżością  i  czystością,  a  nie  cuchnąć  jak  spelunka  o 
północy.

Rzuciła  okiem  na  zegar  nad  piecykiem  kuchennym.  Wpół  do 

trzeciej.  Przed  powrotem  dzieci  ze  szkoły  zdąży  jeszcze  posprzątać 
ostatni domek.

Na  moment  w  jej  wyobraźni  pojawił  się  obraz  uśmiechniętych 

buzi i gwar wesołych głosów. Może tym razem któreś z dzieci przytuli 
się do niej? Ale w głębi duszy wiedziała, że to marzenie ściętej głowy.

Odkąd  miesiąc  temu  zabrała  siostrzeńców  z  Minneapolis  i 

przywiozła  tutaj,  pełna  rezygnacji  potulność  bliźniaczek  i  ledwo 
maskowana wrogość ich brata nie zmieniły się ani na jotę. Wprawdzie 
Brooke  zapisała  jej  w  testamencie  ośrodek  i  przyznała  opiekę  nad 
dziećmi,  ale  żaden  dokument  nie  mógł  zagwarantować  łatwego 
wejścia w nowe życie.

Drgnęła, znów słysząc pukanie do drzwi. Pewno kolejny marudny 

gość. Spojrzała srogo na węża:

- Nie ruszaj się!

Igor,  który  wyglądem  i  rozmiarem  niewiele  się  różnił  od  kupki 

męskiej  bielizny  leżącej  na  podłodze,  nie  okazał  większego 
zainteresowania.  Claire  przywołała  na  twarz  swój  najbardziej 
profesjonalny uśmiech i podeszła do drzwi.

W progu stał wysoki, dobrze zbudowany mężczyzna w spranych 

dżinsach,  wypłowiałej  bawełnianej  koszulce  i  beżowej  skórzanej 
kurtce.  Jego  twarz  pogrążona  była  w  półcieniu,  lecz  Claire  miała 
niejasne wrażenie, że już ją gdzieś widziała.

Przebiegł ją dziwny dreszcz.

background image

- Słucham  pana? - Podeszła  bliżej  i  zmierzyła  nieznajomego 

wzrokiem.

Tylko że to nie był ktoś nieznajomy.
Serce w niej zamarło i na moment zabrakło jej tchu. Logan. Przez 

ostatnie  czternaście  lat  jego  młodzieńcze  rysy  stwardniały,  a  ciało 
nabrało  krzepkości  i  siły.  Włosy  mu  pociemniały  i  stały  się  lekko 
kasztanowate,  ale  nie  było  wątpliwości,  do  kogo  należą  te 
uwodzicielskie  niebieskie  oczy.  Puls  zaczął  jej  bić  jak  szalony,  a 
kolana  zmiękły.  Był  taki,  jakim  go  pamiętała,  tylko  jeszcze  o  wiele, 
wiele przystojniejszy.

Ten  człowiek  jednak  stanowił  zagrożenie.  Był  jej  pierwszą 

młodzieńczą miłością, a potem stał się zmorą z koszmarów sennych.

I niemal zrujnował życie jej siostrze.
Claire  zdała  sobie  sprawę,  że  gapi  się  w  przybysza  jak  sroka  w 

gnat,  i  szybko  spuściła  wzrok.  Nie  mogła wydobyć  z  siebie  głosu. 
Poza tym, co się mówi do diabła wcielonego?  I skąd on się tu nagle 
wziął?

Cisza się przedłużała, sytuacja robiła się niezręczna. Claire wzięła 

głęboki oddech i podniosła oczy na speszoną twarz przybysza.

- Słucham, czego pan sobie życzy? - wykrztusiła.
- Mam  małą  prośbę. - Jego  chłopięcy  wdzięk  i  nieśmiałość 

ustąpiły  miejsca  zdecydowaniu  i  stanowczości. - Chciałbym  tylko 
zasięgnąć informacji. Czy mogę wejść?

Claire  zastanawiała  się,  czy  lepiej  chłodno  go  odprawić,  czy 

zatrzasnąć  mu  drzwi  przed  nosem.  To  drugie  byłoby  znacznie 
przyjemniejsze, ale...

Tymczasem  mężczyzna,  korzystając  z  jej  wahania,  sam  pchnął 

drzwi z siatki i wkroczył do środka. Widząc to, Claire błyskawicznie 
wzięła  się  w  garść  i  sięgnęła  po  słuchawkę  telefonu  stojącego  na 
biurku. Nacisnęła pierwszą cyfrę numeru alarmowego 911 i uskakując 
przed wyciągniętą ręką mężczyzny, nacisnęła drugą.

- Niech się pan cofnie! - warknęła.

Spojrzał na nią ze zdumieniem i podniósł ręce do góry.

- Chciałem  się  tylko  przywitać  i  przedstawić.  Czy  pani  zawsze 

jest  taka  nerwowa? - Na  jego  twarzy  malował  się  wyraz  urażonej 
niewinności.

- Nie zawsze. Ale też nie co dzień ktoś wdziera mi się do domu.

background image

- Proszę  mi  wierzyć,  nie  jestem  groźny. - Mówił  spokojnie  i 

cicho, tonem łagodnej perswazji jak do przestraszonego dziecka.

Palec Claire zawisł nad telefonem.

- Niech się pan nie zbliża, bo wezwę szeryfa. Przyjedzie, nawet 

jeśli się nie odezwę.

- Nie ma powodu do paniki.

Cofnął  się  i  rozejrzał  po  wnętrzu.  Napięcie  z  niego  opadło  i  z 

zainteresowaniem  oglądał  antyczne  drobiazgi,  obrazki  na  ścianach  i 
muślinowe zasłony przy oknach.

- Ktoś  się  tu  musiał  nieźle  napracować - powiedział  z  nutą 

goryczy. - Brooke  nigdy  nie  zawracała  sobie  głowy  urządzaniem 
domu. Jestem Logan Matthews, jej pierwszy mąż. Chcę tylko zdobyć 
adres i telefon wykonawcy jej testamentu.

Claire  patrzyła  na  niego  z  niedowierzaniem.  Nie  poznał  jej! 

Naturalnie,  czternaście  lat  temu  była  podlotkiem  w  kucykach  i 
podkolanówkach,  ze  zgubną  dla  figury  skłonnością  do  pochłaniania 
olbrzymich ilości frytek i lodów.

- Po co panu ten adres?
- Nie  zdołałem  skontaktować  się  z  jej  rodziną  w  Nowym Jorku 

ani  Minneapolis.  Telefony  mojego  adwokata  pozostawały  bez 
odpowiedzi,  a  moje listy  wracały  nie  rozpieczętowane.  Nie  dalej  jak 
dwadzieścia  minut  temu  gospodyni  jej  matki  po  raz  trzeci  odłożyła 
bez słowa słuchawkę, kiedy zadzwoniłem.

- Pewno  przyczyniły  się  do  tego  pańskie  czarujące  maniery -

mruknęła  Claire  pod  nosem,  dziękując  w  duchu  Bogu,  że  dzieci 
siostry pochodziły z jej drugiego małżeństwa.

Miała  nadzieję,  że  kiedy  pozbędzie  się  tego  człowieka  z  domu, 

nigdy więcej nie ujrzy go na oczy.

- Chyba nie spodziewa się pan, że Brooke coś panu zapisała?

Spojrzał na nią z niesmakiem.

- Oczywiście,  że  nie.  Ale  miała  coś,  co  należało  do  mojej 

rodziny. - Zawahał  się, jakby  ważył  słowa. - Dostała tę połowę  Pine 
Cliff  w  efekcie  naszej  rozprawy  rozwodowej.  Nigdy  nie  lubiła  tego 
miejsca, ale nie chciała mi go odsprzedać za żadną cenę.

Claire nadal ściskała w ręku słuchawkę, jakby dodając sobie tym 

gestem otuchy.

- Z  pewnością  są  tu  do  kupienia  inne  posiadłości  w  o  wiele 

lepszym stanie.

background image

Przeszedł  po  pokoju  do  potrójnego  okna  z  widokiem  na  jezioro 

Superior.  Oparł  się  o  framugę  i  wbił  wzrok  w  wodę.  Claire 
przyglądała  mu  się  w  jasnym  świetle  popołudniowego  słońca.  Miał 
twarz anioła, lecz wiedziała, że dusza należy do diabła.

- Odziedziczyłem  ten  dom  po  babce - powiedział  w  końcu. -

Chciałbym go odzyskać.

Ta  nuta  cierpienia  w  jego  głosie  nie  mogła  przecież  być 

prawdziwa.  Na  pewno  chciał  tylko  wzbudzić  jej  współczucie.  Claire 
dobrze  pamiętała,  jak  Brooke z  płaczem  skarżyła  się  na  jego 
przewrotność  i  nikczemność.  Ona  jednak  nie  jest  tak  naiwna  i 
łatwowierna  jak  siostra.  Jeśli  ten  typ  sądzi,  że  będzie  nią 
manipulować, to się grubo myli.

Przybrała chłodną i wyniosłą postawę.

- Ja  jestem  wykonawcą  testamentu - oświadczyła  sucho. - Pine 

Cliff nie jest na sprzedaż.

Logan odwrócił się od okna i przyjrzał jej uważnie, dopiero teraz 

ją poznając.

- Claire?
- Tak.
- Masz  jasne  włosy,  ale  poza  tym  nie  widzę  żadnego 

podobieństwa  do  Brooke. - Kąciki  ust  uniosły  mu  się  w  uśmiechu, 
lecz  oczy  pozostały  chmurne. - Ile  miałaś  wtedy  lat,  trzynaście?  A 
czternaście,  kiedy  się  rozwodziliśmy?  Wyobrażam  sobie,  co  ci 
naopowiadano.

- Wiem wystarczająco dużo - ucięła szorstko.
- Zapewne nie warto niczego prostować - odrzekł powoli, z nutą 

rezygnacji w głosie. - Wersja Brooke musiała być... przekonująca.

- Mnie przekonała.
- Czy  planujesz  sprzedać  to  w  przyszłości? - spytał,  zmieniając 

temat.

- Planuję tu zostać - odparła krótko.

Stał  przed  nią  niczym  żywe  wcielenie  bohatera  reklamy 

telewizyjnej:  wysoki,  męski,  dobrze  zbudowany  i  ogólnie  rzecz 
biorąc, o wiele za przystojny. Jej siostra już przy pierwszym spotkaniu 
straciła dla niego głowę.

Uniósł brwi i spojrzał na nią uważnie.

- Trochę tu daleko od twojego eleganckiego świata, nie sądzisz?
- To nie twój problem.

background image

W lekkim uśmiechu Logana i kpiącym błysku w oczach kryło się 

wiele  dawnego  wdzięku,  lecz  nie  miała  zamiaru  mu  ulegać.  Jej 
przyspieszony  puls  był  wynikiem  zdenerwowania  i  napięcia,  a  nie 
reakcją na tembr jego głosu.

Nagle podszedł do biurka i zerknął na otwartą księgę rezerwacji.

- Sama tu wszystkim zarządzasz? - spytał z niedowierzaniem.
- Tak.
- Nie dasz rady.

Dokładnie  to  samo  powiedział  jej  były  narzeczony,  wyrażając 

przekonanie, że Claire nie poradzi sobie z wychowaniem trójki dzieci 
i  że  głupio  robi,  rezygnując  z  kariery.  No  ale  jego  tłumaczyło  to,  że 
starał się  ratować  swój plan zostania  protegowanym  i  dziedzicem  jej 
ojca.

Nagle poczuła gniew.

- Lepiej już idź - powiedziała. Logan potrząsnął głową.
- Powinienem był od razu rozpoznać styl bycia i maniery rodziny 

Worthów. - Podszedł  do  drzwi,  zawahał  się  i  rzucił  wizytówkę  na 
biurko. - Niedaleko pada jabłko od jabłoni.

- Wynoś się!

Usta skrzywiły mu się w grymasie uśmiechu, lecz oczy pozostały 

chłodne.

- Za miesiąc lub dwa będziesz miała wszystkiego dość. Będziesz 

marzyć,  żeby  sprzedać  ten  dom.  Nie  zawracaj  sobie  głowy 
pośrednikami,  tylko  zadzwoń  od  razu  do  mnie.  Oszczędzisz  sobie 
czasu i dostaniesz dobrą cenę.

Gdy  tylko  wyszedł,  zatrzasnęła  ciężkie,  dębowe  drzwi,  zasunęła 

zasuwę  i  wyjrzała  przez  okno.  Gdy  czarny  ford  terenowy  zniknął  na 
końcu  alei,  z  westchnieniem  opadła  na  skrzypiące  krzesło  obrotowe 
przy biurku.

W  powietrzu  wciąż  wisiał  lekki  zapach  drewna  sandałowego  i 

skóry,  przywołując  wspomnienie  dni,  kiedy  ten  mężczyzna  budził  w 
niej gwałtowne, gorące uczucia.

Jako  nastolatka,  zakochana  pierwszą  płomienną,  beznadziejną 

miłością,  uważała  chłopaka  swojej  starszej  siostry  za  wcielenie 
męskich  cnót.  Wysoki,  przystojny  i  dowcipny  mógł  z  łatwością  stać 
się  idolem  każdego  podlotka.  Serce  jej  topniało,  kiedy  się  śmiał, 
uwielbiała  zmarszczki,  jakie  się  tworzyły  w  kącikach  jego  oczu,  i 

background image

dołeczki w policzkach. On zawsze wichrzył jej włosy i przekomarzał 
się z nią, traktując jak młodszą siostrę.

Nadal  nie  pojmowała,  jakim  cudem  mogła  być  aż  tak  ślepa. 

Naturalnie,  była  wtedy  naiwną  smarkulą,  ale  jak  mogła  nie  dostrzec 
prawdziwej  natury  tego  człowieka?  Nigdy  w  życiu  nie  dała  się  tak 
zwieść.

Przeciągnęła  ręką  po  krótko  obciętych  włosach  i  wzięła 

wizytówkę Logana, by ją wrzucić do kosza. Kątem oka dostrzegła na 
niej  dopisek  i  zamarła:  Matthews  i  Wspólnicy,  Biuro 
Architektoniczne,  St.  Paul,  Minnesota.  A  pod  spodem  odręcznie 
napisany  numer  telefonu  i  miejscowy  adres,  niemal  zbieżny  z  jej 
własnym w Pine Cliff.

Tego  tylko  brakowało,  żeby  jednym  z  najbliższych  sąsiadów 

okazał  się  długoletni  wróg  jej  rodziny  i  na  dokładkę  potencjalny 
oszust.

background image

Rozdział 2

- Nie lubię ryby.
- To może mięso? Z pieczonymi kartoflami?
- Nie.
- Hamburgery?

Claire  patrzyła  na  stojącego  przed  nią  trzynastoletniego  tyrana, 

starając  się  ignorować  węża  malowniczo  zwisającego  mu  z  szyi. 
Wyzywający wzrok siostrzeńca wyraźnie mówił, po co Jason zarzucił 
sobie  na  ramię  Igora  i  dlaczego  gad  tak  łatwo  „uciekał"  z  terrarium. 
Claire, zdesperowana, spróbowała jeszcze raz.

- A co powiesz na hot dogi?

Jason z obrzydzeniem potrząsnął głową.

- Nasza  niania  nigdy  nie  dawała  nam  hot  dogów.  Mama 

zabroniła.

Rezygnując  z  dalszej  walki  z  chłopcem,  Claire  zwróciła  się  do 

pięcioletnich  bliźniaczek,  Annie  i  Lissy,  które  przycupnęły  na 
brzeżkach krzeseł przy stole, nastroszone i ciche jak dwie małe sówki.

- A wy, dziewczynki?

Spojrzały  na  nią  w  popłochu,  poruszyły  się  niespokojnie  i  obie 

naraz rzuciły pytające spojrzenie na brata, który zgromił je wzrokiem.

- Może  pójdziemy  na  pizzę? - Claire  aż  się  skurczyła,  słysząc 

swój  błagalny,  przymilny  ton.  Członkowie  zarządu  Zakładów 
Elektronicznych Wortha umarliby ze śmiechu.

- Dobrze! - zgodziły się dziewczynki unisono i oczy zabłysły im 

z radości.

Żadna nie odważyła się choćby zerknąć na brata, którego posępna 

mina mówiła sama za siebie, co myśli o ich zdradzie.

- Doskonale. - Claire  przygwoździła  Jasona  zdeterminowanym 

spojrzeniem. - Umieram z głodu, a ty?

Ociągając  się,  chłopiec  odniósł  węża  do  terrarium  i  wyszedł  za 

Claire i dziewczynkami. Słyszała, jak wlecze się po żwirowej ścieżce 
w stronę samochodu, wzdychając ciężko. Usiadł jak zwykle na tylnym 
siedzeniu i zapadł w uparte milczenie.

Zapinając  pas,  Claire  odwróciła  się  do  niego  przez  ramię  i 

zapytała:

- Wybierzemy się po powrocie na spacer do lasu? Może uda nam 

się zobaczyć jelenia.

Jason odsunął się w najdalszy kąt samochodu i wydął wargi.

background image

- Muszę odrobić lekcje - burknął.
- Już masz coś zadane? W pierwszym tygodniu szkoły?
- Mam  mnóstwo  roboty.  Muszę  wracać  prosto... - zawahał  się, 

jakby to słowo nie chciało mu przejść przez gardło - do domu.

- A wy, dziewczynki? Macie ochotę na małą wycieczkę?

Bliźniaczki wymieniły zaniepokojone spojrzenia.

- A są tam niedźwiedzie? - spytała Annie, okręcając jasny loczek 

wokół palca. - Jason mówi, że są.

- Nie  widziałam  tam  żadnych  niedźwiedzi - zaprzeczyła  Claire 

stanowczo. - A gdyby jakiś  się  znalazł,  to  go przepędzę. Niniejszym 
ogłaszam  zakaz  wstępu  na  teren  Pine  Cliff  wszystkiemu,  co  gryzie  i 
ryczy.

- Ale jednak grasują tam niedźwiedzie - mruknął Jason z uporem.

- Zwłaszcza  w  nocy.  Sam  słyszałem,  jak  próbują  się  dobrać  do 
pojemników ze śmieciami. W lesie są też wilki, lisy i kojoty.

- Wszystko to w jednym Pine Cliff? Nie wiedziałam, że nasz las 

ma  takie  powodzenie.  Może  należałoby  wprowadzić  rezerwację 
miejsc.

Dziewczynki  nagrodziły  ją  nieśmiałym  uśmiechem,  Jason 

zachował  ponurą  twarz.  Claire  przyrzekła  sobie  przeczytać  jeszcze 
tego  wieczoru  przed  snem czwarty  rozdział  książki  pod  tytułem: 
„Rodzice  doskonali - jak  sprostać  zadaniu".  Może  znajdzie  jakąś 
informację lub wskazówkę, która jej pomoże.

- Na  pewno  było  ci  bardzo  ciężko  rozstać  się  ze  starymi 

przyjaciółmi  w  Minneapolis,  Jason - zaczęła  Claire  ostrożnie, 
zatrzymując się na skrzyżowaniu lokalnej alei z szosą. - Może miałbyś 
ochotę tu kogoś zaprosić?

- Kto chciałby tu przyjechać?
- Może któryś z kolegów?
- Uhm...

Lissa wychyliła się w siedzeniu.

- Ale mama na to nie pozwala... nie pozwalała - poprawiła się. -

Bo robimy za dużo hałasu.

Ręce Claire znieruchomiały na kierownicy.

- Na co mama nie pozwalała, kotku?
- Na  przyjaciół.  Chyba  że  byliśmy  sami  z  nianią.  Słowa 

dziewczynki brzmiały smutno i poważnie, lecz Claire jakoś nie mogła 

background image

wyobrazić  sobie  beztroskiej  Brooke  w  roli  surowej  matki.  Po  prostu 
nie mieściło jej się to w głowie. Chcąc ukryć zdumienie, zażartowała:

- Czy  kto  kiedy  słyszał,  żeby  dzieci  robiły  jakiś  hałas?  No  co, 

Jason, chcesz kogoś zaprosić do siebie na weekend?

Widząc  brak  zainteresowania  ze  strony  chłopca,  westchnęła  z 

rezygnacją,  przepuściła  samochód  i  wyjechała  na  szosę.  Jak  się 
dociera  do  zamkniętego w  sobie,  pełnego  buntu  i  rozpaczy 
trzynastolatka?  Z bliźniaczkami udało jej się już trochę zaprzyjaźnić, 
Jason jednak skutecznie odpierał wszystkie jej wysiłki.

Czas leczy rany, powtórzyła sobie w duchu. Nie poddam się tak 

łatwo.

Jadąc,  złapała  się  na  tym,  że  odczytuje  numery  domów  na 

skrzynkach  pocztowych  przy  drodze.  Miała  nadzieję,  że  posiadłość 
Logana  będzie  leżeć  dalej,  niżby  na  to  wskazywał  skreślony  na 
wizytówce adres. Odetchnęła z ulgą, kiedy nigdzie nie wypatrzyła ani 
jego numeru, ani nazwiska. Może coś jej się pomyliło? Ale to i tak nie 
miało  znaczenia.  North  Woods  to  rozległy,  dziki  teren.  Ona  i  Logan 
mogą już nigdy się nie spotkać.

W każdym razie, jeśli ona zobaczy go pierwsza, to do spotkania 

nie dojdzie.

Dwie  godziny  później  Claire  parkowała  swój  samochód  z 

powrotem w Pine Cliff. Dzieci, najedzone po uszy pizzą pepperoni z 
podwójną warstwą sera, całą drogę powrotną siedziały cicho.

- Kto z was ma ochotę na małą przechadzkę? - zapytała wesoło, 

automatycznie  zamykając  samochód  na  klucz,  kiedy  już  wszyscy 
wysiedli.

Spojrzała  na  kluczyki  w  zaciśniętej  ręce,  a  potem  ogarnęła 

wzrokiem  las  otaczający  dom  z  trzech  stron.  Od  wschodu  aż  po 
horyzont  ciągnęła  się  niezmierzona  tafla  jeziora.  Cisza  i  spokój  tego 
miejsca aż dzwoniły w uszach.

To  nie  Nowy  Jork,  gdzie  złodzieje  tylko  czyhają  na  okazję,  a 

zostawienie  otwartego  samochodu  równa  się  zaproszeniu  do 
kradzieży. To nie Nowy Jork, gdzie szum aut i odgłosy anonimowego 
tłumu stają się nieodłącznymi towarzyszami życia.

Schowała  kluczyki  do  kieszeni,  czując  się  nagle  samotnie  i 

nieswojo, po czym skierowała wzrok na rząd piętnastu malowniczych 
domków  nad  jeziorem,  przy  których  stały  samochody  gości.  Nad  jej 

background image

głową skrzeczały mewy, fale jeziora z pluskiem rozbijały się o brzeg. 
Wcale nie było tak cicho. Zerknęła na dzieci.

I wcale nie była samotna.

- Dlaczego musieliśmy przeprowadzić się właśnie tutaj? - spytał 

Jason,  wysyłając  kopniakiem  kawałek  żwiru  na  drugą  stronę 
podjazdu. Podniósł głowę z wyrazem buntu na twarzy. - Dlaczego nie 
zamieszkaliśmy w Nowym Jorku?

Ponieważ chciałam was uchronić przed samotnym dzieciństwem, 

jakie  było  moim  udziałem,  odpowiedziała  mu  w  myślach.  Wy 
będziecie mieć prawdziwą rodzinę.

Jej  ojciec  i  matka  oddali  swoje  obowiązki  rodzicielskie  w  ręce 

płatnych  opiekunek  na  długo  przed  rozwodem,  który  nastąpił,  gdy 
Claire miała dwanaście lat. Brooke była już wtedy w college'u, szybko 
wyszła  za  mąż  i  nigdy  nie  wróciła  do  domu.  Ona sama  natomiast 
wylądowała w ekskluzywnej szkole z internatem, której nienawidziła 
od pierwszego do ostatniego dnia.

A  teraz  jej  ojciec  znów  obstawał,  aby  jego  jedyny  wnuk

kontynuował  rodzinną  tradycję  i  pobierał  nauki  w  renomowanej 
szkole z internatem dla chłopców, chociaż Claire stanowczo się temu 
przeciwstawiała.  Po  wielu  zażartych  walkach  i  dyskusjach  każde 
pozostało  przy  swoim  zdaniu,  lecz  dzieląca  ich  obecnie  odległość 
półtora  tysiąca  kilometrów  powinna  przynajmniej  ograniczyć  te 
kłótnie do telefonu i faksu.

Claire poszukała w myślach jakiegoś wyjaśnienia dla Jasona.

- W Nowym Jorku nie mógłbyś mieć ani Igora, ani psa, ani kota. 

W budynku, w którym mieszkałam, nie wolno było trzymać zwierząt.

- Mógłbym je przemycić - oświadczył chłopiec hardo.
- Nie znasz naszego dozorcy. - Claire podniosła oczy. - Może się 

przy nim schować najlepszy detektyw.

- Więc mogliśmy zostać w Minneapolis.

Dziewczynki  rzuciły  spłoszone  spojrzenie  na  brata  i  przysunęły 

się  bliżej  do  Claire.  Bez  trudu  odgadła,  o  czym  myślą.  Zanim 
odnaleziono  testament  Brooke  i  uporządkowano  wszystkie  sprawy, 
dzieci  przebywały  u  swojej  babki  ze  strony  matki,  w  jej  zamkniętej
posiadłości  w  Wayzata.  Zapewne  pamiętały  panujący  tam  rygor, 
zimną atmosferę i surowe wymogi dobrego sprawowania.

- Tu nam będzie przyjemniej, nie uważacie? - spytała.

background image

Twarz Jasona wyrażała mieszane uczucia. Czyżby dojrzała na niej 

strach? Nie, to niemożliwe.

- To co, idziemy na spacer? - Claire uśmiechnęła się zachęcająco.

Jason mruknął coś niechętnie pod nosem, odwrócił się na pięcie i 

skierował  do  domu.  Po  chwili  wahania  dziewczynki  wzięły  ją  z  obu 
stron za ręce i cała trójka ruszyła do lasu.

W powietrzu unosił się już lekki, wrześniowy chłód, zwiastujący 

nadejście  jesieni.  Claire  wciągnęła  głęboko  rześki,  sosnowy  aromat. 
Na  lewo,  zachodzące  słońce  kładło  się  jasną  smugą  na  łagodnych 
falach  jeziora  Superior.  Gdy  roześmiała  się  głośno  z  radości, 
bliźniaczki spojrzały na nią ze zdumieniem.

- Prawda,  jak  tu  pięknie? - Obdarzyła  je  promiennym 

uśmiechem. - Nigdy  nie  byłam  w  północnej  Minnesocie  o  tej  porze 
roku. Prognozy pogody mówią, że możemy spodziewać się tej jesieni 
wyjątkowej feerii barw.

Dziewczynki  skinęły  z  powagą  głowami;  szły  grzecznie  obok 

niej,  kopiąc  ziemię  czubkami  jednakowych  różowych  adidasów. 
Kiedy cała trójka minęła ostatni domek, Claire przyklękła i przytuliła 
je do siebie. Instynktownie  zesztywniały, ale przytrzymała  je jeszcze 
chwilę w objęciach i dopiero potem wstała.

- No więc, panienki, gdzie chcecie teraz iść? Na brzeg jeziora czy 

w  stronę  szosy? - Ściszyła  głos,  dodając  konspiracyjnym  szeptem: -
Może uda nam się wypatrzyć w lesie jelenia.

Annie wbiła wzrok w czubek buta.

- Nigdy nie widziałam jelenia, chyba że w zoo.
- No to chodźmy się rozejrzeć. - Claire wzięła je znów za ręce.

Ruszyły  leśną  drogą  pośród  wiekowych  sosen,  pod  którymi 

rozciągał  się  kobierzec  z  brązowozłocistych  igieł,  przetykanych 
gdzieniegdzie  kępami  traw  i  polnych  kwiatów.  Przyćmione  światło  i 
ciężka  woń  kadzidła  nasunęły  Claire  na  myśl  wspaniałą  gotycką 
katedrę pogrążoną w nabożnej ciszy pod niebieskim sklepieniem.

- Pięknie tutaj, prawda? - zwróciła się do dziewczynek.

Ścisnęły  ją  mocniej  za  ręce,  lecz  nie  odpowiedziały.  W  ciągu 

całego miesiąca, jaki z nią spędziły, ani razu nie wspomniały o śmierci 
rodziców  ani  o  zmianach,  jakie  zaszły  w  ich  życiu  od  tej  strasznej 
chwili. Nie otworzyły się przed nią, żeby okazać smutek, jaki musiał 
je gnębić.

background image

Czy powinna poruszyć ten bolesny temat, czy też czekać, aż same 

to zrobią? Z całego serca pragnęła im pomóc, ale nie wiedziała jak.

Między  drzewami  ukazała  się  łąka,  otoczona  wysokimi  sosnami 

niczym kordonem wartowników. Podeszły bliżej.

- Wygląda jak miejsce, w którym spotykają się wróżki, prawda? -

szepnęła Claire.

Annie kiwnęła główką.

- Na  pewno  tańczą  tu  w  nocy - powiedziała,  ale  jej  buzia 

pozostała smutna.

Claire zdała sobie sprawę, że dziewczynki są zbyt przygnębione, 

żeby cieszyć się tym spacerem i pięknem, jakie je otacza.

- Może chcecie porozmawiać o mamie i tacie? - spytała łagodnie, 

ściskając je mocniej za ręce. - Bardzo za nimi tęsknicie? Możecie mi 
powiedzieć o wszystkim, to przynosi ulgę.

Lissa  spuściła  nisko  główkę,  gdy  tymczasem  Annie  spojrzała  na 

Claire z wyrazem takiego bólu w oczach, że tej ścisnęło się serce.

- Ale  ty  płaczesz,  kiedy  się  o  tym  mówi.  A  jeśli...  jeśli 

będziemy...

Lissa wyrwała jej rękę i odwróciła się gwałtownie do Annie:

- Nie! Nic nie mów!

Dobry  Boże,  co  złego  zrobiłam? - pomyślała  z  rozpaczą  Claire, 

przeklinając swój brak doświadczenia. Uklękła na ziemi, przyciągając 
dziewczynki do siebie.

- Lissa, Annie, powiedzcie mi, o co chodzi.

Lissa rzuciła siostrze ostrzegawcze spojrzenie. Ta milczała przez 

chwilę  z  wahaniem,  a  potem  pociągnęła  nosem  i  wtuliła  twarz  w 
rękaw Claire.

- Kiedy  mówimy  o  mamie,  zaczynasz  płakać.  A  jeśli...  jeśli 

będziemy  cię  martwić,  to  możesz...  możesz... - Gwałtowne  łkanie 
wstrząsnęło jej chudymi ramionkami.

Claire,  zrozpaczona  i  bezradna,  przytuliła  dziewczynki  jeszcze 

mocniej.

- Tak  bardzo  was  kocham - szepnęła  i  dwie  zdradzieckie  łzy 

zawisły jej na rzęsach.

- Widzisz, widzisz, co zrobiłaś?! - krzyknęła histerycznie Lissa.

Zamachnęła  się,  żeby  przyłożyć  siostrze  pięścią,  lecz  Claire 

delikatnie  przytrzymała  jej  rękę  w powietrzu.  Annie  stała  bez  ruchu, 
niczym święta przed egzekucją, gotowa ze stoickim spokojem przyjąć 

background image

karę. Kiedy  się  w  końcu  odezwała,  w jej drżącym  głosiku  zabrzmiał 
ton rezygnacji.

- Możesz  nas  odesłać  z  powrotem  do  babci  i  prababci,  jeśli 

będziemy  cię  martwić  i  sprawiać  ci  kłopot - wyszeptała  ledwo 
słyszalnym głosem.

Przeklęte  baby.  Chłodna,  arystokratyczna  matka  Claire  i  równie 

wyniosła  babka  były  na  pewno  ulepione  z  tej  samej  gliny.  Nic  więc 
dziwnego,  że  ojciec  przed  laty  uciekł  aż  do  Nowego  Jorku.  Mogła 
sobie  z  łatwością  wyobrazić,  jak  mówią  do  dziewczynek:  „Płacz  nic 
nie  pomoże.  Usiądźcie prosto  i  jedzcie  obiad".  Próżno  by  po  nich 
oczekiwać jakiegoś serdecznego gestu.

Bóg  świadkiem,  ile  razy  w  dzieciństwie  jej  uczucia  też 

ignorowano.  Nie  powinno  się  było  dopuścić,  aby  dzieci  spędziły  w 
tym domu choćby parę dni, a co dopiero pięć długich miesięcy.

Bliźniaczki  wlepiły  w  nią  przestraszony  wzrok,  jakby  oczekując 

wyroku.  Claire  pogładziła  je  delikatnie  po  jasnych  główkach  i 
pocałowała jedną i drugą w policzek.

- Płaczę, bo mi was żal. I samej mi smutno, bo wasza mama była 

moją siostrą. Płacz to nic złego.

Annie przysunęła się bliżej i wtuliła mokrą od łez twarz w szyję 

Claire. Lissa ociągała się chwilę, badając dużymi niebieskimi oczami 
reakcję ciotki.

- Mój dom  zawsze będzie waszym  domem - powiedziała  Claire 

ciepło. - Przysięgam.  Z  ręką  na  sercu. - I  dodała  z  uśmiechem: - W 
każdym razie, dopóki nie dorośniecie i same nie będziecie chciały się 
wyprowadzić. Umowa stoi?

- Stoi - odpowiedziały unisono.

Wtuliły się w nią mocniej, jak dwa bezdomne rozbitki, szukające 

schronienia.  Claire  poczuła  wielki  przypływ  czułości.  Wiedziała,  że 
zrobi  wszystko,  co  w  jej  mocy,  żeby  zapewnić  dzieciom  spokój  i 
bezpieczeństwo.

Gdzieś  w  pobliżu  skrzypnęły  zawiasy,  jakby  ktoś  otworzył 

metalową  furtkę.  Claire  zerwała  się  na  równe  nogi  i  rozejrzała  po 
lesie.  Niepostrzeżenie  zaczaj  zapadać  zmrok  i  gęstwina  drzew  nagle 
wydała  jej  się  złowroga.  Wokół  drogi  znajdowały  się  jeszcze  inne 
posiadłości,  ale nie były zamieszkane  i nie zdążyła dotąd  poznać  ich 
właścicieli.

background image

Poczuła  się  nieswojo  i  zaczęła  sobie  wyrzucać,  że  poszła  z 

dziewczynkami wieczorem tak daleko w las.

- Wracajmy - zarządziła. - Robi  się  późno.  Zdążyły  ujść  kilka 

kroków, kiedy usłyszały inny niespodziewany dźwięk: odgłos silnika. 
Z  bocznej  drogi  zza  drzew  wysunął  się  czarny  ford  terenowy, 
skręcając w stronę szosy. Claire stanęła jak wryta: Logan Matthews.

Samochód  też  stanął,  cofnął  się  i  skręcił  w  drugą  stronę.  Jechał 

teraz w ich kierunku. Zdenerwowana Claire chwyciła dziewczynki za 
ręce.  Pojazd  zatrzymał  się  kilka  metrów  przed  nimi,  zaciemniona 
boczna szyba uchyliła się na dwa palce i głos ze środka powiedział:

- Nie chcę być nieuprzejmy, ale to teren prywatny, zamknięty dla 

turystów.

Claire, nie namyślając się wiele, zostawiła dziewczynki na skraju 

drogi i dwoma susami znalazła się przy samochodzie. Chwyciła ręką 
za  klamkę  i  ostro  zapukała  w  domykającą  się  szybę.  Praca  w  firmie 
nauczyła  ją,  jak  radzić  sobie  z  mężczyznami  i  wiedziała,  że 
pozostawienie  tego  bez  odpowiedzi  byłoby wielkim  błędem.  Takie 
typy jak Logan ustępliwość tylko rozzuchwala.

- Nie jesteśmy turystami. I to ty jesteś na moim terenie.
- Claire?

Logan  Otworzył  drzwiczki  i  nie  spiesząc  się,  wysiadł.  Stanął  po 

drugiej stronie samochodu i przyjrzał się jej uważnie.

- Nie poznałem cię po ciemku...

Skierował  wzrok  na  dziewczynki,  które  przydreptały  za  nią  jak 

gąski za panią matką.

- I do tego z dziećmi - dokończył.

W  jego  oczach,  chmurnych  od  zadawnionych  urazów  i 

skrywanych 

tajemnic, 

błyszczało 

także 

czysto 

męskie 

zainteresowanie.  Z  innym  mężczyzną,  w  innych  okolicznościach 
mogłaby ulec drżeniu własnego serca i pokusić się o danie szansy tej 
znajomości. Ale to był Logan Matthews!

- Dzieci jest troje, jeśli chodzi o ścisłość - zaznaczyła, pewna, że 

zgasi tym jego zainteresowanie. - Chłopiec został w domu.

Posłał jej spojrzenie świadczące o tym, że zrozumiał jej intencję, i 

uśmiechnął się do Annie i Lissy. Dziewczynki schowały się za Claire.

- Słupek graniczny jest ukryty tam,  w trawie. - Wskazał gestem 

na łąkę, z której wracały.

Claire zesztywniała.

background image

- Bardzo...  bardzo  mi  przykro.  Po  przyjeździe obejrzałam  teren 

posiadłości  dość  pobieżnie,  i  to  w  deszczu.  Myślałam,  że  linia 
graniczna biegnie dalej. - Nagle uderzyła ją straszna myśl. - Chyba tu 
nie mieszkasz?

- Jak  najbardziej.  Zaprojektowałem  swój  dom  dawno  temu,  ale 

dopiero  tego  lata  udało  mi  się  skończyć  budowę.  Na  wiosnę 
przyszłego roku mam zamiar przenieść tu pracownię.

Jako  architekt  mógł  naturalnie  pracować  w  dowolnym  miejscu. 

Co znaczyło, że będzie  się tu plątać pod  bokiem przez  okrągły rok -
on,  Logan,  żywe  wspomnienie  gorzkiego  zawodu,  jakiego  doznała 
Brooke i cała jej rodzina.

Ze  ściśniętym  sercem  Claire  szukała  odpowiednich  słów,  by 

przerwać niezręczne milczenie.

- Ty i twoja żona musicie mieć piękny dom - wyjąkała w końcu.
- Nie  mam  żony - wyjaśnił. - Staram  się  nie  powtarzać  raz 

popełnionych błędów.

Ten przytyk pod adresem jej siostry nie mógł mu ujść na sucho.

- Wobec tego kobiety na całym świecie mogą odetchnąć z ulgą -

odrzekła ostro.

Odrzucił  głowę  do  tyłu  i  roześmiał  się,  błyskając  w  półmroku 

bielą zębów.

- Punkt dla ciebie, Ginewro.

Jego  śmiech  i  ten  królewski  przydomek,  jaki  jej  niegdyś  nadał, 

znów przywołały falę wspomnień.

Przyjrzała  mu  się  z  nowym  zaciekawieniem.  Lata  dojrzałe  mu 

służyły:  nieco  głębsze  zmarszczki  wokół  oczu  nic  nie  straciły  z 
dawnego  uroku,  a  przedwcześnie  posiwiałe  skronie  dodawały  mu 
tylko powagi.

- Posłuchaj - powiedział - wprawdzie  zniechęcam  do  tego 

turystów,  ale  ty  z  dziećmi  możecie  spacerować  po  moim  terenie  do 
woli, dopóki tu będziecie.

- Dopóki  tu  będziemy? - Jej  chwilową  przychylność  zastąpiła 

irytacja. - Widzę, że w młodości byłam bardzo naiwna. Sądziłam, że 
masz trochę oleju w głowie.

- Bo mam - uśmiechnął się kątem ust.
- Więc  przyjmij  do  wiadomości,  że  nie  zamierzamy  się  nigdzie 

wyprowadzać.  Zostajemy  w  Pine  Cliff.  To  wymarzone  miejsce  dla 
dzieci.

background image

- Prędzej czy później zaczniesz się tu nudzić. Albo nawet bać w 

tym pustym domu, otoczonym gęstymi lasami. Uwierz mi, proszę.

- A  to  ciekawe! - prychnęła. - Mam  ci  uwierzyć?  Brooke 

odebrała niezłą lekcję, czym się to kończy, nie sądzisz?

- Sądzę, że to raczej ja dostałem nauczkę. I to taką, której wolę 

nie  pamiętać. - Zacisnął  zęby  i  odwrócił  głowę  w  stronę  lasu.  Po 
chwili milczenia wrócił wzrokiem do Claire. - Mam jednak także parę 
miłych  wspomnień...  O  uroczej  dziewczynce  w  kucykach,  która 
zwierzała mi się ze swoich tajemnic i mówiła, że jestem jej księciem z 
bajki. Obiecała nawet, że kiedyś mnie poślu...

- Byłam  wtedy  głupią  smarkulą. - Claire  czuła,  że  robi  się 

czerwona jak piwonia. - Wyobraźnia panienek w tym wieku płata im 
różne figle.

- Z  pewnością. - Logan  mrugnął  do  bliźniaczek  i  podjął 

rozmowę, tym razem poważnie. - Mam dla ciebie propozycję. Dam ci 
za  twoją  połowę  Pine  Cliff  dwadzieścia  pięć  procent  powyżej  ceny 
rynkowej.  Możesz  nawet,  jeśli  chcesz,  zostać  tu  z  dziećmi  aż  do 
wiosny.

Claire nie kryła zdumienia.

- Składasz  taką  ofertę  za  mały  ośrodek  wypoczynkowy  ledwo 

wiążący koniec z końcem?

- Nie każdy dostaje w życiu wszystko na srebrnej tacy, tak jak ty

- powiedział z sarkazmem. - To miejsce coś dla mnie znaczy. Ale i tak 
nie zrozumiesz.

- Myślisz,  że... - To  on  nic  nie  rozumie.  Odchrząknęła  i 

dokończyła  bezradnie: - Nawet  nie  wiesz,  jakie  gorzkie  bywa  takie 
życie.

- Srebrna zastawa wyszła ci bokiem? - zapytał drwiąco.

Nie wiedziała, śmiać się czy płakać z takiej konkluzji.

- Mówiliśmy  o  Pine  Cliff.  Nic  z  tego  nie  będzie,  ale  ciekawa 

jestem, co byś zrobił, gdybyś miał cały teren?

- Kazałbym wszystko wyburzyć.
- I postawić luksusowe wieżowce? - spytała z niesmakiem.
- I zostawić dziką przyrodę i drzewa.
- Chwalebny pomysł, ale nie sprzedam ośrodka. To moje źródło 

utrzymania.  Wyjechałam  z  Nowego  Jorku  w  dość  burzliwych 
okolicznościach i nie zamierzam tam wracać.

background image

- Zawsze  możesz  pogodzić się z ojcem... Bo chyba o to chodzi, 

prawda?

A jednak się zmienił. Choć jego uśmiech nadal był zniewalający, 

jego  dawny  entuzjazm  i  wdzięk  przybrały  irytującą  postać  uporu  i 
braku taktu.

- Nie ma takiej możliwości - odparła chłodno.

Patrzył na nią bez słowa. Odpowiedziała mu hardym wzrokiem i 

nagle  zobaczyła  w  jego  zachmurzonych  oczach  coś  jeszcze  oprócz 
gniewu. Zobaczyła ból i żal - lecz ten wyraz znikł tak szybko, że nie 
była pewna, czy się nie pomyliła.

Mimo  wszystko  jednak  jej  niezachwiana  pewność  co  do 

wydarzeń z przeszłości nieco osłabła. Co naprawdę zaszło przed laty 
między jej siostrą i Loganem? Czy rzeczywiście był aż tak podły, jak 
siostra twierdziła?

Na  strychu  stały  niezliczone  pudła  z  rzeczami  Brooke.  Może 

kryje  się  w  nich  prawda  nieco  inna  niż  ta,  w  którą  dotąd  wierzyła? 
Claire  postanowiła,  że  gdy  tylko  znajdzie  trochę  czasu,  zacznie 
przeglądać ich zawartość.

Annie pociągnęła ją nagląco za pasek od spodni.

- Chodźmy już!
- Dobrze, chodźmy - zgodziła się Claire i odwróciła z uśmiechem 

do bliźniaczek.

- Jeszcze  się  zobaczymy - powiedział  na  pożegnanie  Logan, 

cicho, lecz z naciskiem.

Kątem  oka  widziała,  jak  odjeżdża  leśną  drogą,  zostawiając  za 

sobą smugę pyłu. Poczuła w sercu dziwną pustkę.

Las  dzwonił  ciszą.  Wielkie  sosny  zdawały  się  teraz  czaić  w 

ciemności jak groźne widma nocy.

- Wracajmy do domu. - Claire wzięła dziewczynki mocno za ręce 

i  stanowczym  krokiem  ruszyła  przed  siebie. - Zobaczymy,  czy  wasz 
brat zdążył odrobić lekcje.

Całą  drogę  powrotną  dręczyło  ją  pytanie,  czy  rzeczywiście 

widziała ból w oczach Logana, mężczyzny, którego uznała niegdyś za 
niezłomnego.

Jason wspiął się na wysoką granitową półkę wiszącą nad jeziorem 

Superior  i  wystawił  spoconą  twarz  na  chłodny  powiew  wiatru  idący 
od  wody.  Ciotka  Claire  i  dziewczynki  wkrótce  wrócą  ze  spaceru, 

background image

kuchnia wypełni się zapachem prażonej kukurydzy, Gilbert będzie stał 
przy drzwiach, domagając się wyjścia na dwór.

Jason jednak nie mógł wrócić do domu. Jeszcze nie teraz, jeszcze 

nie teraz...

Fale rozbijały się o ścianę skalną pod jego stopami i z łagodnym 

pluskiem wracały w głąb jeziora, a nad jego głową, na tle wieczornego 
nieba, krążyły leniwie mewy.

Czekały na poczęstunek - kawałek chleba, resztkę hot doga - ale 

nie miał czasu nic zabrać z kuchni. Za bardzo się spieszył. Ucieczka z 
domu była ważniejsza niż zaopatrzenie się w pokarm dla ptaków.

Musiał  czym  prędzej  się  stamtąd  wydostać - nie  mógł  znieść 

uczucia, że jest śledzony. Cały dom był nafaszerowany tysiącem oczu. 
Oczu, które uważnie go obserwowały. I czekały.

Bardzo chciałby uwierzyć w to, że „oni"  za nim nie przyjechali, 

że jest bezpieczny. Ale to była nieprawda.

Widział  znajome  szare  auto  krążące  po  mieście  i  to  samo  auto 

później  na  terenie  ośrodka.  Przez  parę  minut  stało  na  końcu  alei, 
potem wolno odjechało. Czy to byli właśnie „oni"?

Tamtej  strasznej  nocy  słyszał  głosy  tych  mężczyzn,  ale  nie 

widział  ich  twarzy.  Odtąd  wstrzymywał  oddech  na  widok 
nieznajomych.

A gdy w końcu zobaczył w Pine Cliff ten samochód, serce stanęło 

mu w piersi.

„Jeśli  pójdziesz  na  policję,  oni  cię  dopadną.  Ciebie  i  twoje 

siostry"...

Ostatnie  słowa  ojca  wciąż  brzmiały  mu  w  uszach,  stanowiąc 

groźne  ostrzeżenie,  które  nie  dawało  mu  spać  i  trzymało  go  w 
nieustannym napięciu.

Gdyby  był  dość  dzielny,  mógłby  powstrzymać  to,  co  się 

wydarzyło  tamtej  nocy.  Gdyby  był  silniejszy,  on  i  dziewczynki  nie 
straciliby wszystkiego na świecie.

Wbił wzrok w linię horyzontu, gdzie woda i niebo stapiały się w 

jedno  w  szarości  wieczoru.  Żałował,  że  nie  może  jak  mewy  dać  się 
unieść  na  fali  i  zniknąć  we  mgle.  Uciekłby  daleko  stąd,  daleko  od 
strachu i rozpaczy, które przygniatały  mu pierś ogromnym  ciężarem. 
Tak  ogromnym,  że  z  wysiłkiem  oddychał,  a  nogi  miał  ciężkie  jak  z 
ołowiu.

background image

A co najgorsze, wiedział, że to uczucie nigdy nie minie. Chyba że 

w chwili, kiedy już będzie za późno.

Opadł  na  kolana  i  niemal  z  ulgą  poczuł  ostre  krawędzie  skały 

wbijające  się  w  skórę.  Ten  ból  był  czymś  realnym,  nad  czym  mógł 
zapanować. Z jego  piersi wyrwało się głębokie  westchnienie, spuścił 
nisko  głowę  i  teraz,  nareszcie  sam,  z  dala  od  domu,  przestał 
wstrzymywać gorący strumień łez.

background image

Rozdział 3
Logan stał przy oszklonej ścianie swojego nowego domu i patrzył 

na białe grzywy na stalowych falach jeziora. Za wysoką szklaną taflą 
ciągnął  się  malowniczy  widok  na  najpiękniejszy  fragment  wybrzeża 
między Duluth a granicą z Kanadą.

To mu jednak nie wystarczało.
Lata  temu  zachłanność  i  wściekłość  Worthów  pozbawiła  go 

połowy Pine Cliff. Chciał ją odzyskać. Chciał mieć na własność cały 
teren - to  była  jego  rodzinna  posiadłość,  ukochana  przez  babkę  i 
prababkę, jedyny dom, jaki kiedykolwiek miał.

Był mu potrzebny do zrealizowania marzeń.
Myślał,  że  wystarczy  porozumieć  się  z  wykonawcą  testamentu 

Brooke.  Nie  sądził,  aby  Worthom  zależało  na  tym  skrawku  ziemi  w 
północnej  Minnesocie.  Parę  przycupniętych  nad  jeziorem  domków  i 
stary wiktoriański dom nie pasowały do ich nowoczesnego stylu.

Odkrycie,  że  zamieszkała  w  nim  młodsza  siostra  Brooke, 

stanowiło dla niego prawdziwą niespodziankę. Przez te wszystkie lata 
mała  zdążyła  wydorośleć  i  przyswoić  sobie  arogancki,  pełen 
wyższości  ton  rodziny  Worthów.  Lecz  chyba  nie  do  końca  była 
ulepiona z jednej gliny. Widział, z jaką miłością odnosiła się do swych 
córeczek.  Pod  płaszczykiem  wyniosłości  i  opanowania  kryło  się 
miękkie  i  czułe  serce - najwyraźniej  wina  jakiegoś  błędu 
genetycznego.

Przy  ich  drugim  spotkaniu  usłyszał  ostrzegawczy  dzwoneczek: 

może  sprawił  to  kontrast  między  burzą  jej  jasnych  włosów,  które  aż 
się  prosiły  o  pieszczotę,  a  chłodnym  tonem,  który  radził  się  nie 
zbliżać?

Opadł  na  beżowy,  skórzany  fotel  przed  kominkiem  i  sięgnął  po 

projekt  Wickham  Towers.  Przywiózł  go  z  sobą - było  to  przyszłe 
nowe  centrum  handlowe  i  kompleks  biurowców - żeby  nad  nim 
popracować w zaciszu domu. Jego wspólnik, Harold, zajmował się w 
tym  czasie  bieżącymi  sprawami  w  ich  biurze  projektowym  w  Saint 
Paul.  Logan  patrzył przez  chwilę  na  taniec  płomieni  ślizgających  się 
po sosnowych kłodach, a potem zaczął przeglądać rysunki.

Nie  mógł  się  jednak  skupić  na  pracy.  Ciągle  miał przed  oczami 

obraz Claire otwierającej  mu drzwi  w Pine Cliff.  Na jej widok  serce 
zabiło  mu  żywiej  i  oblała  go  fala  ciepła.  Miał  nadzieję,  że  tego  nie 
zauważyła. W trakcie transakcji handlowej nie ma miejsca na podobne 

background image

reakcje.  Zwłaszcza  kiedy  się  ma  do  czynienia  z  kimś  z  rodziny 
Worthów.

Claire może i była kochającą  matką, ale kobieta spokrewniona z 

Brooke nie może mieć więcej głębi niż letnia kałuża. Tak czy owak, 
po pierwszym większym sztormie ucieknie z dziećmi na południe. Do 
połowy listopada już jej tu nie będzie.

Ta  myśl  sprawiła  mu  satysfakcję - ale  czemu  poczuł  przy  tym 

jakby domieszkę żalu?

Zaklął  cicho  pod  nosem  i  wstał.  Kierując  myśli  na  inne  tory, 

rozejrzał się uważnie po swoim nowym domu, okiem znawcy szacując 
jego wady i zalety.

Przestrzenne,  pełne  światła  pokoje  zaprojektowane  były 

nowocześnie  i  z  rozmachem,  zaś  belkowany  sufit  surowym, 
grubociosanym  drewnem  nawiązywał  do  otaczających  lasów.  Ale  to 
wnętrze jeszcze mniej przypominało dom niż jego ascetyczne biuro w 
Saint  Paul.  W  powietrzu  czuć  było  wilgotny  tynk  i  świeżą  farbę,  z 
sypialni  na  górze  dochodził  chemiczny  zapach  nowo  położonej 
wykładziny podłogowej.

Śnieżnobiałe ściany wyglądały sterylnie i zimno.
Będzie  musiał  zaangażować  dekoratora  wnętrz,  żeby  powiesił 

jakieś  kolorowe  obrazy  i  zrobił,  co  należy,  aby  to  miejsce 
przekształciło się nareszcie w prawdziwy dom.

Logan  zamknął  oczy  i  pod  powiekami  ujrzał  bliski  sercu  stary, 

wiktoriański  budynek,  którego  gzymsy,  wieżyczki  i  ozdobne 
zwieńczenia  tak  go  w  dzieciństwie  fascynowały.  Ciemne  wnętrze 
lśniło  ciepłym  blaskiem  wysłużonych  dębowych  mebli  i  obiecywało 
miłą  wygodę.  Zupełnie  inaczej  niż  to  miejsce,  z  jego  otwartą 
przestrzenią  i  światłem,  z  jego  brakiem  wspomnień,  dobrych  czy 
złych. Tutaj znajdzie samotność, której szukał.

Teraz jednak zapragnął zaczerpnąć świeżego powietrza.
Otworzył  rozsuwane  drzwi  na  patio,  wciągnął  głęboko  rześkie, 

wieczorne  powietrze  i  wolnym  krokiem  przeszedł  przez  pomost  ku 
krętym  drewnianym  schodkom  wiodącym  na  granitową  półkę  nad 
jeziorem.

Jak dobrze było się tu znowu znaleźć, w tym miejscu, do którego 

tęsknił przez czternaście lat.

Zimny  podmuch  zwiastujący  deszcz  rozwiał  mu  włosy  i 

przycisnął  go  do  skały.  Ostry  powiew  wiatru  od  wody  przyniósł 

background image

wspomnienia  zapachów  z  przeszłości  i  obrazów  wyblakłych  jak  na 
starej  fotografii.  Zapach  ogniska  i  pieczonych  kartofli,  woń  polnych 
kwiatów  i  aromat  ciepłych  ciasteczek  czekoladowych.  Żylaste  ręce 
babki,  poskręcane przez artretyzm. Czułe  i kochające.  Twarz  matki i 
kwaśny odór taniego alkoholu.

Przeszłość jednak już się nie liczyła. Był dorosły, ciężko pracował 

i  osiągnął  znaczącą  pozycję  zawodową.  Czasem  jednak,  w 
ciemnościach  nocy, nachodziło  go wspomnienie strasznego wieczoru 
sprzed  lat,  kiedy  matka  wrzuciła  jego  rzeczy  do  plastikowej  torby, 
chwyciła go za rękę i zaciągnęła do samochodu, gdzie czekał jeden z 
jej „narzeczonych."

- Babcia  się  tobą  zaopiekuje - powiedziała,  składając  mu  na 

policzku mokry pocałunek. - Przyjadę po ciebie za kilka dni.

Nigdy więcej jej nie zobaczył.
Zostawiono  go  jak  torbę  ze  śmieciami  na  progu  domu  w  Pine 

Cliff i od tej pory wychowywała go babka.

Eskadra  tłustych  białych  mew  runęła  w  dół  z  bojowym 

okrzykiem.  Ich  przenikliwy  wrzask  zawsze  kojarzył  mu  się  z 
dzieciństwem, podobnie jak zapach bzu, ulubionych perfum babki.

Czujne, wiecznie głodne i spragnione poczęstunku mewy zawsze 

głośno - niczym psy łańcuchowe - oznajmiały pojawienie się na plaży 
potencjalnego źródła pożywienia w postaci jakiegoś spacerowicza.

Teraz zleciały nad wodę, zniknęły za skałą i po chwili wzbiły się 

w niebo, skrzecząc z wyraźnym rozczarowaniem.

Ktoś musiał być na brzegu.
Logan poczuł przypływ irytacji. Podjazdu i plaży strzegły tablice 

z  napisem  „Wstęp  wzbroniony".  Prawdziwi  turyści  mu  nie 
przeszkadzali,  ale  niektórzy  spacerowicze  rozpalali  tu  ogniska, 
hałasowali,  piekli  kiełbaski,  pili  piwo  i  zostawiali  po  sobie  górę 
śmieci.

Przeszedł na drugi koniec skały i zajrzał w dół. Nic nie zobaczył.
Przesunął się po wąskiej półce, odsuwając na bok splątane pnącza 

dzikich malin, które wyrosły na nie uczęszczanej ścieżce. Trochę dalej 
napierające  fale  wykruszyły  ze  skalnej  ściany  kawałki  granitu, 
tworząc  nieregularne  stopnie.  Z  niecierpliwym  pomrukiem  Logan 
odszukał  znajome uchwyty i zaczął schodzić  na skalisty brzeg. Spod 
nóg  usunęła  mu  się  lawina  kamyków,  ze  stukotem  tocząc  się  po 
skałach.

background image

Nad  brzegiem  wody  przycupnęła  drobna  postać,  na  wpół 

schowana pod nawisem skalnym.

Jakiś chłopiec w mokrej koszulce przylegającej do chudego ciała 

siedział  skulony,  obejmując  ciasno  kolana.  Nie  poruszył  się,  kiedy 
zimna  fala  liznęła  jego  mokre  tenisówki.  Mimo  dzielącej  ich 
odległości, mimo szumu jeziora i ogłuszającego wrzasku mew, Logan 
widział, że chłopiec płacze.

Ta scena przypomniała mu obrazek z własnego dzieciństwa.

- Hej, chłopcze! - zawołał.

Chłopiec zesztywniał, a potem wolno wstał, lecz się nie odwrócił. 

Z pewnością wstydził się łez.

- Nic ci nie jest? Zaprzeczył ruchem głowy.
- Jest tu gdzieś twoja rodzina? - pytał dalej Logan przyjacielskim 

tonem. - To nie jest bezpieczne miejsce.

Chłopiec kiwnął głową. Z odwróconą twarzą zaczął przesuwać się 

ostrożnie  po  kamiennym  występie  u  podnóża  skały.  Po  dwóch 
krokach pośliznął się i upadł, wydając cichy okrzyk. Zagryzając wargi 
z bólu, chwycił się za kostkę.

Logan  był  przekonany,  że  dopiero  teraz  wybuchnie  głośnym 

płaczem, ale mały zachowywał się spokojnie.

- Zawołać  mamę  albo  tatę? - Logan  przykucnął  przy  nim, 

dodając mu otuchy uśmiechem. - Gdzie oni są?

Chłopak  był  starszy,  niż  przypuszczał,  pewno  kończył  szkołę 

podstawową.  Miał  zacięty  wyraz  twarzy  i  upór  w  oczach,  mimo  łez 
cieknących  po  policzkach.  Ten  jego  młodzieńczy  bunt  też  coś 
Loganowi przypominał.

- Czy jest tu gdzieś ktoś z twojej rodziny? - powtórzył pytanie.

Chłopiec wbił wzrok w ziemię.

- Jak się nazywasz?

Nie  odpowiedział,  tylko  skulił  się  bardziej,  czując  przenikliwy 

podmuch wiatru od jeziora.

- Zimno ci?
- Nie. - Głos miał przybity, szczupłe ramiona zaczęły drżeć.

Na  brzeg  spadły  pierwsze  krople  deszczu.  Woda  pociemniała, 

czarne chmury zasnuły niebo.

- Chodź,  chłopcze.  Pójdziemy  do  mnie.  Możesz  skorzystać  z 

mojego telefonu.

Patrząc na zbliżającą się burzę, chłopiec z ociąganiem wstał.

background image

- Nie martw się, mały. Pomogę ci znaleźć rodziców i wrócić do 

domu, zanim zamarzniesz.

Objął  go  ręką  za  ramiona  i  podtrzymał,  kierując  się  z  nim  w 

stronę wąskich kamiennych stopni wiodących na górę.

Ale po pierwszym kroku chłopiec jęknął i zgiął się wpół.

- Nie mogę iść!
- Pomóc ci?

Logan poczekał na przyzwalający pomruk i dopiero wtedy wziął 

go na ręce.

- To  trudny  odcinek  drogi.  Postawię  cię  na  ziemi,  jak  tylko 

znajdziemy się na płaskim.

Chłopiec usiłował protestować, ale w końcu się poddał i pozwolił 

nieść.  Nawet  zamknął  oczy.  Logana  zaniepokoiła  jego  blada  twarz  i 
zroszone  potem  czoło,  lecz  uspokoił  się,  widząc  głęboki,  równy 
oddech swego podopiecznego. Gorąca czekolada i ciepły koc powinny 
go postawić na nogi, zanim pojawi się któreś z rodziców.

Patrząc na chłopca, poczuł nagle przypływ nie znanych mu do tej 

pory uczuć opiekuńczych. Pewno odezwał się w nim głęboko utajony, 
pierwotny  instynkt  ojcowski,  pomyślał  drwiąco,  wspinając  się 
ostrożnie  po  śliskich  kamieniach.  Ale  cóż,  Bóg  jeden  wie,  kiedy 
ponownie będzie trzymać na rękach jakieś dziecko. Nie zamierzał po 
raz drugi się żenić, a tym bardziej  mieć dziecka bez  małżeństwa. Aż 
za dobrze wiedział, co to znaczy. Poczuł smutek i ukłucie żalu.

Tymczasem rozpadało się na dobre.
Kiedy  wszedł  na  górę,  ubranie  kleiło  mu  się  do  ciała,  a  drogę 

przesłaniała  ściana  deszczu.  Chłopiec  wtulił  się  w  niego  obronnym 
gestem; jego bliskość i ciepło dodawały Loganowi sił.

Przed drzwiami domu przystanął.

- Jak sądzisz, możesz iść?

Chłopiec pokiwał energicznie głową i stanął ostrożnie, starając się 

oszczędzać skręconą kostkę i opierać ciężar ciała na drugiej nodze.

- Dziękuję - mruknął  ze  spuszczoną  głową.  Logan  otworzył 

drzwi.

- Chodźmy z tego deszczu, kolego.

Zrzucił  za  progiem  mokre  buty  i  zaprowadził  gościa  do  kuchni. 

Białe  szafki  i  jasna  drewniana  podłoga  wydawały  mu  się  kiedyś 
odpowiednim dopełnieniem dużej, pełnej światła przestrzeni, ale teraz 
całość sprawiała wrażenie równie nieprzytulne jak pogoda za oknem.

background image

- Telefon  jest  tutaj - powiedział,  wskazując  na ścianę  przy 

bufecie. - Przyniosę ci ręcznik i coś suchego do włożenia.

Kiedy  wrócił,  gość  stał  nieruchomo  w  drzwiach  kuchennych, 

patrząc na niego nieufnie.

- Nie gryzę - zapewnił go Logan, rzucając mu niebieski ręcznik 

kąpielowy i wyblakłą bawełnianą bluzę.

Chłopiec  owinął  się  ręcznikiem  i  zaczął  dygotać.  Jego  posiniałe 

usta odcinały się ciemną kreską na tle białej twarzy.

Jeśli nie dostanie zapalenia płuc, to będzie cud, pomyślał Logan.

- Zadzwoniłeś do rodziców?

Zaczerwienił  się  i  w  oczach  zabłysnął  mu  gniewny  płomyk -

czyżby znów wyraz buntu? Biedny mały. Logan obiecał sobie, że gdy 
spotka  matkę  chłopca,  to  powie  jej  parę  gorzkich  słów  na  temat 
niebezpieczeństw  czyhających  na  skalnym  wybrzeżu.  Jego  własna 
matka nie była lepsza - wcale ją nie obchodziło, co on robi.

Sięgnął po słuchawkę.

- Jeśli  nie  powiesz  mi,  jak  się  nazywasz,  będę  musiał  wezwać 

szeryfa.  Ktoś  się  na  pewno  o  ciebie  martwi,  a  i  lekarz  powinien 
obejrzeć twoją nogę.

- Nazywam  się  J...Jason. - Spojrzał  na  Logana  z  udręką  i 

strachem. - Proszę, niech pan nie... niech pan nie dzwoni po...

Zanim  Logan  zdążył  podbiec,  chłopiec  zachwiał się  i  osunął  na 

ziemię,  a  uderzenie  jego  głowy  o  podłogę  rozległo  się  głośnym  jak 
wystrzał echem po pustym domu.

Claire  drżącymi  rękami  otworzyła  masywne  dębowe  drzwi  i 

pobiegła  do  kuchni.  Przemierzyła  wybrzeże  w  obu  kierunkach  i 
przebiegła wszystkie ścieżki, które pokazała Jasonowi parę dni temu. 
Nigdzie go nie było. Jej strach rósł z każdą minutą.

Jeszcze  raz  rzuciła  spojrzenie  przez  okno  i  chwyciła  za  telefon, 

wykręcając  ponownie  numer  biura  szeryfa.  Dlaczego  jeszcze  nie 
przyjechał? On albo jego zastępca? Cały oddział Gwardii Narodowej, 
stojącej  w  kuchni  w  zabłoconych  butach,  byłby  przez  nią  teraz  mile 
widziany.

Zmarznięte  palce  odmawiały  jej  posłuszeństwa,  pomyliła  się  i 

zaczęła kręcić od nowa.

Annie  i  Lissa  siedziały  przy  stole  nad  nie  tkniętą  przez  nikogo 

kolacją, na ich zmartwionych buziach malował się niepokój.

background image

Jason  nigdy  nie  wracał  tak  późno.  Po  ciemku  w  lesie  i  nad 

jeziorem było niebezpiecznie. Jeden fałszywy krok...

- Halo? - Claire mocniej zacisnęła rękę na słuchawce.

Przerwało  jej  gwałtowne  pukanie.  Jason?  Modląc  się  w  duchu, 

aby to był on, rzuciła słuchawkę i pobiegła do drzwi.

Dobry Boże...
Na progu stał szpakowaty mężczyzna, niski i krępy, o wystającym 

brzuchu  i  zmęczonych  oczach.  Omiótł  wzrokiem  kuchnię  i  wrócił 
spojrzeniem do Claire.

- Zastępca szeryfa, Miller, do usług. Podobno ktoś tu zaginął?

Za  jego  plecami  dały  się  słyszeć  ciężkie  kroki.  Był  to  Logan, 

który trzymał na rękach bezwładną postać. Jason!

Chłopiec,  zawinięty  w  kraciasty  pled,  miał  przymknięte  oczy  i 

twarz bladą jak ściana.

Claire serce stanęło w gardle i pokój zawirował w oczach. Rzuciła 

się na ganek, dopadła siostrzeńca i zaczęła obmacywać mu ręce i nogi.

- Na miłość boską, czy nic mu nie jest?
- Spokojnie, bo dzieciak się spali ze wstydu. Logan odsunął ją na 

bok i wkroczył do kuchni, gdzie usadził Jasona na krześle z wysokim 
oparciem, między bliźniaczkami. Sam stanął z tyłu, kładąc mu rękę na 
ramieniu.

Twarz chłopca oblała purpura, kiedy zobaczył wbite w siebie pięć 

par oczu.

- Nic  mu  nie  jest,  proszę  pani.  Ma  tylko  guza  na  głowie  i 

skręconą  kostkę. - Zastępca  szeryfa  patrzył  na  zbiega  karcąco. - Jak 
słyszę, wtargnął na cudzy teren.

Logan  spojrzał  na  Claire  takim  wzrokiem,  jakby należało  ją 

posiekać na kawałki i rzucić mewom na pożarcie, ale stalowy błysk w 
jego oku zelżał, kiedy się odezwał:

- Brzeg jeziora przy moim domu jest dość niebezpieczny. Proszę 

o tym pamiętać.

- Ludzie  przyjeżdżają  tu  i  zachowują  się  całkiem  beztrosko -

wtrącił  zastępca  szeryfa. - Myślą,  że  mogą  pozwalać  dzieciakom 
biegać,  gdzie  im  się  podoba.  Skały  nad  jeziorem  to  nie  miejsce  do 
zabawy dla dzieci pozbawionych opieki.

Logan zmarszczył brwi.

- Sądzę, że pani... panna... pani Worth już o tym wie, szeryfie.

background image

Zdumiona  i  wdzięczna  za  wzięcie  jej  w  obronę,  Claire 

zignorowała zamaskowaną naganę w jego głosie.

- Nie miałam pojęcia, że Jason pójdzie sam nad brzeg jeziora!

Zdjęła  wełniany  szal  z  oparcia  krzesła  i  zarzuciła  chłopcu  na 

ramiona,  a  potem  przyklękła,  wzięła  w  dłonie  jego  zimne  ręce  i 
zajrzała mu w twarz.

- Kochanie, co tam robiłeś? Zamartwiałam się o ciebie.

Kiedy  Jason  spuścił  głowę  i  nie  odpowiadał,  Logan  bez  słowa 

położył  mu  drugą  rękę  na  ramieniu.  Ten  gest  męskiego  wsparcia 
wzruszył Claire.

- Jest oszołomiony. Co się stało? Czy stracił przytomność?

Szeryf prychnął zniecierpliwiony.

- Wygląda na to, że zemdlał i upadając, nabił sobie guza. Nic mu 

nie jest, ale nie mogłem wydobyć z niego ani słowa.

- Musiał się przestraszyć - zaprotestowała Claire, patrząc z troską 

na bladą twarz siostrzeńca. - Zaraz pojedziemy do szpitala, skarbie.

Z całego serca chciała go przytulić, ale wiedziała, że chłopiec się 

odsunie. Poczuła piekące łzy pod powiekami i odwróciła twarz, żeby 
nic po sobie nie pokazać, po czym ruszyła w stronę zlewu. Napełniła 
dzbanek wodą i wstawiła do kuchenki mikrofalowej.

Kiedy  Jason  wypije  filiżankę  gorącej  czekolady  i  weźmie  ciepłą 

kąpiel,  pojedzie  z  nim  do  lekarza,  żeby  go  obejrzał.  Może  chłopiec 
opowie jej wszystko, gdy zostaną sami.

Nie odwracając się od kuchenki, powiedziała cicho:

- Nie wiem, jak panom dziękować za odwiezienie go do domu.
- Miałaś  szczęście,  że  wszystko  się  dobrze  skończyło - fuknął 

Logan. - Niektóre z tych skał mają kilkadziesiąt metrów wysokości, a 
w deszczu niewiele widać.

Claire  spojrzała  na  niego  zdumiona.  Najpierw  ją  bronił  przed 

szeryfem, a teraz sam ją krytykuje?

Wyjęła z kredensu  pudełko  rozpuszczalnej czekolady  i  policzyła 

do dziesięciu, by utrzymać nerwy na wodzy.

- Jestem  ci  naprawdę  bardzo  wdzięczna  za  pomoc,  możesz  mi 

wierzyć.

Otworzyła paczkę  mocnym szarpnięciem,  posyłając  w powietrze

obłoczek czekolady.

- Napiją się panowie kawy albo herbaty?

background image

- Nie, dziękuję - rzekł Logan i uścisnął Jasona lekko w ramię. -

Wszystko w porządku, kolego?

Chłopiec skinął głową.

- Wobec tego będę już...
- Filiżanka  kawy  dobrze  nam  zrobi - przerwał  mu  szeryf, 

odsuwając od stołu dwa krzesła. - Mam przed sobą długą drogę. Miło 
jest poznać nowych sąsiadów, prawda, Matthews?

Spod  stołu  rozległo  się  warczenie.  To  Gilbert  wysunął  się  ze 

swojego miejsca pod nogami Jasona i odsłonił zęby. Zastępca szeryfa 
cofnął się wraz z krzesłem.

- Dobry piesek,  dobry...  Hm...  Przydałby się tu pani  prawdziwy 

pies obronny.

Logan uniósł pytająco brwi, siadając koło Jasona.

- Notujecie tu wysoką przestępczość?
- Nawet  nie,  ale  poza  sezonem  jesteśmy  tylko  w  dwójkę  z 

szeryfem, a to duży okręg.

- Więc  pewno  trzeba  długo  czekać  na  pomoc - zauważył 

przytomnie Logan.

- To  zależy.  Jeśli  akurat  znajdujemy  się  na  drugim  krańcu,  to 

nawet  godzinę  albo  dłużej.  W  przeciwnym  razie  jakieś  dwadzieścia 
minut. - Zastępca  szeryfa  wzruszył  ramionami. - Tutejszej  ludności 
nie stać  na  zatrudnienie  większej  liczby  stróżów  prawa.  Ale  też 
przeważnie niewiele się dzieje.

Claire zasępiła się. Czekać godzinę? Jako osoba świeżo przybyła 

z Nowego Jorku bez trudu mogła wyobrazić sobie różne dramatyczne 
okoliczności,  które  wymagały  szybkiej  pomocy.  Skończyła  robić 
czekoladę i podała ją na stół wraz z kawą i ciasteczkami dla gości.

- Może trochę śmietanki?

Zastępca  szeryfa  zabielił  sobie  kawę,  upił  łyk  i  wyciągnął  się 

wygodnie na krześle.

- No i jak wam się tu podoba?

Annie oderwała wzrok od jego odznaki i błyszczących guzików.

- Trochę się boję niedźwiedzi. Ale za to mamy fajnego sąsiada.

Wyciągnęła lepki paluszek i stuknęła Logana w ramię. Kiedy ten 

spojrzał na nią ze zdumieniem, uśmiechnęła się radośnie.

- Przyniósł nam pan do domu Jasona. Logan zmieszał się.
- Tak... No cóż... Nie powinien być na dworze w taką pogodę...

background image

Widząc  jego  nagłe  skrępowanie,  Claire  zaczęła  się  zastanawiać, 

co robił przez wszystkie te lata. Nie miał chyba zbyt wiele okazji do 
rozmów z dziećmi, zwłaszcza z takimi, które patrzyły na niego z tak 
bezgranicznym podziwem.

Czy  ona  w  swoim  czasie  też  tak  na  niego  patrzyła?  Miał  wtedy 

jakieś dwadzieścia dwa lata i w oczach zakochanej czternastolatki był 
przystojnym, całkiem dorosłym mężczyzną.

Zastępca szeryfa chrząknął.

- Będę  tu  czasem  zaglądał,  żeby  sprawdzić,  czy  wszystko  w 

porządku. - Założył ręce na brzuchu i puścił oko do Claire, wyraźnie 
gotów do zalotów. - Nigdy nic nie  wiadomo, kiedy się  mieszka przy 
lesie.

Nie miała żadnej ochoty z nikim się wiązać, a już na pewno nie z 

podstarzałym lowelasem, który patrzył na nią łakomym wzrokiem.

- Dziękuję panu, ale...
- Mam na imię Wayne.
- Dziękuję,  ale  na  pewno  wszystko  będzie  dobrze.  Zmarszczył 

brwi i poklepał się po tylnej kieszeni.

- Pager mnie wzywa. Muszę iść.

Logan uniósł filiżankę z kawą gestem pożegnania.

- No  to  Pine  Cliff  jest  dzisiaj  bezpieczne - mruknął,  kiedy 

trzasnęły drzwi. - Miller jest już właściwie na emeryturze, ale zastępca 
szeryfa miał wypadek i dlatego szeryf ściągnął go teraz z powrotem na 
parę tygodni.

- Bardzo pocieszające - oznajmiła Claire z sarkazmem.
- Nikt  się  tym  zbytnio  nie  przejmuje.  Poza  sezonem  zostaje  tu 

niewielu stałych mieszkańców.

Obracając  w  palcach  cienką,  złotą  bransoletkę,  której  prawie 

nigdy  nie  zdejmowała,  Claire  stała  w  drzwiach  i  patrzyła,  jak  tylne 
światła  samochodu  patrolowego  znikają  w  ciemnościach.  Miała 
nadzieję,  że  Miller  nie  wiąże  z  jej  osobą  żadnych  romantycznych 
planów.

I  nagle,  bez  ostrzeżenia,  obraz  Millera  zniknął  i  zastąpił  go

wizerunek Logana. Zjawił się tego wieczoru na jej progu z Jasonem w 
ramionach  niczym  filmowy  bohater  z  westernów.  Wyobraziła  go 
sobie, jak stoi niedbale oparty o framugę drzwi, wysoki i barczysty, w 
rozpiętej  koszuli,  odsłaniającej  muskularny  tors  i  płaski  brzuch, 

background image

pokryty  ciemną  smugą  włosów.  Jego  gorące  spojrzenie  przyciąga  ją 
coraz bliżej... I bliżej...

Jakiś czarny samochód zatrzymał się pod latarnią na podjeździe.
Claire  otrząsnęła  się  i  wróciła  do  rzeczywistości.  To  pewno 

zdenerwowanie,  wzmożony  dopływ adrenaliny i strach  zbierają teraz 
swoje  żniwo.  Nic  innego  nie  tłumaczyło  jej  niespodziewanie 
grzesznych myśli i śmiesznego podniecenia, jakie ją ogarnęło.

Trzeba wracać do roboty, upomniała się ostro. Wyprostowała się i 

patrzyła,  jak  przyjezdni  wysiadają  z  samochodu  i  rozmawiają  na 
końcu chodnika. Kolejni goście. Odwróciła się od okna.

- Jason, muszę szybko obejrzeć tę kostkę.

Przeszła  przez  kuchnię  i  przykucnęła  przed  nim; położyła  sobie 

nogę  chłopca  na  kolanach  i  zaczęła  rozplątywać  mokre,  ciasno 
związane  sznurowadła.  Kątem  oka  dostrzegła,  że  Logan  wstał  i 
jednym długim łykiem dopił kawę, zbierając się do odejścia.

- Nie martw się, nic mi nie jest - mruknął Jason. - Pan Matthews 

przyłożył mi na nogę lód i zadzwonił do lekarza.

- Rozmawiałeś z lekarzem? - zwróciła się zdumiona do Logana.

Zbył jej pytanie wzruszeniem ramion.

- Powiedział,  że  to  nic  groźnego,  ale  może  dobrze  by  było  dla 

pewności pokazać go komuś.

Zatrzymał się przy drzwiach i lekko uśmiechnął, a potem omiótł 

wzrokiem  pokój,  jakby  chciał  zapamiętać  każdy  szczegół.  Światło 
lampy uwypuklało  szlachetne  rysy jego  szczupłej  twarzy i  kładło  się 
złotym  błyskiem  we  włosach,  a  niebieska  kurtka  narciarska 
podkreślała jego szerokie ramiona i szczupłe biodra.

Claire  poczuła  rosnące  napięcie.  Nagle  przeszedł  ją  dreszcz 

dziwnie  podobny  do  pożądania,  coś  jakby  echo  niedawnych  myśli, 
które ledwo stłumiła.

I jeszcze jedno - nagle zapragnęła poznać Logana bliżej.
To  tylko  zwykłe  fizyczne  zauroczenie,  powiedziała  sobie 

stanowczo.  Nic  więcej.  Jeśli  będzie  to  sobie  wystarczająco  często 
powtarzać,  może  uwierzy.  Musi  w  to  uwierzyć - zbyt  wiele  ma  do 
stracenia.

Z ręką na klamce Logan zwrócił się do Jasona:

- Trzymaj się, bracie. I od tej pory słuchaj mamy, dobrze?

Na słowo „mama" pożegnalny uśmiech chłopca zgasł.

- Dobrze.

background image

Rozległo się ostrożne pukanie do drzwi. Gdy Logan je otworzył, 

na progu ukazała się para w średnim wieku. Blade światło latarni na 
ganku oświetlało ich twarze ziemistą poświatą.

- Chcemy  się  zameldować - wysapał  mężczyzna.  Przyłożył 

inhalator  do  gęstych  wąsów  i  spojrzał  wyczekująco  na  Logana. -
Mamy rezerwację. Na nazwisko Sweeney.

Logan zaprosił ich do środka, podszedł do Claire i szepnął jej do 

ucha:

- Co  lepsze,  komfort  w Nowym Jorku  czy to?  Wybór powinien 

być łatwy.

Skinął głową parze czekającej w drzwiach i wyszedł.
A  więc  znów  znaleźli  się  w  punkcie  wyjścia - w  przeciwnych 

obozach,  z  przeciwnymi  celami.  Claire  uśmiechnęła  się  szeroko  do 
nowo przybyłych gości.

- Jestem  Claire  Worth,  właścicielka  ośrodka - przedstawiła  się, 

wyciągając  rękę.  I  dodała,  głośno  i  wyraźnie: - Jestem  pewna,  że 
będzie  się  tu  państwu  podobać.  Nie  wyobrażam  sobie  życia  nigdzie 
indziej!

Sweeneyowie  odpowiedzieli  uśmiechem.  Przez  otwarte  drzwi 

zobaczyła, że Logan, schodzący po stopniach  ganku, pokręcił głową, 
choć się nie odwrócił.

Przykro  mi,  przyjacielu,  pomyślała,  ale  nie  ma  takiej  siły,  która 

zmusiłaby mnie do wyjazdu.

Stary chevrolet o ciemnoszarej karoserii nadawał się do tego celu 

doskonale.  Zaparkowany  na  poboczu  drogi,  pomiędzy  sosnami, 
wtapiał się idealnie w panującą ciemność.

Bębniąc palcami w porysowaną deskę rozdzielczą, mężczyzna za 

kierownicą patrzył przez chwilę na dom, a potem przeniósł wzrok na 
zwalistego towarzysza siedzącego obok. Facet nie był zbyt bystry, ale 
miał ciężką pięść i cios boksera. A także dużo do stracenia.

- To nie będzie trudne. Jak zgasną światła, wejdziemy do środka i 

bez hałasu zrobimy, co trzeba.

- Ale...
- Musimy znaleźć te faktury i taśmę.
- Ale oni wszyscy są w domu.
- Ta kobieta i jej dzieciaki zawsze są w domu, niech ją szlag! Nie 

mamy już czasu.

- I mają psa.

background image

- Na pewno jest głuchy. Kiedyśmy wczoraj przeszukiwali szopę, 

nawet nie zaszczekał - zniecierpliwił się Hank.

- A jeśli szeryf wróci?
- Przecież  nawet  nas  nie  zauważył. - Hank  zaklął  szpetnie. -

Zamknij się i rób, co mówię!

Widząc  nagły  ruch  na  ganku,  zamarli  i  bez  słowa  patrzyli,  jak 

wysoki,  mocno  zbudowany  mężczyzna  schodzi  ze  schodów,  idzie 
przez podjazd do samochodu i odjeżdża.

- A  ten  to  kto,  do  cholery? - mruknął  Hank.  Jeśli  to  kochaś  tej 

kobiety, może wrócić. Niech to diabli!

- Chodź, Buzz, szkoda  czasu. Sprawdzimy tylne okna.  Może da 

się tamtędy później wejść.

Wysiadł  z  samochodu  i  skierował  się  w  stronę  domu,  Buzz 

niechętnie  powlókł  się  za  nim.  Kiedy  podeszli  bliżej,  przez  otwarte 
okno kuchenne dobiegły ich dwa głosy, ledwo słyszalne poprzez szum 
fal bijących o brzeg.

- Nie, nie pojadę!
- Pojedziesz, Jason.
- Mowy nie ma! Chwila ciszy, a potem:
- To  dopiero  będzie  przedstawienie, kiedy  wezwę  karetkę,  żeby 

cię zawiozła do szpitala.

- Karetkę?! - Długa przerwa i okrzyk: - Nie zrobisz tego!
- Chcesz  się  założyć?  Muszę  mieć  pewność,  że  nic  ci  nie  jest. 

Ten guz na głowie...

- To nic takiego.
- I chcę, żeby lekarz zobaczył twoją kostkę.

No już, smarkaczu. Słuchaj starszych. Hank znieruchomiał nagle i 

gestem ręki zatrzymał w miejscu Buzza. Na końcu alei szła w stronę 
jeziora jakaś para w średnim wieku. Diabli nadali!

Parę  minut  później  kobieta  z  trójką  dzieci  wyszła  z  domu  i 

wsiadła razem z nimi do mikrobusu stojącego na podjeździe. A więc 
wszystko  zaczyna  się  dobrze  składać.  Wizyta  w  szpitalu,  na  ostrym 
dyżurze, oznacza godziny oczekiwania.

I godziny wolności na przeszukanie domu.

- Idziemy - zakomenderował  Hank. - Jeśli  to  nic  nie  da, 

będziemy  musieli  ją  stąd  wykurzyć  albo  ujawnić  się  i  zmusić  do 
współpracy.

- Ale...

background image

- Chcesz,  żeby  dopadł  nas  któryś  z  naszych  dawnych  kumpli? 

Albo żeby ta baba poszła na policję z dowodami, które miała Brooke? 
Co lepsze, śmierć czy więzienie?

Widząc  blady  strach  na  twarzy  towarzysza,  Hank  roześmiał  się 

chrapliwie.

- Tak  myślałem. - Ponaglił  go  ruchem  ręki  i  ruszył  ku  tylnym 

drzwiom.

Trzy godziny później, słysząc, że mikrobus wrócił i parkuje przed 

domem, Hank zaklął i walnął pięścią w ścianę strychu. Nadal nic.

Było coraz mniej czasu. Czy ta kobieta znalazła już dowody? Co 

z nimi zrobiła? Czy ukryła je gdzieś?

Ruchem  brody  zasygnalizował  Buzzowi  szybki  odwrót.  Zeszli 

cicho po schodach i wymknęli się tylnym wyjściem.

Będą musieli ponownie tu przyjechać. Jeśli siostra Brooke będzie 

miała szczęście, to nie wejdzie im w drogę.

A jeśli będzie miała pecha, to może zginąć.

background image

Rozdział 4
Choć Claire deklarowała, że nic nie zmusi jej do wyjazdu z Pine 

Cliff, nazajutrz, nim minęło południe, była niemal gotowa się poddać. 
Dwie  rezerwacje  zostały  w  ostatniej  chwili  odwołane.  Sweeneyowie 
dwa razy zażądali  zmiany domku, raz ponieważ  „żaluzje wpuszczają 
za  dużo  światła,"  a  drugi  raz - ponieważ  domek  był  „zbyt  blisko 
drogi".

Zaś Igor znów, jakby nigdy nic, wylegiwał się pod lodówką.

- Nie,  nie  płacę  za  okres  choroby.  To  jest  praca  na  pół  etatu. 

Sezonowa. Dwadzieścia godzin tygodniowo. - Odsunęła słuchawkę od 
ucha,  krzywiąc  się  na  dźwięk  wyraźnie  poirytowanego  głosu 
rozmówcy. - Tak,  wiem,  że  więcej  można  zarobić  na  napiwkach  w 
restauracji.

Skreśliła  dziewiąte  nazwisko  z  listy  i  rozmasowała  napięte 

mięśnie  karku.  Jej  ogłoszenie  w  miejscowej  prasie,  które  miało  jej 
pomóc  w  znalezieniu  pracownika  do  obsługi  domków  i  generalnych 
prac porządkowych  w ośrodku, ukazywało się już od tygodni. Mimo 
to nie udało jej się dotąd nikogo zatrudnić.

Nie  zdążyła  dojść  do  drzwi,  kiedy  znów  przywołał  ją  do  biurka 

dzwonek.

- Pine  Cliff,  Claire  Worth  przy  telefonie - powiedziała 

automatycznie.

- Pani Worth? Dzień dobry. Jestem jednym z byłych wspólników 

Randalla. Brakuje nam pewnych dokumentów z ostatnich dwóch lat.

- Przykro mi, ale niewiele mogę dla pana zrobić.
- Musimy  je  odzyskać.  Są  nam  potrzebne  do...  hm...  rozliczeń 

podatkowych. - Głos  podniósł  się  o  oktawę. - Te  dokumenty  muszą 
znajdować  się  w  domu,  w  szufladzie  jego  biurka.  Zwłaszcza  że...  że 
jego żona prowadziła pewne rachunki.

Brooke?

- Niech pan posłucha, panie... - Claire zawiesiła głos, czekając.
- Bob. Bob... Johnson.
- Panie  Johnson,  nie  ma  tu  żadnych  teczek  z  rozliczeniami 

finansowymi Randalla. Wszystkie jego papiery zostały złożone w ręce 
adwokata i rewidenta.

- Oni nie mają tego, o czym mówię. Przyjadę podczas weekendu 

i pomogę pani poszukać tych dokumentów. Muszę je mieć.

Claire prychnęła ze złości.

background image

- Wobec tego niech się pan zgłosi do adwokata, bo ja się na nic 

podobnego nie zgodzę. I na pewno nie będzie pan grzebał w rzeczach 
osobistych mojej siostry i jej męża.

Z  trudem  powstrzymała  się,  żeby  nie  trzasnąć  słuchawką. 

Dziękowała  Bogu,  że  nie  musi  mieć  nic  wspólnego  z  interesami 
Randalla.  Jego  wybór  wspólników  nie  odpowiadał  jej - ale  i  nie 
dziwił.

- Halo, halo, pani Worth!

Claire wyprostowała się, wstawiła  szczotkę  z gąbką  do wiadra z 

gryzącym  środkiem  dezynfekującym,  rozmasowała  kark  i  wyszła  na 
drewniany podest domku numer pięć. Wzięła głęboki oddech, czując, 
że kręci się jej w głowie.

Od strony alei zbliżała się do niej pani Rogers, wymachując ręką 

nad głową. Wyglądała jak kaczka ze złamanym skrzydłem, schodząca 
do lądowania.

- Coś się stało?

Wdzięczna  za  chwilę  oddechu,  Claire  wzięła  jeszcze  jeden 

oczyszczający  oddech  i  wytarła  łzę.  Mycie  i  sprzątanie  z  pewnością 
nie służyło nosowi i oczom.

Pani  Rogers  zatrzymała  się  parę  kroków  przed  nią,  kichnęła  i 

zmarszczyła brwi.

- Co pani... Nieważne. Niech pani szybko biegnie do pralni!

Wizja  profesjonalnej  pralki  i  suszarki  stojących  w  ogniu 

przepełniła  Claire  przerażeniem  i  zgrozą.  Zdarła  żółte  gumowe 
rękawiczki, rzuciła je na ziemię i ruszyła szybkim krokiem, pytając w 
biegu:

- Ogień?
- Potop! - odparła  dysząc  pani  Rogers,  która  usiłowała  za  nią 

nadążyć.

Potop?  Masz  tobie!  Claire  zatrzymała  się  w  pół  kroku  przed 

małym  budynkiem.  Dzięki  Bogu,  że  zostawiła  podwójne  drzwi 
otwarte  na  poranne  słońce.  I  dzięki  Bogu,  że  przechodziła  tędy  pani 
Rogers.

Pralka jeszcze się trzęsła. Wypływająca spod niej spieniona woda 

zalała  już  całą  podłogę.  Na  środku  pomieszczenia  piętrzył  się 
skłębiony stos brudnej pościeli i ręczników.

- A to historia! - wysapała za jej plecami pani Rogers.
- Nie wierzę własnym oczom - jęknęła Claire.

background image

- Wygląda na to, że będzie potrzebna nielicha naprawa - oceniła 

pani Rogers, osłaniając oczy przed słońcem.

Cudownie,  pomyślała  Claire.  Nielicha  naprawa  oznacza  nieliche 

koszty,  a  ona  nie  ma  pieniędzy.  Już  dwukrotnie  sięgała  do  swoich 
oszczędności,  żeby  wymienić  dachy  w  dwóch  domkach  i  naprawić 
stary  piec  centralnego  ogrzewania.  Mając  w  perspektywie zimowy 
przestój  w  napływie  gości,  nie  mogła  sobie  pozwolić  na  większe 
wydatki.

Przed wejściem do  środka sięgnęła za framugę drzwi,  wymacała 

korki i wyłączyła prąd.

Woda  nie  wypłynęła  jeszcze  poza  próg,  ale  była  już  głęboka  i 

lodowato  zimna.  Claire  wzdrygnęła  się  na  myśl  o  pająkach  i  innym 
robactwie  pływającym  wokół  jej  kostek.  Zacisnęła  zęby  i  ruszyła 
naprzód, żeby wyłączyć pralkę i odciąć dopływ wody.

- Zrobienie  tu  porządku  będzie  wymagało  trochę  pracy -

powiedziała  pani  Rogers  ze  współczuciem.  Zbierała  się  już  do 
odejścia, lecz tknięta nagłą myślą, odwróciła się jeszcze. - A skoro już 
o  tym  mowa,  to  chyba  nie  ma  pani  dużej  wprawy  w  sprzątaniu, 
prawda, moja droga?

Claire zmieszała się. No cóż, prawda, całe życie była księżniczką. 

Aż do tej pory.

- Dlaczego pani tak sądzi?

Ściany  niewielkiego  budyneczku  pralni  zadudniły  echem 

rubasznego, chrapliwego śmiechu nałogowej palaczki.

- Większość  ludzi  rozcieńcza  chemikalia  do  odkażania,  kotku. 

Przeczytaj instrukcję na butelce.

Patrząc  na  plecy  pani  Rogers  zmierzającej  do  swojego  domku, 

Claire  jęknęła  cicho.  Jako  kobieta  interesu,  robiąca  karierę,  nie  była 
przygotowana  do  takich  zajęć.  Sprzątanie.  Pranie.  Prowadzenie 
rachunków. A przede wszystkim - dzieci. Jeśli nie znajdzie kogoś do 
pomocy, czekają ją bardzo długie dni i bardzo krótkie noce.

Nie  wiedziała,  od  czego  zacząć.  Delikatna  szczotka  z  różową 

gąbką i wiadro, czekające na nią pod piątką, były równie przydatne w 
tej sytuacji jak łyżeczka do herbaty do odgarniania śniegu. Co gorsza, 
brudna bielizna pływała teraz po całym pomieszczeniu.

Przeprowadzka  tutaj  była  błędem.  Wielkim,  horrendalnym 

błędem.  Claire  zamknęła  oczy  i  modliła  się  o  cud.  Dlaczego 
wyobrażała sobie, że podoła temu wszystkiemu?

background image

Usłyszała  przybliżające  się  kroki.  Odwróciła  się,  pewna,  że 

nadchodzi ktoś z gości, i słowa zamarły jej na ustach. W drzwiach stał 
przygarbiony,  siwy  staruszek,  ubrany  w poplamione  spodnie, luźne  i 
krótkie  jak  u  klauna.  Zdawało  jej  się,  że  poczuła  zapach  alkoholu, 
doprawiony niewątpliwym smrodem brudu.

- Nazywam się Fred Lundegaard. Prawie całe życie pracowałem 

w  Pine  Cliff.  Pojechałem  na  południe  szukać  słońca,  ale  tęskno  mi 
było  za  sosnami  i  naszym  starym  jeziorem,  więc  wróciłem. -
Wyszczerzył zęby i zatoczył ręką wokół, szerokim gestem obejmując 
potop  w  pralni  i  teren  ośrodka. - Wygląda  na  to,  że  zjawiam  się  w 
samą porę.

Z tymi słowami zdecydowanym krokiem ruszył ku pralce.
Godzinę  później  Claire  stała  przy  biurku,  wypisując  rachunek 

parze  wyjeżdżających  gości,  i  modliła  się,  żeby  nie  dobiegł  ich  stek 
wymyślnych  przekleństw  dochodzących  z  budynku,  gdzie  staruszek 
zmagał się z pralką.

- Bardzo się cieszę, że się państwu u nas podobało - powiedziała 

wesoło.

Kobieta  z  uśmiechem  rozejrzała  się  po  holu  wejściowym  i 

widocznej z tyłu kuchni.

- Piękny dom. Czy nie myślała pani, żeby założyć tu pensjonat?
- Doskonała  myśl - zgodziła  się  Claire. - Ale  trójka  dzieci  i 

zwierzęta domowe robią trochę za dużo hałasu.

Podchodząc  do  drzwi  przytrzymywanych  przez  męża,  kobieta 

skinęła głową.

- Może to i racja. Prawdę mówiąc, zeszłej nocy słyszałam jakieś 

kroki  obok  naszego  domku.  Może  bawiły  się  w  chowanego  w 
ciemności? Co nie znaczy, że nam to przeszkadzało - dodała szybko.

- Bardzo  przepraszam,  zaraz  zrobię  z  tym  porządek - obiecała 

Claire, machając im ręką na pożegnanie.

Zeszłej nocy dzieci o wpół do dziesiątej już spały. To musiały być 

głodne  szopy,  zdecydowała,  wkładając  do  zmywarki  ostatnie  talerze 
po  śniadaniu.  Buszowały  już  w  baraku  w  przystani  wioślarskiej  i 
zaglądały  do  pralni.  Na  szczęście  w  obu  tych  budynkach  niewiele 
można było zniszczyć.

Postukując  palcem  o  kant  biurka,  zastanawiała  się,  jak  rozłożyć 

sobie  pracę.  Trzeba  skończyć  sprzątanie  piątki,  zrobić  zakupy, 
osuszyć pralnię...

background image

Z  budyneczku  po  drugiej  stronie  murawy  dobiegł  ostry  brzęk  i 

kolejna porcja przekleństw. Fred. Zgoda na to, aby staruszek pokazał, 
co potrafi, była błędem. Jeśli zrobi sobie krzywdę albo narobi jeszcze 
więcej szkód...

Zbiegła  z  ganku  i  ruszyła  przez  trawnik,  osłaniając  oczy  ręką 

przed oślepiającym  słońcem.  Okulary  słoneczne.  Musi  znaleźć drugą 
parę  okularów,  zapakowaną  gdzieś  w  stosie  pudeł,  mebli  i  Bóg  wie 
czego jeszcze, na strychu.

Po raz setny przeklinała interesy, które zatrzymały  ją w Nowym 

Jorku,  przez  co  nie  była  obecna  przy  rozpakowywaniu  transportu  z 
przeprowadzki.  Do  tej  pory  odkryła  trzy  nie  opróżnione  kosze  na 
śmieci  ze  swojego  apartamentu,  ale  musiała  jeszcze  znaleźć  swoje 
rzeczy osobiste.

Na  dokładkę  wszystko  zostało  pomieszane  z  pudłami  z 

mieszkania Randalla i Brooke.

Zagubiona  w  myślach,  skręciła  za  róg  pralni  i  zderzyła  się  z 

czymś futrzastym, w wyniku czego straciła równowagę i zatoczyła się 
na  ścianę  budynku.  Czując,  że  coś  chwyta  ją  za  ramię  i  obejmuje 
żelaznym uściskiem,  zaczęła przeraźliwie  krzyczeć  i  wyrywać  się  co 
sił.

Niedźwiedzie! Annie i Lissa miały rację.
Ucisk zelżał, a futrzasty obiekt zaczął przybierać znajomy kształt.
Był  to  Gilbert,  pudel  dzieci,  który  spoczywał  bezpiecznie  w 

ramionach Logana. Obaj byli trochę zaskoczeni.

- O  mój  Boże,  przepraszam! - Claire  przycisnęła  rękę  do  serca, 

żeby  uciszyć  jego  galop,  i  patrzyła  na  nich,  nie  wierząc  własnym 
oczom. Dopiero po chwili złapała oddech. - Czyżbyś zaprzyjaźnił się 
już z naszym psem?

Logan  odsłonił  zęby,  ale  nie  uśmiechnął  się.  Gilbert  postąpił 

podobnie,  a  jego  cała  postać,  od  pyska  aż  po  ogon,  wyrażała  pełną
zażenowania skruchę.

Natomiast mina Logana nie wróżyła nic dobrego.

- Przeniósł się do mnie - oświadczył  groźnie. - Miałaś zadbać o 

to,  żeby  twoje  dzieci...  ani  twoje  zwierzęta...  nie  błąkały  się  po 
okolicy.

Claire była ciekawa, czy ktoś się kiedyś ośmielił z niego śmiać, a 

jeśli  tak,  czy  to  przeżył.  Widok  wielkiego,  wściekłego  mężczyzny, 

background image

trzymającego bezkształtną  masę psich  kudłów, wystawił ją na ciężką 
próbę.

- Był  tu  jeszcze  parę  godzin  temu.  Dlaczego  uważasz,  że  się 

przeniósł? - Jej  chwilowa  panika  przerodziła  się  w  obezwładniającą 
ulgę i Claire, czując miękkość w kolanach, oparła się o szerokie, białe 
deski budynku. - Wziął z sobą walizki?

Logan prychnął.

- Grzebie w śmieciach, goni mewy. - Patrząc z obrzydzeniem na 

mokrą, nie strzyżoną sierść psa pełną patyków, liści i sosnowych igieł, 
dodał: - Powinien się bawić w twoim domu.

- Prędzej czy później by wrócił.
- Słuchałaś kiedyś przez godzinę wrzasku rozzłoszczonych mew?
- Mogłeś mu kazać być cicho.
- Uważał  to  za  zachętę  do  głośniejszego  szczekania.  Niech  go 

pani lepiej trzyma w domu, droga pani Worth. Nie lubię tego psa. On 
nie lubi mnie.

Logan  postawił  pudla  na  ziemi  i  skrzyżował  ramiona  na  piersi. 

Gilbert  posłusznie  usiadł,  wbił  niewinny  wzrok  w  dal  i  zaczął 
wolniutko, cal po calu, przesuwać łapy w stronę nóg Logana.

Jedyne żywsze zainteresowanie, jakie objawiał dotąd stary pudel, 

miało  miejsce  w  porze  obiadowej,  kiedy  przyspieszał  nieco  kroku  w 
drodze do swojej miski. Teraz leżał do góry nogami na butach Logana 
jak ciepły, szary futrzak, a z pyska zwisał mu figlarnie długi, różowy 
język.

- Jak widać, to żywe srebro - zakpiła Claire. Logan odchrząknął i 

obrzucił Gilberta zranionym

spojrzeniem.

- U  mnie  był  o  wiele  bardziej...  energiczny.  Pokiwała  ze 

zrozumieniem głową.

- Z pewnością. Jak ci się udało go tu odstawić?
- Usiłowałem wziąć go na smycz. Usiadł na ziemi i nie chciał się 

ruszyć. Próbowałem przywieźć go samochodem. Za żadne skarby nie 
chciał wsiąść.

Przypomniała  sobie  bitwę,  jaką  Gilbert  stoczył  z  nią  przed 

wyjazdem z Minneapolis. Musiała jechać do sklepu i kupić koszyk do 
przewozu zwierząt.

- A więc...
- Przyniosłem go.

background image

Spojrzała na niego rozbawiona. Zbierało jej się na śmiech. Jason 

opowiadał  jej  o  krętej  ścieżce  wiodącej  do  domu  Logana - pół 
kilometra  w  górę  i  w  dół,  po  wąskiej  półce  pośród  skał,  zarośniętej 
kolczastymi  krzakami  jeżyn.  Ten  facet  musi  być  mocno 
zdeterminowany.  Może  nie  było  go  co  żałować,  ale  miała  dziwną 
ochotę go uściskać.

- Posłuchaj - ciągnął Logan, patrząc na nią spod oka. - Myślałem 

o  naszej  poprzedniej  rozmowie.  Nie  musimy  przecież  być  wrogami. 
Chcę tylko odzyskać moją rodzinną ziemię.

Uśmiech Claire zgasł.

- Przykro mi, ale...
- Poczekaj.  Wysłuchaj  mnie  najpierw. - Pojednawczym  gestem 

dotknął  jej  ramienia,  ale  szybko  cofnął  rękę,  jakby  się  sparzył. -
Zrobiłem  rozeznanie  w  paru  agencjach  nieruchomości.  Dam  ci 
pięćdziesiąt procent powyżej szacunkowej ceny rynkowej. Możesz tu 
zostać  za  darmo  do  wiosny.  I  wynajmować  te  domki,  na  które  były 
wcześniejsze rezerwacje.

- Co?

Claire patrzyła na niego z niedowierzaniem. Oferował więcej, niż 

nakazywał zdrowy rozsądek. Musi mu naprawdę bardzo zależeć na tej 
ziemi.

- Pięćdziesiąt procent powyżej wartości - powtórzył. - Możesz za 

to kupić inny ośrodek, w lepszym stanie, jeśli ci odpowiada  taki styl 
życia.

Claire próbowała zebrać myśli. Ostatnie niepowodzenia powinny 

ją skłonić do wyrażenia zgody. Cena była więcej niż dobra. Mogłaby 
urządzić  się  z  dziećmi  w  jakimś  innym  miejscu  z  dala  od  Nowego 
Jorku.  Ale  zaufać  Loganowi  Matthews  byłoby  równą  głupotą  jak 
próbować  przepłynąć  jezioro  Superior  w  listopadzie.  A  kiedy  jej 
wzrok  padł  na  szafirowe  fale  i  malownicze  domki  wzdłuż  brzegu, 
zrozumiała, że nie chce odjeżdżać z Pine Cliff.

- To należało do Brooke.
- Dostała połowę posiadłości, która od pokoleń należała do mojej 

rodziny - odparował  Logan. - Nigdy  nie  lubiła  tego  miejsca.  Po 
naszym rozstaniu nie pokazała się tu ani razu. Jeszcze atrament dobrze 
nie wysechł na ugodzie rozwodowej, już wynajęła zarządcę ośrodka, i 
tyle ją tu widzieli.

- Mówisz, jakby cię ograbiła.

background image

- A nie było tak?

Wszyscy drogo  zapłaciliśmy  za wasz  błąd,  pomyślała  Claire. Ze 

ściśniętym  sercem  przypomniała  sobie  szok  ojca  na  wieść  o 
niespodziewanym  małżeństwie  Brooke  i  jego  gniew,  kiedy  pół  roku 
później poprosiła  go  o  pomoc  w  uzyskaniu  rozwodu.  Po  równie 
nieoczekiwanym  powtórnym  zamążpójściu  zerwała  wszystkie 
kontakty z rodziną. Gdyby nie ten pierwszy, nieudany związek, może 
jej życie wyglądałoby inaczej.

Uśmiechnęła się z przymusem.

- Jak  ci  już  mówiłam,  to  wspaniałe  miejsce  do  wychowywania 

dzieci. A także obecnie moje jedyne źródło utrzymania.

Twarz mu spochmurniała, zacisnął szczęki.

- Dobrze,  więc  może  chcesz  zarządzać  ośrodkiem  do  przyszłej 

wiosny?  Będzie  nadal  otwarty  dla  gości,  a  ty  dostaniesz  pensję. 
Chociaż w zimie i tak nie ma dużego ruchu. No i poza tym będziesz 
miała pieniądze ze sprzedaży. Czy można chcieć więcej?

Oczywiście,  można  chcieć  być  samemu  właścicielem.  O  ile 

wiedziała, ten człowiek poślubił jej zmarłą siostrę dla pieniędzy, a na 
dokładkę  nie  dotrzymał  przysięgi  małżeńskiej.  Nawet  gdyby  była 
zrujnowana  i  załamana,  lojalność  wobec  Brooke  nie  pozwoliłaby  jej 
odsprzedać mu posiadłości.

- Nie będę przenosić dzieci jeszcze raz do nowego miejsca. Ani 

teraz, ani za rok. - Wyprostowała się i spojrzała mu prosto w oczy. -
Muszą  się  gdzieś  zadomowić,  a  tu  jest  wygodnie  i  bezpiecznie.  Po 
stracie rodzi...

- Hej tam, pani Worth? - Jej siwowłosy pomocnik wyłonił się zza 

rogu pralni z kawałkiem czarnego węża gumowego w ręku. - Dobrze 
mi się zdawało, że słyszę tu czyjeś głosy.

- Wie pan już, co się zepsuło?
- Ma pani jakichś wrogów?

Logan popatrzył na nią z zainteresowaniem.

- Masz wrogów, Claire? - spytał cicho.

To pytanie ją zmroziło. Poczuła, że włosy jeżą jej się na karku, a 

bliskość  Logana  wywołuje  nieznośne  napięcie.  Czy  mam  wrogów? 
Tylko ciebie, Logan.

- Nic  mi  o  tym  nie  wiadomo - powiedziała  głośno  do  Freda. -

Dlaczego pan pyta?

Staruszek podszedł bliżej, pokazując trzymany w ręku szlauch.

background image

- Był równiutko przecięty na pół. I ktoś zrobił to naumyślnie.

background image

Rozdział 5
Głos brzmiał znajomo. Logan odwrócił się i zrobił wielkie oczy. 

Fred Lundegaard we własnej osobie. Miał na sobie taki sam - jeśli nie 
ten sam - podarty drelich, jaki nosił czternaście lat temu, i patrzył na 
niego z równym zdumieniem. Po chwili twarz staruszka rozjaśniła się 
jak u dziecka na widok choinki.

- Słyszałem, że wróciłeś, chłopcze!

Rzucił  szlauch  na  ziemię  i  ruszył  ku  niemu  szybkim  truchtem, 

choć widać było,  że wiek i  artretyzm  nie pozwalają  mu poruszać  się 
tak żywo jak niegdyś. Jego ostre rysy zmiękły, jakby z upływem czasu 
złagodniał.

Logan spotkał go w pół drogi i wyciągnął rękę.
Ignorując ten gest, Fred wziął go w objęcia i zaczął poklepywać 

wylewnie po piecach.

- Wiedziałem, że któregoś dnia wrócisz, chłopcze. Wiedziałem! -

Cofnął  się  i  ogarnął  go  rozpromienionym  wzrokiem. - Najwyższy 
czas!

- Co prawda, to prawda - zgodził się Logan, czując, że jego twarz 

po  raz  pierwszy  od  dawna  układa  się  w  prawdziwie  serdeczny 
uśmiech.

Claire patrzyła na nich szeroko otwartymi oczami.

- Starzy  przyjaciele? - spytała,  zakładając  kosmyk  włosów  za 

ucho.

W dżinsach i obcisłym różowym sweterku wyglądała jak świeżo 

upieczona  studentka,  ale  jej  chłodny  głos  zdradzał  osobę  przywykłą 
do  sprawowania  władzy.  Intrygująca  i  pociągająca  kombinacja, 
pomyślał Logan.

- Ten chłopak pętał mi się pod nogami, jak jeszcze nie odrósł od 

ziemi. - Uśmiechając  się  szeroko,  Fred  spojrzał  na  nią  znad 
drucianych okularów. - Ten ośrodek należał do jego babki, wie pani.

- Podobno. Pan tu pracował?
- Dwadzieścia  trzy  lata  dla  Sadie,  a  po  jej  śmierci  pół  roku  dla

Logana i Brooke, kiedy to przejęli. Aż do ich rozwodu...

Fred  rzucił  szybkie  spojrzenie  na  Logana,  odchrząknął  i  nagle 

zajął  się  gruntownym  przeszukiwaniem  zaplamionych  kieszeni.  W 
końcu wydobył okrągłe metalowe pudełko i odwrócił się, żeby włożyć 
sobie pod policzek prymkę tytoniu.

background image

Stary  Fred  wszystko  widział  i  słyszał,  pomyślał  Logan  ze 

znużeniem. Był naocznym świadkiem jego życiowego błędu. Należało 
tylko mieć nadzieję, że zapomniał większość szczegółów - albo będzie 
miał dość rozumu, by udawać, że zapomniał.

- No,  ta  Brooke  była  nieźle  zwariowana - ciągnął  Fred. -

Potrafiła...

Claire przerwała mu ruchem ręki i miażdżącym spojrzeniem.

- Mówił pan coś o wrogach - wtrąciła.

Logan  nie  miał  wątpliwości,  że  rodzina  Worthów  musiała  się 

dorobić  wielu  wrogów.  Podniósł  rozcięty  na  pół  szlauch,  przejechał 
palcem po brzegach i podał go Claire.

- Posłużono  się  ostrym  nożem - powiedział. - Zrobił  to  chyba 

ktoś niezbyt przyjaźnie nastawiony.

Patrzyła zdumiona na kawałek czarnej gumy w ręce.

- Ale dlaczego? Nikogo tu nie znam.

Niesforny  kosmyk  wysunął  się  jej  zza  ucha.  Odgarnęła  go 

zniecierpliwiona i zwróciła się z pytaniem do obu mężczyzn:

- Macie jakiś pomysł?

Jej  głos  brzmiał  spokojnie  i  rzeczowo.  Nie  trzeba  było 

specjalnych  zdolności  detektywistycznych,  aby  dociec,  że  ci  dwaj  to 
główni  podejrzani,  ale  to,  co  ona  myślała,  nie  miało  żadnego 
znaczenia.  Wystarczyło,  aby  sprzedała  Loganowi  Pine  Cliff  i 
wyprowadziła się z tego miejsca.

- Ja nie, a ty, Fred? Fred pokręcił głową.
- Skąd? Dopiero co tu przyjechałem.

Zaniepokojone  bliźniaczki,  które  bawiły  się  w  piaskownicy  po 

drugiej stronie trawnika, podeszły bliżej i przysunęły się do Claire.

- Niedźwiedzie? - spytała  jedna  z nich, szarpiąc  nerwowo  jasny 

loczek.

- Nie, Annie, nie niedźwiedzie. - Głos Claire natychmiast stał się 

łagodny i ciepły. - Ta duża pralka się zepsuła. No i jak, czy może pan 
ją naprawić? - zwróciła się do Freda.

- Chyba  tak. - Fred  podrapał  się  po  szczecinie  na  brodzie. - Z 

pomocą  Logana.  Co  ty  na  to?  Pomożesz  staremu  w  imię  dawnych 
czasów? Nie jestem już tak sprawny jak kiedyś.

Ostatnia rzecz, jakiej Logan pragnął, to ułatwianie Claire pobytu. 

Zrobił  już  to,  po  co  tu  przyszedł:  odstawił  na  miejsce  ten  kłębek 
sierści, przedstawił swoją hojną ofertę i po raz kolejny przekonał się, 

background image

że  Claire  Worth  jest  upartą  idiotką.  Nie  poprawi  mu  humoru 
odgrzebywanie  złych  wspomnień  z  Fredem - a  jak  widać,  Fred  co 
nieco pamiętał.

Ale dwie małe dziewczynki patrzyły teraz na niego z podziwem i 

wiarą, że  może rozwiązać każdy  problem, a bezczelny  pies, leżąc na 
jego  nogach,  miał  w  oczach  podobny  wyraz.  Poza  tym  Fred  też  na 
niego liczył. Jedynie Claire miała minę, jakby nie mogła się doczekać, 
by odszedł - co tylko pomogło mu podjąć decyzję.

- Jasne, że ci pomogę. Masz narzędzia?

Stary  z  uśmiechem  jeszcze  raz  klepnął  go  w  plecy  i  wszyscy 

razem poszli do budynku pralni obejrzeć wyrządzone szkody.

Kiedy  wzięli  się  do  pracy,  Fred  rozrzewnił  się  i  zaczął  snuć 

wspominki o starych czasach, sztormach, jakie oglądał z tego brzegu, i 
erze rozkwitu żeglarstwa, kiedy światła statków całą noc migotały na 
horyzoncie jeziora.

Zafascynowane  dziewczynki  stały  cicho  jak  trusie.  Na  szczęście 

Fred nie poruszał tematu Brooke.

Logan  słuchał  go  jednym  uchem,  ponieważ  jego  myśli  krążyły 

wokół Claire. Nie opuszczała córeczek na krok, cały czas opiekuńczo 
obejmując  je  mocno  ramionami.  Przypominała  mu  kwokę 
zagarniającą  pod  skrzydła  pisklęta,  choć  jej  wygląd  stanowił 
zaprzeczenie tego obrazka.

Była  wysoka  i  szczupła,  a  jej  długie,  zgrabne  nogi  podkreślał 

obcisły  krój  dżinsów.  Popatrywała  w  milczeniu  to  na  niego,  to  na 
Freda,  jakby  szacowała  w  myślach,  czy  nie  ma  do  czynienia  z 
przestępcami.

- Skoro  już  pralka  jest  odsunięta  od  ściany,  to  mogę  równie 

dobrze  zajrzeć,  co  tam  jest  w  środku - mruknął  Fred,  pochylając  się 
nad silnikiem. - Nie wygląda mi to najlepiej.

Jedna  z  dziewczynek  przysunęła  się  bliżej  i  zajrzała  mu  przez 

ramię, druga natychmiast spróbowała wcisnąć się w środek, wyraźnie 
zainteresowana widokiem pokrytych smarem części i śrubek.

- Dziewczynki,  chodźcie  ze  mną - powiedziała  szybko  Claire, 

zaganiając je w stronę drzwi. - To nie zabawa.

Obie zaczęły się wyraźnie ociągać, patrząc błagalnie na Logana.

- Jeśli będziecie grzeczne, to... - wrócił  myślami do dziecięcych 

zabaw na brzegu jeziora - pokażę wam, gdzie można znaleźć agaty.

background image

- Agaty? - Odważniejsza  z  bliźniaczek,  już  z  plamą  smaru  na 

szortach  i  ciemną  smugą  na  policzku,  spojrzała  na  niego  z  pełnym 
nadziei wyczekiwaniem. - Dzisiaj?

Logan popatrzył nad jej głową na Claire.

- Jutro  przyjeżdża  do  mnie  dekoratorka  wnętrz.  Może  po  jej 

wyjeździe?

- Zobaczymy - ucięła  Claire. - A  teraz  chodźmy,  bo 

przeszkadzamy. Chcecie się pohuśtać?

- Ale ciociu Claire - zaprotestowała Lissa, kierując się niechętnie 

za siostrą w stronę huśtawki. - To było takie ciekawe.

Logan  podniósł  głowę  znad  paska  klinowego,  który  trzymał  w 

ręce.  Ciociu  Claire?  A  więc  to  nie  są  dzieci  Claire.  To  są  dzieci 
Brooke.

Musiała  wyjść  powtórnie  za  mąż  niemal  natychmiast  po 

odzyskaniu  wolności.  Podczas  rozprawy rozwodowej  oskarżała  go  o 
uganianie  się  za  innymi  kobietami,  ale  to  ona  była  stroną,  która  nie 
dotrzymała  przysięgi.  Chociaż  on  jeszcze  chciał  ratować  ich 
małżeństwo, ona była zdecydowana je skończyć.

Przysiadł na piętach, pogrążony w zadumie. Oboje byli o wiele za 

młodzi, ale jak  mógł być aż tak ślepy? Serce ścisnęło  mu się z żalu. 
Gdyby  Brooke  nie  okazała  się  zupełnie  inna,  niż  myślał,  jego  życie 
mogło  być  pełne  radości.  Wypełnione  śmiechem,  a  nie  złością, 
miłością, a nie goryczą i zatruwającym duszę pragnieniem zemsty.

Mógłby  być  ojcem,  a  nie  samotnikiem  unikającym  trwałych 

związków. Ta trójka mogłaby być jego dziećmi.

Dwa  dni  później  Claire  musiała  przyznać,  że  jej  pierwsze 

wrażenie na temat Freda było mylne.

Zeszłego wieczoru przyjął jej zaproszenie na kolację i pokazał się 

w drzwiach wykąpany, ogolony i dumny ze świeżo obciętych włosów. 
Mężczyzna,  który  potrafi  wziąć  na  kolana  dwie  małe  dziewczynki  i 
przez dwie godziny zabawiać je opowiadaniem różnych historyjek, nie 
może być z gruntu zły.

Nawet Jason  trochę się  przy  nim  rozruszał.  To  właśnie  dzieci  w 

dużej mierze przyczyniły się do decyzji, żeby zatrudnić Freda na stałe. 
Zapowiedziała  mu  tylko,  że  musi  zrobić  porządek  ze  swoim 
wyglądem i obiecać, że nie będzie sięgał po butelkę.

I  stał  teraz  przed  nią  na  frontowym  trawniku  zupełnie  inny 

człowiek.  Jego  obszarpaną  koszulę  i  zaplamione,  luźne  spodnie 

background image

robocze  zastąpił  nowy  granatowy  kombinezon  z  mankietami,  w 
którym Fred najwyraźniej czuł się jeszcze nieswojo i co chwilę drapał 
się po karku, gdzie musiała go drażnić sztywna metka.

- No i co? - spytał niepewnie. - Jak wyglądam?
- Wygląda pan wspaniale. - Patrząc  na jego ciężko spracowane, 

sękate dłonie, pomyślała, że sprzątanie domków i drobne naprawy w 
ośrodku będą pewno należeć do najlżejszych zajęć, jakie miał od lat. -
Może pan zaczynać?

- Jasne. - Oczy zaświeciły mu się z radości. - Dobrze jest wrócić 

na stare śmieci. Za długo mnie tu nie było.

Claire wyciągnęła rękę, żeby przypieczętować umowę, i dała mu 

kartkę papieru.

- Na początek trzeba będzie przepchać urny walkę u Sweeneyów

- powiedziała. - Umie pan to robić?

- Nie ma problemu. - Fred przyjrzał się spisowi czekających go 

zadań,  zasalutował  i  poczłapał  do  starego  wózka  na  kije  golfowe, 
wyładowanego środkami czystości.

Przy odrobinie szczęścia jej kłopoty z pracami porządkowymi na 

terenie ośrodka powinny się skończyć.

Oczywiście,  jeśli  Fred  da  sobie  radę - i  jeśli  zostanie.  Dla 

dodatkowej zachęty oferowała mu kolacje podczas weekendów i mały 
domek  do  zamieszkania  za  darmo,  uważając,  że  stratę  czynszu 
wynagrodzi  jej  większe  poczucie  bezpieczeństwa.  Ale  Fred  nie 
skorzystał z propozycji, bąkając, że w mieście mieszka jego siostra i 
że ma tam starych kumpli.

Podjechał  teraz  do  niej  wózkiem  i  stanął.  Zsunął  w  tył  swoją 

czapeczkę, podrapał się z namaszczeniem po głowie i nacisnął daszek 
mocniej na czoło, jakby naszła go właśnie jakaś myśl.

- Powinna  pani  zaprosić  tego  chłopca  na  kolację.  .. - rzekł  i 

spojrzał na nią z wyczekiwaniem.

- Jakiego  chłopca? - Udała,  że  nie  rozumie.  Widok  Logana 

łypiącego na nią zza stołu niechybnie przyprawiłby ją o niestrawność.

- Jest  teraz  całkiem  inny. - Fred  przygwoździł  ją  wzrokiem. - I 

dużo się nacierpiał. Więcej, niż mu się należało. Zasługiwał na lepszy 
los.

- Hm, no cóż...

background image

- Spotkałem  go  dziś  rano  w  mieście - ciągnął  Fred  beztrosko. -

Powiedziałem mu, że dziewczynki ciągle o nim mówią i w ogóle... No 
i tak jakoś wyszło, że go zaprosiłem.

- Co?!
- Przecież i tak zawsze robi pani kolację.
- Zaprosił go pan?

Fred  wzruszył  ramionami,  uśmiechnął  się  szeroko  i  zakręcił 

wózkiem z powrotem, mówiąc Claire na pożegnanie:

- Pani zaprosiła mnie, ale ja idę do siostry, więc będzie taka sama 

liczba osób.

Claire  patrzyła  za  nim  bez  słowa.  Nigdy  nie  przyszłoby  jej  do 

głowy, że Fred może ni stąd, ni zowąd zaprosić jej gościa na kolację. 
Skoro tak, będzie go musiał po prostu odprosić.

Chociaż, prawdę mówiąc, Loganowi  należało się to zaproszenie. 

Spędził  trzy  godziny  na  naprawie  tutejszej  prehistorycznej  pralki  i 
stanowczo odmówił przyjęcia zapłaty.

Poza  tym,  przy  tej  okazji  pokazał  się  z  innej,  weselszej  strony, 

którą  pamiętała  sprzed  lat.  Umorusany  smarem,  żartował  i 
przekomarzał  się  z  Fredem,  udowadniając,  że  nadal  ma  swoje 
sarkastyczne poczucie humoru, mimo że ostatnie wypadki zdawały się 
temu przeczyć. A już z pewnością nadal miał mnóstwo wdzięku, który 
mógł zniewolić niejedną kobietę.

Kiedy  dziękowała  im  obu  za  naprawę,  obdarzył  ją  dawnym, 

znajomym uśmiechem, mówiąc:

- Do  tego  właśnie  służą  rycerze,  królowo  Ginewro - a  jej  serce 

zaczęło topnieć.

Dość  tego,  powiedziała  sobie  teraz.  Nie  będzie  więcej  snuła 

żadnych  głupich  wspomnień  ani  topniała  w  jego  obecności.  Ale 
powinna spłacić swój dług.

W  drodze  do  domu  tknęła  ją  nagle  myśl,  jak  by  to  było,  gdyby 

spotkali  się  bez  dzielącej  ich  burzliwej  przeszłości.  Od  pierwszej 
chwili,  kiedy  pojawił  się w  Pine  Cliff,  wydał  jej  się  nieodparcie 
atrakcyjny, mimo swojej złej sławy.

I  mogłaby  przysiąc,  że  ona  jemu  też  się  spodobała,  w  każdym 

razie  w  pierwszej  chwili.  Gdy  ich  spojrzenia  się  spotkały,  nie  mógł 
oderwać  od  niej  wzroku.  Nie  tylko  ona  czuła  iskrzące  się  napięcie 
między  nimi.  Magnetyczne.  Niebezpieczne.  Tak  silne,  że  poczuła 
przyspieszony puls i wewnętrzne drżenie.

background image

Z domu i jednocześnie z pobliskiego budyneczku pralni dobiegł ją 

dźwięk  dzwoniącego  w  stereofonicznej  dysharmonii  telefonu. 
Zawróciła do pralni, sięgnęła za drzwi i zdjęła słuchawkę z wiszącego 
na ścianie aparatu.

- Pine Cliff, słucham.
- Mówi wychowawczyni klasy Jasona... Claire nerwowo okręciła 

sznur wokół palców.

Z  każdym  słowem  czuła  większy  ucisk  w  sercu. 

Niekomunikatywność. Nieprzystosowanie. Niesubordynacja.

Odłożyła  słuchawkę  i  oparła  się  o  framugę.  Nie  wiedziała,  co 

robić. Jason  ledwo się do niej odzywał, uciekając  przed  każdą próbą 
zaprzyjaźnienia się jak zdziczały szczeniak - nieufny, na wpół gotów 
do nawiązania kontaktu, zaraz cofał się i umykał najeżony.

I wszystko, co robił, podszyte było buntem.
Miała  nadzieję,  że  przynajmniej  zaadaptował  się  w  szkole,  że 

wdrożył  się  w  normalny  rytm  uczniowskich  zajęć  i  znalazł  przyjaźń 
pośród kolegów z klasy. Najwyraźniej tak się nie stało.

W  powietrzu  unosił  się  ostry  zapach  wybielacza  i  świeżego 

prania. Lekki wiatr rozwiewał jej włosy i chłodził rozpaloną słońcem 
twarz.  Te  miłe,  znajome  doznania  niosły  spokój  i  ukojenie.  Tak 
bardzo  jej  potrzebne  na  myśl  o  czekającej  ją  rozmowie  z  małym 
buntownikiem.

„AGS.PA."
Claire  obracała  kartkę  na  wszystkie  strony.  Przeczytała 

nagryzmolony ołówkiem napis  do przodu,  do tyłu i do góry nogami. 
Obejrzała  pod  słońce.  W  końcu  zrozumiała.  Małe  łobuzy  zjadły 
posiłek  po  szkole  wyjątkowo  szybko.  Musiały  naskrobać  tę  notkę, 
korzystając z chwili, gdy wyszła z domu wyjąć pocztę ze skrzynki.

- Jason! Jason!

Przeszukała  cały  dom  od  góry  do  dołu,  nawołując  chłopca,  lecz 

odpowiadało  jej  tylko  echo.  Był  tu  jeszcze  minutę  temu,  a  teraz 
wszystkie trzy kurtki zniknęły. A to się Logan Matthews ucieszy!

Włożyła  sweter,  zostawiła  na  drzwiach  frontowych  kartkę: 

„Wracam  za  dziesięć  minut",  i  pobiegła  nad  brzeg  jeziora.  Czyżby 
dzieci poszły same szukać agatów?

Rzut  oka  z  wysokiej  skały  koło  przystani  przekonał  ją,  że 

wybrzeże jest puste, jeśli nie liczyć paru kaczek pływających leniwie 
przy brzegu i stada tłustych mew daleko na wodzie.

background image

Poszli  do  Logana.  Mogła  sobie  wyobrazić  jego  uciechę,  kiedy 

trójka uciekinierów zapukała do jego drzwi.

Na szczęście mieli nad nią tylko niewielką przewagę. Może zdoła 

ich  dogonić,  zanim  zdążą  narozrabiać.  Zaczęła  schodzić  po  skałach, 
ślizgając się na wąskich granitowych półkach i przedzierając się przez 
kolczaste  krzewy  porastające  nie  używaną  ścieżkę.  Zasapana  i 
spocona  minęła  wreszcie  tablicę  z  napisem  „Wstęp  wzbroniony"  na 
granicy między posiadłością Logana a jej ośrodkiem.

Z  podnóża  skał  spojrzała  na  wznoszący  się  ku  niebu  dom  i 

oniemiała  z  podziwu,  widząc  jego  wielkość  i  rozmach.  Logan 
zaprojektował  dzieło  sztuki.  Człowiek,  który  miał  takie  Wyczucie 
bryły  i  przestrzeni,  jest  skazany  na  sukces.  Logan  dobrze  sobie 
poradził ze swoim zadaniem. Bardzo dobrze.

Oszklone  ściany  od  strony  jeziora  obiecywały  wspaniały  widok 

ze  wszystkich  pokoi.  Konstrukcja  z  bali  harmonijnie  współgrała  z 
pniami wysokich sosen, otaczających dom z pozostałych trzech stron.

A  na  osłoniętym  od  wiatru  patio  z  widokiem  na  wodę  siedziała 

przy  stole  trójka  jej  dzieci  i  coś  popijała.  Logana  nie  było  nigdzie 
widać.

- Dobry Boże! - jęknęła. - Czują się, jak u siebie w domu. Logan 

się wścieknie, jak to zobaczy.

Wdrapując  się  po  stromym  podejściu  dojrzała,  że  dzieci -

niepomne  jej  obecności - zabrały  się  teraz  do  jedzenia,  a  kiedy 
wreszcie  pokonała  schody  wiodące  na  podest,  siedziały  już  rozparte 
wygodnie w krzesłach z wyrazem błogiego zadowolenia na twarzach. 
Logan wyglądał przy nich jak jastrząb nad stadkiem piskląt.

- Jest też łatwiejsza droga na górę - powiedział, kręcąc niedbale 

w ręku słomkę. Odchylił się do tyłu, z nogą założoną na nogę i z ręką 
przerzuconą niedbale przez oparcie wolnego krzesła. - Zdecydowałaś 
się poszukać zaginionych dzieci? - spytał z niewinną miną.

Czuła, że szacuje ją wzrokiem, instynktownie i typowo po męsku 

oceniając  nową  kobietę  na  swoim  terytorium.  W  normalnych 
okolicznościach  czułaby  się  urażona,  ale  tym  razem  sama  nie  mogła 
oderwać  od  niego  oczu.  Wysoki,  smukły,  muskularny,  emanował 
spokojem i siłą oraz jakąś nieuchwytną, mroczną zmysłowością.

Z  wysiłkiem  przeniosła  spojrzenie  na  dzieci,  które  gapiły  się  w 

niego jak w obraz.

background image

- Dlaczego  uciekliście  w  taki  sposób? - zapytała  surowo. -

Wiecie przecież, że nie należy nachodzić pana Matthewsa. Wyraźnie 
wam to wczoraj powiedziałam. Jason?

- Nic  takiego  się  nie  stało. - Umknął  wzrokiem  w  bok. -

Dziewczynki nie mogły przecież iść same.

- Jak to?
- On  nas  zaprosił. - Lissa  wysunęła  dolną  wargę. - Sam  tak 

powiedział. Pamiętasz? Mieliśmy szukać agnetów.

Annie zsunęła się z krzesła.

- Zostawiłyśmy ci list.
- Jasne,  list. - Claire  powstrzymała  uśmiech.  „Ags.Pa."  Bardzo 

wyczerpująca informacja. - Ale powinniście mnie najpierw zapytać. I 
nigdy, przenigdy nie wolno wam wychodzić bez mojego pozwolenia. 
Chodźcie, nie przeszkadzajmy panu Matthewsowi w pracy.

Logan  wstał.  Poruszał  się  szybko  i  zwinnie,  a  z  tym  marsem  na 

czole  wyglądał  jeszcze  bardziej  męsko  niż  zwykle.  Jego  mina  się 
rozchmurzyła, kiedy się zwrócił do dzieci.

- Poszukamy tych agatów innym razem. Jeśli Claire się zgodzi -

dodał już mniej przyjaznym tonem.

Jason zaszurał butem po drewnianym podeście, całą swą postawą 

wyrażając  znudzoną  obojętność.  Ale  zdradziła  go  nutka  nadziei  w 
głosie:

- Fred mówił, że przyjdzie pan dziś na kolację.
- Tak, no cóż... Może kiedy indziej.

Jego  niechęć  była  dla  Claire  całkiem  oczywista,  ale  na  widok 

radosnego oczekiwania na twarzy Annie i Lissy każdemu stopniałoby 
serce.

- Będzie  nam  bardzo  miło - mruknęła.  Była  pewna,  że  nie 

przyjmie zaproszenia, co by jej osobiście odpowiadało, ale sprawiłoby 
przykrość dzieciom. Rzuciła mu wyzywające spojrzenie. - Wiem, jak 
lubisz nasze towarzystwo. Wobec tego może jutro?

- Dobrze - poddał  się  z  gracją  i  uśmiechnął  do  dzieci,  lecz  po 

błysku oka poznała, że wolałby raczej zjeść cyjanek.

Mimo tej mało entuzjastycznej odpowiedzi, postanowiła wziąć się 

w  garść.  W  przeszłości  radziła  sobie  w  różnych  niezręcznych 
sytuacjach podczas  oficjalnych  kolacji, poradzi  sobie  też przez  jeden 
wieczór z Loganem.

- O siódmej?

background image

- Dobrze.

Dziewczynki  patrzyły  na  niego  rozanielone,  jakby  był  ich 

ukochanym wujkiem. Miała nadzieję, że w przyszłości zmądrzeją.

- Podziękujcie teraz panu Matthewsowi za gościnność.

Zgarnęła  dzieci  i  stojąc  już  przy  schodkach,  zerknęła  na  ścianę 

okien  po  lewej  stronie.  Z  trudem  powstrzymała  okrzyk  podziwu. 
Osłoniła oczy ręką przed refleksami światła i przytknęła nos do szyby.

Wnętrze  domu  zapierało  dech.  Szklana  ściana  ciągnęła  się  parę 

metrów w niebo, a za nią, w głębi, szerokie schody wiodły łukiem w 
górę,  ku  sypialniom,  zaś  cały  parter  był  przestronny  i  jasny  niczym 
oświetlona  słońcem  plaża.  Koło  okna  stał  stół  kreślarski,  obok  z 
wysokiego  miedzianego  naczynia  sterczał  wachlarz  projektów, 
przypominając modernistycznie zaaranżowany bukiet.

Jednak  mimo  dobranych  ze  smakiem  sprzętów  i  pięknie 

wykończonych  parkietów,  eleganckie  pomieszczenie  nie  kusiło 
obietnicą  ciepła i  wygody.  Wyglądało  bardziej jak salon  wystawowy 
niż przytulny dom.

- No i jak ci się podoba? - spytał Logan, opierając się ramieniem 

o szybę i obserwując jej reakcję.

- To  jest...  imponujące. - Spojrzała  na  niego  kątem  oka, 

zastanawiając  się,  czy  chłodne  wnętrze  domu  jest  odbiciem 
osobowości architekta, czy wyrazem pustki w jego życiu, której nigdy 
nie wypełnił.

Cofając  się,  zahaczyła  butem  o  wystającą  deskę  w  podeście  i  z 

okrzykiem  strachu  zachwiała  się  na  brzegu  stopnia.  Logan 
błyskawicznie rzucił się, żeby ją podtrzymać, ale zdążyła się chwycić 
poręczy.

- Lepiej  uważaj! - zaszeptał  jej  przy  uchu. - Powinnaś  być 

bardziej ostrożna.

Popatrzyła mu w twarz. Niesforny kosmyk włosów opadł  mu na 

czoło,  jakby  się  prosił,  aby  go  odgarnąć.  W  oczach  paliły  mu  się 
figlarne iskierki.

- Zwykle...  zwykle  jestem  najbardziej  ostrożną  osobą  pod 

słońcem - zapewniła go.

Patrzył  na  nią,  kiedy  schodziła  z  dziećmi  po  schodach  i  pod 

wodzą  Jasona  oddalała  się  w  stronę  domu.  Czuła  na  plecach  jego 
wzrok, kiedy szli po szerokiej granitowej półce i wchodzili na ścieżkę 

background image

wśród drzew. Choć nie odwróciła głowy, miała pewność, że nadal stoi 
w tym samym miejscu na podeście.

Wiele by dała za to, by poznać jego myśli.
Wiele  by  dała  również  za  to,  by  zrozumieć,  co  dzieci  w  nim 

widzą. Z pewnością nie był typem faceta, który biega z piłką czy też 
opowiada  śmieszne  historyjki.  Co  najwyżej,  traktował  całą  trójkę  z 
pobłażliwością lub nawet z lekką rezerwą.

W każdym razie nawiązały się między nimi jakie takie sąsiedzkie 

stosunki.  Ze  swej  strony  miała  zamiar  dopilnować,  aby  były 
poprawne, lecz niezbyt bliskie. I zignorować to śmieszne drżenie serca 
na  jego  widok.  Nie  miała  ani  czasu,  ani  ochoty  jeszcze  bardziej 
komplikować sobie życia.

To  nie  powinno  być  trudne.  W  końcu  nie  na  darmo  dawni 

pracownicy  nazywali  ją  za  plecami  „Królową  Śniegu."  Jako  osoba 
obdarzona tym przydomkiem potrafi chyba zapanować nad uczuciami.

I zasłużyć na Oscara w kategorii najlepszej aktorki roku.
Ktoś pukał do tylnych drzwi.
Claire otworzyła oczy i  zerknęła na  budzik.  Wpół do pierwszej? 

Późno przybyli goście budzili ją dwukrotnie w zeszłym tygodniu, ale 
to już jest przesada.

Ziewnęła i zakopała się głębiej w ciepłą pościel. Idźcie sobie. Po 

prostu idźcie sobie stąd...

W  Nowym  Jorku  miała  do  dyspozycji  dozorcę  i  wideofon.  W 

Pine Cliff wiele razy dziennie musiała otwierać drzwi obcym ludziom. 
Ale  nie  po  północy,  na  miłość  boską!  Jutro  zamówi  dużą  tablicę  z 
napisem:  „Po  22.00  RECEPCJA  NIECZYNNA",  zwieńczoną  trupią 
czaszką i parą piszczeli dla przestrogi.

Pukanie  przeszło  w  łomot  i  poczuła  dreszcz  strachu.  Nie  bądź 

śmieszna, skarciła się. To na pewno ta emerytowana aptekarka, która 
nie  dojechała  w  ciągu  dnia.  Przyjeżdżała  tu  z  dwiema  siostrami  co 
roku  podziwiać  kolory  jesieni.  Może  zepsuł  im  się  po  drodze 
samochód.

Wysunęła się niechętnie z łóżka, mając nadzieję, że nie wystygnie 

do  jej  powrotu.  Dzieci  miały  koce  elektryczne,  ale  ona  postanowiła 
zadowolić się pierzyną puchową - nie była teraz pewna, czy słusznie.

Owinęła się szczelnie szlafrokiem, wsunęła  na nogi sfatygowane 

kapcie  z noskami  w kształcie  króliczych  pyszczków,  i  zeszła  na  dół. 
Oplotła się ramionami w obronie przed zimnem panującym w kuchni. 

background image

Po  zamówieniu  tej  tablicy  zainstaluje  w  piwnicy  największy  z 
możliwych kocioł centralnego ogrzewania.

Uchyliła drzwi na łańcuchu na parę centymetrów.

- Słucham? - Stłumiła ziewnięcie i nagle zamarła.

Za  drzwiami  nie  stała  żadna  starsza  pani,  tylko  jakiś  zgarbiony 

osobnik.  Przytupując  na  ganku,  przytknął  palce  do  daszka  czapki 
baseballowej  w  geście  powitania,  a  drugą  ręką  próbował  otworzyć 
drzwi.

- Zimno jak diabli!

Claire  cofnęła  się  i  przyjrzała  mu  uważniej.  Siatka  na  drzwiach 

zewnętrznych  i  przyćmione  światło  nie  pozwalały  jej  dojrzeć  rysów 
mężczyzny, ale mówił dziwnie powoli i jakby bełkotliwie. Czyżby był 
pijany?

- M...mieliśmy rezerwację, ale za...zabalowaliśmy z kumplem w 

Duloop... - urwał i poprawił się: - W Duluth. Niezłe miasteczko.

Bez  wątpienia  był  pijany.  Jeśli  każe  mu  się  wynosić,  może 

wszcząć  burdę,  a  na  szybki  przyjazd  szeryfa  nie  ma  co  liczyć.  Z 
drugiej  strony,  jeśli  nawet  odjedzie  bez  awantury,  to  w  tym  stanie 
może spowodować wypadek i kogoś zabić.

Zmusiła się do uśmiechu i sięgnęła do przegródki na klucze.

- Może  pan  zająć  domek  numer  pięć.  Proszę  przyjść  rano 

dopełnić  formalności,  kiedy  będzie  pan...  hm...  mniej  zmęczony. -
Podała mu klucz, ale się nie poruszył. - Coś jeszcze?

Podniósł głowę i spojrzał jej w oczy.

- Czy  coś  jeszcze? - zaśmiał  się  chrapliwie. - Jakbyś  zgadła, 

kotku.

Błyskawicznym  ruchem  otworzył  siatkowe  drzwi,  wyrywając 

klamkę,  która  potoczyła  się  ze  złowrogim  łoskotem  po  podeście. 
Claire  krzyknęła,  starając  się  zatrzasnąć  ciężkie,  dębowe  drzwi 
wewnętrzne, lecz w tym samym momencie łańcuch pękł pod naporem
masywnego  cielska  i  graba,  włochata  łapa  pochwyciła  ją  w  żelazny 
uścisk. Jednocześnie napastnik dragą ręką zakrył jej usta.

- Zamknij się - warknął. - Mamy do pogadania.

Zbliżył  do  niej  groźnie  twarz  zamaskowaną  pończochą.  Jego 

nieświeży  oddech,  cuchnący  kiełbasą  i  piwem,  wywołał  w  mej 
mdłości.  Starała  się  wyrwać  i  z  całej  siły  kopnęła  go,  mierząc  w 
podbrzusze. Przeklęte, miękkie kapcie o pyszczkach królików osłabiły 

background image

efekt.  Napastnik  nawet  nie  mrugnął,  a  ją  ogarnął  blady  strach.  Jeśli 
dzieci się obudzą i zejdą na dół...

Szarpała się bezskutecznie, żeby złapać oddech.
Światło  lampy  zamgliło  się  i  jakby odpłynęło.  Poczuła  zawrót 

głowy. Jakaś dziwna siła uniosła ją z podłogi. Gdzieś z boku, z czarnej 
czeluści doszedł ją ochrypły głos:

- To ona, tak?

I wszystko pokryła ciemność.
Usłyszał  krzyk  kobiety  i  szuranie  stóp  po  podłodze,  a  potem 

odgłosy  walki.  Koszmar  senny  powrócił.  Jason  jęknął  i  naciągnął 
pościel na głowę.

Na dole trzasnęły drzwi.
Z sercem walącym jak młot Jason wyjrzał ostrożnie spod kołdry. 

Stary pudel nadal chrapał spokojnie w nogach łóżka.

- Gilbert!

Pies  poruszył  się  we  śnie,  przebierając  w  miejscu łapami.  Nie 

będzie  z  niego  wiele  pożytku,  po  każdej  drzemce  przez  godzinę 
dochodził do siebie.

Jason  zmusił  się  do  wyjścia  z  łóżka  i  przeszedł  na  palcach  do 

holu. Wstrzymał oddech.

Cisza. Złowroga, martwa cisza.
Sypialnia  Claire  w  rzeczywistości  wcale  nie  jest  otwarta, 

powtarzał sobie. Jej łóżko nie jest puste. Ale drzwi pod jego drżącymi 
palcami były  twarde  i  solidne,  a podłoga  pod  stopami  zimna. To  nie 
był sen.

Czując,  że  serce  podchodzi  mu  do  gardła,  Jason  zsunął  się 

bezszelestnie po schodach i zatrzymał ostrożnie na progu kuchni. Przy 
tylnych  drzwiach  połyskiwał  w  nikłym  świetle  cienki,  złoty  krążek. 
Bransoletka  Claire.  Ta,  której  nigdy  nie  zdejmowała.  Mówiła,  że 
przynosi jej szczęście.

Po  chwili  wahania  podszedł,  żeby  ją  podnieść.  Obok  lśniła 

czerwona kropla.  Krew?!  Cofnął  się w panice,  z trudem  opanowując 
chęć ucieczki. Na miękkich nogach dowlókł się do okna.

W głębi alei ujrzał dwie ciemne, zwaliste postaci. Ciągnęły kogoś 

w  bieli  w  stronę  domku  obok  magazynu.  Po  chwili  zakryły  ich 
ciemności.

Z  ust  Jasona  wyrwało  się  łkanie.  Ciocia  Claire!  Jak  huragan 

przeleciały mu przez głowę straszliwe sceny z przeszłości. Nie!

background image

Sięgnął po telefon i wykręcił 911. Krzyknął adres do słuchawki - i 

głos uwiązł mu w gardle ściśniętym szlochem.

- Proszę się nie rozłączać - powiedział spokojny, męski głos.

Jason stał, przestępując z nogi na nogę. Szybciej! Szybciej! Ile to 

może trwać? A co, jeśli szeryf i jego zastępca są gdzieś daleko? Rzucił 
słuchawkę  na  biurko  i  ruszył  do  tylnych  drzwi.  Chwycił  kurtkę  z 
wieszaka, włożył pospiesznie buty i wyszedł w zimną noc. Rozejrzał 
się, czy nie dostrzeże czegoś podejrzanego.

Wokół  panował  pozorny  spokój.  Chłopiec  puścił  się  co  sił 

trawnikiem  w  stronę  jeziora.  Na  granicy  lasu  zawahał  się,  wbijając 
wzrok w ciemności. Ktoś mógł tam być w tej chwili i na niego czekać, 
ale on nie ma wyboru. Szeryf może nie zdążyć, trzeba szukać ratunku 
gdzie indziej.

Biegnąc, z każdym krokiem modlił się goręcej, aby Logan był w 

domu.

background image

Rozdział 6

- Nie róbcie tego - poprosiła Claire łagodnym tonem, patrząc na 

dwóch pijanych drabów, blokujących jej wyjście z domku.

Spokój. Zachować spokój.
Z  pończochami  na  głowach  wyglądali  jak  przybysze  z  obcej 

planety. Rysy ich twarzy ginęły pod matowym nylonem. Nie padła ich 
ofiarą przypadkowo. Przygotowali się do tego. Ta myśl przerażała ją 
bardziej niż ich postura czy smród taniego piwa i odór potu.

- Wypuśćcie mnie. Idźcie spać, a ja zapomnę o wszystkim, co się 

wydarzyło.

- Wierzaj  mi,  siostro,  że  nie  zapomnisz.  Chyba  że  w  końcu 

zdecydujesz się na współpracę.

- W końcu? - wykrztusiła.
- Masz coś, co jest nam potrzebne, a my nie mamy już czasu do 

stracenia.

Claire  patrzyła  na  niego  zdumiona.  Przypomniała  sobie  tamten 

dziwny  telefon.  Były  wspólnik?  Ale  głos  przez  telefon  brzmiał 
całkiem inaczej, poza tym był zduszony, niewyraźny.

- Jeśli  szukacie  dokumentów  Randalla,  to  źle  trafiliście.  Nic 

takiego tu nie ma.

- Kłamiesz. Ale już my się postaramy, żebyś pożałowała swojego 

uporu.

Młodszy z mężczyzn poruszył się niespokojnie i zerknął nerwowo 

na drzwi.

- Do diaska, Ger...
- Hank.

Spojrzenie  starszego  wyraźnie  dawało  do  zrozumienia,  że  przy 

następnej pomyłce towarzysz straci wszystkie zęby.

Porozumieli się wzrokiem, od którego przeszły ją ciarki.

- Jeśli  się  trochę  postarasz,  Buzz,  będziesz  miał  z  nią  więcej 

uciechy  niż  z  tą  poprzednią - powiedział  ten,  który  kazał  zwać  się 
Hankiem, patrząc wymownie na Claire.

Poczuła  skurcz  żołądka.  W  tym  małym  drewnianym  domku,  z 

firankami w kratkę w oknach i wesołą tapetą na ścianach, stała twarzą 
w  twarz  z  koszmarem  z  najgorszego  snu.  Cofnęła  się  i  zasłoniła 
krzesłem.

Dotąd  trzymała  strach  na  wodzy,  ale  ich  było  dwóch - dwóch 

drabów o ileż od niej silniejszych. Nie miała żadnych szans.

background image

- Chodź,  mała,  zabawimy  się. - Hank  ściągnął  podkoszulek, 

ukazując  lśniący  od  potu,  wytatuowany  tors  i  tłusty  brzuch  koloru 
słoniny. Na jego twarz wypełzł obleśny uśmiech. - Ta cizia będzie się 
stawiać, Buzz. Zawsze to lubiłeś.

Gdy ruszył w jej stronę, pchnęła w niego krzesło. Pochwycił je i 

rzucił za siebie, rozbijając je o ścianę.

To  się  nie  może  dziać  naprawdę.  Poczuła  suchość  w  ustach  i 

cofnęła się jeszcze o krok, nie spuszczając z niego wzroku.

- P...posłuchaj, mój mąż nie żyje. To właściwie tajemnica, ale... -

miała  nadzieję,  że  jest  dostatecznie  blada  pod  wpływem  strachu - ja 
też to mam.

Hank zatrzymał się.

- Hę?
- AIDS. Mogłam siedzieć cicho i... - zakrztusiła się - zabawić się, 

ale wtedy wy też dostalibyście wyrok śmierci.

Patrzyła,  jak  zareaguje,  modląc  się,  żeby  to  do  niego  dotarło. 

Krew waliła jej w skroniach, nerwy miała napięte do ostatnich granic. 
Zacisnęła  mocno zęby i  wyprostowała  się. Poradzi sobie,  musi sobie 
poradzić.

Buzz wysunął się niepewnie z cienia.

- Wygląda jakoś nietęgo...
- Trzeba było widzieć, jak wyglądał mój mąż...
- Przywołując  do  oczu  łzy,  oceniła  wzrokiem  posturę  Hanka. -

Ten  wielki  jak  dąb,  stukilowy  mężczyzna,  umierając,  był  słaby  jak 
dziecko i chudy jak patyk.

- Hank? - Buzz podniósł głos.
- Ona  kłamie.  Kiedy  się  z  nią  rozprawimy,  przejdziemy  się  do 

domu. Mamy tam co nieco do zrobienia.

Te słowa przejęły Claire grozą. Co będzie z dziećmi? Starała się 

zebrać myśli i jeszcze ich zwodzić.

- Nie wiecie, jak to jest z AIDS? Nosiciele długi czas wyglądają 

zdrowo.

Hank  z  pogardliwym  prychnięciem  chwycił  ją  za  ramiona  i 

szarpnął ku sobie.

- Nie  wciskaj  nam  kitu,  laleczko.  Dobrze  ci  się  przyjrzałem, 

będzie z ciebie pociecha...

background image

Claire  odwróciła  od  niego  twarz  z  obrzydzeniem, ale  chwycił  ją 

ręką  za  głowę  i  skierował  ku  sobie.  Ostre  paznokcie  wbiły  jej  się  w 
skórę.

- Słuchasz, co mówię? - Szarpnął ją za włosy.
- Gdzie jest kartoteka Brooke?

Te  słowa  wydały  jej  się  bezsensowne.  Kartoteka  Brooke?  Do 

czasu  wyprowadzki  z  rodzinnego  domu  największym  zmartwieniem 
jej siostry był wybór  odpowiedniego  lakieru do paznokci. A tu jakaś 
kartoteka!

- Nie mam pojęcia, o czym pan mówi. Zacisnął rękę mocniej na 

jej włosach.

- Nie  jestem  w  nastroju  do  żartów.  Mów  albo  oddam  cię 

Buzzowi.

Kątem oka zobaczyła, że Buzz sięga do paska od spodni. Musiała 

coś zrobić. Natychmiast.

Wyrwała się Hankowi, szurnęła mu krzesło pod nogi i rzuciła się 

do  drzwi.  Chwyciła  za  klamkę - zimny  metal  pod  jej  palcami 
obiecywał zbawienie i wolność!

Dwie  tłuste  łapy  pochwyciły  ją  od  tyłu,  szarpnęły  z  powrotem  i 

popchnęły na środek pokoju. Pośliznęła się i upadła.

Tymczasem  klamka  u  drzwi  gwałtownie  się  poruszyła.  Z 

zewnątrz dobiegł ją głęboki męski głos, cudowny głos, który znała!

- Claire? Claire?
- Ciociu  Claire? - zawtórował  mu  cieńszy  głosik  i  rozległo  się 

walenie drobnych pięści o drzwi.

Logan i Jason.

- Kiedy  z  nimi  skończę - warknął  Hank - zabierzemy  się  do 

ciebie.

Claire  oderwała  wzrok  od  klamki  i  wstała,  odwracając  się  do 

niego.  W  jednej  chwili  jej  nadzieję  zastąpiła  groza.  Hank  trzymał  w 
ręku pistolet z tłumikiem i mierzył prosto w drzwi.

- Nie! Proszę, tylko nie to! - zaczęła go błagać. Podeszła bliżej i 

zniżyła  głos  do  szeptu. - Zrobię,  co  chcecie,  tylko  niech  pan  nie 
strzela. Powiem wam wszystko, wszystko, co chcecie wiedzieć.

Hank odepchnął ją i odbezpieczył pistolet.

- Czyżby? - mruknął.
- Claire, jesteś tam?

background image

Coś ciężkiego walnęło od zewnątrz w drzwi, raz, a potem drugi. 

Po chwili przerwy drzwi się zatrzęsły pod jeszcze silniejszym ciosem.

- Logan! Nie wchodź!

Palec Hanka zawisł nad spustem.

- Jeśli  piśniesz  komuś  choć  słowo  o  tych  dokumentach,  to 

będziesz trupem - zagroził. - Trzecim z kolei. A teraz powiedz mu, że 
mamy tu randkę i nie potrzeba ci żadnej pomocy.

Logan  na  pewno  jej  nie  uwierzy.  A  jak  się  włamie,  ten  zbir  nie 

zawaha  się  go  zastrzelić.  Musi  temu  zapobiec,  i  to  natychmiast.  Nie 
spuszczając  wzroku  z  pistoletu,  rzuciła  się  na  Hanka  i  wytrąciła  mu 
broń z ręki. Pistolet wystrzelił. Upadając na podłogę,  poczuła gorące 
pieczenie na policzku i gryzący dym w płucach.

W  tej  samej  chwili  drzwi  puściły  i  rozległ  się  głuchy  trzask. 

Zwaliste cielsko Hanka zachwiało się i runęło na nią, przygniatając ją 
do ziemi.

Zobaczyła  plamki  pod  powiekami.  Rozpaczliwie  pragnęła 

powietrza,  czuła,  że  się  dusi - i  nagle  ciężar  ustąpił,  a  nad  głową 
usłyszała odgłosy bójki.

Hank  upadł  twarzą  do  ziemi,  Buzz  poleciał  na  przeciwległą 

ścianę.  Kiedy  oderwała  od  nich  wzrok  i  spojrzała  w  górę,  zobaczyła 
nad  sobą  Logana  z  lufą pistoletu  wymierzoną  w  Hanka.  Z  trudem 
łapiąc oddech, podniosła się na łokciach.

- Ciociu  Claire? - W  otwartych  drzwiach  stanął  Jason  z  twarzą 

białą jak płótno.

Wciągnęła głęboko powietrze i obejrzała go od stóp do głów.

- Dzięki Bogu, nic ci nie jest...
- Przed  wyjściem  z  domu  zadzwoniłem  na  911 - rzekł  Jason 

załamującym się głosem. - Szeryf powinien zaraz tu przyjechać.

- Dobra robota, chłopcze - pochwalił go Logan, nie spuszczając 

oka  z  rzezimieszków. - Ale  miałeś  czekać  u  mnie w  domu.  Widzisz 
ten pistolet? Mogłeś zostać zabity.

Jason  podszedł  do  Claire,  upadł  na  kolana  i  dotknął  jej  twarzy 

drżącą ręką.

- Nie mogłem czekać. Musiałem tu przyjść i zobaczyć, czy nic ci 

się nie stało.

Claire wyciągnęła ręce, wzięła go w ramiona i mocno przytuliła.

- Dziękuję,  kochanie - szepnęła  mu  do  ucha.  Wyzwolił  się 

niezdarnie z jej objęć, policzki mu płonęły, oczy umykały w bok.

background image

- Nie ma za co - mruknął.

Logan posłał mu spojrzenie pełne aprobaty.

- Claire jest szczęściarą, że ma przy sobie takiego mężczyznę.
- Jasne - przytaknęła. - Jesteś prawdziwym bohaterem, Jason. A 

teraz chodźmy szybko do domu i sprawdźmy, co z dziewczynkami.

- Sam pójdę - zaofiarował się Jason, zrywając się na równe nogi.

Claire  zawahała  się,  pełna  obaw  co  do  dalszego  rozwoju 

wypadków.  W  domu  będzie  umierała  ze  strachu,  myśląc,  że  Hank  i 
Buzz zdołali uciec.

- Nie jestem już dzieckiem. - Jason spojrzał na nią z wyrzutem. -

Wszystko będzie dobrze - dodał szybko i czmychnął za drzwi.

Podniosła  się  ostrożnie  z  podłogi  i  wyszła  na  podest  przed 

domkiem.  Patrzyła  w  ślad  za  chłopcem,  jak  biegnie  aleją,  wpada  w 
krąg światła na ganku i wchodzi bez przeszkód do środka. Po chwili 
zamachał  obiema  dłońmi  z  okna  sypialni  sióstr  i  zniknął.  Weszła  z 
powrotem do domku.

- Lepiej zamknijmy tych zbirów w łazience - powiedział Logan i 

niezbyt przyjaźnie dźgnął Hanka czubkiem buta.

- Rusz się!
- Głupia suka. Szkoda, że cię nie trafiłem, choć mało brakowało.

- Hank  wbił  w  Claire  spojrzenie  pełne  nienawiści  i  dodał  szeptem, 
przeznaczonym wyłącznie dla jej uszu: - Dostanę to, czego szukam, a 
jak nie ja, to ktoś inny. Nie myśl sobie, że ci damy spokój.

- No już, jazda! - ponaglił go Logan, lufą wskazując mu drzwi.

Hank zaklął, splunął krwią i wtoczył się do łazienki. Buzz wszedł 

za  nim,  nie  spuszczając  oczu  z  pistoletu.  Logan  zaniknął  drzwi  i 
zaklinował je krzesłem włożonym pod klamkę.

Jego siła i pewność siebie wprawiły Claire w głęboki podziw. On 

jest  niezwyciężony;  pokonał  dwóch  mężczyzn  w  jej  obronie! -
pomyślała i sama się zawstydziła tym pensjonarskim zachwytem.

- Nie  radzę  próbować  ucieczki - ostrzegł  ich  Logan  głośno,  po 

czym  zwrócił  się  do  Claire  ze  zmarszczonym  czołem. - Co  to  miało 
znaczyć, że o mało cię nie trafił? Czy zrobiłaś jakieś głupstwo?

- No... niezupełnie.
- Mógł cię zabić.

Stwierdził to spokojnym, beznamiętnym tonem, ale zdradziły  go 

oczy.  Ze  zdumieniem  ujrzała  w  nich  niekłamany  strach.  Nie  bał  się 
ryzykować własnym życiem, ale bał się o nią.

background image

- Hank celował pistoletem w drzwi. Ty i Jason byliście po drugiej 

stronie.

- Boże  drogi,  Claire!  Nigdy  bym  sobie  nie  darował,  gdyby... 

gdybyś...

Zaczaj krążyć po pokoju jak tygrys w klatce, wyraźnie walcząc z 

chęcią wtargnięcia do łazienki i rozdarcia napastników na strzępy. W 
końcu stanął przed nią.

- Czy... czy zrobili ci krzywdę? Jeśli spadł ci choć włos z głowy, 

chcę o tym wiedzieć.

Zamknęła  oczy  na  wspomnienie  strachu  i  uczucia  bezradności, 

jakie przeżyła.

Podszedł  bliżej,  na  twarzy  malowała  mu  się  troska.  Położył  jej 

łagodnie ręce na ramionach i posadził ją na krześle przy oknie.

- Opowiedz mi dokładnie, co zaszło. To ci pomoże zdać później 

relację szeryfowi. - Głos Logana stwardniał. - Obiecuję ci, że te dranie 
odpowiedzą za wszystko... za wszystko, co ci zrobili. Rozumiesz?

Myślał,  że  ją  zgwałcili.  I  mówił  jej,  że  bez  względu  na  to,  czy 

zajmie się nimi prawo, jej krzywdziciele zostaną ukarani. Przy całym 
prymitywizmie tej obietnicy, zrobiło jej się ciepło na sercu i ogarnęło 
ją kojące poczucie bezpieczeństwa. Wściekłość w jego oczach zastąpił 
wyraz współczucia. I ujrzała w nich coś jeszcze - błysk męskiej dumy 
i honoru.

Kobieta,  która  go  poślubi,  będzie  miała  szczęście.  Na  tę  myśl 

Claire ścisnęło coś za gardło.

A jednocześnie nie po raz pierwszy ogarnęło ją zwątpienie, czy w 

przeszłości  mówiono  jej  prawdę.  Przypomniała  sobie  rozpaczliwe 
telefony  siostry  sprzed  lat.  Jej  histeryczne  zarzuty  nie  pasowały  do 
Logana.  Czyżby  od  tej  pory  wydoroślał  i  tak  bardzo  się  zmienił?  A 
może nigdy nie był taki, jak utrzymywała Brooke...

- No więc?

Otrząsnęła się z odrętwienia, zmuszając się do powrotu myślą do 

chwili,  gdy  obudziło  ją  pukanie  do drzwi.  Łamiącym  się  głosem
opowiedziała Loganowi, co zaszło.

I nagle, jak uderzenie w twarz, wróciły do niej słowa Hanka: „Nie 

myśl sobie, że ci damy spokój".

Skoczyła na równe nogi.

- Chcieli  wyciągnąć  ode  mnie  jakąś  informację. - Podeszła  do 

drzwi łazienki i krzyknęła: - Czego chcieliście się dowiedzieć?

background image

Żaden  z  mężczyzn  się  nie  odezwał.  Zaczęła  walić  w  drzwi,  a 

potem zrezygnowana wróciła na krzesło.

- Domagali  się  współpracy.  Mówili,  że  musimy  porozmawiać. 

Ale o czym? Nigdy przedtem nie widziałam ich na oczy!

Logan  wziął  ją  za  ręce.  Jego  dłonie  były  ciepłe  i  silne.  Kiedy 

zaczęła się trząść, przygarnął ją do siebie.

- Już dobrze - szepnął jej we włosy.
- Przepraszam, że... że...

Podniósł głowę i poszukał wzrokiem jej oczu. Zauważyła, że jego 

niebieskie tęczówki pociemniały pod zasłoną rzęs.

- Nie wstydź się płaczu - szepnął.

Oparła  mu  czoło  na  piersi,  zawstydzona  tą  chwilą  słabości,  a  z 

drugiej  strony  wdzięczna,  że  może dzięki  niej  wdychać  jego  zapach, 
jego bliskość.

Groza tej nocy wyzwoliła wszystko, co dusiła w sobie od długich 

sześciu  miesięcy.  Rozpacz  po  stracie  ukochanej  siostry,  której  nie 
widziała  od  lat,  ból  z  powodu  cierpienia  trójki  dzieci.  Ale  choć  tak 
dobrze byłoby dać upust łzom, zacisnęła mocniej powieki.

W jej życiu nie było miejsca na roztkliwianie się. Ma trójkę dzieci 

pod opieką, wyczerpującą pracę i... bliżej nie znanych sobie wrogów, 
którzy  na  nią  czyhają.  Wzięła  głęboki  oddech  i  odsunęła  się  od 
Logana. Skrępowana, nie wiedziała, co powiedzieć.

Obejmując  ją  nadal,  Logan  podniósł  palcem  jej  podbródek  i 

popatrzył na nią uważnie.

- Nie  martw  się,  wszystko  będzie  dobrze.  Przez  chwilę  była 

gotowa  uwierzyć,  że czuje  do niej  coś  więcej niż  tylko  współczucie. 
Troskliwość,  jaką  jej  okazywał,  była  bliska  czułości.  Wypadki  nocy 
odpłynęły w dal, kiedy pieściła tę myśl.

Szybko  jednak  przyszło  otrzeźwienie.  Nie  była  kobietą,  która 

budziła czułość u mężczyzn - wiedziała to z przeszłości.

Logan chce ją po prostu wesprzeć i pocieszyć. Dopatrywanie się 

w tym czegoś więcej doprowadzi tylko do gorzkiego rozczarowania.

- Pierwszą  rzeczą,  jaką  jutro  zrobię,  to  dowiem  się,  jakie  są 

koszty  założenia  systemu  alarmowego - powiedziała,  z  mizernym 
skutkiem usiłując przybrać beztroski ton.

- Na początek dobre i to. - Puścił ją i usiadł wygodnie na krześle, 

przyglądając się jej z nieprzeniknioną miną.

background image

Wiedziała  z  absolutną  pewnością,  że  w  razie  potrzeby  Logan 

zawsze pospieszy jej z pomocą. Jej rodzina żywiła do niego pogardę i 
nienawiść, a on zapewne odpłacał im tym samym.

Lecz Claire nigdy nie czuła się pewniej i bezpieczniej niż w ciągu 

tych kilku chwil, które spędziła w jego ramionach.

background image

Rozdział 7
Kiedy  dwadzieścia  minut  później  zjawił  się  zastępca  szeryfa, 

Miller, zmusiła się, by spokojnie i szczegółowo opowiedzieć mu cały 
przebieg wydarzeń. Logan miał rację - po raz drugi było łatwiej.

Miller zadawał  jej  nie  kończące  się  pytania  i  sporządzał  notatki, 

podczas gdy dwaj bandyci, zakuci w kajdanki, czekali w samochodzie 
policyjnym.

- Wystąpię o tymczasowe aresztowanie, ale nie wiem, co sędzia 

zdecyduje - oznajmił  w  końcu  Miller,  zamykając  notes. - Jeśli  będą 
mieli  czyste  konto  i  dobrego  adwokata,  mogą  zostać  zwolnieni  za 
kaucją.

- Zwolnieni? - Pod Claire ugięły się kolana. - A jeśli tu wrócą?
- Będą musieli wpłacić co najmniej dwadzieścia tysięcy dolarów 

od łebka. Może nawet trzydzieści. I będą pierwsi na liście, jeśli tylko 
zdarzy się coś podejrzanego. Wytłumaczymy im to całkiem jasno.

Kiedy  później  Logan  odprowadzał  Claire  do  domu,  stanął  jej 

przed  oczami  obraz  obwisłego,  białego  jak  u  ryby  brzucha  Hanka. 
Poczuła, jak kurczy jej się żołądek i ogarnia fala mdłości. Zatrzymała 
się  w  pół  kroku  i  odgarnęła  obiema  rękami  zmierzwione  włosy  ze 
zroszonego potem czoła. Logan podtrzymał ją ramieniem.

- W domu poczujesz się lepiej. Już po wszystkim, Claire.

Oczywiście, już po  wszystkim. Nigdy więcej nie będzie  dygotać 

ze  strachu  na  dźwięk  nocnego  pukania  do  drzwi  ani  widzieć  cieni 
przybierających  formę  przewyższających  ją  dwukrotnie  postaci.  Nie 
będzie też wyobrażać sobie Hanka i Buzza czyhających za rogiem.

A jezioro Superior wyschnie do rana na pieprz.
Przecież  w  rzeczywistości  może  już  nigdy  nie  czuć  się 

bezpiecznie!  Była  na  granicy  załamania  na  wspomnienie  obleśnego 
uśmieszku  Hanka  i  włochatej  łapy  zaciskającej  się  na  jej  ramieniu. 
Tylko  obecność  Logana  kazała  jej  wziąć  się  w  garść  i  pokonać 
miękkość w nogach, które odmawiały jej posłuszeństwa.

Kiedy znaleźli się na ganku, odwróciła się do niego i spojrzała mu 

prosto w oczy.

- Chciałam  cię  przeprosić  za  to,  że  byłam  wobec  ciebie  taka 

nieuprzejma przy naszym pierwszym spotkaniu. Jestem ci winna dużo 
więcej, niż potrafię wyrazić.

Logan patrzył na nią z troską.

background image

- Jesteście tu sami. Czy dzieci będą bezpieczne? Czy ty będziesz 

bezpieczna?

- Wszystko  będzie  dobrze - powiedziała,  zmuszając  się  do 

wyrażenia  optymizmu,  którego  nie  czuła. - Fred  założy  jutro  jakiś 
prosty alarm w oknach i drzwiach do czasu, aż zainstaluję prawdziwy 
system alarmowy.

Mina Logana wyrażała sceptycyzm.

- Może jednak zostanę tutaj dziś na noc? Na kanapie...

Zastanowiła  się  chwilę.  Po  wszystkim,  co  zaszło,  czułaby  się 

pewniej  w  towarzystwie  kogoś  dorosłego,  ale  do  świtu  było  już 
niedaleko.

- Nie, dziękuję. - Wyciągnęła rękę na pożegnanie. - Hank i Buzz 

są w areszcie, nie masz powodu zostawać.

Uścisk  jego dłoni był  o  wiele za krótki. Z trudem powstrzymała 

się,  żeby  nie  paść  mu  w  ramiona  i  nie  rozpłakać  się,  dając  upust 
nabrzmiałym  emocjom.  Zamilkła  na  moment,  odchrząknęła  i 
przybrała spokojny, oficjalny ton.

- Przyjdziesz  do  nas  dzisiaj  na  kolację?  Tak  jak  się 

umawialiśmy? Dzie... wszystkim nam będzie miło.

- Myślę, że lepiej...

Z  piętra  dobiegł  odgłos  płaczu.  Tylko  nie  to!  Powinna  była 

natychmiast tu wrócić, zamiast siedzieć tyle czasu w domku.

- Przepraszam! - Wbiegła po stopniach ganku, otworzyła drzwi i 

zniknęła na górze.

Czy  dziewczynki  spostrzegły  policyjnego  koguta  błyskającego 

pośród  drzew  i  zakutych  w  kajdanki  mężczyzn  wpychanych  do 
furgonetki?  Znalazła  je  obie  na  łóżku  Annie,  przytulone  do  Jasona  i 
zalane łzami.

- Cześć - powiedziała miękko.

Logan stanął w progu i ogarnął wzrokiem sytuację.

- Wszystko w porządku? - spytał łagodnym tonem.

Bliźniaczki  przywarły  mocniej  do  siebie,  kruche  i  bezbronne. 

Annie czknęła, Lissa pociągnęła nosem.

- Obudziły się i nie mogły znaleźć Claire, a potem zobaczyły, że 

mnie też nie ma. Bardzo się przestraszyły - wyjaśnił Jason, wycierając
ukradkiem nos w rękaw od piżamy. - Bo teraz tylko ja im zostałem na 
świecie.

background image

Tylko ja im zostałem na świecie? Claire podeszła i mocno objęła 

całą trójkę. Wiedziała, że Jason miał na myśli rodziców i dawny dom. 
Mimo  całej  miłości,  jaką  mogła  tym  dziewczynkom  ofiarować, 
chłopiec  miał  rację.  Tylko  on  im  pozostał  z  najbliższej  rodziny.  W 
poczuciu bezsilności i bezradności przytuliła policzek do jedwabistych 
loczków Lissy.

- A jeśli oni wrócą? - spytał Jason drżącym głosem.
- Nie wrócą - oznajmiła stanowczo. - Nic nam już teraz nie grozi.
- A jeśli uciekną? - Jason, nie do końca przekonany, zwrócił się 

do Logana: - Czy nie mógłby pan z nami zostać, choć ten jeden raz?

- Zostałaś przegłosowana, Claire.

Te  słowa  podziałały  na  nią  kojąco  jak  pieszczota.  Wszystkimi 

zmysłami  czuła  obok  ciepło  jego  ciała, bicie  jego  serca.  Jej  obawy  i 
niepokoje  pierzchły,  poczuła  się  nagle  jak  mała  dziewczynka,  którą 
ktoś wziął pod opiekę.

Annie  podniosła  główkę,  walcząc  z  sennością,  i  rozejrzała  się 

wokół oczami pełnym łez. Jej zamglony wzrok padł na Logana.

- Tatuś? - szepnęła łamiącym się głosem. - Mój tatuś?
- Nie... - zaczął  Jason  i  złapał  ją  za  nogę.  Ale  dziewczynka 

rzuciła się w ramiona Logana.

Piąta  rano.  Logan  oparł  się  wygodniej  o  ciężkie,  dębowe 

wezgłowie,  starając  się  nie  obudzić  małej jasnowłosej  istotki  w 
różowej piżamie, przytulonej do jego piersi. Z drugiej strony łóżka, za 
blisko,  a  zarazem  za  daleko,  odpoczywała  Claire.  Jason  i  Lissa, 
opatuleni w puchowe kołdry, leżeli między nimi.

- Dziękuję  ci - szepnęła. - To  ładnie  z  twojej  strony,  że  z  nami 

zostałeś.

- Drobiazg, nie ma o czym mówić.

Światło księżyca wpadające przez koronkowe firanki podkreślało 

bladość  jej  twarzy  i  ciemne  cienie  pod  oczami.  Czerwona  smuga  na 
policzku  przypominała  o  chwili,  kiedy  Claire  rzuciła  się  na  pistolet 
Hanka, ryzykując życiem dla niego i Jasona.

Początkowo  miał zamiar  położyć  się  na  dole  na  kanapie,  lecz  w 

końcu,  wobec  ściskającej  go  za  szyję  Annie  i  niemego  strachu  w 
oczach  Lissy,  zdecydował  się  z  nimi  zostać.  Przez  całą  noc  miał 
ochotę  wziąć  Claire  w  ramiona,  ale  czy  to  pragnienie  kontaktu 
wynikało  z  chęci  pocieszenia  jej,  czy  z  bardziej  przyziemnych 
pobudek, wolał nie dociekać.

background image

Kiedy zaczaj: się czuć odpowiedzialny za tę kobietę, za te dzieci? 

Kątem oka patrzył na jej profil. Zauważył, jak starała się opanować po 
wyjeździe  szeryfa.  Inna  na  jej  miejscu  dostałaby  histerii  i  padła  w 
ramiona  pierwszego  napotkanego  mężczyzny.  Omal  żałował,  że  tak 
się nie stało.

To dziwne, jak pozory mylą. Uważał ją za chłodną manipulatorkę 

podobną  do  siostry,  za  kobietę  z  kalkulatorem  zamiast  serca.  Teraz 
zrozumiał, że był ślepy.

Widział ją dzisiaj, jak gładziła policzek przestraszonego dziecka, 

jak  szeptała  słowa  pociechy,  które  osuszyły  łzy,  jak  nuciła  cicho 
kołysanki,  które  utuliły  dziewczynki  do  snu.  Różniły  się  od  siebie  z 
Brooke jak ogień i woda.

Annie zamruczała coś i przylgnęła  do niego jeszcze mocniej. Jej 

ciepło  i  bicie  serca  przy  jego  sercu  napełniły  go  czułością  i 
wzruszeniem.  W  sennym  majaku  nazwała  go:  „Mój  tatuś!"  Te  dwa 
słowa, wyszeptane z miłością i radością, rozczuliły go prawie do łez. 
Jej tatuś.

Mógłby nim być,  gdyby Brooke,  wychodząc za niego,  zakładała 

związek na całe życie. Kiedy zdał sobie sprawę, że ta trójka dzieci jest 
jej,  a  nie  Claire,  poczuł  ukłucie  żalu.  Gdy  teraz  trzymał  Annie  w 
ramionach,  ten  żal  powrócił,  uzmysławiając  mu,  co  stracił  przez 
wszystkie te lata.

Brooke nie żyje, a on jest samotny. Co za okrutna ironia losu!
Czując poruszenie materaca, oderwał się od przeszłości i spojrzał 

na Jasona. Chłopiec zapadł wreszcie w niespokojny sen, czasem tylko 
jakieś  drgnięcie  mięśnia  zdradzało  przebyte  napięcie.  Obok  niego 
leżała  Lissa,  opierając  głowę  na  piersi  ciotki.  Claire  delikatnie 
odsunęła jej z twarzy kosmyk włosów i uśmiechnęła się do Logana.

- Brooke i jej mąż musieli być bardzo dumni ze swoich dzieci -

powiedział.

- Mam nadzieję.

Wbił  wzrok  w  ciemność,  zastanawiając  się,  jak  by  to  było  mieć 

własną  rodzinę.  Czy  Brooke  przynajmniej  zdawała  sobie  sprawę  z 
błogosławieństwa,  jakie  ją  spotkało,  czy  do  końca  sama  pozostała 
egocentrycznym dzieckiem?

Jego myśli znów zaczęły krążyć wokół Claire. Może sprawiła to 

późna pora i jej bliskość w ciemnym pokoju, ale wyobraźnia zaczęła 
płatać  mu  figle,  podsuwając  obrazy,  w  których  łączyło  ich  gorące, 

background image

namiętne  uczucie,  nie  znające  żadnych  zahamowań.  Otrząsnął  się, 
wyrzucając  z  głowy  te  niedorzeczne  urojenia.  Claire  ma  za  sobą 
ciężkie  przejścia,  jest  przybita  i  bezbronna.  Myślenie  o  niej  w 
kontekście seksu i grzechu wydało mu się niemal świętokradztwem.

- Czy chcesz, żebym cię po cichu wyprowadziła? - odezwała się 

Claire, nie otwierając oczu. - Pewnie marzysz o powrocie do domu i 
porządnej drzemce.

Nie!  Powrót  do  pustego  domu  wcale  go  nie  nęcił.  Chwile 

przebyte  tu  były  dla  niego  cenne  jak  złoto,  wypełniały  go  nieznaną 
błogością. Przytulił Annie delikatnie, rozkoszując się jej ciepłem. Nie 
chciał się z nią rozstawać. Jeszcze nie teraz.

Wolno i łagodnie Claire wyswobodziła się z objęć Lissy i wstała. 

Przeczesała  ręką  zmierzwione  włosy,  wsunęła  nogi  w  kapcie  i 
spojrzała na Logana wyczekująco.

Tłumiąc westchnienie żalu, poszedł w jej ślady i położył Annie na 

łóżku.  Z  chwilą,  gdy  wypuścił  ją  z  ramion,  poczuł  się  dziwnie 
samotny i opuszczony. Miał ochotę znów ją objąć, lecz tylko przykrył 
jej drobne ciałko kocem i ociągając się, ruszył za Claire do kuchni.

Jasne światło i kremowa biel kafelków  na podłodze  w pierwszej 

chwili  go  oślepiły.  Claire  też  zamrugała  niepewnie,  rozglądając  się 
wokół, jakby jeszcze nie przyszła do siebie.

- Siadaj - polecił  Logan,  podsuwając  jej krzesło. - Dzisiaj  moja 

kolej na zrobienie kawy.

Spojrzała  na  niego  z  wdzięcznością  i  usiadła,  krzyżując  przed 

sobą  szczupłe  kostki.  Logan  zrobił  okrągłe  oczy.  Miała  na  nogach 
parę królików. Poszła za jego wzrokiem i roześmiała się cicho.

- Podobają ci się moje kapcie? - Pomachała futrzastym noskiem, 

ukazując  w  rozchyleniu  szlafroka  smukłą  łydkę. - Są  doskonałe  do 
odkurzania podłogi.

Przede  wszystkim  podobały  mu  się  jej  zgrabne  nogi,  a  jeszcze 

bardziej jej poczucie humoru. Nic w niej nie pasowało do wizerunku 
chłodnej  kobiety  interesu,  za  jaką  ją  uważał.  Ciekawe,  jakie  jeszcze 
niespodzianki i zagadki w sobie kryje?

- Kawa  czy  kakao? - Napełnił  ekspres  wodą  i  poszukał  w 

kredensie obu pojemników.

- Kawa. - Zmarszczyła brwi. - Ale jeśli wolisz iść do domu...
- Nie - odparł szybko.

background image

Jej słowa sprowadziły go na ziemię. Kiedy znajdzie się u siebie, 

wszystko  wróci  do  punktu  wyjścia.  Będą  znów  zachowującymi 
dystans  sąsiadami  o  przeciwstawnych  celach.  Oboje  odnieśli  zbyt 
wiele ran, aby się to mogło zmienić.

Zamyślił się, oparty rękami o zlew, podczas gdy ekspres gulgotał 

i syczał, wysyłając w powietrze kłęby pachnącej, aromatycznej pary.

- Dziękuję  ci  za  wszystko - powiedziała,  kiedy  usiedli 

naprzeciwko siebie przy stole, grzejąc dłonie kubkami gorącej kawy. -
Za  to,  że  przyszedłeś  mi  z  pomocą.  Za  to,  że  zająłeś  się  dziećmi. 
Sama... sama nie dałabym sobie rady.

- Spisałaś  się  doskonale - zapewnił  ją.  Pociągnął  łyk  kawy.  Do 

licha, wcale nie musiał się poświęcać. Ufność i ciepło przytulonej do 
niego  Annie  dały  mu  wiele  przyjemności  i  nieoczekiwanych 
wzruszeń. I przypomniały, co stracił.

Odpychając  od  siebie  inne  pragnienia,  które  budziła  bliskość 

Claire, poruszył pierwszy temat, jaki mu przyszedł do głowy.

- Opowiedz  mi  o  wypadku  Brooke.  Czy  dzieci  były  z  nimi  w 

samochodzie?

Potrząsnęła  głową  i  przymknęła  oczy,  jakby  w  cichej  modlitwie 

dziękczynnej.

- Nie, ale zostaliśmy powiadomieni o wypadku dopiero trzy dni 

później. Przez ten czas opiekunka zdążyła oddać je na policję. - Głos 
jej się załamał. - Były w domu dziecka.

- Jason nie wiedział, gdzie mieszkacie?
- W ogóle nic o nas nie wiedział.

Loganowi  ścisnęło  się  serce  na  myśl  o  przestraszonym  chłopcu, 

pozostawionym  samemu  sobie.  Dziewczynki  też  musiały  być 
przerażone.

- Nie znał nawet waszego adresu?
- Nie  wiedział  nawet,  że  istniejemy. - Kostki  jej  zbielały,  dłoń 

zacisnęła się na kubku, gdy wróciła myślą do dni sprzed czternastu lat.
- Ojciec  był  zły,  że  Brooke  wyszła  za  ciebie.  Potem  był  wściekły  z 
powodu  waszego  rozwodu.  A  kiedy  zaraz  potem  związała  się  z 
Randallem... - Urwała, wodząc palcem po brzegu kubka. - Doszło do 
wielkiej awantury i Brooke nie pokazała się więcej w domu.

- Ale potem po ślubie i po urodzeniu dzieci...
- Po jej ślubie z Randallem widziałam ich tylko raz, dawno temu. 

Randall  był  już  wtedy  obrażony  na  naszą  rodzinę  i  nie  pozwolił 

background image

Brooke  z  nami  rozmawiać.  Od  tej  pory  zapadła  cisza. - Wyraz  oczu 
Claire  mówił  więcej  niż  jej  słowa. - Nawet  o  ich  dzieciach 
dowiedzieliśmy się dopiero po wypadku.

- Widzę, że Charles Worth niewiele się zmienił od czasów, kiedy 

go znałem - powiedział Logan z sarkazmem.

- To  nie  tylko  przez  ojca  nasze  stosunki  z  Brooke zostały 

zerwane - zaprotestowała. - Także przez jej męża.

Akurat.  Ciekawe,  czego  jeszcze  nie  chce  dostrzec  w  swojej 

rodzinie. Popatrzył ha nią z posępnym grymasem.

- Nie  masz  pojęcia,  jaki  może  być  twój  ojciec,  złotko.  Rodzina 

Worthów potrafi bezlitośnie jak walec zmiażdżyć przeciwnika.

- Najwyraźniej  nie  słuchałeś,  co  mówię! - Oczy  Claire  zabłysły 

gniewem,  usta  się  zacisnęły.  Wstała,  podeszła  do  zlewu  i  wypłukała 
swój kubek. - Jesteśmy oboje zmęczeni i możemy powiedzieć o słowo 
za  dużo.  Lepiej  już  idź - dodała,  nie  podnosząc  wzroku. - To  była 
męcząca noc.

- Masz rację. - Podniósł się, zły, że był taki obcesowy. - Uważaj 

na siebie, Claire.

- Dziękuję...  za  wszystko. - Nie  odwróciła  się,  kiedy  szedł  do 

drzwi.

Po zejściu z ganku zatrzymał się i obejrzał za siebie. Claire nadal 

stała nieruchomo przy zlewie ze spuszczoną głową.

Lepiej,  żeby  trzymali  się  od  siebie  z  daleka.  W  samą  porę 

przypomniał sobie, że przecież Claire nosi nazwisko Worth. Podobnie 
jak  jej  starsza  siostra  pochodzi  z  rodziny,  gdzie  tylko  wskaźnik 
giełdowy  budzi  emocje.  To,  że  ma  więcej  serca  od  reszty,  i  tak 
zakrawa na cud.

Ale  gdyby - przypadkiem - nawiązał  z  nią  bliższe stosunki,  jej 

rodzina nie cofnie się przed niczym, by ponownie go zniszczyć. Tym 
razem im się to nie uda, bo nie był już naiwnym, niedoświadczonym 
młokosem,  lecz  Claire  dostanie  się  w  dwa  ognie.  I  to  ona  ucierpi 
najbardziej.  Nie  mógł  do  tego  dopuścić,  choćby  nie  wiem  jak  jej 
pragnął.

Nie popełni po raz drugi tego samego błędu.

background image

Rozdział 8
Nie  popełni  tego  samego  błędu  co jej  siostra.  Mimo  jego 

zdumiewająco  czułego  podejścia  do  dzieci  i  jej  własnych  cichych 
uczuć,  nie  powinna  zapominać,  że  ten  człowiek  to  wytrawny 
uwodziciel.  Mężczyzna,  który  potrafi  tak  oczarować  kobietę,  aż  ta 
straci  zdrowy  rozsądek  i  rzuci  się  z  głową  w  niepewną  przyszłość. 
Widziała to na własne oczy na przykładzie Brooke.

Przedzierając  się  przez  stosy  pudeł  zalegających  strych,  Claire 

walczyła  z  myślami,  które  nie  dawały  jej  spokoju  i  wracały 
uporczywie jak fale na brzeg jeziora.

Logan spędził noc w jej sypialni, na jej łóżku. Co prawda, był w 

dżinsach i koszulce, lecz leżał na jej łóżku.

Zaczęła sobie nawet niemądrze wyobrażać, co by było, gdyby się 

w  niej  zakochał.  Z  wzajemnością:  I  na  zawsze  otoczył  taką  czułą 
opieką.  Nawet  teraz  na  tę  myśl  robiło  jej  się  ciepło  na  duszy  i  krew 
zaczynała szybciej krążyć.

Miała  tylko  nadzieję,  że  Logan  nigdy  się  nie  domyśli,  jaką  rolę 

pełni w jej wyobraźni.

Usłyszała  pogwizdywanie  i  kroki  Freda  na  schodach.  Z  belek 

stropowych  osypała  się  mgiełka  kurzu.  Z  wysoka,  z  gęstego  mroku 
gotyckiego  sklepienia,  dobiegł  ją  cichy  szelest.  Nietoperze. 
Sympatyczne,  brązowe  stworzonka,  po  prostu  takie  chomiki,  które 
potrafią latać, powiedziała sobie, starając się zapomnieć o ich ostrych 
jak kły ząbkach i błonach między kończynami.

Ale za to jedzą komary...

- Są jeszcze jakieś śmieci? - Fred oparł się o poręcz, ocierając pot 

z czoła. Jego zamglone oczy zdradzały, że ubiegłą noc spędził nie w 
łóżku, lecz z kumplami przy piwie. - Czy mam się wziąć za sprzątanie 
domków?

Claire  zawahała  się.  Może  wędrówki  po  schodach  są  dla  niego 

zbyt  męczące,  zważywszy  na  to,  że  ma  artretyzm.  Był  już  mocno 
zadyszany.

- Hm... weź się za domki. I tak niewiele tu dotąd zdziałałam.

Fred  skinął  głową  z  widoczną  ulgą  i  zaczął  powoli  schodzić  na 

dół, zostawiając ją pośród morza zaklejonych taśmami pudeł. Między 
jej  rzeczami  a  tymi  należącymi  do  Brooke  i  jej  męża  piętrzyły  się 
jeszcze  setki  kartonów,  nie  mówiąc  o  starych  meblach,  skrzyniach  i 
różnych zakurzonych gratach, które gromadzono tu od lat.

background image

Mój Boże.
Całe  życie  jej  siostry  zamknięte  w  bezosobowych,  kartonowych 

pudłach  stojących  na  strychu.  Znajomy  skurcz  chwycił  Claire  za 
gardło.

Brooke, tyle rzeczy nas ominęło...
W  dzieciństwie  dzieliła  je  zbyt  duża  różnica  wieku,  żeby 

wspólnie się bawić. Brooke co najwyżej tolerowała łaskawie, choć bez 
zbytniego  entuzjazmu,  snującą  się  za  nią  jak  cień  młodszą  siostrę. 
Kiedy  Claire  podrosła  i  stała  się  niezdarnym  podlotkiem,  spędziły 
parę  nocy  na  damskich  plotkach  podczas  przyjazdów  Brooke  z 
college'u. Były to rzadkie i niezapomniane chwile.

Claire  westchnęła  ciężko.  Wizyta  na  strychu  spowodowała,  że 

nagle  napłynęły  bolesne  wspomnienia  i  otworzyły  nie  zabliźnione 
rany.  Nie  powinna  była  tu  przychodzić  w  chwili,  gdy  tak  jak  teraz 
czuła się roztrzęsiona i rozbita.

Kroki Freda zatrzymały się u podnóża schodów.

- Telefon dzwoni! - krzyknął.
- Już idę!

Z  ulgą  oderwała  się  od  swego  zajęcia  i  odsunęła  na  bok  parę 

pudeł, kiedy coś dziwnego przyciągnęło jej wzrok. Zapaliła światło i 
ruszyła w głąb strychu.

Nagle ciarki przeszły jej po skórze i ściął ją lodowaty chłód. Trzy

- nie,  cztery - pudła  były  rozdarte,  a  zawartość  rozrzucona.  Pliki 
folderów,  luźne  papiery,  książki.  Bez  latarki  nie  mogła  odczytać 
naklejek na pudłach, ale nic z tych rzeczy nie należało do niej. Jason z 
pewnością  tu  nie  grzebał.  Dziewczynki  też  same  by  tu  nie  przyszły, 
bały się stromych schodów.

Gdzieś z ciemności dobiegł ją jakiś ruch.
Szelest papieru? Przyłożyła rękę do ust, wstrzymała oddech. Coś 

czmychnęło jej obok nóg.

Myszy? Odskoczyła, obijając się o brzeg starego stołu, i z trudem 

powstrzymała chęć ucieczki.

Przecież  to  tylko...  tylko  małe,  niewinne  myszki.  Serce  z  wolna 

przestało  jej  walić  jak  młotem.  A  więc  znalazło  się  logiczne 
wytłumaczenie na te rozwalone pudła.

Bo  przecież,  logicznie  rzecz  biorąc,  żaden  włamywacz  nie 

dobierałby się do gratów złożonych na strychu.

Ale czy na pewno?

background image

Nazajutrz  z  samego  rana  miała  umówione  spotkanie  z  trzema 

przedstawicielami  firm  instalujących  systemy  alarmowe.  W  ciągu 
tygodnia  otrzyma  trzy  kosztorysy  do  porównania.  Wszystko  jest  pod 
kontrolą,  jak  zawsze.  A  teraz  niezwłocznie  wezwie  fachowca  do 
przeprowadzenia deratyzacji.

O  Boże,  telefon!  Ktoś  po  drugiej  strome  musi  być  już  mocno 

zniecierpliwiony,  jeśli  nadal  czeka.  Pobiegła  do  schodów  z  nadzieją, 
że  to  prośba  o  rezerwację.  Domki  wciąż  cieszyły  się  powodzeniem 
dzięki  pięknej  jesieni  w  tych  stronach,  ale  z  nadejściem  zimy 
wszystko się zmieni.

Chwyciła  słuchawkę  i  otworzyła  książkę  rezerwacji.  Już  po 

pierwszym  słowie  pożałowała,  że  to  nie  agent  sprzedający 
ubezpieczenia na życie albo miejsca na cmentarzu. Sekretarka jej ojca 
pozdrowiła  ją  chłodno,  a  potem  rozległy  się  dźwięki  poloneza 
Chopina poprzedzające połączenie z gabinetem.

- Wracaj  do  Nowego  Jorku.  Z  pewnością  masz  już  dość  tej 

wiejskiej sielanki.

Żadnego  powitania,  żadnego  „Kocham  cię,  skarbie,  co  u  ciebie 

słychać?"  Ten  sam  autorytatywny  głos,  jakiego  słuchała  przez  całe 
życie.

- Halo, tato, jak się...
- Nie  myślisz  chyba  na  serio  trzymać  moich  wnuków  w  jakiejś 

zapadłej dziurze.

Przez  te  trzydzieści  sekund  zapewne  już  dwa  razy  zerknął  na 

zegarek. A teraz stoi przy biurku i przegląda materiały na konferencję. 
Charles  Worth  nie  zmarnował  ani  minuty  w  ciągu  ostatnich 
sześćdziesięciu pięciu lat.

Claire zacisnęła rękę na słuchawce, aż jej palce zbielały.

- Mamy się tu całkiem dobrze.
- Dobrze? - Głos  zlodowaciał. - Nie  możesz  dać  tym  dzieciom 

tego, co im się należy: dobrych szkół, rozrywek kulturalnych...

- Tu  też  są  dobre  szkoły  i  mogę  dać  im  wszystko,  czego 

najbardziej potrzebują: dom i dużo miłości.

- Jesteś inteligentną kobietą - sarknął. - Na pewno zdajesz sobie 

sprawę, że potrzebują czegoś więcej.

- W tej chwili potrzebują właśnie tego.
- Nelson zrobił dokładne rozeznanie - ciągnął ojciec, jakby jej nie 

słyszał. - Według  rankingów  najlepsza  jest  Sommers  Academy  w 

background image

Massachusetts.  Jason  odebrałby  tam  należytą  edukację  i  nawiązał 
odpowiednie  przyjaźnie.  Mogę  go  zapisać  od  pierwszego  stycznia. 
Dla dziewczynek dobra będzie Corbeil.

- Mam oddać Annie i Lissę do szkoły z internatem?

Claire spędziła całe dzieciństwo w tego rodzaju szkołach, chociaż 

zawsze  marzyła  o  prawdziwej  rodzinie,  takiej,  o  jakiej  czytała  w 
swoich ulubionych książkach.

- Corbeil to dzienna szkoła dla dziewcząt, tu W Nowym Jorku.

Claire zdrętwiała ręka od ściskania słuchawki, więc przełożyła ją 

do drugiej i opadła na krzesło.

- Nie  mamy  zamiaru  wracać.  Znów  nie  zwrócił  uwagi  na  jej 

słowa.

- Nelson  może  zarezerwować  wam  bilety  lotnicze  na  połowę 

listopada,  żeby  dzieci  zdążyły  się  zadomowić  przed  rozpoczęciem 
nowego semestru. - Urwał i ściszył głos. - Chcę dla nich jak najlepiej, 
nie  widzisz  tego?  I  dla  ciebie  też.  Twoja  posada  w  firmie  wciąż  na 
ciebie czeka.

Mając  w  pamięci  ich  ostatnią  kłótnię,  Claire  była  poruszona 

błagalną nutą w jego głosie.

- Dziękuję, ale...
- Sprawdziłem stan Pine Cliff. Nie masz dostatecznego kapitału, 

żeby to utrzymać. Te domki nie przyniosły żadnego dochodu w ciągu 
ostatnich czterech lat. Twoje miejsce jest w naszej firmie, gdzie masz 
przed  sobą  przyszłość. - Głos  znów  mu  stwardniał. - To  zbrodnia 
pozbawiać dzieci wszystkiego, co im mogę dać.

Coś w Claire pękło. Miała już dość rozkazów ojca.

- Nie  wyjedziemy  stąd - oświadczyła,  biorąc  głęboki  oddech. -

Dam  sobie  radę. - Przygotowała  się  na  nieuchronną  burzę,  jaką 
wywołają  jej  następne  słowa. - To  mnie  Brooke  powierzyła  prawną 
opiekę  nad  dziećmi.  Chciała,  żeby  wychowywały  się  razem  w 
normalnym domu, a nie w szkołach z internatem. Nigdzie się stąd nie 
ruszymy.

- Porozmawiamy później, kiedy się uspokoisz - rzekł ojciec.

Odłożył słuchawkę bez widocznej wściekłości, ale ze spokojnym, 

finalnym trzaskiem, który ucinał opinie Claire, jakby się nie liczyły.

Nigdy jej nie słuchał. I pomimo tej przelotnej nuty bezradności w 

głosie był pewien, że wygra. Claire miała ochotę rzucić słuchawką o 
ścianę.

background image

Minnesota leży jeszcze za blisko!
I choć nie brakowało jej dotąd determinacji, żeby tu zostać, teraz 

czuła,  że  staje  się  to  obsesją.  Postawi  Pine  Cliff  na  nogi,  choćby  to 
była ostatnia rzecz, jaką w życiu zrobi.

A kiedy już jej się to uda, ojciec będzie musiał przyznać, że jego 

córka reprezentuje sobą coś więcej niż genetyczny wkład w przyszłość 
rodzinnej firmy.

Reszta  przedpołudnia  minęła  jak  błyskawica.  Po  sprzątnięciu 

własnoręcznie  trzech  domków  i  sprawdzeniu  postępów  Freda,  Claire 
zafundowała sobie sporą dozę depresji, przeglądając księgi finansowe 
ośrodka.  O  trzeciej  przypomniała  sobie  z  przerażeniem,  że  zaprosiła 
Logana na kolację - a spiżarnia była prawie pusta.

I  co  ona  teraz  zrobi?  Poda  kanapki  z  masłem  orzechowym? 

Mrożone paszteciki? Czy ulubiony przez dzieci makaron z serem?

Po półgodzinnym  grzebaniu  w pudłach  nadal zalegających  salon 

znalazła  książkę  kucharską  obiecującą  „łatwe  i  eleganckie"  przepisy. 
Większość  stanowiła  dania  dla  smakoszy,  wymagające  takich 
składników  jak  zupa - krem  z  pieczarek  i  pokruszone  chrupki,  i 
zawierała pomocną radę, aby serwować danie z wiem i przy świecach. 
Claire  podejrzewała,  że  jeśli  ustawi  na  stole  mnóstwo  wina  i  bardzo 
przyćmi świece, te przepisy mogą okazać się skuteczne.

Tylko że ona nie ma wina, a jej świece są zapakowane. .. gdzieś 

na strychu.

No  trudno.  Romantyczna  aranżacja  i  popisy  kulinarne  mogłyby 

nieść mylne przesłanie.

Podziękowała  Bogu  za  paczkę  mrożonych  kurzych  piersi,  które 

znalazła na dnie zamrażarki. Logan zasługuje na porządny posiłek.

Zaczęła właśnie odmrażać mięso w kuchence mikrofalowej, kiedy 

w drzwiach stanęły dzieci.

- Cześć - powitała je, wycierając ręce w papierowy ręcznik. - Co 

nowego w szkole?

Cała trójka była zmęczona i przybita. Dziewczynki rozchmurzyły 

się nieco na jej widok, lecz Jason tylko omiótł ją spojrzeniem i pobiegł 
na górę.

- Bałyśmy  się  w  nocy,  kiedy  cię  nie  było - powiedziała  Lissa, 

bawiąc się podstawką pod garnki stojącą na blacie.

- Jason  mówi,  że  byli  tu  jacyś  źli  ludzie - dodała  Annie, 

wzdrygając się lekko.

background image

Biedne  dzieci,  zamartwiały  się  cały  dzień,  pomyślała  Claire  z 

ukłuciem w sercu. Uśmiechnęła się, pragnąc dodać im otuchy.

- Już ich tu nie ma i nie będzie. Jesteście głodne?
- Dostaniemy ciasteczka? - spytała Lissa z nadzieją.
- Jasne.  Czekoladowe. - Claire  nakryła  do  stołu,  nalała  dwie 

szklanki mleka i ucałowała dziewczynki.

- Jak myślicie, czy Jason zje z nami?
- Poszedł po Igora - oznajmiła Lissa. Wdrapały się błyskawicznie 

na krzesła i sięgnęły

po słodycze.

- Jak  miło - mruknęła  Claire,  zastanawiając  się,  co  by 

powiedziała jej matka, gdyby ona lub Brooke zjawiły się przy stole z 
podobnym stworzeniem.

- Pan Matthews przychodzi dziś do nas na kolację, pamiętacie?

Annie  spojrzała  na  nią  znad  szklanki.  Jej  mleczne  wąsy 

harmonizowały  z  resztkami  szkolnego  obiadu  na  różowej  koszulce, 
upstrzonej ponadto czerwoną plakatówką.

- Jest fajny - orzekła z pełnymi ustami. - Może zostanie dłużej i 

poczyta nam na dobranoc.

- Hm... Chyba nie. Pewno będzie musiał wracać do domu.

Claire  zasępiła  się  i  stanęła  przy  kuchni,  sięgając  po  ryż.  Może 

sobie  fantazjować  niemądrze  na  jego  temat,  ale  dzieci  spotka  tylko 
rozczarowanie, jeśli się spodziewają trwałej przyjaźni z Loganem.

- Pan Matthews na pewno by się zgodził - nie ustępowała Annie.

- Jeśli go obie poprosimy... - dodała i spojrzała na siostrę.

- Głupia jesteś. Tatusiowie nie mają czasu - pouczyła ją Lissa z 

wyższością. - Muszą pracować.

Buzia Annie ułożyła się w podkówkę.

- Ale on nie jest naszym tatusiem, więc może będzie miał czas.

Claire  opuściła  głowę  i  ze  ściśniętym  sercem zaczęła  grzebać  w 

przyprawach,  a  potem  oparła  ręce  o  blat  i  wbiła  wzrok  w  niebieską 
wodę jeziora.

Widziała  ich  ojca  tylko  raz - było  to  przypadkowe  spotkanie  na 

otwarciu  jakiejś  galerii,  dobrych  parę  lat  temu.  Randall  miał 
rozbiegany wzrok i wygląd cwaniaka, który lubi szybkie pieniądze. To 
potwierdzałoby  informacje  o  jego  podejrzanych  interesach,  jakie 
dostarczył ojcu wynajęty prywatny detektyw.

background image

Na  jej  widok  natychmiast  wyprowadził  Brooke  za  drzwi  i 

pociągnął do samochodu.

Siniak  na  ramieniu  siostry  i  jej  udręczony  wzrok  długo 

prześladowały  Claire  po  nocy.  Na  wszystkie  sposoby  próbowała 
nawiązać z nią kontakt, lecz małżonkowie ciągle się przeprowadzali, a 
ich numer telefonu był zastrzeżony.

Następnym  razem  zobaczyła  Brooke  w  mahoniowej,  wyłożonej 

tiulem  trumnie,  w  otoczeniu  mdlącego  nadmiaru  ciętych  kwiatów. 
Wyglądała na szczęśliwszą po śmierci, niż była za życia - w każdym 
razie wtedy, gdy na moment ujrzała ją w galerii.

Wszystko  wskazywało  na  to,  że  Randall  był  władczym  i 

brutalnym mężem, a teraz jeszcze okazywało się, że i niezbyt czułym 
ojcem.

Claire, pogrążona w myślach, wsypała bazylię i sól czosnkową do 

sosu, dolała śmietany, a potem zupełnie sobie nie mogła przypomnieć, 
czy już dodała przyprawy, czy nie.

Z zamyślenia wyrwał ją głośny okrzyk:

- Mnie lubi bardziej!

Claire odwróciła się i zobaczyła, że Lissa pokazuje siostrze język.

- Wcale nie! - zaprotestowała Annie.
- A właśnie, że tak!
- Spokój,  dziewczynki - zaczęła  je  mitygować,  rozsadzając  na 

dwa krańce stołu. - Chcecie jeszcze trochę ciasteczek?

Lissa wydęła wargi.

- Nie - odpowiedziała nadąsana, odsuwając ręką okruszki.

Claire zmierzwiła jej pieszczotliwie włosy.

- Jeśli mówicie o panu Matthewsie, to jestem pewna, że lubi tak 

samo całą waszą trójkę.

Jason wszedł do kuchni ubrany w czarny golf i flanelową koszulę 

wetkniętą  w  dżinsy.  Nalał  sobie  szklankę  mleka  i  wziął  garść 
ciasteczek, po czym opadł na krzesło jak najdalej od Claire.

Dopiero  wtedy  zauważyła,  że  spod  rękawa  zawiniętego  przy 

łokciu  wystaje  mu  czubek  głowy  Igora.  Wąż  wbił  w  nią  czerwone, 
świdrujące oczka i zniknął. Aż ścisnęło ją w dołku.

- Ja...  Jason... - zaczęła  niepewnie,  bojąc  się,  że gad  zaraz 

przemknie po podłodze do jej stóp. - Gdzie się podział Igor?

- Mam go. - Chłopiec spojrzał na nią wilkiem. W każdym razie 

nie  było  go widać. Przypomniała sobie  te kilka razy, kiedy  udało  jej 

background image

się dopaść Jasona i go przytulić. Może przytulała wtedy także Igora? 
Może  ją  nawet  polubił?  I  kiedy  się  wyślizgnie,  podpełznie  do  niej, 
żeby się połasić?

Wzdrygnęła się i podchwyciła  pierwszy temat, jaki jej przyszedł 

do głowy.

- Jak tam w szkole?
- Dobrze.
- Co robiliście dzisiaj?
- Nic. - Jason  skierował  całą  uwagę  na  leżące  przed  nim 

ciasteczka.

Wzięła głęboki oddech.

- Dzwoniła  do  mnie  twoja  wychowawczyni.  Chłopak  zaczaj 

grzebać w ciasteczkach, rzucając płochliwe spojrzenie w stronę drzwi.

- Wiesz może, dlaczego zamierza się ze mną spotkać?

Podwinął  rękę,  zapewne  chroniąc  Igora,  wzruszył  ramionami, 

spojrzał na nią z ukosa i wybiegł z kuchni.

Claire westchnęła. Ich stosunki wróciły do punktu wyjścia.
W  zachowaniu  chłopca  było  coś,  czego  nie  potrafiła  nazwać. 

Nieufność? Strach? A teraz jeszcze doszły problemy w szkole. Jak ma 
mu pomóc, jeśli Jason nawet nie chce z nią rozmawiać?

Trzy  godziny  później  obrzuciła  stół  okiem  znawcy. 

Przystępowała  do  przygotowań  bez  większych  aspiracji,  ale  lata 
doświadczeń  w  wydawaniu  przyjęć  nie  pozwoliłyby  jej  spokojnie 
zasnąć, gdyby nie postarała się uatrakcyjnić tej kolacji.

Odziedziczona  po  ciotce  stara  elegancka  porcelana  i  srebrne 

sztućce doskonale prezentowały się na granatowym obrusie, rzucając 
lśniące  refleksy.  Nakryty  do  kolacji  stół  odzwierciedlało  połyskujące 
błękitem  fale  jeziora  Superior,  widoczne  za  wielką  panoramiczną 
szybą na przeciwległej ścianie.

Claire  postawiła  jeszcze  na  środku  wazonik  polnych  kwiatów  i 

zerknęła  przez  okno  na  podjazd.  Cała  trójka  dzieci  chodziła  na 
czworakach  po  trawniku,  a  Logan  obchodził  na  palcach  krzewy 
wzdłuż chodnika.

Nawet  z  tej  odległości  serce  zabiło  jej  mocniej na  jego  widok,  i 

bezwiednie podeszła do lustra, żeby raz jeszcze poprawić fryzurę.

To  śmieszne.  W  Nowym  Jorku  znała  mnóstwo  przystojnych, 

inteligentnych  mężczyzn, dowcipnych,  dobrze  ubranych, pnących się 
po  szczeblach  kariery  pracowników  firmy,  gotowych  na  każde  jej 

background image

skinienie.  Ale  oni  byli  wszyscy  tacy  sami;  ich  gładkie  maniery  i 
ostrożne próby nawiązania romansu niczym się nie różniły. Jej krótkie 
narzeczeństwo okazało się najbardziej upokarzającym błędem życia.

Wszystkim  im  chodziło  o  zdobycie  córki  prezesa.  To  córka 

prezesa  była  celem  ich  zabiegów,  a  nie  ona  sama.  Ta  myśl  wciąż 
bolała.  W  końcu  wolała  wieczorem  jeść  w  samotności  chińskie 
potrawy  sprzedawane  na  wynos  niż  po  raz  kolejny  patrzeć  na  czyjś 
przymilny uśmiech nad homarem i szampanem.

Logan  w  tym  towarzystwie  wyglądałby  jak  tygrys  pośród 

merdających szczeniaków. Wysoki i szczupły, poruszał się z naturalną 
swobodą,  która  świadczyła  o  pewności  siebie  i  opanowaniu,  nie  o 
wygórowanym poczuciu wartości.

Claire  obeszła  stół  i  stanęła  przy  oknie,  na  pozór  obserwując 

dzieci.

Gdy  Logan  pochylił  się  nad  kępą  rozrośniętych  krzewów,  pod 

naciągniętą  koszulą  dojrzała  napięte  mięśnie  jego  pleców  i  ramion. 
Mężczyzna, który tak wygląda, powinien zostać sklonowany.

Nie  jestem  nim  zainteresowana,  powiedziała  sobie  stanowczo. 

Ale to było jawne kłamstwo.

Zaczęła  się  zastanawiać,  jak  by  to  było  całować  się  z  nim.. 

Równie  dobrze  może  marzyć  o  zostaniu  cesarzową  albo  włożeniu 
butów  numer  trzydzieści  sześć.  Spojrzała  z  niechęcią  na  swoje 
pokaźne  stopy  i  odwróciła  się  od  okna,  poprawiając  nakrycie  przy
stole.

Logan nie porwie jej w ramiona, a ona nie będzie go obsypywać 

gorącymi pocałunkami.

Powinna  wyciągnąć  właściwe  wnioski  już  po  swoim  pierwszym 

związku  z  chłopakiem,  ale  los  dał  jej  jeszcze  dwóch,  by  się  mogła 
przekonać,  że  nie  jest  nieodparcie  pociągającą  kobietą.  To  jej 
poprzednia pozycja była kusząca, a nie ona. A teraz ma podupadający 
ośrodek  wypoczynkowy,  trójkę  dzieci  i  niepewną  przyszłość  przed 
sobą.

Mocno wątpliwe zalety.
Wystarczy mi do szczęścia to, co mam, powtórzyła zdecydowanie 

i obrzuciła pokój ostatnim uważnym spojrzeniem.

Półmisek  glazurowanych  marmoladą  kurczaków  i  waza  z 

zielonymi  brokułami  parowały  zachęcająco  na  kredensie.  Ryż  z 

background image

przyprawami  i  aromatyczna  kawa  wypełniały  jadalnię  apetycznym 
zapachem. Za chwilę wszystko będzie zimne.

Wyszła na ganek.

- Chodźcie już. Kolacja gotowa.
- Nie możemy! - odkrzyknęła Lissa, macając rękami trawę przy 

chodniku.

Jason  podniósł  się  i  podbiegł  do  klombu  kwiatów  na  skraju 

trawnika.  Ignorując  ciotkę,  która  do niego  podeszła,  zanurzył  ręce  w 
złocistym morzu chryzantem.

- Czego szukacie? - spytała Claire, patrząc pod nogi.
- Igora. - Odwrócił  głowę  i  rzucił  na  nią  chmurne  spojrzenie. -

Pewno się cieszysz, że uciekł.

Prawdę mówiąc, wcale nie poczuła ulgi. Rwący się głos Jasona i 

jego widoczna rozpacz ważyły dla niej więcej niż awersja do gadów.

- Oczywiście, że nie. Pomogę wam go szukać, dobrze?

Po  dalszych  piętnastu  minutach  Jason  opadł  zrezygnowany  na 

kolana.

- Nie ma go. Nigdy go nie znajdziemy.

Logan zajrzał jeszcze do wysokiej kępy traw przy podjeździe.

- W tej chwili chyba nie - zgodził się. - Jest tak zimno, że pewno 

zaszył się w pierwszej napotkanej dziurze.

- Może wyjdzie jutro - dodała Claire. - Niewykluczone nawet, że 

znajdziesz go na wiosnę.

- Tak, jasne.

Jego  sarkastyczny  ton  uderzył  Claire  jak  obuchem.  Logan 

podszedł do niej z tyłu.

- To  hormony - powiedział  cicho. - Stanie  się  bardziej  znośny, 

jak skończy dwadzieścia lat.

- Jeśli tego dożyję - mruknęła.

Potyczki  z  Jasonem  były  wystarczająco  przygnębiające.  Tylko 

tego brakowało, żeby Logan był świadkiem jej porażki. Ze spuszczoną 
głową odwróciła się w stronę domu.

- Jason kocha Igora. Mam nadzieję, że jednak go znajdzie...

Jej twarz niemal otarła się o szeroki tors Logana, który stał bliżej, 

niż się spodziewała. Poczuła jego zapach, ciepło jego ciała i zakręciło 
jej się w głowie.

- Przepraszam, chciałam...

background image

Popatrzył  na  nią  spod  zmrużonych  powiek,  kąciki  ust  podniosły 

mu się w lekkim uśmiechu.

- Znalezienie tego, czego pragniemy, nie zawsze jest takie łatwe.

Zaskoczył  ją  wyraz  jego  oczu.  Nie  było  w  nich  ironii,  jedynie 

ciepłe  zainteresowanie.  Czy  to  wieczorny  chłód  pokrył  jej  ramiona 
gęsią skórką, czy była to reakcja na tembr jego głosu?

Cofnęła  się  niepewnie.  Logan  się  myli.  Znalezienie  tego,  czego 

ona  pragnie,  byłoby  w  tym  momencie  bardzo  łatwe.  Ale  byłoby  też 
błędem.

Kątem oka zobaczyła, że dzieci przestały już szukać węża, za to z 

wyraźnym zaciekawieniem patrzyły na nich.

- Hm, no cóż... Myślę, że pan Matthews ma rację. Igor gdzieś się 

schował. Miejmy nadzieję, że później się znajdzie. Idziemy do stołu?

Zerknęła  na  Logana  i  znów  poczuła  dziwne  mrowienie.  Jeśli 

kiedyś kwestionowała pochopną decyzję siostry, to teraz rozumiała, że 
związek z nim miał też swoje dobre strony.

Brooke  nie  mogła  się  oprzeć  takiej  pokusie.  Zawsze  ceniła 

piękno,  rozkoszowała  się  przedmiotami  i  doświadczeniami,  które 
pieściły jej zmysły. Jedno przeciągłe spojrzenie ze strony tego faceta 
mogło  wystarczyć,  aby  takie  przyziemne  sprawy  jak  zgodność 
charakterów czy perspektywa na przyszłość przestały się liczyć.

Logan  potrząsnął  głową,  jakby  odganiał  jakieś  natrętne  myśli,  i 

obrócił się nagle na pięcie.

- Chodźcie,  dzieci! - zawołał. - Czas  na  kolację.  Po  chwili 

siedzieli przy stole w jadalni. Dzieci

spoglądały  niepewnie  na  eleganckie  nakrycia  i  rzucały  sobie 

ostrzegawcze  spojrzenia.  Claire  patrzyła  z  rozpaczą  na  przywiędłe 
brokuły  i  zastygłe  w  polewie  kurczęta.  Wyłożony  do  miski  ryż 
wyglądał  jak  kupka  stwardniałego  betonu.  Podgrzewanie  teraz  tego 
wszystkiego tylko pogorszy sprawę. Jej kolacje, wydawane w Nowym 
Jorku,  zawsze  były  na  najwyższym  poziomie.  A  teraz  taka 
kompromitacja!

Trudno,  musi robić dobrą  minę do złej gry. Rozłożyła  płócienną 

serwetkę na kolanach.

- Gotowi? - spytała wesoło i podsunęła im półmisek.

Annie obrzuciła glazurowane kurczęta podejrzliwym wzrokiem.

- To jest w pomarańczach. Czy mogę dostać hot doga?
- Zachowuj się! - syknął Jason, dając jej kuksańca.

background image

Annie odskoczyła i potrąciła Lissę. Lissa przewróciła szklankę, z 

której po granatowym obrusie rozlało się absolutnie więcej mleka, niż 
mogło  się w  niej  zmieścić.  Sama  szklanka  rozprysła  się  na  kawałki, 
zaścielając błyszczącymi odłamkami ciemniejącą plamę.

Przerażona Lissa skoczyła na równe  nogi i wybiegła. Jej krzesło 

groźnie  się  zachybotało.  Annie  zaczęła  płakać.  Jason  zbladł  i  z 
nieszczęśliwą miną spojrzał w stronę drzwi.

Tymczasem  mleko  płynęło  nieubłaganie  w stronę  kolan  Logana. 

Gilbert, drzemiący pod stołem, poderwał się ze spóźnionym refleksem 
i  zaczął  przeraźliwie  szczekać,  co  obudziło  kota,  który  wygiął  się  w 
łuk,  po  czym  zeskoczył  z  fotela  pod  ścianą  i  obrzuciwszy  Claire 
pogardliwym spojrzeniem, wymaszerował godnie z pokoju.

Annie i Jason gotowi byli zerwać się i uciec gdzie pieprz rośnie.

- Prze...  przepraszam,  ciociu  Claire - wyjąkał  wreszcie  Jason. -

To wszystko moja wina.

Annie wbiła wzrok w czubki butów.

- Moja też.
- Nic  się  nie  stało.  Moglibyście  iść  na  górę  i  przyprowadzić 

waszą siostrę?

Dzieci opuściły jadalnię z wyraźną ulgą.

- Miły  wieczór - powiedział  uprzejmie  Logan,  zbierając  mleko 

leżącymi  na  stole  serwetkami. - No  i  co  u  pani  słychać? - spytał, 
patrząc na nią spod podniesionych brwi.

Claire  ogarnęła  wzrokiem  całą  scenę  i  nagle  poczuła,  że  gdzieś 

głęboko, w zaciśniętym gardle, wzbiera w niej śmiech.

- Wszystko  w  porządku,  dziękuję - wykrztusiła,  starając  się 

przybrać układną minę. - Cieszę się, że zechciałeś... zechciałeś...

Wybuchnęła  śmiechem.  Nie  może  już  być  gorzej  i  nic  ją  to  nie 

obchodziło. Do diabła z etykietą. Nie jest już dzieckiem skręcającym 
się  z  zażenowania  w  jadalni  matki.  Nie  ma  tu  ojca - ani  jego 
aroganckiego  kamerdynera - żeby  mogli  dać  wyraz  totalnej 
dezaprobacie i głębokiemu rozczarowaniu jej osobą.

Uwolniła się od nich wszystkich.

- Spróbujemy  jeszcze  raz,  dobrze?  Ta  kolacja  należy  już  do 

historii.

Patrzył  na  nią  spod  rzęs,  podnosząc  się  zza  stołu.  Z  pewnością 

niewiele proszonych kolacji w jego życiu przybrało taki obrót. Będzie 
szczęśliwy, mogąc się wynieść.

background image

Tymczasem  w  jego  oczach  zapaliły  się  wesołe  iskierki,  a  kąciki 

ust podniosły mu się w uśmiechu. Odstawił krzesło i podszedł do niej.

- Dziękuję  za  pamiętny  wieczór. - Położył  jej  palec  na  ustach, 

powstrzymując chichot. - Mówię to poważnie. Jutro moja dekoratorka 
zabiera się do urządzania mi wnętrza, ale żadne jej wysiłki nie stworzą 
takiego domu, jaki ty dałaś tym dzieciom.

Wziął  jej  rękę  w  obie  dłonie.  Poczuła  się  po  kobiecemu krucha, 

wzięta w opiekę. Ciepło przebiegło wzdłuż jej ramienia i rozlało się w 
piersi.

- Tak,  no  cóż...  Nie  zawsze  jesteśmy  tacy  mało gościnni.  Może 

jednak zostaniesz i zjesz coś z nami?

- Miałem  nadzieję,  że  to  zaproponujesz...  Zacisnął  palce  na  jej 

palcach  i  wolniutko  pogładził wnętrze  jej  dłoni.  Poczuła,  jak  w 
odpowiedzi  kurczą  się  jej  palce  u  stóp,  a  skóra  oblewa  nową  falą 
ciepła.  Odgłosy  dzieci  biegających  na  górze  i  bałagan  w  jadalni 
odpłynęły gdzieś w dal, liczyło się tylko przyspieszone bicie jej serca i 
żar w jego oczach.

Przebiegł  ją dreszcz - nie  była pewna,  oczekiwania  czy  strachu? 

Wiedziała,  że  robi  pierwszy  błąd,  ale  nie  mogłaby  się  cofnąć,  nawet 
gdyby ktoś krzyknął, że tuż obok wybuchł pożar.

Gdy  ręce  Logana  podniosły  się  do  jej  ramion,  ogarnęła  ją  nagła 

panika.  Zobaczyła  tłuste  łapy  Hanka  chwytające  ją  nagle  za  głowę, 
poczuła jego śliskie, mokre usta.

- Ja... ja...
- Myślisz  o  czymś,  co  się  nigdy  nie  powinno  zdarzyć.  O  kimś 

innym.  Popatrz  na  mnie, Claire - powiedział  Logan  cicho.  Przesunął 
palcem  po  linii  jej  podbródka,  a  potem  bardzo  delikatnie  obrysował 
zarys ust. - Prześliczne...

Wolno,  bardzo  wolno  przyciągnął  ją  bliżej,  po  czym  pochylił 

głowę, przymknął oczy i musnął wargami jej usta. A potem przylgnął
do nich i poczuła, jak przebiega ją rozkoszny dreszcz, gdy pocałunek 
się przedłużał.

W  końcu  Logan  wziął  w  obie  ręce  jej  twarz,  jakby  trzymał  coś 

wyjątkowo  cennego.  Chciała  się  do  niego  przytulić  i  dać  się 
pocałować jeszcze raz, lecz odsunął ją na odległość ramienia i spojrzał 
jej w oczy.

- Wszystko w porządku?

background image

Patrzyła  na  niego  w  oszołomieniu  i  zastanawiała  się,  czy 

kiedykolwiek coś w jej życiu było bardziej w porządku.

- Tak...

Na schodach rozległ się tupot galopujących dzieci. Logan zerknął 

na stół, a potem na nią.

- Czy u was zawsze jest tak spokojnie?
- Zawsze.
- Twoja  kolacja  ciągle  da  się  zjeść - powiedział  beztrosko. -

Uporządkuję z Jasonem stół, a ty to wszystko podgrzej.

- Uhm...  doskonale. - Odsunęła  się  od  niego  z  ociąganiem. -

Dobry pomysł.

Zebrała  szybko  półmisek  i  obie  miski  i  umknęła  do  kuchni, 

słysząc za sobą cichy śmiech Logana.

Po dziesięciu minutach stół wyglądał całkiem zachęcająco, mimo 

że  leżały  na  nim  teraz  plastikowe  maty,  zwykłe  sztućce  i  kubki 
jednorazowego  użytku.  Ożywione  dzieci  mówiły jedno  przez  drugie, 
pałaszując z apetytem kurczaka.

Claire próbowała brać udział w rozmowie, ale jej myśli obracały 

się cały czas wokół jednej rzeczy. Nie powinna była pozwolić na ten 
pocałunek, a tym bardziej pragnąć, żeby się powtórzył. Ale czuła się 
jak ciepły budyń - bezosobowo i bezwolnie.

Kilka  godzin  później  wcisnęła  przycisk  zmywarki,  wzięła  kawę 

do  kuchni  i  opadła  na  krzesło  z  westchnieniem  ulgi.  Kolacja  była 
skończona. Dzieci leżały w łóżkach. Miała już ten wieczór za sobą.

Tylko że Logan nadal był z nią w kuchni.

- Wspaniałe  przyjęcie - oświadczył,  upijając  łyk  kawy. - Za 

drugim razem poszło lepiej.

Rozkoszując  się  ciepłem  kubka  w  obu  rękach,  podniosła  go  do 

ust.  Tym  razem  zaparzyła  migdałową  mokkę  i  jej  aromat  działał 
kojąco.  Po  załadowaniu - z  pomocą  Logana - pełnej  zmywarki, 
dwukrotnym  układaniu  do  łóżek  trójki  dzieci,  które  nie  chciały  iść 
spać, i wielogodzinnym tłumieniu nieprzyzwoitych myśli dobrze było 
po prostu usiąść i odpocząć.

Popatrzyła  przez  stół  na  Logana.  Z  uśmiechem  skapitulował  na 

prośbę  Annie  i  jej  błagalnej  minki  i  przeczytał  dziewczynkom przed 
snem  pół  tuzina  książeczek.  Nawet  Jason  zakradł  się,  by  posłuchać, 
choć udawał nonszalancję mimo wyraźnego zainteresowania.

background image

Fakt, że pocałunek  Logana przewrócił jej świat do góry nogami, 

będzie musiał po prostu... pójść w niepamięć.

Logan  jest  jej  sąsiadem,  na  którego  będzie  się zapewne  w 

przyszłości  często  natykać.  Jest  też  kimś,  na  kogo  może  liczyć. 
Potrzebowała  sprzymierzeńca,  a  nie  mężczyzny,  który  złamie  jej 
serce.  Przypomniała  sobie  zduszone  łzami  słowa  Brooke:  „Był  taki 
miły  na  początku,  wydawał  mi  się  spełnieniem  marzeń,  ale  to  była 
tylko  gra.  Potem  zaczęły  się  kłamstwa  i  późne  powroty.  Mówił  do 
mnie rzeczy, które wstydzę się powtórzyć..."

Przyglądała  mu  się  uważnie,  starając  się  znaleźć  coś  na 

potwierdzenie  słów  siostry.  Czyżby  grał  przed  nią,  żeby  zyskać  jej 
przychylność?  Próbował  tylko  skłonić  ją  do  zmiany  decyzji  i 
odsprzedania  mu  posiadłości?  Cisnęło  się  jej  na  myśl  tysiące  pytań. 
Może teraz znajdzie parę odpowiedzi.

- Zostaniemy  przyjaciółmi? - spytała, wyciągając  do  niego  rękę 

przez stół.

- Uprzedzam,  że  zawsze  będę  chciał  zdobyć  tę  ziemię - rzekł 

poważnie.

- I nigdy jej nie dostaniesz. Wyciągnął rękę i zaśmiał się krótko.
- Zobaczymy.

Odchylił  się  razem  z  krzesłem  i  rozejrzał  uważnie  po  kuchni, 

ogarniając  wzrokiem  wysoki  sufit  i  bogato  rzeźbioną  sztukaterię, 
ściemniałe dębowe  szafki  i okno o trzech skrzydłach  wychodzące na 
jezioro. Zamyślił się.

- Dobrze jest znaleźć się tu po tylu latach. Jeszcze widzę...

Urwał  i  zamilkł.  Czy  wspominał  Brooke  stojącą  tu  na  progu, 

witającą  go  pod  koniec  dnia?  Brooke  była  promienną  kokietką, 
przyciągającą pełne zachwytu spojrzenia wszędzie, gdzie się pojawiła. 
Jako jej mąż, Logan musiał czuć się królem świata.

Jednym długim haustem wypił do końca kawę i wstał. Zdumiona 

Claire też się podniosła i poszła za nim do wyjścia. Co się stało?

Gdy  przy  drzwiach  się  do  niej  odwrócił,  jego  twarz  miała 

nieobecny wyraz.

- Dziękuję.  Wieczór  był...  Było  mi  bardzo  miło.  To  nie 

zapowiadało początku długiej i pięknej przyjaźni.

- Nam  też,  Lancelocie - zażartowała,  odwołując  się  do  jego 

starego przezwiska.

background image

Uśmiechnął  się  i  uścisnął  ją,  obejmując  jednym  ramieniem,  jak 

przed laty.

Wstrzymała oddech. Jego  dotyk sprawił, że z trudem  opanowała 

chęć,  by  się  do  niego  przytulić.  Trzeba  ustalić  nowe  reguły.  Od  tej 
chwili żadnych uścisków.

Logan  też  musiał  się  poczuć  nieswojo,  bo  szybko  opuścił  rękę, 

cofnął się, krótko pożegnał i wyszedł.

Mamy być przyjaciółmi, przywołała  się  do  porządku,  patrząc na 

jego znikającą w ciemnościach sylwetkę. Musi myśleć o trójce dzieci i 
podupadającym ośrodku, to są jej priorytety.

Znała  już  cenę,  jaką  się  płaci  za  zaangażowanie w  związek  z 

mężczyzną.  Chwile  szczęścia  nigdy  nie  przeważają  nad  uczuciem 
głębokiego zawodu na końcu.

Jako  przyjaciele  nie  wejdą  w  mroczny  i  niebezpieczny  świat 

zmysłów  i  namiętności,  w  którym  jej  serce  i  dusza  zostałyby 
nieuchronnie  zranione. Nie będzie żadnego ryzyka. A przyjaźń  może 
być dozgonna.

Miłe  ciepło,  jakie  poczuła  na  tę  myśl,  trwało  może  piętnaście 

sekund. Do chwili, kiedy zadzwonił telefon.

- Pine Cliff - powiedziała automatycznie, patrząc na wyświetlacz 

z numerem rozmówcy. Telefon był z budki.

Odpowiedziała jej cisza.
Gdy odłożyła słuchawkę na widełki, telefon zadzwonił znowu. A 

potem jeszcze raz. Za trzecim razem położyła słuchawkę na biurku.

Dzwoniący ani razu się nie odezwał.
Logan przeklinał się w duchu, sadząc wielkimi krokami po lesie. 

Uciekł  z  Pine  Cliff  jak  niepyszny.  Claire  musiała  pomyśleć,  że  brak 
mu piątej klepki.

Ale gdyby nie wyszedł, mógłby powiedzieć coś bardzo głupiego, 

w  rodzaju:  „Chcę  czegoś  więcej  niż  przyjaźni,  Claire".  A  to  by 
zburzyło spokój, jaki z trudem osiągnął, i wprowadziło zamęt w jego 
samotne, uporządkowane życie.

Po rozstaniu z Brooke musiał długo walczyć, aby odzyskać dobre 

imię i oczyścić się z fałszywych zarzutów, jakie rodzina Worthów mu 
postawiła. Nie mówiąc już o tym, że Brooke zadłużyła go w banku i 
oskubała do ostatniego centa.

Claire nie przypominała siostry, lecz lata samotności i niechęć do 

wiązania się z kimkolwiek zostawiły na nim swoje piętno. Co takiego 

background image

było  w  tej  kobiecie,  w  tych  dzieciach,  co  nadkruszyło  jego  mury 
obronne?

Zagłębiając  się  w  wąską  ścieżkę  wśród  drzew,  zaczął 

racjonalizować  swoje  postępowanie.  Pomyślał  o  Annie  i  Lissie. 
Każdemu  serce  by  zmiękło,  gdyby  się  do  niego  tuliły  takie  słodkie 
kruszynki,  pachnące  płynem  do  kąpieli  i  szamponem.  Wyzwalały 
instynkt ochrony gatunku, to wszystko.

A  co  do  Jasona...  gniew,  bunt  i  samotność  tego  chłopca  widać 

było  na  pierwszy  rzut  oka.  Jeśli  dodać  do  tego  chaos  emocjonalny 
typowy  dla  przeciętnego  nastolatka,  to  było  jasne,  że  potrzebuje 
przyjaciela.  Poza  tym  przypominał  mu  jego  samego  sprzed 
dwudziestu lat.

Jeśli chodzi o dzieci, to jego emocjonalne zaangażowanie dawało 

się łatwo i logicznie wytłumaczyć. Ale nie było za grosz logiki w jego 
śmiesznym  zainteresowaniu  młodszą  siostrą  Brooke.  Dobry  Boże! 
Samo objęcie jej obudziło w nim żądzę do tej jedynej kobiety, której 
nigdy  nie  powinien  pragnąć - i  której nigdy  nie  dostanie.  Pójście  za 
głosem  zmysłów  byłoby  powtórzeniem  najgorszego  błędu,  jaki 
popełnił w życiu.

Musi się trzymać z daleka od Pine Cliff, dopóki ta posiadłość do 

niego nie wróci.

Ciekawe,  czy  Claire  domyśla  się  prawdy  o  jego  krótkim, 

nieudanym  związku?  Zapewne  nie.  Musiała  zostać  dobrze 
zindoktrynowana  przez  swoją  rodzinę  na  temat  nieszczęsnego 
małżeństwa siostry z chłopakiem bez nazwiska i bez przyszłości.

Nie  warto  prostować  tych  kłamstw.  Prawda  na  temat  Brooke 

mogłaby na zawsze popsuć stosunki Claire z resztą rodziny.

A nawet taka rodzina jest lepsza niż żadna.

background image

Rozdział 9

Odkąd była dzieckiem, Claire zawsze chciała znaleźć czterolistną 

koniczynę, nigdy jednak nie marzyła o znalezieniu węża. Gdy sobie to 
uświadomiła,  wzdrygnęła  się  i  poczuła,  że  chłód  przebiegł  jej  po 
krzyżu.

Igor najwyraźniej doskonale się czuł w plamie słońca na poboczu 

podjazdu.  Zwinięty  w  kłębek,  przypominał  porzucony  kawałek  liny 
okrętowej.

Na  jej  widok  podniósł  łeb  z  umiarkowanym  zainteresowaniem  i 

zaraz opuścił go ospale na swój ogon - czy też grzbiet. Nie wdając się 
w subtelności gadziej anatomii, wiedziała jedno: musi go złapać.

Dzieci  były  w  szkole,  Fred  zaś  pojechał  do  miasta po  nowy  pas 

transmisyjny  do  kosiarki.  Nikogo  innego  nie  było  w  pobliżu.  Gdyby 
Logan się pokazał...

Gdyby Logan się pokazał, miałaby jeszcze większy problem. Na 

sam tembr jego głosu zaczęłoby jej wirować przed oczami i od stóp do 
głów oblałaby ją fala gorąca.

Przestań! - skarciła  się  stanowczo,  kierując  swoją  uwagę  z 

powrotem na Igora. Ma teraz rodzinę pod opieką. Nic więcej nie było 
jej potrzebne do szczęścia.

A jeden z członków tej rodziny może dzięki niej odzyskać trochę 

radości życia. Jeśli się teraz nie pospieszy, to straci tę szansę.

Zacisnęła  zęby  i  postąpiła  ostrożnie  naprzód.  Jeden  krok,  potem 

drugi.  Mimo  chłodu  na  dworze  oblał  ją  pot  i  przylepił  koszulę  do 
pleców.  Jest  dorosła,  Przecież  to  tylko...  tylko  oswojone  zwierzątko. 
Jason nosi je z sobą cały czas.

Wspomnienie  smutnej  miny chłopca  przy  śniadaniu  pomogło  jej 

zrobić jeszcze krok.

- To  ja,  Igor - szepnęła. - Czemu  nie  możesz  mieć  jakiegoś 

futerka?

Modląc się w duchu, przebiegła przez trawnik, chwyciła wiaderko 

spod budynku pralni i ostrożnie wróciła do Igora.

- Chodź tutaj - powiedziała zachęcająco, podsuwając mu wiadro.

Gad podniósł łeb i cofnął się. W jaki sposób, na Boga, zagania się 

węże?

Zamknęła  oczy  i  ostrożnie  popchnęła  go  czubkiem  buta.  Kiedy 

otworzyła  zaciśnięte  powieki,  Igor  zmierzał  prosto  do  wielkiej  kępy 

background image

kwiatów. Na szczęście zimnie powietrze osłabiło jego werwę i pełzł z 
dostojną szybkością rozlanego miodu.

Claire  rzuciła  się  za  nim,  podstawiła  mu  z  przodu  wiadro  i 

wepchnęła  go - czy  też  dużą  jego  część - nogą  do  środka.  Ta  część, 
która znalazła się w wiadrze, zaczęła piąć się w górę.

- O Boże!

Chwyciła  wiadro  za  rączkę  i  puściła  się  biegiem  do  domu. 

Szybkim  sprintem  pokonała  trawnik,  wpadła  na  ganek,  wbiegła  po 
schodach i zatrzymała się dopiero w pokoju Jasona. Z westchnieniem 
ulgi wrzuciła gada do terrarium i zamknęła drzwi.

Udało się!
Oszołomiona  sukcesem  opadła  na  łóżko  Jasona  i  wyciągnęła  się 

na plecach. Wąż, nietoperze na strychu, ciemne typy u drzwi, głuche 
telefony.

W tym stanie rzeczy nie zdziwiłaby się, gdyby na trawniku przed 

domem rozbili sobie obóz przybysze z kosmosu.

Podparła się  na  łokciach  i  rozejrzała  po  pokoju.  Panował  w nim 

nieskazitelny  porządek,  jak  zawsze.  Gdyby  nie  kunsztowne  rysunki 
piórkiem, przypięte równo na tablicy korkowej, pomieszczenie byłoby 
bezosobowe jak pokój hotelowy, a nie sypialnia trzynastolatka.

Czy Jason zawsze był taki, czy ciągle czuł, że mieszkanie z nią to 

tylko chwilowy etap na niepewnej dalszej drodze?

Jedynym  osobistym  akcentem  na  jego  biurku  była  oprawiona  w 

ramki fotografia Jasona z matką, stojących przy luksusowej żaglówce.

Claire  wstała  i  podeszła,  żeby  się  jej  bliżej  przyjrzeć.  Brooke,  z 

grzywą  jasnych  włosów  rozwianych  przez  wiatr,  wyglądała  tak 
młodo, tak krucho.

Dlaczego musiałaś zginąć? Wpatrując się w twarz siostry, Claire 

poczuła  znajomą  wilgoć  pod  powiekami. Gdyby  miały więcej czasu, 
może  udałoby  im  się  zbliżyć.  Dlaczego  nigdy  nie  przyjechałaś  do 
domu?

Powtarzała  tę  starą  litanię,  choć  w  gruncie  rzeczy  znała 

wyjaśnienie. Jak powiedziała Loganowi, ojciec był zły z powodu ich 
pochopnego małżeństwa i nagłego rozwodu, a potem wściekły, kiedy
Brooke  natychmiast  zaczęła  się  zadawać  z  Randallem.  Po  ich 
wspólnej  ucieczce  ona  zerwała wszystkie  więzy  z rodziną,  a Charles 
Worth nigdy więcej nie wymówił jej imienia.

background image

Gdyby  Logan  był  lepszym  mężem, ich  małżeństwo  mogłoby  się 

utrzymać - i Brooke nadal by żyła.

Wzrok  Claire  przeniósł  się  na  twarz  Jasona.  Mocna  szczęka  i 

wysunięty  podbródek  znamionowały  upór  i  siłę - właściwe  całym 
pokoleniom  Worthów,  których  portrety  wisiały  w  gabinecie  ojca  w 
Nowym Jorku.

Podniosła  fotografię  do  światła.  Oko  kamery  uchwyciło  też  coś, 

co  Jason  maskował  za  buntowniczą  postawą.  Wrażliwość,  poczucie 
humoru,  a  nawet  młodzieńczą  obietnicę  zmysłowości  w  sposobie 
patrzenia  spod  długich  rzęs.  Nietrudno  było  sobie  wyobrazić 
dziewczęta walczące w przyszłości o jego względy.

Ma  oczy  podobne  do  Logana,  uzmysłowiła  sobie  nagle.  Takie 

same  błękitne  źrenice  otoczone  ciemną  obwódką,  takie  same  równe, 
gęste  rzęsy.  Prychnęła  lekceważąco.  Przecież  oczy  Brooke  też  były 
niebieskie.

Ale miały inny odcień.
Czy  Logan  może  być  ojcem  Jasona?  Potrząsnęła  głową  i 

wpatrując się intensywnie w fotografię, starała się przypomnieć sobie 
burzliwą  historię  rozwodu  Brooke.  Czy  to  było  jesienią  czy  zimą? 
Sama  przebywała  w  tym  czasie  z  dala  od  domu,  w  szkole  z 
internatem.  Ale  przecież  rozgoryczoną  i  skłóconą  parę  tuż  przed 
rozwodem  rozgrzewają  raczej  bitwy  słowne  niż  ostatnie  porywy 
namiętności, które mogą zaowocować dzieckiem.

To niemożliwe. Głupie myśli, nic więcej.
Odstawiła  delikatnie  fotografię  i  pobiegła  skończyć  wieszanie 

firanek w jednym z domków. Zanim dzieci wróciły ze szkoły, przyjęła 
jeszcze trzy komplety gości i odbyła cztery rozmowy telefoniczne.

Przez  całe  popołudnie  nękały  ją  inne  drobne  podobieństwa 

między  Jasonem  i  Loganem.  To  tylko  wybujała  wyobraźnia,  mówiła 
sobie,  ale  od  momentu,  kiedy  dzieci  weszły  w  drzwi,  nie  mogła 
oderwać oczu od siostrzeńca.

Uparcie  wracało  do  niej  pytanie:  Czy  może być  synem  Logana? 

Wydawało się to nieprawdopodobne. Brooke nigdy by nie zataiła tego 
faktu przed prawowitym ojcem.

A może jednak?
Ta  myśl  nie  dawała  jej  spokoju  także  wieczorem,  kiedy 

bezskutecznie  próbowała  rozpalić  ognisko  na  brzegu  jeziora.  Stosik 
drewna u jej stóp wyglądał prawidłowo, ale za nic nie chciał się zająć 

background image

ogniem. Płomyki  pełzały po drewnie niemrawo i niemal natychmiast 
przygasały.

Niecierpliwie  przekładając  sosnowe  polana  to  tak,  to  inaczej, 

patrzyła  na  swoje  wysiłki  z  rosnącą  irytacją.  Bliźniaczki  nadciągały 
już  od  domu,  niosąc  między  sobą  koszyk  z  jedzeniem,  a  Jason  też 
zjawi się lada chwila. Gdzie się podziewa Fred?

Smugi  wieczornej  mgły  unosiły  się  niczym  białe  duchy  wokół 

postrzępionych,  granitowych  szczytów,  a  fale  w  dole  rytmicznie 
uderzały  o  podnóże  skał  i  cofały  się,  ginąc  gdzieś  na  pokrytym 
szarością horyzoncie.

Idealna  pora  na  kiełbaski  przy  ognisku.  O  ile  to  ognisko  da  się 

rozpalić.

Nadszedł Jason, niosąc duży termos z gorącą czekoladą.

- Nic z tego nie będzie - orzekł. - Drewno jest źle ustawione.

Ze zdumiewającą pewnością i wprawą zabrał się do przestawiania 

polan, ułożył na środku stosik łupin z kory i dmuchał w nie tak długo, 
aż  zajęły  się  ogniem.  Po  chwili  buchnęły  w  górę  wesołe  płomienie. 
Chłopiec  zerknął  na  Claire  i  wzruszył  ramionami,  starając  się 
zlekceważyć  swój  sukces,  ale  kąciki  ust  podniosły  mu  się  w 
triumfalnym uśmiechu.

- Obóz skautów - mruknął. Claire roześmiała się.
- Dobra robota, Jason. Będziesz mnie musiał tego nauczyć.

Sosnowe  drewno  skwierczało  i  trzaskało,  wypełniając  powietrze 

leśnym aromatem. Jason z widoczną satysfakcją dorzucił kilka polan. 
Blask  ognia  ozłocił  ich  twarze  i  odpędził  ziąb  wieczoru.  Claire 
nachyliła  się,  wyciągając  dłonie  nad  ogniskiem,  i  obserwowała 
chłopca poprzez tańczące płomienie.

Mimo  młodego  wieku  widać  było,  że  wyrośnie  na  przystojnego 

mężczyznę.  Wcale  to  jednak  nie  znaczy,  że  przypomina  Logana, 
powiedziała sobie szybko. Objęła się ramionami, czując nagły chłód.

Na  powrót  Igora  Jason  zareagował  ekstatycznym  tańcem, 

połączonym  z  okrzykami  radości.  Był  już  niemal  gotów  rzucić  się 
Claire na szyję, lecz w ostatniej chwili ograniczył się do niepewnego 
uściśnięcia  jej  ręki.  Uśmiechnęła  się  do  siebie.  Jason  jest  właśnie  na 
tym pierwszym, nieporadnym progu dojrzałości.

Jej rozmyślania przerwała Lissa, pociągając ją za rękaw.

- Jestem  głodna.  Fred  mówił,  że  zaraz  tu  przyjdzie.  Możemy 

zaczynać?

background image

Claire  wyjęła  z  koszyka  metalowe  szpadki  z  drewnianymi 

rączkami, rozdała dzieciom po kiełbasce i rozłożyła  resztę kolacji na 
kocu.

- Tylko nie podchodźcie zbyt blisko do ognia.

Po  chwili  twarzyczki  Annie  i  Lissy  zalśniły  w  migotliwym 

świetle ogniska, kiedy dziewczynki z zapałem zabrały się do pieczenia 
kiełbasek nad płomieniami. Nowa przygoda pochłonęła je bez reszty.

Jason  odłożył  swoją  porcję  na  bok  i  zszedł  na  półkę  skalną. 

Uskoczył przed dużą falą, która omal nie zmoczyła mu butów, i wbił 
wzrok  w  pobliski  brzeg.  Odwracając  się  przez  ramię  do  Claire, 
wskazał przed siebie:

- Założę się, że to Logan tam stoi. O tam, na skałach.

Podeszła i zobaczyła w oddali  męską postać na cyplu, u którego 

stóp  kłębiła  się  mgła.  W  zapadającym  zmierzchu  mógłby  równie 
dobrze być wytworem jej wyobraźni.

- Możemy zaprosić go na ognisko? - spytał Jason prosząco.

Kiedy skinęła głową, puścił się w dół po skałach jak rączy jeleń.

- Pan Fred! - wykrzyknęła Annie. - Przyniósł pan chipsy?

Fred  położył  na  kocu  sporą  paczkę  chipsów  i  rozejrzał  się  po 

brzegu.

- Jason poszedł się przewietrzyć?
- Zobaczył Logana i pobiegł zaprosić go na nasz piknik.

Staruszek skinął głową z aprobatą.

- Jak się wam układają stosunki?
- No  cóż,  on  jest... - Claire  zawahała  się,  sama  nie  wiedząc,  co 

powiedzieć. - Jest dobrym sąsiadem.

Fred odrzucił głowę i parsknął śmiechem.

- Lepsza taka pochwała niż żadna.

Usłyszeli  zgrzyt  kamyków  na  skalnej  ścieżce  i  coraz  bliższe 

kroki.

- Jason?

Logan wkroczył w krąg ogniska i natychmiast poczuł przyjemne 

ciepło.  Nie  tylko  od  ognia,  ale  też  na  widok  dwóch  małych 
dziewczynek z przejęciem zajmujących się pieczeniem kiełbasek oraz 
Claire  i  starego  przyjaciela  Freda,  którzy  najwyraźniej  przed  chwilą 
żartowali. Fred miał policzki zarumienione jak święty Mikołaj, a oczy 
Claire błyszczały rozbawieniem.

background image

Idylliczny nastrój tej sceny - mała grupka skupiona wokół ognia, 

iskry lecące z trzaskających polan, leniwe fale jeziora w tle - sprawił, 
że  Logan  poczuł  się,  jakby  miał  przed  sobą  obraz  jakiegoś 
romantycznego malarza.

Jason podał mu szpadkę, a Fred wskazał pień drzewa obok Claire.

- Ostatnie wolne krzesło - mrugnął.

Logan  wszedł  w  środek  tego  obrazu,  zastanawiając  się,  czy  nie 

lepiej było zostać  w domu i odgrzać  sobie na kolację coś z lodówki. 
Czy  nie  powinien  był  dotrzymać  słowa  i  trzymać  się  z  dala  od  Pine 
Cliff, dopóki znów nie będzie jego własnością?

Lubi  być  sam,  do  diabła!  Spokój  i  cisza  jego  domu,  piękno 

wielkiego jeziora za oknem, w zupełności odpowiadały człowiekowi, 
który ceni sobie swoją samotność. Niczego więcej nie potrzebował do 
szczęścia. Zwłaszcza kobiety, która siedziała obok.

Fred podszedł i objął go ramieniem.

- Dobrze jest znów cię widzieć, chłopcze.

W oczach Claire zapalił się diabelski chochlik.

- To  miło,  że  przyszedłeś.  Jason  uważał,  że  ucieszy  cię 

zaproszenie do towarzystwa.

Pewno  zauważyła,  jak  bardzo  go  to  cieszy.  Wyprostował  się  i 

spojrzał jej prosto w oczy.

- Jason  nalegał,  żebym  się  do  was  przyłączył. - Kątem  oka 

dojrzał, że chłopiec poruszył się niespokojnie, więc szybko dodał: - I 
chętnie skorzystałem.

- Właśnie  widzę - rzekła  z  przekąsem  i  zwróciła się  do 

dziewczynek: - Opowiedzcie nam o dzisiejszym dniu.

Jedna  z  bliźniaczek  skurczyła  się,  zmieszana.  To  musi  być  ta 

bardziej  nieśmiała,  Annie.  Za  to  Lissa  paplała  bez  skrępowania, 
poruszając trzydzieści tematów na minutę.

- Opowiedzcie  o  najprzyjemniejszej  rzeczy,  jaka  was  dziś 

spotkała - podsunęła Claire.

- Najmniej przyjemni byli ci owłosieni ludzie.
- Co? - zdumiała się Claire.

Lissa wykrzywiła się, sięgając po bułkę.

- Ci z domku numer osiem, tacy potargani i śmiesznie ubrani. Są 

niemili. Powiedzieli, żebyśmy sobie poszły i nie przeszkadzały.

- Sweeneyowie? - Claire  zmarszczyła  brwi,  patrząc  pytająco  na 

Freda. - Co to za jedni?

background image

- Para  podstarzałych  hippisów,  jak  na  moje oko.  Włóczą  się  po 

nocach  i  nie  są  zbyt  towarzyscy.  Ale  poza  tym  nie  sprawiają 
kłopotów.

- Po  co  tu  przyjeżdżają,  jeśli  nie  chcą  patrzeć  na  jezioro? -

zainteresował się Jason. - Cały dzień mają zasłonięte okna. Nawet to 
wychodzące na wodę. Dziwne.

Claire z roztargnieniem zatknęła niesforny kosmyk za ucho.

- Może  po  prostu  nie  umieją  rozmawiać  z  dziećmi - wyraziła 

przypuszczenie.

- Oni nie lubią dzieci - oświadczyła Lissa.

Nalała sobie hojnie ketchupu na bułkę i z satysfakcją zagłębiła w 

niej zęby. Ketchup popłynął jej po podbródku i pociekł na bluzę.

- Ojej!

Annie  i  Jason  roześmiali  się,  Claire  potrząsnęła  głową. 

Najwyraźniej  plamy  nie  były  jej  straszne,  bo  bez  słowa  sięgnęła  do 
koszyka  po  plastikową  torebkę,  wyjęła  z  niej  wilgotną  szmatkę  i 
zaczęła ścierać czerwone zacieki z ubrania dziewczynki.

- Ale  za  to  lubimy  tę  babcię  z  drugiego  domku - powiedziała 

Lissa. - Ona jest miła.

- Tylko  gada  jak  najęta - skrzywił  się  Jason,  nabijając  na  patyk 

następną kiełbaskę.

- To pewno pani Rogers - zarechotał Fred.
- Jest  wdową  i  musi  czuć  się  samotna. - Claire  wrzuciła 

ściereczkę  z  powrotem  do  koszyka. - Przyjechała  na  cały  miesiąc, 
więc zdążymy się dobrze poznać.

- Chyba tak.

Logan przyrządził sobie hot doga i sięgnął po frytki. Claire podała 

mu puszkę pepsi - coli.

- Znalazłam  parę  pustych  puszek  po  coli  na  strychu -

przypomniała sobie. - Czy któreś z was tam chodziło?

Bliźniaczki zrobiły przestraszone miny.

- Nigdy w życiu - wzdrygnęła się Annie.
- Ja nie - odparł krótko Jason, który siedział z oczami wbitymi w 

ogień.

- Ale  to  nie  znaczy,  że  nie  możesz  tam  iść,  gdybyś  chciał 

poszukać czegoś ze swoich rzeczy - zaznaczyła szybko Claire, lecz nie 
doczekała się odpowiedzi.

background image

Trzaskający  ogień  i  woń  skwierczących  kiełbasek  przypomniały 

Loganowi  własne  dzieciństwo.  Z  wiernym  psem  u  boku  spędzał  tu 
przy ognisku niezliczone noce, wpatrując się w gwiazdy. Czuł wtedy 
taki sam spokój, jaki ogarnął go teraz.

Ale  ten  spokój  nie  wszystkim  się  udzielał,  sądząc  po  wyrazie 

twarzy Jasona, który zasępiony siedział samotnie w półcieniu.

Pewno  chłopiec  wciąż  opłakuje  rodziców,  tęskni  za  swoim 

domem,  za  przyjaciółmi.  Ciężko  jest  zostawiać  za  sobą  całe 
dotychczasowe życie. Logan coś o tym wiedział.

Te myśli przerwała mu Claire. Wstała, wrzuciła papierowy talerz 

do plastikowej torby i podsunęła ją w ich kierunku.

- Dajcie tu wszystkie śmieci. Czas iść spać.

Poza  kręgiem  ogniska  było  znacznie  zimniej.  Logan  poczuł  się, 

jakby  opuścił  czyjeś  ciepłe  ramiona.  Z  dala  dobiegło  ich  szczekanie 
psa i wściekły warkot.

- Gilbert  toczy  walkę  z  nietoperzami - westchnęła  Claire  z 

rezygnacją. - Pewno  myśli,  że  chcą  nam  ukraść  srebra.  Lepiej 
chodźmy, zanim dostanie ataku serca.

Przeciągnęła się i rozmasowała opięte dżinsami pośladki. Zaczęła 

zbierać  do  koszyka  pozostałości  po  pikniku,  podczas  gdy  Logan 
przygaszał ogień.

- Następnym razem weźmiemy krzesła ogrodowe, co, Fred?

Fred skrzywił się i postękując, wstał.

- To  już  nie  na  moje  lata.  Następnym  razem  dajcie  mi  koc 

elektryczny,  to  się  zastanowię. - Spojrzał  na  Logana. - Odwiedź  nas 
czasem.

Claire skinęła głową, nie patrząc mu w oczy.

- Jesteś zawsze mile widziany.

Patrzył  za  nimi,  jak  odchodzili  aleją.  Na  skraju  trawnika  Claire 

pomachała na pożegnanie Fredowi, zagarnęła dzieci i ruszyła w stronę 
domu.  Fred  wsiadł  w  sfatygowaną  półciężarówkę  i  skierował  się  w 
stronę szosy.

Stojąc samotnie na brzegu, Logan obserwował, jak w oknach po 

kolei  zapala  się  światło,  i  wyobrażał  sobie  odbywający  się  tam 
wieczorny rytuał. Ciepła kąpiel dla bliźniaczek. Mała przekąska przed 
snem. Czytanie książeczek.

Czy  dzieci  wpakują  się  do  łóżka  Claire  na  słuchanie  bajek,  jak 

wtedy, gdy został na noc? Czuł, że jego świat chwieje się w posadach 

background image

i  zaczynają  ogarniać  go  wątpliwości,  czy  samotne  życie  jest 
rzeczywiście najlepszym z możliwych rozwiązań.

Zewnętrzna fasada domu nie zmieniła się przez wszystkie te lata. 

Ciągle  widział  swoją  babkę,  jak  kuśtykając,  wychodzi  z  laską  na 
ganek,  i  gdyby  zamknął  oczy,  mógłby  nawet  wyczuć  wątły  zapach 
bzu. Ale wnętrze  domu stanowiło teraz obce terytorium.  Terytorium, 
które  wzięła  we  władanie  budująca  się  na  nowo  rodzina -
podtrzymywana  miłością i poświęceniem kobiety, która jej nigdy nie 
opuści.

Logan  pozwolił  sobie  przez  chwilę  oddać  się  przyjemnym 

marzeniom.

Claire  pocałowała  dziewczynki  na  dobranoc  i  wyszła  do  holu, 

przymykając drzwi. Tym razem obyło się bez sprzeciwów i ociągania. 
Chłodne  wieczorne  powietrze  i  rozleniwiające  ciepło  ognia  zrobiły 
swoje - cała  trójka  potulnie  jak  nigdy  dała  się  zapakować  do  łóżek. 
Trzeba będzie częściej urządzać wieczorne ogniska.

Kiedy  weszła  do  kuchni,  Gilbert  powitał  ją  waleniem  ogona  o 

podłogę, szczęśliwy z jej towarzystwa.

- Pewno dałeś nieźle popalić tym nietoperzom, staruszku.

Ogon jeszcze radośniej poszedł w ruch.

- Zaraz  wezmę  cię  na  spacer,  tylko  przyjdzie  pani  Rogers 

popilnować dzieci.

Napełniła  kubek  letnią  kawą  i  usiadła  przy  stole  z  książką 

rachunkową  i  piórem.  Pies  podszedł  bliżej  i  zaczął  się  ocierać  o 
nogawki dżinsów.

Gdy zauważyła, że cyfry zamazują się jej przed oczami, ziewnęła 

i powoli się przeciągnęła, po czym spojrzała na zegar  nad kuchenką. 
Dziesiąta godzina.

W  Nowym  Jorku  zabierałaby  się  do  papierkowej  pracy 

przyniesionej  z  biura.  To  jest  jeszcze  wszędzie  wczesna  pora, 
wszędzie, tylko nie tutaj.

Westchnęła,  pociągnęła  łyk  kawy  i  spróbowała  się 

skoncentrować,  ale  jej  myśli  wciąż  wracały  do  minionego  wieczoru. 
Do Logana.

Zniecierpliwiona,  odsunęła  pióro.  Nie  mogła  się  skupić  na 

rachunkach,  a  było  za  wcześnie,  żeby  iść  spać.  Na  dźwięk  ciężkich 
kroków  pani  Rogers za oknem pobiegła na  górę,  zajrzała  do  dzieci  i 
zeszła na palcach do holu.

background image

- Dziękuję,  że  zechciała  pani  przyjść.  Czuję  się  spokojniejsza, 

kiedy ktoś  jest w domu, jak biorę Gilberta na spacer, nawet na kilka 
minut. Zwykle staram się to robić, kiedy Jason jeszcze nie śpi.

- Nie ma żadnego problemu. Jestem nocnym markiem i późno się 

kładę. - Starsza pani rozłożyła się przy stole kuchennym z magazynem 
robótek  ręcznych  i  dużym  kubkiem  kawy. - Nie  musi  się  pani 
spieszyć.

Claire  uśmiechnęła  się,  włożyła  kurtkę  i  wypędziła  Gilberta  na 

ganek.

- Chodź, staruszku, idziemy.

Pies zastygł na górnym stopniu, po czym zszedł wolno, trzymając 

się jej nogi.

- Widzę, że prawdziwy  z ciebie pies obronny! Wokół panowała 

noc, tylko nad drzwiami pralni paliło się zamglone światełko, i daleko 
na  końcu  alei mrugała  latarnia  w  miejscu,  gdzie  nadjeżdżające 
samochody musiały ostro skręcić w lewo albo wylądować w objęciach 
sosen. Sama omal nie przeoczyła tego zakrętu przy pierwszej wizycie.

Wszystkie  domki  dookoła  pogrążone  były  w  ciemnościach, 

oprócz  tego  najbliżej  przystani,  gdzie  spod  drzwi  wydobywała  się 
smuga  światła,  ale  okna  były  szczelnie  zakryte  jakimś  ciemnym 
materiałem.  To  dziwne,  pomyślała  Claire,  przechodząc  obok.  W 
oknach były zasłony i żaluzje, po co ktoś miałby jeszcze zasłaniać je 
kocem?

Usłyszała ze środka jakieś głuche uderzenie, a potem skrzypnięcie 

drzwi.  Kątem  oka  zobaczyła  dwie  niewyraźne  sylwetki  dźwigające 
wspólnie  duży,  prostokątny  przedmiot.  Serce  podskoczyło  jej  do 
gardła. Hank i Buzz?

Kilkakrotnie  głęboko  odetchnęła,  zmuszając  się  do  spokoju. 

Przecież  tamci  są  w  więzieniu.  Ci  ludzie  to  Sweeneyowie. 
Ekscentrycy, ale nieszkodliwi. I zapłacili do końca miesiąca.

Chociaż  trzeba  przyznać,  że  nie  oddawali  się  zwykłym 

wakacyjnym  zajęciom.  Inni  goście  robili  wycieczki  i  chodzili  na 
spacery  albo  spędzali  czas  nad  brzegiem  jeziora,  szukając  agatów. 
Claire  minęła  szybko  domek  i  zakryta  ciemnością,  odwróciła  się  w 
stronę dziwnie zachowujących się gości.

Usłyszała  tylko  ciche  przekleństwo  i  zniecierpliwione 

parsknięcie,  kiedy  para  wpychała  pakunek  na tylne  siedzenie 
zaparkowanego nieopodal samochodu. Wsiedli do środka, przymknęli 

background image

drzwi i odjechali tak wolno, że niemal nie słychać było chrzęstu żwiru 
pod kołami. Kiedy znaleźli się za zakrętem, zostawiając za sobą rząd 
domków, zapalili światła drogowe, zatrzasnęli drzwi i dodali gazu.

Gilbert  rychło  w  czas  zawarczał.  Poklepała  go  uspokajająco  po 

grzbiecie.

Co ci ludzie wyprawiali? Żałowała, że szczelnie  zasłonięte  okna 

nie zdradzą żadnej tajemnicy.

Musi  być  jakieś  logiczne  wytłumaczenie,  myślała,  idąc  dalej 

aleją.  Może  pojechali  z przenośną  lodówką do  całodobowego  sklepu 
w Cascade Falls po zapas lodu? Albo po lody na nocną ucztę? Kto by 
się  ważył  robić  coś  nielegalnego  pod  okiem  tylu  sąsiadów?  Jutro 
wpadnie do nich z wizytą, a tymczasem musi przestać o tym myśleć. 
Odkąd zaatakowali ją Hank i Buzz, wietrzy niebezpieczeństwo niemal 
za każdym rogiem.

- Chodź, staruszku, czas wracać.

Pies, zamiast posłuchać, zaskomlał i rzucił się nagle do przodu w 

gęsty las.

- Gilbert!

Nawet  się  nie  obejrzał.  W  ułamku  sekundy  zniknął  w 

ciemnościach nocy. Claire popatrzyła za nim z niesmakiem. Wyraźnie 
zdziecinniał,  szczekając  wciąż  na  te  same  nietoperze  i  goniąc  nie 
wiadomo  za  czym.  Czy  dwunastoletni  pudel  może  zachorować  na 
Alzheimera?

Zawróciła w kierunku domu. Spacer trwał już dość długo, Gilbert 

z  pewnością  zdążył  załatwić  swoje  potrzeby.  Zajrzy  po  powrocie  do 
dzieci, zrobi sobie kawę i weźmie do łóżka dobrą książkę.

Ciche  skomlenie  nadchodzące gdzieś  z tyłu  zatrzymało  ją w  pół 

kroku.

- Gilbert?

Cisza.  Może  zaczepił  się  o  jakąś  gałąź.  Albo  o  coś  skaleczył. 

Poczuła  gęsią  skórkę  na  ramionach  i  ogarnął  ją chłód.  Zawahała się, 
zdjęta  nagłym  strachem  na  myśl  o  Hanku  i  Buzzie  czających  się  w 
ciemnościach, przemykających między drzewami...

Bzdura.  Przecież  są  w  areszcie.  Nikogo  oprócz  niej  tu  nie  ma. 

Jutro cały teren znów będzie przyjazny i oswojony.

Wzięła głęboki oddech i ruszyła w kierunku ujadającego Gilberta. 

Po kilku krokach usłyszała chrobot jego łap na przybrzeżnych skałach.

background image

- Gilbert? - zwróciła  się  w  kierunku  jeziora.  Wypadł  z  mroku, 

polizał ją po ręce i znów zniknął w atramentowej czerni.

- Gilbert, wracaj tu zaraz!
- Witaj, Claire, to tylko ja. Nie chciałem cię przestraszyć.
- Logan? - Z obezwładniającym uczuciem ulgi poznała znajomy 

głos. - Co ty tu robisz? Myślałam, że dawno wróciłeś do domu.

- Po  ognisku  już  miałem  wracać,  ale... - Nie  dokończył, 

wpatrując się w jej twarz. - Dobrze się czujesz?

- Tak, wszystko w porządku. Jestem tylko trochę zdenerwowana.

Postąpili krok ku sobie, czy tylko jej się zdawało?  Nagle ujrzała 

tuż przed sobą bezpieczną przystań jego ramion, poczuła jego ciepło, 
zapach  wody  kolońskiej.  Wymówił  jej  imię  tak  cicho,  że  bardziej 
odgadła to, niż usłyszała. Wolno i bardzo delikatnie przyciągnął ją do 
siebie, obejmując ją rękami w pasie. Pochylił głowę i oparł czoło o jej 
czoło, wstrzymując na chwilę oddech.

Emocje  walczyły  w  niej  z  rozumem;  zesztywniała,  kiedy  jego 

ręce  zsunęły  się  niżej,  na  jej  biodra,  ale  kiedy  musnął  ją  wargami  u 
nasady włosów, zaczęła topnieć. Gdy położył jej dłoń na karku, a jego 
usta dotknęły jej ust, miała już nogi jak z waty. Gdyby jej nie trzymał, 
upadłaby  na  ziemię.  Krew  nigdy  jej  tak  nie  wrzała  pod  niczyim 
dotykiem. Nigdy nie myślała o tym, aby rozerwać mężczyźnie koszulę 
zębami.

Zębami? Zreflektowała się i szybko otrząsnęła. Co właściwie robi 

tu nocą na pustym brzegu z Loganem? He innych kobiet uwiódł w ten 
sam  sposób,  rzucając  na  nie  urok  tym  chwytającym  za  serce, 
zranionym  spojrzeniem?  A  może  tylko  wmawiała  to  sobie,  szukając 
ucieczki?

Z  każdym  dniem  trudniej  jej  było  pamiętać,  dlaczego  ma  się 

trzymać  od  niego  z  daleka.  Będzie  musiała  bardziej  się  pilnować -
teraz  myśli  o  nim  o  wiele  za  dużo.  Wywinęła  się  z  jego  ramion  i 
odsunęła na bezpieczną odległość.

- Dobranoc, Logan.

Nie okazał zdziwienia, jakby się spodziewał, że mu umknie. Ale 

cóż, taki niewinny uścisk z pewnością nic dla niego nie znaczył. Nie 
pozostawił po sobie pustki, jaką ona czuła.

Podeszła  po  kamiennym  zboczu  do  drogi,  nie  oglądając  się  za 

siebie.  Gilbert  ociągał  się  przez  chwilę,  podbiegając  raz  i  drugi  do 
Logana, aż w końcu dokonał wyboru i powlókł się niechętnie za nią.

background image

Była  już  przed  domem,  kiedy  usłyszała  telefon.  W  ciszy  nocy 

jego dzwonek mógłby obudzić zmarłego. Albo dzieci śpiące na górze i 
gości w domkach. Wbiegła do środka i chwyciła słuchawkę. Bez tchu 
przytrzymała  drzwi  dla  Gilberta  i  opadła  na  fotel.  Pani  Rogers  spała 
nad swoim magazynem, głucha na wszystko.

- Halo?

Po  drugiej  stronie  usłyszała  tylko  kilka  głębokich  oddechów,  a 

potem ktoś odłożył słuchawkę.

background image

Rozdział 10
Popatrzyła  na  słuchawkę  trzymaną  w  ręku.  Na  identyfikatorze 

rozmówcy  był  wyświetlony  numer  miejscowej  budki  telefonicznej. 
Poprzednie głuche telefony też pochodziły spod tego numeru.

Może  ktoś  sprawdzał,  czy  jest  w  domu.  Dziwne  nocne  odgłosy 

nabierały  nowego  znaczenia.  A  także  zepsuta  pralka.  Rozrzucone 
papiery i otwarte pudła na strychu.

Przed  oczami  stanęli  jej  Hank  i  Buzz.  Owionął  ją  zapach  potu  i 

stęchłego piwa, poczuła na skórze lepkie ręce. Serce zaczęło jej walić 
jak młotem.

„Masz  coś,  czego  szukamy,  i  dobrze  wiesz,  co  to  jest" -

powiedział.  O  co  mu  chodziło?  Nigdy  w  życiu  go  przedtem  nie 
widziała.

Boże,  spraw,  żeby  wciąż  byli  w  więzieniu...  Trzęsącymi  się 

rękami wykręciła numer aresztu w Cascade Falls.

- Podejrzani aresztowani w Pine Cliff? - Usłyszała kobiecy głos i 

szelest  papierów. - Byli  zatrzymani  na  czterdzieści  osiem  godzin  i 
mieli wstępne przesłuchanie dziś po południu. Złożyli kaucję i zostali 
zwolnieni.

- Co  takiego? - Nie  wierząc  własnym  uszom,  Claire  opadła  na 

najbliższe krzesło.

Pani  Rogers  nadal  pochrapywała  cicho  w  swoim  krześle  po 

drugiej stronie stołu.

- Powinnam zostać zawiadomiona!
- Nie  wypuścilibyśmy  ich  bez  dania  pani  znać.  Claire  okręciła 

sznur telefoniczny wokół palców.

- Nikt do mnie nie dzwonił.
- Chwileczkę... - Rozległ  się  szum  głosów  w  tle,  a  potem 

speszona kobieta powiedziała: - George mówi, że dzwonili kilka razy 
w  ciągu  dnia,  ale  nikt  nie  odbierał.  Zastępca  szeryfa  miał  jechać  do 
pani z tą wiadomością.

Dreszcz przeszedł jej po krzyżu.

- To znaczy Miller?
- Tak - odparła kobieta po chwili, odchrząkując z zażenowaniem.

- Bardzo  mi  przykro.  Mamy  za  mało  ludzi,  ale  to  nas  nie 
usprawiedliwia.

- Może mi pani przynajmniej podać ich personalia?

background image

- Już podaję: Gerald Thompkins i Willie Black. Przyjechał jakiś 

ustosunkowany  adwokat  z  Minneapolis  i  zapłacił  po  trzydzieści 
tysięcy dolarów  kaucji  za każdego  z nich. Zabrał ich  do Twin Cities 
do czasu rozprawy.

- Jak sędzia mógł ich wypuścić?
- Niestety, proszę pani, takie jest prawo.

Claire odwiesiła słuchawkę, starając się zebrać myśli.
Hank  i  Buzz  nie  trafili  przypadkiem  do  Pine  Cliff,  rozochoceni, 

żądni  przygód  i  zbyt  pijani,  żeby  przewidzieć  konsekwencje  swoich 
czynów. Hank - Gerald? - starał się coś z niej wydobyć pogróżkami i 
szantażem. Może Randall oszukał ich w jakichś interesach? Na pewno 
wyjechali razem z tym adwokatem. Nie odważyliby się prześladować 
jej znowu zaraz po aresztowaniu.

Z  drugiej  jednak  strony  wyglądali,  jakby  byli  bez  grosza,  jakby 

zdobycie  pieniędzy  na  parę  butelek  piwa  stanowiło  już  nie  lada 
wyczyn. Skąd wzięli dobrego adwokata i taką sumę na kaucję?

Cały dzień była niespokojna, a teraz jej zdenerwowanie osiągnęło 

szczyt.  Spojrzała  na  otwarte  okna.  Szum  drzew  może  zagłuszyć 
skradające się kroki. Każdy może podważyć okno i wejść do środka.

Zmusiła się  do  spokoju,  przeszła  przez  kuchnię  i bez pośpiechu, 

starannie, pozamykała wszystkie okna, po czym zaciągnęła rolety.

Pani Rogers poruszyła się na krześle, otworzyła oczy i ziewnęła.

- O mój Boże! Czyżbym zasnęła?
- Zdrzemnęła  się  pani  tylko.  Chce  pani  zostać  tu  na  noc?  Mam 

wolny pokój na górze.

- Ależ  nie,  po  co?  Mój  domek  jest  kilka  kroków  stąd.  Lubię 

chodzić po nocy.

- Ale jest tak późno...

Kobieta oparła się dłońmi o stół i podniosła na nogi.

- Jeśli  się  pani  o  mnie  martwi,  to  mogę  wziąć  psa  do 

towarzystwa.

Logicznie  rzecz  biorąc,  nie  ma  się  czego  w  tej  chwili  obawiać, 

pomyślała  Claire.  Najbliższa  budka  telefoniczna  jest  w  Wolf  River, 
więc ten, kto dzwonił, nie może się kręcić w pobliżu.

Pokonawszy  protesty  pani  Rogers,  sama  odprowadziła  ją  do 

domku,  wróciła  biegiem  i  zamknęła  porządnie  drzwi.  Obok  stało 
pudło z nowymi zasuwami do wszystkich drzwi w domu i w domkach 

background image

gościnnych.  Fred  założy  je  jutro  z  samego  rana  i  wreszcie  będzie 
mogła spać spokojniej.

Poszła na górę, umyła się i przebrała w koszulę nocną, gotowa iść 

do  łóżka,  kiedy  zauważyła,  że  nie  ma  psa.  Zawołała  go,  a  gdy  nie 
zareagował, z westchnieniem zeszła do kuchni. Wcale nie spał, jak się 
spodziewała,  lecz  stał  na  środku  z włosami  zjeżonymi  na  grzbiecie  i 
patrzył na nią z przestrachem.

- Gilbert!

Zaskomlał, ale się nie poruszył.

- Chodź tu, ty głupi psie.

Odwróciła  się  w  kierunku  schodów  i  wtedy  przebiegł  obok 

pędem, rzucając się na górę. Na podeście przystanął, zaczął warczeć i 
cofnął się o krok. Jego warczenie przybrało na sile.

Claire  serce  stanęło  w  gardle.  Gilbert  był  przygłuchy  i  niezbyt 

bystry,  lecz  nawet  on  posiadał  podstawowe  psie  cechy.  Czy  wyczuł 
jakieś grożące dzieciom niebezpieczeństwo?

Zdjęta strachem, wbiegła na górę po dwa stopnie naraz i dopiero 

tu się opamiętała. Z pewnością usłyszał po prostu odgłosy nietoperzy 
ze strychu.  Rozejrzała  się  po  górnym  holu  i  dopiero  teraz dostrzegła 
smugę  światła  dochodzącą  zza  nie  domkniętych  drzwi  na  końcu 
korytarza.

Jak mogła nie zauważyć jej wcześniej, kiedy przygotowywała się 

do pójścia spać? Przeszedł ją zimny dreszcz. Na pewno da się to łatwo 
wytłumaczyć,  powiedziała  sobie,  odpędzając  złe  myśli.  Może  Jason 
był na strychu i zapomniał zgasić światło.

Podeszła  zdecydowanym  krokiem  do  nie  zamkniętych  drzwi  i 

otworzyła  je  szerzej.  Wąskie  schody  prowadzące  na  strych  ginęły  w 
nikłym świetle padającym z przepastnej góry.

- Gilbert, chodź do mnie - zawołała przymilnie. - Dotrzymaj mi 

towarzystwa.

Ale staruszek tylko zaskomlał i cofnął się o następny krok.

- Gilbert?

Ze  zdumiewającą  szybkością  pies  odwrócił  się  i  pognał  wzdłuż 

holu, drapiąc pazurami o śliską posadzkę. Ślizgając się bez przerwy i 
jadąc  na  łapach,  ledwo  zmieścił  się  w  zakręt  do  pokoju  Jasona. 
Skrzypnięcie sprężyn na łóżku wskazało miejsce jego lądowania.

Claire  ruszyła  po  schodach  na  strych  sama,  z  uporem  kierując 

myśli do wydarzeń dnia.

background image

Mimo  kilku  uciążliwych  gości,  panowała  nad  sytuacją.  Jeśli 

chodzi  o  dziwne  zachowanie  Sweeneyów  to,  no  cóż,  zwróci  na  nich 
baczniejszą uwagę.

Na  ostatnim  stopniu  uznała,  że  wbrew  złowróżbnym 

przewidywaniom  ojca  całkiem  nieźle  daje  sobie  radę.  Zdolna, 
inteligentna  kobieta  może  przecież  zrobić  wszystko,  jeśli  mądrze 
użyje głowy. Uśmiechnęła się do siebie i podniosła wzrok, ogarniając 
przestrzeń wokół.

Uśmiech  zamarł  jej  na  wargach  i  z  trudem  powstrzymała  się  od 

krzyku.

Kiedy  wszedł  do  swojego  domu,  poczuł  się,  jakby  dał  nura  do 

jeziora Superior w środku listopada.

Całą  drogę  powrotną  miotał  się  między  frustracją  a  poczuciem 

ulgi. Za daleko się posunął, chcąc od niej więcej, niż była skłonna mu 
dać i niż powinien chcieć. Do diabła, nie trzeba było jej całować, ale 
w tej mgle i świetle księżyca stracił zdrowy rozsądek;

A teraz był u siebie w domu - budowli równie ciepłej i przytulnej 

jak  mauzoleum  na  Antarktydzie - i  wcale  go  to  nie  cieszyło.  Polecił 
dekoratorce  wybrać,  co  uzna  za  stosowne,  uważając,  że  zrobi  to  o 
wiele lepiej niż on.

Duży  błąd.  Jej  jaskrawe  obrazy,  które  miały  „ocieplić"  wnętrze, 

wyglądały  jak  oprawione  w  ramy  siniaki  i  plamy  krwi,  a  rzeźby 
przypominały  istoty  z  kosmosu  poddane  torturom.  W  poniedziałek  z 
samego rana każe jej to wszystko zabrać albo wyrzuci do garażu.

Skierował  się  na  górę,  do  pracowni,  pogrążony  w  myślach. 

Przyjeżdżając tu, miał zamiar odpocząć parę dni w nowym domu, po 
załatwieniu  formalności  związanych  z  kupnem  Pine  Cliff.  Nie 
spodziewał się zastać na miejscu upartej panny Worth, która odmówi 
sprzedaży.

A do tego będzie go tak nieodparcie pociągać, że zburzy jego mur 

obronny i odsunie przeszłość w niepamięć.

Nieformalne  związki  bez  zobowiązań  są  niekłopotliwe  i 

bezpieczne. Łatwo je zakończyć. Z Claire nie byłoby to takie proste.

Usiadł  za  masywnym  dębowym  biurkiem,  zdecydowanie 

odsuwając od siebie wspomnienie oplatających go ramion Claire i jej 
ust.

Otworzył terminarz.

background image

I  wciągnął  w  nozdrza  aromat  brzoskwiń,  którymi  pachniała 

wieczorem.

Przesunął palcem po spisie zadań zaplanowanych na nadchodzący 

tydzień.

I poczuł ciepło jej ciała.
Wziął  pióro  i  zaczął  pisać:  skontaktować  się  z  firmą  grzewczą 

Hayward  Heating  Systems,  zadzwonić  do  okręgowego  inspektora 
budowlanego.

Wolno i nieubłaganie zaczął przenikać go żar.
Sprawdzić przepisy budowlane w okręgu Blue Earth.
Jego  myśli  wróciły  do  podniesionej  ku  niemu  twarzy  Claire,  jej 

oczu pełnych zdumienia po tym jednym cudownym pocałunku.

Zamknął  ze  złością  terminarz,  wstał  od  biurka  i  zaczął  krążyć 

nerwowo po pokoju. Trzeba jeszcze skontaktować się z przedsiębiorcą 
budowlanym w White Bear Lake...

Potrząsnął gwałtownie głową, odpędzając coraz bardziej kuszące 

obrazy  Claire,  które  przyćmiewały  wszystkie  inne  myśli  i  odbierały 
mu spokój.

Na  szczęście,  jego  wspólnik  Harold  dobrze  sobie  radził  w  ich 

biurze  w  Minneapolis.  Codzienne  raporty,  które  przysyłał  faksem  i 
pocztą  elektroniczną,  dowodziły,  że  ich  dwie  największe  inwestycje 
postępują  zgodnie  z  planem,  więc  właściwie  może  zostać  tu  jeszcze 
tydzień albo dwa.

Od  lat  nie  miał  wakacji.  Gdyby  trochę  poczekał,  mógłby 

doprowadzić  do  skutku  transakcję  z  kupnem  Pine  Cliff.  Do  diaska, 
prawdę mówiąc, gdyby został, mógłby spędzić więcej czasu z Claire.

Patrząc  na  ścianę  okien,  wychodzących  teraz  na  ciemną  noc, 

słyszał szum fal na brzegu, ale widział tylko odbicie swojej pracowni i 
siebie  samego.  Mężczyzna  odbity  w  szybie  w  odcieniach  szarości 
wyglądał jak człowiek od dawna już nieżywy. Był zimny i samotny.

Kiedyś  myśl  o  zawładnięciu  resztą  rodzinnej  posiadłości 

dodawała  mu  skrzydeł,  niosła  obietnicę  triumfu  po  latach  goryczy. 
Teraz jednak to oczekiwane zwycięstwo już go tak nie cieszyło. Było 
podszyte jakby nutą żalu.

Z  całą  pewnością  sprawiała  to  myśl  o  dzieciach  Brooke. 

Biedactwa,  wszystko  straciły  i  muszą  zaczynać  życie  od  nowa  pod 
opieką  ciotki.  W  sensie  biologicznym  i  prawnym  nic  go  z  nimi  nie 
łączy, ale mimo to czuł z nimi dziwną więź.

background image

Z  drugiej  strony  chyba  każdy  mężczyzna  wzruszyłby  się  losem 

sierot po swojej byłej żonie?

Co  by  tłumaczyło  jego  rosnące  zainteresowanie  ich  ciotką, 

uświadomił sobie z głęboką ulgą. Cała ta sprawa zburzyła mu spokój i 
skomplikowała plany. Wszystko było takie proste, dopóki nie spotkał 
Claire Worth z tymi smykami.

Dusząc  w  ustach  przekleństwo,  Logan  zasiadł  za komputerem  i 

zabrał  się  do  pracy  nad  projektem  Wickham  Towers.  Był 
przygotowany  na  pracowitą  noc,  ale  godziny  mijały,  a  jego  myśli 
krążyły  wokół  dawnych  wydarzeń  i  upartej  kobiety,  która  stała 
pomiędzy nim a spełnieniem jego marzeń.

Kiedy  o  drugiej  w  nocy  zadzwonił  telefon,  odebrał  go  z  lekkim 

zniecierpliwieniem:

- Halo?

Po chwili ciszy usłyszał drżące:

- Prze... przepraszam, że dzwonię o tej porze...
- Tak?
- Dzwoniłam  do  szeryfa,  ale  go  nie  ma  i  nie  wiadomo,  kiedy 

wróci. Mam tu pewien kłopot... - Odetchnęła głęboko. - Pomyślałam, 
że może mógłbyś przyjechać. Dzieci...

- Dzieci? - Przez myśl przebiegł  mu obraz szalejących płomieni 

albo  szturmu  włamywaczy.  Nie  czekając,  zbiegł  ze  schodów  ze 
słuchawką przy uchu i sięgnął po kluczyki od samochodu. - Claire...

Telefon nagle zamilkł.

- Claire?

Nie odpowiadała.
Rzucił słuchawkę i wybiegł. W połowie drogi zawrócił, wpadł do 

salonu i wyjął z komody pistolet. W ten sposób będzie gotów stawić 
czoło każdemu niebezpieczeństwu.

Chwilę  później  z  piskiem  opon  hamował  na  skraju  trawnika  w 

Pine Cliff. Wyskoczył z samochodu i nie zatrzaskując nawet za sobą 
drzwiczek, rzucił się pędem w stronę domu.

Wokół  było  pusto  i  spokojnie.  Żadnych  wozów  strażackich  ani 

karetek  pogotowia.  Domki  gościnne  stały  pogrążone  we  śnie,  a  w 
dużym domu świeciło się tylko kilka okien.

Claire  stała  na  progu,  obejmując  się  ramionami;  jej  szeroko 

otwarte  oczy  lśniły  w  bladej  twarzy.  Już  z  daleka  zauważył,  że  drży 
jak osika.

background image

- Nic ci nie jest? - spytał bez tchu.
- Jeszcze nic.

Starał się zachować spokój.

- Co się tu dzieje?

Otworzyła drzwi i zaprosiła go do środka. Na pierwszy rzut oka w 

kuchni  wszystko  wyglądało  jak  zawsze.  W  salonie  też  nie  dojrzał
śladów walki.

- Do jasnej cholery, co się stało? Czemu odłożyłaś słuchawkę?
- Usłyszałam  jakiś  hałas  i  pobiegłam  sprawdzić  zamek. -

Położyła palec na ustach i pociągnęła go na schody. - Chodź na górę.

W holu na piętrze odsunęła się na bok i wskazała drzwi na samym 

końcu. Była blada jak płótno. Logan poszedł przodem, kierując się na 
skryte za nimi schody wiodące na strych.

- Zawsze były tam nietoperze, jeśli o to ci chodzi.
- W pewnym sensie.

Widział, że stara się opanować zdenerwowanie.
Wyprostowała się i mówiła cicho, nie podnosząc głosu.

- Więc przygnałem tu, żeby bronić cię przed nietoperzami?
- Nie całkiem.

Poszła za nim, czuł jej urywany oddech za plecami. Na szczycie 

schodów stanął i rozejrzał się, szukając pod sklepieniem umykających 
cieni. Nic się nie poruszyło.

- Nie ma ich tam - szepnęła.
- Rozumiem. Nie ma nietoperzy. O drugiej w nocy zdałaś sobie 

nagle z tego sprawę i zaczęłaś się niepokoić, dlaczego.

Odwrócił  się,  gotów  ukoić  ją  i  osuszyć  łzy.  Tymczasem  oczy 

Claire wysłały w jego stronę dwa sztylety.

- To nie żarty, Sherlock. - Drżącą ręką wskazała na lewo. - Nie 

wydaje ci się to dziwne?

Słowo „dziwne" nie całkiem pasowało do widoku nie kończących 

się  pudeł  zalegających  ogromny  strych  od  jednego  krańca  po  drugi. 
Co  najmniej  kilkanaście  było  otwartych  i  wylewała  się  z  nich  na 
podłogę lawa ubrań i papierów.

- Oryginalny system składowania - powiedział, po czym poszedł 

dalej za jej wzrokiem i zmartwiał.

Na podłodze leżał tuzin małych, zakrwawionych nietoperzy. Były 

martwe i ułożone w dwóch równych rzędach.

- Czy ty...

background image

Pokręciła gwałtownie głową.

- Nie dotykałam ich.
- Czy Jason ma wiatrówkę? Albo pistolet pneumatyczny?
- Oczywiście,  że  nie!  On  by  tego  nie  zrobił! - Zgromiła  go 

wzrokiem  i  zatoczyła  ręką  po  przestronnym  strychu. - Sam  popatrz. 
Tu  chodzi  nie  tylko  o  nietoperze.  Wszystkie  pudła  były  zamknięte. 
Nawet  te,  które  sama  otwierałam,  zakleiłam  potem  taśmą,  żeby 
zawartość się nie kurzyła. Ktoś tu był.

A  bezbronna  kobieta  z  trójką  dzieci  przebywała  wtedy  pod  tym 

samym dachem! Albo była na dworze, widoczna jak na patelni przez 
półokrągłe  okna  strychu.  Logan  miał  ochotę  wpakować 
włamywaczowi  pięść  w  nos.  Z  bezsilną  wściekłością  zacisnął  ręce  i 
włożył do kieszeni.

Ułożenie tych małych, brunatnych ciałek z taką precyzją nie było 

dziełem  zwykłego  złodzieja  ani  okrutnym  figlem  jakichś  łobuzów. 
Większość  ludzi  brzydziła  się  nietoperzy,  bała  się,  że  mogą  być 
zarażone  wścieklizną  i  niebezpieczne,  toteż  mało  kto  odważyłby  się 
brać je do ręki, a co dopiero aranżować starannie ich zwłoki.

- Kto miał dziś dostęp do strychu? Claire wzruszyła ramionami.
- Dzieci. Fred. Ja.

Spod  martwych  nietoperzy  zamigotała  jakaś  niebieska  plamka, 

odbijając  światło  żarówek.  Logan schylił  się.  Była  to  fotografia. 
Fotografia zanurzona we krwi. Poczuł, że serce skacze mu do gardła.

- Dobry Boże, Claire!

Podeszła bliżej, ale zagrodził jej drogę wyciągniętym ramieniem.

- Niczego nie dotykaj.
- Co to jest?

Jej  buńczuczny  ton  zniknął.  Wpatrywała  się  w  fotografię,  nie 

kryjąc strachu.

- To tylko twoje zdjęcie z dziećmi.
- Nie robiłam zdjęć. Nie rozpakowałam jeszcze aparatu.
- Ktoś ci je dał?
- Nikt  mi  nie  dawał  żadnych  zdjęć!  Pociągnął  lekko  butem  za 

jeden róg.

- Przedstawia was, jak myjecie psa.

Oczy  jej  się  rozszerzyły,  podbródek  zadrgał.  Logan  objął  ją  i 

przytulił. Czuł, że jest cała zdrętwiała z przerażenia.

background image

- Kąpaliśmy  Gilberta  dziś  rano  po  raz  pierwszy.  Nie  widziałam 

nikogo z aparatem fotograficznym. - Głos jej się załamał. - Najpierw 
myślałam, że to Hank i Buzz wrócili wziąć odwet, ale podobno zostali 
zwolnieni  dopiero  po  południu  i  odjechali  zaraz  do  Twin  Cities.  Nie 
mogli zrobić tej fotografii.

Objął ją mocniej.

- Czy w biurze szeryfa powiedzieli ci, kiedy ktoś tu przyjedzie?
- Szeryf  z  zastępcą  zostali  wezwani  do  jakiegoś  włamania. 

Któryś  z  nich  ma  się  tu  zjawić,  jak  tylko  będzie  mógł,  ale  jak  im 
wyskoczy coś pilniejszego, to nie wiadomo, kiedy to będzie.

Logan zaklął pod nosem.

- Zostaję na noc - oświadczył.

Claire uśmiechnęła się do niego niepewnie, wysuwając się z jego 

ramion.

- Dziękuję - powiedziała  w  końcu. - Dobry  z  ciebie  przyjaciel. 

Mam tutaj pokój gościnny na piętrze...

- Przenocuję  w  salonie - uciął  stanowczo  i  ogarnął  ostatnim 

spojrzeniem  strych. - Najlepiej  idź  już  spać.  Coś  mi  mówi,  że  nie 
zobaczymy tu szeryfa aż do rana.

W holu na piętrze Claire przystanęła  przy schowku  na bieliznę i 

wyjęła dwa koce i poduszkę.

- Jestem  ci  naprawdę  wdzięczna - powiedziała,  kierując  się  ku 

schodom.

Szedł  za  nią  i  patrzył  na  jej  wyprostowane  plecy  i  pełen 

determinacji, zdecydowany krok. Wyjazd na takie odludzie wymagał 
charakteru  i  odwagi,  zwłaszcza  od  osoby,  która  całe  życie  była 
otoczona  służbą  domową  i  ochroniarzami.  Większość  znanych  mu 
kobiet  spakowałaby  manatki  po  pierwszym  nocnym  pohukiwaniu 
sowy.

Kiedy  odwróciła  się  u  podnóża  schodów,  luźny  szlafrok  zsunął 

się jej z ramienia, ukazując miękką koszulę z dekoltem wykończonym 
koronką. Światło padające z kuchni uwypuklało jej kuszące okrągłości
.  i  długie  nogi.  Nawet  rozczochrana'  i  w  niedbałym  stroju  była 
najbardziej pociągającą istotą, jaką znał.

W salonie położyła pościel na stole, rozejrzała się po zbieraninie 

starych mebli i uśmiechnęła z zażenowaniem.

- Będzie ci niewygodnie na tej kanapie.
- Nie szkodzi.

background image

- I na dokładkę tak tu zimno...
- Nie zamierzam spać. Wolę mieć oczy i uszy otwarte.

Bezwiednie przeszedł przez pokój i objął ją. Była taka ciepła, taka 

miękka  i  krucha.  Serce  zabiło  mu  mocniej  i  zaczęło  tłuc  się  w 
piersiach  jak  szalone.  Był  pewien,  że  Claire  wysunie  się  z  jego 
ramion, ale ona poddała się temu uściskowi.

Jej  głowa  idealnie  przylegała  do  wgłębienia  na  jego  szyi  jak 

brakujący kawałek układanki, który po latach się odnalazł. Kiedy ich 
ciała się zetknęły, poczuł jej delikatny, subtelny zapach. Pochylił się i 
pocałował ją lekko na dobranoc. Zwykły odruch, nic więcej.

Lecz ona niespodziewanie rozchyliła usta i oddała mu pocałunek, 

a wtedy to przestało wystarczać.

- Idź lepiej na górę, zanim zrobimy coś, czego później będziesz 

żałować - powiedział, przytulając ją mocniej.

Żałować? Oszołomiona, cofnęła się i zapaliła po omacku lampkę 

na  stoliku. W przyćmionym  świetle  skóra  Logana  nabrała  złotawego 
blasku, a włosy zalśniły kolorem czekolady. Jej wątpliwości i wahania 
poszły  w  niepamięć,  przymknęła  powieki  i  wszystkimi  zmysłami 
chłonęła jego bliskość.

Może  było  to  tylko  złudzenie,  ale  jego  oczy  ściemniały,  kiedy 

przykrył jej dłoń swoją ręką.

- Dobranoc, Claire - powiedział cicho, jakby ją pieścił głosem. -

Obiecuję, że dziś w nocy ty i dzieci będziecie bezpieczni.

Nie  mogła  oderwać  wzroku  od  jego  twarzy.  Czas  się  zatrzymał. 

Pokój  wokół  nich  zawirował  i  odpłynął  gdzieś  w  dal.  Słyszała  tylko 
głośne bicie serca Logana.

Przypomniała  sobie,  jak  tulił  całą  noc  przestraszoną  Annie,  jak 

odnosił  się  do  Jasona,  jak  ocalił  ją  samą,  ryzykując  życiem.  I  w 
przebłysku sekundy zrozumiała, że od lat karmiono ją kłamstwami na 
temat tego człowieka.

Spojrzała  mu  prosto  w  oczy,  a  kiedy  zobaczyła  w  nich  czułą 

zaborczość, słowa same popłynęły jej z ust.

- Zostań ze mną, Logan.
- Zostanę tu, będę was pilnował.
- Chodź ze mną na górę. - Jej wzrok ześliznął się na jego mocno 

zarysowane, zmysłowe usta. - Proszę.

Popatrzył  na  nią  uważnie,  a  potem  wziął  ją  za rękę.  Z 

przymkniętymi  oczami  przesunął  czubkami  palców  po  jej  policzku, 

background image

dotknął  leciutko  wypukłości  warg.  Przeszyło  ją  nieznane  uczucie 
ciepła, słodyczy, bliskości.

Może  ten  jeden,  jedyny  raz  aniołowie  pozwolą  jej  skosztować 

nieba.  Będzie  wtedy  mogła  udawać,  że  to  wszystko  dzieje  się 
naprawdę i wyobrażać sobie, że zostanie z nią na zawsze.

Czuła, że nigdy w życiu nie postąpiła słuszniej niż w chwili, gdy 

pozwoliła mu się wziąć w ramiona.

background image

Rozdział 11

Kiedy weszli do sypialni, cicho zamknęła drzwi, przekręciła klucz 

w  zamku  i  odwróciła  się  do  Logana  z  przejmującym  wyrazem 
bezbronności i pożądania w oczach.

Przyszedł tu, żeby ją chronić, a nie uwieść. Po tym, co przeszła, 

potrzebowała czyjejś kojącej obecności i niczego więcej. Ale kiedy jej 
usta rozchyliły się zachęcająco, nie potrafił już odejść.

Przylgnęła do niego, miękka i uległa, i gdy poczuł jej oddech na 

szyi,  wezbrało  w  nim  radosne  wzruszenie.  To,  co  się  teraz  działo 
między  nimi,  było  piękne.  I  nieuniknione.  Logan  pomyślał, że  może 
gdzieś w głębi duszy czekał na ten moment przez całe życie.

Kiedy  pochylił  głowę  i  przywarł  do  jej  warg,  czuł  się,  jakby  w 

ogóle  po  raz  pierwszy  całował  kobietę.  Jej  usta  smakowały  seksem,
grzechem  i  zmysłową  niewinnością.  Niosły  obietnicę  nieznanych 
rozkoszy i długich, gorących nocy.

Ogarnęła  go  prymitywna  męska  duma  i  poczucie  satysfakcji, 

podszyte rosnącym pożądaniem. ,

Położył rękę na wgłębieniu jej szyi i poczuł pod opuszkiem palca 

przyspieszony  puls.  Zaczął  wolno  i  ostrożnie  zsuwać  jej  szlafrok  z 
ramion, rozkoszując się każdym odsłoniętym centymetrem...

Koszula flanelowa?
Dojrzał  przedtem  prowokacyjny,  obszyty  koronką  dekolt,  ale 

dopiero teraz zobaczył resztę koszuli: miękką, białą flanelę w różyczki 
i  fiołki,  zapinaną  na  tysiąc  guziczków  od  szyi  do  pasa.  Claire 
wyglądała w niej bardziej dziewiczo, niż gdyby miała na sobie habit.

Uśmiechnął się pod nosem.

- Ile tu mamy tych guziczków?
- Przepraszam...  Nie  spodziewałam  się,  że...  Jej  zażenowanie 

całkiem go rozbroiło.

- Skarbie, pragnąłbym cię, choćbyś była w kapcach i onucach.

Patrzyła  na  niego,  a  jej  pierś  unosiła  się  szybkim,  urywanym 

oddechem,  kiedy  rozmyślnie  wolno  i  starannie  rozpinał  guzik  po 
guziku,  przechodząc  coraz  niżej.  Czuł  żar  jej  ciała  i  bicie  serca  pod 
miękkim materiałem.  Kiedy  koszula  się  rozchylała,  całował  każdy 
odsłonięty fragment skóry.

Jeszcze  tylko  kilka  guzików - jego  palce  rozpinały  je  coraz 

wolniej, jakby miało mu to zająć całe wieki. Dłoń zsunęła się niżej i 
znalazła w zagłębieniu między piersiami.

background image

- Logan... - Claire wciągnęła oddech, wyginając się ku niemu pod 

wpływem dotyku jego palców.

Nigdy  by  nie  pomyślał,  że  koszula  flanelowa  może  być  tak 

seksowna.  Pulsowała  ciepłem  Claire,  przylegała  miękko  do  jej  ciała. 
Powiewne peniuary odsłaniały wdzięki, a ten strój zakrywał wszystkie 
sekrety i rozpalał wyobraźnię.

Zawisł  ręką  nad  ostatnim  guziczkiem,  wzmagając  chwilę 

napięcia,  oczekiwania.  Potem  ujął  jej  twarz  i  złożył  na  ustach  długi 
pocałunek.

- Jesteś taka piękna - szepnął.

Cytrynowy  zapach  szamponu  i  talku  po  kąpieli  drażnił  mu 

zmysły, niósł powiew słonecznego poranka i słodkiej obietnicy.

Nagle  rozległ  się  krzyk  dziecka  i  oboje  zamarli.  Przestraszony 

głosik ponownie rozdarł ciszę.

- Mamo! Chcę do mamy!

Nie  odrywając  wzroku  od  jego  twarzy,  Claire  zamrugała,  jakby 

przebudzona ze snu, i cofnęła się.

- To  Lissa.  Wybacz.  Dziewczynki  ciągle  jeszcze  miewają 

koszmarne sny. Na temat tego wypadku. Muszę tam iść...

- W  porządku,  nie  martw  się. - Logan  potrząsnął  głową  i

przywołał się do porządku. - Lepiej chyba zejdę na dół.

Claire  skinęła  głową  i  bezdźwięcznie  zniknęła  w  czeluściach 

holu.

Popatrzył  za  nią  i  wciąż  odurzony,  przymknął  oczy.  Przez  tę 

krótką  chwilę  otworzyła  w  jego  sercu  tę  cząstkę,  którą  na  zawsze 
uważał za zamkniętą. Miejsce, gdzie czułość walczyła z namiętnością, 
a  jedno  i  drugie  mogło  wybuchnąć  jak  pożar - niepowstrzymany, 
wszechogarniający.

Niczego  w  świecie  tak  nie  pragnął,  jak  trzymać  ją  znów  w 

ramionach.

Ponieważ  i  tak  nie  mógł  zasnąć,  godzinę  później  zrobił  obchód 

domu, sprawdzając okna i zapalając światła w ciemnych pokojach. Z 
każdym  krokiem  czuł  coraz  większą  pustkę.  Głębsze  zaangażowanie 
w związek z Claire nie miało sensu - byłby to błąd z obu stron.

Powinien  to  sobie  często  powtarzać,  może  odniesie  to  jakiś 

skutek.

Zajrzał  do  sypialni  dzieci.  Dziewczynki  spały  już,  otulone  po 

uszy, ich  jasne  włosy  były  rozrzucone  na  poduszkach. Uchylił lekko 

background image

drzwi  do  sąsiedniego  pokoju.  Słysząc  ciche  pochrapywanie  Jasona, 
uśmiechnął się lekko do siebie i chciał już odejść, kiedy coś przykuło 
jego uwagę.

Światło,  z  holu  padające  przez  szparę  w  drzwiach,  oświetliło 

wąską  smugą  biurko  i  wiszącą  nad  nim  tablicę  korkową.  Równym 
rzędem  przypięto  na  niej  kilka  rysunków.  Wyszukane  zamki, 
fantastyczne  zwierzęta,  skomplikowane,  wielofunkcyjne  roboty. 
Logan gwizdnął pod nosem. Ten chłopak ma talent. Prawdziwy talent. 
Ciekawe, po kim go odziedziczył.

Z pewnością nie po Brooke, więc może to Randall miał zdolności 

artystyczne?

Zamknął  cicho  drzwi  i  zszedł  do  kuchni.  Zrobił  sobie  kawę  i 

zasiadł na krześle, skrzyżowawszy ręce na piersiach. Przy najlżejszym 
podejrzanym odgłosie będzie mógł zerwać się na równe nogi i - jeśli 
szczęście mu dopisze - złapie włamywacza na gorącym uczynku.

A wtedy ten drań pożałuje, że się w ogóle urodził. I odpowie mu 

na pytanie, czego tu szuka.

Jego nerwy były napięte jak struny. Zmusił się do spokoju. Szeryf 

w końcu się tu pokaże, prędzej czy później. A w przyszłym tygodniu 
przyjedzie  ekipa  zainstalować  wybrany  przez  Claire  system 
alarmowy. Wszystko będzie dobrze, na pewno.

Jeszcze  raz  omiótł  wzrokiem  kuchnię  i  postanowił  odsunąć  na 

razie na bok inne myśli i oddać się wspomnieniom z dzieciństwa.

Przed oczami jednak ciągle widział Claire.
Ranek  nadszedł  wraz  z  chrobotem  psich  łap  po  linoleum  i 

odgłosem  skrobania  w  drzwi.  Logan  ocknął  się  i  usiadł  równo  na 
krześle.  Za  oknem  już  dniało.  Gilbert  stał  przy  tylnych  drzwiach, 
domagając się, aby go wypuścić.

- Jesteś niewart funta kłaków - mruknął do niego Logan i stojąc 

w progu, patrzył, jak pies ciężkim truchtem wybiega na trawnik.

Na  górze  było  jeszcze  cicho,  chociaż  dochodziło  już  w  pół  do 

siódmej  i  zapewne  niedługo  nastąpi  pobudka.  Wyobraził  sobie 
poranny  rozgardiasz,  pośpiech  przy  ubieraniu,  śniadanie,  pakowanie 
tornistrów,  przyjazd  szkolnego  autobusu.  Lepiej  będzie  zejść  im  z 
drogi, zanim się obudzą. I bardziej dyplomatycznie.

Nie przespana noc, pełna wyrzutów sumienia, niewiele pomogła. 

Nadal pragnął Claire. I to nie tylko jej ciała - choć blask jej skóry w 
świetle księżyca i wielkie, szare oczy skusiłyby i świętego.

background image

Ale on pragnął czegoś więcej.
Na  tę  myśl  w  głowie  zapaliło  mu  się  znajome  światełko 

ostrzegawcze.  Aż  za  łatwo  było  poddać  się  urokowi  jej  dowcipu, 
delikatnych  rąk, czułości, z jaką odnosiła  się do dzieci. Albo ciętych 
uwag, okraszonych szybkim uśmiechem.

Na  szczęście  pamiętał,  dlaczego  musi  się  trzymać  od  niej  z 

daleka.

Gdy  szukał  w  kieszeni  kluczyków  do  samochodu, jego  wzrok 

padł na granatową  kurtkę  sportową,  rzuconą  niedbale  na biurko  przy 
drzwiach wyjściowych. Musi należeć do Jasona, pomyślał, dotykając 
lekko rękawa.

Spod spodu wyjrzały na niego oczy pandy na różowym tle. Bluza 

Annie.  Były  też  inne  ślady  obecności  dzieci:  zagubiona  czerwona 
skarpetka,  drzwi  lodówki  oblepione  kolorowymi  rysunkami  i 
zapiskami szkolnymi. Pod kredensem leżała piłeczka tenisowa.

Było  czysto  i  schludnie,  ale  dom  żył,  pulsował  aktywnością 

mieszkańców. Nawet kiedy spali, odciskali na nim swoje piętno.

Za  kilka  minut  wróci  do  własnego  domu,  gdzie  jedyną  rzeczą 

zakłócającą  ciszę  będzie  szum  agregatu  śnieżnobiałej  lodówki, 
wpasowanej w śnieżnobiałe ściany kuchni. Niech to diabli! Jego dom 
był  równie  zimny  teraz,  jak  podczas  wznoszenia  rusztowań.  Wiał 
chłodem i pustką.

Logan  spojrzał  przez  okno  na  Gilberta,  który  siedział  teraz 

spokojnie  na  brzegu  trawnika.  Dlaczego  nie  pomyślał  o  tym 
wcześniej?  Pies  wniósłby  z  sobą  życie  i  ruch.  Byłby  towarzyszem  i 
kompanem, kimś, do kogo można by się odezwać. Tak, pies to idealne 
rozwiązanie.

Wyszedł  i  zamknął  za  sobą  cicho  drzwi.  Kiedy  podszedł  do 

samochodu,  uchylone  drzwiczki pod  jego dotykiem otworzyły  się  na 
oścież. Wnętrze było ciemne, światło w środku się nie zapaliło.

Zaklął  pod  nosem  i  przypomniał  sobie,  że  nie  zamknął  drzwi, 

kiedy niemal w biegu wyskakiwał tu wczoraj w nocy.

Będzie  musiał  wrócić  w  ciągu  dnia  i  poprosić  kogoś,  żeby  go 

popchnął.  A tymczasem,  korzystając  z pięknego  poranka,  pójdzie  do 
siebie spacerem.

Jednak  po  kilku  krokach  zatrzymał  się.  Claire  i  dzieci  będą  się 

zastanawiać,  dlaczego  jego  samochód  wciąż  stoi  przed  domem. 
Zawrócił z myślą, że zostawi im kartkę.

background image

Kiedy  wchodził,  zadzwonił  telefon.  Logan  zawahał  się,  ale  na 

górze nadal nie było słychać żadnego ruchu. Podniósł słuchawkę.

- Pine Cliff.
- Kto mówi? - zapytał podejrzliwie męski głos.

Zaklął  pod  nosem.  Ten  głos  był  mu  aż  nadto  znany.  Charles 

Worth. Zrobił błąd, odbierając telefon, i teraz Claire będzie musiała za 
to zapłacić.

- Właścicielka  nie  może  podejść.  Mogę  w  czymś  pomóc? -

powiedział przez zaciśnięte zęby.

Po  drugiej  stronie  zaległa  pełna  zaskoczenia  cisza,  a  potem 

rozmówca wciągnął ze świstem powietrze.

- Dobry Boże...
- Czy mam przekazać jakąś wiadomość?
- Co ty tam, do wszystkich diabłów, robisz?
- Może woli pan zadzwonić później? - Logan starał się zachować 

spokój.

- Jedna moja córka ci nie wystarczy? - Głos Wortha ział jadem. -

Rozniosę  cię  w  pył.  Poprzedni  raz  to  było  nic,  Matthews.  Dobrze  ci 
radzę, wynoś się.

Był czarujący, jak zawsze. Nic się nie zmienił.

- Przykro  mi,  bierze  mnie  pan  za  kogoś  innego. - Logan  cicho 

odłożył słuchawkę.

Kontynuowanie  rozmowy  nie  miało  sensu.  Upływ  czasu  nie 

zmniejszył  nienawiści  tego  człowieka.  Przeciwnie,  w  jego  głosie 
dawało się wyczuć nutę świeżego gniewu - a może nawet strachu?

Sam też nie żywił wobec byłego teścia przyjaznych uczuć, ale nie 

był  już  nieopierzonym  studentem  postawionym  przed  armią 
doświadczonych  adwokatów  i  mściwym,  żądnym  odwetu  ojcem. 
Teraz potrafił mu się przeciwstawić, lecz osobą, która ucierpiałaby na 
tym najbardziej, byłaby Claire.

Musi ją jakoś uprzedzić, zanim rozpęta się burza.
Po  chwili  namysłu  wziął  kartkę  i  napisał:  „Dzwonił  twój  ojciec, 

ale nie zostawił żadnej wiadomości".

Będzie  wiedziała,  że  to  on  odebrał  telefon,  i  to  jej  chyba 

wystarczy.

background image

Rozdział 12
Miała  ochotę  zwinąć  się  pod  kołdrą  i  umrzeć,  ale  najpierw 

musiała obudzić dzieci, ubrać je, nakarmić i wyprawić do szkoły. To 
wszystko  powinno  wystarczająco  ją  zająć  do  czasu,  aż  dom  będzie 
pusty.  W  przeciwnym  razie  dzieci  staną  się  świadkami  łez  kobiety, 
która popełniła w nocy okropne głupstwo.

Jednak w momencie, gdy dzieci wsiadły do szkolnego autobusu i 

odjechały,  a  ona  znalazła  się  nareszcie  sama,  poczuła  się  o  wiele 
lepiej. Po szukaniu zagubionego buta, odkryciu, że w szufladzie pełnej 
białych  i  różowych  skarpetek  nie  ma  ani  jednej  pasującej  pary,  i  po 
biegu  do  zniecierpliwionego  czekaniem  kierowcy  autobusu  ujrzała 
wszystko we właściwych proporcjach.

Teraz, kiedy poranny rozgardiasz Claire miała już za sobą, a Fred 

zabrał się do wymiany zamków w drzwiach, była w pełni opanowana.

Wygładziła  beżowe  spodnie  i  poprawiła  kołnierzyk  jedwabnej, 

kremowej  bluzki,  przeglądając  się  w  długim  lustrze  wiszącym  nad 
kanapą w salonie. Elegancki strój nie był tak wygodny jak codzienne 
bawełniane koszulki i dżinsy, ale pierwsze wrażenie było ważne. Lada 
chwila  ma  przyjechać  przedstawiciel  firmy  zakładającej  alarmy  i 
powinien zobaczyć kobietę, która spodziewa się konkurencyjnej ceny 
i szybkiej, profesjonalnej obsługi.

Claire  była  zadowolona,  że  odzyskała  równowagę,  choćby  na 

krótko. Po wyjeździe sprzedawcy alarmów znów wróci niepewność i 
dręczące pytanie, kto i dlaczego prześladuje ją w Pine Cliff. I będzie 
miała mnóstwo czasu, żeby umierać ze wstydu z powodu niefortunnej 
słabości wobec Logana zeszłej nocy.

Usłyszawszy  zgrzyt  hamulców  przed  domem,  przeczesała 

palcami  włosy  i  chwyciła  ze  stołu  notes  z  długopisem,  po  czym 
wybiegła  na  ganek.  Jej  oczom  ukazał  się  jednak  nie  firmowy  wóz 
sprzedawcy, lecz znajomy samochód policyjny.

Czy  sam  szeryf  nigdy  się  nie  zjawia?  Zawsze  musi  to  być  jego 

nieszczęsny  zastępca?  Wayne  Miller  właśnie  gramolił  się  z 
samochodu, niewyspany, zły i przepraszający za spóźnienie.

Kiedy  pokazała  mu  rząd  martwych  nietoperzy i  swoją 

zakrwawioną fotografię, nie wierzył własnym oczom.

- Ktoś  chciał  wyraźnie  zaznaczyć,  że  to  porachunki  osobiste. 

Podejrzewa pani, kto to mógł być?

Posłała mu lodowate spojrzenie.

background image

- Ci dwaj, których tu aresztowaliście. Nikt nawet nie dał mi znać, 

że zostali zwolnieni.

Miał na tyle przyzwoitości, że się stropił.

- Słyszałem  o  tym  od  szeryfa.  Jechałem  już  do  pani,  ale 

zboczyłem,  żeby  zatrzymać  przekraczającego  szybkość  kierowcę,  a 
potem  wezwali  mnie  do  miasta  i  tak  jakoś... - Odchrząknął  z 
zażenowaniem. - Znalazła pani jakieś ślady włamania?

- Nie. Ale krew była jeszcze świeża, kiedy to zobaczyłam, więc 

musiało  się  to  stać  późnym  popołudniem.  Zamykam  drzwi  na  klucz 
dopiero na noc.

Zastępca szeryfa ruszył przez strych, robiąc notatki z oględzin.

- Czy coś zginęło?
- Chyba nic. W każdym razie nie zauważyłam żadnych strat. Na 

dole jest telewizor i magnetowid. W toaletce miałam trochę biżuterii, 
a gdzieś tu w oznaczonych pudłach powinien być sprzęt fotograficzny. 
Nie widzę, żeby je ruszano.

Wayne Miller zmarszczył brwi i notował.

- Były jakieś zniszczenia mienia, akty wandalizmu, rozbite drzwi 

czy okna?

- Nie.
- Ma pani jakiś wrogów?
- Żadnych.

Zastępca szeryfa przestał pisać i spojrzał na nią znad okularów.

- Jest pani pewna, że ktoś tu był?

Claire zaniemówiła i opuściła wzrok na małe brunatne trupki.

- Podejrzewa pan, że to wszystko były nietoperze - kamikadze?

Prawa powieka Wayne'a Millera drgnęła.

- Nie.  Na  pewno  nie  zna  pani  nikogo,  kto  chciałby  panią w ten 

sposób przestraszyć?

- Zabicie tych stworzeń i zostawienie zakrwawionej fotografii to 

dość drastyczna taktyka, nie uważa pan? - Zatoczyła ręką po strychu. -
A co pan powie na te pootwierane pudła?

Miller zamknął długopis i schował go do kieszonki na piersi.

- Czy jest tu spakowane coś o znacznej wartości? Coś, co mógłby 

chcieć zdobyć ktoś, kto panią zna?

- Pańscy  ludzie  właśnie  wypuścili  dwóch  opryszków,  którzy  na 

mnie  napadli. - Claire  starała  się  pohamować  rosnącą  złość. - Kto 
może być bardziej podejrzany niż oni?

background image

- Proszę  pani,  zabieram  tę  fotografię  jako  dowód  rzeczowy. 

Zrobimy zdjęcia na strychu i zdejmiemy odciski palców. Porównamy 
je z odciskami zatrzymanych przez nas mężczyzn, ale nie sądzę, żeby 
się pokrywały. Przede  wszystkim, jak  pani sama zauważyła,  czas się 
nie zgadza. A poza tym, to stateczni obywatele Twin Cities, o stałym 
miejscu  zatrudnienia.  Mówią,  że  przyjechali  tu  na  ryby  i  trochę  za 
dużo wypili. Twierdzą, że nawet pani nie tknęli.

Claire  chwyciła  się  za  głowę,  wsunęła  palce  we  włosy  i  zaczęła 

chodzić tam i z powrotem.

- Kłamią! I są teraz gdzieś na wolności. Może pan sprawdzić, czy 

przypadkiem nie opuścili miejsca zamieszkania?

Miller zakołysał się na piętach.

- Możemy  sprawdzić,  czy  wrócili  do  Twin  Cities.  Inne 

informacje są w gestii prokuratora okręgowego.

Wyrzuciła w górę ręce, ledwo powstrzymując się od krzyku.

- To znaczy, że dopóki  nie znajdziecie tu ze dwóch  trupów, nie 

możecie nic zrobić?

- Jeśli  te  odciski  palców  będą  pasować,  natychmiast  ich 

aresztujemy,  a  na  razie  zaczniemy  patrolować  ten  teren.  Niech  pani 
zamyka  na  noc  drzwi  i  okna,  i  nikogo  nie  wpuszcza. - Wyjął  z 
policyjnej skrzynki miękką szczoteczkę i pudełko czarnego proszku. -
Jeśli  będzie  pani  miała  jeszcze  jakieś  kłopoty,  proszę  natychmiast 
dzwonić. - Trącił nogą otwarte pudło. - Wszystkie były zamknięte?

- Nawet  te,  które  sama  przeglądałam.  Zakleiłam  je  taśmą,  żeby 

zawartość się nie kurzyła.

Skinął z satysfakcją głową.

- Więc  ten,  kto  je  odklejał,  musiał  zostawić  na  taśmie  wyraźne 

odciski.

Pół  godziny  później  Claire  stała  na  ganku,  żegnając  wzrokiem 

odjeżdżający  samochód  policyjny.  Zamknęła  oczy  i  wystawiła  twarz 
do słońca.

Wkrótce będzie miała zainstalowany system alarmowy, a jeszcze 

dziś Fred skończy zakładać nowe zamki. Od tej pory musi być czujna 
i  nie  spuszczać  dzieci  z  oka.  Na  myśl  o  nieznanych  prześladowcach 
przeszedł ją zimny dreszcz.

Przynajmniej  troska  o  zapewnienie  bezpieczeństwa  rodzinie 

odsunie  na  dalszy  plan  uczucie  zażenowania  i  zawodu,  że  Logan 

background image

zniknął  tak  nagle  z  samego  rana.  Nawet  nie  poczekał,  żeby  się 
pożegnać. A jego notka była krótka i sucha.

O  dziewiątej  zadzwonił  telefon.  Claire  odsunęła  na  bok  stos 

rachunków,  upiła  łyk  letniej  kawy  i  sięgnęła  po  słuchawkę. 
Rozmówca zaczął zadawać pytania, zanim zdążyła się odezwać.

- Co Logan Matthews robi w twoim domu?
- Tato?!

Nic  w  notce  Logana  nie  wskazywało  na  to,  że  jej  ojciec  go 

rozpoznał. Claire zrobiło się słabo. Telefony ojca zawsze były długie i 
nieprzyjemne, a ten zapowiadał podwójną dawkę jednego i drugiego.

- Nie mogę uwierzyć, że jesteś taka nieodpowiedzialna.

Zacisnęła  rękę  na  słuchawce  i  ścisnęła  palcami punkt  u  nasady 

nosa, odpędzając pierwsze objawy zbliżającego się nieuchronnie bólu 
głowy.

- Słucham?
- Jest tam teraz?
- Nie,  nie  ma  go. - Pomasowała  czoło  czubkami  palców. - To 

naprawdę nie twoja...

- Bezpieczeństwo moich wnuków i córki to moja sprawa, Claire.

Policzyła w duchu do dziesięciu i skłamała przez zaciśnięte zęby:

- To miło, że się o mnie troszczysz.

Wzięła  ołówek  i  zaczęła  szkicować  karykaturalne  rysuneczki  na 

serwetce. Wykrzywione twarze. Wilki szczerzące kły. Czarowników z 
zakrzywionymi nosami sięgającymi do kolan.

- Dobrze wiesz, o co Matthewsowi chodzi.
- Posłuchaj, tato. Logan jest moim sąsiadem.
- Czy był u ciebie całą noc?

Ołówek złamał się jej w ręku. To nie jego sprawa, ale nie da mu 

tej satysfakcji, żeby się przed nim wykręcać.

- Tak, został z nami. I byłam mu za to wdzięczna, ponieważ...

Teraz  wypłynie  nowa  kwestia.  Jedno  słowo  na  temat  tych 

biednych,  pomordowanych  nietoperzy  i  jej  ojciec  w  ciągu  godziny 
wynajmie 

pięciu 

uzbrojonych 

ochroniarzy 

rozkazem 

natychmiastowego sprowadzenia jej do Nowego Jorku.

- Ponieważ  przestraszyłam  się  jakichś  dziwnych  odgłosów  na 

zewnątrz. To pewno były szopy.

Ojciec zaklął.

background image

- Wiesz, że poślubił twoją siostrę dla pieniędzy - oświadczył bez 

ogródek.

Claire parsknęła z irytacją.

- Nie sądzę, żeby gonił za moimi pieniędzmi. Jak dobrze wiesz, 

nie mam ich zbyt wiele. Natomiast on całkiem nieźle sobie radzi.

- Uwodząc bogate kobiety i oskubując je do cna?
- Jest architektem, jeśli chcesz wiedzieć. Naprawdę. ..
- Jest  łajdakiem.  Moi  adwokaci  dopilnowali,  żeby  został  po 

rozwodzie  goły  jak  święty  turecki.  Trzymaj  się  od  niego  z  daleka  i 
niech on trzyma się z daleka od moich wnuków.

Znowu to samo. Rozkazy, zawoalowane pogróżki. Claire wstała z 

krzesła i wzięła głęboki oddech.

- Doprawdy  nie  widzę  nic  złego  w  utrzymywaniu  przyjaznych 

stosunków z sąsiadami.

- Sama nie wiesz, do czego to może doprowadzić.
- Gdyby go tak dobrze nie znała, pomyślałaby, że słyszy w jego 

głosie nutę niepokoju. - Igrasz z ogniem.

Po chwili zakończyła taktownie rozmowę i pomyślała z żalem, że 

miło by było mieć ojca, dla którego byłaby co najmniej równie ważna 
jak  zyski  i  straty.  Mylił  się  co  do  Logana,  ale  był  zbyt  uparty,  by 
zmienić zdanie. Musi się sama dowiedzieć, jak to było czternaście lat 
temu i skonfrontować go z prawdziwą wersją wydarzeń.

Zaczęła  podejrzewać,  że  jej  rodzina  jest  winna  Loganowi  coś 

więcej niż tylko przeprosiny. I czy im się to podoba, czy nie, prędzej 
lub później będą musieli za to zapłacić.

Skończyła  właśnie  brać  prysznic  po  uprzątnięciu  masakry  na 

strychu, kiedy pojawił się sprzedawca alarmów. Obszedł  dom, zrobił 
szacunkowe wyliczenia i zostawił ją z plikiem fachowych broszurek i 
kosztorysem. Obiecał zainstalować system w ciągu dwóch tygodni, co 
brzmiało  nieźle,  ale  nie  tak  dobrze  jak  tydzień.  Może  następny  w 
kolejce będzie mógł zrobić to szybciej.

Zjadła  w  pośpiechu  kanapkę  z  tuńczykiem  i  wróciła  na  strych  z 

zamiarem  kontynuowania  porządków.  Rozglądała  się  właśnie,  od 
czego zacząć, kiedy usłyszała z dołu głośne:

- Hej, hej, jest tam kto?

Mogło  to  tylko  oznaczać  panią  Rogers,  która  przyszła  na 

przeszpiegi.  Niemal  co  dzień  pukała  do  drzwi,  przejawiając  niejakie 
wścibstwo.

background image

Claire zbiegła na piętro i wystawiła  głowę przez lufcik z pokoju 

Jasona.

- Jestem tutaj! Czym mogę służyć?
- Mogę wejść?
- Sprzątam na strychu. Jeśli nie boi się pani kurzu, to proszę.

Pani  Rogers,  postękując,  pokonała  dwie  kondygnacje  schodów  i 

wdrapała się na strych.

- Mieliśmy rano małą sensację. Samochód policyjny! Czy coś się 

stało? - Dysząc ciężko, opadła na zakurzony fotel i zaczęła wachlować 
się ręką.

- Wszystko jest w całkowitym porządku - rzekła Claire ostrożnie.

- Czy samochód panią obudził?

- Nie,  nie,  jestem  rannym  ptaszkiem. - Pochyliła się  do  przodu, 

jej oczy błyszczały ciekawością. - Więc po co tu przyjechał?

Claire  skryła  uśmiech.  Urocza  starsza  pani  była  właściwie 

rozbrajająca.

- Wydawało mi się, że słyszałam coś w nocy. Ale okazało się, że 

to nic takiego.

Pani Rogers ściągnęła usta ze współczuciem.

- Musi  się  pani  czuć  nieswojo  w  nocy  w  tym  wielkim,  starym 

domu, całkiem sama.

- Sama? - Claire  wzniosła  oczy  do  nieba  i  pochyliła  się  nad 

pudłem,  by  przejrzeć  jego  zawartość. - Z  trójką  dzieci  i  ich 
zwierzyńcem trudno nazwać mnie samą.

- Ale  samotnej  kobiecie  nie  jest  lekko - nie  ustępowała  pani 

Rogers. - Bez  kogoś,  kto  by  ją  chronił. - Spojrzała  na  Claire  znad 
okularów.

- Przed czym  miałby mnie chronić? - Claire wzruszyła niedbale 

ramionami, żeby powstrzymać dalsze pytania.

Wzięła  następne  pudło  i  ustawiła  koło  zejścia  na schody.  Jej 

rozmówczyni  mrugnęła  do  niej  porozumiewawczo.  Dobry  Boże,  na 
pewno widziała, jak Logan wychodził stąd bladym świtem.

- Ależ pani Rogers, chyba mnie pani nie szpieguje?
- Proszę  mi  mówić  po  imieniu.  Po  prostu  Flo.  Znalazła  dwa 

następne  pudła  z  rzeczami  Brooke, wzięła  jedno  na  ręce,  a  drugie 
zaczęła popychać  nogą.  Razem będą  już  przygotowane  trzy, a  tysiąc 
dalszych czeka w kolejce. Zdmuchnęła z twarzy niesforny kosmyk.

background image

- Nie  martw się o  mnie, Flo.  Zastępca  szeryfa nie zauważył  nic 

niepokojącego, ale obiecał przyjechać na każde wezwanie.

- Skoro tak mówisz, moja droga...

Pani Rogers podniosła się z fotela i rozejrzała wokół, aż w końcu 

jej jastrzębi wzrok padł na pudła, które Claire odłożyła na bok.

- Co  ty,  na  Boga,  właściwie  robisz?  Wprowadzasz  się  czy 

wyprowadzasz? - Nachyliła  się  i  przeczytała  nalepki. - Kto  to  jest 
Brooke?

Któregoś  dnia  ja  też  będę  samotną,  starszą  kobietą,  pomyślała 

sobie Claire.

- Brooke  była  moją  siostrą.  Pół  roku  temu  zginęła  z  mężem  w 

wypadku  samochodowym.  Muszę przejrzeć  jej rzeczy i zdecydować, 
co mam zatrzymać. Rodzice nie czuli się na siłach tego robić.

Wypatrzyła  stos  pudeł  oznaczonych  „Brooke"  na  drugim  końcu 

strychu  i  zaczęła  je  znosić  do  miejsca przy  schodach.  Starsza  pani 
podeszła do niej i z niemal błagalnym uśmiechem wyciągnęła ręce w 
geście pomocy.

- Kiedy  szłam  tutaj,  wiatr  się  zmienił  i  bardzo  się  ochłodziło. 

Zrobiło się za zimno na spacer. Chętnie zostanę i pomogę.

Claire  nie  wiedziała,  co  odpowiedzieć.  Większość  pudeł  była  za 

ciężka,  żeby  osoba  w  starszym  wieku  mogła  je  dźwigać.  Z  drugiej 
strony  nie  potrzebowała  świadka  przy  szukaniu  dowodów  podłości 
Logana  czy jego  ewentualnego  ojcostwa. No  i  Bóg  jeden  wie, na  co 
się natknie, jeśli wpadnie jej w ręce to, co ściąga tu włamywaczy.

- Jestem ci bardzo wdzięczna, ale...
- Proszę cię, nie odmawiaj. Spędziłam cały ranek, oszukując przy 

układaniu  pasjansa,  ale  kiedy  zawsze  wychodzi,  to  robi  się  trochę 
nudne. - Twarz  kobiety  się  wyciągnęła. - Ale  naturalnie  nie  chcę  ci 
przeszkadzać.

Może ostatecznie  nic się nie stanie, jeśli pozwolę jej posortować 

trochę rzeczy, pomyślała Claire.

- Wcale mi nie będziesz przeszkadzać. Dzięki za pomoc.

Podsunęła  Flo  parę  pudeł  z  napisem  „Ubrania"  i  rozcięła 

nożykiem taśmy.

- Większość  tych  rzeczy  zostanie  przekazana  na  cele 

dobroczynne, chyba że trafi się coś, co może dzieci zechcą zatrzymać.

Pani  Rogers  usiadła  z  powrotem  w  fotelu,  promieniejąc  z 

zadowolenia.

background image

- Jak sobie życzysz, kochanie.

Claire  zabrała  się  do  roboty.  Z  każdym  otwartym  pudłem 

nachodziło  ją coraz więcej wspomnień  i  coraz  więcej  pytań.  Randall 
był kimś w rodzaju przedsiębiorcy budowlanego. Może kiedyś dobrze 
mu  się  powodziło,  ale  ich  konto  bankowe  było  niemal  puste,  kiedy 
zginęli. Jak mogli sobie pozwolić na wszystkie te ekskluzywne stroje 
pochodzące  od  najdroższych  projektantów?  Musiały  kosztować 
fortunę. Skąd mieli na to pieniądze?

Za  oknem  niebo  się  ściemniło,  o  dach  zaczęły  bębnić  krople 

deszczu.  W  przyćmionym  świetle  na  strychu  zrobiło  się  niemal 
przytulnie i nostalgicznie.

Gdyby nie  powracający  obraz  zakrwawionej fotografii  oraz  tych 

biednych, małych nietoperzy. I myśl, że jakiś złoczyńca niedawno był 
w tym samym pomieszczeniu.

Claire  wzdrygnęła  się,  nagle  zadowolona  z  towarzystwa  drugiej 

osoby.

Do  południa  zdążyła  przejrzeć  niewielką  część  pudeł  i 

posortować zawartość, układając rzeczy pod ścianą. Nie dotykała tych 
pudeł, które otworzył włamywacz. W końcu rozmasowała sobie krzyż 
i ziewnęła.

- Kończymy na dziś?

Flo ogarnęła wzrokiem piętrzące się przed nią kartony.

- Jak chcesz, ale ja jeszcze nie czuję się zmęczona. Mogę to dalej 

ciągnąć, jeśli masz coś innego do roboty.

Wokół jej fotela leżały porządnie złożone ubrania, rozdzielone na 

dwie  części:  do  oddania  i  do  zatrzymania.  A  Claire  poznała 
szczegółową  historię  jej  życia  od  roku  tysiąc  dziewięćset 
dwudziestego  drugiego  po  trzydziesty  szósty.  Najwyższy  czas  na 
przerwę.

- Dajmy już dzisiaj spokój. Mogę zaprosić cię na lunch? Zostało 

mi jeszcze co nieco z wczorajszej kolacji.

- Chyba pójdę do mojego domku i odpocznę trochę, złotko. - Flo 

podniosła się sztywno z fotela. - Miło jest komuś się przydać. Dasz mi 
znać, kiedy znów się do tego zabierzesz?

- Oczywiście.

Claire  spojrzała  przez  ramię  na  stosik  pudeł  odłożony  na  bok. 

Były w nich osobiste papiery Brooke i Randalla, łącznie z zawartością 
biurka.

background image

Mogła je przejrzeć tylko w samotności.
Autobus szkolny trząsł się i podskakiwał na wybojach, wlokąc się 

wolniej niż zwykle środkiem alei. Jason przetarł rękawem zaparowaną 
szybę i wyjrzał na dwór.

Niech  to  licho,  ciągle  pada.  A  to  znaczy,  że  Claire  będzie 

siedziała w domu, co mocno utrudni mu działanie. Musi  mieć trochę 
czasu i być sam.

Claire  nie  jest  ostatecznie  taka  zła.  Naprawdę  się  stara,  choć 

oczywiście  dziewczynki  potrzebują  jej  bardziej  niż  on.  Był  już  za 
dorosły  na  uściski  i  pocałunki  zastępczej  matki.  I  nie  chciał,  żeby 
wtrącała się w jego sprawy.

Gdyby  zobaczyła,  co  robi,  zaraz  zaczęłaby  mu  zadawać  masę 

pytań. I patrzeć tym swoim wzrokiem, pod wpływem którego trudno 
było kłamać. Poza tym i tak nie uwierzyłaby w jego słowa. Próbował 
opowiedzieć  wszystko  babce,  ale  tak  się  rozzłościła,  że  aż 
spurpurowiała  i  żyły  wystąpiły  jej  na  czoło.  Nazwała  go  kłamcą  i 
powiedziała, że jest nie lepszy od ojca.

Nie  ma  nikogo,  kto  by  mu  uwierzył.  Bandyci  grożący  śmiercią 

występują w kinie, a nie w życiu.

Prześladowcy stają się coraz zuchwalsi. Widział ich z daleka, po 

zmierzchu.  Słyszał  ich  głosy,  choć  nie  rozróżniał  słów.  Musi  tylko 
domyślić  się,  czego  szukają,  i  pomóc  im  to  znaleźć...  Tak  żeby  nie 
wiedzieli, że maczał w tym palce.

Zanim będzie za późno.

background image

Rozdział 13
Gilbert przyszedł za nim. Logan rozejrzał się po ogrodzie - o ile 

można  było  tak  nazwać  kawałek  ziemi  pokryty  sosnowymi  igłami  i 
głazami  skalnymi,  przecięty  piaszczystą  dróżką - i  spuścił  wzrok  na 
skruszonego psa, leżącego u jego stóp.

Był w domu nie dłużej  niż dwie godziny  i  w tym  czasie  Gilbert 

zdążył  zamienić  teren  w  wysypisko  śmieci.  Na  jego  surowe 
„Niegrzeczny pies!" przyczołgał się, wlokąc brzuchem po przeżutych 
i  rozrzuconych  odpadkach,  i  położył  się  do  góry  nogami  na  butach 
Logana, patrząc na niego żałosnym wzrokiem.

Może to jednak nie był najlepszy pomysł, żeby sprawić sobie psa,

pomyślał. Można wylądować z futrzastym pożeraczem śmieci, jak ten 
kundel, i pluć sobie w brodę do końca życia.

- Trzeba  cię  odprowadzić  do  domu - powiedział,  zawiązując 

kawałek  sznurka  wokół  obroży. - Twoi  mali  przyjaciele  będą  się  o 
ciebie martwić.

Za  pierwszym  razem  Gilbert,  kiedy  się  tu  zabłąkał,  szczekał  na 

mewy i biegał jak szalony. Teraz najwyraźniej doszedł do wniosku, że 
to niepewna zdobycz i lepiej zająć się pojemnikami na śmieci. Jednak 
mimo  wszystko  dał  się  lubić.  Po  kilku  tygodniach  tresury  można  by 
go nauczyć reagować na polecenia...

Ale  przecież  za  kilka  tygodni  będzie  już  z  powrotem  w  Saint 

Paul. Czasem zupełnie o tym zapominał.

- Chodź, kolego, idziemy.

Wybrał  ścieżkę  przez  las - staremu  psu  będzie  łatwiej  iść  po 

miękkim podłożu niż po nabrzeżnych skałach. Wiewiórki przebiegały 
im  drogę  i  śmigały  nad  głowami,  przez  gałęzie  przedzierały  się 
pierwsze po deszczu promienie słońca.

Zastanawiał  się,  czy  Claire  ucieszy  się  na  jego  widok.  Obawiał 

się,  że  nie.  Po  wczorajszym  porywie  uczuć  zwykłe,  przyjacielskie 
stosunki będą pewno teraz niemożliwe. Zauważył jej speszony wyraz 
twarzy, kiedy wysuwała się z jego ramion.

Z  pewnością  nie  zamierzała  posuwać  się  tak  daleko.  W  każdym 

razie z nim.

Miał  jednak  powody,  żeby  tam  pójść.  Musi  odebrać  samochód  i 

odprowadzić Gilberta. Claire powinna się przyzwyczaić, że będzie ich 
często  odwiedzał  i  w  razie  potrzeby  zostawał  na  noc.  Jej  i  dzieciom 
grozi niebezpieczeństwo. Potrzebują go, czy jej się to podoba, czy nie.

background image

Pięć minut później mijał już domki gościnne w Pine Cliff. Kątem 

oka dojrzał migającą białą plamę. To Fred machał do niego z jednego 
z podestów.

- Jak  się  masz! - zawołał. - Widzę,  że  znów  przyplątał  się  do 

ciebie ten durnowaty pies. Co tym razem nabroił?

Logan podszedł do niego i oparł nogę na stopniu.

- Rozrzucił śmieci. Myślisz, że mogę go już puścić?

Fred wolno pokręcił głową.

- Chyba  że  chcesz,  żeby  tam  wrócił.  To  miło,  że  go 

odprowadziłeś.

- I  tak  musiałem  przyjść  po  samochód. - Logan  schylił  się  i 

podrapał Gilberta po łbie. - Widziałeś gdzieś Claire?

- Teraz  nie. - Mrugnął  do  niego  porozumiewawczo. - Fajna 

babka, nie uważasz?

Fred może i sobie marzy o roli swata, ale nic z tego nie będzie.

- Rozejrzę się tu trochę - rzekł Logan niedbale, zastanawiając się, 

czy Claire mówiła Fredowi o martwych nietoperzach i zakrwawionej 
fotografii. - Ostatnio niepokoiła się, że ktoś się tu włóczy. - Wskazał 
głową w kierunku domu. - Zauważyłeś coś podejrzanego?

Fred zsunął czapkę z czoła i podrapał się po głowie.

- Nic  specjalnego.  Dzisiaj  rano  zbiła  się  szyba,  ale  Claire 

powiedziała, że to się stało, kiedy przestawiała drabinę. Tak czy owak, 
będę miał oczy i uszy otwarte.

- Widziałeś, że to ona ją zbiła?

Fred wziął naręcze pościeli i wiadro, i potrząsnął głową.

- To było jeszcze przed moim przyjściem.

On  sam  opuścił  Pine  Cliff  około  szóstej.  Fred  przychodził  do 

pracy  na  ósmą.  Claire  na  pewno  nie  przestawiała  drabin  podczas 
wyprawiania dzieci do szkoły.

Logan pożegnał starego przyjaciela lekkim skinięciem i pociągnął 

za prowizoryczną smycz, kierując się ku domowi.

Gilbert zaparł się. Logan uznał, że nie ustąpi.
Pies usiadł, a potem położył się na grzbiecie, krzyżując łapy nad 

pyskiem. Logan wziął go na ręce i spojrzał w stronę domu.

Coś jest nie w porządku. Uświadomił to sobie dopiero po chwili. 

Oślepiające  słońce  odbijało  się  od  okien  wychodzących  na  jezioro, 
jednak jedno z nich było ciemne i wyglądało jak ziejąca jama.

background image

Kiedy podszedł bliżej, zobaczył kawałki szkła u dołu ramy. Szyba 

niemal w całości  była wybita, boczna  listwa złamana.  Coś  zostało  w 
nią rzucone z dużą siłą.

Obszedł  dom i  zobaczył  Claire  siedzącą  z podwiniętymi  nogami 

na  stole  piknikowym.  W  obu  rękach  ściskała  kartkę  papieru,  a  jej 
twarz była blada jak płótno. Dałby sobie głowę uciąć, że to właśnie ta 
przesyłka wleciała przez okno razem z cegłą.

- Pomyślałem sobie, że powinienem zwrócić ci psa - powiedział 

ostrożnie, nie odrywając wzroku od kartki. - Poranna poczta?

Podniosła  gwałtownie  głowę,  spojrzała  na  niego,  jakby  spadł  z 

księżyca,  i  zaczęła  składać  kartkę  na  pół,  a  potem  jeszcze  na  pół  i 
jeszcze,  do  wielkości  znaczka  pocztowego.  Przez  chwilę  myślał,  że 
Claire ją połknie - niczym bohaterka starych filmów szpiegowskich.

- Gilbert znów do ciebie poszedł?  I zrobił śmietnisko? - spytała 

bezbarwnym  głosem,  z  martwym  wyrazem  twarzy. - Przepraszam. 
Wyślę Jasona, żeby posprzątał.

Logan odwiązał sznurek z obroży psa.

- Nic  się  nie  stało.  Nie  jest  łatwo  zwrócić  tego  psa,  ale 

przynajmniej uczy się chodzić przy nodze.

- To dobrze. - Patrząc na brzeg jeziora, widoczny między domem 

a drzewami, obracała w zamkniętej dłoni złożony kwadracik papieru. -
To  znaczy,  dziękuję. - Odwróciła  głowę  na  dźwięk  zbliżającego  się 
szkolnego autobusu.

- Kiepska sprawa z tym oknem.
- Uhm... Byłam nieostrożna.
- To wcale nie ty je zbiłaś, prawda? Umknęła wzrokiem w stronę 

jeziora.

- Co  jest  na  tej kartce, Claire? Spojrzała na  niego  z niewyraźną 

miną.

- Nic.
- Doskonale. Pokaż mi ją.

Popatrzyła  mu głęboko  w oczy.  Upłynęła  dłuższa  chwila,  zanim 

w  końcu  wyciągnęła  rękę  i  podała  mu  zwitek  na  otwartej  dłoni,  po 
czym zsunęła się ze stołu z wyrazem rezygnacji w oczach.

- Naprawdę  mam  nadzieję,  że  jesteś  przyzwoitym  człowiekiem, 

Matthews.

Patrzył na nią, kiedy biegła przez trawnik w stronę żwirowej alei 

na spotkanie autobusu. Jej jasne włosy migotały świetliście w słońcu, 

background image

długie zgrabne nogi wyglądały bardzo kusząco w obcisłych dżinsach. 
Żałował, że biegnie w drugą stronę, a nie w jego otwarte ramiona.

Jednak  w  tym  jednym  zdaniu  zawarła  swoją  niewiarę  w  niego. 

Nie pozostało mu nic innego, jak rozwinąć trzymaną w ręku kartkę.

Nie bądź głupia! Zjeżdżaj stąd. Nawet nie wiesz, komu ufasz.
Logan ze złością zmiął papier w kulkę i ledwo się powstrzymał, 

żeby  nie  cisnąć  jej  w  kierunku  jeziora.  Nic  dziwnego,  że  Claire 
powiedziała  te  słowa.  Kto  może  chcieć  się  jej  pozbyć  i  dlaczego? 
Naturalnie, on sam tego chciał, ale to było, zanim...

Potrząsnął  głową.  Powinni  omówić  parę  spraw.  Ale  teraz  u  jej 

boku  podskakują  dwie  małe  dziewczynki,  a  niedługo  nadjedzie 
autobus Jasona. To nie jest odpowiedni moment.

Ruszył  za  nią  trawnikiem.  Niebo  było  krystalicznie  czyste,  bez 

śladu chmurki, a jezioro lśniło jak gładka lustrzana tafla. Piękny dzień 
na  przechadzkę.  Może  uda  mu  się  namówić  Claire,  żeby  zostawiła 
bliźniaczki z Jasonem i Fredem, i poszła z nim na spacer. Pusty brzeg 
nad  jeziorem będzie  idealnym  miejscem  na  rozmowę  i  nie  tak  łatwo 
mu stamtąd umknie.

Usiadła  teraz  ze  swoimi  podopiecznymi  na  ławce  nad  wodą  i -

sądząc z ich podekscytowanych gestów - otrzymywała właśnie pełny 
raport  z  przebiegu  dnia  w  szkole.  Trzy  jasnoblond  główki  pochyliły 
się ku sobie w pełnej symbiozie.

Patrzył na to ze skurczem w sercu.
Tworzyły razem taki harmonijny obrazek, pełen ciepła i spokoju. 

A jednak  ktoś próbował zburzyć ich  nowe życie, wygonić je stąd. O 
co w tym wszystkim może chodzić?

Powinien był zaraz rano tu wrócić. Mógł wziąć ze sobą przenośny 

komputer i plany projektowe. I być na miejscu, kiedy ten drań rzucił 
cegłę  przez  okno.  Może  udałoby  mu  się  go  dopaść  i  wydusić 
odpowiedzi na parę pytań.

Pozwolił  się  zwieść  wschodzącemu  słońcu  i  urodzie  poranka,  i 

niemądrze  uwierzył,  że  niebezpieczeństwo  grozi  tylko  w 
ciemnościach nocy.

Teraz  uznał,  że  nie  pozostaje  mu  nic  innego,  jak  się  tu 

wprowadzić.

Claire ze zdumienia otworzyła usta.

- To chyba trochę zbyt radykalne posunięcie, nie sądzisz?

background image

Logan  puścił  kaczkę  na  wodę  i  naliczył  cztery  odbicia,  zanim 

kamyk zniknął w odmętach jeziora.

- Przydam się wam na miejscu.
- Dzięki, ale poradzimy sobie.
- Jeszcze  niedawno  siedziałaś  na  stole  za  domem  i  nie  mogłaś 

oderwać oczu od tego świstka papieru, jakby to był wyrok śmierci.

- Niepotrzebnie tak się tym przejęłam. - Wpatrywała się w mokre 

czubki adidasów, jakby szukała odpowiednich słów. - To wszystko, co 
tu  się  dzieje,  przypomina  bardziej  głupi  scenariusz  filmowy  niż 
prawdziwe  życie.  Kto  oprócz  ciebie - spróbowała  się  uśmiechnąć -
może mieć interes w tym, żebym się stąd wyprowadziła?

- Ktoś, kto się nie boi wejść do twojego domu.

Ktoś  zdolny  do  czegoś  więcej  niż  puste  groźby.  Powiadomiłaś 

szeryfa o tej kartce?

Claire  popatrzyła  na  bliźniaczki  szukające  agatów  w 

przybrzeżnych skałach i ściszyła głos.

- Powiedziano  mi, że ktoś po nią przyjedzie, żeby zdjąć odciski 

palców.  Wydaje  mi  się,  że  zastępca  szeryfa  uważa  mnie  za  samotną 
histeryczkę, która widzi bandytę w każdej szafie.

- Nie oglądał fotografii i martwych nietoperzy?
- Owszem,  ale  nic  nie  zginęło,  nawet  stereo  i  kamera  leżąca  na 

wierzchu. Nikt nie doznał szwanku, nic nie zostało zniszczone. Myśli, 
że jestem ofiarą głupich żartów.

Annie  z piskiem  przebiegła przez  plażę  i  wspięła  się  do  nich  na 

granitową półkę.

- Popatrz! Znalazłam agneta!

Claire pochyliła się i uważnie obejrzała kamyk.

- Dobry Boże, masz rację. I jaki ładny!
- Mogę  iść  do  domu  i  wziąć  koszyk?  Może  znajdziemy  ich 

więcej. Proszę!

Claire  zawahała  się,  ale  w  tym  momencie  zobaczyła  autobus 

Jasona. Chłopak wysiadł, pomachał im i ruszył w kierunku domu.

- Możesz iść - zgodziła się. - Ale zaraz wracaj, dobrze? Popilnuję 

w tym czasie twojej siostry.

Logan patrzył z desperacją, jak odchodzi od niego i kuca z Lissą 

nad  kupką  gładkich,  szarych  kamyków.  Odwrócił  się,  słysząc  czyjeś 
zbliżające się kroki.

background image

- Będzie  sztorm - oznajmił Fred.  Stanął  obok  i  zadarł głowę  do 

góry, rozglądając się po niebie. - Czuję to w kościach. Z północnego 
wschodu nadciąga burza.

- Ale mamy taki piękny dzień - zaprotestowała Claire, wpatrując 

się  uważnie  w  garstkę  kamyków,  które  dziewczynka  wsypała  jej  w 
ręce. - Skąd to przypuszczenie?

- Fred wie, co mówi - oświadczył Logan. - Przepowiada pogodę 

lepiej niż prognozy telewizyjne.

- Naprawdę? - zdumiała  się  zachwycona  Lissa. - Przepowiada 

pan jak z kryształowej kuli?

Fred podniósł palcem daszek czapki.

- Pamiętam jak dziś jeden z takich sztormów. Też był taki piękny 

dzień i tylko ciemna linia na horyzoncie mówiła, co się święci. Nagle, 
ot  tak - strzelił  palcami - ni  stąd,  ni  zowąd  zmienił  się  wiatr, 
temperatura spadła i rozpętało się piekło.

- To było jak tornado? - spytała Lissa, patrząc teraz zatroskanym 

wzrokiem na jezioro.

- Gorzej. Widziałaś te wielkie statki w Duluth? Taki sztorm może 

wepchnąć  każdą  łajbę  pod  wodę  w  ułamku  sekundy,  zanim  załoga 
zdąży  wezwać  pomoc.  Wiatr  wieje  z  prędkością  stu  sześćdziesięciu 
kilometrów na godzinę i...

- Ale nasz dom będzie zawsze bezpieczny, nawet gdyby jeszcze 

kiedyś  rozpętała  się  podobna  burza - przerwała  Claire,  patrząc 
znacząco na Freda. - Prawda?

- Naturalnie. Jasna rzecz - mruknął speszony staruszek, po czym 

wygrzebał  z  kieszeni  rolkę  dropsów  i  poczęstował  dziewczynkę. -
Wasz  dom  stoi  tu  bez  szwanku  od  dobrych  pięćdziesięciu  lat.  Tylko 
nie wychodźcie przy złej pogodzie, a nic wam się nie stanie.

Claire zarządziła już powrót i kazała siostrzenicy iść przodem, a 

sama spojrzała surowo na mężczyzn.

- Proszę  was,  nie  straszcie  dziewczynek  tymi  historiami.  Nie 

będą mogły w nocy spać.

- Tak, proszę pani. - Fred znów przytknął palce do daszka.
- To  nie  są  tylko  takie  sobie  historyjki - powiedział  Logan. -

Sama widziałaś, jak temperatura spada, kiedy wiatr zmienia kierunek. 
Gładkie  jak  stół  jezioro  potrafi  zmienić  się  ze  stawu  dla  kaczek  w 
rozszalały  żywioł  szybciej  niż  myślisz.  A  w  listopadzie  fale  czasem 
sięgają dachów domów.

background image

Claire spojrzała na horyzont.

- To  najbardziej  sielskie  miejsce,  jakie  w  życiu  widziałam.  Nie 

mogę sobie wyobrazić szalejącego tu sztormu.

- Możesz mi wierzyć, to się zdarza. I wtedy lepiej nie ruszać się z 

domu.

- Oczywiście - przytaknęła. - Muszę  iść  do  dziewczynek. 

Obiecałam po zmywaniu zabrać je do miasta.

Poszła  w  górę  szeroką  skalną  ławą,  wdrapała  się na  ostre 

podejście obok jednego z domków i zniknęła za ścianą sosen.

Logan  odprowadził  ją  zatroskanym  spojrzeniem.  Chcąc 

rozładować  napięcie,  puścił  następną  kaczkę,  lecz  źle  wyważony 
kamyk natychmiast zatonął.

- Martwię się o nią. Fred wzruszył ramionami.
- Jeśli będą siedzieć w domu, nic złego im się nie stanie.
- Nie mówię o burzy. Wiem, że już cię o to pytałem, ale czy na 

pewno nie widziałeś tu nigdzie nikogo podejrzanego?

- Nie. - Fred  spojrzał  na  niego  nie  rozumiejącym  wzrokiem. -

Fakt,  ci  Sweeneyowie  spod  ósemki  są  trochę  dziwni,  ale  chyba 
niegroźni.  Poza  tym, są  tu  sami swoi. - Zmarszczył  brwi. - Będę  się 
rozglądał, czy ktoś się nie kręci. A teraz muszę już wracać do roboty, 
żeby zdążyć do domu przed zmianą pogody.

A  więc  nie  zwierzała  się  Fredowi  ze  swoich  problemów.  Logan 

był ciekaw, czy dlatego, że go podejrzewa, czy też chce mu po prostu 
zaoszczędzić  zmartwień.  Stary  wziął  pakiet  świeżej  pościeli  z 
wysłużonego  wózka  golfowego  zaparkowanego  w  alei  i  zniknął  w 
jednym z domków. Jego obowiązki nie były zbyt ciężkie.

Claire  wzięła  staruszka  pod  swoje  skrzydła,  podobnie  jak 

siostrzeńców. Chciała wszystkim zapewnić opiekę i wsparcie.

Najwyższy czas, żeby ktoś zaopiekował się także Claire.
Był  już  prawie  pod  domem,  kiedy  usłyszał  jakieś  zamieszanie 

dobiegające  z  kuchni.  Na  dźwięk  okrzyków:  „O  Boże!"  i  szlochów 
przeplatanych słowami: „Chciałam tylko pomóc" i „Co teraz będzie?", 
rzucił  się  biegiem  po  schodach  ganku,  przeskakując  po  trzy  stopnie 
naraz.  W  momencie,  kiedy  otworzył  drzwi,  jego  buty  zalała  biała 
piana.

Całe  masy  tej  piany  wypływały  z  obu  stron  nie  domkniętych 

drzwiczek  zmywarki.  Dziewczynki  stały  obok  zanurzone  po  kostki, 
cała podłoga kuchni była zalana.

background image

- Wyszłam  tylko  na  pięć  minut - jęknęła  Claire,  patrząc  z 

rozpaczą na pobojowisko. - Co się stało, na miłość boską?

Annie  zagarnęła  naręcze  piany,  chcąc  ją  włożyć  do  zlewu,  i 

stanęła  bezradnie,  oblepiona  białym  puchem  niczym  gigantyczną 
porcją bitej śmietany.

- Chciałyśmy  ci  pomóc,  żeby  szybciej  jechać  do  miasta -

wyjaśniła.

- Zrobiłyśmy wszystko tak jak ty - załkała Lissa. - Włożyłyśmy 

naczynia  i  wlałam  płyn  do  zmywania,  ale  kiedy  zmywarka  ruszyła, 
zaczęła wylewać się piana.

- Cała  masa  piany - dodała  Annie. - Kuchnia  będzie  teraz 

naprawdę czysta, prawda?

- Niewątpliwie. - Claire  wzięła  do  ręki  butelkę stojącą  przy 

zlewie. - Na pewno wlałyście to, a nie specjalny środek do zmywarek.

- Wspaniały  widok! - skomentował  Logan  spod  drzwi.  Claire 

rzuciła  mu  chmurne  spojrzenie,  na  które  odpowiedział  szerokim 
uśmiechem. - Mogę w czymś pomóc?

- Masz  jakiś  pomysł? - Trąciła  stożek  piany  końcem  buta. -

Szczotka  z  gąbką  i  woda  tylko  sprawę  pogorszą.  Zbieranie  tego 
ścierką zajmie wieki, a wygarnięcie miotłą na zewnątrz zabije kwiaty.

- Najlepiej się po prostu wyprowadzić - zasugerował Logan.
- Mogłam  się  po  tobie  spodziewać  takiej  rady.  Dziewczynki, 

idźcie poszukać Freda, dobrze?

Logan przedarł się przez ocean bieli do Claire. Leciutki zapach jej 

perfum  pobudził  mu  zmysły.  Zaczął  się  zastanawiać,  co  by  zrobiła, 
gdyby rzucił ją na to łoże z piany i obsypał gradem pocałunków.

- Jakich  perfum  używasz? - spytał,  chcąc  zmienić  bieg  swych 

grzesznych myśli, i wsadził ręce głęboko do kieszeni.

Spojrzała na niego podejrzliwie.

- Tajemnica.
- Dlaczego?  Spodobałyby  się  mojej  sekretarce.  Claire  uniosła 

brwi.

- Ma  siedemdziesiąt  dwa  lata - dodał. - Nigdy  nie  wiem,  co  jej 

dać na Gwiazdkę.

Zaniosła  się  śmiechem.  Pomyślał,  że  z  przyjemnością  słuchałby 

tego krystalicznego dźwięku bez końca.

background image

- Nazywają  się  „Tajemnica".  Sądziłabym  raczej,  że  twoja 

sekretarka  to  wydekoltowany  wamp,  z  gracją  leżący  w  poprzek 
biurka, kiedy jej dyktujesz.

Zastanowił się chwilę.

- Od  paru  lat  już  nie  nosi  dekoltów.  Reumatyzm  łupie  ją  w 

kościach i musi się ciepło ubierać.

Claire  zachichotała  i  ich  oczy  się  spotkały.  Znieruchomiała, 

zmieszała się i uciekła spojrzeniem w bok.

- Ja nie...
- Nic nie mów - szepnął, podchodząc bliżej. Dziewczynki mogły 

lada chwila wrócić, ale była

dobra  okazja,  żeby  porozmawiać,  żeby  wszystko  wyjaśnić  i 

wyprostować.  Bezwiednie  pochylił  się  ku  niej  i  zdjął  jej  palcem 
odrobinę piany z policzka. A potem delikatnie ją pocałował.

Odsunęła się lekko, patrząc na niego spod oka.

- Nie  zapominaj,  że  nie  chcesz  się  wiązać.  Zaklął  w  duchu. 

Powiedziała to lekkim tonem,

jednak jej usta podejrzanie zadrgały.

- Wybacz. Nie chciałem, żeby  to  zaszło  tak daleko.  Roześmiała 

się krótko, ale w jej oczach nie było

radości.

- Jasno powiedziane. Dziękuję za szczerość.
- Zmiłuj się, Claire, To był błąd.
- Robisz  postępy - zadrwiła. - Teraz  okazuje  się,  że  byłam 

błędem. Idź do domu, Matthews.

- Claire,  posłuchaj... - Ale  jak  jej  to  wytłumaczyć? -

Przepraszam. Złóż to, co się stało, na karb mężczyzny oczarowanego 
piękną  kobietą,  mężczyzny, który  stracił głowę. - Położył  jej ręce na 
ramionach. - Mężczyzny,  który  teraz  się  zastanawia,  jakim  cudem 
zdołał przestać cię całować.

Kiwnęła głową z wymuszonym uśmiechem.

- Miło, że tak mówisz. I oczywiście masz rację. Żadne z nas nie 

chce się angażować. To był błąd.

To nieprawda, Claire. Oboje tego diablo chcemy i musimy o tym 

porozmawiać. Jego ręce, jakby wiedzione własną wolą, przesunęły się 
wolno, wolniutko wzdłuż jej ramion, łokci, przedramion, a kiedy ujął 
nadgarstki  i  poczuł  pod  palcami  jej  przyspieszony  puls,  zaparło  mu 
dech w piersiach. Żadna rzeczowa rozmowa nie wchodziła już w grę. 

background image

Pocałował  ją  w  policzek.  A  potem  jeszcze  raz,  niemal  platonicznie. 
Jakby  obiecywał,  że  nie  pozwoli  sobie  więcej  na  żadne  śmielsze 
poczynania.  Jednak  jego  usta  poruszyły  się  bezgłośnie,  formułując 
słowa,  których  nigdy  nie  zamierzał  mówić.  Dość  tego.  Musi  z  tym 
skończyć.

Tymczasem  jego  dłonie  schodziły  coraz  niżej,  aż  w  końcu 

zatrzymały  się  na  jej  biodrach  i  niemal  uniosły  ją,  przyciągając  do 
jego piersi. Kiedy objęła go za szyję, poczuł rozkoszną błogość.

Pragnę cię, pomyślał.

- Tak - szepnęła.

Jej oddech połaskotał go kusząco w ucho.
Czy wypowiedział swoje myśli na głos? A ona? Rzeczywistość i 

marzenia  zlały  się  w  jedno,  kiedy  poczuł  jej  biodra  na  swoich,  jej 
piersi na swoim torsie.

- Uwaga,  dziewczynki... - szepnęła  i  spojrzała  ponad  jego 

ramieniem.

Logan  obejrzał  się  szybko  i  zobaczył  przez  okno  bliźniaczki 

podchodzące  z  Fredem  pod  dom.  Z  ich  ożywionej  gestykulacji 
wywnioskował,  że  opowieść  o  domowej  katastrofie  została  nieco 
wyolbrzymiona.

Claire  w  pośpiechu  wysunęła  się  z  jego  ramion,  pośliznęła  i 

niebezpiecznie  zachwiała.  Chcąc  ją  podtrzymać,  chwycił  ją  w  pasie, 
stracił równowagę i oboje wylądowali na podłodze w morzu piany.

Przez  moment  patrzyła  na  niego  oniemiała,  a  potem  zaczęła  się 

śmiać. Jej jasny, dźwięczny śmiech wypełnił i rozjaśnił całą kuchnię. 
Kiedy dotknęła ręką jego twarzy, poczuł się, jakby brała w posiadanie 
jego serce.

- Nie  całkiem  to  mieliśmy  na  myśli - szepnęła - ale  niewiele 

brakuje.

Rozległo się trzaśnięcie tylnych drzwi i szybkie kroki - magiczny 

moment prysł.

- Równie  dobry  sposób  na  zmycie  podłogi  jak  każdy  inny -

zagrzmiał  Fred  od  progu. - Ale  macie  tu  dwie  pary  małych  rączek, 
które wam chętnie pomogą. Prawda, dziewczynki?

Claire odsunęła się szybko i wstała, otrzepując się z zaaferowaną 

miną  z  piany.  Głęboki  rumieniec  na  jej  policzkach  mówił  więcej, 
niżby chciała.

background image

Logan  zerwał  się  na  nogi  i  pocałował  ją  leciutko,  a  na  rzecz 

stojącej  w  progu  publiczności  klepnął  ją  żartobliwie  w  pośladek, 
rozpryskując  wokół  bryzgi  piany.  Fred  i  bliźniaczki  z  głośnym 
śmiechem wkroczyli do kuchni.

Logan  złapał  się  na  tym,  że  sam  też  się  uśmiecha  od  ucha  do 

ucha.

Jego  przyszłość  była  niejasna,  dryfował  w  nie  znanym  sobie 

kierunku i nie wiedział już nawet, kim teraz jest.

Samotnikiem  czy  mężczyzną  gotowym  zakochać  się  w  najmniej 

odpowiedniej kobiecie.

Więc dlaczego czuł się taki szczęśliwy?

background image

Rozdział 14
Wiatr  nadszedł  niepostrzeżenie,  jak  skradający  się  intruz. 

Delikatny  szmer  liści  na  przydomowych  topolach,  przypominający 
szum dalekiego wodospadu, niemal ukołysał Claire do snu.

Ocknęła  się  teraz  z  półdrzemki  i  usiadła  prosto  w  fotelu, 

spoglądając  na  zegarek.  Po  zażegnaniu  katastrofy  w  kuchni  Fred 
pojechał wieczorem do domu, a Logan - który został z nimi na kolacji
- poszedł  do  siebie  po  komputer  i  teczki  z  projektem.  Ale  to  miało 
miejsce prawie dwie godziny temu. Powinien już dawno wrócić.

Claire  zebrała  starannie  stos  papierów,  który  spadł  jej  z  kolan,  i 

włożyła  do  pudełka.  Sklecenie  tego,  co  znalazła,  w  sensowną  całość 
zajmie jej trochę czasu.

Wiatr  uderzył  z  nową  siłą,  wciskając  się  z  jękiem  przez  stare 

framugi, łomocząc na zewnątrz rynnami.

Rozejrzała  się  wokół:  ciemna  noc  na  zagraconym  strychu -

obrazek jak z filmów grozy albo dziecięcych koszmarów. Potrząsnęła 
głową,  odsuwając  niemądre  myśli,  wstała  i  zapaliła  światło.  Blada 
żarówka  rozświetliła  mrok.  Gdzieś  w  pobliżu  dał  się  słyszeć  odgłos 
silnika. Logan?

Przedarła  się  przez  stos  pudeł  do  małego  okienka  i  stanęła  na 

palcach.

Halogenowa  lampa  na  pralni  oświetlała  plamę  trawy  i  krótki 

odcinek  alei  wzdłuż  domków.  Dalej,  pod  targanymi  wiatrem 
drzewami,  zamigały  reflektory  samochodu.  Sądząc  z  odległości, 
musiało to być obok Sweeneyów.

Dziwni  ludzie.  Przyjeżdżali  i  wyjeżdżali  o  najróżniejszych 

porach,  taszcząc  z  sobą  jakieś  pakunki.  Siłą  rzeczy  wydawali  się 
najbardziej podejrzani z obecnych osób, choć starali się nie wchodzić
nikomu w drogę.

Claire wzięła paczkę z papierami i zeszła na dół.
Wiatr  rozhulał  się  już  na  dobre.  Gałęzie  drzew  szurały  o  ściany 

domu z chrobotliwym zgrzytem, jak kościste palce dobierające się do 
drewnianej fasady.

Z  jeziora  dochodził  groźny  pomruk  wzbierających  fal.  Kiedy 

uderzały o nadbrzeżne skały, dom zdawał się trząść w posadach.

Podeszła do okna i rozsunęła koronkowe firanki.

background image

Deszcz zalewał szyby, przez które nic nie było widać. Otworzyła 

jedną połówkę i przetarła szybę; ostre kropelki deszczu uderzyły ją w 
twarz jak kryształki lodu.

W głębi alei zamigotały czerwienią tylne światła, roztopiły się we 

mgle  i  po  chwili  znikły.  Sweeneyowie  wyjeżdżali  gdzieś - teraz,  w 
czasie burzy i blisko północy!

Kim  są  ci  ludzie,  którzy  przyjechali  podziwiać  przyrodę  nad 

brzeg pięknego, dzikiego jeziora i cały czas trzymali zasłonięte okna, 
a  na  wycieczki  wyjeżdżali  po  ciemku?  Jutro  zadzwoni  do  szeryfa  i 
spróbuje  się  dowiedzieć,  czy  nie  są  notowani  w  kartotekach 
policyjnych.

Włączyła radio i poszukała lokalnych wiadomości. Poprzez szum 

dosłyszała  tylko  kilka  słów.  Nadchodził  potężny  sztorm,  dokładnie 
tak, jak Fred przewidział. Pierwsza jesienna wichura rozpętała się już 
na dobre.

Zapowiadała się długa noc.
Po dwudziestu minutach przeglądania starych dokumentów Claire 

wstała,  ziewnęła  i  poszła  po  następną  filiżankę  kawy.  Usłyszała  za 
sobą ciche szepty i szuranie małych nóżek w kapciach.

- Wiatr strasznie hałasuje - odezwała się Annie.
- To  ten  sztorm,  o  którym  mówił  Fred - rzekła  Lissa. -

Przyszłyśmy zobaczyć, czy się nie boisz.

Claire uśmiechnęła się do dziewczynek, które stały przytulone do 

siebie, jakby chciały wesprzeć się w biedzie.

- To  tylko  trochę  deszczu  z wiatrem.  Chcecie  położyć  się  tu  na 

kanapie?

Annie skinęła główką i drżąc, objęła się rękami.

- Na górze straszy. Jakby jakieś duchy jęczały za oknem.

W odpowiedzi wiatr zawiał głośniej, a huk fal rozbijających się o 

brzeg zabrzmiał jak grzmot pioruna. Podłoga kuchni zawibrowała.

Claire objęła obie dziewczynki i przycisnęła do siebie.

- Nie  martwcie  się,  nic  nam  się  nie  stanie.  Ten  dom  stoi  tu 

bezpiecznie od pięćdziesięciu lat.

Domki  gościnne  też  widziały  już  niejeden  sztorm,  ale  ich 

mieszkańcy mogą teraz drżeć o życie.

- Chyba  pójdę  do  naszych  gości  i  zaproszę  ich  tu,  gdyby  ktoś 

wolał  posiedzieć  z  nami.  Nie  boicie  się  zostać  same  przez  chwilę? 
Zapalę wam wszystkie światła.

background image

Lissa obejrzała się niepewnie.

- Może  lepiej  pójdziemy  z  tobą.  Na  schodach  dały  się  słyszeć 

kroki.

- Ale burza! - powiedział Jason z niejakim podziwem.

Nagle  błyskawica  przecięła  niebo  i  na  moment  zalała  kuchnię 

oślepiającym światłem. Lampy zamigotały.

- Fajnie!

Dobrze, że Jason się obudził.

- Zaopiekujesz się na chwilę siostrami? Pójdę sprawdzić, jak się 

czują nasi goście.

Jason wzruszył ramionami z udaną męską nonszalancją.

- Oczywiście.

Zapaliła  wszystkie  światła  na  parterze  i  włożyła  płaszcz 

przeciwdeszczowy.

- Zaraz wracam! - rzuciła przez ramię.

Wiatr niemal wyrwał jej klamkę z ręki, kiedy otworzyła drzwi, a 

gwałtowny deszcz uderzył ją w twarz gradem ostrych igiełek.

Wzdrygnęła się, słysząc groźny szum jeziora, lecz nie bacząc na 

nic,  pobiegła  do  najbliższego  domku,  '  w  którym  paliło  się  światło. 
Zapukała i odczekała chwilę.

- Halo, jest tam kto? - ponowiła pytanie. Wiatr zerwał jej kaptur z 

głowy i deszcz cienką,

lodowatą strużką popłynął za kołnierz.
Wreszcie drzwi uchyliły się odrobinę i męski głos zapytał:

- Słucham? Czego pani szuka o tej porze?
- Straszna burza! - krzyknęła. - Może chcą państwo przeczekać ją 

u mnie w domu?

- Na  Boga,  nie!  Ja  i  moja  żona  zawsze  chcieliśmy  trafić  tu  na 

sztorm.  Lubimy  taką  pogodę.  Siedzimy  sobie  spokojnie  i  słuchamy 
fal. - Starszy  mężczyzna wyjrzał  ostrożnie  i  spytał  z  nadzieją: - Jak 
pani myśli, utrzyma się do jutra?

- Nie mam pojęcia. W każdym razie zapraszam do siebie, gdyby 

państwo zmienili zdanie.

- Te domki mają tyle lat co ja. Nie ma się o co martwić.

Claire,  przemarznięta  do  kości,  powlokła  się  do  następnego 

domku.  Sweeneyów  nie  było,  a  pani  Rogers  wyjechała  do  Duluth. 
Pozostali goście również nie wyrazili ochoty na przeprowadzkę.

background image

Najwyraźniej  cenili  sobie  uroki  żywiołu  na  równi  z  urokami 

krajobrazu.  Zazdroszcząc  im  stoickiego  spokoju,  Claire  owinęła  się 
szczelniej płaszczem i ruszyła z powrotem do domu.

Dopiero  w  świetle  błyskawic  raz  po  raz  przecinających  niebo 

dojrzała piętrzące się groźnie fale, które z hukiem rozbijały się o skały 
przy  domku  numer  sześć,  wysyłając  w  górę  niebotyczne  fontanny 
spienionej wody.

Szła  ostrożnie  przez  rozmiękły  trawnik,  ręce  jej  zgrabiały, 

skarpetki były mokre jak gąbka. Jeszcze tylko kilka kroków...

Ogłuszający huk pioruna omal nie zwalił Claire z nóg. Powietrze 

wypełnił  zapach  ozonu.  Wokół  zrobiło  się  jasno  jak  w  dzień, 
wierzchołek  wysokiej  sosny  po  drugiej  stronie  trawnika  złamał  się  z 
trzaskiem i zawisł na ułamek sekundy w powietrzu, a potem runął na
ziemię.

Światła w domu zamrugały i zgasły.
Ale  ze  mnie  mądrala,  pomyślała.  Zamiast  zakłócać  moim 

gościom spokój, powinnam była poszukać świeczek.

Podeszła  po  omacku  pod  dom,  kierując  się  mokrymi  krzakami 

wzdłuż  ścieżki.  Kolejna  błyskawica  pomogła  jej  znaleźć  stopnie  na 
ganek.

W drzwiach tkwił jakiś dziwny podłużny obiekt, poniżej którego 

powiewał  skrawek  bieli.  Mógł  tu  być  od  dawna,  a  mógł  też  zostać 
umieszczony teraz, podczas jej nieobecności.

Pomacała go trzęsącymi się rękami. Nóż. Chwyciła za rękojeść i

mocując się, wyciągnęła z drewna ostrze z przyszpiloną przemokniętą 
kartką.

To  może  być  zupełnie  niewinna  wiadomość  od  Sweeneyów,  że 

wyjeżdżają na dzień lub dwa.

Obecność noża jednak sugerowała coś innego.
Złożyła ostrożnie kartkę i wsunęła do kieszeni. W kuchni sięgnęła 

automatycznie  do  kontaktu,  zanim  uzmysłowiła  sobie,  że  przecież 
wysiadł prąd.

- Dzieci, gdzie jesteście?
- Tutaj - odezwał się cichy głosik z kanapy.

W  szufladzie  przy  zlewie  powinna  być  latarka...  O  ile  dzieci  jej 

nie zgubiły.

background image

Jej  pierwsze  doświadczenia  jako  świeżo  upieczonej  matki 

nauczyły ją, że latarki, nożyczki i taśmy klejące znikają dużo szybciej 
niż miejsca parkingowe w Nowym Jorku.

Szuflada  naturalnie  była  pusta...  Claire  wspięła  się  na  krzesło  i 

sięgnęła  po  omacku  do  półki  nad  szafkami.  Wymacała  trzy  świece  i 
lampę naftową. Zawołała Jasona do pomocy i kiedy już świece paliły 
się na stole, spojrzała bezradnie na zakurzoną lampę.

- Wiesz, co się z tym robi?

Jason  wprawnie  przykręcił  knot  i  przytknął  zapałkę.  Kuchnię 

rozjaśniło ciepłe, żółte światło.

- Brawo! - pochwaliła go.
- Drużyna  skautów - mruknął,  czerwieniąc  się  lekko  z 

zadowolenia.

- Co za szczęście, że do niej wstąpiłeś! Sama nie wiem, co bym 

bez ciebie zrobiła. No, dzieci, pora już spać!

Dopiero  kiedy  dziewczynki  położyły  się  na  kanapie,  a  Jason 

zadowolił  szezlongiem  w  salonie,  wyjęła  z  płaszcza  mokrą  kartkę  i 
nóż.

Kapujesz, paniusiu? Fora ze dwora albo inaczej pogadamy!
„Kapujesz, paniusiu?" Te słowa brzmiały jak dialog z kiepskiego 

filmu z drugorzędnymi aktorami. Claire nie wiedziała, czy śmiać się, 
czy płakać.

Ale z drugiej strony ten człowiek - czy ci ludzie - już wdarli się 

do  jej  domu,  zepsuli  pralkę  i  zabili  dla  przestrogi  tuzin  niewinnych 
nietoperzy. Nie trzeba wielkiego intelektu, żeby być niebezpiecznym.

Sięgnęła  po  telefon.  Tym  razem  szeryf  musi  dać  jej 

pierwszeństwo przed innymi sprawami.

Telefon nie działał.
Trzymała w ręku słuchawkę, rozglądając się po kuchni. Odwaga 

zaczęła ją opuszczać. Ktoś może obserwować ją zza okna, cieszyć się 
jej  rosnącym  niepokojem.  Włosy  zjeżyły  jej  się  na  karku,  ramiona 
pokryły gęsią skórką, a serce zaczęło walić jak młotem.

Gdzie się podziewa Logan?
Nie podda się strachowi. Przeszła zdecydowanym krokiem przez 

kuchnię  i  zaciągnęła  zasłony,  a  potem  jeszcze  raz  sprawdziła,  czy 
drzwi  wejściowe  są  dobrze  zamknięte.  Jest  mało  prawdopodobne, 
żeby ktoś  stał w taką pogodę na dworze i patrzył na nią przez strugi 
deszczu.

background image

Ktokolwiek  to  był,  na  pewno  chciał  czym  prędzej  uciec  przed 

burzą, zadowolony z dobrze wykonanej roboty.

Nalała sobie filiżankę letniej kawy i usiadła przy stole kuchennym 

z  pudełkiem  papierów,  które  znalazła  na  strychu.  Przykręciła  nieco 
płomień lampy, żeby światło nie przeszkadzało dzieciom, i zabrała się 
do czytania, ignorując nieprzyjemny ucisk w żołądku.

Pierwsze  teczki  pochodziły  z  biurka  Randalla.  Adwokaci  ojca 

zabrali  wszystkie  dokumenty  dotyczące  interesów,  ale  te  musieli 
przeoczyć.  Randall  był  kierownikiem  nadzoru  w  dużej  firmie 
budowlanej i  miała  teraz  przed  sobą  całe  stronice  kalkulacji, 
kosztorysy robocizny i materiałów, oraz stos rozmaitych ofert.

Gwizdnęła  cicho,  widząc  oferty  na  zabudowę  promenady  w 

centrum  miasta.  Małe  centrum  handlowe,  pięciopiętrowy  biurowiec. 
Praca  przy  takim  przedsięwzięciu  powinna  przynosić  spory  dochód, 
więc  dlaczego  mieli  zadłużoną  hipotekę?  Nawet  eleganckie,  nowe 
meble  Brooke  wzięli  na  kredyt  i  trzeba  było  je  oddać.  Ich  konto 
bankowe było niemal puste.

Ponownie  przejrzała  wszystkie  papiery,  robiąc  przy  tym  notatki. 

Nie  dostrzegła  żadnej  większej  nieprawidłowości.  Przy  ostatniej 
teczce zaczęły ją piec oczy od wczytywania się w rzędy cyfr i liter w 
przyćmionym, migotliwym świetle.

Na  dnie  pudełka  zostało  tylko  kilka  grubych,  pękatych  kopert  o 

żółtej barwie.

Przez  kuchnię  przetoczył  się  grzmot  pioruna,  szkło  w  szafkach 

zabrzęczało,  a  Gilbert  obudził  się  i  zaskomlał.  Mimo  zmęczenia 
wiedziała,  że  i  tak  nie  zaśnie,  toteż  z  westchnieniem  sięgnęła  do 
pudełka.

Jedna  z  kopert  wyśliznęła  się  jej  z  ręki  i  upadła  na  podłogę.  Ze 

środka wyjrzała biała tłoczona okładka.

Zaciekawiona  wzięła  ją  do  ręki  i  z  narastającym  podnieceniem 

otworzyła  pozostałe  koperty.  Znalazła  albumy  dzieci,  w  których 
zapisywano  ich  rozwój  od  niemowlęctwa.  Poprawiła  się  na  krześle  i 
otworzyła pierwszą książeczkę - Jasona.

Błyskawica  przecięła  niebo,  oświetlając  stół  sinym  światłem, 

domem wstrząsnął kolejny ogłuszający grzmot.

- Sullivan? - usłyszała senny głosik Annie. - Sullivan?

Claire weszła po cichu do salonu i uklękła przy kanapie.

background image

- Na  pewno  śpi  w  swoim  ulubionym  miejscu - szepnęła. -

Chcecie wrócić na górę do swoich łóżek?

Annie  usiadła  i  podciągnęła  koc  pod  brodę,  patrząc  nieufnie  na 

okno wychodzące na jezioro.

- Wolę zostać tutaj.
- Dobrze,  kochanie.  Kładź  się  i  śpij.  Sullivan  też  na  pewno 

smacznie chrapie.

Pocałowała  dziewczynkę  i  nachyliła  się  nad  Lissą,  która 

otworzyła oczy i spytała niespokojnie:

- Czy Sullivan wyszedł? Zmoknie i zmarznie na dworze. I mogą 

go porwać fale.

Claire pokręciła głową.

- Nie,  koty  nie  wychodzą  z  domu  w  taką  pogodę.  Zaszył  się 

gdzieś, zwinął w kłębek i mocno śpi.

- Jesteś pewna?
- Jak najbardziej.

Otuliła  siostrzenice,  pogłaskała  je  po  główkach  i  wyszła  na 

palcach z salonu.

Kiedy znalazła się w kuchni, zamknęła na klapkę otwór w tylnych 

drzwiach,  przez  który  mogły  wychodzić  zwierzęta,  i  zasiadła  do 
czytania.  Wytłaczane okładki  dziecięcych  albumów  obiecywały 
ekscytującą wycieczkę w przeszłość.

Z bijącym sercem wzięła najpierw książeczkę Jasona, przysunęła 

do lampy i otworzyła na pierwszej stronie.

Przy  urodzeniu  ważył  trzy  i  pół  kilo,  mierzył  pięćdziesiąt  trzy 

centymetry. Była tu zachowana na pamiątkę  plakietka  ze szpitalnego 
łóżeczka  z  jego  nazwiskiem  i  wszystkimi  danymi.  Na  sąsiedniej 
stronie  widniało  odbicie  niewiarygodnie  małej  stópki,  skulonej  i 
pomarszczonej,  zwieńczonej  maciupkimi  jak  czubek  ołówka 
paluszkami.

Pomyślała o butach numer czterdzieści trzy, które Jason zostawia 

zawsze przy drzwiach,  i poczuła ucisk serca, że ominęło ją tyle lat z 
jego dzieciństwa.

W książeczce zanotowane były jego pierwsze słowa, szczepienia, 

wyniki  badań  lekarskich.  Z  tyłu  znalazła  dużą  kopertę.  Otworzyła  ją 
trzęsącymi się rękami i wyjęła fotokopie kart szpitalnych. Jason został 
obrzezany.  Miał  grupę  krwi  AB  Rh  minus,  podczas  gdy  przy  opisie 

background image

porodu  grupa  krwi  Brooke  została  oznaczona  jako  A  Rh  minus.  Do 
Claire powróciło nagle dręczące ją pytanie.

Zamknęła oczy.
Logan - wysoki,  sprawny,  silny,  ze  zmysłowym  uśmiechem  i 

spojrzeniem,  pod  wpływem  którego  topniała.  Jason,  z  mocno 
zarysowaną  szczęką  i  wysokimi  brwiami.  Obaj  bardzo  inteligentni, 
obaj przejawiający zdolności artystyczne - Logan w swoich projektach 
architektonicznych, a Jason w kunsztownych rysunkach.

Jej podejrzenia zdawały się mieć niejakie podstawy. Data urodzin 

dopuszczała  taką  możliwość,  a  łączące  tego  mężczyznę  i  chłopca 
podobieństwo dodatkowo ją zwiększało.

Jak  by  Logan  zareagował,  gdyby  podzieliła  się  z  nim  swoimi 

domysłami?  Oszołomieniem?  Radością?  Obojętnością?  Czy  też 
wściekłością,  że nikt  mu nic nie powiedział  przez  tyle  lat?  Z drugiej 
strony, gdyby jej podejrzenia okazały się niesłuszne, czy nie zraniłaby 
go jeszcze bardziej ?

- Suuullivan!

Jej  myśli  przerwało  dobiegające  gdzieś  z  daleka  przeciągłe 

nawoływanie.  Odłożyła  album,  wzięła  lampę  naftową  i  zajrzała  do 
salonu.  Na  kanapie  leżały  zmierzwione  koce,  dziewczynki  zniknęły. 
Jason  poruszył  się  niespokojnie  na  szezlongu,  mrużąc  oczy  przed 
światłem.

- To już rano? - zamamrotał sennie.
- Do rana jeszcze daleko - szepnęła Claire uspokajająco.

Wróciła  do  kuchni.  Gdzieś  tu  musi  przecież  być  latarka.  Bez 

skutku przejrzała wszystkie szuflady, potem sięgnęła ręką na wierzch 
lodówki, macając nerwowo zakurzoną powierzchnię.

Jest!
Odstawiła  lampę  i  z  zapaloną  latarką  weszła  na  schody. 

Dziewczynki przeszukują dom, martwiąc się o głupiego kota, i mogą 
sobie w tych egipskich ciemnościach zrobić krzywdę.

Na dole trzasnęły drzwi.
Claire zawróciła na pięcie i zbiegła.

- Co  się  dzieje? - Jason  stanął  w  drzwiach  salonu,  przecierając 

oczy.

Ciężkie,  dębowe  drzwi  stały  otworem.  Zewnętrzne,  siatkowe 

drzwi,  targane  wiatrem,  waliły  o  ścianę  domu  z  głuchym  trzaskiem. 
Dziewczynki wyszły w pogoni za kotem.

background image

I były teraz na dworze w środku najgorszej burzy, jaką Claire w 

życiu widziała.

Coś jest nie w porządku.
Nie  odbierają  telefonu,  a  dzwonił  z  pięć  razy.  Było  już  po 

północy,  lecz  Logan  nie  miał  złudzeń,  że  ktoś  mógłby  spać  podczas 
takiej  nocy.  Przy  huku  fal  wznoszących  się  do  poziomu  okien  na 
piętrze i wyciu wiatru tylko umarły by się nie obudził.

Musiało się coś stać. Błyskawica wznieciła pożar albo włamali się 

bandyci.

Miał  zamiar  wrócić  do  Pine  Cliff  w  ciągu  godziny,  ale  nie 

spodziewał się, że gałąź złamanego drzewa stłucze świetlik w dachu i 
woda zaleje potopem sypialnię.

Przy  braku  prądu  osuszenie  podłogi  bez  odkurzacza  nie  było 

łatwe,  nie  mówiąc  już  o  wspinaniu  się  po  ciemku  na  stromy,  śliski 
dach, gdzie walcząc z wiatrem, musiał zakryć dziurę brezentem.

Kiedy się w końcu z tym uporał, chwycił swój komputer i teczki z 

rysunkami,  zapakował  do  wodoszczelnej  walizki  i  pobiegł  do 
samochodu.

Tuż przed maską leżał ogromny pień przewróconej sosny. Logana 

ogarnął  gorączkowy  niepokój.  Nie  mógł  czekać,  aż  droga  będzie 
wolna,  ani  aż  burza  się  uspokoi.  Nie  bacząc  na  porywisty  wiatr, 
szarpiący nim jak liściem, pobiegł w noc.

background image

Rozdział 15
Wichura uderzyła ją w twarz, siekące strugi deszczu smagnęły jak 

batem.  Niemal  oślepiona  szalejącą  burzą,  Claire  zeszła  ze  stopni 
ganku,  wołając  z  całych  sił  imiona  dzieci,  aż  zaczęło  brakować  jej 
tchu.

Odpowiadał  jej  tylko  wiatr,  jakby  naigrawał  się  z  jej  mizernych 

wysiłków. Miała teraz do odszukania całą trójkę. Jason, nie bacząc na 
nic, przemknął przez drzwi, chwytając tylko po drodze cienką kurtkę. 
Rozumiała,  że  podziela  niepokój  o  dziewczynki,  ale  tym  samym 
zwiększył jeszcze jej strach, sam narażając się na niebezpieczeństwo.

Jeden fałszywy krok, a któreś z nich może spaść ze skały. I rozbić 

się pod naporem fal tłukących o brzeg albo pójść pod wodę i utonąć w 
lodowatej głębi.

Wiatr targał nią ze wszystkich stron, niemal powalając na ziemię. 

Skuliła  się  i  z  trudem  parła  przed  siebie,  raz  po  raz  potykając  się  i 
padając na kolana. Zużyte baterie latarki dawały coraz słabsze światło.

Lampa halogenowa na pralni była ciemna, toteż drogę oświetlały 

jej tylko błyskawice.

Proszę Cię, Boże, nie pozwól, żeby im się coś stało. Boże, proszę 

Cię, proszę...

Gdy  wpadła  na  róg  jednego  z  domków,  lodowata  struga  wody 

zalała jej twarz i wleciała za kołnierz.

Idąc  po  omacku  wzdłuż  ściany  domku,  dobrnęła  do  schodów  i 

chwyciła  się  drewnianej poręczy.  Przed  nią  powinien  być pas  trawy, 
ciągnący  się  do  stromego  brzegu  porośniętego  krzakami  dzikich 
malin.  Wiodła  stąd  ścieżka  na  szeroką  granitową  półkę,  która  biegła 
pod większością domków.

Ale jeśli jest o jeden domek dalej, niż myślała, tuż przed nią może 

rozciągać się przepaść.

- Jason! Lissa! Annie!

Ledwo słyszała swój głos, ginący w wyciu wiatru. Ziemia drżała 

przy każdym uderzeniu potężnych fal. Czuła pod stopami jej wibracje.

Błyskawica  nad  jeziorem  wskazała  jej  poszukiwaną  ścieżkę. 

Claire  ześliznęła  się  po  błotnistym  brzegu.  Olbrzymie  fale  waliły  o 
skały i zalewały jej twarz lodowatym strumieniem. W świetle kolejnej 
błyskawicy  zobaczyła  skłębione  wody  jeziora  i  zarys  widmowego 
budynku na brzegu.

background image

Dzięki Bogu, jestem przy przystani. Gdzieś tu powinien być ostry 

zakręt na plażę.

- Jason! Dziewczynki!

Odpowiedział  jej huk  wiatru  i  ryk fal.  Ostrożnie  zaczęła  zsuwać 

się na dół, osłaniając się ręką przed lodowatymi bryzgami.

Niczym  znak  dany  z  nieba,  kolejna  błyskawica  rozświetliła 

ciemność, ukazując drobną postać rozciągniętą nad brzegiem wody.

Jason?
Poczuła  jednocześnie  ulgę  i  strach.  Ostre  skały  szarpały  jej 

dżinsy, wdzierały się w ciało, kiedy z mozołem torowała sobie przez 
nie  drogę,  schodząc  po  naturalnych,  wyżłobionych  przez  wodę 
stopniach.

Dotarcie  do  chłopca  zajęło  jej  wieki.  Bardzo  poruszona, 

przyklękła  nad  nim,  osłaniając  przed  naporem  fal,  i  zaczęła 
obmacywać  mu  nogi  i  plecy.  Z  trudem  powstrzymała  chęć,  żeby  go 
chwycić w ramiona.

- Jason! Słyszysz mnie?

Dreszcz wstrząsnął jego szczupłym ciałem.

- C...Claire?
- Kochanie,  jesteś  ranny?  Możesz  ruszać  rękami  i  nogami? -

Pochyliła  się  niżej,  chcąc  ogrzać  go  własnym  ciepłem,  i  spojrzała 
bezradnie  na  czarne,  rozszalałe  jezioro.  Serce  ścisnęła  jej  nagła 
trwoga. - Czy dziewczynki były z tobą? Widziałeś je?

- Nie mo... nie mogłem ich znaleźć. - Jego ciałem wstrząsnął atak 

kaszlu.

Dzięki  Bogu.  Gdyby  były  z  nim,  znalazłyby  się  niebezpiecznie 

blisko wzburzonej wody. Może przy odrobinie szczęścia udało im się 
wrócić do domu.

Jedna  z  dłoni  Jasona,  zwinięta  przy  twarzy,  zacisnęła  się  i 

rozluźniła.

- Strasznie boli mnie ręka!
- Rozumiem, kochanie. Chodźmy stąd. Możesz wstać?

Znowu  zakaszlał,  a  potem  wolno  i  nieporadnie  podniósł  się  na 

ręce i kolana.

Claire jeszcze raz wysłała w niebo modły dziękczynne i wsunęła 

mu  rękę  pod  piersi.  Jason  jęknął.  Objęła  go  w  pasie  i  pomogła  mu 
wstać.

background image

- Spróbuj zrobić kilka kroków. Na pewno ci się uda! - zachęciła 

go, przekrzykując wiatr.

Wyprostował  się,  krzyknął  głośno  i  opadł  w  jej  ramiona. 

Podpierając go swoim ciałem, zaczęła posuwać się krok za krokiem w 
kierunku  stromego  brzegu  wiodącego  do  alei.  Podejście  było 
zdradzieckie  dla  niej  samej,  nie  zdoła  go  unieść,  jeśli  nie  będzie  jej 
pomagał ze wszystkich sił.

- Jason? - Spojrzała na niego, niepewna, czy ją słyszy. - Musimy 

się tam wdrapać. Rozumiesz?

A  kiedy  już  dotrze  z  nim  do  domu,  będzie  mogła  iść  poszukać 

jego sióstr.

Zaczął  kuśtykać  chwiejnie  przy  jej  boku,  potknął się  i  znów 

krzyknął.  Błotnista  ziemia  na  stromym  brzegu  była  śliska  jak  lód, 
poorana wszędzie wystającymi kamieniami i ostrymi głazami. W dole 
piętrzyły się zalane wodą skały.

- Musimy  tu  wejść! - krzyknęła  mu  do  ucha. - Nie  ma  innej 

drogi.

Chłopiec  zadygotał  z  zimna.  Patrzył  już  nieco  przytomniej  i 

podtrzymywał  bolącą  rękę  drugą  ręką.  Wydawało  jej  się,  że  coś 
powiedział, ale nic nie usłyszała poprzez ryk fal i wycie wiatru.

Podtrzymywała go, jak mogła, i natężając wszystkie siły, ciągnęła 

go w górę zbocza.

Na trzy kroki do przodu obsuwali się jeden krok do tyłu.
Nagle  stopa  Jasona o  coś  zahaczyła i  chłopak  runął  jak długi  na 

ziemię.

- Nie mogę! - załkał. - Nie dam rady.
- Dasz radę! Już prawie weszliśmy.

Fale  podchodziły  coraz  wyżej,  zmywając  granitową  polkę  pod 

nimi.  Lodowata  ulewa  smagała  ich  bezlitośnie.  Claire  czuła,  jak 
ciałem  chłopca  wstrząsa  łkanie  i  żałowała,  że  jest  już  za  duży,  by 
wziąć go na ręce.

A gdzie są teraz dziewczynki? Ich przerażenie musi sięgać zenitu. 

Znów zwróciła się do Boga z błagalną prośbą o opiekę.

Podniosła głowę i poprzez ścianę deszczu ujrzała majaczącą na tle 

ciemnego nieba czarną sylwetkę.

- Claire! Czy coś mu się stało?

Logan! Ze szlochem wyciągnęła do niego ręce, modląc się, żeby 

to była prawda. Chwycił jej dłonie w ciepły, żelazny uścisk.

background image

- Czy Jason może iść? Potrzebne są nosze? Claire nigdy w życiu 

nie słyszała piękniejszych

słów.
Jason jest uratowany. Ona może teraz iść szukać Annie i Lissy.

- Zostały jeszcze dziewczynki! - krzyknęła. - Muszę je znaleźć!
- Mam je. Są już w domu.

Uczucie  ulgi  niemal  zwaliło  ją  z  nóg.  Długi,  przeciągły  grzmot 

zagłuszył jego odpowiedź, ale instynktownie wiedziała, że zatroszczył 
się o ich bezpieczeństwo. W ułamku sekundy zrozumiała, co powinna 
zrobić.

Logan jest człowiekiem honoru, mężczyzną, któremu można ufać. 

Dzisiaj  w  nocy  powie  mu  o  swoich  podejrzeniach  na  temat  Jasona. 
Jeśli jest jego ojcem, chłopiec będzie w dobrych rękach.

W szpitalu spodziewała się zastać tłum rannych osób i rozbiegany 

personel, tymczasem panował tu względny spokój. Po wypełnieniu nie
kończących się formularzy  i udzieleniu odpowiedzi  na tysiące pytań, 
skierowano ją do jednego pokoju lekarskiego, a Jasona do drugiego.

- Większość ludzi podczas takiej pogody nie rusza się z domu -

powiedziała  z  przyganą  pielęgniarka  z  ostrego  dyżuru,  patrząc  znad 
okularów na zadrapania na czole Claire. - Mieliście szczęście, że nic 
gorszego się nie stało.

- Jason...
- Nic  mu  nie  będzie.  Parę  minut  temu  dostaliśmy  zdjęcia 

rentgenowskie, ale nie wiem, czy lekarz zdążył je już obejrzeć.

- Powinnam być teraz przy nim!
- Zaraz pani do niego pójdzie. - Pielęgniarka cmoknęła, aplikując 

jej na rankę maść z antybiotykiem. - Jest w pokoju ortopedycznym.

- Co?! - zerwała  się  Claire  z  przerażeniem.  Zdumiona 

pielęgniarka cofnęła się o krok.

- To nic takiego. Kierujemy tam wszystkie złamania. .. to znaczy, 

pacjentów ze złamaniami.

Claire jęknęła.

- Wiedziałam, że cierpi. Musi się strasznie bać.
- Zostawiła go pani tylko na dziesięć minut. - Kobieta poklepała 

ją po  ręce. - Pani  mąż  z nim  jest.  A  dziewczynki  zostały  z Cindy  w 
recepcji.

Jej mąż! Loganowi by się to z pewnością nie spodobało.

- Muszę do niego iść.

background image

- Dobrze,  już  wszystko  w  porządku. - Pielęgniarka  odłożyła  na 

bok  swoje  akcesoria. - Po  przyjeździe  była  pani  trochę  roztrzęsiona, 
ale oprócz kilku siniaków i zadrapań, nic pani nie jest.

Claire wyszła z gabinetu i pobiegła korytarzem do pokoju, gdzie 

leżał  Jason.  Po  drodze  usłyszała  głosy  Annie  i  Lissy,  gwarzących  z 
recepcjonistką, której najwyraźniej się nudziło.

Kiedy  weszła,  Logan  kiwnął  do  niej  głową  uspokajająco  i 

odwrócił się z powrotem do Jasona i stojącego nad nim lekarza.

- Musimy  wypełnić  kilka  papierków - mówił  doktor  Olsen - a 

potem  poczekamy  sobie  spokojnie  na  chirurga.  Pewno  nie  tak 
planowałeś  spędzić  dzisiejszą  noc,  co,  chłopcze? - spytał  i  uścisnął 
lekko zdrowe ramię Jasona.

- Na  chirurga? - zmartwiła  się  Claire,  patrząc  na  kroplówkę 

stojącą przy łóżku.

Doktor  Olsen  założył  stetoskop  na  szyję  i  wziął  do  ręki  zdjęcia 

Jasona.

- Rentgen  pokazuje  złamanie  nad  łokciem.  Czasami  da  się  to 

nastawić, ale w tym przypadku może być konieczna operacja. Tak czy 
owak, trzeba będzie rękę unieruchomić.

- To brzmi poważnie! - W jej głosie zabrzmiał strach.
- To  nic  groźnego,  chociaż  martwi  mnie  spora  opuchlizna. -

Lekarz  podszedł  do  drzwi  i  ściszył  głos. - Końce  kości  są  trochę  za 
blisko arterii. Na wszelki wypadek sprawdziliśmy mu grupę krwi.

Claire chwyciła się poręczy najbliższego krzesła.

- O Boże...

Logan objął ją opiekuńczo.

- Wszystko będzie dobrze, Claire - rzekł łagodnie.
- Naturalnie - dorzucił  lekarz,  przeglądając  trzymane  w  ręku 

papiery, z których wyjął wyniki badań laboratoryjnych. - Jedzie już do 
nas jeden z najlepszych chirurgów. Zastosujemy znieczulenie ogólne, 
chłopiec  nic  nie  będzie  czuł,  a  mięśnie  zwiotczeją  i  będzie  można 
spróbować  nastawić  złamaną  kość.  Jeśli  się  to  nie  uda, 
przeprowadzimy  operację.  Jego  stan  zdrowia  jest  dobry  i  nic  nie 
wskazuje na to, żeby miał jakieś obrażenia wewnętrzne.

Claire odetchnęła głęboko  i  wypuściła  wolno  powietrze,  starając 

się zachować spokój. Gołym okiem widać było, że kocha Jasona i boi 
się  o  niego,  jakby  był  jej  własnym  dzieckiem.  Logan  czuł,  że  jego 
napięcie ustępuje. Wszystko jest pod kontrolą.

background image

- Zaraz  tu  przyjdzie  anestezjolog  i da  pani do podpisania  zgodę 

na operację, pani Matthews.

- Jestem Claire Worth, ciotka Jasona i jego legalna opiekunka.

Logan  z  lekkim  rozbawieniem  patrzył,  jak  się  zarumieniła.  Pani 

Matthews.  Nagle  przed  oczami  stanęło  mu  wspomnienie  wieczoru, 
który  spędził  z  nimi  przy  ognisku - jej  gładkiej  skóry,  lśniącej  w 
migotliwym blasku płomieni, jej cichego śmiechu...

- W  pewnym  sensie  jesteś  wyjątkowy,  mój  chłopcze - mówił 

doktor  Olsen  do  Jasona.  Zerknął  na badania  i  mrugnął  do  niego. -
Niewielu ludzi ma twoją grupę krwi.

Jason uśmiechnął się blado.

- A jaka ona jest?
- AB Rh minus.

Oczy Jasona się rozszerzyły.

- Czy to zła grupa?
- Nie, tylko rzadko spotykana.

Loganowi  serce  podeszło  do  gardła.  Odpłynął  w  czasie  i 

przestrzeni, jakby patrzył na ludzi zgromadzonych w pokoju z innego 
wymiaru.

Od pierwszej chwili, kiedy spotkał Jasona na brzegu, czuł z nim 

dziwną  więź.  I  z  każdym  dniem  coś  go  coraz  silniej  do  chłopca 
przyciągało. A teraz okazało się, że mają tę samą rzadką grupę krwi. 
Nie był to jeszcze, oczywiście, żaden niezbity dowód, ale już znacząca 
poszlaka. Zwłaszcza jeśli Brooke miała inną grupę krwi niż 0.

Spojrzał  na  Claire.  Patrzyła  jakby  poprzez  niego,  na  jej  twarzy 

malował się wyraz przerażenia i poczucie winy.

- Proszę  mi  powiedzieć,  doktorze - odezwał  się  Logan  cicho  i 

spokojnie - jak często spotyka się tę grupę krwi?

- Mniej  niż jeden  procent  populacji  ma AB  Rh  minus. - Lekarz 

przeniósł  wzrok  z  Logana  na  Claire  i  zakaszlał  dyskretnie. - Może 
lepiej chodźmy na korytarz. Jest tam w głębi mała poczekalnia.

Starając  się  zachować  zimną  krew,  Logan  podszedł  do  łóżka 

Jasona i zmierzwił mu pieszczotliwie włosy.

- Nic  się  nie  martw.  Chcemy  porozmawiać  o  specjalistycznych 

szczegółach,  które  by  cię  tylko  znudziły.  Zawsze  ciekawiły  mnie 
kwestie związane z grupą krwi. Zaraz do ciebie wrócimy.

Sam nie wiedział, jak mu się udało mówić normalnym tonem, bo 

wściekłość niemal go rozsadzała. A więc Worthowie posunęli się i do 

background image

tego.  Myślał,  że  najgorsze,  co  go  mogło  z  ich  strony  spotkać,  to 
bezpardonowy  atak  wiele  lat  temu,  z  wykorzystaniem  wszystkich 
wpływów i pieniędzy.

A tymczasem popełnili coś znacznie gorszego. Ukradli mu syna. I 

sądząc z miny Claire, ona doskonale o wszystkim wiedziała.

Kiedy  znaleźli  się  na  korytarzu,  Claire  zwróciła  się  cicho  do 

lekarza:

- Pan  Matthews  był  pierwszym  mężem  mojej  zmarłej  siostry. 

Istnieje  podejrzenie,  że  może  być  ojcem  Jasona.  Czy  może  pan 
przeprowadzić badania, które dałyby odpowiedź?

- No  cóż,  owszem. - Olsen  obrzucił  Logana  badawczym 

spojrzeniem. - Możemy  zrobić  jutro  testy  DNA,  jeszcze  zanim 
wypiszemy chłopca  ze szpitala. Oczywiście,  musimy pobrać od pana 
próbkę krwi.

Logan skinął krótko głową.

- Im szybciej, tym lepiej. Jaką pewność daje taki test?

Doktor Olsen ściągnął usta.

- Może  wykluczyć  ojcostwo,  jeśli  dwa  lub  więcej  testów  da 

wynik  negatywny.  Jeśli  testy  się  pokryją,  prawdopodobieństwo 
ojcostwa  sięga  przeszło  dziewięćdziesięciu  dziewięciu  procent. 
Wypiszę odpowiednie polecenie i zostawię w pokoju pielęgniarek.

Z tymi słowami odszedł i zostawił ich sam na sam.
Z  całym  spokojem  obróciła  sytuację  w  zwykłą  konieczność 

ustalenia  faktów,  pozbawioną  jakichś  głębszych  emocji,  pomyślał 
Logan. Z zamkniętego wyrazu jej twarzy można by sądzić, że rozważa 
zakup  kolejnego  pakietu  akcji.  Nie  widać  było  po  niej  ani  śladu 
skruchy.

- To mój syn, prawda? - stwierdził sucho.
- Naprawdę  nie  wiem.  W  ciągu  ostatniego  tygodnia  sama 

zaczęłam się nad tym zastanawiać. - Zmarszczyła czoło  i zaczęła się 
bawić bransoletką. - Nie mam żadnego dowodu.

Logan zaśmiał się ironicznie.

- Daj spokój, Claire. To chyba nie jest dla ciebie żadna rewelacja.
- Co?

Powstrzymał  chęć,  żeby  walnąć  pięścią  w  ścianę,  i  bezsilnie 

zacisnął dłonie.

- Ty  i  twoja  rodzina  musieliście  mieć  niezłą  zabawę,  chowając 

ten sekret przede mną przez tyle lat.

background image

Zbladła.

- Naprawdę tak uważasz?
- Twój  ojciec  i  siostra  zrobili  zasłonę  dymną  z  fałszywych 

oskarżeń podczas rozwodu. Teraz wiem, dlaczego chcieli się mnie jak 
najszybciej pozbyć.

- Masz źle w głowie!
- Taak... Trzeba mieć źle w głowie, żeby oczekiwać elementarnej 

uczciwości od rodziny, która nie zna takiego pojęcia. - Przysunął się 
do niej tak blisko, że musiała cofnąć się o krok. - Jeśli Jason naprawdę 
jest  moim  synem,  to  odebraliście  mi  wszystkie  chwile  z  jego 
dzieciństwa,  których  już  nie  odzyskam.  Ma  trzynaście  lat,  a  ja  go 
prawie nie znam.

W oczach Claire zapalił się gniew.

- Nic jeszcze nie wiadomo. A nawet badania DNA kryją w sobie 

margines błędu.

- Brooke i ja rozstaliśmy się w lutym. Kiedy dokładnie się Jason 

urodził?

- Pod koniec września, dokładnie dwudziestego trzeciego.
- Więc to by się zgadzało, prawda?
- Na to wygląda...
- Czy dlatego dostałem sądowy zakaz zbliżania się do Brooke? -

Logan  przeszedł  parę  kroków  po  korytarzu  i  wrócił  do  Claire. - Nie 
było  takiej  potrzeby,  możesz  mi  wierzyć.  Nie  miałem  najmniejszej 
ochoty  oglądać  jej  więcej  na  oczy,  więc  czemu  twojej  rodzinie  tak 
zależało na tym zakazie?

- Miałam  wówczas  czternaście  lat,  Matthews - żachnęła  się 

Claire. - Nie  wtajemniczano  mnie  we  wszystkie  szczegóły.  Może 
Brooke się bała dalszych kontaktów.

- Jedyna rzecz, jakiej się kiedykolwiek bała, to że puści jej oczko 

w pończosze. - Zajrzał Claire w twarz. W jej oczach migotał gniew, a 
zęby  były  zaciśnięte. - Boże  drogi,  uwierzyłaś  we  wszystko,  co  ci 
naopowiadano!

- Brooke była moją siostrą.
- Co nie znaczy, że była zawsze z tobą szczera. Jak mogłaś być 

tak naiwna?

- Wyszła  powtórnie  za  mąż  zaraz  po  waszym  rozwodzie.  Jason 

może być synem tamtego.

background image

- To  prawda,  ale  przyjrzyj  mu  się  bliżej  i  powiedz,  że  w  to 

wierzysz.

- Brooke nie ukrywałaby przed tobą prawdy przez tyle lat!

Uśmiechnął się z goryczą.

- Naprawdę nie zastanawia cię ani trochę, w jaki sposób wierna, 

niewinna żona może złapać drugiego męża w przeciągu tygodnia?

- Ja nie...
- Wydoroślej, Claire. Spróbuj sama ocenić fakty,
- Jeśli  Jason  jest twoim  synem,  to powinieneś był się  domyślić, 

że Brooke może być z tobą w ciąży.

- Nie w tym rzecz, czy mam zdolności nadprzyrodzone, tylko w 

tym,  dlaczego  nikt  mi  nic  nie  powiedział.  Brooke  wiedziała,  twoja 
rodzina  musiała  wiedzieć.  Jej  nowy  mąż  nie  mógł  być  aż  tak  głupi. 
Miałem prawo znać prawdę.

Claire spojrzała mu prosto w oczy i powiedziała cicho:

- Może Brooke obawiała się twojego wpływu na dziecko.

Logan zrobił długi, głęboki wdech. A potem jeszcze jeden, żeby 

pohamować  wściekłość.  Wtedy  przed  laty  wiedział,  że  Brooke 
opowiada  rodzinie  bajki,  by  zapewnić  sobie  wsparcie  ojca.  Teraz 
myśl, że Claire nadal w to wszystko wierzy, zakłuła go prosto w serce.

- Nigdy nie tknąłem jej palcem.
- Ale obraźliwe słowa i zdrada też bolą - odparowała.

Dobrze  o  tym  wiedział.  Tyle  że  to  on  obrywał  ciosy,  a  nie  jej 

ukochana  siostra.  Po  piekle  upokorzenia  w  sądzie,  kiedy  nie  potrafił 
odeprzeć niesprawiedliwych  zarzutów, i po stracie połowy Pine Cliff 
poprzysiągł  sobie,  że  nigdy  więcej  nie  znajdzie  się  bez  środków  na 
obronę.

Ta  przysięga  dała  mu  najlepszą  motywację  do  kontynuowania 

nauki  i  uczyniła  z  niego  najpilniejszego  studenta  na  ostatnim  roku 
architektury.

- To  więcej  niż  prawdopodobne,  że  Jason  jest  moim  synem -

oznajmił  zimno. - Kiedy  już  będę  miał  dowód,  wystąpię  do  sądu  o 
legalne prawo do opieki. - Zignorował ból w jej oczach. - Ty i twoja 
rodzina zabraliście mi już dość z jego życia.

- Wierzę,  że  możesz  być  jego  ojcem - przyznała  Claire  wolno, 

patrząc mu prosto w twarz - ale przysięgam, że do dziś nic o tym nie 
wiedziałam. Nikt z nas nie wiedział.

background image

Jasne,  pomyślał  Logan,  dusząc  się  z  wściekłości.  Nic  nie 

wiedziałaś, dopóki nie zostałaś przyłapana.

Korytarz  szpitalny,  spowity  zimnym  blaskiem  jarzeniówek,  nie 

był  zbyt  przytulny.  Dziewczynki  zwinęły  się  na  brązowej,  obitej 
skajem kanapie i zapadły w niespokojny sen. Claire siedziała obok na 
krześle, nie spuszczając wzroku z drzwi sali operacyjnej.

Jej  mięśnie  zaprotestowały,  kiedy  wstała  otulić  siostrzenice,  a 

potem  usiadła  z  powrotem,  sama  narzucając  sobie  koc  na  plecy.  Od 
dwudziestu minut trzęsła się jak galareta, ale najcieplejszy koc nie był 
w stanie rozgrzać jej skutego lodem serca.

Logan  siedział  sam  na  drugim  końcu  korytarza.  Ani  razu  nie 

spojrzał  w  jej  stronę.  Z  boku  wyglądał  jak  nieruchomy,  marmurowy 
posąg.  Twarz  jeszcze  ją  paliła  po  ostatnim nienawistnym spojrzeniu, 
jakie jej rzucił, zanim rozeszli się każde do swojego kąta, jak bokserzy 
przed walką.

W  uszach  ciągle  słyszała  jego  oskarżycielskie  słowa:  „Dobrze  o 

wszystkim wiedziałaś!"

Ani przez chwilę nie chciał uwierzyć, że zaczęła coś podejrzewać 

dopiero niedawno i że zamierzała mu o tym powiedzieć. Nie powinna 
jednak  się  teraz  rozczulać  nad  swoim  złamanym  sercem.  Skutki  tej 
sytuacji najbardziej odbiją się na Jasonie i jego siostrach.

Dziesięć  minut  później  w  drzwiach  sali  pokazali  się  chirurg  i 

anestezjolog; ich ściągnięte maski wisiały pod brodą. Claire wstała na 
miękkich nogach, ledwo panując nad zdenerwowaniem.

- Pani Worth? - Chirurg podszedł do niej, masując sobie kark. -

Jason  ma  się  dobrze.  Musieliśmy  się  trochę  pogimnastykować,  ale 
udało  nam  się  nastawić  złamanie  bez  operacji.  Chłopiec  odpoczywa 
teraz w sali pooperacyjnej.

Wyciągnęła do niego rękę, czując obezwładniającą ulgę.

- Dziękuję bardzo. Kiedy można go zabrać do domu?
- Zatrzymamy  go  do  rana. - Chirurg  przytrzymał  przez  chwilę 

dłoń  Claire  i  uśmiechnął  się,  dodając  jej  otuchy. - Jego  ręka  była 
mocno  spuchnięta  i  jest  cała  posiniaczona.  Pielęgniarka  będzie 
zaglądać do niego w nocy i dawać mi znać, czy wszystko w porządku.

- A gdyby był jakiś problem?
- Może trzeba będzie zmienić opatrunek, ale to prosty zabieg.
- Wszystko poszło dobrze?

background image

Logan  podszedł  z  tyłu;  jego  głos  wprawił  ją w  drżenie,  jego 

ciepły oddech połaskotał ją w kark jak pieszczota.

Chirurg skinął głową.

- Przez jakiś czas będzie unieruchomiony, ale wyjdzie z tego bez 

szwanku.

Lekarze  odeszli,  spierając  się  o  wyniki  najbliższego  meczu 

futbolowego. Claire odwróciła się do Logana.

- Zostanę z nim na noc.
- Nie,  ja  zostanę. - Podniósł  rękę,  powstrzymując  jej  protest. -

Dziewczynki  będą  lepiej  spać  we  własnych  łóżkach.  I  myślę,  że 
należy mi się trochę czasu z nim sam na sam.

Był tak zły i rozgoryczony, że nie warto było wszczynać dyskusji.

- Dobrze - powiedziała w końcu po długim wahaniu. - Wrócę po 

niego rano.

- Nie.

Przestraszona,  zrobiła  krok  w  stronę  Logana  i  dotknęła  jego 

ramienia.

- Nie mamy jeszcze żadnego dowodu. Nie powinieneś...
- Sam ci go jutro przywiozę. - Jego policzek drgnął. - Nie musisz 

się  martwić.  W  przeciwieństwie  do  twojej  rodziny,  mnie  można 
zaufać.

W  jego  oczach  zabłysł  gniew,  kłykcie  palców  zaciśniętych  na 

oparciu krzesła pobielały. Ale wiedziała, że dotrzyma słowa.

- Nie o to chodzi. Jestem teraz jego matką. Powinnam z nim być. 

Chcę z nim być.

Odszedł parę kroków i gwałtownie odwrócił się ku niej.

- Ja  nigdy  nie  mogłem  z  nim  być,  kiedy  mnie  potrzebował, 

prawda? Masz choćby blade pojęcie, jak to smakuje?

Słowa  uwięzły  jej  w  gardle  na  dźwięk  rozpaczy  w  jego  głosie  i 

widok bólu w oczach. Jedna noc. Tyle może mu ofiarować.

- W porządku. Kiedy przyjdą wyniki badań, będziemy wiedzieć, 

na czym stoimy.

- Myślę, że zawsze to wiedziałaś. - Zmierzył ją pełnym pogardy 

wzrokiem. - Dobrze się bawiłaś moim kosztem?

Wciągnęła głęboko powietrze w płuca i policzyła do dziesięciu.

- Przyrzeknij  mi,  że  nic  mu  nie  powiesz,  dopóki  nie  będziemy 

mieć całkowitej pewności.

background image

- Nigdy nie zrobiłbym nic, co by go mogło skrzywdzić. Ale jeśli 

testy  okażą  się  pozytywne,  będę  o  niego  walczyć.  Wpływ  twojej 
rodziny to ostatnia rzecz, jakiej pragnąłbym dla swojego syna.

Te słowa uderzyły ją jak smagnięcie w twarz.

- Biologiczne  ojcostwo  jeszcze  nie  robi  cię  tatusiem,  Logan.  I 

wcale nie jestem taka pewna, czy twój wpływ byłby najwłaściwszy z 
możliwych.

Odwróciła  się  i  zajęła  dziewczynkami.  Kiedy  otulała  je  kocem, 

poczuła  ukłucie  w  sercu  na  myśl  o  przyszłości.  Jeśli  Logan  zostanie 
jedynym prawnym opiekunem Jasona i weźmie go do siebie, dla jego 
sióstr  będzie  to  straszny  cios.  Nie  zasługiwały  na  to,  aby  w  swoim 
krótkim życiu stracić jeszcze jedną najbliższą osobę.

Upewniwszy  się,  że  jest  im  ciepło,  z  ciężkim  sercem  poszła  do 

pokoju  chłopca  czekać,  aż  go  przywiozą  z  sali  pooperacyjnej.  Jest 
tylko  jedno  rozwiązanie.  Jeśli  Logan  okaże  się  jego  ojcem,  muszą 
utrzymywać przyjacielskie stosunki. A najlepiej wspólnie sprawować 
opiekę. Jason jest potrzebny swoim siostrom, a one są potrzebne jemu.

Gdyby  Logan  się  na  to  nie  zgodził,  będzie  z  nim  walczyć  w 

sądzie.  Nie  ma  rzeczy  ważniejszej  niż  rodzina.  Choćby  miało  ją  to 
kosztować ostatniego centa, nie pozwoli rozdzielić rodzeństwa.

background image

Rozdział 16
Markiz  de  Sade  byłby  pewnie  zadowolony.  Nawet  on  nie 

wymyśliłby czegoś równie niewygodnego.

Logan  ze  złością  odrzucił  koc  i  przez  chwilę  walczył  z  pokusą, 

żeby wystawić szpitalną leżankę za drzwi. Przez pół nocy nadaremnie 
starał  się  na  niej  ułożyć,  ale  była  zdecydowanie  za  krótka,  a  jej 
szczebelki wrzynały mu się w ciało.

Zapewne  jej  konstrukcja  była  specjalnie  tak  pomyślana,  żeby 

zniechęcić  gości  do  pozostawania  tu  dłużej  niż  jedną  noc,  chyba  że 
wynajmą sobie masażystkę. Z drugiej jednak strony, natłok myśli i tak 
nie dałby mu zasnąć.

Rozmasował  zdrętwiałą  nogę  i  pokuśtykał  do  łóżka  Jasona, 

przysiadając  na  brzegu.  Śpiący  chłopiec  wyglądał  tak  młodo,  tak 
bezbronnie. Jego syn. Logan delikatnie pogładził go po policzku.

Jak będzie się czuł, kiedy badania wykażą, kto naprawdę jest jego 

ojcem?  Położył  mu  rękę  na  ramieniu  i  zamyślił  się  nad  jego 
ewentualną  reakcją.  Może  się  poczuć  zagubiony.  Może  uznać,  że 
matka go zdradziła, a prawdziwy ojciec porzucił.

Podszedł do okna i oparł się o zimny, marmurowy parapet. Jason 

był wychowany w normalnym domu, z siostrami i obojgiem rodziców. 
Tworzyli prawdziwą rodzinę.

Coś,  czego  Logan  nigdy  nie  miał.  Do  diabła,  nie  znał  nawet 

swojego ojca. Co może wiedzieć o sprawowaniu pieczy nad dziećmi? 
Claire  ma  rację.  Dawno  zapomniana  chwila  namiętności  nie  czyni 
jeszcze z niego prawdziwego taty.

Skrzyżował  ręce  na  piersi  i  czując  w  sercu  dziwną  pustkę,  wbił 

wzrok w fotografię Jasona z Brooke, stojącą na stoliku nocnym. Jason 
uparł się, żeby zabrać ją do szpitala, najwyraźniej traktując jako coś w 
rodzaju talizmanu.

To, że Brooke była zdolna do takiego egoistycznego i okrutnego 

oszustwa,  nawet  go specjalnie  nie  dziwiło. To, że jej rodzina  stanęła 
za nią i zrobiła wszystko, by ukryć prawdę, też wynikało z ich natury. 
Ale że Claire potrafiła tak go zwodzić, nie mieściło mu się w głowie...

Pomyślał  o  tych  paru  chwilach,  kiedy  trzymał  ją  w  ramionach. 

Mógłby przysiąc, że odwzajemnia jego pragnienia. W jej oczach lśniło 
szczere uczucie.

Szczere, akurat.

background image

Umiała  udawać  głębokie  zaangażowanie,  nie  czując  ani  śladu 

wstydu,  że  trzyma  przed  nim  w  tajemnicy  jego  ojcostwo.  Jest  tak 
samo  dwulicowa  jak  jej  siostra.  Ta  myśl  jątrzyła  go  niczym  rana  i 
ścinała mu serce lodem.

Nie dopuści, aby miała sprawować choćby częściową opiekę nad 

jego  dzieckiem,  bez  względu  na  to,  co  Brooke  zażyczyła  sobie  w 
testamencie. Tym razem stać go na wynajęcie najlepszych prawników.

Podszedł ponownie do łóżka Jasona i pogłaskał go po włosach.

- Jestem tu z tobą, synku - szepnął. - Gdybym wiedział, zawsze 

byłbym przy tobie. Nie wiem, co zrobić z bliźniaczkami, ale ciebie nie 
oddam nikomu z rodziny Worthów.

Jason  nie  otworzył  oczu,  kiedy  usłyszał  szept  Logana.  Nie 

poruszył się ani nie wydobył głosu.

Ręka  go  bolała  i  co  chwilę  się  budził.  Chciał  wezwać 

pielęgniarkę, ale kręciło mu się w głowie i czuł się osłabiony. Kiedy 
już  sięgał  do  dzwonka,  coś  go  powstrzymało.  Może  myśl  o 
strzykawce, a może czyjaś obecność w pokoju.

Mimo  zamkniętych  oczu  wiedział,  kto  to  jest.  Poznał  go  z 

pomocą szóstego zmysłu albo ze sposobu, w jaki gość się poruszał -
cicho  i  zwinnie.  Zresztą  podświadomie  nie  była  to  dla  niego 
niespodzianka.

Ale  wyszeptane  przez  Logana  słowa  uderzyły  go  jak  obuchem i 

obudziły  w  nim  falę  wspomnień.  Jego  ojciec  nigdy  nie  był  taki  jak 
ojcowie jego kolegów; nigdy nie grał z nim w piłkę, nie mocował się 
na podłodze, nie dopingował go w zawodach. Zresztą, nieczęsto się na 
nich  zjawiał.  I  nigdy  nie  był  z  niego  zadowolony.  Znów  zabrzmiały 
mu w uszach znajome słowa: „Głupi dzieciak... cholerny bękart..."

W jego sercu zapaliła się iskierka nadziei. Gdyby Logan był jego 

ojcem...

Ale głos Logana brzmiał gniewnie, a jego słowa nie wróżyły nic 

dobrego.  Chce  go  odebrać  Claire?  Zamierza  rozdzielić  go  z 
dziewczynkami? Zakręciło mu się w głowie. Jego myśli poszybowały 
gdzieś i rozpłynęły się we mgle, wątek zaczął się zacierać... To tylko 
sen, tylko sen...

Ale to nie był sen.
Z  jakichś  powodów  Logan  był  zły  na  Claire  i  chciał  go  zabrać. 

Czy może to zrobić na siłę? Jason poczuł skurcz przerażenia.

background image

To prawda, że z początku omijał ciotkę szerokim łukiem, ale była 

teraz jego rodziną. Potrzebował  jej, tak samo jak jego siostry. Nigdy 
nie  chciał  jej  opuszczać.  Spod  zaciśniętej  powieki  spłynęła  mu  na 
poduszkę duża łza.

I  nie  mógł  jej  opuścić,  nawet  gdyby  chciał.  Zwłaszcza  teraz, 

zwłaszcza  dopóki  nie  zapewni  rodzinie  bezpieczeństwa.  Tym  razem 
muszę coś zrobić, powiedział sobie z wściekłością.

Ponieważ dotąd nie kiwnął nawet palcem, jego rodzice nie żyją, a 

życie sióstr i Claire jest zagrożone. Zaniknął oczy i zaczął się gorąco 
modlić.

Nagle przypomniał sobie pewne mroźne popołudnie zeszłej zimy. 

Jazdę  po  oblodzonych  ulicach  i  mały  bank  na  przedmieściu 
Minneapolis. Bank, do którego matka nigdy przedtem nie zachodziła.

Otworzył  oczy  i  pomyślał  o  fotografii  w  ramce  przy  łóżku  i  o 

słowach, z którymi mu ją dała:

„Pilnuj jej dobrze, kochanie. Znaczy dla mnie więcej, niż możesz 

przypuszczać".

Logan  krążył  niespokojnie  wokół  każdej  pielęgniarki,  która 

wchodziła do Jasona tej nocy, patrząc jej na ręce i śledząc każdy ruch, 
kiedy  sprawdzała  jego  stan.  Mimo  zapewnień,  że  wszystko  jest  w 
najlepszym porządku, wyobrażał sobie szereg komplikacji, jakie mogą 
zajść, i nim nadszedł ranek, czuł się skrajnie wyczerpany.

Obolały,  z  piekącymi  oczami,  wymknął  się  wziąć  prysznic  w 

łazience  przy  poczekalni  dla  rodziców.  Strumień  zimnej  wody 
odświeżył go i przywrócił do życia.

Kiedy  wrócił  do  pokoju,  Jason  już  nie  spał  i  siedział  w  łóżku 

wsparty o wezgłowie, z unieruchomioną ręką ułożoną na dodatkowej 
poduszce. Na kołdrze stała taca ze śniadaniem.

Chłopiec spojrzał na Logana badawczym wzrokiem.

- Jeszcze pan tu jest - na wpół spytał, na wpół stwierdził tonem 

niemal oskarżycielskim. - Gdzie Claire?

- Wzięła  dziewczynki  do  domu,  żeby  się  mogły  wyspać,  a  ja 

zostałem z tobą.

Jason spuścił wzrok i zaczął grzebać łyżką w talerzu owsianki.

- Mój  tata  nigdy  ze  mną  nie  zostawał - wyznał  w  końcu  z 

opuszczoną  głową. - Prawie  nigdy  nie  było  go  w  domu.  Ale  mimo 
wszystko to był mój tata.

- Gdy podniósł wzrok, w jego oczach zalśniły łzy.

background image

- Prawda?

Logan  nie  miał  pojęcia,  co  powiedzieć.  Nie  teraz!  Nie  miał 

jeszcze  dowodu.  Ale  przestrach  i  zmartwienie  na  twarzy  chłopca 
domagały się odpowiedzi, i to uczciwej.

- Miał  to  szczęście,  że  mógł  być  twoim  ojcem  pod  każdym 

względem, który się Uczy - rzekł Logan ostrożnie.

Po policzku Jasona spłynęła łza.

- Mama i tata często się kłócili. Słyszałem, co mówią - mruknął 

niewyraźnie. - Od dawna się tego domyślałem.

- Domyślałeś się?

Jason popatrzył na niego z buntem w oczach.

- Uważał, że jestem nic niewart, że nie jestem jego synem.

Logana  przeszył  ból,  gdy  usłyszał  tę rewelację.  Ból  połączony  z 

dominującym poczuciem pewności i radości.

- Tak mówił?

Jason skinął głową ze spuszczonym wzrokiem.

- Nie  mówił  tego  przy  mamie.  Przeciwstawiała  mu  się  nawet, 

kiedy... - Głos mu zamarł. - Dla dziewczynek był lepszy.

Nie  musiał  nic  dodawać,  aby  Logan  zrozumiał,  jak  wyglądało 

życie Jasona i Brooke u boku tego człowieka. Długoletni gniew i żal 
odeszły  w  niepamięć,  pozostało  tylko  słodko - gorzkie  wspomnienie 
kobiety,  którą  niegdyś  kochał,  i  bezsilna  wściekłość  na  mężczyznę, 
który ją źle traktował i krzywdził jej dziecko.

Zaklął  pod  nosem.  Jest  już  za  późno,  żeby  Randall  mu  za  to 

zapłacił, ale może teraz przynajmniej wynagrodzić krzywdy synowi.

- A więc, myśli pan, że jest pan moim ojcem? - Jason wzruszył 

niedbale ramionami, jakby go to niewiele obchodziło, lecz zdradzał go 
łamiący się chwilami głos.

Logan  przysiadł  na  brzegu  łóżka  i  wziął  go  za  rękę,  szukając 

właściwych słów.

- Gdybyś  był  moim  synem,  byłbym  najszczęśliwszym 

człowiekiem na świecie.

- Ale myśli pan, że tak może być?
- To nie jest dobra pora, aby o tym mówić. Cierpienie i tęsknota 

w  oczach  Jasona  nie  pozwoliły  mu  tak  tego  zostawić.  Dobry  Boże, 
spraw, aby to była prawda.

- Byłem pierwszym mężem twojej mamy - dodał ostrożnie. - Ale 

rozwiedliśmy się, zanim ty się urodziłeś.

background image

Jason wyprostował się na łóżku, chroniąc złamane ramię.

- Jest pan architektem i projektuje piękne domy.
- Dziękuję.
- Ja też dużo rysuję.

Logan  przypomniał  sobie  wystawę  wymyślnych  szkiców 

piórkiem na ścianie w jego sypialni, i poczuł przypływ dumy.

- Wiem, widziałem twoje rysunki.
- Obaj mamy falujące włosy.
- Tak, ale...
- I taki sam kosmyk sterczący nad czołem.
- Tak, ale mnóstwo ludzi...
- A Claire mówi, że jest pan jeszcze bardziej uparty niż ja.

Logan zdusił uśmiech.

- Naprawdę?
- Pewno pan myśli, że tak mówię, bo mój tata nie żyje. Ale to nie 

dlatego. - Pociągnął  nosem  i  wziął  głęboki  oddech,  jakby  próbował 
zapanować  nad  sobą,  ale  po  policzku  spłynęła  mu  łza. - Zawsze 
chciałem mieć tatę, który kochałby  mnie takiego, jaki jestem. - Wbił 
wzrok w obandażowaną rękę. - I chciałbym. .. chciałbym, żeby to był 
pan.

Logan objął go ostrożnie, żeby nie urazić go w ramię, i wciągnął 

w  nozdrza  jego  zapach,  żałując,  że  nie  da  się  odrobić  wszystkich 
straconych lat. Potem wstał i podszedł do parapetu, ślepy na widok za 
oknem, targany burzą uczuć.

Był  pewien,  że  testy  DNA  wykażą  jego  ojcostwo.  Serce  nie 

mogło  go  aż  tak  mylić.  Ale  z  tą  pewnością  przyszło  też  dojmujące 
uczucie  straty.  Nigdy  nie  trzymał  Jasona  w  ramionach  jako  dziecka, 
nie widział, jak stawia pierwsze kroki, nie słyszał pierwszych słów.

- Jeśli  to  pan  jest  moim  ojcem,  to  będę  musiał  rozstać  się  z 

rodziną?

- Co?

Logan z powrotem przysiadł na krześle obok łóżka Jasona.

- Słyszałem, jak pan mówił, że nie odda mnie Worthom.
- Ładne kwiatki - mruknął Logan. - Myślałem, że śpisz.
- Nie  mogę  opuścić  sióstr.  Lissa  i  Annie  mnie  potrzebują.  A 

Claire... - Jason zawahał się, szukając wzrokiem oczu Logana. - Musi 
mi pan pomóc.

- Zrobię wszystko, co będę mógł.

background image

- Wiem, kto prześladuje Claire. Muszę coś zrobić, bo zginie tak 

samo jak moja mama. Może mnie pan zawieźć do Minneapolis?

Claire  chodziła  po  kuchni  tam  i  z  powrotem,  za  każdym  razem 

zatrzymując  się  przy  oknie  wychodzącym  na  podjazd.  Dziewczynki 
spały  do  późna,  a  teraz  oglądały  w  salonie  kreskówki.  Paru  gości 
zdążyło  już  wyjechać,  Fred  wstąpił  po  swoją  listę  zadań  na  bieżący 
dzień, a Igor jakimś cudem znów pojawił się pod lodówką.

Przez  całą  noc  co  godzinę  dzwoniła  do  szpitala  z  pytaniem  o 

zdrowie  Jasona  i  wiedziała,  że  lekarz  wypisał  go  do  domu  już  pół 
godziny  temu.  Jak  długo  może  trwać  droga  powrotna?  Dwadzieścia
minut? Trzydzieści?

Czyżby Logan zabrał go do siebie?
Ze swojego ulubionego  miejsca pod zlewem Gilbert łypał na nią 

jednym okiem, śledząc jej wędrówkę od ściany do ściany.

Nie  powinnam  była  go  zostawiać,  wyrzucała  sobie,  czując 

wzrastający niepokój.

Gilbert uderzył ogonem o podłogę.

- Jeszcze pięć minut i zadzwonię na policję - mruknęła.

Gilbert  odsłonił  zęby  w  głupkowatym  psim  grymasie  i  łupnął 

ogonem jeszcze mocniej.

Claire westchnęła.

- Masz rację, to głupi pomysł. Ale gdzie oni się podziewają?

Zadzwonił telefon. Chwyciła słuchawkę niemal w locie i zamarła 

na dźwięk głosu Logana.

- Claire, musisz być bardzo ostrożna. Słyszysz mnie? Nie pozwól 

dziewczynkom nigdzie wychodzić i zamknij drzwi na klucz.

- Gdzie jesteś? Gdzie Jason?
- Nie  martw  się,  wszystko  w  porządku.  Wychodzimy  z  biura 

szeryfa i niedługo powinniśmy być w domu.

Rozłączył się, zanim zdążyła odpowiedzieć:
Co oni robili w biurze szeryfa?
Siedziała  przy  stole  kuchennym,  trzymając  w  ręce  słuchawkę,  z 

której  wydobywał  się  tym  razem  głos  ojca.  Słuchała  go  jednym 
uchem, co chwilę zerkając w stronę okna. Logan z Jasonem powinni 
być tu lada chwila.

Ojciec wygłaszał jedną ze swoich tyrad na temat konieczności ich 

powrotu  do  cywilizacji,  ale  jego  słowa  docierały  do  niej  jak  przez 
mgłę.

background image

Na dźwięk zatrzymującego się samochodu wstała i podbiegła do 

drzwi.

- Jason! Jakiś ty blady! - Pocałowała go w policzek. - Nie jesteś 

głodny? Jak twoja ręka? - Zniżyła głos i zwróciła się do Logana. - Co 
się stało?

- Claire,  co  się  tam  dzieje? - dobiegł  ją  poirytowany  głos  z 

słuchawki.

W pierwszej chwili chciała ją rzucić na widełki, ale westchnęła z 

rezygnacją i powiedziała:

- Wrócił Logan i przy wiózł Jasona, tato. Muszę już kończyć.
- Pozwoliłaś Jasonowi z nim wyjść? Miarka się przebrała, Claire. 

Jadę do was.

- Tato, zadzwonię później.
- Wynajmę  samolot  do  Duluth,  a  stamtąd  jakiś  samochód. 

Powinienem być w Pine Cliff wczesnym wieczorem.

Tylko nie to. Ręka Claire zastygła nad telefonem.

- Dzisiaj?
- Mam poważne obawy o moje wnuki.

Byle  nie  teraz.  Trudno  o  gorszy  moment.  Logan  pokręcił  wolno 

głową, dając jej znak, żeby zniechęciła ojca do przyjazdu.

- Umówmy się lepiej na przyszły tydzień. Będziemy mieć więcej 

czasu, żeby.

- To  nie  jest  wizyta  towarzyska,  Claire.  Wzruszyła  bezradnie 

ramionami, wiedząc, że nic nie odwiedzie ojca od raz podjętej decyzji.

- Wolisz  zatrzymać  się  z  nami  czy  w  jednym  z  domków?  Boję 

się,  że  nasz  dom  nie  jest  jeszcze  całkiem  gotowy  do  przyjmowania 
gości.

- Daj mi domek - warknął.
- Dobrze. I posłuchaj, ojcze - dodała, przybierając stanowczy ton.

- Nic  złego  się  tu  nie  dzieje.  Nie  musisz  przyjeżdżać.  Ale  skoro  już 
będziesz,  to  porozmawiamy  sobie  szczerze  na  temat  małżeństwa 
Logana i Brooke, bo nie miałeś racji w swoich sądach. Postaram się, 
żeby Logan przyszedł do nas na kolację.

Po raz pierwszy w życiu usłyszała, że jej ojciec się zająknął.

- Do diabła, Claire, sama nie wiesz, co robisz - wybąkał.
- Mylisz  się,  tato.  Nareszcie  wiem,  komu  wierzyć.  Najwyższy 

czas wyjaśnić sobie parę spraw, nie sądzisz?

background image

Pan  Worth  się  wyłączył.  W  słuchawce  odezwał  się  głośny, 

buczący  dźwięk.  Odłożyła  ją  z  powrotem  na  widełki  i  spojrzała  na 
Logana ze znużonym uśmiechem.

- Miła rodzinka, prawda? Jason cofnął się niepewnie.
- Może  lepiej  pójdę  do  siebie  na  górę - zaproponował, 

podtrzymując  zdrową  ręką  obandażowane  ramię. - Jeśli  chcecie 
porozmawiać?

- Zostań, ciebie to także dotyczy - uśmiechnął się do niego ciepło 

Logan. - Chyba  że  jesteś  zmęczony.  Chcesz  się  położyć?  Dać  ci 
proszek przeciwbólowy?

Jason  pokręcił przecząco  głową  i  usiadł  przy stole,  kładąc  chorą 

rękę na blacie.

Logan odwrócił się do Claire.

- Czy to wszystko mówiłaś do ojca na serio?
- Oczywiście.

Nauczyła  się  ufać  Loganowi  i  oddała  mu  serce.  Miała  tylko 

nadzieję,  że  on  nigdy  się  tego  nie  dowie.  Zakochała  się  w  jedynym 
mężczyźnie,  który  nie  mógł  odwzajemnić  jej  uczuć,  który  został  tak 
głęboko  zraniony  przez  jej  rodzinę,  że  nigdy  jej  tego  nie  wybaczy. 
Jego ostre słowa w szpitalu dobitnie o tym świadczyły.

- Przepraszam  za  wszystko,  co  ci  zrobiliśmy,  za  wszystko  co 

przez nas straciłeś.

Jednym  krokiem  znalazł  się  przy  niej,  chwycił  ją  za  ramiona  i 

zwrócił  twarzą  ku  sobie.  Oczy  miał  ciemne  jak  toń  jeziora,  a  głos 
chrapliwy.

- Nie  ruszę  się  stąd,  dopóki  się  wszystko  nie  wyjaśni.  Nasza 

sytuacja, sytuacja Jasona, a także to, co się stało z twoją siostrą.

Claire zesztywniała.

- Z Brooke?
- Ale  najpierw  potrzebuję  twojej  zgody  na  wzięcie  Jasona  do 

Twin Cities. Wieczorem będziemy z powrotem.

- Chcesz wyjaśniać sprawy w Twin Cities?
- To  ważne,  Claire.  Jason  wie,  gdzie  Brooke  zostawiła  pewne 

dokumenty, ale nie może sobie przypomnieć nazwy banku... Nie jest 
nawet pewien, w jakiej to było dzielnicy, ale ma nadzieję, że rozpozna 
to przedmieście, kiedy się znajdzie  na  miejscu. Ty i dzieci będziecie 
narażeni  na  niebezpieczeństwo,  dopóki  nie  przygwoździmy  Hanka  i 
Buzza. Jason złożył już odpowiednie oświadczenie przed szeryfem.

background image

- Ale dzisiaj? Jason ledwo wyszedł ze szpitala! I jego ręka...
- Nic mu nie będzie, daję słowo. To dla niego lepsze niż bezsilne 

tłuczenie  się  po  domu,  a  jeśli  tylko  zauważymy  jakieś  niepokojące 
objawy, zawiozę go z powrotem do szpitala.

- Ale...
- Nie  obstawałbym  przy  tym,  gdyby  to  nie  było  ważne.  Jeśli 

pojedziemy  od  razu,  może  zdążymy  znaleźć  ten  bank  jeszcze  przed 
zamknięciem. Mamy klucz do depozytu.

- Jason miał klucz?

Logan  podszedł  do  drzwi  i  wyciągnął  z  torby  oprawioną 

fotografię Jasona i Brooke.

- Przypomniał sobie, że matka kazała mu ją zachować na zawsze 

i  pilnować  jak  oka  w  głowie.  Klucz  był  pod  oprawką  ramki.  Jest  na 
nim  numer  skrytki,  ale  nie  ma  nazwy  banku,  więc  nie  możemy  go 
zidentyfikować.

- Ale  żeby  dostać  się  do  skrytki,  trzeba  chyba  mieć 

upoważnienie?

Logan skinął głową.

- Kiedy  znajdziemy  właściwy  bank,  zadzwonimy na  policję  w 

Minneapolis.  Mogą  się  z  tobą  skontaktować  jako  z  prawnym 
wykonawcą  testamentu  Brooke.  Przynajmniej  będziemy  wiedzieć, 
gdzie szukać dowodów.

Sięgnął  do  tylnej  kieszeni  dżinsów  i  wyjął  niewielką,  brązową 

kopertę. Brooke napisała na niej adres Claire i krótką notkę:

Jeśli  mi  się  coś  stanie,  daj  to  cioci  Claire  i  powiedz  jej,  gdzie 

pojechaliśmy kupić ci sportową kurtkę. Będzie wiedziała, co robić.

Claire opadła na krzesło obok Jasona i objęła go ramieniem.

- Dobry Boże.
- Nasi starzy przyjaciele, Buzz i Hank, na pewno czują, że grunt 

pali im się pod stopami. Szeryf wypisał nakaz aresztowania i obiecał 
patrolować  Pine  Cliff,  ale  nie  może  trzymać  ich  w  areszcie  bez 
żadnych dowodów.

- Jason, kochanie, jesteś pewien, że wytrzymasz taką podróż?

Jason zrobił zaciętą minę.

- Muszę  wytrzymać.  Mogłem  uratować  mamie  życie,  ale  się 

bałem. To wszystko moja wina!

Logan przysunął krzesło i usiadł z drugiej strony.

background image

- To  nieprawda.  Twoja  mama  i  tata  zginęli  w  wypadku 

samochodowym.

- To  nie  był  wypadek - zaprotestował  chłopiec  gwałtownie. -

Pewnej nocy przyszli do nas jacyś mężczyźni i jej grozili. Powiedzieli, 
że  ma  materiały,  które  mogą  posłać  ich  wszystkich  do  więzienia,  i 
chcieli,  żeby  je  oddała.  Mówili,  że  ją  zabiją,  jeśli  nie  posłucha. 
Byłem... byłem na górze, ale wszystko słyszałem.

Claire poczuła szloch w gardle.

- Widziałeś tych ludzi?
- N...nie. Mama i tata strasznie się pokłócili, kiedy tamci wyszli, 

bo  mama  chciała  iść  na  policję.  Tata  się  domyślił,  że  musiałem 
wszystko słyszeć.  Powiedział  mi, że są w poważnych  tarapatach i że 
bez względu na to, co zajdzie, mam siedzieć cicho. Jeśli szepnę choć 
słowo  i  policja  się  dowie,  to  jego  wspólnicy  dopadną  mnie  i 
bliźniaczki. Dwa dni później mama i tata nie żyli.

- Kochanie, nie mogłeś temu zaradzić.
- Powinienem  był  zawiadomić  policję - powiedział  Jason 

łamiącym się głosem. - Trzeba było nie słuchać ojca.

Claire  przytuliła  go  mocniej  i  podniosła  mu  drugą  ręką 

podbródek, zaglądając w oczy.

- Wszystkie  plany  zostały  ustalone  już  wtedy,  tamtej  nocy.  Nie 

czuj się odpowiedzialny za coś, na co nie miałeś wpływu.

Jason umknął wzrokiem w bok.

- Ja...  Ja  wiedziałem,  że  ci  ludzie  się  tu  kręcą i  czegoś  szukają. 

Myślałem,  że  to  znajdą  i  dadzą  nam  spokój.  Sam  otworzyłem  parę 
pudeł na strychu, żeby im to ułatwić.

Claire uścisnęła go uspokajająco.

- Niedługo będzie po wszystkim. Logan wstał.
- Szeryf obiecał pilnować okolicy, zanim wrócimy.
- No więc jedźcie. Tylko bądźcie ostrożni. - Serce jej się ścisnęło, 

kiedy Logan z Jasonem wyszli na ganek. - Kocham was obu - dodała 
cicho.

Ich jednak już nie było.

background image

Rozdział 17
Stała  w  drzwiach,  kiedy  wracali,  a  w  momencie,  gdy  samochód 

wjeżdżał  na  podjazd,  biegła  już  w  ich  stronę.  Gdy  Jason  wysiadł, 
przygarnęła go natychmiast do serca.

Logan  patrzył  na  chłopca - na  swojego  syna - zamkniętego  tak 

bezpiecznie w jej ramionach i czuł, jak spływa na niego błogi spokój, 
jak ten widok niczym kojący balsam goi jego rany.

Claire  spojrzała  na  niego  badawczo  ponad  głową  siostrzeńca 

ciemnymi, wilgotnymi oczami.

- Jak wam poszło? Wszystko się udało?
- Dzięki Jasonowi. - Logan objął chłopca ciepłym spojrzeniem. -

Jak się czujesz, bohaterze?

- Jestem  wykończony - przyznał  Jason  i  wyswobodził  się 

delikatnie z jej ramion. - Idę do łóżka. Czy dziadek już przyjechał?

- Jego  samolot  wylądował  jakiś  czas  temu,  ale  musi  tu  jeszcze 

dojechać samochodem. Ty i dziewczynki zobaczycie się z nim rano. -
Claire dotknęła jego czoła. - Nie masz gorączki? Nie boli cię ręka?

- Wszystko  w  porządku,  Logan  dał  mi  proszek  przeciwbólowy 

jakąś godzinę temu.

- No to śpij dobrze, kochanie. - Pocałowała go w policzek. - Tak 

się cieszę, że wróciliście cali i zdrowi.

Kiedy Jason zniknął w domu, zwróciła się do Logana:

- Opowiedz mi wszystko.

Ukrywała  swój  strach  przed  siostrzeńcem,  ale  teraz  jej  głos 

wyraźnie drżał.

- Jason przypomniał sobie, gdzie kupował z matką nową kurtkę, 

rozpoznał  sklep  motocyklowy  na  rogu  i  obok  znaleźliśmy  ten  bank. 
Brooke wynajęła tam skrytkę kilka miesięcy przed śmiercią.

- Nigdzie nie było o tym wzmianki.
- Nie chciała zostawiać żadnego śladu na papierze, żeby jej mąż 

się nie dowiedział.

Claire wstrząsnęła się z obrzydzeniem.

- Okropny człowiek.
- Zostawiła do ciebie list razem z taśmą z nagranymi rozmowami 

telefonicznymi,  fotokopiami  ofert  i  kontraktów,  i  całym  plikiem 
faktur.  Dość  materiału dowodowego,  żeby  zamknąć  w  więzieniu 
Randalla  i  jego  kolesiów - wraz  z  Hankiem  i  Buzzem - na  dobrych 
kilka  lat.  Robili  malwersacje  na  wielką  skalę:  oszustwa  budowlane, 

background image

podstawianie gorszych materiałów, lewe rachunki. Wyłudzili ogromne 
pieniądze od stanu Minnesota i szeregu prywatnych przedsiębiorstw.

Spojrzała na niego z niedowierzaniem.

- Przecież Randall i Brooke byli bez grosza, kiedy zginęli.
- Myślę,  że  niektóre  plany  Randalla  zaczęły  się  sypać  i  cała 

szajka  wpadła  w  panikę.  Zaczęły  się  przekupstwa,  łapówki,  kto  wie, 
co jeszcze. Inspektorzy śledczy będą tu mieli pole do popisu. - Logan 
zniżył  głos. - Opierając  się  na  zeznaniach  Jasona,  policja  uważa,  że 
Brooke i Randall mogli zostać zamordowani.

Claire zesztywniała.

- O Boże, nie! - Jej oczy napełniły się łzami. - Brooke nie mogła 

mieć  z  tym  nic  wspólnego.  Sprawy  finansowe  stanowiły  dla  niej 
czarną magię. Nie wiedziała nawet, co to jest książeczka czekowa.

- Była w pułapce. Kiedy Randall się pogrążał, wciągał ją z sobą. 

Musisz przeczytać jej list.

- Gdzie są teraz te dowody?
-

Zawartość  skrytki  oddaliśmy  policji.  Wydali  nakaz 

aresztowania dla wszystkich, którzy byli w to zamieszani. Zatrzymali 
już Hanka i Buzza, którzy naprawdę nazywają się: Gerald Thompkins 
i Willie Black.

- To te dwa zbiry były tu w Pine Cliff. A ja nie miałam pojęcia, o 

co  im  chodzi!  Co  by  było,  gdyby  zrobili  coś  dzieciom? - Głos  jej 
zadrżał i zacisnęła powieki.

- Willie  Black  już  wszystko  zdążył  wyśpiewać.  Te  głuche 

telefony  to  była  ich  sprawka,  a  także  splądrowany  strych  i  zepsuta 
pralka. On i Thompkins zabili te nietoperze. Chcieli cię przestraszyć i 
zmusić do ucieczki.

Claire zmarszczyła brwi.

- Szeryf  twierdził,  że  zostali  wypuszczeni  za  późno,  żeby  to 

zrobić.

- Wygląda  na  to,  że  źle  zapisano  godzinę  ich  zwolnienia.  W 

biurze  szeryfa  mieli  braki  personalne  i  ktoś  musiał  zrobić  błąd. 
Adwokat, który wpłacił za nich kaucję, był zamieszany w całą aferę i 
skłamał, że zabrał ich z sobą z powrotem do Twin Cities.

- Masz ten list od Brooke? Logan sięgnął do tylnej kieszeni.
- Pozwolili mi zrobić fotokopię, ale zatrzymali oryginał.

Claire uśmiechnęła się blado.

background image

- Pewno  musiałeś  użyć  mocnych  argumentów,  żeby  dostać  tę 

kopię.

Logan wzruszył ramionami.

- Tak czy owak, dali się przekonać. - Podał jej list i popatrzył na 

nią z głębokim współczuciem, dodając cicho: - Strasznie mi przykro. 
Wiem, jak ci musi być ciężko.

- Chodźmy  do  domu,  przeczytam  przy  świetle.  W  kuchni 

przycisnęła list do piersi i zamknęła na chwilę oczy, mobilizując siły. 
Potem  opadła  na  krzesło  i  przebiegła  szybko  wzrokiem  zapisaną 
kartkę. Powolnym ruchem opuściła ją na kolana.

- Brooke bała się iść na policję - szepnęła. - Randall groził jej i 

dzieciom, jeśli nie odda mu dowodów.

Logan wziął jej rękę i przytrzymał w dłoniach.

- Kiedy  Brooke  się  zbuntowała,  inni  uznali,  że  ona  i  jej  mąż 

stanowią  zagrożenie,  zwłaszcza  kiedy  odmówiła  wydania  papierów. 
W  jej  dokumentach  znajdują  się  nazwiska  wielu  wpływowych  ludzi, 
którzy  za  żadną  cenę  nie  chcieli  być  zamieszani  w  tę  sprawę,  nie 
mówiąc już o pójściu do więzienia.

Claire podniosła list i przeczytała na głos ostatni akapit.
Mam  nadzieją,  że  pojechałaś  z  dziećmi  do  Pine  Cliff,  Claire. 

Zarządca  wspomniał,  że  Logan  buduje  obok  dom.  Będziesz 
bezpieczna, mając go za sąsiada. Nie zasługiwał na to, co go spotkało. 
Jason  jest  jego  synem  i  będą  zawsze  żałować,  że  mu  o  tym  nie 
powiedziałam.  Spróbuj  mu  to  jakoś  wynagrodzić,  proszę.  Może 
powinnaś mu wyznać prawdę? Zrobiłam w życiu wiele błędów i mogę 
już nie mieć czasu tego naprawić. Powiedz moim dzieciom, że zawsze 
będę je kochać.

Brooke
Claire wygładziła ręką kartkę, jakby chciała w ten sposób poczuć 

łączność z siostrą.

- Czytałeś cały list? - spytała, podnosząc oczy na Logana. Skinął 

głową. - Czy Jason już wie, że jesteś jego ojcem?

- Domyślił  się  tego  w  szpitalu,  ale  nie  czytał  listu.  Logan 

przełknął  ślinę.  Następne  zdanie  było  najtrudniejsze,  jakie  mu 
przyszło w życiu wygłosić.

- Pomyślałem,  że  do  ciebie  należy  decyzja,  kiedy  z  nim 

porozmawiać i ile powinien wiedzieć.

Claire odchyliła się w krześle i spojrzała na niego zdumiona.

background image

- Powinien znać prawdę.
- Dziękuję. - Logan  zawahał  się,  szukając  słów. - Przepraszam 

cię za to, co powiedziałem w szpitalu. Moje oskarżenia były pochopne 
i  niesłuszne. - Wziął  głęboki  oddech. - Nie  będę  występował  o 
przyznanie mi wyłącznej opieki nad Jasonem.

Claire nie wierzyła własnym uszom.

- Co?
- Zgodzę  się  na  wspólną  opiekę,  na  prawo  do  wizyt;  adwokaci 

opracują  odpowiednie  porozumienie.  Chłopiec  potrzebuje  stałego 
domu, kochającej rodziny. Ciebie i swoich sióstr.

Oczy Claire zabłysły łzami.

- Naprawdę tego chcesz? - spytała cicho. - I to ci wystarczy?
- Chcę tego, co będzie najlepsze dla dzieci i dla ciebie.

Gdy zachwiała się, podskoczył, żeby ją podtrzymać.

- Dobrze się czujesz? Uśmiechnęła się przez łzy.
- Doskonale.

Na  zewnątrz  dał  się  słyszeć  warkot  silnika.  Claire  podeszła  do 

okna.  Była  blada  i  wyglądała  krucho  jak  porcelanowa  figurka,  lecz 
wyprostowała się mężnie, jakby zbierała wszystkie siły.

- Mój ojciec przyjechał.

Razem  podeszli  do  drzwi,  by  go  przywitać,  lecz  Logan  jeszcze 

nigdy w życiu nie czuł się tak samotny.

background image

Rozdział 18
Nalała  trzy  filiżanki  kawy  i  postawiła  przed  nimi.  Jej  ojciec, 

dziwnie  zagubiony,  poruszył  się  niespokojnie  na  krześle  i  rozluźnił 
krawat. Z dala od swojego imperium, którym rządził żelazną ręką, nie 
był już tak onieśmielający.

Może też dlatego, że wreszcie wyzwoliła się spod jego wpływu.
Omijając  wzrokiem  Logana,  pan  Worth  rozejrzał  się  po  salonie. 

Jego wzrok padł na dużą kopertę na stole. Claire podsunęła ją w jego 
kierunku.

- To fotografie. Pokręcił głową.
- Nie teraz.
- Czemu nie, obejrzyj je. To piękne zdjęcia północnego wybrzeża 

w  świetle  księżyca. - Zdobyła  się  na  blady  uśmiech. - Para  moich 
gości dała mi je dziś rano przed wyjazdem. Nawet nie wiedziałam, że 
Sweeneyowie  zajmują  się  fotografowaniem  przyrody.  Wyjeżdżali  i 
przyjeżdżali  o  najróżniejszych  porach  i  w  pewnym  momencie 
podejrzewałam, że mogą mieć jakiś związek z naszymi kłopotami.

- Z waszymi kłopotami?

Po błysku oka odgadła, co zaraz nastąpi.

- Zanim  coś  powiesz,  chcę,  żebyś  wiedział,  że  ja  i  dzieci  tu 

zostajemy. Nic tego nie zmieni - oświadczyła bez ogródek.

Starszy pan gwałtownie wstał.

- Nie opowiadaj  bzdur, Claire. Masz teraz określone  obowiązki. 

Musisz powrócić do Nowego Jorku. Dzieci potrzebują...

- Wiemy o Jasonie - przerwała mu spokojnie. Patrzył na nią przez 

dłuższą chwilę bez słowa.

- Nie  mogłaś  zostawić  tego  w  spokoju,  co?  Logan  zaklął  pod 

nosem.

- Tylko tyle ma pan nam do powiedzenia, panie Worth? Pańskie 

wtrącanie  się  przyniosło  więcej  złego  niż  dobrego.  Randall  nie  lubił 
Jasona i wciągnął pańską córkę w...

- Przestań - powiedziała Claire. - Obaj przestańcie. Tato, siadaj. 

Jest  wiele  spraw,  o  których  nie  wiesz,  i  najwyższy  czas,  żebyś  się 
dowiedział.

Dwie godziny i sześć kaw później sięgnęła przez stół i wzięła ojca 

za  rękę.  Jego  plecy  nie  były  już  tak  dumnie  wyprostowane  jak  w 
momencie, gdy wkraczał do domu.

background image

- Robiłeś,  co  uważałeś  za  najlepsze - oznajmiła  spokojnie - ale 

teraz  nadszedł  czas  prawdy.  Loganowi  należy  się  wyjaśnienie  i 
przeprosiny od naszej rodziny. Moje słowa ubolewania w tej sytuacji 
nie wystarczą.

Worth westchnął ciężko.

- Kiedy  Brooke  uciekła  z  Loganem,  czułem  się  załamany. 

Powinna była wyjść za mąż za kogoś na stanowisku, kto zapewniłby 
jej  odpowiedni  standard  życiowy.  Związek  ze  studentem  bez  grosza 
przy  duszy  był  najgłupszą  rzeczą,  jaką  mogła  zrobić.  Kiedy  na 
dodatek oświadczyła, że jest nieszczęśliwa, a Logan poślubił ją tylko 
dla pieniędzy, wpadłem w furię. - Spojrzał na swego byłego zięcia po 
raz  pierwszy  podczas  tego  wieczoru. - Każdy,  kto  skrzywdził  moją 
córkę,  a  ponadto  próbował  dostać  się  przez  nią  do  mojej  kieszeni, 
zasługiwał na nauczkę.

- Kochałem  pańską  córkę  i  nigdy  o  nic  pana  nie  prosiłem -

odparował  Logan. - Jedyne, czego chciałem, to  mieszkać z nią tu, w 
Pine  Cliff.  Ale  ona  spotkała  kogoś  innego,  kto  według  niej  mógł  jej 
dać o wiele więcej niż ja.

Worth ze smutkiem potrząsnął głową.

- Zawarła  drugie  małżeństwo,  zanim  wysechł  atrament  na  jej 

papierach  rozwodowych.  A  ten  drań natychmiast  stanął  u  moich 
drzwi,  żądając  wsparcia  dla  swoich  szalonych  pomysłów. 
Powiedziałem  mu,  że  nigdy  nie  dostanie  ani  centa  i  wtedy  po  raz 
ostatni ich widziałem. Próbowałem wiele razy...

- Randall  był  bezwzględnym,  brutalnym  człowiekiem - rzekła 

Claire. - Był  niedobrym  mężem  dla  Brooke  i  niedobrym  ojcem  dla 
dzieci. Logan kochałby swojego syna całym sercem, ale odebrałeś mu 
tę szansę.

Worth  wstał  ciężko,  jego  twarz  pociemniała.  Wbił  wzrok  w 

fotografię Brooke i Jasona, leżącą na blacie.  W końcu podniósł  oczy 
na Logana.

- Zawsze  starałem  się  chronić  moją  rodzinę.  Może  za  bardzo. 

Myślałem, że postępuję słusznie, izolując od ciebie Jasona. Ale moje 
uprzedzenia i duma sprawiły, że dopiero tej jesieni poznałem własne 
wnuki,  a  może  nawet  doprowadziły  do  śmierci  Brooke.  Gdybym 
zgodził się poprzeć projekty Randalla... - Głos mu się załamał. - Nie 
oczekuję przebaczenia. Sam sobie nigdy nie przebaczę.

Odwrócił się i powlókł do wyjścia.

background image

- Który  domek? - spytał  szorstko,  patrząc  na  przegródki  z 

kluczami.

Claire podeszła szybko i położyła mu rękę na ramieniu.

- Poczekaj,  tato.  Musimy  skończyć  rozmowę.  Nawet  na  nią  nie 

spojrzał.

- Daj mi klucz.

Spełniła jego prośbę i bez słowa patrzyła, jak podchodzi do drzwi. 

Może jutro powrócą do rozmowy i wszystko sobie szczerze wyjaśnią.

- Chwileczkę. - Logan wstał od stołu i ruszył w ich kierunku. - Z 

powodu  pańskich  machinacji  straciłem  dzieciństwo  mojego  syna. 
Gdyby  nie  moje  spotkanie  z  Claire,  mógłbym  nawet  nie  wiedzieć  o 
jego istnieniu. Brak mi słów, żeby wyrazić, co czuję.

- Bardzo...  bardzo  mi  przykro. - Oczy  Wortha  zasnuła  mgła. -

Sam straciłem dziecko.

Głos Logana złagodniał.

- Jason  już domyślił  się  prawdy  i  mam nadzieję,  że  od  tej pory 

będzie częścią mojego życia. Nie chcę, żeby czuł się rozdarty między 
pańską rodziną a mną, albo żeby musiał wybierać. - Wyciągnął rękę i 
spojrzał Worthowi w oczy. - Czas puścić przeszłość w niepamięć, nie 
sądzi pan?

Worth  wahał  się  tylko  przez  ułamek  sekundy,  potem  pochwycił 

rękę Logana i mocno uścisnął.

- Myliłem się co do ciebie - powiedział tylko i wyszedł szybko na 

dwór.

Jego  krok  był  mniej  pewny  niż  zwykle,  a  sylwetka  mocno 

przygarbiona.

- Powinnam go była zatrzymać w domu - mruknęła Claire.

Logan  podszedł  do  mej  z  tyłu  i  położył  jej  ręce  na  ramionach. 

Stężała pod wpływem jego dotyku, a po jej ciele przeszły ciarki.

- Twój ojciec potrzebuje chwili samotności. Zobaczycie się jutro.

Obróciła  się  w  ramionach  Logana  i  ogarnęła  wzrokiem  jego 

twarz,  mocny  zarys  brody  i  uśmiech  w  kąciku  ust,  który  zawsze  ją 
zniewalał.

W myślach jednak wciąż słyszała ból w jego głosie i ostre słowa 

wypowiedziane  w  szpitalu,  które  przekreślały  wszelkie  nadzieje  na 
przyszłość.

Powiedział, że zostawi jej opiekę nad synem, ale nie powiedział, 

że zostanie z nimi.

background image

I  trudno  się  dziwić,  zważywszy  na  wszystko,  co  zaszło  w 

przeszłości.

Zamknęła  powieki  i  zobaczyła  przed  sobą  długie  lata,  podczas 

których  będzie  go  widywać  tylko  poprzez  Jasona.  A  każde  takie 
spotkanie będzie jak sól na otwarte rany.

Patrzyła  na  jego  szlachetne  rysy,  na  oczy  ocienione  ciemnymi 

rzęsami,  i  marzyła,  żeby  wsunąć  palce  w  jego  gęste,  kasztanowe 
włosy i przyciągnąć jego twarz do swoich ust.

Na tę  myśl dreszcz  przeszedł jej po  skórze i serce ścisnęło  się z 

żalu.  I  nagle,  w  ułamku  sekundy,  uświadomiła  sobie,  że  jego  oczy 
pociemniały jak niebo przed burzą.

Pociemniały z pożądania.

- Pójdziesz  ze  mną? - szepnął, jego głos  zawibrował  Claire pod 

skórą.

Salon  zawirował  jej  w  oczach  i  dopiero  po  chwili uzmysłowiła 

sobie,  że  Logan  porwał  ją  w  ramiona  i  niesie  po  schodach  na  górę. 
Wtuliła  twarz  w  zagłębienie  na  jego  szyi  i  wciągnęła  w  nozdrza 
zapach  jego  wody  kolońskiej  i  subtelną,  charakterystyczną  woń 
sandałowego mydła.

Na piętrze  poszedł  prosto  do  jej sypialni,  zamknął  cicho  drzwi  i 

przekręcił klucz. Jego  twarz zawisła  tuż nad jej twarzą,  ciemne oczy 
płonęły ogniem.

- Pragnę cię - powiedział, muskając ustami jej czoło. - Bardzo cię 

pragnę.

Patrzył  na  nią  spod  rzęs  i  nie  wypuszczając  jej  z  ramion, 

delikatnie  postawił  na  podłodze.  Czuła  przy  sobie  jego  ciepło,  jego 
muskularne,  silne  ciało,  gotowe  do  miłości.  Jego  roziskrzony  wzrok 
pociągał ją z magnetyczną siłą. Ręce Logana wolno zsunęły się z jej 
ramion i zaczęły wędrować wzdłuż pleców.

- Chcę  cię  widzieć  całą  w  świetle  księżyca - powiedział 

urywanym szeptem, a jego przyspieszony, gorący oddech owionął jej 
szyję.

Pod  jego  palcami  znikały  kolejne  części  jej  garderoby,  a  jego 

niecierpliwe  usta  całowały  zachłannie  każdy  odsłonięty  kawałek  jej 
skóry, aż stanęła przed nim naga i drżąca.

- To  niesprawiedliwe - wyjąkała  z  trudem  i  sięgnęła  do  jego 

koszuli,  lecz  w  przeciwieństwie  do  pewnych  i  opanowanych  ruchów 

background image

Logana,  jej  ręka  drżała  tak  bardzo,  że  nie  była  w  stanie  rozpiąć  ani 
jednego guzika.

- Pozwól - powiedział.

Nie  wypuszczając  jej  z  objęć,  drugą  ręką  zaczął  z  męczącą 

powolnością  rozpinać  pierwszy  guzik,  wyciskając  na  jej  wargach 
gorący pocałunek. Przesunął czubkiem języka po krawędzi jej zębów, 
a ona z westchnieniem rozchyliła usta i poddała się jego zaborczości. 
Pocałunek  trwał  i  trwał,  aż  Claire  zakręciło  się  w  głowie.  Erotyczny 
taniec jego języka rozpalał ją do granic wytrzymałości.

- Proszę cię... - szepnęła, marząc, żeby zedrzeć z niego koszulę, 

rzucić  go  na  podłogę  i  zasypać  gradem  dzikich,  bezwstydnych 
pieszczot, poczuć jego ciało na swoim, dać upust narastającej z każdą 
chwilą namiętności.

On  jednak  odsunął  ją  lekko  i  patrząc  w  oczy,  wolną  ręką 

przeszedł do następnego guzika, a potem bez pośpiechu do kolejnego. 
W końcu koszula została rozpięta.

Claire  z  westchnieniem  zagłębiła  palce  w  jedwabiste, 

kędzierzawe włosy na jego torsie; pod dłonią czuła, jak bije mu serce, 
a pierś wznosi się z każdym oddechem. Czubkiem palca powiodła po 
ciemnej linii niknącej w rozpięciu dżinsów, a kiedy mięśnie skurczyły 
mu  się  pod  wpływem  jej  dotyku,  poczuła  przypływ  dumy  ze  swojej 
kobiecej władzy.

Położyła mu ręce na ramionach i zacisnęła je lekko na barkach, a 

potem zsunęła mu z pleców koszulę, która opadła na podłogę.

- O Boże... - szepnęła.

Patrzył na nią, jak z zachwytem bada wzrokiem i dotykiem jego 

ciało,  i  kącik  ust  uniósł  mu  się  w  uśmiechu.  Objął  ją  i  pociągnął 
delikatnie  na  łóżko  okryte  ażurową  narzutą  i  oświetlone  wstęgą 
świetlistej  poświaty,  wpadającej  przez  okno.  Potem  pochylił  się  nad 
nią  i  dotknął  ustami  jej  ust;  zaczął  pieścić  ją  językiem,  a  jego  ręka 
miękko i łagodnie wędrowała po jej ciele. Opuszkami palców obwiódł 
jedną pierś, a potem drugą, z tak kuszącą obietnicą rozkoszy, że Claire 
wygięła  się  ku  niemu,  jakby  prosząc,  by  nie  przestawał.  Jego  ręka 
zeszła niżej, do pępka, a potem jeszcze niżej...

Claire  krzyknęła  i  oplotła  go  nogą,  chcąc  przyciągnąć  bliżej, 

chcąc poczuć na sobie jego ciężar, chcąc poczuć go w sobie.

- Nie spiesz się tak, kochanie, bo to nie potrwa długo - szepnął jej 

do ucha.

background image

Kiedy poczuła jego gorący oddech na karku, po krzyżu przebiegły 

jej rozkoszne dreszcze, a palce nóg same się skuliły.

- Chcę trzymać cię w ramionach. - Obwiódł językiem brzeżek jej 

ucha. - Chcę pieścić każdy zakamarek twojego ciała.

Pocałował  ją  w  zagłębienie  pod  uchem,  a  potem  w  szyję  i 

powiódł ustami dalej, do linii włosów na karku.

Claire  zamknęła  oczy,  delektując  się  każdą  chwilą, starając  się 

zapamiętać  wszystkie  doznania,  żeby  zachować  je  sobie  na  później. 
Ale  wkrótce  ogarnął  ją  taki  pożar  zmysłów,  że  nie  mogła  już  dłużej 
czekać.

I  chociaż  chciała  zachować  w  pamięci  każdy  szczegół,  poddała 

się całkiem i  bez  reszty fali upojenia, słodkiemu szaleństwu, jakie ją 
wzięło we władanie. To był Logan, jej ukochany, wytęskniony Logan. 
Wzięła  jego  twarz  w  obie  dłonie  i  przylgnęła  do  jego  ust  w 
zapamiętaniu,  oddając  mu  się  duszą  i  ciałem,  aż  do  chwili,  gdy 
obojgiem wstrząsnął dreszcz rozkoszy i cudownej, wszechogarniającej 
radości.

Po dłuższej chwili, kiedy Logan  zasnął  z głową na jej piersiach, 

patrzyła w świetle księżyca na jego muskularne ciało i zadawała sobie 
pytanie, jak mogła sądzić, że jedna noc miłości jej wystarczy. Gdyby 
został z nią w tym łóżku całą wieczność, jeszcze by było za mało. Na 
myśl,  że  musi  stracić  to,  co  ledwo  odkryła,  poczuła  piekące  łzy  pod 
powiekami.

Logan poruszył się niespokojnie, podniósł rękę i zakrył dłonią jej 

pierś.  Brodawka  natychmiast  wyprężyła  się  i  stwardniała  w 
odpowiedzi  na  jego  dotyk.  Claire  zamarzyła,  żeby  wziął  ją  do  ust, 
żeby znów zaczęli się kochać, aż oboje opadną z sił.

Wiedziała  jednak,  że  Logan  nie  miał  na  myśli  żadnego 

długotrwałego związku. Nigdy nie robił z tego tajemnicy. I jeśli nawet 
odkryła,  że  potrafi  się  przy nim  zatracić  do  szaleństwa,  to  dzisiaj 
przekonała się także, że umie być silna, silniejsza, niż myślała. Postara 
mu się ułatwić sytuację.

- Dziękuję  ci - powiedziała,  głaszcząc  go  po  ciepłym 

przedramieniu.

Mruknął coś przez sen, przewrócił się na bok i przyciągnął ją do 

siebie, przytulając się do jej pleców. Westchnęła z rozkoszy i dopiero 
po chwili przypomniała sobie, co chciała powiedzieć.

- Nie utrudniaj...

background image

- Hmm?
- Jestem  ci  wdzięczna,  że  zgadzasz  się,  żeby  dzieci  zostały 

razem,  i  to  pod  moją  opieką.  Nie  potrafię  powiedzieć,  ile  to  dla  nas 
znaczy.

Poczuła łaskotanie jego rzęs na karku: znak, że otworzył oczy.

- Co?
- A to... to doświadczenie z tobą było naprawdę fantastyczne. To 

też doceniam.

- Doceniasz to?

Ześliznęła  się  na  podłogę  i  owinęła  prześcieradłem.  Jeszcze 

chwila, a nie zdoła powstrzymać łez cisnących się jej do oczu.

Logan wyskoczył z łóżka jak oparzony. Przestraszona, skuliła się 

w sobie.

- Coś się stało?

Jeszcze nigdy w życiu nie miotała nim taka burza uczuć. Miłość i 

palące  pożądanie  niemal  mąciły  mu zmysły.  Ta  noc  z  nią  była  aż 
bolesna  w  swoim  pięknie.  A  teraz  Claire  odprawia  go,  jakby 
dostarczył jej zimną pizzę do drzwi.

Chciał być z nią na zawsze, a ona uprzejmie podziękowała mu za 

przyjemnie spędzony czas.

Bez  słowa  chwycił  koszulę,  wepchnął  ręce  w  rękawy  i 

pospiesznie  włożył  dżinsy.  Zatrzymał  się  na  ułamek  sekundy  przy 
drzwiach i obrzucił ją chmurnym spojrzeniem.

Gdy tak stał z ogniem w oczach, z pasmem włosów opadających 

na  czoło,  w  rozchełstanej  koszuli  ukazującej  opalony  tors  i  płaski 
brzuch, wyglądał jak wcielenie jej najskrytszych erotycznych marzeń.

A  po  chwili  zniknął.  Zniknął  z  jej  pokoju  i  ż  jej  życia  równie 

nagle, jak się pojawił. Ujrzała przed oczami jego obraz, jak waży jej 
serce w dłoni, a potem ciska je do jeziora Superior.

Jakby nie dbał o więcej niż o kaczki z kamyków, które puszczał 

na wodę.

Martwymi  palcami  pozbierała  swoje  porozrzucane  ubranie, 

czując,  jak  wypełnia  ją  bezbrzeżna  pustka.  Spojrzała  na  zmiętą 
sukienkę trzymaną w ręce, a potem w lustro na ścianie. Patrzyła na nią 
stamtąd samotna, nieszczęśliwa kobieta.

Claire wyprostowała się. Poprzednie miesiące nauczyły ją, że nie 

ma  takiej  sytuacji,  która  ją  załamie,  której  nie  potrafi  sprostać.  Nie 
odda swojej przyszłości bez walki.

background image

Podniosła głowę i ruszyła do drzwi. Otworzyła je energicznie i... 

wpadła na miękką, ciepłą flanelową przeszkodę.

Zaskoczona,  podniosła  głowę  i  ujrzała  zachmurzoną  twarz 

Logana.

A potem się roześmiała.

- Musimy  coś  zrobić,  żeby  przestać  się  zderzać - mruknęła. -

Może jakieś światła sygnalizacyjne albo...

- Nie mogłem odejść - powiedział.
- Nie mogłam do tego dopuścić.
- Ale ja chcę czegoś więcej.
- Ja też.
- Chcę cię mieć przy sobie, kiedy zasypiam w nocy. I wiedzieć, 

że będziesz obok, kiedy się budzę.

- Ja też.

Wziął głęboki oddech i położył jej ręce na ramionach.

- Kiedy  będę  mieć  już  dziewięćdziesiąt  pięć  lat,  chcę,  żebyś 

kołysała się na fotelu bujanym przy moim boku. Jesteś częścią mojej 
duszy,  Claire.  Kiedy  zbiegałem  ze  schodów,  wiedziałem,  że 
zostawiam  za  sobą  wszystko,  co  miało  dla  mnie  w  życiu  znaczenie. 
Kocham cię, moja najmilsza. Wyjdziesz za mnie?

- Tak - powiedziała.

Z  czułością  wzięła  jego  twarz  w  obie  dłonie.  Oczy  miała  pełne 

łez.

Popchnął  ją  leciutko  z  powrotem  do  sypialni  i  zamknął  drzwi. 

Prześcieradło opadło na podłogę, a Claire przytuliła się do mężczyzny, 
którego kochała od dzieciństwa i którego będzie już kochać całe życie. 
Przepełniona  radością,  opromieniona  blaskiem  gwiazd  i  księżyca, 
wiedziała, że ona i Logan znaleźli raj na ziemi.

I nigdy tego raju nie opuszczą.

background image

Epilog

- Jest piękniejsza niż księżniczka - szepnęła Annie z zachwytem.

Grad  cekinów  i  perełek  na  kremowej  sukni  ślubnej  lśnił  w 

wiosennym  słońcu.  Claire  trzymała  w  ręku  delikatny  bukiet  z  takich 
samych kwiatów, jakie miała wplecione we włosy. Za nią połyskiwały 
fale jeziora Superior i krążyły nisko mewy.

Jason, pierwszy drużba, miał na sobie ciemny smoking, podobnie 

jak  Logan,  i  teraz, po upływie  sześciu  miesięcy, niemal  dorównywał 
mu wzrostem. Na pierwszy rzut oka widać było, że to ojciec i syn.

Lissa trąciła siostrę łokciem.

- Babcia płacze. Pewno żal jej, że nie ma na sobie takiej sukni jak 

Claire, tylko tę starą zieloną.

Annie  skinęła  ze  zrozumieniem  głową  i  pochyliła  się,  żeby 

poklepać Gilberta po głowie.

Stary  pies,  przystrzyżony  i  wyczesany,  wyraźnie  zdegustowany 

różowymi wstążkami na uszach, wyciągnął się z rezygnacją na ziemi i 
położył  sobie  łapę  na  nosie.  Ani  na  chwilę  nie  spuszczał  wzroku  z 
młodej pary, stojącej z pastorem na skalistym cyplu nad jeziorem.

Lissa wygładziła różową, tiulową spódniczkę druhny i rozejrzała 

się po małej grupce gości zebranych na brzegu.

Fred,  ubrany  w  garnitur,  uśmiechał  się  od  ucha  do  ucha.  Pani 

Rogers, stojąca u jego boku, zaczęła pociągać nosem na długo przed 
początkiem  ceremonii.  Babcia  i  dziadek  stali  najpierw  osobno,  ale 
kiedy babcia podniosła chusteczkę do oczu, dziadek przysunął się i ją 
objął.

Po  kilku  chwilach  uroczystość  zaślubin  zakończyła  się  długim 

pocałunkiem, który urwał się dopiero, kiedy tłumek zaczął klaskać.

Panna  młoda,  oblana  ciemnym  rumieńcem,  spojrzała  Loganowi 

głęboko w oczy i zarzuciła mu ręce na szyję.

- Kocham cię - szepnęła. - Zawsze będę cię kochać.
- A ja ciebie jeszcze dłużej - powiedział jej do ucha.

Jak życie się zmieniło!
Postanowili  zamieszkać  w  nowym  domu  Logana,  a  stary 

wiktoriański  dom  w  Pine  Cliff  przeistoczyć  w  pensjonat.  Niemałą 
zasługę miała w tym pani Rogers, która podjęła się go prowadzić - ku 
wielkiej radości Freda.

background image

Matka Claire zachowała wobec wszystkich swój chłodny dystans, 

lecz  ojciec,  po  przełamaniu  pierwszych  lodów,  nawiązał  z  Loganem 
coś w rodzaju ostrożnej przyjaźni.

A co najważniejsze, zakończyło się wreszcie życie w strachu.
Zeznania  Buzza  i  Hanka  doprowadziły  do  skazania  reszty 

wspólników  Randalla.  Hank  odwoływał  się  teraz  od  wyroku,  który 
uznał  go  za  winnego  morderstwa  pierwszego  stopnia,  i  zapewne  tak 
czy owak skończy życie za kratkami. Buzza natomiast czekało pięć do 
dziesięciu lat więzienia.

Logan objął wzrokiem przyjaciół i rodzinę, zgromadzonych tu dla 

uczczenia najpiękniejszej chwili jego życia, a potem pochylił się nad 
żoną, składając na jej ustach nowy pocałunek.

Przytuliła  się  do  niego,  miękka,  ciepła  i  tak  bardzo  ponętna,  że 

byłby zupełnie zapomniał, gdzie jest, gdyby nie mała dziecięca rączka 
ciągnąca go uparcie za smoking.

- Tort! - przypomniała błagalnie Annie.
- Chodźmy! - zawołał.
- Chodźmy coś zjeść - dodała Lissa.

Ze  śmiechem  puścił  Claire  i  pochwycił  na  obie  ręce  dwie  małe 

istotki  w  tiulach  i  koronkach.  Z  synem  i  żoną  przy  boku  wszedł  w 
tłumek gości.

Za  nim  szumiały  łagodnie  fale,  w  powietrzu  unosił  się  zapach 

sosen, otaczali go ludzie, których kochał i Logan wiedział, że wreszcie 
odnalazł prawdziwy dom.