background image

Nieoczekiwana pieśń

1

Gdyby  ta  twoja  mała  była  tak  dobra,  jak  mówisz  -  powie

dział  oschle  Jason  Hayes  -  byłaby  w  Nowym  Jorku  albo  w

Londynie, a nie w Szwajcarii, w Genewie.

Jest  świetna.  -  Eric  usadowił  się  na  swoim  miejscu  i

rozejrzał  się  po  teatrze.  Był  to  mały  budynek,  ale  wszystkie

miejsca były zajęte. - Widzisz, jak ona ich przyciąga.

To Les Misćrables ich przyciąga. Muzyka posiada magię.

Nie,  mówię  ci,  to  jej  zasługa  -  zaprotestował  Eric.  -  Czy

nalegałbym, żebyś przyjechał aż z Nowego Jorku, gdybym nie

uważał,  że  ci  się  spodoba?  Jej  głos jest  wspaniały.  Gdyby  ci

tak nie zależało na zaaprobowaniu obsady, próbowałbym pod

pisać z nią  kontrakt na rolę  Desdemony,  kiedy usłyszałem  ją 

w zeszłym tygodniu. To najlepszy sopran, jaki kiedykolwiek...

Przestań.  -  Jason  podniósł  rękę  od  góry.  -  Wszystko  to  już

słyszałem.

Eric przyjrzał mu się uważnie.

- Boże,  jesteś  cynicznym  skurwielem.  Na  tym  polega  twój 

problem.  Jesteś  zepsuty  do  szpiku  kości  i  nie  istnieje  nic,

czego  byś  nie  słyszał  albo  nie  widział.  Gdzie  twoja  radość

życia?

Jason uśmiechnął się szeroko.

- Masz jej dosyć za nas obydwóch.

- I  będę  ją  utrzymywał  w  dobrej  formie  aż  do  grobu.  -

Kwadratową,  chłopięcą  twarz  Erica  rozjaśnił  figlarny 

uśmiech.  -  Życie  jest  dla  mnie  zbyt  dużą  przyjemnością, 

żebym chciał zostać takim zamyślonym Rochesterem jak ty.

Jason uśmiechnął się krzywo.

Porównanie jest niewątpliwie trafne.

- Do  licha  -  mruknął  Eric.  -  Ej,  przepraszam.  Wiesz,  jaką

mam niewyparzoną gębę.

- Nie ma sprawy. - Jason rzucił okiem na program. - Nazywa 

się Daisy Justine?

- Tak  -  powiedział  machinalnie  Eric,  patrząc  na  Jasona.  -

Wyglądasz na cholernie zmęczonego.

background image

- Nic  mi  nie  będzie.  Teraz  mogę  odpocząć.  Skończyłem

robić zmiany w partyturze ostatniego aktu tuż przed wejściem

do samolotu. Partytura nie potrzebowała zmian.

- Zapis zawsze można ulepszyć.

- Tak  mówi  perfekcjonista.  Za  ciężko  pracujesz.  Nie 

widzieliśmy cię z Peg ponad osiem miesięcy.

Jason nie odrywał wzroku od programu.

- Wiesz czemu.

- Tak.  -  Eric  w  zakłopotaniu  zmarszczył  brwi.  -  Ale  to  się

musi skończyć. Nie możesz tego tak ciągnąć.

- Dlaczego  nie? - Jason odwrócił stronę programu.  - Powie

działeś, że jestem zepsuty do szpiku.

- Żartowałem  -  przerwał  Eric.  -  Musisz  coś  z  tym  zrobić.

Jason wiedział, że nie chodzi mu już o odpoczynek.

- Próbowałem.

- Wiem,  ale  musi  być  jakiś  sposób,  żeby  z  tym  skończyć.

Nie możesz chronić całego świata.

- Nie chronię całego świata. - Jason uśmiechnął się. - Tylko

mój kawałek.

- Nie podobasz mi się taki. Pamiętam, kiedy...

- Nie  ma  sensu  wspominać  -  powiedział  cicho  Jason.  -

Dobrze  mi  się  żyje.  Mam  wszystko,  czego  chcę.  Pieniądze,

kobiety,  sukces.  Przestań  myśleć  o  mnie  jak  o  postaci 

tragicznej.

Eric potrząsnął głową.

- To nie wszystko.

Nie,  to  nie  wszystko  i  powinien  zdawać  sobie  sprawę,  że 

Eric, który zna go najlepiej, nie kupi jego usprawiedliwienia.

- Mam pracę.

Eric skinął głową.

- Gdybyś  jej  nie  miał,  już  byś  do  tej  pory  oszalał.  Twoja

muzyka jest dla ciebie jedyną rzeczą, która się liczy.

- Nie tylko. Żywię też uczucia do ciebie.

- Przestań  żartować.  Jesteś  największym  kompozytorem,

jakiego scena widziała w tym wieku, ale musi być...

background image

- Andrew Lloyd Webber nie zgodziłby się z tobą.

- Publiczność  i  krytycy  się  zgadzają.  Przestań  się  ze  mną

kłócić.

Jason uśmiechnął się.

- Nie mam takiego zamiaru. Moje ego na to nie pozwoli.

- Ale  zostałeś  prawie  zupełnym  samotnikiem.  Nie  można

żyć tylko pracą.

- Kto tak mówi? Przyjrzyj mi się,

Eric westchnął.

- Cholera, jesteś uparty.

Jason uśmiechnął się ciepło.

- To  ty  się  uczepiłeś  tego  tematu,  mój  drogi  uparciuchu.  -

Jego uśmiech zbladł. - Mówmy o czym innym, Ericu.

Eric przyjrzał mu się uważnie, a następnie niechętnie skinął 

głową.

- Dobrze. - Ściszył głos, ponieważ światła zgasły i orkiestra

zaczynała grać uwerturę. - Jeżeli nie mogę uchronić cię przed

tobą samym, mogę przynajmniej nakarmić twą pasję, podając

ci Daisy Justine.

Jason zachichotał.

- Mówisz  jak  alfons.  Aktualnie  nie  poszukuję  nowej 

kochanki.

- Nie  mówiłem  o  twoich  potrzebach  cielesnych.  Zużywasz

kobiety  jak  ofiara  kataru  siennego  chusteczki  higieniczne.  -

Eric skrzywił się. - To nie pasja, to tylko chuć.

- A co jest moją pasją, o proroku?

- Piosenki  -  stwierdził  krótko  Eric.  -  I  glosy,  które  je 

śpiewają.  -  Kurtyna  szła  w  górę,  gdy  dodał  z  satysfakcją:  -

Zaprze ci dech w piersiach.

Jason wzdrygnął się.

- Zobaczymy.

Żałował,  że  nie  umie  okazać  więcej  entuzjazmu.  Cholera, 

Eric  ma  pewnie  rację,  a  on  jest  wykończony.  Może  kobieta 

jest  dobra,  ale  z  pewnością  nie  tak  fantastyczna,  jak  twierdzi 

Eric. Wprawdzie żyłka do robienia interesów uczyniła z Erica 

pierwszorzędnego  producenta,  jednak  zdarzały  mu  się  od 

czasu  do czasu  pomyłki,  jeśli  chodzi  o  ocenę  talentu.

background image

No, ale przynajmniej można dać jej szansę.

Rozsiadł  się  w  fotelu,  gdy  musical  zaczął  rozgrywać  się 

przed  jego  oczami.  Wysiadł  z  samolotu  z  Nowego  Jorku 

dopiero  trzy  godziny  temu  i  stwierdził,  że  trudno  mu  nie 

zasnąć,  nie  mówiąc  już  o  skupieniu  się.  Jak  mówił,  muzyka 

była  wspaniała,  ale  widział  tę  sztukę  zbyt  wiele  razy,  by  go 

utrzymywała 

napięciu. 

Jak 

na 

prowincjonalne 

przedstawienie  dekoracje  były  zdumiewająco  dobre,  obsada 

też, ale nie na tyle dobra, by zasługiwać na specjalną uwagę w 

tej pierwszej scenie.

- Oto  ona.  - Eric  chwycił  go  za rękę,  gdy tylko zaczęła się

scena  w  fabryce,  wskazując  głową  na  szczupłą,  złotowłosą

kobietę w chabrowoniebieskiej wiejskiej sukience.

"Z  wyglądu  z  pewnością  nadaje  się  na  Desdemonę"  -  po-

myślał obiektywnie Jason. Daisy Justine przyciągała  wzrok  i 

była  naprawdę  śliczna.  Trochę  ponad  średniego  wzrostu, 

poruszała  się  z  niezwykłym  wdziękiem.  Miała  obfite  piersi  i 

biało-różową cerę. Jej długie, białozłote włosy i delikatne rysy 

nadawały  jej  wyraz  anielskiego  blasku.  Jaśniała,  jakby  coś 

rozświetlało ją od wewnątrz.

- Widzisz?

- Jedyną  rzeczą,  jaką  teraz  widzę,  jest  to,  że  wygląda  jak

Desdemona.

"I  że  niewątpliwie  patrząc  na  nią,  reaguję  fizycznie"  -

stwierdził  ze  zdumieniem  Jason.  Był  śmiertelnie  zmęczony, 

otumaniony  lotem  i  nigdy  przedtem  nie  pociągał  go 

powiewny  typ,  jednak  odczuwał  znajome  pulsowanie  w 

pachwinie, gdy patrzył na tę kobietę.

Eric mruknął coś pod nosem.

W  następnej  scenie  Fantyna,  targana  rozpaczą,  klęcząc  sa-

motnie  na  scenie,  śpiewała  słynną  partię  solową  "Miałam 

sen".

Jason  zesztywniał  i usłyszał  cichy chichot  Erica.  W  teatrze 

rozległy  się  czyste,  złote  dźwięki,  pełne  piękna  i  pasji.  Żyła 

pieśnią, dała się nią owładnąć, stała się z nią jednym.

background image

- Boże - szepnął Jason.

Doznał  gwałtownej  radości,  bliskiej  bólu.  Był  pochłonięty, 

zauroczony  i  przez  resztę  czasu,  kiedy  dziewczyna  była  na 

scenie,  siedział  jak  sparaliżowany,  przykuty do  miejsca  i  nie 

spuszczał z oka jaśniejącej postaci Daisy Justine.

Kiedy przy końcu pierwszego aktu zapaliły się światła, Eric 

zwrócił się do niego:

- No i jak?

Jason  zmusił  ręce,  by  wypuściły  z  uścisku  poręcze  fotela  i 

wstał.

- Wynośmy się stąd, do cholery.

- Teraz?  Nie  chcesz  zaczekać  i  pójść  za  kulisy,  żeby  zoba

czyć  się  z...  -  Eric  przerwał,  gdy  zobaczył  Jasona  idącego

przejściem przez tłum. Wstał pospiesznie i dogonił go, gdy ten

dochodził  do  westybulu.  -  Co  się,  do  licha,  z  tobą  dzieje?

Psiakrew, wiem, że ci się spodobała.

- Tak. - Głos Jasona był zduszony.

- W  takim  razie  chodźmy  do  niej.  Nie  wychodzi  aż  do

ostatniej sceny.

- Poczekamy,  aż  przedstawienie  się  skończy.  Chodźmy

gdzieś na  kawę.  -  Jason  z  radością  poczuł  chłodne  powietrze

na  twarzy,  gdy  ruszył  ulicą  w  stronę  kawiarni  na  rogu.  Bóg

jeden wiedział, jak bardzo potrzebował czegoś, żeby rozjaśnić

umysł. Czuł się jak uderzony w głowę. - Co o niej wiesz?

- Że  śpiewa  jak  anioł  i  w  dodatku  umie  grać.

- Co jeszcze?

Eric zrównał się z nim.

- Rozmawiałem  z  dyrektorem,  Hansem  Kellerem,  i  powie

dział,  że  jest  życzliwa,  zawsze  punktualna,  bardzo 

profesjonalna.  Studiowała  na  stypendium  u  Stoliniego  w 

Mediolanie.  Ma  dwadzieścia  cztery  lata,  jej  matka  nie  żyje, 

mieszka z ojcem w domku na przedmieściach Genewy. Ojciec 

jest artystą.

- Dobrym?

Eric wzruszył ramionami.

background image

- Przeciętnym.  -  Spojrzał  na  Jasona  z  zainteresowaniem.  -

A co za różnica? Angażujemy kobietę, a nie jej ojca,

Jason zmienił temat.

- Dlaczego  gra  w  drugorzędnym  przedstawieniu,  kiedy  po

winna być na Broadwayu?

- Skąd  mam  wiedzieć?  - zapytał  Eric  z  cieniem  irytacji.  -

Słuchaj,  aprobujesz  ja  jako  kandydatkę  numer  jeden  do  roli

Desdemony czy nie?

- Aprobuję. - Jason otworzył drzwi do kawiarni, a dzwonek

zabrzęczał wesoło, oznajmiając ich przybycie. Gdy ubrany w

smoking  kelner spieszył ku  nim przez  salę,  Jason  mruknął:  -

Czy uważasz mnie za idiotę? Ona jest absolutnie urzekająca.

Eric uśmiechnął się triumfująco.

- Teraz  mówisz  rozsądnie.  To  podpisujemy  z  nią  dzisiaj

umowę?

Jason  patrzył  bezmyślnie  na  miłe  dla  oka,  adamaszkowe 

obrusy.  Eric  miał  rację  mówiąc,  że  zachowuje  się  cholernie 

dziwnie, ale chyba nie jest w stanie nad tym zapanować. Jego 

reakcja  na  Daisy  Justine  była  nieprawdopodobnie  silna,  sil-

niejsza niż Eric mógł się domyślać.

"To  z  powodu  muzyki"  -  zapewniał  sam  siebie.  Jak  długo

czekał na taki glos? Jego reakcja była reakcją na muzykę, nie 

na kobietę.

Ale w jakiś sposób kobieta i muzyka stapiały się, stając się 

w jego umyśle jednym.

I to "jedno" stało się całkowicie, wszechogarniające.

Siedział tam, w teatrze, i dzika zazdrość zalewała go, fala za 

falą,  gdy  publiczność  ją  oklaskiwała.  Nie  chciał  się  dzielić 

tymi chwilami. Nie chciał się dzielić nią.

Usiadł przy stoliku, wziął od kelnera menu, spojrzał na nie i 

oddał. Kawiarnia. Nigdy nie był zaborczy i jego reakcja była 

szalona.  Ale  przecież  wszystkie  uczucia, jakich  doznawał  od 

chwili, gdy ujrzał Daisy Justine po raz pierwszy, były szalone. 

Boże,  był  zupełnie  irracjonalny  w  stosunku  do  niej.  Eric  na 

pewno miał rację, pracował zbyt ciężko.

background image

Daisy Justine była  Desdemoną,  a  taki głos jak  jej  nie poja-

wia  się  codziennie.  Gdyby  odzyskał  równowagę  i  dał  jej  do 

śpiewania swoje utwory, poczułby się ogromnie usatysfakcjo-

nowany.

Osłupiały Eric patrzył na niego.

- Wyglądasz,  jakbyś  się  zmagał  z  losami  tego  świata.  Po

wiedz mi tylko, co chcesz zrobić.

- Naturalnie podpiszemy z nią  dzisiaj  kontrakt - powiedział

niecierpliwie  Jason. -  Nie  mógłbym zaakceptować teraz  niko

go innego do tej roli.

Eric westchnął z ulgą, a potem nagle zachichotał.

- Boże,  ona  cię  naprawdę  znokautowała,  co?  Nie  mogę  się

doczekać,  kiedy  będzie  śpiewała  twoje  utwory.  Nigdy  dotąd

takiego cię nie widziałem.

W tej chwili Jason nie chciał sobie wyobrażać Daisy Justine 

śpiewającej  jego  pieśni.  Reakcja  była  zbyt  gwałtowna.  O  ile 

silniej  zareagowałby,  gdyby  usłyszał,  jak  ten  wspaniały  głos 

śpiewa jego muzykę?

Bzdura!  Prawdopodobnie  jest  równie  banalna  i  głupia  jak 

woskowa lalka i nie miałby problemu z oddzieleniem kobiety 

od  pieśni.  Tknęło  go  dziwne  przeczucie.  Z  jakiegoś  powodu 

nie chciał spotkać Daisy Justine, czuł, że niebezpiecznie jest ją 

poznać.

- Jestem  po  prostu  zmęczony.  -  Uniknął  spojrzenia  Erica,

gdyż  kelner  postawił  przed  nim  parującą  filiżankę  kawy.  -

Myślę, że pozwolę ci pójść do jej  garderoby samemu i przed

stawić jej ofertę. Zaczekam na ciebie za kulisami.

- Przykro  mi,  nie  mogę  tego  zrobić.  -  Daisy  czuła,  że  głos

więźnie  jej  w  gardle,  gdy  wymawiała  te  słowa.  Boże,  jak

trudno  było  odmówić  Ericowi  Hayesowi,  kiedy  fakt,  że  w

ogóle ją prosił, wydawał się cudem.

Eric spojrzał na nią zdumiony.

- Czy pieniądze nie są wystarczające? Możemy negocjować.

background image

- Pieniądze  są  w  porządku.  Przyjęłabym  tę  rolę  za  darmo,

żeby wystąpić w musicalu Jasona Hayesa.

- Słyszała pani o nim?

- Tu jest Szwajcaria, a nie Timbuktu. Wszyscy znają Jasona

Hayesa. - Nie było to ścisłe. Z pewnością wszyscy znali dzieła

tego  człowieka,  ale  to  wszystko.  Był  typem  człowieka 

tajemniczego;  stroniący  od  sławy,  samotny  i  ekscentryczny. 

Czasa mi  zdarzało  mu  się  nie  przyjść  na  własną  premierę. 

Disy  odwróciła  się  do  lustra  i  zaczęła  zmywać  makijaż.  –

Mam  programy  ze  wszystkich  przedstawień,  jakie 

kiedykolwiek  przygotował.  Jego  muzyka...  -  ściszyła  głos  i 

przełknęła  ślinę,  żeby  złagodzić  czop,  jaki  miała  w  gardle  -

jest wspaniała.

- Pieśń nocy jest najlepszą rzeczą, jaką kiedykolwiek zrobił. 

To  adaptacja  Otella  Szekspira.  Przerobienie  tej  sztuki  było

marzeniem  Jasona  od  kiedy  byliśmy  chłopcami.  -  Eric 

kusząco  ściszył  głos.  -  Zagrałaby  pani  Desdemonę.  To 

życiowa rola.

Pragnęła, by  po  prostu zamilkł  i poszedł  sobie.  Nie  chciała 

nic więcej słyszeć. Takiej roli nie można nie przyjąć; paląca, 

obsesyjna  zazdrość  mauretańskiego  wojownika, która  skaziła 

miłość, jaką żywił do swojej delikatnej wybranki...

- Nie mogę tego zrobić.

-

Dlaczego 

nie? 

To 

by 

panią 

uformowało.

Zmusiła się do uśmiechu.

- Byłabym zupełnie słabą osobowością, gdybym pozwoliła,

by rola formowała mnie albo załamała. Nie, chodzi po prostu

o to, że nie mogę wyjechać z Genewy.

- Woli  pani  mieszkać  futaj  niż  zostać  międzynarodową

gwiazdą?

- Nie  zależy  mi  bardzo  na  sławie.  -  Zwróciła  twarz  ku

niemu  i  powiedziała  łagodnie:  -  Dziękuję  za  tę  ofertę,  ale

naprawdę nie mogę tego zrobić. Teraz, jeżeli mi pan wybaczy,

chciałabym się ubrać. Jestem bardzo zmęczona.

Eric niechętnie podniósł się.

- Chciałbym,  żeby pani  przemyślała  tę  sprawę.  Jason  mnie

udusi.

background image

- Nie  będę  się  namyślać.  Życzę  powodzenia  w  znalezieniu

Desdemony.

Eric potrząsnął głową i zwrócił się w stronę drzwi.

- Myślę,  że  Jason  nie...  -  Przerwał  i  chwilę  później  drzwi

zamknęły się za nim.

Daisy odwróciła się do  lustra  i tępo  patrzyła w swoje  odbi-

cie. Już wcześniej otrzymywała wspaniałe oferty, ale nigdy tak 

cudownej i atrakcyjnej.

Musical Jasona Hayesa to marzenie pieśniarki. Pisał muzykę 

chwytającą za serce i uduchowioną. Wielkie nieba, chciała tej 

roli!

No  cóż,  nie  mogła  jej  mieć  i  należało  się  z  tym  pogodzić. 

Łatwo  to  powiedzieć,  ale  dręczący,  wewnętrzny  ból  pozosta-

wał.

Musical Jasona Hayesa...

- Odmówiła nam.

Jason  przestał  opierać  się  o  drzwi  prowadzna  scenęi  i 

wyprostował się, gdy Eric szedł w jego stronę.

- Co?!

- Słyszałeś. Nie przyjęła naszej oferty.

- Zaproponuj jej więcej pieniędzy.

- Powiedziała, że to nie jest sprawa pieniędzy. Ona nie chce

wyjeżdżać z Genewy.

Jason zaklął pod nosem.

- To nie ma sensu.

Eric wzruszył ramionami.     

- Ona robi wrażenie, że jest całkiem zdecydowana.

- Może po prostu próbuje wywindować cenę.

- Nie  sądzę.  -  Eric  zmarszczył  brwi.  -  Ona  jest  dosyć 

bezpośrednia. Podoba mi się. Robi wrażenie, że jest taka sama 

na scenie i poza nią. Jest bezpretensjonalna, ale... jaśnieje.

- W takim razie potrzebujemy jej do roli Desdemony.

- Nie sądzę, żeby nam się to udało.

- Akurat  -  szorstko  powiedział  Jason.  Poczuł  ponownie

gwałtowną falę zaborczości, jakiej doświadczył w teatrze. Do

background image

licha, nie pozwoli jej odejść. - Musi być jakiś sposób. - Ruszył 

wzdłuż  słabo  oświetlonego  korytarza.  -  Zaczekaj  na  mnie. 

Wrócę za chwilę.

- Masz zamiar z nią porozmawiać?

- Nie  - powiedział ponuro Jason.  - Mam zamiar  podpisać z

nią umowę.

- Panno Justine, jestem Jason Hayes.

Daisy zesztywniała i cofnęła się od drzwi. Zdaje się, że Eric 

Hayes przysłał gruba rybę.

- Dzień  dobry,  panie  Hayes.  Jestem  pana  wielką 

wielbicielką.

- Najwyraźniej  nie  na  tyle  wielką,  żeby  dała  się  pani 

namówić,  by  zagrać  główną  rolę  w  moim  przedstawieniu  -

powiedział ostro, wszedł do garderoby i zamknął drzwi.

Bardzo grubą rybę. Jason Hayes w niczym nie przypominał 

swojego  brata,  ani  z  wyglądu,  ani  z  charakteru,  i  Daisy 

momentalnie  poczuła  się  zagrożona.  Tak  daleko  odbiegał  od 

stereotypu  wrażliwego  muzyka,  jak  tylko  można  sobie 

wyobrazić.  Miał  ponad  metr  osiemdziesiąt  wzrostu  i  był 

zbudowany jak zawodowy bokser. Jego skóra była opalona na 

prawie  brązowy  kolor,  a  rysy  twarzy  nie  były  klasycznie 

piękne. Kości policzkowe miał zbyt szeroko rozstawione, brwi 

stanowiły  czarną  kreskę  nad  przenikliwie  patrzącymi, 

błękitno-zielonymi  oczami,  a  jego  kształtne  usta  były  zbyt 

zmysłowe.  "Otello"  -  pomyślała  nagle, po  czym  uśmiechnęła 

się,  rozbawiona  tą  myślą.  Prawdopodobnie  niczym  nie 

przypominał posępnego, zaborczego wojownika.

- Nie  chciałam  pana  obrazić  -  powiedziała  łagodnie.  -

Uwielbiam pana muzykę.

- A ja uwielbiam pani głos. - Nagły uśmiech rozjaśnił ciepło

jego ciemną twarz i wrażenie ponurości zniknęło. - Chcę go i

będę go mieć.

- Wyjaśniłam pana bratu, że absolutnie nie mogę...

- Czego  pani  chce?  -  zapytał  gwałtownie.  -  Proszę  mi

powiedzieć, a dam to pani.

background image

Chciała  grać  główną  rolę  w  jego  musicalu  i  śpiewać  jego 

pieśni, ale nie mógł jej tego dać.

- To niemożliwe.

- Dlaczego nie?

- Przyczyny osobiste.

Jego spojrzenie skoncentrowało się na jej twarzy.

- Kochanek?

Wyczuła w nim nagłe napięcie, które ją zdumiało.

Wolałabym nie dyskutować na ten temat.

- Chce  pani  stracić  taką  okazję  dla  romansu?  -  zapytał

szorstko.

- Nie  powiedziałam...  -  przerwała  i  cicho  dodała:  -  Ludzie

są ważniejsi od kariery. Miłość jest najważniejsza.

- Pani  Justine,  taka  cukierkowa...  Nie  może  pani  być...  -

Przerwał,  przyglądając  się  uważnie  jej  twarzy.  -  Niech  mnie

licho! Pani tak myśli naprawdę.

Skinęła głową.

- Oczywiście, że tak  myślę. Nie  mówię rzeczy, których nie

myślę.

- Jak to się rzadko zdarza.

Promienny uśmiech rozjaśnił jej twarz.

- Może w Nowym Jorku, nie tutaj.

- Założyłbym  się,  że  jest  to  równie  rzadkie  po  tej  stronie

Atlantyku.  -  Uśmiechnął  się  z  zainteresowaniem.  -  Uważam,

że będę musiał zbadać to zjawisko.

- Nie  zawracałabym  sobie  głowy.  Byłoby  to  marnowanie

pańskiego talentu. Lepiej pan zrobi, jeśli się pan skoncentruje

na  swojej  muzyce.  Przykro  mi,  ale  naprawdę  nie  mogę 

pracować z panem, panie Hayes i...

- Jason.

Zignorowała tę uwagę i zaczęła się odwracać.

- Jak  powiedziałam  pańskiemu  bratu,  sprawa  nie 

podleganego...  -  Przerwała,  gdy  jego  dłoń  chwyciła  jej 

nadgarstek.

Elektryczność.  Żar.  Wibrujący  magnetyzm.  Zaskoczona 

spojrzała w górę i zobaczyła jego twarz, która odzwierciedlała 

jej własne uczucia. Poczuła, że nie może złapać tchu i nagle

background image

zdała  sobie  sprawę,  jak  blisko  jest  jego  gorące,  duże  ciało, 

pachnące mydłem i cytrynowym płynem po goleniu.

Jego dłoń rozluźniła uścisk.

- Przepraszam, nie chciałem pani dotykać. - Ton jego głosu

stał  się  nagle  gwałtowny.  -  Ale,  do  jasnej  cholery,  uciekała

pani przede mną.

Zwilżyła językiem dolną wargę.

- Ponieważ  uznałam  naszą  dyskusję  za  skończoną.  Pan

złożył mi ofertę, a ja ją odrzuciłam.

- Nasza rozmowa się nie skończyła. Ona się dopiero zaczęła. 

-  Cofnął  się  o  krok  i  najwyraźniej  usiłował  zapanować  nad

swoim głosem. - Proszę mi pozwolić zaprosić się na kolację i

jeszcze trochę porozmawiamy.

Potrząsnęła głową.

- Byłoby to bezcelowe. Nie zmieniam zdania.

Patrzył  na  nią  przez  chwilę,  a  jego  błękitno-zielone  oczy 

były  nieruchomo  utkwione  w  jej  twarzy.  Potem  znowu  się 

uśmiechnął, nie szyderczo czy cynicznie, ale ciepło.

- W takim razie myślę, że będę musiał zmienić je za panią.

Nie zrezygnuję z pani.

Zabrzmiało to dziwnie władczo i ponownie poczuła, że musi 

być ostrożna.

- Nie może pan zrezygnować z tego, czego pan nie ma.

- Przejęzyczenie.  -  Jego  oczy  zamigotały.  -  Oczywiście,

chodziło mi o to, że nie zrezygnuję z mojej Desdemony.

- Naturalnie. - Odprężyła się. - Oczywiście, że o to chodziło. 

Teraz,  jeżeli  pan  pozwoli,  chcę  pojechać  do  domu  i  pójść

spać. Mieszkam pod Genewą, to długa jazda.

- Zawiozę panią.

- Nie - powiedziała stanowczo.

Jego  uśmiech  nie  zniknął  z  twarzy,  ale  Jason  zdawał  sobie 

sprawę, że mięśnie jego twarzy trochę zesztywniały.

- Ja się nie poddaję. Urodziła się pani po to, żeby zaśpiewać

Desdemonę.

Z udawana lekkością powiedziała:

background image

- Może  kiedyś  pozwoli  mi  pan  zagrać  w  którymś  z 

wędrownych zespołów tutaj, w Europie.

Potrząsnął głową.

- Chcę,  żeby  pani  stworzyła  tę  rolę.  Chcę  mieć  panią  na

Broadwayu.  -  Odwrócił  się  i  otworzył  drzwi.  -  Dobranoc,

Daisy.

Wymówił jej imię i z jakiegoś powodu ta nagła rezygnacja z 

formalności wzmogła jej niepokój.

- Dobranoc, panie Hayes.

Spojrzał na nią przez ramię i jeszcze raz poprawił ją:

- Jason.

Zanim zdołała odpowiedzieć, zamknął za sobą drzwi.

- No,  to  co  teraz  zrobimy?  -  zapytał  Jasona  Eric,  gdy  wy

siedli  z  taksówki  przed  hotelem  Hilton.  -  Nie  możemy  jej

zmusić, żeby pojechała z nami.

- Nie. - Jason zapłacił taksówkarzowi, odwrócił się i ruszył

w stronę głównego wejścia do hotelu. - Ale możemy znaleźć

jakiś słaby punkt i wykorzystać to.

- Jaki punkt?

- Jakikolwiek. - Jason wszedł do hallu. - Ale nie ma potrze

by,  żebyśmy  obydwaj  siedzieli  tutaj  bezczynnie.  Poleć  jutro

do  Londynu  i  zobacz,  czy  uda  ci  się  podpisać  kontrakt  z

Colinem Bartlinem na rolę Jagona. Ja się tu wszystkim zajmę.

Eric zmarszczył brwi.

- Jesteś pewny?

Jason skinął głową.

- Zdobycie  go  może  ci  zająć  trochę  czasu.  Słyszałem,  że

Bartlin ma długoterminowy kontrakt z Fantomem. Mógłbyś za

dzwonić do Peg i namówić ją, żeby się tam z tobą spotkała.

- Może tak zrobię. - Rozjaśnił się i zrównał z Jasonem, gdy

przechodzili  przez  hali  w  stronę  wind.  -  Nigdy  nie  była  w

Londynie,  a  potrzebne  jej  są  wakacje.  Dzieci  ostatnio 

doprowadzają ją do szału. - Nacisnął guzik od windy. - Jeżeli 

jesteś pewien, że nie masz nic przeciwko temu, żeby uwikłać 

się w negocjacje z Justine.

background image

"Już jestem w nie zamieszany" - pomyślał ponuro Jason. Nie 

chodziło  tylko  o  muzykę.  Ledwie  jej  dotknął,  ale  ciało  jego 

było  w  dalszym  ciągu  obolałe  i  podniecone.  Ona  również 

odczuwała podniecenie, a jednak poświęcała się dla tego cho-

lernego kochanka, który chyba trzymał ją w niewoli.

Poczuł, że ogarnia go wściekłość na tę myśl i wziął głęboki 

oddech, żeby się uspokoić. 'To tylko seks" - przekonywał sam 

siebie. Mężczyznom zdarza się wszak czuć obsesyjne pożąda-

nie  i  nad  nim  panować.  Nie  będzie  w  tym  dla  niej  żadnego 

niebezpieczeństwa. Podpisze  z  nią kontrakt.  Może  spędzą  ra-

zem kilka nocy, żeby pozbyć się żądzy, a potem on wróci do 

Nowego Jorku.

Drzwi otworzyły się i weszli do windy.

- Nie  przejmuj  się.  Nie  mam  teraz  nic  lepszego  do  roboty.

Nie  przewiduję  żadnych  problemów  z  tym,  żeby  ostatecznie

nakłonić Daisy Justine, by podpisała z nami umowę.

Wprawdzie  było  już  dobrze  po  północy,  ale  ojciec  jeszcze 

nie spał, gdy Daisy przyjechała do domu. Nie spodziewała się, 

że  będzie  spał.  Ostatnio  był  zupełnie  pochłonięty  praca.  Na-

brał  zwyczaju  wstawania  o  świcie  i  malowania  aż  do  godzin 

nocnych.

Zamknęła drzwi.

- Cześć, Charlie.

- Cześć - odpowiedział bezmyślnie.

Zrezygnowana  potrząsnęła  głową,  gdy  zobaczyła  jego 

wysoką,  niezgrabną  sylwetkę  skuloną  przed  sztalugami  po 

drugiej  stronie  pokoju,  który  służył  im  jako  salonik  i 

pracownia  zarazem.  Silne  światło  podkreślało  siwe  pasma  w 

rozczochranych,  brązowych  włosach  Charlie'ego  i  plamy  z 

farby na jego ulubionej niebieskiej koszuli.

- Już po północy. Pora spać.

- Za  chwilę.  Chcę  uzyskać  odpowiedni  kolor  tej  miski...  -

Jego  spojrzenie  skoncentrowało  się  na  płótnie.  -  Jak  dzisiaj

poszło?

background image

- Całkiem  dobrze.  Publiczność  chyba  uważa,  że  jestem

niezła. -  Podeszła  do  płótna  i  oparła  głowę  o  jego  ramię, 

przyglądając  się  obrazowi.  - Ten  mi  się  podoba.  Banan 

wygląda tak prawdziwie, że można by go zjeść.

Skrzywił się.

- Jak pewien krytyk mi kiedyś powiedział, umiem uchwycić 

fakturę, ale nie duszę.

- Co tylko dowodzi, jakim był idiotą. Jak banan może mieć

duszę?

Zachichotał.

- To  samo sobie  wtedy  pomyślałem.  Pamiętam,  jaki  byłem

wściekły...  -  Ściszył  głos  i  na  nowo  skupił  się  na  swoim

obrazie.

- Jadłeś kolację?

- Co?  - Spojrzał na nią. - Tak  myślę. Chili albo coś  w tym

rodzaju.

- To było wczoraj.

Objęła go zmartwionym spojrzeniem. Zawsze był szczupły, 

ale  teraz  robił  się  z  każdym  dniem  chudszy.  Płacił  za  ogrom 

energii, jaką wkładał w swoją pracę.

- Tak?  -  Dodał  trochę  szarości  do  kobaltowego  błękitu

miski z owocami. - W każdym razie na pewno coś jadłem.

- Zrobię  zupę.  -  Rzuciła  torebkę  na  tapczan  i  ruszyła  w

stronę maleńkiej kuchenki. - A potem idziemy spać.

- Jak skończę. - Zawahał się. - Pomyślałem, że może, jeżeli

nie jesteś bardzo zmęczona, mogłabyś mi trochę po pozować.

Ten portret ma coś w sobie. Czuję, że jest dobry, Daisy.

- Więc dlaczego nie chcesz mi go pokazać?

- To niespodzianka.

- Nie  jestem  zmęczona,  ale  ty  musisz  odpocząć.  Wiesz,  co

doktor powiedział... - Przerwała.

Odwrócił się, żeby spojrzeć na nią i uśmiechnął się łagodnie, 

potrząsając  głową.  Obydwoje  wiedzieli,  że  to  tylko  kwestia 

czasu, ale wymógł na niej obietnicę, że nikomu nie powie i da 

mu żyć pełnią życia. Nie miała prawa wygłaszać kazań, jak

background image

powinien spędzić swoje ostatnie dni, tylko dlatego, że chciała 

zatrzymać go przy sobie trochę dłużej.

Czuła, że łzy napływają jej do oczu i szybko odwróciła się, 

żeby ich nie zobaczył.

- Porozmawiamy o tym później. Idę do kuchni.

Charlie przestał pracować  nad  jej  portretem po  trzeciej  nad 

ranem  i  to  tylko  dlatego,  że  Daisy  stanowczo  odesłała  go  do 

łóżka  pod  pretekstem,  że  jest  zbyt  zmęczona,  by  dłużej 

pozować.  Starannie  okrył  portret,  nim  wyszła  z  pokoju.  Gdy 

drzwi  zamknęły  się  za  nim,  Daisy  wstała  i  podeszła  jeszcze 

raz  do  płótna  przedstawiającego  martwą  naturę,  nad  którym 

ojciec pracował wcześniej.

Prawdę  mówiąc,  nie  był to  bardzo  dobry obraz.  Zwyczajna 

martwa  natura  jak  tuzin  innych,  wystawianych  przez 

obiecujących 

artystów 

osiedla. 

To 

cholernie 

niesprawiedliwe. Wszystko, czego Charlie chciał, to stworzyć 

coś  wspaniałego.  Ciężko  pracował  całe  życie,  by  ten  cel 

osiągnąć. Czemu muza nie mogła pobłogosławić ojca chociaż 

jednym  dziełem,  z  którego  miałby  prawo  być  dumny,  nim 

umrze?

Zmęczona odwróciła się, zgasiła światła i udała się w stronę 

własnej,  małej  sypialni.  Życie  nie  zawsze  jest  sprawiedliwe, 

ale  trzeba  z  niego  korzystać  jak  najpełniej.  Mieli  dla  siebie 

tych  kilka  ostatnich  miesięcy,  a  być  może  jutro  Charlie 

namaluje swoje arcydzieło.

Zdjęła  z  siebie  błękitną  osiemnastowieczną  szatę,  w  której 

Charlie  pragnął  ją  namalować,  i  starannie  powiesiła  ją  do 

szafy.  Kiedy  po  raz  pierwszy  zobaczył,  jak  gra  Fantynę, 

stwierdził, że urodziła się do  noszenia strojów historycznych, 

a  kiedy  postanowił  namalować  jej  portret,  nic  mu  nie 

odpowiadało, tylko ta suknia z teatru.

Włożyła szlafrok, podeszła do okna i otworzyła je. Nie było 

sensu  iść  spać,  zanim  trochę  nie  ochłonie.  Zbyt  wiele  rzeczy 

wydarzyło  się  dziś  wieczorem  i  nadal  była  podekscytowana. 

Alpy  wyglądały  surowo  w  świetle  księżyca  i  zadrżała  nieco, 

patrząc na nie. Wolała góry skąpane w słoiku, gdy widać

background image

bujną  trawę  u  podnóża  stoków.  Wtedy  zawsze  przypominała 

się  jej  ta  wspaniała  scena  w  Brzmieniu  muzyki.  Teraz  cała 

łagodność  zniknęła  i  zdawało  się,  że  góry  to  tylko  twarda, 

niedostępna siła.

"Jak  Jason  Hayes"  -  pomyślała  nagle.  Posiadał  taką  samą 

zuchwałą,  nieodpartą  siłę  jak  góry.  Jednak  nie  był  zimny. 

Zdawała sobie sprawę z wulkanicznego gorąca, tkwiącego pod 

szorstką powierzchownością.

Pieśń nocy.

Gardło  ścisnęło się  jej  boleśnie i z  trudem przełknęła  ślinę. 

Nie mogła sobie pozwolić na myślenie o Jasonie Hayesie czy 

jego  sztuce.  W  ciągu  ostatnich  kilku  lat  odrzucała  już  różne 

propozycje. Ból zniknie za jakiś czas. Ważna jest radość śpie-

wania, a nie sama kariera.

Ale, drogi Boże, jak bardzo chciałaby być tą pierwszą, która 

zaśpiewa jego pieśni dla Desdemony!

background image

O  wpół  do  trzeciej  następnego  popołudnia  rozległo  się  pu-

kanie do wejściowych drzwi domku.

- Ja  otworzę.  -  Daisy  wstała  z  ogromnego  krzesła 

przypominającego  tron,  zeskoczyła  z  podwyższenia  i  szybko 

przeszła  przez  pokój  w  stronę  drzwi. -  Kontynuuj 

uwiecznianie  mnie.  Chcę  wyglądać  przynajmniej  tak 

apetycznie jak twój banan. Myślę, że należy mi się to za...

Przerwała, otwierając drzwi.

Jason  Hayes  stał  na  wycieraczce.  Jego  wzrok przesunął  się 

po  dziewczynie,  ubranej  w  błękitną  suknię  z  kwadratowym, 

głęboko wyciętym dekoltem. Uśmiechnął się blado.

- Ty  rzeczywiście  wierzysz  w  życie  rolą,  prawda?  Bardzo

ładnie. Czy mogę wejść?

Ogarnęła ją panika.

- Nie.

Uniósł brwi.

- Przepraszam?

Spojrzała  pospiesznie  przez  ramię.  Charlie  był  pochłonięty 

stojącym  przed  nim  obrazem,  ale  trudno  było  przewidzieć, 

kiedy może popatrzeć.

- Proszę odejść. Nie mogę teraz z tobą rozmawiać.

- Czy  twój  kochanek  jest  taki  zazdrosny?  -  Jego  wargi

zacisnęły się. - Myślałem, że mieszkasz z ojcem.

- Mieszkam.  -  Podeszła  bliżej  i  przymknęła  drzwi,  żeby

zasłonić  Jasona  Hayesa  przed  Charlie'em.  -  Odejdź  -

warknęła. - Powiedziałam ci, że...

- Nie  mam  zamiaru  odejść  -  przerwał  -  dopóki  nie  dostanę

tego, czego chcę.

- Nie  mam  zamiaru... -  Przerwała,  gdy  zobaczyła  wyraz

determinacji  na  jego  twarzy.  Nie  miał  zamiaru  się  poddać.  -

Nie możesz wejść. Przebiorę się i spotkamy się w Zeider Cafe

przy tej ulicy za godzinę.

Zamknęła  mu  drzwi  przed  nosem  i  odwróciła  się  w 

momencie, gdy Charlie podniósł pytająco wzrok.

background image

Wracając na podwyższenie, niedbale wzruszyła ramionami.

- Ktoś  zbierający  pieniądze  na  cele  dobroczynne.  Nic 

ważnego.

Jason  Hayes  stał  przed  kawiarnią.  Wyraz  jego  twarzy 

dokładnie zdradzał, jak bardzo jest niezadowolony, gdy patrzył

na  Daisy  idącą  w  jego  kierunku.  "Trudno  mu  się  dziwić"  -

pomyślała smutno. Minęły prawie dwie godziny, zanim zdoła-

ła  się  wymknąć,  nie  budząc  podejrzeń  Charlie'ego.  Pół  musi-

calowego  świata  kłaniało  się  Jasonowi  Hayesowi  w  pas  i  jej 

niegrzeczność musiała być dla niego co najmniej niepokojąca. 

-  Wreszcie  -  powiedział  uszczypliwie.  -  Bałem  się,  że 

miejscowi żandarmi zaaresztują mnie za włóczęgostwo.

- Dlaczego  nie  wszedłeś  do  środka  i  nie  wypiłeś  filiżanki

kawy?

- Nie  chciałem  kawy.  -  Wziął  ją  pod  rękę  i  ruszył  wzdłuż

ulicy pełnej sklepów. - Przejdźmy się. Mój spokój został nieco

nadszarpnięty i muszę się uspokoić.

- Nie  masz  prawa  się  złościć.  Nie  zapraszałam  cię  tutaj.  -

Delikatne  dotknięcie  wywołało  w  niej  takie  samo  uczucie  jak

to, którego doznała zeszłej nocy. Uwolniła rękę i odsunęła się

od niego. - Prawdę mówiąc, sądziłam, że jasno powiedziałam,

co myślę.

- Nie spodziewałem się, że zamkniesz mi drzwi przed nosem.

- To  było  niegrzeczne  -  nie  patrzyła  na  niego  -  ale  nie

chciałam, żeby mój ojciec dowiedział się o twojej propozycji.

- Dlaczego nie?

- Uczyniłoby  go  to  nieszczęśliwym.  Czułby,  że  nie  daje  mi

wykorzystać okazji.

- A jest tak?

- Może.  -  Jej  spojrzenie  niespokojnie  powędrowało  w  kie-

runku jego twarzy. - Ale nie może o tym wiedzieć.

Zamarł.

background image

- Czy twój ojciec trzyma cię tutaj? Myślałem, że mówiłaś o

kochanku...

- To  ty  tak  powiedziałeś.  -  Potrząsnęła  głową.  -  Kiedy  ja

miałabym czas na romans? Jestem albo w teatrze, albo tutaj.

- Dobrze - powiedział z satysfakcją. - Z ojcem powinienem

sobie poradzić o wiele łatwiej niż z kochankiem. Przynajmniej

nie istnieje problem zazdrości.

- Układ  kobieta  -  mężczyzna  nie  musi  zawierać  elementu-

zazdrości.

- Nie  musi,  ale  często  tak  się  dzieje.  -  Uśmiechnął  się

krzywo. - Szekspir dobrze o tym wiedział.

Zadrżała.

- Zazdrość to okropne uczucie. Nie rozumiem go.

- Sam miałem z nim kilka problemów, kiedy pisałem Pieśń

nocy.  -  Odwrócił  od  niej  wzrok.  -  Zaczynam  to  teraz  trochę

lepiej  rozumieć.  -  Zmienił  temat.  -  Twój  ojciec  powinien

chcieć  dla  ciebie  jak  najlepiej.  Jakim  musi  być  samolubnym

skurczybykiem, 

jeżeli 

cię 

powstrzymuje 

przed 

wykorzystaniem takiej okazji!

- On nie jest samolubny - powiedziała gwałtownie. - Charlie 

nigdy  nie  powstrzymałby  mnie  przed  niczym,  co  chciała

bym zrobić. Jest dobry, hojny i...

- Spokojnie. - Podniósł do góry rękę, żeby zatrzymać potok

słów. - Przepraszam. Na pewno jest taki, jak mówisz.

Wzięła głęboki oddech.

- To mój wybór. Nie mogę go zostawić.

- Jesteście tak sobie bliscy?

Gwałtownie skinęła głową.

- Charlie?

- Tak  naprawdę  jest  moim  ojczymem.  Moja  matka  zmarła,

kiedy miałam pięć lat i od tego czasu mamy tylko siebie. - Jej

oczy  płonęły.  -  I  nie  jest  egoistą.  Zrobił  dla  mnie  wszystko.

Swoją  pracę  kocha  bardziej  niż  cokolwiek  na  świecie,  ale

zrezygnował nawet z malarstwa na pięć lat i poszedł do pracy,

żeby  stać  go  było  na  opłacenie  moich  lekcji  śpiewu  u 

Stoloniego.

background image

- W  takim  razie  nie  chciałby,  żebyś  poświęciła  tę  okazję.

Umożliwił ci ją.

- Oczywiście,  że  nie.  -  Patrzyła  wprost  przed  siebie.  -  I

dlatego nie może się o niej dowiedzieć.

Jego spojrzenie zatrzymało się na jej twarzy.

- Myślę, że może będę musiał porozmawiać z twoim ojcem.

- Nie! - Jej ręce zacisnęły się w pięści. - Czy nie słuchałeś?

Nigdy  bym  ci  nie  wybaczyła,  gdybyś  mu  powiedział,  że 

złożyłeś mi tę propozycję.

- Ale  jeszcze  mógłbym  dostać  to,  czego  chcę  -  powiedział

chłodno.  -  Jeżeli  twój  ojciec  jest  tak  niesamolubny,  jak 

twierdzisz, może cię zmusi do przyjęcia propozycji.

Patrzyła na niego przerażona.

- Nie zrobiłbyś tego.

- Chcę, żebyś grała Desdemonę.

- A to, czego ja chcę, w ogóle się nie liczy?

- Ty  też  tego  chcesz.  -  Zniżył  ton  głosu  do  pełnej  pasji

intensywności. - Masz grać tę rolę. Sprawię, że zechcesz tego

tak samo jak ja.

Patrzyła  zafascynowana,  złapana  w  utkaną  przez  niego 

pajęczynę. W tej chwili prawie mogła uwierzyć, że jest on  w 

stanie sprawić, by zrobiła wszystko, czego on sobie życzy.

Zaśmiała się niepewnie.

- Mój Boże, czy zawsze jesteś taki zawzięty?

- Kiedy coś jest dla mnie ważne. - Jego zachowanie zmieniło 

się, jakby zarzucił pelerynę na tamtą pełną pasji intensywność. 

Skrzywił się smutno. - Eric twierdzi, że jestem zmęczony.

- Jestem w stanie w to uwierzyć. Jesteś bardzo... twardy.

- A ty bardzo łagodna.  - Przyjrzał się jej rysom. - Idealizm

i  samopoświęcenie.  Jesteś  anachronizmem  w  dzisiejszym

świecie.  Myślę,  że  potrzebny  ci  jest  ktoś,  kto  uratowałby  cię

przed samą sobą.

- Niszcząc spokój mojego ojca?

- Może  dojdziemy  do  kompromisu.  -  Jason  uśmiechnął  się

blado. - Możemy zawrzeć umowę. Daj mi dwa tygodnie.

Popatrzyła na niego w osłupieniu.

background image

- Pozwól  mi  przyjeżdżać  tutaj  codziennie  i  opowiadać  ci  o

Pieśni  nocy i moich planach  związanych  z  nią. W zamian za 

to  obiecam  ci,  że  nie  wspomnę  twojemu  ojcu  o  mojej 

propozycji.

- To strata czasu. Nie zdołasz mnie przekonać.

- To mój czas. - Wzruszył ramionami. - Potrafię być całkiem 

przekonujący.

Nie  wątpiła  w  to.  Już  czuła,  że  siła  jego  osobowości  jest 

prawie nieodparta.

- A  jeżeli  po  dwóch  tygodniach  w  dalszym  ciągu  będę

mówić "nie"?

- Wtedy  wrócimy  do  punktu  wyjścia.  -  Napotkał  jej 

spojrzenie.  -  Nie  będę  cię  okłamywać.  Nie  mam  zamiaru  się 

poddawać, ale będziesz  miała za sobą okres dwutygodniowej 

łaski.

I  dwa  tygodnie  mogą  wystarczyć,  żeby  przekonać  go,  że 

myśli tak, jak mówi. Człowiek taki jak Jason Hayes na pewno 

ma  wiele  zajęć.  Może  się  znudzić  i  stracić  cierpliwość  na 

długo  przed  upływem  dwóch  tygodni  i  odlecieć  z  powrotem 

do Nowego Jorku w poszukiwaniu nowej Desdemony.

Nagłe  ukłucie,  które  poczuła  na  tę  myśl,  to  nie  ból,  tylko 

ulga, zapewniała samą siebie.

- Nie  mogę  cię  przekonać,  że  będzie  to  bezcelowe?

Potrząsnął głową.

- Dobrze - ustąpiła nagle. - Dwa tygodnie. - Napotkała jego

spojrzenie. - Ale nie wolno ci się przyznać mojemu ojcu, jak

się nazywasz ani kim jesteś. Przedstawię cię jako przyjaciela,

którego  poznałam  we  Włoszech.  Powiemy  mu,  że  pracujesz

przy  tym  musicalu.  Musisz  dać  mi  słowo,  że  niczego  nie

będzie podejrzewać.

- I zaufałabyś mojemu słowu?

- Tak  -  odpowiedziała  po  prostu.  -  Jesteś  twardym 

człowiekiem, ale nie wierzę, że okłamywałbyś mnie.

- Rozumiem. - Przyjrzał jej się uważnie. - Jeszcze zaufanie.

Ewidentny  anachronizm.  Sądzę,  że  będę  musiał  wynająć  dla

ciebie goryla, gdy sprowadzę cię do Nowego Jorku.

- Nie mam zamiaru...

Przerwał jej, machając ręką.

background image

- Możemy  to  omówić  później.  Jutro  będę  u  ciebie  w  domu

za  dziesięć...  -  Przerwał,  marszcząc  brwi.  -  Nie,  namyśliłem

się.  Przyjadę  po  ciebie  wieczorem  po  przedstawieniu.  Nie

podoba mi się, że masz jechać sama taki kawał dróg*..

- Robię to od premiery - przypomniała mu sucho.

- Ale  te  dwa  tygodnie  są  moje  i spędzimy je  po  mojemu.  -

Obrócił  ją  i  zaczął  szybko  iść  z  powrotem  drogą,  którą  przy

szli.  -  Teraz  odprowadzę  cię  do  domu,  żebyś  odpoczęła. 

Fantyna to trudna rola i z pewnością wyczerpująca.

-  Nie fizycznie.

- Role  wymagające  wysiłku  emocjonalnego  są  jeszcze  gor-

sze.  -  Spojrzał  na  nią  poważnie.  - A  ty  jesteś  kobietą,  która 

daje z siebie wszystko w tym, co robi.

W  jego  głosie  nie  było  cienia  insynuacji  seksualnych,  a 

jednak poczuła nagle, że wdziera się w nią przenikliwa świa-

domość. Pomyślała, że być może popełnia błąd, zgadzając się 

spotykać go przez następne dwa tygodnie. Nigdy przedtem nie 

reagowała tak na mężczyznę.

- Znowu się nad tym zastanawiasz. - Przyjrzał się jej twarzy

badawczo. - Czy to coś pomoże, jeżeli powiem ci, że nie łamię

obietnic?

Świadomość, że tak łatwo udaje mu się odgadywać jej myśli, 

zwiększyła jedynie jej niepokój.

- Daj mi szansę. - Jego słowa brzmiały dziwnie nieporadnie. 

- To znaczy dla mnie cholernie dużo.

Gdy  spojrzała  na  niego,  poczuła  ogarniającą  ją  falę  ciepła. 

Zdawała  sobie  sprawę,  nie  jest  przyzwyczajony  prosić  o 

cokolwiek,  a  wyraz  jego  twarzy  był  rozczulająco  chłopięcy. 

Któż by odgadł, że poczuje instynkt macierzyński w stosunku 

do człowieka takiego jak Jason Hayes?

Odwróciła wzrok i przyspieszyła kroku.

- Przecież  powiedziałam  ci,  że  to  zrobię,  prawda?

Wydał westchnienie ulgi i wydłużył krok, żeby jej dorównać. 

Kiedy zaczął mówić, jego głos był celowo beztroski.

- Zgadza się, powiedziałaś. Tylko sprawdzałem.

background image

Telefon  dzwonił,  kiedy  Jason  otwierał  drzwi  swojego 

apartamentu dwie godziny później.

- Gdzie,  do  cholery,  byłeś?  -  zapytał  Eric.  -  Dzwonię...

Jason przerwał mu.

- Co się dzieje? Nie możesz załatwić z Bartlinem?

- Jeszcze nie miałem okazji się z nim spotkać. Jutro idziemy

na  lunch.  -  Eric  zamilkł  na  chwilę.  -  Pomyślałem,  że 

powinieneś wiedzieć. Cynthia jest tutaj.

Jason zesztywniał.

- W Londynie?

- Mieszka w hotelu Claridges.

- Skąd wiesz?

- Poszedłem do teatru, żeby sprawdzić kasowość angielskiej 

wersji  Niewinnych  i  Jessup  powiedział  mi,  że  wstąpiła  i

pytała o ciebie.

- Czy wie, gdzie jestem?

- Jeszcze nie. - Eric zawahał się. - Zanim Jessup wspomniał,

że  ona  tu  jest,  powiedziałem  mu,  że  jesteś  w  Genewie.  Ale

kazałem mu obiecać, że nie powie nikomu.

"Dużo  by  to  dało,  gdyby  Cynthia  zarzuciła  swoje  sieci  na 

Jessupa" - pomyślał Jason ze znużeniem. Był tym wszystkim 

zmęczony.

- Bądź  w  kontakcie  z  Jessupem.  Kiedy  jej  powie,  chcę  o

tym wiedzieć.

Może się nie dowie, Jasonie.

Wiedział  lepiej.  Cynthia  zawsze  dowiadywała  tego,  czego 

chciała.

- Daj mi znać.

Eric zamruczał przekleństwo pod nosem.

Do jasnej cholery. To nie fair.

- Nie  ma o  czym  mówić  -  powiedział  Jason  ostro.  -  Kiedy

Peg przyjeżdża?

- Jutro wieczorem. Podpisałeś już umowę z Daisy Justine?

- Pracuję  nad  tym.  Porozmawiam  z  tobą  jutro,  Ericu.  Po

zdrów Peg.

background image

Odwiesił słuchawkę, patrząc na nią niewidzącym wzrokiem. 

Czasu  było  coraz  mniej.  Czuł,  jak  ogarnia  go  frustracja. 

Wydawało  mu  się,  że  pogodził  się  z  sytuacja,  ale  jakoś  tym 

razem było gorzej,

Idąc do łazienki, zaczął rozpinać koszulę. Potrzebna mu była 

kąpieli  i  drink,  zanim  ubierze  się,  by  pojechać  po  Daisy  do 

teatru.

Wszedł  pod  prysznic  i  pozwolił  ciepłej  wodzie  spływać  po 

ciele.  Mięśnie  miał  tak  zesztywniałe  z  napięcia,  że  nie 

reagowały na łagodzący strumień. Może powinien spróbować 

wziąć  zimny  tusz?  Przynajmniej  zlikwidowałby  podniecenie, 

jakie  odczuwał,  od  kiedy  zobaczył  Daisy.  A  pożądanie  było 

tylko jego częścią. Cóż, do licha, ona z nim robił?

Zamknął  oczy.  Uczucie  czułości  ogarnęło  go  bolesną  falą, 

gdy  przypomniał  sobie,  jak  stała  w  promieniach  słońca, 

patrząc na niego spojrzeniem pełnym namysłu, tak jaśniejąca, 

że  wydawała  się  być  częścią  blasku  słonecznego.  Chciał  ją 

objąć i ochraniać, i...

Gwałtownie sięgnął ręką i zamknął wodę. To nie czułość, to 

zwyczajna  obsesja  seksualna.  Była  w  innym  typie  i  jej  opór 

pobudził jego libido. To nie czułość.

Nie mógł pozwolić, żeby to była czułość.

Jason czekał na Daisy w zaułku przy wyjściu na scenę. Serce 

jej  mocniej  zabiło  i  próbowała  ukryć  nagłą  radość,  jaką 

poczuła na sam jego widok.

- Powiedziałam  ci,  że  to  nie  jest  konieczne.  Mam  własny

samochód i będzie mi jutro potrzebny na dojazd do teatru.

- Nie, nie będzie. - Wziął ją pod rękę i poprowadził w stronę

ulicy.  -  Nie  ma  problemu.  Od  tej  pory  będę  cię  codziennie

zawoził  i  przywoził.  -  Otworzył  drzwi  ciemnoniebieskiego

mercedesa zaparkowanego przy krawężniku. - Poproszę kogoś

z hotelu, żeby jutro odprowadził twój samochód do domu.

Wsiadając  do  samochodu,  rzuciła  mu  zniecierpliwione 

spojrzenie. Skrzywił się.

- Znowu cię zdenerwowałem.

background image

Jestem  przyzwyczajona  sama  załatwiać  swoje  sprawy.

Obszedł samochód i usiadł za kierownicą.

- A ja... lubię załatwiać sprawy dla ciebie.

Znowu wyczuła w nim tę zaskakującą nieporadność i znowu 

poczuła, że mięknie.

- Myślę,  że  możemy  odbyć  kilka  rozmów  na  temat  zasad

ruchu wyzwolenia kobiet.

- Zazwyczaj  nie  jestem  szowinistą.  -  Patrzył  wprost  przed

siebie,  zapuszczając  silnik  i odjeżdżając od  krawężnika.  -  To

jest co innego. Chcę cię chronić. Muszę cię chronić.

Popatrzyła na niego zdumiona.

Nie rozwijał tematu, tylko go zmienił.

- Nie  sądziłem,  że  to  możliwe,  ale  dzisiaj  wieczór  byłaś

jeszcze lepsza niż wczoraj.

- Byłeś na widowni?

Skinął głową.

- Ale chyba już więcej nie pójdę.

Uśmiechnęła się ze zrozumieniem.

- Przypuszczam, że widziałeś ten musical tyle razy, że musi

cię śmiertelnie nudzić.

- Muzyka  nigdy mnie nie nudzi. - Jego dłonie zacisnęły się

na kierownicy. - Chodzi o ciebie.

- Co?

Zaśmiał się chrapliwie.

- Jestem  zazdrosny.  Wczoraj  wydawało  mi  się,  że  jestem

tylko  wyprowadzony z równowagi, ale dzisiaj znowu było  to

samo. - Potrząsnął głową. - Szaleństwo.

- Nie wiem, o czym mówisz.

Popatrzył  na  nią  z  ukosa,  jego  blade  oczy  błyszczały  w 

świetle tablicy rozdzielczej.

- Nie  chciałem  się  tobą  dzielić.  Pragnąłem,  by  to  doświad-

czenie było wyłącznie moje.

Zaszokowana, siedziała bez tchu.

- Przestraszyłem  cię.  -  Zaklął  cicho.  -  Teraz  myślisz  że, 

jestem stuknięty. Psiakrew. Może tak jest.

background image

- Sądzę, że powinno mi to pochlebiać - powiedziała powoli.

- Ale  uważasz  nadal,  że  jestem  stuknięty.  -  Zrobił  głupią

minę. - W porządku. Myślę o sobie to samo. Nigdy mi się to

przedtem  nie  zdarzało.  Usiłuję  siebie  przekonać,  że  to  tylko

twój głos.

Jej spojrzenie pobiegło ku niemu.

- Oczywiście, że mój głos.

Potrząsnął głową.

- Tylko  częściowo  -  przerwał.  -  To  seks.  -  Usłyszał,  jak

gwałtownie  wciągnęła  powietrze.  Spojrzenie,  które  jej  rzucił,

było  jak  błękitno-zielona  lanca.  -  Nie  możesz  się  dziwić. 

Wiedziałaś, że tak jest.

Tak,  wiedziała.  Hormony były obecne  od  pierwszej  chwili, 

kiedy go zobaczyła.

- Istnieje... pociąg.

- To więcej niż pociąg. To obsesja.

Przełknęła ślinę.

- Nie chcę mieć z tobą romansu.

- To dotyczy nas obojga. Więc co zrobimy?

- Zignoruj to. - Zacisnęła dłonie na pasku torebki. - Mógłbyś 

wrócić do Nowego Jorku.

- Nie  ma  mowy.  -  Uśmiechnął  się  krzywo.  -  I  mylisz  się.

Nie  mogę  tego  zignorować.  Wiesz,  o  czym  myślę,  od  kiedy

wsiadłaś do samochodu?

Potrząsnęła głową przecząco. - I nie chcę wiedzieć.

- Myślę  o  tym,  że  bardzo  chciałbym  rozpiąć  tę  jedwabną

bluzkę i przyjrzeć się twoim piersiom.

Jej  oczy  rozszerzyły  się,  gorąca  fala  ogarnęła  całe  ciało,  a 

gdy  jego  spojrzenie  przesunęło  się  w  dół,  ku  wzniesieniu  jej 

piersi, wymruczała łagodny protest.

- Myślę o tym,  jak rubinowe mogą być  twoje  sutki. Myślę,

jak  bardzo  chciałbym,  żebyś  się  zbliżyła  i  pozwoliła  mi  się

pieścić w czasie jazdy. Myślę, jak bardzo chciałbym zjechać z

szosy i zdjąć...

background image

- Przestań. - Jej głos drżał i usiłowała nad nim zapanować.

- Nie jesteśmy parą nastolatków.

- Nigdy  tak  się  nie  czułem  jako  nastolatek  -  powiedział

ochrypłym  głosem.  -  Powiedziałem  ci,  że  to  dla  mnie  coś

nowego.  -  Zmusił  się  do  obserwowania  drogi.  -  Wrócisz  ze

mną do hotelu?

- Nie. Zaklął cicho.

- Cholera, przecież chcesz tego.

- Nie miewam jednodniowych przygód.

- Tylko  w  ten  sposób  możemy  się  tego  pozbyć.  To  nie

będzie romans. Żadnych zobowiązań. Tylko pozwól mi...

- Nie! - Usiłowała powstrzymać swój głos od drżenia. - Nie

jestem  zwierzęciem.  Poza  tym,  to  by  wszystko 

skomplikowało. Nie umiem sobie teraz z tym poradzić.

- Czy  myślisz,  że  ja  umiem?  -  Zjechał  na  bok  szosy  i

wyłączył  silnik.  Siedział  pochylony  nad  kierownicą,  a  palce

zbielały mu, gdy kurczowo ściskał gładki plastyk. - Słuchaj, to

musi  się  stać.  Musisz  zagrać  Desdemonę,  a  ja  nie  mogę 

odczuwać tej... - przerwał, szukając słów - zaborczości. Może 

gdy byśmy...

- Ach,  rozumiem!  -  Rozmawiali  o  pożądaniu,  a  nie  o 

żadnym  subtelniejszym  uczuciu  i  nie  powinna  się  czuć  tak 

zraniona.  Mimo  to  zdawała  sobie  sprawę,  że  jej  głos  brzmi 

zimno.  - Wydaje  ci  się,  że  jeżeli  wskoczymy  do  łóżka, 

będziesz w stanie patrzeć na mnie z większym dystansem. Jak 

czarująco  powiedziane.  Myślę,  że  wolę  twoją  muzykę  od 

tekstów.

- Próbuję być uczciwy. Myślisz, że przychodzi mi to łatwo?

- Patrzył  wprost  przed  siebie.  -  Pojedź  ze  mną.  Nie  mam

szczególnego bzika. Obiecuję, że będzie ci dobrze.

- Sądzę,  że  lepiej  będzie,  jeśli  zawieziesz  mnie  do  domu.

Wymamrotał  przekleństwo  pod  nosem  i  zapalił  silnik.

Reszta  jazdy  minęła  w  milczeniu,  ale  atmosfera  była  tak

nabrzmiała emocjami, że Daisy trudno było oddychać.

W oknach paliło się światło, gdy Jason zatrzymał samochód 

przy krawężniku.

background image

- Czy ojciec zawsze na ciebie czeka?

- Późno  chodzi  spać.  Prawdopodobnie  pracuje.  -  Sięgnęła

do klamki. - Dobranoc.

- Zaczekaj.  -  Położył jej  dłoń  na ramieniu.  Gorzki  uśmiech

wykrzywił mu usta, gdy usłyszał, jak z trudem złapała oddech

pod jego dotknięciem. - Widzisz? Nie mogę położyć na tobie

ręki,  bo  obydwoje  od  razu  płoniemy.  -  Jego  dłoń  przesunęła

się, by dotknąć jej szyi, a następnie zjechała w dół, by dotknąć

górnego  guzika  jej  bluzki.  Przez  cienki  jedwab  czuła  ciepło

jego  palców.  Jej  piersi  pęczniały,  dotykając  materiału,  a 

mięśnie  brzucha  instynktownie  się  napięły.  Wiedziała,  że 

powinna  zerwać  czar  i  wysiąść  z  samochodu,  ale  nie  była  w 

stanie się ruszyć.

Wyjął  z  dziurki  perłowy  guzik  i  wskazującym  palcem 

powoli  masował  jej  ciało  między  piersiami.  Zwróciła  uwagę 

na  kontrast,  jaki  tworzyła  jego  opalona  dłoń  i  delikatny 

jedwab jej bluzki, blady blask jej piersi pod jego palcem.

- To się musi stać, Daisy - powiedział łagodnie.

Jego  palec  wśliznął  się  pod  stanik  i  dotknął  sutka.  Przy-

gryzła dolną  wargę, żeby nie krzyknąć,  gdy masował tam i z 

powrotem nabrzmiały koniuszek. Chciała nachylić się ku nie-

mu, ściągnąć bluzkę i pociągnąć jego usta ku...

- Nie!  -  Otworzyła  drzwi  i  wysiadła  z  samochodu.  -  Nie

musi,  do  cholery.  Nasza  umowa  nie  miała  nic  wspólnego  z

seksem.

- Ale  to,  co  jest  między  nami,  ma  wszystko  wspólne  z

seksem. Gdybyś pojechała ze mną, może bylibyśmy  w  stanie

zobaczyć istotę sprawy.

Stała na chodniku, patrząc na niego.

- Proszę  cię  -  szepnęła.  - Nie  chcę  śpiewać  w  twoim 

przedstawieniu. Nie chcę cię więcej widzieć.

- Nie przejmuj się. Nie będę cię zmuszać. Chyba zdawałem

sobie sprawę, że to za wcześnie, ale czas mi się kończy.

- Czas ci się kończy?

- Nieważne. - Włączył zapłon. - Do zobaczenia jutro.

- Nie.

background image

Zmarszczył brwi.

- Nie  masz  się  czego  obawiać.  Nie  jestem  gwałcicielem.

Poczekam, aż przyjdziesz do mnie sama.

Nie bała się, że  będzie  stosował  przemoc. Nie tyle  bała się 

jego, ile magnetyzmu, który przyciągał ich do siebie.

- To  nie  jest  dobry  pomysł.  Mam  wystarczająco  dużo 

problemów bez...

- Więc daj mi je rozwiązać.

- W zamian za igraszki na sianie?

Wzdrygnął się, jakby go dotknęła.

- Nie  jestem zupełnym skurwielem. Powiedziałem, że  chcę

ci pomóc.

- Oczyścić drogę prowadzącą do zagrania Desdemony?

- Nie, więcej niż to.

- Nie wierzę ci.

- Wiem.  -  Wzruszył  ramionami ze  znużeniem.  -  Będę  tutaj

jutro w południe.

Popatrzyła  na  niego  bezradnie,  nim  ruszyła  ku  domowi. 

Chwilę później drzwi zatrzasnęły się za nią.

Charlie stał przed sztalugami po drugiej stronie pokoju i nie 

popatrzył na nią.

- Cieszę  się,  że  wróciłaś  do  domu.  Ta  przeklęta  martwa 

natura  doprowadza  mnie  do  rozpaczy.  Czy  jesteś  zbyt 

zmęczona, by pozować?

Słodki Boże, nie chciała dzisiaj pozować. Była rozbudzona, 

płonęła,  tęskniła...  Niczego  nie  chciała,  tylko  zamknąć  się  w 

swoim  pokoju,  pójść  do  łóżka  i  pozwolić,  by  błogosławione 

zapomnienie  snu  wymazało  te  chwile  w  samochodzie  z 

Jasonem.

Charlie dalej nie patrzył.

- Daisy?

Nie  była  nastolatką  oszalałą  na  punkcie  seksu.  Musiała 

poradzić  sobie  z  tym  magnetyzmem,  jaki  pociągał  ją  ku 

Jasonowi. Nie mogła się ukryć przed tym, co czuła i nie miała 

prawa  folgować  swym  żądzom,  mając  taką  dużą 

odpowiedzialność w stosunku do Charlie'ego.

background image

- Nie jestem zmęczona. - Uśmiechnęła się do niego łagodnie. 

-  Pozwól  mi  się  tylko  przebrać  i  uczesać  i  zaraz  wracam

do ciebie.

Nazajutrz  Daisy  czekała  przed  domem,  gdy  samochód 

zatrzymał  się  przy  krawężniku.  Instynktownie  zesztywniała, 

obserwując  idącego  w  jej  stronę  Jasona.  Był  ubrany  w 

spłowiałe  dżinsy,  brązowe,  skórzane  mokasyny  i  turkusową 

bawełnianą bluzę. Wyglądał zupełnie inaczej niż ten elegancki 

mężczyzna,  z  którym  rozstała  się  wczoraj  w  nocy.  Mógł  być 

jednym 

bezpretensjonalnych 

młodych 

artystów 

mieszkających  w  St.  Geneve.  Nie,  nie  miała  racji.  Gdy  się 

zbliżył,  mogła  wyczuć tę  kontrolowaną siłę, której  w niczym 

nie mógł umniejszyć niezobowiązujący strój.

Podniósł swoje czarne brwi.

- Pilnujesz wejścia?

- Wczoraj  w  nocy  myślałam  o  tym,  co  powiedziałeś.  To

nielogiczne,  żebym to  ja  była  tym,  co  cię  naprawdę  pociąga.

Nie  jestem  typem  kobiety,  na  punkcie  której  mężczyźni 

dostają  obsesji.  -  Szybko  mówiła  dalej.  -  I  doszłam  do 

wniosku, że to Desdemona.

Patrzył na nią tępo.

- Nie  rozumiesz?  W  twoim  umyśle  zmieszałam  się  z 

Desdemona.

- Naprawdę?

Skinęła głową.

- Jesteś  wrażliwym,  twórczym  człowiekiem  i  to  naturalne,

że  identyfikujesz  się  z  postaciami  w  sztuce,  nad  którą  tak

długo pracujesz.

- Wrażliwym? - Słowo to brzmiało kwaśno w jego ustach. -

Boże, jak ja nienawidzę tego słowa. Chowałem się w Bronxie,

w  ubogiej  dzielnicy.  Czy  wiesz,  ile  rozwaliłem  nosów  jako

dziecko, żeby udowodnić, że nie jestem wrażliwy?

Zdała  sobie  sprawę,  że  w  ogóle  niewiele  wie  o  nim.  Nagle 

wyobraziła sobie Jasona całkowicie pochłoniętego muzyką i

background image

równocześnie  walczącego  o  normalne  dzieciństwo  wśród  ró-

wieśników. Poczuła nagły przypływ litości.

- O, Boże. To musiało być dla ciebie okropne.

- Przetrwałem.  -  Przyjrzał  się  jej  wzruszonej  twarzy  i 

zamglonym oczom i ze zdumieniem potrząsnął głową. - Tylko

się  sobie  przyjrzyj.  Opowiadam  ci  historię  trudnego 

dzieciństwa,  a  ty  już  się  wzruszasz.  Łatwo  ci  to  idzie.  W 

Bronxie nie przeżyłabyś ani pięciu minut.

Zaperzyła się.

- Odczuwanie współczucia nie jest objawem słabości. Może 

gdybyś  usiłował  wytłumaczyć  coś  tym  dzieciom,  zamiast

rozwalać im nosy, miałbyś łatwiejsze życie.

Uśmiechnął się.

- Jeżeli tak uważasz... - Przerwał. - Więc sądzisz, że dlatego

chcę iść z tobą do łóżka, że jesteś Desdemoną? A dlaczego ty

chcesz pójść do łóżka ze mną? Czy uważasz mnie za Otella?

- Ja nie mówiłam o sobie - powiedziała szybko.

- Ależ  tak.  -  Uniósł  brwi.  -  Zastanówmy  się.  Rozumiem

Otella, ale nie jesteśmy aż tak do siebie podobni. Jestem zbyt

wielkim  egoistą,  by  zabić  kobietę,  którą  kochałem.  -

Uśmiechnął się drapieżnie. - Zabiłbym jej kochanka, a potem 

znalazłbym inny sposób, żeby ją ukarać.

- Posłuchaj  mnie.  -  Przestała  panować  nad  rozmową.  -

Kiedy  pogodzisz  się  z  faktem,  że  nie  będę  Desdemoną, 

prawdopodobnie przestaniesz mnie uważać za atrakcyjną.

Uśmiechnął się z zainteresowaniem.

- Mów dalej.

- Pomyślałam, że pójdziemy na spacer na wzgórza. Możesz

mi opowiedzieć o musicalu.

- Rozumiem. - Strzelił palcami. - Ja próbuję przekonać cię,

żebyś  zagrała  rolę.  Ty  odmawiasz.  Mnie  natychmiast 

przechodzi obsesja, którą mam na twoim punkcie i spokojnie 

odchodzę  w  swoją  stronę.  Czy  tak  wygląda  scenariusz?  –

Potrząsnął  głową  i  przez  chwilę  błysk  czułości  przemknął 

przez jego twarz. - Przepraszam, kochanie, ale to zbyt proste. 

Właśnie tego można się było po tobie spodziewać.

background image

Zarumieniła się.

- Ja nie jestem prosta.

- Ależ  jesteś  -  powiedział  cicho.  -  Posiadasz  wspaniałą,

promienną  prostotę  ducha,  jakiej  nigdy  przedtem  nie 

widziałem.  -  Podniósł  rękę,  kiedy  otworzyła  usta,  żeby  coś 

powiedzieć.  -  Ja  cię  nie  obrażam.  Nigdy  nie  uważałem,  że 

prostota  oznacza  głupotę.  Jesteś  ewidentnie  inteligentna, 

nawet jeżeli masz w głowie lekki zamęt.

Nie  mogła  oderwać  od  niego  spojrzenia.  Czułość,  humor, 

smutek  -  to  wszystko  było  widoczne  na  jego  twarzy.  Nagle 

zapragnęła poznać go lepiej, bliżej. Zeszła z werandy i zaczęła 

iść w stronę bramki.

- Pójdziemy?

-  Nie.

Odwróciła się i popatrzyła na niego, zdumiona.

- Zeszłej nocy nie mogłem spać i też podjąłem kilka decyzji. 

-  Uśmiechnął  się.  -  Wprawdzie  nie  mogę  twierdzić,  że

poddałem naszą sytuację  klinicznej analizie. Byłem cholernie

podniecony  i  zraniony.  -  Odwrócił  się  w  stronę  domku.  -  I

doszedłem  do  wniosku,  że  nie  mam  zamiaru  ułatwić  ci 

pozbycia się mnie.

Wyciągnął rękę do kołatki na drzwiach.

- Nie!  -  Pobiegła  alejką,  ale  on  już  otworzył  drzwi  i 

wchodził do domku.

- Pan  Justine?  -  Jason  szedł  przez  pokój  w  stronę 

Charlie'ego.  -  Jestem  Jason  Link.  Może  Daisy  wspominała 

panu o mnie?

Odczuła  ogarniającą  ją  ulgę.  Link,  a  nie  Hayes.  Nie  ma 

zamiaru złamać danej obietnicy. Charlie spojrzał zdumiony.

- Obawiam się, że nie, panie Link. - Jego pytające spojrzenie 

powędrowało  do  Daisy.  -  Nie  wiedziałem,  że  będziesz

miała towarzystwo. Myślałem, że sama idziesz na spacer.

- Chyba zapomniałam powiedzieć o Jasonie.

- Jestem zdruzgotany. - Lekko powiedział Jason, wyciągając 

rękę  do  Charlie'ego.  -  Dużo  o  panu  słyszałem,  panie  Justine.

background image

Musi  pan  być  niezwykłym  człowiekiem,  żeby  zasłużyć  na 

przywiązanie,  jakie  Daisy  żywi  do  pana.  Charlie  potrząsnął 

rękę Jasona.

- Mam szczęście - powiedział po prostu. - Gdzie poznał pan

Daisy, panie Link?

- Jason. Poznaliśmy się w Mediolanie, a dwa tygodnie temu

przystąpiłem do tego samego zespołu.

- Jest pan śpiewakiem?

Jason skrzywił się.

- Nie zadałby pan takiego pytania, gdyby pan usłyszał mnie

pod prysznicem. Jestem pianistą w orkiestrze.

Maskowe brwi Chrlie'ego uniosły się w zdumieniu.

- Wydawało mi się, że mają już pianistę.

- To na razie zajęcie na pół etatu. Wypełniam luki w czasie

wakacji i weekendów.

- Rozumiem.  -  Spojrzenie  Charlie'ego  znowu  powędrowało

ku  Daisy. -  Cieszę  się,  że  pana  poznałem, panie  Link.  Daisy

rzadko przyprowadza kogoś do domu. Obawiam się, że jestem

zbyt egoistyczny i przez ostatni rok trzymam ją dla siebie.

- Bzdury. - Daisy weszła do pokoju i zamknęła drzwi. - To

ja jestem egoistką.

- Podoba  mi  się  ten  pokój.  -  Spojrzenie  Jasona  objęło 

bladobeżową  i  kremową  tapicerkę  tapczanu  i  dobranego 

kolorem  fotela  klubowego,  kolorowe  dywaniki  porozkładane 

na  sosnowej  podłodze,  a  następnie  ladę  śniadaniową, 

oddzielającą salonik od przyległej kuchenki. - Przytulny.

Charlie krzywo się uśmiechnął.

- Eufemizm na "maleńki".

- Nie.  -  Jason  napotkał  wzrok  Charlie'ego.  -  Mówię,  co

myślę.  To  prawdziwy  dom.  -  Podszedł  do  starego  pianina,

które  stało  przy  ścianie.  -  Miałem  takie  w  mieszkaniu  w 

Queens.

- Pan jest z Nowego Jorku?

Skinął głową.

background image

- Tam  urodzony  i  wychowany.  -  Podszedł  i  przyjrzał  się 

obrazowi,  nad  którym  Charlie  pracował.  -  Daisy.  -

Przekrzywił głowę. - Myślę, że uchwycił pan podobieństwo.

Błękitne oczy Charlie'ego rozjaśniły się.

- To najlepsza rzecz, jaką kiedykolwiek zrobiłem.

- To niesprawiedliwe - zaprotestowała Daisy. - Nie pozwoli

mi nawet rzucić na niego okiem.

Jason uśmiechnął się blado, dalej wpatrując się w obraz.

- Rozumiem,  dlaczego.  -  Spojrzał  na  Charlie'ego.  -  Proszę

sobie nie przeszkadzać.

- Pracowałem  nad  tłem.  Do  pracy  nad  postacią  potrzebna

mi jest  Daisy.  -  Jego  spojrzenie  wróciło  tęsknie  do  obrazu.  -

Może kiedy wrócicie ze spaceru...

- Dlaczego  nie  teraz?  -  Jason  dał  Daisy  znak  ręką,  żeby

weszła na podwyższenie. - Nie mam dzisiaj ochoty na górską

wspinaczkę. Róbcie to, co robilibyście normalnie, a ja pokręcę

się  po  domku  i  popatrzę.  Nigdy  nie  widziałem  artysty  przy

pracy.

Charlie popatrzył z powątpiewaniem.

- Jest pan pewny?

- Jestem  pewny.  -  Jason  uśmiechnął  się  zdumiewająco 

łagodnie,  gdy  patrzył  na  starszego  mężczyznę.  -  Proszę  ją 

malować.  Jest  widocznie  cholernie  inspirującym  tematem.  -

Odwrócił  się  i  ruszył  do  kuchenki.  - Nie  będzie  wam 

przeszkadzało, jeżeli się poczuję jak u siebie w domu? Zrobię 

dla  nas  kawę,  podczas  gdy  geniusz  będzie  płonął,  a  potem 

może zagram wam jakąś nastrojową muzykę.

Każdą, byle nie heavy metal.

- Ja zrobię kawę - powiedziała Daisy.

Popatrzył na nią przez ramię.

- I będziesz marnować czas, kiedy ojciec może malować? Za 

kilka godzin  będziemy musieli  wyruszyć do  teatru.  - Poszedł 

do kuchenki i zaczął otwierać szafki. - Ja zrobię kawę.

Daisy  spojrzała  na  niego  niepewnie.  Jason  wtargnął  do 

domku,  oczarował  Charliego  i  wśliznął  się  do  ich 

gospodarstwa, wszystko w ciągu kilku minut.

background image

- Jeżeli  wolisz  nie...  -  powiedział  Charlie  z  wahaniem.  -

Wiem, że planowałaś co innego.

- Nie,  w  porządku.  -  Weszła  na  podwyższenie  i  usiadła  na

krześle,  dalej  patrząc  na  Jasona  poruszającego  się  po 

kuchence. - Nic nie szkodzi.

Zachowanie  Jasona  w  ciągu  następnych  kilku  godzin 

zdumiało  Daisy.  W  jakiś  sposób  zdołał  pozbyć  się  aury 

ważniaka,  jaka  go  otaczała  i  stał  się  sympatyczny  i 

bezpretensjonalny. Zrobił kawę i podał ją, usiadł do pianina i 

zagrał  kilka  utworów  Chopina.  Potem  usiadł  po  turecku  na 

podłodze przed  podwyższeniem i  w milczeniu  obserwował, a 

godziny mijały. Dopiero kiedy Charlie skończył pracę, zaczął 

prowadzić zdawkową rozmowę do czasu, kiedy nadeszła pora, 

by Daisy przebrała się i pojechała do teatru.

- Podoba mi się - szepnął Charlie do Daisy, zanim wyszli. -

Przyprowadź go jeszcze.

- Zobaczymy. - Pocałowała go lekko w policzek i ruszyła za

Jasonem ku mercedesowi.

- Krzywisz się. - Jason przytrzymał dla niej drzwi po stronie

pasażera. - Myślałem, że dobrze się zachowywałem.

- Nie lubię oszukiwać Charlie'ego.

- To był twój pomysł.

- Wiem, ale nie musiałeś...

- Słuchaj. - Patrzył jej prosto w twarz. - Podoba mi się twój

ojczym.  Jedyny  kit,  jaki  mu  wciskałem,  to  historyjka,  którą

chciałaś,  żebym  mu  opowiedział.  Reszta  była  zupełnie 

naturalna.

- Naprawdę?

Uśmiechnął się i pokiwał głową.

- Przypomina mi mojego pierwszego nauczyciela fortepianu. 

Może  jest  trochę  łagodniejszy.  Nie  sądzę,  że  biłby  mnie  po

palcach za fałszowanie.

- Nie, Charlie nie skrzywdziłby nikogo.

- Ty też nie. - Jego twarz złagodniała, gdy potrząsnął głową

z rezygnacją. - Co za para.

background image

Poczuła  nagle  dziwne  ciepło,  gdy  patrzyła,  jak  obchodzi 

samochód i siada za kierownicą.

- Nie  sądzę,  żebyś  był  tak  cyniczny,  jak  chciałbyś,  żebym

myślała.

Wzruszył ramionami.

- Może  to  zaraźliwe.  Zapewniam  cię,  że  nie  jestem  taki  z

nikim innym. - Włączył silnik i odjechał od krawężnika. - Ale

skoro  uważasz,  że  mam  jeszcze  jakieś  szansę  na  zbawienie,

może  się  rozluźnisz,  gdy  następnym  razem  znajdę  się  w 

jednym  pokoju  z  Charlie'em.  Byłaś  spięta  przez  cały  czas, 

kiedy  tam  byłem.  Powiedziałaś  kiedyś,  że  sądzisz,  iż  można 

mi  ufać.  Chyba  nie  zrobiłem  dzisiaj  nic  takiego,  żebyś 

zmieniła zdanie?

Patrzyła  na  niego  przez  chwilę  w  milczeniu  i  ponownie 

odczuła to dziwnie słodkie ciepło płynące w niej.

- Nie  -  powiedziała  łagodnie.  -  Nie  zrobiłeś  dzisiaj  nic,  co

by to zmieniło.

background image

- To  moje  ulubione  miejsce.  -  Daisy  westchnęła  z  zadowo

leniem, siadając na trawie i spoglądając ku pokrytym śniegiem

górom, a  następnie  w  stronę  wioski znajdującej  się poniżej.  -

Czy ten widok nie jest cudowny?

- Poczekaj  chwilę.  Jak  przestanę  dyszeć,  to  ci  powiem.  -

Jason usiadł koło niej i oparł się o głaz. - Nie ostrzegłaś mnie,

kiedy wyruszaliśmy, że będę musiał wspinać się na górę, żeby

podziwiać taki widok.

- To  tylko  mała  górka.  Niewiele  więcej  niż  pagórek.  -

Spojrzała na niego z niepokojem i odprężyła się, gdy zobaczła,

że nawet się nie zadyszał. - Żartujesz?

Uśmiechnął się blado, patrząc na jej twarz.

- Jesteś bardzo spostrzegawcza.

- Ale czy nie warto było się wspinać? - Zatoczyła ręką krąg.

- Czy to nie piękne?

- Promienne.  -  Jego  spojrzenie było  utkwione  w jej  twarzy.

Przeniósł je na dolinę poniżej. - Widok też jest dobry.

Zarumieniła  się i przez  chwilę  poczuła się nieswojo. Po  raz 

pierwszy  w  ciągu  minionego  tygodnia  Jason  powiedział  coś, 

co można było określić jako osobiste. Zdawała sobie sprawę z 

seksualnego podtekstu, ale był on jak muzyka grana w oddali, 

której akordy słychać tylko od czasu do czasu.

- Nie  chowaj  się  w  sobie.  -  W  dalszym  ciągu  spoglądał  w

dolinę.  -  Myślałem,  że  jesteśmy  wystarczająco  dobrymi 

przyjaciółmi, żebym nie musiał uważać na każde słowo.

Była  głupia.  Oczywiście,  że  są  przyjaciółmi.  Nigdy  by  nie 

uwierzyła w to, że zdoła się zaprzyjaźnić z Jasonem Hayesem 

po tym burzliwym początku, ale jakoś tak się właśnie stało. W 

ciągu  ostatnich  dni  stwierdziła,  że  jest  zabawny  i  bystry,  z 

ironicznym  poczuciem  humoru,  które  często  skierowane  było 

przeciw  niemu  samemu.  Praktycznie  wprowadził  się  do  ich 

domku, a Charlie i on stawali się sobie bliżsi z każdym dniem. 

Kilka  razy  nawet  wracał  do  domku,  by  spędzić  wieczór  z  jej 

ojcem po odwiezieniu jej do teatru.

background image

- Przepraszam. - Uśmiechnęła się i odprężyła. - Przypomniał 

mi  się  ten  pierwszy  wieczór,  kiedy  przyszedłeś  za  kulisy. 

Przestraszyłeś mnie.

- Ale już się nie boisz?

Potrząsnęła głową.

- Tak  naprawdę,  to  nie  ciebie  się  przestraszyłam.  Jesteś 

bardzo dobry.

Podniósł brwi.

- Nie  wiem,  czy  mam  się  czuć  zadowolony,  czy  obrażony.

Raczej lubię onieśmielać.

Zachichotała.

- No cóż, nie wyszło ci.

Jego uśmiech zniknął, a oczy błysnęły lodowa zielenią,  gdy 

zapytał łagodnie:

- Czy to wyzwanie?

Poczuła gwałtowny żar i drżenie. -Nie.

- To  dalej  istnieje,  wiesz  -  powiedział  cicho.  -  Tak  samo

silne, tak samo gwałtowne. Tyle, że chwilowo nad tym panuję.

- Przerwał. - To tylko ostrzeżenie, między przyjaciółmi.

Nagle zdała sobie przejmująco sprawę z fizycznej obecności 

mężczyzny  obok  niej.  Z  wiatru,  który  zwiewał  ciemne  włosy 

Jasona  z  jego  czoła,  ze  słonecznego  światła  na  jego  opalonej 

skórze,  ze  sposobu,  w  jaki  miękka  tkanina  spłowiałych 

dżinsów  opinała  jego  dobrze  umięśnione  uda,  z  mocy  i  siły 

jego dłoni.

Przełknęła  ślinę  i  szybko  ponownie  popatrzyła  na  dolinę. 

Rozpaczliwie chciała zmienić temat.

- Spodobał  mi  się  twój  brat.  Nie  jesteście  do  siebie  zbyt 

podobni.

Milczał  przez  chwilę,  jakby  zastanawiając  się,  czy 

zaakceptować ten unik, i wreszcie powiedział:

- Wiem. Eric twierdzi, że przejąłem cechy pradziadka, który

był  Apaczem  -  powiedział  Jason.  -  Mój  brat  posiada  cały

wdzięk i talent do robienia interesów, a wszystko, co ja mam,

to muza szepcząca mi do ucha, zamęczająca mnie na śmierć.

background image

- Ale nie zamieniłbyś się z nim?

- Nie,  muzyka  jest  wszystkim.  -  Przez  chwilę  jego  głos

brzmiał gorzko. - Musi być.

- Co masz na myśli?

- Tylko to, co powiedziałem. - Zmienił temat. - Nic dziwne

go, że siła twojego głosu jest tak duża, że całkowicie wypełnia

on teatr. Cała ta wspinaczka musi powiększać ci płuca.

- Trochę, a ruch pomaga walczyć ze stresami. - Zmarszczyła 

nos. - Fantyna nigdy nie była dla mnie łatwą rolą.

- Dlaczego?

- Ponieważ  ja  miałam  szczęście  -  powiedziała  po  prostu.  -

Fantyna  cierpiała  rozczarowanie,  została  opuszczona  przez

kochanka,  rozdzielono  ją  z  dzieckiem,  straciła  wszystko,  dla

czego  warto  było  żyć.  Trudno  mi  jest  się  z  nią  utożsamić.  -

Zerwała źdźbło trawy i zaczęła je w zamyśleniu przeżuwać. -

Bóg  dał  mi  głos,  co  jest  dla  mnie  największą  radością,  a 

potem dokończył dzieła, dając mi kochających rodziców. Nie 

cierpiałam aż tyle, by móc zagrać Fantynę dobrze.

- Straciłaś matkę.

- Ale był Charlie, który mnie wspierał i opiekował się mną.

I kochał mnie - dodała łagodnie, spoglądając w dolinę. - Czy

znasz  tę  linijkę  z  piosenki  Fantyny:  "Ale  tygrysy  nadchodzą

nocą"?

-Tak.

- No  więc  do  mnie  tygrysy  nigdy  nie  przyszły.  -  Zaśmiała

się  niepewnie.  -  Na  razie.  -  Spojrzała  na  niego  z 

zaciekawieniem. - Czy do ciebie przyszły, Jasonie?

- O, tak. - Podciągnął kolana i objął je rękami. - I nocą, i w

dzień.

- Przykro mi.

Kiwnął głową.

- Wiem.  -  Jego  spojrzenie  powędrowało  na  jej  twarz.  -

Chciałbym móc ci powiedzieć, że do ciebie nigdy nie przyjdą,

ale do każdego z nas kiedyś przychodzą.

background image

- Nie jestem tak naiwna, by sobie z tego nie zdawać sprawy.

-  Zamknęła  oczy i zadrżała  szepcząc:  -  Boże,  czasem tak  się

boję.

Zamarł.

- Co się dzieje, Daisy?

Przez  chwilę  czuła  nieodpartą  pokusę,  by  mu  powiedzieć. 

Stali się sobie tak bliscy pod wieloma względami w ciągu tych 

ostatnich  kilku  dni,  a  czasami  czuła  się  tak  osamotniona  w 

swoim  oczekiwaniu,  że  zwierzenie  się  komuś  sprawiłoby  jej 

ogromną  ulgę.  Ale  nie  mogła  iść  na  łatwiznę.  Obiecała 

Charlie'emu  i  mogła  to  być  ostatnia  obietnica,  jaką  mu  dała. 

Otworzyła oczy i uśmiechnęła się z wysiłkiem.

- Nic. Mówiłam ci tylko, dlaczego trudno  mi grać Fantynę.

Jego spojrzenie skupiło się na jej twarzy.

- Nie, to coś więcej.

Wstała.

- Czas,  żebyśmy  wrócili  do  domu.  Dzisiaj  mam  wolny

wieczór i obiecałam Charlie'emu, że mu popozuję. - Otrzepała

dżinsy i ruszyła ścieżką w dół. - Nie martw się, schodzi się o

wiele łatwiej.

- Dlaczego nie chcesz ze mną rozmawiać?

- Mogłabym zadać ci to samo pytanie. - Spojrzała mu prosto 

w  oczy.  -  Tak  naprawdę,  to  ty  nigdy  nie  mówisz  o  sobie.

Dziennikarze mają rację. Jesteś tajemniczym oryginałem.

Zaczął kontrolować wyraz twarzy.

- Nie mam wiele do opowiadania.

- Nie  możesz  oczekiwać  zwierzeń,  jeżeli  sam  nic  nie 

mówisz.

Zaśmiał się krzywo.

- A  co  będzie,  jeżeli  otworzę  przed  tobą  swoją  steraną 

duszę?

Zawahała  się,  patrząc  mu  prosto  w  twarz.  Był  jednym  z 

najbardziej  skomplikowanych  i  fascynujących  mężczyzn, 

jakich  kiedykolwiek  znała,  i  nagle  zdała  sobie  sprawę,  że 

ogromnie pragnęła się dowiedzieć, jakie okoliczności ukształ-

background image

towały  człowieka,  jakim  był  Jasonem  Hayesem.  Ale  nie  za 

cenę  złamania  słowa  danego  Charlie'emu.  Wyczytał 

odpowiedź w jej spojrzeniu.

- Nie sadziłem, że będziesz chciała się targować. - Wzruszył 

ramionami.  -  W  porządku,  nie  ma  sprawy.  Uznamy  to  za

przerwę w dyskusji. Żadnych pytań.

Powoli się odwróciła.

- Daisy.

Popatrzyła do tyłu, by stwierdzić, że nadal siedzi tam, gdzie 

go zostawiła.

- Daj  mi znać,  kiedy twoje tygrysy nadejdą, to pomogę ci  z

nimi walczyć.

Potrząsnęła głową.

- Kiedy  przyjdą,  będę  musiała  sama  je  zwalczyć.  -

Uśmiechnęła się. - Tak samo jak ty.

Wstał.

- A jednak mnie powiadom.

- Może.  -  Uczuła  nagłą  pustkę,  gdy  przypomniała  sobie,  że

ich  wspólnie  spędzony  czas  już  się  prawie  kończy.  -  Jeżeli

będziesz w pobliżu.

- Będę  w pobli... - Przerwał  i przez  dłuższą  chwilę  milczał.

Znajdę sposób, żeby być przy tobie. - Zaczął iść za nią w dół.

- Zadzwoń do mnie.

- To nic niewarte! - Charlie rzucił pędzlem i odwrócił się od

sztalug. - Nie wiem, po co próbuję. To gówno warte.

Daisy wstała i zeskoczyła z podwyższenia.

- Co się dzieje? Byłeś przecież taki zadowolony.

- Bo  jestem  głupcem.  - Twarz  Charlie'ego  wyrażała 

cierpienie. - Ponieważ oszukuję samego siebie.

- Mnie  się  on  podoba,  Charlie.  -  Jason  wstał  od  pianina,  na

którym  przez  ostatnią  godzinę  grał  łagodne  melodie.  -  A  nie

uważam się za głupca.

- Podoba  ci  się,  bo  przedstawia  Daisy  -  oschle  powiedział

Charlie. - Myślisz, że tego nie wiem? Tak samo męczą mnie

background image

twoje  kłamstwa,  jak  moje  własne.  -  Przeszedł  przez  pokój  i 

wyszedł z domu, trzaskając drzwiami.

- Czy mam pójść za nim? - zapytał Jason.

- Nie,  zostaw  go.  Nie  lubi  towarzystwa,  kiedy jest  w  takim

stanie.  -  Daisy  skrzyżowała  ręce,  żeby  powstrzymać  ich 

drżenie.  Czuła  się  tak  obolała  i  załamana,  jakby  cierpienie 

Charlie'ego  było  jej  własnym.  - Od  czasu  do  czasu  wybucha. 

Artystyczna  dusza.  Pójdzie  na  daleki  spacer,  zatrzyma  się  w 

barze  i  wypije  parę  drinków,  a  potem  wróci  do  domu.

Przejdzie mu, nim wróci. Przechodzi teraz trudny okres.

- Czy mogę pomóc?

Potrząsnęła głową.

- Powiedz mi, czy ten mój portret jest coś wart?

Jason zawahał się.

- Nie jestem krytykiem sztuki.

Daisy westchnęła.

- Nie jest dobry.

- Tego  nie  powiedziałem.  Nie  znam  się  na  stronie 

technicznej, ale jest pełen uczucia, pełen... miłości.

Daisy poczuła łzy piekące pod powiekami.

- Tak,  jest  bardzo  dobry  w  miłości.  -  Jej  oczy  jaśniały  jak

klejnoty, gdy spojrzała na niego. - To niesprawiedliwe, wiesz.

Przez całe swoje życie chciał tylko jednej rzeczy, stworzyć coś

naprawdę  pięknego,  stworzyć  coś  niezwykłego.  Można  by

pomyśleć, że to mu się uda... - Głos się jej załamał. - Jest takim

dobrym człowiekiem, Jasonie.

- Wiem  -  powiedział  łagodnie.  -  Charlie  to  świetny  facet.

Bardzo go lubię.

Nagle poczuła,  że już tego dłużej  nie zniesie. Oczekiwanie  , 

trwało  zbyt  długo,  a  świat  wydawał  się  pełen  bólu  i 

niesprawiedliwości. Musi od tego uciec, nim ją to zdusi.

- Chodź. - Porwała szal z frędzlami i ruszyła do drzwi. - Nie

możemy  tu  czekać  na  niego.  Będzie  się  czuł  winny,  kiedy

wróci.

- Dokąd idziemy?

background image

- Na przejażdżkę... Nie, na spacer. Potrzeba mi ruchu. Czuję 

się,  jakbym  miała  wybuchnąć.  Góra.  Myślę,  że  wejdę  na

górę.

- Jest ciemno.

- To mi nie przeszkadza. Znam ścieżkę.

- Na  Boga,  przynajmniej  się  przebierz.  Podeszwy  tych 

pantofli będą się ślizgać.

- Nie  szkodzi.  Muszę  wyjść  i  to  zaraz.  -  Obróciła  się  przy

drzwiach i spojrzała na niego, usiłując zapanować nad głosem.

- Wiem, że zachowuję się jak idiotka. Nie musisz iść ze mną.

- Nie bądź głupia - powiedział ostro. - Oczywiście, że idę z

tobą.

Prowadziła pod górę szybkim krokiem, usiłując nie myśleć o 

niczym  innym,  jak  tylko  o  stawianiu  stopy za  stopą,  i robiąc 

co  w jej  mocy, by  nie  myśleć  o  udręczonym  wyrazie  twarzy 

Charlie'ego.

Nim  doszła  do  szczytu,  krew  pulsowała  w  jej  żyłach,  w 

głowie się jej kręciło, a płuca bolały przy każdym oddechu.

Stała  na  szczycie  i  spoglądała  w  dół  na  światła  domów  w 

dolinie.  Charlie  prawdopodobnie  jest  teraz  w  barze,  cicho 

rozmawia  z  barmanem,  sącząc  piwo,  czując  się  zniechęcony 

i...

Ale  teraz  nie  mogła  myśleć  o  Charlie'em.  To  było  zbyt 

bolesne. Odwróciła się do Jasona, który właśnie dochodził na 

szczyt.

- Spójrz  na  światło  księżyca  na  jeziorze  -  powiedziała.  -

Wolę  światło  słoneczne,  ale  nie  mogę  zaprzeczyć,  że 

księżycowe ma swój urok. Co jest w świetle na wodzie? Poeci 

tym

mówią. Choreografia baletów jest tak układana, by wychwalać

jego piękno. Można by pomyśleć, że...

- Cicho.  -  Jason  ciężko  oddychał,  ale  słowo  to  zostało

wymówione  precyzyjnie. -  Paplasz,  a  to  nie  jest  do  ciebie

podobne.

- Paplasz,  brzmi  jak  taplasz,  a  to  też  słowo  związane  z

wodą. - Nawet dla niej samej jej  głos brzmiał gorączkowo, a

słowa  przelewały  się,  płynąc  w  noc.  -  W  słowach  jesteś 

bardzo dobry. Często myślałam, że twoje słowa w piosenkach

background image

poruszają nas wszystkich.

Chwycił ją za ramiona i potrząsnął nią.

- Co  się,  do  cholery,  z  tobą  dzieje?  Wiem,  że  denerwujesz

się Charlie'em, ale histeryzujesz.

- Naprawdę?  -  Odwróciła  się,  by  popatrzeć  na  góry  i  w

panice  poczuła,  że  ponownie  wypełnia  ją  pustka.  -  Pewnie

masz rację, ale są chwile, kiedy... - Nagle oparła głowę o jego

pierś. - Czy będziesz się ze mną kochać, Jasonie?

Poczuła, jak tężeje.

- Co?

Była  równie  jak  on  zdziwiona  swoim  pytaniem.  Nadeszło 

znikąd,  zrodzone  ze  smutku  i  desperacji.  A  jednak,  mimo 

szoku  i  fali  panicznego  strachu,  które  przyszły  zaraz  potem, 

nie  żałowała  swoich  słów.  Jason  mógł  zmniejszyć ból  i  ode-

pchnąć nadchodzącą ciemność.

- Ja  nie  żartuję.  Chcę  czuć,  że  żyję.  Chcę  zapomnieć...  -

Przerwała  i podniosła głowę,  by popatrzeć na niego.  - Powie

działeś,  że...  No  cóż,  może już  mnie  nie chcesz.  Zrozumiem,

jeżeli nie chcesz tego robić.

- Ależ  oczywiście,  że  chcę  -  powiedział  oschle.  -  Jestem

gotów  rzucić  cię  na  ziemię  i  wziąć  cię.  Ale  nie  wiem,  czy

potrafię.

- Dlaczego nie? Powiedziałam, że chcę, byś to zrobił.

- Stwierdzam,  że  zostało  mi  jeszcze  trochę  skrupułów.  -

Jego twarz wyglądała ponuro w świetle księżyca. - Z jakiegoś

powodu jest tak, jakbyś była zamknięta w skorupie.

Zbliżyła  się  i  oparła  twarz  o  jego  czarny,  kaszmirowy 

sweter. Słyszała bicie jego  serca i czuła fale ciepła płynące z 

jego  dużego  ciała.  Życie.  Bezpieczeństwo  w  obliczu 

tygrysów.

- Czuję się dobrze.

- Nie pieprz - powiedział chrapliwie.

Gdy ocierał się o nią, czuła jego nabrzmiały członek.

- Potrzebuję cię.

Jego serce zabiło mocniej.

- Wierzę ci... Tutaj?

background image

Jej  własne  serce  uderzyło  gwałtownie.  Dalej  przyciskała 

policzek do jego ciała.

- Tak. Tutaj i teraz. Zrobisz to?

Gdybym  był  miłym  facetem  jak  Eric,  powiedziałbym

"nie". - Odepchnął ją  i spojrzał beztrosko.  - Ale co, do  chole

ry?  Nie  jestem  aniołem  i  zawsze  wykorzystywałem  takie

chwile. Bóg wie, że może nigdy nie będziemy mieć nic więcej.

-  Zdjął  sweter  i  rzucił  go  na  ziemię  koło  nich.  -  Zbyt  cię

pragnę,  by  grymasić  na  temat  sposobu,  w jaki  cię  zdobędę.  -

Rozpiął koszulę, zdjął ją i rzucił na sweter. - Zdejmij sukienkę.

Jej  agresywność  zniknęła  i  nagle  poczuła  onieśmielenie. 

Stała, wpatrując się w niego z płonącymi policzkami.

-

Mam to zrobić?

Nie  czekał  na  odpowiedź,  zbliżył  się  i  zaczął  rozpinać 

maleńkie guziczki na gorsecie sukienki.

To  dziwne,  jak  czuje  się  mężczyzna,  mając  do  czynienia  z

suknią z dawnej epoki.

Jak się czuje?

Chwyciła  powietrze,  kiedy  musnął  dłonią  jej  pierś.  Jego 

palce sprawnie rozprawiały się z guzikami.

-

Jak  bandyta  z  innej  epoki  -  powiedział  łagodnie.  -

Taki,

który  nie  przestrzegał  żadnych  zasad,  kiedy  pragnął  kobiety.

Przez  te  wszystkie  godziny  w  domku,  kiedy  siedziałem  i  pa

trzyłem,  jak  ojciec  cię  maluje,  myślałem,  jak  chciałbym  to

robić. Miałem już różne halucynacje. - Rozpiął ostatni guzik i

utkwił  wzrok  w  jej  piersiach  wychylających  się  z  rozpiętego

gorsetu.  -  Na  temat  tego,  jak  chciałbym  zdjąć  z  ciebie  tę 

suknię

i  usiąść  w  tym  dużym  krześle  na  podwyższeniu  z  tobą  na

kolanach.  Jak  chciałbym  rozłożyć  twoje  nogi  i  ocierać  się  o

ciebie.  -  Odchylił  materiał  gorsetu  i  spojrzał  na  jej  piersi.

Odetchnął gwałtownie. - Cholera.

Nie  mogła  oddychać  ani  zapanować  nad  drżeniem.  Letni 

wiatr  owiewał  jej  napięte  sutki,  ale  nie  czuła  chłodu.  Jego 

słowa  działały  jak  afrodyzjak,  podobnie  jak  jego  spojrzenie 

skierowane na jej ciało.

background image

Wziął  jej  piersi  w  swoje  duże,  ciepłe  dłonie.  Przygryzła 

dolną wargę, by nie krzyknąć.

Ich spojrzenia spotkały się, gdy tak ściskał i puszczał, ściskał 

i puszczał, rytmicznie, łagodnie i władczo.

-Myślałem,  że  ci  się  to  spodoba.  Wyobrażałem  sobie,  jak

będziesz  się  wić  i  ocierać  o  mnie.  -  Zniżył  głowę  i  chwycił

sutek wargami. Ssał silnie, łapczywie, ciągnąc pierś zębami. -

Że pozwolisz mi ze sobą robić wszystko, co zechcę.

Bezwiednie wygięła się do tyłu i delikatnie jęknęła.

- Pozwolisz mi? - zamruczał. - Powiedz.

Nie mogła zrozumieć jego słów; żar ogarnął całe jej ciało.

- Powiedz mi.

- Tak...

Przyciągnął  ją  bliżej.  Ciepło  jego  nagiej  klatki  piersiowej 

było zmysłowym szokiem w zetknięciu z jej sutkami. Wyrwał 

się jej kolejny jęk, gdy powoli ocierał ją o swoje ciało, tam i z 

powrotem.

- O,  tak  -  powiedział  ochryple.  -  Czuj  mnie,  poznaj  mnie.

Jego  ręce  przesunęły  się  z  jej  bioder  ku  włosom.  Wyjął

grzebyki, które utrzymywały fryzurę. Jego palce zanurzyły się 

w miękkim gąszczu.

- Twoje  włosy...  Chciałem  to  robić  tyle  razy...  Chciałem

owinąć  je  dookoła  siebie,  zatopić  się  w  nich,  zatopić  się  w

tobie.

Szybko ją  rozebrał i niecierpliwie rzucił  na ziemię. Poczuła 

zapach ziemi i roślin, poczuła chłód trawy.

Życie, jeszcze raz. Noc kipiała, płonąc wibrującym życiem, a 

ona  chciała  się  go  uchwycić,  tego  wszystkiego,  zanim  się  jej 

wymknie.

Stal, patrząc na nią, szybko zdejmując resztę ubrania.

- Niech  ci  się  przyjrzę.  Rozłóż  nogi  -  błagał  chrapliwie.

Powoli  rozsunęła  uda.  Czuła,  jak  patrzy  na  jej  kobiecość,

wrażliwą  na  niego.  Mięśnie  jej  brzucha  kurczyły  się  i  czuła, 

jak  nabrzmiewają  jej  piersi,  gdy na niego  patrzy. Był  olbrzy-

mim  mężczyzną,  przygniatającym,  a  ona  nigdy  nie  czuła  się 

bardziej naga niż w tej erotycznej, poddańczej pozycji.

background image

Padł  na  kolana  i  poruszał  się  między  jej  udami.  Dłonie 

masowały  jej  przeponę  powodując,  że  piersi  nabrzmiewały 

jeszcze bardziej, choć ich nie dotykał. Pomyślała nieprzytom-

nie,  że  oczekuje  tego  dotknięcia.  Chciała  być  przez  niego 

zjedzona, pochłonięta.

- Czy  chcesz  mnie?  -  zapytał  ochryple.  -  Jeżeli  nie,  to

powiedz  to  teraz.  Już  się  nie  cofniesz,  kiedy  będziesz  moja.

Cholera, chyba już nie zapanuję nad sobą, kiedy raz zacznę.

Moja.  Poczuła  dreszcz  strachu  na  myśl  o  władczości  tego 

słowa. Otello. To nie był zgorzkniały, błyskotliwy mężczyzna, 

który stał się jej przyjacielem w ciągu ubiegłego tygodnia. W 

świetle księżyca stał się dzikim, zmysłowym wojownikiem.

Pochylił się do  przodu i jego  ciepły język dotknął  jej brzu-

cha.

- Szybko  -  mruknął.  -  Żadne  z  nas  nie  może  czekać.  Czy

chcesz, żebym wszedł w ciebie? - Przesunął się dotykając, ale

nie wchodząc do środka. - Czy chcesz?

Płonęła,  pijana  pożądaniem  i  lekkomyślnie  zarzuconą 

ostrożnością.

- Tak. O, tak.

Zanurzył  się  w  jej  głębi.  Krzyknęła  wyginając  się.  Pełnia, 

nabrzmienie, ciepło.

-

Jason.

Zamarł.

- Boże,  dlaczego  mi nie  powiedziałaś?  Czy cię  zraniłem?  -

Jego zęby zacisnęły się. - Głupi. Oczywiście, że cię zraniłem.

- Nie, to nie... - Jej dłonie zacisnęły się na trawie. - Jestem...

Och, proszę cię, dalej!

Jego twarz wyrażała cierpienie.

- Już  za  późno,  żebym  zrobił  cokolwiek  innego.  Nie  mogę

przestać. Postaram się być delikatny - powiedział. - Po prostu

musiałem  stać  się  częścią  ciebie.  -  Wycofał  się  i  powrócił,

ustalając powolny rytm. - Zawładnęłaś mną. Całym. Widzisz,

jak dobrze pasujemy? Czy czujesz mnie?

Każdy  centymetr,  cale  ciało.  Paznokciami  rozgrzebywała 

ziemię.

background image

- Tak.

- Podoba  ci  się?  -  Jego  biodra  poruszały  się  koliście.  Z

trudem  łapała  powietrze,  gdy  on  odkrywał  nowe  głębie. -

Chcę,  żebyś  to  pokochała.  -  Zapomniał  o  delikatności  i 

zanurzał  się  gwałtownie,  mocno,  głęboko.  -  Jęcz  dla  mnie. 

Niech cię usłyszę. Chcę tego wszystkiego.

Jęczała.  Nie  mogła  nic  na  to  poradzić.  Gwałtownie 

podniosła  się  do  góry,  próbując  zrównać  się  z  jego  rytmem, 

usiłując  dotrzymać  mu  tempa,  ale  był  zbyt  gwałtowny,  zbyt 

silny,  za  bardzo  podobny  do  namiętnego  ogiera.  Mogła  go 

tylko trzymać i pozwolić mu poruszać się na niej. Jego dłonie 

zataczały  kręgi  i  chwyciły  jej  pośladki,  podnosząc  ją  przy 

każdym ruchu.

Napięcie  rosło.  Słyszała  swój  głos,  błagający  go  o  więcej. 

Jego pierś podnosiła się i opadała z chrapliwym oddechem, w 

miarę  jak  się  poruszał,  jasne  oczy  świeciły  dziko  w 

ciemnościach,  rozjaśnionych  światłem  księżyca,  rysy  twarzy 

były jakby ściągnięte bólem.

- Daj  mi  ją.  -  Jego  zęby  były  zaciśnięte,  a  oczy  wpół

przymknięte. - Teraz!

Napięcie minęło, a wyzwolenie było równie wstrząsające jak 

to,  co  się  działo  przedtem.  Krzyknął  i  przycisnął  ją  mocno, 

prawie raniąc ją siłą swojego uścisku.

Minęła  chwila,  nim  się  poruszył,  a  kiedy  podniósł  głowę, 

oczekiwał  ją  nowy  szok.  Namiętność  minęła,  a  wyraz  jego 

twarzy...

Czułość,  zdumienie,  bezradność.  Podniósł rękę  i głaskał  jej 

zmierzwione  włosy,  odgarniając  je  z  twarzy  z  niezwykłą 

łagodnością.

- W porządku?

Skinęła  głową,  patrząc  mu  w  twarz.  Był  to  wrażliwy, 

łagodniejszy Jason Hayes, człowiek, którego istnienie w jakiś 

sposób wyczuwała pod maską twardości, ale którego nigdy nie 

widziała.  Dziwnie  się  czuła,  rozpalona,  wypełniona  radością 

i... i czymś więcej. Czym? Czymkolwiek było to uczucie,

background image

znajdowało się ono tuż poza zasięgiem, zagubione w mgiełce 

zaspokojonej namiętności, która ich spowijała.

Przerzucił jej  włosy  nad ramionami i udrapował je  na pier-

siach.  Następnie  położył  policzek  na  jedwabistej  poduszce  i 

delikatnie pieścił.

- Jeszcze  jedno  marzenie  -  wymamrotał.  -  Boże,  ależ  masz

piękne  włosy.  -  Czule  pocałował  jej  sutek  przez  pasemka

włosów.  -  Wśród  innych,  równie  ślicznych,  aspektów  twojej

anatomii.

Sutek  zareagował  stwardnieniem,  a  on  uśmiechnął  się  za-

chwycony i zniżył usta, by go delikatnie muskały.

- Na  przykład  ten  jest  dla  mnie  absolutnie  czarujący.  -

Dmuchał na wystający koniuszek i uśmiechnął się ponownie,

gdy  ten  stwardniał.  -  Daisy,  kochanie,  możesz  wyglądać  jak

anioł, ale masz niewątpliwie lubieżne instynkty.

Kochanie.  Z jakiegoś powodu to lekko  wypowiedziane sło-

wo zraniło ją.

- Nie masz zamiaru zejść ze mnie?

- To  chyba  strata  czasu.  A  poza  tym,  podoba  mi  się  tutaj.

Jej również się to podobało. Jego ciężar zdawał się cudownie 

pasować do jej ciała.

- Musimy wracać. Charlie...

Jego uśmiech zgasł.

- No tak, świat wzywa. - Zsunął się z niej i położył obok. -

Czy  powiesz  mi,  o  co  tu  właściwie  chodzi?  Trudno 

powiedzieć,  żebym  oczekiwał,  że  zostanę  uwiedziony  przez 

dziewicę. - Jego usta skrzywiły się. - Do diabła. W ogóle się 

nie  spodziewałem,  że  jesteś  dziewicą.  Na  litość  boską,  masz 

już dwadzieścia cztery lata.

Czuła  się  osamotniona  bez  niego.  Chciała,  by  z  powrotem 

znalazł się na niej.

- Mam  zawód.  Jestem  zapracowana.  Wydawało  mi  się,  że

ci to nie przeszkadzało.

Jego spojrzenie zaborczo ogarnęło ją.

- Cholera, pewnie, że nie. To... mi się podobało. - Wyciągnął 

rękę, by dotknąć jej włosów, ale przerwał i ręka opadła obok 

ciała.  -  Ale  nie  pochlebiam  sobie,  że  to  właśnie  ja  byłem 

przyczyną,  dla  której  nagle  zdecydowałaś,  że  nadszedł  czas, 

by przestać być dziewicą. Nawet nie próbowałem cię podnie-

cić.

"Mężczyzna  tak  pociągający  jak  ty  nie  musi  próbować"  -

pomyślała smętnie. Wszystko, co musiał robić, to być sobą.

- Nie wiem, o co ci chodzi.

- Myślę, że wiesz. - Wyraz jego twarzy nie był już bezradny, 

wyglądało,  że  znowu  go  kontroluje.  -  Dzisiaj  to  nie  ja

rzuciłem  cię  do  swych  stóp,  ale  jest  diabelnie  pewne,  że  coś

mnie wyręczyło.

Zesztywniała, odsunęła się od niego i usiadła.

- To zupełnie oczywiste, prawda? - zapytała od niechcenia.

- Sam mówiłeś, że przyciągamy się fizycznie. Jesteś bardzo

atrakcyjnym  mężczyzną.  Jestem  zdumiona,  że  tak  długo  wy

trzymałam.

- Gówno prawda. - Jego odpowiedź była krótka i treściwa.

- Do cholery, coś jest nie tak.

Wstała i zaczęła się ubierać.

- Oczywiście,  że  coś  było  nie  tak.  Denerwowałam  się  o

background image

Charlie'ego.

- Dlaczego?  -  Poszukał  spojrzeniem  jej  twarzy.  -  Sama

powiedziałaś, że przejdzie mu, nim wróci do domu.

- Tak,  przejdzie  mu.  -  Włożyła  sukienkę  i  szybko  zapięła

gorset,  nim  włożyła  czarne  baletki.  Rozejrzała  się  po  ziemi,

ale  nie  mogła  znaleźć  grzebyków,  które  Jason  wyjął  jej  z

włosów,  więc  przeczesała  włosy  palcami,  żeby  trochę  je 

uporządkować. - Ale już czas, żebym do niego wróciła.

- Jeszcze  nie.  -  Stał  na  trawie,  tam  gdzie  przedtem.  -

Porozmawiaj ze mną.

- Powiedziałam  ci...  -  Przerwała  i  schyliła  się,  by  podnieść

szal leżący na ziemi. - Dlaczego mnie przesłuchujesz? Sam mi

powiedziałeś,  że  seks  będzie  formą  terapii.  Jak  to 

powiedziałeś?  "Tylko  igraszki  na  sianie,  żeby się  otrząsnąć." 

Żadnych zobowiązań i...

background image

Cholera,  to  były  twoje  słowa  i  wiesz,  że  teraz  tak  nie  jest

- Jego głos był chrapliwy z wyczerpania. - Zależy mi na tobie.

Chcę ci pomóc. Dlaczego nie chcesz ze mną porozmawiać?

Nie ma nic do mówienia.

Jego uśmiech był zabarwiony goryczą.

- Mogłabyś  mi  powiedzieć,  dlaczego  mnie  wykorzystałaś.

Zaszokowało ją to słowo.

- Nie  wykorzystałam  cię.  -  A  jednak  nagle  zdała  sobie

sprawę,  że  to  nieprawda.  Wykorzystała  go,  by  odsunąć  ból,

chociaż  nie  miała  takiego  zamiaru.  -  Zresztą,  może.  Ale  nie

bardziej niż ty wykorzystałeś mnie.

Wstał i zaczął się ubierać.

- Czy czułaś się wykorzystana, Daisy?

Pamiętała  chwilę,  gdy  dotknął  z  niezwykłą  czułością  jej 

policzka i radość, jaką wtedy poczuła. Czuła się pochłonięta, 

doceniana, zawładnięta. Wykorzystana? Nigdy.

- Nie. - Teraz, gdy go już nie dotykała, zaczynała odczuwać

chłód  nocy.  Cofnęła  się  i  owinęła  szalem.  -  Możemy  już

wracać?

Przez  sekundę  zdawało  się  jej,  że  wygląda  na  dotkniętego, 

ale to minęło.

- Oczywiście. - Wciągnął przez głowę sweter i poprawił go

na biodrach. - Dlaczego nie? - Z kpiną wskazał ścieżkę. - Ty

pierwsza.

Otworzyła usta, żeby coś powiedzieć, po czym zamknęła je i 

ruszyła ścieżką. Usłyszała jego łagodny głos.

- Ale powinnaś zdawać sobie sprawę, że to jest ostatni raz,

kiedy pozwalam ci prowadzić. Odtąd przejmuję inicjatywę.

Popatrzyła na niego znużona.

- O co ci chodzi?

Uśmiechnął się krzywo.

- Chodzi mi o to, że jeden raz to za mało. Dla nas obydwoj-

ga. - Przerwał. - Chodzi mi o to, że mam zamiar dobrać się do

ciebie przy najbliższej okazji i powtarzać to jak najczęściej.

Czuła, że słabnie.

- Nie sądzę...

background image

- Nie przejmuj się. Nie  mam  zamiaru poważniej ingerować

w twoje  życie. Wezmę, co się da. Posłuchaj.  Wszystko, o co

proszę,  to  żebyś  co  wieczór  po  przedstawieniu  przychodziła

do  mojego  pokoju  w  hotelu.  Możemy  spędzić  razem  kilka

godzin, oddając się przyjemnościom, a potem odwiozę cię do

domu. - Figlarnie podniósł brwi. - Umowa stoi?

Spojrzała  na  niego  niepewnie,  mimo  że  poczuła  znajomy 

prąd  między  udami.  Kochali  się  tak  gwałtownie,  że  nadal 

drżała i nie było wątpliwości, że chciała go znowu. Jak by to 

było,  gdyby  poznali  swoje  ciała  i  nauczyli  się,  jak  sprawiać 

sobie przyjemność? Prawdopodobnie głupio byłoby wkroczyć 

na ścieżkę, która wiodła do seksualnego nałogu. Wielkie nie-

ba, nie była pewna, czy już się nie znajduje na tej ścieżce.

A jednak potrzebowała go. Przez te chwile spędzone w jego 

ramionach  zapomniała  o  wszystkim,  poza  przyjemnością. 

Potrzebowała  tego  wyzwolenia,  jeżeli  miała  przetrwać  nad-

chodzące  tygodnie.  Stwierdził  jasno,  że  nie  chce  stałego 

związku,  ale  nie  było  powodu,  żeby  nie  skorzystać  z 

pociechy, jaką mógł jej dać.

-

Ja...  nie  wiem.  Będę  musiała  to  przemyśleć.

Znowu zaczęła schodzić kamienistą ścieżką.

- Jeszcze  jedno.  -  Nadal  się  uśmiechał,  ale  wyczuła  w  nim

twardość,  której  nie  widziała  od  pierwszych  dni  ich 

znajomości.  -  Desdemona  -  powiedział.  -  Nie  mam  zamiaru 

cię  okłamywać.  W  dalszym  ciągu  chcę,  żebyś  była 

Desdemona.

Minęła złota przerwa, wróciło wyzwanie.

Powoli potrząsnęła głową, odwróciła się i ruszyła w dół.

Charlie  siedział  w  swoim  ulubionym  fotelu  klubowym 

naprzeciw pianina i skrzywił się smutno, gdy Daisy weszła do 

domu.

- Zrobiłem z siebie osła, co?

- Nie.  Wiem,  że  jest  ci  trudno.  -  Zamknęła  drzwi  i  zdjęła

szal.  -  Wszyscy  wielcy  artyści  mają  temperament.  Spójrz  na

Van Gogha. Obciął sobie ucho. - Przekrzywiła głowę. - Twoje

przynajmniej są na miejscu.

background image

- Dałbym  ucho  za  jego  talent.  -  Wyciągnął  nogi  przed

siebie.  -  Do  licha.  Dałbym  rękę  albo  nogę.  Gdzie  Jason? 

Wystraszył się mnie?

- Nie.  - Uniknęła  jego  spojrzenia, wieszając  szal na krześle

w kuchni. - Poszedł na spacer, a potem wrócił do hotelu.

- Byłem dla niego niegrzeczny.

- Zrozumiał to.

Charlie powoli skinął głową.

- To  skomplikowany  człowiek,  ale  myślę,  że  wiele  potrafi

zrozumieć. - Spojrzał na nią. - To ten jedyny, co?

Zesztywniała.

- Jedyny?

- Ten,  który  przyniesie  ci  szczęście,  jakiego  ja  zaznałem  z

twoja  matką.  -  Uśmiechnął  się  łagodnie.  -  Cieszę  się,  że 

pojawił  się  teraz,  Daisy.  Nie  bój  się  sięgnąć  po  to  szczęście 

tylko dlatego, że mój żywot dobiega końca. Niczego bardziej 

nie pragnę, jak twojego szczęścia i bezpieczeństwa.

- To nie jest tak - powiedziała z wahaniem. - Jesteśmy tylko

przyjaciółmi, Charlie.

Potrząsnął głową.

- Nie okłamuj się. Kochasz go. Życie jest zbyt krótkie, żeby

tracić chociaż chwilę na okłamywanie siebie.

- Nie.  Ja...  Mylisz się.  Ja  go  nie...  -  Oczy  otworzyły się jej

szeroko, gdy prawda, która umknęła jej, gdy Jason patrzył na

nią,  nagle  wyjrzała  zza  mgły  i  zaświeciła  jasno.  Radość  i

czułość,  chęć  zaspokojenia  i  obejmowania.  Miłość.  -  Skąd

wiesz? - szepnęła.

Charlie uśmiechnął się i wstał.

- Zawsze miałem bystre oko  artysty. - Jego uśmiech zbladł.

- Szkoda, że nie posiadam takiego samego talentu. - Ruszył w

stronę  swojego  pokoju,  stanął  i  popatrzył  na  nią.  Spojrzenie

jego było pełne miłości, gdy powtórzył łagodnie: - Sięgnij po

to szczęście, Daisy.

Za moment drzwi pokoju zamknęły się za nim. Daisy zgasiła 

światło i żwawym krokiem ruszyła do  swojej sypialni.  Jak to 

się stało? Nigdy nie miała zamiaru zakochać się w Jasonie

background image

Hayesie.  Nie  umiała  nawet  określić  momentu,  kiedy 

ostrożność zamieniła się w pożądanie, sympatię i uwielbienie, 

ani  kiedy  przyjaźń  zamieniła  się  w  miłość.  Jednak  istniało 

wystarczająco  dużo  wskazówek.  Dlaczegóż  by  w  innym 

wypadku  zwróciła  się  ku  niemu  i  poprosiła,  by  się  z  nią 

kochał? Taka agresywność zupełnie nie leżała w jej charakte-

rze.  Czy  wybuch  Charlie'ego  był  tylko  pretekstem,  by  wziąć 

to,  czego  chciała?  Nawet  dzisiaj  wieczór,  gdy  była  już  tak 

blisko prawdziwej odpowiedzi, okłamywała się.

Nic  dziwnego,  że  próbowała  przekonać  samą  siebie,  że  nie 

była  zbyt  zaangażowana.  Bóg  jeden  wiedział,  że  związek  z 

Jasonem nie miał żadnej przyszłości. Jemu zależało na dwóch 

rzeczach:  chciał  ją  posiąść  i  pozyskać  jej  głos  dla  swej 

muzyki.

Nie, to nieprawda. Lubił ją.

Ale nie było gwarancji, że sympatia zamieni się w miłość.

Byłaby  idiotką,  wystawiając  się  na  cierpienia  związane  z 

nieodwzajemnioną miłością, gdy i tak była już emocjonalnym 

wrakiem. Byłoby o wiele mądrzej nie angażować się dalej.

"Sięgnij po szczęście" - powiedział Charlie.

Ale jeżeli odważy się sięgnąć za wysoko, może potem upaść 

zbyt boleśnie.

Podeszła  do  okna  i  westchnęła  ciężko,  opierając  rozpalone 

czoło  o  chłodną  szybę.  Z  natury  zawsze  była  otwarto  i 

optymistycznie  nastawiona,  i  korzystała  z  nadarzających  się 

okazji,  jednak  ból  i  oczekiwanie  trwały  już  zbyt  długo.  Nie 

wiedziała,  czy  może  przestać  się  bronić  i  zaryzykować 

wystawienie się na jeszcze większy ból. Boże drogi, po prostu 

już nie wiedziała, co będzie najlepsze.

background image

- Cześć, Charlie. - Jason wszedł do domku bez pukania, jak

to  ostatnio  robił,  a  jego  spojrzenie  natychmiast  powędrowało

na  podwyższenie,  na  którym  Daisy  pozowała,  siedząc  na 

wielkim krześle podobnym do tronu. Grzecznie skinął głową. 

- Cześć, Daisy.

Poczuła,  jak  rumienią  się  jej  policzki  i  mocniej  chwyciła 

szal.  To  ten  sam  mężczyzna,  który  gwałtownie  się  z  nią  ko-

chał, a teraz zachowuje się tak, jakby wymienili tylko ze sobą 

uścisk  dłoni.  No  tak,  ale  czego  się  spodziewała?  To  było  jej 

pierwsze  doświadczenie  tego  typu  i  to,  co  się  wydarzyło, 

niewątpliwie znaczyło dla niej więcej niż dla niego.

- Cześć, Jason.

Odwrócił się i ruszył w stronę kuchni.

- Kawy?

Charlie popatrzył na niego nieobecnym wzrokiem.

- Nie teraz.

- I tak ją zrobię, będzie gotowa. - Zaśmiał się. - Zamieniam 

się w podkuchenną. Mój nauczyciel muzyki powiedziałby, że 

niszczenie tych rąk wstrząśnie światem muzycznym.

- Światem  dość  trudno  wstrząsnąć  -  powiedział  Charlie,

patrząc  w  płótno.  -  Dojdziesz  do  tego.  -  Przerwał  i  dodał  z

trudem: - Przepraszam ze wczoraj.

- Nie  ma o czym mówić. - Jason włączył ekspres do kawy.

-  Wszyscy  mamy  prawo  wybuchnąć  od  czasu  do  czasu.  -

Obszedł  barek  i  usiadł  ze  skrzyżowanymi  nogami  na  swoim

ulubionym  miejscu  na  podłodze  na  wprost  podwyższenia.  -

Zgadza się, Daisy?

Wybuch, który miał na myśli, był czysto zmysłowy. Patrzyła 

prosto przed siebie i zwilżyła wargi językiem.

- Już mówiłam Charlie'emu, że rozumiem.

Dokładnie zdawała sobie sprawę, że Jason wpatruje się w nią 

uważnie. Serce zaczęło bić jej mocniej. Przypomniała sobie, co 

mówił  zeszłej  nocy,  o  czym  marzył,  gdy  obserwował,  jak 

pozuje. Nagle w wyobraźni zobaczyła ich nago w tym

background image

ogromnym  hiszpańskim  krześle,  ręce  Jasona  na  jej  piersiach, 

jego biodra poruszające się...

Jej spojrzenie bezwiednie powędrowało w stronę Jasona, ale 

gwałtownie  uciekło.  Jego  twarz  była  lekko  zarumieniona,  a 

wzrok rażąco zmysłowy. Wiedziała, że przypominał sobie, jak 

to było, gdy był wewnątrz niej; wiedziała, że rozumie, że nie 

może znieść tego nagłego uczucia między udami.

- Przesuń  głowę  trochę  w  lewo,  Daisy  -  poprosił  Charlie.

Gwałtownie  odwróciła  spojrzenie  od  Jasona  i  posłusznie

przesunęła  głowę  w  lewo.  Boże  drogi,  chciała,  żeby  Jason 

sobie  poszedł.  Czuła,  jak  piersi  nabrzmiewają  jej  pod 

gorsetem i robi się jej gorąco.

Jakby w odpowiedzi na jej milczącą prośbę, usłyszała stuk-

nięcie,  gdy  Jason  wstał.  Ale  zamiast  wyjść,  podszedł  do 

pianina, usiadł i zaczął delikatnie grać.

Wzruszająca melodia popłynęła perliście przez pokój, a nuty 

zaczęły  kreślić  w  powietrzu  wzory  o  niezapomnianym 

pięknie.

Daisy  jeszcze  mocniej  ścisnęła  szal,  patrząc  na  ciemną 

głowę Jasona pochyloną nad klawiaturą. Została przeniesiona 

od pożądania ku wyższej płaszczyźnie emocjonalnej, która nie 

była mniej intensywna. Coś ścisnęło ją w gardle i poczuła, jak 

łzy  napływają  jej  do  oczu.  Piękna.  Boże,  jego  muzyka  była 

piękna.

Nawet Charlie oderwał się od swojej pracy.

- Podoba mi się. Chyba nigdy tego nie słyszałem.

- Nic dziwnego. - Jason popatrzył Daisy prosto w oczy. - To

z nowego musicalu na Broadwayu. Nie ma jeszcze obsady.

- Jak się nazywa?

- Ostatnia  miłość  -  powiedział  Jason.  -  Śpiewa  to  wiodący

sopran.  -  Jason  uśmiechnął  się  do  Daisy,  nie  przerywając

grania. - Myślę, że słowa też by ci się spodobały.

Popatrzyła na niego bezradnie, owładnięta muzyką.

- Ładne - mruknął Charlie, wracając do malowania.

"Nie  ładne,  ale  hipnotyzujące,  chwytające  za  serce, 

porywające" - pomyślała Daisy.

background image

- Podoba ci się? - spytał łagodnie Jason.

Cholernie dobrze wiedział, że jest zachwycona.

- Tak. - Próbowała zapanować nad głosem.

- Może udałoby mi się znaleźć dla ciebie nuty.

Nie odpowiedziała.

- Chciałabyś?

- Nie. Mam ręce pełne roboty, grając Fantynę.

- No  cóż,  jak  zmienisz  zdanie,  to  mi  powiedz.  -  Odwrócił

się do klawiatury. - Zawsze chętnie służę.

"Jak  Lucyfer  służył  Ewie  jabłkiem  z  drzewa  dobrego  i 

złego" - pomyślała gorzko.

Jason  grał  jeszcze  przez  godzinę.  Nie  ograniczył  się  do 

Ostatniej miłości, ale zawsze do niej wracał.

Wreszcie  Daisy  nie  mogła  już  dłużej  wytrzymać.  Zmusiła 

się do uśmiechu, wstając i zeskakując z podwyższenia.

- Przepraszam  cię,  Charlie,  ale  dzisiaj  muszę  wyjść 

wcześniej  i  dać  sobie  przyciąć  tę  grzywę.  -  Zwróciła  się  do 

Jasona. - Nie musisz czekać. Pojadę sama.

- Nie  ma  mowy.  -  Jason  nie  podniósł  wzroku  znad 

klawiatury, a jego palce nadal poruszały się po klawiszach. –

Nie mam nic innego do roboty.

Daisy  rzuciła  mu  udręczone  spojrzenie,  nim  poszła  do 

swojego pokoju i zamknęła drzwi. Gdy szybko się przebierała, 

Ostatnia miłość dobiegła do niej z drugiego pokoju.

Wybuchła,  gdy  tylko  znaleźli  się  w  bezpiecznej  odległości

od Charlie'ego i szli w stronę samochodu.

- To nie było fair.

Otworzył drzwi.

- Nie podobało ci się?

- Ty... To nie było fair, do cholery.

- Wiem. - Jego usta zacisnęły się. - Ale nie dałaś mi wyboru. 

Od  chwili,  gdy  wszedłem  dzisiaj  do  waszego  domu,  czułem, 

jak mnie odpychasz.

Zaczekała,  aż  wsiądzie  do  samochodu  i  zapali  silnik,  nim 

powiedziała:

background image

- Masz rację. Chciałam ci powiedzieć, że wiem, że wczoraj

popełniłam błąd. Byłam zdenerwowana i...

- Chcesz,  żebyśmy  znowu  byli  tylko  przyjaciółmi  -

dokończył za nią. - Nie ma mowy.

- Tak będzie najlepiej. - Patrzyła  wprost przed siebie. - Nie

umiem teraz sobie z tym poradzić.

- W takim razie nie powinnaś była zaczynać.

- Zdaję  sobie  sprawę,  że  zasadniczo  to  moja  wina.  -  Usiło

wała mówić powoli i rozsądnie. - Ale przemyślałam sprawę i

doszłam do wniosku, że nie możemy tego ciągnąć.

Spojrzał z uwagą na jej twarz.

- Nie mam zamiaru się z tobą kłócić.

- Nie ma się o co kłócić. Moja decyzja jest ostateczna.

- Decyzje  podejmuje  się  po  to,  by  je  zmieniać.  -  Gdy

samochód ruszył, powiedział burkliwie: - Nie mogę pozwolić,

byś mi to zabrała,  Daisy. Nie  po  tym, jak  miałem przedsmak

tego, jak może być.

Powiedział to w dziwny sposób.

- O co ci chodzi?

- Chodzi  mi o to, że  właśnie  wypowiedziałaś  wojnę. - Usta

zacisnęły mu się ponuro. - A ja nie biorę jeńców. - Wciągnął

powietrze głęboko. - Słuchaj. Nie chcę, żeby tak było. Zawrze

my umowę. Na chwilę zapomnę o Desdemonie, ale coś muszę

mieć.  Wiem  cholernie  dobrze,  że  mogę  dać  ci  przyjemność.

Przyjdź do mojego pokoju w hotelu po przedstawieniu, to ci to

udowodnię.

Nie odpowiedziała.

- Pomyślisz o tym?

Skinęła energicznie głową. Zgodziłaby się na wszystko, byle 

zakończyć  tę  scenę,  która  stawała  się  z  każdą  chwilą 

boleśniejsza.

- Pomyślę o tym.

Tego  wieczoru  po  pierwszym  akcie  Jason  niedbale  zapukał 

do drzwi garderoby, zanim je otworzył.

background image

Daisy zesztywniała i obróciła się na swoim stołku, by popa-

trzeć na niego.

- Nie  spodziewałam  się  ciebie.  Byłeś  na  widowni?

Potrząsnął głową.

- Powiedziałem ci, że nie będę cię już oglądał na scenie.

Gdyby  nie  była  taka  zdenerwowana,  zauważyłaby  natych-

miast,  że  nie  jest  ubrany  w  strój  wieczorowy.  W  dżinsach  i 

białej  letniej  koszuli  wyglądał  tak  męsko  i  zmysłowo,  że  od 

razu poczuła, jak jej postanowienie słabnie. "To tylko hormo-

ny" - wmawiała w siebie zrozpaczona. Jeżeli chodzi o miłość, 

nie  miała  wyboru,  ale  pożądanie  to  zupełnie  inna  sprawa. 

Jeżeli będzie miała silną wolę, zwalczy ją.

Ale, drogi Boże, hormony działały silnie.

Odwróciła  się  z  powrotem  do  lustra  i  poprawiła  na  głowie 

perukę z krótkich, kręconych włosów. Obraz w lustrze nie był 

pocieszający. W luźnej, zapiętej pod szyję, białej, bawełnianej 

koszuli,  którą  miała  na  sobie  w  ostatniej  scenie,  wyglądała 

równie bezradnie, jak dziecko.

- Zgadza  się.  Zapomniałam.  Chociaż  nigdy  nie  pojęłam,

dlaczego  czujesz...  -  Przerwała,  gdy  usłyszała,  że  zamek  w

drzwiach się obraca. Kręgosłup jej zesztywniał, gdy spojrzała

na odbicie Jasona w lustrze. - Rozumiem, że jest jakiś powód,

dla którego to robisz?

- Bardzo dobry powód. Nie chcę, żeby nam przeszkadzano.

-  Podszedł  do  niej.  -  Czy  miałaś  zamiar  przyjść  dzisiaj  do 

mnie do hotelu?

- Nie... - Przerwała i ze znużeniem potrząsnęła głową. - Nie.

- Tak  też  myślałem.  Dzisiaj  po  południu zdecydowanie  się

wahałaś.  -  Zatrzymał  się  za  nią  i  jego  wzrok  napotkał  jej  w

lustrze. - Bądź ze mną szczera. Dlaczego nie? Przecież chcesz

przyjść.

Zwilżyła wargi językiem.

- Najlepiej  będzie,  jak...  Jesteś  dla  mnie  trochę  za  bardzo

bezwzględny.

- Bo  podniosłem  stawkę,  grając  Pieśń  nocy  dziś  po 

południu? To nie ma z tym nic wspólnego. - Kucnął obok jej

background image

wyściełanego stołka. - To jest na zupełnie innej płaszczyźnie. 

-  Jego  ciepłe  usta  musnęły  jej  kark.  -  Nie  znoszę  tej  peruki. 

Zdejmij ją i daj mi popatrzeć na twoje włosy.

Przebiegł ją gorączkowy dreszcz i poczuła się nagle słabo.

- Za  dużo  kłopotu.  Jest  przypięta  i...  -  Wzięła  głęboki  od

dech, gdy jego ręce ześliznęły się, by pomacać jej piersi przez

luźną, białą bawełnę jej nocnej koszuli. - Nie - powiedziała. -

Sztuka...

- Występujesz  dopiero  w  ostatniej  scenie.  To  jeszcze  pra

wie  godzina.  -  Jego  palce  szybko  rozpięły  jej  gorset  i 

wśliznęły  się,  by  dotknąć  jej  piersi.  Pochyliła  się  do  przodu, 

gdy  twarde  ciepło  jego  dłoni  zetknęło  się  nagle  z  miękkim 

ciałem.  –  Dużo  czasu.  -  Jego  palce  delikatnie  pieściły  jej 

sutki, przygryzła dolną wargę, by nie krzyknąć, gdy przeszedł 

przez  nią  ogień.  - Wczoraj  nie  byliśmy  na  górze  dłużej  niż 

czterdzieści  minut.- Jedną  ręką  zaczął  wyciągać  szpilki 

przytrzymujące  perukę,  drugą  nadal  bawił  się  nią  i  pieścił.  -

Moglibyśmy wykorzystać ten tapczan...

- Nie, powiedziałam ci...

Przerwała,  gdy  jego  ciepły  język dotknął  jej  ucha. Kolejny 

erotyczny  szok.  Dlaczego  nie  stawiała  mu oporu?  Czuła, jak 

topnieje, poddaje się jego dłoniom.

Zdjął perukę i długie włosy wysypały się spod niej.

- No,  tak  jest  lepiej.  -  Podniósł długie,  jedwabiste  pasmo  i

powoli gładził nim swoje wargi. - Takie miękkie....

Nie  wiadomo  dlaczego,  ten  gest  był  nawet  bardziej 

erotyczny niż równoczesne pieszczenie jej nagiej piersi drugą 

ręką.  Zrobiło  się  jej  gorąco  i  poddała  mu  się  z  ledwo 

dosłyszalnym  jękiem.  Siedziała  tak,  drżąca,  niezdolna  ruszyć 

się, gdy powoli pocierał  jej włosy między swoim kciukiem  a 

palcem  wskazującym,  z  dłonią  ukrytą  w  gorsecie,  ze 

wzrokiem utkwionym w jej odbicie w lustrze. Szepnął:

- Spójrz  na  swoją  twarz.  Chcesz  tego.  -  Rozsunął  materiał

jej gorsetu, tak że widać było bezwstydnie nabrzmiały dowód

jego słów w lustrze. - Czyż nie jesteś piękna?

Zamknęła oczy, ale nadal słyszała jego słowa.

background image

- Ale  nie  tutaj  -  szepnęła.  -  Nie  będziemy  używać  tego

tapczanu. Chcę łóżko i czas, by się tobą rozkoszować. Czy nie

widzisz, jaki jesteś nierozsądny?

- Widzę,  że  usiłujesz  mnie  zahipnotyzować.- "I  to  ci  się

udaje"  -  pomyślał,  czując  się  znowu  całkowicie  bezradny.

Zachichotał.-  To  się  nazywa  uwiedzenie.  -  Jego  uśmiech

zbladł. - Chociaż hipnotyzm nie brzmi w tej chwili najgorzej.

Przyznaję,  że  sam  chciałbym  cię  zahipnotyzować,  żebyś 

robiła to, co chcę. - Jego usta ponownie musnęły ją po karku. 

- Wszystko i cokolwiek. Czy chcesz, żebym ci powiedział, jak

zacząłbym?

Otworzyła oczy tęsknie, ale w dalszym ciągu się nie ruszyła.

- Nie.

- Dlaczego  jesteś  taka  zacofana?  -  Jego  wargi  delikatnie

pociągały pasemko włosów na jej karku. - To twój wybór. To

ty zaczęłaś, a ja zareagowałem.

Ale to było wtedy, zanim zdała sobie sprawę, jak bardzo go 

kocha, jaka była bezradna w stosunku do niego.

- Już nie zaczynam, powiedziałam ci...

- Że  to  pomyłka.  -  Jego  wargi  zacisnęły  się  ponuro,  gdy

kończył  zdanie.  -  Za  późno.  Mogłaś  się  wycofać  wczoraj  w

nocy.  Może  byłoby  lepiej  dla  nas  obydwojga,  gdybyś  to 

zrobiła. Ale teraz musimy ciągnąć tę grę aż do końca.

Zaśmiała się niepewnie.

- To brzmi jak  groźba.  Wiem,  Jasonie, że  nie użyłbyś prze

mocy.

- Nie, ale wszystkiego innego tak. Czuję w sobie dzikość. -

Wstał, w dalszym ciągu trzymając rękę w jej włosach. - Ja się

nie  poddam,  Daisy.  Jeżeli  nie  przyjdziesz  do  mnie  dzisiaj,

będę  tu  jutro.  Obawiam  się,  że  nauczyłem  się  sięgać  po  to,

czego chcę, i brać to. - Uśmiechnął się łobuzersko. - Zanim mi

to zabiorą.

- Sięgaj po szczęście.

Wsadził  rękę  do  kieszeni,  wyjął  klucz  hotelowy  i  umieścił 

go na toaletce.

- Będę czekać.

background image

Niewidzącym  wzrokiem  patrzyła  na  metalowy  klucz, 

podczas gdy on podszedł do drzwi.

- Nie  ma  się  czego  obawiać,  Daisy.  -  Zatrzymał  się  przy

drzwiach. - Nie czeka cię przy mnie nic poza przyjemnością.

Przyjdziesz?

Nie  odpowiedziała  i  chwilę  później  drzwi  zamknęły  się  za 

nim.

Drogi Boże, ciało jej było zbolałe od pożądania i nie umiała 

powstrzymać drżenia. Nie mogła tego znieść. Pochyliła się do 

przodu i ukryła gorącą twarz w dłoniach. Wiedziała teraz, że 

Jason  nie  zrezygnuje,  dopóki  mu  się  nie  odda.  Codzienne 

udawanie  przed  Charlie'em,  że  wszystko  jest  w  porządku, 

było wystarczającą walką i nie była w stanie znieść konfliktu 

na innym  froncie.  Cóż  to  miało  za  znaczenie,  jeżeli  zostanie 

zraniona?  Przynajmniej  będzie  mogła  skorzystać  z  odrobiny 

szczęścia i zapomnienia.

Sięgaj po szczęście.

Gdy  Daisy  weszła  do  pokoju  hotelowego,  Jason  leżał  na 

łóżku,  z  głową  opartą  o  poduszkę,  a  jego  nagie  biodra 

przykryte były tylko prześcieradłem.

Pokój  był  ciemny.  Paliła  się  tylko  mała  lampka  i  Daisy 

miała  nadzieję,  że  nie  widać,  jaka  jest  spięta.  Czuła  się 

wystarczająco  bezradna  bez  światła  ujawniającego  jej 

zdenerwowanie.

Kiedy  Jason  zobaczył  ją  w  drzwiach,  napięte  mięśnie  od-

prężyły się.

- Cholernie długo tu szłaś.

- Nie  byłam  pewna,  czy  w  ogóle  przyjdę.  Nie  mogę długo

zostać.  Muszę  wracać  do  domu,  do  Charlie'ego.  -  Zwilżyła

wargi  językiem.  -  Musisz  to  zrozumieć.  Charlie  jest 

ważniejszy. Kilka godzin po przedstawieniu nie odgrywa roli, 

ale to wszystko.

- Ależ rozumiem. - Uśmiechnął się krzywo. - Teraz, gdy już

mnie ostrzegłaś, jaki jestem nieważny w twoim życiu, czy nie

sądzisz, że mogłabyś wejść i zamknąć drzwi?

background image

Zamknęła drzwi i wzięła głęboki oddech.

- Bardzo  dziwnie  się  czuję.  Nigdy  nic  podobnego  nie  robi

łam.

- W  takim  razie  lepiej  będzie,  jeżeli  cię  przekonam,  że

opłaci  ci  się  zostać.  -  Odrzucił  prześcieradło  i  wstał. 

Zobaczyła  silne  uda,  sklepioną  pierś,  niepohamowane 

wzburzenie,  gdy  sięgnął  po  granatowy  szlafrok,  wiszący  na 

krześle obok łóżka i ruszył ku niej. Wziął jej torebkę i rzucił 

ją  na  komódkę  koło  drzwi,  po  czym  wręczył  jej  szlafrok.  -

Łazienka. – Stanowczo poklepał ją po tyłku i pchnął w stronę 

drzwi wychodzących z pokoju. - Gorący prysznic dla relaksu i 

poczujesz się dobrze.

Popatrzyła na niego niepewnie, a on  uśmiechnął  się zachę-

cająco i puścił do niej oko.

"Jakie  to  dziwne,  gdy  nagi  facet  puszcza  do  ciebie  oko"  -

pomyślała  rozbawiona,  idąc  w  stronę  łazienki.  Po 

urzekającym  uwiedzeniu,  któremu  została  poddana  w 

garderobie,  beztroska  Jasona  wyprowadziła  ją  z  równowagi. 

Zniknęła w łazience i puściła prysznic.

Jason  się  mylił;  prysznic  niewiele  jej  pomógł.  Zbyt  silnie 

zdawała  sobie  sprawę  z  tego,  że  on  czeka  nagi,  tuż  za 

drzwiami.  Włożyła  ciemnoniebieski  welurowy  szlafrok, 

zdjęła czepek kąpielowy i rozpuściła  włosy. Podniosła rękę i 

od  niechcenia  dotknęła  pukla  włosów  opadającego  na  jej 

ramiona.  Piersi  naprężyły  się  pod  miękkim  materiałem 

szlafroka,  gdy  przypomniała  sobie,  jak  Jason  ocierał  te 

pasemka  o  swoje  usta.  Serce  zaczęło  jej  bić  gwałtownie.  Na 

wpół  żartowała  z  tego,  że  ją  zahipnotyzował,  ale  nie  mogła 

zaprzeczyć, że istniał fizyczny magnetyzm między nimi. 

background image

Wielkie nieba, chciała go.

Odetchnęła  głęboko,  odwróciła  się  i  otworzyła  drzwi. 

Siedział  na  krześle,  z  jedną  nogą  przerzuconą  przez  oparcie 

krzesła  tak  naturalnie  i  spokojnie,  jakby  był  kompletnie 

ubrany. Rozpaczliwie pragnęła być równie spokojna.

Jego  spojrzenie  poszukało  jej  twarzy  i  oczy  otworzyły  się 

szerzej.

- Niech mnie licho. Ty się chyba nie boisz.

- Nie  -  odpowiedziała.  -  Tak.  - Jej  ręka  nerwowo  błądziła

przy pasku. - Powiedziałam ci, że nie jestem przyzwyczajona

do takich rzeczy.

Wstał powoli i podszedł do niej.

- Powinnaś  się  była  znaleźć  pode  mną  na  tym  łóżku  dwie

minuty  po  tym,  jak  weszłaś  do  pokoju.  Wtedy  nie  miałabyś

czasu  na  myślenie  o...  -  Zatrzymał  się  przed  nią  i  palcem

wskazującym  delikatnie  sięgnął  do  jej  lewego  policzka.  -

Chciałem ci pokazać, jaki potrafię być cierpliwy i szarmancki.

Wpadłem  we  własne  sieci.  -  Jego  dłoń  cofnęła  się  od  jej

policzka. - Cóż, muszę to nadrobić, prawda?

- Co  masz  na  myśli?  -  Patrzyła  na  niego  zdumiona,  gdy

przeszedł  przez  pokój,  podniósł  ciężki  fotel  klubowy,  w 

którym siedział, i przeniósł go na środek pokoju. - Co ty, do

diabła, robisz?

- Ustawiam  scenę.  Szkoda,  że  nie  mamy  podwyższenia.  -

Rzucił  jej  beztroski  uśmiech,  po  czym  umieścił  fotel  pod 

małym  bursztynowo-kryształowym  żyrandolem  na  środku 

sypialni. - Będziesz mi pozować.

Zamrugała oczami. 

- Co?

- Słyszałaś.  -  Pchnął  ją  delikatnie  na  fotel,  zanim  podszedł

do  ściany  koło  drzwi  i  zapalił  górne  światło.  -  Chcę  się 

absolutnie upewnić, że chcesz mnie tak samo, jak ja ciebie. –

Z powrotem podszedł do niej. - Tak samo, jak chciałaś  mnie

dzisiaj po południu w domku, gdy pozowałaś swojemu ojcu. -

Jego palce musnęły jej szyję i przebiegł ją dreszcz. - Ale tak

naprawdę, to nie pozowałaś Charlie'emu, prawda? Pozowałaś

mnie.  Przypominałaś  sobie,  co  ci  powiedziałem  wczoraj 

wieczorem,  jakie  mam  marzenia,  kiedy  ty  pozujesz.  Kiedy 

spojrzałaś  na  mnie,  wiedziałem,  że  zastanawiasz  się,  czy 

nadal  myślę o  nas obydwojgu  w  tym  krześle.  -  Usadowił się 

na podłodze parę metrów dalej i skrzyżował nogi tak, jak robił 

to  tego  popołudnia  w  ich  domku.  -  I  obydwoje  wiemy,  że 

myślałem.  -  Uśmiechnął  się  zachęcająco.  -  Pozuj  dla  mnie, 

Daisy.

Policzki jej płonęły.

background image

- Ja... nie mogę. Czuję się głupio.

- Ale jesteś podniecona?

Była zdziwiona, gdy zauważyła, że jej zdenerwowanie mija, 

ustępując  miejsca  poczuciu  dziwnej,  wyłącznie  erotycznej 

sytuacji.

- Tak - szepnęła.

- Czy chcesz wiedzieć, o czym teraz myślę?

Jej  zafascynowane  spojrzenie  napotkało  jego  wzrok.  Jego 

twarz  była  napięta,  jasnozielone  oczy błyszczące,  a  usta  nie-

zwykle zmysłowe.

- Tak.

- Myślę  o  tym,  jak  pięknie  twoje  włosy  wyglądają  na  tle

ciemnoniebieskiego  szlafroka.  -  Ściszył  głos.  -  I  myślę,  jak

bardzo  chciałbym,  żebyś  zdjęła  ten  szlafrok.  Czy  zrobisz  to 

dla mnie, Daisy?

Ton jego głosu był przymilny, ale po raz kolejny poczuła, że 

sama tylko siła jego woli hipnotyzuje ją.

- Zrób  to  -  powtórzył  łagodnie.  -  Wczoraj  w  nocy  nie

mogłem się tobą nacieszyć. Chcę na ciebie patrzeć.

Jej  palce  zaczęły  automatycznie  odpinać  pasek,  gdy  jego 

słowa jeszcze płynęły.

- Ta ciemna tkanina spawia, że wyglądasz krucho jak szkło

weneckie. Twoja  skóra błyszczy na jej tle, a twoje  włosy... -

Jego  spojrzenie  powędrowało  w  stronę  jej  bosych  stóp 

wystających  spod  szlafroka.  -  To  śmieszne,  jak  bose  stopy 

mogą sprawić, że wygląda się całkowicie bezbronnie.

Szarfa  była  rozwiązana,  ale  Daisy  wahała  się,  nieśmiała, 

niepewna.

background image

-

Zdejmij to - powiedział cicho, nadal wpatrując się w 

jej stopy.

Odetchnęła  głęboko,  wysunęła  ręce  z  rękawów  szlafroka  i 

pozwoliła mu opaść na poduszki krzesła za sobą.

Spojrzenie Jasona poruszało się z rozdzierającą powolnością 

w  górę  przez  kostki  jej  nóg,  do  łydek,  następnie  do  ud, 

zatrzymując się na chwilę na kręconych włosach otaczających

jej  kobiecość,  zanim  powędrowało  przez  jej  brzuch  ku  pier-

siom.

- Co za rozkoszna niespodzianka. Cała jesteś taka delikatna, 

a  potem  ta  piękna  pełnia...  -  Uśmiechnął  się  widząc,  że  jej

sutki  zaczynają  twardnieć  pod  jego  spojrzeniem.  -  Powiedz

mi, o czym myślisz.

- Czuję  się  jak  niewolnica  przed  sułtanem  -  powiedziała

niepewnie.

- To  niezbyt  rozsądne,  kiedy  to  ty  jesteś  na  tronie,  a  ja  u

twych  stóp.  -  Jego  wzrok  powędrował  do  jej  twarzy.  -

Spełniasz tylko moje marzenie i pozujesz dla mnie.

Nie  była  już  pewna,  czyje  to  było  marzenie.  Czuła,  jak  z 

każdą chwilą narasta w niej podniecenie. Wielkie nieba, jego 

oczy...

- Uklęknij  w  fotelu.  -  Jego  głos  brzmiał  chrapliwie.  -  I

przerzuć włosy do przodu, żeby zakryć piersi.

Poruszała się sennie, ospale, wykonując jego polecenia.

- Tak  dobrze.  A  teraz  tak  zostaw  i  daj  mi tylko  patrzeć  na 

ciebie.

Atmosfera  w  pokoju  była  gęsta,  naładowana  elektryczno-

ścią. Widziała, jak piersi podnoszą się i opadają pod zasłoną z 

włosów,  gdy  usiłowała  nabrać  powietrza  w  ściśnięte  płuca. 

Chwila wydłużała się. Nie ruszał się.

- Drżysz - powiedział niezgrabnie.

Więcej  niż  drżała.  Trzęsła  się  jak  liść  podczas  burzy.  Nie 

mogła  oderwać  od  niego  wzroku,  od  gładkich,  silnych 

muskułów  na  jego  ramionach,  skupionych,  gotowych,  a 

jednak  trzymanych  pod  kontrolą.  Od  muskularnych  ud 

pokrytych drobnym  włosem,  od  klatki piersiowej z ciemnym 

trójkątem...

- Ale ja też.

Nagle  wstał  i  przeszedł  przez  pokój  w  jej  stronę.  Jednym 

ruchem objął ją, obrócił i rzucił na fotel.

- Już  czas.  Nie  wytrzymam  dłużej.  -  Przywarł  do  niej  i

pogrążył  się  w  niej  jednym  gwałtownym  ruchem.  Jego  pierś

poruszała  się  ciężko,  szaleńczo,  gdy  schował  twarz  w  jej 

włosy.  -  Boże,  nie  sądziłem,  że  mi  się  uda.  -  Jego  dłonie 

chwyciły

jej 

biodra, 

przyciskając 

je 

do 

siebie. 

background image

- Trzymaj się, to będzie dzika jazda.

Zaczął się poruszać, rzucając się i podnosząc do góry. Było 

to  dzikie,  twarde,  prawie  zwierzęce  w  swej  namiętności  i 

dokładnie  takie, jak  Daisy  chciała.  Erotyzm,  który  nabrzmie-

wał przedtem, zamienił jej reakcje w szaleństwo. Słyszała, jak 

jęczy i dyszy, gdy zbliżali się do kulminacji.

Kiedy przyszedł orgazm, był tak gwałtowny jak sama jazda i 

Daisy  była  w  stanie  jedynie  desperacko  trzymać  się  Jasona, 

podczas gdy doznania przewalały się przez nią fala za falą.

Opadła  obok  niego,  włosy oplatały  jego  pierś,  oddychała  z 

trudem.

Była tak oszołomiona, że prawie nie zdawała sobie sprawy z 

tego, że dłoń Jasona delikatnie pieści jej włosy.

- Widzisz - powiedział chrapliwie. - Musimy to mieć. - Jego

wargi muskały jej skroń. - Nieważne, na jak długo. Musimy to

mieć. Namiętność, nie miłość. Żadnych zobowiązań... Zalał ją 

cierpki smutek.

Jego usta pieściły teraz jej ucho.

- Przyjdziesz jeszcze?

Namiętność  to  nie  wszystko,  ale  w  tej  chwili nie  mogła jej 

odrzucić.  Wszystko,  co  mógł  jej  dać,  było  jej  potrzebne,  by 

przeżyć nadchodzące dni.

- Przyjdę.

Jego dłoń, pieszcząca jej włosy, zatrzymała się nagle.

- Co wieczór?

Jak  mogła  nie  przychodzić?  Więź  istniejąca  między  nimi 

rosła  przy  każdym  spotkaniu.  Schowała  głowę  w  ciemnych, 

sprężystych włosach pokrywających jego klatkę piersiową.

- Co wieczór.

- Co  robisz?  -  Daisy  oparła  się  na  łokciu,  usiłując  dostrzec

nagą  sylwetkę  Jasona  w  świetle  księżyca,  które  wlewało  się

przez okno do pokoju. -  Źle się czujesz? Coś się dzieje?

background image

- Nie.  -  Jego  ramiona  poruszyły  się,  jakby  zrzucał  z  nich

ciężar. - Myślę tylko. Przepraszam, że cię obudziłem.

- Nie  chciałam  zasypiać.  Zaraz  muszę  iść.  -  Usiadła  na

łóżku i odgarnęła włosy z twarzy. Nie mówił prawdy. W tym

momencie  przebudzenia  wyczuła  smutek,  doskwierającą 

samotność. - O czym myślisz?

- O tobie.  - Zrobił nieokreślony ruch ręką.  - O tym. Wiesz,

nasz stosunek jest niezwykły.

Wstąpiła w nią nadzieja.

- Naprawdę?  -  Była  to  pierwsza  wskazówka,  że  w  ogóle

myśli  o  ich  romansie.  Rozmowa  nie  była  najważniejszym

punktem  programu  w  ciągu  tych  dwóch  tygodni,  które  były

wielkim erotycznym  snem.  Przy  Charlie'em Jason  przez  cały

czas  zachowywał  tę  samą  niedbałą,  przyjacielską  wesołość,

ale była świadoma, że kryje się pod nią napięcie. Nie mógł się

doczekać,  by  weszła  do  jego  pokoju  po  przedstawieniu,  a

wtedy jedyne słowa, jakie padały między nimi, to gorączkowe

szepty,  wyrażające  szaleńcze  pożądanie.  Nie  mogli  się  sobą

nacieszyć. Ona stawała się równie szalona jak on. Teraz chcia-

ła  z  nim  być  ciągle.  Zaczerwieniła  się  na  myśl  o  tym,  jak

kazała  mu zjechać  z drogi  wczoraj w  nocy, nim dojechali do

jej domu. Jej ochoczość wyzwalała w nim dzikość i wchodził

w nią z... Przestała myśleć i powiedziała sucho:

- Nie  wiem,  czy  jest  niezwykły,  ale  niewątpliwie  jest 

entuzjastyczny.

- Nie,  to  więcej  niż  to.  -  Zamilkł,  patrząc  w dół  na ciemną

ulicę, a po chwili powiedział z wahaniem: - To jest jak pieśń.

Owinęła się prześcieradłem i usiadła na łóżku.

- Pieśń?

Skinął głową.

- W  taki  sposób  na  ogół  przychodzą  do  mnie  pieśni.  Z

ciemności,  zupełnie  nieoczekiwanie,  a  jednak  nagle  się 

pojawia. - Odwrócił się i podszedł do niej. - Słyszę ją stale w

głowie,  aż  zapiszę  ją  na  papierze  i  zagram.  Wtedy  dopiero 

daje mi spokój. - Pochylił się nad nią i wziął jej twarz w swoje

background image

niepewne  dłonie.  Szepnął:  -  Ty  jesteś  jak  pieśń.  Muszę  cię 

grać wciąż na nowo.

- Tak, żebym dała ci spokój?

- Nie.  -  Jego  palce  zaplątały  się  we  włosy  i  podniósł  jej

głowę,  by  spojrzeć jej  w  oczy.  - Bez  względu na to,  ile  razy 

cię  gram,  nie  odchodzisz.  -  Schylił  głowę  i  pocałował  ją 

niezwykle  delikatnie.  -  Zaczynam  cię  słyszeć  na  nowo,  gdy 

tylko skończę.

Poczuła,  że  łzy  więzną  jej  w  gardle  i,  żeby  nie  pociekły, 

musiała zażartować.

- Motyw Daisy?

Skinął głową.

- To chyba najlepsze określenie na to. - Z powrotem pchnął

ją  na  łóżko.  -  Motyw  Daisy.  -  Rozsunął  jej  uda  i  zaczął  się

poruszać  między nimi.  - Łagodna, jaśniejąca  i uczciwa.  Leżę

obok  ciebie  i to  słyszę.  Wychodzisz  i  nadal  to  słyszę.  -  Jego

ręce  poszukały  jej  w  ciemności.  -  Ale  teraz  jesteś  tutaj  i  gra

coraz głośniej.

- Jason. Ja muszę iść. Byłam tu zbyt... - Przerwała, gdy jego

palce  zatopiły  się  głębiej,  badawczo  i  zaczęły  leniwie  się

poruszać. Chwyciła powietrze i przywarła do niego.

- Zaraz  -  wymruczał.  -  Nie  chcę,  żebyś  szła.  Jeszcze  raz.

Muszę cię zagrać jeszcze raz...

- Zostań na noc.

Daisy, zakładając bluzkę, spojrzała przez ramię na leżącego 

nago  Jasona.  Poczuła  gorący  dreszcz,  patrząc  na  niego.  Był 

wcieleniem  aroganckiej  męskiej  siły. Kochali  się dzisiaj  dwa 

razy, a jednak znowu go pożądała.

- Wiesz, że nie mogę. Muszę wracać do domu.

- Tylko  szybkiego  i  biegiem  do  tatusia?  -  Zobaczył,  że  ją

obraził  i  zaklął  cicho.  -  Przepraszam.  -  Odrzucił  kołdrę  i 

wyskoczył z łóżka. - Zaraz się ubiorę.

Włożyła na nogę sandałek na niskim obcasie.

background image

- Może  lepiej  będzie,  jeśli  od  tej  pory  będę  brała  własny

samochód?  Nie  ma  sensu,  żebyś  wyłaził  z  łóżka  co  noc  i

odwoził mnie do domu...

- Powiedziałem:  przepraszam  -  przerwał  szorstko,  znikając

w łazience. - Wiem, że nigdy nie zostajesz. Wymknęło mi się.

Usłyszała wodę lejącą się do umywalki.

Włożyła  drugi  but  i  usiadła  na  łóżku,  żeby  na  niego 

poczekać, w zmartwieniu marszcząc brwi. Jason był wyraźnie 

poirytowany od dwóch dni, od kiedy obudziła się i zobaczyła 

go  stojącego  przy oknie.  Nie  gburowaty,  ale  spięty  i  czasem 

wydawało się jej, że wyczuwa element desperacji.

- Wiem, że to jest dla ciebie niewygodne...

- Pieprzysz. - Wyszedł z łazienki i zaczął się ubierać. - Nic

mi taka przejażdżka nie szkodzi. - Wsadził koszulę w spodnie

i włożył mokasyny. - Chyba budzi się we mnie Otello.

Popatrzyła na niego zdumiona.

- Jestem zazdrosny. - Wziął marynarkę z fotela i uśmiechnął 

się  sardonicznie,  wkładając  ją.  -  Mówiłem  ci  kiedyś,  że  tak

głupio na mnie działasz.

- Zazdrosny o Charlie'ego?

- Nie posiadam większego rywala. - Wziął ze stołu portfel i

kluczyki  i  wsunął  je  do  kieszeni.  -  Ani  takiego,  z  którym

trudniej byłoby mi walczyć. - Przeszedł przez pokój i podniósł

ją. - Chodź, jedziemy.

Patrzyła na niego w osłupieniu, gdy szła w stronę drzwi.

- Ależ ty lubisz Charlie'ego.

- Tym trudniej  mi z nim walczyć. - Jego dłoń zacisnęła się

na jej łokciu. - Czy on wie o nas?

- Tak.  -  Popatrzyła  na  niego  trzeźwo.  -  Ale  ja  nic  mu  nie

mówiłam.  Nie  jest  ślepy  ani  głupi.  Przedtem  pozowałam  mu

co wieczór po przedstawieniu.

Jeden kącik ust podniósł mu się w krzywym uśmiechu, który 

miał w sobie trochę goryczy.

- Zdaje  się,  że  jestem  dość  łatwy  do  rozszyfrowania  dla

Charlie'ego.  Teraz  nie  mogę  na  ciebie  patrzeć,  żeby  mi  nie

stanął.

background image

Jego szczerość zdumiała ją.

- To mnie łatwo rozszyfrować. Charlie zawsze wiedział, co

czuję.  -  Jej  ręka  nerwowo  chwyciła  torebkę.  -  Nigdy  nie 

chciałam go oszukiwać.

- On  chce  dla  ciebie  jak  najlepiej.  -  Z  tłumioną 

gwałtownością  nacisnął  guzik  windy.  - Cholernie  dobrze 

wiem,  że  pojechałby  do  Nowego  Jorku,  gdybyś  zagrała  w 

Pieśni nocy.

Nie odpowiedziała.

- I ty też to wiesz. Dlaczego, do diabła, nie dasz mi...

- Mieszka  tutaj  przynajmniej  od  piętnastu  lat.  Jest  tu 

szczęśliwy.

- A ty?

- Ja również. Nie potrzeba mi Pieśni nocy.

- Ale  chcesz  jej  -  powiedział  łagodnie.  -  Widziałem  to  na

twojej twarzy, gdy grałem Ostatnią miłość.

- Była piękna. Jestem śpiewaczką i oczywiście, że...

- Chcesz ją.

Zdecydowanie spojrzała na niego.

- Tak,  ale  nie  wezmę  tego,  czego  chcę.  Zapomnij  o  tym,

Jasonie.

- Mowy  nie  ma.  -  Drzwi  windy  otworzyły  się  i  weszli  do

środka.  -  Boże,  doprowadzasz  mnie do  szału. Wyglądasz  jak

najłagodniejszy anioł na tej ziemi, a jesteś uparta jak muł.

- Jestem rozsądna.

- Rozsądni  ludzie  nie  odrzucają  okazji  takich  jak  Pieśń

nocy.

- Proszę cię, nie chcę już o tym rozmawiać.

Popatrzył na jej udręczone spojrzenie i dał spokój.

- Dobrze, chwilowo o tym zapomnimy. - Jego usta zacisnęły 

się. - Ale ja się nie poddaję.

Wiedziała,  że  nie  zrezygnuje  z  niczego,  czego  chce. 

Odkryła,  że  jego  wola  była  równie  niezaspokojona,  co 

nieugięta. Zrezygnowana, westchnęła.

- Wiem, że nie, Jasonie.

background image

- Czy  chciałbyś  wejść  i  przywitać  się  z  Charlie'em?  -  spy

tała Daisy, otwierając drzwi samochodu.

- Mogę.  -  Jason  wysiadł i podszedł  do  niej.  Nie  widziałem

go wczoraj. - Idąc ku domowi, rzucił jej beztroskie spojrzenie.

- Może zagram mu inny kawałek z Pieśni nocy.

- Nie!

Popatrzył na nią z udawaną niewinnością.

- A czemuż by nie? Podobało mu się - dodał delikatnie. - I

tobie też.

- Sądziłam,  że  nie  będziemy o  tym rozmawiać.  -  Spojrzała

w  bok  i  dostrzegła  ten  sam  ponury  wyraz  twarzy,  jaki  już

wcześniej zauważyła. Zapytała cicho: - Dlaczego chcesz mnie

zranić?

- Nie  chcę  cię  zranić.  -  Wzruszył  ramionami.  -  A  zresztą,

może. Oko za oko.

- Ja cię nie krzywdzę.

- Nie?  Więc  dlaczego  mi  się  wydaje,  że  to  robisz?  -

Otworzył drzwi i przepuścił ją pierwszą. - Nic nie szkodzi. To

kwestia sporna, gdy...

- Charlie!

Charlie leżał w swoim ulubionym fotelu klubowym, z jedną 

ręką  przewieszoną  bezwładnie  przez  oparcie.  W  półmroku 

jego twarz była nieruchoma jak marmur.

- Drogi  Boże!  -  Daisy odepchnęła Jasona,  przebiegła  przez

pokój i uklękła obok fotela. Czuła, że coś ciepłego i mokrego

leci jej po policzkach. - Charlie, nie!

- Daisy...  -  wymamrotał  Charlie,  otwierając  oczy.

Wypełniło ją uczucie ulgi i opadła na podłogę.

- Ty tylko spałeś. - Drżącą ręką przeczesała włosy i zaśmiała 

się  nerwowo.  -  Zawsze  widziałam  cię  pracującego  i  nigdy

nie przyszło mi do głowy, że możesz odpoczywać. Boże, ależ

mnie przestraszyłeś.

background image

- Tak?  -  Charlie  wyciągnął  rękę  i  dotknął  jej  mokrego

policzka.  -  Miałem  już  tak  dość  tego  głupiego  owocu,  że 

dałem sobie spokój.

- Nie  jest  głupi.  -  Uśmiechnęła  się  do  niego  promiennie.  -

Ale  już  jestem  w  domu.  Poczekaj,  przebiorę  się  i  będziesz

mógł popracować nad portretem.

- To  dobrze.  -  Jego  błękitne  oczy  zamrugały.  -  Odcień

twojej skóry jest dla mnie o wiele większym wyzwaniem niż

ten idiotyczny banan. - Uśmiechnął się do Jasona. - Zostaniesz

i  popatrzysz,  Jasonie?  Damy  ci  zajęcie.  Zrobisz  nam  kawę,

żebyśmy nie zasnęli.

Jason dalej nie spuszczał oka z Daisy. Z trudem zmusił się, 

by popatrzeć na Charlie'ego i potrząsnął głową.

- Stanowczo  odmawiam  spełniania  funkcji  chłopca  na 

posyłki  o  drugiej  w  nocy.  Wpadłem  tylko  się  przywitać,  a 

teraz  już  uciekam.  -  Podniósł  rękę  w  pożegnalnym  geście.  –

Może wpadnę  jutro  pogadać,  kiedy  Daisy  będzie  w  teatrze, 

Charlie.

- Zrób tak. - Charlie zmarszczył nos. - Wszystko jest lepsze

od tego okropnego banana.

- Dzięki - powiedział oschle Jason, idąc do drzwi. - Wpadnę

po ciebie jutro o trzeciej, Daisy. Dobranoc.

- Dobranoc.  -  Daisy  prawie  go  nie  słyszała.  Biegła  do

swojego  pokoju,  żeby  się  przebrać,  cała  przepełniona 

wdzięcznością. Jeszcze nie. To jeszcze się nie stanie.

- Co  się  z  nim  dzieje?  -  spytał  Jason,  gdy  tylko  Daisy

wsiadła do samochodu na drugi dzień po południu.

Daisy zesztywniała.

- Co mówisz?

- Słyszałaś. Przestań mnie traktować jak półgłówka. - Jason

zapuścił  motor  i  mercedes  ruszył.  -  Wczoraj  w  nocy  dla 

każdego  byłoby  oczywiste,  że  Charlie  śpi,  ale  ty  wpadłaś  w 

panikę.

- Pomyliłam  się  -  powiedziała  wymijająco.  -  Charlie  nigdy

nie zasypia tak wcześnie i...

background image

- Bzdury  -  zwięźle  rzucił  Jason.  -  Wczoraj  wszystko  zrozu

miałem.  Już  wcześniej  powinienem  coś  podejrzewać,  ale  on

nie wygląda na chorego.

- Nie  powiedziałam,  że  jest...  -  Przerwała,  gdy  spojrzał

prosto  na  nią.  Nie  było  sensu  oszukiwać  go  już  dłużej.  -  No

dobrze, jest chory.

- Jak bardzo?

- Nie  mogłoby  być  gorzej.  -  Nie  patrzyła  na  niego.  -  To

choroba  krwi,  która  wytwarza  skrzepy.  Bardzo  rzadka.  I

śmiertelna. Choruje już ponad pięć lat i jest coraz gorzej. Miał

już jeden atak serca. Lekarz powiedział, że następny go zabije.

- Jesteś  pewna?  Codziennie  robi  się  jakieś  odkrycia.

Uśmiechnęła się smutno.

- Jestem  pewna.  Czy  myślisz,  że  nie  próbowaliśmy 

wszystkiego?  To  zbyt  rzadka  choroba,  żeby  poświęcać  wiele 

wysiłku na znalezienie na nią lekarstwa.

- Ile mu zostało czasu?

- To  może  się  wydarzyć  w  każdej  chwili.  Kilka  tygodni,

miesiąc. Najwyżej miesiąc. Widzisz więc, jak niemożliwe jest

dla mnie choćby myślenie o wyjeździe.

Jego dłonie zacisnęły się na kierownicy.

- Czy  mogę  się  dowiedzieć,  dlaczego  mi  o  tym  nie  powie

działaś?

- Obiecałam  Charlie'emu.  Nie  chciał,  żeby  ktokolwiek 

wiedział. Chce żyć całkiem normalnie aż do końca.

- I  pozwalasz  mi  się  zastraszać,  gnębić  i  nie  mówisz  ani

słowa. Czy zdajesz sobie sprawę, jak ja się teraz czuję?

- Obiecałam  Charlie'emu  -  powtórzyła.  -  Ja  dotrzymuję

obietnic, Jasonie.

Przez chwilę milczał.

- No tak, dotrzymujesz.

- I rozumiesz, dlaczego nie mogę zagrać Desdemony?

- Tak.  -  Nacisnął  pedał  gazu.  -  Rozumiem,  dlaczego  nie

możesz go zostawić.

Popatrzyła  na  niego  ze  zdziwieniem.  Ponury  wyraz  jego 

twarzy zmroził ją i powiedziała z wahaniem:

background image

- Przepraszam,  że  nie  mogłam  ci  powiedzieć.  Z  pewnością

czujesz  teraz,  że  zmarnowałeś  kupę  czasu,  usiłując  mnie  na

mówić, żebym zagrała Desdemonę.

- Nie bądź śmieszna. Wcale tak nie uważam.

- A co czujesz?

- Żal mi ciebie i Charlie'ego. Chciałbym mieć czarodziejską 

różdżkę i móc to wszystko naprawić.

Poczuła ogromną ulgę. Nie był zły.

- Nie  patrz  tak  -  powiedział  szorstko.  -  Czy  sądziłaś,  że

jestem aż  takim  skurwielem,  żeby  myśleć  o  sobie  i  o  swojej

cholernej sztuce, kiedy ty przechodzisz przez to wszystko?

- Nie wiedziałam, co... Musical jest dla ciebie taki ważny.

- Ty również.

Zamarła.

- Naprawdę?

- Zbyt  ważna,  do  cholery.  -  Zatrzymał  samochód  przed

teatrem  i  pochylił  się,  żeby  otworzyć  jej  drzwi.  -  Do 

zobaczenia wieczorem.

Kiwnęła głową. Oczy błyszczały jej radośnie, gdy wysiadała 

z  samochodu.  Powiedział,  że  jest  dla  niego  ważna.  Istniała 

jakaś mała szansa, że ją kocha.

- Dziś wieczorem.

Zatrzasnęła drzwi i szybko weszła do teatru.

- Ona  wie  -  powiedział  Eric,  gdy  tylko  Jason  podniósł

słuchawkę.  -  Boże,  tak  mi  przykro.  Ostrzegałem  go.  Byłem

pewny, że Jessup nie...

- Kiedy?  -  ostro  zapytał  Jason.  -  Kiedy  Jessup  jej 

powiedział?

- Wczoraj wieczorem.

- Wobec tego może być już w drodze.

- Jeszcze  nie.  Zapłaciłem  łapówkę  recepcjoniście  w  hotelu,

żeby  zadzwonił  do  mnie,  kiedy  się  wyprowadzi.  Będziesz

ostrzeżony.

- Dzięki, Ericu.

- Załatwiłem Bartlina do roli Jagona.

background image

- Co? Och, to świetnie.

- A co z Justine?

- Nie, ona nie może tego zrobić.

- Cholera.  - Głos Erica zabrzmiał pogodniej. - Ale jeżeli  to

już  wiesz,  to  może  Cynthia  chociaż  raz  nie  narozrabia.  Nie

przeszkodzi ci w negocjacjach.

- Nie, tego nie zrobi.

- Jason? - Eric zawahał się. - Czy coś się stało? Twój głos...

jest dziwny.

- Tak? Ciekawe, dlaczego?

- Słuchaj, jeśli potrzebujesz więcej czasu, może udałoby mi

się wyprowadzić ją w pole? Mogę się z nią spotkać i...

- Nie! Trzymaj się od  niej z daleka. - Jason zrobił  wysiłek,

by zapanować nad głosem. - Wszystko będzie dobrze. Muszę

jeszcze  tylko załatwić parę  spraw. Daj  mi znać, kiedy opuści

hotel.

- Dobra.  -  Eric  przerwał.  - Co  zrobisz  potem? Przyjedziesz

do Londynu?

- Nie,  polecę  do  Nowego  Jorku,  załatwię  parę  spraw  i

pojadę do Eaglesmount.

- Znowu  do  swojej  pustelni?  -  zapytał  kwaśno  Eric.  -  Czy

można liczyć, że będziesz na premierze?

- Zobaczymy.  Kiedy  znajdziesz  porządną  Desdemonę,  daj

mi znać, to ją sprawdzę. - Ale wiedział, że nie będzie drugiej

takiej  Desdemony,  jak  Daisy.  -  Słuchaj,  muszę  lecieć.  Mam

kilka spraw do załatwienia.

- Dobra. Będę w kontakcie.

Jason  odłożył  słuchawkę i zamknął  oczy. Ogarniały go  fale 

bólu  i  rozpaczy.  Boże,  nie  chciał,  żeby  to  się  skończyło. 

Cholera,  nie  mogło  się  to  stać  w  gorszym  okresie.  Dlaczego 

nie  mógł  mieć  jeszcze  kilku  tygodni  przed  zapadnięciem 

kurtyny? Daisy będzie go potrzebować, a jego nie będzie.

Tygrysy do mnie jeszcze nigdy nie przyszły.

No cóż, tygrysy zbliżały się do Daisy z każdą chwilą, a jego 

nie będzie przy niej, by ją chronić albo pomóc leczyć rany.

background image

Może  być  przy  niej,  jeżeli  ma  ją  uratować  przed  tygrysem 

najgroźniejszym ze wszystkich.

Opadł  na krzesło koło biurka i usiłował uciszyć ból i złość. 

Nie może mieć tego, co chce, ale tym razem ma przynajmniej 

trochę czasu, by pomóc, by ułatwić życie ludziom, na których 

zaczęło mu zależeć.

- Przestań  się  nad  sobą  rozczulać  -  wymamrotał.  -  Przestań

udawać i zajmij się tym.

Sięgnął po telefon stojący na biurku. Najpierw zadzwoni do 

dyrektora teatru, a potem pojedzie zobaczyć się z Charlie'em.

Nie  mógł  zapobiec  nadejściu  tygrysów,  ale  może  jest  w 

stanie dostarczyć balsamu, który pomoże leczyć zadane przez 

nie rany.

- Cześć, Charlie. Możesz sobie zrobić przerwę i napić się ze

mną  kawy? -  Jason  wszedł  do  domku  i  poszedł  w  stronę

kuchenki.  -  Wiem,  nie  musisz  nic  mówić.  Sam  ją  zrobię.  Ty

jesteś zbyt zajęty.

- Czy  ty  nigdy  nie  pracujesz?  -  Charlie  spojrzał  na  niego

znad sztalug. - Wygląda na to, że nie zależy ci na utrzymaniu

tego pół etatu.

- Prawdę  mówiąc,  miałem dzisiaj  telefon. Muszę  wrócić  do

Nowego Jorku na chwilę, więc postarałem się o zastępstwo na

kilka tygodni.

- Złe nowiny?

- Zależy, jak się na to patrzy. - Jason włączył ekspres. - Nic

takiego, z czym nie umiałbym sobie poradzić.

- Chyba  nie ma wielu rzeczy, z którymi  nie umiałbyś  sobie

poradzić, prawda, Jasonie?

- Mam  własne  problemy,  jak  każdy.  -  Jason  wyszedł  z

kuchenki i podszedł do sztalug. - Nad czym pracujesz?

- Nad  portretem  Daisy.  Powinienem  go  dzisiaj  skończyć.

- Pokażesz go jej?

Charlie potrząsnął przecząco głową.

- Jeszcze nie. Chcę go zachować.

-  Na co?

background image

- Chcę,  żeby  wiedziała,  co  do  niej  czuję,  po...  –  Charlie 

przerwał,  milczał  przez  chwilę,  po  czym  odwrócił  się,  by

spojrzeć na Jasona. - Powiedziała ci, prawda?

Jason potrząsnął głową.

- Domyśliłem  się,  a  ona  potwierdziła.  Nigdy nie  złamałaby

danej ci obietnicy. - Przerwał. - Mam nadzieję, że nie masz nic

przeciwko temu.

- Nie  mam.  Jesteś  już  właściwie  rodziną.  -  Wzrok 

Charlie'ego powrócił do portretu. - Zaopiekujesz się nią?

- Obiecuję ci, że będzie miała wszystko, co zechce.

- To  dobrze.  -  Charlie  poruszył  ramionami,  jakby zrzucał  z

nich wielki ciężar. - Martwiłem się o nią, zanim się pojawiłeś.

Ona jest zbyt pełna miłości, żeby mogło jej być z tym dobrze.

Ale ty jesteś na tyle twardy, by ją ochronić.

- Tak,  jestem  na  tyle  twardy.  -  Jason  przełknął  ślinę,  by

zapanować  nad  nagłym  wzruszeniem  i  szybko  popatrzył  na

obraz. - On jest dobry, Charlie.

- To  najlepsza  rzecz,  jaką  kiedykolwiek  zrobiłem.  Ale  nie

jest to arcydzieło. - Charlie zrobił głupią minę. - Chyba nie jest

mi dane zostać nieśmiertelnym.

- A chcesz tego?

Charlie pokiwał głową.

- To  chyba  podstawowy  instynkt:  chcieć  stworzyć  coś 

pięknego, co zostanie po tobie.

- Ale ty już to zrobiłeś.

Charlie wskazał głową w stronę portretu.

- Daisy.

- Powiedziałem ci, że nie...

- Nie  mówię  o  obrazie.  Nie  znam  się  na  tym  i  nie  mogę

powiedzieć, czy portret jest wyjątkowo dobry. Mówię o samej

Daisy.  Nie  ma  wątpliwości,  że  Daisy  to  bardzo  wyjątkowe

stworzenie.

Wyraz twarzy Charlie'ego złagodniał.

- Nie  ma żadnych  wątpliwości,  ale  to  nie ja  ją  stworzyłem.

Jestem tylko jej ojczymem. Nie ja dałem jej ten głos.

background image

- Głos  dał  jej  Bóg  -  cicho  powiedział  Jason.  -  Ale  to  ty

dopilnowałeś,  by  go  wykształciła.  Ty  ją  wychowałeś  i 

ukształtowałeś  jej  moralność.  Ona  jaśnieje.  I  to  ty 

wypolerowałeś ją i nadałeś ten blask.

Charlie potrząsnął głową.

- Posłuchaj  mnie,  to  jest  prawda.  -  Głos  Jasona  był  pełen

szczerości.  -  Stworzyłeś  coś  trwalszego  niż  obraz.  Każdy,  z

kim  Daisy  się  kontaktuje,  czuje  się  trochę  lepszy, 

serdeczniejszy.  Za  każdym  razem,  kiedy  śpiewa,  hojnie  nas 

obdarowuje,  a  to  ty  sprawiłeś.  -  Poklepał  go  po  ramieniu.  -

Czy to nie jest prawie tak samo dobre, jak być Rembrandtem, 

jeżeli nie lepsze?

- Nie.  -  Charlie  mrugał  oczami.  -  Ale  to  już  blisko. 

Ostatecznie być Svengalim to nie najgorzej.

- Być Svengalim jest cholernie dobrze. - Jason odwrócił się

i  wrócił  do  kuchenki.  -  No,  to  teraz  dam  ci  filiżankę  kawy  i

możesz wracać do pracy. Wiesz, tak sobie myślę. Znam parę

osób  w  nowojorskich  kołach  artystycznych,  które  mogłyby

chcieć rzucić okiem na ten portret. Może mimo wszystko uda

nam  się  zapewnić  ci  tę  nieśmiertelność.  Czy  pozwolisz  mi

pożyczyć ten obraz na parę tygodni i spróbować?

- Żeby mnie uspokoić?

Jason zaprzeczył ruchem głowy.

- Nie  jestem  żadnym  dobroczyńcą.  Po  prostu  przyszło  mi

do głowy, że nie patrzysz na swoje osiągnięcia we właściwym

świetle. Nie znam wielu ludzi, którym się powiodło lepiej niż

tobie.  -  Spojrzał  przez  ramię.  -  I  do  tego  jesteś  cholernie

fajnym facetem.

background image

Charlie  pokiwał  głową,  z  uznaniem  patrząc  na  Jasona 

stojącego przy ladzie.

- Zrewanżuję  ci  się  komplementem.  Daisy  ma  wyśmienity 

gust.

Jason nalał kawę do dwóch filiżanek.

- Zdanie  Daisy  można  łatwo  podać  w  wątpliwość.  Nie

odróżnia złota od tombaku.

- Uważasz, że jesteś tombakiem?

Jason wręczył Charlie'emu kawę.

- Z kilkoma kawałkami złota.

Charlie spojrzał na niego poważnie.

- Myślę, że możesz się mylić.

Jason wzruszył ramionami.

- No  cóż,  nie  mylę  się,  jeżeli  chodzi  o  Daisy  i  o  ciebie

również, Charlie. - Podniósł filiżankę udając, że wznosi toast.

- Za Daisy.

Charlie  podniósł  swoją  kawę  i  łagodny  uśmiech  rozjaśnił 

jego twarz.

- Za Disy.

Jason  opadł  na  nią,  klatka  piersiowa  gwałtownie  się  poru-

szała, całe ciało drżało.

Daisy z trudem łapała powietrze i dopiero po chwili, gdy się 

uspokoiła, mogła zapytać:

- Czy coś się stało?

Czuła, jak mięśnie Jasona twardnieją.

- Dlaczego pytasz? Czy cię zraniłem?

- Nie.  -  Uważał,  by  jej  nie  zrobić  krzywdy,  ale  tempo,  w

jakim  się  kochali,  było  gwałtowniejsze  niż  kiedykolwiek

przedtem, prawie brutalne w swej namiętności. Daisy wyczuła

jakąś wielką desperację w sposobie, w jaki Jason ją posiadł. -

Nie,  ale...  -  Przerwała,  gdy  poczuła  wargi  Jasona,  pieszczące

jej  ucho,  i  zgrubienie  ocierające  się  o  jej  udo.  -  Znowu?  -

szepnęła. - Tak szybko?

- Znowu.  -  Rozsunął  jej  nogi i zaczął  się nad  nią poruszać.

Jednym  ruchem  napełnił  ją  całą.  -  I  jeszcze.  -  Wyszedł  i

gwałtownie zanurzył się na nowo. - I jeszcze.

"Jason  zachowuje  się  dzisiaj  dziwnie"  -  pomyślała  z 

niepokojem Daisy. Brał z nią prysznic, pomógł się jej ubrać, a 

teraz opierał się o drzwi łazienki obserwując, jak czesze włosy 

przed lustrem, tak jakby nie mógł znieść myśli, że nie będzie 

jej widział. Popatrzyła na niego zmartwiona.

- Jason, czy jesteś pewien, że...

background image

- Uwielbiam twoje włosy - powiedział cicho. - Boże, jakież

są piękne.

Uwielbiał  jej  włosy.  Uwielbiał  jej  ciało.  Poczuła  ból, 

uświadamiając  sobie,  że  zawsze  mówił  o  stronie  fizycznej,  a 

nigdy o jej osobowości.

Naprawdę powinnam je ściąć. Strasznie się plączą.

- Nie!  - Spojrzała  na niego  zdziwiona,  a  on  uśmiechnął  się

z wysiłkiem i powiedział już spokojniej: - Oczywiście, musisz

zrobić  tak,  jak  uważasz  za  stosowne,  ale  to  byłby  błąd.  -

Odwrócił  się od  niej.  -  Zawsze  będę  pamiętał,  jak  wyglądały

twoje włosy rozsypane na tej poduszce.

Ręka  zatrzymała  się  w  powietrzu  i  przebiegł  ją  zimny 

dreszcz.

Pamiętał?

- Muszę wracać do Nowego Jorku.

Szybko spuściła powieki, żeby przykryć oczy.

- Musisz?

Gwałtownie skinął głową, nadal nie patrząc na nią.

- Pieśń nocy.

- Wrócisz?

- Mało prawdopodobne.

- Oczywiście.  -  Bardzo  starannie  odłożyła  grzebień  na  mar

murową  toaletkę.  -  Rozumiem.  Naprawdę  nie  ma  powodu,

żebyś  tu  miał  teraz  zostać,  skoro  wiesz,  że  nie  mogę  zagrać

Desdemony.

-  To nie... - Przerwał i przez ułamek sekundy wydało jej się,

że  widzi  na  jego  twarzy  cierpienie.  Musiało  się  jej  tylko 

zdawać,  gdyż  chwilę  później  jego  twarz  była  zupełnie  bez 

wyrazu. - Muszę wyjechać z Genewy.

- Jak prędko?

- Dzisiaj. Mam lot o szóstej rano. Wrzucę  walizki do  samo

chodu  i  pojadę  wprost  na  lotnisko,  gdy  tylko  zawiozę  cię  do

domu.

Nie  wolno  okazać  mu  przepełniającego  ją  bólu.  Mogła  się 

tego spodziewać. Był w stosunku do niej uczciwy. Powiedział 

jej, że muzyka jest dla niego wszystkim.

- Nie musisz odwozić mnie do domu. Mogę wziąć taksówkę.

Usta Jasona zacisnęły się.

- Odwiozę cię.

- Myślę,  że  wolałabym,  żebyś  tego  nie  robił.  -  Usiłowała

zapanować na swoim głosem. - Mam chyba problem z zapano

waniem nad sobą. Nie najlepiej mi idzie żegnanie.

- Daisy,  nie  chcę...  -  Przerwał  i  powiedział  chrapliwie:  -

Przykro mi, że to tak wypadło.

Czy  utrudniam  ci  sprawę?  -  Jej  usta  rozszerzyły  się  w

sztucznym  uśmiechu.  -  Nie  mam  do  ciebie  żadnych  praw.

Nigdy  mi  nic  nie  obiecywałeś.  -  Przecisnęła  się  obok  niego,

porwała  żakiet  wiszący  na  krześle  i  ruszyła  ku  drzwiom  na

korytarz. - Do widzenia, Jasonie. Powodzenia z Pieśnią nocy.

-  Niech  szlag  trafi  Pieśń  nocy -  Dogonił  ją  trzema  krokami

i obrócił ją tak, by patrzyła mu w oczy. - Do diabła, nie mogę

nic na to poradzić.

- Masz  ważniejsze sprawy. - Jej głos brzmiał niepewnie, ale

przynajmniej  już  nie  drżał.  -  Powiedziałam,  że  cię  nie  winie,

ale  wiesz,  że  nie  jestem  skomplikowana,  nie  umiem  sobie

poradzić  z  tym  w  konwencjonalny,  cywilizowany  sposób.  -

Walczyła,  by  mu  się  wyrwać.  To  nie  do  wiary,  że  mimo

ogarniającego  ją  bólu  chciała,  by  ją  dotykał  i  obejmował.  -

Puść  mnie  już,  muszę  jechać  do  domu,  do  Charlie'ego.  -

Wyrwała  się  i  odwróciła  ku  drzwiom,  wyrzucając  z  siebie

gorączkowe  słowa.  -  Będzie  za  tobą  tęsknił.  Może  przyślesz

mu kartkę z Nowego Jorku?

- Już się pożegnałem z Charlie'em.

- Tak?  To  dobrze.  -  Otworzyła  drzwi.  -  Naprawdę  muszę

już  iść.  -  Prawie  biegła  korytarzem  w  stronę  windy 

powtarzając: - Charlie...

- Daisy!

Nie  zwróciła  na niego  uwagi,  a  chwilę później  drzwi  windy 

zamknęły się za nią i winda szybko zjeżdżała w dół. Nie wolno 

jej  płakać.  Jeżeli  będzie  płakać,  jej  oczy  będą  czerwone  i 

napuchnięte i Charlie się domyśli. Charlie ma wystarczająco

background image

dużo  zmartwień  bez  pocieszania  jej.  Przecież  wiedziała,  że 

prędzej  czy  później  to  się  musi  stać.  Żadnych  zobowiązań, 

powiedział.  To  było  głupie  spodziewać  się,  że  Jason  nauczy 

się kochać ją tak samo, jak ona kochała jego.

O Boże, jak go kochała.

Ale nie może płakać. Charlie nie może nic wiedzieć.

Zatrzymała  się  przed  drzwiami  domku  i  wzięła  głęboki, 

ciężki oddech, próbując wymyślić plan gry.

Nie  byłaby  w  stanie  przekonać  Charlie'ego,  że  nic ją  to  nie 

obchodzi,  że  Jason  wyjechał,  ale  może  udawać,  że  wszystko 

między  nimi  jest  w  porządku  i  że  Jason  wyjechał  tylko  na 

krótko.  Wtedy  będzie  miała  wymówkę,  może  być  wyprowa-

dzona  z  równowagi,  ale  nie  załamana.  Tak,  tak  będzie  najle-

piej.

Przełknęła  ślinę,  przylepiła  do  twarzy  promienny  uśmiech  i 

weszła  do  domku.  Pokój  oświetlała  lampa  stojąca  na  stole 

obok  drzwi,  a  dająca  tylko  smugi  światła  poza  główną  jasną 

plamą.  Daisy  ze  zdenerwowania  nie  zauważyła,  że  dom  nie 

jest  oświetlony  tak  jasno,  jak  Charlie  tego  potrzebował  do 

pracy.

- Charlie? Jason chyba ci powiedział, że...- Przerwała, mając 

straszliwe uczucie, że skądś już zna tę sytuację.

Tak.

Tym razem stało się to naprawdę. Charlie nie spał w fotelu. 

Leżał zwinięty na podłodze Przed sztalugami.

- Charlie? - jęknęła. - Och, Boże, nie. 

I tygrysy nadeszły nocą...

Daisy  nie  spodziewała  się  tylu  osób  na  pogrzebie.  Nie 

zdawała  sobie  sprawy,  ilu  przyjaciół  miał  Charlie.  Artyści  z 

reguły  byli  samotnikami  i  życie  towarzyskie  praktycznie  nie 

istniało  wśród  nich.  A  jednak  byli  tutaj,  trzeźwi,  nieporadni, 

trochę niespokojni, żeby pożegnać się z Charlie'em po raz

ostatni. Zamrugała oczami, opanowując łzy, gdy odwróciła się 

od grobu.

- Przepraszam,  czy  mógłbym  chwilę  z  panią  porozmawiać,

pani Justine?

Daisy  odwróciła  się  i  zobaczyła  Erica  Hayesa,  stojącego 

obok  niej. "Brat Jasona, a nie sam Jason"  - pomyślała, czując 

nagły  ból,  a  następnie  gwałtowny  przypływ  gniewu.  Nie 

chciała  tu  widzieć  Erica  mamroczącego  uprzejme  wyrazy 

współczucia. Miała ich dosyć w ciągu tych ostatnich kilku dni.

- Co  za  niespodzianka  widzieć  pana  tutaj  -  powiedziała

chłodno.  -  Obawiam  się,  że  niespecjalnie  mam  ochotę 

rozmawiać, panie Hayes.

- Eric.  -  Rumieniec  oblał  jego  sympatyczne  rysy  i  Daisy

przez chwilę poczuła wyrzuty sumienia. To nie wina Erica, że

jego  widok  przywołał  cały  ból  tego  ostatniego  wieczoru  z

Jasonem.

- Wiem, że to nie jest odpowiednia pora - wymamrotał Eric.

-I nie przeszkadzałbym pani, ale obiecałem Jasonowi.

- Słucham?

- Jason  przysłał  mnie,  żebym  pani  pomógł.  Nie  mógł  przy

jechać sam.

Oczywiście, że nie mógł przyjechać na pogrzeb Charlie'ego. 

Był zajęty Pieśnią nocy. A poza tym byłby przerażony, gdyby 

wzięła współczucie za coś głębszego. Przyjmowała obydwa te 

fakty, ale  nie powstrzymało to  palącej  niechęci, jaką  teraz  do 

niego  czuła.  Mógł  ją  skreślić  z  listy  osób  ważnych,  ale,  do 

cholery, Charlie był jego przyjacielem i powinien tu być, żeby 

się z nim pożegnać.

- Nie potrzebuję pomocy.

- Proszę. - Eric położył rękę na jej ramieniu. - Jason rzadko

mnie  prosi  o  przysługę.  Byłbym  wdzięczny,  gdybyś  mi  po

pozwoliła dać mu to, czego pragnie.

- Nie  rozumiem...  -  Przerwała,  gdy  zobaczyła  jego  błagalne

spojrzenie.  Dlaczego  nie?  To  nie  miało  żadnego  znaczenia.  -

No dobrze, możemy porozmawiać  w drodze do  mojego samo

chodu.

background image

Eric odetchnął z ulgą i zrównał z nią krok.

- No,  to  teraz  mi  powiedz,  co  mogę  dla  ciebie  zrobić?

Bardzo  mi  przykro,  że  sama  musiałaś  załatwiać  pogrzeb. 

Dyrektor  teatru  zawiadomił  Jasona  o  śmierci  twojego  ojca 

dopiero przedwczoraj.

Oczy otworzyły jej się szerzej.

Dlaczego miałby zawiadamiać Jasona?

- Jason  zadzwonił  do  niego  przed  wyjazdem  z  Genewy  i

poprosił,  żeby  zawiadomić  go,  jeżeli  ty...  -  przerwał,  zanim

dodał niezręcznie: - będziesz miała jakieś problemy.

- Rozumiem.  Jak  uprzejmie.  -  Usiłowała  powstrzymać  go

rycz  w swoim  głosie. Jason  był zaborczym  mężczyzną  i  przy

puszczała, że czuł się za nią w pewien sposób odpowiedzialny

po  pozbawieniu  jej  dziewictwa.  Może  na  swój  sposób 

odczuwał smutek z powodu śmierci Charlie'ego. - Przykro mi, 

że musiałeś się trudzić. Zanim Charlie umarł, nie wiedziałam, 

jak to przeżyję. Ale przeżyłam. - Napotkała jego spojrzenie. -

Doszłam  do  wniosku,  że  jeżeli  przeżywa  się  coś  strasznego,

człowiek  uczy  się  radzić  sobie  prawie  ze  wszystkim.  Nie  po

trzeba mi żadnej pomocy.

- Słuchaj,  wykorzystaj  mnie  -  prosił  zachęcająco.  -  Jestem

świetny  w takich  sprawach,  jak  radzenie  sobie  z  towarzystwa

mi 

ubezpieczeniowymi, 

firmami 

organizującymi 

przeprowadzki i różne takie rzeczy. Nawet to lubię.

- Przeprowadzki?

- No,  przecież  nie  będziesz  chciała  teraz  mieszkać  w  tym

domku  sama.  -  Dodał  rzeczowo:  -  Wspomnienia  to  piekło.  -

Zawahał  się.  -  Poza  tym,  mieliśmy  niejaką  nadzieję,  że  teraz

przyjedziesz do Nowego Jorku.

Zdumiona odwróciła się i spojrzała na niego.

- Desdemona.  Teraz  już  nie  ma  powodu,  żebyś  nie  miała

przyjąć  tej  roli  -  powiedział  Eric.  -  Byłabyś  szalona,  nie 

przyjmując jej. Otworzy ci drogę do wspaniałej kariery.

- Obawiam  się,  że  przyjechałeś  nadaremnie.  W  dalszym

ciągu nie chcę grać w musicalu twojego brata.

Eric przez chwilę milczał.

- To  chodzi  o  Jasona,  prawda?  Powiedział  mi,  że  możesz

czuć  do  niego  niechęć.  -  Trochę  zakłopotany  mówił  dalej:  -

Nie wiem, co jest między wami, i to nie jest mój interes. Bawię

się  tylko  w  chłopca  na  posyłki.  Więc  pozwól  mi  wykonywać

moją pracę, dobrze?

Jego  chłopięcość  była pociągająca  i Daisy poczuła  do  niego 

rosnącą sympatię.

- Przepraszam cię. Nic z tego nie jest twoją winą. Więc jaką

masz wiadomość?

- Powiedział, że jeżeli weźmiesz rolę Desdemony, zobaczysz 

się  z  nim  dopiero  na  premierze,  chyba  że  stanie  się  coś 

ważnego. - Skrzywił się. - A może nawet wtedy nie. Zdarza mu 

się  czasami  nie  być  na  premierze.  Popatrzyła  na  niego 

niepewnie.

- Nie będzie go w Nowym Jorku?

Eric potrząsnął głową.

- Nigdy  nie  opuszcza  swojego  majątku  w  Connecticut,

chyba że jest problem w pracy.

- To dziwne.

- To  nonsens  -  powiedział  Eric  tępo.  Zrobił  niecierpliwy

ruch  ręką.  -  Ale  nie  o  to  chodzi.  Jason  będzie  się  trzymał  z

daleka.

Poczuła  ukłucie  bólu,  które  następnie  przerodziło  się  w 

uczucie otępienia.

- Nie wiem.

- Jason twierdzi, że muzyka ci się podobała.

- To, co słyszałam.

- Cała  jest  świetna.  -  Eric  uśmiechnął  się  przymilnie.  -

Wiem, że Jason potrafi być trudny, ale dlaczego rezygnować z

pracy,  która  wyniesie  cię  tam,  gdzie  twoje  miejsce,  tylko  dla

tego, żeby jemu zrobić na złość? Jason dotrzymuje słowa.

- Wiem, że dotrzymuje.

- No,  więc  w  czym  problem?  Powiedziałbym,  że  to 

lekarstwo,  którego  ci  potrzeba  w  tej  sytuacji.  -  Doszli  do 

samochodu  i  otworzył  drzwi.  -  Powinnaś  się  czymś  zająć.  –

Uśmiechnął  się.  -  A  zatrudniłem  reżysera,  który  wypruje  z 

ciebie flaki.

background image

Praca. Pomysł napełnił ja tęsknota. Móc pracować tak ciężko, 

by  w  nocy  paść  na  łóżko  i  nie  rozmyślać  o  Jasonie  albo  o 

Charlie'em.  Nie  tylko  praca,  ale  również  czarująca, 

hipnotyzująca muzyka.

- Kusi  cię  to.  -  Głos  Erica  brzmiał radośnie.  -  Dlaczego  nie

miałabyś sobie dać tego, czego chcesz i czego ci potrzeba?

Wsiadła  do  samochodu  i  siedziała  w  nim,  wpatrując  się  w 

kute, żelazne bramy cmentarza.

- Ponieważ nie jestem pewna, czego mi teraz potrzeba.

- Wpadnę  później,  wieczorem.  -  Zatroskany  zmarszczył

brwi.  -  Dasz  sobie  radę?  Moja  żona,  Peg  jest  w  hotelu.  Czy

mam ją przywieźć ze sobą?

Potrząsnęła głową.

- Żadnych nieznajomych. Nie mam na to siły.

- Peg  nie  jest  nieznajomą.  -  Uśmiechnął  się.  -  Kiedy  ja

poznasz, to zrozumiesz. - Jego uśmiech zbladł.  - Ale przyjadę

sam. O ósmej?

- Jak chcesz - powiedziała znużona. Bóg  wie, że nie chciała

być  dzisiaj  wieczorem  sama.  Wystarczająco  trudno  będzie

grzebać w rzeczach Charlie'ego i decydować, co chce zostawić, 

a czego nie. - O ósmej.

Znalazła kartkę w środkowej szufladzie biurka.

Tylko niestaranna bazgranina, którą momentalnie rozpoznała 

jako pismo Charlie'ego, leżąca na wierzchu sterty rachunków i 

kwitów.  Spodziewała  się,  że  będzie  to  rodzaj  testamentu. 

Charlie  nigdy  nie  chciał  myśleć  o  śmierci  i  było  dla  niej 

szokiem, że zrobił tę próbę w kierunku uporządkowania spraw.

Mojej córce, Daisy, zostawiam całą moją miłość i wszystko, 

co  posiadam,  z  wyjątkiem  jej  portretu,  który  zostawiam 

przyjacielowi,  Jasonowi  Linkowi,  który  ma  w  sobie  mniej 

tombaku, a więcej złota niż myśli.

Szok za szokiem. Musiał to napisać w ostatnich dniach, może 

nawet w ciągu tego najbardziej ostatniego.

Wstała i powoli podeszła w stronę przykrytego malowidła na 

sztalugach.  Od  chwili  śmierci  Charlie'ego  nie  była  w  stanie 

dotknąć  żadnego  z  jego  obrazów.  Pochłonęły  tyle  miłości  i 

wysiłku, że stały się bardziej osobiste niż jakiekolwiek ubrania 

czy inne rzeczy.

Zdjęła  udrapowaną  tkaninę  i  spojrzała  na  portret.  Stała  tak 

długo,  patrząc  na  płótno  przez  łzy,  podczas  gdy  popołudnie 

zamieniało się w wieczór.

Miłość.  Jason  powiedział,  że  portret  jest  przepełniony 

miłością i mówił prawdę. Wiedziała, że nigdy nie będzie mogła 

spojrzeć  na  ten  portret,  nie  przypominając  sobie  Charlie'ego  i 

ich wspólnego życia. To był spadek o wiele cenniejszy od dóbr  

ziemskich,  które  Charlie  wspominał  na  tej  żałosnej  kartce 

papieru.

Kartka.  Ten  obraz  należał  do  Jasona!  Ale  Daisy  nie  chciała 

się z nim rozstawać! Pomyślała nagle, że przecież  w zasadzie 

nie  musiała.  Ta  kartka  z  pewnością  nie  była  prawomocna. 

Nawet  nazwisko  w  zapisie  było  błędne.  Gdyby  Charlie  znał 

okoliczności, na pewno...

Skąd  mogła  wiedzieć,  co  Charlie  by  zrobił?  Powoli  z 

powrotem przykryła obraz i znużona odwróciła się. Wiedziała, 

że nie może ignorować ostatniej woli Charlie'ego. Obraz trzeba 

zapakować i wysłać do Jasona.

Rozejrzała  się  po  pokoju  i  wypełniło  ją  uczucie  bólu.  Nie 

mogła  tu  zostać.  Było  tu  zbyt  wiele  wspomnień.  Ta  część  jej 

życia  została  nieodwołalnie  zakończona,  musi  się  wyprowa-

dzić.  Czemu  by  nie  połączyć  tej  konieczności,  z  tym,  co  do-

starczy jej największej satysfakcji? Jason nie pozwolił, by jego 

uczucia  zaszkodziły  muzyce,  więc  dlaczego  ona  miałaby  to 

robić?  Nie  była  już  tym  słabym,  drżącym  ptaszkiem,  usidlo-

nym  przez  orła.  Spotkała  tygrysy,  wytrzymała  ich  kąsanie  i 

przeżyła.  Była  wystarczająco  silna,  by  stawić  spokojnie  czoła 

Jasonowi,  nawet  gdyby  przypadkiem  spotkała  go  w  Nowym 

Jorku.

Sięgaj po szczęście.

background image

Zwrot, którego użył Charlie, powrócił do niej. Nie mówił o 

pracy, tylko  o  miłości i zaangażowaniu.  Cóż,  miłość  minęła, 

ale  miała  swój  śpiew,  a  szczęście  mogło  występować  pod 

różnymi postaciami na tym świecie.

Szybko  przeszła  przez  pokój  i  podeszła  do  telefonu  na 

biurku.

- Daisy  Justine  właśnie  dzwoniła,  żeby  powiedzieć,  że 

będzie  grała  Desdemonę  -  powiedział  Eric,  gdy  tylko  Jason

odebrał telefon. - Wyjeżdżamy do Nowego Jorku pojutrze.

- To dobrze.

- Dobrze? Myślałem, że będziesz uszczęśliwiony.

- Jak ona się czuje?

- Wstrząśnięta. Zraniona.

Ręka  Jasona  mocniej  chwyciła  słuchawkę.  Boże,  chciał  z 

nią być. 

- Pomóż jej się wynieść z domku.

- Idziemy  tam  dzisiaj  z  Peg  pomóc  jej  się  pakować.  -  Eric

przerwał. -  Zmieniła się od  czasu, kiedy widziałem ja  po raz

ostatni.  Jest  silniejsza  niż  myślałem  i  ma  cholernie  twardy

charakter.

- Bądź  z  nią.  Daj  jej  zajęcie.  Nie  dawaj  jej  czasu  na 

myślenie.

- Dobrze. - Eric przerwał. - Podejrzewam, że nie chcesz mi

powiedzieć, co zaszło między wami?

- Nie.

- Tak  myślałem.  Lubię  ją,  Jasonie.  Jest...  niezwykła.

- Tak.

- Jesteś  straszliwie  rozmowny  -  sarkastycznie  stwierdził

Eric.  -  Cóż  za  elokwencja.  Pamiętasz  tego  krytyka,  który  po

wiedział,  że  gdyby  Szekspir  pisał  piosenki,  byłby  Jasonem

Hayesem?

- Opiekuj się nią, Ericu.

- Dobrze. Ty uważaj na siebie - powiedział Eric łagodniej.

Jason  położył  słuchawkę  i  stał,  patrząc  na  telefon. 

Powierzenie Daisy tej roli było ryzykowne, ale nie za bardzo. 

Opuścił scenę, zanim można go było z nią łączyć, i zmusi się, 

żeby

nie przychodzić  na próby. Ogarnął go ból na  myśl o  tym,  że 

nigdy  nie  zobaczy  Daisy  śpiewającej  na  scenie  jego  utwory, 

że nigdy już nie zobaczy Daisy...

Ale  obiecał  Charlie'emu,  że  będzie  miała  wszystko,  czego 

zechce, i zdawał sobie sprawę, że jest to jedyny sposób, który 

ona zaakceptuje.

Tymczasem,  dzięki  Bogu,  miał  pracę.  Praca  była

zapomnieniem. Praca była zbawieniem.

Odwrócił  się,  wyszedł  z  gabinetu  i  przeszedł  do  pokoju 

muzycznego.

background image

-To nie tak - powiedział zniechęcony Joel Ricket, wchodząc 

po  schodach  na  scenę.  -  Cholera,  Daisy,  co  się  z  tobą

dzieje?  Słyszałem,  że  grałaś  Fantynę  przez  dwa  lata,  a  tak

grasz w tej scenie, jakbyś nigdy przedtem nie umierała.

Daisy  usłyszała  chichot  Erica,  siedzącego  w  czwartym rzę-

dzie, ale nie było jej wesoło. Była zbyt zmęczona i zniechęco-

na, wiedziała też, że reżyser ma rację. Psuła scenę, która była 

punktem kulminacyjnym sztuki, i wydawało się, że nie jest w 

stanie nic na to poradzić.

- Śmierć  Fantyny  była  inna.  Była...  -  Przerwała,  gdy  zdała

sobie  sprawę,  że  ma  zamiar  tłumaczyć  się  głupią  wymówką.

Jak  dalece  nieprofesjonalna  mogła  być?  -  Masz  rację,  Joel.

Jestem w tej scenie beznadziejna.

- Dobrze powiedziane. - Joel Ricket niechętnie odwrócił się

do Kevina Billingsa, który grał Otella. - Dobra robota, Kevin.

-  Rzucił  kwaśne  spojrzenie  na  Daisy.  -  Przy  nim  nawet  ty

wyglądasz prawie dobrze.

Daisy uniknęła jego spojrzenia.

- Postaram się robić to lepiej.

- Postarasz się? - zapytał ironicznie Joel. - Dwa tygodnie do

premiery,  a  ty  masz  zamiar  się  postarać?  Czy  nie  wydaje  ci 

się, że już najwyższy czas, żebyś zrobiła coś więcej niż tylko 

się starała?

- Nie denerwuj się, Joel - powiedział Kevin łagodząco. - To

przyjdzie samo. W całej reszcie musicalu jest świetna.

- Nie wtrącaj się, Kevin - warknął na niego Joel. - I nie bądź

tak  cholernie  głupi.  Jeżeli  zawali  tę  scenę,  zawali  całe  przed

stawienie.

Gdy  Daisy  zobaczyła  rumieniec  na  twarzy  Kevina,  poczuła, 

że  ogarnia  ją  irytacja.  Kevin  chciał  tylko  pomóc,  a  Joel  nie 

musiał się na nim wyżywać. W ciągu ostatnich sześciu tygodni 

prób  bardzo  polubiła  Kevina  Billingsa.  Był  dobrym  aktorem, 

miał wspaniały wygląd i cudowny głos, jedyny do roli Otella, a 

poza sceną był szczenięco przyjacielski i skromny, bez dener -

background image

wującej pychy, z reguły demonstrowanej przez gwiazdy sceny 

i ekranu.

- Zostaw go w spokoju, Joel. Nie atakuj Kevina, kiedy to ja

jestem winna.

- Cholernie  dobrze  mówisz,  że  to  ty  jesteś  winna  -

powiedział ponuro Joel. - A gdybyś włożyła w tę scenę nieco 

uczucia,  nie  musiałbym  atakować  nikogo.  -  Podniósł  ręce  do 

góry. - Czy sądzisz, że lubię być sukinsynem?

Może  i  nie  lubił,  ale  potrafił  być  całkowicie  bezwzględny, 

kiedy uważał, że to konieczne. Na tym jednak między innymi 

polegało  dobre  reżyserowanie,  a  Joel  Ricket  był  bardzo  do-

brym  reżyserem.  -  Nie  wiem,  dlaczego  mam  z  tym  kłopoty. 

Popracuję nad tym.

- Tak, popracujesz. - Usta Joela zacisnęły się ponuro, zbiegł

ze sceny i usiadł na swoim miejscu w czwartym rzędzie, obok

Erica Hayesa. - I uda ci się, choćbyśmy mieli siedzieć tu całą

noc.

Mówił poważnie. Daisy nauczyła się w ciągu tych ostatnich 

sześciu  tygodni  prób,  że  Joel  zawsze  mówi  dokładnie  to,  co 

myśli.  Jeżeli  nie  uda  się  jej  zagrać  tak,  by  go  to  zadowoliło, 

będą  powtarzać  tę  scenę,  aż  wszyscy  padną  z  wyczerpania. 

Ręka Kevina pocieszająco ścisnęła jej ramię.

- Następnym razem ci się uda.

Zmusiła się do uśmiechu.

- Mówisz  to  za  każdym  razem,  kiedy  zawalam  tę  scenę.

Masz chyba cierpliwość anioła.

- Warto  okazać  trochę  cierpliwości,  kiedy  się  wie,  że  robi

my coś wyjątkowego - powiedział poważnie Kevin. - Muzyka,

ty i ja... Nie czujesz tego?

Czuła. Dlatego znosiła wrzaski Joela i jego wybuchy gniewu, 

a  także  szaleńcze  tempo.  Pieśń  nocy  miała  wszelkie  dane,  by 

stać się przebojem, który można grać i dziesięć lat. Jednakże co 

było  jeszcze  ważniejsze,  dawała  podwójną  szansę:  stworzenia 

niezapomnianej postaci i służenia muzyce.

- Tak,  czuję  to.  Pieśń  nocy  jest  niezwykła.  -  Uśmiechnęła

się do niego. - I masz rację, warto dla niej to wszystko znosić.

background image

Skinął głową.

- Co  ty  na  to,  żebyśmy  poszli  gdzieś  na  chili,  jak  już

przejdziemy  przez  to?  Znam  wspaniałe  miejsce,  a  dobry 

posiłek zawsze pomaga mi się odprężyć.

- Dobrze, czemu nie? - Zrobiła głupią minę. - Jeżeli w ogóle

kiedyś przez to przejdziemy.

- Jeszcze raz - powiedział Joel. - Od początku.

Daisy  przełknęła  resztę  gorącej  herbaty,  o  którą  poprosiła,

żeby  przepłukać  gardło,  i  oddała  pustą  filiżankę 

garderobianej. Wielkie nieba, była zmęczona.

- Czy  nie  możesz  odesłać  reszty  obsady  do  domu?  Już

prawie północ i...

- Jak  mogę  to  zrobić?    -  przerwał  kwaśno  Joel.    -

Najwyraźniej potrzebujesz jak najwięcej pomocy.

- W  porządku  -  szepnął  Kevin.  -  Nic  nie  szkodzi.  Tym

razem ci się uda.

Daisy uśmiechnęła się blado.

- Czuję się jak Eliza Doolittle w My Fair Lady.

- Zawsze  chciałem  zagrać  Henry  Higginsa.  -  Przybrał 

odpowiednią pozę i zacytował: - Do licha, udało się jej. - Jego

uśmiech zgasł, gdy przyjrzał się jej bladej twarzy. - I tobie też

się uda.

Uśmiechnęła się do niego.

- Będziesz  zdecydowanie  lepszym  Otellem  niż  Henry 

Higginsem.

Pianista  zaczął  grać  Ostatnią  miłość.  "Biedny  człowiek"  -

pomyślała.  Musiał być tak samo zmęczony, jak oni wszyscy. 

Znużona,  podeszła  do  rozścielonego  łóżka  na  środku  sceny, 

które stanowiło  jedyną dekorację.  Uklękła na łóżku, czekając 

na swoje wejście.

- Czekaj!

Zesztywniała  i  patrzyła  wprost  przed  siebie  na  pierwszy 

guzik  koszuli  Kevina.  O  nie,  nie  tego  jej  teraz  było  trzeba. 

Wzrok Kevina przesunął się w ciemności po widowni.

- Któż to jest, do cholery?

background image

Jason.  -  Daisy  nawet  nie  zdawała  sobie  sprawy  z  tego,  że

wyszeptała jego imię. - To Jason.

- Hayes? - zapytał Kevin z zainteresowaniem, mrużąc oczy

i  usiłując  zobaczyć  dokładniej  zarys  postaci  stojącej  w 

przejściu. - Nigdy go nie widziałem. Jest chyba samotnikiem, 

prawda?

- Tak.  -  Wargi  miała  tak  suche,  że  zwilżyła  je  językiem.

Mówiła sobie, że nic nie poczuje, gdy zobaczy Jasona Hayesa

ponownie,  i  że  to,  co  między  nimi  zaszło,  wynikało  z  jej

depresji  w  związku  z  chorobą  Charlie'ego.  Jednak  w  chwili,

gdy usłyszała jego głos, zaczęła się trząść. - Tak słyszałam.

- Poznałaś jego głos. Znasz tego wielkiego samotnika?

- Poznałam  go.  -  Zmusiła  się,  by  spojrzeć  przez  ramię  i

zobaczyła,  że  Jason  zatrzymuje  się  przy  rzędzie,  w  którym

siedzieli Eric i Joel. Jej spojrzenie zatrzymało się na nim, gdy

zaczął  rozmawiać  z  Joelem  cichym  głosem.  Był  ubrany  w

czarne dżinsy i czarną koszulę  z długimi rękawami. Jego mu

skularne  ciało  wyglądało  szczupłej  niż  je  zapamiętała,  ale

wyraz twarzy był taki sam, podobnie jak wrażenie wywołane

jego fascynującą obecnością. - Ale nie sądzę, żebym go znała

tak naprawdę.

- Jego  muzyka  jest  fantastyczna.  -  Kevin  zmarszczył  brwi.

- Boże, co będzie, jak mu się nie spodoba sposób, w jaki gram

Otella?

Nawet zawsze swobodny Kevin był trochę onieśmielony.

- Co  tu  się  może  nie  spodobać?  Jesteś  wspaniały  -  powie

działa  bez  namysłu,  dalej  patrząc  na  Jasona.  -  To  ja  jestem

trudnym dzieckiem.

Ale  nie  była  już  dzieckiem,  a  już  na  pewno  nie  tym  naiw-

nym  dzieckiem,  które  uległo  urokowi  Jasona  tyle  tygodni 

temu. Boże drogi, modliła się, by nie być już takim dzieckiem.

- Dobrze  się  czujesz?  -  spytał  łagodnie  Kevin,  patrząc  na

nią.

Zmusiła się, by odwrócić spojrzenie od Jasona i uśmiechnęła 

się z wysiłkiem.

background image

Eric  najwyraźniej  zadzwonił  do  wielkiego  człowieka  i

poinformował go, że narażam jego cenne dzieło na klapę.

- Tak myślisz?

- A cóż innego sprowadziłoby go tutaj o północy? - Wstała,

świadomie przygotowując się na cios. - Przyjechał na ratunek.

- No cóż, z pewnością nie jest surowszy od Joela..

- Nie  bądź  tego  taki  pewny.  -  Miała  już  pierwszą  lekcję

tego,  jak  bezwzględnie  stanowczy  potrafił  być  Jason,  gry  w

grę  wchodziła jego  muzyka.  Miała  dosyć  czekania  jak  ofiara,

podczas  gdy  jej  oprawcy  zastanawiali  się,  którą  siekierą  się

posłużyć. Podeszła do rampy i zawołała w ciemność:

- Cześć, Jason. Musiałam być naprawdę beznadziejna, jeżeli 

trzeba cię było wzywać na ratunek.

Jason  odwrócił  się,  by  spojrzeć  na  nią.  Głęboko  wciągnęła 

powietrze, gdy spojrzały na nią błękitno-zielone oczy.

- Fatalna - powiedział dosadnie. - Obserwuję cię od godziny i 

nie mogę w to uwierzyć.

Pomyślała z rozpaczą, że może rzeczywiście już jej przeszło. 

Był  taki  okres,  kiedy  nie  mógłby  wejść  do  pokoju 

niezauważony przez nią.

- Nie będę się z tobą kłócić.

- Nie  chcę  się  kłócić.  Chcę  dobrej  gry.  -  Uśmiechnął  się

ponuro.  -  I  będę  ją  miał.  -  Zwrócił  się  do  Joela.  -  Myślę,  że

udało  nam  się  zlokalizować  problem.  Zgaś  światła  i  każ

wszystkim zejść ze sceny.

- Słyszałeś,  co  powiedział  -  zwrócił  się  Joel  do  operatora

światła w kabinie i teatr nagle pogrążył się w ciemności.

- Światła na Desdemonę - zawołał Jason.

- Daisy mam na imię - powiedziała nieco prowokująco, gdy

zalało ją światło reflektorów.

- Nieprawda.  Teraz  jesteś  Desdemoną.  Niech  pan  wejdzie

za kulisy, Billings.

Kevin niepewnie zmarszczył brwi.

- Czy  nie  byłoby  lepiej,  gdybym  został  i  pomógł?  Kiedy

jestem, może na mnie reagować i...

background image

- Nie,  nie  byłoby  -  przerwał  ostro  Jason.  -  Pan  jest  częścią

tego problemu.

Daisy oburzyła się.

Rzeczywiście!  Nikt  nie  mógłby  być  bardziej  pomocny  niż

Kevin. To nie fair obwiniać go za moją złą grę.

- Proszę  iść  za  kulisy  -  powiedział  Jason  do  Kevina, 

wchodząc po schodach na scenę. - Kończmy z tym.

Kevin wzruszył ramionami i po chwili zniknął w ciemności, 

zostawiając na scenie samą Daisy z Jasonem.

- Uklęknij na łóżku - powiedział Jason. - Czekasz na swojego 

kochanka.

- Pozuj  dla  mnie. Uklęknij  na krześle.  Nie,  tamto  nie  miało 

nic  wspólnego  z  teraźniejszością.  Uklękła  na  łóżku  i  skinęła 

głową do pianisty, żeby zaczął grać.

- Bez  akompaniamentu  -  szybko  rzucił  Jason.  -  Nie 

potrzebujesz  go.  Znasz  muzykę.  Jest  częścią  ciebie,  częścią 

Desdemony.

Popatrzyła na niego, zdumiona. Stanął w świetle reflektorów 

i  natychmiast  zdała  sobie  sprawę  z  ich  odizolowania  od 

obserwujących aktorów i obsługi za kulisami.

- Jest  twoim  kochankiem,  ale  boisz  się  go.  Wiesz,  że 

podejrzewa cię o niewierność, a jest gwałtownym, udręczonym

człowiekiem.  Rozebrałaś  się  i  włożyłaś  nocną  koszulę.  -  Pod

szedł  bliżej,  wyciągnął  rękę  i  powoli  zaczął  wyciągać  spinki,

którymi  miała  włosy upięte  w  koczek  i rzucał  je  na łóżko  po

jednej  w  geście  rozdzierającej  intymności.  Nie  wolno  jej 

przypominać  sobie,  ile  razy  robił  to  przedtem,  ile  razy 

drapował  jej  włosy  na  nagich  piersiach  albo  dotykał  nimi 

swego ciała.  Boże  drogi,  pamiętała  to!  Atmosfera  zaczęła  się 

zagęszczać,  stała  się  naładowana,  a  piersi  nabrzmiały  pod 

bawełną bluzki. Czesał jej włosy palcami, dopóki nie spłynęły 

na jej ramiona. - Rozpuściłaś  włosy. Pamiętałaś, by  starannie 

zmówić modlitwy, bo wiesz, że możesz nie dożyć jutra.

- Czy to wszystko jest konieczne? - zapytała drżąc.

- Tak.  Nastrój  jest  wszystkim.  To  jest  to,  co  nie  gra  w  tej

scenie. - Spojrzał na nią, jego jasne oczy błyszczały w ciemnej

background image

twarzy.  Zniżył  głos  aż  do  szeptu.  -  Billings  jest  dobrym 

aktorem, ale nie daje tego, czego ci trzeba.

Przykrył  jej  piersi  włosami,  tak  jak  to  robił  przedtem  tyle 

razy. Tyle że  wtedy pochylał się i ocierał  o nie swój szorstki 

policzek, poruszając nim, aż jęknęła i dotknęła jego... Walczy-

ła  z  tą  myślą,  ale  było  już  za  późno.  Serce  zaczęło  jej  bić 

gwałtownie.

- A czego mi trzeba?

- Strachu,  niepewności.  -  Usta  Jasona  zacisnęły  się ponuro.

- Najwyraźniej przyjaźnicie się z Billingsem. Wiesz, że on cię

nie  skrzywdzi,  i  to  widać  w  twojej  grze.  Desdemoną  kocha

Otella,  ale  również  się  go  boi.  Jest  równie  jasna,  jak  Otello

ciemny. Musisz czuć ten strach, żeby móc go wykorzystać.

Podniosła brwi z odcieniem kpiny.

- I ty masz zamiar dostarczyć mi tej potrzebnej ciemności?

- O tak. - Uśmiechnął się gorzko. - Zawsze byłem dla ciebie

Otellem, Daisy.

Oczy  otworzyły  się  jej  szerzej,  gdy  zrozumiała,  że  mówił 

prawdę.  Nawet  w  najszczęśliwszych  chwilach  spędzanych 

razem  była  świadoma  tej  ciemności,  tego  elementu 

niebezpieczeństwa, który sprawiał, że ich związek był bardziej 

podniecający,  nawet  jeżeli  ją  onieśmielał.  Skinął  głową, 

powoli czytając w jej myślach.

- Nie  zdawałaś  sobie  z  tego  sprawy?  Ja  tak.  -  Wyszedł  z

jasnego kręgu w ciemność. - Od samego początku. Zaśpiewaj

Ostatnią miłość, Daisy. - Był tylko ciemną, masywną postacią

w  cieniu,  poza  światłem.  Poczuła  nowy  przypływ  paniki. 

Ponowił  żądanie,  łagodne,  pociągające,  nieodparte.  –

Zaśpiewaj dla mnie, Daisy.

Zaczęła śpiewać, a jej głos z początku drżał w ciemnościach. 

Wtedy  nagle  scena  zniknęła,  wszystko  oddaliło  się  i  stała  się 

delikatną Desdemoną, skazaną na śmierć. Otello, jej kochanek, 

czekał  tam,  patrząc  na  nią,  zamyślony,  namiętny.  Tak  wiele 

gwałtu,  tyle  krzywdy.  Chciała  wyciągnąć  do  niego  rękę  i 

złagodzić jego ból, ale była zbyt przestraszona. Czy nie

background image

pojmował, że  nigdy nie mogłaby być  mu niewierna? Czy nie 

rozumiał, jak bardzo go kochała?

Poruszył się, zmienił  miejsce, zobaczyła błysk jego  jasnych 

oczu, czających się w ciemności. Wzięła oddech. Teraz? Czy 

teraz ją udusi? Z trudem zdołała wyśpiewać tę ostatnią linijkę 

pieśni, patrząc na ten ukochany, groźny cień stojący w mroku.

Ostatnie dźwięki zabrzmiały jak szaleńcze bicie serca, które 

miało zamrzeć, gdy tak czekała, by przyszedł do niej. Opuściła 

głowę, w milczeniu akceptując swój los.

Aplauz.  Nie  potrzebowała spontanicznego  aplauzu od  akto-

rów  stojących  za  kulisami,  żeby  zdać  sobie  sprawę,  że 

przeszła  transformację. Przez tych kilka chwil naprawdę  była 

Desdemoną.  W  oszołomieniu  podniosła  głowę,  gdy  Jason 

ponownie  wszedł  w  krąg  światła.  Jego  usta  wykrzywił 

szelmowski uśmiech.

- Naprawdę cholernie się mnie boisz, prawda?

- Nie.  -  Wyprostowała  się  i  spojrzała  mu  prosto  w  oczy.  -

Desdemona boi się Otella. Daisy ciebie nie.

Chwilowe zdziwienie pojawiło się na jego twarzy, po czym 

powoli skinął głową.

- Rzeczywiście nie. Eric mówił, że się zmieniłaś. - Przerwał. 

-  Ale  zawsze  będziesz  pamiętać,  jak  czuła  się  Desdemoną, 

kiedy będziesz śpiewać tę pieśń, prawda?

- Tak. - Odszukała spinki, które wyjął jej z włosów i szybko

upięła  je  z  powrotem.  -  Będę  pamiętać.  Dziękuję  ci  za  to.  -

Wstała i spojrzała mu w twarz. - Ale wiem, że zrobiłeś to dla

swojego musicalu, a nie dla mnie.

- Tak?  -  Uśmiechnął  się  tajemniczo.  -  Jak  ty  mnie  dobrze

znasz.  -  Spochmurniał.  -  Ale  może  nie  wystarczająco  dobrze.

Nie jestem Otellem.

- W  porządku,  dobrze  było,  Daisy.  -  Joel  ruszył  w  ich

kierunku zza kulis. - Teraz spróbujmy jeszcze raz z Kevinem.

- Nie. - Jason odwrócił się i zaczął iść w stronę kulis. - Jest

wyczerpana. Wyślij ją do domu, Joel.

Joel zmarszczył brwi.

- Słuchaj,  a  co  będzie,  jeżeli  drugi  raz  się  jej  nie  uda?

Musimy to sprecyzować, popracować nad drobiazgami i...

background image

- Będzie dobrze. Odeślij ją do domu.

- Do licha, udało się. - Kevin śmiał się, idąc do niej raźnym

krokiem. - Powiedziałem, że ci się uda. - Podniósł ją i okręcił

dookoła. - Teraz idziemy na chili?

Jason zatrzymał się i popatrzył na nich. Jego twarz była bez 

wyrazu, ale  nagle  Daisy poczuła  to  samo,  co  wtedy,  gdy stał 

pełen  namiętności,  zaborczy,  zagrażający  w  przerażającej 

ciemności.  Niespokojnie  wzruszyła  ramionami,  po  czym 

podniosła głowę prowokująco. Była Daisy, a nie Desdemoną. 

Jeżeli miała zbudować sobie życie bez niego, musiała nauczyć 

się  ignorować  tę  mroczną  fascynację,  jaką  w  niej  budził. 

Celowo odwróciła się od Jasona i uśmiechnęła promiennie do 

Kevina.

-Stanowczo  chili.  Umieram  z  głodu.  Daj  mi  tylko 

dwadzieścia minut na prysznic i przebranie się i spotkamy się 

przy tylnym wyjściu.

Daisy  zwolniła  kroku,  schodząc  słabo  oświetlonym 

korytarzem.  Jason  opierał  się  o  ścianę  przy  drzwiach.  Blady 

uśmiech pojawił się na jego ustach, gdy zobaczył jej wahanie.

- Punktualnie.  Nie  martw  się,  Billings  cię  nie  zawiódł.

Wysłałem go, żeby poczekał na ciebie w zaułku.

- Dlaczego  to  zrobiłeś?  -  Przyspieszyła  kroku,  idąc 

korytarzem w jego stronę. - Myślałam, że sobie poszedłeś.

- Nie.  -  Przestał  opierać  się  o  ścianę.  -  Chciałem  z  tobą

porozmawiać.

- Tak? - Uśmiechnęła się promiennie. - Jeszcze jakieś uwagi 

psychologiczne  na  temat  Desdemony?  Nie  trzeba  się  było

trudzić. Miałam problemy tylko z ostatni sceną.

- Wiem. Eric mówi, że będziesz w tej roli fantastyczna

- Jak miło.

- Polubiliście  się?  Eric  mi  mówił,  że  znalazł  dla  ciebie

mieszkanie w Greenwich Village. Dobrze ci tam?

- Tak. Eric i Peg są dla mnie bardzo dobrzy.

- Łatwo być dla ciebie dobrym.

background image

- Naprawdę?  -  Napotkała  jego  spojrzenie.  -  Dla  ciebie  nie

było to takie łatwe.

Zesztywniał.

- Byłem  tak  dobry,  jak  tylko  mogłem  w  tych 

okolicznościach.

- No  jasne.  Raz  oskarżyłeś  mnie,  że  cię  wykorzystuję,  ale

wydaje  mi  się,  że  do  ciebie  bardziej  pasuje  to  określenie.  W 

porównaniu z tobą byłam jak niemowlę. - Podniosła rękę, gdy

zaczął  mówić.  -  O  tak,  ostrzegałeś  mnie  uczciwie.  Prawdę

mówiąc,  z  początku  winiłam  siebie  za  to,  że  nie  byłam 

ostrożniejsza.  - Popatrzyła  prosto  na  niego.  -  Ale  potem 

zdałam sobie sprawę z  tego,  że  wiedziałeś, że  nie posłucham 

twoich  ostrze żeń,  Jasonie.  Znałeś  mnie.  Jesteś  bystry  i 

wiedziałeś, że możesz wziąć wszystko, co chcesz, i dalej być 

zadufany w sobie.

- Mam nadzieję, że nigdy nie byłem zadufany w sobie.

- Ale przyznajesz, że wiedziałeś, iż nie należałam do twojej

kategorii?

Uśmiechnął się słabo.

- Przeciwnie, byłaś o wiele lepsza.

Potrząsnęła głową.

Byłam jak glina w twoich rękach. Zahipnotyzowałeś mnie.

- Mówisz w czasie przeszłym. - Jego głos brzmiał szyderczo. 

-  Czy  chcesz  mi  powiedzieć,  że  już  się  otrząsnęłaś  z

moich tak zwanych manewrów Rasputina?

Skinęła głową.

- Przebudziłam się, kiedy Charlie umarł.

Uśmiech zniknął z jego twarzy.

- Chciałem być z tobą, ale...

- Nie kłam. - Jej głos drżał i usiłowała nad nim zapanować.

- Gdybyś chciał tam być, to byś przyjechał. Wiedziałeś, co ze

mną  zrobiłeś  tamtej  nocy,  a  potem  przyjechałam  do  domu  i

znalazłam  Charlie'ego...  -  Musiała  przerwać,  gdyż 

wspomnienia nie dały jej mówić. - Moje wnętrze krwawiło, a 

ty  pozwoliłeś,  bym  sama  stawiła  temu  czoła.  -  Spojrzała  na 

niego wyzywająco. - No cóż, stawiłam temu czoła i wiele się 

nauczyłam.

- Że jestem skurwielem?

background image

- Nie  -  powiedziała  cicho.  -  Że  byłam  głupia  myśląc,  że

naprawdę może ci na mnie zależeć.

Popatrzył na nią, jakby go to dotknęło.

- Nie byłaś głupia.

Poczuła łzy pod powiekami, ale powstrzymała je.

- Beznadziejnie  głupia.  -  Opanowała  się  i  gorzko 

uśmiechnęła.  -  Nawet  nie  rozumiałam,  że  jesteś  jednym  z 

tygrysów, Jasonie.

- Nie  jestem, do  cholery!  -  Jego  usta  skrzywiły  się  jakby  z

bólu. - Zawsze chciałem ci pomóc.

- O  tak,  chcesz  zrobić  ze  mnie  gwiazdę.  - Wzruszyła 

ramionami.  -  No  i  robisz,  prawda?  I  równocześnie  dostajesz 

to, czego chcesz. Sprytnie, Jasonie.

- Chyba już dosyć powiedziałaś. Wiję się z bólu.

- Czy dostałeś portret, który ci wysłałam?

- Tak.

- Chcę go od ciebie odkupić.

- Nie jest na sprzedaż.

Jej ręce zacisnęły się w pięści.

- Testament  Charlie'ego  prawdopodobnie  nie  był  nawet

prawomocny. Nie musiałam wysyłać ci obrazu.

- Ale jesteś kobietą honoru, a Charlie chciał, żebym go miał.

Zrobiła niecierpliwy ruch ręką.

- To  czysty  impuls.  Prawie  cię  nie  znał.  Wiem,  że  chciał,

żebym to ja miała ten portret.

- Wydaje  mi  się,  że  miał  powód,  żeby  mi  go  dać.

Zaśmiała się nerwowo.

- Dał  ci  go,  bo  myślał,  że  jestem  w  tobie  zakochana. 

Niemądre, co?

- Bardzo  niemądre.  -  Jego  głos  brzmiał  chrapliwie.  -  Ale  i

tak  nie  możesz  mieć  tego  obrazu.  Mam  w  związku  z  nim

pewne plany.

- Cholera, dla mnie on coś znaczy.

- Dla Charlie'ego również coś znaczył.

- Nie  jest  to  dla  mnie  łatwe.  -  Zamknęła  oczy i  szepnęła.  -

Proszę, pozwól mi go kupić od ciebie. To wszystko, co mi po

nim zostało.

background image

-Daisy, czy  ty  nie  wiesz,  że  ja  chcę...  -  Przerwał  i  dodał:  -

Nie mogę tego zrobić.

Otworzyła  powieki  i  spojrzała  na  niego  oczami 

błyszczącymi mi od łez.

- Dobry Boże, jesteś okrutny.

Jego twarz była blada, gdy wolno skinął głową. 

-Tak.

- Teraz,  kiedy  już  to  ustaliliśmy,  musisz  mi  wybaczyć.

Kevin czeka i...

- Niech czeka. - Jego ton nagle stał się gwałtowny. - Czym,

do diabła, jest dla ciebie Billings?

- Wszystkim, czym chcę, żeby był. - Otworzyła drzwi. - I to

nie twoja sprawa.

- Sam też tak uważam.

Chwycił  ją  za  łokieć,  by  pomóc  jej  zejść  po  stopniu  na 

betonowe półpiętro. Pod jego dotykiem przebiegł ją erotyczny 

dreszcz. Spojrzał na nią i uśmiechnął się z dziką satysfakcją.

- Widzisz? On cię zanudzi. Jesteście zbyt do siebie podobni. 

Cala ta słodycz i dobro przyprawią cię o niestrawność.

- Może lubię słodycz i dobro. Z pewnością nic w tym złego.

Dzikość 

jego 

spojrzeniu 

zastąpiona 

została 

niewypowiedzianym znużeniem.

- Nie,  nic  w  tym  nie  ma  złego.  To  normalne,  odżywcze  i

bezpieczne.  Trzymaj  się  tego,  Daisy,  i  nie  daj  się  nikomu

namówić na nic innego.

Gwałtowna zmiana w nim zbiła ją z tropu.

- Nawet tobie?

-

Zwłaszcza  mnie.  Już  ustaliliśmy,  jakim  jestem 

samolubnym  skurwysynem.  Dlaczego  masz  ze  mnie  robić... 

Co, do diabła!

Oślepiające  światło  flesza  rozjaśniło  ciemności  i  jasne 

plamki  zaczęły  tańczyć  Daisy  przed  oczami.  Gdy  za  chwilę 

zamknęła  oczy,  usłyszała  cichy,  triumfalny  śmiech  i  stukot 

stóp na betonie zaułka.

- Niech go szlag! - Jason puścił jej rękę, zbiegł ze schodów

i zaczął gonić ciemną postać biegnącą w stronę ulicy.

background image

- Cóż  mu  się  stało?  -  Kevin  wyszedł  z  cienia  u  dołu 

schodów. - To tylko zdjęcie. Mnie też zrobił.

"Lampa  błyskowa  -  pomyślała  Daisy  z  ulga.  -  Po  prostu 

wielbiciel robiący zdjęcia."

- Cóż za wytrwały fotografik. Już prawie pierwsza w nocy.

Kevin wzruszył ramionami.

- Tak  się  tutaj  dzieje  ciągle.  Jak  im  się  uda  zrobić  dość

dobre  zdjęcie,  to  czasem  mogą  sprzedać  je  brukowcom  za

kupę  szmalu.  Zdjęcie  przedstawiające  nas  razem  nie  byłoby

wiele  warte,  ale  zdjęcie  Hayesa  może  przynieść  fortunę.  -  Z

zaciekawieniem przyjrzał  się biegnącemu  Jasonowi. -  Był  na

prawdę  wściekły.  Nie  chciałbym  być  w  skórze  tego  faceta,

kiedy Hayes go dogoni.

- Nie skrzywdzi go - powiedziała szybko Daisy.

- Skąd  wiesz?  -  Wzrok  Kevina  szybko  powrócił  na  jej

twarz. - Myślałem... powiedziałaś, że go nie znasz.

- Znam  go  na tyle  dobrze,  żeby wiedzieć  na pewno,  że  nie

skrzywdzi  kogoś,  kto  nie  może  się  bronić.  -  Kevin  nadal

przyglądał  się  jej  badawczo,  więc  szybko  zmieniła  temat.  -

Dokąd idziemy na to wyborne chili?

- Do  "Acapulco"  Sama.  Czy  myślisz,  że  powinniśmy 

zaczekać i zobaczyć, czy Hayes dogoni tego faceta?

- Nie,  nie  chciałby,  żebym  czekała.  Skończyliśmy  naszą

rozmowę.

- Dobrze.  W  takim  razie  na  chili.  -  Wziął  ją  pod  rękę  i

poprowadził  w  stronę ulicy.  - Gwarantuję,  że popali  ci kubki

smakowe, ale wprawi cię w zachwyt.

- Czy  mają  coś  łagodniejszego?  Już  zjadłam  moją  porcję

egzotycznych dań".

- Tak?  -  Spojrzenie  Kevina  zatrzymało  się  i  wróciło  do

miejsca na końcu zaułka, gdzie zniknął Jason. - W takim razie

będziemy  musieli  znaleźć  coś,  co  będzie  trochę  mniej 

pobudzające.

background image

Dwadzieścia  minut  później  Jason  wpadł  do  biura  na 

najwyższym  piętrze  teatru,  gdzie  Eric  przeglądał  rachunki  za 

kostiumy.

- Ktoś zrobił zdjęcie Daisy i mnie dziś wieczorem w zaułku.

- Cholera. - Eric wyprostował się na krześle. - Masz film?

- Nie  mogłem  go  złapać.  Skurwiel  biegł  jak  olimpijczyk.  -

Jason przerwał. - Musisz zrobić porządek z tym zdjęciem.

Eric potrząsnął głową.

- Jak,  do  diabła,  mam  to  zrobić?  Nawet  nie  wiesz,  której

szmacie ma to zamiar sprzedać.

- Zadzwoń  do  różnych  brukowców  i  zaproponuj  podwójną

kwotę za zdjęcie.

-Ilość  sprzedanych  egzemplarzy  jest  dla  nich  na  ogół 

ważniejsza niż nasza gotówka.

Jason rzucił się na krzesło koło biurka.

- Muszę zdobyć to zdjęcie, do licha.

- Uspokój się. Może to tylko jakiś rozentuzjazmowany fan.

- O pierwszej w nocy?

- Nie wiemy tego na...

- Nie  mogę  ryzykować.  -  Jason  oparł  głowę  na  ręce.  -  Nie

powinienem  był  przychodzić.  Byłem  idiotą,  żeby  tak 

ryzykować. Jak dalece można folgować swoim zachciankom?

- To ja to wszystko wywołałem.

- Nikt nie jest winien poza  mną. Nie musiałem cię słuchać.

Zdawałem  sobie  sprawę  z  niebezpieczeństwa.  Nie 

powinienem był przychodzić.

Eric patrzył na niego zdumiony.

- No,  to  czemu  przyjechałeś?  Właściwie  nie  spodziewałem

się, że się pojawisz, bez  względu na to, jakie problemy  mamy

z tą sceną.

Jason przez chwilę nie odpowiadał.

- Nie mogłem nie przyjechać.

- Co?

- To  był  pretekst.  Chciałem  usłyszeć,  jak  ona  śpiewa  moją

pieśń.

background image

Eric ze zrozumieniem kiwnął głową.

- Demon twórczości uniósł swój kłopotliwy łeb.

- Nie. - Jason szybko wstał i podszedł do drzwi. - Daisy.

- Nie  rozumiem...  -  Eric  przerwał,  gwizdnął  cicho  i  skinął

powoli  głową.  -  Chyba  się  tego  obawiałem.  Wszystkie  znaki

na to wskazywały. Po prostu nie chciałem ich widzieć.

- Ja też nie. - W śmiechu Jasona brzmiała nutka rozpaczy. -

Zdobądź to zdjęcie, Ericu.

W chwilę potem drzwi zamknęły się za nim.

Trzy dni później telefon zadzwonił sześć razy, nim Daisy się 

obudziła,  i  jeszcze  dwa,  zanim  zdołała  wstać  i  dotrzeć  do 

aparatu, stojącego na ladzie kuchennej po drugiej stronie pra-

cowni.

- Słucham - powiedziała sennie.

Daisy? - Głos Erica brzmiał specjalnie niedbale. - Wszystko 

w porządku?

- Nie  -  wymamrotała  zaspana  Daisy.  -  Zdecydowanie  nie

jest  w  porządku.  Jestem  obudzona,  podczas  gdy  powinnam

spać.  Poszłam  spać  o  trzeciej  w  nocy,  a  mój  idiotyczny 

producent dzwoni do mnie bladym świtem.

- Jest ósma rano. Ostrzegałem cię, że Jason to potwór.

- Nie  narzekam.  Jestem  zbyt  śpiąca,  by  narzekać.  Czego

chcesz, Ericu?

- Kiedy jedziesz do teatru?

- O jedenastej. Czemu pytasz? Czy Joel zmienił godzinę?

- Nie. Mam pewną sprawę do  załatwienia w twojej okolicy

i  pomyślałem,  że  wpadnę  po  ciebie  i  zawiozę  cię  do  teatru.

Będę za piętnaście jedenasta.

- Dobra. Czy mogę już iść spać?

- Jasne.  -  Eric  zawahał  się.  -  Czy  drzwi  masz  zamknięte  na

klucz?

- Ericu...

- Tylko sprawdzam. Nowy Jork to nie Genewa.

- Peg  i  ty  zrobiliście  wykład  w  tej  sprawie  pierwszego  dnia

po moim przyjeździe do tego wielkiego, złego miasta.

background image

-Ono  może  być  złe,  Daisy  -  poważnie  powiedział  Eric.  -

Nigdy w to nie wątp. Do zobaczenia wkrótce.

Daisy  odłożyła  słuchawkę  i  powlokła  się  ospale  do  łóżka. 

Cała ta rozmowa była dziwna i kompletnie bez sensu, ale była 

zbyt  zmęczona,  żeby  ją  teraz  analizować.  Mogła  się  jeszcze 

przespać  przynajmniej  jedną  cenną  godzinę,  zanim  będzie 

musiała  wstać  i  przygotować  się  na  przetrwanie  kolejnego 

wyczerpującego  dnia  prób.  Wróciła  do  łóżka,  owinęła  się 

kołdrą i sennie zastanawiała się,  jaką sprawę mógł Eric  mieć 

do załatwienia w tej części miasta.

- Pomyślałem,  że  powinnaś  zobaczyć  to  gówno.  -  Eric  od

niechcenia rzucił gazetę na stolik do kawy. - Ale nie przejmuj

się tym. To kompletny brukowiec.

Daisy rozłożyła szmatławca, którego często widywała obok 

kasy  i  w  supermarkecie  niedaleko  jej  małego  mieszkanka. 

Stronę  tytułową  zdobiły  twarze  jej  i  Jasona.  Na  zdjęciu 

wpatrywali  się  w  siebie  obydwoje  identycznym  wzrokiem, 

ujawniającym zmysłową intymność, która ją przeraziła. Boże 

drogi, czy  naprawdę pozwoliła Jasonowi zobaczyć ten  wyraz 

pożądania  i  całkowitego  zaangażowania  na  swojej  twarzy? 

Nagle  poczuła  się  zupełnie  odsłonięta,  naga  przed  światem. 

Poczuła  kolejny  wstrząs,  gdy  zobaczyła  nagłówek  nad 

zdjęciem:  Hayes  i  nowa  gwiazda  tworzą  razem  słodką 

muzykę.

- Cóż  za  mdląca  gra  słów  -  powiedziała  tępo.  -  Kevin

mówił, że takie zdjęcie można sprzedać brukowcom.

- Próbowałem  je  odnaleźć  i  powstrzymać.  -  Eric  wzruszył

ramionami. - Ale się nie udało.

- Wygląda  całkiem  niewinnie.  -  Daisy  szybko  przejrzała

artykuł. - Przynajmniej nie piszą, że wynajmujemy razem jakiś

przytulny apartament.

- Brukowce  są  tak  często  podawane  do  sądu,  że  próbują

unikać  ewidentnych  zniesławień.  -  Zrobił  pauzę.  -  Ale  udało

im  się  dowiedzieć,  że  byliście  w  Genewie  w  tym  samym

czasie.

Daisy spojrzała na niego znad gazety,

background image

- Naprawdę  się  tym  przejmujesz,  co?  Czy  to  się  odbije  na

sprzedaży biletów?

Eric potrząsnął głową.

- Bilety są już wysprzedane na pierwszych osiem miesięcy.

Mały  skandal  może  najwyżej  zwiększyć  zainteresowanie 

musicalem.

Daisy  pogardliwie  cisnęła  gazetę  z  powrotem  na  stolik  do 

kawy.

- W  takim  razie  nie  mam  zamiaru  się  tym  przejmować.

Mam  dosyć  zmartwieli  przez  Joela,  żeby  jeszcze  zwracać 

uwagę na taki chłam.

- Bardzo  rozsądnie  -  powiedział  z  ulgą  Eric.  -  Tylko 

pomyślałem,  że  chciałabyś  o  tym  wiedzieć.  -  Wziął  ją  pod 

rękę  i  poprowadził  w  stronę  drzwi.  -  Teraz  możemy  o  tym 

zapomnieć.  -  Nie  patrzył  na  nią,  otwierając  drzwi.  -  Słuchaj, 

Peg chce, żebyś z nami zamieszkała na kilka dni.

Spojrzała na niego ze zdziwieniem.

- Dlaczegóż to?

- A czemu nie? Wydawało mi się, że polubiłaś Peg.

- Wiesz,  że  tak.  -  Potrząsnęła  głową.  -  Ale  przy  tak 

prowadzonych próbach nie mogę dojeżdżać z Long Island na 

Manhattan o każdej godzinie.

- Oczywiście, że możesz. Damy ci do dyspozycji limuzynę.

- Zaśmiał się. - Każda gwiazda powinna mieć limuzynę.

- Nie jestem gwiazdą.

- Ale  nią  będziesz  za  kilka  tygodni.  -  Eric  sam  zamknął

drzwi na klucz. - Wczuj się w rolę.

- Może  kiedy  poza  tytułem  będę  miała  jeszcze  jakieś 

dowody, że nią jestem. - Daisy potrząsnęła głową. - Powiedz 

Peg,  że  wdzięczna  jestem  za  propozycję,  ale  przed  premierą 

będzie mi wygodniej mieszkać tutaj.

- Daisy,  wydaje  mi  się,  że  powinnaś...  -  Przerwał,  a  jego

usta wykrzywiły się smutkiem. - Bałem się, że nie uda mi się

ciebie namówić, ale pomyślałem, że warto spróbować. - Wziął

ją pod rękę i zaczęli schodzić ze schodów. - Ale teraz, gdy

background image

chłopcy  z  brukowców  są  na  twoim  tropie,  pozwól  mi 

przynajmniej być w pobliżu i odganiać ich  kijem. Popatrzyła 

na niego.

- Czy cała twoja troska i to zaproszenie są z tym związane?

Czy nie przywiązujesz do tej historyjki zbyt dużej wagi?

- Może.  -  Uśmiechnął  się  lekko.  -  Ale  czułbym  się  lepiej,

gdybyś  mi pozwoliła bawić się  w rycerza.  Tacy faceci jak  ja

nie mają zbyt często takiej okazji.

- Ale ja nie potrzebuję... - Zobaczyła rozczarowanie na jego

twarzy  i  uśmiechnęła  się  łagodnie.  -  Jestem  pewna,  że  Peg

uważa cię za swojego rycerza.

- Tak.  -  Skinął  głową.  -  Tak,  ona  tak  uważa.  -  Zamrugał

oczami. - No, ale ona ma niezwykłą zdolność spostrzegania, a

mnie potrzebna jest większa widownia. - Spojrzał poważniej.

- W takim razie pozwól mi przyjeżdżać po ciebie i odwozić 

cię do domu, aż cała ta zadyma z prasą przycichnie, dobrze?

Zawahała się, po czym skinęła głową.

- No dobrze, ale to naprawdę nie jest konieczne, Ericu.

- Ja sądzę, że jest. Jason też tak uważa. - Poczuł, jak mięśnie

jej ręki sztywnieją pod jego uściskiem i spojrzał na nią. - On

chce ci pomóc, Daisy. Nie odtrącaj go.

- Więc  przysłał  cię,  żebyś  znowu  go  zastąpił.  -  Jej  usta

skrzywiły się z goryczą. - Tak jak wtedy, kiedy umarł Charlie.

- Minęła go otworzyła drzwi i wyszła na ulicę. - Nie muszę 

go odtrącać, Ericu. On robi to sam.

Mruknął coś pod nosem i ruszył za nią.

- Ericu, zaczekaj!

Daisy  odwróciła  się  i  zobaczyła  ciemnowłosą  kobietę  w 

czerwonym  kostiumie,  szybko  zbliżającą  się  do  nich.  Mogła 

mieć  około  trzydziestu  pięciu  lat.  Miała  szeroko  rozstawione 

ciemne oczy, czarne włosy upięte w gładki kok i słodką twarz 

Madonny,  która  nie  pasowała  do  jej  zmysłowego  ciała. 

Przypominała  Daisy  bujnie  rosnący  hibiskus;  oszałamiający, 

egzotyczny,  całkiem  oślepiający.  Usłyszała,  jak  Eric  cicho 

zaklął. Kobieta zatrzymała się przy nich i uśmiechnęła słodko.

background image

- Ericu,  tak miło cię zobaczyć. Ostatnio nigdy się nie  widu

jemy.  -  Poruszamy  się  w  innych  środowiskach.  -  Skinęła 

smutno  głową.-  To  tylko  dlatego,  że  ty  i  Jason  odsunęliście 

mnie  od  siebie.  -  Westchnęła.  -  Tak  tęsknię  za  starymi 

czasami.

- Spieszymy się, Cynthio.

- Nie  bądź  niegrzeczny  -  skarciła  go  kobieta,  przenosząc

spojrzenie na Daisy. - Przedstaw mnie swojej przyjaciółce.

- Sądzę, że wiesz, kim ona jest.

Jej oczy rozszerzyły się niewinnie.

- O cóż ci chodzi?

- Nieważne  -  powiedział  Eric.  -  Daisy  Justine,  to  moja

przyrodnia siostra, Cynthia Hayes.

Daisy otworzyła szerzej oczy ze zdziwienia.

- Jak się pani miewa?

- Bardzo  dobrze,  zawsze  pilnuję,  by  tak  było  -  odrzekła

Cynthia z promiennym uśmiechem. - Ogromnie mi miło panią

poznać. - Zmarszczyła nos. - Ale muszę przyznać, że Eric się

nie  mylił.  Faktycznie,  widziałam  ten  ohydny  artykuł  w 

Journalu i musiałam przyjść, poznać panią.

- Nie trzeba  się było trudzić.  Ten artykuł to stek  kłamstw  -

powiedziała Daisy.

Cynthia uśmiechnęła się szerzej.

- Och, ale w każdym kłamstwie jest ziarno prawdy. - Zniżyła 

słodko  głos.  -  A  pani  jest  taka  śliczniutka.  Czytałam,  że

wychowała się pani w Europie.

- W Szwajcarii.

- Jeździłam na  nartach  w St.  Moritz.  Kiedyś o  mało co  nie

pojechałam  do  Genewy,  ale  stwierdziłam,  że  nie  jest  to 

konieczne.

- Chodź,  Daisy,  spóźnimy  się.  -  Eric  popchnął  Daisy  w

stronę samochodu. - Do widzenia, Cynlhio.

- Do  zobaczenia  później. - Cynthia  stała,  patrząc  na  nich.  -

Mógłbyś  powiedzieć  temu  męczącemu  facetowi  przy

drzwiach  dla  aktorów,  żeby  pozwolił  mi  przychodzić  na 

próby. Bardzo chciałabym usłyszeć, jak ta ślicznotka śpiewa.

Eric zamarł.

- Próby są zamknięte.

Cynthia nadal się uśmiechała.

-

No  tak,  dla  mnie  są  zawsze  zamknięte,  prawda? 

Jason nie zdaje sobie sprawy, jak mnie rani, tak postępując.

Eric  nie  odpowiedział,  tylko  szybko  otworzył  drzwi  dla 

Daisy.

- Miło  było  panią  poznać,  panno  Hayes  -  powiedziała 

automatycznie Daisy, wsiadając do samochodu.

- Cynthia. Jestem  pewna, że  zbyt wiele nas łączy, żebyśmy

miały  pozostawać  ze  sobą  w  oficjalnych  stosunkach.  A  jak 

już, to pani Hayes. Nie wiedziałaś? Jestem żoną Jasona.

Daisy  nie  była  w  stanie  nic  powiedzieć,  aż  Eric  ruszył  i 

przejechał kawałek drogi.

- On  jest...  żonaty?  -  zapytała  energicznym  tonem,  patrząc

wprost  przed  siebie.  Jak  głupio  było  czuć  się  tak  zranioną  i

zdradzoną, gdy jej związek z Jasonem przestał już istnieć.

- Nie  -  powiedział Eric.  -  Już  nie. Już  od  dawna  nie. Jason

ożenił  się  z  Cynthia,  kiedy  miał  dziewiętnaście  lat,  a  ona

siedemnaście. Rozwiedli się dwa lata później.

- Nie wygląda na to, żeby o tym pamiętała.

- Cynthia zawsze wierzy w to, w co chce wierzyć.

- W takim razie musi jej nadal na nim zależeć.

- Tak bardzo, jak tylko może jej zależeć na kimkolwiek.

Z trudem przełknęła ślinę, gdyż więzła jej w gardle. Cynthia 

Hayes wyglądała bardzo miło, ale było jasne, że Eric nie chce 

mieć  z  nią  nic  wspólnego.  Jednak,  jeżeli  ta  kobieta  kochała 

Jasona, okrutnym było pozwolić jej cierpieć.

- Wobec  tego  lepiej  będzie,  jeżeli  złożę  jej  wizytę,  żeby

przekonać ją, że naprawdę nic nas z Jasonem nie łączy. Gdzie

ona mieszka?

- Nie!  -  Spojrzała  na  niego,  zaskoczona  gwałtownością  w

jego głosie. - Jason nie chciałby, żebyś się w to wtrącała. Ich

związek jest... skomplikowany. Trzymaj się od niej z daleka.

- Dobrze.  -  Bóg  jeden  wiedział,  że  nie  miała  ochoty  na

wchodzenie pomiędzy Jasona i jego byłą żonę. Nadal czuła się

zraniona i otumaniona po spotkaniu z Cynthia Hayes. Właści-

background image

wie  nie  tylko  otumaniona.  Zdała  sobie  sprawę,  że  odczuwa 

gorącą,  namiętną  niechęć.  Zazdrość.  Boże  drogi,  nigdy  w 

życiu nie była o nikogo zazdrosna, ale o tę kobietę tak. - Tak 

tylko pomyślałam. Zrobię to, co ty uważasz za stosowne. Eric 

odetchnął z ulgą.

- Dobrze.  Proszę  cię,  unikaj  jej.  A jeżeli  będzie  chciała się

z tobą zobaczyć, obiecaj mi, że jej odmówisz.

- Dlaczego miałaby...

- Tylko mi obiecaj, zgoda?

- Jeżeli  sobie  życzysz.  I  tak  nie  będę  miała  czasu  na 

towarzyskie  spotkania.  -  Zamilkła,  a  po  chwili  dodała:  -  Nie 

sądzę,  żebym  kiedyś  widziała  kogoś  równie  pięknego.  Ona 

jest szalenie pociągająca.

- Wiedźmy bywają równie piękne - powiedział ponuro Eric.

- A lepiej ich unikać.

Czuła  się  ogłupiała.  "To  minie"  -  zapewniała  siebie 

zdesperowana.  Prawie  nie  myślała  o  Jasonie  przez  ostatnie 

dwa  dni.  Będzie  pracowała  tak  ciężko,  że  nie  będzie  miała 

czasu  myśleć  ani  o  Jasonie,  ani  o  tej  pięknej  kobiecie, 

podobnej  do  hibiskusa,  która  najwyraźniej  stanowiła  nadal 

ważną część jego życia.

Boże,  ależ  była  zmęczona.  Daisy  podeszła  do  wejścia  dla 

aktorów,  niezmiernie  zadowolona,  że  ustąpiła  Ericowi  i  nie 

będzie  musiała  jechać  do  domu  metrem.  Joel  był  dzisiaj 

gorszy  niż  zwykle,  ale  nie  mogła  go  za  to  winić. Trudno  się 

było  skoncentrować  i  zasłużyła  na  wszystkie  słowa 

bezwzględniej  krytyki,  jakie  padły.  Prawdopodobnie  z  ulgą 

się jej pozbędzie, kiedy te...

Jason.

Zatrzymała  się  z  wrażenia  w  miejscu  na  schodach,  gdy 

zobaczyła go stojącego przy przednim błotniku długiej, grana-

towej limuzyny.

- Nie  kłóć  się.  -  Wyprostował  się.  -  Po  prostu  wsiadaj  do

samochodu.

- Eric zawozi mnie do domu.

background image

- Eric  zawoził  cię  do  domu.  -  Otworzył  dla  niej  drzwi.  -

Sytuacja się zmieniła. Nie mam zamiaru go wystawiać.

- Wystawiać?  Czy  ty  nie  przesadzasz?  Przecież  brukowce

interesują się tobą, a nie nim.

- Proszę  cię,  wsiadaj  do  samochodu.  Słuchaj,  nie  mam

zamiaru  cię  porywać.  Mój  jedyny  cel  to  dowieźć  cię 

bezpiecznie  do  domu.  -  Wskazał  na  szofera,  którego  prawie 

nie było  widać przez  szyby  z  przydymionego  szkła.  - Mamy 

nawet przyzwoitkę.

- Mówiłam  Ericowi,  że  to  nie  jest  potrzebne.  Żaden  z  was

nie musi odwozić mnie do domu.

- Albo  wsiadasz  do  tego  samochodu,  albo  będę  musiał  iść

za  tobą.  -  Uśmiechnął  się  krzywo.  -  Jeżeli  chcesz  nam 

obydwojgu  oszczędzić  czasu  i  kłopotu,  pozwól,  że  cię 

odwiozę i daj już spokój.

Zawahała  się,  po  czym  zeszła  ze  schodów  i  przeszła  zauł-

kiem do samochodu.

- To śmieszne.

Otworzył drzwi i usiadł koło niej.

- Tak  jak  życie.  -  Zatrzasnął  drzwi.  Nacisnął  guzik  i  okno

między pasażerami a kierowcą rozsunęło się z szumem. - Sam

Brockner, to jest Daisy Justine.

Szofer odwrócił głowę i mogła  mu się dobrze przyjrzeć.  W 

niczym  nie  przypominał  dystyngowanego  szofera  w 

uniformie,  jakiego  można  by  sobie  wyobrażać.  Rudy, 

piegowaty,  z  błyszczącymi  oczami  w  kolorze  bursztynu. 

Wyglądał na nie więcej niż dwadzieścia  lat. Turkusowo-biała 

hawajska koszula w kwiaty, którą miał na sobie, sprawiała, że 

jego  włosy  wydawały  się  jeszcze  bardziej  rude.  Ciepły 

uśmiech rozjaśnił jego chłopięcą twarz.

- Cześć. Miło cię poznać, panno Justine. - Limuzyna ruszyła 

i  zaczęła  się  zbliżać  do  ulicy.  -  Proszę  się  oprzeć  wygodnie

i  odprężyć.  Jason  dał  mi  twój  adres,  za  sekundę  będziesz  w

domu.

- Dzięki, Sam. Mnie również miło cię poznać.

background image

Jason  przycisnął  guzik  i  szyba  zasunęła  się  z  powrotem, 

zostawiając ich samych. Daisy siedziała spięta, z rękami uło-

żonymi na kolanach, patrzyła prosto przed siebie.

- Na litość boską, odpręż się - oschle rzucił Jason.

- Jestem odprężona.

- Jesteś  tak  najeżona,  że  rozpadłabyś  się  na  tysiąc 

kawałeczków, gdybym cię dotknął.

- Przyznaję,  że  czuję  się  nieswojo  w  tej  sytuacji.  -  W

dalszym ciągu  starała  się na  niego nie  patrzeć.  Chciała, żeby

się  odsunął.  Nie  było  między  nimi  fizycznego  kontaktu,  ale

siedział tak blisko, że czuła ciepło jego ciała i czuła znajomy

zapach jego płynu po goleniu. - Ale ponieważ nie ma mowy o

tym,  żebyś  mnie  dotykał,  nie  ma  strachu,  że  coś  takiego  się

wydarzy.

- Prawda.

Zapadła  między nimi cisza,  gęsta,  naładowana,  pełna  świa-

domości  tego,  że  tak  jest.  Myślała  gwałtownie,  jak  ją  prze-

rwać.

- Jakoś  nigdy  nie  kojarzyłeś  mi  się  z  szoferem i  limuzyną.

Eric prowadzi sam.

- Eric  dzięki  swojemu temperamentowi lepiej  sobie  radzi  z

nowojorskimi  taksówkarzami.  Poza  tym,  limuzyna  daje  mi

trochę prywatności.

I  jeszcze  jedną  ścianę,  którą  się  można  otoczyć.  Kolejna 

nabrzmiała cisza.

- Poznałam dzisiaj twoją żonę.

- Eric mi mówił. No i to nie jest moja żona.

- Ona chyba nie widzi różnicy. Jest bardzo piękna.

- Też tak kiedyś myślałem.

Znowu cisza.

- Eric powiedział, że ożeniłeś się bardzo młodo. - Dlaczego

uparcie  mówiła  o  tej  kobiecie,  skoro  każde  słowo  raniło  jak

sztylet?

- Tak.

Uśmiechnęła się promiennie.

background image

- Mówią,  że  pierwsza  miłość  nie  rdzewieje.  Jestem  pewna,

że...

- To nie była miłość - przerwał ostro.  - Pierwsza ani żadna

inna.

- W takim razie seks. Czasami to trudno odróżnić.

- To też nie. - Odwrócił się do  niej. - Co ty chcesz,  żebym

powiedział,  do  cholery?  Popełniłem  błąd  i  zapłaciłem  za  nie

go. Do tej pory płacę.

- Tak naprawdę, to nie moja sprawa.

- Nie  mogłabyś  się bardziej mylić. Czy to się nam podoba,

czy  nie,  nie  mogłoby  to  być  w  większym  stopniu  twoją 

sprawą. Bóg wie, że robiłem, co mogłem, żeby cię trzymać od 

tego z daleka.

Zmarszczyła brwi.

- Nie rozumiem, o czym ty mówisz.

- Wiem.  -  Na  jego  twarzy  pojawiło  się  nagle  zmęczenie.  -

To teraz nie ma znaczenia. Wszystko, o co proszę, to żebyś mi

pozwoliła się pilnować.

Znużenie  w  jego  głosie  przedarło  się  przez  mur  niechęci, 

który wybudowała przeciw niemu, dotknęło ją i wzruszyło.

- Powiedziałam  ci  kiedyś,  że  jestem przyzwyczajona  pilno-

wać się sama.

- Ale  pozwoliłaś  mi  się  sobą  zaopiekować  i  źle  na  tym  nie

wyszłaś.

- Nie? Wzdrygnął się.

- Może  powiedzmy  inaczej.  Nie  mogłaś  narzekać  na  brak

tej opieki.

- Wtedy byłam inną osobą.

Potrząsnął głową.

- Tak  ci  się  tylko  wydaje.  Ból  nas  nie  zmienia,  on  tylko

usuwa z nas to, co powierzchowne, i pokazuje, jacy jesteśmy.

- Napotkał jej wzrok. - Nadal jesteś dobra, ufna i promieniują

ca  życiem.  Zbyt dobra.  Zbyt  wiele z  siebie  dajesz,  by dobrze

na tym wyjść. Popatrz na to, co byłaś gotowa poświęcić dla

background image

Charlie'ego.  W  chwili,  kiedy  cię  ujrzałem,  wiedziałem,  że 

jesteś anielsko dobra.

Nie mogła oderwać od niego oczu. Miała dziwne uczucie, że 

w tych słowach jest coś ważnego, coś, co powinno jej dać do 

myślenia.  Nagle  przypomniała  się  jej  chwila  po  tym,  jak  się 

kochali, i kiedy poczuła, że jest blisko czegoś  tajemniczego i 

wielkiego.

"Nie, to nie może się znowu stać" - myślała z rozpaczą. Nie 

wolno  jej  go  kochać.  Nie  wolno  jej  znowu wpaść  w pułapkę 

nadziei.  On  jej  nie  kocha,  prawdopodobnie  nigdy  nie  kochał 

jej naprawdę.

Ale  coś  w  tym  było.  Coś,  o  czym  powinna  wiedzieć.  Nie 

była  ślepa,  chociaż  zaczynała  myśleć,  że  w  przeszłości  tak 

było.

- Czy chcesz mi coś powiedzieć?

Otworzył usta i znowu je zamknął. Odwrócił się od niej.

- Nie.

Nadzieja zgasła, ale nalegała.

- Wydaje mi się, że chcesz. Porozmawiaj ze mną, Jasonie.

- Nie mam nic do powiedzenia.

Znowu mury.

Spojrzała  na  niego  smutno,  gdy  limuzyna  podjechała  do 

krawężnika przed jej domem i Sam wysiadł z samochodu, by 

otworzyć drzwi pasażerskie. Jason wykrzywił usta.

- Wiem,  że  chyba  masz  już  dość  mojego  towarzystwa  na

dzisiaj. Sam odprowadzi cię do drzwi mieszkania.

- To  nie  jest  ko...  -  Przerwała  i  wysiadła  z  limuzyny.  Była

zbyt zmęczona i załamana,  żeby się z  nim kłócić.  Odwróciła

się i ruszyła ku frontowym schodom. - Dobranoc!

Daisy.

Zatrzymała się i spojrzała na niego przez ramię.

- Od tej pory to Sam będzie przyjeżdżał po ciebie i odwoził

cię  do  domu.  Po  dzisiejszym  wieczorze  nie  będę  cię  męczył

swoją obecnością.

Ostro powiedziała:

background image

- Jestem  zdziwiona,  że  nie  boisz  się,  aby  dżentelmeni  z

prasy nie zaatakowali jego również.

- On  sobie  poradzi.  Był  w  Służbach  Specjalnych  w 

Wietnamie. - Spojrzenie Jasona powędrowało w stronę Sama. 

- Proszę, sprawdź jej mieszkanie.

- W  porządku.  -  Sam  podszedł  do  schodów  wiodących  do

drzwi frontowych. - Nie ma problemu. Będzie bezpieczna.

Daisy potrząsnęła głową.

- Wątpię,  żeby  znalazł  kogoś  czającego  się  w  przedpokoju

albo pod łóżkiem.

- To jest  Nowy Jork  -  powiedział  Jason.  -  Czajenie  się jest

normą w niektórych dzielnicach.

- Nie w tej.

- Mnie  się  pozbywasz,  ale  Sama  musisz  zaakceptować.  To

kompromis. Przyjmij to do wiadomości i ciesz się, że nie jest

gorzej.

Nie  czekał  na  jej  odpowiedź,  tylko  wsiadł  do  limuzyny  i 

zamknął drzwi. Znowu się przed nią zamykał, ale nie bardziej 

niż  chwilę  temu,  gdy  zajechali  przed  jej  dom.  Dlaczego  nie 

umiała przyjąć tego, co mówił dosłownie? Łzy, kłujące ją pod 

powiekami, były całkowicie irracjonalne. Oszołomiona szła ku 

drzwiom, które Sam przytrzymywał dla niej.

- Wszystko  będzie  w  porządku.  -  Orzechowe  oczy  Sama

jaśniały  w  piegowatej  twarzy.  -  Naprawdę.  Wszystko  będzie

super.

- Poważnie? - Uśmiechnęła się do niego niepewnie, prostując 

ramiona.  -  No,  jasne.  Chodź,  Sam.  Na  pewno  chcesz  to

mieć za sobą, pojechać do domu i pójść do łóżka.

- Nie ma pośpiechu. Jestem nocnym Markiem.

- Tak jak mój ojciec.

- Charlie? Tak, wiem. Jason wszystko mi o nim opowiedział.

Otworzyła szeroko zdziwione oczy.

- Opowiedział?

- No jasne, to musiał być świetny facet.

background image

- Tak,  to  prawda.  -  Zawahała  się.  -  Ale  chyba  nie 

oczekiwałam, że Jason będzie go chwalić przed ludźmi.

Zachichotał.

- Żartujesz sobie ze  mnie, co? Boże, Jason chce, żeby cały

świat  dowiedział  się,  jaki  to  był  świetny  facet.  No,  ale  ja  tu

gadu, gadu, a ty chcesz iść do łóżka. - Sam wziął ja pod rękę i

poprowadził do schodów. - Rozejrzę się w ciągu pięciu minut,

a potem stąd wypieprzam.

8

- Myślę,  że  próba  generalna  poszła  dziś  bardzo  dobrze.  -

Eric  siedział  na  fotelu  w  garderobie.  -  Biorąc  wszystko  pod

uwagę.

Daisy  skrzywiła  się,  siadając  na  stołku  przed  toaletką  i 

wkładając buty na płaskim obcasie.

- Biorąc  pod  uwagę,  że  wszystko,  co  mogło  pójść  źle,

poszło źle. Nie próbuj poprawić mojego samopoczucia, Ericu.

Zawsze  przed  premierą  panuje  taki  chaos  i  dobrze  o  tym

wiesz.

- Nie wydajesz się być zmartwiona.

Uśmiechnęła się promiennie.

- Nie  jestem.  Ja  jestem  gotowa,  nawet  jeżeli  obsługa 

techniczna  nie  jest.  Mam  przeczucie,  że  jutrzejsza  premiera 

będzie bombą.

- Ja  mam  takie  samo  przeczucie.  -  Sięgnął  do  kieszeni

marynarki  i  wyjął  małą  kopertę.  -  Sam  wpadł  tutaj,  gdy  ty

zmagałaś się z próbą, i poprosił mnie, żebym ci to dał.

- Dlaczego  nie  poczekał,  aż będzie  mnie  wiózł do  domu?  -

Wstała i wzięła kopertę. - Nie chcesz mi chyba powiedzieć, że

pozwoli  mi  dzisiaj  samej  jechać  do  domu?  Sam  jest 

praktycznie moim cieniem od czasu tej chryi z brukowcem.

Eric potrząsnął głową.

- Będzie  czekał  na  zewnątrz,  jak  zawsze.  Czy  on  cię 

denerwuje?

- Nie.  Sam  jest  naprawdę  uroczy  na  swój  sposób.  Taki

nieoszlifowany diament

Eric skinął głową.

-  I  umie  sobie  radzić,  kiedy  są  kłopoty.  -  Patrzył  uważnie, 

jak bada kopertę.

Koperta była z eleganckiego, kremowego papieru, a adres 

zwrotny  należał  do  jednej  z  najbardziej  prestiżowych  galerii 

sztuki na Piątej Alei.

background image
background image

Daisy ostrożnie otworzyła kopertę i wyciągnęła pojedynczą, 

zadrukowaną  kartkę.  Oczy  otworzyły  się  jej  szeroko  ze 

zdumienia, gdy czytała kilka linijek na zaproszeniu.

Serdecznie  zapraszamy  do  obejrzenia  najlepszego  dzieła 

Charlesa L. Justina o godzinie dwudziestej w dniu 1 lipca.

Obowiązuje strój wieczorowy. Prosimy o odpowiedź.

W oszołomieniu patrząc na twarz Erica, Daisy powiedziała:

- Nie  rozumiem.  Czy  wiesz,  o  co  tu  chodzi?  Pokaz  dzieł

Charlie'ego?

- Właściwie tylko  jednego  dzieła  - powiedział Eric cicho.  -

Twojego portretu.

Zaśmiała się nerwowo.

- Ale to wariactwo. Żadna galeria nie będzie robić wystawy

jednego  obrazu,  chyba  że  artysta  byłby  Rembrandtem  albo

Van  Goghiem.  A  już  na  pewno  nie  obrazu  nieznanego 

malarza,  takiego  jak  Charlie.  Dlaczego...  -  Przerwała  i 

popatrzyła na Erica. - Jason? - Eric skinął głową. -  Łapówka.

- Do diabła, nie. Nie można przekupić snobistycznej galerii,

takiej jak Von Krantza.

- No, to w jaki sposób?

Eric  wyjął  kasetę  z  kieszeni  marynarki  i  wsadził  ją  do 

magnetofonu  stojącego  na  toaletce.  Nacisnął  przycisk 

urządzenia.

- To  pierwsza  muzyka,  którą  Jason  skomponował  nie  dla

teatru  muzycznego  od  ponad  dwunastu  lat.  Będzie  jutro 

nadawana  przez  stacje  radiowe  i  telewizyjne  wraz  z 

ogłoszeniem o wystawie. Nazwał ją Pieśń Charlie'ego.

Siedziała  zupełnie  nieruchomo,  słuchając  porywająco 

pięknej  muzyki.  Siła,  łagodność  i  triumf  miłości  i  ducha. 

Charlie.

Czuła łzy płynące po jej policzkach, ale nie zrobiła nic, by je 

wytrzeć. Gdy ucichły ostatnie dźwięki, dalej wpatrywała się w 

błyszczący metal magnetofonu.

Eric sięgnął ręką i wyłączył go.

- Jason  powiedział,  że  to  podwójny  plan.  Pieśń  powinna

wywołać  zainteresowanie  obrazem  i  nawet  jeżeli  krytycy

okrutnie wypowiedzą się na temat pracy twojego ojca, nadal

pozostaje  szansa,  że  świat  sztuki  będzie  go  pamiętać  przez 

długi czas dzięki niezwykłości prezentacji.

- Coś, co będzie  żyć po  nim.  Nieśmiertelność  Charlie'ego  -

wyszeptała, usiłując opanować łzy.

- Tak - zgodził się Eric. - Chyba można to tak nazwać.

- Dlaczego  Jason  mi nie powiedział?  -  zapytała chrapliwie.

- Dokonał tej niesamowicie cudownej rzeczy i nigdy nic o tym

nie wspomniał. Jak mogę mu podziękować?

- On nie chce podziękowań.

Daisy  wstała,  wzięła  chusteczkę  z  pudełka  na  toaletce  i 

wytarła mokre policzki.

- Ale je dostanie. Gdzie on jest?

- Eaglesmount. - Eric potrząsnął głową. - I nie będzie chciał

się z tobą widzieć, Daisy.

- Skąd wiesz?

- Bo  przekazał  mi  wiadomość  dla  ciebie.  -  Zawahał  się.  -

Kazał ci powiedzieć, że nie zrobił tego dla ciebie. Chce, żebyś

wiedziała,  że  nic  nie  jesteś  mu  winna.  Zrobił  to  dla 

Charlie'ego

- I to nie jest dla mnie? Ja kochałam Charlie'ego.

I  kochała  Jasona  Hayesa.  Świadomość  ta  zajaśniała  jak 

płomień.  Zdumienie  i  ból  minęły.  Nie  rozumiała  go;  może 

nigdy  go  nie  zrozumie.  Ale  jakie  to  wszystko  miało 

znaczenie?  Na  wszystko,  co  święte,  kochała  go.  Ruszyła  w 

stronę drzwi.

- Jadę się z nim zobaczyć.

- Nie! - Eric potrząsnął głową. - Mówię ci, że się z tobą nie

będzie chciał widzieć. - Skrzywił się. - Poza tym Eaglesmount

ma  takie  środki  bezpieczeństwa  jak  Fort  Knox.  Nigdy  nie

przedostaniesz się poza bramę wejściową.

- Cholera.  -  Daisy  obróciła  się,  by  spojrzeć  na niego.  - Jak

on myślał, że ja zareaguję? Chcę go zobaczyć.

Eric uśmiechnął się blado.

- Sądzę, że się domyślał, że tak zareagujesz. Chyba zna cię

dość dobrze, prawda?

- Lepiej niż ja jego. - Podniosła głowę. - Ale to się zmieni.

- On nie pozwoli, by się zmieniło.

background image

- Dlaczego nie?

Eric zawahał się.

Zrobiła zniecierpliwiony ruch ręką.

- Mniejsza  z  tym.  Jesteś  równie  rozmowny  jak  Jason.  Ale

powiedz  mi  tylko  jedną  rzecz.  Czy  jemu  zależy  na  Cynthii

Hayes?

- Dobry Boże, nie!

Odetchnęła z ulgą.

- Z  tego,  co  mówił,  tak  właśnie  wynikało.  W  takim  razie

sprawa jest otwarta.

Eric zmarszczył brwi.

- Nie rozumiesz, jaka jest sytuacja.

- I oczywiście jej nie zrozumiem, jeżeli mi nie powiecie. Jak 

mogę cokolwiek zrozumieć, jeżeli Jason nie chce się nawet ze 

mną zobaczyć?

- Jeżeli  chcesz  mu  okazać  swoją  wdzięczność,  bądź 

wspaniałą Desdemoną. Ta sztuka wiele dla niego znaczy.

- Wdzięczność?  Ale  ja  chcę...  -  Przerwała  i  przyjrzała  mu

się uważnie. - No dobrze, umówmy się tak. Powiedz mu, że nie

pojadę  do  Eaglesmount,  jeżeli  przyjedzie  na  premierę.  I  nie

chcę, żeby stał z tyłu jak jakiś drugorzędny duch opery. Chcę,

żeby siedział koło ciebie w czwartym rzędzie i chcę go widzieć 

za  kulisami  po  przedstawieniu,  żeby  mi  powiedział,  jaka

byłam wspaniała. Jasne?

- O,  jasne.  -  Eric  zmarszczył  nos.  -  Ale  nie  jestem  pewien,

czy Jason się zgodzi.

- Zgodzi się, jeżeli  mu powiesz, że  w przeciwnym wypadku

urządzę sobie piknik przed bramą w Eaglesmount. On  wie, że

ja  łatwo  się  nie  poddaję.  -  Uśmiechnęła  się  pogodnie.  -

Ostatecznie, to wszystko jego  wina. Gdyby nie skomponował 

Pieśni  Charlie'ego,  prawdopodobnie  nigdy  nie  zaglądałabym 

pod maskę Otella.

- Maskę?

- Nieważne. - Podeszła do drzwi. - Po prostu przekaż mu to

ode mnie. - Uśmiechnęła się promiennie przez ramię. - I

background image

powiedz  mu,  że  jutro  zobaczy  cholernie  przekonującą 

Desdemonę.

Daisy kłaniała się nisko, policzki jej płonęły z emocji, a teatr 

rozbrzmiewał gromkimi brawami.

Kevin  ścisnął  jej  rękę.  Jego  policzki  również  były  zarumie-

nione. 

-  Nie  rozglądaj  się  teraz,  ale  myślę,  że  daliśmy  niezłe 

przedstawienie. - Radosny szept był słyszalny tylko dla niej.  -

Boże, ależ jestem szczęśliwy.

Daisy  również  czuła  się  uskrzydlona.  Owacja  na  stojąco, 

dwanaście  razy  wywoływani  przed  kurtynę,  a  publiczność 

nadal  nie  chciała  ich  puścić.  Spojrzała  na Jasona  w czwartym 

rzędzie.  Stał,  bijąc  brawo, ale  patrzył  na nią  bez  wyrazu.  Czy 

mu  się  podobało?  Czy  się  myliła?  Nie,  nie  może  dać  się 

oszukać  przez  tę  jego  ścianę  milczenia,  ale  nie  popełni  błędu 

po raz drugi.

Dziewczęcy  uśmiech  rozjaśnił  jej  twarz  i  puściła  do  niego 

konspiracyjnie  oko.  Zachichotała  do  siebie,  gdy  zobaczyła 

jego  zdumione  spojrzenie.  Potem  wraz  z  Kevinem  poszli  w 

stronę kulis.

- Daisy, Daisy, kochanie! Byłaś cudowna!

Dobiegł  ją  znajomy  kobiecy  głos  z  pierwszego  rzędu.  Peg. 

Przeszukała wzrokiem widownię i jej uśmiech zbladł. Cynthia 

Hayes  stała  obok  sceny,  ubrana  w  piękną  suknię  w  kolorze 

pawiego błękitu, ozdobioną wspaniałym naszyjnikiem z szafi-

rów. Wyciągnęła w stronę Daisy bukiet róż.

Kevin również ją zauważył.

- Twoja przyjaciółka? Wezmę je. - Szybko podszedł i wziął

kwiaty  od  Cynthii  z  wdzięcznym  ukłonem.  Odwrócił  się,  po

dał je Daisy i wyprowadził ją ze sceny. - Wspaniała kobieta -

powiedział. - Ciekawe, czy lubi chili.

Kremowe  róże  w  ramionach  Daisy  były  piękne  i 

niewątpliwie  drogie,  ale  czuła  wstręt, patrząc  na nie.  Chciała 

się ich pozbyć. Nie rozumiała tego gestu, tak jak nie rozumiała 

Cynthii Hayes.

background image

- Wątpię  w  to.  -  Szybko  położyła  bukiet  na  stoliku  za

kulisami. - Wydaje mi się, że to prędzej typ lubiący cielęcinę

a la Orloff.

- Nie znasz jej?

- To była żona Jasona Hayesa.

- O!  W  takim  razie  chyba  nie  chcesz,  żeby  te  róże  stały  w

twojej garderobie.

Spojrzała na niego.

- Dlaczego tak mówisz?

- Widziałem zdjęcie w Journalu. Jesteś przejrzysta jak woda, 

Elizo  Doolittle.  -  Pocałował  ją  w  policzek.  -  I  tak  ci  już  nie

potrzeba  więcej  kwiatów.  Twoja  garderoba  wygląda  jak

ogród. Zauważyłem, że ktoś nawet przysłał ci butelkę wina.

Skinęła głową.

- "Roderer  Cristal".  Przynieśli  ją  tuż  przedtem,  zanim  wy

szłam  na  scenę.  Nie  wiem,  kto  ją  przysłał.  Nie  mogłam 

odczytać, co było napisane na kartce.

- W  takim  razie  to  pewnie Eric.  Jego  pismo  mogłoby 

doprowadzić  do  szału  każdego  grafologa.  Czy  mam  cię 

zawieźć na przyjęcie Erica, kiedy się przebiorę?

- Nie,  jestem  dosyć  zmęczona.  Myślę,  że  trochę  odpocznę,

nim się przebiorę. Jedź beze mnie.

- Dobrze.  -  Ruszył  korytarzem  w  stronę  swojej  garderoby,

idąc  żwawym  krokiem,  w  którym  odbijało  się  jego 

zadowolenie.  -  Chociaż  Bóg  jeden  wie,  jak  można  być 

zmęczonym w taki wieczór jak ten. Jesteśmy hitem!

Słaby uśmiech pojawił się na ustach Daisy, gdy szła wzdłuż 

korytarza.  Wiedziała,  jak  Kevin  się  czuje.  A  teraz,  kiedy 

pozbyła  się  tych  cholernych  róż,  ogarnęły  ją  jej  własna  radość  i 

oczekiwanie.

Jason był na widowni. Widział i słyszał, jak urzeczywistnia jego 

marzenia. A skoro był na widowni, na pewno wykona też następny 

krok i przyjdzie za kulisy.

Otworzyła  drzwi  garderoby  i  zmarszczyła  nos,  gdy  owiał  ją 

mocny zapach. Kevin miał rację. Kwiaty pachniały niesamowicie i 

pokój rzeczywiście przypominał ogród. No, ale romantyczne

background image

rendez-vous  w  ogrodzie  to  nie  taki  najgorszy  pomysł.  Miała 

już tło, potrzeba było jeszcze tylko kostiumu.

    Kostium,  który  wybrała,  był  białą  satynową  suknią, 

odsłaniająca  ramiona  i  podkreślającą  ich  kształt,  obcisłą  w 

pasie  i biodrach,  a  potem  rozszerzającą  się  w  szereg 

błyszczących halek,  jak  u  tancerki  flamenco.  Gorset 

uwypuklał zarys jej  piersi, a rozpuszczone włosy spływały jej 

na  ramiona,  przytrzymywane  jedynie  dwoma  grzebyczkami 

zdobnymi w klejnoty.

Kostium i tło. Ale gdzie mężczyzna? Wzięła głęboki oddech, 

usiłując się uspokoić. I co teraz? Wystrojona, a tu nikt tego nie 

widzi.  "Jason  przyjdzie"  -zapewniała  siebie  w  desperacji. 

Ubierała  się  najwyżej  dwadzieścia  minut,  a  reporterzy 

prawdopodobnie otoczyli go tuż po przedstawieniu.

Podeszła do toaletki, otworzyła butelkę  wina i nalała trochę 

do  kieliszka  stojącego  na  tacy.  Trzeba  jej  było  jak  najwięcej 

ciepła i odwagi. Jeżeli Jason nie...

Usłyszała pukanie do drzwi i pospiesznie odstawiła kieliszek 

na toaletkę. Przebiegła pokój i otworzyła drzwi.

- Jason, ciemny, silny, elegancki w biało-czarnym smokingu

stał w drzwiach.

- Cześć. - Z obrzydzeniem zauważyła, że mówi jak dziecko,

które nie może złapać tchu. - Wejdź, Jasonie.

Nie ruszył się. Stał tylko, patrząc na nią.

- Wyglądasz... - przerwał, odwracając wzrok od jej gładkich 

ramion wychylających z białej satyny sukni - prześlicznie.

- To  moja  pierwsza  suknia  na  zamówienie.  -  Zamknęła  za

nim drzwi. - Na przyjęcie Erica. Idziesz?

- Nie.

- Nie  wiem,  dlaczego  byłam  pewna,  że  taka  będzie  twoja

odpowiedź.  -  Przeszła  przez  pokój  i  podeszła  do  toaletki.  -

Chcesz  wina?  To  wyśmienity  rocznik.  To  jeden  z  moich 

premierowych prezentów.

background image

- Nie,  dziękuję  -  powiedział  Jason  z  wahaniem.  -  Jestem,

Daisy. Czego chcesz?

Z  pewnością  więcej  niż  na  razie  miała  odwagę  mu 

powiedzieć.

- Chcę,  żebyś  mi  powiedział,  że  jako  Desdemona  byłam

taka, jak chciałeś.

- To łatwe. Byłaś Desdemona. - Odwrócił od niej spojrzenie. 

-  Siedziałem  tam  na  widowni,  a  ty  krok  po  kroku  dawałaś

mi wszystko, czego oczekiwałem po tej roli, i jeszcze więcej.

Czy to tyle?

- Nie.  -  Odchrząknęła.  -  Ale  na  razie  poszło  ci  bardzo

dobrze.  Teraz  to  ważniejsze.  Chcę,  żebyś  mi  powiedział,  że

jestem wszystkim, czego chcesz w kobiecie.

Zamarł, a jego spojrzenie powróciło na jej twarz.

- Cóż spowodowało tę zmianę?

- Pieśń Charlie'ego.

- Wdzięczność.

- O  tak.  -  Uśmiechnęła  się  promiennie.  -  Jestem  bardzo

wdzięczna.

- No dobrze, powiedziałaś to. Ale to, co mówiłem Ericowi,

to prawda. Zrobiłem to dla Charlie'ego, a nie dla ciebie.

- Nie o to chodzi. Liczy się fakt, że w ogóle to zrobiłeś. - Jej

twarz  jaśniała  zapałem.  -  Nie  rozumiesz?  Trzeba  być 

niezwykłym  człowiekiem,  żeby  zadać  sobie  tyle  trudu  tylko 

po  to,  by  spełnić  ostatnie  życzenie  jakiegoś  faceta. 

Wiedziałam,  że  coś  tu  nie  gra,  że  pewno  nie  zrozumiałam 

tego, co było między nami.

- Nie  patrz  tak  na  mnie  -  powiedział  chrapliwie.  -  I  nie

próbuj robić ze mnie świętego. Zrobiłem tylko to, co chciałem

zrobić.

- Ale  to,  co  chciałeś  zrobić,  było  cudowne.  -  Zaśmiała  się  z

wahaniem. - I przez to ty też stajesz się cudowny.

- Akurat.

Wciągnęła powietrze i szybko powiedziała.

- Chcę, żebyś mi powiedział, że ci na mnie zależy.

background image

Oczywiście,  że  mi  na  tobie  zależy.  Kiedyś  byliśmy  ze

sobą,  zawsze  trudno  jest  pozbyć  się  bagażu  emocjonalnego,

kiedy to się koń...

- Nie  rób  tego.  -  Daisy  zacisnęła  dłonie  w  pięści.  -

Potrzebuję twojej pomocy.

Jason mruknął coś pod nosem i odwrócił się od niej.

- Chyba już nie mamy o czym rozmawiać. Podwieźć cię na

przyjęcie do Erica?

- Nie.  -  Odwróciła  się  na  krześle  i tępo  gapiła  się  w  swoje

 odbicie w lustrze. Wyglądała blado i była wykończona. Czuła

się  pokonana.  Miała  nadzieję  na  tak  wiele.  Może  się  myliła. 

Może  nie  zależało  mu  na  niej  w  żaden  trwały  sposób. 

Wyciągnęła  rękę  nie  patrząc,  podniosła  kieliszek  do  ust  i 

wypiła wino. - Chyba jednak nie pójdę na to przyjęcie.

- Ależ  oczywiście,  że  pójdziesz  -  powiedział  chrapliwie.  -

To noc twojego triumfu.

- Triumfu? - Cisnęła kieliszkiem o podłogę i odwróciła się,

by  na  niego  spojrzeć.  -  A  czemuż  ty  nie  triumfujesz?  Twój

sukces  jest  większy  od  mojego.  Po  jaką  cholerę  wracasz  do

Connecticut?

- Nie mogę... Co się, do diabła, dzieje?

Daisy  przerażona  zauważyła,  że  kręci  się  jej  w  głowie.  Nagle 

zrobiło się jej lodowato zimo i nie mogła złapać powietrza.

- Nie czuję się... - Spadła z taboretu. - Co się stało?

- Daisy!  -  Blada  twarz  Jasona  przepłynęła  nad  nią,  gdy

chwycił ją  w swe ramiona i przycisnął.  - Co... Mój Boże!  - Nie

patrzył na nią, ale  na coś, co stało na toaletce,  na butelkę  wina.

- To wino. Kto ci przysłał to pieprzone wino, Daisy?

Nie  mogła  odpowiedzieć,  gardło  miała  jak  zamrożone,  słowa 

wydobyły się z niej z rzężeniem.

- Nie  wiem...  Nie  mogłam  odczytać...  Bazgranina...

Po czym zapadła w lodowatą ciemność.

Było  jej  zimno.  Przeraźliwie  zimno.  Zwinęła  się  w  kłębek, 

żeby trochę się ogrzać.

background image

- Ci... - Udręczony głos Jasona. - Nie płacz. Nie zniosę tego.

Powiedz mi, co się dzieje. Powiedz, jak ci pomóc.

Nie zdawała sobie sprawy z tego, że płacze. Otworzyła oczy 

i zobaczyła nad sobą twarz Jasona.

- Zimno.

Natychmiast  dokładniej  owinął  ją  prześcieradłem.  Białe 

prześcieradła;  wykrochmalona,  sterylna  czystość.  Szpital.  No 

tak, jest chora...

- Lepiej? - chrapliwie zapytał Jason.

Biedny  Jason.  Oczy  mu  błyszczały,  twarz  wyglądała  na 

udręczoną.  Jakże  mu chciała  pomóc.  Wyglądał  tak  samotnie. 

Był  tak  samotny.  Dlaczego  nigdy  nie  zdawała  sobie  sprawy, 

jak przeraźliwie był samotny?

- Nie - szepnęła. - Obejmij mnie.

Jego dłoń delikatnie głaskała  jej  gęste włosy rozrzucone  na 

poduszce.

- Nie powinienem... Masz spad. 

Potrząsnęła głową i wyciągnęła do niego ręce.

- Obejmij mnie.

Wstał  i  wśliznął  się  na  wąskie  szpitalne  łóżko  obok  niej, 

trzymając ją  mocno  w ramionach. Jej  włosy znalazły się pod 

jego  ramieniem,  a  jego  policzek  opierał  się  o  jej  policzek. 

Wtedy,  zdumiona,  poczuła  na  swojej  skroni  coś  ciepłego  i 

mokrego.

- Nie  -  szepnęła,  obejmując  go  opiekuńczo.  -  Nie  bądź

smutny. Zaopiekuję się... tobą.

- Tak?  -  Głos  jego  brzmiał niepewnie, a  usta  zacisnęły  się.

- To chyba powinno być moje zadanie, kochanie. - Jego wargi

musnęły  jej  policzek.  -  Nie  przejmuj  się,  zaśnij.  Wszystko

będzie dobrze.

Chciała  mu  powiedzieć,  że  musi  się  przejmować,  jeżeli  on 

ma kłopoty. Czy on  nie  wie, że na tym polega  miłość? Może 

nie wiedział. Był ostrożny i samotny. W swoim zmartwieniu i 

niepokoju  nie  zdawał  sobie  sprawy,  jak  smutny był  w  swojej 

samotności.

background image

- Zostań ze mną - wyszeptała. Była zbyt zmęczona, by teraz

mu pomagać, ale jak tylko się obudzi, zajmie się nim...

- Zostanę - powiedział cicho. - Zostanę, kochanie.

Jason  poszedł  i  kiedy  znowu  otworzyła  oczy,  Eric  siedział 

na krześle obok jej łóżka. Ogarnęło ją rozczarowanie.

- W porządku. - Eric szybko pochylił się i chwycił ją z rękę.

- Nie bój się.

- Dlaczego  miałabym  się  bać?  -  Miała  sucho  w  gardle  i

pusto  w  żołądku.  Poza  tym czuła  się dobrze.  Potem przyszło

jej  coś  na  myśl  i  spojrzała  na  twarz  Erica.  -  Z  Jasonem 

wszystko w porządku?

Eric skinął głową.

- To ty miałaś pompowany żołądek.

To  dlatego  miała  takie  dziwne  uczucie  w  brzuchu  i  takie 

obolałe gardło. Sięgnęła ręką  i masowała skroń, przypomina-

jąc sobie ostatnie chwile, nim zemdlała.

Wino... było niedobre.

Wino było zatrute.

Daisy ponownie spojrzała na Erica.

- Zatrute!

Skinął głową.

- Masz  szczęście,  że  tylko  tyle  wypiłaś.  Jeszcze  trochę  i

Jason nie byłby w stanie nic zrobić.

- Nie rozumiem. - Zwilżyła wargi językiem. - Kevin myślał,

że to ty przysłałeś mi wino.

Zamrugał oczami.

- O  Boże,  nie.  To  Cynthia.  Raz  popełniła  błąd.  Ponieważ

byłaś chowana  w Europie, wiedziała, że będziesz się znała na

winach, więc musiała wybrać takie, które na pewno cię skusi.

Ta  marka i  rocznik  były  na  tyle  rzadkie,  że  policja  bez  trudu

wyśledziła, kto je kupił.

Zdumiona potrząsnęła głową.

- Dlaczego? Przecież ja jej nawet nie znam.

- Niestety,  uznała,  że  stoisz  jej  na drodze.  Dla  niej  tylko  to

się liczy.

background image

Spojrzała na niego nieprzytomnie.

- Przecież to szaleństwo.

- Niewątpliwie - odpowiedział po prostu.

- Czy ona jest niezrównoważona psychicznie?

Skinął głową.

- Ale nie tak, by dało się to wykryć w jakiś sposób. Jest tym,

co  psychologiczne  książki  określają  mianem  "socjopatka".

Jest kompletnie pozbawiona zrozumienia czy współczucia dla

cierpień  innych.  Wszystko,  co  dostrzega,  to  tylko  jej  własne

uczucia. - Przerwał na moment. - I nie posiada sumienia.

- Z tego, co mówisz, wygląda na jakiegoś potwora.

- O,  jest  nim.  -  Gorzko  się  uśmiechnął.  -  Bardzo  sprytnym

potworem.  Uosobienie  złego  ziarna.  Kiedy  zaczęła  sobie 

zdawać  sprawę  z  tego,  że  różni  się  od  innych  ludzi,  zaczęła

studiować  wszystkie  książki  na  temat  nienormalnych 

zachowań, żeby zyskać informacje, które mogła wykorzystać, 

żeby się chronić. Miała zamiar robić dokładnie to, na co miała

ochotę  i  nie  płacić  za  to  żadnej  ceny.  Ale  żeby  móc  tak

postępować,  musiała  wiedzieć,  co  jest  uważane  za 

nienormalne  w  normalnym  świecie.  Cynthii  dawano  stosy 

psychologicznych  testów  do  zrobienia  i  wychodziła  z  nich 

czysta  jak  przysłowiowa  łza.  Jak  już  powiedziałem,  jest 

niezwykle sprytnym i inteligentnym potworem. - Uścisnął jej 

dłoń. - Dlatego usiłowaliśmy cię chronić.

Usiadła  na  łóżku,  wpatrując  się  w  niego  w  osłupieniu, 

podczas  gdy  kawałki  łamigłówki  zaczęły  układać  się  w 

logiczną całość.

- Wszyscy  okłamywaliście  mnie.  Nie  chodziło  wam  wcale

o reporterów.

- Jason  nie  chciał  cię  martwić.  Uważał,  że  dość  masz 

problemów  z  próbami.  -  Wzruszył  ramionami.  -  Więc 

postanowiliśmy cię ochraniać bez twojej wiedzy.

- Obydwaj  traktowaliście  mnie  jak  bezradną  idiotkę.  -

Potrząsnęła głową. - Może i byłam idiotką, zaślepioną idiotką.

Czy  nie  wydaje  ci  się,  że  już  najwyższa  pora,  żeby  mi 

powiedzieć, o co tu w ogóle chodzi?

background image

- Dlatego Jason kazał mi tu przyjść. Co chcesz wiedzieć?

- Wszystko - powiedziała ostro. - Zacznij od początku.

- Mój  ojciec  ożenił  się  z  matką  Cynthii,  kiedy  Cynthia

miała szesnaście lat..

- Nie tak daleko. Chodziło mi...

- Powiedziałaś  od  początku.  W  tym  momencie  sprawa 

zaczęła się dla Jasona. Jason ożenił się z tym potworem, kiedy

był  jeszcze  chłopcem.  Jak  musiało  wyglądać  jego  życie  po

popełnieniu takiego błędu?

- Masz rację. Mów dalej.

Eric zaczął na nowo:

- Jason  był  wtedy  inny.  -  Jego  usta  wykrzywiły  się.  -  Nie

możesz  zdawać  sobie  sprawy,  jak  bardzo.  Oczywiście,  był

pochłonięty muzyką, ale był bardziej otwarty, ufny. Sięgał po

życie. Właśnie dostał stypendium z Julliard School of Music i

był  przepełniony  radością.  -  Przerwał.  -  Wtedy  pojawiła  się

Cynthia.  Była  jeszcze  piękniejsza  niż  obecnie.  Młodsza  i 

zdawało się, że także bardziej wrażliwa. - Jego usta zacisnęły 

się. - I cholernie dobra aktorka. Nigdy nie wychodziła z roli.

Zawsze  łagodna,  krucha,  mała  siostrzyczka.  Na  mnie  nigdy

nie zwracała specjalnej uwagi, ale przywiązała się do Jasona i

nie opuszczała go na krok.

- Nie mogę sobie wyobrazić Jasona znoszącego to wszystko.

- Powiedziałem ci, że był wtedy inny. - Zmarszczył brwi. -

Jest coś, co musisz zrozumieć, jeśli chodzi o Jasona. Jednym z

głównych  motywów  jego  działania  jest  chęć  chronienia. 

Cynthia uchwyciła się tego od razu i wykorzystała to.

- Zakochał się w niej?

Potrząsnął głową.

- Za  bardzo  był  zakochany  w  swojej  muzyce,  a  poza  tym

Cynthia spieprzyła sprawę. Tak długo grała na jego instynkcie

opiekuńczym,  że  jak  postanowiła  się  z  nim  przespać,  on 

uważał  ją  za  małą  siostrzyczkę  i  uznałby  stosunek  za 

cudzołóstwo.

- Ale ożenił się z nią.

background image

- Ponieważ  zaszła  w  ciążę  -  powiedział  bez  wyrazu.  -

Przyszła do Jasona, płacząc na temat tego debila, który zrobił

jej dziecko i ją zostawił.

- Kłamała?

- Nie,  nie  całkiem.  Cynthia  zawsze  zachowywała  pozory.

Była rzeczywiście w ciąży, ale Bóg jeden wie, kto był ojcem.

Przekonała  Jasona,  że  się zabije,  jeżeli  rodzice  dowiedzą  się,

że jest w ciąży. - Jego usta skrzywiły się z goryczą. - To było

sprytne  pociągnięcie.  Jason  zdawał  sobie  sprawę,  że  skandal

zrani  nie  tylko  ją,  ale  całą  rodzinę,  więc  podjął  środki 

zaradcze. Powiedział wszystkim, że dziecko jest jego i uciekł 

z Cynthią.

- Cóż  za  romantyczny  gest  w  dzisiejszym  świecie  -

mruknęła.

- Ale  pasuje  do  Jasona  takiego,  jakim  był  wtedy.  Pracował

w dzień i w nocy, żeby utrzymać ich obydwoje i do tego dalej

móc  studiować  w  Julliard.  Cynthia  urodziła  córeczkę  i 

nazwała ją Dana. Jason miał bzika na punkcie tego dzieciaka. 

–  Eric  przerwał.  -  Zbyt  wielkiego  bzika.  Cynthia  zaczęła 

nienawidzić Dany.

- Swojej własnej córki?

- Dana  była  narzędziem,  które  posłużyło  celowi,  a 

niemowlęta  bywają  kłopotliwe  i  brudne.  -  Spojrzał  na  dłoń 

Daisy,  którą  nadal  trzymał.  -  Dziecko  spadło  ze  schodów  i 

zabiło się, kiedy miało dwa lata.

- Nie.  -  Daisy  otworzyła  szeroko  oczy.  -  Czy  chcesz 

powiedzieć, że...

Skinął głową.

- Cynthia wyglądała na załamaną, a Jason omal nie postradał 

zmysłów  z  rozpaczy.  Nikt  nie  podejrzewał,  że  ta  śmierć  nie

była wypadkiem.

- Nie  mogę  w  to  uwierzyć.  -  Daisy  było  niedobrze.  -  Nikt

nie  może  zabić  bezbronnego  dziecka.  Może  to  był  wypadek.

Nie mogłaby...

- Cynthia  sama  się  przyznała  -  przerwał  jej  Eric.  -  Kilka

miesięcy po śmierci dziecka małżeństwo się rozpadło. Jason

background image

nie  miał  już  powodu,  by  zostać,  i  chciał  zostawić  Cynthię. 

Wpadła  w  szał  i  powiedziała  mu,  że  zabiła  dziecko,  bo  była

zazdrosna o uwagę, jaką Jason mu poświęcał.

- I co on zrobił? - wyszeptała.

Eric wykrzywił wargi.

- Jak  obydwoje  wiemy,  Jason  nie  jest  zbyt  spokojny  z

natury.  Gdyby  nie  uciekła  z  mieszkania,  chyba  zabił  ją. 

Zamiast  tego  poszedł  na  policję.  -  Spochmurniał.  –

Przesłuchali Cynthię, ale przekonała ich, że Jason ma do niej 

żal, ponieważ rozwodzi się z  nim. Potem chciał ją  wysłać do 

szpitala  psychiatrycznego,  ale  po  dwóch  tygodniach  badań 

psychiatrzy zwolnili ją jako zupełnie zdrową.

- Nie!

- Znała  wszystkie  pytania  i  odpowiedzi.  Była  tak 

przekonująca,  że  zanim  wyszła  ze  szpitala,  wysłali  raport  do 

policji,  że  to  Jason  może  być  niezrównoważony  i 

prawdopodobnie cierpi na manię prześladowczą.

- Wielki Boże! - krzyknęła Daisy. - No i co zrobił?

- Cóż  mógł  zrobić?  Mógł  albo  zabić  Cynthię  i  zostać 

oskarżony o morderstwo, albo próbować żyć dalej. Nie było to

łatwe.  Cynthia  śledziła  jego  kroki,  błagając  go,  by  do  niej

wrócił.  Bez  względu  na  to,  jak  ją  odtrącał,  nie  wierzyła,  że

naprawdę  tak  myśli.  Przeprowadził  się  do  Kalifornii  i 

próbował  ukryć  się.  Odnalazła  go.  -  Przerwał.  -  I  wtedy 

zaczęły się wypadki.

- Wypadki?

- Miał  jamnika,  którego  kochał.  Pies  zeżarł  trutkę  na 

szczury. Hamulec  w samochodzie jego sekretarki zepsuł się i 

spadła z klifowego wybrzeża. Była w szpitalu ponad rok. Jego 

najlepszy  przyjaciel  miał  wypadek,  płynąc  łodzią  i  utonął.  Z 

początku Jason myślał, że ma takiego pecha. Za każdym razem,

kiedy  się  do  kogoś  przyzwyczajał,  ten  ktoś  albo  doznawał

poważnych  obrażeń,  albo  ginął  śmiercią  tragiczną.  Wtedy 

stopniowo zrozumiał, co się dzieje.

- Poszedł na policję?

background image

- Wypadki. Mówiłem ci, że  jest sprytna.  Za każdym razem,

kiedy szedł na policję, ten cholerny raport wypływał na światło 

dzienne  obwieszczając,  że  jest  potencjalnym  paranoikiem.

Odcięła  go  od  wszystkiego,  na  czym  mu  zależało.  Gdyby  to

dotyczyło  tylko  niego,  poradziłby  sobie  z  tym.  Ale  nie  mógł

ryzykować i narażać kogoś, na kim mu zależało. - Położył rękę

na  piersi.  -  Nawet  mnie.  Ostatecznie  kupił  kawał  ziemi  w

Connecticut,  wybudował  Eaglesmount  i  poświęcił  się 

całkowicie pracy.

- Nie  mogę  w to  uwierzyć. Żył  w koszmarze przez  tyle lat.

Dlaczego  ktoś  mu  nie  pomógł? -  Popatrzyła  na  Erica 

oskarżycielsko. - Dlaczego ty mu nie pomogłeś?

- Mówiłem  ci,  jaki  jest  opiekuńczy.  Usiłowałem  go 

przekonać, że nie przejmuję się ryzykiem.  - Zarumienił się.  –

Ale potem poznałem Peg, przyszły dzieciaki i...

- Więc  pozwoliliście  mu  zostać  w  więzieniu.  Pozwoliliście,

żeby ta kobieta...

- Nie  wiedziałem,  co  innego  mogę  zrobić.  Nie  mogłem

pozwolić, żeby Peg coś się stało.

- A on nie mógł pozwolić, by cokolwiek stało się tobie albo

komukolwiek  z  jego  otoczenia.  Sytuacja  bez  wyjścia.  -

Spojrzała  na  niego  z  niedowierzaniem.  -  Wszyscy 

pozwoliliście się jej terroryzować.

Jego usta zacisnęły się.

- Mam ci przypominać, że o mało cię nie zabiła?

- I co Jason z tym zrobi?

- Poszedł  na  policję  i  tym  razem  znaleźli  ślad  prowadzący

do  Cynthii.  Wino.  -  Przerwał. -  A  potem  poszedł  szukać 

Cynthii.  Zniknęła,  ale  Jason  i  policja  szukają  jej  teraz. 

Powiedział, żebyś się nie martwiła. Mam cię zabrać do domu i 

trzymać pod kloszem, dopóki jej nie znajdzie.

- Nie. 

- Co?

- Nie  mam  zamiaru  chować  się  przed  tą...  tą  tarantulą  -

powiedziała bezbarwnie. - Mam dzisiaj przedstawienie.

- Masz dublerkę.

background image

- To moja rola.

- Nie jesteś na tyle zdrowa, by dzisiaj wystąpić.

- Zobaczymy.  Desdemona  była  delikatna.  Może  to  nawet

poprawić moją charakteryzację.

- Nie mogę ci na to pozwolić. Jason by mnie zabił, gdybym

pozwolił ci się narażać.

- No  to  musisz  podjąć  to  ryzyko.  Już  pora,  żeby  ktoś  poza

Jasonem  to  robił.  -  Odrzuciła  prześcieradła  i spuściła  nogi  na

podłogę.  -  Nie  pozwolę  Jasonowi,  by  wybudował  dla  mnie

Eaglesmount i mnie w nim ukrył i nie pozwolę jemu dalej tak

żyć.

- A co masz zamiar zrobić?

- Najpierw  wychodzę  stąd  i  jadę  do  teatru.  Mogę  tutaj 

wypoczywać,  aż  będzie  pora  się  zbierać.  Ty  możesz  albo  mi 

pomóc, albo pozwolić mi jechać samej.

- Jesteś słaba jak nowo narodzony kodak.

- Jestem silniejsza niż ci się wydaje.

- Tak. - Przyjrzał się jej dokładnie. - Chyba rzeczywiście.

- Pomożesz mi?

- A  mam  jakiś  wybór?  -  zapytał  smutno  Eric.  -  Nie  mogę

dopuścić, żebyś zemdlała po drodze do teatru.

- Nie zemdleję. - Zacięła stanowczo wargi. - Wtedy ta żmija

by zwyciężyła, a ona nie wygra już żadnej bitwy.

background image

9

Tego  wieczoru  Jason  był  w  garderobie,  kiedy  weszła  do 

pokoju.

- Dobrze się czujesz?

- Poza tym, że czuję się jak  wykręcona szmata, to  nieźle.  -

Podeszła  do  toaletki  i  usiadła.  -  Nie  wydaje  mi  się,  żeby

przedstawienie na tym ucierpiało.

- Gówno  mi  zależy  na  przedstawieniu.  -  Oparł  ręce  na  jej

ramionach. - Nie mogłem uwierzyć, kiedy Eric mi powiedział,

że jesteś dzisiaj na scenie. Zrobiłaś z siebie jeden wielki cel.

- Eric  powiedział,  że  jest  sprytna.  Nie  sądziłam,  by  mogła

do mnie celować, kiedy jestem na scenie. Znalazłeś ją?

- Nie, ale ciągle szukam...

- Dobrze.  -  Zaczęła  zmywać  makijaż  z  twarzy.  -  Sądzę,  że

musimy  działać  bardziej  agresywnie.  Jeżeli  nie  pozwoli  nam

się odnaleźć, to musimy ją wywabić z kryjówki. - Spojrzała na

jego  odbicie  w  lustrze.  -  A  tego  nie  uda  nam  się  dokonać,

ukrywając mnie na Long Island.

- Naprawdę?  -  Ręce  Jasona  zacisnęły  się  na  jej  ramionach.

- Nie mogę się doczekać, aż ujawnisz swój mistrzowski plan.

- Żaden  mistrzowski  plan.  Po  prostu  zamierzam prowadzić

normalne życie i pozwolić jej przyjść do mnie.

- Przynęta  -  powiedział  chrapliwie.  -  Prędzej  szlag  mnie

trafi, nim ci pozwolę to zrobić. Ty jej nie znasz. To...

- Wiem,  że  to  potwór  i  że  uczyniła  twoje  życie  piekłem.  -

Napotkała jego wzrok w lustrze. - I wiem, że już jej dłużej nie

pozwolę tego robić. Chcę, żeby poszła za kratki, tam gdzie jej

miejsce i chcę, żebyś ty był wolny.

- Toczę  tę  bitwę,  od  kiedy  skończyłem  dwadzieścia  lat.  Nie

wsadzą jej do więzienia bez niepodważalnych dowodów.

- Mamy butelkę wina.

- To znaczy, że mamy szansę. Potrzeba nam więcej dowodów.

Wzruszyła ramionami.

- Więc będziemy mieć więcej dowodów.

background image

- Zostaw to mnie. Ona cię zabije. - Jego twarz była blada. -

Prawie to wczoraj w nocy zrobiła.

- Bo nie byłam czujna.

- To  nie  ma  znaczenia.  Nie  wiesz,  jaka  ona  jest.  To...  -

Przerwał, szukając słowa. - Nie mogę cię stracić.

- Nie  masz  mnie.  -  Wstała  i  podeszła  do  szafy.  - I  nie

będziesz  mnie  miał, dopóki się nie pozbędziemy tego  pytona

wyduszającego z ciebie życie.

- Nie pozwolę ci tego zrobić, Daisy.

- Ależ  pozwolisz.  -  Uśmiechnęła  się  do  niego  czule  przez

ramię,  sięgając  po  wieszak,  na  którym  wisiały  jej  spodnie  i

bluzka.  -  Nie  masz  wyjścia.  To  moje  życie  i  mam  zamiar

zrobić z nim to, co uważam za stosowne.

Ręce  zacisnął  w  pięści,  zanim  obrócił  się  i  podszedł  do 

drzwi. - Nie, jeżeli naprawdę ją znajdę.

- Co możesz zrobić, jak ją odnajdziesz?

- To, co powinienem był zrobić, kiedy się dowiedziałem, co

ona zrobiła z dzieckiem.

- I sam zostaniesz mordercą? Jego twarz wykrzywiła się.

- Nie pozwolę ci umrzeć.

Zatrzasnął za sobą drzwi.

Sam  czekał  na  nią  w  hallu,  kiedy  dziesięć  minut  później 

wyszła z garderoby. Karcąco pokiwał do niej głową.

Jednego  dnia  połykasz  truciznę, a  następnego  jesteś  znowu 

na  scenie,  wołając  ją  jak  syrena,  żeby  przyszła  i  dostała  cię

w swoje ręce. Niezbyt mądrze, Daisy. Masz wielkie serce, ale

nie można powiedzieć wiele dobrego o twoim rozumie.

- Przypuszczam,  że  kazano  ci  koczować  przed  moim 

mieszkaniem?

Potrząsnął głową.

- W twoim mieszkaniu.

- Mam tylko jedno łóżko.

- Nic  nie  szkodzi.  Przywiozłem  śpiwór.  Jason  mówi,  że  od

tej pory mam się ciebie trzymać jak rzep.

Daisy skinęła głową.

background image

- Nie  będę  się  kłócić.  Mam  poważny  zamiar  dożyć 

sędziwego  wieku  i  cieszyć  się  każdą  chwilą.  -  Spojrzała  na 

niego kątem oka. - Czy wiesz o Cynthii Hayes?

- Jasne,  Jason  mi  o  niej  opowiedział,  kiedy  mnie 

wynajmował.  Myślał,  że  ona  może  stanowić  dla  mnie 

zagrożenie,  jeżeli  przyjmę  tę  pracę.  -  Zaśmiał  się.  -  Ale 

wiedział, że ja sobie z tą suką poradzę.

- Chcę się jej pozbyć.

- Najwyższy czas.

-

Pomożesz mi?

Poważnie skinął głową.

- Jason  jest  moim  przyjacielem.  Znajdź  sposób  na 

stłamszenie jej, a ja się już resztą zajmę.

Uśmiechnęła się.

- Dobrze wiedzieć.

- To kiedy zaczynamy?

- Nie  dzisiaj.  Jestem  jeszcze  za  słaba  i  roztrzęsiona.  -

Otworzyła drzwi. - Wystarczy jutro po przedstawieniu.

Sam nacisnął szyfr na tablicy rozdzielczej i brama otworzyła 

się.

- Lepiej się postaraj, żeby dobrze poszło. Możemy nie mieć

drugiej takiej okazji. Jason może mi wsadzić dupę do gipsu za

to, że cię tutaj przywiozłem.

Przejechał przez bramę i w górę, długim, krętym podjazdem 

w Eaglesmount.

Daisy  spojrzała  na  spokojny  dwór  z  czerwonej  cegły, 

porośnięty dzikim winem, który przypominał jej starą, wiejską 

posiadłość w Anglii. Była zdumiona bezczasowym pięknem i 

spokojem tego miejsca. Chyba wyobrażała sobie Eaglesmount 

jako  dom  równie  ponury  i  pełen  melancholii  jak  dom 

Usherów.

- Jesteś pewny, że jest w domu?

Sam skinął głową.

- Zadzwonił do  mnie do  teatru, kiedy byłaś  na scenie, żeby

sprawdzić, czy wszystko z tobą w porządku.

background image

- Gdzie go znajdę?

- Zapewne  w  pokoju  muzycznym.  Spędza  tam  większość

czasu.  Jak  wejdziesz  do  hallu,  to  drugie  drzwi  po  lewej 

stronie. - Sam zatrzymał samochód przed głównym wejściem. 

– Szyfr do otwarcia drzwi to cztery-dwanaście-jeden.

- Dzięki,  Sam. - Wysiadając z limuzyny, Daisy owinęła  się

peleryną. - Nie martw się, wszystko będzie dobrze.

- Jadę  do  siebie.  Jak  będziesz  mnie  potrzebowała,  to  za

dzwoń.

Chodziło mu o to, żeby zrobiła tak w wypadku, kiedy Jason 

weźmie ją za ucho i wyrzuci. Ale nie miała zamiaru pozwolić, 

żeby tak się stało.

- Nie będziesz mi potrzebny.

Pomachała  ręką,  zamknęła  drzwi,  po  czym  weszła  po 

schodach  i  nacisnęła  szyfr  na  tablicy  obok  rzeźbionych, 

mahoniowych drzwi.

Drzwi otworzyły się i weszła do hallu. Ponownie otoczyło ją 

piękno  i  elegancja.  Wdzięcznie  wijąca  się  klatka  schodowa 

wychodziła  z  wspaniale  zaprojektowanego  hallu,  w  którym 

wypolerowane  białe  i czarne  kafelki błyszczały pod  pięknym 

kryształowym  kandelabrem.  Ze  współczuciem  uświadomiła 

sobie,  że  nie  powinna  się  dziwić.  Cynthia  Hayes  zmusiła 

Jasona, by  uczynił  z  tego  domu  swój  raj,  a  ponieważ  w jego 

naturze  leżało  tworzenie  piękna,  zrobił  z  Eaglesmount 

niezwykły dom.

Drugie  drzwi  po  lewej  stronie.  Wzięła  głęboki  oddech  i 

przeszła  po  błyszczących  białych  i  czarnych  kwadratach  w 

kierunku pokoju muzycznego.

Jason  siedział  przy  Steinwayu  po  drugiej  stronie  pokoju, 

zapisując  coś  na papierze  nutowym leżącym przed  nim. Jego 

ciemne  włosy  bardziej  niż  zwykle  błyszczały  w  świetle 

kandelabru.  Ubrany  w  popielate  sztruksowe  spodnie  i  czarną 

koszulę  wydawał się zupełnie nie pasować do  tego uroczego, 

staroświeckiego domu. Wyglądał bezwzględnie seksownie... i 

samotnie. Jego samotność wywołała w Daisy uczucie miłości i 

współczucia, które przezwyciężyły jej zdenerwowanie.

background image

- Nad czym pracujesz?

Zesztywniał, po czym obrócił się i spojrzał na nią.

- Co ty tutaj robisz?

- Sam mnie przywiózł. - Zamknęła drzwi za sobą i podeszła

do  niego, szeleszcząc  białą,  satynową  pelerynką. - Czy to  do

nowej sztuki?

- Tak. Uśmiechnęła się.

- A czy jest w niej rola dla mnie?

- Nie wiem. - Zmarszczył brwi. - Nie powinnaś tutaj być.

- Nie da  się ukryć, że trudno się tu do  ciebie dostać.  Takie

środki  bezpieczeństwa!  -  Zatrzymała  się  na  środku  pokoju.  -

No, ale jestem i nie mam zamiaru dać się stąd wyrzucić.

Wstał i podszedł do niej.

- Jeszcze nie znalazłem Cynthii. Pracują dla mnie detektywi, 

usiłując  ją  zlokalizować,  ale  musisz  trzymać  się  ode  mnie

z daleka do czasu, gdy...

- Ani  mi  się  śni!  -  Obróciła  się  dookoła,  a  biała,  satynowa

pelerynka falowała i lśniła w świetle kandelabru. - Czy to nie

wspaniała  peleryna?  Pasuje  do  tej  sukni,  którą  miałam  na

sobie, gdy ten wąż podrzucił mi butelczynę.

Był zdumiony zmianą tematu.

- Piękna.

- Myślałam, że ci się spodoba. Suknia musiała iść do pralni

po moim pobycie w szpitalu, ale peleryna jest na tyle piękna,

że można ją nosić samą.

Niecierpliwie zlekceważył temat peleryny.

- Ponieważ  nie  chcesz  iść  do  Erica,  wynająłem  dwóch

ludzi,  żeby  cię  strzegli  w  twoim  mieszkaniu  dzień  i  noc,  a

Sam...

- Jest bardzo  słodki. Wiesz, on cię bardzo  lubi i podziwia. -

Przechyliła  głowę  do  tyłu  i  spojrzała  w  sufit.  -  To  śliczny

pokój. Te freski na suficie są wspaniałe.

- Czy ty mnie słuchasz, Daisy?

- Tak, słucham. - Opadła na dużą sofę naprzeciw fortepianu, 

obitą błękitnym aksamitem. - Jestem pewna, że wszystko, co

background image

zrobiłeś,  żeby  zapewnić  mi  bezpieczeństwo,  jest  ogromnie 

profesjonalne. - Czule uśmiechnęła się do niego. - I szkoda, że 

zorganizowanie  tego  wszystkiego  kosztowało  cię  tyle 

wysiłku. Nigdzie się stąd nie ruszam, Jasonie.

- Nie rozumiem.

- Zostaję  tutaj  z  tobą.  Moje  walizki  są  w  bagażniku 

limuzyny.  Sam  postanowił  ich  tutaj  nie  wnosić,  dopóki  nie 

udzielisz mu swego przyzwolenia.

- Którego nie dostanie.

-

Dlaczego  nie?  Nie  myślisz  logicznie.  Środki 

bezpieczeństwa  tutaj  są  lepsze  niż  u  Erica  albo  u  mnie.  Sam 

może mnie wozić do teatru i z powrotem, a my...

- Do  diabła,  to  jest  zbyt  niebezpieczne.  Jak  myślisz, 

dlaczego nie byłem dzisiaj w teatrze?

- Bo bałeś się być blisko mnie - powiedziała łagodnie. - Nie

chcesz,  żebym  była  blisko  ciebie,  bo  ludziom,  na  których  ci

zależy, zawsze coś się przytrafia. Czy nie widzisz, że masz już

na tym punkcie fobię?

- Cynthia  to  nie  jest  fobia,  ona  jest  śmiertelnym 

zagrożeniem.

- Takim, któremu chcę stawić czoła.

- Myślisz,  że  tego  nie  wiem?  -  zapytał  chrapliwie.  -  Od

chwili, kiedy się poznaliśmy, zdaję sobie sprawę z tego, jaka

jesteś  wspaniałomyślna.  Wiem,  że  podjęłabyś  każde  ryzyko

dla kogoś, na kim ci zależy.

- Więc  próbowałeś  trzymać  mnie  na  dystans.  -  Potrząsnęła

głową.  -  To  nie  wspaniałomyślność.  Jestem  egoistką.  Ta 

mordercza  wiedźma  usiłuje  zrujnować  moje  życie,  a  ja  nie 

pozwolę,  żeby  jej  to  uszło  na  sucho.  -  Przerwała,  po  czym 

mówiła  dalej.  -  I  przez  nią  mężczyzna,  którego  kocham, 

przechodzi piekło przez większość swojego dorosłego życia. -

Widziała,  że  jest  spięty  i  blado  się  uśmiecha.  -  Przykro  mi, 

jeżeli  nie  chcesz,  żebym  to  mówiła,  ale  ja  naprawdę  cię 

kocham, Jasonie.

- Bóg  jeden  wie,  czemu.  Powiedziałem,  że  jesteś 

wspaniałomyślna.

background image

- A  ty  kochasz  mnie.  -  Patrzyła  na  niego  z  litością,  gdyż

wpatrywał  się  w  nią  z  udręczonym  wyrazem  twarzy,  który

wykrzywiał  jego  rysy.  -  Dlaczego  mi  tego  nie  powiesz, 

Jasonie? Ten kandelabr nie spadnie na mnie tylko dlatego, że

powiesz  mi,  że  mnie  kochasz.  To  Cynthia,  a  nie  los, 

spowodowała nasze problemy.

- Zdaję sobie z tego sprawę.

- Ale to trwa już tak długo,  że przestałeś  wierzyć. - Wstała

i wyciągnęła do niego rękę. - No więc, nadeszła pora, żebyś to

zrobił. Siadaj.

- Co?

Popchnęła go na sofę, z której właśnie wstała i cofnęła się.

- Muszę  cię  przekonać,  jaki  to  dobry  pomysł,  żebym  tutaj

została.

- I jak chcesz tego dokonać?

- Posiadam  tylko  jeden  rodzaj  broni,  która  jest  w  stanie

zmienić  istniejący  stan  rzeczy.  -  Rozpięła  trzy  ozdobione 

klejnotami zapinki  u góry peleryny. -  Ale to taka broń,  którą

obydwoje  lubimy  się  posługiwać.  -  Zrzucona  peleryna 

utworzyła na dywanie jedwabną plamę.

Zignorowała  fakt,  że  głęboko  wciągnął  powietrze.  Usiadła 

mu  na  kolanach,  opasując  go  nogami,  a  kolana  opierając  na 

poduszkach, znajdujących się po obu stronach jego ud.

- Myślę,  że  zaniedbałeś  moje  wykształcenie.  Nigdy  nie

kochałam się w pokoju muzycznym.

- Jesteś naga.

- Nie. - Sięgnęła ręką i zdjęła z nóg szpilki, po czym rzuciła

je  na  podłogę.  -  Teraz  jestem  naga.  -  Mrugnęła  do  niego.  -

Mówiłam ci, że peleryna jest tak dobra, że można ją nosić bez

niczego.

- Nie  rób  mi  tego,  Daisy  -  powiedział  chrapliwie.  -  Nie

mogę tego znieść.

- A ja mogę. - Pochyliła się ku przodowi i zaczęła rozpinać

jego koszulę. - Wszystko. Raz za razem. - Przytuliła się swymi

nagimi  piersiami  do  włosów  pokrywających  jego  klatkę 

piersiową  i  poczuła  dreszcz  przebiegający  jego  ciało.  -  Jak 

dobrze wiesz. - Słyszała nierówne bicie jego serca.

background image

Położyła policzek  na jego  ramieniu.  - Powiedz mi, że  mnie 

kochasz - szepnęła.

- Daisy...

- No,  dobrze.  Nie  teraz.  -  Przycisnęła  wargi  do  zagłębienia

w jego szyi. - Później.

- Zejdź... ze mnie!

- Dlaczego?  -  Ocierała  się  o  niego.  Gorąca  fala  między  jej

udami  stawała  się  bolesną  pustką.  -  Podoba  ci  się,  że  tu 

jestem. Widzę to.

- To tylko seks.

- Seks  jest  częścią  miłości.  -  Jej  oczy  nagle  napełniły  się

łzami, gdy spojrzała na niego.  - Czy nie widzisz, jakie to dla

mnie trudne? Ale Charlie kazał mi sięgać po szczęście i muszę

to robić. Zawsze byłeś dla mnie szczęściem. Zawsze będziesz.

-  Zwilżyła  wargi  językiem.  -  To już  tak dawno, Jasonie.  Tak

cię potrzebuję.

- Naprawdę?  -  Patrzył  na  nią  przez  chwilę  w  milczeniu,

wyciągnął  rękę  i  delikatnie  gładził  jasne  włosy  opadające  na

jej skroń. - Daisy...

Potem  niezdarnie  zaczął  zrzucać  z  siebie  ubranie. 

Odpowiednio  ją  ustawił,  patrząc  na  nią  i  równocześnie 

nasuwając ją powoli na siebie.

Krzyknęła i przygryzła dolną wargę.

Jego  ramiona  przycisnęły  ją  mocno,  tak  że  nie  mogła 

oddychać.  Było  to  uczucie  nieopisanie  pełne,  odważne, 

gorące,  pulsujące.  Poruszał  nią,  unosząc  pierś  i  próbując 

wciągnąć powietrze.

- To  ja  jestem  w  potrzebie  -  powiedział  przez  zaciśnięte

zęby. - Pragnąłem tego za każdym razem, kiedy cię widziałem,

za  każdym  razem,  kiedy  patrzyłem  na  ciebie...  -  Jego  ręce

otoczyły ją w talii, unosząc ją i sprowadzając w dół. - Powiedz

mi,  żebym  przestał.  Zrobię  ci  krzywdę.  Czuję  się  jak  dzikie

zwierzę, które...

- Nic  nie szkodzi.  - Jej  mięśnie zacisnęły  się, obejmując go

mocniej, aż krzyknął.

background image

Zamknął  oczy  dysząc,  drżąc  i  wtedy  nastąpiła  eksplozja. 

Nurzał się, wypychał, poruszając jej ciałem, tak by ją dopaso-

wać do siebie w szaleństwie namiętności.

Nie  wiedziała,  jak  długo  to  szaleństwo  trwało,  gdyż  była 

nim całkowicie pochłonięta. Myślała, że jest zbyt intensywne, 

by  trwać  długo,  ale  w  przedziwny  sposób  trwało.  Nie  mogli 

się  sobą  nasycić.  Owionęła  ją  zmysłowa,  erotyczna  mgiełka, 

zabarwiając każdy oddech, każdy ruch, aż oboje osiągnęli or-

gazm.

Oczy  Jasona  nadal  były  szkliste  i  zamglone,  gdy  uniósł 

powieki, by na nią spojrzeć.

- Boże - szepnął.

Skinęła głową, niezdolna wymówić słowa.

Podniósł ją,  a ona osunęła się na kolana na podłodze przed 

sofą.  Mgliście  zdawała  sobie  sprawę,  że  się  ubiera,  ale  nie 

była  w  stanie  się  ruszyć  z  miejsca,  w  którym  klęczała  na 

podłodze.

Wstał, podniósł pelerynę z podłogi i zarzucił jej na ramiona.

- Dziękuję - powiedziała mechanicznie.

Spojrzał zdziwiony, po  czym  słaby uśmiech  wykrzywił  mu 

usta.

- To  chyba  ja  powinienem  wyrazić  swoją  wdzięczność.  -

Jego  uśmiech  zbladł.  -  Ale  to  niczego  nie  zmienia.  Nie 

możesz tu zostać.

Daisy owinęła się lepiej peleryną.

- Myślałam,  że  nadal  będziesz  miał  argumenty,  ale  to  z

pewnością przełamało lody.

Na moment smutek zniknął z jego twarzy i wargi zadrżały. 

- Nie mogę zaprzeczyć, że tak się stało.

Podeszła do drzwi, a peleryna płynęła za nią.

- Gdzie  jest  kuchnia?  Umieram  z  głodu.  Mam  nadzieję,  że

nie masz służących, którzy mogliby mi stanąć na drodze.

Potrząsnął głową.

- Mam  tylko  sprzątaczkę,  która  przychodzi  dwa  razy  w

tygodniu.

background image

- Dobrze.  - Otworzyła drzwi i spojrzała na niego. - Chodź,

zrobię ci omlet.

- W tej pelerynie?

- O  nie,  zdejmę  ją,  nim  zacznę  gotować.  Musisz  mieć

gdzieś fartuszek... - Spojrzała przez ramię. - Idziesz?

- Wiesz,  że  tak  -  powiedział  ponuro,  ruszając  za  nią.  -

Celowo dostarczasz mi wizji ciebie w samym tylko fartuszku,

krzątającej  się  po  mojej  kuchni.  Do  diabła,  znowu  chcesz 

mnie uwieść.

- Aha! - Poszła przed nim do hallu. - Nigdy nie sądziłam, że

jestem w stanie  uwodzić, ale  potrzeba jest matką wynalazku.

Nim to się skończy, może stanę się w tym dobra. - Rzuciła mu

figlarne  spojrzenie.  -  Poza  tym,  w  kuchni  też  się  jeszcze  nie

kochałam.

- Nie odeślesz mnie? - szepnęła, przytulając się do niego w

dużym  łożu.  -  To  nic  nie  da.  Po  prostu  wrócę,  a  pod  twoją

ochroną jestem bezpieczniejsza niż goniąc za tobą.

- Przedstawiasz silny argument. - Jego usta się wykrzywiły.

- A twoja zdolność przekonywania jest po prostu nieodparta.

- To  się  musi  skończyć,  Jasonie.  Za  bardzo  cię  kocham,

żeby pozwolić ci cierpieć.

Przez chwilę milczał.

- Boże, jak ja się boję o ciebie.

- Nie bój się. Nie stanę się kolejną ofiarą tej lisicy.

- Łatwo  powiedzieć.  -  Jego  głos  brzmiał  niepewnie.  -

Dałbym  się  za  ciebie  zabić,  Daisy,  ale  nie  zniósłbym,  gdyby 

coś  ci  się  stało.  To  mnie  prawie  wykończyło,  ty  w  tym 

szpitalnym łóżku, kiedy...

- Cii, zapomnij o tym.

- Nie  mogę o  tym  zapomnieć.  Tego  się obawiałem od  tego

pierwszego wieczoru, kiedy cię ujrzałem. Byłaś ciepła, piękna

i jaśniejąca i wiedziałem, że powinienem się odwrócić i odejść

od  ciebie.  -  Schował  twarz  w  jej  włosach.  -  I  nie  byłem  w

stanie tego zrobić. Byłem tak cholernie pusty i sam. Musiałem

wziąć dla siebie trochę tego blasku. Tylko trochę...

background image

- Ale  ty  też  dawałeś.  Dawałeś  mnie  i  Charlie'emu.  -

Pocałowała  go  w  policzek.  -  Teraz  śpij,  rano  jeszcze  o  tym 

porozmawiamy. Chyba że chciałbyś uczynić wyznanie.

Wciągnął głęboko powietrze.

Biedny Jason. Tak bał  się wymówić te  słowa  w obawie, że 

niebo się zawali.

- Nieważne. - Ziewnęła i przytuliła się mocniej. - Czy to nie

podniecające? Naprawdę będziemy ze sobą  mieszkać. Będzie

my  razem  jeść  śniadania,  a  potem  będę  się  przyglądać,  jak

pracujesz. Możesz mnie oprowadzić po domu...

- Bardzo  podniecające  -  powiedział,  łagodnie  odgarniając

jej włosy ze skroni.

Już  zasypiała,  gdy  usłyszała  jego  cichy,  wahający  się  szept 

przy swoim uchu. Było to tylko jedno słowo, a nie dwa, które 

chciała  usłyszeć,  niemniej  jednak,  czułość  w  jego  głosie 

uspokoiła ją i zrobiło się jej ciepło.

- Jaśniejąca...

Daisy  spojrzała  znad  książki  i  powiedziała  niedbałym 

tonem:

- Jutro  mam wolny wieczór i postanowiłam  wypróbować tę

kosmicznych  rozmiarów  kuchnię.  Zaprosiłam  Peg  i  Erica  na

obiad.

- Już  wypróbowaliśmy  kuchnię.  Jak  również  większość

pozostałych  pokoi  w  tym  domu.  -  Jason  nie  patrzył  na  nią,

dalej  pochylony  nad  klawiaturą.  -  I  wolę  nie  występować

przed gośćmi.

- Zbereźnik.  - Daisy odłożyła książkę,  wstała i podeszła  do

fortepianu. - Wiesz, o co mi chodzi.

- Wiem dokładnie, o co ci chodzi. - Jason rzucił przez ramię

roześmiane  spojrzenie.  -  Chcesz  mnie  ocalić  przed  moją 

samotnością.

- Nic  podobnego.  -  Zrobiła  głupią  minę,  siadając  obok

niego na taborecie. - No, może. Musisz wrócić do życia.

background image

- Chodzi  ci  o  to,  żebym  znowu  zaczął  zachowywać  się  jak

normalny człowiek. - Potrząsnął głową. - Zadzwoń do Erica i

powiedz, żeby nie przyjeżdżali.

- Ale wydaje mi się, że powinieneś...

Jego palce delikatnie dotknęły jej ust, uciszając ją.

- Nie. Dopiero kiedy będziemy pewni, że to bezpieczne.

- Już  minął  tydzień,  a  ona  nie  wróciła.  Może  nigdy  nie

wróci.

Potrząsnął głową.

- Ona czeka na odpowiednią chwilę.

- Zapewne masz rację. - Wzdrygnęła się.

Podniósł brew.

- Gdzie  się  podział  cały  ten  odważny  optymizm,  którym

mnie wspierałaś przez ostatni tydzień?

- Dalej  jest.  Schował  się  tylko  za  chmurką  na  chwilę.  No

dobrze,  jeżeli  nie  pozwolisz  mi  mieć  gości  na  obiedzie,  jest 

coś  innego,  co  możesz  mi  dać.  -  Zwilżyła  wargi  językiem  i 

szybko powiedziała: - Doszłam do wniosku, że zmęczyło mnie 

już być kochanką.

Przeniósł wzrok na jej twarz.

- Doprawdy?

Skinęła głową.

- Czy ożenisz się ze mną, Jasonie?

Zamarł.

- Czy  przypadkiem  nie  pozbawiasz  mnie  mojego 

przywileju?

- Nie  mam  żadnego  wyboru.  Ty  nie  sięgniesz  po  to,  czego

chcesz,  ponieważ  boisz  się,  że  wszytko  dokoła  się  zawali.  -

Oparła się o jego ramię. - Biorę więc byka za rogi.

- Przynajmniej  schlebiasz  mojej  energii  życiowej  tym 

porównaniem.

Zignorowała ten drwiący unik.

- Czy zrobisz ze mnie uczciwą kobietę?

- Urodziłaś  się  jako  uczciwa  kobieta.  -  Jego  usta  musnęły

czubek  jej  nosa.  -  Ale  byłoby  dla  mnie  wielkim  zaszczytem

połączyć się z tobą w małżeństwie.

background image

- Postaram  się,  żeby  było  to  dla  ciebie  również 

przyjemnością.  Daisy  odwróciła  od  niego  spojrzenie  i

przeniosła je na klawiaturę. - I cieszę się, że nie będę musiała 

wysyłać sprostowania do gazet

Zamarł.

- Sprostowania?

- Posłałam  do  gazet  ogłoszenie  o  naszych  zaręczynach.

Powinno się ukazać dzisiaj po południu.

- Ciężka  cholera.  - Gorsze  przekleństwo  wymamrotał  pod

nosem i wstał na równe nogi. - To czerwona płachta na byka i

dobrze  o  tym  wiesz.  Dlaczego  po  prostu  nie  podałaś  Cynthii

szyfru do bramy wjazdowej?

- Gdybym  uważała,  że  przyjedzie,  dałabym  ogłoszenie  do

Timesa. - Popatrzyła na niego poważnie. - Nie możemy wiecz-

nie przebywać w sielankowym odosobnieniu. Musimy żyć.

- Więc posłałaś Cynthii pisemne zaproszenie, żeby przyszła

po ciebie?

- Dlatego  powiedziałam  ci  o  ogłoszeniu.  Pomyślałam,  że

będziesz chciał podwoić środki bezpieczeństwa.

Jason podszedł do drzwi pokoju muzycznego.

- Miło z twojej strony, że znalazłaś dla mnie jakieś miejsce

w swoich planach.

- Dokąd idziesz?

- Idę  zadzwonić  na  policję  i do  agencji  detektywistycznej  i

powiedzieć im, co zrobiłaś.

- Chciałam  ci  powiedzieć,  ale  wiedziałam,  że...  -  Drzwi

zatrzasnęły się za nim, przerywając to, co mówiła.

Daisy  patrzyła  na  drzwi  nieszczęśliwa.  Bała  się,  że  taka 

będzie  reakcja  Jasona.  Jej  powiedzenie,  że  przez  ostatni 

tydzień żyli w sielankowym odosobnieniu było bardzo bliskie 

prawdy. Był to czarowny okres z nocami pełnymi namiętności 

i  dniami  pełnymi  pracy  i  bycia  razem.  Zepsucie  tego  było 

ostatnią rzeczą, jakiej mogła pragnąć. Od pierwszego  wieczo-

ru, kiedy przyjechała do Eaglesmount, Jason starannie ukrywał 

swój strach o nią, ale zawsze zdawała sobie sprawę z tego, że 

obawy czają się w tle jak nadchodząca ciemność.

No  cóż,  wykonała  jedyny  ruch,  jaki  mogła  wymyślić,  żeby 

odpędzić ciemność.

Wielkie nieba, miała nadzieję, że nie popełniła błędu.

background image

10

Daisy  nie  widziała  Jasona  przez  resztę  dnia,  ale  czekał  w 

limuzynie, kiedy Sam przyprowadził wóz, żeby zabrać ją tego 

wieczoru  do  teatru.  Wyraz  jego  twarzy  nie  był  zachęcający. 

Jego wargi były zaciśnięte i stwierdziła, że czuje fale napięcia 

płynące od niego.

Gdy  Sam  przejechał  przez  bramę  i  jechał  krętą  drogą  wio-

dącą do autostrady, powiedziała cicho:

- Nie  musisz  odwozić  mnie  do  teatru.  Wiem,  że  wolałbyś

zostać tutaj i pracować.

- Cóż  za  idiotyczna  uwaga  -  powiedział  szorstko.  -  A  co

mam  robić?  Czekać  w  domu  na  telefon,  który  poinformuje

mnie, że napadnięto cię i żabi... - Przerwał i sięgnął w stronę

peleryny,  którą  miała  w  ręce.  -  A  ty  nie  masz  nawet  tyle

rozumu,  żeby  włożyć  to  na  siebie.  Wiesz,  że  w  górach  jest

chłodno po zachodzie. - Owinął ją wełnianą, rdzawo-kremową

peleryną z łagodnością, która przeczyła oschłości jego głosu. -

Jadłaś kolację?

- Nie byłam głodna. Przekąszę coś po przedstawieniu.

-  I  zapewne  zemdlejesz  na  scenie.  Pójdę  ci  kupić  kanapkę, 

gdy dotrzemy do teatru.

- To nie jest konieczne, Jasonie.

- Jest. Mogę się jeszcze tobą opiekować, póki cię mam...

- Nie  waż  się  tak  mówić.  -  Jej  twarz  nagle  rozjaśniła  się

śmiechem. - Boże, jakiż z ciebie ponurak.

Patrzył  przez  chwilę  na  jej  promienną  twarz,  zanim 

uśmiechnął się niechętnie.

- Przepraszam. Nie możemy wszyscy jaśnieć, tak jak ty.

- Ale nie musisz też na mnie patrzeć jak groźny Otello.

- To już na ciebie nie działa.  Ciągniesz  mnie tylko za  nos i

robisz swoje.

- Ponieważ  dobrze  ci  robi,  jak się ciebie  od  czasu do  czasu

pociągnie za ten nos.

Jego  oczy  patrzyły  na  nią  tak  ciepło,  że  poczuła  ulgę  i 

radość.

background image

Nie  lubiła,  kiedy  był  z  niej  niezadowolony,  nie  znosiła 

jakiejkolwiek niezgody między nimi.

- Robisz to nie tylko od czasu do czasu. - Zmarszczył brwi.

- Ale należy ci się trochę ponurości po twoim wyczynie.

- Wprost przeciwnie,  zasługuję  na to,  żeby mnie pochwalić

za  odwagę,  wytrwałość  i...  błyskotliwość!  -  Rzuciła  mu 

zamglone  spojrzenie  i  dodała  bezceremonialnie:  -  A  jeżeli 

uważasz,  że  wkrótce  będę  już  należeć  do  historii,  to 

przynajmniej mógłbyś się na mnie tak nie wściekać.

- Nie  wściekam  się  na  ciebie.  Mówię  tylko,  że  powinnaś...

Zdawała  sobie  sprawę,  że  mówił,  ale  zgubiła  wątek,  gdy

zauważyła w lusterku blady poblask.

Białe,  małe  i  błyszczące.  Samochód?  Ale  jeszcze  nie 

przejeżdżali  żadnych  dróg,  nadal  byli  na  terenie  majątku 

Eaglesmount. Samochód  mógłby najwyżej czekać na jednej z 

bocznych dróg, aż przejadą.

- Daisy?

Przeniosła wzrok z lusterka na twarz Jasona. 

- Co?

- Czy coś jest nie tak?

To  musiała  być  jej  wyobraźnia  albo  zagubiony  promyk 

zachodzącego słońca na lusterku, bo teraz nic nie widziała.

- Nie, chyba jestem po prostu trochę zdenerwowana.

- Najwyższy  czas.  -  Położył  rękę  na  jej  dłoni.  -  Tego 

oczekiwałem, od kiedy sprowadziłaś się do Eaglesmount. Nie 

tylko zdenerwowana, ale cholernie przerażona. Może to cię po

wstrzyma od podejmowania szalonego ryzyka.

- No,  to  twoje  oczekiwania  niewątpliwie  się  speł...

Przerwała,  gdy  limuzyna  wzięła  zakręt  i  wjechała  w  ścianę

ognia.

Sam  nacisnął  hamulec  i  samochód  z  piskiem  zatrzymał  się. 

Cała  prawa  strona  drogi  była  zablokowana  przez  małą,  starą 

wywrotkę  z  sianem,  której  kabina  i  ładunek  stały  w 

płomieniach.

background image

- Co,  u  diabla!  -  Jason  wyskoczył  z  samochodu 

równocześnie  z  Samem.  -  Zostań  tutaj,  Daisy.  Zobaczę,  czy 

ktoś jeszcze żyje. - Pobiegł w stronę płomieni.

Boże  drogi,  co  za  horror.  Daisy  wysiadła  z  limuzyny  i 

podbiegła w stronę wywrotki. Musi pomóc, jeżeli można. Nie 

wydawało się możliwe, żeby kierowca mógł wysiąść, zanim...

- Daisy!

Spojrzała  na  Jasona.  Wpatrywał  się  w  coś  ponad  jej 

ramieniem.

Popatrzyła przez ramię i zatrzymała się na środku drogi jak 

sparaliżowana.

Biały  sportowy  samochód  jechał  drogą  w  jej  stronę  z  ma-

ksymalną  prędkością.  Przez  szybę  zauważyła  roześmianą 

twarz  otoczoną  błyszczącymi,  czarnymi  włosami.  Cynthia! 

Poczuła  strach  wyzwalający  ją  z  marazmu.  Zaczęła  biec  w 

stronę  pobocza.  Sportowy  samochód  był  zbyt  blisko.  Prawie 

już na nią najeżdżał.

Wtedy  znalazł  się  przy  niej  Jason,  zrywając  z  jej  ramion 

pelerynę i pchając ją w bok z taką siłą, że upadła na ziemię.

Co chciał zrobić?

Pojęła  to  za  sekundę,  gdy  samochód  minął  ją  dosłownie  o 

cal.

Jason dał nura za nią, równocześnie rzucając jej pelerynę na 

przednią  szybę  sportowego  samochodu.  Wiatr  momentalnie 

przykleił pelerynę do szyby.

Daisy  usłyszała  przeraźliwy  wrzask  z  wnętrza  samochodu. 

Oślepiona kobieta dziko pędziła w poprzek autostrady i w dół 

wzgórza.

Eksplozja  wstrząsnęła  ziemią  i  asfalt,  na  którym  Daisy 

leżała,  zadrżał.  Wstała  i  pobiegła  do  krawędzi  drogi,  żeby 

zobaczyć  piekło  w  dolinie  poniżej.  Samochód  Cynthii  wpadł 

na drzewo i stanął w płomieniach.

Usłyszała  w  oddali  dźwięk  syren  i  zobaczyła,  jak  Sam 

ostrożnie idzie w stronę wraku, ale wiedziała, że za późno, by 

którekolwiek z nich mogło udzielić pomocy Cynthii Hayes.

background image

- Nic  ci  nie  jest?  -  Jason  był  obok  niej,  otaczając  ją 

ramieniem. - Nic ci nie zrobiła?

- Nie.  - Spojrzała  na  płonącą  wywrotkę.  -  A  co  z  tą 

ciężarówką? Czy ktoś w niej był?

- Chyba  nie.  Nikogo  nie  widziałem.  Sądzę,  że  to  ona 

zaparkowała  tego  gruchota  w  poprzek  drogi  i  podpaliła 

ładunek, kiedy zobaczyła, że wyjeżdżamy z domu.

Drgnęła.

- Cieszę się, że nikomu innemu nic się nie stało.

- Ona nie żyje. - W chrapliwym głosie Jasona brzmiała nuta

zdziwienia,  gdy  spoglądał  w  dół  na  płonący  samochód.  -  To

trwało tak  długo,  że  trudno  uwierzyć,  że  już  się  skończyło.  -

Oderwał spojrzenie od wraka i spojrzał na Daisy. - Czy jesteś

pewna, że samochód cię nie zadrasnął? Drżysz cała.

- Nie uderzyła mnie. - Ale dużo nie brakowało. Zastanawiała 

się,  czy  to  w  porządku,  że  nie  czuje  cienia  żalu  z  powodu

strasznej  śmierci,  jaką  ta  kobieta  poniosła  chwilę  temu.  Z

pewnością każde życie jest coś warte. Jednak czuła tylko ulgę

na  myśl,  że  Cynthia  Hayes  nie  może  już  przynosić  bólu  i

zniszczenia  tym,  którzy  ją  otaczają.  Co  więcej,  była  wdzięcz

na,  ponieważ  Jason  wreszcie  zostanie  uwolniony  ze  swojej

ciemności.  -  Nic  mi  nie  jest,  Jasonie.  -  Przysunęła  się  do 

niego.

- Teraz już nam obydwojgu nic nie będzie.

Długi  czerwony  dywan  został  rozwinięty  pod  elegancką 

stalowoszarą  markizą,  prowadzącą  do  ciemnych,  tekowych 

drzwi Galerii von Krantza.

Daisy  i  Jason  przybyli  godzinę  przed  rozpoczęciem 

wystawy,  ale  długie,  lśniące  limuzyny  przywoziły  już  gości, 

ubranych  w  stroje  wieczorowe,  a  przy  bocznej  uliczce  stał 

zaparkowany telewizyjny wóz transmisyjny.

Sam  wysadził  ich  przed  głównym  wejściem  do  galerii,  ale 

musieli  jeszcze  przedrzeć  się  przez  tłum  dziennikarzy  z 

telewizji i prasy, żeby dotrzeć do drzwi wejściowych.

- Dobrze,  że  pan  zadzwonił,  żeby  na  pana  czekać,  panie

Hayes - stwierdziła elegancka starsza pani. Skrzywiła się.

background image

- Wszyscy  chcą  najpierw  rzucić  okiem  na  obraz.  Jestem 

Petersen. Elizabeth Petersen. - Jej spojrzenie powędrowało ku 

Daisy. - Obraz wiernie oddaje pani urodę, panno Justine. Musi 

pani być bardzo dumna ze swojego ojca.

- Tak, jestem. - Uśmiechnęła się. - I jestem panią Hayes.

- Przepraszam, nie zdawałam sobie sprawy, że...

- Nikt  o  tym  nie  wie.  -  Daisy  wzięła  Jasona  za  rękę.  -

Zajęliśmy się tym dzisiaj po południu. Przyznam, że chciałam

usłyszeć,  jak  to  brzmi, ale  bylibyśmy  wdzięczni,  gdyby  pani

nikomu nie mówiła. Nie chcemy odciągać uwagi od wystawy.

To wieczór Charlie'ego.

- Oczywiście.  -  Pani  Petersen  ze  zrozumieniem  pokiwała

głową. - Mogę przynieść wam lampkę szampana?

- Nie  -  powiedział  Jason.  -  Jak  reszta  świata  chcielibyśmy

najpierw zobaczyć portret Daisy.

- Oczywiście,  proszę  tędy.  -  Poprowadziła  ich  przez 

elegancko umeblowany hali. - Oczekujemy od krytyków słów

uznania, panie Hayes. To naprawdę niezwykły obraz.

- Naprawdę? - zapytała z zapałem Daisy. - Podoba się pani?

Pani Petersen uniosła brwi.

- Przecież  nie  moglibyśmy  przyjąć  obrazu,  gdybyśmy  tak

nie myśleli.

- Sądziłam, że może cały ten rozgłos...

Kobieta wyżej podniosła głowę.

- Galeria von Krantza nie lubi dostarczać cyrku dla mediów. 

-  Jej  protekcjonalny  ton  zniknął,  gdy  dodała  ze  smutkiem:  -

Chociaż  czasem  wydaje  się  on  konieczny,  żeby  zachęcić 

publiczność,  by  przyjęła  nowego  artystę.  -  Zatrzymała  się

przed przykrytym jedwabiem płótnem, które samotnie wisiało

na  ścianie.  Jednym  ruchem  starannie  zadbanej  dłoni  usunęła

materiał  i  cofnęła  się.  -  Teraz  mi  wybaczcie.  Mam  milion

spraw  do  załatwienia  w  ciągu  trzydziestu  minut,  które 

pozostały do otwarcia.

- Nie  ma  sprawy.  -  Jason  uśmiechnął  się.  -  Obiecujemy

zasłonić go z powrotem, nim przyjadą media.

background image

Daisy  ledwo  słyszała  stukot  dziesięciocentymetrowych  ob-

casów pani Petersen na wyfroterowanej podłodze. Nie mogła 

oderwać wzroku od obrazu w ramach.

- Udało ci się, Charlie. Wreszcie sięgnąłeś po szczęście.

- Nie  sądziłam, że będzie  wyglądać tak okazale  - szepnęła.

-  Tam  w  domku  byliśmy  zbyt  blisko  obrazu,  zbyt  blisko 

Charlie'ego. Ona ma rację, jest niezwykły.

- Powinnaś  się tego  była  spodziewać.  To  twój  portret,  a  ty

jesteś niezwykła.

Potrząsnęła głową.

- Nie,  to  malowidło  nie  przedstawia  mnie.  Przedstawia

miłość.

- Tak. - Jason objął ją ramieniem. - Kiedyś powiedziałaś, że

Charlie był w tym dobry.

- On  jest  w  tym  dobry.  -  Jej  policzki  płonęły,  a  oczy 

błyszczały  promiennie.  -  Nie  czujesz  tego,  Jasonie?  Charlie 

tego dokonał! Jest wszędzie. Zawsze tu będzie dla ciebie i dla 

mnie, i dla wszystkich, którzy będą patrzeć na ten obraz.

- Tak,  czuję  to.  -  Głos  Jasona  był  ochryple.  Nie  odrywał

oczu  od  obrazu  i  następne  słowa,  jakie  wyrzekł,  zabrzmiały

niepewnie. - Kocham cię, Daisy Justine... Hays.

Po raz pierwszy wypowiedział te słowa. Wiedziała, że musi 

minąć  jakiś  czas,  zanim  Jason  będzie  mógł  zaakceptować 

miłość istniejącą między nimi, nie bojąc się już o nią, i gotowa 

była czekać cierpliwie na to wyznanie. Ogarnęła ją teraz dzika 

radość,  musiała  przełknąć  ślinę,  żeby  złagodzić  wzruszenie 

ściskające ją za gardło.

Świt po ciemności.

Bezpieczeństwo po burzy.

Podeszła  bliżej  do  Jasona  i  z  miłością  oparła  głowę  o  jego 

ramię, nadal wpatrując się w obraz.

- Dziękuję ci, Charlie.