background image
background image

JACKIE MERRITT 

 

 

Zielona dolina 

 

 

 

ROZDZIAŁ PIERWSZY 

 

 

Helikopter pomalowany w jaskrawe, pomarańczowo-czarne wzory wykonał 

głęboki zwrot w prawo. Brock McFee - pilot, a zarazem właściciel linii lotniczej 

McFee's Charter Service - wskazał kciukiem odległe zabudowania. 

- To tam, psze pani. - Zwrócił się do pasaŜerki, przekrzykując hałas silnika. - To 

właśnie „Double J" 

Trący Moorland kiwnęła głową ze zrozumieniem. Jej włosy o miodowym 

odcieniu swobodnie opadały na ramiona. Z zainteresowaniem przyglądała się 

miniaturowym budynkom i zwierzętom. 

Helikopter raptownie obniŜył lot, ziemia wybiegła mu na spotkanie, 

zabudowania wracały do normalnych rozmiarów. 

To była niezwykle podniecająca przejaŜdŜka, pomyślała Trący. Puls miała 

przyspieszony. Była zadowolona, Ŝe na pokonanie ostatniego odcinka trasy z 

lotniska w Helenie aŜ do rancza „Double J", wybrała usługi firmy McFee. Była 

tak zmęczona miesiąc juŜ trwającą podróŜą, Ŝe sama myśl o wynajęciu 

samochodu na tę część drogi była dla niej męką. Pobyt na ranczo miał być 

background image

ostatnim etapem jej podróŜy i marzyła o tym, aby trwał moŜliwie krótko i był w 

miarę przyjemny. Umówiła się juŜ z McFee, Ŝe jutro, pojutrze, ustali z nim 

godzinę i dzień powrotu. 

ZauwaŜyła grupę ludzi zmierzających do miejsca, które McFee wybrał na 

lądowisko. Cała dolina przypominała olbrzymi zielony dywan, co było 

szczególnie zaskakujące w porównaniu z pustynnymi 

terenami, nad którymi lecieli przez ostatnie sto kilometrów. Samo „Double J" 

pustynią nie było. W rozległej dolinie, otoczonej błękitno-zielonymi górami, 

rozpościerały się pola ogrodzone białymi płotami. Nie opodal kilka 

kasztanowych koni skubało leniwie trawę, a za białymi stodołami rozciągały się 

trawiaste pastwiska, na których moŜna było dostrzec tysiące sztuk pasącego się 

bydła. Nieco na uboczu, ledwie widoczny spoza otaczających go drzew, wznosił 

się dom. Trący mogła dostrzec tylko fragmenty białego budynku pokrytego 

szarą dachówką. 

McFee pewnym ruchem zawrócił helikopter i niespodziewanie - albo tak się 

tylko wydawało - znaleźli się na ziemi. McFee przekręcił kilka przełączników i 

hałas silnika nagle umilkł. W powietrzu pozostał tylko szum obracającego się 

coraz wolniej śmigła. 

- I jak podobała się przejaŜdŜka? - spytał pilot. Trący odpowiedziała ciepłym 

uśmiechem. 

- Było cudownie. - Spojrzała na zbierający się wokół helikoptera tłum. - 

Wygląda na to, Ŝe mam komitet powitalny. 

- Niecodziennie takie ptaszki lądują na tym podwórku. - ZauwaŜył Brock, 

odpinając pasy bezpieczeństwa. - Ale ci faceci wyglądają na mocno 

zaskoczonych. Nie wiedzieli, Ŝe pani przyjedzie, czy co? 

- Obawiam się, Ŝe nie. - Odparła cicho Trący i zamyśliła się. Rzeczywiście 

pojawiła się tu jak deus ex machina. Nikt nie miał pojęcia, Ŝe ma zamiar tu 

przyjechać. Postąpiła tak celowo, podobnie jak we wszystkich poprzednich 

miejscach pobytu. Trący przyglądała się ludziom otaczającym maszynę. Stali 

background image

równym kręgiem tuŜ poza zasięgiem śmigła. Prawdziwi ranczerzy: wszyscy 

ubrani byli w jednakowe dŜinsowe ubrania, szerokie kapelusze i wysokie buty; 

Przypatrywała się im bez większego zainteresowania, aŜ nagle zauwaŜyła postać 

od nich wszystkich odmienną. 

Stała nieco na uboczu, z twarzą ukrytą w cieniu kapelusza. Był to bardzo wysoki 

męŜczyzna. 

AleŜ jest zbudowany, pomyślała, przyglądając się jego szerokim, muskularnym 

ramionom, wąskim biodrom i długim nogom. Cienkie, płócienne spodnie 

uwydatniały ich muskulaturę. Był inny niŜ pozostali męŜczyźni. Władczość 

emanowała z całej jego postawy, jednocześnie niedbałej i ostroŜnej. 

Otworzyły się drzwi. McFee pomógł jej zejść z pokładu helikoptera. Odetchnęła 

głęboko i uśmiechnęła się do skupionych wokół niej ludzi. ZauwaŜyła kobietę, 

która nadbiegła od strony zabudowań. Stanęła koło wysokiego męŜczyzny. 

Wyglądała na starszą od Trący o jakieś dwadzieścia lat. 

Pilot zajął się wyjmowaniem bagaŜu. Trący ruszyła w stronę milczącej grupy. 

Zwróciła się do kobiety: 

- Dzień dobry. 

- Dzień dobry - odparła ciepło kobieta. występując nieco do przodu. 

Korpulentna sylwetka, sympatyczny wyraz twarzy i miły głos uspokoiły Trący. 

Kobieta miała na sobie zwykłe, bawełniane, robocze ubranie. Pośród ciemnych 

włosów widoczne były pierwsze siwe pasemka. Ale tylko ona uśmiechała się 

sympatycznie, pozostali nie byli szczególnie przyjaźnie nastawieni. Zwłaszcza 

ten jeden - szczupły i wyniosły. Otaczająca go aura władczości i ukradkowe 

spojrzenia innych męŜczyzn - jakby czekających jego rozkazów -nie 

pozostawiały cienia wątpliwości, Ŝe był tu szefem. 

- Nazywam się Trący Moorland. - Powiedziała wyciągając rękę. - śona Jasona 

Moorlanda. 

Uśmiech zniknął z twarzy kobiety, Trący spostrzegła, Ŝe twarz jej gwałtownie 

pobladła. Kobieta nie przyjęła wyciągniętej dłoni, spojrzała niepewnie na 

background image

wysokiego męŜczyznę. Sprawiała wraŜenie mocno zmieszanej. Trący teŜ 

poczuła się głupio i opuściła rękę. MęŜczyzna zrobił pół kroku w jej stronę. 

- Kim pani jest?! - słowa zabrzmiały ostro, niemal wrogo. 

- Nazywam się Trący Moorland - odparła. Nie wiedziała, o co chodziło w tej 

dziwnej scenie. W poprzednich miejscach swojego pobytu witano ją wręcz 

przesadnie serdecznie. Zupełnie inaczej niŜ tutaj. Goś było nie w porządku. Nie 

spodziewała się wyjątkowo ciepłego przyjęcia, ale chociaŜby ogólnie przyjętych 

form... 

MęŜczyzna stał teraz wystarczająco blisko, Ŝeby mogła mu się przyjrzeć. Spod 

szerokiego kapelusza patrzyły na nią zuchwale zimne, szare oczy: poczuła, jak 

ogarnia ją fala gorąca i rumieniec występuje na twarz. Pomimo zakłopotania 

równieŜ taksowała go spojrzeniem. Nie, nie był przystojny. Co dziwniejsze, jego 

nadmiernie kwadratowa szczęka, zawzięty wyraz ust i nos, który nie był zbyt 

prosty, znacznie poprawiły jej samopoczucie. MęŜczyzna rozejrzał się 

gwałtownie dookoła. 

- Wszyscy do roboty. Przedstawienie skończone - rzucił przez zęby. Trący 

przyglądała się odchodzącym. Cicho rozmawiali między sobą. Ich ciekawość nie 

została zaspokojona. Podszedł do niej Brock McFee: 

- Wszystko wyładowane, pani Moorland. Będę czekał na pani telefon. 

- Dziękuję - odparła i znów skupiła całą uwagę na wysokim męŜczyźnie. Nawet 

nie zauwaŜyła, kiedy Brock wrócił do helikoptera. 

- Rozumiem, Ŝe moje niespodziewane przybycie moŜe być odrobinę 

zaskakujące... - zaczęła nieśmiało. Kobieta nie ruszyła się z miejsca. Spojrzała 

na wysokiego męŜczyznę z wyraźnym wyrzutem. 

- Jestem Rachela Munley, pani Moorland. Witamy w „Double J". 

- Dziękuję. - Trący westchnęła z ulgą. Jej zielone oczy zwróciły się w stronę 

męŜczyzny. Zapadła cisza. Pierwsza odezwała się Rachela: 

- Slade, zabierzemy rzeczy pani Moorland do domu. 

- Wolałbym, Ŝeby sama zabrała swoje rzeczy, wsiadła do tej cholernej maszyny 

background image

i odleciała stąd do diabła - odrzekł. Rzucił kolejne lodowate spojrzenie w stronę 

Trący. Brock uruchomił silnik. Omiótł ich podmuch powietrza. Ale Trący tego 

nie zauwaŜyła 

- tak była wstrząśnięta grubiąństwem tego męŜczyzny. W jego oczach dostrzegła 

nieukrywaną wrogość. 

Twarz Racheli była pozbawiona jakiegokolwiek wyrazu. Helikopter oderwał się 

od ziemi. Dopiero gdy znikał w oddali, rozedrgane powietrze zaczęło się 

uspokajać. Zapadła nieznośna cisza. Trący nie mogła uwierzyć, Ŝe została aŜ tak 

ź

le potraktowana. Zaczęło ją to denerwować. PrzecieŜ przyjechała tu tylko 

dlatego, Ŝe ranczo było na liście posiadłości, które miała odwiedzić. W innej 

sytuacji ta|d zakątek, jak zagubione gdzieś w Montanie ranczo „Double J", 

byłoby raczej ostatnim miejscem, do którego chciałaby przyjechać. Temu 

bezczelnemu typowi moŜe się to podobać albo nie, ale będzie musiał się z tym 

pogodzić. Ona teŜ... 

- Jak widzicie, ta piekielna maszyna juŜ odleciała... 

- zaczęła z sarkazmem. - MoŜe jednak powinnam z wami porozmawiać 

szczerze. Połowa tego rancza naleŜy do mnie i mam zamiar je sobie obejrzeć. 

- Spojrzała prosto w lodowate, szare oczy Slade'a. 

- Pańska protekcjonalna postawa pozwala mi mniemać, Ŝe to właśnie pan jest 

moim wspólnikiem, zgadza się? 

Slade nawet nie mrugnął. Zdawał sobie sprawę, Ŝe nic po nim nie widać, choć w 

ś

rodku wrzał. JuŜ samo nazwisko Moorland wystarczyło, Ŝeby wyprowadzić go 

z równowagi. I jeszcze ta kobieta, która sprawiała, Ŝe krew się w nim burzyła. 

Jej wygląd bardzo go draŜnił: miała piękne włosy, w odcieniu przypominającym 

dobrą whisky. I te zielone oczy... Cholera, kto miał takie oczy...? Rzeczywiście, 

była ładna. Bardzo. Miała piękne ciało i była doskonale ubrana.  

- Zgadła pani, jestem pani wspólnikiem. Zgadza się. - Uśmiechnął się gorzko. 

- Czy proszę o zbyt wiele, chcąc poznać pańskie nazwisko? - spytała. 

Teraz ją zaskoczy. Wiedział, Ŝe musi wyprowadzić ją z równowagi; podobnie 

background image

przecieŜ zareagował na jej nazwisko. Przez twarz męŜczyzny przemknął wyraz 

rozbawienia: — Slade Dawson - odparł. 

- CóŜ, panie Dawson. Nie wiem, czy to się panu spodoba, czy nie, ale mam 

zamiar obejrzeć sobie „Double J". 

Spojrzał na Rachelę. Myśleli o tym samym. Nazwisko Slade nic jej nie mówiło. 

Nie wiedziała... Ogarnęło go dziwne uczucie ulgi. Zdobył się na zmianę tonu: 

- Proszę sobie oglądać, co się pani podoba. Nikogo to nie będzie obchodziło. - 

Minął ją z lekkością właściwą dzikim kotom i podszedł do jej bagaŜu. - Jak 

długo zamierza pani tu być? BagaŜu starczyłoby dla kompanii wojska na 

miesięczny pobyt... 

AleŜ on jest bezczelny, pomyślała, podchodząc do swoich walizek. 

- Długo podróŜowałam, a to mój ostatni postój... 

- Dziękujmy Bogu za drobne radości, jakie na nas zsyła... - mruknął złośliwie i 

wziął pod pachę największą walizkę. W drugą rękę złapał dwie inne i ruszył do 

domu. Nawet się nie obejrzał; Trący schyliła się po ostatni pakunek, ale Rachela 

była szybsza. 

- Proszę pozwolić mi się tym zająć. Pani musi być bardzo zmęczona. 

- Dziękuję, Rachelo. Rzeczywiście jestem trochę zmęczona - przyznała. - I 

bardzo proszę, mówmy sobie po imieniu. Tak będzie łatwiej. 

Ruszyły razem w stronę domu. Przed nimi szybkim krokiem oddalał się Slade. 

- Czy on zawsze jest taki milutki? 

- Slade to... to po prostu Slade - odparła cicho Rachela. - Ale to dobry Człowiek. 

Trący wątpiła w jego dobroć, ale musiała przyznać, Ŝe był bardzo męski. Istne 

uosobienie cech samca. Była zmęczona i marzyła o tym, Ŝeby ta podróŜ 

wreszcie się skończyła. Chciała juŜ wracać do domu. 

Dom. To słowo zawsze wzbudzało u niej dziwne uczucia. Dziś oznaczało 

wyłącznie wspomnienia z ich uroczego domu z ogrodem w hrabstwie Marin. 

Ale ostatnio tym wspomnieniom zaczęło towarzyszyć uczucie pustki i 

osamotnienia. Nie potrafiła się tego pozbyć. Od czasu śmierci Jasona ich 

background image

cudowny dom, w którym spędzili ostatnie, tak szczęśliwe cztery lata, nie był juŜ 

tym samym, co kiedyś. 

Właściwie przedsięwzięła tę długą podróŜ po to, Ŝeby łatwiej zapomnieć, Ŝeby 

uciec z tego wielkiego, martwego domu. Choć oficjalnie, jak sobie wmówiła, 

powinna przecieŜ osobiście zobaczyć wszystko, co odziedziczyła. Jason był 

wyjątkowo skrytym człowiekiem i tylko czasem wspominał o swoich interesach. 

Przejęcie zarządu nad prawdziwym imperium nieruchomości rozrzuconych po 

całym kraju było dla niej potęŜnym wyzwaniem. Po roku wnikliwych badań, 

czytania setek raportów i zestawień postanowiła osobiście wszystko sprawdzić. 

PodróŜ, choć długa, okazała się bardzo owocna. Ale tu, w „Double J" czuła się 

jak intruz i bardzo ją to draŜniło. 

Weszły w alejkę otaczającą dom. Tu było znacznie chłodniej. Dopiero teraz 

zauwaŜyła, jak gorąco było na otwartej przestrzeni. 

- Te drzewa wyglądają na bardzo stare - powiedziała przypatrując się 

przedziwnie powykręcanym konarom. - Co to za drzewa? 

- Głównie topole. Dzięki nim w lecie jest w domu duŜo chłodniej. 

Topole otaczały budynek ze wszystkich stron, nawet od frontu. Od domu 

oddzielał je szeroki pas dobrze utrzymanego trawnika. Miłe wraŜenie robiły 

liczne klomby z petuniami i nagietkami. Sam dom wyglądał na stary, ale był 

doskonale utrzymany i sprawiał wraŜenie solidnego. Podwójna weranda 

biegnąca na całej jego długości nadawała mu wyjątkowy charakter. 

- Nie bardzo wiedziałam, czego się spodziewać po ranczo zagubionym gdzieś w 

Montanie - zauwaŜyła z zadowoleniem. - Ale na pewno nie czegoś takiego. 

- Pewnie całe Ŝycie mieszkałaś w mieście - roześmiała się Rachela. 

- Tak, w San Francisco. Weszły po schodach na werandę. 

- Zobaczysz, Ŝe Ŝycie tu jest zupełnie inne niŜ w mieście. Ale moŜe ci się 

spodobać. 

- Chyba nie będę miała okazji, aby się o tym przekonać - odparła Trący, kiedy 

weszły do duŜego, chłodnego holu. Podłoga, wykonana z dębowych desek, była 

background image

ś

wieŜo zapastowana. Korytarz pokrywały kolorowe, tkane chodniki. 

- To urocze... - powiedziała Trący. 

- Sypialnie są na górze. - Rachela skierowała się w stronę szerokich, lekko 

skręcających schodów. - Najpierw zostaw swoje rzeczy, a potem obejrzymy 

sobie dom. 

Z piętra dobiegł odgłos cięŜkich, energicznych kroków. Z góry schodził Slade. 

Wzrok wciąŜ miał gniewny. Wyglądał na rozdraŜnionego jej obecnością. Trący 

nie mogła tego zrozumieć. PrzecieŜ po śmierci Jasona Slade musiał liczyć się z 

tym, Ŝe będzie miał nowego wspólnika. A nic w tym dziwnego, Ŝe jest nim 

wdowa po zmarłym Jasonie Moorlandzie. 

CzyŜby pan Slade nie przepadał za kobietami i nie mógł znieść faktu, Ŝe 

przyjdzie mu dzielić prawo własności do rancza z kobietą? ZauwaŜyła, Ŝe nawet 

w domu nie zdejmował kapelusza. Zastanawiała się, jakie myśli kłębią się pod 

tym zawadiacko wciśniętym stetsonem... A moŜe jego właściciel właśnie zaczął 

łysieć, pomyślała złośliwie. Zmieniła zdanie, kiedy zauwaŜyła ciemne, gęste 

włosy łagodnie spoczywające na niebieskim kołnierzyku jego błękitnej koszuli. 

On najwyraźniej miał zamiar minąć ją bez słowa! MoŜe biedna Rachela 

przywykła do takiego traktowania, ale Trący jeszcze nie! Zmusi go do 

odezwania się, a on wreszcie zauwaŜy jej obecność. 

- Dziękuję, Ŝe odniósł pan moje rzeczy na górę. 

- Zastąpiła mu drogę. - Zapewniam pana, panie Dawson, Ŝe pozostanę tu tak 

długo, dopóki nie przeprowadzę inspekcji całego rancza. 

Kątem oka dostrzegła milczące, ale wyraźne ostrzeŜenie ze strony Racheli. 

Najwyraźniej ta kobieta uznała ją za szaloną, skoro ośmiela się bezpośrednio 

zwracać do samego pana Slade'a. Ale Trący nie obawiała się tego osiłka. Miała 

takie samo prawo przebywać na „Double J" jak Slade Dawson. 

- MoŜe będzie to dla nas obojga korzystniejsze, jeśli nie będzie pan tak wrogo 

do mnie nastawiony 

- powiedziała głośno. 

background image

Chłodne, stalowe oczy zwęziły się jeszcze bardziej. Nie wyglądały zbyt 

przyjaźnie. 

- Doprawdy? - warknął. 

Trący dostrzegła zakłopotanie na twarzy Racheli. I nie zdziwiła się, gdy ta 

szybko ruszyła po schodach i zniknęła bez słowa. 

- Nie wiem, co pani tu robi, i nic mnie to nie obchodzi. Proszę sobie oglądać, co 

tylko pani chce, i niech się pani wynosi stąd do diabła! 

- Mam prawo być tutaj! - wykrzyknęła Trący. 

- Co pan sobie wyobraŜa?! Za kogo pan się ma?! Nie ma tu źdźbła trawy, 

którego połowa nie naleŜałaby do mnie! 

Stał trzy stopnie wyŜej od niej i wyglądał na wielkoluda. Była bardzo 

zdenerwowana, ale zauwaŜyła klasyczną linię mięśni brzucha pod cienką, 

bawełnianą koszulą. Górował nad nią i spróbowała stanąć na tym samym co on 

stopniu. 

- Zostanę tu tak długo, jak będzie mi się podobało - dodała. 

- No i dobra. Proszę bardzo. Tylko niech mi pani nie wchodzi w drogę. - 

Spojrzał na nią wzrokiem, którego zapewne obawiali się nawet najodwaŜniejsi 

męŜczyźni i zbiegł po schodach. Usłyszała jeszcze głośne trzaśniecie drzwi, 

które rozległo się echem po całym domu. 

Trący patrzyła przed siebie obojętnym wzrokiem, powoli złość ustępowała 

miejsca niedowierzaniu. CzyŜby ten człowiek był szalony? Powoli, bez 

przekonania, rozpoczęła wędrówkę na piętro. Dlaczego jej obecność tak bardzo 

mu przeszkadzała? Zachowywał się, jakby nią gardził. Ale dlaczego? PrzecieŜ 

nigdy wcześniej się nie spotkali... Właściwie do śmierci Jasona i następujących 

po niej niezliczonych konferencji z prawnikami i księgowymi nic nie wiedziała 

o istnieniu takiego zakątka jak „Double J". Nic nie wiedziała o posesjach, 

apartamentach, biurowcach, których została właścicielką. Prawdę 

powiedziawszy, ranczo pośród tych wszystkich wspaniałości bardzo ją 

zastanowiło, ale teŜ nie miała czasu poświęcić mu więcej uwagi niŜ innym 

background image

rzeczom, które teraz posiadała. Jason zawsze ukrywał rzeczywiste rozmiary 

swojego majątku. Nie przejmowała się tym. Ale kiedy dowiedziała się, Ŝe 

została właścicielką tych dóbr, o których istnieniu nie miała najmniejszego 

pojęcia, trudno jej było zachować spokój. 

Rachela czekała na nią na piętrze. 

- Najlepiej nie zwracać na niego uwagi - powiedziała cicho. - Na ranczo pracuje 

mój brat, Ben. Poproszę go, Ŝeby ci wszystko pokazał. A tymczasem - oto twój 

pokój. - Wskazała uchylone drzwi. Weszły do środka. JuŜ na pierwszy rzut oka 

pokój przypadł jej do gustu. Wysoki sufit, kominek, białe, koronkowe zasłony i 

staromodne, cięŜkie, drewniane meble. Wszystko utrzymane było w nienagannej 

czystości i porządku i sprawiało wraŜenie komfortu. Spokój panujący w tym 

pomieszczeniu, nieco złagodził jej napięcie. Odetchnęła głęboko i poczuła się 

duŜo lepiej. 

- Dziękuję, Rachelo. Tu jest bardzo ładnie. Zapomniały o panu Slade. Rachela 

podeszła do 

duŜego francuskiego okna i otworzyła je szeroko. Oczom Trący ukazał się 

szeroki balkon. 

- MoŜesz spać przy otwartych drzwiach. To absolutnie bezpieczne. - Zapewniła 

Rachela. Trący wyszła na balkon. Tak jak wcześniej zauwaŜyła, biegł on 

dookoła domu. Jeszcze jedne drzwi balkonowe były otwarte. 

- To stary dom i są tu tylko dwie łazienki - powiedziała Rachela. - Chodź, 

pokaŜę ci. 

Trący kiwnęła głową. Nie miała ochoty opuszczać balkonu, ale podąŜyła za 

korpulentną sylwetką gospodyni. Chciała zapytać o Slade'a i to jego dziwne 

zachowanie, ale czuła, Ŝe Rachela nie udzieli jej wyczerpujących informacji. 

Czuła sympatię do tej kobiety, ale wiedziała, iŜ lojalność nakazuje jej 

posłuszeństwo wobec Slade'a. 

Rachela pokazała jej łazienkę i szafki z ręcznikami. 

- Teraz cię zostawię. Musisz się spokojnie rozpakować. Obiad jest o szóstej, ale 

background image

jeśli potrzebowałabyś czegokolwiek, wystarczy zejść do kuchni. - Ruszyła do 

wyjścia. - A gdybyś jednak chciała obejrzeć dom, wystarczy zawołać, albo 

wpaść do kuchni. Z przyjemnością będę ci dalej towarzyszyć. 

- Dziękuję, ale teraz marzę o kąpieli i krótkiej drzemce. 

- W porządku. Zobaczymy się później. 

Kiedy wróciła do sypialni, zamknęła starannie drzwi i przyjrzała się walizkom. 

To oczywiste, Ŝe nie ma potrzeby rozpakowywać tego wszystkiego na dwa dni, 

pomyślała. Biorąc pod uwagę brak chęci do współpracy ze strony pana Slade'a, 

powinna zostać tu miesiąc. Dobrze by mu to zrobiło. Był niemoŜliwy. Nigdy 

wcześniej nie spotkała człowieka, którego równie trudno byłoby polubić. Ani 

Ŝ

adnego, który byłby równie wspaniale zbudowany. CóŜ, to prawda, przyznała 

niechętnie. Rzeczywiście miał piękne ciało, doskonale uformowane, z klasyczną 

muskulaturą, bez grama tłuszczu. I te lodowate oczy, jakby ze stali, 

przypomniała sobie, zdejmując bluzkę. Tak, stal to chyba najlepsze określenie 

jego oczu. Właściwie, nic szczególnie godnego uwagi. Nie to, co piękne, 

szlachetne rysy Jasona. Wydobyła szlafrok, załoŜyła go, wzięła kosmetyczkę i 

poszła do najbliŜszej łazienki. 

Starannie zamknęła drzwi i napełniła wodą staroświecką marmurową wannę. 

JuŜ po chwili kąpieli w ciepłej wodzie z dodatkiem swojego ulubionego płynu 

poczuła się tak odpręŜona, Ŝe odchyliła głowę do tyłu, oparła ją o krawędź 

wanny, przymknęła oczy i westchnęła z ulgą. Spędzanie czasu na ranczo w 

Montanie było dla niej nowym, dziwnym doświadczeniem, ale cała ta podróŜ to 

było właściwie pasmo doznań i przeŜyć, o których dotąd tylko słyszała: 

Chicago, Miami, Houston. Te wszystkie podróŜe zostawiły jej pewien niesmak, 

dziwne uczucie braku przywiązania do konkretnego miejsca. Czuła się jak 

bezdomna. Miała tych domów zbyt wiele... 

Początkowo myślała o pominięciu „Double J". Bardzo podejrzana była farma na 

liście ekskluzywnych posiadłości Jasona. Nikt nie był równie daleki od więzi z 

ziemią uprawną, hodowlą i tak dalej, jak Jason. A teraz, kiedy poznała 

background image

wspólnika Jasona, jego związek z ranczem był jeszcze trudniejszy do 

wytłumaczenia. Jak to się stało, Ŝe Jason poznał takiego dziwaka jak Slade i, co 

gorsza, wszedł z nim w tak nieprawdopodobną spółkę? Na dodatek była duŜa 

róŜnica wieku - przecieŜ Jason był znacznie starszy od Slade'a. Przypomniała 

sobie nienaganne maniery Jasona, jego niechęć do wszystkiego, co nie było w 

najlepszym gatunku. Jason nie poświęciłby nawet chwili swojego cennego czasu 

komuś takiemu jak Slade. Znała Jasona od czterech lat i wiedziała doskonale, Ŝe 

on i Slade nie mogli być przyjaciółmi. A co mogło ich łączyć, skoro tak wiele 

ich dzieliło? No, cóŜ, panie Dawson, będzie pan musiał ze mną wytrzymać kilka 

dni, bez względu na to, czy to się panu podoba, czy nie, pomyślała. Wstała i 

sięgnęła po ręcznik. 

Drzwi łazienki otworzyły się nagle na ościeŜ, jakby pchnięte huraganem. Tak się 

wystraszyła, Ŝe aŜ upuściła ręcznik. Spojrzała w stronę drzwi, świadoma tego, Ŝe 

ręcznik szybko nasiąka wodą... W drzwiach stał Slade, równie zaskoczony jak 

ona. 

- Przepraszam... - wymamrotał, ale dalej tkwił w tym samym miejscu. Jego 

wzrok kolejno badał łagodne zagłębienie pomiędzy jej kształtnymi piersiami, 

róŜowe, napręŜone sutki, płaski brzuch, długie, gładkie uda... Była 

najpiękniejszą kobietą, jaką widział w Ŝyciu. Nie mógł oderwać od niej wzroku. 

Trący rozejrzała się rozpaczliwie dokoła: wody w wannie juŜ prawie nie było, 

nie miała drugiego ręcznika, a szlafrok wisiał na drzwiach, przed którymi stał 

Slade i wpatrywał się w nią bezczelnie... 

- Mógłby pan wyjść! - powiedziała ostro. 

- Mógłbym - przyznał miękko. - Ale jesteś najsłodszym zjawiskiem, jakie 

kiedykolwiek widziałem... 

Trący oblała się purpurą i wściekła, Ŝe wcześniej tego nie zrobiła, sięgnęła po 

mokry ręcznik i zasłoniła się nim. 

- Wyjdź stąd - rzuciła krótko przez zaciśnięte zęby. Miał rozpiętą koszulę, a w 

wycięciu widać było szeroką klatkę piersiową, gęsto pokrytą włosami. 

background image

- Skoro nie Ŝyczy sobie pani towarzystwa... - powiedział, wciąŜ przyglądając się 

jej uwaŜnie. Piękne ramiona, delikatny łuk piersi i nogi wciąŜ były odsłonięte... 

- Mogła pani zamknąć drzwi - dodał. 

- Byłam pewna, Ŝe są zamknięte! - wykrzyknęła. Mogłaby przysiąc, Ŝe słyszała 

przytłumiony śmiech. Opuściła głowę. Mój BoŜe, co to było...? Spodziewała się 

uczucia zhańbienia, poniŜenia, a była tylko wściekła, Ŝe nic takiego nie czuła. 

Te niesamowite, szare oczy, badające kaŜdy centymetr jej ciała - to była 

najbardziej erotyczna przygoda w jej Ŝyciu... DrŜała, ogarniało ją przedziwne 

uczucie gorąca, rozpalające ją od środka - a przecieŜ poŜegnała je ostatecznie po 

ś

mierci Jasona. Wspomnienia czterech lat, kiedy była taka szczęśliwa, zbladły i 

po raz pierwszy od roku poczuła niewymowną tęsknotę za męŜczyzną aŜ do 

bólu. Kiedy sobie uświadomiła, Ŝe stało się to za sprawą tego gburowatego i 

cynicznego typa, zrobiło jej się niedobrze. Szybko wytarła się i włoŜyła 

szlafrok. Wybiegła z łazienki, trzaskając drzwiami. Bliska płaczu pobiegła do 

swojego pokoju i nagle zatrzymała się. Na korytarzu stał Slade, oparty o 

framugę drzwi sąsiadujących z jej pokojem. 

- Pani tak zawsze reaguje na kąpiel...? - spytał tym swoim cynicznym tonem. 

Oblała się rumieńcem. Przyspieszyła kroku i wbiegła do swojego pokoju. 

Zamknęła dokładnie drzwi. W ciszy usłyszała swój własny, nierówny oddech. 

Nie mogła zapomnieć uczucia, które wzbudziły w niej te szare oczy. Nie mogła 

zapomnieć widoku Slade'a w rozpiętej koszuli. Ciemne włosy na opalonej klatce 

piersiowej, które łagodnie przechodziły w linię ginącą w dŜinsach... 

A niby dlaczego uwaŜała, Ŝe Slade nie jest przystojny? To prawda, Ŝe nie miał 

szlachetnych rysów Jasona, ale, na Boga! Twarz miał tak męską, Ŝe jej obraz 

będzie jej teraz towarzyszył bez mała do końca Ŝycia... 

Kiedy dwie godziny później zeszła do kuchni, była wciąŜ roztrzęsiona. 

Obawiała się ponownego spotkania ze Słade'em. Odetchnęła z ulgą, kiedy 

Rachela powiedziała jej, Ŝe nie będzie go na kolacji. 

- Wyjechał do miasta - powiedziała gospodyni. - Ben zje z nami; poproszę go, 

background image

Ŝ

eby jutro oprowadził cię po ranczo. 

- Dziękuję - mruknęła niewyraźnie. Nie zauwaŜyła dziwnego spojrzenia Racheli 

i wyszła na krótki spacer przed kolacją. Skoro Slade wyjechał do miasta, miała 

chwilę swobody i mogła przejść się, nie natykając się na tego człowieka. 

Podeszła do jednego z białych ogrodzeń, które wcześniej widziała z helikoptera. 

Wewnątrz zagrody pasło się około trzydziestu koni. Były piękne. Kilka z nich 

przyglądało się jej z zaciekawieniem. Jak tu wspaniale, pomyślała. Taka cisza, 

spokój. Daleko od miejskiego zgiełku i pogoni za nie wiadomo czym... śycie tu 

musi być na swój sposób wspaniałe. I wtedy przypomniała sobie, Ŝe nawet do 

tego raju, do tej oazy spokoju wkradł się podstępny WąŜ - Slade Dawson. 

Przyglądała się jeszcze przez chwilę zwierzętom. 

Rzeczywiście, najlepiej będzie, jeśli jutro rano szybko obejrzę sobie całe ranczo, 

a zaraz potem wyjadę, pomyślała. Póki jeszcze mogę... 

 

 

ROZDZIAŁ DRUGI 

 

 

Bar Shorty'ego był opustoszały i cichy. Tylko kilku stałych bywalców oddawało 

się swoim zwykłym zajęciom. Byli jakby częścią wystroju wnętrza tego baru, 

podobnie jak srebrne dolarówki przymocowane do kontuaru. 

Slade skończył drugie piwo i zamówił następne. Nie miał zamiaru upijać się, ale 

czuł, Ŝe musi się uwolnić od obrazu tej kobiety. 

Trący - szanowna małŜonka jego kochającego, czcigodnego tatusia. Co za ironia 

losu. Była tak młoda, Ŝe mogła być córką Jasona, a nie jego Ŝoną. A ona po 

prostu wyszła za mąŜ za tego palanta dla pieniędzy. Slade sięgnął po butelkę, 

którą podał mu barman, i napełnił swoją szklankę. Przyglądał się rosnącej 

pianie. Jego mina niechęciła barmana do kolejnego błyskotliwego komentarza. 

Slade upił jedną trzecią szklanki chłodnego płynu i otarł usta wierzchem dłoni. 

background image

Wiedział od roku, Ŝe człowiek, który był jego biologicznym ojcem, juŜ nie Ŝyje, 

ale nie spodziewał się wizyty wdowy. Dlaczego tu przyjechała? Co się stało, Ŝe 

po tylu latach Moorlandowie nagle przypomnieli sobie o ranczo? O ile wiedział, 

Jason Moorland nigdy nawet stopy tu nie postawił. A teraz bez najmniejszego 

ostrzeŜenia pojawia się wdowa. Opadły go liczne wątpliwości i pytania, na które 

nie umiał znaleźć odpowiedzi. Powróciły tylko bolesne wspomnienia, dawne 

cierpienia, o których usiłował zapomnieć tyle lat. Co powiedziałaby jego matka, 

gdyby jeszcze Ŝyła? Wyobraził sobie, co zrobiłaby, gdyby za jej Ŝycia nagle 

pojawiła się Trący Moorland. AŜ wzdrygnął się na samo wspomnienie 

nienawiści, która towarzyszyła jego dzieciństwu. Nienawiści do człowieka, 

którego nigdy w swoim Ŝyciu nie spotkał - do Jasona Moorlanda. 

Trący nawet nie mrugnęła okiem, kiedy usłyszała nazwisko Slade'a. Wynika z 

tego, Ŝe z niezrozumiałych powodów Jason Moorland nigdy nie wspomniał o 

swoim synu, którego odrzucał przez całe Ŝycie. 

Nie chciał o niej myśleć, ale obraz nagiej kobiety wciąŜ go prześladował. Stała 

tam naga, piękna, ponętna. Jakby czekała, aŜ ktoś wyciągnie rękę po te 

wszystkie skarby... 

Dopił piwo jednym haustem, mając nadzieję, Ŝe chłodny trunek ugasi gorejący 

w środku płomień. Jednak uczucie gorąca nie ustępowało, co więcej, nie 

pozwalało mu jasno myśleć, było wszechobecne, wszechogarniające. Wiedział, 

Ŝ

e powinien zapomnieć o niej. PrzecieŜ musiał bronić „Double J". Było dla 

niego wszystkim. MoŜliwość spotykania jej co kilka godzin była co najmniej 

denerwująca. 

Co prawda, przyznał w duchu, nie miałbym nic przeciwko temu, Ŝeby jej piękne 

ciało znalazło się przez chwilę pod moim... Cholera, przecieŜ człowiek musiałby 

być z kamienia, Ŝeby nic nie odczuć po zobaczeniu jej nagiej. A on nie był z 

kamienia, choć moŜe wtedy byłoby mu łatwiej robić interesy z piękną panią 

Moorland. Zaczął się zastanawiać, czy potrafiłby zapomnieć o tym, co zobaczył. 

Czy potrafiłby ukryć swoje myśli patrząc jej prosto w oczy? A z drugiej strony: 

background image

moŜe właśnie ma przewagę? Jeśli zostały jej jeszcze jakieś resztki skromności 

czy wstydu, to będzie się teraz fatalnie czuła w jego towarzystwie. Uśmiechnął 

się cynicznie. 

A moŜe zupełnie inaczej naleŜało do tego podejść? 

MoŜe ona nie ma nic przeciwko małemu flirtowi? CzyŜ nie byłaby to doskonała 

zemsta na człowieku, który unieszczęśliwił jego matkę i nie przyznał się do 

własnego syna aŜ do śmierci? Pomysł wydawał mu się coraz ciekawszy. 

Podwójna przyjemność. Jeśli posiądzie Trący, to jednocześnie zaleczy stare rany 

i przeŜyje coś wyjątkowego, coś niepowtarzalnego. Śmiejąc się do swoich myśli 

zeskoczył ze stołka, rzucił kilka banknotów na kontuar. 

- Sie masz, Buck. Dzięki na razie. - PoŜegnał barmana i ruszył do wyjścia. 

- Do zobaczenia, Slade - odparł Buck, ale tego Slade juŜ nie usłyszał. Wyszedł 

w ciemną noc... 

Noc była ciepła, wyjątkowo piękna i było juŜ znacznie później, niŜ Slade 

przypuszczał. Spojrzał na zegarek i zdziwił się, Ŝe juŜ jest jedenasta. Po wyjściu 

z rancza kręcił się trochę po okolicy. Starał się zabić czas. Za wszelką cenę 

chciał uniknąć kolacji przy wspólnym stole z tą kobietą. Teraz juŜ wszyscy 

powinni być w łóŜkach, nie ma obawy, Ŝeby się jeszcze dziś na nią natknął. 

Trący obudziła się niespodziewanie i otworzyła oczy. Właściwie obudził ją jakiś 

hałas. Nie mogła sobie przypomnieć, co to było. Cisza nocy wydawała się 

niezmienna. Poprzez otwarty balkon wpadało światło księŜyca. Pokój tonął w 

srebrzystej poświacie. Regularne kontury starych mebli uległy zniekształceniu w 

grze światłocieni. Ten dziwny widok wystraszył ją nieco. Dopiero po chwili 

uspokoiła się, westchnęła i postanowiła znów zasnąć. Wyciągnęła się tak, Ŝe aŜ 

zabrakło przykrycia dla jej długich nóg. Zza okna doleciał ją zapach drzew, traw 

i ziół. LeŜała bez ruchu i wspominała cały miniony dzień. Od wyjazdu Slade'a 

Ŝ

ycie „Double J" uległo gwałtownej przemianie. Kolacja sprawiła jej nawet 

przyjemność. Brat Racheli, Ben, okazał się sympatycznym człowiekiem. Był 

mniej więcej pięć lat młodszy od swojej siostry. Miał rude włosy i ciepłe, 

background image

brązowe oczy. Gawędzili sobie miło przez cały wieczór. Rozmawiali głównie o 

ranczo. Rachela mieszkała tutaj juŜ od trzydziestu lat, a Ben od dziesięciu. To 

był ich dom i oboje mówili o nim z miłością i dumą. 

Ben obiecał, Ŝe rano oprowadzi ją po całym terenie. Trący nie mogła się tego 

doczekać. Marzyła, Ŝeby Slade jeszcze jutro trzymał się z dala od rancza. MoŜe 

ten incydent w łazience zawstydził go do tego stopnia, Ŝe nie będzie chciał się z 

nią juŜ zobaczyć... Niestety, to było mało prawdopodobne. Pamiętała dobrze, jak 

długo i dokładnie przyglądał się jej wtedy. Bez śladu wstydu. Co za bezczelny 

typ! KaŜdy przyzwoity męŜczyzna natychmiast wycofałby się. A ten Dawson 

stał tam i gapił się. Nigdy nie zapomni wyrazu jego twarzy i szarych oczu, kiedy 

tak natarczywie ją obserwował. Właściwie nie były takie bardzo stalowe. Z całej 

jego postaci emanował jakiś Ŝar. Wydawało jej się, Ŝe wciąŜ czuje to dziwne 

ciepło. Zrobiło jej się nagle dziwnie duszno. Wyskoczyła z łóŜka i wyszła na 

balkon. Noc była gorąca. Jedwabna koszula nocna oplatała jej kolana, światło 

księŜyca nadało delikatnemu materiałowi niespotykany błękitny odcień. 

Poprawiła sobie jedno ramiączko, które wciąŜ opadało odsłaniając pierś. 

Powiew wiatru kusił chłodem. 

- Tak... - mruknęła z zadowoleniem. Nadstawiła twarz na delikatny wietrzyk. 

Przymknęła oczy. Czuła się cudownie. Uniosła włosy, by schłodzić sobie kark i 

ramiona. Mimo otwartych drzwi w pokoju było duszne, cięŜkie powietrze, a tu 

panował miły chłód. Tu mogła oddychać swobodnie. Czuła, jak przy kaŜdym 

głębszym oddechu unoszą się jej piersi, jak zaczynają twardnieć pod wpływem 

delikatnej pieszczoty jedwabiu. Czy juŜ nigdy nie pozbędzie się tego uczucia, 

które zrodziło się, gdy Slade tak dokładnie się jej przyglądał? 

Jestem bez przerwy podniecona od tamtego wydarzenia, pomyślała. To nie do 

wytrzymania. 

Czuła się tak, jakby w ogóle nie spała. Có ją mogło obudzić? MoŜe wyrzuty 

sumienia? Opuściła ramiona i westchnęła cięŜko. W tym momencie zdała sobie 

sprawę, Ŝe nie jest sama na balkonie. Serce załomotało jej szaleńczo. Była zbyt 

background image

wystraszona, Ŝeby rozglądać się uwaŜnie. Bardzo powoli zaczęła się odwracać, 

gotowa w kaŜdej chwili do ucieczki. Długi cień poruszył się, zza załomu wyszła 

znajoma postać... Slade! Znowu stał bez ruchu i przyglądał się jej! Czy ten 

człowiek nie miał Ŝadnych skrupułów? Podszedł bliŜej. Był bez koszuli. Miał 

bose stopy, poruszał się bezszelestnie. Poświata księŜycowa wyostrzyła jego 

rysy. Serce skoczyło jej do gardła. 

- Co pan tu robi? - jej głos zabrzmiał bardzo dziwnie. Sama go nie poznała. 

- To samo, co pani. Wyszedłem zaczerpnąć trochę świeŜego powietrza. Za 

gorąco, Ŝeby spać, prawda? 

Pytanie zabrzmiało jakoś dziwnie. Prowokacyjnie. Trący z zadowoleniem 

zauwaŜyła, Ŝe ma na sobie dŜinsy. W pierwszej chwili, kiedy zobaczyła jego 

gołą klatkę piersiową, myślała, Ŝe jest całkiem nagi. 

- Nie, wstałam, bo obudził mnie jakiś hałas - odparła. 

- To pewnie moja wina, dopiero co wróciłem. Miał wraŜenie, Ŝe czuje jej 

obecność kaŜdym swoim 

nerwem, a z drugiej strony wyglądała tak nierealnie i ulotnie w tej srebrzystej 

poświacie... Najmniejszy jej ruch powodował szelest jedwabiu. Delikatna 

tkanina, podtrzymywana tylko przy pomocy dwóch wąskich pasków materiału 

ledwie zasłaniała jej piękne piersi. Cienki jedwab jeszcze bardziej podkreślał 

twardniejące sutki. Nagle poczuł nieodpartą chęć dotknięcia ich, chciał je 

poczuć... 

Trący zdawała sobie sprawę, Ŝe powinna teraz odejść, powinna wrócić do 

swojego pokoju. On przecieŜ nie odwaŜy się iść za nią. Podszedł jeszcze bliŜej. 

Za blisko. Oddychał spokojnie, ale głośno. Widziała, jak rytmicznie unosi się i 

opada jego pierś. śar wewnątrz jej ciała był nie do zniesienia. 

Jeszcze nigdy dotąd nie odczuwała tak bardzo obecności męŜczyzny. Delikatnie 

zwilŜyła językiem wyschnięte wargi. 

- Nie było pana na kolacji... - wyszeptała. Slade poczuł wzbierające podniecenie. 

Miał rację. 

background image

Ta kobieta nie miała nic przeciwko małemu flirtowi. Chciało mu się śmiać ze 

starego, poczciwego ojczulka. Nawet nie przypuszczał, Ŝe tak szybko cnota jego 

małŜonki zostanie wystawiona na próbę. Ale przecieŜ nie mógł odmówić 

pięknej kobiecie, która potrzebowała jego pomocy. Powoli zbliŜył się do niej 

jeszcze bardziej. Uniósł rękę i dotknął jej delikatnego ramienia. Poczuł, jak w 

odpowiedzi zadrŜała. Była juŜ gotowa. Czekała na swojego męŜczyznę. To 

będzie bardzo łatwa sprawa. 

- Widocznie nie byłem głodny...-szepnął i delikatnie musnął ustami jej ramię. 

Coś dziwnego działo się z jego lędźwiami. Uderzyła go w nozdrza mieszanka 

mydła, dobrych perfum i czegoś jeszcze... PoŜądanie ogarnęło go bez reszty. 

Jego usta rozpoczęły powolną wędrówkę po jej szyi. 

- Ale teraz jestem bardzo głodny - dodał szeptem i objął ją mocno ramionami. 

Trący nerwowo zaczerpnęła powietrza. Głowa opadła jej do tyłu. Szeroko 

otwartymi oczami wpatrywała się w granatowe niebo rozświetlone gwiazdami. 

Wydawało się, Ŝe uwaŜnie ich obserwują. Jej ciało rozpalało się ogniem 

podniecenia, gdziekolwiek ją dotykał. Nie mogła uwierzyć, Ŝe to się 

rzeczywiście przytrafiło. Była wstrząśnięta, Ŝe pozwala na tak zaawansowane 

pieszczoty obcemu człowiekowi, komuś, kto do tej pory nie robił nic innego, 

tylko ją obraŜał. W podświadomości buntowała się przeciw temu. Ale Slade 

rozbudzał najbardziej wraŜliwą, najbardziej kobiecą jej naturę. Do tej pory tylko 

podejrzewała, Ŝe jest w niej coś takiego. Teraz juŜ wiedziała... I odpowiadała na 

kaŜdy gest Slade'a z wielokrotnie głębszym zaangaŜowaniem, niŜ kiedykolwiek 

w kontaktach z Jasonem. Dreszcz rozkoszy targnął całym jej ciałem, gdy Slade 

zaczął pieścić piersi. Ciepło... wilgoć jego ust... Dłonie same powędrowały do 

góry, objęła go za głowę, palcami rozczesywała gęste, czarne włosy. Po chwili 

opadły niŜej, na masywne, muskularne ramiona. Stal, pomyślała. Slade jest 

rzeczywiście zrobiony ze stali, tak jak wcześniej przypuszczała. Ale co do 

jednego myliła się: on nie był z zimnej stali. Jego skóra była rozgrzana, gładka. 

Samo dotykanie jej doprowadziło Trący do największego napięcia... Nawet go 

background image

nie pocałowała, a juŜ wiedziała, Ŝe pragnie Slade'a Dawsona na wszystkie 

moŜliwe sposoby. Chciała zobaczyć go nagiego, móc odkryć wszystkie 

tajemnice jego pięknego ciała. Pragnęła czuć jego cięŜar na sobie, w sobie. 

Teraz. Natychmiast! 

- Slade - Tylko to zdołała powiedzieć, ale w tym jednym słowie było tyle 

gorącego, erotycznego zaproszenia, Ŝe wystarczyłoby do roztopienia góry 

lodowej. 

Zostawił jej piersi, wyprostował się i mocno przyciągnął ją do siebie, chcąc 

jakby stopić ich w jedno ciało. Bardzo jej pragnął. Czuła tę nabrzmiałą 

twardość. Wydała z siebie cichy jęk, moŜe bardziej dlatego, Ŝe była zaskoczona 

swoim zachowaniem, niŜ jego pieszczotami. Podniecenie Slade'a było jedynie 

odbiciem jej własnego. Odruchowo uniosła ręce dó góry, objęła go za szyję i 

przylgnęła do niego ze wszystkich sił. 

Potrzebowała tego tak bardzo, jak powietrza, jak wody, jak czegoś niezbędnego 

do Ŝycia. Usta miała wilgotne, drŜące, rozchylone, spragnione jego 

pocałunków... 

W świetle księŜyca przyjrzał się jej uwaŜnie. Nagle coś się w nim zmieniło. 

Zaczęły go trapić wątpliwości. Kobieta w jego objęciach znieruchomiała, nie 

ponaglała go, nie zadawała pytań, czekała. Czy była tylko epizodem w jego 

Ŝ

yciu? A moŜe była bardzo sprytna iw ten sposób chciała mu wszystko odebrać? 

Czy w jej grze chodziło o niego, czy o ranczo? 

GdybyŜ tylko nie było z nią tak cudownie... 

Z głuchym pomrukiem zadowolenia wziął wszystko, co mu dawała. Jej słodkie 

usta zamknął swoimi. Przemknęło mu przez myśl, Ŝe właściwie traci szansę na 

swój rewanŜ. Ale po chwili juŜ o tym nie pamiętał. Przestało być waŜne, kim 

ona jest, ani po co tu przyjechała. Była ciepła i gotowa na wszystko. Szerzej 

rozchylił usta, pragnął jej coraz bardziej. Objął ją jeszcze mocniej, jakby nigdy 

nic nie miało ich juŜ rozdzielić. Był wyŜszy od niej. Uniósł ją lekko. Nagle 

poczuł, jak jej nogi oplatają jego biodra...! Pragnęła go. Więcej - poŜądała go do 

background image

szaleństwa. Ich pocałunek stał się jeszcze bardziej namiętny. Wiedział, do czego 

to prowadzi. Zakończenie mogło być tylko jedno - w jego albo w jej łóŜku. 

Nigdy wcześniej nie czuł czegoś podobnego. Skąd się w nim wzięło takie dzikie 

zapamiętanie? Była piękna, ale przecieŜ nie była pierwszą piękną kobietą w jego 

Ŝ

yciu. To musiało być coś więcej niŜ tylko fizyczne poŜądanie. BoŜe, czy 

rzeczywiście był w stanie to zrobić? Przerwał pocałunek. Przyglądał się jej 

rozchylonym, wilgotnym ustom, jej oczom pełnym obietnic. Czuł się dziwnie. 

Nieswojo. Czuł, Ŝe został sprowokowany, niemal oszukany. Świetnie grała. 

Nawet teraz, kiedy wyglądała na taką zaskoczoną. 

Miał nadzieję, Ŝe nie będzie próbowała przedłuŜać tej gry. Zastanawiał się, jaką 

kobietą musiała być, Ŝeby tak się kochać z obcym męŜczyzną? CzyŜby to dla 

niej było takie normalne? Jakieś dawno zapomniane uczucie obudziło się w nim. 

Znowu był podejrzliwy, nieufny. Zapragnął, Ŝeby ta kobieta, która tak idealnie 

pasowała do jego ramion, jakby byli dla siebie stworzeni, była kimś innym niŜ w 

rzeczywistości. 

Przez chwilę jeszcze stał bez ruchu trzymając ją na rękach. Bardzo blisko siebie. 

Ona teŜ mu się przypatrywała, widziała na jego twarzy zdumienie, coś, czego 

nie potrafiła zrozumieć. Ani zaakceptować. I wtedy dopiero dotarło do niej, co 

robi. CzyŜby juŜ zupełnie straciła głowę? 

- Postaw mnie. - W jej słowach zabrzmiało zaŜenowanie. Była zadowolona, Ŝe 

jest ciemno, przynajmniej nie widzi, jak bardzo jej teraz głupio... 

- Proszę... - dodała ciszej. 

Nie sprzeciwiałaby się, gdyby nie przestał. Chciała go. Bardzo. WciąŜ jeszcze 

czuł to, ale teraz było za późno. Jej namiętność była juŜ skrzętnie ukryta. Widać 

było, Ŝe nie marzy o niczym innym, tylko o tym, Ŝeby zapomnieć o ostatnich 

kilku minutach. 

Powoli postawił ją na ziemi, ale nie wypuścił z ramion. Chciał przedłuŜać tę 

chwilę w nieskończoność. Przyglądał się jej uwaŜnie. Dostrzegł łzy w kącikach 

oczu. Zastanawiał się, na jakiego głupca wyszedł. PrzecieŜ juŜ mogli być w 

background image

łóŜku. Wystarczyło ją tam zanieść. 

Trący złapała go za ręce. Serce waliło jej jak młot. 

- Proszę, zostaw mnie juŜ - powiedziała cicho. Chciała zapytać, jak do tego 

wszystkiego mogło dojść. Jakie czary sprawiły, Ŝe chciała go tak bardzo, 

zapominając o wszystkim? 

Nigdy wcześniej nic podobnego jej się nie przydarzyło. Nie potrafiła tego 

zrozumieć. 

 

Dla Slade'a teŜ było to całkiem nowe przeŜycie. Co sprawiło, Ŝe za nic nie chciał 

jej puścić z ramion, popieścić jeszcze przez chwilę, choć na pozór był juŜ 

zupełnie spokojny? Choć krew wciąŜ była wzburzona. Bez względu na to, kim 

była, udało się jej zdobyć jego serce. Bardzo jej pragnął, a temu poŜądaniu 

towarzyszyła przedziwna mieszanka uczuć. Zdawał sobie sprawę, Ŝe gdyby nie 

była to Trący Moorland, byłaby dla niego idealną kobietą... 

Gwałtownie opuścił ręce i powiedział szorstko: 

- Niech pani wraca do łóŜka. - Bardziej był zły na siebie niŜ na nią. 

Niespodziewanie pozbawiona oparcia chwyciła barierkę balkonu. Poczuła się 

dziwnie bezradna i słaba, gdy nie czuła ciepła i siły jego ciała. 

- To., nigdy nie powinno było się zdarzyć... 

- Chyba ma pani rację, ale proszę się nie martwić, to juŜ się nigdy nie powtórzy. 

- No, wystarczy, jeśli chodzi o moją zemstę, pomyślał. ZauwaŜył, Ŝe ona drŜy. 

Dlaczego nie odchodzi? Czego chce? Porozmawiać? Slade skrzywił się. Nie 

mieli juŜ sobie nic do powiedzenia. I nigdy nie będą mieli. 

- Proszę juŜ iść do łóŜka, pani Moorland - powiedział. 

Nabrała przekonania, Ŝe on nie zamierza jej przeprosić. PrzecieŜ na to czekała. 

ChociaŜ... Właściwie wina leŜała po obu stronach. MoŜe to „coś" zrodziło się 

między nimi juŜ od pierwszego wejrzenia? MoŜe tak to właśnie miało 

wyglądać? Jedno było pewne: zupełnie straciła głowę. Odwróciła się. 

- Dobranoc - powiedziała cicho. 

background image

Slade nie odpowiedział. Tkwił bez ruchu na balkonie jeszcze długo po tym, jak 

ją stracił z oczu. Miał wiele do przemyślenia. 

Jak długo ona zamierza tu zostać? MoŜe najlepiej byłoby wyjechać stąd na kilka 

dni. Jeśli rzeczywiście przyjechała tu, by obejrzeć ranczo to moŜe zrobić to bez 

jego towarzystwa. I wyjedzie, zanim on wróci. Jedno było pewne: za nic nie 

chciał powtórzyć dzisiejszego występu. A nie był przekonany, czy będzie w 

stanie zawsze trzymać ręce z dala od niej. Zwłaszcza jeśli go sprowokuje, tak 

jak dziś. 

Trący długo nie mogła zasnąć. LeŜała bez ruchu i wpatrywała się w otwarte 

drzwi balkonowe. Przypominały jej wrota piekieł albo niebios. Nie mogła się 

zdecydować. Ale to, co przed chwilą przeŜyła, z pewnością pochodziło z tych 

miejsc. 

- Cholera - szepnęła głośno. Nie mogła uwierzyć, Ŝe zachowała się aŜ tak źle. 

Czy normalna kobieta tak szybko zapomniałaby o przyzwoitości? Nie, to 

niemoŜliwe; 

Całe Ŝycie kierowała się swoim własnym, dość surowym kodeksem moralnym. 

Kiedy spotkała Jasona Moorlanda miała dwadzieścia dwa lata i wciąŜ była 

dziewicą. W dzisiejszych czasach, kiedy zapanowała przesadna swoboda 

obyczajów, mogło to brzmieć dziwnie, ale taka była prawda. Kiedy wpatrywała 

się w przestrzeń posrebrzoną światłem księŜyca, zaczęły wracać wspomnienia. 

Pierwsze spotkanie z Jasonem. Potem jego zaloty. A jeszcze później wspólne 

Ŝ

ycie. 

Poznał ich jej ojciec. Jim Kirkland pracował w banku. Prowadził dział 

kredytów. Był szczęśliwym człowiekiem, człowiekiem sukcesu. I dlatego miał 

wielu znajomych w kręgach biznesu. Młodziutka wówczas Trący właśnie 

opuściła mury uczelni i rozpoczynała błyskotliwą karierę w dziedzinie 

informatyki. Cieszyła się swoją swobodą i niezaleŜnością. Miała juŜ własne 

mieszkanie. Jednak z ojcem widywała się często - jadali razem czwartkowe 

obiady. Któregoś razu ojciec pojawił się w towarzystwie Jasona Moorlanda. 

background image

Była pewna, Ŝe ojciec nigdy nie myślał o niej i o Jasonie jak o przyszłej parze. 

PrzecieŜ Jason był starszy od niej o ponad trzydzieści lat. Ojciec nie mógł 

przewidzieć, Ŝe jego ukochana córeczka tak szybko ulegnie czarowi 

eleganckiego Jasona. A Jason był zawsze doskonale ubrany i uczesany, miał 

nienaganne maniery i, co chyba było wtedy najwaŜniejsze, był bardzo 

przystojny. Sprawiał wraŜenie wysportowanego. Wszystko, co robił, było 

niezmiennie w najlepszym guście, o czym przekonała się, kiedy zaczął 

pokazywać jej świat. 

Nigdy nie był natarczywy, nie popędzał jej. Miesiącami zabierał ją do 

najlepszych restauracji, do teatru, na koncerty, na przeróŜne wykłady i odczyty. 

Zawsze kierował się jej zdaniem, jej upodobaniami. Zakochała się w nim, zanim 

podjął pierwszą próbę pocałowania jej. A kiedy wreszcie to się stało, z radością 

zorientowała się, Ŝe bardzo poŜąda człowieka, którego kocha. Od tamtej chwili 

ich stosunki bardzo się zmieniły. Odkryła, Ŝe Jason był niezwykle zmysłowym 

męŜczyzną. Na przygotowania do ślubu poświęcili całe miesiące. Jason 

cierpliwie ją uczył miłości. Nie ukrywał swojego zaskoczenia, kiedy okazało się, 

Ŝ

e była jeszcze dziewicą. 

To on sprawił, Ŝe poczuła się najszczęśliwszą osobą na ziemi. 

Rzadko pozwalała sobie na wspominanie tamtych czasów, bo zawsze kończyło 

się to tak samo robiło jej się bardzo smutno. Tym razem jednak nic nie mogła 

poradzić na wciąŜ powracające obrazy tamtych dni. MoŜe to jej dziwne 

zachowanie zmusiło ją do szukania utraconej równowagi właśnie we 

wspomnieniach. Nagła śmierć Jasona w następstwie gwałtownego ataku serca, 

na pewien czas zupełnie rozbiła Trący. Później prawnicy i księgowi wyrwali ją z 

odrętwienia. Dostała w swoje ręce prawdziwe imperium finansowe. Zupełnie nie 

była na to przygotowana. 

Zawsze Ŝyli dostatnio i nigdy nie czuła potrzeby wtrącania się do jego 

interesów. Z pomocą przyszedł jej ojciec. Nie tylko rozumiał jej ból i szczerze 

współczuł, bo sam niedawno przeszedł to samo, kiedy zmarła matka Trący, ale 

background image

równieŜ udzielał nieocenionych porad finansowych, ilekroć takiej porady 

potrzebowała. Ale w przyszłości będzie sama musiała radzić sobie z 

zarządzaniem tym ogromnym majątkiem. Przez ostatni rok pracowała nad tym, 

Ŝ

eby zmienić się w kogoś zupełnie innego. Nie mogła juŜ być elegancką Ŝoną 

człowieka sukcesu, jaką była przez ostatnie cztery lata. Nie bez radości 

zauwaŜyła, Ŝe ma nawet talent do interesów. Przy współpracy kilku zdolnych 

ludzi będzie w stanie dobrze poprowadzić wszystkie sprawy związane z 

nieruchomościami. 

Ale teraz na jej drodze znalazło się „Double J". I Slade Dawson. Wyczuwała 

instynktownie, Ŝe coś tu było nie w porządku. I to nie tylko z powodu sceny na 

balkonie, choć to była bez wątpienia duŜa pomyłka, z jej strony. Tu chodziło o 

coć więcej. Tylko o co? Postanowiła znaleźć odpowiedzi na wszystkie pytania. 

PrzecieŜ Slade nie moŜe zawsze ukrywać się w „mieście". Dzisiejsza scena nie 

ułatwi jej rozmowy nim, ale jakoś musi dać sobie radę. To jedyny sposób, Ŝeby 

szybko zakończyć sprawę - musi z nim powaŜnie porozmawiać. 

Westchnęła cięŜko, przewróciła się na brzuch i naciągnęła poduszkę na głowę. 

Jak ma spojrzeć temu człowiekowi w twarz? A tym bardziej - w jaki sposób ma 

załatwiać z nim jakiekolwiek interesy? Co on teraz o niej myśli? Zaledwie jej 

dotknął, a ona natychmiast zapłonęła ogniem namiętności___ 

I nie ma najmniejszej wątpliwości, Ŝe wciąŜ to czuła. Sen nadchodził bardzo 

powoli... 

 

 

ROZDZIAŁ TRZECI 

 

 

- Wyjechał?! Dokąd? - wykrzyknęła zaskoczona. Spała aŜ do ósmej rano. Potem 

godzinę spędziła 

w wannie. DłuŜszą chwilę ubierała się. ZałoŜyła dŜinsy, białą koszulę i buty z 

background image

wysoką cholewą. Miała rozpuszczone włosy i delikatny makijaŜ. Była gotowa 

do inspekcji posiadłości. Zeszła do kuchni i tu Rachela poinformowała ją, Ŝe 

Slade wyjechał. Rachela sprawiała wraŜenie, Ŝe informując ją o tym, oddała 

Trący jakąś wielką przysługę. 

MoŜe i tak było. Perspektywa spotkania Slade'a od samego rana nie nastrajała 

jej zbyt optymistycznie. Z drugiej strony nie spodziewała się, Ŝe on znów 

wyjedzie. 

Rachela nie przestawała krzątać się po kuchni, chciała przygotować Trący jakieś 

ś

niadanie. 

- Wyjechał na Big Bluff. Zostawił tylko wiadomość. Jest na stole. 

- Rozumiem - powiedziała Trący, zmarszczyła brwi i podeszła do stołu. 

„Wiadomość" to był skrawek papieru, złoŜony na pół. RozłoŜyła kartkę i 

przeczytała: „Rachelo, wyjechałem na Big Bluff na kilka dni. Slade." 

- Co to jest Big Bluff? - spytała rozczarowana takim obrotem spraw. Właściwie 

powinna być zadowolona, Ŝe Slade zniknął, a zamiast tego było jej przykro, 

brakowało go jej. 

- To taka góra, gdzie Slade ma ambonę myśliwską. WyjeŜdŜa tam samotnie co 

jakiś czas. 

Trący wciąŜ miała zmarszczone brwi. 

- Spodziewałam się, Ŝe raczej poczeka na mnie, Ŝebyśmy mogli porozmawiać. 

Oczywiście, ranczo moŜe mi pokazać Ben, ale jest kilka spraw, o których 

chciałabym porozmawiać bezpośrednio ze Slade'em. Chciałam zadać mu kilka 

pytań. 

Rachela wyglądała na zaskoczoną. 

- W takim razie, rzeczywiście źle się stało. Ale moŜe ja albo Ben będziemy 

mogli na nie odpowiedzieć. MoŜe kawy? 

- Tak, poproszę. - Usiadła przy stole, czekając aŜ Rachela napełni kubki kawą. - 

Rzeczywiście, mam kilka pytań. Niektóre zrodziły się juŜ po moim przybyciu 

tutaj - dodała i zauwaŜyła natychmiastową zmianę w zachowaniu Racheli. Była 

background image

zaniepokojona. 

- Miałam na myśli pytania dotyczące rancza. - Szybko powiedziała Rachela. - 

We wszystkich pozostałych sprawach będziesz musiała zwrócić się 

bezpośrednio do Slade'a. 

- Trzeba przyznać, Ŝe mi to utrudnił. - Trący upiła trochę kawy i odstawiła 

kubek. - Znałaś mojego męŜa, prawda? - Rachela nie odpowiedziała. Trący 

spodziewała się, Ŝe będzie lojalna wobec Slade'a, ale pomyślała, Ŝe jeśli nie 

zapyta wprost, a ogródkami, powinna uzyskać odpowiedzi na nurtujące ją 

pytania bez większego kłopotu. 

- Chciałabym się dowiedzieć, skąd wzięło się zainteresowanie Jasona tym 

ranczem. - Niewiele osiągnęła, Rachela nie miała nawet zamiaru odpowiedzieć. 

Spróbowała inaczej: 

- Czy Jason często tu przyjeŜdŜał? DuŜo podróŜował, ale nigdy nie wspominał o 

„Double J". Od jego śmierci duŜo się dowiedziałam, ale... - przerwała. Mówiła 

do głuchej kobiety. Rachela w ogóle nie reagowała, nie słuchała jej. 

- Rachelo, co się stało? 

- Będziesz musiała spytać o wszystko Slade'a, ja nie powinnam o tym 

rozmawiać. To nie moje sprawy. 

- Jakie sprawy? - Tracy nie ustępowała. PrzecieŜ tylko pytała, czy Jason bywał 

na ranczo. Dlaczego to pytanie tak wyprowadziło ją z równowagi? 

- Chodzi o sprawy twojego męŜa... ja nie plotkuję. 

- AleŜ oczywiście! Nie o to mi chodziło. Przepraszam, jeśli postawiłam cię w 

kłopotliwej sytuacji - przeprosiny były szczere, aczkolwiek ich powód nie był 

do końca dla niej jasny. PrzecieŜ nie spytała o nic strasznego... Wzięła swój 

kubek i ruszyła w stronę drzwi. 

- Proszę, zostaw juŜ te jajka. Zjem coś później. Chyba przejdę się teraz. 

- Trący! - w głosie Racheli zabrzmiało błaganie. Trący zatrzymała się i spojrzała 

na nią. 

- Przepraszam - zaczęła Rachela. - Wiem, Ŝe to, co powiedziałam, zabrzmiało 

background image

niegrzecznie. Ale naprawdę będziesz musiała porozmawiać bezpośrednio z nim, 

jeśli tak bardzo chcesz uzyskać odpowiedzi na swoje pytania. To jego sprawa, 

nie moja. 

Trący kiwnęła głową ze zrozumieniem. 

- Chyba będę musiała tak postąpić. ChociaŜ on robi wszystko, Ŝeby mi to 

uniemoŜliwić... Zobaczymy się za chwilę, Rachelo. 

Później Ben uroczo odegrał rolę jej przewodnika po ranczo. Trący zmuszała się 

do okazywania zachwytu na widok obory, składziku narzędzi i innych tego typu 

atrakcji. W gruncie rzeczy nie bardzo ją to wszystko interesowało. Doszli do 

zagrody dla koni. 

- To konie najczystszej krwi. Duma i radość Slade'a. 

- Rzeczywiście to piękne zwierzęta. - Po raz pierwszy mogła szczerze wyrazić 

swój zachwyt. Od czasu dziwnej i niepokojącej rozmowy z Rachelą, jej myśli 

krąŜyły gdzieś daleko od ranczo. Czuła zamęt w głowie. Myśli o Jasonie, o 

Siadzie, łączyły się i rozbiegały w niekończącym się, pogmatwanym ciągu pytań 

bez odpowiedzi. 

Na szczęście Ben niczego nie zauwaŜył. 

- Jeździsz konno? 

- Kiedyś próbowałam, ale to było tak dawno... 

- MoŜe wypuścimy się na przejaŜdŜkę po ranczo? Zgodziła się natychmiast. 

Przez ostatnią dobę była 

tak zajęta swoimi myślami, tak pochłonięta sprawami, z którymi sama nie 

umiała sobie poradzić, Ŝe konna przejaŜdŜka po otwartych, niezmierzonych 

przestrzeniach wydawała się wspaniałym odpoczynkiem. MoŜe jazda konna 

poprawi jej wreszcie nastrój. Z drugiej strony wiedziała, Ŝe tylko szczere 

odpowiedzi na niektóre pytania, mogą zaspokoić jej ciekawość. 

Spokojnie czekała w cieniu stodoły, aŜ Ben osiodła konie. Zastanawiała się, co 

Rachela chciała jej powiedzieć. CóŜ takiego na temat Jasona miał do 

zakomunikowania Slade? Rachela udzieliła dziwnej odpowiedzi na tak proste 

background image

pytanie. Dlaczego robiła tajemnicę z tego, ile razy Jason był na tym ranczo? 

Jakiekolwiek jest rozwiązanie tej zagadki i tak nie będzie go znała, dopóki nie 

porozmawia ze Slade'em. A to oznaczało, Ŝe będzie musiała tu czekać aŜ do 

jego powrotu. W tym wszystkim było coś irytującego, począwszy od 

niewytłumaczalnej złości Slade'a z powodu jej przyjazdu. Dochodziła do 

wniosku, Ŝe jego zachowanie nie było spowodowane tylko złym nastrojem. On 

rzeczywiście był niezadowolony. Ale dlaczego? I dlaczego unikał jej, kiedy 

chciała mu zadać kilka pytań? A to, co się stało ostatniej nocy? Nie wyglądał 

wtedy na takiego, który chce uniknąć z nią zbliŜenia. Ale w pewnej chwili 

przerwał... A co by było gdyby ona nie przestała...? Poczuła dziwny ucisk w 

piersi. Dlaczego pozwoliła mu się pocałować? Gorzej, dlaczego odwzajemniła 

ten pocałunek? 

Ben przyprowadził małą, siwą klacz. 

- To Doiły - powiedział z uśmiechem. - Dobry, spokojny konik, nie sprawi ci 

Ŝ

adnego kłopotu. 

- Dziękuję. 

WłoŜyła nogę w strzemię, lekko podskoczyła i usiadła w siodle. Pochyliła się i 

poklepała klacz po karku. 

- To rzeczywiście spokojny konik, Ben - uśmiechnęła się. Ben dosiadł duŜego 

kasztana i ruszyli do bramy. Kiedy wyjechali z zagrody, Ben spytał: 

- Długo zamierzasz zostać w Montanie, Trący? 

- Chciałam wyjechać jutro, ale teraz juŜ nie wiem sama. 

- JeŜeli zostaniesz jeszcze kilka dni, to moglibyśmy wybrać się na dłuŜszą 

przejaŜdŜkę. Choćby nawet w góry. 

- W góry? - przyjrzała mu się uwaŜnie. MoŜe będzie bardziej rozmowny niŜ 

siostra. — A gdzie jest BigBluff? 

- To jakieś piętnaście kilometrów stąd - powiedział, wskazując ruchem głowy 

kierunek. - Slade ma tam swoje stanowisko myśliwskie. Rachela powiedziała mi 

rano, Ŝe wyjechał na kilka dni. Często tam jeździ. 

background image

- Lubi być sam? - spytała. Wiedziała, Ŝe takie pytania mogą być dla niego trochę 

kłopotliwe. Ale nie dbała o to. Na tym ranczo coś było nie w porządku. Jason 

miał z tym jakiś związek. Podobnie jak Slade. Czuła, Ŝe miała pełne prawo 

dowiedzieć się, w czym rzecz... 

- Chyba masz rację. On jest jak dzika kaczka, samotnik. To fajny facet, ale po 

prostu lubi być sam. 

- Tak, zauwaŜyłam. - Ze zdziwieniem skonstatowała, Ŝe rośnie jej 

zainteresowanie tym człowiekiem.  

- Czy on zawsze mieszkał w „Double J"? 

- Urodził się tu i tu mieszkał przez całe Ŝycie. No, moŜe niecałe, słuŜył przez 

pewien czas w piechocie morskiej, a potem kilka lat był w jakiejś szkole. Resztę 

czasu spędził właśnie tutaj. 

- Rozumiem - uśmiechnęła się. Ale w jej oczach nie było uśmiechu. - A 

powiedz, Ben, ty teŜ czasem jeździsz polować na Big Bluff? 

Ben roześmiał się szczerze. 

- Czasami. To piękne miejsce. Ma kojący wpływ. Rozumiesz, o co mi chodzi? 

Trący kiwnęła głową ze zrozumieniem. CzyŜby Slade był tak wzburzony z 

powodu tego incydentu na balkonie, Ŝe aŜ potrzebował odpoczynku na łonie 

natury? Jeśli tak było, to nie zrobił nic, co by na to wcześniej wskazywało. Ale 

czy on w ogóle okazywał swoje uczucia? 

Przypomniała sobie, Ŝe jedyne, co było po nim widać, to chęć ucieczki od niej... 

Teraz była zła na siebie. Jak mogła być taka słaba zeszłej nocy? No, ale juŜ 

więcej nie będzie miał okazji mnie dotknąć, pomyślała. Nawet jeśli postanowię 

zostać jeszcze kilka dni i pogadać z nim. Niespodziewanie przyszedł jej do 

głowy nowy pomysł: 

- Ben, jak długo jedzie się na Big Bluff? 

- Chcesz aŜ tam jechać? - wyglądał na zaskoczonego. 

- Jest kilka spraw, które powinnam z nim omówić. Nie przypuszczałam, Ŝe 

wyjedzie tak bez uprzedzenia. 

background image

Ben zdjął kapelusz i przez chwilę drapał się po głowie w zamyśleniu. 

- Rozumiem - odparł. - To chyba nie powinno zabrać zbyt wiele czasu... 

- Widzę, Ŝe nie jesteś zachwycony perspektywą tej przejaŜdŜki. A moŜe trafię 

sama? 

- Sama? Mowy nie ma. Zgubisz się w tych górach. Tu nie ma dróg, tylko tysiące 

ś

cieŜek we wszystkie strony. 

, - MoŜe narysujesz mi drogę? 

- Musisz jechać? - Przyjrzał się jej uwaŜnie. 

- Pozostaje mi tylko to, albo czekać, aŜ on zjedzie na dół. A jak myślisz, długo 

tam będzie? 

- Rachela mówiła, Ŝe kilka dni. I to chyba byłoby najlepsze wyjście. Poczekaj na 

niego. A poza tym, nie sądzę, Ŝeby był zadowolony z naszej obecności. 

- Doprawdy? Coś ci powiem, Ben. Mam juŜ dość słuchania tego waszego 

narzekania, czy coś się spodoba panu Slade, czy nie. Do diabła z nim! To teŜ 

moje ranczo! - na twarzy pojawił się rumieniec. Prawie od razu przeprosiła: 

- Przepraszam, Ben. Nie powinnam była wyładowywać swojej złości na tobie. 

To wszystko przez to, Ŝe jeszcze nigdy nie spotkałam kogoś takiego jak on. 

Widocznie kiepsko to znoszę. - Było jej naprawdę przykro. 

- Zapomnij. Czasami mnie teŜ denerwuje jak cholera. - Uśmiechnął się. - Trudno 

jego zrozumieć. 

- Trudno?! To chyba zupełnie niemoŜliwe. Ben roześmiał się szczerze. 

- Chyba masz rację. On jest z tych, którzy niełatwo nawiązują przyjaźń. Ale jeśli 

juŜ, to będzie ona najprawdziwsza i najtrwalsza. Słyszałaś o takich ludziach? 

- Taki milczący, twardy gość? - spytała uśmiechając się złośliwie. 

- Jak na filmach? Niee, Slade nie jest taki. Jest i milczący, i twardy, to prawda, 

ale nie jest sztuczny. On nie jest taki, jak wielu bohaterów westernów, którzy w 

Ŝ

yciu nawet nie stali w pobliŜu konia. Nie ma roboty na ranczo, której Slade nie 

umiałby zrobić lepiej niŜ którykolwiek z robotników. We wszystkim jest 

najlepszy. Cholera, on juŜ nawet zgarnął wszystkie moŜliwe nagrody na rodeo. 

background image

Trący słuchała uwaŜnie. WciąŜ jej ciekawość nie była zaspokojona. Co więcej - 

rosło jej zdziwienie. Wszyscy w „Double J" mówili o tym, jak straszne są 

humory Slade'a, a jednocześnie zachwalali jego nieprzeciętne zalety. Najlepszy 

we wszystkim! PrzecieŜ to idiotyczne... Popędziła swojego konia. 

- Zaczekaj! - zawołał Ben - Skręć w prawo. Tam jest źródło, będziemy mogli 

odpocząć i napoić konie. 

Ben zdjął siodła i przyglądali się przez chwilę koniom brodzącym w chłodnej 

wodzie. Trący zerwała kolorowy kwiatek. 

- Widzisz, Ben, kiedy tu jechałam, byłam przekonana, Ŝe to będzie kolejna, 

rutynowa wizyta. - Westchnęła. Przyglądała się kwiatkowi na dłoni. - Ale teraz 

nabieram przekonania, Ŝe nie istnieje Ŝadna rutyna, kiedy ma się do czynienia z 

takim człowiekiem, jak Slade. Jest coś jeszcze, coś, o czym Rachela kazała mi 

porozmawiać ze Slade'em. Niezręcznie mi o tym mówić... 

Ben wpatrywał się w dal. 

- Widzisz, Trący, są takie sprawy, dziwne sprawy... 

- Tak? - ponagliła go. 

- Nie masz z tym wszystkim nic wspólnego. - Przyglądał jej się uwaŜnie. - A 

moŜe cię to zranić. Dla własnego dobra, trzymaj się od tego z daleka. 

Zrozumiała, Ŝe miał zamiar powiedzieć jej duŜo więcej, ale nagle zmienił 

zdanie. Spojrzała na rozległe pastwiska, bez słowa podeszła do Dolly i wzięła 

luźno zwisającą uzdę. 

- Wracajmy, Ben. Na dzisiaj mam juŜ dość. 

Tej nocy spała jak zabita. Obudziła się wypoczęta i spokojna. Przez otwarte 

okno widać było kilka białych, pierzastych chmurek. Przyglądała się ich leniwej, 

ledwie zauwaŜalnej wędrówce po bezkresie błękitnego nieba. To zadziwiające, 

pomyślała, jaki cudowny wpływ na człowieka moŜe mieć jedna, dobrze 

przespana noc. MoŜe teraz, kiedy umysł odpoczął i upłynęło trochę czasu, 

będzie mogła dokładniej przyjrzeć się temu wszystkiemu, co tu się wydarzyło 

od jej przybycia. Bezsprzecznie dziwne zachowanie Slade'a wytrąciło ją z 

background image

równowagi. Niewytłumaczalne było zachowanie Racheli, kiedy usłyszała jej 

nazwisko. 

Cała ta scena powitania wciąŜ stała jej przed oczami i wywoływała mnóstwo 

pytań i wątpliwości. Trudno było znaleźć jakieś racjonalne wytłumaczenie dla 

nieco zaskakującej odmowy udzielenia odpowiedzi na proste pytanie dotyczące 

Jasona. I jeszcze Ben radzący jej, Ŝeby trzymała się od tego z daleka. Od czego? 

Miała nadzieję, Ŝe moŜe zrozumie, dlaczego Jason zajmował się tą ziemią, jak 

obejrzy ranczo. Nic z tego. Cała sprawa stawała się coraz bardziej tajemnicza. 

No, i jeszcze Slade... 

Przymknęła oczy i znów wróciła do tamtej nocy. JakieŜ to dziwne uczucie - 

pamiętała doskonale kaŜdy szczegół, kaŜdą sekundę w ramionach Slade'a. Co 

miała z tym zrobić? Jak wymazać to z pamięci? Jak pozbyć się wspomnienia 

czegoś, co nigdy nie powinno było się zdarzyć? PrzecieŜ, chyba nie zadurzyła 

się w tym, pozbawionym dobrych manier, odludku...? W jaskrawym świetle 

poranka cała sprawa wyglądała inaczej. Jedno było pewne: nie mogła pozwolić, 

Ŝ

eby to się kiedykolwiek powtórzyło. 

MoŜe powodem jego dziwnych reakcji był jej niespodziewany przyjazd? Albo ta 

scena w łazience? Nie potrafiła znaleźć Ŝadnego wytłumaczenia dla jego 

zachowania wtedy, na balkonie. Aczkolwiek było to bezpośrednim powodem 

jego nagłego wyjazdu w góry. śadne z tych wyjaśnień nie wydawało się jej 

wystarczająco wiarygodne. Slade był dorosłym męŜczyzną i na pewno 

potrafiłby po takiej nocy spojrzeć w twarz kobiecie. Nawet gdyby podejrzewał, 

Ŝ

e to, co przeŜył, było pomyłką. Musiała podjąć szybko decyzję. Czekać na 

Dawsona, czy dzwonić do Brocka McFee i wyjechać stąd najszybciej, jak tylko 

to będzie moŜliwe? Niepokoiła ją myśl o pozostawieniu tych wszystkich pytań 

bez odpowiedzi. Byłoby to postępowanie wbrew jej naturze. Jeśli wróci teraz do 

San Francisco, nigdy nie daruje sobie, Ŝe nie wyjaśniła tej zagadki. Ale jeśli ma 

zostać, to będzie musiała zadzwonić w kilka miejsc. Do biura, do ojca. 

W końcu postanowiła: zostanie i poczeka na Slade'a. Z tym nieodwołalnym 

background image

postanowieniem odrzuciła prześcieradło, którym była przykryta, i wstała. 

Nauczona przykrym doświadczeniem, starannie zamknęła drzwi od łazienki. Nie 

dlatego, Ŝeby obawiała się, Ŝe ktoś wejdzie niespodziewanie. Slade był w 

górach, więc nie było Ŝadnego zagroŜenia... Przyglądała się swojemu odbiciu w 

lustrze. Slade był rzeczywiście dla niej pewnym zagroŜeniem, ale jeśli znów 

będzie próbował, przekona się, Ŝe i ona potrafi być niebezpieczna. Połowa tego 

rancza naleŜała do niej. Dokładnie tyle samo, ile było jego własnością. Jeśli 

będzie zbyt mocno na nią naciskał, będzie mogła stosunkowo łatwo pozbawić 

go prawa do zarządzania tym majątkiem. Jak zdąŜyła juŜ sprawdzić w księgach, 

sposób zarządzania tymi ziemiami był całkowicie nieuregulowany. Wszystkie 

zapiski dotyczące „Double J" złoŜone były głównie z kolumn cyfr i róŜnych 

zestawień, a nigdzie nie natknęła się na jakąkolwiek wzmiankę dotyczącą 

zarządzania ranczem. 

To chyba był jej as atutowy w przetargu z panem Dawsonem. ChociaŜ nie 

zauwaŜyła ani raŜących zaniedbań, ani naduŜyć, mogła przecieŜ wystarczająco 

utrudnić Ŝycie zarządcy. Nie zawaha się przypomnieć mu o tym, jeśli okaŜe się 

to konieczne... 

Pasmo gór na północ od rancza zdawało się nie mieć końca. Nie były aŜ tak 

niesamowite, jak opowiadał Ben, pomyślała, zmuszając Dolly do szybszego 

marszu. Przypominały śpiące olbrzymy. Ale nie mogły przeraŜać. Nawet 

takiego mieszczucha, jak ona. Denerwująca była tylko świadomość, Ŝe gdzieś 

tam, w górze jest Slade i przygląda się jej przez lornetkę ze swojej kryjówki. 

Było to mało prawdopodobne, ale jeśli widział ją teraz, musiał być bardzo 

rozczarowany, Ŝe nie wyjechała. 

Spędziła juŜ trzy dni na ranczo, a wciąŜ nie było wiadomo, kiedy Slade ma 

zamiar wrócić. Te trzy dni zresztą spędziła tu z prawdziwą przyjemnością. 

Wypoczęła. „Double J" było pięknym miejscem, panował tu spokój, cisza, nikt 

się nie spieszył. Coraz bardziej podobał jej się ten styl Ŝycia. Rachela z radością 

powitała jej decyzję o przedłuŜeniu pobytu. 

background image

Mówiła, Ŝe Trący musi odpocząć kilka dni po miesięcznej podróŜy. Była to 

prawda, chociaŜ niecała. 

Odnalazła bramę w ogrodzeniu. TuŜ za linią kamienia i drutu kolczastego 

okalającego tereny pastwisk zaczynała się inna roślinność. Trawiaste 

przestrzenie zastąpione były pagórkami, na których rosły niskie sosenki, 

przechodzące po kilku metrach w ciemny, gęsty las. Rozpoznawała 

poszczególne charakterystyczne miejsca, o których wspominał Ben. Cieszyło ją, 

Ŝ

e tak dobrze radzi sobie w terenie. Gdzieś tam, w górze, przyczajony za jakimś 

krzakiem, czy nierównością terenu był Slade. I wszystkie odpowiedzi na jej 

pytania... 

Wiedziała, Ŝe przy pomocy wskazówek Bena będzie w stanie go odnaleźć. Jeśli 

nie wróci za kilka dni, wyruszyć na poszukiwania. Nie mogła juŜ dłuŜej czekać. 

Trochę powstrzymywała ją moŜliwość zgubienia się w górach. Z drugiej strony 

na ranczo pracowało wielu męŜczyzn - mogłaby któregoś z nich prosić o 

pomoc... Ile czasu powinna mu jeszcze dać? 

Zawróciła konia i wyjechała z lasu na polanę. Stąd rozpościerał się piękny 

widok na całe ranczo. Zapewne zimą to miejsce wygląda zupełnie inaczej. I 

Ŝ

ycie wtedy jest z pewnością o wiele trudniejsze. Chciałaby zobaczyć tę dolinę 

spowitą śniegiem... Ale jak Slade zareagowałby na kolejną wizytę? Trący 

uśmiechnęła się na myśl, Ŝe znów ucieknie na Big Bluff. 

Dolly lekko zaczęła skręcać w lewo, nie zwracała uwagi na próby Trący 

zmuszenia jej do marszu najkrótszą drogą do domu. Po prostu wyczuła wodę w 

pobliskim źródełku... Trący uśmiechnęła się, poklepała konia po karku i 

spokojnie czekała, aŜ Dolly ugasi swoje pragnienie. Sama obeszła źródełko 

dookoła i usiadła w wysokiej trawie. Przyglądała się dróŜce ginącej w lesie. Jej 

myśli znów powróciły do Slade'a. Był dla niej zupełnie obcym człowiekiem. 

Zamieniła z nim tylko kilka ostrych słów. Ale chwile na balkonie przyćmiły 

wszystkie inne wraŜenia. Nie sposób było 

O nich zapomnieć. Zabierze je z sobą do San Francisco. 

background image

1 będzie myślała pewnie o Siadzie... 

JednakŜe nie dlatego przedłuŜyłam swój pobyt, przekonywała się w myśli. Jak 

tylko dowiem się, w czym rzecz, natychmiast wyjadę. No, i moŜe wrócę na kilka 

dni w zimie... 

Jednak najgorsze były wspomnienia, których nie potrafiła się pozbyć. Nie 

powinna była dopuścić do krępującej sytuacji. 

Chciała się dowiedzieć czegoś więcej o Jasonie. Miała prawo wiedzieć, co go 

łączyło z „Double J". A potem poŜegna to ranczo. Na zawsze. 

 

 

 

 

ROZDZIAŁ CZWARTY 

 

 

Slade robił wszystko, Ŝeby mieć zajęcie. Jak zwykle, przy sprzyjającej pogodzie, 

zajmował się gromadzeniem opału na zimę. Teraz starał się robić nawet coś 

więcej. Naprawiał, ustawiał, ulepszał, co tylko było moŜna. Wiedział, Ŝe praca 

jest najlepszą kuracją. 

Tym razem jednak było inaczej. Irytowało go, Ŝe bez względu na to, jak cięŜko 

pracował, nie mógł uwolnić się od myślenia o Trący Moorland. Nieraz padał bez 

sił na łóŜko, niezdolny do niczego. Ale gdy tylko trochę odpoczął, natychmiast 

się pojawiała... Jej obraz prześladował go... 

Piątego dnia wygnania, na które zresztą sam się skazał, obudził się rano i 

stwierdził, Ŝe zapasy się skończyły. Czy chciał, czy nie, musiał zejść na dół. 

Wierzył, Ŝe Trący juŜ wyjechała, a mimo to opóźniał wyjazd, jak tylko mógł. 

Ruszył dopiero w południe. Nie miał wyboru, mógł jechać do domu albo zostać 

i głodować. Osiodłał więc Poncho, swojego ulubionego konia, i ruszył w długą 

drogę do domu. 

background image

Trący widywała juŜ wcześniej letnie burze, ale Ŝadna z nich nie była nawet w 

części jak ta, która rozpętała się w dolinie. Przyglądała się potokom wody 

lejącym się z nieba, Wsłuchiwała się w głuchy łoskot towarzyszący kaŜdej 

błyskawicy. Wyglądała przez kuchenne okno i podziwiała rozświetlne przez 

pioruny mroczne, cięŜkie od chmur niebo. 

JuŜ wcześniej, w czasie kolacji Rachela stwierdziła: 

- Przed wieczorem będzie deszcz. 

- Mam nadzieję - odparła Trący. Zawsze źle znosiła cięŜką, duszną atmosferę 

poprzedzającą burze. 

- W górach juŜ leje - powiedziała Rachela stając kolo niej przy oknie w kuchni. 

Chwilę przyglądała się ciemnej ścianie deszczu wyraźnie widocznej na tle gór. 

- Chyba masz rację - rzekła Trący i zamyśliła się. Góry. Ben juŜ więcej nie 

ponowił zaproszenia na wycieczkę, a jej samotna próba dotarcia na Big Bluff nie 

mogła być zaliczona do udanych. MoŜe powinna spróbować jeszcze raz 

następnego dnia. Teraz burza pokrzyŜowała jej plany. 

- A co ze Slade'em? - spytała cicho. 

- Nie jest z cukru, nie rozpuści się - roześmiała się Rachela. Trący pomyślała w 

duchu: rzeczywiście, Slade nawet odrobinę nie przypominał figurki z cukru. 

Nadal wpatrywała się w niebo. 

- Robi się coraz gorzej - powiedziała. 

- A co, martwisz się o niego? - spytała Rachela. 

- Nie, oczywiście, Ŝe nie, ale... 

- Niby dlaczego miałabyś się martwić? Mam dziwne przeczucie... - przyglądała 

się Trący z troską i rozbawieniem zarazem. - Obawiam się, Ŝe nie jesteś 

pierwszą kobietą, której wydaje się, Ŝe powmna niepokoić się o jego los. 

- Doprawdy? - Trący uniosła brwi w grymasie doskonale udawanego 

zdziwienia. - To taki z niego kobieciarz? Nie przypuszczałam. 

- Dostaje to, czego chce ~ odparła Rachela i zajęła się pieczeniem kurczaka. 

Uwagi Racheli zepsuły humor Trący. Przed jej oczami przewinął się korowód 

background image

kobiet. Bezimiennych, pozbawionych twarzy... CzyŜby więc scena na balkonie 

była dla niego ledwie wykorzystaniem kolejnej okazji? Czy nie czuł nic więcej? 

Czy moŜliwe jest, Ŝeby nie zauwaŜył niepowtarzalnego piękna w tym nagłym, 

pełnym uniesień, niespodziewanym spotkaniu kobiety i męŜczyzny, w samym 

ś

rodku pięknej, romantycznej, letniej nocy? CzyŜby takie sytuacje były dla 

niego czymś zwykłym? 

PrzecieŜ to niesprawiedliwe, Ŝe on tego nie zauwaŜył, podczas gdy Trący nie 

mogła zapomnieć tamtych chwil. To jest tak niesprawiedliwe, Ŝe aŜ niemoŜliwe. 

Rok temu nawet do głowy nie przyszedłby jej jakikolwiek inny męŜczyzna. A 

teraz ledwie dawała sobie radę z namiętnością, którą wzbudzał w niej Slade. 

Jej myśli błądziły gdzieś daleko. Nagle zrozumiała, Ŝe sama się oszukuje. 

Rzeczywisty powód, dla którego chce się z nim zobaczyć, tkwi w pragnieniu 

odczucia raz jeszcze siły jego magnetyzmu. 

- Tak... - mruknęła do siebie. 

- Słucham? - spytała Rachela. 

- Nie, nic takiego, Rachelo - odparła i ruszyła w stronę drzwi. - Wychodzę na 

spacer. 

- W tym? - Rachela pokręciła głową z niedowierzaniem. - Ale nie chodź za 

daleko. Jak tu zaczyna padać, to wiadomo, Ŝe będzie powódź. 

Trący wyszła, przyrzekłszy, Ŝe będzie się trzymać domu. Kiedy przechodziła 

przez podwórko, czuła wzrastającą siłę wiatru, który rozwiewał jej włosy. 

Cienka, bawełniana sukienka łatwo chłonęła krople deszczu i oblepiała jej ciało. 

Ale postanowiła jeszcze nie wracać. Szła bez celu, chciała jedynie na chwilę 

wyjść z domu. Bezwiednie skierowała się w stronę pastwiska dla koni. 

Przechodziła tuŜ koło stajni. 

Nie widziała Slade'a, ale on widział ją wyraźnie i nie był tym zachwycony. 

Cholera, wciąŜ jeszcze tu była! Przyglądał się jej uwaŜnie. Była jeszcze 

piękniejsza, niŜ pamiętał. Jeszcze piękniejsza niŜ w snach, które co nocy go 

niepokoiły... Co miał z nią zrobić? PrzecieŜ juŜ dobrze wiedział, Ŝe nie jest mu 

background image

obojętna. Ale, z drugiej strony, miał waŜniejsze problemy na głowie. 

Zmarszczył czoło i zastanawiał się, co Rachela zdąŜyła naopowiadać ich 

gościowi. Pocierał dłonią kilkudniowy zarost na brodzie i rozmyślał, czy Trący 

wciąŜ byłaby tu, gdyby znała całą prawdę. Wątpliwe. Zatem, jeŜeli jego 

rozumowanie było słuszne, wciąŜ nie wiedziała, kim on jest. Ale dlaczego nie 

wyjechała, jak planowała? CzyŜby czekała na jego powrót? Chciała się z nim 

jeszcze raz spotkać? Tylko po co? Niespodziewanie poczuł, jak narasta w nim 

tamto przedziwne uczucie gorąca. Jakby trawił go od środka jakiś płomień. 

CzyŜby i dla niej wspomnienie pocałunku było tak Ŝywe, Ŝe chciała koniecznie 

jeszcze raz powtórzyć tę noc? Nie miał Ŝadnych wątpliwości co do siebie: nigdy 

jeszcze niczego tak bardzo nie pragnął... 

Ale, na Boga, to był tylko pocałunek. No, niezupełnie. Kiedy oplatała go 

pięknymi nogami, kiedy kosztował słodycz tych najpiękniejszych piersi, jakie 

kiedykolwiek widział... 

Zabrał swoje rzeczy, pustą juŜ torbę na jedzenie i wyszedł ze stajni. Wiatr był 

tak silny, Ŝe miał kłopot z zamknięciem drzwi. Głos, który rozległ się tuŜ za 

nim, nie zaskoczył go. 

- Proszę, proszę. Powrót marnotrawnego... - cedziła słowa. 

- Nie zaczynaj - ostrzegł. Spojrzał na nią lodowatym wzrokiem. Robił wszystko, 

Ŝ

eby nie dostrzegać tych pięknych, zielonych oczu, rozwianych włosów. Była 

ś

liczna. 

Trący nie mogła uwierzyć własnym uszom. Jak on śmiał? PrzecieŜ to ona jest 

stroną pokrzywdzoną. Przez niego straciła tydzień swojego cennego czasu. 

Mógłby się wysilić i okazać nieco skruchy. A na tym zarośniętym obliczu, w 

tych szarych oczach nie było nawet śladu skruchy. Ten człowiek był 

niemoŜliwy. JakŜe idiotyczny była myśl, Ŝe w nim „coś" jest. 

- Dlaczego miałabym cokolwiek zaczynać? - odparła. - Czy tylko dlatego, Ŝe 

sterczę tu juŜ bezczynnie od pięciu dni, bo muszę na ciebie czekać, Ŝeby 

załatwić kilka spraw? Mój BoŜe, jakie to głupie, Ŝe zdenerwowałam się z tak 

background image

błahego powodu. 

- Daruj sobie ten ironiczny ton - powiedział Slade. Denerwowały go drzwi, które 

za nic nie chciały się domknąć. I jeszcze ta bezsensowna wymiana zdań. Rzucił 

na ziemie wszystkie rzeczy i zajął się drzwiami. 

- A więc przeszkadza ci mój ton? A jak znosisz wściekłość? A co powiesz na 

małe morderstwo? Mam właśnie ochotę cię zamordować. 

Trudno było zachowywać się spokojnie na tym wietrze, ale nie musiała udawać. 

Była wściekła. Nie planowała wcześniej takiego ataku na Slade'a, ale teŜ nie 

przypuszczała, Ŝe moŜe być aŜ tak nieprzyjemny. 

- O co się wściekasz? Dostałaś to, czego chciałaś, nie? 

Ten drań mówił o tamtej nocy! Ma czelność sugerować, Ŝe ona zabiegała o to 

wszystko! Nie pokaŜe po sobie, jak bardzo ją tym zranił. Uśmiechnęła się nawet. 

- A, tamto - powiedziała lekko, udając, Ŝe juŜ dawno zapomniała o chwilach 

spędzonych w jego ramionach. 

- Nie za to chcę cię zamordować. 

- Doprawdy? 

Trący tryumfowała w duchu. Nareszcie wytrąciła go z równowagi. Wyglądał na 

zdezorientowanego. Teraz trzeba było go jeszcze pogrąŜyć. 

- Oczywiście Ŝe nie. Dlaczego tak pomyślałeś? Ale fakt, Ŝe wyjechałeś w góry, 

Ŝ

eby bawić się w trapera, kiedy dobrze wiedziałeś, Ŝe przyjechałam tu zobaczyć 

ranczo, to inna sprawa. Nie sprawia mi nieopisanej przyjemności siedzenie tu i 

czekanie, aŜ znudzi cię łaŜenie po górach i ganianie za niedźwiedziami, czy co 

tam robiłeś przez pięć dni. 

- To po co czekałaś? PrzecieŜ mogłaś sobie obejrzeć ranczo beze mnie. 

Wiatr wzmógł się tak bardzo, Ŝe ledwie się słyszeli. 

- Pogadamy o tym później - krzyknęła Trący. 

- Co?! - najwyraźniej wiatr skutecznie ją zagłuszył. Nagle niebo nad ich 

głowami rozdarła błyskawica. 

TuŜ po niej nad ziemią przetoczył się głuchy grzmot. Niebo rozwarło się. 

background image

Zaczęły spadać ogromne krople. Slade otworzył drzwi do stajni. 

- Właź - powiedział. Przebiegła koło niego. Zabrał swoje rzeczy i wbiegł za nią. 

Zamknął za sobą starannie drzwi. - Po co się kręcisz na dworze w taki deszcz? 

- Kiedy wychodziłam, nie było aŜ tak źle. 

- Ale juŜ od godziny było wiadomo, Ŝe tak będzie. 

- A co ciebie wygnało z kryjówki? - starała się zmienić temat i próbowała choć 

trochę wysuszyć, zupełnie przemoczoną sukienkę. 

- Ja się nie ukrywałem! 

- To przecieŜ oczywiste, Ŝe się ukrywałeś. Nie rób ze mnie idiotki, Slade. Wiele 

moŜna o mnie powiedzieć, ale na pewno nie to, Ŝe jestem głupia. - Tak mi się 

przynajmniej wydaje, dodała w myśli. Deszcz bił miarowo o blaszany dach 

stajni. Brzmiało to jak sto perkusji, grających jednocześnie. 

- To grad! - wykrzyknął nagle Slade. Podbiegł do drzwi i uchylił je nieco. - Ale 

wali... - dodał cicho. 

- Ja teŜ chcę zobaczyć - powiedziała i przecisnęła się do drzwi. - Mój BoŜe, 

jeszcze nigdy nie widziałam takiego wielkiego gradu! - szepnęła. Rzeczywiście, 

widok był niesamowity. Grad wielkości kamieni spadał na ziemię z taką siłą, Ŝe 

kilka razy jeszcze się od niej odbijał. 

Slade czuł jej bliskość, dotykające go udo, dłoń na ramieniu. Wiedział, Ŝe jeśli 

natychmiast się nie odsunie, nastąpi to samo, co wtedy. A będzie bardzo 

Ŝ

ałował, jeśli to się powtórzy. Raptownie odsunął ją od drzwi, zamknął je i oparł 

się o nie plecami. Starał się na nią nie patrzeć. 

- Będziemy musieli tu poczekać, aŜ skończy się gradobicie. To nie powinno 

długo potrwać. 

Skąd to nagłe uczucie bliskości? — pomyślała Trący. I tak gorąco. Za mało 

powietrza... Cofnęła się kilka kroków. 

- Mógłbyś trochę uchylić te drzwi? Strasznie tu duszno. - Nie ruszył się z 

miejsca. Przyglądał się jej rozpalonym policzkom, był zafascynowany dziwnym, 

jakby wystraszonym wyrazem jej oczu. To i tak nic nie pomoŜe, pomyślał. Zbyt 

background image

wiele wydarzyło się między nimi, Ŝeby teraz mogli tak bezkarnie spędzić kilka 

chwil w odosobnieniu. Ona teŜ o tym myślała, tak samo jak i on. I chociaŜ 

zachowywała pozorną obojętność, nie była w stanie zapomnieć tamtej nocy. 

Dlatego właśnie wciąŜ jeszcze tu była. 

Zdawał sobie sprawę, Ŝe nie potrafiłaby go odepchnąć, gdyby do czegoś doszło. 

Mogliby wspiąć się po drabinie na poddasze, a tam, pośród oszałamiającego 

zapachu siana i łoskotu gradu mogliby dokończyć to, co zaczęli tamtej nocy na 

balkonie... Pokręcił głową, chciał odgonić te myśli. Odsunął się od drzwi. Na 

szczęście grad nigdy nie pada zbyt długo. Za kilka minut będzie po wszystkim. 

Starał się opanować. Ona wciąŜ była tuŜ obok. I nadal nie miała pojęcia, kim on 

jest. Jedyne, co mógł zrobić, to starać się zmienić temat. 

- Obejrzałaś sobie ranczo? 

Trący była zaskoczona. CzyŜby miał zamiar zachowywać się jak człowiek? 

Dostrzegła na jego twarzy wysiłek, którego wcześniej nie zauwaŜyła. Ten 

człowiek starał się kontrolować. Postanowiła dać mu szansę. 

- Tak. Ben był tak uprzejmy i oprowadził mnie. 

- To dlaczego...? 

- Dlaczego jeszcze tu jestem? Bo muszę z tobą porozmawiać. Zarówno Ben, jak 

i Rachela nie chcieli rozmawiać ze mną o Jasonie i... 

- I sądzisz, Ŝe ja będę chciał o tym rozmawiać? 

- A jest jakiś powód, Ŝebyś nie chciał? 

- Nie ma o czym mówić - odparł chłodno. 

- Chcesz mi powiedzieć, Ŝe nie odpowiesz na kilka prostych pytań dotyczących 

Jasona? Dlaczego? 

Zastanowił się. Co takiego chciała wyciągnąć od Bena i Racheli? Na czym jej 

tak bardzo zaleŜało? 

- Jakie to pytania? - spytał uprzejmym tonem. Odetchnęła z ulgą. MoŜe wreszcie 

będzie z nią 

współpracował. 

background image

- Po śmierci Jasona ja przejęłam interesy i muszę przyznać, Ŝe byłam bardzo 

zdziwiona, kiedy okazało się, Ŝe pośród nieruchomości znajduje się ranczo. 

Chodzi o to, Ŝe cała reszta to budynki mieszkalne i biurowce. To po pierwsze. 

Po drugie: Jason, we wszystkich pozostałych przypadkach, był wyłącznym 

właścicielem, a tu ma wspólnika. Mając te informacje przyjechałam tu w 

poszukiwaniu odpowiedzi na pytanie: dlaczego? 

Nie prosił o informacje dotyczące jej Ŝycia, ale słuchał uwaŜnie. Podobał mu się 

wyraz jej twarzy, kiedy opowiadała. I te zielone oczy. Niestety, jej słowa 

brzmiały niepokojąco. Wiedział, do czego zmierza, i zastanawiał się, jak na to 

zareagować. Zdziwił się, kiedy nagle, zupełnie bez powodu, wpadła w 

zakłopotanie. 

- Widzisz, Jason nigdy nie wtajemniczał mnie w swoje interesy i zupełnie nie 

wiem, co o tym myśleć. 

Prawie natychmiast zapomniał o tym, co mówiła. W głowie została mu tylko ta 

jedna myśl: Jason nic jej nie mówił. Prawdopodobnie nie tylko w sprawach 

interesów zachowywał milczenie, ale i we wszystkich innych. Dlatego Tracy nie 

wiedziała, kim jest Slade Dawson. 

UwaŜnie przyglądał się jej wilgotnej sukience... Nawet tego nie zauwaŜyła, 

pochłonięta własnymi słowami. Nie zwróciła uwagi na nagłą zmianę wyrazu 

jego oczu. Gdyby nie była tak zajęta pragnieniem wykrycia prawdy, moŜe 

zauwaŜyłaby, Ŝe jego oczy rozpalają się blaskiem poŜądania. Twarz nadal nie 

wyraŜała niczego szczególnego, nawet kiedy przez dłuŜszą chwilę zatrzymał 

wzrok na łagodnej wypukłości jej piersi. 

',- ...zatem sam rozumiesz, Ŝe chciałabym zadać kilka prostych pytań. Na 

przykład: jak to się stało, Ŝe ty i Jason zostaliście partnerami? Czy on często 

bywał na ranczu...? 

- Nigdy tu nie był - przerwał jej. 

- Nigdy? - spytała z niedowierzaniem.  

- Nigdy - odparł. 

background image

- Nie rozumiem. 

- Nic na to nie poradzę. Zadałaś pytanie, więc odpowiedziałem. 

- A co z tą spółką? Jak do tego doszło? Dlaczego? Nadeszła pora na pierwsze 

kłamstwo. Trzeba się 

będzie juŜ tego trzymać: 

- Nie mam pojęcia, dlaczego twój mąŜ kupił to ranczo. Jeszcze zanim tu 

zamieszkałem. Nigdy się z nim nie widziałem. 

W miarę jak mówił, zaczynał zdawać sobie sprawę, Ŝe to tylko połowiczne 

kłamstwo. 

Tracy zastanowiła się. Próbowała złoŜyć krótkie odpowiedzi Slade'a w jedną, 

logiczną całość. Była prawie pewna, choć Rachela nie powiedziała tego 

wyraźnie, Ŝe ta starsza pani spotkała w swoim Ŝyciu Jasona Moorlanda. CzyŜby 

jeszcze przed narodzinami Slade'a? Z tego wniosek, Ŝe Jason był związany z 

ranczem duŜo wcześniej. Czy to moŜliwe? Poza tym, nic jeszcze nie wyjaśniało 

oporów Bena i Racheli przed rozmową o przeszłości. Czegoś w tym wszystkim 

brakowało. Trochę się juŜ dowiedziała, ale miała wraŜenie, Ŝe najwaŜniejsze 

wciąŜ jeszcze jest dla niej tajemnicą. Splotła ręce na piersi, odwróciła się i 

podeszła do okna. 

- JuŜ tylko deszcz pada - mruknęła cicho. Slade dopiero teraz oderwał się od 

swoich myśli. 

Z torby wyjął kurtkę. Podał jej i powiedział: 

- ZałóŜ to i biegnij do domu. 

- Dobrze - odparła, posłusznie zakładając kurtkę na ramiona. - Później jeszcze 

wrócimy do tej rozmowy. 

- Nie ma juŜ o czym rozmawiać - odparł oschle. Trący zesztywniała. 

- Powinieneś raczej powiedzieć, Ŝe ty juŜ nie masz ochoty kontynuować tej 

rozmowy. Gdyby rzeczywiście nie było juŜ o czym mówić, to dlaczego Rachela 

kazałaby mi zapytać o to wszystko ciebie? PrzecieŜ równie dobrze sama 

mogłaby mi powiedzieć. - Slade wpatrywał się w pustkę przed nim. Serce biło 

background image

mu coraz szybciej. Narastał w nim gniew. Nie chciał tego po sobie pokazać. 

- Staraj się nie wtykać nosa w nie swoje sprawy - powiedział najspokojniej, jak 

tylko potrafił. 

Był stanowczo zbyt zdenerwowany, Ŝeby nie wzbudzić jej podejrzeń. Tak jak 

Rachela, robił z igły widły. Przyjrzała mu się uwaŜnie. Jego szczęka była 

pokryta kilkudniowym zarostem po pobycie w górach. WciąŜ jednak biła z 

niego ta dziwna siła, którą usiłowała zlekcewaŜyć. Co było takiego niezwykłego 

w tym męŜczyźnie, Ŝe tak głęboko zapadł jej w umysł i serce? Zdała sobie 

sprawę, Ŝe mimo zarostu i wszystkich innych wad nie byłaby w stanie oprzeć 

mu się teraz... Wystraszyła się. Czy straciła juŜ do końca resztki rozsądku? 

Zawsze draŜnił ją brak dobrych manier. A Slade im bardziej był arogancki, tym 

bardziej wydawał się pociągający. Poczuła się zagubiona. JuŜ zupełnie nie 

wiedziała, jak zapanować nad emocjami i jak poradzić sobie z Dawsonem. 

Czego by nie zrobiła, zawsze naraŜała się na jakieś kłopoty. A tego właśnie 

zawsze starała się unikać. IleŜ łatwiej byłoby, gdyby udało się zmienić ich 

przedziwne wzajemne stosunki w coś bardziej neutralnego. Powinna 

przynajmniej spróbować. 

 - Slade, wydaje mi się, Ŝe źle to wszystko zaczęliśmy. Nie wiem dlaczego, ale 

coś jest nie tak od samego początku. Podajmy sobie rękę i zacznijmy jeszcze 

raz. Jesteśmy wspólnikami i chciałabym móc rozmawiać z tobą o ranczu i 

interesach, które nas łączą. Na przykład o twoich planach. Jestem przekonana, 

Ŝ

e masz jakieś pomysły, co do przyszłości naszego rancza, prawda? Jego oczy 

zwęziły sie wyraźnie. O co jej teraz chodziło? 

Mam pewne plany - przyznał. 

- Dotyczą tych pięknych koni? 

Slade był zaskoczony jej spostrzegawczością. Trafiła w najczulszy punkt. Do tej 

pory ranczo nie zostało zamienione w ośrodek hodowli i szkolenia koni tylko z 

braku środków na realizację marzeń Slade'a. „Double J" było dochodowe, ale 

nie aŜ tak, by udało się sfinansować takie przedsięwzięcie. 

background image

Ale juŜ dawno przysiągł sobie, Ŝe nie weźmie kredytu pod zastaw hipoteczny. 

Ziemia była zbyt cenna, Ŝeby tak ryzykować. Nawet, kiedy istniała szansa 

rozwoju hodowli koni. Nie był to jednak pomysł, którym chciałby się podzielić 

z kobietą, której za nic nie ufa. 

- Mam kilka pomysłów - powiedział zdawkowo. Trący odetchnęła z ulgą. 

.- Byłam pewna. Od razu widać, Ŝe bardzo dbasz o cały majątek. I byłam pewna, 

Ŝ

e musisz mieć sporo ciekawych projektów na przyszłość. Te konie... 

- Nie powinny cię interesować - przerwał nagle. - Masz jakieś zastrzeŜenia co do 

sposobu, w jaki prowadzę ranczo? Jeśli tak, powiedz wprost. Zagrajmy w 

otwarte karty. 

To zabolało. Zaoferowała mu przyjaźń, a on ją brutalnie odrzucił. Uniosła 

głowę: 

- Czego się boisz? Co próbujesz tak skrzętnie ukryć? 

- Rozmowa skończona - zaczął ostro. - Grad przestał padać, wracaj juŜ do domu. 

- Pójdę, ale wrócimy jeszcze do tej rozmowy, wtedy, kiedy pozbędziesz się 

wrogości wobec mnie. 

Odwróciła się i ruszyła w stronę drzwi. Slade otworzył je przed nią. 

- Idź i powiedz Racheli, Ŝe będę za chwilę. - Rzuciła mu wymowne spojrzenie, 

kiedy przechodziła obok. Dlaczego był taki oschły, taki surowy? Chciała 

zawrzeć z nim pokój. Oczekiwała przynajmniej współpracy. Było jej bardzo 

przykro, Ŝe to się nie udaje. 

- Slade... - westchnęła cięŜko i poprawiwszy kurtkę ruszyła do domu. 

Bliskość jej ciała, dziwne spojrzenie, zapach... Slade poczuł, Ŝe znowu dzieje się 

z nim coś dziwnego. Cholera jasna, ona była piękna. I jakaś inna... Świadomość, 

jak bardzo była inna i wyjątkowa, sprawiło, Ŝe chciał ją zatrzymać. Nie, musi 

panować nad sobą. 

- Nie rób tego - szepnął, starając się nie zauwaŜać blasku jej oczu. 

Szybkim krokiem szła przez mokre podwórko w stronę domu i zastanawiała się, 

czy to było złudzenie, czy rzeczywiście słyszała jakąś zmianę w jego głosie? 

background image

ZadrŜała. Miała nadzieję, Ŝe to tylko wyobraźnia podpowiedziała jej słowa, 

których w rzeczywistości nie chciałaby usłyszeć z jego ust. W takim razie 

dlaczego zawsze w jego obecności przebiegały jej po plecach dziwne dreszcze? 

Dobiegła do domu i zauwaŜyła, Ŝe błoto zupełnie zniszczyło jej buty. Weszła do 

kuchni. Rachela czekała na nią. W jej oczach widać było jeszcze ślad niepokoju. 

- Mój BoŜe, dziewczyno, czy ty nie masz juŜ dość chodzenia w taki deszcz? Daj, 

pomogę ci zdjąć te mokre ciuchy. - Natychmiast poznała kurtkę. - To Slade'a? 

- Tak. Powiedział, Ŝe będzie za chwilę. Jest teraz w stajni. 

- Dobrze, Ŝe juŜ wrócił. A teraz, młoda damo, maszerujemy na górę i proszę 

przebrać się w jakieś suche ubranie. 

Trący nie zwlekała. Nie marzyła o niczym innym, jak tylko o jakimś ciepłym, 

suchym ubraniu. Była juŜ prawie na piętrze, kiedy dogonił ją głos Racheli: 

- Kolacja będzie za pół godziny! 

- Dziękuję! - odkrzyknęła. Kiedy znalazła się juŜ w swoim pokoju, /szczękając 

zębami, zrzuciła mokrą sukienkę i bieliznę i zabrała się za poszukiwanie 

ciepłych ciuchów. Miała wraŜenie, Ŝe w ciągu kilku minut temperatura spadła o 

kilkanaście stopni. Znalazła grubą, jasnoniebieską bluzkę, biały sweter i czarne 

spodnie. Rzuciła to wszystko na łóŜko. Najpierw musiała poprawić makijaŜ i 

fryzurę. Kiedy usiadła przed lustrem, rozmyślała o wydarzeniach sprzed kilku 

minut. Doczekała się wreszcie Slade'a i mogła z tego powodu odczuwać pewną 

satysfakcję. Ale czy coś dzięki temu osiągnęła? 

Dowiedziała się kilku dziwnych rzeczy. Na przykład, Ŝe Jason nigdy nie był na 

ranczo. Co dziwniejsze miał pięćdziesiąt procent udziału w czymś, czego nie 

widział na oczy. To bardzo dziwne. Ale na tym nie koniec. Slade coś ukrywał, 

tak jak Rachela i Ben. Czy to miało coś wspólnego z zarządzaniem ranczem? 

MoŜe chodziło o pieniądze? Wątpiła, Ŝeby chodziło o malwersację. A więc co? 

UwaŜnie obserwowała swoje odbicie w lustrze. Dobrze wiedziała, Ŝe ci ludzie 

nie są złodziejami. Cokolwiek ukrywali tak uporczywie, nie miało to nic 

wspólnego z jakimkolwiek przestępstwem. CóŜ, zmarnowała juŜ tydzień, więc 

background image

te kilka dni więcej nie zrobi jej Ŝadnej róŜnicy. Postanowiła, Ŝe postąpi 

dokładnie tak, jak zapowiedziała to Slade'owi. Zostanie tak długo, aŜ on dojrzeje 

do tego, Ŝeby porozmawiać z nią zwyczajnie, szczerze. JeŜeli nie spodoba mu 

się ten pomysł, to juŜ będzie jego problem. Natomiast niecodzienne uczucia, 

które w niej wzbudzał były jej zmartwieniem. Oboje mieli o czym myśleć. 

Slade zobaczył Rachelę, jak tylko wszedł kuchennymi drzwiami do domu. 

Czekała na niego. W jej głosie słychać było troskę: 

- Cieszę się, Ŝe juŜ jesteś. Slade, powiedz mi, co masz zamiar zrobić z tą Trący? 

Powiesił mokry kapelusz na haku za drzwiami i pokręcił głową: 

- Nic, ona niebawem wyjedzie. 

- Nie moŜesz na to liczyć. Sądzę, Ŝe powinieneś powiedzieć jej prawdę. 

- Nie. - Krótko uciął rozmowę. 

Po chwili Rachela odezwała sie cicho: 

- Chyba ją źle oceniasz. Zrozumiałaby. 

- Zdecydowanie nie. 

- Dlaczego? Slade, bądź rozsądny. Ją to interesuje i ma chyba prawo znać 

prawdę... 

Slade ziewnął ostentacyjnie. Rachela przyglądała mu się z rosnącym 

zainteresowaniem. Miał prawo chronić i ukrywać swoją przeszłość. Gdyby 

powiedział wszystko, Trący mogłaby go przestać lubić. W głębi duszy Slade'owi 

zaleŜało na tym, Ŝeby go lubiła. 

- Slade... juŜ chyba czas, Ŝeby zapomnieć o tym wszystkim... 

- Nie martw się. Jakoś daję sobie z tym radę. Wyszedł z kuchni spręŜystym 

krokiem. Rachela 

zastanawiała się chwilę. Między nim i Trący coś było. MoŜe nie wiedzieli 

jeszcze o tym, ale tak było... 

 

 

 

background image

ROZDZIAŁ PIĄTY  

 

 

Trący zdziwiła się, kiedy zeszła na kolację i dowiedziała się, Ŝe Slade znów 

wyjechał do miasta. Rachela była bardzo zmieszana. Gorąco przepraszała za 

brak dobrych manier Slade'a. Potem powiedziała: 

r- Ben teŜ nie będzie z nami jadł. Zwykle w soboty jada ze swoja dziewczyną. 

Kochanie, mówiłam Sla-de'owi, Ŝe powinien zostać i porozmawiać z tobą, ale 

nie chciał mnie słuchać. 

- Nie ma sprawy, Rachelo. Rozumiem. Rozumiała, co on robi, ale nie mogła 

pojąć dlaczego. 

Najwyraźniej postanowił jej unikać wszelkimi sposobami, a sam fakt, Ŝe 

musiałby siedzieć z nią przy jednym stole, odczułby jako zdradę samego siebie. 

Tak ją to zirytowało, Ŝe nawet nie zwróciła specjalnej uwagi na przysmaki, które 

Rachela przygotowała na kolację. 

A moŜe to głupota, tak czekać na człowieka, który otwarcie okazuje niechęć do 

rozmowy? Ale jak śmie ją tak traktować? Nie mogła sobie przypomnieć, Ŝeby 

kiedykolwiek była aŜ tak wściekła na kogoś. Czuła się fatalnie, zwłaszcza kiedy 

przypomniała sobie, Ŝe oferowała temu człowiekowi swoją przyjaźń. To był 

kiepski pomysł. 

- MoŜe powinnam juŜ wrócić do domu? Rachela przyglądała się jej uwaŜnie. 

- Mam nadzieję, Ŝe zdołałaś zobaczyć wszystko, co cię interesowało? 

- Co? A, ranczo? Oczywiście. - Spojrzała na Rachelę. - Posłuchaj, Rachelo, 

wydaje mi się, Ŝe Slade stara się mnie unikać. Domyślasz się dlaczego?

 

 

Rachela odłoŜyła widelec i wyprostowała się. Widać było, Ŝe nie wiedziała, co 

na to odpowiedzieć. 

- Wolałabym, Ŝebyś nie zadawała mi takich pytań. 

- Dlaczego? Nie widzisz, co się ze mną dzieje? 

- Widzę. I sądzę, Ŝe masz prawo wszystko wiedzieć. Ale to nie ja powinnam ci 

background image

to powiedzieć. 

- A co to jest takiego, Ŝe nie moŜesz mi powiedzieć? Slade mówił, Ŝe Jason 

nigdy nie był na ranczo. 

Dlaczego w takim razie miał pięćdziesiącioprocentowy udział, skoro nawet 

nigdy się tu nie pofatygował? Ty juŜ wcześniej spotkałaś Jasona, prawda? 

Na twarzy Racheli pojawił się rumieniec. Wpatrywała się we własny talerz. 

Trący przyglądała się jej przez chwilę. 

- No dobrze, przepraszam. Nie powinnam naciskać. Mięśnie na twarzy Racheli 

stęŜały; Slade nie miał 

racji. Ona miała prawo poznać całą prawdę. I przez chwilę była gotowa 

wyrzucić z siebie wszystko, co wiedziała. Powstrzymywała ja tylko świadomość 

tego, Ŝe w ten sposób zdradziłaby Jemmę i Slade'a, których kochała całe Ŝycie. 

Cała ta sytuacja bardzo się jej nie podobała. Pochyliła się nad stołem i spojrzała 

Trący prosto w oczy. Jej wzrok wyraŜał wszystko, co w tej chwili czuła. 

- Zapytaj Slade'a jeszcze dziś wieczorem. Jak tylko wróci, zmuś go, Ŝeby ci 

wszystko powiedział. Nie ma najmniejszego powodu, by miał coś przed tobą 

ukrywać. To znaczy, ja nie widzę Ŝadnego takiego powodu. I chcę, Ŝebyś 

wiedziała: nie dziwię się, Ŝe chcesz poznać prawdę. Bardzo chciałabym ci 

pomóc, ale naprawdę nie mogę. Poczekaj na niego, potem przyciśnij go. Masz 

prawo poznać całą prawdę. 

Ciemne oczy Racheli wyraŜały coś jeszcze, coś, czego nie powiedziała. Trący 

poczuła dziwny lęk. 

- Zatem jest coś, co powinnam wiedzieć, tak? 

- Tak. Powinnaś go zmusić, Ŝeby ci to powiedział. 

To moŜe być bardzo waŜne dla ciebie. PomoŜe ci podjąć decyzję. MoŜe nie 

będziesz juŜ chciała zatrzymać swojego udziału w ranczu... 

Około dziesiątej wieczorem burza ucichła i przerodziła się w cichy, spokojny 

deszcz. Krople rytmicznie uderzały o balkon. Trący wsłuchiwała się w senny 

rytm leniwych uderzeń deszczu. Zostawiła jedynie lekko uchylone drzwi na 

background image

balkon, Ŝeby choć trochę świeŜego, czystego powietrza mogło dostać się do 

pokoju. LeŜała bez ruchu na łóŜku i rozmyślała. 

Westchnęła cięŜko i przewróciła się na drugi bok. WciąŜ była w ubraniu i było 

jej bardzo niewygodnie. Ale spodnie i sweter były lepszym strojem na nocne 

rozmowy niŜ jedwabna koszulka. Teraz, nabrała juŜ dystansu do Slade'a i 

zamierzała go zachować. 

Po raz kolejny sprawdziła zegarek. Była jedenasta trzydzieści. Powieki jej 

opadały. Rachela spała juŜ od dawna. Bena nie było. W domu panowała 

absolutna cisza. Znów przypomniała sobie słowa Racheli. Ona była po jej 

stronie. O ile w tej sytuacji moŜna było w ogóle mówić o stronach. Trący nie 

mogła mieć Ŝadnych pretensji do Racheli za to, Ŝe odmówiła jej odpowiedzi na 

wszystkie pytania. Musiała przecieŜ być lojalna wobec Slade'a, wystarczy, Ŝe 

sprzeciwiła się jego milczeniu. 

Zdrzemnęła się. Kiedy sie obudziła, było dziesięć po dwunastej. Usiadła na 

łóŜku i przetarła oczy. Podeszła do okna. Chciała zaczerpnąć trochę świeŜego, 

chłodnego powietrza. 

Co Slade mógł robić, podczas gdy ona czeka tu i marznie? Ze swoim wyglądem 

zapewne zwykle nie cierpi na brak damskiego towarzystwa. Przypomniała sobie 

uwagę Racheli: „zwykle dostaje to, czego chce". Trący zrobiło się głupio. Slade 

pewnie spędza sobotni wieczór z jakąś kobietą. I prawdopodobnie nie martwi go 

to, Ŝe Trący doprowadza siędo stanu krańcowego wyczerpania, czekając aŜ 

łaskawie wróci do domu. Zastanowiła się przez chwilę. Teraz zrozumiała, Ŝe 

postępuje głupio. PrzecieŜ Slade moŜe w ogóle nie wrócić na noc. A to, Ŝe ona 

doczeka bladego świtu z opuchniętymi oczami wcale nie ułatwi sprawy. Szybko 

przebrała się w świeŜą, jedwabną koszulę nocną w kolorze brzoskwini. 

Pościeliła łóŜko i wśliznęła się pod koc. Zasnęła prawie natychmiast. 

Obudziła się nagle. Czuła przyspieszony rytm własnego serca. Z pokoju Slade'a 

dobiegały hałasy. Widocznie nawet przez sen czekała na jego powrót. Spojrzała 

na zegarek. Była za dwadzieścia pierwsza. Spała tylko pół godziny! Energicznie 

background image

wyskoczyła z łóŜka. Była zła na siebie, Ŝe nie wytrzymała i połoŜyła się spać, 

zanim wrócił. To była szansa na poznanie prawdy o „Double J" i miała zamiar tę 

szansę wykorzystać jeszcze tej nocy. NiewaŜne, jak bardzo jemu to będzie nie 

na rękę. Kiedy ubierała się w pośpiechu, słyszała niemal kaŜdy szelest 

dobiegający z jego pokoju. UwaŜnie wsłuchiwała się w odgłosy jego kroków i 

zastanawiała się, czy Slade wrócił juŜ na dobre do domu, czy teŜ przyjechał 

tylko na chwilę i zamierza znowu wyjść. Nawet gdyby tak było, postanowiła, Ŝe 

tym razem nie pozwoli mu uciec. Do tej pory tak skutecznie udawało mu się jej 

unikać, Ŝe tym razem była gotowa na wszystko, Ŝeby go zatrzymać. Była 

gotowa nawet pójść do jego pokoju. 

Wyszła na balkon. Chłodne, wilgotne powietrze rozwiało resztki senności. Z 

okna pokoju Slade'a padała smuga światła. Trący podeszła bliŜej i zajrzała do 

ś

rodka. Stał odwrócony plecami do niej. UwaŜnie przyglądał się czemuś w 

Wielkiej szafie. Miał na sobie tylko dŜinsy, nic więcej. Trący drgnęła. Na 

ułamek sekundy zawahała się, czy przypadkiem Slade nie zrozumie źle jej 

nocnej wizyty. ZaleŜało jej bardzo na tej rozmowie, ale nie było jej stać na 

jakiekolwiek niedomówienia, więc jeŜeli on... W tym momencie zamarła w 

bezruchu. Była przeraŜona. Slade raptownie odwrócił się do okna i patrzył 

wprost na nią! 

Co on sobie pomyśli?! Posądzi ją o podglądanie po nocy... Musiała działać 

szybko. Wzięła głęboki oddech i zapukała w szybę. Obserwowała go, jak 

podchodził do okna. Starała się nie zwracać uwagi na jego nagą pierś, na 

rozpięty pasek spodni. Z całej siły wpatrywała się w te szare, nieŜyczliwe oczy. 

Widać było, Ŝe niedawno wrócił ze swojej wycieczki - włosy jeszcze miał 

mokre od deszczu. Na twarzy błąkał się jakiś dziwny, nieszczery uśmiech. 

Otworzył drzwi i, zanim zdąŜył cokolwiek powiedzieć, Trący zaczęła szybko: 

- Muszę z tobą porozmawiać. 

- Jest juŜ po północy - odparł chłodno. Jego wzrok przebiegł po jej błękitnym 

szlafroku. Nawet nie starał się tego ukryć. 

background image

- Czy to nie moŜe poczekać do rana. 

- Rano wyjeŜdŜam. I muszę z tobą porozmawiać. WyjeŜdŜa? Slade poczuł 

jednocześnie ulgę i dziwne 

uczucie Ŝalu. Jakby coś tracił. 

- I wyjeŜdŜasz przed świtem? - spytał ironicznym tonem. 

- Oczywiście Ŝe nie. Ale poniewaŜ masz zwyczaj znikać w najmniej stosownych 

momentach, nie jestem pewna, czy będziesz tu przed moim wyjazdem. 

Wiedział doskonale, o co chodzi. Trący postanowiła poznać całą prawdę o 

„Double J" przed wyjazdem. I nie zamierzała z tego zrezygnować. A to wróŜyło 

kłopoty. Niepokoiła go równieŜ z innego powodu. Było w niej za duŜo ciepła, 

miękkości. Bardzo mu tego w Ŝyciu brakowało. Zaczął się zastanawiać, co teŜ 

jest pod tym szlafrokiem? To był błąd, Ŝe tu przyszła. Ale czy ona zdawała sobie 

z tego sprawę? 

- Będę tu rano. Wtedy moŜemy porozmawiać, 

- O, nie! JuŜ nie wierzę w takie obietnice. A jest kilka rzeczy, których muszę się 

dowiedzieć. I to od ciebie! - powiedziała to duŜo głośniej, niŜ zamierzała. 

Raptownie obniŜyła ton. 

- Rachela wie, Ŝe zamierzałam z tobą porozmawiać, więc jeśli nawet nas 

usłyszy, nie będzie zaskoczona... - Zarumieniła się, kiedy zdała sobie sprawę, 

jak mogły zostać zrozumiane jej słowa. Slade teŜ zmienił się na twarzy. 

Pojawiło się na niej coś więcej, niŜ tylko złość... 

- Nie powinnaś przychodzić do pokoju męŜczyzny o tej porze. 

- Mam nadzieję, Ŝe jesteśmy oboje wystarczająco dorośli, Ŝeby móc dokończyć 

tę rozmowę, prawda? 

- O, tak, jesteśmy oboje dorośli - powiedział z cynicznym uśmiechem. 

Zastanawiał się, jak to się stało, Ŝe ona jeszcze nie dostrzegła 

niebezpieczeństwa? MoŜe nie dbała o takie drobiazgi? Znowu opętało go to 

dziwne uczucie. Byli sami, pośród ciemnej nocy. A ona była tak blisko... Był 

męŜczyzną. 

background image

- No, dobra. - Otworzył szerzej drzwi. - Ale niczego nie obiecuję. 

- Nie interesują mnie Ŝadne obietnice - powiedziała wchodząc do środka. - Liczę 

na odrobinę uczciwości dla odmiany. Szczerość za szczerość. 

- Szczerość? - Podszedł do łóŜka i usiadł. Przyglądał się jej rozbawionym 

wzrokiem. - No, dobrze, a cóŜ to nie mogło poczekać do rana? Jaka to nagła 

sprawa sprowadza cię do mnie o tej porze? 

- Sądzę, Ŝe dobrze wiesz - odparła. WciąŜ stała na środku pokoju. 

- Twój, świętej pamięci, czcigodny małŜonek. 

- Właśnie. 

Slade oparł się wygodnie o zagłówek i wyciągnął swobodnie nogi. 

- Mówiłem ci juŜ, Ŝe nigdy nie widziałem tego faceta. Myślisz, Ŝe skłamałem? 

- O to właśnie chodzi, Ŝe nie wiem, co myśleć. Dlatego tu jestem. 

Rozejrzała się po pokoju. Pomieszczenie miało bardzo męski charakter. Niemal 

pustelnia. Surowe łóŜko, prosta szafa, jedno krzesło. śadnych ozdób, Ŝadnych 

upiększeń. Ich spojrzenia spotkały się na chwilę. 

- Rano wracam do domu, ale nie wyjadę, dopóki nie uzyskam odpowiedzi na 

moje pytanie. Teraz twój ruch. JeŜeli nie chcesz, Ŝebym tu dłuŜej została, co juŜ 

dość jasno dałeś mi do zrozumienia, musisz tylko trochę ze mną porozmawiać. 

Ale zupełnie szczerze. 

Nawet nie poprosił, Ŝeby usiadła. W pokoju było tylko jedno krzesło, a na nim 

suszyła się koszula. Brak dobrych manier Slade'a był coraz bardziej irytujący. 

Spojrzała na niego chłodno i pewnym krokiem podeszła do krzesła, zdjęła 

energicznie koszulę i przez chwilę stała niezdecydowana, co z nia zrobić. 

- Rzuć tutaj - powiedział i wyciągnął rękę. Podeszła bez słowa do łóŜka i 

wręczyła mu ją. Wolałaby, Ŝeby Ją na siebie włoŜył... Usiadła na krześle. 

- Dlaczego jesteś taka podejrzliwa? - mruknął. 

- Przez ciebie. - Poprawiła szlafrok, Ŝeby szczelnie zasłaniał jej nogi. - I przez 

Rachelę. Nawet przez Bena. Widzisz, coś tu się dzieje, a wy wszyscy chcecie, 

Ŝ

ebym o niczym nie wiedziała. I zachowujecie się w sposób wzmagający moją 

background image

ciekawość. 

- Na przykład jak? - jego twarz nie wyraŜała absolutnie nic. 

- Na przykład ta twoja, niewytłumaczalna dla mnie, arogancja wymierzona 

przeciwko mnie od pierwszej chwili mojego pobytu. Na przykład to, Ŝe Rachela 

odmówiła mi odpowiedzi na proste pytanie, czy Jason tu bywał. Na przykład... 

- I jesteś pewna, Ŝe nie masz zbyt bujnej wyobraźni? przerwał jej lodowatym 

tonem.

 

 

- A sugerujesz, Ŝe tak jest? JuŜ wcześniej mówiłam ci, Ŝebyś nie brał mnie za 

idiotkę. Cholera, doskonale wiesz, Ŝe to nie moja wyobraźnia! To jakaś 

idiotyczna insynuacja. Przez chwilę przyglądali się sobie w milczeniu. 

- Slade, powiedz prawdę. Powiedz mi o powiązaniach Jasona z „Double J". Jak 

do tego doszło? 

Raptownie usiadł na łóŜku i postawił stopy na podłodze. 

- A moŜe ja ci nie chcę tego powiedzieć? 

- I jeszcze masz czelność wmawiać mi, Ŝe to sprawa mojej wyobraźni? Co moŜe 

być tak strasznego, Ŝe nie moŜesz mówić? 

Według Slade'a nie nadawała się na oficera śledczego. Wyglądała jak mały, 

niewinny, miękki kociak. Była bardzo kobieca. Za bardzo. Miała lekko 

wzburzone włosy. W tym świetle wyglądały jak ciepła, jasna poświata wokół jej 

twarzy. W oczach czaiło się skrępowanie. Slade poczuł, jak rozpala się w nim 

płomień... 

- Dlaczego wyszłaś za tego starego? - spytał niespodziewanie. 

- Co? - spytała, zaskoczona pytaniem. Nie odpowiedział. Wpatrywał się w nią 

dziwnym wzrokiem. 

- Dlaczego mnie o to pytasz? - szepnęła. 

- Nie spodziewałaś się takiego pytania po tamtej nocy? 

- On nie był stary. Jak moŜesz tak o nim mówić? PrzecieŜ nawet go nie znałeś. - 

Starała się nie dostrzegać blasku jego oczu- ...i nie przyszłam tu, Ŝeby 

omawiać... tę noc. To nigdy nie powinno było się wydarzyć. Sama nie wiem, jak 

background image

do tego doszło. 

- Nie moŜesz być aŜ tak naiwna, jak to próbujesz przedstawić. - Slade wstał i 

zaczął chodzić po pokoju. Przyćmione światło lampy załamywało się na 

opalonej skórze jego pleców, podkreślając ich muskulaturę. 

- To mogło się powtórzyć. Nawet teraz! Dziś w stajni... Nie mów mi, Ŝe nie 

zdajesz sobie z tego sprawy! 

Zaschło jej w gardle. Przyglądała mu się z rosnącym niepokojem. 

- To nie ma nic wspólnego z Jasonem - powiedziała niepewnie. 

- A jak myślisz, dlaczego naprawdę wyjechałem, co? - dodał ciszej nie patrząc 

na nią. Jakby nie zwrócił uwagi na to, co powiedziała. Odwrócił się do niej, 

spojrzał jej w oczy: 

- No, jak myślisz, dlaczego? 

- Nie wiem, dlaczego - wyznała. - Ale domyślam się, Ŝe miało to coś wspólnego 

z tym, co tak starannie przede mną ukrywacie. Z tym, o czym nikt nie chce ze 

mną rozmawiać. 

Uśmiechnął się. Pokręcił głową i rzekł ironicznym tonem: 

- Oczywiście Ŝe nie dlatego, iŜ nie mogę się opanować na widok twojego 

pięknego ciała. No, moŜe nie jest to najmądrzejsze z mojej strony, szanowna 

pani, ale muszę się przyznać, Ŝe tamta scena na balkonie ani na moment nie daje 

mi spokoju. 

Zamarła w bezruchu, wpatrywała się w niego szeroko otwartymi oczami. 

Dlaczego on jej to teraz powiedział? Nie o tym chciała mówić. Czy miał to być 

fortel = zepchnąć rozmowę na taki temat, z którym trudno jej będzie dać sobie 

radę? Nagle poczuła narastające napięcie. Takie samo jak wtedy, na balkonie... 

Czas zatrzymał się w miejscu, a oni tylko patrzyli na siebie. Deszcz zaczął jakby 

głośniej uderzać w dach. Pokój wypełniła aura niepewności, oczekiwania... 

Podszedł do niej. W jego oczach dostrzegła, jak cięŜką walkę toczy sam ze sobą. 

- Wracaj do swojego pokoju. Wynoś się stąd, zanim nie będzie za późno...

 

 

DrŜały jej nogi, kiedy wstawała. Wszystko działo się jakby w zwolnionym 

background image

tempie. Czuła się zagubiona. Tylko kilka metrów dzieliło ją od balkonu, a miała 

wraŜenie, Ŝe to setki kilometrów. Myśli miała zmącone, rozsądek zagłuszony 

niesamowitą siłą magnetyzmu męŜczyzny stojącego o krok od niej. Powinna 

wyjechać natychmiast. Nawet nie poznawszy prawdy. Lepiej, Ŝeby rozmyślała o 

tym do końca Ŝycia, niŜ teraz Ŝeby pozwoliła... Ruszyła w stronę drzwi. 

Zatrzymała się na chwilę, obejrzała się na niego i spytała: 

- Nie masz zamiaru powiedzieć mi niczego O Ja-sonie, tak? - głos jej drŜał... 

Zacisnął pięści. W tym wszystkim było tyle okrucieństwa, Ŝe potrafił sobie z 

nim poradzić tylko wściekłością. Zdawał sobie sprawę, kim jest ta kobieta. 

Dobrze wiedział, Ŝe nigdy jeszcze nie pragnął tak bardzo Ŝadnej innej. Ta 

ś

wiadomość była bardzo gorzka. Sam do tego doprowadził. Przez ten swój głupi 

pomysł zemsty na pewnym zimnym, nieczułym człowieku, którego nawet nie 

spotkał w Ŝyciu. Którego widział tylko na starych fotografiach... 

Zdjęcie! PrzecieŜ właśnie oglądał zdjęcia, kiedy usłyszał Trący. Spojrzał na 

niską komodę koło szafy. WciąŜ tam leŜały! Zdał sobie jednak sprawę, Ŝe nawet 

gdyby przypadkiem je zauwaŜyła nie domyśliłaby się, Ŝe to Jason Moorland i 

jego Ŝona Jemma Dawson. Na szczęście zdjęcie było zrobione dawno temu i 

oboje na zawsze pozostali na nim młodzi i uśmiechnięci. Obejmowali się. Byli 

szczęśliwi. Nie, to niemoŜliwe, Ŝeby Trący rozpoznała na tym zdjęciu swojego 

męŜa. Spojrzał na nią. Wyglądała cudownie. Zrobił jeszcze jeden krok w jej 

kierunku. 

- To nic takiego, o czym powinnaś wiedzieć - powiedział głucho. - Jutro wracasz 

do domu. Jedź i zapomnij, Ŝe kiedykolwiek tu byłaś. 

- O czym niby mam zapomnieć? O tygodniu upokarzającego czekania? Jesteś 

kawał drania, Slade. Nie wiem, co zamierzałeś... - przerwała na chwilę, 

zamrugała powiekami, Ŝeby powstrzymać napływające łzy. - Nie wiem, czy 

sprawi ci to duŜą satysfakcję, ale powinieneś wiedzieć, Ŝe ten pobyt nic dobrego 

mi nie dał! - Odwróciła się i ruszyła niepewnie w stronę drzwi. Nic nie widziała, 

nie była juŜ w stanie dłuŜej powstrzymywać wielkich, gorących łez. Poczuła, Ŝe 

background image

jest tuŜ za nią, Ŝe kładzie jej delikatnie rękę na ramieniu, Ŝe chce ją zatrzymać... 

- Tracy... - wyszeptał łamiącym się głosem. Przez łzy spojrzała na jego szeroki 

tors. Odwróciła głowę. 

- Proszę... - powiedziała cicho. Nie chciała, Ŝeby widział, Ŝe płacze. 

- Przepraszam. - Jego usta były tuŜ koło jej ucha. - Przepraszam. Nie chciałem... 

uwierz mi... Nie powinnaś. To ciebie nie dotyczy. - Zapomniała o łzach. 

Raptownie uniosła głowę. 

- Co mnie nie dotyczy? Powiedz mi wreszcie! 

Na jego twarzy malowało się cierpienie. Był tak blisko. Dotykał jej, czuła uścisk 

jego silnych palców. Powoli jej złość ustępowała miejsca współczuciu. 

- Powiedz mi, o co tu chodzi. Proszę. Przez chwilę milczał, wpatrywał się w nią. 

- Sprzedaj mi swoją część rancza - odezwał się niespodziewanie. 

- Sprzedać ci? - była zaskoczona. - Mówisz powaŜnie? 

- Tak. Księgowi mogą przecieŜ wycenić twoją część, a ja zapłacę ile trzeba. 

Sprzedaj mi je, Trący. Dla ciebie ono nic nie znaczy. Pozwól mi mieć całe 

„Double J". 

Przyszło jej do głowy mnóstwo pytań. 

- A próbowałeś je kupić od Jasona? 

- Nie. 

- Jestem zaskoczona - przyznała. - Nie mogę ci od razu odpowiedzieć. 

Potrzebuję trochę czasu... Przynajmniej muszę się zastanowić. 

- A zastanowisz się? 

- Tyle mogę obiecać. 

- Dasz mi znać, co postanowisz? 

- To teŜ mogę zrobić. 

Była zaskoczona łatwością, z jaką Slade zmienił temat. Widziała, jak się jej 

bacznie przygląda. Sięgnęła do klamki. 

- MoŜe jak juŜ wszystko będzie twoją własnością, przestaniesz być taki 

tajemniczy. 

background image

- MoŜe... - odparł. 

- To będzie warunek naszej umowy. Jeśli pozwolę ci wykupić mój udział, będę 

chciała wiedzieć wszystko o Jasonie. Wszystko, co ty wiesz. KaŜdy szczegół. 

- Kochałaś go? - Jego oczy zwęziły się niebezpiecznie. 

Nie spodziewała się takiego pytania. Nie ze strony Slade'a. Nie potrafiła ukryć 

zaskoczenia. 

- A cóŜ to za dziwne pytanie? Czy to ma dla ciebie jakieś znaczenie? 

- Jesteś młoda, piękna, inteligentna. Nie mogę uwierzyć, Ŝe naprawdę kochałaś 

tego starego. 

- On nie był stary! MoŜe był starszy ode mnie, ale był pełen Ŝycia, był aktywny, 

energiczny. Dlaczego mówisz o nim, jakby był z zamierzchłych czasów? 

- Był dobrym kochankiem? 

- BoŜe! Czy myślisz, Ŝe mam zamiar rozmawiać z tobą o małŜeńskim, 

intymnym Ŝyciu?! 

Jego usta wykrzywił cyniczny uśmiech, oczy miał ciemne i gorące. Działał 

szybko. Pochwycił ją w ramiona i objął stalowym uściskiem, przywarli do 

siebie. 

- No, powiedz, był? 

Zmusił ją, aby spojrzała mu w oczy. Czuł, Ŝe kierowała nim jakaś potęŜna siła, 

nienawidził jej, ale nie umiał się sprzeciwić. Chciał, Ŝeby powiedziała mu, Ŝe 

nigdy nie kochała Jasona Moorlanda. Musiał to usłyszeć i nawet strach malujący 

się na jej twarzy nie mógł go powstrzymać. 

- No, był? 

Oddech miała przyspieszony. Jej piersi dotykały jego torsu. Czuła, jak w 

lędźwiach zaczyna się drŜenie - takie jak wtedy... W jego oczach, 

przypominających teraz najczystsze diamenty, pojawiły się błyski. ZbliŜył się 

jeszcze bardziej do niej, przylgnęli do siebie całą długością ciał. Poczuła jego 

narastającą twardość. 

- Naprawdę go kochałaś? - nalegał. Uniósł głowę zacisnął mocno powieki, jego 

background image

twarz wyraŜała ból i cierpienie. 

- Po co ty tu w ogóle przyjechałaś? 

Tracy zdawała sobie sprawę, jak bardzo jej pragnął i z jakim wysiłkiem starał 

się zapanować nad sobą. Ale dlaczego? Przyglądała mu się, była bardziej 

zakłopotana niŜ kiedykolwiek. Obejmował ją bardzo mocno, ledwie mogła się 

ruszyć. Chciał przerwać uścisk, ale nie miał tyle siły, nie potrafił. " - Co się 

stało, Slade? 

- Och...-jęknął głucho i dotknął ustami jej włosów. 

- Tak bardzo cię pragnę. - Wyszeptał z trudem. 

- Powinienem był wyjechać wcześniej. Nie powinniśmy do tego dopuścić. 

Myślałem, Ŝe juŜ wyjechałaś do domu. Dlaczego tego nie zrobiłaś? 

- JuŜ ci powiedziałam dlaczego - odparła miękko. Delikatnie dotykała twarzą 

jego piersi. Włosy łaskotały ją po policzku. Pó plecach przebiegł dreszcz. Czuła 

dziką, nieokiełznaną rozkosz, wiedząc jak bardzo jej pragnie. Jeśli miał 

jakiekolwiek wątpliwości, to tylko dlatego, Ŝe sam je w sobie rozbudził. Ona 

czuła do niego dokładnie to samo, co podczas ich pierwszego zbliŜenia. 

- Jutro wyjeŜdŜam. - Sama nie wiedziała, dlaczego to powiedziała i przylgnęła 

do niego jeszcze mocniej. 

- Tracy - szepnął. - MoŜe... moŜe jestem słaby, ale... - odsunął się od niej na tyle, 

by mogła unieść głowę. Delikatnie ujął ją pod brodę. - Tak bardzo chcę cię 

pocałować... - ZbliŜył swoje usta do jej ust. Ten pocałunek miał w sobie tyle 

Ŝ

aru, Ŝe oboje zapłonęli najgorętszym płomieniem... 

Czuła, Ŝe ją rozbiera, ale oczy miała wciąŜ zamknięte. Szlafrok opadł na 

podłogę, ramiączka koszuli zsunęły się. Jego usta powędrowały niŜej, delikatnie 

całował jej piersi, jego język wędrował niecierpliwie, oddychał głośno, szybko. 

Po chwili jej koszula była juŜ tylko kupką jedwabiu na podłodze. Uniósł ja 

delikatnie i przeniósł na łóŜko. Szybko zdjął spodnie. Nagi, wspaniały, 

podniecony aŜ do bólu mocno ujął jej biodra. 

- Trący, jesteś taka piękna. - Dłonie Slade'a błądziły po jej piersiach i niŜej, aŜ 

background image

do łagodnego wcięcia jej talii. Wszystko stało się tak szybko. Jeszcze przed 

chwilą sprzeczali się, a teraz oboje byli w łóŜku. Nie miało to Ŝadnego 

znaczenia. Nic juŜ nie miało znaczenia. Czuła tylko bolesne poŜądanie. Mgliście 

zdała sobie sprawę, Ŝe pragnęła go od pierwszej chwili, kiedy go zobaczyła. 

Nawet nie próbowała usprawiedliwiać tego, niezwykłego dla niej, zachowania. 

Nigdy wcześniej nie spotkała męŜczyzny, któremu uległa od razu. Ale jeśli 

chodziło o niego, zupełnie nie potrafiła zapanować nad emocjami. Objęła go za 

szyję i przyciągnęła ku sobie. Ledwie słyszalnym głosem szepnęła: 

- Pocałuj mnie. Kochaj się ze mną. 

Z jego piersi wydobył się głuchy pomruk, przywarł ustami do jej rozchylonych, 

wyczekujących warg. Poczuła jego gorący, niecierpliwy język. Wszedł między 

uda i wdarł się głęboko w jej wilgotne ciepło. Jej pocałunki stały się jeszcze 

bardziej zachłanne. JuŜ nie potrafiła się kontrolować. Ich ruchy stały się 

nieopisanie Ŝarliwe. Wszystko przestało istnieć. Rozpoczęła się szalona podróŜ 

ku gwiazdom. PodróŜ namiętna, upojna, bez końca... 

Nadszedł oczekiwany spokój spełnienia. LeŜeli chwilę bez ruchu, rozkoszując 

się tą chwilą. Powoli wracali do rzeczywistości. Czuła, Ŝe jest szczęśliwa, 

odpręŜona. Była zachwycona. Nigdy jeszcze nie przeŜyła czegoś podobnego. 

Jeszcze Ŝaden męŜczyzna nie dał jej tyle radości. Kochali się jak zwierzęta, 

nieskrępowani Ŝadnymi barierami. Po raz pierwszy chciała oddać się całkowicie 

i czuła, Ŝe on teŜ dał z siebie wszystko. 

Rozpamiętując chwile rozkoszy zaczęła delikatnie dotykać odpręŜonych, 

spoconych pleców Slade'a. Czuła, Ŝe sprawia mu ta przyjemność. Uniósł głowę. 

Ich oczy spotkały się. 

Nie rozmawiali. Nawet nie uśmiechali się do siebie. Jej dłoń przerwała 

wędrówkę po jego plecach. Przyglądali się sobie uwaŜnie, jakby chcieli 

zapamiętać najdrobniejsze szczegóły. Slade zwilŜył językiem wyschnięte wargi. 

BoŜe, myślał Slade, gdyby ona znała prawdę... 

Jego ciałem owładnął ból, zmienił się wyraz jego oczu. Trący zauwaŜyła to i 

background image

spytała z trwogą w głosie: 

- Co sie stało, Slade? 

Wiedział, Ŝe nie moŜe pozwolić jej przywiązywać zbyt wiele uwagi do tego, co 

się stało. 

- Niezła jesteś - powiedział bezbarwnym głosem. Trący poczuła nagłe ukłucie w 

sercu. A więc dla 

niego to była tylko zabawa. I pewnie tego samego oczekiwał od niej. CóŜ, 

chwila sportu nie musi być przecieŜ pełna uczucia... Potrafi być tak samo zimna 

jak on. Uśmiechnęła się. Bardzo się starała, Ŝeby wyglądało to swobodnie, 

naturalnie. Nie powinien się zorientować. 

- Jeśli nawet, to tylko dzięki tobie - odparła udając beztroskę. 

Przyglądał się jej uwaŜnie. Chwała Bogu, nie zamierza robić z tego wielkiej 

sprawy, pomyślał. Czy wyjedzie juŜ teraz? Nie dowiedziała się jeszcze niczego 

na temat związku Jasona Moorlanda z ranczem, ale moŜe nie wróci juŜ do tego. 

Miał nadzieję, Ŝe będzie teraz myśleć o czymś innym. JeŜeli okaŜe się to 

konieczne, gotów był odwracać jej uwagę aŜ do rana... I tak juŜ zrobił najgorsze. 

Czy długa noc spędzona na uprawianiu miłości moŜe go jeszcze bardziej 

pogrąŜyć? Czy istnieje coś gorszego niŜ zbrodnia, którą juŜ popełnił...? 

Jego ruchy stały się bardzo delikatne, dotykał lekko jej rozpuszczonych włosów. 

Były takie puszyste, takie miękkie. 

- Jesteś piękna - powiedział głośno, jakby zapominając o tym, Ŝe przed chwilą 

określił ją „niezła". Rzeczywiście była „niezła", nawet doskonała, ale piękna 

przede wszystkim. Zdaje się, Ŝe juŜ na zawsze stanie się jego cząstką... Nigdy 

nie moŜe się o tym dowiedzieć. 

Westchnął cicho i zaczął obsypywać całe jej ciało deklikatnymi pocałunkami. 

Była zaskoczona. Zupełnie nie wiedziała, jak ma się zachować. PrzecieŜ 

powinna... nie, nic nie powinna. Przymknęła oczy. JuŜ wiedziała - zrobi to. 

Mocno objęła go za szyję i palcami rozczesywała jego gęste włosy. Czekała. 

On całował jej usta. Chciwie. 

background image

 

 

ROZDZIAŁ SZÓSTY 

 

 

Jak w takiej sytuacji czułaby się kaŜda inna myśląca I kobieta? Kolejne fale 

uniesienia rozwiały wątpliwości. Slade rozbudził jej zmysły i teraz oboje 

współgrali idealnie w tej doskonałej pieśni o uczuciu. Pierwsze I wspólne 

doznania nie poszły w zapomnienie, choć wiele cudownych chwil nastąpiło po 

nich. Trący czuła się szczęśliwa. Slade delikatnie pieścił jej ciało. MoŜe nawet 

zbyt delikatnie jak na człowieka, który robi to bez Ŝadnego zaangaŜowania 

uczuciowego. Jak te twarde, mocne dłonie mogły dotykać jej tak subtelnie? 

Niczym skrzydło motyla. Ale naleŜały do człowieka, który robił to tak, jak tylko 

potrafią zakochani. ! CzyŜby więc...? Badawczo przyglądała się wyrazowi jego 

twarzy. Miała wraŜenie, Ŝe odsłoniła się ta część osobowości Slade'a, o której 

istnieniu on sam nie miał dotąd pojęcia. Zwykle przywdziewał maskę arogancji, 

oschłości, szorstkości. Ale intuicja podpowiadała jej, Ŝe niewielu ludzi 

dostrzegało czułość, do jakiej był zdolny, i którą wystarczyło tylko obudzić. 

Kochali się przy zapalonym świetle. śadne z nich nie zauwaŜyło tego. Nie 

przeszkadzało im. Później wstał i chciał je zgasić. 

- Zostaw - poprosiła. - Chcę patrzeć na ciebie. 

Przyglądali się sobie. Pewnie zarumieniłaby się, gdyby spostrzegła, jak ją 

obserwuje. Ale ona była zajęta czymś innym. Bardzo jej się podobał. Był 

uosobieniem męskości, od czubka głowy i tej gęstej czupryny, aŜ po smukłe 

stopy. Mocno, muskularnie zbudowany, opalony tylko od pasa w górę – dowód 

na to, Ŝe często pracował bez koszuli. Nie miał czasu na pielęgnację 

równomiernej opalenizny. 

Był taki inny, niŜ ci wszyscy męŜczyźni, których znała, pomyślała dotykając 

jego uda. Zastanawiała się, czy miał kiedykolwiek w, ręku rakietę tenisową i 

background image

omal się nie roześmiała wyobraŜając go sobie w tenisowych szortach. Swoją 

budowę zawdzięczał nie aerobikowi, nie bieganiu, nie walce z nadmiarem 

kalorii, tylko cięŜkiej pracy fizycznej, godzinom spędzonym w siodle, kiedy 

przemierzał ranczo i sprawdzał, czy wszystko było w porządku. Tak, był inny, 

ale czy to nie ta inność była najbardziej pociągająca? 

- O czym myślisz? - spytał. 

Niewiele rozmawiali i to pytanie bardzo ją ucieszyło. Uśmiechnęła się ciepło. 

Mogła powiedzieć prawdę: 

- O tobie. 

- Coś waŜnego? 

- MoŜe. Masz coś przeciwko? 

- MoŜe. 

Tak, pytanie było niebezpieczne, lepiej uwaŜać. MoŜe naprowadzić na temat, 

którego chciał uniknąć. Kiepski pomysł z tym gadaniem. Zaczął ją całować. 

Była słodka. Usta miała ciepłe, miękkie. MoŜna było upić się nimi jak winem. A 

był bardzo spragniony. Spijał wilgoć jej ust. Znów ją poŜądał i, co dziwne, ona 

nie miała nic przeciwko temu. Była wspaniałą kobietą. Czy równieŜ w 

kontaktach z innymi męŜczyznami? 

Czarne myśli niespodziewanie zepsuły mu nastrój. Przytulił się do jej piersi. 

Słyszał bicie jej serca. Przyspieszone. Tak jak oddech. Dlaczego ona to robiła? 

Pierwszy raz to jeszcze zrozumiałe - oboje dali się ponieść zaskakującej fali 

poŜądania. Ale teraz? Nie uczyniła najmniejszego ruchu, Ŝeby wyjść z łóŜka. I 

Bogu dzięki. To go cieszyło... 

Był zły na siebie. Następstwa tego, co się stało, mogą być nieobliczalne. I nie 

mógł jej o to winić. Mógł o to, Ŝe przyjechała tu, Ŝe nazywała się Moorland, Ŝe 

wtargnęła w jego Ŝycie. Ale nie o to, co się stało. O to mógł winić tylko siebie. 

Nie umiał się temu przeciwstawić. A czy jakikolwiek męŜczyzna umiałby? 

Takie próby usprawiedliwienia swojej słabości tylko bardziej go rozdraŜniły. 

Postanowił, Ŝe weźmie tej nocy wszystko, co jest do wzięcia, a jutro będzie się 

background image

martwił później. 

Delikatnie ujął jej pierś i przywarł do niej ustami. Czuł, jak gwałtownie 

zaczerpnęła powietrza. Bardzo ją podniecał, ale nie bardziej niŜ ona jego. Coś 

niezwykłego było między mini. Magia. Coś, czego nie doświadczył nigdy 

wcześniej, z Ŝadną inną kobietą. A spotkał ich sporo w swoim Ŝyciu. Tylko Ŝe 

nigdy jeszcze nie był zakochany. Dlaczego nigdy nie czuł tego dziwnego ciepła 

wobec innych kobiet? Zapomnij o tym, pomyślał. Bierz, co moŜesz. Zapomnij o 

reszcie. Wsunął rękę pomiędzy jej uda. Usłyszał westchnienie rozkoszy i krew 

w nim zawrzała. MoŜe nigdy nie będą mieli ze sobą nic wspólnego, ale tę noc 

oboje dobrze zapamiętają. 

Tym razem, kiedy pieścił jej ciało, leŜał oparty na łokciu i przyglądał się jej 

reakcjom. W miarę jak rozkosz zasuwała mgłą jej oczy, starał się poruszać 

biodrami jak najwolniej, by przedłuŜyć przyjemność... 

Koniec był równie namiętny i niespodziewany, jak za pierwszym razem. 

Wiedział, Ŝe zadrapania na plecach będą widoczne jeszcze przez wiele dni. 

Trący odpoczywała bez ruchu. Oczy miała przymknięte. Oddychała miarowo. 

Na jej twarzy pojawił się wyraz odpręŜenia, uśmiechała się. 

- Byłam po tamtej stronie księŜyca - szepnęła. 

Podniósł głowę, Ŝeby się jej przyjrzeć. Chciał powiedzieć to samo. A niby 

dlaczego nie? To była prawda. 

- Było cudownie - powiedział. 

Westchnęła, uśmiechnęła się, otworzyła oczy. Delikatnie dotknęła jego twarzy. 

- Jesteś niezwykły, Slade. 

Z trudem przełknął ślinę. Właśnie teraz, kiedy oboje powinni być odpręŜeni, 

kiedy powinni szeptać sobie czułe słówka, on nie mógł pozwolić sobie na chwilę 

słabości. Musiał być czujny. Musiał uwaŜać, Ŝeby w odpowiednim momencie 

umiejętnie zmienić temat. Gdyby budziło się w niej uczucie wobec niego, będzie 

musiał je zniszczyć. Przyjdzie mu to z łatwością, bo Trący nie zna prawdy. 

- Nie taki znowu niezwykły... - wziął głębszy wdech. - Trący, to się musi 

background image

skończyć. 

- Doprawdy? - spytała ze śmiechem. Gn nie moŜe mówić tego powaŜnie, 

pomyślała. Dlaczego? Oboje są dorośli, dobrze im ze sobą i nikomu nie 

wyrządzają krzywdy. To prawda, Ŝe kochanie się z męŜczyzną, którego prawie 

nie znała, nie jest najmądrzejszym sposobem na spędzenie wakacji, ale... No, 

jest jeszcze ta „tajemnica" między nimi. Ale to nie ma teraz Ŝadnego znaczenia. 

Po tak cudownej nocy - jak on moŜe coś takiego mówić? 

- Doprawdy? - ponowiła pytanie. Tym razem juŜ się nie uśmiechała słodko. 

- Tak się musi stać. 

Była zaskoczona, i to bardzo. Mur, który właśnie zburzyli, znowu stanął między 

nimi. Przez chwilę miała wraŜenie, Ŝe została po prostu wykorzystana, ale 

natychmiast odpędziła tę myśl. To, co zaszło między nimi, nie moŜe być ujęte w 

sztywne ramy. On nie wykorzystał jej bardziej, niŜ ona jego. To, co się 

wydarzyło w tym łóŜku, było czymś więcej niŜ tylko zaspokojeniem potrzeb 

fizycznych. MoŜe temu zaprzeczać aŜ do sądnego dnia, a i tak mu nie uwierzy. 

- Czy ja ciebie kiedykolwiek zrozumiem? 

- To nie ma Ŝadnego znaczenia - odparł. Zdawał sobie sprawę, Ŝe sprawił jej ból 

i źle się czuł z tego powodu. Obrócił się na łóŜku i wstał. Trący, zaskoczona, 

patrzyła jak zakłada spodnie. 

Nagle zadzwonił telefon, przerywając ciszę. Slade drgnął, spojrzał na zegarek i 

podniósł słuchawkę. 

- Tak, słucham? - w jego tonie była wyraźna złość. Kto mógł mieć tyle odwagi, 

Ŝ

eby niepokoić go o trzeciej nad ranem...? Niespodziewanie zbladł. Trący 

usiadła na łóŜku. 

- Kiedy? Gdzie? Dobrze, zaraz jej powiem - odezwał się cicho. - Dziękuję za 

telefon. OdłoŜył słuchawkę. 

- To ze szpitala, Ben miał wypadek. Trzeba powiedzieć Racheli. Zapiął spodnie 

i wybiegł z pokoju. Trący rzuciła się po swoją koszulę i szlafrok. Słyszała głosy 

Slade'a i Racheli rozmawiających na dole. Po chwili Slade wrócił i ubierał się 

background image

dalej. 

- To coś powaŜnego?

 

 

- Nie wiem. Jest w szpitalu. Zaraz jedziemy do miasteczka Helena. - Przyglądała 

mu się, kiedy zakładał buty. 

- Mogę jechać z wami? 

- A chcesz? - spojrzał na nią zaskoczony. 

- To lepsze niŜ siedzenie tutaj i zamartwianie się. Myślisz, Ŝe Rachela nie będzie 

miała nic przeciwko temu? 

- Nie, nie powinna. Pospiesz się. Zaraz ruszamy. - Skinęła głową i wybiegła 

przez otwarte drzwi pokoju. Na schodach spotkała Rachelę. Usiłowała 

powstrzymać rumieniec zakłopotania. 

- To straszne. Slade juŜ ci powiedział? 

- Tak. Jadę z wami. Za chwilę będę gotowa. Była zła na siebie, Ŝe wybiegła z 

pokoju Slade'a 

drzwiami, zamiast wrócić przez balkon. Spieszyła się. Szybko włoŜyła spodnie i 

sweter, który miała na sobie, kiedy czekała na Slade'a. Zbiegła na dół; wyszli z 

domu i wsiedli do samochodu. Trący siedziała między nimi, Slade prowadził. 

Deszcz przestał juŜ padać, ale szosa była wciąŜ mokra, światła silnych 

reflektorów odbijały się od cienkiej warstwy wody, znacznie pogarszając 

widoczność i utrudniając jazdę. W kabinie panowało nieznośne napięcie. Slade i 

Rachela rozmawiali tak, jakby Trący tam nie było. 

- Nie myśl o najgorszym, moŜe juŜ jest wszystko w porządku. 

- Szkoda, Ŝe nie powiedzieli ci nic więcej - odparła Rachela. 

- Nic jeszcze nie wiedzieli. Będą mieli coś konkretnego, jak dojedziemy. 

- Mam nadzieję. - Pomimo próśb Slade'a, Ŝeby nie martwiła się na zapas, 

Rachela była bardzo zdenerwowana. - Zastanawiam się, czy był sam. Gzy była z 

nim Carol? 

Trący zrozumiała, Ŝe Carol była dziewczyną Bena; z nią spędzał sobotnie 

wieczory. Nie odzywała się. Oparła głowę na zagłówku i starała się zachować 

background image

spokój. Była bardzo zdenerwowana, ale nie chciała tego okazywać w obecności 

Racheli. Poza tym była zmęczona. Nie włączała się do rozmowy. Niewiele do 

niej docierało. Slade siedział tuŜ obok, jego masywne udo dotykało jej nogi, 

jego silna ręka raz po raz dotykała jej ramienia. Trący była jeszcze pod 

wraŜeniem tego, co przed chwilą przeŜyła w jego sypialni. Slade juŜ przestał 

być dla niej obcym człowiekiem, ale tego naleŜało się spodziewać. Co więcej 

miała wraŜenie, jakby teraz dopiero przebudziła się z jakiegoś letargu, inaczej 

patrzyła na świat. Nocna jazda po Montanie, Slade kierujący starą furgonetką, 

ciepło bijące od niego - to był jej nowy świat. Czy teraz mogła go zostawić i 

wrócić do miasta? Powiedział, Ŝe to juŜ koniec, ale to tak bezsensowne i 

sprzeczne z tym, co oboje czuli, Ŝe nie mogła w to uwierzyć. Dlaczego on jest 

taki dziwny? Jaka była rola Jasona w tym wszystkim, co teraz stało się jej 

udziałem? Musiał istnieć jakiś związek między tymi dziwnymi sprawami... 

Nagle zdała sobie sprawę, Ŝe obwinia Jasona za wszystkie niepowodzenia. 

Zawstydziła się. Poczuła, Ŝe Slade przygląda się jej - posłała mu ciepły uśmiech. 

Natychmiast odwrócił wzrok. ZauwaŜyła, Ŝe o czymś intensywnie myśli. O 

Benie czy o nich? 

BoŜe, o niczym nie marzyła bardziej w tej chwili, niŜ by móc go objąć i 

powiedzieć, Ŝeby się nie martwił, Ŝe wszystko będzie w porządku. Ale nie 

ośmieliła się tego zrobić ze względu na Rachelę. Nawet jeśli teraz była w stanie 

myśleć tylko o Benie, nie ulegało wątpliwości, Ŝe zapamiętała Trący 

wychodzącą z pokoju Slade'a o trzeciej nad ranem. Westchnęła i zamknęła oczy. 

Rachela powinna wiedzieć, Ŝe ona i Slade... MoŜe wtedy Slade byłby mniej 

tajemniczy. Przypomniała sobie propozycję Slade'a. Chciał kupić jej udział. 

Trzeba będzie rozwaŜyć tę propozycję, porozmawiać z księgowymi, aczkolwiek 

pomysł zerwania wszelkich więzów z ranczem, ze Slade'em wydawał się teraz 

niedorzeczny. Zamyśliła się. 

Podjechali na parking. Samochód zatrzymał się. Usiadła prosto. Musiałam się 

zdrzemnąć, pomyślała. Slade wyskoczył z samochodu, Trący powoli wysiadła 

background image

za Rachelą. Ruszyli szybkim krokiem do szpitala. Izba przyjęć była mocno 

oświetlona. Trący musiała zmruŜyć oczy, bo raziło ją jasne światło. Slade 

podszedł do pielęgniarki dyŜurnej. 

- Mieliśmy telefon w sprawie Bena Munley'a - powiedział. 

- Tak, pan Munley jest tutaj, proszę poczekać, sprawdzę, jak się czuje. - 

Pielęgniarka zniknęła. Slade odwrócił się do Racheli. 

- Spokojnie - powiedział. Wróciła pielęgniarka. 

- Państwo wszyscy jesteście rodziną...? 

- Jestem jego siostrą - rzekła drŜącym głosem Rachela. 

- MoŜe pani zobaczyć się z nim. 

Rachela spojrzała na Slade'a. W jej oczach czaił się strach. Slade ujął ją pod 

rękę. 

- Idę z tobą. 

- Jeśli moŜna, to poczekam tutaj - powiedziała Trący. Pielęgniarka skinęła 

głową. 

- Proszę bardzo, tymi drzwiami, pokój numer 3. Nikogo nie było w poczekalni i 

Trący usiadła na 

duŜej sofie, przygotowując się na dłuŜsze oczekiwanie. Pielęgniarka przyglądała 

się jej uwaŜnie i uśmiechała. Trący wstała i podeszła do niej. 

- Nie jestem członkiem rodziny, ale proszę mi powiedzieć, jak on się czuje? 

- To był wypadek samochodowy, proszę pani. 

- Tak, wiem. 

- Wszystko, co mogę powiedzieć, to Ŝe zrobiono mu serię zdjęć rentgenowskich 

i obejrzało go kilku lekarzy. 

- Dziękuję pani. - Trący uśmiechnęła się słabo. Wróciła na sofę, zdjęła buty i 

ułoŜyła się wygodnie. 

Biedny Ben, pomyślała. Biedna Rachela, dodała w myśli. Oni są tak bardzo ze 

sobą związani. Jeśli coś stanie się Benowi, uderzy to w Rachelę. Martwiła się o 

nich oboje i... zasnęła. 

background image

- Obudź się, Trący - usłyszała. Otworzyła oczy i zobaczyła Slade'a, który się nad 

nią pochylał. Usiadła natychmiast i włoŜyła buty. 

- Co z nim? Gdzie Rachela? - spytała. Było jeszcze bardzo wcześnie, ale 

ś

wieciło juŜ poranne słońce. 

- Jest na górze. A Ben jest na sali operacyjnej. 

- Co się stało? 

- Pęknięcie śledziony. Ma złamanych kilka Ŝeber i nogę. Jest nieźle 

poturbowany i ma wstrząs mózgu. Idę na kawę. Idziesz ze mną? 

- Tak, chętnie. Ale wyjdzie z tego, prawda? 

- Lekarze mówią, Ŝe tak. Jeszcze kilka dni będzie istniało pewne 

niebezpieczeństwo, ale lekarze są dobrej myśli. 

- Bogu dzięki! - ruszyli korytarzem w stronę kawiarni. - A jak Rachela to 

wszystko zniosła? 

- Myślę, Ŝe nieźle. Nie chciała się ruszyć spod sali operacyjnej, więc obiecałem 

jej, Ŝe przyniosę kawę. 

Ujął ją pod ramię i podeszli do automatu z kawą. Wzięli dwa duŜe kubki i 

usiedli przy stoliku. Slade miał pobladłą twarz. 

- Jesteś zmęczony? 

- To była długa noc - odparł, posyłając jej długie spojrzenie. 

- Bardzo mi przykro z powodu Bena, pewnie będzie dłuŜej w szpitalu, prawda? 

- MoŜliwe. 

- Wiesz juŜ, co się stało? 

- Powiedział mi lekarz. Padał deszcz, mijała go cięŜarówka. Widocznie nic nie 

widział i zahamował zbyt raptownie. Spadł z drogi i dachował. 

- Mógł zginąć... 

- Tak, niewiele brakowało. 

Przez chwilę pili kawę w milczeniu. Pierwszy odezwał się Slade. 

- Więc wyjeŜdŜasz dzisiaj? 

- Zdaje się, Ŝe tak miałam zrobić, prawda? - uśmiechnęła się do niego. Kiedy 

background image

spostrzegła jego wzrok, uśmiech zamarł jej na ustach. 

- A chcesz, Ŝebym wyjechała? 

- Przestań. 

- Muszę. Powiedz, chcesz, Ŝebym wyjechała? 

Nie odpowiedział. Siedział bez ruchu i błądził oczami po opustoszałej kawiarni. 

- Nie moŜesz się do mnie odezwać? PrzecieŜ wiesz, Ŝe jeśli pozostawisz mi tę 

decyzję, to zostanę tu. Wiesz o tym, prawda? 

- Trący! 

- Nie potrafisz szczerze ze mną rozmawiać, prawda? Dlaczego? 

- Nie zdajesz sobie sprawy, o co prosisz... 

- Oczywiście, Ŝe nie wiem. Wiem tylko, co się wydarzyło dziś w nocy. I wiem, 

Ŝ

e nie jest ci to obojętne. Nie obchodzi mnie, co powiesz, Ŝeby mnie przekonać, 

Ŝ

e było inaczej. Mam rację? - spojrzała na swoje dłonie, w których trzymała 

kubek z gorącą kawą. DrŜały. 

- Nie, właśnie Ŝe się mylisz! - powiedział gwałtownie i wstał. - Chodź, idziemy 

juŜ. 

- Idź sam. Ja zaraz dojdę. 

Na drugim piętrze znalazła Rachelę i Slade'a. Objęła Rachelę. 

- Jak się czujesz? 

- W porządku, kochanie. Dziękuję. Właśnie mówiłam Slade'owi, Ŝe chyba 

jednak zostanę tu kilka dni. Chcę być w pobliŜu Bena, dopóki nie minie 

zagroŜenie. 

- To oczywiste. 

Trący usiadła koło niej. Spojrzała na Slade'a, z jego twarzy nic nie dało się 

wyczytać. Zwróciła się do Racheli: 

- Co mogłabym dla ciebie zrobić? Rachela zastanawiała się przez chwilę. 

- MoŜe przygotowałabyś jakieś rzeczy dla mnie, Ŝeby Salde mógł mi je 

przywieźć. - Uśmiechnęła się. - Chyba lepiej będziesz się orientowała, co moŜe 

być mi potrzebne, niŜ on. 

background image

- Z przyjemnością. Coś jeszcze? 

- Nie, kochanie, nic innego nie przychodzi mi teraz do głowy. Masz zamiar 

zostać tu dłuŜej? Wydawało mi się, Ŝe zamierzałaś wyjechać dzisiaj? 

- Miałam taki zamiar - odpowiedziała Trący, spoglądając na Slade'a. - Ale jeśli 

nie masz nic przeciwko temu, zostałabym jeszcze kilka dni. AŜ Ben poczuje się 

lepiej. 

- Czy ja mam coś przeciw? Oczywiście, Ŝe nie! To bardzo ładnie z twojej 

strony. 

Z sali operacyjnej wyszedł człowiek w zielonym fartuchu. Wstali. 

- Panna Munley? 

- Tak, to ja. Co z Benem? 

- Jestem doktor Shively. Ben juŜ dochodzi do siebie. Będzie go mogła pani 

zobaczyć za godzinę. Usunęliśmy śledzionę i podreperowaliśmy go. Ale jeszcze 

przynajmniej dzień-dwa spędzi na oddziale intensywnej terapii. To z powodu 

tego wstrząsu. MoŜe kilka dni zostanie u nas na obserwacji. Ale wszystko 

skończy się dobrze. 

Rachela wreszcie wypuściła długo wstrzymywany oddech/Uspokoiła się 

wyraźnie. 

- Bogu dzięki. - Slade podszedł do niej i objął ją ramieniem. 

- Czy tylko Rachela moŜe się z nim zobaczyć? 

- spytał lekarza. 

- Dla jego dobra, myślę, Ŝe tak. 

- W porządku. 

- Niech pani poczeka jeszcze godzinkę, potem proszę iść na oddział. Tam 

zaprowadzą panią do brata. - Doktor uśmiechnął się na poŜegnanie i odszedł. 

Rachela usiadła, zaczynała uspokajać się powoli. 

- Wyjdzie z tego... będzie zdrów... - powtarzała cicho. 

- Tak się cieszę, Rachelo. - Trący wzięła ją za rękę. 

- Wezmą go na obserwację z powodu tego wstrząsu. 

background image

- Wtrącił Slade. - A potem przeniosą do zwykłego pokoju. Rachelo, myślę, Ŝe 

teraz pojadę na ranczo dopilnować wszystkiego i wrócę tu wieczorem z twoimi 

rzeczami. 

- To brzmi rozsądnie. Nie ma sensu, Ŝebyś tu siedział, skoro i tak nie moŜesz się 

z nim zobaczyć. Trący, jedź z nim, spakuj mi małą walizkę. Taką na kilka dni. 

- Jasne. - Wstała. - Spakuję wszystko, co trzeba. 

- Dzięki. - Rachela teŜ wstała powoli. - Zejdę z wami na dół. Muszę zapełnić 

jakoś tę godzinę. Odrobina świeŜego powietrza dobrze mi zrobi. Przejdę się na 

mały spacer. 

Po drodze Slade zaproponował, Ŝe zarezerwuje pokój w pobliskim motelu. 

Rachela i Trący miały dla siebie chwilę: 

- Rozmawiałaś z nim? 

To pytanie zaskoczyło Trący. 

- Próbowałam... 

- Teraz masz dobrą okazję. Nie będzie mógł uniknąć odpowiedzi, kiedy 

będziecie jechać do domu. - Uśmiechnęła się ciepło. - Do zobaczenia. 

Podczas jazdy do domu Slade nie zdradzał chęci do nawiązania rozmowy na 

jakikolwiek temat. Trący siedziała najdalej, jak tylko to było moŜliwe. 

Milczenie zaczynało ją irytować. 

- Załatwiłeś pokój dla Racheli? 

- Tak. - Padła krótka odpowiedź. 

- Masz zamiar milczeć przez najbliŜsze sto pięćdziesiąt kilometrów? 

- Chcesz rozmawiać? - rzucił jej ostre spojrzenie. 

— Dobra, zacznijmy od tego, kiedy zamierzasz stąd wyjechać? 

- Ty nie chcesz rozmawiać. Chcesz walczyć. 

- Chcę tylko jednego - chcę, Ŝebyś wreszcie wsiadła w jakiś samolot i wyniosła 

się z Montany do diabła - odparł suchym głosem. 

- Nie tego chciałeś w nocy... 

- Nie zrobiłbym tego, gdybyś mnie nie prowokowała. 

background image

- Wiesz dobrze, Ŝe nie prowokowałam cię, ty cholerny draniu. Nie 

prowokowałam cię do niczego! 

 

Slade wpatrywał się przed siebie. Usta miał zaciśnięte. Gniew był jego jedyną 

obroną. Poza tym był zbyt zmęczony, Ŝeby wdawać się w jakąś ostrą wymianę 

zdań. Trący była niesamowita. A cała ta sytuacja śmieszna. Prawie. 

- Trący, jedź do domu.-W jego głosie zabrzmiała rezygnacja. 

- Ciekawa jestem, czy zdajesz sobie sprawę, jak ja się teraz czuję. Przyjechałam 

tu pełna dobrych chęci, a ty mnie tak traktujesz od pierwszego spotkania... I 

gdyby tego było mało, to Ben i Rachela ukrywają jakieś niesłychane tajemnice 

w związku z Jasonem. Do tego jeszcze ta scena na balkonie... 

- Nie byłem sam. 

- Nie. Rzeczywiście, nie byłeś tam sam. Biorę całą odpowiedzialność za swoje 

postępowanie, ale nie za twoje. Wydaje ci się, Ŝe jesteś straŜnikiem tajemnicy 

stulecia. Wiesz, nigdy jeszcze nie spotkałam kogoś, kto byłby jednocześnie tak 

zimny i namiętny. 

Spojrzał na nią przeciągle. 

- Więc zmieniasz zdanie na mój temat. Nie jestem juŜ taki wyjątkowy? - spytał 

ironicznym tonem. 

- PrzecieŜ tego właśnie chcesz, prawda? Z jakiegoś szalonego powodu tego 

właśnie chcesz. A ja kiedyś przekonam się, czy jesteś męŜczyzną na tyle, Ŝeby 

mi o tym opowiedzieć. 

- Myśl sobie, co chcesz. 

- Oczywiście. Nie mam przecieŜ innego wyjścia, prawda? - skrzyŜowała 

ramiona na piersi i wpatrywała się w przestrzeń przed samochodem. Zaczynała 

mieć juŜ serdecznie dość całej tej pogmatwanej sytuacji. Postanowiła 

przynajmniej w pewnym stopniu odpłacić mu pięknym za nadobne. 

- Na szczęście są jeszcze inne sposoby... 

- Tak? Jakie sposoby? - zainteresował się Slade. 

background image

- Mogę dowiedzieć się wszystkiego o Jasonie. 

Wystarczy porozmawiać z księgowymi. Mogę teŜ wynająć detektywa, Ŝeby 

poszperał w przeszłości pana Moorlanda. Przynajmniej dowiem się, jak wszedł 

w posiadanie połowy tego rancza. - Poczuła lekki tryumf, widząc jego 

zakłopotanie. - Coś powinno się wyjaśnić, nie? - Zmarszczyła brwi, udawała, Ŝe 

rozwaŜa ten nowy pomysł. Slade był powaŜnie zaniepokojony. 

- MoŜesz odkryć coś, czego później będziesz Ŝałowała. 

- Bardzo wątpliwe. Nie wierzę, Ŝeby Jason zrobił cokolwiek, co mogłoby 

wpłynąć na zmianę mojej opinii na jego temat. 

- Więc był taki wspaniały? Taki cudowny? - Slade wykrzywił twarz w grymasie 

pogardy. - Skoro takim go pamiętasz, to dlaczego oddałaś mi się bez 

zastanowienia, co? 

- Nienawidzisz go, prawda? 

- Tak, nienawidzę go. Jason Moorland był największym łajdakiem, jaki 

kiedykolwiek stąpał po ziemi. 

Zatkało ją zupełnie. Slade zerknął na nią. Od czasu do czasu patrzył na szosę. 

- Domyślam się, Ŝe nie moŜesz mi wyjaśnić, dlaczego nienawidzisz tak bardzo 

człowieka, którego nawet nie widziałeś. 

- W tej chwili, mam nawet ochotę. 

- Zrób to! JuŜ prawie zwariowałam z powodu tego oczekiwania, niedomówienia. 

Mam dość tego wszystkiego. 

- Trący, zostaw mnie w spokoju. Zamknij się i daj mi spokój. 

W jego głosie było coś dziwnego. Jakby ostrzeŜenie. Wyglądała przez okno i 

starała się być cicho. Była zła na siebie. Nie miała pojęcia, jaki on jest. Nie 

wiedziała, jak daleko moŜna się posunąć w tej sytuacji. Obawiała się, Ŝe 

nieświadomie moŜe przekroczyć granice jego cierpliwości. Miała go juŜ dość. 

To przez niego postąpiła wbrew sobie. Poszła do łóŜka z człowiekiem, którego 

nie kochała. Ogarnęła ją pustka, czuła do siebie pogardę. Nadeszła pora, by 

spojrzeć prawdzie w oczy. Pozwoliła, by zawładnęło nią poŜądanie. Nigdy tego 

background image

sobie nie wybaczy. 

Miała jeszcze jedną kartę. Po pół godzinie milczenia nie umiała się 

powstrzymać: 

- Postanowiłam, Ŝe nie sprzedam ci mojej połowy rancza. - Nie zareagował. 

- Słyszysz, co do ciebie mówię? 

- Słyszałem wyraźnie. Jeśli to ma być twoja zemsta, juŜ moŜesz się zacząć 

cieszyć. Udało ci się. 

- Właśnie tak zamierzam zrobić. Co więcej - postanowiłam, Ŝe będę odwiedzać 

swoje ranczo kilka razy w roku. 

- Tylko zawiadom mnie odpowiednio wcześnie, Ŝebym zdąŜył wyjechać - 

powiedział z uśmiechem. 

- Nagle łzy napłynęły jej do oczu. Było jej bardzo przykro. 

- Nienawidzę cię... - szepnęła i odwróciła się do okna. Czuła się całkowicie 

pokonana. Starała się wycierać łzy, które spływały jej po policzkach. Była zła na 

siebie, na swoją słabość, na to, Ŝe pozwoliła, aby zobaczył, jak łatwo ją pokonał. 

Slade chciał zatrzymać wóz. Nawet zjechał trochę ku poboczu. Chciał ją objąć, 

przytulić i przeprosić za to, co jej nagadał. Chciał tego tak bardzo... Narastał w 

nim ból. Sytuacja była jednak wyjątkowa. Okoliczności nie pozwalały mu 

postąpić tak, jakby chciał. Niech juŜ lepiej myśli o nim źle, postanowił. Lepiej 

na tym wyjdzie. Jeśli kiedykolwiek pozna prawdę, będzie mu wdzięczna, Ŝe 

przerwał tę znajomość na początku. 

Nawet kiedy była zapłakana, nie umalowana, a włosy miała w nieładzie, była 

piękna. Nigdy juŜ nie spotka takiej kobiety, nigdy. śona Jasona Moorlanda. 

 

WciąŜ nie docierało to do niego. Nie umiał się z tym pogodzić. Nie chciał... To 

było jak zły sen. Ale ona nie była snem, miała cieple ciało i gorącą krew. 

Gwałtownym ruchem odkręcił szybę i zaczerpnął chłodnego, świeŜego 

powietrza. JuŜ prawie dojeŜdŜali do rancza. Jak tylko znajdą się tam, wydostanie 

się z tej cholernej kabiny i będzie mógł uciec. Wiedział, Ŝe ona cierpi. Ale 

background image

cierpiałaby jeszcze bardziej, gdyby wiedziała, dlaczego tak bardzo starał się jej 

unikać. Nie powinien iść z nią do łóŜka. Zastanawiał się, czy miałby dość siły, 

Ŝ

eby przysiąc, Ŝe więcej tego nie zrobi, czy teŜ chęć zatrzymania się tutaj i 

wzięcia jej natychmiast okazałaby się mocniejsza. 

Poczuł znaczną ulgę, kiedy zobaczył drogę prowadzącą do rancza. Jak tylko 

zatrzymali się koło domu, Trący wysiadła natychmiast i pobiegła w stronę drzwi 

wejściowych. Slade wysiadł powoli, zastanowił się przez chwilę i ruszył w 

stronę stajni. 

Trący obserwowała go przez kuchenne okno. Przepełniał ją ból do tego stopnia, 

Ŝ

e juŜ zupełnie nie potrafiła zapanować nad łzami cisnącymi się do jej oczu. 

Policzki miała mokre. Nawet teraz czuła, jak wzmaga się bicie serca na widok 

tego pięknie zbudowanego męŜczyzny. Trochę jej ulŜyło, kiedy wreszcie 

wypowiedziała głośno to, co myślała: 

- Ty draniu... 

 

 

ROZDZIAŁ SIÓDMY 

 

 

Wykąpała się. Zaraz potem spakowała walizkę dla Racheli. Postawiła ją koło 

kuchennych drzwi i poszła się połoŜyć. Była tak zmęczona, Ŝe zasnęła 

natychmiast. Nie słyszała nawet, kiedy wrócił Slade. 

On teŜ wykąpał się. Potem rzucił się do łóŜka i natychmiast zasnął. Nie słyszał 

nawet, jak Trący wstała około pierwszej po południu. 

Kiedy się obudziła, w całym domu panowała cisza. Pomyślała, Ŝe Slade 

pojechał juŜ do miasteczka. Przespała się kilka godzin, ale wciąŜ nie czuła się 

najlepiej. ZałoŜyła szlafrok i powoli zeszła na dół. Walizka nadal stała tam, 

gdzie ją postawiła, a samochód Slade'a stał przed domem. 

Przygotowała sobie kawę. Wróciła na górę, Ŝeby się przebrać. Kiedy 

background image

przechodziła koło zamkniętych drzwi pokoju Slade'a, zwróciła uwagę na 

panującą Wewnątrz, absolutną ciszę. Widocznie nadal spał, co było dość 

zrozumiałe po przejściach ostatniej nocy. Najpierw spędził gdzieś cały wieczór, 

później byli razem przez dwie godziny, potem telefon ze szpitala i szalona jazda. 

Sam przyznał, Ŝe była to długa noc. 

Stała w drzwiach prowadzących na balkon i rozmyślała. Wiedziała, Ŝe musi 

zabrać się ze Slade'em do miasteczka, albo, co było chyba lepszym wyjściem, 

zadzwonić do McFee i umówić się z nim. Na samą myśl o powrocie do domu 

zrobiło się jej dziwnie przykro. No, dobra, wróci do tego swojego domu i co 

dalej? Ogarniała ją niepewność. Pchnęła drzwi i wyszła na balkon. Po 

wczorajszej burzy powietrze było czyste i świeŜe. Drzewa, trawniki, klomby 

wyglądały wspaniale. 

Myślała o człowieku, który spał tuŜ obok. O człowieku, który był dla niej 

jednocześnie tak bliski i tak daleki. Przypomniała sobie Jasona. Tego, którego 

kochała, o którym myślała, Ŝe go zna. Próbowała zrozumieć, co mogło go łączyć 

z tym ranczem, ze Slade'em. Bez rezultatu. W tej łamigłówce nic nie pasowało 

do siebie. 

JuŜ wiedziała, Ŝe nie ma innego wyjścia. Musi opuścić „Double J". I będzie 

musiała zapomnieć. Oczy zaszły jej mgłą. Jak mogło dojść do tego, Ŝe ona, 

rozsądna, mądra Trący Moorland mogła zakochać się w brutalnym męŜczyźnie z 

Montany? To do niej nie pasowało. Podobnie zresztą, jak udział Jasona w 

ranczo nie pasował do jego charakteru. Co takiego znalazł w nim Jason? 

Dlaczego jest to owiane taką tajemnicą? 

Gdyby Slade potrafił być szczery wobec niej. Tajemniczy związek Jasona z 

ranczem, nienawiść do niego jakoś nie przeszkadzały Slade'owi kochać się z nią. 

Co gorsze, podejrzewała, Ŝe teraz teŜ pewnie kochaliby się. Wiedziała, Ŝe 

wystarczyłoby, Ŝeby wślizgnęła się do jego łóŜka... 

A gdyby rzeczywiście weszła do pokoju Slade'a i połoŜyła się cicho koło niego? 

Wyrzuciłby ją? Zaschło jej w gardle. Jak mogła nawet myśleć o czymś takim? A 

background image

moŜe kara, jaką ją spotkała, sprawia jej przyjemność? Nikt nigdy nie był wobec 

niej równie okrutny, bezwzględny i arogancki. Chciał, Ŝeby wyjechała, Ŝeby 

opuściła go. CóŜ, pewnie znów przyjąłby ją w swoim łóŜku, ale zapewne 

postąpiłby tak z kaŜdą atrakcyjną kobietą. 

Czy to moŜliwe, zastanawiała się, Ŝeby był tak ciepły i delikatny wobec kaŜdej 

kobiety? Czuła przecieŜ tę emocjonalną więź między nimi, kiedy brał ją w 

ramiona. To nie mogło być złudzenie. 

Spojrzała w niebo. Nigdy juŜ nie dowie się niczego więcej o Jasonie, ani o 

Siadzie. To była chyba jedyna ich wspólna cecha: obaj byli niezwykle 

tajemniczy i skryci. O tym, jaki był Jason, dowiedziała się dopiero po jego 

ś

mierci... 

Nie miało juŜ sensu naciskanie Slade'a. On nie chciał nic powiedzieć i trzeba 

będzie pogodzić się z tym. Spojrzała na swoje walizki. Rachela nie będzie jej 

miała za złe nagłej zmiany planów. Właściwie moŜe zadzwonić z San Francisco 

i wytłumaczyć jej wszystko osobiście. Trzeba zawiadomić Brocka McFee, 

postanowiła. Sama myśl o kolejnej podróŜy do miasteczka Helena w 

towarzystwie Slade'a i jego oziębłości i arogancji była nie do zniesienia. 

Zeszła na dół do telefonu. Wykręciła numer firmy McFee i po trzech sygnałach 

usłyszała dźwięczny głos Brocka. Dziesięć minut później było juŜ po 

wszystkim. Umówiła się z Brockiem, Ŝe przyleci po nią za dwie godziny. 

Załatwiła teŜ rezerwację na lot do San Francisco. Powoli wstała z krzesła. Czuła 

łzy napływające jej do oczu. Nie rozumiała tego. śeby się uspokoić, nalała sobie 

jeszcze jeden kubek kawy. Wróciła na górę, Ŝeby spakować swoje rzeczy. 

Najpierw przygotowała ubranie na podróŜ: szare spodnie, bawełnianą, szaro-

zieloną bluzkę i zieloną kurtkę, na wypadek, gdyby w San Francisco było 

chłodno, kiedy będzie wysiadać z samolotu. Popijając kawę zajęła się 

makijaŜem i układaniem włosów. 

Zamarła w bezruchu, wciąŜ ze szczotką we włosach, kiedy usłyszała, jak 

otwierają się drzwi sypialni Slade'a. Wsłuchiwała się w odgłos jego kroków na 

background image

korytarzu. Po chwili trzasnęły inne drzwi i zapadła martwa cisza. 

Szybko włoŜyła ubranie. Kiedy zapinała guziki bluzki, usłyszała, Ŝe wrócił do 

pokoju, a po chwili znów wyszedł. Niech i tak będzie. On wyjedzie za chwilę do 

miasteczka, a ona odleci do San Francisco. Rozstaną się nawet bez poŜegnania. 

Tak będzie lepiej. Miała dość proszenia, nalegania, on i tak nie odpowie na jej 

pytania. 

Spokojnie kontynuowała pakowanie. Pozbierała wszystkie rzeczy, których tu 

uŜywała, zamknęła walizki i wystawiła je na korytarz. Jeszcze raz rzuciła okiem 

na pokój, Ŝeby się upewnić, Ŝe niczego nie zapomniała. Wzięła pusty kubek po 

kawie i zeszła na dół. 

W drzwiach kuchni zatrzymała się zaskoczona. Slade jeszcze nie wyjechał. 

Siedział przy kuchennym stole i popijał kawę. Był ogolony, miał świeŜą, 

błękitną koszulę i nawet włosy, zwykle w nieładzie, były gładko zaczesane. 

Wyrwało jąjz osłupienia jego chłodne spojrzenie. 

Starając się ukryć zdumienie, ruszyła w stronę dzbanka z kawą. 

- Myślałam, Ŝe juŜ pojechałeś. 

- Nie ma pośpiechu - odparł bezbarwnym głosem. 

- Tak, chyba tak. - Przytaknęła bez przekonania. Nalała sobie kawy. Chciała 

zadzwonić. Trudno, skorzysta z telefonu w gabinecie. Ruszyła w stronę drzwi. 

Zatrzymała się. Odwróciła się na pięcie. 

- PoŜegnasz Rachelę w moim imieniu? 

- A co, wyjeŜdŜasz? 

- Tak. Powiedz Racheli, Ŝe zadzwonię do niej z San Francisco. - Wyszła 

pewnym krokiem. Starała się nie okazywać zdenerwowania. Weszła do 

gabinetu, usiadła przy biurku i odstawiła kubek z kawą. Ręka jej drŜała. 

Nie wolno się teraz poddać, pomyślała. Muszę dać sobie z tym radę. Podniosła 

słuchawkę, wykręciła numer. Była pewna, Ŝe zastanie ojca o tej porze. Zwykle 

w domu spędzał niedzielne popołudnia. 

- Tata? Cieszę się, Ŝe cię złapałam. Wracam dziś wieczorem do San Francisco. 

background image

Przylecę o ósmej dwadzieścia... MoŜesz po mnie wyjść? 

- Oczywiście. Cieszę się, Ŝe wracasz do domu, Trący. - W jego głosie wyraźnie 

brzmiała radość. 

- Ja teŜ, tato. 

Starała się sprawiać wraŜenie, Ŝe jest zainteresowana rozmową z ojcem. Nawet 

udało się jej kilka razy powiedzieć coś sensownego. Ale nie potrafiła się na tym 

skupić. W końcu powiedziała tylko: 

- Zobaczymy się wieczorem, tato. - OdłoŜyła słuchawkę. 

Wpatrywała się w przestrzeń przed sobą.' Cały urok tego pokoju, stylowych 

mebli, kamiennego kominka gdzieś zniknął. Trudno jej było tak nagle rozstać 

się z „Double J", z ludźmi, których poznała. Odkryła tu całkiem nowy świat. Na 

zawsze juŜ pozostanie częścią tego świata, bez względu na to, jak daleko stąd 

odjedzie... 

- Tracy? 

Przestraszyła się. Nie spodziewała się usłyszeć tego głosu. Gwałtownie 

obejrzała się w stronę drzwi. Slade stał oparty o framugę. Ciekawe, jak długo 

juŜ się jej przyglądał. 

- Tak? 

- Podrzucić cię? 

- Nie, dziękuję. JuŜ się umówiłam z McFee. - Wstała powoli. 

- Dobrze, tak myślałem. - Kiwnął głową. Nie mieli sobie nic więcej do 

powiedzenia. Nigdy 

normalnie nie rozmawiali. Tym razem teŜ nic tego nie zapowiadało. Ale nie 

moŜna było zaprzeczyć istnieniu innej więzi między nimi. Czuło się to w 

powietrzu, racy obeszła biurko i ruszyła w stronę drzwi. Slade wciąŜ się w nią 

wpatrywał. Wyglądała ślicznie. Doskonale ubrana, idealny makijaŜ i fryzura. 

Jakby dopiero co wysiadła z helikoptera McFee. Tylko Ŝe tedy była ubrana na 

niebiesko, a teraz wszystko miała w odcieniu szarości z domieszką zieleni. 

Pasowało to do niesamowitego koloru jej oczu. Było mu trudno oddychać. 

background image

- MoŜe... mógłbym...? 

- Co mógłbyś, Slade? 

Wiele było spraw, o których chciałby jej teraz powiedzieć. Ale to byłoby głupie. 

Chrząknął. 

- Nie, nic. Zaniosę na dół twoje rzeczy. - Odwrócił się i zniknął w korytarzu. 

Trący szła kilka kroków za nim. O co tu chodzi, zastanawiała się. Coś psuło 

wcześniej ułoŜony plan. Podeszła bliŜej do Slade'a. 

- Postaw to tylko na ganku, dobrze? Spojrzała na niego i aŜ dech jej zaparło. W 

jego oczach malował się ból i cierpienie. 

- Nie patrz tak na mnie poprosiła cicho. 

- Niby jak? 

- No... - głos jej zadrŜał i odwróciła się gwałtownie. Poczuła jego dłoń na swoim 

ramieniu. 

- Jak na ciebie patrzyłem, co? - on teŜ miał dziwny głos. Nie powinien jej 

dotykać. WyjeŜdŜała. PrzecieŜ tego właśnie chciał i powinien teraz czuć ulgę. 

Ale zbyt blisko było jej ciepłe ciało, zbyt Ŝywe było wspomnienie jej 

aksamitnej, delikatnej skóry... Przesunął rękę z jej ramienia ku włosom i dalej, 

aŜ do szyi. 

- Co takiego zobaczyłaś w moim spojrzeniu? - szepnął. 

Przymknęła oczy i lekko ruszyła głową. Przebiegi ją dreszcz, znowu czuła jego 

szorstką, silną dłoń na swoim ciele. 

- Po co to robisz? PrzecieŜ cieszysz się chyba, Ŝe wyjeŜdŜam? 

- MoŜe nie tak bardzo... 

Otworzyła szeroko oczy i spojrzała na niego. Tego się nie spodziewała. 

- Slade... - zdołała powiedzieć, głos uwiązł jej w krtani. 

- Cokolwiek zrobiłem... to nie z twojego powodu... - mówienie sprawiało mu 

kłopot. - MoŜesz w to uwierzyć? 

- Próbujesz przepraszać? - starała się nie patrzeć na niego. 

- Tego chcesz? Przeprosin? Proszę bardzo. Przepraszam, Trący. I nigdy cię nie 

background image

zapomnę - dodał ciszej po chwili. Jego dłoń wciąŜ delikatnie gładziła ją po 

głowie. - Nigdy... 

Poczuła, Ŝe juŜ nie potrafi być tak twarda i bezwzględna, jak chciała. Tak, jak on 

potrafił być wobec niej. 

- Ja teŜ o tobie nie zapomnę. - Odparła i delikatnie dotknęła jego policzka. - Ale 

nie rozumiem cię 

- dodała. 

- Wiem. I tak jest najlepiej. 

Przez chwilę przyglądał się jej uwaŜnie. Miękkim ruchem przysunął ją bliŜej. 

Bardzo blisko. 

- Pozwól, Ŝe pocałuję cię na poŜegnanie - szepnął. 

- Nie! - krzyknęła i usiłowała uwolnić się z jego uścisku. Objął ją mocniej. 

- Muszę. - Wyszeptał. - Obejmij mnie i pocałuj. 

- Nie rób tego. To nie do zniesienia. - Łzy napływały jej do oczu. Nie potrafiła 

się juŜ bronić. 

- Kochanie, gdybyś wiedziała... - przywarł do jej ust. To nie był poŜegnalny 

pocałunek. Był to pocałunek tęsknoty, poŜądania. Uniosła ręce i objęła go za 

szyję. Ich ciała przywarły do siebie. Jej miękkie piersi... jego twardy tors... Całe 

jego ciało natychmiast ogarnęła fala poŜądania. Czuła to nawet przez ubranie. 

Nie mówili sobie: „Ŝegnaj", mówili raczej: „pragnę cię". Mówili sobie: „muszę 

cię mieć, natychmiast, juŜ..." Gorące pocałunki. Bliskość ciał. Mocne objęcia 

Slade'a. Czuła, Ŝe nie ma nad nim Ŝadnej kontroli. Właściwie w tej chwili nie 

miała kontroli nad niczym. Czy to moŜliwe? Była 

zakochana w tym człowieku... Zakochana? Czy moŜna pokochać człowieka bez 

serca? Czy byłaby do tego zdolna? Chciała coś powiedzieć, ale nie potrafiła 

oderwać się od jego ust. Tak bardzo jej pragnął... Przywarła do niego mocniej. 

Dała mu wszystko, czego chciał, a nawet więcej. 

Nagle oderwali się od siebie. Patrzyli sobie w oczy. Jego płomienne spojrzenie 

mówiło wyraźnie, Ŝe chciał czegoś więcej, niŜ tylko pocałunku. 

background image

Ona teŜ tego chciała. Czy miało w tej chwili jakiekolwiek znaczenie to, Ŝe była 

ubrana? śe była gotowa do powrotu do domu? PrzecieŜ i tak miała juŜ 

zniszczony makijaŜ i włosy w nieładzie. Kiedy porwał ją w ramiona i uniósł 

lekko, jakby nic nie waŜyła, kiedy zanosił ją do swojej sypialni, nic juŜ nie 

miało znaczenia. 

Zaczęli się oboje rozbierać. W pośpiechu. Pierwszy był Slade. Stanął przed nią 

nagi, wyraźnie podniecony, niecierpliwy. Był piękny i męski. Zamarła w 

bezruchu, wpatrując się w niego. Podszedł bliŜej. 

- Pomogę ci... - wyszeptał i wyzwolił ją z jedwabnej bielizny. Znaleźli się w 

łóŜku. Gorące pocałunki pokryły całe jej ciało. Jego usta wędrowały wszędzie. 

Odrzuciła głowę do tyłu, napręŜyła całe ciało i była bliska utraty przytomności z 

rozkoszy, kiedy poczuła, jak mocne dłonie rozchylają jej uda, a gorące usta 

przesuwają się po ich wewnętrznej stronie i zbliŜają się do celu wędrówki. To 

były cudowne tortury. Nie mogła się doczekać... Był coraz bliŜej. Całował ją 

delikatnie, ale niezwykle namiętnie. 

Między nimi było coś więcej, niŜ tylko radość kochania się. Łączyło ich coś o 

wiele silniejszego niŜ zwykłe poŜądanie. Bardzo była poruszona tymi 

przeŜyciami. Slade teŜ. Wiedziała, Ŝe bardzo mu na niej zaleŜy, czuła to kaŜdym 

nerwem... Był taki męski. Umiał całować. KaŜde dotknięcie jego gorących ust 

wywoływało u niej słodkie spazmy. Ciszę domu zakłócały co pewien czas 

okrzyki rozkoszy. Jej uda coraz mocniej ściskały jego głowę, dłonie coraz 

gwałtowniej rozczesywały gęste włosy. Poddała się całkowicie kolejnym falom 

uniesienia. 

Slade wyślizgnął się z jej uścisku, przesunął się w górę, objął ją mocno, całował 

jej włosy, pieścił piersi. Powoli opanowywał drŜenie całego ciała. Nie 

spodziewała się niczego takiego i nigdy nie przypuszczała, jak niezmierzoną 

rozkosz moŜe odczuwać. 

Poczuła, Ŝe wciąŜ jej pragnie. Obróciła się przodem do niego. Jej palce zbiegły 

po jego piersi ku brzuchowi i niŜej... 

background image

- Trący... -jęknął. Przyciągnął jej głowę do swojej piersi. Pocałowała go. 

Poczuła słoną wilgoć skóry. W jego krtani zrodził się jęk rozkoszy. Szybkim 

ruchem obrócił ją na plecy. PodąŜył za nią. Poczuła, jak wdziera się 

niecierpliwie między jej uda, nie tak delikatnie jak za pierwszym razem, ale 

brutalnie. Jego gorący oddech na szyi, silne dłonie wszędzie... Poczuła się 

całkiem zniewolona. Uniosła biodra, by mu pomóc, jęknęła, czując jak łączą się 

ich ciała. 

- Tak wiele dla mnie znaczysz... zbyt wiele - szeptał jej do ucha. Zdziwiło ją to. 

Usiłowała wyzwolić się. Nie była w stanie powstrzymać narastającej w nim fali 

rozkoszy, ani słowem, ani słabym oporem. Próbowała go odepchnąć. Nie udało 

się. On juŜ był w innym świecie. Zamknęła oczy. CięŜko oddychała. Jej ciało 

nadal reagowało na niego, mimo iŜ umysł rozkazywał inaczej. Zrezygnowała, 

poczuła, jak jej nogi obejmują go coraz silniej. Nadchodziła kolejna fala 

rozkoszy. 

Kiedy juŜ było po wszystkim, kiedy jego ciało zamarło w bezruchu, kiedy oboje 

poczuli rozkoszne zmęczenie, cicho płakała. Łzy spływały po policzkach, 

wsiąkały we włosy i w poduszkę. Slade uniósł głowę, dostrzegł łzy i zaczął je 

wycierać. 

- Czemu płaczesz? Odwróciła głowę. 

- Spójrz na mnie - próbował odwrócić jej głowę. 

- Czas! - wykrzyknęła niespodziewanie. Spojrzała na zegarek przy łóŜku. Za 

chwilę miał tu być Brock. 

- Muszę się spieszyć. Puść mnie juŜ. 

- Nie puszczę cię, dopóki mi nie powiesz, dlaczego płakałaś. 

- A jak myślisz? - spytała szorstko i od razu poŜałowała tego. - Przepraszam. Po 

prostu puść mnie juŜ, dobrze? 

Zwlekał. Przyglądał się jej uwaŜnie, jakby chciał coś jeszcze powiedzieć. 

Zastanawiał się, czy Trący pomyśli, Ŝe zwariował. Trudno, nie potrafił dłuŜej 

milczeć: 

background image

- Co byś zrobiła, gdybym poprosił cię, Ŝebyś została? Zostałabyś? 

- Zostać?! - nie wierzyła własnym uszom. Zrobił wszystko, co mógł, Ŝeby 

wyjechała, a teraz chce, Ŝeby tu została? 

- Czy chociaŜ wiesz, co mówisz? - spytała. - Helikopter będzie tu lada moment. 

Muszę się ubrać i... 

Namiętność zniknęła. Zwykła rzeczywistość brutalnie wdarła się między nich. 

Slade zdawał sobie z tego sprawę. Musi jechać. Oczywiście, Ŝe musi. Co się z 

nim dzieje? Jak mógł choćby wspomnieć o tym, Ŝe chciałaby została? Widział, 

Ŝ

e jest zakłopotana pytaniem. Nie powinien był sobie na to pozwolić. Przesunął 

się na bok. W jego oczach czaiła się złość. Nie była wymierzona w Trący. Slade 

myślał o przeszłości. Myślał o Jasonie Moorlandzie. Nienawidził go. 

Nienawidził wszystkiego, co było w jakikolwiek sposób związane z 

przeszłością, wszystkiego, co przeszkadzało mu teraz zbudować swoje 

szczęście. W tej chwili nienawidził nawet Jemmy Dawson. Czy musi płacić za 

jej błąd przez całe Ŝycie? Płacił za to juŜ jako dziecko, nie mające ojca, jako 

nastolatek bez nazwiska, potem za kaŜdym razem, kiedy musiał dzielić się 

wszystkim, co dało „Double J", a co mu przypominało, Ŝe ranczo nie jest jego 

własnością. 

A teraz jeszcze Trący Moorland. Czy nie był to kolejny, gorzki dowcip losu? 

Trący wybiegła z pokoju. Wsłuchiwał się w odgłos jej kroków na korytarzu. 

Dobiegł go dźwięk zatrzaskiwanych drzwi do łazienki. Zaraz się ubierze, 

przygotuje i wyjedzie, pomyślał. Wszystko skończone. JuŜ nie będzie musiał 

wyjeŜdŜać z rancza. JuŜ nie będzie miał kogo unikać. Czekał na ten moment od 

chwili jej przyjazdu, a teraz, kiedy miał on nastąpić, czuł straszny ból. 

Westchnął cięŜko i wstał z łóŜka. Kiedy zakładał spodnie usłyszał, jak 

otworzyły się drzwi łazienki. Po chwili Trący weszła do sypialni. Była owinięta 

białym ręcznikiem. Nawet na niego nie spojrzała. Zaczęła zbierać swoje rzeczy. 

Łzy juŜ obeschły na jej policzkach, ale oczy miała wciąŜ wilgotne. Mogła się 

rozpłakać w kaŜdej chwili. 

background image

Powinien był wyjechać, jak tylko się obudził. Nie powinni być razem. Wiedział 

o tym i ta świadomość tylko potęgowała jego cierpienia. Wiedział, co czuła do 

niego. Zdawał sobie sprawę, Ŝe oboje nigdy się od tego nie uwolnią. Chciał jej 

wszystko powiedzieć, ,wytłumaczyć. Powinna poznać prawdę. 

- Trący... - powiedział i podszedł bliŜej. Ręce miała zajęte rzeczami. Zasłoniła 

się nimi, jak tarczą. 

- JuŜ dość - powiedziała szorstko. 

- Tak, wiem - odparł. Wziął głęboki wdech. - Chciałem ci tylko coś powiedzieć. 

- Nie chcę niczego słuchać - odpowiedziała i cofnęła się niepewnie. ZauwaŜyła, 

Ŝ

e zrobił kolejny krok w jej stronę. Spojrzała na drzwi, potem znów na niego. 

- Zrobiłeś juŜ wystarczająco duŜo. Daj mi teraz spokój. Pozwól mi wyjechać. 

Spojrzała na komodę. Przez następne dni będzie sobie bezustannie zadawać 

pytanie, co ją do tego zmusiło. Teraz tkwiła wpatrzona w fotografię, która tam 

stała. Surowe wnętrze sypialni Slade'a, absolutny brak ozdób, idealnie czyste 

meble i... ta fotografia. Stała tuŜ koło niej i przyglądała się. Przez głowę 

przemknęła jej myśl, Ŝe rozpoznaje kogoś... Nie wiedziała, o co chodzi, ale 

czuła, Ŝe młody człowiek, uśmiechający się do niej z fotografii, jest jej znany... 

Drgnęła. PrzełoŜyła swoje rzeczy do jednej ręki, drugą sięgnęła po zdjęcie. 

Slade zbladł, widząc jak uwaŜnie przygląda się parze na starej fotografii. 

Trący nie mogła zebrać myśli. Na tym starym, czarno-białym zdjęciu, mocno 

juŜ poŜółkłym, była młoda kobieta. Ta kobieta... młoda, bardzo ładna, 

uśmiechnięta... była podobna do Slade'a. 

- To ktoś z rodziny? 

- To moja matka. 

- A ten męŜczyzna...? - Znała odpowiedź w chwili, kiedy zadawała pytanie. 

Później przyszło jej do głowy, Ŝe wiedziała, zanim zadała pytanie. To był Jason. 

Młody, bardzo przystojny, uśmiechnięty Jason. 

Opuściła rękę Ŝe zdjęciem. Spojrzała na Slade'a. 

- To Jason, prawda? 

background image

Twarz Slade'a była pozbawiona wszelkiego wyrazu. Wiedział, Ŝe zostawienie 

tego zdjęcia na wierzchu to powaŜny błąd, którego nie da się juŜ naprawić. 

Kiwnął głową. 

- Tak. 

- Dlaczego on jest na tym zdjęciu z twoją matką? - Doskonale wiedziała 

dlaczego, ale chciała to usłyszeć od niego. Czuła, jak Ŝołądek podchodzi jej do 

gardła. Ale Slade nie odpowiadał. Wiedziała dlaczego. Był zaskoczony nie 

mniej niŜ ona. Czuła, Ŝe go nienawidzi. Tak bardzo, Ŝe, gdyby tylko mogła, 

zniszczyłaby go natychmiast. 

- Był twoim ojcem, tak? Odpowiadaj, do cholery? Więc to jest ta twoja wielka 

tajemnica?! Zgadza się? Dlaczego...? - głos uwiązł jej w gardle. Dobrze 

wiedziała dlaczego. Ale musiała to od niego wyciągnąć. 

Nie odpowiadał. Zdjęcie wypadło jej z rąk i z trzaskiem upadło na podłogę. 

Ramka zupełnie się rozbiła. Trący wybiegła z pokoju. 

Slade stal w miejscu, ogarnięty dziwnym odrętwieniem. Trwało to kilka minut, 

zanim zrozumiał, co się stało. Poczuł ból i nękające go wyrzuty sumienia. Musi 

z nią porozmawiać. Musi jej pomóc przez to wszystko przejść. Ona musi 

zrozumieć. Znalazł koszulę i włoŜył ją na siebie, potem szybko skarpety i buty. 

Wybiegł z pokoju, szybko przemierzył korytarz i stanął pod zamkniętymi 

drzwiami pokoju Trący. Z trudem przełknął ślinę. Zapukał. 

- Trący...? śadnej odpowiedzi. 

- Trący! - zapukał mocniej. Nacisnął klamkę. Drzwi były zamknięte. 

- Trący, otwórz! 

- Zostaw mnie w spokoju. 

- Nie. Otwórz te drzwi. - Znowu nie usłyszał odpowiedzi. Przez chwilę 

wpatrywał się w zamknięte drzwi. Cofnął się o krok, pochylił się i uderzył 

ramieniem w twarde drewno. Stary zamek puścił natychmiast i drzwi otworzyły 

się z łoskotem. 

Trący nawet nie spojrzała w jego stronę. Siedziała bez ruchu na łóŜku, wpatrując 

background image

się w pustkę. Podszedł do niej bliŜej. 

- Trący, musimy porozmawiać. Drgnęła i podniosła na niego wzrok. 

- Teraz chcesz rozmawiać? O czym? Myślisz, Ŝe znajdziesz słowa na 

usprawiedliwienie tego, co zrobiłeś?

 

 

- Pewnie nie. Zdaję sobie sprawę, Ŝe moŜesz być poirytowana... 

- Poirytowana? - jej gorzki śmiech miał w sobie coś z histerii. - To słowo 

kiepsko oddaje to, co teraz czuję. - Zakryła twarz dłońmi. - Poirytowana. BoŜe, 

to prawie śmieszne. 

Słade klęknął koło niej i połoŜył jej dłonie na ramionach. Wystraszona, aŜ 

podskoczyła. 

- Nie waŜ się mnie dotykać! - krzyknęła. - Nigdy więcej nie próbuj nawet mnie 

dotykać!! 

- Wysłuchasz mnie wreszcie spokojnie? - Slade wstał. 

- Czego mam słuchać?! Jeszcze jednego kłamstwa? Czy ty wiesz, co mi 

zrobiłeś? Czy ty sobie chociaŜ z tego zdajesz sprawę...? 

Jego twarz stęŜała. 

- Oczywiście, Ŝe wiem, nie jestem taki zupełnie pozbawiony uczuć... 

- Doprawdy? Dobrze, Ŝe mi o tym powiedziałeś, bo sama bym na to nie wpadła. 

- Jej głos był do tego stopnia przepełniony bólem i cierpieniem, Ŝe brzmiał 

zupełnie obco. Ręcznik wciąŜ się zsuwał, a ona odruchowo go poprawiała. 

- Wyjdź stąd. Chcę się ubrać. 

- Widziałem cię juŜ bez ubrania. Nie krępuj się. Przebieraj się. Nigdzie nie 

wyjdę. 

- Ty cholerny bękarcie! - krzyknęła mu w twarz. Mimo Ŝe ręce bardzo jej drŜały, 

jakoś udało się jej pozbierać ubranie i utrzymać niesforny ręcznik. Ruszyła w 

stronę drzwi. Zatrzymały ją słowa Slade'a : 

- Dość trafnie to podsumowałaś. 

- Niby co? - zatrzymała się w miejscu. Zaczynała coś rozumieć. 

- Dokładnie tym jestem, bękartem - powiedział sucho. - Bękartem twojego 

background image

ukochanego męŜa. - Dodał po chwili. - A teraz, w jakim to go stawia świetle? 

 

Jakim trzeba być człowiekiem, Ŝeby porzucić swoją cięŜarną Ŝonę i nigdy nawet 

nie próbować zobaczyć się z własnym synem? Pomyśl o tym, Trący. ChociaŜ 

przez chwilę zastanów się nad tym. 

Trący z trudem zdławiła w sobie chęć zadania kolejnego pytania, chęć poznania 

całej prawdy. Nie mogła juŜ rozmawiać ze Slade'em Dawsonem. Za wszelką 

cenę chciała wymazać go ze swojego Ŝycia, ze swojej pamięci. Pragnęła na 

zawsze zapomnieć o istnieniu „Double J". 

Ale dobrze wiedziała, Ŝe nie potrafi tego zrobić. Kochała się z synem Jasona! 

Sypiała z synem swojego męŜa! Była wstrząśnięta tą prawdą. Burzył się wszelki 

porządek w jej Ŝyciu. JuŜ nie wiedziała co jest dobre, a co złe, co jest moralne, a 

co niemoralne. Tak, będzie jeszcze duŜo o tym myślała i nie potrzebowała 

wskazówek Slade'a. 

Niczym w transie, bez słowa, odwróciła się i poszła do łazienki. Nawet nie 

próbowała zamykać drzwi. Jeśli będzie chciał wejść, to staroświecki zamek i tak 

go nie powstrzyma. Ubrała się, nie myśląc o tym. Ubrana wróciła do pokoju po 

kosmetyczkę. Spojrzała na Slade'a. Stał, wyglądając przez okno. Czekał na nią. 

Widziała tylko jego szerokie plecy i pochylone ramiona. Wyglądał jak człowiek 

dźwigający wielki cięŜar. Przez chwilę wydawało się jej, Ŝe czuje jego ból, Ŝe 

potrafi go zrozumieć... Ale w porę przywołała się do porządku. Miała swój 

własny problem. O wiele większy niŜ jego zmartwienie. Była zła na siebie i na 

gorące łzy napływające jej do oczu. Wzięła kosmetyki i wróciła do łazienki. 

Tym razem zamknęła drzwi starannie. 

 

 

ROZDZIAŁ ÓSMY 

 

 

background image

Cieszył się, Ŝe ona juŜ wie. Cierpienie nieco zelŜało, poczuł wyraźną ulgę. Teraz 

będzie juŜ mógł opowiedzieć jej o wszystkim, co do niej czuje. 

Nagle zorientował się, Ŝe nie mają zbyt wiele czasu. Niebawem pojawi się 

helikopter McFee. Spojrzał w niebo, wyglądając zbliŜającej się maszyny. 

Usłyszał, jak otworzyły się drzwi łazienki. To była ostatnia szansa. Szybko 

przeszedł przez pokój i stanął w otwartych drzwiach. Trący była juŜ gotowa. Ale 

nawet doskonały makijaŜ i poprawiona fryzura nie mogły ukryć jej 

zaczerwienionych oczu i napięcia malującego się na twarzy. Płakała. Poczuł, Ŝe 

jego duszę ogarnia ból. Gnębiły go wyrzuty sumienia. 

- Porozmawiasz ze mną? - spytał spokojnym tonem. W oczach czaił się strach. 

Nawet na niego nie spojrzała. Jakby nie była w stanie znieść jego widoku. 

- Tylko dlatego, Ŝe potrzebuję kilku odpowiedzi. 

- Wszystko jedno dlaczego, chodzi mi o to, Ŝebyś porozmawiała ze mną przez 

chwilę. 

Stali na korytarzu. To nie było najlepsze miejsce. Sypialnia jeszcze mniej 

nadawała się do rozmowy. 

- MoŜe zejdziemy na dół, dobrze? 

Trący kiwnęła głową niechętnie i sięgnęła po swoje walizki. Slade wyprzedził 

ją. 

- Ja to załatwię. Zejdź na dół i napij się jeszcze kawy. Za chwilę tam przyjdę. 

- Dziękuję ci. - Nawet to przyszło jej z trudem. Nie była tylko „poirytowana", 

jak się jemu wydawało. 

Czuła się zraniona do Ŝywego. Mimo fatalnego samopoczucia, posłuchała jego 

rady i zeszła do kuchni. Kawa w dzbanku była jeszcze gorąca, ale stała zbyt 

długo i była gorzka. Nic jeszcze nie jadła od rana i po tych wszystkich 

przeŜyciach poczuła się słabo. Nalała sobie trochę mleka, wypiła je i z ulgą 

stwierdziła, Ŝe to był świetny pomysł. śołądek uspokoił się nieco. Zawsze lubiła 

mleko i tym razem pomogło jej jak zwykle. 

Slade kilkakrotnie przemierzał schody w górę i w dół, aŜ wreszcie wszedł do 

background image

kuchni. 

- Wszystko gotowe - powiedział cicho. 

- Dzięki. - Nie był to szczyt elegancji, ale wciąŜ nie potrafiła zmusić się do 

spojrzenia na niego. Slade zauwaŜył szklankę po mleku w jej ręku. 

- Jadłaś coś dzisiaj? 

Pokręciła przecząco głową. Była zniecierpliwiona. 

- To zupełnie nieistotne. Nie mam zamiaru rozmawiać z tobą na jakikolwiek 

inny temat poza tym, który mnie interesuje. Powiedz mi, dlaczego wydawało ci 

się, Ŝe musiałeś kłamać? Dlaczego nie powiedziałeś mi całej prawdy, jak tylko 

tu przyjechałam? 

Odpowiedział przyciszonym tonem: 

- Tylko raz skłamałem. Kiedy powiedziałem, Ŝe nie wiem, w jaki sposób Jason 

Moorland wszedł w posiadanie połowy rancza. 

- Mam rozumieć, Ŝe twoja arogancja, ciągłe unikanie mnie, nie powinno być 

brane pod uwagę? Przykro mi, ale ja to widzę zupełnie inaczej. Według mnie, 

od chwili, kiedy się tu pojawiłam, kłamałeś. 

- Było coś więcej. Kochaliśmy się. - Niemal upuściła szklankę, wstrząśnięta 

jego słowami. 

- Jak śmiesz wspominać o tym?! - Głos jej drŜał. - Nigdy ci tego nie wybaczę. 

Dobry BoŜe, ty wszystko wiedziałeś, a mimo to... 

DrŜała jak liść na wietrze. Złapała mocno oparcie krzesła, szukając czegoś, na 

czym mogłaby się wesprzeć. Slade pospieszył jej natychmiast z pomocą. Złapał 

ją mocno za ramię. 

- Lepiej siadaj - powiedział bezbarwnym tonem i pomógł jej usiąść. Przysunął 

sobie drugie krzesło. 

- Mam zamiar wszystko ci wyjaśnić. Zgadza się, powinienem był powiedzieć ci 

o tym od razu, jak tylko przyjechałaś. Ale nie zrobiłem tego. 

DrŜącą ręką uniosła szklankę z mlekiem. Chciała wszystkiego wysłuchać, ale, z 

drugiej strony, nie mogła znieść jego obecności. Jedynym rozsądnym wyjściem 

background image

była ucieczka z rancza, ucieczka od Slade'a. Kiedy będzie u siebie, moŜe łatwiej 

przyjdzie jej wszystko przemyśleć. 

Ale wtedy nie dowie się, dlaczego Jason tak jej nie ufał. Dlaczego nie 

powiedział jej, Ŝe ma syna? Tak bardzo chciała mieć dziecko. On przyznał jej, 

Ŝ

e dziecko byłoby dla nich czymś cudownym. Ale nie mogła zajść w ciąŜę. 

Nawet postanowiła przeprowadzić wszystkie niezbędne badania. Uzgodniła to 

juŜ ze swoim lekarzem. Niestety, nagły atak serca Jasona wszystko przekreślił. 

Teraz zrozumiała, Ŝe nie mieli dziecka z jej winy... 

Mówił powoli, wyraźnie. Widać było, Ŝe przywoływanie dawnych, zatartych 

wspomnień pełnych bólu i cierpienia, sprawia mu trudność. 

- Przyjechał tutaj trzydzieści trzy lata temu. Poznali się. Zostali kochankami. 

Trący z trudem zbierała myśli: 

- Dowiedziałeś się tego od matki? 

- Tak. Kiedy powiedziała mu, Ŝe jest w ciąŜy, opuścił ją. To wszystko na ten 

temat. Tylko suche fakty. A ty i ja odczuwamy jeszcze dziś ich skutki. 

- A ranczo? - spytała. 

Slade wystawił nogi i przyglądał się swoim wyczyszczonym butom. 

- Mniej więcej miesiąc po jego zniknięciu, matka otrzymała list od adwokata. 

Zawiadamiał ją, Ŝe Jason Moorland nabył prawa do tego rancza, a połowę z nich 

zapisał jej. 

-I? 

- Nie ma Ŝadnego „i". To wszystko, co wiem. A, jeszcze to, Ŝe jej rodzina 

sprzeciwiała się przyjmowaniu takich kosztownych podarunków, ale matka 

zerwała z nimi kontakt i przyjęła połowę rancza. Kiedy byłem starszy, 

powiedziała mi, Ŝe zrobiła to dla mnie. Kiedy zmarła, odziedziczyłem ranczo. 

Tak samo, jak ty po Jasonie. Zostaliśmy wspólnikami w wyniku wielkiej, 

krzywdzącej niesprawiedliwości, która wydarzyła się ponad trzydzieści lat temu. 

Ś

mieszne, prawda? 

Trący to jeszcze nie wystarczyło. 

background image

- Dlaczego zostawił twoją matkę? Slade spojrzał na nią uwaŜnie. 

- Powiedziałem ci juŜ. Dlatego, Ŝe była w ciąŜy. 

- To dlaczego podarował jej połowę tego rancza? Nawet trzydzieści lat temu 

było warte fortunę. 

Slade nie potrafił powstrzymać gorzkiego uśmiechu: 

- Pewnie poczucie winy. CóŜ innego? 

- Poczucie winy... - powtórzyła Trący w zamyśleniu. Tak, to brzmiało 

prawdopodobnie. MęŜczyzna, który porzuca kobietę w ciąŜy, chce zagłuszyć 

wyrzuty sumienia chojnością. 

- No dobrze, ale dlaczego nie zapisał jej całego rancza? - To pytanie zadała 

bardziej sobie niŜ jemu. 

- Rzeczywiście, to dobre pytanie. Nigdy się nad tym nie zastanawiałem. 

Dlaczego zatrzymał połowę 

rancza? 

Zdała sobie sprawę, Ŝe zaczynają mówić o dwóch róŜnych rzeczach, 

postanowiła więc zakończyć tę rozmowę. Podniosła się z krzesła. 

- To wszystko. Nie mam juŜ pytań. 

- Nawet na mój temat? 

- Zwłaszcza na twój temat. Zaczekam na zewnątrz. Slade pobiegł za nią. Złapał 

ją za ramiona i obrócił do siebie.

 

 

- Nie moŜesz tak po prostu odjechać! A co z nami? 

- Z nami? Nie ma Ŝadnego „my". 

- PrzecieŜ wiesz, Ŝe jest inaczej... 

- Zwariowałeś? Nie mogę znieść myśli o tym, co się stało, a ty wyobraŜasz 

sobie, Ŝe między nami moŜe jeszcze być cokolwiek? - wyrwała ramię z jego 

uścisku. 

- ZaleŜy mi na tobie. 

- Tak, to akurat wiem - odparła ostro. - Mniej więcej tak, jak na niezłej dziwce. 

- Mój BoŜe... - Slade pobladł wyraźnie. - Jak moŜesz tak mówić? Nigdy tak o 

background image

tobie nie pomyślałem. 

- A jak o mnie myślałeś? Czy byłeś w stanie dostrzec, jak bardzo chciałam, aby 

nam było dobrze? 

- Głos się jej załamał. - Rzeczywiście, jesteś bękartem. I nie chodzi mi o twoje 

pochodzenie. To nie twoja wina. Nie moŜesz na to nic poradzić. Wplątałeś mnie 

w coś tak paskudnego, Ŝe niedobrze mi się od tego robi. Jesteś synem mojego 

męŜa! Jaka kobieta świadomie zaangaŜowałaby się w cokolwiek podobnego... - 

przerwała, dobiegł ich warkot helikoptera. - JuŜ jest - powiedziała Trący i 

wybiegła z kuchni. Slade był tuŜ za nią. 

- Nie moŜesz... Trący, nie wyjeŜdŜaj! Zatrzymała się koło bagaŜu. Odwróciła się 

do 

niego raptownie. 

- Nie chcę cię juŜ widzieć. Nigdy więcej! Rozumiesz?! 

- Rozumiem. Ale czy wiesz, co robisz? Trący, tu się coś wydarzyło. Nie niszcz 

tego. Ja tego nie chciałem. Bóg mi świadkiem. Ale stało się. 

- Nic wielkiego się tutaj nie wydarzyło. No, moŜe trochę niezłego seksu. 

Chcesz, Ŝebym ci za to podziękowała? 

Trochę niezłego seksu? To nie były jej słowa, to do niej nie pasowało. Czegoś 

podobnego mógłby się spodziewać po jakiejś taniej panience, ale nie po Trący. 

- Wiem, Ŝe tak nie myślisz. Starasz się mnie tylko zranić. 

- Myśl sobie, co chcesz. Co mi radziłeś dziś rano? Slade, wystarczy juŜ. Więcej 

nie zniosę. 

Oboje obserwowali helikopter lądujący nie opodal. 

- Trący, za kilka dni... 

- Nie. Nie za kilka diii i nawet nie za kilka miesięcy - przerwała mu. 

- ...kiedy upłynie dość czasu, Ŝebyś to sobie przemyślała - kontynuował z 

uporem - sama zobaczysz, Ŝe inaczej na to wszystko spojrzysz. Wiem, Ŝe tak 

będzie. 

Odeszła bez słowa. 

background image

Przez kilka następnych tygodni czuła się niemal równie wstrząśnięta, jak po 

ś

mierci Jasona. Ojciec zauwaŜył to od razu. W pierwszej chwili przypuszczał, Ŝe 

to efekt przepracowania i zmęczenia. Ale kiedy po kilku dniach nie wracała do 

zdrowia i nie poprawił się jej humor, poruszył ten temat w czasie czwartkowego 

obiadu. 

- Jesteś pewna, Ŝe dobrze się czujesz? - spytał. Troszczył się, jak umiał o swoje 

jedyne dziecko. ChociaŜ zbliŜała się juŜ do trzydziestki i była całkowicie 

niezaleŜna. Ale była całym jego światem, sensem jego Ŝycia. Teraz jednak kiedy 

postawił przed nią sałatkę z krabów, jej ulubione danie nie okazywała 

nadmiernej radości. 

- Wszystko w porządku, tato. Jestem tylko trochę zmęczona. - Nie było to 

dalekie od prawdy. Ostatnio w ogóle nie mogła spać. KaŜdej nocy budził ją 

okropny sen. Jason i Slade, ojciec i syn. W ciągu dnia łatwiej było uniknąć 

wspomnień, ale kiedy budziła się nad ranem, nie mogła juŜ zasnąć i wspominała

 

 

wszystkie chwile spędzone w „Double J". Nawet te w łóŜku ze Slade'em... Tak 

bardzo chciała o tym zapomnieć. Udawało się to tylko na krótko, w ciągu dnia. 

- Mizernie wyglądasz, moja droga. - Ojciec nie ustępował. - JeŜeli nie będzie 

widocznej poprawy w ciągu kilku dni, będę zmuszony zaprowadzić cię do 

lekarza. 

Uśmiechnęła się w odpowiedzi. 

- Nie martw się, tato. Jestem zdrowa jak koń. Zmusiła się do zmiany tematu 

rozmowy. Do końca 

obiadu Ŝartowali jak zwykle. 

Po obiedzie wróciła do biura i od razu rzuciła się w wir pracy. Postanowiła 

przygotować raport ze swojej podróŜy. Do opracowania zestawień... dla potrzeb 

ewidencji... uaktualnienia danych... Zdecydowała, Ŝe odpowie na wszystkie 

pytania swoich księgowych. Opisywała po kolei miejsca swojego postoju. Szło 

jej doskonale, dopóki nie dotarła do „Double J". 

JuŜ wcześniej wiedziała, Ŝe z tym będzie miała najwięcej kłopotów. 

background image

W międzyczasie otrzymała list od Racheli. Trący nie dzwoniła do niej, 

przypuszczała, Ŝe Slade poŜegna się z Rachelą w jej imieniu. W sprawie Bena 

kilkakrotnie dzwoniła do szpitala i dowiadywała się o szybkim w powrocie do 

zdrowia brata Racheli. List od niej był niespodzianką. Początkowo bała się, ale 

w końcu zdecydowała go otworzyć. 

 

„Kochana Trący, mam nadzieję, Ŝe u ciebie wszystko w porządku. Slade 

powiedział mi o wszystkim. Długo zastanawiałam się, czy pisać do ciebie o tym, 

co czuję, czy lepiej zostawić cię w spokoju. Właściwie zdecydowałam się na 

napisanie tego listu z powodu Jemmy. Nie chcę, Ŝebyś myślała, Ŝe to była zła 

kobieta." 

 

Trący drgnęła. Jemma? Kto to jest Jemma? CzyŜby matka Slade'a tak właśnie 

miała na imię? AleŜ oczywiście! Jedno „J" od Jemmy, drugie od Jasona. Stąd 

nazwa rancza... Czytała dalej: 

 

„Jemma była moją najlepszą przyjaciółką i znałam ją lepiej niŜ ktokolwiek inny. 

Zapewniam cię, Trący, to nie była zła kobieta. ZaleŜy mi na tym, Ŝebyś to 

zrozumiała. Nie wiem, co Slade ci o niej opowiedział. Sama wiesz, Ŝe nie moŜna 

od niego niczego wyciągnąć. WciąŜ powtarza, Ŝe przedstawił ci tylko fakty. CóŜ, 

fakty są raczej suche i pozbawione wszelkich emocji, prawda? Domyślam się, Ŝe 

bardzo to wszystko przeŜyłaś. Zwłaszcza to, co było między wami, w całej tej 

pogmatwanej sytuacji. Bardzo się tym martwiłam, Trący. Czułam, Ŝe do tego 

dojdzie. Ale bardzo cię lubię i nie chcę, Ŝeby spotykały cię jakiekolwiek 

przykrości. Podobnie jak Slade'a. Nie uniknął cierpienia. Jest teraz bardzo 

nieszczęśliwy. Zawsze był cichy, ale teraz w ogóle się nie odzywa. Tak bardzo 

chciałam, Ŝeby mnie posłuchał, kiedy radziłam mu, Ŝeby ci wszystko powiedział. 

Dzięki temu moŜna było uniknąć wielu cierpień. - Oboje mogliście tego uniknąć. 

Zrozumiem, jeśli nie odpowiesz na ten list. Ale jeśli zdecydujesz inaczej - 

background image

niecierpliwie czekam na wieści od ciebie. Oddana przyjaciółka, Rachela 

Munley. 

P.S. Ben czuje się juŜ lepiej. Zostanie jeszcze kilka tygodni w szpitalu. Były 

jakieś komplikacje z tą jego nogą." 

 

 

Trący odłoŜyła list. Do oczu napłynęły łzy. Wystarczająco głęboko cierpiała 

sama, Ŝeby przejmować się Siadem. Dobrze mu tak... MoŜna było uniknąć tego 

wszystkiego, co zaszło. - Gdyby od razu szczerze odpowiedział na jej pytania, 

nic by się nie stało. Westchnęła cięŜko. To jego robota. MoŜe mieć pretensje 

tylko do siebie. Gdyby nie pocałował jej wtedy, na balkonie... Właśnie, dlaczego 

ją wtedy pocałował? PrzecieŜ musiał wiedzieć, co się stanie, kiedy dowie się 

prawdy. A mimo to pocałował ją. Gorzej, on się z nią kochał. Cudownie, czule, 

delikatnie... 

Teraz dopiero zrozumiała co znaczyło: „...zbyt wiele dla mnie znaczysz..." Jeśli 

cokolwiek do niej czuł, starał się z tym walczyć. Z tym nie moŜna było się 

spierać, Choćby była to bolesna prawda. 

Trący odłoŜyła list i zaczęła przechadzać się po domu. Był on piękny, ale pusty, 

pozbawiony Ŝycia. Mieszkanie w nim juŜ nie sprawiało jej przyjemności. Co 

więcej: trudno jej tu było mieszkać. Zbyt wiele wspomnień i cierpienia z nim się 

kojarzyło. Postanowiła, Ŝe sprzeda dom i poszuka czegoś nowego, czegoś, co 

bardziej pasowałoby do jej stylu Ŝycia. 

Tak, powinna sprzedać dom, sprzedać ranczo, rozstać się ze wszystkim, co 

łączyło ją z przeszłością. W jej Ŝyciu nadszedł czas przemyśleń i wielkich 

zmian. MoŜe nawet powinna opuścić San Francisco, moŜe to by jej dobrze 

zrobiło. Zmiana środowiska bardzo często ludziom pomaga. 

Ale dokąd miałaby jechać? Floryda czy Arizona. Tak, to chyba byłoby 

najlepsze. 

Oczywiście, będzie musiała pozostać w kontakcie z biurem, ale Kyle i dwaj 

background image

pozostali księgowi wystarczą do prowadzenia firmy. 

Dlaczego nie spróbować nowego Ŝycia? MoŜe ojcu będzie przykro, ale to 

rozsądny człowiek. Była gotowa rozpocząć nowe Ŝycie i kiedyś nawet wyjść 

ponownie za mąŜ... 

Ta myśl sprawiła, Ŝe dawny ból wrócił. Czy się to jej podobało czy nie, Slade 

Dawson utkwił w jej sercu na dobre. Nie wiedziała, czy to, co czuje do niego, to 

prawdziwa miłość, czy teŜ kochała 

Jasona... Niezaprzeczalnie kochała tego wstrętnego typa z Montany, a było to 

uczucie silne i nieokiełznane. 

Tego wieczora poszła spać wcześniej. Postanowiła, Ŝe wreszcie się wyśpi. 

Zmęczenie tylko po części było efektem przepracowania. Nie mogła spać z 

zupełnie innego powodu. Wzięła garść róŜnych proszków przed Dojściem do 

łóŜka. Tym razem nie chciała wspominać. 

Zasnęła szybko, ale Wkrótce obudziła się i czuła, Ŝe jest jej niedobrze. Pobiegła 

do łazienki. Miała torsje... potem poczuła się nieco lepiej. Chyba przez proszki, 

(twierdziła. Od tej pory trzeba je łykać w czasie )osiłków, zdecydowała. 

Nigdy nie odpisała na list Racheli. Zaczęła przygotowania do realizacji swojego 

planu. Najpierw przedyskutowała z Kylem sprzedaŜ rancza: 

- Zajmij się wszystkimi formalnościami. Pan Dawson wyraził chęć zakupu 

mojego udziału, a ja ustanowiłam, Ŝe czas najwyŜszy sprzedać tę 

małodochodową inwestycję. 

- Tak, to bardzo rozsądne posunięcie. Zawsze mówiłem, Ŝe z tego rancza 

niewiele da się wycisnąć. 

- Nie chodzi o zyski, Kyle. Po prostu nie lubię go. - To było kłamstwo. 

Uwielbiała to ranczo... 

- Czy doszliście do jakiegoś porozumienia w sprawie ceny? 

- Nie. - Oderwała spojrzenie od segregatora, którym bawiła się przez całą 

rozmowę. - Nie chcę za to pieniędzy. 

- Nie rozumiem. 

background image

- To bardzo proste. Daj to ranczo panu Dawsonowi a jednego dolara. To nam 

oszczędzi kłopotów prawnych. 

Jedna rewelacja goniła następną: 

- Zamierzam równieŜ wyprowadzić się z San Francisco i chcę sprzedać mój 

dom. 

- Co pani zamierza? - Kyle Wetherby był niskim człowieczkiem i nosił duŜe 

okulary w rogowych oprawkach. Ilekroć się denerwował, oprawki opadały mu 

nieco. Tym razem poprawiał okulary bez przerwy. 

Trący nie zwracała na niego najmniejszej uwagi. 

- Nie martw się, proszę. Wiem, co robię. Chcę, Ŝebyś znalazł dobrego kupca na 

ten dom. Chciałabym, Ŝeby to był ktoś, kto będzie umiał zadbać o niego. Jeszcze 

raz proszę, nie martw się. Nie zamierzam wycofywać się z interesu. Nie ma 

potrzeby, Ŝebym była w biurze codziennie. Będziemy w kontakcie. A gdyby 

działo się coś waŜnego, zawsze będę mogła przylecieć. Pewnie będziemy 

znacznie więcej płacić za telefon - dodała ze śmiechem. - Ale wiem, Ŝe 

doskonale dasz sobie radę ze wszystkim. 

- Kiedy pani zamierza wyjechać? 

- Nie wcześniej niŜ za kilka tygodni. Muszę jeszcze zająć się domem, a mówiąc 

bardziej precyzyjnie, tym co jest w domu. 

- Dokąd wyjedziesz, Trący? - spytał niespodziewanie ciepłym tonem Kyle. 

- Jeszcze nie wiem. 

Delikatnie wyprowadziła głównego księgowego ze swojego biura, podała mu 

rękę i poŜegnała się. 

Wiedziała, Ŝe najtrudniejsza rozmowa była wciąŜ jeszcze przed nią. Niełatwo 

będzie przekonać ojca do nowych pomysłów. Jak zwykle... 

 

W następnym tygodniu trzykrotnie wstawała w nocy z powodu okropnych 

nudności, jakie odczuwała ilekroć była bliska zaśnięcia. Nie potrafiła tego 

zrozumieć. Była w dobrej formie, tylko silne nudności nie pozwalały się jej 

background image

wyspać. Wmawiała sobie, Ŝe to konsekwencje tego wszystkiego, przez co 

ostatnio przeszła. Nawet zapomniała o nich na pewien czas. Dopóki nie 

powracały... 

Mijały dni. Dom odwiedzali potencjalni nabywcy. 

Papiery do Slade'a zostały juŜ wysłane. Trący zajmowała się pakowaniem 

rzeczy. 

Okazało się, Ŝe ojciec spokojnie przyjął jej projekt. Nie oponował. Wiedział, Ŝe 

to i tak nic nie da, i miał nadzieję, Ŝe Trący zmieni zdanie tuŜ przed wyjazdem. 

Prawdę powiedziawszy, niewiele się mylił. WciąŜ nie wiedziała, dokąd powinna 

pojechać. Ilekroć myślała o tym, przed oczami stawało „Double J", zagubione 

gdzieś w Montanie. Doprowadzało ją to do rozpaczy. 

Zdziwiło ją nieco, Ŝe Slade nie podpisał natychmiast dokumentów i nie odesłał 

ich. Kiedy przeciągnęło się to do kilku tygodni, sytuacja zrobiła się 

nieprzyjemna. Księgowi naciskali na rozwiązanie tej sprawy. A, co najgorsze, 

jej nocne torsje nasiliły się. JuŜ miała zamiar opowiedzieć o tym ojcu, ale w 

porę zrezygnowała. Wiedziała, Ŝe to go tylko niepotrzebnie zdenerwuje. Ona teŜ 

była zaniepokojona, do tego stopnia, Ŝe postanowiła zobaczyć się ze swoim 

lekarzem. Zadzwoniła i umówiła się na wizytę za dwa dni. Wróciła do pracy. Po 

południu spotkała się z Kylem. Od razu go spytała: 

- Miałeś jakieś wiadomości od pana Dawsona? 

- Ani słowa. MoŜna by oczekiwać, Ŝe człowiek, który otrzyma taki prezencik, 

powinien skakać do góry z radości. A co to za facet? MoŜe jakiś pomylony? 

- Nie jest pomylony - odpowiedziała. - Ale rzeczywiście jest trochę dziwny, 

inny. 

- Do tego stopnia, Ŝeby odrzucić taką okazję? 

- Słucham? 

- No, niektórzy ludzie są zbyt dumni, Ŝeby przyjmować coś za nic. Czy Slade 

Dawson sprawiał podobne wraŜenie? 

- MoŜe masz rację... 

background image

Jak to się stało, Ŝe nie pomyślała o tym wcześniej? PrzecieŜ to oczywiste. 

- Zatem moŜliwe, Ŝe poczuł się uraŜony. 

Kyle uśmiechnął się do siebie. Nie mógł sobie wyobrazić, jak moŜna odmówić 

przyjęcia prezentu. Zwłaszcza takiego. 

Trący myślała o tym powaŜnie. Wiedziała, Ŝe popełniła błąd, i zastanawiała się, 

jak to teraz naprawić. Nie miała ochoty kontaktować się ze Slade'em osobiście, 

ale moŜe załatwiłby wszystko jeden telefon Kyle'a. 

- Chcę, Ŝebyś zadzwonił do pana Dawsona i zorientował się, jak widzi tę 

sprawę. Przyjmij wszystkie jego warunki. Chodzi o to, Ŝeby to szybko 

zakończyć. 

Kyle powstrzymał się od komentarzy i obiecał zająć się tym natychmiast. 

Pół godziny później wetknął tylko głowę przez drzwi jej biura i zakomunikował: 

- Dzwoniłem, ale nie zastałem pana Dawsona. Wyjechał na kilka dni. 

- Pewnie na Big Bluff. 

- Dokąd? 

- Nie znajdziesz tego na mapie. A z kim rozmawiałeś? 

- Z panią... Rachelą Munley. Powiedziała, Ŝe Dawson wyjechał na dwa-trzy dni. 

- Dobrze, dziękuję. Spróbuj jeszcze raz pod koniec tygodnia. 

Po obiedzie czuła się tak słabo, Ŝe nie wróciła juŜ do biura, tylko poszła prosto 

do domu. Dobrze, Ŝe się zdecydowała na tę wizytę u lekarza; kiedy dotarła do 

domu była całkiem wyczerpana. W mieszkaniu piętrzyły się kartony i pojemniki 

z rzeczami. 

Poszła prosto do sypialni, zrzuciła buty i połoŜyła się w ubraniu na łóŜku. 

Zasnęła bez najmniejszych problemów. 

JuŜ od kilku lat pracowała u Trący pomoc domowa. Przychodziła zwykle trzy 

razy w tygodniu. Właściwie teraz juŜ nie była potrzebna, ale Trący nie potrafiła 

jej zwolnić. Przywiązała się do niej. Nazywała się Mildred Short. Słynęła z 

pracowitości i ostrego języka. Kiedy Trący wróciła do domu, była jak zwykle w 

kuchni. TuŜ przed czwartą zaczęła się zbierać do wyjścia. Wtedy zadzwonił 

background image

dzwonek u drzwi wejściowych. 

- Chwila, moment! - krzyknęła w stronę drzwi. Nie lubiła wizyt o tej porze. 

PrzecieŜ ten ktoś mógł przyjść pięć minut później i otwieranie drzwi juŜ nie 

byłoby jej zmartwieniem. 

- Słucham? 

Przed domem stał wysoki, młody człowiek. Wyglądał, jakby Ŝywcem wyjęto go 

z filmu o kowbojach. 

- Chciałbym zobaczyć się panią Trący Moorland. Pani Moorland tu mieszka, 

prawda? 

- Jasne, ze tu mieszka. Ale teraz odpoczywa. 

- A moŜe jej pani powiedzieć, Ŝe przyjechał Slade Dawson? 

- Pewnie, Ŝe mogę. Ale nie wiem, czy powinnam. Pan jest umówiony? 

- Nie. Dopiero przyjechałem. Pani Moorland nie wiedziała, Ŝe będę w mieście. 

ZaŜywna gospodyni wzruszyła ramionami. 

- No dobra. Niech pan tu poczeka. Zobaczę, co ona powie. - Bez Ŝadnych 

ceregieli zamknęła drzwi. Pospieszyła do pokoju Trący. ZauwaŜyła, Ŝe pani leŜy 

na łóŜku. JuŜ miała wycofać się cicho, Ŝeby jej nie budzić. Wtedy dobiegł ją 

cichy głos: 

- Potrzebujesz czegoś ode mnie, Mildred? Zanim odpowiedziała, pociągnęła 

nosem i przyjrzała 

się Trący uwaŜnie. 

- Jakiś pan chce się z panią widzieć. 

- A powiedział, jak się nazywa? 

- Jasne. Ma jedno z tych śmiesznych imion... Slade. Slade Dawson, o ile mnie 

pamięć nie myli. I niech 

pani sama powie, co teŜ ci ludzie wymyślają za imiona? A co, Joe, albo Pete to 

juŜ nie są dobre imiona? Córka mojej przyjaciółki nazwała swojego syna 

Brighton. TeŜ coś! Jakie ten chłopak będzie miał Ŝycie, kiedy dorośnie? Czy 

moŜna wymyślić coś głupszego? Trący słuchała tego potoku słów bez ruchu. 

background image

- Mildred - przerwała jej. - Powiedz mu, Ŝe zaraz będę gotowa. Niech poczeka w 

bibliotece. 

- Właśnie wychodziłam. - Uniosła brwi w grymasie niezadowolenia. - Czy zna 

go pani wystarczająco dobrze, Ŝeby być z nim sam na sam w tym wielkim 

domu? 

- Tak. Nie martw się. To mój stary przyjaciel. Mildred poszła otworzyć drzwi 

Slade'owi. Trący 

siedziała na łóŜku i zastanawiała się. Slade tutaj? Po co? Co się stało? Nie 

spodziewała się takiej wizyty. Poza tym juŜ mu przecieŜ powiedziała, Ŝe nie 

chce go więcej widzieć. Powinna być na niego zła, Ŝe przyjechał. Ale nie była 

zła. Była szczęśliwa... 

 

 

ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY 

 

 

Slade był bardzo zdziwiony, kiedy otrzymał dokumenty z biura Trący. I ta cena: 

jeden dolar. Nie mógł uwierzyć, Ŝe przypuszczała, iŜ przyjąłby taką propozycję. 

Co prawda, zawsze marzył o tym, by zostać wyłącznym właścicielem „Double 

J". Ale zamierzał uczciwie za to zapłacić. 

Rozmawiał juŜ z człowiekiem z banku. Okazało się, Ŝe nie będzie Ŝadnych 

kłopotów z uzyskaniem poŜyczki. Wartość „Double J" dwukrotnie przewyŜszała 

potrzebną sumę. A takie zabezpieczenie to jest coś, o czym marzą wszyscy 

bankierzy. 

Czekał teraz na Trący, rozglądał się po pokoju, do którego wprowadziła go 

gospodyni. Wszędzie było widać dobry smak i wielkie pieniądze. Wiedział, Ŝe 

to dom Jasona Moorlanda i czuł się przez to skrępowany. No, był to teŜ dom 

Trący. Starał się myśleć o nim w ten sposób. 

Usłyszał jej kroki na korytarzu. Wpatrywał się w otwarte drzwi. Weszła pewnie 

background image

do pokoju. Znów miała na sobie kostium w odcieniu błękitnym. Wyglądała 

wspaniale. 

- Cześć - rzucił niepewnie. 

- Cześć, Slade - odparła lekko. Tylko ona wiedziała, ile ją to kosztowało. Serce 

biło jak oszalałe od chwili, kiedy usłyszała, kto składa jej wizytę. 

- To prawdziwa niespodzianka - dodała, starając się utrzymać bezpieczny 

dystans między nimi. 

- Wiedziałem, Ŝe tak będzie - powiedział to tylko dlatego, Ŝe zupełnie nie 

wiedział, co powinien powiedzieć. Nie mógł oderwać od niej oczu. Wyglądała 

tak ślicznie... Z drugiej strony jakby nie ta sama, co na ranczo. MoŜe nie 

powinien w ogóle tu przyjeŜdŜać? 

- Siadaj, proszę. - Usiadła na krześle. 

- Dziękuję. - WciąŜ nie był pewien, co powinien zrobić. Oboje zachowywali się 

jak zupełnie obcy ludzie. Wypełniły go wspomnienia z Montany. Trący bardzo 

się kontrolowała, była zbyt spokojna. To źle wróŜyło. 

- Przyjechałem w tej sprawie - powiedział, wyjmując dokumenty z wewnętrznej 

kieszeni marynarki. 

- Chodzi o sprzedaŜ. Rozumiem. Niestety, dopiero dziś przyszło mi do głowy, 

Ŝ

e mogą być z tym pewne problemy. 

Serce biło jak oszalałe. Był taki przystojny. Świetnie wyglądał w ciemnym 

garniturze i białej koszuli. Do tej pory widywała go wyłącznie w dŜinsach. 

Garnitur doskonale na nim leŜał, był bardzo precyzyjnie skrojony i dopasowany 

do jego szerokich ramion i wąskich bioder. 

- Jeden z moich księgowych dzwonił dziś na ranczo. Rozmawiał z Rachelą. 

Powiedziała, Ŝe wyjechałeś na kilka dni. Mieliśmy zamiar dzwonić do ciebie 

pod koniec tygodnia. 

- W sprawie...? 

- Tej sprzedaŜy oczywiście. PoniewaŜ nie odesłałeś nam umowy... No, cóŜ, 

rozumiem, Ŝe nasza oferta nie usatysfakcjonowała cię wystarczająco. 

background image

- Przypuszczałaś, Ŝe ją przyjmę? 

- Prawdopodobnie nie przemyślałam tego kroku. Zapadła cisza. Oboje czuli się 

niezręcznie. Pierwsza 

odezwała się Trący: 

- MoŜe napiłbyś się czegoś? Na co masz ochotę? - Cokolwiek masz pod ręką. 

Wstali oboje. 

- Mam tu prawie wszystko. 

- Poproszę szkocką z wodą. 

Trący podeszła do półek z ksiąŜkami. Nacisnęła guzik i ściana rozstąpiła się 

ukazując dobrze zaopatrzony barek. 

- Przyniosę trochę lodu - powiedziała i wybiegła z pokoju. 

Slade był zaskoczony rozmiarami i róŜnorodnością wnętrza barku. Podszedł 

bliŜej. Tak, to miejsce bardzo róŜniło się od „Double J". Nic dziwnego, Ŝe Trący 

była tu inną osobą niŜ na ranczo. 

Wróciła niosąc srebrny kubełek z lodem. Zaczęła przygotowywać drinka dla 

Slade'a. 

- Rachela nie wspominała, Ŝe jesteś w drodze do San Francisco. 

- Sama wiesz, jaka ona jest - odparł wymijająco. Trący spojrzała na niego. 

- Tak, rzeczywiście. Nie lubi plotkować, prawda? Po raz pierwszy spojrzeli 

sobie prosto w oczy. 

ZauwaŜyła, Ŝe zrozumiał, co chciała powiedzieć. 

- Proszę bardzo. - Wręczyła mu szklankę. Wtedy ich palce zetknęły się na 

ułamek sekundy. Poczuła, jak przebiegł ją prąd. 

- A ty nic nie pijesz? 

-Tylko trochę wody sodowej. - Wrzuciła do szklanki kilka kostek lodu i wlała 

wodę. - Ostatnio mój Ŝołądek nie znosi nic innego. 

ś

ałowała, Ŝe to powiedziała. Nie powinna. - To nic powaŜnego, w kaŜdym razie. 

- Dodała szybko. - Powiedz, co u Bena? - spytała. 

- JuŜ chodzi. Nieźle mu to idzie. Ale wciąŜ mocno kuleje. Lekarze zabronili mu 

background image

jazdy konnej, przynajmniej przez miesiąc, ale on nic sobie z tego nie robi. 

- Domyślam się... A Rachela? Wszystko w porządku? 

- Tak. Matkuje Benowi i wygląda na to, Ŝe sprawia jej to przyjemność. A ty, jak 

się czujesz? Oczywiście poza sensacjami Ŝołądkowymi. 

- Dobrze, całkiem dobrze. Jestem bardzo zajęta. Większość czasu spędzam w 

biurze. Zwykle jeszcze nie ma mnie w domu o tej porze. 

- A dlaczego dziś jesteś? 

- Nie czułam się najlepiej. 

- Kłopoty z Ŝołądkiem, złe samopoczucie. Trący, czy nie powinnaś 

porozmawiać z lekarzem? 

- To nic takiego, pewnie tylko nerwy. - Znowu pomyłka, teraz będzie dopytywał 

się o stan jej nerwów. 

- Jeśli masz zamiar zostać w mieście przez kilka dni, to wpadnij do biura. Tam 

uzgodnisz z moim głównym księgowym wszystkie szczegóły. Tą sprawą 

zajmuje się Kyle Wetherby. 

- Nie ty? 

- Nie. Kyle jest moją prawą ręką. To on ustalał wszystko z prawnikami. - Byłeś 

ostatnio na Big Bluff? 

- Kilka razy. Sprawdzałem, czy wszystko jest gotowe na sezon myśliwski. 

Sześciu albo siedmiu przyjaciół będzie korzystać z ambony przez kilka tygodni. 

- śeby upolować jelenia? 

- Albo łosia. 

Zapadła krępująca cisza. Temat się wyczerpał. Urwała się przyjacielska 

pogawędka o dawnych znajomych. Trący nerwowo popijała wodę. Slade robił to 

samo ze swoja szkocką. 

Zastanawiała się, po co naprawdę przyjechał? PrzecieŜ wszystkie szczegóły 

dotyczące sprzedaŜy moŜna było omówić przez telefon. 

Nie mogła się uspokoić. Nie wiedziała, co ma zrobić. Chciała, Ŝeby juŜ sobie 

pojechał i jednocześnie miała nadzieję, Ŝe tego nie zrobi. 

background image

Ciszę przerwał Slade: 

- A co powiedziałabyś na wspólną kolację? 

- Kolację? - Nie ukrywała zaskoczenia. 

- Nie znam miasta zbyt dobrze, ale mam nadzieję, Ŝe ty znasz jakieś miłe 

miejsce. 

- No, cóŜ. Nie wiem...  

 - Miałaś inne plany? 

Zastanawiała się przez chwilę. PrzecieŜ to było głupie. Oboje starali się nie 

myśleć o tym, co nieuniknione. 

- Nie, Slade, to nie jest dobry pomysł - powiedziała cicho. 

Przyglądał się jej przez dłuŜszą chwilę: 

- Widzę, Ŝe wciąŜ nie moŜesz dać sobie z tym rady. 

- Nie umiem... - głos się jej załamał. 

- A czy kiedykolwiek będziesz umiała? 

- Nie wiem. 

Slade dopił drinka i odstawił pustą szklankę na szklany stolik. 

- Widzisz, ty robisz błąd. Winisz mnie i siebie za to, co się stało dawno temu... 

- Ciebie winię za wszystko, Slade - przerwała mu. - Nie mam zamiaru brać na 

siebie dpowiedzialności ani za to, co się stało tego lata, ani za to, co się zdarzyło 

trzydzieści lat temu. Oczywiście ty teŜ nie moŜesz winić się za przeszłość, ale 

jesteś odpowiedzialny za to, co się stało w lecie. - Jego oczy pociemniały, 

wpatrywał się w nią uwaŜnie. 

- Naprawdę Ŝałujesz tego tak bardzo? Czy jesteś w stanie o tym zapomnieć? Ja 

nie potrafię. WciąŜ myślę tylko o tobie. 

- Nie chcę tego nawet słuchać. JeŜeli cierpiałeś z tego powodu, trudno. Ja teŜ 

cierpiałam. Ale nie chcę dalej tego ciągnąć. 

- Czy zjedzenie razem kolacji nazywasz „ciągnięciem tej historii"? 

- Tak mogłoby się stać. 

Uśmiechnął się ironicznie, jakby tryumfalnie. 

background image

- Bo dobrze wiesz, Ŝe coś jednak jest między nami. 

- Było - przyznała. - Ale się skończyło. Dokładnie wtedy, kiedy zobaczyłam 

zdjęcie. 

Wiedziała, Ŝe ta rozmowa do niczego dobrego nie doprowadzi, ale Ŝe będzie aŜ 

tak źle, nie przypuszczała. Czuła ból. Znowu cierpiała. On nie miał prawa tak 

postąpić... 

Wiedział, Ŝe musi jej to powiedzieć. Musi zrozumieć, co czuje. Obawiał się, Ŝe 

zwykłe: „Myślę, Ŝe cię kocham", mogłoby ją wystraszyć jeszcze bardziej. Ale 

musiał to powiedzieć. Nie wyjdzie stąd bez tego. 

- Tak wiele dla mnie znaczysz, Trący... - zaczął, ale urwał, widząc wyraz jej 

twarzy. 

Trący była wstrząśnięta. Jak śmiał powiedzieć coś takiego? Wstrzymała oddech 

na chwilę. Z trudem przełknęła ślinę. Była zbyt zdenerwowana, Ŝeby siedzieć. 

Wstała raptownie. Pobladła, w głosie słychać było wyraźnie zdenerwowanie: 

- Nie waŜ się mówić takich rzeczy. Nie będę tego słuchać. Slade, nie masz 

prawa... 

- Nie mam prawa?! - zerwał się na równe nogi. - Potrzebne jest jakieś specjalne 

prawo, Ŝebym mógł myśleć o tobie? Gdzie to moŜna załatwić? Jak? Ile 

kosztuje? To zezwolenie czasowe, czy stała licencja? Powiedz mi, co mam 

zrobić. Zrobię to. 

- Przestań się wygłupiać...! - szepnęła. 

- Nawet nie staram się. Jestem śmiertelnie powaŜny. Powiedz, co chcesz, Ŝebym 

zrobił, a zrobię to. Tylko, cholera, nie zamykaj przede mną drzwi. 

Podczas wypowiadania tych słów, zbliŜał się do niej krok za krokiem. Teraz stał 

juŜ bardzo blisko. Za blisko... 

- Trący... 

- Nie! - cofnęła się. - A więc po to tu przyjechałeś! Czy nie rozumiesz, Ŝe nic się 

nie zmieniło?! WciąŜ jesteś jego synem. I będziesz nim za dziesięć lat. I za 

dwadzieścia! Nikt nic nie moŜe na to poradzić. Trudno, to się nie zmieni. 

background image

- Doprawdy? - czuł jak wzbiera w nim gniew. Oczywiście, nie moŜna zmienić 

faktów dokonanych. Ale czy rzeczywiście to, kim był jego ojciec, ma 

jakiekolwiek znaczenie? 

- Chyba ja powinnam zadać to pytanie? Nie sądzisz? To nie ja próbuję 

cokolwiek zmienić, tylko ty. Ale ja juŜ nie chcę do tego wracać. JuŜ nie. 

- Niewiele sobie wyjaśniliśmy ostatnim razem. 

- To teŜ nie moja wina. Miałeś tyle okazji, Ŝeby mi wszystko wyjaśnić. Nie 

wykorzystałeś Ŝadnej. Gdybym nie zauwaŜyła tamtego zdjęcia, nie znałabym 

prawdy do dziś, zgadza się? Miałeś zamiar rozstać się ze mną bez słowa. I co 

dalej, Slade? Myślałeś, Ŝe wrócę tu i tak po prostu zapomnę o tym wszystkim?! 

Zrozumiał, Ŝe nadszedł czas prawdy. Nie miało sensu dalsze jej ukrywanie: 

- Nie, nie myślałem tak. Nie próbuję się usprawiedliwiać, ale chciałbym, Ŝebyś 

wreszcie zrozumiała, Ŝe dla mnie wszystko, co się wydarzyło, było równie 

nieoczekiwane, jak dla ciebie. 

- MoŜe nie potrafię wybaczyć ci tego ostatniego dnia. Ten pierwszy raz z tobą... 

to było wspaniałe. To nas oboje zaskoczyło, jak sądzę. Ale nie potem. Dobrze 

wiedziałeś, co robisz. 

- Nie będę zaprzeczał. Nie potrafiłem się opanować. Ja... 

- Ani słowa więcej! Wolałabym, Ŝebyś juŜ sobie poszedł. Nie powinieneś był tu 

przychodzić. 

- Nawet nie próbujesz mi wybaczyć, prawda? 

- Jeślibym ci wybaczyła, to... i tak nie będziesz dzięki temu synem innego 

człowieka! 

Takiemu argumentowi nie potrafił się sprzeciwić. Stał przez chwilę nieruchomo 

i wpatrywał się w jej oczy. Cała nienawiść, jaką Ŝywił do Jasona Moorlanda 

nagle obróciła się przeciw niemu. Jason nawet zza grobu skutecznie 

komplikował mu Ŝycie. 

- Masz rację. Zdolność wybaczania nic tu nie zmieni. Ruszył w stronę drzwi. 

Patrzyła na jego szerokie plecy bliska płaczu. Odwrócił się i posłał jej ostatnie, 

background image

gorące spojrzenie: 

- Dbaj o siebie. Nie wyglądasz najlepiej. 

W chwilę później juŜ go nie było. Rozległ się trzask zamykanych drzwi 

wejściowych. Trący podbiegła do okna, ale nie dostrzegła go na podjeździe. Był 

juŜ na ulicy. Chciała wybiec za nim. Wiedziała, Ŝe go kocha i Ŝe właśnie go 

traci. 

Cisza, która zapanowała w domu po jego wyjściu, była nie do zniesienia. Nie 

potrafiła spędzić tego wieczoru w samotności. Wykręciła numer telefonu ojca. 

-Tato? 

- Trący? Co się stało? 

- Nie, nic takiego. Pomyślałam sobie tylko, Ŝe moŜe miałbyś ochotę zjeść ze 

mną dziś kolację... 

- Kochanie, bardzo mi przykro, ale juŜ jestem umówiony. MoŜe jutro? 

- No, cóŜ... 

- Trący, jesteś pewna, Ŝe nic się nie stało? Masz dziwny głos. 

- Nie, wydaje ci się. Nic się nie stało. 

- Skoro jesteś pewna... 

Jakoś udało się jej uspokoić ojca, ale kiedy odwiesiła słuchawkę, rozejrzała się 

bezradnie po pokoju. Co teraz? Co powinna zrobić? Gdzie zatrzymał się Slade? 

Czy przyjdzie jutro do biura, Ŝeby załatwić formalności? 

Czy on cierpi tak jak ona? Co miał zamiar powiedzieć, zanim go powstrzymała? 

Musiała coś zrobić. Tylko co? Zaczęła się pakować. Przebrała się w stare dŜinsy 

i podkoszulek. Zniosła na dół kilka kartonów. Do dziesiątej półki były puste, a 

kartony zamknięte, gotowe do transportu. Zjadła talerz zupy, wykąpała się w 

gorącej wodzie i pomyślała o małej drzemce. 

 

Udało się jej jakoś przetrwać ten wieczór. Tak samo będzie jutro. I pojutrze. 

- I tak dalej, aŜ nadejdzie lepsze jutro... - powiedziała do siebie. Ogarnęło ją 

nieprzyjemne uczucie pustki. Pozostała nadzieja, Ŝe wszystko się zmieni, jeśli 

background image

tylko uda się zerwać z przeszłością. 

Następnego dnia niecierpliwie czekała na pojawienie się Slade'a. Ale nie 

przyszedł. I nie zadzwonił. Zwątpiła juŜ, czy kiedykolwiek się jeszcze zobaczą. 

Dwa dni później wszedł do jej biura Kyle. Twarz miał rozpromienioną. 

- Właśnie dzwonił do mnie tajemniczy pan Dawson. 

- I? 

- Właśnie wrócił do domu... 

- Chcesz powiedzieć, Ŝe dzwonił z rancza? 

- Właśnie. Ma facet głowę na karku, nie? 

- Co powiedział? 

- Nic. Po prostu precyzyjnie określił warunki, na jakich chce kupić drugą 

połowę rancza. Nic ponadto. A tak na marginesie, cena, którą nam 

zaproponował jest wysoce rozsądna. 

Kogo to obchodzi? Pieniądze były ostatnią rzeczą, o której mogła teraz myśleć. 

Miała wystarczająco duŜo pieniędzy. I tak nie jest w stanie ich wszystkich 

wydać. 

- To dobrze - odparła bez większego przekonania Chciałabym, Ŝebyś 

doprowadził tę sprawę do końca. Nie chcę juŜ więcej o tym słyszeć. 

- Oczywiście. Nie ma sprawy, zajmę się wszystkim. - Kyle nie krył zaskoczenia. 

- Dziękuj... I, Kyle, nie zapomnij zamknąć drzwi, kiedy będziesz wychodził. 

Kiedy została sama, odwróciła się do okna i przypatrywała się roztaczającemu 

się widokowi. Ale dziś nie widziała mostu Golden Gate, nie mogła dostrzec 

statków, stojących na redzie. Oczy miała pełne łez... 

Wszystko się skończyło. Nigdy juŜ nie zobaczy raportu finansowego z 

nadrukiem „Double J". Wreszcie udało się zerwać wszystkie związki z 

przeszłością. 

A mimo to czuła się bardziej nieszczęśliwa, niŜ kiedykolwiek do tej pory... 

Kilka dni później weszła do gabinetu doktora Maynarda Lessinga. Uprzejmy, 

starszy pan siedział za biurkiem i przeglądał jej kartę. 

background image

- Bardzo proszę, niech pani siada. 

- Dziękuję. CóŜ, znalazł pan coś, czym powinnam się zmartwić? 

Doktor Lessing oparł się o biurko i przypatrywał jej przez chwilę, zanim 

powiedział: 

- To delikatna sprawa. Najlepiej będzie jak powiem szczerze: Trący, 

przypuszczam, Ŝe jesteś w ciąŜy. 

Zakręciło się jej w głowie. Nie mogła złapać oddechu: 

- W ciąŜy...? 

- Chciałbym, Ŝebyś zrobiła kilka dodatkowych badań, ale jestem tego niemal 

pewien. To stało się niedawno. Jakieś dwa miesiące temu. Czy to moŜliwe? 

- Tak, ale... byłam przekonana, Ŝe to wykluczone. Przez cztery lata małŜeństwa 

nie mogłam zajść w ciąŜę... 

- To mogła być nie twoja wina - powiedział doktor Lessing uprzejmym tonem. 

- To nie mogła być wina Jasona, on.,. - urwała nagle. 

- A moŜe to coś zupełnie innego? - dodała po chwili z nadzieją w głosie - 

słyszałam o porannych nudnościach, ale nocne? 

- Bardzo powszechne. Posłuchaj mnie uwaŜnie. Nic nie zmusza cię do 

utrzymania tej ciąŜy. Na tym etapie aborcja nie powinna być kłopotliwa. 

Oczywiście, niczego nie sugeruję. Decyzja naleŜy do ciebie. 

Trący była zaskoczona. Aborcja? Po tych wszystkich latach oczekiwania na 

dziecko? To było dziecko Slade'a. Nigdy nie wyrządziłaby krzywdy nie 

narodzonemu dziecku, zwłaszcza Ŝe wiedziała, jak bardzo kocha jego ojca. 

Przecząco pokręciła głową: 

- Nigdy, doktorze. Nigdy. - Zatem nie jesteś nieszczęśliwa z tego powodu? - 

Jestem bardzo zaskoczona. Nie wiem, jak mam określić to, co czuję w tej chwili, 

ale na pewno nie jestem nieszczęśliwa. 

- No to cieszę się bardzo. - Doktor odetchnął z ulgą. - Niestety mam obowiązek 

wspomnieć o rozwiązaniach alternatywnych, ale zawsze cieszę się, kiedy 

kobieta jest zadowolona, Ŝe zostanie matką. Umów się z moją sekretarką na 

background image

następną wizytę, I zadzwoń do mnie jutro po południu. Powiem ci, jakie były 

wyniki testu. Jestem prawie pewien wyniku, ale zawsze istnieje ryzyko. 

Trący wstała powoli, wzięła swoją torebkę i ruszyła do wyjścia. Dziecko. 

Będzie miała dziecko. To cud. MoŜe jakiś kłopot, moŜe mnóstwo kłopotów... ale 

będzie miała dziecko! Uśmiechała się. 

- Dziękuję, doktorze, bardzo panu dziękuję. 

- Sama teraz widzisz, Ŝe wcale nie potrzebowałaś tamtych testów. To musiał być 

problem pana Moorlanda, a nie twój. 

Przygasł uśmiech na jej twarzy. Skoro to nie była jej wina, ani Jasona, to 

dlaczego nie mogła zajść w ciąŜę przez cztery lata małŜeństwa? 

 

 

ROZDZIAŁ DZIESIĄTY  

 

 

Przez cały dzień nachodziły ją róŜne wątpliwości. Nie potrafiła sprecyzować, o 

co jej chodzi. Czuła instynktownie, Ŝe jest jeszcze coś, co naleŜałoby wyjaśnić. 

Kiedy przygotowywała się wieczorem do snu, przyszła jej do głowy myśl: 

- A jeśli Slade nie jest synem Jasona!? - aŜ wykrzyknęła głośno do siebie. To 

podejrzenie było niesamowite, ale nie pozbawione sensu. Zaczęła chodzić po 

pokoju i rozmyślać. Ta jej poprzednia niepłodność i fakt, Ŝe Slade nie był 

zupełnie podobny do Jasona... To dawało do myślenia. Oczywiście nie były to 

wystarczające dowody, ale... 

Musi być coś jeszcze w historii Jasona i Jemmy, 

O czym Slade jej nie powiedział. A moŜe sam nie znał całej prawdy? Pamiętała, 

Ŝ

e kiedy znalazła to zdjęcie, Slade sprawiał wraŜenie, jakby odczuł ulgę. MoŜe 

on nic więcej nie wiedział? 

Prawdę mogła znać Rachela. Trący pobiegła do biblioteki, Ŝeby odszukać list od 

niej. Tam musiała być jakaś wskazówka. Po chwili gorączkowych poszukiwań 

background image

wreszcie znalazła. Przeczytała go w pośpiechu. 

Rachela pisała wyraźnie: „To była moja najlepsza przyjaciółka; znałam ją lepiej, 

niŜ ktokolwiek inny. 

i zapewniam cię, Trący, to nie była zła kobieta". 

A dlaczego Rachela sądziła, Ŝe mogłaby o niej źle myśleć? CzyŜby dała jakiś 

powód ku temu? Skąd pomysł, Ŝe ona w ogóle będzie myśleć o Jemmie? 

Nie potrafiła znaleźć odpowiedzi na te pytania. 

OdłoŜyła list. Ciekawe, czy Rachela powiedziałaby jej całą prawdę? Wiedziała, 

Ŝ

e nadal będzie lojalna. Dała juŜ tego dowód podczas poprzedniego pobytu w 

„Double J". A czy dziecko, to nie jest wystarczający powód? MoŜe dziecko 

Slade'a nakłoni ją wreszcie do mówienia? Była to jakaś szansa. 

NaleŜało ją teraz umiejętnie wykorzystać. Ale Trący jeszcze nie postanowiła, 

czy chce powiedzieć Slade'owi, Ŝe zostanie ojcem. Chyba jeszcze nie. To, Ŝe 

go kocha, to jeszcze za mało. Trudno przewidzieć reakcje Slade'a, kiedy dowie 

się, Ŝe nosi jego dziecko... 

Czuła się fatalnie: z jednej strony była szczęśliwa, Ŝe będzie miała dziecko, z 

drugiej jednak, była załamana - być moŜe pokochała nie właściwego człowieka. 

Sprawę utrudniał jeszcze fakt, Ŝe nie miała do kogo zwrócić się o pomoc. Ojciec 

zadawałby zbyt wiele kłopotliwych pytań. Chciałby dowiedzieć się, kto jest 

ojcem dziecka. Pewnie rozgniewałby się, gdyby mu odmówiła odpowiedzi. A 

przecieŜ jeszcze nie mogła mu tego powiedzieć. 

Miała dość tych przemyśleń. Wróciła do łóŜka. Postanowiła wyspać się tej nocy. 

Potrzebowała tego. Oboje potrzebowali duŜo odpoczynku, ona i jej dziecko. 

Dziecko Slade'a. 

Przez kilka następnych dni, przy pomocy Mildred, systematycznie 

przeprowadzała inwentaryzację i pakowanie kryształów oraz porcelany. Później 

zajęła się pokojem Jasona. Odruchowo zostawiła to zajęcie na koniec. Nie 

potrafiła jeszcze zajmować się jego rzeczami. Ale teraz musiała. 

W pokoju wszystko było tak samo poustawiane, jak w dniu jego śmierci. W 

background image

szafach nienaganny porządek. Zupełnie nie wiedziała, co z tym wszystkim 

zrobić. Postanowiła, Ŝe ubrania przekaŜe na cele dobroczynne. Systematycznie 

wypełniała kartony garniturami, płaszczami, butami. 

Sprawdziła zawartość wszystkich półek i szuflad. Z wyjątkiem jednej. Była 

zamknięta na klucz. Zdziwiło ją to. Dlaczego zamykał na klucz szufladę we 

własnej garderobie? Postanowiła i to sprawdzić. Znalazła klucze Jasona i po 

kolei przymierzała je do zamka. Wreszcie znalazła ten, którego szukała. Zamek 

otworzył się łatwo. Wewnątrz leŜało kilka ksiąŜek w podniszczonych oprawach, 

stos listów związany tasiemką i fotografia... Taka sama jak ta, która stała w 

sypialni Slade'a. Wstrząśnięta tym odkryciem, wzięła do ręki plik listów. 

DrŜącymi dłońmi rozpakowała je. Na wierzchu leŜał dokument. „Ja, Jason F. 

Moorland, przekazuję Jemmie Dawson..." To akt darowizny rancza. 

Trący sięgnęła po listy. Oblała się rumieńcem, kiedy je czytała. Serce biło jej 

coraz mocniej. A więc to była prawda... W tych listach Jemma pisze o swojej 

ciąŜy i prosi Jasona o zrozumienie i wybaczenie. Próbowała, ale się jej nie 

udało. 

Trący ostroŜnie wyjęła jedną z ksiąŜek w zniszczonej oprawie. Otworzyła ją. 

Zobaczyła charakter pisma Jasona. Pamiętnik? ZauwaŜyła swoje imię. 

Przeczytała cały akapit. Zarumieniła się. Była z tym człowiekiem przez cztery 

lata, a nic nie wiedziała o jego zamiłowaniu do prowadzenia pamiętnika. Było tu 

wszystko. Nawet notatki dotyczące pogody, były uwagi na temat ich Ŝycia 

intymnego... Absolutnie wszystko z czterech lat małŜeństwa. Niemal godzina po 

godzinie... 

Zaczęła wyciągać jeden pamiętnik za drugim, kartkowała je, zatrzymywała się 

na chwilę przy poszczególnych wydarzeniach. Chciała poznać całe Ŝycie 

swojego męŜa. Wiedziała, Ŝe w końcu trafi na Jemmę. Znalazła. Bardzo 

dokładny opis wyprawy w poszukiwaniu terenów, pierwsze spotkanie z Jemmą. 

Kilka stron poświęcił opisowi swoich uczuć: ...-Kocham ją, kocham do 

szaleństwa. Chcę ją poprosić o rękę. Jest wszystkim w moim Ŝyciu. Taka 

background image

piękna, mądra..." 

Ale potem przestał ją tak bardzo kochać. Dlaczego ją porzucił? 

Kilka linijek niŜej przeczytała coś, co o mało nie pozbawiło jej przytomności: 

i ... „postanowiłem, Ŝe nie powiem jej o mojej bezpłodności. To nie jest 

najwaŜniejsze. Tak bardzo chcę z nią być..." 

Trący natychmiast rzuciła się w stronę ostatniego ,tomu. Odszukała opisy ich 

pierwszych spotkań. Znalazła to, czego szukała: 

„Tracy jest młoda, być moŜe będzie chciała mieć dzieci. Obawiam się, Ŝe jeśli 

powiem jej o mojej bezpłodności, odejdzie ode mnie. Nie zniósłbym tego. 

Muszę więc zachować milczenie." 

Trący nerwowo przeczesywała włosy. A więc on nie był ojcem Slade'a. Nie był 

niczyim ojcem. Zatem - kim był ojciec Slade'a? 

Wróciła do przerwanej lektury: 

„Idiotka, próbowała mnie przekonać, Ŝe to ja jestem ojcem jej dziecka. 

Wszystko zepsuła. A mogło być nam tak cudownie." A kilka stron później: 

„BoŜe, pomóŜ mi. WciąŜ ją kocham. Nie potrafię Ŝyć bez niej. A ona nie ma z 

czego Ŝyć, nie ma jak utrzymać dziecka. Muszę jej pomóc..." 

I stąd to ranczo, domyśliła się. 

ś

ołądek podszedł jej do gardła, poczuła, Ŝe zaraz będzie miała torsje. Pobiegła 

do łazienki, Ŝeby wypić lekarstwo, które przypisał jej doktor Lessing. Potem 

połoŜyła się na łóŜku i rozmyślała. A więc to wszystko były kłamstwa. Ale 

dlaczego Jemma tak okrutnie okłamała swojego syna? Domyślała się, Ŝe 

odpowiedź na to pytanie zna Rachela. Miała juŜ teraz dowody, mogła zmusić 

Rachelę do mówienia. Nawet małomówna Rachela będzie musiała cokolwiek 

powiedzieć, kiedy połoŜy przed nią pamiętniki Jasona. Cała historia była wciąŜ 

niejasna, mimo notatek Jasona. Trący musiała jeszcze poznać wszystko z punktu 

widzenia Jemmy. Dopiero wtedy zrozumie. Dopiero wtedy będzie wiedziała, jak 

powinna postąpić. Musiała skontaktować się z Rachelą, i to jak najszybciej... 

Potrzebowała tygodnia, Ŝeby zebrać myśli przed telefonem do Racheli. W końcu 

background image

zadzwoniła. 

- Witaj, Rachelo, tu Trący Moorland. 

- Trący! Jak miło cię słyszeć. Co u ciebie? 

- Dziękuję, całkiem nieźle. Posłuchaj, muszę się z tobą zobaczyć. 

- Ze mną? Wiesz, gdzie mnie znaleźć - odparła Rachela ze śmiechem. 

- Tak, ale wolałabym porozmawiać z tobą na osobności. Rano przylecę do 

miasteczka. Samolot przylatuje o jedenastej trzydzieści. Wiem, Ŝe to dla ciebie 

kawał drogi, ale czy mogłybyśmy tam się spotkać? 

- Tak, myślę, Ŝe to się da załatwić. 

Trący zauwaŜyła nagłą zmianę w głosie Racheli. 

- Dziękuję ci bardzo. I chciałabym, Ŝeby zostało to między nami. Proszę, nie 

mów nic Slade'owi. 

- Nie mogłabym, nawet gdybym chciała. Jest na BigBluff. 

- Sezon łowiecki jeszcze trwa? 

- JuŜ prawie koniec, ale i tak nie będzie go jeszcze przez kilka dni. 

- Rozumiem. Dzięki temu nie będziesz musiała usprawiedliwiać swojej 

nieobecności na ranczo. 

- Trący, powiedz, o co chodzi?  - O Jasona i Jemmę. 

- Nie mam zamiaru rozmawiać o tym z tobą... 

- Sądzę, Ŝe jednak porozmawiamy. Widzisz, znalazłam jego pamiętnik. 

Chciałabym ci go pokazać. 

background image

Po tamtej strome słuchawki zapanowała cisza, a po dłuŜszej chwili Rachela 

odezwała się zrezygnowanym tonem: 

- W porządku. Będę na ciebie jutro czekała. 

Lokal pod nazwą „Westwind" okazał się bardzo przytulny. Zamówiły obiad, 

dostały po kubku gorącej, ziołowej herbaty na rozgrzanie. 

Trący nie zwlekała dłuŜej. Wyciągnęła pamiętnik Jasona i podała go Racheli, 

mówiąc: 

- Najciekawsze fragmenty zaznaczyłam. Zajęła się herbatą, Rachela zagłębiła się 

w lekturze. 

Po chwili spytała: 

- Skąd to masz? 

- Musiałam przejrzeć wszystkie nasze rzeczy przed przeprowadzką, a te 

pamiętniki były w garderobie Jasona. Zamknięte na klucz. 

- Zamierzasz pokazać to Słade'owi? 

- To zaleŜy od ciebie! 

- Dlaczego ode mnie? 

- Bo jesteś jedyną osobą, która zna całą historię. Wiem, Ŝe jesteś lojalna, ale to 

wyjątkowa sytuacja. Muszę wszystko wiedzieć. Muszę poznać całą prawdę. 

- Dlaczego „musisz"? To nie twoja sprawa. 

- Teraz to juŜ jest moja sprawa. Slade nie jest synem Jasona, obie zdajemy sobie 

z tego sprawę. Chcę, Ŝeby Slade teŜ to wiedział. Do tej pory marnował swoje 

Ŝ

ycie, nienawidząc człowieka, który mu nie wyrządził Ŝadnej krzywdy. 

Aczkolwiek Jemma musiała mieć jakiś powód, Ŝeby kłamać. To, co usłyszę od 

ciebie, zdecyduje, czy powiem wszystko Slade'owi, czy wrócę teŜ prosto na 

lotnisko, potem do San Francisco i nigdy się juŜ nie zobaczymy. 

- A dlaczego po prostu nie zostawisz go w spokoju? spytała Rachela niepewnym 

głosem. 

- Bo go kocham. Ale kocham go na tyle, Ŝe będę umiała odejść, jeśli uznam, Ŝe 

prawda moŜe wyrządzić mu większą krzywdę, niŜ kłamstwa, z którymi Ŝyje od 

background image

lat. A ty, ty nie jesteś juŜ zmęczona bezustannym okłamywaniem go? Jak 

wytrzymałaś tyle lat, nie mogąc powiedzieć mu prawdy? 

W oczach Racheli były łzy, cierpienie, i coś jeszcze... 

- Oczywiście, Ŝe mam juŜ dość tych kłamstw. Najgorzej było po śmierci Jemmy. 

Niemal powiedziałam wszystko Slade'owi. Ale dałam słowo Jemmie, 

przyrzekłam to jej juŜ dawno temu. Jak mogłam złamać dane raz słowo? Była 

dla mnie czymś więcej niŜ siostrą, niŜ przyjaciółką. Poza tym, było juŜ za 

późno. Slade juŜ wszystko wiedział od niej. Jeśli powiesz mu teraz, to mnie 

znienawidzi. Tego właśnie chcesz? 

- AleŜ oczywiście, Ŝe nie. Tego właśnie bardzo się obawiałam, nie chcę, Ŝeby 

ktokolwiek cierpiał. Rachelo, proszę, powiedz mi, co się wydarzyło trzydzieści 

lat temu. Przysięgam, nie chcę go skrzywdzić. Musisz mi uwierzyć, przecieŜ 

gdybym myślała inaczej, nie dzwoniłabym do ciebie, prawda? 

- Chyba muszę się z tobą zgodzić. - Rachela zamilkła na chwilę. Piła herbatę i 

wpatrywała się w stół. 

- Jason Moorland przyjechał do naszej doliny latem. Po prostu przyjechał, nagle, 

znikąd. Chciał kupić jakąś ziemię, przynajmniej tak mi się wtedy wydawało, bo 

rozmawiał o tym z wieloma ranczerami. 

Zgadzało się to z tym, co Trący znalazła w pamiętniku. 

- Mów dalej. 

- Zanim tu przyjechał, Jemma była zwiąana z... - zacięła się przy nazwisku - ...z 

Garve Hutchinsonem. 

- To on jest ojcem Slade'a? 

- Tak. śebyś to mogła lepiej zrozumieć, muszę ci opowiedzieć trochę o Jemmie. 

Była najpiękniejszą dziewczyną w dolinie. Byłyśmy najbliŜszymi 

przyjaciółkami. Mówiłyśmy sobie wszystko. Razem przeŜywałyśmy swoje 

pierwsze szkolne miłości, nasze pierwsze pocałunki, kiedy byłyśmy starsze. W 

czasach szkolnych Jemmy umawiała się z tuzinem chłopców, była 

najpopularniejszą dziewczyną w szkole. Ale nie była „równą" dziewczyną. W 

background image

tamtych czasach, co prawda, seks nie był tak dostępny jak teraz, ale chłopcy byli 

tacy sami jak dziś. Dziewczęta były inne. Oczywiście, myślałyśmy o seksie, 

marzyłyśmy o tym, czytałyśmy wszystko, co miało w sobie choć trochę ładunku 

emocji. Ale mało która doświadczyła tego. Przerwała. Zamyśliła się. Upiła nieco 

herbaty. 

- Byłyśmy juŜ starsze, kiedy Jemma poznała Garve'ego Hutchinsona. Ja teŜ go 

poznałam. Wszyscy go znaliśmy. Był starszy od nas. Nigdy się nie 

dowiedziałam, dlaczego jego rodzina tu przyjechała, ale to byli biedacy, 

mieszkali kątem u kogoś na skraju doliny. Garve pracował jako pomocnik przy 

hodowli bydła. Nie zarabiał chyba zbyt wiele, ale stać go było na zakup starego 

samochodu i pary dŜinsów. Jemma oszalała na jego punkcie. Przystojny był, 

muszę, to przyznać - miał długie, ciemne włosy, pociągłą twarz. Ale nie miał za 

grosz rozsądku. Podobnie jak Jemma, kiedy o nim myślała. 

Rachela zamyśliła się, była daleko, gdzieś w przeszłości. 

- Zaczęła mnie oszukiwać. Bardzo się martwiłam o nią. JuŜ nie byłam pewna, co 

jej moŜe strzelić do głowy. Ostrzegałam ją, Ŝe kiedyś „wpadnie". W tamtych 

czasach nie mówiło się, Ŝe dziewczyna jest w ciąŜy, mówiło się, Ŝe „wpadła". 

Nie chciała mnie słuchać. Powtarzała mi, Ŝe się kochają. Kochają! Ten człowiek 

nawet nie wiedział, co to słowo moŜe znaczyć. 

W czerwcu skończyłyśmy szkołę. W lipcu Jemma wiedziała juŜ, Ŝe jest w ciąŜy. 

Wtedy przyjechał Jason. 

Jemma powiedziała Garve'owi o swoim stanie. Pokłócili się, pobił ją. Nie chciał 

się Ŝenić. A ona bała się powiedzieć o wszystkim swoim rodzicom. I wtedy 

właśnie zrodził się ten... Nazwałabyś to: plan. 

Jason wydawał się być świetnym rozwiązaniem naszych problemów. Wyglądał 

na człowieka majętnego. Zwrócił uwagę na Jemmę. Nie miała innego wyjścia. 

Ojciec zabiłby ją za to, co zrobiła, za to, co zrobił jej Garve. Jemma bardzo się 

bała, a ja chciałam jej pomóc. I prawie się udało. Jason był nią tak zauroczony, 

Ŝ

e nie było Ŝadnych problemów ze skojarzeniem ich. Wyglądało na to, Ŝe 

background image

wszystko się dobrze ułoŜy. I wtedy znów pojawił się Garve. To było podczas 

zabawy. Jemma zauwaŜyła go i znów przestała się kontrolować. Próbowałam 

wszystkiemu zapobiec, ale nie dałam rady. Mówiłam jej, Ŝeby nie pozwoliła 

temu łobuzowi zniszczyć sobie Ŝycia, Ŝe Jason ją kocha, Ŝe będzie szczęśliwa i 

tak dalej. Bez rezultatu. W chwilę później zobaczyłam, Ŝe kłócą się. Jason 

wyszedł, a ona zaczęła tańczyć z Garve'em. Tak się wtedy bałam, Ŝe przyjdzie 

Jason... 

Przyszedł, ale nie mógł jej znaleźć. Spytał się mnie, czy jej nie widziałam. 

Skłamałam, Ŝe nie, ale to niewiele pomogło. Odnalazł ich. W jego samochodzie. 

Gdyby Garve nie przyplątał się na tej zabawie, Jason i Jemma byliby juŜ 

małŜeństwem. Później Garve zniknął. Wyjechała cała jego rodzina, i o ile wiem, 

nikt z nich juŜ tu nie wrócił. Kilka tygodni później wyjechał Jason. 

- Ale przecieŜ Jemma wiedziała, jak go odnaleźć. 

- Tak. Miała jego adres. Kiedy Garve wyjechał, napisała do Jasona. Wyjaśniła 

mu wszystko... 

- Mam ten list. I kilka innych. Były razem z pamiętnikami. 

- On ją naprawdę kochał... Tyle lat przechowywał te listy... 

- Tak, to była prawdziwa miłość. MoŜna to wyczytać nawet w pamiętniku. 

- I cały czas wiedział, Ŝe dziecko nie było jego... O tym nie pomyślałyśmy. 

Sądziłam, Ŝe po prostu nie zniósł jej widoku z Garve'em. 

- Zdaje się, Ŝe wiem, jaki był ciąg dalszy. Jemma została porzucona przez obu. 

A rodzice domagali się informacji na temat ojca dziecka. Jason lepiej pasował 

do tej roli i Jemma wskazała na niego. 

- Tak było. To był przynajmniej powaŜny człowiek. Nikt w całej dolinie nie 

szanował Hutchinsonów, a Jason zrobił na wszystkich wraŜenie. Tak czy owak - 

to był początek tego wielkiego kłamstwa. Smutne jest to, Ŝe Jemma sama 

uwierzyła, iŜ Jason Ŝyje gdzieś daleko i cierpi z powodu ich miłości. 

- To nie jest wykluczone. Coraz bardziej wydaje mi się, Ŝe kochał ją do końca 

Ŝ

ycia. Nawet kiedy był ze mną... 

background image

- Nie mów tak... 

- No, mnie teŜ kochał, ale jakoś inaczej. Jemma była jego pierwszą i największą 

miłością. Chyba go rozumiem. Byliśmy ze sobą przez cztery lata, a jest mi 

przykro, Ŝe związek z Jemmą skończył się tak tragicznie. 

- To wytłumacz mi, Trący, dlaczego podarował jej połowę tego rancza? 

Myślałyśmy zawsze, Ŝe uwierzył w końcu w swoje ojcostwo. A skoro wiedział, 

Ŝ

e tak nie jest, to dlaczego kupił jej to ranczo? 

- Odpowiedź jest w pamiętniku. Kochał ją. Martwił się o jej przyszłość. Nigdy 

nie przestał jej kochać. Poza tym dał jej tylko połowę, Ŝeby mieć kontrolę nad 

nią; dzięki raportom finansowym mógł sprawdzać, czy dobrze jej się wiedzie. 

- Tak, to juŜ chyba wszystko. Nie powiem, Ŝeby moja rola w tej historii 

napawała mnie dumą. 

- Wspomniałaś, Ŝe nikt z Hutchinsonów nigdy się juŜ tu nie pojawił. Wiesz co 

się z nimi stało? 

- Chodzi ci o Garve'a? Nie Ŝyje. Ta wiadomość dotarła do nas jeszcze przed 

ś

miercią Jemmy. Zaskoczył mnie wtedy jej absolutny brak reakcji, kiedy to 

usłyszała. 

- Czy była nieszczęśliwa? 

- Nieszczęśliwa? Nie, nie sądzę. Tak przyzwyczaiła się do kłamstwa, Ŝe 

traktowała je jak rzeczywistość. Wydaje mi się, nawet, Ŝe dobrze się czuła w roli 

kobiety oszukanej, porzuconej. Biedny Slade wychował się w tej atmosferze i 

dla niego to jest prawda. To był największy błąd Jemmy. Dlatego tak bardzo 

Slade nienawidził Jasona. 

- A ty na resztę Ŝycia związałaś się z nimi. Dlaczego? 

Rachela wzruszyła ramionami: 

- Sama zadawałam sobie to pytanie tysiące razy. Początkowo z powodu Jemmy. 

Potem przyszedł na świat Slade, pokochałam go. Jest tak samo synem Jemmy, 

jak i moim. Niczego w Ŝyciu tak nie pragnęłam, jak wreszcie zobaczyć go 

szczęśliwym. - Spojrzała na Trący. - A ty masz zamiar dać mu szczęście? 

background image

- Rachelo, myślę, Ŝe on powinien poznać prawdę. 

- Jesteś pewna, Ŝe to najlepsze wyjście? 

- Bez tego nie mamy szansy być razem. Co ty o tym myślisz? 

Rachela zawahała się. W końcu opuściła głowę. 

- Mam tylko nadzieję, Ŝe nie obróci się to przeciwko mnie. - Trący westchnęła. 

TeŜ się tego lękała... 

 

 

ROZDZIAŁ JEDENASTY 

 

 

Trący chciała spędzić z Rachelą jeszcze trochę czasu, więc postanowiła 

pojechać z nią na kilka dni na ranczo. Slade'a jeszcze nie było, więc mogły 

spokojnie podjąć decyzję, czy powiedzieć mu całą prawdę. Im więcej 

rozmawiały o przeszłości, tym bardziej Trący odczuwała potrzebę zobaczenia 

się ze Slade'em. 

- O mnie się nie martw. Chcę się zobaczyć ze Slade'em. - Zastanawiała się 

jeszcze, czy wysiłek nie zaszkodzi dziecku: - A będziemy mogli odpoczywać po 

drodze? 

- Odpoczywać? 

- Właśnie. Zatrzymać się, przejść się trochę? 

- Jasne. - Na twarzy obojga malowało się zdziwienie. Trący starała się odwrócić 

ich uwagę od tego problemu. Jeszcze nie chciała nikomu mówić o dziecku. 

- Bardzo chciałam tam pojechać w lecie, ale nie udało mi się. To musi być 

piękne miejsce. Zwłaszcza teraz, pokryte śniegiem. 

- Tak, tam jest rzeczywiście pięknie - powiedział Ben. - Ruszamy o dziewiątej 

rano, jak juŜ słońce trochę rozgrzeje powietrze, zgoda? 

- I musisz się ciepło ubrać... 

- Wiem - odparła ze śmiechem - przywiozłam kombinezon narciarski. To 

background image

powinno wystarczyć. 

Następnego dnia ruszyli w góry. Trący miała dwa szaliki zawiązane wokół 

twarzy, wełnianą czapkę na głowie - widać było tylko jej oczy. 

Droga okazała się bardzo ciekawa, zatrzymywali się co pół godziny i 

spacerowali chwilę. Dookoła rozpościerała się piękna, mroźna kraina. 

Podczas jazdy Dolly postępowała sama pół kroku za koniem Bena, nie trzeba 

było w ogóle nią kierować. Trący mogła rozmyślać do woli. 

Nawet nie zauwaŜyła, kiedy dojechali na miejsce. Zza drzew ukazała się ich 

oczom wąziutka smuŜka jasnego dymu. 

- To juŜ tu? 

- Prawie. Jak się czujesz? 

- Doskonale. Nigdy nie czułam się lepiej. Dziękuję ci, Ben, za tę wspaniałą 

przejaŜdŜkę. 

Kiedy podjechali przed dom, drzwi otworzyły się. Stał w nich Slade. Wyglądał 

wspaniale. Nawet lepiej niŜ w San Francisco. Był taki przystojny... taki męski... 

- Ben! Co ty tu robisz? - wykrzyknął zdziwiony Slade. 

Trący miała twarz zasłoniętą szalikami i czapką, więc jej nie poznał. Rozwiązała 

szalik i uśmiechnęła się do niego: 

- Przywiózł mnie tutaj, Slade. 

- Trący? - wykrzyknął Slade. W jego głosie zabrzmiało zaskoczenie... radość... 

- Poczekaj, pomogę ci zejść. - Podszedł do niej i mocno złapał ją w talii; pomógł 

zsunąć się jej z konia. 

- Co ty tu robisz? - spytał. 

- Nie cieszysz się, Ŝe mnie widzisz? - uśmiechnęła się. 

- Jestem zaskoczony - odwrócił się do Bena. - A ty nie zsiadasz? 

- Nie, muszę wracać. Bawcie się dobrze. 

- Trący, wejdź do domu, zajmę się Dolly i zaraz przyjdę. 

Trący zawahała się przez chwilę, przyglądając się, jak odprowadza jej klacz. Jak 

na razie, nieźle idzie, pomyślała. Okazał tyle zaskoczenia, ile się po nim 

background image

spodziewała. Weszła do domku. Było tam bardzo 

ciepło, przytulnie. Zdejmując wierzchnią odzieŜ rozglądała się po 

pomieszczeniach. Mała kuchnia, dwie sypialnie, malutka łazienka. Ładnie 

umeblowane. Wrócił Slade. 

- No, poŜera mnie ciekawość. 

- Domyślam się - odparła ze śmiechem. - Chciałam się z tobą zobaczyć. 

- Jasne. Tylko Ŝe pytanie brzmi: dlaczego? Po mojej, raczej mało owocnej 

wizycie w San Francisco myślałem, Ŝe się juŜ nigdy nie zobaczymy. 

- TeŜ tak myślałam, ale sytuacja uległa zmianie. 

- Jaka sytuacja? Ostatnio wykluczyłaś moŜliwość jakichkolwiek zmian, prawda? 

Nie chciała od razu przystępować do rzeczy. 

- Mogłabym napić się czegoś ciepłego? 

- AleŜ oczywiście! Na co masz ochotę? JuŜ wiem, kawa z odrobiną brandy. To 

cię błyskawicznie rozgrzeje. 

- Nie, dziękuję za brandy. MoŜe masz herbatę? 

- Herbata? Brandy działa szybciej. 

- Nie, dziękuję. Wolałabym herbatę. 

- Głodna jesteś? 

- Mogłabym coś zjeść... Wyjął z lodówki mięso i zaczął coś przygotowywać. 

- Mogę w czymś pomóc? 

- Jeśli masz ochotę. Chleb jest w pojemniku. 

- To bardzo przytulny domek - powiedziała. Podoba mi się tu. Ty teŜ chcesz 

kanapkę? 

- Nie, dzięki, juŜ jadłem. No, proszę, jednak potrafimy ze sobą rozmawiać 

jak ludzie, pomyślała. To dobry znak, dodała w myśli. Usiedli przed kominkiem 

i zaczęła jeść. Popijała gorącą herbatę. 

- No, i upolowałeś tego swojego łosia? 

- Właśnie go jesz... - odparł ze śmiechem. 

- PowaŜnie? - spytała, nie była pewna, czy jej smakuje... - To doskonałe. - 

background image

Zmusiła się do komplementu. 

Slade roześmiał się pełnym głosem, a ona spytała niewinnie: 

- CzyŜbym powiedziała coś niestosownego? 

- Jesteś rozkoszna, smakowało, ci póki nie dowiedziałaś się, co jesz. 

- Głupio się zachowałam, tak? 

- Nie, dlaczego? RóŜnie ludzie reagują na dziczyznę. Są tacy, którzy nie jadają 

niczego innego poza sarną, łosiem, albo niedźwiedziem. A są tacy, którzy do ust 

biorą tylko wołowinę albo wieprzowinę. 

- Niedźwiedzie? 

- Tak. To dobre mięso, mogłabyś polubić... 

- Mogłabym, ale nie przypuszczam... Roześmieli się oboje, zastanawiała się, czy 

wcześniej 

słyszała jego szczery śmiech? Nie, jeszcze nigdy... Slade posprzątał ze stołu, a 

Trący zaczęła nieśmiało: 

- Zaczęłam się pakować... 

- WyjeŜdŜasz gdzieś? 

- Tak, myślę o tym, Ŝeby się wyprowadzić z San Francisco. 

- I dokąd się wybierasz? 

- Jeszcze nie wiem, ale zastanawiałam się nad... Montana. - Slade zerwał się z 

krzesła i ukląkł tuŜ koło niej... 

- Trący... czy teraz moŜesz mnie wysłuchać? Czy mogę ci powiedzieć wszystko, 

o czym dawno juŜ miałem ci powiedzieć? 

- Kiwnęła głową: 

- To jeden z powodów mojej wizyty. 

Slade był wniebowzięty, patrzył na nią płomiennym wzrokiem. 

- Co się stało? Co wpłynęło na zmianę twojego stanowiska? Nie miałem Ŝadnej 

nadziei. Wiesz, co chcę ci powiedzieć... Wiesz dobrze, Ŝe cię kocham. 

- Nie wierzyłam w to. Kochasz mnie? 

- Kocham cię. - Uśmiechnął się. - Teraz twoja kolej. 

background image

- Mam ci tak wiele do powiedzenia. 

- Chcę usłyszeć tylko dwa słowa. Powiedz, Trący. Czy ty teŜ mnie kochasz? 

Jak mogła odmówić takiej prośbie? 

- Tak, kocham cię. 

Slade objął ją mocno. Jego dłonie zaczęły wędrować po jej ciele... nie chciała 

tego. Musieli najpierw porozmawiać. Jeśli wszystko ułoŜy się pomyślnie, będą 

mogli kochać się całymi dniami, ale teraz musieli porozmawiać: 

- Slade... proszę... nie teraz. Są pewne sprawy... 

- Nie ma nic waŜniejszego dla mnie. Tak cię pragnę... Czuję, Ŝe płonę... 

Uniósł ją lekko i ruszył w stronę sypialni. Serce biło jej jak oszalałe. TeŜ go 

pragnęła. 

- Slade, chodzi o Jasona i twoją matkę. Musimy porozmawiać. - Poczuła, jak 

zesztywniał. 

- O co chodzi? - spytał ostro. 

- Przypadkiem znalazłam pamiętnik Jasona. Przywiozłam go ze sobą. 

- Myślisz, Ŝe mnie obchodzi, co on tam powypisywał? 

- Nie mów tak. To ostatnia szansa... 

- Ten człowiek juŜ nie potrzebuje Ŝadnej szansy. 

- My potrzebujemy! 

- Do czego zmierzasz? 

- Rachela przeczytała to i powiedziała, Ŝe wszystko jest prawdą. Tam jest 

opisane, co wydarzyło się trzydzieści trzy lata temu, i jest to sprzeczne z tym, w 

co ty wierzysz... 

Slade zastanawiał się przez chwilę. Potem odezwał się: 

- Gdzie to jest? 

- Pamiętnik? Zaraz ci przyniosę. - Poszła do pokoju, gdzie leŜała jej torba. 

Wydobyła pamiętnik i podała mu. 

- Proszę. Zaznaczyłam najwaŜniejsze fragmenty. Slade nie uczynił 

najmniejszego ruchu. 

background image

- Weź to, proszę, i przeczytaj spokojnie. Musisz poznać prawdę. To jedyny 

sposób, Ŝebyśmy mieli szansę... 

Wziął pamiętnik i zaczął czytać. Nie chciała mu przeszkadzać i wyszła do 

kuchni. Kiedy wróciła po chwili, Slade siedział bez ruchu i wpatrywał się w 

ogień kominka. KsiąŜka, zamknięta, leŜała na jego kolanach. 

- Przeczytałeś? 

- Przeczytałem. Co ci powiedziała Rachela? To było kłopotliwe pytanie. 

- Zanim opowiem ci całą historię, chcę cię zapytać: czy zdajesz sobie sprawę, 

jak Rachela cię kocha? 

- Co? A co to ma do cholery... Nie pozwoliła mu dokończyć. 

- Ona kochała twoją matkę. Potem pokochała ciebie. Poświęciła całe swoje 

Ŝ

ycie Dawsonom, najpierw twojej matce, a potem tobie. Zdajesz sobie z tego 

sprawę? Chodzi mi o to, czy odwzajemniasz jej uczucia. 

- Trący, przejdź do rzeczy! 

- Czujesz się zakłopotany? Wiem, Ŝe nie jest w twojej naturze taka otwarta 

rozmowa o uczuciach. Ale jak miałabym spędzić resztę Ŝycia z człowiekiem, 

który nie potrafi okazywać uczuć? 

- Jesteś pewna, Ŝe tak właśnie jest? A czy ja nie powiedziałem otwarcie o 

swoich uczuciach do ciebie? MoŜe za mało poetycko? 

- Powiedziałeś to pięknie. I wierzę ci. Gdyby tak nie było, czy dałabym ci 

pamiętnik? 

- Tak? Wydaje mi się, Ŝe po to tu przyjechałaś. 

- Przyjechałam tu, Ŝeby zobaczyć się z tobą! Czasem źle oceniasz ludzi, 

kochanie. 

- Nikt mnie tak nigdy nie nazwał... - szepnął. - Trący, kocham cię. Mam 

wraŜenie, Ŝe pokochałem cię w chwili, kiedy wysiadłaś z tego cholernego 

helikoptera. 

- MoŜliwe - powiedziała z uśmiechem. 

- Ale to nie znaczy, Ŝe wierzę w to, co jest napisane w tym pamiętniku. 

background image

Trący była zaskoczona, zupełnie nie wiedziała, co powiedzieć. 

Slade mówił dalej: 

- Wszystko to są jakieś okropne kłamstwa. Pisał to człowiek, którego dręczyły 

wyrzuty sumienia. 

Trący delikatnie, ale stanowczo odepchnęła go od siebie. 

- Bardzo mi przykro, Ŝe widzisz to w ten sposób. 

- Powiedz mi wreszcie, czego dowiedziałaś się od Racheli? 

- Nie, jeszcze nie jesteś gotów, Ŝeby to usłyszeć. 

- Sam ją zapytam. 

- Proszę bardzo. Zobaczysz, Ŝe nic ci nie powie. Nagle Trący poczuła silne 

zawroty głowy, zrobiło 

się jej słabo. 

- Przepraszam, ale muszę się połoŜyć na chwilę... 

- Coś nie w porządku? 

- Nie, nie. Jestem tylko zmęczona. Krótki odpoczynek dobrze mi zrobi. 

- PołóŜ się w sypialni. 

- Dziękuję... chciałabym, Ŝebyś jeszcze raz przemyślał to, o czym 

rozmawialiśmy... 

Nie odpowiedział, Trący westchnęła i zamknęła za sobą drzwi. Czuła, Ŝe musi 

się chwileczkę zdrzemnąć. Szybko się rozebrała i wskoczyła pod koc. 

- Trący, dobrze się czujesz? 

W pokoju było ciemno, przez otwarte drzwi sączyło się światło. Nad nią 

pochylał się Slade. Nie widziała jego twarzy, ale czuła jego badawcze 

spojrzenie. 

- Która godzina? - spytała zaspanym głosem. 

- Dochodzi juŜ szósta, zaczynałem się martwić o ciebie. 

- To znaczy, Ŝe przespałam całe popołudnie. Przepraszam. 

- Nie masz za co przepraszać. Byłaś zmęczona, przespałaś się i nie ma sprawy. 

Jeśli to tylko to. Nie jesteś chora? 

background image

- Nie, nie jestem chora. A co tak ładnie pachnie? 

- Kolacja. JuŜ prawie gotowa. 

- Wspaniale. Pozwól mi się troszkę odświeŜyć i zaraz do ciebie dołączę. 

Uśmiechnęła się, wyobraŜając sobie Slade'a krzątającego się po kuchni. Kiedy 

kilka minut później weszła do pokoju, zauwaŜyła mięso dopiekające się na 

ruszcie. Nie opodal stał garnek z gotującymi się jarzynami. Wszystko pachniało 

i wyglądało bardzo apetycznie. Slade znał się nawet na gotowaniu... Powitał ją 

szerokim uśmiechem i gestem zaprosił do stołu: 

- Wszystko gotowe, wystarczy nakładać i jeść. Jedli przez chwilę w milczeniu. 

Wszystko było 

bardzo smaczne. Wolała jednak nie pytać się, co je. Po kolacji podał kawę. 

Usiedli koło siebie. 

- Wiesz, przeczytałem ten pamiętnik jeszcze raz... 

- Doprawdy? 

- I jedno muszę przyznać, ten facet wierzył w to, co pisał. 

- A ty nie uwierzyłeś? 

- A jak miałem uwierzyć? PrzecieŜ kobieta musi wiedzieć, kiedy męŜczyzna... 

no, wiesz, co chcę powiedzieć, kiedy... kobieta to wie, prawda? Do diabła, 

wiesz, co mam na myśli! MoŜe on nigdy nie zbadał się albo lekarze się 

pomylili... 

- Chodzi o to, Ŝe według ciebie, kobieta wie, kto jest ojcem jej dziecka, tak? 

- Właśnie, a nie jest tak? 

- Wydaje mi się, Ŝe masz rację. 

- W takim razie, jak mógłbym uwierzyć komuś innemu niŜ matce?1 

Sytuacja komplikowała się. Nadszedł moment próby. Teraz albo nigdy. 

- No dobrze, Slade. Powiem ci teraz to wszystko, co usłyszałam od Racheli. 

Wiem, Ŝe to moŜe być bolesne, ale chcę, Ŝebyś wysłuchał tej historii do końca. 

Wytrzymasz? Zapadła cisza. Trący długo zbierała się, ale w końcu zaczęła. 

Slade zachowywał się tak, jak obiecał. Słuchał uwaŜnie. Raz tylko wstał, Ŝeby 

background image

dolać kawy. Przyniósł sobie butelkę brandy i często dolewał ją kawy. 

Trący niczego nie ukrywała. Wyraz twarzy Slade' raz po raz zmieniał się. Ale 

zachowywał się spokojnie. 

- Teraz juŜ wiesz, dlaczego pytałam, co czujesz do Racheli i czy jesteś świadom 

jej uczuć. - Skończyła. 

- To wszystko? 

- Tylko tyle masz do powiedzenia? 

- Muszę to wszystko przemyśleć. - Wstał -1 raczej wolałbym, Ŝebyś mi w tym 

nie pomagała. 

- Jak sobie Ŝyczysz. 

Miała łzy w oczach, choć rozumiała, Ŝe chce być teraz sam. Potrzebowała go i 

chciała, Ŝeby Slade jej teŜ potrzebował. Usiadła przed kominkiem. Wpatrywała 

się w ogień. Czas przestał dla niej istnieć. Czekała. 

Kiedy wrócił, od razu podszedł do kominka, dorzucił do ognia i usiadł koło niej. 

- Wiatr się nasila - odezwała się. 

- Będzie burza - odparł niespodziewanie spokojnie. 

- Kiedy miałam dziesięć lat, ojciec zabrał mnie w góry na narty. Wynajął domek 

podobny do tego. Było cudownie. Mieliśmy całe dwa dni jeździć na nartach. Ale 

jak tylko przyjechaliśmy, zaczęła się burza. Tak padało, Ŝe nie było mowy o 

wyjściu na stok. Całe dwa dni sypało. Spędziliśmy weekend przy kominku, 

grając w szachy i zajadając się praŜoną kukurydzą. Później wspominałam te dwa 

dni, jako najlepiej spędzony weekend w moim Ŝyciu. 

- Czy twój ojciec jeszcze Ŝyje? 

- Tak, ojciec Ŝyje, ale matka umarła, kiedy byłam jeszcze bardzo mała. Nie 

pamiętam jej zupełnie. 

- Więc wychowywał cię ojciec, bez matki... Czyli odwrotnie niŜ ja byłem 

wychowywany. 

Po tym zdaniu w jej sercu zagościła nadzieja. Slade zaczął myśleć inaczej niŜ do 

tej pory. 

background image

- Tak, dziecku potrzebny jest i ojciec, i matka. Ale muszę przyznać, Ŝe mój 

ojciec nieźle się wywiązał ze swoich obowiązków. Ty byłeś bardzo związany z 

matką? 

- Tak mi się zawsze wydawało, ale okazało się, Ŝe to wszystko było kłamstwem. 

- Nie nazywaj tak tego. Jej uczucia do ciebie były szczere i prawdziwe. 

- Nie przeceniaj mojej matki, dobrze? Wiesz tylko tyle, co wyczytałaś w tym 

pamiętniku i usłyszałaś od Racheli. Nie wiesz wszystkiego. Nie masz prawa do 

wypowiadania takich sądów. 

- Dobrze, ale... 

- Nigdy nie byliśmy zbyt blisko. Myślę, Ŝe oboje próbowaliśmy, ale nigdy się 

nie udało. 

- Tak mi przykro. 

- Dlaczego? To nic wielkiego. 

Trący była wstrząśnięta. Jak to: nic wielkiego? PrzecieŜ... Trzeba szybko 

zmienić temat, pomyślała. 

- A Rachela? Z nią było inaczej? Rozumieliście się doskonale, prawda? 

- Tak mi się wydaje. 

Znów zapadło kłopotliwe milczenie. Nie wiedziała, co dalej. 

- A co będzie z nami? Teraz kiedy juŜ wiemy, Ŝe nie jestem synem Jasona 

Moorlanda. Czy to wystarczy? 

- Do czego ma wystarczyć? 

- Wyjdziesz za mnie? - Dziwne było to pytanie. Jakby pytał ją o godzinę. 

- Nie jestem pewna, czy jesteśmy przygotowani, Ŝeby mówić o małŜeństwie. 

- Mów za siebie. Ja jestem gotów. Potrzebuję cię, Trący. 

- Potrzebujesz mnie w łóŜku. To rozwiązuje nam kwestię nocy, a co będziemy 

robić w dzień? 

- Co chcesz przez to powiedzieć? 

- Zdajesz sobie sprawę, Ŝe dziś po raz pierwszy usiedliśmy razem do kolacji, po 

raz pierwszy rozmawiamy, jak ludzie...? 

background image

- Czy to jest rzeczywiście takie waŜne? - przerwał jej. 

- A co, wydaje ci się, Ŝe wszystko o mnie wiesz? Nie chciałbyś dowiedzieć się 

czegoś więcej? - Uśmiechnęła się. - Nie wiedziałbyś nawet, co kupić mi pod 

choinkę... Nie wiesz o mnie nic, podobnie jak ja nic nie wiem o tobie. 

- Wiem, Ŝe cię kocham i to mi wystarczy. 

- Slade, czy ty nie chcesz zrozumieć, do czego zmierzam? 

- Znam cię lepiej, niŜ przypuszczasz. A pod choinkę kupię ci koszulę nocną. 

Taką niebieską, jedwabną, taką samą, jak ta, którą miałaś wtedy w nocy, na 

balkonie... 

Przerwał. Patrzył jej w oczy. Czekał na jakiś znak 

- NajwaŜniejsze jest to, czy ty mnie kochasz? Czy kochasz mnie na tyle, Ŝeby 

zaakceptować mnie takiego, jakim jestem? 

- Kocham cię - powiedziała po chwili. - Kocham cię bardziej, niŜ mogłam to 

sobie wyobrazić... 

- Czy to prawda? - podszedł bliŜej, objął ją. 

- Tak, to prawda - szepnęła. Poczuła cięŜar jego głowy na piersi, przytuliła ją 

mocno. Przez długą chwilę stali tak bez ruchu. 

- Trący, będziemy mieli całe lata na to, Ŝeby się jeszcze lepiej poznać. Wyjdź za 

mnie. Przysięgam ci, zrobię wszystko, Ŝebyś była szczęśliwa... 

Przerwała mu, całując go w usta. Oboje zapłonęli od tej jednej iskry. Ich ciała 

przywarły do siebie. Czuła jego dłonie, wędrujące po jej ciele. Unosił powoli jej 

sweter, aŜ dotknął jej miękkiej skóry. Wsunął się między jej uda. Pocałunki 

spadły jej na szyję, policzki, głowę, ramiona... Ogarniało ich coraz większe 

podniecenie. Oderwała się na chwilę od niego: 

- Muszę ci coś jeszcze powiedzieć. 

- Nie. Nie dziś. JuŜ się dość nasłuchałem. 

- Ale to powinieneś dziś usłyszeć. MoŜe się ucieszysz nawet. 

- No dobra. O co tym razem chodzi. 

- W maju będzie pan ojcem, panie Dawson. Na jego twarzy malowało 

background image

zdumienie. 

- Coś ty powiedziała? 

- W maju będziesz ojcem - powtórzyła. Zrozumiałeś? 

- Jesteś pewna? 

- Całkowicie. 

 

Był najszczęśliwszym człowiekiem pod słońcem. Ona go kochała, mieli mieć 

dziecko... Spełniły się jego sny. Porwał ją w ramiona i zaniósł do sypialni. Nie 

protestowała. Czekała. Pocałował ją. Najdelikatniej jak umiał. Odwzajemniła 

pocałunek. Bardzo powoli rozebrał ją. Z kominka dochodziło przyjemne ciepło. 

Delikatnie pieścił całe jej ciało. Marzył i jednocześnie urzeczywistniał swoje 

marzenia. Pragnął jej teraz bardziej, niŜ kiedykolwiek. Czuł, Ŝe i ona z trudem 

panuje nad sobą. W chwilę później zapamiętali się w Ŝarliwych pocałunkach. 

Ś

wiat wirował wokół nich. Czas się zatrzymał. Eksplozja uczuć... Ciszę nocy 

zmącił ich wspólny krzyk spełnienia... 

 

 

ROZDZIAŁ DWUNASTY 

 

 

Spali długo. Śnili o tych długich latach, które ich razem czekały. Slade obudził 

się pierwszy, troskliwie poprawił koce na śpiącej Trący. Była taka spokojna, 

uśmiech błąkał się na jej ustach. 

Slade leŜał i przyglądał się jej. Dlaczego nie chce wyjść za niego? Czego się 

obawia? Wyglądała cudownie. Przysunął się do niej. Poczuł ciepło jej ciała. Ten 

zapach... Obudziły się w nim wspomnienia ostatniej nocy. Delikatnie zaczął ją 

pieścić. Nawet przez sen reagowała na jego pieszczoty. Przysunął się jeszcze 

bliŜej. Trący zaczęła powoli kołysać rytmicznie biodrami. Slade odchodził od 

zmysłów. Pragnął jej coraz bardziej. Trący westchnęła i przeciągnęła się. Slade 

background image

wszedł w nią delikatnie, powoli, bez pośpiechu... 

- Słyszysz, wiatr? Nadchodzi burza - szepnął jej do ucha. 

- Uhmm - mruknęła i poddała mu się całkowicie. Odpoczywali potem przez 

chwilę. 

- Kocham cię, Trący. Kocham nasze dziecko. Wierzysz mi? 

- Tak. Bardzo chciałam ci uwierzyć. Niczego bardziej nie pragnęłam. 

- Ale nie przyszło ci to łatwo... 

- Tak mało cię znam... Wiesz, miałam wspaniałe sny. Ty mi się śniłeś, nasze 

dziecko, my... 

-WciąŜ się mnie obawiasz? 

- Tak. 

Odwrócił się od niej. Za szybko. Zaniepokoiło to ją. 

- Slade, stało się coś? 

Oddech miał przyspieszony, nierówny, leŜał twarzą do poduszki. Płakał. 

Po paru minutach sam się uspokoił. 

- Przepraszam, nie wiem, co mi się stało. 

- Nie przepraszaj. To normalne. 

- MęŜczyźni nie powinni płakać... 

- Jesteś przekonany, Ŝe to jest zarezerwowane tylko dla kobiet? Kto ci 

naopowiadał takich bzdur? To Ŝaden wstyd. - Podała mu chusteczkę. 

- Tracy

y

 juŜ mnie nie obchodzi, kim był mój ojciec. Teraz ja będę ojcem. 

- I dlatego płakałeś? 

- Nie wiem. JuŜ nic nie wiem... Trący, ale będę próbował. Zobaczysz, będziemy 

szczęśliwi. Będziemy duŜo rozmawiać. Będziemy mieli dość czasu, Ŝeby się 

poznać. Pozwól mi tylko spróbować. Dasz mi tę szansę? 

- MoŜe... 

- To nie jest odpowiedź. Wyjdziesz za mnie? 

- Chyba tak. 

- Trący... 

background image

- No, dobrze wyjdę za ciebie. 

- Powtórz to. 

- To spytaj mnie jeszcze raz... 

Ujął jej twarz w dłonie, pocałował delikatnie. 

- Trący, kocham cię. Wyjdziesz za mnie? ~ Tak, zdecydowanie wyjdę za ciebie. 

- Kiedy? 

- Myślę, Ŝe byłoby dobrze załatwić to przed majem. 

- Masz jakieś plany na jutro? Roześmiała się. 

- Widzę, Ŝe w Montanie mieszkają porywczy męŜczyźni. 

- Dobrze wiesz, Ŝe nie jestem porywczy! - powiedział ze śmiechem. - Poza jedną 

sytuacją. Właśnie teraz odczuwam nieodpartą potrzebę kochania się z tobą. Co 

pani na to? 

Dotknęła czubkami palców jego twarzy. 

- Zapraszam pana do mnie... 

Zostali na Big Bluff jeszcze dwa dni. Kochali się dzień i noc. W przerwach duŜo 

rozmawiali. Opowiadali sobie róŜne historie z dzieciństwa. Poznawali się... 

Spytał, czy będzie mogła dalej prowadzić swoje interesy mieszkając na ranczo. 

- Czasami będę musiała jeździć do San Francisco - odparła. - Ale będę cię 

zabierać ze sobą. Będziemy mogli wtedy łączyć przyjemne z poŜytecznym... 

- Będę z tobą jeździł tylko wtedy, kiedy będziesz mnie zabierać ze sobą... 

- Zawsze... - odpowiedziała, śmiejąc się. Rozmawiali teŜ o planach rozwoju 

rancza, o hodowli 

koni. 

Potem znów się kochali godzinami. 

Trzeba było jednak wracać na dół. Jechali bardzo powoli, Slade obserwował 

kaŜdy ruch Dolly, Ŝeby zapobiec ewentualnemu nieszczęściu. Często 

zatrzymywali się. Odpoczywali. Jednym z ostatnich postojów była polana. 

Widok z niej rozpościerał się na całą dolinę. Niebo było oślepiająco błękitne. 

Trący zmruŜyła oczy i wpatrywała się w nieskończoną przestrzeń: 

background image

- Jak tu pięknie! Widać całe ranczo. 

- I kilka innych. Nasze nie jest aŜ takie wielkie. Nie zauwaŜyłaś tego podczas 

drogi w górę? 

- Nie, miałam głowę zaprzątniętą innymi problemami. - Uśmiechnęła się do 

niego. 

- Domyślam się... 

- Slade, nie masz pretensji do Racheli? 

- A powinienem? 

- Oczywiście, Ŝe nie. Ona będzie babcią dla naszego dziecka. 

- Będzie zachwycona. 

- Tak, jak mój ojciec. Zaraz do niego zadzwonię, jak tylko dojedziemy do 

rancza. 

- I zaprosimy go na wesele? 

- Oczywiście. Sądzę, Ŝe go polubisz, kochany. 

- A on mnie polubi? 

- Jestem pewna, Ŝe tak. Obiecuję ci to. - Zamyśliła się na chwilę. - Powiedz, 

czego najbardziej oczekujesz od przyszłości? 

- Ciebie, dziecka i rancza - odparł bez zastanowienia. 

- W tej właśnie kolejności? 

- Dokładnie. ChociaŜ, jeśli zastanowić się nad tym dłuŜej... 

- Co?! - usłyszała jego śmiech i schyliła się po garść śniegu. Zrobiła śnieŜkę i 

rzuciła w niego. Zabrakło mu refleksu i trafiła go w środek twarzy. Rzuciła się 

do ucieczki, ale szybko ją dogonił. 

- Chcesz się bawić, tak? - spytał srogim głosem, ale oczy miał roześmiane. - No, 

to się zabawimy... 

Upuścił śnieŜkę, którą chciał jej natrzeć twarz. Jego usta były tuŜ koło jej. 

- Cholera, mamy na sobie za duŜo ciuchów, ale nie martw się, dziś w nocy 

przekradnę się po balkonie... 

Zamknęła mu usta pocałunkiem. 

background image

- Trący, ja mówiłem powaŜnie: nic na świecie nie jest waŜniejsze od ciebie. 

Nawet to cholerne ranczo. 

- Kocham pana, panie Dawson... 

- ...i Ŝyli długo i szczęśliwie... To zdanie wymyślono dla nas, Trący. 

- Tak... - szepnęła. Wierzyła, Ŝe to prawda.