background image

JAN FREED

TY ZROBISZ

TO NAJLEPIEJ

Harlequin

Toronto • Nowy Jork • Londyn • Amsterdam Ateny • Budapeszt • Hamburg 

• Istambuł Madryt • Mediolan • Paryż • Praga Sydney • Sztokholm • Tokio • 

Warszawa

background image

Tytuł oryginału:

Nobody Does It Better

Pierwsze wydanie:

Harlequin Books, 1997

Przekład:

Urszula Szczepańska

Redakcja:

Ewa Godycka

Korekta:

Magdalena Kwiatkowska

AnnaBolecka

© 1997by Ja nFreed

© for the Polish edition by Arlekin — Wydawnictwo Harlequin Enterprises 

sp. z o.o., Warszawa 1998

Wszystkie prawa zastrzeżone, łącznie z prawem reprodukcji części lub 

całości dzieła w jakiejkolwiek formie.

Wydanie niniejsze zostało opublikowane w porozumieniu z Harlequin 

Enterprises II B.V.

Wszystkie postacie w tej książce są fikcyjne.

Jakiekolwiek podobieństwo do osób rzeczywistych — żywych i umarłych 

— jest całkowicie przypadkowe.

Znak firmowy wydawnictwa Harlequin i znak serii Harlequin Super 

Romance są zastrzeżone.

Skład i łamanie Studio Q, Warszawa

Printed in Germany ISBN 83—7149—221—9

Indeks 375926

background image

1

Hope   Manning   siedziała   z wyciągniętymi   nogami   w ostatnim   rzędzie 

i rozbierała oczami Austina.

Niezupełnie,   rzecz   jasna.   Takie   gierki   uprawiają   mężczyźni   —   młodzi 

i bardzo pewni siebie. Ona, na własny użytek, opracowała nieco inną technikę. 
Fantazje erotyczne nie wchodziły w grę.

Odczuwała satysfakcję, wyobrażając sobie, jak wyglądałaby ten albo inny 

facet, gdyby zamiast zwykłego męskiego ubrania miał na sobie coś... bardziej 
pomysłowego.   Na   przykład   czarne   podkolanówki   i czerwony   kostium 
kąpielowy. Albo złote klapki na wysokich obcasach i boa z różowych piór.

Kilku rekinów finansowych zęby sobie połamało, próbując ją onieśmielić po 

takim ostrym seansie.

Uśmiechnąwszy się z wyższością — po raz pierwszy od kilku godzin — 

wyobraziła   sobie   przemawiającego   do   nich   mężczyznę   w czarnym   trykocie 
i czerwonych getrach. Wyprostowała powoli plecy.

Zapomniała o Teksańczykach. Zapomniała, że codzienna praca na świeżym 

powietrzu daje im przewagę nad facetami w spodniach od Armaniego, którzy 
wyrabiają sobie muskuły, machając na taksówki. Mężczyzna, który prowadzi 
szkołę   przetrwania   w Big   Bend,   ten   sam,   którego   przebierała   teraz 
w wyobraźni,   całe   lata   spędził   w dzikim   plenerze   w zachodnim   Teksasie. 
Spokojnie.

Powinna się była zdecydować na wysokie obcasy i boa z różowych piór.

Wielu z was przyjechało na ten kurs z bardzo daleka — mówił Jared. 

— Zapewniam, że będziecie go wspominać jako wyzwanie waszego życia...

O  tak,   ma   się   rozumieć,   kpiła   w myślach   Hope,   lekceważąc   jego   mowę 

powitalną. Pohamowała jednak wyobraźnię, żeby przyjrzeć mu się chłodnym 
wzrokiem.

Założyciel   MindBend   Adventures   stał   przed   tablicą;   jedną   rękę   wcisnął 

w kieszeń   szortów   koloru   khaki,   drugą   podtrzymywał   notatnik   oparty 
o kieszonkę   identycznej   koszuli.   Jasnobrązowe   włosy,   okulary   w złotych 
drucianych   oprawkach   i traperskie   buty   w bliżej   nieokreślonym   kolorze 
dopełniały skromnego portretu. Miła powierzchowność w grzecznym, nijakim 
stylu. Nic ciekawego. Nie będzie o czym plotkować z Debbie Stone — jeśli 
jeszcze kiedykolwiek się spotkają.

Hope nie mogła wybaczyć swojej prawej ręce, że posunęła się do jawnego 

szantażu i zagroziła, że odejdzie z firmy.

Skupiła uwagę na Jaredzie. Musiała przyznać w duchu, że facet jest nieźle 

background image

zbudowany. Ani grama zbędnego tłuszczu, przynajmniej na oko. Westchnęła 
lekko,   zasłaniając   kamizelką   trzy   zbędne   kilogramy   tłuszczu   na   własnych 
biodrach.   Odpowiednim   strojem   można   zatuszować   wiele   mankamentów 
figury. Wie o tym każda trzydziestopięcioletnia kobieta warta swojej wagi.

Mankamenty charakteru też można ukryć. Hope wpatrywała się w okulary 

Jareda   i próbowała   przeniknąć   odbijające   się   w nich   światło   jarzeniówki. 
Żadnego tropu.

Chociaż... podejrzanie często się uśmiecha. A te lśniąco białe zęby na tle 

ciemnej opalenizny wyglądają sztucznie. Zdecydowała, że jest hipokrytą. Co 
gorsza,  to przez niego musiała  (a raczej została  zmuszona)  oderwać się od 
Manning Enterprises, firmy inwestycyjno-kapitałowej, którą wyprowadziła ze 
stanu niebytu na pozycję notowaną w „Wall Street Journal".

Jared zasłużył na rewanż.
Pomysł zakiełkował i wypuścił pędy. Sztukę ujarzmiania mężczyzn Hope 

opanowała do perfekcji. Niewykluczone, że gdyby doprowadziła tego faceta do 
białej gorączki, wyrzuciłby ją z kursu i odesłał do domu.  Tak, jest to jakaś 
myśl. Nawet gdyby się nie udało, gdyby wolał znosić jej dokuczliwość przez 
całe dwa tygodnie, przynajmniej miałaby jakąś rozrywkę. Od czego powinna 
zacząć atak?

Na   jakimś   ważnym   posiedzeniu   zarządu   w Nowym   Jorku   jego   harcerski 

mundurek byłby doskonałym celem. Ale w zachodnim Teksasie...

Kiedy   zerknęła   niepewnie   w okno,   przeszedł   ją   dreszcz.   Na   bezludnej 

pustyni   Chihuahuan   ten   człowiek   mógłby   się   rozmyć   w powietrzu   jak 
fatamorgana. Powinna pomyśleć trzy razy, odkryć jego słabe punkty, zanim coś 
wypali.

Hope Manning — zagrzmiał niski baryton.

Odwróciła od okna skruszone spojrzenie.

Hope   Manning?   —   powtórzył   Jared,   przebiegając   wzrokiem   trzy 

pierwsze rzędy. Ona zaś siedziała w piątym.

Sprawdzanie   listy.   A jakże.   Podniosła   rękę,   machając   z wdziękiem 

wszystkimi palcami.

— W ponad stu wyprawach, które prowadziłem, kilku uczestników odniosło 

kontuzje. Czy domyślasz się, Hope, jak do tego doszło?

Quiz dla pospólstwa na dzień dobry? Dwadzieścia par oczu zwróciło się 

w jej stronę.

Z powodu nieuwagi — powiedział Jared znaczącym tonem.

Kiedy dwadzieścia twarzy uśmiechnęło się jednocześnie, poczuła wypieki 

na policzkach. Po chwili oglądała swoje pomalowane na czerwono paznokcie, 
planując pierwsze natarcie.

Hej, druhu, jeśli chcesz, żeby wszyscy uważali na szlaku na to, co 

background image

trzeba,   radziłabym   ci   zrezygnować   z krótkich   spodenek   —   powiedziała 
przeciągłym południowym akcentem. — Z takimi nogami mógłbyś sprzedawać 
na pustyni stroje kąpielowe.

Na   pustyni   wszyscy   będziemy   nosić   długie   spodnie   —   odparł 

spokojnie. — Zresztą nawet gdybym był bez spodni, wątpię, żebyś zwracała 
uwagę   na   moje   nogi,   taszcząc   piętnastokilowy   plecak   przy 
trzydziestostopniowym upale.

Nie bądź  taki  skromny.  —  Machnęła  lekceważąco  ręką.  — Swoją 

drogą nie widziałam jeszcze  twojego zadka. Jestem pewna, że nie ustępuje 
nogom. Śmiało, druhu, odwróć się i zrób nam mały pokaz.

Słysząc, że wszyscy naraz wstrzymali oddech, czekała na wybuch.
Jared   zdjął   ostrożnie   okulary,   schował   je   do   kieszeni   i podał   notatnik 

pulchnej blondynce z pierwszego rzędu. Wyprostował się.

Miał ciemnoniebieskie oczy i dziwnie znajomy uśmiech. Postawił oburącz 

kołnierz koszuli, jedną ręką zaczesał do tyłu wyimaginowaną fryzurę a la Elvis 
Presley, a potem odwrócił się leniwie i stanął w rozkroku.

Grupa zawyła z podziwu.
Hope z trudem powstrzymała wybuch śmiechu. Musiała przyznać w duchu, 

że go nie doceniła. Jego sylwetki także. Każdy szczegół zasługiwał na to, żeby 
go obgadać z Debbie przy szklaneczce martini. Może dwóch... Debbie należała 
do   drugiego   pokolenia   wielbicielek   Elvisa   i padłaby   z wrażenia,   gdyby 
zobaczyła tego faceta w akcji.

Jared poruszył kilkakrotnie biodrami, odwrócił się twarzą do sali i wywinął 

górną wargę.

Dziękuję bardzo — wycedził jednym tchem.

Hope   poczekała,   aż   umilkną   śmiechy,   a potem   pochyliła   głowę   na   znak 

uznania.

Miałam rację, druhu. Właśnie tak to sobie wyobrażałam.

Wbił w nią przenikliwy, ostry jak sztylet wzrok. Dobrze znała ten rodzaj 

spojrzenia z posiedzeń rady nadzorczej.

Hope, po co tu przyjechałaś? Skąd ci przyszedł pomysł na wyprawę 

z MindBend Adventures?

Spokojnie.

Moja   przyjaciółka...   przeczytała   artykuł   o twojej   firmie   w „Good 

Morning America".  Zachwyt, z jakim szefowie  poważnych firm wspominali 
swoje przeżycia z wyprawy, zrobił na niej duże wrażenie. To ona namówiła 
mnie na ten kurs.

Na spauzowanie — tak to nazwała Debbie, grożąc, że odejdzie z Manning 

Enterprises, jeśli Hope nie zgodzi się na jej warunki. Miała nie wracać przed 
zakończeniem wyprawy — dopóki nie ochłonie i „nie wróci do normy". Na 

background image

pustyni w Teksasie, a niech to wszyscy diabli!

To mi pochlebia — powiedział Jared. — Ale chciałbym wiedzieć, co 

ciebie, a nie twoją przyjaciółkę, zaintrygowało w kursach traperskich?

Głównie to, że ludzie płacą za nie słone pieniądze.

Szansa  na  oderwanie się  od  harówki w biurze,  to  po pierwsze.  Po 

drugie,   możliwość   wytchnienia   w jednym   z ostatnich,   nie   skażonych 
cywilizacją zakątków tego kraju...

Najwyraźniej spodziewał się czegoś więcej.

Mam też oczywiście nadzieję, że poznam tu przyjaciół na całe życie 

i dojrzeję wewnętrznie.

Prawie niedostrzegalnie drgnęły mu wargi.
— Wspaniale. Na ogół po dziesięciu dniach wędrówki przez bezdroża Big 

Bendu ludzie wypaleni wewnętrznie — ofiary przepracowania — czują się jak 
nowo narodzeni.

Wypaleni wewnętrznie?
Pochylił się ku siedzącej w pierwszym rzędzie blondynce przy kości, żeby 

odebrać swój notes.

Dziękuję. Karen, prawda?

Tak,   Karen   Kent   —   odparła   nieśmiało,   jak   gdyby   zaskoczona 

dźwiękiem własnego imienia, mimo że miała je wypisane na identyfikatorze.

Jared włożył okulary i uśmiechnął się pogodnie.

Karen, może teraz ty nam opowiesz, dlaczego zdecydowałaś się na 

taką wyprawę? Czego się spodziewasz po tych dwóch tygodniach?

Ja... Mój mąż i dwaj nasi synowie uwielbiają wędrówki, wakacje pod 

namiotem, a ja się w tym nigdy nie sprawdzam, nie nadaję się, więc zawsze 
zostaję w domu...

Wypaleni wewnętrznie? Ofiary? Hope założyła nogę na nogę.

Ale czuję się jak porzucona — przyznała cicho Karen. — W folderze 

twojej   firmy   przeczytałam,   że   uczysz   różnych   umiejętności   biwakowych 
i radzenia sobie w trudnych warunkach. Dzieci wyjechały na trzy tygodnie do 
dziadków, więc Jim uznał, że to dobra okazja, żebym zgłosiła się na jakąś 
wyprawę z przewodnikiem.

Twoja rodzina musi być z ciebie dumna.

Jestem ofiarą szantażu, a nie wypalenia! Hope kipiała ze złości. Karen nie 

odpowiedziała.

Jeśli   mogę-   odezwała   się   głośno   Hope,   pochwyciwszy   zdumione 

spojrzenie Jareda. Napięcie, w jakim żyła od tygodni, musiało w końcu znaleźć 
ujście.   —   Chciałam   ci   uświadomić,   że   nie   czuję   się   wypalona 
z przepracowania. Wyobraź sobie, że ja kocham swoją pracę, a stres jest mi 
potrzebny   do   życia   jak   powietrze.   Zgoda,   nie   wszyscy   są   stworzeni   do 

background image

czternastogodzinnej harówki i ryzykownych negocjacji, ale tak się składa, że ja 
najlepiej   funkcjonuję   na   wysokich   obrotach.   A jeżeli   sporo   wymagam   od 
swoich  pracowników,  to  dlatego,   że  wiem,   na  co  ich  stać.  Nie  dlatego,  że 
jestem   wycieńczona   stresem   czy   wypalona.   To   są   zwykłe   brednie   —   te 
wszystkie etykietki, które psychoanalitycy przyklejają ambitnym, pracowitym 
ludziom interesu. Poza tym słabo mi się robi, kiedy słyszę, że siusianie za skałą 
albo śpiewanie przy księżycu może wzbogacić moją oso...

Przenikliwy   dzwonek   przerwał   jej   tyradę.   Zamknęła   usta   i rozejrzała   się 

niepewnie   po   sali.   Czyżby   to   jej   własny   głos?   Swoją   drogą   zdziera   go 
niepotrzebnie, poruszając sprawy, o których ci ludzie nie mają żadnego pojęcia.

Dwadzieścia   twarzy,   na   których   malowały   się   najróżniejsze   uczucia,   od 

szoku po niezdrową fascynację, potwierdziło jej obawy.

Przepraszam. — Jared przerwał kłopotliwą ciszę. — Kiedy MindBend 

Adventures   przejęło   tę   szkołę,   postanowiliśmy   zachować   automatyczny 
dzwonek. P maga nam trzymać się planu, ale trzeba trochę czasu, żeby się do 
niego przyzwyczaić. — Wpatrywał się w Hope jak w zdjęcie rentgenowskie, 
potwierdzające   nowotwór   w nieuleczalnym   stadium.   —   Może   byś   wzięła 
głęboki oddech przez nos i policzyła do pięciu?

Może zdjąłbyś z twarzy to wyniosłe zmartwienie?

Nic mi nie jest.

Ludziom   żyjącym   w ciągłym   stresie   zmiana   sposobu   oddychania 

może bardzo pomóc.

Ja nie jestem zestresowana — powiedziała przez zaciśnięte zęby.

Nie jesteś? — spytał kpiąco, po czym omiótł wzrokiem całą grupę. — 

Zdaje się, że to odpowiedni moment, żeby nauczyć was szybkiej kontroli nad 
poziomem stresu. Zaczynając od czubka głowy, sprawdźcie napięcie mięśni 
czaszki, czoła i policzków. Krzywicie się? Zgrzytacie zębami?

Hope rozluźniła pospiesznie mięśnie twarzy.

A teraz pokołyszcie szyją i ramionami, proszę bardzo, w ten sposób.

Reszta   grupy   wykonywała   posłusznie   ćwiczenie.   Zerkając   na   nich 

podejrzliwie, Hope odchyliła głowę, uniosła ramiona — i skrzywiła się z bólu.

Czy odczuliście nieprzyjemne napięcie? — spytał Jared, posyłając jej 

porozumiewawcze spojrzenie.

Odwróciła   wzrok.   Jej   klatka   piersiowa   unosiła   się   i opadała 

w przyspieszonym tempie.

—   Teraz   zbadajcie   swój   oddech.   Jest   szybki   i płytki,   a powinien   być 

miarowy i głęboki. A nogi i palce stóp? Czujecie napięte mięśnie albo nerwowe 
skurcze?

Hope   przestała   machać   stopą   i podniosła   rękę,   by   pomasować   pulsujące 

boleśnie skronie. Dotyk zimnych palców sprawił jej natychmiastową ulgę.

background image

Pozostało nam sprawdzić temperaturę dłoni. Czy nie są zbyt zimne? 

Jeżeli palce są chłodniejsze od szyi, to niedobrze.

Wolała   nie   dotykać   swojej   szyi   i nie   spotkać   się   ze   wzrokiem   Jareda. 

Opuściła rękę i usztywniła plecy.

— Jeżeli   odkryliście  u siebie  jeden  albo  kilka objawów,  które opisałem, 

niewykluczone,   że   wasze   ciało   cierpi   z powodu   nadmiernego   stresu.   Przez 
kilka   pierwszych   dni   tego   kursu   nauczycie   się   relaksować,   poznacie   też 
techniki przetrwania, czyli radzenia sobie w warunkach naturalnej przyrody. 
Zapewniam was, że obie umiejętności okażą się równie pożyteczne. Hope, czy 
chciałabyś coś dodać, zanim przejdę do następnego nazwiska na liście?

Żeby się całkiem pogrążyć?

Nie, dziękuję. Oddaję głos Carol.

Jego spojrzenie zlodowaciało na moment, ale kiedy podszedł do pulchnej 

blondynki, uśmiechnął się.

A   ty,   Karen?   Chciałabyś   jeszcze   coś   powiedzieć?   O tym,   co   cię 

skłoniło do udziału w kursie traperskim?

Karen?

Chyba nie — mruknęła niewyraźnie, schyliwszy głowę.

Karen, Carol...
Cholernie podobne, pomyślała Hope.

No to wracamy do naszej listy. — Jared zajrzał do notesu. — Bill 

Harper?

Jestem.

Hank Thompson.

Jestem.

Resztę   nazwisk   Hope   puściła   mimo   uszu,   wiedząc,   że   i tak   ich   nie 

zapamięta.   Nigdy   nie   zapominała   równań   matematycznych,   gorzej   było 
z ludźmi.   Jej   psychoanalityk   stwierdził,   że   unika   intymności   z lęku   przed 
odrzuceniem. Hope miała na ten temat własną teorię. Po prostu nie zaśmiecała 
sobie głowy zbędnymi szczegółami.

Kiedy Jared sprawdził do końca listę, kilka osób poprawiło się na krzesłach.
—   Proponuję   krótką   przerwę.   Toalety   są   po   prawej   stronie,   automaty 

z napojami   po   lewej.   Spotkamy   się   z powrotem   za   dziesięć   minut,   żeby 
omówić kilka ostatnich spraw organizacyjnych.

Zaskrzypiały krzesła, salę wypełnił gwar rozmów, stopniowo przenoszący 

się na korytarz.

Hope podniosła się i wygładziła spodnie, próbując nie zauważyć, ile par 

oczu unika jej wzroku. Chyba nie zrobiła na towarzystwie oszałamiającego 
wrażenia.   Też   coś.   Kiedy   sprzedaż   UroTech   dojdzie   do  skutku,   przyjaciele 
będą wyrastali spod ziemi jak grzyby po deszczu. Cały świat kocha milionerki.

background image

Hope, moglibyśmy chwilę porozmawiać?

Odwróciła się, kiedy Jared podchodził do jej rzędu.

A mam wybór?

Zawsze. We wszystkim.

Ten facet naprawdę działa jej na nerwy.

Twoi uczniowie sobie poszli — powiedziała oschle. — Przestań się 

zgrywać na wielkiego guru.

W   porządku,   zapytam   cię   wprost.   Czy   jesteś   pewna,   że   dobrze 

przemyślałaś   decyzję   o wyprawie   z MindBend   Adventures?   Naprawdę   nie 
powinnaś tego traktować zbyt lekko.

Zawrzała.   Z powodu   jego   irytującego   wzrostu   musiała   przechylić   w tył 

głowę.

A jak się powinno traktować te twoje wyprawy?

Nie jak wakacje. I nie jak terapię.

Słucham?

— Muszę się upewnić, czy rozumiesz, na czym ten kurs polega. Słusznie 

zauważyłaś, że będziesz miała okazję podziwiać nieskażoną przyrodę, ale to 
nie będzie żaden piknik. Nikt nie będzie dla ciebie gotował, rozkładał twojego 
namiotu ani nosił za ciebie plecaka. Wszystko będziesz musiała robić sama. 
Szlak jest forsowny, upał piekielny, a towarzysze wyprawy nie zawsze będą 
mili. Z tym też trzeba umieć sobie radzić. Ale najważniejsze jest to, że dobro 
grupy trzeba przedkładać nad własne.

Uważał, że się do tego nie nadaje i zrezygnuje. Wyczytała to w jego oczach.

Chcesz powiedzieć, że mam się zwijać i wracać do domu?

Wytłumaczyłem tylko, co cię czeka. A teraz proszę, żebyś starannie 

przemyślała swoją decyzję. Jeżeli — psychicznie albo fizycznie — nie czujesz 
się   na   siłach,   żeby   sprostać   tym   wymaganiom,   możesz   narazić   na 
niebezpieczeństwo siebie i całą grupę. Wtedy nie będę miał wyjścia i poproszę, 
żebyś wyjechała. To żaden wstyd zmienić zdanie, choćby w tej chwili. Firma 
zwróci   ci   pieniądze   i jeszcze   dziś   po   południu,   samochodem   dostawczym, 
mogłabyś się dostać do Alpine.

Prowokować nauczyciela do tego, żeby cię wyrzucił ze szkoły, to zupełnie 

co innego, niż zostać wyrzuconym naprawdę — i to jeszcze zanim ta szkoła się 
rozpoczęła!

Nie   chcę   zwrotu   pieniędzy,   dziękuję   bardzo   —   powiedziała, 

przedrzeźniając go.

To znaczy, że zostajesz?

To   znaczy,   że   narobię   ci   kłopotów,   jeśli   dalej   będziesz   ze   mną 

rozmawiał   w ten   sposób.   Dopóki   mi   nie   udowodnisz,   że   zagrażam 
bezpieczeństwu wyprawy, nie masz prawa zmuszać mnie do wyjazdu.

background image

Zbiegły się ich spojrzenia. Niewidzialna lina została przeciągnięta.
Kiedy   Jared   westchnął   i jako   pierwszy   odwrócił   wzrok,   Hope   pozwoliła 

sobie na lekki uśmiech.

Nie będę zagrażać twojej bezcennej drużynie, panie Austin, ale nigdzie nie 

jest powiedziane, że nie mogę ci przez te dwa tygodnie dopiec do żywego 

Dziesięć   minut   minęło.   Jared   odwrócił   się   od   tablicy,   żeby   widzieć 

wchodzących do klasy najnowszych uczestników kursu MindBend Adventures. 
Wierni naturze ludzkiej, wszyscy powędrowali do tych samych krzeseł, które 
zajmowali przed przerwą.

Karen   Kent   podeszła   do   swego   miejsca   w pierwszym   rzędzie   i rozpięła 

olbrzymią   brezentową   torbę.   Wcisnęła   do   środka   kilka   batonów,   a potem, 
kołysząc   biodrami,   sadowiła   się   na   krześle   jak   kura   na   jajkach.   Jared 
zmarszczył czoło. Wędrówka z ciężkim plecakiem wymaga sporej odporności 
fizycznej. Tusza Karen będzie dodatkowo obciążała jej serce i płuca.

Przebiegł   wzrokiem   po   dalszych   rzędach   i pomyślał,   że   znacznie 

poważniejsze problemy może stwarzać ktoś inny: Hope Manning.

Szczupła kobieta siedziała z wdziękiem w bardzo swobodnej pozie, z jedną 

ręką   opartą   na   sąsiednim   krześle   i butelką   napoju   regeneracyjnego 
w rozhuśtanej dłoni. Miała znudzoną minę i bardzo zmęczone oczy w kolorze 
migdałów. W rysach jej twarzy, gdyby oceniać je detal po detalu, nie było nic 
takiego, co wzbudzałoby zachwyt. Usta trochę za szerokie, nos zbyt wąski, 
a przesadnie kanciasty podbródek o wiele za wysoko uniesiony.

Ale ta cera...
Skóra Hope miała odcień białej magnolii i na tle bujnych, kasztanowatych 

włosów   robiła   wrażenie   niezwykłe.   Jared   odwrócił   pospiesznie   wzrok.   Ta 
kobieta   intrygowała   go   w stopniu   daleko   przekraczającym   ciekawość 
zawodową.

Cholera, tutejsze słońce spali jej twarz na amen, mimo że jest kwiecień. Co 

ona tu w ogóle robi? Co ją, do diabła, tu przyniosło? Mimowolnie powiódł 
wzrokiem do ostatniego rzędu.

Wczytywała się w treść nalepki na butelce, jakby nigdy dotąd nie słyszała 

o elektrolitach. Wzruszywszy ramionami, odkręciła nakrętkę, pociągnęła duży 
łyk i z wydętymi policzkami — oraz rozpaczliwym pytaniem w oczach: „Gdzie 
mogę to wypluć?" — rozglądała się po sali. Kiedy w końcu przełknęła płyn, jej 
twarz wykrzywił grymas wstrętu.

Jared   odwrócił   się   do   tablicy,   kaszląc   nerwowo,   żeby   nie   wybuchnąć 

śmiechem. Wiedział już, że Hope nie najlepiej reaguje na kpiny z jej osoby. 
Bóg jeden wie, czego jeszcze nie umie znosić. Objawy krańcowego napięcia 
i wyczerpania zdawały się oczywiste.

background image

Podniósł kredę i zaczął pisać słowa, które znał na pamięć. Teraz mógł przez 

chwilę spokojnie pomyśleć.

Powinien był przeczytać uważniej zgłoszenia Karen i Hope, przeprowadzić 

szczegółowy wywiad...

Tylko kiedy, do diabła, miał to zrobić? Od kilku miesięcy, z braku czasu, 

nie prowadził nawet wypraw traperskich. Zajmowali się tym jego przewodnicy, 
zostawiając mu na głowie marketing i sprawy finansowe.

Ręka Jareda znieruchomiała, a on patrzył nie widzącym wzrokiem na nie 

dokończony wyraz. Od kiedy to uczestnicy wypraw przestali być w tym całym 
interesie najważniejsi?

Ściskając mocniej kredę, dokończył ostatnie zdanie, po czym odwrócił się 

twarzą do klasy.

—   Przez   najbliższe   dwa   tygodnie   każdy   dzień   będziemy   zaczynać   od 

wypowiedzenia tej medytacji na głos. Pod koniec kursu powinniście znać ją na 
pamięć. A teraz przeczytajcie tekst po cichu.

Wszystkie pary oczu przebiegały zdania, które odmieniły jego własne życie:

To, czego szukam, nie jest „gdzieś tam".
Jest we mnie.
Przeszłość nie ma nade mną władzy.
Negatywne myśli nie mają nade mną władzy.
Ja sam jestem władzą w moim świecie.
Dzisiaj jest piękny dzień i nowy początek.
Sam tak postanowiłem.

Sceptyczne miny nie zaskoczyły Jareda.

Zastanawiacie się, co to ma wspólnego z wędrówką przez pustynię. 

Z pewnością medytacja nie uwolni was ani od ciężaru plecaka na wyprawie, 
ani od ważnych negocjacji służbowych w firmie. Może jednak wpłynąć na stan 
waszych umysłów, podważyć dotychczasową wiarę w wasze siły albo słabości. 
Z czasem sprawi,  że będziecie  zdolni kształtować  pomyślnie  swoje  sprawy. 
Bez względu na to, czym się zajmujecie.

Brednie! — wybuchł łysiejący  mężczyzna z drugiego rzędu. Kiedy 

poczuł na sobie karcące spojrzenia reszty grupy, jego wysokie czoło przybrało 
purpurową barwę zachodzącego słońca.

Zdaje się, że mi nie wierzysz... Bill. — Jared przeczytał jego imię 

z identyfikatora.

Bo ja nie wykupywałem podupadających sklepów spożywczych i nie 

stworzyłem sieci Feast Market — trzystu dochodowych supermarketów — za 
pomocą medytacji. Uharowałem się jak dziki wół, tak jak opowiadała tamta 

background image

pani, nie pamiętam, jak ma na imię. No wiesz, ta z ostatniego rzędu.

Jared nie potrzebował wskazówek, żeby domyślić się, o której pani mówi 

Bill. Na przekór zdrowemu rozsądkowi spojrzał na Hope.

Wyraźnie   usatysfakcjonowana,   odrzuciła   w tył   swoje   ciemnorude   włosy, 

polizała   paznokieć   wskazującego   palca   i dotknęła   nim   wyimaginowanego 
punktu w powietrzu.

Myślałem, że przyjechaliśmy tu na szkolenie traperskie — mruknął 

skrzywiony Bill. — Możesz powiedzieć, kiedy ruszamy w drogę? Jutro czy 
później? Hej, mówię do ciebie, Jared.

Słucham...? Och, przepraszam, zamyśliłem się.

Podobno nieuwaga była przyczyną kilku wypadków, które zdarzyły 

się na kursach MindBend — przypomniała słodkim głosem Hope.

Dobrze, Bill, wróćmy do twoich dwustu magazynów...

Trzystu — poprawiła go Hope.

Jared zaczerpnął przez nos powietrza i policzył do pięciu.

Do tych trzystu magazynów, które sam zbudowałeś...

Kolego   druhu,   on   ich   nie   zbudował.   Wykupił   je   od   bankrutów, 

wybebeszył,   zmienił   wygląd   i —   hokus   pokus!   —   mamy   Feast   Market 
w każdym mieście za połowę normalnych kosztów inwestycyjnych.

Dzisiaj jest piękny dzień, powtarzał w myśli Jared. Sam tak postanowiłem.

A   więc   te   trzysta   sklepów,   które   kupiłeś   i zrobiłeś   z nich   Feast 

Markety: chcesz powiedzieć, że niepotrzebna była do tego żadna wizja?

Jak by to powiedzieć... — Bill zaczął skubać siwiejącą brodę. — Nie 

mamrotałem ani w myśli, ani na głos żadnych gównianych zaklęć, jeśli o to ci 
chodzi.

Dzięki   za   szczerość.   Przypuszczam   więc,   że   pracowałeś   ciężko 

i odniosłeś   sukces,   nie   wiedząc   tak   naprawdę,   co   z tego   interesu   wyniknie. 
Zdaje się, że miałeś niezły fart.

Co   ma   do   tego   fart?!   Człowieku,   ja   miałem   konkretne   cele.   Od 

początku — zawsze — wiedziałem, jak daleko chcę zajść. I mam dokładnie to, 
czego chciałem.

Jared zachował nieprzenikniony wyraz twarzy.

To   znaczy,   że   codziennie   myślałeś   o swoich   celach,   wierzyłeś 

w swoje   zdolności,   a teraz   jesteś   człowiekiem   ogromnego   sukcesu.   Hmm... 
Skąd ja to znam?

Skojarzenie   z treścią   medytacji   nie   okazało   się   zbyt   trudne.   Wśród 

przyszłych traperów rozległy się śmiechy. Bill spąsowiał na twarzy, a potem 
uśmiechnął się niepewnie, sprawiając wyraźną ulgę Jaredowi.

Wiem, że wszyscy jesteście zmęczeni długą podróżą — zwrócił się 

Jared   do   grupy.   —   Macie   dzisiaj   wolne   popołudnie   na   rozpakowanie   się 

background image

i odpoczynek.   Ale   zostańcie   jeszcze   na   moment.   Muszę   podzielić   was   na 
drużyny i przedstawić przewodnikom.

Kiedy sięgnął po notatnik, salę wypełnił gwar podnieconych głosów. Jego 

przewodnicy należeli do czołówki najlepiej wyszkolonych traperów w kraju. Ci 
wszyscy dyrektorzy i biznesmeni, pochłonięci bez reszty własnymi sprawami, 
powinni   wrócić   do   swoich   firm   w lepszej   formie,   pewni   siebie,   ze 
świadomością, że jeszcze raz się sprawdzili, i to w bardzo trudnych warunkach. 
Jego uwagę przyciągnął niespokojny wzrok Karen.

A niech to diabli.

Zanim   odczytam   nazwiska,   chciałbym   wam   przypomnieć,   że   na 

szlaku   każdy   uczestnik   kursu   wspomaga   drużynę   swoimi   wyjątkowymi 
umiejętnościami,   i że   wszyscy   w równym   stopniu   zarabiają   na   powodzenie 
wyprawy. Macie jakieś uwagi albo pytania?

W sali zapanowała poważna, skupiona cisza.

Ja mam pytanie — dobiegł z końca sali znajomy, kobiecy głos.

Jared spojrzał w jej szeroko otwarte oczy z napiętą uwagą.

Słucham, Hope.

Dlaczego w automacie z napojami nie ma dietetycznej coca-coli?

Chwila   milczącego   osłupienia.   Karen   zachichotała   i zakryła   dłonią   usta, 

wywołując kaskadę nerwowego śmiechu całej grupy.

Jared   zdjął   chłodne   palce   z szyi   i czekał   na   natchnienie.   Znalazł   je 

w triumfującym uśmiechu Hope.

Wiecie co... Ta grupa jest tak rozrywkowa, że postanowiłem zmienić 

plany i popracować trochę w terenie. Zastanawiam się tylko, kogo wziąć pod 
swój bat... — Przebiegł wzrokiem po rozognionych twarzach, żeby wybrać trzy 
pozostałe osoby. — Bill Harper, Karen Kent, Hank Thompson i... kto by tu 
jeszcze...

Hope   miała   tak   obolałą   i zrezygnowaną   minę,   jakby   nie   mogła   sobie 

darować niewczesnego żartu.

—   Hope   Manning   —   powiedział,   wytrzymując   do   końca   jej   urażone 

spojrzenie.

Potem   z nie   ukrywaną   satysfakcją   polizał   paznokieć   wskazującego   palca 

i zatoczył nim łuk w powietrzu.

background image

2

Hope stanęła jak wryta na progu domku kempingowego, który miała dzielić 

z trzema innymi kobietami, i po raz pierwszy pomyślała o morderstwie. Żadnej 
masakry ani bólu, postanowiła. Czysto i... bez pudła.

Gdyby, powiedzmy, wrzuciła tabletki nasenne do filiżanki z monogramem 

swojej zastępczyni (i śmiertelnego wroga w jednej osobie), a potem na biurku, 
przy głowie Debbie, położyła starannie sformułowany list — coś o poczuciu 
winy, że dopuściła się szantażu wobec szefowej firmy i nie jest w stanie znosić 
wyrzutów   sumienia   z tego   powodu   —   żaden   glina   w Nowym   Jorku   nie 
podejrzewałby przestępstwa.

Faktem   było,   że   sama   nie   wiedziała,   czego   powinna   się   spodziewać   po 

ofercie urlopowej MindBend 26   Adventures, której najbardziej intrygującym 
szczegółem była słona cena. Ale na pewno nie tego. Jeszcze raz, nie wierząc 
własnym oczom, rozejrzała się po pokoju.

Piętrowe łóżka wciąż tam stały.
Omszała szafka nocna pod przeciwległą ścianą również. Okrągły drewniany 

stół i cztery proste krzesła wypełniały jeden kąt, w drugim piętrzył się stos 
przemieszanych bezładnie pakunków i walizek. W otwartych na oścież oknach 
wisiały zasłony w pomarańczowo-zieloną kratkę. Powietrze, które dostawało 
się do środka, było gorące i lepkie. Czuła, że zbiera jej się na mdłości.

W   folderze   reklamowym   czytała   o „komfortowych,   jednoosobowych 

domkach". Gdzie tu komfort? Jakie jednoosobowe? Co za granda!

Skrzypnęły   drzwi.   Karen   Kent,   w szortach   i białej   bawełnianej   koszulce, 

wyłoniła się z łazienki. Ich oczy się spotkały.

— Naprawdę jest bardzo... czysto — powiedziała przepraszającym głosem, 

jak gdyby to ona ponosiła winę za wszelkie braki.

Hope zebrała z szyi włosy, krzywiąc się z niesmakiem.

Szkoła   jest   klimatyzowana.   To   dlaczego   domki,   w których   się   śpi, 

nie? Powinniśmy ich zaskarżyć o niedotrzymanie warunków umowy.

W prospekcie wszystko było wyjaśnione. Nie pamiętasz?

Hope pokręciła smętnie  głową. Debbie streściła jej tylko ofertę, a potem 

wypełniła za nią wszystkie formularze. Żeby nie „zawracała sobie głowy".

No   więc   chodzi   o to,   że   większość   zajęć   będzie   odbywała   się 

w szkole, ale nasze organizmy muszą przystosować się do tutejszego klimatu, 
zanim wyruszymy w drogę. Dlatego śpimy w nie klimatyzowanych domkach.

Przepraszam.  — Hope usłyszała za plecami donośny kobiecy glos, 

który zmusił ją do zejścia z progu.

background image

Chcąc   nie   chcąc   weszła   do   środka,   a za   nią   blondynka   w typie   Barbie, 

w jaskraworóżowych   szortach   i czarnym   sportowym   staniku   na   szerokich 
ramiączkach, oraz brunetka w zbliżonym do Hope wieku, w „wycieczkowej" 
kreacji z renomowanego salonu mody. Charlotte jakaś tam, a może inaczej, i... 
Dara?   Debra?   Na   pewno   na   „d",   tego   Hope   była   pewna.   Ciekawe,   że 
zapamiętała   ich   zawody.   Zanim   się   rozeszli,   Jared   wymógł   na   wszystkich 
krótką prezentację życiorysów.

Cześć,   chłopaki   —   powiedziała   energiczna   blondynka   z końskim 

ogonem, najwyraźniej nie zrażona warunkami zakwaterowania. — Wygląda na 
to, że ja i Dana będziemy z wami mieszkać.

Cześć, Sherry — odpowiedziała z uśmiechem Karen.

Sherry, Charlotte-Dana, Dara — kto by to spamiętał.
— Wybrałaś już łóżko? — spytała Sherry.
— Nie. — Karen pokręciła głową. — Jest mi wszystko jedno, gdzie będę 

spała; nie jestem specjalnie wybredna, ale...

Trzy kobiety spojrzały jednocześnie na Hope.

Ja też nie jestem wybredna — skłamała. — Możesz wybrać pierwsza.

Świetnie!   —   Sherry   wskoczyła   na   lewy   górny   materac   z cyrkową 

zwinnością.   —   Zupełnie   jak   na   obozie.   Do   szczęścia   brakuje   nam   tylko 
przeszmuglowanych słodyczy.

Przywiozłam ciasteczka orzechowe — wyznała Karen. — Domowego 

wypieku.

Cudownie!   W takim   razie   możemy   zarwać   kawałek   nocy 

i poopowiadać sobie historie o duchach.

Zamiast   pigułek   nasennych   Hope   gotowa   była   wsypać   Debbie   do   kawy 

śmiertelną dawkę trutki na szczury.

Ja   też   wolę   spać   na   górze   —   odezwała   się   Dana,   stawiając   na 

podłodze olbrzymi worek marynarski, niewiele niższy od niej samej.

Ta   drobna   dziennikarka   pracowała   dla   wielkiej   agencji   prasowej,   a jej 

popularny kącik porad ukazywał się w gazetach, które wszelkimi sposobami 
starały   się   przyciągnąć   młodych   czytelników.   Szokujące   pytania   i szczere 
odpowiedzi składały się na ciekawy obraz amerykańskiego społeczeństwa — 
takiego, jakim jest naprawdę, dzisiaj, a niejakim było w przeszłości.

Jednym lekkim ruchem Dana wrzuciła na łóżko swój worek, tak jakby nie 

ważył więcej od wizytowej torebki.

— No, no, masz niezłą siłę w rękach — powiedziała z uznaniem Sherry.
— Dzięki. Przez pół roku ćwiczyłam kondycję  z prywatnym trenerem. Mój 

wydawca   był   kiedyś   na   wyprawie   z MindBend,   więc   ostrzegł   mnie,   że 
regularny tenis nie wystarczy.

Na wszelki wypadek Hope spojrzała w chabrowo- niebieskie oczy Karen. 

background image

W porządku, ona też nie pracowała nad formą. Na szlaku one dwie będą robić 
za   kule   u nogi...   raczej   u nóg   Jareda   —   równie   ciężkie,   żeby   trzymał 
równowagę.

Dana stanęła na dolnym łóżku, rozpięła swój worek i zaczęła przetrząsać 

jego   zawartość.   Karen   podeszła   do   stołu,   sięgnęła   po   plik   papierów   — 
z pewnością obiecany przez Jareda plan szkolenia — i zaczęła czytać. Sherry 
zabrała   się   do   ćwiczeń   akrobatycznych,   które   zdawały   się   przeczyć   prawu 
ciążenia oraz anatomii.

Hope   westchnęła.   Wygląda   na   to,   że   jednak   spędzi   tu   trochę   czasu. 

Właściwie   mogłaby   nawet  przezimować.  Z takim  ekwipunkiem?   W wielkiej 
eleganckiej walizce, w kufrze i kilku innych bagażach miała wszelkie domowe 
wygody, jakie była w stanie zabrać.

Dla lepszego samopoczucia zlustrowała wzrokiem marynarski worek Dany. 

Wszystko, co potrafiła „droga Abby", ona, Hope Manning, mogła zrobić lepiej.

Przysunąć do łóżka walizkę na kółkach to żadna sztuka, ale wciągnięcie 

takiego upiornego ciężaru na materac okazało się nie lada wysiłkiem. Kiedy 
odwróciła   się   i usiadła   zmęczona   na   łóżku,   twarzą   do   nocnego   stolika,   jej 
uwagę przykuła zielona, łuszcząca się farba.

Olśnienie spadło na nią jak piorun z jasnego nieba.

Gdzie jest telefon?

Dana zeszła po drabince na podłogę ze stertą ubrań i parą butów traperskich 

pod pachą.

Czy to nie fantastyczne? Żadnego telefonu, żadnej telewizji, żadnych 

rozrywek...

Nie, nie, nie! — zawyła Hope, otwierając jedyną szufladę w nocnej 

szafce, jak gdyby liczyła na to, że jakimś cudem znajdzie w niej telefon obok 
informacji   o usługach   hotelowych   i karty   dań.   W torbie   miała   aparat 
komórkowy, ale na tym odległym bezludziu nie było szansy na połączenie. 
Boże, jak ona nienawidzi zachodniego Teksasu!

Nie panikuj — odezwała się Sherry. — W szkole jest automat, ale 

wolno z niego korzystać w sytuacjach awaryjnych — dodała beztroskim tonem. 
— Instrukcja zabrania nam kontaktów z rodziną i miejscem pracy, chyba że 
będzie to absolutnie koniecznie.

Hope   zamknęła   z hukiem   szufladę.   Czterdziestu   pięciu   inwestorów 

ulokowało swoje pieniądze i zaufanie w Manning Enterprises. To dowód, że 
doceniali jej fachowość i umiejętności menedżerskie. Jako fachowiec nie miała 
wątpliwości, że wszystkie firmy inwestycyjne, które zdecydowała się wspierać, 
w pełni na to zasługują. Ale UroTech ze swoimi patentami to prawdziwa żyła 
złota   —   połowa   łącznych   dochodów   z zainwestowanego   kapitału   miała 
przypaść Manning Enterprises.

background image

Johnson and Johnson, Laboratorium Houston Science czy jakakolwiek inna 

z dziesięciu   zainteresowanych   kontraktem   firm,   w każdej   chwili   mogła 
zdecydować się i złożyć ofertę UroTech — mimo że ich rewelacyjny implant 
zwieracza miał przed sobą miesiące oczekiwania na atest FDA, urzędu kontroli 
żywności   i leków.   Wystarczyłaby   jej   pięciominutowa   rozmowa   z Leslie, 
sekretarką   firmy,   żeby   być   na   bieżąco   we   wszystkim.   Musi   dostać   się   do 
telefonu!

Dana stanęła nad Hope i spojrzała jej w oczy.

Wyglądasz, jakbyś miała gorączkę. Dobrze się czujesz?

Muszę ją obejrzeć — oznajmiła Sherry. Spuściła z łóżka swoje długie, 

opalone   nogi   i zeskoczyła   na   podłogę.   —   Masz   rację,   wygląda   dziwnie. 
I oddycha za ciężko. Koniuszkami palców ujęła nadgarstek Hope i patrząc na 
zegarek, zmierzyła jej puls. — Trochę za szybki.

Ledwie   Sherry   z Daną   wymieniły   niespokojne   spojrzenia,   przed   nosem 

Hope pojawił się baton z prasowanych płatków zbożowych z bakaliami.

Założę się, że to z głodu — powiedziała Karen. — Mnie zawsze mdli, 

jak mam pusty żołądek, a nie widziałam jeszcze, żeby ona coś jadła.

Hope spojrzała z niedowierzaniem na trzy kobiety — zupełnie różne, ale 

z wyrazem identycznego zmartwienia na twarzy. Właściwie od dawna nikt się 
o nią   nie   troszczył.   Z powodu   tylu   banalnych   schorzeń,   napadów   różnych 
dolegliwości,   jakie   zdążyła   zaliczyć,   jej   współpracownicy   i przyjaciele 
wychodzili z założenia, że nie potrzebuje ani współczucia, ani otuchy. Nawet 
Debbie   zmusiła   ją  do   wyjazdu,   żeby   —  dla   dobra   firmy   —  pozbierała   się 
w samotności.

Jak myślicie, co powinnyśmy zrobić? — spytała Karen, przygryzając 

wargi.

Po pierwsze — warknęła Hope — przestańcie gadać, jakby mnie tu 

nie   było.   —   Próbowała   odzyskać   normalny   tembr   głosu.   —   Po   drugie, 
przestańcie zrzędzić. Jak będę miała czym oddychać, poczuję się lepiej.

Cofnęły się jak na komendę. Sherry mruknęła coś o niewdzięczności, Dana 

uniosła   wysoko   brwi,   Karen   miała   minę   zbitego   psa.   Hope   otworzyła 
i zamknęła usta. Jeżeli czegoś się w życiu nauczyła, to tego, że łagodność nie 
popłaca. Nie zamierzała więc kogokolwiek przepraszać.

Dana ruszyła do łazienki.

Zmienię ciuchy i rozejrzę się po terenie. Która z was idzie ze mną?

Dobra myśl, idę — odparła Sherry. — A ty?

Nie patrzyła na Hope.
Ale Karen tak.

Czy ja wiem...

Hope położyła się i zamknęła oczy. 

background image

Dobrze, idę z wami — powiedziała Karen. — O szóstej mamy być na 

kolacji. Jak   sądzicie,  zdążymy  obejrzeć  tę skałę   w kształcie   słonia,  o której 
mówił nam Jared?

Genialny   pomysł!   Podobno   to   niedaleko,   trzy   kwadranse   w obie 

strony. Ale pionierki trzeba włożyć.

Z ogólnego ferworu przygotowań Hope, nie otwierając oczu, wychwytywała 

pojedyncze   dźwięki.   Rozsunięcie   zamka   walizki   i zasunięcie.   Czyjeś   buty 
spadły na podłogę. Pstryknięcie, potem delikatny warkot urządzenia na baterię 
— aha, przewijanie filmu. Do jej nozdrzy dotarł zapach emulsji do opalania. 
Wszystko   razem   tworzyło   upajający   nastrój   pierwszego   dnia   wakacji. 
Otworzyły się drzwi łazienki, potem drzwi wejściowe. Diana powiedziała:

Idziemy.

A Hope została sama.
Zapanowała nieznośna cisza. Uchyliła powieki i spojrzała na stertę ubrań 

wysypanych   z nie   domkniętej   walizki.   Nie   żałowała,   że   jej   współlokatorki 
sobie poszły. Miała ważniejsze zajęcia niż podziwianie jakiejś głupiej skały 
w kształcie słonia. Nie przeszłaby z nimi nawet na drugi koniec pokoju, żeby 
oglądać coś tak śmiesznego.

Nawet gdyby ją poprosiły.

Godzinę później Hope przyciskała do ucha słuchawkę telefonu, oglądając 

się za siebie w obawie, czy ktoś jej nie podsłuchuje. Żadnego człowieka w polu 
widzenia. Wygląda na to, że w jej biurze też nikogo nie ma. Cztery sygnały 
i nic.

Pięć sygnałów.
Dopiero po szóstym ktoś odebrał.
— Manning Enterprises, słucham.
— Leslie, na litość boską, ile razy ci tłumaczyłam, że nigdy nie ma drugiej 

okazji,   żeby   zrobić   dobre   pierwsze   wrażenie?   Przecież   mogłabym   być,   do 
diabła, potencjalnym inwestorem i po trzech sygnałach odłożyć słuchawkę.

Pani Manning? To pani?

Oczywiście że ja. Czy słyszałaś...

Ale pani Stone powiedziała, że jest pani w głębi jakiejś pustyni i że co 

najmniej przez dziesięć dni nie będzie pani miała z nami żadnego kontaktu. 
Może pani z nią porozmawiać? Właśnie podeszła...

Nie, poczekaj! — Słysząc ciszę w słuchawce, Hope zacisnęła powieki. 

— Leslie... ?

Niestety, nie Leslie — oznajmiła zimno Debbie. — Witaj, szefowo. 

Coś takiego, nigdy bym nie pomyślała, że zadzwonisz tak szybko.

background image

W   błękitnych   oczach   Debbie   nie   było   cienia   sarkazmu.   Hope   wiedziała 

o tym doskonale. Ale znała tę kobietę od ich pierwszego roku nauki w szkole 
ekonomicznej w Wharton. Na pewno zbierała siły.

Jestem   pewna,   że   masz   jakiś   bardzo   ważny   powód,   dla   którego 

łamiesz   umowę   i dzwonisz   do   biura   już   pierwszego   dnia   po   wyjeździe. 
Oczywiście nie ma to nic wspólnego ze sprzedażą UroTech. Wiesz przecież, że 
gdyby zdarzyło się coś istotnego, sama bym do ciebie zadzwoniła — zgodnie 
z obietnicą. No więc... w czym rzecz, Hope?

Szlag by to trafił.

To nie jest Sieć Sprzedaży Wysyłkowej?

Cienko. Spróbuj jeszcze raz.

Może chciałam cię prosić o przepis na martini?

Ja robię kiepskie martini — przyznała Debbie szorstkim kontraltem, 

za który uwielbiali ją mężczyźni. — Ale twoje są niezłe. Próbuj dalej, do trzech 
razy sztuka.

Hope oparła się bokiem o ścianę, próbując skoncentrować myśli.
—   Dobra,   słuchaj   uważnie.   Trzymam   w tym   cholernym   obozie   trzy 

zakładniczki. Albo jeszcze dziś zorganizujesz mi dyskretny desant ze skrzynką 
dietetycznej coli i klimatyzatorem, albo będę zmuszona utopić te kobiety, jedną 
po drugiej, we własnym pocie.

Debbie zaniosła się chichotem, który podniósł temperaturę na linii.

Jestem feministką. Czy mam to rozumieć jako groźbę?

A   nie   wspomniałam   ci,   że   Elvis   Presley   też   jest   związany 

i zakneblowany?

Hope wyobraziła sobie dwie antenki wyrastające nad jasną głową Debbie.

Elvis w stylu szczupły w czarnej skórze? Czy Elvis spasiony w białym 

poliesterze?

Och,   zdecydowanie   szczupły.   —   Hope   uśmiechnęła   się   na 

wspomnienie występu Jareda. — Dawno już nie widziałam takiego zgrabnego 
tyłka. Bary też ma niezłe...

No, no... Czyżby taka kosa jak Hope Manning trafiła na swój kamień? 

Kim jest ten Elvis? — spytała Debbie ożywionym głosem.

Nikim.

Akurat, znamy się nie od dzisiaj. Wiesz, że mnie nie oszukasz. Czy to 

jakiś bogaty, przystojny przedsiębiorca?

Nie.

Jeden z przewodników? Umięśniony jak Tarzan?

Nie.

Tak! Twój Elvis jest przewodnikiem! A może przewodnikiem numer 

jeden?   Chodzi   o szefa   firmy,   co?   Faceta,   który   ma   cię   uchronić   przed 

background image

nerwowym załamaniem, a mnie przed szukaniem nowej posady?

Jak ona to robi?

Nie.

Genialnie, moje gratulacje! — wrzasnęła Debbie.

Czy   on   naprawdę   wygląda   tak   dobrze   jak   w „Good   Morning 

America"? Dlaczego nazywasz go Elvis? Jest jakaś szansa na to, że zacznie 
kochać cię czule, zanim będzie po kursie?

Zwolnij, Debbie. Nie słyszysz, że zaczynasz bredzić? Tak się składa, 

że nie jestem maskotką pana nauczyciela.

Dobra, wcale nie musi być czule. Krótkie miłosne szaleństwo też ci 

dobrze zrobi. No, szefowo, nie daj się prosić, opowiedz cioci Debbie, co to za 
facet. Szczerze i z detalami.

Nie miała wyjścia.
—   Jeżeli   koniecznie   chcesz   wiedzieć,   Jared   Austin   jest   przerośniętym 

skautem, który namawia ludzi do medytacji, a po chwili straszy ich batem. Nie 
lubi   mnie   —   z wzajemnością   —   bo   każda   silna   kobieta   zagraża   jego 
autorytetowi   i męskości.   A nie   zbywa   mu   ani   na   jednym,   ani   na   drugim. 
Chciałabyś wiedzieć coś więcej, czy uważasz temat za wyczerpany?

Odsunęła się od ściany, przeczesała nerwowym ruchem włosy i odwróciła 

głowę.

Jared stał nie dalej niż metr za jej plecami, z założonymi rękami i niewiele 

mówiącym spojrzeniem.

Według mnie temat jest wyczerpany — powiedział.

Kto to był? — spytała ostro Debbie.

Hope nie byłaby w stanie odpowiedzieć, nawet gdyby na linii miała firmę 

Johnson and Johnson.

O Boże, to on, prawda?

Muszę   kończyć,   Debbie.   Zadzwoń   do   mnie,   jeśli   wydarzy   się   coś 

nowego w sprawie UroTechu. I nie podejmuj beze mnie żadnych poważnych 
decyzji. W razie czego graj na zwłokę do mojego powrotu.

Poczekaj!   Zadzwoń   do   mnie,   jak   tylko   go   spławisz!   Zapomnij 

o naszej umowie. Możesz się ze mną kontaktować, kiedy tylko...

Hope   odłożyła   słuchawkę.   Stalowy   błysk   w oczach   Jareda   przyprawił   ją 

o skurcz żołądka. Uśmiechnęła się krzywo.

Cześć.

Skinął głową, nie zmieniając wyrazu twarzy.

Ja... Pewnie się zastanawiasz, co ja tu robię.

Nie. Doskonale wiem, co robisz. Lekceważysz w sposób rażący jedną 

z głównych wskazówek, jakie zalecamy uczestnikom tego kursu.

No właśnie, Jared. „Zalecamy" jest tu słowem kluczowym. Zdaje się, 

background image

że w tym kraju nadal panuje wolność wyboru, a ja wybrałam tak, że nie będę 
słuchać   twoich   dziecinnych   wskazówek.   —   Jego   milczenie   sprawiło,   że 
poczuła się jak dziecko. Nie miała innego wyjścia, niż ruszyć do ataku. — No 
i co, druhu, co masz zamiar zrobić z tym fantem? Odeślesz mnie do gabinetu 
szefa? Na dywanik?

Za szkłami jego okularów dostrzegła ogień, który natychmiast zgasł.
—   Za   piętnaście   minut   wyrusza   furgonetka   do   Alpine.   Możesz   jeszcze 

zmienić zdanie i wyjechać — powiedział głosem bez wyrazu.

Chociaż   tak   bardzo   chciała   wrócić   do   cywilizowanego   świata,   czuła,   że 

Jaredowi jeszcze bardziej zależy na tym, żeby się jej pozbyć. Podniosła dumnie 
brodę. 

Dzwoniłam w ważnej sprawie. Nie możesz od nas wymagać, żebyśmy 

zapomnieli o bożym świecie tylko dlatego, że jesteśmy tutaj.

Mogę   i będę   wymagać.   Dlatego   że   jesteście   w miejscu,   w którym 

musicie   się   skoncentrować   wyłącznie   na   sobie.   Takie   jest   założenie   kursu. 
Żadnych   pilnych   negocjacji,   żadnych   notowań   giełdowych,   telefonów, 
kłopotów z pracownikami ani stosów korespondencji. Tutaj jesteście tylko wy 
i coś o wiele potężniejszego — coś, co nawet przeciętnie ograniczony czciciel 
wszechmocnego dolara powinien w końcu dostrzec i odczuć.

Nie do wiary! Zbliżyła się do niego, odchylając w tył głowę.

Hej,   druhu,   z jakiej   choinki   urwałeś   się   z takimi   tekstami?   Jakim 

prawem oceniasz ludzi, których nie znasz? Co ty o mnie możesz wiedzieć? 
Lepiej zejdź ze swojego fałszywego piedestału, zanim szlak mnie trafi i będę 
zmuszona   wykopać   ci   go   spod   stóp   —   w obecności   tych   wszystkich 
nawiedzonych kursantów, którym robisz wodę z mózgu.

Ten patałach ma czelność się uśmiechać!

Nie wierzysz, że potrafię to zrobić? — spytała. — No to uważaj na 

mnie. Jutro wieczorem będziesz leżał bezradnie na plecach jak przewrócony 
żółw. Zaręczam ci, że widok z parteru będzie mniej zabawny.

Opuścił   ręce   i podszedł   do   niej   bliżej,   zmuszając   do   odchylenia   głowy. 

Kiedy jego koszula zasłoniła Hope widok, odczuła niepokój, który odebrał jej 
pewność siebie.

Mylisz się, Hope. Wiem o tobie cholernie dużo. Wiem, że pracujesz 

czternaście godzin na dobę w strasznym napięciu, bo ciągle się sprawdzasz, bo 
jesteś   nastawiona   wyłącznie   na   sukces.   Wiem,   że   wymagasz   od   swoich 
pracowników, żeby pracowali równie długo jak ty, chociaż, jak przypuszczam, 
za nieporównywalnie mniejsze pieniądze.

W porządku, wysłuchał bardzo uważnie jej pierwszego wystąpienia. Nie jest 

źle.

Wiem, że niełatwo się zaprzyjaźniasz i że albo jesteś rozwiedziona, 

background image

albo zrywasz z każdym mężczyzną, który nie chce grać w twoim życiu drugich 
skrzypiec, ustępując pierwszeństwa Manning Enterprises. Wiem, że biznes — 
ubijanie   kolejnych   interesów   i przechytrzanie   konkurencji   —   wydaje   ci   się 
bardziej   podniecający   niż   seks,   bardziej   opłacalny   niż   przyjaźń   i bez 
porównania mniej ryzykowny niż zaufanie do ludzi. Jak na kogoś, kto patrzy 
na ludzi z piedestału, znam cię nieźle, Hope Manning.

Mijały   sekundy,   a ona   milczała,   wpatrując   się   w oczy,   które   widziały 

o wiele za dużo. Bezwiednym gestem odgarnęła znad prawego oka kosmyk 
kręconych włosów, nie reagując, kiedy opadł z powrotem na czoło.

Za to ty — ciągnął Jared — na mój temat nie masz dokładnie nic do 

powiedzenia.

Opuściła głowę.

Nie zaprzeczysz, że namawiałeś nas do medytacji.

Nie — zgodził się, ledwie rozchylając wargi. Wąskie, ale kształtne 

i wyraźnie zarysowane.

Próbowała zatrzymać spojrzenie na jego brodzie.

I straszyłeś, że weźmiesz nas pod bat, tak czy nie?

Tak. Poza tym, według wiarygodnych źródeł, mam niezły tyłek i bary.

Podniosła wzrok i zdmuchnęła z oka niesforny kosmyk.

Pewnie zgodzisz się i z tym, że nie lubisz, kiedy ktoś wystawia na 

próbę twój autorytet, zwłaszcza jeśli robi to silna kobieta.

Przysunął   się   jeszcze   bliżej,   ryzykownie   blisko;   brakowało   może   kilku 

centymetrów, żeby dotknąć jej piersi.

— I tu się mylisz.  Lubię pewną silną kobietę, nawet kiedy wystawia na 

próbę mój autorytet.

Owiała   ją   delikatna   woń   płynu   po   goleniu   zmieszana   z zapachem 

pustynnego   piasku   i męskiego   ciepła.   Gdyby   nie   głos   rozsądku,   chętnie 
ukoiłaby się w jego gorących ramionach.

Jeśli   chodzi   o niedostatek   moich   męskich   walorów...   No   cóż, 

kochanie, jeśli tylko zechcesz uzasadnić swoją teorię, daj mi znać. Zobaczymy, 
czy   stanę   na   wysokości   zadania.   —   Zniżył   głos   o dwie   oktawy,   a jego 
granatowe oczy stały się prawie czarne. Wyciągnął do niej rękę, żeby schować 
za ucho krnąbrny lok, potem szorstkim palcem dotknął policzka. — Magnolie 
— mruknął, obejmując swą potężną dłonią jej brodę.

Ten czuły dotyk nie pasował do jego pałającego spojrzenia i gwałtownego 

bicia jej serca. Znieruchomiała, kiedy palce Jareda musnęły jej szyję.

—   Puls   zawsze   zdradza   poziom   stresu,   Hope.   Jednym   ze   sposobów   na 

obniżenie napięcia jest głębokie oddychanie. Chcesz, żebym ci pokazał inną 
technikę?

Wzrok Jareda zatrzymał się na jej wargach.

background image

Spokojnie...
Technikę?
Hope odchyliła w tył głowę i cofnęła się na bezpieczną odległość.
—   Nie   wiem,   ile   twoich   byłych   uczennic   zgodziło   się   na   takie   lekcje 

wyrównawcze — wydusiła z siebie po chwili, mile zaskoczona tym, że jej głos 
zabrzmiał w miarę naturalnie. — Ale ja nie dopisuję się do tej listy. Od tej pory 
trzymaj ręce przy sobie, a ze swoją psychoanalizą dla ubogich możesz zgłosić 
się do kabaretu. Mówię poważnie: spróbuj jeszcze raz takiej zagrywki, a „Good 
Morning America" dostanie następny odcinek serialu o MindBend Advefitures, 
po którym notowania firmy razem z twoją opinią spadną na dno.

Nie   czekając   na   odpowiedź,   Hope   obróciła   się   na   pięcie   i ruszyła   do 

wyjścia. Miała uczucie, że Jared swoim ognistym wzrokiem próbuje wypalić 
piętno na jej plecach. Trzasnęła drzwiami i wypadła na dziedziniec — wprost 
na oślepiające słońce i popołudniową spiekotę. Chwiejąc się na nogach, czuła 
ulgę   i zawód   zarazem,   żywiąc   jednocześnie   nadzieję,   że   przynajmniej   tym 
razem zastosowała się do głupich zasad.

Mogła sobie tylko życzyć, żeby opowieści o duchach były jedyną rzeczą, 

która zakłóci w nocy jej sen.

Jared, kompletnie osłupiały, wpatrywał się w pusty korytarz. Co tu się, do 

diabła, wydarzyło?

Dwadzieścia minut temu pracował przy swoim biurku, kiedy mignęła mu 

przez   okno   sylwetka   Hope.   Jej   kocie   ruchy   wzbudziły   jego   podejrzenie. 
Poszedł   za   nią   do   szkoły,   zorientowawszy   się   od   razu,   że   szuka   telefonu. 
Wśliznął się przez boczne wejście i podglądał ją zza rogu korytarza jak jakiś 
cholerny zboczeniec. Kiedy się odwróciła, nie miał wyjścia — musiał wykonać 
swój ruch.

Na   początku   chciał   ją   przestraszyć,   a nie   podsłuchiwać   rozmowę.   Kiedy 

jednak   usłyszał,   że   mowa   jest   o szczegółach   jego   męskiej   urody,   nie   mógł 
sobie odmówić dalszego ciągu. Tak, podsłuchiwał dalej.

Ta kobieta ma język, który powinien być zarejestrowany jako broń palna.
Jego   urażona   godność   domagała   się   odwetu,   udowodnienia,   że   potrafi 

wzbudzić w niej szacunek i sprawić, że będzie go traktować jak mężczyznę, 
a nie jak przewróconego żółwia. Popełnił jednak jeden fatalny błąd. Nie wziął 
pod uwagę,  że  Hope  może   zrobić  na  nim  wrażenie  jako kobieta.  Z drugiej 
strony...

Czy mógł przypuszczać, że jej przenikliwe brązowe oczy, błąkając się po 

jego ustach, staną się nagle łagodne i niewinne, że jej soczyste, różowe wargi 
rozchylą się w mimowolnym zaproszeniu? Skąd mógł wiedzieć, że jej skóra 

background image

przypomina w dotyku kwiat magnolii? Aksamit. Jedwab. Zastanawiał się, czy 
najwrażliwsze części jej ciała mogą być jeszcze delikatniejsze...

Przeklął pod nosem. Hope Manning dała mu nauczkę — dość brutalną, ale 

miała  rację. Przekroczył granicę pomiędzy  pracą a życiem prywatnym.  Idąc 
wolnym krokiem przez opuszczony szkolny korytarz, Jared przyrzekł sobie, że 
nigdy więcej nie popełni takiego głupstwa.

Co wcale nie miało znaczyć, że gotów był zrezygnować z jej terapii. Hope 

jest wycieńczoną nerwowo kobietą interesu. Dla takich ludzi jak ona stworzył 
MindBend Adventures. On sam był kiedyś takim człowiekiem.

I znów takim się staje.
Zatrzymał się w pół kroku, przetarł dłońmi twarz i podniósł głowę. Prawda 

poraziła   go   jak   piorun.   Hope   Manning   jest   jego   szansą   na   opamiętanie. 
Błogosławieństwem. Ma okazję odwołać się do wartości etycznych, otwierając 
jej umysł i serce na to samo.

Będzie   mógł   opowiedzieć   w „Good   Morning   America"   historię,   która 

pozwoli   komuś   odzyskać   wiarę   w innych   ludzi   i w kapitalizm.   Pokaże   tej 
cieplarnianej magnolii świat, który skurczy jej ważne sprawy i pilne telefony 
do właściwych rozmiarów.

A jeśli na dodatek narzuci sobie żelazną dyscyplinę, być może dokona tego 

wszystkiego, trzymając swoje cholerne łapy przy sobie!

background image

3

Pobudka, Hope! Śniadanie za piętnaście minut.

Z   trudem   wynurzając   się   z kamiennego   snu,   Hope   pacnęła   rękę,   która 

potrząsała jej ramieniem.

Hej, marudo, wstawaj. Potem, jak ci głód zacznie skręcać kiszki, sama 

będziesz na siebie zła, zobaczysz.

Już   jestem   zła,   pomyślała.   Otworzyła   oczy   i wydobyła   z siebie   groźny 

pomruk. Przecież ledwie świta. Wciąż znajdowała się w półśnie i wcale nie 
miała ochoty się budzić.

Skowronkiem   to   ty   nie   jesteś,   mam   rację?   —   zapytała   Sherry, 

pokazując w uśmiechu wszystkie zęby.

Zerknąwszy na jej bikini, prążkowaną trykotową koszulkę i gładką skórę 

bez   śladu   cellulitu,   Hope   chwyciła   koc   i naciągnęła   go   na   głowę. 
Błogosławiona   samotność.   Szansa   złapania   chociaż   odrobiny   snu.   Gdyby 
mogła  żyć w zgodzie ze  swoim rytmem  biologicznym,  witałaby  dzień koło 
południa, a prawdziwe życie zaczynała po ósmej wieczorem. Poprzedniej nocy 
zasnęła  ostatnia, długo po tym,  jak jej koleżankom wyczerpał się  repertuar 
bajek na dobranoc.

Dręcząca   obecność   Jareda   miała   w tym   swój   udział.   Nawet   teraz,   kiedy 

zamknęła   oczy,   widziała   jego   gorączkowe   spojrzenie,   które   nie   tylko   nie 
pozwalało   jej   uciec   w sen,   ale   wprawiało   serce   w łomot   —   z podniecenia 
i strachu jednocześnie...

Ktoś   wyrwał   z jej   rozluźnionej   dłoni   koc   i zsunął   na   nogi.   Chłód,   który 

przeniknął  jej ciało, był jak zimny  prysznic. Trzęsąc  się, powoli otworzyła 
oczy.

Odejdź albo cię uszkodzę — powiedziała twardo.

Sherry zaśmiała się i wyciągnęła spod łóżka swoją walizkę.

Budziłam trzech marudnych braci i codziennie rano wyprawiałam ich 

do   szkoły,   dopóki   nie   rozjechali   się   do   college'ów.   Wątpię,   żebyś   mogła 
wykombinować coś, na co oni nie wpadli.

Twoi   bracia   nie   mieli   tego!   —   Hope   zamruczała   jak   kotka, 

rozczapierzyła palce i zagrabiła powietrze czerwonymi pazurami z akrylu.

Jared każe ci je obciąć, masz to jak w banku — odezwała się Diana 

w drodze do łazienki. W swojej słodkiej dziewczęcej pidżamie wyglądała jak 
psotna dziesięciolatka. Zamknęła za sobą drzwi, lekceważąc oburzoną minę 
Hope.

Mojemu Jimowi podobają się długie paznokcie, ale ja je obgryzam do 

background image

krwi.

Hope powiodła oczami za skruszonym głosem. Karen siedziała skulona na 

brzegu   przeciwległego   łóżka,   z rękami   wciśniętymi   między   kolana. 
Bladoróżowa nocna koszula, nastroszone bezładnie włosy... Smutek bijący z jej 
postaci odbierał radość życia.

Hope ma paznokcie pierwsza klasa — oświadczyła Sherry, dając do 

zrozumienia,   że   wraca   na   pierwszy   plan.   Wyjęła   z walizki   czarny   skrawek 
materiału   —   szorty,   jak   się   potem   okazało,   nieznacznie   tylko   większe   od 
bielizny bikini. — Takie ręce to majątek!

Hope spojrzała na swoje dłonie z niedowierzaniem.

Masz   tak   długie   palce   jak   moja   przyjaciółka   Catherine.   Jest 

fotomodelką, zarabia niesamowity szmal. Samymi rękami, wyobrażasz sobie? 
Jak chcesz, mogę się dowiedzieć, kto jest jej agentem.

Hope potrząsnęła głową.

W mój rozkład zajęć nie dałoby się wepchnąć nawet igły, ale... dzięki.

Nie   ma   sprawy.   —   Sherry   uśmiechnęła   się,   demonstrując   dołki 

w policzkach — jedyne na jej pięknym ciele — a potem wciągnęła przez głowę 
biały sportowy stanik.

Pomimo oczywistych powodów, Hope nie czuła już do niej cienia złości. 

Równie bezsensownie byłoby żywić urazę do sympatycznego szczeniaka.

Następna!   —   krzyknęła   Dana,   wyłoniwszy   się   z łazienki 

w czerwonych szortach i granatowej koszulce. — Słuchajcie, umyłam szafkę 
w łazience.   Dla   każdej   z nas   jest   jedna   półka   na   osobiste   drobiazgi.   Swoje 
rzeczy położyłam na samym dole i ostrzegam was, że jeśli znajdę na mojej 
szczotce jeden włos, który nie będzie brązowy — rzuciła wymowne spojrzenie 
dwóm blondynkom: popielatej i złotej, a potem rudej Hope — nie będę musiała 
zgadywać, do kogo należy.

Sherry przemknęła chyłkiem za plecami o wiele niższej kobiety, wśliznęła 

się do łazienki z radosnym uśmiechem i pomachała ręką.

Ja tylko na sekundkę.

Akurat — mruknęła Karen, opadając ciężko na materac.

Dana otworzyła drzwi wejściowe. Świst wpadającego do środka powietrza, 

rześkiego, o ostrym, aromatycznym zapachu, sprawił, że Hope ocknęła się na 
dobre.

Przepraszam, dziewczyny, że nie poczekam na was — powiedziała 

Dana — ale umieram z głodu. Spróbuję zająć cztery miejsca przy jednym stole.

Trzask!
Hope spojrzała na Karen.

Popraw   mnie,   jeśli   się   mylę,   ale   czy   przypadkiem   nie   to   samo 

głodujące chuchro pochłonęło wczoraj wieczorem co najmniej sześć twoich 

background image

ciastek?

Siedem — poprawiła ją Karen. — A z tym, które dałam jej od razu po 

kolacji, osiem. Sherry zjadła pięć.

Wymieniły zdumione, a po chwili podobnie zirytowane spojrzenia.

Chcesz, żebym skotłowała im łóżka? — spytała Hope.

Nie, ja to zrobię. I tak mam poobgryzane paznokcie, więc nie mam 

czego łamać. — Dwa tańczące płomyki ożywiły niebieskie oczy Karen.

Hope zależało, żeby tańczyły jak najdłużej.

Wiesz, że ja też kiedyś obgryzałam paznokcie? Dopóki nie odkryłam, 

że te przyklejane są twardsze od zębów. Najlepszy sposób na odwyk. Teraz 
wolę się nie narażać na kazanie u manikiurzystki, nie mówiąc o dentyście.

Mówisz, że te są sztuczne?

Hope spłoszonym gestem zakryła dłonią usta.

Wyglądają na sztuczne? — wymamrotała.

Głupia!   —   Karen   wybuchnęła   śmiechem.   —   Nie   pytałam   o zęby, 

tylko o paznokcie.

Te?   —   Hope   wyciągnęła   do   niej   dłonie,   poruszając   z wdziękiem 

palcami. — Otóż dowiedz się, że te śliczności są z prawdziwego akrylu.

Wyglądają tak naturalnie, że aż trudno uwierzyć. — Karen oglądała 

z zachwytem   nienagannie   owalne,   polakierowane   paznokcie.   —   Myślałam 
o czymś takim od dawna.

To dlaczego nie spróbowałaś?

Słyszałam, że są strasznie drogie. Moja tygodniówka ledwie starcza 

na żywność.

Tygodniówka?   Hope   z trudem   ukryła   oburzenie.   Słabo   jej   się   robiło   na 

myśl, że dorosłej kobiecie mąż wydziela pieniądze jak dziecku.

Posłuchaj, coś mi tu nie gra. Jeżeli twój Jim lubi piękne paznokcie, na 

pewno od czasu do czasu zafunduje ci manikiurzystkę. W końcu zapłacił za 
twój kurs, tak czy nie?

Oczy Karen zasnuły się cieniem. Podniosła rękę i drżącymi palcami ścisnęła 

guzik flanelowej koszuli.

Tak, ale ten kurs to nie jest zwykły zbytek, tylko inwestycja w jego 

karierę — powiedziała krótko, jakby tym zdaniem wyjaśniła wszystko.

Nie rozumiem.

Och,   przepraszam,   spróbuję   ci   wytłumaczyć.   Jim   jest   dyrektorem 

marketingu   w Sports   Arama,   w rejonie   Houston,   obejmującym   dwadzieścia 
dwa sklepy ze sprzętem sportowym. Pan Coteras, właściciel firmy, to znaczy 
on i jego żona, są zapalonymi wędrownikami. Już kilka razy zapraszali nas na 
wspólne   wycieczki...   no   i,   sama   rozumiesz,   Jimowi   zaczęło   brakować 
wymówek.

background image

Nie bardzo rozumiem. Po pierwsze, po co wymówki? Nie mogliście 

przyjąć ich zaproszenia?

Śmiech Karen zabrzmiał cicho i posępnie.

Jestem   najgorszą   niezdarą   na   świecie.   Gdybym   poszła   z nimi   na 

dwudniową   wycieczkę,   wlokłabym   się   na   końcu   i opóźniała   tempo   całej 
grupie. Jim zdaje sobie z tego sprawę... Nie mówię już o tym, że kompletnie 
bym się ośmieszyła.

Wątpię...

A ja nie wątpię. Jedyne, co mi naprawdę wychodzi, to stawianie Jima 

w głupim położeniu.

Ten facet zaczął Hope naprawdę wkurzać.

Więc pozwól mu iść bez ciebie.

Nie mogę.

Hope westchnęła z pasją, wiedząc, że będzie tego żałować.

Dlaczego nie możesz?

Jim myśli, że te propozycje wspólnych weekendów to nic innego jak 

zapowiedź   jego   awansu.   Tak   było   z obu   wicedyrektorami   —   po   kilku 
wędrówkach z szefem i jego żoną zostali mianowani na wyższe stanowiska. 
Jim mówi, że oboje musimy zrobić dobre wrażenie albo nici z awansu.

Hope   otworzyła   —   i z powrotem   zamknęła   usta.   Co   ją,   do   cholery, 

obchodzi, jak wygląda małżeństwo tej kobiety!

Śmiało, Hope, powiedz to szczerze. Nie wierzysz, że ten kurs może 

mi w czymkolwiek pomóc, prawda? Uważasz, że marnuję pieniądze Jima.

Przez długą chwilę Hope nie mogła wydusić z siebie słowa.

Dlaczego miałabym tak myśleć? I co to w ogóle znaczy „pieniądze 

Jima"?   Z czyjego   nadania   twój   mąż   jest   domowym   bankierem,   strażnikiem 
rodzinnego skarbca?

W czasie studiów podyplomowych, kiedy specjalizowała się w planowaniu 

finansowym,   dowiedziała   się,   jak   wiele   żon   nie   ma   nic   do   powiedzenia 
w sprawie   domowego   budżetu,   jak   lekkomyślnie   pozwalają   swoim   mężom 
podejmować   wszelkie   decyzje   finansowe,   i jak   często   takie   kobiety   — 
w wypadku rozwodu albo wdowieństwa — popadają w ruinę.

Ty niczego nie rozumiesz.

Rozumiem, że nie masz nic przeciwko wydaniu nawet sporej forsy, 

pod warunkiem, że w ostatecznym rozrachunku przyniesie to korzyść Jimowi. 
Ale głupi manikiur to „zbytek". Karen — powiedziała wzburzonym głosem — 
według   prawa   własności   obowiązującego   w Teksasie   cokolwiek   należy   do 
Jima, należy do ciebie, i vice versa — nie wyłączając rodzinnych dochodów.

Nie rozumiesz — powtórzyła Karen załamanym tonem. — Jim jest 

hojny, ale on za ciężko pracuje na swoje pieniądze, żebym ja...

background image

Skończ z tą brednią o ,jego" pieniądzach. Pewnie że ciężko pracuje, 

a ty nie pracujesz?

W   odpowiedzi   Karen   przestała   się   znęcać   nad   guzikiem   swojej   koszuli, 

a w zamian zaczęła obgryzać dwa paznokcie.

Wasi chłopcy mają... no ile, siedem i dziewięć lat, tak?

Kiedy coraz bardziej zdenerwowana Karen skinęła głową, Hope ogarnęła 

panika.   Nie   miała   żadnego   doświadczenia   z dziećmi,   niewiele   wiedziała 
o prowincjonalnym   stylu   życia.   W ułamku   sekundy   przypomniała   sobie 
wszystko, co zdarzyło się jej czytać na ten temat w pismach kobiecych.

To   znaczy,   że   gotujesz   i sprzątasz,   i...   Nie   wiem,   pewnie   godzisz 

chłopców,   kiedy   się   tłuką,   leczysz   ich   zranione   uczucia...   Założę   się,   że 
odrabiasz   z nimi   lekcje,   wleczesz   na   dodatkowe   zajęcia,   treningi,   i diabli 
wiedzą co jeszcze. Wiesz co? Chciałabym widzieć kochanego Jima w twojej 
roli, przez jeden dzień, a potem niech ci powie prosto w oczy, że nie pracujesz 
równie ciężko jak on.

Karen opuściła na kolana swoje udręczone palce i uśmiechnęła się blado.

A ty mogłabyś mi  powiedzieć prosto w oczy, że pracuję ciężej od 

ciebie? Albo tak samo?

Na   palcach   jednej   ręki   Hope   mogłaby   policzyć   wydarzenia   ze   swojego 

życia, kiedy — tak jak teraz — straciła z wrażenia głos.

Daj spokój, żartowałam — szepnęła Karen.

Zaraz, zaraz! Chwileczkę... Nie powiem, że pracujesz ciężej ode mnie, 

bo... Możesz mi wierzyć, Karen, niewielu znam ludzi, którzy aż tak harują, ale 
to nie znaczy...

W porządku, Hope. Przepraszam, że wprawiłam cię w zakłopotanie, 

ale  może  dzięki  temu  przestaniesz  oceniać  tak  surowo  Jima.   Jeżeli  na  tym 
kursie nauczę się chodzić z plecakiem, rozkładać namiot i może jeszcze kilku 
innych   rzeczy,   pomogę   mu   w karierze,   będę   mogła   jeździć   z rodziną   na 
wakacje pod gołym niebem — i wszyscy będą szczęśliwi.

Hope   zamilkła.   Gdzieś   tam   w głębi   jej   duszy   pulsowało   bolesne 

współczucie.   Przez   pierwsze   osiemnaście   lat   życia   ona   też   składała   się 
z samych   kompleksów;   nie   wiedziała,   co   to   poczucie   własnej   wartości 
i chciała, żeby „wszyscy byli szczęśliwi". Zostały jej po tym tylko blizny.

A ty, Karen? Co z twoimi potrzebami, twoim szczęściem? To chyba 

też się liczy?

Zdumienie, konsternacja, ostrożność — te i jeszcze inne uczucia, zmienne 

jak chmury burzowe, przetaczały się po twarzy Karen.

A gdybyś tak dwa razy w miesiącu — Hope zaczęła łagodniejszym 

głosem — dała im na kolację kluchy z serem, a sobie zafundowała manikiur? 
Zasłużyłaś na to.

background image

Następna! — zawołała Sherry, wychylając z łazienki twarz uzbrojoną 

w nienaganny makijaż.

Karen, z płochliwym spojrzeniem, poderwała się na nogi.

Idę...

Stała jeszcze przez chwilę, potem potrząsnęła głową, zebrała fałdy koszuli 

i prawie wbiegła do łazienki.

Wpatrzona   w zamknięte   drzwi,   Hope   zastanawiała   się,   ile   przykrości 

i upokorzeń doznała ta kobieta od innych „pracujących" kobiet — nie mówiąc 
o mężu, który musiał być zwykłym draniem. Odpowiedź, której była niemal 
pewna, uświadomiła jej własną arogancję. Wiedziała przecież dobrze, co czuje 
taki rodzinny odmieniec.

Hope miała przynajmniej babcię, która ją rozumiała i popierała wszelkie jej 

„dziwactwa". Karen sprawiała wrażenie całkiem osamotnionej.

A tej co się stało? — zapytała Sherry, spoglądając na drzwi łazienki.

Słucham? Och... nic.

Nic,   poprawiła   się   w myślach,   czemu   nie   można   by   zaradzić   w czasie 

krótkiego odpoczynku od domowego kieratu.

Godzinę później Stam Lower wrzucał plecak i walizkę do bagażnika białego 

lincolna continental.

Udanych   wakacji,   senior   —   powiedział   pracownik   wypożyczalni 

samochodów, podając mu kluczyki.

W tych okolicach jest gdzie połazić, prawda?

Tak mi mówiono. Chyba polubię to miejsce.

San Antonio es muy bonito, bardzo piękne. Przyjechał pan z Chicago, 

prawda?

Wizytówki   na   bagażach.   Z pośpiechu   pozwolił   sobie   na   nieostrożność. 

Kiwnąwszy głową, ruszył do przednich drzwi od strony kierownicy. Krępy 
mężczyzna otworzył je, taksując Staną wzrokiem bez cienia skrępowania.

Ale   długo   to   pan   tu   nie   mieszkał,   prawda?   —   Odpowiedział 

uśmiechem   na   groźne   spojrzenie   Staną.   —   Ma   pan   taki   sam   akcent   jak 
prezydent   Clinton.   —   Nazwisko   polityka   z Arkansas   wypowiedział 
przeciągłym południowym akcentem.

Za to ty masz akcent jak Ricky Ricardo, a nie jesteś Kubańczykiem. 

— Przeklęci wścibscy Meksykanie. Usiłując zachować zimną krew, wśliznął 
się za kierownicę i wyjął z kieszeni dziesięciodolarowy banknot. — Powiedz 
mi jeszcze, jak się dostać na autostradę dwieście osiemdziesiąt jeden. A to dla 
ciebie.

Czarne oczy Meksykanina przylgnęły wręcz do pieniędzy.

background image

Es demasiado, za dużo.

Stan wzruszył ramionami i zaczął cofać rękę.
Mężczyzna chwycił szybko banknot, zamknął drzwi i wsunął głowę przez 

otwartą szybę, żeby pokazać drogę na mapie przyczepionej do osłony przeciw- 
słonecznej. Stan go nie słuchał. Nauczył się trasy na pamięć w czasie długiego 
lotu z lotniska 0'Hare. Odetchnął z ulgą, kiedy Meksykanin skończył mówić 
i odszedł od samochodu.

Gracias, amigo. Vaya eon Dios. Z Bogiem!

Stan kiwnął ręką, podniósł szybę i odjechał.
Przeklęci cudzoziemcy rozpanoszyli się w całym tym cholernym kraju. Znał 

wystarczająco   dużo   Meksykanów,   żeby   rozumieć   słowo   „Dios"   i nie   chciał 
mieć z nim nic wspólnego. Gdyby Bóg naprawdę istniał, każdy mały chłopak 
miałby takie dzieciństwo, żeby jako dorosły facet nie musiał o nim pamiętać.

Stan nie ufał nikomu poza samym sobą, tylko przed sobą się tłumaczył, na 

sobie tylko polegał. Udostępniał swoje usługi tym, których było na nie stać, 
a wysokość honorarium rosła proporcjonalnie do ryzyka przedsięwzięcia. Jak 
na   „nędznego   zasranego   kurdupla"   —   było   to   ostatnie   z przezwisk,   jakimi 
raczył go tatuś — Stan prosperował całkiem nieźle.

Coraz lepiej.
Regulując oparcie wielkiego lotniczego siedzenia, wdychał zapach nowego 

auta. Lincoln, zgodnie z umową, został zarezerwowany na fałszywe nazwisko. 
Za dwa tygodnie wynajmu faceci zapłacili z góry. Ludzie z klasą!

Był   podekscytowany   i napięty,   ale   zupełnie   inaczej   niż   w czasie   pracy, 

kiedy działał na maksymalnym poziomie adrenaliny. Facet z mafii, który się 
z nim   kontaktował,   był   niezwykle   zainteresowany   jego   dwuletnim   stażem 
w grupie   twardzieli,   którzy   prowadzili   szkołę   przetrwania   w górach   Ozark. 
Stan podejrzewał, że głównie dzięki temu szczegółowi życiorysu tak mu się 
poszczęściło — tym razem.

Jeśli   jednak   wykona   robotę   z normalną   precyzją,   bez   żadnej   obsuwy   — 

a dlaczego by nie — i jeśli na dzisiejszym spotkaniu jego ogłada towarzyska, 
zdobyta   dzięki   długiej   pracy   nad   sobą,   zostanie   doceniona   —   a tak   się   na 
pewno stanie —jego honoraria skoczą cholernie w górę.

Umiejętność wtapiania się w elitarne kręgi towarzyskie równie dobrze, jak 

i w dzikie chaszcze czy góry, miała otworzyć przed nim nowe perspektywy. 
W wieku   trzydziestu   lat   dołączyłby   do   garstki   niezależnych   zawodowców 
jeżdżących   własnymi,   a nie   pożyczanymi   na   dwa   tygodnie   luksusowymi 
autami.

Trochę nawet żałował, że ojciec tego nie dożył.
Z   kieszeni   wizytowego   płaszcza   wyjął   opis   drogi,   porównał   go 

z drogowskazami   i zjechawszy   na   prawy   pas,   omal   nie   skręcił   w zjazd   na 

background image

Commerce  Street. Minął oznakowanie na Alamo  i zapisał w pamięci  nazwę 
ulicy. Może obejrzy coś ciekawego, zanim wyjedzie z miasta. W czasie każdej 
podróży starał się wpaść do muzeum albo do teatru. Ludzie z klasą tak robią.

Wytworne centrum handlowe po prawej kazało mu się domyślać, że jest 

blisko celu. Kiedy wjechał na ślimak i zatrzymał się przed pałacowym hotelem, 
mimowolnie zacisnął palce na kierownicy.

Mężczyzna w uniformie natychmiast otworzył drzwiczki samochodu.

Witamy w Marriott River Center, sir. Czy ma pan jakieś bagaże do 

wniesienia?

Stan skinął głową, otworzył bagażnik i wysiadł, usiłując nie gapić się na 

pięciogwiazdkowy hotel jak prowincjonalny głupek z Arkansas. O tak, do tego 
mógłby z przyjemnością przywyknąć.

I przywyknie.

Jared   stał   przed   główną   tablicą   i przyglądał   się   wchodzącym   do   klasy 

kandydatom na traperów. Jadał sam, nie widział więc grupy od poprzedniego 
wieczoru.   Dzisiaj   więcej   rozmawiali,   śmiali   się   chętniej,   siadali 
w zaprzyjaźnionych grupkach.

Odkąd zdecydował się poprowadzić jedną drużynę, miał lepszy humor i nie 

mógł   się   doczekać   wyprawy.   Uświadomił   sobie,   że   zajęcia   teoretyczne 
z uczniami   sprawiają   mu   większą   przyjemność,   jeśli   w perspektywie   ma 
wyjście w teren i przekonanie się na własne oczy, że nauka nie poszła w las. 
Przy   odrobinie   szczęścia,   niektórzy   z nich   wykorzystają   nowe   umiejętności 
w świecie interesów, kiedy wrócą do domów i do normalnego życia.

Uśmiechnął się albo kiwnął głową do każdej z dziewiętnastu osób, a potem 

poczuł, że nie wytrzyma ani chwili dłużej i spojrzał na Hope.

Z   piątego,   ostatniego   rzędu   przeniosła   się   do   trzeciego,   między   Sherry 

a Karen.   Jej   czarny   golf   bez   rękawów   kontrastował   z ognistorudymi, 
puszystymi   włosami.   Wiedział   o nich,   że   w dotyku   są   delikatne   jak   puch 
dmuchawców. Wydała mu się nagle zbyt ożywiona, przesadnie zajęta rozmową 
z sąsiadkami.

Spójrz na mnie, Hope. Miejmy to z głowy.
Wyprostowała plecy, potem odwróciła głowę.
Nie był gotów. Mimo że przemawiał sobie do rozumu przez całą noc, to 

teraz, kiedy spojrzała na niego tym swoim łagodnym wzrokiem, poczuł się, 
jakby dostał obuchem w głowę. Sądząc po jej osłupiałej minie,  Hope także 
uległa krótkiemu zamroczeniu.

Zanim się pozbierała i zapanowała nad twarzą, Jared zdążył zauważyć, że 

nie była aż tak bardzo oburzona jego brakiem profesjonalizmu w kontaktach 

background image

z podopiecznymi, jak to próbowała udawać.

Dzień dobry — powiedział radośnie.

Dzień dobry — powtórzyli wszyscy jak echo.

Panie Austin — dodała Hope dziecięcym, monotonnie wznoszącym 

się głosem.

Jared z resztą grupy wybuchnęli śmiechem.

Mam   nadzieję,   że   spaliście   dobrze,   bo   czeka   nas   dzisiaj   mnóstwo 

pracy. Zacznijmy od wypowiedzenia na głos naszej medytacji.

Stojąc twarzą do klasy, Jared zaczął recytować z pamięci słowa zapisane na 

tablicy.

Grupa zawtórowała mu cicho i niemrawo.

To, czego szukam, nie jest „gdzieś tam". Jest we mnie. Przeszłość nie 

ma   nade   mną   władzy.   —   Jared   przerwał.   —   Hej,   co   się   z wami   dzieje? 
Zupełnie, jakbyście spali. Spróbujcie teraz z odrobiną przekonania. — Mówił 
dalej wolno, z wyraźną ulgą, kiedy przyłączyło się do niego więcej głosów: — 
Negatywne myśli nie mają nade mną władzy. Ja sam jestem władzą w moim 
świecie. Dzisiaj jest piękny dzień i nowy początek. Sam tak postanowiłem.

Przed samym zakończeniem natężenie deklamacji wzrosło na tyle, że w sali 

wytworzył się odpowiedni pogłos. Mimo że Hope nie poruszała wargami, Jared 
zauważył jej wzrok śledzący słowa na tablicy.

Dobra robota. Zobaczycie, że z każdym dniem będzie łatwiej. A teraz 

przejdźmy  do  następnego  punktu  programu.  —  Zbliżył  się  do podręcznego 
stolika i przesunął go bliżej ławek. — Mam tutaj coś, co alpiniści i traperzy 
nazywają zestawem awaryjnym. Chodzi o dziesięć podstawowych artykułów 
ekwipunku;   niektóre   z nich,   mam   nadzieję,   przywieźliście   z sobą,   w inne 
zaopatrzy   was   szkoła.   Wszystkie   te   rzeczy   będziecie   trzymać   w torebce   na 
pasku biodrowym, niezależnie od plecaka.

Zsunął na koniec nosa okulary i spojrzał na klasę złowieszczym wzrokiem.

Nigdy nie wychodźcie bez tego z domu ani z obozowiska. To nie są 

wakacje   w letnim   kurorcie.   Jeżeli   stracicie   niezbędne   rzeczy,   konsekwencje 
mogą   być   poważniejsze   niż   skazanie   się   na   hamburgery   zamiast   kuchni 
francuskiej.

Sięgnął po cienki sweter i małe plastikowe opakowanie.

Artykuł pierwszy: dodatkowe ubranie. Wiosną mamy tutaj ogromne 

wahania temperatury, burza może  nadejść całkiem niespodziewanie, pogoda 
załamać się nagle, z minuty na minutę. Dodatkowy sweter może się bardzo 
przydać,   kiedy   słońce   zajdzie   za   chmury.   A w razie   deszczu   taka   płachta 
polietylenowa uchroni przed zmoczeniem ubranie oraz buty, a nasze nogi przed 
bolesnymi otarciami i pęcherzami.

I   najgorszymi   koturnami   w życiu   —   powiedziała   cienkim, 

background image

skandującym głosem Hope, wywołując śmiech części grupy.

Drugi element  zestawu, żywność: pemikan,  czyli kostka suszonego 

mięsa z orzechami i suszem owocowym, baton z płatków zbożowych i bakalii, 
paczka rodzynek. — Widząc grymas obrzydzenia na twarzy Billa, uniósł brwi. 
—   Nie   macie   pojęcia,   jak   to   cudownie   smakuje   po   dziesięciu   godzinach 
czekania na ekipę ratowniczą, Boże chroń.

Amen — jeszcze raz odpowiedziała ożywionym głosem Hope.

Element trzeci — Jared nie spojrzał nawet w jej stronę — okulary 

przeciwsłoneczne. — Podniósł je w górę. — Mam nadzieję, że wszyscy macie 
szkła   zatrzymujące   promienie   ultrafioletowe   i podczerwone?   —   Ponieważ 
wszyscy zgodnie skinęli głowami, a Hope milcząc zdawała się zbierać siły, 
Jared  sięgnął  po następny   przedmiot.   — Oto  czwarty   nieodzowny  składnik 
traperskiego rynsztunku: nóż. To jest akurat model, jakiego używa szwajcarska 
armia. Zapewniam, że można nim otworzyć puszkę, obciąć gałąź, posłużyć się 
jak   wykałaczką.   Jest   w nim   nawet   pinceta   —   na   wypadek   niefortunnego 
spotkania z kaktusem.

Albo zbyt częstego marszczenia brwi — dodała poważnie Hope.

A więc wracamy znów do punktu wyjścia, prawda, Hope?
Uśmiechnął się ironicznie, gratulując sobie w duchu, że nie zademonstrował 

głównego zastosowania noża.

Piąty   artykuł   zestawu   służy   do   wzniecania   ognia.   Ucieszy   was 

prawdopodobnie,   że   nie   będziemy   używać   jako   krzesiwa   patyków   ani 
krzemieni, co zresztą na nic by się nie zdało, gdyby drewno na rozpałkę było 
wilgotne.   W sytuacjach   awaryjnych,   kiedy   nie   ma   kochera   na   gaz,   istnieją 
bardziej skuteczne metody na zapalenie kuchenki turystycznej albo ogniska. — 
Pokazał na dłoni kilka owalnych przedmiotów. — Czy ktoś z was domyśla się, 
co to jest?

Wszystkie twarze odwróciły się do Hope.

Fasola?   —   spytała,   wzruszywszy   ramionami,   kiedy   nikt   nie 

zareagował. — Nie pamiętacie „Gorących siodeł"?

Ci, którzy oglądali film i przypomnieli sobie scenę przy ognisku, śmiejąc się 

opowiadali   ją   sąsiadom.   Rozgardiasz   stawał   się   coraz   głośniejszy.   Hope 
uśmiechała się z nie tajoną satysfakcją.

Hej, więc co to jest? — spytał Hank Thompson.

Najmłodszy trener koszykówki w NBA, Hank Thompson, który doskonale 

wiedział, jakie znaczenie ma dyscyplina w zespole, ściągnął uwagę grupy na 
prowadzącego. Jared miał ochotę go ucałować.

Tabletki naftowe — odparł, odkładając je na stół. Pozostałe składniki 

zestawu postanowił wymienić jak najszybciej, bez zbędnych komentarzy. — 
Sześć:   zapałki   impregnowane,   z łebkami   pokrytymi   woskiem,   do   zapalania 

background image

tabletek. Siedem: apteczka z zestawem do udzielania pierwszej pomocy. Tym 
punktem   zajmiemy   się   dokładnie   jutro.   Osiem:   latarka,   z którą   w razie 
konieczności będziecie mogli wędrować w nocy. Po ciemku łatwo zboczyć ze 
szlaku, wpaść do wąwozu albo na czarnego niedźwiedzia.

Będziemy  spotykać niedźwiedzie? — pisnęła Karen, pąsowiejąc na 

twarzy, kiedy niemal wszyscy mężczyźni odwrócili się do niej z rozbawionym 
wzrokiem.

Mało   prawdopodobne,   w każdym   razie   nie   wcześniej,   niż   któryś 

z nich   wyczuje   nas   albo   usłyszy   i zacznie   uciekać.   Ale   owszem,   jakiegoś 
niedźwiedzia możemy spotkać. Kilka sztuk ocalało w tej okolicy. A poza tym 
kojoty,   pumy,   jelenie,   jaszczurki,   żmije...   Mamy   szansę   natknąć   się   na   nie 
wiele razy.

Można się wybrać do zoo — mruknęła Hope. — Byłoby dużo taniej 

i bez zbędnego wysiłku.

Jakoś   musiał   przerwać   tę   jej   bezsensowną   prywatną   wojnę,   którą 

wypowiedziała   mu   w niewiadomym   celu.   Sytuacja   stawała   się   niezdrowa. 
Przetrzymał jej nonszalanckie spojrzenie.

— Oczywiście, że mogłabyś zapłacić swoje pięć kawałków, obejrzeć za to 

głazy z włókna szklanego i ptaki pustynne pod lampami. Potem zatrzymałabyś 
się   przy   kiosku   z dietetyczną   colą   i wróciła   do   domu,   do   swojego 
klimatyzowanego mieszkanka, Ale przegapiłaś ciężarówkę do Alpine, prawda, 
Hope?  To   był  twój  wybór,  nie  nasz.  Bądź  więc  uprzejma  zachować  swoje 
komentarze dla siebie i pozwól, że reszta z nas będzie poznawać tę ziemię i jej 
bogactwa w naturalnym środowisku — nawet jeśli ciebie to nie bawi.

Jej urażona mina wywołała w nim lekkie wyrzuty sumienia, ale z kamienną 

twarzą sięgnął po dwa ostatnie przedmioty.

Pozycja   dziewiąta   i dziesiąta   w niezbędnym   ekwipunku   traperskim: 

mapa   terenu   oraz   kompas.   Trasę   naszej   wędrówki   omówimy   szczegółowo 
później. Na razie zapamiętajcie jedno: jeżeli odłączycie się od grupy, sprawne 
dotarcie   do   umówionego   miejsca   spotkania   może   oszczędzić   reszcie   z nas 
wielu godzin zmartwienia i przygotowań do akcji ratunkowej.

Możemy coś dodać do tego zestawu — spytała Dana — czy raczej 

musimy się ograniczyć do dziesięciu podstawowych artykułów?

Oczywiście z żadnego z nich nie możecie zrezygnować. Ale jedna czy 

dwie, bardzo potrzebne, rzeczy mogą się jeszcze zmieścić: krem do opalania, 
preparat odstraszający owady, niezbędne lekarstwa. ..

Dezodorant, szczoteczka do zębów... — Hope odpowiedziała na jego 

rozpaczliwe spojrzenie niewinnym uśmiechem. — To są potrzebne rzeczy — 
oświadczyła z naciskiem. — Jeżeli mam spędzić z tobą dziesięć dni na szlaku, 
bardzo liczę na to, że masz takie samo zdanie.

background image

Za wszelką cenę chciała go wyprowadzić z równowagi, tylko po co? Jared 

zobaczył uniesioną rękę i odwrócił się do Karen.

Poczekała, aż skinie głową, i dopiero wtedy się odezwała:

Czy któryś z twoich uczniów używał kiedyś zestawu awaryjnego? To 

znaczy... chciałam zapytać, czy zdarzyło się, że ktoś odłączył się od drużyny 
i swojego plecaka na dłuższy czas?

W sali zapanowała niespodziewana cisza. Zdawało się, że nawet Hope jest 

ciekawa jego odpowiedzi.

Na wyprawach MindBend Adventures nigdy — odpowiedział z lekką 

dumą   w głosie.   —   Jeżeli   szczęście   nas   nie   opuści   i będziecie   słuchać 
przewodnika,   unikniecie   nieprzewidzianych   rozstań   z plecakiem 
i prawdopodobnie ani razu nie otworzycie awaryjnej torebki.

Czy nasze plecaki będą wyglądały podobnie jak ten? — spytał Hank, 

pokazując   stojący   pod   ścianą   model   z wewnętrznym   stelażem,   wielki 
i zapakowany do pełna.

Jared   zaniemówił   na   chwilę.   Nie   wiadomo   skąd   wpadł   mu   do   głowy 

szatańsko kuszący pomysł... Powinien był natychmiast o nim zapomnieć.

Spojrzawszy z powrotem na Hanka, pokręcił głową.

Nie. Wasze będą nieco mniejsze, z zewnętrznym stelażem. Ale jeśli 

rozdzielicie   konieczne   zaopatrzenie   między   całą   drużynę,   wystarczy   tego 
z powodzeniem na dziesięć dni.

A ty, druhu, co zapakujesz do plecaka?— spytała Hope. — Bicz?

No dobrze. Jego święta cierpliwość została nadwerężona.

Mogę   ci   pokazać,   co   będę   niósł.   —   Podszedł   do   stosu   plecaków, 

zarzucił na jedno ramię trzydziestokilogramowy ciężar i wrócił do stołu. — 
Zanim go wypakuję, Hope, podejdź, proszę, i pomóż mi zademonstrować, jak 
się taki plecak prawidłowo zakłada.

Sherry poklepała Hope po ramieniu, inni zachęcali ją głośnymi okrzykami 

do wyjścia na środek. Ona sama mierzyła Jareda niepewnym wzrokiem.

Utrzymał na twarzy swój poczciwy, godny zaufania uśmiech przewodnika, 

dopóki mięśnie jego ramion nie zaczęły drżeć z napięcia. Wstała, na szczęście, 
i ruszyła ku niemu żółwim krokiem.

Jego słabnący uśmiech ożył jeszcze na moment.
Rozłożył paski barkowe, jakby podawał jej nie plecak, lecz futro z norek.

Proszę, Hope, to naprawdę nic trudnego. Przełóż tutaj ręce...

Zatrzymała się, nie odrywając od niego podejrzliwego wzroku.

Myślałam, że ty go założysz.

Nie, nie, jeżeli utrzymasz ten duży plecak, wszyscy się przekonają, że 

z mniejszym nie będą mieli żadnych trudności. No proszę, przełóż najpierw 
jedną rękę, potem drugą. Tędy. — Poruszył zachęcająco paskami. — Proszę.

background image

Wciąż nie wyglądając na przekonaną, wsunęła ramiona pod paski plecaka, 

podczas gdy Jared podtrzymywał od tyłu cały jego ciężar.

Z trudem powstrzymał się od chichotu.

No i co, nie jest tak źle, prawda?

Nie — odparła z mieszaniną ulgi i zdziwienia w głosie. — Może być.

A teraz? — spytał słodkim głosem, wypuszczając z rąk oba paski. Bez 

wspomagania paska nadbiodrowego, cały potężny ciężar spadł na jej ramiona.

Z ramionami młócącymi powietrze i wygiętym w łuk kręgosłupem upadła 

z plecakiem na podłogę.

Była kompletnie zszokowana.
W   gwarze   westchnień   i pełnych   troski   okrzyków,   podczas   gdy   Hope 

uwalniała się od jarzma plecaka, Jared usiadł przy niej na piętach.

No i kto jest teraz przewróconym żółwiem? — mruknął jej prosto do 

ucha.

background image

4

Hope wbiła zęby w jabłko, wyobrażając sobie, że to skóra Jareda. Dławiła ją 

bezsilna złość. Wiedziała, że nie daruje mu tego upokorzenia. W jakiś sposób, 
jakimś cudem, znajdzie okazję, żeby się zemścić.

Gryząc z zapamiętaniem owoc, oparła się plecami o betonową ścianę szkoły 

i wyprostowała   nogi.   Wolałaby,   żeby   chlubą   tej   ziemi   była   soczysta   trawa 
zamiast   piasku.   Co   za   piekielny   upał!   Nawet   z ocienionej   strony   budynku, 
gdzie   stare   drzewo   meskitowe   nie   przepuszczało   promieni   południowego 
słońca, temperatura musiała grubo przekraczać trzydzieści stopni. Gdyby nie 
potrzebowała   tak   rozpaczliwie   chwili   samotności,   zostałaby 
w klimatyzowanym barze albo wróciła do domku z Karen, Sherry i Daną. Nie 
mogła   jednak   znieść   tych   rozbawionych   albo   —   jeszcze   gorzej   — 
współczujących spojrzeń słuchaczy Jareda.

Tak   bardzo   się   starała   wyprowadzić   go   z równowagi   przy   całej   klasie 

i udowodnić, że ta maska Dzielnego Skauta jest tylko maską...

Z zaciśniętymi do bólu zębami Hope przeżywała od nowa tamto uczucie 

koszmarnej   bezradności,   kiedy   leżąc   na   podłodze,   patrzyła   w kpiące   oczy 
Jareda — z pełną świadomością, że dała się ograć w swojej własnej grze.

Gdyby   miała   wtedy   wolne   ręce,   z przyjemnością   wypróbowałaby 

szczeroakrylowe paznokcie na jego skalpie. Musiał dostrzec żądzę krwi w jej 
oczach, skoro podejrzanie chętnie ustąpił Hankowi zaszczytu oswobodzenia jej 
z ciężkiego plecaka.

Spojrzała z odrazą na mały, ceglany, jedyny w polu jej widzenia budynek. 

Dom   Jareda.   Dowiedziała   się   o tym   od   Matta,   jednego   z przewodników. 
Wystarczyło   kilka   niezbyt   nachalnych   pytań   i ten   ufny   z natury   człowiek 
podzielił się z Hope wystarczającą liczbą ciekawostek, żeby wzbudzić w niej 
szczere zainteresowanie wszystkim, co dotyczy MindBend Adventures.

Dom wraz z otaczającym go terenem należały do Indianina o imieniu Ben 

Biegnący Niedźwiedź, który zmarł, zostawiwszy cały kram Jaredowi. Matt nie 
wiedział, kto zbudował szkołę ani dlaczego została opuszczona, poza tym, że 
ów stary człowiek przez wiele lat był jej dozorcą.

Pomimo   niewielkiej   wiedzy   na   temat   pochodzenia   i przeszłości   swojego 

pracodawcy, Matt wychwalał go pod niebiosa za wszystko, czego udało mu się 
dokonać w ostatnich kilku latach. Ze sposobu, w jaki o nim mówił, wynikało, 
iż założyciel MindBend Adventures to Daniel Boone — sławny amerykański 
pionier — i Mahathma Gandhi w jednej osobie. Coś podobnego!

Świętoszkowaty   mądrala,   ekolog   od   siedmiu   boleści,   startujący   do   niej 

background image

z wykładem   o bogactwach   ziemi!   Wiedziała   wszystko,   o czym   chciała 
wiedzieć.

Wychowała   się   w środowisku,   w którym   ziemia   była   obsesją   większości 

ludzi. Nie liczyło się nic poza pogodą, zbiorami i żywym inwentarzem — a już 
na   pewno   nie   chuda,   rudowłosa   dziewczyna,   która   poza   wyjątkowym 
zacięciem do matematyki, do niczego się nie nadawała. Humor jej ojca, nie 
mówiąc o sprawie tak podstawowej jak dach nad głową, zależał od czczonej 
przez Jareda matki ziemi. Do diabła z nią. Dla Hope ziemia była czymś, co 
mogło budzić nienawiść, ale na pewno nie bałwochwalcze uwielbienie.

Kiedy połknęła ostatni kęs jabłka, cisnęła przed siebie ogryzek, żałując, że 

to nie aluminiowa puszka.

Poczęstuj się, matko...

Dobrze, że to ulega biodegradacji — przerwał jej głęboki, łagodny 

głos. 

Położyła   rękę   na   sercu   i przekręciła   szyję.   Jared   stał   trzy   metry   dalej, 

w miejscu ocienionym przez szkołę, dlatego nie mógł jej ostrzec jego cień. 
Dlaczego jednak nie usłyszała żadnego szelestu?

Nie rób tego — warknęła.

Czego?

Masz mnie nie straszyć! Chyba że do kartoteki urazów, które zdarzyły 

się na twoich kursach, chciałbyś dodać mój zawał.

Przepraszam. — Włożył obie ręce w kieszenie spodni. — Nie miałem 

zamiaru cię straszyć.

I to mówi facet, który zrobił z niej „przewróconego żółwia".

A co miałeś zamiar zrobić?

Przeprosić cię.

Zmrużyła   powieki.   Minę   miał   poważną,   ale   zza   lotniczych   okularów 

słonecznych nie widać było oczu.

Hmm. Podciągnęła nogi, lekceważąc jego pomocną dłoń, i wstała.

Przeprosić   —   powtórzyła,   usiłując   zajrzeć   pod   ciemne   szkła.   Nie 

mogła być pewna, ale...

Spojrzała   w dół   na   swoje   nogi   i skrzywiła   się   z niesmakiem.   Oczyściła 

kolana z warstwy piasku i drobnych kamyczków, później zrobiła to samo z łyd- 
kami.  Zaczęła otrzepywać pośladki, kiedy nagle skamieniała. Odwróciła się 
i spojrzała w górę na jego okulary.

Ułożenie   warg,   drapieżna   poza,   w jakiej   zastygł,   powiedziały   jej   bardzo 

dokładnie, na czym skupiony był jego wzrok. Ach tak...

Upał palił jej twarz. Z największą godnością, na jaką potrafiła się zdobyć, 

wyprostowała się i zatrzymała spojrzenie na wysokości jego brody.

Nie   musisz   mnie   przepraszać   —   powiedziała   obojętnym   głosem 

background image

i ruszyła w stronę domu.

Zagrodził jej drogę.

Chyba jednak muszę.

Basowy  rezonans   wprawił  ją  w jeszcze  większy   niepokój.  Potykając  się, 

postąpiła krok do tyłu.

Nie   powinienem   sobie   na   to   pozwolić   —   mówił   dalej.   —   Mimo 

wszystko... mimo że stawałaś na głowie, żeby mnie sprowokować. Wiedziałem 
co prawda, że plecak  złagodzi siłę  upadku, ale nie powinienem ryzykować 
nawet tego. Mam nadzieję, że nic ci się nie stało.

A więc przyznajesz, że to był głupi kawał? — Uniosła wysoko brwi 

i skrzyżowała ręce. — Celowy numer?

Tak.

Bez   wykrętów,   bez   zbędnego   gadulstwa.   Żadnych   usprawiedliwień. 

Niesamowite.

Parszywie niski.

Przypierała go do muru.

Zgadzam się — odparł po krótkiej chwili wahania.

Wymuszony szacunek ostudził nieco jej złość. Przyglądała mu się nieufnie, 

szukając czegoś podejrzanego, choćby jednej rysy w jego szczerości.

W   sportowych   okularach   słonecznych,   w fioletowych   oprawkach 

z zielonym   sznurkiem,   wyglądał   zupełnie   inaczej   niż   w swoich   zwykłych 
drucianych. Te kolorowe dodawały jego sympatycznej, choć dość pospolitej 
urodzie wyrazu roztargnienia, efektownej lekkości. Powędrowała wzrokiem do 
wąskich, ale wyraźnie zarysowanych ust. Zdecydowanie męskich.

Może jednak „pospolita" nie jest najwłaściwszym słowem...

A więc uzyskam twoje przebaczenie? — zapytał głosem chropowatym 

jak pustynna ziemia.

To zależy. — Patrząc na niego spod przymrużonych powiek, doszła 

nagle do wniosku, że jego ogromny wzrost przestał ją irytować. — Powiedz, 
jak bardzo byłam prowokująca...

O,   bardzo!   —   prychnął,   wznosząc   w niebo   oczy.   —   Ależ   mnie 

korciło, żeby skręcić ci tę piękną szyję... Dobrze o tym wiesz.

Na słowo „piękną" przeszył ją lekki dreszcz.

Odbiłeś   sobie   z nawiązką   —   wydusiła   przez   zaciśnięte   gardło.   — 

Ciągle nie mogę  uwierzyć, że dałam się nabrać na tak prymitywny numer. 
Demonstracja plecaka!

A ja wciąż nie mogę uwierzyć, że pozwoliłem sobie na podstęp. — 

Jego usta rozchyliły się w leniwym, rozbrajającym uśmiechu  — beztroskim 
i o wiele   bardziej   ekscytującym   niż   myślenie   o interesach.   —   No   więc... 
wydaje mi się, że jesteśmy kwita, co?

background image

Kwita?

Tak,   remis.   Może   wreszcie   zawrzemy   przyjazny   rozejm.   W klasie 

oboje   zachowywaliśmy   się   niezbyt   przyzwoicie.   Jeżeli   wybaczysz   mi   ten 
obrzydliwy numer z plecakiem, ja zapomnę, że przerywałaś mi jak nieznośne 
dziecko i uznam konflikt za niebyły.

Jakie   to...   dojrzałe   z twojej   strony   —   powiedziała   flegmatycznie, 

odrzucając   pomysł,   który   wpadł   jej   nagle   do   głowy,   jako   wyjątkowo   niski 
i pokrętny.

No cóż. Kiedy znajdziemy się na szlaku, będziesz musiała dorosnąć 

w przyspieszonym tempie.

Właściwie... dlaczego by nie. Czasami pokrętność popłaca.

Tak   naprawdę,   niezupełnie   to   chciałem   powiedzieć   —   bąknął, 

reflektując się nieco za późno. — Chodziło mi raczej o to, że... — Zawahał się, 
kiedy Hope zrobiła krok do przodu.

O   to,   że   myślisz   o mnie   jak   o dziecku   —   dokończyła   za   niego, 

wprawiając w ruch swoje długie palce, które — zanim Jared się zorientował — 
wylądowały   na   jego   koszuli   khaki.   Kiedy   przeciągnęła   dłonią   po   twardym 
mięśniu,   usłyszała   syk   wstrzymywanego   oddechu.   —   Poradź   mi,   Jared,   co 
mam zrobić, żebyś zmienił zdanie?

Jego ręka wystrzeliła w górę jak z procy.

Nie igraj ze mną, Hope — powiedział, chwytając ją za nadgarstek.

Z kamienną twarzą podniosła drugą, wolną dłoń i objęła nią od tyłu głowę 

Jareda.

Życie jest grą, mój druhu. Zwycięzca zgarnia całą pulę.

Przeczesując paznokciami jego włosy, westchnęła z wrażenia. Nie była to 

pospolita fryzura, lecz gęsta czupryna o dotyku surowego jedwabiu. Wsunęła 
głębiej   palce,   do   samej   skóry,   i opuszkami   palców,   bardzo   powoli,   zaczęła 
rysować na niej kółka.

Przyjemnie? — spytała szeptem, czując promieniujące do wszystkich 

kończyn leniwe ciepło.

Tak — odparł głucho.

Uczciwe, szorstkie tak. Niewiarygodnie podniecające. Uwolniwszy drugą 

dłoń z uścisku Jareda, zaczęła masować napięte mięśnie jego ramion. W tej 
pozycji jej piersi znalazły się bliżej jego torsu.

Czuję, że jesteś strasznie spięty. Znam pewien sposób, jeszcze lepszy 

od masażu, na złagodzenie napięcia. Chcesz, żebym ci pokazała?

Nie.

Przysunęła   się   bliżej.   Widziała,   jak   sztywnieje   jego   szyja,   zauważyła 

błyszczące   kropelki   potu   na   opalonej   skórze.   Jej   podniecenie   rosło.   Jared 
pozwalał   Hope   prowadzić   tę   grę,   jak   gdyby   bronił   się   przed   następnym 

background image

krokiem, a jednocześnie nie był w stanie oprzeć się prowokacji. Przyciągnęła 
delikatnie jego głowę, aż poczuła na twarzy ciepły oddech.

Kłamiesz — mruknęła, dotykając drżącymi wargami jego ust.

Poddała   się   fali   namiętności.   Zapomniała   o zemście,   zapomniała 

o rzeczywistości,   miała   teraz   tylko   jedno   gwałtowne   pragnienie...   Ich   ciała 
ledwie się musnęły, ale pocałunek był gorący i erotyczny mimo zamkniętych 
ust. Zduszony jęk, który wydobył się z gardła Jareda, dał jej władzę nad nim, 
choć odebrał siłę.

Pocałuj mnie, rozkazała w myślach, lgnąc do niego całym ciałem.
Wilgotna   skóra   i ubrania   splątały   się,   wtopiły   jedno   w drugie,   parowały. 

Nareszcie,   nareszcie,   nareszcie   jego   bierne   dłonie   otoczyły   jej   biodra 
i przyciągnęły bliżej; jego język znalazł drogę między wargami i wniknął do 
środka.

Czuła, że uginają się pod nią nogi. Oparta na jego rękach, topniejąca jak 

wosk, z trudem próbowała odzyskać kontrolę nad sytuacją, odzyskać siebie. 
Już   nawet   nie   resztki   zdrowego   rozsądku,   a tylko   silny   instynkt 
samozachowawczy pozwolił jej popchnąć Jareda i wyrwać się z jego ramion. 
Cofnąwszy się gwałtownie, stała przed nim dysząca i oszołomiona, przerażona 
i triumfująca.

Dopiero kiedy ochłonął nieco i spojrzał na nią przytomnie, uniosła brodę.

Teraz jesteśmy kwita.

Stojąc w półkolu obok Hanka i Karen, Hope przyglądała się Billowi, który 

jako pierwszy zaczął rozpakowywać jeden z dwóch pakunków. Tuż po lunchu 
Jared   zaprowadził  każdą   drużynę   do  innej   klasy.  Kazał   im  wyjąć   namioty, 
rozbić je — łącznie z tropikiem — a potem zaimpregnować szwy. Miał wrócić 
za godzinę, żeby sprawdzić, jak im idzie.

Pięknie. Jakby nie miała dostatecznie rozstrojonych nerwów. Zrobiła już 

kilka   głupich   rzeczy   w swoim   życiu,   ale   prowokując   Jareda   do   pocałunku, 
przeszła samą siebie. Najgorsze, że nie udowodniła ani jemu, ani sobie niczego 
— poza tym, że ten facet opętał ją, nie kiwnąwszy nawet palcem.

Próbowała   sobie  wyobrazić,  jak  by  się  czuła,  gdyby   nie  był  taki  bierny 

i przejął inicjatywę.

Wachlując się instrukcją użytkowania namiotu, zauważyła nagle, że reszta 

drużyny patrzy na nią jakoś dziwnie. Zreflektowała się i nonszalanckim gestem 
pokazała akcesoria, które Bill rozłożył na podłodze.

Czy ktoś z was rozbijał kiedyś taki namiot?

Widziałem podobny w sklepie... — Hank wzruszył ramionami — ale 

stojący. I bez tropiku — dodał markotnym głosem.

background image

Bill skrzywił się i podniósł głowę.

Właściwie po co nam jakiś tropik?

Po to, żeby mieć więcej roboty i żeby uszczęśliwić naszego skauta — 

wyjaśniła Hope.

Przecież   Jared   tłumaczył   to   dokładnie   przed   przerwą   na   lunch.   — 

Karen spąsowiała, widząc ich zdumione spojrzenia. — Nikt z was nie słuchał?

Słabo się koncentruję, kiedy skręca mnie z głodu — przyznał Hank.

Bill milczał, a Hope nie mogła im powiedzieć, że w czasie wykładu Jareda 

obmyślała plan zemsty.

Bądź tak dobra i odśwież nam pamięć — zaproponowała.

Każde z nas odparowuje w nocy około pół litra wody. Gdyby ściany 

wewnętrznego namiotu nie oddychały, rano mielibyśmy bajoro na podłodze. 
A wodoszczelny tropik chroni sypialkę przed mżawką i deszczem.

Bill, siedząc na piętach, oglądał szkielet namiotu i jego powlokę, zupełnie 

jakby   przygotowywał   się   do   operacji.   Spod   długich   rzadkich   włosów, 
zaczesanych  nienaturalnie od dołu na  czubek głowy, prześwitywała różowa 
łysina.

No   dobra.   Złożenie   tego   do   kupy   nie   powinno   być   trudne   — 

oświadczył. — Spróbujemy.

Hope przekartkowała błyskawicznie instrukcję.

Kolejność   czynności   wydaje   się   dosyć   jasna   —   powiedziała.   — 

Chcesz zerknąć na schemat?

Zawracanie głowy! — Machnął ręką. — Taka instrukcja dla idiotów 

mogłaby mnie tylko wnerwić.

Hope pochyliła się nad nim i postukała zgiętym palcem w czubek głowy.

Puk, puk, jest tam kto? — Wyprostowała się i założyła ręce na biodra. 

— Dawno nie słyszałam czegoś równie śmiesznego. Hank, powiedz mu, że to 
niepoważne.

Sam   nie   wiem,   Hope.   Ostatnia   instrukcja,   której   zaufałem,   była 

naprawdę do chrzanu. Zostały mi dwa nie wykorzystane wsporniki i trzy nie 
zidentyfikowane śruby. Składałem regał na książki. Okazało się, że do modelu 
C dołączyli schemat modelu A.

No i co ty na to? — zapiał Bill.

Pomagałam kiedyś rozbijać namiot — odezwała się cicho Karen.

Hope, wzburzona rozmową z męską częścią drużyny, ledwie ją usłyszała.

Posłuchajcie, chłopcy, przysięgam, że nie wygadam Jaredowi, że tacy 

wielcy silni faceci odwołali się do własnej inteligencji i słowa pisanego. — 
Pomachała książeczką przed nosem Billa. — Zapomnij,  dzikusie, o męskiej 
dumie i zerknij na tę instrukcję.

Spiorunował ją wzrokiem.

background image

Dobrze. Pominę trudne słowa i sama ci to przeczytam. — Otworzyła 

instrukcję i przebiegła  palcem  pierwszą   stronę. Karen  chrząknęła  nieśmiało, 
żeby zwrócić na siebie uwagę.

Pomagałam kiedyś rozbijać namiot — powtórzyła głośniej.

Bill stanął przed Hope, wysuwając do przodu zarośniętą brodę niemal tak 

daleko, jak swój pokaźny brzuch.

Odkąd wróciliśmy z lunchu, wyraźnie szukasz zaczepki. Nie wiem, 

kotku, co cię ugryzło, ale jeśli nie masz zamiaru nic robić, tylko wściekać się, 
bierz ten szajs i sama go rozkładaj. Ja z Hankiem ustawimy drugi. Zobaczymy, 
kto skończy pierwszy.

Jasne,   że   ja!   Zgoda,   pod   warunkiem,   że   przegrani   ucałują   stopy 

zwycięzców przy całej klasie. Już widzę, stary, jak ci rzednie mina!

Pomagałam rozbijać namiot — zagrzmiała Karen głosem, którego nie 

powstydziłby się makler giełdowy.

Hope spojrzała na nią z szacunkiem.

Sports Arama sprzedaje mnóstwo turystycznych namiotów. Jim ma 

dwa własne, dwuosobowe — wyjaśniła ledwie dosłyszalnym szeptem.

Hank spojrzał na nią z zaciekawieniem.

Potrafisz rozbić namiot? — zapytał przyjaźnie.

Pomagałam to robić... kiedyś.

No, no, kto wie? Hope uśmiechnęła się.

To nie fair — zaprotestował Bill. — Założyłem się z tobą.

A ja myślę, że bardzo fair. Nie miałeś nic przeciwko temu, żeby grać 

dwóch na jednego, a teraz, jak układ się wyrównał, zaczynasz marudzić? O co 
ci chodzi, boisz się przegrać z dziewczynami?

Kiedy   Hope   zauważyła,   jak   Karen   sztywnieje   pod   wpływem   obelżywie 

pogardliwego spojrzenia Billa, sama miała ochotę plunąć sobie w brodę. Ona 
też nie jest bez winy. Podobnie jak ci faceci zakładała podświadomie, że tej 
cichej, zahukanej kobiety nie ma sensu włączać do zakładu.

Bill pochylił się i jeszcze raz sprawdził części namiotu leżące na podłodze.

Proszę bardzo, do roboty — powiedział przez ramię. — Będziecie się 

miały z pyszna, ale na własne życzenie. Dla waszych usteczek wypolerujemy 
buty na błysk, prawda, trenerze?

Hank   podniósł   leniwie   swoją   olbrzymią   rękę   koszykarza   i podrapał   się 

w szyję. Nie odpowiedział ani słowem, czym zaskarbił sobie jeszcze większy 
szacunek Hope dla swojej inteligencji.

Bill sięgnął po dwa aluminiowe słupki i zaczął je składać.

Hola, hola — zaprotestowała Hope, kiwając palcem. — Jeszcze nikt 

nie ogłosił startu. Odłóż spokojnie te rurki i poczekaj, aż rozpakujemy nasz 
worek.

background image

Przeciągnąwszy go na drugi koniec klasy, odwróciła się do swojej partnerki 

z zachęcającym uśmiechem.

Chodź,   Karen,   nie   ma   na   co   czekać.   Pokażemy   tym  małpiszonom 

kilka sztuczek.

Twarz   Karen   promieniała   wdzięcznością.   Hope   przyrzekła   sobie,   że   nie 

będzie jej traktować ulgowo, lecz wymagać uczciwej współpracy, tak jak na to 
zasługiwała. Uklękły na obskurnej wykładzinie z linoleum i wyjęły z pokrowca 
namiot kopulasty z wszystkimi, rozłożonymi na czynniki pierwsze, elementami 
konstrukcyjnymi.

Nie powiem, żeby wyglądało mi to znajomo — przyznała Karen.

Spokojnie, przypomni ci się, jak zaczniemy. To pewnie tak jak z jazdą 

na rowerze, co? Albo pływaniem...

Nie doczekawszy się odpowiedzi, Hope musiała stłumić w sobie przypływ 

irytacji.

No to co, dziewczyny? — zawołał Bill. Patrzył na nie z założonymi 

na   krzyż   rękami,   huśtając   się   na   piętach.   —   Bierzecie   się   do   roboty   czy 
pękacie? Liczę do trzech i startujemy. Jeden... dwa... trzy!

Mężczyźni   przykucnęli   i zaczęli   składać   słupki.   Hope,   maksymalnie 

skoncentrowana, studiowała instrukcję.

Po kilku minutach cały schemat miała w głowie. Dziecinada dla kogoś, kto 

w wieku dziesięciu lat zaliczył program geometrii na poziomie szkoły średniej. 
Równie łatwe jak ekonomia czy siatkówka, która była jej ulubionym sportem 
na studiach. Odsunąwszy z myśli  wspomnienia,  poszła sprawdzić, jak sobie 
radzi Karen.

Klęczała na podłodze, wpatrzona w zieloną płachtę namiotu. Spojrzała na 

Hope nieobecnym wzrokiem.

Ja... nie zrobię tego.

Ale co się stało? Źle się czujesz?

— Okłamałam cię. — W jej głosie brzmiała  skrajna rozpacz. — Jestem 

niezdarną   krową,   zwyczajną   kretynką.   Wcale   nie   pomagałam   Jimowi   przy 
rozbijaniu namiotu. To znaczy próbowałam, ale...

Wyzwał cię od krów i kretynek, Hope dokończyła w myślach. Usiłowała nie 

zdradzić   się   miną,   co   myśli   o tym   skończonym   draniu,   tym   jej   cholernym 
Jimie.

Kto powiedział, że masz to robić sama? Zakład dotyczy nas dwóch. 

—   Zerknąwszy   ukradkiem   na   poczynania   mężczyzn,   odezwała   się 
konfidencjonalnym   szeptem:   —   Dobra   nasza,   sfuszerowali.   Rób   teraz 
dokładnie to, co ci powiem,  a zobaczysz, że  damy  im popalić. — Ścisnęła 
mocno jej ramię, a potem wydała polecenia.

Z   pierwszym   zadaniem   Karen   grzebała   się   nieporadnie,   jakby   miała 

background image

zdrętwiałe palce.

Hope musiała pohamować swój instynkt współzawodnictwa, a nie było to 

łatwe. Widząc kątem oka, że w drugim końcu sali namiot  męskiej  drużyny 
rośnie   w błyskawicznym   tempie,   odczuwała   coraz   silniejszą   pokusę,   żeby 
odsunąć   partnerkę   i zrobić   wszystko   samodzielnie.   Z nerwowego   spojrzenia 
Karen wynikało, że i ona na to liczy.

Na początku Hope kilkakrotnie powtórzyła tę samą wskazówkę i patrzyła, 

jak Karen niewiarygodnie powoli łączy pierwszy komplet słupków.

Kiedy   sknociła   drugie   zadanie,   czekała   na   reakcję   Hope.   A dla   Hope 

spokojne   powtarzanie   poleceń   —   bez   komentarza   —   było   jedną 
z najtrudniejszych rzeczy, jakie mogła sobie wyobrazić.

Potem   nagle   Karen   rozluźniła   się,   zaczęła   ruszać   sprawniej,   łapać   w lot 

polecenia. W końcu Hope nie musiała jej kontrolować. Pracowały na cztery 
ręce, a ich namiot rósł w oczach. Pozostał jeszcze jeden naciąg tropiku...

Wygraliśmy! — krzyknął Bill. Kiedy obie kobiety odwróciły głowy, 

wyszczerzył zęby w triumfującym uśmiechu i zaczął bębnić jak goryl w swoją 
ogromną klatkę piersiową.

Nie   bądź   taki   King   Kong   —   powiedziała   na   wydechu   Hope.   — 

Pamiętaj, że Fay Wray go przeżyła. Hej, Karen, naciągnij ostatnią taśmę — 
jeszcze nie koniec gry.

Karen skinęła głową, wykonała ostatnią czynność i pomaszerowała za Hope 

do wrogiego obozu.

Dobra robota — pochwalił je Hank z ciepłym uśmiechem. — Wyścig 

był bardzo wyrównany.

Może i wyrównany — ryknął Bill — ale ktoś musiał przegrać.

Święte słowa — mruknęła Hope.

Roześmiana   Karen   wydawała   się   o wiele   młodsza   niż   zwykle   i bardzo 

ładna.   A sądząc   po   wyrazie   twarzy   Hanka,   Hope   nie   była   w tej   opinii 
osamotniona.

Mężczyźni rozbili namiot, nie kierując się instrukcją. Gdzieś musiała im 

zostać jakaś „nie zidentyfikowana śrubka"... Hope obchodziła wkoło kopulasty 
namiot,  podnosiła, poszturchiwała,  obmacywała różne łączenia.  Raz  jeszcze 
odchyliła przednią klapę, uklękła i wsunęła się do połowy do wnętrza.

Mam! — pisnęła radośnie, widząc dowód porażki przeciwników. — 

Wygrałyśmy. Nie przymocowany rękaw przy podłodze!

Coś podobnego — warknął Bill. — Ale dobra, szkoda czasu na bicie 

piany. Powiem wam, co trzeba zrobić. Niech Jared zdecyduje, kto wygrał.

Jeszcze czego. — Hope skrzywiła się. — Nie wierzę temu facetowi. 

Lepiej wejdź do środka, pokażę ci, gdzie sfuszerowałeś.

Hope?   —   W głosie   Karen   zabrzmiał   niepokój.   —   Myślę,   że 

background image

powinnaś...

Spokojnie, Karen, nie pozwolę, żeby tym panom się upiekło. Rusz się, 

Bill. Nie graj na zwłokę, tylko wczołgaj tu swój kuper.

Proponowałbym, kotku, żebyś wycofała się ze swoim — odezwał się 

tubalny głos tuż za plecami Hope — bo ja wchodzę do środka.

Wsparta na kolanach i dłoniach, Hope zacisnęła powieki i skamieniała.

Przesuń się — ponaglił ją Jared.

Dobrze, tylko w którym kierunku? Otworzyła oczy i rozejrzała się na boki. 

Przytulny dwuosobowy namiot. Wyobraziła sobie, że jest w nim z Jaredem. 
Cofnęła się ostrożnie i zderzyła z jego biodrami.

Przez sekundę świadomość  Hope oswajała się z jego ciepłem,  kształtem, 

dotykiem, zanim wysłała sygnał alarmowy.

Wśliznęła się pospiesznie do środka, usiadła na piętach i drżącymi palcami 

zasłoniła twarz. Świetnie.

Tego jej tylko brakowało.

Może zrobicie sobie dziesięciominutową przerwę? — zaproponował 

Jared.

Gromki, obleśny chichot musiał należeć do Billa.

Na pewno nie potrzebujesz trochę więcej czasu?

Chodź, dzikusie, znajdziemy ci banana — powiedział zdegustowanym 

głosem Hank.

Dobra, tylko odwal się z tym dzikusem, co? Poza tym ja nie znoszę 

bananów.

Więc chodź, kolego... — Klepnięcie w plecy wzmocniło siłę słowa. 

— Napijemy się czegoś i...

Głos Hanka urwał się, kiedy obaj z Billem zniknęli za drzwiami. Karen, jak 

przystało na grzeczną panienkę, musiała podreptać za nimi.

Hope   wpatrywała   się   w zielone   ściany   namiotu,   ogłuszona   własnym, 

przeraźliwie   głośnym   oddechem.   Mdły   zapach   impregnowanej   tkaniny 
atakował jej nozdrza. Co teraz robi Jared?

Poczekam na Hope — ofiarowała się Karen.

No, no... Kto by pomyślał.

Hope nic się nie stanie, nie martw się.

Ale...

Zaufaj mi.

Długie, wymowne milczenie.
Bądź silna, przyjaciółko. Ten facet to wilk przebrany za skauta.

Wrócę za dziesięć minut — odezwała się w końcu Karen.

Hope zawirowało w głowie. Jak zwykle była zdana sama na siebie, ale też 

nikomu   innemu   nie  ufała   bardziej   niż   sobie.  Na  odgłos   zamykanych   drzwi 

background image

wyprężyła się jak struna.

A niech to diabli — mruknęła pod nosem.

W tej samej chwili, kiedy doczołgała się do wyjścia, klapa namiotu uchyliła 

się bezszelestnie i Jared wsunął do środka głowę.

background image

5

Zderzyli się czołami z głuchym łomotem. Hope jęknęła i upadła na pośladki.

Boli? — spytał Jared.

A jak ci się wydaje? Gdybym miała rogi jak baran, to może by nie 

bolało. Czy ja wyglądam na barana?

Jego tubalny śmiech wibrował wokół niej, nad nią, przeszywał ją na wskroś, 

wprawiając   w łomot   serce,   kradnąc   powietrze,   którego   coraz   bardziej   jej 
brakowało. Musiała natychmiast wstać. Zaczęła wymachiwać rękami jak do 
kraula, ale straciła równowagę i fiknęła w tył.

Uderzyła   plecami   w słupek   i dopiero   wtedy   przestała   się   miotać.   Wzięła 

głęboki oddech. W namiocie pachniało teraz słońcem i męską wodą kolońską, 
co drażniło ją jeszcze bardziej niż zapach nowego brezentu. Zorientowała się, 
że Jared nie ma wobec niej złych zamiarów — musiał po prostu wgramolić swe 
ogromne   ciało   do   środka   i usiąść   w miejscu,   gdzie   kopulasty   sufit   był 
najwyższy.

Och, na pewno nie jesteś baranem – powiedział drwiącym głosem, 

stawiając jedną stopę przy jej biodrze. Drugą nogę podciągnął do siebie i zgiętą 
w łokciu   ręką   objął   kolano.   —   Przecież   ty   lubisz   rządzić,   a nie   słuchać. 
Zwyciężać, a nie przegrywać.

Odwróciła wzrok od jego mocnej łydki.

A co to ma do rzeczy, jeśli wolno spytać? 

W mrocznym świetle jego zęby lśniły bielą.

Nic, to twoja sprawa... Dopóki cię nie poniesie i nie zaczniesz dążyć 

do starcia, tak jak w scence z pocałunkiem, którą odegrałaś przed lunchem. — 
Machinalnym gestem Jared poprawił skarpetki, potem strzepnął kurz z czubka 
buta. — Zawsze używasz seksu jako broni?

Zamrugała   z wrażenia   i stłumiła   śmiech.   Czy   Debbie   nie   zawyłaby 

z radości, słysząc coś takiego?

A ty na każdym turnusie całujesz swoje kursantki? — odparowała.

Nie.   Nigdy   dotąd   tego   nie   robiłem.   Wyobraź   sobie,   że   MindBend 

Adventures jest dla mnie równie ważna jak Manning Enterprises dla ciebie. 
Dlatego bardzo proszę, żebyś nigdy więcej nie uciekała się do takich chwytów. 
Nie mam zamiaru narażać na szwank opinii firmy dla przelotnego dreszczyku.

Czy ja wzbudzam w tobie jakieś dreszcze?

Ledwie wypowiedziała ostatnie słowo, zaczęła żałować, że nie ugryzła się 

w porę w język.

Jared sposępniał i odwrócił wzrok.

background image

Próbując ukryć zmieszanie, uklękła i obracając się wkoło, zaczęła oglądać 

namiot tam, gdzie podłoga styka się ze ścianą.

Bill z Hankiem zaraz wrócą — powiedziała jakby do siebie. — Wiem, 

że to musi gdzieś być.

Co?

Coś, co przeoczyli. To ja z Karen wygrałyśmy zakład.

To nie ma znaczenia.

Hope znieruchomiała na chwilę, westchnęła i zaczęła szukać dalej.

Dla mnie ma wielkie znaczenie. I daruj sobie, z łaski swojej, dalszy 

ciąg wykładu. Powiedzmy, że ty najchętniej tańczysz w rytm tam-tamów, a ja 
lubię werble. Zresztą sam mówiłeś, że wszyscy są potrzebni, każdy wchodzi do 
drużyny   z własną   energią,   wyjątkowymi   umiejętnościami,   i że   powinniśmy 
trzymać się... No właśnie! Znalazłam. — Obejrzała się przez ramię.

Jared wcale nie patrzył na fragment nie osłoniętej brezentem aluminiowej 

rurki.

Skórę Hope oblała fala ciepła. Wiedziała, co tak rozpamiętywał. To samo co 

ona — moment, kiedy zderzyli się w progu namiotu, krótką chwilę bliskości. 
Spokojnie...

Czy widzisz to co ja, że nie założyli rękawa?— spytała.

A nie  wystarczy  ci,  że  ty  jesteś   przekonana,   że czegoś   nie zrobili 

i przegrali   zakład?   Czy   chodzi   głównie   o poklask,   o zwycięstwo   na   oczach 
publiczności? Czy to jest aż tak ważne?

Hope poczuła się jak spięta ostrogą. Poderwała się gwałtownie i usiadła na 

piętach,   wystarczająco   blisko,   żeby   wygarnąć   mu   wszystko,   co   miała   do 
powiedzenia — prosto w oczy.

Tak jest, ojcze Austinie. Publiczne zwycięstwo ma dla mnie wielkie 

znaczenie. Swoją drogą, gdybyś potrafił skupić wzrok na konstrukcji namiotu 
zamiast   na   mnie,   byłabym   bardziej   skłonna   wysłuchać   z uwagą   twojego 
kazania. Ale teraz ja ci coś opowiem.

Jaredowi nie drgnęła powieka.

Znam lekarza, który pracuje od lat nad implantem dla kobiet, które nie 

trzymają  moczu.  Testowano  go już we  Francji, w Szwecji  i okazało  się, że 
działa!   To   najlepsze   ze   wszystkich   możliwych   —   dostępnych   dzisiejszej 
medycynie   —   rozwiązanie.   Absolutnie   rewelacyjne!   Skuteczniejsze   od 
konkurencyjnego patentu, którym zajmuje się w tej chwili FDA, urząd kontroli 
żywności   i leków.   Ratunek   dla   tysięcy   kobiet   skazanych   na   dożywotnią 
niewolę   w czterech   ścianach   domu.   Potrafisz   zrozumieć,   jaka   to   dla   nich 
szansa?

Jared nie przerywał jej.

Szansa na powrót do normalnego, aktywnego życia, na odzyskanie 

background image

godności. Czy może być, do diabła, coś ważniejszego? Ale dopiero wtedy ten 
implant stanie się ich realną szansą, kiedy ja, bezwzględna kapitalistka, pójdę 
na całość — kiedy będę walczyć, żądać, kiedy uda mi się wepchnąć wynalazek 
mojego   cichego   bohatera   przed   oczy   publiczności   —   i na   rynek.   Dopiero 
wtedy, cholera, gdy wygram! Głośno. Publicznie.

Jared patrzył na nią z nieodgadnionym wyrazem twarzy, jak gdyby to, co 

usłyszał, zaskoczyło go, ale wcale nie zachwyciło.

Jeżeli   nazwiesz   mnie   przez   to   efekciarą   czy   awanturnicą,   nie   ma 

sprawy, da się z tym żyć. Milczący bohaterowie nie zmieniają świata własnymi 
siłami. Wiesz o tym, Jared. Potrzebują takich jak ja, którzy popchną sprawy do 
przodu.   —   Spojrzała   na   niego   twardym,   wyzywającym   wzrokiem.   —   Czy 
przyznasz, że Bill z Hankiem przeoczyli jeden element?

Naprawdę nie ma potrzeby.

Hope zatrzęsła się z gniewu. Dopiero teraz zdała sobie sprawę, jak wielkie 

znaczenie miała dla niej opinia Jareda. I jak rozpaczliwie pragnęła, żeby było 
inaczej. Podczołgała się do wyjścia. Chciała być jak najdalej od faceta, który 
sprowokował ją do tej bezsensownej spowiedzi, a potem zrobił z niej balona. 
Cholera, czyżby należała do gatunku kobiet, które nigdy nie mądrzeją?

Chwycił ją za kostkę.
Wierzgnęła   nogą,   bezskutecznie   próbując   ją   wyrwać.   Jego   siła   fizyczna 

doprowadzała ją do szału. I w równym stopniu upokarzała.

Ręce przy sobie, puść mnie natychmiast! — rozkazała, z przerażeniem 

słysząc drżenie w głosie.

Puścił stopę, ale chwycił oburącz jej talię i zmusił, żeby odwróciła się do 

niego twarzą. Okrzyk protestu załamał się, kiedy Jared przyciągnął ją do siebie 
tak blisko, że nie miała czym oddychać.

Nie   ma   potrzeby,   żebyś   mi   pokazywała,   co   znalazłaś   tutaj,   bo 

zauważyłem błąd na zewnątrz. Tropik jest nieprawidłowo rozpięty.

Cała   uwaga   Hope   skupiła   się   teraz   na   palcach   Jareda,   które   zaczęły 

wędrować po jej żebrach. Kiedy musnęły z boku jej piersi, straciła głos. Gdyby 
poruszyła się nieznacznie, jego dłonie znalazłyby się tam,  gdzie powinny... 
Tam, gdzie jej rozpalone ciało potrzebowało ich najbardziej.

Słyszałaś, co powiedziałem?

Coś o tropiku? — mruknęła, zrozumiawszy nagle jego zastosowanie.

Bez   tkaniny,   która   „oddycha",   w wewnętrznym   namiocie   zrobiłoby   się 

bajoro z powodu wydychanej przez nią pary.

Pobłażliwy błysk w oczach Jareda był sygnałem, że doskonale wie, co się 

z nią dzieje — i że ta świadomość sprawia mu radość.

Brawo, Hope. Moje gratulacje. Wygrałaś.

Nareszcie! Nareszcie wydusił z siebie to słodkie słowo, na które czekała. 

background image

Udało   się.   Zacisnęła   dłoń   na   jego   przedramieniu   i spojrzała   mu   w twarz. 
Niebywale przystojną twarz, musiała to w końcu przyznać. Poczuciu triumfu 
towarzyszyła czysta przyjemność patrzenia na Jareda — nie odważyłaby się 
zdecydować, co sprawiało jej większą satysfakcję.

Hope, wiesz, że nie grasz fair...

Co może być nie fair w...

Spokojnie.

Rozumiesz moją sytuację, prawda? Nie możemy być kochankami, a ja 

naprawdę nie chcę być twoim wrogiem ani przedmiotem zakładu, który można 
wygrać albo przegrać. Zostaje chyba jedno wyjście.

Nieznany ląd, tylko o to może chodzić. Przyjaźń z kimś, kto nie jest w żaden 

sposób związany z jej interesami, kim trudno byłoby sterować.

Skrzypnęły otwierane drzwi sali. Niedbałe kroki zbliżały się do namiotu.

Rany kota, ludzie, to wy tam jeszcze siedzicie? — ryknął Bill. — Hej, 

Jared, więc kto według ciebie wygrał zakład?

Poczekaj, nie pali się, najpierw stąd wyjdziemy. Muszę coś ogłosić — 

rzekł Jared. — Publicznie — dodał z uśmiechem.

Zmieszana, Hope uśmiechnęła się również, stawiając w ten sposób pierwszy 

niepewny krok w nieznane.

Godzinę przed świtem Jared już nie spał. Siedział w swojej małej kuchni, 

sączył   z kubka   gorącą   kawę,   nie   mogąc   sobie   darować   swej   pochopnej 
obietnicy.

O czym, do diabła, myślał, dając Hope słowo honoru, że rano, po wspólnej 

medytacji, Hank i Bill będą mogli wypełnić warunki zakładu? Rzecz w tym, że 
w ogóle nie myślał. Zbyt był zajęty przeżywaniem.

Zbyt przejęty uczuciami, które wzbudzała w nim Hope. Nie był w stanie 

myśleć, kiedy dotykał aksamitnego ciała, którego zapach i kształty miał wyryte 
w pamięci.   Ciała   wibrującego   od   takiej   dawki   kobiecej   energii,   że   pragnął 
wniknąć w nie głęboko, czuć wokół siebie jej pulsowanie. Miał za sobą całą 
koszmarnie długą noc.

A czekała go o wiele dłuższa wyprawa.
Westchnął   ciężko,   uniósł   jednym   palcem   okulary   i pomasował   piekące 

powieki.   Gdyby   chociaż   Ben   stał   teraz   przy   starym,   zwalistym   piecu, 
poczęstował go porcją grzanek, mądrą radą i pogodnym dowcipem...

Apacz   wiedziałby   na   pewno,   co   mężczyzna   powinien   zrobić   w takiej 

sytuacji. Boże, jak bardzo mu brakowało tego człowieka.

Opuścił okulary, poprawił na nosie druciane oprawki i sięgnął raptownie po 

kubek   z kawą.   Gorący   płyn   przedostał   się   przez   zaciśnięte   gardło,   lądując 

background image

głośno w pustym żołądku. Jared postawił  kubek na kolanie i zmrużył  oczy. 
W ślad   za   strużką   pary   jego   wzrok   powędrował   nad   stół,   do   stojącego   na 
środku płytkiego, plecionego koszyczka.

Własnoręczne dzieło matki Bena, podobnie jak mokasyny z jeleniej skóry, 

stojące obok butów Jareda na sosnowej podłodze. Ceglaną ścianę ozdabiała 
sakwa z łączonych kawałków skóry, pamiątka po indiańskiej prababce Bena. 
Jared zauważył, że jego piękny, nowoczesny plecak z wewnętrznym stelażem 
stoi oparty o tę samą ścianę. Uśmiechnął się pod nosem.

Galeria   sztuki   w Dallas,   której   właścicielem   był   kiedyś   jego   ojciec, 

nazwałaby to zestawienie głęboko znaczącym. I — zrozumiał to niedawno — 
nie   byłoby   w tej   opinii   odrobiny   przesady.   Możliwość   harmonijnego 
współistnienia   nowoczesnej   techniki   i tradycyjnego   rzemiosła   wydawała   się 
Jaredowi oczywista. Ale nie zawsze tak było.

Kiedy   sześć   lat temu   po raz pierwszy  zawędrował  do  krainy  Big  Bend, 

kompletnie rozbity i bez grosza przy duszy, odrzucał ze wstrętem wszystko, co 
mu przypominało poprzedni etap życia — zwariowanej pogoni za sukcesem 
w amerykańskim stylu. To Ben nauczył go cenić równowagę, czerpać pożytek 
zarówno z tybylczej kultury Indian, jak i ze współczesnej cywilizacji białego 
człowieka.   Nauczył   go   uzdrawiać   własną   duszę   i walczyć   o to,   żeby   każdy 
dzień był nowym początkiem.

Kiedy   dopił   kawę,   podszedł   do   wypełnionego   brudnymi   naczyniami, 

zardzewiałego zlewu. Za długo to zmywanie odkładał. Gorąca woda buchnęła 
nierównym   strumieniem,   rozpryskując   się   na   boki.   Podobnie   jak   jego 
niespokojne, chaotyczne myśli.

Tłumaczył   sobie,   że   pociąg   fizyczny   do   Hope   jest   niebezpieczny 

i niewygodny, jak swędzące miejsce na skórze, którego nie można podrapać. 
A to   oczywiście   wzmaga   swędzenie.   Nie   do   wiary...   Odkąd   przestał   być 
nastolatkiem, nigdy nie był w takim amoku.

Krzywiąc się, ścierał połysk z pokrytego szkliwem kamionkowego talerza 

i trochę żałował, że Hope nie jest typem bezwzględnej, zachłannej kapitalistki, 
jak myślał na początku.

Stał   za   drzwiami   klasy   —   wiedząc,   jak   zależy   jej   na   tej   wygranej   — 

i słyszał,   z jaką   świętą   cierpliwością   znosiła   nieporadność   Karen. 
Zaryzykowała   dla   jej   dobra,   mimo   że   naprawdę   mogły   przez   to   przegrać. 
Opowieść   o „cichym   bohaterze"   również   brzmiała   prawdziwie.   I ta   słabość, 
kryjąca   się   za   jej   dziecinnym   pragnieniem   zwycięstwa,   też   nie   była 
pozorowana.

Ktoś w jej młodości  solidnie się napracował, próbując ją złamać,  odrzeć 

z poczucia własnej wartości.

Cholera, nie miał zamiaru traktować Hope protekcyjnie, nie chciał myśleć 

background image

o niej z politowaniem. Jego litość niewarta była funta kłaków!

Poraziło go nagłe, koszmarne wspomnienie: Beth z obłąkanym wzrokiem, 

kiedy   zerwał   ich   zaręczyny,   jej   włosy   i zmięte   ubranie,   głodny   wyraz   jej 
pięknych   oczu,   palce   sięgające   równie   zachłannie   po   butelkę,   jak   kiedyś 
sięgały po niego.

Zacisnął kurczowo dłonie na krawędzi blatu i schylił głowę. Brakowało mu 

powietrza. Powietrza, które nie cuchnie whisky, w którym nie rozlegają się 
sprośne słowa.

Oderwał się  od  zlewozmywaka  i rzucił do  drzwi.  Otworzył je  na oścież 

i zaczął iść prosto przed siebie, nie rozglądając się na boki. Szedł dotąd, aż 
poczuł,   że   ma   czyste   płuca,   a nieskalana   cisza   otuliła   jego   poczucie   winy. 
Kiedy się wreszcie otrząsnął, przystanął.

Na   horyzoncie   widniała   pustynia   Chihuahuan.   Rozległa.   Kojąca. 

Nieregularny kształt na rozgwieżdżonym, fioletowym tle. Przyjrzał się niebu, 
wybrał   najlepszą   pozycję   i czekał   na   wielki   pokaz   natury,   przy   którym 
wszelkie szaleństwa Las Vegas to tylko amatorskie fajerwerki.

Zza kurtyny wyłoniła się złocista mgła. Wzeszła leniwie nad wschodnim 

widnokręgiem,   wypierając   łagodnie,   jakby   maźnięciami   wietrznego   pędzla, 
fioletową noc. Im wyżej sięgała owa poświata, tym gorętszym światłem jarzyła 
się od dołu — najpierw różowozłotym, potem truskawkowozłotym.

Połyskiwały   jeszcze   tylko   najjaśniejsze   gwiazdy,   lecz   wkrótce   jedna   za 

drugą zaczęły znikać.

Wtem   sceną   zawładnął   mistrz   widowiska.   Ognistopomarańczowy, 

roziskrzony   pierścień   piął   się   w górę,   coraz   wyżej,   odpalając   świetliste 
włócznie we wszystkich kierunkach.

Onieśmielony   i pokorny,   Jared   patrzył   na   budzące   się   o świcie   pustynne 

kaktusy. Odporne rośliny towarzyszące surowej krainie, którą darzył miłością 
i szacunkiem. Nie wyobrażał już sobie życia gdziekolwiek indziej, nie mógł 
uwierzyć,   że   kiedyś   potrzebował,   tak   jak   teraz   powietrza,   swojego 
luksusowego   biura,   szybkiego   auta,   mieszkania   w wieżowcu,   codziennych 
bankietów do rana. Zaspokajaniem cielesnych zachcianek omal nie zagłodził 
na śmierć własnej duszy.

I utopił Beth w morzu alkoholu.

Nie! — krzyknął w powietrze, mącąc tym krzykiem ciszę i dręczące 

go myśli.

Nie potrafił uratować swej narzeczonej, to prawda. Ale z łaski Boga i Bena 

on   sam   rozpoczął   nowe,   pożyteczne   życie.   Złe   wspomnienia   powinien 
potraktować jak przestrogę, i nigdy tamtej nauczki nie zapomnieć. Wystarczy, 
że będzie przestrzegał z żelazną konsekwencją swych zasad, że zapanuje nad 
pożądaniem — i z trudem wywalczony spokój powróci.

background image

Stać go na to. Tak będzie.
Ale czeka go piekielnie długa wyprawa.

Nie ruszaj się — rozkazała Hope godzinę później, czekając, aż bosa 

stopa   na   jej   kolanie   przestanie   się   wiercić.   Doczekawszy   się,   odkręciła 
buteleczkę lakieru do paznokci.

To takie krępujące — mruknęła Karen z drugiego końca łóżka. Po raz 

trzeci   w ciągu   zaledwie   kilku   minut   obciągnęła   swą   jaskrawą   koszulkę.   — 
Właściwie dlaczego nie mogłabym zostać w butach?

Bo to będzie piękna chwila w dziejach amerykańskich kobiet. Twoje 

stopy powinny być równie piękne.

Spóźnimy się na śniadanie.

Hope   nałożyła   na   paznokieć   pierwszą   warstwę   błyszczącego   lakieru 

i spojrzała na Karen surowym wzrokiem.

A   gdzie   twoja   godność?   Gdzie   poczucie   stylu?   —   Wróciła   do 

malowania   ze   skrzywioną   miną.   —   Gdzie   ty   masz,   do   diabła,   najmniejszy 
paznokieć?   W ogóle   go   nie   widać.   W życiu   nie   widziałam   palca   o takim 
kształcie.

Sherry i Dana, zaciekawione, wychyliły się ze swoich legowisk na piętrze.

O rany! Wygląda jak zdeformowana rzepa, którą wyhodowała kiedyś 

moja babcia. Trzymałam ją w słoiku, dopóki nie zgniła.

Wygląda jak nos mojego wydawcy.

Wygląda   jak   penis   —   oświadczyła   spokojnie   Karen,   ściągając   na 

siebie trzy zdumione spojrzenia. — Pamiętam, że zawsze mi się z tym kojarzył. 
A przynajmniej odkąd wiem, jak ta rzecz wygląda.

Oniemiała Hope przyjrzała się palcu Karen dokładniej. Kto wie... Zadrżały 

jej wargi.

Dana parsknęła śmiechem.
Sherry zaczęła chichotać.
Nie   dało   się   zachować   nawet   pozorów   godności   i powagi.   Kiedy   ucichł 

rubaszny śmiech, Hope spojrzała na stopę Karen z czułością.

W   takim   razie   powinnyśmy   nadać   mu   imię.   Wiesz   przecież,   że 

mężczyźni   tak   robią.   Nazywają   swoich   małych   przyjaciół   po   imieniu. 
Powiedzieć wam dlaczego?

Zarzuciwszy haczyk, zabrała się do lakierowania następnego paznokcia.

Dlaczego? — Dana okazała się najmniej cierpliwa.

Dlatego — Hope rozchyliła usta w najbardziej czarującym ze swych 

uśmiechów — że nie mogą sobie pozwolić na to, żeby jakiś obcy podejmował 
za nich dziewięćdziesiąt procent życiowych decyzji.

background image

Tłumione   parsknięcia   i chichoty   przerodziły   się   w młodzieńczy, 

niepowstrzymany   ryk   śmiechu.   Nagle   Sherry   opadła   na   materac   i zaczęła 
machać rękami.

Mam! Słuchajcie, przypomniałam sobie niezły dowcip z tej serii. — 

Kiedy potrząsnęła końskim ogonem, dołki w jej policzkach pogłębiły się. — 
Jaka jest różnica między mężczyzną a E.T.?

Hope   zastanowiła   się,   czy   kiedykolwiek   była   tak   młoda   jak   teraz,   tak... 

szczęśliwa.

E.T. dzwoni do domu.

Gromki, donośny chichot Sherry rozśmieszył je bardziej niż sam dowcip. 

Wszystkie cztery ocierały łzy z oczu. A może po prostu nerwy wywołały taki 
nastrój?   Następnego   dnia   wyruszały   w drogę   i czuły,   że   muszą   trzymać 
wspólny front przeciwko mężczyznom.

Dobra,   mam   jeszcze   jeden.   —   Dana   podniosła   palce.   —   W jaki 

sposób   mężczyzna   „pomaga   w pracach   domowych"?   —   Nie   doczekała   się 
odpowiedzi. — Podnosi nogi, żeby żona mogła pod nimi odkurzyć.

Śmiejąc się, Hope zakręciła buteleczkę z lakierem i odstawiła ją na podłogę. 

Pora na dowcipy dla kobiet dojrzałych.

Jaka   jest   różnica   między   mężczyzną   a obligacją   państwową?   — 

spytała poważnym tonem. — Obligacje dojrzewają. Jaka jest różnica między 
mężczyznami   a miejscami   do   parkowania?   —   Ten   wydawał   się   dziecinnie 
łatwy.   —   Żadna.   Dobre   są   zajęte,   a reszta   jest   przeznaczona   dla 
niepełnosprawnych. Jak mówi się o mężczyźnie z połową mózgu?

Nerwowy chichot przechodzący w jęk stawał się coraz głośniejszy.

Nie, nie mów... — błagała Dana.

Utalentowany — oznajmiła Hope z bezlitosnym uśmiechem.

Biały pocisk przeleciał tuż koło jej ucha.
Dana sięgnęła po drugą skarpetkę i zwinęła ją w kulkę.

Nie strzelaj! — Hope śmiejąc się podniosła ręce. — Skończyła mi się 

amunicja.

Dana   opuściła   rękę,   rozwinęła   pocisk   i wciągnęła   skarpetkę   na   swoją 

dziecięcą stopę.

Muszę   przyznać,   że   to   był   jeden   z najobrzydliwszych   kawałów 

o facetach, jakie słyszałam.

Wielkie dzięki — odparła skromnie Hope. — Ale zaręczam ci, że 

bardzo niewinny w porównaniu z kilkoma faksami, które ostatnio dostałam.

Kobiety   przysyłają   ci   faksem   takie   nienawistne   dowcipy 

o mężczyznach? — W głosie Karen brzmiało niedowierzanie.

Dowcipy kpiące z mężczyzn, jeśli łaska. Różnica jest zasadnicza. To 

nieprawda, że nienawidzimy mężczyzn. Mamy po prostu dosyć prymitywnego 

background image

sposobu   myślenia,   którego   wielu   z nich   trzyma   się   jak   tonący   brzytwy.   — 
Otworzywszy buteleczkę z lakierem, zajęła się kolejnym paznokciem Karen. 
— Kobiety w moim środowisku — szczególnie te, które osiągnęły sukces — 
narażone   są   na   tyle   szowinistycznych   ataków,   że   muszą   to   w jakiś   sposób 
odreagować. Zbieramy i rozpowszechniamy kawały, żeby się łatwiej trzymać. 
Gdybyście poznały kartotekę mojej zastępczyni!

Hope skierowała wzrok na górne łóżka.

Debbie   uważa,   że   jej   feministycznym   obowiązkiem   jest   walczyć 

z mężczyznami ich własną bronią. „Kto mieczem wojuje, ten od miecza ginie" 
— bardzo lubi to przysłowie. Krótko mówiąc, facet, który opowiada kawały 
o blondynkach, powinien usłyszeć coś w zamian.

Genialne!   —   wrzasnęła   Sherry,   która   była   jasną   blondynką.   Jej 

szeroko otwarte, błękitne oczy musiały się zatrzymać na jakiejś wewnętrznej 
wizji, bo rysy jej twarzy stężały. — Nie powiem, chciałabym się kiedyś dorwać 
do takiej kartoteki.

Ja też — zawtórowała jej Dana. — Następny facet, który nazwie mnie 

„dziewczynką", będzie musiał to odszczekać.

Karen milczała.

Wyślę wam wszystkim kopie, jak tylko wrócę do domu — obiecała 

Hope,  czekając  na  jedno „dziękuję",  którego  nie  usłyszała.  Z kwaśną   nieco 
miną wróciła do lakierowania paznokci Karen.

Sherry zeskoczyła z łóżka i znalazła się w polu widzenia Hope. Skarpetka 

zatoczyła łuk w powietrzu i wylądowała na materacu obok Dany.

Hej, dziewczynko, chcesz cukierka? — zapytała Sherry ordynarnym 

głosem starego mężczyzny. — Wkładaj buty, idziemy coś zjeść.

Jasne,   kochanie,   umieram   z głodu   —   odpowiedziała   jej   Dana 

młodym, męskim głosem, równie ordynarnym i zmanierowanym. — Ale nie 
chodzi o żarcie, domyślasz się, na co mam chrapkę.

Hope krztusiła się od śmiechu, nie podnosząc wzroku.

Dosyć na dzisiaj, wyślę wam te kopie, jak tylko wejdę do biura. Uff...

Grzeczna   dziewczynka!   Więc   idziecie   z nami   na   to   śniadanie?   — 

spytała Dana z udawaną nadzieją w głosie.

Karen poruszyła stopą.
Hope przytrzymała ją wolną ręką.

Nie, dzięki. Złapiemy później jakiś baton z muesli.

Usłyszała nad głową żałosne westchnienie, ale stopa na jej kolanie przestała 

się wiercić.

Kilkanaście minut później Sherry otworzyła drzwi i zawołała od progu:

Usiądziemy w pierwszym rzędzie na środku. Biorę aparat.

Dana wypchnęła koleżankę na zewnątrz i sięgnęła po klamkę.

background image

Wyślemy   odbitkę   żonie   Billa.   —   Trzasnęły   drzwi,   zagłuszając   jej 

szatański śmiech.

Uśmiechając się pod nosem, Hope podniosła palec, który sprowokował całą 

zabawę i maznęła lakierem maleńki, ukryty paznokieć.

Jedna   stopa   gotowa   do   przyjęcia   hołdu.   Z drugą   powinno   pójść 

szybciej, bo nikt nas nie będzie rozpraszał. Poproszę nóżkę.

Karen, trochę nieobecna, zmieniła bez słowa pozycję, nie odrywając wzroku 

od czerwonych paznokci.  Wyglądała  na  zachwyconą.  Hope  ukryła uśmiech 
i polakierowała następny paznokieć.

Prawda, że są piękne? Kiedy wrócisz do domu i zdecydujesz się na 

manikiur, umów się za jednym zamachem na pedikiur. Koniecznie.

Brak   odpowiedzi   wydał   się   Hope   podejrzany.   Podniosła   głowę. 

Z pucołowatej twarzy Karen zniknęła cała radość. Znowu gryzła dolną wargę 
i obciągała koszulkę.

Chcesz   powiedzieć,   że   nie   zrobisz   sobie   tego   manikiuru,   tak?   — 

zapytała, chociaż znała już odpowiedź.

Proszę, nie złość się, Hope, aleja nie jestem taka jak ty. Ja chyba nie 

mam godności ani poczucia stylu. Ale moim dzieciom jest wszystko jedno, 
jakie   mam   paznokcie.   Zresztą   i tak   bym   zniszczyła   lakier   przy   szorowaniu 
wanny albo zmywaniu naczyń. A poza tym Jim... Nie da się ukryć, że to byłaby 
strata pieniędzy na głupstwa.

Maskując irytację, Hope zanurzyła pędzelek w lakierze.

A stan twojego budżetu nie pozwala na żadne głupstwa, tak?

Właśnie. Cieszę się, że rozumiesz.

Zrozumiała doskonale po ich pierwszej rozmowie.

Nie   chcę   wścibiać   nosa   w nie   swoje   sprawy,   ale   mam   wrażenie... 

obawiam się, Karen, że masz mniejsze pojęcie o finansach własnej rodziny, niż 
powinnaś mieć.

A ja myślę, że co jak co, ale liczyć każdy grosz to ja potrafię — 

powiedziała   stanowczo   Karen,   ujawniając   nagle   nie   istniejącą   rzekomo 
godność.

Wiem, że potrafisz, ale nie to miałam na myśli. — Odezwał się w niej 

instynkt i doświadczenie doradcy finansowego. Postanowiła spróbować jeszcze 
raz. — Wytłumaczę ci to w ten sposób. Gdyby Jim nagle umarł albo ciężko 
zachorował, albo wyprowadził się z domu i zażądał rozwodu, wiedziałabyś, jak 
położyć ręce na waszych pieniądzach?

Mamy wspólny rachunek bankowy.

Nie ma łagodnego sposobu, musi zrobić to bez owijania w bawełnę.

Jakie   macie   długi,   jaką   stopę   oprocentowania   kredytu?   Czy   cały 

kapitał   trzymacie   na   rachunkach   oszczędnościowych,   czy   też   w papierach 

background image

wartościowych,   nieruchomościach   —   gdzie?   Na   jaką   sumę   jesteś 
ubezpieczona, jakiego typu jest to polisa? Ile pieniędzy miesięcznie wydaje 
Jim? Karen! Przecież on żąda od ciebie prowadzenia rachunków. Nie sądzisz, 
że byłoby sprawiedliwie, gdybyś i ty miała wiedzę na temat jego wydatków?

Nigdy nie twierdziłam, że jestem aż tak bystra jak ty.

Hope   patrzyła   na   jej   drżące   usta,   wilgotne   oczy,   ale   postanowiła   być 

niewzruszona.

Karen, opowieściami w rodzaju „taka jestem biedna" nie zamydlisz 

oczu ani mnie, ani sobie. Ktoś, kto potrafi sobie radzić z takim budżetem jak 
wasz, musi być bystry. Twój kłopot polega raczej na tym, że nie masz danych. 
Jesteś   niezorientowana,   Karen,   ale   możesz   to   zmienić,   żądając   od   Jima 
odpowiedzi na kilka prostych pytań. Zrób to, jak tylko wrócisz do domu.

Jim nie chce rozwodu i nic mu nie dolega. — Z jej oczu potoczyła się 

pierwsza łza. — Hope, dlaczego jesteś taka podła?

Poopowiadać ci o podłości? Podły jest pewien mąż, który unieważnił 

wszystkie   karty   kredytowe   —   te,   które   pani   Rangel,   jego   żona,   również 
musiała podpisywać — a potem otworzył nowe pojedyncze konta. Podły jest 
mąż,   który   najpierw   wyczyścił   małżeńskie   konto,   a potem   poprosił   panią 
Pothier   o rozwód.   Podły   jest   też   mąż,   który   ukrywał   swoje   autentyczne 
dochody   zarówno   przed   panią   Tucker,   jak   i przed   władzami   podatkowymi. 
Kiedy   doszło   do   rozwodu,   sąd   przyznał   jej   śmieszną   sumę,   wyliczoną   na 
podstawie jego fałszywych zeznali podatkowych.

Karen milczała ze spuszczoną głową.

Doradzałam kobietom, które na skutek wdowieństwa albo rozwodu 

znalazły się w sytuacji tragicznej tylko dlatego, że wcześniej nie zadały sobie 
trudu   albo   nie   były   dość   odpowiedzialne,   żeby   poznać   dochody   i politykę 
finansową własnego męża.

Te   wszystkie   przypadki   umocniły   Hope   w przeświadczeniu,   że   powinna 

ufać tylko sobie i sama w pełni odpowiadać za swój los. To jedyny sposób na 
to,   żeby   nigdy,   w żadnym   związku,   nie   poczuć   się   stroną   pokrzywdzoną, 
poniżaną lub nie docenianą.

Hope...?

Otrząsnęła się z zamyślenia. Oczy Karen były już suche, ale nieufne.

Wyschnie ci lakier na pędzelku.

Zdawszy sobie sprawę, że ma okropnie skrzywioną minę, Hope rozluźniła 

usta i opuściła głowę.

Tak, rzeczywiście. Dziękuję.

Wytarła   gumowatą   warstwę   lakieru,   zamoczyła   pędzelek   i zabrała   się 

z powrotem   do   malowania,   tym   razem   szybko   i pewnie.   Ręka   zawisła   jej 
w powietrzu nad ostatnim, najmniejszym palcem Karen. Żal ukłuł ją w serce. 

background image

Miała   oczywiście   świadomość,   że   coś   zniszczyła.   Wystawiła   na   próbę   ich 
wzajemną sympatię, ale postąpiła słusznie. Jeżeli istnieje jakakolwiek szansa 
na to, by Karen przestała być bezbronną niewolnicą — warto zaryzykować.

Kiedy skończyła ostatni paznokieć, zakręciła lakier i przeniosła stopę Karen 

ze swych kolan na podłogę.

Proszę, jaka piękna. Daj im dziesięć minut na wyschnięcie i spadamy. 

Przynieść ci sandały?

Karen   oderwała   wzrok   od   swych   błyszczących,   czerwonych   paznokci 

i dopiero wtedy kiwnęła głową.

Poproszę. Są w bocznej kieszeni walizki.

Hope wyciągnęła ją spod łóżka, znalazła białe, płaskie sandały i podała je 

Karen. Zabawne,  jak szybko  przywykła do  życia  w obozowych  warunkach. 
Może nawet będzie tęsknić za tym domkiem, kiedy wyruszą jutro do Meksyku. 
W każdym   razie   na   pewno   będzie   jej   brakowało   Dany   i Sherry.   Coś 
podobnego.

Dziękuję — powiedziała Karen.

Z jej spojrzenia łatwo było wyczytać, że nie mówi o sandałach. Serce Hope 

podskoczyło z radości.

Cała   przyjemność   po   mojej   stronie.   Chodź,   wspólniczko,   utrzemy 

komuś nosa!

background image

6

Jared zajął miejsce w pierwszym rzędzie i nie wiedział, czy śmiać się, czy 

złościć.   Udostępnił   im,   zgodnie   z obietnicą,   podium   nauczycielskie,   ale 
o stoliku nie było wcześniej mowy.

Hope   i Karen,   z teatralnie   wyniosłymi   minami,   siedziały   obok   siebie   na 

kwadratowym blacie. Ich bose stopy dyndały kilkadziesiąt centymetrów nad 
podłogą. Hank i Bill podeszli do nich z komicznie ponurymi twarzami.

Hope rozwinęła rulon papieru i trzymając go w wyciągniętych rękach jak 

odezwę królewską, zaczęła czytać:

Hanku   Thompsonie   i Billu   Harperze,   żądamy   niniejszym,   abyście 

oddali należny szacunek wyższości kobiecej logiki, tudzież ich sztuce czytania 
instrukcji, dotrzymując tym samym warunków naszego zakładu.

Kiedy opuściła zwój, dwie prawe stopy wyprężyły się do pocałunku niczym 

królewskie dłonie Jej Wysokości.

Wśród żeńskiej  części klasy  rozległy się brawa i gwizdy, mężczyźni zaś 

wydawali   z siebie   drwiące   pomruki.   Dana   i Sherry   rozpowiedziały 
o szczegółach   zakładu   przy   śniadaniu,   dzięki   czemu   cała   grupa   od   rana 
wiedziała, co się kroi.

Hank   uklęknął   pierwszy   i pociągnął   za   sobą   Billa.   Kiedy   obaj   dotknęli 

wargami   trzepoczących,   uwieńczonych   czerwonymi   paznokciami   palców, 
w pierwszym rzędzie mignęło światło flesza. Hope dała znak podniesionym 
kciukiem i migawka aparatu strzeliła po raz drugi.

Jej cynamonowe oczy skrzyły się wesoło, usta śmiały, bujne, ognistorude 

włosy   odbijały   poranne   światło.   W bawełnianej   koszulce   w tęczowe   koła, 
w dżinsowych szortach z mankietami wyglądała na uosobienie energii i radości 
życia.

Dzisiejsza Hope — bez maski sarkazmu i nieufności — była olśniewająca. 

Nierealna. Jared nie mógł oderwać od niej oczu.

Pozwolił, by rozgardiasz i tumult, jaki zapanował w klasie, potrwały jeszcze 

kilka minut, zdając sobie sprawę, że w pewnym stopniu jego przyczyną jest 
zapowiedziane na jutro wyjście na szlak. Nastroje były gorące, nerwy napięte, 
nie   wykluczając   jego   własnych.   Kiedy   odwrócił   wreszcie   wzrok   od   Hope, 
zauważył   z radością,   że   Karen   zachowuje   się   równie   swobodnie   jak   reszta 
grupy.

Dzisiejsza   roześmiana   Karen   zupełnie   nie   przypominała   nieśmiałego, 

zahukanego   stworzenia,   które   trudno   było   sobie   wyobrazić   w warunkach 
obozowych. Na szczęście Hope wzięła ją pod swoje skrzydła. Twarda kobieta 

background image

sukcesu, samodzielna, nie potrzebująca nikogo, zajęła się z czułością kimś, kto 
bardzo jej potrzebował. Rezultat był imponujący.

Postanowiwszy w końcu upomnieć się o głos decydujący, Jared usiadł przy 

stole. Dopiero kiedy  cztery rozgorączkowane wspólniczki wróciły na swoje 
miejsca,   grupa   ochłonęła   i przypomniała   sobie   o jego   obecności.   A tak 
naprawdę to Hope była na tyle uprzejma, że przestała zwracać na siebie uwagę, 
oddając mu pałeczkę prowadzącego.

Słuchając uważnie wstępu, Hope zorientowała się, że ta część programu 

w materiałach   drukowanych   została   pominięta.   Dopiero   po   godzinnym 
wykładzie Jareda zrozumiała dlaczego. Gdyby słyszała wcześniej o biegunkach 
i innych niebezpieczeństwach grożących amatorom traperstwa, niewykluczone, 
że wolałaby rozstać się z Debbie i poszukać kogoś rozsądnego na jej miejsce.

Ze swojego miejsca w pierwszym rzędzie Hope przyglądała się ułożonym 

na stole przedmiotom służącym do udzielania pierwszej pomocy. Wstrząsnęło 
nią   na   samą   myśl,   że   mogłaby   ich   potrzebować.   Opatrunki   na   pęcherze. 
Elastyczne opaski do bandażowania skręconych stawów. Maść antyseptyczna 
na   drobne   obrażenia   skóry   i „nieuniknione"   pokłucia   kaktusem.   Leki 
przeciwbiegunkowe   na   wypadek,   gdyby   osoby   przygotowujące   posiłki 
lekceważyły rygory sanitarne.

Pomyślała,   że   trzeba   będzie   patrzeć   na   ręce   wyznaczonemu   szefowi 

drużyny.   Co   jeszcze?   Przylepiec   i opatrunki   gazowe   na   krwawiące   rany. 
Przeciwbólowy   środek   odurzający   na   wypadek,   jak   to   ujął   Jared, 
„poważniejszych   obrażeń".   Wszystkie   wymienione   wcześniej   możliwe 
dolegliwości wydały się Hope całkiem poważne, dlatego wolała nie wiedzieć, 
co ma na myśli.

Swoją drogą, miała takie dobre przeczucia. Tak, naprawdę dobre. Spojrzała 

w bok   i zrobiło   jej   się   jeszcze   cieplej   na   duszy.   Karen   uśmiechnęła   się 
porozumiewawczo.   Zabawa   z całowaniem   nóg   ujawniła   wesołą,   niemal 
swawolną   stronę   jej   natury.   Coś,   czego   —   jak   podejrzewała   Hope   —   ten 
patałach Jim zwyczajnie nie tolerował. Gdyby tak udało się popracować nad jej 
niewiarą w siebie, nad kruchym poczuciem własnej wartości...

Jared odstawił na bok stolik z artykułami  pierwszej pomocy  i w to samo 

miejsce przyciągnął na skrzypiącej szafce telewizor z magnetowidem. Cisnął 
zwinięty przewód w stronę kontaktu i zwrócił się do Hanka:

Włącz go, dobrze?

Kiedy wysoki jak tyczka mężczyzna zjawił się w polu widzenia Hope, ta 

przypomniała sobie chwilę, w której podszedł do Karen, ogromnymi dłońmi 
koszykarza objął ją w talii i posadził na stole. Spojrzeli sobie w oczy w taki 

background image

sposób, że Hope poczuła się najpierw zachwycona — a potem skrępowana.

Co by nie mówić, jej przyjaciółka była szczęśliwą... no, w każdym razie 

mężatką. Karen powinna nauczyć się samodzielności, to jest teraz jej „być albo 
nie   być".   Nie   potrzebuje   komplikacji   w postaci   Hanka,   dopóki   nie   uwierzy 
w siebie i nie stanie na własne nogi.

Mimo   woli   Hope   przeniosła   wzrok   na   swoją   własną   komplikację.   Jared 

uruchamiał   magnetowid.   Sprawiał   wrażenie   człowieka   pochłoniętego   bez 
reszty pracą. I zadziwiająco życzliwego, jak na dwa krótkie dni znajomości.

Spokojnie...
Ona nigdy nie liczyła na ludzi. Zawsze było odwrotnie. Jej pracownicy, 

inwestorzy, nieliczni przyjaciele, rozmaici przedsiębiorcy, którzy gotowi byli 
wysadzać świat w powietrze, ale potrzebowali Hope Manning do podpalenia 
lontu — wszyscy oni oglądali się na nią, liczyli na jej rady i wsparcie. Była 
silna,   bo   potrafiła   zerwać   każdy   związek,   który   mógłby   uzależnić   ją 
uczuciowo. Jared odgadł tę prawdę od razu.

Czy odgadł i to, jak bardzo jest samotna?
Zgasły górne światła, a wraz z nimi jej pogmatwane myśli. Wpatrywała się 

w ekran   telewizora,   na   którym   tytuł   „Postępowanie   w razie   wypadków"   to 
pokazywał się, to znikał.

Jakość   dźwięku   kasety   była   równie   fatalna   jak   obrazu.   Aktorzy 

naturszczycy   podawali   tekst   drewnianymi   głosami,   odgrywane   przez   nich 
sceny — dramatycznych jakby nie było zdarzeń — balansowały na granicy 
śmieszności.

Hope pochyliła się do Karen i mruknęła jej do ucha:

Daj sobie spokój z wypadkami. Ta kaseta to jakiś koszmar.

Karen, wpatrzona nieruchomo w ekran, wcale nie miała rozbawionej miny. 

Przeciwnie, wyglądało na to, że akcja filmu wciągają coraz bardziej.

Odwróciwszy   się   do   telewizora,   Hope   postanowiła,   że   będzie   grzeczną 

dziewczynką   i obejrzy   ten   knot   spokojnie   do   końca.   Fragment   ze   złamaną 
w nadgarstku   ręką   był   całkiem   ciekawy.   Aktorzy   podwiesili   rękę   ofiary   na 
temblaku i przybandażowali ramię do tułowia. Z powodu wyraźnych objawów 
wstrząsu urazowego ułożyli jej wyżej nogi i zwilżyli wodą usta. To potrafiłaby 
zrobić. Może.

O rany, a to co? Czyżby dorośli mężczyźni nie mieli ciekawszych zajęć niż 

zabawy ostrymi nożami?

Idiota na ekranie ścinał z kawałka drewna wióry na podpałkę i ręka, którą 

podtrzymywał klocek, ześliznęła się pod ostrze. Ciach! Brr...

Hope jęknęła razem z całą grupą. Obfity strumień krwi zaplamił koszulę 

mężczyzny i wyglądał jak prawdziwy. Patrzyła na ten makabryczny widok jak 
zaczarowana,   gdy   nagle   kątem   oka   zauważyła   jakieś   poruszenie   z prawej 

background image

strony.

Wyciągnęła   rękę,   złapała   powietrze   i spojrzała   w dół   na   kobietę   leżącą 

twarzą do podłogi.

A niech to szlag, na kasecie nie było nic o omdleniach.

Hope   siedziała   na   podwójnym   łóżku   Jareda,   ściskając   bezwładną   rękę 

pacjentki.   Karen   protestowała,   kiedy   niósł   ją   do   swojego   domu,   ale   jego 
wielkie   łóżko   i klimatyzowane   wnętrze   w porównaniu   z koją   w dusznym 
domku stanowiły argument nie do przebicia.

Wciąż wyglądała bardzo blado. Hope była coraz bardziej niespokojna.

Hej, przyjaciółko, otwórz oczy i powiedz coś. Ale mnie nastraszyłaś... 

— Odgarnęła włosy  z jej twarzy. — Nie mam zamiaru być jedyną kobietą 
w drużynie Billa, słyszysz?

Długie   złote   rzęsy   zatrzepotały,   potem   uniosły   się   razem   z powiekami. 

W ogromniejących,   czystych   i błękitnych   jak   niebo   zachodniego   Teksasu 
oczach Karen malowała się rozpacz.

Zrobiłam z siebie niezłą idiotkę, co? Odeślą mnie do domu?

Jared pojawił się przy łóżku, zwalniając Hope z odpowiedzi. Nie zauważyła, 

kiedy stanął przy jej boku, ale w końcu powinna się do tego przyzwyczaić — 
nigdy nie słyszała jego kroków.

Kiedy przyjrzał się bacznie Karen, jego twarz się rozpogodziła.

Widzę, że postanowiłaś do nas wrócić.

Postawił   szklankę   z wodą   na   nocnym   stoliku,   potem   przyłożył   mokry 

ręcznik do jej czoła.

Hope błądziła wzrokiem pomiędzy twarzą przyjaciółki a jego rozchyloną na 

piersi koszulą khaki. Bała się, że Jared usłyszy jej nierówny oddech.

No, Karen, muszę ci oddać sprawiedliwość. Myślałem, że Hope jest 

bezkonkurencyjna   w scenach   dramatycznych,   a tymczasem   ty   mogłabyś 
spokojnie dawać jej lekcje.

Uszczypnął ją w nos i wyprostował się. Na policzkach Karen pojawiły się 

dwa delikatne rumieńce.

Przepraszam,   że   narobiłam   tyle   kłopotu.   Czuję   się   już   lepiej, 

naprawdę.

Próbowała usiąść, ale Jared popchnął ją delikatnie na poduszkę.

Odpocznij.

Ale... kto teraz prowadzi zajęcia?

Matt. Nie przejmuj się, on też jest fachowcem. Nie zauważą nawet 

mojej nieobecności.

Ale...   —   Rozejrzała   się   po   pokoju   spłoszonym   wzrokiem.   —   Ja 

background image

jestem w twoim łóżku. Nie mogę nadużywać...

Oj, Karen, Karen. — Z leniwym, aroganckim uśmiechem Jared zsunął 

na   czoło   okulary.   —   Piękna   kobieta   w moim   łóżku   jest   nadużyciem   tylko 
wtedy, kiedy jestem skatowany i chcę się wyspać. A teraz przestań marudzić 
i leż spokojnie. Chciałbym zmierzyć ci puls.

Usiadł całym ciężarem ciała na brzegu materaca. Uwolniwszy rękę Karen, 

Hope zachwiała się — i straciła równowagę.

Jakby   wpadła   na   głaz.   Zderzyła   się   z twardą   jak   kamień   przeszkodą 

i cofnęła raptownie — z odciśniętym na własnej skórze fragmentem jego ciała. 
Ciekawe,   uczy   się   jego   dotyku   fragmentarycznie,   po   jednej   grupie   mięśni, 
pomyślała w nagłym przypływie histerii, lądując plecami w nogach łóżka.

Kiedy próbowała uspokoić swe łomoczące serce, Jared mierzył puls Karen.

W porządku, zupełnie nieźle. Napij się teraz trochę wody, dobrze?

Kiwnęła głową. Jared podtrzymał jej ramiona, przysunął do ust szklankę 

i poczekał, aż się napije. Potem ułożył głowę na poduszce.

Hope wstrzymała oddech. Ogarnął ją przejmujący żal. Jak by to było, gdyby 

ktoś się o nią martwił? Ktoś z szerokimi barkami, na tyle silnymi, żeby z równą 
łatwością dźwigały kłopoty, jak i kobiecą głowę.

Dobrze, Karen. Chciałbym, żebyś powiedziała mi całą prawdę. Czy 

jest   coś,   co   dotyczy   twojego   zdrowia,   o czym   nie   napisałaś   w zgłoszeniu? 
Podwyższone ciśnienie? Ciąża? Domyślasz się, z jakiego powodu zemdlałaś? 
Naprawdę powinienem o tym wiedzieć.

No więc...

Możesz   się   nie   krępować   —   powiedział   kojącym   głosem.   — 

Cokolwiek powiesz, zostanie w czterech ścianach tego pokoju. Prawda, Hope?

Oczywiście.

Przysiadła się bliżej, żeby podać przyjaciółce rękę.
Karen chwyciła ją kurczowo, zagryzając wargi.

Dobrze, jest coś, o czym powinniście chyba wiedzieć. Mam ciężką 

postać... cykorozy.

Zapadła głucha cisza.
Hope spojrzała przez ramię na jej palce u nóg.

Nie,   nie...   —   Karen   wybuchnęła   śmiechem.   —   To   nie   ma   nic 

wspólnego z Numerem Jeden ani Numerem Dwa.

Numer Jeden i Numer Dwa? Hope spojrzała w jej figlarne, błękitne oczy.

Kiedy je tak nazwałaś?

Gdzieś pomiędzy „pęcherzami" a „biegunką". Jak ci się to podoba?

Hope   pomyślała,   że   odpoczynek   od   codziennego   kieratu   wpływa   na   jej 

przyjaciółkę w cudowny sposób.

Hmm, łatwe do zapamiętania. Opisowe. — Skrzywiła usta. — Podoba 

background image

mi się.

O czym wy, do diabła, mówicie? — spytał Jared. — Nie, nieważne, 

wcale   nie   chcę   wiedzieć.   Powiedz   mi   tylko,   co   rozumiesz   przez   cykorozę 
i dajmy już temu spokój.

Przez błękitne niebo zachodniego Teksasu przetoczyła się chmura.

To znaczy nie mieć... odwagi. Jim wymyślił to określenie. Rozumiesz, 

szef, który wycofuje się z agresywnej strategii marketingowej, ma cykorozę. 
Siedmioletni syn, który nie może pociągnąć za cyngiel strzelby, ma cykorozę. 
Żona, która mdleje na widok krwi i leży na podłodze w kuchni, podczas gdy jej 
syn potrzebuje pomocy — taka żona cierpi na ciężką postać cykorozy.

Jared i Hope zgodnie milczeli.

A  to   znaczy,  niestety,  że   jeśli   w czasie   wyprawy   ktoś   wpadnie   na 

fatalny pomysł, żeby krwawić, ja będę całkiem bezużyteczna. — Obdarzyła 
Jareda smutnym uśmiechem. — Nie będę miała pretensji, jeśli odeślesz mnie 
do domu.

Hope otworzyła usta, ale nie powiedziała ani słowa. Jej protest na nic by się 

nie zdał.

Często mdlejesz? — spytał łagodnie Jared.

Dzisiaj zdarzyło mi się po raz drugi, ale tego pierwszego nie zapomnę 

do końca życia.

Co się wtedy wydarzyło?

Karen odwróciła w bok głowę, jej spojrzenie straciło ostrość.

Lee   był   jeszcze   w szkole,   a ja   robiłam   na   obiad   rzymską   pieczeń. 

Powiedziałam Tommy'emu — miał wtedy pięć lat — żeby wyszedł się bawić 
na   podwórko.   Nigdy   przedtem   nie   dotykał   sprzętu   myśliwskiego   Jima,   ale 
tamtego   dnia   zrobił   to   po   raz   pierwszy.   Wyciągnął   po   kryjomu   nóż   do 
oprawiania zwierzyny i wyszedł, jak mu kazałam. Gdybym za nim wyjrzała, 
zobaczyłabym,   że   obcina   gałęzie.   Ale   nie   wyjrzałam.   —   Usta   Karen 
wykrzywiły się w bolesnym grymasie. — Całe szczęście, że nie wyjmowałam 
wtedy mięsa  z piecyka. Kiedy Tommy  wpadł do domu, spojrzałam na jego 
palec... — Urwała, bo koszmarne wspomnienie ścisnęło jej gardło. — Wisiał 
na strzępie skóry. Krew była wszędzie, Tommy zaczął przeraźliwie krzyczeć...

Hope miała zaciśnięte do białości palce, ale jeszcze bardziej bolało ją serce.

Był przestraszony — powiedział Jared.

Karen odwróciła do niego twarz. Jej oczy płonęły pogardą dla samej siebie.

Był   przerażony.   A wiecie,   co   ja   zrobiłam,   żeby   pomóc   swojemu 

własnemu dziecku, złagodzić jego strach? Myślicie, że starałam się zatamować 
krew albo wezwałam pomoc? Nic, kompletnie nic nie zrobiłam. Zemdlałam 
sobie w najlepsze, rozbiłam głowę o blat i obudziłam się w karetce. Tommy 
sam wykręcił dziewięćset jedenaście, a potem zadzwonił do drzwi sąsiadów. 

background image

Gdyby Miki nie było w domu... Dzięki niej Tommy zachował palec, choć ma 
ograniczoną sprawność ruchową.

Po   chwili   milczenia,   na   którą   zasługiwała   opowieść   Karen,   Jared   zdjął 

ręcznik z jej czoła, roztrzepał go i zakręcił w powietrzu.

Mógłbym   ci   powiedzieć,   że   oglądanie   cierpienia   osoby,   którą 

kochamy, jest traumatycznym przeżyciem i może spowodować rodzaj wstrząsu 
pourazowego. Albo że chłopy jak dęby, sportowcy, mdleją, oglądając poród 
własnych dzieci. — Złożył z powrotem ręcznik i położył go delikatnie na jej 
czole.   —   Mógłbym   ci   też   powiedzieć,   że   powinnaś   być   dumna   z tego,   że 
nauczyłaś   pięciolatka   wzywać   pomoc.   Albo   że   Jim   powinien   dostać   kopa 
w tyłek za to, że cię pogrąża w poczuciu winy z powodu wypadku Tommy'ego. 
Mógłbym ci to wszystko mówić, ale wiem, że to by nic nie dało, bo nie jesteś 
jeszcze gotowa mi uwierzyć.

Hope zauważyła, że obie jednocześnie zmarszczyły brwi.
Jared zrobił poważną minę.

Przeszłość nie ma nade mną władzy. Negatywne myśli nie mają nade 

mną   władzy.  Sam  jestem   władzą   w moim   świecie.   Zabawne   —  powiedział 
cicho — że jeśli powtarzasz te słowa wystarczająco często, żeby przestać się 
zastanawiać nad ich treścią, pewnego dnia stają się prawdą. — Klepnął Karen 
po kolanie i szybko wstał. — Chciałbym,  żebyś poleżała jeszcze piętnaście 
minut, potem wrócimy do szkoły i zaczniemy się uczyć orientacji w terenie.

Palce Hope zaczęły odzyskiwać krążenie. Rozluźniła rękę i wstała.

Potrzebujesz   czegoś   w tej   chwii?   —   Jared   spytał   Karen   z progu 

sypialni.

Nie — odpowiedziała szeptem.  — Czy  to znaczy, że dalej jestem 

w drużynie?

A jak ci się zdaje? Nie mam zamiaru wychodzić na szlak z grupą, 

w której jedyną kobietą jest Hope. — Uśmiechnął się i zniknął w przedpokoju.

Hope wykrzywiła się do pustych drzwi.

Lubisz go — powiedziała Karen.

Nie.

Ależ tak.

Hope pomyślała o współczującej reakcji Jareda na opowieść Karen. Siląc się 

na obojętną minę, wzruszyła ramionami.

Przestań   gadać   i odpoczywaj.   Oddychaj   klimatyzowanym 

powietrzem,   ciesz   się   tą   ogromną   przestrzenią   i nie   myśl   o niczym.   We 
wspólnym namiocie będziemy się czuły jak śledzie w puszce, i to już niedługo.

Pomachała jej ręką i ruszyła do drzwi.

Hope?

Odwróciła się.

background image

Ależ tak — powtórzyła cicho.

Hope z pokerową twarzą zamknęła za sobą drzwi, obróciła się na pięcie, 

zrobiła jeden krok i przystanęła.

Masz na nią dobry wpływ — powiedział cicho Jared.

Siedział   przy   małym   stole   w małej   kuchni,   na   krześle,   które   przy   jego 

słusznej posturze wydawało się śmiesznie małe.

Przyłączysz się do mnie?

Swoim   wielkim,   traperskim   butem   wysunął   spod   stołu   drugie   krzesło. 

W skali jednego do dziesięciu, Hope oceniła gorliwość jego zaproszenia na 
dwa. Pokręciła bez słowa głową i poszła dalej.

Poderwał się błyskawicznie z krzesła i zagrodził jej drogę.

Idę o zakład, że zmienisz zdanie. Wiem, jak cię można przekonać...

Jego głos był niski, kuszący, podniecająco ochrypły. Zdrętwiała. Nie mogła 

wydobyć z siebie głosu, nie mogła rozluźnić mięśni, kiedy położył ręce na jej 
ramionach.   Nerwy   jej   drżały   od   szalonego   napięcia,   krew   pulsowała 
w skroniach.   Dopiero   po   chwili   zorientowała   się,   że   odwrócił   ją   twarzą 
w stronę kuchni.

Jego   ciepła   dłoń   prowadziła   ją   prosto   przed   siebie,   potem   zatrzymała. 

Otworzył drzwi jakiejś przedpotopowej lodówki, zajrzał do środka i wyjął coś 
drugą ręką.

No i co? Idziesz czy zostajesz?

Pomachał jej puszką przed oczami. Na widok dietetycznej coli otworzyła ze 

zdumienia usta.

Kocham cię — powiedziała szczerze, potem pogłaskała puszkę, żeby 

upewnić się, czy to nie przywidzenie.

Śmiejąc się, Jared zamknął biodrem drzwi lodówki, wrócił do stołu i usiadł 

w swojej naturalnej pozycji z wyciągniętymi nogami. Hope skupiła uwagę na 
puszce, nie odrywając oczu od biało-czerwonego logo.

Przy siądziesz się? — powtórzył propozycję.

Usiadła ochoczo na drugim krześle.

Odkryłem   wreszcie   sposób   na   to,   żebyś   była   uległa   i posłuszna, 

a mam na stanie tylko jedną puszkę dietetycznej coli.

Daj mi ją. — Wyciągnęła rękę.

Powiedz „proszę". — Przycisnął puszkę do piersi.

Daj mi ją... proszę.

Powiedz to miłym tonem.

— Daj mi ją, proszę, albo złapię twoją dolną wargę i rozciągnę przez całą 

głowę do kości ogonowej — powiedziała miłym tonem.

— Dobrze, tak już lepiej.
Pochylił   się   i podał   jej   puszkę.   Złapała   ją   i zaczęła   manipulować   przy 

background image

denku, usiłując nie połamać sobie paznokci.

Proszę   —   powiedział   z niesmakiem,   wyręczając   ją   w tej   prostej 

czynności.   —   Będziesz   musiała   te   szpony   obciąć,   zanim   wyruszymy   jutro 
w drogę.

Nie chcąc się na razie rozpraszać, podniosła do ust puszkę i zaczęła pić. 

Zimna, musująca rozkosz. Po pięciu, sześciu łykach musiała jednak przerwać, 
żeby złapać oddech.

Mowy nie ma — powiedziała słabym głosem.

Przemyśl to.

Myślała całą sekundę.

Prędzej mi tu kaktus wyrośnie.

Po sześciu następnych łykach odstawiła pustą puszkę.

Miałabyś o wiele większą przyjemność, gdybyś piła wolniej.

Zaczynała mieć tego dosyć.

Czy ty musisz zawsze wszystko analizować? Dzielić włos na czworo?

A ty zawsze musisz podważać czyjś autorytet?

A ty musisz odpowiadać pytaniem na pytanie?

Słucham?

Czy musisz zawsze...

Widząc   rozbawienie   w jego   oczach,   przerwała   i pozwoliła   sobie   na 

wymuszony uśmiech.

Lubiła starcia z godnymi przeciwnikami, a takim był na pewno Jared, jeden 

z najbardziej   denerwujących   i najbardziej   intrygujących   mężczyzn,   z jakimi 
kiedykolwiek miała do czynienia.

Powiodła ciekawym wzrokiem po całej kuchni, zauważając szczegóły, które 

uszły jej uwagi wcześniej. Zatrzymała się na płytkim koszyku, który zajmował 
honorowe miejsce na środku stołu.

Z   wahaniem   i niemal   nabożnym   szacunkiem   dotknęła   czarno-kremowej 

plecionki.

Ten koszyczek, mokasyny, skórzane sakwy i coś, co wisi nad kanapą 

i przypomina pióropusz — te wszystkie przedmioty są autentyczne, prawda?

Owszem, w tym sensie, że są dziełem rąk Apaczów, a nie maszyny. 

A to   coś,   co   przypomina   pióropusz,   jest   prawdziwym   pióropuszem.   Jesteś 
bardzo spostrzegawcza. — Uśmiechnął się i zmrużył oczy. — Gwoli ścisłości, 
pióropusz   z sowich   piór.   Koszyk,   którego   dotykasz,   ma   mniej   więcej   sto 
pięćdziesiąt lat.

Hope cofnęła gwałtownie rękę.

Nie przejmuj się, został zrobiony z juki i tak zwanej pustynnej gliny. 

Jest trwalszy, niż przypuszczasz. Kiedyś podaruję te rzeczy Muzeum Ziemi Big 
Bend, które istnieje przy Uniwersytecie Sul Ross. Joel — jego kustosz — nie 

background image

dałby mi spokoju, gdyby wiedział, że mam takie cuda, ale... — Wyciągnął rękę 
i przebiegł machinalnie palcami po czarno-diamentowej szachownicy. — Może 
zabrzmi   to   egoistycznie,   ale   nie   mam   jeszcze   ochoty   rozstać   się   z tym 
wszystkim.

Wystarczy,   że   musiał   rozstać   się   ze   starym   Indianinem,   o którym 

opowiedział jej Matt.

Pan Pędzący Wilk wierzył, że ty najlepiej zadbasz o te rzeczy, skoro 

ci je powierzył.

Przez   chwilę   wyglądał   na   zaskoczonego,   a potem   wybuchnął   głośnym 

śmiechem.

Biegnący Niedźwiedź — sprostował. — Coś mi się zdaje, że będę 

musiał   pogadać   z Mattem   Trajkoczące   Usta   o spoufalaniu   się   z uczniami. 
Szczególnie z tymi pięknymi i wścibskimi.

Chwyciła   puszkę   z colą   i przycisnęła   ją   do   ust,   wiedząc,   że   jest   pusta. 

Musiała jednak coś zrobić, żeby ukryć nagłe zmieszanie. Po raz drugi Jared 
nazwał   ją   piękną.   To   nie   był   komplement,   którym   zwykli   obdarzać   ją 
mężczyźni w zestawieniu z „heterą".

—   Jesteś   bardzo   podobna   do   starego   Bena,   oczywiście   nie   z urody   — 

powiedział z rzewnym uśmiechem. — Uparta jak osioł. Złotousta.

I do tego jeszcze piękna...

Tak jak on bez przerwy szukasz  dziury w całym,  nie zgadzasz  się 

z tym, co mówię, chociaż na ogół dobrze wiem, o czym mówię. Wy dwoje 
pokochalibyście się od pierwszego wejrzenia.

Chyba rzeczywiście twój Ben był facetem w moim typie. Bardzo ci go 

brakuje, prawda?

Bardziej niż własnego ojca.

Och... przykro mi.

Niepotrzebnie. Mój ojciec nie umarł.

Aha... — Zabrakło jej słów. — To dobrze.

W uśmiechu, który pojawił się na jego twarzy, nie było śladu wesołości.

Nie   wiem,   czy   on   by   się   z tym   zgodził.   Odsiaduje   dwunastoletni 

wyrok za oszustwa, defraudacje, zorganizowaną działalność przestępczą. Mój 
tatuś to Charles Austin, ten od kasy oszczędnościowej Loan Star Savings and 
Loan. Chyba go pamiętasz?

Całą siłą woli usiłowała zapanować nad twarzą.
Charles Austin był jednym z najgorszych aferzystów lat osiemdziesiątych. 

Doprowadził do upadku i przejęcia przez rząd niezliczonej liczby teksańskich 
kas  oszczędnościowych.   Inwestując   gwarantowane  depozyty  kas  w rozmaite 
ryzykowne przedsięwzięcia — tereny budowlane, hotele, firmy ochroniarskie, 
które   plajtowały   jedna   za   drugą   —   obciążył   podatników   ponad 

background image

trzymiliardowymi długami.

Aha,   widzę,   że   pamiętasz.   —   Jared   spuścił   oczy,   zdążyła   w nich 

jednak dostrzec cień bezradności.

Nie jesteś odpowiedzialny za czyny swojego ojca. Nikt cię nie osądza 

za jego przestępstwa.

Owszem,  wszyscy mnie osądzali, nie wyłączając sądu federalnego. 

Pracowałem   w przedsiębiorstwie   holdingowym   ojca   i żyłem   jak   książę, 
cholerny,   nadziany   palant.   Wcale   się   nie   dziwię,   że   podejrzewali   mnie 
o współudział.

Ale nie zostałeś skazany.

Za kratki mnie nie wsadzili, ale jeśli chodzi o koszta sądowe za obie 

sprawy, moją i ojca, to wylądowałem na dnie. Finansowo i psychicznie... — 
Zawiesił głos i skrzywił się, jak gdyby pożałował swojej szczerości.

Wylądował na dnie, ale pozbierał się i założył nową, świetnie prosperującą 

firmę,   obliczoną   zarówno   na   pomoc   terapeutyczną   dla   skołatanych 
biznesmenów, jak i na zysk. Jej szacunek dla Jareda wzrósł.

A twoja matka? — zapytała ciepłym głosem. — Gdzie teraz mieszka?

Dlaczego nie spytasz Matta?

Chwyciła pustą puszkę i znowu ssała powietrze. Jared nie mógł wiedzieć, że 

zwykle nie zadawala wścibskich pytań. Zwykle guzik ją obchodziły prywatne 
sprawy innych ludzi.

—   Wygłupiam   się.   Moja   matka   umarła   w tym   samym   roku,   kiedy 

skończyłem   uniwersytet   w Utah.   Mam   jednego   wujka   w Dallas,   gdzie   się 
wychowywałem,   i jedną   ciotkę   w Detroit.   Żadnego   rodzeństwa.   Może 
znalazłbym jeszcze kilku dalekich krewnych, gdyby zechciało mi się szukać. 
A ty? — zapytał, unosząc jej brodę. — Czy chodzą po świecie jakieś klony 
Hope, budzące postrach w kołach amerykańskiej finansjery?

Nastąpiła zmiana ról...

Ja też jestem jedynaczką, ale mam około miliona krewnych, którym 

giełda papierów wartościowych kojarzy się wyłącznie z comiesięczną aukcją 
bydła w Hopeful, w stanie Teksas.

Hopeful?   —   spytał   wyraźnie   ożywionym   tonem,   nie   zmieniając 

pozycji.

Niestety.   Jak   słusznie   podejrzewasz,   zawdzięczam   swoje   imię 

miasteczku, które jest starym dobrym amerykańskim zadupiem, wartym swojej 
nazwy. Moi rodzice prowadzą w pobliżu małe ranczo. Mieszkałam z nimi do 
osiemnastego roku życia.

Potrząsnął   z niedowierzaniem   głową,   spojrzał   na   nią   szeroko   otwartymi 

oczami, znowu pokręcił głową, w końcu uśmiechnął się tajemniczo.

—   Hopeful,   tak?   Jakoś   nie   mogę   sobie   wyobrazić   ciebie   w małym 

background image

miasteczku. Założę się, że Bill zrobiłby z tego użytek.

Nie zrobi, jeśli się nie dowie. Pogroziła mu palcem.

Muzeum Ziemi Big Bend, dobrze zapamiętałam? Możesz mi jeszcze 

przypomnieć nazwisko tego kustosza?

No dobrze — powiedział ze śmiechem. — Nie wydam cię, jeśli ty też 

będziesz trzymała język za zębami. Chociaż nie rozumiem, w czym rzecz. To 
żaden wstyd urodzić się i wychować w małym miasteczku.

Zgoda. To nie ja się wstydzę.

A kto? Kto się tego wstydzi?

Nieważne. — Spojrzawszy na zegarek, klepnęła się po kolanach. — 

Dzięki za colę. Sprawiłeś mi dużą...

Hola, hola. Poczekaj chwilę. Mam przeczucie, że to coś ważnego.

Pudło, pierwsze w twoim życiu.

Więc dlaczego nie możesz mi odpowiedzieć?

I   ty   mówisz,   że   ja   jestem   wścibska?   Dlaczego   miałabym   ci   się 

spowiadać?

Bo mi nie ufasz.

No, to ma jakiś sens.

Bo   ty   jesteś   władzą   w swoim   świecie   i cokolwiek   bym   myślał, 

cokolwiek bym powiedział, nie będę miał na ciebie żadnego wpływu, dopóki 
sama mi na to nie pozwolisz.

Skrzywiła się z niesmakiem.

Boże drogi, Jared! Naprawdę wierzysz w te brednie New Age'owców?

Te „brednie New Age'owców" składały się na kulturę amerykańskich 

tubylców, zanim nasi przodkowie w Anglii zbudowali Stonehenge.

Jego   spokojna   odpowiedź   wyprowadziła   ją   z równowagi.   Ileż   to   razy 

słyszała w różnych kazaniach ten sam ton zawodu?

Nie obchodzi mnie, komu się powinno przypisać tę myśl, bo tak czy 

inaczej jest brednią. Dziecko nie ma władzy w świecie dorosłych. Ja jej na 
pewno nie miałam. — Skrzywiła się, widząc szczere osłupienie na jego twarzy, 
ale brnęła dalej: — Chcesz wiedzieć, kto się wstydzi w starym dobrym Hopeful 
w Teksasie? Moi kochani rodzice. Oczywiście wstydzą się mnie, swojej córki, 
a nie miasteczka.

Jared   zdjął   okulary,   wyciągnął   zza   paska   rąbek   koszuli   i zaczął   czyścić 

szkła.

O   ile   wiem,   na   własną   odpowiedzialność   podejmujesz   strategiczne 

decyzje finansowe,  nierzadko bardzo ryzykowne. Ile przedsiębiorstw  skupia 
Manning Enterprises?

Potrzebowała kilka sekund na zmianę biegu.

Siedem.

background image

Siedem   firm   inwestycyjnych.   To   ty   codziennie   decydujesz   gdzie, 

kiedy  i ile pieniędzy  swoich  inwestorów utopić w konkretnej operacji, żeby 
zapewnić   jej   opłacalność.   W całych   Stanach   Zjednoczonych   jest   około 
pięciuset   szanowanych   przedsiębiorców   inwestycyjnych,   a ty   jesteś   jednym 
z nich. — Poczekał, aż Hope spojrzy mu prosto w oczy. — Nie sądzę, żeby 
twoi rodzice naprawdę się wstydzili.

Obycie Jareda z jej światem oszołomiło ją w niewiele mniejszym stopniu 

niż piękno jego ciemnoniebieskich oczu.

Trzy gwałtowne stuknięcia zwolniły ją od odpowiedzi. Jared poderwał się 

z krzesła i otworzył drzwi. W progu stał Hank z rękami na biodrach i bardzo 
zmartwioną miną.

Matt skończył zajęcia. Powiedziałem mu, że cię zawiadomię. — Jego 

wzrok błądził za plecami Jareda.

Co z Karen?

Nic   poważnego,   oprzytomniała   szybko,   a teraz   odpoczywa.   No 

właśnie, Hope, mogłabyś po nią pójść?

Zanim dokończył, była przy drzwiach sypialni.

Dokończymy tę rozmowę kiedy indziej — powiedział ze znaczącym 

błyskiem  w oczach.   —   Chętnie   bym   się   dowiedział   czegoś   więcej   o twojej 
rodzinie.

Tak jest, druhu.

Kiedy pustynia Chihuahuan pokryje się lodem.

background image

7

O   trzeciej   po   południu   następnego   dnia   Hope   wpatrywała   się   tęsknym 

wzrokiem w tuman kurzu unoszący się za trzema ciężarówkami, które jechały 
w złym kierunku. Mimo że zardzewiałe, rozklekotane i bez klimatyzacji, były 
dla nich ostatnim kontaktem z cywilizacją. Kiedy stały się odległymi świecą- 
cymi punktami, odwróciła się w stronę tablicy z napisem „Cabeza de Sendero".

Początek szlaku! Bujda. Typowy blef reklamowy MindBend Adventures. 

Jeśli na rozciągającej się przed jej oczami pustyni jest jakakolwiek wyznaczona 
ścieżka, to nie wydeptały jej ludzkie stopy.

Kiedy rano przekraczali Rio Grandę, Hope zdała sobie sprawę, jak wiele lat 

upłynęło od jej pierwszej i jedynej wycieczki do Meksyku. Wtedy wszystko 
wyglądało inaczej. Tym razem nie było na moście tłoku i straży granicznej, 
w ogóle nie było żadnego mostu. Jared zorganizował dla całej grupy przeprawę 
rzeczną.   Na   drugim   brzegu   czekały   trzy   zdezelowane   ciężarówki,   które 
przywiozły ich do „Cabeza de Sendero". Początek szlaku.

Meksykański   pejzaż  migotał  w rozgrzanym  powietrzu,  jeżył  się   kępkami 

roślinności,   która   sprawiała   mało   przyjazne   wrażenie.   Po   prawej   stronie 
horyzontu widniały rozmyte grzbiety Sierra del Carmen. Najbardziej martwił ją 
brak drzew w widocznej perspektywie — głównie dlatego, że przywykła do 
picia olbrzymiej ilości wody, a nie z troski o zanikającą florę pustynną.

Pod   zwykłą   maską   cynizmu   wszystko   w niej   pulsowało   nerwowym 

podnieceniem. Wreszcie znalazła się u celu, dla którego przebyła kilka tysięcy 
kilometrów, nie mówiąc o tym, że od trzech dni pracowicie się do tej próby 
przygotowywała.

Każdy kandydat na trapera stał przy swoim plecaku. Wszyscy mieli na sobie 

jasne, lekkie ubrania, długie spodnie, kapelusze z szerokim rondem, okulary 
słoneczne i buty za kostkę z porowatego, „oddychającego" materiału, chroniące 
stopy przed gorącym piaskiem i ciernistymi zaroślami.

Czterech   przewodników   skupiło   się   wokół   Jareda   na   ostatnią   odprawę. 

Podobnie  muszą  się  czuć   żołnierze   przed   pierwszą  bitwą,  pomyślała   Hope. 
Wrócą z niej jako bohaterowie czy jako tchórze? Jej naprawdę zależało na tym, 
żeby wrócić z podniesioną głową.

Jared odszedł od grupy i zaczął poprawiać coś przy plecaku. Skautowski 

mundur   zostawił   w szkole,   miał   teraz  na   sobie   białą,   dopasowaną   koszulkę 
z bawełny, oliwkowe spodnie z ogromną ilością kieszeni, czapkę baseballową 
w tym samym kolorze i okulary w fioletowych oprawkach. Kiedy wyprostował 
się i odsłonił w uśmiechu zęby równie białe jak jego koszula, Hope usłyszała 

background image

westchnienie kobiety, która stała tuż obok niej.

Lepiej poszukaj swojego przewodnika, pomyślała bez życzliwości Hope.
Jared podniósł rękę, prosząc o uwagę.

No   dobrze,   posłuchajcie   mnie   uważnie.   Tutaj   kończymy   pierwszy, 

wspólny etap wyprawy. Rozejdziemy się teraz promieniście, nie depcząc sobie 
po   piętach,   żeby   z jak   najmniejszym   impetem   przemieszczać   się   przez 
pustynię. Ale to znaczy, że więcej zwierząt i gadów narazimy na spłoszenie. 
Dlatego pamiętajcie, żeby iść z wyczuciem, cicho, mieć oczy dookoła głowy 
i trzymać dystans.

Nie ma sprawy.

W   czasie   pierwszych   kilometrów   marszu   skoncentrujcie   się   na 

własnym ciele, na tym, co wam przeszkadza lub drażni. Jeśli okaże się, że 
paski plecaka trzeba poprawić albo że bolą was nogi, nie udawajcie, że nic się 
nie   dzieje,   tylko   zgłoście   to   od   razu   przewodnikowi.   Drobne   poprawki 
dokonane   w porę,   czyli   dzisiaj,   mogą   uchronić   was   przed   bezsensownym 
bólem w czasie dalszej drogi.

Nie ma sprawy.

Jeżeli   bezwzględnie   będziecie   musieli   odpowiedzieć   na   wezwanie 

natury   i oddalić   się   w ustronne   miejsce   przed   zaplanowanym   przystankiem, 
powiedzcie o tym przewodnikowi. Koniecznie. Poczeka na was i przypilnuje, 
żebyście dołączyli do grupy.

O rany!

Na koniec chciałbym wam powiedzieć, że jestem bardzo zadowolony 

z waszych   postępów.   Wierzę,   że   każdy   z was   potrafi   znaleźć   się   w tym 
szczególnym ekosystemie jako integralna cząstka natury. — Powiódł wzrokiem 
kolejno po wszystkich twarzach. — Będziecie dumą naszej szkoły, jestem tego 
pewien.

Hope widziała, jak unoszą się dumne piersi przyszłych traperów. Musiała 

przyznać, że Jared jest dobry w tym, co robi. Cholernie profesjonalny. Nawet 
jej   trochę   przytępił   pazurki.   Zerknęła   z odrazą   na   swoje   amputowane 
paznokcie. Tylko trochę.

No  dobrze!  —  Klasnął  w dłonie.  —  Koniec  gadania.   Niech  każdy 

znajdzie swoją parę i ruszamy w drogę.

Karen obgryzała paznokcie z taką zajadłością, jakby to miał być jej ostatni 

posiłek.   Hope   podeszła   do   niej   od   tyłu   i pociągnęła   za   rondo   słomkowego 
kapelusza.

Przestań rujnować swój obiad i włóż okulary.

Karen opuściła posłusznie ręce. Z kieszeni koszuli wyjęła maść cynkową, 

rozsmarowała matowy krem na nosie i podała tubkę Hope.

Nie, dzięki.

background image

Posmarowałaś   się   porządnie   kremem   do   opalania?   —   zapytała 

troskliwie Karen.

Jasne, ale jeśli interesuje cię moje zdanie, dziadowska ta plaża. Ani 

jednego leżaka, żadnego baru. A widzisz tu jakieś fale?

Dławiąc się ze śmiechu, Karen zasłoniła przyjaciółce oczy daszkiem czapki 

baseballowej.

Hope  poprawiła  ją  bez  słowa.   Pomogła   założyć  Karen  plecak,   ściągnęła 

paski, a potem zamieniły się rolami.

Poprzedniego   dnia   pakowały   się   bardzo   starannie,   tak   żeby   cięższe 

przedmioty znajdowały się na wierzchu i bliżej ciała. Jared tłumaczył im, że na 
paski naramienne spada dwadzieścia procent całego ciężaru, a reszta, dzięki 
paskom biodrowym, przenoszona jest z barków poprzez miednicę na nogi, nie 
odciąga  zaś  ramion  do  tyłu i nie  zmusza  do  garbienia  się,  jak  w plecakach 
starego typu.

Kiedy piętnastokilogramowy ładunek dał jej się we znaki, Hope pomyślała 

o wędrowcach   pionierach,   którzy   nie   używali   plecaków   ze   stelażami   ani 
z paskami barkowymi.

Prawdziwi męczennicy. Szaleńcy.

Cześć, dziewczyny, nie potrzebujecie pomocy?

Hope poczuła, o dziwo, odrobinę sympatii dla Billa, zaś Hanka, który szedł 

za nim, obdarzyła szczerym uśmiechem.

Nie, dzięki, na razie wszystko w porządku.

Większość   osób   skupiła   się   w czteroosobowe   drużyny,   jak   gdyby 

instynktownie chcieli rozpocząć wędrówkę w tym samym składzie, w jakim 
mieli   dotrzeć   do   jej   celu.   Jared   podszedł   do   tablicy   oznaczającej   początek 
szlaku i odwrócił się twarzą do rozgorączkowanej grupy.

Wszyscy gotowi? — Zapanowała cisza jak przed burzą. — No to, moi 

drodzy... do dzieła!

Hope ruszyła naprzód, czując gwałtowny przypływ adrenaliny do mózgu. 

Szli  wachlarzem  w stronę   gór,  w odległości   około   dwóch   metrów   jedno  od 
drugiego. Zauważyła, że Bill wraz z kilkoma innymi mężczyznami wyrwali do 
przodu.   Zupełnie   jakby   pomylili   wędrówkę   traperską   z maratonem 
chodziarskim. Prychnęła drwiąco i zaczęła oddychać rytmicznie, tak jak radził 
im Jared. Trzy kroki na wdech, trzy na wydech. Nienaturalne, ale możliwe. 
Swoją drogą to dziwne uczucie, kiedy człowiek koncentruje się na czymś tak 
oczywistym jak oddech.

Właściwie   wszystko   wydawało   się   dziwne.   Wypchany   plecak 

z aluminiowym stelażem, zapięcie paska biodrowego, buty typu traper, które 
przymierzała   w sklepie   co   najmniej   pół   godziny,   narzekając,   że   jej   stopy 
wyglądają w nich jak kajaki. Na szczęście sprzedawca zdołał ją przekonać, że 

background image

są trwalsze i wygodniejsze od pary czerwonych odjazdowych pionierek, które 
podobały jej się znacznie bardziej. Ale mimo  wszystko te brązowe buciory 
były trochę zjawiskowe.

W prostej linii przed sobą zobaczyła Jareda, który doganiał czteroosobową 

czołówkę płynnym, ale dość dziwacznym krokiem. Nie umiała jednak określić, 
na   czym   ta   dziwaczność   polega.   Rozmawiał   z każdym  z mężczyzn   osobno, 
powiedział coś, co wywołało ich śmiech, potem został w tyle.

Wyminęła opuncję, uskoczyła przed inną kolczastą rośliną, rozpryskując na 

boki drobny, piaszczysty żwir. Podniosła prawą rękę, żeby przesunąć pasek 
plecaka o centymetr w lewo. Czy to musi aż tak uwierać? Czuła nieprzyjemne 
łaskotanie na szyi, plecach, w zagłębieniu między piersiami. Świadomość, że to 
kropelki potu, a nie jakieś mrówki albo stonogi, ani trochę jej nie pocieszała. 
Obrzydliwość.

Przypomniała sobie, że po raz ostatni doświadczyła takiego uczucia, kiedy 

miała   osiemnaście   lat.   Stojąc   nad   rozgrzanym   piecykiem,   pomagała   matce 
wekować   przetwory   na   zimę.   Nigdy   więcej,   przysięgła   sobie   w dusznej, 
zaparowanej kuchni. Nigdy więcej tych strasznych domowych robót, którymi 
zarabiała   tylko   na   pot   i ciągłe   uwagi.   Koniec   z teksańskim   upałem,   który 
skrócił życie jej babci, uwalniając ją od domu rodzicielskiego.

Odwiedzała ich teraz tylko zimą — w dwa, trzy weekendy najwyżej. Oni za 

nic nie chcieli przyjechać do Nowego Jorku. Był dla nich za duży, za brudny, 
i roiło się w nim od niebezpiecznych typów. Wuj Eddy z ciocią Michelle byli 
tam   kiedyś   i tylko   tyle   mieli   do   opowiedzenia.   Nieważne,   że   córka,   która 
mieszka w tym mieście od wielu lat, ma inne zdanie. Hope pomyślała, że to 
świetne podsumowanie jej stosunków z rodzicami.

Dlaczego masz taką ponurą minę? Coś cię boli? — spytał Jared, który, 

jak zwykle bezszelestnie, zjawił się przy jej boku.

Potrzebowała   dwóch   sekund   na   uświadomienie   sobie,   że   pyta   o ból 

fizyczny,   i następnych   trzech,   żeby   zastanowić   się   nad   odpowiedzią.   Coś 
uwierało ją w piętę...

Nie, nic mi nie jest. Trochę mnie suszy.

Nie zwalniając kroku, wyjęła z kieszeni paska biodrowego bidon. Czuła na 

sobie wzrok Jareda, kiedy piła wodę, kiedy mimowolnym gestem otarła usta, 
kiedy   zakręcała   plastikową   butelkę.   Nieporadnie,   lekko   drżącymi   palcami 
usiłowała ją włożyć w odpowiednią kieszeń na pasku. Wszystko przez to, że 
się   na   nią   gapił.   Jared   wyręczył   ją   bez   uprzedzenia.   Potknęła   się   i łapiąc 
równowagę, przycisnęła jego rękę do swojego brzucha, jak gdyby nie dosyć jej 
było upału bijącego od pustynnej ziemi.

Zmieszana i bezradna, spojrzała mu w oczy.
Chociaż ukryte za ciemnymi szkłami, jego oczy patrzyły na nią. Pragnęły 

background image

jej.

O rany!
Wyprężyła   się   i wyrównała   tempo.   W porównaniu   z lekkim,   płynnym 

krokiem Jareda miała wrażenie, że powłóczy nogami jak staruszka.

Jest coś dziwnego w twoim sposobie chodzenia — odezwała się po 

chwili — ale nie mogę tego rozgryźć.

Tak zwany lisi chód. To chyba pierwsza rzecz, której nauczył mnie 

Ben,   jak   tylko   go   poznałem.   —   Jego   wzrok   zdawał   się   szacować   stopień 
zaciekawienia   na   jej   twarzy.   —   Większość   ludzi   chodzi   na   wewnętrznych 
krawędziach   stóp,   z pięt   na   palce,   z ciałem   lekko   pochylonym   do   przodu. 
Można i tak, kiedy człowiek idzie po chodniku albo po jakiejś innej płaskiej 
nawierzchni. Ale tutaj, na pustyni, taki chód wygląda niezdarnie i robi dużo 
hałasu. Poza tym butami można niszczyć rośliny i naturalne podłoże.

Jakby na dowód słuszności jego wywodu, Hope czubkiem buta uderzyła 

w wystający   z ziemi   kamień   i po   raz   kolejny   potknęła   się.   Odzyskawszy 
równowagę, posłała mu kpiący uśmiech.

Punkt   dla   ciebie.   Ale   nie   rozumiem,   dlaczego   nie   mówiłeś 

o prawidłowym chodzeniu na zajęciach?

Na krótkich kursach skupiam się na sprawach naprawdę zasadniczych. 

Adepci traperstwa poznają bardziej subtelne zagadnienia. Zwykle sami mają 
głębokie   przekonanie,   że   zasoby   naturalnego   środowiska   trzeba   chronić   za 
wszelką cenę, że nie ma tu mowy o przesadzie.

Irracjonalna   zazdrość   wykrzywiła   jej   usta.   Jeśli   jakikolwiek   „adept 

traperstwa" umie tak chodzić, ona będzie umiała lepiej.

Naucz mnie tego lisiego chodu... proszę.

Bo jak nie, zrobisz z mojej górnej wargi parasol?

Nie uśmiechnęła się.

Nie. Po prostu lubię się uczyć. Pokażesz mi, jak to robisz?

Kiedy   się   zgodził,   Hope   zrozumiała,   że   jej   gorliwość   wynika   nie   tylko 

z instynktu współzawodnictwa.

Wszystko, co było ważne dla niego, stało się fascynujące i dla niej. To takie 

oczywiste.   Takie   głupie.   Tak   kompletnie   zniewalające.   Powściągnęła   nagłą 
panikę, koncentrując się na wskazówkach Jareda.

Płynnym,   kołyszącym   ruchem   przenoś   ciężar   ciała   z zewnętrznej 

krawędzi stopy na wewnętrzną. Trzymaj wyprostowany tułów i głowę, oczy 
skierowane przed siebie, na horyzont, a nie na ziemię.

Zrobiła pięć kroków i powiedziała z wymuszoną obojętnością:

Strasznie nienaturalne. Potykam się, jeśli nie patrzę pod nogi.

Nie,   potykasz   się   właśnie   dlatego,   że   patrzysz   pod   nogi.   Spróbuj 

jeszcze   raz,   ale   wczuwaj   się   w to,   co   robisz.   Lisi   chód   zmusza   do 

background image

wykorzystywania   mięśni   ud   i pośladków   w większym   stopniu   niż   łydek. 
Najważniejsze jest w nim podnoszenie stóp, a nie przesuwanie.

Co wyjaśnia tajemnicę twardych jak kamień pośladków.

Poza   tym   lekko   stawiasz   stopy,   łatwiej   dostrzegasz   zmiany 

w otoczeniu,   niebezpieczeństwo,   które   może   być   daleko,   ale   już   w polu 
twojego widzenia.

Na   razie   martwi   mnie   tylko   ten   kaktus.   Wolałabym   się   z nim   nie 

zderzyć... — mruknęła pod nosem, nie rezygnując jednak z lisiego chodu.

No widzisz? Przed sekundą przeszłaś nad wystającym kamieniem, nie 

patrząc w dół. Przeszkoda znajdowała się w polu twojego widzenia bocznego, 
które   pokierowało   nogą.   Przekonasz   się,   że   z wyprostowanymi   plecami 
będziesz trzymać równowagę lepiej niż wszyscy inni. Popatrz na takiego Billa.

No, to jest argument!

Głęboki śmiech Jareda wtórował jej krokom.

Spójrz na tego mądralę — powtórzył. — Nie tylko traci bezcenną 

energię, wyrywając nie wiadomo po co do przodu, ale nie patrzy przed siebie 
i prędzej czy później runie jak długi.

Hope   zerknęła   na   trzecią   sylwetkę   od   lewej.   Plecy   zgarbione,   głowa   na 

wysokości   ramion,   krępy   tułów   pochylony   do   przodu.   Bill   przypominał   jej 
byka   atakującego   czerwoną   płachtę   torreadora.   Poruszał   się   tak,   jak   się 
zachowywał, w stylu „zejść mi z drogi", godnym faceta, który stworzył sieć 
trzystu supermarketów.

Jeśli upadnie, widok będzie nieciekawy.

No więc... czy ten lisi chód może pozostać naszym małym sekretem? 

— spytała Hope, lecz na widok jego zachmurzonego czoła natychmiast się 
zreflektowała.   —   Żartowałam,   druhu.   Idź,   naucz   teraz   Billa.   Ja   już   chyba 
opanowałam tę sztuczkę.

Nie była to prawda, ale pochlebne spojrzenie, jakie rzucił jej na odchodnym, 

zachęciło Hope do treningu.

W   nagłym   przypływie   fantazji   wyobraziła   sobie,   że   Jared   zatrzymuje 

czołówkę   peletonu,   chwali   ją   za   wytrwałość   i prosi,   żeby   zademonstrowała 
nową umiejętność. Zbyt piękne, żeby mogło być prawdziwe...

W rzeczywistości Jared wędrował między czołem a bocznymi skrzydłami 

grupy,   kontrolował,   czy   wszystko   w porządku,   odpowiadał   na   pytania   i nie 
zwracał na nią uwagi.

O czwartej po południu wmawiała sobie, że wcale jej na tym nie zależy. 

Jeśli wydawało jej się wcześniej, że ten facet w fioletowych okularach pożera 
ją   wzrokiem,   że   ma   ochotę   rzucić   się   na   nią   i posiąść   między   kaktusami, 
z pewnością były to halucynacje.

Wcale   jej   na   nim   nie   zależało.   Przekonywała   się   o tym   gorliwie   także 

background image

o piątej,   ale   wtedy   była   już   znacznie   bliższa   prawdy.   Pomimo   niedawnego 
przystanku i ochłodzenia, bolały ją ramiona, nogi odmawiały posłuszeństwa, 
a bolesne miejsce na pięcie piekło jak otwarta rana. Wraz ze zmianą nastroju 
zmieniło się jej marzenie. Tak jak w poprzednim, Jared zatrzymał piechurów 
z pierwszej   linii,   pochwalił   ją   za   wytrwałość,   ale   zamiast   poprosić,   żeby 
pokazała lisi chód, zrobił jej masaż całego ciała.

O szóstej po południu, w jedynej fantastycznej wizji, która przezierała przez 

mgłę jej rozpaczy, Hope dusiła jedną ręką Jareda, a drugą Debbie. Tak długo, 
aż ich języki stały się całkiem czarne.

Spójrz!   Sokół   wędrowny!   —   wykrzyknął   miłośnik   ptaków   za   jej 

lewym uchem.

Hope spojrzała na szybującą po niebie czarną sylwetkę. Z lekką niewiarą 

przyjmowała kolejne rewelacje ornitologiczne Bretta. Od początku wędrówki 
wymienił co najmniej dziesięć skrzydlatych gatunków, chociaż niektóre z nich 
były tak daleko, że na dobrą sprawę trudno byłoby opisać ich wygląd.

Wiesz,   ludzie   od   wieków   układają   sokoły   do   polowań   —   ciągnął 

Brett, nie zniechęcony ani trochę jej sceptyczną miną. — To bardzo mądre 
ptaki. Wiesz, że...

Nie, nie wiedziała.

Tak,Brett...

Brent.

Też pięknie.

Tak,   Brent,   wiem.   Choćby   tylko   dlatego,   że   ten   sokół   jest   tam 

w górze, a my tutaj, nie mam wątpliwości, że jest cholernie mądry. Genialny.

Brent zaśmiał się i roztropnie zamilkł.
Hope pomyślała, że najgorsze w tej idiotycznej wędrówce przez piaszczystą 

patelnię   jest   to,   że   zapłaciła   za   ów   wątpliwy   przywilej   ciężkie   pieniądze. 
Świadomość,   że   stała   się   ofiarą   zdzierstwa,   upokarzała   ją.   Ona,   wielka 
finansistka, dała się nabrać na taki numer? Przynajmniej nie powinna pouczać 
Karen w sprawach odpowiedzialności finansowej. Skoro przypomniała sobie 
o Karen...   Jej   przyjaciółka   nie   wyglądała   najlepiej,   kiedy   ostatnio   z nią 
rozmawiała.

Hope   wyszła   przed   linię   wachlarza   i obejrzała   się   w prawo.   Karen 

wyglądała   teraz   jeszcze   gorzej.   Jej   posuwisty   chód   nie   kojarzył   się   ani 
z atakującym   bykiem,   ani   ze   skradającym   się   lisem,   ani   z żadnym   innym 
stworzeniem.  Co najwyżej z żywym trupem.  Kiedy biedaczka odwróciła do 
Hope swoją udręczoną twarz, wymieniły długie, żałosne spojrzenie.

Wytrzymaj, błagała w myśli Hope, wycofując się na poprzednią pozycję.

Dochodzimy   do   obozowiska.   Jesteśmy   prawie   na   miejscu   — 

obwieścił Jared, nie zaskoczywszy jej tym razem bezszelestnym podejściem. 

background image

— Jak się czujesz?

Gdyby   miała   iść   dużo   dalej,   załamałaby   się   poważniej   niż   rynek 

amerykański w tysiąc dziewięćset osiemdziesiątym siódmym roku.

Jak wulkan energii.

Miło mi to słyszeć — uśmiechnął się drwiąco — bo czeka cię jeszcze 

mnóstwo pracy. Dzięki, że masz oko na Karen. Widzę, że dodajesz jej otuchy 
skuteczniej niż ja.

Teraz dopierają zaskoczył.

Aha, żebym nie zapomniał.  Chciałbym cię jeszcze dziś wieczorem 

poprosić o pomoc. Przyznam, że złapałaś lisi chód genialnie. Mogłabyś go po 
kolacji pokazać innym?

Z ogromnym wysiłkiem udało jej się wzruszyć obojętnie ramionami.

Nie ma sprawy.

Kiwnąwszy głową, Jared oddalił się, zostawiając Hope w stanie olśnienia... 

Ależ nie... Wcale jej nie lekceważy. Oczywiście, że nie.

Idąc coraz bardziej lisim krokiem, czuła się jak wniebowzięta. Jej wzrok 

błądził   wzdłuż   horyzontu,   kiedy   spostrzegła   małego   ptaszka   skaczącego 
między kępami ciernistych roślin.

Spójrz,   Brent!   —   krzyknęła.   —   Tam   jest...   taki   z brązowym 

czubkiem... — Nazwa, potrzebowała jakiejś nazwy. — Zięba! — dokończyła 
tryumfalnie.

Naprawdę? Gdzie!

Brent   podszedł   bliżej   i zaczął   wypatrywać   jakiegoś   ruchu.   Zgodnie   z jej 

podejrzeniami, na ptakach znał się równie słabo jak na firmach maklerskich.

Tam, prosto. Kołuje nad krzakami. One tak robią, wiesz przecież.

Tak, wiem.

Hope ledwie powstrzymała wybuch śmiechu.

Tak sądziłam — powiedziała z kamienną powagą.

Jak daleko może się posunąć ten facet w swoich niewinnych kłamstwach? 

Postanowiła   poświęcić   Brentowi   chwilę   uwagi,   nie   wątpiąc,   że   będzie   się 
dobrze bawić.

No   więc   powiedz   mi,   Brent,   czy   widziałeś   kiedyś   zięby   w swoim 

rodzinnym stanie?

Wiele   kilometrów   dalej,   na   bulwarze   San   Antonio,   Stan   Lawler   sączył 

mrożoną   margaritę   pod   kawiarnianym   parasolem,   nie   zwracając   uwagi   na 
przelewający się ulicą tłum pieszych. Och, tak, to właśnie jest życie. Twarde 
negocjacje miał za sobą, wypchany portfel w kieszeni, a na ósmą wieczorem 
zamówiony towar z klasą. Miała na niego czekać w hotelowym barze.

background image

Czuł, że polubi takie życie.
Spojrzał przed siebie, prosto w okrągłe oczy dziecka, które niosła na biodrze 

młoda kobieta. Dziewczynka zacisnęła powieki, zmarszczyła twarz i zaczęła 
przeraźliwie   płakać.   Jej   matka   szeptała   słowa   pocieszenia,   omijając 
w pośpiechu jego stolik.

Ten ryczący bachor musi mieć co najmniej cztery lata — za dużo, żeby 

wisieć na szyi matki. Szlag by to trafił. On w tym wieku był już zdany tylko na 
siebie. Był dziki jak lasy, po których się włóczył. Kiedy przypomniał sobie, jak 
grzebał po śmietnikach, mina skwaśniała mu jeszcze bardziej. Jadał świństwa, 
po których ludzie na poziomie rzygaliby własnymi bebechami.

Teraz o tym wiedział.
Ale wtedy...
Wtedy wiedział tylko, czym jest głód. I co to znaczy sikać ze strachu.
Zlizał   sól   z warg,   a potem   pociągnął   łyk   mrożonego   napoju.   Opiekunki 

społeczne, które przypilnowały, żeby poszedł do szkoły, szybko machnęły na 
niego ręką. On jednak przeżył. I dorósł. A nauczył się dużo więcej niż czytanie, 
pisanie   i arytmetyka.   Nauczył   się,   że   myśliwi   polujący   w lasach   zostawiają 
zapasową broń i noże w zaparkowanych samochodach. I nikt tego sprzętu nie 
pilnuje. Nauczył się wystarczająco dużo, żeby nigdy więcej nie czuć głodu ani 
strachu.

Prychnął na widok nastolatka w umyślnie porwanych dżinsach i bawełnianej 

koszulce,   z papierosem   przylepionym   do   wargi.   Twardego   wyglądu 
i charakteru   nie   kupuje   się   w kiosku   ani   w sklepie   z artykułami   pierwszej 
potrzeby. Kiedy on miał czternaście lat, dzieciaki sikały ze strachu na sam jego 
widok,   a jak   skończył   szesnaście,   rozpruł   nożem   brzuch   swojego   tatusia. 
Skutecznie.

Zawsze,   kiedy   przypominał   sobie   tamtą   chwilę,   tamto   poczucie   boskiej 

mocy, drżał z rozkoszy.

Zakopał   ciało   w lesie   i koniec.   Sąsiedzi   uznali,   że   ten   łachmyta   Lawler 

wyniósł się wreszcie, i krzyżyk na drogę. Żadne następne morderstwo nie było 
tak   słodkie,   ale   mógł   być   dumny   ze   swojej   fachowości.   Solidnie   się 
przygotowywał, a po robocie szedł na całość i przepuszczał w kilka dni całą 
forsę. Potem dni stały się jednym dniem. A potem kilkoma godzinami.

Jego ostatni przypływ „boskiej mocy" trwał tak krótko jak rozkosz onanisty, 

zrozumiał więc, że pora na drugi etap kariery.

Kiedy   wypił   do   końca   drinka,   rzucił   banknot   na   stolik   i zanurzył   się 

w kolorowym tłumie. Wzdłuż obu brzegów krętego kanału ciągnął się szpaler 
palm,   kwietników   i głośnych   ogródków   restauracyjnych.   Łuki   kładek 
przecinały   wodę   w regularnych   odstępach.   Minęła   go   łódź   ze   sprzętem 
fotograficznym na usługi turystów, ale odsunął od siebie pomysł, żeby się na 

background image

nią zabrać. Był zbyt podminowany wczorajszym spotkaniem przy lunchu, żeby 
siedzieć bezczynnie.

Używał   właściwych   sztućców,   wybrał   odpowiednie   wino,   przedstawił 

świetne referencje i plan działania. Opłaciły mu się lata prywatnej nauki. Był 
teraz w pierwszej lidze.

Wykona   zadanie   w najbardziej   odległym   punkcie   wyprawy.   Podrzuci   go 

tam helikopter i zabierze z powrotem. Dzięki temu ma jeszcze kilka wolnych 
dni i czas na oswojenie się z rolą grubej ryby.

Blondynka,   z którą   miał   się   spotkać   wieczorem,   po   jej   seminarium 

menedżerskim,   należała   do   zupełnie   innego   świata   niż   kobiety,   z którymi 
zadawał się do tej pory. Wiedział, że pójdzie z nim do łóżka. Zobaczył to w jej 
przestraszonym, zafascynowanym wzroku.

Chrząknął,   żeby   oczyścić   gardło   i splunął   do   kanału.   Łachmyta 

z przedmieścia i biznesmen z klasą to jeden i ten sam facet.

Dziewczynki dojrzewały i zaczynało im się podobać to, co widziały w jego 

oczach.

Kiedy   Hope   doszła   do   „obozowiska",   była   gorzko   rozczarowana.   Nie 

spodziewała się palm kokosowych wokół błękitnego stawu, ale poza kilkoma 
wątłymi   krzewami   meskitowymi   teren   wyglądał   identycznie   jak   kilometry 
pustyni, które z takim trudem pokonali.

Jared poprosił wszystkich o uwagę. Poszczególne  drużyny miały  ustawić 

namioty   i sprzęt   do   gotowania   w odległości   od   dziesięciu   do   trzydziestu 
metrów jeden od drugiego. Maksymalnie delikatnie, żeby w jak najmniejszym 
stopniu niszczyć naturalne podłoże.

Uff!
Jej   zdaniem   „naturalne   podłoże",   a po   ludzku   ziemia,   częściej   niszczyło 

ludzi niż odwrotnie. Wolała jednak trzymać język za zębami. Naraziła się już 
poważnie Brentowi i własnym stopom. Jak na jeden dzień, wystarczy.

Nadeszli męscy członkowie drużyny i z nie mniejszą ulgą niż ona zrzucili 

z ramion plecaki. Bill przycisnął pięść do krzyża i głośno jęknął.

Rany, masz szczęście, że nie musisz dźwigać dwudziestu kilogramów.

O tym samym pomyślała, zanim otworzył usta.

W   takim   razie   daj   mi   jutro   dwa   kilogramy   ze   swojego   plecaka 

i będziemy kwita — powiedziała z godnością.

Wiesz, nie chciałbym zaszkodzić twoim hormonom.

Przypomniał jej tymi słowami ostrzeżenie Jareda, że zbyt forsowny wysiłek 

powoduje u niektórych kobiet zaburzenia cyklu menstruacyjnego.

W takim razie dziesięć, co ty na to? — Nie wytrzymała nerwowo. — 

background image

Dam radę.

Feministki — westchnął wściekle. — Wszystkie jesteście takie same. 

Utrapienie i ból głowy, nic więcej.

Szowinistyczne   wieprze,   nic   więcej   —   wycedziła   złowrogo.   —   Ja 

wezmę   aspirynę   i będę   człowiekiem,   a ty   jakie   masz   lekarstwo   na   swoją 
chorobę?

Hank ścisnął delikatnie jej ramię, powstrzymując od dalszych słów. Kiwnął 

brodą w stronę nieruchomej kobiecej sylwetki.

Trzydzieści   metrów   dalej   Karen   stała   bezwładnie   między   trójką   innych 

piechurów, jakby nie zdając sobie sprawy, że nie jest z ich drużyny. Hope, za- 
niepokojona; próbowała przywołać ją ręką. Bezskutecznie.

Bill przyłożył obie dłonie do ust.

Hej, Karen, obudź się!

Jej   słomkowy   kapelusz   uniósł   się   powoli,   odsłaniając   okrągłe   ciemne 

okulary,   które   z odległej   perspektywy   wyglądały   jak   sine   oczodoły   na   tle 
niezdrowo bladej twarzy. Prawie tak białej jak maść cynkowa na jej nosie. 
Ruszyła do przodu sztywnym krokiem, ryjąc butami ścieżkę w „naturalnym 
podłożu"...

Była zapewne u kresu wytrzymałości.
Hope, bliska paniki, wyszła jej naprzeciw.

Przyjaciółko,  znowu mnie  straszysz?  Nie  czujesz  się, jakbyś miała 

zemdleć?

Już dawno przekroczyłam barierę czucia — szepnęła Karen.

Rozumiem.   Wytrzymaj   jeszcze   chwilę,   a obiecuję,   że   zaraz 

odpoczniesz i dojdziesz do siebie.

Podprowadziła ją za rękę do Hanka i Billa, którzy zaczęli rozpakowywać 

namiot.

Hank poderwał się i pomógł Karen zdjąć plecak. Dźwięk, który wydobył się 

z jej ust, mógł być równie dobrze wyrazem agonii albo ekstazy. Wzięła z jego 
rąk otwarty bidon i z zamkniętymi oczami zaczęła pić.

Kiedy   Hank   odwrócił   się   do   Hope,   miała   już   do   połowy   rozpakowany 

plecak.

Nie, dziękuję, dam sobie radę... ale wielkie dzięki. To  miłe,  że są 

jeszcze na świecie dżentelmeni.

Bill   podniósł   głowę,   ściągnął   szpakowate   brwi   i poprawił   na   nosie 

odblaskowe okulary.

Dziękuję, Karen, że pozwoliłaś Hankowi ci pomóc. To miłe, że są 

jeszcze na świecie kobiety, które nie nazywają dżentelmenów szowinistami.

Niezłe odbicie, przyznała w duchu Hope. Zanim zdążyła pomyśleć o godnej 

ripoście, zobaczyła, że zbliża się ich przewodnik. Bill podniósł się na jego 

background image

widok i podszedł do pozostałej trójki.

Jak się czujecie? — spytał Jared, rozpiął pasek biodrowy i jednym 

sprawnym ruchem uwolnił się od plecaka.

Dobrze.

W porządku.

Może być.

Oparł ręce na biodrach i zaniósł się śmiechem.

Kłamcy.   Wszyscy   czworo   zastanawiacie   się   w tej   chwili,   po   jaką 

cholerę zapisaliście się na ten kurs. Ale zmienicie zdanie, kiedy zjecie pyszne 
gorące danko i wyjdą gwiazdy. Tu, nad daleką pustynią, nocne niebo wygląda 
naprawdę niesamowicie.

Pochylił   się,   rozpiął   jedną   z kieszeni   plecaka   i wyjął   kocher,   a potem 

pojemniki z wodą dla całej grupy — do mycia się i do gotowania — radio CB, 
jakieś naczynia i prowiant.

Hope patrzyła na rosnący stos pakunków z niedowierzaniem. Dźwigał ten 

kram i całą resztę, której nie wyjął? Ona, z piętnastoma kilogramami, czuła się 
tak obolała, jakby szła pod górę z workiem cementu.

Jared, ile dokładnie waży twój plecak?

Z batem czy bez bata? — Poprawił okulary na nosie.

Bill zaniósł się obrzydliwym rechotem.
Jared spojrzał na plecak i wzruszył ramionami.

Jakieś dwadzieścia pięć, trzydzieści kilogramów.

Trzydzieści.

Czyli o dziesięć więcej niż dwadzieścia, które niesie Bill... — Teraz 

Hope wybuchnęła śmiechem. — A może jutro podzielisz się z nim różnicą?

Jared wyjął torbę z makaronem, otarł ręce o spodnie i wstał.

To nie są zawody. Każdy będzie dźwigał swój ciężar, w ten czy inny 

sposób.   I to   od   zaraz.   Karen,   wymień   trzy   najważniejsze   urządzenia   na 
obozowisku.

Hope z radością zauważyła, że twarz jej przyjaciółki zaczęła odzyskiwać 

normalny kolor.

Schronienie, latryna i kuchnia?

Właśnie. Ja poszukam odpowiedniego miejsca na kuchnię. Drużyna 

Marta wykopie za krzakami latrynę. Zostaje schronienie...

Zniżył znacząco głos, patrząc każdemu po kolei w oczy.
Zrozumieli   przesłanie   i zabrali   się   do   pracy.   Hope   narzuciła   sobie 

maksymalne tempo. Z dwóch kobiet w drużynie tylko ona miała jeszcze zapas 
energii, mimo że pęcherz na pięcie dokuczał jej coraz bardziej.

A uporczywe pocenie się doprowadzało ją do szału.
Doszła do wniosku, że przedwieczorne słońce nie spali jej skóry, zdarła 

background image

więc z siebie wierzchnią koszulę i cisnęła ją na plecak. Żałowała, że nie może 
zrobić tego samego ze spodniami.

Krążąc   wokół,   szukała   możliwie   płaskiego   kawałka   terenu,   na   którym 

mogłyby rozbić namiot. Pięć minut później zorientowała się, że Karen tkwi 
wciąż w tym samym miejscu, za poletkiem kaktusów. Hope nie miała serca 
namawiać przyjaciółki, żeby okrążyła przeszkodę.

Kiedy mężczyźni rozłożyli do połowy swój namiot, wypatrzyła wreszcie 

miejsce, w którym było względnie mało ostrych kamieni i roślin. Spróchniały 
pień drzewa, leżący na środku wolnego placu, dokładnie tam, gdzie mogłyby 
rozłożyć podłogę, powinien dać się usunąć bez trudu.

Schyliła się, żeby podnieść srebrzystoszary klocek drewna.

Hope, nie rób tego!

background image

8

Jared widział, jak Hope cofa się z ręką przyciśniętą do serca, ze wzrokiem 

utkwionym   w kawałku   drewna.   Nie   miał   zamiaru   straszyć   ani   jej,   ani 
pozostałej   trójki.   Wszyscy   nie   wiadomo   kiedy   znaleźli   się   w tym   samym 
miejscu.

Nie ruszaj tego — powtórzył.

Hope kiwnęła głową.

Co zobaczyłeś?

Mało   brakowało,   a zmieniłabyś   krajobraz   tego   miejsca   dla   własnej 

wygody.

Dobrze. Ale co takiego zobaczyłeś?

Szukałaś miejsca, w którym dałoby się rozłożyć namiot, nie biorąc 

pod uwagę naturalnego stanu otoczenia.

To wszystko? Żadnej żmii? Ani gniazda skorpionów? Albo jadowitej 

jaszczurki?

Westchnął ciężko, krzyżując ręce.

W tym próchniejącym drewnie żyją owady. Drobne zwierzęta zjadają 

owady, gady żywią się drobnymi zwierzętami — łańcuch pokarmowy opiera 
się   na   kruchej   równowadze.   Likwidując   jeden   pień,   atakujesz   delikatne, 
powiązane wzajemnymi zależnościami środowisko roślin i zwierząt.

Hank odwrócił się do Jareda z niewyraźną miną.

Posłuchaj, Jared, faktem jest, że niełatwo tu znaleźć kawałek równej 

ziemi, na którym nic by nie leżało i nic nie rosło.

Rozejrzawszy się dookoła, Jared spuścił nieco z tonu.

Jeśli będziecie musieli przesunąć trochę drobnych kamieni, nic się nie 

stanie.   Spróbujcie   jednak   zapamiętać,   gdzie   leżą,   żeby   po   zwinięciu   obozu 
odłożyć je na miejsce.

Odłożyć   na   miejsce   po   zwinięciu   obozu   —   powtórzyła   Hope.   — 

Kamienie. Otrzeźwiej, druhu. Ochrona środowiska, proszę bardzo, ale to, co 
opowiadasz, graniczy z fanatyzmem.

Z największą przykrością, ale ja też muszę przyznać koleżance rację 

— powiedział Bill. Kiedy zwróciły się do niego cztery pary oczu, podrapał się 
w brodę. — Hope ma słuszność, nie da się ukryć. Jeśli jakiś odyniec, jeleń albo 
inne bydlę wykopie kilka kamieni, żeby zrobić sobie legowisko, nikt się go nie 
czepia. A my niszczymy przyrodę? Kupy się to wszystko nie trzyma!

Jared spojrzał na Hanka, który wzruszył nieśmiało ramionami.

Rzeczywiście, jest w tym jakaś przesada.

background image

Uprzedzając jakiekolwiek pytanie, Karen zaczęła obgryzać paznokcie.
Jared zauważył krzątaninę w sąsiednich obozowiskach i zdał sobie sprawę, 

że nie omówił tego tematu w klasie, tak jak zwykle. Cholera, nic w tej grupie 
nie   przebiega   tak   jak   zwykle.   Spojrzał   w słońce,   potem   z powrotem   na 
zbuntowaną drużynę.

Rozumiem,   dlaczego   tak   mówicie,   i spróbujemy   wrócić   do   tego 

tematu   później.   Teraz,   jeśli   się   nie   pospieszymy   z rozłożeniem   obozu, 
będziemy pracować po ciemku. Pogadamy po kolacji, zgoda?

Kiwnęli  głowami   i odeszli   do  swych   zajęć   —  oprócz   Hope,   którą   Jared 

zawrócił z drogi.

Możemy chwilę porozmawiać?

Zatrzymała się w pół kroku. Zachodzące słońce świeciło jej prosto w plecy. 

Przez sekundę nie była w stanie zebrać myśli.

Jej długie, zgrabne nogi prześwitywały przez cienką tkaninę spodni. Zdjęła 

już   przezroczystą   koszulę,   na   którą   przez   cały   dzień   starał   się   nie   patrzeć, 
odsłaniając   to,   czego   przez   cały   dzień   usiłował   sobie   nie   wyobrażać. 
Aksamitne  ramiona.  Drobny tułów przechodzący  w dziewczęcą talię. Ładne 
piersi.   Bardzo   ładne.   Okiem   znawcy   oszacował   kształt   jej   biustonosza   pod 
cienką tkaniną bluzki. Zapięcie z przodu, ustalił bez trudu. Zadanie dla jednej 
ręki, łatwizna.

Chciałeś ze mną porozmawiać — ponagliła go Hope.

Patrzył na nią wzrokiem winowajcy. Dobrze, że nie zdjął okularów. Ręką 

ściskał w kieszeni złożoną finkę, którą zawsze miał przy sobie.

Zwalniam cię dzisiaj z pokazu lisiego chodu.

Wyglądała na zawiedzioną.

Dlaczego? Aha, zauważyłeś, że utykam.

—   Właśnie,   utykasz   na   lewą   nogę.   Zanim   pójdziesz   spać,   chciałbym 

obejrzeć ten pęcherz.

Nie przejmuj się. Sama się nim zajmę.

Nie, najpierw ja się nim zajmę — powiedział stanowczo. — Nie mam 

zamiaru skracać całej wyprawy z powodu infekcji twojej pięty. Powinnaś mi 
powiedzieć od razu, jak tylko zaczęła ci dokuczać.

Masz rację, powinnam.

Czy   mnie   słuch   nie   myli?   —   Przystawił   dłoń   do   ucha.   — 

Przysiągłbym, że przyznałaś mi rację.

Wybuchnęła czystym, radosnym śmiechem.
Jakże wtedy żałował, że ciemne okulary zasłaniały jej roziskrzone oczy!

Nie wiedziałem, że potrafisz śmiać się w taki sposób...

W   jaki   znowu   sposób?   —   Zdjęła   czapkę   i potrząsnęła   dręczonymi 

przez cały dzień włosami. — Jak idiotka? Czy jak hiena? — Zawiesiła głos. — 

background image

Będę strzelać, możesz mnie w każdej chwili poprawić.

Jak gdybyś była szczęśliwa... — Te słowa z trudem przeszły mu przez 

gardło.

Uśmiech zastygł jej na ustach i zamienił w gorzki grymas.
— Otóż przyjmij do wiadomości, druhu, że ja jestem szczęśliwa. Ludzie, 

którzy ze mną pracują, mają potąd mojego szczęśliwego śmiechu! Dostają od 
niego mdłości.  Fakt, że usłyszałeś go po raz pierwszy, powinien dać ci do 
myślenia.

Włożyła zamaszystym ruchem czapkę, odwróciła się na pięcie i odeszła.
Jared   wrócił   do   miejsca,   w którym   leżał   duży,   płaski   kamień.   Tutaj 

postanowił urządzić polową kuchnię.

Myślał o Hope. Dotknął jej czułego punktu, to pewne. Tak jak pierwszego 

dnia,   kiedy   powiedział,   że   jest   wyczerpana   psychicznie.   To,   że   była 
nieszczęśliwa, wypalona od wewnątrz, nie ulegało wątpliwości, ale większość 
ludzi rozpoznaje taki stan i szuka środków zaradczych. Hope nie przyjmowała 
tego do wiadomości.

Klęcząc,   odwrócił   się   przez   ramię,   żeby   sprawdzić,   czy   damska   część 

drużyny   znalazła   miejsce   na   namiot.   Kobiety   znalazły   je,   podobnie   jak 
mężczyźni, w dostatecznej odległości od „kuchni". Iskra z ogniska nie miała 
szansy tam dotrzeć.

Dla pełnego bezpieczeństwa odszedł trochę dalej, żeby otworzyć pojemnik 

z paliwem i napełnić kocher. Nawet mała ilość ciekłego paliwa na ziemi może 
się zapalić od iskry. Kiedyś, na jego oczach, płomieniem zajęły się spodnie 
kolegi. Od tamtej pory uważał, że ostrożności nigdy za wiele.

Podszedł   Hank,   żeby   zapytać   o wodę   do   mycia.   Jared   wręczył   mu   dwa 

pojemniki z prośbą, żeby jeden z nich dostarczył Hope i Karen. Do podziału.

Dobrze   —   zgodził   się   Hank.   —   Ale   masz   wobec   mnie   dług 

wdzięczności. Już widzę ich miny!

Jared   uśmiechnął   się   pod   nosem.   Ustawił   kocher   ciśnieniowy   na   blacie 

z kamienia,   posmarował   palnik   benzyną   w galarecie   i delikatnie   zapalił. 
Czekając, aż metal palnika nagrzeje się, wrócił myślami do Hope — co zbyt 
często mu się zdarzało, odkąd wkroczyła w jego życie.

W   jej   nienasyconej   ambicji,   skłonności   do   współzawodnictwa, 

porównywania się z innymi, rozpoznawał tyle swoich dawnych cech. To ciągłe 
szukanie   szczęścia   „gdzieś   tam",   kiedy   wszystkie   odpowiedzi   tkwią   w nas 
samych!

Jared nie mógł naprowadzić jej na te odpowiedzi inaczej niż kiedyś Ben 

jego. Stary mądry  Indianin powiedział mu  tak: „Każdy  człowiek ma  swoją 
ścieżkę. Szukanie — jest częścią tej ścieżki. Każdy wędrowiec musi odnaleźć 
swoją własną drogę".

background image

Na wspomnienie koszmarnych dni po procesie ojca, Jared westchnął ciężko. 

Nie życzyłby swojej ścieżki nikomu, i nie zazdrościł Hope jej własnej. Była 
kolczasta jak kaktus, ale podziwiał upór i siłę charakteru tej kobiety. Odkrył, że 
nie tylko pragnie jej, ale po prostu lubi. Potrzebował trochę czasu, żeby oswoić 
się z tym odkryciem.

Kocher już dawno był wystarczająco nagrzany, żeby paliwo pod ciśnieniem 

mogło zamienić się w parę. Odkręcił kurek i zapalił zapałkę. Syk płomienia 
skojarzył mu się z jedzeniem i przypomniał o głodzie. Kurczak z makaronem 
powinien poprawić wszystkim nastrój.

Wszystkie   sztućce   i dwa   rondle   wrzucił   do   wielkiego   sterylizatora, 

doprowadził   wodę'   do   wrzenia   i poszedł   sprawdzić,   jak   sobie   radzi   jego 
drużyna.

Hank   i Bill   rozbili   prawidłowo   namiot,   wypakowali   z plecaka   wszystkie 

niezbędne   rzeczy   i rozłożyli   je   na   kupki.   Zdążyli   zmyć   z siebie   trochę 
całodziennego kurzu. Jared pochwalił ich, obiecał, że nie będą czekali zbyt 
długo na kolację, i poszedł do kobiet.

Zauważył   od   razu,   że   wiatr   uderza   zbyt   silnie   w jedną   ścianę   namiotu. 

Żaden problem, dopóki Karen była w środku i spełniała rolę kotwicy. Zdarza 
się jednak mniej wytrawnym turystom, że wolno stojące namioty — zwrócone 
złą stroną do wiatru — tracą stabilność i lądują na kaktusach, kiedy podłoga 
jest nie obciążona.

Hope   siedziała   przed   zamkniętą   na   suwak   klapą   przedsionka,   wpatrzona 

w przezroczystą plastikową torbę, która leżała na jej kolanach. Jared rozpoznał 
w niej kształt butelki z szamponem, kostki mydła, rozmaite tubki i pojemniczki 
na   kosmetyki.   Kiedy   podniosła   głowę,   całą   siłą   woli   powstrzymał   się   od 
śmiechu.

Była bez okularów, ale jej smętne  oczy ukazały się Jaredowi w czarnej, 

błazeńskiej oprawie z rozmazanego tuszu.

Dlaczego mnie po prostu nie zastrzelisz? — spytała dramatycznym 

głosem. — Byłoby z głowy.

O co chodzi? Tak cię boli ta stopa?

Gorzej. Z pęcherzem na pięcie można jeszcze wytrzymać.

Czekał cierpliwie.
Odwróciła   się,   chwyciła   pojemnik   z wodą,   który   stał   koło   plecaka 

i podniosła go w górę.

To zbrodnia.

Jutro rozbijemy obóz bliżej źródła wody — obiecał Jared.

Ty chyba nie rozumiesz. Ja umrę dzisiaj — do jutra nie dożyję — jeśli 

nie umyję włosów.

Coś takiego.

background image

Dożyjesz. I sama zobaczysz, że można się całkiem porządnie umyć 

w połowie tej wody.

W połowie tej wody nie umyję porządnie nawet zębów. Nic na to nie 

poradzę, ale jestem bardzo czystą osobą — oznajmiła  afektowanym tonem, 
który sugerował, że niestety, nie da się powiedzieć tego samego o nim.

A   mnie   się   zdaje,   że   jesteś   bardzo   rozrzutną   osobą.   —   Spojrzał 

z niepokojem na zapięcie namiotu. — Jak się czuje Karen?

Zamordowałeś ją. Nie udawaj, że to cię chociaż trochę obchodzi.

Bardzo mnie obchodzi samopoczucie ludzi, których mam pod opieką 

— powiedział dobitnie.

Ludzie,   których   masz   pod   opieką,   są   brudni.   Potrzebują   wody   do 

umycia włosów. Potrzebują dużo więcej wody, do jasnej cholery.

Opuściły go resztki dobrego humoru. Włożył rękę do kieszeni i machinalnie 

zaczął pocierać palcami nóż, jakby to był czarodziejski amulet.

Szczerze   mówiąc,   kusi   mnie,   żeby   oddać   ci   całą   jutrzejszą   porcję 

wody do picia i pozwolić, żebyś przez cały dzień cierpiała. Ale wtedy miałabyś 
satysfakcję, że umierasz przeze mnie.

Niestety,   druhu,   nie   możemy   sobie   na   to   pozwolić.   Co   byś   zrobił 

z ciałem?   Mój   trup   mógłby   zakłócić   kruchą   równowagę   łańcucha 
pokarmowego tutejszego ekosystemu...

Gładził rękojeść noża i oddychał głęboko przez nos.

Nawet nie dopuszczam do siebie myśli, żeby kojoty, objadłszy się 

moim mięsem, straciły apetyt na króliki, które...

Powiew wiatru zerwał jej z głowy czapkę. Jared wyciągnął po nią rękę, ale 

chybił.   Poszybowała   nad   ziemią   i wylądowała   trzydzieści   metrów   dalej,   na 
dzikiej agawie.

—   Nie,   nie,   sama   po   nią   pójdę   —   powiedziała   Hope,   widząc,   że   Jared 

wybiera   sieją   odzyskać.   —   Zrób   lepiej   kolację.   Cała   ta   gadka   o jedzeniu 
zaostrzyła mi apetyt. — Otrzepała piasek ze spodni i pomachała mu ręką.

Żadnej innej kobiety nie miał ochoty dusić i całować jednocześnie. Dopiero 

Hope obudziła w nim takie niezdrowe instynkty.

Ruszył   w stronę   prowizorycznej   „kuchni",   ale   nagle   zatrzymał   się.   Jego 

niezwykle   czuły   wewnętrzny   alarm   zadźwięczał   jak   uderzony   kamerton. 
Rozejrzał   się   wokół,   nie   zauważył   niczego   podejrzanego,   ale...   przenikliwy 
dźwięk w głowie narastał.

Bez   wahania   zamknął   oczy   i otworzył   się   na   głos   ducha-który-przenika-

wszystkie-rzeczy.

Wiatr pędzi przez cierniste krzaki, unosi pióra gołębicy, która lata nisko. 

Powiew chłodu na piasku. Bicie serc — ludzkie i wolne od lęku. Zgrzyt cielska 
węża...

background image

Otworzył   oczy   wprost   na   niebezpieczeństwo   pełznące   ku   agawie   i — 

prawdopodobnie   —   do   podziemnego   gniazda.   Hope   była   pięć   metrów   od 
czapki.

Hope, nie! — wrzasnął ze ściśniętym gardłem.

Dobra,   dobra,   spokojnie   —   zawołała   przez   ramię,   nie   zwalniając 

kroku. — Drugi raz na ten sam numer nie dam się nabrać.

Wyciągnęła   rękę   w tej   samej   chwili,   kiedy   półtorametrowy   grzechotnik 

zauważył   jej   buty,   zagradzające   mu   wejście   do   sypialni.   Wąż   zwinął   się 
natychmiast i wydał z siebie jeden z najbardziej przerażających dźwięków na 
zachodniej półkuli.

Hope skamieniała.
Grzeczna dziewczynka, pomyślał Jared. Skulony, podnosił wysoko nogi jak 

indiański tropiciel. Szedł lekko, bezszelestnie, wdzięczny jak nigdy dotąd za 
godziny ćwiczeń, które odbył pod surowym okiem Bena. Tak wolno, że omal 
niedostrzegalnie, sięgnął do kieszeni i rozłożył nóż.

Wąż   był   bardzo   niespokojny.   Hope   zagrażała   jego   bezpieczeństwu 

i znajdowała się w zasięgu uderzenia. Jared miał niewiele czasu. Z odległości 
dziesięciu metrów miał szansę go zabić.

W jednym ułamku sekundy, jednym błyskawicznym ruchem, cisnął nożem 

w grzechotnika.

Hope wydała z siebie przeraźliwy wrzask.
Godzinę   później   siedziała   ze   swą   drużyn   przy   osłoniętym   lampionem 

świeczniku, z trudem przełknąwszy kęs dania, które przyrządził dla nich Jared. 
Po   raz   pierwszy   w życiu   świadomie   patrzyła   w oczy   śmierci.   A to   może 
odebrać apetyt.

Wiedziała, że nigdy, do końca życia, nie zapomni tych kilku minut, które 

były   dla   niej   wiecznością.   Zimne   oczy   gada.   Czarny   drgający   język.   I ten 
straszny, złowieszczy grzechot.

Wiedziała,   że   wąż   może   ją   zaatakować,   wiedziała   także   —   była   o tym 

głęboko, instynktownie przekonana — że Jared spróbuje ją uratować. A jednak 
widok ostrza, które przekroiło w poprzek ciało gada, wprawił ją w szok. Może 
zachowałaby się z większą godnością, gdyby ten cholerny łeb nie upadł tuż 
koło jej stóp, gdyby nie otwierał i nie zamykał paszczy, podczas gdy reszta 
ciała wiła się na piasku półtora metra dalej.

Kobieca dłoń ścisnęła ją za rękę. Hope otrząsnęła się i wróciła na ziemię. 

Mimo że miała na sobie lekki sweter, drżała jak w febrze.

Musisz jednak coś zjeść — powiedziała łagodnie Karen.

Zorientowawszy   się,   że   odłożyła   sztućce   już   po   pierwszym   kęsie,   Hope 

podniosła widelec, żeby spróbować jeszcze raz.

No, jeśli już nie chcesz, mogę zjeść za ciebie — powiedział Bill i nie 

background image

czekając   na   odpowiedź,   włożył   do   ust   ogromny   kawał   mięsa.   —   Pycha. 
Słyszałem, że mięso grzechotnika przypomina w smaku kurczaka, ale żeby aż 
tak...

Hope wypuściła z ręki widelec.
Bill ryknął śmiechem przypominającym psi skowyt.

A   niech   cię   diabli,   Hank,   przecież   ja   żartowałem!   Zdaje   się,   że 

złamałeś mi żebro!

Zdaje się, że twoje żebro złamało mi łokieć — jęknął Hank.

Jared pochwycił spojrzenie Hope.
—   Nie   ma   w tym   żadnego   innego   mięsa   poza   kurczakiem   z puszki   — 

powiedział z naciskiem. — Naprawdę powinnaś to zjeść do końca. Spaliliście 
dzisiaj mnóstwo kalorii.

Uśmiechnęła się blado i podniosła widelec.

Posłuchaj,   Jared,   jeśli   chodzi   o węża...   —   Bill   drążył   temat 

z namolnością sześciolatka. — Nie mógłbyś mi podarować grzechotki, którą 
wyjąłeś z tego gada? Moi kumple nie uwierzą w twój wyczyn bez konkretnego 
dowodu.

Pomyślę o tym. Ale teraz zmienimy temat.

Może   pogadamy   o kamieniach?   —   zaproponowała   Hope.   Gotowa 

była  rozmawiać  o czymkolwiek,  byle  nie  o grzechotnikach.  —  Mówiłeś,  że 
nam wytłumaczysz, dlaczego popełniamy przestępstwo, przesuwając z miejsca 
na miejsce kamienie.

Jared posłał jej krótkie, drwiące spojrzenie.
— Nie przypominam sobie, żebym dokładnie tak powiedział, ale mniejsza 

o to,   spróbuję   usprawiedliwić   swoją   reakcję.   Ale   zanim   zacznę,   czy   ktoś 
chciałby się napić kawy?

Okazało się, że wszyscy mają ochotę na kawę.

Ja naleję — zaproponowała cicho Karen i natychmiast wstała.

Wcześniej   nałożyła   na   talerze   kolację,   wszystkich   obsłużyła,   jak   gdyby 

uważała to za swój święty obowiązek. Jak wytresowana... Hope skrzywiła się.

Pomogę jej- powiedziała.

Zostań — rozkazał Jared — i jedz.

Wstał i poszedł za Karen.
Brawo,   tak   wygląda   tresura,   pomyślała   Hope,   zbyt   zmęczona,   żeby   się 

złościć. Stukanie kubków, odgłos nalewanej wody, zadowolone pomruki — 
wszystko to wydało jej się bardzo kojące. Czuła, jak opada z niej napięcie. 
Następny kęs jedzenia smakował znacznie bardziej niż piasek, a mocna kawa, 
którą podała Karen, wprawiła ją w stan błogości.

Kiedy   wszyscy   usiedli   wygodnie,   Jared,   wpatrzony   w płomień   świecy, 

zaczął mówić:

background image

Jeżeli sprawiam wrażenie fanatyka, upierając się, żeby jak najmniej 

ingerować w naturalne środowisko, to dlatego, że wiem, co się dzieje, kiedy 
ludzie   zachowują   się   odwrotnie.   Całe   jeziora   zatrute.   Wyniszczone   gatunki 
roślin,   nie   do   odtworzenia.   Papier   toaletowy   dekoruje   lasy.   Zwierzęta 
wytrzebione   przez   ludzi   albo   skazane   na   głód,   kiedy   naturalny   łańcuch 
pokarmowy zostaje zniszczony.

Przerwał na chwilę, ale wszyscy milczeli.

Tu, w Meksyku, jesteśmy praktycznie sami, i na razie tej pustyni nie 

grozi zadeptanie. Ale istnieje spore ryzyko, że za kilka lat tysiące hektarów 
wokół nas — to znaczy wokół mojego letniego domu — znajdą się w granicach 
ogromnego Parku Narodowego Big Ben, a wtedy tłumy Amerykanów zaleją te 
tereny.

Bill zaczął przebierać nerwowo nogami.

Zaraz, zaraz, na moje oko to się kupy nie trzyma. Po co Amerykanie 

mieliby przyjeżdżać tutaj, jeśli w Ameryce jest tyle piękniejszych miejsc i dużo 
łatwiej się do nich dostać?

Po   pierwsze,   wstrzymaj   się   z oceną   uroków   tej   ziemi   do   końca 

wyprawy. Po drugie, oba rządy zbudują albo poprawią drogi dojazdowe do 
wspólnego parku. Po trzecie, nawet gdyby tego nie zrobili, Amerykanie i tak 
będą tu przyjeżdżać.

Jared upił trochę kawy, poprawił okulary i pił dalej. Wyglądało na to, że 

uważa rozmowę za zakończoną.

Dlaczego? — spytała Karen, zaskarbiając sobie wdzięczność Hope. 

Możliwe,   że   gdyby   ktokolwiek   inny   zadał   to   pytanie,   Jared   nie   czułby   się 
zobowiązany odpowiedzieć.

A dlaczego wy czworo oderwaliście się od pracy, od gorączkowego 

życia   w mieście,   żeby   dźwigać   plecaki,   rozbijać   namioty,   stawiać   czoło 
grzechotnikom i brudnym włosom?

Wymienił dyskretny uśmiech z Hope, co rozgrzało ją bardziej niż kawa. Po 

chwili spoważniał i wydał jej się tym bardziej ekscytujący.

Co roku nasze parki narodowe odwiedza około trzech milionów ludzi, 

a liczba   ta   stale   rośnie.   Ludzie   napływają   na   te   tereny   ze   zrozumiałych 
powodów   —   dzikich   obszarów   jest   w Ameryce   coraz   mniej.   Autentyczna 
przyroda zanika. Niszczymy ją stale hektar po hektarze.

Odkąd   zaszło   słońce,   Jared   miał   na   nosie   swoje   zwykłe   okulary 

w drucianych oprawkach. Odblask świecy w przezroczystych szkłach sprawiał, 
że trudno było czytać z jego oczu, ale Hope rozpoznawała wzruszenie w jego 
głosie.

Szkoła przetrwania Jareda nie była firmą obliczoną wyłącznie na zysk, jedną 

z tych, które wykorzystywały przejściową modę — owczy pęd biznesmenów 

background image

uciekających   od   cywilizacji   na   „wczasy   z adrenaliną".   Jared   podchodził   do 
swojej pracy z pasją i naprawdę kochał tę opuszczoną ziemię. Przypominał pod 
tym względem jej rodziców.

Niewygodną ciszę przerwał Hank.

Nie miałem pojęcia, że parki narodowe są tak popularne. Ale czy rząd 

nie   mógłby   w jakiś   skuteczny   sposób   kontrolować   liczby   turystów 
odwiedzających je w tym samym czasie?

Zamknąć   bramy   i wydawać   ograniczoną   liczbę   biletów?   To   jedno 

wyjście.   Tylko   że   ono   kłóci   się   z pewną   cechą   narodową   Amerykanów   — 
wszyscy   mamy   ją   zaszczepioną,   w mniejszym   lub   większym   stopniu.   ..   — 
Spojrzał na Hope ze znaczącym uśmiechem.

Niezależność,   poleganie   na   samym   sobie.   Nie   lubimy   utartych 

ścieżek, nie lubimy, kiedy biurokratyczne przepisy ograniczają naszą swobodę 
zachowania.

A drugie wyjście? — zapytał Hank.

Drugie   wyjście   jest   takie,   żeby   nauczyć   się   kontrolować   samych 

siebie. Jeśli będziemy zachowywać się w terenie jak najostrożniej, nie niszcząc 
i nie zmieniając niczego bez potrzeby, jesteśmy w stanie doprowadzić do takiej 
sytuacji, że następna wyprawa nie tylko nie będzie zbierać po nas śmieci, ale 
w ogóle nie zauważy, że tu byliśmy. Pewną nadzieję daje to, że ludzie, którzy 
mają   za   sobą   kursy   naszej   i wielu   podobnych   szkół,   zarażają   swoją 
świadomością   innych —  roznoszą   dobrą  wieść.  My   nie  przenosimy,   ot tak 
sobie, pni drzew ani kamieni, nie wydeptujemy szlaków jak stado bydła. My 
pakujemy   i zabieramy   z sobą   śmieci,   doprowadzamy   miejsce,   w którym 
rozbiliśmy biwak, do pierwotnego stanu... Zresztą znacie te zasady na pamięć.

Zachowujemy się tak jak dobrze wychowani goście — podsumowała 

rozsądnie Karen, wprawiając wszystkich w zdumienie.

Właśnie tak!

Gdyby Jared wpadł kiedyś w taki zachwyt z powodu Hope, zgodziłaby się 

zostać jego niewolnicą.

Zaczął coś jeszcze mówić, ale przerwał, jakby nagle zmienił zdanie.

Dosyć   wykładów   na   dzisiaj.   Czas   wolny,   kochani;   spróbujcie 

nacieszyć oczy tutejszą piękną nocą. Za godzinę gasimy światło.

Podniósł   się   i zabrał   do   sprzątania   naczyń,   odrzuciwszy   przedtem   ich 

jednogłośną propozycję pomocy.

Kiedy Hope, kuśtykając, szła z Karen do namiotu, przechyliła w tył głowę 

i z zachwytu   wstrzymała   oddech.   Pochłonięta   Jaredem,   nie   zauważyła 
magicznego widowiska nad ich głowami.

Wiem — powiedziała Karen. — Widziałaś kiedyś takie niebo? To 

wygląda jak pokaz w planetarium.

background image

W Nowym Jorku Hope nigdy nie zawracała sobie głowy patrzeniem w górę, 

chyba że zbierało się na deszcz. Nawet w Hopeful, w jej rodzinnym Teksasie, 
niebo nigdy nie było aż tak wygwieżdżone.

Times   Square   wysiada   przy   tej   iluminacji   —   przyznała,   nagle 

przenosząc się myślami zupełnie gdzie indziej.

Jak   sobie   radzą   bez  niej   w firmie?   Czy   Debbie   przypomniała   doktorowi 

Hillerowi,   żeby   dostarczył   im   wszystkie   dane   o ostatnich   pacjentkach 
testujących   jego   implant?   Hope   musi   mieć   te   papiery   na   biurku   w dniu 
powrotu. Czy Leslie dołączyła listę członków zarządu UroTechu do ostatniego 
pisma, które miała wysłać do FDA?

Przestała   myśleć   o Manning   Enterprises,   gdy   tylko   dotarły   do   namiotu. 

Zapaliły własną lampkę i ustaliły, że umyją się za namiotem, jedna po drugiej. 
Hope wyszła pierwsza.

Na   szczęście,   nie   pytając   nikogo   o zdanie,   włożyła   do   plecaka   paczkę 

wilgotnych   serwetek   o zapachu   magnolii.   Udało   jej   się   całkiem   porządnie 
umyć, zachowując opinię „bardzo czystej osoby". Czuła się rześko, zapomniała 
o włosach, mogła nawet powiedzieć, że jest zadowolona z życia — dopóki nie 
sięgnęła po ręczne lusterko.

Nieeee! — wrzasnęła przerażona.

Gdy tylko wróci do domu, zażąda odszkodowania od firmy kosmetycznej 

La Belle. To ma być wodoodporna, nie rozmazująca się maskara?! A niech ją 
szlag!

Co   się   stało?   —   spytała   podniesionym   głosem   Karen   ze   środka 

namiotu.

Wyglądam jak szop pracz, to się stało! Dlaczego mi nie powiedziałaś?

Hope zmyła czarne obwódki mokrą serwetką i kremem.

Ja...   nie   chciałam   cię   jeszcze   bardziej   denerwować   po   tej   historii 

z grzechotnikiem — odparła Karen, zbyt mądra, żeby udawać, że nie wie, o co 
chodzi. — Nie jest tak źle, naprawdę.

Hope skrzywiła się. Właśnie to chciała usłyszeć po godzinie gapienia się na 

Jareda! Przecież ten facet ma oczy. Najgorsze, że te jego dyskretne uśmiechy 
brała za dobrą monetę.

Kiedy   skończyła   zabiegi   przy   twarzy,   zebrała   swoje   rzeczy   i weszła   do 

namiotu.

Najbardziej mnie dziwi, że Bill się powstrzymał. On też poczuł dla 

mnie litość?

Karen, z małą torbą w ręku, podczołgała się do wyjścia.

Bill poczuł tylko łokieć Hanka na swoich żebrach. — Uśmiechnęła się 

przez ramię i zniknęła w ciemności.

Kiedy  wróciła,  Hope  była  już  w piżamie   i przeszukiwała  swoją   skromną 

background image

apteczkę. Pęcherz na pięcie piekł jak diabli, jeszcze gorzej wyglądało obtarte 
miejsce na palcu.

Karen przysunęła bliżej lampę i jęknęła z wrażenia.

O matko, powinnaś powiedzieć Jaredowi, że cię boli stopa.

Powinnam zabrać się ciężarówką z powrotem do Terlingua.

Posłuchaj,  muszę  teraz  odwiedzić ustronne  miejsce,  ale  jak  wrócę, 

pomogę ci z tą stopą. Masz piękną piżamę — dodała.

Bladoróżowa   koszulka   i zielone   bokserskie   szorty   w różowe   świnki   były 

ulubionym   nocnym   strojem   Hope.   Dotykając   obolałej   skóry   na   pięcie, 
uśmiechnęła się zawadiacko.

Mogłabym ją pożyczyć Billowi. Jak ci się podoba taki pomysł?

Chciałabym widzieć jego minę...

Hope, jesteś ubrana? — zagrzmiał głębokim basem Jared.

Hope otworzyła usta. Jej serce zamarło, a potem zaczęło bić jak oszalałe.

Muszę obejrzeć twoją stopę.

Karen uśmiechnęła się niewinnie i wyjęła z torby małą latarkę.

Wiesz co, to ja sobie wyjdę i pogadam przez chwilę z gwiazdami.

Lekceważąc groźną minę Hope, wymknęła się z namiotu.

Cześć,   Jared.   Wejdź,   jest   ubrana,   ale   jej   stopa   wygląda   bardzo 

nieciekawie.

Dzięki, wspólniczko, pomyślała Hope.
Kiedy Jared wczołgał się do środka, Hope rozpoznała zapach duszonego 

kurczaka, suchego potu i męskiej zakurzonej skóry. Mieszaninę, która powinna 
wydać się nieprzyjemna, a wprawiła ją w stan upojenia. Zapragnęła wcisnąć 
nos   w zagłębienie   między   jego   szyją   a barkiem,   nabrać   głęboko   powietrza 
i policzyć do pięciu. Albo do dziesięciu.

Poczuła gęsią skórkę na nogach i ciepło przenikające ją od środka.
Odłożył torbę z zestawem do pierwszej pomocy, przykląkł na jednej nodze 

jak do oświadczyn i klepnął się w udo.

Połóż tu stopę, Hope, i nie kręć się przez chwilę.

background image

9

Jared próbował na nią nie patrzeć, ale niestety musiał oddychać. Unosząca 

się   w powietrzu   rześka   kwiatowa   woń   uderzyła   mu   do   głowy,   natomiast 
delikatniejszy,   wyczuwalny   w tle   zapach   kobiety   poszedł   prosto   do   lędźwi. 
Nigdy w życiu nie wzięło go aż tak bardzo i tak nagle.

Połóż   tu   stopę   —   powtórzył   niecierpliwie,   żeby   możliwie   jak 

najszybciej mieć tę torturę za sobą.

Jej nogi nie drgnęły.

Uratowanie   mi   życia   to   chyba   wystarczający   dowód   troski   jak   na 

jeden dzień — powiedziała  drewnianym głosem.  — Zostaw tutaj apteczkę, 
zrobię porządek ze stopą, a potem ci ją zwrócę.

Zazgrzytał zębami i policzył do pięciu.

Czy ty zawsze musisz wszystko utrudniać?

Utrudniać? Zdaje się, że próbuję ci coś ułatwić.

Kiedy   Karen   zemdlała,   opuściłaś   zajęcia   z Mattem,   na   których 

demonstrował, co się robi z odparzonymi stopami. Daj mi, cholera, tę nogę, 
chciałbym mieć to z głowy i pójść spać!

Tak jest!

Podsunęła mu pod oczy palce z nienagannie pomalowanymi, błyszczącymi 

paznokciami, oparła piętę na jego udzie i syknęła z bólu.

Jared objął dłonią jej kostkę, podniósł stopę na wysokość oczu — i zagryzł 

wargi,   żeby   nie   syknąć   podobnie...   W klasie,   podczas   przedstawienia 
z całowaniem   nóg,   całą   jego   uwagę   przyciągała   twarz   Hope.   Teraz   było 
znacznie trudniej.

Drobna, delikatna, zgrabnie wysklepiona stopa była jednym z najbardziej 

erotycznych szczegółów kobiecej anatomii, jaki kiedykolwiek oglądał. Suwak 
spodni zaczął uwierać go jeszcze bardziej, kiedy wyobraził sobie, że obejmuje 
wargami jej palce, jeden po drugim, gładzi jej aksamitne podbicie, widzi, jak to 
cudownie zgrabne podbicie ześlizguje się na...

Aż tak źle to wygląda?

Jared   z trudem   zdławił   śmiech.   Jego   podniecenie   graniczyło   z bólem, 

wiedział jednak, że Hope ma na myśli pęcherz na swojej pięcie.

Jest cały — mruknął. — Mogę ci pogratulować uporu, ale jak dobrze 

pójdzie, jutro nie powinnaś narzekać.

Opuścił jej stopę i sięgnął po apteczkę.

Nie   ruszaj   się   —   rozkazał,   po   czym   wyjął   maść   z antybiotykiem, 

nożyczki i dwa specjalne plastry z opatrunkiem do opatrywania ran na stopach. 

background image

— Już wiem, że jesteś bardzo czystą osobą, pozwolisz jednak, że zapytam, czy 
umyłaś bardzo dokładnie tę stopę, łącznie z bolesnym miejscem?

Oczywiście, że umyłam ją dokładnie. Niczego nie robię do połowy.

Jego   fantazja   nadała   „niczemu"   bardzo   dokładne   znaczenie.   Usiłując   za 

wszelką cenę myśleć o czymś innym, spojrzał w końcu na Hope.

Miała   umytą   twarz,   większość   włosów   związała   w bezładny   pędzel   na 

czubku   głowy,   pojedyncze   kosmyki   tworzyły   puszystą   aureolę,   bardziej 
odpowiednią dla dziewczynki z Hopeful niż dla poważnej finansistki z Nowego 
Jorku.   Podobała   mu   się   w tej   charakteryzacji.   Cholernie   mu   się   podobała. 
O wiele   bardziej,   niżby   sobie   tego   życzył.   Jego   wargi   czuły   .niemal   tę 
aksamitną skórę, wachlarz jedwabnych rzęs...

Mam na nosie pastę do zębów czy co?

Sprawdził i pokręcił głową.

Przestali się wygłupiać, Jared. Chodziło o to, żebyś przestał się na 

mnie gapić. Denerwujesz mnie.

Denerwuję, tak? Ukrył zadowolony uśmiech.

Przepraszam. Obiecuję, że nie będę się gapić.

Wycisnął z tubki trochę maści i kolistym, powolnym ruchem posmarował 

jej   piętę.   Zauważył   małe   zaczerwienienie   na   środkowym   palcu,   więc   i tam 
wmasował lekarstwo. Jej delikatna stopa wyglądała w jego wielkich opalonych 
dłoniach jak biała gołębica. Drżała, zauważył w nagłym olśnieniu, i pogłaskał 
jej palce.

Ciekawe,   ilu   ludzi   dało   się   zwieść   sile   jej   charakteru,   ilu   uwierzyło 

w pozory — w to, że jest większa, potężniejsza i twardsza od innych kobiet? 
Nie   była   taka,   chociaż   bardzo   jej   zależało,   żeby   tak   myślał.   Chciała,   żeby 
uwierzył, że jest odporna na jego dotyk, choć w rzeczywistości było zupełnie 
inaczej. Z całą pewnością.

Błyskawiczny przypływ triumfu równie nagle opadł, zostawiając go z bólem 

frustracji.

A jak się czuje twoja druga stopa? — spytał ochrypłym głosem.

Dobrze — odparła na bezdechu, bardziej w stylu Marilyn Monroe niż 

Hope Manning, sprawiając tym samym, że stan Jareda przeszedł z poważnego 
w krytyczny.

Zakręcając   tubkę   z maścią,   wsłuchiwał   się   w jej   coraz   szybszy   oddech, 

prawie tak nierówny jak jego własny. Powietrze stało się wilgotniejsze, zapach 
magnolii bardziej oszałamiający, aura pożądania boleśnie dotkliwa. Namiot na 
pustyni przeistoczył się w bujny południowy ogród, ogród tajemnych rozkoszy.

Modląc   się,   by   nie   drżały   mu   ręce,   wyciął   otwór   w opatrunku,   usunął 

podklejkę i z największym trudem wydobył głos z gardła.

Cała   sztuka   polega   na   tym,   żeby   stworzyć   strefę   ochronną   wokół 

background image

odparzonego   miejsca,   zabezpieczyć   przed   obcieraniem,   ale   nie   zaklejać 
urażonej skóry, pozwolić, żeby oddychała. — Przycisnął opatrunek do pięty, 
potem wyciął otwór w drugim mniejszym kwadracie, który przykleił do palca. 
— No i po wszystkim.

Skończ z tą nogą i uciekaj, gdzie pieprz rośnie, rozkazał sobie w myślach, 

ale nadal trzymał w dłoniach jej palce. Długimi, powolnymi ruchami masował 
kciukami  podeszwę. Mimo że głośny szum w jego uszach przypominał  syk 
palnika   ciśnieniowego   w kocherze,   usłyszał   gardłowy   jęk   Hope.   Podniósł 
wzrok.

I odtąd był stracony.
Leżała opierając się na łokciach, z drugą nogą wyprostowaną bezwładnie na 

podłodze.   Przez   nogawkę   flanelowych   szortów   Jared   powędrował   nie 
skrępowanym   wzrokiem   do   miejsca,   w którym   zaczynała   się   wypukłość 
pośladka.

Prymitywne, instynktowne dudnienie rozpoczęło się głęboko w jego piersi. 

Werble tłumionego  pożądania. Odłożył jej stopę, dotknął ręką łydki, potem 
kolana.   Na   krawędzi   szortów   jego   palce   zatrzymały   się,   jakby   w ostatnim 
odruchu zdrowego rozsądku.

Uciekł wzrokiem od niebezpieczeństwa prosto w jej senne, zmysłowe oczy, 

mroczne,   równie   śmiercionośne   jak   załadowana   broń.   Następne   zagrożenie 
było jeszcze większe: cienka różowa tkanina przylegająca do jej biustu.

Próbował umknąć spojrzeniem w mniej kuszące rejony, Bóg mu świadkiem, 

ale widok pełnych, delikatnie falujących piersi obudził w nim męską bestię.

Wyciągnął dłoń jak po zakazany owoc.

Nie grasz fair, Jared — powiedziała oskarżycielskim tonem.

Na dźwięk zdania, którym upominał niedawno samego siebie, opuścił rękę. 

Krystalicznie czysta namiętność stopniała w poczuciu winy. Mało brakowało, 
a rzuciłby się na uczennicę! Co gorsza, wciąż miał na to ochotę, mimo że Hope 
cofnęła   stopę   i siedziała   teraz   z podkulonymi   nogami   w kącie   namiotu. 
Program   „Good   Morning   America"   dużo   by   dał   za   taką   lekcję   pierwszej 
pomocy.

Hope, ja...

Czy mają przeprosić za to, że stracił nad sobą panowanie, bo podniecała go 

tak   jak   żadna   z kobiet,   które   miał   w swoim   życiu?   Zdecydował   się   na 
półprawdę.

Przepraszam,   że   nie   posłuchałem   twojej   rady   i nie   zostawiłem   ci 

apteczki.   Przeceniłem   trochę   swoją   silną   wolę.   Powinienem   zdawać   sobie 
sprawę,   że   choćbym   nie   wiem   jak   się   starał   zachować   dystans...   Niestety, 
bywam wrażliwy na pewne bodźce jak każdy zdrowy mężczyzna. Myślę, że to 
doskonale rozumiesz.

background image

Przez chwilę patrzyła na niego zdziwionym wzrokiem, w którym w końcu 

pojawiła się pogarda. Wzruszyła obojętnie ramionami.

Oczywiście, druhu, rozumiem. To się nazywa reakcja psa Pawłowa. 

Na widok kobiecych piersi — jakichkolwiek, nagich albo nie — samiec ślini 
się odruchowo i myśli tylko o jednym: gdzie by tu zaspokoić głód.

Niezupełnie. Tak się składa, że widziałem już setki kobiecych piersi 

i jakoś udawało mi się panować nad niskimi instynktami.

Setki, powiadasz?  — spytała naiwnym tonem,  krzyżując wygodnie 

nogi. — Jeśli dobrze rozumiem, setki nagich piersi...

Co go podkusiło, żeby wymyślać jakieś dziecinne usprawiedliwienia?

A jeśli tak, to setki  par, czy  powinnam ten wynik podzielić przez 

dwa?

Hope... — ostrzegł, zupełnie nie będąc w nastroju do żartów.

Nie zapominaj, że ja mam ścisły umysł. Dokładność w mojej pracy 

jest sprawą podstawową. Warunkiem sukcesu! Wyobrażasz sobie taki numer: 
zawiadamiam inwestorów o kupnie setek akcji, kiedy naprawdę kupiłam setki 
par? Akcji, rzecz jasna.

Uważaj, Hope. Spróbuj nie przesadzić...

W jej oczach nie było już drwiącej naiwności.

O co chodzi, twardzielu? Nic mi nie grozi. Gdzieś obiło mi się o uszy, 

że potrafisz panować nad niskimi instynktami, a złość jest bardzo niska.

Coraz niższymi... — przyznał ponuro, czując, że jego napięcie zbliża 

się do punktu krytycznego.

Hope zesztywniała, kiedy błędny wzrok Jareda zatrzymał się na wysokości 

jej biustu, potem machnęła lekceważąco ręką.

Niesamowite! Widziałeś setki piersi, może nawet dwa razy tyle, i nie 

ciekła ci ślinka?

Setki piersi nie robią na mnie wrażenia. Ale twoje owszem.

Uniosła z niedowierzaniem brwi, chwyciła go za brodę, pokręciła nią na 

wszystkie strony i obejrzała.

Eee tam, nie widzę śliny — powiedziała, cofając rękę. — Blefujesz, 

druhu!

Tego było za wiele.
Podparł się dłonią o podłogę i przysunął do Hope.

Naprawdę myślisz, że blefuję? To chyba jesteś kiepską pokerzystką. 

Patrzę na twoje piersi i reaguję jak pies Pawłowa na widok kiełbasy, taka jest 
prawda. A jeśli chodzi o zaspokojenie...

Przyglądał   się   jej   szerokim,   ładnie   wykrojonym   ustom,   lekko 

zarumienionym   policzkom,   ładnej   szyi   z widocznym   pulsem,   niemal   tak 
szybkim jak bicie jego serca. Czuł na twarzy jej nierówny oddech.

background image

Z tobą marzyłby mi się każdy możliwy sposób... — mruknął tuż nad 

jej ustami. — Znam je wszystkie, kochanie, możesz mi wierzyć. Nie jestem 
rycerzem, czy ci się to podoba, czy nie. Szczerze mówiąc, wzbudzasz we mnie 
paskudne instynkty, zbyt paskudne, żebym mógł zostać twoim przyjacielem. 
Dlatego bardzo cię proszę — dla dobra nas dwojga — żebyś nie powtarzała, że 
blefuję.

Patrzył w jej okrągłe, cynamonowe oczy i walczył z bestią, która była w nim 

samym.   Kiedy   ochłonął   na   tyle,   żeby   mówić   spokojnie,   ostrzegł   ją   po   raz 
ostatni:

Następnym   razem,   jeżeli   do   wyboru   będę   miał   zostać   twoim 

kochankiem albo wrogiem... załóż się, co wybiorę.

Resztką   woli,   którą   zdołał   w sobie   wykrzesać,   odsunął   się   od   niej 

gwałtownie, chwycił apteczkę i wypadł z namiotu w gościnny mrok nocy.

Kiedy się w końcu zatrzymał, nie potrafił ocenić, jak długo szedł. Zaciągnął 

się   głęboko   powietrzem   i dostrzegł   nikłe,   rozproszone   światło   w kilku 
odległych   namiotach.   Po   dobrych   dziesięciu   minutach   drogi   pozostało   mu 
jeszcze   rozłożyć   śpiwór,   a potem   zmyć   z siebie   pustynny   kurz   i zapach 
magnolii.

Żałował,   że   nie   rozbili   obozu   koło   źródła.   Pół   dzbanka   wody   to 

wystarczająco dużo, żeby się umyć, ale o wiele za mało, żeby ugasić ogień.

Dziewczyny, pobudka! Czas wstawać — wołał radośnie Bill.

Hope   uchyliła   powieki   i spotkała   się   z mętnym   wzrokiem   Karen.   Obie 

jęknęły i jednocześnie zamknęły oczy.

—   Drużyna,   która   zwinie   się   na   końcu,   likwiduje   latrynę   i doprowadza 

miejsce za krzakiem do pierwotnego stanu — dodał Hank pełnym współczucia 
głosem.

Za dziesięć minut śniadanie.

Karen wygrzebała się ze śpiwora i usiadła, a Hope jeszcze mocniej zacisnęła 

powieki.   Dzięki   wieczornej   pomocy   Jareda   spała   najwyżej   cztery   godziny. 
Gdyby   tak   wiedziała   wcześniej   to,   co   wiedziała   teraz...   Wolałaby   chodzić 
z pęcherzem na pięcie i nie przeżyć wczorajszych tortur. Czy ona oszalała?

Czuję się, jakbym miała  zejść  z tego świata — powiedziała Karen 

umierającym   głosem,   jak   gdyby   dla   potwierdzenia   swych   słów.   —   Zostaw 
mnie tutaj i wpadnij w drodze powrotnej. Będę leżeć przy pniu w charakterze 
białej plamy. Możecie mnie przesuwać jak chcecie, nie mam nic przeciwko 
temu.

Hope przestała udawać susła i zaśmiała się.

Poczujesz się lepiej, jak krew ci zacznie krążyć w żyłach i...

background image

Urwała w pół zdania, pociągnęła nosem i spojrzała na Karen.

Kawaa — powiedziały błogim szeptem.

Niezawodna   metoda   kija   i marchewki.   Zapach   kawy,   a z drugiej   strony 

perspektywa   sprzątania   latryny,   przemówiły   Hope   do   rozsądku.   Usiadła, 
zaczęła   wyplątywać   ręce   i nogi   z piżamy,   podczas   gdy   jej   współlokatorka 
wciskała się w spodnie khaki.

Karen położyła się, dopięła koniec suwaka i patrząc w sufit, powiedziała 

żałośnie:

Nie rozumiem. Jestem pewna, że wczoraj zrzuciłam z dziesięć kilo.

Oczywiście, że zrzuciłaś — pocieszyła ją Hope. — To te cholerne 

pralnie chemiczne. Ciekawe, kiedy nasze ciuchy przestaną się w nich kurczyć.

Udało się. Z twarzy Karen zniknęła rozpacz, a pojawił się uśmiech. Usiadła 

i strzepnęła koszulę.

Hope, spojrzawszy na swój komplet ubrań, poklepała się w brodę.

Hmm...   Jak,   sądzisz,   powinnam   włożyć   beżową   koszulę   i beżowe 

spodnie, czy raczej beżowe spodnie i beżową koszulę?

Jasna głowa Karen wychyliła się nagle z beżowej koszulki.

Myślę, że na przekór modzie powinnaś zdecydować się na beż — 

odparła Karen, kiedy trafiła w rękawy. — To jest z pewnością twój kolor... 
I mój, i Dany, i Hanka, i Billa, i... No!

Podniosła zwinięte w kłębek skarpetki, które trafiły ją w ramię, i odrzuciła 

je Hope.

Ubrały się pospiesznie.  Jeśli Bill poprosi o drugą kawę — co na pewno 

zrobi,   samolubne   prosię   —   może   dla   wszystkich   nie   starczyć.   Hope 
postanowiła nie tracić czasu na makijaż. Jared widział wczoraj twarz, z którą 
się urodziła, i jakoś nie uciekł z krzykiem z namiotu. Wręcz przeciwnie...

Odsuwając od siebie myśli, które nie' pozwoliły jej zasnąć do późna w nocy, 

Hope jedną ręką, tak jak uczył ich Jared, próbowała wtłoczyć do pokrowca śpi- 
wór.   Zadanie   okazało   się   o wiele   trudniejsze,   niż   to   wyglądało   podczas 
demonstracji.   Ale   w jego   wykonaniu   wszystko   wydawało   się   łatwe   —   od 
makaronu z kurczakiem po skrócenie o głowę węża grzechotnika.

Przezywała   tego   faceta   „druhem"   z przekory   wobec   siebie   samej, 

w naiwnym   odruchu   buntu,   ale   epizod   z ostatniego   wieczoru   zmusił   ją   do 
spojrzenia prawdzie w oczy. Wszystko w Jaredzie, każdy szczegół, działał na 
nią   jak   narkotyk.   Ten   człowiek   ją   opętał.   Jego   chłopięca   żywotność   i siła 
pociągały ją równie mocno jak spokój wewnętrzny i niesłychanie silna wola. 
Czyżby trafiła wreszcie kosa na kamień?

Nie mogła go mieć. W każdym razie na pewno nie, jeśli chciała, jak dotąd, 

chronić swoje serce. Nawet gdyby on nie zrezygnował i zechciał... pogrążać się 
w tym,   co   stało   się   już   między   nimi,   jakiś   głęboki   kobiecy   instynkt 

background image

podpowiadał jej, że krótki romans z Jaredem może ją unieszczęśliwić na długie 
lata.

Na   wspomnienie   ostrzeżenia,   które   wymruczał   wczoraj   na   dobranoc, 

przeszył ją dreszcz. Poniosła ją fantazja...

Jared   pochyla   się   nad   nią,   migoczą   szafiry   w jego   oczach,   posągowe 

ramiona otulają jej biodra, jego usta są tak blisko, że niemal czuje ich słodko-
słony   smak,   ciepło.   Patrzy   na   jego   rozchylone   wargi   i czeka   w milczeniu, 
rozpaczliwie   pragnąc,   żeby   wolna   przestrzeń   między   nimi   zamknęła   się. 
Nareszcie,   tak...   On   zna   wszystkie   jej   pragnienia.   Układa   ją   na   śpiworze, 
obejmuje mocno, a potem syci ich wspólny głód...

Hope?

Wracając powoli do rzeczywistości, zauważyła, że ściska kurczowo śpiwór, 

w sposób,   jakiego   nie   przewidywał   producent.   O rany!   Zmieszanie   Karen 
zdradzały tylko jej nienaturalnie zaróżowione policzki.

Idę coś zjeść — powiedziała. — Nalać ci kawy, zanim Bill wszystko 

wy chłepcze?

Poczuła miłe ciepło w żołądku.

Jasne, jeśli zdążysz... Zaraz przyjdę.

Odprowadzając wzrokiem przyjaciółkę, Hope zdała sobie nagle sprawę, że 

gdyby sytuacja była odwrotna, ona na pewno nie odmówiłaby sobie jakiegoś 
kpiącego,   prawdopodobnie   złośliwego   komentarza.   Nie   była   to   przyjemna 
świadomość.   Nie   chciała   jednak   wnikać   zbyt   głęboko   w źródła   takiej 
skłonności.

Zabrała się do pakowania śpiworu, karimaty i wszystkich osobistych rzeczy. 

Potem uczesała starannie włosy, spięła je w koński ogon i przewlekła go przez 
otwór w czapce baseballowej. Jeszcze tylko okulary słoneczne i gotowa była 
stawić czoło sytuacji.

Rześkie   ranne   powietrze   miało   intensywny   zapach   wytrawnego   martini. 

Hope   wyszła   z namiotu,   z ulgą   witając   uderzenie   chłodu,   które   uznała   za 
namiastkę   porannego   prysznica.   W południe   będzie   przeklinała   tutejszy 
krajobraz, ale teraz na wątłej pustynnej trawie migotała rosa, a wielkie żółte 
kwiaty opuncji chwytały słońce w kielichy płatków. Na zachodzie wyłaniały 
się pierwsze zarysy górskich szczytów.

Z   prowizorycznych   kuchni,   które   urządziły   koło   swoich   obozowisk 

poszczególne grupy traperskie, dochodziły cudowne zapachy. Kawy. Grzanek. 
Czegoś, co jej czuły nos rozpoznał jako smażony bekon. Wybuchy śmiechu, 
głośne   rozmowy   dopełniały   nastroju   nowego,   budzącego   się   dnia.   Hope 
wypatrzyła   jasną   głowę   Sherry   wyłaniającą   się   z odległego   namiotu.   Dana 
wyszła tuż za nią. Przeciągnęły się i z respektem, jak przystało na mieszkanki 
wielkiego miasta, wystawiły twarze do słońca. Kiedy Sherry dostrzegła Hope, 

background image

szturchnęła w bok Dane. Wszystkie trzy uśmiechnęły się i pomachały rękami 
na powitanie.

Idąc   powoli   dalej,   Hope   poczuła   się   przeniesiona   w odległą   przeszłość. 

Wyobraziła sobie indiańskie tipi zamiast namiotów, ogniska zamiast kocherów 
i całe rozległe obozowisko amerykańskich tubylców, żyjących na tej pustynnej 
ziemi. Nie będąc w stanie odwlekać dłużej tego, co nieuniknione, poszukała 
wodza plemienia.

Pochylony nad kocherem, Jared próbował dania z patelni. Hope uznała, że 

jej dotkliwe ssanie  w żołądku nie ma  nic wspólnego z zapachem śniadania. 
Patrzyła głodnym wzrokiem na jego zwinną krzątaninę, spracowane dłonie, 
rytmiczną grę mięśni.

Przywołała się do porządku i poszła po kawę. Bill, Hank i Karen trzymali 

w rękach aluminiowe kubki z parującym płynem. Bez okularów, każde z nich 
miało wypisany na twarzy swój zegar biologiczny. Karen i Hank byli rannymi 
ptaszkami   —   w przeciwieństwie   do   Billa.  Przynajmniej   to   ją   łączyło  z tym 
gburem.

Cześć, Hope. — Hank przywitał ją sympatycznym uśmiechem. Ruda 

szczecina na brodzie wydobywała z jego piwnych oczu zielonkawy odcień. — 
Jak spałaś?

Usiadła obok Karen, czując na sobie magnetyczny wzrok Jareda.

Jak suseł. A ty?

Jak sardynka.

Świeżo wyjęta z wody — burknął Bill, nie wychylając twarzy zza 

kubka. — Rzucałeś się przez całą noc jak potępieniec.

Odczep   się,   ja   przynajmniej   nie   chrapię.   Na   następną   wyprawę 

zabieram coś takiego. — Hank pokazał palcem zewnętrzny śpiwór biwakowy 
Jareda. — Może będzie mi wystawać głowa, ale przynajmniej giry będę mógł 
wyprostować.

Były koszykarz, a obecny trener, poklepał się po ogromnym udzie.
Hope uśmiechnęła się ze współczuciem.

Jakaś firma na pewno robi sprzęt dla wysokich mężczyzn.

Odwróciła się do Karen, żeby spytać, czy przypadkiem w Sports Arama nie 

produkują   czegoś   takiego,   ale   jej   przyjaciółka   wpatrywała   się   jak 
zahipnotyzowana w nogę Hanka. O rany... Jak tak dalej pójdzie, cała drużyna 
umrze z niewyspania.

To dla mnie? — zapytała głośno Hope, mając na myśli kubek z kawą, 

który Karen przyciskała opiekuńczym gestem do biodra.

Co? Ach... Tak. — Zarumieniła się. — Ocaliłam dla ciebie resztkę.

Bóg   zapłać,   moje   dziecko.   —   Hope  wyciągnęła   rękę   po   bezcenny 

napój. — Dopiszę cię do testamentu, jak tylko wrócę do domu.

background image

Też mi coś... — mruknął pogardliwie Bill.

Tacy faceci jak on, nowobogaccy, którzy za szybko się dorobili, szanują 

tylko jedno. Hope usiadła na kępce trawy i zsunęła okulary na koniec nosa.

Wiesz co, ważniaku, powiem ci coś o tych trzystu supermarketach, 

z którymi wszedłeś niedawno na giełdę i poczułeś się jak szejk naftowy. — 
Rozmawiali o jego firmie, kiedy oboje byli w przyjaźniej szych nastrojach. — 
Za dwa, najwyżej za trzy miesiące będę w stanie kupić pakiet kontrolny twoich 
akcji i nie przestanę być bogatą kobietą.

Ciemne oczy Billa zaiskrzyły się.

W   notowaniach   z ostatniego   tygodnia   moje   papiery   chodziły   po 

piętnaście dolarów za akcję.

Zrobiła   w pamięci   błyskawiczną   kalkulację.   Małe   piwo   w porównaniu 

z pieniędzmi, które inwestuje w wypchnięcie na giełdę UroTechu.

Naprawdę? W takim razie robię małą poprawkę. Mogę cię wykupić 

w całości i w dalszym ciągu będę bogatą kobietą.

Zapadło   grobowe   milczenie,   w którym   doznała   nagle   uczucia   dziwnej 

pustki. A gdzie triumf, gdzie dreszczyk emocji z powodu ogrania konkurenta?

On jest kolegą z wyprawy, a nie konkurentem.
Kiedy Bill z Hankiem zaczęli rozmawiać o koszykówce, Hope odważyła się 

zerknąć na Jareda.

Zmarszczył   surowo   czoło,   prawdopodobnie   bardziej   zmartwiony   niż 

zachwycony   jej   ogromnym   bogactwem.   Czyżby   jej   sukces   go   onieśmielał? 
Podniósł głowę i zderzył się z jej wzrokiem.

Mimo  ogromnego  wysiłku nie udało jej się  zatrzymać  fali  gorąca, która 

oblała jej policzki.

Jego rysy stężały, w oczach pojawił się znajomy błysk. Uśmiech, którym ją 

uraczył, przyprawił Hope o drżenie kolan. Była przerażona jak zabłąkane cielę 
na widok wilka. Zmrużyła oczy... Miał mocne białe zęby, zarost na brodzie 
ciemniejszy  o jeden odcień od wypłowiałych na słońcu brązowych włosów. 
Siatka delikatnych zmarszczek w kącikach oczu dodawała mu bardziej uroku 
niż lat, co zdarza się, niestety, tylko mężczyznom — jeszcze jeden przykład 
niesprawiedliwości natury wobec kobiet.

Oderwała od niego oczy i zaczęła pić kawę, wpatrując się w czubki swych 

sznurowanych butów. Boże, ten facet gra jej na nerwach bardziej niż ogon 
grzechotnika! Jak ona przeżyje następne dziewięć dni, nie wchodząc w pole 
jego rażenia?

Kto głodny, do mnie! — zawołał z arogancką nutą w głosie.

Spojrzała   mu   w oczy.  Chyba  tylko   po  to,   żeby   upewnić  się,   jaki  rodzaj 

głodu miał na myśli. Wzburzona, wyprostowała powoli plecy. Ostrzegł ją, żeby 
nie zarzucała mu blefu. Coś takiego! On ją zwyczajnie prowokuje. Błaga, żeby 

background image

go udusiła.

Ostatnia z całej czwórki odebrała widelec i talerz, ostatnia była w kolejce po 

grzanki i jajecznicę z proszku. Im mniejsza dzieliła ją odległość od Jareda, tym 
wścieklejsza  paliła ją złość. Co za bufon! Ten  facet  wie, jak na nią działa 
i puszy   się   tym   swoim   męskim   urokiem   bezwstydnie.   Głupiec   czy   wariat? 
W końcu,  gdyby   się   złamała   i odpowiedziała   na   jego   milczące   zaproszenie, 
straciłby autorytet jako instruktor traperstwa i szef poważnej firmy.

Ale   da   mu   nauczkę.   Wszystko,   co   on   umie,   ona   może   robić   lepiej.   To 

prawda,   że   nigdy   nie   próbowała   się   sprawdzać   w roli   obiektu   męskiego 
pożądania,   i że   wolałaby   mieć   dostęp   do   szafy,   łazienki   i klimatyzowanego 
pokoju, zanim podejmie wyzwanie. Ale też nie była kompletnie nie uzbrojona.

Podobają   mu   się   jej   piersi.   Lubi   jej   śmiech.   I kiedy   przyglądał   się   tak 

dziwnie jej stopie, miała wrażenie, że ten widok go podnieca. Wiedziała, czego 
na pewno nie lubi: narzekań na niewygody i krytykowania czegokolwiek, co 
ma  związek  z naturą i jego ukochaną ziemią.  Całej tej wiedzy Hope mogła 
teraz użyć w jednym słusznym celu — nauczyć go tego i owego o blefowaniu.

Teraz, już.
Oparła okulary na czubku głowy i przesunęła się do przodu. Nie podnosząc 

wzroku, cisnęła talerz na kamienny blat koło patelni.

Ja   jestem   głodna.   —   Ważniaku!   —   słychać   było   w jej   tonie   tak 

wyraźnie, jakby wypowiedziała to słowo na głos.

Łyżka nad jej talerzem zawisła w powietrzu, potem się przechyliła. Porcja 

jajek wylądowała na środku, a grzanki, niepewnie, na samym brzegu.

Stała nieporuszona.

Za mało? — spytał dobitnie.

Chcę mieć wszystko — powiedziała niemal bezgłośnie, żeby nikt inny 

nie słyszał, ale też i dlatego, że naprawdę nie mogła złapać oddechu. — Ale 
przypuszczam, że byłoby egoizmem z mojej strony prosić cię o to — strzeliła 
okiem poniżej jego pasa — przy moim nienasyconym apetycie... — Zwilżyła 
językiem   wargi   i wsłuchiwała   się   przez   moment   w jego   ciężki   oddech.   — 
Oszczędzaj lepiej siły i zjedz swoją jajecznicę.

Klepnęła go w rękę, odwróciła się na pięcie i odeszła kołyszącym krokiem, 

ze   zjadliwym   grymasem   na   twarzy,   którego   Jared   na   szczęście   nie   mógł 
widzieć.

W   południe   tego   samego   dnia   jedyną   rzeczą,   którą   Hope   przeklinała 

bardziej niż pustynny krajobraz, była jej własna głupota.

Na dłuższą metę nie znosiła cierpiętnictwa. Jeżeli zdarzało się w jej życiu 

coś,   z czym   nie   mogła   się   pogodzić,   czego   nie   lubiła   —   to   albo   to   coś 
zmieniała, albo machała na to ręką. Naturalną konsekwencją takiej postawy 
było i to, że nie milczała, kiedy trzeba było krzyczeć.

background image

Gdyby jednak przyznała się do bólu pięty, Jared uznałby, że jest złośnicą, 

którą może poskromić cudownym opatrunkiem, a nie kobietą jego marzeń. Szła 
więc lisim krokiem, cierpiąc w milczeniu.

Przez mglistą zasłonę falującego powietrza zobaczyła, że idący daleko przed 

nią   Bill   zatrzymał   się,   zdjął   plecak,   wyjął   z niego   kompas   i mapę 
topograficzną. Nie zazdrościła mu, że został dziś wyznaczony na przewodnika 
grupy.   Miał   ich   doprowadzić   przed   wieczorem   —   w dobrym   stanie   —   do 
miejsca   biwakowania.   Dopóki   jego   decyzje   nie   będą   zagrażać   niczyjemu 
bezpieczeństwu, Jared miał nie wydawać własnych poleceń, a drużyna powinna 
iść bez protestów za dyżurnym przewodnikiem.

Nie ma sprawy. Jeśli chciała dotrzymać mu tempa, musiała skupić się na 

własnym oddechu i nie rozmawiać. Bill nawet nie oglądał się za siebie, żeby 
sprawdzić, czy reszta za nim nadąża. A Karen została daleko w tyle.

Hank doszedł do Billa pierwszy, zdjął plecak, a potem pomógł starszemu 

mężczyźnie rozłożyć na ziemi mapę. Hope zauważyła, że spierają się o coś, ale 
kiedy podeszła wystarczająco blisko, żeby ich słyszeć, zamilkli.

Zatrzymała się i poprawiła paski na ramionach.

Wiesz,   że   Karen   mogłaby   zemdleć   gdzieś   z tyłu,   a ty   nie   miałbyś 

bladego pojęcia, co się z nią stało.

Bill   spojrzał   ponad   jej   ramieniem   na   postać   w słomkowym   kapeluszu, 

sunącą w ich kierunku powolnym, ledwie zauważalnym krokiem.

Powinna się sprężyć i nie zostawać ciągle w tyle. Poza tym Jared idzie 

za nią. — Wzruszył ramionami i pochylił się nad mapą.

Hank wstał i patrzył z ponurą miną na Karen.

Chyba się nie odwodniła, jak myślisz?

Podczas ostatniego przystanku Hope widziała, jak gorliwie nakłaniał Karen 

do picia.

Nie.   Jestem   pewna,   że   wykończył   ją   tylko   upał.   Nam   wszystkim 

przydałoby się trochę cienia i jakiś lunch.

Nikt nie będzie jadł, dopóki ja nie zarządzę przerwy najedzenie — 

burknął Bill, starając się przyciągnąć uwagę Hanka. — No to jak, trenerze, 
wydaje   ci   się,   że   jesteśmy   dokładnie   tutaj?   —   zapytał,   wskazując   palcem 
miejsce na mapie.

Nie, trochę bardziej na lewo.

W takim razie gdzie może być, do cholery, ten przeklęty strumień?

Hope   podeszła   bliżej,   z trudem   się   powstrzymując,   żeby   nie   zajrzeć   mu 

przez ramię.

Myślę, że nie powinieneś...

Bądź tak dobra i przestań myśleć, kropka! Próbuję wykombinować, 

gdzie tu... — No co! — Bill złapał się nagle za obojczyk i spojrzał w górę. — 

background image

Za co mnie uderzyłeś?

Za to, że jesteś takim tłukiem — odparł rzeczowym tonem Hank.

Hope gotowa była rzucić mu się na szyję.
Bill prychnął i odszedł ze skrzywioną miną. Dla Hope orientacja w terenie 

była   najciekawszym   ze   wszystkich   tematów,   które   omawiali   na   zajęciach. 
Doskonale   zapamiętała,   że   najpierw   powinni   rozglądać   się   wokół   siebie, 
zapisywać   w pamięci   punkty   orientacyjne,   a dopiero   potem   szukać   ich   na 
mapie. Ale za nic nie pomoże temu gburowi, o nie!

Postanowiła sama rozejrzeć się dookoła. Uśmiechnęła się do nadchodzącej 

Karen i machnęła ręką do Jareda.

A ty gdzie się teraz wybierasz? — spytał gromkim głosem.

Niedaleko — odparła, nie zatrzymując się. — Zaraz wrócę.

Prawdopodobnie   pomyślał,   że   musi   oddalić   się   z najbardziej   banalnego 

powodu, a do tego przyznał im prawo. Miała dosyć jego badawczego wzroku 
— czuła go na plecach przez całą drogę — i z radością odpoczęłaby na chwilę 
od lisiego chodu. Kiedy zniknęła za najbliższymi krzakami, westchnęła z ulgą, 
rozluźniła się i zaczęła notować w pamięci szczegóły krajobrazu.

Pogórze   dokładnie   na   wschodzie,   znacznie   bliżej   niż   rano. 

Charakterystyczny   wielbłądzi   grzbiet   na   północnym   wschodzie.   Zatrzymała 
wzrok w miejscu pozbawionym roślinności, trzydzieści metrów dalej. Poszła 
w tamtym kierunku.

Jakiś   futerkowy   zwierzak   wyskoczył   z krzaków   po   lewej   stronie.   Z ręką 

przyciśniętą   do   serca   patrzyła   na   największego   zająca,   jakiego   widziała 
w życiu. Uciekał tak ogromnymi susami, jakby obawiał się, że Hope na swych 
drżących nogach ruszy za nim w pościg.

Śledziła spojrzeniem jego długie, wyprostowane uszy, dopóki nie odzyskała 

normalnego oddechu. Poszła dalej. Po kilku zaledwie krokach trafiła na wąską 
rozpadlinę,   która   nie   mogła   być   niczym   innym   niż   wyschniętym   źródłem. 
Zanim ruszyła w drogę powrotną, zapisała w pamięci położenie tego miejsca 
wobec innych punktów orientacyjnych.

Z odległości kilkunastu metrów oceniła, że sytuacja w grupie dojrzewa do 

stanu krytycznego.  Bill nie ustalił jeszcze  ich położenia  na mapie  i nic nie 
wskazywało na to, żeby był bliski sukcesu. Jego „dyskusja" z Hankiem stawała 
się coraz głośniejsza. Młodszy mężczyzna — po raz pierwszy, odkąd go znała 
— sprawiał wrażenie autentycznie wściekłego.

Jared   przyglądał   się   całej   scenie   z boku,   nie   interweniując,   ale   jego 

obecność   bez   wątpienia   sprawiała,   że   w kłębowisku   gwałtownych   emocji 
znalazła się też męska zraniona duma. Karen stała obok, z palcami w ustach jak 
przerażone dziecko.

Dosyć, pomyślała Hope. Ktoś musi zrobić z tym porządek.

background image

Bill, Hank, Karen! — zawołała. — Chodźcie tutaj.

background image

10

Cztery   głowy   zwróciły   się   w stronę   Hope,   która   odpinała   właśnie   pasek 

biodrowy. Potem wysunęła ramiona z pasków naramiennych, zrzuciła plecak 
na ziemię i spojrzała w kierunku swoich skamieniałych towarzyszy wędrówki.

No, ruszcie się!

Zaczęli iść, każde z inną szybkością. Bill wlókł się ostatni z nadętą miną, 

która   grała   jej   na   nerwach.   Kiedy   Jared   rozłożył   ramiona   i zrobił   krok   do 
przodu, jakby chciał się do nich przyłączyć, Hope uniosła dłoń i zatrzymała go 
wzrokiem.

Zostań, bezstronni obserwatorzy nie są zaproszeni. Tylko członkowie 

drużyny mają wstęp na to przyjęcie.

Cofnął się; oczy ukryte za słonecznymi okularami nie mogły zdradzić jego 

reakcji.   Wiedziała   jednak   doskonale,   że   nie   pomyślał   o niej   jak   o kobiecie 
swych marzeń.

Obiecując   sobie,   że   kiedy   indziej   odzyska   stracony   teren,   odeszła   kilka 

kroków dalej, tak żeby Jared ich nie słyszał, i przystąpiła do rzeczy:

Wiem,  że dziś po raz pierwszy musimy  radzić sobie sami, ale jak 

dotąd   nie   mamy   na   swoim   koncie   specjalnych   osiągnięć.   Bill,   przestań 
w końcu robić te kwaśne miny! Wcale cię nie obwiniam. A ty, Karen, daję ci 
słowo   honoru,   że   jeśli   nie  wyjmiesz   tych  palców   z buzi,  założę   ci   na   ręce 
wczorajsze skarpetki i zmuszę, żebyś ponosiła je w tym upale.

Gapili się na nią zdumieni, jakby zobaczyli wcielonego diabla. Na pewno 

wyglądała   jak   diabeł   —   z brudnymi   włosami   i naturalnym   makijażem, 
ulepionym z mieszaniny potu z piaskiem.

Zaczerpnęła głęboko powietrza i spróbowała od nowa:

Wiem, że ty jesteś dzisiaj przewodnikiem, Bill, ale to nie znaczy, że 

musisz być alfą i omegą i nosić nas wszystkich na plecach. Na przykład Karen 
doskonale   zna   się   na   kuchni.   Hank   ma   ogromne   doświadczenie   w ocenie 
fizycznej kondycji, potrafi jak nikt inny określić granice naszej wytrzymałości. 
Ja jestem mistrzem w orientacji na mapie. Długości i szerokości geograficzne 
mam w małym palcu. Chwytasz, kolego? Domyślasz się, o co mi chodzi?

Chcesz, żebym poprosił cię o pomoc?

Brodata twarz Billa przybrała wyraz nadęty i wojowniczy zarazem. Hope 

głęboko westchnęła. Nieprzyjemne myśli nie mają nade mną władzy.

Dobrzy   przewodnicy   zawsze   rozdzielają   zadania,   co   wcale   nie 

pomniejsza ich władzy i nie godzi w ich autorytet, za to zwiększa skuteczność 
działania. Nie wiem jak wy, ale ja jestem tego pewna: stać nas na to, żeby 

background image

pokazać   naszemu   bezstronnemu   obserwatorowi,   że   potrafimy   dojść   do 
obozowiska   w przyzwoitej   kondycji,   bez   niepotrzebnego   błądzenia,   i że   nie 
pozabijamy się po drodze.

Jasne — przyznał Hank.

Karen milczała, ale przynajmniej włożyła ręce do kieszeni.
Bill   zrzucił   okulary   i golfową   czapeczkę   z napisem   „Feast   Market", 

rękawem koszulki otarł twarz i zerknął na postać z założonymi rękami, stojącą 
w pozie Pana Propera z telewizyjnej reklamy. Zdawało się oczywiste, że Bill 
boi się podjąć właściwą decyzję w obecności Jareda.

Spójrz   na   to   jeszcze   z innej   strony.   Czy   będziesz   miał   następną 

okazję, żeby mówić mi, co mam robić, a ja będę moralnie zobowiązana do 
posłuszeństwa? Kiedy przyjdzie moja kolej na prowadzenie grupy, będziesz 
gorzko żałował, że zmarnowałeś szansę.

Urządzę  cię  na   dobre,  żałosny  frajerze,   dodała  w myślach,  diabelsko   się 

uśmiechając.

Żachnął   się,   potrząsnął   głową   i włożył   z powrotem   czapkę   i okulary.   Jej 

uśmiech stał się bardziej przyjacielski.

Przez usta Billa przeszedł skurcz.

Zgoda, gorąca głowo. Przydzielam ci zadanie: spróbuj określić, gdzie 

do cholery jesteśmy.

Mam go!

Dobra decyzja.

Splótł pulchne dłonie na podołku, odchylił szyję i spojrzał w niebo.

No   i co   myślisz,   Hank?   Powinniśmy   zatrzymać   się   na   jakiś   czas 

i uciec spod tej gorącej lampy?

Hank wyciągnął do niego tę samą rękę, którą wcześniej trzasnął go w plecy 

w dowód uznania.

Oczywiście. Za chwilę na wet jaszczurki schowają się pod ziemię. Jak 

chcesz, mogę sklecić coś, co da nam trochę cienia, w którym będziemy mogli 
się rozłożyć i co nieco zjeść.

Brzmi   to   niegłupio.   —   Bill   popatrzył   w dół   na   Karen.   —   Jak   się 

czujesz? Dasz radę zrobić nam jakiś lunch?

Popis troskliwości? Kto wie...

Z przyjemnością spróbuję. — Przez usta Karen przemknął szatański 

uśmieszek. Wyjęła ręce z kieszeni, uniosła je w górę, przebierając w powietrzu 
palcami. — Moje dłonie dostaną jakieś zajęcie, a to uratuje je przed brudnymi 
skarpetkami Hope.

Śmiejąc się, poszli po plecaki, żeby ruszyć za Hankiem. Hope zauważyła, że 

opadło z niej całe zmęczenie.  Może dlatego, że jakimś cudem udało jej się 
zmobilizować   grupę   bez   zrażania   sobie   Billa.   Zaczęła   podejrzewać,   że   on 

background image

należy do tego typu ludzi, którzy z trudem obdarzają innych zaufaniem, a jeśli 
już — to na całe życie.

Dziesięć minut później ich dyżurny przewodnik jeszcze raz rozpostarł na 

ziemi   mapę   topograficzną.   Hope   śledziła   odbywającą   się   za   jego   plecami 
znajomą scenę.

Dwa   karłowate   drzewa   meskitowe   dawały   mało   cienia,   ale   służyły   za 

podpórki   dla   rozwieszonej   między   nimi   płachty.   Karen   krzątała   się   pod 
płóciennym dachem, od czasu do czasu mieszając coś w garnku. Hank zgłosił 
się   na   jej   pomocnika,   a Jared   siedział   oparty   plecami   o pień   drzewa, 
z wyciągniętymi   niedbale   nogami   i jakąś   liną   na   kolanach.   Była   to   wielka 
zmiana   w porównaniu   ze   sceną,   która   kilka   minut   wcześniej   sprowokowała 
Hope do działania.

Z przyjemnością się tego pozbywam — powiedział Bill, wręczając jej 

kompas  kątomierzowy. — Powodzenia.

Hope przyklęknęła i odgrzebała w pamięci instrukcje z wykładu na temat 

orientacji i nawigacji. Nie ma problemu.

Najpierw położyła kompas na mapie tak, aby strzałka kierunku wskazywała 

prawdziwą północ. Potem, nie poruszając kompasem, obracała tarczą, dopóki 
czerwona  strzałka  północy  nie  pokryła  się  z linią północy  magnetycznej  na 
mapie. Kręcąca się w kółko igła utrudniała zadanie. Hope musiała podnieść 
i obrócić całą mapę — utrzymując kompas w poziomie i nie zmieniając jego 
położenia — dopóki drgająca magnetyczna igła nie ustawiła się w linii strzałki. 
Gdy   to   się   udało,   położyła   właściwie   „zorientowaną"   mapę   z powrotem   na 
ziemi i zakotwiczyła ją, kładąc kamienie na wszystkich czterech rogach.

Dwie   wypukłości   tworzące   literę   „V"   na   trójwymiarowej   mapie 

odpowiadały   pagórkom   w kształcie   wielbłądziego   grzbietu   —   fragmentowi 
krajobrazu,   który   utkwił   jej   w pamięci.   Odnalazła   koryto   strumienia, 
oszacowała odległości i zakreśliła czerwonym kółkiem miejsce obozowiska.

Wygląda na to, że zostało nam do przejścia dziesięć, może dwanaście 

kilometrów. Jeżeli utrzymamy kierunek czterdzieści pięć stopni na zachód od 
magnetycznej północy, powinniśmy dojść tam na czas.

Ale gdzie my jesteśmy? — zapytał Bill zza jej pleców.

Jestem prawie pewna, że... dokładnie tutaj. — Przycisnęła palec do 

mapy.

Jestem absolutnie pewien, że właśnie tutaj — usłyszała znajomy głos.

Odwróciła się gwałtownie i spojrzała w górę na Jareda. Ten facet ze swoimi 

indiańskimi sztuczkami doprowadzi ją kiedyś do ataku serca.

Absolutnie   pewien?   —   Uczucie   błogiego   zadowolenia   zgasiło 

irytację.

Absolutnie.

background image

Skręciła głowę, żeby uśmiechnąć się do Billa.

On jest absolutnie pewien.

Słyszałem. I nie mam bladego pojęcia, jak to zrobiłaś. Nie rzuciłaś 

nawet okiem na teren — mruknął.

Zbadała   teren,   kiedy   kłóciłeś   się   z Hankiem   —   oświecił   go   Jared, 

jeszcze   raz   wprawiając   Hope   w osłupienie.   —   Prawda   jest   taka,   Bill,   że 
najpierw znalazłeś na mapie jakieś miejsce, uznałeś, że właśnie tam jesteśmy, 
a potem chciałeś dopasować do niego szczegóły krajobrazu, żeby udowodnić, 
że   masz   rację.   Powszechny   błąd,   ale   Hope   dobrze   zapamiętała   wykład 
z orientacji.   Zanotowała   w pamięci   charakterystyczne   cechy   terenu,   a potem 
według   nich   zorientowała   mapę...   —   Zerknął   na   Hope.   —   Swoją   drogą, 
mogłabyś już zabrać z mapy ten palec.

Kto głodny, do nas! — wrzasnął Hank.

Kiedy   Bill   wyrwał   w kierunku   obiecanego   posiłku,   Hope   podniosła   się. 

Mimo   ciemnych   okularów   Jareda   wyczuła   czujność   w jego   oczach   i już 
wiedziała, że on też pamięta ich poranną potyczkę przy śniadaniu.

Chciałabyś,   żebym   jednak   zerknął   na   twoją   stopę?   —   zapytał, 

wyciągając z zanadrza chytrą broń, która miała osłabić jej panowanie nad sobą.

Nie, dzięki.

Atak   bywa   najlepszą   obroną.   Przycisnęła   dłoń   do   krzyża   i prostując 

kręgosłup, trwała w tej wygiętej pozycji odrobinę dłużej, niż to było konieczne.

Nic. Nie drgnęła mu nawet powieka.

Och,   jak   gorąco   —   rzekła   przeciągłym,   prowokacyjnym   szeptem, 

prawie   jak   Liz   Taylor   w „Kotce   na   gorącym   blaszanym   dachu". 
Przyszczypując   bluzkę   między   piersiami,   zaczęła   się   nią   wachlować.   — 
Ciekawe, jak się czują o tej porze te biedne zwierzęta...

Znajdują schronienie, tak jak my. Mało brakowało, a musiałbym się 

wtrącić i podpowiedzieć Billowi, żeby znalazł jakąś kryjówkę. Ale udało ci się 
ich zmobilizować. Ten pomysł z brudnymi skarpetkami był genialny. Dobra 
robota, Hope.

Wzruszyła obojętnie ramionami, chociaż rozpierała ją duma.

Pomyślałam,   że   podział   zadań   może   uratować   sytuację.   Niestety, 

musiałam strącić Billa z jego tronu, ale demokracja działa lepiej niż monarchia, 
zgadzasz się ze mną?

Jasne,   że   się   zgadzam.   Silne   strony   jednych   wyrównują   słabości 

drugich,   a to   pozwala   stworzyć   mocniejszy   zespół.   Dla   mnie   to   oczywiste; 
pozostaje pytanie, czy ty wierzysz, że demokracja działa lepiej.

Jak w to, że żyję!

Gdybym   nie   wierzyła,   po   co   zmuszałabym   Billa,   żeby   rozdzielił 

zadania?

background image

Znałaś reguły gry — do końca dnia wykonywać wszystkie polecenia 

Billa — i to był bardzo pomysłowy sposób na to, żeby uniknąć dyskwalifikacji 
i wygrać.

Cierpka pochwała jej inteligencji nie sprawiła Hope żadnej przyjemności. 

Odwróciła się w stronę płóciennego daszku, lecz Jared przytrzymał ją za ramię.

Skoro wierzysz w prawdziwą demokrację, to dlaczego sama wydajesz 

wszystkie   ważne   polecenia   w Manning   Enterprises?   Dlaczego   się   przy   tym 
upierasz?   —   Widząc   jej   zdumione   spojrzenie,   dodał:   —   Słyszałem,   jak 
dzwoniłaś do biura, nie pamiętasz?

Tamto wspomnienie przyprawiło ją o zawrót głowy. Mówiła wtedy Debbie, 

żeby nie podejmowała żadnych istotnych decyzji w czasie jej nieobecności.

Widzę, że bardzo dobrze pamiętasz. Nie wierzysz w to, że zasady, 

które głosisz, dadzą się zastosować w praktyce?

Hej   wy   tam,   macie   zamiar   jeść,   czy   może   ja   się   zajmę   waszym 

spaghetti?   —   zawołał   Bill,   podczas   gdy   Hope   mozoliła   się   w myślach   nad 
odpowiedzią.

Uwolniła ramię z uścisku Jareda i podniosła głowę.

To   moja   sprawa,   czym   się   zajmuję   w swoim   wolnym   czasie   i nie 

powinno cię to obchodzić. A jeśli idzie o to, co głoszę, nawet nie śmiałabym 
rywalizować z takim kaznodzieją jak ty. Na tym rynku jesteś monopolistą. Nie 
grozi ci żadna konkurencja!

Pozwolił jej mieć ostatnie słowo, choćby dlatego, że w tej chwili najbardziej 

zagrożona   była   ich   porcja   spaghetti.   Widział,   jak   Hope   chwyta   łapczywie 
miskę, którą wyciągnęła do niej Karen.

Lecz jego słowa zapadły w jej umysł głęboko. Towarzyszyły jej w czasie 

grupowej sjesty, nękały i rzucały wyzwanie. W pewnym momencie, gdzieś po 
tym, jak Jared ułożył się do beztroskiej drzemki, a zanim zobaczyła, jak siada 
i przeciera pięściami oczy, wpadło jej do głowy trywialne pytanie.

Jeżeli ich czwórka przeprowadziła swoją „prywatną" naradę poza zasięgiem 

słuchu Jareda, to jakim cudem wie o brudnych skarpetkach?

Jared   schował   płócienną   płachtę   do   odpowiedniej   przegródki   w swoim 

plecaku, podniósł go i wsunął ramiona w paski. Uczucie znużenia przygniatało 
go bardziej niż fizyczny ciężar na plecach.

Na   odzyskanie   energii   nie   ma   nic   lepszego   od   pokrzepiającej   drzemki, 

pomyślał z przekąsem. Zwykle potrafił medytować w każdych warunkach, ale 
widocznie nie pod badawczym wzrokiem Hope. Oczywiście udawał, że śpi. 
Rozmyślał   o tych   brązowych   oczach   przemykających   po   jego   ciele, 
wyobrażając sobie, że jej dłonie wędrują w ślad za spojrzeniami.

background image

Bardzo profesjonalne zachowanie.
Bill wydał komendę do wymarszu i Jared czekał, żeby zamknąć pochód. 

Hope   zignorowała   go,   przechodząc   obok,   ale   wiedział,   że   nieustannie   tkwi 
w jej   świadomości.   Kiedy   zbliżali   się   do   siebie   bliżej   niż   na   trzy   metry, 
w powietrzu aż trzaskało od wyładowań. Beth pociągała go bardzo silnie, ale to 
było   nic   przy   tych   megawoltach   napięcia,   które   nie   opuszczało   go,   odkąd 
poznał Hope.

Trzymając krok za grupą, Jared życzył sobie, żeby to napięcie dotyczyło 

tylko   seksu.   Po   skończonej   wyprawie   odwiedziłby   w Alpine   znajomą 
rozwódkę,   która   nie   dążyła   do   małżeństwa,   ale   z radością   witała   jego 
okazjonalne wizyty. I problem rozwiązany.

Ale z Hope wszystko było bardzo skomplikowane. Choć jej uroda budziła 

w nim pożądanie, to jednak wnętrze intrygowało go bardziej. Rozmowy z nią 
były tak ekscytujące, rzucające tyle wyzwań, jak chyba żadna z tych, które 
prowadził   z Benem.   Jared   lubił   trudne   pytania,   lubił   się   sprawdzać 
w szermierce   na   słowa,   ale   w starciu   z delikatniejszą,   mniej   pewną   siebie 
kobietą   odzywał   się   w nim   niespodziewanie   jakiś   instynkt   opiekuńczy, 
potrzeba ochrony jej ducha walki przed załamaniem.

Jeżeli prawił kazania o demokracji, to tylko dlatego, że zagrożenia związane 

z budową imperiów znał z pierwszej ręki. Wiedział, kiedy upadają i jak niszczą 
każdego, kto znajdzie się zbyt blisko.

Hej,   Jared,   co   to   jest?   —   zawołał   Hank,   pokazując   zwierzątko 

podobne   do   myszy,   które   podskakując,   wzbijało   w górę   malutkie   fontanny 
piasku.

Jared przyspieszył i dołączył do stojącej szerokim wachlarzem grupy.

Gryzoń nazywany kanguroszczurem. Ten gość jest żywym dowodem 

teorii ewolucji Darwina. Świetnie sobie radzi, obywając się bez wody.

W ogóle nie musi pić?

W potocznym sensie nie. Jego organizm produkuje wodę z nasion, 

którymi się żywi.

Ale wygoda —  powiedział  Bill, podchodząc  bliżej,  żeby  lepiej  go 

było słychać.  Denerwujące kołatanie  gadziej grzechotki  znaczyło rytm jego 
kroków.   —   Muszę   przyznać,   że   czasami   na   myśl   o kłopotach   z wodą 
przechodzą   mnie   ciarki.   A gdyby   tak   tobie   coś   się   stało   i nawaliła 
krótkofalówka?   Strumień   zaznaczony   na   mapie   jest   wyschnięty   na   popiół. 
A jeżeli   nie   możemy   wierzyć   mapie,   to   raczej   nie   znajdziemy   sami   źródła 
i grozi nam śmierć.

Stawianie   czoła   elementarnym   zagrożeniom   i dawanie   sobie   z nimi   rady 

było najistotniejszym zadaniem kursów każdej szkoły przetrwania. Jared nigdy 
nie pozwalał sobie na lekceważenie ryzyka.

background image

Nie   mam   zamiaru   popełnić   niczego   takiego,   co   mogłoby   mnie 

wyeliminować i zwolnić z odpowiedzialności za was, ale — proszę bardzo — 
dla   celów   szkoleniowych   załóżmy,   że   już   po   mnie.   —   Wyciągnął   rękę 
w kierunku gór Sierra del Carmen, z porośniętymi lasem niebieskozielonymi 
zboczami, które jawiły się prosto na linii ich marszu. — Tam, wysoko, z wodą 
nie ma żadnych problemów. A w razie wyjątkowej, zagrażającej życiu sytuacji, 
tu   na   pustyni   albo   wyżej,   u podnóża   gór,   bawełniane   drzewa   i wierzby   są 
roślinami życia.

Zawsze rosną blisko wody? — spytała Karen.

Uśmiechnął się przelotnie, słysząc, że do jego improwizowanego wykładu 

włączył się następny uczeń.

Te drzewa rosną wszędzie tam, gdzie woda lubi się zbierać, ale może 

jej   wcale   nie   być   na   powierzchni.   W takim   wypadku   nie   wolno   wpadać 
w panikę. Trzeba poczekać do nocy, kiedy drzewa uwalniają część tego, co 
wchłonęły z ziemi, wykopać kilka dołków i patrzeć, jak się wypełniają.

Nigdzie   dokoła   nie   widać   rośliny   wyższej   od   kaktusa.   —   Hope 

przyłączyła   się   do   rozmowy.   —   A co   powinniśmy   zrobić,   jeśli   wszyscy 
porozbijamy się na skałach, poskręcamy kostki i nie będziemy w stanie szukać 
tych drzew?

Wtedy   za   rok   o tej   samej   porze   będę   pokazywał   studentom   wasze 

kości — ku przestrodze, żeby ostrożnie stąpali po skałach.

Kiedy inni się śmiali, Jared pochwycił spojrzenie Hope, dokładnie w tym 

momencie, kiedy zdziwienie ustąpiło miejsca triumfowi.

Nie, nie będziesz. Powiedziałeś, że jest po tobie, pamiętasz? Znajdą 

kupkę twoich kości gdzieś koło krótkofalówki.

Punkt   dla   ciebie,   Hope!   —   huknął   Bill,   podnosząc   w jej   kierunku 

otwartą dłoń.

Klasnęła w nią mocno, a potem stanęła twarzą do reszty grupy i szarpnęła 

daszek swej czapki w triumfującym geście „Moje na wierzchu!"

Najlepsze, co mógł zrobić Jared, to powrócić do tematu.

Prawdę mówiąc, w krainie kaktusów jest lepszy sposób na zdobycie 

wody niż szukanie jej pod ziemią.

Kaktusy! — stęknął Hank i popukał się w czoło. — Ale z nas kretyni. 

Możemy mieć wodę z kaktusów.

Logiczne założenie.

I   tak,   i nie.   Apaczowie   i Metysi   uważają   kaktusy   za   lepsze   źródło 

pożywienia niż wody. Chodźcie, coś wam pokażę.

Otworzywszy   swój   nóż,   Jared   podszedł   do   kwitnącego   poletka   opuncji, 

przeciął wielką owalną łapę na pół, a gdy grupa stłoczyła się wokół niego, użył 
końca noża jako wskazówki.

background image

Widzicie nasiona pomiędzy tymi płatkami? Można je mieszać z mąką. 

Owoc opuncji — ten mały pączek, o tu — będzie gotowy do zjedzenia jesienią. 
A zielone   kolczaste   łapy,   podobne   do   tej,   którą   rozciąłem,   można   obrać, 
a potem ugotować albo upiec. W sytuacji awaryjnej żucie miazgi, która jest 
w środku, dostarcza organizmowi trochę witamin i wody, chociaż wyciąganie 
z niej   kolców   jest   piekielną   robotą.   To   tak,   jakby   zdejmować   skórę 
z jeżozwierza. A pot, który stracicie przy takim wysiłku — dla kilku łyczków 
wody — może zniweczyć korzyści.

Wszyscy się zamyślili, a Jared wytarł ostrze noża o spodnie.

Ale nas pocieszyłeś — odezwała się w końcu Hope. — Mamy szukać 

drzew, których tu nie ma, modlić się o cud w postaci burzy albo wypocić się na 
śmierć, obierając jeżozwierza. Masz jeszcze sporo takich głodnych kawałków 
w zanadrzu?

Pokiwał czubkiem noża, sztyletując ją wzrokiem.

Mam   tu   dla   ciebie   bardzo   ostry   kawałek.   Jeszcze   jeden   dowcip, 

i zrobię pokaz.

Jej radosny śmiech sprawił mu dużą, o wiele za dużą przyjemność. Schował 

nóż do kieszeni i z desperacką gorliwością skoncentrował się na wykładzie.

Wierzcie czy nie, ale najlepsze, co można zrobić, żeby przeżyć, to 

czekać   na   poranną   rosę.   Tak,   tak,   rosę   —   dodał,   wyczuwając   zrozumiałe 
niedowierzanie. — Jest świeżo skroplona i przedestylowana, i prawdopodobnie 
bezpieczniejsza od wody, którą pijecie w domu.

Ale...   jak   ją   zebrać,   i to   w takiej   ilości,   która   uratuje   ci   życie?   — 

zapytał Hank.

Trzeba przygotować coś, co działa jak gąbka — kawałek bawełny 

byłby świetny — potem wstać o świcie i pracować szybko. Ścierać wszystko 
w zasięgu wzroku, nawet piasek, i wyciskać wodę do naczynia albo prosto do 
ust. Kiedyś użyłem jako gąbki pęku suchej trawy i zebrałem ponad litr wody, 
właśnie gdzieś tutaj.

Mężczyźni   słuchali   go   zafascynowani,   kobietom   nie   mieściło   się   to 

w głowie.

Jared uśmiechnął się z rezerwą.

No, to uratowało mi życie. I wcale nie grymasiłem. — Czuł, że zaraz 

zasypią go pytaniami, na które nie miał ochoty odpowiadać. — Słuchajcie, jeśli 
nie ruszymy w tej chwili, nie zdążymy rozbić przed zmrokiem obozu. Dlaczego 
jeszcze stoicie?

Bez następnego ostrzeżenia poszedł pierwszy, zostawiając ich w tyle.
Z   trudem   powłóczyli   nogami   i szli,   jakby   Jared   był   lokomotywą,   a oni 

ostatnimi wagonami w długim towarowym pociągu. W końcu jednak złapali 
krok i dogonili go. Był na to przygotowany.

background image

Zwrócił   im   uwagę   na   zdeptaną   trawę   przy   pobliskich   krzakach   akacji 

i pokazał zwierzęta podobne do świni, które schroniły się tam na sjestę podczas 
największego upału. Jakieś pięćdziesiąt metrów dalej Bill zobaczył sylwetkę 
matki z czwórką małych i rzucił się za nimi w pościg. Sekundę później gnał 
z powrotem, a maciorze aż kurzyło się spod racic. Miała nastroszoną szczecinę 
i groźnie pomrukiwała. Odstąpiła od ataku na widok większej grupy ludzi. Bill 
zwalił się ciężko na kolana.

O kur... Niewiele brakowało. Czy one jedzą ludzi? — wysapał ciężko.

Ryknęli śmiechem, ale Jared był litościwy.

Nie, ale poza tym jedzą już wszystko. Opuncje, korzonki, jaszczurki, 

węże... — Odwrócił się do Hope i pogroził jej palcem. — Tylko bez wycieczek 
do genealogii Billa.

Nie   ma   potrzeby,   ale   dzięki   za   przestrogę   —   powiedziała 

z przekąsem.

Po   chwili   przestali   się   droczyć,   podniecenie   gdzieś   znikło,   grupa   jakby 

zapomniała o pytaniach. Ruszyli ostro do przodu, a Jared znów zajął miejsce na 
końcu. Bill prowadził rozsądnym tempem, tak że Karen mogła iść krok w krok 
z Hankiem.   Wkrótce   tych   dwoje   pogrążyło   się   w ożywionej   rozmowie   — 
trochę zbyt ożywionej jak na wymagania Jareda.

Kiedy Hope zauważyła, że Jared prawie dołączył do reszty grupy, zwolniła 

i wyrównała z nim krok.

Mogę iść z tobą przez minutkę?

Hmm. Ciekawe, co teraz wymyśliła.

Jeśli powiem nie, obrazisz się?

Nie.

A więc nie. Nie możesz. Właśnie zacząłem medytować — skłamał 

i czekał, aż zachowa się jak osoba dobrze wychowana.

Dwie minuty później — nie doczekawszy się — wlepił w nią wzrok.

Powiedziałam,   że   się   nie   obrażę.   Nie   mówiłam,   że   odejdę.   — 

Uśmiechnęła się zuchwale, uśmiechem nie do odparcia.

Strzał   prosto   w serce   poszerzył   szczelinę,   przez   którą   Hope   zdawała   się 

zawzięcie przeciskać — świadomie lub nieświadomie.

Muszę   przyznać,   że   jesteś   najbardziej...   niezwykłą   kobietą,   jaką 

kiedykolwiek znałem.

Jej uśmiech zgasł.

Z wzajemnością, druhu. Umiesz zbierać gąbką rosę z trawy, poruszać 

się   jak   lis,   uszy   masz   jak   jakiś   cholerny   zając...   —   Podchwyciła   jego 
zaskoczone spojrzenie — Tak, tak... Chyba że potrafisz czytać w myślach — 
a jeśli nie, to jedyne logiczne wyjaśnienie wzmianki o brudnych skarpetkach. 
Domyślam się, że pan Pędzący, przepraszam, Biegnący Niedźwiedź nauczył 

background image

cię o wiele więcej, niż się do tego przyznajesz. Bardzo bym chciała, żebyś 
puścił trochę farby.

Dlaczego miałbym to zrobić?

Powiedzmy, że jestem ciekawa.

No dobrze, A dlaczego jesteś ciekawa?

Patrzyła   prosto   przed   siebie,   jej   mięśnie   zesztywniały,   delikatny   zapach 

strachu   mieszał   się   z rozgrzaną   w słońcu   magnolią   i o wiele   mocniejszym, 
bardziej uderzającym do głowy aromatem kobiecości. Jej ciekawość przeraziła 
ją samą. Czuła się, i na pewno tak wyglądała, jakby chciała natychmiast uciec, 
ale powstrzymywała ją jakaś potężna siła.

Kiedy Jared zdał sobie sprawę, że to on jest tą siłą, oszołomił go dreszcz 

dzikiej satysfakcji. Nagle jego potrzeba mówienia stała się równie silna jak jej 
potrzeba słuchania. Mógłby odsłonić się przynajmniej na tyle, żeby skończyć 
z żałosnymi popisami w stylu „nienasycony apetyt", jaki odstawili kilka dni 
temu. Może dzięki temu, kiedy wyprawa się skończy, oboje będą mogli wrócić 
do   swojego   życia,   swoich   zobowiązań,   i nie   będą   ich   prześladowały 
wspomnienia namiętnej przygody.

Zastanawiał się długo, od czego zacząć...

Odruchowo obchodząc kaktusy i kamienie, Hope czekała, aż Jared podejmie 

swą opowieść. Jak dotąd, była zachwycająca.

Był   włóczęgą   w najprawdziwszym   znaczeniu   tego   słowa.   Przejeździł 

i przewędrował   najbardziej   zapadłe   zakątki   kraju.   Utrzymywał   się 
z dorywczych   prac,   obozował   w parkach   narodowych,   jeśli   miał   na   to 
pieniądze, albo spał w przydrożnych rowach, jeśli ich nie miał. Kiedy było to 
możliwe,   żywił   się   dziczyzną   i wszelkimi   jadalnymi   roślinami,   a za 
przewodnika służyły mu książki o sztuce przetrwania.

Niewiarygodne. Fascynujące.
Chciała dowiedzieć się więcej.

Kiedy trafiłem na podwórko szkoły Bena, byłem zwykłym lumpem 

z zachodniego Teksasu — odezwał się w końcu.

Hope westchnęła z ulgą.

Przemierzyłem   szmat   drogi   autostopem   z Alpine,   ale   musiałem 

wynosić się sprzed bramy Parku Narodowego Big Bend. Nie stać mnie było na 
tygodniowy   karnet   dla   turystów,   więc   przemknąłem   się   tam   chyłkiem   po 
zapadnięciu zmroku. Opuszczona szkoła wydawała się dobrym miejscem na 
kryjówkę.

Jared Austin łamiący prawo? Pozwalający sobie na łamanie przepisów?

Szkoła   musiała   być   zamknięta   od   dłuższego   czasu.   Stojący   za   nią 

background image

budynek   z suszonej   cegły   z daleka   również   wyglądał   na   nie   zamieszkany. 
Pomyślałem   sobie,   że   to   zupełnie   opuszczone   miejsce   i ruszyłem   w stronę 
domu.   Wtedy   frontowe   drzwi   otworzyły   się   i pojawił   się   w nich   stary 
mężczyzna. Po prostu stał tam i patrzył na mnie, prawie jak gdyby się mnie 
spodziewał.

Jared milczał już dłuższą chwilę, więc Hope zerknęła w bok. Na jego szyi 

widać   było,   że   z trudem   oddycha.   Jej   także   ścisnęło   się   serce.   Ben   miał 
szczęście. Być kochanym przez takiego człowieka to nadzwyczajny dar.

Widziałaś kiedykolwiek stare fotografie Geronimo? — zapytał głosem 

stłumionym od wzruszenia.

Hope usiłowała pozbierać rozbiegane myśli. Chyba każdy, kto chodził do 

szkoły w Teksasie, wiedział, kim był Geronimo.

Tak, oglądałam jego zdjęcie w jakichś książkach historycznych.

Dobrze, więc przypomnij je sobie dokładnie.

Masz tę twarz przed oczami?

Szeroka, płaska, ze śmiałym orlim nosem i hipnotyzującymi oczami.

Tak, mam.

A   teraz   wyobraź   go   sobie   w workowatych,   wytartych   dżinsach, 

wyblakłej   flanelowej   koszuli   w kratę   i w wymiętoszonym,   słomianym 
kapeluszu. Do twarzy dodaj tyle zmarszczek, że nie zmieściłaby się ani jedna 
więcej, zmień długie czarne włosy na mieszankę bieli i cynowej szarości. Ale 
zostaw takie same oczy. Niech będą młode, czarne i tak przeszywające, żebyś 
poczuła się przyszpilona, uhonorowana i upokorzona jednocześnie. Widzisz go 
teraz?

Widzę — szepnęła przejęta.

Tak   właśnie   wyglądał   Ben   Biegnący   Niedźwiedź   na   szkolnych 

schodach, kiedy zobaczyłem go po raz pierwszy. W końcu zebrałem się na 
odwagę i poprosiłem o szklankę wody. Zabrał mnie do swojego domu, dał pić 
i zaprosił na kolację. No i spędziłem z nim ostatnie trzy lata jego życia.

Rzadko   zdarzało   jej   się   słyszeć,   żeby   ktoś   z jej   pokolenia   z takim 

szacunkiem mówił o własnych rodzicach. Z pewnością nigdy go nie rozpoznała 
w swoim własnym głosie.

Gdzie była jego rodzina, jego... plemię?

Uśmiechnął się pobłażliwie.

Plemię   to   hollywoodzki   mit.   W rzeczywistości   Apacze   żyją 

w grupach   wielkich   rodzin   nazywanych   związkami.   W dzisiejszych   czasach 
wszystkie te grupy mówią o sobie „naród". Ale Ben zachował w pamięci, i to 
przejmowało go bólem, swój związek Apaczów — Mazatzal. Był jego ostatnim 
żyjącym członkiem.

Kawałki układanki złożyły się w całość.

background image

Dopóki nie zostałeś jego przybranym wnuczkiem.

Tak   —   przyznał  po   długiej   przerwie.  —   Podejrzewałem,   że   na   to 

wpadniesz.   Ben   miał   ponad   piętnaście   hektarów   nie   uprawianej   ziemi   plus 
osiemdziesiąt lat życiowej mądrości, wiedzy i historii kultury, która umarłaby 
razem z nim. Miałem dużo szczęścia, że pozwolił mi wejść do swojego życia 
i zdecydował, że lepiej przekazać swoje bogactwo białemu człowiekowi niż 
nikomu.

A szkoła?

Zbudowała   ją   we   wczesnych   latach   osiemdziesiątych   jakaś 

organizacja   charytatywna,   ale   zebranie   uczniów,   zatrudnienie   przyzwoitych 
nauczycieli, ustalenie sposobu finansowania — wszystko to okazało się zbyt 
trudne. Ostatecznie organizacja zdecydowała się przenieść prawa do budynku 
na Bena w podzięce za przekazaną im wcześniej ziemię.

Więc odziedziczyłeś po nim tę szkołę?

Skręcił gwałtownie głowę.

Jeżeli   myślisz,   że   wykorzystałem   jego   przyjaźń   po   to,   żeby 

odziedziczyć po nim majątek, to cholernie się mylisz. Nie wiedziałem nawet, 
że Jacksauot jest jego własnością, dopóki prawnik nie pokazał mi dokumentów 
w domu pogrzebowym. Ben mówił mi, że może tu żyć za darmo w zamian za 
utrzymanie szkoły w stanie gotowym do użytku.

Do głowy mi nie przyszło, że go wykorzystałeś.

Mówiła   prawdę.   Nawet   cień   takiej   myśli   nie   przeszedł   jej   przez   głowę, 

mimo   że   miała   spore   doświadczenie   w wyciąganiu   logicznych   i cynicznych 
wniosków.

No więc dobrze. Nie wykorzystywałem go i nie manipulowałem jego 

uczuciami. Kochałem tego starego człowieka. Nie potrafiłabyś mi przylepić 
metki z ceną na tym, co od niego dostałem. To on nauczył mnie skautingu.

Skautingu? Hope nie umiała powstrzymać się od parsknięcia śmiechem.

Trochę koloryzujesz, prawda?

Wyobraź   sobie,   że   nie.   —   Skrzywienie   jego   ust   zdawało   się 

potwierdzać, że w życiu wszystko się może zdarzyć. — Zaczął mnie uczyć już 
pierwszego dnia.

Przeczuwała,  że Jared nie ma  na myśli  rozbijania namiotu  ani orientacji 

według mapy topograficznej.

Jakie to były lekcje?

Przetrwania,   tropienia,   świadomości,   filozofii   życia   w zgodzie 

z naturą, zamiast posiadania jej. Liznąłem tego wszystkiego wcześniej, włócząc 
się po świecie na własną rękę, ale dopiero Ben uświadomił mi, dlaczego tak 
lgnąłem do dzikiej przyrody. Rzeczy, które należały kiedyś do mnie, a teraz 
mogłem je tylko opłakiwać...

background image

Zerknął na Hope ukradkiem, jakby przestraszył się, że odsłonił zbyt wiele.

Które sprzedałeś, żeby zwrócić długi ojca — dokończyła za niego. — 

Ilu synów stać byłoby na taki gest?

Wpatrywał się w horyzont.

Tak... W każdym razie te rzeczy tak naprawdę posiadały mnie.

To, czego szukam, jest we mnie — przypomniała.

Właśnie!   Ben   mnie   nauczył   tej   medytacji.   Studiował   wszystkie 

religie,   nawet   New   Age,   i wiele   z ich   mądrości   uznał   za   własne.   Ale 
największą   wagę   przykładał   do   sztuki   skautingu.   W końcu   doszedłem   do 
wniosku,   że   życie   blisko   ziemi   pomaga   ludziom,   kobietom   i mężczyznom, 
zrozumieć swoją istotę, doprowadzić ją do źródeł. Mówiąc prosto, im bardziej 
oddalamy się od dzikiej natury, tej, która nam jeszcze została, tym bardziej 
stajemy się nieludzcy.

Ciężka sprawa.

Jednym   słowem,   musimy   wrócić   do   natury,   żeby   nie   zmienić   się 

w bestie. A szkoła przetrwania jest twoją srebrną kulą.

Uśmiechnął się zaskoczony.

Nie mam takich ambicji, żeby trafiać w serce każdego ucznia, ale się 

staram. Na początku myślałem, że w twoje całkiem chybiłem.

Hope potknęła się.
Tylko   błyskawiczny   refleks   Jareda   uchronił   ją   przed   następną   warstwą 

makijażu z ziemi.

Nic ci się nie stało?

Nic poza tym, że jej zdradzieckie serce waliło tuż przy jego przedramieniu. 

Cofnęła się o krok i zmusiła usta do niepewnego uśmiechu.

Nie, w porządku, chyba nie zauważyłam kamienia. Dzięki za pomoc.

Cała przyjemność po mojej stronie.

Mogłaby   przysiąc,   że   w tych   słowach,   wypowiedzianych   ochrypłym 

głosem,   była   erotyczna   aluzja.   Odwróciła   się   szybko   i szła   dalej.   Musiała 
ochłonąć. Ale jego długie kroki zaniosły go do niej o wiele za wcześnie.

Najlepiej od razu wyjaśnić niedomówienia.

Co miałeś na myśli, zakładając, że nie trafiłeś w moje serce? Sądziłeś, 

że jestem bestią?

Nie bestią. Choć może hipokrytką. Ten towar — wynalazek twojego 

„milczącego bohatera" — jest tym samym towarem, który uczyni cię „bardzo 
bogatą kobietą", mam rację?

Zadrżała   na   wspomnienie   tamtej   okropnej   rozmowy,   kiedy   chełpiła   się 

przed Billem swym przyszłym bogactwem.

Masz   rację.   Ale   wszystkie   moje   przedsiębiorstwa   wytwarzają 

produkty   lub   oferują   usługi,   które   wnoszą   do   społeczeństwa   coś 

background image

wartościowego. To jeden z warunków, które zawsze stawiam, wchodząc z kimś 
w interesy.

Powiedziałem, że myślałem, że chybiłem w twoje serce.

Więc… nie uważasz mnie za potwora?

Zamyślił się na chwilę.

Myślę, że jesteś...

Patrzyła ślepo przed siebie, jej zmysły balansowały na granicy równowagi.

Nie, nie uważam cię za potwora — skończył drewnianym głosem.

Milczała rozczarowana. Chciała nalegać na więcej, ale przywołała się do 

rozsądku   i zawróciła   ze   skraju   przepaści.   Lepiej   niech   tak   zostanie, 
przekonywała   się   gorliwie.   Lepiej   odzyskać   dystans.   Rozpadlina,   która   ich 
dzieli, jest zbyt szeroka.

On jest oddany swojej pracy, tak jak ona swojej. Nie mieliby czasu, żeby się 

spotykać u jednego z nich — przemierzając  cały  kraj. A przeprowadzka ani 
jednej, ani drugiej firmy nie wchodzi w rachubę. Tak, unikanie niepotrzebnego 
bólu w przyszłości to na pewno mądry wybór.

Z bólem serca, który doskwiera jej teraz, upora się dość szybko.

background image

11

Dwa dni później Hope ocknęła się tuż przed świtem, w pogrążonym jeszcze 

w mroku   namiocie.   Obudził   ją   lekki   dreszcz   podniecenia.   Zegar 
podświadomości   przypomniał,   że   istnieje   wyjątkowy   powód,   by   wstać   tak 
wcześnie. Wreszcie powróciła świadomość.

Dzisiaj pokaże, co potrafi jako przewodnik grupy.
Gdyby tydzień temu Debbie próbowała ją przekonać, że będzie się cieszyła 

na taką przygodę, wyrzuciłaby ją z gabinetu. Ale teraz patrzyła na świat trochę 
inaczej. Prawdę mówiąc, już od dnia, kiedy Jared po raz pierwszy opowiadał 
im o życiu bliżej natury.

To pod jego wpływem przestała traktować ziemię jak towar, który można 

mieć na własność — coś, czego używa się dla wygody, co przemierza się jak 
najszybciej, żeby dotrzeć do następnego miejsca postoju. Zaczęła dostrzegać 
to, na co przedtem ledwie rzucała okiem.

Rośliny   i zwierzęta   rozproszone   w bezkresnej   przestrzeni,   skąpane 

w rozświetlonym,   przejrzystym,   niczym   nie   skażonym   powietrzu. 
Szybkonożne   pustynne   ptaki   przystające   co   chwila,   by   pysznić   się   swymi 
pędzlowatymi   czubami;   jaszczurki   śmigające   po   piasku   niczym   bosonodzy 
turyści po rozpalonej słońcem plaży; jastrzębie kołujące wysoko nad ziemią.

I   kwiaty!   Odległe   plamy   szkarłatu   i żółci,   z bliska   zdające   się   dziełami 

artysty. Kremowobiałe płatki juki można jeść na surowo, suszone liście skręcić 
w linę, a z utartych w wodzie korzeni zrobić dobre mydło — o tym wszystkim 
opowiadał im Jared. O tym i o wielu innych ciekawych rzeczach.

Smakowite   kąski   jego   wiedzy   sprawiały,   że   kilometry   drogi   uciekały 

niepostrzeżenie.   Mógłby   być   autorem   wielu   programów   w „Discovery 
Channel" i Hope dziękowała niebiosom za to, że w czasie pierwszych zajęć 
wyprowadziła go na tyle z równowagi, że przydzielił ją do swojej grupy.

Poprzedniego dnia zostawili za sobą pustynię i sama się dziwiła, że było jej 

żal.   Ale   czekała   ich   jeszcze   wędrówka   po   trawiastych   zboczach   Sierra   del 
Carmen. Dzisiaj miała szansę wykazać się — popisać talentem przywódczym, 
sprawdzić w praktyce reguły demokracji, które zawsze głosiła. Zależało jej na 
tym jeszcze bardziej niż na sprzedaży akcji UroTechu.

Wygrzebała się ze śpiwora, ubrała jak najciszej i sięgnęła po bluzę. Karen 

przypominała   poczwarkę   w swoim   ciepłym   kokonie   śpiwora.   Temperatura 
spadała w miarę, jak wspinali się coraz wyżej. Ale Hope za upałem pustyni nie 
tęskniła ani trochę.

Wyczołgała się z namiotu, wstała i przez krótki moment zastanawiała się, 

background image

gdzie jest wschód — tak jak codziennie na szlaku.

Tylko że teraz było ciemniej. Zimniej.
Inaczej niż zwykle.
Nie   czuła   nawet   najlżejszego   podmuchu   wiatru.   Gwiazdy   już   zbladły, 

zwiastując   nadchodzący   świt,   ale   w gęstej   szarości   ledwie   można   było 
rozpoznać kontury krajobrazu. Namiot Hanka i Billa majaczył po lewej stronie, 
dwadzieścia   metrów   dalej.   Sosny   przy   skraju   polany,   na   której   rozłożyli 
obozowisko, wyglądały jak żołnierze na warcie. Obłoczki pary, znaczące jej 
równy, spokojny oddech, nagle przestały się pojawiać...

Na końcu świata poznałaby tę charakterystyczną sylwetkę, która wyłoniła 

się   z szarości   po   przeciwnej   stronie   polany.   Wysoki,   szeroki   w barach, 
o szczupłych biodrach. Prawdziwy mężczyzna. O takich marzą kobiety, które 
bardzo często budzą się ze swych marzeń u boku troglodyty, pozbawionego 
zarówno rozumu, jak i przyzwoitości. Jaredowi nie brakowało ani jednego, ani 
drugiego. Nie wspominając o męskości, którą Hope także brała pod uwagę.

Nie poruszył się, po prostu stał i patrzył, przyciągając ją swą magnetyczną 

silą. Zorientowała się nagle, że idzie przez wysoką po kolana trawę, potem 
zatrzymuje się przed nim w odległości wyciągniętego ramienia.

Za blisko. I nie dość blisko.

Nie możesz spać? – zapytała miękkim głosem, który i tak zabrzmiał 

o wiele za głośno.

Nie   potrzebuję   dużo   snu.   Ale   dziwię   się,   że   ty   jesteś   na   nogach. 

Myślałem, że tylko zapachem kawy można cię wyciągnąć z namiotu — droczył 
się z nią swym głębokim basem.

Potem zamilkł. Kochankowie otuleni ciemnością.
Wstrząsnął nią dreszcz.
Jared zdjął sweter i przykrył nim jej plecy, rękawami owijając szyję. Wełna 

była   ciepła,   przesiąknięta   męskim   zapachem.   Poczuła   się,   jakby   objął   ją 
ramionami. Spuściła wzrok.

Lepiej?

Niespodziewane łzy zacisnęły jej gardło.

Jak to możliwe, żeby taki mężczyzna... jak ty żył od tylu lat samotnie?

W ten sposób trzymam dystans, demonie.

A jakim ja jestem mężczyzną?

Błyskotliwym. Wspaniałym.

Heteroseksualnym.

Zaśmiał się.

Kiedyś byłem zaręczony.

Nie pytaj.

I co się stało?

background image

Milczał przez chwilę, a następnie wzruszył ramionami.

Beth była słodka i nieśmiała, jakby nie z tego świata. Właśnie to mi 

się   w niej   spodobało.   Zakochałem   się   w niej,   postanowiłem   oswoić 
towarzysko. Tak naprawdę, to ja ją zaprowadziłem na pierwszy bankiet i ja 
namówiłem do wypicia pierwszego koktajlu, takiego zwalającego z nóg, jak na 
kaca   dla   wytrawnych   pijaków.   —   Jego   kpiący   łagodnie   ton   przeszedł 
w zjadliwy   sarkazm.   —   Wkrótce   była   ostatnią   osobą,   która   opuściłaby 
jakiekolwiek   przyjęcie.   Coraz   częściej   musiałem   ją   nosić   na   plecach   do 
samochodu.

Przesadzała z piciem?

Odkąd pokazałem jej sposób na odprężenie i pokonanie nieśmiałości, 

Beth nie przestała pić ani na chwilę.

Obwiniał siebie. Przecież to śmieszne.

Alkoholizm to choroba, genetyczna skłonność, a nie zły nawyk. Skąd 

mogłeś wiedzieć, że picie stanie się jej nałogiem?

Powinienem Beth zaakceptować i chronić taką, jaka była na początku, 

a ja   próbowałem   ją   zmieniać.   Kiedy   zorientowałem   się,   że   sprawa   jest 
poważna,   ona   bardziej   kochała   alkohol   niż   mnie.   Posłuchaj,   Hope...   — 
bezradnym gestem zmierzwił włosy — to było dawno temu. Pogodziłem się ze 
wszystkim, co zrobiłem i czego nie zrobiłem. Zmieńmy temat, dobrze?

Widziała,   jak   pierwsze   promienie   słońca   muskają   jego   policzki   i mocno 

zarysowaną, kanciastą brodę. Przekrzywione na nosie okulary i rozczochrane 
włosy   zmiękczały   jego   rzeźbione   rysy.   Zacisnęła   dłonie   na   rękawach   jego 
swetra. Tak bardzo ją kusiło, żeby wyciągnąć rękę i przeczesać palcami jego 
włosy. Ale to wolno tylko matce — albo kochance.

Nagle Jared zesztywniał, koncentrując uwagę na czymś, co działo się za 

jego plecami. Zaraz potem jego twarz rozbłysła uśmiechem. Położył palec na 
ustach, odwrócił się i pociągnął ją w dół, ukrywając w wysokiej, pszenicznego 
koloru trawie. Podążyła za jego wzrokiem na skraj gęstego, odległego o jakieś 
pięćdziesiąt metrów sosnowego zagajnika.

Całun nocy unosił się powoli, ale nie widziała niczego, co mogło poruszyć 

Jareda.   Milczała   jednak,   wierząc   w jego   nadzwyczajnie   wyczulone   zmysły. 
Sekundę później jej wiara została nagrodzona.

Dorosła łania wyłoniła się ze ściany czarnego lasu, jakby z płaskiej stronicy 

albumu. Torowała sobie uważnie drogę przez gęste poszycie, potem zatrzymała 
się, rozejrzała wokoło, trwożliwie strzygąc długimi uszami. Wreszcie schyliła 
głowę   i zaczęła   skubać   delikatne   zielone   liście.   Niedosłyszalne   pozwolenie 
wyciągnęło   z lasu   jelonka.   Najpierw   ostrożnym,   potem   coraz   śmielszym 
krokiem, małe nakrapiane stworzenie dotarło na swych koślawych nogach do 
matki.

background image

Krople rosy migotały na trawie. Ptaki, gwiżdżąc i świergocząc, witały dzień 

i krewniaków okupujących sąsiednie drzewa. Idylliczna scena. Sentymentalna 
i błoga.   Przeciwieństwo   frenetycznego   pośpiechu,   jaki   panował   w świecie 
biznesu. W świecie, który Hope uwielbiała.

Była   oczarowana.   Całkowicie,   bez   reszty   oczarowana.   Spokojne 

zadowolenie emanujące z Jareda wzmagało jej żywiołową radość.

Po raz pierwszy od czasu, kiedy opuściła rodzinną farmę, zrozumiała coś tak 

prostego i smutnego.

Odcinając   się   od   wszystkiego,   co   „blisko   ziemi",   nie   odgrywała   się   na 

rodzicach, tylko karała samą siebie.

Nostalgiczna   tęsknota   ugodziła   w ostatnie   czułe   miejsce   jej   obronnej 

twierdzy. Niebieskolistny łubin już niedługo zakwitnie na pastwiskach. Może 
po tej wyprawie, zanim wróci do Nowego Jorku, wpadłaby z krótką wizytą na 
ranczo?

Zgrzyt błyskawicznego zamka wyrwał ją z zadumy. Ktoś otworzył namiot. 

Łania podniosła raptownie głowę i znieruchomiała.

Cholera, jak zimno!

Niezadowolony głos należał do Billa.
Obydwa   jelenie   pogalopowały   do   lasu   z uniesionymi   wysoko   ogonkami 

i znikły, przenosząc się do albumu wspomnień. Jedynym dowodem na to, że 
istniały naprawdę, był krąg matowej trawy, pozbawionej srebrzystych kropelek 
rosy.

Psiakrew, widzieliście tego jelenia? Hank, wstawaj, zobaczysz jelenia!

Hope pochwyciła wzrok Jareda i zobaczyła w jego oczach odbicie własnego 

rozgoryczenia. Nie mogąc powstrzymać uśmiechu, wstała i odwróciła twarz do 
słońca. Dobry nastrój powrócił.

Magiczna   chwila   prysnęła   jak   bańka   mydlana,   ale   czekał   ją   cały   nowy 

dzień. Postanowiła, że będzie to piękny dzień.

Na   prywatnym   lądowisku   pod   Del   Rio   Stan   Lawler   wyjął   z bagażnika 

lincolna swój plecak i zatrzasnął głośno klapę. Przez chwilę podziwiał białą 
limuzynę lśniącą w promieniach porannego słońca, potem rzuci} swoje rzeczy 
na   ziemię.   Na   kilka   dni   musi   zapomnieć   o luksusowych   autach   i hotelach. 
Helikopter   przyleci   lada   moment.   Zrobi   swoje,   zwinie   forsę   i ulotni   się   do 
Chicago.

Na   myśl   o brudnej   kawalerce   szyderczy   grymas   wykrzywił   mu   wargi. 

Pierwsza   sprawa,   jaką   powinien   załatwić   natychmiast   po   powrocie,   to 
znalezienie mieszkania z klasą. A może wynieść się do innego miasta. .. Tak, to 
jest myśl. Urządzić się w takim miejscu, gdzie nie musiałby mrozić tyłka przez 

background image

sześć miesięcy w roku.

Przykucnął   na   asfalcie   i otworzył   plecak.   Spakował   go   dokładnie   już 

poprzedniego  wieczoru, ale uważał,  że dobre planowanie i skrupulatność  to 
trzy   czwarte   sukcesu.   Sprawdził   więc   dwa   razy   zawartość   bagażu,   tak   jak 
szanujący   się   biznesmen   sprawdza   służbową   walizkę   przed   ważnym 
spotkaniem.   W gruncie   rzeczy   nie   potrzebował   nawet   połowy   tego   gówna. 
Dziecinna robota. Wykończyć babę z M21 to nie to samo co załatwić kogoś 
z bliska, patrząc mu w oczy. Na wszelki wypadek zabrał też Rugera Mark II 
i nóż myśliwski z rogową rękojeścią. Nóż miał dla niego wartość pamiątkową 
i nigdy się z nim nie rozstawał.

Zanim zgodził się na tę robotę, zażądał kilku informacji. Seksowna ruda 

laska, którą pokazali mu na zdjęciu, była porąbaną feministką — bezczelnym 
babonem doprowadzającym facetów do szału. Przynajmniej tak mówią o niej 
w firmie.   Najważniejsze,   żeby   dopaść   ją,   zanim   nadejdzie   jakaś   gówniana 
aprobata z FDA, urzędu kontroli żywności i leków. Niczego więcej nie musiał 
ani nie chciał wiedzieć.

Jak tylko wyląduje w górach, namierzy z radia dokładne położenie jej grupy 

i wyfrunie do Meksyku, zanim zacznie się cyrk z policją i prasą. Rozkaz to 
rozkaz.

Z drugiej strony...
To kontrakt przełomowy. Może jednak starczy mu czasu, żeby uczcić taką 

okazję czymś specjalnym, trochę się zabawić... Gdyby jeden z tych palantów, 
instruktorów od przetrwania, wlazł mu w drogę — tym lepiej.

Głuchy  furkot postawił Staną na baczność,  nim helikopter ukazał się na 

horyzoncie. Szybki, z niskim poziomem wibracji i mało hałaśliwy AS 350B 
Ecureuil   doskonale   nadawał   się   do   przerzucania   towarów   przez   granicę 
meksykańską, zwłaszcza takich, którymi nie warto się chwalić. Kiedy płozy 
dotknęły ziemi, Stan poczuł pierwszy dreszcz podniecenia. Na bezchmurnym 
niebie słońce świeciło pełnym blaskiem, ale to go najmniej cieszyło.

Każdy poranek, który przybliżał go do tej decydującej wielkiej chwili, był 

początkiem dobrego dnia.

Poranna trasa wiodła w górę trawiastymi zboczami ku wysokim szczytom 

Sierra   del   Carmen.   Drzewa   rosły   coraz   gęściej   i oprócz   przeważających 
w niższych   partiach   sosen   pinons,   pojawiały   się   sosny   ponderosa   i jodły 
Douglasa.   Aromatyczna   woń   iglastych   drzew   i rześkie,   chłodne   powietrze 
zaostrzyło jej apetyt. Inni też pewnie nie mogli doczekać się lunchu.

Zaczęła wołać do idącej z przodu Karen i nagle zdała sobie sprawę, że od 

dobrych piętnastu minut nie słyszy szmeru rozmów za plecami. Ciekawe...

background image

Czy Jared też to zauważył? Od początku drogi powstrzymywała się, żeby 

nie oglądać się za siebie i nie spodziewać się od niego pochwał.

Bill zachowywał się o wiele głośniej godzinę temu, kiedy Karen, idąca na 

czele grupy, zaczęła się wyraźnie męczyć. Narzekał długo i hałaśliwie, że zbyt 
zwalnia tempo, dlatego powinna zamienić się z nim miejscami.

Hope chciała, żeby szli tempem, które wytrzyma najsłabsza osoba w grupie. 

Patrzyła teraz na tę „najsłabszą", która pięła się dzielnie pod górę pięć metrów 
przed   nią.   W nocy   Karen   dostała   okres   i rano   wyglądała   niewyraźnie,   nie 
wydusiła jednak z siebie ani słowa skargi.

Niedługo   przystanek   na   lunch   —   obiecała   jej   Hope.   —   Jak   się 

czujesz?

Lepiej niż Bill. Zamknął się na dobre, od kiedy przydzieliłaś mu na 

resztę dnia czytanie mapy. Wielkie dzięki.

Zawsze do usług.

Hope miała nadzieję, że wyznaczając Billowi zadanie, które przekracza jego 

umiejętności,   wywoła   w nim   współczucie   dla   osoby   najsłabszej   fizycznie 
w grupie, i miała rację. Wyglądało na to, że kiedy zwalczyła w sobie lęk przed 
kompromitacją,   obudził   się   w niej   talent   psychologiczny,   dorównujący 
matematycznemu.

Duma dodała jej nowej energii. Wysunęła się przed zmęczoną przyjaciółkę 

i pięć   minut   później   znalazła   doskonałe   miejsce   na   biwak.   Była   to   polana 
otoczona   ze   wszystkich   stron   lasem.   Zanim   inni   tam   dotarli,   zdążyła   się 
rozejrzeć i zdjąć plecak.

No i jak tam, wojsko, nie za wcześnie na lunch?

Żarty   na   bok   —   odezwał   się   Bill.   —   Chyba   nawet   orzechowy 

pemikan z żelaznej porcji przeszedłby mi przez gardło. Kto jest dzisiaj szefem 
kuchni?

Wszyscy, łącznie z Hope, spojrzeli na Karen.
Zanim   jednak   Karen   zdążyła   odpowiedzieć,   Hope   przypomniała   sobie 

o obowiązkach przewodnika.

To niesprawiedliwe, żeby Karen robiła wszystko sama. Pomogę jej.

Bill   stęknął   i zrobił   zbolałą   minę.   Pozostali   unikali   dyplomatycznie   jej 

wzroku. Tylko dlatego, że rano przypaliła owsiankę, a zaraz potem zaparzyła 
trochę za mocną kawę...

Ile mamy wody? — spytała wyniośle.

Wszyscy   otworzyli   plecaki.   Manierki   i plastikowe   dzbanki   były   prawie 

puste.   Cztery   pary   oczu   spojrzały   na   nią   z wyrzutem   o różnym   stopniu 
intensywności.

I to tylko dlatego, że do następnej porcji owsianki zużyła odrobinę za dużo 

wody, a następny dzbanek kawy...

background image

Hope   mruknęła   coś   pod   nosem,   poprosiła   o mapę   i odnalazła   strumień 

płynący równolegle do trasy ich marszruty.

Może pójdziecie po wodę, a ja urządzę w tym czasie kuchnię?

Pomogę ci — zaproponowała Karen.

Alleluja!   —   zawołał   Bill,   patrząc   wilkiem   na   Hope.   —   Nie   ma 

powodu,   żeby   wszyscy   naraz   szli   po   wodę.   Zresztą   Karen   wygląda   na 
zmęczoną. No co, panowie, mam rację?

Karen wygląda fan... — zaprotestował gorąco Hank. — Według mnie 

wygląda świetnie.

Bardzo was przepraszam, ale dlaczego rozmawiacie, jakby mnie tu nie 

było?

Brawo, przyjaciółko!

Bill,   twoja   troska   jest...   wzruszająca.   Mam   ochotę   się   rozpłakać. 

Karen, rzeczywiście mogłabyś mi pomóc. — Hope podniosła wzrok na Jareda. 
— Co o tym myślisz?

Według mnie plan jest sensowny.

A więc wydaje mu się sensowna. Hope uśmiechnęła się.
Jared odwzajemnił jej uśmiech.

Zarządziłbym tak samo.

Zrobiłby to samo co ona. Uśmiechała się coraz promienniej i nic nie mogła 

na to poradzić.

Uśmiech Jareda stawał się coraz jaśniejszy.

No dobrze — westchnął przeciągle Bill. — Plan jest fantastyczny, a ty 

jesteś wspaniałym przewodnikiem. No więc idziemy po tę wodę czy nie?

Stali z Hankiem ze składanymi plastikowymi dzbankami w obydwu rękach 

i patrzyli wyczekująco na Jareda.

Nagle   jego   twarz   spochmurniała,   nie   pozostało   na   niej   cienia   uśmiechu. 

Przyklęknął na jedno kolano i wyjął z plecaka następne dwa dzbanki. Wstając, 
rzucił do Hope:

Wracamy za jakieś pół godziny.

Uważaj na siebie, miała na końcu języka.

Dobrze — usłyszał zamiast tego.

Głupia   babo,   pomyślała,   kiedy   mężczyźni   zniknęli   z jej   pola   widzenia. 

Przecież on prowadzi szkołę przetrwania! Uważaj na siebie. Co za głupota. 
Bezmyślność. Odsłoniłaby się jak dziecko. Coś takiego mogłaby powiedzieć 
tylko matka albo kochanka.

Dziwnie   przygnębiona,   Hope   pomogła   przyjaciółce   wypakować   kocher 

i zapasy żywności. Gładka płyta wapienna posłużyła za stół. Biegła w sztuce 
kulinarnej   Karen   przejrzała   zapasy   i zdecydowała,   że   zrobią  ąuiche.  Hope 
zgodziła się skinieniem głowy.

background image

Jesteś niesamowita. Gdy wrócisz do domu, mogłabyś napisać książkę 

kucharską pod tytułem „Kuchnia biwakowa".

Hope wyjęła pojemnik na paliwo z kochera, do drugiej ręki wzięła paliwo 

w fabrycznym   opakowaniu,   przeniosła   wszystko   na   bezpieczną   odległość 
i napełniła zbiornik.

Założę   się   —   ciągnęła   poważnie   —   że   taka   książka   z przepisami 

błyskawicznych   dań,   możliwych   do   zrobienia   w warunkach   kempingowych, 
sprzedawałaby się jak ciepłe bułeczki. O ilu milionach ludzi wędrujących co 
roku po parkach narodowych wspominał Jared? Trzystu?

Nie usłyszała odpowiedzi.

Karen...?

Hope poczuła gęsią  skórkę na  szyi. Powoli odwróciła się, wypuszczając 

z ręki pojemnik z paliwem.

Karen stała odwrócona do niej plecami, jakby zamieniła  się w słup soli. 

Czterdzieści   metrów   przed   nią   wielki   czarny   niedźwiedź   podniósł   pysk 
i pracowicie wietrzył.

W   jednej   sekundzie   przypomniała   sobie   wszystko,   co   opowiadał   Jared 

o niedźwiedziach   żyjących   w Sierra   del   Carmen.   Boją   się   ludzi.   Można   je 
wystraszyć głośnym hałasem. Trzeba palić, a nie zakopywać resztki jedzenia.

Heeej! Wynocha stąd! — krzyknęła, wymachując rękami.

Dlaczego nie ucieka? Żywność jest szczelnie opakowana. ..
Zapach   kobiecej   menstruacji   przyciąga,   a czasem   rozwściecza   dzikie 

niedźwiedzie. Jeśli masz okres, powiedz o tym przewodnikowi.

O Boże!
Czarne   korale   niedźwiedzich   oczu   przylgnęły   do   Karen,   ciemne   futro 

zjeżyło się na karku zwierzęcia. Z jego przepastnej piersi wydobywało się zło- 
wrogie   burczenie.   To   nie   był   miś   z ogrodu   zoologicznego,   paradujący   na 
wybiegu po drugiej stronie fosy.

Hope?   —   odezwała   się   wreszcie   Karen,   ale   w jej   głosie   brzmiało 

paniczne przerażenie.

Jestem tutaj. Cofaj się powoli...

Skamieniała ze strachu Karen nawet się nie poruszyła.
Zwierzę   postąpiło   krok   do   przodu,   obnażyło   swe   groźnie   wyglądające 

żółtawe zęby i ryknęło.

Hope poczuła w mózgu nagły przypływ adrenaliny. Jej ciało naprężyło się, 

gotowe   do   ucieczki.   Karen   zachwiała   się   na   nogach.   To   nagłe   poruszenie 
sprowokowało niedźwiedzia do akcji. Dużymi susami ruszył naprzód.

Hope zaczęła biec naprzeciw zwierza. Minęła przyjaciółkę, nie zwalniając 

chwyciła w locie plecak i wyrzuciła go wysoko w górę, prosto w pysk bestii. 
Potem odwróciła się, wrzeszcząc:

background image

Uciekaj, Karen!

Słyszała za sobą, jak rozwścieczone zwierzę rozszarpuje plecak na strzępy. 

Ale nie starczy mu tego zajęcia na długo.

Biegła   w kierunku   lasu   tak   szybko,   jak   nigdy   dotąd.   Jej   serce   łomotało 

w rytmie tupotu butów. I nagle straszny niepokój kazał jej skręcić,

Karen   biegła   niezdarnie   przez   polanę   w przeciwnym   kierunku.   Łatwa, 

powolna ofiara, znajdująca się bliżej niedźwiedzia niż Hope. Sekundę później 
zwierzę podniosło oczy znad zniszczonego plecaka i od razu namierzyło Karen.

Won, ty przeklęty draniu! — wrzeszczała Hope przez tubę złożonych 

dłoni.

Ufff. Zwrócił na nią uwagę.
Strach sprawił, że nogi same ją niosły. Słyszała odgłosy wściekłego pościgu, 

ryk zatykający jej uszy. Miażdżone poszycie. Charczenie i sapanie. Tak blisko, 
że w każdej sekundzie mogła poczuć na karku gorący oddech.

Dotarła do lasu i biegła dalej, szukając wzrokiem gałęzi, której mogłaby 

dosięgnąć. Tam! Odbiła się wysoko jak z katapulty, chwyciła najniższy konar 
sosny   i wydrapała,   wyskrobała   i wyszlochała   sobie   drogę   w górę   drzewa. 
Potężny ryk poprzedził straszliwe uderzenie. Wrzasnęła z przerażenie i omal 
nie spadła. Potem objęła ramionami pień, wczepiając się w chropowatą korę. 
Dlaczego nie wybrała większej sosny? Modliła się o cud, przysięgała, że stanie 
się lepszym człowiekiem, zerknęła w dół — i aż zawyła ze strachu.

Niedźwiedź   próbował   się   wspinać!   Ale   gałąź   pod   nim   pękła   i masywne 

cielsko   stoczyło   się   w dół.   Dziękuję   ci,   drzewko,   pomyślała,   i przylgnęła 
jeszcze mocniej do pnia.

Za   wczesna   radość.   Nie   udało   się   wspinanie,   więc   zwierzę   próbowało 

strząsnąć Hope z jej grzędy. Igły sosny i suche gałązki obsypywały jej barki. 
Zamknęła oczy, czując atak rozpaczliwej histerii.

To   było   szaleństwo.   Niedorzeczność.   Ludzie   umierają   na   raka,   giną 

w wypadkach   samochodowych,   bywają   ofiarami   śmiercionośnych   broni. 
Przyjemne cywilizowane okoliczności. Ale być zjedzonym przez niedźwiedzia 
to... barbarzyństwo. Zaczęłaby  się śmiać,  gdyby nie to, że jej zęby stukały 
o siebie jak kastaniety, a płuca pracowały jak miechy.

Łup!
Niedźwiedź   wydał   z siebie   głuchy   pomruk.   Drzewo   przestało   się   trząść. 

Hope wstrzymała oddech i czekała.

Łup!
Rozległ   się   chrapliwy   ryk.   Spojrzała   w dół   i zobaczyła,   że   niedźwiedź 

osunął się na cztery łapy.

Łup!
Tym   razem   zobaczyła   uderzenie   kamienia.   Potrząsając   pyskiem,   jakby 

background image

ukąsiła go w nos pszczoła, niedźwiedź odchodził powoli od pnia drzewa. Hope 
widziała   jego   kołyszący   się   zad,   kiedy   znikał   w gęstniejącym   lesie   po 
przeciwnej stronie obozowiska. To na pewno podstęp. Poczeka, aż ona zejdzie 
z drzewa, i przypuści następną  szarżę. Przycisnęła policzek do kory i objęła 
jeszcze mocniej pień.

Hope, on sobie poszedł. Zejdziesz sama?

Głos,   na   który   czekała,   ku   jej   własnemu   zdziwieniu   sprawił,   że   już   nie 

musiała być silna. Nie czuła takiej potrzeby. Kiedy spojrzała w dół, miała już 
tylko jedną myśl, jedno pragnienie, jeden cel w życiu.

Zdobyć Jareda.
Tak się do niego spieszyła, że półtora metra nad ziemią straciła równowagę. 

Krzyknęła,   próbując   chwycić   się   powietrza,   i spadła   prosto   w jego   ciepłe 
ramiona.

Dzięki ci, Boże. Hope przylgnęła do Jareda mocniej niż przedtem do pnia 

drzewa. On był jej bezpieczeństwem, on był mądrością, on był wszystkim, cze- 
go chciała i potrzebowała. Był wystarczająco męski, żeby przyjąć jej słabość, 
ale nie po to, żeby samemu poczuć się silniejszym. Serce pod jej policzkiem 
biło szybciej, niżby wskazywał na to jego spokojny głos.

Oddychała jego cudownym zapachem i nagle, jakby w spóźnionym szoku, 

zaczęła drżeć.

Jego dłonie masowały okrężnym ruchem jej plecy.

Już dobrze, kochanie?

Kochanie.   Radość   ukoiła   jej   postrzępione   nerwy.   Mogłaby   tak   stać 

szczęśliwa w jego ramionach, aż oboje porośliby mchem.

Wszystko w porządku, teraz już tak. Ale przecież Karen...

Cii.   Jest   z Billem   i Hankiem.   Ten   rzut   plecakiem   był   genialny. 

Niewielu   ludzi   potrafi   tak   szybko   myśleć.   To,   co   zrobiłaś,   było   naprawdę 
odważne.   Wariackie,   ale   odważne.   Karen   nie   miała   szansy,   żeby   wejść   na 
drzewo.

Widziałeś, co się stało?! Od początku?

Tak, widziałem.

Ale... przecież poszedłeś po wodę. Dlaczego zawróciłeś?

Gołębie.

Gołębie.

Nie rozumiem.

Kiedy przeleciały nade mną, uświadomiłem sobie, że coś musiało je 

wystraszyć.   Zawróciłem   do   obozu   i wyszedłem   z lasu   akurat   wtedy,   gdy 
niedźwiedź zaatakował Karen... — Jego ramiona zacisnęły się kurczowo. — 
Nie byłem w stanie dobiec do ciebie na czas. Mogłem tylko patrzeć. Boże, już 
myślałem...

background image

Myślał, że nie ochroni jej, tak jak nie ochronił kiedyś Beth. Przytuliła się 

mocniej i słuchała, jak jego serce bije coraz szybciej, potem poczuła coś niżej. 
Męski   sposób   odreagowania   stresu...   zapewne,   ale   jej   ciało   odpowiedziało 
natychmiast.

Zdążyłeś na czas — szepnęła. — Kiedy siedziałam na tym drzewie, 

byłam pewna, że przyjdziesz. Dzięki temu wytrzymałam.

Odchyliła w tył głowę i spojrzała mu prosto w oczy.
Widziała   w nich   poczucie   winy,   ale   też   coś   silniejszego,   coś 

hipnotyzującego,   co   z pewnością   było   czymś   więcej   niż   zainteresowaniem, 
z jakim   nauczyciel   patrzy   na   swego   ucznia.   Wyprostowała   się   i leciutko 
pogłaskała jego nie ogoloną brodę.

Dziękuję, że mnie uratowałeś, Jared.

Poczuła, jak tężeje mu twarz.

Do diabła! — mruknął przez zaciśnięte zęby.

background image

12

Był tylko człowiekiem i niemalże ją stracił. Kiedy spojrzała na niego jak na 

bohatera, poddał się w walce z samym sobą i temu, co nieuniknione.

Jej   usta   były   wodą   na   pustyni,   chlebem   dla   umierającego   z głodu. 

Nienasycony, nie całował jej, tylko pożerał, nie koił czułością, tylko napierał 
z dziką pasją, wciągał do miłosnego pojedynku. Nie było przyszłości, tylko 
chwila obecna. Pragnął przekroczyć tę odwieczną granicę, za którą ona stanie 
się jego na zawsze, a on będzie ją chronił ponad wszystko inne w świecie.

Miała długi i elastyczny  kręgosłup, szczupłą  talię, jej pośladki  cudownie 

pasowały do jego dłoni. Unosił ją, przyciskał do siebie, poruszał rytmicznie 
biodrami, żeby czuła dokładnie, jak na niego działa, żeby wiedziała, że istnieje 
tylko jeden  sposób  na  rozładowanie  tego cudownego  napięcia,  które iskrzy 
między nimi od pierwszego spojrzenia. Paznokcie wpijające się w jego plecy 
podsycały   w nim   ogień.   Nieokreślone   dźwięki,   które   wydobywały   się   z jej 
gardła, doprowadzały go do szaleństwa.

Już raz się całowali; sprowokowała go tylko po to, żeby udowodnić swą 

siłę. Teraz oparł ją o najbliższe drzewo, przylgnął wargami do jej ust, myśląc 
tylko o jednym.

Pragnę cię. Nie uciekniesz mi. Tak nam było zapisane i teraz nadeszła pora. 

Boże, ledwie nad sobą panował.

Przestał ją całować, wtulił się w jej szyję i zaczął łapać powietrze krótkimi, 

nierównymi   haustami.   Hope   oddychała   jak   zając   uwięziony   we   wnykach. 
Nagle zdał sobie sprawę, jak kruche i delikatne jest jej ciało, w przeciwieństwie 
do charakteru. Benowi wystarczyłoby jedno spojrzenie, by rozpoznać w niej 
waleczne serce. Darzyłby ją wielkim szacunkiem.

Jared mógł ją mieć teraz, opartą o drzewo — tak bardzo był podniecony, tak 

bliski   stanu,   w którym   przestaje   się   myśleć.   Ale   nie   chciał   robić   tego 
w pośpiechu. Chciał... Odsunął od siebie niebezpieczną myśl.

Jej skóra była aksamitna i pachnąca. Zaczął drażnić nosem delikatne miejsce 

za uchem. Zadrżała, a potem zachęcającym gestem przechyliła w bok głowę. 
Uśmiechnął   się   i delikatnie   dotknął   zębami   jej   ucha.   Kiedy   westchnęła 
żałośnie, suwak jego spodni stał się prawdziwym narzędziem tortur.

Rozsunął jej nogi i wtulił się w nią mocniej, rozkoszując dotykiem piersi, 

brzucha,   bioder.   Jawna   radość   Hope   była   pokarmem   dla   jego   radości 
i zaspokajała w nim coś, co przekraczało zwykłe pożądanie.

Pragnę cię. Zależy mi na tobie. To się niedługo stanie i będzie dobre dla 

ciebie i dla mnie — dla nas.

background image

Hope, Jared! Gdzie jesteście?

Rozpoznał   głos   Hanka.   Wyprostował   się   i popatrzył   na   Hope.   Jej 

rozpłomienione   oczy   były   prawie   czarne,   usta   nabrzmiałe   od   pocałunków. 
Poduszka z jej kasztanowych włosów równie pięknie wyglądałaby na mchu... 
Przez ułamek sekundy walczył z pokusą, żeby zaciągnąć ją głębiej do lasu.

Hope, na litość boską, odezwij się! — zawołała Karen łamiącym się 

głosem.

Czar prysnął. Hope odepchnęła Jareda.

Idą — szepnęła roztrzęsionym głosem.

Udało im się — mruknął, cofając się na bezpieczną odległość.

Jesteśmy   tutaj,   Karen!   —   zawołała   Hope   przez   zwinięte   w tubę 

dłonie. — Wszystko w porządku.

Mów za siebie, pomyślał Jared. Drżał na całym ciele i nie mógł nad tym 

zapanować.   Popełnił   błąd,   za   który   przyjdzie   mu   zapłacić,   gdy   wróci   do 
Nowego Jorku, ale stało się. Za późno na opamiętanie. Będzie się z nią kochał 
przed   końcem   tej   wyprawy   albo   zwariuje.   Zdawało   się   to   takie   proste, 
a zarazem tak skomplikowane. Musiał też się liczyć z wszelkimi możliwymi 
konsekwencjami.

Chwilę później oboje zostali wyściskani i wycałowani w akompaniamencie 

okrzyków   radości   reszty   grupy.   Jaredowi   udało   się   złagodzić   zmieszanie 
Karen, kiedy dowiedział się o przyczynie jej perypetii z niedźwiedziem. Hank 
zachował się z naturalną delikatnością i nawet Bill przeprosił Karen za docinki 
w czasie marszu, i poczęstował ją aspiryną. Hope zamknęła w dłoniach jego 
brodatą twarz, ścisnęła jak kanapkę i wymierzyła głośnego całusa.

Zwykłe rumieńce Karen były niczym w porównaniu z malinowymi pąsami, 

które zakwitły na policzkach Billa.

Przed powrotem na polanę Hope zabroniła jakichkolwiek rozmów na temat 

jej wyczynu. Kiedy pakowali się po lunchu, zauważyła, że Bill zerka na nią 
z nietajonym podziwem w oczach.

Wiesz,   Hope,   przyznam   ci   się,   że   na   początku   wcale   nie   byłem 

zadowolony,   że   jestem   w waszej   grupie,   ale   zmieniłem   zdanie.   Z tobą 
przynajmniej nie grozi nam nuda.

Wszyscy wybuchnęli śmiechem.

Grozi,   grozi!   Szczerze   mówiąc,   dosyć   mam   silnych   emocji. 

Wyczerpałam swój repertuar i mam nadzieję, że któreś z was przejmie po mnie 
pałeczkę...

Znaczące spojrzenie Jareda zbiło ją z tropu.
Doskonale   wiedziała,   że   to,   co   mu   chodzi   po   głowie,   dostarczy   jej 

wyjątkowych emocji.

Wieczorem w obozie Hope zdała sobie sprawę, że Jared jest groźniejszy od 

background image

wszystkich   oszalałych   grzechotników   i sfrustrowanych   niedźwiedzi   razem 
wziętych. Powłóczystymi spojrzeniami, które posyłał jej przez całe popołudnie, 
nie   pozwalał   ani   na   chwilę   zapomnieć   o ich   pocałunku   —   o ile   to,   co   się 
między nimi wydarzyło, można było nazwać niewinnie pocałunkiem.

Dotknęła swoich policzków. Rozpalone jak u zakochanej nastolatki. Szlag 

by to trafił. Nie jest przecież dziewicą, a przy nim tak się czuła! Na szczęście 
nikt   nie   zwracał   na   nią   uwagi.   Bill   rozwieszał   swoje   pranie   na   niższych 
gałęziach sosny, Hank i Karen przygotowywali kolację. Jared, przyczyna jej 
zakłopotania   i tych   śmiesznych   dziecięcych   pąsów,   kąpał   się   w pobliskim 
strumieniu...

Na myśl o tym znowu oblała się rumieńcem. Jeżeli Jared kompletnie ubrany 

doprowadził ją do takiego stanu, że zapomniała, jak się nazywa, to z nagim 
mogłaby całkiem sfiksować.

W skromnym życiorysie seksualnym Hope po raz pierwszy zdarzyło się, że 

od   samego   pocałunku   omal   nie   dostała   orgazmu.   Ale   pocałunki   innych 
mężczyzn bledły przy najlżejszym muśnięciu ust Jareda. Kiedy opatrywał jej 
stopę,   miała   ochotę   błagać,   żeby   przestał   mówić,   żeby   nie   pysznił   się   na 
próżno, tylko kochał ją na wszystkie możliwe sposoby... Zrozumiał jej niemą 
prośbę.   Oczami   i mową   ciała   obiecał,   że   wkrótce   dostanie   to,   czego   oboje 
pragną.

Nie mogła się doczekać zimnej kąpieli.
Rozbili namioty w odległości pięciu minut drogi od wody. Mokra, cudowna 

woda... Bezcenna. Hope na zawsze miała zapamiętać, że nie wszędzie jest tego 
skarbu pod dostatkiem. Hank, Bill i Karen napełnili już swoje dzbanki i myli 
się,   jedno   po   drugim,   w odpowiedniej   odległości   od   źródła,   żeby   go   nie 
zanieczyścić.

Hope spojrzała na uprane rzeczy Billa i nagle przyszło jej do głowy, żeby 

zrobić mu kawał. Niemal w tej samej chwili zrezygnowała z pomysłu. Może 
zachowywał się od czasu do czasu jak troglodyta, ale pod tą groteskową maską 
kryła się całkiem sympatyczna postać.

Przeciągnęła się, odetchnęła głęboko i poza charakterystycznym zapachem 

sosny   wyczuła   w powietrzu   coś...   cudownego.   Zaburczało   jej   w brzuchu 
i szybkim krokiem poszła do kuchni obozowej.

Siedzący  przy  kocherze  Hank   wyglądał  jak  olbrzymi,   zakochany...  ogar. 

Przyczyna   jego   uwielbienia   krzątała   się   nad   garnkiem,   dodając   to   i owo, 
mieszając,   próbując...   Sielska   scena.   Po   dramatycznej   przygodzie 
z niedźwiedziem   Karen   sprawiała   wrażenie   osoby   cudownie   ożywionej 
i szczęśliwej.

Możliwe, że własne przebudzenie erotyczne otworzyło jej oczy na iskrzące 

napięcie między Hankiem a Karen. Sprawy przybrały szybszy obrót, niż mogła 

background image

przypuszczać. Do diabła, dlaczego los ma takie kiepskie poczucie czasu? Tych 
dwoje, prędzej czy później, czeka sercowa katastrofa.

Podeszła do kochera i z udawaną swobodą wciągnęła nosem powietrze.

Mmm... Co to będzie?

Węgierska zupa gulaszowa.

Hope zaczęła szukać wzrokiem otwartych puszek. Bez powodzenia.

A gdzie te Campbelle?

Karen przerwała na chwilę poszukiwania w plecaku, posłała Hope urażone 

spojrzenie i nie odezwała się ani słowem.

Nie   ma   żadnych   puszek   —   wyjaśnił   Hank.   —   Karen   robi   to 

z suszonych warzyw, kostek rosołowych i takich tam różnych. Bez przepisu, na 
wyczucie — dodał z dumą w głosie. — Niesamowite, co?

Hope zauważyła cień uśmiechu przemykający po twarzy Karen. Hank jest 

czarodziejem!

Jestem   pod   wrażeniem,   ale   w końcu   nie   po   raz   pierwszy.  Quiche, 

które wyczarowałaś na lunch, było pyszne, Karen. Nie mam pojęcia, jak ty to 
robisz. W każdym razie dzięki, że zgodziłaś się zrobić za mnie kolację. 

Karen promieniała ze szczęścia.

Mój Boże, tak łatwo wam dogodzić, że gotowanie dla was to czysta 

przyjemność.

Hope domyślała się oczywiście, komu trudno było jej dogodzić. Dla niego 

gotowała bez przyjemności.

Karen nalała odrobinę zupy do kubka, podmuchała i ostrożnie spróbowała. 

Pokręciła z wahaniem głową.

Kiwnęła ręką na torbę z przyprawami.

Podałbyś mi sól, Hank?

Hope stłumiła w sobie irytujące poczucie winy. Jej matka za nic by tak nie 

siedziała i nie patrzyła, jak mężczyzna zajmuje się „babskimi pracami". Kiedy 
opuściła   rodzinne   ranczo,   największą   satysfakcję   sprawiały   Hope   „męskie 
zajęcia". Tradycyjne „przynieś, wynieś, pozamiataj" miała za sobą.

Raz na zawsze.
Tylko że Hank najwyraźniej nie chciał być obsługiwany — i w tym tkwiło 

sedno sprawy.

Pomóc wam w czymś? — zapytała niewyraźnie.

Dwie pary rąk do pomocy przy takim prostym daniu? Chcecie mnie 

rozpuścić?   —   Karen   dodała   do   zupy   trochę   soli   i zanurzyła   z powrotem 
chochlę. — Dzięki, Hope, na razie nad wszystkim panuję.

Nie   nad   wszystkim,   pomyślała   Hope.   Hank   wpatrywał   się   w Karen 

wygłodniałym   wzrokiem.   Nie   zauważyła   też   wcześniej   kilku   innych 
drobiazgów.

background image

Cztery ostatnie dni, wymagające ogromnego fizycznego wysiłku, ściągnęły 

nieco   jej   policzki   —   z pożytkiem   dla   urody.   Teraz   były   lekko   różowe 
i zroszone parą. Czarna bawełniana bluzka i dżinsy bardziej zwracały uwagę na 
jej bujne kształty niż na błyszczące aplikacje. Miała piękne, puszyste włosy. 
Odbijające   się   od   nich   promienie   słońca   tworzyły   wokół   głowy   złocistą 
aureolę.

Karen   jeszcze   raz   spróbowała   zupę,   podniosła   głowę   i pochwyciła 

spojrzenie przyjaciółki.

Co się stało? — zapytała speszona.

Rozumiem, że gotujesz jak domowy anioł, ale czy musisz jak anioł 

wyglądać?

Anioł?   —   Jej   niebieskie   oczy   zapłonęły   radośnie   i zaraz   zgasły. 

Zrobiła nieufną minę. — Też coś. Raczej tłusta dziewucha z piekarni...

Karen odstawiła kubek i sięgnęła po chochlę.
Hank chwycił ją gwałtownie za nadgarstek.

Dlaczego tak źle o sobie myślisz?  To  on ci ładuje do głowy takie 

gówno?

Karen była równie zszokowana jak Hope, oglądająca tę scenę z pierwszego 

rzędu.

Nie doczekawszy  się odpowiedzi, Hank potrząsnął jej zaciśniętą  piąstką, 

pochylił   się   nad   jej   twarzą,   dotykając   prawie   nosem   jej   nosa,   i z błyskiem 
w oczach powtórzył:

Robi to czy nie?

Śmieje się... trochę ze mnie.

Śmieje się. A tobie jest do śmiechu, kiedy obrzuca cię wyzwiskami?

Zacisnęła usta.

Jestem za gruba.

Hope wstrzymała oddech. Wściekłe słowa Hanka były echem jej własnych 

myśli.

On jest skończonym idiotą, Karen. Nie jest ciebie wart — a to mnie 

doprowadza do szału! Gdybym ja miał taką żonę, choć w połowie tak mądrą 
i ładną, to bym...

Jego grdyka poruszała się nerwowo. Przez długą chwilę hipnotyzował ją 

wzrokiem.

Karen rozluźniła powoli palce, jak gdyby chciała dotknąć jego zaciśniętej 

szczęki. Uwolnił jej dłoń, wstał i powolnym, zrezygnowanym krokiem odszedł 
w stronę lasu.

W ciszy, która zapadła, słychać było tylko syk palnika pod garnkiem.
Wszystko   wydarzyło   się   tak   szybko,   że   Hope   nie   miała   okazji,   by   się 

taktownie   ulotnić.   Czuła   się   jak   podglądaczka.   Koszmar.   Nagle   zobaczyła 

background image

przerażenie w oczach Karen.

Zapomniała   o własnym   zażenowaniu,   podbiegła   do   rozdygotanej 

przyjaciółki i przytuliła ją. Trwały tak przez chwilę, nic nie mówiąc. Czasami 
życie jest tak parszywe, że szkoda słów.

W końcu Karen wzięła głęboki oddech i zapytała:

Boże, Hope, co ja mam zrobić?

Od razu zrozumiała, w czym rzecz. Rozejrzała się wkoło, żeby upewnić się, 

czy w pobliżu nie ma Billa. Z nadzieją, że żaden z trzech mężczyzn nie zjawi 
się zbyt szybko, zmniejszyła płomień i usiadła wygodnie na piętach.

Karen, chcę ci zadać bardzo osobiste pytanie. Mam nadzieję, że ufasz 

mi na tyle, żeby odpowiedzieć szczerze. Oczywiście cała ta rozmowa zostanie 
między nami.

Karen, nie podnosząc wzroku, skinęła głową.

Czy Jim uderzył cię kiedyś w złości?

Nie.

Jesteś tego pewna?

Tak   —   odparła   spokojnym,   zrezygnowanym   głosem.   —   Jestem 

pewna, że nigdy mnie nie uderzył.

W tym momencie do świadomości Hope dotarło, że bicie może być niczym 

w porównaniu... Zakipiała w niej wściekłość.

Ale wrzeszczy na ciebie, prawda? — nalegała szorstkim głosem. — 

Wyzywa cię od najgorszych: „ty niezdarna kretynko", „ty grubścielu", mówi, 
że wyglądasz jak dziewucha z piekarni, rani cię na tysiąc innych sposobów, 
trafia w najczulsze punkty, zgadza się? A ty czujesz się coraz podlej. Ciągle cię 
krytykuje   —   żebyś   nie   wiem   jak   się   starała,   zawsze   jest   niezadowolony. 
Wylicza cię z każdego grosza, żąda od rodziny bezwzględnego posłuszeństwa. 
A wiesz dlaczego? Bo to jest jedyna sfera jego życia, którą może kontrolować.

Złość   w niej   wygasła   i spojrzała   na   dwie   ogromne   łzy,   wypływające   ze 

smutnych niebieskich oczu.

Och, Karen, nie chcę sprawiać ci bólu czy ranić twojej godności, ale 

ja po prostu wiem, jak to jest. Wyobrażam sobie, jak się czujesz, jeśli dla Jima 
nigdy   nie   jesteś   dostatecznie   ładna,   dostatecznie   obyta,   dostatecznie...   taka, 
jakby chciał. Brakuje ci czegoś, co podziwia u innych kobiet. Ja zawsze byłam 
„nie taką" córką. Nie miałam akurat tego, co mój ojciec podziwiał u innych 
córek, nigdy nie spełniłam jego oczekiwań.

Karen   mrugała   wilgotnymi   rzęsami,   jakby   nie   całkiem   przekonana,   czy 

dobrze zrozumiała.

Jak to...?

Tak to. Słyszałaś, co powiedziałam. Moja matka nigdy mu  się nie 

sprzeciwiała — jej też przez całe życie ciosał kołki na głowie — a ja przez 

background image

osiemnaście   lat   próbowałam   sprostać   jego   niemożliwym   wymaganiom. 
Kosztowało   mnie   to   kilka   lat   terapii,   ale   w końcu   zrozumiałam,   że   nawet 
gdybym była chodzącą doskonałością,  i tak nie byłby ze mnie zadowolony.

Nie rozumiem.

No właśnie. Ofiary słownej przemocy nie są w stanie tego zrozumieć 

— dopóki nie uwolnią się od ciągłych upokorzeń, od ataków, które zabijają 
w nich poczucie własnej wartości.

Z   ciężkim   westchnieniem   Hope   przytrzymała   palce   Karen   tuż   przy   jej 

ustach.

Mojemu   ojcu   potrzebna   była   nieudana   żona   i córka   dla   lepszego 

własnego   samopoczucia,   rozumiesz?   Po   to,   żeby   wszelkie   porównania 
wypadały   na   jego   korzyść.   Na   tej   samej   zasadzie   Jim   doszukuje   się   wad 
w tobie   i w chłopcach.   Jestem   tego   pewna,   Karen.   Myślisz,   że   tylko   ty   się 
męczysz? Między innymi po to opowiedziałam ci o sobie, żebyś zrozumiała, że 
Lee i Tommy też cierpią. Jeśli chcesz im oszczędzić wizyt u psychoterapeutów, 
kiedy będą dorośli, zmuś Jima, żeby pochodził z tobą na terapię małżeńską. Od 
razu, kiedy wrócisz do domu. To wasza jedyna szansa, Karen. Zabrnęliście 
w ślepą uliczkę i bez psychologa nie dacie sobie rady.

Psychologa? — Karen zbladła, a potem potrząsnęła głową. — Będzie 

wściekły. On się nie zgodzi na żadną terapię.

W takim razie trudno, sam dokona wyboru. Ale ty też masz wybór. 

Nie   musisz   w tym   tkwić,   możesz   zrezygnować   ze   związku,   który   cię   rani 
i rujnuje twoją osobowość. Nie mówię, że powinnaś to zrobić, do niczego cię 
nie   namawiam...   —   Hope   przerwała,   zaniepokojona   bladością   przyjaciółki. 
Chwyciła dłonie Karen i mocno ścisnęła. — Chciałam tylko powiedzieć, że 
jesteś   wolnym   człowiekiem.   Nie   pozwól,   żeby   strach   przed   nieznanym 
decydował o twoim losie.

Ale gdzie ja bym... co ja bym... O, Boże.

No właśnie, w tej chwili przemawia przez ciebie strach, nic więcej. 

Karen, są tysiące miejsc pracy, w których przyjęliby cię z pocałowaniem ręki. 
Jeśli   dojrzejesz   do   takiej   decyzji,   pomogę   ci   ocenić   twoje   kwalifikacje 
zawodowe,   pomogę   ci   znaleźć   jak   najlepsze   zajęcie.   Najważniejsza   jest 
odpowiedź na pytanie, czy chcesz zmienić swoją sytuację. Pamiętaj, ty masz 
nad sobą władzę. Zdecyduj się na coś i przestań być ofiarą. Ja tak zrobiłam.

Jesteś silniejsza ode mnie.

Otóż wyobraź sobie, że przechodziłam cięższą postać cykorozy, niż 

byłabyś to sobie w stanie wyobrazić. Gdyby nie moja babcia, prawdopodobnie 
byłabym   dzisiaj   wzorową   żoną   farmera   i nienawidziłabym   każdej   minuty 
swojego życia.

Hope patrzyła w dal pustym wzrokiem,  odciągając  palcami  pozadzierane 

background image

skórki wokół paznokci.

Babcia   umarła,   kiedy   byłam   w pierwszej   klasie   szkoły   średniej. 

Zostawiła   mi   w spadku   tajemniczą,   niebieską   teczkę   z papierami 
wartościowymi.   Okazało   się,   że   nie   byłam   jedynym   matematycznym 
geniuszem w rodzinie, ale biedna babcia przez całe życie tłumaczyła się z tak 
„niekobiecego" talentu, zamiast go rozwijać. Zostawiła mi list z prośbą, żebym 
wykorzystała pieniądze na studia, najlepiej ekonomiczne.

Spojrzenie Hope odzyskało ostrość. Pochwyciła wzburzony wzrok Karen.

Mój ojciec, a mama chyba też, wściekali się, że im nie oddałam tych 

pieniędzy. Ojciec nazwał mnie... — Wzdrygnęła   się   na   wspomnienie 
strasznych   wyzwisk.   —   Możesz   sobie   wyobrazić,   jak   mnie   nazwał   po 
własnych doświadczeniach z Jimem... Kilka razy byłam bliska załamania, ale 
jakoś   skończyłam   studia   i wyszłam   na   swoje.   Nigdy   nie   zapomnę,   że 
wygrzebałam   się   z tego   bagna   dzięki   pomocy   babci.   Jeśli   zrobisz   pierwszy 
krok, Karen, będę z tobą. Pomogę ci, słyszysz? Masz więcej siły, niż ci się 
wydaje. I nie jesteś sama.

W zamglonych oczach Karen pojawiła się iskierka nadziei. Hope widziała, 

jak   nowe   światło   migocze,   ustala   się   w silny   płomień,   jaśniejący   z każdą 
sekundą i coraz bardziej intensywny.

Uczucie ogromnej satysfakcji rozpierało jej serce.

Głowa do góry, dziewczyno — rzekła cicho.

Kąciki ust Karen uniosły się podobnie jak u Hope.
Strzelanie wydobywające się z palnika kochera jednocześnie przyciągnęło 

ich uwagę. Nim zdążyły zareagować, silna dłoń zaczęła regulować kurek do- 
pływu paliwa. Jared wyprężył nagi tors i spojrzał prosto na Hope.

Czy obie panie dobrze się czują?

Jak mogła czuć się dobrze, kiedy jej serce biło jak oszalałe? Jak mogła czuć 

się dobrze, jeśli nie była w stanie wydusić z siebie słowa, tylko wpatrywała się 
nieprzytomnie   w jego   mokre   włosy,   świeżo   ogoloną   brodę,   brązowy, 
muskularny tors, jakiego nie powstydziłby się wódz Apaczów?

Karen mruknęła coś pod nosem i zajęła się zupą, a Hope czuła się coraz 

słabiej.

Ramiona Jareda miały połysk złotego dębu. Gdyby tak mogła wyciągnąć 

rękę i obrysować ich kształty... Kropla wody z mokrych włosów potoczyła się 
po żebrach i zniknęła za paskiem dżinsów — zbyt dopasowanych, żeby mogły 
tuszować dowód jego podniecenia.

Podniosła spłoszony wzrok. W jego roziskrzonych jak nocne niebo oczach 

było coś pierwotnego.

Jak   słusznie   powiedziałaś   —   szepnął   niskim,   surowym   głosem   — 

wszyscy możemy wybierać. Ja też dokonałem dzisiaj ważnego wyboru.

background image

Następnym razem, jeżeli do wyboru będę miał: zostać twoim kochankiem 

albo wrogiem... załóż się, co wybiorę.

Przypomniała   sobie   jego   ostrzeżenie   i zaniemówiła.   Jared   nie   był   typem 

mężczyzny,   który   zadowoliłby   się   rolą   niezobowiązującego   kochanka.   Nie 
zgodziłby   się   grać   drugich   skrzypiec   po   Manning   Enterprises.   Chciałby   jej 
całej, razem z duszą. Przeraziła ją świadomość, że gdyby zostali kochankami, 
zrezygnowałaby z wszystkiego, nad czym tak ciężko pracowała, z wszystkiego, 
co składało się na jej wizerunek kobiety sukcesu. Kobiety silnej i całkowicie 
niezależnej. Poddać się tak po prostu, bez miauknięcia?

Uczucia walczyły w niej z twardą logiką.

Jared...   —   odezwała   się   stłumionym   głosem   Karen.   —   Czy   ty 

słyszałeś naszą rozmowę?

Z jego twarzy zniknęło napięcie. Odwrócił się do Karen z uśmiechem.

To, co słyszałem, zachowam dla siebie.

Ale jak to możliwe... Nie widziałyśmy cię nigdzie w pobliżu.

Nie widziałyście.

Hope   wstała   gwałtownie,   otrzepała   spodnie   i zwróciła   się   do   niego 

zaczepnym tonem:

Wyświadczysz nam kiedyś ten zaszczyt i nauczysz swoich sztuczek? 

W takiej pracy jak moja uszy jak radary i czapka-niewidka byłyby znacznie 
bardziej przydatne niż lisi chód. Zgodzisz się chyba ze mną.

Być może. Ale ja poświęciłem temu kilka lat ćwiczeń i medytacji na 

odludziu.   Ty   za   osiem   dni   będziesz   się   wsłuchiwała   w trąbienie   taksówek 
i znikała w miejskim tłumie — bez żadnych sztuczek.

Serce,   które   chwilę   wcześniej   biło   jak   oszalałe,   zamarło.   Siłą   woli 

pobudziwszy je do akcji, powiedziała z udawaną nonszalancją:

Cóż... Może przyjedziesz kiedyś do Nowego Jorku i dasz mi  kilka 

lekcji w mieście.

Mowy nie ma.

Kiedy tym razem odzyskała oddech, zmusiła usta do bladego uśmiechu.

Twój wybór. Ale nie wiesz, co tracisz.

Cholernie bym nie chciał.

Wymienili bolesne spojrzenie, w którym malowały się cudowne horyzonty 

i ponury ślepy zaułek.

Ona pierwsza odwróciła wzrok.

Karen, nie czekaj na  mnie  z kolacją  i błagam,  nie wysyłaj za mną 

ekipy ratunkowej. Specjalnie zamówiłam sobie ostatnie miejsce w kolejce do 
kąpieli, żeby się nie spieszyć.

Zostawię ci miskę gulaszu. Możesz się myć, jak długo zechcesz — 

odparła ciepło Karen.

background image

Hope skinęła głową i odeszła. Z bardzo ciężkim sercem.
Następnego ranka nie obudził Hope żaden dreszcz podniecenia. Spała tak 

twardo,   że   dopiero   kilka   mocnych   szturchnięć   Karen   zdołało   ją   wyrwać 
z głębokiego snu.

Poprzedniego wieczoru Jared przyjął do wiadomości jej aluzję i nie wybrał 

się na „akcję ratowniczą" przy źródle. Za to ona do białego rana wpatrywała się 
w sufit namiotu, nie mogąc zasnąć. Była zmęczona, zakłopotana, dotknięta do 
żywego. Wiedziała, że zrobi Debbie paskudną niespodziankę, jeśli wróci do 
Nowego   Jorku   w takim   stanie.   Wyprawa,   na   której   miała   się   zrelaksować 
i odpocząć, powoli doprowadzają do załamania nerwowego.

Kiedy w końcu ubrała się i dotarła na poranną kawę, reszta grupy czekała na 

nią,   żeby   rozpocząć   dzień   od   wspólnej   medytacji.   Hope   znała   te   słowa   na 
pamięć   i —   tak   jak   przepowiedział   Jared   —   miała   je   w sercu.   Kiedy 
zabrzmiały echem w nieskazitelnie czystym, górskim powietrzu, poczuła, że 
odzyskuje cząstkę spokoju.

Dokładnie   o siódmej   pozostałe   grupy   zaczęły   nadawać   przez   radio   swe 

lokalizacje.   Jared   zaznaczał   je   kolejno   na   mapie.   Matt   był   ostatnim 
przewodnikiem, który się zgłosił i tylko jemu, na wszelki wypadek, Jared podał 
własne współrzędne.

Jared, czy wy też spotkaliście tak dużo niedźwiedzi? Czekam na... 

Hej, daj mi tę zabawkę!

Cześć,  Karen, Hope, jesteście  tam,  dziewczynki?  To ja, Sherry  — 

odezwał się damski głos. — Dana też tu jest, siedzi koło mnie.

Hope i Karen spojrzały po sobie, wydając wspólny okrzyk radości. Hope 

wyrwała Jaredowi radio i przywołała ręką Karen.

Cześć, dziewczyny!

Wciśnij   guzik   —   przerwał   jej   Jared,   posyłając   Billowi   i Hankowi 

cierpiętnicze spojrzenie.

Hope pokazała mu  tylko język, zbyt rozgorączkowana,  żeby zareagować 

ostrzej.

Cześć, dziewczyny, mówi Hope. — Podsunęła radio do ust Karen.

Cześć, Sherry, cześć, Dana. To ja, Karen. Co u was słychać?

Jeżozwierz pożarł Danie buty...

Po tym, jak Sherry wystawiła je za namiot! — krzyknęła Dana.

Po tym, jak Dana podeszła za blisko do niedźwiedziej gawry, którą 

pokazał   nam   Matt.   Skąd   miałam   wiedzieć,   że   wyprawiana   skóra   rajcuje 
zwierzęta? Ale poza tymi przygodami u nas wszystko gra, żadnych większych 
wpadek. A co u was?

Drwiący   błysk   w oczach   Karen   był   wymowniejszy   od   słów.   Nie   tylko 

spotkanie z niedźwiedziem nie dawało jej spokoju.

background image

W porządku, radzimy sobie — powiedziała Hope z naciskiem, jakby 

chciała dodać otuchy zarówno sobie, jak i Karen.

Karen, odzyskawszy nagle animusz, zaczęła opowiadać o swojej ucieczce 

przed niedźwiedziem i „bohaterskim wyczynie" Hope, która — słysząc to — 
z zażenowania   złapała   się   za   głowę.   Musiała   potem   odpowiedzieć   na   kilka 
szczegółowych   pytań,   a po   kilku   nieudanych   próbach   zmiany   tematu 
zauważyła, że Jared wymownym gestem pokazuje im zegarek.

Hej tam, cisza! — rozkazała Hope. — Wygląda na to, że szef się 

niecierpliwi i każe nam kończyć tę konferencję. Żegnamy się, drogie panie.

Do usłyszenia! — odpowiedziały chórem.

Aha, Karen... — dodała tajemniczym szeptem Dana. — Wyobrażam 

sobie,   ile   kłopotu   sprawiają   ci   te   małe   palce   u nóg,   szczególnie   kiedy   są 
rozgrzane. Ale jest na to rada. Jak tylko spuchną za bardzo, mocz je w zimnym 
strumieniu.

Od razu się skurczą do naturalnych rozmiarów — zawtórowała jej 

Sherry.

Stworzyłam parę damskich potworów, pomyślała z dumą Hope.
Mrucząc niecierpliwie, Jared odebrał jej radio.

Dana, Sherry, dajcie mi z łaski swojej Matta. Odbiór.

Przepraszam, szefie... — Kobiecy chichot w tle był coraz głośniejszy. 

— Nie wiem, co za diabeł w nie wstąpił. Odbiór.

Jared   przeniósł   wzrok   z pąsowej   twarzy   Karen   na   pozbawione   wyrazu, 

kamienne oblicze Hope, i ciężko westchnął.

Matt,   przeczucie   mi   mówi,   że   lepiej   się   nie   dopytywać.   Czasami 

zdrowsza jest niewiedza. Posłuchaj, pogadamy jutro o tej samej porze... sami. 
Jasne? Odbiór.

Jak słońce, szefie.

Świetnie. Bez odbioru.

Tłumiąc   śmiech,   Hope   przyglądała   się,   jak   Jared   składa   mapę,   pakuje 

krótkofalówkę,   ponagla   wszystkich   do   pracy.   Dana   i Sherry   cudownie 
poprawiły   jej   nastrój.   Pomyślała   sobie,   że   jak   dobrze   pójdzie,   uda   jej   się 
przeżyć kolejny dzień i nie rozsypać psychicznie.

Likwidowanie   obozu   nie   było   już   taką   udręką   jak   w pierwszych   dniach 

wędrówki. Wiedzieli, co do kogo należy, sprawnie i bez sztucznego pośpiechu 
zwijali namioty, myli naczynia, sterylizowali wodę do picia, pakowali plecaki. 
Wydeptaną ziemię przykrywali suchą, zbutwiałą trawą, odkładali na miejsce 
przesunięte   poprzedniego   dnia   kamienie,   usuwali   wszelkie   ślady   swojej 
obecności.

Pobliski las zdawał się to pochwalać.
Teraz   musieli   się   napić,   rozciągnąć   mięśnie   i nastawić   psychicznie   na 

background image

ciężką, wielogodzinną wędrówkę. Hope oparła się plecami o grubą, strzelistą 
sosnę i czekała na sygnał do wymarszu. Mieli przed sobą odcinek wyjątkowo 
stromego szlaku. Wieczorem będą wykończeni jeszcze bardziej niż wczoraj.

Bill stał jakieś sześć metrów przed nią, z mapą i kompasem w dłoni. Ustalał 

z Jaredem   szczegóły   trasy.   Trochę   dalej   na   lewo   Karen   i Hank   półgłosem 
rozmawiali.

Hope poczuła, że ukąsił ją w łydkę komar. Pochyliła się gwałtownie, żeby 

zabić krwiopijcę.

Paf!
Usłyszała dźwięk rozłupującej się nad jej głową kory. Przylgnęła plecami do 

pnia.

Paf!
Kawałki kory posypały się z drzewa. Hope jęknęła z bólu.
Jared   rzucił   się   do   niej   z wyprostowanymi   jak   skrzydła   do   lotu   rękami. 

Upadła ciężko na ziemię. On przykrył ją swoim ciałem. Leżała bezwładnie, 
poruszała ustami jak ryba wyjęta z wody. Wiedziała, że w każdej chwili może 
się udusić.

Jeżeli wcześniej nie wykrwawi się na śmierć.

background image

13

Jared przesunął Hope pod dużą sosnę, otulił i zaczął przeszukiwać zbocze 

pod drzewem. To nie był przypadek. Dwa strzały z karabinu z tłumikiem były 
wymierzone   w Hope.   Były   też   początkiem   porażki,   pierwszym   i ostatnim 
błędem drania.

Odwróciwszy   się,   Jared   spojrzał   w górę   zbocza   na   skaliste   głazy   jakieś 

trzydzieści   metrów   dalej.   Bezpieczne   miejsce,   pomyślał;   będzie   można 
zaplanować następny ruch i obejrzeć ranę. Powoli sączyła się z niej ciemna 
krew. Wyglądało na to, że kula nie przecięła tętnicy, ale musiała sprawić Hope 
straszny ból.

Ktoś   mnie   postrzelił   —   powiedziała   ściszonym,   zakłopotanym   jak 

u małej dziewczynki głosem.

Wiem. Spróbuj być dzielna, kochanie — powiedział, żeby ją trochę 

uspokoić,   wypatrując   jednocześnie   refleksu   słońca   na   metalu,   ruchomego 
cienia.

Zawsze jesteś taki miły dla kobiet?

Tylko dla najbliższych.

Lekceważąc   własny   ból   w klatce   piersiowej,   ściągnął   przerażony   wzrok 

Hanka i pokazał mu oczami skalne głazy na górze. Hank skinął głową. Z resztą 
grupy miał ukryć się w skałach.

Teraz najgorsze.

No dobrze, Hope. Jak doliczę do trzech, złap mnie mocno za szyję 

i nie puszczaj.

Nie musisz mnie nieść.

Raz...

Odsuń się i pozwól mi...

Dwa...

Możesz mnie posłuchać...

Trzy!

Chwycił ją szybko w ramiona i zaczął biec między drzewami jak uciekający 

lis, płynnym, miękkim ruchem, mocno pochylony nad ziemią. Gęsty las dawał 
im dobre schronienie, ale płacił za to swoją cenę. Posypał się za nimi grad kul, 
które   łamały   gałęzie,   roztrzaskiwały   korę,   dziurawiły   na   wylot  pnie   drzew. 
Hope piszczała przeraźliwie przy każdym strzale i dusiła za szyję tak, że ledwie 
mógł oddychać. Jak na kogoś rannego, miała zadziwiającą krzepę.

Po   kilku   koszmarnych   minutach   dotarł   do   skalnej   kryjówki.   Uklęknął 

i delikatnie ułożył Hope na ziemi. Odgiął jej blade z wysiłku palce, które przez 

background image

całą drogę zaciskała kurczowo na jego szyi, i zaczął nasłuchiwać.

Martwa cisza. Najwyraźniej drań nie nastawił się na masową rzeźnię — 

strzelał tylko do Hope. Jared zamknął oczy.

Oszczędź gniew do czasu, kiedy pojawi się wróg. Dopiero wtedy uwolnij 

bestię.

Rada starego Bena zdołała uśmierzyć prymitywny instynkt walki pulsujący 

w żyłach Jareda. Odgarnął z policzka Hope splątane kosmyki włosów, tylko 
o odcień jaśniejsze od plamy krwi na rękawie jej bluzy.

Jak się czujesz?

Po prostu wspaniale. Zawsze marzyłam, żeby wpaść w oko jakiemuś 

psychopacie.

Jej twarz była całkowicie pozbawiona koloru.
Nawet nie próbował jej wierzyć, że jest w nastroju do żartów. Za nic nie 

przyznałaby się do strachu.

Oparł   ją   plecami   o skałę,   otworzył   składany   nóż   i odciął   rękaw   bluzy. 

Głęboka   rana   na   przedramieniu   wyglądała   paskudnie,   ale   była   dość 
powierzchowna.

Dzięki   Bogu,   pomyślał   patrząc,   jak   Hank,   Karen   i Bill,   którzy   dotarli 

właśnie   do   skały,   padli   bladzi   i roztrzęsieni   na   ziemię.   Spostrzegł   torbę 
z zestawem   awaryjnym   i większy   plecak,   który   musiał   zabrać   Hank.   Facet 
nieźle się spisuje. Powinien zrobić wielką karierę jako trener NBA.

Karen westchnęła, jej przerażone oczy patrzyły nieruchomo na ranę Hope. 

Nie teraz, błagał ją w duszy Jared. Nie ma czasu na mdlenie.

Karen przeniosła  na  niego wzrok,  wzięła  głęboki oddech  i skinęła  lekko 

głową.   Grzeczna   dziewczynka,   powiedziały   jego   oczy,   a ona   dała   znak,   że 
rozumie.

Bill przysunął się do Hope.

Cholera, Hope, krwawisz jak zaszlachtowana świnia.

Uśmiechnęła się cierpko.

Widzę, że świst kul nie zabił twojego poczucia taktu.

Do diabła, przecież on nie strzelał do nas. Może się mylę, ale to chyba 

na ciebie poluje ten drań. Czy jest coś, o czym nam nie powiedziałaś?

Hank przeszył go zimnym wzrokiem.

No co? Taka gruba ryba musi mieć wrogów.

Twarz Hope pobladła jeszcze bardziej.

Oczywiście, że mam. Ale nie pomyślałam, że zechcą mnie zabić.

Hank rzucił Jaredowi zmartwione spojrzenie.

Facet już wie, że sfuszerował. Pewnie odpuścił i daje nogę.

Możesz mi podać menażkę i apteczkę? — zwrócił się Jared do Karen, 

gotowy ukręcić szyje obydwu mądralom.

background image

Puste pocieszenia były w tej chwili równie nie na miejscu jak złowieszcze 

przepowiednie.

Karen przeszukała rzeczy i podała to, o co prosił.

W czym mogłabym ci pomóc?

Jej twarz była prawie tak szara jak twarz rannej Hope, jednak oczy miała 

spokojne.   Jared   odkręcił   menażkę   i polał   wodą   nie   zaplamiony   skrawek 
rękawa.

Wytrzyj tym krew, nie dotykając samej rany.

Karen drżącą ręką wzięła szmatkę.

Nie musisz tego robić — zaprotestowała gwałtownie Hope.

Właśnie że muszę.

Zaczęła   przemywać   skórę   wokół   rany,   podczas   gdy   Jared   wyjmował 

z apteczki jodynę, gazę i opatrunki.

Nagle   rozległ   się   huk   wystrzału.   Pociski   waliły   szybką   serią,   z każdym 

strzałem głośniej. Widocznie tłumik przestał działać, ale snajper psychopata nie 
zwracał już na to uwagi.

Cholera,   strzela   do   twojego   plecaka!   —   krzyknął   wściekle   Bill, 

wyglądając zza skały.

Padnij! — rozkazał Jared, potem zderzył się ze wzrokiem Karen.

Idź — powiedziała. — Ja się nią zajmę.

Ocenił, że da sobie radę i podał jej opatrunki.

Dzięki, Karen. Jesteś wielka.

Przeczołgał się na drugi koniec głazu i wychylił głowę.
Kilka   pocisków   drasnęło   jego   plecak.   Pociekła   woda,   pękły   plastikowe 

dzbanki.   Następna   kula   trafiła   w pojemnik   z ciekłym   paliwem,   który 
eksplodował serią imponujących fajerwerków.

Szlag by go trafił! — stęknął Bill, jeszcze raz wyglądając zza skały.

Na razie to on trafia w nas — odezwał się Hank ponurym głosem.

Amen. Ze ściśniętym żołądkiem Jared patrzył, jak ich jedyne radio, zestaw 

pierwszej pomocy i zapasy żywności pochłaniają płomienie.

Bill   odwrócił   się,   oparł   plecami   o głaz   i z głuchym   hukiem   ześliznął   na 

ziemię.

Może ktoś usłyszy strzelaninę — rzucił.

Nikt   nie   odpowiedział,   nawet   Jared.   Miał   za   sobą   ponad   czterdzieści 

wypraw   do   Sierra   del   Carmen   i nigdy   nie   spotkał   w tych   okolicach   żywej 
duszy. Pozostałe grupy były zbyt daleko, żeby coś słyszeć. Snajper zna się na 
swojej robocie.

Ale on przecież nie jest gorszy.
Odwrócił się i zaczął komenderować.

Hank, Bill, za trzy minuty chcę wiedzieć, co nam zostało z zapasów. 

background image

Daj mi najpierw mapę i kompas.

Usłyszał długi, stłumiony syk.
Karen polewała jodyną otwartą ranę Hope.

Nie przejmuj się mną, druhu. — Hope próbowała się uśmiechnąć. — 

Karen zaraz zatka mi tę dziurę.

Miał   nadzieję,   bo   na   czasie   im   nie   zbywa.   Snajper   na   pewno   się   czai 

i próbuje zaatakować ich od tyłu albo szykuje jakąś inną morderczą sztuczkę. 
Jared wolał na to biernie nie czekać.

Rozłożył   mapę   i zaznaczył   z pamięci   punkt   docelowy   wyprawy   Matta. 

Zastanawiał się, którędy najszybciej mogliby tam dotrzeć. Około dwudziestu 
kilometrów ciężkiego szlaku. Psiakrew.

Dobra, więc co nam zostało w plecakach? — spytał mężczyzn.

Pół menażki wody... — Bill odezwał się pierwszy. — Pusty składany 

dzbanek,   pięć   opakowań   owsianki,   sześć   batonów   z muesli,   jakieś   suszone 
świństwa... — Trzymał w ręku paczkę rodzynek i innych bakalii, krzywiąc się 
z niesmakiem. — Pięć torebek kakao i paczka miętowej gumy do żucia.

Nie wystarczy kalorii na tak ciężką drogę.

No   i to,   co   ja   mam   w zestawie   awaryjnym   —   dodał   Hank.   — 

A w dużym plecaku jest namiot, ubrania, śpiwór, miska i kubek. Aha, i jeszcze 
ze trzydzieści tabletek do odkażania wody.

Nareszcie jakieś dobre wieści.

Masz tam coś cieplejszego dla Hope?

Hank pogrzebał w swoim plecaku i wyjął ocieplaną bluzę z golfem.
Jared złapał ją w locie i trzymał przez chwilę w zaciśniętej pięści.

Sytuacja jest taka, jak widać, i nie będę udawał, że mi się podoba. 

Hope, Karen, posłuchajcie uważnie. Przewodnicy grup będą nas łapać przez 
radio dopiero za dwadzieścia dwie godziny. Nie namierzą nas, ale będą czekać 
następne pięć godzin, zakładając, że mamy jakieś kłopoty ze sprzętem. Dopiero 
po   tym   czasie,   jeśli   nie   nawiążą   z nami   łączności,   mają   rozpocząć 
poszukiwania.

Każdemu po kolei spojrzał w twarz.

Nie możemy czekać tak długo. Bill, Karen, Hank, musicie wyruszyć 

po pomoc. Narysowałem wam na mapie drogę do najbliższego obozu Matta. 
Będziecie musieli iść całą noc, żeby ich złapać, zanim pójdą dalej. Jeżeli nie 
dacie   rady,   trudno.   Uważajcie   na   siebie.   Pamiętajcie,   że   w niczym   mi   nie 
pomożecie, jeśli coś wam się stanie. Musicie iść cały czas na wschód. Prędzej 
czy później do nich traficie.

Dlaczego nie pójdziecie z nami? — zapytała Karen. — Czy nie jest 

bezpieczniej w większej grupie?

Ten facet poluje na Hope — odparł Jared z zimną pasją w głosie. — 

background image

Łatwiej   mi   będzie   ją   chronić,   jeżeli   nie   będę   musiał   martwić   się   o was, 
rozumiesz? Jeśli się rozdzielimy, snajper pójdzie tylko za nią. Żeby ją dopaść, 
najpierw będzie musiał dopaść mnie. — Przerwał, czując na sobie wzrok Hope. 
— Ale tak się nie stanie.

Patrzyła na niego tak jak wtedy, gdy udało mu się spłoszyć niedźwiedzia. 

Tak,   jakby   przejrzała   jego   duszę   i uwierzyła   całym  sercem   w to,   co   w niej 
zobaczyła. W tej krótkiej chwili stała się jego kobietą. Seks, rozmowy i różne 
komplikacje mogły poczekać na lepsze czasy.

Na dźwięk następnej serii z karabinu Hope otworzyła szeroko oczy.

On wali po naszych plecakach — jęknął Bill. — Co za świr.

Jared zmrużył oczy. On robi nam wodę z mózgu, pomyślał.

Pokaż   nam   drogę   —   powiedział   stanowczo   Hank.   —   I zaznacz, 

w którą stronę  pójdziesz z Hope. Nami  się  nie przejmuj,  do rana będziemy 
w obozie Matta.

Trzy   twarze   znieruchomiały   w oczekiwaniu.   Trzy   pary   oczu   patrzyły   na 

Jareda.

Nie mógł sobie wyobrazić wspanialszego dowodu uznania dla swojej pracy, 

nawet   gdyby   sam   prezydent   uhonorował   medalem   jego   szkołę.   Wzruszenie 
ścisnęło mu gardło.

Dokąd idziemy? — zapytała cicho Hope.

Gdzieś poza utarty szlak dotychczasowych wypraw. Do miejsca, które znało 

niewielu białych ludzi. Gdzieś, gdzie będzie mógł ukryć Hope i stanąć do walki 
w jej obronie, jeśli zajdzie taka potrzeba.

Pokazał kciukiem szczyty, do których był odwrócony plecami.

Idziemy w góry.

Hope szła krok w krok za Jaredem, nie wychylając się poza jego szerokie 

plecy. Jak słaba, posłuszna kobieta. Do diabła z feminizmem. Gdzieś w pobliżu 
czai się bandyta z wymierzoną w nią lufą pistoletu, czuła się więc szczęśliwa, 
że ma przy sobie silnego mężczyznę, który gotów był jej bronić. A ponieważ 
tym mężczyzną jest Jared, wierzyła, że polującemu na nią psychopacie dostanie 
się to, na co zasłużył. Śmierć to za mało. Miała nadzieję, że będzie schodził 
z tego świata w straszliwych męczarniach.

Nikt nie powiedział, że słabe, posłuszne kobiety nie potrafią być mściwe.
Idąc od godziny monotonnym krokiem pod górę, zastanawiała się nad swoją 

.sytuacją. Pomagało to jej zapomnieć o dokuczliwym bólu w ramieniu, o prze- 
męczonych płucach, o napiętych do granic wytrzymałości mięśniach.

Ten zamach musi mieć związek z implantem UroTechu. Żaden inny powód 

nie ma sensu. Dowiedziała się z plotek o istnieniu trzech podobnych patentów, 

background image

znajdujących   się   na   różnych   etapach   badań   laboratoryjnych.   Tylko   to 
urządzenie, które jako pierwsze otrzyma atest FDA, urzędu kontroli żywności 
i leków, ma  szansę opanować większość rynku. Pieniędzy zainwestowanych 
w to przedsięwzięcie starczyłoby na oddłużenie kilku krajów Trzeciego Świata. 
Bez   uporu   i wysiłku,   z jakim   Hope   walczyła   o zdobycie   atestu,   wynalazek 
UroTechu nie miałby najmniejszych szans.

Na pewno chodzi o UroTech. Z drugiej strony, Hope martwa jest tyle samo 

warta dla konkurencji, co żywa dla swoich inwestorów. Pocieszająca myśl.

Zastanawiała   się,   jak   sobie   radzą   Karen,   Hank   i Bill.   Jared   kazał   im 

odczekać   pół   godziny   za   głazem.   Uważał,   że   mniej   więcej   po   tym   czasie 
snajper podejdzie bliżej. Hope modliła się w duchu, żeby drań nie zemścił się 
na nich, kiedy odkryje, że jej tam nie ma.

Kiedy wsunęła jedną rękę do kieszeni, odkryła obrzydliwą grzechotkę, którą 

Bill dał jej na szczęście. Nigdy by sobie nie wybaczyła, gdyby komuś z ich 
trójki stało się coś złego.

Nagle   Jared   zatrzymał   się,   stanął   nieruchomo   z odchyloną   w bok  głową. 

Serce Hope zaczęło bić szybciej, jak zawsze, kiedy on nasłuchiwał, czy nie 
śledzi ich snajper. Dopiero kiedy Jared sięgnął po menażkę, odetchnęła z ulgą. 
Ufała jego słuchowi bezgranicznie, więc choć przez chwilę mogła się nie bać.

Podał jej otwartą menażkę.

Musisz   wypić   przynajmniej   jedną   nakrętkę.   W górach   łatwiej   się 

odwodnić niż na pustyni.

Na wspomnienie nieznośnego pustynnego upału Hope zmrużyła oczy.

Przepraszam, druhu, ale opowiadasz jakieś dyrdymały. Zaczynam się 

zastanawiać, które z nas jest w większym szoku.

W porządku. Prawie go rozśmieszyła.

Uwielbiam, kiedy do mnie mówisz takim pieszczotliwym tonem, ale 

to nie są dyrdymały, Hope. Właśnie dlatego, że w górach nie ma takiego upału, 
ludzie zapominają o piciu.

Podniosła   do   ust   menażkę,   ale   przeszył   ją   ból   w ramieniu   i musiała 

przełożyć naczynie do drugiej ręki.

Chcesz jeszcze jedną aspirynę?

Powinna   pamiętać,   że   Jared   wszystko   widzi.   Miał   minę,   jakby   ten   ból 

dokuczał bardziej jemu niż jej samej.

Nie, dzięki, wolę zachować ją na później.

Słusznie. Zostały mu tylko cztery tabletki.
Posłusznie   wypiła   swą   porcję   wody   i oddała   menażkę   Jaredowi.   Kiedy 

podniósł ją do ust, wpatrywała się w jego szyję.

Nie spytałeś, dlaczego ktoś chce mnie zabić.

Spochmurniał   i spojrzał   jej   w oczy,   po   czym   przeniósł   wzrok   na 

background image

obandażowane przedramię i powrócił do twarzy.

Nieważne dlaczego, ważne, że ktoś próbuje to zrobić.

Nie   wiedziała,   czy   potraktować   tę   odpowiedź   jak   pochlebstwo,   czy   jak 

wyraz lekceważenia.

Od   tego   miejsca   zaczynamy   stromą   wspinaczkę   —   oznajmił, 

zmieniając temat. — Wiem, że to ramię boli jak diabli i pomogę ci, jak tylko 
będę mógł, ale musimy iść dalej. Najłatwiej ci będzie oszczędzać energię, idąc 
chodem „wypoczynkowym". Popatrz.

Schował do kieszeni manierkę i wszedł na zadrzewiony stok, żeby pokazać 

jej   nową   sztuczkę.   Zapierał   się   jedną   stopą   o podłoże,   usztywniając   nogę 
w kolanie, podciągał drugą nogę, a potem na odwrót, zdecydowanym ruchem 
do przodu.

Widzisz, że opieram cały ciężar ciała tylko na jednej nodze? Druga 

w tym czasie odpoczywa. To bardzo ważne — powiedział surowym tonem, 
widząc błąkający się po jej twarzy drwiący uśmiech. — Idąc w ten sposób, 
wytrzymasz o wiele dłużej. Teraz twoja kolej.

Spróbowała kilka razy, potem odwróciła się do niego przez ramię.

Nie mogę iść szybko, poruszając się jak potwór Frankensteina.

Naprawdę? To wyobraź sobie, że tuż za twoim tyłkiem idzie wielka 

obława, a snajper oświetla im drogę silną latarką.

Na   samą   myśl   o tym  przeszły   jej   ciarki  po   plecach,   ale  natychmiast   się 

opanowała.

Wolę się skoncentrować na twoim tyłku, jeśli nie masz nic przeciwko 

temu. Zawsze uważałam, że wart jest tego, żeby nie spuszczać z niego oczu.

Otworzył   ze   zdziwienia   usta   i zaczął   się   uważnie   przyglądać   jej   twarzy. 

Siliła się na arogancki uśmiech, ale wynik był żałosny.

Do diabła — zaklął i zszedł ze stromizny.

Chwycił   ją   i przygarnął   do   siebie.   Jego   palce   wczepiły   się   w jej   włosy 

i odchyliły w tył głowę. Kiedy zobaczyła nad sobą niebieskie, zmrużone oczy, 
poczuła miłe ciepło w żołądku.

Prędzej   padnę   trupem,   niż   pozwolę,   żeby   cię   skrzywdził   —   rzekł 

szorstko i gorąco ją pocałował.

Ten pocałunek uderzył jej do głowy szybciej niż trzy duże martini. Jak to 

możliwe, że Beth wolała porządnego drinka niż jego? Myśli Hope stawały się 
coraz   bardziej   bezładne,   poplątane,   w końcu   w ogóle   przestała   myśleć. 
Zamknęła oczy, cudowne pieszczoty jego głodnych warg i języka przeniosły ją 
w inny wymiar rzeczywistości. Pragnęła mieć go bliżej, wokół siebie, w sobie, 
tak żeby nie wiedzieć, gdzie kończy się jej ciało, a zaczyna jego. Jared tulił ją 
coraz mocniej, masował palcami skórę głowy, pomrukując zmysłowo.

Była spragniona miłości jak on. Wygłodzona po niezliczonych wieczorach 

background image

spędzonych w pustym biurze, po zbyt wielu samotnych niedzielach. Wyrzuciła 
ze świadomości wszystkie randki z facetami bez twarzy. Pragnęła tylko jego, 
mężczyzny,   którego   rysy   miała   wyryte   w pamięci,   którego   wzajemność 
napełniała jej serce radością. Pragnęła Jareda, całowała Jareda, tylko Jareda, na 
zawsze Jareda.

Jęknął boleśnie i odsunął usta od jej twarzy.

Jared — szepnęła, z zamkniętymi oczami szukając jego warg.

Zacisnął palce na jej biodrach i odsunął od siebie zdecydowanym ruchem.

Fatalny   moment,   Hope.   Czas   jest   teraz   naszym   wrogiem.   Ale 

wrócimy do tego. Wiesz o tym, prawda?    

Oddychała równie szybko jak on, garnęła się do niego, ale miał taki wyraz 

twarzy, jakby wciąż się obawiał, że ona nie zechce do tego wrócić. Złożyła 
skromnie ręce, jak słaba, uległa kobieta.

Tak, Jared, wiem.

To dobrze. — Kiwnął głową, jakby dla przypieczętowania ulotnych 

słów. — Właśnie to chciałem usłszeć. — W jego oczach pojawił się niepokój. 
— Nie uraziłem ci ramienia?

Nie, Jared.

Nie wyglądał na przekonanego, ale dał spokój.

W takim razie ruszamy. Podchodź pod górę tak, jak ci pokazałem. 

I krzycz, jeśli będziesz potrzebowała pomocy.

Dobrze, Jared.

Rzucił   jej   ostatnie   tęskne   spojrzenie,   odwrócił   się   szybko   i zaczął 

wspinaczkę.

Szedł na pamięć, nie używając kompasu ani mapy, które zostawił Hankowi. 

Hope   miała   wrażenie,   że   Jared   doskonale   wie,   dokąd   idzie,   a ona   robiła 
wszystko, żeby nie zwalniać tempa.

Na   zarośniętym   stoku   było   ślisko   od   mokrych   sosnowych   igieł 

i wystających kamieni. Podejście stawało się coraz bardziej strome, podłoże 
bardziej skaliste, a Hope myślała już tylko o odpoczynku.

Przez ostatnie pół kilometra, po tym jak Jared skręcił w lewo, słyszała szum 

górskiego potoku.

Dziesięć   minut   później   zobaczyła   przed   sobą   nie   górski   potok,   ale   całą 

kaskadę   połączonych   wodospadów,   które   spadały   do   głębokiego   jaru. 
W gęstym   dziewiczym   lesie   słońce   ledwie   przezierało   między   drzewami, 
tworząc mglistą, nierealną poświatę.

W powietrzu unosił się ciężki zapach sosny, zgniłej trawy i wody. Hope 

podeszła   do   krawędzi   wąwozu   i z zapartym   tchem   chłonęła   piękno   tego 
baśniowego   widoku.   Kiedy   stanął   przy   niej   Jared,   na   jej   twarzy   zagościł 
uśmiech szczęścia.

background image

Była Pocahontas, dzieckiem tej ziemi. Czuła się nawrócona.
—   Przekroczymy   wąwóz   w tym   miejscu   —   zawołał   Jared,   usiłując 

przekrzyczeć huczące wodospady.

Uśmiech   z jej   twarzy   znikł   bez   śladu.   Nie   jest   aż   tak   głupia.   Przeszedł 

jeszcze sześć metrów wzdłuż urwiska i przywołał ją ręką.

Potrząsnęła głową.
Machnął jeszcze raz, hipnotyzując ją spojrzeniem, które mówiło, że jeśli nie 

snajper, to on sam ją zabije.

Trochę   miała   dosyć   tych   śmiertelnych   gróźb.   Zbliżając   się   ostrożnie   do 

Jareda,   zrozumiała,   co   miał   na   myśli.   Zastanawiała   się,   czy   celna   kula   nie 
byłaby jednak lepszym rozwiązaniem. Pień drzewa przerzucony nad przepaścią 
o szerokości ,dziesięciu metrów  wyglądał na zbyt śliski i wąski, żeby Jared 
mógł się na nim utrzymać.

Wskoczył szybko na wystające korzenie i zanim Hope zdążyła się przerazić 

na dobre, był już w połowie drogi nad wąwozem. Spieniona woda dwadzieścia 
metrów w dole nie była w stanie zagłuszyć bicia jej serca. Kiedy znalazł się na 
drugim końcu brzegu, pomachał beztrosko ręką i wrócił do niej tą samą drogą.

Nie zrobię tego! — krzyknęła mu do ucha.

W odpowiedzi zaprowadził Hope do prowizorycznego mostu, wskoczył na 

korzenie i wciągnął ją za obie ręce na górę. Cofając się powoli, ciągnął ją za 
sobą.

Upływ   czasu   i wilgoć   nadwątliły   pień   zwalonego   drzewa.   Zmurszałe 

i pozbawione kory rzeczywiście było tak śliskie, że ledwie dawało się po nim 
iść.

Nie   patrz   w dół!   —   krzyknął.   —   Stawiaj   ostrożnie   stopy,   dopiero 

wtedy, gdy wyczujesz pod butem drzewo.

Jego okulary zaszły mgłą. Nawet nie widziała jego oczu. Ze strachu nogi 

odmawiały jej posłuszeństwa.

Nie bój się, nie pozwolę ci spaść. Świetnie ci idzie. Jesteśmy prawie 

w połowie drogi.

Hope spojrzała w dół. Jej stopa ześliznęła się z pnia.
W   ostatniej   chwili   Jared   złapał   ją   za   drugi   nadgarstek.   Krzyknęła 

przeraźliwie.   Machając   bezradnie   nogami,   kołysała   się   nad   przepaścią   jak 
artystka cyrkowa, czując, jak przy każdym ruchu żołądek podchodzi jej do 
gardła.

Nie ruszaj się! — krzyknął.

Ostatnim wysiłkiem woli zdołała opanować zdenerwowanie i strach.
Podciągnął ją mocno do góry, błyskawicznym ruchem, jak gdyby ważyła 

tyle co piórko. Po chwili wyczuła twardą powierzchnię pod stopami i dopiero 
teraz zdała sobie sprawę, jaki to był dla niego wysiłek. Zgodnie z obietnicą nie 

background image

pozwolił jej spaść. Po raz kolejny uratował jej życie.

Trzęsąc się ze strachu, wytrwale podążała za nim nad przepaścią. Poszłaby 

teraz za nim nawet w ogień, byle tylko trzymał ją za ręce. Kiedy wreszcie 
dotarli na drugi brzeg, chciała rzucić mu się w ramiona. Po chwili, gdy się 
trochę   uspokoiła,   a poziom   adrenaliny   gwałtownie   opadł,   postrzelone   ramię 
zaczęło ją boleć jak zropiały ząb.

Jared   przetarł   zamglone   okulary,   spojrzał   na   przesiąknięty   krwią   bandaż 

i cicho zaklął.

Nic mi nie jest. To tylko tak strasznie wygląda.

Kiwnął   bez   słowa   głową   i odszedł   w głąb   lasu.   Musiał   znaleźć 

wystarczająco   grubą   gałąź,   którą   mógłby   podeprzeć   zwalone   w poprzek 
wąwozu drzewo i zrzucić je w przepaść.

Mogę ci jakoś pomóc?

Odsuń się.

Wyprostowała się i powtórzyła stanowczo:

Czy mogę ci pomóc?

Ujrzała szacunek w jego oczach i nagle ból zaczął słabnąć.
Jared ułożył ręce Hope na grubej gałęzi.

Przyciskaj ją do ziemi. Jak pień się podniesie, zacznę go pchać do 

przodu. — Stanął na swoim miejscu, schylił się i podłożył dłonie pod pień. — 
Dobrze, teraz!

Mimo że pchała z całych sił, pień nawet nie drgnął. Dopiero kiedy zaczęła 

poruszać gałęzią jak piłą, podniósł się nieznacznie.

Jared napierał całym ciałem. Pień drgnął i przesunął się o jakieś dwadzieścia 

centymetrów.

Jeszcze raz — rozkazał.

Walka z ogromnym pniem była mozolna, przede wszystkim dla niego. Hope 

nie mogła  oderwać wzroku od jego napiętych mięśni.  Niesłychane... Nigdy 
przedtem nie podniecał jej widok bicepsów, fizyczna siła nie robiła na niej 
żadnego wrażenia. I oto krok po kroku stawała się zupełnie inną kobietą.

Wreszcie koniec drzewa zaczął się zsuwać w kierunku przepaści. Uklękła 

obok Jareda i zaczęła pchać z całej siły — choć miała jej tak niewiele.

W   końcu   pień   zatrząsł   się,   podstawa   z korzeniami   oderwała   się   od 

przeciwległej   skarpy   i runęła   do   wody   z potężnym   pluskiem.   Hope   i Jared 
wymienili   zmęczone   spojrzenia.   Ból   w jej   ramieniu   stawał   się   nie   do 
zniesienia,   żołądek   ciążył   jak   kamień,   mięśnie   odmawiały   posłuszeństwa. 
Czuła   się   jednak   zdecydowanie   bezpieczniej   ze   świadomością,   że   od 
ścigającego ją mordercy dzieli ich czeluść wąwozu.

Jak to dobrze, że będą mogli zmniejszyć tempo.
Jared wstał i pociągnął ją za zdrową rękę.

background image

Chodźmy już. Straciliśmy za dużo czasu.

Westchnęła ciężko i zmusiła swoje udręczone ciało do dalszej wędrówki.

Stan patrzył z wściekłością na kłęby wzburzonej wody dwadzieścia metrów 

pod nim. Robota zaczyna się komplikować, i sam jest sobie winien.

Załatwiłby tę babę jednym strzałem, ale akurat się schyliła, żeby podrapać 

się w nogę. Może  to dobry znak, pomyślał na początku. Los podsuwał mu 
szansę na dobrą zabawę. Zamiast anonimowego wykonania wyroku — słodka 
rzeźnia.

To tak, jakby bawić się w strzelaninę i cieszyć widokiem kul odbijających 

się   rykoszetem   od   ścian.   Albo   oglądać   kryminał,   w którym   zamiast 
samochodów eksplodują plecaki. Wypatrzył za skałą tych spoconych ze strachu 
frajerów i od razu zrobiło mu się lepiej. Ale okazało się, że to oni wycięli mu 
numer.

Kiedy zaszedł ich od tyłu, rudej już nie było. Wsiąkła gdzieś z facetem, 

który ją wcześniej niósł. To ten dupek w okularach, musi być ich szefem, tym 
„Jaredem", który odbierał przez radio lokalizacje. Pierwszy facet, który śmiał 
z nim zadrzeć, odkąd Stan odkrył w sobie boską moc.

Władzę ostateczną.
Gdyby   nie   musiał   dbać   o opinię   zawodowca,   tych   troje   za   skałą   nie 

pokicałoby w góry jak zasrane zające. Ale dał sobie spokój, wycofał się nie 
zauważony i ruszył w trop za rudą.

Wściekły, zaczął kopać grunt pod nogami. Grudki mokrej ziemi spadały na 

wystające   z ziemi   korzenie   drzewa.   Po   drugiej   stronie   wąwozu   widać   było 
odciśnięty  ślad  po  starym pniu,  który   jeszcze   niedawno  musiał   łączyć  dwa 
brzegi.   Szedł   po   trzydzieści   minut   w każdą   stronę,   żeby   znaleźć   jakiś 
prowizoryczny most, ale nic z tego.

Jared   zniszczył   jedyne   przejście   w promieniu   kilku   kilometrów,   a do 

zmierzchu   pozostały   tylko   dwie   godziny.   Znowu   kopnął   wystający   z ziemi 
korzeń. A niech to szlag, nie mógł w to uwierzyć.

Zrzucił   plecak   na   ziemię   i rozsunął   największą   kieszeń.   Ruda   oberwała; 

jeżeli nie postrzelił jej porządnie, to na pewno drasnął, więc nie może zajść za 
daleko. Pewnie uwaliła się gdzieś po drugiej stronie i ledwo zipie. Gdyby tylko 
udało mu się przedostać na drugi brzeg, miałby jeszcze mnóstwo czasu na to, 
żeby z nią skończyć i dać nogę. Helikopter jest umówiony na dziesiątą rano. 
Z jego mapy wynika, że tamtych troje frajerów ma cholernie długą drogę do 
obozu następnej grupy, tej, która ich namierzyła przez radio dziś rano.

Wyciągnął   z plecaka   toporek   turystyczny,   sprawdził   kciukiem   ostrze 

i uśmiechnął się na widok strużki własnej krwi. Jest gotów do dalszej gry. Jakiś 

background image

kilometr dalej zauważył wysoką sosnę, która rosła tuż nad urwiskiem. Wyrąbał 
wystarczająco dużo pni w swoim życiu, by wiedzieć, jak się do tego zabrać 
i obalić drzewo we właściwym kierunku. Zajmie mu to trochę czasu, ale ruda 
mu ten wysiłek sowicie wynagrodzi.

Zamachnął   się   toporkiem   jak   lufą   pistoletu,   wciął   się   w pień   za   drugim 

uderzeniem   i zmrużył   wściekle   oczy.   No,   niech   ten   dupek   w okularach 
przekona się, czym pachnie siekierka Stana.

Droga była coraz trudniejsza, a Hope słabła z każdym krokiem. Co jakiś 

czas Jared przystawał i nasłuchiwał jak czujne zwierzę. Zatrzymali się tylko 
raz, nad rwącym potokiem, żeby napełnić manierkę i zjeść batona — jednego 
na spółkę.

Wycieńczona do tego stopnia, że ledwie mogła gryźć, Hope zapytała Jareda, 

czy według niego snajper jest na ich tropie. Odpowiedział, że raczej nie, ale 
wolał tego nie sprawdzać, wiedząc, że stawką jest jej życie.

Ten facet umiałby postawić na nogi nawet trupa, pomyślała.
Szła   dalej,   cały   czas   pod   górę,   z trudem   łapiąc   oddech   w rozrzedzonym 

powietrzu. Jej nogi domagały się odpoczynku, mimo że posłusznie stawiała 
kroki techniką „wypoczynkową".

W pewnej chwili wpadła jej do głowy myśl,  że Jared nie jest zwykłym 

człowiekiem.   Nawet   najsilniejszy   mężczyzna   nie   mógłby   zrobić   tego 
wszystkiego, nie okazując najmniejszego śladu zmęczenia. Zaczęła wątpić, czy 
będzie mogła „wrócić" z nim do czegokolwiek. Seks z istotą pozaziemską nie 
mieścił się w żelaznym kanonie jej fantazji erotycznych.

Kiedy Jared zatrzymał się ponownie, wszystko jej było jedno po co. Ugięły 

się pod nią kolana i upadła na ziemię. Jak przez mgłę widziała, że Jared struga 
jakieś patyki, rozwija linę, ciągnie jakieś szeleszczące drzewo...

Czuła, że ktoś potrząsa jej zdrowe ramię. Otworzyła z wysiłkiem oczy.

Chodź, mamy mało czasu.

Kula byłaby zdecydowanie lepszym rozwiązaniem. Najlepiej między oczy.
Resztką   sił   wykrzesała   z siebie   trochę   dyscypliny   i zacisnęła   usta,   kiedy 

pomagał jej wstać. Chwiejąc się na nogach jak niedołężna staruszka, czekała, 
aż Jared zacznie iść.

Objął ją ramionami. Jedną ręką przycisnął jej głowę do swojej piersi.

Biedna Hope. To już naprawdę niedaleko. Proszę, wytrzymaj jeszcze 

trochę — szepnął i pocałował ją w czubek głowy.

Jego dotyk i czułe słowa sprawiły, że łzy ścisnęły jej gardło.

Zrobisz to dla mnie, kochanie?

To i wiele więcej. Zrobiłaby dla niego wszystko. Skinęła głową. Kochała 

background image

dotyk jego szorstkiego swetra na policzku, kochała ciężar jego silnej dłoni, 
którą gładził jej włosy, kochała...

Otworzyła szeroko oczy.
Kochała jego.
Jej serce wiedziało o tym od dawna. Kiedy ta prawda dotarła do jej rozumu, 

błogie ciepło wdarło się gwałtowną falą do pustych i zimnych zakamarków jej 
duszy. Może zgłupiała do reszty, może ślepy los z nich zakpił, ale kochała 
Jareda do szaleństwa, całym sercem i duszą. Mogła zamknąć oczy i pozwolić 
sobie na chwilę bezgranicznego, niezmąconego szczęścia.

Objął ją mocniej i zaraz uwolnił z czułego uścisku.

Przykro mi, Hope, ale czeka nas jeszcze ostatnie podejście.

Wahając się chwilę, czy mu  od razu powiedzieć, niepewna jego reakcji, 

odchyliła głowę i uśmiechnęła się.

Chodźmy. Straciliśmy za dużo czasu.

background image

14

Jared zdjął sweter i obwiązał go wokół bioder. Nie pamiętał, że szlak jest 

tak   wąski,   stromy   i poprzecinany   szczelinami   o głębokości   od   półtora   do 
dziesięciu metrów. Za dwie godziny, kiedy zapadnie ciemność, ta wspinaczka 
stanie   się   samobójstwem.   Musi   więc   doprowadzić   Hope   na   Orlą   Polanę 
wcześniej.

Wyciągnął w dół rękę i chwycił jej palce. Na krótkich paznokciach kruszył 

się   popękany   czerwony   lakier.   Jej   dłoń   wydawała   się   drobna   i zwodniczo 
krucha.   Potrafiła   cisnąć   plecakiem   w pysk   niedźwiedzia   i pocieszyć 
skonfundowanego   przyjaciela.   W tej   dłoni   kryła   się   magia.   Coś,   na   co 
mężczyzna może liczyć i w dobrych, i w złych czasach. Jared pomógł Hope 
wdrapać się na swój poziom, potem wspiął się wyżej, potem od początku to 
samo.

Hope nie skarżyła się na ból, nie prosiła o jedzenie, picie ani o przerwę na 

wypoczynek. Nie zawiodła w obliczu śmiertelnego niebezpieczeństwa, zniosła 
jego   surowe   wymagania.   Teraz   już   wiedział,   że   przezwyciężyła   wpływ 
wychowania,   które   komuś   słabszemu   złamałoby   charakter,   a potem   chętnie 
dodawała odwagi innym.

Jego kobieta miała niezwykły dar odwagi i współczucia. Była wytrzymała 

i piękna. Przywodziła mu na myśl koszyk Apaczów stojący na jego kuchennym 
stole.   Możliwe,   że   podobnie   jak   ta   pamiątka,   nie   będzie   długo   do   niego 
należała, lecz dopóki należy, zamierza traktować ją jak najcenniejszy skarb.

Kiedy wciągał Hope w górę za zdrową rękę, na widok jej cierpienia przeszył 

go ból. Tak nie traktuje się kobiety- skarbu, panie Austin.

Wszystko w porządku, Jared — wyszeptała Hope, patrząc na niego 

pełnym zrozumienia, łagodnym wzrokiem.

Na   bladym   policzku   miała   wyraźną   plamę   brudu,   pod   oczami   szare 

półksiężyce sińców. Odwróciła swoją baseballową czapkę daszkiem do tyłu, 
przygniatając — choć nie chowając zupełnie — kasztanowe włosy, które tak 
kochał.

Przypomniał   sobie   znudzoną   mądralę   z ostatniego   rzędu   na   zajęciach 

z orientacji   i nie   mógł   się   nadziwić,   jak   niesłusznie   ją   oceniał.   To   jest 
prawdziwa Hope Manning. Kobieta, którą chce kochać, nie zważając na to, co 
przyniesie przyszłość. Którą będzie kochał aż do śmierci. Nie odrywał od niej 
oczu.

Hope uniosła dłoń i wsunęła ją we włosy.

Muszę fatalnie wyglądać.

background image

Wyglądasz pięknie.

Jej wzrok złagodniał.
Stał się miękki, nieuchwytny, kuszący.

Ty też.

Jared   zerknął   na   swoją   lepiącą   się   koszulkę,   przesiąkniętą   potem   po 

wyczerpującej wspinaczce. Nie ogolił się rano, a włosy powinien skrócić kilka 
tygodni temu. Ale podobał mu się sposób, w jaki na niego patrzyła. Piekielnie 
mu się podobał. Niczego nie pragnął teraz bardziej, niż dotrzeć z nią na Orlą 
Polanę.

Wspiąwszy się na następną półkę, podał jej rękę.

Założę się, że kokietujesz wszystkich facetów, z którymi zdarza ci się 

wędrować.

Tylko tych, którzy mają to, co prawdziwy facet mieć powinien — 

powiedziała ze swoim nieustraszonym, kochanym, poufałym uśmiechem.

To były ostatnie słowa, jakie z sobą zamienili, zanim szlak zaczął wyglądać 

trochę lepiej od zwierzęcej ścieżki. Nagle odgłosy kamiennej lawiny, jakieś 
osiemset metrów z tyłu, zmroziły Jaredowi krew. Gestem ręki zatrzymał Hope 
w miejscu i zamknął oczy, otwierając się na ducha-który-przenika-wszystkie-
rzeczy.   Charakterystyczne   parsknięcie   samotnego   kozła   pozwoliło   mu 
odetchnąć z ulgą.

Jared był przekonany, że snajper miał zbyt mało czasu, żeby znaleźć inne 

przejście   nad   wąwozem,   nie   mógł   jednak   wykluczyć   takiej   możliwości. 
Uśmiechając się do Hope, ruszył znowu do przodu, ale sądząc po jej błędnym 
wzroku, niewiele już do niej docierało.

Arizońskie cyprysy, jodły Douglasa i jałowce czepiały się stromych stoków 

po obu stronach perci. Na wysokości około dwóch i pół tysiąca metrów chwyta 
już mróz, który w nocy może okazać się bardzo dotkliwy. Jared wiedział, że 
zanim pomyśli  poważnie o schronieniu i żywności, musi  sięgnąć po jeszcze 
jeden środek ostrożności.

Szczelina skalna, do której się zbliżali, była doskonała. Szeroka na półtora 

metra, z opadającymi prosto w dół pionowymi ścianami. Na dnie pokruszona 
skała. Ponad trzy metry głębokości.

Przeskoczył na drugą stronę i wyciągnął rękę do Hope. Przygryzła wargi, 

ale nie wahała się długo. Chwyciła jego dłoń i nie krzyknęła, kiedy musiał ją 
mocno   szarpnąć.   Pocałował   ją   przepraszająco   w zranioną   rękę,   a ona 
odwzajemniła mu się zmęczonym uśmiechem, co tylko wzmogło jego poczucie 
winy.

Podprowadził ją do drzewa i oparł plecami o pień.

Odpocznij tutaj kilka minut.

Nie zadała żadnego pytania, tylko zamknęła oczy.

background image

Dwie minuty później już spała.
Pracował szybko, z uczuciem bezgranicznej wdzięczności wobec Bena za 

wszystkie godziny spędzone pod jego kuratelą. Tajemnicą skutecznej zasadzki 
jest dobry kamuflaż, dlatego prawie piętnaście minut Jared przykrywał zebrane 
wcześniej   gałęzie   sosnowym   igliwiem,   zbutwiałymi   resztkami   roślin 
i kamieniami.  Zwierzęta używające tego szlaku znają go równie dobrze jak 
ludzie   własne   domy.   Albo   przeskoczą,   albo   ominą   podejrzaną   zmianę   na 
swojej dróżce.

Ale zwierzę, którym interesował się Jared, nie będzie tak podejrzliwe.
Kiedy   już   sam   z trudem   odróżniał   fałszywy   odcinek   od   reszty   ścieżki, 

podszedł do Hope i szturchnął ją w zdrową rękę.

Odtrąciła jego dłoń i mruknęła coś pod nosem. Dopiero po chwili podniosła 

głowę, z ogromnym wysiłkiem, jakby ważyła dziesiątki kilogramów. Jej wzrok 
powoli nabierał ostrości.

Dużo straciliśmy czasu? — zapytała jak automat.

Nie — odparł czule. — Daję ci słowo, że jesteśmy prawie na miejscu.

Jej mina  mówiła:  „Dobra, dobra". Ale wstała  i powlokła się za nim bez 

słowa.

Jared kłamał. Nie celowo, ale minęły cztery lata, odkąd Ben poprowadził go 

tym szlakiem. Gdy w końcu przedarli się na wysokość, gdzie zbocze porastały 
już tylko łąki, okazało się, że odeszli blisko kilometr od zasadzki.

Nie   miał   czasu,   żeby   zachwycać   się   pięknem   tego   zakątka.   W górach 

zmierzch   zapada   bardzo   szybko,   a było   jeszcze   tyle   do   zrobienia   przed 
zmierzchem.

Jesteśmy na miejscu — powiedział do chwiejącej się na nogach Hope.

Uklękła   w gęstej   wiosennej   trawie,   przewróciła   się   na   bok   i zwinęła 

w kłębek.

Dobranoc — wyszeptała.

Czapka   przekrzywiła   jej  się   na   głowie,  powieki   opadły.   W kilka  sekund 

świat przestał dla niej istnieć.

Ogarnęły go wyrzuty sumienia. Doprowadził Hope do stanu wycieńczenia, 

ale   przecież   ona   wydobrzeje,   pocieszał   się   w duchu.   Będzie   sobie   spała 
wygodnie,   dopóki   on   nie   zbuduje   szałasu.   Rozwiązał   rękawy   swetra,   który 
nosił okręcony wokół bioder, i delikatnie przykrył nim jej tułów. Jeszcze jedno 
wzruszone spojrzenie na śpiącą postać i wziął się do roboty.

Z dachem pójdzie najszybciej. Ostatniej liny użył, co prawda, do konstrukcji 

zasadzki, ale potrafił poradzić sobie bez niej. Tej górskiej oazy strzegł gęsty 
las, którego poszycie usłane było mnóstwem gałęzi wyłamanych przez kolejne 
burze.

Znalazł dwie, widłowato rozdzielające się na końcach, przyciął, żeby były 

background image

tej samej długości, i zaklinował między drzewami odległymi od siebie o trzy 
metry. Kolejną przyciętą gałąź wsadził między widły, formując równoległą do 
ziemi   krawędź   dachu.   Długie   patyki,   ukośnie   oparte   o tę   krawędź, 
podtrzymywały chrust, którego użył jako strzechy.

Ponieważ nie mieli śpiworów, zimny grunt pozbawiłby ich ciepła w kilka 

minut. Ale siennik z leśnego poszycia zapewnia lepszą izolację i wygodę niż 
najdroższy śpiwór. Jodła Douglasa ze swoimi gęstymi igłami dostarczyła mu 
takiego materiału, jakiego potrzebował.

Ułamując   tylko   miękkie   końcówki,   grubsze   "końce   wciskał   rzędem 

w ziemię. Następny rząd układał naprzeciwko pierwszego i tak dalej, zawsze 
miękkimi końcami w górę. Dopasowany do poszycia szałasu siennik miał trzy 
metry   długości   i ponad   metr   szerokości.   Może   nie   był   to   Hilton,   ale 
wystarczająco wygodne schronienie.

Spojrzał na Hope. Nie poruszyła się nawet o milimetr. Nawet jeśli budował 

to przytulne schronienie z podświadomym marzeniem o upojnej nocy, wybił to 
sobie   z głowy.   Hope   była   skrajnie   wyczerpana.   Znosiła   trudy   tak   dzielnie 
i z takim opanowaniem, że zasłużyła na wypoczynek. A on zadowoli się jej 
bliskością przez całą noc. Zdumiewające, lecz na samą myśl o tym poczuł się 
wspaniale.

Przyklęknął,   chwycił   ją   w ramiona   i zaniósł   do   szałasu.   Poruszyła   się 

nieznacznie,   kiedy   układał   ją   na   sienniku,   lecz   niemal   natychmiast   znowu 
zapadła w głęboki, uzdrawiający sen.

Wyprostował się, potarł dłońmi twarz, zastanawiając się, czy rzeczywiście 

wybrał na tę kryjówkę najlepsze miejsce. Do wysokogórskiej łąki prowadził 
tylko   jeden   wąski   szlak,   ten,   którym   się   wspinali.   Z pewnością   była   ona 
najbezpieczniejszym schronieniem w tej okolicy. Dodając do tego zasadzkę, 
którą urządził po drodze. Tak, bez wątpienia zrobił wszystko, co tylko mógł, 
żeby chronić Hope.

Osiągnął swój cel, a teraz poczuł potworne zmęczenie i głód. Krótka kąpiel 

pomogłaby zwalczyć to pierwsze. Przeszukanie lasu powinno wystarczyć, żeby 
pozbyć   się   tego   drugiego.   Przez   korony   drzew   prześwitywały   ostatnie 
promienie   słońca,   ale   Jared   doskonale   widział   w ciemnościach.   Nie   zbudzi 
Hope, dopóki nie znajdzie dla niej czegoś do jedzenia.

Nawet największy maniak nie ryzykowałby życia, wspinając się trudnym 

szlakiem w niepewnym świetle księżyca.

Stan   gapił   się   na   pochyły   „most"   z niedowierzaniem.   Przeklęty   czubek 

drzewa   spadł   pół   metra   za   blisko,   nie,   dosięgając   przeciwległej   skarpy, 
i zatrzymał się na występie skalnym pięć metrów niżej. Nienawidził ścinania 

background image

drzew,   nienawidził   wysokości,   nienawidził   popełniania   błędów,   i zaczynał 
nienawidzić tę rudą i jej przewodnika z pasją, jakiej nie czuł od czasu, kiedy 
jego tatuś odszedł z tego świata.

Oczywiście w każdej chwili mógł sobie darować i spróbować jeszcze raz, 

kiedy ta baba wróci do Nowego Jorku. Ale wtedy opowie o wszystkim glinom, 
będzie wystraszona i czujna. Poza tym, jeśli teraz nawali, zleceniodawcy mogą 
nie dać mu następnej szansy.

Chowając toporek do plecaka, wyobrażał sobie, co zrobi, kiedy dopadnie tę 

dwójkę.   Podniecenie   przyspieszyło   krążenie   krwi   w żyłach.   Podniósł   ciężki 
plecak   tak   łatwo,   jakby   to   był   worek   z torfem,   który   zbierał   na   sprzedaż 
w dzieciństwie. Tym razem jego moc okaże się wielka. Czuł to w kościach.

Zapiął   pasek   biodrowy,   siadł   okrakiem   na   zwalone   drzewo   i zaczaj 

przesuwać się centymetr po centymetrze do przodu. Nogi co i rusz wplątywały 
mu się w gałęzie, a ostre sosnowe igły kłuły go przez ubranie. Kiedy natrafił 
kroczem na grubą pionową gałąź, nie miał innego wyjścia, niż wstać na nogi 
i ostrożnie balansując, obejść ją.

Kiedy dotarł wreszcie na drugą stronę, jego koszula była mokra od potu, 

a on   sam   czuł   się   jak   poduszka   na   szpilki.   A przecież   miał   jeszcze   do 
pokonania   pięć   metrów   ziemi   i skały   pod   górę.   Znowu   nie   zawiódł   się   na 
swoim plecaku. Było w nim wszystko, czego potrzebował. Elastyczna gruba 
lina, czekan i metalowe klamry, które wrzucił w ostatniej chwili.

Utrzymywał się w dobrej kondycji. Fizycznie ta wspinaczka nie stanowiła 

dla   niego   żadnego   problemu.   Ale,   cholera,   nienawidził   wysokości. 
Przeciągnąwszy   się   przez   skraj   urwiska   na   bezpieczny   grunt,   leżał 
z rozpostartymi ramionami, a jego serce waliło jak młot kowalski. Gdy tętno 
mu się uspokoiło, powróciła cała złość.

Pokaże   tym   klaunom,   co   czeka   ludzi,   którzy   zadzierają   ze   Stanem 

Lawlerem.   Żądza   zemsty   pulsowała   mu   we   krwi,   kiedy   ruszał   z powrotem 
w kierunku odległego o ponad kilometr, zwalonego mostu. Zostawił na miejscu 
linę i klamry, żeby były gotowe na wypadek szybkiej ucieczki.

Odnalezienie   tropów   było   dziecinnie   proste   —   w każdym   razie   łatwo 

rozpoznał ślady stóp kobiety. Nie widać było śladów męskich. Może wpadł do 
wody? Zostawił ją i uciekł?

Cokolwiek   się   stało,   było   to   Stanowi   na   rękę.   Zasłużył   na   nagrodę. 

A przewodnik mógłby go kosztować zbyt wiele cennego czasu.

Ocenił   położenie   słońca.   Jeszcze   przez   godzinę   będzie   jasno.   Ruda   nie 

zdąży odejść daleko.

Ślady   wskazywały,   że   ledwie   powłóczy   nogami.   Jest   słaba,   wystraszona 

i gotowa do targów. Ale żadne łzy ani jęki nie powstrzymają go przed nauczką, 
którą da tej dziwce. Dzisiaj nie musi się cackać. Nie tak jak z tą blondynką 

background image

z hotelu.

Poczuł pulsowanie w pachwinie. Przyspieszył tempo marszu.
Jej ślady prowadziły prosto w góry, a nie odnalazł dotąd żadnych znaków, 

które   świadczyłyby   o tym,   że   choć   raz   odpoczywała.   Musi   być   już   bardzo 
blisko. Kiedy go zobaczy, jej wielkie brązowe oczy wypełni strach. Jeżeli nie, 
dokona tego pistolet. Ruger Mark II zmusił niejednego faceta, żeby skamlał 
o życie. Ta ruda zrobi coś więcej, zanim z nią skończy.

Był piekielnie podniecony. Całkiem gotowy.
Pognał w górę stromym stokiem. Nagle coś zacisnęło się mocno na jego 

kostce i szarpnęło.

Świat stanął na głowie. Ze świstem wyrzuciło go w górę. Krew wdarła mu 

się   do   mózgu,   a ziemia   kołysała   się   w tę   i we   w tę   dwa   metry   niżej. 
Zszokowany, zdał sobie sprawę, że dynda, przywiązany za stopę do liny, która 
była umocowana na czubku drzewa.

Jego ciało uderzyło w młodą sosnę i odbiło się jak piłka. Następnym razem 

był już gotowy i złapał się pnia. Skręciwszy tułów, zdołał otworzyć plecak 
i wyciągnąć z niego nóż. Napiął mięśnie, podniósł ciężki tors i śmignął ostrzem 
tuż nad swoim butem. Lina trzasnęła. Runął w dół, plecakiem do ziemi.

M21, amunicja, czekan, młotek i reszta narzędzi ugodziły go w kręgosłup 

i łopatki. Spojrzał w niebo, szacując swoje rany i kontuzje. Niczego nie złamał, 
ale   wszystko   go   bolało.   Powoli   usiadł,   potem   wstał   na   nogi,   mozolnie   jak 
staruszek, i zrobił jeden krok na próbę. Szlag by to trafił! Miał skręconą kostkę.

Zakładał sidła, od kiedy skończył dziesięć lat. Wpaść samemu we wnyki to 

kompromitacja.   Zniewaga   nie   do   wybaczenia.   Próbując   zapanować   nad 
wściekłością, zaczął oglądać mechanizm spustowy pułapki. Dwa haczykowate 
patyki,   każde   świeże   cięcie   zamaskowane   błotem.   Lina   podobnie   umazana 
w brunatnej mazi, ręcznie spleciona i prawie niewidoczna na tle ziemi. Młode 
drzewko zostało właściwie wybrane. W gęstwinie innych trudno było dostrzec 
jego nienaturalne wygięcie.

Ktokolwiek założył te wnyki, nie był frajerem przewodnikiem, który sypia 

w namiocie i gotuje na kocherze. O nie, ten facet był naprawdę dobry. Pewnie 
śmieje się teraz na myśl, że Stan wisi sobie jak szynka w wędzarni.

Upokorzenie   paliło   mu   policzki,   a zaraz   potem   spadła   na   niego   gorąca, 

mordercza   wściekłość.   Może   nie   nauczył   się   wybierać   właściwego   widelca 
w eleganckiej   restauracji,   ale   nikt   nie   zna   lepiej   od   niego   lasu.   Odnajdzie 
faceta, który go tak urządził, i to on, Stan Lawler, będzie się śmiał ostatni! To 
już nie tylko sprawa forsy. Stawką jest jego honor.

Jutro o dziesiątej wsiądzie do helikoptera z podniesioną głową — albo nie 

wsiądzie wcale.

Pomimo szarpiącego bólu w kostce ruszył szlakiem pod górę. Ściemniało 

background image

się szybko, ale niedługo miał wzejść księżyc. Na pewno się nie spodziewają, że 
będzie ścigał ich nocą. Urządzi im niespodziankę. Mają to jak w banku!

Dziesięć minut później but ześliznął mu się ze zwietrzałej skały. Stan upadł 

boleśnie   na   jedno   kolano.   Z kostką   było   coraz   gorzej.   Zdrowy   rozsądek 
podpowiadał   mu,   żeby   zaczekać,   aż   księżyc   wzejdzie   dostatecznie   wysoko 
i oświetli mu drogę, ale żądza zemsty pchała go do przodu.

Wspinał się uparcie, przeskakując szczeliny i pomrukując z bólu. Niech ich 

tylko znajdzie...

I nagle otworzyła się pod nim ziemia. Spadał nogami w dół. Jego skręcona 

wcześniej kostka pogruchotała się na dobre, barki i głowa trzasnęły z całej siły 
o skalną   ścianę.   Przewrócił   się   na   bok   i jęczał,   a sosnowe   igły   i ziemia 
obsypywały go swoim deszczem.

Zasadzka...   Jego   mózg   przez   chwilę   drwił   z siebie   z pogardą,   po   czym 

nieświadomość ucięła wszelkie myśli.

Hope ocknęła się i podrapała po nosie. Coś znowu ją załaskotało. Ukryła 

twarz w swojej pachnącej poduszce i zaczęła mocno pocierać. Wytrzeszczyła 
oczy. Usiłowała wstać, zdezorientowana i trochę przestraszona.

Świadomość wracała etapami. Było ciemno. Siedziała na czymś w rodzaju... 

siennika z sosnowych igieł. Uciekała przed snajperem, tak bardzo zmęczona, że 
pośpiech   stracił   dla   niej   sens.   Jared   w końcu   powiedział:   „Jesteśmy   na 
miejscu". Zwinęła się w kłębek na łożu ze słodko pachnącej trawy, a potem jej 
umysł był jak czysta kartka.

Przed nią rozciągała się łąka. Ta sama, na której zasnęła?

Jared?   —   Jej   własny   głos   wrócił   do   niej   smagnięciem   mroźnego, 

górskiego wiatru.

Drżąc z zimna, zrzuciła czapkę i wciągnęła przez głowę ciepłą bluzę Hanka. 

Każdy najmniejszy ruch sprawiał jej ból. Z trudem mogła odróżnić rwanie rany 
postrzałowej   od   tysiąca   innych   obolałych   mięśni.   Potrzebowała   aspiryny 
z kieszeni Jareda, potrzebowała trochę jedzenia... Kogo próbuje nabrać?

Potrzebowała Jareda. Chciała go zobaczyć, chciała wiedzieć, czy nic mu nie 

grozi.

Przeszukując   oszalałym   wzrokiem   pogrążoną   w mroku   łąkę,   powtarzała 

sobie, że jest głupia. Jaredowi nic się nie stało. Nie ma go, bo pewnie robi coś 
pożytecznego albo coś, co wymaga odwagi prawdziwego mężczyzny. Wróci, 
gdy skończy, i jej świat znowu będzie kompletny. Tymczasem chciała jednak 
wiedzieć, gdzie on jest.

Więc dlaczego załamuje ręce jak jakaś biedna, be radna kobieta?
Wygrzebała   się   z szałasu   i przyjrzała   dokładnie   łące.   W świetle   księżyca 

background image

kołysząca się trawa przypominała falujące srebrne morze. Pięknie — jeśli tylko 
Jared jest bezpieczny.

Zaczęła od lewej strony polanki i idąc po jej obrzeżu, wypowiadała czule 

jego   imię.   Nic.   Tylko   pohukiwanie   sowy,   trzydźwiękowy   akord   wiatru 
przeciskającego   się   między   gałęziami,   trawa   i jej   potargane   włosy.   Las   był 
gęsty  i ciemny.   Co  za  głupota  —  wychodzić  i wołać  w nieznane.   Jared  ma 
słuch jak nietoperz. Dlaczego więc nie odpowiada? O Boże, jeżeli coś mu się 
stało...

Jej   umysł   odrzucał   tę   myśl.   Przewrażliwienie   osiągało   stan   krytyczny 

i opadało.

Czy tak to właśnie bywa, kiedy jest się zakochanym? Że człowiek czuje się 

niepełny, zagubiony i fizycznie chory bez kogoś, kogo kocha?

Przedtem była taka szczęśliwa. Szczęście jest dobre. To jest wstrętne. Wcale 

jej   się   nie   podoba   to   uczucie.   Przez   całe   dorosłe   życie   budowała   swoją 
tożsamość i poczucie własnej wartości, niezależnie od pragnień i opinii innych 
ludzi. Miłość niech sobie idzie gdzieś w świat. Miłość niech sobie idzie porazić 
jakiegoś innego głupka, a ją niech zostawi w spokoju.

Jestem tutaj, Hope!

Serce podeszło jej do gardła. To jej miłość!
Po   raz   pierwszy   w życiu   rozumiała,   dlaczego   wciąż   zdarzają   się   nie 

planowane   ciąże,   dlaczego   sekretarki,   ku   własnej   zgubie,   miewają   romanse 
z szefami,   i dlaczego   wciąż   prosperują   w Las   Vegas   kościoły   udzielające 
szybkich ślubów. Miłości nie da się kontrolować. To ona kontroluje swe ofiary. 
A najlepsze, na co kobieta może mieć nadzieję, to miłość odwzajemniona.

Hope szła między drzewami w kierunku głosu Jareda, bo nie mogła zrobić 

nic innego.

Jej instynkt wiedział, gdzie szukać  swojej  drugiej połowy  i prowadził  ją 

przez ciemny las. Dzięki nikłym promieniom księżycowego światła nie rozbiła 
sobie głowy o drzewa. Gąbczasty dywan ściółki tłumił odgłos jej kroków, ale 
wiedziała, że Jared ją słyszy. Wiedziała, że czeka.

Zapach wody dochodził gdzieś z bliska. Ta wyprawa wyostrzyła jej zmysły, 

przedtem   głuche,   bo   po   prostu   nie   używane.   Zauważyła   mgiełkę   dryfującą 
między   pniami   drzew.   Jeszcze   jeden   wodospad?   Nie,   nie   słychać 
charakterystycznego grzmotu spadającej wody.

Rzuciła się naprzód, wypadła z lasu i zatrzymała się. Jej serce także.
Dotykała   butami   krawędzi   jakiegoś   bezkształtnego   zbiornika   wody 

o wielkości   małego   basenu.   Światło   księżyca   lśniło   na   jego   powierzchni 
pomiędzy plamami unoszącej się pary. Zwiewne paprocie, pochylające się nad 
piaszczystą glebą, okalały wodę ze wszystkich stron oprócz jednej. Najdalszy 
kraniec   basenu   zdawał   się   wyrzeźbiony   z twardej   skały,   z naturalnymi 

background image

kamiennymi tarasami. Za taki projekt krajobrazu architekt zarobiłby fortunę.

Te   szczegóły   straciły   na   znaczeniu,   kiedy   zauważyła   mężczyznę 

zanurzonego   do   piersi   w wodzie,   z gładkimi   włosami   spadającymi   do   tyłu 
i twarzą przesłoniętą przez parę. Bez okularów był jeszcze bardziej nagi.

Obudziłaś się.

Głos Jareda potoczył się po wodzie i odbił się echem w jej głowie. Jeżeli 

kiedykolwiek się obudzi, umrze na atak serca. Zachwiała się i z trudem złapała 
powietrze.

Co   myślisz   o moim   prywatnym   zdrojowisku?   Dzięki   gorącym 

źródłom jest tu zawsze ciepło.

Myśleć? Miała w głowie sieczkę. Na język cisnęły się same brednie.
Jared wstał. Woda spływała po jego ciele do basenu. Był w nim zanurzony 

do   pępka.   Plamy   gładkich   czarnych   włosów   na   jego   piersi,   brzuchu 
i przedramionach łagodziły zarys twardych mięśni.

Musisz   być   strasznie   głodna.   Daj   mi   minutę   na   ubranie   się,   to 

przygotuję coś do jedzenia.

Nie poruszyła się.

O co chodzi?

Spojrzenie Hope błąkało się bezradnie po jego naprężonym ciele, potem 

spotkało jego niespokojne oczy.

Obudziłam się, a ciebie nie było. To mnie... przeraziło.

Jej   głos   wydobywał   się   z głębi   piersi,   takiego   tonu   nigdy   u siebie   nie 

słyszała.

Przepraszam — powiedział czule. — Nie pomyślałem, że możesz się 

obudzić, zanim wrócę. Tutaj jesteśmy bezpieczni, Hope. Zapomnij o snajperze.

On nie rozumie. Musi coś zrobić, żeby zrozumiał.

Bałam   się,   że   coś   ci   się   stało.   Musiałam   cię   zobaczyć.   Byłeś   mi 

potrzebny.

Jared znieruchomiał.
Do diabła z dumą.

Ja... bardzo cię potrzebuję.

Nieprzytomny błysk radości rozświetlił jego oczy.

Chodź tutaj, Hope.

Nigdy przedtem nie słyszała takiego głosu. Czuła, co on znaczy, i drżała ze 

wzruszenia. On też jej pragnął. Tutaj. Teraz. Zrobiła jeden krok prosto do wody 
i uskoczyła do tyłu. Jej but ociekał wodą.

Ubranie.   No   jasne,   co   za   głupota.   Rozwiązała   sznurówki,   zdjęła   buty, 

ściągnęła   skarpetki.   Czy   cały   czas   na   nią   patrzy?   Zerknęła   przez   zasłonę 
rudych włosów...

Chyba tak.

background image

Wyprostowała się. Paliły ją policzki, kiedy jej palce walczyły z zatrzaskiem 

i suwakiem.   Jej   poprzednie   miłosne   związki   były   banalnymi   romansami, 
zewnętrzną oprawą niewiele się różniły od biznesu. Bez błyszczących oczu. 
Bez długiej gry wstępnej. Bez ociągania się przy rozstaniu.

Nigdy wcześniej nie rozbierała się dla mężczyzny. To ją onieśmielało i, 

o tak,   podniecało.   Luźne   spodnie   koloru   khaki   dołączyły   do   reszty   rzeczy, 
które leżały u jej stóp. Kopnięciem odsunęła je dalej, świadoma, że jej ciepła 
bluza sięga do połowy uda. Może nie była to seksowna bielizna, ale Jared nie 
wyglądał na znudzonego. Wyglądał... niebezpiecznie.

Zadrżała, ale nie z zimna. Chwyciła brzeg bluzy, podniosła ją — i zawyła. 

Potworny ból przeszył jej ramię. Opuściła bezwładnie ręce.

Jared   brnął   z głośnym   pluskiem   przez   wodę   i wyskoczył   na   brzeg. 

Wilgotnymi   dłońmi   najpierw   uwolnił   ubranie   z zaciśniętych   palców   Hope, 
a potem delikatnie ściągnął je przez głowę, razem z bielizną. Parujące ciepło 
promieniowało kilka centymetrów od jej nagiej skóry, kiedy wyplątywał jej 
zdrową   rękę   z rękawa.   Potem   zrobił   to   samo,   bardzo   ostrożnie,   z jej 
postrzelonym ramieniem. Jedno szybkie pociągnięcie i była wolna.

Zerkała jeszcze spłoszonym wzrokiem na jego obnażony tors, płaski brzuch, 

jego... Uradowana i podniecona, zaczerpnęła powietrza. Natura obdarzyła go 
hojnie nie tylko zaletami ducha.

Tak...

Z jego ust wydobył się niewyraźny dźwięk, jego wzrok przylgnął do rąbka 

turkusowej koronki, którą znalazła na wyprzedaży w Victoria's Secret.

Najlepiej wydane pieniądze w całym życiu, pomyślała, ściągając majteczki, 

rozpinając   stanik   i odrzucając   go   na   bok.   Jeden   krok   i mokra   skóra   Jareda 
przywarła do jej piersi. Zamknęła oczy z błogim westchnieniem.

Zaczerpnął powietrza krótkim, ostrym haustem i cofnął się jak oparzony. 

Siła tego nagłego rozdzielenia wydarła jęk z jej gardła.

Cholera! — Odrzucił głowę do tyłu i zacisnął  oczy. — Potrzebuję 

trochę czasu...

Jej trwoga ustąpiła miejsca zrozumieniu i wstydliwej kobiecej dumie.

W porządku, Jared. Masz czas. — Odwróciła się i weszła do wody. — 

Mamy całą noc — rzuciła przez ramię i zachichotała, kiedy otworzył szeroko 
oczy.

Nurkowała   i tarzała   się   po   piaszczystym   dnie,   lekceważąc   ranę   i ból 

w ramieniu   —   znieczulony   wyraźnie   przyjemnością   kąpieli.   Prawdziwej, 
ciepłej   kąpieli.   Co   za   wspaniały,   grzeszny   luksus!   Tarła   się   piaskiem   — 
naturalnym środkiem do złuszczania skóry — po nogach, brzuchu i ramionach, 
ostrożnie, żeby nie naruszyć przemoczonego bandażu. Wypływając z pluskiem 
na powierzchnię, śmiała się i machała do Jareda, który siedział na zanurzonej 

background image

półce skalnej. Potem brała głęboki oddech i znowu znikała pod wodą.

Szorowała   twarz   i całą   głowę,   myła   zęby   palcem,   kładła   się   na   plecach 

i dryfowała leniwie, patrząc w atramentowoczarne niebo i rozświetlony glob. 
Księżyc kochanków. Żeby tylko Jared zrobił pierwszy ruch...

Ból   bardzo   złagodniał.   Czuła   się   odświeżona   i skrzypiąco   czysta.   Lecz 

napięta struna w dole jej brzucha drgała mocniej z każdą minutą, w której on na 
nią patrzył. A patrzył przez cały czas, siedząc na tej swojej kamiennej ławce. 
Teraz też czuła na sobie jego oczy.

Próbujesz mnie wykończyć? — zapytał cicho.

Wyskoczyła w górę i zaczęła dreptać jak ptak w kałuży.

Co proszę?

Ja tu umieram, a ty sobie patrzysz w księżyc.

Dreszcz przeszył końcówki jej nerwów.

Powiedziałeś, że potrzebujesz minutki...

Ta minuta się skończyła. Teraz potrzebuję ciebie. Chodź tutaj, Hope.

To był rozkaz, nie prośba.
Taniec   godowy   się   skończył.   Zniknęła   gdzieś   jej   nieśmiałość,   ustępując 

miejsca płynącemu z głębi duszy przeświadczeniu, że stanie się to, co stać się 
powinno.   Stojąc   w głębokiej   po   ramiona   wodzie,   powoli   zaczęła   iść   przed 
siebie. Widziała, jak zwężają mu się oczy, jak wznosi się i opada jego pierś, jak 
z każdym jej krokiem napinają się mięśnie jego szyi.

Jestem tutaj, Jared — powiedziała miękko i rozłożyła ramiona.

Gdy   podniósł   się   z kamiennej   ławki,   dreszcz   czystej   ekstazy   wstrząsnął 

całym  jej  ciałem.   Tym  razem  nie   wycofał   się.   Otoczył  ramionami   jej  talię 
i zaczął kołysać ją do przodu i do tyłu, jakby chciał powiedzieć, że ten moment 
jest równie drogocenny i wyjątkowy dla niego, jak i dla niej.

Jak   ja   na   to   czekałam...   —   wyznała   stłumionym   szeptem.   — 

Budziłam się, marząc o tobie. Kiedyś mało brakowało, a wśliznęłabym się do 
twojego śpiwora.

Gdybym wiedział... — szepnął, odsuwając się trochę. — Domyślasz 

się, co przeżywam, odkąd cię poznałem? Boże, Hope, gdybyś wiedziała, jakie 
miewałem   sny,   uciekłabyś   przerażona   natychmiast.   —   Przygarnął   ją 
zachłannym gestem. — Och, kochanie, chyba się nie wyśpimy tej nocy.

Kiedy całował ją namiętnie, otwartymi ustami, jego ręce były wszędzie, jej 

również. Jared był ucztą dla jej oczu i dłoni. Ściskała mięśnie jego pośladków, 
drugą   ręką   niespodziewanie   ujęła   jego   przyrodzenie.   Przerwał   pocałunek 
i odsunął   się   z urywanym   oddechem,   twardym   i drapieżnym   wzrokiem. 
Mężczyzna popchnięty do granic samokontroli.

Nie   chcę   się   spieszyć   —   powiedział   i ciągnąc   ją   w dół   za   sobą, 

posadził na kamiennej ławce. — Chcę, żeby to trwało... długo. — Oparł jej 

background image

łokcie   o skalną   półkę   z tyłu   i zawisł   nad   nią,   wspierając   się   na   ramionach. 
Spojrzał w dół, mokre włosy zasłoniły mu twarz.

Nie dotykaj mnie, bo będzie po wszystkim. Pozwól mi dotykać siebie.

Jego wzrok wwiercał się w jej oczy.
Jej   protest   zamarł,   kiedy   Jared   pochylił   głowę   i objął   wargami   jej 

nabrzmiałą pierś. Niezwykła, nadzwyczajna przyjemność. Powiedziała mu to 
cichutkim, przeciągłym jękiem. Pogłaskał jej brzuch, potem zsunął dłoń pod 
wodę   i oparł   ją   na   porośniętym   włosami   wzgórku.   Hope   odrzuciła   do   tyłu 
głowę. Skała nie była już niewygodna, rana nie bolała. Żar rozpalony masażem 
jego palców wylewał się spiralnymi kręgami, wybuchał pulsującym napięciem, 
które było po części rozkoszą, po części bólem. Przeniósł usta na jej drugą 
pierś. Jego palce wśliznęły się do wilgotnego wnętrza.

Wyginając się w naprężony łuk, próbowała dosięgnąć jego piersi, ale on 

przycisnął z powrotem jej plecy do skały. Upierała się, koniecznie chciała go 
dotknąć,   ale   on   wolną   dłonią   uwięził   jej   nadgarstki.   Poczuła   się   frywolna, 
dzika, niepohamowana, rozpostarta do uczty na kamiennym stole. Mógł się nią 
sycić   do   woli,   i jak   tylko   zechce.   Jego   usta   dokładnie   wiedziały,   którędy 
wędrować,   miękko   i delikatnie,   czy   też   jeszcze   silniej   dzierżyć   berło   swej 
magii, żeby doprowadzić ją na krawędź rozkoszy. Nie chciała spadać sama.

Pozwól mi się dotknąć — błagała bezwstydnie. — Muszę cię dotknąć.

Zamruczał coś niewyraźnie, odmówił.

Jared, proszę. Chodź! — Ostro szarpnęła dłońmi.

Kocham cię, do cholery!

Podniósł głowę i uwolnił jej ręce.
Przyciągnęła go do siebie, spojrzała na jego oszołomioną twarz i powtórzyła 

miękko:

Kocham cię.

Radość   rozświetliła   oczy   Jareda   i zaraz   potem   jego   zachłanna   czułość 

odebrała jej dech w piersiach. Rozsunął jej nogi i mocno się przytulił.

To dobrze, kochanie. Bo ja ciebie też kocham.

Hope wpiła się w jego barki paznokciami. Jej śmiech, szloch i łkanie, jej 

rozpalone ciało, wszystko to sprawiało, że nie był w stanie wytrzymać zbyt 
długo tej burzy zmysłów.

Dał jej coś, na co nigdy nie liczyła. Swoje wspaniałe ciało, czyste serce, 

poczucie wartości, jakiej nie dała jej dotąd żadna wielka transakcja — i nie 
miała szansy dać.

Kocham cię, Jared.

Kocham cię, Hope. A z resztą damy sobie jakoś radę.

background image

15

Hope budziła się z trudem, marszcząc brwi i drapiąc się po nosie. Znowu ją 

coś łaskotało. Siennik z krzaków. Przewróciła się na plecy. Łaskotało dalej.

Podniosła   powieki   i jej   oczy   natrafiły   na   gałązkę   sosny,   leciutko 

szczotkującą czubek jej nosa.

Jared.
Drżąc   z zimna   odtrąciła   łokciem   gałązkę   i przetoczyła   się   do   niego 

w pierwszych promieniach świtu. Jego ręce podniosły ją bez wysiłku i nagle 
znalazła się na dwumetrowym, naturalnym materacu. Niestety, żadne z nich nie 
było nagie.

Skrzyżowała   ramiona   na   jego   wełnianym   swetrze   i oparła   na   nich 

podbródek.

Dzień dobry panu.

Założył ręce za głowę i uśmiechnął się, eksponując białe zęby na tle czarnej 

szczeciniastej brody.

Dzień dobry, Hope.

Jego głos przenikał słodką wibracją w jej podbrzusze. Jej obolałe mięśnie 

chłonęły z wdzięcznością jego ciepło. Wpatrywała się w niego z bezwstydną 
przyjemnością.   Był   naprawdę   wspaniały,   z tymi   złotymi   smugami   słońca 
w szopie   brązowych   włosów,   gęstymi   jak   u Elvisa   rzęsami   i niebieskimi 
oczami, które zwykle były schowane za okularami.

Popatrz   na   mnie   w ten   sposób   jeszcze   chwilę,   to   zabiorę   cię 

z powrotem do mojego prywatnego uzdrowiska — ostrzegł ją.

Obiecanki cacanki.

Przesunął ją trochę niżej, żeby mogła się przekonać, że to jednak nie czcze 

obietnice.   Zdumiewające,   po   takiej   nocy.   Może   on   jednak   jest   istotą 
pozaziemską? Zaczęła się wiercić na myśl o tym, co robili.

Przestań się kręcić. — W głosie Jareda dała się słyszeć frustracja. — 

Muszę   przygotować   ognisko   sygnalizacyjne.   Jeżeli   Hank   z Karen   i Billem 
dotarli   do   obozowiska   Matta   wcześniej,   mogli   już   wysłać   awionetkę 
ratowniczą.

Znieruchomiała,   potem   stoczyła   się   z niego,   zatrzymując   jego   rękę   na 

swoim brzuchu, i leżeli tak razem, patrząc przed siebie.

O,   jak   dobrze   —   szepnęła   Hope.   —   Potrzymaj   mnie   tak   trochę. 

W życiu nie widziałam czegoś tak pięknego.

Rzeczywiście   nie   widziała.   Werbeny   i jaskry   obsypały   soczystą,   zieloną 

trawę purpurowym i żółtym konfetti. Sinozielone, zębate grzbiety Sierra del 

background image

Carmen   otaczały   ich   ze   wszystkich   stron.   Z drzewa   wskazującego   północ 
wzniósł się do lotu wielki ptak.

To złoty orzeł — powiedział Jared. — Kilka par gniazduje właśnie 

tutaj.

Powiedział jej, że to Ben pokazał mu tę łąkę cztery lata temu. Jego dar 

przewidywania   zasiał   ziarno,   z którego   narodziła   się   szkoła   przetrwania. 
Wiedział, że jego przywiązanie do tego miejsca sprawi, że będzie ono dla Hope 
jeszcze piękniejsze.

Przytuliła się znowu do jego ciepłego ciała.

Jestem tak szczęśliwa, że mnie to przeraża, Jared. A jeśli to nie potrwa 

długo?

To, czego szukam, nie znajduje się „gdzieś tam, na zewnątrz". To jest 

we mnie — głęboki głos zadudnił w jej uszach. — Przeszłość nie ma nade mną 
władzy.

Przyłączyła się do niego i przez chwilę recytowali słowa medytacji jednym 

wspólnym głosem.

Negatywne myśli nie mają nade mną władzy. To ja jestem władzą 

w moim   świecie.   Dzisiaj   jest   piękny   dzień   i nowy   początek.   Sam   tak 
postanowiłem.

Znane   na   pamięć   słowa   rozbrzmiewały   prawdą   i siłą   nowej   obietnicy. 

Obietnicy   przyszłości,   w której   było   miejsce   na   miłość   wyjątkowego 
mężczyzny.   Kiedy   Jared   zacisnął   swoją   rękę   na   dłoni   Hope,   jej   serce 
przepełniały uczucia, o jakie się dotąd nie podejrzewała.

Och, Jared, ja...

Trzask łamanych konarów przerwał jej w pół zdania. Ciało Jareda naprężyło 

się jak do skoku.

Ruszamy! — Zepchnął ją z siennika i złapał za rękę. — Biegniemy!

Zerwała   się   bez   słowa   i wpadła   z nim   do   lasu.   Upierał   się,   żeby   spali 

w butach, i teraz zdała sobie sprawę, że nie tylko dla ochrony przed zimnem.

Wciągnął ją tak głęboko między drzewa, że sama nie potrafiłaby już wrócić 

na polanę. W końcu zatrzymał się, rozejrzał wokół, jakby ustalał ich położenie, 
i posadził ją na ziemi, opierając o pień jodły.

Oddychając głęboko, spojrzała w jego oczy.

Co się stało?

W nocy zamontowałem alarm na szlaku. Coś go uruchomiło. Muszę 

zawrócić   i sprawdzić,   co   —   lub   kto   —   uruchomił   mechanizm   spustowy. 
Zostaniesz tutaj.

Wpiła się w jego ramiona.

Zostań ze mną!

Jared był w rozterce, ale nastawił się już psychicznie na powrót do zasadzki.

background image

Jeżeli to nic ważnego, zaraz wracam. Jeżeli to snajper

v

.. — jego rysy 

stwardniały — to wrócę trochę później.

Wpiła się paznokciami w jego ramię.

To nie jest jakieś duchowe ćwiczenie, Jared — z całym szacunkiem 

dla Bena i wszystkiego, co dla ciebie zrobił. Ten człowiek będzie próbował cię 
zabić.

Ten człowiek próbował już zabić ciebie. Nie czuję się teraz przesadnie 

uduchowiony.

Chciał   dopaść   tego   maniaka.   W oczach   Jareda   Hope   dostrzegła   bojową 

iskrę.

Nie martw się, Hope. Ten drań nawet mnie nie zobaczy, a już będę 

trzymał go za gardło.

Mężczyźni.

Dopiero cię odnalazłam, do cholery! Nie chcę cię stracić... — Jej głos 

załamał się na ostatnim słowie.

Rysy Jareda zmiękły i zobaczyła twarz, którą znała i kochała bardziej niż 

swoje życie. Ujął jej policzek i kciukiem pogłaskał dolną wargę.

Nigdy się ode mnie nie uwolnisz, Hope. Zaufaj mi. I nie ruszaj się 

z tego miejsca.

Mocnym, krótkim pocałunkiem przycisnął ją do drzewa.
Zaraz potem oddalił się.
Zdumiona, zmrużyła oczy. Cały czas patrzyła na niego, a on... Po prostu 

wtopił się w drzewa. Na tym polega skauting, jak nazywał swoje umiejętności. 
Teraz   Hope   całe   swoje   zaufanie   pokładała   w Apaczu,   którego   nigdy   nie 
poznała. Zaczęła się modlić, żeby jego duch opiekował się Jaredem.

Następne   minuty   były   najdłuższymi   minutami   w jej   życiu.   Nerwowo 

przemierzała   tam   i z powrotem   ten   sam   trzymetrowy   odcinek   ścieżki, 
nasłuchując   odgłosu   wystrzału,   wyobrażając   sobie   najgorsze,   nienawidząc 
położenia, w jakim znajdowały się kobiety od czasów, kiedy po raz pierwszy 
mężczyzna walczył ze swym sąsiadem o jaskinię.

Gdyby umiała znaleźć drogę powrotną, wróciłaby prosto na polanę. Jak on 

śmiał zostawić ją tutaj i pozwolić, żeby siwiała ze zmartwienia!

Kawałek   tego  snajpera   chciała   dla   siebie.   A tak  naprawdę,   miała   ochotę 

dobrać   się   do   skóry   Jaredowi,   jak   tylko   go   zobaczy...   Jeżeli   w ogóle   go 
zobaczy.

Tęskniłaś za mną, kochanie?

Hope zawirowała i jak z katapulty wyskoczyła w otwarte ramiona Jareda. 

Oddychała jego cudownym zapachem i znowu poczuła, jak wzburzona krew 
rozpala jej mdlejące przed chwilą ciało.

Potarmosił jej włosy.

background image

Naprawdę za mną tęskniłaś? — spytał z męską dumą w głosie.

Nigdy mnie tak nie zostawiaj, nigdy więcej, jeśli chcesz, żeby grała 

w twojej drużynie.  Zawsze   dobrze  wykonuję  swoją  robotę. —  Uderzyła go 
pięścią w plecy, pozostając w jego ramionach. — Rozumiesz?

Obejmował   ją   czule,   jakby   wreszcie   pojął,   co   jest   najważniejsze   w ich 

związku.

Rozumiem — wyszeptał poważnie.

Hope odetchnęła głęboko.

No więc... załatwiłeś sukinsyna?

Roześmiał się, ścisnął ją mocno, a potem uwolnił z objęć.

To   była   łania   —   powiedział,   pociągając   Hope   za   rękę   w kierunku 

odwrotnym   do   tego,   który   wybrałaby   sama.   —   Tropiłem   jej   ślady   od 
zastawionej   pułapki   i znalazłem   ją   nad   strumieniem.   Snajper   pewnie 
przekracza   teraz   meksykańską   granicę.   Hope,   musisz   grać   dalej   w mojej 
drużynie, kiedy wrócimy do Stanów.

Spojrzała na niego zdziwiona.

Będziesz   musiała   zrezygnować   z odrobiny   swojej   niezależności 

i zacząć   współpracować   z władzami.   Dopiero   cię   znalazłem   —   powtórzył 
miękko jej słowa.— Nie mogę cię stracić, nie zniósłbym tego.

Hope   o mały   włos   się   nie   rozbeczała,   ale   w końcu   zdołała   się   blado 

uśmiechnąć.   Czy   jakakolwiek   inna   kobieta   była   kiedyś   tak   szczęśliwa? 
Dziękowała Bogu i Benowi za swój dobry los.

Powróciwszy   do   szałasu,   usiedli   na   sienniku   i podzielili   się   ostatnim 

batonem muesli. Ambrozja. Ostrężyny, porcja owsianki i kakao, które zjadła 
w nocy, ledwie zaspokoiły jej pierwszy głód.

Brakuje mi kuchni Karen — powiedziała smutno.

Reszta grupy wylosowała krótszy koniec patyka. Wędrowali przez całą noc, 

Bóg jeden wie, jak ciężkim szlakiem, podczas gdy ona spała sobie bezpiecznie 
w objęciach   Jareda.   A jeżeli   coś...   Wyobraźnia   podsuwała   jej   najgorsze 
scenariusze.

No, no, nic z tych rzeczy. — Znowu czytał w jej myślach. — Chyba 

nie doceniasz tej trójki. Założę się, że jedzą teraz smakowity  omlet Karen, 
grzejąc  się  przy ognisku  z drużyną Matta, a my  tu sobie gadamy  o suchym 
pysku. — Z zaczepnym uśmiechem sięgnął do jednej z przepastnych kieszeni. 
— Co my tu mamy?

Wyciągnął rękę z ceremonialną powolnością, odrywając Hope od wszelkich 

złych myśli,  po czym falującym ruchem podsunął jej pod nos  dwa słodkie 
batony Heatha. Rzuciła się na jeden, zerwała opakowanie i jęknęła w ekstazie 
już po pierwszym kęsie.

Kiedy delektowała się smakiem ostatniego okruszka, zorientowała się, że 

background image

Jared dawno skończył swój baton i teraz patrzy wygłodniałym wzrokiem na 
nią.

Lepiej pójdę rozpalić ognisko — powiedział, wstając gwałtownie.

Zdążył zrobić cztery kroki, kiedy do świadomości Hope dotarło, jak bardzo 

jest podniecona.

Zaczekaj! — rozkazała nienaturalnym głosem.

Zatrzymał   się   i odwrócił,   czekając,   aż   Hope   podejdzie   bliżej.   Był 

zaciekawiony i trochę niecierpliwy.

Masz czekoladę na ustach — powiedziała, dotykając jego szorstkich 

policzków.   Przyciągnęła   jego   głowę   i musnęła   językiem   szczelinę   między 
wargami. — Mmm...  .

Opuściła nagle ręce i cofnęła się.

Nie, nie, kotku... — Jared zdążył chwycić ją w talii i przyciągnąć do 

siebie. — Tak nie wolno... — zaprotestował obcym głosem. — Weź to, po co 
przyszłaś.

Ich usta połączyły się w długim, gwałtownym pocałunku. Nigdy nie będę 

miała  go  dosyć,  myślała  bezgranicznie  szczęśliwa.  Przechyliła  w tył  głowę, 
żeby czuć go mocniej i głębiej. Bicie serca pulsowało w jej uszach szumem 
głośniejszym od huku wodospadów, które mijali wczoraj...

Nagle Jared zesztywniał, podniósł głowę i odwrócił się.
Hope otworzyła oczy, próbując dojść do siebie.

Zostaw trochę dla mnie, kochasiu — usłyszeli szyderczy męski głos.

Dłonie Jareda ześliznęły się z pleców Hope w ułamku sekundy.

Trzymaj te ręce wyżej!

Podążyła   za   utkwionym   w jednym   punkcie   wzrokiem   Jareda.   Wysoki, 

muskularny mężczyzna stał jakieś siedem metrów od nich, z wycelowanym 
w ich stronę paskudnym czarnym pistoletem. Plamy wyschniętej krwi szpeciły 
jego szeroką twarz. Na przedramieniu miał głęboką ranę, jasne włosy pokryte 
ziemistą mazią. Wyglądał, jakby przeciągnął go po kamieniach galopujący koń. 
Sądząc po jego morderczym wzroku, dobrze wiedział, kto jest sprawcą jego 
wypadku.

Cofaj się grzecznie i powoli, suko, to może nie pociągnę za spust.

Zdrętwiała ze strachu. Miała wrażenie, że to jakiś surrealistyczny koszmar. 

Jared skupił całą uwagę na snajperze.

Błagając   go   w myślach,   zaklinając   na   wszystko,   żeby   nie   grał   bohatera, 

wyrwała się z jego uścisku i odeszła.

Grzeczna   dziewczynka.   Mówili   mi,   że   jesteś   bystra.   Podejdź   teraz 

bardzo powoli, słyszysz?

Południowy, przeciągły akcent zwykle brzmi przyjaźnie, ale głos snajpera 

był równie lodowaty jak jego niebieskie oczy.

background image

Tylko niech ci nie przyjdzie do głowy coś głupiego — ostrzegł Jareda. 

— W tej samej chwili, kiedy się ruszysz, ona dostanie kulkę w łeb.

Instynkt   samozachowawczy   kazał   zrobić   Hope   potulną   minę   i udawać 

przerażenie.

Podejdź bliżej.

Wolną   ręką   zaczął   grzebać   w plecaku,   lufa   pistoletu   była   wycelowana 

prosto w jej serce.

Słuchaj uważnie, Ruda. Zwiążesz swojemu kochasiowi ręce i kostki, 

a potem zawrzemy bliższą znajomość. Jesteś lepsza niż na zdjęciu.

Bezczelnym,   lodowatym   spojrzeniem   mierzył   ją   z góry   na   dół.   Swoją 

plugawą,   podrapaną   łapą   chwycił   jej   lewą   pierś.   Jared   skoczył   do   przodu 
i równie gwałtownie się zatrzymał.

Hola! — warknął snajper, przyciskając zimną lufę do skroni Hope. 

Potem uszczypnął ją w sutek.

Syknęła boleśnie.
W oczach Jareda malowała się żądza mordu; wyrazem twarzy nie różnił się 

od płatnego zabójcy. Snajper uśmiechnął się i przeniósł rękę na prawą pierś 
Hope.

Nie  podoba   ci   się,   że   ją  macam,   kochasiu?   To   dobrze.   Urządziłeś 

mnie,   a teraz   będziesz   patrzył,   jak   biorę   twoją   kobietę.   Powiedz,   jest   taka 
gorąca, na jaką wygląda? Lubi krzyczeć, jak się rozgrzeje?  Ze mną  będzie 
krzyczała, zanim ją przelecę. Przysięgam ci, ty dupku!

Hope była pewna, że Jared do tego nie dopuści. Raczej zdecyduje się na 

samobójczy   ruch.   Zginie   przez   nią   —   nie,   przez   tego   psychopatę,   tego 
przerośniętego byka, który uważa ją za kompletnie bezbronną i nie spodziewa 
się z jej strony żadnego zagrożenia.

Naprawdę myślałeś, że ten zasrany dół mnie zatrzyma? W lesie to ja 

jestem najlepszy, frajerze!

Głos   tuż   nad   uchem   Hope   brzmiał   złowieszczo,   jak   ostrzeżenie 

grzechotnika. Ta myśl wstrząsnęła nią. Jared wydał z siebie zwierzęcy, dziki 
ryk.

Puść ją, twardzielu, wtedy zobaczymy, kto jest lepszy!

Hope   powoli   wyjmowała   z kieszeni   drobiazg,   który   dostała   od   Billa   na 

szczęście.

Snajper   aż   zadygotał,   jego   wzrok   spiął   się   ze   wzrokiem   rywala 

w śmiertelnym pojedynku o dominację.

Ale mnie korci... Piekielnie mnie korci, ale najpierw obejrzysz sobie 

całą zabawę.

Odsunął   lufę   ze   skroni   Hope   i zaczął   unosić   włosy   z jej   szyi.   Jego   usta 

zbliżyły się do czułego miejsca poniżej ucha. Cisnęła ogon grzechotnika za 

background image

jego buty. Grzechotka zagrała suchym, kościanym werblem.

Ty   skur...   —   Snajper   obrócił   się   błyskawicznie,   wycelował   broń 

w grzechotkę i zesztywniał. — Suka! — Odwrócił się z powrotem do Hope.

Czubek jej ciężkiego buta z całą siłą uderzył w jego krocze. Opadł jak ścięty 

na kolana i zwalił się jak wór na ziemię. Potężny cios w szczękę odrzucił jego 
głowę do tyłu. Za głową podążyło całe ciało. Runął ciężko i więcej się nie 
poruszył.

Jared stał z zaciśniętymi pięściami, trupio blady pod warstwą opalenizny. 

Hope podeszła i szturchnęła butem snajpera. Nieprzytomny, w porządku.

Kiedy   się   odwracała,   zauważyła,   że   Jared   przypatruje   się   jej   butom. 

Podniósł   wzrok   i spojrzał   jej   w oczy   z ostrożnym   i pełnym   podziwu 
szacunkiem.   Wzruszyła   ramionami   i zaśmiała   się   drżącym,   zadowolonym 
śmiechem.

Nie na darmo nazywają mnie herod-babą.

Rok później

Hope wyciągnęła się w swoim skórzanym fotelu prezesa i oparła granatowe 

pantofelki o krawędź biurka. Po drugiej stronie lśniącego blatu z wiśniowego 
drewna  sterczały  w rogu czerwone, wysokie obcasy  butów od Gucciego na 
skrzyżowanych   nogach   Debbie.   Podniosły   do   toastu   szklanki   z martini 
i sączyły je z celebracją.

Dziewiąta   rano   to   może   trochę   za   wcześnie   na   popijanie,   ale   akcje 

UroTechu szły ostatnio dużo lepiej, niż się spodziewały. Ostatnie dokumenty 
Hope podpisała dziesięć minut temu.

Gratulacje, szefowo. Złożyłaś dzisiaj największe złote jajo w swojej 

karierze. Jak się czujesz w roli złotodajnej kury?

Zastanawiała się nad swoim nastrojem. Była szczęśliwa, że doktor Hiller, jej 

wspólnicy i inwestorzy zaufali jej instynktowi. Ale...

Byłam bogata pod każdym względem, zanim podpisałam te papiery.

Hope upiła mały łyk martini, żeby ukryć uśmiech.

Od kiedy jesteś taka cyniczna? — spytała.

Pomyślmy... W którym roku cię poznałam?

No proszę. To tak traktujesz kogoś, kto się z tobą dzieli tym złotym 

jajem?

Masz   rację.   Dopuszczając   mnie   do   tej   inwestycji,   zanim   wybuchł 

skandal, zachowałaś się jak złotodajna kwoka i jestem ci za to wdzięczna. — 
Debbie zamruczała jak kotka, opierając jasnowłosą głowę o błękitne oparcie 
fotela. — Ale wiesz, gdybym wtedy nie nalegała, żebyś pojechała do Teksasu...

background image

Gdybyś mnie nie szantażowała, to chciałaś powiedzieć.

Jak   zwał,   tak   zwał.   Faktem   jest,   że   pojechałaś   tam   dzięki   mnie. 

I zmieniłaś tego wspaniałego wikinga w sopranistkę. 

Na miłość boską, Debbie! On był płatnym mordercą. Nie przyszłoby 

ci do głowy, że jest „wspaniały", gdyby to w ciebie wycelował lufę.

Delikatne blond rzęsy zatrzepotały.

To zależy od kalibru. — Uśmiechnęła się pojednawczo. — W każdym 

razie zdemaskowałaś perfidną intrygę, która przez całe lata mogła paraliżować 
rynek. I w ten oto sposób zawdzięczasz mi wzrost wartości UroTechu.

Nie dostajesz podwyżki — odgryzła się Hope.

Debbie wzięła wykałaczkę i wbiła ją w oliwkę.

Fundujesz stypendia dzieciakom w jakichś pipidówkach. Pomyślałam 

sobie, że może chciałabyś dać pieniądze komuś, kto potrafi je wydać z większą 
finezją. — Zrobiła nadąsaną, a potem lekko skruszoną minę. — Wiem, wiem, 
wszyscy   widzą   tylko   wielkomiejskie   dzieciaki,   a zapominają   o tych,   które 
ugrzęzły   w takich   miejscach   jak   Hopeful   w Teksasie.   Ja   jestem   chciwym 
potworem, a ty szefem o kryształowym sercu. Nie zasługuję na ciebie.

Upiła łyk i zerkała na Hope sponad szklanki.

W   dalszym   ciągu   nie   dostajesz   podwyżki.   —   Hope   spojrzała   na 

zegarek. — O cholera!

Odstawiła   szklankę,   zrzuciła   nogi   z biurka,   podbiegła   do   telewizora 

ukrytego w bibliotece z wiśniowego drewna, włączyła go, znalazła odpowiedni 
kanał i wróciła roześmiana na miejsce.

Dziennnikarka   prowadząca   „Good   Morning   America"   rozmawiała 

z debiutującym w NBA Trenerem Roku i jego jasnowłosą, świeżo poślubioną 
żoną.

Powiedz   mi,   Hank,   jak   wpadliście   z Karen   na   ten   pomysł,   że 

napiszecie   wspólnie   książkę   kucharską   pod   tytułem   „Jedzenie   w biegu: 
wysokoenergetyczne przekąski —jak je przyrządzać i kiedy jeść"?

Popatrzyli   sobie   w oczy,   jakby   dzieląc   się   intymnymi   wspomnieniami, 

a potem   zaczęli   opowiadać   o wyprawie,   na   której   się   poznali.   Debbie 
zachłysnęła się łykiem martini, wskazując palcem ekran telewizora.

Słuchaj, oni mówią o tobie!

Ciii! — Hope oparła się łokciami o biurko.

Hank omawiał ich przepisy ze sportowego punktu widzenia. Karen, jako 

pani domu, oceniała ich walory smakowe i odżywcze. Nowożeńcy odnosili się 
do   siebie   z sympatią   i szacunkiem,   promienieli   miłością,   oczarowując   od 
pierwszych sekund prowadzącą program.

Karen  wyszczuplała  i wyglądała  olśniewająco.  Promieniała   od  wewnątrz, 

w niczym   nie   przypominając   bojaźliwej,   nieśmiałej   kobiety,   którą   Hope 

background image

poznała   na   wyprawie.   Drań   Jim   nie   chciał   słyszeć   o żadnej   terapii   i trzy 
miesiące po rozwodzie ożenił się ze swą sekretarką.

Miłość. Nie ma na nią silnych.
Karen twierdziła, że Hank jest cudowny dla jej chłopców, a oni go po prostu 

uwielbiali. Jakżeby nie? Program już się kończył, kiedy zadzwonił telefon. Ze 
wzrokiem przykutym do ekranu, Hope podniosła słuchawkę.

Manning Enterprises, Hope Austin.

Dzień dobry, pani Austin. Mówi pan Austin.

Jared!

Patrzysz na te gołąbki? Jutro ustawią się kolejki po ich książkę.

Wiem. Uwierzyłbyś, że będą tacy swobodni? Można by pomyśleć, że 

to ich setny wywiad na trasie promocyjnej. Swoją drogą myślałam, że nagrasz 
ten program i obejrzysz go później. Kto prowadzi zajęcia?

Oczywiście   Matt.   Będę   musiał   dać   mu   podwyżkę.   Facet   jest 

niesamowity; nigdy się nie skarży, zawsze idzie mi na rękę, on po prostu żyje 
i oddycha   szkołą.   Właściwie   chciałbym,   żeby   znalazł   się   ktoś,   kto   by   go 
wyrwał z tej rutyny. No tak... Tęsknię za tobą.

Ja też za tobą tęsknię.

Debbie wysączyła do końca martini, wstała i podeszła do telewizora.

Żegnam was, gołąbki. Całe to gruchanie przyprawia mnie o mdłości.

Wyłączyła telewizor w czasie ostatniego ujęcia — trzymających się za ręce 

Hanka i Karen, i zaraz potem wyszła, trzepocząc w powietrzu palcami. Nuta 
rozrzewnienia w jej głosie nie uszła uwagi Hope.

Czy to była Debbie? — zapytał Jared.

A któżby inny. Wiesz, właśnie pomyślałam, że ją też trzeba wyrwać 

z tej rutyny. Może krótkie, forsowne wakacje... Gdzieś, gdzie jest dużo piasku 
i słońca, i jakiś samotny, bardzo męski, przewodnik.

Daj   sobie   spokój,   Hope.   Nie   pamiętasz,   że   na   naszym   weselu 

narzekała   na   piasek   wiejący   jej   w szkła   kontaktowe?   Nie   wytrzymałaby 
jednego dnia wędrówki.

To samo powiedziałeś kiedyś o mnie, i zobacz, jaki wyrósł ze mnie 

szczęśliwy traper.

Jego milczenie zaniepokoiło Hope.

Zapomniałem   pogratulować   ci   sukcesu   na   giełdzie   —   powiedział 

ostrożnie.

Odetchnęła.

Wiesz,   że   najchętniej   nic   bym   już   w swoim   życiu   nie   zmieniała. 

Trochę robi mi się smutno na myśl, że za miesiąc ten nowy dom będzie już 
gotowy. Ale z drugiej strony mniej będzie podróży do Nowego Jorku, mniej 
czasu spędzanego bez ciebie.

background image

Mówiła   o pięknym   domu   w stylu   kolonialnym   z widokiem   na   Sierra   del 

Carmen. Z artystycznie urządzonym biurem, które miało być wyposażone we 
wszelkie możliwe urządzenia komunikacyjne, i pustym pokojem dziecinnym, 
który będzie czekał, aż przyjdzie czas.

Kiedy wracasz do domu?

Jutro   rano.   Rozmawialiśmy   o tym.   Mam   spotkanie   z ludźmi   z tej 

nowej firmy komputerowej, o której opowiadał Bill. Feast Market testuje ich 
nowy system i Bill jest przekonany, że to zrewolucjonizuje biznes.

Niech Debbie przeprowadzi wstępne rozmowy.

Jared, nie mogę.

Możesz.   Ona   zbierze   informacje   i jeśli   uzna,   że   sprawa   jest   warta 

zachodu, ustali następne spotkanie. Przecież ufasz jej ocenom, tak czy nie?

Tak, ale...

Ale nikt nie zrobi tego lepiej ode mnie?

Cholera. Znów ją przyłapał.

Pozwól pracować innym, Hope. Rozdzielaj zadania. Przecież wierzysz 

w demokrację, prawda?

Nie grasz fair, Jared!

A co w tym jest nie fair? Tęsknię za żoną. Chcę ją dziś w nocy wziąć 

w ramiona i kochać się z nią. A to jest to, co ona robi najlepiej. Jedyne, w czym 
jest niezastąpiona.

Hope skręciła w palcach przewód telefonu.

Zechciałbyś to powtórzyć?

Jesteś jedyną kobietą, którą kocham, jedyną, której pragnę. I chcę cię 

teraz, kochanie. Nie mogę myśleć o niczym innym.

Kiedy tak mówił, była słaba i bezbronna.

Ta giełda... Chcę cię... Muszę wiedzieć, czy...Ach, do diabła z tym, 

nieważne. Jestem egoistą. Zobaczymy się jutro, zgodnie z planem.

Egoista? To on nauczył ją żyć w zgodzie z naturą, w skalnych kanionach 

i na palącej pustyni. Wzbogacił jej życie na tysiąc sposobów i sprawił, że każdy 
nowy dzień jest cudowny. A teraz czuje się trochę niepewnie — z jej powodu.

Nie, zmieniłam zdanie. Idę powiedzieć Debbie, żeby mnie zastąpiła, 

i łapię najbliższy samolot.

Nie musisz...

Ja chcę, Jared.

Uśmiechnęła   się,   słysząc   jego   westchnienie,   myśląc   o jego   stęsknionych 

ramionach i pustym pokoju dziecinnym. Chyba nadszedł już czas.


Document Outline