background image

Jodi Dawson 

 

Nagroda dla dwojga 

Gorący Romans Duo 878 

background image

ROZDZIAŁ PIERWSZY 

 

– Uwaga! Uwaga! Ogłaszamy spódnicowy alarm. Panie proszone są o przytrzymywanie 

spódnic, bo prędkość wiatru dojdzie do stu kilometrów na godzinę.   

Dixie Osborne skrzywiła się z niesmakiem. Rozumiała, że spiker sili się na dowcip, chce 

rozbawić słuchaczy, ale nie była w nastroju do śmiechu. Stała u wylotu bocznej drogi, przez 
pękniętą  szybę  patrzyła  na  nieprzerwany  sznur  samochodów  i  zastanawiała  się,  dlaczego 
akurat teraz chce dotrzeć do centrum miasta.   

Głos z radioodbiornika podsunął odpowiedź.   
– Pozostało zaledwie dwadzieścia minut. Niebawem los uśmiechnie się do osoby, która 

wygra  nasz  konkurs  „Jedna  szansa  na  tysiąc”.  Drodzy  słuchacze,  przypominam,  że 
warunkiem otrzymania nagrody jest obecność na miejscu losowania.   

Przesadnie  radosny  głos  był  wręcz  irytujący,  więc  Dixie  zmieniła  program.  Z  jedynego 

głośnika, który jeszcze jako tako działał, dobiegła niewyraźna muzyka.   

Dixie  co  pewien  czas  niespokojnie  zerkała  na  termometr,  ponieważ  wiedziała,  że  nie 

dojedzie  na  czas,  jeśli  wskazówka  podskoczy  wyżej.  Złym  okiem  patrzyła  na  mikrobus  z 
przodu  oraz  na  stojący  obok  nowy  samochód  sportowy,  przy  którym  jej  odrapane  auto 
prezentowało  się  mizernie.  Zirytowała  się.  Dlaczego  tylu  kierowców  jedzie  na  skróty? 
Widocznie dużo mieszkańców Denver wie o takiej możliwości.   

Nerwowo postukała obgryzionymi paznokciami w kierownicę. Czas nieubłaganie uciekał. 

Czy  warto  czekać,  aż  przepłynie  strumień  samochodów?  Jaka  jest  kara  za  pozostawienie 
wozu na poboczu? Czy pieszo udałoby się prędzej dojść na miejsce? 

Odszukała stację z przesłodzonym głosem.   
–  Mówi  Brick  Dingle,  sprawozdawca  konkursu  „Jedna  szansa  na  tysiąc”.  Przy  Ulicy 

Szesnastej już jest tłok. Przed „Miners Lady Grill” zebrał się spory tłum ludzi niecierpliwie 
oczekujących wyniku losowania.   

– Brick Dingle! – prychnęła Dixie pogardliwie. – Też imię i nazwisko! 
Wreszcie jeden kierowca ulitował  się nad nią i  przepuścił  ją.  Pomachała mu  ręką,  czym 

prędzej wśliznęła się na wolne miejsce i pognała przed siebie.   

–  Jeszcze  tylko  dziesięć  minut  –  ostrzegł  Brick  Dingle.  –  Już  niebawem 

słuchacz-szczęściarz otrzyma niezwykłą nagrodę. Zgłosiło się dwieście osób, z których jedna 
uzyska prawo do domku Crazy Creek Lodge, w pięknej okolicy u podnóża Gór Skalistych...   

Resztę słów zagłuszyły oklaski i gwizdy.   
– Nie zdążę – szepnęła Dixie. – Nie warto się pchać.   
Mimo  to  jechała dalej  i  po chwili skręciła w jednokierunkową ulicę dwie przecznice od 

miejsca,  do  którego  dążyła.  Przed  jednym  wieżowcem  dostrzegła  wolny  skrawek 

zarezerwowany  dla  samochodów  dostawczych.  Nie  zastanawiając  się  nad  konsekwencjami 

parkowania  w  niedozwolonym  miejscu,  ostrożnie  wsunęła  się  na  wąski  pas  między  dużymi 

samochodami.   

Wychodząc przez okno, solennie sobie obiecała, że wkrótce naprawi drzwi.   

background image

Czas  naglił,  więc  musiała  natychmiast  przejść  na  drugą  stronę.  Wbiegła  na  jezdnię,  nie 

zważając  na  trąbienie  klaksonów.  Myślała  jedynie  o  tym,  że  ma  zaledwie  cztery  minuty. 
Pędem wymijała pieszych, którzy gniewnie ją potrącali, ale nawet ich nie przepraszała.   

Uczestnicy  konkursu  czekali  tam,  gdzie  i  ona  powinna  się  znajdować,  lecz  to  nie 

oznaczało,  że  zaraz  tam  będzie.  Zostało  jeszcze  kilkanaście  metrów.  Ignorując  krytyczne 
spojrzenia i sójki w bok, dotarła na miejsce.   

–  Mała,  ciebie  też  interesuje  wynik?  –  zapytał  chudy  wyrostek  z  kolorową  czupryną 

punka.   

– Tak.   
Spojrzała na niego wystraszona; bała się, że ją uderzy.   

Zbliżała  się  do  trzydziestki,  ale  wyglądała  o  dziesięć  lat  młodziej.  Matka  często 

powtarzała,  że  to  jej  wina  i  kiedyś  tego  pożałuje,  lecz  Dixie  miała  nadzieję,  że  ponura 
przepowiednia się nie spełni. Nie uznawała makijażu, włosy zaplatała w warkocz.   

Wygląd nie jest najważniejszy.   

Wzdrygnęła  się,  gdy  powiał  chłodny  wiatr.  Według  kalendarza  zima  już  się  skończyła, 

lecz  w  Kolorado  wiosna  bywa  kapryśna,  często  się  spóźnia.  Dixie  zapięła  bluzę  i  wsunęła 
ręce  do  kieszeni.  Nie  znalazła  rękawiczek.  Gdzie  się  podziały?  Prawdopodobnie  leżą  na 
tylnym siedzeniu razem ze wszystkim, co ostatnio gdzieś się zawieruszyło.   

–  Uwaga!  Uwaga!  Nadchodzi  oczekiwana  chwila.  Za  moment  rozstrzygnie  się  konkurs 

radia KOSĘ. Ciekawe, komu przypadnie „Jedna szansa na tysiąc”.   

Dixie stanęła na palcach, aby dojrzeć człowieka, który tylu ludziom robi nadzieję.   
– Podnieść cię? 
Zerknęła na pytającego przekonana, że źle go zrozumiała.   
– Słucham? 
Wyrostek odsunął się i wyciągnął ręce.   
– Proponuję pomoc. Żebyś lepiej widziała.   
Dixie zarumieniła się ze wstydu, że źle go oceniła. Przecząco pokręciła głową.   
–  Dziękuję  za  dobre  chęci,  ale  wszystko  widzę.  Odwróciła  się,  zgrabnie  prześliznęła 

między dwoma grubasami i stanęła w pierwszym rzędzie.   

Dopiero  teraz  ujrzała  spikera  radia  KOSĘ  i  niemal  wybuchła  śmiechem.  Człowiek  o 

aksamitnym głosie był o dziesięć centymetrów niższy od niej i co najmniej o trzydzieści lat 
starszy.  Zupełnie inaczej wyobrażała sobie właściciela głosu, który na falach eteru chwilami 
brzmiał uwodzicielsko.   

No,  cóż!  Prysło  kolejne  złudzenie.  Złudzenia  i  proza  życia  to  dwie  diametralnie  różne 

rzeczy.   

–  Przedstawiam  pana  Grangera  –  zawołał  Brick  Dingle.  –  Jako  przedstawiciel  firmy 

Granger, Flitch i Becker wyciągnie zwycięski los.   

Gwar ucichł, jak gdyby tłum zastygł w oczekiwaniu i nawet wstrzymał oddech.   

Podniecona  Dixie  czuła,  że  serce  coraz  mocniej  jej  bije.  Zacisnęła  kciuki,  chociaż 

wiedziała,  że  ma  znikome  szanse.  Lecz  nagroda  była  jej  potrzebna,  a  jeszcze  bardziej 
młodzieży z ośrodka, w którym pracowała. To powinno przeważyć szalę na jej korzyść.   

background image

Pan  Granger  rozciągnął  usta  w  zdawkowym  uśmiechu  i  wsunął  rękę  do  bębna  z 

metalowej siatki.   

Dixie obserwowała go z napięciem, jakby chciała skierować jego palce do karteczki z jej 

nazwiskiem. Oddychała ze świstem, mocno zacisnęła lodowate palce.   

Pan Granger wyciągnął biały pasek papieru, a tłum zafalował, posunął się o pół kroku do 

przodu.   

–  Oto  chwila,  na  którą  państwo  czekają.  –  Brick  Dingle  wziął  białą  karteczkę.  –  Czy 

wszyscy są gotowi, żeby... ? 

Rozległy się krzyki i wiwaty, więc wrzawa na moment zagłuszyła jego głos.   
–  Ogłaszam  zwycięzcę  konkursu.  Odtąd  Crazy  Creek  Lodge  będzie  własnością... 

Chwileczkę...   

Opuścił mikrofon i zwrócił się do pana Grangera oraz stojących obok niego mężczyzn.   

Zapadła  pełna  wyczekiwania  cisza.  Co  się  stało?  O  co  chodzi?  Czy  losowanie  jest 

nieważne? Pytanie zadawali sobie wszyscy obecni.   

Nastąpiła krótka narada.   
– Panie i panowie... – Brick Dingle zawiesił głos. – Sytuacja jest nietypowa, ale bardzo 

ciekawa.   

Przez tłum przebiegł pomruk zniecierpliwienia.   
– Wygląda na to, że ktoś bardzo lubi słodycze. Resztka czekolady skleiła dwie kartki...   
Niemożliwe! 

Ducie nie mogła żyć bez słodyczy,  ale to  chyba były  cudze resztki.  Pamiętała, że przed 

wrzuceniem swojej kartki starannie oblizała palce.   

–  Ogłosimy  nazwiska  i  prosimy  finalistów,  aby  podeszli  tutaj  z  jakimś  dowodem 

tożsamości. Całkiem możliwe, że sprawa przybierze ciekawy obrót. – Brick Dingle zamilkł i 
ostrożnie rozdzielił kartki. – Już podaję pierwsze nazwisko. .. Czy wszyscy uważnie słuchają? 

Dixie w duchu prosiła go, by nie przedłużał tortur. Czekanie jest najgorsze. Lepiej poznać 

wynik i przestać mieć złudzenia, przestać czekać na cud.   

– Dixie Osborn! – zawołał Brick Dingle. – Prosimy panią do nas.   
Stała  jak  sparaliżowana  i  wpatrywała  się  w  kartkę,  poza  którą  nic  nie  widziała.  Była 

przekonana, że uległa złudzeniu. Widocznie tak bardzo pragnęła usłyszeć swoje nazwisko, że 
wyobraźnia spłatała jej figla.   

–  Powtarzam  nazwisko  i  imię:  Dixie  Osborn.  I  uprzedzam,  ma  pani  dwie  minuty.  Po 

upływie  tego  czasu  nazwisko  zostanie  wycofane.  Teraz  sprawdzę,  kto  jest  przyklejony  do 
pani.   

Dixie  zmusiła  się,  by  zrobić  jeden  krok,  dwa.  Gdy  wyminęła  najbliższe  osoby  i  stanęła 

przed tłumem, rozległy się wiwaty. Zarumieniła się zażenowana tym, że wpatrują się w nią 
setki oczu.   

– Drugim finalistą jest...   
Z powodu wrzawy nie dosłyszała nazwiska, lecz to było nieważne. Podeszła do stolika i 

niepewnie chrząknęła.   

– Jestem... Dixie Osborn.   

background image

–  Proszę  o  ciszę,  bo  nie  słyszę  tej  pani,  chociaż  stoi  tuż  przy  mnie.  –  Spiker  przesunął 

mikrofon. – Proszę powtórzyć, co pani powiedziała.   

Krępowało ją, że znalazła się w centrum uwagi, ale opanowała zażenowanie.   
– Jestem Dixie Osborn – powiedziała głośno i wyraźnie.   
– Gratuluję. O, a tam widzę drugiego finalistę.   
Dixie  odwróciła  się  i  zobaczyła,  że  ludzie  robią  przejście.  Gdy  jej  oczom  ukazał  się 

rywal, zdusiła jęk. Była mocno spięta, a na widok potężnie zbudowanego mężczyzny speszyła 
się jeszcze bardziej.   

Idący  pewnym  krokiem  olbrzym  był  coraz  bliżej.  Kruczoczarne  włosy  okalały  twarz 

jakby wykutą ze skał widocznych na horyzoncie.   

Nieznajomy  pokazał  prawo  jazdy,  przesunął  się  i  popatrzył  na  Dixie  świdrującym 

wzrokiem.   

– A więc to pani lubi czekoladę? 
W  milczeniu  skinęła  głową.  Nie  była  w  stanie  sklecić  najprostszego  zdania,  jedynie 

powtarzała sobie, że ten człowiek też ma prawo do nagrody.   

–  Pan  Jack  Powers,  prawda?  –  zapytał  Brick  Dingle.  Olbrzym  odwrócił  się  i  podał  mu 

rękę.   

– Tak. Co teraz będzie? 
–  Skoro  nagroda  jest  jedna,  a  kartki  dwie,  trzeba  znaleźć  sprawiedliwe  rozwiązanie  – 

powiedziała Dixie.   

Skrzywiła  się,  bo  nie  poznała  własnego  głosu;  był  cichy,  niepewny,  a  powinna  mówić 

głośno, zdecydowanie.   

–  Dżentelmen  zawsze  ustępuje  damie.  –  Rywal  nieznacznie  się  uśmiechnął.  –  Ale 

szanowna pani chyba rozumie, że żadne z nas jeszcze nic nie wygrało.   

Dixie zirytowała się. Kim jest ten człowiek? Co sobie wyobraża? Czy liczy na to, że bez 

sprzeciwu pozwoli mu odejść z nagrodą, zniweczyć przyszłość ośrodka? 

– Hola, szanowny panie...   
– Spokojnie, spokojnie. – Spiker patrzył to na jedno, to na drugie. – Wprawdzie nie brano 

pod uwagę komplikacji tego typu, ale przezornie przygotowaliśmy się na różne niespodzianki.   

Dixie  odwróciła  się  od  olbrzyma  stojącego  stanowczo  za  blisko  i  spojrzała  na  pana 

Grangera.   

Brick Dingle zwrócił się do niego: 
–  Szczęśliwi  zwycięzcy  z  niecierpliwością  czekają  na  otwarcie  koperty.  Proszę 

powiedzieć, co ona zawiera.   

Dixie  wcale  nie  czuła  się  szczęśliwa.  Nie  rozumiała,  dlaczego  jest  tak  blisko 

upragnionego celu, a tak daleko od spełnienia marzenia. Zerknęła w bok, aby przekonać się, 
jaką  minę  ma  drugi  kandydat  do  nagrody.  Przez  moment  zafascynowana  wpatrywała  się  w 
potężne bary i szeroką pierś, ale opamiętała się i odwróciła wzrok. Powtarzała sobie, że teraz 
musi się skupić i bardzo uważać.   

Pan Granger otworzył kopertę i wyciągnął niewielką kartkę, którą powoli rozłożył.   
– Postępowanie, gdy wygrają dwie osoby. Ustalamy, że finaliści zamieszkają w domu i 

background image

spędzą tam cztery dni oraz trzy noce. Jeżeli ostatniego dnia obie osoby będą obecne w Crazy 
Creek Lodge, sprawę własności rozstrzygnie moneta.   

W  tłumie  rozległy  się  krzyki  i  śmiechy.  Dixie  nie  była  zachwycona  perspektywą 

spędzenia  kilku  dni  z  człowiekiem,  który  najwyraźniej  uważał  się za  władcę  całego  świata. 
Wynik  okazał  się  niekorzystny,  lecz  nie  zamierzała  zrezygnować.  Zerknęła  spod  rzęs  i 
dostrzegła, że drugi „szczęśliwy finalista” mocno się zasępił.   

Natomiast spiker wybuchnął śmiechem.   
– Bardzo ciekawy obrót sprawy. Co nasi zwycięzcy mają do powiedzenia? 
Dixie czuła zamęt w głowie i bała się, że nieprędko uporządkuje myśli. Mimo to zaczęła 

układać  listę  rzeczy  do  załatwienia.  Trzeba  wziąć  urlop  z  pracy,  podrzucić  komuś  psa, 
załatwić  sto  innych  drobiazgów.  Lecz  w  danej  chwili  wszystkie  przeszkody  były  do 
pokonania. Spojrzała rywalowi w oczy i wyciągnęła rękę.   

–  Przyjmuję  rozwiązanie  i  życzę  panu  powodzenia.  Jack  Powers  poprawił 

przeciwsłoneczne  okulary  i  ujął  wyciągniętą  dłoń.  Mocny  uścisk  męskiej  ręki  ogrzał 
zziębnięte kobiece palce.   

– Ja też życzę pani powodzenia.   
Okulary zasłaniały oczy, ale nie upór widoczny na wąskich, zaciśniętych wargach.   

Dixie wiedziała, że musi wygrać, ponieważ podopieczni bardzo na nią liczą.   

Rozległy się wiwaty.   
–  Prosimy  słuchaczy  radia  KOSĘ,  żeby  pilnie  nas  słuchali.  Będziemy  na  bieżąco 

informować  o  rozwoju  wypadków  –  obiecał  Brick  Dingle.  –  Jestem  pewien,  że  dalszy  ciąg 
okaże się bardzo interesujący.   

Dixie  błysnęła  zębami  w  szerokim  uśmiechu.  Nieistotne,  jaki  będzie  dalszy  ciąg.  Ona 

musi zdobyć Crazy Creek Lodge za wszelką cenę.   

Jack zastanawiał  się,  co  powiedzieć ciotce,  która od lat marzyła o chacie w górach.  Nie 

był zachwycony, gdy oświadczyła, że zgłosiła jego nazwisko do radiowego konkursu, a teraz 
trochę  gryzło  go  sumienie,  że  został  finalistą.  Czy  to  w  porządku,  że  on  jest  podstawiony, 
występuje zamiast ciotki? 

W porządku, bo chodzi o spełnienie jej marzeń.   

Skrzyżował  ręce  na  piersi  i  przybrał  groźną  minę,  co  jednak  nie  przyniosło 

spodziewanego efektu.  Zamiast wystraszyć się i  cofnąć,  filigranowa finalistka wyżej uniosła 
głowę i popatrzyła na niego niemal równie groźnie.   

Chyba  nie  zdawała  sobie  sprawy,  że  wyprężona  postawa  uwypukla  pełne  piersi.  Jack 

pomyślał, że perspektywa trzech nocy ze śliczną dziewczyną nie jest zła.   

Nieprawda!  Akurat  teraz  nie  chciał  mieć  do  czynienia  z  żadną  kobietą.  Zdobycie  chaty 

dla ciotki było zbyt ważne, by pozwalać sobie na frywolne myśli i marzenia.   

Ponownie  zerknął  na  rywalkę.  Zastanawiał  się,  czy  zechce  wykorzystać  swój  wdzięk  i 

urodę,  aby  nakłonić  go  do  zrzeczenia  się  nagrody.  Niech  nie  próbuje,  bo  nic  nie  wskóra. 
Ciotka ma do niego bezgraniczne zaufanie, więc nie może sprawić jej zawodu. Musi skupić 
się na tym, by myśleć wyłącznie o ciotce i dla niej wygrać konkurs. Tylko to się liczy.   

Przysiągł sobie, że oprze się wszelkiej pokusie, będzie się pilnował. Mimo to wiedział, że 

background image

czeka go ciężka próba. Trzeba będzie unikać tej pięknej kobiety.   

Dixie odwróciła się.   
–  Czy  dobrze  zrozumiałam,  że  jedynym  warunkiem  jest  przebywanie  w  chacie  przez 

cztery dni? 

Jack mimowolnie spojrzał na opięte spodniami pośladki i nogi. Pokręcił głową, zacisnął 

pięści.   

–  Tak,  to  jedyny  warunek  –  odparł  pan  Granger  piskliwym  głosem.  –  Ale  mam 

wątpliwości.   

Jego odpowiedź zwróciła uwagę Jacka.   
– Dlaczego? Jakie? 
Zakłopotany starszy pan poprawił kołnierzyk.   
– Poprzedni właściciel zamknął chatę przed dwudziestu laty i przez ten czas nikogo tam 

nie wpuszczał.   

Odpowiedź nie spodobała się Jackowi.   
–  Czy  chałupa  jest  w  takim  stanie,  że  nie  można  w  niej  zamieszkać?  Dlaczego  nie 

uprzedzono słuchaczy? 

– Uważaliśmy, że nie ma potrzeby wspominać o tym w zapowiedziach konkursu.   
Dixie niecierpliwie tupnęła nogą.   
– Co pan wie o Crazy Creek Lodge? Jest tam przynajmniej woda i prąd? 
Jack  zrozumiał,  że  ma  godną  przeciwniczkę  i  zapewne  trudno  będzie  przekonać  ją  do 

zrezygnowania z wygranej.   

Zamiast od razu odpowiedzieć, pan Granger wyjął z innej koperty dwie kartki.   
– To mapy, na których są wszystkie drogi dojazdowe. Za dwa dni, dokładnie o godzinie 

dziesiątej, rozpoczną państwo swój pobyt w chacie. Zakończymy sprawę, jeśli państwo złożą 
podpisy pod oświadczeniem, że nie zgłoszą żadnych pretensji do radia i naszej firmy za stan 
chaty.   

– Skąd będzie wiadomo, czy w ogóle tam pojedziemy? – zainteresował się Jack.   
Zauważył, że Dixie przygryza dolną wargę. Hm,  a zatem nie jest taka spokojna, na jaką 

chce  wyglądać.  Czy  to  ułatwi  rozprawę  z  nią?  Czy  wystarczy  wieczorem  wyjść  z  domu, 
zawyć jak kojot, by dziewczyna uciekła gdzie pieprz rośnie? 

–  Stawka  jest  tak  wysoka,  że  państwo  będą  nawzajem  się  pilnować.  –  Pan  Granger 

wyciągnął  rękę,  ale  speszył  się  na  widok  miny  Jacka.  –  Życzę  powodzenia.  Przyjadę  w 
południe czwartego dnia, żeby sprawdzić, kto został na miejscu. I ewentualnie rzucić monetę, 
jeśli to będzie konieczne.   

Zamierzał odejść, lecz Dixie schwyciła go za rękaw.   
– Czy będzie tam ktoś  trzeci? – zapytała spłoniona. Jack zrozumiał, że boi  się zostać z 

nim sam na sam, więc zaczął zastanawiać się, czy od razu zacząć udawać podrywacza. Może 
dziewczyna  wystraszy  się  i  wcale  nie  przyjedzie  do  górskiej  chaty.  Nie,  nie  wypada  tak 
postąpić. Straszenie kobiet nie leżało w jego naturze. Postanowił ją uspokoić.   

– Zapewniam panią, że przy mnie nie ma czego się bać. Dixie zrobiła zdziwioną minę.   
– Nie chcę pana obrazić, ale rzadko który przestępca ujawnia swe zamiary.   

background image

– Jeśli pani woli się wycofać...   
Liczył na to, że piękna rywalka zrezygnuje z nagrody, a jednocześnie łudził się, że tego 

nie zrobi, bo współzawodnictwo zapowiadało się ciekawie.   

Dixie wpatrywała się w niego dużymi, zielonymi oczami.   
–  Uprzedzam,  że  tak  łatwo  nie  zrezygnuję  –  oświadczyła  stanowczo.  –  Zbyt  wiele 

wchodzi w grę.   

Patrzył na nią zaintrygowany. Dlaczego młoda kobieta pragnie mieć dom na odludziu? 
– Wobec tego liczę na to, że spotkamy się za dwa dni – rzekł z czarującym uśmiechem.   
Dixie odrzuciła gruby czarny warkocz na plecy.   
– Na pewno się zjawię. A po czterech dniach pan na zawsze pożegna się z Crazy Creek 

Lodge.   

background image

ROZDZIAŁ DRUGI 

 

Jack  przesunął  teczkę  w  stronę  klienta,  starając  się  nie  wdychać  zapachu  tanich 

papierosów  i  smażonego  tłuszczu,  którym  ten  człowiek  był  przesiąknięty.  Mężczyzna  miał 
bardzo drogi garnitur, który na nim wyglądał tandetnie.   

–  Proszę,  oto  fotografie.  Wynika  z  nich,  że  pańskie  podejrzenia  nie  są  bezpodstawne. 

Pana żona utrzymuje... bardzo zażyłe stosunki z trenerem.   

Zdegustowany  patrzył  na  uwiecznioną  na  zdjęciach  parę,  ale  po  kilku  spotkaniach  ze 

zdradzanym mężem rozumiał, dlaczego jego żona zapragnęła szukać szczęścia gdzie indziej. 
Pamiętał  jednak,  że  jego  zadanie  nie  polega  na  osądzaniu.  Do  niego  należało  zdobywanie 
dowodów zdrady. Nie lubił obecnego zajęcia i marzył o zmianie.   

Pan Boyd zaśmiał się, jakby nie zmartwiły go dowody niewierności żony.   
– Nareszcie mam w ręku coś konkretnego. Teraz wiedźma nie będzie grozić mi sądem z 

powodu afery z sekretarką.   

Czy  jest  jakiś  szlachetny  powód,  żeby  być  detektywem?  Jack  chwilami  żałował,  że  nie 

usłuchał wuja Vincenta i nie zgodził się pomagać mu w pralni chemicznej.   

– Należność za usługę... – zaczął.   
Klient wyciągnął z kieszeni plik banknotów, odliczył kilka i rzucił na biurko.   
– Tyle pokryje wszystkie koszty. Kontakty z panem były miłe. Do widzenia.   
Po  jego  wyjściu  Jack  długo  patrzył  na  pieniądze,  które  chętnie  spryskałby  środkiem 

odkażającym. Nie pamiętał, kiedy praca straciła sens. Lecz zapewniała mu niezależność, no i 
nie musiał przyjmować wszystkich zleceń...   

Niestety  szybko  sprzykrzyły  mu  się  kontakty  i  rozmowy  z  oszukującymi  się 

współmałżonkami. Czy już nikt na tym świecie nie jest wierny? 

Rozległo się nieśmiałe pukanie do drzwi.   
– Jestem wolny, klient już sobie poszedł.   
Przez matową szybę widział przygarbioną sylwetkę ciotki, a jednocześnie sekretarki.   
– To dobrze, bo na jego widok dostaję gęsiej skórki. – Starsza pani poprawiła siwy kok. – 

Coraz częściej zastanawiam się, dlaczego rzuciłam pracę u koronera.   

– Bo po pierwsze ciocia mnie kocha, a po drugie nie znosi trupów. – Jack odwrócił się i 

spojrzał za okno. – Czy udało się przełożyć sprawę Reynoldsa na inny termin? 

–  Tak.  Ale  czy  jesteś  pewien,  że  to  słuszna  decyzja?  Nie  byłeś  zachwycony  tym,  że 

zgłosiłam cię do konkursu.   

Jack niczego nie był pewien, lecz lubił próbować różnych rzeczy.   
– Ciociu, wiem, co cię gnębi. Boisz się, że nie przebaczę ci, że zgłosiłaś na konkurs mnie, 

a  nie  siebie,  prawda?  Trudno,  stało  się.  A  może  okrężną  drogą  pytasz,  czy  na  pewno  chcę 
rzucić to fascynujące zajęcie, żeby prowadzić dom wczasowy? Sądzę, że przyzwyczaję się do 
nowej  roli  i  pogodzę  z  losem.  Ciociu,  chyba  nie  cofasz  obietnicy,  że  zajmiesz  się 
księgowością? Oczywiście jeśli wygramy konkurs i dostaniemy dom.   

Starszej pani rozbłysły oczy.   

background image

– Dobrze wiesz, że możesz na mnie liczyć i zawsze pomogę ci w potrzebie. Marzyłam o 

twojej  wygranej,  ale  naprawdę  to  nie  wierzyłam  w  uśmiech  losu.  Uważam,  że  pracujesz  za 
ciężko i należy ci się urlop. Chcę, żebyś był szczęśliwy.   

Jack dobrze o tym wiedział. Gdy stracił rodziców, ciotka wzięła go do siebie, wychowała, 

otoczyła miłością. Poświęciła się dla niego. Przez wiele lat była zmuszona bardzo oszczędzać, 
żeby opłacić jego naukę. Zawsze stawiała go na pierwszym miejscu i wreszcie powinien się 
odwdzięczyć.  Teraz  ona  musi  być  najważniejsza.  Zasługiwała,  żeby  na  starość  mieć  coś 
więcej  niż  ciasne  mieszkanie  na  drugim  piętrze  starej  kamienicy.  Ciotka  od  lat  marzyła  o 
domu w górach i jeśli zdobędą nagrodę, wreszcie odżyje.   

–  Niestety  sprawa  jeszcze  nie  jest  ostatecznie  rozstrzygnięta  –  wyznał  z  ociąganiem.  – 

Muszę przetrwać cztery dni i trzy noce, ale gorsze będzie rzucanie monety. – Nerwowo potarł 
czoło. – Liczę na to, że uparta rywalka ucieknie po pierwszej nocy, bo przestraszy się dzikich 
zwierząt, dziwnych odgłosów albo martwej ciszy.   

– Na jakiej podstawie tak sądzisz? Może okazać się odważną kobietą.   
Jack  przypomniał  sobie  determinację  w  zielonych  oczach  i  uderzył  dłonią  w  udo. 

Przeciwniczka miała wojowniczego ducha, a on lubił wojownicze natury.   

– Wydała mi się odważna i interesująca...   
– Interesująca? – podchwyciła starsza pani.   
– Tylko niech ciocia nie myśli o swataniu, bo nic z tego nie będzie. Kilkudniowy pobyt w 

chacie jest  warunkiem,  który po prostu  trzeba spełnić,  żeby wygrać konkurs. Nie ma w tym 

nic  romantycznego.  –  W  głębi  duszy  czuł  jednak,  że  jest  inaczej.  –  Poza  tym  dziewczyna 
wygląda  na  jakieś  dziewiętnaście  lat,  więc  może  rodzice  nie  pozwolą  jej  na  wyjazd  w 
nieznane z obcym mężczyzną.   

– Nie wierzę, że zrezygnuje...   
– A ja wierzę w naszą wygraną.   
Mówił szczerze. Ze względu na ciotkę musi zostać jedynym zwycięzcą konkursu. Nic nie 

odwiedzie  go  od  celu,  nic  nie  sprowadzi  z  obranej  drogi.  Nawet  posągowo  zbudowana 

zielonooka rywalka.   

Dixie  przerwała  pakowanie,  podrapała  Sadie  za  uchem,  odgarnęła  włosy  opadające  na 

oczy i rozejrzała się. Pokój wyglądał jak po przejściu huraganu.   

Delikatnie odsunęła spaniela, który wsadził jej łeb pod pachę.   
– Nie przeszkadzaj! Lepiej poradź mi, co zabrać. Oprócz ciebie, oczywiście. Czy wiesz, 

że jedziesz w góry? 

Postanowiła  zabrać  Sadie.  Uznała,  że  kilka  dni  poza  miastem  i  spacery  na  świeżym 

powietrzu  obu  dobrze  zrobią.  Poza  tym  z  psem  będzie  czuła  się  bezpieczniej,  chociaż 

wystarczy,  by  olbrzym  groźnie  spojrzał,  a  Sadie  pewnie  podkuli  ogon  i  ucieknie.  Jednak 
nawet z bojaźliwym psem będzie jej raźniej.   

Rozległ się dzwonek przy drzwiach.   
– Otwarte.   
Maggie  popatrzyła  na  bałagan,  pokręciła  głową  i  weszła  ostrożnie,  aby  niczego  nie 

nadepnąć.   

background image

– Nie przesadzaj – obruszyła się Dixie. – Zachowujesz się, jakbyś pierwszy raz widziała 

trochę bałaganu.   

– Trochę? Nie było mnie przez godzinę, a jest gorzej niż przedtem. Co ty wyrabiasz? – 

Maggie przewiesiła torebkę przez ramię, mocniej schwyciła pudło z pizzą i wskazała kuchnię. 
– Idź po talerze. Posilimy się, a potem zrobię tu porządek.   

Dixie wstała i przeciągnęła się.   
– Jesteś niezastąpiona. Tylko proszę cię, pamiętaj, że jadę do lasu i w góry.   
Wyszła do kuchni.   
– Naprawdę nie dali ci  bliższych informacji o warunkach? – zawołała Maggie. – Jesteś 

pewna, że warto ryzykować? Nie znasz faceta, nic o nim nie wiesz.   

Dixie wróciła z talerzami i serwetkami.   
– Wydaje mi się, że ryzyko jest niewielkie. Pan Powers chyba nie będzie się wygłupiał, 

bo  oboje  wzbudzamy  powszechne  zainteresowanie.  Jeśli  zniknę  z  powierzchni  ziemi,  on 
pierwszy będzie podejrzany o morderstwo.   

– Zaraz morderstwo! Dobrze wiesz, co miałam na myśli. Jeśli zechce cię uwieść albo...   
–  Mało  prawdopodobne.  Chyba  zauważyłaś,  że  nie  budzę  w  mężczyznach 

niepohamowanej  żądzy.  Poza  tym  nie  widziałaś  mojego  rywala.  Jest  wysoki,  wspaniale 
zbudowany, więc na pewno ma dziewczynę, która z utęsknieniem będzie na niego czekać. – 
Odkroiła kawałek pizzy. – Zresztą nie mam czasu dla mężczyzn.   

Maggie popatrzyła na nią, jakby powiedziała coś skandalicznego.   
–  Kobieta  zawsze  powinna  mieć  czas  dla  mężczyzny.  Dixie  często  powtarzała 

przyjaciółce, że mężczyźni jej nie interesują, bo do szczęścia wystarczą praca i pies. Na ogół 
sama w to wierzyła, ale od czasu do czasu miewała sny, które wywoływały tęsknotę za czymś 
więcej.  W  ciągu  dnia  prędko  o  tym  zapominała.  Miała  wyraźnie  określony  cel,  w  którego 
osiągnięciu mężczyzna jedynie by przeszkadzał.   

– Dostałaś odpowiedź z banku? 
Pytanie Maggie sprowadziło Dixie z wyżyn na ziemię.   
– Nie. Ośrodek musi mieć stałe lokum, a fundusze praktycznie są na wyczerpaniu. Mam 

nadzieję,  że  wygram  chatę  i  zarobię  na  wczasowiczach.  Na  pewno  udałoby  się  coś 
zaoszczędzić,  a  poza  tym  chata  byłaby  dodatkową  gwarancją  i  stalibyśmy  się  bardziej 
wiarygodni dla banku.   

Maggie patrzyła z powątpiewaniem.   
– Lepiej, żeby nie ponosiła cię fantazja i żebyś za bardzo się nie łudziła. Sprawa jeszcze 

nie jest rozstrzygnięta.   

– Ale w tej chwili to jedyny ratunek Taka wygrana jest nam bardzo potrzebna.   
Sadie urwała kawałek pizzy i zadowolona merdała ogonem, dopraszając się o więcej.   
–  Złodziejko,  nic  nie  dostaniesz!  Naucz  się  grzecznie  zachowywać.  –  Dixie  pogroziła 

palcem, ale ukroiła spory kawałek dla psa, po czym błagalnie spojrzała na Maggie. – Czemu 
nie masz ochoty mi towarzyszyć? Potraktuj wyjazd jako urlop.   

– Dziękuję, postoję. Ty od dawna marzysz o życiu wśród dzikiej przyrody i zwierząt, a 

mnie prymityw nigdy nie pociągał.   

background image

– Jaki prymityw? 
– Czyżbym  źle się wyraziła? – Maggie miała pełne usta, więc mówiła niewyraźnie, ale 

przełknęła i dodała: – Chodzi mi o gąszcz drzew i krzewów, o dzikie, niebezpieczne bestie i 
tak dalej.   

– Też znalazłaś wymówkę. Przecież w mieście masz prawie to samo.   
– Tutaj zwierzęta na ogół są w klatkach, a rośliny w doniczkach. Nie martw się, na pewno 

odwiedzę cię, gdy zagospodarujesz chatę. – Skończyła jeść i odstawiła talerz. – Posprzątaj w 
kuchni, a ja doprowadzę pokój do ładu.   

Zeskrobując z kuchenki  jakieś  zaschnięte resztki,  Dixie wyliczała,  co jeszcze zostało do 

zrobienia. Trzeba uzyskać kilkudniowy urlop, ale to będzie łatwe. Trzeba zabrać jedzenie dla 

psa, uprzedzić o wyjeździe sąsiadkę...   

Jęknęła i uderzyła się brudną ręką w czoło.   

Zapomniała  o  najważniejszym,  czyli  o  zawiadomieniu  matki.  A  nie  daj  Boże,  aby 

rodzicielka  dowiedziała  się  od  kogoś  o  tym,  że  córka  spędzi  kilka  dni  i  nocy  z  nieznanym 
mężczyzną. Koniecznie trzeba osobiście porozmawiać. Matka może zadzwonić, a gdy usłyszy 
automatyczną sekretarkę, natychmiast zawiadomi policję i każe szukać zaginionej jedynaczki. 
Lepiej pomówić z matką albo przynajmniej się nagrać.   

– Zostaw adres tej twojej chaty – zawołała Maggie z pokoju.   
–  Już  go  napisałam  i  kartka  leży  koło  telefonu.  Będę  niedaleko  Pagosa  Springs.  Tylko 

dwadzieścia kilometrów od cywilizacji.   

Umyła  ręce,  powiesiła  ręcznik  i  wyszła  z  kuchni,  a  Maggie  akurat  stanęła  na  progu 

sypialni.   

– Bagaże gotowe.   
Dixie  zajrzała  do  pokoju,  w  którym  zamiast  nieopisanego  bałaganu  panował  wzorowy 

porządek.   

– Jak to możliwe? – Co? 
– Ty przez pół godziny osiągnęłaś to, czego ja nie potrafiłam zrobić przez pół dnia.   
Bezsilnie opadła na kanapę.   
– Każdy ma talent do czego innego. Ty doskonale radzisz sobie z ludźmi, a ja z rzeczami. 

– Maggie usiadła na kanapie.   

– No, teraz opowiadaj o przystojnym rywalu.   
Dixie  nie  rozumiała,  dlaczego  przyjaciółka  interesuje  się  nieznanym  mężczyzną,  ale 

przymknęła oczy i zaczęła: 

– Moja kartka była upaćkana czekoladą.   
Samochód znowu zarzuciło z powodu wielkiej  dziury.  Kierowca zaklął,  a kundel  zaczął 

ujadać i wskoczył na przednie siedzenie. Jack zwolnił i wytężył wzrok, aby znaleźć względnie 
bezpieczne miejsca na wyboistej drodze. Pogłaskał wystraszonego psa, który odwdzięczył się, 
liżąc go po twarzy.   

Następna dziura jeszcze bardziej go zirytowała. Czy wojsko ma tutaj poligon i sprawdza 

działanie min? Całkiem prawdopodobne. Był w podróży od sześciu godzin, a przez ostatnią 
stale podskakiwał  na  wybojach. Przysiągł  sobie,  że jeśli  wygra chatę, pierwszą rzeczą, jaką 

background image

zrobi, będzie zapewnienie lepszego dojazdu.   

Wjechał na kręty leśny trakt i mocno zacisnął palce na kierownicy. Czy jeszcze daleko? 

Przed  godziną  zatrzymał  się  przy  leśniczówce  i  zapytał  o  dalszą  drogę.  Pokazano  mu  na 
mapie punkt, do którego należało dotrzeć. Teoretycznie bardzo proste zadanie. Tylko szkoda, 
że na mapie nie zaznaczono odległości.   

Jack  skrycie  łudził  się,  że  skoro  jemu  trudno  jechać  wozem  terenowym,  rywalka 

zniechęci się i wcale nie dotrze na miejsce.   

Nareszcie wyjechał z lasu i w dali zobaczył drewniany dom na skraju dużej polany. Przed 

domem stał pomarańczowy samochód osobowy.   

Niemożliwe,  aby zielonooka finalistka zdążyła zjawić  się przed nim.  Lecz kto  inny i  po 

co jechałby na takie odludzie? A w dodatku tak marnym pojazdem? 

Nim odpowiedział sobie na owe pytania, zza domu wyszła Dixie z naręczem szyszek.   
–  Patrzcie  ją,  dziecko  natury  –  mruknął  Jack  pod  nosem.  –  Albo  co  gorsza,  leśna 

boginka...   

Podjechał  bliżej  i  wtedy  Dixie  go  zauważyła.  Speszona  opuściła  ręce,  więc  szyszki 

posypały się na ziemię. Prędko odwróciła głowę i gwizdnęła.   

Tigger szarpnął się, ale Jack go złapał.   

Dixie przykucnęła i rozłożyła ręce.   
– Sadie, chodź do pani.   
Spaniel  natychmiast  przybiegł  i  polizał  ją  po  policzku.  Tigger  wyrywał  się  jak  szalony. 

Jack  pomyślał  zirytowany,  że  jeśli  nie  będzie  uważał,  jego  duży  pies  uwiedzie  spanielkę. 
Zanosiło się na cztery trudne dni.   

Dixie roześmiała się. Miała rozpuszczone włosy, które czarną kaskadą spływały do pasa. 

Jack wyobraził sobie te piękne włosy na poduszce i ogarnęło go podniecenie.   

Zaklął ze złości, że rywalka nie jest zasuszoną siedemdziesięcioletnią staruszką.   

Wziął Tiggera na smycz i powoli ruszył w stronę długowłosej pokusy.   
– Dzień dobry. Jakim cudem wyprzedziła mnie pani i dotarła tu przede mną? Przecież to 

sześć godzin od Denver.   

–  Wyruszyłam  wczoraj  i  nocowałam  w  Pagosa  Springs,  bo  chciałam  zobaczyć  chatę  o 

świcie. – Zarumieniła się lekko. – Mówmy sobie po imieniu.   

– Dobrze.   
Dixie spojrzała na dużego kundla.   
– Dorodny okaz.   
Tigger  podszedł  do  Sadie,  psy  ostrożnie  się  obwąchały,  po  czym  entuzjastycznie 

zamerdały ogonami.   

– Wygląda na to, że przypadły sobie do gustu. – Jack zauważył, że Dixie pobladła. – O co 

chodzi? 

– To pies...   
– Tigger jest bardzo grzeczny. Dixie drgnęły kąciki ust.   
– Tigger? 
– Emma tak go nazwała.   

background image

– Sadie jest suką.   
– Nie szkodzi.   
– Akurat ma cieczkę.   
–  Oj,  to  gorzej.  –  Jack  zrozumiał,  dlaczego  Tigger  tak  interesuje  się  niepozornym 

stworzeniem. – Może być ciekawie.   

–  Umówiłam  się  z  jednym  hodowcą,  że  w  przyszłym  tygodniu  zgłoszę  się  do  niego, 

żeby... – Dixie zaczerwieniła się. – No, wiadomo po co.   

Omawianie takiej sprawy widocznie ją krępowało.   
– Będę pilnował Tiggera, ale nic nie gwarantuję. Sadie najwyraźniej go polubiła.   
Psy przez chwilę biegały jak szalone, a potem położyły się w cieniu osiki.   

Dixie przygryzła dolną wargę i patrzyła na psy, a Jack przypomniał sobie, co powiedział 

ciotce o wieku rywalki.   

– Można wiedzieć, ile masz lat? 
– Dwadzieścia siedem. Czemu pytasz? 
– Czy ktoś mówił ci, że...   
–  Wyglądam  jak  nastolatka?  Stale  to  słyszę.  –  Niecierpliwie  machnęła  ręką.  –  Na 

szczęście w mojej pracy młody wygląd raczej pomaga.   

– Pracujesz jako tajna agentka? 
– Nie. – Wybuchła perlistym śmiechem. – Pracuję z tak zwaną trudną młodzieżą.   
Jack tego nie przewidział. A właściwie czego się spodziewał? Oderwał wzrok od Dixie, 

aby przypomnieć sobie, po co tutaj przyjechali.   

– Byłaś już w środku? 
– Nie. Uważałam, że wypada poczekać na ciebie.   
Wyznanie bardzo go zaskoczyło, ponieważ służbowo nader rzadko spotykał przyzwoitych 

i dobrze wychowanych ludzi.   

Popatrzył na piętrowy dom z gankiem po obu stronach. Okna były duże, drzwi masywne, 

ręcznie rzeźbione. Na każdy ganek prowadziły dwa z grubsza ociosane kamienne schodki.   

Jack wszedł na ganek i z bliska obejrzał drzwi.   
– Co tu jest wyrzeźbione? 
– Wilk i łoś, wplecione w serce.   
Dixie stała tak blisko, że poczuł bijące od niej ciepło, więc odsunął się nieco.   
– Widzisz je wyraźnie? – spytał zaskoczony.   
–  Nie,  ale  strażnik  leśny  opowiedział  mi  trochę  o  domu.  –  Ostrożnie  położyła  rękę  na 

klamce z kutego żelaza. – Jesteś gotów? 

– Tak.   
Gdy weszli, owiało ich chłodne powietrze, w którym unosiły się drobiny kurzu widoczne 

w  słońcu  zaglądającym  przez  brudne  szyby.  Sufit  był  na  wysokości  pierwszego  piętra.  W 
olbrzymim pomieszczeniu stały jedynie dwa fotele na biegunach.   

Dixie wpatrywała się  w  olbrzymi kominek zajmujący pół  przeciwległej  ściany. Oczyma 

wyobraźni ujrzała ogień rzucający odblask na grupy młodych, roześmianych ludzi.   

Była zachwycona.   

background image

Obejrzała się na Jacka i serce jej się ścisnęło, bo zrozumiała, że oboje są zachwyceni.   

Nie ulegało wątpliwości, że zareagowali podobnie.   

Do licha, zaklęła w duchu.   

Jack zapewne już przygotował długą listę pięknych znajomych, które tutaj zaprosi.   
–  Można  z  tej  chaty  zrobić  cudo,  prawda?  –  odezwała  się,  aby  przerwać  krępujące 

milczenie.   

Jack popatrzył na nią spod opuszczonych powiek.   
– Ale trzeba będzie włożyć dużo pracy, poświęcić mnóstwo czasu.   
Dixie poczuła się nieswojo w ciemnym pomieszczeniu, więc przesunęła dłonią po ścianie 

obok drzwi. Nie natrafiła na kontakt.   

– No, tak. Nie liczyłam na to, że tu będzie światło elektryczne.   
Umknęła wzrokiem i poszła w głąb pokoju.   
– Dom stoi daleko od miasta, więc byłoby dziwne, gdyby doprowadzono tu prąd. Trzeba 

będzie zainstalować prądnicę. – Jack stanął przed imponującym kominkiem. – Dobrze, że las 
blisko i nie zabraknie drewna. Na wszelki wypadek zabrałem lampę naftową.   

Dixie  zirytowała  się.  Dlaczego  on  mówi,  jakby  już  był  właścicielem  domu?  Co  sobie 

wyobraża? 

– Ja też mam lampę. I już znalazłam gorące źródło. Na skraju łąki.   
– Czyli tam będziemy się myć. Do picia starczy wody, którą przywiozłem.   
Dixie  weszła  do  mniejszego  pomieszczenia.  Pod  ścianą  znajdował  się  solidny  żelazny 

piec,  na  środku  stół  zbity  z  nieheblowanych  desek  i  trzy  krzesła,  każde  inne.  Dom  był 
urządzony więcej niż skromnie.   

Jack stanął na progu.   
– Proponuję obejrzeć piętro, póki jest względnie jasno. Mam nadzieję, że tam będzie coś 

do spania, bo podłoga nie jest zbyt zachęcająca.   

Weszli  na  schody  przy  bocznej  ścianie.  Dixie  spojrzała  w  górę  i  speszyła  się,  gdy 

zobaczyła, że ma oczy na poziomie pośladków Jacka.   

Nie zamierzała ich oglądać,  a mimo  to  nie mogła oderwać wzroku od mięśni  prężących 

się pod materiałem...   

Kobieto, opamiętaj się! – skarciła się. Myśl o tym, co najważniejsze.   

A  co  to  takiego?  Aha,  główne  zadanie  polega  na  tym,  żeby  wygrać  chatę  i  pomóc 

dzieciom z ośrodka. Aby to osiągnąć, wystarczy wmawiać sobie, że ten przystojny mężczyzna 

jest robotem lub manekinem. I sprawa załatwiona.   

Jack  zatrzymał  się,  Dixie  z  rozpędu  wpadła  na  niego  i  nosem  uderzyła  o  jego  plecy. 

Trudno było wmawiać sobie, że to metalowy robot, a nie człowiek z krwi i kości.   

–  Przepraszam,  nie  wiedziałem,  że  idziesz  tuż  za  mną.  Panie  mają  pierwszeństwo. 

Wybierz sobie pokój.   

Dixie  otrząsnęła  się  i  przejechała  dłonią  po  twarzy,  aby  zetrzeć  wspomnienie  dotyku. 

Otworzyła  pierwsze  drzwi  z  prawej  strony.  W  małym  pokoju  było  wąskie  żelazne  łóżko  z 
jeszcze węższym materacem.   

– Wygląda na to, że jednak nie będziemy musieli spać na podłodze. – Wskazała drugie 

background image

drzwi. – Twoja kolej.   

Przeszła  dalej,  a  Jack  zastygł  na  progu  drugiego  pokoju.  Dixie  zerknęła  na  niego 

zdziwiona.  Dlaczego  nie  wchodzi?  Dlaczego  nic  nie  mówi?  Zawróciła,  wyminęła  go 
ostrożnie, aby nie dotknąć, i zajrzała do pokoju.   

– Och! 
Tu  też  był  tylko  jeden  mebel  –  łóżko.  Ale  jakie!  Duże,  drewniane,  pięknie  rzeźbione,  z 

czterema słupkami do sufitu. Przykryte śnieżnobiałą kapą.   

– Proponuję rzucić monetę, żeby los za nas zadecydował – powiedziała Dixie, sięgając do 

kieszeni.   

– Nie będziemy losować – stanowczo orzekł Jack. – Ty będziesz tutaj spać.   
– Jesteś wyższy ode mnie, a to łóżko jest większe. Tobie będzie tu wygodniej.   
Wpatrując  się  w  olbrzymie  łoże,  wyobraziła  sobie  dwoje  śpiących.  Potrząsnęła  głową, 

aby usunąć obraz, który niepotrzebnie wprowadził zamęt w myślach.   

Odniosła wrażenie, że w pokoju jest coś dziwnego. Rozejrzała się, podeszła do kominka, 

przykucnęła  i  zrozumiała,  o  co  chodzi.  Kominek  zbudowano  tak,  aby  ogrzewał  dwa 
pomieszczenia. Było widać łóżko w pierwszym pokoju.   

Jack odsunął kapę i pięścią uderzył w materac.   
– Ktoś tu zagląda – oświadczył.   
– Skąd wiesz? Uderzył jeszcze raz.   
– Widzisz? Nie kurzy się. Drewno już ułożone w kominku, wystarczy podpalić. Zobacz, 

co jest w większej skrzyni, a ja otworzę okno i wpuszczę świeże powietrze.   

Dixie otworzyła skrzynię.   
– Pościel! – Wzięła do ręki białe prześcieradło obszyte koronką. – Bardzo ładnie pachnie! 

Wcale nie czuć stęchlizną. Ciekawe, czy przed nami był tu pan Granger.   

– Wątpię. On nawet nie wiedział, jak tu dojechać. Co strażnik leśny mówił o domu? 
Podszedł  do  okna,  odsunął  zasuwę,  popchnął  ramę,  która  zaskrzypiała,  ale  ustąpiła  pod 

naciskiem. Powiew wiatru o żywicznym zapachu prędko usunął stęchłe powietrze.   

Dixie wyjęła pościel i zabrała się do ścielenia łóżka.   
–  Dowiedziałam  się,  że  poprzedni  właściciel  zbudował  ten  dom  dla  ukochanej.  Pewnie 

dlatego jest tu małżeńskie łoże. – Pomyślała, że to miała być sypialnia nowożeńców.   

–  Ale  dziewczyna  rzuciła  narzeczonego,  który  przysiągł,  że  nikt  inny  w  jego  domu  nie 

zamieszka. Jack w milczeniu patrzył przez okno.   

–  Zawiedziony  właściciel  zabił  okna  deskami  i  żył  jak  pustelnik.  Rzadko  jeździł  do 

miasta,  nie  płacił  podatków.  W  końcu  władze  stanowe  przejęły  działkę  za  zaległe  podatki, 
potem radio ją wykupiło i dlatego my tu jesteśmy.   

Wygładziła  prześcieradło,  wyprostowała  się  i  speszona  uświadomiła  sobie,  że  pościeliła 

łóżko dla Jacka.   

Dlaczego  on  się  nie  odzywa?  Dlaczego  pytał  o  historię,  której  nie  raczył  słuchać? 

Milczenie bywa niegrzeczne, a czasami niebezpieczne.   

–  Panie  Powers,  czy  słyszał  pan,  co  mówiłam?  Wystraszyła  się,  że  jednak  ma  do 

czynienia z jakimś groźnym osobnikiem. Pożałowała, że nie skorzystała z rady Maggie i nie 

background image

zabrała czegoś do obrony.   

– Mówiłaś, że Sadie ma cieczkę – odezwał się Jack.   
– Tak. – Zaniepokojona podbiegła do okna. – Do diaska, co twój pies robi? 
– To chyba oczywiste. – Zerknął na nią. – Twoja suka wydaje się bardzo zadowolona.   

background image

ROZDZIAŁ TRZECI 

 

Dixie schwyciła go za rękę.   
– Zrób coś, żeby przestały. Natychmiast! 
– Na tym etapie lepiej nie przeszkadzać.   
– Musisz przeszkodzić. Sadie jest rasowym psem i umówiłam się z hodowcą...   
– Spontaniczność jest lepsza.   
Odsunęła się jak oparzona, spojrzała na łóżko, potem na Jacka.   

Nie  rozumiała,  co  się  z  nią  dzieje  i  dlaczego  przypisuje  dodatkowe  znaczenie 

wszystkiemu,  co  on  mówi.  Czemu  nie  zachowuje  się  jak  obyta  w  świecie  dama,  lecz  jak 

prowincjuszka? 

Jack odwrócił się i przez moment badawczo na nią patrzył.   
– Idę po bagaż – oznajmił sucho.   
Wyszedł,  nie  patrząc  na  łóżko.  Dixie  głośno  westchnęła.  Była  zła  na  siebie,  przeklinała 

swą bujną wyobraźnię.   

Mocno  zacisnęła  pięści.  Jakoś  przetrwa  te  cztery  dni.  Otrzyma  nagrodę  i  będzie 

prowadzić górski ośrodek wypoczynkowy. Zrobi to dla dobra trudnej młodzieży.   

Bardzo proste, prawda? 

Niby tak, ale...   

Przed wyjazdem Jack nie zjadł śniadania, więc burczało mu w brzuchu, lecz nie zwracał 

na to uwagi. Szybko przyniósł z samochodu trzy pudła. Słyszał kroki na piętrze, otwieranie i 

zamykanie drzwi, dlatego domyślił się, że Dixie ogląda wszystkie pokoje.   

Dobrze,  że  wciąż  jest  na  górze.  Póki  tam  była,  nie  przyprawiała  go  o  zamęt  w  głowie. 

Dlaczego złośliwy los każe mu spędzić cztery dni z piękną Pollyanną, której zabierze dom? 

Nie,  nic  jej  nie  odbierze,  ponieważ  nie  jest  właścicielką  chaty.  Dom  był  spełnieniem 

marzeń ciotki, nie wolno mu o tym zapominać.   

Może dzięki temu pozostanie obojętny na kobiecy urok przeciwniczki. Trudno jednak nie 

zauważyć falowania piersi pod obcisłą bluzką. Nie przypuszczał, że w górskiej chacie będzie 
wielkie łoże, którego widok tak go zdenerwuje i podnieci.   

– Człowieku, opamiętaj się! – mruknął poirytowany.   
Wiedział,  że  musi  się  pilnować,  bo  rywalka  na  pewno  zrobi  wszystko,  aby  otrzymać 

upragnioną  nagrodę.  Musi  mieć  się  na  baczności,  żeby  nie  dać  się  złapać,  gdy  piękna 
dziewczyna zacznie przymilać się do niego, uwodzicielsko uśmiechać.   

Dobrze, że jest zdecydowany za wszelką cenę zdobyć tę chatę dla ciotki.   

Starał  się  trzymać  myśli  na  wodzy,  zapomnieć  o  istnieniu  ślicznej  amatorki  na  dom. 

Próżne  wysiłki.  Zastanawiał  się,  czy  miejska  panna  zabrała  wszystko,  co  jest  potrzebne  do 
przetrwania  kilku  dni  z  dala  od  miasta.  Prawdopodobnie  będzie  marznąć,  bo  kwiecień  w 

górach bywa bardzo zimny. Niech marznie! Nie jego zmartwienie... Więc dlaczego coś każe 
mu zadbać o jej dobre samopoczucie? 

Dixie nasłuchiwała odgłosów z parteru i patrzyła na śpiące psy, które sprawiały wrażenie 

background image

bardzo  zadowolonych.  Dlaczego  miałoby  być  inaczej?  Wprawdzie  dopiero  się  poznały,  ale 
zawarły znajomość najprzyjemniejszą z wszelkich możliwych.   

– Co ja powiem hodowcy? – szepnęła zmartwiona. Dziwiła się, że w głębi duszy trochę 

zazdrości  własnemu  psu  i  żałowała,  że  nie  ma  Maggie,  która  zawsze  przywoływała  ją  do 
porządku.   

Nie patrząc, ominęła łoże, na którym będzie spał Jack, i poszła do sąsiedniego pokoju.   

Parę  minut  później  skończyła  ścielić  mniejsze  łóżko.  Przysiadła  na  brzegu,  zerknęła  do 

przyległego pokoju i zaczęła głowić się, co postawić jako parawan przed kominkiem.   

Nie,  to  śmieszne,  przecież  oboje  są  dorośli.  Poza  tym  wieczorem  na  pewno  zrobi  się 

chłodno  i  trzeba  będzie  rozpalić  ogień.  Prędko  zapadnie  noc  i...  Przedtem  nie  zdążyła 
pomyśleć o wspólnych nocach.   

Cztery dni i trzy noce wydały się wiecznością.   
–  Niedługo  będzie  ciemno  –  rozległo  się  od  progu.  Dixie  upuściła  poduszkę,  której  nie 

zdążyła powlec. Jak to możliwe, że olbrzym bezszelestnie wszedł po schodach? Czy celowo 
się  skradał?  Dlaczego  przyniósł  tyle  drewna?  Jack  znacząco  spojrzał  na  kominek  –  Trzeba 
zrobić zapas w obu pokojach, bo kto się obudzi, ten dorzuci do ognia.   

Przykucnął, aby ułożyć polana na kamiennej półce.   

Dixie była pewna, że do rana nie zmruży oka.   
– Przywiozłam zapiekankę. Jesteś głodny? 
– Owszem. Chętnie coś zjem.   
Gdy  spojrzał  na  nią  z  wdzięcznością,  poczuła,  że  pąsowieje.  Szybko  pochyliła  się  i 

udawała,  że  jest  bardzo  zajęta.  Pierwszy  raz  powleczenie  poduszki  wymagało  tyle  uwagi  i 
wysiłku.   

Jack obserwował ją uważnie, jakby chciał odgadnąć myśli wywołujące rumieniec.   
– Bardzo ci przeszkadza, że kominek jest otwarty na dwa pokoje, prawda? 
Dixie  była  ciekawa,  czy  jej  obawy  są  aż  tak  widoczne.  Wzruszyła  ramionami,  udając 

obojętność.   

– Brak kanalizacji jest bardziej krępujący.   
Chciała, aby zabrzmiało to jak pretensja rozkapryszonej kobietki, lecz zdradził ją drżący 

głos.   

Jack  uśmiechnął  się  i  wyszedł,  a  Dixie  długo  patrzyła  w  ślad  za  nim.  Potem  z  jękiem 

opadła na łóżko i przycisnęła poduszkę do piersi, aby uciszyć szalejące serce.   

Zastanawiała się, czy powiedzieć rywalowi, dlaczego marzy o tym domu i jak bardzo taka 

odskocznia przyda się młodzieży. On chyba nie przedstawi ważniejszego powodu. Pokręciła 
głową.  W  myślach  tłumaczenie  wygląda  kiepsko,  a  wyrażone  słowami  –  wyda  się  żałosne. 
Nie chciała być posądzona o to, że ucieka się do kobiecych sztuczek, aby zdobyć nagrodę.   

Nie,  nie  będzie  uwodzić  współzawodnika,  by  zyskać  prawo  do  domu.  Zresztą  i  tak  nie 

wiedziała, jak to robić.   

Odłożyła  poduszkę  i  delikatnie  powiodła  palcem  po  literze  wyhaftowanej  w  rogu 

powłoczki. Co znaczy „C i kto przywiózł tu świeżą pościel? 

Zapewne  pozostanie  to  tajemnicą,  zresztą  odpowiedź  jest  bez  znaczenia,  bo 

background image

najważniejsze, że ktoś w ogóle o tym pomyślał.   

Zeszła na dół, stanęła przy oknie od frontu, rękawem usunęła zastarzały brud, przykleiła 

nos do szyby i uśmiechnęła się.   

Jack niósł wielkie pudło,  a ujadające psy skakały wokół niego.  Chciały,  żeby się z nimi 

bawił. Tigger pobiegł w lewo, a Sadie za nim, między nogami Jacka.   

Jack  zachwiał  się,  lecz  zdołał  utrzymać  równowagę.  Dixie  zadrżała.  Zdawała  sobie 

sprawę,  że  przesadnie  reaguje  na  widok  zabójczo  przystojnego  rywala.  Byłoby  znacznie 
lepiej, gdyby nie miała na czym zawiesić oka.   

Wielka  szkoda,  że  nie  ma  tu  Maggie,  bo  bardzo  by  się  przydała.  Telefon  został  w 

samochodzie.  Może  warto  chyłkiem  wymknąć  się  i  zasięgnąć  rady,  jak  postępować 

nonszalancko,  gdy  serce  wyrywa  się  do  ledwo  poznanego  mężczyzny.  Nie,  to  bez  sensu, 
ponieważ Maggie wybuchnie śmiechem i nic rozsądnego nie powie.   

Jack  wszedł  na  schody,  więc  Dixie  odskoczyła  od  okna.  Za  żadne  skarby  nie  powinien 

domyślić się, że go obserwowała. I nie może pomyśleć, że płonęła z pożądania. Przecież nie 
płonęła! 

Najlepiej byłoby skryć  się w ciemnym  kącie, ale to  tchórzostwo.  Dixie otworzyła drzwi 

i... wpadła na Jacka.   

– Och! – krzyknęli oboje.   
Wielkie pudło spadło na podłogę.   

Silne ręce podtrzymały Dixie. Stała wpatrzona w oczy, w których dostrzegła rozbawienie 

i coś, czego nie umiała zidentyfikować.   

– Przepraszam – wykrztusiła. – Nie wiedziałam, że idziesz.   
Ze wstydu, że kłamie, najchętniej zapadłaby się pod ziemię. Odsunęła się, chociaż dotyk 

ciepłej ręki był bardzo przyjemny.   

Jack zmarszczył brwi i schylił się po pudło.   
– Nic się nie stało. Ja też nie wiedziałem, że jesteś za drzwiami.   
Dixie  przemknęła  obok  i  pobiegła  do  samochodu.  Wyciągnęła  sznurek  spod 

zardzewiałego  zderzaka,  stuknęła  ręką  w  lewy  bok  bagażnika,  a  biodrem  w  prawy.  Metoda 
była niezawodna, i bagażnik otworzył się.   

Miała  dużo  sentymentu  dla  wysłużonego  grata.  Znajomi  od  dawna  radzili,  by  kupiła 

nowszy  wóz,  lecz  nie  mogła  rozstać  się  ze  starym.  Nie  pozwalała  na  to  lojalność,  która 
przecież  nie  ma  ceny.  Poza  tym  samochód  był  całkowicie  spłacony,  co  czyniło  go 
cenniejszym.   

Wystawiła dużą torbę i sięgnęła po pudło z prowiantem.   
– Pomogę ci.   
Odwróciła  się  zaskoczona,  ale  podała  pudło.  Uznała,  że  skoro  pościeliła  Jackowi  łóżko, 

może spokojnie skorzystać z pomocy. Zwyczajna wymiana usług.   

– Jak ty to robisz? – zapytała.   
– O co ci chodzi? 
Prawie biegła, żeby dotrzymać mu kroku. Głowiła się, jak inaczej spytać o kwestię, która 

wywołała jej niepokój podczas oglądania domu.   

background image

– Skradasz się, niepostrzeżenie podchodzisz... I zauważasz różne drobiazgi.   
– Nie skradam się – rzekł oburzony. – Gdzie to postawić? 
– Koło okna.   
– Może nie skradasz się, ale chodzisz bardzo cicho. Dlaczego? 
Jack postawił pudło i wyprostował się.   
– Bo tego wymaga moja praca.   
Dixie pomyślała o różnych zajęciach wymagających ukradkowych kroków. Co jedno, to 

gorsze.  Z  kim  ma  do  czynienia?  Ze  szpiegiem,  włamywaczem,  zbirem  wynajmowanym  do 

mokrej roboty, seryjnym mordercą? 

Jakby wyczuwając jej niepokój, Jack ostentacyjnie wyjął z portfela wizytówkę.   
„Jack Powers. Usługi detektywistyczne. Wysokie kwalifikacje. Pełna dyskrecja. „ 
Tego nie przewidziała.   
– Czy to cię uspokoi? 
Uśmiechnął  się  tak,  że  zrobiło  się  jej  zimno  i  gorąco  jednocześnie.  Ogarnęło  ją  dziwne 

podniecenie.   

– Ostrożność nie zawadzi – mruknęła.   
– Racja. To samo powtarzam Emmie.   
Dixie pomyślała, że nie omyliła się i przystojny rywal nie mieszka sam. Była pewna, że w 

Denver  czeka  na  niego  piękna  dziewczyna.  Normalne.  Dlaczego  więc  sprawia  jej  to 
przykrość? 

Jack patrzył na nią bardzo uważnie i zdawał się czytać w jej myślach.   
– Emma między innymi jest moją sekretarką – rzekł gwoli wyjaśnienia.   
– Aha.   
Czyli  biurowy  romans.  Dixie  nie  wątpiła,  że  Jack  podoba  się  wszystkim  kobietom  –  w 

biurze, w sklepie, wszędzie. Dlaczego sekretarka miałaby pozostać obojętna na jego urok? 

By  ukryć  zmieszanie,  zabrała  się  do  wypakowywania  pudła.  Przez  cały  czas  czuła  na 

sobie badawczy wzrok, dlatego była coraz bardziej podniecona.   

Jack  usiłował  przywołać  się  do  porządku.  Nie  będzie  myślał  o  Dixie  jako  o  kuszącej, 

atrakcyjnej kobiecie, ponieważ to zaciemnia umysł i sprawia, że człowiek zapomina, dlaczego 
chce  wygrać  konkurs.  Musi  pamiętać  o  ciotce.  Wszystko,  co  będzie  robił  przez  cztery  dni, 
powinno prowadzić do wytyczonego celu.   

Dixie  weszła  pod  stół,  aby  coś  podnieść.  Widok,  jaki  ukazał  się  męskim  oczom,  był... 

ciekawy.   

Jack położył rękę na czole. Dlaczego jest takie gorące? Z powodu temperatury w kuchni? 

Chyba  nie.  Poczuł,  że  się  dusi.  Koniecznie  trzeba  odetchnąć  świeżym  powietrzem.  Im 
prędzej, tym lepiej.   

Oderwał oczy od „widoku”, wbił wzrok w ścianę i siląc się na spokój, rzekł: 
– Pójdę na spacer z Tiggerem. Powiedz dokładniej, gdzie widziałaś źródło.   
Ucieszył się, że głos go nie zdradził i nie było w nim ani śladu pożądania, jakie odczuwał. 

Ośmielił się nawet na nią spojrzeć.   

–  Jest  za...  nie,  przed...  Och,  nie  potrafię  ci  wytłumaczyć.  Speszona  odgarnęła  włosy, 

background image

przygryzła wargę, czubkiem buta popchnęła torbę. Jack ruszył ku drzwiom.   

–  Nie  szkodzi.  Znajdę  bez  instrukcji.  –  Chciałabym  spokojnie  wszystko  wypakować. 

Będę wdzięczna, jeśli zabierzesz Sadie.   

– Dobrze, wezmę oba psy.   
Dixie  długo  wpatrywała  się  w  miejsce,  w  którym  przed  chwilą  stał  Jack.  Oboje  byli 

wyraźnie spięci, ale może tylko dla niej napięcie było kłopotliwe. Miała nadzieję, że Jack nie 
zdaje sobie sprawy z biegu jej myśli.   

Nie dopuści, by odgadł, co dzieje się w jej sercu.   

Postanowiła, że po powrocie do Denver zacznie udzielać się towarzysko. Poprosi Maggie, 

by  zapoznała  ją  z  jakimś  interesującym  mężczyzną,  z  którym  można  by  przyjemnie 
porozmawiać,  pójść  na  spacer.  Przyjaciółka  ucieszy  się,  ponieważ  od  dawna  chciała 
przedstawić jej kilku sympatycznych znajomych. W tej chwili Dixie byłaby gotowa umówić 
się z największym nudziarzem. To zresztą bezpieczne rozwiązanie, bo o nudziarzu na pewno 
nie będzie fantazjować.   

Zaniosła torbę do swego pokoju. Liczyła na to, że przy wypakowywaniu rzeczy zapomni 

o atlecie, który będzie spał oddzielony od niej jedynie ścianą ognia.   

Zajrzała  do  torby;  było  w  niej  wszystko  oprócz  nowej  flanelowej  piżamy.  Wyrzuciła 

rzeczy  na  łóżko.  Niemożliwe,  aby  Maggie  zapomniała  o  ciepłej  piżamie,  która  leżała  koło 
torby.   

Gdzie zapodziała się najważniejsza rzecz? 

Dixie  otworzyła  boczną  kieszeń  i  wyciągnęła  nocny  strój.  Niestety  nie  ten,  którego 

szukała.   

– Niech to kule biją! – zaklęła pod nosem. – Uduszę Maggie! Zamorduję! Wydrapię jej 

oczy! Powyrywam włosy! 

Policzyła do dziesięciu,  spojrzała na sufit, policzyła do dwudziestu i niepewnie zerknęła 

na  to,  co  trzymała  w  dłoni.  Czy  Maggie  celowo  tak  postąpiła?  Niemożliwe.  Przecież  była 
najwierniejszą przyjaciółką, która dotychczas nigdy nie zawiodła.   

Dixie  długo  wpatrywała  się  w  zwiewną  koszulę  fantazyjnie  obszytą  koronką.  Zamknęła 

oczy,  otworzyła.  Tak,  to  jednak  było  do  przewidzenia.  Od  początku  znajomości,  czyli  od 

kilkunastu  lat,  przyjaciółki  robiły  sobie  kawały.  I  teraz  Maggie  zrobiła  jej  największego 

psikusa.   

Należało spodziewać się, że wykorzysta okazję, gdy przyjaciółka wreszcie będzie sam na 

sam z przystojnym mężczyzną.   

Cóż, Maggie zapomniała, że noce w górach są zimne i lepiej mieć ciepłą piżamę.   

Dixie uśmiechnęła się szelmowsko i wcisnęła koszulę na dno torby. Nie będzie marznąć 

w nocy, bo przecież może spać w bluzce i spodniach. Po powrocie zaś zrewanżuje się tak, że 
przyjaciółce zbieleje oko.   

Wet za wet.   

Jack  rzucił  psom  gałązkę.  Tigger  i  Sadie  schwyciły  ją  za  dwa  końce  i  niezdarnie 

przybiegły z powrotem.   

Jack był zły, że wszystko sprzysięgło się przeciw niemu. Jak nie myśleć o romansie w tak 

background image

sprzyjających okolicznościach? Tigger polizał pana w rękę, czym sprowadził go na ziemię. I 
dzięki temu Jack w porę zauważył, że doszedł na miejsce.   

Nad wodą unosiła się para. Czyli znalazł gorące źródło, o którym mówiła Dixie.   
– Dobrze, że moja przeciwniczka nie widzi, jaki jestem bystry – mruknął poirytowany. – 

Niewiele brakowało, a byłbym wlazł prosto do wody.   

Poklepał  psa,  który  zadowolony,  że  uratował  swemu  panu  życie,  położył  się  na  trawie. 

Sadie przytuliła się do Tiggera i zasnęła.   

Jack  przykucnął  i  włożył  rękę  do  ciepłej  wody.  W  sam  raz  do  kąpieli.  Natychmiast 

oczyma wyobraźni ujrzał Dixie – była naga, osłonięta jedynie welonem z włosów i pary.   

Zacisnął pięści. Przysiągł sobie, że podczas kąpieli czarnowłosej boginki będzie trzymał 

się  z  dala  od  źródła.  Ogarniało  go  podniecenie  na  samą  myśl  o  Dixie,  więc  wolał  nie 
ryzykować.  Lepiej  nie  sprawdzać,  jak  ciało  zareaguje  na  widok  nimfy  wynurzającej  się  z 
wody.   

Wiedział,  że  podczas  dnia  nie  będzie  tak  źle,  ale  w  nocy.  ..  Niewidzącym  wzrokiem 

patrzył na osiki rosnące wokół źródła. Co będzie, jeśli okaże się, że Dixie śpi nago? 

Szkoda, że zbudowano kominek wspólny dla dwóch pokoi, ale chyba nie warto martwić 

się na zapas. Pocieszał się, że Dixie jest rozsądna i zabrała niezbyt twarzową piżamę.   

background image

ROZDZIAŁ CZWARTY 

 

Dixie  patrzyła  na  wieczorne  niebo  i  wysokie  sylwetki  sosen  odcinające  się  na  tle 

purpurowego teraz nieba.   

– Gdzie podziewa się Jack z psami? – powiedziała na głos.   
Niezgrabnie zapaliła staroświecką lampę. Ciepłe światło usunęło cienie, które wypełzały 

ze wszystkich kątów. Stare umknęły, lecz powstały nowe.   

Normalnie  nie  bała  się  ciemności,  ale  teraz  znajdowała  się  daleko  od  miasta  i  ludzi  i 

przypomniały  się  jej  drastyczne  sceny  z  różnych  filmów.  Wyrzucała  sobie,  że  oglądała 
morderstwa  i  przemoc.  Gdy  była  wśród  ludzi,  filmy  zdawały  się  nieszkodliwe,  lecz  w  głębi 

lasu, w samotności potęgowały strach. Wszystko, co w nich widziała, mogło jej się przytrafić.   

Wyjęła  z  pojemnika  jedzenie  i  ułożyła  na  papierowych  talerzach.  Co  za  wspaniały 

poczęstunek! Przynajmniej Jack nie będzie miał podstaw do oskarżenia jej o to, że serwując 
wykwintne posiłki, próbuje wyłudzić prawo do chaty.   

Nie  lubiła  gotować  i  dlatego  robiła  to  równie  umiejętnie,  jak  sprzątała  mieszkanie  lub 

pakowała się przed wyjazdem. Czyli beznadziejnie.   

Gdy  usłyszała  kroki  i  ujadanie,  odetchnęła  z  ulgą.  Dopiero  teraz  uświadomiła  sobie,  że 

była bardzo spięta.   

Och, jak przyjemnie mieć towarzystwo, choćby współzawodnika w konkursie.   

Zerknęła na niego spod rzęs. Wyglądał jeszcze bardziej pociągająco niż przed spacerem. 

Miał  potargane  włosy  i  pachniał  lasem.  Stanowił  uosobienie  niebezpiecznego  uwodziciela, 
przed którym ostrzegała ją matka.   

Lecz kobiety uwielbiają takie niebezpieczeństwo, prawda? 

Dixie wzdrygnęła się, chociaż wcale nie było zimno.   

Dość długo patrzyli na siebie w milczeniu, więc sekundy zdawały się minutami. Wreszcie 

Dixie wyciągnęła rękę w stronę kuchni.   

– Zapraszam na kolację.   
– Moja wdzięczność nie zna granic, bo solidnie zgłodniałem.   
Jack zawrócił do drzwi frontowych i gwizdnął. Tigger oraz Sadie wbiegły jednocześnie i 

usiadły  przed  nim.  Oba  wpatrywały  się  w  niego  z  oddaniem,  czyli  Sadie  bezwstydnie 
zdradziła swą panią.   

Jack zdjął marynarkę i rzucił na fotel. Zafascynowana Dixie obserwowała grę mięśni pod 

koszulą  i  na  owłosionej  ręce.  Zastanawiała  się,  czy  ten  olbrzym  zdaje  sobie  sprawę,  jak 
bardzo  ją  pociąga.  Możliwe,  że  to  część  jego  planu,  by  zdobyć  prawo  do  domu  w  górach. 
Może postanowił doprowadzić ją do szaleństwa? 

Trzeba uważać, pilnować się, aby nie osiągnął podstępem celu.   
– Robi się chłodno, więc jeszcze przed kolacją rozpalę w kominku na górze.   
Jack schwycił  swoją lampę,  przeskakując po dwa stopnie, wbiegł  po schodach i  zniknął 

na półpiętrze.   

Dixie  energicznie  potrząsnęła  głową,  aby  wyrzucić  z  niej  rosnące  zainteresowanie 

background image

rywalem. Spojrzała na psy, klepnęła się w udo i ruszyła do kuchni.   

– Czas na kolację.   
Była bardzo głodna. Jack omylił się, jeśli liczył, że poczeka na niego. Jedzenie już i tak 

wystygło. Wystygło? Przecież od początku było zimne.   

Jack miał nadzieję, że komin nie jest zatkany i ciąg powietrza będzie dobry.   

Potarł  zapałkę  o  kamienne  palenisko  i  wsunął  rękę  do  kominka.  Ucieszył  się,  że  dym 

idzie prosto do góry, podrzucił szczap na rozpałkę, a po chwili dwa polana.   

Siedząc  w  kucki,  widział  prawie  cały  sąsiedni  pokój.  Zdziwił  się,  że  żelazne  łóżko  stoi 

jakoś bliżej niż za dnia. A zatem w nocy nie wolno zbyt nisko nachylać się przy dorzucaniu 
drew, bo będzie widać Dixie. Oby spała w grubej piżamie.   

Potarł jeszcze jedną zapałkę i przypalił w drugim miejscu. Gdy uznał, że ogień na pewno 

nie zgaśnie, wstał i przeciągnął się. Nie wypadało dłużej zwlekać, trzeba zejść do kuchni. W 
brzuchu głośno mu burczało, organizm dopominał się o swe prawa.   

Wszedł niepostrzeżenie i dlatego zobaczył, że Tigger zajada frytki.   
– Był bardzo głodny – usprawiedliwiała się zaczerwieniona Dixie.   
– Czy ja coś mówię? 
Starał  się  nie  wpaść  w  zachwyt  z  powodu  zielonych  oczu,  które  przy  zarumienionych 

policzkach były jeszcze piękniejsze. Postawił krzesło oparciem do stołu, usiadł okrakiem i z 
uznaniem popatrzył na pełen talerz.   

– Tigger jest żarłokiem.   
– Zauważyłam.   
– Dziękuję za kolację.   
Dixie lekceważąco wzruszyła ramionami.   
–  Bardzo  wystawna,  prawda?  Chyba  domyślasz  się,  że  przygotowywałam  ją  przez  cały 

dzień. Znalazłeś źródło? 

Skinął  głową,  ponieważ  miał  pełne  usta,  a  na  dodatek  zlizywał  musztardę  z  palców. 

Zauważył, że Dixie spąsowiała i ślicznie wygląda. Coraz mniej ludzi się rumieni, a to bardzo 
ładny widok.   

Przełknął i odezwał się: 
– Dobrze byłoby opracować plan.   
– Jaki? Po co? 
– Chodzi o mycie. Lepiej ustalić, kto i kiedy będzie korzystać z kąpieli w źródle.   
Dixie  jeszcze  bardziej  się  speszyła,  a  jemu  podobało  się,  że  pod  wpływem  zmieszania 

zielone oczy ciemnieją.   

– Co tu ustalać? – Aby zyskać na czasie, napiła się wody. – Mnie żadne komplikacje nie 

przychodzą do głowy. O której wstajesz? 

– Różnie.   
– A ja zawsze wcześnie. Czy zgodzisz się, żebym była pierwsza w kolejce? 
– Zgodzę. Mam nadzieję, że do ósmej zdążysz się wypluskać. I o jedno cię proszę. Idąc 

do źródła, rób dużo hałasu.   

Żując ostatni kęs, z żalem patrzył na pusty talerz.   

background image

– Dlaczego mam hałasować? – zdziwiła się Dixie. – Żeby obudzić ciebie czy odstraszyć 

jakieś zwierzę? 

– Nie boisz się dzikich zwierząt? 
Podejrzewał  ją  o  to,  że  przestraszy  się  wiewiórki  skaczącej  po  gałęziach  i  ucieknie  z 

wody. Zrobiło mu się przykro na myśl, że coś mogło ją przerazić.   

– Nie boję się, ale na wszelki wypadek wezmę Sadie. – Spojrzała na zegarek. – Och, jak 

późno! Zaraz się położę, bo jestem trochę zmęczona.   

Wstała,  ziewnęła  i  leniwie  się  przeciągnęła,  a  Jack  patrzył  zafascynowany.  Uznał,  że 

posągowo zbudowana nimfa jest bardzo niebezpieczna.   

Odwrócił wzrok od pokusy i gorączkowo szukał jakiegoś neutralnego tematu.   
–  Nie  wiem,  jak  tu  jest  w  nocy,  ale  na  wszelki  wypadek  zamknąłem  okna,  a  ogień 

zabezpieczyłem na kilka godzin.   

– Dziękuję. Dobranoc.   
– Dobranoc.   
Postanowił  dać  Dixie  czas,  aby  spokojnie  rozebrała  się  i  położyła.  Nie  chciał  oglądać 

pięknej kobiety chodzącej w piżamie, choćby grubej i niezbyt frywolnej.   

Dixie wrzuciła talerz i  kubek do kosza, skinęła na Sadie,  wzięła lampę i  umknęła przed 

przenikliwym wzrokiem Jacka, dziwnie niepokojącym w migotliwym świetle.   

Starannie zamknęła drzwi sypialni i oparła się o nie. Tutaj odprężyła się, ale na plecach 

nadal  czuła  mrowienie.  Wiedziała,  że  Jack  obserwował  ją,  jak  przedtem  ona  jego.  Z  jedną 
różnicą.  Ona  patrzyła  z  zachwytem,  a  on  prawdopodobnie  z  niechęcią.  Na  pewno  pragnął, 
żeby zrezygnowała z nagrody.   

Niedoczekanie.  Okolica  urzekła  ją,  majestat  gór,  piękno  i  spokój  od  razu  chwyciły  za 

serce,  chata  przypadła  do  gustu.  Dixie  była  przekonana,  że  tutaj  będzie  idealny  azyl  dla 
młodzieży mającej kłopoty z sobą i z rodziną. W takim otoczeniu człowiek prędko wraca do 
równowagi,  ponieważ  nie  ma  ingerencji  rodziny  łub  znajomych,  co  zazwyczaj  jedynie 

przeszkadza.   

W  nieprzytulnym  pokoju  była  tym  bardziej  wdzięczna  Jackowi  za  ciepło  i  wesołe 

płomienie. Przez chwilę stała przy kominku, z przyjemnością się grzejąc, po czym obejrzała 
rzeczy, w których przez cały dzień chodziła.  Skrzywiła się, ponieważ bluzka i  spodnie były 

poplamione,  nosiły  ślady  trawy,  żywicy  i  błota.  Plamy  tworzyły  nawet  dość  interesujące 

wzory, gdyby potraktować je jako sztukę abstrakcyjną.   

Przyjemnie byłoby zdjąć brudne rzeczy, włożyć ciepłą piżamę.   

Jaka szkoda, że Maggie zrobiła takiego psikusa.   

Dixie  wiedziała,  że  nie  ma  sensu  zwlekać  i  musi  podjąć  decyzję.  Wybór  miała 

ograniczony. Albo trzeba spać w ciasnych spodniach, albo włożyć przejrzystą koszulę, którą 
Maggie podstępnie zapakowała. Zdenerwowała się i jak zwykle w takich momentach zaczęła 
obgryzać paznokcie. Obejrzała kominek z góry, przykucnęła i obejrzała z tej pozycji.   

Doszła  do  wniosku,  że  Jack  niewiele  zobaczy,  jeśli  nie  będzie  celowo  przykucał  i 

zaglądał  do  sąsiedniego  pokoju.  Zresztą  wcale  nie  wiadomo,  czy  według  niego  jest  ładną 
kobietą, a tym bardziej godną pożądania. Mówił o jakiejś Emmie, która pewno czeka na niego 

background image

z utęsknieniem.   

Zdecydowała się spać w koszuli.   

Wcześniej  przyniosła  pełen  dzbanek  wody,  więc  mogła  się  obmyć.  Wyjęła  z  torby 

zwiewny  nocny  strój  i  jeszcze  raz  go  obejrzała.  W  świetle  płomieni  zdawał  się  utkany  z 
księżycowej poświaty.   

Wsunęła  koszulę  przez  głowę.  Materiał  był  bardzo  miękki,  lecz  nie  stanowił 

odpowiedniego  stroju  na  noc  w  górskiej  chacie.  Z  przodu  cienka  koszula  dochodziła  do 
połowy łydki, z tyłu miała tren.   

– Wyglądam jak aktorka filmowa sprzed lat – szepnęła z autoironią. – Ale niezależnie od 

wyglądu trzeba się porządnie wyspać.   

Przytrzymując  tren,  powoli  podeszła  do  łóżka,  położyła  się  na  śnieżnobiałym 

prześcieradle i podciągnęła koc pod brodę. Rozgrzała się, westchnęła zadowolona. Jak miło i 
wygodnie.   

Miała nadzieję, że prześpi całą noc, a wczesnym rankiem pójdzie na długi spacer w lesie. 

Oczywiście po kąpieli w gorącym źródle.   

Jack spojrzał na zegarek i zmniejszył płomień lampy. Uznał, że może iść na górę, bo dał 

Dixie dość czasu na to, by się położyła. Jeśli jeszcze nie śpi, jej sprawa. Czuł się zmęczony, a 
Tigger głośno ziewał i kleiły mu się powieki.   

Powoli wszedł na schody.   

Wieloletnia praca wytwarza pewne nawyki. Jack automatycznie przystanął na półpiętrze, 

by posłuchać dźwięków dochodzących z domu i z zewnątrz. Usłyszał jedynie zwykłe odgłosy 
nocy, dalekie wycie kojota.   

Cisza  w  domu  oznaczała,  że  Dixie  śpi.  To  dobrze.  Przynajmniej  nie  natknie  się  na 

rywalkę, która jest mu obojętna, chociaż ładna i miła.   

Cicho zamknął drzwi i popatrzył na łóżko. O czym myślał człowiek, który tak pięknie je 

wyrzeźbił? Chyba marzył o nocach z ukochaną.   

Jack zdjął koszulę i spodnie, a włożył szorty. Gdyby Dixie zobaczyła, w czym zwykle śpi, 

mogłaby dostać zawału, a wolał tego nie ryzykować.   

Podszedł do kominka, rozgarnął żarzący się popiół i dołożył dwa polana. Pilnował się, by 

wzrok  nie  uciekł  do  łóżka  stojącego  za  trzaskającymi  płomieniami.  Nerwowym  ruchem 
gładził włosy i czekał, , aż drewno się rozpali. Gdy ocenił, że nie zgaśnie, odwrócił się.   

Tigger położył się, parę razy cicho ziewnął i usnął.   

Jack  patrzył  z  zazdrością,  bo  też  chętnie  zasnąłby  tak  prędko.  Gdyby  i  jemu  starczyło 

znaleźć odpowiednie miejsce, wygodnie się ułożyć i o wszystkim zapomnieć... Życie w ogóle 
byłoby łatwiejsze, a już na pewno tej nocy.   

Stanął  przy  oknie  i  zapatrzył  się  na  srebrzyste  pnie  osik  skąpanych  w  świetle  księżyca. 

Był  rozdrażniony,  ponieważ  myśli  o  Dixie  odpędzały  sen.  Jej  promienny  uśmiech, 
dziewczęcy  wdzięk,  bardzo  kobiece  krągłości  stanowiły  wyjątkowo  atrakcyjne  połączenie. 
Mimo to powinien być odporny i skupić się na tym, po co przyjechał. Musi otrzymać dom dla 
ciotki, która bardzo liczy na wygranie konkursu.   

Ciotka  i  jej  marzenia  są  najważniejsze.  Nie  wolno  myśleć  o  tym,  by  zawrzeć  bliższą 

background image

znajomość  z  Dixie,  poznać  smak  jej  ust.  Koniecznie  trzeba  zdobyć  nagrodę,  potem 
zaopiekować się ciotką z wdzięczności za wieloletnie poświęcenie, za to, co dotychczas dla 
niego zrobiła. Wyłącznie ten cel powinien mu przyświecać.   

Niestety  teoria  rozmijała  się  z  praktyką,  a  sen  nie  nadchodził.  Jack  długo  przemierzał 

pokój  z  kąta  w  kąt,  wreszcie  zachciało  mu  się  pić.  Szklanka  wody  na  pewno  ochłodzi  i 
oderwie myśli od istoty śpiącej w sąsiednim pokoju.   

W otwartych drzwiach zamienił się w słup soli, ponieważ przy schodach stała Dixie. Była 

w fantazyjnej koszuli. Dlaczego nie w ciepłej piżamie? 

Oboje milczeli zaskoczeni, a Sadie niecierpliwie skakała koło swej pani.   

Jack  zapomniał  o  postanowieniach  i  omiótł  wzrokiem  kuszącą  sylwetkę,  widoczną  w 

przyćmionym  świetle  z  pokoju.  Zrozumiał,  że  picie  nie  ostudzi  ciała;  trzeba  będzie  oblać 
rozpaloną głowę zimną wodą.   

Miał być spokój, a zanosi się na coraz większy niepokój! 

Dixie zastanawiała się, co znaczy rozogniony wzrok Jacka. Oj, chyba zwiastuje kłopoty! 

Było  oczywiste,  że  koszula  nie  uszła  uwagi  Jacka.  Dixie  w  duchu  przeklinała  ze  złości,  że 
Sadie ma za mały pęcherz.   

Wszystko przez fizjologię spaniela.   

Skrzyżowała ręce na piersi i schrypniętym głosem wykrztusiła: 
– Sadie musi... muszę ją wyprowadzić.   
– Aha.   
Jack  powiedział  to  takim  tonem,  jakby  uważał,  że  Dixie  celowo  wybrała  się  na 

przechadzkę.  A  przecież  nie  wiedziała,  że  on  nie  śpi  i  o  tej  porze  lubi  chodzić  po  domu. 
Zanim wyszła z łóżka, przez kilka minut nasłuchiwała odgłosów z sąsiedniego pokoju. Była 
cisza jak makiem zasiał, myślała, że Jack już śpi. A tymczasem spotkali się. Prawdziwy pech! 

– Masz bardzo ładną koszulę.   
Uśmiechnął się tak, że przebiegł ją dreszcz i z trudem opanowała podniecenie.   
– Nie moja.   
Jack wysoko uniósł brwi, a Dixie poczuła, jak na jej policzki wpełza zdradliwe gorąco.   
– Zwykle śpię we flanelowej piżamie.   
– Tak myślałem.   
Ciekawe,  co  to  oznacza.  Czy  ma  wypisane  na  twarzy,  że  nie  nosi  kreacji  z  jedwabiu  i 

koronek?  Jack  jej  nie  zna,  ale  może  jest  wyjątkowo  bystry  i  spostrzegawczy.  Jego  słuszne 
przypuszczenie nie było miłe.   

– Maggie pomogła mi się spakować i to – wzięła koszulę w dwa palce – jest dowodem jej 

przekornej natury. Nie mam nic innego na noc.   

Wiedziała, że niepotrzebnie to mówi, lecz nie mogła się powstrzymać.   

Jack ze zrozumieniem skinął głową.   
– Podoba mi się takie poczucie humoru. Dobranoc. Obrócił się na pięcie i zniknął.   
Dixie wbiła wzrok w drzwi. Co on miał na myśli? Czy w takiej koszuli mu się podobała? 

Zresztą  to  bez  znaczenia.  Musiała  jednak  przyznać  się  przed  sobą,  że  aprobujący  wzrok 
sprawił jej przyjemność.   

background image

Przypomniała  sobie  powód,  dla  którego  wyszła  z  pokoju,  i  gniewnie  spojrzała  na 

spaniela. Sadie zaskomliła i pomerdała ogonem.   

– Wszystko przez ciebie. Mogłabyś mniej pić. No, biegnij i zrób swoje.   
Czekała,  dygocąc  z  zimna.  Po  kilku  minutach  wpuściła  Sadie,  czym  prędzej  wróciła  do 

pokoju i wskoczyła do ciepłego łóżka. Leżała wpatrzona w płomienie i zastanawiała się, co 
Jack robi. Czy już zasnął? 

Zreflektowała się, że za dużo o nim myśli. Stanowczo postanowiła, że się opamięta i nie 

pozwoli  rozwinąć  się  uczuciu,  które  psuje  życiowe  plany.  Miała  bardzo  odpowiedzialną 
pracę,  więc  nie  może  ulec  hormonom.  Poza  tym  z  osobistego  doświadczenia  wiedziała,  jak 
wyglądają romantyczne związki. Widziała nieudane małżeństwa matki.   

Położyła  się  na  boku  i  uderzyła  pięścią  w  poduszkę.  Nie  da  zwieść  się  interesującej 

twarzy  i  sylwetce  atlety.  Hormony  przebudziły  się,  lecz  można  je  znowu  uśpić.  Umiała  to 
robić, miała wprawę.   

Rozum mówił jedno, a ciało drugie. Istniało niebezpieczeństwo, że hormony zlekceważą 

racje rozumu.   

Czym zająć myśli, żeby się uspokoić? 

Zwykle pomagała tabliczka mnożenia. Dotychczas było to najlepsze lekarstwo.   

Dixie  zaczęła  mnożyć  i  dzielić,  ale  wkrótce  się  znudziła.  Pomyślała  o  wykładach 

profesora  Blackwella.  Co  z  nich  pamięta?  Profesor  do  znudzenia  powtarzał  studentom,  że 
kiedyś pożałują, iż nie przykładali się do nauki. Warto byłoby napisać do profesora i po latach 
przyznać  mu  rację,  chociaż  nie  rozpaczała,  że  zapomniała  większość  z  tego,  czego  uczył. 
Żałowała jedynie, że tabliczka mnożenia nie zagłuszyła myśli o Jacku i nie sprowadziła snu.   

Zamiast pomóc, bodaj jeszcze pogorszyła sytuację.   

Dixie mocno zacisnęła powieki i wmawiała sobie, że zasypia. A jeśli sen nie przychodzi, 

to  lepiej, żeby jak najprędzej  nastał  świt.  Wtedy  będzie można wstać,  zdjąć próbtematyczną 
koszulę,  a  włożyć  spodnie  i  bluzkę.  Przysięgła  sobie,  że  Maggie  drogo  zapłaci  za 
niewybredny żart.   

Zbudziło ją światło nowego dnia. Otworzyła oczy zaskoczona, że jednak przespała kilka 

godzin,  chociaż  bała  się  bezsennej  nocy.  Przeciągnęła  się  i  głośno  ziewnęła.  Zza  okien 
dochodziły miłe dla ucha odgłosy.   

Ptaki  śpiewały  przy  akompaniamencie  cichego  szumu  liści.  Naturalna  symfonia 

przewyższała swym pięknem wszystko, co człowiek potrafi stworzyć.   

Przyjemnie tego słuchać, ale czas wstać, skorzystać z ciepłej wody i zacząć nowy dzień.   

Dixie przez dłuższą chwilę nadsłuchiwała, ale z sąsiedniego pokoju nie dochodził żaden 

dźwięk. Wobec tego prędko się ubrała, wzięła przybory toaletowe i na palcach zeszła na dół.   

Cicho  zamknęła  drzwi  frontowe  i  pobiegła  zarośniętą  ścieżką.  Niebawem  stanęła  nad 

brzegiem  niedużej  sadzawki.  W  promieniach  wschodzącego  słońca  woda  krystalicznie 
połyskiwała, a nad powierzchnią unosiła się lekka mgiełka. Naokoło rosły sosny, w powietrzu 
unosił się zapach żywicy.   

Raj na ziemi! 

Dixie  długo  napawała  się  urokiem  poranka.  Potem  rozebrała  się,  ale  szybko  okręciła 

background image

ręcznikiem,  gdyż  chłodne  powietrze  wywołało  gęsią  skórkę.  Ostrożnie  stąpając  po  śliskich 
głazach, weszła do wody.   

Jak przyjemnie! 

Rzuciła  ręcznik  na  brzeg  i  poszła  dalej.  Na  środku  było  tak  głęboko,  że  ciepła  woda 

sięgała po brodę.   

Pełnia szczęścia! 

Wróciła  do  brzegu  i  namydliła  się  ekologicznym,  delikatnie  pachnącym  mydłem. 

Rozejrzała  się  w  poszukiwaniu  spaniela,  ale  Sadie  zniknęła.  Nigdy  nie  odchodziła  daleko, 
lecz widocznie miała jakieś własne sprawy i nie chciała siedzieć na brzegu.   

Dixie  zanurkowała,  wynurzyła  się,  nalała  na  dłoń  sporą  porcję  szamponu.  Mycie  głowy 

zawsze  działało  na  nią  uspokajająco,  teraz  też  aż  przymknęła  oczy  z  zadowolenia.  Ciepła 
woda,  chłodny  wiatr  owiewający  nagie  ramiona,  pachnące  powietrze,  niewyraźne  szelesty 
wśród traw.   

Spłukała szampon i nadstawiła ucha. Co to za dziwny odgłos? Jakby drapanie pazurami. 

Zerknęła w stronę drzew i krzewów na lewym brzegu. Nic nie widać. Spojrzała przez ramię 
na miejsce, w którym zostawiła rzeczy i... zamarła.   

Rzeczy leżały tak, jak je zostawiła, lecz na nich skulił się mały skunks. Wyglądało na to, 

że smacznie śpi.   

Co robić? Co robić? – zastanawiała się Dixie gorączkowo.   

Byle nie wpaść w panikę.   

Wiedziała, że w takiej sytuacji najważniejsze jest zachowanie zimnej krwi i jasnej głowy. 

Dla uspokojenia zaczęła miarowo oddychać i liczyć do stu.   

Przecież nie mogła pójść do domu nago.   

Gorączkowo  zastanawiała  się,  czy  i  kiedy  uda  jej  się  wyjść  z  wody  i  w  co  się  ubierze. 

Jeśli  zacznie  krzyczeć,  Jack  przybiegnie  na  ratunek,  ale  skunks  wystraszy  się  i  opryska 
cuchnącą wydzieliną wszystko naokoło. Oczywiście najpierw rzeczy, na których śpi.   

background image

ROZDZIAŁ PIĄTY 

 

Jack raz i drugi spojrzał na zegarek. Dziwne! Minęła pełna godzina od wyjścia Dixie. Co 

ta dziewczyna tak długo robi? Powinna już wrócić po kąpieli. Nie wyglądała na flegmatyczkę, 
która potrzebuje dwóch godzin, żeby się umyć.   

Czyżby  zginęła  po  drodze  albo  utonęła?  Na  pewno  nie  było  tam  głęboko,  ale  mogła 

pośliznąć się i utopić w płytkiej wodzie.   

Spokojnie, spokojnie.   

Nie  należy  przewidywać  najgorszego,  bo  wyjaśnienie  zazwyczaj  jest  proste.  Lepiej 

trzymać wyobraźnię na wodzy. I pamiętać, że skoro jest się cenionym detektywem, należy w 
krytycznych momentach zachować trzeźwą głowę i myśleć racjonalnie.   

Jednak trzeba coś zrobić. Lecz co? 

Postanowił,  że  pójdzie  na  spacer  po  łące  i  będzie  udawał  spokój.  Zresztą  tak  czy  owak 

czas wyprowadzić Tiggera.   

Dixie,  która  chyba  zdążyła  się  wykąpać,  na  pewno  wraca  do  domu  okrężną  drogą, 

zrywając kwiaty albo podziwiając widoki. Jack chciał dyskretnie się rozejrzeć. Gdy zauważy 
dziewczynę, wyruszy w stronę źródła.   

Bardzo rozsądne wyjście. Dlatego nie rozumiał narastającego niepokoju i instynktownego 

przeczucia, że jednak coś jest nie w porządku.   

Ciekawe, co się stało.   

Doszedł prawie do końca krętej ścieżki wśród gęstych zarośli. Przystanął, nadstawił ucha. 

Naokoło panowała niezmącona cisza. Obejrzał się za siebie i o dziwo nie dostrzegł Tiggera. 
Pewnie psiak pogonił za wiewiórką.   

–  Dixie  –  odezwał  się  półgłosem.  Zaczekał  chwilę,  a  gdy  nie  otrzymał  odpowiedzi, 

zawołał: – Dixie? 

– Cicho! 
Głos  dobiegł  od  strony  wody.  Co  ta  dziewczyna  wyprawia?  Przeszedł  kilka  kroków  i 

znowu przystanął.   

– Jeszcze się kąpiesz? 
– Potrzebuję pomocy – padła nieoczekiwana i niechętna odpowiedź.   
Jack ruszył szybciej.   
– Nie pędź, bo go spłoszysz.   
Ciekawe  kogo?  Miał  nadzieję,  że  Dixie  nie  natknęła  się  na  węża.  Wiedział,  że  poradzi 

sobie  z  każdym  dzikim  zwierzem  oprócz  pełzającego  gada.  Trzeba  przestać  zgadywać  i  na 
własne  oczy  przekonać  się,  o  co  chodzi.  Ostrożnie  wyjrzał  zza  osłony  krzewów, 
błyskawicznie ocenił sytuację, pokręcił głową.   

To nic strasznego.   

Ulżyło mu.   

Z  dużym  zwierzęciem  podjąłby  nierówną  walkę,  zwalone  drzewo  jakoś  by  usunął,  lecz 

jak walczyć z kłębkiem futra? 

background image

Dixie powoli wyciągnęła rękę, uważając, aby reszta ciała pozostała pod wodą.   
– Tam jest skunks.   
– Widzę.   
Zwierzątko leżące na ubraniu niewątpliwie było dorodnym skunksem.   
– Śpi na moich rzeczach.   
– Ciekawe, na jak długo tam się usadowił.   
Dixie wzruszyła ramionami, które na moment ukazały się nad powierzchnią wody.   
–  Skąd  mam  wiedzieć? Może  to  głuchy  staruszek  albo  młode  stworzenie,  które  jeszcze 

nie wie, że należy unikać ludzi. – Uśmiechnęła się współczująco. – Biedactwo.   

–  Zapominasz,  że  to  twoje  „biedactwo”  posiada  cuchnący  oręż.  –  Jack  zaśmiał  się, 

ponieważ sytuacja zaczęła go bawić. – Intryguje mnie, jak zamierzasz odzyskać rzeczy.   

–  Gdybym  wiedziała,  co  zrobić,  nie  potrzebowałabym  pomocy.  –  Popatrzyła  na  niego 

błagalnie. – Proszę cię.   

Jack zastanowił się nad sposobami rozwiązania problemu. Niestety wszystkie wymagały 

usunięcia skunksa, na co nie miał najmniejszej ochoty.   

– Twoja koszula – szepnęła Dixie.   
– Co takiego? 
– Pożycz mi.   
Bystra  istota.  Że  też  sam  na  to  nie  wpadł.  Dzięki  temu  nie  będzie  musiał  dotykać 

zwierzątka. Zdjął koszulę i przewiesił przez rękę.   

Dixie zrobiła wielkie oczy i wskazała rosnący nieopodal krzew.   
– Bądź tak dobry i tam połóż, a potem się odwróć. Jack błysnął zębami w szelmowskim 

uśmiechu.  A  jeśli  odmówi?  Czy  zdesperowana  nimfa  wyjdzie  z  wody  i  weźmie  koszulę 
prosto z jego ręki? 

Dixie  zasępiła  się.  To  droczenie  się  czy  odmowa  spełnienia  prośby?  Powinna  wyjść  z 

wody i wziąć koszulę, czy też nago pobiec do domu? Nie. Wiedziała, że nie zdobędzie się na 
taki wyczyn, chociaż, o dziwo, w głębi duszy miała ochotę to zrobić.   

Przyjrzała się półnagiemu atlecie. Przefiltrowane przez gałęzie promienie słońca tworzyły 

intrygujące, tajemnicze cienie na potężnym torsie. Spojrzała na twarz Jacka. Jego rozpalony 
wzrok  i  uwodzicielski  uśmiech  sprawiły,  że  z  wrażenia  zabrakło  jej  tchu,  poczuła  rosnące 
pożądanie.   

Żałowała,  że  nie  ma  odwagi  odpowiedzieć  na  ogień  w  niebieskich  oczach.  Chciałaby 

choć  raz  w  życiu  przekroczyć  pewną  granicę  i  sprawdzić,  co  znajduje  się  dalej.  Lecz  nie 
akurat teraz. I nie nago.   

Jack  domyślił  się,  że  dziewczyna  toczy  wewnętrzną  walkę,  toteż  rzucił  koszulę  na 

wskazany krzak i posłusznie się odwrócił. Lecz nie odszedł.   

Dixie postąpiła dwa kroki w stronę brzegu. Jeszcze jeden. Dno gwałtownie się podnosiło. 

Zrobiła trzy kroki. Woda była ciepła, a poranne powietrze chłodne, więc mokra skóra pokryła 
się gęsią skórką.   

Dixie schwyciła koszulę. Skrępowana, ubierała się niezdarnie i powoli. Niestety koszula 

sięgała jej zaledwie do pół uda. Wolałaby mieć dłuższe okrycie, lecz nie było wyboru.   

background image

Obciągając  koszulę,  zerknęła  na  Jacka  i  zobaczyła,  że  wpatruje  się  w  jej  piersi. 

Podniecenie  wzrosło,  skrępowanie  też,  ale  zmusiła  się,  by  nie  spuścić  wzroku.  Wpatrywała 
się w pulsującą żyłę na jego skroni...   

Po  długiej  chwili  ich  oczy  się  spotkały.  I  zielone,  i  niebieskie  płonęły  pożądaniem, 

którego nie dało się ukryć.   

Gdy Jack wyciągnął rękę, Dixie nerwowo podskoczyła.   
– Spokojnie. To tylko pomocna dłoń. Przyda ci się, gdy pójdziesz po kamienistej ścieżce. 

– Wskazał jej bose stopy i swoje buty. – Nie pożyczę, bo trochę za duże.   

– Och.   
Była  zła,  że  rumieniec  ją  zdradzi.  Dlaczego  troskę  o  bose  stopy  odczytała  jako  wyraz 

gwałtownej namiętności? Położyła drżące palce na gorącej dłoni i wyczuła podobne drżenie.   

Jack powoli zamknął jej dłoń w swojej.   
– Dlaczego się trzęsiesz? Zimno ci? 
Uznała, że kłamstwo byłoby oznaką tchórzostwa. – Nie.   

Wyżej uniosła głowę. Była wystraszona, ale postanowiła udawać odwagę.   

Jack delikatnie musnął zaróżowiony policzek.   
– Jeśli nie z zimna, to dlaczego drżysz? 
Bywają  chwile,  gdy  trzeba  powiedzieć  prawdę.  Dixie  miała  wrażenie,  że  nadszedł 

moment  podjęcia  ważnej  decyzji.  Będzie  szczera  i  powie  przystojnemu  rywalowi,  jakie 
emocje w niej budzi.   

– Boję się – wyznała niemal szeptem. Jack nie ukrywał zaskoczenia.   
– Czego się boisz? Mnie? Dixie postąpiła pół kroku.   
– Nie. Boję się, że nie starczy mi odwagi, żeby cię pocałować. A jeszcze bardziej, że nie 

chcesz, żebym to zrobiła.   

Jack ujął jej twarz w dłonie i kciukiem pieszczotliwie przesunął po wargach.   
– Nie ma żadnego powodu do obaw.   
Intuicyjnie  wiedziała  o  tym,  lecz  głośno  wypowiedziane  słowa  ucieszyły  ją,  dodały 

odwagi.  Niejako  usprawiedliwiały  podszepty  instynktu.  Dlatego  zamiast  czekać,  aż  Jack 
pochyli się ku niej, stanęła na palcach i odchyliła głowę. Ich usta błyskawicznie się spotkały.   

Dixie  nie  była  przygotowana  na  taką  rozkosz  i  po  pierwszym  pocałunku  błogo 

westchnęła. Rozchyliła wargi, podświadomie posunęła się o krok, przytuliła do twardej piersi, 
zarzuciła Jackowi ręce na szyję, wsunęła palce we włosy.   

Jack  objął  ją  i  pieszczotliwie  pogładził  po  plecach;  jego  gorące  dłonie  paliły  przez 

koszulę. Gdy wreszcie oderwał się od jej ust, oboje z trudem łapali oddech.   

– Wiesz, do czego to prowadzi? 
Zaskoczona przecząco pokręciła głową. Pytanie nie miało sensu. Co on chciał zrobić? Iść 

do domu? Teraz zaraz? 

– Dokąd idziemy? – spytała.   
– Nigdzie. Ale jeśli nie przestaniemy, będziemy kochać się na gołej ziemi.   
Rzeczywistość  uderzyła  Dixie  jak  obuchem.  Jack  widocznie  uznał,  że  jest  mało 

wymagająca,  niewiele  potrzebuje  do  szczęścia.  Opuściła  ręce,  jakby  się  sparzyła,  co  w 

background image

pewnym sensie było prawdą.   

– Nie mogę...   
Jack zsunął rękę na jej biodro.   
– Dlaczego? 
Miała  potworny  zamęt  w  głowie.  Rozpaczliwie  szukała  rozsądnego  argumentu.  Co 

mogłoby  jej  przeszkodzić  kochać  się  z  tym  wspaniałym  mężczyzną?  Zdecydowała  się 
powiedzieć, że ma narzeczonego.   

–  Jestem  zaręczona...  –  Zacisnęła  pięść,  aby  ukryć  palec  bez  pierścionka.  –  Niedługo 

będzie ślub...   

Jack niechętnie odsunął się.   
– Hm, zaręczyny zwykle poprzedzają ślub.   
Dixie  nie  lubiła  kłamać  ani  wprowadzać  ludzi  w  błąd,  ale  pożądanie  zaciemniło  jej 

zwykle jasny umysł. Doszła do głosu sentymentalna strona jej osobowości.   

– Narzeczony nazywa się... Guy Montgomery.   
Podała  nazwisko  kolegi  z  ośrodka.  Jack  nie  musi  wiedzieć,  że  rzekomy  narzeczony  ma 

sześćdziesiąt lat i od dawna jest wiernym mężem oraz dobrym ojcem.   

– Szczęściarz z niego. – Jack przygładził włosy. – Chodźmy do domu. Po twoje rzeczy 

przyjdziemy później.   

Jednocześnie  odwrócili  się  i  Dixie  wybuchła  śmiechem.  Skunks  widocznie  obudził się  i 

dawno odszedł.   

Dixie  w  duchu  podziękowała  zwierzątku,  bo  to  dzięki  niemu  znalazła  się  w  ramionach 

Jacka.   

– Dobrze, że się wyniósł – rzekła trochę za głośno. – Przynajmniej włożę buty.   
Szli gęsiego, Dixie jako pierwsza. Szuranie przypominało jej, że Jack jest niecały metr za 

nią.  Zresztą  nie  potrzebowała  przypomnienia,  bo  ilekroć  brzeg  koszuli  musnął  udo,  miała 
wrażenie, że to był palec Jacka.   

Bała się, że przegra walkę z sobą.   

Spacer  do  źródła  zajął  kwadrans,  a  droga  powrotna  zdawała  się  trwać  godzinami.  Dixie 

nie  wiedziała,  jak  przerwać  krępujące  milczenie.  Wszystko,  co  przychodziło  jej  do  głowy, 
było trywialne w porównaniu z cudownymi pocałunkami.   

– Dlaczego zależy ci, żeby dostać tę nagrodę? Pytanie tak ją zaskoczyło, że przystanęła.   
– Słucham? 
–  Czy  jest  jakiś  konkretny  powód,  dla  którego  chciałabyś  mieszkać  z  dala  od  ludzi? 

Zatrzymasz chatę dla siebie czy zaraz sprzedasz? 

Jack wyminął ją i teraz on szedł pierwszy. Dixie powoli ruszyła za nim. Nie zamierzała 

wtajemniczać go w swe plany, przyznać się, że chce stworzyć azyl dla młodzieży.   

– Na pewno nie sprzedam – rzekła stanowczo. – A jakie ty masz plany? 
– Decyzja nie zależy tylko ode mnie. Emma też ma coś do powiedzenia.   
Dixie  odniosła  wrażenie,  że  imię  wymówił  innym  tonem,  bardzo  ciepło.  Gdy  stanęli 

przed domem, chrząknęła zakłopotana.   

–  Jesteś  z  nią...  mocno  związany,  prawda?  –  Tak  Poczuła  bolesne  ukłucie  w  sercu,  ale 

background image

spojrzała  Jackowi  w  oczy.  Zastanawiała  się,  czy  wytrzyma  kilka  dni  na  granicy  między 
rzeczywistością a marzeniami. Spuściła wzrok i odwróciła głowę.   

– Zaraz przebiorę się i oddam ci koszulę.   
– Nie musisz. Przywiozłem kilka, a na tobie wygląda bardzo dobrze. – Popatrzył w stronę 

źródła. – Teraz ja idę się umyć.   

Zniknął  wśród zarośli,  a Dixie patrzyła w ślad za nim, kręcąc głową. Było jej wstyd, że 

nie podziękowała za komplement, ale po prostu nie wiedziała, co powiedzieć. Żałowała, że 
nie  przyjechała  z  Maggie,  która  umiała  znaleźć  się  w  każdej  sytuacji.  Dotychczas  tylko 
jednym  uchem  słuchała  rad przyjaciółki  na temat  rozmów z mężczyznami. Uważała, że nie 
warto  zajmować  się  drobiazgami,  gdy  człowiek  ma  poważny  cel  w  życiu.  Nie  zamierzała 
łowić mężczyzn. Jacka też nie. Chciała zdobyć upragnioną nagrodę.   

Trzeba wmawiać sobie, że tylko i wyłącznie o to jej chodzi.   

Jack umył się, spłukał mydło i położył się na plecach. Z przyjemnością patrzył na błękit 

prześwitujący między zielonymi gałęziami.   

Nie  pojmował,  dlaczego  pocałował  Dixie.  Należało  najpierw  dowiedzieć  się,  czy  jest 

wolna. Nigdy nie uwodził kobiet, które były z kimś związane.   

Dosyć  napatrzył  się  na  niewierność.  Nie  zamierzał  doprowadzić  do  sytuacji,  której  obie 

strony musiałyby potem gorzko żałować.   

Spomiędzy  drzew  wybiegły  psy  i  skoczyły  prosto  na  niego.  Wynurzył  się,  wypluwając 

wodę i gniewnie opędzając się od psich czułości. Zamachnął się i rzucił patyk.   

– Jazda, zbóje. Który będzie pierwszy? 
Psy wygramoliły się na brzeg i pognały przed siebie. Jack skorzystał z tego i poszedł się 

ubrać.  Żaden  skunks  nie  upatrzył  sobie  jego  spodni  na  legowisko.  Czy  dlatego,  że  męskie 
ubranie  inaczej  pachnie?  Widocznie  nawet  dzikiemu  stworzeniu  odpowiadał  kwiatowy 
zapach otaczający Dixie.   

– Przestań myśleć o tej dziewczynie – mruknął. – To twoja rywalka. I w dodatku owoc 

zakazany.   

Miał nadzieję, że bez większych problemów wytrwa trzy dni. Potrafił panować nad sobą. 

Przynajmniej z dala od uroczej istoty, gdy nie słyszał jej śmiechu, nie widział oczu, nie czuł 

zapachu...   

–  Cholera!  Kogo  oszukuję?  –  syknął.  –  To  będą  najdłuższe  dni  w  moim  życiu.  – 

Gwizdnął. – Tigger, Sadie, do nogi! 

Psy razem przyniosły patyk.   

Nagle od strony domu dobiegły dziwne odgłosy, jakby uderzenia metalu o metal. Co to za 

koncert? 

Jack  zatrzymał  się  na  widok  Dixie  siedzącej  na  schodach  i  wyskrobującej  coś  z  rondla. 

Naokoło niej fruwały czarne płatki; większość opadała na ziemię, ale niektóre dolatywały do 
drzewa i przyklejały się do liści.   

Zauważyła go, skrzywiła się i podsunęła mu pod nos rondel, aby zobaczył zawartość.   
– Masz dowód, jaka ze mnie świetna kucharka. To było nasze śniadanie.   
Jack pochylił się, pociągnął nosem i poczuł ostry zapach spalenizny.   

background image

– Co przypaliłaś? 
– Płatki owsiane.   
No  i  dobrze,  pomyślał.  Byłoby  mu  przykro,  gdyby  musiał  powiedzieć  nieszczęsnej 

kucharce, że nie jest koniem i nie jada owsa, nawet pierwszorzędnie ugotowanego.   

Psy  powąchały  dziwne  czarne  płatki  i  odeszły  zdegustowane.  Jack  patrzył  na  ziemię, 

uważając, aby resztki śniadania nie przykleiły mu się do butów.   

–  Twoja  próba  się  nie  powiodła,  więc  ja  zadbam  o  napełnienie  naszych  pustych 

żołądków.   

Dixie rozpromieniła się.   
– Naprawdę zajmiesz się śniadaniem? Przywiozłeś coś dobrego i gotowego? 
Olśniony  jej  uśmiechem  Jack  musiał  chwilę/  zastanowić  się,  aby  znaleźć  odpowiednie 

słowa i ułożyć sensowne zdanie.   

– Emma pakowała prowiant, więc jestem pewien, że znajdzie się coś na ząb.   
– Ja pościelę łóżka, a ty przygotuj śniadanie. – Spojrzała na zniszczony rondel. – Tylko 

proszę cię, nie idź w moje ślady i nie produkuj węgla.   

–  Węgiel  by  się  przydał,  ale  postaram  się  pamiętać  o  poleceniu.  –  Przepuścił  ją  w 

drzwiach. – Czy łaskawa pani dotrzyma mi towarzystwa? Sprzątanie może poczekać.   

Dwadzieścia  minut  później  Dixie  zagniatała  ciasto  według  wskazówek  szefa  kuchni. 

Miała  mąkę  nawet  na  ramionach  i  na  czubku  nosa.  Przywodziła  na  myśl  dziecko,  które 
pomaga z entuzjazmem, ale nieudolnie. Lecz to „dziecko” miało bardzo kobiecą figurę...   

Jack  wsunął  rękę  do  turystycznej  lodówki,  bo  miał  nadzieję,  że  lodem  ostudzi 

zainteresowanie podkuchenną. Niestety! Wyjął dwie porcje parówek. Był zadowolony, że bez 
dyskusji  pozwolił  ciotce  zapakować  prowiant.  Dzięki  temu  miał  zapasy  na  co  najmniej 
tydzień.   

Z zamyślenia wyrwał go ostry dźwięk. Przestraszona Dixie wysypała mąkę na podłogę.   
– Co tak brzęczy? 
– Mój telefon. Nie wiedziałam, że nawet tutaj będę uchwytna. – Pokazała ręce oblepione 

ciastem. – Bądź tak dobry i odbierz. Telefon jest w bocznej kieszeni torby.   

Jack rzucił parówki na stół i zdążył odebrać telefon po czwartym sygnale.   
– Słucham.   
– Kto mówi? Gdzie jest moja córka? Kim pan jest? Dlaczego pan odebrał telefon? 
Kobieta zamilkła dla nabrania tchu, a Jack nie miał wątpliwości, że zamierza dalej pytać.   
– Odebrałem telefon, bo pani córka zagniata ciasto. Zapadło długie milczenie.   
– Halo? Słyszy mnie pani? 
– Dixie zagniata ciasto? – wykrztusiła pani Osborn.   
– Tak. Ściśle wedle mojej instrukcji.   
– Więc to pan jest jej nowym wielbicielem, o którym mi opowiadała. Chad, prawda? 
Dixie powiedziała, że jest zaręczona z Guyem, o kim wobec tego mówi jej matka? 
– Nie jestem jej wielbicielem – sprostował. – Nazywam się Jack Powers.   
– Aha. – Pani Osborn westchnęła. – Z tego wniosek, że Chad wypadł z listy. – Ponownie 

westchnęła. – Już pana lubię za to, że udziela pan mojej córce lekcji gotowania.   

background image

Jack zerknął na Dixie i pokręcił głową. Nic nie rozumiał, ale chciało mu się śmiać.   
– Nie jestem nauczycielem...   
–  Zapewne  domyśla  się  pan,  że  jestem  matką  Dixie.  Mam  nadzieję,  że  zostaniemy 

przyjaciółmi – powiedziała pani Osborn z przekonaniem.   

– Na pewno.   
Jack dawno temu nauczył się, że należy podsycać złudzenia bliźnich.   

Dixie  wytarła  rękę  i  wyciągnęła  po  telefon.  Była  czerwona  jak  piwonia,  nerwowo 

zagryzała wargę.   

Jack niedbale oparł się o szafkę.   
– Dzień dobry, mamusiu. Jack ani nie jest moim wielbicielem, ani nauczycielem.   
Przez chwilę słuchała, potakująco kiwając głową.   
–  W  bardzo  ładnej  drewnianej  chacie,  niedaleko  Pagosa  Springs.  Mówiłam  ci,  że  chcę 

wziąć udział w radiowym konkursie. Pamiętasz? Wiesz, prawie wygrałam nagrodę.   

Jack głośno chrząknął.   
– Tak, jesteśmy sami. Nie, nic złego mi się nie stanie, bo drugi finalista zapewnił mnie, że 

nie jest mordercą. Tak, tak, przewidziałam to.   

Jack  zawstydził  się,  że  słucha  cudzej  rozmowy,  dlatego  wyszedł  do  pokoju.  Tutaj 

dochodził jedynie szmer.   

Czyżby  Dixie  skłamała  na  temat  narzeczonego?  Czy  pani  Osborn  nie  wiedziałaby  o 

człowieku, który wkrótce zostanie jej zięciem? Pogrążył się w myślach i niebawem uśmiech 
rozjaśnił  mu  twarz.  Bardzo  prawdopodobne,  że  piękna  dziewczyna  opowiadała  o 
narzeczonym, aby czuć się bezpieczniej. Po pocałunku wystraszyła się, ostatecznie są sam na 
sam  na  zupełnym  odludziu.  Co  o  nim  wiedziała?  Praktycznie  nic.  On  o  niej  też  niewiele 
więcej.   

Albo skłamała ze strachu, albo rzeczywiście ma narzeczonego.   

Weszła Dixie z nietęgą miną. Jack bał się, że wybuchnie śmiechem, więc zacisnął pięści i 

wsunął ręce do kieszeni.   

–  Moja  droga,  powiedz  mi  coś  więcej  o  narzeczonym.  Kiedy  ślub?  I  co  łączy  cię  z 

Chadem, o którym wspomniała twoja matka? 

background image

ROZDZIAŁ SZÓSTY 

 

O jakim ślubie Jack mówi? Dixie zrobiła wielkie oczy, ale po chwili przypomniała sobie, 

co mu nagadała. Ciekawe, co matka zdążyła wypaplać.   

–  Jeszcze  nie  ustaliliśmy  konkretnej  daty.  Chad  to  znajomy  z  przeszłości...  z  ubiegłego 

roku. Mama często myli imiona.   

Sama  plątała  się  w  zeznaniach.  Wołałaby,  żeby  Jacka  nie  interesowały  jej  sprawy 

osobiste.  Było  jej  wstyd,  że  wcześniej  go  okłamała.  Cierpiała  na  przesadne  poczucie  winy  i 
nie  chciała  bardziej  obciążać  wrażliwego  sumienia.  Wiedziała,  że  nie  pomoże  najlepszy 
terapeuta i przez długie lata będzie robiła sobie wyrzuty.   

Jack  przykucnął  i  podrapał  Tiggera  za  uchem.  Sadie  natychmiast  przybiegła, 

niedwuznacznie dopraszając się pieszczot.   

Dixie pomyślała, że zwierzęta dobrze się przy Jacku czują, więc pewnie i dzieci go lubią. 

Jak  pozostać  obojętną  wobec  ogólnie  lubianego  człowieka,  wobec  mężczyzny,  któremu  nie 
można się oprzeć? 

Jack  bardzo  ją  pociągał,  więc  nie  mogła  wyznać  prawdy,  a  kłamstwa  unikała,  aby  nie 

czuć obrzydzenia do samej siebie. Tak źle i tak niedobrze.   

Ze zdenerwowania splatała i rozpłatała palce.   
– Bardzo dobrze.   
Nieoczekiwane  słowa  zdumiały  ją.  Spojrzała  na  Jacka,  który  uśmiechał  się 

uwodzicielsko.   

– Bardzo dobrze? – powtórzyła jak papuga. Jack wstał i jednym susem znalazł się przy 

niej.   

– Ty jeszcze nie ustaliłaś daty, a twoja matka nie pamięta imienia przyszłego zięcia.   
– Co z tego? 
Zajrzał jej głęboko w oczy.   
– Kochasz narzeczonego? 
Czuła,  że  jest  bliska  omdlenia,  ale  wytrzymała  badawcze  spojrzenie.  Najlepiej  byłoby 

powiedzieć prawdę.   

– Nie zaręczyłabym się, gdybym nie była mocno zakochana.   
Odpowiedź była prawdziwa, lecz ucisk w gardle wcale nie zelżał.   

Jack palcem musnął jej podbródek.   
– Wystraszyłaś się pocałunków – stwierdził z pełnym przekonaniem.   
Niech  tak  myśli.  Najważniejsze,  że  przestał  interesować  się  zaręczynami  i  nie  zadaje 

krępujących pytań. Dixie postanowiła nie zaprzeczać, więc w milczeniu skinęła głową. Cóż, 
jej  niedoświadczenie  musi  być  dla  niego  oczywiste.  Pierwszy  raz  pożałowała,  że  rzadko  i 
niechętnie  chodziła  na  randki.  Dotychczas  była  bardzo  zadowolona  ze  swojego  życia,  teraz 
wszystko się zmieniło.   

Maggie  często  powtarzała,  że  doświadczenie  jest  najlepszym  nauczycielem,  no  i  miała 

rację. Czytanie o namiętnych pocałunkach nie daje wyobrażenia o tym, jakie gorące uczucia 

background image

im towarzyszą. Dixie pamiętała, jak całowała się ze szkolnymi kolegami, lecz tamte doznania 
nie umywały się do tego, co właśnie przeżyła.   

Jack przytulił dłoń do jej policzka, spojrzał na usta, oczy mu pociemniały. Dixie oblizała 

suche wargi.   

Czy teraz podjąć decyzję? Wykorzystać okazję czy nadal kryć się za parawanem pracy? 
–  Jesteś  zaręczona,  co  stanowi  przeszkodę  –  szepnął  Jack.  –  Nie  postępuję  wbrew 

własnym zasadom...   

Zrozumiała,  że  daje  jej  możliwość  wycofania  się.  Przestała  analizować  swe 

postępowanie, nawet przestała myśleć, bo uznała, że nadszedł czas działania.   

Podniosła do ust  rękę Jacka,  który  pod  wpływem delikatnej pieszczoty  jęknął  i  zmrużył 

oczy.   

Dixie nabrała odwagi, przytknęła jeden palec do warg, wsunęła do ust, aż poczuła go na 

języku. Reakcja Jacka znowu upewniła ją, że intuicja jej nie zawodzi.   

– Dziewczyno, igrasz z ogniem. Powoli wyjęła palec z ust.   
– Wiem.   
Uśmiechnęła się blado. Lepiej, aby Jack nie domyślił się, że wewnątrz drży jak osika.   

Nie  wiedziała,  jak  i  kiedy  przytuliła  się  do  niego.  Położyła  dłoń  na  szerokiej  piersi  i 

wyczuła gwałtowne bicie serca. A jej serce zupełnie oszalało.   

Dobrze, że Jack nie pozostał obojętny, że jego też ogarnęło pożądanie. Teraz już się nie 

wycofa. Za późno.   

Nie  istniała  przeszłość  pełna  obaw  i  strachów.  Nie  istniała  nieznana  przyszłość.  Była 

wyłącznie teraźniejszość, obecna chwila, którą należało jak najlepiej wykorzystać.   

Można  brodzić  na  płyciźnie  lub  rzucić  się  na  głęboką  wodę...  Dixie  zamknęła  oczy. 

Trzeba wreszcie zaryzykować. Miała nadzieję, że skok na głębinę nie skończy się katastrofą. 
Hm, przynajmniej dowie się, jak to właściwie jest.   

Jack  przestał  biernie  czekać,  przejął  inicjatywę.  Pocałował  ją  inaczej  niż  poprzednio, 

wywołując rozkoszne pragnienie, które wyłącznie on mógł zaspokoić. Dixie jęknęła i mocniej 
przytuliła  się  do  ciała  stanowiącego  jedyne  oparcie  w  świecie  wirującym  jak  rozpędzona 
karuzela.   

Jack delikatnie ujął jej twarz w dłonie i całował coraz namiętniej. Ugiął nogi w kolanach, 

a Dixie wspięła się na palce, pozornie zrównali się wzrostem.   

Zapomniała  o  wszystkim.  W  dal  odpłynęły  myśli  o  młodzieży  i  ośrodku,  o  nieudanych 

małżeństwach matki i rzekomych zaręczynach. Cały świat skurczył się, pozostał jeden jedyny 
mężczyzna i upojne pocałunki.   

Objęła Jacka za szyję, wsunęła palce w gęste włosy.   

Jack pogładził ją po plecach i mocniej przytulił, choć zdawało się to zupełnie niemożliwe.   

Po pewnym czasie Dixie poczuła dziwne łaskotanie pod kolanem. Jak Jack zdołał sięgnąć 

tak nisko? 

Dotknięcie powtórzyło się i tym razem było znacznie mocniejsze. Dixie wystraszyła się, 

że lada moment straci władzę w nogach, które złamią się jak zapałka.   

Lekko odchyliła głowę i spod ciężkich powiek spojrzała na Jacka. Patrzył pociemniałymi 

background image

oczami i bez słów pytał, dlaczego przestała go całować.   

Nie od razu wydobyła głos ze ściśniętego gardła.   
– Dlaczego to zrobiłeś? 
– Czemu całuję cię, chociaż wiem, że nie powinienem? – spytał przytłumionym głosem.   
– Nie. – Speszyła się. – Czemu puknąłeś mnie pod kolanem? 
Podejrzewała, że to wstęp do zalotów, o jakich nie słyszała ani nie czytała. Nie mówiąc o 

osobistym doświadczeniu.   

– W tej chwili nogi służą mi do stania, a ręce do obejmowania ciebie. – Jack uśmiechnął 

się  przewrotnie.  –  Od  urodzenia  mam  tylko  cztery  kończyny.  Teraz  wszystkie  są  zajęte  w 
wiadomy ci sposób.   

Dixie spąsowiała, poczuła się głupio, niezręcznie. Wykręciła głowę i spojrzała w dół.   

Koło nogi stała Sadie.   

Dixie zobaczyła, co spaniel trzyma w pysku, i zrozumiała, że pies przyszedł pochwalić się 

swoją zdobyczą.   

Nieśmiało spojrzała na Jacka.   
– Zagadka wyjaśniona.   
– Czyli? 
– Sadie chce mi coś pokazać.   
Odsunęła się, aby Jack mógł zobaczyć, o co chodzi, lecz odskoczył jak oparzony.   
– Jasny gwint! – zaklął.   
Dixie usłyszała w jego głosie podejrzaną nutę. Dobrze, że uważała go za nieustraszonego 

bohatera, bo w przeciwnym razie posądziłaby go o słabe nerwy.   

–  Uspokój  się.  Sadie  jest  bardzo  ostrożna,  nie  zrobiła  mu  krzywdy.  –  Pochyliła  się  i 

pogłaskała spaniela. – Jestem z ciebie dumna. Masz nowego kolegę, tak? 

Pies zamerdał ogonem.   
– Daj go pani.   
Wyciągnęła rękę, a Sadie posłusznie wypuściła węża z pyska.   

Dixie wyprostowała się  i  podniosła gada,  aby nieustraszony bohater mógł  obejrzeć  go z 

bliska.   

Lecz  Jack  odskoczył  jeszcze  dalej.  A  na  dodatek  miał  minę  świadczącą  o  kompletnym 

braku zainteresowania.   

– Sadie naprawdę nic mu nie zrobiła – rzekła Ducie uspokajająco.   
Jack stał nieporuszony.   
– Jadowity? 
–  Skądże.  Całkiem  nieszkodliwy.  A  nawet  pożyteczny,  bo  zjada  nadmiar  chrząszczy.  – 

Zaświtało jej podejrzenie, więc uważniej spojrzała na jego spiętą twarz. – Boisz się węży? 

Jack długo zwlekał z odpowiedzią.   
– Przyznaję się, że to moja pięta achillesowa. – Skrzywił się z niesmakiem. – Dobrze, że 

w mieście nie ma gadów.   

Dixie udało się zdusić niewczesny śmiech. Wyznanie sprawiło, że Jack stał się jej bliższy. 

Oboje czegoś się bali; ona emocjonalnego zaangażowania, a Jack węży.   

background image

Nie  zamierzała  zrobić  z  niego  miłośnika  gadów,  więc  wyniosła  niewinne  stworzenie. 

Odeszła kawałek od domu i ostrożnie położyła węża, który natychmiast zniknął w trawie.   

Wiedziała,  że  pozbycie  się  irracjonalnego  strachu  wymaga  czasu  i  cierpliwości.  Oraz 

właściwej osoby i odpowiedniego otoczenia.   

Odwróciła  się  i  zobaczyła  Jacka  opartego  o  drzwi.  Zabrakło  jej  tchu,  rozbolało  serce, 

ponieważ  w  tym  momencie  uświadomiła  sobie,  że  spotkała  właściwą  osobę  i  znalazła 
odpowiednie otoczenie. Pozostawało jedynie zrobić ostatni krok i pokonać lęk.   

Jack  podziwiał  Dixie  za  to,  że  nie  boi  się  węży,  ale  był  zły,  bo  ten  incydent  zniweczył 

sprzyjającą okazję. Szkodliwy czy nie, lepiej trzymać się z dala od gada, przez którego najadł 
się wstydu. Przyznanie się do słabości jest uszczerbkiem dla męskiej dumy.   

Dixie  wstała  i  odgarnęła  włosy,  które  w  słońcu  wyglądały  jak  ciemne  złoto.  Na  tle 

soczystej zieleni jej posągowe kształty były jeszcze bardziej ponętne.   

Jackowi  przemknęła  myśl,  że  znowu  kobieta  sprzymierzyła  się  z  wężem  na  zgubę 

mężczyzny. I teraz ta uwodzicielka bez słów namawia go, by sprawdził, jak smakuje pokusa. 
Jędrna, soczysta pokusa.   

Zapomniał  o  wszystkich  logicznych  powodach,  nakazujących  trzymać  się  na  dystans,  a 

przede  wszystkim  nie  całować  słodkich  ust  Dixie.  Gdzie  podziała  się  silna  wola,  tak  teraz 
potrzebna? Ulotniła się nie wiadomo jak i kiedy.   

Ta piękna istota ma narzeczonego! 

Zaraz, jeszcze nie jest mężatką...   

Spojrzeli sobie w oczy. Ducie rozchyliła usta, jakby przeżywała niedawne pocałunki.   

Wiadomo,  co  prędzej  czy  później  nastąpi.  Oboje  mieli  pewność,  że  to  nieuniknione. 

Pytanie „czy” przestało istnieć. Pozostała kwestia czasu.   

Jack  energicznie  potrząsnął  głową,  aby  usunąć  podniecające  obrazy.  Gwizdnął  cicho  i 

zszedł po schodach, a psy pobiegły za nim.   

– Przegonię je trochę – rzekł, nie patrząc na Dixie.   
Gdyby  spojrzał,  powtórzyłoby  się  to  samo,  co  przedtem.  Namiętność  była  zbyt  wielka, 

pożądanie  zbyt  silne.  Najlżejszy  podmuch  rozpali  płomień,  który  zmieni  się  we 
wszechogarniający pożar.   

Odgłos kroków na ganku świadczył, że piękna rywalka weszła do domu, ale Jack czuł na 

sobie jej wzrok.   

Dixie przez brudną szybę patrzyła, jak Jack znika wśród drzew. Została sama, a mimo to 

wciąż czuła jego pocałunki i pieszczoty.   

Widmo tajemniczej sekretarki  nie dawało  jej spokoju,  powodowało  wyrzuty. Czy Jack i 

Emma już są małżeństwem lub zamierzają niebawem się pobrać? Co robić? 

Nie  zauważyła,  kiedy  przekroczyli  pewną  granicę,  lecz  nie  zamierzała  się  cofnąć.  Nie 

mogła.   

Maggie  uparcie  powtarzała,  że  i  ona  doczeka  się  tego,  co  nieuniknione.  Przyjdzie  taki 

czas,  gdy  serce,  rozum  i  ciało  będą  wiedziały,  że  spotkała  człowieka,  który  pomoże 
przezwyciężyć lęk. Nadejdzie dzień, gdy pożądanie zagłuszy obawy.   

Jack był tym mężczyzną.   

background image

Nadszedł ten dzień.   

Lecz co z Emmą? 

Dixie  odwróciła  się  od  okna  i  położyła  rękę  na  brzuchu.  Nie  rozumiała,  dlaczego  ma 

mdłości.   

Ciekawe, czy Maggie odgadłaby przyczynę takiej zadziwiającej reakcji organizmu.   

background image

ROZDZIAŁ SIÓDMY 

 

– O co ci chodzi? Chcesz wiedzieć, czy objawy są groźne? – zawołała Maggie.   
Dixie pokręciła głową, chociaż przyjaciółka nie mogła tego widzieć.   
–  Jest  inaczej,  niż  myślałam,  –  Moja  droga,  o  ile  dobrze  pamiętam,  byłaś  skautką.  – 

Byłam, ale...   

–  Żadne  „ale”.  Dziewczyno,  czy  muszę  ci  przypominać,  ile  masz lat?  – Maggie  głośno 

sapnęła. – Kiedy matka przeprowadziła z tobą zasadniczą rozmowę? 

– Nie zadawaj głupich pytań. Myślałam, że umiesz postawić diagnozę... Czy to normalne, 

że czuję się, jakbym się zatruła? 

Maggie wybuchła śmiechem.   
– Trzeba było od tego zacząć. Sądzę, że to ostry przypadek.   
– Zatrucia pokarmowego? Maggie długo się śmiała.   
–  Jakie  zatrucie?  Dopadło  cię  solidne  pożądanie  albo  jeśli  wolisz  ładniejsze  określenie, 

rodzi się miłość. Przyszła późno, więc będzie ciężko.   

Dixie bezsilnie opadła na fotel koło kominka.   
– Ale to krzyżuje mi plany. Chciałam zaczekać do trzydziestki i dopiero potem poszukać 

miłości.   

– Miłość rządzi się swoimi prawami. Nie warto sprzeciwiać się losowi.   
– Ale dlaczego...   
–  Przestań  marudzić.  Ciesz  się  z  takiego  bólu  żołądka  i  ze  wszystkiego,  co  z  nim 

związane.   

Dixie odepchnęła się nogą od podłogi i rozkołysała fotel.   
– Spróbuję.   
– Jeszcze jedno.   
– Co znowu? 
–  Jeśli  ten  niezwykły  Jack  cię  unieszczęśliwi,  będzie  miał  ze  mną  do  czynienia  – 

zagroziła Maggie.   

Dixie wiedziała, że tym razem przyjaciółka mówi poważnie.   
– Dziękuję. Jesteś niezastąpiona.   
– Nie dziękuj. Kończmy, bo zapłacisz majątek.   
– Do usłyszenia.   
Rozłączyła  się,  oparła  głowę  na  poduszce  i  zamknęła  oczy.  Warto  dużo  zapłacić,  bo 

rozmowa z przyjaciółką dobrze na nią wpłynęła.   

Rozsądne słowa nieco złagodziły dziwne uczucie w żołądku, ale nie przyniosły ukojenia. 

Łatwo  było  udawać  spokój,  gdy  Maggie  nie  widziała  trzęsących  się  rąk.  I  być  może  nie 
słyszała drżenia w głosie.   

Wycie  kojota  przerwało  tok  chaotycznych  myśli.  Dixie  spojrzała  na  zachodzące  słońce, 

którego  ostatnie  promienie  przedzierały  się  przez  brudne  szyby.  Za  oknem  zapadała  noc, 
ciemności otulały świat.   

background image

Powrócił poprzedni niepokój. Dixie była przerażona, wręcz traciła głowę, szare komórki 

przestawały pracować. Dlatego uznała, że nie ma sensu dręczyć się czymś, czemu nie sposób 
zaradzić.   

Nadeszła  pora  kolacji,  wypada  zająć  się  sprawami  przyziemnymi.  Co  przygotować? 

Kanapki  i  drobiowa  sałatka  są  bardzo  prozaiczne,  nie  stworzą  nastroju  sprzyjającego 
uwodzicielskim zamiarom.   

– Kogo chcę oszukać? – szepnęła.   
O uwodzeniu wiedziała tyle, co o wymianie koła w samochodzie. Lecz to drugie można 

zlecić mechanikowi. ..   

Zapaliła  lampę,  której  spokojny  syk  podziałał  kojąco,  i  zajrzała  do  lodówki.  Nie  mogła 

znaleźć sałatki, a była pewna, że zabrała. Gdzie się podziała? O, jest pod siatką z jabłkami.   

Przygotowanie kolacji zajęło kilka minut.   

Dixie często spoglądała na ciemność za oknem i zastanawiała się, dlaczego Jack tak długo 

nie  wraca.  Czyżby  wystraszyła  go  swym  brakiem  zahamowań?  Nie,  mało  prawdopodobne. 
Sądząc po tym, jak reagował, intuicja podpowiedziała jej najlepszy sposób postępowania.   

Czyżby nagle zrejterował? Gdyby umknął, to ona otrzymałaby nagrodę.   
– Nie chcę, żeby Jack odjechał – powiedziała głośno.   
Wyjrzała  przez  okno,  aby  sprawdzić,  czy  samochody  stoją  na  swoim  miejscu.  W  tej 

chwili chata była mniej ważna od mężczyzny, który tak ją oczarował. Dziwiła się, że za nim 
tęskni, wydała się sobie śmieszna.   

Rozległo się szczekanie, a zatem Jack i psy wracają do domu.   

Pomyślała  o  chacie  jako  o  własnym  domu!  Oj,  lepiej  zbytnio  nie  przywiązywać  się  do 

tego miejsca. Ani ładna chata, ani przystojny mężczyzna nie należą do niej. W grę wchodzą 

silne emocje, a wtedy nic nie jest pewne.   

Czuła,  że  wpada  w  nieuzasadnioną,  ale  irytującą  panikę.  Trzeba  opanować  się, 

przypomnieć sobie, kim się jest, co się robi, a przede wszystkim powody, dla których należy 
bronić się przed miłością.   

Psy natychmiast pobiegły do pełnych misek.   
– Oświetlone okno wskazywało nam drogę – rzekł Jack. – Zgadnij, z jakiej odległości je 

widać.   

Mówił  cicho,  jakby  zdawał  sobie  sprawę,  że  głośna  wypowiedź  lub  gwałtowny  ruch 

wzbudzą niepokój.   

– Nie zgadnę, ale zapraszam na obfitą kolację – powiedziała Dixie, umykając wzrokiem.   
Odsunęła  krzesło  i  usiadła  przy  stole.  Pomyślała,  że  musi  wziąć  się  w  garść  i  przestać 

reagować  jak  zakochany  podlotek.  Najwyższy  czas  odzyskać  wewnętrzną  równowagę  i 
pamiętać, kim się jest.   

Jack usiadł naprzeciw niej.   
–  Umiem  docenić  dobry  posiłek  –  rzekł  uprzejmie.  Dixie  poczuła,  że  odwaga  i 

opanowanie biorą w łeb. Na dźwięk głosu Jacka ogarnęło ją podniecenie.   

– Dixie? 
Czuła, że patrzy jak cielę na malowane wrota i wygląda bardzo niemądrze.   

background image

–  Przepraszam.  Myślałam  o  pracy.  Nie  należą  mi  się  komplementy,  bo  przygotowanie 

takiego posiłku to nie filozofia. Ale trzeba coś jeść, a lepszy rydz niż nic.   

Jack bez pośpiechu napił się wody.   
–  Wiem,  jak  problemy  zawodowe  potrafią  człowieka  dręczyć.  Czasem  trudno  się  ich 

pozbyć, bywają uporczywe, przesłaniają wszystko inne.   

Dixie było miło, że spotkała się ze zrozumieniem. Oparła łokcie na stole i pochyliła się do 

przodu. Uważała, że nie okłamała Jacka, chociaż nie powiedziała całej prawdy.   

–  Niestety.  Czasami  za  mocno  się  angażuję,  za  bardzo  absorbują  mnie  potrzeby  dzieci. 

Albo cudzy problem tak mnie wciąga, że nie potrafię się od niego uwolnić.   

Jack patrzył na nią w zadumie.   
– A mnie się zdarza, że gdy trochę poznam zwaśnione strony, mam ochotę wycofać się, 

przekazać sprawę komuś innemu.   

– Dlaczego? 
Zawahał się i spojrzał w bok.   
– Hm, moja praca najczęściej polega na śledzeniu niewiernej żony albo męża.   
Dixie wyprostowała się i położyła ręce na kolanach. Dotychczas nie zastanawiała się nad 

tym, co Jack robi i jaki jest jego stosunek do wykonywanej pracy. Chciała, aby mówił dalej, 
więc zapytała: 

– Jak często masz ochotę pozbyć się jakiejś sprawy? 
–  Niestety  coraz  częściej.  Najpierw  widzę  wszystko  wyłącznie  w  białym  lub  czarnym 

kolorze.  Gdy  przekonuję  się,  że  podejrzenia  klientki  lub  klienta  są  uzasadnione,  nie  mam 
wątpliwości, że to zwykłe cudzołóstwo, pospolita zdrada. – Urwał, jakby musiał zebrać myśli. 
–  Potem  spotykam  drugą  stronę,  czyli  współmałżonka,  od  którego  otrzymałem  zlecenie, 
dowiaduję się o wspólnym życiu, o różnych konfliktach... Obraz przybiera wszystkie odcienie 
szarości,  gdy  zaczynam  rozumieć,  dlaczego  ci  ludzie  szukają  intymnych  kontaktów  poza 
legalnym związkiem. Pragną znaleźć to, czego w ich małżeństwie brak.   

– Rozgrzeszasz zdradę? 
Starała się pytać tak, by nie zniechęcić Jacka do kontynuowania opowieści.   
–  Nie  wybaczam  i  dlatego  sprawy  się  komplikują.  Wolałbym  wierzyć  w  to,  że  ludzie 

pamiętają, co przysięgali w dniu ślubu, że wszyscy żyją z sobą długo i szczęśliwie. Lecz ilu 
udaje się to osiągnąć? 

Zreflektował  się,  że  zbyt  emocjonalnie  zdradził  się  ze  swymi  poglądami.  Zażenowany 

ugryzł kanapkę.   

Powaga,  z  jaką  mówił,  zdradziła  więcej  niż  słowa.  Dixie  doszła  do  wniosku,  że  pod 

niektórymi względami są do siebie podobni. W głębi duszy wierzyła w istnienie prawdziwej 
miłości, która łączy ludzi na całe życie. Zachowała tę wiarę, mimo że przez lata obserwowała 
nieudane małżeństwa matki.   

Czekała, aż Jack zje kanapkę, i  zastanawiała się, jakie miał  życie. Jacy są jego rodzice? 

Czy ich małżeństwo jest udane? Czy on wierzy w związek oparty na miłości? 

Lekko  potarła  skronie,  ponieważ  czuła,  że  zanosi  się  na  ból  głowy.  Czyżby  z  powodu 

cisnących się na usta pytań wymagających odpowiedzi? Nie chciałaby wydać się naiwną. A 

background image

może jednak warto zaryzykować? 

Po namyśle zebrała się na odwagę.   
– Czy twoi rodzice są dobraną parą? 
–  Nie  pamiętam  ich,  bo  zmarli,  gdy  miałem  pięć  lat.  Wychowała  mnie  ciotka,  której 

trochę  pomagał  brat.  Dziecko  wychowywane  przez  pannę  i  kawalera  nie  ma  pojęcia  o 
normalnym związku mężczyzny i kobiety. Odchylił się na krześle i założył ręce za głowę.   

– Przepraszam. Nie chciałam być wścibska...   
–  Wiem.  A  twoi  rodzice?  –  Lekko  uniósł  jedną  brew.  –  Czy  stanowią  model  pary 

szczęśliwej od ślubu po grób? 

Dixie cicho się zaśmiała.   
– Trzeba znać moją mamę, żeby wiedzieć, dlaczego pytanie mnie rozbawiło.   
Zastanawiała się, czy zdoła w kilku słowach scharakteryzować swą rodzicielkę.   
–  Nie  znam  ojca  –  zaczęła  –  bo  rodzice  rozwiedli  się,  gdy  miałam  pięć  miesięcy.  Mój 

ojciec, prawnik o międzynarodowej sławie, mieszka w Europie. Regularnie płaci alimenty, ale 

to wszystko, co dla mnie robi. – Starała się mówić lekkim tonem, aby ukryć zadawniony ból. 
–  Mama  jeszcze  trzykrotnie  wychodziła  za  mąż.  Oczywiście  za  każdym  razem  była 
przekonana, że to będzie dozgonna miłość. Niestety nie miała szczęścia.   

Jack oparł się o stół i pochylił do przodu.   
– Teraz ja przepraszam.   
Gdyby usiłował zbyć jej zwierzenia banalną uwagą albo co gorsza zaproponowałby, aby 

wypłakała się na jego piersi, byłoby łatwiej się opanować. Lecz szczere współczucie sprawiło, 
że jej oczy się zamgliły. Aby nie okazać wzruszenia, prędko zamrugała i połknęła łzy.   

–  Nie  masz  za  co  przepraszać.  Wszystko  jako  tako  się  ułożyło.  Obecnie  mama  jest 

zadowolona  z  życia.  Zajmuje  się  malowaniem  i  uważa,  że  sztuka  jest  najlepszą  i  stałą 
miłością w życiu.   

Udawała obojętność, jakiej wcale nie czuła. Wstała, wrzuciła talerz i serwetkę do kosza.   
– No, dość zwierzeń, dość mówienia o sobie i rodzinie.   
Jack  obserwował  ją,  gdy  sprzątała.  Oczywiście  zauważył,  że  początkowo  rozmawiała 

swobodnie, lecz potem padł jakiś cień i swoboda ustąpiła miejsca skrępowaniu. Dixie zrobiła 
się nerwowa, jakby nagle uznała, że rozmowa o sprawach osobistych jest ryzykowna.   

Żałował,  że  tak  się  stało,  lecz  z  doświadczenia  wiedział,  że  nie  należy  naciskać,  bo 

rozmówca zasklepi się jeszcze bardziej. Dziwił się, że reakcja rywalki do nagrody sprawia mu 
przykrość.  Przed  paroma  dniami  nie  znał  tej  dziewczyny  i  po  rozstrzygnięciu  konkursu  na 
pewno więcej się nie spotkają.   

Dziwnie go to zmartwiło.   

Dlaczego  Dixie  jest  inna?  Czym  różni  się  od  większości  kobiet?  Był  towarzyski,  miał 

dużo  znajomych,  z  którymi  spotykał  się  w  różnych  sytuacjach  i  okolicznościach.  Dlaczego 
akurat  ta  dziewczyna  tak  go  intryguje?  Zmusza  do  zastanawiania  się  nad  postępowaniem, 
swoim i innych ludzi. Podnieca go i jednocześnie działa kojąco, a często rozbawia.   

Nie tak jak inne kobiety.   

Pomyślał, że uwierzy, jeśli będzie to sobie często powtarzał. Jest to konieczne, ponieważ 

background image

jej zaręczyny stawiały go w niezręcznej sytuacji.   

Potrząsnął głową, aby usunąć niepożądane myśli.   
– Zapomniałem podziękować za ręcznik, który po południu wyłożyłaś.   
Dixie przerwała zamiatanie i spojrzała na niego wyraźnie zaskoczona.   
– Jaki ręcznik? 
– Biały, z monogramem.   
–  Czy  ja  wyglądam  na  pokojówkę?  Nie  wykładałam  żadnych  ręczników.  Sądziłam,  że 

sam o siebie zadbasz. – Pogłaskała Sadie, która do niej podeszła. – Jaki jest monogram? 

Zdezorientowany Jack zmarszczył brwi. Albo Dixie z niego kpi, albo mieli nieproszonego 

gościa.   

– Taki sam jak na poszewkach.   
– Na tych, które wyjęłam z komody? – Tak.   
Powoli  podeszła  do  stołu,  usiadła  na  swoim  miejscu  i  machinalnie  zaczęła  obgryzać 

paznokcie.   

Jack był zły na siebie, bo dostrzegł w jej oczach niepokój. Żałował, że bez zastanowienia 

napomknął o ręczniku.   

– Całkiem możliwe, że sam położyłem go na łóżku, ale zapomniałem, co zrobiłem.   
Zastanawiał  się,  czy  Dixie  jest  dobrą  aktorką.  Być  może  wyjęła  ręcznik  pod  wpływem 

jakiegoś impulsu, a teraz wstydzi się, że zrobiła dobry uczynek.   

– Naprawdę tak myślisz? – spytała z ulgą.   
– Jestem pewien. Kto inny mógłby to zrobić? Przecież jesteśmy sami. Ja mogę czegoś nie 

zauważyć, ale psy zawsze wyczują obcego.   

Uznał, że takie wyjaśnienie powinno wystarczyć.   
– Według ciebie nikt obcy...   
– Oczywiście.   
Jego  błyskawiczne  zapewnienie  wywołało  niezamierzony  skutek.  W  pośpiechu,  żeby 

uspokoić nerwy, zachowywał się nietypowo. Nawet osoba znająca go bardzo krótko bez trudu 
to dostrzeże.   

Głośno odsunął krzesło.   
– Wyprowadzę psy na spacer.   
– Będę zobowiązana.   
–  Za  co  zobowiązana?  –  Ujął  ją  pod  brodę.  –  Ty  przygotowałaś  kolację,  więc  do  mnie 

należy spacer z psami. Partnerski podział obowiązków.   

Dixie  uśmiechnęła  się  tak,  że  pożałował,  iż  są  przeciwnikami.  Zastanawiał  się,  jak 

rozwinęłaby się ich znajomość, gdyby poznali się kiedy indziej, w innych okolicznościach.   

Ledwo zrobił  krok w stronę drzwi, psy  rzuciły się do  wyjścia.  Zerknął przez ramię i  na 

twarzy Dixie dostrzegł dziwne zmieszanie. Co wywołało taką reakcję? 

Dixie  poczekała,  aż  drzwi  się  zamkną,  i  głęboko  odetchnęła.  Dobrze,  że  Jack  nareszcie 

wyszedł. Gdy był blisko, zapominała o tym, że płuca potrzebują powietrza.   

Paliło ją miejsce, którego dotknął, gdy ujął ją pod brodę. Bała się, że ma na skórze jego 

linie papilarne jako znamię.   

background image

– Kobieto, opanuj się – szepnęła rozdygotana. Wiedziała, że musi wziąć się w karby, aby 

przetrwać resztę wieczoru. Nie mówiąc o pozostałych dniach.   

Powtarzała  sobie,  że  jeśli  nie  będzie  nad  sobą  panować  i  zapomni,  po  co  tu  jest, 

sympatyczny detektyw odjedzie jako posiadacz domu. A co gorsza, zabierze z sobą jej serce.   

Irytowała się, że nawet podczas jego nieobecności ma w głowie albo pustkę, albo zamęt. 

Usiłowała przypomnieć sobie, o czym mówił przed wyjściem.   

Aha, o jakimś ręczniku.   

Najpierw zapytał dość ostro, ale potem złagodniał, gdy zauważył jej niepokój. Dobrze, że 

jest  spostrzegawczy.  Każdego  wystraszyłby  fakt,  że  po  domu  kręci  się  ktoś  obcy.  Zaraz 

jednak pocieszyła się, że rano Jack wyłożył ręcznik, a potem zapomniał. Trochę to dziwne, bo 
nie sprawiał wrażenia człowieka roztargnionego. Wręcz przeciwnie. Był nadzwyczaj bystry i 
logicznie myślący.   

Nagle  przemknęła  jej  myśl  o  rozwiązaniu  znacznie  gorszym  niż  poprzednie 

przypuszczenia.  Otóż  możliwe,  że  Jack  chce  wystraszyć  rywalkę,  aby  uciekła  i  tym  samym 
ułatwiła mu  wygranie chaty.  Nie, niemożliwe.  Nie posunąłby się do tego.  Była  gotowa dać 
głowę, że ma prawy charakter.   

Wzięła  lampę  i  przeszła  do  pokoju.  Migotliwe  światło  rzucało  ruchome  cienie 

sprawiające,  że  ciemne  kąty  zdawały  się  jeszcze  ciemniejsze.  Dixie  poczuła,  że  ogarnia  ją 
paniczny strach. Była zadowolona, że przyjaciółka jej nie widzi i nie może drwić.   

Postanowiła  odważnie  iść  na  piętro,  zajrzeć  do  pokoju  Jacka,  na  własne  oczy  obejrzeć 

tajemniczy ręcznik i wyjaśnić zagadkę. Lecz na progu sypialni zamieniła się w słup soli.   

Ponieważ w kominku palił się ogień i rzucał żółtawe światło na łóżko, które...   

Nie, to przywidzenie! 

Olbrzymie  łoże  było  przygotowane  do  spania,  narzuta  zdjęta,  kołdra  odwinięta.  Środek 

łóżka zdobiły artystycznie ułożone kwiaty. Były świeże, śliczne.   

Sytuacja przestała być zabawna.   

Jack  przed  kolacją  nie  był  na  górze,  więc  nie  mógł  nic  zrobić.  A  Dixie  po  południu 

przechodziła obok otwartych drzwi i widziała zasłane łóżko bez kwiatów oraz kominek bez 
ognia.   

Zastanawiała  się,  czy  pędzić  do  samochodu  czy  lepiej  zostać,  ale  z  pogrzebaczem  w 

dłoni. Przyszedł jej do głowy inny pomysł, lecz był gorszy niż przypuszczenie, że ktoś obcy 
chyłkiem wbiegł do sypialni, aby przygotować łóżko i rozpalić ogień.   

Na pewno to sprawka Jacka. Wszedł do sypialni przez okno, tą samą drogą wycofał się, 

po  czym  przyszedł  na  kolację.  Nic  dziwnego,  że  jego  spacer  trwał  tak  długo.  Wyjaśnienie 
było  bardzo  proste,  logiczne.  Jack  miał  nadzieję,  że  pozbędzie  się  przeciwniczki  i  otrzyma 
nagrodę.   

Niedoczekanie! 

Nie wiedział, że ma do czynienia z osobą zbudowaną z twardego kruszcu. Żałowała, że 

jest  bez  spaniela,  przy  którym  czułaby  się  bezpieczniej.  Psina  wprawdzie  mała  i  niegroźna, 
ale ma kły. Lecz co z tego? Nie zrobi z nich użytku i nie ugryzie człowieka, którego polubiła 
od pierwszego wejrzenia.   

background image

Gonitwa myśli nie ustawała. Wreszcie Dixie doszła do wniosku, że Jack jednak nie chciał 

jej nastraszyć. Raczej opracował plan mający osłabić jej opór, przygotować idealną scenerię 
do uwodzenia. Trzeba przyznać, że zaplanował to w pięknym stylu.   

Zamierzała odwrócić się, gdy kątem oka zauważyła coś niezgodnego ze swą teorią.   

Okno! Podeszła bliżej i zrobiło się jej słabo. Okno było porządnie zamknięte. Pamiętała, z 

jakim trudem Jack otworzył je od środka, więc zupełnie nie wyobrażała sobie, że zrobiłby to 
od zewnątrz.   

Czyli niemożliwe, aby wszedł przez okno.   

Zatem jak, kto? 

Zmusiła  się  do  zachowania  spokoju,  chociaż  miała  ochotę  uciekać  co  sił  w  nogach. 

Najlepiej byłoby mieć skrzydła...   

W  głębi  duszy  pragnęła,  aby  to  było  jakieś  zabawne  nieporozumienie,  które  można 

racjonalnie wytłumaczyć.   

Przystanęła  na  progu  i  cicho  się  zaśmiała.  Tak,  znalazła  rozsądne  wyjaśnienie.  To 

pokojówka  z  sąsiedniego  domu  przez  pomyłkę  przygotowała  pokój  dla  Jacka  zamiast  dla 
swego pana.   

Nie. Niemożliwe nawet w kiepskim filmie.   

Najlepiej przesłuchać osobę, która zna odpowiedź. To logiczne rozwiązanie.   

Gwałtownie odwróciła się i z rozpędu wpadła na winowajcę.   

Jack potarł brodę w miejscu, w którym nastąpiło zderzenie z głową Dixie.   
– Co to, dom się pali? Dixie uderzyła go w ramię.   
–  Przestań  mnie  straszyć.  Czemu  stale  czaisz  się  i  skradasz?  A  uważasz  się  za 

dżentelmena! 

Urwała zawstydzona wybuchem.   
– Kobieto, opamiętaj się. Ogłuchłaś czy co? Robiliśmy tyle hałasu, że słychać nas było w 

całym lesie.   

Wskazał ręką psy, które zziajane stały za nim. Były podejrzanie ciche i patrzyły na Dixie, 

jakby uważały, że postradała rozum.   

Czyli nie tylko Jack, ale i zwierzęta podejrzewają ją o to, że zwariowała.   
–  Najpierw  ty  coś  wyjaśnij,  a  potem  ci  odpowiem.  Odsunęła  się  i  szerokim  gestem 

wskazała  pokój,  więc  Jack  minął  ją  i  stanął  na  progu.  Zamiast  zaprzeczyć,  że  cokolwiek 
zrobił, błyskawicznie złapał ją za rękę i wyciągnął z sypialni.   

– Stój tu na straży. Daj mi lampę.   
Dixie w milczeniu spełniła polecenie i obserwowała go, gdy powoli podchodził do okna, 

a potem bardzo dokładnie je oglądał.   

– Już wcześniej sprawdziłam, że jest zamknięte od wewnątrz – rzekła, powstrzymując się 

od sarkastycznego komentarza.   

Zaniepokoiło  ją  to,  że  Jack  ściągnął  kołdrę,  zajrzał  pod  prześcieradło.  Kwiaty  niestety 

rozsypały się, kilka spadło na podłogę.   

– Przyznaj się, że chcesz mnie nastraszyć – odezwała się półgłosem. – Wykoncypowałeś 

sobie, że to najpewniejszy sposób wygrania chaty.   

background image

Błagała go, by przyznał się, że to jego sprawka. Zamiast potwierdzić lub zaprzeczyć, Jack 

przywołał psy i skinął na Dixie, by weszła do pokoju.   

– Jesteś pewna, że tego nie zrobiłaś? Urażona przecząco pokręciła głową.   
– Zostań tutaj – zarządził Jack. – Idę na dół.   
Miała ochotę sprzeciwić się, ale posłusznie usiadła na samym brzegu łóżka. Nie wypada 

iść  za  Jackiem,  bo  to  oznaczałoby  przyznanie  się  do  braku  odwagi.  Poza  tym  on  był 
detektywem,  nie  ona.  Mieli  odmienne  wykształcenie  i  doświadczenie,  znali  się  na  różnych 

sprawach, a zatem nie warto się wtrącać. Lepiej cierpliwie czekać.   

Jack  zabrał  lampę,  więc  jedynym  źródłem  światła  był  ogień  w  kominku.  Psy  patrzyły, 

jakby czekały na rozkaz.   

–  No,  czego  się  gapicie?  Leżeć!  –  Wskazała  chodnik  przed  kominkiem.  –  Jeszcze  nie 

straciłam  rozumu, ale przyznaję, że straciłam  rozsądek,  gdy zgłosiłam się na ten idiotyczny 
konkurs.   

Tigger obwąchał wszystkie kąty, zajrzał pod łóżko, po czym wyciągnął się na chodniku. 

Sadie natychmiast położyła się obok niego.   

Dixie  usłyszała  kroki  na  schodach,  poderwała  się  z  łóżka,  podbiegła  do  kominka  i 

schwyciła  pogrzebacz.  Nim  się  wyprostowała,  do  pokoju  wszedł  Jack.  W  jednej  ręce  niósł 
lampę, w drugiej dźwigał fotel na biegunach.   

Polecił Dixie, by usiadła na łóżku, a sam usiadł w fotelu. Twarz miał bez wyrazu.   
– Dokonałeś jakiegoś ciekawego odkrycia? – spytała dość ostro. – Co tutaj się dzieje? 
Jack długo patrzył na nią nieodgadnionym wzrokiem.   
– Rano z  grubsza sprzątnąłem po sobie,  ale potem  przez cały dzień nie  wchodziłem  na 

górę.   

Dixie patrzyła mu prosto w oczy. Nie miała wątpliwości, że mówi prawdę.   
– A ja raz przechodziłam koło twoich otwartych drzwi i nie widziałam nic szczególnego.   
Ze strachu miała ochotę przysunąć się bliżej, lecz było jej wstyd.   
–  Zauważyłem  braki  w  stosie  drewna  przed  domem,  dwa  polana  leżą  na  ziemi.  – 

Przewidział kolejne pytanie, więc od razu dodał: – Widzę najdrobniejsze szczegóły, bo taki 
mam zawód. Rano na ziemi nic nie było.   

– Och! 
Wskazał palcem łóżko i kominek.   
– Ktokolwiek to zrobił, zna rozkład pokoi, wie, gdzie są ręczniki, umie poruszać się tak, 

żeby nikt go nie zauważył. Pozostaje pytanie, dlaczego to robi.   

– Może pan Granger kogoś zaangażował. To byłoby względnie rozsądne wyjaśnienie.   
– Przecież by nam powiedział.   
– Wobec tego jakiś sąsiad, a raczej sąsiadka. Jack pokręcił głową.   
– Ile domów minęłaś po drodze? Ja po wyjeździe z miasta nie zauważyłem ani jednego.   
– Dziwny intruz, który rozpala ogień w kominku, przygotowuje łóżko na noc, zostawia 

kwiaty.   

– Zapomniałaś o ręczniku.   
Uśmiechnął się filuternie, a Dixie poczuła, że napięcie odrobinę zelżało.   

background image

– Dziwaczne i podejrzane... Ciebie to nie martwi? 
–  Nie  za  bardzo,  ale  jestem  ostrożny.  Sprawdziłem,  czy  wszystkie  okna  i  drzwi  są 

porządnie zamknięte. – Popatrzył na śpiące zwierzęta. – Poza tym mamy psy.   

–  I  broń.  –  Dixie  uśmiechnęła  się.  –  Pogrzebaczem  i  kawałem  drewna  można  nieźle 

przyłożyć.   

Nie  wiedziała,  czego  bardziej  się  boi;  tajemniczego  intruza  czy  pociągającego  rywala. 

Przebywała  pod  jednym  dachem  z  mężczyzną  wprawdzie  bardzo  przystojnym,  ale 
nieznanym.  Znajdowali  się  daleko  od  ludzi,  a  co  gorsza  oboje  pragnęli  tego  samego,  czyli 

otrzymania nagrody.   

Czy  Jack  miałby  szansę  wygrać  konkurs,  gdyby  powiedział,  że  rywalka  w  ogóle  nie 

przyjechała?  Nie,  niemożliwe,  ponieważ  rozmawiali  z  jej  matką.  Jack  uśmiechnął  się  i 
pokręcił głową.   

– Przyznaję, że dom bardzo by mi się przydał, ale nie zależy mi na nim do tego stopnia, 

żeby pozbyć się ciebie w niegodziwy sposób.   

Dixie spiekła raka.   
– Skąd wiesz, co myślałam? 
– Skarbie, masz bardzo wyrazistą twarz. Malują się na niej twoje uczucia, myśli.   
Dlaczego  nazwał  ją  „skarbem”?  Zapewne  zwracał  się  tak  do  wszystkich  kobiet,  które 

rozszyfrował, i to jest właściwie epitet, a nie komplement.   

Odwróciła  głowę  i  zapatrzyła  się  w  ogień.  Nie  chciała,  aby  Jack  znał  jej  myśli.  Było  to 

niepokojące, niebezpieczne.   

– Co wobec tego zrobimy? – zapytała speszona.   
–  Dom  jest  zabezpieczony  i  nic  więcej  nie  zdziałam.  Zostajemy  wszyscy  w  jednym 

pokoju. Ja jestem solidnie zmęczony.   

Dixie nie zamierzała spać „w cudzej sypialni.   
– Łóżko jest duże, nie zabraknie miejsca dla dwóch osób – dodał Jack obojętnie.   
– To niemożliwe! Dlaczego...   
– Nie marudź. – Wstał, zdjął marynarkę, wykonał kilka wymachów, pomasował kark. – 

Ty też jesteś zmęczona, prawda? Jeżeli uważasz, że nie opanujesz się i będziesz się do mnie 
tulić, śpij w fotelu.   

Dixie  oniemiała.  Co  on wygaduje?  Ona  nie  będzie  mogła  się  opanować? Jakie  on  ma  o 

sobie mniemanie? Uważa, że jest bożyszczem wszystkich kobiet? 

Skrzyżowała ręce na piersi i dumnie uniosła głowę.   
– Czemu mam męczyć się w fotelu? 
Postanowiła udowodnić, że nie jest wystraszoną starą panną.   

Gdy  Jack  usiadł  na  łóżku,  przesunęła  się  na  sam  brzeg.  Była  podniecona,  serce  mocno 

kołatało, w uszach dudniła krew. Dobrze, że w ciemnościach nie było widać rumieńców.   

Tłumaczyła  sobie,  że  to  nic  wielkiego.  Mają  tyle  miejsca,  że  rzeczywiście  mogą 

swobodnie spać. Są dojrzałymi ludźmi, którzy nad sobą panują, a przynajmniej jedno z nich 
jest opanowane.   

Raz i drugi głośno przełknęła ślinę, bo robiło się jej niedobrze.   

background image

Trzeba się położyć.   

Nie ma innego wyjścia.   

Byle  tylko  Jack  nie  domyślił  się,  że  dla  niej  będzie  to  pierwsza  noc  spędzona  z 

mężczyzną.  Gdyby  nie  wiedziała,  że  to  absolutnie  niemożliwe,  posądzałaby  Maggie  o 
maczanie w tym palców. Przyjaciółka chętnie wpędziłaby ją w taką sytuację.   

Dixie  marzyła  o  tym,  aby  jak  najprędzej  zasnąć,  lecz  przeszkadzała  świadomość,  że  po 

domu krążył obcy człowiek. Na razie był niegroźny, lecz nigdy nie wiadomo. Bardziej jednak 
niepokoiło ją to, że leży w łóżku z mężczyzną, którego pocałunki sprawiły, że zapomniała o 
całym świecie. To rozkoszna, ale i straszna tortura. Kto zesłał taką karę i za co? 

Starała się uspokoić,  ale podskoczyła nerwowo,  gdy Jack się położył.  Zaczęła wmawiać 

sobie, że obok leży matka; to powinno rozwiązać problem.   

– Dixie? 
Głos matki nigdy nie był taki niski i głęboki.   
– Co? 
– Możesz spać spokojnie. Przestań wyobrażać sobie nie wiadomo co. Obiecuję, że cię nie 

tknę.   

Oburzona  usiadła,  ale  zaraz  położyła  się  z  powrotem.  Przesunęła  się  jeszcze  trochę  w 

lewo, na samą krawędź łóżka, byle jak najdalej od niebezpieczeństwa.   

– Wiem o tym.   
Uznała,  że Jack  jest  bardzo zarozumiały.  Dlaczego  sądzi,  że  pozwoliłaby  pocałować  się 

choćby  tylko  w  ucho  lub  w  czubek  nosa?  Nie  pozwoli  mu  zrobić  nic  z  tych  rzeczy,  które 
podpowiada rozbudzona wyobraźnia.   

background image

ROZDZIAŁ ÓSMY 

 

Dixie usłyszała klakson,  ale podciągnęła kołdrę  i przewróciła się na bok,  aby być bliżej 

źródła ciepła. Mocne ramię objęło ją i przytuliło, ciepły oddech ogrzał szyję.   

Mężczyzna w jej łóżku! 

Podniosła się tak gwałtownie, że czubkiem głowy uderzyła Jacka w nos. Prędko odsunęła 

się na skraj łóżka.   

Jack usiadł, trzymając się za nos.   
– Co do cholery...   
– Dotknąłeś mnie! – zawołała Dixie piskliwym głosem. – A obiecałeś, że nie będziesz.   
– Przez całą noc tuliłaś się do mnie, więc myślałem, że ci zimno.   
Psy  podbiegły  do  łóżka,  przekrzywiły  łby,  ogonami  rytmicznie  uderzały  o  podłogę. 

Znowu rozległ się klakson. Jack wyskoczył z łóżka na równe nogi.   

– Ty się stąd nie ruszaj – polecił Dixie.   
Trzasnęły  drzwi  samochodu.  Okna  sypialni  wychodziły  na  tyły  domu,  więc  nie  można 

było sprawdzić, kto przyjechał.   

– Halo, halo! – rozległ się kobiecy głos. – Jesteśmy z policji w Pagosa Springs.   
Dixie spojrzała na pogniecioną pościel. Było oczywiste, że w łóżku spały dwie osoby, a 

wolałaby, aby nikt o tym nie wiedział i nie snuł domysłów na temat tego, jak spędzili noc.   

Ponieważ spali jak niewinne dzieci, a marzenia się nie liczą.   

Jack włożył buty i wyprostował się.   
–  Trzeba  wyjść,  zanim  babsko  pobudzi  wszystkie  skunksy  w  okolicy.  Tigger,  Sadie, 

idziemy! 

– Zaczekaj. – Dixie usiadła na skraju łóżka. – Dlaczego policja się tu pofatygowała? 
Wystraszyła  się,  że  Jack  jest  od  dawna  poszukiwanym  przestępcą,  że  znaleziono  go  i 

prosto stąd zostanie zabrany do więzienia.   

– Bo o to prosiłem. Wczoraj zgłosiłem nasze podejrzenia. Dixie nie bardzo mu wierzyła, 

a on oczywiście wyczuł jej sceptycyzm.   

– Skontaktowałem się z policją przez radio i powiedziałem, że tu dzieją się jakieś dziwne 

rzeczy. Sądziłem, że dziś dowiemy się czegoś o domu i człowieku, który go zbudował.   

– Uśmiechnął się ironicznie. – Jesteś zadowolona? 
Dixie  pochyliła  głowę,  aby  ukryć  czerwone  policzki.  Żałowała,  że  prysło  marzenie  o 

spokojnym  pobycie  w  górach.  Trzeba  psychicznie  przygotować  się  na  ewentualne 
nieprzyjemności.  Życie  pełne  jest  niespodzianek  Jack  starał  się  przybrać  pogodny  wyraz 
twarzy,  aby  dobrze  usposobić  policjantkę.  Wieczorem  powiedział,  kim  jest,  lecz  nie  warto 
irytować miejscowego strażnika prawa.   

Odsunął zasuwę i uchylił drzwi, a psy rzuciły się ku niewysokiej ciemnowłosej kobiecie. 

Policjantka obronnym gestem podniosła ręce i niewiele brakowało, a uderzyłaby Jacka w nos.   

Co dziś jest z kobietami i moim nosem? – pomyślał zirytowany. Automatycznie zerknął 

na nazwisko policjantki.   

background image

– Jestem Jack Powers. To ja wczoraj dałem znać o tajemniczym zajściu.   
W wozie policyjnym dostrzegł mężczyznę, ale nie widział jego rysów, ponieważ ostrość 

widzenia pogarszała gęsta mgła. Zdziwiło go jednak, że kierowca nie towarzyszy policjantce.   

Przyszła Dixie i na powitanie wyciągnęła rękę.   
– Dzień dobry. Jestem Dixie Osborn. Policjantka uścisnęła jej dłoń.   
– Państwo pozwolą, że zadam kilka pytań. Służbowy meldunek musi zadowolić mojego 

szefa.   

Wyjęła niewielki notes i spojrzała pytająco, a zaskoczona Dixie zerknęła na Jacka. Oboje 

zauważyli ostry ton.   

–  Najpierw  muszę  zapisać  państwa  nazwiska  i  imiona.  Jack  z  trudem  opanował 

ogarniającą go irytację. Przecież już się przedstawili.   

– Jack Powers – rzekł powoli i wyraźnie.   
Policjantka  przestała  pisać  i  rzuciła  mu  krytyczne  spojrzenie.  Czyli  usłyszała 

zniecierpliwienie w jego głosie.   

– Proszę pana, to poważna sprawa. Trzeba sporządzić oficjalny raport.   
Dixie wymownie popatrzyła na Jacka.   
–  Bądź  tak  dobry  i  zagotuj  wodę,  bo  przyjemniej  będzie  porozmawiać  przy  kawie. 

Proponuję, żebyśmy w czwórkę usiedli przy stole i spokojnie wszystko wyjaśnili.   

Jack był pełen uznania dla niej za taktowne rozładowanie nieprzyjemnej sytuacji. Skinął 

głową i poszedł do kuchni. Lepiej nie denerwować przedstawicielki miejscowej władzy.   

Aby rozproszyć marsa na czole policjantki, Dixie uśmiechnęła się i ponowiła zaproszenie: 
– Chciałabym też poczęstować kawą kierowcę.   
–  To  żaden  kierowca.  –  Policjantka  zamknęła  notes.  –  To  mój  mąż.  Zgłosiłam  się  na 

ochotnika, żeby tutaj przyjechać, a Clyde nie chciał puścić mnie samej.   

– Jesteśmy bardzo wdzięczni.   
Dixie starała się ukryć zdumienie. Intrygowało ją, dlaczego zgłoszenie zainteresowało tę 

kobietę i jej męża.   

Policjantka odwróciła się i skinęła ręką, lecz mężczyzna przecząco pokręcił głową.   
– Mąż jest bardzo nieśmiały. Przepraszam na chwilę. Oddaliła się szybkim krokiem.   
Czekając na nią, Dixie słuchała odgłosów dochodzących z kuchni. Psy cicho skomliły, a 

Jack  głośno  gwizdał.  Nie  mogła  przypomnieć  sobie,  jaka  to  melodia,  więc  wzruszyła 
ramionami i zajęła się obserwowaniem policjantki i jej nieśmiałego męża.   

Scenka  była  komiczna,  ponieważ  kobieta  kiwała  głową  potakująco,  a  mężczyzna 

przecząco. Dixie stała daleko, słowa do niej nie dochodziły, ale wyobraziła sobie rozmowę: 

– Clyde, wysiadaj i chodź ze mną.   
– Nie chce mi się.   
– To po co przyjechałeś? – Bo ja wiem...   
Rozległy się kroki w pokoju.   
–  Kawa  gotowa  –  zawołał  Jack  Dixie  zrobiło  się  wstyd,  że  zabawiała  się  układaniem 

dialogu, a Jack to odgadnie i będzie kpił. Wzięła kubek, którego ciepło rozgrzało jej dłonie. 
Aby ukryć rumieńce, nisko pochyliła głowę i z lubością wciągnęła aromat kawy.   

background image

Jack wskazał scenę rozgrywającą się przy radiowozie.   
– O co im chodzi? 
– Pani Church przyjechała z mężem, który rzekomo jest bardzo nieśmiały.   
– Też coś. Potrzymaj.   
Podał jej swój kubek i dużymi krokami podszedł do radiowozu.   

Dixie wystraszyła się, że narazi się policjantce, która zakuje go w kajdanki i zabierze na 

posterunek. Było oczywiste, że nie przypadli sobie do gustu.   

Jack  czuł  narastające  zniecierpliwienie,  chociaż  do  niczego  się  nie  śpieszył;  był  na 

urlopie,  nie  miał  żadnego  służbowego  spotkania.  Uważał,  że  skoro  wcześniej  zawarł 
znajomość z policjantką, teraz może skupić uwagę na nieśmiałym indywiduum.   

– Witam pana – rzekł, wsuwając rękę przez okno. Mężczyzna na mgnienie zawahał się, 

po czym uścisnął wyciągniętą dłoń.   

Jack wiedział, że nieśmiali ludzie cenią rozmowę w cztery oczy i dlatego odwrócił się do 

policjantki.   

– Kawa już gotowa. Czy zechce pani... Urwał i spojrzał na mężczyznę.   
– Clyde Church – przedstawił się introwertyk.   
Jack uśmiechnął się do jego żony.   
– Czy pozwoli nam pani iść na krótki spacer z psami? Zaraz wrócimy.   
Policjantka  zawahała  się.  Chęć  kontrolowania  męża  walczyła  z  zapotrzebowaniem  na 

kofeinę. Zwyciężyła kofeina.   

– Dobrze. Czekam najdalej kwadrans.   
Bez cienia uśmiechu oddaliła się, i kobiety weszły do domu.   

Kierowca powoli wysiadł.   
–  Podziwiam,  że  pan  tak  gładko  poradził  sobie  z  moją  żoną.  Imogene  to  wyjątkowa 

kobieta, szczere złoto, ale czasem trudno z nią wytrzymać.   

Jack był zdumiony, że człowiek, który przed chwilą jąkał się, teraz mówił płynnie.   
– Jestem pełen uznania, że państwo tak wcześnie przyjechali, żeby zająć się tą osobliwą 

sytuacją.   

– Drobiazg. Po to jest rodzina. Rodzina? 
Jack  zwolnił,  aby  nie  wyprzedzać  gościa.  Psy  zbiegły  z  ganku  i  rzuciły  się  ku  niemu. 

Clyde Church zaczerwienił się.   

–  Imogene  wolałaby,  żeby  ludzie  nie  wiedzieli  o  naszym  związku  z  tym  domem,  ale 

wszystkie  wróble  od  lat  o  tym  ćwierkają.  W  małej  mieścinie  nie  da  się  utrzymać  żadnej 
tajemnicy.  Żona  uparła  się,  że  ona  zbada  sprawę,  a  ja  nie  mogłem  pozwolić,  żeby  sama 
jechała tak daleko.   

Jack  westchnął.  Wiedział,  że  musi  uzbroić  się  w  cierpliwość  i  zmarnuje  cały  kwadrans, 

aby uzyskać odpowiedzi na parę pytań.   

– Można wiedzieć, czyja rodzina i co ma tu do rzeczy? Flegmatyk obserwował psy, które 

przez chwilę wyrywały sobie patyk, po czym zniknęły między drzewami.   

– Było tak... – zaczaj wreszcie. – Tę chatę zbudował brat mojego ojca i dlatego gdy robi 

się szum, my interweniujemy. Wie pan... rodzina.   

background image

Jack  przejechał  dłonią  po  twarzy  i  skrzywił  się,  gdy  dotknął  bolącego  nosa.  Dixie 

uderzyła go niechcący, lecz mocno.   

– Czy daje mi pan do zrozumienia, że tu często coś się dzieje? 
– Nie powiem, że często, ale dwudziesty szósty kwietnia tuż, tuż, więc spodziewaliśmy 

się jakiegoś incydentu.   

Clyde  podrapał  się  za  uchem,  a  Jack  zrozumiał,  że  dawanie  odpowiedzi  szybkich  i  na 

temat nie leży w naturze tego człowieka.   

Cierpliwość jest wielką zaletą. Ciotka byłaby dumna, gdyby teraz zobaczyła bratanka.   
–  Dlaczego  dwudziesty  szósty  kwietnia  jest  taki  istotny?  Powolny  ruch  komórek 

mózgowych  był  niemal  słyszalny,  gdy  flegmatyk  zastanawiał  się,  co  powiedzieć  i  jak 
sformułować zdanie.  Wreszcie rozejrzał  się,  jakby  chciał sprawdzić, czy  są sami, i  pochylił 
się do przodu.   

– Nie jestem ekspertem w żadnej dziedzinie, ale o tym domu ja wiem najwięcej.   
– O, to ciekawe – uprzejmie mruknął Jack.   
– Poza gronem najbliższej rodziny niechętnie poruszamy ten temat.   
Zobaczył  Dixie,  więc  urwał,  jakby  czekał  na  pojawienie  się  żony.  Lecz  policjantka 

została w domu.   

Dixie spojrzała na Jacka.   
– Pani Church jest zajęta szczegółowymi oględzinami. Przeszkodziłam panom? 
–  Skądże.  Pan  zaczął  opowiadać  tutejszą  historię.  –  Jack  spojrzał  na  Clydea.  –  Dixie 

można zaufać.   

Flegmatyk  zawahał  się  i  westchnął.  Nie  mógł  jednak  oprzeć  się  pokusie  podzielenia  się 

wiedzą, szczególnie pod nieobecność żony.   

–  Cynthia  porzuciła  stryja  dosłownie  w  ostatniej  chwili,  bo  już  czekał  przed  ołtarzem. 

Chcieliśmy  o  tym  zapomnieć,  ale  im  większym  stryj  stawał  się  dziwakiem,  tym  bardziej 
pamiętaliśmy.   

Zadowolony, że ma słuchaczy, nieznacznie skinął, aby się przybliżyli.   

Jack  uznał,  że  introwertyk  pragnie  wykorzystać  zapewne  rzadką  okazję  popisania  się 

wiedzą. Nie winił go za to, ale chciał jak najprędzej usłyszeć coś więcej. Na razie dowiedział 
się, co znaczy C wyhaftowane na pościeli i ręczniku.   

–  Powinniśmy  przewidzieć,  że  będą  kłopoty.  Cynthia  zawsze  była  inna,  nic  nie  robiła 

normalnie,  jak  wszyscy.  Poznała  mojego  stryja  na  potańcówce.  Och,  zapomniałem 
powiedzieć, że to zdarzyło się ponad dwadzieścia lat temu.   

Dla większego efektu przerwał i głośno sapnął.   

Jack gotów był przysiąc, że zna najdrobniejsze szczegóły i przez dwadzieścia lat chętnie 

wszystkim opowiadał.   

– Bill nie miał najmniejszej szansy – podjął Clyde. – Był bardzo pracowity, ale biedny. 

Przyjeżdżał  do  miasta  co  sobotę,  nawet  podczas  budowania  chaty.  –  Pokręcił  głową.  – 
Cynthia  spędziła  kilka  lat  w  Denver,  bo  tam  kończyła  edukację.  Uważała  się  za  kogoś 
lepszego, ubierała się inaczej niż miejscowe dziewczyny, w dodatku malowała się. Usta było 
widać na długo przed ukazaniem się całej reszty.   

background image

Parsknął śmiechem na wspomnienie komicznego widoku. Jack spokojnie czekał na dalszą 

część, a Dixie niecierpliwie bębniła palcami jednej ręki o drugą.   

Uświadomiła  sobie,  że  zachowuje  się  niezbyt  grzecznie,  więc  usiłowała  uspokoić  palce, 

lecz  było  to  niemożliwe.  Gdy  raz  zaczęły  swój  taniec,  nie  zatrzymały  się,  póki  nie  zniknął 
powód  zniecierpliwienia.  Miała  ochotę  popędzić  flegmatyka,  aby  szybko  dowiedzieć  się 
więcej. Był jednak wyraźnie zadowolony, że ma słuchaczy, dlatego zmusiła się do spokoju. 
Niezbyt niecierpliwie, ale czekała.   

Clyde wreszcie przestał się śmiać, westchnął i pochylił się ku nim.   
–  Na  czym  to  ja  skończyłem?  Aha,  usta  Cynthii...  Nie  były  czerwone  ani  różowe,  lecz 

pomarańczowe.  Cynthia  kupowała  wyłącznie  pomarańczowe  pomadki.  Przepraszam,  to  nie 
ma związku z historią i niepotrzebnie mnie rozśmiesza.   

– Kiedy pana stryj postanowił zbudować tu dom? – zapytał Jack.   
– Po czterech czy pięciu miesiącach wytrwałych zalotów zebrał całą odwagę i oświadczył 

się. O dziwo Cynthia zgodziła się zostać jego żoną. – Clyde urwał i pokręcił głową.   

–  Stryj  był  bardzo  dobrym,  przyzwoitym  facetem,  ale  oni  do  siebie  nie  pasowali,  mieli 

diametralnie  różne  usposobienia  i  upodobania.  Ledwo  Cynthia  wyraziła  zgodę  na 
małżeństwo, stryj zabrał się do budowania domu, który – jak mawiał – będzie godzien jego 
umiłowanej żony.   

Zasłuchana Dixie przestała bębnić palcami. Bardzo ją wzruszyło, że poczciwy Bill darzył 

zarozumiałą  Cynthię  tak  wielką  miłością.  Wszystkie  jego  marzenia  skupiły  się  na  jednym 
celu, serce oddał ukochanej, z którą pragnął spędzić całe życie. Dixie miała ochotę poprosić 

Clydea, żeby nie kończył opowiadania, jakby to mogło zmienić bieg wydarzeń.   

– Stryj zbudował prawie cały dom własnoręcznie, o wszystkim sam decydował. Okno w 

małżeńskiej sypialni wychodzi na wschód, bo Cynthię miało budzić wstające słońce.   

Flegmatyk znowu zamilkł, a mina Jacka wyraźnie świadczyła o tym, że chce pomóc mu 

dobrnąć  do  końca.  Widocznie  wolał  usłyszeć  zakończenie  prędzej  niż  później.  Dixie 
zastanawiała  się,  czy  nie  widzi,  na  co  się  zanosi  i  czy  nie  jest  mu  żal  zakochanego 
nieszczęśnika.   

Clyde  wyczuł  zniecierpliwienie  Jacka,  a  może  wystraszył  się,  że  straci  słuchaczy,  więc 

tym razem prędzej podjął swoją opowieść.   

–  Stryj  osobiście  wyrzeźbił  małżeńskie  łóżko.  Całymi  miesiącami  nie  robił  nic  innego, 

tylko  upiększał  wnętrze.  Cynthia  nigdy  tu  nie  przyjechała.  Twierdziła,  że  chce  zobaczyć 
chatę, gdy będzie całkowicie wykończona.   

– Och! Nie chciała przyczynić się do urządzenia własnego domu? – zawołała Dixie.   
Dla niej było to niepojęte.   
– Niezrozumiałe postępowanie, prawda? – spytał Clyde. –  Normalna kobieta uważa, że 

dom jest jej królestwem. Ten brak zainteresowania powinien ostrzec stryja, że coś jest nie w 
porządku. Ale był nieprzytomnie zakochany i nic nie mąciło jego szczęścia.   

Jack łekko się uśmiechnął.   
– Przepraszam, że przerywam, ale jak doszło do tego, że pański stryj stracił dom? 
– To najsmutniejsza część historii. Wszyscy mieszkańcy Pagosa Springs chcieli zobaczyć 

background image

ślub,  który  na  prośbę  Cynthii  miał  odbyć  się  z  wielką  pompą.  –  Clyde  urwał,  wygładził 
nieistniejącą zmarszczkę na rękawie i spojrzał Dixie w oczy. – Wybiła godzina trzecia, czyli 
pora rozpoczęcia uroczystości. Minął kwadrans, pół godziny. Około czwartej w kościele było 
już  niewiele  osób,  ale  pan  młody  uparcie  czekał,  nie  chciał  ruszyć  się  z  miejsca.  Wreszcie 
matka  Cynthii  zdenerwowała  się  i  poszła  do  domu.  Wróciła  z  kartką  znalezioną  w  pokoju 
córki.   

Serce Dixie skurczyło się ze strachu.   
– Co tam było napisane? 
Wolałaby,  aby  Clyde  nie  kończył,  a  jednocześnie  pragnęła  dowiedzieć  się  reszty.  Miała 

wrażenie,  że  obserwuje  pociąg,  który  powoli  się  wykoleja,  a  ona  nie  może  zapobiec 
katastrofie.   

–  Na  kartce  były  tylko  dwie  linijki.  Dziesięć  słów,  które  na  zawsze  odmieniły  Billa 

Churcha. – Clyde na moment zamilkł dla zwiększenia efektu. – Oto one: „Chcę mieszkać w 
dużym mieście. Wychodzę za Timothyego Barta. Cynthia”.   

Stryj  nic  nie  powiedział.  Timothy  Bart,  rywal  jeszcze  ze  szkoły  podstawowej,  był 

dyrektorem  banku, w którym  stryj  zaciągnął  pożyczkę na budowę domu. Cynthia i  Timothy 
wyjechali tego dnia i odtąd nigdy się tu nie pojawili.   

Dixie pociągnęła nosem, ale powstrzymała łzy.   
– Pana stryj zamknął dom na głucho? 
– Zamknął nie tylko dom. – Clyde pokręcił głową. – W milczeniu wyszedł z kościoła i 

odtąd nigdy nie wypowiedział ani słowa na temat ślubu. Starał się w terminie spłacać raty, ale 
na podatki już mu nie starczało. W końcu urzędowo przejęto całą posesję za zaległe podatki. 
Stryj czasami pojawia się w mieście. Niektórzy twierdzą, że mieszka w jaskini.   

Biedny, bardzo biedny człowiek.   

Dixie  nie  potrafiła  wyobrazić  sobie  takiej  tragedii,  ale  rozumiała  wstyd  porzuconego 

człowieka i uczucie, że lepiej żyć w samotności, niż ponownie narazić się na szyderstwo, a 
serce  na  cierpienia.  Młodzi  ludzie,  z  którymi  pracowała,  przychodzili  do  niej  z  podobnymi 

problemami, podobne myśli krążyły im po głowie. Odrzucone, niekochane dzieci odwracały 
się od rodziców, żeby uniknąć dalszego zranienia.   

Zastanowiła  się,  czy  i  ona  postępuje  podobnie.  Dlaczego  boi  się  uczuć  mogących 

przerodzić się w miłość? Dlaczego uważa, że każda znajomość okaże się niewypałem? 

Znała odpowiedź na owe pytania. Obserwowała matkę, która kilkakrotnie oznajmiała, że 

znalazła  prawdziwą  miłość  i  za  każdym  razem  okazywało  się  to  złudzeniem.  Nie  ma 
gwarancji i dlatego lepiej nie ryzykować.   

Zobaczyła,  że  Jack  podejrzanie  przewraca  oczami.  Udawał,  że  sentymentalna  opowieść 

wcale go nie wzruszyła.   

– Clyde! – rozległo się wołanie. – Potrzebna mi pomoc. Flegmatyk nerwowo podskoczył, 

ukłonił się i pobiegł w stronę domu, a Jack wybuchł zduszonym śmiechem.   

–  O,  facet  jednak  ma  prawidłowe  odruchy.  Przynajmniej  w  odpowiedzi  na  wezwanie 

żony.   

– Musimy mu pomóc – oświadczyła Dixie stanowczym tonem.   

background image

– Po co? – Wysoko uniósł brwi. – Jest zdrowy i bardzo przywiązany do żony.   
– Nie jemu, lecz jego stryjowi.   
Rozejrzała się, jakby spodziewała się, że pośród drzew ujrzy nieszczęsnego odludka.   

Jack przykucnął i zaczął zgarniać sosnowe igły.   
– Jak chcesz mu pomóc? 
–  Na  razie  nie  potrafię  ci  powiedzieć...  Ale  jakoś  go  znajdziemy,  poszukamy 

przyzwoitego mieszkania, pomożemy wybrnąć z długów.   

Jack wstał i spojrzał na nią z góry.   
– Mówisz poważnie? 
– Oczywiście – odparła niezbyt pewnym głosem. – Dlaczego pytasz? 
– Bo nie znamy  człowieka. – Podniósł  jeden palec. – Nie wiemy, ile prawdy jest w tej 

historii. – Podniósł drugi palec. – Nie zbawisz świata. – Podniósł trzeci palec. – Widzisz, ile 

powodów? 

– Czemu uważasz, że to nie ma sensu? 
– Hm, widzę, że traktujesz sprawę bardzo poważnie. – Przyjrzał się jej bacznie. – Jesteś 

siostrą miłosierdzia? 

– Nie... tak... właściwie...  niezupełnie. – Wyżej  uniosła głowę.  – Po prostu  uważam, że 

mogę  zmienić  coś  na  tym  świecie.  Warto  pomóc  choćby  tylko  jednej  osobie  w  biedzie.  To 
moje zdanie.   

Jack  gwizdnął.  Zza  drzew  wypadły  zziajane  psy,  jednocześnie  wbiegły  po  schodach  i 

usiadły koło nóg pana.   

– Jak to robisz? 
Dixie owinęła pasmo włosów na palcu i spojrzała w dal.   
– Trudno to ująć w słowa, bo tak wiele jest do powiedzenia. .. o moich podopiecznych, o 

ich  marzeniach,  lękach  i  rozczarowaniach.  Chcę  wierzyć,  że  mogę  zmienić  coś  na  lepsze  w 
ich życiu i w życiu ludzi, z którymi w przyszłości się zetkną. Wydaje mi się, że Bill Church 
jest w podobnej sytuacji. Dobry człowiek został oszukany, boleśnie zraniony i stracił zaufanie 

do ludzi, do świata.   

Nagle  poczuła  się  głupio,  bo  niepotrzebnie  tak  emocjonalnie  odpowiedziała  na  pytanie 

Jacka.   

– W jakim wieku są dzieci, z którymi pracujesz? 
–  Głównie  nastolatki.  Młodzież  bez  celu  w  życiu,  większość  bez  normalnej  rodziny.  – 

Wykonała nieznaczny ruch ręką. – Czy możesz wyobrazić sobie, jak dobrze zrobi im pobyt 
tutaj? Wychowawcy będą dużo z nimi rozmawiać, pomogą odzyskać pewność siebie, nauczą 
życia w grupie.   

– A taka pomoc jest niemożliwa w mieście? – zdziwił się Jack. – Chata stoi na uboczu...   
Dixie uśmiechnęła się promiennie.   
– Otóż to. Tu są idealne warunki.   
Jack zamyślił się nad tym, co usłyszał. Potrafił wyobrazić sobie tutaj ośrodek dla trudnej 

młodzieży  i  nie  wątpił,  że  nastolatkom  przyda  się  terapia,  o  której  Dixie  wspomniała.  Sam 
uniknąłby wielu tarapatów, gdyby w odpowiednim momencie ktoś mądry nim pokierował.   

background image

Dixie nie zdawała sobie sprawy, że zdradziła się z marzeniami. Jack był zadowolony, że 

czuła  się  przy  nim  swobodnie  i  dlatego  nieświadomie  się  zwierzyła.  Jej  marzenie  było 
szlachetne.   

Lecz  i  ciotka  Emma  chciałaby  mieć  dom  w  górach.  Powinien  pamiętać  o  długu 

wdzięczności wobec tej, która przez lata poświęcała się dla niego. Za to na starość należało 
się jej trochę piękna, wygody. I poczucia bezpieczeństwa.   

Był zły, że spełnienie się marzenia ciotki oznacza zniszczenie marzenia Dixie.   

Zaklął w duchu.   

Oboje długo milczeli pogrążeni w myślach. Jack nie przyznał się, dlaczego zależy mu na 

otrzymaniu  nagrody.  Uznał,  że  moment  jest  nieodpowiedni  i  jego  zwierzenia  umniejszą 
wartość tego, co powiedziała Dixie.   

– Panie Powers! 
– Słucham? 
– Obeszliśmy cały dom, sprawdziliśmy wszystko, co było do sprawdzenia. – Policjantka 

otworzyła  notes.  –  Zapisałam  państwa  nazwiska  oraz  parę  uwag  i  zaraz  po  powrocie  do 
Pagosa Springs złożę meldunek.   

Zadowolona z siebie zamknęła notes, a Jack pomyślał, że niewiele zdziałała.   
–  Jeszcze  raz  dziękuję,  że  państwo  przyjechali.  –  Wyciągnął  rękę.  –  Panu  jestem 

szczególnie zobowiązany.   

Miał jednak wątpliwości, czy w zasłyszanej historii wszystko jest zgodne z prawdą.   
– Nie... ma... za..co – wyjąkał Clyde.   
– Czy pani coś nam radzi? – zapytała Dixie. Policjantka znacząco spojrzała na Jacka.   
– Proszę zawsze zamykać drzwi na klucz. Szczególnie jedne.   
Jack zastanawiał się, dlaczego to podkreśliła.   

Gdy radiowóz zniknął za zakrętem, spojrzał na Dixie i zobaczył, że drży. Czy aż do łez 

współczuje biednemu narzeczonemu, który został porzucony przed laty? 

Dixie  panowała  nad  sobą  w  obecności  policjantki,  lecz  teraz  śmiała  się  do  rozpuku. 

Wolałaby opanować rozbawienie, aby Jack nie pomyślał, że postradała zmysły.   

Niestety trochę to trwało. Wreszcie otarła załzawione oczy.   
– Założę się, że tu jest ukryta kamera.   
Jack popatrzył na nią zaskoczony, ale drgnęły mu kąciki ust.   
– Całkiem prawdopodobne.   
–  Czy  występujemy  w  programie  telewizyjnym,  w  którym  widzowie  obserwują,  jak 

uczestnicy  powoli  wariują?  Czy  bohaterem  jest  dziwny  pustelnik  z  lasu?  Jacy  aktorzy  grają 
policjantkę i jej małomównego męża? – Znowu zachichotała. – Dobrze, że byłeś świadkiem, 
bo znajomi nie uwierzą mi i zarzucą, że zmyślam. Po powrocie do Denver poproszę cię, żebyś 
zaświadczył o mojej prawdomówności.   

Jack zmrużył oczy.   
– Proponujesz randkę? Nie jesteś zaręczona? 
– Hm, niezupełnie. To, co mówiłam...   
Urwała speszona, gdy zobaczyła uśmiech, jaki rozjaśnił mu twarz. Czyli Jack jedynie się 

background image

z  nią  przekomarza.  Dobrze,  że  w  porę  ugryzła  się  w  język  i  nie  wyznała  prawdy.  Nie 
zdradziła  też,  jak  bardzo  pragnie  się  z  nim  spotkać.  Być  może  jest  kobieciarzem  i 
uwodzicielem, ale jego pocałunki są tak podniecające, że pragnęła więcej.   

Daleko w lesie rozległ się klakson. Raz i drugi.   
– Psiakrew, a to co znowu? 
Jack zbiegł z ganku i wyszedł na drogę.   

Patrząc na sylwetkę atlety, Dixie pomyślała, że to wielka pokusa być blisko niego.   

Samochód,  który  wtoczył  się  na  polanę,  jechał  zbyt  szybko  jak  na  tutejsze  warunki 

drogowe. Nie był to radiowóz, lecz czarna limuzyna.   

Dixie  oderwała  wzrok  od  Jacka  i  z  ciekawością  spojrzała  na  auto.  Kto  zabłądził  w  te 

strony?  Za  wcześnie  na  pana  Grangera  i  rzucanie  monety.  Komu  chciało  się  przyjechać  aż 
tutaj, w dodatku pojazdem nadającym się do miasta, a nie na wyboiste drogi? 

– Twoi znajomi? – zawołała.   
Jack  jedynie  wzruszył  ramionami.  Limuzyna  zatrzymała  się  i  Dixie  dostrzegła  dwie 

osoby. Jedno okno otworzyło się, a wtedy z jej gardła wyrwał się jęk rozpaczy.   

– Nie, tylko nie to...   
Przez okno wysunęła się ręka z pierścionkami i bransoletkami.   

Dixie widziała zapowiedź nieszczęścia, ale nie wierzyła własnym oczom! 
–  Kochanie,  przyjechałam  w  odwiedziny  –  zawołała  właścicielka  pierścionków  i 

bransoletek A jednak to nie zwidy! 

Dixie  patrzyła  jak  zahipnotyzowana.  Była  przerażona,  lecz  nie  mogła  oderwać  oczu  od 

upierścienionej dłoni.   

Nie wiedziała, za jakie przestępstwo zostaje tak surowo ukarana. Dlaczego matka zjawia 

się nieproszona? 

Jack  miał  wrażenie,  że  skądś  zna  piskliwy  głos,  ale  nie  potrafił  przypisać  go  do  znanej 

osoby.   

Wreszcie przypomniał mu się telefon.   

Dzwoniła matka Dixie.   

A teraz przyjechała.   

Po co ta kobieta wybrała się w góry? Czy Dixie wiedziała o zamiarze matki? Czy uknuły 

spisek, aby zmusić rywala do zrezygnowania z nagrody? 

Zerknął  na  Dixie.  Przerażenie  na  jej  twarzy  świadczyło,  że  wizyta  jest  niemiłą 

niespodzianką.   

Odwrócił się i zobaczył, że kobieta otworzyła drzwi, ale jeszcze mówi coś do kierowcy. 

Pomyślał,  że  chyba  tylko  wariat  zdecydował  się  na  jazdę  takim  samochodem  po  takich 
drogach.   

Kierowca wysiadł, a wtedy Jack głośno jęknął.   

Stryj Vincent! 

Teraz  Jack  nie  wierzył  oczom.  Czy  to  dzień  spotkań  rodzinnych?  Stryj  Jacka  wziął  pod 

rękę matkę Dixie.   

Widocznie  rzeczywiście  zainstalowano  ukrytą  kamerę  i  krewni  dowiedzieli  się,  gdzie 

background image

finaliści przebywają. Jack miał ochotę krzyczeć, że zabawa skończona.   

Niestety  wiedział,  że  to  nie  zabawa,  lecz  fatalny  pech.  Nie  pojmował,  dlaczego  ludzie, 

którzy  się  nie  znają  i  którzy  powinni  siedzieć  w  Denver,  składają  niezapowiedzianą  wizytę 
jemu i Dixie w chacie, która do nich nie należy i znajduje się na odludziu.   

Pani Osborn wyciągnęła ręce do córki.   
– Cieszysz się, że przyjechałam? Niewiele brakowało, a byśmy zabłądzili.   
Dixie uśmiechnęła się z przymusem.   
– Mamo, co TY tu robisz? 
–  Przywiozłam  ci  śniadanie.  Gdzie  jest  ten  przemiły  młodzian,  z  którym  rozmawiałam 

przez telefon? – Starsza pani spojrzała na Jacka. – Czy to jest mistrz kucharski, któremu udało 
się zapędzić cię do gotowania? 

– Tak.   
Dixie zerknęła na Jacka, który złym okiem łypał na nadchodzącego mężczyznę.   
– Stryju...   
Starszy pan mocno uścisnął mu rękę i energicznie klepnął go w plecy.   
–  Wiem,  co  myślisz,  i  rozumiem  cię,  ale  ty  też  musisz  mnie  zrozumieć.  Wobec  uporu 

Emmy i Estelli słaby mężczyzna nie ma szans, musi ulec.   

Ducie zdziwiło, że Emma ma władzę nie tylko nad Jackiem, ale i nad jego stryjem.   

Jack odciągnął nieproszonego gościa na stronę.   
– Niech stryj nie zrozumie mnie źle – zaczął półgłosem.   
– Zawsze cieszę się ze spotkania, ale po co stryj przyjechał? 
– Matka twojej rywalki zamartwiała się o swoje dziecko, jakoś dotarła do Emmy, Emma 

zadzwoniła do mnie, ja do Estelle i... oto rezultat tych telefonów. – Pan Powers miał bardzo 
nietęgą minę. – Sam nie wiem, jak to się stało, że zaproponowałem usługi kierowcy nieznanej 
kobiecie, która chciała samotnie wybrać się na poszukiwanie córki.   

– Aha. Powiedzmy, że coś rozumiem. – Wrócili do pań.   
– Dixie, pozwól, że przedstawię ci mojego stryja, pana Vincenta Powersa.   
– Miło mi. Mamo, to jest Jack Powers.   
Jack ukłonił się i uścisnął upierścienioną dłoń.   
– Bardzo mi miło.   
Pani Osborn zaśmiała się perliście.   
–  My  już  się  znamy.  Po  telefonicznej  rozmowie  miałam  wrażenie,  że  się  spotkaliśmy. 

Proszę mówić mi po imieniu.   

– Dobrze, proszę pani... Stryj mówił, że pani... że masz wielki dar przekonywania.   
–  Bałam  się,  że  Dixie  jest  daleko  w  górach  z  jakimś  maniakiem  seksualnym.  –  Zrobiła 

przepraszającą  minę.  –  Oczywiście  myślałam  tak  przed  naszą  rozmową,  ale  i  tak  wolałam 
sprawdzić, jak wygląda sytuacja.   

Dixie zamieniła się w słup soli.   

Powoli jednak dotarła do niej świadomość, że naprawdę matka przyjechała na inspekcję. 

A w dodatku zabrała krewnego Jacka.   

Zakrawało to na kiepski żart, w jakich gustowała Maggie. Podrzucenie zwiewnej koszuli 

background image

nocnej było drobiazgiem w porównaniu z nasłaniem dwuosobowej kontroli.   

– Czy dobrze słyszałam coś o śniadaniu? – zapytała słabym głosem.   
Gorączkowo  szukała  pretekstu,  aby  odciągnąć  matkę  na  bok  i  powiedzieć  o  swych 

rzekomych zaręczynach.   

–  Zawsze  miałaś  dobry  słuch.  –  Pani  Osborn  odwróciła  się  do  kierowcy  mimo  woli.  – 

Vinnie, bądź tak dobry i przynieś prowiant. Dixie chce pokazać mi, jak mieszka.   

Jack  z  niedowierzaniem  patrzył  na  stryja  posłusznie  spełniającego  polecenie.  Dixie 

poprowadziła matkę, która rozglądała się z ciekawością.   

– Opowiedz mi wszystko – zażądała pani Osborn, rozglądając się po domu. – Widzę, że 

jest... bardzo duży.   

Dixie  znała  matkę  i  wiedziała,  jak  ocenia  dom;  według  niej  na  pewno  jest  bardzo 

zaniedbany i brudny, stoi za daleko od innych ludzkich siedzib. Ona sama przymykała na to 

oczy, ponieważ wolała widzieć jedynie możliwości zaadoptowania domu dla młodzieży.   

Oprowadzając  matkę,  szeptem  wtajemniczyła  ją  w  sprawę  „zaręczyn”  i  poprosiła  o 

dyskrecję.   

Mężczyźni wyjęli z bagażnika siatki z zakupami, zanieśli do kuchni i położyli na stole.   

Poprzednio za duży dom teraz zdawał się za mały z powodu dwojga nieproszonych gości. 

Jack  wolał  nie  analizować  irytacji  wywołanej  tym,  że  odebrano  mu  chwile  sam  na  sam  z 
Dixie. Był niezadowolony.   

Nawet bardzo.   
– Po co przywieźliście tyle jedzenia? 
– Estelle nie mogła zdecydować się, co zabrać, bo nie wiedziała, co lubisz. – Pan Powers 

wypakował drugą torbę. – Mamy naleśniki, parówki, bekon, sos, chleb, bułki, grzanki, płatki 
owsiane, owoce. Na pewno nie zginiemy z głodu.   

Jack  usłyszał  kroki  na  schodach  i  rozmowę.  Pani  Osborn  mówiła  coś  podniesionym 

głosem, ale początkowo nie mógł rozróżnić poszczególnych słów.   

–  Dziecko,  masz  dwadzieścia  siedem  lat  i  jeżeli  chcesz  się  z  kimś  przespać,  ja  ci  nie 

zabronię. Jesteś dorosła, sama musisz podjąć decyzję. Jeśli nie mieliście ochoty nacieszyć się 
sobą, to wielka szkoda.   

–  Ależ  mamo.  –  Spłoniona  Dixie  zerknęła  na  panów.  Powiedziała  matce  o  fikcyjnych 

zaręczynach, więc nie  rozumiała, o co chodzi. Podejrzewała jakieś knowania. – Jeszcze raz 
powtarzam, że Jack i ja nie jesteśmy w żaden sposób związani.   

– Nie chcesz uciąć sobie romansu ze względu na Guya? – obojętnie zapytała czterokrotna 

mężatka.   

Jack  ulitował  się  nad  Dixie.  Starczyło  mu  to,  czego  dowiedział  się  poprzedniego  dnia  i 

krótka osobista znajomość, by stwierdzić, że trzeba zdecydowanie wkroczyć do akcji.   

– Przepraszam, że się wtrącę. Pani... twoja córka jest bardzo atrakcyjna, ale przysięgam, 

że nie zrobiliśmy nic, o co narzeczony mógłby mieć pretensje.   

Dixie żachnęła się.   
–  Daj  spokój.  Jestem  dorosła  i  potrafię  sama  za  siebie  mówić.  –  Nerwowym  ruchem 

odsunęła włosy opadające na oczy. – Mamo, jeszcze raz powtarzam, że łączy nas tylko chęć 

background image

wygrania konkursu.   

–  A  ja  powtarzam,  że  to  wielka  szkoda.  Jack  bardzo  przypomina  mi  drugiego...  nie, 

trzeciego męża.   

Dixie  niecierpliwie  tupnęła  nogą,  nie  ulegało  wątpliwości,  że  lada  moment  wybuchnie. 

Dlatego  Jack  postanowił  uspokoić  ją...  pocałunkiem.  Zaskoczył  Dixie,  która  w  pierwszej 
chwili chciała go odepchnąć, ale widocznie rozmyśliła się, bo nie stawiła oporu.   

Mimo to Jack podejrzewał, że będzie musiał odpokutować uleganie impulsom.   

I to niebawem.   

Dixie  zapomniała,  co  zamierzała  powiedzieć,  a  zirytowały  ją  zapewnienia  Jacka,  że  jej 

reputacja  nie  doznała  uszczerbku.  Była  oburzona,  bo  traktowano  ją  jak  dziecko,  które 
wszystkim musi tłumaczyć się ze swych myśli i postępków.   

Chciała  się  odsunąć,  ale  dało  szybko  przekonało  umysł,  że  zaaplikowany  przez  Jacka 

środek uspokajający będzie miał podwójnie pozytywny skutek.   

Pocałunek trwał tak długo, że Dixie groziło uduszenie, więc jej matka chrząknęła głośno.   

Jack  opamiętał  się  i  oderwał  od  słodkich  ust,  lecz  nadal  obejmował  Dixie.  Była  mu 

wdzięczna, ponieważ uginały się pod nią nogi  i  groził jej upadek.  Zerknęła spod rzęs. Jack 
miał  nieodgadniona  twarz  i  zaciśnięte  usta.  Czy  to  oznacza,  że  pocałunek  wcale  go  nie 
wzruszył? 

–  Brawo,  chłopcze  –  zawołał  pan  Powers,  energicznie  potrząsając  jego  ręką.  –  Jesteś 

godnym przedstawicielem naszego rodu. Grunt to zdecydowane działanie.   

Dixie nie wiedziała,  czy śmiać się, czy  płakać.  Co się tutaj  dzieje? Jak się wycofać,  nie 

raniąc  uczuć  trzech  zapewne  życzliwych  osób?  Jack  chyba  uważał,  że  swym  postępkiem 
rozładuje napięcie, a osiągnął to, że wzbudził chęć zemsty.   

Co  matka  miała  na  myśli,  mówiąc  „wielka  szkoda”?  Dixie  wytłumaczyła  jej  powód 

rzekomych zaręczyn, więc zupełnie nie rozumiała takiego postępowania.   

Nagle doznała olśnienia. Jest  doskonałe wyjście! Z zemsty za lekceważenie udusi  Jacka 

przy  dwóch  świadkach  i  tym  samym  zakończy  konkurs.  Proste  jak  obręcz.  Jury  przyzna 
nagrodę  jej  i  potrzebującej  młodzieży.  Tylko  jak  udusić  wysokiego  rywala?  Na  pewno  nie 
będzie  czekał,  aż  niski  kat  wejdzie  na  krzesło,  by  dokonać  egzekucji.  Najlepiej  byłoby 
ustrzelić przeciwnika z broni palnej. Lecz skąd ją wziąć? 

Jack widocznie odczytał mordercze myśli, bo przezornie stanął za stołem.   
– Dixie oczywiście potrafi sama się bronić – rzekł pojednawczo – ale uważam, że ja też 

muszę  coś  wyjaśnić.  Otóż  pamiętam,  że  ona  jest  zaręczona  i  zapewniam,  że  ja  jestem 
dżentelmenem.   

Dixie pociągnęła matkę za rękaw, a Jackowi oczyma wskazała drzwi.   

Najwyższy czas porozmawiać.   

Natychmiast.   

Jack zrozumiał jej polecenie bez słów.   
– Musimy wyprowadzić psy, więc na chwilę zostawimy miłych gości. – Wziął Dixie za 

rękę i pociągnął w stronę wyjścia. – Proszę nam wybaczyć.   

– Wybaczamy. Ale pamiętaj, córeczko, że chcę pomóc ci w przygotowaniach do ślubu. 

background image

Może wesele na jesieni...   

Dixie  nie  dosłyszała  końca  zdania,  ponieważ  Jack  wyprowadził  ją  z  kuchni.  Gdy  drzwi 

się zamknęły, wyszarpnęła rękę.   

– No, mądralo, jesteś zadowolony? 
W  kuchennym  oknie  ukazały  się  dwie  twarze,  więc  Jack  znowu  schwycił  Dixie  i  tym 

razem jeszcze mocniej pociągnął za sobą.   

– Psiakrew – zaklął. – Najpierw ukryta kamera, a teraz jawne podglądanie.   
– Dokąd tak pędzisz? Zwolnij! – zawołała, biegnąc za nim.   
–  Przepraszam.  –  Zatrzymał  się.  –  Czy  twoja  matka  zawsze  miała  takie  szerokie 

„zainteresowania”? 

–  Twój  stryj  też  ma  niewąskie  –  odcięła  się.  Gniewnie  wsparła  się  pod  boki.  To 

bezczelność zarzucać jej matce wścibstwo. Nawet jeśli bywa zanadto ciekawa, gdy nie trzeba, 
Jack nie ma prawa jej osądzać. Tym bardziej że jego stryj też przykleił nos do szyby.   

Jack potarł brodę.   
– Proponuję naprawienie tej komedii pomyłek, zanim będzie za późno.   
–  Patrzcie  go,  znalazł  się  naprawiacz.  Nie  pozwalam  zarzucać  mojej  matce  wścibstwa. 

Dlaczego w ogóle się wtrącałeś? Czy boisz się, że po świecie rozejdzie się wieść o tym, że 
spaliśmy w jednym łóżku? 

Czuła,  że  wpada  w  histerię,  lecz  nie  panowała  nad  sobą.  Noc  spędzona  u  boku  Jacka  i 

nieoczekiwane pocałunki wytrąciły ją z równowagi.   

– Dziewczyno, uspokój się.   
Wyraz jego twarzy powinien jej uświadomić, że lepiej działać ostrożnie, ale zlekceważyła 

ostrzeżenie.   

– Sam skradasz się cichaczem i szpiegujesz ludzi, ale to nie oznacza, że każdy...   
Jack  gwałtownie  przyciągnął  ją  do  siebie.  Chciała  jeszcze  coś  dodać,  lecz  zamknął  jej 

usta pocałunkiem.   

Drugi raz tego samego ranka! 

Instynktownie zarzuciła mu ręce na szyję. Coś, co zaczęło się jako próba powstrzymania 

gniewnych słów, zmieniło się w rozkosz.   

Dixie  długo  i  gorąco  oddawała  pocałunki,  ale  wreszcie  oprzytomniała,  opuściła  ręce, 

odsunęła się.   

Oj, źle ze mną, pomyślała niezadowolona.   

Najlżejsze  pieszczoty  powodowały,  że  traciła  władzę  nad  kończynami  i  ustami,  które 

działały  spontanicznie.  Zdawała  sobie  sprawę  z  grożącego  niebezpieczeństwa,  ale  pragnęła 
przytulić się do Jacka i znowu poczuć rozkosz, o jakiej dotychczas jedynie śniła.   

Ośmieliła się spojrzeć na uwodziciela.   
– Koniec z całusami. Odtąd będę bardzo rozsądna. Powiedz, czemu uważałeś za stosowne 

tłumaczyć się, jakbyśmy byli nastolatkami przyłapanymi na zdrożnym uczynku? 

– Twoja matka widziała rozgrzebane łóżko i na pewno wyciągnęła błędny wniosek. Nie 

chciałem, żeby dostała spazmów.   

–  Mama  miała  czterech  mężów,  więc  widok  w  sypialni  wcale  jej  nie  zdziwił. 

background image

Przypominam  szanownemu  panu,  że  epoka  wiktoriańska  minęła  już  dawno  i  teraz  ludzie 
trochę więcej wiedzą o łóżkowych sprawach.   

Jack zaczął przechadzać się po ścieżce.   
–  Dziękuję  łaskawej  pani  za  przypomnienie.  Pewno  uważasz  mnie  za  człowieka  starej 

daty, ale nie chciałbym być posądzony o brak szacunku wobec kobiet. Wiadomość o tej nocy 

chyba dotrze do twojego narzeczonego i dlatego wolałem mieć coś na obronę.   

Odwrócił  się,  a  Dixie  wbiła  wzrok  w  jego  plecy.  Ten  atleta  był  żywym  dowodem,  że 

rycerscy  mężczyźni  jeszcze  nie  wymarli.  Fakt  bardzo  podnoszący  na  duchu.  Czuła  coraz 
większy szacunek dla barczystego rywala dżentelmena.   

Zreflektowała się, że jej myśli biegną niewłaściwym torem i rozprasza się, gdy powinna 

pamiętać o ośrodku, o młodzieży i o... narzeczonym.   

– Wiesz, co ci powiem? 
– Na razie nie wiem.   
– Zostały nam dwa dni, które musimy przetrwać. Dobrze byłoby przeżyć je w zgodzie, a 

przynajmniej  udawać  zgodę  przy  świadkach.  –  Wsunęła  ręce  do  kieszeni  spodni.  –  Potem 
przyjedzie pan Granger, rzuci monetę i pożegnamy się, każde pójdzie w swoją stronę.   

Jack odwrócił się i długo na nią patrzył.   
– Zgoda. Liczę na to, że twoja matka i mój stryj wieczorem odjadą.   
– Ja też na to liczę.   
– Więc mamy tylko niecały dzień udawania, a na tyle chyba się zdobędziemy.   
Rozwiązanie wydawało się zbyt łatwe, a rzeczy z pozoru łatwe, nigdy takie nie są. Może 

to będzie wyjątek od reguły. Czy wystarczy przestać myśleć o ustach Jacka? Tak.   

Po  powrocie  do  domu  natychmiast  zorientowali  się,  że  mili  goście  przygotowali  jakieś 

zarzuty.   

Dixie odważnie stanęła przed dwuosobowym zespołem sędziowskim, jedną ręką trzymała 

Jacka, a drugą podniosła, aby zapobiec przesłuchaniu.   

– Szanowni państwo, bardzo chcemy, żebyście przyjemnie spędzili z nami dzień.   
Pani Estelle zamierzała coś powiedzieć, lecz córka ją powstrzymała.   
– Sprawę ślubu przedyskutujemy w Denver.   
–  Słusznie  –  odezwał  się  pan  Vincent.  –  Kochani,  zjedzmy  coś,  zanim  mój  bratanek 

padnie z głodu. Mężczyźni z naszego rodu mają wilczy apetyt.   

Pani  Estelle zabrała się  do nakrywania stołu,  a Jack powiedział,  że przyniesie fotel. Był 

zadowolony, że może wyjść i pozbierać myśli.   

Przystanął na progu sypialni i popatrzył na pokój; pościel pognieciona, kwiaty rozrzucone 

na podłodze, dogasający ogień w kominku.   

Tak,  sceneria  sprzyjająca  uwodzeniu...  lecz  niestety  nie  została  wykorzystana.  Noc 

spędzona z Dixie upłynęła niewinnie.   

No, prawie niewinnie. To, co krąży po głowie, nie liczy się i nie należy się za to winić.   

Dixie spała jak zabita, ale przez całą noc tuliła się do niego,  co było prawdziwą torturą. 

Przeżywał katusze, lecz nie uległ pokusom i podszeptom szatana.   

Mimo  niezaspokojonego  pożądania  nigdy  nie  czuł  się  w  łóżku  tak  dobrze,  jak  podczas 

background image

tych długich godzin, gdy leżał wsłuchany w oddech Dixie. Jak to możliwe? 

Zdarzyło mu się to pierwszy raz w życiu.   

Wyjrzał przez okno i zobaczył, że psy dziwnie się bawią.   

Co one wyprawiają? O coś walczą? Nie, szarpią coś, ale bez złości.   

Machnął  ręką,  wziął  fotel  i  zszedł  na  dół.  Postawił  fotel  przy  stole  i  spojrzał  na 

zarumienioną Dixie.   

Szkoda, że ta piękna dziewczyna jest zaręczona i dlatego nieosiągalna. Lepiej nie marzyć 

o  niej.  Przypomniał  sobie,  jaki  cel  mu  przyświeca.  Dixie  też  miała  cel  w  życiu.  Oboje 
pragnęli... Nie, oboje potrzebowali tego samego.   

Obojgu był potrzebny dom w górach.   
– Stryju, mogę prosić cię na chwilę? 
Zamierzał  sprawdzić,  czym  psy  się  bawią  oraz  powiedzieć  stryjowi  o  dziwnych 

zdarzeniach w domu.   

– Już idę. Mam nadzieję, że panie wybaczą nam krótką nieobecność.   
Szarmancki starszy pan ukłonił się i posłusznie wyszedł za bratankiem.   

Jack starannie zamknął drzwi.   
– Najpierw chcę zobaczyć, co robią psy.   
Nadal  były  zajęte  dziwną  zabawą.  Jack  gwizdnął  i  Sadie  natychmiast  się  odwróciła,  a 

Tigger sekundę później. W pysku trzymał kawał materiału.   

Jack przykucnął i wyciągnął rękę.   
– Daj panu.   
Okazało  się,  że  to  porządna  flanelowa  koszula,  przybrudzona  jedynie  tam,  gdzie  wlokła 

się  po  ziemi.  Nie  należała  do  Jacka,  a  dom  stał  daleko  od  najbliższych  sąsiadów.  Czyżby 
tajemniczy gość był tu niedawno? Lecz jak to możliwe, że psy zabrały mu koszulę? 

Jack odwrócił się i spojrzał na stryja.   
– Od naszego przyjazdu, a na pewno wczoraj, co najmniej raz ktoś zakradł się do domu.   
– Zginęło coś? 
–  Nie.  Osobliwa  historia.  Pierwszego  dnia  nic  nie  zauważyliśmy.  Ale  gdy  wczoraj 

poszliśmy do sypialni, łóżko było przygotowane, ręcznik w innym miejscu, na kołdrze świeże 
kwiaty,  w  kominku  rozpalony  ogień.  –  Bezradnie  rozłożył  ręce  świadom,  że  to  brzmi 
śmiesznie.  –  Nic  złego  się  nie  stało,  ale  niepokoi  mnie,  że  ktoś  obcy  kręci  się  w  pobliżu  i 
wchodzi do domu. Co będzie, jeśli zastanie Dixie samą? 

– Rzeczywiście dziwne. Czy jesteś pewien, że to nie ona przygotowała sypialnię? 
–  Ona  pierwsza  zauważyła  tajemnicze  zmiany  i  ją  jeszcze  bardziej  intrygują.  Chyba  że 

jest  świetną  aktorką  i  doskonale  udaje.  Dla  bezpieczeństwa  spaliśmy  w  jednym  łóżku.  – 
Rzucił psom patyk. – A rano była tu policja. Minęliście radiowóz, prawda? 

– Tak. Długo się znacie? 
– Niecały tydzień. Poznaliśmy się w dniu losowania nagrody.   
– Bardzo krótka znajomość. – Pan Vincent uśmiechnął się znacząco. – Coś mi się zdaje, 

że piękna rywalka już cię zawojowała.   

Jack był zdumiony, że stryj spostrzegł to, do czego on nie chciał przyznać się nawet przed 

background image

sobą.   

– Trochę – wyznał z ociąganiem. Pan Vincent obejrzał koszulę.   
–  Nie  jest  wystrzępiona  przy  mankietach,  nie  ma  śladów  krwi...  Można  przyjąć,  że  psy 

znalazły ją na ziemi.   

–  Jest  czysta,  co  oznacza,  że  nie  przywlokły  jej  z  daleka,  bo  wtedy  byłaby  brudniejsza 

albo podarta. Ten człowiek krążył gdzieś w pobliżu i pewnie wy go wystraszyliście.   

Omiótł spojrzeniem drzewa. Zrobił to z przyzwyczajenia, bo oczywiście nie łudził się, że 

dojrzy ukrytą tam postać.   

– Należałoby zawiadomić nie tylko szeryfa w Pagosa Springs.   
– I co powiemy? Że ktoś traktuje nas jak miłych gości i przynosi kwiaty? Wiem o intruzie 

zaledwie to, że nosi porządną koszulę. – Jack prychnął zniecierpliwiony. – Widziałem reakcję 

policjantki, która tu była. Ona i jej mąż uważają, że to nic poważnego. Jakaś lokalna historia.   

– Ostrożność nie zawadzi. Podczas mojego pobytu będziesz miał dodatkowe oczy i uszy. 

–  Pan  Vincent  spojrzał  na  kuchenne  okno.  –  Wolałbym  nie  niepokoić  Estelle.  Czy  sprawa 
może zostać między nami? 

Jack uśmiechnął się wymownie.   
– Oj, widzę, że jeszcze ktoś został zawojowany. Jak długo stryj zna tę troskliwą matkę? 
– Krócej niż ty jej córkę. – Starszy pan ruszył w stronę domu. – Nie wiem, jak ty, ale ja 

solidnie zgłodniałem.   

Jack szedł za nim, kręcąc głową. Pierwszy raz widział stryja naprawdę zainteresowanego 

kobietą.  Dotychczas  jedyną  jego  pasją  było  prowadzenie  pralni  chemicznej.  Jack  chwilami 
miał dość swej pracy, ale wiedział, że jako pomocnik stryja oszalałby z nudów.   

Każdy człowiek wybiera swój los. Do pewnego stopnia, gdyż los czasami psuje najlepsze 

plany.   

Dixie spojrzała na wchodzących.   
– Już myślałyśmy, że utonęliście albo zostaliście porwani przez tajemniczego ducha.   
–  Córeczko,  nie  mów  tak  –  skarciła  ją  matka.  –  Nie  wolno  żartować  z  mieszkańców 

zaświatów.   

– Jakie zaświaty? Słyszałaś o duchu, który ścieli łóżko, przynosi kwiaty, rozpala ogień? 

Nasz intruz jest z krwi i kości.   

– Tym gorzej. Pakuj się. – Pani Estelle wstała tak gwałtownie, że przewróciła krzesło. – 

Odjeżdżamy.   

–  Chwileczkę.  Zapominasz,  ile  mam  lat.  A  poza  tym,  jeśli  wyjadę,  przepadnie  mi 

nagroda.   

–  Niewielka  strata.  Czyżbyś  zapomniała,  że  jestem  twoją  matką?  Brak  wygód  można 

wytrzymać, ale zagrożenie ze strony jakiegoś szaleńca to nie przelewki.   

Jack głośno chrząknął.   
–  Proszę  pani...  Estelle,  zapewniam,  że  gdybym  wiedział,  że  Dixie  grozi 

niebezpieczeństwo, a był bez samochodu, na rękach zaniósłbym ją do Pagosa Springs.   

Dixie  powoli  odwróciła  się  i  spojrzała  na  niego  rozświetlonymi  wzrokiem.  Jack  nie  był 

pewien, czy miał przywidzenie czy naprawdę zobaczył światło w zielonych w oczach.   

background image

–  Proponuję,  żebyśmy  zjedli  śniadanie,  a  potem  pojechali  do  Pagosa  Springs.  Mamy 

spędzić tu cztery dni, ale nie zabroniono nam wyjeżdżać na krótkie wycieczki.   

Gdy zasiedli do stołu, zorientował się, że postąpił głupio. Gdyby lepiej rozegrał tę partię, 

matka przekonałaby córkę, że należy wracać do Denver, a on otrzymałby wygraną.   

Spojrzał na stryja, który z uśmiechem patrzył na Dixie.   

Czy  wszyscy  zawsze  uśmiechają  się  do  tej  czarującej  dziewczyny?  Czy  podziwiają  jej 

taneczny sposób poruszania się, jej inteligencję i poczucie humoru, jej...   

Nie,  to  śmieszne,  zdenerwował  się  Jack.  Przyjechał  tu  w  określonym  celu;  aby  wygrać 

dom  dla  ciotki,  a  nie  po  to,  aby  zawracać  sobie  głowę  cudzą  narzeczoną.  Nieważne,  jak 
piękną i kuszącą.   

Niedobrze,  że  coraz  rzadziej  myśli  o  zdobyciu  nagrody,  a  coraz  częściej  o  pięknej 

rywalce.   

O marzeniach lepiej w ogóle nie wspominać...   

background image

ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY 

 

Godzinę później zgodnie krytykowali wyboistą drogę.   

Jack  mocno  trzymał  kierownicę,  aby  nie  stracić  panowania  nad  limuzyną,  którą  matka 

Dixie  koniecznie  chciała  jechać.  Był  coraz  bardziej  zdumiony,  że  stryj  zdołał  dotrzeć  na 

miejsce. Wynajęty wehikuł był niewiele lepszy od auta Dixie, której przyjazd też graniczył z 

cudem.   

Psy miały pilnować posesji, lecz było prawie pewne, że wykorzystają nieobecność ludzi i 

będą biegać dalej niż zwykle.   

Jack zerknął na Dixie, ale w ostatniej chwili kątem oka dostrzegł spory kamień na środku 

drogi. Gwałtownie skręcił, aby ominąć przeszkodę i uśmiechnął się zadowolony. Na początku 
podróży stwierdził, że zarzucanie auta zmusza Dixie do przechylania się w stronę kierowcy. 
Za każdym razem, gdy go dotknęła, na jej policzki wypływał rumieniec.   

Ładny widok.   
Bardzo miły.   

Milczenie przerwał pan Vincent.   
– Zamierzacie popytać w mieście o poprzedniego właściciela domu? 
Jack  spojrzał  w  lusterko  i  zobaczył,  że  pani  Estelle  mocno  zbladła.  Ciekawe,  skąd  tak 

dużo odwagi u córki bojaźliwej matki.   

– Nie zaszkodzi spróbować – odparł. – Chciałbym porozmawiać ze zwykłymi ludźmi, bo 

wiem, co urzędnicy myślą o intruzie, który „dręczy” ofiary dobrymi uczynkami.   

–  Jeśli  mam  być  szczera,  bardzo  mi  żal  Billa  Churcha.  Jeśli  to  był  on...  –  powiedziała 

Dixie.   

– Obrzydliwe zachowanie – zawołała jej matka. – Do czego to podobne, żeby wchodzić 

do  cudzego  domu  i  przekładać  cudze  rzeczy?  Takiemu  osobnikowi  przydałaby  się  pomoc 
lekarza, najlepiej psychiatry.   

–  Mamo,  powinnaś  mu  współczuć,  bo  biedak  został  skrzywdzony  w  dniu  ślubu. 

Ukochana rzuciła go, nie chciała przyjąć najcenniejszego daru, jaki można ofiarować. – Dixie 
obejrzała  się  do  tyłu.  –  O  ile  to  Bill  Church  do  nas  przychodzi,  a  nie  wiemy  na  pewno.  Ja 
serdecznie mu  współczuję. Pokochał  niewdzięcznicę i  stracił wielkie, piękne marzenie,  a to 
trudno przeboleć.   

Otworzyła okno, przymknęła oczy i wystawiła twarz na powiew wiatru.   

Jack zmusił się, by patrzeć na drogę, a nie na sąsiadkę.  Zazdrościł włosom muskającym 

brzoskwiniowe policzki. Po nocy spędzonej w jednym łóżku wiedział, jaką Dixie ma skórę.   

Jedwabiście gładką, pachnącą.   

Skóra  była  czysta  i  świeża,  ciepła  i  zapraszająca,  a  jednocześnie...  surowo  zabroniona. 

Romans z narzeczoną innego mężczyzny był niemożliwy.   

Resztę  podróży  przebyli  w  milczeniu.  Nikt  nie  miał  ochoty  wygłaszać  opinii  o 

tajemniczym osobniku.   

Jack zastanawiał się, dlaczego Dixie tak emocjonalnie broni budowniczego Crazy Creek 

background image

Lodge.  Miał  wyczulony  słuch  i  dlatego  w  tonie,  jakim  mówiła,  dostrzegł  tęsknotę  za 
pięknymi  marzeniami.  Pozornie  Dixie  była  logicznie  myślącą  realistką,  lecz  miała  serce 
marzycielki.   

Pochodziła  z  rozbitej  rodziny,  a  jednak  zdołała  zachować  optymizm,  wiarę  w  ludzi. 

Pracowała  z  trudną  młodzieżą,  więc  z  konieczności  poznała  ciemną  stronę  życia.  Mimo  to 
wciąż miała usposobienie Pollyanny, szczerze współczuła tym, których doświadczał los.   

– Widziałeś znak? 
Pociągnęła  go  mocno  za  rękaw  i  sprowadziła  na  ziemię.  Ciekawe,  czy  długo  starała  się 

zwrócić  mu  uwagę.  Miała  gniewnie  zmarszczone  brwi,  więc  zapewne  trochę  to  trwało. 
Czyżby posądzała go, że ją lekceważy? 

Nie lekceważył. Wręcz przeciwnie. Poświęcał jej stanowczo za dużo uwagi.   
– Przepraszam. Nic nie zauważyłem, bo myślałem o czymś, co stale chodzi mi po głowie. 

– Rozgrzeszył się, ponieważ tylko trochę rozminął się z prawdą. – Jaki znak widziałaś? Coś 
ważnego? 

Dixie zorientowała się, że za długo trzyma dłoń na jego rękawie. Cofnęła rękę, a Jackowi 

zrobiło się przykro.   

–  Na  szczęście  nie  było  to  ostrzeżenie  o  niebezpieczeństwie,  tylko  informacja,  że  do 

Pagosa Springs jest pięć kilometrów.   

Teraz droga była mniej wyboista, co miało ten plus, że skończyło się omijanie dziur, ale i 

ten minus, że Dixie przestała opierać się o kierowcę.   

Jack  pomyślał,  że  droga  jest  coraz  lepsza,  a  z  nim  coraz  gorzej.  Najlżejsze  dotknięcie 

powodowało  nową  falę  pożądania.  Dlaczego  tak  się  dzieje?  Bo  piękna  Dixie  jest  też 
wyjątkową kobietą? 

Wyglądało na to, że tak.   

Dteie z ciekawością patrzyła na miasto, które poprzednio widziała krótko i nocą.   

Leżało wśród porośniętych lasem wzgórz, toteż widok był bardzo malowniczy. Po jednej 

stronie  znajdowało  się  jezioro,  którego  powierzchnia  lśniła  w  promieniach  słońca 
wychylającego się zza szczytów.   

Ładna,  spokojna  okolica,  ale  na  razie  można  jedynie  marzyć  o  tym,  by  tu  zamieszkać. 

Czy po rzuceniu monety to pragnienie na zawsze pozostanie w sferze marzeń? Co stanie się z 
dziećmi z ośrodka? Nie były jej własne, nie nosiła ich pod sercem przez dziewięć miesięcy, 
lecz  wszystkie  miały  jakieś  miejsce  w  jej  sercu.  Postanowiła,  że  niezależnie  od  wyniku 

konkursu znajdzie sposób, by zmienić życie swych podopiecznych na lepsze.   

Z zamyślenia wyrwała ją matka, która dość ostro zapytała: 
– Słyszałaś, co mówiłam? 
–  Nie.  Przepraszam  –  Gdy  przejeżdżaliśmy  przez  tę  mieścinę,  zauważyłam  znak  o 

gorących źródłach. Jak sądzisz, są higieniczne? 

Pytanie  rozbawiło  Dixie.  Dobrze  wiedzieć,  że  pewne  rzeczy  są  niezmienne,  a  jedną  z 

owych stałych był strach matki przed zarazkami.   

– Źródła podlegają ministerstwu zdrowia, więc kąpiel powinna być bezpieczna.   
Starsza pani klasnęła w ręce.   

background image

– Vinnie, sprawdźmy, jak się pływa w ciepłej wodzie.   
–  Niezły  pomysł.  Mój  bratanek  mógłby  popisać  się  skokami,  z  których  zasłynął  na 

studiach.   

– Reprezentowałeś uczelnię? – spytała Dixie.   
Jack skręcił na główną ulicę biegnącą przez całe miasteczko.   
–  Ukończyłem  studia  tylko  dzięki  temu,  że  przyznano  mi  stypendium  dla  członków 

reprezentacji.   

Dixie  omiotła  jego  sylwetkę  spojrzeniem,  które  według  niej  było  ukradkowe,  ale 

oczywiście Jack wyczuł jej wzrok.   

– Wiem, że nie jestem zbudowany jak rasowy pływak, ale sport opłacił mi studia.   
– Ja z kolei wiem, że nie jestem kapryśna, ale... – odezwała się pani Estelle.   
Dixie prędko spojrzała na drogę, aby ukryć uśmiech cisnący się na usta. Znała wady swej 

rodzicielki i uważała, że jest bardzo kapryśna. Na szczęście w granicach rozsądku.   

– Ale co? 
– Nie zabraliśmy kostiumów kąpielowych.   
Jack rzucił Dixie spojrzenie, od którego zrobiło jej się ciepło w okolicy serca.   
– Tę przeszkodę bardzo łatwo usunąć – powiedział. – Jedna połowa wycieczki pójdzie po 

kostiumy, a druga po informacje o budowniczym domu.   

Pani Estelle klasnęła w dłonie.   

Jack  zostawił  matkę  Dixie  i  swego  stryja  przed  największym  sklepem  i  pojechał  na 

parking dla turystów. Wyłączył silnik, szybko przeszedł przed maską i otworzył drugie drzwi.   

Dixie była mile zdziwiona.   
– Och, dziękuję.   
– Bardzo proszę.   
Intrygowało  go,  czy  jest  pierwszym  mężczyzną,  który  zachowuje  się  wobec  niej 

szarmancko.   

Weszli do małego budynku, w którym na dużej tablicy wisiały ogłoszenia i informacje o 

atrakcjach Pagosa Springs. Obok dokładna mapa miasteczka.   

– Czym mogę państwu służyć? – zapytała uśmiechnięta siwowłosa kobieta.   
Jack dyskretnie przeczytał jej imię i nazwisko.   
– Dzień dobry. Chcielibyśmy najpierw obejrzeć Pagosa Springs, a potem popływać.   
– Państwo tu na długo? 
– Tylko na kilka dni. Zatrzymaliśmy się w Crazy Creek Lodge.   
Uprzejmy uśmiech natychmiast zniknął.   
– O, to ciekawe.   
Dixie stanęła obok Jacka.   
– Dzień dobry. Czy pani może nam poradzić, do kogo zwrócić się po informację o domu, 

w którym mieszkamy? Jest bardzo ładny, więc chcielibyśmy poznać jego historię.   

Było  niemal  słychać  działanie  trybików  w  mózgu  pani  Grey,  która  zastanawiała  się,  co 

powiedzieć  i  w  jakiej  kolejności.  Rozejrzała  się,  aby  sprawdzić,  czy  nie  ma  innych 
interesantów.   

background image

– Ja na niczym się nie znam. Radzę porozmawiać z Clydeem Churchem, bo Bill jest jego 

stryjem.   

Jack  wolałby  usłyszeć  historię  z  ust  kogoś  postronnego,  poznać  ją  z  innego  punktu 

widzenia.   

–  Z  panem  Churchem  rozmawialiśmy  dziś  rano.  Miałem  nadzieję,  że  postronna  osoba 

rzuci inne światło na sprawę albo poda inne szczegóły.   

– Przyznam się państwu, że w naszej rodzinie nie lubimy o tym mówić.   
Dixie  pytająco  spojrzała  na  Jacka.  Intrygowało  ją,  czy  trafili  do  kolejnej  osoby 

spokrewnionej z bohaterami wydarzeń. Dziwny zbieg okoliczności.   

– Cynthia jest moją kuzynką...   
Pani Grey smutno westchnęła, ale westchnienie było mylące, ponieważ wyraźnie cieszyła 

się,  że  ma  słuchaczy.  Szerokim  gestem  poprosiła  ich,  by  przeszli  dalej,  gdzie  przed 
kominkiem stała obita skórą kanapa oraz dość wygodne krzesła.   

W kominku palił się ogień, mimo że zbliżał się koniec kwietnia.   

Dixie i Jack usiedli na kanapie, a pani Grey stanęła przy kominku.   
–  Cynthia  zawsze  była  niepoważna,  lekkomyślna.  To  niewybaczalne,  że  złamała 

biedakowi serce.   

Jack  gotów  był  założyć  się,  że  mieszkańcom  Pagosa  Springs  nigdy  nie  sprzykrzy  się 

opowiadanie tej historii. Pani Grey przysunęła sobie krzesło i usiadła.   

– Cynthia wyjechała stąd, żeby dalej się uczyć i wróciła dopiero po kilku latach. Pewnego 

dnia  Bill  zobaczył  ją  na  zabawie  i  zakochał  się  od  pierwszego  wejrzenia.  Był  bardzo 
nieśmiały,  nie  umiał  rozmawiać  z  dziewczynami,  ale  tym  razem  zebrał  się  na  odwagę  i 
poprosił Cynthię do tańca.   

Starsza  pani  zaczęła  chichotać  na  wspomnienie  widoku,  jaki  przedstawiała  para.  Jack 

pochylił  się  do  przodu,  a  Dudę  niecierpliwie  bębniła  palcami  o  krzesło.  Po  minucie 
zreflektowała  się,  że  nie  wypada  okazywać  zniecierpliwienia,  więc  mocno  splotła  palce  i 
położyła ręce na kolanach.   

Pani Grey jeszcze raz i drugi parsknęła śmiechem, ale wreszcie spoważniała.   
– Na czym to ja skończyłam? Aha, potańcówka. Cynthia była wysoka, a Bill niski, więc 

tworzyli niezdarną parę. Ale Bill przez cały wieczór patrzył w Cynthię jak w obraz. I potem 
świata poza nią nie widział.   

Za ich plecami rozległo  się chrząknięcie. Dixie odwróciła głowę i zobaczyła matkę oraz 

pana Vincenta.   

Ciekawe, jak długo tam stali i co słyszeli.   

Pani  Estelle  wyjęła  chusteczkę  i  ostrożnie  wytarła  oczy.  Matka  i  córka  były  bardzo 

uczuciowe.   

Jack uśmiechnął się do pani Grey.   
–  Wiemy,  że  Bill  Church  stracił  dom.  Czy  pani  może  nam  powiedzieć,  jak  do  tego 

doszło? 

– Na pewno państwo słyszeli, że biedak został porzucony dosłownie przed ołtarzem. Po 

tak okrutnej złośliwości zamknął się w sobie, odsunął od ludzi. Brał różne prace, żeby spłacić 

background image

pożyczkę  zaciągniętą  na  budowę  domu.  Po  pewnym  czasie  niestety  okazało  się,  że  koszty 
przerosły  jego  możliwości,  więc  już  nie  płacił  podatków.  Wydziedziczono  go  właśnie  za 
zaległości podatkowe.   

– Co było potem? – szepnęła Dixie.   
– Właściwie nic. Bill od czasu do czasu przychodzi do miasta, ale nadal milczy. Mało kto 

słyszał jego głos.   

Dixie  czuła  się  tak  samo  przygnębiona,  jak  podczas  słuchania  opowieści  Clyde’a 

Churcha. Zgarbiła się, pogrążyła w smutnych myślach.   

Jack  wstał  i  wyciągnął  do  niej  rękę.  Dixie  spojrzała  na  niego  trochę  nieprzytomnie. 

Wreszcie podała mu dłoń i wstała.   

– Dziękuję.   
– Nie ma za co.   
– Jesteśmy pani bardzo wdzięczni za to, że poświęciła nam tyle czasu i opowiedziała tę 

smutną historię. Czy ktoś w Pagosa Springs wie, gdzie można znaleźć pana Billa Churcha? 
Chcielibyśmy poznać człowieka, który własnoręcznie zbudował piękną chatę.   

– Nikt  nic pewnego nie  wie, bo on żyje jak pustelnik. Nagle pojawia się i  nagle znika. 

Nigdy nie wiadomo, kiedy tu będzie.   

Zadzwonił dzwonek przy wejściu, więc pani Grey pośpieszyła do kolejnych turystów.   

Pani Estelle wzdrygnęła się, jakby zmarzła.   
–  Strasznie  smutna  historia.  –  Spojrzała  na  Jacka.  –  Czy  podejrzewasz,  że  to  dawny 

właściciel ukradkiem wchodzi do domu? 

– Tak.   
– Jakie masz wobec niego zamiary? Chyba nie zrobisz mu nic złego? 
– Mamo, co za pytanie! Jack wobec nikogo nie ma złych zamiarów. – Dixie zerknęła na 

niego. – Panie przewodniku, co teraz robimy? 

– Idziemy popływać. Nasz tajemniczy gość jest nieszkodliwy, więc nie wypada traktować 

go jak niebezpiecznego zbrodniarza.   

Dixie była mu wdzięczna za taką odpowiedź. Cieszyła się, że Jack ma dobre serce i pod 

pozornie  szorstką  powłoką  kryje  się  dużo  ciepłych  uczuć,  troska  o  bliźnich.  Wolałaby  nie 
wiedzieć o tym, że Jacek ma szlachetne marzenia, które mogą spełnić się dzięki wygranej.   

To komplikuje sprawę, w takiej sytuacji znacznie trudniej być egoistką.   

Głowiła się, jak zmienić miejsce nieziszczonych marzeń na miejsce, w którym marzenia 

się spełniają.   

Istniało  tylko  jedno  rozwiązanie.  Było  trudne  do  pomyślenia,  a  tym  bardziej  do 

przeprowadzenia.   

Pani  Estelle,  która  bacznie  obserwowała  córkę  i  Jacka,  zauważyła,  jak  ze  sobą 

rozmawiają, jak na siebie patrzą, gdy sądzą, że nikt ich nie widzi.   

Bystra obserwatorka prędko doszła do wniosku, że oboje są niedoświadczeni w sprawach 

sercowych. Nie posiadali nawet takiej mądrości, jaką Bóg obdarzył najlichsze stworzenia.   

Nic dziwnego, że Dixie ze strachu wymyśliła rzekomego narzeczonego.   

Jak pomóc tym dwojgu? Co zrobić, aby przestali bać się miłości? 

background image

ROZDZIAŁ DZIESIĄTY 

 

Dixie jeszcze raz obejrzała się w lustrze. Nie rozumiała, dlaczego matka kupiła taki skąpy 

kostium kąpielowy! Czyżby coś ją na chwilę oślepiło? 

Kupno  stroju  kąpielowego  zostawiła  matce,  ponieważ  wolała  szukać  informacji  o 

nieszczęsnym Billu Churchu. Miała zaufanie do eleganckiej rodzicielki, sądziła, że wybierze 
coś gustownego, przyzwoitego.   

Niestety, srodze się zawiodła.   

Teraz była zła na siebie, że nie potrafiła ostro zaprotestować, nawet zaklęła, co rzadko się 

jej zdarzało. Gdyby nie  chodziło o najbliższą osobę, za zrobienie takiego zakupu skazałaby 
winowajczynię na więzienie albo sprowadziła na nią wszystkie plagi egipskie.   

Strój kąpielowy wybrany przez kochającą matkę był wyzywający. Nawet trudno nazwać 

strojem coś, co składa się z mikroskopijnych trójkątów i wąskich pasków.   

Dixie wstydziła się paradować w nim przed obcymi ludźmi, a szczególnie przed Jackiem. 

Temperatura ich kontaktów była bliska wrzenia, a nieprzyzwoity kostium na pewno podniesie 
ją jeszcze o kilka stopni.   

– Mamo, coś ty kupiła! – krzyknęła ze złością. – Lepiej zostań w kabinie, bo mam zamiar 

cię ukatrupić.   

Pociągnęła  materiał  z  tyłu,  aby  bardziej  zakryć  pośladki,  ale  wtedy  zupełnie  obnażyła 

brzuch. Był płaski, lecz nie powinien cały być na widoku.   

–  Kochana,  nie  denerwuj  się  –  zawołała  pani  Estelle.  –  Wybrałam  bikini  idealne  dla 

ciebie.  Będziesz  ślicznie  wyglądać.  Masz  zgrabną  figurę,  więc  nie  rozumiem,  czemu 
pruderyjnie ją zakrywasz. W naszej rodzinie kobiety słyną z talii osy. Czas najwyższy, abyś 
pokazała, że nie przynosisz nam wstydu.   

– To nie pora ani miejsce na takie rozmowy.   
Dixie uważała, że w jej wieku już nie wypada pokazywać się w skąpym bikini.   

Tupnęła  nogą.  Nie,  nie  podda  się  tyranii  mody.  Nie  jest  kobietą,  która  lubi  wyglądać 

wyzywająco  i  zwracać  na  siebie  uwagę  strojem...  albo  jego  brakiem.  Przez  chwilę 
zastanawiała  się,  jakie  wyjście  wybrać:  pokazać  się  ludziom  półnago  czy  ubrać  się  z 
powrotem i zrezygnować z pływania.   

Bardzo  lubiła  pływać  i  dlatego  zebrała  się  na  odwagę.  Trzeba  robić  dobrą  minę  do  złej 

gry, aby nie zdradzić, że w skąpym stroju czuje się fatalnie.   

Chyłkiem wyszła z kabiny i stanęła przed sąsiednią.   
– Mamo, pokaż się. Chcę zobaczyć, w czym ty wystąpisz. Pani Estelle uchyliła drzwi.   
– Czy szczerze powiesz mi, jak wyglądam? Panicznie boję się śmieszności. Nie mam już 

takiej figury jak dawniej, a nie chcę udawać kogoś, kim nie jestem.   

Otworzyła drzwi na oścież.   

Dixie  zaniemówiła  z  podziwu.  Czerwony  jednoczęściowy  kostium  był  dość  mocno 

wycięty, ale gustowny. Sama wybrałaby coś takiego dla matki.   

– W tym stroju jesteś na pewno sobą.   
Zadowolona Estelle okręciła się naokoło.   

background image

– Ciekawe, co Vinnie powie. Jak myślisz córeczko, spodobam mu się? 
Dixie  widziała  po  błysku  w  oczach,  że  matka  jest  żywo  zainteresowana  nowym 

znajomym.   

– Już się w nim zadurzyłaś? 
– To wyjątkowy człowiek.   
– Dlaczego tak uważasz? 
–  Trudno  powiedzieć.  Po  prostu  intuicyjnie  czuję,  że  jest  nadzwyczajny.  Prawdziwy 

dżentelmen.  Przepuszcza  mnie  w  drzwiach,  pomaga  wysiąść  z  samochodu,  jest  delikatny, 
często  pyta  mnie  o  opinię  w  jakiejś  sprawie.  I  wiesz,  on  naprawdę  mnie  słucha.  Bardzo 
korzystnie wypada w porównaniu z większością mężczyzn.   

Dixie miała wrażenie, że matka mówi o Jacku, a nie o jego stryju. Opis idealnie pasował, 

ponieważ Jack też był wyjątkowy pod każdym względem. A co najważniejsze, całował tak, 
jak sobie wymarzyła.   

Niestety był rywalem do nagrody.   

Czyli przeszkodą w urzeczywistnieniu marzenia.   

Tak samo, jak ona dla niego.   

Poza tym był związany z Emmą.   

Co  za  pech!  Nareszcie  spotkała  mężczyznę,  do  którego  rwie  się  serce,  a  akurat  on  jest 

rywalem w konkursie.   

Sprawę komplikuje też fakt, że matka zadurzyła się w jego stryju.   

Czy to nie złożona sytuacja? 

Jack zarzucił ręcznik na ramiona, wyszedł z kabiny i rozejrzał się. Pań nigdzie nie było.   

Po chwili zauważył Dixie. Lecz czy to naprawdę ona? 

Nie przewidział, jak będzie wyglądała w kostiumie kąpielowym. Nawet w najśmielszych 

marzeniach nie widział takiego cudnego zjawiska.   

Cofnął  się  i  ukrył  w  cieniu.  Dixie  pochyliła  głowę,  miała  twarz  zasłoniętą  włosami,  co 

oznaczało, że jest zażenowana.   

Czego się wstydzi? 

I dlaczego nagle owija się ręcznikiem? Przecież nie jest zimno. Czy naprawdę wstydzi się 

pokazać  ludziom  w  bikini?  Dotychczas  był  przekonany,  że  wszystkie  pięknie  zbudowane 
dziewczyny lubią nosić skąpe stroje kąpielowe.   

Hm,  na  podstawie  tego,  co  wie  o  Dixie,  można  przypuszczać,  że  to  jest  jej  pierwsze 

bikini. Ta śliczna istota była pełna sprzeczności. Czasami namiętna dojrzała kobieta, a kiedy 
indziej  zażenowana,  nieśmiała  dziewczyna.  Teraz  ma  bikini,  którego  widok  burzy 
mężczyznom krew.   

Stryj przywołał go do siebie.   
– Estelle kupiła bardzo twarzowe kostiumy, prawda? 
–  Bardziej  do  figury  niż  do  twarzy  –  skomentował  Jack.  Wymownie  spojrzał  na  Dixie, 

która wyżej uniosła głowę.   

Zrozumiał, że nerwy odmawiają jej posłuszeństwa, lecz nie przyzna się do tego. Taka już 

była.   

background image

Starsi państwo usiedli na brzegu basenu i zamoczyli nogi w parującej wodzie.   
–  Idziemy  w  ich  ślady  czy  skaczemy  na  łeb,  na  szyję?  –  zapytał  Jack  z  szelmowskim 

uśmiechem.   

Dixie pobladła, ale odrzuciła ręcznik.   
– Ja nurkuję. Ciekawe, czy mnie dogonisz. Podbiegła do basenu i zniknęła w wodzie.   
Jack  lubił  kobiety,  które  dobrze  pływają,  a  jeszcze  bardziej  takie,  które  odważnie  idą  w 

zawody, nie wycofują się. Popłynął za nimfą w żółtym bikini.   

Pan  Vincent  świetnie  naśladował  Humphreya  Bogarta,  więc  otrzymał  entuzjastyczne 

brawa. Wprawdzie tylko jednej pary rąk, ale za to bardzo głośne.   

Dixie była zamyślona, nic nie widziała i nie słyszała. Dla niej istniał jedynie mężczyzna, 

obok którego siedziała, a który w basenie ścigał ją tak wytrwale, że w końcu musiała uznać 
się za pokonaną.   

Zrozumiała,  dlaczego  wybrano  go  do  drużyny  na  uczelni.  Miał  ciało  greckiego  boga  i 

pływał  z  taką  łatwością,  jakby  urodził  się  ze  skrzelami  i  płetwami.  Przyjemnie  było  go 
obserwować.   

– Córeczko, teraz twoja kolej. Zaśpiewaj nam „Jolene”. Robisz to wspaniale.   
Dixie nie chciała psuć nastroju, więc spełniła prośbę. Słuchacze odnieśli wrażenie, że z jej 

ust dobywa się głos Dolly Parton.   

Gdy przebrzmiała ostatnia nuta, rozległy się gromkie oklaski.   
– Bis! Bis! Prosimy o powtórkę. Lub o coś innego. Dixie zarumieniła się.   
– Zaśpiewam, ale w duecie. Który z panów będzie mi towarzyszył? 
Jack zajechał przed dom i wyłączył silnik.   
–  Ja  nie  będę  się  popisywał.  Za  żadne  skarby.  Dixie  chciała  otworzyć  drzwi,  ale  ją 

powstrzymał.   

– Zaczekaj.   
Uważnie omiótł spojrzeniem dom, po czym wykręcił głowę i popatrzył do tyłu.   
– Czemu tak patrzysz? – szepnęła zaniepokojona Dixie.   
– Zauważyłaś coś szczególnego? 
– Ja nic... Och, nie ma psów! – Rozejrzała się niespokojnie. – Powinny przybiec.   
Jack zasępił się.   
– Znam Tiggera. Podczas mojej nieobecności przypomina mu się, że ma być stróżem i nie 

pozwala obcym podejść do drzwi. Wytresowałem go dla bezpieczeństwa Emmy.   

Dixie zrobiło się przykro.   
– Panie zostają – zadecydował pan Vincent. – My sprawdzimy, czy w domu wszystko jest 

po staremu. To potrwa kilka minut.   

Jack uśmiechnął się krzywo.   
– Stryj ogląda za dużo kryminałów.   
–  Ale  dzięki  temu  wiem,  jak  należy  postępować.  Długo  jeszcze  będziemy  gadać  po 

próżnicy? 

– Jestem pewien, że paniom nic „nie grozi, ale na wszelki wypadek zablokujcie drzwi – 

polecił Jack.   

background image

Po  jego  odejściu  poirytowana  Dixie  uznała,  że  nie  jest  słaba  i  bezradna,  więc  nie  musi 

siedzieć zamknięta.   

– Ja też idę się rozejrzeć – oznajmiła stanowczo.   
– Nie narażaj się. Jack kazał nam zostać w samochodzie, zablokować drzwi.   
– Co z tego? 
– Powinnyśmy być posłuszne. Ale ty zawsze byłaś niezależna, stawiałaś na swoim. – Pani 

Estełle położyła rękę na klamce. – Pójdę razem z tobą... Och! 

Dixie  cofnęła  się  i  uderzyła  się  w  głowę.  Potarła  bolące  czoło,  wyprostowała  się  i... 

ujrzała to, co przeraziło matkę.   

Przed  samochodem  stał  szpakowaty,  lekko  przygarbiony  mężczyzna.  Miał  starannie 

uczesane włosy, ogoloną twarz i czystą flanelową koszulę.   

Nieznajomy powoli przechodził przed maską.   

Dixie  za  późno  pożałowała,  że  nie  posłuchała  Jacka.  Dlaczego  zawsze  zachowuje  się, 

jakby nie miała ani krzty rozsądku? 

Nagłe  dostrzegła,  że  mężczyzna  ma  w  ręce  bukiet  kwiatów.  Spojrzała  na  twarz  i  w 

bladoniebieskich  oczach  ujrzała  odbicie  tego,  co  on  zapewne  widział  w  jej  oczach: 
ostrożność, obawę i... nadzieję.   

Zdecydowanie otworzyła drzwi.   
– Co ty wyczyniasz? – zawołała pani Estelle piskliwym głosem.   
Człowiek  zatrzymał  się,  w  jego  oczach  mignął  strach,  spojrzał  w  stronę  lasu.  Było 

oczywiste, że chęć ucieczki walczy z pragnieniem, by zbliżyć się do drugiego człowieka.   

– Idę przywitać się z naszym gościem – cicho powiedziała Dixie. – Nie mam czego się 

bać.   

Wysiadła i stanęła naprzeciw nieznajomego. Był niewiele wyższy od niej i nie tak stary, 

jak początkowo sądziła. Pochylona postawa i zmarszczki sprawiały, że wydawał się starszy, 
niż był w istocie.   

– Serdecznie pana witam.   
Powiedziała  to  powoli  i  cicho,  aby  nie  wystraszył  się  jeszcze  bardziej.  Nie  ulegało 

wątpliwości, że toczy wewnętrzną walkę, ale jednak postanowił zostać. Nieśmiało wyciągnął 
rękę z bukietem.   

– To dla pani – rzekł cicho.   
Głos miał łagodny, ale zachrypnięty, jakby rzadko używany.   

Biorąc kwiaty, Ducie uśmiechnęła się ciepło.   
– Dziękuję. Są prześliczne. Tamte też były od pana? – Tak.   
–  Jedne  i  drugie  piękne.  –  Powąchała  kwiaty  i  znowu  się  uśmiechnęła.  –  Jestem  Dixie 

Osborn.   

– Wiem. Mężczyzna cofnął się.   
– Proszę nie odchodzić. – Opanowała chęć, by schwycić go za rękę i zatrzymać. – Pan 

Bill Church, prawda? 

W  smutnych  oczach  pojawił  się  strach,  a  Dixie  pomyślała,  że  musi  coś  zrobić,  aby 

odludek nie uciekł.   

background image

– Bardzo się cieszę, że pana poznałam. I pański piękny dom. Widać, że pan ma talent w 

rękach.   

– To już nie mój dom.   
W wypowiedzianych szeptem słowach był wielki ból. Jak na to zareagować? 
–  Oficjalnie  nie,  ale  włożył  pan  w  niego  tyle  serca,  tyle  twórczej  inwencji,  że  część 

domu...  jego  dusza  zawsze  będzie  do  pana  należeć.  Piękne  marzenia  zostawiają  niezatarty 
ślad.   

– Co pani zrobi, jeżeli dostanie dom? 
Dixie zdziwiła się, że nieśmiały odludek wie o konkursie radiowym.   

Jak w kilku słowach wyrazić wszystkie marzenia, całą nadzieję związaną z tym domem? 

Wystarczą trzy słowa.   
– Pragnę pomagać dzieciom.   
Na wymizerowanej twarzy pojawił się uśmiech, który rozjaśnił przygasłe oczy.   
– Bardzo się cieszę, bo ja dawno temu chciałem, żeby tu było dużo dzieci.   
–  Możliwe,  że  ja  nie  otrzymam  nagrody,  ale  jestem  pewna,  że  Jack  też  ma  szlachetne 

plany.   

Nie wiedziała, co rywal zamierza zrobić, lecz przypisywała mu wzniosłe pobudki.   
– Tylko jedna osoba wygra.   
– Wiem.   
Nieśmiały odludek odważył się podejść do niej i spojrzeć prosto w oczy.   
– Wszystko jest zapisane w gwiazdach. Co ma być, to będzie. Właśnie tak.   
Lekko dotknął jej ręki, odwrócił się i odszedł.   

Powoli, bez pośpiechu.   

Dixie pragnęła go pocieszyć, powiedzieć mu, że nie wszystko stracone, bo inne marzenia 

mogą się spełnić.   

Niestety odszedł, nim się na to zdecydowała. Zniknął, ale dowodem jego obecności były 

kwiaty.   

Jack  jeszcze  trochę  poczekał,  a  potem  wyszedł  zza  swego  wozu.  Zdenerwował  się,  gdy 

przez okno zobaczył, że do samochodu zbliża się obcy mężczyzna. W pierwszej chwili chciał 
biec, aby nie pozwolić intruzowi niepokoić kobiet. Opanował się jednak, chyłkiem przekradł 
się  w  pobliże,  aby  ratować  Dixie,  gdy  zajdzie  potrzeba.  Stał  bardzo  blisko,  więc  wszystko 
słyszał.   

Wzruszyło go to, co powiedziała o swym marzeniu i o jego planach, których przecież nie 

znała. Podszedł do niej.   

– Widziałeś go?   
– Tak.   
– Jest bardzo delikatny, subtelny.   
–  Dlatego  nie  interweniowałem.  –  Jack  przytulił  ją  i  oparł  brodę  na  jej  głowie.  –  A  ty 

jesteś bardzo odważna.   

– Dziękuję, że nie przeszkodziłeś mi w rozmowie.   
Pani Estelle wysiadła z samochodu, a pan Vincent wyszedł z domu.   

background image

Jack zamyślił się o Billu Churchu. Zrobiło mu się żal człowieka, który zmarnował życie z 

powodu  niespełnionego  marzenia.  I  zastanowił  się,  czy  może  uczynić  coś,  żeby  Dixie  nie 
spotkało to samo.   

Przytulił  ją  mocniej.  Jeszcze  nie  zadecydował,  jak  postąpi,  ale  wiedział,  że  musi  coś 

zrobić, aby jej marzenie się spełniło.   

Dixie  zdołała  przekonać  matkę,  że  nocleg  w  Pagosa  Springs  będzie  wygodniejszy. 

Tłumaczyła, że dom ładnie wygląda w ciągu dnia, ale brakuje światła i wody, są tylko dwa 
łóżka, więc czterem osobom będzie niewygodnie.   

Zapatrzona  na  odjeżdżający  samochód,  słuchała  wewnętrznego  głosu  mówiącego,  że  to 

będzie  ostatnia  noc  przed  rozstrzygnięciem  konkursu.  Czy  z  tego  powodu  zależało  jej,  aby 
być w domu tylko z Jackiem? 

Gdy  w  dali  ucichł  warkot  samochodu,  poczuła  się  nieswojo.  Nadal  śpiewały  ptaki  i 

szumiały drzewa, lecz ona słyszała wyłącznie głośne bicie serca.   

Jack  rzucił  psom  patyki.  Zdawał  się  nieświadom  napięcia,  podniecenia,  które  narastało 

między nimi. Dixie zastanawiała się, czy pozostał wobec niej zupełnie obojętny. Czy poniosła 
ją wyobraźnia? 

Jack  odwrócił  się  i  ujrzał  wpatrzone  w  siebie  oczy.  Dixie  nie  zdążyła  schylić  głowy, 

ukryć uczuć wypisanych na twarzy.   

A  jego  rozpalony  wzrok  dużo  zdradził.  Zrozumiała,  że  Jack  bardzo  jej  pragnie.  Nie 

wiedziała,  czy  żywi  wobec  niej  jakieś  głębsze  uczucie,  ale  była  pewna,  że  oboje  rozpaliło 
wielkie pożądanie.   

Spuściła oczy i chrząknęła.   
– Pójdę się wykąpać.   
– Uważaj, miej oczy otwarte. Tym razem zostaw rzeczy wysoko na krzaku.   
Dixie uśmiechnęła się. Chętnie podziękowałaby skunksowi za to, że zasnął na jej ubraniu.   

Po jej odejściu Jack zaczął robić pompki.   

Dwadzieścia,  trzydzieści,  czterdzieści.  Doszedł  do  osiemdziesięciu  i  bezsilnie  opadł  na 

trawę. Ćwiczenie spełniło zadanie i oderwało myśli od kuszącej rywalki.   

Niestety jedynie na bardzo krótko; marzenia o pocałunkach i pieszczotach wróciły bardzo 

prędko.   

– Cholera! – zaklął. – Co się ze mną dzieje? 
Nie  wiedział,  jak  i  kiedy  Dixie  przebiła  jego  pancerz  ochronny.  Był  zły,  bo  wolałby 

skupić się wyłącznie na osiągnięciu  celu, nie zastanawiać się, jak jego wygrana wpłynie na 
los rywalki i jej podopiecznych.   

Lecz stało się to niemożliwe.   

Dixie zawojowała go.   

Był  wdzięczny  stryjowi,  że  bez  dyskusji  zgodził  się  nocować  w  mieście,  bo  pragnął 

spędzić jeszcze trochę czasu sam na sam z Dixie. Będą sami, lecz nie wiedział, jak powinien 
postąpić.   

A dotychczas zawsze był wszystkiego pewien.   

Wiedział, czego chce i jak to zdobyć.   

background image

Dlaczego teraz opuściła go pewność? 

Wprawdzie  doskonale  wiedział,  czego  chce,  lecz  nie  był  pewien,  że  to  osiągnie.  Jak 

doprowadzić do tego, aby  Dixie umówiła się na  randkę? Jak sprawić, żeby mu  zaufała, a z 
tym drugim zerwała? 

Pragnął jej fizycznie, lecz bardziej zależało mu na zdobyciu jej zaufania.   

Znacznie bardziej.   

background image

ROZDZIAŁ JEDENASTY 

 

Dixie  długo  pławiła  się  w  ciepłej  wodzie.  Chciała  odwlec  moment,  w  którym  będzie 

musiała podjąć ważną życiową decyzję.   

Kolejny  raz  rozmyślała  o  tym,  dzięki  czemu  przez  tyle  lat  uniknęła  sercowych  udręk 

Dotychczas, gdy wielbiciel oczekiwał od niej zbyt wiele, po prostu odchodziła i zapominała o 
nim w pracy lub podczas załatwiania ważnych cudzych spraw.   

Tym  razem  było  inaczej,  ponieważ to  ona oczekiwała więcej.  Nie określała wyraźnie,  o 

ile więcej, ale trzymała myśli na wodzy, aby nie umykały w niebezpieczną stronę.   

Przed  sobą  przyznawała  się  jedynie  do  tego,  że  szanuje  i  lubi  rywala  do  nagrody. 

Podobało jej się to, co o nim wiedziała.   

Postępował  jak dżentelmen,  był  uprzejmy, wręcz rycerski w zachowaniu.  Bardzo ujął ją 

tym, że nie przeszkodził jej w rozmowie z Billem Churchem.   

Przede  wszystkim  jednak  wyjątkowo  pociągał  ją  fizycznie,  jak  żaden  inny  mężczyzna. 

Spośród wielu przystojnych znajomych właśnie ten tak nieodparcie na nią działał. Dlaczego 
akurat on? 

Ponieważ  rozum  milczał,  a  odezwało  się  serce.  Wiedziała,  że  gdyby  Jack  pociągał  ją 

jedynie intelektualnie, potrafiłaby się z nim rozstać. Lecz wreszcie do głosu doszło serce i ono 
utrudniało zerwanie znajomości. Zresztą wcale tego nie chciała.   

Z  daleka  widziała  oświetlone  okna,  a  gdy  podeszła  bliżej,  poczuła  zapach  smażonego 

mięsa.   

Jack stał przed kominkiem, a Tigger biegał naokoło Sadie, wesoło szczekając.   

Dixie pomyślała, że w tym domu wszyscy dobrze się czują.   
– Zgłodniałaś? – zapytał Jack. Inaczej, niż myślisz, odparła w duchu.   
– Tak – rzekła głośno. – Pomóc ci? 
– Wszystko już gotowe. Napijesz się wina? 
– Chętnie.   
– Butelka jest w kuchni. Emma pamiętała o moim ulubionym trunku.   
Dixie  intrygowało,  dlaczego  tajemnicza  Emma  zapakowała  wino,  skoro  wiedziała,  że 

Jack będzie sam  na sam  z inną kobietą. Czy była tak pewna jego uczuć, że miała do niego 
pełne zaufanie? 

Postanowiła  otwarcie  zadać  pytania,  które  dręczyły  ją  od  dwóch  dni.  Zadecydowała,  że 

będzie szczera, bo nie ma nic do stracenia.   

To ich ostatnia noc.   

Na  progu  pokoju  stanęła  tak  nagle,  że  niewiele  brakowało,  a  kieliszki  wypadłyby  jej  z 

rąk. Powodem zdumienia było to, że Jack rozłożył przed kominkiem koc, na którym postawił 
talerze z mięsem, ziemniakami i marchewką.   

–  Nie  wiedziałam,  że  jesteś  takim  sprawnym  kucharzem  –  wykrztusiła,  siląc  się  na 

zachowanie spokoju. Speszona rozejrzała się naokoło. – Gdzie zabrałeś psy? 

Jack spojrzał jej prosto w oczy.   

background image

– Zamknąłem je w sypialni.   
Bez słowa podała mu kieliszek i prędko usiadła koło jednego nakrycia.   
– Byłem skautem dawno temu, ale jeszcze umiem przygotować względnie prosty posiłek. 

Emma rzadko dopuszcza mnie do garnków...   

Dixie skorzystała z tego, że sam wspomniał o kobiecie, z którą jest związany.   
– Nie masz jej tego za złe, prawda? 
– Ani trochę. Bardzo ją cenię.   
Dixie nie zdążyła o nic więcej zapytać, ponieważ uniósł kieliszek.   
– Zdrowie godnej i ślicznej rywalki. Trącili się kieliszkami.   
– Twoje zdrowie.   
Przez jakiś czas jedli w milczeniu.   
– Dobrze, że nie grozi ci bezrobocie. Jednak zawsze możesz zostać kucharzem. – Dixie 

zaśmiała się nerwowo. – Choćby tylko specjalistą od jednego dania.   

– Wiesz, całkiem poważnie myślę o zmianie zawodu. Dixie tego nie skomentowała.   
– Emma bardzo liczy na to, że nagroda umożliwi nam wymarzony start.   
Dixie  o  mało  się  nie zakrztusiła.  Celowo  długo  żuła  kawałek  mięsa.  Wymarzony  start... 

dla Jacka i Emmy. Jaka szkoda, że jej sercem zawładnął człowiek, który jest nieosiągalny.   

Zrobiło  się  jej  przykro,  ale  wiedziała,  że  nie  będzie  uwodzić  mężczyzny,  który  kocha 

inną.   

– Emma zasługuje na lepszy los – dodał Jack.   
Tym  razem  Dixie  naprawdę  się  zakrztusiła,  więc  mocno  uderzyła  się  w  mostek,  by 

usunąć tkwiący w gardle kawałek ziemniaka.   

– Wpadło ci coś w złą dziurkę? 
Jack objął Dixie od tyłu i mocno naciskał pięściami coraz wyżej.   

Było  jej  bardzo  wstyd,  że  zakrztusiła  się  w  obecności  mężczyzny,  którego  zamierzała 

uwieść.   

– Lepiej? 
– Trochę. Dziękuję – odparła cicho.   
– Ze strachu o mało nie dostałem zawału.   
– Kpisz sobie ze mnie.   
Łyknęła wina, usiłując przypomnieć sobie, o czym przedtem rozmawiali.   
– Czy Emma... – zaczęła niepewnie.   
– Dlaczego interesujesz się moją ciotką? 
Nie odpowiedziała, ponieważ znowu zaczęła się krztusić. Tym razem ze śmiechu.   
– Dziewczyno, co z tobą? 
Otarła załzawione oczy i opanowała się.   
–  Przepraszam,  ale...  myślałam,  że...  Byłam  pewna,  że  Emma  jest  twoją  sekretarką  i... 

kochanką.   

Jack wlepił w nią wielkie oczy.   
– Jak doszłaś do tego genialnego wniosku? 
– Często o niej mówisz, ale nie zdradziłeś, co was łączy... Wyobraziłam sobie...   

background image

– Mogłaś zapytać.   
Dixie  wypiła  kolejny  łyk,  chociaż  już  kręciło  się  jej  w  głowie  i  wiedziała,  że  powinna 

więcej jeść, a mniej pić.   

–  Nie  mam  prawa  zadawać  osobistych  pytań.  Uświadomiła  sobie,  jak  bardzo  się 

zdradziła, więc spuściła wzrok i ukroiła kawałek mięsa.   

– Spójrz na mnie – zażądał Jack. – Ty jesteś z kimś związana, a nie ja.   
Zrozumiała,  że  jest  na  skraju  przepaści  i  dlatego  nie  wyznała  prawdy  o  fikcyjnym 

narzeczonym, który stanowił jedyny parawan chroniący serce. Również dlatego przez godzinę 

opowiadała zabawne historyjki o matce i przyjaciółkach, o podopiecznych i ich rodzicach.   

Po kolacji znalazła się w trudniejszym położeniu.   

Dość niebezpiecznym.   

Gdy zabrali się do sprzątania, Jack co chwilę kręcił głową. Wreszcie skończyli i już nic 

nie mogło odwlec decydującego momentu.   

Dixie niepewnie stanęła przy kominku. Jack podszedł do niej, ujął pod brodę i zmusił, by 

spojrzała mu w oczy.   

– Czy wiesz, że cię pragnę? – spytał cicho.   
– Tak.   
Czekał. Dał jej czas i możliwość, by zapobiegła temu, co nieuniknione. Nie drgnęła, więc 

objął ją i pocałował. Mocno, żarliwie.   

Jego usta podziałały bardziej upajająco niż wino, sto razy silniej. Przylgnęli do siebie i...   

Nie było dalszego ciągu.   

Nagle nastąpił koniec.   
–  Dobranoc.  –  Jack  pocałował  ją  w  czoło.  –  Połóż  się,  a  ja  wyprowadzę  psy.  Do 

zobaczenia rano.   

Była zmieszana, nie rozumiała, co się stało. Oboje rozognili się, a mimo to Jack odszedł. 

Dlaczego? 

Widocznie pamiętał o „zaręczynach”. Skłamała, ponieważ chciała trzymać go na dystans, 

a teraz tego bardzo żałowała.   

Wieczorem  wypiła  za  dużo  wina  i  dlatego  natychmiast  zasnęła.  Przez  całą  noc  śniła 

piękne sny o Jacku...   

Zbudził  ją śpiew ptaków.  Spojrzała w okno;  dzień był  piękny,  a mimo  to  zrobiło  się jej 

przykro.   

Dlaczego? 

Ponieważ zbliżał się decydujący moment.   

Niebawem nastąpi rzucenie monety i ostateczne rozstrzygnięcie konkursu.   

Nadszedł  czas,  by  przestać  się  wahać.  Zresztą  już  podjęła  decyzję,  że  nie  zniszczy 

marzenia Jacka. Nie wypada tego robić, nie można postąpić tak wobec człowieka, którego się 

kocha.   

Czy to naprawdę miłość? 

Tak.   

Nie  wiedziała,  jak  to  się  stało,  że  pokochała  Jacka.  Miłość  przyszła  za  wcześnie,  ale 

background image

człowiek rzadko otrzymuje ostrzeżenie, że Amor go ustrzeli.   

Rozległo się pukanie.   
– Dixie? Czas wstawać.   
Weszła uśmiechnięta pani Estelle, a Ducie patrzyła, nic nie rozumiejąc. Dlaczego matka 

przyjechała skoro świt? 

–  Leniu,  masz  kwadrans  na  to,  by  się  ubrać  i  przyjść  do  nas.  W  przeciwnym  razie 

rzucanie monety odbędzie się bez ciebie.   

– Która godzina? 
– Prawie południe. Wszyscy już czekają.   
– Kocham Jacka – szepnęła Dixie.   
–  Dlatego  opowiadałaś  mu,  że  jesteś  zaręczona,  prawda?  –  Pani  Estelle  niecierpliwie 

machnęła ręką. – Dziecko, powiedz mi coś, czego nie wiem.   

– Jak się domyśliłaś? 
– Nawet ślepy by to zauważył. Intryguje mnie tylko, co teraz zrobisz.   
Pan  Granger  siedział  w  samochodzie  obok  swego  asystenta.  Obaj  wysiedli,  gdy 

kandydaci do nagrody wyszli na ganek. Dixie nie patrzyła na Jacka.   

– Dzień dobry – rzekł pan Granger. – Cieszę się, że państwo jeszcze tu są.   
– Proszę zaczynać – powiedział Jack oschle.   
Dixie  zrozumiała,  że  pragnie  jak  najprędzej  uwolnić  się  od  niej.  Niebawem  to  nastąpi, 

lecz najpierw ona coś mu podaruje.   

Pan Granger odwrócił się do asystenta.   
– Gdzie moneta? 
Młodszy mężczyzna wyjął z kieszeni marynarki niewielkie pudełko.   
– Tu, proszę pana.   
– Zasady losowania są bardzo proste. Ja podrzucę monetę, a państwo zawołają orzeł albo 

reszka. Jeśli oboje krzykniecie to samo, będzie powtórka.   

Dixie  obejrzała  się  na  matkę  i  pana  Vincenta,  a  potem  zerknęła  na  Jacka.  Dlaczego  ma 

zaciśnięte usta i patrzy prosto przed siebie? 

Rzucona moneta błysnęła w słońcu i zginęła w dłoni Jacka.   
– Co u diaska? – Pan Granger zaczerwienił się ze złości. – Panie, tak nie wolno.   
– Ależ wolno, wolno. – Jack energicznym ruchem rzucił monetę w krzaki. – Nie zniszczę 

marzenia mojej rywalki. Ona potrzebuje tego domu na odludziu dla trudnej młodzieży, więc 
ja się wycofuję.   

Oniemiała Dixie przez chwilę stała z rozdziawionymi ustami. Jack odebrał jej możliwość 

spełnienia dobrego uczynku. Dlaczego tak postąpił? 

– To bardzo ładny gest z twojej strony, ale ja chcę, żebyś ty otrzymał dom.   
Jack mocniej zacisnął pięści.   
– Wiem, że jesteś zaręczona, ale kocham cię i chcę, żebyś była szczęśliwa. Ze mną lub 

beze  mnie.  Staram  się  postępować  przyzwoicie.  Marzyłaś  o  tej  chacie  dla  swoich 

podopiecznych, więc niech twoje marzenie się spełni.   

Pani Estelle straciła cierpliwość.   

background image

– Niech was gęś kopnie – zawołała. – Jack, parę minut temu moja córka przyznała się, że 

cię kocha. Ona nie ma żadnego narzeczonego. Wymyśliła bajkę, żeby trzymać cię na dystans. 
Czy jestem jedyną osobą, która...   

Jack  porwał  Dixie  w  ramiona  i  obsypał  pocałunkami,  a  jego  stryj  wziął  jej  matkę  pod 

rękę.   

– Przejdźmy się. Chętnie sprawdzę temperaturę wody w źródle.   
Pani Estelle obejrzała się. Jack nadal całował Dixie, a dwaj mężczyźni szli do samochodu. 

Kręcili głowami, jakby nie rozumieli, co się stało.   

Wyglądało  na  to,  że  spełnią  się  marzenia  dwojga  finalistów,  a  Bill  Church  też  zazna 

trochę szczęścia, bo zobaczy w swym domu dzieci.   

Wszystko dobre, co się dobrze kończy.   

background image

EPILOG 

 

W dom rozbrzmiewała muzyka i śmiech. Czy naprawdę upłynęły zaledwie dwa miesiące 

od rzucenia monety? 

Młodzież myła podłogi, Dixie okna, a przed domem dwaj mężczyźni piłowali drewniane 

kloce na nowe schody.   

Odludek  nadal  był  milczkiem,  ale  zmienił  się  i  z  każdym  dniem  mówił  coraz  więcej. 

Bardzo chętnie pomagał przy przekształcaniu domu w ośrodek dla młodzieży.   

– Chodź! Prędko! – rozległo się wołanie z piętra. Dixie uśmiechnęła się do ciotki swego 

męża.   

– Już czas – powiedziała podniecona starsza pani.   
W sypialni na starej kołdrze leżała Sadie. Właśnie zaczynał się poród.   

Dixie  pogłaskała  sukę  i  po  chwili  poczuła,  że  ją  też  ktoś  głaszcze.  Jack  przerwał 

piłowanie i przybiegł.   

W skupieniu obserwowali przyjście na świat pierwszego szczenięcia.   

Urodziło się dziewięć miniatur Tiggera.