background image

 

1

TRINE ANGELSEN 

 

NIEBEZPIECZNE UCZUCIA 

 

SAGA CÓRKA MORZA IX 

 
Rozdział 1 
 
 

-  Chcecie  zobaczyć,  jak  wygląda  mój  ukochany?  –  powtarzała  Lina,  wymachując 

obrazkiem, który trzymała w ręce. 
 

- No pewnie – uśmiechnęła się Elizabeth. Wytarła dłonie w fartuch, by na pewno mieć 

czyste i suche palce. 
 

Ostrożnie ujęła czarno – biały obrazek i przyglądała się mężczyźnie. Stał obok jakiejś 

beczki i patrzył w dal, przed siebie. Fotografia była mała i niewyraźna, nie dało się rozróżnić 
rysów, poza tym mężczyzna nosił bujną brodę. 
 

-  Wędrowny  fotograf  je  zrobił  –  wyjaśniła  Lina.  –  I  właściwie  to  się  nie  nazywa 

obrazek,  tylko  fotografia.  On  tak  mi  pisze  w  liście.  Dałabyś  wiarę,  że  można  zrobić  coś 
takiego? 
 

Elizabeth  musiała  się  z  nią  zgodzić  –  rzeczywiście  trudno  uwierzyć.  Spojrzała  na 

Kristiana, który wciąż stał w tym samym miejscu. 
 

- A ty nie przyjedziesz zobaczyć? – spytała zdziwiona. – Widziałeś już przedtem taką 

fotografię! 
 

- E tam, nie ma za bardzo czego oglądać – uciął krótko. 

 

Elizabeth znowu spojrzała na obrazek, Helene pochylała się nad nią. 

 

- No nie, przestańcie się już gapić na tego człowieka. Nie możemy tu sterczeć przez 

cały dzień! – krzyknął Kristian. 
 

-  Co  ci  się  tak  nagle  zaczęło  spieszyć?  –  zdumiała  się  Elizabeth,  najwyraźniej  nie 

mając zamiaru wypuścić fotografii z ręki. – Jak to mówiłaś, Lina, jak się ten twój ukochany 
nazywa? 
 

- Andreas Sandberg. 

 

- A, no tak – przypomniała sobie Elizabeth, oddając kartonik. 

 

- No, Kristian, ty też chodź zobaczyć – powtórzyła Helene. Wzięła fotografię od Liny 

i  podsunęła  ją  Krystianowi.  –  Może  go  znasz.  Przecież  co  roku  jeździsz  do  Kabelvaag  na 
zimowe połowy. 
 

- Nie, nigdy go nie widziałem – odparł pospiesznie. 

 

- A może ty, Ole, wiesz, kto to taki? – dowiadywała się Elizabeth. 

 

Parobek studiował podobiznę ze zmarszczonymi brwiami. 

 

- Nie, nie wydaje mi się. 

 

- On nie pochodzi z Kabelvaag – wtrąciła Lina. – On… 

 

W  tej  samej  chwili  Amanda  wypuściła  z  rąk  talerz,  który  roztrzaskał  się  na  tysiące 

drobnych kawałków. 
 

- Przepraszam, przepraszam – powtarzała przerażona. Ja nie  chciałam. –  Pospiesznie 

przyniosła szczotkę i zaczęła zmiatać skorupy. – Ja oczywiście zapłacę, potrąćcie mi z pensji. 
 

- Głupie gadanie – zaprotestowała Elizabeth. – Nie będziemy robić sprawy z powodu 

jakiegoś talerza. Poza tym był stary, z tego kompletu zostały nam tylko dwie sztuki, po prosto 
sprzątnij to i już. 
 

Lina podbiegła, żeby pomóc Amandzie, a kiedy skończyły Kristian wyją z kuchennej 

szuflady nóż i kamienną osełkę. 

background image

 

2

 

- Mam zajęcia w obejściu – oznajmił. 

 

- Przepraszam, że zapyta – zwróciła się do niego Lina niepewnie. – Ale czy Andreas, 

mój  ukochany,  mógłby  przyjechać  do  mnie  z  wizytą,  może  na  początku  jesieni?  On, 
oczywiście, nie chce być ciężarem, będzie pracował we dworze na swoje utrzymanie. 
 

Elizabeth uśmiechnęła się. 

 

- No coś ty! Nie będziemy gościa zmuszać do pracy za łóżko i trochę jedzenia. 

 

-  Nie  będzie  tu  odwiedzin  żadnych  ukochanych  –  uciął  Kristian  tak  gwałtownie,  że 

Elizabeth podskoczyła. 
 

- Co masz na myśli? 

 

-  To,  co  powiedziałem.  Służące  nie  będą  tu  przyjmować  swoich  kawalerów.  A  poza 

tym jedna robota goni drugą, to nie jest czas na wizyty. 
 

Z  tymi  słowami  wybiegł,  zatrzaskując  za  sobą  drzwi.  Helene  i  Amanda  spojrzały  po 

sobie spłoszone. Ole chrząknął. 
 

- Chyba ja też wrócę do swoich zajęć – mruknął, po czym i on zniknął. 

 

- Cóż to za dziwne zachowani, pomyślała Elizabeth. 

 

- On nie miał nic złego na myśli, Lina – powiedziała. – Jest po prostu zmęczonym a 

zresztą  rzeczywiście,  tyle  tu  roboty,  że  trudno  zapraszać  gości  na  dłuższe  pobyty.  Może 
innym razem. 
 

Lina skinęła głową, wpatrując się znowu w fotografię, 

 

- To głupie z mojej strony, że spytałam o coś takiego – szepnęła. – Niedługo zaczną 

się wykopki, potem strzyżenie owiec i uboje, i nie wiadomo co jeszcze. 
 

- Może innym razem – powtórzyła Elizabeth i więcej nie poruszały już tego tematu. 

 
 

Nadszedł  październik.  Trudna  pora  roku,  kiedy  to  bóstwa  pogody  nie  mogą  się 

zdecydować, czy ma być śnieg, czy deszcz. Tego dnia deszcz nieustannie zacinał w szyby, a 
drzewa w gwałtownych podmuchach wiatru zgniły się aż do ziemi. 
 

Elizabeth biegła właśnie na strych, gdy na schodach zderzyła się z Ane. 

 

- Bądź ostrożniejsza – krzyknęła na córkę, ale złapała ją za rękę, zanim mała zdążyła 

spaść. – Nie widziałaś czasem Kristiana? 
 

- Maria jest strasznie głupia – poskarżyła Ane, nie zwracając uwagi na pytanie matki. 

– Ona mówi, że ja wyglądam jak królik! 
 

- Nie, w żadnym  razie nie wyglądasz jak królik, i nie mów o ludziach, że są głupi – 

odparła Elizabeth, zaglądając do kantoru Kristiana. 
 

- Ona mówi, że mam za duże zęby. – Ane pokazała swoje dwa nowe siekacze. 

 

W porównaniu z maleńkimi mlecznymi ząbkami, były rzeczywiście duże. Ale nie na 

to Elizabeth zwróciła uwagę przede wszystkim. Jeden z przednich zębów zachodził na drugi, 
dokładnie tak samo jak u Kristiana. 
 

Poczuła,  że  przenika  ją  zimny  dreszcz.  Zauważyła  to  już  wcześniej,  ale  ostatnio 

skrzywienie  stało  się  wyraźnie  większe.  Nigdy  przedtem  nie  przemknęło  jej  nawet  przez 
myśl,  że  Ane  mogłaby  odziedziczyć  jakieś  charakterystyczne  cechy  swojego  przyrodniego 
brata.  Fakt,  że  oboje  są  bardzo  opiekuńczy  wobec  zwierząt,  to  nic  szczególnego,  ale  to 
tutaj…! 
 

- Nakrzyczysz na Marię? – spytała Ane. 

 

Elizabeth nie mogła wydobyć z siebie słowa, stała tylko i patrzyła na córkę. Może to 

się z wiekiem zmieni, myślała z nadzieją, wiedziała jednak, że chyba nie powinna za bardzo 
na to liczyć. Mogła tylko oczekiwać, że nikt nie zauważy rodzinnego podobieństwa.  
 

-Mamo  –  denerwowała  się  Ane,  tupiąc  ze  złością  nogą.  –  Tylko  patrzysz,  a  nic  nie 

mówisz! Masz zamiar nakrzyczeć na Marię, czy nie? 
 

Elizabeth opanowała się i skinęła głową. 

 

- Oczywiście, że z nią porozmawiam. 

background image

 

3

 

Szukała jakiejś wymówki, żeby zakończyć tę rozmowę. 

 

-  Teraz  muszę  znaleźć  Kristiana  –  rzekła  pospiesznie.  –  Zanosi  się  na  wichurę, 

musimy sprzątnąć to, co jest na dworze. 
 

Ane marudziła coś za jej plecami, ale Elizabeth nie usłyszała, co dziecko mówi. W tej 

samej  chwili  rozległo  się  pukanie  do  drzwi.  Kiedy  otworzyła,  na  progu  stał  Sigvard,  mąż 
Bergette. 
 

- Dzień dobry i szczęść Boże – przywitał się. 

 

-  Ach,  to  ty?  Chyba  z  Bergette  nie  dzieje  się  nic  niedobrego?  –  spytała  Elizabeth 

pośpiesznie,  zaniepokojona  o  ciężarną  przyjaciółkę.  Do  porodu  zostały  jeszcze  cztery 
miesiące.  Dziecko  będzie  chyba  bardzo  duże,  zgadywała  Elizabeth,  bo  Bergette  już  teraz 
zrobiła się gruba. 
 

- Nie, Bergette ma się świetnie. A gdyby coś szło nie tak, to przecież mamy doktora. 

 

Powiedział to z mdłym uśmiechem, który jednak nie obejmował oczu. W jego głosie 

też  brzmiała  nuta  niechęci.  Elizabeth  przypomniała  sobie  tamten  dzień,  kiedy  Bergette 
zwierzyła  jej  się,  że  jest  brzemienna.  Sigvard  stał  wtedy  za  firanką  i  przysłuchiwał  się  ich 
rozmowie. Co jest w tym mężczyźnie? I czego chce ode mnie? 

Nagle zdała sobie sprawę, że Sigvard o coś ją pyta. Opanowała się więc i poprosiła, by 

powtórzył. 

- Pytałem o Kristiana. Potrzebuję pomocy, by umieścić łódź w szopie, zanim wichura 

rozpęta się na dobre. Nie wiesz, gdzie go mogę znaleźć? 

- Jest w szopie na łodzie – odparła Ane rezolutnie. – Maria mówi, że jestem podobna 

do  królika  –  mówiła  na  tym  samym  oddechu.  –  Popatrz  tu!  –  Uśmiechnęła  się  tak,  żeby 
zobaczył jej zęby. 

-  Ja  myślę,  że  Maria  jest  zazdrosna  –  rzekł  Sigvard  spokojnie  i  potargał  jasne  włosy 

dziewczynki. 

- Jak kto? – spytała Ane, przechylając głowę na bok. 
- Bo ty masz takie same zęby jak Kristian. – Wbił spojrzenie w Elizabeth. 
A  ona  zesztywniała.  Nagle  zaschło  jej  w  gardle.  Właśnie  o  to  się  przed  chwilą  tak 

martwiła. 

-  No  to  mamy  z  Kristianem  już  dwa  podobieństwa  –  szczebiotała  Ane.  –  Kochamy 

zwierzęta i mamy takie same zęby. Och, jak się cieszę, muszę mu o tym powiedzieć! Tylko ty 
mu czasem nic nie mów. 

Sigvard  nie  odpowiedział,  ale  uśmiech,  który  posłał  Elizabeth,  sprawił,  że  dostała 

gęsiej skórki. 

- To Kristian tego nie wie? – spytał zanim zamknął za sobą drzwi. 
- Myślisz, że on nie powie Krystianowi? – zastanawiała się Ane zaniepokojona. 
- Nie, oczywiście, że nie – zapewniła Elizabeth w nadziei, że słowa, które wypowiada 

brzmią  przekonująco.  Ale  głos  jej  lekko  drżał  i  dłonie  zrobiły  się  lepkie.  Musiała  je  więc 
wytrzeć o spódnicę. 

-  Chyba  poszukam  Marii  –  oznajmiła  Ane.  –  Poproszę,  żeby  mi  pomogła  w  pisaniu 

liter. 

Wyglądało  na  to,  że  już  wybaczyła  ciotce  tego  królika,  bo,  podskakując  radośnie, 

pobiegła  do  salonu.  Elizabeth  wypuściła  powietrze  z  płuc  i  skuliła  się.  Co  powinna 
powiedzieć, gdy Kristian wspomniał o podobieństwie jego zębów z zębami Ane? Kurczowo 
skrzyżowała  ręce  na  piersi,  miała  wrażenie,  że  jeśli  je  puści,  to  straci  równowagę.  Mózg 
wydawał się pusty, żadnej odpowiedzi. Został tylko strach o to, co mogłoby się stać,  gdyby 
cała sprawa wyszła na jaw. Powinna była wyznać mu wszystko na samym początku, jeszcze 
przed ślubem. Fakt, że tak długo skrywała przed nim tę tajemnice, jeszcze pogarszał sytuację. 
Jeśli on któregoś dnia dowie się prawdy, będzie musiała jeszcze bardziej się tłumaczyć. Przez 

background image

 

4

trzy  lata  małżeństwa  zdołała  to  przed  nim zataić.  Tylko  Helene  wie,  jak  było  naprawdę,  ale 
ona nigdy jej nie zdradzi. Nikomu nie powie, tego Elizabeth może być pewna. 

W tej samej chwili z kuchni wybiegła właśnie Helene. 
- Och, moja droga, jakżeś ty mnie przeraziła! – krzyknęła, przyciskając rękę do serca. 

– Dlaczego tu stoisz? – spytała, przyglądając się z zaciekawieniem Elizabeth, 

- Dlaczego, że… nie, to nic, szłam po prostu do kuchni. 
Później  porozmawia  z  Helene,  kiedy  nie  będzie  taka  wzburzona.  Helene  tymczasem 

wzruszyła ramionami. 

- Muszę pozbierać pranie, które wisi na sznurze. 

Pójdziesz ze mną, czy masz inne zajęcia? 
 

Elizabeth ruszyła za przyjaciółką, wdzięczna, że ma coś do zrobienia. Szły pochylone, 

pod  wiatr.  Krople  rozbryzgiwanej  przez  wichurę  morskiej  wody  docierały  aż  do  samego 
domu. Elizabeth spojrzała pośpiesznie w stronę kamienistego wybrzeża, ale nie zauważyła ni 
Kristiana, ani Sigvarda. Może są w szopie na łodzie, albo przesłania ich jakaś skała. O czym 
rozmawiają?  Czy  Sigvard  powiedział  Krystianowi  o  swoich  podejrzeniach?  Nie  może 
przecież  wiedzieć,  że  Leonard  był  biologicznym  ojcem  Ane.  Może  sądzi,  że  Kristian  i  ona 
sypiali  ze  sobą  przed  ślubem,  jeszcze  w  czasach,  kiedy  ona  była  służącą  w  Dalsrud,  ale  z 
jakiegoś  powodu  Elizabeth  nie  powiedziała  o  ciąży?  Sigvard  pewnie  wierzy,  że  Elizabeth 
przyznała się Krystianowi, iż to Jens jej ojcem jej dziecka, a teraz on wyjawi mu prawdę! Co 
też Kristian pomyśli? Przecież dobrze wie, że on ojcem Ane nie jest. 
 

Wiatr szarpał rozwieszonymi na sznurach ubraniami, spódnice plątały nogi kobiet, ich 

włosy wysuwały się spod chusteczek i powiewały na wietrze. 
 

- Wiatr porwał moje majtki! – zawołała Helene przekrzykując huk wiatru. – A miała 

tylko dwie pary! 
 

Elizabeth widziała, jaka zmartwiona jest przyjaciółka. 

 

-  Dostaniesz  ode  mnie  nowe  –  krzyknęła  w  odpowiedzi.  –  Takie  z  koronkami!  – 

Zdjęła resztę prania i podbiegła z powrotem do domu. 
 

- Naprawdę? – spytała Helene, kiedy znalazły się na ganku. 

 

Elizabeth przytaknęła. 

 

- Oczywiście! Zaraz pójdę po nie na strych. A ty możesz zacząć prasować – rzekła i 

podała jej naręcze ubrań. 
 

W pokoju na strych stała długo przy oknie i wyglądała na dwór. Morze przypomniało 

kocioł gotującej się wody, skaliste wysepki i szkiery zniknęły pod falami. Nagle przyszła jej 
na myśl Lavina z Wyspy Topielca. Jak ona sobie tam radzi? Dom musi być bardzo narażony 
na  ataki  wichury.  Elizabeth  wspomniała  kiedyś  o  tym  Krystianowi,  ale  on  odpowiedział,  że 
wyspa jest duża, można się tam czuć niemal jak na stałym lądzie, a mała zagroda Laviny stoi 
od wielu pokoleń i przetrwała różne pogody. 
 

Kiedy Elizabeth była mała, ojciec opowiadał jej, że jeśli morze jest takie wzburzone, 

jak teraz, to znaczy, że upiory urządzają sobie bal. Wszyscy ci mężczyźni, którzy zginęli na 
morzu i nie zostali pochowani w poświęconej ziemi, zmieniają się w upiory. Czy z Jensem też 
się tak stało? Odepchnęła od siebie tę myśl. Nie chciała znowu wywołać bolesnych obrazów 
jego  śmierci  w  spienionej,  lodowatej  wodzie.  Nie  chciała  myśleć,  że  znalazł  mokry  grób. 
Chciała  go  zapamiętać  takim,  jak  był  w  czasach  ich  małżeństwa.  Kiedy  śmiał  się  do  niej  i 
kiedy  nazywał  Ane  swoją  małą  Elizabeth.  Kiedy  brał  żonę  na  kolana  i  mówił,  że  wygląda 
niczym anioł i że zawsze będzie ją kochał. Ja kocham Kristiana, myślała Elizabeth, ale tego, 
co było między Jensem a mną, nic nie zastąpi. Dzieliliśmy wszystko. Również tajemnice. 
 

Próbowała  odsunąć  od  siebie  wspomnienia.  Jens  jest  przeszłością  –  nie  żyje.  Przez 

jakiś  czas  wierzyła,  że  nie  utonął,  ale  najwyraźniej  się  myliła.  Teraz  jest  pewna,  że  Jens 
zniknął na zawsze, a ona powinna patrzeć w przyszłość. 
 

background image

 

5

 

Kiedy  wróciła  do  kuchni,  Kristian  już  tam  był.  Stał  i  rozmawiał  z  Olem.  Opowiadał 

mu,  że  wprowadzili  łódź  do  szopy.  Próbowała  zorientować  się  po  brzmieniu  głosu  męża,  w 
jakim  jest  humorze,  ale  jej  się  to  nie  udało.  A  może  Sugvard,  mimo  wszystko,  nic  nie 
powiedział? Nie znalazła jeszcze odpowiedniego wytłumaczenia na wypadek, gdyby Kristian 
zaczął pytać. Zwilżyła wargi i stanęła obok. 
 

- Z łodzią wszystko poszło dobrze? – zagadnęła. 

 

On spojrzał na nią i skinął głową. Czy pojawiło się coś w jego wzroku? Czy oczy są 

ciemniejsze niż zwykle? 
 

-  Musimy  się  przygotować  na  prawdziwy  jesienny  sztorm  –  rzekł,  ogarniając 

wzrokiem kuchnię. Lina otarła ręce w fartuch. Były mokre po zmywaniu. 
 

- Co mamy robić? – spytała Amanda. 

 

-  Ja  i  Ole  pozbieramy  wszystkie  najdrobniejsze  przedmioty,  które  znajdują  się  na 

dworze. Potem pojedziemy do Sigvarda, żeby tam też pomóc. Obiecałem mu to. 
 

Obaj mężczyźni naciągnęli czapki na uszy i wyszli na dwór. 

 

-  Nagrzeje  wody,  a  potem  trzeba  wygasić  ogień  w  piecu  –  powiedziała  Elizabeth.  – 

Wichura mogłaby wynieść ogień na dach. 
 

- Biedne zwierzęta, które stoją w oborze – westchnęła Ane. 

 

- Radzą tam sobie bardzo dobrze – pocieszała ją Maria. – Są przecież pod dachem. 

 

-  Tak,  ale  jak  one  się  boją.  Popatrz  tylko  na  Pusi,  jak  on  jest  przerażony!  Cały  się 

trzęsie, biedaczek. 
 

Maria zaczęła się śmiać. 

 

-  Trzęsie  się,  co  coś  ty!  On  przecież  śpi,  a  jest  taki  gruby,  że  nie  może  się  trząść, 

choćby chciał. 
 

- Ech, jesteś głupia – prychnęła Ane. – Nie widzisz, jak się skulił ze strachu? 

 

Elizabeth nie słuchała sprzeczki dziewczynek. Ane ma już sześć lat, za rok rozpocznie 

szkołę, w tym wieku to chyba nic dziwnego, że wciąż się przekomarza z Marią. 
 

-  Musimy  iść  do  obory  –  zwróciła  się  Elizabeth  do  Amandy,  wyjmując  robocze 

ubranie. 
 
 

Krowy  niespokojnie  przestępowały  z  nogi  na  nogę.  Najwyraźniej  boją  się  wichury, 

pomyślała Elizabeth. 
 

Kristian  napełnił  wodą  wiele  beczek  stojących  tuż  przy  drzwiach,  oszczędzając 

kobietom  najcięższej  roboty.  Elizabeth  tymczasem  wkładała  siano  do  żłobów,  a  Amanda 
czyściła zagrody. 
 

Ś

ciany  skrzypiały  i  trzeszczały,  zwłaszcza  w  tej  części  obory,  w  której  stoją  krowy. 

Tutaj też dwie ściany były najbardziej zniszczone i dziurawe tak, że wiatr wył i zawodził w 
szczelinach między deskami. 
 

- Mam wrażenie, jakby ktoś wołał – powiedziała Amanda ponuro, rzucając płochliwe 

spojrzenie wokół siebie. Jakby jakiś upiór wrzeszczał znad brzegu – dodała, przysuwając się 
bliżej Elizabeth. 
 

- Nie ma się czego bać – powiedziała Elizabeth cierpko. – Każdy głupi wie, że upiór 

nie wyjdzie na brzeg przy takiej pogodzie. A jeśli ktoś myśli inaczej, to już jego sprawa. 
 

Amanda  uśmiechnęła  się  niepewnie,  wzięła  swoje  wiadro  i  usiadła  przy  pierwszej 

krowie. Elizabeth zajmowała się dalej swoją pracą, gdy nagle usłyszała, że Amanda przeklina. 
 

- Piekielna krowa, nie kop w wiadro! – A w chwilę potem: - Czy ty nie wiesz, jakie 

drogocenne jest mleko, ty głupie bydlę? 
 

Elizabeth wstała ze swojego stołka. 

 

- Zamieńmy się miejscami. Tamta krowa się boi, moja jest spokojniejsza. 

 

W  milczeniu  zrobiły,  co  powiedziała.  Elizabeth  stała,  wsłuchując  się  w  dziki  łomot 

wichury.  Musiała  zgodzić  się  z  Amanda:  rzeczywiście  wydawało  się,  jakby  jakiś  upiór 

background image

 

6

zawodził  na  brzegu.  Podskoczyła,  gdy  gwałtowny  poryw  wiatru  z  wielką  siła  uderzył  w 
ś

ciany obory. 

 

Amanda zrobiła znak krzyża i otulała się szczelniej chustką. 

 

- Boje się – wyszeptała, spoglądając w górę, jakby w obawie, ze powała spadnie im na 

głowy. 
 

- Musimy przeprowadzić krowy do piwnicy – oznajmiła Elizabeth stanowczo. 

 

-  Co?  Do  piwnicy  w  domu?  –  Amanda  podeszła  do  gospodyni.  –  To  szaleństwo 

zaczynać teraz coś takiego. Powinniśmy przynajmniej zaczekać, aż Kristian i Ole wrócą. 
 

- Nie możemy sobie na to pozwolić – odparła Elizabeth ostrzej, niż zamierzała. – Tę 

część  obory  powinno  się  naprawić  latem,  ale  nie  starczyło  czasu  na  wszystko.  Boję  się,  że 
sztorm  to  zawali,  a  wtedy  i  krowy  zginą.  Trzeba  je  przeprowadzić  na  dół,  do  piwnicy  i  to 
natychmiast. Sprowadź tu Linę i Helene. 
 

Elizabeth  odwróciła  się  do  Amandy  plecami  i  zaczęła  odwiązywać  pierwszą  krowę. 

Zauważyła, że dziewczynka nie posłuchała od razu, przez parę chwil stała niezdecydowana. 
W  końcu  drzwi  obory  zatrzasnęły  się  za  nią  i  Elizabeth  słyszała  już  tylko,  jak  niespokojne 
zwierzęta przestoją z nogi na nogę. Z drżeniem złożyła ręce do modlitwy. 
 

- Boże drogi, miej nas w swojej opiece. Amen. 

 

Była  to  prawdopodobnie  najkrótsza  modlitwa,  jaką  kiedykolwiek  odmówiła,  ale  nie 

potrzeba tu więcej słów, uznała, wyprowadzając pośpiesznie krowę z zagrody. Przy drzwiach 
zatrzymała  się.  Zwierzę  rzucało  niespokojnie  głową  i  ostre  rogi  nalazły  się  tuż  przy  twarzy 
gospodyni.  Jak  krowa  zareaguje  na  wichurę,  Elizabeth  wolała  nie  myśleć.  Może  to  ostatnia 
rzecz, jaką ona zrobi na tej ziemi – z przerażoną krową nie ma żartów. 
 

Ciągnęła głęboko powietrze. Poryw wichru szarpnął drzwiami i otworzył je z hałasem. 

Krowa  ryknęła  i  przewróciła  dziko  oczami.  Elizabeth  chciała  coś  powiedzieć,  uspokoić 
zwierzę, ale wiatr porywał słowa. Dławił je, nim zostały wypowiedziane. Pochyliwszy głowę, 
Elizabeth  wolno  posuwała  się  do  przodu  i z  całej  siły  ciągnęła  za  sobą  linę.  Widziała,  że  w 
dole  morze  wściekle  tłucze  o  brzeg.  Niczym  białe  pieniste  ściany,  fale  rozpryskiwały  się 
dopiero przy szopie na łodzie. Panie, ochroń naszą szopę, modliła się w duchu, nagle jednak 
została szarpnięta gwałtownie w tył, bo krowa zaparła się nogami i stawiała opór. Elizabeth 
poczuła  przeszywający  ból  w  ramieniu,  przez  moment  myślała,  że  jest  poważnie  ranna.  Ból 
był niczym ogień, a zoczy trysnęły jej łzy. Pośpiesznie chwyciła linę lewą ręką. W tej samej 
chwili poczuła na ramieniu czyjąś dłoń i usłyszała przy uchu głos Helene. 
 

- Ty chyba kompletnie zwariowałaś, Elizabeth! 

Wracaj do obory i odwiąż następną krowę,  tą ja się zajmę. 
 

Elizabeth posłuchała natychmiast. Teraz miała wiatr w plecy, który ją z powrotem w 

stronę drzwi obory. W środku stała chwilę i próbowała odzyskać oddech. Ostrożnie poruszała 
ręką, rozmasowała ramię, po czym pośpieszyła do kolejnej krowy. Wkrótce wróciła Helene. 
 

-  Zakazałam dziewczynom wychodzić z domu –  wykrztusiła, wypychając włosy  pod 

chusteczkę. – To, co robisz, jest śmiertelnie niebezpieczne. Wiesz o tym?  
 

Elizabeth przytaknęła. 

 

- Tak, ale koniecznie. Wracaj do domu, Helene, dam sobie radę sama. 

 

-  Rzeczywiście  wyglądasz,  jakbyś  miała  poradzić  sobie  sama    prychnęła  Helene.  – 

Musimy we dwie wyprowadzać każdą krowę, w przeciwnym razie one nie pójdą. 
 

-  Gdyby  był  czas,  zaczekałabym,  aż  mężczyźni  wrócą  –  tłumaczyła  Elizabeth,  jakby 

była winna przyjaciółce jakieś wyjaśnienia. 
 

- Dobrze, dobrze, damy sobie radę tak samo, jak oni – uznała tamta. 

 

-  No  to  zrobione,  możemy  wracać  do  domu  –  odetchnęła  Elizabeth,  kiedy  ostatnia 

krowa znalazła się w piwnicy. – I chyba sztorm przybiera na sile. 
 

Ujęły  się  nawzajem  za  ręce,  kiedy  wychodziły  na  dwór,  ale  zaraz  potem  musiały 

puścić,  żeby  trzymać  się  mocno  ścian  domu.  Porywy  wichury  były  tak  silne,  że  kobiety 

background image

 

7

posuwały  się  do  przodu  z  najwyższym  trudem.  Gdybyśmy  czekały,  to  nawet  mężczyźni  nie 
zdołaliby przeprowadzić krów, pomyślała ze zgrozą Elizabeth. 
 

Wiatr szarpał ubraniami i porywał słowa, które kierowała do Helene. W swoim życiu 

przeżyła  już  wiele  burz  i  sztormów,  ale  nigdy  takiego  jak  ten  dzisiejszy.  Kiedy  nareszcie 
chwyciła się poręczy schodów, poczuła silną rękę obejmującą ją w pasie. Kristian krzyczał jej 
coś do ucha, ale nie mogła go zrozumieć, zauważyła tylko, że Helene i Ole posuwają się za 
nimi. W końcu wszyscy znaleźli się na ganku. 
 

-  Co  wy,  do  jasnej  cholery,  robicie  na  dworze?  –  wrzasnął  Kristian.,  zrywając  z 

wściekłością czapkę. – Jak można wychodzić z domu w taką niepogodę? 
 

- Przeprowadzałyśmy krowy do piwnicy – oznajmiła Elizabeth? 

 

- Co? – Oczy Kristiana zrobiły się czarne z wściekłości. – Coście robiły? 

 

Helene  przesunęła  się  o  krok  do  przodu,  ale  Elizabeth  powstrzymała  przyjaciółkę 

ruchem ręki. 
 

- Idź zobacz, czy służące zrobiły, o co je prosiłam, Helene. Ole, ty też idź z nią. 

 

Ole zniknął natychmiast, ale Helene wahała się przez moment. 

 

- Rób, co mówię – powtórzyła Elizabeth i przyjaciółka poszła do kuchni. 

 

- Po pierwsze – zaczęła Elizabeth złowieszczo niskim głosem. – Po pierwsze, nigdy, 

ale to nigdy, nie mów do mnie w ten sposób przy ludziach. Słyszysz? A po drugie, to trzeba 
było przed najgorszą wichurą wyprowadzić krowy z obory. 
 

-  Czy  ty  sobie  zdajesz  sprawę  z  tego,  co  się  mogło  stać?  –  wrzeszczał  Kristian,  nie 

ś

ciszają  głosu.  –  Zwierzęta  mogły  stać  spokojnie  tam,  gdzie  stały,  a  wy  powinniście 

przynajmniej zaczekać, dopóki mu nie wrócimy, 
 

Elizabeth  nie  przypomniała  sobie,  że  kiedykolwiek  przedtem  została  w  ten  sposób 

upokorzona, i to przez mężczyznę, za którego wyszła za mąż. Bała się, że może powiedzieć, 
coc,  czego  potem  będzie  żałować,  dlatego  milczała.  Odwróciła  się  na  pięcie  i, 
zaczerwieniona, wkroczyła do kuchni. 
 

Ole  i  służące  niczym  ołowiane  żołnierzyki  i  wpatrywali  się  w  nią.  Z  pewnością 

słyszeli  każde  słowo  Kristiana.  Elizabeth  pośpiesznie  sprawdziła,  czy  ogień  w  piecu  został 
wygaszony i chociaż widziała, że tak, jednak spytała: 
 

- Wygasiliście ogień na wszystkich paleniskach? 

 

Lina potwierdziła skinieniem głowy. 

 

- Dobrze, to teraz chodźmy do salonu. Przypuszczam, że tam jest cieplej, no i można 

wygodniej usiąść. To chyba będzie bardzo długi wieczór, a kto wie, czy i nie noc. Wątpię, czy 
ktoś dzisiaj w ogóle zaśnie. 
 

Ane i Maria siedziały przytulone do siebie na kanapie. One też z pewnością słyszały 

wymianę  zdań  między  Elizabeth  i  Kristianem.  Usiadła  obok  nich,  a  wtedy  Ane  spytała 
szeptem: 
 

- Uratowałaś wszystkie krowy, mamo? 

 

Matka skinęła bez słowa głową. W tej chwili do salonu wszedł Kristian. Zajął fotel za 

ż

oną, ale nic nie powiedział. 

 

Milczenie  może  piec  boleśniej  niż  szorstkie  słowa,  pomyślała  Elizabeth  i  objęła 

ramionami dziewczynki. Helene tymczasem przyniosła koce. 
 

-  Otulcie  się  –  powiedziała,  rozdzielając  je  między  zebranych.  –  Wkrótce  zrobi  się 

zimno. 
 

Ole  usiadł  obok  Amandy,  Helene  przy  Line.  Tylko  Kristian  siedział  sam.  Elizabeth 

musiała się uśmiechnąć. Dorosły mężczyzna, a zachowuje się jak dziecko. 
 

Służące robiły na drutach, cicho przy tym rozmawiając. Ane pogadywała coś sama do 

siebie  i  od  czasu  do  czasu  nuciła  dziecinną  piosenkę.  Na  dworze  szalał  sztorm,  wiatr  wył 
wściekle. Za oknem przelatywały jakieś gałązki i śmieci. Stary dom trzeszczał i chwiał się w 
posadach. Chociaż Elizabeth wiedziała, że stoi tu od pokoleń i przetrwał niejedną zawieruchę, 

background image

 

8

to i tak raz po raz przenikał ją nieprzyjemny dreszcz. To siła natury, jakiej dawno nie widzieli. 
Deszcz dzwonił o szyby, gwałtowne błyskawice rozdzierały niebo, a po każdej z nich słychać 
było głuchy, przeciągły grzmot. 
 

-  Mam  wrażenie,  jakby  jakieś  kościste  palce  stukały  w  szybę  –  szepnęła  Amanda, 

patrząc przestraszona przed siebie.  
 

- Przestań, co to za głupie gadanie! – skręciła ją Helene szorstko. – Nie strasz dzieci! 

 

- Przepraszam, nie pomyślałam – wymamrotała Amanda i skuliła się jeszcze bardziej, 

ale zręczne palce dalej przebierały drutami. 
 

W pokoju długo panowała zupełna cisza. W końcu Maria szepnęła cichutko: 

 

- Elizabeth, ja się boję. 

 

Elizabeth  przytuliła  siostrę  mocniej.  Rzadko  się  zdarzało,  aby  Maria  czyniła  takie 

wyznania.  Mała  Maryjka,  nieustraszona,  radząca  sobie  ze  wszystkim!  Przeżyła  katastrofę 
łodzi  rozbitek  przez  sztorm.  To  ona  była  taka  dzielna,  że  opowiedziała  o  wstrętnym 
nauczycielu,  który  zaczepiał  małe  dziewczynki.  Młodsza  siostrzyczka  zbyt  wcześnie  została 
sierotą  i  musiała  pracować  niczym  dorosły  człowiek.  I  oto  teraz  Maria  się  boi,  choć  trzeba 
powiedzieć, że ma do tego prawo. 
 

-  Z  mamą  jesteśmy  bezpieczne  –  szepnęła  Ne.  Elizabeth  pocałowała  głowy  obu 

dziewczynek i poczuła, jak dobrze mieć je przy sobie, i córeczkę, i młodszą siostrę. 
 

-  O  Boże  kochany,  a  co  tam  u  mojej  mamy  i  taty!  –  Okrzyk  Amandy  przyszedł  tak 

niespodziewanie, że Elizabeth podskoczyła. 
 

- Spokojnie – odezwał się rzeczowo Ole. – Wasz do, jest osłonięty, sztorm nic mu nie 

zrobi. 
 

- Jesteś pewien? 

 

- Możesz mi wierzyć. 

 

Elizabeth  ze  zdumieniem  stwierdziła,  że  Amanda  natychmiast  się  uspokoiła.  Musi 

mieć wielkie zaufanie do Olego, pomyślała. 
 

Ponownie pokój rozświetliła gwałtowna błyskawica i Ane westchnęła cichutko. 

 

- Biedni ci, którzy są teraz w niebie. 

 

Nikt nie uznał, że słowa małej są zabawne. 

 

- U Boga i Jezusa nie ma ani błyskawic, ani grzmotów – odparła Maria. 

 

Co  by  to  było  gdyby  piorun  w  coś  uderzył,  pomyślała  Elizabeth  przerażona. 

Wspomnienie tamtego dnia, kiedy Nikoline podpaliła starą szopę na torf, wciąż jeszcze się w 
niej  nie  zatarło.  Fakt, że  nieszczęsna  kobieta  spłonęła  żywcem,  potęgował  tragedię.  Nagle  z 
zamyślenia wyrwali ją jakiś dziwny trzask. Helene zerwała się z miejsca i podbiegła do okna. 
 

- Wichura zawaliła oborę! – krzyczała wstrząśnięta, zasłaniając twarz rękami. 

 

- Odejdź od okna! – wrzasnął Kristian i dwoma susami dopadł do służącej. 

 

W tym samum momencie dziedziniec oświetliła kolejna błyskawica i wszyscy ujrzeli 

potężną  kłodę  unoszącą  się  w  powietrzu.  Jakby  to  była  niewielka  gałązka,  sztorm  kierował 
ogromny kawał drewna prosto w okno, przy którym stała Helene.  
 

Elizabeth  miała  wrażenie,  jakby  wszystko  odbywało  się  w  zwolnionym  tempie. 

Zdążyła zauważyć, że Kristian popchnął Helene na podłogę. Pojawiły się też służące i Ole, a 
ona sama przycisnęła mocniej do siebie dziewczynki – dla niej najważniejsze buło ochronić je 
obie. 
 

Kłoda  z  wielką  siłą  uderzyła  w  okno.  Przez  chwilę  Elizabeth  miała  wrażenie,  że 

rozpadła się cała ściana. Huk przetoczył się z wolna, po czym zaległa złowieszcza cisza. 
 

Ane  zaczęła  głośno  płakać.  Ludzie  spoglądali  po  sobie  przerażeni.  Kiedy  Kristian 

pomagał Helene wstać z podłogi, jego głos brzmiał dziwnie. 
 

- No, mało brakowało. Dopóki sztorm się nie uspokoi, nikomu nie wolno zbliżać się 

do okna. 

background image

 

9

 

Bez  protestu  wszyscy  zgromadzili  się  w  odległym  kącie  pokoju  i  rozsiedli  się  ta,  na 

podłodze.  Dzieciom  podłożono  niedźwiedzią  skórę  i  otulono  ciepłymi  wełnianymi  kocami. 
Powoli wszyscy się uspokajali. 
 

Tym razem Kristian usiadł tuż obok Elizabeth i objął ją ramionami. 

 

- Wybacz mi – wyszeptał. Wybacz, że zachowałem się jak idiota. To się nigdy więcej 

nie powtórzy. Ale tak strasznie się o ciebie bałem. 
 

- Zapomnijmy o tym – odparła Elizabeth łagodnie i oparła głowę na ramieniu męża. 

 
 

Nad  ranem  porywy  wichru  nieco  osłabły.  W  końcu  Elizabeth  wstała,  sztywna  i 

zdrętwiała,  po  wielu  godzinach  spędzonych  w  tej  samej  pozycji.  Podeszła  do  okna,  by 
obejrzeć zniszczenia. 
 

- Tak, sztorm przewrócił oborę – powiedziała właściwie do siebie. 

 

Kristian  podszedł  do  niej  i  znowu  objął  ją  w  pasie,  krowy  będę  stać  w  piwnicy. 

Uratowaliśmy je dzięki tobie i Helene. 
 

Tej  nocy  między  mną  a  Kristianem  też  trwał  sztorm,  myślała  Elizabeth.  Jakoś  przez 

niego przeszliśmy, ale z pewnością będzie ich więcej. Jak to w życiu. 
 
Rozdział 2 
 
 

W  sąsiednich  dworach  i  zagrodach  wichura  specjalnych  szkód  nie  wyrządziła.  Ole 

miał  rację;  rodzice  Amandy  mieszkają  w  takiej  niszy,  że  gospodarstwo  jest  osłonięte  od 
wiatru.  Nie  ponieśli  żadnych  strat,  wiatr  zniszczył  tylko  parę  drobnych  przedmiotów, 
pozostawionych na dworze. 
 

W  Dalsrud  nową  oborę  postawiono  w  rekordowym  tempie,  wielu  sąsiadów  zgłosiło 

się ochotniczo do pomocy.  
 

- Jeszcze by tego brakowało – mamrotali pod nosem za każdym razem, kiedy Kristian 

im dziękował. 
 
 

Ś

nieg prawie całkiem ustał. Jeszcze tylko pojedyncze płatki spadały bezszelestnie na 

ziemię.  Stojąca  na  kuchennym  stole  lampa  rzucała  złocistą  poświatę  na  zeszyt,  w  którym 
Elizabeth  miała  zamiar  robić  notatki.  Postawiła  obok  siebie  kubek  z  kawą  i  talerzyk 
ś

wiątecznych  ciastek.  Zanurzyła  pióro  w  kałamarzu,  ale  nie  zaczęła  pisać,  siedziała  tylko 

zamyślona  i  patrzyła  przed  siebie.  Wiedziała,  że  wielu  gospodarzy  zapisuje  informacje  na 
temat pogody, zbiorów i innych spraw. Kristian  prowadzi dokładne rachunki, bo Dalsrud to 
duży dwór, oba sama natomiast zapisuje, co trzeba, na temat zapasów jedzenia. Dzięki temu z 
roku na rok ma coraz większą wiedzę i wszystkiego jej w domu starcza, bo zawsze wie, ile 
czego potrzebuje. 
 

Wypiła  łyk  kawy.  Ile  trzeba  mąki,    żeby  wyposażyć  Kristiana  i  Olego  na  zimowe 

połowy? A co z mięsem i masłem? Do ich wyjazdu nie zostało zbyt wiele. 
 

Elizabeth  ugryzła  kęs  kruchego  ciasta,  cukier,  cukier  zachrzęścił  między  zębami. 

Myślami powracała do świąt Bożego Narodzenia. Gdyby ją zapytano, co w tym uroczystym 
okresie lubi najbardziej, bez namysłu odpowiedziałaby, że chwilę, które może spędzić tylko z 
rodziną. Między świętami a Nowym Rokiem nie ma żadnych cięższych prac, robi się tylko to, 
co absolutnie konieczne, wszyscy odpoczywają… 
 

- Zastanawiam się, czym Helene się zajmuje w swoje wolne dni. – Amanda siedziała 

przy piecu z drutami w ręki. Robiła rybackie rękawice dla Olego. 
 

Lina wzruszyła ramionami. 

 

- Zapytaj ją, jak wróci. To nieładnie gadać za czyimiś plecami, kiedy zainteresowany 

nie może ci odpowiedzieć. 

background image

 

10

 

- Nie miałam na myśli nic złego! – W głosie Amandy słychać było złość. – Chodziło 

mi tylko o to, że kiedy ja mam wolne, to biegnę do domu, do rodziców. Helene przecież nie 
ma dokąd chodzić, a we dworze też jej nie ma. 
 

-  Jak  ja  mam  wolne,  to  często  wybieram  się  na  spacer.  Helene  z  pewnością  robi  tak 

samo – rzekła Lina, odgarniając za ucho kosmyk rudoblond włosów. 
 

Elizabeth udawała, że nie słucha ich rozmowy. 

 

Nagle do kuchni z hałasem wbiegła Ane. 

 

- Mamo, czy mogę o coś zapytać? 

 

- No pewnie. Co się dzieje. 

 

-  Powiedziałaś  kiedyś,  że  koty  muszą  mieć  takie  wąsy  na  swoich  pyszczkach  po  to, 

ż

eby umiały trafić z powrotem do domu, jak wyjdą na przykład do lasu. 

 

- Wąsy? – powtórzyła Amanda. 

 

- No takie włosy nad oczami i przy nosie – tłumaczyła Ane zniecierpliwiona. 

 

Elizabeth przytaknęła. 

 

- Tak, no i co z tymi wąsami? 

 

Ane wierciła się niespokojnie. 

 

- Bo ja się zastanawiam, czy jeśli kot tych wąsów nie ma, to on może i tak wrócić do 

domu? 
 

Elizabeth miała jak najgorsze przeczucia. 

 

- Ane, co ty tam chowasz za plecami? 

 

-  Ja?  Nic…  -  córka  kręciła  głową  tak  energicznie,  że  jasne  warkocze  tańczyły, 

uderzając w policzki. 
 

- Pokaż mi to zaraz – zażądała Elizabeth. 

 

Ane  bardzo  niechętnie  wyciągnęła  rękę,  w  której  trzymała  niewielkie  hafciarskie 

nożyczki i pęczek kocich wąsów. 
 

Zanim jednak zdążyła  cokolwiek powiedzieć, do kuchni wszedł Ole, tupiąc  głośno, i 

Ane uciekła. Porozmawiam z nią później, pomyślała Elizabeth z westchnieniem. 
 

-  Proszę,  macie  tu  obiad  –  oznajmił  Ole,  stawiając  na  kuchennym  stole  drewniane 

wiadro pełne ryb. 
 

-  Oj,  jakie  piękne  karmazyny!  –  krzyknęła  Lina  położyła  jedną  czerwoną  rybę  na 

blacie. – Ziemniaki z masłem i świeży karmazyn! Mnian, mniam, już się cieszę. 
 

Amanda wstała z miejsca, 

 

- A co tutaj masz? – spytała, podnosząc rękę Olego w górę. – Coś ty sobie zrobił? 

 

- Nic, to tylko skaleczenie, haczyk na ryby wbił mi się w ciało, szarpnąłem za mocno i 

patrz! Ale nie ma się czym przejmować. 
 

- Ty krwawisz – stwierdziła Amanda. 

 

Elizabeth podeszła bliżej. 

 

- Niech no zobaczę… - wykrztusiła ochryple. 

 

Między  palcem  wskazującym  i  kciukiem  chłopaka  zobaczyła  głębokie  rozcięcie,  na 

szczęście ciekłą z niego świeża krew. Elizabeth słyszała, że to dobrze. Mimo wszystko serce 
ś

cisnęło  jej  się  boleśnie.  Długo  oglądała  rękę  Olego,  by  mieć  pewność,  ze  rana  się  nie 

zaczerwieniła i niej sta zaogniona. 
 

-  Trzeba  założyć  opatrunek  –  rzekła  w  końcu.  –  Dzisiaj  będę  skaleczenie  oglądać 

jeszcze kilka razy. 
 

Służący spoglądali po sobie zdumieni. 

 

- Przecież mała ranka nie może być aż taka niebezpieczna – protestował Ole. 

 

-  Mój  tata  też  wbił  sobie  tylko  haczyk  pod  skórę  –  odparła  Elizabeth,  patrząc  mu 

uporczywie w oczy. – Szybko dostał zakażenia krwi i umarł. 

 

 

Ole skinął głową. 

 

- Tak, pamiętam mówiłaś o tym. 

background image

 

11

 

Elizabeth widziała, że grdyka porusza mu się niespokojnie, kiedy przełykał ślinę. 

 

- I trzymaj się z daleka od obory, dopóki rana się nie zagoi – poleciła stanowczo. 

 

- Ale dlaczego? 

 

-  Słyszałam,  że  krowi  nawóz  i  w  ogóle  gnój  jest  bardzo  niebezpieczny  przy 

skaleczeniach  –  odparła,  wyjmując  słoik  z  maścią  i  czyste  szmatki.-  Amanda.  Załóż  mu 
opatrunek. Ja idę do obory. 
 

Na  korytarzu  poczuła,  że  kolana  się  pod  nią  uginają  i  opadła  na  stołek.  Panie  Boże, 

chroń Olego przed chorobą, modliła się w duchu. 
 

- Dlaczego ty tu siedzisz? 

 

Nieoczekiwanie stanęła przy niej Maria. 

 

- Musiałam po prostu odetchnąć – odparła, wstając wolno.  A gdzie Ane? 

 

- W salonie. Rysuje. 

 

- No to ty chodź ze mną do obory. 

 
 

-  Pomyśl,  że  od  wiosny  będę  miała  już  tylko  dwa  lata  do  konfirmacji  –  powiedziała 

Maria, kiedy szły przez dziedziniec. – Tak strasznie się cieszę, że aż mam łaskotki w żołądku. 
 

Elizabeth mruknęła coś w odpowiedzi. Myślami wciąż jeszcze była przy Olem. Ludzie 

ciągle  się  kaleczą,  zwłaszcza  mężczyźni,  a  tylko  raz  się  zdarzyło,  że  ktoś  od  tego  umarł. 
Mimo wszystko nie mogła się pozbyć bolesnego pieczenia w piersi, choć wiedziała, ż pewnie 
wszystko dobrze się ułoży. 
 

- Wtedy będę mogła w końcu nosić długą suknię i wysoko upięte włosy, a nie te dwa 

głupie warkoczyki. 
 

Elizabeth wpuściła siostrę przed sobą do obory i przyjrzała jej się pospiesznie. Maria 

zawsze była drobna i chudziutka, ostatnio jednak zaczęła nabrać pełniejszych kształtów. Robi 
się  podobna  do  mamy,  pomyślała  starsza  siostra.  Mama  była  postawną  kobietą.  Poza  tym 
Maria odziedziczyła po niej karnację: ciemne włosy i niebieskie oczy. 
 

- Dlaczego mi się tak przyglądasz? – zdziwiła się Maria, sięgając po wiodły do gnoju. 

 

- Zdałam sobie sprawę, że robisz się podobna do mamy. 

 

Maria skrzywiła nos i Elizabeth musiała  się uśmiechnąć. Żadna dziewczynka w tym 

wieku nie chce być podobna do matki. Wiedziała o tym od dawna.  
 

 -  Masz  jej  karnację,  moja  kochana  siostro    mówiła  dalej  z  czułością.  –  Podobno  za 

młodu mama była prawdziwą pięknością, ale ciężka praca wcześnie ją zniszczyła. 
 

- Praca nikomu nie szkodzi – odparła Maria zdecydowanie, wzięła wiadro do mleka i 

usiadła przy pierwszej z brzegu krowie. 
 

Rozmowa powoli schodziła na inne tematy. Jedna dziewczyna w szkole jest strasznie 

ładna,  opowiadała  Maria,  a  inna  to  stale  się  podlizuje  nauczycielowi.  Ale  jest  też  kilka 
koleżanek naprawdę sympatycznych. 
 

Elizabeth  cieszyła  się,  że  siostra  chce  jej  opowiadać  o  tym,  co  ją  interesuje.  Nie 

wszystkie starsze siostry i nie wszyscy rodzice mają tyle szczęścia, pomyślała. 
 

Jakiś czas potem poszła do rzeki, by przynieść wodę i po drodze zobaczyła wracają do 

domu Helene. Przyjaciółka biegła lekko, jak uskrzydlona, obracała się raz po raz, niczym w 
tańcu,  o  podśpiewywała  sobie  pod  nosem.  Elizabeth  postawiła  wiadra  na  śniegu  i  jej 
pomachała. 
 

- Czy zdarzyło się coś wyjątkowego, że jesteś taka zadowolona? 

 

- Nie mam tam nikogo? – odpowiedziała Helene pytaniem, wskazując głową oborę, 

 

- Tylko Maria, ale zaraz kończymy. 

 
 

-  Poznałam  mężczyznę  –  zaczęła  Helene  w  chwile  później,  kiedy  usiadły  obie  na 

stołkach pod ścianą obory. Tak blisko sobie, że dotykały się kolanami. 
 

- Mężczyznę? No to mów! Jak wygląda? Czy jest dla ciebie dobry? Skąd on…? 

background image

 

12

 

Helene położyła jej palec na wargach i wybuchnęła śmiechem. 

 

- Nie wszystko naraz! Po kolei. Pracuje jako parobek u Ottara w Vika. Mieszka tam od 

kilku  miesięcy,  ale  pochodzi  z  innej  części  Lofotów.  Nie  pamiętam  już  skąd,  ale  to  bez 
znaczenia,  spotkało  go  straszne  nieszczęście,  wiesz,  bo  wpadł  w  takie  długi,  że  w  końcu 
lensman  zajął  mu  gospodarstwo.  –  Helene  uśmiechała  się  ze  smutkiem.  –  Ale  wciąż  ma 
nadzieję,  że  zdoła  odłożyć  tyle  pieniędzy,  żeby  kupić  nowe.  A  na  imię  mu  Pål.  I  ma 
czterdzieści trzy lata. 
 

- Czterdzieści trzy lata? – krzyknęła Elizabeth. – Toż on mógłby być twoim ojcem! 

 

Jedna z krów odwróciła głowę i przez chwilę wytrzeszczała czarne oczy, zanim znowu 

skupiła uwagę na jedzeniu. 
 

- Wiek nie ma żadnego znaczenia, jeśli ludzie się kochają – odparła Helene. 

 

- Przepraszam, Helene,  byłam po prostu zaskoczona. Oczywiście, lata nie odgrywają 

ż

adnej roli. 

 

-  Pål  był  już  raz  żonaty,  ale  dzieci  nie  miał.  Teraz  jest  wdowcem  –  dodała.  Szeroki 

uśmiech rozjaśnił jej twarz, kiedy mówiła dalej: 
 

-  Jest  taki  opiekuńczy  i  miły.  Mówi  mi  tyle  pięknych  rzeczy  i…  -  umilkła 

zaczerwieniona. 
 

-  Czujesz  łaskotki  w  żołądku  i  pulsowanie  w  koniuszkach  palców,  kiedy  na  niego 

patrzysz? – spytała Elizabeth. 
 

Helene podniosła wzrok. 

 

- Tak, ale skąd wiesz? 

 

-  Dwukrotnie  wychodziłam  za  mąż  i  powiem  ci,  że  jeśli  coś  takiego  czujesz,  to  na 

pewno jesteś zakochana. 
 

-  To  jest  coś  więcej  niż  tylko  zakochanie  –  rzekła  Helene  z  powagą.  –  Ja  z  Pålem 

chciałabym  spędzić  resztę  życia  –  umilkła  na  moment.  –  Czy  to  można  wiedzieć  tak 
wcześnie? 
 

-  Myślę,  że  tak  –  odparła  Elizabeth  i  poklepała  przyjaciółkę  po  ręce.  –  Gratuluję  ci. 

Zasługujesz na miłość. 
 

- Dziękuję. – Helene przyglądała jej się uważnie. – Czy ciebie coś dręczy? – spytała. 

 

- Tak. Niepokoję się o Olego. 

 

- A co się stało? 

 

- Skaleczył się haczykiem na ryby – odparła Elizabeth zatroskana. – B0ję się, żeby nie 

wdał się zakażenie krwi. 
 

- Jak u twojego ojca? 

 

- No właśnie. 

 

- Nie martw się na zapas – pocieszała Helene. – Wieczorem sprawdź jeszcze, czy rana 

nie jest zaogniona. Jak nie, to możesz być spokojna. Ale teraz chodźmy, bo zamarzniemy na 
ś

mierć. 

 

- Ty idź, ja zaraz skończę z obrządkiem i też przyjdę.  

 

Elizabeth uśmiechała się, wracając do Marii ponure myśli się ulotniły. 

 
 

-  Chciałabyś,  żeby  wszyscy  domownicy  dowiedzieli  się  o  Pålu?  –  spytała  jakiś  czas 

potem przyjaciółkę. 
 

Tamta w milczeniu skinęła głową, wobec czego Elizabeth zwróciła się do służących. 

 

-  Nastawcie  wody  na  kawę,  bo  będziemy  mieć  uroczystość.  Nasza  Helene  znalazła 

sobie kawalera. 
 

Helene uśmiechnęła się niepewnie, zaczerwieniona niczym słoneczko o zachodzie. 

 

- Elizabeth, no co ty! – protestowała. – Nie musiałaś mówić tego w ten sposób! 

 

Kiedy  wszyscy  zebrali  się  przy  wielkim  kuchennym  stole,  Elizabeth  poczuła,  że 

spokój spływa na nią niczym miękka, wełniana zasłona. Popijała kawę małymi łykami, głosy 

background image

 

13

domowników  szumiały  jej  w  uszach.  Jaka  to  uroczysta  chwila,  pomyślała  i  zapragnęła,  by 
takich chwil było więcej. 
 
 

Wieczorem Elizabeth zrobiła ostatni obchód wszystkich pomieszczeń, żeby sprawdzić, 

czy łojowe świece i naftowe lampy zostały pogaszone. Strach przed pożarem nosiła w sobie 
od dzieciństwa. 
 

Wracała już na górę, żeby się położyć, kiedy przypomniała sobie o skaleczeniu Olego. 

Zbiegła więc na dół, włożyła gruby sweter i wyszła z domu. 
 

-  Mam  nadzieję,  że  jeszcze  nie  śpi  –  mruknęła  sama  do  siebie,  kierując  się  w  stronę 

izby czeladnej. Z daleka zobaczyła światło w oknie. Chciała zapukać w szybę, żeby dać znać, 
ż

e idzie, i nagle stanęła jak wryta. 

 

Najpierw  pomyślała,  że  wzrok  ją  myli.  To  przecie  nie  może  być…  Ależ  tal,  to 

Amanda i Ole, który… 
 

Elizabeth  zakryła  dłonią  usta,  by  stłumić  okrzyk.  Służąca  opierała  się  plecami  o 

ś

cianę, a Ole stał przed nią ze spodniami wokół kostek. Nie ulegało najmniejszej wątpliwości, 

co robią,  choć Elizabeth nie mogła pojąć, że to  możliwe. Nie w takiej pozycji! Dziewczyna 
oplatała udami biodra parobka, a on podłożył ręce pod jej pośladki. 
 

I to Amanda! Ma przecież dopiero szesnaście lat, jest chudziutką małą dziewczynką, 

która chyba jeszcze nie bardzo wie, co się dzieje między kobietą i mężczyzną.    
 

Zaszokowana  gospodyni  biegiem  wróciła  do  domu.  Na  korytarzu  opadła  na  jakiś 

stołek. Myśli wirowały jej w głowie. Amanda miała rozpiętą bluzkę, widać buło małe, jędrne 
piersi.  Uda  nie  należały  już  do  dziewczynki,  raczej  do  młodej  kobiety,  która  dobrze  wie, 
czego  pragnie.  To  było  oczywiste,  sposób  w  jaki  odrzucała  w  tył  głowę,  jakby  prosiła  o 
więcej. 
 

Elizabeth musiała po prostu przyjąć do wiadomości, że Amanda dorosła. 

 

Nie  umiałaby  powiedzieć,  jak  długo  tak  siedzi,  ale  była  bardzo  zamarznięta,  kiedy 

drzwi  się  otworzyły  i  w  progu  stanęła  Amanda.  Mrużyła  oczy,  twarz  miała  czerwoną,  ale 
opanowała się szybko i spytała: 
 

- Dlaczego ty tu tak siedzisz? 

 

Pytanie było takie nieoczekiwane, że Elizabeth nie wiedziała, co powiedzieć. Poczuła 

się jak dziecko przyłapane na gorącym uczynku, 
 

-  Wydawało  mi  się,  że  nie  zgasiłam  jednej  świecy  –  skłamała.  –  A  byłam  taka 

zmęczona, że usiadłam, żeby chwilę odpocząć. 
 

Wstała i chciała iść na górę, gdy Amanda zaczęła tłumaczyć: 

 

- Byłam w czeladnej, u Olego. Skaleczenie wygląda bardzo dobrze. Chyba zaczęło się 

już goić, ale na wszelki wypadek zmieniłam mu opatrunek. 
 

- Świetnie. Dobranoc, Amando. 

 

Wbiegła  na  schody.  Służąca  mówi  prawdę,  poszła  pewnie  obejrzeć  ranę.  W  takie 

sprawie by nie zmyślała. Nie ma powodu. A potem jedno pociągnęło za sobą drugie. 
 

Kiedy wślizgnęła się pod kołdrę i przytuliła do Kristiana, żeby się rozgrzać, poczuła, 

ż

e wraca jej spokój. I, dzięki Bogu, z Olem też wszystko dobrze. 

 
Rozdział 3 
 
 

Nowozakupiony  kalendarz  pokazuje,  że  nastał  rok  1878.  styczeń  zaczął  się  wielkimi 

opadami  śniegu.  To  trudna  pora  roku  i  do  wiosny  jeszcze  daleko.  Elizabeth  próbowała  się 
pocieszać, że czas mroku wkrótce minie i znów wyjrzy słońce, ale wiedziała, że trzeba będzie 
długo czekać, zanim zacznie się wznosić wysoko na niebie. 
 

Tymczasem mężczyźni szykują się do wyjazdu na zimowe połowy. Elizabeth każdego 

roku  bała  się  tego  tak  samo.  Nigdy  chyba  do  tego  nie  przywyknie,  zawsze  będzie  w  tym 

background image

 

14

czasie  żyć  z  duszą  na  ramieniu.  To  okropne.  Kobiety  zostają  same  i  nigdy  nie  wiedzą,  czy 
któryś z bliskich nie zginie na morzu. 
 

Wczesnym  rankiem  Elizabeth  szła  przez  dziedziniec.  Jedną  ręką  podtrzymywała 

uniesioną spódnicę, w drugiej zaś miała duży ser. 
 

Nagle spostrzegła jakiegoś jeźdźca, pędzącego galopem w stronę Dalsrud. Przystanęła 

i, mrużąc oczy, wypatrywała w szarym świetle poranka. Dreszcz strachu  przenikał jej ciało. 
Kto to może być? – zastanawiała się. Czekała, dopóki koń się przed nią nie zatrzymał. 
 

-  Bergette  rodzi  i  ty  musisz  tam  natychmiast  jechać!  –  wykrztusił  chłopak.  Nad 

koniem unosił się biały obłok pary. 
 

Upłynęła  chwila,  zanim  Elizabeth  pojęła  sens  słów  posłańca.  Bergette  ma  jeszcze 

miesiąc do porodu – czyżby więc się pomylili? Nie, kiedy ostatnio odwiedziła przyjaciółkę, ta 
powiedziała, że dopiero co badał ją doktor i oznajmił, że dziecko przyjdzie na świat w lutym. 
I  wtedy  też  Bergette  potwierdziła  raz  jeszcze,  że  to  Elizabeth  musi  być  przy  porodzie,  nikt 
inny. Bo ona tylko do Elizabeth ma zaufanie. 
 

Zwilżyła wargi i długo wpatrywała się w parobka. 

 

- Długo jest chora? 

 

- Całą noc – chłopak otarł nos rękawem kurtki. 

 

- Całą noc? – powtórzyła Elizabeth, zdumiona i rozgniewana zarazem. – To dlaczego 

nikt mnie wcześnie nie zawiadomił? – Nie czekała odpowiedzi. – Zeskakuj z konia i pomóż 
mi wsiąść – rozkazała. 
 

Chłopak  z  wahaniem  zsunął  się  z  końskiego  grzbietu  i  patrzył  na  nią  pytająco. 

Elizabeth położyła ser na śniegu. 
 

- Długo masz zamiar tak stać i się gapić? – warknęła. – Pomóż mi wsiąść, powiadam! 

 

Ugięła kolano i chwyciła się końskiej grzywy. Parobek podparł jej kolano złożonymi 

rękami i podsadził energicznie. 
 

Elizabeth  poczuła,  że  ciało  jej  wiotczeje  ze  strachu.  Kiedyś,  w  młodości,  oboje  z 

Jensem  sprowadzili  konie  z  pastwiska.  Jens  przekonał  ją,  żeby  się  przejechała,  a  ona  bez 
wahania na to przystała. Ale teraz jest zupełnie inaczej, nikt jej nie ochrania, a czas nagli. 
 

Niewykluczone, że jej lęk udzielił się też koniowi, bo zwierzę nerwowo  obróciło się 

parę razy w koło i niespokojnie potrząsało głową. 
 

- Może pani gospodyni powinna wziąć sanie… 

 

-  Wejdź  do  domu  i  powiedz  Krystianowi,  że  pojechałam  –  przerwała  mu,  kierując 

kona ku drodze. – I weź ten ser. 
 

Widywała i Kristiana i Olego, jeżdżących na oklep, i wtedy wydawało jej się to bardzo 

proste. Ale zupełnie inaczej jest, kiedy siedzi się na takim wielkim zwierzęciu. Czując każdy 
poruszający  się  pod  sobą  mięsień.  Koń  ruszył  lekkim  kłusem.  Przez  chwilę  Elizabeth 
podskakiwała, przesuwając się niebezpiecznie to w prawi i w lewo. Była pewna, że skończy 
tę  podróż  boleśnie  poobijana,  albo  spadnie,  zanim  znajdzie  się  na  drodze.  Potem  jednak 
przycisnęła uda i łydki do ogromnego zwierzęcia i powoli odnajdywała właściwy rytm. 
 

Nabierała odwagi. Dam sobie radę, myślała. Kontrolując sytuację, wkrótce będę przy 

Bergette. 
 

-  Teraz  spróbuj  mnie  zrozumieć  –  przemawiała  do  konia.  –  Nie  przywykłam  do 

takiego sposobu podróżowania, ale czas nagli. Bergette mnie potrzebuje. Ona i jej dziecko. 
 

Koń  położył  uszy  po  sobie,  jakby  słuchał  jej  słów.  Elizabeth  cmoknęła,  popuściła 

cugle, piętami lekko szturchnęła koński brzuch. I wkrótce ruszyli galopem. Włosy wysuwały 
się  spod  chustki  i  powiewały  na  wietrze,  śnieg  pryskał  spod  końskich  kopyt.  Kobieta  miała 
poczucie,  jakby  byli  jednością,  ona  i  zwierzę,  kiedy  tak  mknęli  po  przysypanej  śniegiem 
drodze. 
 

Elizabeth ufała, że wierzchowiec się nie potknie, wczepiła się jeszcze bardziej w jego 

grzywę, pochyliła ku przodowi i pognała: 

background image

 

15

 

-  Jazda,  jazda,  szybciej!  –  krzyczała,  mocno  obejmując  koński  brzuch  nogami. 

Musiała przymknąć oczy, bo śnieg spod kopyt ciął ją po twarzy. 
 

Ż

eby  tylko  Bergette  jakoś  wytrzymała,  myślała  zrozpaczona.  Dlaczego,  na  miłość 

boską, nikt przez całą noc mnie nie wezwał? 
 

Chłopak,  który  został  w  Dalsrud,  zobaczył,  że  jedna  ze  służących  wyszła  na  ganek. 

Jaka  ładna,  rzekł  w  duchu;  rudoblond  włosy,  zadarty  nosek  obsypany  piegami.  Podszedł  z 
wahaniem, żeby oddać ser. Dziewczyna spoglądała zdziwiona to na niego, to na znikającą na 
drodze Elizabeth. 
 

To ci dopiero baba, ta Elizabeth Dalsrud, pomyślał parobek. Nigdy jeszcze nie widział 

kobiety jeżdżącej konno, a już na pewno nie w taki sposób. Może Sigvard miał rację, mówiąc, 
ż

e tkwią w niej siły, jakichś chrześcijanie przeważnie nie mają. Ze zgrozą przypomniał sobie, 

co słyszał w nocy, Bergette krzyczała we bólach i błagała męża, by posłał po Elizabeth, ale on 
protestował. 
 

- Nie chcę tu widzieć tej czarownicy – powtarzał. – Parobek pojechał do doktora. 

 

Ale  niedługo  wrócił  z  wiadomością,  że  doktora  nie  ma  w  domu.  Sigvard  jednak 

obstawał  przy  swoim:  w  takim  razie  trzeba  wezwać  którąś  z  sąsiadek,  bo  Elizabeth  nigdy 
nawet nie tknie jego dziecka! Słyszał podobno, że ona zajmuje się czarami, że umie zaglądać 
w przyszłość i uwalniać ludzi od bólu. Taka poganka nigdy więcej nie przekroczy progu jego 
domu. 
 

Wtedy  Bergette  zaczęła  krzyczeć,  że  jeśli  on  natychmiast  nie  sprowadzi  tutaj 

Elizabeth, to będzie tego żałował do końca życia. 
 

- Wejdź do środka i ogrzej się trochę, zanim ruszysz w dalszą drogę – przerwała jego 

zmyślania  służąca.  –  Jeśli  Elizabeth  ma  tam  pomagać  przy  porodzie,  z  pewnością  zajmie  to 
sporo czasu – dodała, ruszając przodem. 
 

Służąca najwyraźniej wcale nie jest zdziwiona tym, że gospodyni jeździ konno niczym 

chłop, pomyślał i postanowił nie mówić, co słyszał w nocy. 
 

Elizabeth trzęsła się cała, kiedy koń wpadł na dziedziniec. Pospiesznie zsunęła się na 

ziemie, ale musiała przytrzymać się zwierzęcia, żeby nie upaść. Kolana miała jak z waty. 
 

Z obory wyszedł młody mężczyzna. Podała mu lejce, mówiąc. 

 

- Wasz parobek został w Dalsrud, z pewnością niedługo wróci. 

 

Ruszyła ku domowi, ale cały czas czuła na sobie jego wzrok. 

 

Ponieważ  na  ganku  nikt  na  nią  nie  czekał,  otworzyła  pierwsze  z  brzegu  drzwi  i 

zajrzała  do  dużej,  bardzo  przytulnej  kuchni.  Stojąca  przy  piecu  służąca  mieszała  coś  w 
wielkim garnku. 
 

- Gdzie jest Bergette? – spytała Elizabeth. 

 

- Ona jest… ale ja nie wiem, czy… 

 

Elizabeth głęboko zaczerpnęła powietrza. 

 

- Przysłano po mnie żebym jej pomogła. Więc najlepiej mnie do niej zaprowadź. 

 

- Gospodyni leży w pokoju na strychu – szepnęła dziewczyna ledwie dosłyszalnie, nie 

odrywając oczu od podłogi. 
 

Elizabeth pobiegła na górę, pokonując po dwa stopnie naraz. Nagle przystanęła, bo w 

nią spod przymrużonych powiek. 
 

- Bergette czeka na ciebie. Leży tutaj. 

 

Elizabeth nie odzywała się ani słowem. Minęła go i weszła do pokoju. 

 

Tam, na podwójnym łożu, leżała zapłakana Bergette. Włosy miała potargane, koszulę 

mokrą od potu. Elizabeth dotknęła chłodną dłonią jej policzka, a wtedy rodząca chwyciła ją z 
całej siły. 
 

- Boże najukochańszy, dziękuję, dziękuję, że nareszcie jesteś, Elizabeth – szlochała. – 

Ja się tak strasznie boję, a doktor wyjechał i wszystko idzie nie tak jak trzeba… 

background image

 

16

 

-  Dobrze,  już  dobrze,  pocieszała  ją  Elizabeth.  –  Uspokój  się,  Będzie  dobrze, 

zobaczysz. 
 

Nie  spieszyła  się,  spokojnie  rozmawiała  z  chorą,  zdając  sobie  sprawę,  że  Sigvard 

wciąż stoi za drzwiami. 
 

-  Niech  któraś  ze  służących  przyniesie  tu  świeże  prześcieradła  i  czystą  koszulę  – 

zwróciła się do niego, - I niech nagrzeją wody. Potrzebny też będzie dzbanek zimnej wody i 
jakieś szmaty. 
 

Sigvard wyszedł bezszelestnie, jego twarz nie wyrażała niczego. Elizabeth przeniknął 

dreszcz grozy, ale starała się o tym nie myśleć i skupić się wyłącznie na porodzie. 
 

- Najpierw muszę sprawdzić, jak duże jest rozwarcie – powiedziała, odsuwając kołdrę. 

– Trochę jeszcze trzeba będzie poczekać – oznajmiła po krótkim badaniu. 
 

- Nie, ja dłużej tego nie wytrzymam – rozpaczała Bergette w panice. 

 

- Uspokój się, wszystko będzie dobrze. I powiedz mi, czy wody już odeszły? 

 

Bergette pokręciła przecząco głową. 

 

- Bardzo dobrze. W takim razie będziesz mogła pospacerować trochę po pokoju. 

 

- Czy ty zwariowała? 

 

- Nie, ani trochę, ale odebrałam wiele porodów i sama też wydałam dziecko na świat. 

Po prostu wstań. Chodząc, ułatwiasz dziecku sprawę, rozumiesz? 
 

Bergette  z  wahaniem  stawała  stopy  na  podłodze,  drżąc,  objęła  Elizabeth  w  pasie  i 

rozpoczęła wędrówkę. 
 

Weszła  służąca  z  ręcznikami  i  wodą.  Stanęła  przy  drzwiach  i  gapiła  się  na  obie 

kobiety z otwartymi ustami. 
 

-  Nie  stój  jak  zaczarowana  –  uśmiechnęła  się  Elizabeth,  tłumiąc  zdenerwowanie.  – 

Połóż to wszystko na stole i przynieś jak najwięcej czystych prześcieradeł. Będą też potrzebne 
nożyczki. I ubranka dla dziecka. 
 

Kiedy dziewczyna zniknęła, Bergette roześmiała się cicho. 

 

- Wyleciała, jakby ją kto gonił. Albo jakby zobaczyła ducha! 

 

Kolejny skurcz sprawił, że skuliła się z jękiem. 

 

- Już się chyba położę. Strasznie mnie boli. 

 

- Głupstwa! – zaprotestowała Elizabeth, pociągając ją energicznie za sobą. – Jeśli się 

położysz, to wszystko będzie dłużej trwało. 
 

W tym momencie drzwi otworzyły się z trzaskiem i do pokoju wpadł Sigvard. 

 

- Co tu się dzieje? Chcesz ją pozbawić życia? 

 

Oczy  miał  czarne,  krew  pulsowała  na  skroni,  nabrzmiała  żyłą  wyglądała,  jakby  za 

chwilę miała pęknąć. Elizabeth poczuła, że wzburzenie ją dławi, 
 

- A od kiedy to jesteś doktorem? – spytała głosem drżącym z gniewu. 

 

- Nie trzeba mieć papierów, żeby widzieć, że uprawiasz tu jakieś szaleństwo – warknął 

Sivgard. 
 

- Wyjdź stąd! – syknęła w odpowiedzi. Musiała wspierać cierpiąca Bergette, 

 

- Czy ty nie widzisz, jak ona się męczy? – krzyczał Sivgard, wskazując na żonę. 

 

-  Pewnie,  że  się  męczy!  A  jak,  twoim  zdaniem,  kobieta  ma  wydać  na  świat  całe 

dziecko? – Czuła, że jej cierpliwość się wyczerpuje, musiała panować nad sobą ze wszystkich 
sił. Przyjechała tu, żeby pomagać Bergette, a nie dyskutować z Sivgardem. 
 

Służąca przyniosła prześcieradła, nożyczki i dziecięce ubranka, położyła wszystko na 

stole i pospiesznie wybiegła. 
 

- Zrób, jak ona mówi, Sivgard – wyszeptała Bergette. 

 

Wahał się jeszcze przez chwilę, w końcu jednak wyszedł. 

 
 
 

background image

 

17

Rozdział 4 
 
 

Jestem pewna, że narobiłyśmy śladów na podłodze – narzekała Bergette, kiedy mogła 

się nareszcie znowu położyć. Mimo to trwało jeszcze długo, zanim wody odeszły i zaczęły się 
bóle parte. Elizabeth widziała, że Bergette jest skrajnie wyczerpana. 
 

-  Rozwarcie  jest  tak  wielkie,  że  dziecko  pojawi  się  lada  moment  –  informowała 

Elizabeth,  kiedy  Bergette,  z  woskowożółtą  twarzą,  opadła  z  powrotem  na  poduszki.  –  Dasz 
radę – zapewniała. Myśl teraz o tych wszystkich maleńkich ubrankach, które przygotowałaś i 
które  czekają  na  dziecko.  Myśl  o  kołysce,  też  już  od  dawna  gotowej.  Wytrzymaj  jeszcze 
trochę. 
 

Zauważyła, że to pomaga. Bergette się uśmiechała, kiwała niepewnie  głową, a kiedy 

przyszła kolejna fala bólu, parła z całych sił. 
 

- Już widzę dziecko! – krzyknęła Elizabeth podniecona. – Maleńka główka zmierzała 

na  zewnątrz.  I  ma  mnóstwo  włosów!  To  chyba  dziewczynka!  Jej  włoski  będziesz  wiązać 
wstążką!  Oddychaj  spokojnie…  tak,  tak,  tylko  spokojnie.  I  odpoczywaj  między  jednym  a 
drugim skurczem. O, już, już! Przyj, Bergette! No, jeszcze raz! 
 

Wkrótce potem urodziła się maleńka dziewczynka. Była tak drobniutka, że Elizabeth 

ledwie miała odwagę jej dotknąć. Zanim zaczęła cicho popiskiwać, pokręciła wolno główką. 
 

-  Masz  córeczkę  –  szepnęła  Elizabeth  wzruszona,  przeciągła  pępowinę  i  owinęła 

maleństwo w prześcieradło. – Umyję ją i zaraz ci pokażę. 
 

W  pokoju  panowało  gorąco,  stojący  w  kącie  żelazny  piecyk  był  rozpalony  do 

czerwoności.  Mimo  to  dziewczynka  dygotała  podczas  mycia.  Chudziutkie  rączki  i  nóżki 
poruszały się w sposób niekontrolowany, bródka drżała. Elizabeth zajmowała się dzieckiem, 
szybko i z wprawą. 
 

- No, to teraz zobacz – powiedziała w końcu, kładąc małą w objęciach Bergette. 

 

-  To  one  są  takie  maleńkie?  –  spytała  młoda  matka,  patrząc  spłoszona  na  drobne 

ciałko. – Uważam, że to najpiękniejsze dziecko, jakie widziałam, ale… taka mała! – Bergette 
miała łzy w oczach. 
 

- Małe i małe – bąkała  Elizabeth. – Duża nie jest, ale za to silna. Ta panna da sobie 

radę, zobaczysz. 
 

Nagle Bergette krzyknęła głośno i kurczowo chwyciła rękę Elizabeth. 

 

- Panie, mój Stworzycielu, co to się dzieje? – wrzeszczała z szaleństwem w oczach. 

 

Elizabeth  zamarła.  Pospiesznie  włożyła  dziecko  do  przygotowanej  kołyski,  po  czym 

zbadała położnice. 
 

Czy to mogło być…? Tak, wszystko na to wskazuje. 

 

- Zaraz urodzisz jeszcze jedno dziecko – wykrztusiła roztrzęsiona. 

 

- Co? Nie, ja już więcej nie wytrzymam… - Protesty przechodziły w głuche jęki, a po 

chwili maleńki chłopczyk wyślizgnął się na zewnątrz. 
 

Boże kochany, pomóż mi, modliła się Elizabeth w duchu, przyglądając się maleństwu. 

Wyglądało jak ptasie pisklę, rączki i nóżki, obciągnięte skórą, były takie cieniutki, że bała się, 
by ich nie połamać. 
 

- Co tym razem? – spytała Bergette, chwytając powietrze. 

 

- Chłopiec. 

 

Matka roześmiała się cicho. 

 

- No to Sivgard się ucieszy, strasznie chciał syna. 

 

Elizabeth  z  trudem  przełknęła  ślinę  i  bardzo  ostrożnie  położyła  dwa  palce  na  piersi 

małego.  Ledwo  wyczuwała  bicie  serca.  Uderzenia  były  słabe,  słabiuteńkie.  Jak  trzepot 
motylich skrzydeł, pomyślała i zaczęła rozcierać małe ciałko ręcznikiem. 
 

- Mogłabym go potrzymać? – spytała Bergette. 

 

Elizabeth nie odpowiadała, wciąż zajęta noworodkiem. 

background image

 

18

 

- Dlaczego on nie krzyczy? – dopytywała się matka, a głoś wyraźniej jej drżał. 

 

- On… jest słabiutki – wykrztusiła w końcu Elizabeth. – I bardzo maleńki, a poza tym, 

widzisz., nie wszystkie dzieci krzyczą zaraz po urodzeniu. 
 

- Daj mi go! – zażądała Bergette, opierając się na łokciu, - Połóż go tutaj! 

 

Elizabeth poczuła się kompletnie bezradna, bez słowa oddała chłopca matce. 

 

- Ale on żyje, prawda? – Bergette napotkała spojrzenie Elizabeth. 

 

- Tak, żyje. Chociaż ledwo, ledwo. 

 

Nie pozostało nic innego, jak czekać, obserwować dziecko i mieć nadzieję. Tylko Pan 

Bóg może zdecydować, czy będzie żyło. 
 

Wielkie  łzy  skapywały  na  pokrytą  meszkiem  główkę.  Maleńkie  piąstki  wystawały 

spod  prześcieradła,  w  które  noworodek  został  zawinięty.  Paluszki  ma  cieniutkie  jak  wiórki, 
pomyślała Elizabeth i musiała wielokrotnie przełykać ślinę, by zapanować nad płaczem. 
 

- Damy mu na imię Emil, po moim młodszym bracie. 

 

Elizabeth spoglądała na nią pytająco, więc Bergette dodała: 

 

- On umarł, jak był jeszcze bardzo mały. 

 

Elizabeth  słuchała  w  milczeniu,  nie  komentowała,  nie  chciała  pytać,  dlaczego  ten 

braciszek  umarł.  Poza  tym  bała  się,  że  jeśli  coś  powie,  to  głos  jej  się  załamie.  Powinna 
udawać  silną,  choćby  ze  względu  na  Bergette.  Myła  teraz  i  przebierała  położnice.  Mała 
dziewczynka popiskiwała w kołysce. 
 

- Mam posłać po Sivgarda. 

 

Bergette  nie  odpowiadała,  wciąż  wpatrywała  się  w  chłopczyka,  którego  trzymała  w 

objęciach. 
 

Elizabeth  sama  podjęła  decyzję  i  poszła  ku  drzwiom.  Na  korytarzu  w  wiklinowym 

fotelu siedziała służąca. Na widok Elizabeth zerwała się na równe nogi. 
 

- Idź i sprowadź tu gospodarza – poleciła Elizabeth bezbarwnym głosem. 

 

- Co ona urodziła? Przepraszam, że pytam, ale… 

 

-  Ojciec  powinien  się  dowiedzieć  jako  pierwszy  –  odparła  Elizabeth  zdecydowanie  i 

zamknęła drzwi. 
 

Sivgard  zjawił  się  niemal  natychmiast.  Wzburzony,  doskoczył  do  łóżka  i  wpatrywał 

się w Bergette. 
 

- Rany boskie – jęknął, kiedy jego wzrok padł na leżącego przy matce chłopca. 

 

-  Będzie  miał  na  imię  Emil  –  wykrztusiła  Bergette.  –  Czyż  nie  jest  śliczny?  Ale 

pierwsza urodziła nam się dziewczynka. Ty wybierz dla niej imię. 
 

Sivgard  wpił  spojrzenie  w  Elizabeth  i  poruszył  się.  Ledwie  dosłyszalnym  głosem 

powiedział: 
 

- Dziecko musi przeżyć! 

 

Elizabeth odciągnęła go na bok, żeby Bergette nie słyszała, co mówi. 

 

-  Mam  nadzieję,  że  przeżyje.  Ale  niewiele  tu  możemy  zrobić,  trzeba  czekać.  Dzieci 

urodziły się o miesiąc za wcześnie i są strasznie maleńkie. Chłopca najlepiej by było ochrzcić 
z wody. Jesteś gospodarzem, ty powinieneś to zrobić. 
 

Napotkała przezywające spojrzenie mężczyzny.  

 

-  Chrzest  z  wody,  w  domu,  to  nic  nadzwyczajnego  –  mówiła  dalej.  –  Później 

poprosicie pastora, żeby ochrzcił go jeszcze raz, w kościele. 
 

Ż

ebym  tylko  sama  mogła  wierzyć  w  to,  co  mówię,  pomyślała  i  tym  razem  musiała 

odwrócić głowę. Obawiam się, że ta mała ptaszyna długo nie pożyje. 
 

-  Patrz,  jaka  ona  podobna  do  swojej  mamy  –  powiedziała,  wskazując  dziewczynkę 

leżącą w kołysce. 
 

Sivgard spojrzał na córeczkę. 

 

- Powiem służącym, żeby przygotowały wszystko, co potrzebne do chrztu. 

background image

 

19

 

Słyszeli, że Bergette na łóżku nuci cichutko swojemu synkowi, kołysząc go delikatnie 

w ramionach. 
 

- Mała jest głodna, trzeba zacząć ją karmić – powiedziała Elizabeth bardziej do siebie 

niż  do  rodziców  i  podeszła  do  łóżka.  Bergette  zdawała  się  jej  nie  zauważać,  więc  Elizabeth 
wzięła  dziewczynkę  i  przystawiła  ją  do  piersi  matki.  Dopiero  kiedy  córeczka  zaczęła  ssać, 
Bergette  na  nią  spojrzała.  Smutny  uśmiech  pojawił  się  na  jej  twarzy,  kiedy  przytulała  do 
siebie dzieci, jedno z każdej strony. 
 
 

W zachowaniu Sivgarda było coś złowieszczego, Elizabeth nie umiałaby tego określić. 

Dlaczego poczuła ulgę, kiedy wyszedł z pokoju. 
 

-  Zobacz,  czy  uda  ci  się  nakłonić  Emila,  żeby  też  coś  zjadł  –  mówiła  do  Bergette 

łagodnie. – Jest taki mały i potrzeba mu siły, która tylko ty możesz mu dać – dodała. 
 

Bergette w odpowiedzi pokręciła głową. 

 

- Nie, mój maleńki synek chce tylko spać. Biedaczek, jest bardzo zmęczony. 

 

Elizabeth  przesunęła  palcem  po  pokrytej  puchem  główce.  Wiedziała,  że  włosów  też 

ma mniej niż siostra i raz jeszcze zaczęła się w duchu modlić do Boga, by pozwolił dziecku 
ż

yć. Żeby chociaż doktor był w domu, pomyślała, ale zaraz odepchnęła od siebie tę myśl. On 

też nic by tu nic nie zrobił. Los bliźniaków zależy wyłącznie od Stwórcy. 
 

Dziewczynka wypuściła brodawkę z buzi, strumyczek mleka spływał na jej policzek. 

Ona sobie poradzi, pomyślała Elizabeth. Leciutko postukała Emila palcem w bródkę, żeby go 
obudzić. Gdyby tak wypił odrobinę mleka, to może się wzmocni. 
 

-  Musisz  próbować,  mimo  wszystko  –  rzekła  stanowczo  i  przystawiła  chłopca  do 

drugiej piersi matki. 
 

- A co robi Sivgard? – spytała Bergette, do której widocznie dopiero teraz dotarło, że 

męża nie ma w pokoju. 
 

Elizabeth bała się powiedzieć prawdę, wiedziała jednak, że musi. 

 

- Przygotowuje chrzest Emila. 

 

Bergette patrzyła na nią, nic nie rozumiejąc, potem pokręciła głowa. 

 

- Emil zostanie ochrzczony w kościele – oznajmiła zdecydowanie. 

 

- Ta, później ochrzcicie go też w kościele. Ale wiesz, to nic nadzwyczajnego chrzcić 

w  domu  dzieci,  które  się  rodzą  o  tej  porze.  Wtedy  człowiek  jest  pewien…  w  razie  gdyby 
zachorowały… 
 

Bergette  patrzyła  jej  w  oczy  jeszcze  przez  dłuższy  czas.  Aż  do  chwili,  gdy  wrócił 

Sivgard z Biblią w ręce. Tuż za nim podążyła służąca z obrusem i świecznikami. Ukradkiem 
zerknęła na Bergette i dzieci, ale bez sowa zaczęła nakrywać mały stolik. 
 

-  Dziękuję  –  powiedziała  Elizabeth.  –  A  to  trzeba  zakopać  –  podała  dziewczynie 

zawiniątko z łożyskiem i popchnęła ją do wyjścia. 
 

- Elizabeth, będziesz jego matką chrzestną? – spytała Bergette, podając jej chłopca. 

 

Jak martwo brzmi jej głos, pomyślała Elizabeth. Jakby chciała nie dopuścić do siebie 

rzeczywistości. 
 

- Potraktuję to jako zaszczyt – odparła. 

 
 

Sivgard patrzyła przed siebie, odmawiając modlitwę: 

 

Ukochany  Wszechmogący  Boże  i  Ojcze  nasz.  Ufam,  że  spoglądasz  na  nas  małych, 

nieszczęsnych  ludzi.  Na  nas,  którzy  przynosimy  ci  naszego  maleńkiego  synka  do  chrztu, 
ż

ebyś  uczynił  go  chrześcijaninem.  Proszę,  cię,  byś  go  uchronił  przed  potępieniem  i  dał  mu 

ż

ycie wieczne. Amen. 

 

To bardzo prosta, ale dobra modlitwa, myślała Elizabeth. 

 

Sivgard  mówił  dalej,  polewając  głowę  synka  wodą:  Emilu,  ja  ciebie  chrzczę  w  imię 

Ojca, i Syna, i Ducha Świętego. 

background image

 

20

 

Uczynił  znak  krzyża  na  piersiach  i  czole  dziecka,  a  potem  wszyscy  zaczęli  mówić: 

Ojcze nasz, któryś jest w niebie… 
 

Brzmiało  to  bardzo  ciepło,  bo  przecież  było  ich  tylko  troje,  ale  chwila  i  tak  była 

uroczysta.  Elizabeth  spoglądała  po  kryjomu  na  Bergette.  Młoda  matka  twarz  miała 
kompletnie  białą,  włosy  potargane.  Solna,  dobra  Bergette,  która  ją  nieustannie  wspierała  w 
potrzebie. Już dawno powiedziała, że to Elizabeth musi jej pomagać przy porodzie. Bi tylko 
przy tobie czuję się bezpieczna – przekonywała. 
 

Modlitwa dobiegła końca. 

 

-  No  to  masz  własne  imię,  Emilku  –  powiedziała,  głównie  po  to,  by  rozproszyć 

przygnębiającą ciszę, jaka zaległa w pokoju. – Może być spróbował teraz coś zjeść? – spytała, 
przystawiając maleństwo do piersi matki. 
 

- Sama nie wiem – w głosie Bergette brzmiał żal. – A jeżeli nie zechce? 

 

-  To  będzie  znaczyło,  że  nie  jest  jeszcze  głodny  –  odparła  Elizabeth  swobodnie. 

Wiedziała,  że  to  jest  czuły  punkt  dla  każdej  młodej  matki.  Boją  się,  że  dziecko  nie  będzie 
chciało ssać, biorą to do siebie, jakby to była ich wina. 
 

- Wyciśnij najpierw parę kropel – poradziła półgłosem. – Niech spróbuje mleka. 

 

Bergette  tak  zrobiła.  Malec  leciutko  otworzył  oczka,  cmoknął  i  wziął  brodawkę  do 

buzi. 
 

- Wziął! On je, Sivgard! Och dzięki, dzięki co Boże! 

 

Bergette patrzyła na męża rozpromienionym wzrokiem. 

 

Sivgard uśmiechnął się niepewnie i skinął głową. 

 

- Może powinienem zostawić was w spokoju – burknął. 

 

- Nie, nie, zostań – prosiła Bergette. – Chcę, żebyś przy nas był 

 

- No jak chcesz. – Usiadł na krześle w rogu. 

 

-  Czy  to  nie  cudowne  –  cieszyła  się  Bergette,  zerkając  na  Elizabeth.  –  Tak  strasznie 

pragnęłam dziecka i dostałam od razu dwoje! Jaki Bóg jest dobry! Modliłam się i modliła. On 
mnie w końcu wysłuchał. 
 

Elizabeth  nie  bardzo  wiedziała,  co  powiedzieć.  Ona  sama  wielokrotnie  przeżywała 

wątpliwości, i co do tego, czy Bóg w ogóle istnieje, i co do tego, dlaczego godzi się na tyle 
niesprawiedliwości  na  świecie.  Bo  z  jakiego  powodu  zabrał  jej  oboje  rodziców  i  Jensa? 
Milczała jednak. W takich chwilach najrozsądniej jest nic nie mówić. 
 

Emil wypuścił pierś matki, Elizabeth wstała. 

 

- Sivgard, przyjdź tu do mnie – poprosiła Bergette. – Usiądź przy nas! 

 

Elizabeth  zajęła  się  dziewczynką  w  kołysce.  Malutka  spała.  Głęboko  i  spokojnie. 

Biedactwo, ona też jest bardzo zmęczona, 
 

- Elizabeth, chodź i zobacz! Emil się do nas uśmiecha – roześmiała się Bergette, 

 

Elizabeth podeszła i stanęła obok Sivgarda. Maleńkie usteczka dziecka rozciągnęły się 

jakby grymas spowodowany skurczem żołądka. 
 

- Czy to cudowne? – ucieszył się Sivgard. – Wydaje się, jakby na nas spoglądał, to na 

jedno, to na drugie. I ma takie rozumne niebieskie oczka. Twoje oczy, Bergette, 
 

- Tak myślisz? 

 

- Mhm. 

 

Elizabeth  przepełniała  ciepła  radość.  Mały  Emil  jakby  się  uspokoił.  Oboje  rodzice 

pogrążyli się we własnym świecie, razem z synkiem. 
 

-  Patrz,  jaki  on  jest  zmęczony  –  szeptała  Bergette,  kołysząc  malca  w  ramionach.  – 

Muszę go tak tulić, dopóki nie zaśnie głęboko. I trzeba też przygotować dla niego łóżeczko. 
Przecież siostrzyczka zajęła kołyskę. A jaie imię nadamy naszej małej dziewczynce? Może ją 
też powinniśmy dzisiaj ochrzcić? 
 

Sivgard rozpiął kołnierzyk koszuli. 

 

- Poczekajmy, aż znajdziemy dla niej odpowiednie imię – rzekł. – Może jutro? 

background image

 

21

 

- A co byś powiedział na Elsie? Po Elizabeth, skoro to ona pomogła naszej córeczce 

przyjść na świat. 
 

Elizabeth zauważyła, że Sivgardowi pociemniały oczy. 

 

- To bardzo miłe z twojej strony, Bergette – wtrąciła pospiesznie. – Ale przecież Ane 

ma  tak  na  imię:  Ane-  Elsie.  A  to  chyba  niedobrze,  żeby  kilkoro  dzieci  z  jednej  wsi  nosiło 
takie samo imię. Ochrzcijcie swoją córeczkę po kimś z rodziny, jak to zwyczaj nakazuje. 
 

Bergette zgodziła się od razu. 

 

- No to może po twojej mamie, Sivgard. Nazwijmy ją Karen- Lousie. 

 

-  No  to  ja  będę  się  chyba  zbierać  do  domu  –  przerwała  jej  Elizabeth.  Rozmowa 

stawała  się  zbyt  intymna,  by  mogła,  i  chciała,  jej  się  nadal  przysłuchiwać.  –  Masz  zdolne 
służące, zajmą się tobą i dziećmi. A jakby co, to nie wahajcie się ani chwili i przysyłajcie po 
mnie. 
 

-  Dziękuję,  Elizabeth.  –  Bergette  ściskała  jej  ręce.  –  Dziękuję  za  wszystko.  Nie 

wiadomo, jakby się to potoczyło, gdyby nie ty, 
 

- Będzie dobrze – uspokajała zakłopotana. – Mam go położyć na kanapie?  Wskazała 

głową niewielką kanapkę ustawioną tuż przy piecu. 
 

-  Tak,  bo  biedaczek  marznie  –  potwierdziła  Bergette.  Zanim  oddała  jej  synka, 

pogłaskała go palcem po policzku. 
 

Elizabeth  poczuła,  że  drętwieje.  Jakby  na  moment  wszystko  znieruchomiało.  Skóra 

dziecka była zimna, a kiedy wsunęła mały palce w jego piąstkę, nie zareagowało.  
 

- Dlaczego masz taką dziwną minę? – dotarł do niej z daleka głos Bergette. 

 

Sivgard  też  powiedział  coś,  czego  nie  zrozumiała.  Ręce  miała  dziwnie  wiotkie,  bała 

się, że upadnie. To nie może być prawda! Nie może! Wiat nie jest aż taki zły! 
 

Potrząsnęła  dzieckiem,  mała  główka  zakołysała  się  tylko  bezwładnie  w  jedną  i  w 

drugą  stronę,  ale  dziecko  nie  zareagowało.  Zrozpaczona  spojrzała  na  Sivgarda,  a  potem  na 
Bergette. 
 

- Bóg zabrał go do siebie. 

 

Czy to naprawdę ja wypowiadam te słowa, dziwiła się. Głos brzmiał całkiem obco. 

 

Bergette  wytrzeszczała  oczy,  wielokrotnie  otwierała  i  zamykała  usta,  aż  w  końcu 

wybuchnęła  strasznym  płaczem.  Elizabeth  zdała  sobie  Sivgard  wziął  dziecko  z  jej  rąk, 
przytulał je i poklepywał, aż nareszcie i on pojął że mały Emil ich opuścił. Spojrzał w jej oczy 
i  Elizabeth  przeszył  lodowaty  dreszcz.  W  jego  wzroku  było  tyle  żalu,  ale  też  nienawiści,  że 
mimo  woli  cofnęła  się  o  krok.  A  nieszczęsny  ojciec  z  dzieckiem  w  objęciach  wybiegł  z 
pokoju. 
 

Elizabeth nie miała pojęcia, jak długo stoi, patrząc w ślad za nim, ale kiedy doszła do 

siebie,  usłyszała,  że  Bergette  na  swoim  łóżku  szlocha  rozpaczliwie.  Mała  dziewczynka  się 
obudziła i z kołyski docierało cichutkie kwilenie noworodka. 
 

Do pokoju wpadła jedna ze służących, 

 

- Co się tu dzieje? – spytała wstrząśnięta, rozglądając się dokoła. 

 

-Weź  dziecko  na  dół  –  poleciła  Elizabeth.  –  Jak  będzie  głodna,  trzeba  ją  karmić 

krowim mlekiem rozprowadzonym wodą. 
 

Dziewczyna  zrobiła,  co  jej  kazano  i  dopiero  kiedy  wyszła,  Elizabeth  zajęła  się 

Bergette. Niewiele miał do powiedzenia. Żadne słowa nie cofną tego, co się stało, nie dadzą 
pocieszenia.  Dlatego  obejmowała  po  prostu  nieszczęsną  matkę,  kołysała  ją  delikatnie  i 
głaskała po plecach. 
 

- Moje dziecko. Mój mały Emil, on nie mógł umrzeć! – szlochała Bergette. – Bóg nie 

może być taki okrutny. Nie może! W tym przecież nie na najmniejszego sensu. Sprowadź go 
z powrotem! Niech żyje i będzie zdrowy. Bądź taka dobra! 

background image

 

22

 

Ż

ebym  ja  mogła  powiedzieć  albo  zrobić  coś,  co  by  złagodziło  twój  ból,  myślała 

Elizabeth. Jednak w tej chwili wszystko było takie straszne i ponure, nic nie mogło pocieszyć 
nieszczęsnej matki. 
 

-  Tylko  czas  może  ukoić  cierpienie,  jakie  w  tej  chwili  przeżywasz  –  wyszeptała.  0 

Czas i wiara, że małemu Emilowi jest dobrze między aniołkami w królestwie niebieskim. 
 

Płacz przeszedł teraz w suchy, bolesny szloch, a potem Bergette ponownie opadła na 

poduszki.  Elizabeth  otarła  łzy  i  podała  przyjaciółce  chusteczkę  do  nosa,  która  dotychczas 
leżała na nocnym stoliku. 
 

- Teraz śpij – powiedziała. – Potrzebujesz odpoczynku. 

 

Bergette  nie  odpowiedziała,  zacisnęła  dłoń  z  chusteczką,  jeszcze  kilka  razy  zaniosła 

się szlochem, po czym zasnęła. 
 

Ostrożnie,  by  jej  nie  budzić,  na  palcach  wyszła  z  pokoju  i  zamknęła  za  sobą  drzwi. 

Musi  odszukać  Sivgarda  i  z  nim  porozmawiać.  A  potem  wróci  do  domu,  do  swoich.  Może 
później  przyśle  tu  Line  albo  Helene  z  ziołami  dla  Bergette.  Biedaczka  potrzebuje  w 
najbliższym czasie czegoś na uspokojenie,. 
 

Sivgarda znalazła w jednym z pokoi na strychu. Twarz miał zastygła, tylko muskuły 

poruszały  się  pod  skóra.  Pięści  i  zaciskały  się  i  otwierały,  i  na  moment  Elizabeth  się 
przestraszyła,  że  gospodarz  ją  uderzy.  Zaraz  jednak  jakby  się  opanował,  ale  kiedy  się 
odezwał, głos brzmiał lodowato. 
 

- Na razie tutaj położyłem Emila. – Parokrotnie zaczerpnął powietrza, a potem mówił 

dalej:  -  Jeszcze  mnie  popamiętasz,  Elizabeth!  Możesz  mi  wierzyć,  tym  razem  się  nie 
wymigasz! 
 

Przeniknął  ją  zimny  dreszcz,  musiała  bardzo  nad  sobą  panować,  by  w  ogóle  móc 

mówić. 
 

- O co ci chodzi? Ty mnie oskarżasz o… 

 

-  Nikogo  nie  oskarżam  –  przerwał  jej.  –  Mówię  tylko,  jak  jest.  Żeby  nie  te  twoje 

czarne sztuczki, mój syn by żył! 
 

-  Czarne  sztuczki?  –  powtórzyła.  –  Chcesz  powiedzieć,  że  uważasz  mnie  za 

czarownicę? 
 

- Pewnie jest przynajmniej to, że potrafisz więcej niż inni ludzie – odparł. – Wszyscy 

o tym wiedzą. 
 

- Nigdy nikogo życia nie pozbawiłam – odparła Elizabeth drżącym głosem. 

 

- Ale prawdy to nie zawsze się trzymałaś! – wykrzyknął triumfująco i skrzyżował ręce 

na piersiach. 
 

- O co ci chodzi? – spytała znowu Elizabeth prawie szeptem. 

 

- Na pierwszy rzut oka widać, że twoja córka jest podobna do ludzi z Dalsrud. 

 

-  Ty  głupku!  –  wrzasnęła  Elizabeth.  –  Pojęcia  nie  mam,  skąd  bierzesz  takie  bzdury. 

Kiedy  zaszłam  w  ciążę,  mieszkałam  w  domu,  u  moich  rodziców,  i  w  ogóle  wtedy  nie 
wiedziałam, kim są ludzie z Dalsrud. I jeszcze jedno: Kristian nie będzie zachwycony, kiedy 
mu powiem, jakie plotki rozsiewasz. 
 

Sivgard roześmiał się szyderczo, ale nie odpowiedział. 

 

Elizabeth  miała  wyjść,  ale  nagle  przyszła  jej  do  głowy  inna  rzecz.  Odwróciła  się  do 

Sivgarda i rzekła z powagą: 
 

-  Źdźbło  widzisz  w  oku  brata  swego,  a  w  swoim  nie  dostrzegasz  belki.  Tak  stoi  w 

piśmie. 
 

- Co masz na myśli? 

 

Wyraźnie stracił pewność, siebie Elizabeth tymczasem ciągnęła, zniżywszy głos: 

 

-  Kiedyś  widziałam  ciebie  i  Nikoline  razem,  a  tym  czasie  byłeś  już  zaręczony  z 

Bergette. Jak mogłeś zadawać się ze służącą z Dalsrud, kiedy miałeś Bergette? Ona sobie nie 
zasługuje na coś takiego. Nie wstyd ci? 

background image

 

23

 

Odwróciła się, żeby odejść, ale on złapał ją za rękę. 

 

- Możesz nie latać z tą historią do Bergette, bo ona o wszystkim wie. I już dawno mi 

wybaczyła. 
 

Elizabeth nie odezwała się. Wiedziała jednak, że nigdy by czegoś takiego Bergette nie 

powiedziała. I nie ma znaczenia, czy tym razem Sivgard mówi prawdę, czy kłamie. Bergette i 
tak ma dość zmartwień.  
 
Rozdział 5 
 
 

Andreas,  tupiąc,  otrząsnął  śnieg  z  butów,  zanim  wszedł  do  swojej  małej  rybackiej 

chaty.  Miał  ze  sobą  długi  i  męczący  dzień,  ale  połów  trafił  się  wyjątkowo  dobry,  a  na  cenę 
ryb  też  nie  powinien  się  skarżyć.  Powiesił  rękawice  na  gwoździu,  wyjął  parę  kawałków 
dryftowego drewna i zaczął rozpalać ogień, by zagotować kociołek wody. 
 

- Sobota – powiedział głośno, rozkoszując się smakiem tego słowa. – Sobota! 

 

Jutro  będzie  mógł  spać,  jak  długo  zechce.  Nawet  cały  dzień,  jeśli  tak  się  złoży. 

Najchętniej aż do poniedziałki, gdyby potrafił. 
 

Czekał, aż woda się zagotuje, potem przesunął kociołek na płycie, a na jego miejsce 

postawił garnek z dorszem. Następnie wziął z półki list i położył się na łóżku. Długo ważył 
kopertę  w  dłoni,  ściskał,  by  zgadnąć,  ile  jest  arkusików.  Chociaż  list  przyszedł  wczoraj, 
dotychczas go nie otworzył. Zwlekał specjalnie, by mieć dodatkową przyjemność na sobotni 
wieczór. 
 

Teraz już rozpoznawał charakter pisma Liny, bo to kolejny list, jaki od niej dostał. W 

końcu rozerwał kopertę i zaczął czytać: 
 
 

Drogi Andreasie 

 

Dzisiejszego  dnia  mam  wolne  i  nadeszła  właśnie  chwila,  by  napisać  do  Ciebie  i  do 

mojej matki. Siedzę sobie teraz w moim pokoiku i z tęsknotą przyglądam się fotografii, którą 
od Ciebie dostałam. Jak ju
ż wcześniej pisałam, wszyscy chcieli ją oglądać. Gospodyni też się 
przygl
ądała.  Moja  gospodyni  to  człowiek  o  bardzo  dobrym  sercu,  chciałabym,  żebyś  ją 
poznał.  

 

 

Nie  pytałam  więcej  razy,  czy  mógłbyś  przyjechać,  ale  jak  się  tylko  nadarzy  okazja, 

zaraz to zrobię
 

A  poza  tym  co  tam  u  Ciebie,  jak  Ci  się  powodzi?  Czy  połowy  są  udane,  a  ty  jesteś 

zdrowy? Ja się zawsze o Ciebie martwię, mój przyjacielu. Czy przypomniałeś sobie coś więcej 
ze  swojej  przeszło
ści?  Nie  mógłbyś  mi  obiecać,  że  teraz,  w  okresie  zimowych  połowów, 
wybierasz si
ę do Storvaagen? Jeszcze tylko ten raz i nie będę Cię prosić o więcej. Pomyśl, ż
mógłby
ś spotkać kogoś, kto zna Cię z przeszłości. 
 

Ja żyję i pracuję jak zwykle. I teraz muszę już kończyć moje pisanie. Mam nadziejęż

wysłuchasz mojej prośby i wybierzesz się do Storvaagen. 
 

Pozdrów wszystkich znajomych, jakby kogoś spotkał. 

 

 

 

 

 

 

 

Twoja oddana Lina Monsdatter 

 

 

 

 

 

 

 

 

Dalsrud, 3. marca 1878 

 
 

Andreas  przeczytał  list  dwukrotnie,  zanim  go  znowu  złożył  i  wsunął  do  koperty. 

Potem  leżał  i  patrzył  w  sufit.  Twoja  oddana  Lina.  To  całkiem  zwyczajne  pozdrowienie,  ale 
Lina miała chyba coś więcej na myśli. On sam nie żywił dla niej nic prócz przyjaźni i nigdy 
też  nie  zrobił  nic,  by  Lina  mogła  myśleć  inaczej.  Kilka  razy,  przy  okazji,  powiedział  jej  to 
nawet wprost. No, może prawie wprost. Po prostu nie chciałaby jej zranić. 
 

Wstał z łóżka i zajrzał do garnka z rybą. Była już prawie gotowa, więc nakrył do stołu 

i wyjął podpłomyki, które dzisiaj kupił. 

background image

 

24

 

Ryba była taka świeżutka, że rozpływała się w ustach. Doprawiona ziołami i masłem, 

podpłomykami, smakowała wybornie. Żaden posiłek nie mógłby się z tym równać, powtarzał 
sobie i jadł, ile tylko zdołał. Potem znowu padł na pryczę i już zaczął zasypiać, gdy rozległo 
się pukanie do drzwi. Usiadł oszołomiony na posłaniu i przecierał twarz. 
 

- Wejdź, drzwi są otwarte! – zawołał. 

 

Z zewnątrz długo docierało tupanie i hałasy, w końcu do środka wkroczył Enok- Dwa 

Szylingi.  Andreas  słyszał,  że  przezwisko  wzięło  się  stąd,  do  Enok,  niezależnie  od  tego  do 
jakiej pracy się najmował, zawsze chciał za nią tylko dwa szylingi. Choć od dawna w obiegu 
są korony i øre, on zachował swój przydomek. Teraz jednak nikt już go nie chciał zatrudniać 
na swoim kutrze, bo się zestarzał, ale też dlatego, że zawsze chodził strasznie brudny. To pod 
każdym względem bardzo dziwna figura. 
 

Jego białe włosy zwisały skołtunione aż do ramion, na głowie nosił wełnianą czapkę, 

która  z  brudu  mogła  sama  stać  i  kiedy  położył  ją  na  ławie,  wcale  się  nie  przewracała.  Z 
pewnością  żaden  wiatr  nie  przewieje  jej  na  wylot,  pomyślał  Andreas  z  dreszczem  zgrozy. 
Enok chyba nigdy jej nie prał. 
 

-Ach to ty! – przywitał gościa. – Zażywasz spaceru w sobotni wieczór? 

 

- No, sam chyba rozumiesz, że muszę czasem spotkać ludzi – odparł Enok. Rzucając 

tęsknie spojrzenia na talerz z rybą, wciąż jeszcze stojący na stole. 
 

Andreas wstał wyjął czysty talerz i sztućce. 

 

- Nie mam nic innego, mogę cię poczęstować jedynie rybą – rzekł. 

 

-  Dziękuję,  dziękuję,  ale  za  to  ryba  prima  sport  -  zawołała  tamten  pospiesznie, 

opadając na krzesełko przy stole. 
 

Jak wielu innych, jadł tylko z pomocą noża i palców. Andreas musiał odwrócić głowę, 

widząc, jak stary pożera rybią skórę. Jakby to był największy delikates. 
 

Może jestem tu jedynym człowiekiem, do którego on zachodzi, pomyślał Andreas ze 

współczuciem. Nie wielu chce mieć z nim do czynienia, a Enok całymi dniami włóczy się od 
domu  do  domu,  prosząc  o  jedzenie  albo  pytając  o  jakąś  pracę.  Ludzie  jednak  na  ogół  są 
biedni, każdy i tak ma zbyt wiele gąb do wykarmienia. Dlatego, choćby nie wiem jak bardzo 
chcieli, dużo dać mu nie mogą, 
 

- Byłem dzisiaj w sklepie, chciałem kupić kawy  na zeszyt – oznajmił Enok o beknął 

zadowolony. – Szkoda, że wcześniej o tym nie pomyślałem, bo wziąłbym też dla ciebie. No, 
ale  może  innym  razem.  Wyobraź  sobie,  że  subiekt  w  sklepi  mi  odmówił.  To  mu 
powiedziałem, żeby zaraz wykładał kawę na ladę, bo jak nie, to inaczej sobie z nim pogadam. 
 

Andreas udawał, że wierzy w tę historię. Prawda tymczasem jest taka, że Enok- Dwa 

Szylingi nic w sklepie na zeszyt nie dostanie, 
 

-  No  i  jak  myślisz?  Chłopka  zaraz  położył  uszy  po  sobie!  I  kawa  się  znalazła  w 

helgolandzkim  tempie.  A  potem,  kiedy  wyszedłem,  wielu  mi  dziękowało.  Mówili  jak  to 
dobrze, że jeszcze ktoś potrafi się postawić i wygarnąć prawdę. 
 

- I mieli rację – przytakiwał Andreas. – Nie wolno dać sobą pomiatać. 

 

Enok drapał się po głowie, przymykając jedno oko. 

 

- Widzę, że dostałeś list – powiedział, pokazując leżącą na łóżku kopertę. 

 

- Tak. Od Liny. Pamiętasz ją? 

 

- No pewnie, że pamiętam Linę! – wykrzyknął Enok. – Za kogo ty mnie masz? 

 

Andreas śmiał się szczerze. 

 

-  Top  tylko  takie  powiedzenie  –  tłumaczył  i  mówił  dalej:  -  Lina  dostała  pracę  w 

pewnym dużym dworze i wyjechała z Kabelvaag. 
 

- Co ty mówisz? Kiedy? 

 

- No, latem. 

 

- Ach tak, latem, powiadasz? Hm, no właśnie, przecież ja o tym wiedziałem. Tak, tak. 

I jak mówisz, gdzie pracuje? 

background image

 

25

 

- We dworze, który nazywa się Dalsrud. 

 

Enok  starannie  wyczyścił  talerz  i  otarł  nos  brudną  ręką,  wciąż  patrząc  przed  siebie 

jednym okiem. 
 

- Tak, słyszałem o tym dworze – dodał. 

 

- Naprawdę? 

 

- To nie jest stary człowiek, ten, który teraz ram gospodaruje. Miał mleko pod nosem, 

kiedy ojciec umarł i on odziedziczył wszytko. Gadają, że jego baba ma podobno być strasznie 
urodziwa. 
 

- Co ty powiesz? – skwitował Andreas bez zainteresowania, dokładając drew do pieca. 

 

- To pewno będzie wesele w twojej chacie? – spytał Enok ze śmiechem. 

 

- Hę? – Andreas wstał. – O czym ty gadasz? 

 

- No o tobie i Linie. 

 

- Nie, nas nic takiego nie łączy, możesz mi wierzyć. A poza tym to ja kocham inną. 

 

- A gdzie ona jest, ta inna, jeśli wolno spytać? – chichotał Enok. 

 

- Nie wiem. 

 

Stary śmiał się i uderzył rękami po udach. 

 

- Ty to jesteś komiczny, Andreas. Nie wiesz, gdzie się podziewa twoja ukochana? 

 

- Przecież wiesz, że ja nie pamiętam nic z mojej przeszłości. Opowiadałem ci już. 

 

Enok  przytakiwał,  ale  i  tak  wciąż  chichotał,  pokazując  pozbawione  zębów  dziąsła. 

Tkwiły w nich tylko dwa, może trzy spróchniałe pieńki. 
 

-  Ale  pamiętam  jedną  o  imieniu  Elizabeth,  ona  była  naprawdę  piękna  –  mówił 

Andreas. 
 

-  Nie,  no  nie  bądź  głupi.  Andreas.  Trzymaj  ty  się  tej  Liny,  to  też  ładna  dziewczyna. 

Lepszej nie znajdziesz. 
 

Andreas nie opowiadał. 

 

-  To  okropne,  że  zostawiłem  kawę  w  domu  –  narzekał  Enok,  rzucając  tęskne 

spojrzenia w stronę stojącego na piecu dzbanka. 
 

- No trudno, to możemy sobie podgrzać. 

 

- Naprawdę? Nie, nie będę wypijał twojej drogocennej kawy, chyba rozumiesz. To już 

by  była  przesada  –  Enok  nie  przestawał  mówić,  jednocześnie  sprzątając  ze  stołu,  a  potem 
przyniósł i postawił dwa kubki. – Nie, nie, oszczędzaj kawę dla jakichś ważniejszych gości. 
Wybierasz  się  jutro  do  kościoła?  –  spytał,  kiedy  siedzieli  już  każdy  ze  swoim  kubkiem  w 
ręce, 
 

- Nie, nie jestem w stanie. Ale Pan Bóg na niebie i tak będzie otaczał mnie opieką – 

uznał  Andreas.  –  W  każdym  razie  dotychczas  tak  robił,  a  ja  jestem  strasznie  zmęczony, 
któregoś dnia muszę się wyspać. 
 

- Przypominam sobie jedną niedzielę w kościele wspomniał Enok. – Na nabożeństwo 

przyszło mnóstwo ludzi. Było ich tylu, że pastor nie mógł zamknąć drzwi i musiał je pchać z 
całej siły. – Enok śmiał się gardłowo, głośno, tłukł się po udach, a w końcu chwycił go kaszel. 
– I ja musiałem mu pomagać, teraz to sobie przypominam. Tak, dziękował mi potem, mogę 
cię zapewnić, 
 

- W takich sprawach się nie kłamie – rzekł Andreas cierpko. 

 

-  Kłamie?  Myślisz,  że  ja  ci  tu  kłamię?  Ale  to  najprawdziwsza  prawda,  synu,  przed 

Bogiem mogę przysiąc. 
 

Dobrze,  że  nie  jestem  twoim  synem,  pomyślała  Ansreas,  ale  musiał  się  roześmiać  z 

tego,  co  gadał  Enok.  Słuchanie  go  jest  naprawdę  zabawne.  Wyjął  zawiniątko  z  szarego 
papieru, w którym trzymał dwa kawałki brązowego cuktu. 
 

- Masz, na te twoje dziurawe zęby! 

 

Enok wziął większy kawałek. 

background image

 

26

 

-  Z  ciebie  to  naprawdę  miłe  stworzenie,  Andreas.  Jak  dawno  ja  już  nie  próbowałem 

niczego słodkiego. Nie umiem sobie przypomnieć, kiedy to było ostatni raz. Chyba w czasach 
wczesnej młodości. O, powinieneś wtedy mnie widzieć. Chłop był ze mnie, że hej… 
 

Enok dalej snuł te swoje mocno ubarwione opowieści, a tymczasem szare popołudnie 

ś

wiatło,  zastępował  czarny  wieczorny  mrok.  Dopiero,  kiedy  dzbanek  od  kawy  był  całkiem 

pusty,  a  Andreasa  rozbolała  ze  śmiechu  brzuch,  Enok-  Dwa  Szylingi  wyruszył  do  domu. 
Pochylony,  zniknął  między  rybackimi  chatami.  Jutro  albo  pojutrze  zjawi  się  znowu  z 
przechwałkami  i  wesołymi  historyjkami.  Andreas  ziewnął  szeroko  i  ułożył  się  na  posłaniu. 
Prosił Enoka, żeby miał oczy i uszy otarte. Gdyby usłyszał o kimś, kto wie coś o przeszłości 
Andreasa, niech natychmiast powie. Eonom przysiągł, że tak właśnie zrobi. 
 
 

Następnego  ranka  Andreas  leżał  wyjątkowo  długo.  Futrzane  okrycie  przymarzło  do 

ś

ciany, para z oddechu uniosła się nad niczym biały obłok. Dlatego wyślizgnął się z pościeli o 

dołożył do małego piecyka. Potem znowu się położył i pozwolił myślom płynąć swobodnie. 
Jak niewypowiedzianie dobrze jest tak leżeć, wiedząc, że ten dzień może przeznaczać, na co 
tylko  zechce,  może  w  ogóle  nie  wstawać  z  łóżka  i  tylko  spać,  naprawiać  drewniaki  lub 
napisać list do Liny. 
 

Skrzywił się na myśl o liście. Czy ona zawsze musi marudzić, żeby wiosną odwiedzał 

łowiska? Jeździł do Storvaagen już wiele razy, no, w każdym razie kilkakrotnie, ale zawsze 
bez  rezultatu.  I  te  wszystkie  godziny  spędzone  przed  kościołem,  gdzie  rozpytywał  ludzi,  i 
znajomych,  i  nieznajomych.  Z  czasem  odwaga  zaczęła  go  opuszczać.  Rozczarowanie  i 
wszystkie,  nieznane  przeczące  odpowiedzi  dawały  się  we  znaki.  Ludzie  powtarzali,  że 
Andreas  musi  pochodzić  z  Lofotów,  sądząc  po  dialekcie,  ale  skąd  dokładnie?  Tego  nikt  nie 
wie. I, naturalnie, mogłoby być też tak, że jest przyjazdem pochodzącym z Helgoland albo z 
Rana. 
 

Podłożył ręce pod głowę i wpatrywał się w sufit. No, a gdyby tak podjął jeszcze jedną, 

ostatnią  próbę,  po  to  tylko,  żeby  Lina  przestała  go  męczyć?  Mógłbym  popłynąć  łodzią  do 
Ørsvaagholmen, pomyślał, czując nowy przypływ odwagi. Był tam tylko raz. Może nareszcie 
spotka kogoś, kto go znał? 
 

W małej chatce wyraźnie pocieplało, wstał więc, jeszcze raz dołożył do pieca i włożył 

ubranie. Tak jest, odbędzie jeszcze jedną wyprawę. Ma na to cały dzień. Potem może napisać 
list do Liny. Chociaż nie, bo jak odpisze zbyt szybko, to ona zacznie wierzyć, że jest między 
nimi coś więcej niż w rzeczywistości. 
 
 

Na  dworze  panował  kąśliwy  ziąb,  wiatr  od  lądu  rzucał  łodzią  po  falach.  Za  każdym 

razem,  kiedy  Andreas  znajdował  się  na  morzu  w  niepogodę,  wyjście  na  ląd  traktował  jako 
swoje  zwycięstwo:  jeszcze  raz  przezwyciężył  strach!  Mrużył  oczy,  spoglądając  w  niskie 
zimowe słońce. Kilka minut odpoczywał, wsparty na wiosłach. Czy jest jakiś sens płynąc do 
Ørsvaagholmen? Mógłby się tam wybrać w przyszłą, albo jeszcze następną niedzielę. A stąd 
ma  niedaleko  do  Storvaagen.  Zastanawiał  się  chwile,  a  potem  odparł  nogę  o  ławeczkę  i 
pochylił nad wiosłami. Po raz ostatni wiosłuję do Storvaagen. 
 

Wielu  korzystało  ze  słonecznej  i  wietrznej  pogody,  by  suszyć  żagle.  Łodzie  stały  w 

zatoce  jedna  przy  drugiej,  prezentowały  się  pięknie  ze  spokojną  taflą  morza  w  tle.  Ansreas 
spoglądał raz po raz przez ramię, mknąc w stronę lądu. Wierzył, że w Storvaagen zawsze jest 
ruch  i  zamieszanie.  Zjawiają  się  tu  fotografowie,  muzykanci,  rozmaici  znachorzy  i 
uzdrowiciele.  W  pobliżu  magazynów  gromada  chłopców  rzucała  śnieżynkami  kulami  w 
stronę przechodzących dziewcząt. Przycumował łódź, a potem stał się i przyglądał. Czy on, w 
młodości, też taki był? 
 

Powlókł  się  dalej  wśród  szałasów,  zdjętych  z  pokładów  rybackich  łodzi  i 

wystawionych  na  ląd.  Niektóre  były  niemal  całkowicie  przysypane  śniegiem,  wokół  innych 

background image

 

27

ktoś  posprzątał.  Pewnie  mieszkają  w  nich  jacyś  biedni  rybacy.  Andreas  westchnął.  Straszne 
ż

ycie  mają  ci  ubodzi  ludzie.  Choroby,  odmrożenia,  głód,  robactwo  i  tęsknota  za  domem,  to 

ich codzienność. 
 

Przekroczył  stos  rybich  łbów.  Wiosną  będą  się  tu  zbierać  chmary  much,  pomyślał, 

mijając  stoły  do  suszenia  ryb  i  kolejne  chaty  dla  rybaków.  Za  czym,  czy  za  kim  ja  się  tak 
rozglądam? pomyślał nagle. Rozejrzał się wokół. Nikogo tu nie znam, wszystko obcy ludzie. 
I wtedy, nieoczekiwanie, zobaczył ciemnowłosego mężczyznę, który stał, rozmawiając z kimś 
od  siebie  starszym.  Ja  już  go  przedtem  widziałem,  przemknęło  mu  przez  myśl.  Kto  to  taki? 
Boże Drogi, pomóż mi sobie przypomnieć! 
 

Czuł pulsowanie w całym ciele, szumiało mu w uszach. 

 

Myśl,  myśl,  do  diabła.  Popędzał  sam  siebie,  przyglądając  się  tamtemu  człowiekowi. 

Możemy być mniej więcej w tym samym wieku. Sądząc po ubraniu, nie jest to nikt biedny. 
Buty  wyglądały  jak  nowe,  tak  samo  piękna  samodziałowa  kurtka.  Nigdzie  ani  śladu  łat. 
Mężczyzna śmiał się i przeczesywał palcami ciemną grzywkę. Oczy miał wąskie, w kształcie 
półksiężyców. Gdzie ja wcześniej widziałem te oczy? A ten drugi mężczyzna, z wielką czarną 
brodą – skąd ja go znam? On też nie wyglądał na biednego. Mężczyźni mówili coś do siebie, 
a  potem  się  pożegnali.  Dopiero  kiedy  starszy  zniknął  między  chatami,  Andreas  się  ocknął  i 
pobiegł za młodszym. 
 

- Przepraszam – powiedział zdyszany. Zdjął rękawicę i wyciągnął rękę na powitanie. – 

Przepraszam, ale czy ja nie spotkałem cię już przedtem? 
 

Andreas  mógłby  przysiąc,  że  tamten  cofnął  się  o  krok.  Ale  szybko  się  opanował  i 

zdecydowanie potrząsnął głową. 
 

- Nie, nigdy przedtem cię nie widziałem – rzekł chłodno i chciał ruszać dalej. 

 

Andreas pobiegł za nim. 

 

- Jeszcze się nie przedstawiłem. Nazywam się Andreas Sandberg – znowu wyciągnął 

rękę. 
 

Tamten ujął ją z wahaniem i niepewny uśmiech pojawił się na jego twarzy. 

 

-  Andreas  Sandberg?  Takie  jest  nazwisko…  -  zastanawiał  się.  –  Nie,  nie  pamiętam, 

ż

ebym już cię widział. Skąd pochodzisz? 

 

Andreas  myślał  pospiesznie.  Jeśli  powie, że  nie  wie,  bo  stracił  pamięć,  tamten  może 

sobie pomyśleć, że jest wariatem. Trzeba działaś bardzo ostrożnie. 
 

- Mieszkam w Kabelvaag – powiedział. 

 

- Ach tak. I pewnie masz tu rodzinę? 

 

-  Nie,  mieszkam  sam.  –  Głęboko  wciągnął  powietrze,  szukając  odpowiednich  słów. 

Obcy nie może po prostu odejść. – Jak powiedziałem, zdawało mi się, że już cię spotkałe,. A 
jak się nazywasz? 
 

Tamten rozejrzał się rozbieganym wzrokiem, zanim powiedział: 

 

- Peder Olsen. 

 

Peder Olsen, powtórzył Andreas w duchu. To pospolite nazwisko i nic mi nie mówi. 

 

Pokręcił głową. 

 

- A ten, z którym rozmawiałeś, jak on się nazywał. 

 

- Ole Olsen. To mój ojciec. 

 

- Nie, to też nic mi nie mówi. Musiałem się pomylić. 

 

Ciemnowłosy mężczyzna uśmiechnął się szeroko odsłaniając krzywy przedni ząb. 

 

-  To  się  zdarza  –  powiedział.  –  łatwo  się  pomylić.  Dziękuję  za  rozmowę,  ale  ja, 

niestety, muszę już iść. 
 

Andreas  skinął  lekko  głową,  stał  zamyślony  i  patrzył  w  ślad  za  odchodzącym.  Czy 

naprawdę  się  pomylił?  To  możliwe?  Pokręcił  głową.  Prawdopodobnie  ten  człowiek  jest 
podobny do kogoś, kogo niegdyś znał. 

background image

 

28

 

- A ty co? Stoisz tu i rozmawiasz sobie z jakimś bogaczem? – Rozległo się tuz przy 

jego uchu, wic odwrócił się pospiesznie. 
 

- Enok? Co ty tu robisz? Nie miałeś być w kościele? – spytał Andreas. 

 

- Nie, nic takiego nie mówiłem. Pytałem tylko, czy ty się nie wybierasz. – Enok śmiał 

się tak, że aż rzęziło mu w płucach. 
 

- Co miałeś na myśli z tym bogaczem? – spytał Andreas. 

 

- Przecież sam widziałem. Stałeś i rozmawiałeś z Tristanem Dalsrudem. 

 

- Kiedy? 

 

- Dopiero co. 

 

-  Głupstwa  gadasz.  Ten,  z  którym  rozmawiałem  nazywa  się  Peder  Olsen.  Dalrsud  to 

przecież dwór, w którym pracuje Lina. 
 

- Jak on się nazywa Peder Olsen, to ja się nazywam Panna Maria – oznajmił Enok. – 

O,  posłuchaj.  To  dzwon  wzywający  na  posiłek.  Słychać  go  chyba  w  Ameryce,  jestem  tego 
pewien. 
 

Andreas  spojrzał  w  górę  na  wielki  piętrowy  dom.  Co  za  imponująca  budowla!  W 

dodatku  pomalowana  ba  biało,  a  biała  farba  jest  bardzo  droga.  Za  domem  znajduje  się 
spichlerz,  obora,  izba  czeladna  i  inne  budynki.  Słyszał  kiedyś,  że  ten  dzwon  to  w  gruncie 
rzeczy dzwon kościelny, nie pamiętał jednak, kto mu to opowiedział. 
 

Enok wyrwał go z zamyślenia. 

 

- Mówią, że wewnątrz dzwonu znajduje się napis. I wiesz jak on brzmi? Nie czekając 

na odpowiedź, mówił jednym tchem: O czcigodny królu, Chrystusie, ześlij nam pokój. Ale to 
jest napisane w obcym języku. Zdaje mi się, że w łacińskim. 
 

-  Ty  sam  wyglądasz  jak łacinki  powiedział  Andreas.  Kompletnie  stracił  humor.  Taki 

był pewien, że nareszcie trafił na kogoś ze swojej przeszłości. Kristian Dalsrud, powtarzał w 
duchu.  Nie,  Enok  z  pewnością  się  wygłupia,  jak  zawsze.  Albo  kłamie,  żeby  wydać  się 
bardziej interesującym. 
 

Enok poklepał go po ramieniu. 

 

- Ja wyglądam jak łaciński? – powtórzył. – Ty mi najwyraźniej nie wierzysz, Andreas. 

Hej, tam. Tak, ty w futrzanej czapce. Choć no tu. – Przywołał jakiegoś przechodzącego obok 
mężczyznę. – Nie słyszałeś czasem, że we wnętrzu dzwonu właściciela łowiska znajduje się 
jakiś napis? 
 

Mężczyzna w futrzanej czapce spoglądał to na jednego, to na drugiego. 

 

- Tak. Podobno jest tam coś o Bogu i królu. Ale to nie jest po norwesku. 

 

-  Dziękuję.  –  Enok  posłał  Andreasowi  triumfujące  spojrzenie  i  uśmiechnął  się 

złośliwie. 
 

-  Przepraszam.  Proszę  o  wybaczenie  –  Andreas  wyciągnął  rękę,  Enok  ją  uścisnął  i 

znowu byli przyjaciółmi. 
 

- Chyba ruszę w drogę powrotną – rzekł Andreas i pożegnał się. – Pogadamy później. 

 

Kiedy szedł na brzeg, migną ł mu znowu ten, który przedstawił się jako Peder Olsen. 

Kristian  Dalsrud,  pomyślał  Andreas  i  pokręcił  głową.  Dlaczego,  na  Boga  i  królestwo 
niebieskie,  ten  człowiek  miałby  ukrywać  swoje  prawdzie  nazwisko?  Skoro  jest  pracodawcą 
Liny, to przecież nie ma powodu mówić, ze nazywa się Peder Olsen? 
 

Andreas  zbliżał  się  wolno  do  swojej  łodzi.  A  więc  i  tym  razem  wyprawa  do 

Storvaagen  okazała  się  pomyłką.  Tak,  może  się  tylko  pocieszać,  ze  miał  ładną  pogodę  i 
pogadał sobie z Nokiem-Dwa Szylingi. Krótko,  ale przyjemnie. Opowie  wszystkim  Linie  w 
kolejnym liście. Ale o tej sprawie z Kristianem Dalsrud nie wspomni. To zbyt głupie. 
 
 
 
 

background image

 

29

Rozdział 6 
 
 

Nareszcie przyszła wiosna i równie z w tym roku mężczyźni, cali i zdrowi, wrócili z 

łowisk.  
 

Elizabeth kazała wnieść na strych skrzynię Kristiana z ubraniami. Otworzyła wieko i 

znajome zapachy uderzały w nos: woń skóry i wełny pomieszana z innymi, zapamiętanymi z 
każdej zimowej wyprawy, jakimi przesycone są chaty, w których mężczyźni tam mieszkają. 
Elizabeth  przymknęła  oczy  i  próbowała  sobie  wyobrazić  takie  wnętrze,  ta  jak  jej  opowiadał 
Jens, a teraz Kristian. 
 

Wiedziała,  że  sypią  po  dwóch  na  jednej  pryczy,  opatuleni  futrzanymi  okryciami. 

Ogień w piecach wygasa po nocy i przemoczone ubrania sztywnieją od mrozu, bywa też, że 
rankiem futrzane okrycie przymarznięte jest do ściany. 
 

Zimowe połowy to straszna w ciągłej tęsknocie za domem i lęku przed sztormem na 

morzu.  Kiedy  jednak  rybacy  otwierają  swoją  skrzynię,  czują  zapach  domu.  Dobrze  jest 
wkładać  skarpety  i  rękawice,  które  ukochane  kobiety  zrobiły  dla  nich  na  drutach.  Jakby  się 
znaleźli w domu chociaż na jedną krótką chwilę. 
 

Elizabeth  siedziała  zamyślona  i  wpatrywała  się  przed  siebie.  Czy  to  tęsknota  za 

domem  sprawia,  że  Kristian  jest  taki  dziwny  po  powrocie?  I  w  tym  roku,  i  w  ubiegłym 
zachowywał się niezrozumiale. Jeszcze na kamienistym brzegu przyciskał żonę do siebie tak 
mocno, że pojękiwała z bólu. A kiedy wypuścił ją z objęć, rozglądał się wokół zawstydzony, 
czy nikt tego nie widział. 
 

Przez  cały  czas  potem  miała  wrażenie,  że  ją  obserwuje.  A  kiedy  pytała,  czy  coś  go 

niepokoi, odpowiadał, że po prostu tak strasznie ją kocha. Może to złem ale… nie lubiła go w 
takim nastroju. Odczuwała coś jakby zamknięcie, przymus.  I w dodatku żądał, by Elizabeth 
też była taka, ale ona nie potrafi. Oczywiście, że kocha swego męża, ale przecież człowiek nie 
może tego co chwila powtarzać. Próbowała mu to tłumaczyć, ale zdawał się nie rozumieć. I 
każdego wieczora chciał ją mieć. Czuła się źle, kiedy musiała odmawiać, przekonywać, że po 
długim dniu pracy jest zmęczona. Kristian zawsze reagował na to bardzo nieprzyjemnie. 
 

Elizabeth  westchnęła.  To  z  pewnością  minie  z  czasem,  myślała.  Przynajmniej  w 

zeszłym roku minęło. 
 

Stos  ubrań  do  reprezentacji  był  wielki,  poszła  więc  do  izby  tkackiej  po  włóczkę  do 

cerowania.  Zamyślona,  wyjmowała  kłębki  białe,  czarne,  szare  i  wkrótce  znalazła  wszystko, 
czego  potrzebowała.  Wyprostowała  się  i  wyjrzała  przez  okno.  Z  izby  czeladnej  wybiegła 
Amanda i pospiesznie szła przez dziedziniec. Wypakowywała skrzynię Olego, Elizabeth sama 
ją o to prosiła. Patrzyła na dziedziniec, przypominając sobie tamten wieczór, kiedy widziała 
Amandę  i  Olego  w  miłosnym  uścisku.  Potem  jastrzębim  wzrokiem  śledziła  dziewczynę,  by 
się  upewnić,  czy  nie  jest  czasem  w  ciąży,  ale  też  po  to,  by  nie  dopuszczać  do  kolejnych 
schadzek. 
 

Elizabeth  skrzyżowała  ręce  na  piersiach.  I  tak  ich  do  końca  nie  upilnuję,  myślała, 

przypominając  sobie,  jak  to  ona  i  Jens  spotykali  się  ukradkiem  w  szopie  na  siano,  chociaż 
między nimi dochodziło jedynie do pocałunków i niewinnych pieszczot. Czyżby obyczaje tak 
bardzo  się  zmieniły  w  takim  krótkim  czasie?  Czy  młodzi  są  teraz  bardziej  swobodni  niż 
dawniej? 
 

Już miała się odwrócić, gdy spostrzegła, że Amanda biegnie do wygódki. Zdrętwiała. 

Czy dziewczyna może być w ciąży? Źle się czuje i dlatego jej tak spieszno? Zaczęła liczyć na 
palcach.  Cztery  miesiące…  tyle  minęło  od  tamtego  wieczora,  kiedy  przyłapała  Amandę  i 
Olego. Zasłoniła usta ręką. Czyżby ciąża była już tak daleko posunięta? To możliwe? 
 

-  Rany  boskie,  co  my  zrobimy?  –  wyszeptała.  Amanda  ma  dopiero  szesnaście  lat, 

sama jest jeszcze dzieckiem. Przemknęła jej myśl o roślinie, zwanej wroniec, którą znalazła, a 
która  rośnie  w  ciemnych  lasach.  Podawana  z  wódką  może  wywołać  poronienie,  ale  jest  też 

background image

 

30

niebezpieczna. Zawstydziła się, że coś takiego w ogóle mogło jej przyjść do głowy. Po chwili 
rozległo się pukanie do drzwi i Elizabeth drgnęła zaskoczona. 
 

- Przepraszam, nie chciałam cię przestraszyć – bąkała Lina niepewnie. 

 

Elizabeth  przyjrzała  się  służącej.  Była  to  ładna,  miła  dziewczyna  z  zadartym 

piegowatym noskiem. Miała w sobie wielką delikatność. 
 

- Nic nie szkodzi – odparła. – Potrzebujesz czegoś? 

 

- Tak. Chodzi o to… chciałam zapytać, czy widziałaś fotografię mojego ukochanego, 

Andreasa – mówiła dziewczyna, skubiąc koniec rudego warkocza. 
 

- No pewnie, pokazywałaś mi przecież. 

 

- Ale ja myślę, czy widziałaś teraz. Bo fotografia mi zginęła. 

 

Elizabeth przyglądała jej się badawczo. Podobnie jak inne służące Lina nie posiadała 

wielu rzeczy, toteż bardzo dbała o wszystko. 
 

- A gdzie ją trzymałaś ostatnio? 

 

- Na nocnym stoliku. Zawsze tam stała. Ole obiecał, że jak będzie miał czas, to zrobi 

mi ramkę, żebym mogła powiesić na ścianie. 

 

 

Dziewczyna mówiła na pół z płaczem. 

 

- Pewnie wpadła między łóżko a stolik – odparła Elizabeth spokojnie. 

 

Lina pokręciła głową. 

 

-  Nie,  ja  tam  szukałam.  W  ogóle  przeszukałam  cały  pokój.  Inni  też  szukali.  Gdzie 

tylko można, ale niczego nie znaleźli. Fotografia po prostu przepadła. 
 

Elizabeth położyła rękę na ramieniu służącej. 

 

-  Jak  to  mówią,  co  nie  zostało  ukradzione,  ani  się  nie  spaliło,  to  w  końcu  samo 

wpadnie w ręce, 
 

Lina kiwała głową i ocierała ręką oczy. 

 

- Tak, chyba masz racje. 

 

A opróżniłaś już skrzynię Krystiana? – spytała Elizabeth. 

 

Lina przytaknęła. 

 

- Dobrze, w takim razie odgrzej sobie kawy i zrób sobie przerwę, na którą zasłużyłaś. 

 

- Dziękuję. – Lina dygnęła i ruszyła ku drzwiom, ale gospodyni zatrzymała ją jeszcze. 

 

-  Chciałam  cię  o  coś  zapytać,  wydaje  mi  się,  że  Amanda  jest  ostatnio  w  kiepskiej 

formie, nie wspominała ci czasem dlaczego? 
 

Lina zaprotestowała. 

 

- Nie, i wcale na chorą nie wygląda. Dlaczego pytasz? 

 

-  Właściwie  to  nie  ma  żadnej  poważnej  przyczyny  –  pożałowała  swojego  pytania.  – 

Chodzi o to, że się o was martwię. Coś mi się chyba przywidziało. 
 

-  Tak,  to  zwyczajnie  przywidzenie,  powtórzyła  sobie  w  duchu,  wzięła  włóczkę  i 

wróciła na dół do kuchni. 
 
Wkrótce zapomniała o fotografii, która zginęła  Linie, do  czasu,  gdy parę dni później poszła 
do izby, żeby napalić w piecu. Wyjmując drzazgi na podpałkę zauważyła na podłodze jakąś 
kartkę, częściowo ukrytą za wiaderkiem z torfem. 
 

Przyjrzała jej się uważniej. Gruby papier był opalony po brzegach. Odwróciła kartkę i 

stwierdziła, że to resztki fotografii ukochanego Liny. Pozostała tylko twarz. jakim sposobem 
to się znalazło w piecu?  
 

Nagle drzwi się otworzyły i do pokoju wszedł Kristian. 

 

- Tu jesteś, moja kochana? A ja szukam cię wszędzie. 

 

Elizabeth uśmiechnęła się, 

 

- Potrzebujesz czegoś? 

 

-  Tak,  czegoś  bardzo  ważnego  –  szepnął,  ujmując  w  dłonie  jej  twarz.  –  Chcę 

powiedzieć, jak bardzo za tobą tęsknie, kiedy cię przy mnie nie ma. 

background image

 

31

 

Elizabeth  ogarnęła  wielka  czułość  dla  męża.  W  jego  czarnych  oczach  kryło  się 

nieskończenie dużo miłości. Uśmiech Kristiana był taki ciepłu, ręce takie miłe. Ujęła jedną z 
nich i pocałowała. Dłoń  była szorstka od ciężkiej pracy. Od tej pracy, którą wykonywał, by 
jej  i  dziewczynkom  było  dobrze,  żeby  im  nigdy  niczego  nie  brakowało,  ani  jedzenia,  ani 
ubrań. Jest dla niej taki dobry, niczym ojciec traktuje i Marię, i Ane. 
 

- To dobrze, że za mną tęsknisz – powiedziała szczerze. – Przynieś tu sobie kawy, to 

będziesz mógł dotrzymać mi towarzystwa przy naprawianiu ubrań. Jeśli nic innego na ciebie 
nie czeka? 
 

- No, niestety, muszę iść – cmoknął ją lekko w czoło. Nagle zesztywniał. – A co ty tu 

masz? – spytał, chwytając rękę, trzymającą fotografię, 
 

- To fotografia Liny- odparła Elizabeth. – Znalazłam ją za piecem. To znaczy to, co z 

niej zostało, reszta musiała się spalić – przerwała na chwilę. – czy możesz puścić moją rękę? 
 

-  Co?  A  tak,  oczywiście.  Przepraszam…  myślałem,  że  to  inna  fotografia…  ta  od 

mojego wuja. Pamiętasz, dostałem ją na święta kilka lat temu. 
 

Elizabeth  przytaknęła.  Wiedziała,  o  jakiej  fotografii  mąż  mówi.  Kiedy  widziała  ją 

pierwszy  raz,  bardzo  jej  imponowało,  że  można  mieć  coś  takiego  –  obraz  człowieka 
przeniesiony na papier bez pomocy ołówka czy farb. 
 

-  Parę  dni  temu  Lina  powiedziała  mi,  że  fotografia  zginęła  i  pytała,  czy  jej  nie 

widziałam  –  tłumaczyła  Elizabeth.  –  Uważałam,  że  musiała  ją  gdzieś  schować,  ale  ona 
twierdzi, że fotografia zawsze stała na nocnym stoliku. – Elizabeth zniżyła głos. – No i teraz 
się  okazuje,  że  ktoś  usiłował  ją  spalić.  Kto  mógłby  zrobić  coś  takiego?  To  dla  Liny 
najważniejsze, co posiada. Nawet nie mogę pomyśleć, żeby któraś z dziewcząt posunęła się 
do tego. A co ty myślisz, Kristian? 
 

Spojrzała  na  męża.  Był  blady,  mocno  zaciskał  szczęki,  przyglądając  się  małemu 

kawałkowi papieru. 
 

- Źle się czujesz, Kristianie? Usiądź, bo upadniesz. 

 

Wolno przeczesał palcami grzywkę. 

 

- Nnie… zaraz mi przejdzie. Chyba jestem przemęczony, źle spałem dziś w nocy. 

 

Mimo wszystko usiadł i potrzebował sporo czasu, by dojść do siebie. 

 

-  Przynieść  ci  coś?  Może  szklankę  wody?  –  pytała  Elizabeth  zatroskana.  –  A  mąz 

koniaku? 
 

- Nie, dziękuję. Już mi lepiej. A ta fotografia… to nieszczęśliwy przypadek, że dostała 

się do pieca, chyba rozumiesz nikt w tym domu nie chciałby sprawić Linie takiej przykrości. 
Dlaczego mieliby to robić? 
 

Elizabeth wzruszyła ramionami. 

 

- Nie wiem. Nikt nie ma powodu do zazdrości, poza tym wszyscy ją lubią. Naprawdę 

nie mam pojęcia co jej powiedzieć. 
 

- Nic nie mów, tak będzie najlepiej. Szybko o tym zapomni, będzie miała inne sprawy 

do roztrząsania. – Kristian wstał. – Wezmę to, co zostało i wyrzucę. 
 

-  Nie  –  Elizabeth  schowała  za  plecy  rękę  z  fotografią.  –  Muszę  być  wobec  Liny 

uczciwa. Niech ma choćby tę resztkę. To lepsze niż nic. 
 

Kristian opuścił rękę. 

 

-  Dobrze,  zrób  jak  uważasz.  Skoro  twoim  zdaniem  to  słuszne…  Chociaż  według 

mnie… 
 

- To jest słuszne – przerwała mu Elizabeth. – Idź do swoich zajęć, a ja porozmawiam z 

Liną. 
 

Stała przy oknie i obserwowała męża idącego przez dziedziniec. 

 
 

W kuchni nalała sobie kawy, a potem piła ją przy stole i przysłuchiwała się rozmowie 

dziewcząt.  

background image

 

32

 

- Co ty robisz, Ane?  Pytała Helene. Miała ręce po łokcie umazane mąką, bo wyrabiała 

właśnie wielki bochen chleba. 
 

Ane zrobiła buzię w ciup, zmagając się z jakimiś opornymi oczkami. 

 

-  Najpierw  chciałabym  zrobić  kołderkę  dla  mojego  kota  Pusi,  żeby  miał  się  czym 

okryć w nocy. Ale zabrałoby mi to bardzo dużo czasu, to zrobię lepiej nieduży obrusik. 
 

Maria nie była w stanie powstrzymać śmiechu. 

 

- No to będzie bardzo gruby obrus. 

 

- Nie słyszałaś o obrusach zimowych? – odparła Ane urażona. 

 

-  Do  tej  pory  nie.  Ale  przynajmniej  udało  ci  się  wymyślić  dziurkowany  wzór,  jak 

widzę. – Maria pokazywała otworki, jakie powstały po zgubionych oczkach. 
 

Helene posłała Marii ostre spojrzenie i chrząknęła znacząco. 

 

- Wzór jest naprawdę śliczny – łagodziła Maria pospiesznie. – Jesteś dużo zdolniejsza 

niż wiele innych dziewczynek, które znam. Jakbyś chciała, to mogę pozaszywać te dziurki i 
będzie łapka do garnków. 
 

Elizabeth dopiła swoją kawę.  Odstawiła kubek na kuchenny blat i podeszła do  Liny, 

siedzącej przy drugim końcu stołu. 
 

- Chodź ze mną na chwilę do salonu. – mam parę skarpet do cerowania, mogłabyś to 

zrobić? – dodała, widząc, że pozostałe dziewczyny im się przyglądają. 
 

Poszła przodem. Kiedy drzwi się za nimi zamknęły, wyjęła z kieszeni to, co zostało z 

fotografii Andreasa. 
 

- Znalazłam to w izbie. Przez jakiś nieszczęśliwy przypadek fotografia dostała się do 

pieca. Może przylepiła się do kawała drewna albo torfu? 
 

Lina ściskała obrazek w palcach, drżała jej broda. 

 

- Dziękuję – wyszeptała na koniec. – Dziękuję, ze to znalazłaś. Będę dobrze pilnować 

tego, co zostało. 
 

Elizabeth  dziwiła  się,  że  dziewczyna  nie  zadaje  żadnych  dodatkowych  pytań,  że  tak 

bez słowa przyjęła jej wyjaśnienie.  
 

- To nie ma znaczenia, jakim sposobem fotografia dostała się do pieca – mówiła dalej 

Lina . – Najważniejsze, ze jednak trochę zostało. Obraz jego twarzy. 
 

Elizabeth zastanawiała się chwilę. 

 

-  Dam  ci  parę  arkuszy  listownego  papieru,  żebyś  mogła  do  niego  napisać  przy 

najbliższej okazji. Chciałabyś? 
 

- O tak, dziękuję! Ale przecież nie mogę używać twojego papieru. A gdzie te skarpetki 

do cerowania? 
 

-  Sama  je  poceruję.  A  papier  to  będzie  małe  zadośćuczynienie  za  to,  co  straciłaś  – 

oznajmiła Elizabeth i zaraz pobiegła na strych, żeby przynieść, co obiecała. 
 

Kuzynka Kristiana kupiła ten piękny papier. Elizabeth od jakiegoś  czasu posyłała do 

Bergen pieniądze i zamówienia na różne rzeczy, ładne materiały na ubrania, bieliznę, koronki. 
 

Po drodze na dół zderzyła się z Helene.  

 

- Muszę cię o coś zapytać – powiedziała przyjaciółka, odciągając ją na bok. – Ja wiem, 

ż

e Kristian się nie zgodził, żeby Lina zaprosiła do Dalsrud swojego ukochanego. Dlatego nie 

powinnam chyba prosić o to samo, ale mimo wszystko to zrobię. Zastanawiam się, czy Pål nie 
mógłby tu przyjść któregoś dnia? Może na podobiadek? 
 

-  Ależ  moja  droga,  oczywiście,  że  może.  Kristian  nie  zgodził  się  na  przyjazd 

ukochanego  Liny,  bo  nie  chce,  żeby  ktoś  obcy  u  nas  mieszkał.  A  tamten  pochodzi  aż  z 
Kabelvaag, przecież wiesz. A zresztą, jeśli Lina jeszcze raz poprosi, to ja znajdę jakiś sposób. 
Ale ty możesz Påla zaprosić. Co powiesz na sobotę? 
 

- Dobrze, i bardzo ci dziękuję, Elizabeth. – Helene uścisnęła obie jej ręce. 

 

- Nie widziałaś gdzieś Amandy? – spytała gospodyni. 

 

- Nie. Chociaż, zaczekaj… tak. Przed chwilą wybiegła z domu. 

background image

 

33

 

- Dokąd poszła? 

 

Helene wzruszyła ramionami, 

 

- Nie wiem. A chcesz od niej czegoś szczególnego? 

 

-Nie, nic takiego.  – Odpowiedź padła natychmiast, 

- Mogłabyś dać to  Linie? Ja muszę na chwilę wyjść. – Podała Helene przybory do pisania i 
wybiegła z domu. 
 

Na dziedzińcu natknęła się na Olego. 

 

- Nie widziałeś Amandy? 

 

Ole miał ponurą minę, odpowiadał krótko, ale szorstko. 

 

- Poszła tam – ruchem głowy wskazał na oborę, 

 

- Dziękuję. – Elizabeth już miała iść, jednak kolejne słowa Olego ją powstrzymały. 

 

- Spytałem dokąd tak leci, ale nie chciała ze mną gadać, 

 

Elizabeth przyglądała się chłopcu. 

 

- A ty dokąd się wybierasz? – spytała, oczyma duszy widziała Amandę biegnącą nad 

rzekę, żeby zwymiotować, 
 

- Moim zdaniem ona ostatnio zachowuje się jakoś dziwnie. Jest nieprzyjemna, że bez 

kija nie przystępuj. 
 

Elizabeth  wciągnęła  głęboko  powietrze  i  na  kilka  sekund  przymknęła  oczy.  A  więc 

jednak w jej podejrzeniach jest jakieś ziarno… 
 

- Muszę z nią porozmawiać – rzekła i chciała odejść, ale Ole znowu ją zatrzymał. 

 

- Jej nad rzeką już nie ma. Widziałem, jak biegnie z powrotem do domu. 

 

- A potem już jej nie spotkałeś? – spytała. 

 

Pokręcił przecząco głową i włożył ręce w kieszenie spodni. 

 

Elizabeth szukała w kuchni, w obu izbach, ale Amandy nigdzie nie było. Nie było jej 

też  w  należącym  do  niej  pokoiku.  Elizabeth  poszła  więc  na  strych,  gdzie  zaglądała  do 
wszystkich  pomieszczeń.  Na  koniec  została  już  tylko  ta  część,  gdzie  suszyli  pranie.  Drzwi 
były uchylone, zerknęła więc ostrożnie do środka. Radość i uczucie ulgi spłynęły na nią jak 
orzeźwiający  strumień  wody.  W  kącie  stała  Amanda  i  rozwieszała  do  suszenia  uprane 
podpaski. Nagle wszystko znalazło swoje miejsce: Amanda była niemiła dla Olego, bo miała 
miesiączkę. W rzece prała podpaski i oczywiście nie chciała, żeby ukochany to widział. 
 

Jakby  ciężki  kamień  spadł  jej  z  serca,  Elizabeth  cichutko  wyszła  na  schody.  I 

obiecywała sobie solennie, że nigdy więcej nie będzie już taka podejrzliwa. 
 
Rozdział 7 
 
 

Zanim  weszła  do  kantoru,  zapukała  lekko  do  drzwi.  Kristian  siedział  przy  stole  nad 

rozłożoną  wielką  księgą  i  ledwo  uniósł  głowę,  żeby  zobaczyć,  kto  przyszedł.  Nie 
przeszkadzała  mu,  przechadzała  się  przy  półkach  z  książkami  i  odczytywała  tytuły  na 
grzbietach.  Przeważnie  były  to  zbiory  praw  i  nudne  protokoły,  ale  tez  i  przeznaczone  dla 
kobiet romanse, które ona sama kupowała i wypożyczała potem służącym. Czytanie książek 
jest ważne. To przywraca duchowy spokój i pobudza myśli, uważała Elizabeth. 
 

Przesunęła palcem po parapecie i stwierdziła, że trzeba tu powycierać kurze. Zrobi to 

któregoś dnia, kiedy Kristian gdzieś wyjedzie i porządki w domu nie będą mu przeszkadzać w 
papierkowej robocie. 
 

Usłyszała za sobą cichy trzask i odwróciła się. 

 

- Dlaczego zamykasz drzwi na klucz? – spytała zdziwiona. 

 

Kristian nie odpowiedział, schował klucz do kieszeni i opadł z powrotem na krzesło. 

Rozsiadł się wygodnie i z powagą przyglądał żonie. 
 

- Rozbierz się. 

 

- Co? – Elizabeth była pewna, że się przesłyszała. 

background image

 

34

 

- Powiedziałem, żebyś zdjęła ubranie. Chcę cię widzieć nagą. 

 

Próbował się roześmiać, ale jej się to nie udało. 

 

- Ty chyba nie masz dobrze w głowie – powiedziała i ruszyła ku drzwiom. Że Kristian 

zachowuje  się  dziwnie  po  powrocie  z  zimowych  połowów,  to  jedno,  ale  to  tutaj  przechodzi 
już wszelkie granice, przyzwoitości.  
 

- Otwórz drzwi – nakazała, ujmując się pod boki. 

 

-  Nie.  Dopóki  nie  zrobisz,  o  co  prosiłem,  nie  otworzę  –  mówił  teraz  dziwnie  niskim 

głosem. 
 

- Będę łomotać tak, że usłyszą mnie służące, 

 

- Proszę bardzo, ale one nie mają klucza. A poza tym, co im powiesz? 

 

Elizabeth dyszała ciężko. Krystian miał rację. Tylko by się wygłupiła, a one i tak jej 

nie pomogą. 
 

Ze złością stanęła przed mężem. 

 

- A jak już zobaczysz mnie nagą, to otworzysz? 

 

- Oczywiście. 

 

- Ty naprawdę postradałeś rozum! 

 

- Możliwe. Ale teraz się rozbieraj. Wolno. 

 

Posłuchała go. Bardzo ostrożnie rozpinała guziki bluzki. 

 

- Rozpuść włosy – polecił. 

 

Elizabeth powyjmowała szpilki i włosy opadły ciężko na ramiona. 

 

-  A  teraz  rozbieraj  się  dalej  –  wyciągnął  nogi  przed  siebie  i  przyglądał  jej  się  spod 

zmrużonych powiek. 
 

Elizabeth  czuła,  że  irytacja  powoli  przechodzi  w  podniecenie  i  gdy  kolejne  sztuki 

ubrania  spadały  na  podłogę,  jej  ruchy  stawały  się  coraz  bardziej  miękkie,  jakby  ociężałe. 
Zwilżyła  wargi  koniuszkiem  języka  i  kołysała  biodrami,  by  zrzucić  halkę.  W  końcu  stanęła 
przed nim prawie zupełnie naga. Miała tylko pończochy na nogach. 
 

- Zadowolony?  - spytała lekko ochrypłym głosem, czując pulsowanie w dole brzucha, 

 

-  Wcale  nie!  –  Kristian  wstał  u  podszedł  do  żony.  Zanurzył  dłonie  w  jej  włosach  i 

pocałował ją pożądliwie.  
 

Niecierpliwe  ręce  Elizabeth  zrywały  z  niego  koszulę  i  spodnie.  Wkrótce  potem  i  on 

stał nagi w mrocznym pomieszczeniu. 
 

-  Jeżeli  chcesz,  to  możemy  się  ubrać,  a  ty  wyjdziesz  –  zaproponował,  a  Elizabeth 

słyszała rozbawienie w jego głosie. 
 

On  to  lubi,  pomyślała.  Lubi  tę  władzę,  jaką  nade  mną  posiada…  a  ja  nie  mam  nic 

przeciwko temu. 
 

Pieściła jego szczupłe biodra i jędrne pośladki, gładziła szerokie barki. 

 

- Zostanę – wyszeptała, ciesząc się jego chłopięcym uśmiechem. 

 

- Bardzo dobrze – odparł, obejmując jej biodra i przesuwał ją ku ścianie. Wdarł się w 

nią,  zanim  zdążyła  jęknąć.  Był  gwałtowny  i  zdecydowany.  –  Powiedz  mi,  że  jesteś  moja  – 
wykrztusił. – Powiedz to! – Powiedz to, Elizabeth! 
 

- Jestem twoja – odparła. W oczach jej pociemniało. – Jestem twoja, tylko twoja… 

 
 

- Miłość jest cudowna – oznajmiła w jakiś czas potem, upinając włosy. 

 

- O Boże! – jęknął Kristian. – To zabrzmiało jak sentencja, którą gdzieś przeczytałaś. 

 

- Bo przeczytałam. W książce, którą znalazłam w twoim kantorze, 

 

Kristian zrobił wielkie oczy. 

 

- Nigdy w to nie uwierzę, utaj nie ma takich książek! 

 

Uśmiechnęła się i uszczypnęła go w bok. 

 

- To ty tak spędzasz czas po całych dniach? Siedzisz tu i czytasz sobie romantyczne 

historie miłosne? 

background image

 

35

 

Kristian ubrał się i usiadł z powrotem przy biurku. 

 

- Nie chciałabyś posiedzieć mu trochę na kolanach, zanim wyjdziesz? – spytał. 

 

- Myślę, że nie! Nie mam już czasu. A prawda,  póki, pamiętam: w sobotę będziemy 

mieli gościa. 
 

- Tylko jednego? – A kto to taki? 

 

W kuchni oczekuje się miłosnej wizyty – wyjaśniła. 

 

Reakcja Kristiana była gwałtowna. Grzmotnął pięścią w biurko i zerwał się z miejsca. 

 

-  Czy  ja  już  nie  mówiłem,  że  ten  łazęga  Liny  z  Kabelvaag  ma  tu  nie  przyjeżdżać? 

Chyba  wyraziłem  się  jasno  tamtego  dnia,  kiedy  wymachiwała  nam  przed  oczami  jego 
fotografią? Powiedz jej ode mnie, że ten dwór to nie jest jakiś tam dom publiczny. 
 

Elizabeth nie wierzyła własnym uszom. Kristian nie posiadał się ze złości. Czy fakt, że 

służąca chce zaprosić swojego ukochanego upoważnia do takiego zachowania? 
 

-  Tym  razem  nie  chodzi  o  Line,  tylko  o  Helene  –  próbowała  wyjaśnić.  –  Helene 

poznała pewnego wdowca, nazwiskiem Pål Persa, i myślę, że przy swoich dwudziestu pięciu 
latach  ona  ma  prawo  przyjmować  wizyty.  A  chyba  ja  też  mam  coś  do  powiedzenia  w  tym 
dworze. Poza tym Helene jest moją przyjaciółką, więc sprawa jest rozstrzygnięta. W sobotę 
Pål Persa przyjdzie tutaj na podwieczorek, a ty będziesz się zachowywał normalnie! 
 

-  Pål?  –  powtórzył  Kristian  zakłopotany,  bawiąc  się  piórem,  leżącym  na  biurku.  – 

Masz na myśli tego nowego parobka od Ottara z Vika? 
 

- Tak. A ty go znasz? 

 

Kristian wzruszył ramionami. 

 

- Słyszałem co nieco. 

 

-  Zaczynam  się  spieszyć,  więc  wybacz  mi  –  rzekła  Elizabeth  chłodno  i  wyciągnęła 

rękę. – Mogę dostać klucz? 
 

Kristian wstał i objął żonę. 

 

- Przepraszam, Elizabeth. Nie chciałem się złościć. Sam nie wiem,  co mnie napadło. 

Tyle miałem ostatnio na głowie, te rachunki i w ogóle… no wiesz. 
 

Nie, nie wiem,  chciała odpowiedzieć, ale milczała. Nie ma sensu się kłócić, Kristian 

zresztą przeprosił więc powinna to przyjąć. 
 

- Oczywiście, że Helene może zaprosić swojego ukochanego – mówił dalej. – Tu jest 

klucz – podał go żonie i pogłaskał ją przy tym po policzku. – Gniewasz się na mnie? 
 

- Nie – powiedziała i naprawdę tak było. 

 
 

W sobotę Helene kręciła się zdenerwowana po kuchni. 

 

-  Nie  mam  pojęcia,  dlaczego  jestem  taka  niespokojna  akurat  dzisiaj  –  powtarzała, 

wygładzając swój świeżo wyprasowany, nocno nakrochmalony  fartuch. 
 

Elizabeth postarała się, żeby reszta służby zjadła podwieczorek wcześniej, by Helene i 

Pål mieli trochę czasu tylko dla siebie. 
 

- Ale mimo wszystko – tłumaczyła jej Helene – ty to musisz usiąść przy stole z nami, 

Elizabeth. 
 

- A to wypada? 

 

- Tak, i Kristian też. On przecież jeszcze nie jadł. Wiesz, rozmowa będzie łatwiejsza. 

No i dzieci. I dzieci muszą być. 
 
 

Kiedy Pål przyszedł, przyjaciółka wciąż była tak samo pobudzona. Elizabeth musiała 

się uśmiechać pod nosem. Helene, zawsze taka spokojna! 
 

Dzień dobry – mężczyzna wyciągnął rękę na powitanie i skłonił się lekko. 

 

-  Dzień  dobry.  Witaj  w  naszym  domu  –  odpowiedziała  Elizabeth,  przyglądając  się 

gościowi uważnie. – Miło, że możemy się poznać. Siadaj, proszę – dodała. 

background image

 

36

 

Włosy miał brązowe, falowane, z przedziałkiem pośrodku. Nad górną wargą widniała 

biała  bielizna,  która  lekko  ściągała  skórę.  To  pewnie  po  jakimś  skaleczeniu  z  dzieciństwa, 
zgadywała. Ale głownie zwracała uwagę na niebieskie oczy. Ich spojrzenie było przenikliwe i 
natrętne, pomyślała Elizabeth. 
 

-  Nie  rób  sobie  kłopotu  z  mojego  powodu  –  rzekł  Pål,  wskazując  na  serwis,  który 

Helene zaczynała ustawiać na stole. 
 

-  O  nie,  trzeba  coś  lepszego  dla  gościa  –  zaproponowała  Elizabeth.  Milczała  przez 

chwilę, a potem rzekła. – W przyszłą niedzielę ma być pogrzeb małego Emila.  
 

Pål spojrzał na nią, nie rozumiejąc. 

 

- Emil jest jednym z bliźniąt Bergette i Sivgarda – tłumaczyła. 

 

Teraz mężczyzna przytaknął. 

 

-  A  tak,  słyszałem.  Straszna  tragedia.  –  Mówiąc  to,  wpatrywał  się  w  blat  stołu.  –  Ja 

sam  nie  zostałem  pobłogosławiony  dzieckiem.  Może  Bóg  widzi  w  tym  jakiś  sens?  A  może 
uznał,  że  to  Helene  powinna  urodzić  moje  dzieci?  –  Przy  tych  ostatnich  słowach  podniósł 
wzrok. 
 

Elizabeth  zerknęła  spod  oka  na  przyjaciółkę.  Na  policzkach  tamtej  pojawiły  się 

czerwone plamy, a jej ruchy stały się gorączkowe. To znaczy, że nie przyznała się Pålowi, że 
ją zgwałcono, nie opowiedziała też o mądrej babce, która usunęła płód, po czym ona sama o 
mało  nie  wykrwawiła  się  na  śmierć.  Może  zresztą  nigdy  mu  o  tym  nie  powie.  Być  może 
pragnie zachować dla siebie tę ponurą tajemnicę tak, jak to zrobiła Elizabeth. Wiadomości o 
tym, jaki Leonard był dla swoich służących, nie powinny dostać się do niepowołanych uszu. 
To by niczego dobrego nie przyniosło. Wprost przeciwnie. 
 

-  No  więc,  jak  mówię,  pogrzeb  odbędzie  się  w  przyszłą  niedzielę.  –  powtórzyła 

Elizabeth.  –  Wszyscy  mieszkańcy  Dalrsud  pójdą  tego  dnia  do  kościoła.  Ty  też  będziesz?  – 
spytała, patrząc Pålowi w oczy. 
 

Pokręcił przecząco głową. 

 

- Nie, tego dnia nie będę mógł. 

 

Ponieważ nie wyjaśnił nic więcej, Elizabeth nie pytała. W końcu co ją to obchodzi. 

 

- No dobrze, zaraz zawołam pozostałych, żebyśmy mogli zacząć jeść – powiedziała i 

wyszła z kuchni. Na korytarzu spotkała Marię. 
 

- Widziałaś Kristiana i Ane? – spytała. 

 

Maria wykrzywiła wargi. 

 

- Ane razem z Line zmienia pościel. I obie gadają o narzeczonych. Kristian i Ole są w 

szopie na łodzie. 
 

- To poproś ich na podwieczorek i przyjdź przywitać się z Pålem. 

 

Kiedy Elizabeth wróciła do kuchni, Helene rozgarniała żar w piecu. 

 

-  No,  zaraz  przyjdę  –  oznajmiła  gospodyni,  siadając  przy  stole.  –  Przyjemnie  będzie 

napić się kawy. 
 

Helene  się  odwróciła  i  Elizabeth  drgnęła  zaskoczona.  Czyżby  przyjaciółka  płakała? 

Na to wygląda, oczy ma takie zaczerwienione. 
 

- Coś się stało? – spytała tak, by Pål nie słyszał. 

 

Helene gorączkowo zaprzeczyła. 

 

- Nie. Skąd ci to, na miłość boską, przyszło do głowy? 

 

- Nie wiem. Dlatego pytam. Wyglądasz, jakbyś płakała. 

 

Przelotny uśmiech przemknął po twarzy tamtej. 

 

- Dym szczypie mnie w oczy. 

 

Elizabeth  chciała  zapytać  o  coś  więcej,  ale  właśnie  do  kuchni  tanecznym  krokiem 

wbiegła Ane.   
 

- Chciałabym dostać białej kawy – zażądała. – Zauważyła gościa i wyciągnęła rękę na 

powitanie, dygnęła i przedstawiła się. 

background image

 

37

 

- A więc ty pijesz białą kawę? – spytał Pål, uśmiechając się do dziecka. – A powiesz 

mi co to jest? 
 

- To jest mnóstwo mleka i odrobinka kawy – tłumaczyła, znajdując sobie miejsce obok 

Påla.  –  Kristian  kazał  powiedzieć,  że  teraz  nie  ma  czasu  na  podwieczorek  –  oznajmiła, 
zwracając się do matki. – Przyjdzie później, co coś zje. 
 

Elizabeth  podawała  kawę,  przysłuchując  się  jednym  uchem  rozmowie  przy  stole. 

Helene  miała  rację,  dzieci  bardzo  to  ułatwiają.  Ane  mówiła  niemal  nieprzerwanie,  rada,  że 
nareszcie  znalazła  kogoś,  kto  chce  jej  słuchać.  Elizabeth  uśmiechała  się  zadowolona,  że 
zorganizowała dla Helene to spotkanie z ukochanym. 
 

Od wielu dni Elizabeth była słaba, czuła się źle. Kręciło jej się w głowie, pot spływał 

po całym ciele. 
 

- Jesteś pewna, że chcesz iść na ten pogrzeb? – spytał Krystian, spoglądając na żonę 

zatroskany. 
 

-  Oczywiście,  że  chcę.  Elizabeth  wstała,  wytarła  nos  i  wyjęła  suknię.  Czarną,  jak 

zwyczaj  nakazuje.  Jedynymi  ozdobami  były  koronki  i  jedwabna  wstążka  w  tym  samym 
kolorze. Nikt nie będzie mógł powiedzieć, że jestem przesadnie wystrojona, pomyślała. 
 

- Chyba rozumiesz, że się o ciebie martwię? – ciągnął dalej Kristian. – Na dworze jest 

zimno i… 
 

- Zimno, no wiesz – roześmiała się Elizabeth. – Przecież jest ładna pogoda. 

 

- Masz gorączkę! 

 

- Od wielu dni nie czułam się lepiej. 

 

- Lepiej – prychnął Kristian, zmagając się z guzikami koszuli. 

 

- Tak, lepiej. Lekkie przeziębienie nikomu krzywdy zrobić nie może. Nie wypada nie 

pójść, skoro Bergette osobiście nas prosiła. 
 

- Nigdy nie słyszałem, żebyś się przejmowała tym, co wypada, 

 

Elizabeth wciągnęła suknię przez głowę, szybko pozapinała guziki i podeszła do okna. 

Otworzyła je na całą szerokość, żeby się ochłodzić. Kristian ma rację, nie jest na tyle zdrowa, 
ż

eby  siedzieć  u  Bergette  godzinami.  Najbardziej  chciałaby  położyć  się  i  spać.  Głowa  jej 

ciążyła  oddech  z  trudem  wydobywał  się  z  obrzmiałego  gardła,  nos  miała  zatkany.  Ale  do 
kościoła, mimo wszystko, powinna iść. 
 

- Na stypę będziesz musiał wybrać się sam – oznajmiła, zamykając okno.  Lepiej nie 

kusić losu, dobrze wie, że zaziębienie łatwo może się zmienić w zapalenie płuc. 
 

- Dzięki Bogu, że wraca ci rozsądek. – Kristian podszedł i pogłaskał ją po policzku. 

 

Elizabeth  usiadła  przy  toaletce,  by  sprawdzić,  czy  włosy  leżą  jak  trzeba.  Nos  miała 

czerwony, oczy błyszczące od gorączki. 
 

- Elizabeth, czy między tobą i Bergette coś zaszło? – spytał Kristian nieoczekiwanie. 

 

Poczuła,  że  drętwieje.  Udawała,  że  szuka  czegoś  w  szufladce,  uniosła  głowę  i  w 

lustrze napotkała spojrzenie męża. 
 

- O co ci chodzi? – spytała jakby od niechcenia, wpinając kolejną szpilkę we włosy. 

 

- Tak to jakoś wygląda. Od porodu się nie widujecie. No i to, co mówił Sivgard. 

 

- A co on takiego powiedział? 

 

Kristian marszczył brwi, drapał się po głowie i patrzył przed siebie. 

 

- Dokładnie nie pamiętam. Pewnie nic ważnego, albo może ja źle zrozumiałem? Ale ty 

i Bergette miałyście przedtem tako dobry kontakt… 
 

- I nadal mamy – zapewniła Elizabeth. Powiedziała to jednak bardziej zdecydowanie, 

niż sama odczuwała. 
 

Po  śmierci  jednego  z  dzieci  Bergette  i  po  kłótni  Elizabeth  z  Sivgardem,  jaka  potem 

miała  miejsce,  przyjaciółki  właściwie  ze  sobą  nie  rozmawiały.  Elizabeth  zajrzała  z  krótką 
wizytą w czasie, kiedy mężczyźni byli na łowiskach, ale służąca powiedziała, że Bergette nie 
jest w formie, leży w łóżku i odpoczywa. Elizabeth zostawiła prezent dla jej córeczki: mały 

background image

 

38

sweterek  z  rękawiczkami  do  kompletu.  Przekazała  przez  służącą  pozdrowienia  i  życzenia 
rychłego powrotu do zdrowia. 
 

Potem  już  nie  rozmawiały  aż  do  dnia,  gdy  Bergette  pojawiła  się  w  Dalsrud  z 

wiadomością  o  pogrzebie.  Elizabeth  wychodziła  ze  spichlerza,  kiedy  przyjaciółka  zajechała 
na dziedziniec. 
 

- Dzień dobry o szczęść Boże – przywitała się Bergette, zatrzymując konia. 

 

Elizabeth miała wrażenie, że wygląda na wyczerpaną, twarz młodej kobiety zrobiła się 

szara. Piękne brązowe włosy ukryła pod czarnym czepkiem. 
 

- Dzień dobry – odparła Elizabeth. – Zaraz zawołam Olego, żeby zajął się koniem. – 

Nie to chciała powiedzieć, ale wizyta ją zaskoczyła, że nie znajdowała słów. 
 

-  Dziękuję,  ja  tylko  na  chwilę  –  odparła  Bergette  pospiesznie.  Elizabeth  podeszła  go 

gościa.  –  Przyjechałam  was  prosić  na  stypę  po  pogrzebie  naszego  Emila.  W  przyszłą 
niedzielę. Powitamy was serdecznie i na cmentarzu, i potem, na przyjęciu. 
 

Elizabeth  skinęła  głową.  Od  wielu  tygodni  wiedziała,  kiedy  odbędzie  się  pogrzeb, 

ponieważ  jednak  Bergette  się  nie  odzywała,  nachodził  ją  lęk,  że  może  ich  nie  zaproszą.  Bo 
może Bergette żywi urazę o to, co się stało? 
 

- Bergette – zaczęła spokojnie, patrząc na przyjaciółkę. – Jak ty się teraz czujesz? 

 

- Dobrze. 

 

- Jesteś pewna? Bo nie wygląda na to, by wszystko było całkiem w porządku. 

 

Bergette wciągnęła głęboko powietrze, 

 

- Masz rację. Nie jest mi dobrze. Elizabeth, to jest straszne. Płakałam i płakałam, aż 

poczułam,  że  nie  mam  już  więcej  łez.  Były  dni,  kiedy  myślałam,  że  zwariuję.  Ja  straciłam 
dziecko, Elizabeth, i nikt nie chce zrozumieć, co przeżywam. Wszyscy powtarzają tylko, że z 
czasem będzie lepiej. Ale ja wiem, że nie będzie. 
 

-  Owszem,  będzie  –  przerwała  jej  Elizabeth  stanowczo.  –  Zapewniam  cię,  Bergette. 

Musisz być silna i zajmować się dzieckiem, które masz. Twoja córeczka jest taka mała. Ona 
potrzebuje matki! 
 

Bergette  spoglądała  na  nią  spod  przymrużonych  powiek.  Elizabeth  się  przestraszyła, 

ż

e  cmoknie  na  kolana,  zawróci  i  natychmiast  odejdzie.  Nagle  jednak  ramiona  przyjaciółki 

opadły, westchnęła ciężko. 
 

- Nigdy nie pogodzę się z tym, że straciłam dziecko. 

 

-  To  prawda,  nigdy  o  tym  nie  zapomnisz,  ale  z  czasem  ból  będzie  łatwiejszy  do 

dźwigania. 
 

- Nie zapraszałam was na chrzciny Karen- Louise – tłumaczyła się Bergette, jakby nie 

słyszała,  co  Elizabeth  mówi.  –  Nie  było  nikogo  prócz  naszych  rodziców.  I  oni  też  trzymali 
małą do chrztu. Nie byłam w stanie urządzić żadnego przyjęcia. 
 

-  To  oczywiste  –  Elizabeth  uścisnęła  jej  rękę.  –  Dziękuję  ci,  że  dzisiaj  przyjechałaś. 

Na pogrzebie będziemy wszyscy. 
 
 

- Dlaczego się tak zamyśliłaś? – spytał Kristian. 

 

-  Rozmyślałam  o  Bergette.  Ostatnimi  czasy  nie  było  jej  łatwo.  Wierzę  jednak,  że 

powoli będzie lepiej. 
 

- Sivgard chyba właśnie o tym mówił. Że śmierć Emila strasznie przygnębiła Bergette. 

On się nawet bał, żeby jej się z żalu rozum nie pomieszał. 
 

- Emil urodził się taki maleńki i słaby – bąknęła Elizabeth. – Nie mogłam nic więcej 

dla niego zrobić. Na szczęście został ochrzczony. 
 

Kristian podszedł do żony. 

 

- Nie możesz oskarżać siebie o to, co się stało – rzekł stanowczo. 

 

-  Nie.  –  Wstała,  próbując  się  uśmiechać.  Przestraszyła  się,  że  Kristian  zechce  dalej 

rozmawiać o Sivgardzie. Mąż Bergette jej groził. Powiedział, że tym razem się nie wymiga, 

background image

 

39

ale  ona  nie  chciała  tego  słuchać.  Prawdopodobnie  mówił  w  gniewie  i  rozpaczy.  Mimo 
wszystko na myśl o tym, co się stało, ogarniał ją niepokój. 
 

Zapukano do drzwi i Ane wsunęła głowę. 

 

-  My  już  jesteśmy  gotowi  –  oznajmiła.  Tuż  za  nią  ukazała  się  Maria.  Obie 

dziewczynki miały na sobie czarne sukienki do kolan i czarne wełniane pończochy. Uczesane 
na mokro włosy zostały zaplecione w ścisłe warkocze. 
 

-  Jak  pięknie  wyglądacie  –  pochwaliła  Elizabeth,  popychając  je  przed  sobą,  rada,  że 

nie musi już rozmawiać o Sivgardzie i Bergette. 
 
 

W  kuchni  Amanda,  Lina  i  Ole  czekali  w  swoich  kościelnych  ubraniach.  Amanda  w 

sukni od konfirmacji, którą dostała od Elizabeth. 
 

-  A  ty  wyglądasz  prawie  jak  pan  młody  –  powiedziała  Elizabeth  do  Olego,  który  z 

dumą wypiął pierś. – Gdzie Helene? – spytała jeszcze i zauważyła, że służący spoglądają po 
sobie. 
 

- Helene z nami nie idzie – poinformowała Lina. 

 

- A to dlaczego? – Chora jest? 

 

- Poszła do szopy po torf. 

 

-  Po  torf?  –  głos  Elizabeth  przeszedł  w  pisk.  Potem  odwróciła  się  na  pięcie  i 

pomaszerowała do szopy. 
 

-  Czy  ty,  na  miłość  boską,  możesz  mi  wytłumaczysz,  co  tutaj  robisz?  –  spytała 

Elizabeth. 
 

Helene odwróciła się gwałtownie, o mało nie przewróciła latarki. 

 

- O co chodzi? – spytała, odgarniając rudy lok z twarzy. 

 

- To ja ciebie pytam – krzyknęła Elizabeth. – Dlaczego się jeszcze nie przebrałaś, żeby 

iść na pogrzeb? 
 

- Bo ja nie idę. 

 

- Dlaczegóż to? 

 

Helene wróciła do napełniania koszyka z torfem. 

 

- Odpowiedz mi dziewczyno! – domagała się Elizabeth, zasłaniając usta dłonią, żeby 

stłumić kaszel. 
 

Helene odwróciła się do nie ponownie. 

 

- A ty idzisz? Z takim kaszlem? 

 

Helene,  nie  zaczynaj  teraz  ty  –  warknęła  Elizabeth  zmęczona.  –  To  tylko 

przeziębienie. A poza tym pytałam się o coś. 
 

Helene wpatrywała się w czubki swoich butów. 

 

-  Ja  przecież  nigdy  nie  miałam  nic  wspólnego  z  Bergette.  Nie  należymy  do  tego 

samego stanu, ona i ja. 
 

- Co to za głupie gadanie? – spytała Elizabeth. – Czy Bergette zrobiła ci coś, żebyś nie 

chciała  okazać  jej  trochę  współczucia,  kiedy  składa  swoje  maleńkie  dziecko  do  grobu?  – 
Helene  najwyraźniej  czuła  się  niepewnie.  –  Myślałam,  że  jesteśmy  przyjaciółkami.  Możesz 
mi chyba powiedzieć… 
 

Tamta podniosła wzrok. 

 

- Masz rację, ze powinnam pójść, ale… No bo ty i Kristian to jakby… 

 

- Amanda, Lina i Ole są już gotowi, czekają  przerwała jej Elizabeth zniecierpliwiona. 

– Natychmiast idź się przebrać. 
 

- Przepraszam – bąknęła Helene, kiedy szły przez dziedziniec. 

 

Elizabeth pogłaskała ją po plecach. 

 

- Pospiesz się. 

 

-  To  co,  jednak  z  nami  pójdzie,  chociaż  Påla  na  pogrzebie  nie  będzie?  –  spytała 

Amanda, kiedy Helene zniknęła w swojej izbie. 

background image

 

40

 

Elizabeth przyjrzała się służącej. 

 

- Co ty chcesz powiedzieć? 

 

- Nic takiego. Tylko że dzisiaj rano Helene wspomniała coś, że to przykre, bo Pål nie 

będzie mógł przyjść. 
 

-  Ale  przecież  ona  cały  czas  się  wybierała  –  skłamała  Elizabeth.  –  Po  prostu 

zapomniała, że to dzisiaj. 
 

Miała nadzieję, że młodzi jej uwierzyli, pobiegła do izdebki Helene. 

 

-  teraz  odpowiesz  mi  szczerze  –  zażądała  Elizabeth.  –  Czy  to  Pål  nie  chciał  żebyś 

poszła na pogrzeb bez niego? 
 

Helene prychnęła przez nos. 

 

- Skąd ci to przyszło do głowy? To jasne, że Pål nic takiego nie mówił. 

 

Elizabeth poczuła bolesny skurcz w sercu, po raz pierwszy Helene ją okłamuje. 

 
 

Pierwszym  człowiekiem,  którego  Elizabeth  spotkała  przed  kościołem,  był  Sivgard. 

Miała ochotę odwrócić się i pójść swoją drogą, ale wiedziała, że musi z nim porozmawiać. 
 

- A więc tu przyszłaś? – spytał. 

 

Elizabeth odpowiedziała pytaniem: 

 

- A nie powinnam? 

 

Popatrzył  na  nią,  mrużąc  oczy.  Wiatr  rozwiewał  jego  jasne  włosy  i  burzył  staranne 

uczesanie. 
 

- Ty nie uważasz, ze zrobiłaś już wystarczająco dużo? 

 

Elizabeth potrzebowała czasu, aby się opanować. 

 

- Szczerze mi ciebie żal, Sivgard – powiedziała w końcu. – Wybaczam ci, bo myślę, 

ż

e to ból po stracie maleńkiego dziecka jest przyczyną twojej goryczy. 

 

- A kto jest temu winien, co? – prychnął, chwytając ją z całej siły za nadgarstek. 

 

- Zachowuj się jak człowiek – syknęła Elizabeth przez zaciśnięte zęby. – Wszyscy na 

ciebie patrzą.  
 

Puścił  ją,  czerwony  na  twarzy.  Wiele  razy  otwierał  i  zamykał  usta,  żeby  coś 

powiedzieć,  ale  w  końcu  odwrócił  się  i  zniknął  w  tłumie.  Elizabeth  słyszała  pulsowanie 
własnej krwi. Bolała ją ręka. 
 
 

Dostrzegła  stojącą  przy  wozach  Bergette.  Biedaczka,  wydawała  się  taka  samotna  i 

opuszczona, że Elizabeth poszła w jej stronę. 
 

-  No  i  jak  się  czujesz?  –  spytała,  ale  natychmiast  pożałowała  swoich  słów.  Bo  jak 

można się czuć w taki dzień? 
 

- Chciałabym mieć to już za sobą – powiedziała Bergette, patrząc przed siebie. 

 

- Rozumiem cię – przytaknęła Elizabeth cicho.  – bardzo mi przykro,  Bergette, ale ja 

nie będę mogła przyjść na stypę. 
 

Przyjaciółka przyjrzała jej się uważnie. 

 

-  Jesteś  zaziębiona  –  stwierdziła  zdecydowanie,  zdjęła  rękawiczkę    dotknęła  czoła 

Elizabeth.  –  Jesteś  rozpalona,  nie  powinnaś  była  tu  przychodzić.  Co  by  to  było,  gdybyś 
dostała zapalenia płuc? 
 

Elizabeth  poczuła  dławienie  w  gardle.  Że  też  Bergette  może  okazywać  jej  tyle 

troskliwości, chociaż sama przeżywa taką tragedię! 
 

- Przejdzie martwię się o ciebie. 

 

Bergette  nie  dbała  o  siebie,  a  Elizabeth  nie  wierzyła,  że  Sivgard  jest  dla  niej 

wystarczającym wsparciem. 
 
 

Pastor  wygłaszał  długą  i  męcząca  mowę,  która  sprawiała,  że  dzieci  robiły  się 

niespokojne,  a  starsi  przysypiali.  Kiedy  jednak  odezwały  się  organy,  wszyscy  się  ożywili, 

background image

 

41

rozglądali się zawstydzeni i wyjmowali psałterze. Nich się ten dzień jak najszybciej skończy, 
pomyślała Elizabeth, wspominając słowa Bergette. 
 

Na  pokrytym  śniegiem  cmentarzu  Elizabeth  widziała  wiele  kamieni  nagrobnych, 

upamiętniających małe dzieci, przedtem nie umiała płakać po Emilu, teraz jednak, poczuła, że 
gardło jej się ściska i pozwoliła łzom płynąć swobodnie, nawet nie próbowała ich ukrywać. 
Ludzie  twierdzą,  że  nie  powinno  się  płakać  na  pogrzebie,  bowiem  zmarli  opuścili  właśnie 
grzeszną  ziemię  i  wstąpili  do  raju.  Uważa  się  ich  za  szczęśliwcy.  Elizabeth  wiedziała,  że 
wierzący tak myślą, ona jednak się z tym nie zgadzała. 
 

Maleńka trumienka, długo zaledwie na łokieć, świadczyła, ze chowają oto chłopczyka, 

który nigdy nie doświadczy i nie pozna życia. Nie zdążył nawet poznać ojca ani matki. Ani 
też  siostry-  bliźniaczki.  Bliźniacy  należą  do  siebie  nawzajem,  powinni  razem  dorastać, 
przezywać  smutki  i  radości  wspólnie,  jak  tylko  rodzeństwo  potrafi.  Powinien  móc  poznać 
północne,  świecące  w  nosy  słońce,  które  barwi  niebo  na  czerwono,  i  polarną  zorzę, 
intensywnie  zieloną,  żółtą  amarantową,  tańczącą  na  nieboskłonie  w  zimowe,  mroźne  noce. 
Powinien móc czuć bryzgi morskiej wody na twarzy i słyszeć przenikliwe krzyki mew. 
 

Raz jeszcze zaczęła się zastanawiać, dlaczego Bóg robi coś takiego. Dlaczego składa 

ba  barki  ludzi  taki  ból  i  taką  tęsknotę?  –  myślała,  zerkając  na  Brgette.  Przyjaciółka  miała 
twarz w kolorze wosku i pewnie by upadła, gdyby Sivgard jej nie podtrzymywał. Na głowę 
narzuciła czarny jedwabny szal z długimi frędzlami. 
 

Bogu dzięki, że Bergette ma jeszcze jedno dziecko, myślała Elizabeth. Gdyby nie to, 

trudno  powiedzieć,  jakby  się  to  mogło  skończyć.  W  oczach  Boga  odebranie  sobie  życia  to 
największy  grzech, jakiego człowiek może się dopuścić. Ale czy  Bóg nie rozumie, że wielu 
osieroconych  rodziców  marzy  jednie  o  tym,  by  ponownie  spotkać  się  ze  swoimi  zmarłymi 
dziećmi? Ludzi, którzy popełnili samobójstwo, nawet na cmentarz nie wnosi się przez bramę. 
Trumnę  przenosi  się  ponad  płotem,  a  zmarłego  grzebie  się  oddalonym  kącie  cmentarza,  na 
niepoświęconej ziemi. 
 

Wzrok jej padł na nagrobek chłopca, który urodził się i zaraz umarł w roku 1753. 

 
 

Moje życie było krótkie 

 

Nie zaznałem niczego,  

 

Pan Bóg zabrał moją dusz 

 

Do domu swojego. 

 

Spoczywam w Chrystusie,  

 

Nic mi nie potrzeba. 

 

Wędruję swobodnie, 

 

Po bezdrożach nieba. 

 
 

Kolejny szloch wstrząsnął Elizabeth i musiała wyjąć chusteczkę z kieszeni. Dopiero, 

kiedy się opanowała, zdała sobie sprawę, że pastor skończył kazanie i  rzucił garść ziemi na 
maleńką trumienkę. 
 
Rozdział 8 
 
 

Wysoko  na  halach,  gdzie  docierało  już  słońce,  z  gór  zaczynały  spływać  niezliczone 

małe  strumyczki.  Chlupały  i  śpiewały  z  radości,  że  zostawiają  za  sobą  grubą  śnieżną 
pokrywę.  Na  drzewach  pojawiły  się  małe  kosmate  bazie,  które  Ane  zrywała  i  chowała  w 
swoim  pokoju.  Nikt  jeszcze  nie  słyszał  kukułki  i  wszyscy  się  z  tego  cieszyli.  Bo  jeśli  się 
pierwsza kukułka odezwała w czarnym, pozbawionym liści lesie, to zapowiada nieurodzajny 
rok.  Pokazały  się  natychmiast  szpaki,  które  w  pośpiechu  łączyły  się  w  pary  i  zaczynały 
budowanie gniazd w budkach, które zrobił dla nich Ole i poumieszczał na ścianach obory. 

background image

 

42

 

Na pokrytych śniegiem polach Kristian rozrzucał gnój. Dla wielu to pierwsza oznaka 

wiosny, Elizabeth uważała jednak, że wiosna przychodzi, kiedy można rozwieszać na dworze 
pranie do suszenia. 
 

Wchłaniała świeży zapach bielonych w słońcu prześcieradeł, kiedy przybiegła do niej 

Lina. 
 

-  Co  ty  robisz?  –  spytała  ze  śmiechem.  –  Stoisz  wystrojona,  gotowa  jechać  na 

konfirmację, i nagle zaczynasz zbierać pranie? Czy nie po to masz służące? 
 

Elizabeth wrzuciła prześcieradło do kosza i poklepała Linę po ramieniu. 

 

-  Owszem,  dobrze  mieć  takich  pracowników  jak  ty.  –  Spojrzała  ku  domowi.  – 

Wszyscy gotowi? 
 

-  Mhm,  czekają  tylko  na  ciebie.  Cieszysz  się,  że  znowu  zobaczysz  swoją  rodzinną 

wieś? 
 

Elizabeth przytaknęła. Pomyśleć, że Olav jest już dorosły i przystępuje do konfirmacji. 

Kiedy  się  stamtąd  wyprowadzała,  bym  małym  chłopcem.  A  w  przyszłym  roku  kolej  na 
Indianne. Jak ten czas leci. Po dzieciach widać to najbardziej, pomyślała. 
 

Lina szturchnęła ją lekko w ramię, 

 

- Mówiłam, że czekają tylko na ciebie. 

 

Elizabeth drgnęła. 

 

-  Uff,  ale  się  rozmarzyłam!  No  cóż,  wrócimy  wieczorem.  Bawcie  się  tu  tymczasem 

dobrze. W spiżarni jest ciasto, możecie sobie zjeść. I kawa… 
 

- Dobrze, dobrze, wiemy wszystko. Już przedtem mówiłaś. 

 

Lina machała na pożegnanie. 

 

Na schodach stał Krystian w czarnym garniturze i czekał, na dziedzińcu Ane i Maria 

niecierpliwie przestępowały z nogi na nogę. Wyglądają jak dwie lali, pomyślała Elizabeth. Na 
widok dziewczynek fala ciepła zalała jej serce. Ane miała sukienkę czerwoną kratę, a Maria 
granatową. I wstążki we włosach w odpowiednich kolorach.  
 

Matia obciągnęła spódnicę, marszcząc nos, 

 

- Och jak ja się cieszę, że niedługo też będę konfirmowana, a wtedy będę mogła nosić 

długie spódnice. Jak dorosła. 
 

- Ciesz się, dopóki jesteś młoda – rzekła Elizabeth łagodnie i pomogła Ane wsiąść na 

wóz. 
 

Przed  kościołem  panował  nastrój  napięcia  i  powagi.  Konfirmacja  to  jedna  z 

najbardziej uroczystych chwil w życiu, na którą młodzi czekają i z radością i z niepokojem. 
Mają oto wkroczyć w świat dorosłych, ale jeśli nie potrafią odpowiedzieć na pytania pastora, 
to  wstyd  będzie  straszny.  Wszyscy  bardzo  się  boją,  czy  nie  przyjdzie  im  w  przyszłym  roku 
ponownie  chodzić  na  nauki,  jeśli  nie  wykażą  się  zadowalającą  wiedzą,  bo  wtedy  bardzo 
trudne, a nawet po prostu niemożliwe jest zdobycie pracy. 
 

Dziewczęta  dostały  długie  spódnice,  niektóre  mają  też  czarne  jedwabne  fartuszki, 

może  pożyczone  od  starszej  siostry  lub  matki.  Elizabeth  zwróciła  uwagę,  że  Maria  rzuca 
powłóczyste spojrzenia w stronę naszych dziewcząt. Pewnie jest trochę zazdrosna. Elizabeth 
odczuwała  strach,  że  jej  mała  siostrzyczka  zaczyna  interesować  się  sukienkami  i  własnym 
wyglądem. Czas zrobił wielki krok naprzód, wcale jej o tym nie informując. 
 

Nagle jej wzrok padł na chudziutkiego chłopca, który stał samotnie z boku i czytał coś 

z  książki  Pontoppidana.  Szczupły  kark  pochylał  się  w  głębokiej  koncentracji.  Raz  po  raz 
przecierał  chudą  ręką  oczy.  Ruchy  miał  szybkie,  jakby  gniewne.  Elizabeth  ogarnęło 
współczucie. Chłopak miał pewnie piętnaście lat, może nawet więcej, choć był niski i drobny. 
Sądząc po ubraniu, pochodzi z biednej rodziny. Nie jest łatwo znaleźć się w taki dzień między 
dziećmi bogatych gospodarzy, wystrojonych w najpiękniejszy przyodziewek. 
 

Jakiś inny młodzieniec podszedł do chłopca i mówił coś, czego Elizabeth nie słyszała. 

Podobieństwo wskazywało, że to krewni. 

background image

 

43

 

Mniejszy spojrzał znak książki, teraz zobaczyła, że przed chwilą płakał. 

 

- Nigdy sobie z tym nie poradzę – mówił.  – Pastor o tym wie. Ale przykazania znam 

na pamięć. Jeżeli tylko mnie z tego zapyta, to będę uratowany. 
 

-  Jestem  pewien,  że  wszystko  pójdzie  dobrze  –  pocieszał  wyższy,  poprawiając 

kołnierzyk przy koszuli tamtego. 
 

Elizabeth nie słyszała dalszego ciągu rozmowy, bo podeszła do niej Bergette. 

 

- Dzień dobry, Elizabeth. Tak rzadko cię widuję. 

 

Elizabeth  przyjrzała  się  uważnie  przyjaciółce.  Miała  rumieńce  na  policzkach,  a  w 

oczach nie było już tej ciężkiej zasłony smutku.  
 

- Świetnie wyglądasz, Bergette. – To pierwsze słowa, które przyszły jej do głowy. 

 

-  Dziękuję.  I  czuję  się  rzeczywiście  lepiej.  –  Bergette  umilkła  na  chwilę.  –  Rzadko 

przychodzisz do mnie z wizytą, Elizabeth. Przeważnie bywa u mnie tylko mama. 
 

Elizabeth  gorączkowo  szukała  odpowiedniego  wytłumaczenia.  Prawda  bowiem  jest 

taka, że nie ma ochoty spotykać Sivgarda. Poza tym cierpiała, patrząc na cierpienie Bergette. 
 

-  Ostatnio  miała  tyle  zajęć…  -  zaczęła  niepewnie.  Potem  jednak  postanowiła  być 

szczera.  –  Poza  tym  bałam  się,  musisz  mi  wybaczyć.  Nie  wiedziała,  czy  ty  jeszcze  chcesz 
mieć  ze  mną  do  czynienia.  Sądziłam,  że  potrzebujesz  czasu. Ja zawsze  długo  zmagam  się  z 
cierpieniem. 
 

Bergette ze zrozumieniem kiwała głową. 

 

-  Jesteśmy  do  siebie  bardzo  podobne,  ty  i  ja.  Dobrze  było  pobyć  w  samotności.  Ale 

ciebie mi brakowało. Musisz do nas przyjść, zobaczyć Karen-Louise. Jest taka śliczna, ma już 
cztery miesiące. Ciągle bardzo malutka, jeszcze się boję wynosić ją na wiosenne słońce, ale… 
 

Bergette mówiła dalej, a Elizabeth przytakiwała i uśmiechała się, ale słowa do niej nie 

docierały.  Najważniejsze,  że  przyjaciółka  uznała  w  końcu,  iż  życie  musi  toczyć  się  dalej, 
chociaż mały Emil nie może w nim uczestniczyć. 
 

Bergette  właśnie  się  pożegnała,  gdy  do  Elizabeth  przybiegła  Dorte.  Wciąż  miała 

okazały  biust,  ale  talię  już  nie  taką  szczupłą  jak  dawniej.  Lata  pozostawiły  ślad  również  na 
niej.  Rude  włosy  upinała  na  karku  w  duży  węzeł,  na  skroniach  pojawiły  się  siwe  pasma,  a 
wokół oczu siateczka zmarszczek. 
 

-  Jak  dobrze  cię  widzieć,  Elizabeth!  Tak  rzadko  się  ostatnio  spotykamy.  Co  tam  u 

was? Widziałam Marię i Ane, to już prawdziwe młode damy. 
 

Rozmowa  toczyła  się  swobodnie  o  wszystkim,  co  się  wydarzyło  od  ostatniego 

spotkania. W końcu zaczęły mówić o Konformacji Olava. 
 

- Ragna powinna to przeżywać – westchnęła Dorte. – Wyobrażasz sobie, jaka byłaby 

dumna, widząc swojego najstarszego syna przed pastorem? 
 

- No tak, ale Ragna nie żyje od wielu lat – powiedziała Elizabeth spokojnie. – I to ty 

zastąpiłaś Olavowi matkę. To twój dzień, i Jakoba, i chłopca. To wy jesteście jego dumnymi 
rodzicami. 
 

Dorte zagryzła wargi. 

 

- Kiedy tak mówisz, to… wydaje mi się słuszne. 

 

- Bo to prawda, Dorte. Ale teraz musimy iść do kościoła. 

 
 

Elizabeth  kręciła  się  w  ławce  i  rozglądała  za  tym  chudym  chłopcem.  Kiedy  go 

odnalazła, zwróciła się w stronę ołtarza i złożyła ręce. Boże kochany – zaczęła się modlić – 
może to zbyt skromna modlitwa, byś uznał ją za godną uwagi. Tyle plag zsyłasz na świat, i 
pewnie  czynisz  słusznie.  Ale  dla  tego  nieszczęsnego  chłopca,  który  tak  bardzo  by  chciał 
odpowiedzieć na wszystkie pytania pastora, sprawa jest niezwykle poważna. Proszę cię, okaż 
mu w tym dniu łaskę. Amen. 
 

background image

 

44

 

Pastor  zakończył  kazanie,  zaczynało  się  odpytywanie  i  konfirmanci  pocili  się  ze 

strachu  i  zdenerwowania.  Co  z  pierwszych  rzędów,  gdzie  znajdował  się  również  Olav, 
otrzymali bardzo łatwe pytania. Zresztą Elizabeth i tak nie miała najmniejszych wątpliwości, 
ż

e  Olav  poradzi  sobie  znakomicie.  Kiedy  jednak  pastor  posuwał  się  ku  dalszym  rzędom,  w 

napięciu wstrzymywała dech. 
 

- No, możesz mi powiedzieć, jak brzmi trzecie przykazanie? – zagrzmiał pastor. 

 

Elizabeth odwróciła się, by zobaczyć, kto jest pytany. Ulga była wielka, gdy okazało 

się, że chodzi o jej ubogiego chłopca. Nie słyszała, co mówi, ale odpowiedział poprawnie, bo 
pastor z zadowoleniem pokiwał głową i podszedł dalej. 
 

Zastanawiała  się  przez  chwilę  pan  Bóg  naprawdę  wysłuchał  jej  nieskomplikowanej 

modlitwy. Niezbadane są ścieżki, którymi chadza Pan, stwierdziła. 
 

Uroczystość  dobiegła  końca,  Elizabeth  odszukała  uszczęśliwionego  chłopca  przed 

kościołem,  ujęła  go  za  rękę  i  złożyła  gratulacje.  Drobna  twarz  rozjaśniła  się  w  pełnym 
zdziwienia  uśmiechu.  Elizabeth  pospiesznie  wsunęła  mu  do  ręki  banknot.  Chłopak 
wytrzeszczał oczy, a potem ukłonił się z wdzięcznością niemal do samej ziemi. 
 

Minęło trochę czasu, nim pozbyła się dławiącego uścisku w gardle. 

 

Elizabeth rozkoszowała się podróżą z kościoła. Łowiła wzrokiem rozmaite drobiazgi, 

jak na przykład to, że podbiały kwitną wzdłuż skraju drogi, wchłaniała zapach słonego morza, 
wsłuchiwała się w ostre krzyki mew. A już na miejscu, w rodzinnej wsi, niemal ją dziwiło, że 
wszystko  jest  jak  dawniej.  Jakby  nagle  czas  się  zatrzymał.  Wysokie  dostojne  góry  miały 
jeszcze śnieg na szczytach, piasek na brzegu morza był tak samo jasny i tak samo zachęcał, 
ż

eby  po  nim  chodzić.  Dom  rodziców  stał  dokładnie  w  tym  samym  miejscu,  tylko  teraz  w 

kuchennym oknie pojawiły się firanki. Dom Dorte w Neset stał pusty, tak było odkąd Dorte 
wyszła za mąż za Jakoba. Wysoko w Dalen, zamajaczyło jej własne obejście, drewniany dom 
ze ścianami malowanymi smołą, pokryty torfowym dachem, który stał tam od wielu, wielu lat 
i pewnie będzie jeszcze stał przez pokolenia, byleby tylko ktoś o niego zadbał. W przyszłości 
będzie to dziedzictwo Ane. 
 

Dwór  w  Heimly  leżał  skąpany  w  słońcu.  Dziedziniec  utrzymany  starannie,  dom 

pomalowany na żółto, jak zawsze. Takie to wszystko przytulne i kochane, pomyślała. 
 

Wielu gości znajdowało się już na miejscu. Było kościelny, kowali i szewc z żonami. 

Lensman  i  jego  małżonka,  wyróżniali  się  w  tłumie,  oboje  postawni,  o  donośnych  głosach. 
Elizabeth  poznawała  również  wiele  osób  ze  Storvika,  z  którymi  Dorte  i  Jakob  byli  w 
towarzyskich  kontaktach.  Wśród  nich  spostrzegła  rodziców  Mathilde.  Stali  z  córką  i  z 
wnuczką Sofie. 
 

Elizabeth  pomogła  dziewczynkom  wysiąść  z  wozu  i  przyglądała  się  tamtym,  zaś 

Kristian oddał lejce parobkowi. Wiedziała, że życie Mathilde nie zawsze było łatwe. 
 

-  Witaj  w  naszym  dworze,  Elizabeth  –  Dorte  podbiegła  do  niej  zarumieniona.  – 

Wyglądasz na całkiem zagubioną w tym tłumie. To do ciebie niepodobne. 
 

Elizabeth się roześmiała. 

 

- Nie, nie jestem zagubiona, przyglądałam się tylko rodzinie Mathilde. 

 

- Dzisiaj oni wszyscy są tutaj gośćmi – tłumaczyła Dorte, patrząc w ślad za wzrokiem 

Elizabeth. – Dzisiaj Mathilde nie jest służącą. Ale chodźmy już do środka. Nie będziemy tu 
chyba stać przez cały dzień. 
 

 

 

Stół  był  pięknie  nakryty.  Specjalnie  wynajęte  służące  podawały  zupę,  a  jedzenie 

smakowało wyśmienicie. 
 

W pewnej chwili Jakob zastukał widelce, w kieliszek i wstał, chrząknął, po czym parę 

razy przeczesał palcami włosy. 
 

- No tak, nie będę tu wygłaszał jakiegoś długiego przemówienia – zaczął. – Ale jednak 

chciałbym  powiedzieć  kilka  słów,  skoro  nasz  syn,  Olav,  przeżywa  swój  wielki  dzień. 

background image

 

45

Niewiarygodne,  jak  szybko  mijają  lata.  Wydaje  mi  się,  że  dopiero  co  podawaliśmy  go  do 
chrztu, a tu już stoi przed nami dorosły mężczyzna. Tak, prawdę powiedziawszy, to wyrósł na 
postawnego chłopa. I pracuje jak dorosły. I we dworze, i na morzu. Owszem, okazało się, że 
na  morzu  też  spisuje  się  bardzo  dobrze.  –  Jakob  chrząknął  ponownie  i  lekko  skrępowany, 
rozejrzał się wokół. Olav rumienił się od tych ojcowskich pochwał i głównie patrzył w talerz. 
 

- Jeśli kolejne lata będą mijać tak prędko, to ani się obejrzymy, a Olav znajdzie sobie 

ż

onę,  my  natychmiast  przejdziemy  na  dożywocie  –  mówi  dalej  Jakob.  –  No  i  może  się 

zdarzyć, że następnym razem my wszyscy, jak tu siedzimy, spotkamy się na weselu. – Jakob 
skłonił się i już siadał, gdy nagle znowu się wyprostował. – Nie, przejęzyczyłem się. Nasza 
córka Indianne stanie w przyszłym roku przed pastorem. Macie rację, niech mnie licho! Tak 
jest, najpierw spotkamy się na konfirmacji, a dopiero potem będzie wesele. 
 

Pod wpływem tych słów początkowe skrępowanie ostatecznie ustąpiło. Goście zaczęli 

klaskać, wielu się śmiało. 
 

Ku zaskoczeniu wszystkich tym razem Olav wstał i zastukał w kieliszek. 

 

Elizabeth spoglądała na niego z podziwem. Trzeba mieć odwagę, żeby tak stać wobec 

tylu  gości,  myślała.  Olav  był  bardzo  podobny  do  ojca  –  te  same  ciemne  oczy,  wysoki, 
barczysty  –  ale  na  razie  zachował  dziecięce  rysy.  Będzie  z  niego  przystojny  kawaler, 
dziewczyny  będą  rzucać  mu  powłóczyste  spojrzenie.  Poza  tym  ma  w  sobie  ten  szczególny 
spokój, jakieś bezpieczeństwo, tak samo jak ojciec. Zauważyła, ze Olav włożył dziś całkiem 
nowy  czarny  garnitur.  Teraz  może  nosić  długie  spodnie,  jest  dorosły.  I  koszulę  ma  białą 
niczym świeży śnieg. 
 

- Ja też nie będę przemawiał długo – rzekł Olav. – Chciałbym tylko podziękować wam 

wszystkim,  że  zechcieliście  przyjść  tu  dzisiaj.  I  chciałbym  podziękować  tacie  za  wszystkie 
dobre  słowa  o  mnie,  chociaż  pewnie  trochę  przesadził.  Na  koniec  dziękuje  Dorte,  która  to 
wszystko tak pięknie przygotowała. Już od czterech lat Dorte jest naszą matką i bez niej… ja 
naprawdę nie wiem, jakby to się potoczyło… 
 

Umilkł na chwilę, jakby zmagał się ze wzruszeniem. Elizabeth poczuła skurcz serca. 

Boże, to już tak dawno temu Ragna umarła przy porodzie! Osierociła troje małych dzieci, ale 
na szczęście Dorte wyszła za Jakoba i zajęła się nimi. Znowu z podziwem spojrzała na Olava, 
ze tak potrafi się zachować. Szczęśliwa będzie ta dziewczyna, która dostanie takiego męża. 
 

- Jeszcze raz dziękuję wam wszystkim – powiedział Olav i usiadł. 

 

Elizabeth zerknęła ku Dorte, która podnosiła do oczu białą chusteczkę. Ta kobieta ,a 

powody do dumy, stwierdziła. I zasłużyła sobie na wszelkie pochwały. 
 
 

Kiedy  służące  zaczęły  sprzątać  ze  stołu  i  przygotowywać  kawę,  większość  gości 

wyszła na dziedziniec. Majowe słońce przygrzewało solidnie, Elizabeth chodziła to tu, to tam 
i rozmawiała ze znajomymi. Wielu z ciekawością dopytywało się, co tam słychać w Dalsrud. 
 

-  Pewnie  było  ci  dobrze  trudno  tak  ni  stąd,  nie zowąd  prowadzić  yaki  duży  dwór? – 

spytała, bez życzliwości w głosie jedna z kobiet. 
 

- Nie, dlaczego? – spytała Elizabeth i tamta nie wiedziała, co odpowiedzieć. 

 

Głównie  jednak  rozmawiano  o  pogodzie,  konfirmacji  i  codziennych  obowiązkach. 

Elizabeth przez chwilę przyglądała się niedalekiemu domowi swojego dzieciństwa. Odkupiła 
go  niedawno  od  Jakoba,  spisali  umowę  i  uścisnęli  sobie  ręce.  Teraz  w  domu  mieszkała 
Mathilde. –Będę uważał, czy wszystko tam w porządku – obiecał Jakob. 
 

Elizabeth dziękowała, wzruszona jego troskliwością.  

 

Teraz podeszła do niej Mathilde. 

 

- Elizabeth, czy wy będziecie się bardzo spieszyć po przyjęciu? 

 

- A chciałaś coś? 

 

-  No,  bo  bardzo  bym  chciała  pokazać  wam,  jak  się  urządziłam.  –  Mathilde 

onieśmielona skubała frędzle swojej chustki. 

background image

 

46

 

- Oczywiście, że pójdziemy do ciebie – obiecała Elizabeth. – Sama miałam zamiar cię 

o to prosić. Potem zajrzę jeszcze do Dalen, żeby popatrzeć na dom. Wiesz, teraz tak rzadko 
tutaj przyjeżdżam. 
 

-  To  prawda.  –  Nagle  Mathide  jakby  straciła  odwagę,  nie  wiedziała,  co  jeszcze 

powiedzieć. 
 

- No to później sobie porozmawiamy – powiedziała Elizabeth z uśmiechem i poszła w 

stronę wygódki.  
 

Przez  szpary  między  deskami  zobaczyła  Marię  i  Indianne,  które,  trzymając  się  pod 

ręce,  szły  ku  niej,  ale  widocznie  szukały  tylko  ustronnego  miejsca,  żeby  porozmawiać  w 
spokoju.  Rozchichotane,  zatrzymały  się  nieopodal.  Elizabeth  chciała  zawołać,  że  tu  jest  i 
będzie słyszeć ich rozmowę, ale zrezygnowała. To by je tylko krępowało. 
 

- Masz jakiegoś ukochanego? – spytała Indianne. 

 

- Nie, a ty? 

 

- Hm, do naszej szkoły  chodzi jeden taki, o rok  ode mnie starszy. Nie masz pojęcia, 

jaki jest wspaniały. Jesteś pewna, że w nim się nie kochasz? 
 

Maria wierciła się onieśmielona. 

 

- Och, widzę po tobie, że tak. Powiedz, jak ma na imię, no powiedz, nalegała Indianne. 

 

- Nie, no sama nie wiem…To głupio tak… 

 

- Czy nie jesteśmy przyjaciółkami? – w głosie Indianne brzmiała uraza. 

 

- Tak, jesteśmy, ale to zupełnie inna sprawa. A obiecasz, że nikomu nie powiesz? 

 

- No pewnie, że nie powiem. Za kogo ty mnie masz? 

 

Elizabeth  musiała  przyznać,  że  w  napięciu  oczekuje,  co  będzie  dalej.  Maria  jest 

zakochana? Jej mała siostrzyczka, która ledwo skończyła trzynaście lat? Wstrzymała oddech, 
czekając. Bała się przy tym, że któraś będzie chciała wejść do wygódki, a wtedy jej obecność 
zostanie ujawniona i będzie się musiała tłumaczyć. Zawstydziła się sama przed sobą. 
 

- Ja jestem zakochana w Olavie. 

 

- W moim bracie? – krzyknęła Indianne i Maria musiała ją uciszać. 

 

-  Naprawdę?  –  spytała  Indianne  po  chwili,  tym  razem  mówiła  półgłosem.  –  Och,  to 

wspaniale! Myślisz, ze się pobierzecie? 
 

- Nie gadaj głupstw! Przecież on nawet o niczym nie wie – protestowała Maria. 

 

- Ja mogę go zapytać. Na pewno potwierdzi. 

 

-  Nie,  nie  wolno  ci  tego  robić!  Obiecałaś,  że  nikomu  nie  powiesz!  –  Maria  złapała 

Indianne za rękę i potrząsała nią. 
 

-  No  coś  ty,  ja  tylko  żartowałam  –  Indianne  śmiała  się  głośno.  –  To  jasne,  że  nie 

powiem nikomu. Ale przecież mogę go zapytać, tak całkiem niewinnie, czy on cię lubi. Czu 
to nie sprytne? 
 

Maria wahała się przez chwile, potem skinęła głową. 

 

- Tylko bądź ostrożna, żeby przypadkiem nie zaczął czegoś podejrzewać. 

 

I pobiegły razem w stronę domu, a Elizabeth mogła nareszcie wyjść. 

 
 

Dzień  chylił  się  ku  wieczorowi  i  goście  zaczynali  się  żegnać.  Elizabeth  stała  na 

dziedzińcu i patrzyła w ślad za łodziami, odpływającymi do Storvika. Widziała też Mathilde z 
Sofie szła pospiesznie drogą do siebie. 
 

- Jesteś pewna, że nie chcesz się z nami przejść? – spytała Kristiana. 

 

W odpowiedzi pokręcił głową. 

 

- Nie, nie, zostanę tutaj. Co bym tam miał robić? Słuchać babskiego gadania? 

 

Elizabeth roześmiała się i szturchnęła go w bok. 

 

-  Ja  ci  dam  babskie  gadanie,  to  popamiętasz.  Ale  dobrze,  zostań  sobie  i  pogadaj  z 

Jakobem. My tam długo nie zabawimy. 

background image

 

47

 

Zawołała  dziewczynki,  wzięła  je  za  ręce  i  poszły.  Po  ostatnich  słoneczkach  dniach 

droga  była  niemal  całkiem  sucha.  Po  okapem  domu  Dorte  szpaki  krzątały  się  przy  budowie 
gniazda, a pośród kamieni na brzegu stał maskonur i wyskubywał sobie z piersi puch. On też 
zbudował gniazdo i teraz potrzebuje puchu, żeby je wyścielić. Powinna powiedzieć Mathilde, 
ż

eby dobrze traktowała i maskonury, i mewy, to będzie miała jajka, i puch. Tylko nie wolno 

wybierać z gniazd wszystkich jaj, bo ptaki nigdy więcej już by tu nie wróciły, 
 

-  Pomyśl,  jak  dawno  ja  już  nie  byłam  w  domu  taty  –  westchnęła  Maria,  wyrywając 

siostrę z zamyślenia. 
 

-  Pamiętam,  że  ja  też  tu  była,  -  wtrąciła  Ane,  która  próbowała  obluzować  kolejny 

ruszający się ząb. 
 

Maria roześmiała się perliście. 

 

-  Co  ty  za  głupstwa  wygadujesz.  Miałaś  dopiero  trzy  lata,  kiedy  tata  umarł  i  my  się 

wyprowadziłyśmy.  
 

Ane nie odpowiadała, udawała, że wypatruje czegoś na lśniącej powierzchni fiordu. 

 

-  Czas  szybko  ucieka  –  rzekła  Elizabeth  z  westchnieniem,  spoglądając  spok  oka  na 

Marię. – Popatrz na Olava, jak on się zmienił. 
 

Maria nie odpowiadała. 

 

-  Teraz  to  dorosły  kawaler  –  ciągnęła  Elizabeth.  –  A  urodziwy,  Az  miło  na  niego 

popatrzeć. 
 

- I bardzo miły – dodała Maria. – On… umilkła, zagryzając wargę. 

 

- Jesteście przyjaciółmi, ty i Olav, jak rozumiem? – spytała Elizabeth. 

 

- Tak chyba tak – przytaknęła siostra zamyślona i kopnęła, leżący na drodze kamień. 

Ane próbowała kopnąć go dalej, ale nie trafiła i o mało nie upadła. 
 

Więc  pewnie  Olav  nie  okazuje  Marii  takiego  zainteresowania,  jakiego  by  chciała, 

pomyślała Elizabeth. Zresztą, czy można by się spodziewać czegoś innego? Różnica między 
nimi nie przekracza wprawdzie dwóch lat, ale w tym wieku, to dużo. 
 

- To bardzo dobrze – powiedziała do siostry. – O dobrych przyjaciół trzeba dbać. 

 

Maria chyba nie słuchała jej uważnie. 

 

- Czy ty i Jens byliście przyjaciółmi, zanim się w sobie zakochaliście? – spytała. 

 

- Tak. I uważam, że to bardzo ważne. Nie można wychodzić za kogoś za mąż, jeśli nie 

jest się z nim w przyjaźni. 
 

Maria wyglądała na zamyśloną, ale po chwili rozjaśniała się i już w lepszym nastroju 

pokonała ostatni odcinek drogi. 
 

-  Wytrzyjcie  porządnie  buty  –  upomniała  dziewczynki,  kiedy  wszystkie  trzy  stanęły 

przed  drzwiami.  Elizabeth  przyglądała  się  oborze.  To  tam  po  raz  pierwszy  widziała  Linę-
Laponkę. Miała wtedy szesnaście lat. To było tamtego lata, kiedy wszystko jakby stanęło na 
głowie,  kiedy  została  wysłana  do  Dalsrud  i  zaczęła  tam  pracować  jako  służąca,  i  kiedy 
podejrzewała, że Jens spędzi noc z Dorte. Jakby to było w jakimś innym życiu, dawno, dawno 
temu. Albo jakby przytrafiło się komuś innemu, a jej tylko o tym opowiedziano. 
 

- Będziesz tu tak stać, mamo? – spytała Ane. 

 

-  Nie,  zamyśliłam  się  tylko  na  chwilę.  –  Zapukała  do  drzwi,  a  Mathilde  niemal 

natychmiast zawołała: 
 

- Proszę! 

 

Kuchnia wydawała się  mniejsza, niż Elizabeth zapamiętała, ale blat, piec i kuchenny 

stół były te same. Ane zaczęła się bawić z Sofie, a Maria i Elizabeth się rozglądały. 
 

- Przedtem nie było tu tak ładnie – pochwaliła Maria. 

 

Mathilde stała pośrodku, zarumieniona, uśmiechnęła się z dumą. 

 

- Naprawdę uważacie, że jest tu ładnie? – spytała niepewnie. – Staram się, jak mogę, a 

Jakob położył nowe podłogi, to w zimie tak nie ciągnie od dołu. Jakob mówi też o boazerii na 
ś

cianach. Jeśli wy nie będziecie mieć nic przeciwko temu. 

background image

 

48

 

Elizabeth wolno kręciła głowa. Wszystko tu takie czyste i ładne, podłogi rzeczywiście 

są  nowe,  teraz  to  zobaczyła.  I  przykryte  dywanikami  –  Mathilde  z  pewnością  dostała  je  od 
Dorte.  Nowe  podłogi  były  potrzebne,  Elizabeth  dobrze  pamiętała,  jak  tu  zima  wiało  przez 
szpary w zniszczonych deskach. Ale ściany nadal były uszczelnione mchem. 
 

- Oczywiście, że trzeba położyć boazerie – powiedziała i musiała chrząknąć. – Ja za to 

zapłacę. 
 

Popatrzyła  na  ławę.  Była  przykryta  haftowanym  obrusem,  na  którym  stał  dzbanek  z 

bukietem  młodych  gałązek  i  niebieska  miseczka.  Mathilde  naprawdę  umiała  stworzyć 
przytulny, miły nastrój. 
 

Stół  też  nakryła  obrusem  i  ustawiła  kubki  o  różnych  wzorach.  Jednemu  brakowało 

uszka. To ten kubek tata lubił najbardziej, przypomniała sobie Elizabeth. 
 

Mathilde popatrzyła w ślad za jej wzrokiem. 

 

- Zrobiłam kawy i przygotowałam podpłomyki z masłem. Dorte mi dała. One mówią, i 

Dorte,  i  moja  mama,  że  obyczaj  każe  przyjmować  gości  z  poczęstunkiem.  Nieważne,  że 
jedliśmy i pili na konfirmacji. 
 

-  Jesteś  bardzo  dobrą  gospodynią  –  pochwaliła  Elizabeth,  siadając  na  wskazanym 

miejscu. Maria przykucnęła obok, Ane natomiast wolała bawić się z Sofie. 
 

-  Dobrze  się  czujesz  w  tym  domu?  –  spytała  Elizabeth.  Myślała  przy  tym,  że  kiedyś 

ten  dom  będzie  należał do  Marii. Jaką  przyszłość  mieć  będzie  Mathilde?  I  Maria  potraktuje 
ten domek w przyszłości, ona, przyzwyczajona do obszernego dworu w Dalsrud? 
 

- O tak, tu się mieszka bardzo wygodnie, jestem ci wdzięczna – zapewniała Mathilde, 

nalewając kawę. 
 

 

 

Początkowo  rozmowa  trochę  się  nie  kleiła,  powoli  jednak  Mathilde  nabierała 

pewności  siebie  i  kiedy  się  uśmiechała,  na  jej  policzkach  coraz  częściej  pojawiały  się 
dołeczki. 
 

-  Szkoda,  że  cię  tu  nie  było,  Elizabeth,  tego  dnia,  kiedy  Olav  nie  zaszpuntował 

porządnie łodzi Jakoba! 
 

Elizabeth z zainteresowaniem czekała na dalszy ciąg. Jest powszechnie znaną sprawą, 

ż

e  każda  łódź  ma  w  dnie  otwór  i  zatyczkę,  żeby  łatwiej  było  wylać  wodę,  kiedy  się  ją 

wyciągnie na ląd. 
 

-  Jakob  bardzo  się  spieszyło  do  Storvika.  Ale  zdążył  ledwo  parę  razy  machnąć 

wiosłami,  gdy  nagle  szpunt  wystrzelił  w  gór  i  strumień  wody  buchnął  mu  w  twarz.  Jakob 
podskoczył  przestraszony,  przewrócił  się  na  plecy,  stłukł  sobie  łokieć  i  wypuścił  z  ręki 
wiosło. Łódź błyskawicznie nabierała wody, a Jakob wpadł do fiordu głową w dół! 
 

Mathilde,  opowiadając,  dosłownie  płakała  ze  śmiechu.  Jakob  wydostał  się  na  ląd  o 

własnych siłach, woda sięgała mu ledwo do kolan, wiosło też wyłowili. Ale nie lubią, żeby o 
tym wspominać, ani Jakob, ani Olav. 
 

Elizabeth uznała, że wizyta trwa wystarczając długo, pożegnała gościnną Mathilde i tą 

samą drogą ona i dziewczynki wróciły do Heimly. 
 

Kristian  chciał  wybrać  się  z  nią  do  Dalen,  dziewczynki  jednak  wolały  zostać.  Poszli 

więc sami wąską ścieżką na górę. 
 

- Tęsknisz za swoim starym domem? – spytał Kristian. 

 

Elizabeth pokręciła głową. 

 

- Nie, trudno to nazwać tęsknotą, ale jednak czasem o nim myślę. No i wiesz, kiedyś 

będzie to dom Ane. 
 

Zapomniała, że podejście do Dalen jest takie strome, dotarli tam oboje lekko zdyszani. 

Drzwi  małego  domku  niełatwo  było  otworzyć,  nie  oliwione  od  dawna  zawiasy,  skrzypiały 
przejmująco.  Z  kuchni  uderzyła  w  nich  zatęchła  woń  długo  nie  wietrzonego  pomieszczenia. 

background image

 

49

Przez  dłuższą  chwilę  Elizabeth  rozglądała  się  po  znajomej  izbie,  a  potem  z  uśmiechem 
odwróciła się do męża. 
 

-  Pomyśl,  to  tutaj  mieszkałam,  zanim  poślubiłam  ciebie.  A  tutaj  urodziłam  Ane  – 

wskazała  rozkładaną  sofę  pod  oknem.  –  I  patrz,  jaki  mały  kuchenny  blat  –  pokazywała, 
otwierała  szafki,  zaglądała  do  środka.  Naczynia  stały  w  nich  tak,  jak  je  zostawiła.  Rzeczy 
należały do gospodarstwa, dlatego niczego ze sobą nie zabrała. Uznała, ze tak powinno być. 
 

- Tak, niewielkie było twoje domostwo – powiedział Kristian i roześmiał się cicho.  – 

Pamiętam  tamten  dzień,  kiedy  napadł  na  ciebie  zbiegły  więzień,  ten  Esaias.  Przyjechałem 
wtedy natychmiast. Przypominasz sobie? 
 

Elizabeth  przypomniała  sobie  aż  nadto  dobrze.  Kristian  gotów  był  zamordować 

napastnika,  by  ratować  jej  życie.  Teraz  jednak  nie  chciała  o  tym  myśleć.  Chciała  pokazać 
Krystianowi cały dom, bo przecież w tamtych czasach rzadko tu bywał. 
 

-  Musisz  obejrzeć  moją  izbę  –  nalegała  z  zapałem,  ciągnąc  go  do  drugiego 

pomieszczenia.  –  Oto  ona  –  powiedziała,  pokazując  rękę.  –  Myślę,  że  początkowo  to  był 
alkierz, ale ja strasznie chciałam mieć izbę, więc tak go nazwałam. Spójrz, na podłodze leżą 
jeszcze moje dywaniki. Pamiętam, jaka była, z nich dumna. I z tego, że mamy tutaj okno. – 
Elizabeth chodziła wolno tam i z powrotem. 
 

- To była twoja wielka izba pokpiwał sobie Kristian. – Elizabeth zarzucała mu ręce na 

szyję. 
 

-  Nie  żartuj  sobie  z  mojego  małego  domku.  Wychowałam  się  w  znacznie 

skromniejszych warunkach niż te tutaj, nie powinieneś o tym zapominać, uważałam wtedy, że 
to wspaniały dom i obejście. O  tak, teraz przypominam sobie coraz więcej. W nasze pierwsze 
ś

więta  Bożego  Narodzenia  tutaj  stała  choinka.  –  Elizabeth  pokazywała  kąt,  w  którym  stało 

drzewko. 
 

Kristian nie był w stanie powstrzymać śmiechu, 

 

- Słyszałem o tej choince! 

 

-  Mhm.  To  był  długi  kij,  przystrojony  gałązkami  jałowca.  Nie  myśl  sobie,  dla  mnie 

ona  była  piękna!  Uważałam  nawet,  że  jest  ładniejsza  od  waszej  w  Dalsrud,  bo  wasza 
wydawała mi się mocno przestrojona. 
 

- Biedactwo – szepnął Kristian, tuląc ją do siebie.   

 

- Nie, nie, nie powinieneś się nade mną użalać, że moja choinka jest najpiękniejsza. 

 

- Tak, już mi o tym mówiłaś – zachichotał. 

 

Wrócili do kuchni i Kristian znowu ją objął. 

 

-  Tak  się  cieszę,  że  teraz  mieszkasz  ze  mną  w  Dalsrud  –  powiedział  i  pocałował  ją 

czule. 
 

- Chodźmy jeszcze na strych – poprosiła w drzwiach na górze. Zapomniała też, że są 

takie  wąskie.  Łóżko,  które  uważała  za  obszerne,  także  okazało  się  maleńkie.  Pomyśleć,  że 
sypiali tu oboje z Jensem! 
 

Nagle  ogarnął  ją  smutek.  Dom  pełen  był  wspomnień  o  małych  i  wielkich 

wydarzeniach z czasów, które już nie wrócą. O niektórych zdążyła opowiedzieć Marii i Ane, 
inne  muszą  poczekać,  aż  dziewczynki  będą  dostatecznie  duże,  by  zrozumieć,  ale 
wspomnienia o jej życiu tutaj, o Jensie i o tym, co ich łączyło, nigdy nie wygasną. 
 

Uklękła na podłodze przy małym okienku. 

 

- Siedziałam tu pewnej nocy i wpatrywałam się we fiord – powiedziała cicho. 

 

- Dlaczego? 

 

-  Szykowaliśmy  nasz  pierwszy  ubój  i  strasznie  się  bałam,  bo  miałam  trzymać  owcę, 

kiedy Jens będzie ją zabijał. 
 

- On cię do tego zmuszał? – spytał Kristian z niedowierzaniem. 

background image

 

50

 

- Och nie, Jens nigdy mnie nie zmuszał do niczego. On zawsze był bardzo dobry. Ale 

wiesz,  ja  byłam  wtedy  taka  młoda  i  wciąż  chciała  udowadniać,  jak  świetnie  sobie  ze 
wszystkim radzę. Prosić o pomoc, to do mnie niepodobne. 
 

- O tak, bogowie wiedzą, że tak jest – uśmiechnął się Kristian. 

 

- Potem przyszedł Olav i zrobił, co trzeba. Uniknęłam najgorszego. 

 

Umilkła, ale w duszy trwała pamięć tamtego jesiennego dnia, jakby to było dzisiaj. Z 

zewnątrz docierał szum rzeki. Teraz, wiosną, była pełna wody i wzburzona, rzeka, do której 
kiedyś  wpadła  Ane  i  omal  się  nie  utopiła.  Mała  córeczka,  która  potem  była  ciężko  chora  i 
mało brakowało, a nie przeżyłaby gorączki. 
 

Elizabeth  otrząsnęła  się  ze  wspomnień,  podniosła  się  z  podłogi  i  otrzepała  spódnic. 

Dostrzegła, że Kristian wpatruje się w jej dawne małżeńskie łóżko. 
 

- To tutaj sypiałaś z Jensem? – zapytał po chwili. – Głos brzmiał ponuro. 

 

- Tak, bo co? 

 

- Nic, tylko pytam. 

 

- Ty jesteś zazdrosny – stwierdziła Elizabeth. 

 

- Głupstwo! – Kristian pospiesznie zszedł po schodach na dół. 

 

Elizabeth pobiegła za nim. Dogoniła go w kuchni. 

 

- Jesteś zazdrosny o człowieka, który nie żyje, Kristian – powiedziała i poczuła ból w 

sercu. 
 

Kristian spoglądał na nią pociemniałym wzrokiem. 

 

- A skąd jesteś taka pewna, że on nie żuje? – spytał ochryple. 

 

Nieoczekiwanie poczuła wielki żal i tęsknotę za Jensem. Powracała myślami do czasu, 

kiedy  nie  mogła  się  uspokoić,  nie  potrafiła  uwierzyć,  że  on  odszedł  na  zawsze.  Ptem 
budowała grubą skorupę, coś w rodzaju ochronnego muru wokół siebie i wmawiała sobie, że 
Jenowi  jest  dobrze  tam,  gdzie  się  teraz  znajduje  i  przyjmowała  do  wiadomości,  że  on  już 
nigdy nie wróci. Czy Kristian mógłby teraz zburzyć ten mur? 
 

- Co chcesz przez to powiedzieć? – spytała ostro. 

 

- Nic, zupełnie nic – odparł i ruszył ku drzwiom. 

 

Elizabeth w wielkim pośpiechu zamknęła drzwi na klucz i pobiegła za nim. Dogoniła 

go, gdy był już daleko od domu. 
 

- Nie powinieneś być zazdrosny – mówiła zdyszana, idąc obok niego. – Zatrzymaj się, 

kiedy do ciebie mówię! – wrzasnęła nagle, chwytając go za ramię. 
 

Kristoan przystanął, ale nie potrafił spojrzeć jej w oczy. Ona zaś krzyczała dalej: 

 

-  Jens  zginął  ponad  pięć  lat  temu,  a  ty  zachowujesz  się  w  ten  sposób!  –  Była  taka 

wściekła,  że  po  prostu  wypluwała  z  siebie  słowa.  –  Czy  nie  wystarczyło  ci,  że  napisałeś 
tamten list, żeby zepsuć wszystko miedzy mną i Jensem? Ani to, że oskarżyłeś mnie o zdradę, 
co się skończyło bójką między wami o ty okaleczyłeś mu nożem twarz? 
 

Nagle  odkryła  coś  bolesnego  w  jego  wzroku  i  umilkła.  Pożałowała  swoich  słów. 

Przecież  on  za  to  wszystko  już  przepraszał,  a  ona  obiecała,  ze  zapomni  i  nigdy  więcej  nie 
będzie o tym wspominać. Jeżeli on ją zranił, ona też nie okazała się lepsza. 
 

- Wybacz mi, Kristian. Ja naprawdę nie chciałam. 

 

Przyciągnął ją do siebie, pogłaskał po plecach i pocałował we włosy. 

 

- To ja zacząłem. Przepraszam cię, Elizabeth. 

 

Kiedy  schodzili na dół objęci, w uszach  Elizabeth mimo wszystko dźwięczały słowa 

męża: A skąd jesteś taka pewna, że on nie żyje? 
 
 
 
 
 

background image

 

51

Rozdział 9 
 
 

Elizabeth  nakrywała  do  stołu,  do  jej  uszu  docierał  dźwięk  rozmów  i  lekki  brzęk 

naczyń. Przez otwarte okno wpadał blask lipcowego słońca, zapach świeżej trawy i poranny 
ś

piew ptaków. 

 

- Gdzie się podziewa Amanda? – spytała Linę. 

 

Służąca wzruszyła ramionami, 

 

-  W  oborze  zrobiło  jej  się  nie  dobrze  i  musiała  biec  do  wygódki.  Pewnie  niedługo 

wróci. 
 

Ole uniósł wzrok. 

 

- Niedobrze? – spytał. – A co jej dolega? 

 

- Brzuch ją rozbolał. Wiesz, kobiece dolegliwości… 

- Lina nie dokończyła zdania, trochę skrępowana, i Ole wrócił do rozmowy z Kristianem. 
 

Elizabeth wyjęła z szafy cukiernicę i postawiła pośrodku stołu. 

 

- Kasza gotowa? – spytała, zwracając się do Helene.  

 

Zauważyła  już  przedtem,  że  Amanda  wygląda  nie  najlepiej.  Zastanawiała  się  nawet, 

czy nie zaparzyć jej ziół. 
 

- No, o wilku mowa – powiedziała Lina, wskazując drzwi. 

 

- Dobrze się czujesz? – spytała Elizabeth, idąc Amandzie na spotkanie. 

 

-  Tak,  już  dobrze.  Od  rana  byłam  trochę  zmęczona  –  mruknęła  dziewczyna, 

rozglądając się niespokojnie po izbie. 
 

-  Lina  mi  powiedziała,  że  masz  okres.  Zaparzę  ci  ziół  i  przygotuję  coś  na 

wzmocnienie. 
 

Amanda  ponownie  skinęła  głową,  w  palcach  zwijała  rąbek  swojego  roboczego 

fartucha. 
 

- Zdejmij to, umyj się trochę i siadaj do stołu – powiedziała Elizabeth. 

 

Jedli z apetytem wszyscy z wyjątkiem Amandy, 

Jakby nieobecna, mieszała łyżką kasz i małymi łyczkami popijała mleko. 
 

- To teraz już nie będziesz jadać? – spytał Ole. 

 

- Nie mam apetytu – burknęła Amanda, 

 

-  To  się  zmuś  –  wtrącił  Kristian.  –  Bo  będziesz  musiała  cały  dzień  pracować  przy 

sianokosach. Teraz, kiedy nareszcie pokazało się słońce, musimy wykorzystać każdą chwilę i 
zrobić jak najwięcej. Posłałem po komorników, zaraz wszyscy tu przyjdą. 
 

Amanda przytakiwała z głową zwieszoną nad talerzem. 

 

-  jak  dziewczyna  nie  ma  apetytu,  to  nie  ma  –  rzekła  Elizabeth  stanowczo,  wstała  i 

ukroiła dwa kawałki chleba.  
 

- Proszę, posyp je sobie cukrem, a zobaczysz, że apetyt ci wróci. 

 

Ludzie przy stole spoglądali po sobie. 

 

- Macie jakieś pytania? – Elizabeth mówiła szorstko,. 

 

Wszyscy kręcili przecząco głowami. 

 

- To dobrze. No, zjedz to – zwróciła się znowu do Amandy, podsuwając jej talerzyk. 

 

Powoli przy stole rozkręciła się rozmowa. Są pewnie zazdrośni o to, że robię wyjątki, 

pomyślała Elizabeth ale to moja sprawa, nie ich. 
 

Do  końca  posiłku  nikt  już  nie  wspomniał  ani  o Amandzie,  ani  o  tym,  że  dostała  coś 

lepszego do jedzenia. 
 
 

Przystanęła i otarła twarz rękawem bluzki. Słońce wisiało na niebie niczym rozpalona 

kula. To chyba najgorętszy dzień, odkąd ludzie pamiętają, pomyślała. 
 

- Mamo, zobacz, co ja znalazłam! – Ane wyciągała coś w ręce. – Popatrz, czy nie jest 

ś

liczna? 

background image

 

52

 

- Coś ty przyniosła? – Elizabeth mrużyła oczy, patrząc na ręce córki. 

 

-  To  biedne  malutkie  dziecko  myszy,  sierotka,  nie  ma  ani  mamy,  ani  taty.  Leżało 

samiutkie na sianie. 
 

-  Ane,  coś  ty  zrobiła?  – krzyknęła  Elizabeth.  –  Natychmiast  odnieś  to  zwierzątko  na 

miejsce! Jego matka uciekła na twój widok, kiedy przyszłaś, żeby zabrać jej dziecko. Nigdy 
więcej tego nie rób! Połóż malca zaraz tam, gdzie go znalazłaś! 
 

- Dobrze, ale… 

 

- Żadnych ale. Rób, co powiedziałam. 

 

Ane powlokła się niechętnie z powrotem, z różnorodnymi stworzonkiem w ręce, 

 

Elizabeth pokręciła głową. Troskliwość córki wobec zwierząt okazywała  się czasami 

nazbyt przesadna. 
 

Pracowała dalej, dopóki nie podeszła do niej Helene. 

 

- Chcesz się napić? – spytała przyjaciółka, podając jej bańkę ze źródlaną wodą. 

 

Elizabeth przyjęła wodę z wdzięcznością i piła łapczywie. 

 

- Dziękuję, pyszna. Elizabeth otarła usta, a potem spojrzała w niebo. 

 

-  Wkrótce  czas  na  podwieczorek  –  powiedziała.  –  Weź  Linę  i  przygotujcie  jedzenie. 

Pozostali niech sobie odpoczywają. Ja przyjdę trochę później. 
 

Helene jakby się wahała, patrzyła w ślad za wzrokiem Elizabeth. 

 

- Nie wydaje ci się, że ta choroba Amandy jest trochę dziwna> 

 

- Dziwna? Co masz na myśli? 

 

- No, ona choruje już długo. Znacznie dłużej niż trwa normalny okres. 

 

Helene  spoglądała  ukradkiem  na  Amandę,  która  pracowała  miarowo  i  z  wprawą,  ale 

raz po raz robiła krótkie przerwy. 
 

- Nie chce mi się wierzyć, ze ty mogłabyś być taka ślepa, żeby nie widzieć. Nigdy nie 

przyszło ci przez myśl, że Amanda może być w ciąży? 
 

Elizabeth pamiętała tamten czas, nie tak dawno temu, kiedy o to właśnie podejrzewała 

młodą służącą. Obiecała sobie wtedy, że już nigdy się tak nie zachowa. 
 

- Amanda jest o wiele rozsądniejsza, niż na to wygląda – rzekła zdecydowanie, tyleż 

do  siebie,  co  do  Helene.  –  Sama  mówiła,  że  musi  najpierw  być  mężatką,  zanim  zacznie 
myśleć o dziecku, i że ani z jednym, ani z drugim jej się nie spieszy. 
 

-  W  tych  sprawach  nie  zawsze  rozsądek  dochodzi  do  głosu  –  westchnęła  Helene.  – 

Jeśli dwoje ludzi się kocha, trudno oprzeć się naturze. Nie sądzisz, że Amanda i Ole są… 
 

Gdyby z Amandą naprawdę tak było, to ona by mi powiedziała. 

 

- A z jakiego powodu tak myślisz? – zdziwiła się Helene. 

 

Elizabeth nie znajdowała dobrej odpowiedzi. Milczała. 

 

- No to pójdę szykować jedzenie – mruknęła Helene i poszła. 

 

Elizabeth stała i patrzyła w ślad za nią. Helene upięła ciemno rudy warkocz w węzeł 

na karku, szara bluzka miała plamy od potu na plecach i pod pachami. Wiedziała, że Helene 
się umyje i przebierze, zanim zrobi podwieczorek. Na takie sprawy ona zawsze bardzo uważa. 
 

Czy  w  ty  co  Helene  mówi,  jest  jakieś  ziarenko  prawdy?  Nagle  przypomniała  sobie 

tamtą zimę, kiedy ona sama była służącą w Dalsrud. Wtedy Amanda była małą dziewczynką, 
dano  ją  Elizabeth  do  pomocy  przy  czyszczeniu  zwierzęcych  wnętrzności.  Tamtej  zimy  to 
Elizabeth  była  w  ciąży  i  nie  trzeba  było  wiele,  a  zaczynała  wymiotować,  wystarczyło,  że 
spojrzała na jelito pokryte grudkami żółtego tłuszczu, a mdłości już dławiły ją w gardle. Żeby 
Amanda niczego nie widziała, Elizabeth musiała biegać daleko, w nadrzeczne jałowce. 
 

- Co się tak rozmarzyłaś? 

 

Elizabeth drgnęła na głos Kristiana. 

 

- Chciała tylko trochę odetchnąć – wyjąkała. 

 

Zastanawiała  się,  czy  powiedzieć  mężowi  o  podejrzeniach  Helene.  Jak  on  by  na  to 

zareagował?  Z  brzemiennej  służącej  nie  ma  wielkiego  pożytku.  Jeśli  Amanda  jest  w  ciąży, 

background image

 

53

ona, która ma dopiero szesnaście lat, w dodatku niezamężna, to gospodarz  mógłby zażądać, 
by opuściła dwór. Nikt nie mógłby mieć do niego pretensji, gdyby to zrobił, ale czy Kristian 
byłby taki surowy? Chyba jednak lepiej milczeć jeszcze przez jakiś czas. Najpierw powinna 
porozmawiać z Amandą w cztery oczy. 
 

- O znowu się zamyśliłaś – uśmiechnął się Kristian, odgarniając jej z twarzy kosmyk 

włosów. 
 

- To ten upał. Chyba potrzebuję trochę ochłody. 

 

- A ja znam małe jeziorko na skraju lasu – na twarzy Kristiana pojawił się kusicielski 

uśmiech. 
 

Serce  Elizabeth  zabiło  mocniej.  Jaką  dziwną  władzę  ma  nad  nią  ten  człowiek. 

Wystarczy jeden dotyk, uśmiech, jedno spojrzenie, a ona gotowa jest dać mu wszystko, czego 
zażąda. 
 
 

Blask słońca sączył się przez liście, Elizabeth mrużyła oczy. Las pełen był zapachów 

natury  –  wrzosów,  trawy,  ziemi  i  dzikich  jagód.  Poszli,  trzymając  się  za  ręce,  do  jeziorka, 
rozebrali się do naga i kąpali w chłodnej wodzie, zerkając na siebie ukradkiem. Ona pierwsza 
wybiegła na brzeg i położyła się na miękkim mchu. Słyszała, że Kristian też wychodzi, ale się 
nie poruszyła. Podszedł blisko, zdawała sobie sprawę, że wpatruje się w jej ciało. Z jakiegoś 
dziwnego  powodu  nie  odczuwała  żadnego  skrępowania,  tylko  palące  pożądanie.  Brodawki 
piersi napinały się niczym twarde jagody. 
 

Serce  zabiło  jej  mocniej,  kiedy  położył  się  obok.  Głaskał  ją  delikatnie  po  piersiach, 

przesuwał rękę w dół, do pępka. Czuła gorący oddech na skórze i język, pieszczący jej brzuch 
przesuwający się w górę, ku piersiom. 
 

Usiadła  i  pozwoliła,  by  głaskał  jej  plecy,  a  ona  przeczesywała  palcami  jego  włosy. 

Kristian  całował  ją  pożądliwie,  wywołując  gorące  dreszcze.  Wzięła  w  ręce  jego  twardy 
członek, on zaś wciąż ją pieścił i całował. W końcu Elizabeth ułożyła się na plecach, gotowa 
przyjąć ukochanego. 
 

- Nie - wykrztusił ochryple i obrócił ją na brzuch. Ujął piersi żony w dłonie, po czym 

zaczął  w  nią  wchodzić  bardzo  wolno,  wolniutko,  aż  odnalazł  punkt,  którego  dotykanie 
sprawiało jej niewypowiedzianą rozkosz. I tak to trwało, Elizabeth była pewna, że dłużej nie 
wytrzyma i eksploduje. Wtedy Kristian znowu położył  ją na plecach i wszedł w nią jeszcze 
raz.  Poruszał  się  wolno,  rytmicznie  i  wciąż  patrzył  jej  w  oczy,  a  ona  w  jego.  Były  niczym 
głębokie leśnie jeziorka, w których można utonąć. Jak ta woda, w której dopiero co się kąpali. 
Niech  teraz  świat  się  zatrzyma,  myślała  Elizabeth.  Pragnęła  by  to,  co  przeżywa  trwało  na 
wieki. Ale w końcu nie mogła już dłużej postawać bez ruchu uniosła w górę biodra, tuląc się 
do męża a po chwili świat rozpadł się na setki świetlistych okruchów. 
 
 

Słowa Heleny nie dawały Elizabeth spokoju, ale zrobił się już wieczór, zanim mogła 

porozmawiać z Amandą sam na sam. 
 

Zjedli kolację i teraz nuć już nie wskazywało, że służącej coś dolega. Pożywiała się z 

apetytem,  a  potem  starannie  wyczyściła  talerz.  Helene  musiała  się  pomylić,  pomyślała 
Elizabeth. Ale dla wszelkiej pewności… 
 

-  Chciałabym  zamienić  z  tobą  kilka  słów  w  jadalni  –  powiedziała,  udając,  że  czyści 

kuchenny blat, bo dzięki temu nie musiała patrzeć Amandzie w oczy. 
Kątem oka spostrzegła, że służąca zamarła. 
 

- Czy ja coś zrobiłam… 

 

-  Porozmawiamy  w  jadalni.  Przyjdź,  jak  skończysz  zmywanie  –  ucięła  Elizabeth  i 

wyszła. 
 

Czekała, niespokojnie chodziła tam i z powrotem. Próbowała w myślach sformułować 

wszystkie  pytania.  Niezależnie  od  tego,  jak  się  sprawy  mają,  powinna  zażądać  szczerej 

background image

 

54

odpowiedzi, ale nie wolno przerażać dziewczyny. Rany boskie, myślała, jak ja zapytam taką 
młodą dziewczynę, czy jest w ciąży? Opadła na fotel, ale zaraz zerwała się na równe nogo, bo 
Amanda  stanęła  w  progu.  Onieśmielona  skubała  kołnierzyk  swojej  bluzki,  wzrok  miała 
rozbiegany,. 
 

-  Usiądź  –  zaczęła  Elizabeth,  ale  sama  wciąż  stała.  Potem  zwilżyła  wargi  i 

powiedziała: - Ty wiesz, że kiedy byłam  ciąży z Ane, miała tyle samo lat co ty? 
 

Amanda przytaknęła i wpatrywała się w swoje kolana. 

 

- To był dla wielu szok, ale może największy dla mnie. W pierwszych miesiącach tyle 

najrozmaitszych myśli wirowało mi w głowie. Zastanawiałam się, jak zdołam swoje dziecko 
wykarmić,  i  co  ludzie  powiedzą.  Nie  miała  przecież  męża,  tak  samo  jak…  -  umilkła  na 
moment.  –  No  ale  wszystko  się  jakoś  ułożył,  a  kiedy  Ane  się  urodziła,  ja  byłam 
najszczęśliwszym człowiekiem na świecie. 
 

- Do czego ty zmierzasz? – spytała Amanda o popatrzyła jej prosto w oczy. 

 

Elizabeth drgnęła. 

 

- Bo muszę zapytać cię wprost, Amando. – Stanęła naprzeciwko dziewczyny. – Muszę 

cię zapytać, dlaczego ty się ostatni ciągle źle czujesz? Czy jesteś może w ciąży? 
 

Amanda energiczni pokręciła głową. 

 

- Nie. Mam na to za dużo rozsądku. 

 

- Wiesz, w takich sprawach nie zawsze jest mowa o tym, czy ma się mniej czy więcej 

rozsądku – mówiła Elizabeth z powagą. – Chcę tylko, abyś zrozumiała, że jeśli spodziewasz 
się dziecka, to powinnaś mi o tym powiedzieć. 
 

Amanda  znowu  spuściła  wzrok,  jakby  chciała  się  opanować,  a  potem  spojrzała 

Elizabeth w oczy. 
 

- Jeśli tylko o to chciałaś mnie zapytać, to mogę już sobie iść. 

 

Elizabeth  przyglądała  się  dziewczynie  z  uwagą.  Czy  to  możliwe,  że  ona  tu  siedzi 

przede  mną  i  kłamie  w  żywe  oczy?  Czy  naprawdę  jest  taką  kłamczuchą?  Nie,  Amanda  nie 
mogłaby tak postępować. A zresztą po co, skoro Elizabeth proponuje jej pomoc i wsparcie? 
 

Brązowe  warkocze  Amandy  spływały  na  drobne  piersi.  Twarz  była  szczupła,  to 

jeszcze twarz dziecka. Mimo woli spojrzała na brzuch dziewczyny. Nie, jest tak samo płaski 
jak przedtem. 
 

- Oczywiście, możesz iść – powiedziała z westchnieniem. 

 

Ledwo Amanda zniknęła za drzwiami, gdy do pokoju weszła Helene. 

 

- Rozmawiałaś z nią? 

 

- Rozmawiałam. Powiedziała, że w ciąży nie jest. 

 

- I ty w to wierzysz? 

 

- Dlaczego miałabym nie wierzyć? 

 

Chociaż  Elizabeth  sama  miała  mnóstwo  wątpliwości,  nie  chciała  się  do  tego  przed 

Helene przyznać.  
 

- Z jakiego powodu miałaby kłamać? W końcu przecież, jeśli to ty masz rację, to i tak 

się wszystko wyda. 
 

Helene długo na nią patrzyła, a potem wyszła i bezszelestnie zamknęła za sobą drzwi. 

 

 

 

Elizabeth  ocknęła  się  z  drżeniem.  Zdezorientowana,  rozejrzała  się  po  pokoju  i 

stwierdziła, że miejsce obok jest puste, a zaraz potem poczuła, że mdłości podchodzą jej do 
gardła. Ledwo zdążyła dobiec do miednicy, zwymiotowała. Na roztrzęsionych nogach wróciła 
do  łóżka  i  położyła  się.  Pościel,  którą  przed  chwilą  wydawała  jej  się  strasznie  gorąca,  teraz 
robiła wrażenie zimnej, Elizabeth dostała gęsiej skórki. Naciągnęła na siebie kołdrę Kristiana, 
skuliła się w pozycji płodu i trzęsła się tak, że dzwoniła zębami. 
 

Chciało jej się pić, ale nie była w stanie się podnieść. Ciekawe, która to godzina? Czy 

wszyscy już wstali? Przez okno, które przez całą noc było uchylone, dolatywały krzyki mew. 

background image

 

55

 

Powinna  wstać,  trzeba  pomagać  przy  sianokosach,  ale  kiedy  oparła  się  na  łokciu, 

natychmiast  musiała  się  znowu  położyć,  bo  zakręciło  jej  się  w  głowie  i  nowa  fala  mdłości 
dała o sobie znać. Powinnam chyba chwilę odpocząć, pomyślała, przymykają oczy. 
 

Musiała się trochę zdrzemnąć, bo kiedy oprzytomniała, stwierdziła, że  Maria szarpie 

ją za ramię. 
 

- Elizabeth, Elizabeth, obudź się! Zaspałaś! Fu, tutaj, czuć wymiocinami! Czy ty jesteś 

chora? 
 

- Tak, mogłabyś przynieść mi trochę wody? 

 

Chwilę później trzymała kubek w dłoniach. Ale gdy tylko przełknęła odrobinę, znowu 

musiała zwymiotować. 
 

- Naprawdę nie mam pojęcia, co mi jest – westchnęła, podciągając kołdrę pod brodę. – 

Marznę i pocę się na przemian. 
 

Maria położyła jej na czole chodną dłoń. 

 

 -  Jesteś  rozpalona  –  stwierdziła.  –  I  Helene  też  przez  całą  noc  źle  się  czuła.  Lina 

mówi, że to jakaś zaraza, która przechodzi z jednego człowieka na drugiego. 
 

Elizabeth znowu westchnęła i bezsilna przymknęła oczy. 

 

- Jak dzisiaj będzie wyglądać robota, tylko z Liną i Amandą? 

 

-A ja to się przestałam liczyć? – spytała Maria, odstawiając miskę, 

 

- Przepraszam, Maria, nie to miałam na myśli, ale… 

 

- Rozumiem. Leż tu sobie w spokoju, a my się wszystkim zajmiemy. Przyślę ci Ane z 

kompresami i świeżą wodą. Ja zrobię na dole, co trzeba. 
 

Elizabeth musiała się uśmiechnąć. Jak przyjdzie co do czego, to Maria zachowuje się 

niczym  dorosła  kobieta.  W  chwilę  potem  znowu  zmorzył  ją  sen,  przedtem  jednak  zdążyła 
pomyśleć  o  Amandzie.  Biedna  mała  –  była  podejrzana  o  to,  że  jest  w  ciąży,  a  to  było 
przeziębienie. Mimo to pracowała ciężko każdego dnia. 
 
 

Kiedy się obudziła, na brzegi jej łóżka siedziała Ane. 

 

- To ty jesteś przy mnie? – spytała. 

 

-  Tak,  Maria  powiedziała,  że  mam  się  tobą  zająć,  bo  ona  będzie  pomagać  przy 

obiedzie. 
 

-  Boże,  jak  ten  czas  leci  –  przestraszyła  się  Elizabeth.  A  mogłabym  dostać  trochę 

wody? – poprosiła. 
 

- Maria powiedziała, ze to bardzo ważne zajęcie – mówiła Ane, podając jej szklankę. 

 

Woda  była  świeża,  ale  Elizabeth  odważyła  się  jedynie  zwilżyć  język  w  obawie,  że 

znowu zacznie wymiotować. 
 

- Jak urosnę, to będę się opiekować chorymi ludźmi – ciągnęła swój monolog Ane. 

 

- A nie zamierzasz mieć męża i dzieci? 

 

- Nie, bo oni tylko marudzą. 

 

Elizabeth musiała się uśmiechnąć. 

 

-  Mój  Boże,  żeby  życie  mogło  być  takie  proste!.  –  Powinnaś  jednak  mieć  jakieś 

gospodarstwo, własny dwór, bo skąd weźmiesz jedzenie? 
 

- Jedzenie dostaję tutaj, zapomniałaś o tym? – roześmiała się Ane. 

 

- No pewnie, nie zapomniałam. Widzisz, jakie głupstwa wygaduję! 

 

Ane przygryzła dolną wargę i zmarszczyła brwi. 

 

- W razie gdybym wyszła za mąż, ale tylko w razie, to mój mąż będzie albo taki jak 

Kristian, albo jak mój tata, który zatonął w morzu. 
 

Elizabeth  pogłaskała  ją  palcem  wskazującym  po  policzku.  Boże,  a  gdyby  to  dziecko 

się dowiedziało, że to Leonard był ojcem? Bóg nie dopuści, żeby do tego doszło. 
 

- Jesteś kochanym dzieckiem, Ane-Elise. 

background image

 

56

 

- Mhm. Ale może się też zdarzyć, że zawsze będę mieszkać tu w Dalsrud, to będę się 

tobą opiekować, jakbyś znowu zachorowała. 
 

- Tak się cieszę, ze mam cię przy sobie – rzekła Elizabeth łagodnie. 

 

Jest tak jak ludzie mówią, pomyślała. Dzieci to dar od Boga. 

 
Rozdział 10 
 
 

Lipiec się kończył, sianokosy mieli za sobą i ludzie mogli odpocząć przez kilka dni. 

Zostały  jeszcze  niewielkie  spłachetki  trawy  miedzy  zabudowaniami,  ale  z  tym  Kristian  sam 
sobie poradzi w wolnych chwilach. 
 

Popołudniowe  słońce  stało  nisko  na  niebie,  kiedy  Elizabeth  pospiesznie  szła  przez 

dziedziniec, niosąc do spichlerz resztki z obiadu. Uważała, że tam, w chłodzie, mogą dłużej 
postać. Owionęła ją chłodna bryza. Elizabeth przystanęła i na moment zamknęła oczy. Kiedy 
otworzyła  je  znowu,  zobaczyła,  że  z  wygódki  wychodzi  Amanda.  Sama  nie  umiałaby 
powiedzieć,  co  ją  skłoniło,  żeby  poczekać  na  służącą.  Może  coś  w  niechętnej  postawie 
tamtej? 
 

Poprosiła dziewczynę, by zaczekała. Sztywny uśmiech przemknął po twarzy Amandy, 

wzrok miała rozbiegany. I wtedy do Elizabeth dotarł zapach wymiocin. Najpierw nie chciała 
w to uwierzyć, ale później górę wziął rozsądek. 
 

- Chodź ze mną – powiedziała, ruszając w stronę spichlerz. 

 

- Gdzie idziemy? 

 

Elizabeth  nie  odpowiedziała,  póki  nie  weszły  do  środka  i  drzwi  się  za  nimi  nie 

zamknęły. Wtedy zapaliła lampę i wpiła wzrok w Amandę. 
 

- Dlaczego ty mnie okłamałaś? Możesz mi odpowiedzieć? Kłamałaś mi w żywe oczy, 

a tego ja znosić nie będę. Ani z twojej strony, ani zew strony nikogo innego! 
 

Amanda  zaczerwieniła  się  po  korzonki  włosów  i  nie  odrywała  wzroku  od  czubków 

swoich butów. Mimo wszystko miała dość zuchwałości, by wyszeptać: 
 

- Nie rozumiem, o czym mówisz. 

 

- Spójrz na mnie – rozkazała Elizabeth, chwytając dziewczynę za ramie, 

 

Amanda posłuchała. 

 

- Patrz na mnie i powtórz to, co powiedziałaś. 

 

Amanda zacisnęła powieki. Dolna warga jej drgała Elizabeth poczuła, że trzęsą jej się 

ramiona i zauważyła samotną łzę, spływającą po policzku służącej. I nagle jakby coś w niej 
pękło, przyciągnęła do siebie Amandę, przyciskała szczuplutkie dziewczęce ciało i pozwalała 
jej się wypłakać na swoim ramieniu. 
 

- Ja nie chcę cię okłamywać, Elizabeth – szlochała. – Ale tak strasznie się boję. Boję 

się wszystkiego, co się może stać. Noszę w swoim brzuchu malutkie dziecko i przeraża mnie 
to do utraty zmysłów. Elizabeth, moja kochana, pomóż mi, bądź taka dobra! 
 

Elizabeth  czuła,  że  gardło  jej  się  zaciska,  a  łzy  pieką  pod  powiekami.  Wstrzymała 

oddech, by także nie wybuchnąć szlochem. To nie jest moment na okazywanie słabości. Teraz 
musi być silna, to ona musi pokierować sprawami. 
 

-  Nie  ma  takiego  nieszczęścia,  któremu  nie  można  by  zaradzić,  Amando  – 

powiedziała, głaszcząc dziewczynę po plecach. 
 

- Nieprawda, tego nikt już nie odmieni – rozpaczała Amanda, 

 

Elizabeth odsunęła ją nieco od siebie i podała jej chusteczkę do nosa. 

 

- Posłuchaj mnie teraz, Amando. 

 

Dziewczyna kiwała głową, wycierała nos, ale nie odrywała wzroku od podłogi. 

 

- Niedługo urodzisz dziecko i musisz być za nie  odpowiedzialna. Powiedz mi, kiedy 

ostatnio krwawiłaś?  
 

- Dwa miesiące temu. 

background image

 

57

 

-  Czyli  urodzisz  w  lutym  przyszłego  roku  –  stwierdziła  Elizabeth.  –  Czy  Ole  o  tym 

wie? 
 

- Nie miałam odwagi nikomu powiedzieć. Zwłaszcza jemu. Bo co będzie, jeśli on nie 

zechce mieć już ze mną do czynienia? 
 

- Co ty za głupstwa wygadujesz? – prychnęła Elizabeth, choć sama wcale nie była taka 

pewna.  Miała  nadzieję,  że  Ole  to  honorowy  młody  człowiek,  który  potrafi  wziąć 
odpowiedzialność  za  swoje  postępki.  Przynajmniej  Elizabeth  trak  go  uczyła  –  ale  przecież 
nigdy nie wiadomo, jak zachowa się człowiek, który usłyszał taką informację.  I jak głęboka 
była  dotychczas  jego  miłość  do  Amandy?  Elizabeth  zabroniła  mu  sypiać  z  dziewczyną, 
dopóki  ona  nie  przystąpi  do  konfirmacji  i  on  obietnicy  dotrzymał.  Powinien  jednak  mieć 
więcej rozumu i zaczekać z tym do ślubu. Jak Amanda poradzi sobie z tym, co ją teraz czeka? 
Wstyd, ludzkie  gadanie.  Jak zniesie nocne wstawanie do dziecka i wszystko, co się wiąże z 
opieką nad nim? I co powiedzą jej rodzice? 
 

Spoglądała ukradkiem na nieszczęsną dziewczynę. Pochylony kark był taki szczupły, 

warkocze  po  dziewczęcemu  spadały  na  piersi,  chude  palce  zaciskały  się  kurczowo  na  białej 
chustce. Ramiona pod szarą codzienną sukienką wciąż drżały. 
 

Biedne, biedne dziecko, myślała Elizabeth. Przeżywałam niegdyś to samo, byłam jak 

ona  –  lęk  przed  przyszłością  niepewność,  wstyd…  wszystko  musiałam  dźwigać  samotnie. 
Amanda  tego  uniknie,  już  ja  się  postaram.  Nawet  gdyby  to  miała  być  ostatnia  rzecz,  jaką 
zrobię na ziemi, to z nią będzie inaczej niż ze mną. 
 

-  A  teraz  otrzyj  łzy,  Amando  i  przestań  już  beczeć.  Jesteś  silna,  i  poradzisz  sobie  z 

każdą sprawą, jeśli zechcesz. Słyszysz, co mówię? 
 

Amanda prawie niedostrzegalnie uniosła głowę i skinęła. 

 

- Ja ci pomogę i wszystko się ułoży. Obiecuję ci. Idź teraz do swojej izdebki i ogarnij 

się  trochę.  Umyj  twarz  i  popraw  włosy.  A  ja  porozmawiam  z  Krystianem.  –  Pospiesznie 
musnęła policzek dziewczyny. – Potem zajmiemy się innymi sprawami, wszystko po kolei. 
 

- No a Ole? I co z moimi rodzicami? 

 

- Wszystko załatwimy, krok po kroku. Najpierw Kristian. 

 

Stała i patrzyła w ślad za Amandą, dopóki służąca nie weszła do domu, a potem poszła 

rozejrzeć  się  za  mężem.  Znalazła  go  przy  nowej  szopie,  którą  zbudował  po  pożarze.  Nie 
spodziewała się, że Olego też tam zastanie.  
 

- A, co ty? – przywitał ją Krisian, spoglądając znad kosy, którą ostrzył. 

 

- A tak, chciałam zerwać tu parę ziół  - skłamała. 

 

Dopóki Ole obracał osełkę, zbierała jakieś rośliny, które wcale nie były jej do niczego 

potrzebne, ale tego mężczyźni nie widzieli. 
 

Próbowała układać sobie w myślach zdania, ale wszystko się w niej gotowało i tylko 

to jedno powracało wciąż i wciąż od nowa: Amanda jest w ciąży. Amanda jest w ciąży… 
 

Mężczyźni skończyli, ale zanim odeszli, Elizabeth przywołała Kristiana. 

 

- Muszę z tobą zamienić kilka słów – powiedziała. 

 

Zatrzymaj się i patrzył na żonę zmrużonymi oczyma. 

 

- Amanda jest w ciąży – oznajmiła bez wstępów, 

 

Przez chwilę miała wrażenie, że czas się zatrzymał. 

Rośliny w jej ręce zrobiły się wilgotne. Chciała je wyrzucić, bo przecież ich nie potrzebuje, 
ale były niczym ostatnia deska ratunku, coś, czego musi się trzymać. 
 

- Dlaczego nic nie mówisz? 

 

Kristian patrzył na nią jeszcze przez chwilkę, jakby czekał, że Elizabeth się roześmieje 

i  powie,  że  to  nieprawda.  Potem  odwrócił  się  i  zaklął  szpetnie,  wielokrotnie  zaciskał  i 
otwierał dłonie. 
 

- Ten przeklęty drań, już ja mu dam – warknął z wściekłością. 

background image

 

58

 

-  Było  ich  przy  tym  dwoje  –  wtrąciła  Elizabeth  na  obronę  Olego.  –  Amanda  jest 

młoda, ale wie, skąd się biorą dzieci. 
 

Kristian wsunął ręce w kieszenie i przez jakiś czas patrzył przed siebie, na pola. Ponad 

dworem unosił się zapach świeżej, dopiero co skoszonej trawy. Słychać było śpiew ptaków, 
znad morza docierał lekki, ciepły wiatr, jakby na świecie nie było żadnych zmartwień. 
 

-  Dziecko  urodzi  się  w  lutym  –  poinformowała  Elizabeth,  głównie  po  to,  by  coś 

powiedzieć. Cisza wydawała się zbyt przygnębiająca. 
 

- No i co zamierzacie teraz zrobić? 

 

Elizabeth poczuła, że dławi ją wściekłość. 

 

- Co masz na myśli? 

 

- Jak ona będzie pracować z dzieckiem uczepiony, spódnicy? A pomyślałaś, co ludzie 

powiedzą? 
 

Elizabeth,  dysząc  ciężko,  podeszła  do  niego  o  krok  i  patrząc  mu  prosto  w  oczy, 

oznajmiła zdecydowanie: 
 

- Amanda będzie mieszkać we dworze jak dotychczas, zapamiętaj to sobie. Jeśli Ole 

nie będzie chciał się z nią ożenić, to nie chcę go widzieć w Dalsrud. A to, co ludzie powiedzą, 
ja  mam  gdzieś.  I  uważam,  za  sprawę  oczywistą,  że  ty  poprzesz  mnie  we  wszystkim.  Bez 
względu na to, co się stanie! 
 

Głos  jej  drżał.  Widziała,  jak  szczęki  Krystiana  poruszają  się  pod  opaloną  skóra. 

Przeczesał palcami swoje czarne włosy, patrząc gdzieś daleko ponad jej głową.  
 

- Ja miałam tyle samo lat, co Amanda, kiedy zaszłam w ciążę. Nie zapominaj o tym, 

Kristianie! 
 

Nareszcie spojrzał jej w oczy. 

 

- Nie, nigdy o tym nie zapomniałem – odparł cicho. 

 

Elizabeth  cichuteńko  wypuściła  powietrze  z  płuc.  To  ważne,  żeby  mąż  był  po  jej 

stronie, znaczyło to dla niej więcej, niż chciałaby przyznać. 
 

-  Chodź,  pójdziemy  rozmówić  się  z  Olem  –  zaproponował.  –  Zakładam,  że  on  o 

niczym nie wie. 
 

Kiedy szli w stronę domu, położył rękę na jej ramieniu. 

 

Nigdy przedtem nie sprawiło jej to aż takiej radości. 

 
 

Amanda siedziała w swojej izdebce, kiedy Elizabeth tam zajrzała. 

 

- Przyjdź do izby – powiedziała łagodnie. 

 

- Rozmawiałaś z Kristianem? 

 

- Tak. Teraz poszedł poszukać Olego. Jak przyjdą, to porozmawiamy wszyscy czworo. 

 

- Będę mogła tu nadal zostać? – spytała Amanda cieniutkim głosem. 

 

- Np. pewnie. Skąd ci przyszło do głowy, że nie? 

 

Amanda nie odpowiedziała i Elizabeth nie pytała więcej. Cieszyła się, ze dziewczyna 

nie jest ciekawa reakcji Kristiana. 
 

Długo czekały na mężczyzn. Elizabeth ledwo mogła usiedzieć na miejscu. Nie mówiły 

nic, każda pogrążona w swoich myślach.  Zegar  wybił czwartą, nagle jego dźwięk wydał się 
Elizabeth ogłuszający. Próbowała mówić coś nieważnego, cokolwiek. 
 

-  No,  jeszcze  trochę  i  będzie  po  sianokosach.  To  dobry  czas,  ale  też  męczący.  A  ja 

czekam  z  radością  na  jesień.  Na  ten  pierwszy  okres,  kiedy  lasy  robą  się  żółte,  a  potem 
czerwone, świat jest wtedy taki piękny. 
 

Amanda spojrzała znad chusteczki, którą wciąż ściskała w rękach. 

 

- Myślisz, że przez cały czas będę wymiotować? 

Moja mama wymiotuję… 
 

Elizabeth zawstydziła się tych obojętnych słów o jesieni i odpowiedziała z powagą: 

background image

 

59

 

- Nie, myślę, że ci przejdzie. Uważam, że źle znosisz obory, nie będziesz tam chodzić, 

dopóki się lepiej nie poczujesz. I nie jedz niczego, co przyprawia cię o mdłości, 
 

- Nie lubię kawy – rzekła Amanda cicho. – A dawniej za nią przepadałam. 

 

Elizabeth przytaknęła ze zrozumieniem. 

 

- Ja to znowu nie mogłam ścierpieć zapachu krwi przy uboju. 

 

To  dziwne  uczucie  rozmawiać  w  ten  sposób  z  Amandą.  Jeszcze  przed  chwilą 

dziewczyna zalewała się Łazami i teraz nagle jest dorosła! Ale Elizabeth wiedziała, że czeka 
ją  jeszcze  wiele  przeszkód  do  pokonania.  Z  moją  pomocą  ze  wszystkim  sobie  poradzi, 
myślała, z naszą pomocą Amanda wkroczy w rolę matki. 
 

Drzwi otworzyły się z hałasem i wszedł Kristian, a za nim Ole. Amanda chciała wstać, 

ale  opadła  z  powrotem  na  krzesło,  jakby  odwaga  ją  zawiodła.  Ole,  nic  nie  rozumiejąc, 
spoglądał to na jedno, to na drugie. 
 

-  Czy  ktoś  umarł?  –  powiedział  Kristian.  On  sam  stał  jeszcze  przez  chwilę,  ale  w 

końcu też znalazł sobie miejsce.  
 

-  Macie  takie  poważne  miny,  że  coś  się  musiało  stać  –  odezwał  się  znowu  Ole. 

Zerknął  na  Amandę,  która  siedziała  z  zaczerwienionymi  oczami,  okręcała  wokół  palca 
chusteczkę  i  wpatrywała  się  w  podłogę.  Elizabeth  położyła  jej  rękę  na  ramieniu  i  lekko 
ś

cisnęła dla dodania odwagi. 

 

- Tak, sprawa jest poważna – rzekł Kristian i kilka razy chrząknął. 

 

Jeśli on natychmiast nie powie, o co chodzi, ja to zrobię, pomyślała Elizabeth. 

 

-  Wygląda  na  to,  że  zostaniesz  ojcem  –  oznajmił  Kristian  i  wpił  wzrok  w  Olego.  – 

Amanda jest brzemienna. 
 

Przez  chwilę  można  było  odnieść  wrażenie,  jakby  w  Olego  piorun  strzelił.  Porażony 

gapił  się  na  Amandę,  otwierał  i  zamykał  usta,  ale  na  wargach  nie  pojawiło  się  ani  jedno 
słowo.  
 

Elizabeth czuła narastającą złość. 

 

- To chyba nie jest dla ciebie wielkie zaskoczenie – powiedziała. – Myślę, że wiesz, 

skąd się biorą dzieci? 
 

Ole, biały jak ściana, przeniósł na nią wzrok. Potem zerwał się i wybiegł z izby. 

 

Elizabeth spodziewałaby się każdej reakcji, ale tego nie. Siedziała jak ogłuszona i nie 

otrząsnęła się nawet, kiedy Kristian wrzasnął: 
 
 

- Wracaj, Ole! 

 

Amanda  skuliła  się,  jakby  powietrze  z  niej  uszło,  nie  miała  siły,  żeby  się 

wyprostować. 
 
Rozdział 11 
 
 

Elizabeth objęła ją ramionami i poczuła, że szczupłym ciałem wstrząsa spazmatyczny 

płacz. 
 

-  To  gówniarz  jeden!  Po  prostu  uciekł!  Nie  chcę  go  więcej  na  oczy  widzieć!  – 

krzyczała Amanda. – Nigdy bym nie pomyślała, że on może mi coś takiego zrobić. 
 

Więcej nie zdołała powiedzieć, płacz dławił słowa. 

 

Elizabeth  długo  się  nie  odzywała,  obejmowała  tylko  nieszczęsną  dziewczynę. 

Przytulała  i  głaskała.  Ocierała  jej  łzy  i  kołysała  niczym  małe  dziecko.  W  końcu  Amanda 
zaczęła się powoli uspokajać. Elizabeth odgarnęła z jej twarzy mokry kosmyk włosów, 
 

- Obiecałam ci, że wszystko się ułoży, to tak będzie – powiedziała stanowczo. 

 

- Nie jesteś Panem Bogiem – rzekła Amanda ponuro. 

 

-  To  prawda,  nie  jestem.  Ale  dotrzymuję  obietnic.  I  wiesz,  nigdy  nie  mówię  więcej, 

niż jestem w stanie zrobić, 

background image

 

60

 

Amanda  milczała.  Kurczowo  zaciskała  dłonie  i  pustym  wzrokiem  patrzyła  przed 

siebie. 
 

- Dłużej tego nie zniosę – powiedziała w końcu i wstała, 

 

- Co masz na myśli? – spytała Elizabeth przerażona, 

 

-  Dlaczego  Kristian  ma  biegać  za  Olem?  Gdyby  mu  na  mnie  zależało,  nie  byłoby  to 

konieczne. Ale niech sobie ucieka, ja go już i tak nie kocham. 
 

Chciała wyjść, ale Elizabeth ją zatrzymała. 

 

- Poczekaj jeszcze trochę. Zresztą co byś teraz robiła? 

 

- Pójdę do domu, do mamy i taty. Pożegnam się z nimi i wyjadę stąd, to przynajmniej 

wstydu unikną.  
 

-  Sama  nie  wiesz,  co  mówisz  –  obruszyła  się  Elizabeth  i  zdecydowanie  popchnęła 

dziewczynę  z  powrotem  na  kanapę.  –  To  nie  jest  żaden  wstyd.  Ty  i  Ole  będziecie  mieć 
dziecko. A to coś, z czego wszyscy powinniśmy się cieszyć. 
 

Amanda patrzyła na nią z niedowierzaniem. 

 

- Tak jest – mówiła dalej Elizabeth. – A nie jesteś ciekawa, co urodzisz – dziewczynkę 

czy chłopca? I pomyśl o tych maleńkich ubrankach, które będziemy teraz szyć, 
 

- Czy ty sobie ze mnie kpisz? Nie widziałaś, że Ole uciekł. Jakby mu diabeł deptał po 

piętach? 
 

- To już jego problem – odparła Elizabeth. 

 

Wstała i podeszła do okna. Rozległo się ciche pukanie do drzwi i po chwili ukazała się 

Ane. 
 

- Co wy tu robicie? – spytała dziewczynka. 

 

- Nic. Chciałyśmy tylko porozmawiać. 

 

-  Ale  nudy!  –  jęknęła  Ane.  Drzwi  zamknęły  się  z  powrotem,  słychać  było  kroki 

zbiegającego po schodach dziecka. 
 

-  Pewnie  za  kilka  laty  ty  też  będziesz  miała  kogoś  takiego  –  rzekła  Elizabeth,  nie 

odchodząc od okna. 
 

- I będę ją wychowywać sama? 

 

Elizabeth nie odpowiedziała. Wstyd będzie trudny do zniesienia, jeśli Ole nie zechce 

ożenić się z Amandą, ale akurat teraz nie chciała o tym myśleć. 
 

W  końcu  usłyszała  jakieś  głosy  na  ganku.  Wszedł  Kristian,  ale  twarz  nie  wyrażała 

niczego.  Tuż  za  nim  podążał  Ole.  Niebieskoszara  koszula  w  paski  była  brudna,  brązowe 
spodnie miały na kolanach czarne plamy,  chłopak nie odrywał wzroku od podłogi. Głęboko 
zaczerpnął powietrza i chrząknął. 
 

- Amanda, czy ty mi kiedykolwiek wybaczysz moje zachowanie? – spytał cicho. 

 

Elizabeth nigdy przedtem nie widziała, żeby Ole zachowywał się tak pokornie. Zgarbił 

się, ale teraz nie patrzył już na podłogę, przeniósł wzrok na Amandę.  
 

Ona  milczała.  Teraz  ona  spuściła  oczy,  jakby  wcale  nie  słuchała  tego,  co  Ole 

powiedział. 
 

Czy  nie  najlepiej  byłoby  zostawić  ich  samych?  –  zastanawiała  się  Elizabeth.  Wstała, 

ale Amanda chwyciła ją za spódnicę i przytrzymała. 
 

-  Ja  nie  wiedziałem,  co  mówię  i  robie  –  tłumaczył  się  Ole.  –  Musisz  zrozumieć,  że 

byłem kompletnie zaskoczony. Chociaż nie powinienem, jak się teraz zastanawiam, to wiem, 
ż

e nie. Ale akurat w chwili, kiedy Kristian powiedział… Ty powinnaś była powiedzieć mi o 

wszystkim wcześniej, Amando. 
 

-  Dlaczego?  –  to  jedno  jedynie  słowo  zabrzmiało  niczym  szept,  ledwo  dosłyszalnie. 

Mimo to Elizabeth słyszała, że mieści się w nim i rozgoryczenie, i siła. 
 

Widocznie Ole też to zauważył, bo stał jeszcze bardziej niepewny. 

background image

 

61

 

- Nie  wiem – odparł szczerze. – Ale jednego jestem pewien, Amando. –  Chcę być z 

tobą.  Z  tobą  i  z  naszym  dzieckiem.  Jeśli  oczywiście  ty  chcesz  jeszcze  mnie  –  dodał 
onieśmielony. 
 

Ponieważ  Amanda  nadal  nie  odpowiadała,  Ole  zaskoczył  wszystkich:  bez 

zastanowienia padł na kolana i chwycił ją za rękę. 
 

- Proszę cię, Amando, jeśli zechcesz zostać moją żoną, to a już nigdy  więcej  cię nie 

zranię. Przez całe swoje życie będę opiekował się tobą i naszym dzieckiem. Będę cię nosił na 
rekach do końca moich dni na tej ziemi, będę… 
 

Amanda położyła mu palec na wargach. 

 

- Nie musisz już mówić nic więcej. Wierzę ci i powiem ci… tak. 

 

Elizabeth wstała i podeszła do drzwi, gdzie stał Kristian. Poczuła wilgoć na policzku, 

pospiesznie otarła łzę. 
 

-  Uważam,  że  czas  najwyższy  na  toast  –  przerwał  Kristian  młodym,  ale  i  on  musiał 

chrząknąć raz po raz.  
 

Ole podniósł się i usiadł obok Amandy, a Kristian wyjął z szafy butelkę i kieliszki. 

 

- Ja chyba tego nie lubię, bąknęła Amanda. 

 

- W takim razie napijemy się soku – zadecydowała Elizabeth i poszła do spiżarni po 

butelkę. 
 

Kiedy toast został spełniony, Elizabeth zabrała głos: 

 

- Jest parę spraw, które trzeba omówić i załatwić. 

 

Dwoje młodych na kanapie spojrzał na nią niepewnie. 

 

-  Na  razie  sypiać  będziecie  każde  na  swoim  dotychczasowym  miejscu.  Po  ślubie 

dostaniecie pokój na strychu. Uważam, że byłoby najlepiej, gdyby Amanda mieszkała tu do 
urodzenia dziecka i… Ale będziemy rozwiązywać problemy w miarę ich powstawania. 
 

- Zakładam, że oboje nadal chcecie pracować w Dlasrud? – wtrącił Krystian. 

 

Oboje wstał i zwrócił się do Amandy. 

 

- Ale żeby  wszystko było jak trzeba, ja powinienem pójść do twojego ojca, prawda? 

Muszę wiedzieć, czy on się zgodzi wydać za mnie swoją córkę. 
 

Amanda też wstała i wzięła go za rękę. 

 

- Pójdę z tobą, 

 

Kristian chrząknął, 

 

-  A  czy  nie  uważacie,  że  najlepiej  byłoby  zaprosić  ich  tutaj?  I  twoją  mamę,  i  ojca, 

Amando – żebyśmy się mogli z nimi rozmówić. 
 

- Nie, ja mam dwadzieścia lat, i powinienem załatwić to sam – oznajmił Ole, unosząc 

głowę. Już chciał wyjść, ale Kristian powstrzymał go gestem. 
 

- Oczywiście, że powinieneś sam prosić o rękę Amandy, Ole. Chcę tylko, żeby to się 

stało w odpowiedniej formie. 
 

Elizabeth  zerknęła  na  męża  spod  oka.  W  odpowiedzi  formie,  powtórzyła  w  duchu, 

zdzwoniona, skąd on bierze takie słowa. Potem przeniosła wzrok na Olego i Amandę, oni też 
spoglądali po sobie i czekali. 
 

- Oboje mieszkacie w Dalsrud od dłuższego czasu – mówił dalej Kristian. – Dlatego 

uważamy  was  za  członków  rodziny.  Jest  kilka  spraw,  które  trzeba  omówić,  odnośnie  ślubu, 
wesela i tego, co będzie z wami później. Z tego powodu uważam, że najlepiej, żeby od razu 
wszyscy zainteresowani byli obecni. Lina może pójść i zaprosić ich w naszym imieniu. Zaraz 
jej powiem. 
 

Po wyjściu Krisyiana Ole i Amanda wciąż stali onieśmieleni, więc Elizabeth zaczęła 

mówić 
 

-  Kristian  ma  rację  –  zapewniała,  szukając  argumentów  na  potwierdzenie  tego,  co 

powiedział. Przejdźcie się teraz trochę, skoro musimy na nich czekać. Pogoda jest ładna, a wy 
z pewnością macie mnóstwo do omówienia. 

background image

 

62

 

Amanda uśmiechnęła się blado. 

 

- Dziękuję ci, Elizabeth. I tobie, i Krystianowi. 

 

Kiedy jednak Ole chciał jej uścisnąć rękę, Elizabeth ze śmiechem popchnęła oboje w 

kierunku drzwi. 
 

- Idźcie, już idźcie, oboje potrzebujecie teraz świeżego powietrza, 

 

Usłyszała jeszcze, że na dziedzińcu Amanda śmieje się perliście, a przez otwarte okno 

widziała, że biegną oboje nad morze. Jak im się życie ułoży? – zastanawiała się. – Czy będą 
szczęśliwi?  Amanda  jest  jeszcze  taka  młodziutka,  zrobiła  dopiero  pierwszy  krok  w  dorosłe 
ż

ycie. 

 

Wróciła Kristian i rozejrzał się po pokoju. 

 

- Gdzie oni się podziali? Mam nadzieję, że znowu nam nie uciekną, 

 

- Nie, są na brzegu. Posłałeś Linę? 

 

-  Tak,  już  poszła.  –  Podszedł  bliżej,  objął  żonę  i  przygarnął  ją  do  siebie.  Głaskał  po 

plecach,  pieścił  szyję,  całował  w  czoło.  –  Porosiłem  też  Helene,  żeby  przygotowała 
poczęstunek – mówił przy tym. 
 

- Nie chciała wiedzieć, o co chodzi? 

 

-  Chciała,  ale  się  wyłgałem.  Powiedziałem,  że  później  się  wszystkiego  dowie.  – 

Odsunął Elizabeth od siebie, popatrzył jej w oczy i powiedział ochryple: 
 

- Bardzo cię pragnę, Elizabeth. Nie moglibyśmy pójść na chwilę do sypialni? 

 

Ze śmiechem uwolniła się z jego objęć. 

 

- Niestety, nie moglibyśmy. Zastanów się lepiej, co zrobimy, jeśli rodzice Amandy nie 

zechcą tu przyjść? – dodała już poważniej. – Przecież nie mają pojęcia o co chodzi. Bo chyba 
niczego Linie nie tłumaczyłeś? 
 

- Jasne, że nie. – Kristian usiadł przy pianinie u uderzał lekko w klawisze, 

 

- Nie mógłbyś dla mnie zagrać? – poprosiła. 

 

Palce  Kristiana  poruszały  się  zwinnie,  dźwięki  wypełniały  pokój,  Elizabeth 

przymknęła  oczy.  Nie  wiedziała,  jak  się  ten  utwór  nazywa,  ani  kto  go  napisał,  ale  muzyka 
kierowała jej myśli ku wzburzonemu morzu i porywistemu wiatrowi, miała wrażenie, że tony 
przenikają  pod  skórę,  oszałamiają  ją  i  odurzają.  Jakie  to  piękne,  innych  słów  nie  umiała 
znaleźć. 
 

Ktoś  zapukał  do  drzwi  i  zaraz  Helene  bezszelestnie  weszła  do  środka.  Kristian 

przerwał grę. 
 

- jedzenie gotowe. Mam podać tutaj? 

 

-  Tak,  tutaj  –  odparła  Elizabeth  z  uśmiechem.  –  Ale  dopiero  jak  przyjdą  rodzice 

Amandy. Powiemy ci. 
 

Helene skinęła i wyszła. 

 

Na  myśl  o  tym,  co  się  za  chwilę  stanie,  Elizabeth  zasychało  w  ustach.  Kręciła  się 

niespokojnie – to wypiła parę łyków soku, to poprawiła jakieś poduszki, albo przestawiła w 
inne miejsce porcelanową figurkę. 
 

- Nie bój się, nie pomyślą, że mamy tu bałagan.  Ale może powiedzą, że Ole nie jest 

dość dobry dla Amandy? – zastanawiał się Kristian. 
 

-  Mówił  żartem,  ale  Elizabeth  poczuła  ukłucie  w  sercu.  Kristian  przywykł  do 

bogactwa  i  władzy,  ona  jednak  urodziła  się  w  biedzie,  wiedziała,  co  to  znaczy 
podporządkowanie  innym.  On  przywykł,  że  dostaje  to,  czego  pragnie.  Nie  miał  powodu  do 
niepokoju. 
 

- Jesteś pewien, że poczytają sobie za zaszczyt to, że ich córka będzie mieć dziecko z 

parobkiem z Dalsrud? 
 

Powiedziała to ostrzej, niżby chciała i natychmiast zaczęła żałować, 

 

-  Jeśli  nawet  nie,  to  na  pewno  spodoba  im  się,  że  wesele  chcemy  urządzić  tutaj  – 

odparł spokojnie. 

background image

 

63

 

- Tutaj? 

 

Elizabeth  nie  wybiegała  jeszcze  myślami  tak  daleko  naprzód.  Najpierw  muszą 

porozmawiać  z  pastorem  wystąpić  o  pozwolenie  na  małżeństwo,  bo  Amanda  jest  za  młoda. 
Dotarło do niej, że o tym wszystkim też jeszcze nie pomyślała. Podeszła do okna i wyglądała 
na podwórze. Ole zostawił pośrodku taczki. Wyglądało to bardzo nieporządnie. 
 

Po chwili przebiegła Ane z tłustym kotem w objęciach. To zwierzę musi mieć anielską 

cierpliwość, myślała Elizabeth. 
 

- Ale zgadzasz się, żeby wesele było u nas? – spytał Kristian. 

 

Uśmiechnęła się z wdzięcznością. 

 

- Oczywiście, jeśli tylko oni się zgodzą. Chociaż domyślam się, że rodziców Amandy 

po prostu nie było by na to stać. Chciała dodać, ze powinni ważyć słowa, kiedy będą z nimi 
rozmawiać.  Ci  ludzie  są  ubodzy,  jeśli  chodzi  o  dobra  ziemskie,  ale  dumy  mają  pod 
dostatkiem, zwłaszcza ojciec. W tym momencie drzwi się otworzyły i weszli oboje młodzi. 
 

- Jeszcze nie przyszli? – spytała Amanda, skubiąc nerwowo koniec warkocza. 

Zanim gospodarze zdążyli opowiedzieć, na dworze rozległy się głosy. 
 

Ole objął Amandę. 

 

- Nie bój się, wszystko będzie dobrze – uspokajał. 

 

Elizabeth i Kristian wyszli witać przybyłych. 

 

-  Czy  ona  nie  wypełnia  należycie  swoich  obowiązków?  –  To  pierwsze  słowa,  jakie 

wypowiedział ojciec Amandy, jak tylko zdążył się przywitać. 
 

-  Ależ,  Boże  broń,  wypełnia  znakomicie  –  zawołała  Elizabeth  pospiesznie.  – 

Naprawdę  nie  możemy  się  skarżyć.  Amanda  stała  się  dla  nas  jak  córka,  bardziej  pracowitej 
niż ona długo by szukać. 
 

Chłop pocierał swój tygodniowy zarost. 

 

- Przysłaliście po nas z wiadomością, że sprawa jest nagła… 

 

- Wejdźmy do salonu, proszę bardzo – Kristian wskazał drogę. 

 

-  Nie  mieliśmy  nawet  czasu,  żeby  się  przebrać  –  mamrotała  matka  Amandy, 

przygładzając szarą spódnicę. 
 

Elizabeth przyjrzała im się uważnie. 

 

Twarze  mieli  pomarszczone,  zmęczone  od  ciągłej  pracy  i  znoju.  Włos  obojga  były 

siwe,  palce  kościste  i  poranione,  pod  paznokciami  brud.  Ubodzy  wyrobnicy,  jak  ci  dwoje, 
starzeją się szybko. 
 

Kiedy  weszli,  Ole  puścił  Amandę.  Podszedł  do  przybyłych  i  wyciągnął  rękę  na 

powitanie. Elizabeth spostrzegła, że rodzice Amandy, zaskoczeni, wymieniali spojrzenia. Nie 
odzywali,  się  w  milczeniu  zajmowali  miejsca,  które  im  wskazała.  Może  po  raz  pierwszy 
znaleźli  się  w  takim  pięknym  domu?  Widziała,  że  rozbieganym  wzrokiem  rozglądają  się 
wokół.  Elizabeth  pamiętała,  jak  jej  samej  zaimponowało  Dalsrud,  kiedy  pierwszy  raz 
zobaczyła  jedwabne  tapety  na  ścianach  i  obite  paluszkiem  meble  oraz  grube  dywany  na 
podłogach. Dwoje komorników w szarych, połatanych tego bogactwa. To nie było właściwe 
dla nich miejsce. Świetnie ich rozumiała. Niegdyś była taka sama jak oni i nigdy o tym nie 
zapomni. 
 

Ole zwilżył wargi i splótł ręce na plecach. 

 

-  Teraz,  kiedy  Kristian  już  was  powitał…  ja  chciałabym  powiedzieć,  dlaczego 

gospodarze was tu zaprosili. 
 

Elizabeth słuchała uważnie, co mówi. Biedak, nie zdążył sobie niczego przećwiczyć. 

Kiwała głową i uśmiechała się dla dodania mu odwagi. 
 

- Znacie mnie od czasu, kiedy byłem małym chłopcem i wiecie, że jestem uczciwym 

człowiekiem, który roboty się nie boi. 
 

Rodzice  Amandy  jeszcze  raz  popatrzyli  pospiesznie  na  siebie  nawzajem,  a  potem 

znowu na Olego i pokiwali głowami. 

background image

 

64

 

-  No  i  teraz złożyło  się  tak,  że  Amanda  i  ja  się zeszliśmy  i  chcielibyśmy  się  pobrać. 

Amandę  już  pytałem,  ale  chciałbym  zgodnie  z  obyczajem,  prosić  o  pozwolenie  was,  jej 
rodziców. 

 

 

- Ale przecież ona jest strasznie młoda – jęknęła matka cicho. 

 

-  To  prawda,  nie  ma  chyba  wielkiego  pośpiechu  –  poparł  ją  ojciec.  –  poczekasz  ze 

cztery lata, to ona dorośnie do małżeństwa, takie jest moje zdanie. 
 

Elizabeth  napotkała  spojrzenie  Olego.  Bardzo  chciała  mu  pomóc,  ale  tę  sprawę  Ole 

musi załatwić sam. Zresztą prosił o to. 
 

-  No  bo  Amanda…  to  znaczy,  my  oboje…  mu  zostaniemy  rodzicami  w  lutym 

przyszłego roku i dlatego uważamy, że najlepiej by było… 
 

Ojciec Amandy zerwał się z miejsca, 

 

- Do diabła jas… - zaczął, ale żona go uciszyła. 

 

- U obcych jesteśmy, pamiętaj o tym. 

 

Chłop  umilkł  i  usiadł  wbrew  swojej  woli.  Wyglądał  ponuro,  gniewnie  spoglądał  na 

młodych. 
 

- Znaczy, przytrafiło ci się nieszczęście – rzekła jakoś sztywno matka. – No pięknie, 

pięknie.  Ale  jak  sobie  pościelesz,  tak  się  wyśpisz…  To  teraz  chcecie  się  żenić?  A 
pomyśleliście, gdzie będziecie mieszkać? Z czego będziecie żyć? – Zmęczona potarła twarz. 
– Jak tu mogłaś zrobić nam coś takiego, Amando? – westchnęła, spoglądając na córkę. 
 

Teraz wtrąciła się Elizabeth. 

 

- Chciałabym wam przypomnieć, że nie byłam starsza od Amandy, kiedy zaszłam w 

ciążę. I zamężna też wtedy nie byłam. 
 

- Prawda, prawda, ale gospodyni z czasem dostała męża. 

 

- Jeśli się zgodzicie, to i Amanda wyjdzie za mąż – mówiła dalej Elizabeth. 

 

Kristian wtrącił się, zanim zdążyli odpowiedzieć. 

 

- My, oczywiście, zorganizujemy wesele – powiedział. – I uważamy, że nadal mogą tu 

mieszkać i pracować jak przedtem. 
 

- Ale co ludzie powiedzą? – zmartwił się ojciec Amandy. 

 

Tego się na pewno dowiemy, pomyślała Elizabeth, a głośno powiedziała: 

 

- Ludzie gadają tak czy nie inaczej. Pogadają trochę o Amandzie, a potem wezmą na 

języki kogoś innego. My jednak nie powinniśmy pogarszać sytuacji. 
 

Chłop westchnął. 

 

- Tak, no to niech się oni, w imię Boże, pożegnają. Jeżeli tak się wykierowała. 

 

Przerwała mu Helene, która wniosła dwa duże półmiski. 

 

- Proszę bardzo, częstujcie się. Mamy tu kanapki z łososiem, jajkami, mięsem i serem. 

No i duży dzbanek kawy.  
 

Elizabeth  musiała  wielokrotnie  powtarzać  zaproszenie.  Rodzice  Amandy  częstowali 

się  skrępowani,  ale  widziała,  że  każdy  kęs  spożywają  z  przyjemnością.  To  nie  jest  ich 
codzienne pożywienie, 
 

Rozmowa mimo wszystko kulała. Wyglądało na to, że wszyscy obecni zmagają się z 

własnymi myślami i pytaniami, których nie można zadać tak po prostu. Trzeba ważyć każde 
słowo, zanim ono wypłynie na światło dzienne. Wiele się stało tego dnia i życie niektórych z 
nich będzie od dzisiaj inne. 
 

W końcu rodzice Amandy wstali. 

 

-  Powinniśmy  zbierać  się  do  domu,  nie  będziemy  wam  dłużej  zabierać  czasu.  I 

dziękujemy z całego serca… za wszystko. A jakby była w czymś potrzebna nasza pomoc, to 
zaraz  powiedzcie.  I  zachowuj  się  teraz  przyzwoicie  –  powiedziała  kobieta  i  pogłaskała 
Amandę po policzku. Mówiła łagodnie, jakby o miała być czułość. 
 

I może tego właśnie chciała, pomyślała Elizabeth. 

 

background image

 

65

Rozdział 12 
 
 

- Stój teraz spokojnie – mruknęła Elizabeth z ustami pełnymi krawieckich szpilek. 

 

-  Dobrze,  ale  strasznie  jestem  zdenerwowana  –  pisnęła  Amanda,  przestępując  z  nogi 

na nogi. 
 

Elizabeth pokręciła głową, wzięła jedną szpilkę i wpięła ją w fałdę spódnicy. 

 

-  Popatrzmy  –  rzekła,  cofając  się  o  krok.  Przyglądała  się  Amandzie,  stojącej  na 

kuchennym stoliku. 
 

-  No,  myślę,  że  tak  będzie  dobrze.  Trochę  się  wyciągnęłaś  od  konfirmacji,  ale  na 

szczęście miała jeszcze kawałek materiału i mogłam ją podłużyć. 
 

- Moja sukienka do konfirmacji była taka piękna. 

Prawie jak nowa, tylko dlatego, że przyszyłaś wstążki do rękawów i pod biustem. 
 

-  Wystrzępiony  brzeg  obszyję  błyszczącym  materiałem  –  obiecała  Elizabeth.  –  teraz 

zejdź i zdejmij suknię. Do jutra będzie gotowa. A przy okazji, obejrzałaś garnitur Olego? 
 

-  Oczywiście,  uprasowałam  go,  wisi  na  wieszaku  w  mojej  izdebce.  –  Amanda 

zeskoczyła lekko ze stołka. 
 

- A ja widziałam twoje pończochy – drażniła się z nią Ane, chichocząc. 

 

- lepiej nakryj do stołu – przegoniła ją Elizabeth. – Zaraz będziemy jeść podobiadek. 

 

Ane  robiła,  co  jej  kazano,  ale  wciąż  rzucała  podejrzliwe  spojrzenia  na  Amandę.  W 

końcu nie była już w stanie milczeć. 
 

- Czy to prawda, że ty masz w brzuchu malutkie dziecko, Amando? 

 

Elizabeth ukłuła się szpilką i włożyła palec do ust. 

 

- Dlaczego o to pytasz?  - zdziwiła się Amanda. 

 

- Bo gdzieś o tym słyszałam – wyznała Ane, starannie układając sztućce. 

 

Elizabeth musiała się wtrącić, bo Amanda wciąż się śmiała. 

 

- Myślę, że usłyszałaś ucho do dziurki od klucza, prawda? 

 

Po  długim  i  uważnym  oglądaniu  blatu  stołu,  Ane  przytaknęła,  choć  zrobiła  to 

niechętnie. 
 

- Tak, to prawda – potwierdziła Amanda. – W moim brzuchu żyje malutki chłopczyk 

albo malutka dziewczynka. 
 

- Jaka malutka? – dopytywała się Ane. 

 

Amanda wzruszyła ramionami. 

 

- tego nie wiem. Myślę, że nie większa od ziarna. 

 

- Czy mogę to komuś powiedzieć? 

 

Amanda napotkała spojrzenie Elizabeth. 

 

-  Wszystkim,  którzy  mieszkają  w  naszym  dworze,  bo  oni  już  i  tak  wiedzą,  ale  inni 

niech sobie poczekają i niech ich zżera ciekawość. 
 

Ale śmiała się zadowolona i nakrywała dalej. 

 
 

Przyszli Kristian z Olem i usiedli ciężko na swoich miejscach. 

 

- Obmyjcie chociaż palce, zanim zaczniecie jeść – upomniała ich Ane, ujmując się pod 

boki. 
 

-  O  tany,  coś  ty  taka  zła?  –  roześmiał  się  Kristian  i  wstał.  –  Nie  zazdroszczę 

chłopakowi, któremu dostanie się taka żona. 
 

- Ja się za mąż nie wybieram. A na skrzyni z torfem masz miednice z wodą i mydło. 

 

Elizabeth nalała kawę i wszyscy usiedli. Gospodyni zerknęła na Amandę. 

 

- Nie drażni cię zapach kawy? 

 

- Nie, o tej porze już nie. Najgorzej jest rano. 

background image

 

66

 

Odmówili modlitwę i zaczęli jeść. Maselniczka krążyła, podawana z rak do rąk, za nią 

półmiski  z  wędlinami  i  serem,  wszyscy  przygotowywali  sobie  kanapki.  Nieoczekiwanie 
Elizabeth wybuchnęła śmiechem. 
 

- Co cię tak rozbawiło? – spytał Kristian. 

 

-  Przypomniałam  sobie,  jak  kiedyś  Dorte  i  ja  rozmawiałyśmy  o  wizycie  króla  w 

Kabelvaag.  Zastanawiałyśmy  się  wtedy,  co  taki  król  jada  i  doszłyśmy  do  wniosku,  że  z 
pewnością  samo  tłuste  mięso,  śmietanę  i  ciastka.  Teraz  wszyscy  zaczęli  się  śmiać,  a 
najgłośniej Amanda. 
 

- Ja bym pomyślała dokładnie to samo. – Ugryzła kęs chrupkiego chleba i westchnęła. 

– Tak się cieszę, że pastor zgodził się na nasz ślub, chociaż jesteśmy tacy młodzi. 
 

Elizabeth  uśmiechnęła  się,  ale  nie  powiedziała  nic.  Amanda  nie  musi  wiedzieć,  że 

sprawa została załatwiona tak szybko i bez kłopotów w dużej mierze dzięki pozycji Kristiana 
w  gminie.  To  on  użył  swojego  autorytetu  i  dlatego,  kiedy  Ole  i  Amanda  przyszli  podpisać 
papiery, nie padło ani jedno przykre słowo. 
 

-  A  lista  gości  gotowa?  –  spytał  Ole,  siorbiąc  gorącą  kawę.  –  Nie  chcemy  prosić  za 

wielu ludzi, tylko najbliższych. Rodzice Amandy, wy wszyscy i może  ktoś jeszcze. 
 

Elizabeth  przyjrzała  mu  się  spod  oka.  Rodzice  Olego  umarli  dawno  temu,  więc  to 

oczywiste, że wesele będzie skromne. Ale chciała spełnić oczekiwania młodych na tyle, na ile 
się da. 
 

- A ja wiem na pewno, kogo nie powinniśmy zapraszać – wtrąciła Amanda. 

 

- No kogo? – zdziwiła się Elizabeth, która miała już w głowie wstępną liste. 

 

- Gospodarzy ze Storli. 

 

Elizabeth zachichotała. 

 

- Na pewno nie, tym się nie przejmuj. No, ale na przykład Bergette? 

 

- O, byłoby bardzo miło – ucieszyła się Amanda i dodała: - Może jeszcze tylko kilkoro 

normalnych znajomych z okolicy. Ale to ty i Kristian decyduje. 
 

- Dobrze, pomyślimy – obiecała Elizabeth. – Po południu będę miała gotową listę, to 

sobie  przejrzycie.  –  Przełknęła  ostatni  kęs  chleba  i  powiedziała:  -  Uznaliśmy,  że  po  slubie 
zamieszkacie oboje w izdebce Amandy. Co wy na to? 
 

-  Dla  mnie  w  porządku  –  mruknął  Ole,  którego  najwyraźniej  krępowały  takie 

rozmowy. 
 

Amanda skinęła głową, 

 

- Brzmi bardzo dobrze. 

 

- No to postanowione –  ucieszyła się Elizabeth i spojrzała na suknię Amandy, wiszą 

na oparciu krzesła. Cieszyła się, że zaraz się nią zajmie. 
 
 

Wielu  zgromadzonych  w  kościele  rzucało  ciekawskie  spojrzenia  na  pannę  młodą, 

stojąca przed pastorem u boku Olego. Na szczęście Amanda była nadal tak szczupła w pasie, 
ż

e mogła iść przez kościół z podniesioną głową. Jaka to piękna para, myślała sobie wzruszona 

Elizabeth, zresztą wiele obecnych kobiet ocierało ukradkiem oczy. 
 

Rodzice  Amandy  pierwsi  składali  gratulacje,  a  potem  wszyscy  pojechali  do  Dalrud, 

ż

eby świętować wraz z nowożeńcami. 

 

ż

yczyli sobie skromnej uroczystości i zresztą pod wieloma względami taka ona była, 

ale zaproszono wszystkich komorników z zagród, należących do Dalsrud oraz liczna rodzinę 
Amandy. Helene i Lina również były, rzecz jasna, gośćmi, a obsługą zajmowały się specjalnie 
wynajęte  służące.  Elizabeth  postanowiła,  że  jedzenie  będzie  bardzo  dobre,  żadnych 
oszczędności.  Podawano  pieczeń  wieprzową  z  ziemniakami  i  jarzynami,  wino  w  pięknych 
karafkach, toasty wznoszono wielokrotnie. Kristian wygłosił krótkie przemówienie, w którym 
dziękował  nowożeńcom  za  to,  że  zdecydowali  się  po  ślubie  nadal  mieszkać  i  pracować  w 
Dalsrud.  Nie  szczędził  im  dobrych  słów  i  pochwał  oraz  życzył  szczęścia  na  przyszłość. 

background image

 

67

Elizabeth  patrzyła  na  męża  ze  łzami  w  oczach  i  była  mu  szczerze  wdzięczna  za  piękne 
przemówienie. 
 

Kiedy  obiad  został  zjedzony,  kawa  wypita,  otworzono  drzwi  między  salonem  i 

jadalnią, meble usunięto pod ściany i zaczęły się tańce. Goście weselni popili godnie dobrego 
wina, toteż mówili głownie o pogodzie i pracy,  kobiety natomiast o dzieciach, porodach i o 
tym,  co  się  ostatnio  we  wsi  wydarzyło.  Spotykali  się  tu  znajomi,  którzy  dawno  się  nie 
wiedzieli i mieli sobie mnóstwo do powiedzenia. 
 

Elizabeth  spoglądała  ponad  głowami  zebranych.  Mężczyźni  śmiali  się  i  poklepywali 

po  ramionach,  ojciec  Amandy  zaprosił  swoją  żonę  do  tańca,  jak  tylko  skrzypek  uniósł 
smyczek w górę. Starsze kobiety pochylały ku sobie głowy i szeptały o czymś potajemnie. 
 

Owszem,  ludzie  będą  gadać,  myślała  Elizabeth.  To  akurat  nie  ulga  wątpliwości.  Ale 

Amanda otoczona jest bliskimi, którzy się o nią troszczą i w razie czego zechcą wesprzeć. W 
ż

adnym razie nie będzie sama. 

 
Rozdział 13 
 
 

Pewnego pogodnego jesiennego dnia w Dalsrud zjawili się goście. 

 

-  Przyjechała  do  nas  Bergette  i  ma  ze  sobą  kosz  do  bielizny.  Ale  to  jest  kosz  na 

kółkach – zawołała Ane, przyciskając nos do kuchennego okna. 
 

- Co ty wygadujesz? – zdziwiła się Elizabeth i także musiała wyjrzeć przez okno. – No 

chyba masz rację – mruknęła. – Idę ją przywitać. 
 

Maria,  Ane  i  obie  młodsze  służące  deptały  jej  po  piętach.  Na  schodach  zrobiło  się 

toczno, bo wszystkie wyciągały szyję, chcąc widzieć jak najlepiej. 
 

Bergette machała ręką na powitanie. 

 

- Mnie się zdaje, że ona ma też w tym koszyku dziecko – jęknęła Lina. – Ale dlaczego 

przyjechała do nas z bielizną do prania? 
 

Elizabeth roześmiała się głośno. 

 

- Coś mi się wydaje, ze to nie jest kosz na bieliznę tylko dziecięcy wózek, 

 

- Hę? 

 

- A nie widziałaś wózka, którym bawi się Ane? Tego małego, dla lalki. 

 

- Widziałam, ale on tak nie wygląda. Zresztą w nim najczęściej siedzi kot, nie lalka. 

 

-  Ładny  mam  wózek  dla  mojej  córeczki?  –  wołała  Bergette,  idąc  w  stronę  domu.  – 

Przysłali mi go z Christianii, ale jest używany, właściwie to pochodzi z Anglii.  
 

Wszystkie  kobiety  musiały  dokładnie  obejrzeć  cudo,  Ane  oczywiście  wygadała,  że 

przedtem myślały, iż to kosz na bieliznę. 
 

- Chyba tak właśnie wygląda – śmiała się Bergette. – Pleciony z wikliny, ale porusza 

się na trzech kółkach. I powiem wam, że to bardzo wygodna rzecz. Mała Karen-Louse siedzi 
sobie  wygodnie  na  posłaniu  z  owczej  skóry  i  puchowej  poduszce.  Niczym  jakaś  królowa, 
prawda,  moja  kochana?  –  szczebiotała  do  dziecka  i  łaskotała  je  pod  bródką,  wywołując 
uśmiech na rumianej buzi. 
 

Elizabeth wzięła małą na ręce i podniosła wysoko. 

 

- Jakaś ty śliczna! I jak urosłaś – zachwycała się. – No tak, to już osiem miesięcy! 

 
 

-  Bardzo  ładnie  wyglądasz  –  powiedziała  do  przyjaciółki  później,  kiedy  wiedziały  w 

izbie  przy  kawie  i  cieście,  które  przyniosła  Helene.  –  Jeśli  istnieją  na  świecie  aniołki,  to 
Karen-  Lousie  musi  być  jednym  z  nich  –  dodała  szczerze,  patrząc  na  dziecko,  siedzące  na 
kolanach matki. 
 

-  Ty  sama  też  masz  dwa  anioły  w  domu  –  odparła  Bergette,  wyraźnie  ujęta 

pochwałami. 
 

Elizabeth przytaknęła. 

background image

 

68

 

- Ane zaczęła szkołę, czas naprawdę szybko ucieka. 

 

- I co, dobrze się czuje? 

 

- Jeszcze pytasz! Gdyby mogła, biegałaby tam codziennie, nawet w niedziele. 

 

Ożywione  rozmaiły  o  różnych  sprawach,  w  końcu  Elizabeth  nie  mogła  się 

powstrzymać. 
 

-  Sivgardowi  chyba  nie  bardzo  podoba,  że  do  mnie  przyjechałaś?  –  Zabrzmiało  to 

bardziej jak stwierdzenie niż pytanie. 
 

- W tej sprawie on nie ma nic do gadania – odparła Bergette stanowczo. 

 

Elizabeth spojrzała na nią pytająco. Przyjaciółka łamała ciasto na niewielkie kawałki, 

jadła i popijała kawą. Dopiero po chwili dodała: 
 

- Sivgard mnie zdradził. 

 

Okruch cista wpadł Elizabeth do gardła i zaniosła się kaszlem. 

 

Bergette wpatrywała się w swoje dłonie i mówiła dalej: 

 

-  On  się  spotykał  z  Nikoline  wielokrotnie  i  do  razu  się  do  tego  nie  przyznał.  Wtedy 

mogłabym mu wybaczyć i próbować zapomnieć. Tak mi się zdaje. 
 

- A kiedy się o tym dowiedziałaś? 

 

- Ostatniego lata. Sivgard zachowywał się jakoś dziwnie od chwili, kiedy straciliśmy 

naszego  małego  Emila.  Myślałam,  że  to  ból  i  tęsknota  za  dzieckiem,  ale  okazało  się,  ze  to 
sumienie  zaczynało  go  gryźć.  Dowidziałam  się,  bo  którejś  nocy  mówił  przez  sen.  Rano, 
oczywiście,  nie  chciał  się  do  niczego  przyznać,  ale  była  nieustępliwa.  Zażądałam,  żeby 
wyznał mi wszystko, bo jak nie to od niego odejdę, 
 

Elizabeth spojrzała przestraszona i napotkała wzrok Bergette. 

 

- Ja naprawdę tak myślałam. Pochodzę z zamożnego domu, dałabym sobie radę. Tylko 

wstyd  trudniej  byłoby  dźwigać.  Powiedziała,  Sivgarodowi,  że  mu  wybaczam,  ale,  że  nigdy 
mu  tego  nie  zapomnę.  Może  zresztą  nieprawda  też,  że  mu  wybaczyłam,  może  tylko  tak 
powiedziałam. 
 

Uśmiechnęła się blado, wstała i sięgnęła po ubranie dziecka. 

 

-  Muszę  się  zbierać,  przyjechałam  tylko,  żeby  wam  pokazać  mój  piękny  kosz  na 

bieliznę. – Roześmiała się głośno, co rozproszyło ponury nastrój. 
 

-  To  dziwne,  jak  człowiek  szybko  zapomina,  że  dzieci  były  małe  –  westchnęła 

Elizabeth. – Czas naprawdę strasznie pędzi. A właśnie, zapomniałam ci powiedzieć, że nasza 
Hlene się zakochała. 
 

- Co ty mówisz? To jakiś miły człowiek? 

 

Elizabeth zawahała się. 

 

- Szczerze powiedziawszy, to ja nie wiem. Jest w nim cos takiego… nie umiem tego 

określić.  Oczywiście  nic  mi  do  tego,  ale  Helene  jest  moją  przyjaciółką  i  chciałabym,  żeby 
była szczęśliwa. 
 

- To ktoś, kogo znam? – spytała Bergette. 

 

- Nazywa się Pål Persa i jest parobkiem u Ottara z Vika. Jakiś czas temu owdowiał i 

przeprowadził się tutaj. 
 

- Pål Persa? – spytała Bergette, wpatrując się w Elizabeth. 

 

- Tak. Wiesz kto to taki? – widziała przerażoną twarz Bergette i dodała: - Czy coś z 

nim nie tak? 
 

Bergette skubała w palcach jakąś nitkę i milczała. W końcu uniosła głowę i spojrzała 

Elizabeth w oczy.  
 

- Dobrze wiesz, że ja nie słucham tego, co ludzie gadają. Ale podobno jego żona nie 

umarła naturalną śmiercią. 
 

- Co chcesz przez to powiedzieć? – Elizabeth czuła, że żołądek jej się boleśnie zaciska 

ze strachu. 

background image

 

69

 

- Jak mówiłam, nie jestem pewna, czy to prawda – ciągnęła dalej Bergette. – On sam 

twierdzi,  że  żona  spadła  ze  skały,  kiedy  w  górach  zbierała  jagody.  Jakby  strasznie  się 
potłukła,  a  Pål  na  rekach  zaniósł  ją  do  domu.  –  Bergette  z  trudem  przełknęła  ślinę.  –  Ale 
słyszałam  też,  że  to  Pål  pobij  ją  okropnie.  A  ta  historia  ze  zbieraniem  jagód  to  kłamstwo. 
Lensman  badał  sprawę  na  miejscu,  ale  żadnych  pewnych  dowodów  nie  znalazł  i  musiał 
puścić Påla wolno. 
 

Tym  razem  Elizabeth  ciężko  przełknęła  ślinę.  To  nie  może  być  prawda,  myślała.  Po 

prostu nie może. 
 

-  Ludzie  gadają  dziwne  rzeczy.  –  Nawet  w  jej  własnych  uszach  te  słowa  brzmiały 

fałszywie.  Jakby  starała  się  przekonać  nie  tyle  Bergette,  co  siebie  samą.  –  Wiesz,  ile 
paskudztw mówili o mnie. Nawet to, że zajmuję się czarami. 
 

- Wiesz, wzywali lensmana, bo nic nie wskazywało, że kobieta w ogóle była na tych 

jagodach – rzekła Bergette cicho. – Ani śladu jagód, liści, gałązek, niczego takiego. Żadnych 
podartych ubrań. Nie miała też na ciele otarć i skaleczeń jak po upadku, tylko siniaki, jakby ją 
ktoś pobił. 
 

Elizabeth otworzył usta, żeby coś powiedzieć, ale Bergette ją uprzedziła. 

 

- Pål twierdził, że ją umył i opatrzył.  Ona sama  nie mogła nic powiedzieć, taka była 

chora – głos Bergette się łamał, patrzyła przed siebie. – Pål musiał iść z ludźmi lensmana w 
góry  i  pokazać,  gdzie  znalazł  swoją  żonę.  Trudno  mu  było  wyjaśnić,  jak  mogło  dojść  do 
wypadku, nie było też żadnych śladów, które by świadczyły, że ktoś spadł z góry w miejscu, 
które  wskazywał,  ale  z  drugiej  strony  lensman  także  nie  miał  dowodów  przeciwko  niemu  i 
trzeba było umorzyć sprawę. 
 

Elizabeth patrzyła na Bergette zaszokowana. 

 

- Chyba powinnaś ostrzec Helene. Powtórzyć jej to, co ci powiedziałam – stwierdziła 

Bergette z powagą. 
 

Elizabeth  przytakiwała.  Jak  to  się  stało,  że  do  Helene  nic  jeszcze  nie  dotarło?  Tego 

typu sprawy zwykle rozchodzą się między ludźmi z szybkością pożaru. 
 

- Masz rację, porozmawiam z nią – obiecała, odprowadzając przyjaciółkę. – Zrobię to 

przy pierwszej okazji. 
 
 

Nastał wieczór, a ona jeszcze nie znalazła odpowiedniej chwili, żeby zostać z Helene 

sam  na  sam.  Dom  z  wolna  pogrążał  się  w  ciszy  i  kiedy  wszystkie  codzienne  roboty  zostały 
zakończone, Elizabeth siedziała bezczynnie i patrzyła przed siebie, nawet  nie zauważyła, że 
po chwili przyszedł do niej Kristian. 
 

- Nie chcesz się położyć? – spytał, kładąc jej na ramieniu ciężką dłoń. 

 

-  Nie.  Chciałam  jeszcze  trochę  popracować  przy  krosnach.  Nie  jestem  specjalnie 

zmęczona  –  kłamała  tłumiąc  ziewanie.  Gdyby  się  domyślił,  jak  bardzo  jest  utrudzona, 
zacząłby nalegać. 
 

- Taka byłaś dzisiaj milcząca i zamyślona – powiedział. – Czy coś cię niepokoi? 

 

- Bergette opowiedziała mi dzisiaj o Pålu persie. 

 

- Tak? 

 

-  Mówiła,  że  kiedy  umarła  jego  żona,  był  podejrzany,  że  to  on  zatłukł  ją  na  śmierć. 

Kristian, ty coś o tym wiesz? 
 

Kristian patrzył w okno i drapał się po karku. 

 

- Ja słyszałem tę historię – odparł, odwrócony do niej plecami. – Ale ludzie powtarzają 

tyle dziwnych rzeczy, że wierzę raczej w ten wypadek, w to, że naprawdę spadła ze skały. 
 

Odwrócił się do żony i spytał łagodnie: 

 

- A ty martwisz się o Helene, prawda? 

 

Elizabeth przytaknęła. 

background image

 

70

 

- Nie powinnaś – powiedział, głaszcząc ją po policzku. – Helene sama potrafi o siebie 

zadbać. Zawsze to robiła i o ile ją znam, to nie pozwoli, żeby jej ktoś deptał po palcach. 
 

Elizabeth  milczała.  Pod  pewnymi  względami  Kristian  ma  rację,  z  drugiej  jednak 

strony powszechnie wiadomo, że miłość czyni człowieka ślepym. Akurat teraz Helene jest i 
ś

lepa, i głucha. 

 

- Jeśli się boisz, żeby ona się nie wdała w jakąś niebezpieczną sprawę, to jej powiedz, 

co ludzie mówią na temat Påla – poradził Kristian. 
 

- Tak sądzisz? 

 

-  Absolutnie  tak.  A  teraz  chodź  i  połóż  się,  bo  ty  też  potrzebujesz  snu,  jak  wszyscy 

inni. 
 

- Za chwilę. Idź już, ja też zaraz przyjdę. 

 

Uderzyła  go  lekko  w  rękę.  Nie,  nie  chciała  się  jeszcze  kłaść,  i  tak  będzie  leżeć,  nie 

ś

piąc. Lepiej posiedzi trochę przy krosnach, to przynajmniej wykorzysta czas. 

 
 

Dziewczynki poszły do szkoły, Amanda i Lina były w oborze, Krystian zabrał ze sobą 

Olego. W kuchni zostały tylko Elizabeth i Helene, zmywały u sprzątały. 
 

- Widzę, że Amanda ma się już lepiej, poranne mdłości najwyraźniej już jej nie dręczą 

– powiedziała Helene. – I nie wymiotuje. 
 

Elizabeth przytaknęła. 

 

- Tak. I dawno już nie wyglądała tak zdrowo. –Nerwowo ściskała zmywak i oddychała 

pospiesznie. Teraz musi to zrobić. 
 

- Helene? – zaczęła niepewnie. 

 

- Tak? 

 

- Jest coś, o czym chciałabym z tobą porozmawiać. Bo widzisz Pål.. Jak dobrze ty go 

właściwie znasz? 
 

- Wystarczająco dobrze! Wiem, że mi na mnie zależy i że chce dla mnie jak najlepiej, 

i… Zresztą, dlaczego pytasz? – Uśmiech zniknął z jej twarzy, zmrużyła oczy. 
 

-  Słyszałam  o  nim  pewną  historię  i  musze  przyznać,  że  nie  jest  to  historia  piękna  – 

powiedziała Elizabeth. 
 

- Że miał jakoby zabić swoją żonę?  Spytała Helene. 

 

- Więc ty o tym wiesz? – Elizabeth była zaskoczona, a zarazem odczuwała ulgę, 

 

- A kto o tym nie słyszał – prychnęła Helene lekceważąco, sprawdzając, czy woda w 

kociołku już się zagrzała. Uznała, że tak i wlała ją do balii. – Pål wszystko mi opowiedział. 
Były  czasy, że żyli z żoną bardzo dobrze. Ale potem ona umarła, a on nie dostał miejsca w 
łodzi na zimowe połowy. Nie miał pieniędzy na spłatę długu, z czasem ten dług zrobił się taki 
wielki, że lensman zajął jego gospodarstwo. Biedny człowiek, nie było mu łatwo. 
 

Elizabeth zdrętwiała. Nie takiej reakcji oczekiwała. Mimo to obstawała przy swoim. 

 

- Ale jesteś pewna, że to nieprawda, co ludzie gadają? No, że zabił żonę? 

 

Helene obróciła się gwałtownie. 

 

-  Do  czego  ty  zmierzasz?  –  spytała  świszczącym  szeptem.  –  Chcesz  powiedzieć,  że 

człowiek, którego kocham, jest mordercą? Gdzie ty właściwie masz serce, Elizabeth? 
 

Elizabeth odsunęła się o krok. 

 

-  Helene,  moja  droga,  nic  takiego  nie  chciałam  powiedzieć.  Po  prostu  ty  jesteś  mi 

bardzo bliska i chcę dla ciebie jak najlepiej. A po tym, co usłyszałam, boję się, że… 
 

- Jak najlepiej dla mnie? – powtórzyła Helene z szyderczym śmiechem. – Ty wydałaś 

się za mą do wielkiego dworu i bogactwa, a ja wciąż haruję tu jako służąca. To teraz ja tobie 
coś powiem, moja droga Elizabeth. Po tym, co twój teść, Leonard, mi zrobił, nie myślałam o 
ż

adnych mężczyznach. Ale kiedy poznałam Påla, wszystko się zmieniło. Okazało się, że ja też 

potrafię kochać. Jednak, jak widzę, ty nie możesz tego ścierpieć. 

background image

 

71

 

- Dałabyś lepiej spokój – odparła Elizabeth, czując, że dławi ją płacz. – Skąd bierzesz 

takie pomysły? A to z Leonardem, to ja też przeżyłam, zapomniałaś o tym Helene? Przecież 
zawsze byłyśmy przyjaciółkami, dzieliłyśmy wszystkie radości i smutki, dlaczego odwracasz 
się do mnie plecami i jesteś taka… - chciała powiedzieć: zła, ale zdołała się powstrzymać. – 
Dlaczego przychodzisz do mnie z takimi oskarżeniami? 
 

- Bo Pål w końcu otworzył mi oczy. 

 

A więc to Pål się za tym kryje, pomyślała Elizabeth. 

 

-  Helene,  moja  droga  –  prosiła,  mrugając,  by  się  nie  rozpłakać.  –  Z  pewnością  masz 

rację, że z jego żoną to był nieszczęśliwy wypadek. 
 

-  Oczywiście,  że  wypadek  –  przytaknęła  Helene.    –  Nie  wiedziałam,  że  zaczęłaś 

słuchać plotek, Elizabeth. Ale to jeszcze raz dowodzi, jak bardzo się co do ciebie myliłam. A 
te  majtki,  które  mi  dałaś,  to  ci  zaraz  oddam.  Nie  będę  przyjmować  jakichś  ochłapów 
dawanych z litości. 
 

Elizabeth  miała  wrażenie,  że  się  przesłyszała.  Czy  Helene  naprawdę  jest  taka 

odmieniona? Zimny dreszcz przeszedł jej po plecach. 
 

- Ale chyba nie opowiedziałaś Pålowi, że Ane nie jest córką Jensa? – spytała z lękiem. 

– Że tak naprawdę to Leonard jest jej ojcem? 
 

-  Nie.  Nie  miałam  powodu,  żeby  z  nim  o  tym  rozmawiać.  Ja  nie  latam  po  wsi  z 

plotkami. 
 

- Dziękuję. – Elizabeth odwróciła się, żeby wyjść, ale w drzwiach przystanęła. – A te 

majtki były całkiem nowe. Dostałaś je w prezencie i chciałabym, żebyś je zatrzymała. 
 

Więcej nie była w stanie powiedzieć, płacz dławił ją w gardle. Pobiegła na strych, do 

sypialni, usiadła na krawędzi łóżka i rozszlochała się. 
 

Dobra, kochana Helene stała się nagle nie do poznania. Boże drogi, kim właściwie jest 

ten Pål Persa? 
 
Rozdział 14 
 
 

Długo siedziała, jak ogłuszona. W końcu wstała, podeszła do umywali i zimną wodą 

obmywała  twarz.  przyczesała  włosy,  westchnęła  udręczona  i  zeszła  z  powrotem  do  kuchni. 
Helene skończyła właśnie zmywanie i wycierała blat. 
 

-  Helene,  proszę  cię,  pozostańmy  przyjaciółkami  –  powiedziała.  –  Plotki  nie  zawsze 

zawierają prawdę i masz rację, ja jestem ostatnią osobą, która powinna ich słuchać. Przecież 
ludzie tyle o mnie nagadali. 
 

Helene  wypłukała  ścierkę  w  balii,  potem  długo  ją  wyżyła,  zanim  się  nareszcie 

odezwała. 
 

- Tak, ty jesteś ostatnią osobą, która ma prawi wypowiadać się o innych. 

 

Jej słowa sprawiły Elizabeth ból, odczuła je jako kolejny wyrzut. 

 

- Prosiłam o wybaczenie, Helene. Nie o dalsze złośliwości. 

 

-  Przykro  mi,  ale  tego  co  powiedziałaś,  nie  mogę    tak  po  prostu  skreślić  –  Helene 

odsunęła kosmyk włosów z twarzy. 
 

- Tak, rozumiem. Mimo wszystko prosiłam byś, mi wybaczyła. 

 

Helene przez chwilę patrzyła na balie. Potem zwilżyła wargi. 

 

- To, co ja powiedziałam, też wcale piękne nie było. 

 

-  W  takim  razie  nie  mówmy  o  tym  więcej    zaproponowała  Elizabeth  stanowczo,  a 

Helene skinęła głową na znak, że się zgadza. 
 
 

Kilka dni po tych wydarzeniach Elizabeth zmieniła bieliznę pościelową. Wyglądało na 

to,  że  piękna  pogoda  potrwa  jeszcze  przez  jakiś  czas,  wobec  tego  postanowiła  zrobić  duże 
pranie. Po kłótni z Helene wciąż nosiła w ciele niepokój, bolesny ciężar, którego nie umiała 

background image

 

72

się  pozbyć.  Pogrążona  w  myślach  drgnęła,  słysząc  kroki  Kristiana  na  korytarzu.  Coś  musi 
leżeć na sercu, skoro w środku dnia zostawił pracę, żeby porozmawiać ze mną sam na sam. 
 

Zaczął bez wstępów. 

 

- Powiedz mi, jak Helene przyjęła to, co jej powiedziałaś na temat śmierci żony Påla? 

 

-  Uznała,  że  to  zwyczajne  wymysły  i  złe  plotki.  Zresztą  jeśli  o  to  chodzi,  to  pewnie 

oboje macie racę. Ludzie zmyślają Bóg wie co, żeby powszednie dni były trochę mniej szare 
– powiedziała, zbierając brudną bieliznę. 
 

Czas, który minął od kłótni, nie był przyjemny. 

Obie  z  Helene  odnosiły  się  do  siebie  nawzajem  z  konieczną  uprzejmością,  ale  nic  więcej. 
Zaufanie, jakie zawsze do siebie miały, przepadło. I ów Pål stoi za wszystkim, tego Elizabeth 
była pewna. To on judzi Helene przeciwko przyjaciółce. 
 

Elizabeth  często  nocami  leżała,  nie  śpiąc,  i  zastanawiała  się,  jak  odzyskać  zaufanie 

Helene.  Bo  tylko  pod  tym  warunkiem  będzie  mogła  przemówić  zakochanej  dziewczynie  do 
rozumu i sprawić, by pojęła, że Pål nie jest taki, jaki udaje. 
 

Kristian był widocznie zadowolony z odpowiedzi bo natychmiast zmienił temat. 

 

- Właściwie to ja przyszedłem ci powiedzieć, że dostaliśmy list od Bertine. 

 

- Co? – Minęło kilka sekund, zanim Elizabeth zdała sobie sprawę, o kim mąż mówi. – 

A, tak, od twojej kuzynki z Bergen! No i co tam u niej? 
 

- Świetnie. Ona i Simon wybierają się do nas z wizytą i zostaną tu dwa tygodnie. 

 

- Przyjadą do nas? Rany boskie, a my na jutro planowaliśmy wykopki! I dom nie był 

gruntownie sprzątany, nie pamiętam kiedy od kiedy… 
 

- Moja kochana, oni nie przyjeżdżają jutro – objął żonę i mocno przytulił. – Będą tu 

dopiero za trzy tygodnie, do tej pory wykopiemy ziemniaki i zdążymy wyszorować wszystkie 
podłogi. 
 

- Ty pojęcia nie masz, ile to rzeczy trzeba zrobić w takim domu! – zawołała Elizabeth. 

Uwolniła  się  z  objęć  męża  i  pobiegła  do  kuchni.  Trzeba  powiedzieć  służącym,  na  co  się 
zanosi, ułożyć listy spraw do załatwienia. 
 

- Zdążymy wyszorować wszystkie podłogi – prychnęła gniewnie. – Tak, żeby to było 

takie proste! Bogu dzięki, że to nie mężczyźni odpowiadają za prowadzenie domu. 
 
 

Ziemniaki  zostały  rzeczywiście  wykopane,  cały  dom  wyczyszczony  do  połysku,  a 

spichlerz  zapełniony  najrozmaitszymi  smakołykami.  Gospodarska  lista  Elizabeth  z  każdym 
dniem  robiła  się  krótsza  i  kobiety  mogły  od  czasu  do  czasu  odetchnąć.  Zostały  już  tylko 
ostatnie drobiazgi. 
 

Elizabeth  stała  w  kuchni  i  prasowała  obrusy.  Raz  po  raz  spoglądała  na  dziewczynki, 

które razem z Helene czyściły srebra. 
 

- Ja to mam dwie ciotki – oznajmiła Ane, unosząc w górę dwa palce. 

 

- Dwie? – zdziwiła się Maria. 

 

- Tak. Jedna to ty, a druga Bergette. I do tego jednego wujka, to Simon, który ożenił 

się z Bertine. 
 

Przelotny uśmiech pojawił się na twarzy Helene. 

 

Elizabeth słyszała, że Maria tłumaczy siostrzenicy stosunki pokrewieństwa w rodzinie, 

ale  myślami  była  gdzie  indziej.  Przyszło  jej  do  głowy,  że  Helene  od  bardzo  dawna  się  nie 
ś

mieje, naprawdę od dawna. Nie zastanawiając się, złożyła obrus i wzięła drugi z leżącego na 

krześle przed nią stosu. 
 

Tak  wiele  się  zmieniło.  Teraz  nie  powinna  już  więcej  zwierzać  się  przyjaciółce  z 

niczego,  bo  każde  słowo  może  zostać  przekazane  Pålowi.  Helene,  na  której  zawsze  mogła 
polegać, w sprawach wielkich i małych, stała się nagle kimś obcym. Dotychczas dzieliły się 
ze  sobą  wszystkie  radości  i  smutki.  Czy  ta  przyjaźń  się  po  prostu  skończyła?  Myśl  ta 
sprawiała jej ból, czuła pieczenie w piersiach, musiała przełykać ślinę, żeby się nie rozpłakać. 

background image

 

73

 

Przy  wielu  okazjach  starała  się  zbliżyć  do  Helene,  chociaż  częściowo  odzyskać 

utraconą  bliskość,  ale  tamta  pozostawała  jak  odmieniona.  Elizabeth  nosiła  bolesną  ranę  w 
duszy. Ranę, która nie chciała się zabliźnić. 
 

Jak  zwykle  to  Ane  pierwsza  zauważyła  gości,  zdyszana  wpadła  do  jadalni,  gdzie 

Elizabeth nakrywała do stołu. 
 

- Bertine i Simon już jadą! Widziałam łódź żaglową daleko na morzu. Och, jaki mają 

strasznie wielki żagiel! 
 

- Tak, płyną żaglowcem – Elizabeth pospiesznie przygładziła włosy. Denerwowała się 

tym spotkaniem. Jak teraz Bertine wygląda? One obie spotkały się tylko jeden raz, wiele lat 
temu, na pogrzebie Ragny. Elizabeth myślała, że Bertine jest ukochaną Kristiana i zżerała ją 
zazdrość. Na to wspomnienie pokręciła z uśmiechem głową. 
 

- Musisz się spieszyć, mamo! Krystianowi też już powiedziała, - ponaglała ją Ane. 

 

Krystianowi,  powtórzyła  Elizabeth  w  duchu.  Gurine,  stara  kucharka  w  Dalsrud, 

zawsze mówiła do małej: Kristian, twój tata. Teraz już nikt tak nie mówi, zdarza się jednak, 
ż

e Ane sama powie: tata Kristian. 

 

-  No  idziesz  nareszcie,  czy  buty  przykleiły  ci  się  do  podłogi?  –  Ane  posłużyła  się 

jednym z powiedzeń Marii. 
 

- Tak, już idę. Ale ty pamiętaj, żeby zachowywać się grzecznie, Ane. Przywitaj się i 

bądź uprzejma dla gości. 
 

Kristian stał na ganku i rozmawiał z Olem. 

 

- Weźmiemy łódź i wypełnimy im na spotkanie – powiedział do żony. Odwrócił się i 

uśmiechnął do niej i do małej. – Oni pewnie zarzucą kotwicę w głębi fiordu, więc my z Olem 
przywieziemy ich na brzeg. 
 

- Słyszałam, że goście już jadą – zawołała Amanda, kiedy Elizabeth weszła do kuchni. 

–  O  Boże,  ale  jestem  zdenerwowana!  Pomyśleć,  ludzie  z  wielkiego  miasta!  Naprawdę! 
Ciekawe, jak oni mówią. I co na sobie noszą? 
 

- Z pewnością ubrania – odparła Lina z perlistym śmiechem. 

 

-  Obje  mówią  północnym  dialektem  –  poinformowała  Elizabeth.  Świetnie  rozumiała 

podniecenie  Amandy,  ona  odczuwała  to  samo.  –  Bo  oboje  pochodzą  z  tych  stron,  chociaż 
dość dawno temu przeprowadzili się do Bergen. 
 

Helene  nie  mówiła  nic.  Sprawdzała  widelcem,  czy  ziemniaki  dochodzą,  nie  brała 

udziału w rozmowie, nie okazywała żadnych uczuć. Elizabeth nie bardzo wiedziała, jak sobie 
to tłumaczyć. 
 

- Wszystko macie pod kontrolą? – spytała. Służące kiwały głowami, że tak. 

 

- Bardzo dobrze. W takim razie ja idę witać gości. 

 

Maria i Ane zbiegły ze strychu, jak tyko usłyszały Elizabeth w sieni. 

 

- Wyglądałyśmy przez okno! – wołała Ane. – Oni są już na brzegu! 

 

Elizabeth  zerknęła  w  lustro.  Długo  dzisiaj  upinała  włosy,  podkręciła  je  też  lokówką. 

Uznała, że wyglądają nieźle. Policzki miała rumiane, oczy błyszczące okręciła się lekko przed 
lustrem.  
 

-  Cieszysz  się?  –  spytała  Maria,  czyszcząc  paznokcie.  Trzeba  czasu,  żeby  po 

wykopkach doprowadzić je do porządku. 
 

-  Tak.  Miło  będzie  przyjmować  takich  gości.  Ale  wy  musicie  poczekać  tutaj, 

dziewczynki. 
 

Elizabeth  zdjęła  chustkę  z  haka,  zarzuciła  ją  sobie  na  ramiona  i  wyszła.  Dzień  był 

wyjątkowo  piękny.  Na  ścieżce  prowadzącej  znad  morza  słychać  było  wesołą  rozmowę  i 
ś

miech, zaraz potem ukazał się Kristian w towarzystwie Bertine i Simona. Bertine wyciągała 

ręce i machała jej na powitanie, coś wołała. Elizabeth nie była pewna, czy ma stać i czekać tu, 
gdzie jest, czy też powinna iść gościom na spotkanie. Co bardziej wypada? Nagle poczuła się 

background image

 

74

skrępowana  i  niemądra.  Dość,  skończ  z  tym,  powiedziała  sobie  jednak.  Jesteś  przecież 
gospodynią wielkiego dworu. Niewiele to jednak pomogło. 
 

Bertine biegła ku niej z wyciągniętymi ramionami. 

Wygląda  dokładnie  tak  samo  jak  ostatnio,  stwierdziła  Elizabeth.  Te  same  czarne  oczy  co  u 
Krisiana i takie same ciemne włosy. Kuzynka miała na sobie ciemnozieloną suknię i narzutkę 
w  tym  samym  kolorze,  obramowaną  czarną  lamówką.  Na  głowie  nosiła  niewielki  kapelusz, 
taki imponujący, że Elizabeth nie mogła od niego oderwać wzroku. Zastanawiała się, czy w 
Bergen wszystkie takie noszą. 
 

Bertine przyciągnęła ją do siebie i serdecznie uściskała. 

 

- O jak dobrze widzieć cię znowu, Elizabeth! Dziękuję za list, który do mnie napisałaś. 

A teraz poznaj mojego męża – szczebiotała. 
 

Elizabeth  tylko  częściowo  udało  się  ukryć  zaskoczenie,  jakiego  doznała  na  widok 

Simona. Wyobrażała sobie wysokiego, czarnowłosego i urodziwego mężczyznę, bo tylko taki 
jej  zdaniem  byłby  odpowiedni  dla  Bertine.  Simon  okazał  się  co  najmniej  o  głowę  od  niej 
niższy,  z  wydatnym  brzuszkiem  i  siwymi  włosami,  sterczącymi  na  wszystkie  strony.  Poza 
tym musi być co najmniej o dziesięć lat od Bertine starszy, zgadywała. 
 

- Dzień dobry, witamy w Dalsrud – wykrztusiła skrępowana. – jestem Elizabeth, żona 

Kristiana. 
 

-  Domyśliłem  się  natychmiast  –  odparł,  ujmując  jej  dłoń  i  całując  z  galanterią.  – 

Legendy krążą o tym, jaka jesteś piękna, i teraz na własne oczy mogę się przekonać, że nie 
ma w nich przesady. 
 

Elizabeth  zawstydzona  spoglądała  to  na  jedno,  to  na  drugie,  ale  Kristian  i  Bertine 

uśmiechali się niewinne, jakby Simon mówił o pogodzie. 
 

- W takim razie chodźmy do domu – zapraszała. – A gdzie się podział Ole? 

 

- Zajmuje się bagażami i resztą załogi – odparł Kristian. 

 

- Resztą załogi? To jest ktoś więcej? 

 

-  Nie  denerwuj  się  –  uspokajał  Simon.  –  Załatwiłem  im  nocleg  u  znajomych  w 

sąsiedniej  wsi.  –  Kiedy  Elizabeth  chciała  protestować,  powiedział:  -  No  wiesz,  nie  mogłem 
sam  obsługiwać  łodzi.  Ale  sprowadzenie  ich  wszystkich  tutaj  byłoby  niedopuszczalnym 
nadużyciem gościnności, 
 

Bertine ujęła Elizabeth pod rękę i zanim ta zdążyła cokolwiek odpowiedzieć, wszyscy 

znaleźli się na ganku. Ane i Maria dygały i witały się grzecznie, tak jak im przykazano. 
 

-  O  mój  Boże!-  zawołał  znowu  Simon.  –  Jak  wspaniale  wychowane  młode  damy, 

złego słowa nie można powiedzieć. 
 

Głosy  szumiały  w  uszach  Elizabeth,  kiedy  wieszała  okrycia  gości.  Rozmawiano 

głównie o tym, jak przebiegała podróż na północ, ona zastanawiała się, jak to jest płynąc w 
takiej  łodzi  po  otwartym  morzu,  ale  nie  miała  odwagi  spytać.  Nie  chciała  okazywać  swojej 
niewiedzy, ma w końcu do czynienia z obitymi w świecie miejskimi ludźmi. 
 
 

Bertine  położyła  swój  wielki  piękny  kapelusz  na  jakiejś  komodzie  i  wszyscy 

skierowali się do jadalni, 
 

- Domyślam się, że taka podróż jest męcząca – powiedział Kristian, kiedy usiedli przy 

stole. 
 

- Och, nawet mi nie przypominaj! – zawołała Bertine. – Morze to nie jest mój żywioł. 

Ale kiedy nam przy sobie Simona, wszystko idzie dobrze – roześmiała się i poklepała męża 
po dłoni. 
 

Najwyraźniej  bardzo  im  na  sobie  nawzajem  zależy,  domyślała  się  Elizabeth.  W  ich 

zachowaniu, w uczuciach, które sobie okazują, nie ma nic sztucznego. Widziała, jak na siebie 
patrzą, jak wciąż z czułością dotykają jedno drugie. 

background image

 

75

 

Lina  wniosła  jedzenie,  jagnięcinę  w  brązowym  sosie  z  ziemniakami,  w  jednej  była 

woda, w drugiej wino. 
 

-  Musicie  poznać  nasze  służące  –  rzekła  Elizabeth  i  przedstawiła  dziewczyny.  – 

Amanda dopiero co wyszła za mąż. Za Olego, chodź no tutaj. 
 

Bertine wstała, żeby pogratulować młodym. 

 

- Jak to miło – mówiła roześmiana, oczy jej lśniły. 

-  To  pewnie  niedługo  pojawią  się  jacyś  malcy?  –  szepnęła  do  Amandy,  ale  tak  głośno,  że 
Elizabeth słyszała. 
 

-  Pierwszy  już  czeka  w  moim  brzuchu  –  odparła  dziewczyna  i  zaczerwieniła  się  po 

korzonki włosów. 
 

Bertine wytrzeszczała oczy i musiała gratulować jeszcze raz. Elizabeth spostrzegła, że 

kiedy  młodzi  wychodzili,  Ole  wziął  Amandę  za  rękę.  Często  tak  robił,  pozwalał  sobie  na 
delikatne pieszczoty, kiedy myślał, że nikt ich nie widzi. 
 

- A gdzie Helene? –spytała Elizabeth. 

 

- W tej chwili jest zajęta – wyjaśniła Lina. 

 

-  To  powiedz  jej,  że  zapraszam  ją  do  nas  na  poobiednią  kawę.  –  Zwracając  się  do 

Bertine i Simona, dodała: - Helene jest moją przyjaciółką. 
 

Stwierdziła,  że  nie  do  końca  to  rozumieją,  ale  z  uprzejmości  nie  wypytują,  dlaczego 

przyjaciółka  gospodyni  pracuje  we  dworze.  Kristiab  zręcznie  skierował  rozmowę  na  inne 
tory.  Drobne  niedomówienie  zostało  zapomniane  i  do  końca  obiadu  panował  pod  każdym 
względem miły nastrój. Rozmowo i śmiechom nie było końca. 
 

Kiedy podano kawę, Elizabeth niemal siła musiała skłonić Helenę, by z nimi usiadła. 

 

- Mam jeszcze mnóstwo zajęć – mamrotała tamta, ale w końcu wzięła kawałek ciasta z 

patery. 
 

- Helene pracowała już w Dalsrud, kiedy ja przyjechałam tu pierwszy raz – wyjaśniła 

Elizabeth,  nalewając  sok  dla  Marii  i  Ane.  –  Zaprzyjaźniłyśmy  się  dosłownie  od  pierwszego 
wejrzenia i to dzięki niej ja… - Już chciała powiedzieć: wytrzymałam tutaj, ale ugryzła się w 
język i po chwili zakończyła: - Dobrze się tutaj czułam. 
 

- Co? – Kristian wytrzeszczał oczy. – A ja myślałem, że to ze względu na mnie i mój 

nieodparty wdzięk. 
 

Elizabeth się roześmiała. 

 

-  No  nie,  wtedy  tak  na  ciebie  nie  patrzyłam.  To  przyszło  dopiero  z  czasem,  po  paru 

latach. 
 

To zresztą była w jakiś sensie prawda, tylko, że trudno było znaleźć właściwe słowa. 

 

-  Masz  tu  gdzieś  w  okolicy  rodzinę?  –  spytała  Bertine,  uśmiechają  się  do  Helene 

przyjaźnie. 
 

- Nie, nie mam żadnej rodziny. 

 

-  Ale  ukochanego  to  z  pewnością  –  wtrącił  się  Simon.  0  Taka  urodziwa  panna  musi 

mieć tłumy wielbicieli – dodał, mrugając. 
 

- A ty byś też się chętnie ustawił w kolejce – uśmiechnęła się Bertine, szturchając go 

w ramię 
 

- Naturalnie. Każdy mężczyzna, który ma oczy, chciałby to zrobić. 

 

Helene wstała pospiesznie. 

 

- Państwo wybaczą, ale robota na mnie czeka. 

 

- Ależ Helene, co ty – protestowała Elizabeth. – Nie możesz zostać jeszcze trochę? Ja 

ci potem ze wszystkim pomogę. 
 

Tamta jednak pokręciła przecząco głową. 

 

- Sama zrobię, zresztą nie ma tego znowu tak dużo. Dziękuję za kawę i ciasto. 

 

Zanim ktokolwiek zdążył się odezwać, była za drzwiami. 

background image

 

76

 

-  Co  ona  się  tak  zerwała?  –  zdziwił  się  Simon.  –  Mam  nadzieję,  ze  jej  nie  uraziłem 

swoim gadaniem. 
 

- Nie, no skąd? – łagodził Kristian. – Sam wiesz, jakie są kobiety. Wszystko musi być 

zrobione  natychmiast,  nic  nie  może  poczekać  na  później.  Wciąż  prasowanie,  pranie, 
szorowanie… 
 

-  Dobrze,  dobrze  –  przerwała  mu  Elizabeth.  –  Ale  ciekawe,  jakby  dom  wyglądał, 

gdyby to wszystko nie było na czas robione? 
 

Kristian  uniósł  wysoko  filiżankę  z  kawą,  jakby  na  znak,  że  nie  chce  już  dalszej 

dyskusji. 
 

-  Obie  jesteście  takie  podobne  do  Elizabeth,  że  aż  dziw  –  Bertine  zwróciła  się  ze 

ś

miechem do dziewczynek. 

 

- Elizabeth mówi, że ja jestem podobna do mamy – stwierdziła Maria. 

 

- To możliwe, ale do siostry też. A ty panienko naprawdę jesteś niczym skórka zdjęta 

z mamy – powiedziała do Ane. – Chociaż, gdybym nie wiedziała, jak się naprawdę sprawy w 
tej rodzinie mają, twierdziłabym, że do Kristiana też. W każdym razie macie tak samo krzywe 
zęby. 
 

Filiżanka  zadzwoniła  o  talerzyk,  kiedy  Elizabeth  uniosła  ją  tak  energicznie,  że  kawa 

się rozlała, tworząc wielką plamę na białym obrusie. Pospiesznie przykryła plamę serwetką i 
upiła parę łyków. Sama słyszała, jak nienaturalnie brzmi jej śmiech. 
 

-  U  Ane  to  po  mojej  matce  –  powiedziała,  sama  nie  wiedząc,  skąd  jej  się  bierze  to 

kłamstwo. – Widzisz, jakie przypadki się zdarzają? 
 

Nie podniosła wzroku, nie mogłaby teraz popatrzeć w oczy nikomu przy stole. Może 

to przywidzenie, ale zdawało jej się, że Kristoan przygląda jej się wyjątkowo długo i uważnie. 
Zerknęła  na  Marię.  Na  szczęście  siostra  była  za  mała,  kiedy  matka  zmarła,  żeby  pamiętać 
takie szczegóły. 
 

- Tak, świat jest pełen najdziwniejszych przypadków – przytaknęła Bertine. 

 

Simon już zaczął opowiadać kolejną historię, ale Elizabeth nie słuchała. Nalała sobie 

ś

wieżej  kawy  i  piła,  zanim  płyn  zdążył  przestygnąć.  Poparzyła  sobie  język,  ale  zdawała  się 

tego  nie  zauważyć.  Za  to  kiwała  głową  i  śmiała  się  razem  z  innymi,  chociaż  w  jej  duszy 
panował chaos. 
 
 

Zrobiło się późno, kiedy goście postanowili iść spać. Elizabeth odprowadziła Bertine 

na  górę,  do  pokoju,  w  którym  mieli  zamieszkać.  Ole  pownosił  tam  wszystkie  kufry,  a  Lina 
powlekła łóżka bielizną z najdelikatniejszego lnu. 
 

Już miał wychodzić, gdy Bertine powiedziała: 

 

- Wiesz, mnie wprawdzie nic do tego, ale czy nie uważasz, że ta Helene to zachowuje 

się jakoś… dziwnie? 
 

Elizabeth odczuła ulgę. Więc nie tylko ona coś sobie wyobraża, inni też zauważają, że 

z Helene coś się dzieje. 
 

- Masz na myśli coś konkretnego? – spytała, głównie po to, by zyskać na czasie. 

 

Bertine machnęła rękami. 

 

- Nie, zresztą może się mylę, ale kiedy Simon z nią żartował, to jakby się przestraszyła 

albo  czuła  się  urażona.  A  ty  przecież  wiesz,  jaki  on  jest…  chociaż  może  nie  wszyscy  to 
rozumieją… 
 

Elizabeth w zamyśleniu kiwała głową. 

 

- Trudno mi cokolwiek powiedzieć, ale… a może by tak zaprosić tego jej ukochanego 

do nas na wieczór? Może przy nim czułaby się bardziej pewna siebie? 
 

Sama  nie  wiedziała,  jak  mogła  coś  takiego  zaproponować.  Ostatnim  człowiekiem, 

którego chciałaby spotkać, jest Pål Persa. No, ale słowo się rzekło. 
 

background image

 

77

Rozdział 15 
 
 

Następnego  ranka  Elizabeth  poszła  do  Helene  zapytać,  czy  nie  zaprosiłaby  swojego 

ukochanego  do  Dalsrud  na  dzisiejszy  wieczór.  Wyglądało  na  to,  że  przyjaciółkę  propozycja 
ucieszyła, bo natychmiast wybrała się do Påla,  a  ponieważ był to jej dzień wolny, została u 
niego przez wiele godzin. 
 

- I co powiedział? – spytała Elizabeth, kiedy Helene nareszcie wróciła. 

 

- Podziękował. Przyjdzie. Przesyła pozdrowienia. 

 

- Ale powiedziałaś, że to dzisiaj? 

 

-  Pewnie.  –  Helene  szła  na  strych.  –  Przepraszam  cię,  ale  trochę  mi  się  spieszy  – 

bąknęła, próbując wyminąć Elizabeth. 
 

Z izby docierał perlisty śmiech, po chwili ukazała się Bertine, a za nią Simon. 

 

- Aha, tu jesteś, moja piękna – żartował Simon i kłaniał się elegancko. 

 

Elizabeth śmiała się, machała ręką, jakby chciała go przepędzić. 

 

- Kristian o ciebie pytał. 

 

- Ach tak. A gdzie on jest? 

 

- W kantorze. 

 

Elizabeth  poczekała,  aż  Simon  zniknie  im  z  pola  widzenia,  potem  zwróciła  się  do 

Bertine. 
 

- Czy ty nigdy nie jesteś zazdrosna, że on się tak odnosi do innych  kobiet? 

 

-  Nie,  a  dlaczego  miałabym  być?  –  Bertine  roześmiała  się.  –  On  jest  po  prostu 

uprzejmy,  chętnie  mówi  komplementy  i  miłe  słowa.  Ale    kocha  mnie  i  wie,  że  słowo 
niewierność nie istnieje. Simon nie ma w sobie ani krzty zła. 
 

Elizabeth  patrzyła  w  ślad  za  kuzynką,  kiedy  ta  wchodziła  po  schodach  na  góre.  To 

prawda, Simon jest miły, widać to na pierwszy rzut oka. 
 

W  tym  momencie  ze  strychy  zbiegła  Helene.  Jakoś  dziwnie  błyszczały  jej  oczy. 

Chciała bez słowa przejść obok, ale Elizabeth ją zatrzymała. 
 

-  Moja  droga,  czy  dzieje  się  coś  złego?  –  spytała.  Przyglądając  się  przyjaciółce 

uważnie. 
 

Nagle  zdała  sobie  sprawę,  z  tego,  że  ostatnio  twarz  Helene  bardzo  zesztywniała. 

Dlaczego wcześniej nie zwróciła, na to uwagi? Ogarnęło ją przerażenie, kiedy zauważyła jak 
bardzo Helene jest zdenerwowana. Ręce jej się trzęsły, oczy miała rozbiegane. 
 

 - Nic się nie dzieje – odparła ostro i chciała przejść. 

 

 - Ale jesteś przygnębiona. Nie chcesz mi powiedzieć, o co chodzi? 

 

Helene zaczerpnęła powietrza, machnęła ręką. 

 

-  Chciałam  zdjąć  ze  strychu  upraną  halkę,  ale  okazuje  się,  że  wciąż  jest  mokra. 

Oczywiście nie ma się czym przejmować, ale… 
 

-  Mogę  ci  pożyczyć  jedną  z  moich,  zaraz  przyniosę.  Idź  do  siebie,  wyjmij  swoją 

ś

wiąteczną suknię, a ja zaraz przyjdę, 

 

- Dziękuję – burknęła Helene. 

 

Przecież  to  do  niej  niepodobne,  żeby  tak  gwałtownie  reagować  na  byle  drobiazg  jak 

to, że halka nie wyschła. Helene, zawsze taka spokojna… Nic nie było w stanie wyprowadzić 
jej  z  równowagi,  na  wszystko  znajdowała  radę,  a  teraz  wprost  trudno  ją  poznać!  Co  się 
właściwie z nią dzieje? 
 

Pospiesznie poszła do swojej sypialni, wyjęła z szafy pierwszą lepszą halkę. Była tak 

wzburzona, że zapomniała zapukać, zanim wbiegła do pokoiku Helene, przyjaciółka stała nad 
miednicą,  odwrócona  tyłem  do  drzwi  i  myła  się.  Elizabeth  jęknęła.  Miała  wrażenie,  że  czas 
się na chwilę zatrzymał. Zacisnęła mocno powieki w nadziei, że coś jej się przywidziało, ale 
tutaj trudno było się pomylić. 

background image

 

78

 

Ramiona,  barki  i  plecy  Helene  pokrywały  ciemne,  sinozielone  plamy  i  smugi. 

Elizabeth jęknęła na myśl, jak to musi boleć. 
 

Helene odwróciła się, złapała halkę i trzymała ją przed sobą. 

 

- Jak śmiesz wchodzić do mnie bez pukania? 

 

Elizabeth nie słyszała wymówki, podeszła bliżej, płacz dławił ją w gardle. 

 

- Kto co to zrobił, Helene? – spytała piskliwie. 

 

- Nikt. Przewróciłam się. W oborze się przewróciłam, upadłam na kamienna podłogę. 

– Podniosła ręce, by włożyć halkę przez głowę, jej twarz wykrzywił bolesny grymas. 
 

W duszy Elizabeth wściekłość walczyła z rozpaczą, 

 

- Ktoś cię pobił. Na ręce masz ślady palców. Czy to… Pål? 

 

-  Mwię,  że  się  przewróciłam  –  warknęła  Helene,  nadal  próbując  się  ubrać.  Twarz 

odwracała na bok.  
 

Elizabeth podeszła bliżej i głaskała ją delikatnie po plecach. 

 

- Kochana, mnie nie okłamiesz. Przecież ja cię znam. Jeśli to Pål tak cię urządził, to 

odpowie mi za to, przysięgam. Nikt nie będzie w ten sposób traktował moich bliskich. Ja… 
 

-  Co  ty?  Ty  nic  nie  zrobisz  –  prychnęła  Helene.  –  Pål  mnie  kocha  i…  i  każdy  ma 

prawo  być  zazdrosny,  a  czasami  nawet  zły,  ale  to  nic  nie  znaczy.  A  ja  się  przewróciłam, 
mówiłam ci już, poślizgnęłam się na  krowim placku, jak wstawałam po dojeniu. 
 

A  dopiero  co  mówiła,  że  to  było  w  przejściu,  pomyślała  Elizabeth.  Poza  tym  nie 

mogła  sobie  przypomnieć,  kiedy  to  Helene  była  ostatnio  w  oborze.  Jest  pokojówką  i  do 
dojenia chodzi tylko w razie jakichś komplikacji z innymi służącymi. 
 

- Dlaczego ty go bronisz? – spytała. – Nie możesz się godzić na mężczyznę, który cię 

bije, Helene. Jesteś taka dobra i ładna, zasługujesz na lepszy los. 
 

-  Ale  ja  chcę  Påla.  I  skończmy  z  tym.  Bądź  tak  dobra  i  zostaw  mnie  samą,  to  się 

nareszcie ubiorę.  
 

Elizabeth podała jej halkę i bez słowa wyszła – prosto na Bertine. 

 

- Zobaczyłaś ducha, Elizabeth? – zwołała Bertine ze śmiechem. – Bo tak wyglądasz. 

 

Czy  powinna  powiedzieć,  Bertine,  co  odkryła?  Chyba  jednak  nie,  to  by  była  zdrada 

wobec  przyjaciółki,  sama  muszę  sobie  z  tym  wszystkim  poradzić,  ale  jeden  Bóg  wie,  czy 
zdoła, to zrobić, nim będzie za późno, myślała. 
 

Głośno powiedziała: 

 

- Ach tak się tylko zagapiłam – uśmiechnęła się sztywno. – Muszę zobaczyć, jak tam 

sprawy w kuchni – dodała i poszła. 
 
 

Sama  nie  wiedziała,  jak  jej  się  udało  dotrwać  do  wieczora,  bo  myślami  wciąż  była 

przy  Helene.  Na  szczęście  goście  wiedzieli,  co  mają  robić,  oni  zajmowali  się  sobą, 
dziewczynki  przeważnie  bawiły  się  na  dworze  i  nikt  nie  zauważył,  że  gospodyni  jest 
nieobecna duchem. 
 

W  końcu  nadszedł  wieczór  i  wszyscy  –  goście  i  domownicy  –  zebrali  się  w  salonie. 

Elizabeth  nie  spuszczała  oczu  z  Helene.  Przyjaciółka  siedziała  na  brzeżku  krzesła,  jakby 
gotowa  w  każdej  chwili  zerwać  się  na  równe  nogi.  Nie  piła,  ledwo  moczyła  wargi  w 
kieliszku.  Pål  natomiast  sobie  nie  żałował,  chętnie  raczył  się  koniakiem.  Jeśli  ktoś  wznosił 
toast, on spełniał go najszybciej, po czym znowu sam sobie nalewał. 
 

Elizabeth  czuła  się  źle.  Niepokój  tkwił  w  piersi  niczym  zdrada,  myśl  o  Helene 

sprawiała, że zbierało jej się na płacz. Wokół toczyły się rozmowy,  ale nie była  w stanie w 
nich uczestniczyć. 
 

-  Muszę  wyjść  za  interesem  –  oznajmił  Pål  bez  skrępowania,  i  wstał.  Wzro  miał 

zamglony, ale na nogach trzymał się dość pewnie, 
 

Jak to możliwe, że ten człowiek zachowuje się tak swobodnie, pomyślała Elizabeth ze 

zgrozą.  

background image

 

79

 

-  Chyba  przyniosę  jeszcze  kawy  –  powiedziała  głównie  po  to,  by  mieć  pretekst  do 

wyjścia. 
 

Na korytarzu usłyszała, że ktoś puka do drzwi, otworzyła i do środka weszła zdyszana 

służąca Bergette. 
 

-  Dobry  wieczór  –  dygnęła  dziewczyna  grzecznie.  –  Mam  tylko  oddać  od  Bergette 

włóczkę,  którą  pani  gospodyni  obiecała  jej  ufarbować.  I  mam  przeprosić,  że  niepoiłam  tak 
późno i przeszkadzałam. 
 

- Dziękuję ci bardzo – uśmiechnęła się Elizabeth. I powiedz Bergette, że ją zapraszam. 

Niech się do nas wybierze. 
 

Dziewczyna kiwnęła głową i dygnęła. 

 

- Przekażę zaproszenie – szepnęła, dygnęła raz jeszcze i wyszła. 

 

Elizabeth  położyła  włóczkę  na  kuchennym  stole  i  podeszła  do  okna.  Kuchnia  stała 

pusta, służące zajęte były czymś na strychu. Na dworze zrobiło się już ciemno, ale widziała 
jeszcze młodziutką służącą, która biegła przez dziedziniec. Nagle spostrzegła też Påla. 
 

Wyszedł z wygódki, zatrzymał się i rozmawiał z dziewczyną. Elizabeth mrużyła oczy, 

ż

eby widzieć lepiej. Mężczyzna wskazywał na szopę, śmiał się i próbował złapać dziewczynę 

za rękę. 
 

Co on robi? – zastanawiała się Elizabeth i patrzyła, jak oboje znikają w szopie. 

 

Przeniknął  ją  lodowaty  dreszcz,  wyleciała  z  domu  na  dziedziniec,  dopadła  do  szopy, 

zaczęła  szarpać  drzwi  i  otworzyła  je  w  odpowiedniej  chwili,  by  zobaczyć,  że  Pål  zdziera  z 
dziewczyny ubranie. 
 

- Puść mnie – szlochała biedaczka, próbując mu się wyrwać. 

 

- Przecież wiem, że masz ochotę tak samo jak ja, ty napalona suko! – syczał i starał się 

ją pocałować w usta. 
 

Elizabeth  poczerwieniało  w  oczach.  Z  dzikim  wrzaskiem  złapała  Påla  za  włosy  i 

zaczęła odciągać. Pchnęła go potem z taką siłą, że się potknął i uderzył głową o ścianę. Zaklął 
szpetnie. 
 

Służąca stała, jakby z ziemię wrosła, roztrzęsiona i blada. W końcu się ocknęła i bez 

słowa uciekła. Elizabeth pobiegła za nią, chwyciła za ramię. 
 

- Z tobą wszystko dobrze? – spytała. 

 

- Tak. – Ledwo było ją słychać. 

 

- W porządku. To uciekaj do domu. Tym razem nic się, na szczęście, nie stało. 

Dziewczyna puściła się biegiem i zniknęła jej z oczu. 
 

Elizabeth poczuła, że aż się trzęsie ze złości i ruszyła z powrotem do szopy. Pål na pół 

siedział, na pół leżał i rozcierał sobie obolałą głowę. 
 

- Ty przeklęta babo! – wrzeszczał. – Miałaś zamiar wyrwać mi wszystkie włosy? 

 

-  To  by  cię  się  należało.  Możesz  mi  powiedzieć,  co  to  było?  Ta,  którą  chciałeś 

zgwałcić to jeszcze dziecko! 
 

- Dziecko! – prychnął, wstając. – Była taka napalona, że… 

 

- Milcz! – krzyknęła Elizabeth i zaciskała pięści ze złości. – To dziecko nie jest starsze 

od mojej siostry i Bóg mi świadkiem, że byłoby z tobą źle, gdybyś zrobił to, co zamierzałeś. – 
Dyszała ciężko, próbując odzyskać nad sobą kontrolę. 
 

- Głupie gadanie! –  burknął i chciał wyjść. 

 

Elizabeth szarpnęła go z powrotem. Zrobiła to tak gwałtownie, że Pål zatoczył się w 

tył i znowu uderzył o ścianę. Nogi się jednak pod nim chwiały po tym koniaku, który wypił. 
 

- Nie wejdziesz już do mojego domu – oznajmiła Elizabeth stanowczo, patrząc mu z 

uporem w oczy. 
 

- Bo ty mi zabronisz, co? – odchylił w tył głowę i śmiał się ordynarnie. 

 

-  A  tak,  zabronię.  Ja  wiem,  że  pobiłeś  Helene  tak,  że  cała  jest  sina  i  wiem,  co  ty  jej 

wbijasz  do  głowy.  Tak  ją  przekabaciłeś,  że  sama  już  nie  wie,  kim  jest.  Słyszałam  też,  jak 

background image

 

80

umarła twoja pierwsza żona, a teraz na własne oczy widziałam, że dobierałeś się do dziecka. 
Taki drań jak ty nigdy więcej mojego progu nie przekroczy. Czy to dla ciebie jasne? 
 

Pål patrzył na nią spod oka. A potem splunął jej pod nogi, o mało nie trafił w buty. 

 

- Jeśli to wszystko prawda, to powinnaś się mnie bać. 

 

Elizabeth kręciła głową i przyglądała mu się szyderczo. 

 

-  W  moich  oczach  to  ty  jesteś  niczym  wiesz.  Taki  malutki,  że  mogłabym  cię 

zmiażdżyć między paznokciami. Wynoś się stąd i nigdy więcej się nie pokazuj! Zrozumiano? 
 

Mężczyzna włożył ręce w kieszenie spodni. 

 

- To Helene decyduje, czy będziemy się dalej spotykać, nie ty. 

 

- I tu się mylisz. Zaraz, dzisiaj, wyniesiesz się stąd. Nie tylko z Dalsrud, ale od Ottara 

z  Vika  też.  A  jeżeli  nie,  to  ja  się  postaram,  żeby  wszystko,  co  zrobiłeś,  i  jeszcze  więcej, 
dotarło  do  uszu  lensmana.  –  Postąpiła  parę  kroków  w  jego  stronę.  –Postaram  się,  by  miał 
przeciwko  tobie  tyle  dowodów,  że  jeśli  nie  trafisz  na  szafot,  to  na  przymusowe  roboty  na 
pewno. I to do końca życia. 
 

Zauważyła,  że  jabłko  Adama  porusza  się  gwałtownie,  kiedy  Pål  przełyka  ślinę. 

Widocznie nie jest już taki pewne swego. 
 

- Nikt ci i tak nie uwierzy – syknął piskliwie. 

 

- Tak ci się tylko wydaje, pamiętaj, że ja mam za sobą Kristiana, a to nie jest byle kto. 

W każdym razie nie taki pospolity parobek, jak ty. – Elizabeth sama się sobie dziwiła, skąd 
bierze  te  wszystkie  bezlitosne  słowa,  ale  odnosiły  skutek,  trudno  było  tego  nie  zauważyć. 
Krew  odpłynęła  Pålowi  z  twarzy.  –  Masz  noc  na  to,  żeby  się  wynieść  z  naszej  okolicy  – 
mówiła dalej. – Jeżeli tego nie zrobisz do jutra tana, to wiesz, co się stanie. Odsunęła się na 
bok tak, by mógł przejść obok. 
 

Zaklął paskudnie i znikną w drzwiach szopy. 

 

Elizabeth  stała  i  patrzyła  w  ślad  za  nim,  a  serce  biło  jej  piersi  jak  szalone.  Aż  jej  to 

sprawiało  ból,  trzęsła  się  cała.  Wciąż  nie  pojmowała,  co  sprawiło,  że  zachowała  się  tak 
desperacko. Myśl o tym, co mogło spotkać nieszczęsną dziewczynę, przyprawiła ją o skurcz 
ż

ołądka. Robiło jej się gorąco ze strachu. Ten człowiek był zdolny do wszystkiego. Gdyby się 

na nią rzucił, byłaby bez szans. Sama widziała, jak wyglądają plecy Helene. 
 

Drżącymi rękami otarła twarz i szybko poszła ku domowi. Długo jej nie było, wszyscy 

się pewnie zastanawiają, gdzie się podziała. 
 

Ale  weszła  do  salonu,  nie  mając  gotowego  wyjaśnienia  swojej  nieobecności.  I 

odniosła wrażenie, że nikt tej nieobecności nie zauważył, bo śmiech wybuchł raz po raz i co 
chwila wznoszono kieliszki w górę, by spełnić kolejny toast, 
 

- O, jesteś nareszcie – powiedział Kristian i poklepał miejsce obok siebie na kanapie, 

zapraszając żonę, by usiadła. 
 

Siedziała  sztywna,  spoglądała  ukradkiem  na  zebranych.  Helene  słuchała  czegoś,  co 

mówiła  Bertine.  Z  pewnością  czegoś  zabawnego,  bo  kiwała  głową  i  uśmiechała  się.  Nagle 
jednak skierowała wzrok na Elizabeth. 
 

- Nie widziałaś Påla? Wyszedł już dawno temu i nie wrócił. 

 

Elizabeth  poczuła  lodowaty  chłód,  ale  chociaż  wszystko  się  w  niej  burzyło,  głos 

zabrzmiał spokojnie, gdy powiedziała: 
 

- Widziała, Prosił, żeby wszystkich pożegnać i poszedł do domu. 

 

Helene przyglądała jej się natarczywie. 

 

- Jak to poszedł do domu? Nawet nie podziękował? 

 

- Nic się nie stało. Mnie dziękował. 

 

Bertine  ponownie  skupiła  na  sobie  uwagę  Helene  i  Elizabeth  próbowała  słuchać,  co 

kuzynka  mówi.  Ale  wciąż  widziała  przed  sobą  tylko  przerażone  oczy  tamtej  młodej 
dziewczyny. 
 

background image

 

81

 

Kiedy parę godzin później towarzystwo zaczynało się zbierać do snu, Elizabeth czuła, 

ż

e  dopada  ją  pulsujący  ból  głowy.  Było  jej  niedobrze,  miała  mdłości.  Szybko  powiedziała 

wszystkim dobranoc i pobiegła na strych, do sypialni. 
 

- Naprawdę jesteś taka zmęczona? – dopytywał się Kristian. Zionął na nią koniakiem, 

kiedy chciał objąć ją w pasie. 
 

- Tak, jestem zmęczona i źle się czuję – burknęła odpychająco, usuwają się na bok. 

 

- To ja cię zaraz wyleczę – obiecywał, próbując ją pocałować. 

 

-  Nie  proszę  cię,  Kristian,  nie  dzisiaj.  Naprawdę  źle  się  czuję  i  jestem  potwornie 

zmęczona. 
 

- No dobrze, już dobrze – burczał z urazą w głosie. Odsuwając się na skraj łóżka. 

 

Elizabeth przymknęła oczy. Rzadko się zdarza, żeby mu odmawiała, ale akurat dzisiaj 

nie  zniosłaby  niczyjej  bliskości,  nawet  Kristiana.  Chciała  po  prostu  zapaść  w  sen,  na  parę 
marnych godzin uciec od wszelkich myśli. 
 

Nim zasnęła, poczuła jeszcze rękę Krystiana na swoich włosach. Więc jednak długi się 

na nią złościł. 
 

Następnego ranka śniadanie w jadalni podawała Lina. 

 

- Gdzie Helene? – spytała Elizabeth. 

 

-  Ona  ma  jakieś  zaoszczędzone  wolne  dni  i  mówiła,  ze  jeden  chce  sobie  odebrać 

dzisiaj. Nie pamiętasz? 
 

-  I  na  co  miała  zamiar  go  przeznaczyć?  –  Elizabeth  starała  się,  by  jej  głos  brzmiał 

swobodnie. 
 

- Z tego co wiem, to o bladym świcie poleciała do Påla. 

 

Elizabeth  przestała  oddychać.  Nie  przypuszczała,  że  Helene  wyjdzie  z  domu  tak 

wcześnie. Co zrobi, jak się dowie, że Påla nie ma? Albo może on został w domu i powie jej o 
wczorajszej awanturze z Elizabeth? Mógł też zostawić list z wyjaśnieniami… 
 

Złe myśli nękały ją do końca posiłku. W końcu wymówiła się bólem głowy i poszła do 

izdebki  tkackiej,  stąd  miała  widok  na  dziedziniec,  gdyby  Helene  wracała,  to  natychmiast  ją 
zobaczy. 
 

Siedziała  przy  krosnach  jak  na  szpilkach.  Zegar  w  salonie  uderzył  raz,  potem  dwa 

razy.  I  w  końcu  pojawiła  się  Helene.  Szła  szybko,  raz  po  raz  nawet  podbiegała,  i  kurczowo 
przytrzymywała skrzyżowaną na piersi ciepłą chustkę. Elizabeth postanowiła czekać na nią na 
ganku. 
 

- Czy stało się coś złego? – spytała. 

 

Helene patrzyła na nią szeroko otwartymi oczyma. 

 

- Pål zniknął – odparła zdyszana. 

 

- Co ty mówisz? – Elizabeth udawała zaskoczoną. 

 

- Ludzie go szukali od wczesnego ranka, ale nie znaleźli nawet śladów. Helene weszła 

do  domu,  opadła  na  krzesło,  jakby  powietrze  z  niej  uszło.  Elizabeth  rozbolało  serce  ze 
współczucia i miała wielką ochotę wyznać wszystko, ale w głębi duszy dobrze wiedziała, że 
Helene ani nie zrozumie, ani nie wybaczy jej tego, co zaszło. 
 

- Boję się, że on sobie coś zrobił – wyszeptała Helene na pół z płaczem. 

 

- Co miałby sobie zrobić? – spytała Elizabeth, głaszcząc ją po włosach. 

 

- Odebrać sobie życie. On wiele razy mówił, że jak od niego odejdę, to już nie będzie 

miał po co żyć. 
 

- Ale ty przecież nie odeszłaś – zdziwiła się Elizabeth. 

 

- Nie, ale może myślała, że mi na nim nie zależy. 

 

-  Głupstwa!  Zobaczysz,  że  Pål  się  niedługo  zjawi,  a  wyjaśnienie  okaże  się  prostsze, 

niż myślisz. 
 

Elizabeth  nie  pojmowała,  jak  może  tak  kłamać  przyjaciółce  w  żywe  oczy, 

zaczerwieniła  się  ze  wstydu.  Ale  przecież  czasem  Helene  może  sobie  znaleźć  nowego 

background image

 

82

narzeczonego, a wtedy wspomnienie Påla zblednie. Może nawet zrozumie, jaki on naprawdę 
był. 
 

Wszyscy pozostali, każde na swój sposób, próbowali dodawać Helene otuchy, ale ona 

jakby  straciła  wszelką  nadzieję  i  zrezygnowała.  Spokojna  i  milcząca  wykonywała  swoje 
obowiązki,  ale  prawie  nic  nie  mówiła  i  nigdy  się  nie  uśmiechała.  Elizabeth  widywała  ją 
czasami, jaki stoi na dziedzińcu i patrzy na drogę, jakby oczekiwała, ze  pojawi się tam Pål. 
Serce  jej  się  krwawiło,  kiedy  widziała  jak  ta,  do  niedawna  pełna  życia,  wesoła  dziewczyna, 
snuje się po dworze niczym cień. Nic jednak zrobić nie mogła. 
 

Wszystkie  wolne  dni  Helene  przeznaczała  na  poszukiwania.  Godzinami  chodziła 

wzdłuż morskiego brzegu, to znowu u podnóża gór, za każdym razem jednak kiedy wracała 
do domu niczego nie znalazłszy, stała się coraz bledsza o coraz bardziej milcząca, a sine kręgi 
pod oczyma wciąż się powiększały. 
 

W końcu imienia Påla nie wymieniano już w Dalsrud, nie robiła tego Helene ani nikt 

inny. 
 

Nadszedł  czas  pożegnań,  Bertine  i  Simon  zbierali  się  do  powrotu.  Elizabeth  ze 

smutkiem  o  tym  myślała,  bo  cała  ich  czwórka  w  ciągu  tych  dwóch  tygodni  bardzo  się  do 
siebie zbliżyła. Poza tym pełne życzliwości usposobienie Bertine i nieustający żarty Simona 
pomagały  przełamać  ponury  nastrój,  jaki  zapanował  po  zniknięciu  Påla.  Obiecywali  sobie 
nawzajem  pisać  często  i  jak  najszybciej  znowu  się  spotkać.  Ostatecznie  Kristian  i  Ole 
odwieźli gości łodzią do czekającego na kotwicy żaglowca. 

 

 

Po wyjeździe gości w domu zaległa wielka  cisza, dla Elizabeth trudna do zniesienia. 

Tęskniła za przyjaciółmi, miała nadzieję, że wkrótce spotkają się znowu. 
 
 

Pewnego mroźnego dnia w październiku Elizabeth stała w salonie i zastanawiała się, 

czy nie wywietrzyć ciężkich pluszowych zasłon. Kiedy drzwi nieoczekiwanie się otworzyły, 
spojrzała pospiesznie przez ramię. Do pokoju cicho weszła Helene. 
 

-  To  ty,  Helene?  To  bardzo  dobrze,  bo  widzisz,  chyba  powinno  się…  -  umilkła.  W 

wyrazie  twarzy  przyjaciółki  było  coś,  co  sprawiło,  że  lodowaty  dreszcz  przeszedł  jej  po 
plecach. 
 

- Czy coś się stało? – spytała, z trudem przełykając ślinę. 

 

- Tak. Chciałam cię poinformować, że mam zamiar wyjść za mąż. 

 

- Wyjść za mąż? – Elizabeth musiała się przytrzymać oparcia krzesła, żeby nie upaść. 

– Za kogo? To znaczy, chodzi mi… za kogo masz zamiar wyjść za mąż? 
 

- Za Påla. 

 

- Ale przecież jego nie ma! 0 sama słyszała, jak obco i dziwnie brzmi jej głos, jakby 

należał do kogoś innego. 
 

- Pål wrócił – odparła Helene bezbarwnie.