background image

Byłem Świadkiem Jehowy

Günther Pape

Przedmowa

 

 

Lata dzieciństwa.

 

 

Jako aktywista Świadków Jehowy.

 

 

Budzą się we mnie pierwsze wątpliwości.

 

 

Brak czasu na krytyczne badania.

 

 

Znów wątpliwości.

 

 

Czy Jehowa kieruje Towarzystwem "Strażnica"?

 

 

W upojeniu entuzjazmu.

 

 

"Imię Jehowy jest potężną twierdzą".

 

 

Mój światopogląd rozpadł się w gruzy.

 

 

Fałszywi prorocy.

 

 

Dziwni obywatele.

 

 

Na drodze do Kościoła.

 

 

Znalazłem swój dom w Kościele.

 

 

Posłowie (ks.M.Czajkowski)

 

 

Przypisy

 

 

powrót

 

 

PRZEDMOWA

 

    

  

Świadkowie Jehowy, powszechnie nazywani Jehowitami: któż ich nie zna? 
Pukają do naszych domów, przychodzą w porę i nie w porę, nierzadko nawet 
w dniu Pańskim i przynoszą wszystkim radosne orędzie, że już niebawem 
rozpocznie się na ziemi tysiącletnie panowanie Jehowy, które przyniesie 
upragniony pokój i szczęście. Pośród tylu smutnych i przytłaczających 
wiadomości o przemocy, gwałtach i okrucieństwach wojen, które zalewają 
codziennie naszą ziemię, bliskość królestwa sprawiedliwości i pokoju brzmi 
rzeczywiście jak radosne orędzie ocalenia. I niejeden człowiek daje temu 
posłuch, ponieważ odpowiada ono najbardziej utajonym oczekiwaniom i 
potrzebom jego duszy. Sami wysłańcy Jehowy są przekonani, że znajdują dla 
swego posłania wystarczające potwierdzenie w Biblii i swoim radosnym 
objawieniem pragną dzielić się z innymi.
Wielu nie uświadamia sobie, że problemy stawiane przez wysłanników nowej 
wiary nie są tak bardzo nowe, jakby się mogło wydawać. Przecież i 
Apostołowie pytali Chrystusa: "Powiedz nam kiedy to nastąpi i jaki będzie 
znak Twego przyjścia i końca świata " (Mt 24,3). Zamiast oddać się jałowym 
spekulacjom, kiedy to nastąpi, zwykła uczciwość i elementarne zasady 
interpretacji nakazują posłuchać tego, co sam Jezus mówi na ten temat: 
"Strzeżcie się, aby was kto nie zwiódł " (Mt 24,4), o owym dniu zaś i owej 

background image

godzinie "nikt nie wie, nawet aniołowie niebiescy, tylko sam Ojciec " (Mt 
24,36). 

Tymczasem Świadkowie Jehowy, niepomni co na ten temat mówi 

samo Pismo święte, nadal głoszą, że znają nawet to, czego w Piśmie nie 
zapisano.

 

Na wszystkie poruszane zagadnienia znajdują gotowe cytaty z Biblii. Lecz 
rzadko można nawiązać z nimi rzeczowy dialog. Niekiedy możemy się 
przekonać, że nasza znajomość Biblii jest dosyć powierzchowna i 
niewystarczająca. Jednak nie zawsze zdajemy sobie sprawę z tego, że oni 
znają jedynie swoje wyuczone tematy, poza którymi są bezsilni wobec 
faktycznych problemów współczesnych nauk biblijnych. Wierzą, że każdy z 
nich otrzymuje wystarczające pouczenie od samego Ducha Świętego, którego 
zresztą nie uznają za trzecią Boską Osobę. Denerwują swoją natarczywością, 
ale potrafią zaimponować długimi, przytaczanymi z pamięci cytatami 
biblijnymi, a pod względem gorliwości i zapału mogą być wzorem dla 
niejednego wierzącego katolika. Nie zrażają się trudnościami i 
przeciwnościami. Wyproszeni z domu potrafią wracać ponownie, zwłaszcza 
gdy zauważą wątpliwości stanowiące podatny grunt dla nowej wiary. 
Obiecują pełną szczęśliwość w Królestwie i to już teraz, w krótkim czasie, a 
nie - jak to słyszymy w Kościele - dopiero przy dopełnieniu się dziejów 
ludzkich. 
Każdy, kto interesuje się treścią wiary Świadków Jehowy, może znaleźć w 
Polsce liczne broszury, które wprowadzają nas w dziwny i mało zrozumiały 
świat ich wiary. Świadkowie Jehowy nie dysponują jednolitym i zwartym 
systemem prawd wiary. Odrzucają niezmienne dogmaty i cały ich system 
nauczania opiera się na subiektywnym doświadczeniu wiary i na pouczeniach 
założyciela, Charla Russela i jego następców, J. F. Rutherforda i Knorra, 
stojących na czele prężnej organizacji mającej swoją główną siedzibę w USA. 
Z tych. właśnie względów jakakolwiek dyskusja merytoryczna z nimi jest 
mało owocna. 
Książka Günthera Pape pt. "Byłem Świadkiem Jehowy " odbiega w sposób 
zasadniczy od tego wszystkiego, co dotychczas napisano w Polsce o 
Jehowitach. Jest to spojrzenie na Świadków Jehowy niejako od wewnątrz. 
Günther Pape urodził się w roku 1917 w miejscowości Thale, w górach Harzu 
w Niemczech. Zarówno jego ojciec jak i matka byli Jehowitami. Przejmujące 
są opisy jego dzieciństwa i młodości poddanej surowym zasadom nowej 
wiary, gdzie wszystko: dzieci, życie rodzinne i małżeńskie, nauka, 
wykształcenie i praca, zostają podporządkowane działalności misjonarskiej. 
Jak łatwo było przewidzieć, syn na wzór swoich rodziców stał się gorliwym 
zwolennikiem i wyznawcą sekty. Piastował w niej różne stanowiska. Był 
odpowiedzialny za szkolenie członków sekty, a jego gorliwość - jak sam 
wyznaje - graniczyła z fanatyzmem. 
Jednak im głębiej wnikał w naukę sekty, tym więcej rodziło się w nim 
wątpliwości. Już wcześniej zauważył ustawiczne poprawki w zapowiedziach 
o mającym nastąpić bliskim końcu świata. Gdy proroctwa się nie spełniły w 
roku 1914 i w 1925, w "Strażnicy ", czasopiśmie Świadków Jehowy, 
ogłoszono nowe daty, nie wspominając o wcześniejszych przepowiedniach. 
Nauka Świadków Jehowy w sposób dowolny była dostosowywana do 
zmieniających się potrzeb, a nawet zmieniana przez kolejnych przywódców 
sekty. Nie sposób było zauważyć, jak dowolnie i różnie interpretowano teksty 
biblijne. 
Günther Pape zapragnął poznać całą prawdę o organizacji i strukturach 
Świadków Jehowy, a nade wszystko pragnął znaleźć mocne oparcie dla 

background image

swojej wiary, by nie pozwolić się zwodzić "wymyślonymi bajkami i baśniami 
", przed którymi przestrzegał już sam Chrystus (por. Mt 24,4), a za nim św. 
Piotr (por. 2P 1,16). Pomny na przestrogę św. Jana: "Nie dowierzajcie 
każdemu duchowi. Badajcie duchy czy są z Boga, bo wielu fałszywych 
proroków wyszło na świat " (1J 4,1), zaczyna krytycznie badać i oceniać, 
zarówno dotychczasowe dzieje organizacji Świadków Jehowy, jak i głoszoną 
przez nich naukę. Kluczem do tej oceny są słowa Pisma świętego, czytane z 
wiarą, bez uprzedzeń. 
Oderwanie się od jednostronnej metody interpretacji Pisma świętego 
prowadzi go do nieoczekiwanego i wstrząsającego odkrycia: nauka głoszona 
przez Świadków Jehowy nie znajduje oparcia w Biblii, odbiega od niej w 
wielu zasadniczych punktach. To odkrycie doprowadza w następstwie do 
całkowitego załamania wszystkich jego dotychczasowych poglądów i 
wyobrażeń religijnych. Pragnie służyć Bogu i poznać pełną prawdę przez 
Niego objawioną, ale gdzie ją znaleźć? Czy taka prawda w ogóle istnieje? Nie 
poprzestaje na samych pytaniach i wątpliwościach, z uporem szuka. Pokorna 
i ufna postawa każe mu dalej poszukiwać w Piśmie święty znamion 
prawdziwego Kościoła, który mógłby wylegitymować się apostolskim 
pochodzeniem oraz ciągłością głoszonej nauki. 

To uparte poszukiwanie 

prowadzi Günthera Pape do drugiego, jeszcze bardziej szokującego odkrycia: 
te znamiona odnajduje jedynie w znienawidzonym przez siebie i 
ośmieszanym dotychczas Kościele katolickim.

 To podwójne odkrycie 

spowodowało całkowite zerwanie z organizacją Świadków Jehowy i 
odnalezienie własnego miejsca w Kościele katolickim. 
Książka Günthera Pape "Byłem Świadkiem Jehowy " jest wstrząsającym 
świadectwem życia człowieka, który pragnie być wierny własnemu sumieniu, 
poznanej prawdzie, a przez nią Bogu samemu. Dąży do tego ze świętym 
uporem i żelazną konsekwencją. Przeżywa noc duchowego rozdarcia. Pójść 
za poznaną prawdą oznacza dla niego przyznanie się do błędu, pożegnanie się 
z tym wszystkim, co było treścią jego życia i narażenie się na szykany ze 
strony swoich dotychczasowych współwyznawców. Raz poznanej prawdzie 
Günther Pape pozostał wierny do końca, niezależnie od ceny którą przyjdzie 
mu za to płacić. W jego sumieniu pozostaje jednak świadomość krzywdy 
wyrządzonej tak wielu ludziom, przez przepowiadanie i kształtowanie ich w 
błędnej nauce Świadków Jehowy. 

Aby naprawić swoje dotychczasowe błędy i 

przestrzec przed naiwnością i lekkomyślnością, pisze tę książkę, którą 
uzupełnia później inną jeszcze publikacją pt. "Prawda o Świadkach Jehowy ". 

Wyznania Günthera Pape urzekają barwnością i żywością opowiadania, a 
nade wszystko swoim autentyzmem i obiektywizmem. Pomimo osobistych 
bolesnych doświadczeń związanych z długim pobytem u Świadków Jehowy 
autorowi obce jest jakiekolwiek pragnienie zemsty lub chęci poniżenia. Nie 
atakuje nikogo, nie wykorzystuje słabości i ułomności swoich przeciwników 
dla usprawiedliwienia czegokolwiek. Po prostu daje wstrząsające 
świadectwo, pisze dziennik swojej duszy. Wymownym znakiem tego 
obiektywizmu jest fakt, że książkę dedykuje właśnie swoim rodzicom: ojcu 
który w wieku 40 lat zginął jako Jehowita w obozie koncentracyjnym, i matce 
która przeżyła obóz koncentracyjny i do końca pozostała wierna nauce 
Świadków Jehowy. 
Książkę Günthera Pape można polecić wszystkim, zarówno gorliwym 
Świadkom Jehowy, jak i tym którzy w "Strażnicy " szukają rozwiązania 
nurtujących ich wątpliwości, a także gorliwym katolikom i chrześcijanom. 

background image

Pierwszym może być pomocna do ukazania pełnej prawdy o organizacji i 
treści ich wiary, drugim może otworzyć oczy i zaoszczędzić wielu 
niepotrzebnych załamań i dramatów. Jak bardzo ta książka jest potrzebna i 
poczytna świadczy fakt, ze w Niemczech od 1961 roku doczekała się już 13 
wydań. Jestem przekonany, że także w Polsce spotka się z żywym 
zainteresowaniem i przyjęciem ze strony szerokich rzesz czytelników. 

Bp Henryk Muszyński

LATA DZIECIŃSTWA

 

    

Niemcy po przegranej pierwszej wojnie światowej : pośród zmienności 
politycznych wydarzeń wszystko zdawało się chwiać i zapadać. Rozsypywały 
się przyjęte dotąd kryteria pewności i bezpieczeństwa. Coraz to nowe rządy 
przychodziły i odchodziły - pozostawało jedno: człowiek pośród całego 
splotu nie rozwiązanych problemów. Na kogo miał liczyć, na kim miał się 
oprzeć naród? 
Także i w Thale, niewielkim mieście u podnóża gór Harzu, w dzikiej, 
romantycznej dolinie rzeki Bode, na życie mieszkańców padał cieniem 
niepokój. W miejscowej hucie żelaza, dającej chleb ośmiu tysiącom 
pracowników i ich rodzinom, jedno łączyło ludzi różnych poglądów 
politycznych: lęk przed utratą pracy. Kryzys gospodarczy w Niemczech 
przyjmował coraz groźniejsze formy. Kto dziś jeszcze stał przy warsztacie 
pracy, ten już jutro mógł znaleźć się jako bezrobotny na ulicy. 
Rok 1930. Narodowy socjalizm rósł szybko w siłę. Thale pozostawało jednak 
miastem w przeważającej mierze "czerwonym ". Dochodziło często do starć 
"czerwonych " z "brunatnymi ". W tym czasie ojciec mój miał jeszcze pracę 
jako formierz w hucie żelaza. Życie stawało się jednak z dnia na dzień 
cięższe, a bezrobotnych był już w mieście legion. Któregoś dnia i mój ojciec 
znalazł się w ich szeregach. Nie byliśmy zamożni - jak ci liczni goście 
przybywający do Thale na niedziele i urlopy z Berlina i innych miast, aby 
spędzić tu miłe chwile i podziwiać piękno naszej doliny. Przejezdni płacili 
chętnie parę groszy śmiałkom ważącym się na skok z diabelskiego mostu do 
płynącej pod nim rzeki Bode, chociaż policja przeganiała każdego ze 
skoczków. Goście mieli swoją szarpiącą nerwy rozrywkę, a ryzykant, biedny 
miejscowy chłopak, miał swoich 50 fenigów. Uważano widać, że nie warto 
płacić więcej za niebezpieczny pokaz. Jeśli jednak zgromadziło się dziesięciu 
i więcej widzów, można było zebrać nawet pięć marek, a za te pieniądze 
można już było niejedno kupić. Część tych nielegalnych zarobków 
przypadała kilku sprytnym chłopakom, których zadaniem było ostrzeganie 
zawczasu przed nadchodzącą policją. Szczęśliwcy dumni z zarobionych 
pieniędzy, biegli do najbliższego rzeźnika po kawałek kiełbasy. W ten sposób 
przyczyniali się do zaopatrzenia rodzinnego stołu. Kiełbasa - co za przysmak 
na stole, na którym pojawiał się zwykle tylko chleb z margaryną! 
Nie wszyscy mogli skakać z diabelskiego mostu - dwanaście metrów w dół 
wąskim przesmykiem pośród skalnych ścian do rzeki. Dla niejednego byłby 
to ostatni skok w życiu. Tylko niewielu mogło się na ten wyczyn odważyć. 

background image

Inni woleli zagłuszać trapiący ich głód bijatyką z rówieśnikami albo - gdy się 
udało - kuflem piwa. Tak żyła większość, licząca się na tysiące. 
Kiedy wschodni wiatr gnał brudny dym z szesnastu kominów huty w głąb 
doliny, nie cieszyło to turystów. Tylko pozbawiony pracy robotnik marzył o 
lepszych czasach, kiedy to dymy z huty znowu zapewnią chleb jego rodzinie.
Narodowi socjaliści obiecywali szczęście i dobrobyt. Niejednym wydawali 
się zbawcami, ale wielu im nie ufało. Mój ojciec niczego dobrego od nich nie 
oczekiwał. Należał do socjaldemokratycznej organizacji "Reichsbanner ", 

jednak i do niej nie miał widać pełnego zaufania, uważając za cel godny 
dążeń jedynie "złotą erę " zapowiadaną przez Badaczy Pisma świętego - 
Świadków Jehowy.Czasopismo zatytułowane 

"Złota Era (1*)"

 pociągało 

czytelników. Przynosiło wielkie ilustracje przedstawiające szeregi 
bezrobotnych, głodujące dzieci, dzielnice nędzy w wielkich miastach, 
zapowiadając że już niedługo o tym zapomnimy, bo nadejdzie raj, złota era! - 
Właśnie dla nędzarzy sprawi to Bóg. Ufajcie, że tak się stanie; to jest wasza 
prawdziwa pociecha. 
W tych dniach nędzy, nieodpowiedzialności polityków i powszechnej 
niepewności uchwycili się moi rodzice tej jedynej - jak sądzili - nadziei. 
Czytali "Złotą Erę ", a z głodowych groszy zasiłku dla bezrobotnych 
kupowali jeszcze książki wydawane przez Świadków Jehowy. 
Wielu znajdujących się w tym samym położeniu czyniło to samo. 

Organizacja 

założona przez amerykańskiego kupca Russela i jego następcę "sędziego " 
Rutheforda rozwinęła się, poza Stanami Zjednoczonymi, najbardziej właśnie 
w Niemczech. Książęta tej "społeczności nowego świata " potrafią 
wykorzystać niepewną sytuację społeczno-polityczną narodów

. "Nie ufajcie 

władcom, synowi ludzkiemu " - powtarzają nieustannie znękanym ludziom. 
"Sami widzicie, dokąd to prowadzi. Jesteście wyzyskiwani, uciskani, 
zwodzeni. Słuchajcie nas! My głosimy wam słowo Boże. Bóg zapowiedział, 
że Królestwo należy do ubogich. My je głosimy, przez nas powiedzie was ono 
do Boga. Kościoły służą kapitalistom, a przez to - szatanowi. Przyjdźcie do 
nas, to my jesteśmy prawdziwymi chrześcijanami! " I ludzie zawiedzeni 
otaczającą ich rzeczywistością uwierzyli tak mówiącym, chwytając się danej 
im nadziei. 

Przywódcy Świadków śledzą bacznie aktualną sytuację w świecie i 
umiejętnie dostosowują do niej swą propagandę

. Jej sile ulegli moi rodzice. 

Zostali Świadkami Jehowy. Czytali już nie tyko "Złotą Erę ", ale czerpali też 
ze "

Strażnicy(2*) 

". Dla nas, dzieci, były kolorowe broszurki i już same 

barwne obrazki budziły nasz zachwyt. Rodzice zostali włączeni w tzw. 
system kazań, kolportowali literaturę, uczestniczyli w zebraniach - 
organizacja zaczęła pochłaniać ich całkowicie. Wierzyli, że znaleźli "prawdę 
" i oddali dla niej wszystko. 

My, dzieci, nauczyliśmy się modlić do "Jehowy 

". Odczuwaliśmy to w ten sposób, że na Boże Narodzenie zniknęła z naszego 
domu choinka, a na Wielkanoc nie pojawiał się już "zając "

. Na co te 

"pogańskie " zwyczaje, radujące wprawdzie dziecięce serca, w naszej, teraz 
prawdziwie chrześcijańskiej rodzinie? Pocieszaliśmy się myślą, że wkrótce 
nadejdzie nowy świat, w którym będziemy mogli się bawić z wilkami, 
tygrysami, niedźwiedziami i innymi podobnymi zwierzętami, które przestaną 
być groźne dla ludzi. 
Krewni zaczęli się od nas odwracać, twierdząc że nasi rodzice są zbyt 
wielkimi fanatykami. I tak też było: 

kiedy zmarł ojciec matki, rodzice nie 

poszli nawet na pogrzeb. Prowadził go przecież ewangelicki duchowny, czyli 
w ich oczach "sługa diabła ".

 Jakże "prawdziwi chrześcijanie ", Świadkowie 

background image

Jehowy mogli iść na taki pogrzeb, nawet jeśli to był pogrzeb rodzonego ojca? 
"On śpi tylko na krótko w łonie ziemi, a potem zobaczymy go 
zmartwychwstałego w Królestwie Bożym " - mówiła matka. Rodzeństwo 
stawało się sobie nawzajem obce, ale Świadkowie powoływali się tu na słowa 
Jezusa mówiące, że dla Niego trzeba porzucić ojca i matkę, żonę i dzieci. Cóż 
to ma za znaczenie, że rodzina zrywa z nami? Spełniają się tylko słowa Pana! 
Hitler został kanclerzem Rzeszy. W swej patologicznej nienawiści do 
wszystkiego, co żydowskie, zakazał działalności Świadkom Jehowy ze 
względu na ich żydowską naukę i amerykańskie - a według niego: żydowskie 
- pochodzenie organizacji. Działanie na jej rzecz podlegało odtąd karze. 
Zakaz zastraszył wielu, a bardziej jeszcze rozpoczynające się prześladowanie. 
Doszło do napięć w niemieckiej gałęzi organizacji. Kierownictwo tutejszego 
biura "Strażnicy " próbowało znaleźć kompromis, co spotkało się ze 
sprzeciwem centrali w Brooklynie. 

Balzereit

 

 

3

     

musiał odejść i 

E. Frost

 

 

4

  

 

dokonał reorganizacji. Na tym tle powstały podziały. W Thale dotychczasowy 
kierownik wypowiedział się przeciwko dalszej działalności, mój ojciec 
natomiast optował za nią i przejął przewodnictwo zboru. Wynikiem był 
dalszy rozłam. Chciano mieć kogoś starszego, spierano się o pierwszeństwo i 
z licznego zboru pozostało tylko niewielu gotowych opowiedzieć się za linią 
Brooklynu. 
Za granicą na zarządzenie centrali rozwinięto niesłychaną propagandę. W 
tysiącach nadsyłanych telegramów żądano cofnięcia zakazu działalności 
Świadków, grożąc zniszczeniem Hitlera przez Jehowę. Hitler odpowiedział 
szeroką falą aresztowań wszystkich znanych członków organizacji. 
Przywódcy i zwolennicy Świadków wyzbyli się teraz wszelkiej roztropności i 
rozwagi. Niezliczone ilości publikacji przemycano do Niemiec z Szwajcarii i 
Czech. W naszym domu powstała składnica książek. Ich palenie, po 
aresztowaniu rodziców, zajęło memu dziadkowi całe trzy tygodnie. 
Wszystko to odbiło się też na nas, dzieciach. Koledzy w szkole biegali za 
mną wołając chórem: "Pape, powiedz: Heil Hitler! ". To jeszcze można było 
znieść. Gorzej, że nauczyciel, wyższej rangi hitlerowiec, bił mnie niemal 
każdego dnia. Najgorsze jednak było to, że rodzice .nie mieli dla nas czasu, 
zajęci co dzień pracą dla organizacji. Przesiadywaliśmy często z bratem 
zamknięci w mieszkaniu, zabawiając się kolorowymi broszurami: "Co jest 
prawdą ", "Wolność ",. "

Pewność dobrego bytu "

 

 

5

  .  

 Niewiele jednak 

zaznaliśmy wolności czy dobrobytu. Wieczorem trzeba było rychło iść spać. 
Rodzice szli na zebrania i konferencje, a tam nie było miejsca dla dzieci. 
Sytuacja na rynku pracy poprawiła się. Również mój ojciec znalazł 
zatrudnienie - przy budowie zapory wodnej. Nasze życie nie stało się jednak 
lepsze. Wszystko służyło idei Świadków: skromny zarobek i wolny czas 
rodziców. Jedynym jasnym punktem były wakacje. Wysyłano nas do innych 
rodzin i tam w jakiejś mierze poznaliśmy radość dziecięcej beztroski. 
Ci Świadkowie Jehowy, którzy odrzucając Hitlera przy każdej sposobności 
mówili o czekającej go zagładzie, niedługo cieszyli się pracą. Ojciec znów 
został zwolniony. Jednakże nadal nie miał czasu, bo - jak mówił - "cały czas 
należy do Jehowy ". Mało więc widywaliśmy ojca wciąż zajętego 
nielegalnymi akcjami. Którejś nocy został aresztowany, a za nim poszła 
matka. Wyrok: "dziesięć miesięcy więzienia za działalność na rzecz zakazanej 
organizacji ".
Brat i ja dostaliśmy się teraz pod opiekę dziadków - rodziców mego ojca. 
Także i oni należeli do Świadków Jehowy, byli jednak daleko mniej 
fanatyczni i czynni. Mieliśmy u nich więcej swobody. Po odrobieniu 

background image

szkolnych zadań mogliśmy przebywać z rówieśnikami. Dziadkowie 
okazywali zrozumienie dla naszych problemów i starali się nam zastąpić 
rodziców. Kochałem mego dziadka więcej niż ojca i matkę, właściwie wcale 
nie odczuwałem ich braku. Dziesięć miesięcy minęło szybko. Wydawały się 
nam jednymi długimi wakacjami pod opieką dziadka. 
W pięć tygodni po powrocie ojca uwięziono go znowu. Skierowany do pracy 
w zakładzie zbrojeniowym oświadczył, że nie będzie pracował dla Hitlera. 
Jako niepoprawny, fanatyczny Świadek Jehowy zesłany został do obozu 
koncentracyjnego. 
Koledzy w szkole nadal wołali za mną: "Pape, powiedz: Heil Hitler! ", ale 
nowy nauczyciel nie próbował już nawracać mnie biciem. Natomiast 
atmosfera w domu stała się jeszcze bardziej nieznośna. Matka czuła się teraz 
bardziej jeszcze zobowiązana głosić naukę Świadków Jehowy jako jedyny 
ratunek i czyniła to każdej chwili, jaką miała do dyspozycji. Już dawniej nie 
starczało nam pieniędzy na życie, teraz zabrakło ich całkowicie. Wsparcie 
zebrane przez naszych współwyznawców pozwalało tylko nie umrzeć z 
głodu. 
Nauka Świadków Jehowy stała się też treścią mojego życia tak dalece, jak 
jest to możliwe u małego chłopca. Czuliśmy się męczennikami - sam 
Chrystus był przecież ubogi. A czy Apostołowie nie musieli cierpieć? 
Chcieliśmy dochować wierności Jehowie, cokolwiek miałoby nas spotkać. 
Dzielnie znosiliśmy nasz los. 
Władze nie chciały dłużej pozwolić, aby matka wychowywała nas w swojej 
wierze. Przed sądem w pobliskim mieście Quedlinburgu odbyła się rozprawa 
o pozbawienie praw rodzicielskich. Stanąłem przed sędzią, który mnie 
zapytał, dlaczego nie pozdrawiam słowami: "Heil Hitler! ". Zdumiała go moja 
odpowiedź: Czy pan nie Wie, co napisane jest w 

Dziejach Apostolskich 

rozdział 4, wiersz 12? "

 

Odebrano prawa rodzicielskie rodzicom i wcielono nas do hitlerowskiej 
organizacji dla dzieci "Jungvolk ". W kilka tygodni później uwięziono 
ponownie naszą matkę. "Nielegalna działalność na rzecz Świadków Jehowy " 
- brzmiało oskarżenie. Wyrok: cztery lata więzienia, po czym skierowanie do 
obozu koncentracyjnego. "Jehowa będzie się troszczył o moje dzieci " - 
powiedziała matka do jednej z kobiet. Zostaliśmy z bratem umieszczeni w 
przytułku. Ten dom, odległy od miasta o pół godziny drogi, dawał schronienie 
starcom, różnego rodzaju życiowym rozbitkom, dzieciom z środowisk 
aspołecznych. Trafiali się tam homoseksualiści. Mieliśmy żyć w takim 
otoczeniu! Siostry prowadzące dom niemal się o nas nie troszczyły. Tutaj 
przeżyłem najstraszniejsze lata mojego dzieciństwa. To, że przeżyłem je bez 
większej szkody, dziś jeszcze wydaje mi się cudem. Wobec codziennych trosk 
życia w przytulisku doktryna moich rodziców schodziła coraz bardziej na 
dalszy plan. Życie w tych warunkach było nie tylko powodem cierpień 
psychicznych, ale także fizycznych - wiele rzeczy było po prostu ponad siły 
dziecka. 
Tymczasem wybuchła wojna. Wyżywienie pogorszyło się. Wpływ sióstr nie 
stał się większy. Prawie przez cały dzień zostawieni byliśmy sami sobie. 
Ukończenie nauki w szkole stało się dla mnie początkiem przemiany. 
Rozpocząłem praktykę w handlu - osiągnięcie do którego nie doszedł chyba 
żaden z mieszkańców przytułku. Szef posłał mnie do filii przedsiębiorstwa w 
Quedlinburgu i wystarał się tam dla mnie o kwaterę - miałem swój własny 
pokój. Moje życie stało się znośniejsze. Mogę powiedzieć, że po raz pierwszy 
wyrwałem się z jakiegoś stałego zamknięcia się w sobie. W pracy osiągałem 

background image

coraz lepsze wyniki. Przedsiębiorstwo mające wiele oddziałów przesuwa 
często pracowników z jednego do drugiego. Ze względu na osiągnięcia 
przeniesiony zostałem z powrotem do Thale - czekała tu na mnie nowa 
kwatera, nowi ludzie. 
Stary, wysłużony rower stał się pierwszą moją własnością. Z jego pomocą 
chciałem poznać piękno naszych okolic. Każdej wolnej chwili byłem gdzieś 
w drodze. Moje kieszonkowe, w wysokości 40 marek, zanosiłem co miesiąc 
do kasy oszczędności, tak że wkrótce mogłem sobie pozwolić na krótkie 
wakacje. Ślęczałem nad mapą gór Harzu planując trasę podróży. Wreszcie - 
krytyczny rzut oka na rower i jazda w drogę! Szczęśliwy deptałem poprzez 
rozległe lasy, pędziłem drogami opadającymi w dolinę, by za chwilę pchać 
rower pod górę wąską, leśną ścieżyną... Czy wzbiłem się ponad świat? Tak mi 
się wydawało, gdy stanąłem na szczycie Brockenu. Zagubiłem się wzrokiem 
w niezmierzonej przestrzeni. Zatopiony w swym szczęściu, trwałem na 
szczycie, pijąc oczyma panoramę gór i dolin, miast i wsi. Czy to możliwe, że 
na tym wspaniałym świecie gdzieś toczy się wojna? Czy to, co przeżywałem, 
nie było prawdą? Czy cały ten spokój był tylko snem? Jeśli to był sen, to 
chciałem cieszyć się nim jak najdłużej. Ach, gdyby tak trwać na zawsze na 
tym górskim szczycie, mając przed oczyma obraz majestatu i pokoju. Cóż 
znaczyła przeszłość wobec takiej teraźniejszości. To był sen, ale piękny sen, 
który dopomógł mi dźwigać codzienne troski. 
Niedziela. Świat wokół zasypany śniegiem. Sześćset kilometrów od 
rodzinnych stron. Ranek, leżę jeszcze w łóżku. Głos trąbki nakazuje wstanie. 
Zaczyna się nowy dzień według przewidzianego regulaminu. Jestem teraz w 
szeregach RAD, "Reichsarbeitsdienst " - "Służby Pracy ". Pobudka nie 
przeszkadza mi, nie obowiązuje mnie - jestem przecież dyżurnym w kantynie 
dowództwa i mam osobny własny plan dnia. Zaczynam dziś służbę dopiero o 
dziewiątej. Przez dwa tygodnie musiałem nasłuchiwać głosu trąbki, dopóki 
dowódca oddziału nie wyznaczył mnie na ordynansa. Teraz tylko od czasu do 
czasu muszę brać udział w zwykłym szkoleniu. Dowódcy zapoznali się z 
moim życiorysem i widać nie byłoby dobrze rozmawiać z nimi o Hitlerze. 
Krótko przed wcieleniem przeszkolonego oddziału do wojska dowiedziałem 
się o moim dalszym przeznaczeniu. Awansowany na przodownika, miałem 
pozostać w Służbie Pracy i szkolić nowo zaciągniętych w obozie w Borach 
Tucholskich na Pomorzu. Z początku szło mi ciężko. Od kolegów nauczyłem 
się jednak rychło tego, co najważniejsze, i dopiero w marcu 1945 zaciągnięty 
zostałem do wojska. 
Front był już w rozsypce, kiedy znalazłem się na terenie Meklemburgii. W 
ogniu karabinów i granatów padają wokół mnie mężczyźni i chłopcy. Ziemia 
pije ich krew. Ich śmierć ściska serce. Jestem młody, nie chcę umierać, 
umierać tutaj! Ale co można przeciwstawić śmierci? Nic. 
Gdzie jest Bóg? Rzadko tylko jeszcze myślę o Nim. Są sytuacje, w których 
trudno oddawać się refleksjom. Rosyjski czołg stoi niespełna czterdzieści 
metrów przede mną. Wymierzam w niego "panzerfaust " - pocisk 
przeciwpancerny. Nie odpalam jeszcze.. jeszcze nie! Zabijasz, człowieku, 
zabijasz przecież! Ale ja chcę żyć!... Kiedy potężny wybuch rozsadza 
stalowego kolosa, wydaje mi się, że zamiera we mnie wszystko. To ja 
odpaliłem - trafiłem zabiłem. Żyję, ale za cenę jakiej winy. Łzy płyną mi po 
twarzy. Ogarnia mnie gniew, gniew na samego siebie: nieszczęsny, jak 
mogłeś zapomnieć o tym, czego uczyli cię rodzice, o Bożym przykazaniu: nie 
zabijaj! Znałem to przykazanie, byłem jednak zbyt wielkim tchórzem, żeby je 
zachować. Wielu Świadków Jehowy oddało życie przed plutonami 

background image

egzekucyjnymi SS, tymczasem ja bez większego namysłu posłuchałem 
nakazu wstąpienia w szeregi Służby Pracy... 
Już po kilku dniach znalazłem się w niewoli angielskiej. Teraz miałem 
wystarczająco wiele czasu, by zastanowić się nad tym, co uczyniłem. Nie 
mogłem jednak dojść z sobą do ładu. Czy można tu było jeszcze coś 
naprawić? Czy Jehowa może mi przebaczyć mój grzech? Z rozdartym sercem 
wychodziłem na wolność z jenieckiego obozu. 
Nasze miasto Thale niewiele się zmieniło, przynajmniej w zewnętrznym 
wyglądzie, ale mieszkańcy zdawali się zagubieni, załamani. Tylko nieliczni 
cieszyli się z upadku tyrańskiej Rzeszy. Amerykanie opuszczają miasto, na 
ich miejsce przychodzą Rosjanie. Różnią się tylko mundurami i językiem. 
Jako zwycięzcy zachowują się podobnie: konfiskują domy, aresztują 
członków partii hitlerowskiej, pomagają więźniom zwolnionym z obozów. Po 
mych rodzicach nie ma śladu. Ludzie pytają o ojca - ma zostać drugim 
burmistrzem miasta. Niestety, nic o nim nie wiem. Matkę widziało podobno 
kilka więźniarek z Ravensbrück już po wyzwoleniu, dotąd jednak nie wróciła. 

Mój brat powrócił z niewoli już kilka tygodni przede mną. Razem stawiamy 
w Ratuszu wniosek o przydział mieszkania dla nas i rodziców. Jako ofiary 
faszyzmu otrzymujemy mieszkanie bez trudności i urządzamy je meblami, 
które leżały złożone w magazynie. Ale rodziców wciąż nie ma. Dieter, mój 
brat, podejmuje dalszą naukę w zawodzie leśnika. Ja zatrudniam się jako 
robotnik leśny; ale teraz i ja chcę zostać leśnikiem, bo są możliwości po temu. 

Sytuacja stabilizuje się. Zaczynają kursować pociągi, choć na razie tylko na 
krótkich odcinkach i niesamowicie zatłoczone. Ludzie są jednak radzi, jeśli 
mogą przejechać choć dziesięć kilometrów, choćby na dachu wagonu.
I oto znów jest niedziela. Siedzimy z dziadkami przy popołudniowej kawie. 
Rozmawiamy o rodzicach. Choć wciąż jeszcze nie ma znaku życia od nich, 
nie tracimy nadziei. Ciągle jeszcze wracają do domów byli więźniowie 
obozów, chociaż jest to już lipiec, dwa miesiące od zakończenia wojny. Wtem 
pukanie do drzwi. W progu staje nieznajoma kobieta. Krótko ostrzyżone 
włosy, obce ubranie. Ze łzami w oczach podchodzi ku nam: nasza matka! 
Również i ona nie byłaby nas rozpoznała na ulicy, ale tu, przy tym stole, 
mogli siedzieć tylko jej synowie. Bez słów padamy sobie w objęcia. Życie 
znów nabiera sensu. Zarabiamy na nasze utrzymanie i czekamy na ojca. Ale 
ojciec me wraca. 
Świadkowie Jehowy organizują się od nowa. Matka żyje ciągle tylko ich 
sprawami. Brak jeszcze drukowanej literatury, powiela się więc stare numery 
"Strażnicy " i stare broszury. Dwa razy w tygodniu odbywają się zebrania. 
We wrześniu ponownie pojawiają się w Thale byli więźniowie z obozów. 
Powracają z Sachsenhausen i

 przynoszą wiadomość, że nasz ojciec zginął tam 

od bomby w czasie nalotu jeszcze w kwietniu. Tak gaśnie nasza nadzieja. 
Matka nas pociesza. Niemal nie widać u niej smutku i bólu. "Ojciec należy do 
stu czterdziestu czterech tysięcy wybranych i jest teraz z Chrystusem w 
niebie. Należy do rządu Nowego Świata. Możemy być z tego dumni. On 
widzi nas i wszystko, co robimy, musimy więc okazać się jego godni ". Czuję 
się bardzo winny i staram się pilnie uczyć. Czy mogę odpokutować moją 
winę? - I tak podejmuję krok, który zadecydował o następnych dziesięciu 
latach mojego życia.

background image

JAKO AKTYWISTA ŚWIADKÓW JEHOWY

Zaczął się nowy czas, czas ogromnych przemian. Niemcy rozpadły się w 
proch i pył. Nędza duchowa i materialna naszego narodu była nieopisana. 
Mocarstwa okupacyjne proklamując swe programy nie pozostawiały nam 
wiele nadziei. Tylko niewielu Niemców wierzyło latem roku 1945 w 
przyszłość. Znikąd nie było widać światła. 
Pośród tych ciemności Świadkowie Jehowy wskazywali na słońce nadziei: 
Królestwo Jehowy! "Nie pokładajcie ufności w książętach i władcach tego 
świata " - głosiliśmy w kazaniach. 

Ludzie dotknięci i przytłoczeni 

cierpieniem chętniej teraz dawali nam wiarę.

 Świadkowie Jehowy przeszli ze 

względu na swe przekonania poprzez ognisty piec obozów. Bóg uratował ich. 
Świadkowie Jehowy są "prawdziwymi sługami " Boga - to stanowiło nasz 
najmocniejszy argument. Organizowaliśmy nowe zespoły kaznodziejskie. 
Nasza działalność rozwijała się. Podziwiano teraz zdecydowanie i stałość 
Świadków podczas panowania Hitlera. W czasie naszych odwiedzin w 
domach słyszeliśmy ciągle słowa uznania: "Coś w was musi być, tyle 
wycierpieliście, a jednak jesteście pełni nadziei. Kiedy inni tracą ducha, wy 
głosicie waszą naukę z rozjaśnioną twarzą... " 
Jak nieśmiało dzwoniłem do pierwszych drzwi, a z jaką dumą wracałem z 
mej pierwszej kaznodziejskiej wyprawy! Większość słuchaczy podziwiała 
moją odwagę budzenia nadziei w zwątpiałych sercach. Sukces moich kazań 
uspokajał także i mnie. Bóg mi widocznie przebaczył, bo czy inaczej 
mógłbym nieść tyle pociechy drugim? Często trafiałem do dawnego członka 
partii hitlerowskiej, który drżał ze strachu słysząc dzwonek u drzwi 
mieszkania, a uspokajał się i rozjaśniał, kiedy mówiłem mu o Jehowie i 
Królestwie. Nieliczna literatura, którą rozporządzaliśmy, nie wystarczała, by 
zaspokoić głód za naszym posłaniem. Jeszcze nie byłem ochrzczony, a już 
każdego dnia głosiłem kazania. 
Nasze życie rodzinne nie ułożyło się zgodnie z mymi pragnieniami. Ojciec 
nie żył, a matka nie myślała o tym, by stworzyć nam ognisko domowe. 
"Jehowa wyzwolił mnie z obozu po to, bym mogła głosić kazania, a nie po to, 
żebym prowadziła gospodarstwo synom ". 

Czy Bóg chciał, byśmy nie zaznali życia rodzinnego? Zdaniem matki za 
wszystko mieliśmy otrzymać nagrodę w Nowym Świecie

. Nurtował mnie 

jednak jakiś zawód. Jakże tęskniłem za domem i szczęściem domowym! 
Toteż jedynym, co mi pozostało, było nauczanie. Wstąpiłem do służby 
"pionierów ". Również mój brat, porzuciwszy naukę leśnictwa, przyłączył się 
do nas. 
6 czerwca 1946 zostałem wreszcie ochrzczony. Ze wszystkich stron składano 
mi serdeczne życzenia. Ponieważ nasi rodzice spędzili długie lata w obozie, 
wiązano z ich synami wielkie nadzieje. Mój udział w "Kursie posługi 
teokratycznej " był wielkim sukcesem. Zaraz po ukończeniu kursu podjąłem 
posługę szkolenia w Quedlinburgu. Wczoraj jeszcze uczeń, teraz już młody 
nauczyciel. 
W październiku 1946 roku otrzymałem list następującej treści: 

Drogi Bracie Pape 
"Strażnica - Towarzystwo biblijno-traktatowe " (Watch Tower Biblie and 
Tract Society) jest tą korporacją, którą posługuje się nasz Pan od chwili jej 
założenia... Stąd zatwierdzamy Cię w Twej posłudze głosiciela Ewangelii i 

background image

misjonarza "Strażnicy ". Nasze serdeczne pozdrowienia i życzenia oraz 
codzienne modlitwy towarzyszą Ci stale na drodze wiernej współpracy. 
Twoi współbracia w służbie teokratycznego Króla 
Watch Tower B. & T Society

A zatem zostałem zatwierdzony w mojej szczególnej służbie. To był 
szczytowy moment mego dotychczasowego życia. Jakże byłem szczęśliwy! 
Czyż nie mogłem słusznie sądzić, że Bóg mi przebaczył? A zatem - śmiało 
naprzód! 
Od wiosny 1946 roku pełniłem urząd przewodniczącego zboru w 
Blankenburgu. Szczególne trudności miałem tu z jedną ze starszych sióstr, 
która trzymała się nadal nauki poprzedniego prezydenta organizacji, Russela, 
i nie uznawała "Strażnicy " w jej obecnej formie. Wiek tej kobiety sprawiał, 
że miała znaczny autorytet. Spory doktrynalne między nami utrudniały 
działanie. Jednakże nasza wspólnota rosła. Jakże się radowałem, patrząc na 
zastęp głosicieli wyruszających do swej służby w teren. Z radością mieszała 
się jednak kropla goryczy. Doświadczyłem, że wraz z wzrostem wspólnoty 
rosną też jej problemy. Jeżeli w małej grupie żyło się w pokoju i zgodzie, to 
w szerszym kręgu rzecz wyglądała inaczej. 

Kierownictwo "Strażnicy " żądało 

od braci absolutnego posłuszeństwa wobec sprawujących posługę.

 Starsi 

wiekiem bracia w Blankenburgu czuli się wobec mnie młodego odsunięci na 
bok. Zaczęły się to z tej, to z innej strony intrygi. Zrazu próbowałem 
reagować łagodnością - interpretowano to jednak jako słabość. Na szczęście 
mój talent mówcy sprawiał, że przynajmniej w czasie zebrań spory milkły. 
Umiałem pociągnąć wszystkich. Po spotkaniach jednak gadanina zaczynała 
się od nowa. Byli zawsze tacy, którzy opowiadali się po mojej stronie, i tacy, 
którzy starali się obrócić wszystko przeciwko mnie. Wraz z liczebnym 
wzrostem wspólnoty rozłam stawał się coraz wyraźniejszy. Słano listy do 

"Domu Biblii "

 

 

6

  .  

 w Magdeburgu, wysuwając wobec mnie wręcz 

nieprawpodobne oskarżenia. Piszący nie doceniali jednak kredytu zaufania, 
jaki tam jeszcze posiadałem. Niemal każdy list odsyłano mi z Magdeburga do 
przeczytania. 

Kto te listy pisał? Właśnie ci, którzy pytali drugich po cichu: 

"Czy my nie gonimy w końcu za jakimś fantomem? "

 Nie mogłem już 

reagować inaczej niż ostro. 
Wieczorami trwałem częstokroć na kolanach, błagając Jehowę o siłę i pomoc. 
Byłem sam, moją ucieczkę stanowiła tylko modlitwa. Niejednej bezsennej 
nocy pytałem siebie, jakie popełniam błędy. 

Studiowałem wskazania z 

centrali w Brooklynie,

 czytałem Biblię, ale nie mogłem znaleźć rozwiązania. 

Słabą tylko pociechą było to, że w innych zborach, którym przewodniczyli 
starsi wiekiem bracia, istniały podobne problemy. 
Na tym nie dosyć zmartwień. Sam postarałem się o dalsze. Zakochałem się! 
Jedna z sióstr zapraszała mnie często na posiłki do swego domu. Tam 
poznałem jej córkę. Powstała wzajemna sympatia. Czy wolno mi jednak było 
myśleć o miłości i małżeństwie? Czy moja matka i Świadkowie z 
Magdeburga nie byliby temu przeciwni? Nie czas na małżeństwo teraz, tuż 
przed oczekiwanym 

Har-Magedonem

 

 

7

  .  

 To było dobre, zanim nie nadszedł 

jeszcze Nowy Świat. Teraz te sprawy odwodzą tylko od służby Jehowie. 
Kiedy rzecz stała się powszechnie znana, zaczęło się szpiegowanie. Przyszedł 
do mnie kierownik obwodu. Wiedział niemal o każdym moim spotkaniu z 
Krystyną i wyliczał, ile czasu straciłem na to, co niepotrzebne. A poza tym 
Krystyna - twierdził - nie jest odpowiednią żoną dla mnie. Chodzi do kina, 
także na tańce, z czego wynika, 

że nicości tego świata bardziej miłuje niż 

background image

Jehowę.

 

Owszem, Krystyna chodziła od czasu do czasu do kina czy potańczyć, ale 
uczestniczyła też regularnie w naszych zebraniach i w służbie 
kaznodziejskiej. Nie można jej było zarzucić nic złego. Nie widziałem więc 
racji, żeby z nią zrywać. Kochałem Krystynę i kto mógł mi tego zakazać? 

Moimi cotygodniowymi publicznymi wykładami wzbudziłem wrogość 
zarówno ewangelickiego, jak i katolickiego proboszcza. Nazywałem ich 
"obrotnymi ludźmi interesu w czarnych sutannach ". 

W odpowiedzi pismo 

kościelne nazywało nas "fałszywymi prorokami ", ostrzegając przed naszym 
wpływem. Aby odnieść publicznie przekonujące zwycięstwo, zaprosiłem 
proboszcza do zabrania głosu przed wybranym gronem teologów, studentów i 
Świadków Jehowy. Przyjął zaproszenie. Widocznie nie liczył się jednak z 
moją umiejętnością przemawiania i znajomością Biblii, bo rzecz skończyła 
się, zewnętrznie biorąc, jego porażką. 
Wkrótce zainteresował się mną wyznaczony do spraw wyznaniowych oficer 
radzieckiej komendantury. Wynikły stąd poważne spięcia, zażądano ode mnie 
przedkładania w przyszłości do aprobaty rękopisu każdego przemówienia. 
Nie myślałem poddać się temu. Skoro jest wolność religijna, to po co cenzura 
moich kazań? Co tydzień spierałem się całymi godzinami z porucznikiem 
Magnickim lub jego przełożonym. Często zjawiała się u mnie policja, 
zabierając na rozmowy w komendanturze. Kiedy zezwolono mi na 
wygłoszenie publicznego wykładu, następnego dnia cofano zezwolenie. A 
zatem - problemy w zgromadzeniu, problemy w życiu prywatnym, problemy 
z komendanturą.
Z polecenia braci w Magdeburgu wniosłem podanie do radzieckiej 
administracji wojskowej w Karlshorst. Dało to kilka tygodni spokoju. Potem 
gra zaczęła się od nowa. Podkreślałem stale, że jest przecież wolność religii i 
dlatego wolno mi głosić wykłady bez uprzedniej cenzury. Ze strony władz 
uznany byłem prawnie jako duchowny. Domagałem się więc możności 
nauczania. Na moje wystąpienia posyłano stenografów i opierając się na ich 
zapisie kwestionowano potem moje twierdzenie, że to nie ONZ, ale 
Królestwo Boże jest jedyną nadzieją ludzkości. Takie wypowiedzi - 
zarzucano mi - to uprawianie polityki. Broniłem się, wskazując że religia 
musi zająć stanowisko w aktualnych sprawach, co nie jest jeszcze polityką w 
tym sensie, w jakim mi się to zarzuca. 
Mój autorytet w zborze umocnił się od nowa. Sądząc po wzroście liczby 
członków, odnosiłem sukcesy. Moja wiara w Jehowę i moje zaangażowanie 
były niewzruszone. Gotów byłem na wszystkie konsekwencje, także na 
uwięzienie. 

Coś jednak odbierało mi spokój. Brak mi było człowieka, który 

by mnie rozumiał. Niektórzy mnie podziwiali, inni mi zazdrościli, jeszcze 
inni bali się mnie. Miłość zdobyłem tylko u niewielu. Zbyt liczne były intrygi 
wokół mej osoby. Tak więc ostatecznie byłem sam

. Kochałem Krystynę, ale 

nie mogłem tego ujawnić. Czyżby małżeństwo miało być zakazane? Jeśli nie, 
to dlaczego czekać z nim, aż przyjdzie Nowy Świat? Teraz, tutaj 
potrzebowałem towarzysza drogi. Decyzja formalnego poproszenia o rękę 
Krystyny była trudna. Jakie będą tego następstwa? 
Zaręczyny odbyły się w ścisłym gronie rodzinnym. Matka i kierownictwo z 
Magdeburga długo się sprzeciwiali. Widząc moje zdecydowanie ulegli, ale 
grozili mi sankcjami. Nie zmieniło to mojej decyzji. Swoje obowiązki 
wypełniałem, tak jak dawniej. 1 marca 1948 roku stanąłem przed 
urzędnikiem stanu cywilnego. "Tak " zostało wypowiedziane. Byłem żonaty.
Marzenie o własnym domu znalazło swe dawno oczekiwane spełnienie. Życie 

background image

stało się inne, znośniejsze, spokojniejsze. Nie trwało to jednak długo. 
Sytuacja polityczna w radzieckiej strefie okupacyjnej Niemiec zaostrzyła się. 
Komendantura wymierzyła mi pierwszą karę pieniężną w wysokości 300 
marek. Zaczęła się walka o naszą wolność religijną. Stałem w niej na samym 
froncie. Z "Domu Biblii " z Magdeburga przyszły instrukcje, nad którymi 
musiałem pokiwać głową. Nie mogły one rozładować sytuacji, musiały ją 
raczej zaostrzyć. Czy to właśnie na nas chciano wypróbować, jak daleko 
posuną się władze w walce ze Świadkami Jehowy? Odpowiedzią na 
wyzwanie był zakaz działalności organizacji w rejonie Blankenburga. 
Chcieliśmy ten zakaz po prostu zignorować. Nie sposób jednak było znaleźć 
salę, w której można by się zgromadzić. Nikt nie chciał nam jej wynająć. 
Wszyscy dobrze się orientowali w sytuacji. Raz tylko znalazł się ktoś, widać 
nieświadomy, gotów nam wydzierżawić salkę. Wydrukowaliśmy i 
rozpowszechniliśmy także nielegalne ulotki. Kiedy jednak wykład miał się 
zacząć, policja zablokowała lokal. W kilka dni później zebraliśmy się w 
moim mieszkaniu i właśnie rozpoczęliśmy modlitwą nasze rozważania, gdy 
wtargnęło dwu policjantów wraz z porucznikiem Magnickim z 
komendantury. Wszyscy zostaliśmy aresztowani. Daremnie powoływałem się 
na gwarantowaną prawem wolność religijną. Zaprowadzono nas do aresztu. 
Musiałem spodziewać się najgorszego. Następnego dnia rano zaczęły się 
przesłuchania. Około południa odprowadzono mnie z powrotem do celi. 
Krótko potem zwolniono nas. Czy wyzwolił nas Jehowa? 
Wnet powstały nowe trudności z władzami. Zorganizowaliśmy więc 
nielegalną "kościelną służbę informacyjną ". Zbieraliśmy adresy burmistrzów, 
wyższych urzędników, funkcjonariuszy partyjnych i innych znaczniejszych 
osób. Sporządziliśmy szkicowe plany terenu naszego działania z oznaczeniem 
ulic, domów, przedsiębiorstw, gmachów publicznych itd. Miało to później 
przynieść fatalne skutki dla wielu braci: podejrzewano ich o szpiegostwo. 
Na razie jednak gotowi byliśmy walczyć. Z tego bojowego nastroju zrodziła 
się też rezolucja skierowana przez nas do rządu NRD. Mieliśmy wszyscy nad 
nią głosować. Nikt z nas nie przemyślał znaczenia tej akcji. Rezolucja mówiła 
m.in.: 
...Są w Biblii przykłady mówiące, że niektórzy urzędnicy obeszli się życzliwie 
ze Świadkami Jehowy, co przyniosło im też inne potraktowanie przez Boga 
aniżeli to, które spotkało tyrańskiego władcę Egiptu. Jehowa strzegł, chronił, 
wyswobodził takich przedstawicieli władz ze względu na "kubek świeżej wody 
" - pomoc daną świadkom. Mamy nadzieję, że urzędnicy Niemieckiej 
Republiki Demokratycznej będą starać się o przychylność Jehowy przez to, że 
odniosą się sprawiedliwie do jego Świadków. Jeśli to uczynią, będą się mogli 
radować widząc, że znaleźli się po prawicy Chrystusa Jezusa, włączeni do 
grupy owiec pośród ludzi gotowych przyjąć od Jehowy błogosławieństwo
 (z 
petycji do rządu NRD, z 10. 7. 1950 r.). 
Jak urzędnicy rządowi mogli pozyskać przychylność Jehowy przez to 
jedynie, że zaniechają prześladowań? To przecież niemożliwe - stanowisko 
braci z Magdeburga było absolutnie sprzeczne z nauką "Strażnicy ", według 
której nie można uratować się tylko przez to, że zaprzestanie się 
prześladować Świadków. 

Według osądu "Strażnicy " wszyscy urzędnicy 

państwowi, o ile nie należą do Świadków Jehowy, są sługami szatana.

 

Rezolucja została przyjęta przez wszystkie nasze zbory bez zastrzeżeń - 
jednogłośnie, jak się podkreślało. To nie mogło być dziełem Jehowy. 
Dlaczego jednak Jehowa dopuścił do tego? 

Po raz pierwszy obudziły się we 

mnie ciche wątpliwości, czy nasza organizacja może się rzeczywiście 

background image

powoływać na kierownictwo Boże.

 

Krótko potem odwiedziłem "Dom Biblii " w Magdeburgu. Dobrze mi znany i 
godny zaufania brat powiedział mi, że autor rezolucji Erich Frost, i jego 
najbliżsi współpracownicy otrzymali ostrą naganę z Brooklynu, ponieważ ich 
działanie było samowolne. Do poszczególnych zborów wysłano nowe 
wskazówki. Zgodnie z instrukcją z Brooklynu Frost wyznaczył trzech braci, 
którzy mieli otrzymać od zborów mandat pertraktowania z władzami NRD. 
Mandat otrzymali, ale do pertraktacji nie doszło, ponieważ rząd zakazał 
działalności Świadków Jehowy. Większość braci w Magdeburgu została 
uwięziona, a "Dom Biblii zamknięty. Taką odpowiedź otrzymaliśmy na 
wyzwanie zawarte w naszej petycji, która w części pierwszej groziła rządowi 
zagładą.

31 sierpnia 1950 roku. Siedziałem w domu zajęty lekturą. Około godziny 19 
rozległ się dzwonek - policja do mnie. Szef oddziału kryminalnego 
przedstawił mi nakaz rewizji. Wszystko, co miało charakter książki religijnej, 
zostało skonfiskowane, nawet cenny zbiór Biblii, z niejednym starym 
wydaniem, i konkordancji biblijnych. Policja zabrała mnie na komisariat. 
Żegnając się z żoną, byłem przekonany, że tym razem czeka nas długie 
rozstanie. Fala aresztowań wśród Świadków Jehowy ogarnęła całą NRD. 
Wszędzie z mieszkań i zakładów pracy zabierano braci odpowiedzialnych za 
większe wspólnoty. 
Nasza "

Sala Królestwa "

 

 

8

     

mieściła się w jednym z domów handlowych przy 

Rynku. Tam przechowywaliśmy kartoteki z nazwiskami głosicieli naszej 
nauki i ludzi nią zainteresowanych. Kilka dni wcześniej przyszło z 
Magdeburga polecenie zniszczenia kartotek. Moja kartoteka osobista 
zamieniła się już w popiół, co do reszty materiałów - nie potrzebowałem się o 
nie troszczyć. Odpowiedzialność za nie należała do brata Alfreda. Z 
komisariatu zaprowadzono mnie do tej właśnie "Sali Królestwa ", gdzie w 
mojej obecności dokonano rewizji. Skonfiskowano to, co zostało jeszcze z 
książek i czasopism. Szukano jednak przede wszystkim kartotek. Nic nie 
można było znaleźć. Jeden z urzędników przystąpił do pieczętowania drzwi, 
kiedy szef policji zapytał mnie o kartotekę. Twierdziłem, że już nie istnieje, w 
przekonaniu że została spalona. Tymczasem jeden z urzędników zajrzał 
jeszcze do pieca -i odkrył w nim kartotekę. Triumfująco podsunął mi ją pod 
nos i zaczął odczytywać nazwiska, o których podczas poprzedniego 
przesłuchania twierdziłem, że nie są mi znane. Jak się dowiedziałem później, 
u wszystkich, których nazwiska znaleziono w naszej kartotece, 
przeprowadzono rewizje. 
Dalsze przesłuchania odbyły się w okręgowym urzędzie policyjnym. 
Zorientowałem się, że policja uważa mnie za przewodniczącego zboru w 
Blankenburgu. Dlaczego miałem prostować tę pomyłkę? Czy nie wystarczało, 
że jestem uwięziony? Przesłuchania trwały. Po północy jeden z urzędników 
wprowadził brata Alfreda. Skonfrontowano go ze mną, pytając kto jest 
przewodniczącym zboru w Blankenburgu. Brat Alfred wskazał na mnie i 
powiedział: "Pan Pape ". Kiwnąłem tylko głową. Teraz nadszedł dla 
policjantów moment triumfu. Mieli w rękach kartotekę i wiedzieli z niej, kto 
faktycznie sprawował urząd w Blankenburgu. Nazwali brata Alfreda 
tchórzem, mnie zaś powiedzieli, że Świadkowie Jehowy widać nie bardzo 
miłują prawdę, bo i ja kłamałem, nie będąc w rzeczywistości odpowiedzialny 
za zbór w Blankenburgu. Cóż można było na to powiedzieć? O drugiej w 
nocy jeden z oficerów, którego osobiście znałem, oświadczył mi, że mogę iść 

background image

do domu. - Nie ma jeszcze wobec mnie nakazu aresztowania. Dziś jest 
niedziela, więc takiego nakazu nie otrzymali. Dał mi do zrozumienia, że mam 
natychmiast opuścić Blankenburg. 
Żona nie liczyła na mój powrót. Uszczęśliwiona otworzyła mi drzwi. Nie 
zdołałem dowiedzieć się, co się dzieje gdzie indziej. Natychmiast wziąłem 
rower i pojechałem do matki, do Hötensleben, aby omówić sytuację. Już nie 
zastałem jej w domu. Uciekła na Zachód, do Schöningen. 
I ja szybko znalazłem przewodnika, który mnie przeprowadził przez granicę. 
Po dłuższej dyskusji ze współbraćmi w Schöningen zdecydowałem się 
pozostać na Zachodzie. Najpierw jednak chciałem wrócić po żonę i córkę. 
Nie mogłem zostawić ich samych. Wszyscy zaklinali mnie, bym nie 
ryzykował moją wolnością. Pojechałem jednak. W Oschersleben poprosiłem 
jednego z przyjaciół, by dowiózł z Blankenburga moją żonę i dziecko. Dalszą 
drogę z nimi odbyłem już sam. Następnego dnia wspólnie przekroczyliśmy 
granicę. Z obozu dla uchodźców w Uelzen powiadomiliśmy teściów o udanej 
ucieczce. 
Przyszłość przed nami była ciemna. Mieliśmy jeszcze tylko to, co nosiliśmy 
na sobie. To - oraz ufność w opiekę Jehowy. Jak będą wyglądały nasze dalsze 
losy? 

BUDZĄ SIĘ WE MNIE PIERWSZE WĄTPLIWOŚCI

 

    

  

Obóz uchodźców Uelzen! Tysiące ludzi stłoczonych w barakach. Kogo tu nie 
było: awanturnicy, kryminaliści, ludzie ze społecznego marginesu i ludzie 
którzy jeszcze przed kilku dniami lękali się więzienia za swe przekonania 
polityczne, a także Świadkowie Jehowy. 
Bezgraniczna nędza. W wielkim baraku z falistej blachy i my znaleźliśmy 
pomieszczenie wraz z setkami mężczyzn, kobiet i dzieci. Ludzie pozbawieni 
wstydu i za dnia wylegiwali się ze swoimi i nie swoimi żonami w łóżkach, 
nie zwracając uwagi na dzieci. Nocą nie było godziny spokoju. Tu kłótnia, 
tam płacz maleństw. Nieliczne służby porządkowe nie mogły interweniować 
wszędzie, gdzie było potrzeba. Kto nie pilnował resztek swego dobytku, mógł 
je rychło stracić. Nie sposób było utrzymać kontrolę nad tą ludzką masą. 
Wszyscy czekali na przyznanie im statusu uchodźców. Wielu załatwiało rzecz 
szybko, inni po dłuższym czasie, niektórzy w ogóle nie. Kłamano, zmyślano 
niesłychane historie o swej rzekomej działalności szpiegowskiej i aktywności 
politycznej, po to by podać przekonujący powód ucieczki na Zachód. Któż 
chciał i mógł w każdym wypadku stwierdzić, czy oświadczenia są 
prawdziwe, a podstawieni świadkowie wiarygodni? Żądano przede 
wszystkim dokumentów. Ale kto je miał? Nieliczni tylko. Co do mnie - byłem 
w tej szczęśliwej sytuacji, że mogłem się wylegitymować. W chwili ucieczki 
żona pamiętała o naszych papierach i zabrała wszystko, co mogło mieć 
znaczenie. Ponadto było w obozie wielu Świadków Jehowy znających mnie 
osobiście. 
U innych naszych współwyznawców sprawy nie potoczyły się tak gładko. 
Kiedy rozniosło się po obozie, że wystarczy powołać się na przynależność do 
Świadków Jehowy, aby zostać uznanym za uchodźcę, wielu podejrzanych 

background image

osobników stało się nagle Świadkami Jehowy. Nie było łatwo udowodnić im 
kłamstwo, choć niejeden z nich imię Jehowy wymówił po raz pierwszy w 
życiu w obozie w Uelzen. Aby położyć kres machinacjom, 
zaproponowaliśmy, że jeden z naszych braci przeprowadzi ze zgłaszającymi 
się odpowiednie testy. Komisja przyjęła z wdzięcznością tę pomoc. Nam nikt 
nie mógł wmówić, że jest Świadkiem Jehowy, jeśli w rzeczywistości nim nie 
był. Zbyt wiele istniało znamiennych szczegółów, które musiał znać każdy z 
naszych członków, a obcych całkowicie " dla ludzi z zewnątrz. 
Wkrótce nadszedł dla naszej rodziny dzień wyjazdu z Uelzen. Poprzez obóz 
w Altschweier, gdzie spędziliśmy trzy miesiące, dostaliśmy się w okolice 
Konstancji. Otrzymaliśmy mieszkanie w Storzeln, małej gminie nad granicą 
szwajcarską, około dziesięciu kilometrów od miasta Singen. Mogliśmy tam 
znów rozpocząć naszą działalność jako Świadków Jehowy. W rejonie, w 
którym zamieszkaliśmy, działała niewielka wspólnota Świadków. Choć było 
już w tym czasie wystarczająco wiele nowej literatury, tutaj ciągle .jeszcze 
studiowano stare książki i zeszyty pisma 

"Światło "

 

 

9

     

wydane przez 

Rutheforda. Cały zbór był w ogóle i pod względem wiedzy, i organizacji 
bardzo zacofany. 
Uważaliśmy za zrządzenie Jehowy, że dostaliśmy się do takiego właśnie 
zboru, tym bardziej że nasz teren misyjny obejmował okolice 

arcykatolickie. 

Uważaliśmy, że możemy dopomóc naszemu zborowi wnieść światło Jehowy 

w mroki tego katolickiego regionu.

 Zrazu były pewne trudności językowe, 

spowodowane miejscowym dialektem. Potem szło już lepiej. Z większym czy 
mniejszym powodzeniem zaczęliśmy 

pustoszyć owczarnię "ludzi w czarnych 

sutannach " -

 

jak nazywaliśmy księży katolickich.

 Wielu poczciwych 

wieśniaków i pobożnych babinek przyjmowało wręczaną im przez nas 
literaturę tylko dlatego, że budziliśmy ich litość - takie przynajmniej z czasem 
odniosłem wrażenie. 
W zborze powitani zostaliśmy zrazu dobrze - jako nieoczekiwany przyrost, 
rychło jednak zaczęto nas uważać za przemądrzałych Prusaków. Tempo, jakie 
przyjęliśmy, nie pasowało do utartego, niemrawego stylu działania 
miejscowego zboru. Również przyjęty przez nas kierunek, oparty ściśle na 
wytycznych "Strażnicy ", budził niezadowolenie. 
Sprawujący urząd "sługi " w zborze obawiał się, że chcę go usunąć z jego 
stanowiska, zupełnie niesłusznie. Gdzie mogłem pomóc, pomagałem, nie 
dążąc jednak do objęcia urzędu. Chciałem jak najprędzej opuścić tę okolicę i 
przenieść się do jakiegoś małego miasta, gdzie można by było pracować 
owocniej. 
Byłem więc rad, gdy nadarzyła się okazja przeprowadzenia się do Waldshuti 
znalezienia tam nowego pola działania. 
Waldshut, pełne uroku miasto o zabytkowym, średniowiecznym obliczu, leży 
nad górnym Renem, u południowych stoków Schwarzwaldu. Jednak i tutaj 
nie miałem znaleźć spokoju. Właściwie powinienem się był tego spodziewać: 
Nie spotkałem dotąd żadnego zboru Świadków Jehowy, gdzie panowałaby 
rzeczywiście jedność i pokój. Nie ma sensu zatrzymywać się tu nad 
małostkowym plotkarstwem. Lepiej nie pogrążać się w ludzkich, 
arcyludzkich słabościach. 

My, Świadkowie Jehowy, uważaliśmy Się za społeczność ponadnarodową, za 
lud bez określonych siedzib i granic, nie znający barier języka. Jednolity 
´język ´ "Strażnicy " jest naszym językiem. Nie znamy dyskryminacji 
rasowej. Wszyscy, jakiegokolwiek rodzaju skóry, jesteśmy ludźmi 

background image

stworzonymi przez Boga. Wszyscy jesteśmy dziećmi Jehowy - czarni, żółci 
czy biali. Rządy "państwowe " sprawuje nasz król - Jezus Chrystus poprzez 
"

kierownicze ciało "

 

 

10

      

z Brooklynu. 

Od roku 1914 rządzi On jako 

nieograniczony władca Nowego Świata

. W naszej teokracji o wszystkim 

rozstrzyga przez Chrystusa tylko Jehowa. Słowo, które głosi światu, 
posługując się "Strażnicą ", jest prawdą, jedyną prawdą! Jehowa jest 
uosobionym Dobrem, dlatego nie mamy prawa krytykować zarządzeń 
Bożych wydawanych przez "Strażnicę ". 
Jezus Chrystus jest jako król obecny wśród nas, niewidzialny jednak i 
niesłyszalny dla nas, zwykłych śmiertelników. Lecz i Świadkowie Jehowy nie 
mogą zrezygnować z widzialnego kierownictwa. Dlatego Jehowa ustanowił 
na ziemi swe "kierownicze ciało ", aby przekazywało jego wolę Świadkom i 
całemu, światu. 

To ciało tworzy na ziemi "reszta " - 144 000 namaszczonych. 

Chrystus proklamowany jest przez "Strażnicę " Królem pokoju, który w 
swojej widzialnej organizacji wprowadził już pokój Nowego Świata. Przez 
nią ukazuje wszystkim, jak pokój i zgoda wyglądać będą kiedyś w Nowym 
Świecie. A jednak - mimo wszystkich zapewnień braci z Brooklynu - nie 
znaleźliśmy w naszych zborach pokoju. Często zadawałem sobie w tym 
czasie pytanie: Czy my rzeczywiście jesteśmy ludem Bożym? Popatrz jednak 
na budowę naszej teokratycznej organizacji. Spójrz na powołanych przez 
Boga do swego urzędu braci z Brooklynu. Jehowa ich wybrał, więc musimy 
im się poddać, słuchać ich; inaczej buntujemy się przeciwko Jehowie. Jeżeli 
sprzeciwiacie się tym braciom, sprzeciwiacie się w rzeczywistości Bogu. Na 
bunt nie możemy sobie pozwolić, prowadzi on do śmierci, do wiecznej 
zagłady w

 Har-Magedonie.

 Służyłem do dziś wiernie. Nie chcę lekkomyślnie 

narażać swego życia na zagładę. Czyż sam Jehowa nie wystąpił ostro poprzez 
Towarzystwo "Strażnica " przeciwko tym, którzy zakłócają nasz wewnętrzny 
spokój? Ukazała się publikacja 

"Strzeż twojego języka "

 

 

11

   .  

 Przez nią 

przywołał Jehowa do porządku wszystkich oddających się plotkom. Jednakże 
ci, których rzecz najbardziej dotyczyła, nie odnieśli treści tego pisma do 
siebie. Widzieli drzazgę w oku drugich, ale nie widzieli belki w swoim. Skoro 
jednak Jehowa uznał konieczność wystąpienia poprzez "Strażnicę " 
przeciwko złym językom, to brak miłości bliźniego stał się widać w naszej 
organizacji problemem w skali globalnej. 
Wielką troskę budziła w nas, sprawujących posługę, rywalizacja pomiędzy 
braćmi. Jeden dążył do objęcia urzędu drugiego. Uważano, że nie ma w tym 
nic złego. "Strażnica " uczyła powołując się na słowa Apostoła: "jeśli ktoś 
dąży do biskupstwa, pożąda dobrego zadania "

 (1 Tm 3,1)

 

 

12

   .   

A do objęcia 

urzędu dążyła większość. Prowadzono intrygi wobec braci sprawujących 
kierownictwo. Niejeden musiał odejść ze swego stanowiska. W samym tylko 
roku 1953 dokonano w naszym zborze w Waldshut ośmiu zmian 
personalnych. Ci, których usunięto z urzędu, wzniecali nowe niepokoje, aż 
odszedł z kolei następca. Czy była to jeszcze teokracja, władanie Boże? 
Zastanawiałem się nad sprawą Bożego kierownictwa w Towarzystwie 
"Strażnica "... Czy wolno mi tu mieć jakieś wątpliwości? Jakim prawem? Tak 
nie można. Wątpliwości są grzechem, a ja grzechu nie chcę. Tak więc nadal 
musiałem zachować posłuszeństwo wobec Brooklynu: nie wolno mi było 
zapomnieć, że idzie tu o całe moje istnienie. 

Świadkowie Jehowy - "społeczność Nowego Świata "

Na kongresie odbytym w roku 1950 na stadionie "Yankee " w Nowym Jorku 

background image

prezydent, brat 

Knorr (*13), 

proklamował "nowe " prawdy. W Niemczech 

dowiedzieliśmy się o nich szerzej na kongresie w Norymberdze w roku 1953. 
Świadkowie Jehowy potrzebują od czasu do czasu takich masowych imprez, 
by w entuzjazmie, który ogarnia tłumy, zapomnieć, że poszczególne zbory 
żyją w niesnaskach. Jehowa wezwał swoich Świadków na duchową ucztę. Ci 
przyjęli zaproszenie, aby przez kilka dni żyć jak gdyby w Nowym Świecie - 
w jednomyślności ze wszystkimi zebranymi braćmi. Entuzjazm, który nie 
mógł pojawić się w zborach, przybierał tu formę upojenia. 
Przyjąłem służbę kasjera w kafeterii, przy stoiskach, gdzie podawano posiłki i 
napoje. Było wiele pracy, więc tylko rzadko mogłem zwrócić uwagę na 
wykłady i inne punkty programu. Nad Błoniami Zeppelina w Norymberdze 
zapadał z wolna zmierzch. W programie były właśnie wykłady o 
"społeczności Nowego Świata ". Uwolniłem się od zajęć, aby wysłuchać 
należycie przynajmniej tych najważniejszych nauk. Nad nami sklepiało się 
gwiaździste niebo. Wokół nas tylko nieliczne lampy rzucały skąpe Światło na 
ludzkie masy. Uroczysta cisza, przerywana tylko przez głos płynący z 
megafonów, zalegała nad zebraną rzeszą. Każdy wytężał słuch, by nie uronić 
ani słowa z wypowiedzi tak wielkiej wagi. Zaskoczeni, wszyscy podnoszą 
nagle głowy. Niektórzy zrywają się z miejsc... Co to za słowa padły właśnie z 
głośników? - "Książęta Nowego Świata są pośród nas! " W panującej dotąd 
ciszy wybucha entuzjazm, jakiego jeszcze nie przeżyłem. Przez długie minuty 
słychać radosne krzyki wielu, wielu tysięcy. Bez wątpienia większość 
zebranych spodziewa się, że lada moment na scenę wstąpią Abraham, Izaak i 
Jakub. Otrzeźwienie przynoszą kolejne słowa mówcy: "Książęta są pośród 
nas, a są nimi słudzy organizacji w zborach, biurach obwodowych i 
centralnych ". Nowe, nie milknące owacje. W porywie entuzjazmu wszyscy 
Świadkowie zaakceptowali nową "prawdę ". Mnie ona przygnębiła. Było 
oczywiste, że coś się tu nie zgadza. Mimo dalszych komentarzy mówcy nie 
mogłem pozbyć się wątpliwości w odniesieniu do "nowego poznania ". 
Głos z megafonów rozbrzmiewał dalej, proklamując "społeczność Nowego 
Świata ". Jak to, ten "Nowy Świat " jest już tu, wśród nas? To my jesteśmy 
tym Nowym Światem? Tego mi było za wiele. Nie byłem uszczęśliwiony jak 
inni. Przeciwnie, nękały mnie wątpliwości. 
Norymberga była dla mnie początkiem przebudzenia się z długiego snu. 
Jednakże dopiero później miałem zbudzić się całkowicie. Tu, w 
Norymberdze, uświadomiłem sobie, że muszę poznać bliżej naukę, której 
służyłem, muszę ją w przyszłości lepiej zbadać. Czy nie mam do tego prawa? 
Mówi przecież Apostoł: "

 Wszystko badajcie, a to, co szlachetne, 

zachowujcie 

". Niepojęte było, abyśmy już mieli żyć w Nowym Świecie. 

Muszę tę rzecz zbadać z Biblią w ręku. Przebudził się we mnie duch 
krytyczny i odtąd nie miałem już zaznać spokoju. Wstrząśnięty nasuwającymi 
mi się myślami, ośmielającymi się kwestionować prawdę Jehowy, wróciłem z 
kongresu do domu. 

Moja wiara zaczyna się chwiać

Przed laty zgromiłem jedną z sióstr, która ważyła się zapytać, czy my, 
Świadkowie Jehowy, nie gonimy jednak za jakimś fantomem. Teraz to samo 
pytanie paliło moją duszę. Co jest rzeczywistością, prawdą? Co fantomem, 
złudą, oszustwem i fałszem? Jednak wciąż jeszcze wierzyłem szczerze, że to 
Bóg rządzi i kieruje naszą organizacją. Ze czcią odnosiłem się do braci z 

background image

Brooklynu, jako do tych, którymi wyłącznie posługuje się Bóg, by głosić 
Ewangelię na całej ziemi. Zaniechałem zamiaru krytycznego zbadania, czy 
wszystko istotnie tak się przedstawia, jak to głosi Towarzystwo "Strażnica ", 
zapewniając, że czyni to "dzięki łasce Pana ". Przekonany byłem, że 
krytyczna analiza byłaby jednak grzechem i że za moimi wątpliwościami 
kryją się demony. Moje oddanie się sprawie Świadków Jehowy traktowałem 
poważnie i czułem się bezwarunkowo związany ze "Strażnicą " jako 
"kanałem ", przekaźnikiem prawdy Bożej. " Teokratyczne posłuszeństwo " 
było dla mnie wszystkim. 
Niemniej znów pojawiły się wątpliwości. Wciąż musiałem myśleć o tym, co 
usłyszałem w Norymberdze. 

Wątpliwe wydały mi się też niektóre obliczenia 

chronologiczne dotyczące końca czasów. Duże zastrzeżenia budził we mnie 
sposób postępowania ludzi z kierownictwa. Zastanawiało zmienianie prawd 
pochodzących rzekomo od Boga. 

Wszystko to odbierało mi ducha. Czy był to 

rzeczywiście atak ze strony demonów? A może budzi się we mnie sumienie? 
Wciąż się wahałem, nie wiedząc co czynić. Już zdecydowałem się 
przeanalizować bliżej linię "Strażnicy ", by w chwilę później przypisać me 
zwątpienie wpływowi demonów, które zawładnęły mną, aby mnie zgubić. 
Nadarzyła mi się jednak sposobność prześledzenia faktycznego rozwoju 
historycznego Towarzystwa "Strażnica ". Oto zlecono mi zorganizowanie 
biblioteki zboru. W związku z tym dostała się w moje ręce dawniejsza 
literatura Towarzystwa. Pociągała mnie, więc zacząłem czytać. Fałszywe 
obliczenia czasów całkowicie bezpodstawne, dziś już zupełnie zarzucone 
interpretacje Biblii, "prawdy " które stały się anachronizmem - wszystko to 
przykuwało moją uwagę. Czy wobec tego mam nadal wierzyć, że to sam 
Jehowa wykłada nam Biblię? Uderzyły mnie sprzeczności w nauce "Strażnicy 
" i jej wykładni Pisma. Stwierdziłem, że nauki "Strażnicy " ulegają ciągle 
przekształcaniu, dopasowywane są stale do zmieniającej się sytuacji. Dało mi 
to wiele do myślenia. Sławiony w dawniejszych pismach "Strażnicy " boski 
profetyzm zdawał się nie wyznaczać - jak to przecież być powinno - 
przyszłych wydarzeń, ale odwrotnie - dopiero po czasie nadążać za ich 
biegiem. 
Czego się dowiedziałem? "Strażnica " nie uczy dogmatów. "Światło " 
poznania staje się coraz jaśniejsze. Stąd nasza nauka może się zmieniać 
stosownie do rozwijającego się poznania. Muszę więc być gotowy do 
przyjmowania bez zastrzeżeń nowych nauk. Dotąd godziłem się z tą myślą. 
Ale to, co znalazłem teraz w starej literaturze "Strażnicy ", stało w jaskrawej 
sprzeczności z treścią literatury nowej. Dlaczego? Dlatego, że rzekomo 
"prowadzeni przez Boga " pisarze "Strażnicy " mylili się, ciągle się mylili. 

Czy jednak Bóg jest Bogiem błędu i sprzeczności? Czy można być 
kierowanym przez Niego i przy tym głosić sprzeczne nauki, zalecając je 
zawsze jako prawdę objawioną przez samego Boga? Przecież u Boga nie ma 
przemiany ani cienia zmienności!

 Tymczasem dawne nauki "Strażnicy ", 

które znajdowałem w jej pismach, dziś odrzucane są jako błędy, choć kiedyś 
głoszono je jako prawdę Bożą. Czy prawda Boża może stać się błędem? 
Przenigdy! Cóż to więc są za "prawdy ", które podaje "Strażnica "? Jak 
można tu mówić o "rozjaśnianiu się " Bożego światła? 
I ja mam to wszystko bez namysłu przyjmować? - zapytywałem sam siebie. 
Akceptowałem dotąd stały rozwój naszej nauki, ale teraz utraciłem 
wewnętrzny spokój. Nauczałem dotąd tak, jak mi kazała mówić "Strażnica ". 
Jak miało się to skończyć? Czy stać się odstępcą, nie dotrzymującym 
wierności? Zdawało mi się to czymś strasznym. Będą na mnie wskazywać 

background image

palcami: oto odstępca, Judasz, zdrajca, który złamał złożony ślub oddania. 
Pogardzajcie nim, unikajcie go, precz z nim! - To przecież byłoby okropne, 
nie do zniesienia! Okazuje mi się zaufanie, powierzono mi odpowiedzialność, 
sprawuję przecież urząd. Ilu prostych głosicieli wierzy szczerym sercem. A 
ja? Co się ze mną dzieje?
Nie mogłem się już jednak zatrzymać. Rozbudziło się we mnie poczucie 
odpowiedzialności przed Bogiem. Kto ma wątpliwości w wierze, musi szukać 
prawdy tak długo, aż ją znajdzie, Aby usunąć wątpliwości, trzeba je było 
najpierw wyjaśnić. Próbowałem zerwać duchowe pęta, które Towarzystwo 
"Strażnica " nakłada na każdego ze swych członków. Szukałem ucieczki w 
modlitwie, u Boga. Lecz Bóg nie dawał mi odpowiedzi. Milczał. 
Czułem, że samodzielnie nie zdobędę jasności wobec sprzecznych z sobą 
wypowiedzi na tematy wiary. Jak uczy "Strażnica "? - Bóg nie działa wprost 
wobec jednostek, ale tylko przez swoją organizację przez Towarzystwo 
"Strażnica ", "wiernego i roztropnego sługę Jehowy ". "Strażnica " stanowi w 
kwestiach wiary kanał łączący Boga i poszczególnych Świadków. Wciąż od 
nowa zestawiałem z sobą pisma "Strażnicy ". Jak uczył Bóg poprzez swą 
organizację za kierownictwa pierwszego prezydenta, Russela? Jak przez 
drugiego prezydenta - Rutherforda? Jak uczy poprzez obecnego prezydenta, 
Knorra, i jego współpracowników? 

Jeden przeciwstawiał się drugiemu, jeden 

odrzucał "Boże " prawdy drugiego jako błędy

. Nie było widać śladu Bożego 

kierownictwa w "Strażnicy ". 
Czyż nie oświadczył kiedyś Rutherford, że jego nauki to "poznanie dane 
przez Boga po to, by ogłosić ludowi, że. .. "?! Tymczasem Knorr odrzucił to 
poznanie! Jakim prawem? Jak można odrzucać "prawdy podane przez Pana 
"? A może Pan wcale ich nie podał? To było prawdopodobniejsze. Istniała tu 
jakaś zasadnicza niezgodność. Oto znalazłem numer 451 czasopisma 

"Pociecha "

 

 

14

      

(obecny tytuł: "Przebudźcie się! ") z roku 1941. Pod 

nagłówkiem "Plan Boży wyjaśnienia J. Rutherforda " czytam: To 
oświadczenie podane w "Strażnicy " jest jednak zupełnie nie do pogodzenia z 
Wszechmogącym.
 Jak to? Rutherford, ten który przewodzi "kanałowi 
przekazu Bożego ", przedstawia tu ów "kanał " jako mijający się z prawdą? A 
zatem "Strażnica " nie jest bezwarunkowo i w każdym wypadku kanałem 
przekazu prawd Jehowy, przez który płynie do nas Boża prawda? 

Jehowa 

pozwolił, że Jego Świadkom stale podawana była nieprawda?

 Pewne jest, że 

nie każde pouczenie "Strażnicy " może uchodzić za prawdę. Cóż to więc za 
"kanał Bożej nauki " ta "Strażnica "? Wysoce niepewny! 
Mnie jednak potrzeba było pewnej odpowiedzi na wszystkie nurtujące mnie 
pytania. Lecz skąd mieć pełne zaufanie, jeśli nawet "Strażnica " nie jest 
bezwzględnie pewna, co wykazał sam Rutherford? Zakorzeniła się więc we 
mnie nieufność. Wszystkie pisma, które dostawały się w me ręce, 
poddawałem krytycznemu badaniu. 

Czyż już Chrystus i Apostołowie nie 

przestrzegali przed tymi, którzy przekręcać będą naukę chrześcijańską?

 Czy 

ta przestroga nie jest wciąż aktualna? Nie chciałem należeć do tych, których 
wyprowadzono na manowce. Przede wszystkim jednak niepokoiło mnie to, że 
ja sam co dzień głosiłem kazania i setki słuchaczy odbierało z moich ust 
naukę "Strażnicy ". A jeśli głoszę fałszywą Ewangelię? Jeśli rozszerzam 
błędy? Stałbym się przed Bogiem winnym zwodzenia innych. Gdyby tak 
rzeczywiście być miało - jaki brak odpowiedzialności z mej strony, jaka wina 
przed Bogiem! Czy nie powinienem zatem opowiedzieć się przeciwko 
"Strażnicy "? 
Wciąż jednak byłem osamotniony. Czy zwrócić się wprost do Towarzystwa? 

background image

Wiedziałem jednak z góry, że nie ma to sensu. Zostanę odrzucony jako ten, 
którego opanowały demony. 
Demony? Czy rzeczywiście znalazłem się pod ich władzą? Wiara w 
demoniczne wpływy nie rozwiązywała wprawdzie moich problemów, czy nie 
mogła mi jednak dopomóc w przezwyciężaniu wątpliwości i dojściu do 
wewnętrznego pokoju? Demony? Czy wpływ tych istot przeciwnych Bogu 
jest rzeczywiście tak wielki, jak przedstawiają to Świadkowie Jehowy? 
Otwierał się tu dobry punkt wyjścia dla krytycznej refleksji. Lecz ja czułem 
lęk przed samym sobą. Czy nie jestem już czasem pod przemożnym 
wpływem szatana? - pytałem ciągle sam siebie. Demony usiłują oddziaływać 
na nas ludzi. Podsuwają zwątpienia. Jak to jednak było możliwe, że brat 
Rutherford jako prezydent Towarzystwa zarzuca "Strażnicy " głoszenie 
fałszu? Wykazał w ten sposób, że "Strażnica " nie trwa w prawdzie wobec 
Boga. Jak więc mogę uważać nadal "Strażnicę " za pismo podające pewną 
odpowiedź na moje pytania i wątpliwości? 
A jak przedstawia się sprawa mojej własnej, osobistej odpowiedzialności 
przed sumieniem i Bogiem? Tę odpowiedzialność każdy ponosi przecież sam. 
Jasno, jak nigdy dotąd, uświadomiłem sobie moją osobistą odpowiedzialność 
za to, co głoszę drugim. Czy nie zobowiązują słowa Apostoła: 

Umiłowani, 

nie dowierzajcie każdemu duchowi, ale badajcie duchy, czy są z Boga, gdyż 
wielu fałszywych proroków pojawiło się na świecie
 (1 J 4,1)?

 Te słowa na 

pewno są wiążące. Ta wypowiedź Pisma dotyczy także i mnie. Od obowiązku 
badania, co jest słuszne i prawdziwe, co pochodzi od Boga, a co nie -nie 
może mnie uwolnić Towarzystwo "Strażnicy ", a tym bardziej nie może mi 
zakazać obowiązku tego dopełnić. 
Dalszą sprawą pogłębiającą moje wątpliwości było wznowienie od roku 1949 
przez braci z Brooklynu walki z komunizmem i wprowadzenie przez to 
wszystkich swych zwolenników na arenę polityczną. Znalazło to szczególny 
wyraz w petycji Świadków Jehowy z 10 lipca 1950, zwróconej do wszystkich 
urzędów, organizacji i osobistości życia publicznego. Później, w "Strażnicy " 
z 1 czerwca 1952, ukazał się artykuł: "Czy Bóg jest odpowiedzialny za ucisk 
na świecie? ". Artykuł ten oznaczał polityczną ofensywę "Strażnicy ". To, co 
praktykowano tutaj w odniesieniu do przywódców komunizmu, można było 
zastosować później również wobec rządów niekomunistycznych i tak się też 
stało. Wszystkie sformułowane uprzednio, uzasadniane biblijnie 
oświadczenia, że Świadkowie Jehowy nie zajmują się polityką, sprawami 
tego złego świata, straciły naraz fundament. Organizacja rozpoczęła walkę 
polityczną. Wykraczało to przeciw wszystkim dotychczasowym zasadom 
neutralności. 
Z jaką myślą oddałem siebie Bogu? Stanąłem do walki na płaszczyźnie 
religijnej, do dzieła czysto religijnego, a nie do walki przeciwko systemom 
politycznym jakiegokolwiek rodzaju. Polityka bywa nieraz sprawą o zbyt 
poważnych konsekwencjach

background image

BRAK CZASU NA KRYTYCZNE BADANIA

Przede mną siedzi kilkudziesięciu głosicieli i zainteresowanych ze zboru 
wsłuchując się w moje słowa, których końcowym wydźwiękiem jest cytat ze 
wskazań dotyczących posługi kaznodziejskiej pt

"Nauczać w jedności "

 

 

15

   :  

 

Odtąd aż po Har-Magedon musimy nadal głosić naukę, mówiąc o 
wspaniałości Królestwa Jehowy... Jest to rzeczywiście najważniejsze zadanie 
w całym świecie. Oddani słudzy Jehowy mądrze rozłożą codziennie swój czas, 
by mieć go jak najwięcej na służbę kaznodziejską.
Pierwszy punkt programu, należący do mnie, został wypełniony. Na podium 
wstępuje inny z braci. Omawia ze zborem 

"Służbę Królestwu "

 

 

16

   ,  

 nasz 

wewnętrzny biuletyn informacyjny. Poszczególni bracia i siostry zostają 
wezwani, aby wypowiedzieli się na temat postawionych kwestii. Po 
ożywionej dyskusji odczytany zostaje następujący fragment tekstu: 
Nasze zadanie kaznodziejskie jest aktualne przez 24 godziny, i to każdego 
dnia, dopóki żyjemy... Czas potrzebny na dojście do pracy i na powrót z niej 
jest naszym czasem, tak samo przerwa południowa. Wykorzystajmy te chwile 
na rozmowy z kolegami przy pracy. Rozmawiajcie ze współpasażerami w 
czasie przejazdów, z obsługą stacji benzynowej w czasie tankowania auta. 
Dawajcie choć krótkie świadectwo sprzedającemu podczas codziennych 
zakupów. Podajcie mu traktat lub czasopismo. Głoście naukę w rozmowie z 
przedstawicielami przedsiębiorstw i w czasie odwiedzin przyjaciół!
Przerabiamy teraz praktycznie, jakie możliwości głoszenia otwierają się nam 
jeszcze. Wykorzystać można i trzeba każdą okazję. Głosić, głosić, głosić to 
nasze motto nie tylko wtedy, kiedy w naszej posłudze kaznodziejskiej stajemy 
u drzwi mieszkań, ale przy każdym sprawunku, przy każdym spotkaniu z 
człowiekiem znajomym czy obcym. Nie zapominajmy, że nasze zadanie 
kaznodziejskie obejmuje wszystkie 24 godziny dnia. Pracujemy, by głosić 
naukę; śpimy po to, aby móc głosić naukę. Wstając rano ze snu, pomyślmy o 
wykorzystaniu dziś każdej nadarzającej się okazji spotkania z ludźmi. 
Przygotujmy traktaty i czasopisma, abyśmy mogli podać innym słowo 
"prawdy " - w drodze do pracy czy w rozmowie z kolegami. Wprawdzie nie 
wszyscy przyjmują to mile, my jednak wypełniamy nasze zadanie. 
Kolejny punkt programu należy znów do mnie. Opieram się na "Służbie 
Królestwu " - piśmie które wyznacza w całości nasze programy szkoleniowe. 
Towarzystwo wydaje je po to, by głosiciele na całym świecie formowani byli 
według jednolitych wytycznych. Mówię teraz o przebiegłości, jaką winniśmy 
się posłużyć, by nawiązać rozmowę z niezainteresowanymi. Mówię jeszcze 
wyraźniej, aby przechytrzyć inaczej myślących:
Sprawa najważniejsza - to obudzić zainteresowanie. Skłoń tych, do których 
mówisz, by wypowiedzieli się sami. Mów logicznie, tak aby słuchacze chcieli 
od ciebie usłyszeć więcej. Jak można skłonić ludzi do słuchania? Posłuż się 
następującymi tematami: "Przyszliśmy porozmawiać o jedności religijnej. 
Cały świat komunistyczny łączy się przeciwko religii. Tymczasem w obozie 
religii nie ma jedności. .. ". 
"Przyszliśmy porozmawiać o tym, jak tę jedność urzeczywistnić w Królestwie 
Bożym z Chrystusem jako Królem ".
 
Albo: "Przychodzimy tutaj, ponieważ chcielibyśmy zachęcić ludzi, by więcej 
rozmawiali z sobą o sprawach religii. My chętnie rozmawiamy z drugimi o 
religii... ". 

background image

Albo: "Jesteśmy tutaj, bo dla ludzi mieszkających w jednym mieście dobrze 
jest dowiedzieć się czegoś o religii drugich. To przyczyni się na pewno do 
wzajemnego zrozumienia i rozszerzy naszą wiedzę ".
Albo: "Przekonaliśmy się, że ludzie, którzy interesują się religią, interesują 
się też sprawą pokoju w świecie. Przyszliśmy więc, żeby porozmawiać na ten 
temat ".
Oczywiście wcale nas nie interesuje poznanie religii drugich ani nie chodzi 
nam o wzajemne zrozumienie. Przytoczone wyżej tematy mają tylko 
wzbudzić zainteresowanie naszym własnym orędziem. Innymi słowy: 
musimy ukryć przed słuchaczami prawdziwy powód naszej wizyty - to 
mianowicie, że chcemy z nich zrobić Świadków Jehowy. Towarzystwo 
"Strażnica " wyjaśnia: Takt nie oznacza pójścia na kompromisy ani łudzenie 
drugich. Przez takt rozumiemy subtelną duchową zdolność postrzegania albo 
dar bystrego sądu, który pozwala nam rozpoznać, jaki sposób postępowania 
jest w danych warunkach najlepszy. Takt może też oznaczać szczególną 
zdolność takiego postępowania z drugimi, aby ich nie zrazić.
Taki sposób postępowania nazywa się jednak wprowadzaniem ludzi w błąd, 
chociażby określało się to słowami "subtelna duchowa zdolność postrzegania 
". Tylko "podstępni jak węże " możemy podminować wiarę innych i na jej 
miejscu budować naszą. Dlatego idziemy dalej, zwracając uwagę na 
następujące wskazania:
Mężczyzn interesują artykuły z dziedziny polityki, handlu, wydarzenia w 
świecie, nauka i natura. Kobietę interesują takie tematy, jak gospodarstwo 
domowe, moda, sprawy kobiece, przyroda. W czasopiśmie "Przebudźcie się! " 
ukazuje się wiele rzeczy interesujących dzieci szkolne: wydarzenia dnia, 
zjawiska przyrodnicze, zabarwione lokalnym kolorytem artykuły o obcych 
krajach, tematy naukowe; wszystko to może być pomocne dzieciom w pracy 
szkolnej i przy odrabianiu zadań. W "Strażnicy " jest wiele krótkich, 
treściwych artykułów. Mają one dużą wartość praktyczną i są łatwo 
zrozumiałe. Wyszukaj takie artykuły i zapoznaj się z ich treścią przed 
rozpoczęciem służby. 
Wskaż, że "Strażnica " to owoc studium i badania Biblii, że pismo to pozwala 
znaleźć zadawalającą i pewną odpowiedź na codzienne problemy, że uczy, jak 
należy żyć dzisiaj, tak aby móc podobać się Bogu, i jak kształtować i 
wychowywać całą rodzinę, aby osiągnąć życie.
Czuję wprawdzie wyrzuty sumienia. Ale co mam zrobić? Nie jestem jeszcze 
w stanie zrezygnować ze swoich urzędów. Nie mam jednak jasnego 
spojrzenia. Jestem pełen lęku, nieopisanego lęku przed buntem wobec 
Jehowy i jego organizacji. Gdzie jest "prawdziwa religia ", jeśli nie u 
Świadków Jehowy? Co może być jeszcze prawdą, jeżeli nasza nauka jest 
fałszywa? I znów wszystkie moje wątpliwości skazane zostają przez pewien 
czas na milczenie. Nie chciałbym zaniedbać mej posługi. Mimo wszystkich 
dotychczasowych zastrzeżeń me mogę tego uczynić. 

W miesiącach letnich głosimy nasze dobre posłanie w odległych regionach. 
Nasz zbór udaje się samochodami, skuterami, rowerami do małych 
miejscowości górskich. W moim aucie wiozę czterech innych głosicieli do 
najdalszej wioski. Jest niedzielny ranek. Mieszkańcy wrócili właśnie z 
kościoła, gdy pukamy do drzwi. Z powodzeniem rozdzielamy przywiezioną 
literaturę. Sprawiły to nasze argumenty wyuczone na zebraniu. Służba 
kaznodziejska od domu do domu na obszarze miasta i w odległych rejonach, 

background image

kolejne odwiedziny, domowe studium Biblii, studium literatury z głosicielami 
w odległych miejscowościach, wizyty na zgromadzeniach, opieka nad 
"słabymi " głosicielami - wszystko to absorbowało całkowicie mój czas. 
Trudno było o chwilę spokojnej refleksji. 
Zgodnie z zarządzeniem z Brooklynu każdy dobry głosiciel ma pomagać 
słabemu. Ta akcja rozwija się pod nazwą programu szkoleniowego. Jeden 
głosiciel ma wspierać drugiego. Do mnie należy piecza nad tym szkoleniem 
w zborach. Wciąż jestem w rozjazdach. Nie ma prawie niedzielnego 
popołudnia, które mógłbym poświęcić rodzinie; nie mówię już o zwykłych 
dniach tygodnia. Nie mam po prostu chwili wytchnienia. Może to i dobrze, bo 
w tej sytuacji moje wątpliwości, co do mej wiary, zdają się tracić na 
znaczeniu. 

Godzina nauki w szkole kaznodziejskiej poslugi

Rozpocząłem ją pieśnią, modlitwą, apelem do słuchaczy. Tematem rozważań 
jest: "Nawiązanie kontaktu z osobami innej wiary ". Wyjaśniam, że 
Świadkowie Jehowy jako słudzy Boży interesują się żywo mieszkańcami 
powierzonego im terenu. Ludzie, którzy tam mieszkają i którzy mogą być 
porównani do "owiec " ich "owczarni ", tworzą ich gminę. Każdy z 
posługujących, któremu powierzono jakiś obszar, powinien rozeznać się w 
mieszkańcach tego terenu, poznać ich spojrzenie na religię i życie. 
Rozmawiając z ludźmi, musimy okazać im zainteresowanie przez to, że 
dowiadujemy się, co sądzą o różnych sprawach, i okazujemy respekt dla ich 
stanowiska. Próbując wniknąć w wątpliwości naszych rozmówców i 
odpowiedzieć na ich pytania, okazujemy że rzeczywiście pragniemy im 
pomóc. Skoro dostrzeżemy w ich wypowiedziach, że mają wątpliwości w 
odniesieniu do swojej religii, otwiera się dla nas punkt wyjścia do 
rozbudzenia ich zainteresowania orędziem Jehowy. 
Mamy na naszym terenie wielu katolików. Możemy im okazać, że cieszymy 
się właśnie z możliwości rozmowy z nimi. Można na przykład powiedzieć: 
"Wiem, że katolicy wierzą mocno i szczerze w Chrystusa ". Albo: "Już często 
rozmawiało mi się dobrze właśnie z katolikami ". Wskazać, że papież 
zachęcił do czytania Biblii i że nasza literatura chętnie i często cytuje 
przekłady katolickie. 
Słuchacze z uwagą przyjmują moje słowa. Każdy chce zapamiętać jak 
najwięcej, by wykorzystać to w przyszłości. Zostają dobrze pouczeni, tak by 
umieli zwracać się do myślących inaczej nie budząc ich czujności i oporu, 
lecz - przeciwnie - nastawiając ich pozytywnie do Towarzystwa "Strażnica ". 
Poszczególne rozdziały w podręcznikach są przemyślane w wyrafinowany 
sposób i wypróbowane w praktyce. Niejeden wierzący dotąd inaczej, nawet 
się nie spostrzega, jak jego wiara w kontaktach ze Świadkami słabnie i 
zanika. Pracujemy wytrwale, by wypełnić wyznaczone nam zadanie. Według 
przepisów Towarzystwa mamy powiększyć nasz zbór co roku o 10 procent. 
Potrzeba do tego wielu, wielu wysiłków wszystkich głosicieli. Musimy 
przeznaczyć jeszcze więcej czasu na służbę. Nasza przeciętna wyników jest 
niska w porównaniu z przeciętną krajową. Nie zapominajmy, że uratują się 
tylko głosiciele gorliwi, niedbali mogą utracić życie. Dlatego: więcej czasu na 
służbę w terenie! Rozdzielać więcej literatury! - Aby nikt spośród Świadków 
nie zapominał o tym, w "Sali Królestwa " wisi specjalna tablica, na której 
umieszcza się co miesiąc dane dotyczące liczby godzin służby, odwiedzin w 

background image

domach, studium Biblii oraz kolportażu literatury. Oblicza się też przeciętną 
osiągnięć poszczególnych członków zboru.. Każdy może sam sprawdzić, czy 
jego wkład pracy odpowiada przeciętnej ogólnej, czy nie, a więc czy może 
uchodzić za dobrego, czy raczej za opieszałego głosiciela. O służbie każdego 
kaznodziei informuje specjalnie prowadzona kartoteka, pozwalająca w każdej 
chwili skontrolować jego działanie. W czasie jednego z zebrań rozdzieliliśmy 
karty poszczególnym głosicielom, po czym na wezwanie tzw. "informatora " - 
odbyliśmy niejako sesję sądową z sędzią, prokuratorem i oskarżonymi. 
Przedmiotem oskarżenia była karta któregoś z braci nie wykazująca 
wyznaczonej liczby godzin posługi. 

Wizytacja sługi obwodu 

Co sześć miesięcy przybywa sługa obwodu aby skontrolować działalność 
zboru i pomóc sprawującym w nim posługę pełnić ją ściśle według wskazań 
Towarzystwa "Strażnica ". Taki tydzień wizytacji oznacza zawsze szczególny 
wysiłek dla wszystkich głosicieli. Każdy ze sprawujących. posługę i. każdy 
głosiciel poddany zostaje badaniu, czy odpowiada wymogom organizacji 
Świadków Jehowy. Między sprawującymi urząd panowało zawsze w tym 
czasie szczególne napięcie - w tym tygodniu bowiem zwalniano ze 
stanowiska sługi zboru bądź ustanawiano nowych. Jeśli ktoś wykazał się zbyt 
małymi osiągnięciami, mógł zostać odwołany, a przynajmniej musiał się 
tłumaczyć ze swego zaniedbania. Każdego przed- i popołudnia zbór musi 
przeprowadzić szczególną akcję w terenie. Sługa obwodu kontroluje przy tym 
pracę każdego, towarzysząc mu przez krótki czas w drodze od domu do 
domu.
W przeszłości żal mi było często brata pełniącego obowiązki sługi obwodu. 
Czego to od niego nie żądano! Jedna z sióstr oskarżyła drugą o nierząd. 
Ponieważ nie sposób było rzecz wyjaśnić, sprawą musiał się zająć sługa 
obwodu. Co tu jest prawdą, a co złośliwą plotką? Ktoś po cichu oskarżał, ktoś 
inny mówił coś wręcz przeciwnego. Wizytacja miała umocnić jedność w 
zborze, tymczasem właśnie w czasie niej szerzyły się plotki i intrygi. 
Tym razem i ja padłem ofiarą pomówień. Oskarżono mnie, że chcę zagarnąć 
całą władzę w naszym zborze. W rzeczywistości musiałem wciąż walczyć z 
jedną z sióstr, która we wszystkim wywierała negatywny wpływ na 
działalność przewodniczącego. Doszło do tego, że zaczęto u nas mówić o 
"babskich rządach ". Owa siostra potrafiła wszystko obrócić na swoją 
korzyść. Należało wystąpić przeciwko niej. Wynik jednak był taki, że 
musiałem ustąpić ze stanowiska zastępcy sługi zboru, zatrzymując jednak 
moje funkcje szkoleniowe. 
W przemówieniu końcowym sługa obwodu wzywał po wielokroć do 
jedności. Sądził, że przywrócił wśród nas spokój na najbliższe półrocze. W 
swym raporcie i ocenach bardzo się jednak pomylił. Właśnie tych, którzy 
najbardziej siali ferment, uznał za gorliwych, a tych, którzy starali się o 
postęp, określił jako wichrzycieli. Czy mogło się to przyczynić do jedności w 
zborze? 
Zaledwie wizytator odjechał, rozdźwięki zaczęły się od nowa. Właśnie nowo 
mianowany sługa zboru sprawił największy zawód. Trzeba było całych lat - 
nie byłem już wtedy Świadkiem Jehowy - nim sługa obwodu przejrzał 
panujące intrygi i usunął nominata. 
Co do mnie - miałem teraz więcej czasu dla siebie. Wątpliwości odezwały się 

background image

ze zdwojoną siłą. Czy rzeczywiście Jehowa prowadzi naszych braci? Czy to 
możliwe, żeby tak często wprowadzał w błąd swoje sługi? Czy raczej całe 
życie i działalność Towarzystwa "Strażnica " nie były po prostu ludzkie, aż 
nazbyt ludzkie?...

ZNÓW WĄTPLIWOŚCI 

Noc. Niespokojnie przewracam się na posłaniu. Jestem znużony i 
wyczerpany, ale nie mogę zasnąć. Co noc dopiero po długich godzinach 
zapadam wreszcie w sen. Nękany przez złe majaki, budzę się rychło, oblany 
potem. Znowu to straszne uczucie lęku... Czy jestem potępiony? 
Kiedy ponownie pogrążam się w niespokojnym śnie, przed oczyma tańczą mi 
przeróżne obrazy. Oto widzę siebie w Nowym Świecie, widzę moją rodzinę 
stojącą przed domem otoczonym rajskim krajobrazem. Ale ten obraz 
przesłania inny: ziemia się trzęsie, ogień spada z nieba. Huraganowe wichry 
smagają ziemię i stworzenia na niej. Wokół ludzkie trupy, rozszarpywane 
przez dzikie zwierzęta. Pośród nich ludzie na pół nadzy, w podartym odzieniu 
walczą jeszcze o życie. Aniołowie z ognistymi mieczami w ręku mordują 
wszystkich, którzy staną im na drodze - mężczyzn i kobiety, starców i dzieci. 
Potok krwi, zniszczenie, zagłada - straszliwy koniec. Gromada ludzi stoi na 
uboczu przypatrując się krwawej łaźni. Wznoszą ręce, wydają radosne 
okrzyki - Świadkowie Jehowy! 
Ludzkość ginie w dniu gniewu i sądu. Ratunek znajdują Świadkowie Jehowy. 
Ja ginę wraz z bezbożnymi. Śmierć, wiekuista śmierć - i już nic więcej, 
przestaję istnieć. Żyje tylko społeczność Nowego Świata. Ja zostaję 
zapomniany i unicestwiony, ponieważ zwątpiłem w prawdę Jehowy. Nie ma 
odwrotu, zapadam się w nicość. Ogarnia mnie niewysłowiona trwoga. Chcę 
się bronić, chcę krzyczeć, ale nie mogę wydobyć głosu. Chcę powstrzymać 
koniec, nie jest to jednak w mej mocy. Szalony ból przenika moje ciało. 
Rychło, tak, rychło musi nadejść kres. Skończą się moje cierpienia. Dlaczego 
za zwątpienie doznaję takiej męki? 
Budzę się ogarnięty śmiertelnym lękiem. Czy była to wizja mojego końca? 
Ostrzeżenie od Boga? Serce wali jak młotem. Oszołomiony, nie mogę zebrać 
myśli. Także i teraz, już na jawie, nie mogę przezwyciężyć lęku. Czy 
naprawdę jestem zgubiony? Służyłem szczerze Bogu przez wiele lat, a jeśli 
przyszły wątpliwości to dlatego, że były przecież uzasadnione. Muszę je 
przezwyciężyć. Już od tygodni wre we mnie wewnętrzna walka, nęka mnie 
ten straszny niepokój. Moje siły załamują się coraz bardziej. Chudnę, 
odczuwam dolegliwości serca, występują objawy paraliżu. 
Głosząc wykład muszę go przerywać. Nie jestem zdolny mówić dalej. 
Chwiejnym krokiem wracam z podium na swoje miejsce: Czy to Bóg mnie 
karze? Czy znów nękają mnie demony? Co mam począć. Modlę się żarliwie 
do Jehowy o pomoc. Rozpaczliwie błagam o wsparcie w tej walce. Ale 
Jehowa zdaje się milczeć. Od braci nie mogę spodziewać się pomocy. 
Czekają tylko na to, by ujawniła się moja słabość. Knują intrygi przeciwko 
mnie. Stoję im na drodze.
Coraz częściej opuszczam zebrania. Coraz częściej każę się zastępować przez 
innego brata. Ograniczam moją działalność w terenie. Nie mam sił. Żona 

background image

widzi mój stan, nie wie jednak, jaka jest jego przyczyna. Nie chcę się jej 
zwierzyć, nim sam nie dojdę do jakiejś jaśniejszej oceny. Nie chcę i jej 
wciągać w moją rozterkę. Muszę zebrać wszystkie siły, by znaleźć jakieś 
rozwiązanie, póki zdolny jestem w ogóle to zrobić. 
Godzinami siedzę nad otwartą Biblią, studiując ją. Moja znajomość Pisma 
przekracza daleko wiadomości współbraci. Biblia jest słowem Jehowy, które 
ma dopomóc mi wnieść w ciemności światło. Ciągle sięgam po "Strażnicę ", 
porównując numer po numerze. Nie posuwam się naprzód - porównania 
potęgują tylko niejasność. Cytaty biblijne w "Strażnicy " są niemal zawsze 
wyrwane z całości tekstu, a widziane wraz ze swym kontekstem po prostu nie 
dowodzą tego, co bracia z Ameryki chcą nam podać do wierzenia. Myślę 
znowu o słowach Rutherforda - że oświadczenie podane w "Strażnicy " jest 
nie do pogodzenia z Wszechmocą Jehowy. A może w ogóle oświadczeń 
"Strażnicy " w ich całości nie można pogodzić z Biblią i Jehową? Zdaje się, 
że tak jest. 
Istnieje dla mnie tylko jedna droga. Mogę rozwiązać moje wątpliwości 
jedynie wtedy, gdy bez uprzednio już powziętych sądów szukać będę 
odpowiedzi w Biblii, a przez to u Boga. Doszedłem do tego wniosku 
otrzymawszy najnowszą "Strażnicę " omawiającą temat "Triumf złych 
duchowych mocy ". Towarzystwo próbuje tu ostrzec dotychczasowych swych 
zwolenników przed odejściem, wskazując, że jest ono wynikiem wpływu 
złych duchów. Wskazuje, że można ulec chorobie psychicznej, obłędowi 
jeżeli człowiek podda się demonom, bowiem demony powodują choroby 
psychiczne: 
Demony zmierzają nie tylko do tego, by zburzyć wiarę w słowo Boże, Biblię, 
lecz do czegoś więcej - zdobyć w posiadanie twoje ciało i ducha, zawładnąć 
całkowicie tobą i tak doprowadzić cię do choroby umysłowej. 
Już w roku 1877 dr L. S. Forbes Winslow pisze o obłędzie duchowym. 
Dziesiątki tysięcy nieszczęśliwych znajduje się w zakładach dla obłąkanych, 
bowiem zadało się z mocami nadprzyrodzonymi
 (Daily Mail z 23.1.1906 r.). 
W broszurze "Natura choroby umysłowej, jej przyczyna i leczenie " wskazuje 
dr J. Rymus, że w wielu wypadkach obłęd jest po prostu demonicznym 
opętaniem. Przytacza tutaj list pewnego lekarza z Filadelfii, datowany 12 
listopada 1884. lekarz ów pisze: "Sędzia Edmons z Nowego Jorku (znany 
spirytysta) wyraził ostatnio pogląd, że wielu tzw. chorych umysłowo jest pod 
wpływem duchów ". Dr Edgar M. We, członek wydziału psychiatrycznego 
amerykańskiego Towarzystwa Medycznego, powiedział na początku tego 
stulecia: "Widzę często duchy, które powodują u mych pacjentów zaburzenia 
psychiczne, a czasem słyszę nawet ich głosy. Ludzie, o których mówi się, że są 
nieuleczalnie psychicznie chorzy, są często po prostu straceni dlatego, że są 
pod przemożną władzą demona lub całego mnóstwa demonów " 
( "The Watch 
Tower ", 1 sierpnia 1905, s. 299). (Cytowane za niemieckim wydaniem 
"Strażnicy " z 1 maja 1956 r.). 
Lekarze i uczeni z minionego stulecia mają w roku 1956 potwierdzić 
"Strażnicy ", że choroby psychiczne spowodowane są przez opętanie! W roku 
1956 nauka i władza doszły do zupełnie innych wyników, opartych na 
uznanych faktach. Dwa tygodnie później: przede mną leży czasopismo 
"Erwachtet ", zdumiony, by nie powiedzieć: wstrząśnięty, czytam artykuł: 
"Skuteczne leczenie chorób psychicznych ". Czasopismo oświadcza tu, że 
zaburzenia i choroby psychiczne wynikają z uwarunkowań biologicznych, 
dziedzicznych, organicznych i innych. O demonach nie ma nieomal mowy. 
Jeśli jednak głównej przyczyny zaburzeń psychicznych należałoby szukać w 

background image

panowaniu demonów - jak uczy "Strażnica " - to jak można chorych 
psychicznie leczyć przy pomocy chirurgii, elektro- i farmakoterapii, diety, 
muzyki, odpowiednich rozrywek - jak to relacjonuje inne czasopismo 
Świadków - "Erwachtet "? 
Jest tu widoczna sprzeczność stanowisk. Czy bracia pisujący do "Erwachtet " 
nie są zgodni z autorami "Strażnicy "? Albo też Towarzystwo "Strażnica " 
zdaje się nie bardzo wiedzieć, jak i kiedy działają demony? Po to, by 
zatuszować sprzeczności - inaczej nie mogę sobie tego wytłumaczyć - 
"Erwachtet " dodaje mimochodem, że nie należy też zapominać o wpływie 
złych duchów. Jeśli spotykamy tak oczywiste sprzeczności, to nauka 
Towarzystwa o złych duchach w każdym razie nie może odpowiadać 
prawdzie. 

Co o złych duchach mówi Biblia?

Przytoczone wyżej wypowiedzi Towarzystwa na temat złych duchów 
przyczyniły się do zwiększenia moich wątpliwości w jego wiarygodność. Czy 
Towarzystwo będzie mi dziś czyniło zarzut z tego, że zdecydowanie 
zwróciłem się do Biblii, porównując z jej słowem to, co głosi "Strażnica "? 
W przedmowie do swej publikacji "Make Sure of All Thungs " Towarzystwo 
napomina, żeby nie przyjmować na ślepo tylko jednego przedstawienia 
prawdy, ale iść za przykładem pierwszych żydowskich chrześcijan, o których 
Dzieje Apostolskie mówią że Przyjęli naukę z całą gorliwością i codziennie 
badali Pisma, czy istotnie tak jest
 (D z 17,11). A dalej jeżeli już Żydzi, 
którym Boskie objawienie Chrystusa było głoszone przez samych Apostołów, 
mieli badać, czy ich nauka zgadza się z Pismem, to o ile bardziej my dzisiaj, 
całe wieki, prawie dwa tysiąclecia później od czasów pierwotnego Kościoła. 
Wskazanie, więcej: dobitne wezwanie Apostołów, abyśmy upewnili się co do 
wszystkiego, wykluczają same przez się to, by niepewność w odniesieniu do 
jakiejś nauki religijnej wynikała bezwarunkowo z działania demonów. Złe 
duchy nie mogą mnie też powstrzymać od przyjęcia z wiarą rzeczywistego 
słowa Bożego. Mogę być pod ich wpływem wtedy tylko, kiedy nie chcę 
podporządkować się woli Bożej, kiedy buntuję się przeciw niej. 
Co mówi nam o złych duchach Biblia? Stwierdza ich istnienie - 2 P 2,4; 1 J 
3,8; Ap 12,7; Mt 25,41. Objawienie Boże pozwala też spojrzeć na działanie 
szatana i jego sług. Biblia mówi o przypadkach opętania - zawładnięcia przez 
diabła ciałem człowieka. Chrystus miał władzę wypędzania złych duchów i 
przekazał ją też swoim uczniom (por. Mk 1,23; Mt 8,28n; 9,32; 12,22n; Łk 
10,17n; 13,11n; Dz 16,16; 19,12). Z Biblii wynika też, że szatan może 
oddziaływać pośrednio na ludzkiego ducha. Pismo Święte wylicza różnorakie 
pokusy szatańskie: szatan kusi pierwszych rodziców (Rdz 3,ln), przystępuje 
do Chrystusa (M t 4,ln), doprowadza Judasza do zdrady, domaga się by 
przesiać Apostołów jak pszenicę (Łk 22,31 ), Ananiasza i Safirę doprowadził 
do kłamstwa wobec Ducha Świętego (Dz 5,3). Szatan może przywieść 
człowieka do wielu grzechów: do niewiary, pychy (1 Tm 3,6), chciwości (1 
Tm 6,19), do sporów i rozdwojenia (Rz 16,20), do gniewu i wrogości (2 Kor 
2,11). Dlatego Apostoł Piotr napomina: Czuwajcie! Przeciwnik wasz, diabeł, 
jak lew ryczący krąży szukając kogo pożreć
 (1 P 5,8). Chrześcijanin wierzący 
Pismu musi przyjąć, że złe duchy w różnoraki sposób działają w świecie, 
musi też jednak strzec się przed uznawaniem tak licznych przypadków 
chorób psychicznych po prostu za opętanie przez diabła - jak czyni to 

background image

"Strażnica " - czy też każdą nasuwającą się wątpliwość w odniesieniu do swej 
błędnej wiary przypisywać demonom. Wiarę stanowi przecież przekonanie 
osiągnięte po rzetelnej refleksji. Z drugiej strony Towarzystwo "Strażnica " 
nie powinno sprawy tak stawiać, jak gdyby demony nie miały nigdy dostępu 
do Świadków Jehowy, do społeczności Nowego Świata! 
Złym mocom udało się wprowadzić w błąd całą zamieszkałą ziemię, ale nie 
"społeczność Nowego Świata ", Świadków Jehowy
 - pisze "Strażnica " 1956, 
w wydaniu niemieckim strona 280. Czy istotnie "społeczność Nowego Świata 
" Świadków Jehowy nie znalazła się nigdy w błędzie? Chciałbym 
przypomnieć stwierdzenie Rutherforda, który mówi, że "oświadczenie podane 
w "Strażnicy " jest zupełnie nie do pogodzenia z Wszechmogącym ". Jak 
można uważać za niezawodnego, wiarygodnego, odpornego na wszelkie 
działanie złych duchów kogoś, kto uwikłał się w sprzeczności? Jeśli bracia z 
Brooklynu raz eksponują działanie złych duchów, a potem znów, powołując 
się na wiedzę, usiłują je eliminować, to trudno ich nauczanie w tym 
względzie traktować poważnie. Ten wniosek zachęcił mnie do intensywnego 
przestudiowania innych nauk "Strażnicy ". Rozpoznanie jawnych 
sprzeczności i błędów nie może być nigdy inspirowane działaniem złych 
duchów. 
Chcę szczerze służyć Panu Bogu, dlatego też z całą powagą przyjmuję słowa 
Apostoła: Umiłowani, nie dowierzajcie każdemu duchowi, ale badajcie 
duchy, czy są z Boga, gdyż wielu fałszywych proroków pojawiło się na świecie 
(1 J 4,1). Te słowa mają być odtąd hasłem przewodnim wszystkich moich 
studiów i działań. 

Skąd pochodzi, czym jest Towarzystwo "Strażnica "? 

Z dumą my, Świadkowie Jehowy nazywamy naszą organizację "jedyną 
prawdziwą religią ", a nasz początek wywodzimy od Abla, pierwszego z 
męczenników. Musimy więc uchodzić za najstarszą wspólnotę religijną 
świata.
 - Dzisiaj widzę w takim twierdzeniu zuchwałość. Kiedy i gdzie 
powstał rzeczywiście ruch religijny Świadków Jehowy? - oto pierwsze 
nasuwające się pytanie. To prawda, że Abel był wiernym świadkiem Boga, a z 
nim wielu wiernych i świętych ludzi minionych tysiącleci. Ale czy mają oni 
coś wspólnego z dzisiejszymi Świadkami Jehowy? Nie. Naszego początku 
musimy szukać gdzie indziej. 
Założyciel tzw. nowożytnych Świadków Jehowy nazywał się Charles Taze 
Russel, młody kupiec amerykański z miasta Pittsburg w stanie Pensylwania. 
"Odkrył " on w roku 1874, że po śmierci Apostołów rzekomo nikt już we 
właściwy sposób nie rozumiał Biblii. Nikt nie interpretował jej należycie. 
Sam tylko Russel miał dzięki łasce Bożej znaleźć klucz do właściwego 
tłumaczenia Pisma świętego, bowiem Bóg uznał, że nadszedł czas, aby 
zakończyć erę niewiedzy ludów w odniesieniu do słowa Bożego. Russel 
twierdził, że całe duchowieństwo chrześcijańskie odpadało po śmierci 
Apostołów w coraz to większym stopniu od pierwotnego Kościoła, stając się 
przez to narzędziem szatana w walce całego świata przeciwko Bogu. Jak 
Russel sam pisze o sobie, był on najpierw prezbiterianinem. Był człowiekiem 
o nastawieniu bardzo religijnym, nie odpowiadała mu nauka 
prezbiteriańskiego Kościoła. Stąd w swoich poszukiwaniach przechodził od 
jednej wspólnoty religijnej do drugiej. Kiedy nigdzie nie znalazł "prawdy " - 
jak mógł już wtedy wiedzieć, co stanowi prawdę? - powiedzmy więc raczej: 

background image

kiedy nigdzie nie znalazł religii odpowiadającej jego wyobrażeniom - założył 
własną grupę ludzi studiujących Biblię. 
Oto leżą przede mną dzieła Russela: siedem tomów " Wykładów Pisma św ", 
o których powiedział, że są ważniejsze od samej Biblii, bo bez nich nikt nie 
zrozumie jej treści. Jak mógł się odważyć na takie stwierdzenie? Od młodego, 
20-letniego człowieka, bez żadnego przygotowania teologicznego, trudno 
było naturalnie oczekiwać, że zajmie się poważnym, naukowo pogłębionym 
studium biblijnym. Stąd czytam w książkach Russela nauki, nad którymi 
dzisiejszy Świadek Jehowy - mówiąc łagodnie - pokiwa głową. Więcej, 
znalazłem w tych książkach nauki, o których Towarzystwo "Strażnica " sądzi 
dziś, że pochodzą od szatana - np. wypowiedzi o syjonizmie i piramidzie z 
Giza. 
Russel, posiadacz sporego majątku, założył w roku 1881 w Pittsburgu 
Towarzystwo "Strażnica ". O osobie założyciela wyrażano bardzo sprzeczne 
sądy. Wielu określało go jako człowieka dobrotliwego, zawsze łagodnego. 
Jednak kiedy czyta się jego wypowiedzi, niepohamowane inwektywy i 
oszczerstwa rzucane pod adresem innych religii, trudno nie dojść do 
odmiennego sądu. 

Przykładów znaleźć można aż nadto wiele

 

 

17

   .  

 

Pewien rozgłos wzbudził Russel swą historią cudownej pszenicy, a także 
niemiłymi sprawami swego małżeństwa. Wiele mówiono i pisano na temat 
jego rozwodu. Jak często czytaliśmy o tym w "Strażnicy ", jak często 
próbowano tzw. "Sprawę Qualle " przedstawić jako bardzo niewinną... 
Wpadła mi w ręce broszura zatytułowana "Świadkowie Jehowy ", napisana 
przez A. Ebnetera, dodatek nr 1 do publikacji "Orientierung " (Zurych, 1956). 
Przypis 13 na str. 7 brzmi: Oskarżenie wiarołomstwa wysunięte przez żonę 
miało według wypowiedzi dzisiejszych Świadków Jehowy pozostać nie 
dowiedzione, jakkolwiek ´The Dictionary of American Biography ´ (tom 16, 
99) z roku 1935 pisze jeszcze: "Wiarołomstwo uznano za dowiedzione i 
pomimo pięciokrotnej apelacji Russela orzeczenie to zostało podtrzymane "

Można by zatem przyjąć, że/ zapewnienia braci z Brooklynu jakoby 
powodem rozwodu nie było cudzołóstwo, nie są zgodne z prawdą. 
Studiując dalej literaturę pozostawioną przez Russela znalazłem, że 
powołując się na Biblię obliczył on, iż rok 1874 stanowi rok powtórnego 
przyjścia Chrystusa, że bitwa pod Har-Magedon rozegra się przed rokiem 
1915, a w roku 1914 rozpocznie się "Millennium " - tysiącletnie Królestwo 
Chrystusa. Sam Russel oczekiwał, że w roku 1914 znajdzie się w niebie. W to 
samo wierzyli wszyscy ówcześni Świadkowie Jehowy. Nadto do tego czasu 
miały zniknąć wszystkie ziemskie rządy i zniszczone zostać wszystkie 
Kościoły. 
To, że jego "niezawodne ", jako że "oparte na Biblii ", przepowiednie nie 
spełniły się, trapiło wielce Russela. Znalazł jednak wyjście. "Pan zwleka 
jeszcze przez krótki czas " - brzmiało jego tłumaczenie. Od rozpoznania swej 
ponownej pomyłki uchroniła Russela śmierć - umarł w roku 1916. 

Jak powstała teokracja brooklyńska? 

Za następców Russela wprowadzono "panowanie Jehowy ", zwane tez 
"teokracją ". Aby uzyskać dokładny obraz tych wydarzeń, zebrałem wszystkie 
relacje historyczne na temat rozwoju Towarzystwa "Strażnica " w latach 
1916-1919. Bardzo dobry wgląd w te sprawy daje "neutralna " książka 
"Świadkowie Jehowy ", której autorem jest Marley Cole, kolportowana nawet 

background image

przez samą "Strażnicę ". Można było tę książkę znaleźć wyłożoną niemal na 
wszystkich stołach z książkami w zborach Świadków Jehowy na całym 
świecie. Wydarzenia związane z sukcesją po Russelu przedstawia Marley 
Cole w .następujący sposób:
Śmierć pastora Russela była, jak się zdaje, sygnałem do generalnej batalii o 
pierwszeństwo w kierownictwie Towarzystwa. Krótko przed śmiercią pan 
Russel powziął postanowienia dotyczące zmian personalnych w kwaterze 
głównej czyli Bethelu. Jego plan obejmował m.in. usunięcie kilku 
sprawujących najwyższe urzędy, łącznie z wiceprezydentem i jednoczesny 
awans szeregu ludzi najniższej rangi. Usunięci byliby zapewne przełknęli 
gorycz urażonej dumy, gdyby zmiany nastąpiły jeszcze za życia Pastora. 
Kiedy przeprowadził je Rutherford, nie chcieli się z nimi pogodzić. W pięć 
miesięcy po objęciu prezydentury przez Rutherforda czterech z siedmiu 
dyrektorów odmówiło uznania jego uprawnień. Życzyli sobie nowego 
podziału. Chcieli przede wszystkim, aby Rutherford w całej swej działalności 
zależny był od zgody zarządu. Ich zdaniem to dyrektorium stanowi najwyższy 
autorytet, natomiast prezydent jest tylko postacią reprezentacyjną. Dotąd sam 
prezydent sprawował rządy, bez pytania o zdanie członków zarządu. 
Rutherford nie przejmował się napotykanym oporem. Postępował przecież tak 
samo, jak poprzednio pastor Russel, który podejmował decyzje i wydawał 
zarządzenia bez uprzedniej aprobaty prezydium. Kiedy czterej dyrektorzy 
próbowali obalić Rutherforda, przekonali się, że są jak cztery korki od flaszek 
miotane na skałę Gibraltaru. Rutherford był człowiekiem budzącej lęk mocy. 
Sile jego osobowości mogło się oprzeć tylko bardzo niewielu. Był przy tym 
człowiekiem mądrym. 
Nie zwróciliście, bracia, uwagi - powiedział przeciwnikom - że wszyscy 
czterej jesteście członkami korporacji pensylwańskiej. Statuty tej korporacji 
mówią, że powinniście być wybrani w stanie Pensylwania. Czy istotnie 
zostaliście tam wybrani? 
- Nie - brzmiała odpowiedź.
- Zostaliście wybrani w stanie Nowy Jork. Jeżeli więc żądacie, by trzymać się 
ściśle faktów, to i ja trzymając się ściśle faktów stwierdzam przede wszystkim, 
że nie jesteście w ogóle legalnie ustanowionymi członkami korporacji.
- Dlaczego zatem nie podjęto zgodnych z prawem wyborów? 
- Pastor Russel przez szereg lat kazał przeprowadzać wybory w stanie 
nowojorskim. Nikt dotąd nie robił z tego powodu trudności. Byliśmy wszyscy 
zgodni, dopóki wy nie wystąpiliście z waszym buntem. Tylko trzej członkowie 
rady nadzorczej: Pierson; Van Amburgh i ja sam, Rutherford, wybrani zostali 
zgodnie z prawem w Pensylwanii - stwierdził nowy prezydent. I z kolei sam 
przystąpił do ataku: 
- Inne postanowienie statutu przewiduje, że prezydent jest uprawniony do 
nominacji członka prezydium, jeżeli członkowie korporacji nie wybrali 
nowego w ciągu trzydziestu dni. Ponieważ wy czterej nie jesteście członkami 
legalnymi, a od legalnych nominacji dawno minęło już dni trzydzieści, przeto 
powiem wam, co postanowiłem. Otóż czterech członków prawnie 
ustanowionych w Pensylwanii mianowałem członkami zarządu i oni zajmą 
wasze miejsca
 (Marley Cole, str. 88-91). 
Nieodparcie nasuwało mi się tu pytanie: gdzie w tym wszystkim można 
widzieć ingerencję Jehowy, czy wręcz ustanowienie przez Jehowę 
kierowniczego ciała? Musiałem odpowiedzieć sobie: nigdzie! - Owszem, 
"wybory " do kierownictwa odbyły się ściśle według statutów powszechnie w 
danej chwili uznawanych, jakkolwiek nikt się o to dotąd nie troszczył, nie 

background image

były to jednak ani "wybory " uczciwe, ani "teokratyczne ". 
Czy w ten sposób miał wybrać Jehowa swojego sługę Rutherforda? 
Przytoczona relacja wyraźnie przeczy temu. Aby zostać prezydentem, 
Rutherford kazał wykluczyć 31 członków. Czytając o walce o władzę - za 
Rutherfordem i przeciwko niemu - miałem wrażenie, że zaglądam za kulisy 
jakiejś partii politycznej. Czy wobec sposobu, w jaki Rutherford zawładnął 
kierownictwem Świadków, mam wierzyć, że to sam Jehowa jest 
odpowiedzialny za organizację swych stworzeń? Że powierza im autorytet i 
władzę, by udzielać światu swych wskazań? Nie, przy najlepszej woli nie 
mogę w to wierzyć. Wierzyłbym w coś niemożliwego, zaciągając w końcu 
winę przed Bogiem. 
Ówczesne wydalenie rebeliantów nazywają dziś Świadkowie Jehowy 
"oczyszczeniem świątyni przez Jezusa Chrystusa ", intronizowanego w niebie 
w roku 1914 Króla Nowego Świata. Według dzisiejszej nauki "Strażnicy " 
oczyszczenie to miało nastąpić dopiero w roku 1918. Tymczasem studiując 
literaturę z tamtych czasów, musiałem dojść do wniosku, że to nie może się 
zgadzać. Wtedy przecież wszyscy wierzyli jeszcze w to, czego uczył Russel - 
mianowicie że Chrystus przybył do swej świątyni w roku 1878 i wtedy 
dokonał jej oczyszczenia. Russel powoływał się przy tym na nieodmienność 
wyroków Bożych. Stąd zatem dwa różne terminy "oczyszczenia "? Oba nie 
mogą być jednocześnie prawdziwe, tym bardziej, jeśli o obu twierdzi się, że 
Jehowa ustalił je nieodwołalnie. 
Coraz to więcej błędów - chciałbym powiedzieć: wprowadzania w błąd - 
jawiło się przede mną przy lekturze pism "Strażnicy ". Wciąż jednak jeszcze 
nie zdawałem sobie sprawy z całego znaczenia i wszystkich konsekwencji 
wyników moich badań. Niejeden ze Świadków Jehowy czytając te słowa 
doświadczać będzie tego samego. Wielka jest siła przyzwyczajenia. Trzeba 
czasu, aby odejść od nawyku myślenia tak, jak myśli Towarzystwo "Strażnica 
". 
I jeszcze jedno zastanawia w odniesieniu do wyboru Rutherforda. Jeżeli sam 
Jehowa ustanowił go na jego urzędzie, to dlaczego nowy prezydent musiał 
stawiać kwestię wyrażenia mu wotum zaufania przez 813 istniejących 
wówczas zborów? Większość z nich opowiedziała się za Rutherfordem, 
akceptując przez to jego wybór w sposób demokratyczny, a nie teokratyczny. 
Wydarzenia związane z wyborem prezydenta umocniły me postanowienie 
zbadania całej nauki Świadków i podjęcia decyzji na podstawie 
niezaprzeczalnych faktów. Wciąż jeszcze usiłowałem trzymać się i bronić mej 
dotychczasowej wiary Świadka Jehowy. Nastrój sceptycyzmu wzmogła we 
mnie relacja Rocznika 1946 o jednym z posiedzeń kierownictwa 
Towarzystwa "Strażnica ". Mowa tam o 438 członkach korporacji 
pensylwańskiej, którzy posiadają udziały. Co to są udziały? Są to przecież 
akcje. Czy zatem Towarzystwo "Strażnica " jest towarzystwem akcyjnym? 
Tak należałoby sądzić. 
Były sługa obwodu Schnell ze Stanów Zjednoczonych, w swej książce 

"Występują przeciw mnie fałszywi świadkowie "

 

 

18

   

, nazywa wielokrotnie 

"Strażnicę " towarzystwem akcyjnym. Schnell pracował przez wiele lat w 
centrali brooklyńskiej jako podwładny Rutherforda i otrzymywał od niego 
szczególne zlecenia. Wydaje się być człowiekiem dokładnie znającym 
sprawy. 
Czy nasza "teokracja " miałaby być czymś zupełnie innym niż organizacją 
Jehowy - bo towarzystwem akcyjnym? 

background image

CZY JEHOWA KIERUJE TOWARZYSTWEM "STRAŻNICA "? 

  

- Oto pytanie, na które muszę zdobyć wreszcie pewną i jasną odpowiedź. 
Żąda tego moje poczucie odpowiedzialności przed Bogiem i ludźmi. Nie 
mogę się cofnąć przed tym pytaniem. Już w wyniku mych dotychczasowych 
badań wiara, że to Jehowa kieruje naszą organizacją, zachwiała się we mnie. 
Chciałem jednak rzecz zbadać dokładnie i wyrobić sobie ostateczny sąd 
dopiero po rozważeniu wszystkich "za " i "przeciw ". Już przez to jednak 
przeciwstawiałem się "Strażnicy ", która domaga się, aby w imię Boże 
poniechać wszelkiej krytyki. 
Czy bracia z Brooklynu czują się zwolnieni od odpowiedzialności przed 
kimkolwiek? Czy ich wola może być wolą Jehowy? Wydało mi się 
zuchwalstwem twierdzenie, które znalazłem w "Strażnicy " z roku 1956, str. 
474 wydania niemieckiego:
Ponieważ "wiernemu i roztropnemu niewolnikowi " (mowa tu o "Strażnicy ") 
powierzone zostały wszystkie dobra Mistrza, przeto patrzmy na rzecz we 
właściwy duchowy sposób, przyjmując, że to, co czyni "wierny niewolnik ", 
służy zawsze naszemu dobru. Niewolnik przez to wypełnia swą powinność, że 
pełni dzieło Jehowy. Dlatego wola niewolnika jest wolą Jehowy. Bunt 
przeciwko niewolnikowi jest buntem przeciw Bogu.
 
Wola "niewolnika z Brooklynu " nie może być po prostu wolą Jehowy! 
Jehowa nie może przecież chcieć, żeby wśród Jego Świadków na całym 
świecie "Strażnica " siała niepokój i zamieszanie. W mych dotychczasowych 
studiach nie znalazłem żadnego dowodu na to, by Mistrz wszystkie swe 
bogactwa powierzył Towarzystwu "Strażnica ". Długo, ale na próżno, 
szukałem takiego dowodu, jako że byłby on usprawiedliwieniem dla 
"Strażnicy " i dla mnie samego. Słowa: "Wy jesteście moimi świadkami " nie 
dowodzą, że to właśnie przywódcy "Strażnicy ", tzw. "ciało kierownicze ", są 
wysłańcami Boga. Siłę dowodu posiadają nie poszczególne słowa Biblii 
wyrwane z ich kontekstu, ale nauki i czyny zgodne z Pismem jako całością. 
Czy Biblia daje "Strażnicy " prawo żądać od nas w imię Boga poniechania 
jakiejkolwiek krytycznej refleksji? Tego nie żądali przecież nawet 
Apostołowie od gmin pierwotnego Kościoła. Przeciwnie, Apostołowie 
doradzali swoim słuchaczom, aby to, co od nich słyszą, porównywali z 
wypowiedziami Pisma Świętego. Dlaczego nam, Świadkom Jehowy, nie 
wolno zastosować w pełnym sensie słów "wszystko badajcie " (1 Tes 5,21)? Z 
jednej strony "Strażnica " wzywa nas, abyśmy wszystko sumiennie badali, 
lecz z drugiej strony to, czego ona sama uczy, nie ma podlegać zbadaniu. 
Nawet w przypadku stwierdzenia jawnych sprzeczności między nauką 
"Strażnicy " a Biblią nie należy występować z krytyką.

W sprawie przewodnictwa Jehowy w Brooklynie

Jeśli Jehowa istotnie prowadzi Świadków, to jego wszechmocny wpływ 
winien przejawiać się przede wszystkim w Brooklynie. Prezydent 
Towarzystwa "Strażnica " i jego najbliżsi współpracownicy powinni cieszyć 
się szczególną łaską Jehowy. Określa się ich przecież jako "ciało kierownicze 
". 

background image

Demokratyczna teokracja 

"Strażnica " z 1.8.1956 uczy na str. 474: Jehowa bierze odpowiedzialność za 
organizację swych stworzeń: przekazuje im autorytet i władzę oraz daje 
wskazania!
 Te słowa "Strażnica " odnosi oczywiście do Towarzystwa i 
Świadków, nimi też uzasadnia teokrację. Dotychczas wszystkie te śmiałe 
stwierdzenia naszych braci przyjmowałem bez namysłu jako prawdę. 
Rozbudzony zmysł krytyczny nie pozwalał mi już jednak dłużej przyjmować 
na ślepo twierdzeń "Strażnicy ". Jak wspomniałem, już wybór Rutherforda 
nie odbył się "teokratycznie ". Z kolei analizowałem relacje o wyborze 
Knorra i jego stronników. Może tutaj ujawniło się współdziałanie Jehowy? O 
wyborze Knorra pisze "Strażnica " z 1.1.1956 (str. 10) następująco: 
Po południu dnia 13 stycznia 1942 wszyscy członkowie dwu komisji zebrali 
się w sali przyjęć domu "Bethel " w Brooklynie. Nathan H. Knorr, wybrany 
podczas ostatnich powszechnych wyborów w Pittsburgu wiceprezydentem, 
prosił na kilka dni przed zebraniem członków komisji, aby na modlitwie i 
rozważaniu błagali o mądrość, która pokierowałaby nimi. Tak też członkowie 
uczynili. 
Zgromadzenie otwarto modlitwą, prosząc szczególnie, aby Jehowa obdarzył 
mądrością w wyborze sługi według swojej woli, mających reprezentować go 
w organizacji na sposób przepisany prawem. Po należytym, wnikliwym 
namyśle wyznaczeni zostali i wybrani jednogłośnie bracia Nathan H. Knorr 
jako prezydent i Hayden C. Covington jako wiceprezydent obu korporacji. 
Później, jeszcze tego samego dnia, przy okazji spotkania 

"Rodziny Bethelu 

"  

19

      

w Brooklynie, sekretarz komisji dyrekcyjnej ogłosił wyniki wyborów, co 

wywołało entuzjazm zebranych. 
Już przy pierwszej lekturze tej relacji uderzyło mnie, że wybrani bracia mają 
być przedstawicielami Boga na ziemi. Jak to? Przecież Towarzystwo 
twierdziło dotąd zawsze, że Bóg nie potrzebuje na ziemi żadnych 
przedstawicieli czy namiestników. Skąd więc nowi słudzy czują się naraz 
przedstawicielami Jehowy? 
Całej procedurze wyborczej towarzyszyła modlitwa: mądrość Jehowy miała 
wpłynąć na wybór jego namiestników. Tymczasem wybrany został 
nieodpowiedni wiceprezydent. Gdyby Jehowa wspierał przy wyborze swą 
organizację, nie dopuściłby do błędnego posunięcia w tak ważnej sprawie, do 
wyboru kogoś nie nadającego się. Covington był przecież tym człowiekiem, o 
którym Rocznik 1946 (str. 253-257) mówił: 
24 września .1945 roku H. C. Covington złożył dobrowolnie urząd członka 
dyrekcji i wiceprezydenta Towarzystwa "Strażnica " w Pensylwanii. Uczynił 
to nie po to, by być w zgodzie z tym, co zdaje się wolą Pana wobec wszystkich 
członków dyrekcji i sprawujących w przyszłości urząd wśród pomazańców, 
ponieważ jego nadzieja zwracała się ku temu, aby należeć do "innych owiec 
". Na jego miejsce wiceprezydentem został wybrany W.E. E. Franz. Brat 
Covington pozostaje nadal przewodniczącym komisji prawnej Towarzystwa 
(cyt. za "Strażnicą " r. 1956, str. 10). 
I jeszcze jedno zrozumiałem czytając relację o wyborach: to, czego ciało 
kierownicze zabrania swym poplecznikom, tego mianowicie, aby kazali się 
wybierać jako słudzy w zgromadzeniach lokalnych i obwodach, to czyni 
samo. Czy Jehowa lub Chrystus zarządził, by przywódcy ludu Bożego 
wybierali się nawzajem? Gdzie przy takim wyborze można mówić o "ciele 
kierowniczym " ustanowionym przez Chrystusa Jezusa czy Jehowę? O tym, 

background image

że prowadzi ją sam Bóg? Ciało kierownicze nie może być chyba identyczne z 
przedsiębiorstwem "Strażnica ", ponieważ jako "ciało kierownicze " określa 
się resztę z 144000 wybranych. W żyjącej jeszcze dzisiaj "

reszcie członków 

Ciała Chrystusa "

 

 

20

      

- które to określenie odnosi się do owych 144000 - widzi 

się tego sługę, który wydaje żywność we właściwym czasie. Czy ów sługa - 
to znaczy całość wybranych - nie powinien mieć wpływu na wybór ciała 
kierowniczego? Gdzie jednak poza Brooklynem członkowie "reszty " mieli 
kiedykolwiek głos w wyborze tego ciała? Jak to ciało może porównywać 
siebie z pierwotnym Kościołem? Przeczytajmy, co mówią Dzieje Apostolskie 
(15,1-35) o Soborze Apostolskim w Jerozolimie. Widzimy tutaj zupełnie inny 
sposób postępowania. Kiedy w pierwotnym Kościele pojawiły się rozbieżne 
poglądy, zebrali się w Jerozolimie Apostołowie i Starsi wobec całej gminy, 
omawiając publicznie swoje opinie, nie otrzymawszy uprzednio wskazań od 
jakiegoś prezydenta. Działali więc w sposób wolny. Dostrzegano jasno 
różnice zdań, a rozstrzygnięcia podjęto następnie publicznie i otwarcie. 
Jakże inaczej wygląda rzecz w "nowym " pierwotnym Kościele Świadków 
Jehowy! Czy wybrani Jehowy omawiają tutaj przeciwstawne opinie? Nic 
takiego tu nie istnieje. Czytając Dzieje Apostolskie, rozdział 6, wiersze 1-6 
widzimy, że metoda ustanawiania w urzędzie sług Towarzystwa "Strażnicy " 
nie odpowiada temu wzorowi, na który Świadkowie stale się powołują. 
To nie jakiś autorytatywny prezydent ustanawiał wtedy posługujących. 
Dwunastu, zwoławszy wszystkich uczniów, powiedziało: Upatrzcież mężów 
spośród siebie, cieszących się dobrą sławą, pełnych Ducha i mądrości. im 
zlecimy zadanie... Wybrali więc Szczepana i innych, przedstawili ich 
Apostołom, którzy modląc się włożyli na nich ręce. - Jakże zupełnie inaczej 
wygląda dziś rzecz u Świadków Jehowy. Brooklyn jest absolutnym 
autorytetem. Nikt nie ma prawa zakwestionować jakiegokolwiek słowa 
wychodzącego od ciała kierowniczego. Brooklyn żąda dla siebie praw 
dyktatorskich, twierdząc że "wola Towarzystwa "Strażnica " jest wolą Jehowy 
". Czy błądząc chce narzucić swoją własną wolę Bogu? Swą wypowiedzią 
"Strażnica " stawia Towarzystwo ponad Bogiem. W moich oczach jest to 
bluźnierstwem. 
A zatem Towarzystwo "Strażnica " bluźni Bogu? Tak - do tej konkluzji 
doszedłem po trzeźwym namyśle i zestawieniu pism "Strażnicy " z Biblią. 
Mimo ogarniającego mnie lęku sąd ten musiałem podtrzymać. Wbrew moim 
wahaniom musiałem skonfrontować naukę "Strażnicy " z Pismem. Nie 
mogłem przecież wierzyć tylko dlatego, że jacyś ludzie twierdzą o sobie, 
jakoby to oni właśnie byli świadkami Boga. Moim świętym obowiązkiem 
było zbadanie podawanej mi do wierzenia nauki, zwłaszcza wtedy, gdy 
ujawniały się w niej niejasności. Nie mogę przecież stanąwszy kiedyś przed 
Bogiem powiedzieć: Panie, moje błędy to nie moja wina. Zwiodło mnie 
Towarzystwo "Strażnica ". 
Gdyby "Strażnica " była rzeczywiście organizacją Bożą, to cały jej rozwój 
musiałby być inny i inne jej działanie. Nasuwał mi się więc z nieodpartą siłą 
wniosek, że Jehowa nie prowadzi "Świadków ". Szukałem jednak wciąż 
jeszcze dalszych dowodów, musiałem usunąć do końca trwający we mnie 
niepokój. 

background image

W UPOJENIU ENTUZJAZMU 

"Szczęśliwa społeczność Nowego Świata " - mówi się ciągle, kiedy Świadkowie Jehowy 
zgromadzą się na swych kongresach. Myślę o kongresie na berlińskiej Waldbühne czy o kongresie 
w Norymberdze. Jak biły w nas serca, gdy otoczeni rzeszą braci słuchaliśmy tam "nowych prawd ". 
Gotowi byliśmy bez namysłu aprobować proklamacje czy rezolucje głoszone potem przez 
Towarzystwo "Strażnica " całemu światu. Jak szczęśliwi byliśmy, tysiące zebranych, że oto znowu 
możemy pokazać światu, jak działa lud Boży. Z jaką siłą brzmiały w naszych uszach wyzwania 
posłań zwróconych do ludzi tego świata. 
Świadkowie Jehowy postępowali tak w swoich dziejach zawsze. Ale czego też już nie głoszono 
światu w imię Boga i tysięcy Świadków! 

Zgromadzenie główne w Cedar Point (Ohio, USA) rok 1922:

Proklamacja zatytułowana: 
Wezwanie do przywódców świata! - Pokój, dobrobyt i szczęście ludzkości nie mogą być osiągnięte 
na drodze konferencji międzynarodowych - Prawdziwy środek zbawczy - Kwestia życia dla 
wszystkich narodów ziemi - Międzynarodowi Badacze Pisma przyjmują rezolucję. W przeciągu 
kilku tygodni w całym świecie chrześcijańskim rozprowadzono 35 milionów egzemplarzy tego 
emocjonującego orędzia o sądzie, dającego wyraz gniewu Jehowy. 

Kongres w Los Angeles (Kalifornia, USA) rok 1923:

Zgromadzenie główne podjęło historyczną rezolucję zapowiadającą "drugie wylanie się gniewu 
Bożego " na chrześcijaństwo (45 milionów egzemplarzy). Wroga była zdaniem "Strażnicy " reakcja 
chrześcijaństwa na ten głos trąby zapowiadającej sąd Boży.

"Rozstrzygający rok 1925 " - Świadkowie Jehowy okazują się fałszywymi prorokami:

Wybaczcie, drodzy czytelnicy, tych ostatnich słów w żadnej z rezolucji nie napisano. To już moje 
własne stwierdzenie oparte na głośnych proklamacjach i nauce "Strażnicy " o roku 1925. Wbrew 
zapowiedziom nie zmartwychwstali w tym roku Abraham, Izaak, Jakub... Nie nastąpiło ziemskie 
panowanie Boga. Nie powstał "Nowy Świat ". Powstało tylko rozczarowanie, wielkie 
rozczarowanie. Ale Świadkowie Jehowy, nie zbici z tropu, nie poddali się zwątpieniu. Czy byli ślepi 
- pytam - nie dostrzegając jawnego bezsensu swych proroczych zapowiedzi? Czy stracili do reszty 
rozsądek głosząc nadal, że rok 1925 jest rokiem rozstrzygającym wtedy, kiedy ich twierdzenia 
okazały się oczywistą pomyłką? Czy niczego nie nauczyli się z przeszłości? Nie czytali broszur 
"Droga do Raju " i "Miliony żyjących dzisiaj nigdy nie umrą "? Czy nigdy nie przestudiowali 
porządnie swojej "Strażnicy ", skoro wrócili do błędów Russela i Rutherforda? 
Trudno wręcz sobie wyobrazić, że setki tysięcy ludzi daje się wprowadzić w błąd przez małą grupę 
badaczy i jeszcze ich potem entuzjastycznie oklaskuje! W każdym razie o "rozstrzygającym roku 
1925 " rychło zapomniano. 

Zgromadzenie główne w Londynie (Royal Albert Hall} rok 1926:

Znowu gromkie hasła: "Świadectwo dla władców świata ". Mowa tu m.in. o "wielkiej, poważnej 
odpowiedzialności " spoczywającej na politykach, mężach stanu. 
Teraz spełnia się Boże proroctwo, a w kolejności jego spełnień mieszczą się dowody... Od roku 

background image

1914 bieg wypełniania się zapowiedzi Bożych pozwalał poznać, że nadszedł koniec złego świata, a 
to wraz z wojną światową, głodami, zarazami, trzęsieniem ziemi, rewolucjami, powrotem Żydów 
do Palestyny... ( "Światło ", t. 1, str. 141-145). 
Musiałem powiedzieć sobie, że Rutherford niczego się nie nauczył. Przed rokiem zaledwie jego 
"Boże prawdy " okazały się pomyłką, a już znowu jako znak czasu przepowiada coś, co dzisiejsi 
przywódcy Świadków Jehowy określają jako dzieło szatana: powrót Żydów do Palestyny. Ale 
upojenie kongresowe trwa. Większość Świadków daje się porwać entuzjazmowi i przyjmuje bez 
zastrzeżeń najbardziej nawet niemożliwe proklamacje. 

Kongres na stadionie Yankee w Nowym Jorku, rok 1953: 

Rozbrzmiewa głos Knorra. Nadchodzi moment szczytowy. 165000 Świadków wsłuchuje się w 
słowa prezydenta, który przestrzega polityków i narody: 
Wasz czas przeminął! Szczególnie od zakończenia pierwszej wojny światowej w roku 1918 
Świadkowie Jehowy przestrzegali wszystkie narody. Ale narody nie chciały zrezygnować z 
nieteokratycznej władzy ludzi i przekazać swej suwerenności. Jezusowi Chrystusowi, 
teokratycznemu Królowi królów Jehowy... ( "Nowy Świat Boży po Har-Magedonie ", wyd. 
niemieckie 1954). 
Nie mogłem oprzeć się refleksji: jak mężowie stanu mają wierzyć tej proklamacji, jeśli pamiętają, 
jakie fiasko przyniósł rok 1925. Jeśli zawiodły przepowiednie dotyczące roku 1914 i 1925, to 
oświadczenia Knorra nie można było traktować poważnie, tym bardziej, że chodziło o sprawy 
mające dla świata daleko idące konsekwencje. Jak wyobrażał sobie brat Knorr sytuację na świecie, 
gdyby wszyscy politycy i wszystkie narody zrezygnowali z istnienia władzy państwowej? Albo 
wyrzekli się tej władzy już w roku 1925? Kto podtrzymywałby wtedy porządek publiczny? Kto 
zajmowałby się tym od roku 1925 aż po dziś dzień? Kto troszczyłby się jeszcze wtedy o rozumną 
politykę ekonomiczną i społeczną, o prawodawstwo, handel, komunikację - krótko mówiąc o te 
wszystkie zadania i obowiązki, które musi przejąć każda ludzka władza sprawująca rządy? ...Czy 
zrobiłby to może pan Knorr i jego współpracownicy jako "namiestnicy Chrystusa na ziemi "? - Taki 
wniosek nasuwa się Towarzystwu "Strażnica " i dlatego już teraz przygotowuje się posługujących w 
zborach do ich zadań związanych z rządami w "Nowym Świecie ". Gdyby rządy państw świata 
ustąpiły w roku 1925 czy 1953, to pan Knorr musiałby już zająć się sam tak znienawidzoną przez 
siebie polityką... 
Przykładem na to, z jakimi niedorzecznościami godzą się porwane entuzjazmem rzesze Świadków 
Jehowy, są wypowiedzi dawnego sługi krajowego w Niemczech, Ericha Frosta. W sprawozdaniu z 
działalności Świadków Jehowy w Niemczech w roku 1951 pisze on o wizycie brata Knorra w 
Berlinie Zachodnim i na kongresie w Frankfurcie nad Menem: 
Kto pośród wielkiej rzeszy ludu Bożego może wyobrazić sobie, co to znaczy: Brat Knorr za 
"Żelazną Kurtyną "? ...Więcej niż 8000 uczestników ze strefy wschodniej... Ludność strefy 
wschodniej wsłuchuje się w orędzie i miłuje je... (Rocznik 1952). 
Knorr w Berlinie Zachodnim! Jak gdyby było w tym coś nadzwyczajnego? ...Co złego może mu się 
tam zdarzyć? Knorr w Moskwie! - To byłoby coś! Ale pojechać tak daleko brat Knorr się nie 
odważa. Wysyła tam wpierw innych. Ludność strefy wschodniej wsłuchuje się w orędzie i miłuje 
je. Jak można twierdzić coś podobnego? Aż do zakazu działalności Towarzystwa "Strażnica " (r. 
1950) mieszkałem w strefie wschodniej Niemiec i nie mogłem stwierdzić, by tamtejsza ludność 
miłowała nasze orędzie lub choć słuchała go. Na podstawie własnego doświadczenia mogę 
powiedzieć tyle, że większość odrzucała naszą naukę, a nawet była wobec niej nastawiona wrogo. I 
tak się też dzieje w każdym kraju świata. Tylko znikoma mniejszość miłuje nasze orędzie. Jest to 
przecież faktem. Propagandę szerzoną przez kierownictwo, uważaliśmy za prawdziwą i słuszną. 
Uczono nas zawsze patrzeć na naszą organizację jako na najważniejszą w świecie, więcej: jako 
jedyną uprawnioną przez Boga do istnienia. Daliśmy się porwać temu przekonaniu, upojeni 
"wstrząsającymi światem " przemówieniami naszych przywódców - tak jak gdybyśmy stanowili oś 

background image

świata, wokół której obraca się całe życie. Kto dorównuje nam w świecie znaczeniem? - Nikt! 
Toteż kierownictwu ogromnie zależy na tym, żeby rozbudzić entuzjazm mas - poprzez nową 
książkę, nową broszurę czy pisemko publikowane zawsze dzięki "łasce Jehowy ". W upojeniu 
podnoszą potem tysiące zebranych te książki i książeczki wyciągając w górę ręce, z rozpromienioną 
twarzą, jak gdyby były to rzeczy najświętsze i najbardziej uszczęśliwiające, jakie człowiek może 
posiadać na ziemi. Co za promienny optymizm bije z pism "Strażnicy ", sławiących po całym 
świecie jedność, harmonię, szczęście błogosławionej wspólnoty i organizacji Świadków Jehowy!

"IMIĘ JEHOWY JEST POTĘŻNĄ TWIERDZĄ "

Nie!... Stawiam wewnętrzny opór krytyce. Po co te ciemne, krytyczne myśli ? 
Jestem przecież w "prawdzie ", pragnę służyć Bogu. Bo czy można Go 
znaleźć gdzie indziej? Czy nie ma racji "Strażnica " mówiąc, że powinniśmy 
w imię Boże poniechać wszelkiej krytyki? Tylko odwagi, zaufaj Jehowie! Bo 
Jehowa to potężna twierdza; sprawiedliwy szuka w niej ucieczki i znajduje 
bezpieczne schronienie. 
Wszystkie wyniki mych studiów chwieją się od nowa. Muszę tylko znów 
zacząć działać, a w życiu dla innych znajdę znów bezpieczeństwo i pokój. 
Jasne wyniki mych studiów, decyzja prowadzenia dalszych badań - wszystko 
to napełnia mnie lękiem. Bracia ze zboru od dawna spostrzegli, że coś się ze 
mną dzieje. Nikt jednak nie podszedł do mnie z pomocą. Rzucam się znowu 
w działalność w terenie. Znów chodzę od drzwi do drzwi, głosząc że 
teraźniejszy świat zginie wkrótce w Bożym sądzie Har-Magedonu. Tylko ten, 
kto przyłączy się do nas, uratuje się i przejdzie do życia w Nowym Świecie. 
Sumienie nie daje mi jednak spokoju. Toczę dalej sam z sobą wyczerpującą 
walkę. Wiem, że wiele rzeczy w nauce "Strażnicy " jest błędem. Sądzę, że 
Jehowa nie kieruje tą organizacją. A jednak nie mogę się zdecydować na krok 
ostateczny. Raz jeszcze staję przed braćmi ucząc. Raz jeszcze staram się być 
wzorem w posłudze. Rozdarty wewnętrznie, szkolę braci do nauczania w 
domach. 
I znów siedzę nad książkami. Znowu obejmuję spojrzeniem wyniki moich 
krytycznych badań. Jest dla mnie jednoznaczne, że wyciągnięte wnioski były 
słuszne. Dlaczego więc nie mogę oderwać się od nauki "Strażnicy "? 
Dlaczego ciągle powracam do myśli, o których wiem, że nie są biblijne, nie 
są chrześcijańskie? Przeżywam straszny lęk, że wzbudzę gniew Jehowy i że 
stracę życie czekające mnie w Nowym Świecie. Strach przed utratą życia ? To 
przecież egoizm! Jestem przywiązany do życia. Dobrze, swe życie kocha 
każdy człowiek. Ale czy mego życia nie zatracę właśnie przez to, że będę 
myślał co innego, a czynił co innego? Czy tak postępując nie jestem 
obłudnikiem? Tak, bez wątpienia. Lecz jeśli jestem obłudnikiem, to już 
zatraciłem me życie. Tak być nie może, nigdy! Musiałbym wbrew mojej 
lepszej wiedzy przestać myśleć o wszystkich negatywnych wnioskach na 
temat Towarzystwa "Strażnica ", jego nauki i odniesienia do Boga. 
Mijają godziny. Wydaje mi się, że tracę rozum. Jedna myśl ogarnia mnie z 
coraz większą siłą, przestaje być już tylko myślą. Pośród urywanych słów 
modlitwy do Chrystusa i Boga staje się pewnością: ja przecież nie myślę o 
Panu Bogu, lecz tylko o samym sobie! Towarzystwo "Strażnica " wpoiło we 

background image

mnie straszny, nieprzezwyciężalny lęk przed zagładą w Har-Magedonie. 
Owładnięty tym lękiem, nie służę jednak Bogu. Nie zostawiam miejsca dla 
Jego łaski - chcę zbawić sam siebie poprzez moje czyny. A zbawić samego 
siebie - to dla człowieka niemożliwe. Nie wpłynę na Pana Boga 
przedstawiając Mu pozytywny raport z mej pracy w terenie. Nie wprowadzę 
Go w błąd, nawet jeśli uda mi się stłumić wszystkie nurtujące mnie 
wątpliwości. 
Jehowa jest potężną twierdzą. Uciekłem się do tej twierdzy, lecz nie 
znalazłem schronienia. Moje modlitwy nie zostały wysłuchane. Mimo 
wszystkich oczywistych wniosków w odniesieniu do Towarzystwa "Strażnica 
" wciąż jeszcze nękają mnie wątpliwości. A może właśnie te wątpliwości w 
odniesieniu do nauki Świadków Jehowy są przejawem działania łaski Bożej 
we mnie? Czy w takim razie moje modlitwy nie zostały jednak wysłuchane? - 
Do jakiego Boga właściwie się modlę? Przecież do Jehowy, jedynego 
prawdziwego Boga! Ale tu jawi się już kolejna wątpliwość: czy Jehowa to 
właściwe imię Boga ? Wiedzieć to jest dla nas, Świadków Jehowy rzeczą 
ogromnej wagi. Chcę więc też poznać dokładniej prawdę o imieniu Boga, aby 
wyzwolić się ze zniewolenia przez przepotężną organizację. Boże, wspomóż 
mnie! Oto mimo całej mej słabości chcę Tobie służyć. Panie Jezu, 
Odkupicielu, Zbawicielu, zmiłuj się nade mną! 
Wytężam wszystkie siły. Żadne usprawiedliwienia "Strażnicy " już mnie 
wewnętrznie nie przekonują. Moja prośba zwrócona do Chrystusa jest jak 
wołanie pośród burzy. Błagam żarliwie, by Bóg wysłuchał mnie w Jego imię. 
Coraz boleśniej odczuwam moją wewnętrzną pustkę. Muszę odnaleźć drogę 
do Boga, jego słowo zapewnia, że kto szuka, ten znajdzie. Nie mogę 
zatrzymać się w połowie drogi ku Prawdzie, czy powrócić wręcz do starych 
błędów. Muszę szukać, lecz żeby znaleźć, muszę też nadal badać. I tak też 
odzyskałem pewien wewnętrzny pokój. Bóg widzi na pewno mój szczery 
wysiłek i moją mękę, w której do Niego wołam. Trzeba mi jeszcze większej 
pewności. To ma mnie umocnić do rozstrzygającego kroku, przed którym nie 
mogę i nie wolno mi się już cofnąć.

Co imię "Jehowa " znaczy dla Świadków

Miało to imię dla mnie i ma dla wszystkich świadków przeogromne 
znaczenie. Ono wskazuje, kto jest prawdziwym świadkiem Boga, a kto nie. 
Jest ono znamieniem Świadków jako prawdziwego Bożego ludu Przymierza. 
Imię "Jehowa " wciąż jest przedmiotem szczególnej uwagi "Strażnicy ".
(...) aby się przez to odróżnić od wszystkich fałszywych bogów, Stwórca 
Najwyższy Pan nadał sobie imię jedyne w swoim rodzaju
 ( "Strażnica " 1957, 
str. 451).
(...) ponieważ Jehowa jest wyłącznym imieniem Stworzyciela nieba i ziemi 
(1958, str. 350).
Chrystusowe zgromadzenie dwudziestego wieku musi najpierw wiedzieć, co 
jest imieniem Boga, tak jak zostało ono objawione przez Jezusa pierwszym 
uczniom, a członkowie zgromadzenia muszą stać się świadkami tego 
wzniosłego imienia, tak jak byli nimi prorocy starego czasu, Jezus i 
chrześcijanie pierwszego stulecia. Tylko reszta namaszczonych Świadków 
Jehowy i ich dzisiejsi współtowarzysze posiadają głębokie zrozumienie 
Bożego imienia JEHOWA!
 (1955, str. 441-2)
Przed około zgromadzony lud zrozumiał, jak niezmiernie ważne jest to święte 

background image

imię i zaczął więcej jeszcze o nim się uczyć. W roku 1926 "Strażnica " z 1 
lutego przyniosła czołowy artykuł "Kto będzie czcić Jehowę? " i odtąd imię 
Jehowa zajmuje szczególne miejsce w życiu Jego dzieci, powiększając swoje 
znaczenie
 (1954, str. 278). 
Musi to budzić pragnienie i nadzieję, by imię JEHOWA widzieć wyniesione 
ponad wszelkie imię w uniwersum. ..To są...znamiona prawdziwej religii 
(1954, str. 241). 
To nie Hebrajczykom, Izraelitom, Żydom zawdzięczamy niezwykle imię Boga. 
Żadne stworzenie na niebie i ziemi nie nadało Mu tego imienia. On sam je 
wybrał. Ogłosił je jako swoje imię mówiąc "Ja jestem Jehowa, to jest moje 
imię "
 (Izajasz 42,8; tłumaczenie elberfeldzkie). 
Aby prawdziwego Stworzyciela nowego nieba i nowej ziemi nazwać w sposób 
pełen czci, musimy Jego jedynego rodzaju imię "Jehowa " wspominać we 
wszystkich jego powiązaniach
 ( "Neue Himmel und eine neue Erde ", str. 
12,13). 
Imię Jehowa jest więc dla Świadków święte. Jest jedyne w swoim rodzaju. 
Jest jedynym, wyłącznym imieniem Boga. Ma doniosłe życiowe znaczenie 
dla Świadków. Stanowi znamię prawdziwej religii. Z tych oświadczeń 
"Strażnicy " czerpią Świadkowie głębokie zrozumienie tego właśnie imienia 
Jehowa. 
W jaki szczególny sposób uzasadnia się cześć tego imienia u Świadków 
Jehowy? Biblia inspirowana przez samego Stwórcę używa wielokrotnie tego 
wyrażenia, począwszy od 1

 Księgi Mojżesza

 

 

21

      

2,4, gdzie w tzw. przekładzie 

"Nowego Świata " czytamy: "Oto historia nieba i ziemi w czasie ich 
stworzenia, w dniu, w którym Jehowa Bóg uczynił niebo i ziemię ". Stąd 
jesteśmy upoważnieni używać w odniesieniu do Boga określenia Jehowa Bóg, 
które On sam przez swoje natchnienie, przez swego Ducha, kazał zapisać w 
swoim świętym Słowie
 ( "Strażnica " 1958, str. 356-357). 
Zatem - jak uczy "Strażnica " - sam Bóg objawił to imię w natchnionym przez 
siebie Piśmie. Gdzie jest jednak ta Biblia, którą inspirował sam Bóg? Czy jest 
nią przekład Biblii "Nowego Świata ", Towarzystwa "Strażnica ", który imię 
Boga oddaje przez wyrażenie "Jehowa "? Czy tym Pismem natchnionym 
przez Boga jest elberfeldzki przekład Biblii? Czy jakiś inny z przekładów 
wyrażający imię Boga w formie "Jehowa "? Duch Święty inspirował 
pierwotny tekst Pisma św., ale nie jakikolwiek z jego nowoczesnych 
przekładów oddających imię Boga przez słowo "Jehowa ". A przecież jak 
mówi książka "Neue Himmel und eine neue Erde ": żadne ze stworzeń na 
niebie i na ziemi nie nadało Mu tego imienia

Skąd pochodzi imię Boże "Jehowa "?
Stary Testament został napisany w języku hebrajskim. W piśmie hebrajskim 
imię własne Boga wyrażone jest przez cztery spółgłoski: JHVH. Samogłosek 
a,e,i,o,u pierwotnie w języku hebrajskim nie zapisywano. Z pełnej czci 
bojaźni wobec niepojętego Boga Żydzi za czasów Chrystusa nie wymawiali 
już Świętego imienia Bożego: mówili o Bogu zawsze " Adonai " (tzn. "Pan 
" ) albo tam, gdzie obok czterech znaków JHVH było słowo "Adonai " - 
"Adonai Elohim " (a w przekładzie greckim, zwanym Septuagintą: "Kyrios " 
bądź "Theos " ). Żydowscy uczeni, zwani masoretami, w czasie około roku 
750 do 1000 po Chrystusie, podjęli zadanie dokładnego utrwalania brzmienia 
tekstu hebrajskiego. Stąd umieścili m.in. pod spółgłoskami hebrajskimi znaki 
samogłosek. Przy słowie JHVH podstawili znaki samogłosek wzięte ze słów 

background image

"Adonai " albo "Elohim ". Według reguł wokalizacji masoreckiej wpisali pod 
J w miejsce a znak e, tak że słowo to wyglądało teraz jak "Jehovah " albo 
"Jehovih ", i tak też imię Boże wymawiane było w późniejszych wiekach 
przez tych czytelników, którzy nie wiedzieli już, w jaki sposób powstało ono 
w tekście masoreckim. Imię "Jehowa " nie jest więc imieniem biblijnym, ale 
pojawiło się dopiero między wiekiem XI a XIV po przyjściu Chrystusa.

Imię "Jehowa " okazało się błędem 

Właściwą formą imienia JHVH w odniesieniu do Boga jest według 
językoznawców nie "Jehowa ", lecz "Jahwe ". Określenie "Jehowa " jest w 
każdym razie błędne. Prawie wszyscy uczeni i badacze są co do tego zgodni. 
Encyklopedie niemieckie mówią o imieniu "Jehowa ": 
"jehowa - błędnie zamiast jahwe " (Knaur ).
"jehowa - zobacz jahwe " ( Brockhaus ).
O imieniu "Jahwe ": 
"jahwe (błędnie jehowa), imię Boga w S.T " (Knaur).
"jahwe, pierwotna wymowa imienia własnego Boga Izraela " (Brockhaus)

Nawet chętnie i często cytowany przez Świadków Jehowy elberfeldzki 
przekład Biblii mówi w przedmowie (str. 4) na temat imion Bożych 
następująco: Jehowa - zachowaliśmy to imię Boga Przymierza Izraela, 
ponieważ czytelnik od lat przyzwyczaił się do niego... Nowsi uczeni przyjmują 
niemal jednogłośnie, że zamiast "Jehowa " czy " Jehowi " należy czytać 
"Jahwe "

Towarzystwo "Strażnica " albo przywódcy Świadków Jehowy muszą 
przyznać sami. - w książce pt. "

Uzbrojony do każdego dobrego dzieła "

 

 

22

   ,  

 str. 

25 - że imię "Jehowa " nie jest formą pierwotną. Przez lata bracia z 
Brooklynu nie dostrzegali, co o imieniu Boga mówią encyklopedie, uczeni i 
np. elberfeldzki przekład Biblii, w końcu jednak musieli przyznać, że imię 
"Jehowa " jest błędne, natomiast właściwą i pierwotną formą jest "Jahwe ". 
Czy więc imię "Jehowa " stanowi dowód prawdziwej religii? Dlaczego 
przywódcy Świadków nie odrzucają imienia Jehowa, skoro przekonali się, że 
jest ono określeniem fałszywym? Dlaczego nie nazywają siebie oficjalnie, 
zgodnie z właściwym imieniem Bożym, Świadkami Jahwe? 
Przyzwyczajenie czy tradycja odgrywa również i u nich ogromną rolę. 
Świadkowie przywykli do imienia Jehowa. Zważmy, jak wielkie znaczenie do 
tego imienia przywiązuje "Strażnica ". Poniechanie zwyczaju nazywania 
Boga Jehową wywołałoby dla organizacji fatalne skutki. Cała mozolnie 
zdobyta popularność zostałaby stracona. Przywódcy Świadków zdają się mieć 
mentalność ludzi interesu. Nie zmienia się dobrze znanego imienia firmy, 
chociaż dawno zmieniło się imię właściciela... Nie może być innego powodu, 
dla którego bracia z Brooklynu trzymają się uporczywie błędnego imienia 
Boga - "Jehowa ". 
W przedmowie do angielskiego przekładu Nowego Testamentu, zwanego 
przekładem "Nowego Świata ", kierownictwo brooklyńskie uzasadnia trwanie 
przy błędnej formie imienia Bożego tym, że imię "Jehowa " przyjęło się już w 
XIV wieku (New World Translation, str. 25). Bracia są tu niekonsekwentni, 
bowiem gdzie indziej odrzucają wszelką tradycję ludzką, trzymając się 
bezwzględnie samej tylko Biblii. Dlaczego nie zerwać także z ludzką tradycją 
błędnego podawania imienia Bożego? Byłoby .to konsekwentne! Ale miałoby 
też poważne następstwa dla organizacji Świadków Jehowy. 

background image

Zwolennicy tradycji ludzkich - kłamcami

Towarzystwo "Strażnica " odrzuca i potępia wszystkie tradycje religijne, na 
które nie można znaleźć dowodu w Biblii. W książce pt

. "Bóg pozostaje 

prawdziwy "*,

 

 

23

      

pisze się na ten temat: 

Właśnie ze względu na spór o tradycje i przepisy przywódców religijnych 
popadł wielki Nauczyciel z Nazaretu w konflikt z rabinami... Czytamy o tym 
następującą relację: "Wtedy przyszli do Jezusa faryzeusze i uczeni w Piśmie z 
Jerozolimy z zapytaniem: Dlaczego Twoi uczniowie postępują wbrew tradycji 
starszych?... On im odpowiedział: Dlaczego i wy przestępujecie przykazanie 
Boże dla waszej tradycji?... Ze względu na waszą tradycję znieśliście 
przykazanie Boże (...) Obłudnicy... " (Mt 15, 1-7). I tak udowodnione zostało, 
że zwolennicy tradycji religijnych byli kłamcami
( "Bóg pozostaje prawdziwy 
", str. 11-12). 
Paweł przewidział, że ludzie, którzy uważają się za duchownych 
chrześcijańskich 
(albo za duchowych przywódców, jak Knorr i Franz - 
dopisek autora), zbudują system przepisów religijnych i przekazów, i tak 
zakryją prawdę członkom organizacji religijnych. Dlatego napisał: Baczcie 
aby kto was nie zagarnął w niewolę... na podstawie podań ludzkich
 (por. Kol 
2,8). Paweł wiedział, że te podania ludzkie byłyby kłamstwami (j.w., str. 16). 
Stwierdziłem to, co przyznają sami przywódcy Świadków Jehowy, że w 
najważniejszej kwestii dotyczącej imienia Bożego Świadkowie trzymają się 
tradycji ludzkich z XIV wieku. Bynajmniej nie myślą o tym, żeby zerwać z 
takimi tradycjami, i odrzucić swoje fałszywe Boże imię. Trwają nadal przy 
błędnym imieniu "Jehowa " i nadal nazywają siebie Świadkami Jehowy. 
Nadal też będzie się próbować bagatelizować tę sprawę tak, aby zwolennicy 
Towarzystwa "Strażnica " nie zrazili się tradycjami, które powinni właściwie 
potępić i odrzucić. 

MÓJ ŚWIATOPOGLĄD ROZPADŁ SIĘ W GRUZY

Kiedy jako jeniec wojenny przebywałem w angielskim obozie, pytałem 
siebie, czy Bóg może mi przebaczyć mą winę. To pytanie nurtowało mnie 
dogłębnie i ono sprawiło, że stałem się Świadkiem Jehowy. Sądziłem, że 
znalazłem "prawdę " i otrzymałem przebaczenie Boga, kiedy trzymałem w 
rękach dokument potwierdzający moją szczególną służbę "pioniera ". Dziś 
moja wiara legła w gruzach. Sądziłem, że prawdziwie służę Bogu. Komu ja 
jednak naprawdę służyłem? Sądziłem, że moja wina została zmazana, a oto 
staje teraz przede mną nowa przeogromna wina. Tysiącom ludzi głosiłem 
błędną naukę. Setki umocniłem w tej błędnej wierze. Dziś muszę ostatecznie 
uznać: moje dążenie, by służyć Bogu było daremne. Nie przyłożyłem ręki do 
sprawy Bożej, ale podałem rękę przemożnej organizacji, ludziom 
zarozumiałym i próżnym, jeśli nie wręcz przeciwnikowi Boga. Oddałem 
siebie z duszą i z ciałem. Teraz, poznawszy prawdziwe imię Boga, 
zrozumiałem jasno: Bóg nie może stać za Towarzystwem "Strażnica " i nigdy 

background image

za tą organizacją nie stał! Zrozumienie tego podcięło ostatecznie moje 
psychiczne i fizyczne siły. Przed oczyma stoi mi ogrom mojej winy. Co jest w 
ogóle prawdą? Gdzie znaleźć Boga ? Czy On w ogóle istnieje? Do tego 
doszedłem, że zaczynam wątpić w samo istnienie Boga. Modliłem się, wiele 
się modliłem - ale wydaje mi się, że na próżno. 
Jak naprawdę wygląda życie? Nie wiem! Żyłem dotąd nauką Świadków 
Jehowy, patrząc na wszystko tylko poprzez okulary "Strażnicy ". Tak jedynie 
poznawałem rzeczywistość. Świat był dla mnie czymś diabelskim, 
zakłamanym, bo usiłował oderwać mnie od prawdziwego Boga. Teraz stoję 
zagubiony pośród tego świata, którego nie znam. Gdzie mam szukać prawdy i 
sprawiedliwości? Gdzie szukać Boga? 
Świat jest w rękach szatana, czego więc mam oczekiwać od tego świata ? 
Religię katolicką, ewangelicką i inne religie utworzył przecież szatan, bóg 
tego świata. Jak więc mam znaleźć w nich prawdę? Czy cały świat nie jest 
jednym wielkim kłamstwem? "Strażnica " zwiodła mnie w samych 
fundamentach postawy religijnej. W co mam jeszcze w ogóle wierzyć? 
Jestem u kresu. Wszystkie kryteria wiary rozsypały się, w myślach mam 
chaos. Gdzie tu jest wyjście? Nie widzę go, żyję i pracuję jak we śnie. 
Znalazłem pracę na terenie Szwajcarii. Jeden z kolegów zorientował się w 
moim stanie i wkradłszy się w moje zaufanie podle go nadużył. Zapłaciłem za 
to drogo. Stałem się jeszcze bardziej sceptyczny wobec ludzi. Nikomu nie 
ufam, nikomu nie wierzę. Wobec upadku sił, każda praca fizyczna staje się 
dla mnie zbyt ciężka. Nie mogę też mimo wszelkich wysiłków skupić myśli 
na tym, co robię. Jestem podatny na każdą infekcję. Toteż tracę miejsce pracy. 
Walą się teraz na mnie wszelkie możliwe nieszczęścia. Zapadam na ciężką 
chorobę serca. Moje siły fizyczne załamują się ostatecznie. Ponieważ 
pracowałem na terenie Szwajcarii, tracę uprawnienia do zasiłku chorobowego 
i dla bezrobotnych. Aby rodzina nie umarła z głodu, żona idzie do pracy. 
Zarabia niewiele, a koszty mego leczenia rosną. Coraz bardziej toniemy w 
długach. Pozbawiony jestem w chorobie pielęgnacji, bo żona zajęta pracą nie 
ma już czasu dla mnie. Nadto muszę troszczyć się o troje naszych dzieci. Nie 
widzę z tej sytuacji wyjścia. Wydaje mi się, że jesteśmy pod każdym 
względem zgubieni. 
Po długich miesiącach mój stan poprawia się na tyle, że próbuję na nowo 
pracować. Ale przez cały ten długi czas wadzę się z Bogiem i moim losem. 
Dopiero po długiej walce wewnętrznej dochodzę do tego, że nie wątpię już w 
istnienie Boga. Bóg jest dla mnie rzeczywistością, większą aniżeli wszystko 
wokół mnie. Jestem tylko przekonany, że żadna organizacja religijna na ziemi 
nie służy naprawdę Bogu. 
Nie mogę sprostać wymogom podjętej pracy. Ponownie powala mnie 
choroba. Cała rodzina zebrana wokół mnie modli się do Boga, którego nie 
znamy. Żarliwie zwracamy się do Chrystusa, naszego Zbawiciela, we 
wspólnej modlitwie o łaskę i Światło Boże. 
Żona znowu musi iść do pracy, bo ja pracować nie mogę. Trudności 
finansowe rosną. Nie wiemy, co wpierw zapłacić i skąd wziąć na to 
pieniądze. Nie wystarcza nawet na jedzenie. Myślimy już tylko o dzieciach. 
Wszystkiego wyrzekamy się dla nich, byle tylko one były syte i zdrowe. Ale 
na tym nie dość nieszczęść! Z kolei zapada ciężko na zdrowiu moja żona. 
Przewieziona zostaje do szpitala. Przeprowadzona tam operacja powoduje 
nowe długi. Zmuszony mimo wszystko pracować, zostaję przedstawicielem 
pewnej firmy. Ale albo mam do ludzi zbyt wielkie zaufanie i doznaję potem 
gorzkich, bardzo gorzkich zawodów, albo jestem nazbyt nieufny i nie działam 

background image

właśnie tam, gdzie działać byłoby trzeba. Tak więc moje życie determinuje 
coraz bardziej duch ciągłej negacji: Jestem bliski rozpaczy. Pytam siebie 
często, po co ja jeszcze w ogóle żyję. Czy nie zawiodłem na całej linii? I czy 
moja rodzina, moje biedne, niewinne; dzieci muszą za to pokutować?
Jakie wskazania mogła mi dać "jedyna prawdziwa " religia Świadków 
Jehowy w odniesieniu do rzeczywistości życia na ziemi? Nie dała mi 
żadnych, absolutnie żadnych. W zetknięciu z życiem takim, jakim ono jest, 
zawodzę, bo nie jestem przygotowany do niego. 
To było nazbyt piękne głosić Królestwo Boże jako jedyny ratunek świata. 
Wszystko inne nie obchodziło mnie, skoro miałem to, co do życia 
najniezbędniejsze. Wszystkiego innego oczekiwaliśmy od nowego świata. Po 
co zajmować się tutaj rzeczami codzienności? Wszystkie problemy rozwiąże 
już rychło Har-Magedon, jeśli tylko wytrwamy w służbie. Ale domek i ogród 
w "nowym świecie " Świadków Jehowy był jednak tylko snem. Sen rozwiał 
się w nicość i oto stoję nie wiedząc co dalej. 
Wciąż od nowa modlimy się wytrwale do Boga. Nie otrzymując odpowiedzi 
sądzę, że moja wina wobec Niego jest tak wielka, że nigdy jej nie zmażę. 
Ogarnia mnie rozpacz. Cóż mi pozostaje? Długo zmagam się ze sobą, zanim 
zdobędę się na to, co najbardziej dla mnie możliwe: najwyższym wysiłkiem 
woli zwracam się znowu do Pisma, aby w nim znaleźć pocieszenie. 

***

W roku 1957 pozbawiono mnie członkostwa we wspólnocie Świadków 
Jehowy. Całkowicie rozdarty wewnętrznie udałem się na zebranie, gdzie 
ogłoszono me wyłączenie. Oskarżono mnie tylko - o konsekwencje i 
nieteokratyczne postępowanie. Nie pytano: dlaczego? Nie wolno mi się było 
tłumaczyć. Na próżno oczekiwałem sprawiedliwego, życzliwego zrozumienia 
moich wewnętrznych trudności. Czy brat Franke, obecny na zebraniu, 
wiedział, co się we mnie dzieje? Czy wiedział, że jestem jak chwiejąca się 
trzcina, ponieważ moje zaufanie poderwały rzeczowe argumenty? Czy 
wiedział, że właśnie dlatego czułem się zagubiony? Drodzy bracia, łatwo jest 
osądzić człowieka, który nie spełnił oczekiwań, i potępić go - trudniej 
zrozumieć, co się dzieje w jego sercu. A nawet gdy kogoś oskarża własne 
sumienie, to czy "pomóc " można mu tylko przez to, że odmówi mu się 
chrześcijańskiej wspólnoty? 
Nie chciałbym nikogo potępiać. Nie chciałbym o nikim mówić źle. Nie chcę 
nienawidzić. Właśnie dlatego, że tak drogo musiałem zapłacić za mój błąd. 
Myślę o słowach Jezusa: "Kto z was jest bez grzechu, niech pierwszy rzuci na 
nią kamień ". Nie rzucam na innych kamieni. Ale zrozumiałem, stając w 
sumieniu przed Bogiem, że mam święty obowiązek zachować innych od 
nieszczęsnych błędów "Strażnicy ". Dlatego piszę o mych przeżyciach i 
refleksjach - z poczucia obowiązku, z miłości bliźniego, a nie po to, by siebie 
usprawiedliwić. Apostoł Paweł wezwał wystarczająco wyraźnie w Liście do 
Kolosan, abyśmy oblekli się w "serdeczne miłosierdzie ", byśmy z wszelką 
mądrością jedni drugich nauczali i napominali. Toteż z wszelką miłością, ale 
też jasno i zdecydowanie, chcę mówić dalej o błędnych naukach moich 
dawnych współbraci, chociaż niektórzy próbują oczernić moją osobę, aby 
przez to pozbawić skuteczności moje krytyczne słowa. Stoczyłem z sobą 
ciężką walkę. Często i długo prosiłem Boga o łaskę i pomoc. Niełatwe jest w 
mej sytuacji moje przedsięwzięcie. Ufam, że zabierając głos, dopomogę 
wielu wyzwolić się ze zniewolenia przez przemożną organizację i odnaleźć 

background image

drogę powrotu do Chrystusa. Pan pozwala odnaleźć siebie tym, którzy Go 
szczerze szukają. W to już nie wątpię. Nie na próżno spłynęła na naszą ziemię 
bezcenna, odkupieńcza krew Zbawiciela. Jeśli modlimy się szczerym sercem, 
Bóg nie pozwoli nam zginąć. On błogosławi prawym zamiarom - tak mówi 
słowo Pisma, takie jest moje przekonanie. 
Jeśli i rozpacz skłoniła mnie do pisania tej książki, to jednak moje istotne 
motywy są czyste. Nareszcie w mej przygnębiającej sytuacji, w załamaniu się 
dotychczasowych przekonań dojrzałem stojące przede mną zadanie. Nie 
spocznę, póki go nie wypełnię. Co znaczy moja fizyczna słabość, bieda 
materialna? Mogę pomóc innym, ostrzec ich i zachować od błędów, wyzwolić 
z nich dawnych współbraci. To jest dla mnie największe szczęście. Co dzień, 
co godzinę niemal rośnie moja wiara w siebie, moja ufność, że odnajdę Boga, 
odnajdę Go na tej drodze. 

Ciąży na mnie jeszcze wiele z balastu nauk "Strażnicy " i trudno mi się go 
pozbyć, ale z pomocą Bożą ostoję się w mojej wewnętrznej walce. Stąd moje 
mocne postanowienie: porównać naukę Świadków Jehowy z tym, co mówi 
Biblia; ale porównać także z sobą najrozmaitsze pisma "Strażnicy " i 
przedstawić wyniki tych badań. 
Po nocach bezsenności i męki przezwyciężyłem najpoważniejsze 
wątpliwości. Stałem się wolny - mogę bez z góry powziętych sądów zbadać 
naukę "Strażnicy ". Dzięki za to Ojcu Niebieskiemu i Jego Synowi, Jezusowi 
Chrystusowi. Niech Bóg zachowa mnie od oskarżeń niezgodnych z duchem 
chrześcijańskim, niechaj umocni mnie w chrześcijańskiej miłości! 

FAŁSZYWI PROROCY

"Znaleźli się fałszywi prorocy wśród ludu tak samo, jak wśród was będą 
fałszywi nauczyciele, którzy wprowadzą wśród was zgubne herezje "
 (2P 2,1) 

Przez całe lata głosiłem: "Czyńcie pokutę, nadeszło Królestwo, owszem, już 
tu jest. Chrystus Jezus panuje pośród swoich wrogów ". Jaką religię 
wyznajesz? Jesteś katolikiem? ewangelikiem? Należysz do jednej z wielu 
wspólnot chrześcijańskich ? Jesteś wyznawcą islamu? Buddy? Czy jakiejś 
innej religii niechrześcijańskiej ? - Otóż przyjmij do wiadomości, że 
zostaniesz zatracony w bitwie bożej pod Har-Magedon. Dlaczego? Dlatego, 
że wyznajesz religię wrogą Bogu. Dlatego, że przez nią kłaniasz się w 
rzeczywistości szatanowi, przeciwnikowi Boga. Tak uczyłem i tak głoszą 
jeszcze dziś 

Świadkowie Jehowy

 

 

24

   .  

 

Czas końca 

Czas, w którym dziś żyjemy, jest czasem końca tego świata. Har-Magedon 
oznacza zamknięcie. Tutaj wszyscy, którzy nie są Świadkami Jehowy, znajdą 
wieczną śmierć. Obojętnie, czy w dobrej wierze żyjesz w jakiejś innej religii, 
czy kierując się uczciwością działasz jako polityk - zginiesz! Według nauki 
Świadków Jehowy takie jest postanowienie Boga.

background image

Dokładny czas końca obliczają świadkowie według Biblii. Miał on się zacząć 
w roku 1914. My wszyscy żyjemy dziś jeszcze tylko dlatego, że Jehowa Bóg 
w swojej dobroci dał od roku 1918 swoim Świadkom czas na głoszenie nauki, 
aby możliwie wielu ludzi ze wszystkich narodów zostało uratowanych od 
zagłady. 
Zostań Świadkiem Jehowy! Inaczej w krótkim czasie zginiesz! Zostań 
Świadkiem Jehowy! Wtedy przetrwasz koniec starego świata i przeżyjesz 
początek nowego, szczęśliwego. Nie wierzysz? Zapytaj któregokolwiek 
Świadka Jehowy. On ci to potwierdzi. Od ośmiu dziesiątków lat głoszona jest 
"dobra nowina o czasie końca ". Pospiesz się! Czas nagli!
Wyobrażenia Świadków Jehowy dotyczące czasu końca, jego początku, jego 
trwania, wydarzeń z nim związanych i jego finału w Har-Magedonie stanowią 
treść decydującego orędzia szerzonego z Brooklynu przez kierujących 
organizacją braci. Ten czas końca jest rzeczą, która decyduje o być albo nie 
być Świadków Jehowy. 
1914 - to rok, w którym - jak uczą Świadkowie zaczął się według Biblii czas 
końca. 1914 to rok, w którym nastąpiło najważniejsze wydarzenie tego czasu: 
powtórne przyjście Chrystusa. - W to każą wierzyć Świadkowie Jehowy. 
Tymczasem właśnie ta, tak ważna dla nich nauka nie wytrzymuje gruntownej 
krytyki. 

Pismo święte przeciwko obliczaniom czasów

Wymieniłem lata 1914 i 1918. Świadkowie wyliczyli te daty posługując się 
Biblią. Te obliczenia muszą być fałszywe, bowiem Chrystus powiedział: Nie 
wasza to rzecz znać czasy i chwile, które Ojciec ustalił swą władzą
 (Dzieje 
Apostolskie 1,7). 
Te słowa Chrystusa wykluczają właściwie kwestię jakichkolwiek kalkulacji 
czasowych dotyczących końca świata. Także i rozdział 24 Ewangelii św. 
Mateusza, na który stale powołują się Świadkowie, aby dowieść, że nadszedł 
czas końca, przemawia przeciwko obliczaniu czasu powtórnego przyjścia 
Chrystusa: Ujrzą Syna Człowieczego, przychodzącego na obłokach 
niebieskich z wielką mocą i chwalą (wiersz 30). Lecz o dniu owym i godzinie 
nikt nie wie, nawet aniołowie niebiescy, tylko sam Ojciec
 (wiersz 36).
Powstaną fałszywi mesjasze i fałszywi prorocy i działać będą wielkie znaki i 
cuda, by w błąd wprowadzić, jeśli to możliwe, także wybranych
 (wiersz 24). 
Także Ewangelia św. Łukasza przestrzega przed fałszywymi ustaleniami: 
Strzeżcie się, żeby was nie zwiedziono. Wielu bowiem przyjdzie pod moim 
imieniem i będą mówić: " Ja jestem " oraz: "Nadszedł czas ". Nie chodźcie za 
nimi! 
Widzimy zatem: jeżeli Świadkowie Jehowy twierdzą, że obliczyli czas końca 
świata, to wiedzą więcej, niż wiedzieć mogą i wiedzieć im wolno. Bo nawet 
ci, którzy - jak Świadkowie Jehowy - uważają się za wybranych przez Boga, 
nie mogą określić czasu końca, chociażby posługiwali się przy tym Biblią. 
Ewangelia św. Łukasza przestrzega dobitnie przed głoszeniem, że "nadszedł 
czas ". 

Co pierwszy prezydent Świadków Jehowy głosił o czasie końca? 

Charles Taze Russel, zwany Bratem albo Pasterzem Rusellem, prezydent 

background image

Świadków Jehowy do roku 1916, głosił następujące "orędzie Boże " o czasie 
końca i wydarzeniach poprzedzających powtórne przyjście Chrystusa: Czas 
końcowy, okres 115 lat, od 1799 do 1914, jest oznaczony w szczególny sposób 
w Piśmie
 ( "Wykłady Pisma św. ", tom 3; w wydaniu niemieckim str. 19). 
Russel wykazuje następnie, że to rok 1799 ustalony jest niezbicie w Piśmie 
jako rok początku końca, ponieważ potwierdza to trzykrotnie prorok Daniel w 
swej księdze, w rozdziale 11. Interesujące stwierdzenie dla młodych 
Świadków Jehowy, od niedawna dopiero trwających w "prawdzie "...
W powiązaniu z czasem końca Russel wskazuje na postać Napoleona, którym 
"Opatrzność " posłużyła się jako narzędziem, aby złamać "potęgę papiestwa 
": Publiczna kariera Napoleona Bonaparte, w którym już za jego czasu 
rozpoznano "męża przeznaczenia ", jest przedstawiona tak wyraźnie przez 
opis proroczy, że ustala pozytywnie datę "określonego czasu " .Ten sposób 
określania jakiejś daty jest ścisły. Jeśli wykażemy, że wspomniane tu w 
proroctwie wydarzenia są zgodne z dziejami Napoleona, możemy z całą 
pewnością rozpoznać tę datę (...) Dzieje Napoleona wyznaczyły w świetle 
proroctwa rok 1799 po Chrystusie jako koniec 1260 lat władzy papiestwa i 
początek okresu zwanego czasem końca
 ( "Wykłady " 3,132)
1799 - początek czasu końca! 115 lat - a więc do roku 1914 - trwanie tego 
okresu! Daty ustalone ściśle biblijnie! A rok 1914 ? Ostatni rok czasu końca? 
W tym roku nastąpi według Russela tysiącletnie królestwo i 
zmartwychwstanie książąt Abrahama, Izaaka, Jakuba itd.
 ( "Wykłady " 
3,132). 
W roku 1914 zniknie to, co Bóg nazywa Babilonem, a ludzie 
chrześcijaństwem - jak to zostało już wykazane z przepowiedni
 ( "Wykłady " 
3,146). Ustanowienia ziemskich regentów nie możemy jednak oczekiwać 
przed upływem 

"czasu pogan "

 

 

25

   

, w październiku 1914. U początku 

Królestwa, w końcu roku 1914, godność panujących przyobleką więc 
...jedynie zmartwychwstali święci Starego Przymierza od Jana Chrzciciela 
wstecz, aż do Abla, Abrahama, Izaaka, Jakuba i wszystkich proroków 
( "Wykłady " 4,325). W tym rozdziale dajemy biblijny dowód na to, że 
całkowity koniec pogan... osiągnięty zostanie z rokiem 1914 i z tą chwilą 
znajdzie kres władztwo ludzi niedoskonałych...
 ( "Wykłady " 2,76).
Pastor Russel uczył więc o roku 1914: początek Millenium, to znaczy 
tysiącletniego panowania Chrystusa; zmartwychwstanie książąt - Abrahama, 
Izaaka itd. i ustanowienie ich widzialnymi władcami na ziemi; zniknięcie 
tego, co ludzie nazywają chrześcijaństwem; koniec wszelkiego ludzkiego 
porządku politycznego; początek Królestwa Bożego na ziemi. 
Powtórne przyjście Chrystusa nastąpiło według Russela w roku 1874. 
Dowodził tego następująco: (...) Znów znaleźliśmy, że drugi Adwent naszego 
Pana wskazany został przez proroka Daniela (12,1), jednakże w taki sposób, 
że pozostał zakryty, aż przepowiedziane poprzedzające go wydarzenia 
przeszły do historii... Niechaj nie ujdzie naszej uwadze, że w obliczeniach 
podanych tu symbolicznych czasów posłużyliśmy się tym kluczem, który został 
nam dany w sposobie, w jaki zapowiedziany był pierwszy Adwent, a 
mianowicie - że jeden dzień symboliczny przedstawia jeden faktyczny rok. I 
tak doszliśmy jasno na podstawie Pisma, że czasem drugiego Adwentu 
(powtórnego przyjścia) naszego Pana jest rok 1874, i to październik tego 
roku, jak to zostało wykazane w tomie 2, rozdziale 6
 (2,118). Tak więc z 
natchnienia Bożego miał się Russel dowiedzieć, że Chrystus przyszedł 
powtórnie nie w roku 1914, lecz o 40 lat wcześniej - w roku 1874. 
O zmartwychstawniu 144 tysięcy, również jednym z wydarzeń z czasu końca 

background image

i powtórnego przyjścia Chrystusa, uczył Russel: A że zmartwychwstanie 
Kościoła (czyli 144 tysięcy) musi nastąpić kiedyś podczas "końca "... sądzimy 
w pełnej harmonii z całym planem Pana, że wiosną roku 1878 wskrzeszeni 
zostali jako istoty duchowe podobne do swego Pana i Mistrza wszyscy święci 
Apostołowie i wszyscy Zwycięzcy ery chrześcijańskiej, którzy zasnęli w 
Jezusie
 (3,219). Zatem według Russela - w roku 1878 nastąpiło 
zmartwychwstanie "zrodzonych z ducha ". 

Prawda 

W roku 1914 nie rozpoczęło się tysiącletnie panowanie Chrystusa. Nie wstali 
z grobów książęta. Nie została złamana tzw. potęga papiestwa. Panowanie 
nad ziemią nie przeszło na książąt Russela. Nie przestało istnieć to, co ludzie 
nazywali chrześcijaństwem. Nie skończyło się panowanie ludzi 
niedoskonałych. Wszystkie przepowiednie czy proroctwa Russela były więc 
fałszywe. 
Wybuchła pierwsza wojna światowa i Russel musiał pogrzebać swe nadzieje 
na rok 1914. Przesunął spełnienie się wszystkich wydarzeń związanych z 
końcem świata na rok 1916 bądź 1918. Los był jednak dla niego łaskawy. 
Umarł, zanim by musiał przeżyć nowe ciężkie rozczarowanie. Bowiem ani w 
roku 1916, ani w roku 1918 nie wydarzyło się nic z tego, co przepowiedział. 
Russel przepowiadał jeszcze wiele innych wydarzeń dotyczących końca 
świata. I tak na przykład w roku 1881 miało nastąpić zakończenie 

"wzniosłego wezwania "(*26)

 oraz przywrócenie Izraela jako narodu w 

Palestynie. Także i te proroctwa nie spełniły się. Charles Taze Russel okazał 
się jednoznacznie fałszywym prorokiem. 
Jeśli przywódcy Świadków Jehowy każą poprzez amerykańskiego pisarza 
Marleya Cole pisać o Russelu, że "Świadkowie widzą. w nim pierwszego 
wielkiego pioniera prawdziwej odnowy nauki, dzieła dalekosiężnego i 
donioślejszego dla potomności od wszystkiego, czego dokonano od dni 
Jezusa i Apostołów ", trzeba to nazwać fałszowaniem historii. Uczynił on dla 
Królestwa Mesjasza więcej niż ktokolwiek, kiedykolwiek żyjący na ziemi 
(słowa Rutherforda o Russelu według "Strażnicy " z 1.12.1916, str. 374; 
Marley Cole, "Świadkowie Jehowy " str. 53). 
Rzeczywiście: takiego bezsensu, jakiego o Królestwie i Mesjaszu uczył 
Russel, nie głosił przed nim nikt inny. Wszystkie ważne nauki i obliczenia 
Russela zostały odrzucone przez jego następców. 

Eksperyment Rutherforda ze spuścizną po Russelu 

Czy Rutherford myślał o cytowanych wyżej słowach, kiedy siedząc przy 
swoim biurku szukał drogi wyjścia ze ślepej uliczki, w którą Russel 
wprowadził "poważnych badaczy Pisma "? W wyniku fałszywych 
przepowiedni poczynionych i pozostawionych przez Russela organizacja 
Świadków znalazła się w poważnym kryzysie. Już od początku odłączały się 
pojedyncze grupy od Towarzystwa "Strażnica ". Odbiło się to nawet na 
małżeństwie Russela. Ale rozczarowania lat 1914-1918 zagroziły samemu 
istnieniu organizacji. Wielu Świadków, którzy zachowali zdrowy rozsądek, 
zrozumiawszy, że dali się nabrać, odwróciło się od utopii "Strażnicy ". 
Rutherford widział, że tylko jakieś zupełnie nowe proroctwo o końcu starego 

background image

świata i początku nowego może uratować organizację. Naturalnie nie mógł od 
razu odrzucić wszystkiego, czego uczył Russel. Trzeba było jakoś do tego 
nawiązać. I tak wystąpił ze sloganem: "Miliony żyjących teraz nigdy nie 
umrą ". Był to jednocześnie tytuł książki, którą rozpowszechnił w milionach 
egzemplarzy. Stanowiło to pierwszą deskę ratunku: rok 1925, nowa data! 
Początek tysiącletniego Królestwa jest już w bliskiej, uchwytnej przyszłości! 
Tysiące uczepiły się teraz tej daty. 

"Miliony żyjących w roku 1925 nigdy nie umrą " 

Hasło rzucone w roku 1920 stanowi dla dzisiejszych Świadków Jehowy coraz 
większy kłopot. Bo lata płyną i z dawnych słuchaczy, którym w roku 1920 
Rutherford głosił orędzie o nieśmiertelności, niewielu już pozostało przy 
życiu... Ale w latach bezpośrednio po pierwszej wojnie światowej hasło 
rzucone przez Rutherforda nadawało się do ratowania rozpadającej się 
organizacji. Jak zawsze w czasach powszechnego kryzysu i zamętu, każda 
teza znajdzie zwolenników, jeśli tylko zawiera wspaniałe obietnice i głoszona 
jest wystarczająco odważnie. Tak było też ze sloganem: "Miliony żyjących w 
roku 1925 nigdy nie umrą ! " 
Rutherford dobrze wybrał czas proklamowania tego zuchwałego proroctwa. 
Śmierć zebrała właśnie obfite żniwo. Narody żywiły tylko jedno pragnienie: 
pokój i bezpieczeństwo! W takiej chwili wystąpili przywódcy Świadków 
Jehowy z Rutherfordem na czele, obiecując z niesłychaną pompą, że w roku 
1925 znękana ludzkość zostanie wyzwolona od trosk i cierpień. W tym czasie 
beznadziei wielu łatwowiernych padło ofiarą ułudy szerzonej przez 
fałszywych proroków. Mimo pomyłek i zawodów z lat 1914-1918 znalazły 
się znowu dziesiątki tysięcy ludzi przyjmujących za wiarygodne naiwne 
proroctwo. Wiem, że dzisiaj wobec młodszych braci przedstawia się te 
sprawy inaczej. W ogóle wszystko dawne, co stało się niewygodne, 
przedstawia się dzisiaj w korzystnym świetle. W książce: "Miliony żyjących 
teraz nigdy nie umrą " czytamy: Jak to przedstawiliśmy poprzednio, początek 
odpowiednika wielkiego Roku Jubileuszowego

27

 przypada na rok 1925. W 

tym czasie ma istnieć ziemska faza królestwa... Dlatego możemy ufnie 
oczekiwać, że z rokiem 1925 nastąpi powrót Abrahama, Izaaka, Jakuba i 
innych wiernych proroków Starego Przymierza - szczególnie tych, których 
imiona wymienia Apostoł w Liście do Hebrajczyków, 11 - do stanu ludzkiej 
doskonałości
 (rozdział "Ziemscy władcy "). (...) stąd, że kończy się i dlatego 
ginie stary porządek rzeczy, stary świat, a nadchodzi porządek nowy, że rok 
1925 wyznacza wskrzeszenie wiernych Zwycięzców czasów Starego 
Przymierza i początek przywrócenia wszystkich rzeczy, można rozumnie 
wnioskować, iż miliony ludzi żyjących obecnie będą jeszcze w roku 1925 na 
ziemi. A dalej, opierając się na obietnicach złożonych w słowie Bożym, 
musimy dojść do pozytywnego i bezspornego wniosku, że miliony żyjących 
teraz nigdy nie umrą
 (rozdział "Pozytywna obietnica "). 
Przyszedł rok 1925, a z nim - fiasko! Nie powstało bowiem ziemskie 
Królestwo Jehowy. Abraham, Izaak, Jakub i wszyscy dawni prorocy nie 
postali z grobów, a miliony tych, którym powiedziano, że nigdy nie umrą, 
jeśli doczekają roku 1925, zostało dawno pochowanych. Jest przekręcaniem 
faktów, jeżeli twierdzi się dzisiaj, że słowa Rutherforda jeszcze się kiedyś 
spełnią. Przecież Rutherford nie przewidywał żadnej późniejszej daty aniżeli 
rok 1925. Jest to fakt, od którego na próżno próbują odwrócić uwagę 

background image

przywódcy "Strażnicy ". 
Tak więc również i drugi prezydent Świadków Jehowy - Joseph Franklin 
Rutherford - okazał się fałszywym prorokiem. Wielu na tyle głupich, by po 
fiasku lat 1914-18 jeszcze raz dać się zwieść obietnicami Rutherforda, 
odwróciło się z rozczarowaniem od Świadków. 
Pomimo tego fiaska w roku 1925 Rutherford nie zrezygnował. Chociaż 
"książęta " w roku 1925 nie zmartwychwstali, kazał w San Diego (Kalifornia, 
USA) wznieść dom-willę nazwany "Beth Sarim ", "Dom Książąt ". Tam mieli 
zamieszkać książęta, kiedy powstaną z grobów. Zmartwychwstanie 
Abrahama, Izaaka, Jakuba i innych książąt przesunął Rutherford na czas 
nieokreślony przed Har-Magedonem. Ale i tu twierdzenia Rutherforda 
okazały się zawodne. Jego następca, Knorr, kazał sprzedać "Dom Książąt ", 
wyjaśniając, że spełnił on już swój cel jako świadectwo dane Jehowie. Znowu 
fałszywe przedstawienie sprawy, bo przewidzianego celu - stać się siedzibą 
zmartwychwstałych patriarchów Starego Testamentu - "Beth Sarim " nie 
spełnił. Na to przecież została pierwotnie wybudowana ta willa. Czy 
zniekształcając w ten sposób prawdę również i Knorr nie okaże się 
fałszywym prorokiem? 

Rutherford rewiduje kalendarz Świadków 

Zaledwie zdołano w jakiejś mierze przezwyciężyć ubytek liczby członków 
spowodowany fałszywymi przepowiedniami z roku 1914 i 1925, rozpoczął 
Rutherford rewizję kalendarza "biblijnego ". Z sięgającą tak daleko wstecz 
datą rozpoczęcia się czasu końca, jaką był ustalony przez Russela rok 1799, 
nie mógł sobie poradzić. Pozostawiało mu to zbyt mało czasu i pola manewru 
na przyszłość. Dlatego przesunął tę datę na rok 1914 - naturalnie powołując 
się przy tym na objawienie Pana. 
A więc nie w roku 1874, lecz w 1914 miało nastąpić powtórne przyjście 
Chrystusa. Daty zmartwychwstania patriarchów Starego Przymierza 
Rutherford przezornie już nie przepowiadał. Nie mogły się więc już 
powtórzyć wypadki takie, jak w roku 1914 i 1925. Przez lata łamali sobie 
teraz Świadkowie głowy nad tym, kiedy, jak i gdzie pojawią się "książęta ". 
Po roku 1945 wysuwano po cichu najrozmaitsze przypuszczenia. Zgodnie z 
"cyklem czterdziestolecia " typowano rok 1954 bądź 1958. Ale i to się nie 
spełniło. Dalszą rewizję kalendarza Świadków można dostrzec w książce " 
Wyzwolenie " (1926)

28

. Rutherford podaje tam tylko bardzo ogólnikowe dane 

czasowe, nie wiążąc się już konkretnymi terminami. 
Russel twierdził, że duchowe zmartwychwstanie 144000 wybranych Jehowy 
nastąpiło w roku 1878. Rutherford przesuwa w roku 1928 tę datę na 1918 
(zob. w książce "Pojednanie ",

29

 str. 293 wydania niemieckiego). Oba 

terminy mają być niezbicie prawdziwe! Russel mówił, że Chrystus w roku 
1878 "przybył do świątyni ". Natomiast według Rutherforda to "przybycie " 
nastąpiło w r. 1918. 
W roku 1931 pisał Rutherford w swej książce "Usprawiedliwienie ":

30

 Wierni 

Jehowy na ziemi zostali w swych oczekiwaniach na rok 1914, 1918 i 1925 
nieco zawiedzeni (...) Później wierni nauczyli się... że nie mają już ustalać dat 
przyszłości i głosić przepowiedni
 (t. 1, str. 322). 
Dlaczego "wierny " prezydent nie wspomina również lat 1799, 1874, 1878, 
1881 i jeszcze innych lat zawodu? Czy nie znalazł dla nich żadnego 
wytłumaczenia?.. Wierni byli "nieco " zawiedzeni? - Czy to nie próba 

background image

upiększania rzeczywistości? Wszyscy "poważni badacze Pisma " byli wtedy, 
nie nieco, ale dogłębnie zawiedzeni. W roku 1914 oszukani zostali tak 
gruntownie, że porównywali samych siebie do zwłok leżących na placu 
wielkiego miasta (por. Ap 11,8). Jeśli Rutherford twierdzi, że "Boże 
proroctwa " spełniają się w coraz to innym terminie, to demaskuje go to 
ponownie jako fałszywego proroka. 

Obliczenia dotyczące roku 1914 są z gruntu fałszywe 

Co by też powiedział Mojżesz, gdyby w książce wydanej przez Świadków 
Jehowy pt. "To oznacza życie wieczne "31 (str. 69) przeczytał interpretację 
słów wziętych z Księgi Liczb 14,34: "Każdy dzień teraz zamieni się w rok "? 
Musiałby na tę wykładnię Świa dków pokiwać głową... Ci badacze Pisma 
zadają też gwałt słowom Księgi Ezechiela 4,6, kiedy wypowiedź: "po jednym 
dniu nałożyłem na ciebie za jeden rok ", wiążą, dla obliczenia czasu końca, ze 
sprawą obłędu Nabuchodonozora (Dn 4). 
Weźcie do ręki wasze Biblie, poważni badacze Pisma, i odczytajcie 
wspomniane miejsca Lb 14,34 i Ez 4,6. Ale nie wykraczajcie po za to, co tam 
faktycznie napisano. Bo to - zgodnie ze słowami 1 Listu do Koryntian 4,6 - 
byłoby najgorszym, co moglibyście zrobić. Do czego odnoszą się 
wspomniane dwa miejsca Pisma? Czy do końca świata, do powtórnego 
przyjścia Chrystusa, albo też do obłędu Nabuchodonozora, o którym mówi 
Daniel? - Nic podobnego! Izraelici szemrali przeciwko Bogu i otrzymali za to 
karę trwającą przez 40 lata za owych 40 dni, w czasie których ich zwiadowcy 
przebywali w Ziemi Obiecanej - za każdy dzień jeden rok. To wyrażają słowa 
z Lb 14,34. I nic więcej! Ezechiel miał w obrazowy sposób zwiastować sąd 
Boży domowi Judy i Izraela. Chodzi tu o czas 390 lat sądu, który Ezechiel 
miał przez swe szczególne osobiste postępowanie zademonstrować wciągu 
390 dni: jeden dzień za każdy poszczególny rok. To wyrażają słowa Księgi 
Ezechiela 4,6. Nic poza tym! Jakie to wskazanie biblijne mówi, że metodę 
rachunku "dzień za rok " należy zastosować w odniesieniu do jakiegokolwiek 
innego zarządzenia lub innej zapowiedzi Bożej, poza tymi o których mowa w 
Lb 14 i Ez 4? - Nie ma w Piśmie św. takiego wskazania. Przenoszenie 
wspomnianego sposobu liczenia na jakąkolwiek inną rachubę jest więc aktem 
samowoli. Kiedy Mojżesz czy Ezechiel musieli działać na podstawie 
wspomnianej zasady, wtedy - według Pisma św. - Bóg im to wyraźnie 
rozkazał. Gdzie natomiast można znaleźć biblijne wskazanie, że czas końca 
świata należy obliczyć według metody "jeden dzień za jeden rok "? Takiego 
wskazania nigdzie w Piśmie św. się nie znajdzie. A mimo to taka właśnie 
metoda służy Świadkom Jehowy w ich obliczeniach czasu końca. Cały ten 
ich rachunek jest więc fałszywy już w samej zasadzie, jest aktem samowoli 
wobec Biblii. 
Również Russel zastosował miarę "dzień za rok " w swoich rachunkach i 
twierdził, że lata 1799, 1874, 1878 to daty biblijne. Czy podana na tej 
podstawie data 1874, jako roku powtórnego przyjścia Chrystusa, okazała się 
słuszna? Wbrew przyjętej zasadzie "dzień za rok " musiał ją Rutherford 
odrzucić. A zatem miarę czasu "dzień za rok " można stosować wyłącznie do 
tego, co mówi Księga Liczb czy Księga Ezechiela. Świadkowie Jehowy, 
lekceważąc ten biblijny fakt,. wykraczają poza to, co napisano w Piśmie. Stąd 
podlegają osądowi słów 1 Listu do Koryntian. Temu osądowi podlegał swego 
czasu Rutherford, tak jak dziś podlega mu Knorr

32

, jego następca. 

background image

Fałszowanie historii 

Wiemy, co prorokował Russel na rok 1914. Jego przepowiednie okazały się 
fałszywe. Rutherford obalił obliczenia Russela i datę przyjścia Chrystusa 
zmienił z roku 1874 na 1914. Stąd rok 1914 ma u niego zupełnie nowy i inny 
sens. Przesunął przez to całą epokę o czterdzieści lat. Niemniej w wydanej za 
rządów Knorra Nowożytnej historii Świadków Jehowy

33

 twierdzi się, że 

Russel i jego zwolennicy rozpoznali "właściwie " rok 1914. Tego jednak, co 
oznaczał pierwotnie "właściwy " rok 1914 we "właściwym " biblijnym 
rozumieniu Russela, z dzisiejszych prezentacji Świadków Jehowy poznać nie 
można ( "Strażnica ", 15.5.1955, str. 302). 
Russel uczył, że w roku 1914 nastąpi pod Har-Magedonem sąd Boży nad 
światem, a potem, po zakończeniu panowania narodów, zacznie się 
Tysiącletnie Królestwo Chrystusa. W roku 1914 miało też wejść do nieba 
144000 członków "Ciała Chrystusa ". Jeszcze w roku 1918 liczyli na to 
"wybrani Świadkowie ". 
Dzisiejszy sługa oddziału organizacji w Afryce Południowej, ochłonąwszy po 
powstałym zamieszaniu, pisze: We wrześniu lub październiku 1917 ktoś z 
nowo przybyłych przyniósł do więzienia wiadomość, że ukazała się książka 
"Spełniona tajemnica "

34

 i że wiosną roku 1918 Kościół zostanie zabrany z 

ziemi do nieba. Czy okażę się godny tego? A moi ludzie z Glasgow? Inni 
bracia na całym świecie? I w jaki to sposób zostanę zabrany? 11 listopada 
1918 o godzinie 11... głos syren obwieścił koniec pierwszej wojny światowej. 
I co teraz? Nie dostałem się w kwietniu do nieba
 ( "Strażnica " z 1.3.1957, 
wydanie niemieckie, str. 138). Jehowy. Nic dziwnego! W wybranej przez 
siebie "Nowożytnej historii Świadków Jehowy " przywódcy z Brooklynu 
zaciemniają prawdziwy obraz oczekiwań Russela, Rutherforda i ich 
zwolenników. Pisze się tam: "niektórzy sądzili " albo: niektórzy byli 
zawiedzeni, ponieważ niesłusznie myśleli, że w roku 1914 wejdą do nieba, by 
stać się członkami niewidzialnej organizacji Królestwa
 ( "Strażnica " 1955, 
str. 302). 
"Niektórzy sądzili... ", "niektórzy niesłusznie myśleli... " O nie! To nie tylko 
"niektórzy ". W roku 1914 czy 1918 wszyscy "russeliści " albo "badacze 
Pisma ", albo Świadkowie Jehowy oczekiwali wejścia do nieba. Tak uczyło 
ich przecież przez lata Towarzystwo "Strażnica ". Jest to faktem. "Nowożytna 
historia Świadków Jehowy " przemilcza to, czego rzeczywiście uczył Russel i 
co jego następcy napisali o roku 1918 w siódmym tomie " Wykładów Pisma 
św. ". Kiedy czytałem to, byłem wstrząśnięty. Nie mogłem pojąć, że 
świadomie sfałszowano historię. A jednak to zrobiono. 
W roku 1914 bądź 1918 "dawni Zwycięzcy " mieli objąć rządy na ziemi. I 
znowu w roku 1925 oczekiwali Świadkowie na wejście do nieba. Jak 
"Nowożytna historia " wymija tę rafę, którą stanowi dla Świadków rok 1925? 
Rok 1925 był rokiem szczególnych oczekiwań, bo wielu namaszczonych 
myślało, że pozostałe członki Ciała Chrystusa muszą doznać w tym czasie 
przejścia do niebieskiej chwały
 ( "Strażnica " 1955, 463). Nie tylko "wielu 
namaszczonych " tak myślało. Całe Towarzystwo "Strażnica " wierzyło w 
niebieskie przemienienie swoich członków w roku 1925. Tak bowiem uczyli 
"namaszczonych " przywódcy Świadków w broszurze "Miliony żyjących 
teraz nigdy nie umrą ". Jaki brak odpowiedzialności u tych przywódców! 
Najpierw głosi się wszystkim fałszywe proroctwa, a kiedy się nie spełnią, 

background image

odpowiedzialność za fiasko przerzuca się na "niektórych z namaszczonych ". 
Co za nierzetelność! 
George R. Philipps, dzisiejszy sługa oddziału Towarzystwa w Południowej 
Afryce rzuca interesujące światło na ów rok 1925: W maju 1924, w czasie 
swej wizyty w Glasgow związanej z odbywającym się tam wtedy 
zgromadzeniem głównym, brat Rutherford zapowiedział, że wyśle jednego z 
braci z biura brytyjskiego do Południowej Afryki, aby objął tam urząd sługi 
tamtejszego oddziału. Kiedy następnego przedpołudnia czekaliśmy w 
przedpokoju... brat Rutherford powiedział do mnie: Słyszałeś, że chcę wysłać 
jednego z braci do Afryki. Czy nie chciałbyś pojechać z nim? Namyśl się 
dobrze i daj mi po południu odpowiedź. 
Kiedy po południu wyraziłem swe zdecydowanie, Rutherford powiedział mi: 
Może to być na rok, George, a może na dłużej. - Wciąż jeszcze wierzył, że 
książęta powrócą w następnym roku i że wtedy nastąpią wielkie zmiany 
( "Strażnica " 1957, 140). 
Czy to Jehowa kazał Rutherfordowi planować i organizować w perspektywie 
zapowiedzianego na rok 1925 zmartwychwstania Abrahama, Izaaka i Jakuba? 
Czy Jehowa miałby nie wiedzieć, że "jego sługa " Rutherford błądzi? Czy to 
Jehowa sprawił, że Rutherford przez całe lata szerzył błędne nauki, 
uszczęśliwiając nimi swych zwolenników i cały świat? - To przecież jest nie 
do pomyślenia! 
Dzisiaj, kiedy większość Świadków Jehowy nie zna historycznych faktów 
albo zna je tylko mgliście, łatwo przywódcom upiększającym historię 
przedstawić siebie jako ludzi nieskazitelnych i sprawiedliwych. Czy 
przemilczanie ujemnych faktów po to, by osiągnąć korzyści, nie jest 
oszukiwaniem? Czy dzisiejsi przywódcy Świadków Jehowy nie stają się 
winni tego oszustwa? Czy nie wiedzą dokładnie, czego to uczono poprzednio 
"w imię Boga " i Towarzystwa "Strażnica "? Ich archiwa mówią o tym 
obszernie i szczegółowo. Dlaczego o poprzedniej nauce "Strażnicy " 
przywódcy Świadków mówią na ogół tylko to, co brzmi pozytywnie? 
Kompromitujące oświadczenia i wydarzenia podrywające wiarygodność 
organizacji albo się upiększa, albo przemilcza. Dlaczego? Dlatego, że chce 
się pozyskać jak najwięcej zwolenników "cudownego " ruchu religijnego 
Świadków Jehowy. 

W roku 1914 nie rozpoczął się koniec świata 

A teraz najnowszy eksperyment rachunkowy, który pod przewodnictwem 
prezydenta Knorra ma prowadzić Świadków do roku 1914: W przypadku 
Nabuchodonozora "siedem czasów " to siedem kalendarzowych lat, w czasie 
których ten władca był pozbawiony tronu. Tych siedem lat odpowiada 84 
miesiącom lub 2520 dniom, bowiem Biblia liczy w każdym miesiącu 30 dni. 
W Apokalipsie 12,6-14 1260 dni wzmiankowanych jest jako "czas i czasy, i 
polowa czasu " albo 3 i 1/2 czasów. "Siedem czasów " to zatem 2 razy po 
1260, czyli 2520 dni. 
Ezechiel, wierny prorok Jehowy, pisał: "Liczę ci jeden dzień za każdy 
poszczególny rok ". Jeżeli zastosuje się tę regułę (podkreślenie autora) - to 
2520 dni stanowi 2520 lat. Ponieważ stanowiący obrazowy wzór królestwo ze 
stolicą w Jerozolimie przestało istnieć jesienią roku 607 przed Chrystusem, 
przeto 2520 lat prowadzi nas - jeśli "czasy narodów " liczymy od tej daty - do 
jesieni roku 1.914 po Chrystusie
 ( "Bóg pozostaje prawdziwym ", str. 264). 

background image

Pierwszy decydujący błąd tego rachunku polega na przyjęciu reguły: "za 
każdy dzień - jeden rok ". Zastosowanie tej reguły do obliczania czasu końca 
świata jest samowolne. Drugi punkt, który trzeba zakwestionować, to punkt 
wyjścia obliczenia. Jako datę zburzenia Jerozolimy przez Nabuchodonozora 
wszystkie encyklopedie podają nie rok 607, lecz 586 przed Chrystusem. 
Trzeci decydujący błąd tego obliczenia czasu końca świata: jeżeli przyjmiemy 
rok 607 przed Chrystusem jako datę zburzenia Jerozolimy i doliczymy do tej 
daty 2520 lat po 360 dni, którą to długość roku przyjmują Świadkowie, to 
dojdziemy faktycznie do roku 1878, a nie 1914 po Chrystusie. Trzeba 
bowiem wziąć pod uwagę, że odstęp między rokiem 607 przed Chrystusem a 
rokiem 1914 po Chrystusie wynosi 2520 lat liczonych według naszego 
kalendarza, w którym jeden rok ma nie 360 dni, ale 365 dni plus jeden dzień 
w latach przestępnych. Stąd rachunek Towarzystwa "Strażnica " nie zgadza 
się o 2520 razy 5 dni, 6 godzin i 9,54 minut - a więc w sumie o 36 i pół roku. 
Nie można sobie wyobrazić, by bracia z Brooklynu nie zdali sobie sprawy z 
błędności obliczeń; było przecież wśród Świadków wystarczająco wiele 
sporów na temat liczby lat i ich rachuby. W nowej książce "Niech się stanie 
wola Twoja "

35

 próbują naprawić ten błąd i na pozór wszystko się teraz 

zgadza. Jednakże te nowe wyjaśnienia stanowią tylko retusze. 
A jak przedstawia się sprawa znaków, okoliczności, które miały 
znamionować rozpoczęty w roku 1914 czas końca? - Oto kolejne pytanie 
nasuwające się mi, a także każdemu ze Świadków, który dostrzega albo 
zaczyna dostrzegać bezpodstawność wyliczenia daty 1914. Czy w roku 1914 
pojawiły się te znaki, które w powiązaniu z końcem świata przepowiada 
Pismo święte? 
Wydarzenia, które nastąpiły około roku 1914, nie stanowią bezspornego 
dowodu nadejścia końca. Po pierwsze, znaków tych musielibyśmy szukać już 
około roku 1878, bowiem ten rok jest rzeczywiście tym, co przedstawia rok 
1914 dla Świadków. Po drugie: czy Russel i jego zwolennicy, a także - aż do 
roku 1928 - Rutherford nie odnosili znaków wojen, głodów, anarchii, trzęsień 
ziemi itd. do czasów napoleońskich? Czy również i Napoleon nie wstrząsnął 
swego czasu światem? ( " Wykłady ", t. 3). 
Nie nastąpiła zapowiedziana w latach po pierwszej wojnie światowej 
anarchia. Wszystkie inne wydarzenia tego czasu można odnieść także do 
każdej innej wielkiej wojny w dziejach ludzkości. Każda wielka wojna 
byłaby wtedy znakiem powtórnego przyjścia Chrystusa. Na rok 1914 
przepowiadał Russel ostateczne zniszczenie wszystkich Kościołów 
chrześcijańskich ( "Wykłady " t.3, str. 146). Ale Kościoły te istnieją do 
dzisiaj. Z kolei centrala w Brooklynie spodziewa się, że to komunizm 
doprowadzi Kościoły do upadku ( "Erwachtet " - "Przebudźcie się " - wyd. 
niem. z 8. 8. 1956 r.). To wszystko, co Świadkowie Jehowy, powołując się na 
Biblię, uważają za dowód nadejścia końca świata, jest więc wątpliwe i 
niewiarygodne. 

"Król północy " i "król południa " w czasach ostatecznych 

Szczególny znak nadejścia czasu końca stanowi dla Świadków "spełnienie się 
" biblijnych zapisów dotyczących "króla północy " i "króla południa " z 11 
rozdziału Księgi Daniela. Czytamy w tej Księdze m.in.: A w czasie ostatnim 
zetrze się z nim król południa. Król północy uderzy na niego...
 (11,40 n). 
Russel tłumaczy, że "Egipt jest królem południa, a Anglia królem północy " i 

background image

w przebiegu wojen napoleońskich widzi potwierdzenie tej swojej wykładni 
( "Wykłady " 3,39). W książce "Harfa Boża "

36

, która swego czasu miała dla 

Świadków podobne znaczenie, jakie dziś ma książka "Bóg pozostaje 
prawdziwy ", Rutherford popiera tezy Russela. Na str. 214 pisze: Kampania 
wielkiego wodza Napoleona Bonaparte stanowi jasne spełnienie tej 
przepowiedni. 
W roku 1942 wygaszono te "jasne " stwierdzenia. Ukazała się nowa książka: 
"Nowy Świat "

36

. Cały rozdział zatytułowany: "Ostateczny koniec już bliski 

", poświęcony jest królom z Księgi Daniela. Podczas gdy Russel uważał 
Anglię za króla północy, to tutaj Egipt, Anglia i Stany Zjednoczone 
przedstawione są jako król południa. Królem północy mają być Niemcy, 
papiestwo z katolicką hierarchią kościelną, Włochy i Japonia. Świadkowie 
przepowiadają zwycięstwo królowi północy, a więc Niemcom, Włochom i 
Japonii, z tym zastrzeżeniem, że klęska króla południa niekoniecznie musi 
być klęską militarną. Wyrafinowany sposób przepowiadania przyszłości! 
Jakikolwiek sprawy wezmą obrót, zawsze zostaje jeszcze otwarta furtka: 
wykładnię można interpretować dalej w najrozmaitszy sposób. Okazało się, 
że "król " północy " poniósł całkowitą klęskę. Jeśli uwzględnić przy tym rolę 
ZSRR jako sprzymierzeńca "króla południa " w drugiej wojnie światowej, to 
cała ta interpretacja się chwieje. 
Zamęt w twierdzeniach Świadków dotyczących "spełniania się " 
przepowiedni wskazuje, że czas ostateczny, tak jak go głoszą Świadkowie, 
wcale jeszcze nie nadszedł i że przywódcy Świadków stosują słowa Biblii do 
bieżących wydarzeń w sposób całkowicie dowolny. 

"Ohyda spustoszenia "

Dalszym "niezbitym dowodem ", że nadszedł czas końca, jest dla świadków 
"ohyda spustoszenia ". Russel tę ohydę widział w papiestwie: Ustanawiając 
mszę, papiestwo zarządziło kontynuowanie służby składania ofiar, a przez to 
skłoniło chrześcijaństwo do odrzucenia ofiary pojednania złożonej przez 
Chrystusa, i co doprowadzi do zniszczenia chrześcijaństwa z imienia... Do tej 
ohydy doszły ponadto w nowszych czasach dalsze, np. nauka o pojednaniu się 
z własnej mocy 
( " Wykłady " 4,292).
Rutherford interpretował "ohydę spustoszenia " w sposób polityczny. Widział 
ją "niezbicie " w utworzonym w Hadze Międzynarodowym Trybunale 
Sprawiedliwości i powstałej po pierwszej wojnie światowej Lidze Narodów 
( "Światło " 2,91-94). 
Druga wojna światowa nie pasowała już do jego obrazu. Knorr zrozumiał, że 
historia zaprzeczyła wykładni Rutherforda. Dlatego jako "ohydę spustoszenia 
" przedstawił Ligę Narodów i Organizację Narodów Zjednoczonych. 
Wyjaśnienia Rutherforda nieco skorygowano i wszystko znowu się zgadzało. 
(Por. "Bóg pozostaje prawdziwy ", str. 271-272, rok 1946). 

Przebadałem dokładnie, co Świadkowie Jehowy głoszą o czasie końca. 
Stwierdzam: Pismo święte nie chce nic wiedzieć o wyliczeniach, kiedy ten 
koniec nastąpi. Historia, dzisiejsi Świadkowie, to co powiedziano w tej 
książce - wszystko to wykazuje dowodnie fałszywość prorokowania Russela. 
Rutherford bluffował świat i swoich zwolenników 51 milionami druków 
głoszących fałszywie znaki końca. 
W roku 1914 Świadkowie czy russeliści przeżyli wielkie fiasko, tak samo w 

background image

roku 1925. Rutherford jako rewizor kalendarza wydarzeń popadł w 
sprzeczności i okazał się fałszywym prorokiem. Wprowadził w błąd Żydów. 
Prezydent Knorr samowolnie zmienił historię Świadków, fałszywymi 
poglądami dotyczącymi Żydów obciążył "niektórych z przywódców 
Żydowskich ". Interpretacja spełniania się znaków końca wciąż była 
przedstawiana inaczej. Czy można wobec tego twierdzić jeszcze, że światło 
Bożego Objawienia świeci coraz to jaśniej w Towarzystwie "Strażnica " i 
poprzez nie? - Nic tu nie staje się bardziej jasne, panują błąd i zamieszanie, a 
wokół prawdy roztaczają się coraz większe ciemności. 
Decyzje o tym, w co aktualnie mają wierzyć i co głosić Świadkowie Jehowy, 
podejmuje każdorazowo pan Knorr w Brooklynie i jego dyrektorium. Oni 
tworzą kierownicze ciało Świadków. "Strażnica " przynosi co 14 dni nowo 
wymyślone czy nowo odkryte "prawdy Pisma ". 
Dlaczego tę rzekomo "czysto biblijną prawdę ", którą głosi przywództwo 
Świadków Jehowy, trzeba ciągle poprawiać, jak to wykazuje przestudiowanie 
nauki Towarzystwa o czasie końca? Dlaczego Knorr z głoszonego orędzia 
musi wciąż usuwać "błędne myśli "? - Dlatego, że w rzeczywistości to nie 
Bóg Nieomylny i Wszechmogący stoi za Świadkami Jehowy! Toteż do 
"książąt " Świadków Jehowy czy "społeczności Nowego świata " i ich nauki 
o czasie końca trafnie można by odnieść słowa księgi Jeremiasza: "Nie 
posłałem tych proroków, lecz oni biegają; nie mówiłem do nich, lecz oni 
prorokują " (Jr 23,21). 

DZIWNI OBYWATELE 

W wyniku moich trwających tygodniami, wyczerpujących studiów z "jednej 
prawdy " głoszonej przez Świadków Jehowy nie pozostało dla mnie nic. 
Zrozumiałem, że ich podstawowe nauki nie są oparte na Biblii. Rozerwał się 
krąg błędu, w którym zamknięty dotąd tkwiłem. Wyzwoliłem się spod jarzma 
niewoli "Strażnicy ". Teraz dopiero uprzytomniłem sobie w pełni, jak 
nierozumnego i nieludzkiego systemu padłem ofiarą. Nie tylko fałszywa 
"Ewangelia " wpływała na cały mój sposób myślenia i postępowania. Moje 
życie kształtowała przede wszystkim także ta osobliwa postawa obywatelska, 
która według przywódców "Strażnicy " powinna cechować każdego z 
wiernych Świadków Jehowy. Chciałbym teraz rzucić nieco krytycznego 
światła na tę postawę niepolityczną, wrogą światu, a jednak wysoce 
upolitycznioną. 

Państwo wrogiem Boga 

Pod nagłówkiem "Powiązanie między Kościołem a państwem oznacza wojnę 
z Bogiem " przywódcy Świadków zajmują się kościelnymi problemami 
Norwegii: Czy głowa jakiegoś państwa jest jednocześnie głową Kościoła, czy 
duchowni pobierają swe wynagrodzenie od państwa, czy też w tych sprawach 
istnieje rozdział pomiędzy państwem a Kościołem, a duchowieństwo i wierni 
oddają tylko swój głos wyborczy rządzącym i partiom politycznym w 
interesie porządku publicznego, prawodawstwa, administracji, rozwoju 

background image

społecznego itp? - dla Świadków Jehowy takie powiązania są nie do 
przyjęcia.
Nie miłujcie świata ani tego. co jest na świecie (1 J 2,15). Te słowa tłumaczą 
Świadkowie w następujący sposób: Nie należy się mylić - "świat " nie . 
oznacza tu jakichś szumowin ludzkości, lecz konkretnie istniejący "system 
rzeczy " , łącznie z królami, prezydentami, parlamentami i wszystkimi innymi 
instytucjami państwa
 ( "Przebudźcie się ", wydanie niemieckie z 8.2.1956 r. 
str. 15). 
Przyjazne stosunki chrześcijan z państwem, jego organami i instytucjami 
oznaczają dla Świadków Jehowy "brudny sposób postępowania ", duchowy 
"nierząd ", "cudzołóstwo ". Kto podtrzymuje takie odnoszenie się do państwa, 
ten staje się wrogiem Boga i w konsekwencji wraz z "tym systemem rzeczy ", 
czyli z całym istniejącym obecnie porządkiem oraz organizacją, ulegnie 
zagładzie w Har-Magedonie. 
Czy jednak tysiące Świadków Jehowy nie żyją z zasiłków i rent wypłacanych 
przez państwo? Czy Świadkowie Jehowy nie cenią - jak wszyscy obywatele - 
panowania prawa, sprawiedliwości i porządku? A czy to nie właśnie państwo 
odpowiedzialne jest za te sprawy? Czy - będąc mieszkańcami Stanów 
Zjednoczonych i Kanady - Świadkowie nie szczycą się tym, że w obronie 
wolności obywatelskich odwoływali się tam skutecznie do najwyższych 
sądów, będących tych wolności rzecznikami? Jak zatem mogą głosić wrogość 
wobec państwa? 
Świadkowie Jehowy mają swoje własne wyobrażenie na temat istoty 
państwa. Jednakże te ich wyobrażenia są nie do urzeczywistnienia. Państwo 
istnieje z zasady w interesie konieczności życiowych ludności. Państwo i 
władza państwowa odpowiadają samej naturze człowieka jako istoty 
społecznej. 
Knorr i jego współpracownicy oświadczają poprzez "Strażnicę ", że 
Świadkowie Jehowy nie wyrządzają nikomu szkody... wypełniając swe 
właściwe obowiązki jako obywatele kraju, w którym żyją
 ( "Strażnica " 1957, 
str. 251). Zasada jak najbardziej godna pochwały. Jak jednak wygląda jej 
realizacja w praktyce życia obywatelskiego Świadków Jehowy? 

Świadkowie Jehowy a służba wojskowa 

Zgodnie z przytoczonymi wyżej słowami "Strażnicy ", kiedy wydarzenia 
drugiej wojny światowej wykazały palącą konieczność obrony terytorium 
Szwajcarii, tamtejsze Zjednoczenie Świadków Jehowy opublikowało w 
czasopiśmie " Trost " ( "Pociecha "; dzisiejsza nazwa: "Erwachtet " - 
"Przebudźcie się ") następujące oświadczenie: Każda wojna przynosi 
niewypowiedziane cierpienia ludzkości. Każda wojna stawia tysiące i miliony 
ludzi w obliczu trudnych problemów sumienia. Odnosi się to szczególnie do 
obecnej wojny, która nie oszczędziła żadnego kontynentu i toczy się w 
powietrzu, na morzach i lądach. Jest rzeczą nieuniknioną, że w takich 
czasach nie tylko poszczególni ludzie, ale też wszelkiego rodzaju wspólnoty 
padają ofiarą mylnych albo też świadomie fałszywych podejrzeń. Taki los nie 
został oszczędzony również nam, Świadkom Jehowy. Przedstawia się nas jako 
stowarzyszenie, które ma na celu, czy też prowadzi, działania w kierunku 
poderwania dyscypliny wojskowej, w szczególności skłonienia tych, którzy 
podlegają obowiązkowi służby wojskowej, do nieposłuszeństwa, naruszenia 
czy odmówienia tej służby albo do dezercji. Takie poglądy może 

background image

reprezentować jedynie ktoś, kto w ogóle nie zna ducha i działalności naszej 
wspólnoty albo wbrew swemu prawdziwemu rozeznaniu zniekształca jej 
obraz. Stwierdzamy dobitnie, że nasze Zjednoczenie ani nie nakazuje, ani nie 
poleca czy w jakikolwiek sposób sugeruje, by postępować wbrew przepisom 
wojskowym. Tego rodzaju kwestie nie są omawiane ani w naszych 
zgromadzeniach, ani w wydawanych przez nasze Zjednoczenie pismach. Nie 
zajmujemy się w ogóle takimi kwestiami. Nasze zadanie widzimy w dawaniu 
świadectwa Jehowie i głoszeniu wszystkim ludziom prawdy biblijnej. Setki 
naszych członków i przyjaciół naszej wiary wypełniło swe obowiązki 
militarne i wypełnia je nadal. Nie ośmieliliśmy się nigdy i nigdy się nie 
ośmielimy widzieć w spełnianiu obowiązków wojskowych czegoś przeciwnego 
zasadom i dążeniom Zjednoczenia Świadków Jehowy, tak jak ujęte są one w 
statutach. Prosimy wszystkich naszych członków i przyjaciół w wierze, aby 
głosząc orędzie o Królestwie Bożym (Mt 24,14) ograniczali się, tak jak dotąd, 
ściśle do głoszenia prawd biblijnych i unikali wszystkiego, co mogłoby stać 
się przyczyną nieporozumień czy też być wręcz interpretowane jako wezwanie 
do nieposłuszeństwa wobec zarządzeń militarnych.
Berno, dnia 15 września 1943
Zjednoczenie Świadków Jehowy Szwajcarii
Prezydent: Ad. Gammenthaler 
Sekretarz: D. Wiedemann.
(za "Trost ", t. XXI, nr 505, Berno, 1 października 1943 r
Chciałbym zapytać, co myśleli ówcześni szwajcarscy Świadkowie Jehowy, 
wydając to oświadczenie? Co będą myśleli o nim Świadkowie czytający je 
dzisiaj? Może paść pytanie: dlaczego przytaczam tutaj ten tekst, którego nie 
sposób przecież kwestionować? Oświadczenie to jest przecież zgodne z 
oświadczeniem Knorra i odpowiada lojalnej postawie obywatelskiej... Gdyby 
rzecz była tak prosta! Obok tej wypowiedzi i poza nią istnieje przecież wiele 
innych, całkowicie sprzecznych z cytatami przytoczonymi wyżej. 
W tym samym czasie, około roku 1943, setki Świadków Jehowy w 
Niemczech i w krajach zajętych przez siepaczy Hitlera, zginęło 
zamordowanych przez komanda SS za odmowę służby wojskowej. W 
Stanach Zjednoczonych skazywano Świadków na kary więzienia, kiedy 
wzbraniali się bronić swej ojczyzny z bronią w ręku czy w ogóle pełnić 
służbę wojskową. Natomiast w Szwajcarii Jehowa miał polecić swoim 
widzialnym przedstawicielom złożenie deklaracji lojalności w odniesieniu do 
służby wojskowej... Czy bracia z Szwajcarii uznali wypowiedzi "Strażnicy " 
dotyczące służby wojskowej jako pomyłkę? Czy też ci inni, którzy umierali 
za naukę "Strażnicy " lub cierpieli za nią w więzieniu, mieli rację, a 
Szwajcarzy byli w błędzie? Jakkolwiek by było, okazuje się, że w 
społeczności prowadzonej przez organizację Jehowy przejawia się bardzo 
różne pojmowanie obowiązków obywatelskich. 
Jest dziś rzeczą wystarczająco znaną, że Świadkowie Jehowy odrzucają 
bezwzględnie wszelką służbę wojskową. "Strażnica " z 15. 3. 1951 r. 
umieszcza w tekście zatytułowanym: "Dlaczego Świadkowie Jehowy nie są 
pacyfistami " m.in. następującą uwagę: Świadkowie Jehowy naśladują Jezusa 
i słuchają Jego wskazań. To jest powodem, dla którego nie przyłączyli się do 
ziemskich armii i nie uczestniczą w żaden sposób w wojennych dążeniach 
narodów
 (str. 86). Ta wypowiedź przeciwstawia się oświadczeniu z roku 
1943, a także zapewnieniu o wierności obywatelskiej złożonemu przez 
Knorra. Pozostawia przy tym otwarte dalsze możliwości. Istnienie powodu, 
dla którego Świadkowie nie przyłączyli się do ziemskich armii, każe 

background image

przypuszczać, że należą oni do innej armii. Tak - uważają się za członków 
armii "Króla Nowego Świata ", Jezusa Chrystusa, i są Jego żołnierzami - jak 
to powiedział Knorr na nowojorskim kongresie, na stadionie Yankee. 
Świadkowie Jehowy odrzucają wszelką służbę wojskową, nawet służbę 
zastępczą, ponieważ są żołnierzami lub wysłannikami Króla Nowego Świata. 
Jemu złożywszy przysięgę, nie mogą przysięgać na inny sztandar. Jako 
żołnierze Chrystusa walczą "duchową bronią " na pierwszej linii frontu i 
prowadzą nieustanną walkę przeciwko swemu satanistycznemu otoczeniu. 
Dlatego też nie są pacyfistami. 
Przed sądami bronią się wszakże przedstawiając inną argumentację, 
dostosowaną do prawodawstwa poszczególnych krajów. Tak np. w niektórych 
stanach Ameryki Północnej uzyskali dla niektórych "sług " status 
duchownych i w wyniku długotrwałych procesów osiągnęli to, że ci również 
w sprawach wojskowych są traktowani jako duchowni, a zatem są zwolnieni 
od służby z bronią w ręku. Co praktykowane jest w Stanach, winno też być 
możliwe winnych krajach, toteż wszędzie wysuwa się podobnie motywowane 
postulaty w odniesieniu do obowiązku służby wojskowej. Dlaczego nie 
postępuje się tu w sposób otwarty i tylko mimochodem wspomina o 
właściwym dla Świadków Jehowy "obywatelstwie Nowego Świata " i 
związaną z tym przysięgą wierności "Królowi Towarzystwa ´Strażnica ´ i 
Świadków Jehowy ", nie wyznając tego jasno? Widocznie dlatego, że prawa 
krajowe "satanicznych " rządów wydają się dogodniejsze. 
To, że nauka Towarzystwa "Strażnica " jest sama w sobie pełna sprzeczności, 
jest oczywiste, a poglądy przekazywane przez "Strażnicę " nie są wcale 
biblijne i oparte na autorytecie Boga. Rutherford pisał w "Strażnicy " w roku 
1936, nr 20: Jeżeli " Strażnica " przynosi coś, co nie znajduje oparcia w 
Piśmie świętym, to pomijajcie to. "Strażnica " jednak zawsze gotowa jest 
udowodnić wszystko słowem Bożym
 ( "Pociecha ", 1.10.1943 r., str. 16). 
Akcent powinien tu paść na słowo "wszystko ". "Strażnica " gotowa jest 
dowodzić wszystkiego powołując się na Biblię. Co z tego dowodzenia 
wynika, zobaczyłem sam i widzieliśmy wszyscy. Świadkowie dowiedli 
wszystkiego i zarazem niczego, i dlatego właśnie niczego, że chcieli 
udowodnić wszystko. Przez to padali ciągle od nowa ofiarą błędu. 
Nie trzeba mi jeszcze jednego potwierdzenia ze strony Rutherforda, że 
istnieje możliwość pomyłki w tym, co podaje "Strażnica ". To pismo samo 
dało na to więcej niż wystarczająco wiele dowodów. Niemniej jest rzeczą 
interesującą posłyszeć własną opinię kierownictwa "Strażnicy " na temat 
głoszonej przez nie rzekomo "Bożej " prawdy. Trudno się więc dziwić, że 
Świadkowie nie mają jasnego wyobrażenia o żadnej z głoszonej nauk.
Kiedy Chrystus Pan i Apostołowie musieli przeciwstawić się w czymś 
ówczesnym władzom, wtedy oświadczali jasno, że są gotowi ponieść 
konsekwencje, a nie szukali wybiegów i sposobów dostosowania swojej 
nauki do zmieniających się okoliczności. Ale Rutherford może dowieść 
wszystkiego powołując się na Biblię i o tym zapewne pamiętali Szwajcarzy 
Gammenthaler i Wiedmann składając swe oświadczenie. Być może ci dwaj 
nie są już dziś Świadkami lub może "wyrazili skruchę ", bowiem ich 
deklaracja musi być dla Brooklynu bardziej niż krępująca. 
Trwa jednak Pismo, chociaż Świadkowie posługują się nim niby 
instrumentem, na którym można sobie wygrywać rozmaite melodie. Jak 
fałszywie brzmią te melodie! - szczególnie właśnie w odniesieniu do spraw 
polityki. 

background image

Polityka Brooklynu 

W roku 1956 ukazała się książka amerykańskiego reportera nazwiskiem 
Marley Cole, zatytułowana "Świadkowie Jehowy "

38

. Publikację tę 

propagowało i sprzedawało pośród swych zwolenników samo Towarzystwo 
"Strażnica ". Można ją było, czy można jeszcze, znaleźć w niemal wszystkich 
zborach Republiki Federalnej Niemiec. 
Marley Cole otrzymał od Towarzystwa "Strażnica " rzadką okazję wglądu w 
naukę, organizację, historię Świadków Jehowy, by jako obserwator stojący z 
zewnątrz pisać następnie na ich temat. Towarzystwo żywiło tu pewno jakieś 
propagandowe cele. W książce Cole Marleya, na str. 135, przywódcy 
Świadków każą sobie wystawić następujące Świadectwo: Chrystus Jezus 
karci narody rózgą żelazną aż do ich całkowitego zniszczenia w Har-
Magedonie. Taki jest pogląd Świadków. Chodzi tu o najbardziej palącą 
kwestię świata. Obejmuje ona nacjonalizm, patriotyzm i neutralność. 
Świadkowie Jehowy wylądowali pośrodku wszystkich tych kwestii. 
Cole Marley daje tu jedynie wyraz czemuś, co nie tylko ja sam, ale i wielu 
Świadków wyczuwało niejasno i mgliście, ale też i niemile: implikacje 
polityczne. Nie chcę tu wnikać w nieoficjalną politykę uprawianą przez 
niektórych ze "sług ", choć byłoby to bardzo pouczające. Chcę spojrzeć tu 
przede wszystkim na tę politykę, którą uprawia Brooklyn. 

Bóg w polityce

W "Strażnicy " z 15.7.1952 r. publicyści z Brooklynu oburzają się na byłego 
prezydenta Stanów Zjednoczonych Trumana. Zarzucają mu, że on i jego 
współpracownicy Mówią stale o modlitwie o pomoc Bożą po to, by Bóg 
stanął po ich stronie. Jednakże jak mogłoby się to udać? Bóg mówi, że 
Królestwo Jego nie jest z tego świata, że bogiem tego świata jest szatan, że 
cały świat pozostaje w ucisku złego i że kto jest przyjacielem świata, ten jest 
wrogiem Boga. Czy poprzez modlitwę Bóg stanie się może przyjacielem 
świata i swoim własnym wrogiem?
 ( J 13,36; 2 Kor 4,4; Jk 4,3; 1J 5,19 ). Jak 
więc Truman i jego ekipa mogą wciągać Boga do swej polityki?
 ( "Strażnica " 
1952, str. 222). 
Ten cytat potwierdza to, czego nas jako Świadków ciągle uczono: że 
powiązania polityki z Bogiem czy Bożym słowem Biblii należy odrzucić jako 
wrogie Bogu. Jak więc Truman może próbować włączyć Boga w swoją 
politykę? Jest to obraza Boga! Ale tu przypominam sobie nagle, że kilka 
miesięcy wcześniej musiałem czytać zupełnie inne poglądy w piśmie 
"Erwachtet "... Czyż pismo to nie domagało się wtedy, aby rządzący trzymali 
się bardziej Biblii? "Księga, która daje odpowiedź na życiowe kwestie ". " 
Twoje słowa są pochodnią dla moich stóp i światłem na mej , ścieżce ". " Ten 
artykuł pomoże ci ukazać należycie 
wielostronność słowa Bożego jako światła na naszej ścieżce XX wieku " - 
taki jest tytuł i takie motto artykułu w "Erwachtet ". W podrozdziale 
"Prawodawstwo, polityka, interes " czytamy: Biblia traktuje również o 
kwestiach związanych ze sztuką rządzenia, mówi np. o tym, czego żądać od 
władcy. Wskazuje, że rządzący nie powinien gromadzić bogactw czy mieć 
wielu kobiet, że codziennie winien czytać słowo Boże, aby nie zboczył 
zarozumiale i zuchwale z prostej drogi sprawiedliwości. Pozostali urzędnicy 

background image

państwa mają być ludźmi dzielnymi, bojącymi się Boga, ludźmi prawdy, 
nienawidzącymi niegodziwych zysków. Jak niewielu dzisiejszych polityków 
odpowiada tym wymaganiom! (5 Księga Mojżesza 17,15-20; 2 Księga 
Mojżesza 18,21). 
Pisarze z "Erwachiet " ubolewają, że tak niewielu ze sprawujących rządy 
opiera się na Biblii... Przywódcy "Strażnicy " pytają, jak Truman i jego 
towarzysze mogą wciągać Boga do swej polityki... Ja pytam, jak przywódcy z 
Brooklynu mogą wciągać słowo Boga do polityki tego świata XX wieku, 
skoro nasi przywódcy uczyli nas, że ten świat nie może się poprawić, że 
jedynym ratunkiem jest Bóg, a wszelkie ludzkie usiłowania nie mogą niczego 
ulepszyć. Czy nie jest to postawa dwuznaczna w kwestiach politycznych? 

Obelgi i szyderstwa wobec mężów stanu 

"Książęta " uczą Świadków Jehowy walczyć bronią obelg, kpiny i 
szyderstwa. W "Ewangelii " szerzonej z Brooklynu szczególny wydźwięk 
mają tzw. pieśni satyryczne. 15 grudnia 1949 ukazało się specjalne wydanie 
"Strażnicy " poświęcone "pieśniom wyśmiewającym diabła, szatana ". W 
beztrosko nieodpowiedzialny sposób wykpiwa się tu świadomych swej 
odpowiedzialności mężów stanu: (...) Jak powiedział Prezydent (mowa o 
Trumanie), naród może swobodnie czynić to, co czynić pragnie, wybierając 
odpowiadających mu przywódców, partie i programy. Dobrze by jednak było, 
gdyby ludzie pomyśleli, że jest to to samo, czy idzie się za możnymi i ich 
obietnicami głoszonymi w jakiejkolwiek partii politycznej, czy za zepsutym 
przez grzech, śmiertelnym stworzeniem. Jak człowiek ślepy nie może 
prowadzić drugiego, tak też ci politycy nie mogą sami z siebie doprowadzić 
świata zrodzonego w grzechu do laski Bożej... 
Czy nie jest skrajną głupotą stroić upadłego człowieka w szatę władzy, 
wynosić ponad innych równych mu grzeszników, obsypywać pochwałami, 
otaczać potężną armią i oczekiwać, że jest w jego mocy wyzwolić swych 
wpółbliźnich? Jak niedorzeczną i dziecinną rzeczą jest sądzić, że jakaś partia 
polityczna może być "ratunkiem " dla tego kraju czy innych krajów. Jak 
"bogowie " tego świata, widzialni czy niewidzialni, mogą kogoś czy coś 
uratować, jeśli nie mogą uratować samych siebie w Har-Magedonie...? 
( "Strażnica " 1953, str. 36). 
Postawmy tu kilka pytań wykazujących bezsensowność tego artykułu; pytań 
które ludzi rozsądnych pośród Świadków winny skłonić do samodzielnej 
refleksji. Zapytajmy więc, czy właściwym sensem programów politycznych 
lub społecznych jest przywrócenie łaski grzesznemu światu? Czy tym sensem 
nie jest raczej rozwiązywanie ekonomicznych i społecznych problemów życia 
ziemskiego ogółu społeczeństwa, i czy tymi problemami i ziemskimi 
potrzebami ludzi nie musi się na tym świecie ktoś zająć? Czy rzeczywiście 
nie należy już żadnego człowieka ubierać w szatę władzy? Kto będzie wtedy 
dbał o prawo, porządek publiczny, handel, przemysł, komunikację? Czy 
Świadkowie Jehowy chcieliby zapanowania anarchii? Na pewno nie chcą 
tego. Dlaczego zatem nie chcą ludzi, którzy zajmą się sprawami państwa? 
Czy żądania Świadków nie są po prostu bezsensowne? Dlaczego za śmieszne 
i głupie uważają oczekiwanie na wyzwolenie z niezawinionej niewoli przez 
wojska narodów czy władców? Czy sami Świadkowie Jehowy nie byli 
wdzięczni w Niemczech, kiedy spod panowania Hitlera wyzwoliły ich wojska 
aliantów? Czy szybki pochód tych wojsk nie uratował od niechybnej śmierci 

background image

tysięcy ludzi uwięzionych w hitlerowskich obozach? 
Misjonarka "Strażnicy ", Joan Espley, pracująca z ramienia Brooklynu na 
terenie Hongkongu, pisze o swych przeżyciach w czasie niepokojów w tym 
mieście: Motłoch zatarasował nam drogę wrzeszcząc: "Zabić! " Usłyszałam 
dwa strzały... Nie przypuszczałam, że właśnie w momencie największego 
niebezpieczeństwa pojawi się po przeciwnej stronie ulicy policja. To ona 
oddala strzały... Podeszło do nas dwóch policjantów i wyprowadziło z chmury 
dymu. Zobaczyłam następnie około 50 policjantów, którzy tworząc zwarty 
mur ze swoich tarcz ochronnych posuwali się naprzód. Nigdy jeszcze nie 
ucieszyłam się tak bardzo na widok policji... Znaleźliśmy się na policyjnym 
posterunku. Nie mogłam nigdzie pójść. Pozostałam więc tam, pełna 
wdzięczności, której nie potrafię wyrazić słowami 
( "Erwachtet " z 8.3.1957 r., 
str. 10-11). Misjonarka "Strażnicy " była wdzięczna, że siły państwowe 
uratowały ją od śmierci. Przywódcy "Strażnicy " śmieją się jednak z 
wyzwolenia czy ratunku, który przynosi ręka ludzka. 

Za Organizacją Narodów Zjednoczonych 

Wysoki komisarz brytyjski na obszar zachodniego Pacyfiku, John Guch, 
ogłosił w dniu 23.3.1956 roku zakaz sprowadzania na teren brytyjskiego 
protektoratu Wysp Salomona literatury wydawanej przez Towarzystwo 
"Strażnica ". Swoje zarządzenie oparł na paragrafie ustawy antywywrotowej, 
upoważniającym go do zakazu rozpowszechniania pism zagrażających, 
według jego oceny, dobru publicznemu. Jaka była na to reakcja książąt z 
Brooklynu? - Zażądali respektowania praw ludzkich zgodnie ze statutami 
Narodów Zjednoczonych. W wydanym w tej sprawie apelu piszą m.in.: 
Jaskrawe naruszenie fundamentalnych wolności nie tylko porusza do głębi 
uczucia, ale skłania też do poważnej refleksji (...) Czy można twierdzić, że 
sprawa ta pozostaje w zgodzie ze statutami Narodów Zjednoczonych, 
mówiącymi o prawach człowieka i fundamentalnych wolnościach, którymi 
powinni się cieszyć wszyscy ludzie...? Czy wysoki komisarz uważa, że Wyspy 
Salomona leżą poza zasięgiem "wolnych narodów " i dlatego nie czuje się 
moralnie zobowiązany do zagwarantowania wolności? Czy ten obszar jest 
tylko z nazwy protektoratem? (...) Sprawa ta nie ma na pewno nic wspólnego 
z bezpieczeństwem Wysp Salomona, a to, że ktoś otrzymuje i studiuje 
materiały biblijne wydane przez Towarzystwo "Strażnica ", nie może być 
uważane za przeciwne interesom publicznym
 ( "Strażnica " 1.3.1957, str. 132). 

A więc nagle okazuje się, że książętom z Brooklynu u są jednak potrzebni 
ludzie "w szacie władzy ". Teraz powinni wystąpić w obronie Świadków 
Jehowy. Teraz powinni zastosować prawa wydane przez Organizację 
Narodów Zjednoczonych. Brytyjski komisarz na Wyspach Salomona wiedział 
zapewne, że w pismach "Strażnicy " pisze się w sposób wzgardliwy i 
ośmieszający o przedstawicielach władz państwowych. Z pewnością znalazł 
też w tych pismach inne jeszcze wypowiedzi sprzeczne z interesem 
publicznym. 

Przeciwko Narodom Zjednoczonym 

26.7.1953 roku Nathan Homer Knorr, prezydent i najwyższy ziemski książę 

background image

Świadków Jehowy, przemawiał do 165000 zebranych na nowojorskim 
stadionie Yankee. Po Har-Magedonie - nowy Boży świat! Taki był temat jego 
wystąpienia. W ostrych słowach rozliczał się z Organizacją Narodów 
Zjednoczonych: Rok 1953 był rokiem wielkiej ofensywy pokojowej 
komunistycznej Rosji. Odpowiadając na nią, Zgromadzenie Generalne 
Narodów Zjednoczonych powzięło 8.4.1953 roku rezolucję dotyczącą 
rozbrojenia, "aby zapobiec wojnie, a zasoby ludzkie i ekonomiczne świata 
przeznaczyć na cele pokojowe ". Jeśli ten świat kieruje się tak pokojowymi 
zamiarami, tak wzniosłymi motywami, to dlaczego miałby nadejść Har-
Magedon czy trzecia wojna światowa...? Jeśli Narody Zjednoczone 
podejmują próbę grania roli mesjańskiej, a więc chcą czynić to, co może 
czynić jedynie Boski Mesjasz i Król, to okazują wyraźnie swą odmowę 
poddania się najwyższym zamierzeniom Boga... Duchowieństwo i państwa 
członkowskie Narodów Zjednoczonych proponują, by te ostatnie sprawowały 
władzę nad całą ziemią. Ta propozycja jest wysuwaniem fałszywej, ludzkiej 
namiastki rządów Bożych doskonałych i prawomocnych... Teraźniejszość nie 
jest czasem dla tego rodzaju niewłaściwych, złudnych i bezskutecznych 
namiastek (...) Ludzie powodowani strachem ostrzegają, że jeżeli 
Organizacja Narodów Zjednoczonych nie spełni oczekiwań, trzecia wojna 
światowa stanie się nieunikniona. Ale prawdą, na której można polegać, jest 
to, że Har-Magedon dlatego właśnie jest nieunikniony, iż nie rezygnuje się z 
Organizacji Narodów Zjednoczonych i nie wyrzuca się jej na złom... 
(z 
broszury "Po Har-Magedonie - Boży nowy świat ",

39

 wydanie niemieckie z 

roku 1954). 
Pan Knorr musiał się widać już do reszty pogubić! Na Wyspach Salomona 
żąda poprzez "Strażnicę " zastosowania praw Narodów Zjednoczonych, a na 
nowojorskim stadionie oświadcza opinii publicznej świata i mężom stanu, że 
teraźniejszość to nie czas dla Organizacji Narodów Zjednoczonych, która jest 
fałszywą namiastką i należy wyrzucić ją na złom, bo inaczej Har-Magedon 
stanie się nieunikniony. 

Przeciwko demokracji i wyborom 

Pod przewodnictwem Brooklynu Świadkowie Jehowy prowadzą zaciętą 
walkę przeciw udziałowi w działalności publicznej, politycznej, społecznej. 
Ich "Ewangelia " w odniesieniu do postawy i aktywności politycznej wygląda 
następująco: Jak prawdziwi chrześcijanie patrzą na politykę? Dlaczego 
prawdziwi chrześcijanie mają unikać polityki, skoro mogliby - jak się wydaje 
- uczynić wiele na rzecz lepszego świata? - Zgodnie z Biblią odpowiedź 
zmierza w tym kierunku, że prawdziwi chrześcijanie nie widzą i nie głoszą 
lekarstwa dla świata ani w demokracji, ani w socjalizmie, ani w komunizmie, 
ani w jakiejkolwiek ludzkiej formie rządów (...) Z racji dyktowanych 
sumieniem rezygnują z udziału w polityce tego świata, nawet z udziału w 
wyborach, Wiedzą, że zaangażowanie polityczne nie tylko do niczego nie 
prowadzi, ale czyni ich nawet godnymi nagany w oczach Boga (...) Wiedzą, że 
Królestwo Boże ma zniweczyć wszelkie władztwa polityczne i że ci, którzy 
uprawiają politykę, są wrogami Boga, a zatem muszą liczyć się z zagładą (...) 
Prawdziwi chrześcijanie ukazują się więc naśladowcami Chrystusa przez to, 
że nie próbują naprawiać tego świata ani ulepszać go poprzez działania 
polityczne (...) Niezależnie od tego, ile głosów padnie na władców tego złego 
systemu rzeczy, ów system skazany jest na zagładę. Nie zachowa tego świata 

background image

przed niechybną zgubą żadna kampania polityczna, żadna choćby największa 
liczba chrześcijan z imienia zajmujących się sprawami politycznymi, żadne 
modlitwy duchownych czy polityków odmawiane za ten świat 
( "Strażnica " z 
1.1.1957 r., str. 5-8). 
Świadkowie Jehowy mogą przeczyć, jakoby w ten sposób odwodzili drugich 
od uczestnictwa w demokratycznym życiu politycznym i wyborach. Mogą 
twierdzić, że zostawiają każdemu wolną rękę, jak chce postępować w tej 
mierze. Są to jednak tylko mylące manewry. Jest przecież faktem, że ich 
nauka przeznaczona jest nie tylko dla nich samych, ale że ich zadaniem jest 
pozyskanie dla niej możliwie wielu, wychowywaniu ich w jej duchu. 
Nazywają przecież swoją działalność "dziełem wychowawczym ". Czy 
przywódcy Świadków chcą przeczyć, że pouczenia "Strażnicy " wpływają 
również na postawę polityczną ludzi inaczej niż oni wierzących? Ja sam w 
czasie mej służby kaznodziejskiej odpowiadałem na stawiane mi pytania 
dotyczące polityki w sensie "Strażnicy " i przekonałem się, że pytający 
wstrzymywali się następnie od udziału w wyborach. Nie były to tylko 
odosobnione przypadki. Oddziałujemy przecież na ludzi politycznie 
chwiejnych. Pytający bardzo rzadko tylko stawali się Świadkami Jehowy, 
nabierali jednak negatywnego nastawienia wobec państwa.
Pozostaje więc dla Świadków hasłem: unikać polityki! Nie popierać żadnych 
ludzkich rządów - ani demokracji, ani monarchii, ani dyktatury! 
Zaangażowanie polityczne nie podoba się Bogu! Kto zajmuje się polityką jest 
wrogiem Boga! Nie próbować ulepszać warunków życia! Kto nie przestrzega 
tych I zasad, ulegnie zagładzie! W tym duchu wychowują ludzi Świadkowie 
Jehowy - i to nie ma być sprzeczne z interesem publicznym? I to ma być 
postępowaniem ludzi lojalnych, więcej: najlojalniejszych rzekomo z 
wszystkich ludzi? Co pozostałoby z państwa, gdyby wszyscy obywatele 
postępowali według zaleceń Świadków Jehowy? Nic! Państwo przestałoby 
istnieć. Stąd szerzenie i przyjmowanie nauk Świadków Jehowy oznacza też 
usunięcie i zniszczenie demokracji. Szczęśliwie - czy raczej: rozsądnie - 
większość ludzi odrzuca rozkładowe tezy Świadków. Wobec 
uwarunkowanych naturą ludzką konieczności życia nie pozostaje przecież nic 
innego. Ale rozkładowa działalność Świadków trwa. O tej roli Świadków 
Jehowy mówi też książka amerykańskiego reportera Marleya Cole: Gdyby 
stanowili oni silniejszą grupę. tolerancja wobec nich miałaby granice, 
ponieważ naruszają uczucia powszechniejsze w Ameryce niż poczucie 
wierności wobec Kościoła - mianowicie umiłowanie ojczystego kraju "
 ( "Der 
Ligourianer, marzec 1953). 
Wyczuwa się także, że zarządzenia ograniczające działalność Świadków 
byłyby aprobowane, gdyby ich liczba wzrosła i gdyby zaczęli przenikać 
znaczną część społeczeństwa swą taktyką wrogą rządowi. Bowiem w tym 
kraju. gdzie nie dochowuje się powszechnie posłuszeństwa religii, tym 
większą rolę odgrywa patriotyzm i - jak to powiedział kiedyś Peter Dunne - 
również i Sąd Najwyższy czyta sprawozdania wyborcze
 (Marley Cole, 
"Świadkowie Jehowy ", str. 135-136). 

Związki zawodowe - tak czy nie? 

Na to pytanie pośród Świadków Jehowy w Niemczech długo nie dawano 
odpowiedzi. Przymus należenia do "Wolnych Związków Zawodowych " 
(FDGB) we wschodniej strefie Niemiec spowodował dla wielu Świadków 

background image

poważne problemy. Ci, którzy nie wstąpili do związków, utracili miejsce 
pracy i nie otrzymali nowej. Co robić? Niektórzy wstąpili do związku, na co 
krzywo patrzeli drudzy, aż wreszcie stanowisko w tej kwestii zajęli bracia z 
Brooklynu. W Stanach Zjednoczonych nikt nie otrzyma pracy, jeśli nie należy 
do organizacji związkowej. Stąd i Świadkom we wschodniej strefie Niemiec 
wolno było w końcu wstępować do związku. Niemniej jasnego "tak " nie 
powiedziano nigdy i wielu miało nadal wątpliwości. 
Wydaje się, że do dzisiaj panuje w tej sprawie oficjalne milczenie. Jeszcze w 
roku 1943 Towarzystwo "Strażnica " określiło swe stanowisko w następujący 
sposób: Pytanie: czy wykracza to przeciw przykazaniu Bożemu, jeśli ktoś jako 
związkowiec stara się o polepszenie warunków życia klas pracujących? Czy 
Bóg nie działa także poprzez ludzi w tym sensie, że ma zapanować 
sprawiedliwość? Odpowiedź: Nic, co służy sprawiedliwości, nie może być 
przeciwne przykazaniu Bożemu. Wszakże przez "sprawiedliwość " rozumiemy 
to prawo, które jest prawem w oczach Bożych, a więc prawdziwą 
sprawiedliwość (...). Zawsze jest dla ludzi z korzyścią, kiedy kierują się 
wymogami sprawiedliwości. Jednakże jest rzeczą niesłuszną sięgać do 
niesprawiedliwych, "świeckich " środków w walce o sprawiedliwość 
ekonomiczną. Zawsze jest lepiej znosić niesprawiedliwość, aniżeli ją czynić 
(...). Kiedy ludzie czy grupy ekonomiczne walczą o swe prawa lub rzekome 
prawa, Chrystus nie ma zazwyczaj z tym nic wspólnego (...). Wszyscy 
sprawiedliwi sędziowie, urzędnicy czy przywódcy związkowi nie sprawią 
tego, by panowanie Chrystusa stało się zbyteczne, ponieważ nie mogą 
wytępić ducha egoizmu i gwałtu (...). Dlatego wyczekujemy prawdziwego 
wyzwolenia. Tymczasem zaś każdemu uczciwemu człowiekowi wolno się 
bronić przed wyzyskiem, jeżeli nie czyni przy tym nikomu krzywdy
 ( "Pociecha 
" z 1.9.1943, wydanie berneńskie, str. 10). 
Ta odpowiedź Towarzystwa "Strażnica " dana z biura berneńskiego jest 
prawdziwą idyllą sprzeczności. Kto tę odpowiedź uważnie przeczyta, ten nie 
wie już w ogóle, co słuszne, a co niesłuszne. Może cierpieć krzywdę, ma więc 
raczej znieść niesprawiedliwość, niż samemu ją wyrządzać. Czy ten, kto 
broni się przeciw krzywdzie, wyrządza krzywdę? Każdy uczciwy człowiek 
może się bronić przeciw wyzyskowi, jeżeli nie czyni przy tym zła, gdy ma to 
miejsce? - Cały ten wywód jest typowy dla Świadków. Zauważmy nawiasem, 
że w oczach Świadków związki zawodowe wydają się czymś 
niesprawiedliwym. Dziwię się dziś sam sobie, że nie poznałem się wcześniej 
na tych wszystkich niedorzecznościach. Ktoś powiedział kiedyś, że 
Świadkowie znajdą zawsze stosowną pokrywkę do każdego garnka... 

Przeciw modlitwie o pokój i za polityków tego świata 

Kiedy Światowa Rada Kościołów wzywa publicznie do modlitwy w intencji 
pokoju i polityków, Świadkowie Jehowy muszą oczywiście wypowiedzieć 
swoje zdanie na ten temat. Nie ma przecież znaczniejszego wydarzenia 
religijnego w świecie, którego by brooklyńscy książęta nie skomentowali na 
swój sposób. Oto komentarz Towarzystwa "Strażnica " w odniesieniu do 
wspomnianego apelu Rady Kościołów: Czołowy artykuł czasopisma "Life " z 
13 września 1954 roku nosi tytuł "Modlitwa ścieżką do pokoju ". W artykule 
tym cytuje się uwagi prezydenta Eisenhowera, wypowiedziane w minionym 
sierpniu w Evanston, wobec zebranej tam Światowej Rady Kościołów: 
"Nadszedł dla ludzkości czas, w którym nie ma alternatywy dla 

background image

sprawiedliwego i trwałego pokoju ". Artykuł w "Life " mówi następnie o 
inicjatywie Eisenhowera podjęcia ogólnoświatowej akcji modlitewnej jako 
potężnego, wspólnego, intensywnego aktu wiary. Rada zaakceptowała 
propozycję i wyznaczyła na czas od 18 do 25 stycznia 1955 tydzień 
powszechnej modlitwy. W artykule z "Life " czytamy usilnie wezwanie: 
"Wszyscy chcemy o tym pamiętać, wszyscy chcemy się modlić. Pragniemy 
modlić się już teraz, między innymi za miliony chrześcijan w Rosji (...) Na 
pewno musimy modlić się za prezydenta Eisenhowera... "Czy ścieżka do 
pokoju - zapytuje "Strażnica " - prowadzi przez modlitwę? Czy Bóg wysłucha 
takich modlitw i odpowie na nie? ( ...) 
W odniesieniu do narodu Izraela, który odszedł do Boga w czasach proroka 
Jeremiasza, Prorok ten otrzymał szczególne polecenie: "Ty zaś nie wstawiaj 
się za tym narodem, nie zanoś za niego błagań ani modłów, ani też nie 
nalegaj na Mnie, bo cię nie wysłucham ". Ponieważ zagłada Izraela była 
postanowiona, daremna okazałaby się modlitwa Jeremiasza za ten lud. Tak 
jest też dzisiaj. To chrześcijaństwo, które Biblia nazywa Babilonem, Bóg 
skazał na zagładę. Dlatego ci, co znają postanowienia Boże, nie przyłączyli 
się w dniach od 18 do 25 stycznia do prezydenta Eisenhowera i Światowej 
Rady Kościołów w modlitwie o pokój na świecie. Zamiast tego głosili 
przestrogę Jehowy: "Ludu mój, wyjdźcie z niej, byście nie mieli udziału w jej 
grzechach i żadnej z jej plag nie ponieśli "
 ( Jr 50,8: 51 ,45: Ap 18,4) 
( "Strażnica " z 1. 6. 1955 r., str. 323-324). 
Jak więc Świadkowie Jehowy mogliby się "splamić " modlitwą wznoszoną za 
pokój na świecie i za polityków, którzy nie chcą zrezygnować z ludzkiej 
władzy? Taka modlitwa oznaczałaby przecież, ich zdaniem, prowokację 
wobec Boga! 

A jednak modlić się o pokój i za polityków tego świata 

(...) W rzeczy samej powiedziano nam, że mamy modlić się za królów i 
władców, abyśmy mogli prowadzić dalej życie w ciszy i pokoju...! 
( "Strażnica 
z 15. 8. 1956 r., str. 493). 
A więc jednak! Modlić się jednak o pokój tego świata i za jego polityków. 
Czyżby "Strażnica " chciała nas nakłonić do prowokowania Boga? 
Sprzeczność jest tu wprost namacalna. Czy pan Rutherford miałby jeszcze i 
dziś rację ze swym wezwaniem, aby nie wierzyć "Strażnicy "? 
Czego nas uczy "Strażnica " o modlitwie o pokój na tym świecie i za 
panujących? Cytuje słowa 1 Listu do Tymoteusza 2,1-4: Zalecam więc przede 
wszystkim, by prośby, modlitwy, wspólne błagania, dziękczynienia 
odprawiane były za wszystkich ludzi: za królów i za wszystkich sprawujących 
władzę, abyśmy mogli prowadzić życie ciche i spokojne z całą pobożnością i 
godnością. Jest to bowiem rzecz dobra i miła w oczach Zbawiciela naszego, 
Boga który pragnie by wszyscy ludzie zostali zbawieni i doszli do poznania 
prawdy ".
 
Przytoczywszy te słowa, zapytuje "Strażnica ": Kim są ci królowie i ludzie na 
wysokich stanowiskach? Jakie to modlitwy zanosi się za nich?
 Odpowiada: 
kontekstu wynika, że określenie odnosi się do władców świata i innych ludzi 
na wysokich stanowiskach życia publicznego. W Biblii wspomniane są 
przykłady modlitw zanoszonych przez lud Jehowy za władców (...) Jeremiasz 
prorokował coś innego i zamiast Żydom pozostającym w niewoli Babilonu 
czynić nadzieje na rychłe wyzwolenie, nakazał im gotować się na długi tam 

background image

pobyt, a jako część Bożego posłania do nich dołączył słowa: "starajcie się o 
pokój dla kraju, do którego was zesłałem, i módlcie się do Jehowy za niego, 
bowiem w jego pokoju wy będziecie mieć pokój " (por. Jr 29, 1-7). Te dwa 
przypadki, jeden z dni Jeremiasza ( ...) dobrze harmonizują z radą daną przez 
Pawła Tymoteuszowi. Obie rady zostały udzielone w czasach buntowniczych 
dążeń i oskarżeń. Modlitwa za umocnionych władców wskazuje. że modlący 
się nie zamierzali obalić władzy, lecz działali raczej na korzyść jej dalszego 
trwania (...) Chrześcijanie nie uczestniczyli w powstaniach Żydowskich, nie 
mieli politycznych uprzedzeń i ambitnych planów. Interesowali się tylko 
pokojem i spokojem (...) Nie myśleli o obaleniu władzy, pozostawiając tę 
sprawę Chrystusowi Jezusowi (...) A tymczasem mogli się byli modlić o 
pokojowe zarządzanie sprawami publicznymi...
 ( "Strażnica " z sierpnia 1952 
r., str. 243-254). 
Kiedy tak zwani przez Świadków "chrześcijanie z imienia ", Światowa Rada 
Kościołów, czy inni jeszcze ludzie modlą się o pokój i za polityków czy 
rządzących, wtedy książęta z Brooklynu cytują słowa Jeremiasza: Ty zaś nie 
wstawiaj się za tym narodem, nie zanoś za niego błagań ani modłów, ani też 
nie nalegaj na Mnie, bo cię nie wysłucham ".
 A jeśli sami Świadkowie modlą 
się w tych intencjach, to słowa Jeremiasza nie mają już zastosowania? Czy 
Świadkowie nie czynią wtedy tego samego, co "chrześcijanie z imienia "? 
Czy i jedni, i drudzy nie modlą się o pokój dla tego świata i za polityków 
naszej doby? 

Neutralność polityczna? 

W wewnętrznej, nie przeznaczonej do wiadomości publicznej informacji z 
dnia 25 lutego 1950, skierowanej do wszystkich głosicieli, oświadcza 
Towarzystwo "Strażnica " poprzez swoje niemieckie biuro filialne co 
następuje: (...) We wszystkich sporach narodowych a także partyjno-
politycznych Świadkowie Jehowy zachowują całkowitą neutralność. Bronią 
się przed politycznym rozdarciem i nie opowiadają się ani za, ani przeciwko 
jakiemuś narodowi, partii czy kierunkowi...
 
Niemal wszyscy prości zwolennicy książąt z Brooklynu żyją w przekonaniu, 
że nie mają nic wspólnego z polityką, że są politycznie całkowicie neutralni. 
Przez dziesiątki lat żądały tego i zapewniały o tym publikacje "Strażnicy " 
wydawane w stanach Zjednoczonych. W szeroko zakrojonej petycji do rządu 
ZSRR, wydanej 30.6.1956 roku w Kemi (Finlandia), powtarza się raz jeszcze: 
Świadkowie Jehowy nikomu nie szkodzą. Pozostają neutralni w sporach tego 
świata. Nie zajmują się ani działalnością wywrotową, ani szpiegostwem. Nie 
są nacjonalistami ani egoistycznymi kapitalistami, ani imperialistami. Jako 
prawdziwi chrześcijanie nie mogą w ogóle nimi być, ani nie mogą też walczyć 
na rzecz jakiejkolwiek doktryny czy ideologii politycznej, czy będą one 
komunistyczne, demokratyczne, czy kapitalistyczne 
( "Strażnica z 15.4.1957 r., 
str. 251).
Ale czy neutralność polityczna oznacza tylko nieuczestniczenie w walce po 
stronie jakiejś ideologii - demokratycznej, kapitalistycznej czy 
komunistycznej? Czy neutralność nie oznacza też niebrania udziału w walce 
przeciwko o jakiejkolwiek ideologii? Ani za, ani przeciw - to jest dopiero 
prawdziwa neutralność. Czy jest to zgodne zdeklarowaną przez Świadków 
Jehowy neutralnością polityczną, jeżeli występują przeciwko mężom stanu i 
ośmieszają ich? Jeżeli raz opowiadają się za Organizacją Narodów 

background image

Zjednoczonych i żądają realizacji jej postanowień, kiedy indziej zaś 
występują przeciwko tej samej organizacji, żądając "wyrzucenia jej na złom 
"? Czy to jest neutralność, jeżeli wypowiadają się przeciwko demokracji i 
wyborom? Postępując w taki sposób, Świadkowie Jehowy odeszli od zasady 
całkowitej neutralności. Ich amerykańscy przywódcy, powinni przestać 
wreszcie mówić ciągle o neutralności, ponieważ z samej zasady nie może jej 
być na tym świecie dla Świadków Jehowy! I nigdy też nie byli oni faktycznie 
neutralni. Stanowisko, które zajmują, zajmowali, i któremu dają wyraz w 
czasopiśmie "Przebudźcie się ", nie jest bynajmniej stanowiskiem 
neutralnym. 
Czasopismo to: przynosi artykuły z wielu dziedzin wiedzy - mówi o rządzie, 
handlu, religii, historii, geografii, nauce, stosunkach społecznych, cudach 
natury. Obszar zainteresowań tego pisma jest szeroki jak ziemia, a wysoki jak 
niebo. Czasopismo ślubuje trzymać się słusznych zasad, demaskować 
skrytych wrogów, wskazywać na utajone niebezpieczeństwa, bronić wolności 
wszystkich, pocieszać strapionych i umacniać tych, których przygnębiły 
zawody doznane ze strony świata zapominającego o swych obowiązkach.
 Kto 
z taką misją idzie do ludzi, ten - rzecz jasna nie może być neutralny, ten musi 
opowiedzieć się albo za, albo przeciw - i tak też rzeczywiście postępują 
Świadkowie Jehowy we wszystkich kwestiach życia. Ich zapewnienia o 
neutralności są zatem wprowadzaniem w błąd, łudzeniem, udawaniem. 
Wymownym dowodem jest tu stosunek Świadków Jehowy do komunizmu. N. 
H. Knorr, W. F. Franz, Grant Suiter, H. H. Riemer, T. J. Sullivan, L. A. 
Swingle i M. G. Henschel - siedmiu najwyżej postawionych członków 
dyrekcji światowej organizacji Świadków Jehowy - poręczają własnym 
podpisem prawdziwość słów zawartych w ich petycji do rządu ZSRR, 
datowanej 1 marca 1957 roku: (...) Stało się to (mowa o zakazie działalności 
Świadków w ZSRR - przyp. autora) nie dlatego, że popełnili oni jakiekolwiek 
przestępstwo czy w jakikolwiek sposób działali politycznie. Świadkowie 
Jehowy są najbardziej pokojową, najbardziej lojalną grupą ludzi na ziemi
 (za 
"Strażnicą " z 15.4.1957 r.). Ale prawdą jest to, że nie ma i nie może być 
neutralności Świadków Jehowy wobec komunizmu. Na długo przed tym, nim 
komuniści zajęli się w szczególny sposób Świadkami, ci rozprawili się już z 
nimi w książce pt. "Rząd "

40

, wydanej w roku 1928 przed Rutherforda, 

poprzednika prezydenta Knorra. Na międzynarodowym kongresie w Nowym 
Jorku w roku 1950 Knorr i jego współpracownicy wydali rezolucję 
antykomunistyczną. W informatorze z lipca 1952 Towarzystwo "Strażnica " 
oświadczyło poprzez swe biuro niemieckie, że pisma Świadków Jehowy 
stanową bastion oporu przeciwko komunizmowi. W numerze czerwcowym 
"Strażnicy " z roku 1952 (1.6.) rozliczają się raz jeszcze z komunizmem. W 
książce "Co religia przyniosła ludzkości "

41

 (wydanie niemieckie ukazało się 

w roku 1953) zaliczają komunizm, jako "czerwoną religię ", do fałszywych 
religii, które należy zwalczać. 
Te fakty przeczą petycji Knorra i członków jego dyrekcji. Dlaczego więc 
przedstawiają siebie jako całkowicie apolitycznych i neutralnych? Przecież 
wobec komunizmu nie można być neutralnym. Dlaczego zatem udawać, kryć 
się tchórzliwie? Prawdą jest, że Świadkowie Jehowy nie są neutralni ani 
religijnie, ani politycznie. 
Jak osobliwe są ich pojęcia dotyczące obowiązków obywatela! Sami nie 
wiedzą, czego właściwie chcą. Raz mówią tak, raz inaczej, zależnie od 
sytuacji. Jak można tu jeszcze twierdzić, że Świadkowie Jehowy są 
najwierniejszymi obywatelami? Szerząc takie poglądy sieją tylko przy 

background image

intensywności swej propagandy zamieszanie, stając się - jeśli tylko posieją 
większą liczbę zwolenników - realnym politycznym faktem w każdym z 
państw, w których żyją. Nie występują przy tym wyłącznie przeciw jakiejś 
jednej partii, jednemu kierunkowi politycznemu czy państwu. 
Przeciwstawiają się od razu wszystkim. Przypomnimy cytowane już raz 
słowa "Strażnicy ": Jak niedorzeczną i dziecinną rzeczą jest sądzić, że jakaś 
partia polityczna może być "ratunkiem " dla tego kraju (USA) czy innych 
krajów
 ( "Strażnica " 1953, str. 36). 

NA DRODZE DO KOŚCIOŁA 

Dobiegł końca pełen doświadczeń okres mego życia. Rozpoczął się tak 
obiecująco, a przyszłość okazała się tak przerażająco inna. Spotkało mnie 
najbardziej gorzkie rozczarowanie mego życia. Musiałem porzucić 
"uszczęśliwiającą prawdę " Świadków Jehowy, kiedy odnalazłem rzeczywistą 
prawdę. Chleb, który miał nasycić głód mojej duszy, okazał się kamieniem. 
Teraz w oczach dawnych braci i sióstr uchodzę za rebelianta, którym należy 
pogardzać, dopóki skruszony nie wróci. Przepowiada się mi, odstępcy, 
straszliwą pomstę Jehowy... To, co poznałem i zrozumiałem, pozwala mi 
przyjąć wyrok wydany na mnie przez przywódców "Strażnicy " z całkowitym 
spokojem. Nie lękam się także karzącego sądu Boga wobec Jego wrogów. 
Nie zaliczam się do wrogów Boga - szukałem przecież prawdy i bronię jej 
przeciwko błędowi i kłamstwu. Może przywódcy "Strażnicy " będą próbować 
zniesławić moją osobę. Niegodna to metoda, jeżeli na moje niezbite 
argumenty nie znajduje się rzeczowej odpowiedzi. W każdym razie, jak 
każdy człowiek, mam prawo i obowiązek iść za głosem prawego sumienia. A 
właśnie ze słusznych racji sumienia wyrzekłem się Towarzystwa "Strażnica ". 

Każdy musi iść za głosem sumienia... Wola Boża, prawo Boże, którym 
poddać się musi każdy człowiek, wpisane są w nasze serca. Bo gdy poganie, 
którzy Prawa nie mają, idąc za naturą, czynią to, co Prawo nakazuje, chociaż 
Prawa nie mają, sami dla siebie są Prawem. Wykazują oni, że treść Prawa 
wypisana jest w ich sercach, gdy jednocześnie ich sumienie staje jako 
świadek, a mianowicie ich myśli na przemian ich oskarżające lub 
uniewinniające
 - tak pisał Apostoł Paweł do Rzymian. (2,14 n). A na innym 
miejscu: Wszystko, co się czyni niezgodnie z przekonaniem (tzn. niezgodnie z 
sumieniem - przyp. autora) jest grzechem (Rz 14,23)... Co czynić, jeśli w 
prawym sumieniu dojdzie się do przekonania, że wiara, którą się dotąd 
wyznawało, jest fałszywa? Czy nie należy się tej fałszywej wiary wyrzec? - 
Bezwarunkowo! Tę opinię podzielają, jak twierdzą, sami Świadkowie 
Jehowy: Twoja religia musi mieć autentyczną podstawę. Masz się opierać nie 
na przywódcach religijnych i religijnych systemach, ale na słowie Boga, 
Piśmie świętym, winieneś się wpierw upewnić, czy twoja religia jest zgodna 
ze słowem Bożym. Jeśli przekonasz się, że twoja religia uczy czegoś, co nie 
jest prawdziwe, winieneś się od tego odwrócić, Powstaje pytanie: czy gotów 
jesteś poddać swoją religię takiej próbie? Nie potrzebujesz się niczego lękać, 
jeśli twoja religia jest prawdziwa
 ( "Strażnica " 1.7.1958 r., str. 289). 
Poddałem moją dotychczasową religię gruntownej próbie. Nie wytrzymała tej 

background image

próby, której domaga się samo Towarzystwo "Strażnica ". Wykazałem to 
jasno w niniejszej książce. Posłuchałem więc głosu prawego sumienia i 
dlatego odłączyłem się od Towarzystwa. Co teraz? Gdzie jest prawda, jeśli na 
pewno u Świadków Jehowy jej nie ma? Czy mam może już w nic nie 
wierzyć, czego uczy jakakolwiek religia? Czy mam wątpić i zwątpić w Boga? 
Tego nie wolno mi uczynić. Bóg rzeczywiście istnieje: Tylko głupi mówi w 
swoim sercu: nie ma Boga,
 (Ps 13,1). To bowiem, co o Bogu można poznać, 
pewne jest wśród nich, gdyż Bóg im to ujawnił. Albowiem od stworzenia 
świata niewidzialne Jego przymioty - wiekuista Jego potęga oraz bóstwo - 
stają się widzialne dla umysłu przez Jego dzieła, tak że nie mogą się wymówić 
od winy
 (Rz 1, 19 n). Bóg wielokrotnie i na różne sposoby przemawiał 
niegdyś do ojców przez proroków, a w tych ostatecznych dniach przemówił do 
nas przez Syna. Jego to ustanowił dziedzicem wszystkich rzeczy, przez Niego 
też stworzył Wszechświat
 (List do Hebrajczyków 1,1 n). 
W istnienie tego Boga, który stworzył świat i objawił Siebie przez Syna, nie 
można więc wątpić. Ale jaką podstawę mam przyjąć w praktyce życia wobec 
Boga? Jaką religię przyjąć? Czy mam może próbować znaleźć prawdę sam, 
osobiście, z Biblią w ręce, nie patrząc na jakąkolwiek kościelną naukę? Czy 
nie mogę spotkać się z prawdą w jednym z już istniejących Kościołów? 
Chrystus, który jest Prawdą, obiecał przecież, że pozostanie z tymi, którzy są 
Jego świadkami przez wszystkie dni, aż do skończenia świata. Przez 
wszystkie dni... A zatem zawsze, nieprzerwanie. Kościół Chrystusa istnieje 
więc nieprzerwanie od samego swego początku po dziś, i to nie niewidzialnie 
tylko, lecz w sposób widzialny. A jaki to Kościół istnieje nieprzerwanie od 
pierwszych dni pierwotnego chrześcijaństwa? Odpowiedź na to pytanie stała 
się dla mnie wstrząsem. Czyż tym Kościołem nie jest Kościół katolicki? Ten 
Kościół, który my, Świadkowie Jehowy, nazywaliśmy sługą szatana? 
Wszystko wzdragało się we mnie przed uznaniem Kościoła katolickiego za 
prawdziwy Kościół Chrystusowy. Tak jak dotąd na niego patrzyłem, nie mógł 
on być tym Kościołem. Nigdy!
Szukałem, badałem niestrudzenie dalej. Kim zatem byli ci świadkowie, 
którym Chrystus zapewnił swoją stałą pomocną obecność? Czy byli nimi 
może ci, których Towarzystwo "Strażnica " zestawia z sobą jednym tchem, w 
przerażająco naiwny albo w bezczelnie zuchwały sposób, jako "świadków " 
Jehowy - a więc po Apostole Pawle - Ariusz, Waldens, Luter i Russel i 
Rutherford. Czy to w tych ludziach miało się zachować pierwotne "czyste " 
chrześcijaństwo, podczas gdy Kościół (czytaj: Kościół katolicki) czy też 
Kościoły chrześcijańskie powstały już w początkach chrześcijaństwa na 
skutek popadnięcia w pogaństwo? Ci, których przywódcy "Strażnicy " 
nazywają swoimi "poprzednikami ", zaprotestowaliby stanowczo przeciw 
stawianiu ich na jednej płaszczyźnie z zaślepionymi "prezydentami " i 
fałszywymi prorokami! Poza tym - gdyby Kościół Chrystusa już w 
pierwszych czasach chrześcijaństwa stał się pogański, znaczyłoby to, że 
wbrew zapewnieniu Chrystusa bramy piekielne jednak ten Kościół 
przemogły. Nie mogę w to uwierzyć! 
Chciwie czytałem, co mówi Pismo święte o dziejach pierwotnego Kościoła. 
Jaki to Kościół stał już u początku chrześcijaństwa? - Żaden inny jak ten, tak 
dotąd przeze mnie nienawidzony, Kościół katolicki. Z oporami poszedłem 
kiedyś do świątyni katolickiej. Chciałem być na katolickim nabożeństwie. 
Myślałem, że wszystko to "ceremonie ", wszystko "teatr ". Ale rzecz dziwna: 
ten "teatr " nie dał mi odtąd zaznać spokoju. Dlaczego właściwie?
Starałem się zaznajomić z księżmi katolickimi. Pierwszy z poznanych był 

background image

proboszczem, którego siły fizyczne wyczerpała całkowicie praca 
duszpasterska w rejonie górniczym. Czy w tym duszpasterzu, który stał się 
kaleką, miałem widzieć obłudnika, faryzeusza i sługę diabła? Na to był ten 
proboszcz zbyt uczciwy i dobry. Czy może ten ojciec jezuita, którego 
poznałem z kolei, miałby być znającym się na fachu, wyrafinowanym 
zwodzicielem dusz? Nie mogłem odkryć niczego podobnego...
W poznanych księżach katolickich spotkałem ludzi otwartych, gotowych do 
pomocy, życzliwych, traktujących swe powołanie i pracę poważnie. Ludzie ci 
wierzyli szczerze w Pismo święte i starali się wykazać słuszność swych 
przekonań opierając się na nim. Czy byli to wykrętni interpretatorzy Pisma, 
wyszkoleni krytycy tekstów, samowolnie je zniekształcający - jak 
przekonywało mnie dotąd Towarzystwo "Strażnica "? - Nie! Poznałem w tych 
duchownych katolickich ludzi skromnych, wierzących chrześcijan, 
przyjmujących z pokorą słowo Boga. Rozmawiali ze mną nie fanatycy 
głoszący nienawiść ani zadufani w sobie sekciarze sądzący i osądzający myśli 
i czyny drugich na podstawie jakichś wyrwanych z kontekstu miejsc Pisma. 
To byli ludzie, którzy przy całej swej słabości i grzeszności starali się 
rzetelnie iść drogą Bożą i prowadzić nią innych. 
Szczególnie ujmująca była dla mnie postawa wspomnianego jezuity. Przy 
pierwszym naszym spotkaniu powiedział mi, że nie chce "zrobić " ze mnie 
katolika. Wiara zależy od osobistego przekonania i wolnej woli każdego 
człowieka. Wiary nie można wymusić ani kupić. On sam może mi tylko 
dopomóc w zrozumieniu powiązań tworzących całość katolickiej nauki wiary. 
Obiecał mi też pomoc według swych możliwości w mych potrzebach 
materialnych, niezależnie od tego, czy zostanę katolikiem czy nie. 
Świadkowie Jehowy mogą określać taką postawę jako taktykę i przebiegłość 
jezuicką. Osobiste spotkania i wymiana korespondencji przekonały mnie o 
prawości i szczerości mojego rozmówcy. Mogliśmy mówić rzeczowo i 
otwarcie o wszystkich nurtujących mnie kwestiach. Wydawało mi się wprost 
cudem, że ten pogardzany przeze mnie dotąd "sługa szatana " umie dać mi 
odpowiedź na wszystkie pytania, i to odpowiedź głęboko mnie zadowalającą 
mimo mej specyficznej mentalności Świadka Jehowy. Musiałem tylko starać 
się myśleć bez uprzedzeń, a z całą konsekwencją. 
I tak w wyniku mych studiów obraz Kościoła przyjął dla mnie z wolna 
zupełnie inną postać, niż ta jego ciemna karykatura, którą kreśli Towarzystwo 
"Strażnica ". Obraz ten stawał się coraz jaśniejszy. Dziś Kościół katolicki i 
jego historię widzę w nowym świetle. Owszem, także i w tym Kościele byli i 
są ludzie obłudni, nadużywający religii dla własnych korzyści. Czy jednak na 
to, co w Kościele ludzkie, nie należy patrzeć z perspektywy czasu i jego 
uwarunkowań? Czy ludzi grzesznych nie spotyka się we wszystkich 
Kościołach i sektach? Również każdemu z Świadków Jehowy powtarza się 
ciągle, żeby nie patrzał na błędy sług i starszych, ale na Boga, któremu słaby 
człowiek chce służyć. Czy to samo nie musi odnosić się także do księży 
katolickich? Dlaczego eksponuje się ich błędy, a ukrywa swoje? Cóż to za 
faryzeizm osądzać drugich, a swoje własne upadki przemilczać albo 
wybielać. Byłoby lepiej, gdyby przywódcy "Strażnicy " wzięli poważniej do 
serca słowo Pisma: Jeśli mówimy, że nie mamy grzechu, to samych siebie 
oszukujemy i nie ma w nas prawdy
 (1 J 1,8). 
Toteż bez uprzedzeń podjąłem studium katolickiej nauki wiary, znajdując w 
tym po dziś dzień rzeczywistą satysfakcję. Zapewne, droga od 
błędnowiarstwa Świadków Jehowy do wiary katolickiej jest długa i trudna. 
Ale jest dla mnie oczywiste, że Kościół katolicki jest jedynym Kościołem, 

background image

który zawsze istniał i któremu Chrystus zapewnił swą obecność po wszystkie 
dni aż do skończenia świata. 
Wyjaśniły się nieporozumienia dotyczące wiary katolickiej. Jako Świadek 
Jehowy odrzucałem wiarę w Trójcę Świętą. Dziś wiem, że Kościół nigdy nie 
uczył, jakoby w Bogu było trzech Bogów, lecz wierzył zawsze w jedynego 
Boga (1 Kor 8,4). Ale to, co sam Bóg objawił nam o Sobie, świadczy, że jest 
On jeden w trzech Osobach. Gdyby nie istniały w Nim trzy duchowe Osoby, 
to niezrozumiałe, wręcz pozbawione sensu, byłyby słowa Chrystusowego 
rozkazu, aby udzielać chrztu "w imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego ". 
Jak ostrą polemikę rozpętuje "Strażnica " przeciw wierze w nieśmiertelność 
ludzkiej duszy! Tymczasem - czy człowiek nie jest według słów Pisma 
świętego stworzony na obraz i podobieństwo Boga, który jest czystym 
duchem? (por. Rdz 1,26; J 4,24). Czy Chrystus nie objawił jasno, że można 
zabić ciało, ale że różna od ciała dusza ludzka jest niezniszczalna? (Mt 
10,28). 
Jak bardzo Towarzystwo "Strażnica " usiłuje zniweczyć opartą na Piśmie św. 
wiarę w istnienie wiecznego piekła! Według Pisma potępieni wrzuceni będą 
do "jeziora ognia " (Ap 20,14; 21,8). Biblia wskazuje przy tym jasno, że ta 
druga śmierć nie oznacza ostatecznego zniszczenia, unicestwienia, ale utratę 
życia Bożego. Również i potępieni będą wskrzeszeni (1 5,28; D z 4,2; 17,18; 
17,32), mając świadomie znosić mękę wiecznego ognia (gehenna). A dym ich 
katuszy na wieki wieków się wznosi i nie mają spoczynku we dnie i w nocy 
czciciele Bestii i jej obrazu
 (Ap. 14,11). I będą cierpieć katusze we dnie i w 
nocy na wieki wieków
 (Ap 20,10). Gdyby potępieni mieli być unicestwieni, to 
jak z istot nie istniejących miałby się podnosić "dym ich katuszy "? Jak istoty 
unicestwione miałyby cierpieć we dnie i w nocy na wieki wieków? Kto tu 
fałszuje jasny sens objawienia Bożego o istnieniu wiecznego piekła? 
Kierownictwo "Strażnicy " czy Kościół katolicki? Bez wątpienia "Strażnica "! 
Czy trzeba więcej dowodów, że wiara Świadków Jehowy sprzeciwia się 
Pismu świętemu, podczas gdy wiara katolicka odpowiada Pismu? 
Dzisiaj nabożeństwa katolickie nie wydają mi się już tylko "pustą ceremonią 
" i "pompatycznym teatrem ". Widzę, że w liturgii i modlitwie Kościoła 
znajduje wyraz szczera, głęboka pobożność. 
Jak do tego doszło, że w wierze katolickiej i w życiu katolickiego Kościoła 
poczułem się jak w domu? Z pewnością poprzez własną trzeźwą refleksję, ale 
nie tylko. Decydująca była tu łaska Boża. Jestem o tym przekonany. Bóg dał 
mi łaskę poznania prawdy o Świadkach Jehowy. Dlatego zdobyłem się na 
napisanie tej książki dobrze wiedząc, że przyniesie mi to niejedną przykrość, i 
pełen też smutku, że wielu moich dawnych współbraci nie może się wyzwolić 
ze swych uprzedzeń. Za bardzo uwikłali się w sposób myślenia "Strażnicy ". 
Mogę im tylko serdecznie Życzyć, by otworzyły im się oczy i odnaleźli 
prawdziwe życie - tak jak stało się to moim udziałem. Potrzeba wprost 
heroicznej odwagi, żeby zerwać pęta, które nakłada swym zwolennikom 
Towarzystwo "Strażnica ". 

background image

ZNALAZŁEM SWÓJ DOM W KOŚCIELE 

Wyobrażenia o fałszywym, poddanym wpływom szatańskim Kościele 
przestały dla mnie istnieć. Gdyby mi ktoś przed dziesięciu laty powiedział, że 
stanę się kiedyś katolikiem, uważałbym go za nienormalnego. Moja 
odpowiedź brzmiałaby wtedy: "to niemożliwe ". Dzisiaj widzę Kościół w 
zupełnie innym Świetle i wciąż muszę pytać sam siebie, jak było to możliwe 
przyjmować za rzeczywistość takie nonsensy i nieprawdy, w jakie 
wierzyliśmy i jakie szerzyliśmy jako Świadkowie Jehowy. Jak głęboko 
wszystkie te niedorzeczności zakorzeniły się jako uprzedzenia w Świadkach 
Jehowy, świadczą liczne listy, które otrzymałem po ukazaniu się pierwszego i 
drugiego wydania niniejszej książki. Tymi uprzedzeniami Świadkowie sami 
zamykają sobie drogę do Kościoła. 
Jeden z dawnych Świadków Jehowy pisał do mnie: Pańską książkę "Byłem 
Świadkiem Jehowy " przeczytałem dwukrotnie w ciągu tygodnia, głęboko nią 
poruszony. Sam przez osiem lat byłem Świadkiem Jehowy. Zdawało mi się, że 
relacja o Pana przeżyciach płynie z mego własnego serca. Gdybym sam 
chciał napisać podobną książkę, nie mógłbym jej ująć lepiej. Jednakże to, że 
Pan chce zostać katolikiem, jest dla mnie niepojęte, nie mogę tego po prostu 
zrozumieć.
Potrafię wniknąć w myśli tego Świadka Jehowy. Nie zatraciłem zdolności 
myślenia na sposób "Strażnicy ". Jestem świadom, że nauka Towarzystwa 
"Strażnica " to nie teoria, ale metoda. Z tego względu zająłem się 
naświetleniem prawdziwych celów i tej sprawie zamierzam poświęcić kolejną 
książkę. Nie uważam się za wroga moich dawniejszych współbraci, czy 
wręcz za zdrajcę. Towarzystwo "Strażnica " sądzi wszakże, że może mnie 
porównywać z Judaszem, czemu daje wyraz poprzez wypowiedź jakiejś 
"wiernej siostry " w Roczniku 1964, str. 276. Nie czuję się zdrajcą ani nim nie 
jestem. Nie mam nic wspólnego ze sposobem postępowania Judasza. Moje 
odejście od Towarzystwa "Strażnica " i moja obecna działalność opiera się na 
dogłębnym przekonaniu, że Towarzystwo pada stale ofiarą nadal istniejących 
błędów, z których nie może się wyplątać. Z własnego doświadczenia znam 
rozmiar i niebezpieczeństwo tych błędów. Nie wolno mi milczeć. Nie mogę 
milczeć! Odnalazłszy drogę do Kościoła, do Chrystusa, muszę powiedzieć 
moim dawnym współbraciom, że to Chrystus prowadzi swój Kościół i nigdy 
go nie opuścił. Czytajcie Dzieje Apostolskie, czytajcie Listy Apostolskie. 
Przedstawiają one obraz pierwotnego Kościoła i jego wiernych, ludzi 
grzesznych i słabych. A jednak Chrystus kierował tym Kościołem, działał i 
mieszkał w nim. Kieruje nim, działa i mieszka w nim po dziś dzień. 
Chrystus nie może mylić, On jest zawsze ten sam. Toteż prawdziwy i 
niezmienny jest też Jego Kościół - musi być taki. Mogą ludzcy 
przedstawiciele Kościoła być grzesznikami, mogą przejawiać się w Kościele 
ludzkie ułomności - Kościół pozostanie jednak Kościołem w istocie 
niezmiennie takim, jakim był już w czasach apostolskich. 
Lud Izraela pomimo wszystkich błędów i wykroczeń jego władców, a nawet 
czasem całego tego ludu, pozostał ludem wybranym - aż do odrzucenia go 
przez Boga. Kościół mimo ludzkich błędów i ułomności jest Kościołem 
Chrystusa, On go nie odrzucił i nigdy nie odrzuci. Kościół będzie trwał aż do 
powtórnego przyjścia Chrystusa. Chrystus zaręczył, że pozostanie z nim. Jego 
słowo jest Prawdą. On kłamać nie może. 

background image

Dopiero z wolna zrozumiałem, w jakiej karykaturze widziałem Kościół. 
Największą trudność w jego poznaniu stanowiły uprzedzenia i nieprawdziwe 
opinie. Późno dopiero zrozumiałem, czym Kościół katolicki rzeczywiście jest 
- Kościołem Chrystusowym, którym zawsze był. W tym Kościele czuję się 
pewny i bezpieczny. Pragnąłbym, aby znaleźli się w nim moi dawni bracia 
spośród Świadków Jehowy. 
Niech mi będzie wolno na koniec raz jeszcze ująć krótko powody 
uzasadniające przed sumieniem i Bogiem moje nawrócenie: Bezstronny 
rozum ludzki nie może zaakceptować nauki Świadków Jehowy. Krytyczne 
studium dziejów i rozwoju doktryny Towarzystwa "Strażnica " odkrywa zbyt 
- wiele sprzeczności. Ponieważ "książęta " z Brooklynu nie posiadają prawdy, 
przeto musieli i nadal muszą odwoływać ciągle od nowa to, co jeszcze 
wczoraj czy też przed laty głosili jako "biblijną prawdę Bożą ". 
Pismo święte nie daje podstaw "prawdzie " nauki "Strażnicy ". Samowolność, 
z jaką kierownictwo z Brooklynu interpretuje Biblię, jest oczywista. A 
chociaż Świadkowie Jehowy szerzą swe obłędne idee w miliardach broszur i 
książek, chwast ich błędnej nauki nie zamieni się przez to w dobre, 
wartościowe ziarno. 
Życie przeczy oderwanym od rzeczywistości poglądom Świadków Jehowy. 
Gdyby ludzkość zrealizowała program z Brooklynu, rozpadłaby się rodzina, 
rozprzęgło państwo, życie społeczne i polityczne zostałoby zniszczone. A to 
jest sprzeczne z wolą Bożą oraz z prawami i potrzebami stworzonej przez 
Boga natury człowieka. 
Świadkowie Jehowy nie przynieśli owoców swego rzekomo "jedynie 
prawdziwego chrześcijaństwa ", chociaż fanatyczną i głośną propagandą 
chlubią się z tych owoców. Zbyt wielu ze Świadków zawiodło moralnie, 
wśród nich również ludzie z przywództwa, amerykańscy "książęta " i inne 
"owce ". Przykre wrażenie wywołują próby tuszowania czy krycia 
wewnętrznych skandali w "Strażnicy ". Takie zabiegi nic nie dają. Prędzej czy 
później prawda wychodzi na jaw - prawda, że nie działa tu "teokratyczne " 
kierownictwo, że sprawy głoszenia światu swojego Królestwa nie powierzył 
Bóg zarozumiałym i aroganckim fałszywym prorokom. 
Dlatego wyrzekłem się nieodwołalnie "świętej, uniwersalnej organizacji 
Jehowy ". Szukałem prawdy, sprawiedliwości, prawdziwie chrześcijańskiej 
miłości bliźniego i znalazłem je poza Towarzystwem "Strażnica " - w 
Kościele katolickim. Setkom tysięcy Świadków Jehowy, którzy popadli w 
brooklyńskie zaślepienie i trwają w nim, mogę tylko szczerym sercem 
współczuć...

POSŁOWIE 

JAK CZYTAĆ PISMO ŚWIĘTE?

1. Mieć i czytać 

Najpierw trzeba mieć Pismo święte, wydanie jakiekolwiek (nie ma Biblii 
katolickiej czy niekatolickiej - jedno jest Słowo Boże, w wydaniach różnych 
Kościołów i przekładach różnych biblistów czy literatów), oczywiście Pismo 

background image

św. całe - Pierwszego ( "Starego ") i Nowego Testamentu. Z solidarności z 
własnym Kościołem poleca się wydanie katolickie, zwłaszcza że opatrzone 
jest przydatnymi, chociaż nie zawsze doskonałymi, przypisami. Posługiwanie 
się wydaniem niekatolickim może być pięknym gestem ekumenicznym. 
Mieć Pismo św. i dziękować Bogu, że u nas już od dawna można je było 
łatwo nabyć. U naszych wschodnich i południowych sąsiadów głód Pisma św. 
- "nie głód chleba ani pragnienie wody, lecz głód słuchania słów Pańskich " 
(Am 8,11) - jeszcze nie został zaspokojony. A jak było niedawno temu? W 
Związku Radzieckim posługiwano się nieraz jako tekstem biblijnym 
parafrazą z "Opowieści biblijnych " czy "Opowieści ewangelistów " smutnej 
pamięci Zenona Kosidowskiego. Tekst natchniony przepisywano ręcznie 
(całą Biblię!). Egzemplarz Pisma św. można było czasem kupić za krowę (w 
czasach Męki Jezusa kosztowała ona 30 srebrników, a więc żadna to ujma dla 
Pisma św.). Dostarczaliśmy te egzemplarze na różne sposoby, np. pod 
węglem w parowozie albo - sit venia verbo - pod spódnicą znanej aktorki. ..W 
Czechosłowacji za posiadanie Pisma św. lub fotografii Jana Pawła II 
niektórzy szli do więzienia. 
W czasach dyktatury wojskowej w Argentynie Pismo św. podlegało cenzurze 
państwowej - np. w Magnificat Marii i Kościoła skreślano starotestamentalne 
a wywrotowe słowa: "Strąca władców z tronu, a wywyższa maluczkich " (Łk 
1,52). U nas wicekomendantka Związku Harcerstwa Polskiego mówiła przed 
laty w wywiadzie dla "Radaru ", że polskiej młodzieży nie zagraża 
neofaszyzm, lecz narkomania i oazy. Nie trudno się domyśleć dlaczego: 
przecież w oazach oraz innych grupach formalnych i nieformalnych karmimy 
się Pismem św. Jan Paweł II powiedział w roku 1979 do polskich dziewcząt i 
chłopców: " Wy sami nie wiecie, jak jesteście piękni wówczas, gdy 
znajdujecie się w zasięgu Słowa Bożego i Eucharystii ". Ośmielę się 
"poprawić " Papieża: piękni i mocni, i wolni, a więc niebezpieczni dla 
systemu, dla tej "firmy kłamstwa, żelaza i papieru " (Gałczyński). Ale 
najpierw niebezpieczni dla siebie samych. Ostrzegam młodzież, zwłaszcza 
tchórzliwą, przed Panem Bogiem i Pismem św.! "Słuchać Słowa, to wystawić 
żagle na wiatr Ducha, nie wiedząc, do jakich brzegów człowiek dobije " (św. 
Hieronim). 
A więc mieć - i czytać (jeśli nie lękamy się (ryzyka). "Dzięki Bogu, Biblia 
ocala od zniszczenia tych, którzy się nazywają chrześcijanami! " (Gandhi). 
Jeśli jej nie czytamy, nie dziwmy się, że nasze życie religijne staje się nudne, 
modlitwa - płytka, a wiara - zabobonna. Na tle takiej religijności i niebiblijnej 
pobożności wybuchają takie gorszące fenomeny jak Oława. "Wiara rodzi się 
z tego, co się słyszy, tym zaś, co się słyszy, jest słowo Chrystusa " (Rz 10,17). 
Jeśli nie czytamy, nie dziwmy się, że byle Świadek Jehowy, prymitywny, ale 
gorliwy i biegły w "cytatologii " biblijnej, zawróci nam w głowie i może 
sprowadzić na manowce religii totalitarnej. 
"Weź i czytaj! Weź i czytaj ! " - słyszał Augustyn naglące, tajemnicze 
wołanie. Zaczął czytać - i zmienił życie. Czytać - ale jak? Nie posiadam 
żadnej recepty, chociaż w różnych książkach, książeczkach, artykułach i 
konferencjach może Czytelnik znaleźć niejedną praktyczną wskazówkę. 
Polecam! Ja tutaj pragnę tylko wskazać na trzy możliwe aspekty lektury 
Pisma św. Podział, jakiego dokonuję, jest trochę sztuczny. Jest o wiele więcej 
sposobów czytania Pisma św., a te trzy punkty: lektura naukowa, religijna i 
życiowa, to nie są kolejne etapy, bo - dla nas, czytelników wierzących - nie 
występują osobno, w czystej formie, lecz zazębiają się ze sobą, nakładają się 
na siebie. 

background image

2. Lektura naukowa 

Jak czytać Pismo święte? Zgodnie z jego charakterem, stosownie do intencji 
autorów, Boskiego i ludzkich, poszczególnych ksiąg, a więc np. rozróżniając 
rodzaje (gatunki) literackie, nie zapominając że Pismo św. ma stronę Boską i 
ludzką. Oczywiście nie w tym sensie, że za pewne partie bierze 
odpowiedzialność Pan Bóg, a za inne ludzki autor. Nie, w Biblii wszystko jest 
natchnione, wszystko jest Słowem Bożym, nawet wypowiedzi błędne (w 
dziedzinie nauk przyrodniczych, historii czy etyki). Ale równocześnie 
wszystko w Biblii - także sam jej rdzeń, zbawcze orędzie Boże - jest dziełem 
ludzkim, owocem wysiłku jednostki, twórczości jego wspólnoty, owocem 
procesów historycznych. Bóg objawia się w historii, w wydarzeniach, w ich 
"dzianiu " się. Autorzy - pojedynczy i zbiorowi - ksiąg lub ich części są 
obdarzeni specjalnym charyzmatem Bożego natchnienia, ale twórczość ich 
podlega normalnym prawom literackim zaś owoc ich twórczości - święta 
księga - podlega krytyce biblijnej i innym naukom ludzkim. 
Krytyka naukowa Pisma św. to nie jest zamach na jego świętość; wręcz 
odwrotnie: to przysługa oddana Pismu i nam, jego czytelnikom. Bo spisane 
Słowo Boże jest w pełni ludzkim słowem, rodzącym się w dłuższym okresie 
niż cała polska literatura tysiącletnia - a jakże ją można byłoby poznać bez 
pomocy nauki? Im większe rygory naukowe, tym większa pewność, że 
poprzez zasłonę języka, kultur, cywilizacji, tysiącleci docieramy coraz 
bardziej do autentycznego orędzia Bożego, do Bożej woli i pociechy. Jeśli 
wspomniałem o prymitywizmie interpretacyjnym Świadków Jehowy, których 
skądinąd podziwiam i szanuję (nie tylko tych z mojej własnej choć dalszej 
rodziny), to jest on właśnie skutkiem tej czystej, bezinteresownej (?), 
absolutnej pogardy dla wszelkiej nauki, nie tylko biblijnej, jest skutkiem 
praktycznego nieuznawania Biblii za księgę także ludzką, z innej epoki, 
księgę będącą owocem długiej, skomplikowanej, często grzesznej historii 
konkretnych ludzi i ludów, a nie dziełem jednorazowym i wyrównanym, za 
jednym zamachem przez Boga podyktowanym i zesłanym nam 
podręcznikiem wiary i moralności, rozszerzonym Bożym katechizmem... 
Ta Boska Księga, natchniona przez Ducha Świętego, dar Boży, manna 
niebiańska, nie spadła z nieba niby meteoryt, lecz przyszła z ziemi, z naszej 
ziemi, jak sam Syn Boży, poczęty z Ducha Świętego, zrodził się z ziemskiej 
Matki, wzrastał w żydowskiej rodzinie, "ogołocił samego siebie " i "uniżył 
samego siebie " (Flp 2,7 - 8), stał się człowiekiem określonej epoki 
historycznej, konkretnego ludu i znanego kręgu kulturowego. "Słowo stało 
się ciałem " (J 1,14), stało się Żydem, ale Słowo stało się także Pismem ludu 
żydowskiego i chrześcijańskiego, głoszonym, tworzonym, redagowanym 
spisywanym przez stulecia burzliwej historii Boga z człowiekiem. I kiedy je 
dzisiaj otwieramy, to spotykamy je nie w dzisiejszej szacie kulturowej, lecz - 
mimo najlepszych nawet przekładów - w tej formie, w jakiej do tamtych, 
dawno nieżyjących łudzi, w ich języku, w ich świecie, zostało skierowane. I 
stąd potrzeba nauki: żeby pokonać tę odległość i odmienność czasu, 
cywilizacji i mentalności. Naprawdę nie wystarczy przekład słów; trzeba 
przekładać i przenosić w nasz świat cały ówczesny świat słowa, myśli, wiary, 
pisania... Wszystko po to, żeby np. ze wzmianki w Apokalipsie o "stu 
czterdziestu czterech tysiącach " stojących z Barankiem "na górze Syjon " 
(14,1) nie wnioskować, że tylko tylu ludzi (oczywiście tylko Świadków 

background image

Jehowy) zostanie zbawionych, zapominając o symbolicznym charakterze tej 
liczby (12 pokoleń Izraela razy 12000 oznacza mnogość Ludu Bożego). 
W podejściu do Biblii spotykają się, o dziwo, droga bardzo religijnych i 
bardzo antynaukowych Świadków Jehowy i droga niewierzącego Zenona 
Kosidowskiego, który prezentował się jako rzecznik i popularyzator 
najnowszej i najodważniejszej nauki i który chciał nieść kaganek oświaty 
ciemnym Polakom ogłupianym przez "przewrotny kler katolicki ". W czym 
się spotykają? Właśnie w tym ignorowaniu właściwego charakteru i jedynego 
celu Biblii, w ustawianiu jej do bicia (Kosidowski) lub traktowaniu jej jako 
arsenał broni (Świadkowie). Oczywiście nikt nie może domagać się, żeby 
ateista czytał starą Biblię jako żywe Słowo Boże, ale od marksistowskich 
religiologów i literatów mieliśmy prawo domagać się rzetelności naukowej 
(także w popularyzacji) i zwykłej ludzkiej uczciwości, a więc np. żeby nie 
żądali od Biblii tego, czego nam nie mogła i nie chciała dać. Ponadto 
mieliśmy prawo domagać się, żeby ten "światopogląd naukowy ", o który tak 
dzielnie walczyli (zbierając należne laury), zbytnio nie urągał nauce. 
Zostawmy już jednak nieboszczyka Kosidowskiego (et consortes). Należy on 
do przeszłości tego dziwnego kończącego się XX wieku, jak do przeszłości 
XIX-wiecznej należały już w momencie pisania jego "najnowsze " odkrycia i 
rewelacje (tak to jest, gdy się naukę poświęca na rzecz propagandy). 
Natomiast my pamiętajmy, że w tekście, który czytamy, mamy szukać przede 
wszystkim prawdy, którą autor biblijny chciał i chce nam przekazać. Aby do 
niej dotrzeć, trzeba ją odróżnić starannie od tego, co było tylko literackim 
środkiem jej wyrażenia, stosownie do wiedzy, mentalności i zdolności tychże 
autorów, do ich środowiska, świata i epoki. Pamiętajmy także, że ta prawda, 
którą nam chcą przekazać - nieraz w sposób nienaukowy, obcy dla nas czy 
wręcz szokujący - jest prawdą porządku religijnego, dotyczy naszego 
zbawienia. Natomiast sprawy porządku doczesnego, np. przyrodniczego czy 
historycznego a nawet moralnego, będące tylko sposobem przekazu prawdy 
zbawczej, wcale nie muszą zgadzać się z porządkiem obiektywnym (i nie 
wszystko opisywane w Biblii jest tym samym pochwalane). Przy tym prawdy 
poszczególnego tekstu szukać trzeba w całości Bożego Objawienia (a nie 
odwrotnie), uwzględniając jego (Objawienia) charakter rozwojowy, miejsca 
paralelne i światło obu Testamentów, pamiętając że proces Objawienia jest 
nie prostolinijny, lecz dialektyczny: Pismo św. zawiera nie tyle sprzeczności, 
ile spięcia idei ukazujących różne aspekty prawdy. W tych spięciach rodzą się 
nowe idee, propozycje, postawy, a ta nowość jest po prostu twórczą syntezą. 
Tak więc biblistyka i nauki pomocnicze są potrzebne i konieczne. Oczywiście 
nie każdy czytelnik Biblii musi być naukowcem! Wystarczy, że w swoim 
obcowaniu z Księgą przyjmuje spopularyzowane wyniki badań, że stosuje 
najprostsze reguły lektury i interpretacji, przeważnie nieświadomie, dzięki 
kościelnemu kontekstowi swego życia. Nie musi znać np. szczegółów metody 
historyczno-krytycznej zastosowanej do badań nad Ewangeliami 
(Formgeschichte, Redaktionsgeschichte, Sitz im Leben...), ale winien 
korzystać spontanicznie z jej dorobku, być ochoczo otwartym na dorobek 
nauki, żeby zbliżyć się do Słowa Jezusowego, żeby je lepiej zrozumieć, żeby 
znaleźć dlań "Sitz im Leben " u siebie, miejsce we własnym życiu. Zdrowa 
ambicja winna mobilizować go do korzystania z przypisów, z większych 
komentarzy, z introdukcji (wstępów) ogólnych i szczegółowych, leksykonów, 
teologii biblijnych, opracowań monograficznych itp. Poprawne i ubogacające 
mnie zrozumienie tekstu biblijnego wymaga bowiem nie tylko otwartego 
serca, ale i otwartej głowy, a więc także studium. Już w synagodze 

background image

żydowskiej i we wspólnocie chrześcijańskiej zawsze słowo Pisma objaśniano. 
Nawet sama Biblia daje wiele przykładów tego zwyczaju - i tej konieczności. 
Kto nie wierzy (i kto wierzy, także), niech zajrzy np. do następujących 
miejsc: Ne 8,7-8; M t 13,52; Łk 24,27-32; J 16,13; Dz 8,28-38. 

3. Lektura religijna 

Kilkadziesiąt lat temu mój rzymski profesor o. Zerwick (jezuita) mówił nam, 
że z czytaniem Biblii jest tak jak z wizytą w ogrodzie botanicznym: bardzo 
przydatne i ważne jest wiedzieć o danym kwiecie jak się nazywa, skąd do nas 
przywędrował, do jakiego należy gatunku itp. itd., ale najważniejszą rzeczą 
jest pochylić się, sycić się barwami i zapachami, stać się szczęśliwszym... 
Albo wizyta w muzeum. O ileż więcej skorzystam z niej, kiedy dowiem się, 
zanim stanę przed obrazem: co to za malarz, z jakiej szkoły, z jakiej epoki, 
jaką techniką się posłużył, co przedstawił, co wyraził na tym obrazie, co mi 
chciał przekazać itd. Ale znowu: co mi z tego, że na temat dzieła i jego 
twórcy przeczytam całą bibliotekę, jeśli zabraknie mi czasu, siły lub chęci, 
żeby zatrzymać się przy obrazie, żeby nacieszyć wzrok i serce, żeby tym 
pięknem się ubogacić, żeby samemu stać się piękniejszym... Co mi po całej 
biblistyce i wszystkich jej metodach i naukach pomocniczych, jeśli nie 
pochylę się nad świętym tekstem, jeśli nie pozwolę mu (a raczej: Mu), aby 
uczynił moje życie piękniejszym? 
Ale był to bardzo niezwykły uczeń, ten Zusja! Przez te wszystkie lata spędzone 
w Międzyrzecu nigdy nie usłyszał z ust swego sławnego nauczyciela ani 
jednego komentarza słowa Bożego. Bogobojny rebe reb Ber otwierał księgę i 
zaczynał czytać: "I rzeki Pan... " - i to już wystarczało naszemu Zusji. Gdy 
słyszał te trzy słowa, ogarniała go taka ekstaza, że już nie mógł słuchać dalej. 
Tak się działo za każdym razem. Kiedy tylko usłyszał słowa: "I rzeki Pan... ", 
porywało go uniesienie. Zaczynał wtedy wołać wniebogłosy: "Pan 
przemówił... Pan przemówił! " i nie przestawał, aż inni uczniowie, jego 
sławni koledzy, żeby mieć trochę spokoju, musieli wyrzucać go na podwórze. 
Zusja się nie opierał. W ogóle nie wiedział, co się dokoła dzieje. Drżał na 
całym ciele. Na podwórzu dalej krzyczał: "Pan rzekł, Pan rzekł! ", i rzucał się 
jak epileptyk. I zawsze długo trwało, zanim się uspokoił. Kiedy wreszcie mógł 
wrócić - mistrz już dawno skończył komentować i nauczać. No i tak właśnie 
Zusja nigdy nie słyszał ani jednego komentarza bogobojnego rebe reb Bera. 
(l. Langer, 9 bram do tajemnic chasydów, Znak 1988, s. 155-156). 
Pan przemówił!... Pan przemówił!... Ale żeby trafił do mego ucha i do mego 
serca, muszę nauczyć się słuchać, prosić o dar słuchania. Żyd odmawia rano i 
wieczorem modlitewne wyznanie wiary, które zaczyna się od wezwania 
Szema Israel: "Słuchaj, Izraelu!... " Słuchaj, Izraelu, słuchaj, Kościele, 
słuchaj, chrześcijaninie. ..Samuel jeszcze nie znał Pana, a słowo Pańskie nie 
było mu jeszcze objawione... Przybył Pan i stanąwszy zawołał jak 
poprzednim razem: "Samuelu! Samuelu! " Samuel odpowiedział: "Mów, 
Panie, bo sługa Twój słucha " (1 Sm 2,7.10). Trzeba przybrać postawę sługi i 
słuchacza, postawę ucznia, a nie pana i sędziego, postawę Marii z 
żydowskiego Nazaretu, pierwszej uczennicy własnego Syna: "Oto ja 
służebnica Pańska, niech mi się stanie według twego słowa! " (Łk 1,38; Józef 
powiedział "niech mi się stanie " bezsłownie: "uczynił tak, jak mu polecił 
anioł Pański " - Mt 1,24). Być uczniem znaczy także: być pokornym. A więc 
uświadomić sobie, że Bóg przewyższa wszystko, cokolwiek ja mogę 

background image

pomyśleć i zrozumieć, pozbywać się zbytniej pewności siebie (otwieram - i 
rozumiem), nie narzucać Jego Słowu swego własnego sensu, nie osądzać tego 
suwerennego Słowa, nie traktować go instrumentalnie, nie manipulować nim, 
lecz radośnie mu się poddawać, z zaufaniem i miłością. Tak, radośnie: cieszyć 
się tym Słowem (zob. Ps 119,162), także jego trudnymi wymogami, cieszyć 
się każdym odkryciem. Talmud głosił tak wielką radość z Tory, że odradzał 
jej lekturę w dni postu... 
Cieszyć się... Kiedy byłem proboszczem na peryferiach Zgorzelca, miejscowi 
Świadkowie Jehowy szeptali, że lada dzień stanę się jednym z nich. Chyba 
nie dlatego, że okazywałem im życzliwość, lecz raczej dlatego, że 
krzewiliśmy w parafii lekturę Biblii. Pewnie żeby mnie ostatecznie przekonać 
i pokonać sprowadzili specjalnie dla mnie z dalekiej Gdyni uczoną niewiastę 
w randze jakiegoś ich "biskupa ". Dyskusja nasza była długa i zapewne 
byłaby jeszcze dłuższa, gdybym po jakiejś godzinie nie powiedział: "Proszę 
Pani, czy to nie szkoda, że my tutaj tak długo już grzeszymy? " - "Jak to 
grzeszymy? " - zaprotestowała mocno. - "Przecież my rozmawiamy o Piśmie 
św. ! " - "My się kłócimy Pismem św. " - odpowiedziałem. - "Większa byłaby 
chwała Boża, gdybyśmy się oboje krócej Pismem św. podzielili, pomodlili, 
nacieszyli się nim... " 
"Boże spraw żebym nie zasłaniał sobą Ciebie...
nie spacerował po Biblii jak paw... " 
Ten wiersz-modlitwa ks. J. Twardowskiego odnosi się nie tylko do Świadków 
Jehowy, którzy z Biblii czynią arsenał argumentów antykatolickich (i nie 
tylko), wręcz: magazyn broni palnej i ostrej amunicji... Ten dwuwiersz odnosi 
się do tych z nas, którzy nie chcą przyjąć pokornej postawy uczniowskiej i 
nie chcą poddać swojego życia pod sąd i pod pociechę Pisma (,,[...] bo moje 
myśli nie są myślami waszymi " - Iz 55,8). Do tych z nas, którzy 
zapominamy, że Bóg jest najważniejszy, że Jego trzeba słuchać (zob. Mk 9,7) 
i Jego drogi starać się zrozumieć (zob. np. Ps 119), prosząc Go, aby zdjął 
zasłonę, która spoczywa na naszych sercach, gdy czytamy Pismo. "A kiedy 
ktoś zwraca się do Pana, zasłona opada. Pan zaś jest Duchem, a gdzie jest 
Duch Pański - tam wolność " (2 Kor 4,15-17). 
Trzeba prosić Go także, aby nas obdarzył wewnętrznym pokojem, 
wyciszeniem się, uwagą serca. To jest tak jak z chórem lub orkiestrą: nim 
dyrygent rozpocznie pierwszy takt, musi zapanować absolutna cisza, 
potrzebna nie tylko jemu, ale także słuchaczom, którzy tylko w takim 
wyciszeniu usłyszą, co w utworze jest najpiękniejsze. "Pan nie był w 
wichurze... Pan nie był w trzęsieniu ziemi... Pan nie był w ogniu. A po tym 
ogniu - szmer łagodnego powiewu... " (1 Krl 19,11-12). O jednej z dwóch 
sióstr w Betanii mówi ewangelista: "siadła u stóp Pana i przysłuchiwała się 
Jego mowie " (Łk 10,39). Natomiast P. Claudel: "Czytajmy Pismo św. (...) 
czytajmy je klęcząc! (...) Czytajmy z cierpieniem głodnego serca. 
Powiedziano nam, że tam jest życie i tam jest światło. Dlaczego nie mamy 
spróbować, zakosztować nieco z tego smaku, który nam może ono 
zaofiarować? " I znowu Ewangelia: "Panie, do kogóż pójdziemy? Ty masz 
słowa życia wiecznego! " (J 6,68). 
Nie chodzi więc o zwykłe usłyszenie i przyjęcie do wiadomości. Chodzi o 
słuchanie dogłębne, egzystencjalne, oddziałujące na całą moją osobowość, 
prowokujące mnie do odpowiedzi całym życiem. Chodzi o umiejscowienie 
Słowa Bożego w samym centrum mojego życia, aby ono mnie napełniło i 
wypełniło, zagarnęło całe moje myślenie i działanie, dotarło do wszystkich 
zakątków i szczelin mego jestestwa. Mówi Sobór: "Przez (...) Objawienie 

background image

Bóg niewidzialny w nadmiarze swej miłości zwraca się do ludzi jak do 
przyjaciół i obcuje z nimi, aby ich zaprosić do wspólnoty z sobą i przyjąć ich 
do niej " (KO 2). Przypomina się przepiękna obietnica Apokalipsy: "Jeśli kto 
posłyszy mój głos i drzwi otworzy, wejdę do niego i będę z nim wieczerzał, a 
on ze mną " (3,20). Stąd taka ogromna rola Ducha Świętego przyzywanego 
przez nas przed czytaniem Biblii. Jest On jednak kimś więcej niż tylko 
przewodnikiem naszej lektury biblijnej. Jego istotna rola to - obdarowywanie 
nas Bożym życiem. Nasza religijna lektura Pisma św. jest okazją niebywałą, 
aby otworzyć się na życie nowe lub na jego wzrost. Duch Święty "inspiruje " 
nas, co znaczy dosłownie: tchnie w nas - właśnie Boże życie (zob. Rdz 2,7; J 
20,22). 
Bo co to jest lektura Biblii? Jest to osobiste wsłuchiwanie się w Boże Słowo. 
Wprawianie się w to słuchanie - a więc coś aktywnego, dynamicznego, 
wymagającego wysiłku i decyzji, oraz osobiste wsłuchiwanie się pełne 
gotowości ( "oto jestem ", "oto ja "), które prowadzi do posłuszeństwa Słowu 
( "niech mi się stanie "). Szukamy nie tego, co dla innych (także my, księża), 
ale najpierw tego, co dla nas, każdego (każdej) z nas osobiście jest ważne, co 
nam chce Bóg powiedzieć. Oczywiście słuchamy też proklamacji Słowa 
Bożego w świętej liturgii - dla całego ludu (i sami proklamujemy jako 
lektorka czy lektor), ale osobista lektura to przygotowanie do tej publicznej 
proklamacji i zarazem jej kontynuacja. Bez wspólnotowego słuchania Słowa 
łatwo wpadamy w indywidualizm, ale bez osobistej lektury słuchanie we 
wspólnocie może nam ofiarować tylko ogólniki. Jest to wsłuchiwanie się w 
Słowo Boga - bo mówi do mnie Ojciec, mówi do mnie Chrystus, mówi Duch 
Święty! Przemawia do mnie Słowo, które mnie stworzyło, przed którym 
odsłonięta jest najgłębsza tajemnica mego Życia, które ma w ręku klucz do 
mojej obecnej sytuacji, a także do sytuacji i losu mego Kościoła, mojej 
Ojczyzny, świata... Słowo - Stworzyciel świata, Słowo - Chrystus Zbawiciel, 
Słowo - Paraklet, Pocieszyciel i Pokrzepiciel. ..Spotyka mnie ono w liturgii, 
ale najpierw w moim prywatnym obcowaniu z Biblią. Jak ją czytać, żeby 
mnie Słowo przemieniło, nawróciło, ubogaciło, uszczęśliwiło? 
Oto pytanie, na które od początku nieudolnie próbujemy sobie odpowiedzieć. 
Tym razem sięgnijmy do tradycji Ojców Kościoła i Średniowiecza, zresztą 
opartej na tradycji proroków, mędrców i rabinów. Chodzi o trzy etapy: lectio, 
meditatio, contemplatio. 
Lekcja: trzeba tekst biblijny czytać, jeszcze raz czytać i znowu czytać. I 
zawsze znajdujemy coś nowego! I znowu niespodzianka! Nowe powiązania, 
konteksty, asocjacje, nowe głębie i szerokości... I coraz bardziej odkrywam 
przedziwną, pogmatwaną, pasjonującą historię Boga z Izraelem i z uczniami 
Jezusa z Nazaretu. Dostrzegam refleksję nad tymi wydarzeniami Bożymi, 
refleksję Izraela, Apostołów, młodego Kościoła... Oczywiście mogę sobie 
powiedzieć: déjà vu, to już czytałem, to już znam, to już rozumiem, i wtedy 
pozbawiam się tego całego bogactwa, tego światła i tej siły życiodajnej, która 
w tekście na mnie czeka. 
Medytacja: nagle zatrzymuję się, zaskoczony, może zachwycony, aby temu 
bogactwu pozwolić wniknąć we mnie, upiększyć moje życie... Tu już nie 
chodzi tylko o słowa i teksty: przykuwają moją uwagę przeżycia, odczucia, 
postawy, działania... Rozważam, jak Bóg odnosi się do człowieka, rozważam 
Jego miłosierdzie, Jego wierność, Jego sprawiedliwość. Rozważam, jak 
człowiek odnosi się do Boga: jego żal, jego wdzięczność, jego wysławianie 
Boga, i jego kłamstwo, jego samolubstwo, jego tchórzostwo, jego strach, jego 
niewierność... Jego? A może i moje? Przecież w tych słowach i wydarzeniach, 

background image

w grzesznikach i bohaterach, odnajduję siebie samego i siebie lepiej 
rozumiem... 
Kontemplacja: mnogość odczuć, wrażeń, myśli pełnych zaskoczenia i 
podziwu, modlitw które się spontanicznie rodzą, prowokują do 
kontemplowania Bożych dziwów (mirabilia Dei), Bożych dróg, Bożego 
misterium. Słowa stają się już nieważne, nawet treść jaką niosą: człowiek 
zaczyna niejako oddychać obecnością i działaniem Bożym... Przecież tekst 
natchniony to Samoobjawienia niewidzialnego Boga, to Jego Epifiania 
poprzez wydarzenia i słowa, poprzez dzieje i wypowiedzi Ludu Izraela, 
Jezusa Chrystusa, Apostołów Kościoła. Tekst natchniony to krzak gorejący, z 
którego dociera do samego dna i sedna mego jestestwa wołanie Boże: 
"Mojżeszu! Mojżeszu! Zdejm sandały! " Ale słyszę swoje imię, i to mnie 
chce Pan wyzwolić z mojej niewoli egipskiej, i to ja odpowiadam z 
zachwytem i trwogą: "Oto jestem! " (Wj 3,4-5). I wyzuwam. się z siebie 
samego - nie z sandałów - i wkraczam na ziemię świętą Misterium 
tremendum et fascinosum... 

4. Lektura życiowa 

Tutaj mocniej niż w innych punktach tego opracowania odczuwam, jak 
sztuczne jest to dzielenie: przecież autentycznie religijna lektura Biblii jest ze 
swej istoty najbardziej życiowa, dotyka naszego dnia powszedniego, 
przemienia naszą egzystencję. A z drugiej strony nie zmienimy swego życia 
pod wpływem Biblii, jeśli jej nie odczytujemy religijnie, to znaczy z pomocą 
Ducha Świętego. Pragnę jednak w osobnym punkcie wskazać na te 
egzystencjalne wartości i moce Słowa Bożego, żeby je uwypuklić. Pragnę 
pokazać - nie wiem, czy mi się to chociaż w małej części uda - że nasze 
prawdziwe życie jest kluczem do starej Biblii i że stara Biblia potrafi 
odmłodzić i przemienić nasze życie, że tak jak powstawała ona z konfrontacji 
Bożej Woli z ludzką egzystencją (Objawienie w historii), tak otwiera ona 
przed nami swe sekrety, możliwości i bogactwa, kiedy "zderzamy " ją dzisiaj 
z życiem, a życie nasze z nią. Jak pisał poeta: "Wiem, że Twoje Słowo jest 
mieczem, bo jestem rozcięty na dwoje " (ks. J. Pasierb). Zaś R. Bultmann 
pisał paradoksalnie, że Biblię tym bardziej obiektywnie czytamy, im bardziej 
ją czytamy subiektywnie. Istotnie: taka jest bowiem jej geneza, charakter i 
cel, że im bardziej do niej podchodzimy osobiście, z własnym, normalnym 
(nie niedzielnym) życiem, tym większa szansa, że ją odczytamy i 
zrozumiemy obiektywnie, to znaczy zgodnie z tą genezą, charakterem i 
celem, zamysłem Bożego i ludzkiego autora. 
A. Szczypiorski notuje: "Książka tylko napisana, wcale jeszcze nie została 
napisana. Jej prawdziwe życie zaczyna się dopiero w czasie lektury. Jest to 
wspólne dzieło autora i czytelnika, skojarzenie dwóch typów wyobraźni, 
skrzyżowanie dwóch biografii, wymieszanie dwóch zbiorów doświadczeń, 
wrażliwości, nadziei i oczekiwań. " (Z notatnika stanu wojennego, SA WW 
1989, s. 35). To o zwykłej ludzkiej książce, ale jakże tu nie myśleć o Biblii? 
O ludzkich tylko księgach, ale potem także o Boskiej, pisze A. Kamieńska 
(Twarze Księgi, wyd. 2, Pax 1982, s. 28) omawiając modną dzisiaj teorię 
"twórczej zdrady " (creative treason): że nieważne jest to, co się w książce 
znajduje, co autor zamierzył, ważne jest, czego czytelnik - w innej epoce - 
szuka i co znajduje. "Utwór jest tylko tym, czym staje się w lekturze, i mówi 
tylko to, co w nim znalazła dana publiczność ". Gdy chodzi o lekturę Pisma 

background image

św., powiedzmy jasno: twórczość - tak, zdrada - nie! Dla nas jedynie ważne w 
tekście biblijnym jest to, co autor (Boski i ludzki) chciał (w tamtym Sitz im 
Leben) i chce (w naszym Sitz im Leben) przekazać (wierność, nie zdrada). 
Ale jeśli tamto orędzie jest dla naszego życia dzisiaj, to nasza twórczość (nie 
bierność) jest tu konieczna. Kamieńska pokazuje, jak św. Augustyn "zdradzał 
" Psalmy przez odejście od ich sensu pierwszego, przez swoje żarliwe 
podejście intelektualne, przez sztuczne narzucanie sensu chrystologicznego... 
Nie tędy dzisiaj droga. 
Im płytsza wiedza o Biblii i słabsza z nią przyjaźń, tym większa pokusa 
szukania w niej egzystencjalnych wartości ulotnych, nie będących domeną tej 
Księgi. Natomiast pogłębiona znajomość Biblii, przez częstsze i bardzo 
osobiste z nią obcowanie, pozwala czerpać z jej dóbr właściwych, 
szczególnych, niepowtarzalnych. Albowiem w owej aktualizującej recepcji 
życiowej chodzi nie o jakiekolwiek skojarzenie dawnego z dzisiejszym, lecz 
o podjęcie tego samego - chociaż urzeczywistniającego się odmiennie 
dawniej i dziś - wątku zbawienia. Liczy się przede wszystkim to, że Bóg 
zbawia, że Jego historia zbawienia nadal trwa. I dlatego lektura 
egzystencjalna nie oznacza w żadnym wypadku lektury samowolnej, opartej 
na jakimś "prywatnym objawieniu " (czy na "jedynie słusznych " 
dyrektywach brooklyńskiej centrali). 
Najprościej mówiąc: lud Boży stawiał sobie wiele pytań na temat życia, 
zanim zaczął Biblię pisać. Z Bożą pomocą szukał odpowiedzi na te 
egzystencjalne pytania - i znajdywał je. Spisywał te pytania i te odpowiedzi. 
Tak powstała nasza Biblia. Co nie znaczy, że wystarczy dzisiaj otworzyć 
Biblię, aby znaleźć odpowiedź na każde nasze pytanie: jak prowadzić interes 
w warunkach wolnego rynku, jak uprawiać ziemię, jak ugotować zupę... 
(Albo - że wrócę do naszych braci świadków Jehowy: jakim cytatem 
biblijnym zamknąć gębę katolikowi czy ewangelikowi). Chodzi o pytania - 
powtórzmy - egzystencjalne. I gdyby ich lud Boży nie stawiał, nie byłoby 
Biblii. To samo trzeba powiedzieć dzisiaj o nas: jeśli nie stawiamy sobie, 
innym, Bogu samemu, żadnych pytań tyczących życia, jeśli nie próbujemy - 
sami, ale przede wszystkim wspólnie z innymi, np. w kręgu biblijnym czy 
innej grupie - rozwiązywać problemów autentycznie życiowych, jeśli nie 
przeżywamy życia własnego i cudzego prawdziwie intensywnie, nie 
zrozumiemy Biblii w pełni, nie znajdziemy do niej właściwego klucza, jej 
sezam nie otworzy przed nami swoich skarbów. Dlaczego? Ponieważ Biblia 
jest odpowiedzią Bożą na problemy, które życie z sobą niesie. Wiemy, jak jest 
w naszych dyskusjach: nie można zrozumieć dobrze odpowiedzi, jeśli się 
najpierw nie usłyszało (lub nie postawiło) pytania. Podobnie jest w 
obcowaniu z Pismem św.: jeśli nie słyszę wpierw pytania, które rodzi we 
mnie życie, nie zrozumiem w pełni odpowiedzi, której Bóg na to pytanie 
udziela. 
Oto np. znana opowieść rozdziału 32 księgi Rodzaju. Pisałem o niej przed 
laty bardzo osobiście (Ta Księga - i nasze życie, w: Kierunku religijności, 
ATK 1983). J Zawieyski w trudnym czasie zapisał w swoim Dzienniku: 
"Każdy ma swoją rzekę Jabbok ". T. Kubiak widzi odbicie tej biblijnej historii 
w "Wielkiej Improwizacji " Mickiewicza. Pisze o tej historii A. Kamieńska w 
"Twarzach Księgi ", dodając na końcu: "...tu ujrzał Jakub Twarz Boga " (s. 
121-122). Ks. R. Rogowski konkluduje tę historię: "Tak zaczęła się wielka 
Teodrama, historia zmagań człowieka z Bogiem. Zmagań, które kocha Bóg i 
na nie czeka. Zmagań, które świadczą - wbrew pozorom o wielkiej wierze 
człowieka i jego mocnej nadziei, o odwadze i miłości. Zmagań, których 

background image

świadkami były góry i morza, pustynia i stepy, doliny i osady ludzkie. I co 
najważniejsze: zmagań które zawsze kończyły się zwycięstwem człowieka, 
bowiem Bóg jest Bogiem wspaniałym! " (Jak Jakub z Aniołem, Wrocł. Księg. 
Archid. 1988, s. 7). 
Albo psalm 23: "Pan jest moim pasterzem, nie brak mi niczego... " Kiedy w r. 
1972 znalazłem się w trudnej i zupełnie niespodziewanej sytuacji, przyjechali 
do mnie nad samą granicę ówcześni diakoni mojego seminarium, moi 
niedawni studenci. Urządzili piękną liturgię, a jeden z nich śpiewał podczas 
Mszy świętej ten właśnie psalm responsoryjny przypadający na tamtą lipcową 
niedzielę. I kiedy w tamtej sytuacji usłyszałem znane mi przecież od dawna 
słowa: "Chociażbym przechodził przez ciemną dolinę, zła się nie ulęknę, bo 
Ty jesteś ze mną!... ", nagle coś się odmieniło w mojej skołatanej głowie i w 
mym sercu pełnym żalu do niektórych ludzi. Nie tylko wrócił pokój: zostało 
mi ofiarowane światło, radość i moc do nowej pracy. Słowo Boże przemówiło 
i zadziałało, bo sytuacja biblijna spotkała się z moją osobistą sytuacją 
( "ciemna dolina "). I odtąd ten psalm to moja osobista własność życiowa - i 
osobisty sekret serdeczny, i ilekroć słucham go lub odmawiam, tylekroć 
odnawia się tamta chwila, by mnie na nowo ubogacić. 
Potem odkryłem, że ten psalm to nie tylko moja sekretna własność. 
Znalazłem u E. Kanta wyznanie: "W życiu moim przeczytałem wiele dobrych 
i mądrych książek. Ale w żadnej z nich nie znalazłem niczego, co by moje 
serce napełniło takim pokojem i taką radością, jak te cztery słowa z Ps 23: " 
Ty jesteś ze mną " . " W nienaukowej części mojej prywatnej biblioteki 
trzymam dwie ważne dla mnie książeczki. Jedna nosi tytuł: "Psalm 23 - Aud 
der Sicht eines Schafhirten ". Jej autor - W. Ph. Keller, Afrykańczyk, 
pracujący naukowo (i jako świecki kaznodzieja) w Kanadzie - sam był kiedyś 
pasterzem owiec. Druga to: "Du bis bei mir. Variationen über Psalm 23 " - 
dziełko F. Steigera (z pięknymi fotografiami), zawiera m.in. egzystencjalnie 
dokonaną egzegezę poszczególnych wierszy. Prawdziwym kluczem do Biblii 
jest intensywne przeżywanie nie tylko własnego, ale i społecznego życia. Na 
koniec więc już krótko kilka i takich wspominków - z trudnych lat: strajki 
studenckie roku 1981. Co wieczór w kaplicy Akademii Teologii Katolickiej 
komentujemy Ewangelię dnia następnego (i zaraz w nocy nasz komentarz jest 
drukowany w gazetce strajkowej " Wiadomości z Lasu ") - są to komentarze 
inne niż zwykle, bo niezwykłe to były dni, i Słowo Boże objawiło nam swe 
ukryte bogactwa... Kończymy strajki na Jasnej Górze. Na niedzielę 13 
grudnia studenci zostają w Częstochowie, ja wracam do Warszawy, aby w 
parafii Zbawiciela głosić rekolekcje: radosna trzecia niedziela Adwentu, 
przygotowałem radosną homilię, a w zakrystii dowiaduję się, co się stało w 
nocy, i nie mogę głosić radości, ale ufam, że nie zdradziłem Słowa Bożego. 
Przyjeżdżam pierwszy raz do internowanych w Białołęce. W mroźną 
niedzielę grudniową jestem cały spocony: konfrontacja czytań mszalnych z 
tymi ludźmi i z tą ich sytuacją "wymusza " na mnie słowa, których nie 
mogłem zaplanować... Termin "solidarność " nie jest biblijny, ale kiedy 
przeżywaliśmy powstanie i upadek "Solidarności ", Biblia odsłoniła mi 
ogromne bogactwo Boga z nami i naszej wzajemnej solidarności. Ani mnie 
ziębiły ani grzały (chociaż teoretycznie uważałem za słuszne) słowa św. 
Pawła: "Nie daj się zwyciężyć złu, ale zło dobrem zwyciężaj! " (Rz 12,21), 
ale kiedy za te słowa oddał życie mój młodszy przyjaciel ks. Jerzy, stały się 
one dla mnie nagle niebywale jasne, oczywiste, konieczne, nabrały nowej 
prawdy: życiowej. 

background image

5. Jak nie czytać Pisma świętego?

Komendant wojsk okupacyjnych powiedział do wójta pewnej wsi: - Jesteśmy 
pewni, że ukrywacie we wsi zdrajcę.
Tak więc. jeśli go nam nie wydacie, uprzykrzymy wam życie, panu i pańskim 
ludziom, na ile to będzie w naszej mocy. 
Rzeczywiście, wioska ukrywała pewnego człowieka, który wydawał się dobry 
i niewinny, więc wszyscy go lubili.
Ale cóż mógł zrobić wójt, teraz, kiedy został zagrożony spokój całej wsi?
Długie dni dyskusji rady gminnej nie przyniosły rozwiązania.
W końcu wójt przedstawił problem proboszczowi. 
Proboszcz z wójtem przesiedzieli całą noc szukając w Piśmie Świętym i 
wreszcie ukazało się im rozwiązanie. 
W Piśmie był pewien tekst, który mówił: "Lepiej, jeśli jeden człowiek umrze 
za lud, niż miałby umrzeć cały naród ". 
W ten sposób wójt wydal niewinnego wojskom okupacyjnym prosząc go o 
przebaczenie.
Człowiek powiedział, że nie ma nic do wybaczenia i że nie chce narażać 
wioski na niebezpieczeństwo. Torturowano go tak okrutnie, że jego krzyki 
mogli słyszeć wszyscy mieszkańcy wsi.
W końcu został stracony. 
Po dwudziestu latach do wsi przyszedł prorok, udał się wprost do wójta i 
rzekł: 
- Coście zrobili? Ten człowiek był przeznaczony przez Boga, by być 
wybawicielem tego kraju, a ty wydałeś go na tortury i śmierć. 
- A co mogłem zrobić?! - zawołał wójt. - Razem z proboszczem szukaliśmy w 
Piśmie i postąpiliśmy tak, jak tam było powiedziane. 
- To był wasz błąd - rzekł prorok. - Patrzyliście w Pismo, a powinniście byli 
również patrzeć w oczy tamtego człowieka. "
 
(A. de Mello, Śpiew ptaka, Verbinum 1989, s. 59-60). 
Jak nie czytać Biblii? Nie czytać patrząc tylko w Pismo. Trzeba patrzeć 
również w oczy człowieka. Upierałem się przy tym w poprzednim rozdziale, 
w którym już częściowo odpowiedziałem na pytanie postawione w tytule tego 
ostatniego rozdziału. Zresztą czytelnik wyznań Günthera Pape Byłem 
Świadkiem Jehowy
, do których piszę to posłowie, wie już z tej lektury, jak 
Biblii czytać nie należy. Autor nawet po nawróceniu interpretuje Biblię nader 
drobiazgowo, jeszcze trochę - proszę wybaczyć - po "jehowicku ". Łatwiej o 
zmianę serca niż mentalności, nie jest łatwo całkowicie wyjść z systemu, 
który przez tyle lat niewolił. Wiemy o tym z naszego polskiego życia 
społecznego dzisiaj: mówimy o mentalności posttotalitarnej, o postawach 
postkomunistycznych. System totalitarny - to niestety trafne określenie 
ideologii Świadków Jehowy. 
Ale dzięki nawróceniu serca Autor coraz jaśniej, bez złudzeń, patrzy w 
przeszłość, spogląda na kajdany, które opadają. Tak, kajdany. Jehowityzm to 
zniewolenie. Inny konwertyta (z jehowityzmu na ewangelicyzm), W. J. 
Schnell, w swojej książeczce pod znamiennym tytułem Trzydzieści lat w 
niewoli "Strażnicy "
 (Wyd. Słowo prawdy, bez roku wyd.), wyznaje w 
przedmowie: Z laski Bożej znów stałem się chrześcijaninem. Bóg znalazł 
mnie w mojej wczesnej młodości. Niedługo potem zostałem wciągnięty do 
organizacji Strażnicy (Watch Tower Organisation) i stopniowo stałem się jej 
niewolnikiem. Gdy moje duchowe życie zamierało, czyniłem rozpaczliwe 

background image

próby wyzwolenia się, lecz każda taka próba kończyła się jeszcze silniejszą 
niewolą. Dwukrotnie wydawało się, że już jestem wolny, po to tylko, aby 
stoczyć się z powrotem w ten sam dół. Aż nareszcie teraz przyszła wolność. Z 
laski Bożej stałem się wolnym, gdy On podniósł mnie po całonocnej 
modlitwie i gdy poczułem tak orzeźwiające tchnienie Ducha, że pod jego 
wpływem uczyniłem ślub Bogu. Pisząc te dzieje mojej 30-letniej niewoli, 
spełniam właśnie ślub, za cenę którego uzyskałem wolność. Nie przedkładam 
Wam do czytania rozprawy naukowej, lecz odczute sercem wyznanie o niewoli 
tak głębokiej, że wyrwanie się z niej kosztowało mnie 30 lat zmagań. W 
ujawnieniu tych sposobów zniewalania przyświeca mi cel chrześcijański: 
jeżeli znajdujesz się w tej niewoli jako jeden ze Świadków Jehowy, jestem 
pewny, że wyznanie moje pomoże ci ocenić Twoje położenie, abyś, zamiast 
dalej brnąć w ciemność, mógł wydostać się na światło swoją własną drogą, 
którą ja znalazłem głębokim pragnieniem serca po wielu błędach i 
doświadczeniach; jeśli nie jesteś jednym ze Świadków Jehowy, wówczas 
przeczytanie wyznania o mojej 30-letniej niewoli będzie dla Ciebie 
przestrogą. Słowa tej opowieści stają się widoczne na papierze dzięki farbie 
drukarskiej, ale ich treść duchowa i myśli w nich zawarte pisane są krwią 
mojego życia, uczuciami męki i tortur przeżytych w piekle bardziej dla mnie 
realnym niż "Piekło " Dantego. Nie żywię nienawiści do moich byłych braci i 
nie pragnę zemsty pisząc te słowa; po prostu wypełniam swój ślub, który 
uczyniłem Bogu, gdy pomógł mi uwolnić się i stać się na powrót 
Chrześcijaninem.
 Słowa takie jak "niewola ", "uwolnienie ", "wolność " 
padają w tej niewielkiej książce tak często, że to nie może być przypadek. 
Chodzi przecież o istotne orędzie Crystusowe - i o istotę życia 
chrześcijańskiego. Mówi Jezus: "Prawda was wyzwoli " (1 8,32). A Jego 
największy Apostoł: "To dla wolności - wyzwolił nas Chrystus! " (Ga 5,1). 
"Egzegeza " biblijna Świadków Jehowy jest zabiegiem nader niebiblijnej 
samowoli. Jej fundamentem jest... fundamentalizm, który zagraża czasem i 
naszej chrześcijańskiej (katolickiej, ewangelickiej czy prawosławnej) lekturze 
Biblii. Opiera się na przekonaniu o bezbłędności Biblii, z którego 
wyprowadza jednak wniosek, że wszystkie informacje zawarte w Biblii 
należy przyjąć w sposób bezkrytyczny jako prawdziwe i pewne. Dotyczy to 
również danych historycznych, chronologicznych, geograficznych, 
astronomicznych i w ogóle przyrodniczych. (Świadków Jehowy tego rodzaju 
podejście jest posunięte aż do absurdu i śmieszności). Tylko takie ujęcie 
bezbłędności Pisma św. pozwala - zdaniem fundamentalistów - mówić o nim 
jako o godnym zaufania Słowie Bożym. Gdyby się okazało, że w tym czy 
innym miejscu Biblia błądzi, rzucałoby to cień na jej wiarygodność w ogóle i 
oznaczało możliwość błędu także gdzie indziej. To jest jednak niemożliwe, 
sam Bóg bowiem czuwał nad powstaniem tekstu Biblii, określając nawet jego 
szatę literacką. 
Fundamentalizm przyjmuje więc werbalne rozumienie natchnienia biblijnego. 
Świętość Księgi jest świętością poszczególnych słów, zdań i wypowiedzi, za 
którymi kryje się ręka Boża. Boża prawda uległa obiektywizacji i 
materializacji: jest dostępna bezpośrednio w szacie słownej Biblii. Biblia to 
więc jakby rodzaj kodeksu, w którym każde, najmniejsze nawet słówko 
zostało przemyślane przez prawodawcę i domaga się zastosowania. 
Niepotrzebne są zatem i wręcz szkodliwe wszelkie dociekania i badania 
tekstu oraz świata Biblii: wystarczy praktykować to, co się przeczytało i 
dosłownie zrozumiało. U Świadków Jehowy z takiego podejścia zrodziło się 
radykalne nastawienie antynaukowe. Z pasją potępiają naukowe teorie 

background image

kształtowania się kosmosu i powstania gatunków biologicznych, głoszą 
otwarcie i konsekwentnie realizują zasadę wyższości mężczyzny nad kobietą, 
złowrogą metafizykę krwi itp. Przekreślanie ustalonych prawd naukowych 
(bo nie zgadzają się z jakimiś twierdzeniami biblijnymi literalnie 
rozumianymi) łączy się np. z zacieraniem granicy między prawem moralnym 
a rytualnym, skutkiem czego historycznie uwarunkowany zakaz spożywania 
krwi nabrał tego samego waloru co nakazy ściśle etyczne. 
Fundamentalizm rzekomo poszukuje pewności, stałej podstawy 
(fundamentu), przeciwstawia się niebezpieczeństwu myślnych interpretacji. 
W rzeczywistości jednak doprowadza do "unieruchomienia " Bożej prawdy, 
do jej odcięcia od prawdziwego życia człowieka. Fundamentalistyczne 
pojęcie natchnienia i bezbłędności Pisma św. prowadzi do zrównania 
wszystkich bez wyjątku twierdzeń biblijnych, do odczytywania ich na jednej 
płaszczyźnie: wszystkie mają jednakową wartość, a więc wszystkie posiadają 
charakter absolutny, same w sobie. Prowadzi to do zerwania związku 
pomiędzy wypowiedziami biblijnymi, uniemożliwia usłyszenie 
dynamicznego orędzia Bożego. Fundamentalizm jest metodą wygodną i 
często opłacalną. Powołując się na wyizolowane z kontekstu - 
bezpośredniego i kontekstu całej Biblii - wypowiedzi, może "udowodnić " 
prawie wszystko i znaleźć uzasadnienie "biblijne " dla wielu zupełnie 
niebiblijnych poglądów i postaw.. Mistrzami takiego "udawadniania " i 
"uzasadniania " są oczywiście nasi Świadkowie Jehowy. 
Ciekawe, że Autor książki Byłem Świadkiem Jehowy bardzo powoli 
wychodzi z fundamentalizmu, kiedy odchodzi od sekty; powiedziałby, że i po 
odejściu trochę w nim tkwi, tak mocno zakodowana jest ta tendencja. Günther 
Pape stopniowo odkrywa, że zwodzono go od dzieciństwa - i on innych przez 
długie lata zwodził - cytatami wyrwanymi z kontekstu, i że tak nie można. 
Odszedł także dlatego, że znalazł niezgodności między ich nauką a Biblią. A 
przecież ta nauka za wszelką cenę chce się pokazać biblijną! I wszystko chce 
udowodnić Pismem św.! W pismach Świadków spotykamy często takie 
zdanie: "Biblia w prosty sposób wyjaśnia... " Tyle że jest to nie tyle sposób 
biblijny, ile prosty sposób na Biblię, na odebranie jej wiarygodności: przez 
wprzęgnięcie jej w służbę ideologii i interesom grupy, a więc przez 
manipulowanie nią, traktowanie wybiórcze i instrumentalne, przez 
przekręcanie i naciąganie (przesunięcie przecinka!), przez dosłowne 
odczytywanie w sprawach, w których Biblia nie chce się autorytatywnie 
wypowiadać (historia, przyroda...), a niedosłowne - kiedy jej wypowiedź 
teologiczna jest dla doktryny Świadków niewygodna... 
Sposób na Biblię: jej kompromitacja. Bo chodzi nie tylko o ośmieszanie jej: 
głoszenie spełnienia się proroctwa Jezusowego o "znakach na słońcu, 
księżycu i gwiazdach " (Łk 21,25) poprzez wojnę atomową i 
bakteriologiczną, przez irackie rakiety i amerykańskie antyrakiety w Zatoce 
Perskiej... Chodzi także o groźniejsze przekreślanie jej orędzia zbawczego, 
orędzia samego Miłosiernego Boga, np. przez radowanie się spodziewanymi 
stosami trupów i morzem krwi nie tylko w Zatoce, ale i na całym świecie: bo 
tak chce Bóg, bo tak spełniają się Jego zapowiedzi... To niejest mój Bóg, ani 
Bóg Jezusa Chrystusa, ani Bóg Biblii żydowskiej i chrześcijańskiej. 
"Eschatologia " Świadków Jehowy jest czysto ziemska, bardzo 
konsumpcjonistyczna; gdzieś się zapodział taki "drobiazg " biblijny, że naszą 
Ziemią Obiecaną i Rajem będzie sam Bóg oglądany twarzą w twarz, że nasze 
szczęście szczęście wieczne będzie miłosnym z Nim zespoleniem. I tym się 
Biblia tylko interesuje - relacją Boga do nas, naszą do Niego relacją, w 

background image

kontekście wierzącej wspólnoty - a nie naukowym wyjaśnianiem świata, jego 
przeszłości i przyszłości. A przecież bracia jehowici niestrudzenie wyliczają i 
obliczają z Biblii daty końca papiestwa i chrześcijaństwa, władz i świata (lata 
mijają, proroctwa się nie spełniają; nawet proroctwo o zniszczeniu Kościołów 
przez komunizm nie wyszło im: Kościoły mają się raczej dobrze, a 
komunizm już ledwo zipie). W kontekście wierzącej wspólnoty - napisałem 
przed chwilą. I tu mamy dwie ważne sprawy, gdy chodzi o właściwe pojęcie i 
przyjęcie Słowa Bożego zapisanego w Biblii. Po pierwsze nie wolno nam 
zapominać, że Biblia zrodziła się we wspólnocie - izraelskiej, potem 
chrześcijańskiej. Po drugie, że najlepiej ją rozumiemy dzisiaj w kontekście 
życia i nauczania wspólnoty. To drugie wynika z pierwszego, lektura 
kościelna Pisma św. jest konsekwencją jego genezy. 
Biblia bowiem nie spadła z wysokiego nieba prosto w ręce dobrego jehowity 
czy złego katolika: zrodziła się - i bardzo długo się rodziła! - we wspólnocie 
wierzącej Pierwszego Testamentu, a potem Nowego Testamentu. 
Pisma powstały i zostały zebrane dla czytania i zwiastowania we wspólnocie 
liturgicznej (zob. Kol. 4,16). Nie było Nowego Testamentu bez Kościoła, jak 
nie byłoby "Starego " Testamentu bez Izraela. Nauka stwierdza to wyraźnie. A 
więc Kościół (nie budynek) jest właściwym miejscem lektury biblijnej. 
Czytanie prywatne - jak najbardziej przez Kościół polecane - jest w jakimś 
sensie rozszerzeniem tamtego czytania publicznego, zwiastowania 
liturgicznego. W moim osobistym obcowaniu z Księgą muszę zdawać sobie 
sprawę, że jestem niewierny jej genezie i jej charakterowi, kiedy szukam w 
niej innej Nowiny - dobrej czy złej - aniżeli ta, którą mi wspólnota kościelna 
głosi. Czytam Pismo św. jako członek tej wspólnoty, która spisała je i daje mi 
je do ręki, i w której działa nadal ten sam Duch Prawdy, który natchnął 
pisarzy biblijnych (zob. J 16,13). 
Jak więc nie czytać Pisma św.? Izolując się od wiary i tradycji Izraela i 
Kościoła apostolskiego, polegając tylko na sobie (czy na wymyślonych za 
Oceanem sztywnych dyrektywach), zamykając oczy na oczywistości 
naukowe. Oczy trzeba mieć szeroko otwarte: na świat dawnej historii i świat 
współczesny, i na Boga - Ojca najlepszego, który w nim działa. I oczy otwarte 
na ludzi - i na to, co i jak głoszą. I nie dać się zwodzić pozorom. Takim 
pozorem może być Biblia trzymana w ręku tych, którzy pukają do naszych 
drzwi... 
Ta Biblia przez nich od drzwi do drzwi gorliwie noszona i fałszywie 
tłumaczona musi stawać się wezwaniem i wyzwaniem dla nas, kiepskich 
chrześcijan. Bardzo potrzebna jest nam wszystkim dobra znajomość Pisma 
św. i związanie ze wspólnotą Kościoła, a także - jeśli to możliwe - z jakąś 
mniejszą grupą, ruchem czy kręgiem biblijnym. I czytanie nie tylko Biblii - 
co jest najważniejsze - ale także: na temat Biblii. Taki trud popłaca - i 
przynosi wiele radości. 
"Raduję się z mów Twoich 
jak ten, co zdobył wielki łup " 
(Ps 119,162). 
ks. Michał Czajkowski