background image

 

 

Jennifer Greene 

 

Dzikość serca 

 

 

 

 

Tytuł oryginału Wild in the Field 

background image

 

ROZDZIAŁ PIERWSZY 

 

Raz w miesiącu Pete MacDougal nastawiał się psychicznie na 

wybuch rebelii, a potem rzeczywiście musiał stawić jej czoło. 

Zmieniały się jedynie rodzaje broni i metody walki przeciwnika. Miny 

na twarzach jego czternastoletnich synów zawsze były podobne. 

„Nigdy się nie poddamy", mówiły ich oczy, lekko uniesione 

podbródki wyrażały upór, a z całej postawy biła zadziorna 

nieustępliwość. 

Ciężko jest mieszkać pod jednym dachem z nastolatkami, 

szczególnie gdy są to bliźniacy. Ale najgorsze było to, że synowie 

wdali się w niego. To naprawdę nie fair. 

- Posłuchaj, tato. Ty nic nie rozumiesz. Nie masz pojęcia, ile 

zalet ma mieszkanie bez kobiety. Powinniśmy być wolni. 

- Dobra, dobra - mruknął Pete zajmujący strategiczną pozycję w 

holu. Zdecydowanym ruchem podał Simonowi wiadro i mopa. Drugi 

pomagier, Sean, którego odróżniał od brata jedynie niesforny kosmyk 

na czole, próbował oddalić się od odkurzacza. 

- Daj spokój, tato. Pamiętasz jeszcze, co to znaczy być wolnym? 

Mamy prawo być sobą. Nie jeść warzyw. Nie zmywać, dopóki starcza 

czystych naczyń. Chodzić w butach po domu. Żyć tak, jak nam się 

podoba. 

Rura odkurzacza wylądowała w rękach Seana, ale Simon nie 

dawał za wygraną: 

RS

background image

 

- Zawsze mówisz, że powinniśmy mieć swoje zdanie, prawda? 

Otóż myślę, że skoro wreszcie udało nam się mieć wolne i nie chodzić 

do szkoły, bo jest śnieżyca, to sprzątanie jest ostatnią rzeczą, na jaką 

powinniśmy wykorzystać ten czas. 

Sean niby to niechcący upuścił rurę od odkurzacza. 

- A w ogóle, po co to wszystko? - spytał filozoficznie. - Ledwie 

posprzątasz, a znowu jest brudno. Zresztą, cóż złego jest w brudzie? 

Ja lubię brud. Simon też. No, a dziadzio to już w ogóle uwielbia. 

Tylko ty... 

- Jak jest brud, to nie ma kobitek, prawda, tato? A jak się je 

jabłka, to się nie choruje... 

- Dość tego - warknął Pete. Wiedział, że zaraz szlag go trafi. Jak 

co miesiąc. Kwestią otwartą pozostawało tylko, w którym momencie 

to nastąpi. - Koniec dyskusji. Jeśli nie chcecie mieć szlabanu na 

wyjścia z domu do końca życia, macie natychmiast wymyć podłogi i 

odkurzyć dywany. No i łazienki - inspektor sanitarny zabroniłby z 

nich korzystać. Tam po prostu śmierdzi. No, jazda, ruszać się. 

- Ja nie sprzątam łazienki - burknął Sean do brata. 

- Ja też nie... 

-Obie łazienki na górze - przerwał Pete podniesionym głosem. - 

A wszystkie brudne ręczniki i łachy macie znieść do pralni... - Pete 

zobaczył, jak wiadro ląduje na głowie Simona, a mop wali w Seana. 

Potem rozległy się dzikie wrzaski, przypominające odgłosy walki 

ulicznych kocurów. Po wrzaskach nastąpiły kolejne ciosy, piski i 

chichoty. 

RS

background image

 

- Nie wykręcicie się od pracy, choćby nie wiem co! - wołał za 

nimi Pete. - Nie obchodzi mnie, ile wam to zajmie. Możecie pracować 

nawet do północy. Dom ma być czysty. Spokój! Bo chwycę was za 

łby i walnę jednym w drugi! 

Chłopcy wiedzieli, że nigdy tego nie zrobił i nie zrobi, ale 

zwykle ta pogróżka była skuteczna. Tym razem jednak pech chciał, że 

właśnie w tej chwili ukazał się stary pan MacDougal, przechylony 

przez poręcz schodów. 

Ian, wsparty na lasce, wyglądał wprawdzie dość słabowicie, ale 

udzielił silnego poparcia młodzieńcom, negatywnie wypowiadając się 

na temat sprzątania i wychwalając uroki życia bez kobiet, Ian 

MacDougal był bez wątpienia dziadkiem, który postępował 

niewychowawczo. Chłopcy go za to uwielbiali. Teraz też zaczęli go 

błagać, by wziął ich stronę w zmaganiach ż okrutnym poganiaczem 

niewolników, który uważał się za ich ojca. 

- Mam dość tego użerania się co miesiąc. Chyba zaraz rozwalę 

ze złości jakąś ścianę. To nie dom, ale jakiś chlew! Dość gadania na 

dzisiaj i ciebie to też dotyczy, tato. No, jazda, chłopcy, do roboty! 

Wreszcie chłopcy powlekli się po schodach na górę, robiąc 

możliwie jak najwięcej hałasu dźwiganym sprzętem, a Pete zaczął się 

zastanawiać, czy stary dom na farmie zostanie posprzątany, czy raczej 

zrujnowany. Gdy tylko synowie zniknęli z pola widzenia, nastąpiła 

seria dramatycznych odgłosów. Źródło tych dźwięków było 

tajemnicą, ale całość można by było zinterpretować jako połączenie 

trąbienia słoni z wyciem kojotów i okrzykami bratobójczej walki. 

RS

background image

 

Wyło stereo oraz telewizor - oba z podkręconą maksymalnie 

głośnością, ze względu na warkot odkurzacza. 

Cud, że Pete usłyszał dzwonek u drzwi. Właściwie to ledwie go 

rozpoznał. Mało kto w White Hills w stanie Vermont używał 

dzwonka, przynajmniej w domu MacDougalów. A już szczególnie w 

taką marcową śnieżycę, kiedy najśmielszy farmer nie wytyka nosa z 

domu. 

Gdy otworzył drzwi, wiatr sypnął mu śniegiem w oczy, co wcale 

go nie zaskoczyło, w przeciwieństwie do gościa. 

- Pete, muszę cię prosić o przysługę. 

- Jasne, wejdź. 

Campbellowie byli sąsiadami z najbliższej farmy. A tak w ogóle 

MacDougalowie i Campbellowie przypłynęli prawdopodobnie na tym 

samym statku ze Szkocji ileś tam pokoleń wstecz. Na pewno na długo 

przed wojną secesyjną. MacDougalowie zwykle mieli synów, a 

Campbellowie woleli wyraźnie mieć córki. Pete dorastał wraz z 

trzema siostrami Campbell, a z Violet chodził do klasy. 

- Kto przyszedł, tato?! - rozległ się wrzask Seana, po czym on 

sam, we własnej osobie, zbiegł do połowy schodów. - Dzień dobry, 

pani Campbell - powiedział już na normalnym poziomie decybeli. 

- Cześć, Sean. 

Sean zniknął. Ucichł odkurzacz. Zamilkło stereo. Telewizja 

również. Było cicho jak makiem zasiał. Wszyscy się bali Violet 

Campbell. Violet była... Cóż, Pete sam nie wiedział, jak wytłumaczyć 

chłopcom, dlaczego Violet jest taka, jaka jest. 

RS

background image

 

W szkole średniej wydawała się całkiem normalna, ale kilka lat 

temu wróciła do domu po rozwodzie nieźle zbzikowana. Na przykład 

teraz, w dzień zimniejszy niż serce czarownicy, była bez czapki, a 

rozpuszczone blond włosy opadały jej na plecy. Miała na nogach 

frymuśne pantofelki, kolczyki wielkie jak koła młyńskie i śliczne 

fioletowe paletko, w którym nawet gęś by się nie ogrzała. Była jedną 

wielką ozdóbką, a na jej widok wszyscy MacDougalowie wpadali w 

popłoch. 

No, może wszyscy oprócz Pete'a. Czyż można bać się kogoś, z 

kim się chodziło do klasy? To przecież prawie jak siostra. Nieważne, 

że jest dziwaczką. Pete automatycznym ruchem zamknął drzwi i 

patrzył wyczekująco na swego gościa. 

- Zdejmij płaszcz. Chcesz kawy? O tej porze dnia jest już pewnie 

gęsta jak błoto, ale przynajmniej ciepła - zagaił uprzejmie, ale gdy 

tylko przyjrzał się jej twarzy, spytał: - Coś się stało? 

- Dziękuję za kawę, nie zabawię długo - odparła, ściągając 

rękawiczki i ukazując po pięć pierścionków na każdej dłoni. 

Natychmiast zaczęła wymachiwać rękami, przypominającymi kanarki, 

które uciekły z klatki. - Owszem, tak, stało się, a chodzi o moją siostrę 

Camille - wyjaśniła. - Muszę wyskoczyć na parę dni do Bostonu. 

Pete poczuł się tak, jakby ktoś walnął go znienacka w splot 

słoneczny. Wystarczyło, że usłyszał imię Camille. Violet mogła być 

sobie jego przyszywaną siostrą, ale Camille na pewno nie. 

- Cholera. A słyszałem, że Cam doszła już do siebie. Jest chora? 

Coś jej się stało? Jak mogę pomóc? 

Violet pokręciła głową. 

RS

background image

 

- Sama nie wiem, co można zrobić. I boję się jechać w taką 

pogodę, ale muszę. Muszę ją przywieźć do domu, a przekonanie jej 

może mi zająć trochę czasu. Chodzi jednak o to, że zostawiam dom, 

szklarnie, koty... 

- Nie ma sprawy, zajmę się wszystkim... 

- Temperatura w szklarniach... 

- Violet, przecież już się tym wcześniej zajmowałem, wiem, co i 

jak... - Rozzłościło go, że robi z tego problem. 

MacDougalowie od lat pomagali Campbellom i vice versa. Tak 

było w Wbite Hills. Gdy już wszyscy przestali się kłócić o seks, 

religię i politykę, pomagali swoim sąsiadom. Pete wiedział doskonale, 

w której szklarni jaka ma być temperatura, więc nie zamierzał tracić 

czasu na gadanie o tym. 

- No więc, co z tą Camille? Myślałem, że już wszystko w 

porządku. To znaczy, ma za sobą straszne przeżycia, ale już tyle 

miesięcy minęło od śmierci jej męża... 

Violet rozpięła płaszczyk i zaczerpnęła tchu. 

- Wiem. Wszyscy myśleliśmy, że najgorsze ma już za sobą. 

Przecież straciła Roberta zaledwie w rok po ślubie, w przypadkowej 

ulicznej napaści. A tak go kochała... -Oczy Violet się zaszkliły. 

- Tak, słyszałem - powiedział szybko Pete na widok jej łez. 

Wiedział, że powinien natychmiast coś zrobić, żeby naprawdę 

się nie rozpłakała, ale nic nie przychodziło mu do głowy, bo jego 

myśli zaabsorbowała niepodzielnie Camille. 

Cam była cztery lata młodsza od niego, więc w latach szkolnych 

w ogóle go nie interesowała. Ale pamiętał dobrze jej ślub. Wtedy już 

RS

background image

 

nie była dla niego za młoda. Wyglądała jak podarunek Boga na noc 

poślubną. Radosna, zakochana w panu młodym, uśmiechająca się do 

niego obiecująco, wpatrzona weń miłośnie tymi cudownymi 

ciemnymi oczami. Prawdę mówiąc, zawsze się Pete'owi bardzo 

podobała. Ale najpierw była za młoda, a potem została żoną innego 

faceta. Jednak gdy usłyszał o tym, że została wraz z mężem 

napadnięta przez jakichś bandziorów, odczuł ogromną ulgę, że to nie 

ona została zabita. 

- Wszyscy sąsiedzi mówili, że Cam już doszła do siebie - 

zagadnął Violet. 

- To był niemal cud. Rehabilitacja trwała wiele miesięcy. 

Mnóstwo czasu spędziła w szpitalu. Jej twarz była taka poharatana, 

miała pogruchotane żebra, złamaną nogę... 

- No właśnie o tym mówię. Słyszałem, że wreszcie czuje się 

dobrze. Więc co się stało? Nastąpił jakiś nawrót? - Wyciągnięcie z 

Violet konkretnej informacji było równie trudne, jak zmotywowanie 

muła do wygrania wyścigów konnych. 

Violet wyrzuciła ręce w górę i wykonała kilka tych swoich 

dziwnych trzepoczących ruchów dłoni. 

- To wszystko jest bardzo skomplikowane - zaczęła. -Camille 

zawsze dzwoni do mnie kilka razy w tygodniu. I nagle przestaje 

dzwonić. Próbuję się z nią skontaktować i dowiaduję się, że ma 

odłączony telefon. No to dzwonię do jej sąsiadki, Twilli. Ta mi mówi, 

że Camille straciła pracę i od dwóch tygodni nie wychodzi z domu. 

Skrzynka pęka w szwach od poczty, gazety leżą pod drzwiami, śmieci 

nie wyniesione. Ta sąsiadka stukała do niej, myśląc, że może Cam jest 

RS

background image

 

chora, pytała, czy czegoś nie potrzeba, ale Camille podobno ją 

zbluzgała. 

- Co ty mówisz? 

Camille zawsze była radosną, spokojną dziewczyną, która nie 

miewała humorów ani tym bardziej napadów furii. 

- Sama nie wiem, co o tym myśleć - westchnęła Violet, 

obejmując się ramionami. - Twilla powiedziała, że Camille zrobiła się 

strasznie wredna i agresywna. 

- To niemożliwe. 

- Myślę, że to przez ten proces, Pete, Proces tych trzech 

bandytów. 

- Tych, co ich napadli? Akurat wyjechałem z chłopcami na ferie, 

kiedy się skończył proces, ale myślałem, że wszyscy dostali wyroki 

skazujące... 

- Owszem, ale bardzo niskie. Zabójca Roberta dostał siedem lat i 

może wyjść po trzech za dobre sprawowanie. Pozostali dwaj dostali 

niższe wyroki. Za dwa lata będą mogli spokojnie grasować po ulicach. 

- No coś ty? Zabili faceta, prawie zatłukli Camille i dostali po 

kilka lat? 

Oczy Violet znowu zaszły łzami. 

- No właśnie. Sędzia wziął pod uwagę to, że wcześniej nie byli 

karani, a za okoliczność łagodzącą uznał fakt, że chociaż świadomie 

wzięli narkotyki, nie wiedzieli, że są zmieszane z jakimś świństwem, 

które powoduje objawy psychozy. Tak więc sędzia uznał, że byli 

częściowo niepoczytalni. Wyrok zapadł dopiero miesiąc temu. To był 

długi proces, a ja dokładnie śledziłam jego przebieg, jak wszyscy w 

RS

background image

 

rodzinie. Camille zadzwoniła, kiedy poznała werdykt, ale to wszystko. 

Oczywiście była bardzo przygnębiona. Potem już się z nikim nie 

kontaktowała... -Violet chwyciła rękawiczki, zbyt poruszona, by stać 

spokojnie i rozmawiać. 

- Przywieź ją do domu - powiedział Pete. 

- Właśnie to zamierzam zrobić. Pojechać tam, spakować jej 

rzeczy i przywieźć ją tutaj. 

- Jak nie będzie chciała jechać, zadzwoń do mnie. Przyjadę ci 

pomóc. 

- Jeśli prawdą jest to, co mówi sąsiadka, będę miała szczęście, 

jak mnie wpuści do środka. Ale jak będzie naprawdę źle, mogę 

poprosić o pomoc Daisy. 

- To twoja siostra nie mieszka już we Francji? - Pete był coraz 

bardziej skołowany. 

- Mieszka, ale przyleci natychmiast, jeśli ją o to poproszę. 

Przyleciała zaraz po napadzie, jak Cam była w szpitalu. Rodzice 

oczywiście też. Ale teraz chcę się najpierw sama zorientować, o co 

chodzi, zanim wezwę na pomoc kawalerię. - Violet otworzyła drzwi 

wejściowe i nie zważając na to, że wiatr wwiewa do środka tumany 

śniegu, kontynuowała: - Bo Daisy jest jak kawaleria. Lubi 

przejmować dowództwo i wszystkim rządzić... 

Pete znał Daisy. Wiedział też, że jak Violet się nakręci, trudno ją 

zatrzymać, więc postarał się naprowadzić ją na konkrety. Dała mu 

klucze do domu i szklarni, po czym zaczęła trajkotać o 

zabezpieczeniach, temperaturach, wrażliwości sadzonek lawendy, o 

RS

background image

 

10 

kotach, kaprysach pieca, kiedy temperatura spadała poniżej zera, a 

nawet wtrąciła parę słów o zacinaniu się tylnych drzwi. 

Zanim wyszła, w holu zebrała się spora zaspa śniegu. Pete 

zamknął drzwi i patrzył przez boczne okienko, jak Violet wycofuje z 

podjazdu swój samochód obklejony kalkomanią w kwiatki i jedzie 

przez zaspy, nie rozglądając się na boki. Miał wątpliwości, czy 

podjazd i skrzynka na listy pozostaną nienaruszone po tych 

wyczynach, ale tak naprawdę myślał teraz o najmłodszej z sióstr 

Campbell. 

Przeczesał palcami włosy, żałując, że nie był bardziej stanowczy 

wobec Violet i nie zadał więcej konkretnych pytań. Jednak wiedział, 

że nie jest upoważniony do wtrącania się w sprawy Cam. Zresztą, był 

dość miękki wobec kobiet, sądząc po tym, że była żona przed 

odejściem zabrała mu wszystko oprócz zlewu i... synów. 

Synowie byli dość absorbujący, nie miał więc teraz czasu, by 

zamartwiać się problemami Camille. Po prostu zrobiło mu się na 

chwilę smutno na myśl o tym, że ktoś tak pełen życia i tak młody jak 

Cam przeżył tragedię. 

- Psst, tato... - łobuz przechylony do połowy przez poręcz na 

piętrze ryzykował oczywiście życie albo złamanie nogi. - Czy pani 

Campbell już sobie poszła? Można bezpiecznie zejść na dół? 

- Tak, już poszła. 

Za poręczą ukazała się kopia pierwszego łobuza. 

- Tato, źle się czujesz? Już na nas nie krzyczysz... 

- Zaraz zacznę - obiecał z roztargnieniem Pete, ale gdy nie 

przystąpił natychmiast do działania, chłopcy wpadli w popłoch. 

RS

background image

 

11 

- Wcale nie sprzątamy - oświadczył buńczucznie Sean. 

- Tak, ogłaszamy strajk - dodał Simon. - Dziadzio się do nas 

przyłącza, więc jest trzech na jednego. 

Być może zawiódł swoją byłą żonę, ale nigdy nie sprawił 

zawodu synom. Ponieważ spodziewali się, że będzie na nich 

wrzeszczał, zmusił się, by przestać myśleć o Camille, i ruszył po 

schodach na górę - palnąć mówkę, której oczekiwano. 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

RS

background image

 

12 

ROZDZIAŁ DRUGI 

 

Gdy Camille usłyszała pukanie do drzwi, serce zaczęło jej walić 

jak oszalałe, ale była to tylko głupia, automatyczna reakcja, która 

została jej po napadzie. A przecież była teraz w domu na rodzinnej 

farmie, gdzie siłą sprowadziła ją Violet trzy tygodnie wcześniej. Była 

bezpieczna. Niby o tym wiedziała, ale choć od napaści minęło wiele 

miesięcy, nagłe odgłosy i cienie wciąż jeszcze sprawiały, że ściskało 

ją w dołku. 

Ktoś znowu zapukał, a ona to zignorowała. Na walenie w drzwi 

też nie zareagowała. Potem jednak rozległ się głos jej siostry, 

nawołujący ją po imieniu. 

Camille nie ruszyła się ze starego bujanego fotela stojącego w 

kącie salonu, a słuchając, jak Violet wykrzykuje jej imię, 

przypomniała sobie, jak w gruncie rzeczy go nie lubi. Matka dała 

wszystkim trzem córkom imiona pochodzące od nazw kwiatów, ale 

ona nie została fiołkiem ani stokrotką, nie, ona musiała być kamelią. 

Należało chyba w związku z tym oczekiwać, że będzie ciemnowłosa, 

ciemnooka i niezwykle romantyczna. To ostatnie się nie sprawdziło. 

W ostatnich miesiącach zrobiła się poza tym antypatyczna. Nie 

tylko nieprzystępna, ale wręcz gburowata i opryskliwa. 

- No dobrze, Cam, kochanie... - Nie doczekawszy się 

odpowiedzi, Violet zaczęła przemawiać głosem tak pełnym 

cierpliwości, że Cam miała ochotę otworzyć drzwi tylko po to, by jej 

przyłożyć. - Zostawię lunch na stole o dwunastej, możesz go zabrać, 

RS

background image

 

13 

ale chcę, byś zjawiła się na obiad. Nie musisz nic mówić. Nic nie 

musisz robić. Ale jeśli nie przyjdziesz o szóstej i nie zobaczę na 

własne oczy, jak jesz - dzwonię do Daisy i mamy. 

Camille raptownie otworzyła oczy. Poczuła przypływ jakiegoś 

uczucia... chyba niepokój. Nie żeby przejmowała się czymkolwiek czy 

kimkolwiek. Jednak groźba sprowadzenia matki i najstarszej siostry 

sprawiła, że oblała się zimnym potem. Panie Campbell zjednoczone w 

ataku wycisnęłyby zimny pot nawet z kamienia. Nie miała siły się z 

nimi użerać. Z westchnieniem dźwignęła się z fotela, by zrobić sobie 

drinka. 

Deszcz bębnił w brudne szyby i w pokoju panował półmrok, ale 

ona nie zapaliła światła. Ostatnie tygodnie przeżyła jakby we mgle. 

Przypominała sobie mętnie, jak Violet wparowała do jej mieszkania w 

Bostonie, znalazła ją zwiniętą w kłębek na łóżku, potrząsnęła nią, 

ochrzaniła i spakowała jej rzeczy. Pamiętała, że wracały do Vermont 

w czasie śnieżycy. Potem odmówiła zamieszkania w ciepłym, 

przytulnym dużym domu rodzinnym na farmie i kłóciła się z Violet o 

to, czy w starej chacie da się w ogóle wytrzymać, zwłaszcza o tej 

porze roku. 

W tej chacie nie bardzo można było mieszkać, ale z Violet też 

nie, więc koniec końców wszystko ułożyło się jak należy. 

Teraz chodziła po swym nowym domu, potykając się o walizki i 

pudła. Nie rozpakowała żadnych rzeczy z Bostonu. Bo i po co. Nie 

chciała niczego stamtąd. Teraz umieściła płaski neseser na 

zniszczonym dębowym biurku. Nacisnęła na zamki i zajrzała do 

środka. Kiedyś, dawno temu, przechowywała tu kolorowe wycinki z 

RS

background image

 

14 

gazet, projekty reklamowe i materiały marketingowe. Teraz 

walizeczka była wypełniona małymi buteleczkami z alkoholem, 

takimi, jakie dostaje się w samolocie. 

Para z kolekcji wyjściowej brakowało, ale nie aż tylu, ile 

planowała. Nie porzuciła jeszcze zamiaru zostania alkoholiczką, ale 

zadanie było trudniejsze, niż się spodziewała. Skrzywiła się i zaczęła 

gmerać w swej uszczuplonej kolekcji. Creme de cocoa nie wchodził w 

rachubę - już nigdy nie weźmie do ust tego świństwa. To samo z 

wódką. No i ze szkocką. I dżinem, 

Przyjrzała się podejrzliwie buteleczce z Kahlua. Odkręciła 

korek, wypiła łyczek i otworzyła usta, by zionąć alkoholem. 

- O rany! - Do oczu napłynęły jej łzy, drapało w gardle. 

Choć usilnie próbowała zniszczyć swe życie za pomocą 

alkoholu, niezbyt jej to szło. Odłożyła buteleczkę z niezłomnym 

zamiarem opróżnienia jej nieco później. 

Usiadła w trzeszczącym fotelu bujanym i przymknęła oczy. Z 

piciem jej nie szło, ale z resztą to i owszem. 

Do niedawna trwała w błędnym przekonaniu, że pragnie śmierci. 

Potem odkryła, że coś w niej jest wciąż żywe, i to bardzo. Mianowicie 

wściekłość. Wciąż dawała tego dowody swemu otoczeniu. Na 

przykład gdy Violet próbowała dać jej telefon, natychmiast go 

roztrzaskała o podłogę. 

Mały dom za stodołą został wybudowany dla prababci, która 

chciała mieszkać osobno. Nie był pozbawiony swoistego uroku. Miał 

jeden pokój, od frontu, sypialnię i kuchnię, ale okna się już 

wypaczyły, a sufit w sypialni był trochę krzywy. W saloniku 

RS

background image

 

15 

znajdował się wielki kominek z piaskowca z siedziskiem koło 

paleniska. Ale ona nie paliła w kominku, nawet na niego nie patrzyła. 

Spała na twardym materacu, na poduszce bez powłoczki. W rogach 

pokojów wisiały pajęczyny, podłogi były nie zamiecione, a kredens 

świecił pustkami. Nie pamiętała, kiedy ostatnio czesała włosy albo 

zmieniała ubranie. 

Trzeba było z tym wreszcie skończyć. Zdawała sobie z tego 

sprawę intelektualnie, ale jej emocje były zdominowane przez złość. 

Miała ochotę wyłącznie napawać się tą złością. 

Strata Roberta była dla niej czymś potwornym. Obudziła się w 

szpitalnym łóżku z twarzą tak pobitą, że nie mogła rozpoznać swego 

odbicia w lustrze. Sińce i zadrapania bolały tak, że nie mogła ich 

dotknąć, usta jej spuchły i nie mogła mówić... a to wszystko było, 

zanim dowiedziała się, że Robert nie żyje. Ból zmiótł ją jak cyklon. 

A potem nastąpił proces. Była przekonana, że rozprawa 

przyniesie jej przynajmniej jakąś ulgę i poczucie zadośćuczynienia. 

Gdy tylko zamykała oczy, widziała ciemną ulicę, słyszała śmiech 

Roberta i swoje narzekania na wysokie obcasy, w których tak 

niewygodnie było wracać w środku nocy z przyjęcia. A potem 

pojawiali się oni. Nawaleni narkotykami dranie. Bili ją i straszyli 

wyłącznie dla zabawy. Przecież od razu oddali im z Robertem 

wszystkie pieniądze. Ale nie o pieniądze im chodziło. Mąż próbował 

jej bronić, dlatego jego potraktowali jeszcze agresywniej. Dlatego go 

zatłukli na śmierć. 

W sądzie wszyscy trzej robili wrażenie schludnych 

młodzieńców, którymi w istocie byli. Płakali jak bobry, co też zrobiło 

RS

background image

 

16 

wrażenie na ławie przysięgłych. Pochodzili z dobrych rodzin, nie byli 

wcześniej karani, nie brali narkotyków. Popełnili tylko jeden błąd - 

chcieli zaeksperymentować i kupili jakiś zanieczyszczony towar, 

który wywołał reakcje psychotyczne. Ich adwokat traktował sprawę 

jako nieszczęśliwy wypadek. Sędzia zawyrokował najniższy z 

możliwych wymiar kary. 

To właśnie wtedy owładnęła nią wściekłość. Pamiętała dobrze 

ten dzień w sądzie, gdy niby fala gorąca zalało ją powoli ogromne 

niedowierzanie. Za kilka lat ci ludzie wyjdą z więzienia! To takie 

proste. Nie stracili swej bratniej duszy. Zmarnują jedynie kilka lat 

życia, a jej odebrano wszystko. Jej życie zostało całkowicie, 

nieodwracalnie, beznadziejnie zniszczone. 

Gapiła się bezmyślnie w sufit pokryty spękanymi sztukateriami, 

wsłuchiwała w bębnienie deszczu. W swym wnętrzu słyszała własny 

skowyt. Z każdym dniem nie było lepiej, a wręcz gorzej. Próbowała 

trwać w bezruchu, przez wiele dni. Głodowała. Niszczyła różne 

przedmioty. Milczała. Próbowała - i nadal zamierzała - upijać się. Nic 

nie pomagało. Wściekłość wciąż w niej tkwiła. 

Wstała i dokończyła buteleczkę Kahlua. Jednak już wkrótce 

musiała ponownie zerwać się z fotela i biec do łazienki. Kahlua 

podziałała jak wszystkie inne trunki - nie chciała pozostać w jej 

organizmie. Wyglądało na to, że skończy jako pierwsza w historii 

kandydatka na alkoholiczkę, którą wykończyła alergia na alkohol. 

Pomyślała, że może warto spróbować się zdrzemnąć, i 

skierowała się do sypialni, gdy usłyszała stukanie do drzwi. 

RS

background image

 

17 

- Daj spokój, Violet! - zawołała opryskliwie. - Przyjdę na 

kolację, ale teraz odczep się ode mnie. 

- To nie Violet, to ja. Twój sąsiad, Pete MacDougal.  

Poczuła się tak, jakby prąd ją kopnął. Pete nie musiał się 

przedstawiać, od razu poznała go po głosie. Był czas, że ten głos mógł 

ją pocieszyć, bo należał do jej dzieciństwa. Był znajomy jak 

ogrodzenie z szyn, domek na klonie albo górka do jeżdżenia na 

sankach pomiędzy posiadłościami MacDougalów i Campbellów. 

Nigdy nie bawiła się z Pete'em, bo był starszy, ale przez całe lata 

łaziła za nim jak szczeniak. Przesadzał ją przez płot, żeby nie musiała 

chodzić dookoła, wciągał jej saneczki na górkę, a nawet pozwalał 

wchodzić do domku na drzewie, podczas gdy inne dzieci twierdziły, 

że jest na to za mała. 

Pete był nie tylko bohaterem jej dzieciństwa, później, ze 

względu na różnicę wieku stał się też nieosiągalnym obiektem 

westchnień. A było do czego wzdychać - miał szerokie ramiona, gęste 

czarne włosy, ciemnoniebieskie oczy. Był najstarszym z trójki braci, a 

ona najmłodsza z trzech sióstr, co w jej pojęciu jakoś ich zbliżało do 

siebie. Wspomnienia związane z Pete'em były miłe, czasem trochę 

zawstydzające, zawsze jednak zabawne, ale teraz nie miała ochoty na 

spotkania z nikim, kogo kiedyś lubiła. Głos Pete'a działał na nią 

szczególnie drażniąco - był tak pełen życia, męski, seksowny. 

Nie był to jednak głos Roberta. W ogóle go nie przypominał. 

Jednak ten silny męski tenor przypomniał jej o wszystkim, co straciła. 

A ponieważ poczuła się zraniona, zaatakowała. 

RS

background image

 

18 

- Idź do diabła! - krzyknęła. Zastukał znowu, jakby jej nie 

słyszał. 

- Możesz tylko na chwilę otworzyć drzwi? - spytał jak gdyby 

nigdy nic. 

- Nie! 

Znów zastukał. 

- Spadaj, Pete, nie chcę żadnych odwiedzin. Nie potrzebuję 

współczucia, nie chcę pomocy. Nie chcę z nikim rozmawiać. Chcę 

tylko, żeby mnie zostawiono w spokoju. Wynoś się! 

Gdy zastukał po raz kolejny, otworzyła drzwi na oścież po 

prostu z wściekłości. Skoro jedynym sposobem pozbycia się go jest 

cios w nos, miała zamiar nieźle mu przyłożyć, chociaż był prawie o 

głowę od niej wyższy. 

Otworzywszy drzwi, ujrzała jego wysoką postać tuż przed sobą. 

Był w czarno-białej wełnianej koszuli, miał wilgotne włosy, wciąż to 

mroczne, seksowne spojrzenie i wyraziste rysy. Wsadził but między 

framugę a drzwi, zanim zdążyła mu je zatrzasnąć przed nosem. 

On też zlustrował ją błyskawicznym spojrzeniem, ale nie widać 

było po nim, że zauważył jej stare ciuchy, rozczochrane włosy i bladą 

jak u mima twarz. W ogóle nie wyglądało na to, aby potraktował ją 

jakoś osobiście. Rzucił tylko: 

- Mam ci coś do powiedzenia o twojej siostrze. 

- To mów i spadaj. 

- Właśnie próbuję. - Nie wpychał się do środka, po prostu 

trzymał swoją wielką stopę w drzwiach. Oparł się ramieniem o 

RS

background image

 

19 

framugę, dzięki czemu mógł zajrzeć do domu. Jeśli nawet dojrzał 

stosy pudeł w ponurym wnętrzu, nie skomentował tego ani słowem. 

- Chodzi mi o Violet. Nie wiem, co się z nią dzieje, ale naprawdę 

coś niedobrego. 

- Widziałam ją dzisiaj. Nic jej nie jest. 

- Niby tak - ciągnął niezrażony. - Chodzi mi o to, że gdy wróciła 

tutaj po rozwodzie, zaczęła wyprawiać różne dziwne rzeczy w 

szklarni. Na przedwiośniu w zeszłym roku założyła nową szklarnię i 

rozkręciła ten swój ziołowy biznes. Na wiosnę z kolei zwolniła 

Filberta Greena - wiesz, tego faceta, którego wynajął twój ojciec po 

przejściu na emeryturę, żeby zajął się pracą na farmie. 

- Co cię to obchodzi, Pete? - przerwała. 

Deszcz szumiał na podwórzu, lał się z okapu. Do domu wkradała 

się wilgoć, ale on wcale na to nie zważał. Wyglądało na to, że 

zamierza sterczeć w tych drzwiach w nieskończoność. 

- Mnie nic, ale ciebie powinno. Czy rozejrzałaś się po farmie po 

powrocie do domu? 

- Nie. A niby po co? Nie mam nic wspólnego z farmą. Violet 

może sobie z nią robić, co jej się żywnie podoba - wycedziła, patrząc 

ze złością na natręta, który nie spuszczał z niej wzroku. 

- Camille, pamiętasz, jak wasza matka zawsze uprawiała grządkę 

lawendy. Kobiety z waszej rodziny tak ją lubiły... 

- Pete, do jasnej cholery, streszczaj się! 

- Twoja siostra uprawia wiele gatunków lawendy... - No i co z 

tego? 

Westchnął i potarł ręką podbródek. 

RS

background image

 

20 

- Chcesz, żebym przeszedł do sedna sprawy, ale to nie takie 

proste. Zupełnie jej odbiło z tymi szklarniami. Wyjrzyj tylko przez 

okno, przejdź się wokół, to zobaczysz. Ona ma chyba ze dwadzieścia 

akrów obsianych samą tylko lawendą. 

- To jakieś wariactwo. 

Nie zamierzał się z nią spierać w tej kwestii. 

- Myślę, że sam sklep, ta jej cała „Ziołowa Oaza", to był strzał w 

dziesiątkę - ciągnął dalej. - Wali tam mnóstwo świrów, dziwaków i 

innych new age'owców. Ale nawet jeśli Violet wyrobi się ze 

sprzedażą w sklepie i pracą w szklarniach, to nie da sobie rady z 

uprawą na polu. Nigdy się tym nie zajmowała, nie zna się na tym i 

sprawy wymkną jej się spod kontroli. Ona ma kłopoty. 

- Moja siostra nie ma żadnych kłopotów - oświadczyła 

stanowczo Camille. 

- Dobra. Nie przyszedłem tu, żeby się z tobą kłócić. I 

powiedziałem już wszystko, co chciałem ci powiedzieć. - Wysunął 

nogę i starannie zamknął drzwi. 

Usłyszała tupot jego butów na ganku, które umilkły, gdy szedł 

przez podwórze do swojej białej furgonetki. 

Patrzyła za nim przez brudne okno - choć wcale nie zamierzała 

tego robić. Nic jej nie obchodził Pete MacDougal i jego opinie. Violet 

wcale nie miała kłopotów. Cam widywała ją codziennie. Ubierała się 

wprawdzie jak modelka z katalogu dla Cyganów, zaskakiwała tymi 

swoimi powiewającymi szalami, dziwnie ułożonymi włosami i całą 

resztą, ale ona zawsze była takim kobieciątkiem. Prawdopodobnie tuż 

po urodzeniu poprosiła mamę o kartę kredytową i spytała, jak trafić do 

RS

background image

 

21 

najbliższego centrum handlowego. Teraz może już trochę przesadzała 

z ozdóbkami, ale wciąż była tą samą Violet co zawsze. 

Camille jeszcze przez chwilę stała w drzwiach, a potem z 

uczuciem przegranej, wycieńczona powlokła się do sypialni. 

W samej rzeczy, nawet jeśli Violet naprawdę miała kłopoty - ale 

tak przecież nie jest - Camille nie potrafiłaby wykrzesać z siebie 

wystarczająco dużo energii, by jej pomóc. Teraz nie potrafiła przecież 

pomóc nawet sobie samej. Na krótką chwilę Pete wzniecił w niej 

pewne niespodziewane doznanie, które teraz już minęło. Na powrót 

zapadła się w otchłań pustki. 

Cztery dni później wciąż lało. W tym roku kwietniowe deszcze 

były chłodne i nieprzyjemne - dlatego Camille spędziła aż dwie 

godziny na włóczeniu się po okolicy. Pogoda doskonale wpisywała się 

w jej nastrój. 

Nie przejmowała się tym, co powiedział jej Pete MacDougal, a 

nawet starała się wymazać rozmowę z pamięci. Krople deszczu 

smagały ją po policzkach, ale łaziła po polach, aż rozbolały ją nogi, 

całkiem przemarzła i przemokła. Gdy wtarabaniła się do kuchni 

siostry, było już po szóstej. Przedtem zdjęła w korytarzu kalosze, starą 

roboczą kurtkę ojca i zniszczoną czapkę. Nie dawały zbyt dobrej 

ochrony przed zimnem. Z koniuszków ciemnych włosów Camille 

ściekała woda, dżinsy miała uwalane błotem i cała się trzęsła z zimna. 

Oczywiście siostra dorwała ją, nim zdążyła zanurzyć dla 

rozgrzewki ręce w gorącej wodzie. 

- Rany, Camille! Zaziębisz się na śmierć. Chodź tu szybko i się 

ogrzej, głupolu. - Violet zawsze nią komenderowała. 

RS

background image

 

22 

Teraz wepchnęła młodszą siostrę do kuchni, gdzie ciepłe żółte 

światło padało na stare oszklone szafki, pękatą kuchenkę i okrągły 

dębowy stół. Na płycie pyrkało jedzenie w garnkach. Na blatach stało 

pełno naczyń. Powietrze było przesycone aromatem potraw. Camille 

uznała, że zapowiada się kolejny koszmarny posiłek. 

I rzeczywiście. Uchylając pokrywki, zajrzała do garnków. 

Głównym daniem okazał się dorsz nadziewany szpinakiem. Do tego 

była sałatka z jakiegoś zielska, którego zapach wskazywał na to, że 

potrafi na stałe wprawić w ruch system trawienny. Do picia 

przygotowano jakiś ziołowy napar w czajniku. Violet nie serwowała 

normalnych posiłków, od kiedy Camille sięgała pamięcią. 

- Zaczniemy dziś od normandzkiej zupy rybnej - oznajmiła 

Violet. - Musisz się wzmocnić, Cam. Jesteś chuda, te dżinsy po prostu 

z ciebie spadają. 

Cam przeszła do istotniejszej kwestii. 

- Co jest w tej zupie? - spytała rzeczowo. 

- Och, różne takie... Seler, cebula, marchewka, cytryna, zioła, 

przyprawy. I oczywiście rybie łebki. 

Camille zaklęła cicho pod nosem. Violet, udając, że nic nie 

usłyszała, zaczęła z uśmiechem krzątać się po kuchni. Tego wieczoru 

miała na sobie zwiewną bluzkę w tureckie wzory, włosy przewiązała 

chustką. 

- Pracowałam cały dzień w szklarniach. Wiem, że teraz trudno w 

to uwierzyć, ale za parę tygodni zaczną się upały. - Zerknęła na siostrę 

i dodała ostrożnie: - Widziałam, jak spacerujesz. 

Camille wzięła sztućce i naczynia, żeby nakryć do stołu. 

RS

background image

 

23 

- Pierwszy raz wyszłaś z domu - oprócz przychodzenia na 

posiłki, oczywiście. Już zaczynałam się o ciebie martwić, Cam. 

- Nie ma potrzeby - rzuciła szorstko i nabrała głęboko powietrza. 

- Nie zamierzam wisieć na tobie w nieskończoność. Wiem, że nic nie 

zarabiam. Nie chcę być dla ciebie ciężarem, ale... 

- Wcale nie jesteś, głuptasie. Ta farma jest tak samo twoja jak 

moja i Daisy. Możesz tu zostać na zawsze. Jest mnóstwo miejsca, 

nawet tu, w domu, dobrze o tym wiesz. 

- Nie.  

Nie mogła tutaj zostać. Jej przodkowie przypłynęli aż ze 

Szkocji, tu się osiedlili. Solidny dom, który zbudowali, przetrwał 

wiele pokoleń. Podłogi z desek były wypastowane do połysku. Obok 

pękatej kuchenki stał na szmacianym chodniczku wiklinowy fotel 

bujany. Violet dodała perkalową tapicerkę, zasłonki z falbankami, 

makatki z krzepiącymi napisami. Wszędzie wokół wygrzewały się 

koty. Kuchnia kiedyś była biało-niebieska, teraz dominowała w niej 

biel i czerwień, na parapecie okna nad zlewem stały doniczki z 

ziołami. 

Tak jak wtedy, gdy były dziećmi, Violet trajkotała jak najęta. 

- Dzwonili rodzice... 

Camille natychmiast zesztywniała. 

- Powiedziałam im, że czujesz się świetnie. 

 Uff, co za ulga, pomyślała Camille. 

- Ale potem zadzwoniła Daisy. Powiedziałam jej to samo. Ale 

znasz Daisy. Zaczęła perorować, z tym swoim nowym francuskim 

akcentem, i oświadczyła stanowczo, że jeśli w ciągu najbliższych 

RS

background image

 

24 

kilku dni do niej nie zadzwonisz, wsiada do samolotu. Myślę, że 

naprawdę może przylecieć, więc lepiej porozmawiaj z nią osobiście. 

- Nie zamierzam - burknęła Camille. Violet co prawda czasem 

nią dyrygowała, ale ogólnie rzecz biorąc, wyznawała zasadę „żyj i 

pozwól żyć innym". Daisy była niczym koszmar senny. - Po prostu 

powtarzaj jej, że mam się świetnie. 

- Dobra. 

Camille wbiła widelec w kawałek dorsza i zaczęła jeździć nim 

po talerzu. 

- Słuchaj, Vi... ta ziemia za stodołą, na wschodnim zboczu, gdzie 

wszystko zawsze ojcu wymarzało... co tam uprawiasz? 

Violet się rozpromieniła. 

- Camille! Zadałaś mi pytanie! To pierwsza próba nawiązania 

rozmowy, jaką podjęłaś po powrocie do domu! Wiedziałam, że ci się 

poprawi! Pete powiedział... 

- Jaki Pete? MacDougal? Co on tu ma do rzeczy? 

- Nic, absolutnie nic! - zawołała szybko Violet. Camille 

machnęła ręką ze zniecierpliwieniem. Coś było z nią nie tak. Przez 

ostatnie cztery dni Pete ciągle powracał w jej myślach, a nawet w 

snach. Oczywiście nie chciała się do tego przed sobą przyznać. 

- No dobra, zapomnijmy o MacDougalu, nie o niego mi chodzi. 

Chciałabym się tylko dowiedzieć, dlaczego zasadziłaś aż tyle 

lawendy. Co zamierzasz z tym wszystkim zrobić? 

- No tak. Wiesz, że mama zawsze hodowała trochę lawendy. 

Pierwsze szczepy były sprowadzone z Francji... 

RS

background image

 

25 

- Owszem, wiem - przerwała niecierpliwie Camille. -Ale ona 

miała jedną grządkę w ogrodzie kwiatowym. Twoją lawendą będzie 

można zasypać cały stan Vermont. 

Starsza siostra zachichotała. 

- Nie zamierzałam wyhodować tego aż tyle... Po prostu zawsze 

tak lubiłam lawendę... jej zapach, kolor, wygląd, wszystko - 

rozmarzyła się Vi. - Zaraz po rozwodzie, gdy Simpson zażądał domu, 

bo chciał w nim zamieszkać z tą swoją lalunią, a ja nie miałam siły się 

z nim użerać... 

- Vi, przecież wiem to wszystko. Moja propozycja uduszenia 

Simpsona jest wciąż aktualna. Wiem, o co chodzi. Chciałaś zacząć 

wszystko od nowa, więc się stamtąd wyprowadziłaś i wróciłaś do 

domu... 

- Tak. Ale gdy tu zamieszkałam, nie miałam właściwie nic do 

roboty. Dom po wyjeździe rodziców na Florydę wyglądał jak 

opustoszałe muzeum. Przez jakiś czas ten spokój tutaj mi odpowiadał. 

Nie musiałam od razu szukać pracy, bo po podziale majątku dostałam 

przyzwoitą forsę, ale musiałam coś zrobić ze swoim czasem. 

Zaczęłam więc kombinować z nasionami, bulwami i szczepami 

różnych roślin. 

Violet mogłaby przez pięć godzin opowiadać o czymś, co komuś 

innemu zajęłoby zaledwie pięć minut, więc Camille znowu jej 

przerwała. 

- Wiem. Założyłaś „Ziołową Oazę". - Sklep był klaustrofobiczną 

norą obwieszoną pękami ziół, zastawioną koszami pełnymi świeczek, 

kadzidełek, przypraw, olejków ziołowych. Camille nie chciała nawet 

RS

background image

 

26 

słuchać o tym koszmarnym miejscu. - Ale takiej ilości lawendy nie 

sprzedasz w sklepie. 

- Chyba nie... - Violet uśmiechnęła się beztrosko i wpakowała 

łyżkę ziołowego świństwa, mającego rzekomo uchodzić za sałatkę, na 

talerz siostry. - To po prostu jakoś tak samo... wystrzeliło. Zaczęłam 

od oryginalnych szczepów mamy, skrzyżowałam je z tymi 

przysłanymi przez Daisy, dodałam jeszcze swoje. To było jak 

tworzenie kwiatowego kalejdoskopu. Odporność jednego gatunku, 

kolor drugiego, faktura trzeciego. Świetna zabawa! Jednak uprawy 

trochę wymknęły mi się spod kontroli... 

- Trochę? Dwadzieścia akrów to dla ciebie „trochę"? 

- Nie sądziłam, że na tym kamienistym wschodnim zboczu coś 

w ogóle wyrośnie - żachnęła się Violet. - Zresztą, ten kawałek ziemi i 

tak był nieużytkiem. A ja tyle się naeksperymentowałam w 

szklarniach i musiałam coś z tym wszystkim zrobić. Ale 

zapomniałam... 

Gdy siostra przerwała, by włożyć kęs jedzenia do ust, Camille 

spytała niecierpliwie: 

- No, o czym? 

- Zapomniałam o naturze lawendy. Wygląda delikatnie, ale to 

bardzo mocna roślina. Wcale nie rośnie dobrze, jak za bardzo się z nią 

cackać. Oczywiście potrzebuje dużo słońca, ale najlepiej czuje się, 

gdy ją zostawić w spokoju. No i ten suchy, kamienisty kawałek gruntu 

okazał się idealny pod uprawę. 

- Violet, chodzi o to, że ona jest wszędzie. 

- No tak, chyba masz rację. Smakuje ci sałatka ziemniaczana? 

RS

background image

 

27 

- Słucham? 

- No, ta sałatka. - Violet wskazała na salaterkę. - Są w niej 

suszone pączki lawendy. To przepis z bardzo starej książki 

kucharskiej. 

- Sałatka jest w porządku - rzuciła obojętnie Camille. - Ale 

wcale nie chcę, żebyś dla mnie gotowała. I zajmowała się mną. 

Nienawidzę tego. 

- I tak gotuję. Lubię gotować. To żaden kłopot. 

- Nie o to chodzi. Rzecz w tym, że ja nie jestem twoim 

problemem, i w ogóle niczyim. - Odgarnęła włosy do tyłu i wycedziła 

wolno, ze złością: - Na razie nie mogę jeszcze pracować, Violet, ale 

wkrótce zacznę. Doprowadza mnie do szału to, że wiszę na tobie, 

ale... 

- Och, zamknij się. Ile razy mam to powtarzać? Ziemia należy do 

nas trzech. Wiesz, że tak postanowili rodzice. Tata wciąż wierzy, że 

jedna z nas osiądzie tu w końcu na stałe. Zawsze się o ciebie dopytuje. 

Pytał, czy wciąż mówisz o Robercie... 

- Nie - Camille usłyszała ostry ton w swoim głosie, ale nic nie 

mogła na to poradzić. 

- No dobrze, już dobrze! - Violet poderwała się na nogi i 

powróciła z jeszcze jednym półmiskiem. Prawdopodobnie było to 

kolejne danie rybne. - Potrzebujesz forsy? 

- Nie. 

- Ale przecież każdy na coś wydaje, każdy potrzebuje forsy... 

RS

background image

 

28 

- Nie potrzebuję ani nie chcę niczego! - Na dźwięk silnika 

furgonetki skoczyła na równe nogi. Ktoś podjeżdżał pod dom. 

Pobiegła do holu po kurtkę i czapkę. 

- Camille, nie uciekaj... 

- Nie uciekam. Ja tylko... - Oddychała z trudem, mocno waliło 

jej serce. Nie zamierzała być niemiła dla Violet ani dla nikogo innego. 

Chciała po prostu być sama i nie zadręczać innych swymi nastrojami. 

Nie miała siły męczyć się, starając się być miła. Wsunęła stopy w 

wilgotne kalosze i skoczyła do tylnych drzwi, ale gdy je otworzyła, 

wpadła na kogoś, kto chciał nimi wejść. 

- Hej, Cam! Uważaj - powiedział Pete, podtrzymując ją, by nie 

upadła. 

Przez chwilę chciała pozostać w tych ramionach, chciała, by 

uniosły ją gdzieś, z dala od jej złości. Ale wariacki impuls szybko 

zniknął. 

Bez słowa minęła Pete'a i wybiegła z domu. Zawołał coś za nią, 

ale go zignorowała. Pobiegła przez pole do swojej samotni, uciekając 

przed Violet, przed Pete'em, przed życiem. Tego właśnie pragnęła. 

 

 

 

 

 

 

 

 

RS

background image

 

29 

ROZDZIAŁ TRZECI 

 

Pete wyszedł ze swego gabinetu i, przeciągając się, zerknął na 

zegar kuchenny. Myślał, że jest około drugiej, tymczasem dochodziła 

już trzecia. 

Chłopcy wkrótce wrócą ze szkoły, a ponieważ kwiecień 

dobiegał już końca, dzieciaki wyraźnie poczuły wiosnę. Pete wiedział 

dokładnie, jak zapowiada się to popołudnie. Sean zaraz po przyjściu 

do domu rozpocznie na nowo swoją kampanię na rzecz posiadania 

konia. Nie było takiego zwierzęcia na świecie, którego ten chłopak nie 

chciałby hodować - najchętniej w domu. Simon włączy na cały 

regulator koszmarną muzykę, a starszy pan MacDougal zacznie 

narzekać, tym bardziej że tego dnia w ogóle wstał lewą nogą. 

Uzbierało się pranie z całego tygodnia, a do tego w zlewie tkwią 

naczynia z poprzedniego dnia. 

Im dłużej Pete analizował sytuację, tym bardziej oczywiste 

wydawało mu się to, co powinien zrobić. Jeśli natychmiast nie 

ucieknie, może stracić tę jedyną szansę. Błyskawicznie zdjął kurtkę z 

wieszaka i wybiegł z domu. 

Gdy nabrał w płuca świeżego powietrza, poczuł, jakby jego 

duszę obsypały diamenty. Ostatnie dni były deszczowe i wietrzne, ale 

teraz wreszcie nadeszła cudowna wiosna. Wonny wietrzyk owiewał 

skórę, słońce zdawało się miękkie, jakby lało się z niego płynne 

ciepło. Wszystko wokół się zieleniło, w lesie kwitły fiołki i zawilce, 

przy płotach pojawiały się żonkile. 

RS

background image

 

30 

Nie zdawał sobie sprawy, że wędruje w stronę zachodniego 

płotu, który odgraniczał posiadłości MacDougalów i Campbellów, 

dopóki jej nie zauważył. Właściwie nie widział dokładnie, kto stoi 

przy tym koszmarnym poletku lawendy na wschodnim zboczu, ale się 

domyślił. Rozbitek życiowy. 

Otworzył furtkę i zatrzymał się na chwilę. Ód lat nikt nie 

chwycił go tak za serce. Biedna dziewczyna tak straciła na wadze, że 

dżinsy dosłownie na niej wisiały, a brzegi nogawek były uwalane w 

błocie. Miała na sobie czerwoną koszulę i starą kurtkę, którą bardzo 

lubił jej ojciec. Jej zmierzwione, czarne włosy lśniły w słońcu, ale 

chyba nawet owce były lepiej ostrzyżone. Pete domyślił się, że po 

tragedii wzięła nożyczki i ciachnęła swoje długie sploty. Jej wygląd 

mówił wszystko. Morze bólu, z którym nie wiadomo, co począć. 

Jednak problemy Camille nie były jego problemami - powtarzał 

to sobie od tygodni. I tak było. Miał dość własnych. Od czasu, jak 

Debbie odeszła, z trudem radził sobie z chłopcami. Dziadek 

rozpuszczał ich ponad miarę. Tłumaczenia, jakie robił dla agencji 

rządowych, zaczęły przynosić o wiele lepsze dochody, niż się 

spodziewał, ale wraz z nadejściem wiosny czekało go wiele 

dodatkowej pracy na polach i w sadach. Rzadko udawało mu się 

wygospodarować choć chwilę wolnego czasu. Bez wątpienia nie 

potrzebował dodatkowych stresów. 

Ale te jej oczy były głębokie jak rzeka. Stała z rękami na 

biodrach, wpatrzona w dziko rosnącą lawendę. 

Pete mógłby przysiąc, że chciał odwrócić się i odejść, zanim 

Camille go zauważy, ale sam nie wiedział, dlaczego otworzył furtkę i 

RS

background image

 

31 

ruszył w jej kierunku. Wzdrygnęła się ze zdziwienia, kiedy nagle 

stanął obok niej. 

- Tylko nie zaczynaj znowu o mojej siostrze... - rzuciła 

ostrzegawczo. 

- Już chyba wyczerpaliśmy temat. Zawsze bardzo lubiłem całą 

twoją rodzinę, włącznie z Violet. Teraz, gdy jej trochę odbiło, lubię ją 

tak samo. Chociaż nie odróżnia pietruszki od pokrzywy. 

- Nieprawda. 

- Jak myślisz, może trochę tego wybielacza do włosów 

przeciekło jej niechcący do mózgu? 

Podniosła nogę, żeby mu przykopać, ale gdy uświadomiła sobie, 

że dała się wciągnąć w przekomarzania, natychmiast spoważniała. 

- Odejdź, Pete - powiedziała cicho, wzdychając. Jednak on tego 

nie zrobił. Sam nie wiedział dlaczego. 

Może chodziło o ziemię. Nie mógł patrzeć na to krzewiące się 

bez dozoru zielsko. 

- Nie znam się na lawendzie - zagaił niezobowiązującym tonem - 

ale nawet ptasi móżdżek jest w stanie pojąć, że wkrótce trudno będzie 

zapanować nad tą dżunglą... 

- To nie twój problem. 

- Może jest jeszcze czas, by wszystko naprawić. Tylko trzeba 

działać natychmiast. To oznacza, że około poniedziałku trzeba zacząć 

tu zasuwać, ale nie ma chętnych do roboty. 

Nie odwracając się w jego stronę, uniosła do góry jeden palec. 

Pete uwielbiał kobiety, które umieją porozumiewać się bez słów, więc 

RS

background image

 

32 

szeroko się uśmiechnął. Jednak uśmiech zniknął z jego ust na widok 

jej pełnego determinacji spojrzenia, jakim omiatała lawendowe pole. 

- Ejże, nawet o tym nie myśl, Cam. Nie dasz sobie rady sama. 

To niewykonalne. 

Odwróciła się i spojrzała na niego tymi swoimi przepastnymi 

oczyma. 

- Czy odniosłeś wrażenie, że oczekuję twojej rady? - spytała 

ironicznym tonem. 

Miał ochotę ją pocałować. Nie po przyjacielsku, cmoknąć w 

policzek. Chciał ją pocałować tak, aby przedrzeć się przez jej złość, 

dotrzeć do tych głęboko ukrytych pokładów samotności. On też 

poczułby się lepiej, bo nie mógł patrzeć, jak śliczna Camille cierpi, a 

on nie może jej pomóc. Impuls był silny, ale jakoś zdołał go 

opanować. Pete zwykle kierował się rozsądkiem. Gdy tylko mógł 

wydobyć z siebie głos, poruszył konkretny temat: 

- No dobrze, Cam, powiedz, co wiesz o uprawie lawendy. 

- Wszyscy w mojej rodzinie trochę się na tym znają, bo mama ją 

uwielbia. Zawsze hodowała trochę, a potem wkładała do saszetek, 

dodawała do mydła, kompozycji kwiatowych. Violet z kolei zna 

mnóstwo dziwnych przepisów na dania z lawendą. Daisy, która od lat 

żyje we Francji, wie najwięcej z nas, bo mieszka w Prowansji, gdzie 

olejek lawendowy wykorzystuje się w przemyśle perfumeryjnym i tak 

dalej. Ja o lawendzie nie wiem prawie nic. 

- Więc wiesz wystarczająco dużo, by nie brać się za to poletko. - 

Chciał się upewnić, że nie zamierza wyczyniać jakichś szaleństw. 

Właściwie mógłby już odejść, ale musiał najpierw opanować kolejny 

RS

background image

 

33 

impuls, który pchał go ku niej, zwalczyć przemożną chęć pocałowania 

Camille. 

- Pete, czy naprawdę nie masz nic lepszego do roboty, tylko stać 

tutaj i mi się naprzykrzać? Czy przypadkiem nie masz kilkuset akrów 

sadów, w których jest mnóstwo roboty? 

- Owszem, mam sady. Mam też synów bliźniaków, których 

samotnie wychowuję. I chociaż wszyscy w White Hills uważają mnie 

za farmera, od sześciu lat pracuję na pełnym etacie jako tłumacz dla 

agencji. No i mam jeszcze na głowie ojca, który od śmierci mamy jest 

mniej więcej tak miły jak jeżozwierz. - Nie sądził, aby miała ochotę 

tego wysłuchiwać, ale on nabrał chęci, by opisać jej pokrótce swoje 

życie. Zależało mu na tym, by nie traktowała go jak obcego. - To 

wszystko oznacza, że mam na co dzień wokół siebie wystarczająco 

dużo osób, które są wobec mnie kąśliwe, więc proszę, powróćmy do 

normalnej rozmowy. 

- Ale to nie jest żadna rozmowa. 

- Ależ jest. Rozmawiamy właśnie o tym, jak poradzić sobie z 

uprawą lawendy, która zajmuje dwadzieścia akrów gruntu. Pierwsza 

możliwość - najprostsza - to buldożer. Nie wiem, czy znasz Hala 

Wolske... 

- Nie potrzebuję buldożera. Ani żadnej pomocy. Przypomniał 

sobie o szkockim pochodzeniu, które zapewniało mu niewyczerpane 

pokłady uporu. 

- Dobra. Skoro nie chcesz się tego pozbyć, musisz znaleźć jakiś 

sposób na to, by uprawa była opłacalna. Wątpię, czy twoja siostra 

odróżnia przód traktora od tyłu... 

RS

background image

 

34 

- Odczep się wreszcie od mojej siostry! 

- Wiem, że twój ojciec trzymał w szopie dwa traktory. Farmer, 

którego wynajął po przejściu na emeryturę - Filbert Green - dbał o ich 

stan techniczny, to znaczy do czasu, aż twoja siostra go wykopała. 

Jeśli chcesz, żebym je sprawdził... 

- Nie chcę. 

- No tak, same traktory nie rozwiążą problemu, będzie mnóstwo 

pracy, którą trzeba wykonać ręcznie. Mam ekipę, która podcina mi 

gałęzie, za jakieś dwa tygodnie powinni skończyć pracę. No i trzeba 

by ich przyuczyć do tej lawendy. Nie mają o niej pojęcia, ale są 

solidni, wywiązują się z obowiązków. Więc jakbyś szukała 

pracowników... 

- Nie chcę żadnych obcych na farmie. Nie chcę twojej ekipy. Ani 

żadnej innej. Nie chcę niczyjej rady ani pomocy. Cholera jasna, Pete, 

przestań być dla mnie taki miły! 

Odwróciła się na pięcie, żeby odejść, ale potknęła się o 

przydługą nogawkę, więc nie udało jej się tego zrobić tak szybko, jak 

zamierzała. Pete nawet się nie zaśmiał, nie było nic zabawnego w 

żałosnym stanie tej kobiety. Stał w tym samym miejscu, pocierając w 

zamyśleniu policzek. 

Camille uważała zapewne, że jest namolnym kretynem. Nie 

chciała żadnej pomocy. To było oczywiste. Nie chciała przyjaciela, to 

też było oczywiste. 

Ale przynajmniej otrząsnęła się z odrętwienia na tyle, by z nim 

rozmawiać, nawet jeśli w nieprzyjemny sposób. Zdaniem jej siostry, 

to i tak był ogromny postęp. 

RS

background image

 

35 

Gdy mężczyzna znajduje przy drodze rannego jelenia, nie 

odjeżdża, zostawiając go na pastwę losu. Przynajmniej MacDougal 

tego nie robił. Ta kobieta była tak głęboko zraniona, że nie panowała 

nad swoimi słowami, złością, smutkiem. Wprawdzie jej problemy nie 

były jego problemami, lecz upłynęło tak wiele czasu, od kiedy jakaś 

kobieta poruszyła jego serce, że Pete jeszcze przez długą chwilę stał, 

patrząc za odchodzącą. 

Camille obudziła się z mokrą poduszką, piekącymi oczyma, 

wciąż pamiętając koszmarne obrazy ze snu -ciemna ulica, jej własny 

krzyk, Robert cały we krwi, trzy twarze oszalałych od narkotyków 

chłopaków, mdlące uczucie przerażenia. Ten sam stary koszmar. 

Wygramoliła się z łóżka i powlokła do łazienki. Gdy obmywała 

twarz zimną wodą, usłyszała dziwny odgłos dobiegający z werandy. 

Skomlenie? 

Gdy dźwięk się nie powtórzył, doszła do wniosku, że musiała się 

przesłyszeć. Jednak gdy naciągnęła już dżinsy i bluzę i wyjrzała przez 

brudne okno, omal nie upuściła skarpetki, którą właśnie miała włożyć. 

Niemal wskoczyła w buty i wybiegła z domu. 

Na podwórzu był pies, przywiązany sznurkiem do klonu. Gdy 

tylko ją zobaczył, zaczął wściekle ujadać, skacząc i szczerząc zęby. 

Camille była przekonana, że gdyby nie był na uwięzi, rzuciłby jej się 

do gardła. 

Zważywszy na to, że bała się teraz wszystkiego, zdziwiło ją, że 

w ogóle nie wystraszyła się tego psa. Może dlatego, że nieszczęśnik 

prezentował się doprawdy żałośnie. Wyglądał na rasowego wilczura, 

ale na pewno pamiętał lepsze czasy. Był tak wychudzony, że sterczały 

RS

background image

 

36 

mu żebra, miał naderwane prawe ucho, zaropiałe oczy, sierść 

zmierzwioną, posklejaną błotem. 

- Spokojnie, spokojnie... - powiedziała Camille, ale pies 

rozszczekał się jeszcze bardziej. - Skąd się tu wziąłeś? Kto cię 

przywiązał do mojego drzewa? - pytała bezradnie. 

Trudno jej było pozbierać myśli, pies ujadał zbyt głośno i 

agresywnie. Camille weszła do domu, zamknęła za sobą drzwi i 

wyjrzała przez brudne okno. Gdy zniknęła mu z oczu, pies zamilkł i 

usiadł. Zauważyła, że jest zraniony koło prawej łopatki. Rana nie 

wyglądała na poważną, ale wskazywała na to, że pies jest po 

przejściach. 

Niestety, ten ktoś, kto przywiązał go do jej drzewa, zapewnił 

zwierzęciu sporo miejsca do biegania, ale nie zostawił nic do jedzenia 

ani do picia. Nie miała pojęcia, jak temu komuś udało się podejść do 

domu i przywiązać zwierzę, ale ta zagadka musiała poczekać na 

rozwiązanie. Przetrząsnąwszy szafki w kuchni, znalazła jakąś 

zniszczoną, dużą miskę i nalała do niej wody. 

Gdy tylko otworzyła drzwi, pies rozszczekał się na nowo. Po 

chwili wahania Camille zbliżyła się do niego, ale wciąż skakał i 

szczekał, szczerząc zęby, więc nie mogła podejść na tyle blisko, by 

móc postawić mu miskę. I co teraz, pomyślała. Nie mogła uwolnić 

zwierzęcia, nie ryzykując życia. Nie mogła też zostawić psa bez picia 

i jedzenia. 

W tej sytuacji pobiegła do domu Violet, ale nie znalazła jej ani 

na piętrze, ani na dole, ani w piwnicy. Wreszcie wytropiła ją na tyłach 

drugiej szklarni. Była po łokcie uwalana ziemią, obstawiona 

RS

background image

 

37 

sadzonkami i bulwami. Wyglądałaby jak personifikacja Matki Ziemi, 

gdyby nie pół kilo złotych bransoletek i wymyślna fryzura. Powietrze 

w szklarni było przesycone różnymi zapachami, wilgocią, a rośliny 

rozrastały się we wszystkich kierunkach. 

- Cam! - zawołała z zachwytem Violet na widok siostry. - Nigdy 

tu wcześniej nie zachodziłaś. Nie przypuszczałam, że zajrzysz, by 

zobaczyć, co robię... 

- Bo nie po to przyszłam - burknęła Camille. - Przyszłam z 

powodu psa. 

- Jakiego psa? 

Camille westchnęła. Żeby to ona wiedziała. 

- Masz jakieś jedzenie dla psa? I gazety z ostatnich dni? 

Zadawanie pytań Violet było grubą pomyłką. Kiedy się 

dowiedziała, o co chodzi, natychmiast chciała rzucić wszystko i biec 

na pomoc. Na szczęście zjawił się jakiś klient i siostra musiała się nim 

zająć, a Camille mogła swobodnie przeszukać kuchnię. Vi miała tyle 

kociego żarcia, że starczyłoby dla całego zoo, były też gazety z 

ostatnich trzech dni. W żadnej jednak nie zamieszczono ogłoszenia o 

zaginięciu psa. 

Camille wyszła z domu Violet z ogromną torbą pełną jedzenia 

dla kotów i wielką salaterką. Dlaczego ten pies miał być jej 

problemem? Przecież w ogóle go nie znała. 

Podsunięcie miski wilczurowi było niewykonalne, bo nadal 

wyglądało na to, że woli ją zagryźć niż coś zjeść. Camille pobiegła 

znów do kuchni Violet i podgrzała jakieś mięso na hamburgery, a 

potem zmieszała je z kocim żarciem. 

RS

background image

 

38 

Gdy pies wyczuł wołowinę, przestał szczekać. Nie machał 

wprawdzie ogonem, miał zjeżoną sierść i groźne spojrzenie, ale 

przynajmniej pozwolił podsunąć sobie miskę. 

Rzucił się na nią, jakby nie jadł od tygodnia, co chwilę tylko 

łypał groźnie i warczał, by potem łykać jedzenie, niemal się dławiąc. 

Camille udało się też powoli postawić w jego zasięgu ciężką miskę z 

wodą. Sama nie wiedziała, po co się tak stara. Pies był żałosny. Zbyt 

wściekły, by go pokochać, zbyt szpetny, by ktoś chciał się nim zająć, 

na pewno nie powinna się nim przejmować. Ale było go jej tak żal. 

Nie zamierzała wchodzić do środka i myć okien. Jak dotąd nie 

kiwnęła palcem, aby zrobić cokolwiek dla uprzyjemnienia sobie 

mieszkania w tym starym domu, i nadal nie zamierzała tego robić. 

Jednak ponieważ musiała mieć oko na psa, przeszkadzało jej, że okno 

jest brudne. Gdy wytarła sobie kółeczko do wyglądania, reszta okna 

wyglądała ohydnie. A gdy umyła jedno okno, pozostałe straszyły 

swoim wyglądem. 

Gdy kończyła drugą rolkę ręczników papierowych, nagle aż 

podskoczyła, słysząc wściekłe ujadanie psa, który, przez jakiś czas był 

cicho. 

Ujrzała Pete'a, który stał przewieszony przez płot, na którym 

oparł jedną z nóg. Miał na sobie dżinsy i rozpiętą koszulę, jak 

przystało na piękny wiosenny dzień. Gapił się na psa i nie wyglądało 

na to, żeby się przejmował jego ujadaniem. 

Przez chwilę odczuła coś jakby lęk, chęć ukrycia się przed tym 

człowiekiem. W jego oczach było coś, co sprawiało, że czuła 

rozdrażnienie i niepokój. Nie mogła znieść jego powolnego, leniwego 

RS

background image

 

39 

chodu, rosłego wzrostu, drażniących uśmieszków. Czyżby pociągał ją 

jako mężczyzna? To niemożliwe. Nie chciała już nikogo, do końca 

życia. 

Szybko otrząsnęła się z tych głupich myśli. To jakiś absurd, żeby 

czuła się nieswojo, w obecności Pete'a. Był przecież jej sąsiadem. 

Owszem, wtrącał się w nie swoje sprawy i lubił się szarogęsić, ale nie 

należało się tym przejmować. 

Camille szybko wyszła z domu. Gdy tylko Pete ją zauważył, 

skinął w kierunku wilczura. 

- Widzę, że udało ci się nakarmić naszego ulubieńca. 

- Naszego ulubieńca? - powtórzyła i nagle uświadomiła sobie, że 

Pete zna tego psa. - MacDougal! Ty mi to zrobiłeś? 

- Co takiego? 

- Ty podrzuciłeś mi tego psa? To ty przywiązałeś to wstrętne, 

niebezpieczne zwierzę do mego drzewa? Dlaczego mi to zrobiłeś? 

Uśmiechnął się, jakby na niego nie krzyczała, ale mówiła coś 

miłego. 

- Ma na imię Darby. Kiedyś był psem wystawowym, choć dziś 

trudno w to uwierzyć. Ale to czystej krwi owczarek alzacki, z bardzo 

dobrym rodowodem. Dzieciaki kiedyś lubiły się z nim bawić, był taki 

słodki i łagodny. 

Podeszła do płotu, rozglądając się za jakimś kijem, którym 

mogłaby mu porządnie przywalić. 

- Należał do Arthura Chapmana - ciągnął niezrażony Pete. - 

Pamiętasz go, prawda? Taki spokojny facet, mieszkał za Cooper 

Street, po drugiej stronie strumienia, w domu po lewej za mostem. 

RS

background image

 

40 

Dobry człowiek, wielbiciel psów. Ale zachorował na Alzheimera. 

Ludzie oczywiście zauważyli, że zachowuje się dość dziwnie, ale 

wiesz, jacy tolerancyjni są mieszkańcy White Hills. Nikt jednak nie 

wiedział, że Art głodzi psa i się nad nim znęca. Był chory, nie 

wiedział, co robi. W każdym razie... 

Nie mogła znaleźć żadnego kija. Same patyczki, nic solidnego. 

- W końcu sąsiedzi zorientowali się, że Arthur sobie sam nie 

radzi. Wezwali gliny, a ci z kolei opiekę społeczną i tak dalej. Nikt się 

nie spodziewał, że jest w aż tak złej kondycji. 

- Natychmiast zabieraj stąd tego psa! 

- Ani myślę. Ale jak go nie chcesz, możesz zadzwonić do 

schroniska. 

- Oczywiście, że go nie chcę! 

- Oczywiście oni natychmiast go uśpią - zapewnił pogodnie Pete. 

- Nie mają czasu ani środków na cackanie się z nim. Sam bym tak 

chyba zrobił. 

- Ty psubracie, zabieraj mi stąd tego psa! Nie mogę wprost w to 

uwierzyć! Zostawiłeś mnie przecież na pastwę tego wściekłego 

potwora! 

- Dobra, dam ci numer do schroniska, jeśli chcesz, by 

przyjechali i go zabili. 

- Przestań to powtarzać! 

- Co? 

- Że oni zabiją tego cholernego psa! 

- Słuchaj, Cam. Tak właśnie jest. Pomyślałem sobie, że Darby 

ma jeszcze tylko jedną szansę. To znaczy, jeśli ty mu ją dasz. Był 

RS

background image

 

41 

takim wspaniałym psem, więc zasługuje na tę jedną jedyną szansę. 

Ale co tam... - Pete oderwał się od płotu. - Kogo to obchodzi, prawda? 

Idę do domu po ten telefon do schroniska. 

Kij był dla niego o wiele za dobry. Przeskoczyła przez płot, 

zdecydowana mu ostro przyłożyć. Nie bardzo wiedziała, jak to zrobić, 

ale była wściekła jak rój szerszeni i nawet się nad tym nie 

zastanawiała. Pobiegła za nim, złapała za koszulę i... sama nie 

wiedziała, kiedy znalazła się w jego ramionach. 

To wszystko było bez sensu. A Pete nigdy nie dał jej do 

zrozumienia, że jest dla niego pociągająca. A jednak jego wargi 

odnalazły jej usta tak szybko, jakby na to od dawna czekały. Jego 

ramiona objęły ją mocno w talii. Nic nie widziała, bo mocne słońce 

świeciło jej wprost w oczy, więc zamknęła je i poddała się 

pocałunkom. Słyszała poranne gruchanie synogarlicy, czuła wilgotną 

ziemię pod stopami, ciepły powiew wiatru, który mierzwił jej włosy 

na karku. Czuła bicie serca Pete'a i czuła też, jak jej własne się ściska. 

Powoli uniósł głowę i omiótł wzrokiem jej twarz. Jego 

spojrzenie było uważne, intensywne. Pogładził ją lekko palcem 

wskazującym po policzku. Gdy się odezwał, głos miał zachrypnięty i 

pełen czułości. 

- Wiedziałem, że ono tam jest. Twoje miękkie, dobre serce. Nie 

mogę patrzeć na to, jak cierpisz, Cam. 

Nie opuścił ręki zbyt szybko, nie odwrócił się i nie odszedł zbyt 

gwałtownie. Ale nawet gdy odszedł już kilkadziesiąt kroków w stronę 

swej posiadłości, stała milcząca, jakby skamieniała. 

RS

background image

 

42 

Od samego początku po powrocie do domu widziała, że Pete 

stara się do mej wyciągnąć rękę. Ale myślała, że to tylko 

dobrosąsiedzki gest. Nie spodziewała się... pocałunków. Nie 

oczekiwała, że poczuje bicie jego serca, ujrzy błysk pożądania w jego 

oczach. Pete jej pragnął. 

Gdy patrzyła w zamyśleniu za odchodzącym, przypomniał jej się 

Robert. Elegancki, smukły Robert, ze swoim chłopięcym uśmiechem i 

miastowymi upodobaniami. Uwielbiał miejskie światła. W piątkowe 

wieczory włóczyli się po klubach, ona wkładała buty na najwyższych 

obcasach i czarną, obcisłą sukienkę. Ruszali w miasto. Znał wszystkie 

modne miejsca, w których wypadało się pokazywać. 

Camille nie sądziła, aby takie miejsca mogły zainteresować 

Pete'a. On i Robert byli jak dzień i noc. 

Pete był też szczupły, ale gdy mężczyzna jest taki wysoki, tak 

rosły jak on, nigdy nie jest... elegancki. Ramiona miał szerokie jak tur, 

skórę ogorzałą od przebywania na świeżym powietrzu, włosy jakby 

nigdy nieczesane. Wrzeszczał, gdy był wściekły, a cały się trząsł ze 

śmiechu, gdy było mu wesoło. Pete niczego się nie bal. Był 

żywiołowy, dziki, pierwotny. Jak wilczy samiec alfa. Przy takim 

mężczyźnie kobieta instynktownie zaczynała być ostrożna. Nie z 

powodu strachu, że może ją skrzywdzić, lecz że dostanie się we 

władzę kogoś silniejszego, kogoś, kto potrafi rządzić uczuciami, 

sterować pożądaniem. 

Camille zadrżała, a potem natychmiast się skrzywiła. 

RS

background image

 

43 

Jaki tam samiec alfa? Ten drań zostawił ją z psem, którego nikt 

nie chce, i na chwilę odwrócił jej uwagę, obezwładniając ją 

pocałunkiem. 

Cóż, gdy spotka go po raz kolejny, nie będzie żadnego 

całowania i innych bzdur. 

Odwróciła się i ujrzała Killera alias Darby'ego węszącego w 

cieniu pod klonem. 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

RS

background image

 

44 

ROZDZIAŁ CZWARTY 

 

Kiedy kobiety są całowane, poprawia im się nastrój, pomyślała 

ponuro Camille. Przynajmniej, jeśli pocałunek był dobry. A pocałunek 

Pete mógłby otrzymać najwyższą notę. 

Gdy szła na pole lawendy, niosąc sekator z długimi rączkami, 

czuła wszystkie obolałe mięśnie. Przez ostatnie trzy dni bez przerwy 

pracowała na polu. Chociaż zaharowywała się do nieprzytomności, 

nie mogła zapomnieć Pete'a. Ale przynajmniej dobrze spała i 

częściowo chociaż zarabiała na swoje utrzymanie. Praca przy 

lawendzie była niewdzięczna, beznadziejna, idiotyczna, ale nawet 

pasowała do jej nastroju. Odpowiadało jej takie ogłupiające, męczące 

zajęcie, dzięki któremu nie miała już koszmarnych snów. 

Kiedy doszła na szczyt wzgórza, popołudniowe słońce było tak 

oślepiająco mocne, że dopiero po kilku sekundach zorientowała się, że 

nie jest sama. Na polu było dwóch chłopców. Obaj, schyleni nad 

uprawą, pracowali na skraju pola, a sekatory mieli o wiele lepsze niż 

ona. 

Domyśliła się, że to synowie Pete'a. Byli w wieku, gdy chłopcy 

potykają się o własne nogi i wydaje się, że mają ręce do samej ziemi. 

Jednak dostrzegała podobieństwo do Pete'a - byli równie wysocy, 

grubokościści, ogorzali i mieli takie same ciemne włosy, które lekko 

rudziały w słońcu. 

Camille podeszła bliżej, szykując się do konfrontacji. Była 

przekonana, że to Pete ich tutaj przysłał, choć przecież wcale nie 

RS

background image

 

45 

prosiła o pomoc. Zamieniła się wprawdzie w opryskliwą wiedźmę - i 

była z tego dumna - ale nawet wiedźmy mają pewne zasady. Nie 

pozwoli tym chłopaczkom harować na tych beznadziejnych 

dwudziestu akrach. 

- Chłopcy! Hej! - zawołała, gdy znaleźli się na odległość głosu. 

Mogła natychmiast ich stąd wyrzucić. 

Obaj się wyprostowali. 

- Dzień dobry, pani Campbell. 

Byli identyczni. Różnili się tylko tym, że jeden z nich miał 

kogucika na głowie - ten, który wystąpił naprzód i oblewając się 

purpurowym rumieńcem, powiedział: 

- Dzień dobry, pani Campbell. Widziałem psa na pani podwórku. 

Nadal zamierzała wyrzucić ich ze swej posiadłości, ale po tej 

uwadze uznała, że najpierw musi zatroszczyć się o ich 

bezpieczeństwo. 

- Chyba nie podchodziliście do Killera, chłopcy? 

- Nie - odparł ten nieśmiały. - Chciałem tylko powiedzieć, że 

widziałem, co zrobiła pani z faszyną. Ta zagroda dla niego jest 

świetna. Może sobie pobiegać i nie musi być uwiązany. 

Camille wzięła się pod boki. Nie potrzebowała pochwały od 

jakiegoś dzieciaka za to, że przytargała pięć ton faszyny, żeby zrobić 

jakieś kretyńskie ogrodzenie dla wściekłego psa, który nienawidził jej 

i wszystkich wokół. Potrzebowała raczej kogoś, kto zdzieli ją po 

głowie za to, że robi coś tak głupiego. Lecz zanim zdążyła 

skorygować błędną opinię chłopca o niej samej, jego brat wystąpił do 

RS

background image

 

46 

przodu. Był tak samo urodziwy i niezdarny, tylko nie miał kogucika 

na głowie ani rumieńca na policzkach. 

- Przede wszystkim powinniśmy się przedstawić. Ja jestem 

Simon, a to mój brat Sean. To właśnie on znalazł Darby'ego. Tata 

mówi, że on zawsze znajduje kłopoty. 

- Wcale nie. 

- A właśnie że tak. - Simon szturchnął go i mówił dalej. - Widzi 

pani, dowiedzieliśmy, że pana Chapmana zabrano do domu opieki. 

Ale nikt nie pamiętał, że on miał psa, dopóki Sean sobie o tym nie 

przypomniał. Pani Gaff wpuściła nas do domu. Sean odnalazł 

Darby'ego na tyłach domu. Siedział w brudzie, bez jedzenia i bez 

wody. Zupełnie zdziczał. Myślałem, że zagryzie Seana. Wprawdzie 

nie byłoby to takie złe... 

Sean szturchnął go, a brat odpowiedział mu tym samym. Camille 

potarła palcami skronie, zastanawiając się, jak wywali ich z tego pola, 

skoro nie może nawet wtrącić słowa do rozmowy. 

Sean nie przerwał swojej przemowy, chociaż brat go 

poszturchiwał. 

- W schronisku pożyczyli nam tę specjalną smycz,której używa 

się do łapania chorych albo agresywnych zwierząt. Jest na kiju, więc 

pies nie może ugryźć. No i Sean przyprowadził Darby'ego do domu... 

Seanowi wreszcie udało się włączyć do rozmowy. 

- Simon chciał teraz powiedzieć, że tata się na mnie wściekł. I 

rzeczywiście tak było. Ojciec zawsze się złości, gdy przyprowadzam 

do domu jakieś zwierzę. Ale chodzi przede wszystkim o to, że tata od 

razu wiedział, że pani jest idealną osobą do zaadaptowania Darby'ego. 

RS

background image

 

47 

- Co takiego? - wydusiła Camille. 

- Powiedział, że pani jest jedyną osobą, która może go uratować. 

To znaczy, ja też bym mógł. Ale my mamy już psy, koty, szopy 

pracze, oswojone gołębie i takie tam inne, a Darby jest zbyt 

konfliktowy, by żyć wśród innych zwierząt. Tak więc nie mogliśmy 

go u nas zostawić. I wtedy tata powiedział, że pani idealnie się do tego 

nadaje. Bo pani jest jedyną istotą w White Hills, która jest jeszcze 

bardziej wściekła niż Darby. 

- Słucham?!! 

- Niezłe, co? Nie byłem przekonany, bo przecież jest pani 

kobietą, ale tata wyjaśnił, że pani wcale nie jest podobna do innych 

kobiet. 

Tym razem jej głos podniósł się o całą oktawę. 

- Co chcesz przez to powiedzieć?! 

Bracia spojrzeli po sobie, jakby nagle dotarło do nich, że nie jest 

zachwycona tym, co wygadują. Simon był chyba zwykle typowany do 

prowadzenia trudnych rozmów z dorosłymi, więc tym razem to on się 

odezwał. 

- Tata powiedział, że pani jest w porządku. Ale proszę na siebie 

spojrzeć. Ubiera się pani jak facet. Ma pani brudne buty. 

Rozczochrane włosy. Jest pani konfliktowa. Właściwie jest pani taka 

jak my. 

Sean skwapliwie przytaknął i dodał, w obawie, że Camille może 

się obrazić: 

- Bo widzi pani, jak mama odeszła, powiedzieliśmy sobie, a co 

tam, nie potrzebujemy i nie chcemy kobiet w naszym życiu. Bo tata 

RS

background image

 

48 

był załamany. Teraz jest już dobrze. Po prostu trzeba trzymać się z 

dala od kobiet. 

Simon dokończył wyjaśnienia: 

- Teraz już pani rozumie? Gdyby pani była jak inne kobiety, nie 

powierzylibyśmy pani Darby'ego. 

- Rozumiem. 

Właściwie to Camille nic nie rozumiała, ale zauważyła, że 

zerwał się chłodny wiatr, zbliża się pora kolacji, ona jeszcze nie tknęła 

żadnej pracy i musi dokonać przekładu dziwnego wywodu 

czternastolatków na język dorosłych. Przekaz był taki, że ten cholerny 

pies jest nagrodą. Według nich. A ona jest zbyt zaniedbana i 

konfliktowa, by być „jak inne kobiety". Co za wspaniały komplement. 

- No tak. Ale czas brać się do pracy... Chłopcy odwrócili się i 

podnieśli sekatory. 

- Zaraz, zaraz - powstrzymała ich. 

- Wszystko dobrze, pani Campbell, wiemy, co mamy robić. Tata 

zadzwonił do okręgowego wydziału rolniczego i ten facet stamtąd 

wszystko nam wytłumaczył. 

- Wiemy, że lawenda to kwiat i nie chcieliśmy zajmować się 

czymś tak obciachowym, ale w końcu to nie pani wina, że siostra 

sfiksowała. 

- Zamknij się, Simon, obrażasz pani rodzinę. 

- Przepraszam, nie miałem nic złego na myśli. Po prostu bardzo 

pani współczuję. Strasznie się boimy pani siostry, a pani musi 

przecież ciągle się z nią zadawać. To musi być trudne. 

RS

background image

 

49 

- W każdym razie - Sean zaczął ciąć w powietrzu sekatorem, gdy 

mówił - dowiedzieliśmy się różnych tam bzdur. Chociaż to nawet było 

ciekawe - że jest angielska lawenda i francuska, i hiszpańska. Tutaj są 

chyba same krzyżówki. 

- Musimy teraz ściąć mniej więcej jedną trzecią od czubka i po 

bokach. - Simon spojrzał na jej sekator i pokręcił głową. - Pani sekator 

się do tego nie nadaje, musi być naprawdę dobry. Ale musimy wracać 

do pracy. Trzeba ściąć łodyżki tuż nad zdrewniałą częścią. O tak, 

widzi pani? - zademonstrował, gdy niechętnie podeszła bliżej i 

pochyliła się, by zobaczyć, jak on to robi, po czym ciągnął dalej: - Ta 

uprawa jest zupełnie zaniedbana. Facet z poradni okręgowej 

powiedział, że dopiero za trzy lata coś z tego będzie i że tylko jak się 

będzie cały czas przycinać, to wyżyje. 

- Wyżyje? 

- Odżyje - poprawił z niesmakiem Sean. - Ma najgorszą ocenę z 

angielskiego, to tuman. 

- Wcale nie. 

- Niestety tak. W każdym razie, pani Campbell, naprawdę ma 

pani mnóstwo tej lawendy. 

Machnęła ręką, jakby rozpaczliwie liczyła na to, że w ten sposób 

zdoła się ich pozbyć. 

- Wiem, ale naprawdę was tu nie potrzebuję, chłopcy! Zamarli w 

bezruchu, ale wyglądali na przybitych. 

- Tata nam płaci za pracę, pani Campbell, więc pani nie musi. A 

jak nie będziemy tu pracować, będziemy musieli myć łazienki i 

zmywać naczynia. Naprawdę dobrze pracujemy i możemy zaczynać 

RS

background image

 

50 

prawie codziennie po trzeciej. Proszę nas nie wyrzucać, lecz chociaż 

dać nam szansę. 

Miała ochotę przegnać ich natychmiast, ale jak tu się wściekać 

na dwóch smarkaczy pozbawionych matki. 

- Nie dacie rady we dwóch wystrzyc całego pola. Czasami 

możecie popracować z godzinkę po południu. Jeśli chcecie. I tylko 

pod warunkiem, że nie przeszkodzi wam to w odrabianiu cholernych 

lekcji. 

Chłopcy gorliwie pokiwali głowami. 

- I wcale nie powiedziałam „cholernych". 

Znowu skwapliwe potakiwanie. Miała ochotę przyczesać 

kogucika na głowie Seana i pobiec do domu po ciasteczka dla tych 

smarkaczy. 

Odeszła przekonana, że zostawienie chłopców na polu jest 

bezsensowne, ale Pete to wszystko nakręcił i to do niego trzeba było 

się udać, by z tym skończyć. A to oznaczało, że trzeba się z nim 

spotkać. Nie obawiała się, że znów będzie chciał ją pocałować. 

Zważywszy, że uważał ją za zaniedbaną, brzydką, bezpłciową istotę, 

dziwne, że w ogóle to zrobił choć raz. 

Camille opiekowała się psem przez kolejne trzy dni, ale w 

sobotę po południu miała już dość jego smrodu. Ponieważ było bardzo 

ciepło, włożyła postrzępione szorty z obciętych dżinsów, czarną 

podkoszulkę, po czym wyniosła na zewnątrz wiadro, szampon 

przeciwpchelny, szmaty i szlauch. 

Killer alias Darby pozwalał jej dawać sobie wodę i jedzenie, 

szczególnie gdy było w nim mięso, i przestał na nią warczeć. Jednak 

RS

background image

 

51 

podejść do niego i dotknąć, to było coś zupełnie innego. Gdy zbliżyła 

się na odległość kilku kroków, znowu obnażył kły. 

- Słuchaj no - powiedziała, zatrzymując się na chwilę. - 

Śmierdzisz. I to tak potwornie, że czuć cię przez okno. Jeśli myślisz, 

że mnie wystraszysz, to się grubo mylisz. Wykąpię cię i koniec. 

Gdy pies zawarczał w odpowiedzi, Camille odgarnęła włosy do 

tyłu, wzięła się pod boki i zrobiła to samo. Potem pochyliła się wolno 

i zanurzyła szmatę w wiadrze, do którego wlała szampon. Killer 

przestał warczeć, ale gdy zrobiła kolejny krok w jego stronę, znowu 

wyszczerzył zęby. 

- Mam tego dość. Spróbuj tylko mnie ugryźć, to zobaczysz. 

Myślisz, że życie źle cię potraktowało? Też coś. Ja naprawdę 

straciłam wszystko. - Gdy pies przestał warczeć, zrobiła kolejny krok 

w jego stronę. 

- Mówisz, że twój właściciel stał się wstrętny i już nikomu nie 

ufasz? Wiem, to jest okropne, naprawdę straszne - zrobiła kolejny 

krok. - Ale wyobraź sobie, że bandyci zabili faceta, którego kochałam. 

Sąd ledwie dał im po łapach. Już nigdy nie poczuję się bezpieczna. 

Straciłam dosłownie wszystko - pracę, męża, swoje życie, siebie 

samą. - Powoli, spokojnie namydliła szyję i boki psa. Zwierzę 

zastygło w bezruchu, ale wpatrywało się w nią groźnie. - Więc 

przestań się na mnie wściekać. Jestem już tym zmęczona. Myślisz, że 

życie jest nie fair? Zgoda. Myślisz, że nie warto żyć? To prawda. 

Chcesz, żeby cię zostawić w spokoju? Też to rozumiem. I zrobię to, 

ale teraz muszę cię umyć, bo śpię pod tym oknem i dłużej już tego 

smrodu nie wytrzymam. 

RS

background image

 

52 

Wcale nie mówiła do niego przymilnym tonem, ale jej głos 

wyraźnie działał na zwierzę uspokajająco. Stał potulnie i pozwalał jej 

się myć. Może sam też miał już dość tego brudu? 

Serce Camille waliło jak oszalałe. Nie było łatwo opanować lęk 

przed zwierzęciem, które w każdej chwili mogło się na nią rzucić. 

Najgorsza była wściekłość w jego oczach. 

- No, już, jeszcze tylko cię opłuczę - przemawiała do psa. - 

Potem już zostawię cię w spokoju. Myślałam, że jesteś czarny, ale ty 

jesteś po bokach cały złocisty, ty wścieklico... 

Usłyszała skrzypnięcie furtki za plecami, a potem kroki na 

ganku. 

- Do diabła, Killer! - wrzasnęła nagle, bo pies, choć dobrze go 

trzymała, szarpnął się nagle, a jej ręka ześlizgnęła się po mokrym 

futrze. 

Pies wywrócił wiadro, oblewając ją mydlinami, a potem 

zafundował jej jeszcze dodatkowy prysznic, biegając wokół i 

otrząsając się z wody. Potem stanął i patrzył na nią z wywieszonym 

jęzorem, machając ogonem, jakby byli najlepszymi przyjaciółmi. 

Wtedy usłyszała parsknięcie za swoimi plecami. 

Pete z trudem powstrzymywał śmiech. 

- Co pana tak śmieszy, panie MacDougal? 

- Ty. Widziałem raz kota, który wpadł do studni. Wyglądasz 

podobnie. 

Kłamał. Owszem, była mokra, ale wyglądała ślicznie z 

nastroszonymi włosami i zaróżowionymi z wysiłku policzkami. Poza 

tym wzruszyła go tym, co wyjawiła na swój temat, przemawiając do 

RS

background image

 

53 

psa. Wzruszało go też, że wciąż próbowała udawać, że jest twarda, 

choć tak naprawdę była w rozsypce. 

- Cholera jasna, MacDougal! Dosyć już mam tego nabijania się 

ze mnie! 

- Ależ ja wcale się z ciebie nie nabijam. Przecież naprawdę 

jesteś bardziej mokra od tego psa. 

- Dobra, teraz się nie nabijasz, ale obgadywałeś mnie przed 

swoimi synami! 

Minęła go tak szybko, że zdążył tylko wydać z siebie pomruk 

zdumienia. Ponieważ nie zakazała mu wchodzenia do domu, podążył 

za nią. 

Ostatnio był w środku wiele lat temu. Prababcia mieszkała tu 

przez wiele lat, pamiętał, jak przychodził do niej z innymi dzieciakami 

w Halloween i dostawał cukierki. W środku było trochę ciasno, ale 

bardzo kolorowo i przytulnie. 

Obecnie cała ściana przy kominku była aż pod sufit zasłonięta 

pudłami. Camille najwyraźniej jeszcze się nie rozpakowała po 

przyjeździe z Bostonu. Okna były wprawdzie umyte, ale reszta 

wyglądała gorzej niż w pokojach jego synów. Zauważył mnóstwo 

pudełek z różnymi urządzeniami kuchennymi typu nowoczesny 

ekspres do kawy czy opiekacz do pieczywa, wszystko nietknięte. 

Przez staroświeckie uchylone drzwi zauważył poobijany nierdzewny 

dzbanek do kawy stojący na starej kuchni, ale był w zbyt żałosnym 

stanie, by można go było uznać za antyk. 

A więc nadal żyła jak na biwaku. Nie mieszkała nigdzie na stałe. 

Przynajmniej emocjonalnie. 

RS

background image

 

54 

Pete przejechał ręką przez włosy, czekając, aż pokaże się 

Camille, która znikła w sypialni. Przez półotwarte drzwi słyszał, jak 

mamrocze coś do siebie pod nosem, a potem zauważył mokre łachy 

rzucane ze złością na podłogę. 

Gdy Cam wyszła z sypialni, była bosa, lecz przynajmniej sucha. 

Miała na sobie spłowiałe dżinsy i błękitną koszulę, która musiała 

chyba kiedyś należeć do jej ojca, bo była bardzo sprana. 

Nie wiedział, czy starała się wyglądać jak najgorzej, czy 

podświadomie wybierała rzeczy, w których czuła się bezpiecznie - na 

przykład stare ubrania swojego ojca. 

Pete mógłby ją zapewnić, że wszelkie wysiłki zmierzające do 

oszpecenia się idą na marne. Widok jej ciemnych oczu, bladej cery i 

miękkich, delikatnych ust za każdym razem zapierał mu dech w piersi. 

Przypuszczenie, że Cam nosiła rzeczy po ojcu, bo przynosiło jej to 

pocieszenie, przypomniało mu samego Colina Campbella. Miły był z 

niego facet. Pete uważał go za kogoś w rodzaju honorowego wujka i 

bardzo go lubił. Nie widział go jednak od czasu, jak Campbellowie 

wynieśli się na południe. Colin był zawsze dobrym, opiekuńczym 

ojcem. Pete zastanawiał się, czy wie teraz, jak bardzo cierpi jego 

najmłodsza córka. 

Oczywiście, nie jest łatwo być dla niej miłym, bo może 

człowiekowi łeb urwać. Dlatego gdy wyszła wreszcie ze swego 

pokoju, rzucił obojętnym tonem: 

- O co ci chodzi z moimi synami? Co ci nagadali? Że źle o tobie 

mówiłem? 

RS

background image

 

55 

- Niezupełnie. Nieważne - rzuciła spokojnie, co można było 

uznać za pewien postęp. 

Poza tym miała w ręku szczotkę, co również wydawało się 

krzepiące, jeśli wziąć pod uwagę, w jakim stanie były jej krótkie, 

zmierzwione włosy. Niestety, idąc do kuchni, potrząsnęła nią groźnie 

w kierunku Pete'a. 

- Nie chcę, by twoi synowie pomagali mi przy lawendzie - 

rzuciła. 

- Nie lubisz moich chłopców? - spytał, natychmiast sztywniejąc. 

- Nikogo nie lubię, więc nie bierz tego do siebie. Są wspaniali. 

Chociaż na twoim miejscu kupiłabym Seanowi konia, zanim zamęczy 

cię na śmierć swoimi prośbami. A Simonowi radzę nie powierzać 

żadnych sekretów, bo wszystko rozgada. 

- Tak, słyszałem już, że karmisz ich smakołykami, jakich nigdy 

nie widzieli w domu. 

- Bzdura. Przyniosłam im parę kanapek, bo ciężko pracowali - 

zapewniła. -I ponieważ są czternastoletnimi chłopcami, czyli są 

wiecznie głodni. 

Najwyraźniej uważała, że oskarża ją o to, że była zbyt miła, bo 

czajnik wylądował z hukiem w zlewie, a gdy został napełniony, ha 

kuchence. Potem Cam energicznie postawiła kubek na stole. Trudno 

było nie zauważyć, że tylko jeden. 

- Nie głodzę swoich dzieci, przysięgam, bez względu na to, co ci 

nagadały. 

Przewróciła oczami. 

RS

background image

 

56 

- Chodzi mi tylko o to, że nie chcę, by pracowały na farmie. To 

nie jest w porządku, bo nie stać mnie na to, by im płacić.   

- Ja im płacę. 

- Wiem, i to jeszcze pogarsza całą sprawę. Nie chcę twego 

miłosierdzia, a ta lawendowa afera ciebie nie dotyczy. 

- Dobra, wiem, jak rozwiązać ten problem - odezwał się Pete 

pojednawczo. - Zwrócę się do twojej siostry... 

Jak się tego spodziewał, pobladła, a nawet upuściła łyżeczkę. 

- Daj spokój. Nie nasyłaj na mnie Violet. To nie fair. 

Pete w zamyśleniu podrapał się po brodzie. 

- No to mamy problem - powiedział. - Muszę porozmawiać z 

którąś z was. Trzeba podjąć pewne decyzje w związku z lawendą. 

Muszę spytać którąś, zanim się zabiorę do roboty. 

- Coś ty znowu wymyślił? - spytała z rozdrażnieniem w głosie. 

Musiała być całkiem wytrącona z równowagi, bo nawet postawiła 

przed nim kubek, a gdy woda się zagotowała, zrobiła dla nich dwojga 

kawę rozpuszczalną. 

Wypił mały łyczek. Jej kawa była niemal tak samo wstrętna jak 

ta, którą sam przyrządzał. 

- No cóż, trzeba zrobić trzy rzeczy. Po pierwsze, zainwestować 

w mierzwę, bo system odwadniający nie jest odpowiedni dla lawendy. 

Potem, zakładając, że w ogóle chcecie to ciągnąć, potrzebujecie gleby 

o pH około 6,5. Nie sprawdzałem nigdy waszej ziemi. Jednak znając 

swoją, która graniczy z waszym polem lawendy, sądzę, że będzie 

trzeba dostarczyć roślinom trochę wapna. 

RS

background image

 

57 

Patrzył, jak Camille opada na podrapane krzesło po drugiej 

stronie stołu. Violet wybałuszyłaby na niego oczy przy pierwszej 

wzmiance o pH gleby i wapnie. Ale nie Camille. Ona znała się na 

ziemi i miała wyczucie o wiele większe od sióstr. Jednak było jasne, 

że nie zamierza zajmować się tą piekielną lawendą na stałe. 

- Mogę to wszystko zrobić sama. 

- Czyżby? - Uważał, że Camille może obłożyć mierzwą 

dwadzieścia akrów tak jak krowa może latać. 

- Naprawdę, Pete. 

- Tak, jasne. - Kiedyś ta kuchnia była taka przytulna, myślał. 

Teraz zlew straszył plamami rdzy, farba obłaziła ze ścian, a podłoga 

wymagała cyklinowania i lakierowania. 

- Sądzisz, że ojciec niczego mnie nie nauczył? Minęło 

wprawdzie sporo lat, od kiedy zajmowałam się tym ostatnio, ale 

umiem okładać rośliny ściółką i je nawozić. Nie wiedziałam po 

prostu... 

- Że lawenda wymaga takich zabiegów. Twoja siostra tym 

bardziej nie miała o tym pojęcia. I tu zaczyna się nasz problem... 

- Żaden „nasz", MacDougal. - Nie zareagował, tylko spokojnie 

upił trochę kawy, więc spytała już nieco spokojniej: - No więc, jaki to 

problem? 

- Muszę wiedzieć, co ona zamierza zrobić z tą całą lawendą, 

skoro hoduje ją na skalę przemysłową. O ile nie zamierza 

zaopatrywać wszystkich florystów na półkuli północnej, to chyba 

myśli o produkcji olejku, który we Francji jest wykorzystywany 

przede wszystkim w przemyśle perfumeryjnym. Tylko że nie 

RS

background image

 

58 

widziałem żadnych urządzeń do ekstrahowania olejków. Nie mam 

nawet pojęcia, czy zrobiła jakieś rozpoznanie na rynku. Można 

inwestować w ten interes tylko pod warunkiem, że... 

- Przycisnę Violet i o wszystko ją wypytam - przerwała mu 

Camille. - Kiedy cię zostawiła, Pete? - dodała niespodziewanie. 

- Słucham? 

- Twoja była żona. Chyba niedawno, bo uraza wygląda na 

świeżą. Chłopcy wciąż mówią, że za nią nie tęsknią, że jej nie 

kochają, i udają, że wszystko to nic ich nie obchodzi. 

Pete z irytacją odstawił kubek z kawą. Nie przyszedł tu, by 

rozmawiać o swoim rozwodzie. 

- Prawie trzy lata temu. To mój ojciec faszeruje chłopców tą 

antykobiecą gadką, wmawia im, jak to fajnie żyć po kawalersku, nie 

potrzebować kobiet i tak dalej. Znasz mojego tatę. 

- Kiedyś znałam. 

- Więc pewnie pamiętasz, jak uwielbiał moją mamę. Nie ma nic 

do kobiet, nie wiem, po co wpaja chłopcom takie nastawienie. Chyba 

myśli, że wszyscy będziemy mniej cierpieć, jak wmówimy sobie, że 

nie potrzebujemy kobiet w swoim życiu. 

- Oni wyglądają na dobrych chłopaków, Pete. 

- Tacy są. Ale mają silny uraz, bo mama ich zostawiła. Myślą, że 

widocznie ich nie kochała, skoro odeszła, nie oglądając się za siebie. 

A tak naprawdę, zostawiła przecież nie ich, lecz mnie. Ale dzieciaki 

nie rozumieją takich rzeczy. - Pete zmarszczył brwi i zamilkł. Sam nie 

wiedział, dlaczego jej to wszystko mówi. Nie pamiętał, żeby od 

rozwodu rozmawiał z kimś na temat Debbie. 

RS

background image

 

59 

- Właściwie to nie moja sprawa - powiedziała niechętnie 

Camille. 

- To prawda. 

Zerwała się gwałtownie na nogi. 

- Nic mnie to wszystko nie obchodzi. Zaczęłam tę rozmowę 

tylko po to, by ci powiedzieć, że nie potrzebuję żadnej pomocy, ani 

twojej, ani twoich synów. 

On wstał także, myśląc, że ta kobieta jest bardziej zmienna niż 

letni wiatr. Nie zastanawiając się nad tym, powiedział całkiem 

spontanicznie: 

- Czasami poznaję w tobie tę dawną Camille. 

Nie trzeba było tego mówić. Jej policzki natychmiast 

spurpurowiały i odparła ze złością: 

- Cóż, nie jestem już tamtą osobą. Ta dziewczyna odeszła i 

nigdy nie wróci, więc jeśli myślisz... 

- Nic nie myślę - przerwał znużonym głosem. - Cam, rozumiem 

twoją wściekłość. Gdyby mnie spotkało to, co ciebie, pewnie bym 

zdzierał zębami korę z drzew. Bardzo ci współczuję, że przeszłaś taką 

tragedię. Ale ja nie miałem w tym żadnego udziału. Jestem tylko 

starym przyjacielem, który ma czas i środki, by ci pomóc z. tą 

cholerną lawendą. I mam dwóch synów, którzy są nastolatkami, co 

znaczy, że są potwornie egoistyczni i dobrze im zrobi, jak poświęcą 

trochę czasu dla innych. Przestań więc się na mnie dąsać. 

Pete miał nadzieję, że rozbroi ją tymi szczerymi słowami, ale 

ona za wszelką cenę nie chciała okazać, że choć trochę zważa na to, 

co on mówi. Że zależy jej na nim. Dlatego oświadczyła cierpko: 

RS

background image

 

60 

- Nie zatrzymam tego psa. 

- Nie? 

- Nie - powtórzyła zdecydowanie. - Owszem, opiekowałam się 

nim. Ale robiłam to tylko dlatego, że nie chciałam, by go uśpiono. 

Teraz jest już z nim lepiej, więc poszukam mu jakiegoś domu i 

pozbędę się go wreszcie. 

- Dobra, zrób to. Pokaż, jaka jesteś wredna. 

- Jestem wredna. 

Ta rozmowa była tak głupia, że nie zamierzał jej ciągnąć. 

Zamiast tego chwycił ją w ramiona i zaczął całować. Bo co miał 

zrobić? Stała tak, z rękami wspartymi na biodrach i patrzyła na niego 

wyzywająco. 

Zatopił ręce w jej bujnej, wilgotnej czuprynie, przyciągnął ją 

mocno do siebie. Oddawała mu pocałunki tak, jakby była najbardziej 

samotną istotą na ziemi. Jakby robiła to po raz pierwszy. Jakby 

umierała z pragnienia, by ktoś ją dotykał, przytulał. 

Pomyślał, że to nie chodzi o niego. Po prostu była zbyt długo 

sama. Zagubiona i nieszczęśliwa po śmierci męża. A jego pocałunki i 

pożądanie, które czuła, jakby otwierały drzwi zatrzaśnięte przez ból i 

cierpienie. 

Jednak, choć wiedział to wszystko, przez tę krótką chwilę 

napawał się tymi pocałunkami, zapachem jej skóry, westchnieniami 

rozkoszy. Aż do chwili, gdy ukąsiła go w szyję. 

- Ugryzłaś mnie - powiedział, otwierając raptownie oczy i 

patrząc na nią ze zdziwieniem. 

- Cóż. Nie jadłam lunchu. 

RS

background image

 

61 

- Ugryzłaś mnie, i to całkiem mocno. 

- Chcesz powiedzieć, MacDougal, że nie doświadczyłeś nigdy 

miłosnych ukąszeń? 

- Campbell, ty ze mną flirtujesz! Przecież od czasu, jak wróciłaś 

do domu, tylko się na mnie wściekałaś! 

- Tak jak na wszystkich, nie bierz tego do siebie. Tymczasem 

jednak myślę tylko o tym, by cię schrupać na lunch. 

Nie stracił poczucia rzeczywistości. Delikatne promienie słońca 

wlewały się przez okna. Widać było cały kurz w pokoju. Ptaki za 

oknem śpiewały. Czuć było zapach kiepskiej kawy i świeży aromat 

migdałowca dolatujący zza okna. Jednak Pete widział tylko 

zmierzwione włosy, smutne oczy, usta obrzmiałe od pocałunków. 

Wpatrywała się w niego w napięciu. 

- O co chodzi? - spytał łagodnie. 

- Może próbuję cię odstraszyć. 

- I myślisz, że ci się uda? 

Milczała. Potem dotknęła palcem jego policzka. 

- Tak, Pete. Nie wiem, dlaczego wciąż mnie całujesz. Nie wiem, 

dlaczego starasz się mi pomóc. Musisz wiedzieć, że jestem chodzącą 

katastrofą. Nie pasuję do twojego życia, nie ma dla mnie miejsca w 

życiu twoich synów. Nie jestem gotowa na żaden związek. Zresztą w 

ogóle do niczego się nie nadaję. 

- I co z tego? 

Na jej ustach pojawił się uśmiech, chyba pierwszy spontaniczny, 

jaki u niej widział. 

RS

background image

 

62 

- Nie żartuj sobie ze mnie. Mówię poważnie. Jeżeli nie 

zrezygnujesz, możesz mieć kłopoty. Więc następnym razem dobrze 

się zastanów, nim znów będziesz chciał mnie pocałować. 

Powoli wyswobodziła się z jego ramion, odwróciła się i po 

prostu wyszła z domu. Siatkowe drzwi cicho zatrzasnęły się za nią. 

Stał ogłupiały, nie wiedząc, co ma ze sobą począć. 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

RS

background image

 

63 

ROZDZIAŁ PIĄTY 

 

Wszystko szło źle przez okrągły tydzień i Camille była 

przekonana, że to przez Pete'a. Wyprowadził ją z równowagi. Nie 

dość, że jej idol z dzieciństwa przemienił się w mężczyznę, który był 

nią wyraźnie zainteresowany, to jeszcze fascynacja okazała się 

wzajemna. 

Była przekonana, że to nic poważnego. Musiała się tylko od 

niego zdystansować. Dlatego próbowała kryć się w domu, jak robiła 

przez pierwsze tygodnie po powrocie, ale teraz trudno było tak 

postępować. Nieszczęsny pies wymagał opieki i trzeba było mu 

poświęcać dużo czasu. Lawenda też nie mogła rosnąć tak, jak sama 

chciała. A synowie Pete'a wciąż przychodzili, by jej pomagać. 

Camille szła drogą prowadzącą z domu siostry do jej sklepu 

„Ziołowa Oaza". Chmury zaczęły się zbierać już przed południem, a 

teraz gnały po niebie, zapowiadając deszcz. Ponieważ Camille 

musiała zejść z pola w obawie przed burzą, uznała, że to dobra pora, 

by poszukać siostry i rozmówić się z nią. 

Miała nadzieję, że zastanie Violet samą, ale gdy wetknęła głowę 

przez drzwi, zauważyła co najmniej trzy osoby rozglądające się po 

królestwie siostry, nie mówiąc już o licznych kotach. 

Na dźwięk obcych głosów natychmiast się wycofała i skierowała 

do szklarni, ale niestety podążyły za nią dwa persy, które domagały 

się pieszczot, ocierając się o jej nogi. Wreszcie pochyliła się, by je 

pogłaskać, i mruknęła pod nosem: 

RS

background image

 

64 

- Killer, przecież jesteś psem. Dlaczego nie pogonisz tych 

cholernych kotów? 

Nie musiała oglądać się za siebie, by wiedzieć, że wilczur jest 

tuż za nią. Killer wciąż warczał na wszystko i wszystkich z nią 

włącznie, ale od kilku dni chodził za nią krok w krok. Nie opuszczał 

jej, gdy szła do łazienki, do kuchni, do sypialni. Siedział sobie 

cierpliwie i czekał, aż skończy robić to, co właśnie robiła, tak jak 

teraz, gdy patrzył, jak głaszcze dwa namolne koty. 

Gdy futrzaki się wreszcie odczepiły, Camille wsunęła ręce w 

kieszenie dżinsów i zaczęła przechadzać się po pierwszej szklarni. 

Zbudowali ją jeszcze jej rodzice. Nie była taka nowoczesna jak ta 

druga, należąca do Violet, ale pełno w niej było wciąż śladów mamy - 

sekator Margaux, schludny zlew i blat służący do przygotowywania 

rozsad, stary francuski fartuch, który nosiła. 

Camille ze wzruszeniem przełknęła ślinę. Margaux uwielbiała 

hodować kwiaty, tak jak Violet. I jak Daisy. Tylko Cam się wyrodziła, 

chciała mieć stresującą pracę w mieście, nigdy nie przepadała za 

romantycznymi koronkami i wszelkimi frymuśnymi ozdóbkami. 

Jednak tutaj,w wilgotnym powietrzu szklarni, czasem wyobrażała 

sobie, że czuje delikatną smugę perfum matki, w której dominowała 

lawenda i jaśmin. 

Oczywiście, to wszystko były bzdury. Tak naprawdę w szklarni 

cuchnęło ziemią i nawozem, a ona przecież wcale nie tęskniła za 

swoją matką. Dawno już była dorosłą kobietą! 

RS

background image

 

65 

Zaczęła kręcić się po szklarni, sprawdzała ziemię, wąchała 

kwiaty, czytała etykiety. Gdy usłyszała wołanie Violet, zdążyła już w 

połowie obejrzeć drugą szklarnię. 

- Cam, gdzie ty się podziewasz! - zawołała Violet, omijając 

Killera, który warknął na nią ostrzegawczo, ale go zignorowała. Miała 

na sobie jeden ze swych malowniczych słomkowych kapeluszy, prostą 

bluzkę i cygańską spódnicę we wszystkich możliwych i niemożliwych 

barwach. - Trzeba było zajrzeć do sklepu. 

- Miałaś klientów. A mnie się nie spieszy. 

- A więc wciąż unikasz ludzi. Czy od powrotu do domu byłaś 

choć raz w mieście? - Vi spojrzała na siostrę i szybko dodała: - 

Nieważne. Cieszę się, że wpadłaś. Widziałaś moje peonie? 

Violet zaczęła latać jak motylek od roślinki do roślinki i 

zasypywać siostrę informacjami. 

- No dobrze - przerwała jej w końcu Camille. - Rozejrzałam się 

wokół. Wszystko, co tutaj robisz, jest bardzo ciekawe i tak dalej, ale 

czy zadbałaś o to, żeby to wszystko sprzedać? Szklarnie pękają w 

szwach. 

- Tak, rzeczywiście - przyznała Violet z roztargnieniem, 

spryskując jednocześnie rośliny i zrywając tu i ówdzie pożółkłe listki. 

- Muszę przyznać, że jak dotąd nie przejmowałam się zbytnio 

obrotami. Nie miałam czasu na analizowanie ksiąg rachunkowych. 

Zresztą żyłam z pieniędzy, które dostałam po rozwodzie. 

- Wiem, że ten drań wypłacił ci niezłą sumkę, ale myślałam, że 

zamierzasz ją sobie odłożyć na czarną godzinę, 

RS

background image

 

66 

- Pewnie powinnam. Ale po rozwodzie musiałam zrobić coś 

pozytywnego. Zbudować coś, zamiast rozwalać. A gdy zajęłam się 

hodowlą tych roślin, patrzyłam, jak się rozwijają, kiełkują... to było 

takie cudowne... 

- To jest cudowne, Violet - powiedziała ostrożnie Camille. 

Czuła, że musi postępować z siostrą delikatnie, bo dzieje się z nią coś, 

czego sama nie rozumie. - Ale jeśli chodzi o lawendę... czy zdawałaś 

sobie sprawę z tego, ile jej jest? 

- Nie do końca. 

- Violet, tą lawendą mogłabyś zasypać całe wschodnie 

wybrzeże. Nawet małej części zbiorów z tego pola nie sprzedasz w 

„Ziołowej Oazie". Sprawdziłaś potencjalny rynek zbytu? Dla 

producentów olejku? Albo florystów? 

- Zajmę się tym, Cam - zapewniła siostra i obdarzyła ją mocnym 

uściskiem. - Nie przejmuj się tą głupią lawendą, wszystko załatwię. 

Najbardziej mi zależy na tym, żebyś ty jakoś doszła do siebie. Czujesz 

się troszkę lepiej, prawda? 

- Czuję się dobrze, zawsze czułam się dobrze - odparła ze 

zniecierpliwieniem Camille. 

- Świetnie. W takim razie dziś wieczór jedziemy na kolację do 

White Hills. 

Camille poczuła przypływ paniki. 

- Nie, ja... 

- Daj spokój, Cam. Zrobimy sobie wypad. Pamiętasz, jak kiedyś 

jeździłyśmy we trójkę z Daisy do miasta, chodziłyśmy na zakupy, do 

RS

background image

 

67 

knajpy i tak dobrze się bawiłyśmy? Objemy się jakimiś świństwami, 

kupimy sobie czekoladę, wino. A może skoczymy do kina? 

- Nie! Nie ma mowy! - Odwróciła się na pięcie i ruszyła do 

drzwi, a Killer podreptał za nią. 

Violet westchnęła. 

- Cam, kocham cię, ale albo pojedziesz ze mną, albo zastosuję 

inne środki perswazji. 

- Ani mi się waż dzwonić do mamy! 

- Nie, do tego się nie posunę, ale... 

Camille zignorowała siostrę i wyszła ze szklarni. Wiedziała, że 

Violet nie będzie chciała martwić matki, a Daisy na szczęście 

mieszkała bardzo daleko i jej na pewno też Vi nie zechce niepokoić. 

Gdy przeszła szybka burza, Cam wzięła sekator i ruszyła na 

lawendowe pole, a Killer podążył za nią jak cień. 

Camille zaczęła metodycznie pracować, co przychodziło jej 

łatwiej niż rano, gdyż teraz się ochłodziło po deszczu. Wprawdzie, 

zmuszając się do tak wielkiego wysiłku, odczuwała bóle w miejscach, 

które miała naruszone podczas pobicia - bolały ją żebra, kostki u nóg, 

ale praca była dokładnie tym, czego potrzebowała. 

Na dźwięk silnika samochodowego gwałtownie się 

wyprostowała. Drogą jechała biała furgonetka, którą Camille 

oczywiście rozpoznała, a oprócz bliźniaków ujrzała w niej również ich 

ojca. Nie wysiadł z samochodu, lecz siedział tam z łokciem wspartym 

o otwarte okno. Wyglądał świetnie w koszuli rozpiętej pod szyją, ze 

świeżo ogoloną twarzą i uczesanymi włosami. Chłopcy wyskoczyli z 

RS

background image

 

68 

wozu i ruszyli biegiem w jej stronę. Wyglądali, jakby właśnie uciekli 

z domu poprawczego - rozczochrani, w opadających spodniach. 

- Cześć, Camille! - darli się, wyraźnie ucieszeni na jej widok, 

choć przecież zawsze odnosiła się do nich cierpko. 

Killer otworzył oczy, ale postanowił nie marnować energii na 

szczekanie. 

- Musisz pojechać z nami! - wydusił zasapany Sean, który 

pierwszy do niej dopadł. 

- Tak, idziemy na kolację i do kina, ale pod warunkiem, że 

wybierzesz się z nami - dodał jego brat, który tymczasem zdążył też 

dobiec. 

Camille pomyślała, że musi udusić Violet. Nie spodziewała się 

po niej czegoś takiego. Donos złożony matce albo Daisy byłby rzeczą 

haniebną, ale posługiwanie się Pete'em do własnych celów to 

świństwo i tyle. 

- Zapraszamy cię do kina - powiedział Simon. -I zjemy coś 

razem na mieście. 

- To bardzo miła propozycja, ale jedźcie beze mnie. 

- O nie, tata powiedział, że pojedziemy pod warunkiem, że 

wybierzesz się z nami. W przeciwnym razie musimy wracać do domu, 

odrabiać lekcje i zmywać. 

- No właśnie. Camille, prosimy! 

Nie udusi Violet, ale da ją żywcem na pożarcie czerwonym 

mrówkom. A wcześniej wysmaruje miodem. Ze zniecierpliwieniem 

odgarnęła włosy z czoła. 

RS

background image

 

69 

- Słuchajcie, chłopaki. Rozumiem waszą sytuację. Zmywanie to 

koszmar. Ale nigdzie z wami nie pojadę. Nie potrzebujecie wcale 

mojego towarzystwa. Pracowałam w polu. Mam brudne ręce. Cały 

dzień chodzę w tych dżinsach... 

- No i co z tego? - spytał zdziwiony Sean. Kobiecie nie 

musiałaby tego tłumaczyć. 

- Więc nie mogę się pokazywać ludziom w tym stanie. 

- Bzdura - oświadczył Simon. - Podoba nam się twój wygląd. 

Wyglądasz tak jak my. 

Nie skomentowała tego komplementu, ale chłopcy nie dawali za 

wygraną. 

- Obiecujemy, że będziemy się zachowywać zupełnie inaczej niż 

zwykle. Nie urządzimy nawet żadnego konkursu puszczania bąków 

ani bekania - zapewnił, a gdy zauważył psa, dodał: - Ej, Darby 

wygląda naprawdę świetnie. 

- Teraz reaguje na imię Killer. 

- Może być. O właśnie, może potraktowałabyś zaproszenie do 

kina jako nasze podziękowanie za to, że uratowałaś mu życie. A poza 

tym pewnie lubisz McDonalda, co? Chyba nie objadasz się tymi 

świństwami z tofu jak twoja siostra? 

Camille poczuła, że jej opór słabnie. Nie brała pod uwagę, że 

wyprawa do miasta będzie również okazją do uniknięcia kolejnego 

zdrowego, ziołowo-warzywnego posiłku. Wyobraziła sobie górę 

frytek, sowicie posolonych i polanych keczupem. Westchnęła. 

RS

background image

 

70 

- Cholera! Ale nie. Naprawdę, nie. Widzicie, moja siostra gotuje. 

Nie mogę tak po prostu zerwać się z kolacji, skoro zadaje sobie tyle 

trudu z myślą o mnie. 

- Ale ona powiedziała, że nie ma sprawy. Właściwie to 

zadzwoniła do taty. Stąd dowiedzieliśmy się, że możesz jechać. 

Powiedziała, że urządza spotkanie, na którym będzie pokaz makijażu, 

a chyba nie chcesz mieć nic wspólnego z czymś takim, prawda, 

Camille? 

Już miała powiedzieć coś uszczypliwego w odpowiedzi na 

kolejny wątpliwy komplement, ale poczuła na sobie wzrok Pete'a i 

powróciło wspomnienie ich niedawnego tête-à-tête. 

- Cam, prosimy! 

- No dobrze - westchnęła. 

Chłopcy zaczęli skakać wokół niej i pokrzykiwać z radości, a 

potem ciągnąć ją w stronę samochodu. Killer pobiegł za nimi. 

Camille wsiadła na tylne siedzenie auta, a Pete otworzył psu 

klapę za siedzeniem. Wyglądało na to, że zwierzakowi bardzo się tam 

podoba. Pete wypuścił psa na jej podwórzu i zamknął go w 

ogrodzeniu. Killer zaczął żałośnie skomleć. 

- Cicho bądź. Przywiozę ją za kilka godzin - obiecał Pete. 

- Nie mogę słuchać, jak tak piszczy - jęknął Sean. - Może byśmy 

go zabrali? 

- Do knajpy? 

- Kupilibyśmy mu hamburgera. 

- A potem siedziałby w samochodzie przez dwie godziny, jak 

będziemy oglądać film? 

RS

background image

 

71 

Sean, który nie miał już więcej argumentów, zamilkł, ale po 

krótkiej jeździe zaczął marudzić, jak to on marzy o koniu. Najlepiej 

rasy Morgan. Morgany nadają się do pracy, pod siodło, do 

wszystkiego. Morgany są piękne. Camille słuchała w milczeniu 

nagabywania Seana i spokojnych kontrargumentów jego ojca, 

zadowolona, że nie musi brać udziału w rozmowie. Jednak tak silnie 

odczuwała obecność Pete'a, jakby byli sam na sam. Co chwila 

napotykała jego wzrok we wstecznym lusterku. 

Zdawało się, że próbuje coś jej przekazać oczami, ale nie 

wiedziała co. Oczywiście, zdawała sobie sprawę, że chodzi między 

innymi o seks. Po tych namiętnych pocałunkach trudno było nie 

zauważyć, że coś między nimi iskrzy. Jednak nie rozumiała, dlaczego 

Pete miałby szukać zbliżenia z kobietą, która jest wredna jak 

grzechotnik, a do tego neurotyczna. 

Postanowiła, że nie będzie się nad tym wszystkim zastanawiać i 

spróbuje się zrelaksować. Przyszło jej to nadspodziewanie łatwo. 

Jazda do miasta była czymś tak dobrze znanym jak bicie własnego 

serca. 

Zdążyła już zapomnieć, jak wąska droga malowniczo wije się 

pomiędzy wzgórzami i wjeżdża w dolinki. Minęli Firefly Hollow, 

gdzie przyjeżdżały się zabawić wszystkie nastolatki z hrabstwa. 

Potem przejechali obok stawu Swishera -w okolicy było pełno 

stawów, ale nad tym rosło wybujałe drzewo z wielkim poziomym 

konarem, z którego świetnie się skakało do wody. Pete wściekł się, 

gdy na jakiś czas zablokował ich na drodze traktor, ale taki był koloryt 

lokalny Vermont. Wszyscy hippisi, którzy zjechali tu w latach 

RS

background image

 

72 

sześćdziesiątych, zostali na zawsze. Potomkowie przybyszów sprzed 

trzystu lat byli tak samo niezależni jak ich przodkowie. 

Mijali stodoły z czerwonej cegły i ogrodzone pola, jakiś pagórek 

cały porośnięty czerwoną koniczyną i żółtymi jaskrami. Przez jakiś 

czas jechali w cieniu rozłożystych wiązów i klonów, a potem nagle 

wyjechali w słońce. Po lewej stronie drogi iskrzyło się jezioro, po 

prawej widać było mostek na rzeczce, a potem, gdy minęli jeszcze 

jeden zakręt, ukazało się White Hills. 

Camille nagle poczuła, że jest jej lekko na sercu. Pomyślała, że 

wyprawa będzie udana. Poczuła, że Pete patrzy na nią we wstecznym 

lusterku, choć nadal rozmawia z Seanem o koniach. 

- W porządku? - spytał, gdy ich spojrzenia się skrzyżowały. 

- Myślę, że powinieneś kupić Seanowi konia - odparła. 

Chłopak krzyknął z radości, uszczęśliwiony, że ma sojuszniczkę, 

a Pete zgromił ją wzrokiem. 

Nie chciała, by na nią patrzył. Nie chciała czuć tego ciepłego 

ucisku w brzuchu, gdy się do niej uśmiechał, próbował się z nią 

skomunikować. 

Potem pochłonął ją widok zapomnianego miasta. White Hills 

zawdzięczało swą nazwę złożom marmuru i piaskowca, które 

odcinały się bielą na tle szmaragdowej zieleni. W mieście pełno było 

stuletnich drzew, które rzucały cień na fasady domów z czerwonej 

cegły i brukowane ulice. Wszystko pozostało takie, jak Camille 

zapamiętała - zielone okiennice, białe płoty obrośnięte bluszczem, 

biały kościółek z wysoką iglicą. 

RS

background image

 

73 

Miłe wspomnienia z dzieciństwa dały jej poczucie 

bezpieczeństwa. W przeciwieństwie do większości miejsc, White 

Hills nie dążyło do tego, by się powiększać. Niechętnie zgodziło się 

na McDonalda i inne fast foody, ale pod warunkiem, że nie będą się 

zbytnio rzucać w oczy i zakłócać piękna zabytkowej architektury. 

- Dobra, mamy tylko dwadzieścia minut do filmu, więc 

bierzemy coś na wynos. Nikt nie dostanie nic zdrowego, więc nie 

próbujcie błagać mnie o warzywa i sałatki. 

- Pete wyskoczył z samochodu, a po chwili wrócił obładowany 

pakunkami z jedzeniem. 

Camille, siedząca pomiędzy bliźniakami, broniła zajadle dostępu 

do swoich frytek z keczupem, a hamburgera pożarła z takim apetytem, 

jakby od miesięcy nic nie miała w ustach. 

To było jej miasteczko. Przypomniała sobie, jak w dzieciństwie 

łaziła po Main Street, kłóciła się z siostrami o lody, kupowała 

prezenty gwiazdkowe, zabawki, sukienki, całowała się z Billym 

Websterem przed księgarnią, wjechała samochodem taty w zaspę i 

bała się, że będzie na nią zły, ale nie był. 

Miała wtedy poczucie, że świat należy do niej, że wszystko jest 

możliwe i nic jej nie grozi. Gdy dorastała, wierzyła nawet, że może 

zmienić świat na lepszy - nawet jeśli zwymiotowała przed salonem 

fryzjerskim Ruby, mając czternaście lat, a potem przez jakiś czas 

trwała w przekonaniu, że nie przeżyje tej hańby. 

- Żartujesz? Wyrzygałaś się na ulicy? - spytał z niedowierzaniem 

Simon. 

RS

background image

 

74 

- W godzinie szczytu, gdy widziało mnie całe miasto. 

Zamierzałam nie pokazywać się światu przez resztę życia, ale po para 

dniach matka wykopała mnie z łóżka i kazała iść do szkoły. Mama 

była wyrozumiała, gdy chodziło o różne histerie, ale wiedziała, kiedy 

powiedzieć „dość". 

Chłopcy słuchali jej historyjek z przeszłości z wielkim 

zainteresowaniem, gdyż wszystkie były obrzydliwe albo koszmarne. 

Camille sama była zdziwiona, że tak się rozgadała. Pete zaparkował 

parę ulic od kina, bo trudno było znaleźć miejsce parkingowe w 

pobliżu. Idąc Main Street, Camille rozglądała się, ciekawa, jakie 

zmiany zaszły w rodzinnym miasteczku. W sumie było prawie takie 

samo, jak w przeszłości. 

- Czyżbym zobaczył uśmiech? - spytał z niedowierzaniem Pete. 

- Dobra, przyznaję, że wyjazd na parę godzin do miasta był 

świetnym pomysłem - powiedziała. - Ale wciąż czuję się winna, że 

Violet wrobiła cię w moje towarzystwo, skoro zaplanowaliście sobie 

rodzinny wypad. 

- Pójście do kina z nastolatkami nazywasz wypadem rodzinnym? 

Ten film to komedia, a to oznacza, że będą przez cały seans rżeli i 

wydawali inne koszmarne odgłosy. Zaproponowałem ci po prostu 

uczestniczenie w torturach. To nie wypad, ale wpadka! 

Camille aż zakrztusiła się ze śmiechu, a Pete nagrodził ją za to 

pocałunkiem w czoło. Nikt tego chyba nie zauważył i już po chwili 

Pete pchał ją przed sobą do kina. Kazał jej kupić dwa wiadra pop 

cornu i mnóstwo coli, a sam poszedł po bilety. Chłopcy nie 

pofatygowali się, by jej pomóc - czy nastolatki kiedykolwiek robią to 

RS

background image

 

75 

dobrowolnie? Pete zjawił się po chwili z biletami i uwolnił Camille od 

części pojemników. Chłopcy garściami podbierali pop corn z 

wiaderek. Gdy Pete pochwycił zgorszone spojrzenie jakiegoś faceta, 

wskazał wolną ręką na Cam i powiedział: 

- To jej dzieci. 

- No, no. 

Na sali kinowej zgaszono już światła, leciały reklamy. 

Widownia świeciła pustkami - jak to w środku tygodnia, ale obsada 

aktorska była znana i chyba popularna wśród nastolatków, sądząc po 

większości widzów. Bliźniacy, nie pytając nikogo o zdanie, poszli do 

pierwszego rzędu. 

- Nie mogę siedzieć tak blisko - szepnął Pete. 

- Ja też nie. Nic nie widzę i boli mnie kark, jak się tak 

wykrzywiam. 

- To wybierz jakieś miejsca. 

Wszystko jest dobrze, uspokoiła się w myślach Camille. Była 

zażenowana tym, że tak zdziczała, że czuje się tak nieswojo w miejscu 

publicznym. Wybrała miejsca na górze sali, gdzie nikt nie zasłaniał im 

ekranu. Postawili między sobą colę i pop corn. Czuła dotyk ramienia 

Pete'a, zapach jego mydła, skóry, czuła, jak silnie działa na nią jego 

bliskość. Ale było jej dobrze. Przynajmniej przez jakiś czas. Może 

jakieś piętnaście minut. 

Zmiana nie zaszła raptownie, ale po jakimś czasie wszystko 

zaczęło się psuć. Komedia była bardzo pospolita - miejskie realia, 

dwóch durnych gliniarzy pakujących się ciągle w kłopoty. Cała 

widownia trzęsła się ze śmiechu. Camille też się śmiała. Aż nagle 

RS

background image

 

76 

uświadomiła sobie, jak ciemno jest wokół. Nagle akcja filmu 

przeniosła się na małą uliczkę, kropelki deszczu lśniły na drzewach i 

ulicznych latarniach. Tak jak tamtej nocy. Tak jak wtedy, gdy wracała 

roześmiana z Robertem, narzekając na wysokie obcasy. Camille 

zamrugała, próbując skoncentrować się na filmie. Jednak poczuła 

przypływ paniki, której nie mogła opanować, bo zamiast tego, co 

działo się na ekranie, przelatywały jej przed oczyma tamte straszne 

wspomnienia. Czuła swój przyspieszony puls, oblała się zimnym 

potem. 

- Cam? Camille, co się dzieje? - Pete odwrócił się ku niej, pełen 

niepokoju. 

- Nic takiego, muszę tylko wyjść na chwilę. Wstała i, 

przeciskając się między fotelami, ruszyła niezdarnie w stronę 

schodów. Z trudem chwytała powietrze, miała mdłości. Potknęła się i 

omal nie wywróciła na dole schodów, a potem ruszyła biegiem przez 

jasno oświetlony hol, pchnęła ciężkie metalowe drzwi i wypadła na 

dwór. Dopiero gdy owiało ją chłodne powietrze, ochłonęła nieco i 

poczuła, że Pete jest przy niej. 

 

 

 

 

 

 

 

 

RS

background image

 

77 

ROZDZIAŁ SZÓSTY 

 

Gdy tylko Pete się zorientował, że z Cam dzieje się coś 

niedobrego, popędził za nią, ale nie było łatwo ją dogonić. Wybiegła z 

ciemnej sali tak prędko, że nie wiedział, w którym kierunku biec. 

Ponieważ we wszystkich salach trwały seanse, gdy Pete usłyszał 

trzask metalowych drzwi na końcu jednego z korytarzy, skierował się 

tam natychmiast. Błysnęło mu coś czerwonego - rękaw jej koszuli, 

zanim drzwi się zatrzasnęły. 

Tylne wyjście z kina prowadziło na parking otoczony drzewami 

i krzewami. Czerwona kula słońca zachodziła szybko za ścianę 

zieleni. Prawdziwy świat był na wyciągnięcie ręki, Pete słyszał 

odgłosy ruchu ulicznego, stłumione głosy, ale tutaj było pusto i 

odludnie. Powietrze przenikał wieczorny chłód. 

Cam siedziała na krawężniku, otoczywszy ramionami kolana i 

kiwała się uspokajająco z zaciśniętymi powiekami. Nie otwierając 

oczu, powiedziała, zanim zdążył się odezwać: 

- Pete, nic mi nie jest. Wracaj do chłopców. Ja też zaraz przyjdę. 

Potrzebowałam trochę powietrza. 

Nie patrząc, odgadła jego obecność, a on nie potrafił 

przewidzieć, jak ten film może na nią podziałać. Był zły na siebie za 

taką gruboskórność. Chłopcy namawiali go na ten film, mówili, że to 

komedia. Gdyby choć zapytał, o czym jest, dowiedziałby się, że akcja 

toczy się w mieście i chodzi o jakieś przestępstwa. 

- No, idź już! - Machnęła ze zniecierpliwieniem ręką. 

RS

background image

 

78 

Zamiast tego, podszedł jeszcze bliżej. W ułamku sekundy 

zrozumiał nagle, że zakochał się w niej bez pamięci i sam już nie wie, 

co robi. Oczywiście od jakiegoś czasu czuł, jak Cam na niego działa, 

ale nie wiedział, że wpadł z kretesem. To wszystko przez ten jej 

wygląd. Ta jej krótka czuprynka, która nadawała jej wygląd chochlika 

o wielkich, piwnych oczach. Teraz w tych oczach odbijała się otchłań 

bólu, a jej skóra była bielsza niż kreda. Ściskała ręce, na próżno 

starając się opanować ich drżenie, skuliła się, przez co wyglądała tak 

krucho, bezbronnie. Nie mógł na to patrzeć. 

- Miałaś atak paniki. 

- Tak. Jeśli nigdy czegoś takiego nie widziałeś, nie przejmuj się. 

Zdarza mi się to kilka razy w tygodniu. Muszę ćwiczyć, żeby nie 

wyjść z wprawy. Za chwilę mi przejdzie. 

Jej próba zbagatelizowania ataku jeszcze bardziej go 

przygnębiła. Usiadł obok Cam na krawężniku. 

- To wszystko przez ten film, prawda? 

- Nie wiem. To samo przychodzi. Czasem wystarczy jakiś 

dźwięk, zupełnie neutralny, a ja nagle oblewam się zimnym potem i 

zachowuję jak idiotka. To naprawę żenujące. Mógłbyś wrócić do 

kina? Proszę. Czuję się okropnie i nie chcę, by ktoś mnie widział w 

tym stanie. Zresztą, jak mnie zostawisz, prędzej się opanuję. Inni 

ludzie nie mogą mi w takich razach pomóc. 

Z trudem powstrzymał wielką chęć, by ją objąć. Jednak jakiś 

wewnętrzny głos podpowiedział mu, by tego nie robił. Poprzednio nie 

zbliżyło to ich wcale do siebie, a wręcz przeciwnie, jakby się potem 

RS

background image

 

79 

od niego odsuwała. Jednak chciał przynajmniej lepiej zrozumieć, co 

ona przeżywa. 

- Ten film... nie wiedziałem. Myślałem, że to komedia. 

- Wiem, nie obwiniaj się, Pete. Chciałeś dobrze. Sama 

powinnam pomyśleć, że nie ma sensu jechać do miasta. 

- To brzmi bezsensownie. Chyba że zamierzasz już na zawsze 

pozostać w domu. 

- Nie, oczywiście, że nie. Muszę przecież zacząć zarabiać na 

siebie. Znaleźć jakąś pracę. Potrzebuję po prostu jeszcze trochę czasu. 

I proszę cię - powiedziała, podnosząc na niego wzrok - nie radź mi, 

żebym poszła do psychiatry. 

- Wcale nie zamierzałem. 

- Nie potrzebuję żadnego cholernego psychiatry, by mówił mi, 

że zachowuję się jak wariatka. Albo dlaczego tak robię. Nie jestem 

głupia. 

- Czy mówiłem coś takiego? - Ach, to jej zaczepne zadzieranie 

brody, ten ból w oczach, ta miękka skóra. Powtarzał w myślach, niby 

jakąś mantrę: Pozwól mi się kochać. Pozwól sobie pomóc. Pozwól się 

sobą zaopiekować, aby nikt cię już nigdy nie skrzywdził. Ale nie 

ośmielił się powiedzieć tego głośno. 

- Potrafię sobie poradzić ze swoim życiem, Pete. Mam 

przejściowe kłopoty, ale to nie znaczy, że tak będzie zawsze. - 

Camille mówiła tak zapalczywie, jakby ją atakował. Ale widać było, 

że tego potrzebuje. - Chodzi o poczucie mocy - wyjaśniła. 

- Mocy? - spytał, chcąc ją zachęcić do dalszych zwierzeń. 

Skinęła głową. 

RS

background image

 

80 

- Rodzice wychowali mnie w przekonaniu, że jestem silna. 

Naprawdę. Dorastałam, wierząc, że mam władzę nad własnym 

życiem. Mam wpływ na to, kim będę i co będę robić. Większości 

ludzi brakuje pewności siebie. Ja do nich nie należałam. Uważałam, 

że mogę zdobyć świat, wystarczy, że będę ciężko pracować, 

postępować uczciwie, nie odpuszczać sobie w sprawach, które mają 

dla mnie znaczenie. 

- Właśnie tak staram się wychowywać synów - powiedział, 

otaczając ramionami kolana. 

- Więc nie rób tego, bo jak coś się stanie, coś takiego, jak ja 

przeżyłam, wtedy cios jest podwójny. Nigdy wcześniej nie czułam się 

bezsilna, bezbronna. Jest tak, jakby ci trzej faceci zabrali mi wszystko. 

Nie tylko Roberta, tamto moje życie, ale jakby zabrali mnie samą. 

Znów z trudem opanował chęć przytulenia jej, ale wiedział, że ta 

kobieta nie znosi, jak ktoś okazuje jej współczucie. 

- Więc masz zamiar chować się w nieskończoność na farmie 

zamiast zmierzyć się z prawdziwym życiem? -spytał. 

- Słucham? - Spiorunowała go wzrokiem. 

- Przecież to właśnie powiedziałaś. Że nawet pójście do kina 

przekracza na razie twoją wytrzymałość. Że nie dajesz sobie rady w 

zwykłych sytuacjach... 

- Daję sobie radę! 

- Siedzisz tu i cała się trzęsiesz, nie nazwałbym tego „dawaniem 

sobie rady". - Zobaczył, że te słowa bardzo ją zabolały, więc 

naumyślnie ciągnął dalej. - Gdybyś nie użalała się tak nad sobą, 

wróciłabyś na salę kinową i pokazała, że to rzeczywiście nic takiego. 

RS

background image

 

81 

- Bo to rzeczywiście „nic takiego" - odparła ze złością. - 

Powiedziałam ci, że chciałam tylko trochę się przewietrzyć. - 

Skoczyła na równe nogi. - To, że widziałeś, jak przez chwilę trzęsą mi 

się ręce, nie znaczy jeszcze, że jestem jakimś żałosnym mazgajem. 

Owszem, zdarzają mi się chwile słabości, ale coraz rzadziej. Mam się 

całkiem nieźle. 

- Skoro tak twierdzisz... 

- Tak właśnie twierdzę! - Rzuciła się do drzwi, które od tej 

strony były oczywiście zamknięte, więc musieli obejść kino, by 

wrócić na salę. Nie odzywała się do niego do końca seansu. I przez 

całą drogę do domu. 

Chłopcy w ogóle nie zauważyli, że coś jest nie tak. 

W drodze powrotnej wspominali film, zaśmiewając się z 

najlepszych fragmentów. 

Pete zastanawiał się, co jego synowie sądzą o Camille. 

Wyglądało na to, że ją zaakceptowali, co było zaskakujące, 

zważywszy na uraz, jaki mieli do kobiet po odejściu matki. Nie 

próbowała im matkować, pouczać ich ani „traktować jak dorosłych". 

Patrzył na nich teraz i widział, że czują się całkiem swobodnie w jej 

obecności. 

Ale między nim a nią wyrósł mur. Wiedział, że ją zranił. Nie 

spodziewała się, że może powiedzieć jej coś złośliwego czy jakoś ją 

skrytykować. Ale nie miał wyboru. Próbował do niej dotrzeć na 

wszystkie sposoby, ale zawodziły. Dlatego tym razem spróbował 

inaczej. 

RS

background image

 

82 

Gdy znaleźli się na jej podjeździe, pies zaczął gorączkowo 

ujadać, a Camille wyskoczyła z samochodu, powiedziała chłopcom 

„dobranoc", na Pete'a nie zwracając najmniejszej uwagi. 

Gdy światła samochodu zniknęły w oddali, Camille weszła do 

chaty, poszperała w różnych miejscach i wyszła po chwili ze smyczą. 

Killer wciąż ujadał jak szalony. 

- Cicho bądź, głupku. Nikogo tu nie ma. Wiem, że nie lubisz 

smyczy, ale nie mogę cię wziąć na spacer bez niej, bo jeszcze kogoś 

pogryziesz. - Wreszcie udało jej się po omacku nałożyć psu smycz. 

Killer niespodziewanie polizał ją po policzku. 

- Wcale cię nie kocham, więc nie myśl, że mi na tym zależy. 

Wyszli za furtkę, a pies skakał obok niej, rozradowany, a potem 

zaczął iść ładnie przy nodze. 

Długie nocne spacery odbywała ostatnio regularnie. Od kiedy 

pracowała w polu, sypiała lepiej, choć bolały ją plecy, ale gdy była 

rozdygotana jak dzisiaj, musiała się przejść. Czasem potykała się w 

ciemności, ale zdążyła już poznać drogę biegnącą do lawendowego 

pola, zresztą Killer znał ją jeszcze lepiej, więc spacer był całkiem 

przyjemny. 

Gdy nikogo nie było w pobliżu, miała zwyczaj mówić do psa. 

Wydawało się to zdrowsze niż mówienie do siebie, a Killer nie zważał 

nawet na to, że mówi mu coś nieprzyjemnego. Wręcz przeciwnie, 

wyglądało na to, że uwielbia dźwięk jej głosu. 

Jednak tej nocy szła szybko i w milczeniu, a pies karnie biegł 

przy nodze, czasem tylko zatrzymując się, by podnieść nogę przy 

jakimś krzaku. 

RS

background image

 

83 

Szybki spacer pozwolił jej się uspokoić. Była naprawdę wściekła 

i rozżalona na Pete'a. Po raz pierwszy od wielu tygodni próbowała 

komuś powiedzieć coś o sobie, o swoich uczuciach, a on zarzucił jej, 

że cacka się ze sobą i brak jej odwagi! 

Naprawdę ją to wkurzyło. Wszyscy byli dla niej tacy cholernie 

mili po wypadku. Wszyscy dawali wyraz temu, że rozumieją, jak 

straszna rzecz ją spotkała. Ale ledwie rozkleiła się trochę w obecności 

Pete'a, a ten zarzucił jej, że jest mięczakiem. 

Potknęła się w ciemności o jakiś kamień i o mało się nie 

przewróciła. Jednak głównie dlatego, że spojrzawszy na dom, ujrzała 

Pete'a na ganku. Stał tuż pod lampą, jakby wiedząc, że Cam może się 

przestraszyć postaci w ciemności. Killer oczywiście zaczął szczekać, a 

ponieważ szarpnął się niespodziewanie, wyrwał smycz z ręki Camille 

i rzucił się do Pete'a jak psia wersja Sylvestra Stallone w roli Rambo. 

- Zamknij się, Darby - rzucił lekceważąco Pete. Pies natychmiast 

usiadł, a potem położył się na ganku, wywieszając język. Camille 

pokręciła głową, zdumiona potulnością wilczura, ale szybko przestała 

zwracać uwagę na Killera. Wpiła wzrok w Pete'a. 

- Co ty tu robisz? - spytała niechętnie. 

- Czekam na ciebie. 

- Właśnie widzę, ale po co? 

- Ponieważ wierzę w to, co mi powiedziałaś. Że dajesz sobie z 

tym wszystkim radę. I odniosłem wrażenie, że masz już dość ludzi, 

którzy traktują cię, jakbyś miała się za chwilę załamać. 

- To prawda - przyznała cicho. - Mam powyżej uszu ludzi, 

którzy chodzą przy mnie na palcach i traktują, jakbym była ze szkła. 

RS

background image

 

84 

- Mogę ci udowodnić, że ja do nich nie należę - zapewnił i nagle 

mocno ją objął. 

Sama nie wiedziała, kiedy zaczął ją całować, a ten namiętny 

pocałunek trwał i trwał, aż siatkowe drzwi zatrzasnęły się za nimi, a 

Pete zgasił światło na ganku. I potem nie odrywał już od niej rąk, i 

dalej całował, prowadząc ją w objęciach w stronę sypialni. W domu 

panował mrok, który rozświetlała tylko poświata księżyca, wlewająca 

się przez pozbawione firanek okna. 

Czuła się tak, jakby po raz pierwszy w życiu posmakowała 

szampana, który właśnie uderzył jej do głowy. Czuła, że owładnęła 

nią jakaś dzika, nieznana siła. 

- Pete... 

- Jeśli chcesz powiedzieć „nie", zrób to teraz. Jeśli chodzi o coś 

innego, porozmawiamy o tym później. 

Zamierzała powiedzieć, żeby się zatrzymał, że zupełnie traci 

głowę, ale zamiast tego, z zupełnie niezrozumiałych powodów, 

wspięła się na palce i objęła go mocno za szyję. Zobaczyła, że światło 

księżyca wyostrza rysy jego twarzy, pogłębia ciepłe spojrzenie oczu. 

Ściągnął jej przez głowę koszulę, to samo zrobił ze swoją. Chyba 

tylko tornado albo trzęsienie ziemi mogłoby im teraz przerwać. 

Dwa razy zaklął pod nosem, próbując dojść wreszcie do 

sypialni. Pudła stały wciąż nierozpakowane, więc się o nie potykał i 

trudno było mu trafić do jej łóżka. 

Gdy wreszcie się tam znaleźli, jego ręce i usta bez trudu znalazły 

drogę do wszystkich sekretnych miejsc, w których budziła się 

rozkosz. 

RS

background image

 

85 

Przez tyle miesięcy była rozdarta. Samotna. Nie miała pojęcia, 

jak poskładać swoje rozsypane na kawałki życie w jedną całość. Nie 

wiedziała, czy jej się to kiedykolwiek uda. 

A teraz Pete zabrał ją w jakieś tajemne miejsce, gdzie nie 

istniało nic poza ich wzajemnym pożądaniem. Jego niespokojne, 

głodne usta, przekorne oczy, niesforne dłonie, namawiające ją do 

robienia rzeczy, których nigdy przedtem nie robiła, które były dla niej 

nie do pomyślenia, które sprawiały, że stawała się kimś innym. Była 

jego kochanką. Niepohamowaną, nienasyconą kochanką, nikim 

więcej. 

Po pierwszym wybuchu rozkoszy poczuła następny, a potem 

leżała długo, bez tchu, w ramionach Pete'a. Czuła bicie jego serca i 

dotyk dłoni głaszczącej ją po ramionach i plecach. Cudownie było tak 

leżeć przy nim, uczucie seksualnego i emocjonalnego zaspokojenia 

było niczym zew życia i nadziei, których nie zaznała od miesięcy. 

Gdy nagle uniosła głowę, napotkała w ciemności wyczekujące 

spojrzenie Pete'a. 

- Czułem, że będzie nam ze sobą dobrze, ale nie wiedziałem, że 

aż tak - szepnął. 

- Ja też - odpowiedziała cicho. - Przez ostatnie miesiące czułam 

się, jakbym była martwa Nie wierzyłam, że jeszcze mogę coś czuć. A 

tym bardziej coś takiego. 

- To zrozumiałe, że potrzebujesz czasu, by się po tym wszystkim 

otrząsnąć. 

RS

background image

 

86 

Dotknęła jego policzka, odgarnęła mu włosy z czoła. Bez 

względu na to, jak się sprawy potoczą, nie żałowała tego, co przed 

chwilą zrobiła. Dzięki niemu poczuła, że wraca do życia. 

Pamiętała jednak o tym, że Pete ma dwóch synów, dwóch 

chłopców opuszczonych przez matkę. Pete nie mógł tak po prostu 

wprowadzić jakiejś pani do swego życia. I nie wyobrażała sobie 

bardziej nieodpowiedniej kobiety niż ona sama w roli 

odpowiedzialnej, zdrowej psychicznie opiekunki dzieci. Sama nie 

wiedziała, co się z nią dzieje i co będzie jutro. 

- Jak to nazwiemy, MacDougal? - spytała cicho. 

- Może w ogóle tego nie róbmy. Nie potrzebuję etykietek. 

- Ja też nie... - Przełknęła nerwowo ślinę. - Ale nie chciałabym 

cię zranić. 

- Jestem już dużym chłopcem. 

- Zauważyłam. Ale chodzi mi o to, że... nie wiem, dokąd nas to 

doprowadzi. 

- Tam, gdzie będziemy chcieli. 

- Wszystko jest dobrze, dopóki żadne z nas nie ma 

nierealistycznych oczekiwań. 

Milczał przez chwilę i wpatrywał się pytająco w jej oczy. 

- Co cię martwi, Cam? Powiedz wprost. Martwiło ją to, że tak 

bardzo go potrzebuje. Że może niechcący zranić kogoś, kto jest dla 

niej dobry. Że zawiedzie mężczyznę, który na to nie zasługuje. 

- Nie będę cię okłamywać. Kochałam Roberta. I nadal go 

kocham. Nie potrafię odciąć się od tego uczucia. 

RS

background image

 

87 

- Nikt tego od ciebie nie oczekuje - powiedział ostro, po czym 

natychmiast przyciągnął ją do siebie i mocno przytulił. 

Tej nocy przebudziła się tylko raz, ledwie zaczęło jej się śnić coś 

okropnego, ale uspokoiła się, czując bezpieczny uścisk ramion Pete'a. 

Następnym razem, gdy otworzyła oczy, właśnie świtało. Pete'a 

nie było już przy niej. 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

RS

background image

 

88 

ROZDZIAŁ SIÓDMY 

 

Przez kolejne trzy dni rodzina narzekała, że Pete jest zły jak 

jeżozwierz. Tego ranka, ledwie posłyszał odgłosy życia dobiegające z 

góry, szybko wypił kubek kawy i przywołał na usta głupkowaty, 

miluchny uśmiech. Zanim dobiegły go z góry odgłosy walki pomiędzy 

bliźniakami, zdążył już przygotować w salaterce jajka na jajecznicę, a 

zanim usłyszał postukiwanie laski ojca na schodach, wsadził tosty do 

opiekacza. 

Ojciec już od progu rzucił mu uważne spojrzenie. 

- Zapowiadają na dziś niezły upał - oświadczył, wchodząc do 

kuchni. - Nie pamiętam tak gorącego maja. 

- Tak - mruknął Pete, po czym natychmiast dodał bardziej 

dziarsko: - Ciekawe, ile będzie stopni. 

Ojciec spojrzał na niego ze zdziwieniem, a potem nalał sobie 

kawy i usiadł przy stole. Ponieważ Pete krzątał się w milczeniu, 

starszy pan ponownie zagaił: 

- Spałeś trochę tej nocy? Od trzech nocy słyszę, jak się kręcisz i 

nie śpisz. Źle się czujesz? 

- Wszystko w porządku - odparł rześko Pete. - A ty, jak się dziś 

czujesz, tato? 

Iana aż zatkało ze zdziwienia. Pete nigdy nie pytał go o 

samopoczucie - nie dlatego, że nie kochał ojca, lecz dlatego, że Ian 

opowiadał mu z detalami o wszelkich bolączkach, Ian lubił się ze sobą 

cackać, a Pete uważał, że nie należy mu na to pozwalać. Tego ranka 

RS

background image

 

89 

Ian ze zdziwienia nie odpowiedział na pytanie o stan zdrowia, tylko w 

milczeniu patrzył, jak syn podaje mu jajecznicę z tostami i sokiem 

pomarańczowym. 

- Podajesz mi śniadanie - powiedział takim tonem, jakby 

komentował pojawienie się tańczącego Elvisa na stole. 

- Pomyślałem sobie, że wszystkim nam dobrze zrobi pożywny 

posiłek. 

- Nie narzekam - odparł szybko Ian, a korzystając z dobrego 

nastroju syna, zagadnął: - Zauważyłem, że wczoraj dostałeś jakąś 

przesyłkę. Nowa praca? 

- Tak. 

Zazwyczaj nowe zlecenie powodowało u niego ożywienie, 

szczególnie gdy chodziło o artykuły naukowe, które dotyczyły 

różnorodnej tematyki i były bardzo stymulujące dla jego umysłu. 

Jednak teraz interesowało go tylko jedno tłumaczenie - tłumaczenie 

słów i gestów Camille, zrozumienie, jak można do niej dotrzeć. 

Chłopcy zbiegli na dół. Jajecznica wylądowała na talerzach, Ian 

włączył telewizję. Przez okna wlewał się blask słońca. 

Jednak gdy Pete wyjrzał na zewnątrz, nie widział zalanej 

blaskiem słonecznym trawy ani rosy lśniącej na listkach jabłoni. 

Widział tylko ją. Widział twarz Cam w świetle księżyca, jej czarowne 

spojrzenie, jedwabistą, białą skórę. Pamiętał, jak zbudziła się przy nim 

do życia, dała się ponieść zmysłom. 

Nie zraniła go swą szczerością. Wyznanie mówiące o miłości do 

męża wcale go nie zaskoczyło. Nie dała mu nigdy powodu, by 

oczekiwał czegoś innego. Musiałby być idiotą, by nie zdawać sobie 

RS

background image

 

90 

sprawy, że tragedia wciąż wisi nad jej życiem. Camille nie była taka 

jak Debbie. Gdy kochała, to kochała naprawdę. Nie przeżywałaby tak 

śmierci Roberta, gdyby jej uczucie nie było silne. 

Ktoś wylał sok ze szklanki. Ojciec marudził coś o wizycie u 

okulisty. Chłopcom zostało jeszcze tylko kilka tygodni szkoły i mieli 

już plany wakacyjne. 

- Tato, nie chcę cię zamęczać znowu prośbami o konia, 

chciałbym tylko powiedzieć... 

- Zgoda. 

- Chcesz powiedzieć, że się zgadzasz? 

Pete wychylił się przez okno, opierając się na łokciach. 

Nie kochał się z nią, bo oczekiwał czegoś w zamian. Bardzo go 

pociągała, więc jego decyzja była w dużej mierze egoistyczna. Ale 

chodziło też o to, że nie mógł już patrzeć, jak odcina się od świata. 

Nie chciał też, by wpadła w łapy jakiegoś faceta, który ją zrani - a był 

pewien, że on sam tego nigdy nie zrobi. Chciał pomóc jej ozdrowieć. 

A w tym nie było przecież nic złego. 

Żółty szkolny autobus zatrzymał się na końcu podjazdu. Drzwi 

trzasnęły dwa razy i chłopcy pobiegli w jego kierunku. 

- Simon chyba zniszczył pilota do telewizora. Nie chciałem cię 

wcześniej denerwować, ale wygląda na to, że jakimś sposobem 

wylądował w wannie. 

- Jasne - powiedział Pete. 

Ian zaniósł naczynia ze śniadania do zlewu. To był jego 

maksymalny udział w utrzymywaniu porządku. 

RS

background image

 

91 

- Nie mogę uwierzyć, że obiecałeś mu tego konia. Jeśli chcesz 

znać moje zdanie, kompletnie ci chyba odbiło. Ale skoro zgadzasz się 

na konia, ja mogę chyba kupić chłopcom choćby ciężarówkę. 

Zgadzasz się? 

- Pewnie. 

- To może jeszcze wybiorę się z nimi w przyszłym tygodniu na 

Alaskę? 

- Zgoda. 

- Zamierzasz teraz popracować w gabinecie czy wybierasz się do 

sadu? 

Pete otrząsnął się z zamyślenia, odszedł od okna. 

- Popracuję jakąś godzinkę, a potem dopilnuję brygady, która ma 

wozić ciężarówką mierzwę. 

- A, do lawendy Camille. - Starszy pan zachichotał tak głośno, 

że Pete aż spojrzał nań ze zdziwieniem. 

- Co cię tak śmieszy? 

- Bo myślę, że to naprawdę zabawne. Mogę wygadywać 

niestworzone rzeczy, a ty nie zwracasz na to uwagi, ale wystarczy 

wspomnieć o czymś, co dotyczy Camille, a cały zamieniasz się w 

słuch. 

- Nie wiem, o czym mówisz. 

- Choć jestem stary, nie zapomniałem jeszcze, jak to jest być 

młodym. We wtorek po raz pierwszy od rozwodu nie wróciłeś na noc. 

Jestem pewien, że nie grałeś wtedy w domino. 

Pete już otworzył usta, by zaprzeczyć, choć nie miał na 

podorędziu żadnego kłamstewka, ale jego ojciec - który utwierdzał 

RS

background image

 

92 

rodzinę w przekonaniu, że bez pomocy nie daje rady przejść przez 

pokój - zniknął mu z oczu, błyskawicznie wynosząc się z kuchni. 

Cam zobaczyła samochody zaparkowane przed „Ziołową Oazą", 

ale i tak weszła do środka. Przez ostatnie trzy dni wściekała się w 

samotności, zamiast skonfrontować się z siostrą. Oczywiście nie 

zamierzała robić awantur przy klientach, ale chciała ostro 

porozmawiać z Violet. 

Zauważyła ją od razu i pomachała do niej, a potem zaczęła 

przechadzać się między półkami, czekając, aż obsłuży klienta. Chciał 

kupić prezent dla żony - coś, co „kosztuje około pięćdziesięciu 

dolarów, ładnie pachnie i będzie się podobało". 

- Nie ma sprawy, Jacob, zaraz coś wymyślę - zapewniła Violet. 

Dziś miała na sobie kolejny kapelusz ze swej kolekcji, z dużym 

opadającym rondem. Włożyła też sznurowane buciki na obcasach, 

koronkową bluzkę w stylu retro i kolczyki sięgające ramion. Camille 

nie ubrałaby się w coś takiego nawet do trumny, ale przez krótką 

chwilę poczuła się przy siostrze jak coś, co kot przywlókł z deszczu. 

Jeszcze niedawno tak lubiła swoje szykowne stroje i wydawała krocie 

na buty i biżuterię. Jednak w przeciwieństwie do siostry, zawsze lubiła 

prostotę, choć nosiła wyłącznie drogie, markowe ciuchy. Nigdy nie 

odnosiła się tak obojętnie do swego wyglądu jak teraz. Rzuciła 

przelotne spojrzenie w lustro i ujrzała swoje ogorzałe od słońca i 

wiatru policzki, zmierzwione włosy, i nieświadomie dotknęła 

policzka. 

Camille musiała zaczekać jeszcze chwilę, nim Vi obsłuży 

pozostałych klientów. Wreszcie sklep opustoszał. 

RS

background image

 

93 

- No, cześć - odezwała się wesoło Vi. 

- Zdrajczyni - syknęła Camille. - Nasłałaś na mnie Pete'a. Jak 

mogłaś? 

- Co? 

- Trzy dni temu. Kiedy powiedziałam, że zostaję w domu. 

Nastraszyłaś mnie, że jak nie ruszę się z farmy, to coś wymyślisz. Ale 

sądziłam, że zamierzasz zrobić coś wstrętnego - na przykład 

zadzwonić do mamy. 

- Po cóż miałabym ją martwić? 

- No właśnie, też tak pomyślałam. Ale wtedy przyszło mi do 

głowy, że pewnie chcesz zadzwonić do Daisy. 

Violet wślizgnęła się za kontuar, gdzie przygotowywała suche 

bukiety. Na blacie leżało pełno liści, roślin i kwiatów. 

- Owszem, zadzwoniłam do niej - przyznała. 

- Obgadywałaś mnie z Daisy? - Camille nie mogła w to 

uwierzyć. 

- A jakże. Sięgnij, proszę, na tę półkę za tobą i podaj mi wstążki. 

Potrzebuję czerwonej i złotej. Tak, gadałam z Daisy o tym, jak 

wyciągnąć cię z domu. 

- Sama bym pojechała do miasta, gdybym już czuła się na to 

gotowa! 

- Być może. Ale to przyspieszyło sprawę. Wiedziałam, że 

Pete'owi uda się ciebie namówić. Zresztą pomyślałam, że i jemu 

dobrze to zrobi. Podaj mi jeszcze tę szmaragdową, dobra? I odetnij po 

mniej więcej takim kawałku. 

RS

background image

 

94 

- Nie przyszłam tu po to, by ci przycinać jakieś cholerne wstążki 

- warknęła Cam, ale posłusznie złapała za nożyczki. - Co masz na 

myśli, mówiąc: "jemu dobrze to zrobi?" 

- No wiesz... - Łodygi, liście i kwiaty leciały we wszystkie 

strony. - Pete wciąż nie może dojść do siebie po rozwodzie. Pamiętasz 

przecież, jaki był w szkole... 

- Tak, chodziłam tam razem z wami... - przerwała jej 

niecierpliwie Cam. 

- No właśnie. A Debbie poznał w college'u. Na początku byli 

ponoć całkiem udaną parą. Była bardzo towarzyska, cały czas 

balowała. I jemu się to podobało. Przynajmniej tak słyszałam. Pobrali 

się, urodzili się bliźniacy, a w rok później zmarła jego mama. - Violet 

pokręciła głową. - Zaczęło się prawdziwe życie. Tylko że Pete 

wydoroślał, a ona nie. 

- Co masz na myśli? 

- Przycięłaś mi wstążki? 

To było jak szantaż. Musiała wysłuchiwać tej rozwlekłej 

gadaniny i jeszcze pomagać jej w pracy. Ale chciała dowiedzieć się 

jak najwięcej. 

- Ci chłopcy... jak tylko się urodzili, Pete dostał bzika na ich 

punkcie. Wszyscy tak mówią. Podobno wstawał do nich w nocy, 

zabierał ich do lekarza na szczepienia, chodził z nimi na spacery, 

bawił się z nimi. Debbie podobno chciała mieć dziecko, przynajmniej 

w teorii, ale chyba nie zdawała sobie sprawy, ile jest przy tym roboty. 

A tu jeszcze w dodatku były bliźniaki. 

RS

background image

 

95 

- Dlaczego nigdy o tym nie słyszałam? - spytała niecierpliwie 

Camille. 

- Wszyscy wiedzieli. 

- Ja nie. 

Violet wzięła kupę ziół, wstążki, jakiś papier, a gdy ułożyła to 

wszystko w wazonie, wyglądało to jak droga kompozycja 

florystyczna, której przygotowanie trwało parę godzin. 

- Cam, byłaś wtedy w college'u, a potem dostałaś tę świetną 

pracę w marketingu, a potem byłaś zajęta Robertem. Nie ciekawiło 

cię, co dzieje się w rodzinnych stronach. Zresztą tak samo jak mnie, 

kiedy byłam z Simpsonem. Tak czy siak, Pete nie osiedlił się tutaj 

zaraz po przyjściu na świat chłopców. Wrócił do White Hills, kiedy 

jego ojciec potrzebował pomocy po śmierci mamy. Debbie dostawała 

tu szału. Ciągle narzekała na nudne wiejskie życie. Nie wiem, czy 

Pete zamierzał zostać na stałe. Raczej tylko na jakiś czas, dopóki 

ojciec się nie pozbiera. 

- Ale? 

- Ale spodobało mu się takie życie. A przede wszystkim 

chłopcom. A potem dostał tę pracę, nie wiem dokładnie, co to jest, ale 

może ją wykonywać w domu. I to chyba zadecydowało. Mógł 

zarabiać na utrzymanie, a do tego jeszcze zająć się dziećmi. Bo 

Debbie niespecjalnie się udzielała. 

Obie podniosły głowy, gdy drzwi się otworzyły, ale to tylko 

Killer wetknął nos w drzwi, szukając Camille. Trzy koty szybko 

schroniły się na półkach. 

RS

background image

 

96 

- Pete chyba wiedział, że przyprawia mu rogi, zanim odeszła na 

dobre - powiedziała cicho Violet. 

Camille zignorowała Killera, nie zwróciła uwagi na koty ani 

wstążki. 

- Nie mogę wprost uwierzyć, że jakaś kobieta mogłaby mu coś 

takiego zrobić! 

- Ani ja. - Violet skończyła kolejną oszałamiającą kompozycję. 

Oczywiście tak nabałaganiła, że śmieci można by wywozić 

ciężarówką, ale liczył się efekt końcowy. - Między mną a Pete'em 

nigdy nic nie zaiskrzyło, ale i tak zawsze uważałam, że niezła z niego 

sztuka. Nie tylko dlatego, że jest przystojny, wiesz? Po prostu 

niektórzy mężczyźni... 

- To mężczyźni przez duże M - dokończyła Camille. 

- No właśnie. Wystarczy spojrzeć i od razu wiadomo, który facet 

będzie dobrym kochankiem. Mają to w oczach. W sposobie 

poruszania się. Po prostu od razu widać, którzy lubią seks. 

- No wiesz, Vi, seks to lubią wszyscy faceci. 

- No tak, jasne - uśmiechnęła się Violet. - Ale chodzi mi o to, że 

niektórzy potrafią docenić przyjemność płynącą z dotykania i tak 

dalej, a nie tylko ten teges. Ale ja mam złe doświadczenia po 

Simpsonie. Nieważne. 

- Nieważne - powtórzyła jak echo Camille. 

- W każdym razie, Pete po odejściu Debbie zupełnie się zmienił. 

To znaczy, nie ma w tym nic złego. Gra z chłopakami w piłkę, udziela 

się w organizacji skautowskiej i włącza we wszystkie inicjatywy, 

które mają coś wspólnego z dziećmi. Ale jak go zaprosić na przyjęcie, 

RS

background image

 

97 

to nigdy nie pójdzie. Podobno wiele babek usiłowało go poderwać, ale 

żadnej się nie udało. Chyba stracił zainteresowanie kobietami, wiesz? 

Nie, nic jej o tym nie było wiadomo. 

Jednak wracając do domu, znowu robiła sobie wyrzuty, że 

poszła z nim do łóżka. Co innego robić coś szalonego pod wpływem 

impulsu, zmysłów, a co innego skrzywdzić kogoś. Opowieść Violet 

sprawiła, że Camille ujrzała Pete'a w zupełnie innym świetle. Zaczął 

wydawać jej się o wiele bardziej podatny na zranienie, niż dawał po 

sobie poznać. Na pewno nie potrzebował w swoim życiu kobiety, na 

której może się zawieść. 

Gdy zbliżała się do domu, usłyszała ryk silników. Killer 

zupełnie go zignorował, był do takich odgłosów przyzwyczajony. 

Camille zresztą też - ale nie na swoich polach, a zwłaszcza nie tym 

lawendowym. 

Pognała na szczyt pagórka, skąd mogła ocenić sytuację. Na 

końcu pola dostrzegła połyskującą w słońcu białą furgonetkę Pete'a. 

Po polu kręcili się jacyś obcy faceci. Wyładowywano właśnie trzy 

ciężarówki mierzwy, która następnie była rozrzucana wzdłuż rzędów 

roślin przez ludzi na traktorach, a robotnicy z widłami obrzucali nią 

poszczególne rośliny. 

Nie dostała na ten widok szoku tylko dlatego, że znała już Pete'a 

na tyle, by wiedzieć, że potrafi się wtrącać w cudze sprawy i to dość 

spektakularnie. Jednak wściekła zbiegła ze swym groźnym psem z 

pagórka, mamrocząc pod nosem przekleństwa. 

Gdy dotarła do niego, stał właśnie tyłem, rozmawiając po 

hiszpańsku z facetem w kraciastej koszuli, który najwyraźniej dla 

RS

background image

 

98 

niego pracował. Gdy ten niski facecik ją zauważył, zrobił gest, który 

skłonił Pete'a do obejrzenia się. 

- Cześć, Cam... Camille. To jest Duży Al. Kieruje pracami na 

mojej farmie już od wielu lat. Al, to Camille Campbell. 

- Miło mi cię poznać, Al. - Potrząsnęła jego ręką, a potem 

zwróciła się do Pete'a. - Chciałabym z tobą porozmawiać. 

- Jasne... 

- Teraz... 

Wraz z Killerem odprowadzili Pete'a za duży klon i skryli się w 

jego cieniu, bo Camille uznała, że zamordowanie Pete'a na oczach 

łudzi byłoby niewłaściwe. Jednak rzeczywiście miała ochotę rzucić 

się na niego z pięściami, zwłaszcza kiedy się do niej uśmiechnął. 

- Co ty wyprawiasz? - spytała, dźgając go palcem wskazującym 

w tors. 

- Miałem nadzieję, że się domyśliłaś. Nigdy nie widziałaś 

mierzwy? 

- Przestań się ze mnie nabijać, MacDougal - syknęła, 

zmrużywszy oczy. 

Pete postanowił udzielić jej konkretnych wyjaśnień. 

- Kilka dni temu sprawdziłem pH gleby. Na razie jest w 

porządku, ale na jesieni dobrze będzie dostarczyć jej trochę wapna. 

Jednak mierzwa była konieczna natychmiast. Na czwartek 

zapowiadane są wielkie opady deszczu. Oczywiście, normalnie nie 

nawozi się ściółki, gdy rośliny wypuszczają już pączki, poza tym 

wciąż je przycinasz, ale masz szansę na tegoroczne zbiory tylko pod 

warunkiem, że teraz zrobisz drenaż. 

RS

background image

 

99 

- MacDougal, wiem, co to jest mierzwa. Wiem, do czego służy. I 

wiem, że ta cholerna lawenda potrzebuje jej mnóstwo. Niestety 

obecnie mnie na nią nie stać. 

- Ja płacę. 

- O nie! 

- Owszem, twoja siostra się zgodziła. 

Camille odgarnęła dłonią włosy i już spokojniej spytała: 

- Violet zgodziła się, żebyś za to zapłacił? 

- Zgodziła się, żebym wam pomógł poradzić sobie z tym całym 

pasztetem. Ty wykonujesz przecież lwią część roboty. Ale są rzeczy, 

których po prostu nie dasz  rady zrobić sama. - Podrapał się po 

brodzie. - Mam chyba déjà vu. Czy przypadkiem nie odbyliśmy już 

kiedyś podobnej rozmowy? 

- Pete, powinieneś powiedzieć, co zamierzasz zrobić, a nie 

zjawiać się tu z robotnikami. 

Pete wyjrzał zza drzewa, by sprawdzić, jak postępują prace, a 

potem wciągnął Cam jeszcze głębiej w cień drzewa. 

- Cam, powiedziałem o tym Violet. Nie zjawiłbym się tu bez 

zapowiedzi. Wiem, że twoim zdaniem się szarogęszę, ale 

pospieszyłem się ze względu na pogodę. Jeśli prognoza się sprawdzi, 

ten deszcz mógłby zrujnować całe zbiory. 

- A więc powiedziałeś Violet - powtórzyła, przytupując z 

irytacją nogą. 

- Tak. Ponieważ, jak ustaliliśmy, trzeba się dowiedzieć, jakie 

Violet ma plany. Postanowiła, że spłaci mnie, gdy zarobi na tej 

lawendzie, więc moja działalność nie jest charytatywna. 

RS

background image

 

100 

- MacDougal, nie dziel skóry na niedźwiedziu. Moja siostra nie 

ma zielonego pojęcia, jak zebrać rośliny z pola ani co potem z nimi 

zrobić. 

- Istotnie, odniosłem podobne wrażenie. Gadała w kółko, jak to 

ona uwielbia lawendę, ale wydobycie z niej jakiegoś rozsądnego planu 

zakrawa na cud. 

- Tylko nie zaczynaj znowu krytykować mojej siostry! 

- Próbuję tylko być z tobą szczery. Chodzi o to, że ty się 

zaharowujesz na tym polu i szkoda ten wysiłek zmarnować. A jak się 

zrobi porządek, potem, jak przyjdą żniwa, coś się wymyśli. 

Cam, słuchając argumentacji Pete'a, doznała nagle wrażenia, że 

oto powraca do normalnego życia. Spierali się o konkretne sprawy. 

Cały otaczający ją świat stał się na powrót realny. Po porannym niebie 

pędziły chmury. Czuła na skórze powiew wiosennego wietrzyku, 

zapach wzruszanej przez maszyny ziemi. Robotnicy pracowali 

miarowo widłami, rozrzucając mierzwę pod roślinami, dobiegał ją ich 

śmiech i stłumiony odgłos rozmów, warkot maszyn. Wszędzie wokół 

roznosił się zapach ziemi. A cała ta piękna lawenda... wciąż wyglądała 

potwornie. Camille nie była nawet w połowie tej beznadziejnej pracy, 

a ponieważ wiosna nastała w całym rozkwicie, nie łudziła się, że 

zdąży na czas z przycinką. Jednak widać było, jak roślinki wyciągają 

się do słońca, próbują nadrobić zaniedbanie, wypuszczają pączki. 

Camille spojrzała na Pete'a, a potem nie mogła od niego oderwać 

oczu. Miał na sobie bojówki, wysokie skórzane buty, koszulkę z 

krótkim rękawem. Jego włosy były zmierzwione przez wiatr. 

RS

background image

 

101 

Przyglądała się zmarszczkom mimicznym, które wyryło dawne życie, 

również tym, które miał od uśmiechu, wokół ust. 

Przypomniała sobie, jak całują te usta, i nagle strach ścisnął ją za 

gardło. 

- Nic nie poradzę na to, że wciąż kocham Roberta - wydusiła 

niespodziewanie dla siebie samej. 

- Czy ktoś mówił ci, że mu to przeszkadza? - spytał Pete, 

przyjmując zmianę tematu jako coś oczywistego. 

- Nie zrobiłeś tego, ale boję się ciebie zranić, Pete. 

- Nie rozmawiasz z małym chłopcem. Jestem dorosłym 

mężczyzną i umiem poradzić sobie ze swoim życiem. 

Camille podjęła jeszcze jedną próbę wytłumaczenia mu, co 

czuje. 

- Ludzie zachęcają mnie, żebym rozpoczęła nowe życie. Sama 

bardzo bym tego chciała. Ale od czasu procesu... czuję się tak, jakby 

wewnątrz mnie zatrzasnęły się jakieś drzwi. Nie wyobrażam sobie, 

żebym mogła kogoś jeszcze pokochać. Nie chodzi o to, że nie chcę. 

Ale nie wyobrażam sobie, że mogłabym przeżyć jeszcze utratę kogoś. 

Nie potrafię już chyba nikogo pokochać. 

- Czy ktoś cię o to prosił? - spytał spokojnie Pete. 

Spojrzała mu w oczy. Pomyślała, że on potrzebuje miłości, 

zasługuje na nią. Sądziła wcześniej, że szuka jej u niej. Ale teraz 

rozmawiał z nią z takim rozdrażnieniem, że nie wiedziała, czy to 

prawda. 

- Chciałam tylko, żeby wszystko było jasne... 

RS

background image

 

102 

- Po prostu poszliśmy do łóżka i było nam bardzo dobrze. Nie 

pamiętam, żeby było mi aż tak dobrze. Jeśli żałujesz tego... 

- Nie żałuję. 

- Jeśli chcesz jeszcze czegoś ode mnie... Poczuła, jak przechodzą 

ją ciarki. 

- Niczego od ciebie nie chcę! I nie ma nic złego w tym, że „po 

prostu poszliśmy do łóżka"! Nie wszystko musi przecież prowadzić do 

poważnego, skomplikowanego związku! 

- Więc o co chodzi? 

- Nie ma żadnego problemu! I nie zapominaj o tym. - Zanim 

zdążył wtrącić choć słowo, odwróciła się na pięcie i odeszła. 

Wiedziała, że powinna wrócić na pole i włączyć się do pracy 

przy swojej lawendzie. I zamierzała tak zrobić. Ale teraz musiała 

zanurzyć głowę w kuble z zimną wodą, żeby się ochłodzić. Próbowała 

być miła dla tego faceta, i co? Nie chciał, żeby się nim przejmowała. 

Dobra, w porządku. 

Ona też nie chciała, żeby wtrącał się w jej życie. Szła tak 

szybko, że aż dostała kolki w boku. Zdawało jej się, że kłuje ją w 

samym sercu, jakby użądliła ją tam osa. 

 

 

 

 

 

 

 

RS

background image

 

103 

ROZDZIAŁ ÓSMY 

 

Camille poszła na kolację tylko z tego powodu, że w 

przeciwnym razie Violet zrobiłaby jej awanturę. Nałożyła nawet 

szminkę i trochę różu, nie z próżności, lecz w nadziei, że makijaż 

zamaskuje przed siostrą zły nastrój, który odbijał się na jej twarzy. 

Jednak, gdy weszła na podwórze przed domem, czuła, jak ciężko 

jej na sercu. Myślała, że w ciągu ostatnich tygodni otrząsnęła się z 

najgorszych koszmarów, ale po porannej sprzeczce z Pete'em znowu 

wpadła w depresję. 

Cokolwiek by zrobiła, nie udawało się. Wciąż żyła jak dzieciak 

na biwaku. Nie wyobrażała sobie, że może podjąć jakąś stałą pracę, a 

już tym bardziej znowu zajmować się marketingiem, choć kiedyś tak 

to lubiła. Przespała się z facetem, którego kiedyś bardzo zraniła 

kobieta, a do tego jeszcze miał synów. Jeżeli natychmiast nie opanuje 

sytuacji, istnieje niebezpieczeństwo, że oni także mogą zostać 

zranieni. A przecież chciała i musiała pomóc siostrze, choć nie 

wiedziała, jak ma sobie z tym poradzić samodzielnie. 

- Ojej, czy coś się stało? - spytała z niepokojem Violet, gdy tylko 

Camille weszła do domu. 

- Nie, nic. Czuję się świetnie. Pomówmy lepiej o tobie. Ale z 

Violet nie było tak łatwo. Jak już coś sobie wbiła do głowy, nie 

sposób było się od niej odczepić. Teraz też zaczęła swoją dyżurną 

gadkę: 

RS

background image

 

104 

- Nie przejmuj się. Musisz dać sobie trochę czasu. Jak człowiek 

przechodzi ciężką operację, to następnego dnia nie leci do pracy, 

prawda? 

- Violet, nie musisz się starać być dla mnie miła. Dostaję szału, 

ilekroć sobie pomyślę, jakim jestem dla ciebie ciężarem. 

- Nie jesteś żadnym ciężarem. Musisz się tylko trochę 

wzmocnić. Przygotowałam ten posiłek specjalnie z myślą o tobie. 

Violet nakryła do stołu. Pojawiły się na nim paszteciki z 

soczewicy i ryżu. Jakaś ryba w sosie szpinakowym. Rzepa z 

lawendowym masłem i chlebek cytrynowo-lawendowy. Słodkie 

ziemniaki. 

Camille wymieniła spojrzenia z Killerem, który pociągnąwszy 

nosem, położył się na podłodze i przymknął oczy. 

- I zrobiłam specjalny tonik na te twoje bóle głowy. - dodała 

rześko Violet. 

- Dziękuję bardzo. 

- Szczególnie ważne są słodkie ziemniaki. Mają naturalny 

estrogen. W szpinaku i soczewicy jest z kolei dużo żelaza, więc 

koniecznie musisz wziąć dokładkę. 

Camille rzuciła jeszcze jedno zdesperowane spojrzenie na 

Killera, który spojrzał na nią przelotnie, jakby mówił: „Nie patrz tak 

na mnie. To twoja rodzina, nie moja". 

Gdy kolacja dobiegła końca, Camille była tak głodna, że 

mogłaby żuć konopną linę. Nie dość, że nic w menu nie nadawało się 

do jedzenia, to jeszcze Violet trajkotała bez przerwy, że zrobi jej 

masaż albo pokaże ćwiczenia relaksacyjne, albo proponowała, że 

RS

background image

 

105 

przygotuje gorącą kąpiel z lawendowymi solami kąpielowymi. Gdy 

tylko Camille pozmywała, dała nogę razem ze swym psem. 

Miała ochotę pojechać do miasta i najeść się jakichś pączków i 

hamburgerów, ale gdy tylko wróciła do swego domku, zmieniła 

zdanie. Spojrzała na pudła, którymi zastawiony był cały salon. Były 

widomym dowodem na to, jak długo pogrążała się już w swym 

nieszczęściu. Wiedziała, że musi przejść na drugą stronę tej tragedii. 

Iść do przodu. 

Otworzyła pierwsze pudło. Były w niej płyty Roberta. Ta, którą 

wybrał, gdy po raz pierwszy się kochali, te, które nastawiał, gdy 

szykowali się do wyjścia na miasto. I ta, której słuchali, malując 

razem kuchnię. Camille odepchnęła je jak oparzona. Próbowała 

trzeźwo przypomnieć samej sobie, że tak naprawdę nigdy nie 

przepadała za muzyką Roberta, tak samo jak on nie gustował w jej 

płytach. Ale przecież chodziło o wspomnienia. 

Odsunęła pudło z CD na bok i otworzyła kolejne. W tym były 

różne urządzenia kuchenne - ale nie praktyczny zestaw talerzy i 

innych naczyń, lecz prezenty ślubne. Posrebrzane patery do ciast i 

kociołki do fondue, podgrzewacz do masła, gofrownica - wszystko tak 

nowe, jak wtedy, gdy rozpakowywali prezenty, by potem zapewnić 

ofiarodawców, że są cudowne i będą używane przez cale małżeńskie 

pożycie. 

Tak, to było kolejne pudło, po którego otworzeniu ściskało w 

gardle. Camille twardo sięgnęła po kolejne. Zawartość tego kartonu 

nie budziła żadnych bolesnych wspomnień, bo były w nim tylko 

zimowe ubrania, jej własne, żadnych rzeczy Roberta. Tylko niestety 

RS

background image

 

106 

na samym wierzchu leżał zielony sweter, który kupił jej na ostatnie 

urodziny. Pamięta, jak rozpakowała sweter i zawołała: „O, jaki 

śliczny! Kochany jesteś!". Pamiętała też jednak zdradliwą myśl, która 

nasunęła jej się wówczas, że Robert wcale jej nie zna, skoro sądzi, że 

włoży coś w tak ohydnym kolorze. 

Camille odsunęła głośno również to pudło, aż przebudzony 

Killer podskoczył w miejscu. 

- Jutro wywalimy te wszystkie rzeczy - powiedziała do psa. A 

ponieważ nie wyglądał na specjalnie przekonanego, dodała: - Dziś już 

jest za późno, żeby się do tego zabierać. - Jednak widząc 

powątpiewające spojrzenie Killera, zaklęła pod nosem i wzięła się do 

rozpakowywania kolejnych kartonów. 

Nie mogła ich tak po prostu wywalić bez zaglądania do środka, 

bo w niektórych znajdowały się rzeczy, których potrzebowała, by móc 

wrócić do normalnego życia. Tak więc wzięła się do sortowania, po 

czym ładowała kolejne pudła do bagażnika. Zrobiła dwa kursy i 

wywiozła wszystko na śmietnisko. Gdy wracała, była już północ, wiał 

chłodny wiatr i panowały kompletne ciemności. 

Idąc do sypialni, zdjęła po drodze buty i ubranie, po czym po 

prostu rzuciła się do łóżka, przekonana, że zapadnie w kamienny sen. 

Niestety zaczęły ją dręczyć sny, w których powróciły 

wspomnienia. Najpierw były migawki z jej ślubu. Jej mama, 

Margaux, układała jej włosy, poprawiała sukienkę, mierzyła uważnym 

matczynym spojrzeniem. Gdy zostały same, dała jej oszałamiająco 

seksowny komplet francuskiej bielizny. Powiedziała też potem: 

RS

background image

 

107 

„Nigdy jeszcze nie widziałam tak pięknej panny młodej, kochanie, ale 

jeśli nie jesteś pewna, w każdej chwili możemy przerwać ślub". 

Nagle we śnie pojawił się też ojciec, Colin, o przenikliwych, 

niebieskich oczach i z fajką, z którą wymykał się swojej żonie. 

Zawsze był zachwycony wszystkim, co robiła jego najmłodsza 

córeczka, ale tym razem, gdy objął ją mocno, szepnął jej do ucha: 

„Nigdy nie sądziłem, że znajdziesz sobie chłopaka z miasta, ale skoro 

chcesz właśnie jego, pokocham go. Tylko pamiętaj, że jak nie będzie 

dla ciebie dobry, to go zastrzelę". 

Cam zaczęła się niespokojnie wiercić w pościeli, bo poczuła 

gwałtowny przypływ tęsknoty za rodzicami. Znów chciała być małą 

dziewczynką, bezpieczną w ich objęciach. 

Potem we śnie powróciła Daisy, która zawsze w porównaniu z 

siostrami była taka egzotyczna, seksowna i oszałamiająca. „Nie jedź 

do Bostonu - powiedziała. - On jest miły, ale nie wytrzymasz z nim 

długo. Wybierz sobie mężczyznę, który otworzy ci świat. Nie jedz do 

Bostonu". 

Potem sen stał się mroczny. Ślub zamienił się w burzę, piękna 

biała suknia w czarną jak smoła chmurę, która zaczęła ją dławić, 

dusić. Nagle powrócił ból, gdy pięść wylądowała na jej twarzy. 

Słyszała krzyki Roberta wijącego się z bólu, potem obudziła się w 

szpitalu, obolała, przerażona. Wciąż mdliło ją na wspomnienie 

śmiechu napastników w ciemności... 

- Uspokój się, nie jesteś sama. - Choć był to tylko sen, 

rozpoznała natychmiast głos Pete'a. Jakimś cudem zjawił się w chwili, 

gdy najbardziej go potrzebowała. 

RS

background image

 

108 

Objęła go mocno za szyję i szepnęła: 

- Mam dość tego koszmaru. 

- Jestem przy tobie. Zaraz go przegonimy - powiedział łagodnie. 

Pocałunek wydawał się zbyt realny jak na marzenia senne. 

Poczuła zapach skóry Pete'a, dotyk miękkiej flaneli jego koszuli, 

ciężar jego ciała na łóżku obok siebie. Przez okno wpadał powiew 

chłodnego powietrza Killer mruknął z niezadowoleniem i zeskoczył z 

łóżka. 

Zadziwiające, jak do złudzenia realistyczne potrafią być sny. 

Przyjemna była świadomość, że może robić i mówić rzeczy, których 

nie robiłaby w prawdziwym życiu. 

- Boję się, Pete - wyszeptała. 

- Nic dziwnego. 

- I wciąż czuję się... winna. Że on umarł, a ja nie. Że bronił mnie 

przed nimi, a ja nie zdołałam go obronić... 

- Nie będziemy już o nim mówić - powiedział Pete i znów ją 

pocałował. 

Oczywiście miewała wcześniej erotyczne sny - któż ich nie ma? 

- ale nigdy nie były takie jak ten. 

Znów obsypał ją pocałunkami - które były jak prezenty, każdy w 

innym opakowaniu. Każdy z nich był niespodzianką - niektóre 

okazały się śliczne i czułe, inne miękkie i błyszczące, jeszcze inne tak 

erotyczne i egzotyczne, że aż zapierało jej dech. 

Jedyną rzeczą, która nie pozwalała jej całkiem zatracić się w tym 

śnie, było sumienie. Z bólem uświadomiła sobie, że nigdy nie czuła 

się tak z Robertem. Tak pociągająca, tak podniecona. Jakby mogła 

RS

background image

 

109 

latać, wznosić się w powietrzu dzięki rozpierającemu ją uczuciu, że 

pożąda i jest pożądana, że kocha i jest kochana. 

- Zapomnij o wszystkim, Cam - szepnął Pete. - Po prostu bądź. I 

pozwól mi się kochać. 

Obudziło ją słońce wlewające się cienkimi smużkami przez 

żaluzje. Czuła ciepło swojej skóry, miała niezwykłe poczucie 

bezpieczeństwa, była cudownie odprężona. Killer stał przy łóżku i 

patrzył na nią wyczekująco. 

- Chyba chcesz wyjść? - spytała. - A kto ci w ogóle pozwolił 

spać w mojej sypialni? 

Pies polizał ją po ręce. 

- Nie zostajesz u mnie, pamiętasz? Nie należysz do mnie, Killer, 

nic do mnie nie należy, więc się nie przywiązuj. 

Pies zaskomlał i polizał ją po twarzy. Camille natychmiast 

wyskoczyła z łóżka. Wypuściła go na zewnątrz, wróciła do sypialni i 

przysiadła zaspana na brzegu łóżka. 

To wszystko na pewno jej się przyśniło, pomyślała. W 

prawdziwym życiu nigdy nie robiła takich rzeczy i nie czuła nic 

takiego. Głupio byłoby czuć się winną z powodu snu. Choć z drugiej 

strony, wszystko zdawało się takie realne... I nie chodziło tylko o sam 

seks, który był taki cudowny, ale przede wszystkim o to, co czuła w 

owym śnie do Pete'a, i o uczucia, jakie on jej okazywał. O czułość i 

troskę, które miał dla niej. Oczywiście to wszystko tylko fantazmaty. 

Cudowne, ale powstałe w jej bujnej wyobraźni. 

RS

background image

 

110 

Nagle zauważyła skarpetkę leżącą na podłodze. Nie było w tym 

nic dziwnego, bo w domu panował straszny bałagan, szczególnie po 

wczorajszym przeglądzie rzeczy. 

Jednak ta wielka skarpetka na pewno nie należała do niej. 

Camille nie mogła już dłużej udawać, szczególnie przed sobą samą, że 

miała po prostu piękny sen. 

Skończyła przycinanie całego rządka lawendy w rekordowym 

czasie - miała wystarczająco wiele pęcherzy na rękach na 

potwierdzenie swoich wysiłków. 

Rozejrzała się po polu. Nie przypominało już tego zarośniętego 

uroczyska sprzed paru tygodni. Oczywiście pole nie było doskonałe. 

Trudno było doprowadzić je w tak krótkim czasie do wzorowego 

stanu. Jednak po nawiezieniu mierzwy rzędy roślin wyglądały bardzo 

schludnie, szczególnie tych, które zostały już przycięte. Krzaczki 

jeszcze nie pokryły się fioletowymi kwiatkami, ale unosiła się już nad 

nimi jakby obietnica koloru i cień zapachu. 

Zostało do przycięcia tylko kilka rzędów na polu. Ale były 

bardzo długie. Camille westchnęła. Tego popołudnia odwaliła dwa 

razy więcej pracy niż zwykle. Zaletą złego nastroju było to, że 

pracowała dwa razy szybciej. Niestety były też wady - bąble na 

rękach, ból pleców i obolała lewa kostka, która była poważnie 

uszkodzona w czasie napadu. Camille potrząsnęła dłońmi, jakby 

powiew wiatru mógł je uleczyć, i wtedy zauważyła w oddali 

bliźniaków zbiegających z pagórka. Mieli na sobie jak zwykle 

workowate spodnie, a w rękach trzymali wyśmienite sekatory. 

RS

background image

 

111 

- Cześć, Camille! - Powitali ją jednocześnie, z takimi samymi 

minami. 

- Nie potrzebuję dziś pomocy - oświadczyła. 

- Tak, zawsze to mówisz - rzucił lekceważąco Simon. - Przestań 

się z nami kłócić. Mieliśmy zły dzień. 

Nie zapytała dlaczego. To nie był jej problem, dlaczego chłopcy 

są nie w humorze. Ona musiała zastanowić się nad tym, dlaczego ich 

ojciec wkradł się do niej przez okno i kochał się z nią tak, że była 

teraz nieprzytomna. 

Killer, zdrajca, skakał uradowany od chłopca do chłopca, jakby 

drań sądził, że jest przez wszystkich kochany. Sean zazwyczaj długo 

głaskał psa i bawił się z nim, a i Simon nie szczędził mu pieszczot, 

jednak dziś chłopcy tylko się z nim przywitali i z ponurymi minami 

przystąpili do pracy. 

Camille wzięła się do ostatniego rządka, ale ponieważ nie miała 

plastrów na pęcherze, każde naciśnięcie sekatora wywoływało na jej 

twarzy skurcz bólu. Sean wkrótce zrównał się z nią, pracując w 

drugim rzędzie. 

- Tata kupi mi konia - powiedział. 

- Myślałam, że się nie zgadza. 

- Teraz zmienił zdanie. Nie wiem tylko, kiedy to będzie, pewnie 

dopiero wtedy, jak się skończy szkoła. W każdym razie ona wczoraj 

zadzwoniła. 

Ostatnie zdanie zostało wypowiedziane takim tonem, jakby 

logicznie łączyło się z poprzednią wypowiedzią. Camille wyczuła, że 

powinna teraz zamilknąć, ale niestety wyrwało jej się to pytanie. 

RS

background image

 

112 

- Kto? 

- Mama - powiedział to z niesmakiem i złością, pochyliwszy 

głowę. - Nie wiem, dlaczego tata nie odebrała telefonu. Pewnie nie 

słyszał, bo siedział do późna w gabinecie. A dziadek to już w ogóle 

nie słyszy telefonów. 

- Nie? 

Sean obejrzał się za siebie, patrząc, gdzie jest Simon. 

- On też z nią rozmawiał. Tak jakbyśmy w ogóle! chcieli z nią 

gadać po tak długim czasie! 

Przycinał ze złością rośliny, pakując suche gałązki do kosza, 

głowę miał wciąż pochyloną, jakby się chronił przed wiatrem. 

- To niesamowite. Najpierw nas zostawia, bo wcale jej  

na nas nie zależy, a teraz dzwoni i myśli, że wszystko  będzie fajnie. 

Camille przestała udawać, że pracuje.     

- Mówi, że potrzebowała przestrzeni. Czuła ,że się dusi. Bała się, 

że dostanie jakiegoś załamania, jak posiedzi na wsi jeszcze dłużej. 

Dlatego nas zostawiła, bo nie chciała, żebyśmy widzieli, jak dostaje 

fioła. Nie chciała nas zranić. Słyszałaś kiedyś takie pieprzenie?  

Simon, który pracował na drugim końcu pola wyrósł jakimś 

cudem tuż obok brata. 

- Nie mów „pieprzenie" przy Camille.     

- Dlaczego? Jej to nie przeszkadza, jest taka jak my. -Nie 

przeszkadza mi to - przyznała.  

- Widzisz, ona nie jest typem dziewczyńskim. Ona jest taka jak 

my. - Wykonał kilka szybkich ruchów sekatorem. 

- Wiesz, co powiedziałem mamie? 

RS

background image

 

113 

- Nie .Co? 

- Ona chciała, żebyśmy jej powiedzieli, że nie ma  sprawy, 

wszystko w porządku. Ale to nie jest w porządku. 

- Sean na chwilę podniósł głowę, w oczach miał wściekłość. 

- Więc powiedzieliśmy jej to samo, co ona powiedziała nam - 

wtrącił się Simon. - Powiedzieliśmy jej, że potrzebowaliśmy 

przestrzeni. Że czuliśmy się, jakbyśmy się dusili, mieszkając z matką. 

Że może dalej dobrze się bawić ze swoim chłopakiem, bo wcale jej 

nie potrzebujemy. I tata też jej nie potrzebuje, ani żadnej innej 

kobiety. 

Na jakiś czas zaległo milczenie, słychać było tylko miarowe 

odgłosy przycinania. 

- Nie wchodziliśmy do taty, bo chyba spał, i powiedzieliśmy mu 

dziś rano. 

- Ale był wściekły - westchnął Simon. 

- Na was? 

Sean i Simon wzruszyli jednocześnie ramionami. 

- Powiedział, że powinniśmy być milsi. Ze nieważne, co zrobiła, 

ale nadal jest naszą matką. Powiedział, że ten telefon oznacza 

przynajmniej tyle, że jej przykro. Ja mu na to, że to głupie. 

- Ja też. 

- Wtedy ojciec wściekł się jeszcze bardziej. 

- Myślisz, że miał rację? 

- Dlaczego mnie o to pytacie? To sprawa pomiędzy wami a 

ojcem. Moje zdanie tu się nie liczy. 

RS

background image

 

114 

- Dla nas się liczy - zapewnił Sean. - My uważamy, że ojciec 

powinien być po naszej stronie. I nie mamy pojęcia, dlaczego niby 

mielibyśmy być mili. Co to za wytłumaczenie, że potrzebowała 

przestrzeni? 

- Żadne - przyznała Camille. 

- Nie zostawia się tych, których się kocha, kiedy jest ciężko. 

Właśnie wtedy trzeba zostać i trzymać się razem. Tata zawsze to 

powtarza. Mama nas zostawiła, bo tak jej się zachciało. Kropka. Miała 

nas w nosie. I tyle. 

- Dlaczego więc mamy być mili? — spytał znowu Sean. Obaj 

zamilkli i patrzyli na nią wyczekująco. 

- Słuchajcie, chłopcy, jestem ostatnią osobą na świecie, którą 

powinniście pytać o cokolwiek. Nie mam dla nikogo żadnych 

odpowiedzi. 

- Dlatego właśnie ciebie pytamy. Jesteś jedyną osobą, która nie 

mówi nam bez przerwy, co powinniśmy robić. -W słowach Seana było 

tyle wyrzutu, że Camille czuła się zobowiązana powiedzieć 

cokolwiek. 

- Cóż, myślę, że już najwyższy czas, by mama usiłowała wam 

wyjaśnić swoje postępowanie. Osobiście nie widzę nic złego w tym, 

że jesteście z nią szczerzy. Macie prawo być na nią wściekli oraz ją o 

tym poinformować. Teraz ona musi się zastanowić, co z tym fantem 

zrobić. 

- Widzisz - mruknął Simon do Seana. - Wiedziałem, że Camille 

weźmie naszą stronę. 

RS

background image

 

115 

- Chwileczkę. Nie myślcie, że ojciec nie jest po waszej stronie. 

Jemu zależy po prostu na tym, żebyście spojrzeli na wszystko z 

dystansem. Nie chcecie postępować tak jak wasza matka, prawda? 

Uciekać od czegoś, co jest trudne? 

- Ale my wcale nie uciekamy - zaprotestował Simon. 

- Nie boimy się z nią rozmawiać i w ogóle - dodał Sean. 

- To dobrze. Bo pewnie właśnie o to chodzi waszemu tacie. 

Wasza mama popełniła błąd. Nic, co ona powie czy zrobi, tego nie 

wymaże. Być może teraz nie możecie jej tego wybaczyć ani 

zrozumieć. Ale jak nie będziecie z nią rozmawiać, nie ma szans na to, 

że kiedykolwiek się dogadacie. 

- A po co mamy się dogadywać? Wcale jej nie potrzebujemy - 

rzucił Sean. 

-W ogóle nie potrzebujemy kobiet - uściślił Simon. - Oprócz 

ciebie. Ty nie jesteś taka jak inne, Cam - dodał ciepło. 

- Jasne - dodał brat i klepnął ją w plecy z taką siłą, że o mało nie 

padła na twarz. 

- Jesteś jedną z nas. Nigdy nie będziemy traktować cię jak 

kobietę. Wiemy, że można ci zaufać. 

Zamarła. Synowie Pete'a ją polubili. Polegali na niej. A przecież 

nie mogła być dla nich żadnym autorytetem, skoro nie potrafiła 

uporządkować własnego życia! 

 

 

 

 

RS

background image

 

116 

ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY 

 

Następnego ranka Camille wniosła do domu siostry dwa stosy 

brudnej bielizny, a Violet ją na tym przyłapała. 

- Ej, co się z tobą dzieje? - spytała zdziwiona. 

- Przecież od kiedy tu jestem, zawsze robię u ciebie pranie. 

- No tak, ale nagle porządkujesz rzeczy, pierzesz pościel co dwa 

dni, umyłaś okna. Czyżbyś wracała do społeczeństwa? 

- Niechętnie. Rzecz w tym, że dużo pracuję w polu i koło domu, 

więc wszystko się szybciej brudzi. 

- Ach, więc nie chodzi o pewnego faceta, który u ciebie 

pomieszkuje? 

- Pete wcale u mnie nie pomieszkuje. 

- Czy wspominałam coś właśnie o nim? - Violet uniosła brwi ze 

zdziwieniem. 

Na podwórko zajechali jacyś klienci. Vi wyjrzała na zewnątrz, 

po czym w lansadach wybiegła na dwór, by ich powitać. 

Camille zebrała wyprane i wysuszone rzeczy do kosza na 

bieliznę i pomaszerowała do swego domku. Zamierzała jeszcze przed 

lunchem zacząć pracę na lawendowym polu. 

Dała sobie jeszcze tydzień na dokończenie przycinki. W ten 

sposób odpłaci się siostrze za to, że ją utrzymuje. A co Violet zrobi z 

lawendą, która wyrośnie potem na polu - to już jej problem. 

Camille coraz trudniej było poradzić sobie z tym, co czuła do 

Pete'a i co myślała o ich wzajemnej relacji. Ponieważ nie mogła nad 

RS

background image

 

117 

tym zapanować, postanowiła wziąć się za rzeczy, nad którymi miała 

kontrolę. Pierwszą z nich było pole lawendy. Drugą - jej domek. 

Zamierzała zrobić w nim porządek - wyrzucić wszystkie rzeczy ze 

swego starego życia, wysprzątać porządnie cały dom, a potem podjąć 

jakieś życiowe decyzje. Nawet jeśli nie wiedziała dokładnie, do czego 

zmierza, to postanowiła przynajmniej przestać się ze sobą cackać. 

Zanim dotarła do chaty, rozbolały ją ramiona od niesionego 

ciężaru. Otworzyła łokciem siatkowe drzwi, ale wtedy usłyszała 

głośne miauczenie dobiegające z salonu. Killer też je usłyszał i zaczął 

głośno szczekać. 

- Zamknij się! - krzyknęła. 

Czasami nawet jej słuchał, Ale teraz nie zamierzał, więc 

przekupiła go ciasteczkiem dla psów i wywabiła na zewnątrz, 

zamykając potem drzwi. Gdy się odwróciła, ujrzała na podłodze 

klatkę przykrytą ręcznikiem. 

Gdy ostrożnie zdjęła ręcznik, ujrzała przerażonego kota. 

Właściwie domyśliła się, że to kot, bo wyglądał jak dynia przejechana 

przez ciężarówkę, miał rozerwane ucho i pyszczek, który mógł się 

podobać chyba tylko jego mamie. 

- O nie! - jęknęła. To nie może dziać się naprawdę. 

Kot zatoczył kółko w klatce, wciąż przeraźliwie miaucząc. 

Camille pobiegła do kuchni, z wściekłością walnęła miską o blat i 

zajrzała do lodówki. Oczywiście świeciła pustkami, ale walały się w 

niej jakieś kawałki sera i resztki kanapki z poprzedniego dnia. Gdy 

wróciła do kota, warknęła: 

RS

background image

 

118 

- Nakarmię cię, bo jesteś głodny, ale nie zostajesz tutaj. 

Wystarczy, że mam już psa, którego też nie zamierzam zatrzymać. 

Gdy tylko wypuściła kota z klatki, zaczął się o nią ocierać i 

natarczywie domagać pieszczot. 

- Nie lubię kotów - uprzedziła Camille, siadając na krześle i 

głaszcząc zwierzaka, który tymczasem wspiął się na jej kolana i 

mrucząc, ugniatał jej uda łapami z rozczapierzonymi pazurami. Był 

bardzo duży i puszysty, ale okropnie wychudzony. - Nie lubiłam 

kotów, nawet gdy byłam miłą osobą - powtórzyła. - Nie zostajesz 

tutaj. Możesz coś zjeść i się przekimać, a potem jazda. - Zdjęła kota z 

kolan i położyła na krześle, a sama chwyciła kluczyki, wybiegła na 

zewnątrz i wskoczyła do samochodu. 

Zachwycony Killer, gdy tylko go przywołała, radośnie wskoczył 

na siedzenie dla pasażera. 

Jeszcze wjeżdżając na podjazd Pete'a, rzucała pod nosem różne 

przekleństwa pod jego adresem. Z Killerem u boku pomaszerowała do 

tylnych drzwi jak żołnierz na misji specjalnej. Walnęła kilkakrotnie 

pięścią w drzwi, gdy nikt nie odpowiadał, weszła do środka i zawołała 

coś na powitanie. Po chwili usłyszała głos Iana, który wkrótce 

pojawił się w drzwiach, podpierając się na lasce, z szerokim 

uśmiechem na ustach. 

- Witaj, Camille. Od wieków cię nie widziałem. Napijesz się 

kawy? 

- Nie przyjechałam na... - nie dokończyła, bo do kuchni wpadli 

pędem chłopcy. 

RS

background image

 

119 

- Cześć, Camille! Jeszcze nigdy nie przyjechałaś do nas w 

odwiedziny! - Zanim zdążyła wyjaśnić, że tym razem też nie, Sean 

poklepał ją po plecach, a potem to samo zrobił jego brat. Na stole 

wylądowało pudełko z ciastkami, do połowy opróżnione, ale jego 

zawartość wyglądała na całkiem świeżą. Trochę kawy wylało się z 

kubka. 

- Nie przejmujemy się zbytnio porządkami - wyjaśnił Ian, 

wycierając jednak stół. - Papierowe ręczniki są rów- nie dobre jak 

serwetki. Ale ty też nigdy nie przejmowałaś się takimi rzeczami.  

- Nie, oczywiście. 

- Mówiliśmy ci, dziadku, ona nie jest jak inne kobiety. 

 Camille przyłożyła rękę do czoła, myśląc, że jak jeszcze raz 

usłyszy ten podejrzany komplement, zacznie krzyczeć. 

- Panie MacDougal, miło mi pana widzieć, ale przyjechałam w 

sprawie kota - Camille udało się wreszcie wtrącić jedno zdanie. 

- Jakiego znowu kota? 

- Ciekawe, gdzie jest tata? - wtrącił szybko Sean. 

- Dziadku, musisz zobaczyć, co zrobiła z Darbym, jest teraz taki 

cudowny jak dawniej.  

- Chodzi mi o kota - powtórzyła stanowczo Camille. 

- Poszukamy taty - powiedział Simon, wymieniwszy szybkie 

spojrzenie z bratem. - Dziadku, pogadaj przez chwilę z Cam. 

Poczęstuj ją ciasteczkami i w ogóle... 

- Dobrze! - Ian uśmiechnął się do Camille, jakby od lat czekał na 

tę jej wizytę. - Pamiętam cię, od kiedy sięgałaś mi do kolan - 

powiedział z rozrzewnieniem. - Pete nosił cię na barana... 

RS

background image

 

120 

- Naprawdę? - spytała, jednocześnie usiłując coś wyłowić z 

wrzawy dobiegającej zza drzwi. 

Wkrótce pojawił się Pete, z synami po obu bokach. Wszyscy 

mieli na sobie flanelowe koszule, luźne dżinsy i byli boso. Na widok 

Pete'a Camille poczuła znowu, jak wali jej serce. 

- MacDougal! - wrzasnęła. - Nie chcę tego kota! 

- Jakiego kota? - spytał spokojnie. 

- Dobrze wiesz, jakiego! 

- Może przedyskutujemy tę sprawę na osobności. 

- Świetnie! 

Gdy wyszli z domu, zaproponował: 

- Pojedźmy gdzieś, gdzie nie będą nas podsłuchiwać trzy pary 

uszu. 

- Najlepiej do mnie, to od razu zabierzesz tego cholernego kota. 

- Brzmi rozsądnie. 

Ale wcale tak nie myślał. Wyciągnął do Camille rękę po 

kluczyki, a ona mu je wręczyła, niejako automatycznie, zakładając, że 

jest jednym z tych facetów, którzy muszą prowadzić. Była to zresztą 

prawda, ale tym razem chodziło mu głównie o to, żeby pojechać tam, 

gdzie zamierza. Przede wszystkim chciał znaleźć się z dala od synów i 

ojca, ale jak poradzić sobie dalej - nie wiedział. 

Włączył silnik i usłyszał, że się trochę dławi. Ugryzł się w język, 

bo już miał rzucić uwagę, że Cam potrzebuje nowych opon i 

przeglądu silnika. Tylko facet, który dzieliłby z nią życie, miałby 

prawo do takich uwag. I do opieki nad nią. 

- Ej, Pete, ominąłeś skręt do domu - odezwała się nagle Camille. 

RS

background image

 

121 

- Wiem. Chciałbym na chwilę wyskoczyć w jakieś ciche 

miejsce. Nie na długo, ale chodzi mi o to, żeby nikt nam nie 

przeszkadzał. 

- Ach tak - wyglądało na to, że zamierza zaprotestować, a potem 

z tego zrezygnowała.  

Widział jednak, że jest wściekła. Siedziała z rękami 

skrzyżowanymi na piersiach, w milczeniu wpatrzona przed siebie. 

Wiedział od samego początku, że długo nie może się między 

nimi układać tak jak teraz. Mógł raz czy nawet dwa wślizgnąć się do 

jej sypialni, ale takie romantyczne pomysły to jedno, a otwartość w 

pewnych sprawach to już co innego. Wiedział, że musi w końcu dojść 

do konfrontacji między nimi, choć właściwie jeszcze nie był na nią 

gotów.  

Objechał pole lawendy, potem swoje sady i las porasta jacy 

wzgórze. U jego stóp skrzył się w słońcu staw, do którego wpadał 

strumień. Chłopcy MacDougalów i dziewczyny Campbellów każdej 

zimy zjeżdżali z górki nad stawem na sankach. Dziewczyny 

wykorzystywały wszystkie znane dziewczyńskie triki, by nakłonić 

chłopców do wciągania saneczek na górę. Zwykle im się udawało. 

Camille mimowolnie się uśmiechnęła do tych wspomnień. 

- Tak - Pete odwzajemnił jej uśmiech, wysiadając z samochodu. 

- Pamiętam te wszystkie zimy, jak byliśmy dzieciakami. 

Przypominam sobie, jak Daisy błagała zawsze mojego najstarszego 

brata, by wciągał jej tobogan, a on nigdy nie potrafił jej odmówić i 

jeszcze czerwienił się jak burak i jąkał, kiedy się do niego zwracała. 

RS

background image

 

122 

- Daisy działała tak na wszystkich chłopaków. Jak ja 

uwielbiałam te zimy! Byłam z was najmłodsza i z trudem za wami 

nadążałam, ale to wszystko było takie cudowne. Ślizgawka na stawie. 

Saneczkowanie z górki. 

Przez chwilę zdawała się nie pamiętać, jaka jest wściekła. Szła 

obok niego w stronę stawu. Było ciepło, wietrzyk poruszał liście, 

między którymi igrały promienie słońca. Zając przebiegł im drogę. 

Potem za zakrętem ścieżki spłoszyli sarnę z młodym. Powietrze było 

przesycone wiosennymi zapachami, a staw skrzył się, jakby ktoś 

rozsypał na nim diamenty. Naprawdę trudno było się złościć w taki 

poranek. Pete rzucił przelotne spojrzenie na Camille. Pomyślał, że jest 

związana z tą ziemią tak samo jak on. 

Łudziłby się jednak, sądząc, że może należeć do niego. 

- Słuchaj, Pete. Nie chcę tego cholernego kota. - Camille 

otrząsnęła się z chwilowego oczarowania. 

- Nie? 

- Nie! Nie chcę kota. I nie chcę psa. Nie chcę, żeby twoi synowie 

myśleli, że my... 

- Tak, wiem - wpadł jej w słowo. - Próbowali nas swatać. - 

Myślał, że szczerość będzie najlepszą taktyką, ale Camille wyglądała 

na jeszcze bardziej zdenerwowaną niż poprzednio. Brnął jednak dalej. 

- Jak się domyślasz, to Sean przywlókł do domu tego kota. Przynosi 

wszystkie nieszczęsne stworzenia z okolicy. Wiedział, że nie pozwolę 

go zatrzymać, ale obaj z bratem zaczęli mnie namawiać, żebym dał 

kota tobie. 

- Mogłeś po prostu powiedzieć: Nie, nie dawajcie go Camille. 

RS

background image

 

123 

- Niby tak, ale sam uważałem, że to świetny pomysł. 

- Ciekawe dlaczego? Zignorował pytanie i wyjaśniał dalej: 

- Chłopcy bez przerwy gadają o tym, że moglibyśmy być ze 

sobą. Mój ojciec zresztą też. Jesteś chyba jedyną kobietą, którą biorą 

pod uwagę, jedyną, której ufają i do której chcą się zbliżyć od czasu, 

jak odeszła ich matka. 

- To jakieś wariactwo, Pete. Nie zrobiłam nic, żeby sobie 

zasłużyć na ich sympatię ani zaufanie. 

Pete wzniósł oczy do nieba. 

- W ogóle nie dostrzegasz swoich zalet i myślisz o sobie jak 

najgorzej. Oczywiście nie wiesz też, dlaczego poszedłem z tobą do 

łóżka. 

- Oczywiście, że wiem. Dla seksu. 

- Camille - powiedział, zniżając głos. - Naprawdę innie 

denerwujesz. I przestań się wreszcie oszukiwać. 

- Oszukiwać? - syknęła i z wściekłością dziabnęła go palcem 

wskazującym w tors. - Ja nigdy nie kłamię. Jestem najuczciwszą 

osobą, jaką znasz, MacDougal. 

- Akurat! Gdy wróciłaś tu po wypadku, byłaś kompletnie 

zdruzgotana. Byłaś jak ta lawenda, wynędzniała, wyjałowiona. 

Rozumiem to, Cam. Też byłem zraniony. Ale kilka tygodni temu 

zaczęłaś się zmieniać. 

- Czyżby? Zamierzasz wmawiać mi, że wiesz lepiej ode mnie, co 

czuję? 

- Nie, ale powiem ci, Co robisz. Kłamiesz. Udajesz, że ci nie 

zależy. Na niczym i na nikim. Przepadasz za psami. 

RS

background image

 

124 

- Wcale nie! 

- I tak samo pokochasz tego kota. Zawsze umiałaś obchodzić się 

ze zwierzętami, umiałaś wywabić z kryjówki przestraszonego kota, 

uspokoić rannego psa, nawet wtedy, gdy byłaś mała. Być może tego 

nie pamiętasz, ale ja tak. Musisz mieć coś, co kochasz, albo ci odbija. 

- Tere-fere. Nie zamierzam zajmować się tym głupim kotem! A 

psa oddam, jak tylko znajdę mu dom. 

- A krowy będą latać. Poza tym uwielbiasz moich synów. 

Dlaczego nie chcesz się do tego przyznać? I w ogóle przyznać się, że 

znowu ci zaczęło zależeć na życiu. 

- Wcale nie! 

- I nic nie czujesz, tak? Do nikogo? 

- Właśnie! 

Kłótnia z nią była po prostu stratą czasu. Miał ochotę ją 

pocałować, ale zwalczył tę chęć i zamiast tego postanowił zrobić coś 

drastycznego. Złapał ją wpół, uniósł w górę, i nie zważając na jej 

wrzaski, zakręcił się wokół i wrzucił ją do stawu. 

Znał dobrze ten staw. Wiedział, że przy samym brzegu jest od 

razu głęboko. W tym stawie cudownie się pływało w upalne dni, bo 

wpływał do niego strumień i woda była krystalicznie czysta i zimna. 

Wypłynęła, parskając wodą i klnąc z wściekłości. Nie wiedział, 

że ktoś potrafi kląć tak jak on. Zabawnie było też obserwować taką 

wściekłość u osoby, która twierdzi, że nic nie czuje. 

Pete bez namysłu ściągnął buty i skoczył do stawu za swoją 

ofiarą. Szok spowodowany zimną wodą był naprawdę silny. 

Podpłynął do Camille, która natychmiast opryskała go wodą tak, że 

RS

background image

 

125 

ledwie mógł złapać oddech. Potem rzuciła się ku niemu z wyraźnym 

zamiarem utopienia. Gdy chwyciła go za ramiona, wybił się mocno 

nogami i trzymając ją w objęciach, przepłynął wraz z nią na płytszą 

wodę. Gdy tylko poczuł grunt pod nogami, wyciągnął Camille z 

wody, stanął i powstrzymał kolejny potok wyzwisk, zamykając jej 

usta pocałunkiem. Był tak namiętny, że od razu zrobiło mu się gorąco, 

a ona też nie drżała z zimna w jego ramionach. 

- Pokaż mi jeszcze raz, jak bardzo nic nie czujesz. Jak ci na 

niczym nie zależy - powiedział, odrywając się na chwilę od niej, po 

czym, nie przerywając całowania, wyprowadził ją na trawiasty brzeg. 

Ubrania, sztywne i zimne, przykleiły im się do ciał, lecz nie zważając 

na to, wciąż się całowali. 

Gdy przerwali na chwilę dla nabrania oddechu, otworzyła oczy. 

Jej spojrzenie, zasnute seksowną mgiełką, natychmiast nabrało 

trzeźwości, jakby przypomniała sobie, jaka jest wściekła. Skierowała 

pięść w jego twarz z taką miną, że natychmiast musiał znowu zacząć 

ją całować. I zdjąć z niej to mokre ubranie. I z siebie również. 

Słońce nagrzało już młodą trawę i gdy runęli w nią razem, 

poczuli to ciepło, a także miłe łaskotanie, gdy tarzali się nago w 

soczystej zieloności, a promienie słońca oślepiały co chwila to z nich, 

które było akurat na dole. 

- Więc mówisz, że nic nie czujesz, Cam? - spytał, przerywając 

dość zaawansowane pieszczoty. - Ani zimna, ani ciepła. I nic nie 

czujesz do mnie, prawda? Tylko niewielki pociąg. Ale nie chcesz 

mieć nic wspólnego z realnym życiem, prawda? 

- MacDougal... 

RS

background image

 

126 

- Co? 

- Zamknij się i dalej mnie całuj. 

Chciał sprawić jej więcej rozkoszy, niż kiedykolwiek zrobił to 

jej mąż. Chciał, żeby zapamiętała mężczyznę, który kochał ją pomimo 

wszystkich przeszkód i podszeptów rozsądku, w słoneczny poranek na 

łące nad stawem, oszołomiony miłością, pragnący dać jej z siebie jak 

najwięcej, pokazać, że warto żyć. 

Rozumiał, że ona na zawsze zachowa w pamięci mężczyznę, 

który dla niej zginął. Ale chciał też, by zrozumiała, że istnieje 

mężczyzna, które chce żyć po to, by ją kochać. 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

RS

background image

 

127 

ROZDZIAŁ DZIESIĄTY 

 

Tydzień później Camille obudziła się o świcie z bijącym sercem 

i spoconymi dłońmi. Szybko wstała z łóżka i poszła do kuchni. 

Wieczorem zostawiła okna i drzwi otwarte. Jak na drugi tydzień 

czerwca było niesamowicie gorąco i wilgotno. 

Kręcąc się po kuchni, myślała sobie, że ta pogoda jest bardzo 

niespokojna, burzowa. Czuło się napięcie wiszące w powietrzu, jakby 

coś miało się stać. Aż podskoczyła, gdy jakiś porwany wiatrem 

patyczek uderzył cicho w siatkowe drzwi. Sama przed sobą musiała 

przyznać, że denerwuje się nie z powodu nadciągającej burzy, lecz 

Pete'a. 

Z kubkiem kawy w ręku zaczęła rozmrażać na patelni mieloną 

wołowinę. Dźgała ją widelcem, by jak najszybciej przygotować 

jedzenie dla zwierzaków. 

Było jej ciężko na sercu. Widywała Pete'a codziennie przez cały 

tydzień. Jednak chłopcy mieli teraz wakacje i nie odstępowali ojca na 

krok. We trzech pomagali jej dokończyć przycinanie lawendy. Pete 

nie wspomniał słowem o szalonym poranku nad stawem. Ona też nie. 

Bo nie było okazji do rozmowy, jak wciąż sobie powtarzała. 

- Gotowe, ale musi przestygnąć - zawołała, ale gdy się obejrzała, 

nie było koło niej nikogo. 

Było bardzo wcześnie, ale sądziła, że zapach mięsa przywabi 

zwierzaki. Nałożyła dużą porcję mięsa do miski Killera i małą do 

kociej. 

RS

background image

 

128 

Jak każdy normalny człowiek, kupiła gotowe żarcie dla kotów, 

ale panna Grymaśna odwracała się z pogardą nawet od najdroższych 

chrupek. Skoro musiała karmić wynędzniałego kota hamburgerami, 

nie mogła przecież traktować gorzej psa, więc teraz gotowała dla nich 

obojga. 

- Śniadanie! - zawołała Camille, po czym zaczęła szukać 

zwierzaków w ich ulubionych miejscach do spania. W końcu znalazła 

je śpiące obok siebie na swoim łóżku. Znowu. - Wiecie, że nie wolno 

wam tu być - powiedziała zrzędliwie, po czym od razu położyła się 

między nimi. 

Panna Grymaśna nie raczyła otworzyć oczu, ale od razu zaczęła 

mruczeć. Killer, gdy tylko zorientował się, że nie na nim skupiona jest 

cała uwaga, odwrócił się brzuchem do góry i ziewnął. Camille rzuciła 

okiem w lustro nad komodą, w którym odbijała się cała ich trójka. 

Zwierzaki były tak wypielęgnowane, jakby miały wkrótce wziąć 

udział w wystawach, tylko ona sprawiała wrażenie kompletnie 

zaniedbanej. Bo taka właśnie była. 

Wciąż powracały do niej słowa Pete'a wypowiedziane tamtego 

ranka: „Pokaż mi jeszcze raz, jak bardzo nic nie czujesz". 

Przez wiele miesięcy naprawdę wierzyła, że jest emocjonalnie 

martwa, wypalona. I że nielojalnością wobec 

Roberta byłoby uczucie do innego mężczyzny. Potem, gdy Pete 

wyrwał ją z marazmu, było jeszcze gorzej. Nie tylko zaczęła czuć, ale 

jeszcze przeżywała coś, czego nie zaznała nigdy z Robertem, i nie 

wiedziała, że kobiecie może to w ogóle być dane. 

RS

background image

 

129 

Teraz rzuciła jeszcze jedno spojrzenie w lustro i wyskoczyła z 

łóżka. Zwierzaki popatrzyły na nią z wyrzutem. 

- Śniadanie macie w kuchni, na pewno już wystygło. Killer, 

wiesz, jak otwierać drzwi siatkowe, a ty, kocie, wiesz, gdzie jest 

kuweta. Za parę godzin wracam. 

Ubrała się, chwyciła torebkę i popędziła do samochodu. 

Zajechała do miasta, zanim jeszcze pootwierano sklepy i punkty 

usługowe, ale miała dzięki temu czas na obmyślenie planu. 

Z wybiciem dziewiątej stała przed zakładem fryzjerskim. Bała 

się, że mogą jej nie przyjąć bez uprzedniego umówienia, ale gdy 

fryzjerki ją zobaczyły, natychmiast wciągnęły do środka. Po wyjściu 

od fryzjera odbyła rundę po sklepach z kartą kredytową w ręku. 

Wiedziała, że będzie musiała nadszarpnąć swoje skromne 

oszczędności, ale kobieta musi czasem zainwestować w swoją 

przyszłość. Uświadomiła sobie, że dawno już powinna była to zrobić. 

Przed wizytą u Pete'a zamierzała odwiedzić jeszcze jedno 

miejsce, a po drodze tam musiała się jeszcze dobrze namyślić. Potem 

przesunęła wszystkie paczki z zakupami w róg bagażnika, by na 

tylnym siedzeniu zrobić miejsce na pewien wyjątkowy prezent. Nie 

wybrałaby go dla byle kogo. Właściwie nie dałaby go najgorszemu 

wrogowi. Jednak teraz okoliczności były wyjątkowe. 

Dojeżdżając już do domu Pete'a, denerwowała się coraz bardziej. 

Przypominała sobie teraz wszystkie sygnały, które jej dawał, a ona 

była zbyt skupiona na sobie, by móc je odczytać. Myślał pewnie, że 

toleruje go tylko ze względu na seks, traktuje instrumentalnie. Nie 

miał pojęcia, jak bardzo go ceni, co tak naprawdę do niego czuje. 

RS

background image

 

130 

Teraz, gdy sama przed sobą się do tego wreszcie przyznała, 

mogło być już za późno. Miał uraz po odejściu żony i być może udało 

jej się go wreszcie zrazić do siebie. 

Gdy Camille zajechała pod dom Pete'a, modląc się w duchu, by 

to on zjawił się jako pierwszy, nie zastała na podwórzu nikogo. 

Domyśliła się, że po lunchu wszyscy rozeszli się do jakichś zajęć. 

Wysiadła i ostrożnie otworzyła drzwi bagażnika. Posokowiec 

zajmował prawie całe tylne siedzenie. Była to młoda suka, niespełna 

dwuletnia. Chociaż otworzyła swe smutne oczy, gdy Camille 

pochyliła się nad nią, nie wykonała żadnego ruchu. 

- Część, Camille! - zawołał Simon, który zauważył ją, gdy 

wyjrzał ze stodoły, i natychmiast do niej przybiegł. Nagle stanął jak 

wryty. - O Boże! Co ci się stało?! -krzyknął, a zorientowawszy się, że 

mógł jej zrobić przykrość, dodał szybko: - Nie martw się, odrosną. Jak 

ojciec prowadzi nas do fryzjera po wakacjach, też się potem strasznie 

czujemy. 

Poklepał ją na pocieszenie po plecach. Camille uznała, że wizyta 

u fryzjera przyniosła widoczny efekt. Nagle Simon zauważył otwarte 

tylne drzwi i zajrzał do środka. 

- O rany? A co to? - zapytał ze zdumieniem. 

- Gdzie twój tata? - odpowiedziała pytaniem na pytanie. 

- Pojechał z Seanem do tej stadniny, w której sprzedają 

Morgany. Wrócą przed kolacją. A dziadek jest w mieście, bo dziś po 

południu mierzą mu ciśnienie. 

RS

background image

 

131 

Cóż, nawet najbardziej desperackie plany wymagają pewnej 

elastyczności. Na razie musiała częściowo wtajemniczyć w swój 

Simona. 

- To jest Hortense, Simon. Ma depresję. 

- Och, to widać. 

- Właściwie to myślę, że wszystkie posokowce wyglądają, jakby 

miały depresję. Ale ten ma naprawdę. Straciła swego pana jakiś 

miesiąc temu - to był Jerry Abrahams, pamiętasz? Uwielbiał ją, a ona 

jego. I teraz nie może się otrząsnąć. 

- Naprawdę? - Simon pogłaskał sukę po gładkich uszach. 

Hortense otworzyła oczy i westchnęła głęboko, ale się nie poruszyła. - 

Jest świetna. 

- Myślę, że twój tata potrzebuje tego psa. 

- Co? - Simon wytrzeszczył oczy, w których po chwili pojawił 

się błysk zrozumienia. - A, chodzi o zemstę. 

- Nie, nie. Nigdy nie wykorzystywałabym w tym celu 

niewinnego zwierzęcia. To uczciwe zagranie. Byłam u weterynarza 

kilka dni temu na szczepieniach panny Grymaśnej. Wtedy 

dowiedziałam się o Hortense. Ten pies słabnie coraz bardziej. Nie ma 

ochoty do życia. Albo ktoś jej pomoże otrząsnąć się z rozpaczy, albo 

zginie. A twój tata będzie potrafił jej w tym pomóc jak mało kto. 

- No, no - powiedział Simon z podziwem, wkładając ręce do 

kieszeni dżinsów. - Naprawdę chcesz wpakować tacie tego psa? 

- Tak, z twoją pomocą. Chciałabym przenieść ją do środka, 

gdzie jest chłodniej, i dać jej miskę wody. 

- Jasne. 

RS

background image

 

132 

- Słuchaj, jeśli twój tata nie będzie chciał jej zatrzymać, 

powiedz, żeby odwiózł mi tego psa. I przekaż mu jeszcze, jeśli 

możesz, że przygotuję kolację na siódmą. Nie musi przychodzić. Ale 

na wszelki wypadek, gdyby chciał pogadać, nakryję też dla niego... 

Po powrocie do domu Camille najpierw musiała przeprosić 

marudzące zwierzaki za długą nieobecność. Gdy już je wygłaskała i 

wyprzytulała, pobiegła do domu Violet. Na szczęście siostra była 

zajęta w sklepie, więc mogła niezauważalnie wynieść z kuchni 

mnóstwo produktów. W kuchni przygotowała do duszenia mięso z 

warzywami i odrobiną lawendy według francuskiego przepisu. Było 

za wcześnie na sałatkę ze świeżych warzyw, ale przygotowała 

truskawki i sos czekoladowy. 

Zegar pędził tak szybko. Wystawiła stół przed dom, gdzie 

wieczorem można było liczyć na przyjemny chłodek. Wygrzebała z 

kredensu niebiesko-białą serwetę, dwa komplety platerowych 

sztućców matki i srebrne świeczniki po babci. Na koniec ustawiła w 

kuchni, salonie i na stole bukiety kwiatów. 

Sprawdziła, jak dusi się potrawka, spojrzała na zegarek i 

pobiegła wziąć kąpiel. Zwierzaki najwyraźniej uważały, że potrzebuje 

towarzystwa, bo nie odstępowały jej na krok. Nadzorowały całą 

kąpiel, od maseczki po golenie nóg. Zachowały zdrowy dystans, gdy 

robiła sobie manicure i pedicure, ale były bardzo zainteresowane, 

którą kreację z szeleszczących toreb ostatecznie wybierze. 

Na koniec został makijaż - a kiedyś Camille była w tym 

naprawdę dobra. Kocica przysiadła na umywalce, by móc dokładnie 

wszystko obserwować, a znudzony Killer chrapał w sypialni. 

RS

background image

 

133 

- On może wcale nie przyjść - powiedziała do kota, oceniając w 

lustrze efekt końcowy swych wysiłków. 

Kobieta patrząca z lustra wyglądała prawie jak dawna Camille. 

Kusa czerwona sukienka odsłaniała zgrabne nogi. Na ustach lśniła 

ciemnoczerwona szminka, czarne, stylowo wycieniowane włosy 

sprawiały szykowne wrażenie. Była o wiele szczuplejsza niż kiedyś, 

ale ostatnio nabrała ciała i sukienka ładnie to podkreślała. 

Dawna Camille już nie wróci. Ale teraz wydoroślała. Obecna 

Camille była o wiele głębsza. Widziała przed sobą więcej możliwości. 

I oczy wiście czuła większe ryzyko poniesienia straty. 

W jej ciemnych oczach, podkreślonych delikatnie cieniem i 

tuszem, czaił się lęk. Bała się, że nie pokochała 

Pete'a tak, jak na to zasługiwał. I że może już za późno, by to 

naprawić. 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

RS

background image

 

134 

ROZDZIAŁ JEDENASTY 

 

Gdy Pete wreszcie zajechał przed dom, Sean siedział milczący i 

naburmuszony na siedzeniu obok. 

- No, przestań, Sean. Myślę, że moja propozycją jest rozsądna. 

Wolałbym, żebyś pracował na farmie ze mną i bratem. Wiesz, ile jest 

roboty tego lata. Jednak pozwolę ci zajmować się końmi przez 

miesiąc. Jeśli potem nadal będziesz chciał tego Morgana, to ci go 

kupię. 

- Tak, tak. 

- Zupełnie nie wiem, dlaczego się tak zachowujesz. Wiesz 

przecież, ile będzie kosztował ten koń. 

- Wiem. 

- Kochasz wszystkie zwierzęta, ale nikt z nas się nie zna na 

koniach. Proponuję rozsądne rozwiązanie - popracujesz przy koniach, 

zorientujesz się, ile trzeba mu poświęcić czasu i uwagi, a potem 

zdecydujesz, czy nadal chcesz go mieć. 

- Tato, czasami mam dosyć tego twojego rozsądku. Ze 

wszystkim się zgadzam, ale chciałem mieć konia już teraz, więc 

pozwól mi przynajmniej się trochę posmucić. - Simon wyskoczył z 

samochodu i odszedł, trzasnąwszy drzwiami. 

Pete patrzył za nim, kręcąc głową. Ach, te nastolatki, pomyślał. 

- Hej, tato! - Simon wyskoczył z domu podekscytowany, a za 

nim cudem odmieniony, równie radosny brat. 

- O co chodzi? - spytał podejrzliwe Pete. 

RS

background image

 

135 

- Chcemy ci coś pokazać, chodź szybko do kuchni! Pete ruszył 

w stronę kuchni, zastanawiając się, jaka tym razem czeka go 

niespodzianka, bo nie raz prezentowano mu entuzjastycznie jakieś 

„coś". Zupełnie nie był przygotowany na kupkę nieszczęścia na 

podłodze w kuchni. Pete kucnął, podniósł psu powieki. Oczy 

wyglądały normalnie, a pies zamrugał na dowód, że żyje. Potem cicho 

zaskomlał, ale się nie poruszył. 

- Kto nam wykręcił ten numer? 

Simon postanowił skonstruować własną wersję odpowiedzi. 

- Nazywa się Hortense - zagaił. - Ma depresję, bo należała do 

jednego faceta, który umarł. Jest w żałobie i potrzebuje miłości. 

Potrzebuje nas. I ciebie. 

- Kto nam ją podrzucił? - spytał Pete, ignorując potok wymowy 

syna. 

- Powiedziała, że Hortense potrzebuje właśnie ciebie, bo 

potrafisz pomóc wyjść z żałoby. Możemy ją zatrzymać, tato? 

Pete uniósł głowę psa, spojrzał w jego senne oczy i pokręcił 

głową. 

- Nie macie pojęcia, chłopcy, jakie te posokowce są uparte. 

- Ona powiedziała, że ty wiesz, jak radzić sobie z upartymi 

samicami. I jeszcze coś tam mówiła, ale to chyba może zaczekać... 

- Zaraz, zaraz... - Jak nastolatek ociąga się z powiedzeniem 

czegoś, to znaczy, że powinno się to natychmiast z niego wyciągnąć. - 

Mów szybko! 

- Camille... powiedziała, że możesz odwieźć jej tego psa, jeśli go 

nie chcesz. Tak około siódmej. Na kolację. Ale ja zapewniłem, że na 

RS

background image

 

136 

pewno zgodzisz się zatrzymać psa. Żeby się nie martwiła. Przecież nie 

może wziąć jeszcze jednego zwierzęcia, skoro wpakowaliśmy jej 

Darby'ego i kota. 

- Aha, czyli mam tam pojechać o siódmej tylko wtedy, jeśli chcę 

oddać psa? - Przekaz od syna był dość mętny. 

- Właściwie to chyba chciała, żebyś przyjechał na kolację, żeby 

porozmawiać. O siódmej. Z psem albo bez. 

Był już kwadrans przed siódmą, więc Pete szybko wziął 

prysznic, ogolił się i włożył czyste ubranie, ale wciąż nie mógł się 

zdecydować, czy jechać. Przez cały tydzień jej unikał, choć przecież 

spotykali się przy pracy na polu. Ale nigdy nie był z nią sam na sam. 

Czasami facet ma siłę przyjąć cios, a czasem nie. A on spodziewał się 

po tej rozmowie najgorszego. 

Minutę przed siódmą wsiadł do furgonetki. Dom Cam był po 

sąsiedzku, więc droga zajęła mu kilka minut. Gdy zaparkował przed 

domem, zachodzące słońce przeświecało przez gałęzie drzew. Ganek 

był zacieniony i bardzo cichy. Pies i kot drzemali na stopniach. Nawet 

nie drgnęli,żeby go przepuścić, kot tylko otworzył na chwilę swoje 

żółte ślepia. 

- Cam? - Zastukał we framugę, zaglądając przez siatkowe drzwi, 

przez które nic nie widział. 

Gdy je otworzyła, zamarło mu serce. Nie była już rozbitkiem 

życiowym, który schronił się na odludziu, by jak pies lizać w ukryciu 

rany. Kobieta stojąca w drzwiach była bosa, a jej długie nogi nosiły 

ślady opalenizny. Miała na sobie szkarłatnoczerwoną kieckę na dwóch 

cieniutkich ramiączkach i najwyraźniej nic pod spodem. Przylegający 

RS

background image

 

137 

materiał sukienki ładnie podkreślał okrągłości biustu i bioder. Jeszcze 

kilka tygodni temu miała tylko skórę i kości. Ładna fryzurka 

podkreślała piękno jej dużych oczu. Wyglądała niesamowicie 

seksownie. Teraz każdy facet śliniłby się na jej widok, a na nim i 

wcześniej robiła piorunujące wrażenie. 

- Spóźniłeś się - powiedziała, oparłszy się zalotnie o framugę. 

- Wiem, przepraszam - odparł, wręczając jej butelkę wina. 

Bliźniaki i dziadek oświadczyli stanowczo, że nie idzie się na kolację 

do kobiety bez wina. - Pewnie nieodpowiednie... 

- Bardzo dobre. Zanim zaczniesz mówić o posokowcu... 

Bardzo lubił psy, ale teraz nie odróżniłby pudla od pona. Nie 

mógł od niej oderwać oczu. Tak się zmieniła i to właśnie w sposób, 

jakiego pragnął - poradziła sobie z żałobą. Wyleczyła się. Była znów 

pełna życia. Gotowa, by je odbudować. 

- Pete? - Zbliżyła się do niego i zajrzała w oczy. -Wiem, że 

Hortense była dla ciebie zaskoczeniem... 

Sam nie wiedział, dlaczego przemiana Camille budzi w nim taki 

niepokój. Może dlatego, że gdy była rozbitkiem życiowym, to go 

potrzebowała. A teraz? Przypadkowo spojrzał ponad jej ramieniem. 

Jego spojrzenie powędrowało przez otwarte drzwi, przez kuchnię, z 

której tylne drzwi wychodziły na trawnik za domem. Nie widział 

dokładnie, ale zdawało mu się, że palą się tam świece, na stole jest 

serweta i chyba ładne nakrycia. Spojrzał na nią zmieszany. 

- Co się dzieje? 

- Kolacja, najlepiej siądźmy już do stołu, i wtedy ci wytłumaczę, 

co z tym psem. - Poprowadziła go do stołu, gdzie usiedli naprzeciwko 

RS

background image

 

138 

siebie. Nalała wino i nałożyła potrawkę na talerze. Co chwila rzucała 

mu niepewne spojrzenia. Po drżeniu rąk i głosu widać było, że jest tak 

samo zdenerwowana jak on. 

- Spacerowałam wczoraj po polu lawendy. To były dla mnie 

naprawdę przełomowe chwile. Napawałam się tym, jaka jest teraz 

piękna, wkrótce wszystko zakwitnie. Moja siostra naprawdę będzie 

miała pełne ręce roboty przy żniwach. 

- A ciebie tu wtedy nie będzie? - spytał czujnie. Kęs jedzenia 

prawie stanął mu w gardle. 

- Nie. Lawenda to od tej pory sprawa Violet. Niech ona 

podejmuje decyzje. Ja muszę się zająć własnym życiem i również 

podjąć pewne decyzje. Kiedy chodziłam po tym polu, myślałam, jak 

bardzo lawenda różni się od róż. Róże trzeba starannie pielęgnować, 

pieścić się z nimi, nawozić, opryskiwać. Lawendzie wystarczyło dać 

trochę ziemi, mierzwy, przyciąć ją, a ona jakby zmartwychwstała. 

Lawenda kwitnie, gdy okazuje się jej miłość w szorstki sposób. Ale ty 

wiesz to wszystko, prawda? 

Bardzo miłe były te wszystkie refleksje, ale on myślał tylko o 

jednej sprawie: 

- Gdzie zamierzasz być, skoro nie tutaj? - spytał przez ściśnięte 

gardło. 

Podniosła palec do góry, dając znać, że musi dokończyć żucie, 

po czym powiedziała spokojnie: 

- Z tobą.  

- Słucham? 

RS

background image

 

139 

- Myślałam, że odgadłeś moje intencje, gdy dałam ci tego 

posokowca. Gdy zaprosiłam cię na kolację. Oczywiście nie 

wiedziałam, czy przyjmiesz zaproszenie - dodała cicho i odłożyła 

sztućce na brzeg talerza. - Wiem, że o mało wszystkiego nie 

popsułam. Przez całą wiosnę obnosiłam się ze swoim bólem. 

- Miałaś do tego prawo. 

- Tak, i wszyscy mi pobłażali oprócz ciebie. Chyba jestem jak ta 

lawenda, Pete. Jak za bardzo się ze mną cackać, cała się rozklejam. 

Ale jak ktoś da mi szansę, bym pokazała swą siłę, potrafię być silna. 

- Czy mogłabyś zrezygnować z tych wszystkich pięknych 

metafor i powiedzieć, co to znaczy, że będziesz ze mną? 

- Zaraz do tego dojdziemy - powiedziała i podała mu bułeczkę. 

Odłożył ją na brzeg talerza. Nie mógłby teraz nic przełknąć. 

- Przywróciłeś mnie do życia. A ja byłam taka samolubna. Nie 

zauważyłam, że ty także cierpisz, musisz się uporać ze stratą, tylko nie 

pokazujesz tego po sobie ze względu na chłopców i ojca. 

- To nieważne. 

- Pete, tak mi przykro, że od razu cię nie doceniłam. - Przerwała 

na chwilę, jakby musiała nabrać sił do dalszych wyznań. 

- Kochałam Roberta. Zawsze czułam, że to akceptujesz, i jestem 

ci za to wdzięczna, bo ta miłość była dobrą częścią mego życia. Ale 

teraz, gdy poznałam ciebie, gdy znalazłam w tobie oparcie w tak 

trudnym czasie... kiedy akceptowałeś mnie wtedy, gdy nawet ja sama 

nie mogłam ze sobą wytrzymać... to głębsza miłość niż ta, którą 

znałam do tej pory. Nie wiedziałam nawet, że taka istnieje. To miłość, 

jakiej teraz pragnę i będę o nią walczyć. 

RS

background image

 

140 

Zerwała się od stołu i podeszła do niego, ale potem na chwilę się 

zawahała, jakby niepewna, jak on na to zareaguje. Kiedy jednak 

zapraszająco odsunął się od stołu, usiadła mu na kolanach i zarzuciła 

ręce na szyję, a on natychmiast ciasno ją objął. 

- Czy nie zamierzasz mnie pocałować, MacDougal? - spytała 

kokieteryjnie. 

- Zamierzam zrobić o wiele więcej - zapewnił. - Ale na razie 

muszę ochłonąć po tym, co usłyszałem. Aż trudno mi w to uwierzyć. 

Bo przestałem już wierzyć w miłość, Cam. 

- Ja też, więc zemsta jest słodka. Nie chciałam już nikogo 

pokochać. Ale ty wszystko zmieniłeś, Pete. 

- Kocham cię - szepnął namiętnie. 

- Wiem. I powinnam się tego domyślić już dawno. Jak na mnie 

krzyczałeś. I kiedy dałeś mi tego psa. 

- Tego, którego nie zatrzymasz u siebie? 

- Zatrzymam. I kota też. I chłopców. I twego tatę. Nawet 

Hortense. Ale przede wszystkim zatrzymam ciebie, MacDougal. Na 

zawsze. 

Pocałowała go, czule i namiętnie zarazem. Kto by pomyślał, że 

ich smutna przeszłość otworzy im drogę do pełnej szczęścia 

przyszłości? 

- Czy nie będziesz tu się męczyć? - spytał, gdy się od niego 

oderwała. - Przecież tak lubiłaś tę swoją pracę w mieście. 

Dotknęła z czułością jego policzka. 

- Tak. Ale ludzie się zmieniają. Ziemię też kocham. I myślę o 

założeniu tutaj schroniska dla zwierząt... 

RS

background image

 

141 

- Nie zrobisz tego! - Spojrzał na nią przerażony. 

- Ach, MacDougal - szepnęła mu do ucha. - Nie masz pojęcia, 

ile jeszcze strasznych i cudownych rzeczy wymyślę... 

RS


Document Outline