background image

BETHANY CAMPBELL

BETHANY CAMPBELL

Porwanie Księżycowej Róży

Porwanie Księżycowej Róży

Tytuł oryginału: The Lost Moon Flower

Przełożyła: Hanna Bąkowska

background image

ROZDZIAŁ PIERWSZY

W ciągu pięciu długich, szarych dni w Chicago hulał wiatr. Co jakiś czas 

miasto   nawiedzały   lutowe   zamiecie   śnieżne.   Prawdopodobnie   jedyne 
stworzenia w całym mieście wdzięczne za taką pogodę znajdowały się w 
ZOO. Należały do nich niedźwiedzie polarne, tybetańskie jaki, arktyczne 
wilki. A także bardzo nieszczęśliwa młoda kobieta nazwiskiem Josie Tal-
bott.

Josie wiedziała, że wszystko się dla niej skończyło. Jej życie legło w 

gruzach i to z winy jej własnej siostry. Cieszyła się, że pada śnieg, bo w taką 
zadymkę nikt nie odważy się zwiedzać ZOO. Dzisiaj na zawsze opuszczała 
swój   gabinet,   ostatni   raz   zamykała   drzwi.   Nie   chciała,   by   ktokolwiek 
widział, ile kosztuje ją powstrzymanie się od płaczu. Nie była pewna, czy 
kiedykolwiek chciałaby jeszcze spotkać przedstawiciela rasy ludzkiej.

Drzwi do biura zatrzasnęły się automatycznie. Łagodny szczęk zamka 

miał w sobie coś z fatalnej ostateczności. Josie po raz ostatni spojrzała na 
pokrytą szronem szklaną szybę. „Josie A. Talbott, asystent zoolog, pawilon 
niedźwiedzi   panda”   głosiła   czarnymi   literami   wywieszka   na   drzwiach. 
Wkrótce jej nazwisko zniknie stąd na zawsze. Wcześniej oddała klucze. Już 
po wszystkim. Jej kariera dobiegła końca.

Niezgrabnie poprawiła trzymane w ramionach kartonowe pudełko. z2-

kowała do niego ostatnie przedmioty ze swojego biurka, w tym małą po-
rcelanową pandę, która zwykle na nim stała. Czuła jej palącą obecność 
przez karton, mitenki i grube rękawy palta. Kiedy otworzyła tylne drzwi 
pawilonu, uderzył ją w twarz lodowaty powiew wiatru. Zacisnęła szczęki 
aż do bólu. Miała teraz dobrą wymówkę dla piekących łez, które napłynęły 
do oczu. Wściekłe powiewy wiatru szarpały jej szalik, rozwiewały kasz-
tanowe loki. Jednakże Josie tego nie czuła. Jej serce było tak udręczone, a 
umysł tak odrętwiały poczuciem zdrady, że cała kula ziemska mogłaby 
wylecieć w powietrze, rozpłynąć się w nicość, a ona nie zwróciłaby na to 
uwagi.

background image

Straciła pracę. Zrujnowała swoją przyszłość. Ale nie to było najgorsze. 

Najgorsze   było   to,   że   przyniosła   hańbę   ZOO,   swojej   profesji,   swojemu 
miastu,   nawet   swojemu   krajowi.   Chiny   w   geście   przyjaźni   podarowały 
ZOO parę najrzadszych ssaków na świecie: dwie pandy wielkie, Nan Wu i 
Yueh Hua – Czarnoksiężnika i Księżycową Różę. Przez nią, Josie Talbott, 
bezcenna samica została skradziona. Na domiar złego jej własna siostra, 
Bettina, pomogła ją wykraść.

Josie zmagała się z na wpół zamarzniętym zamkiem swojego małego z2-

eskiego   chevroleta.   Zapaliła   silnik.   Po   omacku   jechała   wśród   zasłony 
wirującego śniegu.

Dlaczego była na tyle głupia, by uwierzyć, że jej młodsza siostra naresz-

cie się zmieniła? I na tyle łatwowierna, by załatwić jej pracę w ZOO? Jak 
mogła przewidzieć ogrom szaleństwa Bettiny? Albowiem Księżycowa Róża 
nie tylko należała do najrzadszych zwierząt na świecie, ale kierownictwo 
ZOO   było   prawie   pewne,   że   niedźwiedzica   będzie   mieć   małe.   Mogła 
urodzić   albo   w   ciągu   miesiąca,   albo   już   za   tydzień.   Nadal   niewiele 
wiedziano   o   rozmnażaniu   pand.   Spodziewany   poród   miał   być 
zwycięstwem w walce o utrzymanie tego wymierającego gatunku.

Josie automatycznie pokonywała śliskie ulice, kierując się do swojego 

mieszkanka.   Było   ono   ładne,   ale   jak   na   jej   kieszeń   o   wiele   za   drogie. 
Wynajęła je głównie dlatego, że mieściło się w pobliżu ZOO. Teraz nie 
miało już znaczenia, gdzie będzie mieszkać. Nikt nigdy nie wezwie jej do 
pawilonu pand. Przez dwa lata żyła i oddychała w cieniu pand, myślała i 
śniła o pandach. Czarnoksiężnik i Księżycowa Róża były jej obsesją i nie 
miała najmniejszych wątpliwości, że była to najcudowniejsza obsesja, jaką 
można sobie było wyobrazić.

Wjechała   na   zaśnieżony   parking   przed   swoim   domem.   Chłostana 

wiatrem w odrętwieniu wypakowywała rzeczy z samochodu. Oboje, wraz 
z nadzorującym pawilon pand doktorem Hazardem, traktowali parę  z2-
wiadków   niczym   święty   depozyt.   I   oboje   marzyli   o   tym   samym: 
rozwiązaniu   problemu,   który   zagrażał   istnieniu   tego   gatunku,   to   jest 
pokonaniu trudności rozmnażania wielkiej pandy w warunkach niewoli. 
Kiedy   po   dwóch   latach   prób  najbardziej   precyzyjne   testy   wykazały,   że 
Księżycowa Róża prawdopodobnie zaszła w ciążę, Josie z doktorem Hazar-

background image

dem zamknęli się w jego gabinecie i otworzyli butelkę szampana. To był z2-
częśliwszy dzień w życiu Josie. Teraz Księżycowa Róża zniknęła. Jej własna 
siostra pomogła ją uprowadzić.

Josie nie zadała sobie trudu, by powiesić płaszcz i szalik. Nie zdjęła z2-

t czapki i mitenek. Poruszała się jak we śnie. Wsunęła kartonowe pudło 
głęboko do szafy, żeby na nie nie patrzeć. Szczególnie nie chciała patrzyć na 
małą porcelanową pandę. To było ponad jej siły. Nie zapalając światła z2-
nęła kotary i wyjrzała przez okno. Nad miastem szybko zapadała noc, z2-
jając je kurtyną ołowianoszarego zmierzchu.

Josie po raz setny przeklinała siebie za to, że uwierzyła w Bettinę. „Jak 

to się mogło stać?” zapytywała siebie, bezradnie kręcąc głową. Zasunęła 
kotary i zapaliła lampę. Panujący w pokoju nieład odzwierciedlał stan jej 
umysłu.   Spojrzała   w   zawieszone   nad   ciemnozieloną   pluszową   kanapą 
lustro.   Zobaczyła   wysoką,   szczupłą   kobietę   z   kręconymi   kasztanowymi 
włosami i udręką w niebieskozielonych oczach. Piegi, którymi letnie słońce 
obsypało grzbiet jej szczupłego nosa, wydawały się beztroskie, a przez to 
jakby nie na miejscu. Z niechęcią przyglądała się swojemu odbiciu. Miała 
wrażenie, że z lustra spogląda na nią jej siostra.

Obie   były  tak  bardzo  do   siebie  podobne,  a   przy   tym  tak  różne.  W 

dzieciństwie dużo podróżowały. Ich ojciec, fotograf dzikich zwierząt, z2-
erał je w najodleglejsze zakątki kuli ziemskiej. Dla Josie otaczający ją świat 
wydawał się pełen najrozmaitszych cudów. Z kolei Bettinie jawił się jako 
miejsce zagrożeń i napięć. Obie dziewczynki silnie przeżyły śmierć matki, 
która umarła na gorączkę tropikalną w Afryce. Bettina, młodsza i bardziej 
do matki przywiązana, nigdy po tym nie przyszła w pełni do siebie. Gdy 
wyrosła, bardzo przypominała Josie, z tym że była niższa, szczuplejsza i 
miała jaśniejsze, bardziej intensywnie rude włosy. Miała też te same tur-
kusowe oczy, lecz było to tylko zewnętrzne podobieństwo. W oczach Josie 
odbijała   się   ciekawość,   ufność   i   radość   życia.   Oczy   Bettiny   pełne   były 
ukrytych pragnień, tajemnic i obaw.

Ojciec ich umarł nagle, kiedy Josie miała dwadzieścia trzy lata i z2-

ynała studia magisterskie na uniwersytecie w Stanford. Bettina miała lat 
osiemnaście   i   właśnie   rozpoczęła   naukę   na   bostońskiej   uczelni.   Josie 
głęboko przeżyła tę kolejną stratę, ale szybko zebrała siły i rozpoczęła życie, 

background image

z którego jej ojciec byłby dumny. Tymczasem Bettina nie potrafiła się już 
odnaleźć. Powoli okazało się, jak bardzo śmierć ojca zaważyła na jej życiu. 
Oblała egzaminy w pierwszej szkole, potem w drugiej. Zabierała się za 
jakąś sprawę, by natychmiast porzucić ją dla innej. W jej życiu pojawiali się 
i znikali kolejni zwariowani młodzieńcy.

Kiedy Josie przyjechała do Chicago, Bettina na zawsze porzuciła szkołę i 

związała się z najdziwniejszym z jej dotychczasowych chłopców, Lucasem 
Panpaxisem. Josie spotkała go tylko raz i natychmiast zaczęła obawiać się o 
swoją siostrę. Coś w jego oczach mówiło jej, że ten chłopak może być z2-
awdę niebezpieczny. Prawdziwe nazwisko Lucasa brzmiało Wilber Lump-
kin, ale zmienił je na Lucas Panpaxis twierdząc, że po grecku oznacza to 
„światło harmonii świata”. Zawsze ubierał się na czarno, czarna była też 
chustka, którą wiązał na głowie. Mówił, że to symbol żałoby związany ze 
wszystkimi   niesprawiedliwościami   świata.   Był   chudym,   nerwowym, 
długowłosym chłopcem, który mówił w nieskładny sposób o wszystkim, co 
według niego było złe w społeczeństwie. Nie zawracał sobie głowy pracą, 
twierdził, że stworzony jest do ważniejszych zadań. Josie uważała go za 
szczególnie groźnego, ponieważ jedną z jego pasji było latanie. Samoloty 
kupowała mu matka. Na samą myśl o tym, że ktoś tak niezrównoważony 
mógłby szybować w przestworzach, Josie dostawała dreszczy.

Kiedy   Bettina   i   Lucas   zerwali   ze   sobą,   Josie   odetchnęła   z   ulgą. 

Pochlebiało jej, że Bettina zapytała, czy może do niej przyjechać. Wysłała 
siostrze pieniądze na podróż do Chicago i znalazła dla niej pracę w ZOO: 
asystentki jednego z opiekunów zwierząt. Nie było to zachwycające zajęcie, 
ale była to praca bez stresów a to, jak twierdziła Bettina, było wszystko, 
czego potrzebowała. Josie pożyczyła Bettinie pieniądze, pomogła jej znaleźć 
mieszkanie, rozmawiała z nią o przeszłości i przyszłości. Wydawało się jej, 
że wszystko świetnie się układa, co tylko świadczyło o tym, jak niewiele w 
ogóle wiedziała. Albowiem to Lucas i Bettina oraz, jak utrzymują władze, 
przynajmniej dwie inne osoby, porwali nocą w ubiegłą niedzielę Księżyco-
wą Różę. Nikt nie wie, jak przedostali się przez system zabezpieczeń w 
ZOO. Nikt nawet nie był pewny, dlaczego uprowadzili pandę. Trudno było 
sobie wyobrazić, co za szalony pomysł wpadł Lucasowi do głowy. Nikt nie 
wiedział, czy Bettina była z nim w zmowie, kiedy przyjechała do Chicago, 

background image

czy też to on ją odszukał i ponownie rzucił na nią swój dawny urok. Tylko 
jedno było pewne: Księżycowa Róża zaginęła. Uprowadzili ją Lucas i Bet-
tina. I użyli klucza Josie, żeby dostać się do pawilonu.

Pięć dni, które upłynęły od zdrady i kradzieży, były dla Josie piekłem. 

Ani  kierownictwo   Ogrodu   Zoologicznego,   ani   władze   nie   chciały,   żeby 
jakakolwiek   informacja   o   przestępstwie   wydostała   się   na   zewnątrz.   Po 
pierwsze bali się, że rozgłos zawróci Lucasowi w głowie. Po drugie, nie 
chcieli nikomu innemu podsunąć podobnych pomysłów: perspektywa fali 
porwań rzadkich zwierząt była zbyt przerażająca. I po trzecie, ten incydent 
był upokarzający nie tylko w skali krajowej, ale i międzynarodowej. Przez 
pięć   niekończących   się   dni   odrętwiała   Josie   przesłuchiwana   była   przez 
wszystkich: policję, FBI, nawet przedstawiciela Departamentu Stanu. Nie 
wiedziała, skąd FBI było tak pewne, że to Lucas zaplanował przestępstwo, 
ale nie miała najmniejszych wątpliwości, że mieli rację. FBI uważało, że 
grupa Lucasa wywlokła pandę i wsadziła ją do małego samolotu, którym 
prawdopodobnie polecieli do Meksyku. Ale samolot Lucasa nigdy tam nie 
wylądował. Nikt nie wiedział, dokąd polecieli, ani gdzie znajdowała się 
teraz uprowadzona panda.

„Bettina,   jak   mogłaś?”   pytała   cicho   Josie.   „Lucas,   co   ty   najlepszego 

zrobiłeś?” Ale najbardziej martwiła się o pandę, o to, jak się czuje, czy jesz-
cze żyje, czy nie straciła swojego dziecka. Josie kochała Księżycową Różę 
jak   żadne   inne   zwierzę,   nawet   bardziej   niż   Nan   Wu,   jej   błaznowatego 
towarzysza i ulubieńca tłumów. Strata niedźwiedzicy pozostawiła w niej 
ogromną pustkę, Josie czuła się tak, jakby coś w niej umarło.

Zauważyła,   że   w   mieszkaniu   było   zimno,   ale   nie   podkręciła 

ogrzewania. Siedziała na zielonej pluszowej kanapie i obejmowała się bez-
radnie   ramionami.   Wszystko   było   zrujnowane.   Jej   własna   siostra   była 
uciekinierką, Księżycowa Róża została wykradziona i znajdowała się w z2-
zpieczeństwie, albo może już nie żyła. O małej pandzie, która się miała 
urodzić, Josie nie mogła nawet myśleć. Po raz pierwszy w życiu cieszyła 
się, że jej ojciec nie żyje, że nie musi tego oglądać.

Rozległo się gwałtowne pukanie. Josie wzdrygnęła się lekko, próbując 

wrócić do rzeczywistości. Z drżeniem otwierała drzwi. Przez ostatnie pięć 
dni rozmawiała jedynie z władzami i z kierownictwem ZOO. W drzwiach 

background image

stała jej sąsiadka, pani Mollie Spotts, niska kobieta w nieokreślonym wieku. 
Jej spiczasta mała twarz zwrócona była w górę. Spoglądała na Josie ze źle 
skrywanym niepokojem.

– Josie – zaczęła. W jej czarnych oczach malował się szczery niepokój. – 

Dzwoni do ciebie międzymiastowa. Jestem pewna, że to Bettina. Nalega, 
byś rozmawiała z nią z mojego aparatu. Czy stało się coś złego?

Josie zamarła.
– Bettina? – powtórzyła tępo.
Mollie skinęła głową obserwując skamieniały wyraz twarzy Josie.
„Bettina”, pomyślała Josie. „Dzwoni do Mollie Spotts, bo wie, że mój 

telefon może być na podsłuchu”.

– Wielkie nieba – jęknęła, po czym już była za drzwiami.
Nie zdawała sobie sprawy, że biegnie boso przez hol, czy że po prostu 

wdziera się do mieszkania Mollie, zostawiając ją za sobą.

Chwyciła słuchawkę telefonu.
– Bettina? – krzyknęła rozpaczliwie. Serce biło jej mocno. – To ty? Gdzie 

jesteś?   Gdzie   jest   Księżycowa   Róża?   Jak   się   czuje?   Zaklinam   cię   na 
wszystkie świętości, co ty i Lucas...

– Josie, proszę, nie gniewaj się – błagała Bettina. Była bliska płaczu. – 

Nie chcieliśmy nikogo skrzywdzić. Naprawdę!

Nie gniewaj się. Nie chcieliśmy nikogo skrzywdzić, myślała Josie nie 

wierząc własnym uszom.

– Bettina, gdzie jest Księżycowa Róża? Czy czuje się dobrze?
– Tak. Ma się dobrze. Czuje się świetnie... jak dotąd – odpowiedziała 

Bettina stłumionym głosem. Miały złe połączenie, wydawało się, jakby Bet-
tina mówiła z drugiej strony kuli ziemskiej. – Słuchaj, Josie. Nie mogę 
długo   rozmawiać.   Zabraliśmy   pandę,   ponieważ   Lucas   powiedział,   że 
dzięki  temu  ludzie  zaczną  go  słuchać.  Zatrzymamy  ją  jako  zakładnika, 
dopóki nie zostaną spełnione pewne żądania...

– Żądania? Jakie żądania? – pytała Josie, myśląc, że stało się to, czego 

wszyscy się spodziewali. Jej siostra powie teraz, czego żąda Lucas w z2-
an za pandę.

– No więc – zaczęła Bettina nieprzekonywująco – myśleliśmy, że... pew-

ne żądania... jak zakaz łapania żywych zwierząt, zakaz używania pestycy-

background image

dów   i   herbicydów...   żeby   nie   zanieczyszczać   środowiska...   na   całym 
świecie, ale...

O Boże, myślała Josie, pocierając czoło. Tylko Lucas mógł wymyślić, że 

uda mu się zlikwidować cierpienie i rozwiązać problem zanieczyszczania 
środowiska na całym świecie wykradając jedną bezbronną ciężarną pandę.

– Ale – ciągnęła Bettina tym samym łamiącym się głosem – teraz, gdy 

Lucas już ją ma, on... no więc, on myśli, że może zażądać więcej. Wydaje 
mu się, że może zmusić wszystkich, by zrobili to, co chce, bo jak nie...

Bettina umilkła. Było coś złowróżbnego w tej nagłej ciszy. Po chwili Josie 

usłyszała nawoływanie ptaka.

– Co zrobi, jeśli nie spełnią jego żądań? – spytała.
– On... zrobi jej coś złego – Bettina pociągnęła nosem.
Chce powiedzieć, że ją zabije, pomyślała Josie z przerażeniem.
– Josie, nie wydaje mi się, żeby doszło do tego. On teraz zastanawia się 

nad żądaniami. Chce je ogłosić za tydzień, w piątek trzynastego. Ludzie z2-
miętają ten dzień. Pomyślą...

– Nie pozwól mu jej dotknąć – rozkazała przerażona Josie. Nie umiała 

wyobrazić sobie nikogo aż tak złego, by mógł skrzywdzić jej piękną  z2-
wiedzicę, lecz Lucas już posunął się tak daleko. Kto wie, gdzie się z2-
zyma?

– Bettina, słyszysz, nie możesz pozwolić mu jej skrzywdzić. Cokolwiek 

się stanie, nie możesz pozwolić mu wyrządzić jej krzywdy, rozumiesz?

– Tak – odparła Bettina, teraz już otwarcie szlochając. – Boję się, Josie. 

Boję się tego, co zrobiliśmy i boję się Lucasa i...

– Gdzie jesteś? – pytała Josie. – Pomogę ci. Sprowadzę pomoc...
– Zeszliśmy do wioski... po zapasy – odpowiedziała Bettina i znów 

pociągnęła nosem. – Nie  wiem dokładnie, gdzie to jest. Ukrywamy się 
kawałek stąd, tam gdzie nikt nie może nas znaleźć, ale wydaje mi się, że 
jesteśmy...

Josie usłyszała krzyk Bettiny, jakby ze strachu przed bólem. Zapadła 

kolejna złowroga cisza, przerywana jedynie nawoływaniem tego samego 
ptaka. Jego świergot brzmiał idiotycznie pogodnie.

W słuchawce zawarczał głos Lucasa.

background image

– Josie? – był spięty i podniecony. – Bettina nie powinna była tego robić. 

Jak tylko się odwrócę, traci nerwy. Jak tylko się odwrócę.

– Lucas... – błagała Josie, ale w jej umyśle zaświtała straszliwa pewność: 

Lucas zwariował. Zwariował. I ma moją siostrę oraz pandę. – Zrobię, co 
chcesz – zapewniła go zrozpaczona.

– Jestem tego pewien – przybrał dramatyzujący ton. – Masz siedzieć 

cicho. Tego telefonu nigdy nie było, słyszałaś? Jeśli zobaczę, że ktoś kręci 
się w pobliżu, będę wiedział, że się wygadałaś. A wtedy, możesz się ze 
wszystkim pożegnać, siostrzyczko,  ze wszystkim.  Panda zniknie na z2-
ze.

– Nikomu nie powiem – zapewniała go spanikowana Josie. – Tylko nie 

skrzywdź  nikogo,   Lucas,   nikogo   i   niczego.   Nie   spiesz   się.   Przemyśl   to 
dokładnie.

–   Nie   spieszę   się   –   odparował   Lucas   tym   samym   pełnym   napięcia 

tonem. – Ogłoszę swoje żądania za tydzień, w piątek trzynastego. Ale to nie 
żarty, Josie, masz nic nie mówić o tym telefonie, i jeśli jest na podsłuchu, 
powiedz im, żeby trzymali się z daleka, bo jak nie... Ja nie żartuję.

– Nie jest na podsłuchu – uspokajała go Josie. – Bettina nie jest taka głu-

pia. To nie mój telefon.

– Tylko pamiętaj – ostrzegł ją Lucas. – Nie mów nikomu. Nikomu nie 

wolno się tu zbliżyć. W przeciwnym razie koniec z pandą. Nawet twoja 
własna siostra może nie być bezpieczna. Wszystko w twoich rękach, Josie. 
Ty za nie odpowiadasz. Jeśli coś pójdzie nie tak, będzie to twoja wina.

Moją winą było to, że próbowałam pomóc Bettinie, pomyślała z bez-

radną złością, ale nie śmiała tego powiedzieć. Spodziewała się, że Lucas z2-
że jej więcej poleceń, wygłosi więcej pogróżek, ale on się rozłączył.

Patrzyła w odrętwieniu na telefon. Przycisnęła widełki.
– Halo, halo – w słuchawce buczał ciągły sygnał. 
Mollie Spotts stała w drzwiach przypatrując się jej ze zmarszczonym 

czołem.

– Josie – odezwała się, zamykając za sobą drzwi – masz kłopoty, praw-

da? Gdzie jest Bettina? Nie widziałam jej od kilku dni, a ty żyjesz jak pustel-
nik. Co się stało? Możesz mi powiedzieć? Jeśli potrzebujesz przyjaciela, 
możesz na mnie liczyć.

background image

Josie odłożyła słuchawkę. Spojrzała na poczciwą twarz Mollie.
–   Przepraszam   –   odparła   zagryzając   dolną   wargę   –   nie   mogę   ci 

powiedzieć, Mollie. Po prostu nie mogę. Dziękuję, że mnie zawołałaś.

Oczy zaszły jej łzami. Próbowała wzruszyć ramionami na dowód, że nic 

jej nie  jest,  ale  jakoś  jej to nie  wyszło.  Potrząsnęła  w  milczeniu  głową. 
Minęła Mollie i otworzyła drzwi.

– Przepraszam – powtórzyła. Nienawidziła siebie za to, że zostawiła 

Mollie spoglądającą na nią z wyrazem bezradnej troski.

Powoli minęła hol. Weszła do mieszkania, usiadła na sofie i wbiła wzrok 

w telefon. Pomyślała, że powinna powiadomić władze, ale bała się. Znała 
Lucasa na tyle dobrze, by wiedzieć, że spełni swoje groźby: jeśli dowie się, 
że   powiedziała   komuś   o   telefonie,   może   dopuścić   się   najgorszego.   Nie 
miała co do tego żadnych wątpliwości. A zresztą, myślała czując nieznośny 
ból głowy, właściwie nie wiedziała nic ponadto, że panda jest cała i zdrowa. 
Przynajmniej na razie. Gdyby tylko był jakiś sposób, żeby dostać się do 
Księżycowej Róży i Bettiny i uciec z nimi, zanim Lucas się zorientuje lub 
zrobi im coś złego. Ale to było niemożliwe – nie wiedziała nawet, gdzie 
teraz przebywają. W wiosce, powiedziała Bettina. To wszystko, czego się 
dowiedziała. W wiosce, w której jest telefon. To może być wszędzie.

Josie nie położyła się spać. Przez pół nocy siedziała w ciemnym pokoju 

trzęsąc   się   z   zimna   i   po   prostu   patrząc   przed   siebie.   Przez   głowę  z2-
tywały jej bezładne myśli. Czasami wręcz nie myślała o niczym, jakby jej 
mózg został wyłączony. W innych momentach nachodziły ją nie mające ze 
sobą związku wspomnienia, a ona bezwolnie się im poddawała. Miała wra-
żenie, że siedzi w sali kinowej, w której na ekranie przesuwają się obrazy z 
jej przeszłości. Większość wspomnień związana była z ojcem i Księżycową 
Różą. Niektóre z Bettiną. A jedno, które ciągle ją prześladowało, nie miało 
żadnego   racjonalnego   uzasadnienia.   Dotyczyło   jej   występu   w   telewizji, 
kiedy to  zrobiła z  siebie kompletną  idiotkę. Bezsensowne  wspomnienie 
pojawiało się stale przed jej oczyma. Bezradnie poddała się jego władzy. 
Pomyślała, że chyba traci zmysły.

Rok wcześniej, jedna z lokalnych stacji telewizyjnych rozpoczęła  z2-

anie programu pt. „Punkty widzenia”. Josie, podobnie jak Bettina, oddana 
była swoim ideałom, ale w przeciwieństwie do siostry, nigdy nie popadała 

background image

w skrajności. Istniała jednak sprawa, z którą nie mogła się pogodzić. Josie 
poświęciła swoje życie zachowaniu zagrożonych gatunków. Uważała, że 
zabijanie zwierząt jest złem. Nienawidziła polowań. Telewizja zwróciła się 
do   niej   z   prośbą,   by   stanęła   do   pojedynku   z   zawodowym   myśliwym, 
mężczyzną o nazwisku Aaron Whitewater. Josie z przyjemnością wyraziła 
zgodę. Była wszak kapitanem drużyny dyskusyjnej na uczelni i przez trzy 
lata   nikt   ich   nie   mógł   pokonać.   Udowodni,   że   Aaron   Whitewater   to 
pozbawiony   wrażliwości,   rozmiłowany   w   okrucieństwie   prymityw. 
Gospodarz programu, Rex Bartholomew, powiedział jej, że Whitewater jest 
nie tylko wielkim myśliwym, ale również tropicielem i wędkarzem. To z2-
jny człowiek, lecz, ostrzegł ją, ostry w dyskusji i cięty w dowcipie. Nie z2-
ży go nie doceniać. Bartholomew miał rację. Josie zrozumiała, że nie pójdzie 
jej tak gładko, jak tylko zobaczyła Whitewatera. Spodziewała się spotkać 
kogoś w typie zadufanego w sobie supermana w pełnym stroju safari, ze 
strzelbą   na   słonie   u   boku.   Wyobrażała   sobie   dyszącego   żądzą   krwi, 
rzucającego   mordercze   spojrzenia   potwora   o   ilorazie   inteligencji   nieco 
powyżej zera.

Przed   rozpoczęciem   programu   weszła   do   poczekalni   obok   studia. 

Prezentowała się od stóp do głów jak Sympatyczny Przedstawiciel Ogrodu 
Zoologicznego.   Jej   niesforne   ciemnokasztanowe   loki   były   tym   razem 
schludnie zaczesane. Ubrana była w turkusowy wełniany kostium, który 
podkreślał jasny kolor oczu i dodawał zdrowych rumieńców policzkom. 
Robiła   wrażenie   osoby   tak   pogodnej,   kompetentnej   i   prostolinijnej,   że 
prawie aseksualnej. Rex Bartholomew przedstawił jej Aarona Whitewatera. 
Przeciwnik Josie nie wyglądał pogodnie, ale sprawiał wrażenie człowieka 
zatrważająco kompetentnego i na pewno nie pozbawionego seksu.

O Boże – pomyślała obrzucając go chłodnym okiem zoologa, co za z2-

ykle wspaniały okaz samca z gatunku homo sapiens. Nigdy nie zwracała 
specjalnej uwagi na mężczyzn, zawsze za bardzo pochłonięta była swoją 
pracą. Jednakże Whitewatera trudno było nie zauważyć. Josie natychmiast 
przywołała się do porządku. Uśmiechnęła się, przybierając z powrotem 
pozę Sympatycznego Przedstawiciela Ogrodu Zoologicznego. Whitewater 
podniósł się z krzesła i wyciągnął do niej rękę. Miał na sobie uszyty na z2-
wienie ciemnoszary garnitur oraz tradycyjny krawat. Josie przeszył dreszcz 

background image

podniecenia, jakie odczuwa się zwykle w obliczu zbliżającego się niebez-
pieczeństwa. Miała sto siedemdziesiąt trzy centymetry wzrostu, w szpil-
kach prawie metr osiemdziesiąt, ale Aaron Whitewater był o całe piętnaście 
centymetrów wyższy, przytłaczał ją swoimi szerokimi barami i elegancją 
stroju. Czuła, jak jej ręka ginie w jego dużo większej dłoni. Jego ciemne 
włosy wydawały się aż czarne, podobnie jak oczy.

– Miło mi pana poznać, panie Whitewater – mechanicznie wyrecytowała 

grzecznościową formułkę, on jednak zdążył już wypuścić jej dłoń.

– Wątpię – odparł lakonicznie, siadając na swoim miejscu.
Wydawał   się   ogromnie   znudzony.   Wziął   do   rąk   postrzępione 

czasopismo i pogrążył się w jego lekturze, jakby zeszłoroczne informacje 
były nieskończenie bardziej interesujące niż Josie. Zdziwienie odebrało jej 
głos. Rex Bartholomew uśmiechnął się słabo i zostawił ich samych, żeby 
sprawdzić scenografię do swojego programu. Josie usiadła sztywno na kra-
ńcu sofy naprzeciw krzesła Aarona Whitewatera. Wzięła ze stolika jeszcze 
starsze czasopismo i udając, że je czyta, obserwowała ukradkiem swego z2-
wnika   znad   pogiętych   rogów   stronic.   Whitewater   należał   do   tych 
potężnych mężczyzn, którzy byli tak dobrze zbudowani, że sprawiali wra-
żenie nie tyle masywnych, co po prostu pełnych siły i wdzięku. Jego gęste 
ciemne włosy lekko falowały i Josie wydawało się, że gdyby je zostawić 
samym sobie, opadłyby na czoło częściowo zakrywając egzotyczne, czarne 
oczy. Miał orli nos, silnie zarysowaną szczękę i nieco wystający podbródek. 
Był opalony, mimo że była zima. Twarz zdobiły ciemne proste brwi i dum-
na linia ładnie wykrojonych ust. Szczególną uwagę Josie przykuły jednak 
jego kości policzkowe: wysoko osadzone, silnie wystające, nie pasujące do 
drogiego   garnituru,   dobrze   ostrzyżonych   włosów   i   złotego   zegarka 
połyskującego na brązowym przegubie.

A niech to diabli, pomyślała Josie, przecież to Indianin, przynajmniej 

częściowo. Ostatni raz takie kości policzkowe widziała u wodza Apaczów. 
Zrozumiała, że już na wstępie Whitewater zyskuje nad nią przewagę. Czym 
innym była dyskusja z jakimś myśliwym, a czym innym z człowiekiem, 
którego tradycja kulturowa zasadzała się na polowaniu i którego przodkom 
jej naród odebrał tereny łowieckie. Nonsens, powiedziała sobie, nic to nie 
zmienia.   Ale   to   nie   była   prawda.   Jak   tylko   stanęli   przed   kamerami, 

background image

Whitewater   zaczął   wykorzystywać   fakt,   że   był   w   połowie   Siuksem,   ze 
zdumiewającą   delikatnością   i   zręcznością.   Właściwie   zastosował   każdy 
chwyt z podręcznika  Jak zwyciężyć w dyskusji  oraz kilka innych własnego 
pomysłu. Był miażdżącym przeciwnikiem. Na jeden jej dowód wytaczał 
dwa inne, jej racje w zderzeniu z jego argumentami brzmiały głupio i sen-
tymentalnie.   Według   Aarona   Whitewatera   myśliwi   byli   największymi 
obrońcami przyrody w Ameryce. Kto może być bardziej zainteresowany 
utrzymaniem gatunków od tych, którzy chcieliby mieć wystarczająco dużo 
zwierząt, by na nie polować? Josie ostro z nim polemizowała. Zbyt ostro. 
Cięte riposty Aarona Whitewatera i drwiący błysk w jego oku wprawiały ją 
w stan podenerwowania, rozgorączkowania i złości. Nigdy przedtem nie 
czuła się tak zbita z tropu podczas dyskusji. Co gorsze, ona, która brzydziła 
się przemocą, nagle niczego bardziej nie pragnęła, jak zdzielić swego  z2-
wnika po głowie. Kiedy program dobiegł końca, nie chciała przerwać wal-
ki,   chciała   zdobyć   chociaż   jeden   punkt.   Ale   on   już   z   nią   skończył. 
Uśmiechnął się tylko.

– Całkiem dobrze pani dyskutowała... jak na kobietę – powiedział. Po 

czym wyszedł.

Później niektórzy mówili, że Aaron Whitewater pobił Josie jedynie o 

włos, a inni, że wspaniale dotrzymała mu pola. Ale ona wiedziała, jaka jest 
prawda: zdruzgotał ją. Bardzo ją to bolało. Wściekała się, gdy tylko  z2-
odził jej na myśl. Ostatni raz Siuksowie odnieśli takie zwycięstwo pod Little 
Bighorn,   myślała   w   duchu.   Choć   wcześniej   nigdy   nie   słyszała  Aaronie 
Whitewaterze, teraz wszędzie widziała jego nazwisko. Słyszała, że poluje 
na niedźwiedzie grizzly w północnej Alasce, łowi rekiny u wybrzeży Geor-
gii. Raz doszło do niej, że poleciał do Saskatchewan, żeby wziąć udział w 
poszukiwaniach młodego głuchego chłopca, który zaginął w lesie i że z2-
lazł go uratował. Odstawia bohatera, myślała z niechęcią.

Zdziwiło ją, gdy pewnego dnia przysłał jej wiadomość. Prawie sześć 

miesięcy po ich spotkaniu dostała list z Afryki. Od niego. „Jak się masz, 
Ruda”, napisał zdecydowanym charakterem pisma. „Przyjechałem tu, żeby 
sprawdzić, co słychać u hien. Pomyślałem tobie. Jeśli chciałabyś jeszcze raz 
się ze mną zmierzyć, daj mi znać. Wystarczy, że powiesz «Potrzebuję cię, 
Whitewater»„. W post scriptum dołączył swój rozkład zajęć na następne 

background image

sześć miesięcy, kilka adresów numerów telefonów, pod jakimi mogła go z2-
ać.

Co za tupet! pomyślała Josie. Rozwścieczyło ją, że przyszła mu na myśl 

przy okazji hien. Niesłychana arogancja! Zgniotła list w twardą kulkę, żeby 
cisnąć nią przez cały pokój. Nie wyrzuciła jednak kartki. Zatrzymała ją z 
jakiegoś powodu w szufladzie biurka. Pamiętała nawet plan jego podróży: 
Kenia, Floryda, potem zima na Hawajach, znowu łowienie ryb i polowanie 
na niedźwiedzie. Hawaje, pomyślała podniecona. Ten przeklęty facet jest 
teraz na Hawajach. No i co z tego? Żałowała, że nie był jeszcze dalej. Na z2-
ad   na   księżycu.   Nie   wiedziała,   dlaczego   myśli   teraz   o   tym   wstrętnym 
Whitewaterze i o Hawajach. Naprawdę zaczęła tracić zmysły.

Była   czwarta   rano,   a   jej   świat   wydawał   się   tak   samo   zimny   i 

pozbawiony życia jak skute lutowym mrozem miasto za oknem. Nagle jej 
myśli wróciły do telefonu Bettiny. Przypomniała sobie zakłócenia na linii, 
które sprawiły, że głos jej siostry dochodził jakby z daleka. I przypomniała 
sobie nawoływanie ptaka. Słyszała go wyraźnie, kiedy rozmawiała z Bet-
tiną. Słyszała go dwukrotnie. Wydawał dziwny, prawie komiczny dźwięk: 
tiiti-po-uit, tiiti-po-uit. Josie była tak oszołomiona, że gwiazdy zaczęły latać 
jej przed oczami. Hawaje, pomyślała. Oczywiście. Oto, co w ten okrężny z2-
b próbowała podpowiedzieć jej podświadomość przywołując wspomnienie 
Whitewatera. Hawaje. Josie była zoologiem. Wiedziała, co za ptak wydaje 
taki dźwięk: to kiki. A kiki żyje tylko w jednym miejscu: na Kali Yin, małym 
paśmie wysp na północny wschód od Hawajów. Bettina powiedziała jej 
kiedyś, że Lucas spędził część swego dzieciństwa w Honolulu. Bettina, 
Lucas i Księżycowa Róża ukrywali się gdzieś na wyspach Kali Yin.  z2-
leko Hawajów.

Nie zastanawiała się, która godzina jest w Chicago czy na wyspach 

Pacyfiku. Nagły i desperacki plan, który zaświtał jej w głowie, uczynił ją 
obojętną na mniej ważne względy. Wiedziała, gdzie jest panda, i wiedziała, 
jak ją odnaleźć. Podpowiedziała jej to podświadomość. Boże, dzięki ci za z2-
ończone możliwości ludzkiego umysłu. Wyjęła kartonowe pudło z szafy 
znajdującej się w holu. Gorączkowo przerzucała jego zawartość, aż znalazła 
to, czego szukała. Wydawało się jej, że upłynęła cała wieczność, zanim 
dostała połączenie. Kiedy wreszcie usłyszała sygnał, telefon wydawał się 

background image

dzwonić  bez  końca. Proszę,  modliła  się,  proszę cię,  proszę,  odbierz.  W 
końcu ktoś podniósł słuchawkę. Usłyszała w słuchawce muzykę, była to 
muzyka hawajska.

– Halo – powiedział głęboki, leniwy głos.

background image

ROZDZIAŁ DRUGI 

– Aaron Whitewater? – spytała drżącym głosem. – Tu Josie Talbott... 

Potrzebuję ciebie. Strasznie cię potrzebuję.

– Josie Talbott – powtórzył, jakby nie mógł skojarzyć tego nazwiska. – 

Josie Talbott. Dziewczyna z Nowej Zelandii? Posłuchaj, kochanie. Wydaje 
mi się, że ci mówiłem...

– Josie Talbott z Chicago – przerwała mu prawie krzycząc. – Mieliśmy 

pojedynek w telewizji. W lutym zeszłego roku.

Zapadła cisza, podczas której Whitewater prawdopodobnie próbował ją 

sobie przypomnieć.

– Ach tak. I ja wygrałem. Jesteś tą blondynką, prawda? W czym mogę ci 

pomóc?

– Wcale nie wygrałeś. – Wygrał, ale nie mogła tego głośno przyznać. – 

To   był   remis.   Jeden   do   jednego.   Nie   jestem   blondynką,   jestem   ruda. 
Potrzebuję twojej pomocy. Sprawa jest poufna. To kwestia życia lub śmierci.

– No tak. Jak zwykle – skomentował Whitewater. Wydawało się jej, że 

usłyszała, jak powstrzymuje ziewanie. Zlekceważyła to i ciągnęła dalej.

– Jak dobrze znasz wyspy Kali Yin?
– Mało kto zna je lepiej – odpowiedział przeciągając słowa. – Prawie nie 

ma   tam   zwierzyny.   W   ogóle   niczego   tam   nie   ma.   Tylko   lasy,   góry   i 
wodospady. A o co chodzi? Chcesz, żebym cię wziął na wycieczkę, czy coś 
w tym rodzaju?

Usłyszała jego stłumiony śmiech. Poczuła się urażona.
–   Nie   –   odpowiedziała   spontanicznie,   ale   zaraz   się   poprawiła.   –   To 

znaczy, tak. Być może. Nie wiem jeszcze. Chodzi mi o to, czy Kali Yin leżą 
w zasięgu małego samolotu startującego z Kalifornii?

Cisza w słuchawce zdawała się świadczyć o tym, że zastanawia się nad 

odpowiedzią.

– Tak, to  jest możliwe. Maszyną z  dwoma  silnikami  i  dodatkowym 

zbiornikiem paliwa dałoby się to zrobić. Albo jakimś starym demobilem z 
drugiej wojny światowej. Są faceci, którzy kolekcjonują takie graty.

background image

– A co z lądowaniem? – pytała dalej Josie. – Czy któraś z wysp ma lądo-

wiska? Na tyle duże, żeby przyjąć większy samolot, taki, który przyleciałby 
z kontynentu?

– Na większych wyspach są lądowiska – w jego głosie słychać było 

coraz większe zniecierpliwienie. – Albo coś, co je przypomina. Można tam 
usiąść sporym dwusilnikowcem. A poza tym taki stary grat jak „Dakota 3” 
może wylądować na zwykłym pastwisku. Ale o co ci w końcu chodzi? 
Dzwonisz i przeprowadzasz ze mną quiz telewizyjny? Dwadzieścia pytań o 
Pacyfiku?   Tutaj   jest   akurat   śliczny   wieczór,   a   ja   mam   coś   lepszego   do 
roboty.

– Ale ja muszę to wiedzieć – Josie daremnie próbowała ukryć panikę. – 

Proszę. Pomóż mi.

–   Naprawdę   uwielbiam,   kiedy   mówisz   „proszę”.   Założę   się,   że   nie 

znosisz używać tego słowa w rozmowie ze mną. Powtórz to jeszcze raz.

– Proszę – powiedziała drżąc z upokorzenia. – Proszę, powiedz mi, 

którą z wysp wybrałbyś na miejsce lądowania, gdybyś leciał z kontynentu i 
gdybyś chciał się ukryć? To znaczy pozostać tam w ukryciu.

– Znowu pytanie? Słuchaj, ja mam tutaj swoje mai tai do picia i brunet-

kę, która czeka w barze na dole.

– Whitewater, proszę cię.
– No  dobrze  – westchnął zrezygnowany.  – Gdybym  wiedział  to, co 

wiem i był na miejscu tego kogoś, wybrałbym Kali Yushan. Inaczej Mount 
Jade. Najbardziej niedostępne miejsce. Bardzo dzikie. Bardzo górzyste.

– A gdybyś nie był sobą... To znaczy byłbyś kimś, komu się wydaje, że 

jest bardzo sprytny i przebiegły, ale w istocie jest trochę... trochę... no... zó-
wnoważony, to którą z nich byś wybrał? 

– Szanowna pani – Whitewater nie próbował już ukryć złości. – Czy nie 

dosyć   tych   cholernych   pytań?   Tu   jest   piękny   wieczór.   Zaczyna   się  z2-
yw. Ogrody toną w orchideach. Niebo pełne księżyca. A ja mam siedzieć 
przy telefonie i odpowiadać na pytania, z których każde jest głupsze od 
poprzedniego?

–   Proszę   –   powiedziała   z   rozpaczliwą   determinacją.   –   Proszę   cię, 

Whitewater.

background image

– No dobrze – westchnął. – Gdybym myślał, że jestem cwaniakiem, ale 

naprawdę nie byłbym taki cwany, to... to... tak, jestem pewien: lądowałbym 
na Kali Chenshan. To większa wyspa, nie tak bardzo dzika. Jest tam nawet 
spore miasteczko.

Wioska, o której wspomniała Bettina, pomyślała Josie.
– Ma połączenie telefoniczne z kontynentem? – zapytała.
– Tak. I co jeszcze chcesz wiedzieć? Czy mają świeżą pizzę? Orkiestrę 

symfoniczną? Klub miłośników starych win?

– Whitewater, za ile skłonny byłbyś zabrać mnie na Kali Yin? – spytała 

Josie.

Ponownie zdała sobie sprawę, że drży jej głos. Nawet z odległości poło-

wy kontynentu i połowy oceanu Aaron Whitewater budził w niej coś w 
rodzaju lęku. Pomyślała o pandzie, wyobraziła sobie jeszcze raz jej ciemną 
głowę i śliczny pyszczek i to pozwoliło jej wykrzesać z siebie resztkę  z2-
gi.

– Chcę, żebyś mnie tam zabrał. Jak najszybciej. 
W słuchawce zapadła cisza. Słyszała tylko muzykę, brzęk strun gitary, 

wtórujące jej ukulele.

– Halo, Whitewater? – spytała niepewnie. Pomyślała, że po prostu odło-

żył słuchawkę i zajął się swoim mai tai i brunetką w barze.

– Dlaczego chcesz, żebym zabrał cię na wyspę Chenshan? – w jego lek-

ko schrypniętym głosie słychać było niedowierzanie. – Chyba nie zamier-
zasz polować?

– Nie... niezupełnie. Ale coś w tym rodzaju. Tak jakby. Ale niedokładnie. 

Jest tam coś, co muszę... odszukać. Nie mogę o tym mówić przez telefon. 
Muszę się tam natychmiast dostać. Gdybym jutro przyleciała do Honolulu, 
to czy mógłbyś mnie tam zabrać?

W słuchawce znowu zapadła cisza.
– Mam już pełen pakiet zamówień. Umówiłem się z facetem, który pisze 

artykuł o zimowym wędkarstwie na wyspach. Taka randka z egzotyczną 
rybą. Masz coś lepszego do zaproponowania?

Zdenerwował ją prowokacyjny ton jego głosu.

background image

– Atrakcyjniejszego od łowienia ryb? – spytała z niedowierzaniem. – 

Słuchaj, mówiłam już, że jest to sprawa życia i śmierci, coś nadzwyczaj wa-
żnego. Bardziej ważnego niż sobie wyobrażasz.

– Nie rozumiesz mnie. Po prostu umówiłem się i to mnie zobowiązuje. 

A poza tym lubię łowić ryby.

Josie podparła czoło ręką i wplotła palce we włosy.
– Słuchaj, zapłacę ci każdą cenę. Rozumiesz? Każdą. Przepiszę na ciebie 

całe moje konto, samochód, telewizor, perły po matce, wszystko, jeśli tylko 
zgodzisz się zabrać mnie na Kali Chenshan i pomożesz mi znaleźć to, co 
muszę odszukać.

Słyszała, jak nuci melodię razem z grającym w tle ukulele.
– Chcę się upewnić, czy dobrze cię zrozumiałem – usłyszała jego głos i 

prawie   zobaczyła   brązową   twarz   z   grymasem   kpiącego   uśmiechu.   – 
Powiedziałaś przed chwilą, o ile pamiętam kilka razy, że jeśli ci pomogę, 
dasz mi wszystko, o co poproszę. Dobrze cię zrozumiałem?

– Tak – odpowiedziała zagryzając wargi. Nie podobał się jej ton jego 

głosu. Za dużo było w nim prowokacji. Gra szła w końcu o los jej siostry i 
pandy.   Najpewniej   też   o   los   małego   niedźwiedziątka.   –   Dostaniesz 
wszystko, czego zażądasz.

– Co byś powiedziała o Południowej Dakocie? – spytał z sarkazmem. – 

O ile pamiętam twój naród odebrał ją mojemu narodowi. A nasi ludzie byli 
raczej   do   niej   przywiązani.   Także   do   Północnej   Dakoty,   Nebraski   i 
Wyoming.

– Wszystko w granicach rozsądku, Whitewater – odburknęła Josie, z2-

e przypominając sobie, dlaczego ten człowiek wzbudzał w niej tyle złości. – 
Dam ci wszystko, co mam. To nie jest temat do żartów.

– Podobnie jak Południowa Dakota – powiedział. – Pamiętasz generała 

Custera i Last Stand. A poza tym nie mogę wymyślić niczego takiego, co 
chciałbym od ciebie dostać.

Gdyby Josie nie była tak zrozpaczona i przestraszona, powiedziałaby 

mu na pewno, w jakim miejscu i towarzystwie powinien spędzić wieczno-
ść. Zamiast tego z trudem przełknęła ślinę. Czuła, jak pod gardło podcho-
dzi, niczym duża gorzka pigułka, jej własna duma.

background image

– Proszę cię, Whitewater – powiedziała i wydało się jej, że powtarza to 

po raz setny.

W słuchawce znowu zapadła cisza.
– Dobrze – powiedział wreszcie dyskretnie ziewając. – Może da się to 

załatwić. Powtórz tylko jeszcze raz to, co mówiłaś na początku.

Ponownie z trudem przełknęła ślinę. Pomyślała o Bettinie, o ślicznym 

niewinnym pyszczku pandy.

–   Proszę   cię,   Whitewater   –   powtórzyła   a   słowa   parzyły   jej   usta.   – 

Potrzebuję ciebie.

– To lubię – powiedział.
I wreszcie umówił się z nią na następny dzień. Odwiesiła słuchawkę 

zmęczona a jednocześnie dziwnie podniecona. Spojrzała na zegarek. Była 
czwarta trzydzieści rano. Zadzwoniła na lotnisko O’Hare.

–   Jadę   po   ciebie   Księżycowa   Różo   –   powiedziała   głośno.   –   Bettino, 

będziesz musiała za to zapłacić.

Wysiadła z samolotu i zaczęła rozglądać się po lotnisku. Ludzie obej-

mowali   się,   witały   się   stęsknione   rodziny,   całowali   się   kochankowie.   Z 
wyjątkiem świeżo przybyłych turystów wszyscy byli opaleni, zrelaksowani 
i   uśmiechnięci.   Wszędzie   królował   barwny,   jaskrawy   hawajski   styl.  z2-
órzy, zarówno kobiety jak i mężczyźni, nosili naszyjniki z kwiatów. Josie 
rozglądała się wokół z zakłopotaniem. Czuła, jak bardzo do tego nie pasuje: 
blada, wymięta, podenerwowana. Zadzwoniła, co prawda, wcześniej do 
hotelu i zostawiła wiadomość, kiedy przylatuje, ale nie wynikało z tego, że 
Whitewater zechce oczekiwać jej na lotnisku. Wyprostowała się. Odbierze 
bagaż, wynajmie samochód, znajdzie niedrogi hotel i potem skontaktuje się 
z nim ponownie.

Powędrowała wzdłuż znaków wskazujących kierunek odbioru bagażu. 

Minęła kwiaciarza sprzedającego naszyjniki z kwiatów i orchidee, i w tym 
momencie poczuła, jak czyjaś mocna dłoń chwyta ją za łokieć i miękko z2-
aca   do   tyłu.   Spojrzała   w   górę,   prosto   w   ciemnobrązowe   oczy  Aarona 
Whitewatera. Wyglądał tak, jak go zapamiętała. Wystające kości policzkowe 
czyniły go egzotycznym i przystojnym a usta wyrażały pewność siebie i 
lekceważenie. Pasmo ciemnych włosów spadało na jedną z prostych brwi. 

background image

Uśmiechnął się, jakby od niechcenia. Był to uśmiech rozbrajający i niebez-
pieczny zarazem.

– Aloha! – powiedział.
Przełożył jej przez głowę mały naszyjnik z orchidei przetykanych różo-

wymi pączkami i nagle, zanim jeszcze zdążyła otrząsnąć się z wrażenia, 
jakie na niej wywarł, ujął jej twarz w swoje duże dłonie, przechylił jej głowę 
do tyłu, nachylił się i pocałował ją w usta. Poczuła ciepło jego dłoni na 
swych bladych policzkach. Z ciała, które znalazło się nagle tak blisko niej, 
zdawał   się   promieniować   potężny   strumień   energii.   I   choć   jeszcze   w 
samolocie wydawała się sobie półumarła, to teraz napełniła ją fala ciepłego 
i   ekscytującego   życia.   Jej   wargi   poddały   się   w   pełni   władzy   jego   ust. 
Delikatna pieszczota jego pięknie wykrojonych warg budziła w niej nowe 
nieznane doznanie. Dalej, myślała czując lekki zawrót głowy, całuj mnie, 
Whitewater. Nie mogę ci tego zabronić, bo to ty masz uratować moją pan-
dę.   To   ty   masz   uratować   wszystko.   Whitewater   przerwał   pocałunek 
dokładnie wtedy, gdy zdążyła to pomyśleć.

– Wybacz – powiedział z lekkim wzruszeniem ramion. – To po prostu 

miejscowy zwyczaj. Witaj na Wyspach. W twoim przypadku, na pierwszej z 
wysp.

Wyciągnął rękę i wziął od niej podniszczoną torbę podróżną.
– Zarezerwowałem dla ciebie miejsce w moim hotelu. Bierzmy bagaż i 

ruszajmy. Za gorąco ci w tym grubym kostiumie, a tam czeka cię dżin z lo-
dem i z bąbelkami.

– Świetny pomysł – odpowiedziała uśmiechając się niepewnie.
Kwiaty   z   jej   naszyjnika   pachniały   mdło,   i   mimo   że   byli   jeszcze 

wewnątrz   portu   lotniczego,   czuła   słoneczny   hawajski   upał.   Aaron 
Whitewater  ubrany   był   w   wygniecione   szorty   koloru   khaki   i   hawajską 
koszulę barwy kości słoniowej z nadrukowanymi czarnymi kwiatami. Stała 
obok niego milcząc w zakłopotaniu i oczekując na pojawienie się bagażu. 
Jej reakcja na ich pierwsze spotkanie rok temu nie była przypadkowa. Ob-
ecność Whitewatera wywierała na nią przedziwne wrażenie. Dotąd w jej 
życiu niewielu było mężczyzn, na których tak reagowała. Czuła, że może 
liczyć   na   jego   opiekę   i   ochronę,   a   jednocześnie,   że   w   jakiś   nieznany, 
pierwotny sposób jej zagraża. Nie wiedziała, co mu powiedzieć, w jaki z2-

background image

b   zacząć   opowieść   o   całej   tej   awanturze   z   Bettiną,   Księżycową   Różą   i 
Lucasem. Stała tak coraz bardziej sztywna, ściskając torebkę i nie wiedząc, 
co powiedzieć.

Nachylił się i jego usta znalazły się tak blisko jej ucha, że poczuła, jak 

bijące od nich ciepło parzy jej skórę.

–   Kiedy   wolisz   opowiedzieć   o   swoich   kłopotach?   Teraz   czy   przy 

drinku?

Zmęczenie i zakłopotanie opuściło ją nagle, ustępując miejsca poczuciu 

zagrożenia. Spojrzała na niego podejrzliwie.

– Nic ci nie mówiłam, że mam kłopoty. Skąd ci to przyszło do głowy? – 

spytała zduszonym głosem.

Skrzyżował ręce na piersiach i spojrzał na nią chłodno.
– Oczywiście, że jesteś w kłopotach. I to dużych kłopotach. Wasichu, jak 

to nazywał mój dziadek. Większych niż można sobie wyobrazić.

Patrzyła   mu   w   oczy   z   lekko   rozchylonymi   ustami.   Z   trudem 

powstrzymywała drżenie.

– Skąd ta pewność? – spytała. 
Nachylił się nad nią ponownie.
– Użyłem wielkiej mocy, jaką posiadam – zaczął tajemniczo. – Ta moc 

nazywa się logika i mieszka tu – wskazał palcem czoło. – Wiem, że coś bar-
dzo   niepomyślnego   musiało   się   wydarzyć.   Coś,   co   zmusiło   cię   do 
wyznania, że mnie potrzebujesz. Inaczej nie użyłabyś przecież tych słów. 
Mam rację?

– Tak – skapitulowała Josie i miała nadzieję, że mówi prawdę.
– No, no – powiedział jakby do siebie. – To zaczyna być interesujące.
Powrócili do tej rozmowy siedząc przy szklanym stoliku w patio w 

hotelu, w którym zatrzymał się Whitewater.

– A więc pozwoliłaś wykraść swoją pandę – powiedział z ironią. – No to 

rzeczywiście masz nie lada kłopot.

Josie popatrzyła na niego z niechęcią trzymając krawędź szklanki na 

wysokości oczu.

– Nikomu nie pozwoliłam jej wykraść – zaprzeczyła zdecydowanie. – 

Przestępstwo popełniono w środku nocy. Gdybym wiedziała, co się dzieje, 
poświęciłabym życie, żeby do tego nie dopuścić.

background image

Popatrzył na nią przenikliwie. Jego spojrzenie zdawało się docierać do 

najskrytszych zakątków jej duszy.

– To mocne stwierdzenie – zauważył swym niskim głosem. – Tak bardzo 

ci zależy na tym zwierzęciu?

–   Tak   –   odpowiedziała   z   pasją   Josie.   –   Tak   bardzo.   Dobrze,   że   nie 

porwali także drugiej pandy.

–   Z   dwoma   zwierzętami   nie   daliby   sobie   pewnie   rady   –   zauważył 

chłodno. – I naprawdę najbardziej w tej sprawie przejmujesz się tymi... 
tymi twoimi zwierzakami?

Wytrzymała spojrzenie jego ciemnych oczu.
– To nie są moje zwierzaki. Po pierwsze są własnością ZOO. A poza tym 

w jakimś sensie należą do wszystkich. Należą do całego świata. I naprawdę 
przejmuję się nie tylko Księżycową Różą, ale również innymi zwierzętami, 
które są zagrożone i które trzeba ratować.

Wargi Whitewatera wykrzywił drwiący uśmiech.
–   Co   za   szlachetna   obrończyni.   Mistrzyni   wielkoduszności.   Bezinte-

resowna zbawicielka. Polecałbym przywdzianie białej zbroi, gdyby nie to, 
że w zbroi ukryłoby się to piękne, długonogie ciało. Co by cię zapewne z2-
ecjalnie   zmartwiło.   Tak   wielkoduszne   kobiety   lubią   zapominać,   że 
posiadają ciała.

– Mam na głowie ważniejsze sprawy – żachnęła się Josie. – I jak dotąd 

nie wiedziałam, że być szlachetnym to coś złego, albo że to źle, gdy się 
pragnie chronić zwierzęta zamiast na nie polować.

Białą   plażę   posrebrzył   wschodzący   księżyc.   Z   zachodniego   tarasu 

hotelu dochodziły dźwięki muzyki. Whitewater sączył swoje mai tai i z2-
ądał się jej z niepokojącą przenikliwością.

– Ostrożnie – ostrzegł łagodnie, choć w jego głosie pojawiło się stalowe 

brzmienie. – Nie zapominaj, że mnie potrzebujesz.

Westchnęła opierając się mocniej o trzcinową poręcz krzesła. Spojrzała 

na szafirowo-platynowe niebo i na rysujące się na jego tle sylwetki palm.

– To prawda – przyznała z niechęcią. – Potrzebuję cię.
– Kochanie – odpowiedział z żartobliwą powagą – potrzebujesz mnie i 

to także w innym sensie niż myślisz. Tylko jeszcze o tym nie wiesz.

background image

Zakłopotana Josie przymknęła oczy. Jej zmęczone ciało wypełniło  z2-

ane uczucie ciepła, które nie miało nic wspólnego z kojącym powiewem 
wieczornej bryzy.

– Zamierzasz mi pomóc, czy nie? – spytała.
Nie   zdziwiła   się,   gdy   nie   odpowiedział   od   razu.   Słuchała   odległej 

muzyki, wiatru w koronach palm i stłumionego pomruku fal.

– Pomogę ci – powiedział wreszcie. – Ze względu na pandę. Myśliwi z2-

żą do tych, którym najbardziej zależy na ochronie dzikich zwierząt. A także 
ze względu na twoją siostrę. Chyba zaczynam rozumieć, w jaki sposób 
została wplątana w tę awanturę. Twarda z ciebie sztuka, święta Józefino. Bo 
coś mi się zdaje, że bardziej przejmujesz się pandą niż tą dziewczyną. 

Oczy Josie rozszerzyły się nagle.
– Po pierwsze – powiedziała skandując słowa – nigdy więcej nie  z2-

waj mnie Józefiną. Nie znoszę tego. I również nigdy nie sugeruj, że nie z2-
odzi mnie moja siostra. Jestem chora ze zdenerwowania o nią.

– W porządku Josie – odpowiedział ani odrobinę nie speszony – nie 

denerwuj się. Jeżeli siostra będzie z nami współpracować, a nam uda się 
odzyskać   pandę,   no   i  oczywiście   jeśli   złoży   władzom  odpowiednie   z2-
ania obciążające Lucasa, to raczej wyjdzie z tego bez kajdanek na rękach.

Jego słowa przyniosły jej ulgę, choć nie chciała się do tego przyznać.
– Wygląda na to, że masz także dyplom prawa – powiedziała udając z2-

naną.

– Nie – odpowiedział tak samo chłodno. – Mój brat jest prawnikiem, a ja 

opieram się tylko na zdrowym rozsądku. Mówi mi on, że musimy wziąć się 
szybko do roboty. Nie mamy zbyt wiele czasu. Kali Chenshan to duża 
wyspa. Piękna, ale bardzo dzika. Czas więc położyć cię do łóżka. Zwróć 
uwagę, że mówię „położyć” a nie „wziąć” cię do łóżka. Możesz się więc 
rozluźnić. Na razie. Potrzebujesz odpoczynku. Także dlatego, że wymy-
śliłaś sobie coś bardzo trudnego. Tak trudnego, że w normalnych warun-
kach byłoby to raczej niemożliwe.

Josie odstawiła szklankę. Wpatrywała się w niego, przebijając wzrokiem 

posrebrzoną księżycem ciemność. Jej sytuacja była na tyle trudna, że nie 
powinien jej dodatkowo komplikować seksualnymi aluzjami. Miała nerwy 
napięte do ostateczności.

background image

– Niemożliwe? – spytała cierpko. – Dziękuję za dodanie mi odwagi. 

Tego właśnie potrzebowałam.

– Gdzieś w górach jest panda i para pomylonych szczeniaków. Musisz 

nie tylko ich odnaleźć, ale również sprowadzić z powrotem do cywilizacji 
twoją siostrę i pandę. I to zanim Lucas zrobi coś nieprzemyślanego. A on 
wygląda   mi   na   faceta,   który   od   urodzenia   robi   same   nieprzemyślane 
rzeczy.   On   jest   jak   Kali   Chenshan.   Wulkaniczna   natura.   Dobrze,   że 
przynajmniej masz jeden mocny punkt.

Spojrzała na niego pytająco. Księżyc skrzył się w jego ciemnych włosach 

i oświetlał wystające kości policzkowe na jego pięknej twarzy.

– Mam jakiś mocny punkt? – spytała z niedowierzaniem.
– Tylko jeden jedyny, święta Josie – odpowiedział podnosząc szklankę. – 

Jestem nim ja, Whitewater. Nie zapominaj o tym.

Wstała nagle i sięgnęła po torebkę.
– Wątpię – powiedziała cierpko – żeby pan, panie Whitewater, pozwolił 

mi choć przez chwilę o tym zapomnieć. Choćby na sekundę. A przy okazji, 
ile będzie wynosiła opłata za pomoc tak cudownego eksperta?

Whitewater podniósł się także i nagle wyrosła nad nią jego niepokojąco 

duża sylwetka. Wskazującym palcem ujął ją pod brodę unosząc jej twarz ku 
górze.

– Nie zdecydowałem jeszcze. Ale uprzedzam cię, Josie. Nie jestem tani.
Powtórnie zdała sobie sprawę z ogromnej siły i energii, które emanowa-

ły z jego potężnego ciała. Promieniowała z niego witalność. Poczuła, że jej 
serce zwalnia dostosowując się do hipnotycznego rytmu oceanicznej fali. 
Wstrzymała na chwilę oddech, czując, jak jego palce delikatnie przesuwają 
się po jej policzku.

– Zdaje mi się, że nie mam innego wyjścia – jej słowa zabrzmiały bar-

dziej beztrosko niż to, co chciała wyrazić.

– Nie – odpowiedział uśmiechając się do niej z satysfakcją. – Nie masz.
Jego twarz ukryta była w przesuwających się cieniach i raczej wyczuwa-

ła, niż widziała jego uśmiech. Stała wyprężona czując na twarzy delikatny 
dotyk jego dłoni, który miał w sobie zarówno coś z ostrzeżenia, jak i z z2-
tnicy. Cofnął rękę i skinął głową w kierunku hotelu.

– Idź do łóżka, Josie – powiedział swoim niskim spokojnym głosem.

background image

Poszedł razem z nią, lecz więcej już jej nie niepokoił. Za nimi, wśród 

ciemności i w świetle księżyca, ocean nucił swoją odwieczną pieśń.

– Skąd wiesz – zapytał w drodze do windy – czy ktoś nie podsłuchiwał 

naszej wczorajszej telefonicznej rozmowy? Nie martwi cię to przypadkiem?

Nacisnął guzik i drzwi windy otworzyły się niemal natychmiast. Josie 

weszła do środka, podczas gdy Whitewater pozostał na miejscu. Spojrzała 
na niego.

–   Gdyby   wiedzieli,   to   by   mnie   przecież   zatrzymali   –   powiedziała 

chłodno.

– Podejmujesz duże ryzyko – powiedział lekko wykrzywiając wargi.
– Może nie boję się ryzyka – odparła potrząsając głową.
Stał uśmiechając się, podczas gdy drzwi windy powoli się zamykały.
– Może powinnaś się go bać? – w jego głosie słychać było prawdziwe 

ostrzeżenie.

– Może – odpowiedziała lakonicznie. Odetchnęła, gdy za zamkniętymi 

drzwiami zniknęła jego kpiąca twarz.

background image

ROZDZIAŁ TRZECI 

– Co wiesz o wyspach Kali Yin? – spytał Whitewater.
Jedli śniadanie w hotelowej restauracji na świeżym powietrzu. Większo-

ść gości jeszcze spała.

– Niewiele – przyznała Josie, suto smarując dżemem omlet. – Coś niecoś 

o przyrodzie. Jest tam kilka rzadkich gatunków ptaków i jelenie nikinikis.

Z jego spojrzenia odgadła, że najwyraźniej jej wiedza nie wydała mu się 

specjalnie przydatna. O ile poprzedniego dnia Whitewater ubrany był tak, 
jakby urodził się na Hawajach, teraz jego strój był strojem zawodowca. Na 
nogach miał ciężkie  buty,  a  jego  polowe  spodnie  miały  chyba  ze  dwa-
dzieścia kieszeni. Podwinięte rękawy koszuli koloru khaki eksponowały 
siłę opalonych i umięśnionych przedramion. Myśliwska kamizelka, rów-
nież koloru khaki, miała przynajmniej następny tuzin kieszeni. Bawełniany 
kapelusz   z   podwiniętym   z   jednej   strony   rondem   leżał   na   stole   obok 
srebrnego dzbanuszka z kawą. Sięgnął do wewnętrznej kieszeni kamizelki i 
wyciągnął mapę, którą rozłożył na podwójnej lnianej serwecie obok szwaj-
carskiego kryształu i angielskiej srebrnej zastawy.

Josie czuła się skrępowana schodząc na śniadanie w długich butach, 

beżowych dżinsach i turkusowym golfie. Obawiała się, że będzie wyglądać, 
jakby ubrała się na wojnę, podczas gdy wszyscy inni będą wystrojeni jak na 
przyjęcie na plaży. Teraz, patrząc na Whitewatera, zaczęła zdawać sobie 
sprawę, jak trudne będzie to, na co się porwała.

–   Popatrz   –   powiedział   wyjmując   długopis   z   jednej   ze   swoich  z2-

iczonych kieszeni i wskazując nim wyspę w kształcie muszli małży. – To 
jest Kali Chenshan. Moim zdaniem tutaj właśnie Lucas trzyma twoją pandę. 
Lepszym miejscem byłaby Kali Yushan, ale tam naraziłby się na potworne 
niewygody. A mnie się zdaje, że nie należy on do tych, którym by to  z2-
wiadało. Myślę, że w gruncie rzeczy jest tchórzem.

Josie z powagą pokiwała głową. Sposób, w jaki sam reklamował swą 

szaleńczą   odwagę   zawsze   wydawał   się   jej   sztuczny.   Ciemne   oczy 
Whitewatera   spoczęły   na   niej   przelotnie.   Wyraz   jego   opalonej   twarzy 

background image

wskazywał na to, że oczekuje od niej, by zapamiętała wszystko, co ma jej 
do powiedzenia.

– Kali Yin to szczególny archipelag – kontynuował. – Kapitan Cook z2-

ył wyspy w osiemnastym wieku, lecz wydały mu się zbyt dzikie i skaliste, 
żeby był z nich jakiś pożytek. Z ich przynależnością państwową też były 
różne   problemy.   Wreszcie   w   1945   roku   stały   się   protektoratem   Stanów 
Zjednoczonych.   Znaleźli   się   pewni   bogaci   ludzie   i   korporacje,   które 
próbowały zrobić na nich interes. Nikomu się to nie udało. Na Kali Yin 
produkuje   się   trochę   tapy,   trochę   cukru,   trochę   ananasów,   ale   główne 
bogactwo tych wysp to krajobraz. Jak dotąd, dzięki Bogu, nie zostały  z2-
yte przez turystów – przerwał na chwilę i bezceremonialnie nalał Josie z2-
ępną filiżankę kawy. – W sześćdziesiątych latach – ciągnął dalej – Trans-
Pacific-Food Corporation wpadła na wspaniały pomysł, żeby założyć plan-
tacje kawy na wyspach. Wybrali do tego celu Kali Chenshan i jeszcze jedną 
mniejszą wyspę, Rana Pula. Kawę uprawia się z powodzeniem w Kona, tu 
na Hawajach. Wydawało im się, że na Kali Yin warunki będą jeszcze lepsze: 
drzewka kawowe mogą doskonale rosnąć na stokach gór.

Josie stawiała filiżankę na stole, gdy jej drobną rękę przykryła duża dłoń 

Whitewatera. Jeszcze raz poczuła emanującą z niego siłę i witalność.  zm-
niała sobie wielkie, czarno-złote samce tygrysów w ZOO; wokół nich rów-
nież, nawet kiedy leżały nieruchomo, unosiła się aura pierwotnej siły.

– Ta kawa – wskazał na delikatną filiżankę w jej ręce – nie pochodzi z 

wysp. Jest sprowadzana. Wielki przemysł kawowy nigdy nie powstał na 
Kali Yin. W latach siedemdziesiątych pojawił się jakiś pasożyt. Trans-Pacific 
o mały włos nie zbankrutował. Żeby zaraza się nie rozprzestrzeniła, musieli 
spalić plantacje. I wtedy Kana-Puma, wulkan w centrum wyspy, obudził 
się. Trans-Pacific doszedł do wniosku, że prawdziwe były stare wyspiarskie 
legendy o wiszącym nad tym miejscem przekleństwie. I wynieśli się stam-
tąd w diabły.

Puścił jej rękę, a ona nadal czuła mrowienie w miejscu, w którym ją 

dotykał. Próbowała udawać, że tego rodzaju przypadkowy kontakt fizycz-
ny nie robi na niej wrażenia.

– No i co z tego? Co ma wspólnego kawa ze sprawą pandy?

background image

– Dużo – odburknął, rzuciwszy jej ostre spojrzenie. Wyrysował trzy 

kółka na mapie wyspy. – Tutaj położone są budynki zarządów trzech daw-
nych plantacji. Spalono pola, ale budynki ciągle tam stoją, przynajmniej 
większość z nich. Do pierwszej z dawnych plantacji nadal można się dostać 
szosą. Nie sądzę, żeby to odpowiadało twojemu przyjacielowi, Lucasowi. 
Poza tym grunty przejęli lokalni farmerzy. Za dużo tam ludzi – wskazał z2-
ępne kółko. – Tutaj są budynki drugiego z zarządów. Ale to jest za blisko 
Kana-Pumy, a jej kratery odzywają się jeszcze od czasu do czasu. Jest tam 
wysoko i bardzo niebezpiecznie. Dlatego myślę, że również tego miejsca 
nie wybrał twój przyjaciel.

Josie spojrzała na niego z szacunkiem. Jak dotąd jego logika była niepo-

dważalna. Wskazała trzecie kółko zakreślone wokół nazwy Dolina Mala 
Lui.

– Chcesz powiedzieć – wyszeptała – że oni są tutaj. Na trzeciej plantacji?
Z jego oczu nie dało się nic wyczytać.
– Tak – powiedział wreszcie.
Zacisnęła zęby. Rzuciła serwetkę na obrus i zaczęła odsuwać się wraz z 

krzesłem od stołu.

– Ruszajmy więc – powiedziała.
Sięgnął przez stół i chwycił jej przegub. Udało mu się użyć dokładnie 

tyle siły, by nie pozwolić jej wstać i nie zadać jednocześnie odrobiny bólu.

–   Poczekaj   –   powiedział   spokojnie.   Jego   ręka   spoczywała   na   jej  z2-

bie niezbyt długo. – Jeszcze nie wiesz wszystkiego. Napij się kawy. Zjedz 
coś. Ciesz się cywilizacją, póki możesz. Bo naprawdę, święta Josie, czekają 
nas niewygody. Wielkie niewygody – puścił jej rękę i odchylił się na krześle 
do   tyłu.   –   Trans-Pacific   założył   swoją   trzecią   plantację   w   jednej   z 
krajobrazowo najpiękniejszych, lecz niedostępnych części wyspy. To miała 
być ich przyszła atrakcja turystyczna. Na mapie jest oznaczona jako dolina, 
ale naprawdę bardziej przypomina wąwóz, ogromny kanion wśród lasów i 
gór. Plantacja znajduje się na szczycie Ra-Komy, Góry Chmurnych Bogów. 
Ani przedtem ani potem nikt tam nie mieszkał, może z wyjątkiem ludzi, 
którzy są na bakier z prawem. Drogę, którą zbudował koncern, zniszczył 
wybuch wulkanu, ale nadal można tam się dostać na dwa sposoby. Albo 
samolotem,   korzystając   z   częściowo   tylko   zniszczonego   lądowiska.   I 

background image

pewien jestem, że Lucas tak się tam właśnie dostał. Albo piechotą przez 
góry. Co my właśnie będziemy musieli zrobić. Chyba, że chcemy zaanon-
sować mu się z powietrza.

Josie patrzyła na wielkiego mężczyznę, pół-Indianina z plemienia Siuk-

sów, siedzącego po drugiej stronie stolika. Ponownie odniosła dziwne wra-
żenie, jakby potrafił on czytać w jej duszy. Niepewnie uniosła ramiona.

– Jestem dobrym piechurem. Wspinałam się w górach. Dużo podróżo-

wałam z ojcem. Nadaję się do wielu rzeczy.

– Zauważyłem to – powiedział i po raz pierwszy tego ranka zobaczyła 

na jego pięknie wykrojonych ustach znajomy uśmiech. – Od razu to zauwa-
żyłem.

Josie nagle zaczęła się śmiać. Odrzuciła w tył głowę i czując, jak poranne 

słońce grzeje jej twarz, śmiała się do łez. Whitewater przyglądał się jej z 
dezaprobatą.

– Przepraszam – powiedziała wreszcie. Otarła oczy i poprawiła włosy. – 

Tydzień temu martwiłam się jedynie o to, czy mój samochód zapali na 
mrozie. Byłam w miłym, spokojnym ZOO, w środku miasta, w środku 
kraju, w środku zimy. A teraz...

Bezradnym   gestem   wskazała   słońce,   plażę,   orchidee,   mewy.   I 

pogniecioną mapę leżącą przed nimi na stole.

– Dobrze, że potrafisz zachować poczucie humoru – powiedział cierpko 

Whitewater.   –   Tylko   pamiętaj,   nie   będę   mógł   pozwolić,   żebyś   nas 
opóźniała. Nie będę mógł również pozostawić cię z tyłu. To ty będziesz 
musiała   zająć   się   pandą,   gdy  już   ją   odnajdziemy.   Rozumiesz?   Będziesz 
musiała za mną nadążyć. Wszystko od tego zależy. Żadnej taryfy ulgowej.

Wesoły nastrój opuścił Josie natychmiast. Wiedziała, że Whitewater nie 

próbuje jej straszyć. To, co mówił, było po prostu prawdą. Nagą, surową 
prawdą.

– Nadążę za tobą – powiedziała prostując się.
– Zobaczymy – powiedział unosząc z powątpiewaniem brwi. – I następ-

na rzecz: będziesz musiała robić dokładnie to, co ci powiem. Przez całą 
drogę.   Gdy   otrzymasz   jakiś   rozkaz,   nie   zadajesz   pytań,   po   prostu 
wykonujesz go. Rozumiesz? Co prawda jestem tylko twoim wynajętym z2-
dnikiem, ale moje zadanie polega na tym, żeby zachować przy życiu ciebie, 

background image

odnaleźć   pandę,   twoją   siostrę,   i   wszystkich   was   żywych   sprowadzić   z 
powrotem. Zrozumiałaś?

Josie nie bardzo podobał się rozkazujący ton jego głosu, ale skinęła 

potakująco głową.

– Tak jest, kapitanie. Ty rozkazujesz, ja słucham.
– W porządku – powiedział. W porannym świetle jego czarne oczy z2-

niły stalowym blaskiem. – O tym się również przekonamy. I ostatnia,  z2-
żniejsza sprawa, od której będzie wszystko zależeć. Musisz mi zaufać. Bar-
dziej niż ufasz samej sobie. Powierzyć mi całą siebie. Bez reszty.

Na   ich   stoliku   przysiadł   gołąb   i   bez   lęku,   chciwie   wpatrywał   się 

czarnymi oczkami w koszyk z chlebem. Znowu wszystko wydawało się nie 
całkiem realne. Realny był tylko Aaron Whitewater. Potężny i nieugięty jak 
rysująca się na horyzoncie skała Diamond Head. Patrzyła na jego spaloną 
słońcem twarz, tajemnicze czarne oczy i ciemne włosy rozwiewane poranną 
bryzą.

– Ufam ci – powiedziała miękko.
Nie odpowiedział od razu. Przez długą chwilę patrzył, jak błyszczą w 

słońcu jej ciemnorude włosy, badał błękit jej oczu i konstelację piegów na 
bladej twarzy.

– W porządku – burknął. – Ruszamy!

Trzy   godziny   później   pilot   niewielkiego   wynajętego   przez   nich 

samolotu ciężko posadził maszynę na wąskim pasie małego lotniska na 
wybrzeżu Kali Chenshan. Whitewater wraz z pilotem w milczeniu wyłado-
wywali ekwipunek. Zdążył już jej pokazać, jak bardzo wymagającym jest 
nauczycielem. Przez lata podróżowania z ojcem, Josie wydawało się, że 
potrafi przygotować sprzęt na taką wyprawę. Whitewater nie podzielał 
tego   zdania.   Kazał   jej   rozpakować   wszystko   i   zamiast   śpiwora,  z2-
chiwanego materaca i poduszki dał jej brezentową płachtę i jeden ze swoich 
dwóch   wojskowych   kocy.   Burknął   coś   drwiącego   na   temat   kilku   kom-
pletów jej koronkowej bielizny, ale w końcu je zostawił. Natomiast z reszty 
rzeczy pozwolił jej zabrać tylko dżinsy, koszule, kilka par skarpet i niemod-
ną skórzaną kurteczkę. Musiała dopakować jeszcze lekarstwa i środki me-
dyczne   dla   pandy.   Uparła   się   także,   żeby   wziąć   swoje   przybory   do 

background image

makijażu. Po chwili zrzędzenia ostatecznie i na to się zgodził. Uprzedził ją 
tylko, że w połowie podejścia na górę liczącą kilka tysięcy, takie pudełeczko 
zaczyna ciążyć jak cegła.

– Wtedy je wyrzucę – odpowiedziała – ale nie wcześniej.
Ona z kolei skwitowała dezaprobującym milczeniem jego arsenał, który 

składał się z maczety i sztucera w skórzano-płóciennym futerale. Zdener-
wował ją szczególnie sztucer. Nienawidziła przemocy i od początku myśla-
ła o tym, by odzyskać pandę nie uciekając się do gwałtu.

Whitewater dostrzegł jej nerwową reakcję.
– Do diabła, przecież idziemy w lasy – powiedział ponuro. – Co zrobię, 

gdy na przykład, zaatakuje nas dzik? Dam mu ciasteczko?

Załadował skąpy ekwipunek do wynajętego jeepa i gestem ręki nakazał, 

by wsiadła.

– Dokąd jedziemy? – spytała rozglądając się niepewnie po okolicy.
Wybrzeże   wyspy   wyglądało   posępnie:   o   czarne,   urwiste   brzegi   z 

wściekłością rozbijały się fale. W głębi lądu wyrastał pierwszy łańcuch gór, 
a ich czarno-zielone szczyty groźnie kontrastowały z pogodnym niebem.

– Do farmy Horace’go Coelho. To Hawajczyk. Prócz farmy prowadzi coś 

w rodzaju punktu zaopatrzeniowego dla wypraw myśliwskich i wędkar-
skich.

– Weźmiemy od niego jakiś dodatkowy sprzęt? – spytała Josie z  z2-

eją.

– Sprzętu mamy aż za dużo. Gdybym był sam, zabrałbym broń, liny i 

apteczkę. Ale cóż, muszę zapewnić ci luksus i komfort – w jego głosie z2-
zmiała ironia.

– Luksus i komfort? – zaprotestowała Josie. – Jeżeli nie mamy zamiaru 

zabrać stamtąd namiotu czy czegoś innego, to po co w ogóle jedziemy do 
tego Horace’go... Horace’go...

– Horace’go Coelho – podpowiedział. – Po konie. Mam nadzieję, że 

potrafisz także jeździć konno, panno Perfekcjo.

– Oczywiście. To znaczy, że będziemy mogli dojechać konno do samej 

plantacji? To byłoby wielkie ułatwienie...

background image

– Konie będą nam potrzebne tylko na pierwsze dwadzieścia kilometrów. 

Potem syn Horace’go odprowadzi je z powrotem i będziemy zdani tylko na 
siebie.

Josie przyglądała się górom wznoszącym się wysoko po obu stronach 

stromej drogi. Wyglądały tak, jakby jakiś olbrzym nabrawszy wulkanicznej 
lawy   w   swą   potężną   rękę   wycisnął   spomiędzy   palców   ich   masywne 
grzbiety. Postrzępione szczyty wznosiły się nad aksamitem czarnej zieleni.

– Wszystko to... wszystko to robi wielkie wrażenie – powiedziała Josie 

niepewnie. Nie potrafiła sobie wyobrazić, w jaki sposób uda im się wspiąć 
tak wysoko.

– Wielkie wrażenie? – zaśmiał się drwiąco. – Poczekaj, aż zobaczysz 

prawdziwe góry.

Prawdziwe   góry,   pomyślała   ze   ściśniętym   sercem   Josie   patrząc   na 

majaczące na horyzoncie zielone szczyty. Spojrzała na Whitewatera, który 
w skupieniu prowadził wóz po ostrych zakrętach wąskiej serpentyny. Nie 
wyglądał na bardziej przejętego niż ktoś, kto pokonuje swoją codzienną 
trasę do biura. Tyle tylko, przyszła jej do głowy niepokojąca myśl, że wśród 
dojeżdżających do pracy mało jest tak silnych, opalonych i muskularnych 
mężczyzn.

Horace Coelho okazał się być łagodnie usposobionym, przystojnym, 

brązowoskórym człowiekiem. Taki sam był jego syn, Berke. Przy całej swej 
przyjaznej jowialności mieli jeszcze dodatkową zaletę: nie stawiali żadnych 
pytań,   a   jednocześnie   chętnie   udzielali   odpowiedzi   na   pytania   im 
postawione.

Nie. Nikt w wiosce nie słyszał o wizycie jakichś podejrzanych ludzi. 

Były co prawda pogłoski o samolocie w okolicy Doliny Mala Lui i Ra-
Komy, Góry Chmurnych Bogów. Ale ludzie zawsze tutaj gadają o jakichś 
samolotach, które zjawiają się o zmierzchu czy o świcie w podejrzanych 
misjach, których charakteru lepiej nie dociekać.

Tak. Wulkan Kana-Puma ostatnio był spokojny, choć od czasu do czasu 

odzywa się jeden z jego kraterów. Uczeni stwierdzili, że nie ma żadnego 
bezpośredniego zagrożenia. Ale skąd mogą być tego pewni? Czy Kana-
Puma nie jest miejscem, gdzie żyła starożytna bogini wyspy – odpowiednik 
Pele, hawajskiej władczyni wulkanów? I wreszcie, spytał Horace Coelho z 

background image

niepokojem   zabarwionym   czcią,   skąd   zwykli   śmiertelnicy   mogą  z2-
dzieć, do czego jest zdolna moc Kana-Pumy?

Tak,   tak...   Mądrość   mieszkańców   wyspy   nakazywała   im   zawsze 

trzymać się z dala od Ra-Komy, Góry Chmurnych Bogów. Istnieje powód, 
dla którego takie miejsca ludzie powinni pozostawiać  w spokoju. Tutaj 
mówi się na to pilikia – nieszczęście, jakie sprowadzi na siebie rasa ludzka, 
jeśli rzuci wyzwanie Chmurnym Bogom.

– Złe czary – mruknął Whitewater pogrążając się we wspomnieniach o 

swym indiańskim dziadku.

Horace nie protestował jednak, gdy dowiedział się, że jego rozmówcy 

udają się w kierunku Ra-Komy. Whitewater skłamał gładko, że Josie jest 
ornitologiem i zamierza obserwować gołębie tęczowe i gęsi pustelniczki.

– Mądrze wybrała pani swojego przewodnika – powiedział kierując na 

Josie swe czarne, połyskliwe oczy. – Ten Whitewater nie tylko zna się na 
rzeczy, ale ma w sobie dziwną moc. Takich ludzi nazywa się  cahuna. Nie 
chcę nikogo urazić, lecz aż trudno uwierzyć, że może nim być hapa haole – 
pół-biały.

Twarz Whitewatera pozostała początkowo nieporuszona, lecz po chwili 

pojawił się na niej wymuszony półuśmiech. Odmówił, gdy stary człowiek 
zaprosił   ich   na   posiłek,   usprawiedliwiając   się,   że   muszą   wyruszyć  z2-
chmiast.

Dosiedli koni, które przyprowadził dla nich Berke Coelho, i wszyscy 

troje skierowali się wąskim szlakiem prowadzącym w głąb wyspy. Berke z 
polecenia   Whitewatera   jechał   pierwszy   i   ścinał   maczetą   najbardziej 
utrudniającą jazdę roślinność. Whitewater nie odzywał się do Josie i tylko 
od czasu do czasu spoglądał na nią przez ramię spod brezentowego ronda 
kapelusza. Wygląda jak Indiana Jones – pomyślała ze złością, rozcierając 
miejsce   na   policzku,   w   które   uderzyła   ją   gałąź.   –   Strasznie   mu   się   to 
wszystko podoba. I tylko czeka, kiedy wreszcie się poddam. Była głodna, 
ssało ją w żołądku, miała obolałe od siodła siedzenie i otarte uda. Nie 
chciała jednak dać Whitewaterowi satysfakcji i, tak jak on, twardo milczała.

Chociaż przez gęstwinę roślinności nie prześwitywało niebo, Josie miała 

wrażenie, że słońce było już nisko, kiedy wreszcie zsiedli z koni. Szlak, już 
przedtem stromy, dalej wznosił się prawie pionowo i był niewiele szerszy 

background image

od zwierzęcej ścieżki. Zesztywniała zsunęła się z grzbietu konia i piesz-
czotliwie poklepała go po szyi. Wbrew sobie pozwoliła, by Whitewater 
pomógł jej przytroczyć koc i płachtę do ramion przy pomocy jakiegoś dziw-
nego, nieznanego jej systemu. Poczuła na łopatkach pewne ruchy jego sil-
nych, zręcznych dłoni i ciało jej przeszedł dreszcz silniejszy niż ten, jaki 
wywołać mógł chłód zbliżającego się wieczoru.

Pożegnali Berke’a. Z uśmiechem życzył im powodzenia, lecz w jego 

czarnych oczach Josie dostrzegła niepokój i zakłopotanie.

– Co teraz? – spytała.
Spojrzał   na   nią   z   niewzruszoną   obojętnością.   Nagłym   ruchem   ręki 

wskazał zdradliwie wyglądającą ścieżkę.

– Idziemy w górę – oznajmił.
Taka perspektywa przyprawiła Josie o lekki zawrót głowy.
–   W   górę   –   powtórzyła   starając   się,   by   głos   jej   brzmiał   normalnie. 

Ruszyła za Whitewaterem.

– Nie ufaj uchwytom – ostrzegł. – W takim terenie, zanim chwycisz za 

cokolwiek, sprawdzaj, czy masz pewne stopnie.

– No pewnie – prychnęła gniewnie Josie i w tej samej chwili jakieś 

pnącze, za które próbowała się podciągnąć, zostało jej w ręku. Omal nie 
runęła do tyłu. Whitewater błyskawicznym ruchem chwycił jej zaciśniętą 
dłoń i bez wysiłku przytrzymał ją, dopóki nie znalazła pewnego oparcia dla 
stóp.

– Idź po tych samych stopniach co ja – rozkazał krótko i odwróciwszy 

się kontynuował wspinaczkę.

Próbowała   go   naśladować,   ale   nie   bardzo   jej   to   wychodziło.   Często 

musiał odwracać się i po prostu wciągać ją na kolejne pewniejsze miejsce. 
Za każdym razem, gdy dotykała jego ręki, czuła, jak jej ciało wypełnia 
dziwna, niepokojąca energia.

– Jak daleko jeszcze? – wysapała wreszcie, gdy po raz piąty wciągnął ją 

na względnie bezpieczne miejsce.

– Jeszcze pół godziny, może czterdzieści pięć minut – odpowiedział 

szorstko   –   dopóki   będzie   jasno.   Chcę,   żebyśmy   doszli   do   wodospadu. 
Potrzebna nam będzie woda.

background image

Potrzebna nam będzie woda, złośliwie przedrzeźniała go w myślach. 

Tak jakbym o tym nie wiedziała. Ledwo zdążyła to pomyśleć i znowu o 
mały włos nie obsunęłaby się w dół. Ale i tym razem jego ręka czuwała, by 
ją pochwycić, podtrzymać i podciągnąć w górę.

– Jak Berke wróci na rancho przed nocą? – zapytała próbując ukryć z2-

szkę.

– Zanocuje po drodze – odburknął Aaron. Odwrócił się, podniósł ją w 

górę i postawił przed sobą. Jego dłonie prawie zetknęły się, kiedy obej-
mował jej talię. – Postaw nogę tu, na skale – rozkazał. – I oszczędzaj  z2-
ch. To jest wspinaczka. Dlaczego bez przerwy chcesz coś mówić, kobieto?

Josie zamilkła posłusznie. Serce biło jej jak oszalałe. Brakowało jej tchu. 

Starała   się   skoncentrować   na   wspinaczce   i   nie   myśleć   o   mężczyźnie,   z 
którym się wspina. Gdy gęstniejące cienie prawie całkowicie wypełniły las, 
Whitewater   zatrzymał   się   wreszcie.   W   zmierzchającym   świetle   Josie 
zobaczyła   spadającą   z   wysoka   kryształową   kaskadę   wodospadu.   W 
pianach i bryzgach woda wpadała do oczekującego w dole stawu, z którego 
wypływał spory strumień.

–   Tu   się   zatrzymamy   –   powiedział   Whitewater,   badając   swym 

jastrzębim wzrokiem małą polankę.

Josie popatrzyła na niego z wdzięcznością. Rozluźniła się, ale tylko na 

chwilę. Znów jego dłonie ze znawstwem przesuwały się po jej ramionach, 
rozwiązując przytroczony koc i znów ich dotyk wywołał w niej te same 
kłująco-piekące sensacje. Usiadła na kamieniu rozcierając obolałe ramiona. 
Whitewater   w   milczeniu   odpiął   owinięty   w   płachtę   koc   i   rozpakował 
plecak. Bezszelestnie zniknął w zaroślach i powrócił z naręczem paproci, 
które   rozłożył   na   zarośniętym   mchem   skrawku   ziemi   w   pobliżu 
wodospadu.   Rozciągnął   brezent   tak,   że   zakrył   połowę   liści.   Josie   zro-
zumiała, że albo położy się obok niego, albo będzie spać na skalistym grun-
cie. Była przyrodnikiem, ale nie miała jakoś ochoty zagłębić się w egzotycz-
ną gęstwinę i zbierać w ciemnościach paprociowe liście. Rozłożyła swoją 
płachtę. Za radą Whitewatera zrobiła z zapasowych ubrań zawiniątko i dla 
ochrony przed rosą powiesiła je na gałęzi pobliskiego drzewa. Włożyła na 
siebie   skórzaną   kurtkę   i   rozłożyła   koc   na   tyle   blisko   jego   koca,   by 
skorzystać z paproci, i na tyle daleko, by – jak miała nadzieję – zachować 

background image

pewne   pozory.   Drżała   lekko.   Mimo   ciemności   Whitewater   zdawał   się 
dostrzegać najmniejszy ruch.

– Zaryzykuję i rozpalę ogień – powiedział cicho. – Ale nieduży i nie na 

całą noc. Tyle, żeby zagrzać kawę.

Kiwnęła głową, tak zmęczona, że było jej właściwie wszystko jedno. 

Wsłuchiwała się w kojący plusk wodospadu zastanawiając się, czy będzie 
potrafiła zasnąć. Wielokrotnie biwakowała w towarzystwie ojca, ale to był 
luksus w porównaniu z tym, jak obozował Whitewater. Przyglądała się mu, 
gdy zbierał suche patyki i gałęzie na ognisko. Z wdzięcznością wypiła 
kawę, którą dla niej przygotował i zjadła wraz z nim prowiant, jaki wręczył 
im na drogę stary Coelho. Była to hawajska suszona wołowina, bananowe 
bułeczki, owoce mango i jakiś rodzaj wędzonej ryby z kokosowymi wiór-
kami.

– No – mruknął Whitewater dopijając kawę – to był ostatni kontakt z 

luksusem. Od jutra prymityw.

Zgasił ognisko. Zrobił to jakoś tak, że ogień zniknął natychmiast i ciem-

ność ogarnęła obozowisko. Słyszała tylko, jak zawija się w koc, najwyra-
źniej szykując się do snu. Siedziała na posłaniu z dłońmi splecionymi na 
podkurczonych   kolanach.   Cały   dzień   udało   jej   się   powstrzymać   od 
wypowiedzenia swych obaw, ale teraz nie mogła się już dłużej opanować.

– Aaron – zaczęła ostrożnie używając jego imienia w nadziei, że zabrzmi 

to przyjaźniej i pomoże nawiązać z nim kontakt.

– Mów do mnie Whitewater – poprawił ją bez urazy w głosie. – Wolę to. 

Brzmi bardziej konwencjonalnie. Nazwisko moich przodków i tak dalej...

– Dobrze – odpowiedziała, choć jej cierpliwość była na wyczerpaniu. – A 

więc   Whitewater,   większą   część   drogi   odbyliśmy   konno,   a   potem 
wspinaliśmy się. Jutro, o ile dobrze rozumiem, czeka nas kolejna wspinacz-
ka, znacznie dłuższa – przerwała oczekując na jego odpowiedź.

– Tak – odrzekł lakonicznie. – Wspinaczka, potem schodzenie w dół, 

potem znowu trochę wspinaczki.

– Świetnie – odpowiedziała przez zaciśnięte zęby. – A gdy wreszcie wyj-

dziemy na szczyt tej Ra... Ra, jak ona się tam nazywa...

– Ra-Koma – podpowiedział leniwie – Góra Chmurnych Bogów. To 

poetycki lud, ci mieszkańcy Kali Yin.

background image

– A więc wejdziemy na Ra-Komę – ciągnęła dalej z niepokojem w głosie 

– i załóżmy nawet, że znajdziemy tam pandę, tak jak to wymyśliłeś, i jakoś 
ją odzyskamy, nawet bez kłopotów... – przerwała oczekując na odpowiedź.

– No to co? – spytał ziewając. – O co ci chodzi?
– No to to – odpowiedziała sarkastycznie Josie – że nie wiem, jak sobie 

wyobrażasz sprowadzenie jej w dół. Czy zamierzasz załadować na swe 
potężne plecy sto kilogramów ciężarnej pandy i schodzić z nią w dół przez 
dwa lub trzy dni? Bo jeśli tak, to jest to marny pomysł.

– Śmieszna jesteś – zauważył chłodno. – Zastanów się przez chwilę.
– Już się zastanawiałam – odpowiedziała Josie wpatrując się w ciemno-

ść. – Dostatecznie długo. Dlatego pytam.

– Zabierzemy pandę tak samo jak Lucas ja przywiózł. Jego samolotem – 

tym razem w głosie Whitewatera słychać było poirytowanie.

– A jeśli jej tam w ogóle nie będzie? – pytała Josie coraz bardziej nerwo-

wo. – Przecież nie możemy mieć pewności. Zastanawiałam się nad tym cały 
dzień. Jeśli droga na Ra-Komę została zniszczona, to jak Bettina z Lucasem 
mogli telefonować z wioski? Możemy być na fałszywym tropie!

Czuła, że jego cierpliwość jest na wyczerpaniu.
– Do wioski dostali się tak samo jak na górę. Samolotem – odpowiedział 

z przesadną wyrozumiałością. – I mówiłem ci już raz: musisz mi zaufać. 
Jestem myśliwym. Myśliwy zawsze zastanawia się, co robi zwierzyna. W 
tym   wypadku   moją   zwierzyną   jest   Lucas.   Zmuszony   więc   jestem   z2-
anawiać się, co on sobie wymyślił. I to jest komplikacja, która niespecjalnie 
mi odpowiada. Ale i tak ciągle jestem myśliwym. To moja praca. Zaczynam 
ją jutro wczesnym rankiem, może więc zechciałabyś zamilknąć i pójść spać. 
Teraz już wiem, w jaki sposób pokonano plemię Siuksów. Wasi ludzie z2-
ali na nas swoje rude kobiety i te zagadały nas na śmierć.

– Bardzo  zabawne  – powiedziała  Josie,  ale  on nie raczył  już jej  z2-

wiedzieć.

Po chwili jego równy oddech upewnił ją, że naprawdę usnął. Owinęła 

się szczelnie kocem. Paprocie okazały się wygodniejsze, niż przypuszczała. 
Mimo   to   była   nadal   niespokojna.   Leżała   długo   wsłuchując   się   w   niski 
pomruk wodospadu. Bez względu na to, jak szczelnie próbowałaby okręcić 
się kocem, stale było jej zimno. Gdy tylko udało się jej usnąć na chwilę, z2-

background image

chmiast budziła się drżąc z chłodu. Spowił ich tuman mgły. Wierciła się z2-
okojnie dzwoniąc zębami. Brakowało jej poduszki, przydałby się drugi koc. 
Noc dłużyła się bezlitośnie. Jej ruchy obudziły w końcu Whitewatera. z2-
chomiała, starając się powstrzymać dreszcze. Usłyszała, jak wzdycha.

–   Twoje   zęby  –   odezwał   się   z   wyrzutem   w   głosie.   –   Słychać  je   jak 

kastaniety. Albo marakasy. Chodź tutaj pod mój koc.

– Nie – odpowiedziała niepewnie Josie. – Nie chcę.
– Owszem, chcesz. Chodź tutaj.
Wyciągnął ramię i przyciągnął ją do siebie tak szybko, że na chwilę z2-

ała oddychać. Ramię było nagie i ciepłe, podobnie jak jego szeroka pierś, do 
której ją przycisnął. Sięgnął po jej koc, próbując inaczej ułożyć oba  z2-
ycia i nagle znieruchomiał. W zimnej, perlistej mgle nie widziała jego spoj-
rzenia; czuła je raczej na sobie.

– Jesteś w ubraniu – powiedział zniżonym głosem.
– No pewnie – Josie trzęsła się mimo darowanego jej naturalnego ciepła. 

– Gdybym nie miała go na sobie, zamarzłabym na śmierć.

– Już prawie zamarzłaś na śmierć dlatego, że go nie zdjęłaś. W ubraniu 

się nie śpi. Wszyscy o tym wiedzą. Ubranie chłonie wilgoć. Zdejmuj to 
wszystko i chodź tutaj.

–   Nie!   –   zaprotestowała   Josie,   ale   nie   próbowała   odpełznąć   od  jego 

ciepłego ciała.

– Nic ci nie zrobię – w jego głosie usłyszała wyrzut i lekką drwinę. – 

Mówiłem ci już, że masz robić to, co ci każę i nie zadawać pytań. A teraz, 
zanim dostaniesz zapalenia płuc, zrzuć z siebie ubranie, bo inaczej sam je z 
ciebie ściągnę. Zdejmuj wszystko.

Jego   niski   głos   brzmiał   władczo.   Nagle   poczuła   się   zadowolona,   że 

okrywa ich kurtyna mgły.

– Dobrze, już dobrze – zgodziła się i zgrabnie wyślizgnęła z ubrania.
– Daj to tutaj – powiedział. Zabrał jej ubranie i gdzieś je odłożył.
Znowu zaczęła drżeć odkryta i narażona na chłód nocy. Wtedy zjawił 

się ponownie obok niej i owinął ich szczelnie kocami. Ku swemu przera-
żeniu   zorientowała   się,   że   też   jest   zupełnie   rozebrany.   Jego   ciało  z2-
zywało ciepło jej ciału, grzejąc ją jak ukryte w głębi nocy słońce. Miał rację, 
nago było o wiele cieplej niż w ubraniu. Whitewater przesunął się przyj-

background image

mując bardziej opiekuńczą pozycję. Podłożył swoje umięśnione ramię pod 
jej głowę jak poduszkę. Jego ciepły oddech owiewał jej szyję.

– Teraz już śpij – nakazał schrypniętym szeptem. Jego duża dłoń  z2-

ęła po przyjacielsku na jej nagim biodrze.

Wyczerpana,   ale   nareszcie   rozgrzana   Josie,   przytuliła   się   do   niego. 

Powieki opadały jej ze znużenia. Przygarnął ją do siebie bardziej intymnie.

– Ach – szepnął jej do ucha zrezygnowanym głosem – co też mężczyzna 

musi znosić w służbie pand swego kraju. Dobranoc, Josie.

– Dobranoc, Whitewater – westchnęła błogo, zbyt zmęczona, aby nadal 

czuć skrępowanie intymną bliskością ich nagich ciał.

Nie wiedziała nawet, kiedy usnęła. Whitewater otoczył ją ramieniem i 

patrzył w nieprzeniknioną mgłę przesłaniającą gwiazdy. Jego dziadek z2-
zył go wielu rzeczy, zdradził mu wiele sekretów ziemi i natury. Lecz nie dał 
mu żadnych wskazówek, nie ostrzegł go, że może się zdarzyć i taka noc. Je-
śli duch starego człowieka wędruje teraz wśród gwiazd i patrzy w dół na 
swojego wnuka, to co też on sobie myśli? Pocałował leżącą obok niego 
kobietę w miejsce, gdzie szyja łączy się z ramieniem. Poczuł pod wargami 
niewiarygodną gładkość jej skóry: jak ciepły, pachnący jedwab. Potem wes-
tchnął ciężko. I wreszcie usnął.

background image

ROZDZIAŁ CZWARTY 

– Tiiti-po-uit – zaśpiewał mały, czarno-biały ptaszek kiki. Josie budziła 

się powoli. W półśnie czuła zapach kawy i smażonej ryby. Wreszcie ocknęła 
się na dobre.

O Boże, jestem naga! Naciągnęła wyżej koc i przycisnęła go do piersi. 

Usiadła, rozglądając się dookoła w oszołomieniu.

– Dzień dobry – uśmiechnął się szeroko na widok jej zakłopotanej miny 

Whitewater. Klęczał przy maleńkim ognisku smażąc dwa duże pstrągi. – 
Dałem ci pospać trochę dłużej. Ale nie pozwól się rozpieszczać. Przed nami 
wspinaczka.

– Gdzie moje ubranie? – spytała cienkim głosem.
–   Owinięte   w   twoją   kurtkę   –   odpowiedział   spokojnie,   wskazując 

skórzane   zawiniątko   wciśnięte   w   rozwidlenie   rosnącej   obok   karłowatej 
sosny. – Wy, rude, naprawdę potraficie się rumienić. Niesłychane. Istny 
kameleon.

– Czy ty... użyczasz ciepła swego ciała wszystkim swoim klientkom? – 

spytała   ze   złością,   rumieniąc   się   jeszcze   bardziej.   Próbowała   dosięgnąć 
ubrania. – Warto, byś wiedział, że absolutnie nic z tego nie wynika.

Postawił patelnię na pobliskim kamieniu, podniósł się i stanął nad nią. 

Zdjął zawinięte w kurtkę ubranie i podał jej.

– To specjalna usługa – powiedział oschle. – Zapłacisz za nią ekstra. I nie 

martw się, wiem, że nic z tego nie wynika. Ubierz się i wstawaj. Chyba, że 
wolisz przez cały dzień obnosić się ze swą nagością.

Josie wydał się on nagle niebezpiecznie wysoki, niebezpiecznie męski i 

niebezpiecznie bliski.

– Z niczym się nie obnoszę – powiedziała, wślizgując się pod koce, by 

włożyć ubranie. Czuła raczej, niż widziała, że gdzieś się oddalił.

–   A   może   byś   tak   wzięła   prysznic   pod   wodospadem,   zanim   się 

ubierzesz   –   powiedział   znad   ogniska.   –   Poprawia   krążenie.   Nie   będę 
patrzył. Nie jestem aż tak ciekawy.

background image

Josie wahała się. Zerknęła spod kocy. Whitewater dotrzymywał słowa i 

najwyraźniej ją ignorował. Wstała ostrożnie i z owiniętym dokoła siebie 
kocem niezgrabnie podreptała na drugą stronę wodospadu. Tam, ukryta za 
wielkimi   paprociami   i   bambusami,   mogła   się   wykąpać.   Kąpiel   była 
wspaniała. Nigdy nie czuła się bardziej czysta, a włożenie na siebie ubrania 
wydało się jej prawie grzechem. Włożyła je jednak.

–   Lepiej   się   czujesz?   –   spytał   Whitewater   z   odrobinę   złośliwym 

uśmiechem.

Josie energicznie strząsnęła ostatnie kropelki wody ze swoich ciemnoru-

dych włosów. Czuła, że w pełni odzyskała chęć do życia. Nie będzie się już 
więcej nim zadręczać i irytować.

– Skąd masz te ryby? – spytała nalewając sobie kawy.
– Złowiłem je na oścień.
Przełożył jedną rybę z patelni do menażki i podał jej. Chrupiący pstrąg 

smakował wyśmienicie.

– Naprawdę jesteś wielkim, białym myśliwym – zażartowała Josie i z2-

chmiast spostrzegła, że uśmiech zastygł na jego twarzy.

– Zły dobór słów – powiedział po niepokojąco długiej przerwie. –  z2-

żałoby   powiedzieć   raczej:   „wielkim   pół-krwi   myśliwym”.   Albo 
„mieszańcem”.

Josie robiła, co mogła, by znów się nie zarumienić. Spróbowała wybrnąć 

z tej niezręczności z właściwą sobie otwartością.

– Przepraszam. Nie wiedziałam, że cię to może dotknąć. Naprawdę, co 

to za różnica, że jesteś pół-Siuksem?

– Żadna – powiedział oschle. – Teraz już żadna. 
Nalał jej resztkę kawy i w milczeniu wpatrywał się w płomień ogniska.
– To znaczy, że kiedyś miało to znaczenie?
Wzruszył ramionami. Wstał i napełnił wodą garnuszek po kawie. Zalał 

ogień, aż węgle stały się mokre i parujące.

– Kiedyś tak. Gdy byłem dzieckiem. Ale teraz już nim nie jestem – 

mruknął.

Na pewno nie jesteś dzieckiem – pomyślała. – Jesteś w pełni mężczyzną, 

Aaronie Whitewater. Ale jaki jesteś naprawdę?

background image

– Opowiedz mi o swoich rodzicach – poprosiła, śmiało brnąc dalej. – I o 

sobie.

– Zakochali się. Potem się odkochali – mówił krótkimi zdaniami, patrząc 

na nią posępnie. – Chowałem się u dziadków. W rezerwacie Rosebud. Moja 
ciotka Cora zaoszczędziła trochę pieniędzy. Chciała wysłać mnie i brata na 
uczelnię.   Poprosiłem,   żeby   zamiast   tego   pożyczyła   mi   na   wykupienie 
udziału w pewnym przedsiębiorstwie łowieckim. Już przedtem, przez całą 
szkołę średnią, pracowałem jako przewodnik. Pożyczyła mi. Ja jej oddałem. 
Byłem dobry w tym, co robiłem. A teraz jesteśmy tutaj. Koniec życiorysu.

Szorstkość jego odpowiedzi powstrzymała Josie od dalszych pytań. z2-

raźniej nie lubił mówić o swojej przeszłości. Wstała, a on przytroczył zrolo-
wany koc i płachtę do jej ramion. Poczuła na plecach dotyk jego zwinnych 
palców. Podniosła oczy i spod ronda słomkowego kapelusza spojrzała na 
jego kamienną twarz. Serce zabiło jej mocniej.

– Wielka szkoda – powiedziała miękko – że lubisz zabijać zwierzęta.
–   Nie   lubię   zabijać.   Lubię   polować   –   powiedział   z   wymuszonym 

uśmiechem. – To pewna różnica.

–   Nie   widzę   żadnej   –   zaprotestowała,   czując   się   niepewnie   pod 

chłodnym spojrzeniem jego ciemnych oczu.

– Tak. Ty nie widzisz. I to jest twój problem – w jego głosie brzmiała 

ironia. – Ruszamy. Nasz szlak prowadzi w górę.

Szlak prowadził w górę i w górę, a Josie wydawało się, że nigdy się nie 

skończy.   Ten   ranek   był   powtórzeniem   poprzedniego   wieczoru,   tyle   że 
znacznie gorszym. Whitewaterowi połowę czasu zajmowało podciąganie 
lub podsadzanie jej w górę. Na jednym z przeraźliwie trudnych odcinków 
związali   się   liną   tak,   by   w   razie   upadku   mógł   wczepić   się   w   skałę   i 
uratować ją. Raz musiał przywiązać ją do siebie i na rozhuśtanej jak waha-
dło linie oboje przeprawili się na drugą stronę rozpadliny skalnej. Josie 
półżywa z przerażenia przywarła do niego rozpaczliwie. Potem znowu szli 
w   górę   i   w   górę.   Dla   Josie   był   to   koszmar.   Każdy   jej   oddech  z2-
rządkowany był jednemu wewnętrznemu nakazowi: iść dalej. Pokaleczyła 
się w wielu miejscach, lecz zmęczenie i strach sprawiły, że nie zwracała na 
to zupełnie uwagi. W niekończącym się koszmarze tej wspinaczki był tylko 
jeden   element   rzeczywistości,   na   którym   mogła   polegać,   taki,   który 

background image

oznaczał   bezpieczeństwo.   Był   nim   Whitewater.   Gdy  wreszcie   weszli   na 
szczyt, nawet on ciężko oddychał.

– Tu się zatrzymamy – powiedział przerywanym głosem. – Musisz coś 

zjeść.

Zwaliła   się   ciężko   na   kłodę   drzewa   i   siedziała   z   twarzą   ukrytą   w 

poranionych   dłoniach.   Whitewater   rozpalił   mały   ogień,   ugotował   jakąś 
zupę z proszku, zrobił kawę i ukroił dwa kawałki suszonego mięsa.

Zmusił Josie, by coś zjadła. Kiedy z trudem żuła mięso, przyglądał się jej 

z niepokojem.

– Nie wykończysz mi się chyba? – spytał unosząc jedną z czarnych 

brwi.

– Czuję się świetnie – powiedziała ochrypłym głosem.
Zbliżył się i usiadł przed nią na ziemi.
– Pokaż mi ręce – rozkazał. – Będziemy musieli się nimi zająć.
Odrętwiała ze zmęczenia pokazała mu swe poranione dłonie.
– Troszkę się pokaleczyłaś – powiedział. – Trzeba będzie to opatrzyć. 

Musimy przed nocą zejść w dół. Do groty, w której się zatrzymamy.

– Zejść? – spytała niemądrze. – Zejść? – powtórzyła. Po raz pierwszy 

spojrzała na otwierający się pod nimi widok. Whitewater w dalszym ciągu 
masował jej dłonie, starając się rozprostować je i rozluźnić.

– Oto nasz cel – ruchem głowy wskazał rysującą się na widnokręgu, po 

drugiej stronie pokrytej chmurami doliny, górę. – To Ra-Koma. Przy  z2-
binie szczęścia dojdziemy tam za półtora dnia.

– Ale – zaczęła zdezorientowana Josie, wpatrując się we wznoszącą się 

wysoko, mieniącą się różnymi kolorami, wspaniałą górę – żeby wejść na 
nią, trzeba najpierw...

– Zejść z naszego szczytu w dolinę. Mądra dziewczynka. Nareszcie zro-

zumiałaś.

Z   jednej   ze   swych   niezliczonych   kieszeni   wyjął   zestaw   pierwszej 

pomocy i opatrywał jej pokaleczone ręce.

– Zejść stąd w dół? – Josie zmartwiała wpatrując się w ogrom leżącej 

pod nimi przepastnej doliny. – Teraz musimy tam zejść?

Skinął ponownie głową. Mocno obejmował jej dłonie, jakby chciał  z2-

zać jej swoją siłę.

background image

– Tak, Josie. Teraz będziemy musieli schodzić. Dasz sobie radę. Na pew-

no dasz sobie radę. Masz tyle siły, że mogłabyś zejść z dwa razy wyższej 
góry. Ręce cię już nie bolą. Spójrz, nic im nie jest.

Pocałował jedną z jej pokaleczonych dłoni. Poczuła na skórze ciepły i 

wilgotny   dotyk   jego   pięknie   wykrojonych   warg.   Był   jak   przyjazny, 
wszystko leczący płomień. Pocałował fałd skóry między kciukiem a palcem 
wskazującym. Potem to samo miejsce na drugiej dłoni. I znowu wrócił do 
pierwszej.

– Poradzisz sobie, Josie – przekonywał ją ująwszy jej twarz w dłonie. – 

Razem sobie z tym poradzimy. Odzyskamy twoją pandę. Wszystko będzie 
dobrze. Słyszysz?

– Słyszę – odpowiedziała głosem bez wyrazu. Jakoś udało mu się jednak 

przywrócić jej siły. Gdy ponownie wziął ją za ręce i wstał, podniosła się 
razem z nim. Zaczęli schodzić w dół. I znowu zejście zdawało się nie mieć 
końca. Gdyby Dolina Mala Lui nie była tak piękna ze swoimi mieniącymi 
się tęczowo szarymi i czerwonymi wulkanicznymi głazami i płaszczem 
zieleni, Josie mogłaby przysiąc, że schodzą do piekła. Mechanicznie, nie 
myśląc, szła za Whitewaterem. Wierzyła, że sprowadzi ją w dolinę. I tak się 
stało.

Wielka, rozwarta szeroko jaskinia, która miała być ich schronieniem, z2-

minała słynną grotę Fern na hawajskiej wyspie Kauai. Znajdowały się w 
niej trzy źródła, jedno z nich – z wulkanicznie podgrzaną, ciepłą wodą 
parującą w zimnym powietrzu wieczoru. Whitewater namówił Josie, żeby 
rozebrała   się   i   zanurzyła   w   gorącym   małym   stawie,   podczas   gdy   sam 
rozpalił ogień i przygotował kolację: następne pstrągi złowione na oścień w 
strumieniu wypływającym z jaskim w dolinę. Półprzytomna ze zmęczenia 
zdjęła z siebie wszystko prócz stanika i majtek. Zanurzyła się w parującej 
wodzie. Był to prawdziwy balsam.

Przechyliła   w   tył   głowę   i   patrzyła   sennie   na   przykucniętego   nad 

ogniskiem Whitewatera. Niesamowity człowiek – myślała. – Jeśli trzeba, 
wprowadzi   mnie   na   górę.   Jeśli   trzeba,   sprowadzi   mnie   z   niej.  A  teraz 
wynalazł dla mnie naturalną, ciepłą wannę, złowił pstrągi i przygotowuje 
mi posiłek. Naprawdę, mogłabym wyjść za niego za mąż.

background image

Leżała wygodnie owinięta w koc i jadła kolację: pstrąg, kawa, sucharki i 

następny cud – jakiś korzeń znaleziony przez Whitewatera, który w smaku 
przypominał pasternak.

– Lepiej się czujesz? – spytał.
– Chyba tak – posłała mu nieśmiały uśmiech. – Albo może umarłam 

gdzieś   po   drodze   i   teraz   jestem   w   niebie:   gorąca   kąpiel,   ogień,   kubek 
kawy...

– To nie może być niebo, skoro ja tu jestem – zauważył z poważną miną.
Josie najchętniej wyznałaby mu, że jego obecność stanowi ostateczny 

dowód na to, że znajduje się w niebie. Ale tego nie mogła mu powiedzieć.

– Dziękuję ci, Whitewater. Dziś prawie mnie niosłeś. I wspaniale się 

mną opiekowałeś. Potrafię to docenić.

Zareagował w typowy dla siebie sposób: zapadło irytujące milczenie. 

Szemrał strumień, z oddali doszedł krzyk jakiegoś nocnego ptaka. W końcu 
odpowiedział:

– To należy do moich obowiązków. Po prostu robię swoją robotę.
Miała   nadzieję,   że   usłyszy   coś   innego.   Skuliła   odrobinę   ramiona. 

Powinna stale pamiętać o tym, co powiedział: dla niego to po prostu praca. 
Podejrzewała,   że   kobiety   często   się   w   nim   zakochiwały,   co   stanowiło 
specyficzną okoliczność, towarzyszącą jego pracy; miłą lub niemiłą – w z2-
żności od kobiety. To tylko chwilowe zauroczenie. Wszystko sprawiła eg-
zotyka otoczenia i okropne zmęczenie. Próbować kochać tego człowieka to 
tak jak próbować rozpiąć skrzydła i polecieć na szczyt Ra-Komy. Są zupe-
łnie różni. Przypadek złączył ich na chwilę, a gdy to wszystko się skończy, 
rozejdą się każde w swoją stronę. I bardzo dobrze.

Skończyła kawę. Wstał i nalał jej ostatni kubek.
– Skąd tak dokładnie znasz tę drogę? – spytała. – Wygląda, jakbyś znał 

tu każdy kamień. Na tej górze i w całej okolicy.

– Szedłem już tędy kiedyś – powiedział przegrzebując węgle.
Rozszerzyła ze zdumienia oczy.
– Tą samą drogą? Po co? – spytała z niedowierzaniem.
–   Po   to,   żeby   polować   –   odrzekł   krótko   i   zaczął   czyścić   patelnię 

używając do tego popiołu i palmowej gałązki.

background image

– Polować? – wykrzyknęła z niedowierzaniem. – Zrobiłeś tę piekielną 

drogę po to tylko, żeby polować?

– To mój zawód – odpowiedział lodowato. 
Pokręciła głową, jakby nie przyjmując do wiadomości tego, co usłyszała.
– Nie mogę uwierzyć, że chciało ci się przejść całą tę drogę tylko po to, 

żeby coś zabić – powiedziała ponuro.

– Mówiłem ci już – odpowiedział – że nie przepadam za zabijaniem. 

Lubię polować.

– A ja ci już mówiłam, że nie mogę tego zrozumieć – w jej głosie brzmiał 

prawdziwy smutek.

– Słuchaj – zaczął cedząc słowa przez zęby – kobieta pewnie nie potrafi 

tego   zrozumieć.   Szczególnie   taka   kobieta   jak   ty.   Natura   stworzyła   nas, 
mężczyzn, dokładnie po to, żebyśmy polowali. Jesteśmy agresywną płcią, 
również za sprawą natury. W przypadku polowania agresja służy temu, 
czemu powinna: przetrwaniu.

– Co zamierzasz zrobić? – spytała z lękiem w głosie.
Nagle perspektywa wejścia pod koce z tym mężczyzną wydała jej się w 

najwyższym stopniu niepokojąca.

– Odświeżyć się – wskazał w stronę wulkanicznego stawu. – Bolą mnie 

trochę   mięśnie   od   ciągnięcia   cię   za   sobą   przez   cały   dzień.   Myślę,   że 
powinienem wrócić do formy, żeby móc jutro robić to samo.

Podniosła   się   i   w   blasku   zamierającego   ognia   ruszyła   w   kierunku 

paprociowego łóżka.

–   Jutro   postaram   się   być   lepsza   –   powiedziała   zagryzając   wargi.   – 

Postaram się nie być dla ciebie takim... cholernym ciężarem.

Uklękła i zaczęła poprawiać koce.
– Tak – odparł lakonicznie – postaraj się. 
Okryła się i leżała odwrócona do niego tyłem. Ściągnęła z siebie mokrą 

bieliznę i odrzuciła ją na bok, zakopując się głębiej w koce. Jego słowa 
piekły jak użądlenia os. Dała dzisiaj z siebie wszystko, a i tego było za 
mało. Przygryzła wargi. Łzy napłynęły jej do oczu. Mruganiem próbowała 
je   powstrzymać.   Pozwolić   im   spłynąć   –   znaczyło   to   okazać   ostateczną 
słabość. Nie spała, gdy odchylił koce i położył się obok jej napiętego ciała. 
Leżał   tak   umięśniony   i   ciepły,   pachnący   czystością.   Nie   próbował   jej 

background image

dotykać. Znowu zagryzła wargi i starała się powstrzymać łzy. Nie chciała 
pozwolić sobie na płacz w jego obecności. Wolałaby raczej umrzeć.

– Coś nie tak? – jego szept zabrzmiał nieszczerze. Czuła, że uniósł się na 

łokciu i patrzył na nią.

Chciała smagnąć go odpowiedzią, która zraniłaby go tak boleśnie, jak 

on przed chwilą ją zranił. Ale nie mogła. Musiała powiedzieć mu prawdę.

– Boję się – wyznała zduszonym głosem.
Czuła, jak nachyla się w ciemności nad jej twarzą.
– Czego się boisz? – spytał cicho.
– Lękam się o pandę – powiedziała tym samym zdławionym szeptem. – 

O jej dziecko. I o siostrę.

Nastąpiła chwila ciszy. Słychać było tylko strumień szemrzący u wyjścia 

z groty.

– Odnajdziemy je – powiedział.
I znowu strumień w ciemnościach nucił swą sekretną piosenkę. Josie 

spojrzała   w   górę:   mężczyzna   był   jedynie   cieniem   wśród   ciemności. 
Wyczuwała tylko jego obecność.

– Boję się także o siebie – przyznała drżącym głosem. – Czy dam sobie 

radę.

Po policzku słynęła jej łza i nienawidziła się za to. Ugryzła się w rękę, 

próbując stłumić odgłosy własnej słabości.

– Josie, Josie – wyszeptał biorąc ją w ramiona. – Dasz sobie radę. Zaufaj 

mi. Nie chciałem cię zranić. Po prostu powiedziałem coś w złości. Dawałaś 
sobie dotąd radę lepiej niż większość mężczyzn. Wierz mi.

Rozpaczliwie zarzuciła mu ręce na szyję.
– Boję się – powtórzyła z przerażającą żarliwością.
– Nie bój się – nakazał. – Przytul się do mnie. Tak mocno jak potrafisz.
Kierowana wewnętrznym impulsem przywarła do niego. Objął ją moc-

niej i przyciągnął bliżej. Poczuła gładki, twardy tors i przepływające w jej 
nagie piersi ciepło.

– Whitewater? – głos stłumiła bliskość jego warg.
– Jestem tutaj – powiedział i poczuła na ustach ciepło jego oddechu. – 

Jesteś bezpieczna, ponieważ jesteś ze mną. Rozumiesz? Jesteś ze mną.

background image

Zbliżył do niej twarz jeszcze bardziej i jego ciepłe usta objęły władzę 

nad jej ustami. Jego ręce przesuwały się wzdłuż jej gładkiego ciała, a jego 
długie nogi splotły się z jej nogami. Odkrywał wargami drżącą miękkość jej 
warg, kosztując je na tysiąc sposobów i ani na chwilę nie odrywając się od 
nich. Radosna zaborczość tego pocałunku nie pozwoliła jej nabrać oddechu; 
gdy próbowała to zrobić, jego język wślizgnął się do jej ust pieszcząc ją jesz-
cze   bardziej   intymnie.   Przesunął   w   górę   dłonie   i   dotknął   wrażliwych 
koniuszków jej piersi. Zaczęła drżeć, a jego dotyk stawał się coraz bardziej 
podniecający i zachłanny. Powoli oderwał od niej usta i pozwolił swoim 
gorącym wargom badać delikatną wklęsłość jej szyi, satynową skórę wokół 
obojczyka i wreszcie zagłębienie pomiędzy drżącymi piersiami. Jego skóra 
zdawała się parzyć ją w dłonie. Wplotła palce w jedwabistą czerń wilgot-
nych włosów. Jego usta rozpoczęły swą dręczącą podróż z powrotem, zno-
wu zatrzymując się na szyi, na łuku brody, po to, by ponownie złączyć się z 
jej ustami w pocałunku tak głębokim, jakby chciał wyssać jej duszę.

Bliskość ich nagich ciał była dla niej jak narkotyk, który kazał jej wołać o 

więcej. Trzymał ją w objęciach, a ciemność obejmowała ich oboje – i tajem-
nice, których poznania łaknęło jej spragnione ciało. Chciała, aby jej wargi 
potrafiły nasycić niespokojny głód jego ust. Czuła pieszczotę jego dłoni 
zmysłowo wędrujących po jej ciele, od piersi do ud, od ud do piersi i z 
powrotem.

– Josie – wyszeptał – czuję, jaka jesteś piękna. Chciałbym cię widzieć, ale 

czuję tylko twój dotyk i smak. I jest on tak... wspaniały...

Znowu pocałował ją, drażniąc językiem jej język. Opasał ją ramieniem, 

przyciągając jak najbliżej do siebie.

W oddali odezwał się ten sam nocny ptak. Jego ochrypły głos zdawał się 

ostrzegać: Nie, nie, och nie, och nie, och nie! Ciemność powtórzyła ten 
krzyk  dziwnym   echem.  Oboje   znieruchomieli  na  sekundę,   jakby  zdając 
sobie sprawę z natarczywości ostrzeżenia.

– To chyba nie powinno się stać? – spytała przerywając pocałunek i 

wtulając twarz w jego ciepłą szyję. – A jeśli się stanie, to dla ciebie i tak nie 
będzie miało żadnego znaczenia. Czyż nie?

Poczuła, jak tężeją mu mięśnie, a jego wielkie ciało zastyga w bezruchu.

background image

–   Czy   koniecznie   musi   to   coś   znaczyć?   –   powiedział   spokojnie.   – 

Wystarczy, że pozwolimy, by to się stało. Jeżeli tego chcemy. Myślałem, że 
chcesz.

W ich milczenie wkradło się niespokojne napięcie. Czekał w ciemności, 

aż powie to, co chciał usłyszeć: Tak, chcę tego. Niech się stanie, co ma się 
stać. I to nie musi cokolwiek znaczyć. Ale byłoby to kłamstwo. Chciała, aby 
jej ciało złączyło się z jego ciałem, ale musiałoby to coś znaczyć. Musiałoby 
znaczyć wszystko. Odsunął się od niej gwałtownie.

– Myślę, że ty po prostu potrzebujesz być przytulaną, Josie. A naprawdę 

kochać się nie chcesz. Może nie jesteś w dostatecznym stopniu kobietą. Ale 
nic nie szkodzi. Możesz dalej się do mnie przytulać. I ja cię będę przytulał. 
Tak długo, jak długo będziesz tego potrzebowała.

Jego ramiona objęły ją z beznamiętną delikatnością. Położył jej głowę na 

swojej aksamitnie gładkiej piersi, a palce wplótł jej we włosy.

– Aaron – zaczęła bezradnie. Jak miała mu wytłumaczyć, że to właśnie 

miłość powstrzymała ją od kochania się z nim i że pragnęła go bardziej, niż 
potrafiłby zrozumieć?

– Mów do mnie: Whitewater – jego głos znowu miał stalowe brzmienie. 

– I śpij, Josie. Powiedziałem ci, że wszystko jest w porządku.

– Whitewater – powiedziała z głową na jego piersiach. – Przepraszam.
– Nie ma za co. To należy do moich obowiązków – poinformował ją z 

naciskiem.

Tylko dzięki ogromnemu zmęczeniu udało jej się usnąć w niebezpiecz-

nym schronieniu jego ramion.

background image

ROZDZIAŁ PI TY 

Ą

– Dzieje się coś dziwnego – głos Whitewatera zabrzmiał złowieszczo.
Stała obok niego u wyjścia z groty i patrzyła na pokrytą płaszczem 

delikatnej mgły dolinę. Zupełnie nie wiedziała, o co mu chodzi. Musiał coś 
widzieć lub wyczuwać. Jego niepokój udzielił się jej.

– Coś mi się tu nie podoba – powtórzył, a jego oczy zwęziły się.
– O co chodzi? – spytała.
Nie miała ochoty podnieść głowy i spojrzeć na niego. Jej myśli obracały 

się wokół bolesnych wspomnień minionej nocy.

– Nie słychać ani jednego ptaka – odpowiedział z napięciem w twarzy.
Zaczęła   nasłuchiwać.   Rzeczywiście,   oprócz   niepokojącego   szmeru 

strumienia nie słychać było żadnego dźwięku. Nawet wiatru.

– Jest mgła – powiedziała niepewnie.
– To coś więcej niż mgła – stwierdził ponuro. Jego zachowanie i wyraz 

twarzy powstrzymały ją od dalszych pytań. Gdyby nawet wiedział coś 
więcej i tak nie powiedziałby jej całej prawdy. Wrócili do przerwanego 
śniadania.   Siedzieli   w   milczeniu   na   ziemi   po   dwóch   stronach   małego 
ogniska. Żadne z nich nie wspomniało o minionej nocy.

– To okoń? – Josie odezwała się wreszcie. – Jak go złowiłeś?
– Nic w tym tajemniczego – wskazał na jedną ze swych kieszeni. – Mam 

tu żyłkę i haczyk – mruknął i milczał dalej.

– A swoją drogą, co masz jeszcze w tych wszystkich kieszeniach? – Josie 

rozpaczliwie próbowała nawiązać rozmowę. Był bez koszuli i widok jego 
szerokiej piersi drażnił ją i niepokoił. Zbyt mocno pamiętała jej dotyk na 
swej nagiej skórze.

– Przybory – odpowiedział zdawkowo. – Czy zamierzasz spędzić cały 

ranek na zadawaniu mi pytań? Może raczej przygotujesz się do drogi?

Odstawiła kubek i menażkę. Wstała. Niech pozmywa naczynia – pomy-

ślała ze złością. – To też należy do jego obowiązków. Odwróciła się i zaczęła 
pakować rzeczy. Zwinęła koc i płachtę tak ściśle, że nawet Whitewater nie 
zrobiłby tego lepiej. Bez jego pomocy przytroczyła wszystko do pleców. Ale 

background image

i tym razem okazał się sprawniejszy od niej. Gdy szamotała się z ostatnim 
węzłem,   stał   już   obok   gotów   do   drogi.   Przyglądał   się   jej   z   obojętnym 
wyrazem twarzy.

– Szybko się uczysz – zauważył lakonicznie.
– Tak – odpowiedziała, po raz pierwszy patrząc mu prosto w oczy. – 

Uczę się szybko.

I nauczyłam się już czegoś o tobie – odczytał w jej wyzywającym spoj-

rzeniu. – Drugi raz nie zrobię tego samego błędu. Ona też zrozumiała z2-
anie zawarte w twardym spojrzeniu jego czarnych oczu: Nie igraj z ogniem, 
kobieto. Możesz się poparzyć. Niecierpliwie wzruszyła ramionami.

– W drogę – rzuciła oschle. – Nie płacę ci za to, żebyś stał i patrzył mi w 

oczy.

Naciągnął głębiej na czoło rondo kapelusza.
– Słusznie. Ruszaj za mną, Królowo Dżungli! – odpowiedział złośliwo-

ścią na złośliwość.

Mozolny marsz przez dolinę zajął im cały ranek. Josie z radością stwier-

dziła, że jej organizm zdawał się coraz lepiej przystosowywać do trudów 
podróży.

Nie była już taka obolała, czuła się niezwykle ożywiona i gotowa do 

działania. W płaskim terenie potrafiła prawie dotrzymać kroku milczącemu 
Whitewaterowi. Na niebie wisiały szare chmury i dwukrotnie spadł  z2-
elki deszcz. Whitewater miał rację. W powietrzu wisiało coś dziwnego. 
Było już dawno po wschodzie słońca, a jednak ptaki nie odzywały się z2-
. Jakby gdzieś zniknęły. Niesamowita cisza niepokoiła bardziej niż wisząca 
nad doliną szara warstwa nieruchomych chmur.

Musieli przeprawić się przez wartki strumień. Woda sięgała Josie do 

pasa. Prąd był tak silny, że w pewnej chwili nieomal zwalił ją z nóg. I wte-
dy, po raz pierwszy tego dnia, poczuła dotyk rąk Whitewatera. Błyskawicz-
nym ruchem zdążył uchwycić jej ramię. Przyciągnął ją blisko do swego 
boku   i   szedł   dalej   stanowiąc   dla   niej   naturalną   osłonę   przed   rwącym 
prądem.   W  drugiej,   wysoko  uniesionej  ręce,   niósł  sztucer.   Z  wysiłkiem 
brnęła przez wodę niezadowolona z tego, że znowu okazało się, jak bardzo 
wszystko   zależy   od   jego   siły   i   zdecydowania.   Wyszli   na   kamienisty, 
pokryty czarnymi otoczakami brzeg. Jego opalone ramię, które było dla niej 

background image

tak pewnym oparciem, opadło nagle. Odruchowo sprawdził kieszenie, jak-
by ich zawartość była ważniejsza od niej. Poprawiła przemoczone dżinsy i 
popatrzyła na niego z niechęcią.

– Dziękuję – powiedziała nieszczerze.
– Nie ma za co.
Poprawił kapelusz i ruszył pierwszy dalej.
Pewnie, że nie ma za co – myślała ze złością Josie, patrząc na jego 

szerokie plecy. – Wiem, że to tylko twoja praca, ty draniu.

Około południa dotarli do podnóża Ra-Komy. Whitewater nie chciał z2-

czywać. Od razu ruszyli w górę, czy raczej, jak wydawało się Josie, piono-
wo  w  górę.  Buntowniczy  nastrój  opuścił  ją   nagle.  Serce   jej  zamarło  na 
widok   następnych,   piętrzących   się   na   ich   drodze   skał.   Znowu   była 
zmuszona polegać na Whitewaterze, co chwilę czuć na sobie jego ręce, gdy 
pomagał jej wspinać się na skalne urwiska. Około pierwszej weszli w gęste 
chmury. Mgła i deszcz sprawiły, że bazaltowe skały zrobiły się śliskie, co 
dodatkowo utrudniało wspinaczkę. W pewnym momencie Whitewater z2-
zymał się, odwrócił do niej i mruknął:

– Zaczyna się kawałek trudnego terenu. Będziemy się przeciskać przez 

ucha igielne.

Podał jej rękę i wciągnął ją na półkę utworzoną z zastygłej, brudno-

pomarańczowej lawy. Ciężko oddychając stała tuż obok niego na wąziut-
kim występie skalnym. Spojrzała na jego nieruchomą twarz. Cień dwu-
dniowego   zarostu   na   szczękach   uwydatniał   bardziej   niż   zwykle   jego 
wystające   kości   policzkowe.   Patrzył   na   nią   beznamiętnym,   badawczym 
wzrokiem. Oddech miał przyśpieszony.

– Ucha igielne? – wysapała ze strachem Josie. Kręciło się jej w głowie i 

próbowała   sobie   wmówić,   że   powodem   tego   jest   lęk   wysokości,   a   nie 
bliskość Whitewatera. 

Skinął głową i podniósł oczy w górę. Podążyła za jego spojrzeniem. Nad 

nimi zwieszał się następny występ skalny. Jakiś geologiczny żart sprawił, 
że miał on w sobie otwór, dostatecznie szeroki, by mógł przecisnąć się 
przez niego człowiek.

– Mamy przejść przez to? – wymamrotała niepewnie. Krawędź skalnego 

okna znajdowała się metr ponad jej głową.

background image

– A widzisz inną drogę? – odburknął. 
Spojrzała w dół. Pomyślała, że dzięki chmurom pokrywającym podnóże 

góry, wrażenie nie było tak przerażające. Nie miała jednak wątpliwości: do 
samego dołu leciałoby się długo.

– Nie dosięgnę do tego uchwytu – powiedziała zdenerwowana.
Z   całej   siły   pragnęła,   aby   półka   zrobiła   się   troszeczkę   szersza.   Nie 

musiałaby wtedy stać tak bardzo blisko niego.

– Dla chcącego nie ma nic trudnego – mruknął, a jego ręce objęły ją w 

talii i ścisnęły mocno.

Josie   wstrzymała   oddech,   gdy   przyciągnął   ją   bliżej   i   stęknąwszy   z 

wysiłku podniósł w kierunku skalnego okna.

– Hej! – krzyknął. – Nie wierzgaj nogami, bo spadniemy oboje! Znajdź 

chwyt i podciągnij się na rękach.

Przerażona   Josie   chwyciła   za   krawędź   otworu   i   próbowała   się  z2-

ągnąć.

– Nie mam siły – wysapała.
Próbował   ją   podnieść   jeszcze   wyżej.   Głowę   i   ramiona   miała   już   na 

wysokości   otworu,   ale   nie   mogła   znaleźć   na   tyle   pewnego  chwytu,   by 
wciągnąć się dalej.

– Ręce mi puszczają – jęknęła w panicznym strachu. – Jestem za słaba.
– Jak wrócisz do domu – warknął przenosząc jedną rękę na jej biodro – 

weź się za ćwiczenie górnej połowy ciała. Podoba mi się twoja budowa, ale 
do bicepsów mam pewne zastrzeżenia.

Josie poczuła, jak bezceremonialnie chwycił ją za siedzenie. Przemknęła 

jej przez głowę przerażająca myśl: oboje stracą równowagę i spadną w z2-
ść.

– Whitewater – zaprotestowała nieśmiało – nie sądzę, żeby to był dobry 

pomysł.

– Trzeba było pilnować swojej pandy – wycedził przez zęby.
Teraz już obie jego dłonie znalazły się poniżej jej bioder. Pchał ją z całej 

siły w górę. Próbowała zlekceważyć ten intymny kontakt, starając się jak 
najwyżej podciągnąć. W końcu przedostała się na drugą stronę skalnego 
okna jak pływak, który z trudem wyciąga się z wody na brzeg basenu. 

background image

Leżała  na  następnej  półce  skalnej.  Dyszała  ciężko i  czuła  mrowienie  w 
pośladkach.

– Trzymaj! – odezwał się rozkazująco Whitewater i podał jej sztucer.
Zobaczyła jego dłonie zaciskające się na krawędzi otworu. Patrzyła z 

lękiem, jak podciąga się w górę. Z zaciśniętymi z wysiłku zębami wciągnął 
górną połowę ciała na krawędź. Jego twarz wykrzywił bolesny grymas. 
Resztką sił przecisnął się przez otwór i zwalił obok niej na skalnej półce.

– Dobrze się bawiliśmy? – spytał ironicznie.
– Nigdy więcej nie chciałabym tego powtarzać – powiedziała ciężko z2-

chając.

– To niedobrze – sapnął. – Spójrz tam. 
Popatrzyła w górę i z trudnością przełknęła ślinę.
Nad nimi wisiała następna krawędź, a w niej jeszcze węższe okno skal-

ne.

– Jeszcze jedno? – spytała z bolesnym niedowierzaniem.
– Jeszcze dwa – ton jego głosu brzmiał nieprzyjemnie rzeczowo. – Ale 

czym się przejmujesz? W końcu to ja odwalam najcięższą robotę.

Josie usiadła i spojrzała na niego. Oczy miał zamknięte, a czerń jego 

długich rzęs ostro kontrastowała z miedzianym kolorem skóry.

–   To   wątpliwa   przyjemność,   kiedy   twoje   ręce   tak   mnie...   wszędzie 

dotykają – powiedziała z wyrzutem.

Otworzył jedną powiekę, rzucił jej dwuznaczne spojrzenie i znowu za-

mknął oczy.

– Masz bardzo jędrne pośladki. Moje gratulacje. Umila to pracę, ale nie 

czyni jej lżejszą – podniósł się i pomógł jej wstać.

– Nie życzę sobie... – zaczęła, lecz nie pozwolił jej skończyć.
– Nie mam innego wyjścia – złapał ją mocno dłońmi, od razu za biodra, 

i zaczął podsadzać w górę.

– Uważaj z tymi rękami, Whitewater – krzyknęła zirytowana w momen-

cie, gdy jego dotyk wydał jej się jeszcze bardziej intymny. Szukała rozpacz-
liwie uchwytu, ale tym razem była bardziej zawstydzona niż przerażona.

–  Kochanie  –  w  dobiegającym  z  dołu głosie  słychać  było wysiłek  – 

musisz się do tego przyzwyczaić. Zanim wciągnę cię na górę, będziesz 

background image

dotykana wszędzie, gdzie tylko można cię dotknąć. Nie ma w tym nic 
osobistego.

– Wiem – odcięła się Josie wpełzając wreszcie na bezpieczne miejsce – to 

tylko twoja praca.

Znowu odpoczywali przez chwilę obok siebie.
– Ale robota – westchnął. – Pomyśleć, że mógłbym w tym czasie walczyć 

z jakimś sympatycznym rekinem, czy czymś w tym rodzaju. Mam nadzieję, 
że to doceniasz.

Josie rzuciła mu szybkie spojrzenie. Dolna połowa ciała wprost paliła ją 

od dotyku jego rąk.

– Bardziej niż ci się wydaje – powiedziała z ironią. 
Westchnął ponownie i wstał.
– Chodź, zróbmy to jeszcze raz. Zaczyna nam to coraz lepiej wychodzić.
Objął ją w talii. Przez chwilę patrzył jej w oczy, w kąciku warg pojawił 

się uśmiech, znikł, i pojawił się znowu.

– Chciałbym, żeby ktoś tak się o mnie troszczył, jak ty o tę swoją pandę 

– mruknął.

Josie walczyła ze sobą, aby nie odkryć przed nim swych prawdziwych 

uczuć.

– Może by się ktoś taki znalazł, gdybyś był bardziej dżentelmenem – 

wyjąkała.

– No to przepadło – powiedział ze stoickim uśmiechem i podniósł ją w 

górę. Po kilku sekundach robił ze swoich rąk użytek, na który żaden dżen-
telmen by sobie nie pozwolił.

– Uważaj, Whitewater – ostrzegła raz jeszcze próbując sforsować ciasny 

otwór.

– Uważam... że są diabelnie zgrabne – odpowiedział bezczelnie.

Około szóstej las przerzedził się ponownie, a słońce rzucało miękkie, 

długie cienie. Whitewater zatrzymał się na chwilę.

– Przejdziemy jeszcze przez ten grzbiet – wskazał przed siebie – i z2-

zymamy się na noc.

– Zatrzymamy się? – spytała z nadzieją Josie.

background image

– Tak. Zaszliśmy dalej niż myślałem. Jutro rano dotrzemy do plantacji. A 

poza tym będziemy mogli popływać i odpocząć.

– Popływać? – spytała z ożywieniem.
– No pewnie – odpowiedział uśmiechając się szeroko. – Zapomniałaś, że 

jesteśmy   na   Południowym   Pacyfiku.   To   prawie   raj   na   ziemi.   Baseny 
kąpielowe wszędzie dokoła. Trzeba tylko umieć poszukać.

Raj – pomyślała, z trudem za nim nadążając. – Dziękuję za taki raj. Raj-

ską   perspektywę   psuła   obecność   węża,   imieniem   Lucas,   który   czaił   się 
gdzieś   na   szczycie   góry.  Albo   innego,   który   nazywał   się   Whitewater   i 
wydawał się jej bardziej chytry, przewrotny i nieobliczalny niż jakiekolwiek 
stworzenie na tym świecie. A może ten wąż, niebezpieczny i skryty, leżał 
zwinięty na dnie jej serca i nazywał się po prostu pożądaniem?

– Rozbierz się wreszcie – powiedział ze zniecierpliwieniem Whitewater. 

Zdążył już zrzucić z siebie myśliwską kamizelkę i siedząc na porosłym 
paprociami brzegu małego stawu zdejmował ciężkie buty. – Co ci szkodzi, 
że wreszcie obejrzę to, czego i tak przez cały dzień dotykałem. Poza tym 
śpimy na golasa. Bądź dorosła, Josie.

– To nie to samo – upierała się, choć błękitna głębina stawu wyglądała 

niezwykle zachęcająco. – I ty też nie waż się rozebrać do naga.

–   A  to   czemu   –   spytał   głupio   się   uśmiechając.   –   Nie   wytrzymasz 

pokusy?   Jak   nie,   to  ja   biorę   na  siebie   zwalczanie   pokus  za   nas   dwoje. 
Uratuję cię przed samą sobą.

– Jesteś niepoprawny – powiedziała z wyrzutem. – I oświadczam ci, że 

nie mam zamiaru dziś z tobą spać. Wolę zamarznąć.

– Bardzo dobrze – powiedział rozsuwając suwak spodni. – Jęczysz i 

gadasz przez sen całe noce. O siostrze i o tej swojej najukochańszej pandzie.

Zsunął spodnie do kostek, zrobił krok i zgrabnie z nich wyszedł. Josie 

odwróciła głowę, ale i tak zdążyła go dokładnie obejrzeć. Miał wspaniałe 
ciało. Dzięki Bogu, pozostawił slipki: najbardziej skąpe z możliwych. Na 
widok szerokich ramion, twardego, brązowego torsu, płaskiego brzucha i 
niewiarygodnie długich umięśnionych ud musiała odetchnąć tak głęboko, 
że aż zabolało ją w piersiach. Stanął na wystającym nad wodą kamieniu, 
przez chwilę szukał równowagi i skoczył miękko do stawu. Wypłynął na 
powierzchnię otrząsając wodę z ciemnych włosów.

background image

– Wspaniała woda! – zawołał. – Właź! Możesz zostać w majtkach.  z2-

aszam, w wytwornej bieliźnie.

– Jeśli tak, to zgoda – odpowiedziała zrzędliwie. 
Whitewater uśmiechnął się i zanurkował. Zdjęła długie buty i skarpety. 

Zrzuciła koszulę i dżinsy. Stanęła na tym samym kamieniu i przez chwilę 
myślała, że jej elegancki, koronkowy stanik i majteczki wyglądają zupełnie 
bez sensu w środku lasów na zboczach Ra-Komy. Zgrabnym skokiem z2-
rzyła się w szafirowej głębinie stawu. Gdy wypłynęła na powierzchnię, 
Whitewater wynurzył się tuż obok.

– Sprawdźmy, co też na sobie zostawiłaś – przesunął pod wodą ręce 

wzdłuż jej ciała od bioder do ramion, musnąwszy koronkę stanika obej-
mującego jej pełne piersi.

– Wynoś się, bo cię utopię – próbowała od niego odpłynąć.
– Nie zrobisz tego – drażnił się. – Kto złapie ci rybkę na kolację? Kto ją 

usmaży? Kto rozpali ognisko?

– Obejdzie się! – odpowiedziała zuchwale. – Będę miała twój koc i z2-

szcie przestaniesz mnie zadręczać.

–   Za   taką   niewdzięczność   należy   się   kara.   Teraz   ja   cię   utopię   – 

powiedział groźnie.

Uderzył   kilka   razy   mocniej   rękami,   zanurkował   i   Josie   poczuła,   jak 

schwycił ją za kostki nóg. Złapała haust powietrza i poszła pod wodę. 
Whitewater   bez   wysiłku   utrzymywał   ją   pod   powierzchnią   błękitnego 
stawu, przesuwając dłonie wzdłuż jej nóg. Wreszcie schwycił ją mocniej, z2-
snął do siebie i wynurzył się wraz z nią, utrzymując się na wodzie silnymi 
ruchami nóg.

– Porzuć wszelką nadzieję! – zawołał. – Zostałaś porwana przez Siuksa. 

Czeka cię los gorszy od śmierci.

Śmiejąc się pozwoliła sobie na niebezpieczny luksus: by zachować rów-

nowagę, objęła go rękami za szyję. Znalazł wreszcie dno i stał po piersi w 
wodzie nadal trzymając ją mocno.

–  Myślę,  że   po  takim  dniu  powinniśmy  wypalić   fajkę   pokoju  –   z2-

oponował. – Zgoda?

Przyglądała   się   jego   ciemnobrązowym   oczom   i   rzęsom,   na   których 

skrzyły się krople wody.

background image

– Zgoda – westchnęła niepewnie.
– Ale mieliśmy dzień, Josie! – jego głos zabrzmiał bardzo po koleżeńsku. 

– I prawie jesteśmy na miejscu. Kiedyś będzie z tego opowieść, jak mówili 
starzy ludzie w moich stronach.

–   Opowieść?   –   spytała   walcząc   z   pokusą   oparcia   dłoni   o   jego 

umięśnioną pierś.

– Tak mówili dawni śmiałkowie, gdy porywali się na jakieś szaleńcze 

czyny. Mówili: hoka hey! Zróbmy z tego opowieść! Zróbmy coś, o czym się 
będzie pamiętać.

– Nie jestem pewna, czy o dzisiejszym dniu warto będzie pamiętać – 

powiedziała z wahaniem, nagle zaniepokojona jego bliskością.

– Będzie warto – powiedział, a żartobliwy ton nagle gdzieś się ulotnił. – 

Bałem   się   tych   okien   skalnych,   ale   pokonaliśmy   je.   Możemy   sobie 
pogratulować.

Spojrzał na nią z takim wyrazem oczu, że Josie zadrżało serce. Nie miała 

siły oderwać od niego wzroku. On zrobił to pierwszy, kierując spojrzenie na 
jej miękkie usta.

– Gratulacje – powiedział prawie szeptem.
Ale   słowa   były   już   niepotrzebne,   spóźnione.   Nachylał   się   nad   nią 

powoli, a ona unosiła twarz w górę, gotową na przyjęcie pocałunku. Jego 
usta  wydawały  jej się  zrazu chłodne,  potem ciepłe,  wreszcie  gorące,  w 
miarę jak pocałunek stawał się coraz głębszy. Czuła, że cała drży, a serce 
biło jej jak oszalałe. Nie mogła oderwać od niego ust. Całował ją tak, jakby 
on – i tylko on – miał do tego prawo. Jakby brał to, co do niego należało. 
Jego palce pieściły mokre kosmyki jej włosów, a potem zaczęły błądzić po 
delikatnej skórze wokół ucha. Drżała coraz bardziej, niezdolna do oporu 
rozchyliła wargi i pozwoliła mu wsunąć język do środka. Objął dłońmi jej 
twarz, jeszcze bardziej przyciągnął ją do siebie, tak by pocałunek stał się 
głębszy. Josie czuła, że całkowicie zatraca się w jego objęciach.

Nagle oderwał od niej usta. Pożądanie sprawiło, że oddychała szybko i 

płytko.  Deszczem pocałunków  obsypywał jej skronie, puch  jej  rzęs,  z2-
nięte powieki, policzek i miejsce na szyi, gdzie wyczuwał jej oszalały puls. 
A ona  całowała  jego  nagie   pachnące   słońcem  ramiona.  Czuła  wilgotny, 
gorący   dotyk   jego   języka   na   szyi   i   niżej,   tam,   gdzie   szyja   łączy   się   z 

background image

ramieniem.  A  chwilę   potem   jego   wargi   powolnym   ruchem   wędrowały 
wzdłuż jej ramion z miękką, dręczącą dokładnością. Odgiął jej głowę w dół, 
ku swym szerokim piersiom, odgarnął włosy i całował znowu, a dotyk 
języka na jej wrażliwym karku wywołał w niej kolejny gorący dreszcz. 
Trzymała go nadal za szyję i czuła, jak jego ręce powróciły do jej ciała i dra-
żniąco powoli, jakby  w rozmarzeniu,  odkrywały  jej nagą  talię,  dojrzałą 
krągłość odzianych w koronkę bioder, płaskość brzucha, miękkość i tajem-
nicę   wewnętrznej   powierzchni   ud.   Znowu   odnalazł   jej   wargi,   jak 
poszukiwacz, który porzucił na chwilę odnaleziony skarb i pełen poczucia 
swych praw, wraca do niego z powrotem. Jej usta przyjęły go radośnie. 

Prawie   nie   zauważyła,   jak   mokra   koronka   stanika   zsunęła   się   z   jej 

pełnych, drżących piersi. Ich nagie, różowe koniuszki nabrzmiały jak pąki 
pod dotykiem jego dłoni. Różane sutki czekały spragnione jego dotyku, 
gdy schyliwszy się pieścił je wargami, najpierw jeden, potem drugi, potem 
znów pierwszy. Tym razem zadrżała tak mocno, że przyciągnął ją do siebie, 
jakby pragnął ochronić ją przed siłą jej pożądania. Powoli, niespiesznie, z 
ogromną cierpliwością i doświadczeniem smakował i pieścił jej wyprężone 
sutki. Przykrył je miękko dłońmi i schował twarz w gorące zagłębienie pier-
si.

Oderwał się od niej na chwilę i ciężko oddychając przeniósł ją bliżej 

brzegu tak, by woda sięgała im do kolan. Nachylił się i znowu pieścił jej 
piersi, powtórnie doprowadzając je do stanu drżącej ekstazy. Osunął się na 
kolana i całował jej płaski brzuch. Klęcząc trzymał ją rękami za biodra, z2-
skając mocno do siebie. Delikatnie zaczął ściągać z niej przylegające do 
ciała koronkowe majteczki.

– Nie! – cofnęła się nagle do tyłu. – Aaron, proszę cię. Obiecałeś.
Nie zwracał uwagi na jej protesty. Przyciągnął ją z powrotem do siebie i 

znowu poczuła jego gorące wargi tuż obok mokrej koronki. Niczego nie 
pragnęła bardziej niż osunąć się na kolana, jeszcze raz podać mu usta i czuć 
jak twardy nacisk jego ciała przyniesie ukojenie jej spragnionym piersiom. 
Ale byłoby to szaleństwem. Przecież przez cały dzień powtarzała to sobie. 
Wczoraj przysięgała sobie, że nigdy więcej nie pozwoli temu mężczyźnie 
na tego rodzaju zbliżenie. A teraz, nie dość, że pozwoliła, ale sama mocno, 
aż do bólu tego pragnie.

background image

Płynnym ruchem podniósł się z kolan i stał naprzeciw, górując nad nią o 

głowę.   Jego  czarne   oczy   żarzyły   się   niczym   węgle.   Przeniósł   ręce   z   jej 
bioder w górę i ułożył je tak, by kciuki oparły się o żebra, a palce objęły 
pewnie i delikatnie kulistość jej piersi.

– Nie próbuj mi wmówić, że mnie nie pragniesz – w jego niskim głosie 

brzmiało   wyzwanie.   –   Nawzajem   siebie   pragniemy.   Wiedziałem   to   od 
początku. Już w Chicago.

Spojrzała   na   niego   bezradnie.   Jej   palce   nieporadnie   ześlizgiwały   się 

wzdłuż napiętych mięśni jego ramion, białe jak płatki kwiatów w kon-
traście z brązową opalenizną jego ciała.

– Obiecałeś – powtórzyła, a głos jej drżał. Czuła, że wypełniają ją zupe-

łnie sprzeczne emocje.

Pragnęła go. Bała się tego, że go pragnie. Bała się samej siebie.
– Czasem należy złamać obietnicę – powiedział schrypniętym szeptem. 

– Są rzeczy silniejsze od obietnic. Dlatego nie lubię nic obiecywać. Wolę być 
wolny. Na przykład po to, żeby się z tobą kochać.

Odwróciła wzrok od jego oczu. Znowu spojrzała na swe blade dłonie 

miejskiej dziewczyny na jego twardej, spalonej słońcem skórze.

– A potem pójść swoją drogą – wyszeptała, jakby zawstydzona tym, że 

tak jej na nim zależy.

Jeszcze raz ujął ją rękami pod brodę i zbliżył jej twarz do swojej twarzy.
– Każde z nas będzie mogło pójść swoją drogą – powiedział miękko. – 

Te kilka dni, które mamy dla siebie już nigdy nie wrócą. Głupio je stracić. 
Nie żądaj ode mnie obietnic. Przecież sama tyle razy mówiłaś, jak bardzo 
jesteśmy różni. I miałaś rację. Ale są chwile, kiedy różnice się nie liczą. Na 
przykład teraz. Weźmy to, co życie daje nam dzisiaj. Bez pytań o jutro. I bez 
obietnic. 

W dalszym ciągu starała się nie patrzyć mu w oczy.
Wiedziała, że to, co mówił, było uczciwe. Szkoda, pomyślała z żalem, 

gryząc górną wargę. Szkoda, że nie był na tyle cyniczny, by powiedzieć jej 
parę słodkich, głupich kłamstw. Nawet gdyby wiedziała, że okłamuje ją, o 
ileż łatwej byłoby mu się oddać. Tak, jak tego pragnęła. Zdjęła ręce z jego 
ramion i skrzyżowała je przed sobą osłaniając piersi.

background image

– Niestety, Whitewater – jej głos brzmiał nienaturalnie. – Dla niektórych 

jutro trwa latami. Zapomnijmy o tym incydencie. I sama zadbam o to, by 
więcej się to nie powtórzyło. Nie życzę sobie, abym oglądając się wstecz po 
latach, musiała pamiętać, że nie oparłam się pewnemu supermanowi, tylko 
dlatego, że wiał upojny wietrzyk, woda była błękitna, a ja byłam zmęczona 
do nieprzytomności.

Jego twarz nagle stężała. Nie próbował jej zatrzymać, kiedy zaczęła się 

od niego oddalać. Udało się jej w sposób pełen naturalnej godności dojść do 
brzegu   stawu   i   wspiąć   na   wystający   kamień.   Okryła   się   koszulą   i  z2-
ągnęła dżinsy. Spojrzała w dół na staw. Pływał dalej i wydawało się, że jest 
na tym całkowicie skupiony. Spojrzał na moment w górę i ich oczy spotkały 
się. Uśmiechnął się. Zmierzył ją od stóp do głów znanym jej szyderczym, 
taksującym spojrzeniem i powiedział:

– W porządku. Twoja strata.
Jego arogancja dotknęła ją boleśnie.
– Jedyną moją stratą jest Księżycowa Róża. I dlatego tu z tobą jestem. A 

ręce proszę trzymać z dala ode mnie – odwróciła się i odeszła.

Pół godziny potem, już ubrany, klęczał na ziemi układając małe ognisko. 

Josie siedziała naprzeciwko na kamieniu, starając się nie zwracać na niego 
uwagi. Raz tylko na nią spojrzał.

– Hej! Zdaje się, że coś zgubiłaś – powiedział uśmiechając się drwiąco.
Wyciągnął z kieszeni mokrą turkusową kuleczkę i rzucił w jej stronę. 

Wylądowała na jej bucie. Był to stanik. Podniosła go i ze złością włożyła do 
kieszeni. Kolację zjedli w milczeniu. Położyli się spać osobno. Mimo chłodu 
górskiej nocy i kłębiących się w niej emocji Josie udało się szybko usnąć. 
Nie poczuła nawet, jak Whitewater podszedł do niej cicho jak cień i owinął 
własnym kocem jej skuloną sylwetkę.

Siedział potem długo, wsłuchując się w odgłosy nocy. Wreszcie położył 

się i leżał tak bez żadnego przykrycia w wilgotnym, górskim chłodzie. My-
ślał o swym dziadku.

– Lela Oosni – wycedził przez zęby słowa w języku swojego plemienia. – 

Bardzo zimna.

Ale czy myślał wtedy o nocy, czy o kobiecie – sam nie był pewien. Mógł 

nawet myśleć o własnej duszy, która dawno temu nauczyła się znosić chłód 

background image

samotności. Ta uparta kobieta nie jest mu do niczego potrzebna, myślał 
wpatrując się w ciemność. Pragnął jej przez chwilę, i to wszystko. I nawet 
nie wiadomo, dlaczego jej pragnął.

background image

ROZDZIAŁ SZÓSTY 

Pierwsze   promienie   brzasku   z   trudem   przedzierały   się   przez  z2-

chome liście. Klęczący obok Josie Whitewater schwycił ją za ramiona i z2-
ósł z posłania.

– Obudź się – polecił chrapliwym szeptem. – Szybko. Mamy kłopoty.
Zziębnięta i zaspana z przyjemnością poddała się ciepłu jego masyw-

nego ciała. Zacisnęła mocniej powieki i spróbowała ułożyć wygodnie głowę 
na jego szerokiej klatce piersiowej. On jednak odsunął ją od siebie i lekko 
potrząsnął. Mrużąc oczy spojrzała na niego sennie. Ranne powietrze kładło 
się chłodem na jej nagich plecach. Okryła się ściślej kocami. Koce? pomyśla-
ła zmieszana. Jak to się stało, że miała dwa koce? Czyżby Whitewater oddał 
jej swój? W pierwszym odruchu chciała wtulić się z uczuciem szczęścia w 
jego ramiona, ale rozsądek nakazał jej odsunąć się od niego.

– Nie dotykaj mnie – mruknęła, uwalniając się z jego objęć. – Czego 

chcesz? Śniadanie już gotowe?

– Kto chce cię dotykać? – odburknął, puszczając ją bez sprzeciwu.  z2-

ósł się z ziemi. – Ubierz się. Możesz zjeść w drodze. Przecież mówię ci, że 
mamy kłopoty.

– Jakie kłopoty? 
Wskazał głową na wschód.
– Kana-Puma – powiedział patrząc na nią. – Wulkan.
Jej niebieskozielone oczy rozszerzyły się nagle ostrożne i czujne. Roz-

chyliła usta w niemym pytaniu.

Poza   gorzkim   grymasem   błąkającym   się   w   kąciku   ust   na   twarzy 

Whitewatera nie widać było śladu emocji.

– Mam przeczucie, że wybuchnie. Chodź. Musimy dostać się jak  z2-

ybciej na szczyt tej góry.

Odwrócił się do niej plecami, żeby mogła wygramolić się z koców i z2-

żyć czyste ubranie.

–   Skąd   wiesz?   –   zapytała   drżącym   głosem,   próbując   zapiąć   zieloną 

trykotową koszulę.

background image

Włożyła dżinsy, usiadła na kamieniu, niecierpliwie wciągając skarpetki i 

długie buty. Odwrócił się, jakby wyczuł, że nie jest już naga. Pośpiesznie 
pakował rzeczy.

– Nie wiem skąd. Po prostu nie wiem. Coś wisi w powietrzu. Czułem to 

już wczoraj, ale minęło. Myślałem, że to moja wyobraźnia. Teraz znowu to 
czuję. Silniej niż przedtem. Posłuchaj.

Stała, wytężając słuch. Stopniowo dotarło do niej, co miał na myśli. 

Znikąd nie dochodził żaden dźwięk. Panowała nienaturalna cisza, jakby 
świat wstrzymał oddech w nadziei, że ominie go nieszczęście. Góra, las, z2-
t powietrze wydawały się na coś czekać. Ogarnęło ją przerażenie. Świt 
wciąż był szary, nie rozświetlony promieniami słońca. Podeszła do stawu i 
spryskała twarz wodą, przejechała przez włosy szczotką. 

Jakie to dziwne, pomyślała, zatrzymując się wystarczająco długo, by 

pomalować usta. Odczuwała irracjonalną potrzebę, by wyglądać jak  z2-
piej, nawet w obliczu grożącego wybuchu wulkanu. Jej matka mogłaby być 
z niej dumna.

Whitewater   gotowy   już   był   do   drogi.   Josie   nie   protestowała,   kiedy 

pomógł jej przytroczyć koce. Podał jej wodę z manierki i kilka suszonych 
owoców.

– Jesteś pewny, że to Kana-Puma? – zapytała studiując jego posępne 

rysy. – To na pewno wulkan?

Skinął potakująco głową, naciągając na czoło rondo kapelusza.
– Wiem, jak to jest, kiedy nadciąga burza – wyjaśnił. – Tym razem to coś 

innego. Przyroda też to czuje. Nie słychać nawet owada. Chodź. Zabierzmy 
twoją siostrę i pandę i czym prędzej się stąd wyniesiemy.

Ruszył pod górę, torując drogę przez zarośnięty chaszczami stok. Josie 

podążała za nim najszybciej jak umiała. Bez entuzjazmu dziobała skromne 
śniadanie. Nie czuła głodu.

–   Whitewater?   –   jej   głos   zdradzał   napięcie.   –   Grozi   nam   niebez-

pieczeństwo? Co nam się może przytrafić?

– Nie wiem – uciął krótko, nie przestając przedzierać się przez chaszcze. 

– Kana-Puma jest daleko na wschodzie. Nie obawiam się lawy, chyba że 
cała ta wyspa postanowi wylecieć w powietrze. Boję się obłoku wulkanicz-
nego i pary. Mamy wschodni wiatr.

background image

Josie spieszyła za nim. W porannej ciszy lasu każdy krok wydawał się 

przeraźliwie   głośny   i   niezdarny,   chociaż   idący   przed   nią   mężczyzna 
poruszał się prawie bezszelestnie. Próbowała uciszyć walące jak młot serce, 
zmusić się, by naśladować go. Wspinaczka stawała się coraz trudniejsza. 
Whitewater bez słowa podawał rękę Josie i podciągał ją w górę w bardziej 
stromych   miejscach.   Czasami   jego   ciemne   oczy   napotykały   jej   z2-
epokojony wzrok, ale żadne z nich się nie odzywało. Zbyt cenny był czas, 
by tracić go na rozmowę. Dzień ledwo się rozświetlił, niebo pozostało zło-
wieszczo   szare.   Po   prawie   trzech   godzinach   niestrudzonej   wspinaczki, 
Whitewater  zatrzymał   się   na  niewielkim   płaskowyżu,   w   pobliżu  szem-
rzącego strumyczka. Rzucił się na ziemię i poradził Josie, żeby poszła jego 
śladem. Będą mogli chwilę odpocząć i zebrać siły do ataku na szczyt Ra-
Komy. Napełnił manierkę i podał Josie dwie proteinowe tabliczki, nalegając 
by je zjadła. Ciągle nie czuła głodu, ale wmusiła je w siebie, mimo że 
smakowały jak trociny. On sam nic nie jadł. Podejrzewała, że odstąpił jej 
swoją część skąpego pożywienia. Pytania, które prześladowały ją przez cały 
ranek, wróciły.

– Co najgorszego może nam się przytrafić, jeśli wybuchnie Kana-Puma? 

– spytała obserwując, jak napełnia manierkę.

Wzruszył ramionami.
– W najgorszym wypadku ja trafię do Krainy Wiecznych Łowów, a ty 

do jakiegoś swojego zaświatu. Ale nie jestem taki głupi, żeby martwić się o 
najgorsze. Obawiam się tego, co najbardziej prawdopodobne.

–   Że   obłok   może   uwięzić   nas   w   pułapce?   Że   nie   będziemy   mogli 

wystartować?

Skinął lakonicznie głową. Josie westchnęła głęboko.
– Załóżmy – powiedziała szczękając zębami – że wejdziemy na szczyt, 

zanim cokolwiek się wydarzy. Załóżmy, że znajdziemy Lucasa i uratujemy 
pandę i Bettinę. I że, tak jak mówiłeś, będziemy mieć samolot zatankowany 
do pełna i gotowy do startu. Czy ty w ogóle potrafisz latać? Nigdy mi o 
tym nie wspominałeś?

Odpowiedział   jej   jeszcze   jednym,   doprowadzającym   ją   do   szału, 

wzruszeniem swoich szerokich ramion.

– Nigdy mnie nie zapytałaś. Tak, potrafię. Mniej więcej.

background image

–   Mniej   więcej?   –   warknęła   Josie,   jej   nerwy   napięte   były   do   granic 

możliwości. – Co to za odpowiedź?

Oparł   się   o   porośnięty   mchem   kamień   i   przyglądał   się   jej   z 

rozbawieniem.

– Miałem kiedyś licencję pilota. Przez kilka lat nie latałem. Zaufaj mi, 

dam sobie radę.

Josie popatrzyła na niego, siedzącego tuż obok, tak jakby nic nie mogło 

wyprowadzić go z równowagi. Potrząsnęła głową, po czym schowała twarz 
w dłoniach.

– Zaufałam ci – wymamrotała – i spójrz, gdzie mnie to przywiodło. Na 

jakąś zakazaną górę z wulkanem, którego wybuch może zmieść jej wierz-
chołek. I nawet nie wiem, czy moja siostra i Księżycowa Róża są tam na 
górze.

– Są – pocieszył ją.
– I jak je stamtąd wydostaniemy, o ile tam są? – spytała rozdrażniona 

chowając ciągle twarz w dłoniach. – Po prostu podejdziemy do Lucasa i 
powiemy:   „Przepraszamy,   chyba   zaszła   pomyłka.   Masz   kobietę,   której 
szukamy i naszą pandę. Zabierzemy je stąd i już nas nie ma...” Wiesz z2-
eż, że on jest niebezpieczny.

Zapadła znajoma im już cisza.
– Ja też mogę być niebezpieczny – oznajmił spokojnie Whitewater.
Opuściła ręce i obrzuciła go rozwścieczonym spojrzeniem.
– Poza łóżkiem? – spytała kwaśno.
Prawie nie zmienił wyrazu twarzy, jedynie kącik ładnie wykrojonych 

ust drgnął nieznacznie. Wystające kości policzkowe i niezgłębione czarne 
oczy czyniły jego wygląd niebezpiecznym. Pożałowała swoich słów.

– Jesteś niesamowita – mruknął. – Ta wyspa może zostać zmieciona z 

powierzchni ziemi, a kiedy wyleci w powietrze, ty nadal będziesz zajęta 
swoją cholerną cnotą. Nie rozgrzeje cię nawet lawa. Nie ciebie.

Odwróciła wzrok od jego drwiącej twarzy, ale nadal płonęła ze złości.
– To, że potrafię się tobie oprzeć, nie znaczy, że jestem zawsze zimna – 

stwierdziła.   –   Oznacza   tylko,   że   mam   zasady.   I   nie   chodzi   tu   o   moją 
„cnotę”. Chodzi o Lucasa. Co zamierzasz z nim zrobić, o ile oczywiście go 
znajdziesz?

background image

– Skąd mogę wiedzieć, co zrobię? – odparował bez chwili namysłu. – 

Muszę zorientować się, jakie mamy szanse. Nie mogę wcześniej planować. 
A kiedy się tego dowiem, nie będzie żadnej różnicy między nim a jakąkol-
wiek inną zwierzyną. Zdecyduję, jak go podejść, kiedy go zobaczę.

Ujął ją lekko pod brodę i odwrócił twarz ku sobie. Podniosła wzrok. W 

jej oczach malował się strach.

–   Kiedy  się   tam   dostaniemy   –   powiedział   już   bez   uśmiechu   –   albo 

będziemy mieli czas, żeby obmyślić plan, albo nie. W obu przypadkach, 
musisz robić to, co ci powiem, żadnych pytań. Spróbuję nie wyrządzić 
Lucasowi krzywdy, o ile nie będę do tego zmuszony, zgoda? Zaufaj mi 
Josie. Po prostu mi zaufaj, to już nie potrwa długo.

Próbowała   oderwać   wzrok   od   jego   ciemnych   oczu   i   zauważyła,   że 

wpatruje się w pociągającą linię jego ust. Zaufać mu. Wszystko sprowadza-
ło i będzie sprowadzać się do tego, dopóki nie odnajdą i nie uratują Bettiny 
i Księżycowej Róży. Oddychała płytko, prawie boleśnie. Wystarczył dotyk 
jego palców, by jej serce zaczęło łomotać jak szalone.

– Chyba nie mam wyboru – odpowiedziała.
–   Dobra   dziewczynka   –   pochwalił   ją   obdarzając   tym   razem   prawie 

dobrotliwym uśmiechem.

Stała nieruchomo jak zahipnotyzowana, kiedy nachylił się i pocałował ją 

w usta. Całował ją długo i dziwnie delikatnie, jakby się z nią żegnał. Jego 
pocałunek   wydawał   się   tak   bardzo   na   miejscu,   że   Josie   nie   wykonała 
żadnego gestu sprzeciwu. Nic, poza szmerem strumienia i biciem jej serca, 
nie zakłóciło ciszy otaczającej przyrody. Przez chwilę liczył się tylko pewny 
i ciepły pocałunek Whitewatera i złoty ogień, jaki rozpalił w jej żyłach. W 
końcu przerwał pocałunek i kciukiem delikatnie pieścił linię jej brody.

– Chodźmy uwolnić naszą pandę – zakomenderował – zanim to miejsce 

wystrzeli w powietrze jak raca.

–   Dlaczego   to   zrobiłeś?   –   spytała   miękko   szukając   wzrokiem   jego 

twarzy. – Dlaczego mnie pocałowałeś?

Wstał i wyciągnął rękę, żeby pomóc jej podnieść się z ziemi.
– Nie wiem – odparł zarzucając na ramiona plecak. – Może dlatego, że 

być może była to moja ostatnia okazja.

background image

Dotarli   na   szczyt   Ra-Komy   na   krótko   przed   jedenastą   rano.   Słońce 

świeciło   wysoko   na   niebie,   ale   blado   i   niewyraźnie,   jakby   nie   chciało 
patrzeć na to, co miało się zdarzyć w dole. Las trwał w absolutnej ciszy. 
Whitewater dał jej znak, żeby zachowała milczenie. Zdjął sztucer i załado-
wał naboje. Obserwując go poczuła, że zasycha jej w gardle. Każdy jego 
ruch był zatrważająco dokładny. Przeczołgał się przez bambusy i sosny tak 
bezszelestnie, jakby prawa dźwięku zostały chwilowo zawieszone. Ruszyła 
za   nim,   dziwiąc   się,   jak   potrafi   być   czujna   i   cicha   w   chwili   niebez-
pieczeństwa.

Whitewater usłyszał coś i zamarł w bezruchu. Josie wytężyła słuch, ale 

nic nie zwróciło jej uwagi. Dwadzieścia metrów dalej zatrzymał się ponow-
nie.   Odwrócił   się   do   niej,   a   wyraz   jego   twarzy   wydawał   się   mówić: 
posłuchaj uważnie. Wtedy usłyszała ten dźwięk, słaby, ale nie dający się z 
niczym   pomylić.   Dziwne,   warczące   skamlenie   i   głuchy   szczek,   które 
wydawało jedyne zwierzę na świecie: panda. Księżycowa Róża! pomyślała 
Josie radośnie: Żyje! Jest tutaj!

Przez   chwilę   Whitewater   obserwował   szczęście   malujące   się   na   jej 

twarzy. Uśmiechnął się do siebie i ruszył dalej. Josie szła za nim czując ra-
dosny zawrót głowy. Nie mogła uwierzyć w swoje szczęście. To był po 
prostu   cud.   Księżycowa   Róża   jest   na   szczycie   góry,   dokładnie   jak  z2-
wiedział to Whitewater. Serce biło jej mocno, a myśli szybowały radośnie 
niczym kolorowe bańki mydlane.

Whitewater podciągnął się kilka centymetrów w górę i schował za kępą 

ciemnych sosen. Josie zrównała się z nim. Teraz słyszała wyraźnie charakte-
rystyczne przerywane wołania Księżycowej Róży. Pomruki i popiskiwania 
pandy wydawały się jej piękniejsze od najcudowniejszej muzyki. Stając na 
palcach   wyjrzała   spomiędzy   gałęzi   kierując   wzrok   tam,   gdzie   patrzył 
Whitewater. Las wtargnął na teren plantacji porastając chaszczami opusz-
czone budynki. Byli na skraju nieregularnej przesieki, jakieś czterdzieści 
metrów za głównym budynkiem. Zarośnięty chwastami dom zapadł się, 
pozostawiając   jedynie   ściany  nadpalone  w   wyniku  przypadkowego  lub 
rozmyślnego pożaru. 

Między dwojgiem obserwatorów a sczerniałym domostwem stało kilka 

mniejszych budynków. W klatce na prawo, zaraz za głównym budynkiem, 

background image

chodziło tam i z powrotem okrągłogłowe klockowate zwierzę. Jego czarno-
białe umaszczenie kontrastowo odcinało się od zielonego tła lasu. Księżyco-
wa Róża, piękna jak zawsze, dreptała w kółko po swoim prowizorycznym 
więzieniu. W zamyśleniu żuła łodygę ściętego bambusa, patrzyła smętnie 
przez pręty klatki oczami w czarnych obwódkach, potrącała zwisający nad 
głową   pęd   winorośli   i   znowu,   pogrążona   w   melancholijnej   zadumie, 
ruszała w swoją wędrówkę po klatce.

Josie nie protestowała, gdy Whitewater objął ją ramieniem i mocno z2-

snął. Uśmiechnęła się do niego a on odpowiedział jej uśmiechem. Wskazał 
głową na lewo. Josie zwróciła wzrok w tamtą stronę i uśmiechnęła się 
szerzej. Na zachodniej stronie przesieki widać było rozwalający się niewiel-
ki pas startowy, u szczytu którego spoczywał zielono-żółty dwusilnikowiec. 
Stary, porośnięty winem hangar podobnie jak dom zapadł się dawno temu. 
Samolot przykryty był daszkiem z gałęzi i liści palmy, co czyniło go  z2-
docznym z powietrza. 

Whitewater ponownie uścisnął ją lekko. Nie myśląc, prawie pijana ze 

szczęścia, objęła go w pasie i odwzajemniła jego uścisk. Czuła się tak, jakby 
zamknęła obwód elektryczny. Iskry energii przebiegły między ich ciałami, 
przywracając ją do rzeczywistości. Szybko cofnęła ramię. Spojrzała na niego 
z pytaniem w oczach: „Co teraz”? Uwolnił ją równie szybko jak ona jego. 
Pochylił się trzymając głowę tak, by rondo kapelusza nie zawadziło o jej z2-
ycie głowy. Musnął wargami jej ucho.

– Musimy zobaczyć, ile tu jest ludzi. I sprawdzić, czy są uzbrojeni.
Josie   skinęła   głową   i   przełknęła   ślinę.   Niespokojnie   zlustrowała 

rozpościerającą   się   przed   nimi   przestrzeń.   Jeden   z   budynków,   prawdo-
podobnie kiedyś domek ogrodnika lub przeznaczony dla gości, nie robił 
wrażenia   tak   opuszczonego   jak   pozostałe.   Od   jego   drzwi   prowadziła 
świeżo   wydeptana   ścieżka   rozwidlająca   się   w   pewnej   chwili   w   kilku 
kierunkach: do klatki pandy, do pasa startowego i do innej, małej chatki, 
która   prawdopodobnie   służyła   jako   magazyn.   Okna   rozpadającego   się 
domku były otwarte. Z komina nie unosił się dym i Josie nie zauważyła 
wewnątrz   żadnego   ruchu.   Jej   wzrok   przyciągnęło   jedynie   coś 
poruszającego się w trawie i coś innego skrzącego się wśród chwastów. 
Ktoś niedawno upuścił tu papier od cukierka i wyrzucił puszkę po napoju. 

background image

I porzucił za domem brudną kołdrę. Leżała na ziemi zbita w kolorową kulę. 
Koło niej walało się niedawno wyrzucone krzesło, które nie zdołały jeszcze 
zniszczyć nawiedzające wyspę wiatry i deszcze.

„Och Lucas, jakież to do ciebie podobne”, pomyślała z ironią. „Chcesz 

zbawić świat, ale po tygodniu zaczynasz zaśmiecać własne środowisko”. 
Klatka pandy też nie była posprzątana, zmartwiła się. I to jej chodzenie w 
kółko i te dziwne, przerażające ryki...

– Szsz – Whitewater ostrzegł Josie i w tej samej chwili drzwi małego 

domku otworzyły się nagle. Josie zesztywniała odwracając wzrok od pan-
dy. W progu stał Lucas. Jego długie do ramion włosy zwisały w brudnych 
strąkach. Brudna też była czarna podkoszulka i dżinsy, które miał na sobie. 
Głowę jak zwykle zdobiła czarna opaska. 

Za   nim   wyszedł   inny   młody   mężczyzna,   którego   Josie   nigdy   nie 

widziała. Był mały i żylasty, o podobnej do Lucasa szczupłej, zwartej budo-
wie ciała. Miał krótko przycięte, ciemne włosy, ubrany był w wypłowiałe 
dżinsy i koszulę w kratę. Wyglądał na zdenerwowanego i nieszczęśliwego. 
Pojawił   się   też   trzeci,   i   na   jego   widok   Josie   zadrżała   ze   strachu.   Był 
olbrzymi, prawie tak wysoki jak Whitewater, ale cięższy, choć może mniej 
umięśniony. Podobnie jak Lucas zachowywał się z dużą pewnością siebie, 
ale jego ruchy były przemyślane i powolne niczym ruchy ociężałego  z2-
wiedzia grizzly. Miał ogoloną głowę i małe oczka, które ginęły w rozlanej 
twarzy. Wszyscy trzej nosili na paskach pod pachą krótką broń. 

Josie   ponownie   przełknęła   ślinę.   Spojrzała   nerwowo   na   Księżycową 

Różę,   która   zachowywała   się   dziwnie,   jakby   jakiś   niewidzialny   partner 
prowadził ją w powolnym walcu na cztery łapy. Nie było to normalne. 
Może udzieliła się jej dziwna atmosfera tego ranka, która wpłynęła na inne 
zwierzęta na wyspie. Oby to było to – pomyślała Josie modląc się w duchu 
– a nie...

Jej uwagę ponownie przykuł mały domek. W drzwiach stała Bettina.
– Nie zostawiaj mnie, Lucas – krzyknęła chwytając się framugi drzwi.
Lucas zatrzymał się w drodze do zadaszonego samolotu i odwrócił do 

niej.

background image

–   Nie   zostawiam   cię   –   odpowiedział   fałszywie   słodkim   głosem.   – 

Zostaje z tobą Ollie. Muszę sprawdzić, co słychać w wiosce. Coś dziwnego 
się tutaj dzieje. Chcę wiedzieć co. Nie mogę złapać żadnej stacji w radiu.

Bettina   podbiegła   do   niego.   Lucas   złapał   ją   mocno   za   łokcie   i  z2-

zymał na odległość wyciągniętych ramion.

– Lucas – błagała Bettina, próbując zbliżyć się do niego – proszę, nie 

zostawiaj mnie tutaj. Wszystko wydaje się... takie niesamowite. Nawet pan-
da dziwnie się zachowuje. A jeśli ona...

Lucas potrząsnął głową i przewrócił z irytacją bladymi oczami.
– Zabierz ją Ollie – powiedział zniecierpliwiony. 
Mięśnie Josie napięły się w proteście, kiedy zobaczyła jak olbrzym z 

ogoloną głową zbliża się do Bettiny i kładzie swoje łapy na jej ramionach. 
Bez najmniejszego wysiłku odciągnął ją od Lucasa i odprowadził do kępy 
karłowatych palm, w odległości piętnastu metrów od miejsca, z którego z2-
rwowali ich Josie i Whitewater.

– Cholera – wycedził przez zęby Whitewater – nie podoba mi się, że 

trzymają ją tak blisko siebie. Mogą jej użyć jako tarczy lub zakładnika.

Lucas udał, że strzepuje pył z czarnej podkoszulki. Poprawił kaburę 

pistoletu.

– Czy nie mogłabyś raz powstrzymać się od histerii? – warknął  z2-

zyjemnie.   –   Chociaż   raz?   Nigdy   bym   cię   nie   wziął   ze   sobą,   gdybym 
wiedział, że nie można na tobie w ogóle polegać. Zabrałbym tylko pandę a 
ty zostałabyś w Chicago. Jesteś mięczakiem. Jak możesz zmienić świat, 
skoro nie potrafisz nawet zapanować nad swoimi emocjami?

– Lucas – błagała Bettina, próbując uwolnić się z uścisku Ollie’ego.
Rozlaną twarz Ollie’ego rozpromienił uśmiech, kiedy brutalnym szarp-

nięciem osadził ją w miejscu. Na widok bezradności Bettiny Josie zacisnęła 
mocno zęby. Jej siostra wyglądała okropnie: chuda, blada, zmęczona, miała 
podkrążone oczy i przy zwalistej postaci Ollie’ego wydawała się bezbronna 
jak dziecko.

– Lucas! – krzyknęła znowu Bettina, w jej głosie słychać było rozpacz. – 

Uciekajmy z tej wyspy. Mam przeczucie, że zdarzy się coś strasznego. z2-
erzmy się teraz wszyscy. Skończmy z tym szaleństwem. Gdybyśmy oddali 
się dobrowolnie...

background image

Lucas skinął głową i Ollie ścisnął Bettinę swoimi grubymi rękami tak 

mocno, że dziewczynie zaparło dech w piersiach.

– Gdyby coś miało się stać – zagroził jej Lucas – wrócę po pandę, ale 

ciebie nie zabiorę, jeśli będziesz się źle zachowywać. Możesz mi wierzyć, 
Bettina, zostawię cię tutaj bez mrugnięcia okiem. Więc uspokój się i rób to, 
co   mówię.   Nikt   się   stąd   nie   ruszy,   dopóki   nie   zdobędę   więcej   paliwa. 
Dodatkowe zbiorniki są puste, a w baku jest tylko resztka benzyny.

Bettina przestała wyrywać się z olbrzymich łap Ollie’ego.
– Dlaczego ostatnim razem nie kupiłeś jej więcej? Dlaczego ryzykujesz, 

że nas złapią lub że zostaniemy tu uwięzieni? – spytała przestraszona.

Lucas roześmiał się nieprzyjemnie.
– Żeby ktoś taki jak ty nie próbował stąd czmychnąć zostawiając mnie 

na lodzie. Poza tym, nie mogę wzbudzić podejrzeń przyznając się, że mam 
dodatkowe  zbiorniki. Chyba  że znajdziemy  się  w  prawdziwym  niebez-
pieczeństwie. Nie jestem taki jak ty, Bettina. Nie wpadam w panikę. Więc 
uspokój się. Ja nie żartuję. Jeśli coś będzie nie tak, zostawię cię tutaj. Chodź, 
Willis, idziemy.

Lucas ruszył w stronę samolotu. Chudy mężczyzna o imieniu Willis 

rzucił Bettinie nieszczęśliwe spojrzenie, jakby chciał jej pomóc, ale nie mógł. 
Po czym posłusznie podążył za Lucasem.

–   Nie   możemy   pozwolić   im   odlecieć   –   szepnął   Whitewater.   – 

Potrzebujemy tego samolotu.

Josie spojrzała na niego pytająco. Lucas i Willie z każdym krokiem z2-

lali   się   od   Bettiny   i   Ollie’ego.   Natychmiast   zrozumiała,   w   czym   leży 
problem:   żeby   unieszkodliwić   wszystkich   trzech   mężczyzn,   Whitewater 
będzie musiał mierzyć do nich jednocześnie. Niezbyt łatwe zadanie, kiedy 
są tak rozproszeni a Bettina znajduje się na linii strzału.

– Ile środków usypiających zabrałaś dla pandy? – zapytał zwięźle.
–   Wystarczająco   dużo.   Mnóstwo.   Więcej   niż   trzeba.   Można   by   nimi 

uśpić słonia – odpowiedziała zmieszana. – Dlaczego...?

– Wystarczy dla niego? – spytał wskazując ruchem głowy Ollie’ego.
– Aha – westchnęła Josie, kiedy zrozumiała, o co mu chodzi.

background image

– Podkradnij się do niego od tyłu – polecił z kamienną twarzą. – Nie 

może cię zobaczyć ani usłyszeć. Jak tylko znajdę się na otwartej przestrzeni, 
wbij w niego igłę. Zrozumiałaś? Moje bezpieczeństwo zależy od ciebie.

Zanim zorientowała się, co się dzieje, pocałował ją lekko w usta i znik-

nął, jakby go nigdy przy niej nie było. Została sama. Zszokowana, zdjęła z 
pleców koc i rozwinęła go drżącymi rękami. Wyjęła apteczkę, znalazła w 
niej igłę i ampułkę ze środkiem usypiającym. Zaciskając zęby próbowała 
opanować drżenie rąk przy napełnianiu strzykawki. Zamknęła apteczkę i 
odruchowo przymocowała ją do paska u spodni. Zaczęła skradać się w 
stronę Ollie’ego i Bettiny modląc się, by wielkolud się nie poruszył. 

Ale Ollie poruszył się. Zrobił jeden, a następnie drugi krok w kierunku 

pasa   startowego.   Josie   czuła,   jak   zamiera   jej   serce.   Zrozumiała   jednak, 
sparaliżowana ze strachu, że przesunął się jedynie dalej w lewo, by lepiej 
widzieć Lucasa i Willisa. Nadal trzymał Bettinę. Kiedy Josie dotarła do 
kępy palm za Bettiną i Ollie’em, olbrzym bardziej wysunął się na otwartą 
przestrzeń. Musiałaby wyjść przynajmniej trzy metry na przesiekę, żeby go 
dosięgnąć. Nagle trzy metry wydały się jej niemożliwą do pokonania  z2-
głością. Zatrzymała się, jej puls bił jak oszalały. Stojąc na palcach zobaczyła, 
jak Lucas i Willis zbliżają się do końca pasa startowego. Nie śmiała zrobić 
ruchu, zanim Whitewater nie znajdzie się w jej polu widzenia. Wiedziała, 
że może zaskoczyć Ollie’ego tylko wtedy, gdy jego uwagę odwróci obecno-
ść Whitewatera.

Stała w cieniu słuchając bicia własnego serca. Ollie zrobił jeszcze jeden 

krok do przodu oddalając się od niej. Zaklęła cicho. Stał zwrócony do niej 
profilem.   Jeśli   zacznie   się   do   niego   skradać,   natychmiast   ją   zauważy. 
Wystarczy, że przekręci choć trochę głowę.

Księżycowa Róża wydała z siebie żałobny dźwięk i otarła się niespokoj-

nie o pręty klatki. Josie przełknęła ślinę próbując pozbyć się nieprzyjem-
nego ucisku w gardle. Zdawało się jej, że pod stopami poruszyła się ziemia. 
Nie wiedziała, czy faktycznie nastąpił jakiś wstrząs czy też tak bardzo drżą 
jej   kolana.   Raz   jeszcze   przełknęła   ślinę.   Patrzyła,   jak   dwaj   mężczyźni 
posuwają się wolno w stronę zamaskowanego samolotu.

I nagle było ich już trzech. Przed Willisem i Lucasem wyrósł Whitewater 

mierząc do nich ze sztucera. Pojawił się tam jakby za sprawą czarów, i z2-

background image

t stąd, gdzie stała Josie, widać było dziwny, ponury grymas w kąciku jego 
ust.

Ollie mówił coś do Bettiny, śmiejąc się nieprzyjemnie. Nie zauważył 

pojawienia   się   Whitewatera.   Josie   mogła   do   niego   podejść,   ale   stała 
sparaliżowana, patrząc, czy nic nie grozi Whitewaterowi.

– Dzień dobry – usłyszała jego opanowany głos niosący się echem przez 

polanę. – Ręce do góry. Nie ruszać się.

Lucas skamieniał. Mały człowieczek o imieniu Willis cofnął się odrucho-

wo do tyłu, po czym stanął jak wbity w ziemię. Podniósł ręce do góry.

– Słuchaj, stary, nigdy nie myślałem, że to posunie się tak daleko – 

powiedział z rozpaczą w głosie. – Poddaję się. Widzisz, trzymam ręce w 
górze. Cieszę się, że cię tu widzę. Ten facet oszalał. Chciał nas wszystkich 
zabić. Razem z pandą.

– W porządku, synku – wymruczał Whitewater spoglądając na sztucer. 

– Tylko spokojnie.

Teraz!   rozkazał   mózg   Josie,   ale   jej   ciało   odmówiło   posłuszeństwa. 

Wiedziała,   że   bezpieczeństwo   Whitewatera   zależy   od   niej.   Musiała   z2-
akować, ale nie wiedziała, czy da radę. Poza tym jej uwagę przykuł Lucas. 
Bała się ruszyć, dopóki nie zdobędzie pewności, że Whitewater ma go w 
ręku. Lucas był bardziej podstępny niż stu mężczyzn pokroju Ollie’ego.

– Kim jesteś? – zapytał rozwścieczony Lucas pół skowycząc pół skam-

ląc. Sięgał po broń.

– Nie zmuszaj mnie, bym zrobił ci krzywdę – ostrzegł go Whitewater.
Josie wstrzymała oddech. Ollie zauważył, co się dzieje. Odsunął Bettinę 

tak brutalnie, że upadła na ziemię. Sięgnął po swój rewolwer.

Rusz się! raz jeszcze rozkazała sobie w myślach Josie. Ręka Ollie’ego 

chwyciła   rękojeść   rewolweru.   Josie   rzuciła   się   w   stronę   olbrzyma. 
Mężczyzna   odwrócił   się   i   spojrzał   na  nią.   Zamrugał   tępo  i   Josie   przez 
sekundę się zawahała. Czas jakby się zatrzymał. Po drugiej stronie polany 
Lucas powoli sięgał po broń lekceważąc ostrzeżenie Whitewatera. Ollie 
błyskawicznie wyciągnął z kabury rewolwer i wymierzył go nagle w stronę 
klatki z pandą.

– Stać! – wrzasnął trzęsącym się w panice głosem. – Stać, bo ją zabiję! z2-

ęgam, że ją zabiję! 

background image

Trzymał rewolwer w obu dłoniach i mierzył nim w Księżycową Różę. 

Josie stała jak sparaliżowana w połowie drogi między Ollie’em a kępą palm. 
Spojrzała najpierw na pandę, która ciągle nieświadoma niebezpieczeństwa 
dreptała   po   swojej   klatce   z   charakterystycznym   dla   siebie   smutnym 
wyrazem na pięknym pyszczku. Następnie przeniosła wzrok na stojącego 
bez ruchu ze sztucerem wymierzonym w Ollie’ego Whitewatera.

Ollie zacisnął mocniej trzęsące się ręce na rękojeści rewolweru. Wycelo-

wał dokładniej w pandę. Zwierzę stało teraz nieruchomo z nienaturalnie 
przechyloną głową. Lucas, korzystając z tego, że Whitewater spuścił go z 
oczu, wolnymi ruchami wydobywał broń z kabury.

– Josie! – krzyknął Whitewater. – Teraz! Do diabła. Teraz!
Rozległ się strzał. Ollie wrzasnął, wypuszczając broń, która wyleciała w 

powietrze i potoczyła się w czerwony kurz. Josie jak na skrzydłach  z2-
egła dzielący ją od Ollie’ego dystans kilku kroków. Usłyszała, jak wciąż 
leżąca na ziemi Bettina woła ją po imieniu. Wskoczyła na plecy Ollie’ego i 
wczepiła się w niego niczym atakujący większe zwierzę terrier. Ollie ryknął 
i próbował ją z siebie zrzucić. Josie przywarła do niego oplatając ramieniem 
jego grubą szyję. Czuła, jak wierzga i ogania się od niej niczym wielki koń 
pociągowy. Wbiła w niego igłę i nacisnęła tłoczek. Wydawało się jej, że igła 
weszła w ciało, ale niczego już nie była pewna.

Strącił ją i upadła na ziemię koło bezradnie szlochającej Bettiny. Josie 

była tak oszołomiona tym, co zaszło, że nie odczuwała bólu. Nie mogła zła-
pać tchu, ale nie miało to najmniejszego znaczenia.

– Uciekaj, Bettina! – zdążyła wykrztusić.
Ollie zrobił jeden olbrzymi krok i już był przy niej. Na jego otyłej, tępej 

twarzy malowała się wciekłość. Bettina rzuciła się do ucieczki. Josie  z2-
osła się na łokciu. Po drugiej stronie przesieki zobaczyła Lucasa kucającego 
z rewolwerem wycelowanym w Whitewatera. Czuła, że Ollie wpatruje się 
w nią, ale jedyne, co mogła usłyszeć, to wściekłe wrzaski Lucasa:

– Mogę umrzeć! Mogę zginąć! Ale przysięgam, że zabiorę cię ze sobą. 

Obaj umrzemy!

Josie zobaczyła, jak rewolwer drży w jego dłoniach, kiedy próbuje go 

odbezpieczyć.

background image

– Synku – usłyszała, jak Whitewater odpowiada Lucasowi chrapliwym, 

sarkastycznym tonem – nie jesteś wart tego, by dla ciebie umierać.

Zobaczyła, jak chwyta sztucer niczym pałkę i uderza Lucasa kolbą w 

skroń. Lucas kurczy się i pada na ziemię wolno i niezgrabnie, jak postać z 
komediowego filmu. Whitewater żyje – pomyślała z rodzajem sennego z2-
lenia.   –   Jest   bezpieczny.  Ale   prawie   natychmiast   wielkie   łapy   Ollie’ego 
chwyciły ją brutalnie za przód bluzki i podniosły w górę. Trzymając ją w 
powietrzu zaciskał brudną rękę na jej gardle. Czuła jak uchodzi z niej życie. 

Whitewater, proszę, strzelaj. Strzelaj! W ułamku sekundy dotarło do 

niej,   że   desperackie   pragnienie,   by   Whitewater   strzelił,   kłóciło   się   ze 
wszystkim, w co wierzyła do tej pory. Chciała, by strzelił. Chciała, by z2-
wiedział przemocą na przemoc. Chciała, by ją uratował.

Kiedy   walczyła,   by   oderwać   od   swojego   gardła   palce   Ollie’ego, 

uświadomiła sobie niejasno, dlaczego Whitewater nie mógł strzelić. Na linii 
strzału stała Bettina bezskutecznie okładając pięściami plecy Ollie’go. Jej 
siostra, próbując ją uratować, niechcący pomagała ją zabić. Zrobiło się jej 
najpierw szaro, a potem czarno przed oczami. Ciemność rosła coraz bar-
dziej, aż zakryła wszystko.

background image

ROZDZIAŁ SIÓDMY 

Josie obudziła się w ramionach Whitewatera. U jego stóp leżał Ollie. 

Próbowała   się   odezwać,   ale   zamiast   głosu   wydała   z   siebie   tylko   słaby 
skrzek. Whitewater otworzył manierkę i przyłożył jej do ust.

– Pij, pij, najdroższa – uspokajał ją. – Jestem z tobą. Jesteś bezpieczna. 

Już wszystko dobrze. Napij się i obejmij mnie za szyję.

Wzięła do ust łyk wody, ale nie mogła go przełknąć. Bolało ją gardło. 

Whitewater   jęknął   i   upuścił   manierkę   na   ziemię.   Oplótł   plecy   Josie 
ramionami   i   przytulił   ją   mocniej   do   siebie.   Czuła   się   w   jego   objęciach 
niczym w najbezpieczniejszym schronieniu na świecie. Przycisnęła twarz 
do szorstkiego płótna jego kamizelki. Zaplotła ręce na jego karku i  z2-
liła się do niego. Był tak mocny, silny, niepokonany. Wiedziała, że potrafi 
złożyć cały ten szalony, wirujący świat z powrotem do kupy i uczynić go 
znowu bezpiecznym. Łzy wypłynęły spod jej ciasno zamkniętych powiek. 
Tym razem nie próbowała ich przed nim ukryć. Przeszli razem przez niebo 
i piekło, razem zajrzeli w oczy śmierci. Dlaczego miałaby coś przed nim 
ukrywać?

– Whitewater – wyszeptała chrapliwie. – Co się stało? Tak mi przykro. 

Za wolno się ruszałam. Zawiodłam cię. Przepraszam.

Wtuliła się w niego głębiej. Jedna z wielu kieszeni jego ubrania  z2-

a jej policzek.

– Josie, Josie – zamruczał Whitewater muskając  wargami jej rozczo-

chrane kasztanowe włosy. – Któregoś dnia, jeśli będzie na to czas i miejsce, 
opowiem   ci,   jak   wspaniale   się   spisałaś.   Załatwiłaś   go.   Powaliłaś   go   na 
ziemię. Runął jak ścięta sekwoja. Miałaś coś w rodzaju myśliwskiej tremy, 
ale przezwyciężyłaś ją. Wszystko jest w porządku.

– Tremy? – dopytywała się przygnębiona Josie, ciągle wstydząc się z2-

eść na niego oczy. – Nawet nie wiem, co się stało.

Postawił ją łagodnie na ziemi. Nadal trzymał ją w objęciach i przytulał 

do piersi jej zalaną łzami twarz. Delikatnie gładził ją po włosach.

background image

– Moja mała dziewczynka. Weź się w garść. Nie martw się tym, co 

minęło.   Zdarza   się   taki   moment   wahania,   gdy   ma   się   na   muszce 
olbrzymiego   jelenia.   To   właśnie   jest   myśliwska   trema.   Ale   ty   ją  z2-
yciężyłaś. Myślę, że będzie z ciebie jeszcze dobry myśliwy, o ile tylko z2-
cesz nim kiedyś zostać. Zechcesz?

Ton jego pytania był lekko żartobliwy, ale Josie wzdrygnęła się.
– Nie! – odparła z naciskiem przytulając się do niego mocniej.
– Josie! – płaczliwy głos Bettiny przywrócił ją do rzeczywistości. – Josie, 

jak się tu dostałaś? – spytała i pociągnęła głośno nosem. – I kim jest ten 
człowiek?

Josie stężała w ramionach Whitewatera. Podniosła w górę głowę. Powoli 

rozejrzała się wokół. Bettina z twarzą poznaczoną strużkami łez klęczała 
obok młodego mężczyzny imieniem Willis, który siedział zawstydzony z 
opuszczoną głową oraz związanymi fachowo rękami. Nieopodal w kurzu i 
pośród chwastów leżał na brzuchu Ollie oddychając głęboko i spokojnie 
niczym człowiek pogrążony w kamiennym śnie. Jego grube ręce związane 
były z tyłu.

–   Załatwiłam   go   –   odezwała   się   Josie   słabym   głosem   patrząc   na 

unieruchomionego olbrzyma. – A ty... ty załatwiłeś Lucasa – powiedziała ze 
zdziwieniem podnosząc w końcu oczy na Whitewatera.

Uśmiechnął  się   do  niej,   biel   jego  zębów  odcinała   się   od   opalenizny 

twarzy. Pod rondem kapelusza błysnęły jego ciemne oczy, w których przez 
chwilę paliły się iskierki drwiny.

– I nie wyrządziłem mu żadnej krzywdy, przynajmniej poważnej.
Odwrócił głowę w stronę lądowiska. Oparty o pień drzewa, z rękami 

związanymi   z   przodu,   siedział   wciąż   nieprzytomny   Lucas.   Jego   głowa 
wydawała się kiwać spokojnie nad złożonymi na brzuchu dłońmi. Czarna 
opaska przekrzywiła się na włosach a czarną podkoszulkę pokrywała war-
stwa kurzu. Na jego widok Josie przebiegły zimne dreszcze. 

Nagle półświadoma badawczego spojrzenia Bettiny odsunęła się nieco 

od Whitewatera. Ugięły się pod nią kolana. Whitewater obejmował ją jedną 
ręką, jakby podtrzymując przed upadkiem. Jego dotyk dawał jej coś więcej 
niż tylko poczucie bezpieczeństwa. Nie sposób było na długo zapomnieć, 
jak bardzo był męski.

background image

–   Musiałem   związać   kilku   ludzi,   zanim   do   ciebie   przyszedłem   – 

wymruczał przepraszająco. – Twoja siostra się tobą zajęła. Krzyczała, że nic 
ci nie jest. W ogóle dość dużo krzyczała, ale udało się jej wydobyć cię spod 
tej oto Śpiącej Królewny – spojrzał z obrzydzeniem na zwaliste cielsko Ol-
lie’ego.

– Josie – odezwała się Bettina, a łzy ponownie napłynęły jej do oczu. – 

Kim jest ten człowiek? Jak się tu dostaliście?

Josie spojrzała niepewnie na siostrę.
– To Whitewater – odparła trzymając rękę na obolałym gardle, jakby te 

słowa miały wszystko wyjaśniać. Jego ramię dotykające jej talii wywoływa-
ło w niej przyjemne mrowienie. – Przeszliśmy przez góry. Jak się czujesz?

– Okropnie – jęknęła Bettina wybuchając płaczem. – Ale zrobiłam to, co 

mi kazałaś. Opiekowałam się Księżycową Różą. Nie pozwoliłam Lucasowi 
jej   skrzywdzić.   On   by   to   zrobił,   naprawdę.   W   końcu   stałam   się   takim 
samym więźniem jak panda. Podobnie jak Willis. Oboje chcieliśmy się z 
tego wyplątać.

Josie wyswobodziła się z ramion Whitewatera i uklękła obok siostry. 

Objęła ją ramieniem.

– W porządku, Bettina. Wszystko będzie dobrze. – Głęboko w sercu 

miała nadzieję, że naprawdę wszystko się jakoś ułoży.

– Chciałem właśnie powiedzieć – odezwał się Willis – że powinniście 

wziąć   pod   uwagę,   iż   poddałem   się   dobrowolnie.   Cieszę   się,   że   to   się 
skończyło. Lucas nas wszystkich zahipnotyzował. Odkąd wzięliśmy pandę, 
widziałem, że jego ego wymknęło się spod kontroli. Myślał, że może rzucić 
cały świat na kolana. Bettina naprawdę chciała się z tego wyplątać. A ja 
coraz bardziej skłaniałem się ku jej zdaniu. Bał się zostawić nas razem. Ja 
naprawdę chciałem skończyć z tym szaleństwem.

– Tak, Josie. Willis mówi prawdę – potwierdziła Bettina patrząc błagal-

nie na siostrę. – I Lucas o tym wiedział. Oboje z Willisem przejrzeliśmy go 
na   wylot.   Żałowaliśmy,   że   kiedykolwiek   wdaliśmy   się   w   tę   aferę.   My-
śleliśmy tylko, że wykorzystamy pandę po to, żeby świat stał się lepszy.

Josie poklepała Bettinę po plecach. Wstała czując gorycz w ustach. Bet-

tina   i   Willis   już   próbują   zminimalizować   swój   udział   w   przestępstwie, 
pomniejszyć swoją winę.

background image

– Nie powinnaś była nigdy zaczynać tego szaleństwa – rzuciła ostro.
Bettina załkała, a Willis zawstydził się jeszcze bardziej. Josie obrzuciła 

ich uważnym spojrzeniem. Nie tworzyli sympatycznej parki.

–   Chodźmy   –   powiedział   Whitewater   kładąc   rękę   na   szczupłym 

ramieniu Josie. – Uśpijmy pandę i wynośmy się stąd. Nadal nie podoba mi 
się atmosfera tego miejsca.

Josie skinęła potakująco. Ruszyła w stronę klatki. Bolała ją głowa i lekko 

utykała. Whitewater objął ją w pasie.

– Dobrze się czujesz? – spytał marszcząc brew. 
I znowu jego dotknięcie elektryzowało.
Skinęła głową na znak, że czuje się dobrze. Naprawdę jednak martwiła 

się o pandę. Rozpoznała jej ruchy i porykiwanie. Widziała filmy, na których 
samice pandy zachowywały się podobnie. Patrzyła przez grube pręty tan-
detnie zbudowanej klatki. Dziwne odgłosy niedźwiedzicy, jej dreptanie po 
klatce, sposób, w jaki podrzucała tył ciała, wszystko to wskazywało na 
jedno: panda miała za chwilę zostać matką. Kiedy Josie podeszła do klatki, 
Księżycowa Róża przesunęła się na drugą stronę. Spojrzała na nią swoimi 
dziwnie smutnymi oczami. Następnie odwróciła się i zaczęła wahać i udep-
tywać kupkę bambusów w rogu. Budowała sobie gniazdo. Josie poczuła 
ucisk w piersi. Oto chwila, o której marzyła przez lata. Ale nie powinna 
zdarzyć się teraz. I tutaj.

Spojrzała   na   stojącego   obok   Whitewatera.   Bettina   przykuśtykała   za 

nimi. Stanęła z drugiej strony Josie.

– Martwię się o nią – powiedziała wycierając oczy. – Od kilku dni dziw-

nie się zachowuje, jakby czuła, że coś się wydarzy. Cała ta góra jest jakaś 
dziwna.

Josie spojrzała na egzotycznie piękną pandę, a następnie na Whitewate-

ra.

– To coś zdarzy się zaraz – powiedziała krótko, patrząc w jego ciemne 

oczy. – Nie możemy jej teraz ruszać. Myślę, że zacznie rodzić. Świadczy o 
tym wszystko, co robi: budowanie gniazda, odgłosy, jakie wydaje, sposób, 
w jaki się porusza. Nie możemy ryzykować jej transportu. 

– Będzie teraz rodzić? – krzyknęła przestraszona Bettina. – Myślałam, że 

mamy tygodnie, może nawet miesiące. Jak to możliwe, że urodzi teraz?

background image

Josie zacisnęła mocno ręce na prętach klatki.
– Natura – odpowiedziała przez zaciśnięte zęby – rządzi się własnymi 

prawami.

–   O   Boże   –   jęknęła   Bettina   wpadając   znowu   w   płacz.   –   Co   teraz 

zrobimy? Ja chcę do domu! Co my teraz zrobimy?

Whitewater przesunął się od Josie do Bettiny. Chwycił młodszą siostrę 

za ramię i zmusił ją, by spojrzała w jego groźną twarz.

– Po pierwsze przestaniesz beczeć – rozkazał. – Myślisz, że dużo  z2-

łaś? Twoja siostra trzy dni przedzierała się przez te góry, żeby wydostać cię 
z   cholernych   tarapatów.   Musiała   odgrywać   silną   kobietę   i   świetnie   się 
spisała, więc przestań się ślimaczyć, dobrze? Chociaż raz w życiu bądź 
dorosła i pomóż jej.

Twarz Bettiny zbladła jak ściana. Patrzyła na Whitewatera jakby był 

pierwszą osobą, która tak się do niej odezwała.

– Tak jest – wyjąkała i spróbowała wyswobodzić swoje ramię.
Jednakże Whitewater trzymał ją mocno jedną ręką, drugą zaś sięgnął do 

jednej z wielu kieszeni kurtki i wyciągnął kłębek nylonowej linki. Następ-
nie uwolnił Bettinę, by wyłowić z kolejnej kieszeni swój szwajcarski nóż 
wojskowy. Odciął kawałek linki i rzucił w jej stronę.

– Trzymaj – warknął. – Chciałem jak najszybciej znaleźć się przy twojej 

siostrze. Nie zdążyłem związać nóg Lucasa. Jeśli chcesz pomóc, idź teraz i 
zwiąż je mocno.

– Tak jest – wymamrotała płaczliwie Bettina. Wzięła ostrożnie linkę i 

pobiegła do miejsca, w którym oparty o pień drzewa, ze spuszczoną głową 
i znieruchomiałym ciałem, siedział w zamyśleniu Lucas.

– A kiedy wrócisz – krzyknął na nią Whitewater – pomożesz swojej 

siostrze. Będziesz dokładnie wykonywać jej polecenia. Zrozumiano?

Odwrócił się do Josie.
– Przepraszam – mruknął. – Działa mi na nerwy. A teraz co powinniśmy 

zrobić dla niej? – wskazał ruchem głowy pandę.

Josie przygryzła dolną wargę. Wciąż czuła lekki zawrót głowy. Kiedy 

Ling   Lang,   samica   pandy   w   waszyngtońskim   Ogrodzie   Zoologicznym, 
miała rodzić, cały szpital ZOO wraz ze skomplikowaną aparaturą medycz-
ną, tuzinem weterynarzy i pielęgniarzy postawiony był na nogi. Zwierzę 

background image

otoczone było tłumem specjalistów i ich pomocników, ale nawet najlepsza 
opieka   nic   nie   pomogła.   Poród   pandy   był   szalenie   trudny.   Jej   dzieci 
urodziły się martwe.

– Czekać – odparła z trudnością. – Czytałam o tym. Widziałam to na 

wideo, ale pierwszy raz w tym uczestniczę. Jestem zoologiem, a nie wete-
rynarzem. Ale wiem, że najlepiej będzie, jak zostawimy tę sprawę naturze. 
Nie chcę jej usypiać, dopóki nie będę musiała.

Słońce zaszło za chmurę. W dolinę wtargnął nagły chłód.
– Ej, wy tam – dobiegł ich głos Willisa. – Czy nie czujecie, że dzieje się 

coś dziwnego? Że coś niezwykłego dzieje się na tej górze?

Josie była zbyt zajęta myślami, by mu odpowiedzieć, a Whitewater go 

zignorował.

– Słuchajcie, poważnie, mam przeczucie, że zdarzy się coś naprawdę 

dziwnego – głos Willisa był prawie błagalny. – Nawet Lucas to czuł, a on 
jak mało kto potrafił zachować zimną krew. Nie mogliśmy tutaj złapać 
żadnej stacji. Wszystko może się zdarzyć. Huragan, trzęsieni ziemi, albo 
sam już nie wiem co.

Księżycowa Róża znowu zaczęła kręcić się w kółko po klatce. Podeszła 

do   Whitewatera   i   Josie.   Zatrzymała   się   przed   nimi,   przekręciła   swój 
tragikomiczny łepek, jakby rozpoznała swoją opiekunkę. Uniosła okrągłą 
głowę i wydała z siebie nieziemski pomruk, wyraz przerażenia i prośby o 
pomoc. 

O, Boże – pomyślała Josie – proszę, niech teraz nie rodzi. Nie teraz. Nie 

po tym, co przeszłam. Nie jestem na to gotowa. Czarno-białe zwierzę z2-
ąpiło nerwowo z nogi na nogę. Przekręciło głowę w drugą stronę i raz jesz-
cze spojrzało na Josie smutnymi oczami. Ponownie wydało z siebie błagal-
ny ryk. Pod Josie ugięły się kolana. Ścisnęła mocniej pręty. Whitewater zno-
wu ją objął. Raz jeszcze jego bliskość zelektryzowała ją, wlewając w nią 
życie.

–   Spokojnie   –   powiedział   swoim   matowym  głosem.   –   Teraz   ty   roz-

kazujesz. Jestem przy tobie. Zrobię wszystko, co każesz. Ale wydaje mi się, 
że powinniśmy zabrać stąd tę panienkę.

– Nie możemy – potrząsnęła przecząco głową.

background image

– Tu jest już wystarczająco niebezpiecznie. Nie mogę nawet myśleć o z2-

esieniu jej...

Podbiegła do nich zdyszana Bettina.
–   Związałam   mu   nogi.   Bardzo   mocno.   Ciągle   jest   nieprzytomny.   W 

ogóle się nie rusza. Co mam teraz robić, Josie?

–   Myślę,   że...   mogłabyś   zagotować   trochę   wody   –   powiedziała   po 

chwili. – I poszukaj jakichś ręczników. – Czy to nie tak zwykle mówi się w 
filmach? Blefowała, ale mówiła pewnym siebie tonem, żeby uspokoić Bet-
tinę.

–   Zagotować   wodę?   Mamy   tylko   czajnik   i   mały   kocher...   Może 

powinniśmy ją zabrać z powrotem na Hawaje. To nie jest najlepsze miejsce 
do rodzenia.

– Wiem – wybuchnęła w końcu Josie. – A co ty byś zrobiła, gdyby mnie 

tu nie było? Powiedziałam, idź i zagotuj wodę.

Bettina pomknęła jak strzała, by zniknąć po chwili w rozpadającym się 

domku. Whitewater patrzył za nią ze zmarszczonym czołem.

– Idę sprawdzić, co z Lucasem – poinformował Josie. – Przepraszam, ale 

coś   mi   mówi,   że   nie   powinienem   polegać   na   twojej   siostrze,   nawet   w 
sprawie głupiego węzła.

– Nie przepraszaj – odparła Josie. – Wciągnęła nas wszystkich w niezłą 

kabałę. Och, Księżycowa Różo – dokończyła spoglądając żałośnie na  z2-
okojną pandę.

– Josie – odezwał się Whitewater, kładąc dłonie na jej ramieniu. Spojrzał 

jej głęboko w oczy. – Powiedziałem, że ty teraz jesteś ekspertem. I to praw-
da. Ale naprawdę wydaje mi się, że powinniśmy się stąd wynieść, im szyb-
ciej, tym lepiej.

Ciepło jego dłoni dodawało jej otuchy.
– Nie mogę – potrząsnęła głową. – Nie mogę podjąć tego ryzyka. Ona 

jest zbyt cenna, zbyt rzadka, żeby przerzucać ją w tą i z powrotem jak...

Potężny   wstrząs   poruszył   ziemię.   Powietrze   wypełnił   niesamowity 

ogłuszający ryk. Wydawało się, że ziemia grzmi i lekko, lecz zdecydowanie 
faluje pod stopami. Ścięło ją z nóg. Chcąc ją osłonić, Whitewater przykrył 
Josie własnym ciałem. Złapał ją w ramiona i trzymał mocno, przytulając in-
stynktownie do piersi. Josie poczuła kolejny wstrząs. Przerażona panda sta-

background image

ła  na tylnych nogach  i wyła  w  czystym  zwierzęcym  strachu.  Stało się, 
pomyślała zszokowana Josie. Przyjdzie im tu zginąć. Przynajmniej umrze w 
ramionach Whitewatera, a to już było coś.

– Whitewater – wykrztusiła w panice. Następny podziemny wstrząs i 

kolejne wycie pandy zagłuszyły jej błagalny szept. W oddali na wschodzie 
powietrze   przeszył   rozdzierający   ryk.   Whitewater   przeturlał  się   tak,   by 
pełniej osłonić Josie. Czuła napór jego ciała, dotyk jego obejmujących ją 
ściśle ramion. Pochylił nad nią twarz.

– Nie mamy wyboru, Josie – powiedział przez zaciśnięte zęby. – Albo 

natychmiast się stąd wynosimy albo ryzykujemy, że nie wydostaniemy się 
stąd nigdy. Przygotuj pandę.

– Ale... – zaczęła wpatrując się bezradnie w jego nieubłaganą twarz.
– Przygotuj ją – powtórzył, prawie opryskliwie. – Nie mamy wyboru.
I Josie słysząc wycie Księżycowej Róży, krzyki wybiegającej z domku 

Bettiny oraz głośne modlitwy Willisa, wiedziała, że Whitewater miał rację. 
Horyzont zasnuwała czerwona mgła. Górą Chmurnych Bogów wstrząsały 
potężne   konwulsje.   Na   chwilę   Josie   powodowana   strachem   przywarła 
rozpaczliwie do Whitewatera. W końcu puściła go. Przepraszam cię, Księ-
życowa Różo, pomyślała próbując wstać i przyglądając się przerażonej pan-
dzie. Przepraszam. I Księżycowa Róża, jakby w odpowiedzi, zawyła prawie 
ludzkim głosem.

background image

ROZDZIAŁ ÓSMY 

Upiornie czerwone strzępy chmur wzbijały się coraz wyżej w niebo. 

Whitewater   sprawdzał   samolot.   Bettina   klęczała   szlochając   i   zasłaniając 
rękami uszy. Josie nie miała czasu, żeby ją pocieszyć. Wrzaski przerażenia 
Willisa   dopełniały   hałasu.   Josie   próbowała   skupić   się   tylko  na   tym,   co 
konieczne.   Wyjęła   z   apteczki   strzykawkę   oraz   ampułkę   najszybciej 
działającego   i   najbezpieczniejszego   środka   usypiającego.   Napełniła   nim 
strzykawkę   dziwiąc   się   pewności   swoich  rąk.   Ziemię   przebiegł  kolejny, 
długi, przerażający wstrząs, ale tym razem Josie udało się zachować równo-
wagę. Postanowiła nie zwracać na to uwagi.

Rób co do ciebie należy, powtarzała w myślach, jakby słowa te były 

magicznym zaklęciem. Zajmij się pandą. Panda wielka, mimo swojego roz-
czulającego piękna i prawie dziecinnie niezdarnych ruchów, była dużym i 
niebezpiecznym zwierzęciem. Josie nie mogła wejść do klatki Księżycowej 
Róży, zwłaszcza gdy niedźwiedzica była tak niespokojna i przestraszona 
jak   teraz.   Postanowiła   więc   zastosować   tę   samą   chińską   metodę 
aplikowania środka obezwładniającego, jaką stosowano w rezerwacie pan-
dy w Szechwan. Przywiązała strzykawkę do długiej, owiniętej gazą łodygi 
bambusa, włożyła ją do klatki i bezceremonialnie wbiła igłę w zad samicy. 
Panda poczuła się zdradzona i wydała z siebie przejmujący pisk. 

Josie przyglądała się, jak Księżycowa Róża zaczyna znowu niespokojnie 

kręcić się po klatce i żałośnie ujadać. Lecz już po chwili zwierzę zachwiało 
się na swoich hebanowoczarnych łapach, a minutę później zamarło z głową 
pochyloną ku ziemi. Jak pijane próbowało utrzymać równowagę, po czym 
zwaliło się na ziemię i zległo cicho zwinięte w biało-czarny kłębek. Josie 
otworzyła drzwi klatki i wpadła do środka. Zmierzyła puls pandy, spraw-
dziła oddech, zajrzała w zamglone, niewidzące oczy.

– Niech ci się tylko nic nie stanie – szeptała błagalnie. – Bardzo cię o to 

proszę.

Usłyszała ryk silników samolotu. Upewniwszy się, że na razie nic pan-

dzie nie grozi, pobiegła do domku. Postawiła szlochającą Bettinę na nogi.

background image

– Pomóż mi! – zażądała.
– Nie mogę! – łkała Bettina. – Och, Josie, tak się boję. To tak, jakby 

wszystkie moje błędy mnie dopadły! Wszystkie moje grzechy...

–   Później   będziesz   się   martwić   o   swoje   grzechy.   Potrzebuję   twojej 

pomocy! – Josie potrząsnęła siostrą.

Bettina   popatrzyła   na   nią   nierozumiejącym   wzrokiem,   po   twarzy 

spływały  jej łzy.  Josie zacisnęła zęby,  zamachnęła  się  ręką i  z całej siły 
trzasnęła   siostrę   w   twarz.   Dłoń   piekła   ją   od   impetu   uderzenia.   Bettina 
krzyknęła, a następnie spojrzała na siostrę, jakby dopiero teraz ją zobaczyła.

– Co? – spytała, jak ktoś, kto budzi się ze snu. 
Kolejny wstrząs poruszył ziemię pod ich stopami i Willis znowu zaczął 

swoje lamenty. Ilu histeryków zdołam opanować? – pomyślała Josie bez-
radnie. Dzięki Bogu, że mam Whitewatera.

– Wejdź do domu – rozkazała siostrze. – Napełnij wszystkie manierki 

gorącą wodą. Zabierz wszystkie koce i ręczniki, jakie tylko znajdziesz. I 
pospiesz się. Zaraz będziemy startować.

Nagle zerwał się wiatr. W powietrzu zaczął unosić się czerwony pył. 

Temperatura podskoczyła o pięć stopni. Przybiegł Whitewater osłaniając 
głowę przed wiatrem. Położył ręce na ramionach Josie i ścisnął ją mocno. 
Nachylił się nad nią, przykładając usta do jej ucha.

– Co z pandą? – spytał próbując przekrzyczeć silniki samolotu, wiatr, 

grzmoty Kana-Pumy i wrzaski Willisa.

– Śpi – odkrzyknęła Josie. Gardło piekło ją z wysiłku. Ścisnęła ramiona 

Whitewatera. Tylko na niego mogę liczyć, tylko jemu mogę ufać. – Ale przy 
przenoszeniu jej musimy być ostrożni. Boję się tego, naprawdę... Ciągnąć ją 
w tym stanie...

Skinął głową.
– Musisz zdać się na pomoc natury – powiedział ponuro.
Podszedł   do   Willisa   i   zaczął   rozplątywać   jego   więzy.   Willis   stłumił 

szloch i wytarł nos o rękaw koszuli.

– Chodź, kowboju – rozkazał podnosząc go z ziemi. – Pomożesz mi 

dźwigać pandę.

– Wszystko, co chcesz – łkał Willis czepiając się kurtki Whitewatera. – 

Tylko, proszę, wydostań mnie stąd!

background image

Whitewater pogardliwie odtrącił jego ręce.
– Chodź – warknął. – Najpierw panda. Potem twój kumpel.
Wskazał   głową   wyciągnięte   na   ziemi   bezwładne   cielsko   Ollie’ego. 

Chwycił Willisa za kołnierz koszuli i popchnął w kierunku klatki. Josie 
poszła za nimi. W klatce leżał duży brudny kawałek drewnianej płyty. z2-
wne przeniesiono na nim uśpioną pandę, kiedy przywieziono ją na wyspę. 
Whitewater z pomocą wystraszonego Willisa podniósł ostrożnie Księżyco-
wą Różę i położył na płycie.

– A teraz – rozkazał – zanieśmy ją do samolotu. Upuścisz swój koniec, to 

będziesz szukał własnej głowy na drugim krańcu tych wysp.

Stękając dwaj mężczyźni dźwignęli płytę z leżącą na niej pandą i ruszyli 

w stronę samolotu. Josie szła za nimi niosąc naręcze bambusów.

– W środku jest coś w rodzaju klatki – powiedział Whitewater usiłując 

wnieść deskę po schodkach. – Byli zbyt leniwi, żeby ją wynieść.

Willis prawie wypuścił swój koniec płyty z rąk.
– Uważaj! – warknął Whitewater.
W końcu obaj mężczyźni wnieśli ciężar do środka. Josie weszła za nimi 

po schodkach i rozejrzała się po wnętrzu. Wydawało się potwornie ciasne i 
duszne. W klatce zamiast drzwiczek była ruchoma ścianka. Josie odsunęła 
ją i rozłożyła na podłodze bambus. Patrzyła gryząc nerwowo wargi, jak 
Whitewater zdejmuje pandę z płyty i wkłada ją postękując z wysiłku do 
klatki. Zasunęła z powrotem ściankę. 

Wszyscy wyszli na zewnątrz. Temperatura powietrza podniosła się o 

dalsze kilka stopni. Wiatr był ostrzejszy, a wirujący w powietrzu pył jeszcze 
gęściejszy. Spojrzała w górę. Pył był wszędzie, jednak niebo wciąż było 
widoczne przez pierwsze wirujące warstwy czerwieni i szarości. Pobiegła 
do Bettiny i odebrała od niej naręcze koców. Chwyciła siostrę za rękę i 
pociągnęła ją do samolotu. Whitewater i Willis podnieśli nieprzytomnego 
Ollie’ego. Whitewater trzymał go za ramiona, Willis za nogi. Razem tasz-
czyli go niczym wór zboża w kierunku samolotu.

– Wchodź na górę – rozkazała Josie przy schodkach i Bettina posłuchała 

jej bez szemrania.

background image

– Wejdź do środka! – krzyknął do Josie Whitewater, ale ona stała uparcie 

na ziemi, czekając aż on, Willis i niesiony przez nich Ollie znajdą się bez-
piecznie w samolocie.

Zaklął, gdy zobaczył, że się nie ruszyła, ale zajęty dźwiganiem Ollie’ego, 

nie chciał się z nią kłócić. Wciągnął do środka wielkiego, łysego olbrzyma, 
popchnął bezwładne cielsko tak, że całe zniknęło wewnątrz samolotu, z2-
ępnie odepchnął na bok Willisa i zszedł po Josie. Chwycił ją za nadgarstek i 
zaczął ciągnąć po schodach.

– Powiedziałem, wchodź! – rozkazał. Uczynił ruch, jakby chciał wnieść 

ją do środka.

–   Lucas!   –   krzyknęła,   próbując   wyrwać   się   z   władczego   uścisku 

Whitewatera. – Nie możemy zostawić Lucasa!

Pociemniał na twarzy.
– Ja po niego pójdę. Ty wejdź do samolotu. Nie chcę, żeby ta dwójka z2-

ciała bez nas. Masz. Trzymaj to.

Wcisnął jej w ręce rewolwer Lucasa. Praktycznie wciągnął ją po scho-

dach, tak jak czynił to wielokrotnie na górskich stromiznach. Walczyła bez-
skutecznie oglądając się przez ramię, żeby upewnić się, czy Lucasowi nic 
się nie stało. Czuła, jak Whitewater podtrzymuje ją jedną ręką za ramię, a 
drugą za biodro usiłując wepchnąć ją przez otwarte drzwi do samolotu.

– Cholera, wejdziesz czy nie!
Nagłe   przerażenie   w   jej   zielononiebieskich   oczach   kazało   mu   z2-

chomieć,   a   następnie   odwrócić   się   i   podążyć   za   jej   przestraszonym 
wzrokiem.

– Nie ma go! – krzyknęła przerażona. Wpatrywała się w pień drzewa, 

przy którym zostawili Lucasa. Poza gorącym wirującym pyłem nikogo tam 
nie było. W gałęziach drzew wył wiatr. 

Whitewater puścił ją i pobiegł w kierunku pnia, zdejmując po drodze 

sztucer z ramienia. Josie ruszyła za nim. Nylonowa linka, którą Bettina 
związała nogi Lucasa powiewała na wietrze zaczepiona o kępę chwastów. 
Uciekł. Szlak jego ucieczki znaczyła ścieżka świeżo zdeptanych bambusów. 
Schodził z góry drogą, którą przyszli Whitewater i Josie. Whitewater  z2-
ęcił   głowę,   jakby   usłyszał   gdzieś   w   oddali   Lucasa   przedzierającego   się 

background image

przez poszycie lasu. Podniósł sztucer. Josie uwiesiła się na lufie oboma 
rękami i ściągnęła ją do ziemi.

– Nie! – krzyknęła zagłuszając wycie wiatru. 
Whitewater obrzucił ją pełnym złości spojrzeniem.
–   Przez   chwilę   go   widziałem   –   wysyczał   przez   zaciśnięte   zęby.   – 

Mogłem go zranić w rękę lub nogę. Teraz pozostaje mi tylko rzucić się za 
nim   w   pościg.   Ale   jeśli   to   zrobię,   być   może   nikt   z   nas   się   stąd   nie 
wydostanie.

Josie patrzyła na niego zdając sobie powoli sprawę z dylematu, przed 

którym stanęli. Z tyłu dochodził ich ryk i charkot silników samolotu. Niebo 
spowijała coraz większa ciemność. W powietrzu unosił się coraz gęstszy 
pył.

– Wybieraj – rozkazał Whitewater patrząc jej w oczy. – Co chcesz, żebym 

zrobił? Wywiózł wszystkich z tej wyspy czy próbował uratować Lucasa?

Josie położyła rękę na jego ramieniu. Słuchała w odrętwieniu potwor-

nych grzmotów dochodzących od strony Kana-Pumy.

– Nie mogę wybierać – wyszeptała. Wzmagający się wiatr zagłuszył jej 

słowa, jednak Whitewater usłyszał ją.

– Ale ja mogę – oznajmił krótko.
Objął ją w pasie i właściwie zaniósł do samolotu.
– Nie możemy go tutaj zostawić! – sprzeciwiła się Josie, spoglądając z 

niedowierzaniem na przesiekę, na której zamarło teraz życie.

– Wejdź do samolotu – warknął Whitewater. – Zajmij się pandą. To moja 

decyzja.

Bettina i Willis pomogli wciągnąć opierającą się Josie do środka.
– Wchodź Josie – błagała Bettina.
–   Stary,   masz   szczęście,   że   nie   próbowałem   odlecieć   bez   ciebie   – 

powiedział   Willis  kręcąc   nerwowo  głową,   kiedy  Whitewater   wszedł   na 
pokład.

Willis siedział na fotelu pilota, jakby przygotowywał się do kołowania 

po zniszczonym pasie startowym. Whitewater wyrzucił go z siedzenia i 
pchnął na podłogę.

background image

– Nie – warknął siadając przy sterze. – To ty miałeś szczęście, że nie 

próbowałeś wystartować beze mnie. Rozleciałbyś się na więcej kawałków 
niż najbardziej skomplikowana układanka. Zwiąż go Josie.

Sięgnął do kieszeni, wyciągnął linkę oraz szwajcarski nóż wojskowy i 

rzucił w jej stronę. Mechanicznie wykonała jego polecenie. Samolot drżał 
próbując oderwać się od ziemi przy silnym oporze wiatru. Rzuciło ich do 
przodu. Bettina krzyknęła zakrywając twarz. Whitewater robił szybkie i 
gwałtowne manewry przy sterze. Samolot zakołysał się, gwałtownie  z2-
ylił   do   przodu   i  podskoczył   w   górę.   Potoczył   się   po  pasie,   znowu  z2-
oczył   i   w   końcu   wrócił   do   równowagi.   Oderwali   się   od   wstrząsanej 
grzmotami ziemi. Lecieli w kierunku wirujących chmur.

– Chyba się nam uda – powiedziała Bettina z zachwytem kładąc ręce na 

ramionach Josie. – Josie, on chyba naprawdę nas stąd wydostanie!

Josie   spojrzała   z   wdzięcznością   na   szerokie   plecy   Whitewatera.   Był 

całkowicie skoncentrowany na prowadzeniu samolotu. Spojrzała na Bet-
tinę, której bladą twarz opromieniła ulga.

– Bettina – powiedziała drętwym głosem z kamienną twarzą. – Czy ty 

nie rozumiesz? Nie mamy Lucasa. Lucas uciekł. Został tam w dole.

Daleko pod nimi słychać było potworny ryk. Samolot zapikował gwa-

łtownie, ale szybko wrócił do równowagi. W dole wyspa znikała pod coraz 
gęstszą warstwą pyłu. Nagle pokrywę pyłu rozdarł ognisty błysk, słup 
dymu wystrzelił w górę. Kana-Puma wybuchła.

– Powiedziałam, że Lucas został na dole – powtórzyła gorzko Josie. – 

Twój przyjaciel jest w pułapce.

Bettina nie wydawała się być poruszona tym faktem. Patrzyła na siostrę 

z miną obrażonej niewinności.

– On nie jest moim przyjacielem – odparła dziecinnie. – Nie obchodzi 

mnie, co się z nim stanie. Zasługuje na to, co go spotka.

– Bettina! – krzyknęła Josie przerażona słowami siostry.
Willis potakiwał filozoficznie głową, jakby on też nie przejmował się 

losem   człowieka,   którego   niedawno   nazywał   swoim   przywódcą. 
Whitewater udowodnił już wcześniej, że nie interesuje go, co stanie się z 
Lucasem. Nikogo to nie obchodziło. Może Josie też nie powinno to obcho-

background image

dzić, ale czuła na sercu ciężar. Czyżby była jedyną osobą w tym gronie, 
która przejmowała się losem innego człowieka?

– Zastanawiam się – powiedziała do siebie – czy może przeżyć.
Jedyną odpowiedzią był ryk silników. W końcu odezwał się Whitewater.
– To jego problem, Josie. Nie twój.
– Uh – powiedział Willis, drapiąc się w ucho spętanymi rękami. – z2-

aszam, że się wtrącę... – przerwał na chwilę – ... ale wydaje mi się, że coś się 
dzieje z pandą.

Josie   spojrzała   na  niego  niewidzącymi  oczami.   Następnie   przeniosła 

wzrok na leżącą na podłodze klatki niedźwiedzicę. Czarno-białe futro na jej 
boku rytmicznie podnosiło się i opadało.

– Och, nie – jęknęła. Czuła, jak kręci się jej w głowie. – Będzie rodzić. 

Tutaj. Za chwilę.

Otworzyła   klatkę   i   położyła   jedną   rękę   na   okrągłym   boku   pandy. 

Księżycowa   Róża,   zbyt   nieprzytomna,   by   się   przestraszyć,   mruknęła 
przyjaźnie.

–   Whitewater   –   zawołała   Josie.   –   Prowadź   to   coś   bardzo   równo. 

Będziemy mieli poród.

Nawet na nią nie spojrzał. Jego uwaga skupiona była na sterach.
–   Będziemy   mieć   również   burzę   powietrzną.   Trzymajcie   się   mocno. 

Wygląda na to, że wchodzimy w strefę zaburzeń atmosferycznych. Żeby 
uniknąć najgorszego, spróbuję oblecieć ją nadkładając drogi. Musimy uwa-
żać, żeby starczyło nam paliwa.

Prawie go nie słyszała. Była zbyt zajęta rejestrowaniem oddechu pandy. 

W obawie o uszkodzenie płodu, Josie nie zaaplikowała samicy dużej dawki 
środka   usypiającego   i   teraz   niedźwiedzica   przychodziła   do   siebie,   być 
może   z   powodu   skurczy   porodowych.   Kiedy   znowu   zaczęło   trząść 
samolotem, Josie zmusiła się, by nie zwracać na to uwagi, chociaż Bettina 
wczepiła się w oparcie fotela i piszczała ze strachu. Księżycowa Róża z2-
owyczała, w jej oczach malowało się zdziwienie.

– Wszystko jest teraz w rękach natury – mruknęła Josie głaszcząc pandę 

po głowie.

background image

–   Zawsze   jest  w  jej   rękach,   Ruda   –   odpowiedział   swoim   matowym 

głosem Whitewater. Samolot raz jeszcze wzniósł się i opadł. – Zawsze – 
powtórzył.

– Uh – wtrącił Willis. Nie wyglądał zbyt dobrze. – Ten samolot strasznie 

trzęsie. A ja, uh, nigdy przedtem nie uczestniczyłem w porodzie i jakoś tak 
się dziwnie czuję...

– Więc nie patrz – odburknął Whitewater. – Pozwól damie się tym zająć. 

Obu damom.

– Whitewater – odezwała się Josie. – Chciałabym, żebyś mógł mi pomóc.
Panda oddychała  teraz ciężko,  jej półotwarte  oczy  wyrażały  bolesne 

zdziwienie.

–   Pomagam   ci   –   odpowiedział   ponuro.   –   Utrzymuję   ten   samolot   w 

powietrzu. Na razie.

Bettina schowała twarz w oparcie siedzenia, a Willis położył się u jej 

stóp.

– To znaczy – powiedziała Josie ocierając pot z czoła – chciałabym, 

żebyś dał mi moralne wsparcie, czy coś w tym rodzaju.

Samolot zatrząsł się, zanurkował i wrócił do równowagi. Josie robiła, co 

mogła, by utrzymać w miejscu Księżycową Różę i nie pozwolić jej na z2-
anie się o ściany samolotu.

– Zaśpiewajmy – zaproponował Whitewater. 
Josie zapomniała, że Whitewater zna tylko jedną piosenkę i w dodatku 

nie umie dobrze śpiewać. Zapomniała o wszystkim, prócz tego, że był z nią 
i wspierał ją duchowo. Jak zwykle polegała na nim.

Żeby ominąć burzę powietrzną spowodowaną wybuchem Kana-Pumy, 

musieli   polecieć   tak   daleko   na   zachód,   że   dziecko   Księżycowej   Róży 
urodziło   się   poza   terytorium   Stanów   Zjednoczonych,   nad   wodami 
międzynarodowymi. Urodziło się, jak się wydawało Josie, w momencie, 
gdy po raz trzechsetny śpiewali „Walc z Matyldą”. Małe było samczykiem i 
przyszło   na   świat   przy   słowach:   „Raz   wesoły   włóczęga   usiadł   koło 
strumyka”.   Niedźwiadek   urodził   się   żywy   i   Josie   rozpłakała   się   ze 
szczęścia.   Natychmiast  ochrzciła   go   imieniem   „Billabong”,   co  w   języku 
Aborygenów oznacza strumyk. W skrócie można go będzie wołać Billy.

background image

Ciągle wystraszona Bettina chowała twarz w oparciu fotela, zaś Willis, 

nieco pozieleniały na twarzy, jęczał na podłodze. Wydawał się być w dużo 
gorszym stanie niż niedźwiedzica, która jeszcze nie zdała sobie sprawy z 
tego, że została matką. Mimo to panda była bardziej przytomna niż chra-
piący głośno na samym tyle samolotu Ollie. Whitewater przetoczył go tam 
w charakterze balastu. 

Tuż   przed   narodzinami   Billy’ego,   Whitewater   skierował   samolot   na 

południowy wschód, zawracając na Hawaje. Jeśli nie damy rady dotrzeć do 
wyspy Oahu, powiedział, z pewnością powinniśmy dotrzeć do Kauai, z2-
rdziej   wysuniętej   na   północ   wyspy   archipelagu.   Zmienił   się   kierunek 
wiatru. Byli już poza zasięgiem wulkanicznych prądów powietrznych z 
Kana-Pumy.

Josie pieszczotliwie wytarła niedźwiadka ręcznikiem rozgrzanym wodą 

z manierki. Billy nie był ujmującym noworodkiem: nie większy od nowo 
narodzonego kociaka, ważył mniej niż pół kilo. Miał płaską główkę, z2-
ejone powieki, a jego różowe ciałko było prawie nagie, pokryte jedynie 
rzadką mgiełką srebrzystego cienkiego puchu. Charakterystyczne dla pand 
czarne   łaty   pojawią   się   dopiero   po   tygodniu.   Wyglądał   jak   duży,   łysy 
szczur z krótko uciętym ogonem. Josie mimo to uważała, że jest śliczny. Bil-
ly miał tylko tyle siły, by wydać z siebie piskliwy, płacz noworodka. Wtedy 
Księżycowa Róża, używając łapy i pyszczka, przysunęła niedźwiadka do 
siebie i Billy entuzjastycznie zaczął ssać jej pierś. Josie westchnęła z ulgą.

– Zastanawiam się, jakiej jest narodowości? – powiedziała poklepując 

pandę po boku i patrząc na Billy’ego, który zaspokoiwszy głód spokojnie 
zasnął.   –   Jego   rodzice   pochodzą   z   Chin,   ale   są   mieszkańcami   Stanów. 
Urodził   się   nad   wodami   międzynarodowymi   przy   dźwiękach   hymnu 
australijskiego.

–   „Walc   z   Matyldą”   nie   jest   australijskim   hymnem   –   poprawił   ją 

Whitewater. – Jest po prostu australijską piosenką.

Wydawał   się   dziwnie   nachmurzony.   Prawdopodobnie   był   tak   samo 

wyczerpany jak ona. Ale Josie promieniała szczęściem.

– No cóż – ciągnęła – może po prostu jest obywatelem świata. Pandy 

faktycznie powinny należeć do wszystkich.

Uśmiechnęła się do brzydkiego, małego ciałka.

background image

Odgarnęła zmęczonym ruchem mokry kosmyk włosów z oczu i rozej-

rzała się po zatłoczonym samolocie.

– Josie? – Bettina oderwała twarz od oparcia. Była blada i miała z2-

chnięte oczy. – Czy ono naprawdę żyje?

– Tak – uspokoiła ją Josie kiwając głową z zadowoleniem.
– I naprawdę dolecimy do Hawajów? – pytała dalej Bettina.
Ześlizgnęła   się   z   fotela   i   kucnęła   na   podłodze   obok   siostry.   Josie 

uśmiechnęła się widząc, jak niedźwiedzica wysunęła czarną łapę instynk-
townie chroniąc małego. Zamknęła drzwiczki do klatki, a następnie oparła 
się o puste zbiorniki na paliwo. Bettina odwróciła twarz do siostry tak, że 
spotkały się ich oczy.

– Josie – wyszeptała drżącymi wargami – co oni ze mną zrobią? Wsadzą 

mnie do więzienia?

Josie ogarnęła fala ciepła i litości dla nieszczęśliwej dziewczyny.
– Myślę, że nie – odpowiedziała miękko. – Chciałaś zerwać z Lucasem. 

Dzwoniłaś po pomoc. Nie odszukalibyśmy was, gdybyś nie była na tyle 
dzielna, by do mnie zadzwonić.

– Chciałam zrobić to, co trzeba. Naprawdę – powiedziała trzęsącym się 

głosem Bettina.

Położyła głowę na ramieniu siostry. Josie objęła ją i przytuliła mocno do 

siebie.

–   Wszystko   będzie   dobrze   –   zapewniała   cicho   płaczącą   Bettinę.   – 

Whitewater twierdzi, że jeśli złożysz zeznania przeciwko Lucasowi, władze 
mogą nie przedstawić ci żadnego zarzutu. A on wie, co mówi. Jego brat jest 
prawnikiem. Prawda, Whitewater?

Trzymała w ramionach płaczącą Bettinę i czekała na potwierdzenie ze 

strony Whitewatera. Ale on nic nie powiedział. Rozmawiał niskim głosem 
przez   radiostację.   Josie   westchnęła   i   wygładziła   zmierzwione   jasnorude 
włosy siostry.

– Tak powiedział. Prawdopodobnie nikt ci nic nie zrobi, Bettina. Tylko 

postaraj się współpracować z władzami. Rozumiesz?

Bettina skinęła głową. Niezgrabnie wyprostowała się i otarła oczy.
– Wszystko im opowiem. To był pomysł Lucasa. Popełniłam błąd pisząc 

do niego. Napisałam mu, że pracuję w ZOO. On już wcześniej wiedział, że 

background image

ty   zajmujesz   się   pandami.   Wymyślił   ten   szalony   plan,   żeby   porwać 
Księżycową Różę i trzymać ją dla okupu. Z początku miał to być zwykły 
protest... no wiesz, w obronie praw zwierząt, żeby ratować wieloryby i w 
ogóle. Myślałam, że nawet ty nie będziesz miała nic przeciwko temu, tak 
długo, jak będziesz wiedziała, że nic nie grozi pandzie.

Josie czuła, jak robi się jej zimno. Bettina wytarła raz jeszcze oczy i 

mówiła dalej.

– Lucas znał tę górę – pociągnęła nosem – ponieważ jeden z jego oj-

czymów  pracował  w   biurze  Trans-Pacific   Foods   w  Honolulu.   Bywał  tu 
często, kiedy był mały. Pamiętał drogę, lądowiska, wszystko.

Na myśl o Lucasie Josie zrobiło się zimniej. Zastanawiała się, czy jeszcze 

żyje. Teraz, gdy byli prawie bezpieczni, czuła w stosunku do niego coś w 
rodzaju litości, mimo że miał tak wypaczony charakter i był tak zadufany w 
sobie.

– Lucas poznał Ollie’ego w Bostonie – opowiadała Bettina patrząc na 

Księżycową Różę i Billy’ego. – Ollie uważał, że Lucas jest cudowny. Spe-
łniłby   każdy   jego   rozkaz.   Lucas   używał   go   do   najcięższej   i   najgorszej 
roboty, jak na przykład zajmowanie się pandą. A Willis, Willis to geniusz 
elektroniczny. To on wymyślił, jak się dostać do ZOO i pawilonu pand. My-
ślę,   że   był   to   dla   niego   rodzaj   zabawy,   wyzwania.   Kiedy   zabraliśmy 
Księżycową Różę, Lucas zaczął się dziwnie zachowywać. Willisowi, tak jak 
mnie, nie podobało się to, co się działo.

– Chcę, żeby zostało zaprotokołowane – wymamrotał Willis z podłogi – 

że poddałem się dobrowolnie. Nie stawiałem oporu. Współpracowałem z 
wami. Zrozumiałem swój błąd i zrobię wszystko, żeby go naprawić.

Jego mowę obrończą przerwał atak choroby morskiej. Josie też było 

trochę niedobrze. Jeszcze raz przytuliła do siebie Bettinę. Nic ją nie obcho-
dziło, czy Willis spędzi następne sześć tysięcy lat w najciemniejszym lochu 
najciemniejszego więzienia na świecie, a Ollie razem z nim te same sześć 
tysięcy lat plus drugie tyle na dokładkę.

– Myślę, że Lucas mógł ją zabić – wyznała stłumionym głosem Bettina. – 

Chciał zażądać czegoś niemożliwego, na przykład zakończenia wszystkich 
wojen i zniszczenia wszystkich rodzajów broni. Czegoś, czego nie można 
spełnić. I wtedy zabiłby pandę, żeby pokazać ludziom, jaki świat jest zły i 

background image

szalony. Ale to Lucas był zły, Josie. Chciał, żeby wszyscy padli przed nim na 
kolana. Chciał ukarać cały świat.

Josie przebiegły dreszcze.
– Nie myśl o tym – pocieszyła siostrę.
Sama nie chciała o tym myśleć. Ma to, po co tu przyjechała: siostrę, 

Księżycową   Różę   i   jej   dziecko,   a   teraz   są   w   drodze   do   domu.   Lub 
przynajmniej do pierwszego przystanku na drodze do domu. Próbowała 
nie myśleć o tym, co ich czeka. Doktor Hazard będzie szczęśliwy, kiedy 
dostanie pandę z powrotem. Będzie głęboko wdzięczny, że mały przyszedł 
na świat żywy i zdrowy. Josie nie łudziła się, że przyjmą ją z powrotem do 
pracy. Jej przyszłość była tajemnicą zasnutą chmurami gęstszymi niż te, 
które okryły ciemnym płaszczem Ra-Komę. 

Próbowała   nie   patrzyć   na   rozmawiającego   ciągle   przez   radio 

Whitewatera. Nie może oczekiwać, że on zdecyduje za nią, co ma zrobić ze 
swoją przyszłością. Już w zbyt wielu sprawach zdawała się na niego.

Kocham go – pomyślała zmęczona. – To nie jest zwykłe zadurzenie, czy 

też wdzięczność zmieszana z podekscytowaniem przygodą. Kocham go 
teraz i będę go kochać za dziesięć lat, a gdybym miała żyć wiecznie, będę 
go kochać bez końca. A czy jemu na niej w ogóle zależy? Wydawało się jej, 
że tak. Miała taką nadzieję. Powiedział jej co prawda, że nie należy do 
mężczyzn, którzy chcą założyć rodzinę. Nieważne. Jeśli będzie ją chciał 
mieć przez następny tydzień, następny miesiąc, jest jego i tyle. Będzie jego 
tak długo, jak on będzie tego chciał, a kiedy już mu się znudzi, odejdzie bez 
słowa, ale wciąż będzie do niego należeć.

Atmosfera w samolocie zmieniła się. Josie uniosła głowę, żeby wyjrzeć 

przez okno. Przeciągnęła się, bolały ją mięśnie. W oddali, jakby za mgłą, 
zobaczyła pierwsze punkciki świateł na Hawajach. „Jesteśmy prawie na 
miejscu, bezpieczni, pomyślała. – Wszystko będzie dobrze. O Whitewatera 
będę się martwić później, kiedy nas tam wszystkich szczęśliwie dowiezie”. 
Czuła,   jak   samolot   zniża   lot.   Dzwoniło   jej   w   uszach.  Księżycowa   Róża 
poruszyła się niespokojnie potrząsając we śnie głową.

– Załatwiłeś karetkę i jakichś ludzi z ZOO dla tej dwójki? – spytała 

Whitewatera podnosząc głos, by przekrzyczeć hałas silników.

background image

Odwróciła   się   i   spojrzała   na   niego   przez   ramię.   Odpowiedział   jej 

skinieniem   głowy.   Samolot   gwałtowniej   schodził   do   lądowania.   Josie 
pogłaskała pandę i zapytała pełnym napięcia głosem:

– Pewnie zawiadomiłeś też władze? 
Odpowiedziała jej cisza.
– Tak – odezwał się w końcu.
Wstrzymała oddech, kiedy samolot przechylił się lekko, wysunął koła i 

uderzył o nawierzchnię pasa. Byli w domu. Bezpieczni. Nareszcie. Josie z2-
óciła się tak, by widzieć Whitewatera. Jeszcze raz opiekuńczo objęła szyję 
Bettiny.

– Whitewater – zaczęła znowu spiętym głosem. – Nie chcę oddać Bet-

tiny w ręce obcych ludzi po tym, co przeszła. Po prostu nie mogę tego 
zrobić.

–   Nie   będziesz   musiała   –   mruknął   roztargnionym,   prawie   zimnym 

głosem, nie patrząc wcale na nią.

– To dobrze.
Serce biło jej mocno. Samolot zatrzymał się. Słyszała wycie syren. To 

pewnie   karetka   jadąca   po   Księżycową   Różę   i   Billy’ego   –   pomyślała.   I 
policyjna   eskorta.   I   przedstawiciele   władz,   żeby   zabrać   Willisa   i   ciągle 
uśpionego   Ollie’ego.   Ale   jej   siostra,   po   którą   przyjechała   tak   daleko, 
zostanie na wolności, modliła się w duchu. 

W   samolocie   panowała   dziwna   cisza.   Wycie   syren   samochodowych 

stawało się coraz głośniejsze. Na ścianach kabiny widziała odbicie ich czer-
wonych   i  niebieskich  mrugających  świateł.   Tańczyły   one   po   drzemiącej 
pandzie i jej synku. 

Whitewater wstał, podszedł do wyjścia i otworzył drzwi. Poderwał Wil-

lisa   na  nogi   i  właściwie   wypchnął  go   na  zewnątrz.   Willis  zatoczył   się. 
Whitewater warknął coś niewyraźnie i zepchnął go bezceremonialnie w dół 
po schodach. Willis wpadł w ręce dwóch czekających tam mężczyzn w gar-
niturach. Agentów FBI lub policjantów w cywilu, pomyślała podenerwo-
wana Josie. Sanitariusze otworzyli tylne drzwi karetki i wyciągnęli z nich 
nosze i łóżka na kółkach. Josie wstała, szykując się, by im pomóc. Pomogła 
wstać Bettinie. Whitewater stał na ostatnim stopniu schodków, kiedy Josie 
zaczęła kierować się na zewnątrz.

background image

– Dokąd się wybierasz? – zapytał ostro.
Miał dziwnie ponury głos. Był bez kapelusza. Pachnący lekko dymem 

hawajski wiatr rozwiewał jego ciemne włosy.

– Pomóc sanitariuszom z ZOO – odpowiedziała przyglądając się jego 

kamiennym rysom. – I zaopiekować się moją siostrą.

– Przykro mi – powiedział kładąc rękę na przegubie Bettiny. – Nigdzie 

nie pójdziecie. Jesteście aresztowane.

Skurcz przebiegł po jego twarzy.
– Obie – dodał.
– Co? – spytała nie wierząc własnym uszom Josie. Wpatrywała się w 

jego pociemniałą twarz, rozwiane czarne włosy. Czy on nie rozumie? Musi 
zaopiekować się pandą i jej małym. Oni są bezcenni i musi z nimi zostać. I 
jej siostra, która też jest bezcenna, również jej potrzebuje. Przebyła całą tę 
drogę ufając, że Bettina nie będzie aresztowana.

– Obie jesteście aresztowane – powtórzył nieubłaganie.
Sięgnął do jednej z niezliczonych kieszeni. Wyjął cienki portfel, otworzył 

go i podsunął pod nos zaskoczonej Josie.

– Aaron Whitewater, agent specjalny. Wyznaczony do tej sprawy. Fe-

deralne Biuro Śledcze. Bettina Talbott, jesteś aresztowana pod zarzutem 
kradzieży   mienia   wielkiej   wartości,   przemytu   poza   granice   stanu   oraz 
próby wymuszenia okupu.

Josie czuła, jak Bettinie uginają się nogi. Podtrzymała ją mocniej..
–   Co?   –   zapytała,   kiedy   Bettina   zawisła   bezwładnie   u   jej   ramienia 

płacząc cicho w jej rękaw.

– Przykro mi – rzucił mechanicznie. – A ty, Josie Allen Talbott, jesteś 

aresztowana za zatajenie informacji przed władzami federalnymi.

Wieczorny wiatr przyniósł zapach oceanu i swąd dymu wulkanicznego. 

Josie wpatrywała się w Whitewatera z otwartymi ustami.

– Ciągnąłeś mnie całą tę drogę – wyszeptała zaszokowana – żeby mnie 

aresztować?   –   Zacisnęła   zęby   i   przytuliła   mocniej   siostrę   do   siebie.   – 
Whitewater, ale z ciebie łajdak. Prawdziwy łajdak.

– Josie – zaczął. – To należy do moich obowiązków.
– Twoich obowiązków? – powtórzyła za nim.

background image

O mało nie zemdlała ze złości. Spojrzała na niego. Chętnie by go zabiła. 

Whitewater   milczał.   I   ona   nie   mogła   już   nic   powiedzieć.   Kolejna   para 
mężczyzn w garniturach znalazła się na schodach. Rozdzielili siostry. Jeden 
skuł kajdankami przegub Bettiny. Drugi zatrzasnął identyczną parę na z2-
rstku Josie.

– Witamy na Hawajach, panienko – odezwał się szyderczo. – Lub jak tu 

mówimy, aloha.

Aloha, pomyślała gorzko Josie. Nic dziwnego, że Whitewater z taką 

zimną krwią, tak spokojnie zostawił Lucasa na wyspie. Był tylko najem-
nikiem. Może na swój sposób potraktował go nawet lepiej. Zostawił go 
bowiem na łasce bardziej miłosiernego losu niż ten, który zgotował Josie. 
Czuła, jak jej serce zamienia się w kamień. Rzeczywiście, aloha.

– Josie – powiedział Whitewater z ostatniego stopnia schodów. W jego 

głosie słychać było wahanie. – Winien ci jestem wyjaśnienie. A ty musisz 
mnie wysłuchać. To wszystko...

– Nie odzywaj się do mnie, Whiewater – syknęła. Nie mogła znieść jego 

widoku. – Ani teraz ani kiedykolwiek w przyszłości.

Whitewater zszedł za nimi kilka stopni. Agent, który eskortował Josie, 

otworzył drzwiczki długiej, czarnej limuzyny.

– Kobiety nie muszą mieć kajdanek – warknął do niego Whitewater. – 

Zdejmij je.

–   Spokojnie,   Whitewater   –   odpowiedział   agent   z   nieprzyjemnym 

uśmiechem. – Twoje zadanie się skończyło. Teraz my się nimi zajmiemy!

– Josie! – krzyknęła przerażona Bettina.
Agent, który ją aresztował, wepchnął ją na tylne siedzenie innego,  z2-

nakowanego wozu. Blada twarz Bettiny i szeroko otwarte oczy wyrażały 
bezbrzeżny strach. Whitewater wycedził ponuro przez zaciśnięte zęby.

– Powiedziałem, że nie muszą być skute. Nie musicie ich też rozdzielać. 

Ta kobieta nie jest niebezpieczna... Słuchaj, chcę z nią pojechać. Obiecałem 
jej, że nie będzie musiała...

– Nie miałeś żadnego prawa, żeby jej coś obiecywać. Odtąd ja się nią zaj-

muję. Ty złożysz raport później.

– Cholera! – zaklął wściekle Whitewater.

background image

Josie   nie   widziała   jego   twarzy.   Agent   usiadł   koło   niej   na   tylnym 

siedzeniu i zamknął za sobą drzwiczki. Rzucił jej obleśny uśmiech i  z2-
ósł rękę tak, że kajdanki zalśniły w światłach karetki. Była aresztowana. 
Zdradzona przez Whitewatera. Mężczyznę, któremu ufała najbardziej na 
świecie.

background image

ROZDZIAŁ DZIEWI TY 

Ą

Hawaje były wspaniałe. Z małymi wyjątkami. Jednym z nich był  z2-

elki,   prawie   pusty   pokój   przesłuchań   w   siedzibie   wydziału   policji 
Honolulu,  w   którym  cztery  godziny  Josie  odpowiadała  na  pytania.  z2-
wiła składania zeznań, dopóki nie skontaktuje się z obrońcą. Natychmiast, 
jakby za sprawą czarów, zjawił się adwokat. Był to łysiejący, średniego 
wzrostu mężczyzna z niewielkim, zuchwałym wąsikiem i kozią bródką. 
Nazywał się pan Suehiro. Wytworny krój garnituru pana Suehiro, błysk in-
teligencji w oku oraz fachowość porad kazały Josie podejrzewać, że nie był 
adwokatem z urzędu. Nie pytała, czemu zawdzięcza to szczęście, że  z2-
edł jej z pomocą. Po prostu przyjęła z wdzięcznością jego obecność. Obec-
ność pana Suehiro była pierwszą dobrą rzeczą, jaka przytrafiła się jej w 
ciągu ostatnich dwóch tygodni.

Przed północą wyprowadził ją z siedziby policji i wsadził do swojego 

szybkiego, małego, czerwonego wozu.

– Nie wiem, skąd pan się wziął – powiedziała Josie – ale cieszę się, że się 

pan pojawił. Mam nadzieję, że mojej siostrze też się tak poszczęściło.

–   Dziękuję.   Pani   siostrze   poszczęściło   się   dokładnie   tak   samo   –  z2-

wiedział   pan   Suehiro   prowadząc   wóz   w   ruchu   ulicznym   z   brawurą 
wyścigowego kierowcy. – Ja będę ją reprezentował.

– Pan? – spytała zdziwiona Josie. – Więc niech pan lepiej do niej jedzie. 

I... – urwała zmieszana rozglądając się wokół rozświetlonego neonami cen-
trum Honolulu. – Nie wiem nawet, dokąd mam pójść – roześmiała się z2-
opotana. – Nie mam dokąd pójść. Nie mam gdzie spać. Powinien był mnie 
pan zostawić w komisariacie.

Spojrzała na wytwornego pana Suehiro ze zdziwieniem. Nie miała z2-

t torebki. Nie miała niczego poza ubraniem na sobie.

– Pani siostra jest w rękach mojego utalentowanego asystenta, Hirama 

Rizala, który nie pozwoli jej rozmawiać z władzami, dopóki ja nie będę 
mógł się z nią spotkać – poinformował ją pan Suehiro. – Zabieram panią do 
jednego z hoteli na Waikiki Beach. Zatroszczono się o pani potrzeby.

background image

Jasne   światła   tętniącej   życiem   dzielnicy   Waikiki   oślepiły   Josie   i  z2-

awiły o zawrót głowy. Wszystko to wydawało się jej trochę nierealne.

– Nie stać mnie na hotel – mruknęła ponuro.
– Zadbano o to – odpowiedział beztrosko pan Suehiro.
– Zadbano? – spytała Josie patrząc na niego zdziwiona. – Kto zadbał? 

Nikogo tu nie znam.

Spojrzał na nią spokojnie.
– Ma pani przyjaciół, panno Talbott. To wszystko, co mi na razie wolno 

powiedzieć.   Proszę   mnie   dalej   nie   wypytywać.   Zostanie   pani  w   hotelu 
przynajmniej   przez   tydzień.   Władze   jeszcze   będą   chciały   z   panią 
rozmawiać.

Ludzie w kolorowych ubraniach i naszyjnikach z kwiatów spacerowali 

po deptakach Waikiki. Światła neonów migotały i mieniły się wielobarw-
nie.   Josie   rozglądała   się   wokół   nieco   nachmurzona,   z   poczuciem   jakby 
oglądała cudzy sen. Jej serce było jak z ołowiu, tak potwornie ciążyła na 
nim zdrada Whitewatera. Starała się o nim nie myśleć. Nienawidziła go i 
nie chciała pozwolić, by trucizna jego zdrady przeniknęła jej duszę. Walczy-
ła ze wspomnieniami o nim tak, jak walczy się z niebezpiecznym przeciw-
nikiem.

– Co się stanie z moją siostrą? – spytała miękko, kiedy pan Suehiro z2-

chał pod ten sam hotel, w którym oboje z Whitewaterem zatrzymali się 
przed wyprawą na wyspy Kali Yin.

– Nic jej nie grozi, jestem tego pewien – pocieszył ją adwokat parkując 

samochód. Wysiadł, podszedł do drzwi od strony pasażera i otworzył je 
oferując Josie swoje ramię.

Zmęczona,  wyczerpana,  w  ubraniu pobrudzonym  pyłem wulkanicz-

nym Josie czuła na sobie ciekawy wzrok gości, kiedy nieskazitelny pan 
Suehiro prowadził ją przez luksusowy hol do recepcji. Wiedziała, że ma 
potargane włosy, a buty wyglądają jakby przeszła w nich przez pół piekła. 
Przesiąkła   wonią   pandy,   ale   nie   przejmowała   się   tym   wszystkim.   Pan 
Suehiro wziął klucz od jej pokoju i odprowadził ją do windy.

– Kiedy uwolnią Bettinę? – spytała go Josie. – Wypuszczą ją, prawda?
Drzwi windy otworzyły się miękko.

background image

– Jestem pewien, że Bettina wkrótce zostanie zwolniona – zapewnił ją 

prawnik, kiedy znaleźli się w windzie. – Zatrzymam ją u siebie, jeśli okaże 
się to konieczne. Pani oczywiście może wychodzić z hotelu, kiedy pani z2-
ce, ale nie wolno pani na razie opuszczać wyspy. I oczywiście nie wolno też 
pani opowiadać o tym, co się zdarzyło.

Drzwi windy otworzyły się z sykiem i pan Suehiro poprowadził Josie 

przez korytarz do drzwi, które w jakiś upiorny sposób były jej znajome. z2-
ęcił klucz. Josie weszła do środka. Znowu nachmurzyła się i potarła czoło 
zaszokowana. To był jej pokój, uświadomiła sobie powoli. Znajdowały się 
w nim rzeczy, które przed wyprawą na Kali Yin zostawiła u Whitewatera. 
W   szafie   wisiał   jej   turkusowy   kostium,   a   biały   szlafrok   wyprany   i 
wyprasowany leżał na łóżku. Koło wazonu z kwiatami na stole leżała jej 
torebka.

–   Nie   rozumiem...   –   zaczęła,   ale   pan   Suehiro   przerwał   jej   ruchem 

wymanikiurowanej dłoni.

– Są ważniejsze rzeczy, które musi pani przemyśleć. I ważniejsze rzeczy, 

które musi pani zrobić, na przykład wypocząć. Proszę nie zawracać sobie 
tym głowy. Jutro się z panią skontaktuję.

Josie skinęła głową. Marzyła o tym, by zrzucić z siebie brudne rzeczy i 

zażyć   luksusu   kąpieli.   Jednakże   zbyt   wiele   pytań   kotłowało   się   w   jej 
zmęczonym   umyśle.   Pan   Suehiro   otworzył   drzwi   barku   z   drewna 
tekowego.

– Wygląda pani na kogoś, kto lubi białe wino – powiedział uprzejmie. – 

Ale dzisiejszego wieczoru radziłbym brandy. Proszę, droga pani, niech pani 
usiądzie.

Josie usiadła na wyłożonym poduszkami trzcinowym krześle stojącym 

koło wychodzących na balkon rozsuwanych drzwi.

– Panie Suehiro – zaczęła czując ucisk w gardle. – Muszę zapytać pana o 

Whitewatera. Czy on ma z tym wszystkim coś wspólnego?

– Pan Whitewater? Nic mi o tym nie wiadomo.
Podał jej wypełnioną po brzegi lampkę brandy.
– Proszę, to dla pani.
Ociągając   się   wzięła   z   jego  rąk   kieliszek.   Palący   płyn   rozgrzewał   ją 

przyjemnie.

background image

– Skąd on wiedział? – spytała gorzko nie patrząc na adwokata. – Skąd 

wiedziało FBI? Czy byłam tak głupia, że zatelefonowałam po pomoc do 
jednego z ich agentów?

Pan Suehiro usiadł naprzeciwko.
– O ile rozumiem, panno Talbott – odparł ostrożnie – pani telefon był na 

podsłuchu. FBI wiedziało, że zadzwoniła pani do pana Whitewatera. Jego 
praca już wcześniej zaprowadziła go w niebezpieczne miejsca. FBI w  z2-
ych wypadkach używało go od czasu do czasu jako agenta operacyjnego. 
To był taki nagły wypadek. Poprosili go, by współpracował z panią, kiedy 
pani przyjedzie. Zgodził się.

– Zgodził się – powtórzyła bezbarwnym głosem Josie.
Wzięła do ust kolejny łyk palącego płynu, krzywiąc się jakby to było 

lekarstwo.   Pan   Suehiro   skinął   potwierdzająco   głową   i   podniósł   się   z 
krzesła.

–   Jeśli   pani   miała   rację   i  panda   faktycznie   została   uprowadzona   na 

wyspy Kali Yin, kto lepiej nadawałby się do tego, by ją odnaleźć niż pan 
Whitewater? I kto lepiej mógłby o nią zadbać niż pani? Widzi pani,  z2-
cący   zaoferowała   pani   FBI   rozwiązanie   bardzo   trudnego   problemu. 
Problemu, który na razie wszyscy chcą utrzymać w tajemnicy. Im mniej 
rozgłosu w tej sprawie, tym lepiej. Nikt z nas nie chce, żeby ten pożało-
wania godny incydent się powtórzył.

Wyciągnął rękę, by się z nią pożegnać.
– Może pani zadzwonić jutro do naszego ZOO i dowiedzieć się o pandę. 

Niech pani poprosi doktora Kokua. Z tego, co wiem, oboje, matka i dziecko, 
mają się dobrze. Proszę przyjąć moje gratulacje za wspaniałą robotę.

Josie uścisnęła dłoń pana Suehiro. Zaczęła podnosić się, żeby odprowa-

dzić go do drzwi, ale on powstrzymał ją ruchem dłoni.

– Sam znajdę drogę, panno Talbott – powiedział miękko. – Dobranoc i 

proszę się nie martwić. Jestem pewny, że władze nie mają zamiaru  s2-
awić pani żadnych zarzutów. Działała pani pod przymusem... obawiała się 
pani pogróżek Lucasa Panpaxisa. I bardzo dzielnie współpracowała pani z 
ich agentem, panem Whitewaterem. Faktycznie, jeśli o to chodzi, zachowała 
się pani lepiej od niego. Sposób, w jaki pogwałcił zasady zawodowe z pew-

background image

nością musi wprawić FBI w zakłopotanie. Może być pani spokojna. Na 
pewno nie zechcą z panią zadzierać.

Josie   spojrzała   zdziwiona   na   wymuskanego,   pełnego   godności   pana 

Suehiro.

– Co pan mówi? – spytała zaskoczona. – Pogwałcił zasady zawodowe?
Whitewater był zdrajcą, pomyślała zimno, ale doskonałym zawodow-

cem, ani przez chwilę nie wzbudził jej podejrzeń. Pan Suehiro położył rękę 
na klamce. Spuścił taktownie wzrok na podłogę.

– Mam na myśli to – powiedział cicho – że pan Whitewater został... pani 

kochankiem. Nie powinien był tego robić. Pani działała, jak już mówiłem, 
pod   straszliwym   przymusem.   On   nie   miał   prawa   wykorzystywać   tej 
sytuacji. Zwłaszcza, że nie miała pani innego wyjścia niż czuć się wobec 
niego zobowiązana.

Josie prawie upuściła kieliszek. Patrzyła na pana Suehiro z otwartymi 

ustami.

–   Moim   kochankiem?   –   spytała   przerażona.   –   Powiedział,   że   został 

moim kochankiem? To kłamstwo! Ohydne kłamstwo!

Pan Suehiro skłonił głowę w wyrazie szacunku.
– W porządku panno Talbott – powiedział pocieszająco. – Jestem pani 

obrońcą. Nie musi nic pani przede mną ukrywać. Porozmawiamy jutro.

Cicho   otworzył   drzwi   i   wymknął   się   na   korytarz.   Josie   odłożyła 

kieliszek na stolik i patrzyła na niego. Czuła, jak jej twarz i piersi ogarnia 
płomień. A więc Whitewaterowi nie wystarczyło, że ją okłamał i zdradził. 
Musiał zaspokoić swoje żałosne męskie ego chełpiąc się tym, że również ją 
zdobył. Wstała rozglądając się za czymś, co mogłaby rozbić. Chciała rzucić 
kieliszkiem o lustro, wziąć porcelanową popielniczkę ze stolika nocnego i 
rozbić ją o drzwi balkonu, chciała wybuchnąć jak Kana-Puma, obrócić w ru-
iny cały pokój, dać ujście swojej złości. Ale pokój nie należał do niej. Był 
własnością hotelu. Nie miała w nim nic swojego, co mogłaby roztrzaskać.

Odsunęła szklane drzwi i wyszła na mały balkon. Zacisnęła dłonie na 

białej,   żelaznej   balustradzie   i   wpatrzyła   się   w   ciemność.   Wisząca   w 
powietrzu mgiełka przepuszczała słabo promienie księżyca i czyniła gwiaz-
dy niewidocznymi. Ocean wzdychał, a jego fale rozbijały się bez końca o 
plażę.

background image

Kochankowie, pomyślała z niechęcią. Nie chciał zostawić jej nawet z2-

biny   dumy.   Przycisnęła   ręce   do   oczu.   Chciała   płakać,   stać   w   ciepłym 
wietrze, słuchać odgłosów morza i szlochać. Ale nie mogła wydobyć łez. 
Whitewater   zabił   w   niej   nawet   zdolność   do   płaczu.   W   porządku, 
powiedziała   sobie.   Użył   cię,   ale   i   ty   go   użyłaś.   Odzyskałaś   Bettinę   i 
Księżycową Różę, a Billy jest zdrów i cały. Po co ci Whitewater? Na nic. 
Potrząsnęła bezradnie głową, odwróciła się i weszła do pokoju. Samolubne 
kłamstwo Whitewatera było ostatnim poniżającym dowodem jego dwulico-
wości. Będzie go nienawidzić do końca życia. 

Znowu ogarnęła ją chęć, żeby coś zniszczyć. Ale nic by to nie pomogło. 

Najważniejsza rzecz, jaką posiadała, już została zniszczona. Było nią jej ser-
ce. Złamał je Whitewater i to nieodwracalnie. Na zawsze. Swoimi łatwymi 
uśmieszkami i łatwymi kłamstwami.

Po raz pierwszy zauważyła na stole świeże kwiaty. Były to szalenie eg-

zotyczne, niezwykle wielkie i ozdobne białe orchidee. Oparta o nie koperta 
zaadresowana   była   śmiałym   charakterem   pisma,   które   natychmiast 
rozpoznała: należało do Whitewatera. Wzięła ją do rąk, ale nie otworzyła 
listu. Wyjęła delikatnie z wazonu cały tuzin białych kwiatów i wyszła z 
nimi na balkon. Stojąc w matowym świetle księżyca podarła wiadomość od 
Whitewatera na kilkanaście kawałków. Wiatr uniósł je w kierunku ciem-
nego   morza.   Następnie,   jeden   za   drugim   odrywała   płatki   z   kwiatów   i 
rzucała je przed siebie. Kiedy wszystkie zniknęły porwane przez wiatr, 
pożegnała je, wiedząc, że rozstaje się również ze swoją naiwnością. Już nig-
dy nikomu nie zaufa. Nikomu i nigdy.

Josie spędziła następne dni w dziwnym otępieniu. Jakby jej ciało było w 

raju a umysł w otchłani lub w dziwnie ponurym, pozbawionym życia miej-
scu. Bettina wkrótce miała wyjść na wolność i przez nieokreślony czas z2-
wać pod opieką pana Suehiro i jego żony. Pan Suehiro, poświęciwszy cały 
swój czas na wyciągnięcie Bettiny z aresztu, przekazał Josie panu Hongo, 
jednemu ze swoich wspólników. Młodzieńczo wyglądający Lewis Hongo, 
który przypominał bardziej mistrza surfingu niż prawnika, zapewnił Josie z 
uśmiechem, że nie zostaną jej przedstawione żadne zarzuty. Twierdził rów-
nież, że w nagrodę za współpracę z władzami Bettina prawdopodobnie 

background image

także zostanie oszczędzona. Jednakże dla dobra śledztwa obie siostry nie 
mogą się ze sobą spotykać. Josie przystała na to niechętnie, tylko dlatego, 
że nie miała wyboru. Wiedziała, że elegancki pan Suehiro dobrze się zajmie 
Bettiną.

Dowiedziała się również z zadowoleniem, że Willis znalazł się za krat-

kami, podobnie jak wielki i przerażający Ollie, który wrócił już do siebie po 
środkach   usypiających,   które   mu   zaaplikowała.   O   Lucasie   nic   nie   było 
wiadomo. Zaginął na Kali Chenshan. Lewis Hongo powiedział Josie, że 
jego zdaniem Lucas nie żyje, choć być może nigdy nie dowiedzą się praw-
dy. 

Wybuch Kana-Pumy nie skończył się jeszcze i spowodowane nim znisz-

czenia ograniczyły się na razie do wschodniej części wyspy. Pierwsza erup-
cja wulkanu była jak dotąd, najgwałtowniejsza, ale nikt nie był pewny, jak 
długo wypluwać on będzie z siebie ogień: przez tygodnie czy przez lata. 
Silne wiatry okrywały Górę Chmurnych Bogów deszczem pyłu i popiołu 
nie  pozwalając  samolotom  na  lądowanie   w  wiosce.   Większość   ludności 
wyspy została ewakuowana.

W tych dniach jedyną radością Josie było odwiedzanie każdego ranka 

specjalnego pomieszczenia w ZOO w Parku Kapiolani. Dostępu do niego 
pilnowali strażnicy i żeby wejść do środka Josie musiała okazać specjalne 
pozwolenie z FBI. Wewnątrz znajdował się najbardziej strzeżony sekret na 
Hawajach: Księżycowa Róża i Billabong. Oboje czuli się świetnie. Josie wol-
no było spędzać codziennie dwie godziny z pandami, ale pod koniec tygo-
dnia   opiekę   nad   zwierzętami   przejąć   miał   doktor   Hazard,   który   z2-
wiedział swój przylot z Chicago. Josie nie była pewna, jak zareaguje na jej 
obecność. Przysłał jej krótki telegram:

Dziękuję. Nie potrafię wyrazić swojej wdzięczności. Chciałbym móc zapropono-

wać powrót do pracy, ale jak wiesz, jest to niemożliwe. Z mieszaniną uznania i  
żalu.

T. Wallace Hazard 
Z mieszaniną uznania i żalu – pomyślała smutno. Odtąd zawsze już tak 

będzie o niej myślał.

Minęło pięć dni, które, jeśli nie była z Lewisem Hongo lub pandami, 

spędzała   samotnie   na  plaży,   na  tarasie   hotelu,   sącząc   sok   ananasowy  i 

background image

wpatrując się w morze. Próbowała zapomnieć o Whitewaterze. Nie uczynił 
żadnego ruchu, żeby się z nią skontaktować. Nie spróbował przeprosić jej 
czy choćby się wytłumaczyć. Przypuszczała, że całym zadośćuczynieniem 
miał być wazon białych kwiatów. 

Wtorkowy ranek spędziła jak zwykle z pandami. Następnie poszła do 

hotelu i przebrała się w niebieskozielone bikini. Zabrała ze sobą hotelowy 
ciężki aksamitny szlafrok i udała się na plażę na swoje samotne czuwanie. 
Nie miała pojęcia, kto opłacał jej pobyt w hotelu. Podejrzewała, że FBI, 
które w ten sposób chciało ukryć jej pobyt na Hawajach. Lewis Hongo 
poinstruował ją, że jeśli ktoś zapyta o powód jej wizyty na wyspie, powinna 
odpowiedzieć, że spędza tu wakacje. No cóż, myślała z ironią spacerując po 
białym   piasku   i   słuchając   fal   oceanu,   jeśli   FBI   chciało   trzymać   ją   w 
luksusowym hotelu, to ich sprawa. Wydawali pieniądze z jej podatków. z2-
zewała, że opłacili również adwokata. Gdyby na koniec okazało się, że to 
ona   ma   pokryć   te   wszystkie   rachunki,   musiałaby   ogłosić   bankructwo. 
Prawdopodobnie dokładnie wiedzieli, jaki był stan jej konta.

Po krótkiej kąpieli w oceanie położyła się na słońcu, mając nadzieję, że 

jego   promienie   wypalą   wszystkie   myśli   z   jej   głowy.   Za   dużo   czasu 
poświęcała rozpamiętywaniu swojej nienawiści do Whitewatera. Pamiętała, 
czując jednocześnie dziwnie głęboką tęsknotę, dnie i noce, które spędzili 
razem. Tak, myślała markotnie, kochała go. Inaczej nie nienawidziłaby go 
teraz tak mocno. Padł na nią cień, zasłaniając słońce i wyrywając ją z z2-
my. Uniosła się na łokciu i założyła okulary słoneczne, żeby móc przyjrzeć 
się stojącej nad nią sylwetce.

Był to wysoki, szeroki w barach mężczyzna. Ciepły wiatr rozwiewał 

jego ciemne włosy. Miał na sobie szare spodnie, nieskazitelnie białą koszulę 
i niebieski krawat. Whitewater. Przez ostatnie pięć dni powtarzała w my-
ślach zjadliwą tyradę, jaką uraczy go, gdy ośmieli się do niej zbliżyć. Ale 
teraz wszystko wyparowało jej z głowy. Patrzyła na niego, a serce waliło jej 
jak oszalałe.

– Panna Talbott? – odezwał się mężczyzna. Przez ramię przewieszoną 

miał marynarkę. – Nazywam się Whitewater.

Josie zamrugała powiekami. Szalejący puls wrócił do normy. Na twarzy 

Josie malowało się rozczarowanie. To nie był jej Whitewater. Był wysoki, ale 

background image

nie   aż   tak   zastraszająco   wysoki   jak   Aaron.   Nie   był   też   tak   bardzo 
umięśniony. Był dobrze zbudowany, ale raczej szczupły. I choć był przystoj-
ny, to w jakiś inny sposób.

– David Whitewater – przedstawił się, widząc jej zdziwienie. – Mój brat 

chciał, żebym się z panią skontaktował. Nie mogłem przylecieć wcześniej. 
Miałem rozprawę sądową w Nebrasce. Czy nie napiłaby się pani czegoś na 
tarasie? Obawiam się, że nie jestem odpowiednio ubrany na plażę.

Nie uśmiechnął się. Wyglądał godniej i poważniej niż jego brat. Josie 

skinęła głową. Nie powinna być nieuprzejma dla Davida Whitewatera tylko 
dlatego, że jego brat należy do jednych z najprymitywniejszych form życia 
na ziemi. Nie było także powodu, żeby była zachwycona tym spotkaniem. 

Zignorowała jego wyciągniętą dłoń i podniosła się z zimnym wyrazem 

twarzy. Założyła na siebie szlafrok, zabrała z piasku ręcznik i torbę plażową 
i ruszyła w stronę tarasu.

– Jak pan mnie znalazł? – spytała nie oglądając się za siebie.
– Nie było pani w pokoju. Postanowiłem poszukać na plaży. Mój brat 

powiedział mi, że ma pani rude włosy i urocze piegi. Faktycznie pani piegi 
od razu rzuciły mi się w oczy. Czy ten stolik pani odpowiada?

Josie   wyprostowała   się   dumnie   i   otuliła   szczelniej   szlafrokiem.  z2-

ekała, aż David Whitewater odsunie dla niej krzesło i z godnością usiadła. 
Mężczyzna zajął miejsce naprzeciwko i rozluźnił krawat. Rzuciła mu spoj-
rzenie, które miało być chłodne i taksujące. Nic z tego nie wyszło. Za bar-
dzo przypominał swojego brata. Osaczyły ją znowu wspomnienia.

– Widziałem się z panem Suehiro – zaczął David obserwując uważnie 

Josie. – Robi wrażenie świetnego fachowca. Powiedział mi, że jego wspól-
nik, pan Hongo, zajął się pani... że tak to nazwę, problemami. Spotkałem się 
z nim również. Zapewnił mnie, że władze już nic więcej od pani nie chcą.

–   Mam   nadzieję   –   odparła   Josie   usiłując   ukryć   swoją   niechęć.   – 

Chciałabym tylko wiedzieć, kiedy będę mogła wrócić do Chicago.

Nie miała jednak specjalnie do czego wracać.
– Za kilka dni – powiedział niejasno David. – Rozmawiałem też z wła-

dzami. – Przywołał kelnera.

– Wygląda na to, że miał pan bardzo pracowity ranek – powiedziała 

Josie zimno.

background image

Zauważyła, że w odróżnieniu od brata, miał jaskrawo niebieskie oczy. 

Wytrzymał bez mrugnięcia jej spojrzenie.

– To prawda – odparł.
Pojawił się kelner i David zamówił wino dla Josie i kawę dla siebie. Na 

ich stoliku usiadł gołąb i Josie odgoniła go ruchem ręki.

– Mój brat... – zaczął David.
– Nie mam ochoty – przerwała mu lodowato – rozmawiać o pańskim 

bracie. Teraz czy kiedykolwiek indziej. Pański brat może smażyć się w 
piekle od dziś po Sąd Ostateczny. I niech diabły polewają go wrząca wodą.

– Mój brat – powtórzył nie zwracając uwagi na jej wybuch – pragnął, by 

pani i pani siostra miały zapewnioną najlepszą pomoc prawną. Nalegał, 
żebym tu przyjechał. Niepokoił się o panią.

– Okazał to już aresztując mnie i moją siostrę. Cieszę się, że się  z2-

ił. Bóg jeden wie, co by nam zrobił, gdyby był do nas źle usposobiony.

David Whitewater zacisnął zęby. Wydawało się, że próbuje się opano-

wać. Po chwili odezwał się spokojnym tonem.

– Rozumiem, że mógł panią zdenerwować...
– To świetnie. Założę się, że jest pan tym mądrzejszym w rodzinie.
– Rozumiem panią – powtórzył spokojnie. – Ja sam zawsze nieufnie 

przyjmowałem te ciągotki Aarona do odgrywania roli Jamesa Bonda.  z2-
ze obawiałem się, że pewnego dnia ściągnie to na niego kłopoty. Nie  z2-
szczałem, co prawda, że będą to kłopoty męsko-damskie.

– On nie ma męsko-damskich kłopotów – warknęła Josie nie patrząc na 

kelnera, który przyniósł im drinki. – On ma problem z zasadami etycznymi. 
Po prostu ich nie posiada.

– Jego jedynym problemem w tym departamencie jest to, że ma zbyt 

dużo zasad – odciął się jej David. – Nigdy nie wahał się, by narazić dla nich 
życie. Skradziono pewną własność. Na prośbę rządu Aaron ją odzyskał.

– Okłamał mnie – rzuciła oskarżycielsko Josie.
– Nie miał wyboru – odpowiedział David, jego niebieskie oczy płonęły 

w ciemnej twarzy jak zimny ogień. – Otrzymał rozkaz. Uważa się pani za 
inteligentną osobę. Czy nigdy nie przyszło pani do głowy, że pani telefon 
może być na podsłuchu? Nie dziwiło pani, dlaczego nikt nie dogonił was w 
drodze na tę górę?

background image

– Oczywiście, że tak – wyznała zawstydzona. – Po prostu myślałam, że 

nikt nie wie. I wszystko działo się tak szybko. Nie miałam czasu, żeby się 
nad tym zastanawiać.

– A może nie chciała pani o tym myśleć – zasugerował ironicznie. – 

Może miała pani nadzieję, że ktoś podsłuchuje, że ktoś zdejmie z pani z2-
wiedzialność.   Może   podświadomie   liczyła   pani   na   to,   że   władze   się 
dowiedzą... i coś zrobią.

– Niech pan zachowa swoje psychologizowanie dla ławy przysięgłych – 

odpowiedziała   nieprzyjemnie,   ale   słowa   Davida   poruszyły   ją   do   głębi. 
Sama myślała podobnie.

– Musiał panią okłamać – ciągnął David z posępnym wyrazem twarzy. – 

Poszłaby z nim pani, gdyby powiedział pani prawdę?

–   Nie   wiem   –   odpowiedziała   szczerze.   –   Chyba   tak.   Chciałam... 

chciałam odzyskać Bettinę i Księżycową Różę.

– Miał rozkaz aresztować panią. Tego nie mógł pani powiedzieć.
Odwróciła od niego twarz. Sposób, w jaki wiatr rozwiewał jego ciemne 

włosy, zbyt boleśnie przypominał jej Whitewatera.

– Rozkaz – powiedziała gorzko.
– Wydaje mi się, że nie rozumie pani, jakiego rodzaju człowiekiem jest 

mój brat – powiedział z martwym spokojem.

– Doprawdy? – rzuciła z sarkazmem.
– Nasze dzieciństwo nie było najłatwiejsze. Najpierw odeszła od nas 

matka. Ojciec był w marynarce. Dużo podróżował. Matka poznała kogoś 
innego. Jej nowa miłość nie życzyła sobie pary pół-indiańskich smarkaczy.

Odwróciła do niego głowę. Nigdy nie myślała o Aaronie jako o pół-In-

dianinie. Był po prostu Aaronem.

– Nasz ojciec nie mógł się z tym pogodzić – ciągnął David. – Podrzucił 

nas dziadkowi i zniknął z naszego życia. Umarł w Japonii. Okoliczności 
jego śmierci są tajemnicze. Myślę, że zginął w bójce. Aaron miał wtedy 
dwanaście   lat,   ja   dziewięć.   Sześć   lat  później   umarł   dziadek   i   jedynymi 
krewnymi, którzy mi zostali, była ciotka, która co jakiś czas wysyłała trochę 
pieniędzy, tyle ile mogła... i duży brat, który nie bał się nawet diabła.

background image

Josie wpatrywała się w obrus. Namiętny podziw w głosie Davida  z2-

arzał jej bólu. Nie chciała szanować Aarona Whitewatera. Nie śmiała go 
szanować.

– I mój brat osiągnął coś w życiu – opowiadał David. – Zaczął pracować 

jako przewodnik. Następnie został wspólnikiem w agencji myśliwskiej, a 
po trzech latach sam był jej właścicielem. Po sześciu latach wykupił kolejne 
dwie   firmy   oraz   największą   agencję   konsultingową   dla   myśliwych   w 
środkowozachodnich stanach. Mógłby osiąść na laurach, ale wykorzystał 
czas i pieniądze, żeby zostać najlepszym myśliwym w kraju. Ciotka Cora 
zaoszczędziła   trochę   dolarów,   żeby   wysłać   mnie   na   uczelnię,   a  Aaron 
zwrócił jej wszystko, co do centa, w dodatku z procentem. I opłacił moje 
studia   prawnicze.  Co  roku  posyła   wystarczającą  sumę  do   rezerwatu  w 
Rosebud, żeby inne dzieciaki mogły też pójść do szkoły. A w wolnych 
chwilach nadstawia karku dla swojego kraju. Niech mi pani nie mówi, że 
Aaron Whitewater nie ma żadnych zasad, droga damo. Niech mi pani zrobi 
tę przysługę i nie mówi takich głupstw.

Josie spojrzała na niego. Rysy jego twarzy były napięte, a oczy błyszcza-

ły z emocji. Miał taki sam grymas ust, jak Whitewater, gdy się z nią spierał.

– W sali sądowej musi pan być jak dynamit – powiedziała z uznaniem. 

Pocierała   palcem   brzeg   kieliszka.   –  Ale   pański   brat   nie   tylko,   że   mnie 
okłamał, on skłamał na mój temat. A to już nie jest moralne.

Roześmiał się gorzko.
– Nie wiem, co zaszło między wami na tej wyspie – powiedział marsz-

cząc brwi. – Nie obchodzi mnie to.

– Nic między nami nie zaszło – upierała się Josie. Ale wiedziała, że 

gdyby zostali tam dłużej, na pewno coś by się zdarzyło.

David wzruszył ramionami.
–   Powiedział   władzom,   że   spaliście   ze   sobą,   czy   tak?   –   spytał   nie 

zmieniając wyrazu twarzy.

– Tak – odparła zmieszana – ale...
–   Czy  spaliście   ze   sobą,   czy   nie,   nie   ma   najmniejszego  znaczenia   – 

powiedział przez zaciśnięte zęby. – Ważne jest to, że Aaron tak powiedział. 
Ściągnął  tym na siebie niezłą  burzę  w  FBI.  Dzięki temu FBI nigdy nie 
będzie próbowało wywierać na panią nacisku. Boją się, że oskarży ich pani 

background image

o to, że wciągnęli panią w pułapkę i że ich agent wykorzystał panią seksu-
alnie. W ten sposób Aaron wyciągnął panią z kłopotów. Albo miał nadzieję, 
że to zrobił. Przysłał mnie, żebym się upewnił.

Josie patrzyła na niego nic nie rozumiejąc. W jego szczupłej twarzy 

drgnął mięsień. Ich spojrzenia skrzyżowały się i David znowu wytrzymał 
jej wzrok.

– To znaczy – spytała miękko Josie – że chciał mnie chronić? Chciał się 

upewnić, że mnie nie zatrzymają?

– Żadna ława przysięgłych w Ameryce nie skazałaby pani po tym, co 

zrobił   –   powiedział   David   z   ironią   w   głosie.   –   I   żaden   prawnik   nie 
próbowałby   pani   oskarżać,   gdyby   wierzył,   że   na   domiar   wszystkiego, 
uwiódł panią jeden z agentów rządowych. Aaron miał doprowadzić panią 
na szczyt Ra-Komy, a nie dobierać się do pani, przepraszam za szczerość.

Josie patrzyła przez chwilę na mężczyznę po drugiej stronie stolika, po 

czym roześmiała się niedowierzająco.

– Pan rzeczywiście jest świetnym prawnikiem – powiedziała szyderczo. 

– Prawie panu uwierzyłam. Co za linia obrony! On kłamie na temat pani 
cnoty, madam, ale tylko dlatego, by uchronić panią przed czymś gorszym. 
Sprytne. Niewiarygodne, ale sprytne.

– Niech pani wierzy lub nie – powiedział David Whitewater rzucając jej 

karcące spojrzenie. – Aaron poświęcił dla pani swoją pozycję w FBI, bez 
względu na to, czy to się pani podoba.

– Jeśli tak bardzo się o mnie niepokoi, to gdzie teraz jest? Dlaczego sam 

nie próbuje sprzedać mi tego nieprawdopodobnego wytłumaczenia? Gdzie 
był odkąd... nas aresztowano?

– Jeśli pani nie wie, ja nie mogę pani tego powiedzieć – odparł krótko.
– Co pan ma na myśli?
– Nie mogę, ponieważ on mi tego nie zdradził. Powiedział mi tylko, że 

pani jest jedyną osobą, która będzie to wiedzieć. Czy chce pani powiedzieć, 
że panią też nie poinformował?

Koperta, pomyślała Josie. Przypomniała sobie kawałki listu unoszone 

przez wiatr w kierunku morza.

– Zostawił mi wiadomość, ale... zniszczyłam ją. Bez przeczytania.
David Whitewater obrzucił ją oskarżycielskim spojrzeniem.

background image

– Od tamtej nocy nie miałem od niego wiadomości, panno Talbott – 

powiedział w końcu. – Martwię się o niego. Teraz dowiaduję się, że znisz-
czyła pani moją ostatnią nadzieję na odnalezienie go. Dziękuję. Bardzo pani 
dziękuję.

Smutek i zmieszanie wkradły się w serce Josie.
– To znaczy... Ale on nie mógł po prostu zniknąć. Musiał współpracować 

z władzami.

– Nie ma go na tych wyspach, panno Talbott – oznajmił krótko David. – 

I władze nie wiedzą, gdzie dokładnie przebywa.

Josie wpatrywała się w niego wyczekująco, obserwując, jak słońce ślizga 

się po jego czarnych włosach.

– Co znaczy dokładnie? – spytała, a strach skuł lodem jej serce.
–   Podejrzewamy,   że   udał   się   z   powrotem   na   Kali   Chenshan   –  z2-

wiedział David z posępnym wyrazem twarzy. – Wrócił na wyspę.

– Ależ nie mógł tego zrobić! – krzyknęła Josie. – Tam jest zbyt niebez-

piecznie. Prawie wszyscy zostali ewakuowani. Nie lądują tam samoloty. 
Nikt nie wie, kiedy nastąpi kolejny wybuch. Tam jest piekło.

– Wiem – odparł David. – Ale to pani chciała, żeby mój brat znalazł się 

w piekle, prawda? Może pani życzenie się spełniło.

– Ale dlaczego? – dopytywała się Josie nic nie rozumiejąc. – Dlaczego 

miałby robić coś tak niebezpiecznego?

– Z powodu przyjaciela pani siostry – odparł David z niesmakiem. – 

Wydaje nam się, że Aaron wrócił na wyspę, żeby go odszukać. O ile tamten 
żyje. Nie żeby wart był uratowania...

– Ale... – zaprotestowała Josie otulając się ciaśniej szlafrokiem. Mimo 

słońca zrobiło jej się nagle zimno. – Ale dlaczego? Czy FBI go tam wysłało? 
Jak mogli?

– Nikt go nie wysłał. Poleciał tam na własną rękę – odpowiedział David 

zimno.

– Dlaczego? Dlaczego to zrobił?
David   Whitewater   zmarszczył   brwi.   Obrzucił   Josie   nieprzyjemnym 

spojrzeniem.

– Może – powiedział z sarkazmem – z poczucia moralności. Ale zapo-

mniałem. On nie ma zasad, prawda?

background image

Wstał,   zabrał   rachunek   i   położył   napiwek   obok   nietkniętej   filiżanki 

kawy.

– Czytała pani dzisiejsze gazety, panno Talbott? Słuchała pani dziennika 

w radiu lub telewizji?

Potrząsnęła przecząco głową.
– Kiedy ja rozmawiałem z pani adwokatem – powiedział – a pani bez-

trosko   opalała   się   na  plaży,   nastąpił   kolejny  gwałtowny  wybuch  Kana-
Pumy. Wydawało się, że cały łańcuch górski wyleci w powietrze. Wyspa 
może być rozdarta na pół. A jeśli tak, to nikt, kto tam został, nie wyjdzie z 
tego żywy.

Wstała tak nagle, że przewróciła kieliszek z winem. Spadł ze stolika i 

rozbił się na kafelkach tarasu.

Prawie tego nie zauważyła. Zacisnęła dłonie na kołnierzu szlafroka, aż 

pobielały jej kostki palców. Krew odpłynęła jej z twarzy.

– To znaczy – wyszeptała chrapliwie – że Aaron mógł zginąć?
Obrzucił ją zimnym spojrzeniem.
– Dokładnie to miałem na myśli. I wie pani co, czasami myślę, że jeśli 

wrócił na tę cholerną wyspę, to zrobił to dla pani... Może chciał udowodnić, 
że nie jest takim potworem, jak się pani wydaje. Ale proszę się nie obawiać. 
Zatroszczył   się   o   panią.   Zapewnił   pani   najlepszy   hotel   i   najlepszych 
prawników. Kazał mi obiecać, że wszystkiego dopilnuję. Że zadbam o to, 
by nic się pani nie stało. Do widzenia, panno Talbot.

Odszedł, a ona stała w osłupieniu. Patrzyła za nim, jak zmierzał z2-

szystym krokiem w kierunku wejścia do hotelu. Za budynkiem, na wscho-
dzie nieba unosiła się w górę podobna do dymu mgiełka. Wulkaniczny pył 
z Kana-Pumy, pomyślała, zabarwił niebo tak bardzo, że widać go było z 
tarasu hotelu w Honolulu. 

Czy David miał rację? Czy Whitewater wrócił tam z jej powodu? Czy to 

właśnie napisał w liście w dniu, w którym przysłał jej kwiaty? Co chciał jej 
powiedzieć? Potargała kwiaty i rozsypała je na wietrze. Podarła też list z 
jego słowami. Nigdy nie dowie się, co napisał. Stała drżąc z zimna mimo 
ciepłego, popołudniowego słońca.

– Whitewater – powiedziała miękko, jakby jego imię było modlitwą, 

którą mogłaby go ochronić.

background image

Kelner zaalarmowany odgłosem rozbitego szkła podszedł do stolika. 

Dotknął lekko jej łokcia.

– Źle się pani czuje? – zapytał.
Nawet   nie   zauważyła   jego   obecności.   Wpatrywała   się   w   obłok   na 

wschodzie.

– Whitewater – wyszeptała ponownie.

background image

ROZDZIAŁ DZIESI TY 

Ą

W pokoju hotelowym Josie poruszała się jak automat. Zadzwoniła do 

Lewisa Hongo, który przyznał niechętnie, że nie ma pojęcia, gdzie znajduje 
się Aaron Whitewater. Nagabywany dalej, wyznał, że FBI podejrzewa, iż ku 
ich niezadowoleniu, na własną rękę rozpoczął poszukiwania.

– Tak, tak, to prawda – potwierdził w końcu przyciśnięty do muru 

pytaniami Josie. To Aaron Whitewater opłacił hotel oraz adwokata dla niej i 
Bettiny. Firma zobowiązana została do milczenia w tej sprawie, ale, jak 
widać, Josie dowiedziała się skądś prawdy. A teraz, czy mogłaby z łaski 
swojej zostawić go w spokoju. Musi biec do sądu.

Josie odłożyła słuchawkę. Ogarnął ją nastrój beznadziejności i wyczer-

pania. Włączyła duży kolorowy telewizor i obejrzała specjalne wydanie 
wiadomości   poświecone   ostatniej   erupcji   Kana-Pumy.   W   szlafroku,  z2-
rznięta do szpiku kości siedziała na łóżku i patrzyła w telewizor. 

W   filmowanych   z   helikoptera   scenach   strzelały   w   niebo   ogniste 

płomienie. Słup ciemnego dymu i pyłu wzbijał się w powietrze niczym 
wyciągnięty   w   oskarżycielskim   geście   paluch.   Deszcz   popiołu   zmusił 
helikopter   do   odwrotu.   Wyspa   malała   w   oddali,   jarząc   się   tańczącymi 
ognikami i iskrami. Reporterzy rozmawiali z uchodźcami z zagrożonej Kali 
Chenshan.   Niektórzy   mówili   o   lawinie   spadającego   z   nieba   ognia,   o 
potężnych podmuchach powietrza jak podczas kanonady ciężkiej artylerii. 
Ściana lawy pełzła na wschód i istniała obawa, że jeśli dojdzie odpowiednio 
daleko, zmieni wybrzeże wyspy. Część Kali Chenshan przykryta została 
popiołem.

Josie czuła, że umiera w niej nadzieja. Jej nastrój poprawił się na chwilę, 

gdy usłyszała, że reporter rozmawiać będzie z Horace’em i Berke’em Coel-
ho. Horace oznajmił ze stoickim spokojem, że ma zamiar wrócić na swoje 
rancho, kiedy będzie po wszystkim.

– Tak się składa, że mieszkam w miejscu, które od czasu do czasu trochę 

wybucha – wyjaśnił z godnością. – Niemniej jednak to jest mój dom.  z2-
duję go, jeśli będzie trzeba.

background image

Berke Coehlo nie był tak opanowany.
– Nie wiem – odparł kręcąc niespokojnie ciemną głową, gdy reporter 

zwrócił się do niego. – Może to już czas, żeby się stąd wynieść. Człowiek 
nie może wiecznie walczyć z wulkanem. Kto wie, ile to potrwa. Może całe 
lata.

–   Pan   był   jednym   z   ostatnich,   którzy   opuścili   Kali   Chenshan   – 

powiedział reporter do Berke’a.

– Byliśmy ostatnimi, którzy odlecieli samolotem – poprawił go Berke. – 

Zanim wystartowaliśmy, musieliśmy najpierw zmyć ze skrzydeł samolotu 
popiół. Jest tam takie piekło, że nie wiem, czy komuś uda się wystartować.

– Czy na wyspie są jeszcze jacyś ludzie?
Berke Coehlo przełknął ślinę i spojrzał w kamerę. Skinął potakująco gło-

wą.

– Tak – powiedział i znowu skinął głową, jakby nie mógł mówić. – O 

jednym wiem na pewno. To myśliwy, który pięć dni temu wyruszył w głąb 
wyspy. Kiedy odlatywaliśmy, jego samolot wciąż stał na lądowisku. Znikał 
przysypywany popiołem.

To   Whitewater,   pomyślała   przerażona   Josie.   Uwięziony   w   tym 

sypiącym popiołem, plującym ogniem piekle. I dla kogo? Dla Lucasa Pan-
paxisa, który spowodował cały ten koszmar.

Wyłączyła telewizor. Siedząc na łóżku przypominała sobie, jak leżała w 

ramionach Whitewatera w raju Kali Chenshan. Pamiętała dotyk jego rąk na 
swoim ciele, pocałunek w stawie na zboczu Góry Chmurnych Bogów. Teraz 
raj był w płomieniach, a Whitewater zaginął. Może na zawsze.

Schowała twarz w dłoniach i wybuchnęła płaczem. Nie płakała tak od 

czasów   dzieciństwa.   Pogrążona   w   cierpieniu   w   pierwszej   chwili   nie 
usłyszała pukania do drzwi. Wstała nie zwracając uwagi na to, że łzy płyną 
jej po policzkach. Otworzyła drzwi.

– Kto tam? – spytała i już miała powiedzieć, żeby zostawiono ją w z2-

ju, kiedy ujrzała poważne, niebieskie oczy Davida Whitewatera.

– Właśnie obejrzałem wiadomości – powiedział posępnie. – Pomyśla-

łem, że powinna pani wiedzieć. Wydaje się, że....

– Wiem – załkała Josie. – Że nie żyje. To niemożliwe! On nie może 

umrzeć! Nie może!

background image

David przez chwilę patrzył na nią z konsternacją.
– Pani... tobie naprawdę na nim zależy?
– Kocham go! – krzyknęła Josie ocierając łzy. – Jak mogłabym być tak zła 

na niego, gdybym go nie kochała? Okłamał mnie, oszukał, nawet mnie 
aresztował, ale tak, o Boże, pomóż mi, kocham go.

David wyglądał na zasmuconego i zmieszanego. Powoli w jego błękit-

nych oczach zapaliły się iskierki sympatii. Wszedł do pokoju, zamknął za 
sobą drzwi i objął ją ramieniem.

– Może powinniśmy czuwać razem – powiedział spiętym głosem. – My-

ślę, że Aaron nie chciałby, żebym zostawił cię samą. Chcesz, żebym z tobą 
został?

–   Tak   –   wyszeptała   Josie   chowając   ponownie   twarz   w   dłoniach.   – 

Proszę, zostań.

Josie i David obejrzeli razem dziennik wieczorny i ostatnie wydanie 

wiadomości. Czuwali aż do północy, kiedy zerwała się nagła burza i krople 
deszczu zaczęły walić o szklane drzwi balkonu.

– Idę do siebie – powiedział w końcu David. – Zobaczymy się rano. Jeśli 

nie będzie żadnych wiadomości o Aaronie, wynajmę helikopter i na własną 
rękę spróbuję przeszukać Kali Chenshan.

Wstał i Josie też się podniosła.
– Aaron nie chciałby, żebyś to zrobił – zaprotestowała.
– Josie – odparł łagodnie – ktoś to musi zrobić.
– A więc lecę z tobą – oznajmiła nie znoszącym sprzeciwu tonem. – W 

odróżnieniu od ciebie przynajmniej znam część wyspy.

– Nie – sprzeciwił się twardo i jego zdecydowanie raz jeszcze przypo-

mniało jej Aarona. – Nie wolno ci opuszczać Hawajów. A jeśli Aaron nie 
życzyłby sobie, żebym poleciał na Kali Chenshan, tym bardziej nie chciałby, 
żebyś ty tam leciała.

– Przedyskutujemy to jutro – powiedziała zmęczona. Spróbował się do 

niej uśmiechnąć, uścisnął jej brodę w nieco niezgrabnym braterskim geście.

– W rezerwacie odwiedzał mojego dziadka stary poeta. Raz, kiedy z2-

edł, była u nas ciotka Cora. Miała jakieś kłopoty. Nie lubiła ludzi, u których 
pracowała, ale uważała, że z powodu ich dzieci czy wnuków powinna z 
nimi   zostać.   Nie   wiedziała,   co   robić.   Więc   stary   poeta   powiedział   jej: 

background image

„Musisz zaufać odwadze i miłości. Odwadze i miłości, moja pani”. Ty też, 
Josie musisz im zaufać.

– Spróbuję – odpowiedziała drżącym głosem.
– Dobranoc – powiedział David.
– Dobranoc – odpowiedziała mu Josie.
Po jego wyjściu otworzyła drzwi na balkon i wyjrzała w ciemność i 

deszcz. Ciekawe, czy na Kali Chensham, w Dolinie Mala Lui i na Górze 
Chmurnych Bogów też pada? Czy ognie Kana-Pumy palą się na deszczu?

I czy Whitewater żyje jeszcze gdzieś tam na wyspie w środku burzy? 

Skrzyżowała   ramiona   i   patrzyła   w   ciemne   niebo.   „Odwaga   i   miłość”, 
pomyślała zamykając oczy. Gorąca łza stoczyła się po policzku. „Odwaga i 
miłość, moja pani”.

Rano Josie poszła do adwokata, Lewisa Hongo, dowiedzieć się, jak stoją 

sprawy Bettiny. Następnie wzięła taksówkę i pojechała do ZOO. Siedząc na 
tylnym siedzeniu rozmyślała o losie Whitewatera. Zastanawiała się, czy 
kiedykolwiek dowie się, co było w jego liście. Może były w nim tylko 
zwykłe przeprosiny. Może zaopiekował się nią nie dlatego, że ją kocha, ale 
ponieważ, jak powiedział David, Aaron Whitewater jest człowiekiem z z2-
dami. Zmuszony był ją okłamać, na pozór nawet zdradzić, i próbował teraz 
jej to wynagrodzić. Ale dlaczego wrócił po Lucasa? – zastanawiała się bez-
radnie. Na pewno David się mylił. Nie było powodu, żeby robił to dla niej. 
Po prostu nie mógł sobie darować, że zostawił go na wyspie. Miał go aresz-
tować i nie zrobił tego. Wrócił, by porządnie wykonać zadanie. Zawsze 
próbował robić to, co uważał za słuszne.

ZOO   i   park   mieściły   się   niedaleko   skały   Diamond   Head.   Josie 

pospieszyła   do   pomieszczenia,   w   którym   trzymano   pandy.   Księżycowa 
Róża leżała na boku. Na widok Josie przekręciła głowę, jakby chciała z2-
tać: „Dlaczego taka nieszczęśliwa mina? Spójrz na nasze piękne dziecko”. 
Billy leżał w zagięciu jej łapy jak w kołysce. Jego mały łepek wydawał się 
już nieco ciemniejszy. Powoli zmieniał się w miniaturowa replikę egzotycz-
nej matki.

Stuknięcie w ramię wyrwało Josie z zadumy.
– Proszę pani, proszę pani – powiedziała młoda kobieta w białym kitlu. 

– Jakiś pan chce się z panią widzieć. Pan Whitewater.

background image

Josie odwróciła się, by spojrzeć na kobietę. Serce podskoczyło jej z rado-

ści. Nagle obudzone nadzieje przyprawiły ją o chwilowy zawrót głowy.

– Pan David Whitewater – ciągnęła kobieta. – Mówi, że to pilne.
Puls Josie wrócił do normalnego rytmu. To tylko David. Zjedli razem 

śniadanie w posępnej ciszy. Upierał się, by lecieć na Kali Chenshan i zdecy-
dowanie odmówił zabrania jej z sobą. Spojrzała na zegarek. Było prawie 
południe, powinien był już odlecieć. Chyba, że się czegoś dowiedział. 

Coś   się   stało,   zrozumiała   nagle   i  szybko  wybiegła   z   pomieszczenia. 

Biegiem opuściła budynek. Gnana na wpół strachem a na wpół nadzieją 
dosłownie wpadła na Davida, kiedy ten wyszedł z cienia palmy. Nad nimi 
wiał szary wiatr. Utkwił swoje lodowato niebieskie spojrzenie w jej  z2-
raszonych oczach. Milczał, ale ona wiedziała. Wyraz jego twarzy wszystko 
jej powiedział. Coś stało się Whitewaterowi. Przerażenie odebrało jej mowę. 
Potrząsnęła gwałtownie głową nie przyjmując do wiadomości potwornej 
prawdy.

– Nie, on nie... – zaczęła patrząc na Davida. – On nie...
– Jest ciężko ranny, Josie – powiedział David z napięciem w twarzy. – 

Odnalazł Lucasa. I udało im się łódką opuścić wyspę tuż przed wczorajszą 
potężną erupcją. Dotarli do jednej z mniejszych wysp. Kiedy dopływali do 
brzegu, Lucas stracił przytomność poturbowany przez fale, ale poza tym 
nic mu nie jest. Zawieźli go do szpitala. Ale Aaron... Josie, Aaron jest ciężko 
ranny.   Obaj   mają   zostać   przewiezieni   do   szpitala   w   Honolulu.  z2-
edłem, żeby cię tam zabrać.

Zaprowadził ją na parking, gdzie zostawił wynajęty samochód. Josie 

gryzła ze zdenerwowania wargi.

–   Jak   ciężki   jest   jego   stan,   David?   –   zapytała   w   końcu   zduszonym 

głosem.

Otworzył drzwi i zatrzymał się spoglądając jej w oczy.
– Ma pięćdziesiąt procent szans na przeżycie – odparł nie spuszczając z 

niej wzroku. – Jest poważnie poparzony. Nawet jeśli przeżyje, boją się o 
jego oczy. Może być ślepy.

– Nie! – krzyknęła Josie.

background image

Opadła półprzytomna na siedzenie samochodu. Tylko nie jego oczy. Tyl-

ko nie to, pomyślała. Nie jego bystre oczy myśliwego. On wolałby stracić 
życie niż wzrok. Nie to, tylko nie to.

– Nie – powiedziała stanowczo żylasta, niska pielęgniarka. Josie i David 

z pewnością nie mogą zobaczyć pana Whitewatera. Wejścia do jego pokoju 
broni policja i rozkazy są jasne: nikt, poza personelem szpitala i oficerami 
śledczymi, nie może wejść do środka. A poza tym pan Whitewater to tracił 
to odzyskuje przytomność. Nie należy go niepokoić.

– Droga pani, jesteśmy rodziną – warknął David i po raz pierwszy Josie 

uświadomiła sobie, że może być tak samo groźny jak brat. – Albo wpuści 
nas pani do środka, albo za chwilę wybiję nowe drzwi w tej ścianie.

Korytarzem zmierzali do nich dwaj mężczyźni. Josie rozpoznała w nich 

agentów, którzy zabrali ją i Bettinę na komisariat. Wyższy pokazał Davido-
wi legitymację.

– Zaraz zobaczy się pan z bratem – uspokoił go. – Mam dla pana kilka 

informacji. Mogę pana prosić na chwilę?

– A ja chciałbym, żeby pani poszła ze mną – zwrócił się do Josie niższy.
Był to ten sam agent, który założył jej kajdanki. W małych szarych 

oczkach błyszczały mu ogniki, a na ustach błąkał się śliski uśmieszek. Wziął 
ją za ramię.

– Co...? – spytała zaszokowana.
Odwróciła się, szukając pomocy u Davida, ale on ze zmarszczonym czo-

łem pogrążony był w rozmowie z drugim z mężczyzn.

– Proszę iść ze mną, panno Talbott – polecił agent prowadząc ją przez 

hol. – Jest tu ktoś, kto chciałby z panią porozmawiać.

To nie do uwierzenia, pomyślała Josie zaszokowana. Whitewater jest 

ranny, może oślepiony, może umierający, a oni aresztują ją ponownie. Świat 
zamienił się w koszmar.

– Tutaj, proszę – powiedział mężczyzna otwierając drzwi, które niczym 

nie różniły się od innych. Poza tym, że kiedy je otworzył, w środku stał 
Aaron Whitewater dopinając na sobie za ciasną ceglano-czerwoną koszulę.

Josie przyjrzała mu się uważnie. Miał rozciętą brew i siniec na policzku. 

Na lewym nadgarstku i na kostce lewej nogi założone były bandaże. Ale 

background image

żył, stał o własnych siłach i wyglądało, że jest cały i zdrowy. Czuła, jak 
uginają się pod nią kolana. 

Whitewater podszedł do niej szybko i chwycił ją w ramiona.
– Dzień dobry – powiedział. Omiótł jej twarz namiętnym spojrzeniem 

brązowoczarnych oczu. – Co słychać?

Poczuła siłę jego ramion i uświadomiła sobie, że oto znowu spoczywa 

bezpiecznie w jego objęciach. Pachniał mydłem i pastą do golenia. Patrzyła 
na niego oszołomiona.

– Myślałam, że jesteś umierający... powiedziano nam... David jest tutaj... 

powiedziano mu, że możesz oślepnąć... że masz tylko pięćdziesiąt procent 
szans na przeżycie.

– Jestem pewny, że nie będziecie mieć mi za złe, jeśli zostawię was 

samych – powiedział oschle niski agent i zamknął za sobą drzwi.

– Jak powiedział Mark Twain, wiadomości o mojej śmierci były lekko 

przesadzone – zaczął miękko Whitewater. – Wróciłem, Josie. Wydostałem 
dla ciebie Lucasa i wróciłem...

Powoli wracała do siebie, a jej serce wypełniało się radością. Mogła już 

stać o własnych siłach, ale nie chciała wyzwolić się z jego objęć. Patrzyła na 
niego z zachwytem. I on też nie spuszczał z niej wzroku. Pożerał ją oczami.

– Och, Whitewater – wyszeptała – dlaczego tam wróciłeś? Dlaczego na 

Boga?

– Powiedziałem ci – odparł chrapliwie. – Zostawiłem ci list. Tej nocy, 

kiedy tam poleciałem.

– Nie przeczytałam go – powiedziała, a łzy napłynęły jej do oczu. – 

Byłam taka zła, czułam się taka zdradzona...

Odsunął się nieco od niej.
– Nigdy go nie przeczytałaś? 
Zawstydzona potrząsnęła przecząco głową.
– Podarłam go – wyszeptała odwracając od niego twarz.
– Dzięki Bogu – oznajmił. – To dlatego nie zadzwoniłaś do mnie tamtej 

nocy.

– Nie zadzwoniłam? – powtórzyła zdziwiona. 

background image

Ujął w szczupłe palce jej brodę i dotknął kciukiem dolnej wargi, gestem 

jednocześnie czułym i zmysłowym. Josie przeszył dreszcz podniecenia. Pod 
jego dotykiem rozpływała się niczym w ekstazie.

– Josie – wymruczał ujmując jej twarz w swoje dłonie. – Miałem rozkaz, 

żeby cię aresztować, kiedy odzyskamy pandę. To było najcięższe zadanie w 
moim życiu. Wyraz twojej twarzy na zawsze zostanie odciśnięty w moim 
sercu. Przysięgam, nigdy więcej nie chciałbym go oglądać. Prosiłem cię w 
liście o wybaczenie. Napisałem, że lecę po Lucasa, ponieważ wiem, jak bar-
dzo martwiło cię to, że go tam zostawiłem. Liczyłem, że kiedy go odnajdę, 
zrozumiesz,   co   czuję.   Zrozumiesz,   że   zrobiłbym   wszystko,   żebyś   mi 
wybaczyła.

–   Och,   Whitewater   –   westchnęła   przygryzając   dolną   wargę   –   nie 

chciałam, żebyś to robił... żebyś narażał swoje życie.

– Napisałem ci więcej, Josie – wymruczał, głaszcząc kciukami delikatny 

zarys   jej   brody.   –   Napisałem   w   tym   liście   więcej,   niż   powiedziałem 
kiedykolwiek jakiejkolwiek innej kobiecie. Łącznie z wszystkimi argumen-
tami, jakie mi przyszły do głowy przeciwko temu, żebyśmy byli razem; 
wszystkimi argumentami, jakie myślałem, że użyjesz... że oszukałem cię, że 
byłem aroganckim draniem, że pochodzimy z różnych światów i mamy 
różne przekonania. Jednak jeśli wydaje ci się, że jest szansa, choćby cień 
szansy dla nas, żebyś do mnie zadzwoniła. I wtedy będę wiedział, że mogę 
pójść   dla   ciebie   przez   wszystkie   pożary   Kana-Pumy.   Ale   ty   nie   z2-
woniłaś. I nie mogę cię o to winić.

– Nie wiedziałam – powiedziała uśmiechając się do niego przez łzy.
– A gdybyś wiedziała? – spytał poważnie patrząc jej w oczy. – Co byś 

wtedy zrobiła?

Potrząsnęła zmieszana głową. Ponownie przygryzła wargę.
– Nie wiem, Whitewater – odparła szczerze. – Nikt nigdy tak mnie nie 

zranił. Nie wiem, co bym odpowiedziała w tamtej chwili.

Zanurzył dłonie w wijących się, ciemnych, kasztanowych włosach.
– Czy mam prawo poprosić cię teraz o odpowiedź? Próbowałem udo-

wodnić ci, Josie, że zależy mi na tobie. Może bardziej niż na czymkolwiek 
na świecie.

background image

–   Wiem,   że   mnie   okłamałeś,   skłamałeś   nawet   na   mój   temat   – 

powiedziała   próbując   wytłumaczyć   sprzeczne   uczucia,   jakie   targały   nią 
przez ostatnie dni.

– Nienawidziłem siebie za to – odparł namiętnie, zbliżając twarz do jej 

twarzy. – Skłamałem, bo chciałem cię chronić. FBI myśli, że cię uwiodłem. 
Poza   tym   poleciałem   sam   po   Lucasa,   choć   oni   nie   zamierzali   nawet 
próbować go uratować. Już nigdy nie będą chcieli, żebym dla nich praco-
wał. I bardzo dobrze. Ja też już nie chcę. Za dużo mnie to kosztowało. 
Skończyłem z tym. A jeśli nie kochałem się z tobą, to nie dlatego, że nie 
chciałem. Nigdy niczego tak bardzo nie pragnąłem w moim życiu.

Nie   była   pewna,   czy   dobrze   usłyszała.   Bała   się   poprosić,   by   to 

powtórzył, w obawie, że się przesłyszała.

– Kiedy... kiedy David powiedział mi, że wróciłeś na wyspę dla mnie – 

mruknęła żałośnie – i kiedy powiedzieli nam, że jesteś tak bardzo ranny, że 
możesz stracić wzrok – tłumione emocje wybuchnęły z całą siłą. – Och, 
Whitewater – załkała, a łzy popłynęły jej po twarzy – jak mogłeś to zrobić?

– Josie, Josie – pocieszał ją, ocierając łzy ręką. – Musiałem. Wynająłem 

samolot   i   poleciałem   z   powrotem   na   wyspę.   Opady   wulkaniczne   nie 
pozwoliły   mi   lądować   na   Górze   Chmurnych   Bogów,   więc   zostawiłem 
samolot w wiosce i poszedłem tą samą drogą, którą szliśmy razem. Potem 
próbowałem   wytropić   Lucasa.   To   było   piekielnie   trudne.   W   końcu 
znalazłem  go,   co  prawda   w   nie   najlepszym  stanie,   ale   żywego.   Wtedy 
pojawił się problem, jak go stamtąd wydostać. Udało nam się dotrzeć do 
wybrzeża   i   znaleźliśmy   łódkę.   Wydawało   się,   że   za   chwilę   rozpęta   się 
piekło. Próbowałem więc dotrzeć do jednej z tych małych wysp.

– Jak... dlaczego – zaczęła Josie zduszonym głosem – powiedzieli, że 

jesteś ranny?

–   Lucas   był   w   kiepskim   stanie   –   odpowiedział   wciąż   trzymając   w 

dłoniach jej twarz, jakby chciał ją upewnić, że naprawdę jest obok. – Przez 
większość drogi niosłem go na plecach. W łódce dostał dreszczy. Ubrałem 
go w moją koszulę i kurtkę. Zapomniałem, że w kieszeni kurtki jest moja 
legitymacja. Byliśmy jakieś osiemset metrów od brzegu, kiedy Lucas  z2-
skał przytomność. Zaczął się rzucać, przechylił łódź i obaj znaleźliśmy się 
w wodzie. Kiedy go złapałem, łódź uniosły fale. Musiałem płynąć osiemset 

background image

metrów do brzegu ciągnąc ze sobą tego małego szczura. Fale poturbowały 
mnie porządnie. Ale dopłynąłem do wyspy, wyciągnąłem go na brzeg i 
chyba zemdlałem. Znalazł nas farmer. W każdym razie w międzyczasie 
Lucas został przez pomyłkę wzięty za mnie i taką wiadomość nadano tutaj 
przez radio. Jeszcze nie do końca zostało to odkręcone. Lekarze powiedzieli 
mi zresztą, że on też z tego wyjdzie. I będzie widział. Może nie tak dobrze 
jak przedtem, ale nie straci wzroku.

– Och, Whitewater – powiedziała bezradnie – naprawdę nic ci nie jest? 

Czy może śni mi się to wszystko?

– Nic mi nie jest – powtórzył nie spuszczając z niej oczu. – Wróciłem. 

Jestem tutaj. Josie, czy wybaczysz mi kiedyś?

– Wybaczyć ci? – powtórzyła jak echo. Wybaczyła mu, jak się jej teraz 

wydawało, tak dawno jakby wieczność temu.

– Josie, zrobię dla ciebie wszystko – oznajmił żarliwie. – Nawet rzucę 

polowania. Kiedyś rozmawiałem z Berke’em Coelho o założeniu firmy czar-
terującej łodzie rybackie, tutaj w Honolulu. Jak myślisz, mogłabyś ze mną 
zamieszkać na Hawajach?

– Z tobą? – spytała niedowierzając. Zaparło jej dech w piersiach z rado-

ści.

–   Ze   mną   –   powtórzył   patrząc   na   nią   z   ledwo   powstrzymywanym 

pożądaniem. – Wyjdź za mnie, Josie. Myślałem, że jestem samotnym wil-
kiem, ale myliłem się. Jestem jak każde stworzenie. Potrzebuję towarzyszki. 
Potrzebuję ciebie. Kocham cię. I pragnę cię każdą cząstką mego ciała. Wyj-
dziesz za mnie?

– Tak – wyszeptała i szczęśliwa zamknęła oczy, kiedy pochylił się, by ją 

pocałować.

Ich usta spotkały się. Z czułością i pożądaniem. Dreszcz podniecenia z2-

ynął przez Josie rozpalając w jej żyłach ogień. Splotła ręce na jego karku, a 
on przycisnął ją do siebie tak mocno, iż wydawało się, że ich ciała zlały się 
w jedno. Całował ją, aż raz jeszcze bliska była omdlenia. Jęknęła zdziwiona 
i zachwycona intensywnością swoich uczuć.

–   Myślę   –   wymruczał   ogrzewając   oddechem   jej   ucho   –   że   w   tych 

okolicznościach powinnaś nazywać mnie Aaron.

– Aaron – powtórzyła szczęśliwa.

background image

Pocałował ją w ucho, a następnie w policzek i w koniuszek nosa.
– Znam kilku ludzi w tutejszym ZOO – zaczął. – Będą zachwyceni, gdy 

dowiedzą się, że mogą przyjąć do pracy nowego, tak pięknego i mądrego, 
zoologa. Oczywiście, jeśli będziesz chciała pracować. Może wolisz zostać w 
domu i mieć dzieci. Co tylko chcesz, Josie. Zbuduję ci dom z widokiem na 
morze. Będę traktował cię jak królową, przysięgam.

Uśmiechnęła się do niego.
– Nie musisz rzucać polowań. Jestem gotowa się poddać. Nie mogę ci 

tego odebrać.

– To nieważne, Josie – pochylił się, by znów ją pocałować. – Ty jesteś wa-

żna.

Całował ją, aż świat zaczął wirować jej przed oczami.
–   Chodźmy   stąd.   Wróćmy   do   hotelu.   Powinienem   się   zapytać,   jak 

miewają się pandy.

Josie zupełnie o nich zapomniała.
–   Dobrze   –   odpowiedziała   z   trudem   wracając   do   rzeczywistości.   – 

Świetnie. Czy nie powinniśmy powiedzieć twojemu bratu...

– Jeden z agentów już mu powiedział – uspokoił ją Aaron. – Poza tym 

nie potrzebuję teraz mojego małego braciszka. Tylko by nam przeszkadzał. 
Chodźmy teraz do hotelu. Musimy odprawić pewną ceremonię.

Spojrzała na niego zdziwiona.
– Ceremonię?
Jedna z prostych czarnych brwi uniosła się figlarnie.
–  Ten  wulkan  –  uśmiechnął  się.   –  Kana-Puma.  Ciągle  zieje  ogniem. 

Musimy go uspokoić.

– Uspokoić? Jak? – odsunęła z twarzy kosmyk włosów.
Pocałował ją lekko w usta.
– Wszyscy wiedzą, że jest tylko jeden sposób, by uspokoić wulkan. 

Trzeba złożyć ofiarę z dziewicy. Czy są jacyś ochotnicy?

Roześmiała się i splotła ciaśniej ręce na jego karku.
– Tak, ja – odparła szczęśliwa.
– A więc ja – wymruczał skubiąc ustami koniuszek jej ucha – zrobię 

wszystko, co w mojej mocy, żeby w tym pomóc. Ale ostrzegam cię. To 
długa ceremonia. I bardzo skomplikowana.

background image

– Zatem powinniśmy jak najszybciej ją rozpocząć – wyszeptała.
– Tak jest. I już moja w tym głowa, żeby ci się spodobała. Mam zamiar 

cię uszczęśliwić, Josie. Poza wszystkim, to należy do moich obowiązków.

– Twoich obowiązków? – przekomarzała się z nim.
– Przez całą resztę mojego życia.