background image

 

 

 

 

 
 
 

CLAIRE 

 

-

W

ięc? – domagał się Shane. – Kto to zrobił? – Claire rozmawiała z nim 

przez  telefon,  kiedy  kierowała  się  w  stronę  domu.  Gdziekolwiek  się 
znajdował,  było  tam  głośno,  mogła  słyszeć  hałas  maszyn  znajdujących 
się w sklepie i szlifowanie metalu, a on musiał krzyczeć, by go usłyszała. 
– Kto próbował dopaść Oliviera? 
-Nie wiem. 
-No dalej, Claire. Zgaduj. 
-Nie, naprawdę nie mam pojęcia. Kimkolwiek był, miał na sobie maskę, 
kurtkę, rękawiczki i wszystko inne. Wysoki, może trochę szczupły. Mimo 
to,  zna się na  łucznictwie.  I to bardzo. – Pamiętała ranę  na jej policzku,  
gdy  dotykała  ją  niepewnymi  palcami.  Tak  naprawdę  nie  bolała  jej,  a 
samo  krwawienie  ustało,  ale  zdecydowanie  skóra była  przecięta. Po  raz 
pierwszy,  zaczęła  się  zastanawiać  jak  źle  to  wygląda  i  czy  może 
pozostawić  bliznę.  –  Um,  w  każdym  razie,  nie  widziałam  jej/jego  bez 
maski. Nie byłeś to ty, czy może się mylę? 
To ostatnie było testem. Wiedziała to lepiej; Shane nie strzeliłby, gdyby 
to  ona  stała  na  drodze,    w  każdym  razie,  jeśli  miałby  inny  wybór.  To 
musiał byś ktoś, kto nie był zbyt…zaangażowany. 
-Cholera, dziewczyno, jeżeli byłbym to ja, już dawno leżałby martwy na 
ziemi,  ponieważ  ja  bym  nie  spudłował.  Poprawiłaś  mi  humor.  Powiedz 
mi, że cierpi. 
-O tak, zdecydowanie ma bolesne obrażenia, - powiedziała. – I nie sądzę, 
żeby to on stał za atakiem Pennyfeathera, dzisiejszej nocy. Ale dzieje się 
z nim coś dziwnego, Shane. 
-A kiedy on nie jest dziwny? 

background image

 

 

-Nie, mam na myśli… - Nie mogła do końca zrozumieć co jest nie tak. – 
Czy Eve mówiła ci, co stało się dzisiejszego ranka? 
-Co?  –  Shane  natychmiastowo  znowu  przybrał 

1

strażniczy  ton,  był 

przygotowany  na  złe  wiadomości.  –  Co  znowu?  Cholera…  poczekaj 
chwilę… - Cofnął się z miejsca, w którym słychać było huk rozbijanego 
samochodu w tle, by znaleźć jakieś spokojniejsze. – Możesz mówić. 
-Olivier  zwolnił  ją  z  Common  Grounds.  Zgaduję,  że  wkurzył  się,  kiedy 
oskarżyła  go  o  próbę  zabicia  jej.  Znasz  Eve.  Prawdopodobnie  nie  była 
delikatna. 
-Musiała próbować uderzyć go czymś, jak na przykład ekspres do kawy, - 
zgodził  się  Shane.  –  Jest  w  domu,  ale  nie  odzywa  się.  Poszła  prosto  do 
swojego  pokoju.  Miała  taki  wyraz  twarzy,  jakby  za  chwilę  miała  się 
rozkleić, więc nie wchodziłem jej w drogę. 
-Tchórz. 
-Płacz, więc tak. Jesteś w drodze do domu? 
-Tak,  -  powiedziała.  –  Ale  muszę  jeszcze  gdzieś  zajść.  Będę  za  jakąś 
godzinę. 
Shane  znał  ją  zbyt  dobrze.  –Idziesz  zobaczyć  Myrnina,  czyż  nie? 
Claire… 
-Muszę  zobaczyć,  co  u  niego,  -  powiedziała  szybko.  –  Był  bardzo 
dziwny,  kiedy  widziałam  go  po  raz  ostatni.  –  Jej  chłopak  wymamrotał 
coś,  że  On  zawsze  jest dziwny,  ale  w  większości zatrzymał dezaprobatę 
dla siebie. 
-Powiedz  „cześć”  mojemu  tacie,  kiedy  tam  będziesz.  Wiesz,  mózg  w 
słoiku? Frankenstein? To ten facet.  
-Mógłbyś przyjść i… 
-Nie,-  powiedział  stanowczo  Shane.  Nie  odzywał  się  przez  chwilę,  jak 
gdyby był zaskoczony gwałtownością swojej odpowiedzi, a kiedy  znów 
się odezwał, mówił łagodniejszym tonem. – Bądź ostrożna. Jeśli chcesz, 
żebym przyszedł… 
-Do  laboratorium  Myrnina?  To  tylko  prośba  o  kolejne  kłopoty  i  sam 
doskonale  o  tym  wiesz.  Poradzę  sobie.  Mam  spore  zasoby.  -  I  kołki 
pokryte  srebrem  w  jej  plecaku.  Zdecydowała,  że  nigdy  nie  będzie  bez 
nich wychodziła z domu, po ostatniej nocy. – Mimo to, jeśli nie wrócę do 
domu zanim zrobi się ciemno… 

                                                             

1

 „Sounded on guard again” 

background image

 

 

-Yep, próba ratunkowa. Zanotowane. – powiedział, - Kocham cię. 
Słyszała  wysiłek  w  jego  głosie,  gdy  to  mówił  –  nie,  ponieważ  nie  miał 
tego na myśli, ale ze względu na to, że faceci nie potrafią przyznać się do 
tego  przez  telefon.  Zniżył  nawet swój  głos, na  wypadek,  gdyby  ktoś  go 
słyszał – Michael? – i tak mógł go podsłuchać. Szczerze. 
-Też  cię  kocham,  -  powiedziała.  –  Uważaj  na  Eve,  ok?  Jednak  w  tym 
wszystkim  jest  coś  śmiesznego.  Myślę,  że  Pennyfeather  tak  naprawdę 
przyszedł po Eve, a nie któregokolwiek z nas. Myślę, że coś dzieje się w 
świecie wampirów, co również ma związek z Michaelem i Eve. 
-Zatrzymaj  się,  -  powiedział.  –  Collinsowie  też  wypadają.  –  Wydał  do 
telefonu,    dźwięk,  przypominający  cmokanie,  zanim  się  rozłączył,  który 
był nawet bardziej żenujący niż słowo Kocham cię, ale prawdopodobnie 
poprawiło  mu  to  bardziej  humor,  a  ona  uśmiechała  się  tak  bardzo,  w 
drodze do laboratorium Myrnina, że jej twarz zaczęła boleć – szczególnie 
w miejscu rany. 
Ulica, która wiodła do jaskini Myrnina – zawsze myślała o niej bardziej 
jako  o  jamie  smoka,  niż  laboratorium  –  była  zwykłym,  mieszkalnym 
sąsiedztwem  Morganville;  bardziej  lub  mniej  zaniedbanym  niż  inne. 
Domy  nie  wyglądały  na  takie  z  najwyższej  półki,  wybudowane 
czterdzieści,  góra  pięćdziesiąt  lat  temu,  wtedy  mogły  wyglądać  na 
wysoko standardowe. Dwa domy były spalone, albo zniszczone w trakcie 
inwazji  draug,  a  teraz  były  okupowane  przez  pracowników,  którzy  byli 
zajęci stawianiem cegieł, tarciem i układaniem płytek. Szkielety nowych 
domów były już postawione. Claire zastanawiała się jak to jest przenieść 
się do nowego domu, w którym nigdy nikt nie mieszkał, do takiego który 
jest  nowy  i  nienawiedzony.  To  prawdopodobnie  byłoby  dziwaczne. 
Przywykła już do domów z przeszłością.  
Na  końcu  ulicy,  z  mgły  wynurzał  się  stary  dom  Day’ów.  To  był  dom 
Założycielki,  zbudowany  dokładnie  w  tym  samym  czasie,  kiedy  dom 
Glassów,  gdzie  mieszka  Claire;  był  świeżo  umalowany  na  oślepiający 
biały kolor, a kondygnacja była w kolorze ciemnego błękitu. Jak zawsze 
na ganku znajdowało się bujane krzesło. Claire oczekiwała zobaczyć na 
nim  babcię  Day,  sędziwą  kobietkę,  która  dziergałaby  na  drutach,  ale 
zamiast niej, kobieta siedząca na ganku była wysoka, o długich nogach i 
nie robiła na drutach. 
Czyściła broń. 

background image

 

 

Claire  skręciła  z  alejki,  która  była  wejściem  do  laboratorium  Myrnina  i 
zatrzymała się z szacunkiem, przed bramką, która blokowała przejście do 
domu Day’ów. 
-Cześć, Hannah,- powiedziała. 
Hannah Moses spojrzała na nią, a światło słoneczne uwydatniło jej bliznę 
i  zobaczyła  ulgę  na  jej  twarzy;  ciężko  było  określić  co  czuła,  ale 
powiedziała: 
-Witaj, Claire. Wchodź. 
Claire otworzyła bramkę i weszła po schodach na ganek. Obok bujanego 
krzesła stało inne, na którym można było usiąść, a przy nim niski stolik, 
gdzie Hannah kładła  części jej broni w prostej linii z wojskową precyzją.  
-Siadaj,-  powiedziała  Hannah  i  dmuchnęła  w  zakurzoną  część,  którą 
trzymała  w  ręku.  Obejrzała  ją  krytycznie,  wypolerowała  ściereczką  i 
odłożyła na stół. 
-Gdzie zmierzasz, Claire? 
-Myrnin. 
-Ah.  –  Spojrzenie  Hannah  skupiło  się  na  jej  policzku.  –  Stało  się  coś 
ciekawego? 
-To zależy jaki masz stosunek do Oliviera, myślę. Ktoś ubrany na czarno 
próbował zastrzelić go srebrną strzałą, prosto w serce. 
-Próbował, - powtórzyła. – Przyjmuję, że nie skutecznie? 
-Było bardzo blisko. 
-Widzę. Najwyraźniej, ktokolwiek próbował to zrobić, nie dbał za bardzo 
o to, że stoisz mu na drodze. 
-Dbał na tyle, żeby spudłować, tak myślę. 
Hannah  skinęła  głową  i  wróciła  do  czyszczenia  jej  broni  z  gracją  i 
praktyczną wydajnością. Zabrało to zapierająco dech w piersiach, krótki 
okres  czasu,  po  czym  załadowała  broń,  rozejrzała  się  dookoła  i  oceniła 
bezpieczeństwo zanim odłożyła ją z powrotem na stół. 
-Claire,  obie  wiemy,  że  jestem  po  jednej  stronie  z  wampirami,  ale  nie 
będę  w  stanie  pomóc  w  oficjalny  sposób.  Więc  chciałabym  cię  o  coś 
poprosić. 
-Jasne! 
-Chciałabym, żebyś opuściła Morganville. 
Claire poczuła ciszę, patrząc na nią. 
-Nie mogę po prostu uciec. 
-Oczywiście, że możesz. Zawsze mogłaś to zrobić. 

background image

 

 

-Ok, więc nie zamierzam tego zrobić. Moje stopnie… 
-Na  nic  nie  przyda  ci  się  dobra  ocena,  chyba  że  wyrzeźbią  ci  ją  na 
nagrobku. Pakuj swoje rzeczy i wynoś się stąd. Idź, znajdź swoich ludzi i 
karz im się też spakować i uciekajcie, gdziekolwiek.  Daleko. Na wyspę, 
jeśli  cię  na  to  stać.  Ale  uciekaj  w  cholerę,  jak  najdalej  od  wampirów  i 
trzymaj się z dala stąd. 
-Ale ty zostajesz? 
-Tak, - zgodziła się Hannah, - Ja zostaję. Ten dom był w mojej rodzinie 
od siedmiu pokoleń. Moja babcia jest zbyt stara, żeby wyjechać, a oni w 
dalszym ciągu mają moją kuzynkę zamkniętą, gdzieś w lochach, jeżeli do 
tej  pory  nie  jest  martwa  i  osuszona.  Byłam  taka  jak  ty.  Chciałam  tego 
całego  pokoju,  miłości  i  współpracy,  ale  to  się  nie  stanie.  Wampiry 
zrywają porozumienia. To nie zależy od nas. Teraz, to oni są u władzy. 
Kiedy  Claire  nic  nie  powiedziała,  Hannah  potrząsnęła  głową,  pochyliła 
się i podniosła broń. Umiejscowiła ją w kaburze pod pachą. 
-Nadchodzi  wojna,  -  powiedziała.  –  Prawdziwa  wojna.  Nie  będzie 
miejsca  dla  takich  ludzi  jak  ty,  stojących  po  środku,  próbujących 
pogodzić obie strony. Próbuję uratować ci życie. 
-Zawsze chciałaś pokoju. 
-Chciałam. Ale kiedy nie możesz go mieć, jest tylko jeden sposób by go 
uzyskać,  Claire,  a  wygranie  wojny  jest  najlepszą  i  może  najbardziej 
krwawą opcją, jaką możesz przyjąć. 
-Nie  chce  mi  się  w  to  wierzyć.  Musi  być  jakiś  sposób,  żeby  Amelie 
zaczęła słuchać, żeby zakończyła to wszystko… 
-Jest za późno, - powiedziała Hannah.- Znowu postawiła klatkę na Placu 
Założycielki.  To  jest  jawna  wiadomość.  Zadrzyj  z  wampirami,  a 
spłoniesz.  Wszystko  na  co  pracowałaś,  wszystko  na  co  ja  pracowałam, 
przepadło. Wybierz stronę, albo odejdź. Nic innego nie możesz zrobić. 
Claire oczyściła swoje gardło. 
-Jak twoja babcia? 
-Sędziwa,-  powiedziała  Hannah,-  ale  była  taka  odkąd  ją  pamiętam.  W 
tym roku skończyła 102 lata. Przekażę jej twoje wyrazy szacunku. 
Nie było nic więcej do powiedzenia, więc Claire skinęła głową i wyszła. 
Zamknęła za sobą bramkę i zerknęła by zobaczyć, że Hannah stała oparta 
o  filar  na  ganku  i  przyglądała  się  ulicy,  wypatrując  na  horyzoncie 
kłopotów. 

background image

 

 

Każdy,  kto  próbował  wyjść  naprzeciw  Hannah  Moses,  musiał  mieć 
życzenie  śmierci.  To  nie  był  tylko  pistolet,  który  ona  fachowo 
zamontowała i załadowała – broń w Tekasie była normą. To był język jej 
ciała: spokojna, skupiona, gotowa. 
I zabójcza.  
Jeżeli  miałaby  nadejść  wojna,  bycie  po  przeciwnej  stronie  niż  Hannah 
byłoby  bardzo  niebezpieczne.  Claire  podążyła  wzdłuż  alei,  z  dala  od 
konstrukcji normalnego świata, elektrycznych narzędzi i stojącej na staży 
Hannah.  Jako,  że  wszystkie  ściany  obok  niej  malały  z  drogi,  którą 
mógłby  przejechać  jeden  samochód,  do  niemalże  królikarni,  ledwo 
zauważyła;  że  przechodziła  tędy  tak  wiele  razy  w  świetle  dziennym,  że 
nie wzbudzało w niej to żadnego terroru. 
Ale teraz poczuła coś dziwnego, gdy dotarła do końca alejki. 
Buda,  starodawna,  stojąca  rzecz,  która  była  tu  zawsze  odkąd  Claire 
przybyła tu po raz pierwszy, teraz  po prostu… zniknęła. Nie było śladu 
wraku,  ani  nawet  kawałka  drewna, albo  rdzewiejącego  gwoździa  w  tym 
miejscu. W samym środku szopy znajdowały się schody do laboratorium 
Myrnina.  Teraz,  była  tam  płyta  betonu.  Była  prawie,  że  sucha,  a  mogła 
być wylana ledwie zeszłego dnia, Claire była tego pewna; beton schnął w 
bardzo szybkim tempie w upale teksańskiej pustyni, ale w dalszym ciągu 
był jeszcze chłodny i wilgotny w dotyku. Ktoś zostawił odcisk dłoni na 
rogu płyty. Położyła w tym miejscu swoją dłoń; odcisk był większy, miał 
dłuższe palce, ale w dalszym ciągu smukłe. 
Dłoń Myrnina, pomyślała. 
Uszczelnił laboratorium. 
Claire czuła dziwną falę mdłości, przypływającą do niej, opuściła swoją 
głowę i zaczęła ciężko oddychać, by to zwalczyć. Mówił jej, że zamierza 
wyjechać, ale tak naprawdę nie sądziła, że to zrobi. Nie w ten sposób. Nie 
tak szybko. 
Ale uszczelnienie laboratorium betonem, było dość wyraźnym znakiem. 
Claire opuściła alejkę biegnąc. Wypadła przy bramce do domu Day’ów, 
wbiegła po schodach i powiedziała do Hannah sapiąc, 
-Potrzebuję waszego portalu. 
-Naszego co? 
-No,  dalej  Hannah.  Wiem,  że  macie  portal  w  waszym  domu.  Jest  w 
łazience. Używałam, go już wcześniej z Amelie. Muszę zobaczyć, czy w 
dalszym ciągu mogę się dostać do laboratorium w ten sposób. 

background image

 

 

Twarz Hannah pozostała skupiona i strażnicza. 
-Proszę! 
Drzwi  frontowe  otworzyły  się  z  skrzypnięciem,  w  stylu  horrorów  i 
drobny, pomarszczony kształt babci Day, pojawił się w luce. Studiowała 
Claire z blednącymi, brązowymi oczami, które w dalszym ciągu miały w 
sobie tą zaciętość i inteligencję, którą miała Hannah i wyciągnęła do niej 
trzęsącą, pomarszczoną dłoń. 
Claire przyjęła ją. Skóra starszej pani była miękka, miała wątłą i gorącą 
dłoń,  ale  pomimo  tego  była  w  dalszym  ciągu  silna,  że  prawie  wytrąciła 
Claire z równowagi. 
-Wchodź  do  środka,-  powiedziała  babcia  Day.  –  Nie  będę  patrzeć  jak 
stoisz na ganku, jak jakiś żebrak. Ty też, Hannah. Nikt po nas dzisiaj nie 
przyjdzie. 
-Nie wiesz tego, babciu. 
-Nie  mów  mi  co  wiem,  a  czego  nie,  dziewczyno.  –  Mówiła  tonem 
przywódczym,  gdy  prowadziła  ją  wzdłuż  korytarza.  Claire  miała 
niesamowite  uczucie  déjà  vu  idąc  tamtędy,  ponieważ  wyglądał  on 
zupełnie  tak  samo  jak  dom  Glassów,  ten  sam  salon,  ten  sam  pokój 
gościnny  otwierający  się  z  przodu.  Tylko  meble  były  inne  i  pochód 
portretów rodzinnych na ścianie, niektóre z nich dochodziły nawet 1800 
roku  z  rzetelnym  spojrzeniem  ludzi  kultury  afro  –  amerykańskiej  w 
odświętnym  wydaniu.  Gdy  człapały  się  wzdłuż  korytarza,  otoczenie 
wydawało się coraz bardziej zmodernizowane. Kolorowe portrety ludzi, z 
mocno  lakierowanymi  i  bufiastymi  włosami,  by  na  końcu  dojść  do 
bujnych  afro.  Pod  sam  koniec  znajdowało  się  zdjęcie  Hannah  Moses, 
wyglądała  na  nim  bardzo  schludnie  w  militarnym  mundurze,  a  pod 
spodem znajdował się obramowany zestaw medali. 
Znajdowała się tu jedna, bardzo ważna różnica, między domem Glassów 
a domem Day’ów; łazienka była na dole. Musiała być dodana lata temu, 
ale  Claire  i  tak  jej  pozazdrościła.  Babcia  zamachnęła  się,    otworzyła 
drzwi i wepchnęła ją do środka. 
-Idziesz zobaczyć królową? – zapytała ją babcia. 
-Nie, proszę pani. Idę zobaczyć, czy mogę znaleźć Myrnina. 
Babcia prychnęła i pokręciła przecząco głową. 
-Nic dobrego ci z tego nie przyjdzie, dziewczyno. Pająki w pułapce, nie 
są  czymś,  za  czym  powinnaś  się  uganiać.  Radzę  ci  raczej  wrócić  do 
domu, zatrzasnąć drzwi i przygotowywać się na kłopoty. 

background image

 

 

-Zawsze jestem na nie gotowa,- powiedziała Claire.  
–Ale nie w taki sposób,- powiedziała babcia Day. - Nigdy nie widziałam, 
żeby  wampiry  bały  się  czegoś,  ale  teraz,  teraz  nie  boją  się  zupełnie 
niczego, to może działać na naszą niekorzyść. Więc, zrobisz co zechcesz. 
Jak  zawsze.  –  Zamknęła  drzwi  za  dziewczyną,  po  czym  Claire  szybko 
podążyła  do  staromodnego  włącznika  znajdującego  się  na  ścianie. 
Włączyła  go.  Z  wyglądu  żarówki,  mogła  stwierdzić,  że  pochodziła  ona 
jeszcze z czasów Edisona. 
W gruncie rzeczy była  to  zwykła  łazienka i chociaż tego, że w pewnym 
sensie  Claire  potrzebowała  z  niej  skorzystać,  nie  ważyła  się  jej  użyć. 
Tylko Myrnin mógłby być tak bezmyślny by zbudować portal w łazience, 
pomyślała. Tylko ludzie w domu Day’ów mogliby być bardziej hardzi niż 
ona,  ponieważ  ona  nigdy  nie  zdjęłaby  spodni  w  pomieszczeniu,  gdzie 
każdy by mógł wejść poprzez magiczny portal i gapić się na nią.  
To  prawda,  że  była  tylko  garstka  ludzi,  którzy  mogli  go  używać  jak… 
Amelie,  Olivier,  Myrnin,  Claire  we  własnej  osobie,  Michael  i  kilku 
innych  (a  nawet Shane’owi  udało  się  go  użyć  raz,  czy  dwa  razy).  Oh,  i 
kilku niedoszłych morderców, którzy znali ten sekret. 
Ugh. 
Claire  oczyściła  swoje  myśli,  zamknęła  oczy  i  skupiła  się.  Czuła 
odpowiadające  mrowienie  portalu,  który  zaczął  pojawiać  się  przed  jej 
nosem, kiedy spojrzała i zobaczyła  cienki, film w ciemności, formujący 
się  w  białe  drzwi.  Na  początku  był  mglisty,  później  tak  ciemny  jak 
aksamitna kurtyna wisząca w powietrzu, lekko poruszana przez delikatny 
wietrzyk. 
Zbudowała obraz laboratorium Myrnina w swojej głowie; robocze stoły z 
granitu, lampy 

2

art deco wiszące na ścianach, chaotyczny bałagan książek 

i innych rzeczy. W rogu stało terrarium z pająkiem Bobem, większym niż 
kiedykolwiek  i  utkanym  w  środku  pajęczyny,  wraz  z  poniewieranym, 
starym krzesłem obok, gdzie zwykle siadał Myrnin i czytał, kiedy był w 
humorze.  

                                                             

2

 Art déco – styl w sztuce: architekturze, malarstwie, grafice oraz w architekturze wnętrz, rozpowszechniony w latach 

1919–1939. Nazwa wywodzi się od francuskiego art – sztuka i décoratif – dekoracyjny, w rozumieniu jakie język polski 
łączy z urządzaniem wnętrz (czyli "dekorowaniem"); termin décoratif nie oznacza w tym wypadku "zdobienia". (źr. - 
wikipedia.pl) 

background image

 

 

Obraz  zamigotał  w  ciemności,  jak  duch  i  zniknął.  Nie,  dalej  tam  był, 
pomyślała  Claire,  ale  światła  same  w  sobie  były  wyłączone.  By 
zatrzymać ją z dala? 
Pieprzyć  to.  Claire  sięgnęła  do  jej plecaka  i  pociągnęła  za  małą,  ciężką 
latarkę. 
Włączyła ją i przeszła przez portal prosto w mrok. 
W  laboratorium  nie  było  ot  tak  ciemno.  To  była  głęboka,  elementarna 
ciemność. Claire znajdowała się głęboko pod ziemią, a wejście i tak było 
zaplombowane, przez co miała wrażenie, jakby była zamknięta w grobie. 
Poczuła,  że  portal  zatrzaskuje  się  za  nią  i  przez  chwilę  miała  ochotę 
zawrócić i uciec do domu, natychmiastowo, ale to i tak by nie pomogło. 
W dalszym ciągu by nie wiedziała. 
Znajdował się tam główny przycisk włączający prąd i dzięki rozważnemu 
patrzeniu  się  pod  nogi  (Myrnin  nie  raczył  posprzątać  leżących  na 
podłodze  stosów  książek,  albo  rozrzuconego  ryzyka  potknięcia  się), 
znalazła swoją drogę do ściany, zaraz obok stęchłego, starego sarkofagu, 
który,  jak  zawsze  uważała  Claire,  mógł  być  prawdziwy  –  ponieważ 
należał do Myrnina, nigdy nie ważyła się go otworzyć. 
Znając  Myrnina,  w  środku  mogło  znajdować  się  wszystko,  od  ciała  po 
brudną bieliznę o której mógł zapomnieć.  
Sięgnęła do głównego  łącznika i światła zapaliły się. Maszyny w całym 
laboratorium włączyły się z głośnymi szumami, trzaskami i muzycznym 
dźwiękami. Laptop, który kupiła Myrninowi, włączył się w rogu i świecił 
uspokajająco.  Przynajmniej  jedna probówka  zaczęła  bulgotać,  a  ona  nie 
mogła zobaczyć dlaczego. 
Ale nie było tu absolutnie żadnego śladu Myrnina. 
Zatrzymała  się  przy  stole,  gdzie  zostawiła  urządzenie,  nad  którym 
pracowała;  w  dalszym  ciągu  tu  było,  przykryte  prześcieradłem.  Myrnin 
nie  wziął  go  ze  sobą  i  nie  wprowadził  do  niego  również  żadnych 
oczywistych  zmian.  Przez  chwilę  Claire  myślała  o  tym,  by  schować 
urządzenie  do  plecaka  -  przecież  nie  mogła  je  tutaj  zostawić,  jak  jakąś 
gromadę śmieci, nie żeby była chociażby blisko sprawienia by działał – 
ale jego waga była dość uderzająca i musiała się rozejrzeć dookoła. 
Wróciła  z  powrotem  i  zdecydowała,  że  przerzuci  prześcieradło  na 
miejsce. 
Claire  minęła  stos  pudełek  i  skrzynek  leżących  na  rogu,  po  czym 
otworzyła  drzwi  z  tyłu  –  albo  próbowała  otworzyć.  Były  zamknięte. 

background image

 

 

Odwróciła się w stronę szuflad i zaczęła tam grzebać, do momentu, gdy 
w  jej  ręce  nie  trafił  plik  kluczy,  który  zawierał  wszystkie  rodzaje  od 
starożytnych,  szkieletowych  modeli,  po  te  z  najnowszej  półki. 
Posortowała  je,  patrząc  na  zamek  i  próbowała  wytypować,  który  byłby 
najlepszy,  dopóki  nie  znalazła  tego,  który  pasował  i  przekręciła  go  w 
zamku. Drzwi uchyliły się lekko kołysząc, na sypialnie Myrnina. 
Spędziła  tam  kiedyś  trochę  czasu  (oczywiście  bez  niego),  kiedy  była 
przetrzymywana w laboratorium za karę, więc była zaznajomiona z jego 
zawartością. Wszystko wyglądało tak samo. 
Łóżko było zmierzwione, poduszki porozrzucane na podłodze, a szuflady 
wisiały pootwierane, ale nie mogła powiedzieć – jak zwykle – czy było to 
normalne, czy jakiś rodzaj pakowania się z paniczną szybkością. 
Nie  było  żadnej  notatki.  Nic  nie  mówiło  czy  Myrnin  wyjechał  tylko 
tymczasowo, czy na dobre. Nie mogła uwierzyć, że po prostu… odszedł. 
Od tak.  
-Frank?  –  Claire  wyszła  z  sypialni  do  głównego  laboratorium.  –Frank, 
czy mnie słyszysz? 
Frankenstein,  tak  nazywał  go  Shane.  Fran  Collins  był  kieyś  ojcem 
Shane’a - może niezbyt dobrym, ale zawsze. Później został zmieniony w 
wampira, wbrew jego woli. 
Następnie zmarł, a Myrnin zdecydował uratować jego mózg i użyć go do 
głównego  komputera  zarządzającego  Morganville.  Więc  może 
Frankenstein  nie  był  takim  złym  przezwiskiem  dla  niego,  po  tym 
wszystkim. 
Słyszała  brzęczący  dźwięk  dochodzący  dookoła  niej,  który  ostatecznie 
przemienił się w zniekształcony, brzmiący - nietrzeźwo głos. 
-Tak, Claire,  - powiedział. 
-Czy wszystko w porządku? 
-Nie, - powiedział po dłuższej przerwie. – Głodny. 
Claire przełknęła ślinę i zacisnęła pięści. Frank- Frank Collins, albo to co 
z  niego  pozostało  –  był  podłączony  do  komputera  na  dole,  w  miejscu 
gdzie  Myrnin  nie  chciałby,  żeby  wchodziła  do  środka  i  ryzykowała 
własne życie. 
-Myślałam, że twoje pożywienie jest dostarczane automatycznie. 
-Zbiornik  pusty,  -  powiedział.  Brzmiał  na  bardzo  zmęczonego.  – 
Potrzebuję krwi. Przynieś mi krew, Claire. 

background image

 

 

-Ja- ja nie mogę! – Co miałaby zrobić – zamówić galon osocza, w banku 
krwi? Jakoś magicznie ściągnąć go tu na dół, sama? Nie miała pojęcia jak 
Myrnin to robił; nigdy nie wtajemniczał jej w to. 
Ale podejrzewała, że tylko wampir mógłby dać sobie radę z tym radę. 
-Czy Myrnin wyjechał? 
-Głodny,  -  powiedział  Frank  ponownie,  słabo,  a  potem  po  prostu… 
przestał mówić. Brzęczenie jego głosu zniknęło. Pomyślała, że wyłączył 
się, jak laptop, któremu padła bateria. 
Jeśli  chciała  by  przetrwał,  naprawdę  musiała  coś  wymyśleć. 
Najwyraźniej, Myrnina nie było tutaj, by mógł cokolwiek zrobić. 
Claire  podeszła  do  szklanej  obudowy  na  rogu.  Ciężko  było  ją  dostrzec 
pod  tymi  wszystkimi  splotami  z  nici,  ale  kiedy  zdjęła  pokrywę  z 
pojemnika, zobaczyła pająka Boba, który czołgał się ochoczo do górnej, 
wielopoziomowej  konstrukcji.  Był  wielkim,  puszystym  pająkiem  i  w 
pewien sposób niemożliwie uroczym, nie licząc tej jednej części umysłu, 
która kazała jej krzyczeć jak mała dziewczynka na samą myśl, że miałaby 
go dotknąć.  
Odbił  się  w  górę  i  w  dół  swojej  pajęczyny,  wpatrując  wprost  w  nią 
wszystkie sześć oczu. 
-Też  jesteś  głodny,  -  powiedziała.  –  Prawda?  Myrnin,  też  cię  nie 
nakarmił? 
To  było  bardzo  dziwne.  Myrnin  mógł  zaniedbać  Franka,  ponieważ  on  i 
Frank  naprawdę  nie  byli  małżeństwem  prosto  z  nieba  (poza  tym  Frank 
mógł  udawać;  miał  bardzo  dziwne  i  okrutne  poczucie  humoru),  ale 
zostawienie Boba na pastwę losu, zdychającego z głodu, nie było w stylu 
jej  szefa,  w  ogóle.  Pająk  był  jego,  co  dziwne,  oczkiem  w  głowie.  W 
dalszym  ciągu  pamiętała  Myrnina  popadającego  w  panikę,  gdy  Bob  po 
raz pierwszy liniał. To wyglądało jakby normalny człowiek wariował na 
punkcie narodzin dziecka. 
To  nie  było  w  jego  stylu,  by  zostawić  Boba  za  sobą,  gdyby  naprawdę 
wyjeżdżał. 
Coś było nie tak. Zupełnie nie tak. 
Claire  wzięła  swój  telefon  i  wykręciła  numer  szybkiego  wybierania 
Myrnina.  Dzwoniła  na  jego  telefon,  gdy  nagle  usłyszała  echo 
rozprzestrzeniające  się  po  laboratorium,  dźwięk  przerażającej  muzyki 
organowej. To ona dała mu telefon i osobiście ustawiła dzwonek. 

background image

 

 

Komórka leżała w cieniu, obok stosu książek. Miała stłuczony ekran, ale 
w  dalszym  ciągu  działała.  Claire  podniosła  ją  i poczuła  lepkość  pod  jej 
palcami. 
Krew. 
Co się stało? 
-Nie  powinnaś  była  tu  przychodzić,  -  Pennyfeather  powiedział  stojąc  za 
nią.  Jego  głos,  jak  cała  jego  postać,  była  bez  wyrazu  i  to  było  dziwne, 
jego  śpiewny  akcent  sprawił,  że  wydawał  się,  w  jakiś  sposób,  jeszcze 
mniej ludzki. – Ale nie martw się. Już stąd nie wyjdziesz.  
Claire potknęła się do tyłu z zaskoczenia o stos porozrzucanych tomów, 
które  sprawiły,  że  straciła  równowagę  i  spadł  na  nią  z  półki  deszcz 
tomików. Krzyknęła, zanurkowała i zdała sobie sprawę, że Pennyfeather 
zatrzymał  się  by  spojrzeć  na  chaos  jaki  powstał;  skoczyła  na  nogi, 
prześlizgnęła  się  nad  najbliższym  laboratoryjnym  stołem,  rozrzucając 
książki  i  tłukąc  szkło,  po  czym  uderzyła  się  o  podłogę  uciekając. 
Usłyszała miękkie dźwięki za sobą i zobaczyła oczami swojej wyobraźni 
Pennyfeathera, skaczącego bez wysiłku na ten sam stół, dotykającego go 
i goniącego ją. 
Poczuła  się  tak  ludzko,  niesolidna,  niezdarna  i  prześcigniona  z  jego 
niesamowitą  gracją.  Claire  była  przyzwyczajona  do  uciekania  przed 
wampirami, robiła to bardzo często w tym laboratorium, ale Pennyfeather 
był  inny  niż  jego  poprzednicy.  Olivier,  Amelie,  Myrnin…  Oni wszyscy 
mieli  w  sobie  coś  z  człowieka,  jakiś  przebłysk  miłosierdzia,  jednakże 
ukryty. Ale można było do nich dotrzeć. 
Pennyfeather  był  czysto  -  wampirzym  seryjnym  mordercą,  a  człowiek, 
żaden człowiek się dla niego nie liczył. 
Claire złapała za pokryty srebrem kołek z jej plecaka, ale wyślizgnął się 
w  ostatniej  chwili  z  jej  dłoni;  uciekała  szukając  go  po  całym  plecaku,  a 
oglądanie  zdradzieckiej  postaci,  nie  było  dokładnie  działaniem 
uzupełniającym.  To  było  nieuniknione,  a  gdy  tylko  jej  palce  musnęły 
zimny  metal,  jej  stopa  trafiła  na  książkę,  przez  którą  się  poślizgnęła, 
straciła równowagę i upadła na podłogę… 
Trzymała  w  uścisku  kołek,  gdy  Pennyfeather  wylądował  na  jej  piersi 
zwinny  i  zaskakująco  ciężki.  Z  łatwością  przygwoździł  jej  ręce,  do 
podłogi. Wszystko co mogła zrobić to, to uderzyć kołkiem w płytkę. Nie 
miała  szansy,  by  zdobyć  przewagę  i  go  dźgnąć,  albo  chociaż  zadrapać. 
Podskoczyła próbując go zrzucić, ale odczytał to z łatwością. 

background image

 

 

Przyszło  do  niej  niezbite  uczucie,  że  nie  wyjdzie  z  tego  żywa.  Nie  ma 
żadnych  pomysłów  na  ostatnią  chwilę.  Brak  mądrego  naukowego 
myślenia,  by  rozwiązać  ten  problem.  Ostatecznie,  byłaby  tylko  kolejną 
osobą dopisaną do statystyk Morganville. Kolejny punkt dla wampirów. 
-Hej, - szorstki, elektroniczny głos warknął nad ramieniem Pennyfeathera 
i  szary,  dwu-  wymiarowy  obraz  zamigotał  przed  nią.  Frank  Collins, 
Shane’a  nieobecny/  obelżywy  ojciec,  wyglądał  na  przestraszonego  i 
przerażającego zarazem, dzierżąc płytkę żelaza i upuszczając ją na głowę 
Pennyfeathera. 
Pennyfeather zareagował na rzecz celowaną w niego, kątem oka, szarpiąc 
się z drogi i puszczając Claire by móc złapać tępy przedmiot… ale jego 
ręce  powędrowały  prosto  do  niezmaterializowanego  ramienia  Franka  i 
Pennyfeather spadł do przodu, tracąc równowagę. Claire wykorzystała tą 
szansę,  by  przetoczyć  się,  a  Frank  wskoczył  między  nią  a 
Pennyfeatherem, myląc przeciwnika. 
-Z drogi, zjawo! – warknął Pennyfeather i pokazał kły.   
-Nie  jestem  zjawą,-  odpowiedział  Frank,  też  pokazał  kły  i  warknął.  – 
Jestem  twoim  pierdolonym  koszmarem,  Kościotrupie.  Jestem 
wampirzym mordercą z kłami i (

3

grudge). 

Brzmiał  zupełnie  tak  jak  Shane,  co  zaskoczyło  Claire.  Tak  samo  jak 
Pennyfeathera,  tak  samo  jak  nagły  błysk  ognia  z  pobliskiego 

4

palnika 

Bunsena. 
Claire ledwie dostrzegła go, zanim wytrącił jej kołek z dłoni i książkę z 
plecaka,  rzucając  się  w  ciemną  przestrzeń  do  portalu.  Skoncentruj  się! 
Błagała  samą  siebie,  trzęsąc  się  z  przypływu  adrenaliny.  Miała  tylko 
kilka sekund, zanim Pennyfeather sięgnął do  niej, nie ważne jak bardzo 
Frank  próbował  odwrócić  jego  uwagę;  nie  miał  prawdziwej,  fizycznej 
siły, by trzymać jej tyły, nawet jeśli był do tego skłonny. Musiała się stąd 
wydostać, szybko. 
Nie  mogła  zrekonstruować  w  swojej  głowie  łazienki  Day’ów  pod  taką 
presją,  albo  jakiekolwiek  innego  pomieszczenie  w  którym  Myrnin 
umieścił portal. Przez jej głowę przeskoczył tylko jeden obraz, jej domu – 

                                                             

3

 Grudge – żal, uraza, ale swoją drogą, żadne z tych słów mi tutaj nie pasuje; 

4

 Palnik Bunsena – nazwany na cześć Roberta Bunsena, rodzaj laboratoryjnego urządzenia, służącego do podgrzewania 

substancji. 

background image

 

 

pokój  gościnny  w  domu  Glassów,  z  wygodną  kanapą,  fotelem  i  ledwie 
kontrolowanym chaosem… 
Obraz uformował się przed jej nosem i ruszyła do przodu, ufając w jakiś 
sposób, że jest to rzeczywistość.  
Pennyfeather  dał  nura  do  przed  siebie  i  złapał  ją  za  stopę,  dokładnie  w 
tym  momencie,  w  którym  miała  przejść  przez  plastyczny  okład  drzwi  i 
utknęła,  znajdowała  się  prawie  na  zewnątrz,  nie  licząc  jej  lewej  nogi, 
trzymanej  w  żelaznym  uścisku,  wiedziała,  że  może  wciągnąć  ją  z 
powrotem.  Albo  gorzej.  Jeśli  utknęłaby  między  portalem,  kiedy 
zamknąłby się, straciłaby nogę. 
-Pomocy!- zapiszczała Claire. 
Michael, Eve i Shane, wszyscy znajdowali się w salonie. Michael i Shane 
automatycznie rzucili swoje kontrolery do gry, które trzymali w dłoniach 
i okrążyli kanapę, patrząc na nią bez wyrazu, a Eve – stojąca przed nią – 
zakryła dłońmi swoje ustach w niemym szoku. 
-Pomóżcie mi! Wyciągnijcie mnie! 
Cała  trójka  ruszyła  ku  niej  w  tym  samym  czasie,  po  chwilowym 
bezruchu. Michael okrążył sofę, dotarł do niej jako pierwszy, łapiąc ją za 
ramię, w tym  momencie gdy Pennyfeather szarpnął ją do siebie i mimo 
tego, że Michael ją trzymał, oboje prześlizgnęli się w stronę portlu. 
Claire nie mogła złapać powietrza. 
-Ma  mnie;  on  ma  mnie;  Nie  mogę…!  –  pisnęła  jak  Pennyfeather 
pociągnął  ją  mocno  za  nogę  i  poczuła  jak  jej  mięśnie  naciągają  się.  W 
dalszym ciągu się z nią bawił. Widziała już kiedyś jak wampir wyrywał 
człowiekowi kończyny i teraz było to przerażająco możliwe. 
Shane złapał Claire i zacisnął ją tak mocno w uścisku, tak mocno, jakby 
miała się za chwilę rozpaść na milion kawałków. 
-Idź, Mike. Przytrzymam ją! Zdejmij tego gada z niej! 
-Jest w laboratorium!- Claire wybełkotała, - Jest w laboratorium! 
Nie była pewna, czy Michael w ogóle był w stanie przejść – nie było zbyt 
dużo miejsca – ale obróciła się w drugą stronę, mając nadzieję, że zrobi 
mu więcej przestrzeni. Przynajmniej on wiedział co robił.  Zatrzymał się 
na  chwilę,  wyobrażając  sobie  laboratorium,  później  skinął  na  nią  i 
przeszedł przez portal. 
Claire poczuła zakłócenia cienkiej błony, która w dalszym ciągu trzymała 
jej  nogę  w  kolanie,  jak  dziwna  fala  pływowa  i  poczuła,  że  uścisk 
Pennyfeathera  zaciska  się  jeszcze  mocniej.  Zaczął  ją  ciągnąć  do  siebie 

background image

 

 

jeszcze mocniej i cała siła Shane’a nie była wystarczająca, by zatrzymać 
ją przed wciągnięciem jej przez przeciwnika. 
Jeśli już, Pennyfeather wydawał się bardziej skłonny by wciągnąć ją do 
siebie, niż puścić wolno. 
Claire krzyczała i ukryła twarz w klatce piersiowej Shane’a, w momencie 
gdy poczuła, że jej noga nadwyręża się jeszcze bardziej, przechodząc ze 
zwykłego bólu w agonię i przez więcej niż chwilę, myślała, że jej mięśnie 
rozedrą się…   
Ale  chwilę  później,  uderzający  ból  w  jej  kostce,  ustąpił.  Shane 
przygotował się na to by ciągnąć ją z całej siły i kiedy napastnik ją puścił, 
oboje  wylądowali  na  drewnianej  podłodze  z  Claire  na  górze.  Byłą 
przerażona  i  nie  mogła  złapać  powietrza  ,  ale  w  dalszym  ciągu  bycie 
blisko Shane było przyjemne i przez chwilę widziała też przyjemny ogień 
w jego oczach. Odgarnął jej włosy z twarzy i powiedział, 
-Ok.? 
Skinęła głową. 
-Więc,  wrócimy  do  tego  później,  -  powiedział,  -  ale  teraz,  Michael 
potrzebuje wsparcia. Zostań tutaj. 
Wysunął się spod niej, wstał na nogi, złapał za czarny, płócienny worek, 
który Eve rzuciła mu przez drzwi kuchni i zanurkował w ciemność. 
Eve podążyła do boku Claire, w momencie gdy ta próbowała się podnieść 
na nogi i skrzywiła się z bólu. 
-Nie próbuj, - poleciła Eve i usiadła obok Claire, kładąc swoje ręce na jej 
kolano. – Cholera, nie mogę uwierzyć, że Myrnin ci to zrobił. Zakołkuję 
jego  tyłek,  jeżeli  cokolwiek  z  niego  zostanie,  kiedy  chłopcy  z  nim 
skończą. 
-Myrnin?  –  zapytała  Claire  i  później  zrozumiała  co  zrobiła.  –  To  nie 
Myrnin! 
Z przerażającym poczuciem zagłady, zrozumiała, że nie powiedziała im, 
że to był Pennyfeather. 
I żaden z chłopców, nie był na to przygotowany. 
 
 
 

background image

 

 

palnik Bunsena