background image

MEG CABOT

KSIĘŻNICZKA W ŚWIETLE 

REFLEKTORÓW

PAMIĘTNIK KSIĘŻNICZKI 2

Tytuł oryginału

THE PRINCESS DIARIES, VOLUME II, PRINCESS IN THE SPOTLIGHT

background image

Mojemu dziadkowi i babci

Bruce'owi i Patsy Mounseyom,

którzy w niczym nie przypominają dziadka i babci z tej książki

background image

Kiedy wszystko układa się najgorzej - po prostu okropnie –

wytężam wszystkie siły i wyobrażam sobie, że jestem księżniczką.

Mówię sobie: „Jestem księżniczką”.

Nie masz pojęcia, jak się wówczas zapomina o wszystkich przykrościach.

Frances Hodgson Burnett Mała księżniczka

przekład Wacława Komarnicka

background image

Poniedziałek, 20 października, 8.00

No, dobra. Zaczęło się tak: siedziałam właśnie w kuchni i jadłam płatki z mlekiem, jak 

zwykle w poniedziałek rano, a tu mama wychodzi z łazienki z taką dziwną miną. W dodatku 

była   strasznie   blada,   włosy  miała   takie   jakieś   zmierzwione   i   włożyła   aksamitny  szlafrok 

zamiast kimona, a to zwykle oznacza u niej zespół napięcia przedmiesiączkowego.

Powiedziałam więc:

- Mamo, chcesz panadol? Bo nie obraź się, ale wyglądasz, jakby ci był potrzebny.

Trochę nieostrożnie jest odzywać się w ten sposób do kobiety, której wkrótce ma się 

zacząć okres, ale wiecie, to w końcu moja mama i tak dalej. Mało prawdopodobne, żeby z 

miejsca mnie znokautowała ciosem karate, chociaż zrobiłaby to na pewno, gdyby zwrócił się 

tak do niej ktoś obcy.

Ale ona powiedziała tylko:

- Nie. Nie, dzięki. - Takim nieprzytomnym tonem.

I wtedy zrozumiałam, że musiało stać się coś naprawdę okropnego. No wiecie, na 

przykład   że   Gruby   Louie   zjadł   następną   skarpetkę   albo   odetną   nam   prąd,   bo   znów 

zapomniałam na czas wyłowić rachunek z wielkiej miski na sałatę, do której mama stale 

wrzuca całą pocztę.

Złapałam mamę za ramiona i pytam:

- Mamo? Mamo, co się stało? O co chodzi?

Najpierw   pokręciła   głową,   zupełnie   jak   w   chwili,   kiedy   nie   może   się   połapać   w 

instrukcji odgrzewania pizzy w mikrofalówce.

- Mia... - odezwała się wreszcie zdumionym, ale szczęśliwym głosem. - Mia, jestem w 

ciąży.

O mój Boże! O MÓJ BOŻE!

MOJA   MAMA   BĘDZIE   MIAŁA   DZIECKO   Z   MOIM   NAUCZYCIELEM 

ALGEBRY.

Poniedziałek, 20 października,

godzina wychowawcza

Wiecie,   ja   naprawdę   próbuję   przyjąć   to   spokojnie.   Bo   zupełnie   nie   ma   sensu 

denerwować się tym wszystkim.

Ale jak ja mam się NIE DENERWOWAĆ?! Moja mama zostanie wkrótce samotną 

matką. ZNOWU.

background image

Można by pomyśleć, że dzięki mnie dostała nauczkę i tak dalej, ale najwyraźniej 

niczego się nie nauczyła.

Jakbym jeszcze miała za mało problemów. Przecież moje życie i tak się praktycznie 

skończyło. Ja po prostu nie rozumiem, jak można oczekiwać, że wezmę na siebie jeszcze 

więcej. Bo czy to nie dosyć, że:

1. Jestem najwyższą dziewczyną w pierwszej klasie.

2. Jestem też najsłabiej rozwinięta w okolicach klatki piersiowej.

3. W zeszłym miesiącu odkryłam, że moja matka spotyka się z moim nauczycielem 

algebry.

4. Również w zeszłym miesiącu dowiedziałam się, że jestem jedyną pretendentką do 

tronu pewnego niedużego europejskiego księstwa.

5.   Muszę   pobierać   lekcje   etykiety   dworskiej   u   mojej   babki   ze   strony   ojca. 

CODZIENNIE.

6. W grudniu mam zostać przedstawiona obywatelom mojego nowego kraju na antenie 

telewizji   publicznej   (w   Genowii,   która   ma   tylko   50   tysięcy   mieszkańców,   ale 

zawsze).

7. Nie mam chłopaka.

O, nie. Widzicie, wszystko to jeszcze widocznie niedostateczne brzemię. Teraz moja 

mama musiała zajść w ciążę bez ślubu. ZNOWU.

Dzięki, mamo. Wielkie, serdeczne dzięki.

Poniedziałek, 20 października,

dalej godzina wychowawcza

Nie,   nie   mogę   tego   zrozumieć.   Dlaczego   ona   i   pan   Gianini   nie   używali   środków 

antykoncepcyjnych?   Czy   ktoś   mógłby   mi   to   łaskawie   wyjaśnić?   Co   się   stało   z   jej 

kapturkiemdopochwowym? Wiem, że go używa. Raz kiedyś, kiedy byłam mała, znalazłam go 

pod prysznicem. Zabrałam go sobie i przez parę tygodni służył jako basenik dla ptaków w 

ogródku mojego domku dla Barbie, aż mama wreszcie go znalazła i zabrała z powrotem.

Albo kondomy??? Czy ludziom w wieku mojej mamy wydaje się, że są odporni na 

choroby przenoszone drogą płciową? Na zachodzenie w ciążę odporni ewidentnie nie są. Na 

co oni liczyli?!

To TAKIE zupełnie w stylu mojej mamy. Ona nie umie zapamiętać choćby tego, że 

trzeba   kupić   papier   toaletowy.   Jak   niby   miałaby   pamiętać   o   zażywaniu   środków 

background image

antykoncepcyjnych?

Poniedziałek, 20 października, algebra

Niewiarygodne. To jest naprawdę niewiarygodne.

Ona mu nic nie powiedziała. Moja matka zaszła w ciążę z moim nauczycielem algebry 

I NIC MU NAWET NIE POWIEDZIAŁA.

Wiem, że mu nic nie powiedziała, bo kiedy weszłam do sali dziś rano, pan Gianini 

powiedział tylko:

- O, cześć Mia. Jak się masz?

O, CZEŚĆ MIA. JAK SIĘ MASZ???

Nie tak rozmawia się z osobą, której matka zaszła z tobą w ciążę. Mówi się coś w 

rodzaju:

- Przepraszam, Mia, czy możemy zamienić parę słów?

A potem córkę kobiety, z którą popełniło się ten nietakt, zabiera się do holu, gdzie 

należy paść przed nią na ugięte kolano i pokornie błagać ją o wyrozumiałość i przebaczenie. 

Tak się wypada zachować.

Nie mogę się powstrzymać - gapię się ciągle na pana G. i zastanawiam, jak będzie 

wyglądać moja młodsza siostra albo brat. Mama jest przecież totalnie atrakcyjna, wygląda 

zupełnie jak Carmen Sandiego, tyle że nie nosi trencza - kolejny dowód na to, że stanowię 

biologiczną anomalię, bo nie odziedziczyłam po niej ani grzywy gęstych czarnych włosów, 

ani miseczki C. No więc, z tej strony nie ma się czego obawiać.

Ale pan G.? No, sama nie wiem... Nie żeby pan G. nie był przystojny. To znaczy, jest 

w końcu wysoki i ma wszystkie włosy (punkt dla niego, ponieważ mój własny ojciec jest łysy 

jak parkometr). Ale ten jego nos? Totalnie nie umiem wyobrazić sobie dziecka z takim nosem. 

Jest po prostu za duży.

Mam szczerą nadzieję, że dzieciak odziedziczy nos po mojej mamie, a po panu G. 

weźmie umiejętność dzielenia ułamków w pamięci.

Najsmutniejsze jest to, że pan Gianini nie ma zielonego pojęcia, jaki cios wkrótce na 

niego spadnie. Byłoby mi go żal, gdyby nie to, że koniec końców sam jest sobie winien. 

Wiem, że do tanga trzeba dwojga, ale na litość boską, moja matka jest malarką. On jest 

nauczycielem algebry.

A teraz mi powiedzcie, kto z tych dwojga powinien mieć trochę zdrowego rozsądku.

background image

Poniedziałek, 20 października, angielski

Rewelacja. Po prostu rewelacja.

Jakby jeszcze było mało, teraz nasza nauczycielka angielskiego stwierdziła, że w tym 

semestrze będziemy pisać DZIENNIK. Nie żartuję. DZIENNIK. Przecież ja już prowadzę pa-

miętnik.

Wyobraźcie   sobie:   pod   koniec   każdego   tygodnia   mamy   PRZYNOSIĆ   NASZE 

DZIENNIKI DO SPRAWDZENIA. Pani Spears BĘDZIE JE CZYTAŁA. Bo chce nas lepiej 

poznać. Mamy zacząć od przedstawienia się i wymienić nasze najważniejsze dane osobiste. 

Potem mamy przejść do notowania naszych najgłębszych myśli i odczuć.

Ona chyba żartuje. Już lecę opowiadać pani Spears o swoich najgłębszych myślach i 

odczuciach. Nie zwierzam się ze swoich najgłębszych myśli i odczuć nawet własnej MATCE. 

Miałabym się z nich zwierzać NAUCZYCIELCE ANGIELSKIEGO?

No i na pewno nie mogę dać jej do przeczytania TEGO pamiętnika. Jest tu mnóstwo 

rzeczy, o których nikt nie powinien wiedzieć. Na przykład choćby to, że moja mama zaszła w 

ciążę z moim nauczycielem algebry.

No cóż, będę po prostu musiała zacząć prowadzić nowy dziennik. Dziennik NA NIBY. 

Zamiast notować w nim swoje najgłębsze przeżycia i odczucia, będę zwyczajnie wypisywać 

kłamstwa i oddawać je do sprawdzenia zamiast prawdziwego pamiętnika.

Jestem kłamczuchą z tak dużym doświadczeniem, że bardzo wątpię, czy pani Spears 

zrobi to jakąkolwiek różnicę.

JĘZYK ANGIELSKI

DZIENNIK

Mia Thermopolis

ŁAPY PRZY SOBIE!!!

TAK, TY TEŻ,

CHYBA ŻE NAZYWASZ SIĘ PANI SPEARS!!!

Wstęp

NAZWISKO:

Amelia Mignonette  Grimaldi  Thermopolis Renaldo,  w skrócie  zwana 

background image

Mią

Jej   Wysokość   księżniczka   Genowii   albo,   w   niektórych   kręgach,   po 

prostu księżniczka Mia

WIEK:

Czternaście lat

UCZĘSZCZA DO KLASY:

Pierwszej licealnej

PŁEĆ:

Jeszcze nieużywana.

Cha, cha. Pani Spears, tylko żartowałam!

Teoretycznie kobieta, ale brak biustu wprowadza tu ciekawy element  

androgeniczności.

WYGLĄD:

Wzrost: metr siedemdziesiąt pięć

Włosy: mysiobrązowe (od niedawna pasemka w odcieniu blond)

Oczy: szare

Rozmiar buta: czterdzieści jeden

O reszcie nie warto nawet wspominać

RODZICE

Matka: Helen Thermopolis

Zawód: Malarka

Ojciec: Artur Krzysztof Filip Gerard Grimaldi Renaldo

Zawód: Książę Genowii

ZWIĄZEK ŁĄCZĄCY RODZICÓW:

Ponieważ jestem owocem przelotnego romansu mojej matki i ojca w 

czasie   studiów,   rodzice   nigdy   nie   zawarli   małżeństwa   (ze   sobą)   i   obecnie 

oboje są stanu wolnego. Chyba nawet tak jest lepiej, bo bez przerwy się żrą.

To znaczy, ze sobą.

ULUBIONE ZWIERZĘTA:

Jeden   tłusty,   pomarańczowo   -   biały   kot,   Gruby   Louie.   Louie   waży 

dwanaście kilo. Ma osiem lat i mniej więcej przez sześć z tych ośmiu lat był na  

diecie. Czasem Louie obraża się na nas, na przykład kiedy zapomnimy go 

nakarmić, i wtedy zjada pierwszą lepszą starą skarpetkę, jaka wpadnie mu w 

łapy. Poza tym ma słabość do małych błyszczących przedmiotów i zgromadził 

całkiem sporą kolekcję kapsli od piwa i pęsetek kosmetycznych, które ukrył za  

muszlą klozetową w mojej łazience. Myśli, że nic o tym nie wiem.

NAJLEPSZA PRZYJACIÓŁKA:

background image

Lilly   Moscovitz.   Lilly   jest   moją   najlepszą   przyjaciółką   jeszcze   z 

przedszkola.   Strasznie   fajnie   spędza   się   z   nią   czas,   bo   jest   bardzo  

inteligentna i ma swój własny program w lokalnej kablówce ogólnego dostępu, 

Lilly mówi prosto z mostu. Zawsze potrafi wymyślić jakiś śmieszny numer, na 

przykład żeby ukraść styropianową makietę Partenonu, wykonaną na Wieczór 

dla Rodziców przez klasę Derywatów z Greki i Łaciny, i wyłudzić za nią okup  

w postaci pięciu kilo starbursts o smaku limonki.

CHŁOPAK:

Ha! Chciałabym.

ADRES:

Od urodzenia mieszkam z mamą w Nowym Jorku, poza wakacjami 

letnimi, które zazwyczaj spędzam z ojcem w zamku jego matki we Francji. Mój 

ojciec mieszka na stałe w Genowii, niewielkim europejskim księstwie, które 

leży nad Morzem Śródziemnym na pograniczu Włoch i Francji. Przez długi 

czas wmawiano mi, że ojciec jest ważnym genowiańskim politykiem, jakimś  

burmistrzem czy coś takiego. Nikt mi nie wspomniał, że tak naprawdę należy  

do rodziny książęcej Genowii - że w gruncie rzeczy jest panującym monarchą.  

Bo Genowia to monarchia. Przypuszczam, że nikt by mi o tym nigdy słowa nie  

powiedział, gdyby mój ojciec nie zachorował na raka jądra i nie nabawił się  

bezpłodności.   W   rezultacie   ja,   jego   nieślubna   córka,   zostałam   jedynym 

spadkobiercą,   jakiego   kiedykolwiek   będzie   miał.   Odkąd   wreszcie   dopuścił 

mnie   do   tego   MALEŃKIEGO,   nieistotnego   sekreciku   (jakiś   miesiąc   temu),  

ojciec mieszka w nowojorskim hotelu Plaza, a jego matka, moja Grandmère, 

księżna   wdowa,   daje   mi   lekcje   tego,   co   powinnam   wiedzieć,   żeby 

odziedziczyć po nim tron.

Do   tego   wszystkiego   mogę   dodać   tylko   jedno   słowo:   dziękuję.   SERDECZNIE 

dziękuję.

A chcecie wiedzieć, co jest w tym opisie NAPRAWDĘ smutne? Nie ma w nim ani 

jednego kłamstwa.

Poniedziałek, 20 października, lunch

Okay, Lilly wie.

No dobra, może nie tyle WIE, co domyśla się, że coś jest nie tak. Jest przecież moją 

najlepszą przyjaciółką mniej więcej od przedszkola. Potrafi idealnie wyczuć, kiedy coś mi 

dolega. Totalnie się zaprzyjaźniłyśmy już w pierwszej klasie podstawówki, tego dnia, kiedy 

background image

Orville Lockhead zdjął spodnie, stojąc przed nami w kolejce do pracowni muzycznej. Byłam 

przerażona, bo nigdy przedtem nie widziałam męskich genitaliów. Jednak na Lilly nie zrobił 

najmniejszego   wrażenia.  Widzicie,  ona  ma  brata,  więc  dla  niej  to  nie  była  żadna  wielka 

niespodzianka. Spojrzała tylko Orvillowi prosto w oczy i powiedziała:

- Widziałam większe.

I WIECIE CO? ORVILLE JUŻ NIGDY WIĘCEJ TEGO NIE ZROBIŁ.

No   więc   sami   rozumiecie,   że   łączy   mnie   z   Lilly   więź   silniejsza   niż   zwyczajna 

przyjaźń.

I właśnie dlatego, kiedy dziś podczas lunchu usiadła przy naszym stoliku, wystarczyło 

jej jedno spojrzenie na moją twarz, żeby zapytać:

- Co się stało? Coś jest nie tak. Nie chodzi o Louie, prawda? Chyba że zjadł następną 

skarpetkę...

Żeby tylko. To przecież o wiele poważniejsza sprawa. Ja nie twierdzę, że kiedy Louie 

zeżre skarpetkę, sprawa nie jest totalnie poważna. No bo trzeba go natychmiast wieźć do 

kliniki dla zwierząt i tak dalej, i to pędem, inaczej może zdechnąć. A tysiąc dolarów później 

dostajemy na pamiątkę starą, na wpół strawioną skarpetkę.

Tyle że kot wraca potem przynajmniej do normy.

Ale to? TEGO tysiąc dolarów nie uleczy. I nic już nigdy nie wróci do normy.

I to jest tak niewiarygodnie żenujące. No bo moja mama i pan Gianini - rozumiecie. 

ONI TO ROBILI.

Gorzej,   ONI   TO   ROBILI   bez   żadnego   zabezpieczenia.   Litości.   Kto   jeszcze   TAK 

POSTĘPUJE?

Powiedziałam   Lilly,   że   nie   dzieje   się   nic   złego,   że   to   tylko   napięcie 

przedmiesiączkowe. Totalnie się krępowałam, mówiąc o tym przy moim ochroniarzu. Lars 

siedział obok i jadł gyrosa, którego Wahim, ochroniarz Tiny Hakim Baba, przyniósł mu z 

budki przed delikatesami Ho po przeciwnej stronie liceum. Tina ma ochroniarza, bo jej ojciec 

jest   szejkiem   naftowym   i   obawia   się,   że   mogłaby   zostać   porwana   przez   kierownictwo 

jakiegoś konkurencyjnego koncernu, a ja mam ochroniarza, bo... No cóż, chyba tylko dlatego, 

że jestem księżniczką.

W każdym razie, kto omawia niuanse swojego cyklu menstruacyjnego w obecności 

własnego ochroniarza?

Ale co innego miałam powiedzieć?

Zauważyłam jednak, że Lars nie dojadł swojego gyrosa. Myślę, że mu go totalnie 

obrzydziłam.

background image

Czy ten dzień mógł się jeszcze bardziej popsuć?

Niestety,   Lilly   nawet   wtedy   nie   dała   mi   jeszcze   spokoju.   Czasami   naprawdę 

przypomina mi małego mopsa, z tych, które staruszki wiecznie wyprowadzają na spacer do 

parku. Bo nie dość, że jej twarz jest mała i taka trochę jakby wgnieciona w środku (ale w 

przyjemny dla oka sposób) - czasem, kiedy coś dopadnie, po prostu już nie wypuści.

Tak jak dziś przy lunchu. Zaraz zaczęła mówić:

-   Jeżeli   to   tylko   napięcie   przedmiesiączkowe,   czemu   ciągłe   piszesz   w   swoim 

pamiętniku? Nie tak dawno wściekałaś się na swoją mamę, że ci go dała. Myślałam, że w 

ogóle nie masz zamiaru nic w nim pisać.

Co mi przypomniało, że faktycznie BYŁAM WŚCIEKŁA na mamę za to, że mi go 

dała. Dała mi ten pamiętnik, bo twierdzi, że jest we mnie mnóstwo stłumionego gniewu i 

wrogości. Mówi, że powinnam jakoś wyrzucić to z siebie, skoro nie mam kontaktu ze swoim 

wewnętrznym dzieckiem i cierpię na wrodzoną niezdolność werbalizowania uczuć.

Mama musiała być wtedy bezpośrednio po rozmowie z rodzicami Lilly. Oni oboje są 

psychoanalitykami.

Ale potem odkryłam, że jestem księżniczką Genowii i zaczęłam prowadzić pamiętnik, 

żeby zapisywać swoje przeżycia, a patrząc wstecz na tamte zapiski, widzę, że faktycznie 

byłam dość wrogo nastawiona.

Jednak to betka w porównaniu z moim obecnym samopoczuciem.

Nie żebym była WROGO NASTAWIONA do pana Gianiniego i mojej mamy. Są w 

końcu dorośli i tak dalej. Mogą decydować o sobie. Czy oni jednak nie widzą, że to jest ta 

jedna jedyna decyzja, która wpłynie nie tylko na ich własne życie, ale i na życie wszystkich 

dokoła? No bo Grandmère się NIE ucieszy, kiedy się dowie, że moja mama będzie miała 

JESZCZE JEDNO nieślubne dziecko.

A mój ojciec? On już miał w tym roku raka jąder. Odkrycie, że matka jego jedynej 

córki  urodzi  dziecko  innemu mężczyźnie,  może  go  po prostu  zabić.  Nie żeby był  wciąż 

zakochany w mojej matce, czy coś takiego. W to raczej wątpię.

A  Gruby   Louie?   Jak   on   zareaguje   na   obecność   dziecka   w   domu?   Jest   już   i   tak 

wystarczająco niedopieszczony. Trzeba brać pod uwagę, że tylko ja w tym domu pamiętam, 

żeby   go   karmić.   Mógłby   próbować   uciekać   z   domu   albo   z   połykania   tylko   skarpetek 

przerzucić się na połykanie pilota od telewizora, czy coś takiego.

W sumie nie miałabym nic przeciwko małej siostrzyczce czy braciszkowi. Właściwie 

mogłoby być nawet fajnie. Jeżeli urodzi się dziewczynka, mogłabym z nią dzielić pokój. 

Kąpałabym ją w pianie i stroiła tak, jak z Tiną Hakim Baba stroiłyśmy jej małe siostrzyczki - 

background image

chociaż braciszka też stroiłyśmy, teraz sobie przypominam.

Chyba nie chcę mieć braciszka. Tina Hakim Baba powiedziała mi, że niemowlęta płci 

męskiej sikają ci w twarz, kiedy próbujesz im zmienić pieluchę. To takie obrzydliwe, że 

nawet nie chcę o tym myśleć.

Uważam,   że   moja   matka   mogła   zastanowić   się   nad   takimi   sprawami,   zanim 

zdecydowała się uprawiać seks z panem Gianinim.

Poniedziałek, 20 października, rozwój zainteresowań

A przy okazji jeszcze jedno. Ile randek z panem Gianinim miała w sumie do tej pory 

moja mama? Niewiele. To znaczy, może z osiem. Osiem randek i okazuje się, że już z nim 

spala? I to prawdopodobnie parę razy, bo trzydziestosześcioletnie kobiety nie zachodzą w 

ciążę ot tak sobie. Wiem o tym, bo ile razy bierze się do ręki egzemplarz „New York”, nie 

sposób nie zauważyć milionów ogłoszeń ofiar wczesnej menopauzy, które poszukują wśród 

młodszych kobiet dawczyń komórek jajowych.

Ale nie moja mama, o, nie. Moja mama jest soczysta jak owoc mango.

Powinnam   była   się   zorientować,   oczywiście.   Był   przecież   taki   poranek,   kiedy 

weszłam do kuchni, a na środku stał pan Gianini w bokserkach...

Usiłowałam wyprzeć z pamięci to wspomnienie, ale chyba mi się za bardzo nie udało.

A poza tym, czy ona w ogóle zastanowiła się nad swoim zapotrzebowaniem na kwas 

foliowy? Dam głowę, że nie. Jeśli można, chciałabym zaznaczyć, że kiełki lucerny mogą być 

zabójcze dla rozwijającego się płodu. A my mamy kiełki lucerny w lodówce. Nasza lodówka 

jest śmiertelną pułapką dla nienarodzonego dziecka. W pojemniku na warzywa leży PIWO.

Być może moja matka sądzi, że nadaje się na rodzica, ale musi się jeszcze sporo 

nauczyć.   Kiedy   wrócę   do   domu,   bezwzględnie   zamierzam   przekazać   jej   wszystkie 

informacje, które wydrukowałam sobie z sieci. Jeżeli jej się wydaje, że może wystawiać na 

szwank zdrowie mojej przyszłej młodszej siostry, jeść w kanapkach kiełki lucerny, pić kawę i 

tak dalej, to się mocno zdziwi.

Jeszcze poniedziałek, 20 października, wciąż RZ

Lilly przyłapała mnie na przeglądaniu w Internecie witryn na temat ciąży.

Powiedziała:

- O mój Boże! Czy w czasie twojej randki z Joshem Richterem zaszło coś, o czym mi 

nie wspominałaś?

Nie byłam specjalnie zachwycona, bo powiedziała to przy swoim bracie, Michaelu - 

background image

nie   wspominając   już   o   Larsie,   Borisie   Pelkowskim   i   całej   reszcie   klasy.   W   dodatku 

powiedziała to naprawdę głośno.

Wiecie, tego typu sytuacje nie miałyby miejsca, gdyby nauczyciele w naszej szkole 

wykonywali swoje obowiązki i od czasu do czasu faktycznie prowadzili zajęcia. No bo, poza 

panem Gianinim, chyba każdy nauczyciel w tej szkole uważa, że całkowicie wystarczy zadać 

nam coś do zrobienia, a potem już można zostawić klasę i pójść na papierosa do pokoju 

nauczycielskiego.

Co prawdopodobnie jest łamaniem przepisów BHP, sami rozumiecie.

A  już   najgorsza   ze   wszystkich   jest   pani   Hill.   Ja   przecież   rozumiem,   że   rozwój 

zainteresowań to w ogóle nie jest normalny przedmiot. Służy bardziej jako czas do nauki 

indywidualnej dla uczniów nieprzystosowanych społecznie. Ale gdyby pani Hill posiedziała 

od czasu do czasu w klasie i dopilnowała nas, ludzie tacy jak ja, którzy wcale nie rozwijają 

swoich   zainteresowań,   a   wylądowali   na   RZ,   bo   tak   się   złożyło,   że   zawalają   algebrę   i 

potrzebują   czasu   na   powtórkę   materiału,   otóż   ludzie   tacy   jak   ja   nie   byliby   narażeni   na 

nieustanne zaczepki ze strony przypisanych do tych zajęć geniuszy.

Bo prawdę mówiąc, Lilly doskonale wie, że podczas mojej randki z Joshem Richterem 

zaszło tylko to, że odkryłam jak totalnie Josh Richter mnie wykorzystywał, i to tylko dlatego, 

że przypadkiem jestem księżniczką, a on miał nadzieję, że uda mu się trafić na okładkę „Teen 

Beat”.

Przecież nawet nie zostaliśmy sam na sam, chyba żeby uznać jazdę jego samochodem, 

a to i tak się nie liczy, bo był z nami Lars i sprawdzał, czy nie ma w pobliżu antyglobalistów z 

Europy, których mogłoby korcić, żeby mnie porwać.

W każdym razie, próbowałam naprawdę szybko zamknąć witrynę  Ty i twoja ciąża, 

którą właśnie przeglądałam, ale spóźniłam się. Lilly ciągnęła:

- O mój Boże, Mia, dlaczego nic mi nie powiedziałaś?

Trochę zaczynało mnie to już krępować, mimo to jednak wyjaśniłam, że piszę pracę 

na biologię na dodatkowy stopień, co właściwie nie było kłamstwem, bo ja i mój partner od 

zajęć w laboratorium, Kenny, z powodów etycznych jesteśmy przeciwni dokonywaniu sekcji 

na żabach - a tym właśnie ma się w następnej kolejności zająć nasza klasa - więc pani Sing 

powiedziała, że zamiast tego możemy napisać prace semestralne.

Tylko że nasze prace semestralne mają dotyczyć cyklu życiowego mącznika. Ale Lilly 

tego nie wie.

Próbowałam   zmienić   temat,   pytając   Lilly,   czy   zna   całą   prawdę   na   temat   kiełków 

lucerny,   ale   ona   dalej   plotła   i   plotła   o   mnie   i   Joshu   Richterze.   Naprawdę   nie   miałabym 

background image

większych pretensji, gdyby nie to, że tuż obok siedział jej brat Michael i zamiast pracować 

nad swoim webzinem Crackhead, jak powinien, słuchał nas. No bo przecież on mi się podoba 

chyba od zawsze.

Oczywiście, nie ma o tym pojęcia. Dla niego jestem tylko najlepszą przyjaciółką jego 

młodszej siostry i to wszystko. Musi być dla mnie miły, inaczej Lilly rozpowie wszystkim w 

szkole, że przyłapała go kiedyś, jak popłakiwał, oglądając powtórkę Siódmego nieba.

Poza tym, jestem przecież tylko marnym pierwszakiem. Michael Moscovitz jest w 

ostatniej  klasie  i  ma  najwyższą  średnią  ocen  w  całej  szkole  (po  Lilly)  i  jest  najlepszym 

uczniem   w   swojej   klasie.   I   w   przeciwieństwie   do   siostry   nie   odziedziczył   genu 

odpowiedzialnego za wklęśniętą twarz. Michael mógłby się umawiać z każdą dziewczyną z 

Liceum imienia Alberta Einsteina, gdyby tylko zechciał.

No cóż, oprócz cheerleaderek. One umawiają się wyłącznie z chłopakami z drużyny.

Chociaż nie można powiedzieć, żeby Michael nie miał sportowej sylwetki. Co prawda 

nie wierzy w gry zespołowe, ale bicepsy ma fantastyczne. W gruncie rzeczy wszystkie jego 

mięśnie są świetne. Zauważyłam to, kiedy ostatni raz wszedł do pokoju Lilly, żeby się na nas 

wydrzeć, bo wywrzaskiwałyśmy brzydkie słowa podczas wideoklipu z Christiną Aguilerą. 

Przypadkiem nie miał na sobie koszulki.

Więc naprawdę mam Lilly za złe, że stała tam i omawiała temat mojej ewentualnej 

ciąży przed samym nosem swojego brata.

PIĘĆ GŁÓWNYCH POWODÓW,

DLA KTÓRYCH TRUDNO JEST BYĆ PRZYJACIÓŁKĄ

NIEWĄTPLIWEGO GENIUSZA

1. Ona używa wielu słów, których nie rozumiem.

2. Często  nie  potrafi  przyznać,  że  mogę  wnieść  znaczący wkład  do jakiejkolwiek 

rozmowy czy działania.

3. Kiedy jesteśmy w grupie, nie umie zrezygnować z kontrolowania mnie.

4. W przeciwieństwie do zwykłych osób, rozwiązując jakiś problem, nie przechodzi od 

A do B, tylko od A do D, co nam, niższym formom życia, utrudnia nadążanie za jej 

rozumowaniem.

5. Nie można jej o niczym powiedzieć, żeby tego natychmiast nie przeanalizowała na 

śmierć.

background image

PRACA DOMOWA

Algebra: zadania ze str. 133

Angielski: krótko opisać historię swojej rodziny

Historia   cywilizacji:   podać   przykłady   negatywnej   stereotypizacji 

Arabów   (film,   telewizja,   literatura)   i   oddać   razem   z   ilustrującym   je 

wypracowaniem

RZ (rozwój zainteresowań): nie dotyczy

Francuski: écrivez une vignette parisienne

Biologia: układ rozrodczy (wziąć odpowiedzi od Kenny'ego)

JĘZYK ANGIELSKI

DZIENNIK

Historia mojej rodziny

Drzewo genealogiczne mojej rodziny ze strony ojca sięga korzeniami 568 roku n.e. W  

tamtym   roku   wódz   Wizygotów   imieniem   Albion,   najwyraźniej   cierpiący   na   coś,   co   w  

obecnych czasach określa się sadystycznym zaburzeniem osobowości, zabił króla Italii i całą 

masę innych ludzi, a potem koronował się na władcę tego kraju. A kiedy już został królem,  

zdecydował się poślubić Rosagundę, córkę jednego z generałów starego króla.

Tyle że Rosagunda nie przepadała za Albionem, odkąd zmusił ją, żeby napiła się  

wina z czaszki własnego ojca, więc zemściła się na nim podczas nocy poślubnej i udusiła go 

warkoczami, kiedy spał.

Wkrótce   po   śmierci  Albiona   tron   Italii   objął   syn   starego   króla.   Był   tak   wdzięczny  

Rosagundzie,   że   nadał   jej   tytuł   księżniczki   ziem.   które   dzisiaj   znane   są   jako   księstwo  

Genowii. Zgodnie z jedynymi istniejącymi źródłami pisanymi z tego okresu, Rosagunda była 

władczynią dobrą i mądrą. Jest moją pra - pra - i tak chyba z 60 razy babką. To właśnie ona 

sprawiła,   że   Genowia   ma   obecnie   najniższe   wskaźniki   analfabetyzmu,   umieralności 

niemowląt i bezrobocia w całej Europie - Rosagunda wprowadziła bardzo skomplikowany 

(jak na owe czasy) system kontroli rządów i raz na zawsze zniosła karę śmierci.

Ze strony mamy, przodkowie rodziny Thermopolisów byli pasterzami kóz na Krecie aż 

do roku 1904, kiedy Dionizjusz Thermopolis, pradziadek mojej mamy, stwierdził, że dłużej  

tego nie zniesie i uciekł do Ameryki. Ostatecznie osiedlił się w Versailles w stanie Indiana, 

gdzie otworzył sklep żelazny. Od tamtej pory jego potomkowie prowadzą w Versailles, w  

background image

stanie   Indiana,   sklep   przy   rynku,   pod   szyldem   ARTYKUŁY   ŻELAZNE   -   POŻYTEK   I  

TRWAŁOŚĆ. Mama mówi, że jej  wychowanie byłoby o wiele mniej represyjne, żeby nie  

powiedzieć: liberalne, gdyby dorastała na Krecie.

ZALECANA CODZIENNA DIETA

DLA KOBIET CIĘŻARNYCH

• Dwie do czterech porcji białka w postaci mięsa, ryb, drobiu, sera, 

tofu, jajek albo połączenia: orzechy - zboża - strączkowe - nabiał 
lub ich kombinacje

•   Litr   mleka   (pełne,   odtłuszczone,   maślanka)   lub   jego   zamienniki 

(ser żółty, jogurt, twarożek)

• Jedna lub dwie porcje produktów bogatych w witaminę C: ziemniak w 

mundurku, grejpfrut, pomarańcza, melon, zielona papryka, kapusta, 

truskawki, inne owoce, sok pomarańczowy

• Żółty lub pomarańczowy owoc albo warzywo

•   Cztery   lub   pięć   kromek   pełnoziarnistego   chleba   lub   porcja 

naleśników,   tortilli,   chlebka   kukurydzianego,   pełnoziarnistych 

płatków   zbożowych   albo   makaronu.   Dla   wzbogacenia   wartości 
odżywczych innych produktów jeść kiełki pszenicy i drożdże piwne

• Masło, margaryna z mikroelementami, olej roślinny
• Sześć do ośmiu szklanek płynów: soki owocowe i warzywne, woda i 

herbatki   ziołowe.   Unikać   soków   dosładzanych   cukrem,   napojów 
gazowanych typu cola, alkoholu i kofeiny

• Na przekąskę: suszone owoce, orzechy, nasiona dyni i słonecznika, 

popcorn

Mama   będzie   stawiać   straszny  opór.   Nie   pójdzie   na   to,   chyba   że   pozwoli   się   jej 

wszystko obficie polewać śliwkowym sosem do chińszczyzny.

ZANIM MAMA WRÓCI DO DOMU

Wyrzucić:

 Kupić:

heinekena 

multiwitaminę

kuchenną sherry 

świeże owoce

kiełki lucerny 

kiełki pszenicy

background image

pieczeń po kolumbijsku

jogurt

chrupki czekoladowe

salami

Nie zapomnieć:

o butelce wódki

z zamrażarki!

Poniedziałek, 20 października, po szkole

Myślałam już, że gorzej być nie może, ale nagle okazało się, że owszem.

Zadzwoniła Grandmère.

To   tak   strasznie   nie   fair.   Myślałam,   że   wyjechała   do   Baden   -   Baden   na   krótki 

odpoczynek. Ogromnie się cieszyłam, że odpocznę od tych tortur - znanych również jako 

lekcje etykiety, które biorę, zmuszona przez ojca despotę. To znaczy, mnie też przydałoby się 

trochę oddechu. Czy oni naprawdę wierzą, że w Genowii kogoś obchodzi, czy ja umiem jeść 

rybę widelcem? Albo czy potrafię usiąść tak, żeby nie pognieść sobie spódnicy z tyłu? Albo 

czy wiem, jak powiedzieć „dziękuję” w suahili? Czy moi przyszli poddani nie powinni raczej 

troszczyć się o moje poglądy na temat ochrony środowiska? Albo prawa do posiadania broni? 

Albo kwestii przeludnienia?

Ale według Grandmère, obywateli Genowii  żadna z tych spraw nie obchodzi. Oni 

tylko chcą mieć pewność, że podczas żadnego przyjęcia na szczeblu państwowym nie narobię 

im wstydu.

Akurat. Powinni się obawiać wyłącznie o Grandmère. No bo czy to JA zrobiłam sobie 

na   powiekach   makijaż   permanentny?   Czy   to   JA  ubieram   swojego   pieska   w   bolerko   z 

szynszyli? JA nigdy nie byłam bliską i serdeczną przyjaciółką Richarda Nixona...

Ale nie, skąd, to właśnie O MNIE wszyscy rzekomo muszą się martwić. Jakbym to JA 

mogła   popełnić   jakąś   potworną   gafę   w   trakcie   grudniowej   uroczystości,   kiedy   oficjalnie 

przedstawią mnie obywatelom Genowii.

Jasne.

Ale   nieważne.   Tak   czy   inaczej,   okazało   się,   że   nigdzie   nie   pojechała,   ponieważ 

bagażowi w Baden - Baden strajkują.

Szkoda,   że   nie   znam   szefa   związku   zawodowego   bagażowych   w   Baden   -   Baden. 

Gdybym go znała, natychmiast zaproponowałabym mu sto dolarów dziennie (które tata płaci 

w moim imieniu na konto Greenpeace w zamian za to, że wypełniam obowiązki następczyni 

background image

tronu Genowii), żeby tylko on i pozostali bagażowi wrócili do pracy i uwolnili mnie na trochę 

od Grand - mere.

W   każdym   razie,   Grandmère   zostawiła   mi   na   sekretarce   mocno   niepokojącą 

wiadomość. Mówi, że ma dla mnie „niespodziankę”. Mam do niej jak najszybciej oddzwonić.

Ciekawe, co to za niespodzianka. Znając Grandmère, prawdopodobnie coś totalnie 

okropnego, na przykład futro uszyte ze skórek szczeniąt pudli.

Hej, naprawdę wcale bym się nie zdziwiła.

Będę udawać, że nie dostałam żadnej wiadomości.

Poniedziałek, trochę później

Właśnie   skończyłam   rozmowę   z   Grandmère.   Pytała,   dlaczego   nie   oddzwoniłam. 

Powiedziałam, że nie dostałam żadnej wiadomości.

Czemu tak okropnie kłamię?  No  bo przecież ja nie umiem powiedzieć prawdy w 

najprostszej sprawie. Na litość boską, podobno jestem księżniczką. Która księżniczka kłamie, 

ile razy otworzy usta?

W każdym razie, Grandmère mówi, że wysyła po mnie limuzynę. Ona, mój tata i ja 

mamy razem zjeść kolację w  jej apartamencie w Plaza. Grandmère mówi,  że opowie mi 

wtedy wszystko o tej niespodziance.

OPOWIE mi o niej. OPOWIE, a nie POKAŻE. Co, mam nadzieję, wyklucza futro ze 

skórek szczeniąt pudla.

Właściwie to chyba  nawet dobrze,  że zjem dziś wieczorem kolację  u Grandmère. 

Mama zaprosiła pana Gianiniego na nasze poddasze, bo chce z nim „porozmawiać”. Nie była 

uszczęśliwiona, że wyrzuciłam całe piwo i kawę (tak naprawdę wcale nie wyrzuciłam, tylko 

oddałam naszej sąsiadce, Ronnie). Teraz mama chodzi z kąta w kąt i narzeka, bo jak przyjdzie 

pan Gianini, to co ona mu da do picia?

Wytknęłam jej, że to wszystko dla jej własnego dobra, a jeżeli pan Gianini w ogóle 

jest  dżentelmenem, to sam zrezygnuje  z piwa i kawy,  żeby ją  wesprzeć  w  tym trudnym 

okresie.   Wiem,   że   sama   oczekiwałabym   takiego   gestu   od   ojca   mojego   nienarodzonego 

dziecka.

To znaczy, w tym mało prawdopodobnym wypadku, że kiedykolwiek zdarzy mi się 

uprawiać seks.

Poniedziałek, 20 października, 23.00

No, to faktycznie miałam SPORĄ niespodziankę.

background image

Ktoś   naprawdę   powinien   wytłumaczyć   Grandmère,  że   niespodzianki   powinny  być 

miłe. Nie widzę nic miłego w tym, że udało jej się zorganizować wywiad, który przeprowadzi 

ze   mną   Beverly   Bellerieve   dla   nadawanego   w   najlepszym   czasie   antenowym   programu 

Dwadzieścia Cztery/Siedem..

Nic mnie nie obchodzi, że to podobno najpopularniejszy program informacyjny w 

Ameryce. Tysiące razy powtarzałam Grandmère, że nie życzę sobie żadnych zdjęć, co dopiero 

mówić   o   występach   w   telewizji.   Czy  to   nie   okropne?  Wszyscy  moi   znajomi  wiedzą,   że 

wyglądam   jak   chodzący  patyczek   do   czyszczenia   uszu,   nie   mam   biustu,   a   moja   fryzura 

przypomina kształtem znak drogi podporządkowanej... Nie mam ochoty, żeby odkryła to cała 

Ameryka.

Ale Grandmère twierdzi, że tego wymaga moja rola. Bo należę do książęcej rodziny 

Genowii. I tym razem udało jej się wciągnąć w całą sprawę tatę, który ciągle mi powtarzał:

- Twoja babcia ma rację, Mia.

Tak więc następne sobotnie popołudnie mam spędzić, udzielając wywiadu Beverly 

Bellerieve.

Mówiłam Grandmère,  że moim zdaniem ten wywiad to naprawdę niedobry pomysł. 

Powiedziałam jej, że nie jestem jeszcze gotowa na wydarzenie tej skali. Tłumaczyłam, że 

powinnam chyba zacząć od czegoś skromniejszego i udzielić wywiadu komuś takiemu jak 

Carson Daly.

Ale   nie   przekonałam   Grandmère.   Nigdy   jeszcze   nie   spotkałam   kogoś,   komu   tak 

bardzo potrzebny byłby relaks i odpoczynek w Baden - Baden. Grandmère jest mniej więcej 

tak samo wyluzowana jak Gruby Louie, kiedy weterynarz wsadza mu termometr, sami wiecie 

gdzie, żeby zmierzyć temperaturę.

Oczywiście, to może mieć coś wspólnego z faktem, iż Grandmère goli sobie brwi i na 

ich miejsce maluje nowe codziennie rano. Nie pytajcie mnie, dlaczego. No bo przecież ma 

zupełnie normalne brwi. Widziałam odrosty. Ostatnio jednak zauważyłam, że rysuje te brwi 

coraz wyżej i wyżej na czole, co nadaje jej taki wiecznie zdziwiony wygląd. Moim zdaniem 

to efekt licznych operacji plastycznych. Jeżeli nie będzie uważała, któregoś dnia powieki 

podjadą jej w okolice płatów czołowych.

A tata wcale mi nie pomógł. Zadawał tylko masę pytań na temat Beverly Bellerieve - 

na przykład, czy to prawda, że w 1991 roku zdobyła tytuł Miss Ameryki i czy Grandmère 

przypadkiem nie wie, czy ciągle chodzi (Beverly, nie babcia) z Tedem Turnerem, czy to już 

może skończone.

Przysięgam, jak na faceta, który ma tylko jedno jądro, mój ojciec naprawdę mnóstwo 

background image

czasu spędza na myśleniu o seksie.

Sprzeczaliśmy się o ten wywiad przez całą kolację. Na przykład, czy mają nakręcić 

wywiad   w   hotelu   czy   na   naszym   poddaszu.   Gdyby   kręcili   w   hotelu,   ludzie   nabraliby 

fałszywego pojęcia o mojej stopie życiowej. Ale jeśli wywiad nakręcą u nas na poddaszu, 

upierała się Grandmère, ludzie przerażą się widokiem brudu, w jakim od małego wychowuje 

mnie matka.

Totalnie nie fair. Nasze poddasze wcale nie jest brudne. Ma tylko ten miły, lekko 

zabałaganiony wygląd mieszkania, w którym ktoś naprawdę mieszka.

- Chciałaś chyba powiedzieć: wygląd mieszkania nigdy niesprzątanego - poprawiła 

mnie Grandmère. Ale nie miała racji, bo nie dalej niż przedwczoraj całe poddasze przetarłam 

cytrynowym cifem.

- Nie wiem, jak wy w ogóle możecie utrzymać dom w czystości przy tym waszym 

zwierzaku - powiedziała Grandmère.

Ale Gruby Louie wcale nie jest odpowiedzialny za nasz bałagan. Kurz, jak wszyscy 

wiedzą, w dziewięćdziesięciu pięciu procentach składa się z komórek ludzkiego naskórka.

Zauważam w tym wszystkim jedną zaletę - przynajmniej ekipa filmowców nie będzie 

się   za   mną   włóczyła   po   szkole   ani   nic   takiego.   Już   za   to   jedno   dziękuję   Bogu.   No   bo 

wyobraźcie sobie, co by było, gdyby zaczęli filmować jak Lana Weinberger znęca się nade 

mną   na   lekcji   algebry?   Ona   natychmiast   zaczęłaby   wymachiwać   mi   przed   nosem   tymi 

pomponami cheerleaderki, czy coś w tym stylu, a wszystko po to, żeby pokazać producentom, 

jaka ze mnie czasami niunia. Ludzie w całej Ameryce zadawaliby sobie pytanie: „Co jest, u 

licha, z tą dziewczyną? Czemu nie potrafi zachowywać się asertywnie?”

A gdyby, nie daj Boże, sfilmowali RZ? Nie dość, że na tych zajęciach w ogóle nie 

można   liczyć   na   opiekę   nauczyciela,   to   jeszcze   mamy   zwyczaj   zamykania   Borisa 

Pelkowskiego w szafie na materiały biurowe, żeby tylko nie wysłuchiwać, jak ćwiczy grę na 

skrzypcach. Przecież to musi podpadać pod łamanie zasad obchodzenia się z niebezpiecznymi 

substancjami.

W każdym razie, podczas całej sprzeczki chodziło mi po głowie jedno: WŁAŚNIE 

TERAZ,   KIEDY  SIEDZIMY TUTAJ   I  KŁÓCIMY  SIĘ   NA TEMAT TEGO   GŁUPIEGO 

WYWIADU,   MOJA   MATKA   INFORMUJE   SWOJEGO   KOCHANKA   -   A   MOJEGO 

NAUCZYCIELA ALGEBRY - ŻE ZASZŁA Z NIM W CIĄŻĘ.

Co  pan  Gianini   na  to   powie?   -  zastanawiałam  się.  Postanowiłam  nasłać  na   niego 

Larsa, gdyby się okazało, że wyraził jakiekolwiek inne uczucie niż radość. Naprawdę. Lars 

pobiłby pana Gianiniego i może nawet nie policzyłby mi drogo. On ma trzy byłe żony, którym 

background image

musi płacić alimenty, więc zawsze przyda mu się dziesięć dolców gotówką. Więcej nie mogę 

zapłacić wynajętemu bandycie.

Naprawdę muszę dopilnować, żeby zaczęli mi dawać większe kieszonkowe. No bo kto 

to widział, żeby księżniczka dostawała tylko dziesięć dolarów tygodniówki? Za to nawet się 

nie da iść do kina.

No dobra, da się. Ale na popcorn już nie starczy.

Rzecz jednak w tym, że teraz, po powrocie na poddasze, nie mam pojęcia, czy trzeba 

będzie nasłać Larsa na mojego nauczyciela algebry czy nie. Pan G. i mama siedzą w jej 

pokoju i rozmawiają szeptem.

Nie słyszę ani słowa z tego, co się tam dzieje, nawet kiedy przytykam ucho do drzwi.

Mam nadzieję, że pan Gianini dobrze to przyjął. Jest najfajniejszym facetem, z jakim 

kiedykolwiek spotykała się moja mama, mimo że omal nie postawił mi jedynki. Chyba nie 

zrobi nic głupiego, to znaczy nie rzuci jej ani nie zacznie się ubiegać o przyznanie mu prawa 

wyłącznej opieki nad dzieckiem...

Z drugiej strony, w końcu jest mężczyzną, więc kto go tam wie?

To zabawne, właśnie kiedy to pisałam, dostałam wiadomość na ICQ. To od Michaela! 

Pisze:

C

RAC

K

ING

:   CO   SIĘ   Z   TOBĄ   DZIAŁO   DZISIAJ   W   SZKOLE?   WYGLĄDAŁAŚ, 

JAKBYŚ PRZEBYWAŁA W ZUPEŁNIE INNYM ŚWIECIE.

Odpisuję mu:

G

R

L

OUIE

: NIE MAM ZIELONEGO POJĘCIA, O CZYM MÓWISZ. NIC SIĘ ZE MNĄ 

NIE DZIAŁO. WSZYSTKO JEST W TOTALNYM PORZĄDKU.

Jestem okropną kłamczuchą.

C

RAC

K

ING

:   DOBRA,   MIAŁEM   JEDNAK   WRAŻENIE,   ŻE   NIE   SŁYSZAŁAŚ   ANI 

SŁOWA Z TEGO, CO MÓWIŁEM O FUNKCJACH LINIOWYCH.

Odkąd odkryłam, że moim przeznaczeniem jest któregoś dnia rządzić pewnym małym 

europejskim księstwem, naprawdę ciężko pracuję, żeby opanować algebrę, bo wiem, że będę 

musiała   zadbać   kiedyś   o   równowagę   budżetową   Genowii.   Dlatego   codziennie   po   szkole 

chodzę na zajęcia wyrównawcze, a w czasie rozwoju zainteresowań Michael też mi trochę 

background image

pomaga.

Bardzo trudno mi uważać, kiedy Michael mnie uczy. To dlatego, że on naprawdę 

bardzo przyjemnie pachnie.

Jak   ja   mam   myśleć   o   funkcjach   liniowych,   kiedy   facet,   na   którego   lecę   odkąd 

pamiętam - och, właściwie od zawsze - siedzi tuż koło mnie i pachnie mydłem, a czasem 

otrze się kolanem o moje kolano?

Odpowiadam:

G

R

L

OUIE

:  SŁYSZAŁAM KAŻDE TWOJE SŁOWO NA TEMAT RÓWNAŃ LINIOWYCH. 

PRZY DANYCH LICZBACH M+Y, ODCINEK PROSTEJ (O,B) MA RÓWNANIE Y+MX+B 
NA ODCINKU PROSTEJ.

C

RAC

K

ING

: CO???

G

R

L

OUIE

: A NIE MAM RACJI?

C

RAC

K

ING

: JESTEŚ PEWNA, ŻE WIDZIAŁAŚ COŚ TAKIEGO W PODRĘCZNIKU?

Jasne.

Oho, mama stoi pod drzwiami.

Poniedziałek, jeszcze później

Mama zajrzała do mnie. Myślałam, że pan Gianini już wyszedł, więc zapytałam:

- Jak poszło?

A potem zobaczyłam, że mama ma w oczach łzy, więc podeszłam do niej i uściskałam 

ją bardzo mocno.

-   Wszystko   będzie   dobrze,   mamo   -   powiedziałam.   -   Zawsze   jeszcze   masz   mnie. 

Pomogę ci we wszystkim, w nocnych karmieniach, w przewijaniu, we wszystkim. Nawet jeśli 

to będzie chłopiec.

W  odpowiedzi   mama   mnie   uściskała,   ale   okazało   się,   że   nie   płakała   z   rozpaczy. 

Płakała z radości.

- Och, Mia - powiedziała. - Chcemy, żebyś dowiedziała się pierwsza.

A potem wciągnęła mnie do salonu. Pan Gianini stał tam i miał naprawdę głupią minę. 

Ogłupiałą ze szczęścia.

Wiedziałam, zanim jeszcze cokolwiek powiedziała, ale i tak udawałam zaskoczenie.

- Pobieramy się!

Mama przyciągnęła mnie do siebie i z panem G. mocno mnie między sobą uściskali.

background image

To trochę dziwaczne uczucie, kiedy ściska cię twój nauczyciel algebry. Nie mam nic 

więcej do dodania na ten temat.

Wtorek, 21 października, 1.00

Hej, myślałam, że mama jest feministką, nie wierzy w hierarchie wartości ustalane 

przez mężczyzn i sprzeciwia się podporządkowaniu i zacieraniu kobiecej indywidualności, 

które są nieodłączne od instytucji małżeństwa.

A przynajmniej zawsze dotąd tak twierdziła, ilekroć pytałam ją, czemu ona i mój 

ojciec nigdy się nie pobrali.

Ja sama zawsze myślałam, że on jej się po prostu nie oświadczył.

Może   dlatego   poprosiła   mnie,   żebym   nikomu   jeszcze   o   tym   nie   mówiła.   Chce 

zawiadomić ojca po swojemu, tak mówi.

Od tego zamieszania rozbolała mnie głowa.

Wtorek, 21 października, 2.00

O mój Boże. Dopiero teraz zdałam sobie sprawę, że jeśli moja mama wyjdzie za mąż 

za   pana   Gianiniego,   on   z   nami   zamieszka.   No   bo   przecież   mama   nigdy   się   nie   zgodzi 

przeprowadzić do niego, na Brooklyn. Zawsze mówiła, że jazda metrem wzmaga jej niechęć 

do hord pracowników wielkich korporacji.

Niewiarygodne.   Będę   codziennie   rano   jadła   śniadanie   w   towarzystwie   mojego 

NAUCZYCIELA ALGEBRY.

A jeśli przypadkiem zobaczę go nagiego czy coś takiego? To może raz na zawsze 

zakłócić rozwój mojej umysłowości.

Lepiej przypilnuję,  żeby zamek  w drzwiach  łazienki  naprawiono, zanim on się  tu 

wprowadzi.

A teraz oprócz głowy boli mnie jeszcze gardło.

Wtorek, 21 października, 9.00

Kiedy obudziłam się dziś rano, tak mnie bolało gardło, że nie mogłam nawet mówić. 

Mogłam tylko chrypieć.

Przez chwilę chrypiałam, żeby mama do mnie przyszła, ale nie usłyszała. No więc 

spróbowałam walić w ścianę, ale od tego tylko spadł mi plakat Greenpeace'u.

Wreszcie nie miałam innego wyjścia i musiałam wstać. Owinęłam się pledem, żeby się 

background image

nie doziębić i nie rozchorować jeszcze bardziej, i poszłam korytarzem do pokoju mamy.

Ku mojemu przerażeniu na łóżku mamy leżał nie jeden, ale DWA toboły owinięte 

kołdrami!!! Pan Gianini został na noc!!!

No, dobra. Ostatecznie przyrzekł już, że zrobi z niej uczciwą kobietę.

Mimo wszystko, trochę to niezręczne - wpaść do sypialni matki o szóstej rano i zastać 

tam   z   nią   swojego   NAUCZYCIELA ALGEBRY.   Kogoś   mniej   wytrzymałego   niż   ja   coś 

takiego mogłoby naprawdę podłamać.

Ale nieważne. Stałam, chrypiąc, na korytarzu, bo totalnie się wstydziłam wejść do 

środka, aż wreszcie mama otworzyła jedno oko. Wtedy powiedziałam jej szeptem, że jestem 

chora i trzeba zadzwonić do sekretariatu szkoły i wyjaśnić, że dziś nie przyjdę na zajęcia.

Poprosiłam ją też, żeby zadzwoniła i odwołała moją limuzynę i dała znać Lilly, że nie 

wstąpimy po nią po drodze do szkoły.

Powiedziałam jej również, że jeśli planuje iść do swojej pracowni, będzie musiała 

poprosić,   żeby   ojciec   albo   Lars   (proszę,   tylko   nie   Grandmère!)   przyszedł   na   poddasze   i 

dopilnował, żeby nikt nie próbował mnie porwać albo na mnie napaść, kiedy jej nie będzie, a 

ja będę się znajdować w tym stanie fizycznego osłabienia.

Chyba zrozumiała, co mówię, ale nie jestem do końca pewna.

Mówię wam, księżniczki naprawdę nie mają lekkiego życia.

Wtorek, trochę później

Mama dzisiaj nie poszła do pracowni i została w domu.

Chrypiałam do niej, że nie powinna. Za niecały miesiąc ma wystawę w galerii Mary 

Boone i wiem, że wykończyła tylko połowę obrazów, które ma pokazać. Jeżeli padnie ofiarą 

porannych mdłości, to równie dobrze można ją uznać za martwą malarkę realistyczną.

Ale   uparła   się   i   została   w   domu.   Myślę,   że   czuje   się   winna.   Chyba   uważa,   że 

zachorowałam przez nią. Jakby niepokój o stan jej macicy osłabił mi system odpornościowy 

czy coś takiego.

A to przecież totalnie bez sensu. Jestem pewna, że cokolwiek mi dolega, przywlokłam 

to   ze   szkoły.   Liceum   imienia   Alberta   Einsteina   jest   jednym   wielkim   szkiełkiem 

laboratoryjnym   pełnym   bakterii,   jeśli   chcecie   znać   moje   zdanie,   a   to   ze   względu   na 

zadziwiającą liczbę uczniów, którzy oddychają przez usta.

W każdym razie, mniej więcej co dziesięć minut moja umęczona poczuciem winy 

matka wchodzi do pokoju i pyta, czy mam na coś ochotę. Zapomniałam już, że ona ma 

kompleks Florencji Nightingale. Ciągle robi mi herbatę i grzanki cynamonowe z odkrojoną 

background image

skórką. Muszę przyznać, że to bardzo przyjemne.

Niestety, zmusiła mnie też, żebym rozpuściła sobie na języku trochę cynku, bo jedna z 

przyjaciółek   powiedziała   jej,   że   to   podobno   świetny   sposób   na   zwalczenie   typowego 

przeziębienia.

A to wcale nie było przyjemne.

Chyba dopadły ją wyrzuty sumienia, kiedy przez ten cynk dobrą chwilę się krztusiłam. 

Nawet pobiegła na dół do delikatesów i kupiła mi w nagrodę taki wielki batonik crunch.

Później próbowała wmusić we mnie jajka na bekonie, żebym odzyskała nadwątlone 

siły, ale w tym miejscu powiedziałam stop. Nie porzucę przecież wszystkich swoich zasad 

wegetarianki tylko dlatego, że leżę na łożu śmierci.

Mama właśnie zmierzyła mi temperaturę. Trzydzieści siedem i pięć.

Gdyby to było średniowiecze, pewnie już bym nie żyła.

WYKRES TEMPERATURY

11.45 

37,4 °C

12.14  3

7,3 °C

13.27 

37,0 °C

Ten głupi termometr na pewno się zepsuł!

14.05 

37,2 °C

15.35 

37,3 °C

Najwyraźniej,   jak   tak   dalej   pójdzie,   nie   będę   mogła   udzielić   wywiadu   Beverly 

Bellerieve w sobotę.

HURRRAAA!!!

Wtorek, jeszcze trochę później

Lilly właśnie wpadła do mnie na chwilę. Przyniosła mi wszystkie lekcje. Mówi, że 

wyglądam okropnie i że mam głos jak  Linda Blair w  Egzorcyście.  Nigdy nie widziałam 

Egzorcysty,  więc nie wiem, czy to prawda, czy nie. Nie lubię filmów, w których ludziom 

głowy   zaczynają   się   nagle   obracać   w   kółko   albo   jakieś   potwory   rozrywają   im   klatki 

piersiowe. Lubię filmy, w których dziewczyna z brzydkiego kaczątka zmienia się w piękność 

i w których jest dużo tańca.

W każdym razie Lilly mówi, że w szkole najnowszą  sensacją  jest pogodzenie się 

background image

Pierwszej Pary, to znaczy Josha Richtera i Lany Weinberger, po zerwaniu, które trwało cały 

tydzień (to osobisty rekord dla obojga: ostatnim razem, kiedy się rozstawali, wytrzymali tylko 

trzy dni). Lilly mówi, że kiedy poszła do mojej szafki po książki, Lana stała tam w swoim ko-

stiumie cheerleaderki i czekała na Josha, który ma szafkę tuż obok.

A potem przyszedł Josh i obdarzył Lanę takim głośnym, mokrym pocałunkiem, że pod 

względem   siły   ssania   mógł   stanowić   odpowiednik   tornada   o   sile   F5   w   skali   Fujimoto, 

przysięga Lilly, tak że nie mogła nawet zamknąć z powrotem mojej szafki (jak ja dobrze 

znam   ten   problem!).   Lilly   jednak   dość   szybko   poradziła   sobie   z   sytuacją,   pozornie 

przypadkiem, ale w gruncie rzeczy z pełną premedytacją szturchając Josha w kręgosłup czub-

kiem ołówka numer dwa.

Zastanawiałam się, czy nie podzielić się z Lilly swoją własną sensacją. No wiecie, 

chodzi mi o mamę i pana G. Przecież i tak w końcu się dowie.

Może to ta infekcja krążąca po moim organizmie, ale po prostu nie potrafiłam się do 

tego zmusić. Nie umiałam znieść myśli, co Lilly mogłaby powiedzieć na temat rozmiaru nosa 

mojego przyszłego brata lub siostry.

W każdym razie, mam mniej więcej tonę lekcji do odrobienia. Nawet ojciec mojego 

nienarodzonego rodzeństwa, po którym mogłabym chyba oczekiwać pewnej wyrozumiałości, 

doładował mi pracy. Mówię wam, jeśli wasza matka zaręcza się z waszym nauczycielem 

algebry, nic dobrego was nie czeka. Nic dobrego.

No cóż, wyjąwszy takie chwile, kiedy on przychodzi do nas na obiad i pomaga mi 

odrabiać pracę domową. Ale nigdy nie chce mi podpowiadać, więc i tak na ogół ląduję w 

okolicach sześćdziesięciu ośmiu punktów na sto. A to niezmiennie daje mi tylko troję.

A ja jestem teraz naprawdę chora! Temperatura podskoczyła mi do trzydziestu siedmiu 

i siedmiu! Niedługo dojdzie do trzydziestu ośmiu.

Gdyby to był odcinek Ostrego dyżuru, pewnie już by mnie podłączyli do respiratora.

Nie ma mowy, żebym w tym stanie udzielała wywiadu Beverly Bellerieve. NIE MA 

MOWY.

Tralala.

Mama wstawiła mi do pokoju swój nawilżacz powietrza i włączyła go na maksa. Lilly 

mówi, że jest tu jak w Wietnamie i spytała, czemu, na litość boską, nie uchylę choć trochę 

okna.

Nigdy przedtem się nad tym nie zastanawiałam, ale Lilly i Grandmère są do siebie pod 

pewnymi względami bardzo podobne. Na przykład, Grandmère dzwoniła przed chwilą. Kiedy 

jej   powiedziałam,   jak   strasznie   jestem   chora   i   że   chyba   nie   będę   w   stanie   udzielić   tego 

background image

wywiadu w sobotę, ona mnie praktycznie SKRZYCZAŁA.

Tak właśnie. Skrzyczała mnie, jakby to była MOJA wina, że zachorowałam. A potem 

mi opowiada, że w dzień swojego ślubu miała trzydzieści siedem i dziewięć gorączki, ale czy 

choroba ją powstrzymała przed przebrnięciem przez dwugodzinną ceremonię ślubną, a potem 

przejażdżkę otwartym powozem ulicami Genowii z machaniem ręką poddanym, i jeszcze 

potem przed zjedzeniem prosciutto z melonem na przyjęciu weselnym i tańczeniem walca do 

czwartej nad ranem?

Pewnie się strasznie zdziwicie, ale nie. Choroba jej nie powstrzymała. A to dlatego, 

powiedziała Grandmère,  że księżniczka nie zasłania się słabym zdrowiem jako wymówką, 

żeby nie wykonywać swoich obowiązków wobec poddanych.

Jakby   obywateli   Genowii   obchodziło,   czy   udzielę   jakiegoś   durnego   wywiadu   dla 

Dwadzieścia Cztery/Siedem. Oni tam nawet nie odbierają tego programu. Może oprócz tych, 

którzy mają anteny satelitarne.

Lilly ma mniej więcej tak samo współczujący charakter jak Grandmère. W gruncie 

rzeczy,   moja   przyjaciółka   wcale   nie   jest   miłym   gościem,   kiedy   człowiek   choruje. 

Zasugerowała,   że   prawdopodobnie   mam   gruźlicę,   jak   Elizabeth   Barrett   Browning. 

Powiedziałam, że moim zdaniem to tylko zapalenie oskrzeli, a Lilly mi na to, że Elizabeth 

Barrett Browning też tak myślała, zanim umarła.

PRACA DOMOWA

Algebra: zadania na końcu rozdziału 10

Angielski: opisać w swoim dzienniku ulubiony program telewizyjny, 

film, książkę, potrawę itp.

Historia cywilizacji: wypracowanie na tysiąc słów opisujące konflikt 

między Iranem a Afganistanem

RZ: e tam

Francuski: écrivez une vignette amusant (I co jeszcze?)

Biologia: układ hormonalny (wziąć odpowiedzi od Kenny'ego)

Boże! Co oni w tej szkole usiłują zrobić, tak szczerze mówiąc? Chcą 

mnie zamordować?

Środa, 22 października

Dzisiaj rano mama zadzwoniła do ojca, do jego apartamentu w Plaza, i kazała mu 

background image

przysłać   limuzynę,   żeby   zawieźć   mnie   do   lekarza.   To   dlatego,   że   kiedy   zmierzyła   mi 

temperaturę po przebudzeniu, miałam trzydzieści siedem i dziewięć, zupełnie jak Grandmère 

w dzień swojego ślubu.

Powiem wam jedno - nie miałam najmniejszej ochoty tańczyć walca. Z trudem się w 

ogóle ubrałam. Miałam taką gorączkę, że w efekcie założyłam jeden z kostiumów kupionych 

mi przez Grandmère. Wylądowałam więc od stóp do głów w Chanel, a oczy miałam zupełnie 

szklane i cała świeciłam się od potu. Tata  podskoczył  na  pół metra w  górę, kiedy mnie 

zobaczył. Chyba musiał mnie przez sekundę wziąć za Grandmère.

Tyle   że   jestem   o   wiele   od   Grandmère   wyższa,   oczywiście.   I   nie   mam   tak 

natapirowanej fryzury.

Okazuje się, że doktor Fung był jedną z niewielu osób w Ameryce, które jeszcze nie 

słyszały, że jestem księżniczką, więc musieliśmy siedzieć w poczekalni przez chyba dziesięć 

minut, zanim nas przyjął. Mój tata spędził te dziesięć minut, bajerując recepcjonistkę, która 

nosiła bluzkę odsłaniającą pępek, mimo że w zasadzie jest już zima.

I chociaż tata jest zupełnie łysy i przez cały czas chodzi w garniturach zamiast w 

bojówkach, jak normalny ojciec, widać było, że recepcjonistka z miejsca się w nim zadurzyła. 

To dlatego, że mimo swojego europejskiego akcentu tata wciąż jest szalenie atrakcyjnym 

facetem.

Lars, który jest również na swój sposób atrakcyjny (bo jest niesamowicie wysoki i 

owłosiony), siedział obok mnie i czytał egzemplarz Matki i dziecka. Widziałam wyraźnie, że 

wolałby ostatni numer Żołnierza fortuny, ale tego się nie subskrybuje na potrzeby Rodzinnej 

Poradni Medycznej SoHo.

Wreszcie doktor Fung mnie przyjął. Zmierzył mi temperaturę (38,7 °C) i obmacał 

węzły chłonne, chcąc zobaczyć, czy są powiększone (były powiększone). Potem spróbował 

pobrać mi wymaz z gardła, żeby sprawdzić, czy nie mam gronkowca.

Tyle że kiedy dziabnął mnie tą szpatułką po gardle, zakrztusiłam się tak okropnie, że 

zaczęłam bez opamiętania kaszleć. Nie mogłam przestać, więc między jednym kaszlnięciem a 

drugim powiedziałam mu, że idę napić się wody. Myślę, że musiałam już zgłupieć z gorączki, 

bo zamiast iść po wodę, wyszłam z przychodni. Zeszłam do limuzyny i kazałam szoferowi 

wieźć się natychmiast do Emerald Planet, żeby napić się shake'a.

Na szczęście szofer był dość przytomny, żeby nigdzie mnie nie zabierać bez mojego 

ochroniarza. Włączył radio i powiedział parę słów, a potem Lars zszedł do limuzyny z moim 

tatą, który spytał, co ja u diabła wyprawiam.

Miałam   ochotę   zapytać   go   o   to   samo,   tylko   w   odniesieniu   do   recepcjonistki   z 

background image

kolczykiem w pępku. Ale gardło za bardzo mnie bolało na mówienie.

Doktor Fung okazał się na koniec bardzo miłym człowiekiem. Dał sobie spokój z 

pobieraniem   wymazu   i  tylko   przepisał   mi   jakieś   antybiotyki   i   jeszcze   syrop   na  kaszel   z 

kodeiną - ale najpierw kazał jednej z pielęgniarek zrobić zdjęcie, jak ściskamy sobie ręce w 

limuzynie, żeby móc powiesić je sobie na ścianie, gdzie umieszcza zdjęcia sławnych ludzi. 

Ma tam fotografie, na których ściska ręce innych swoich sławnych pacjentów, na przykład 

Roberta Gouleta i Lou Reeda.

Teraz szalona gorączka już mi spadła, widzę zatem, że zachowywałam się kompletnie 

irracjonalnie. Muszę przyznać, że wycieczkę do gabinetu tego lekarza mogłabym zaliczyć do 

najbardziej   żenujących   momentów   mojego   życia.   Oczywiście,   było   tych   momentów   tak 

wiele, że trudno ją tu gdzieś z miejsca zakwalifikować. Myślę, że umieściłabym ją na równi z 

tamtą sytuacją, kiedy upuściłam półmisek przy bufecie na bar micwie Lilly i przez resztę 

wieczoru wszyscy niechcący włazili w rybę w galarecie.

PIĘĆ NAJBARDZIEJ ŻENUJĄCYCH MOMENTÓW

W ŻYCIU MII THERMOPOLIS

1. Kiedy Josh Richter mnie pocałował na oczach całej szkoły i wszyscy się na mnie 

gapili.

2.  Kiedy miałam  sześć  lat,   a  Grandmère   kazała  mi  uściskać  swoją  siostrę,   ciotkę 

Jeanne Marie, a ja zaczęłam płakać, bo bałam się wąsów Jeanne Marie i uraziłam 

jej uczucia.

3.   Kiedy  miałam   siedem   lat,   a   Grandmère   zmusiła   mnie,   żebym   wzięła   udział   w 

nudnym koktajl - party, które urządziła dla wszystkich swoich przyjaciół. Byłam 

tak znudzona, że wzięłam sobie mały stojak z kości słoniowej na podstawki do 

kieliszków. Ten stojak miał kształt rikszy, więc jeździłam nim po stoliku do kawy, 

udając, że mówię po chińsku, a potem wszystkie podstawki wypadły z siedzenia 

rikszy  i   potoczyły  się  po   podłodze,   robiąc   okropny  hałas,  a   wszyscy  na   mnie 

spojrzeli. (Teraz, kiedy o tym myślę, jestem jeszcze bardziej zażenowana, bo prze-

drzeźnianie Chińczyków jest bardzo niegrzeczne, o poprawności politycznej już 

nie wspominając).

4. Kiedy miałam siedem lat, a Grandmère zabrała mnie z jakimś kuzynostwem na 

plażę,   a   ja   zapomniałam   zabrać   górę   od   bikini   i   Grandmère   nie   chciała   mi 

pozwolić wrócić do zamku po kostium. Powiedziała, że to Francja, na litość boską, 

background image

i powinnam opalać się topless jak wszystkie dziewczyny, i chociaż biustu miałam 

dokładnie tyle co teraz (czyli zero), wstydziłam się śmiertelnie i nie chciałam zdjąć 

bluzki,   i   wszyscy   na   mnie   patrzyli,   bo   myśleli,   że   mam   jakąś   wysypkę   albo 

szpecące   znamię,   albo   zasuszone   zwłoki   syjamskiego   bliźniaka   zwisają   mi   z 

brzucha.

5. Kiedy miałam dwanaście lat i dostałam pierwszej miesiączki, i byłam w domu 

Grandmère, i musiałam jej o tym powiedzieć, bo nie miałam żadnych podpasek ani 

nic   takiego,   a   wieczorem,   kiedy   schodziłam   na   obiad,   podsłuchałam,   że 

Grandmère mówi o tym wszystkim swoim przyjaciołom, i przez cały wieczór oni 

wszyscy robili sobie żarty z tego cudu kobiecości.

Kiedy   się   teraz   nad   tym   zastanawiam,   prawie   wszystkie   z   moich   najbardziej 

żenujących przeżyć mają coś wspólnego z Grandmère.

Ciekawe, co by na ten temat powiedzieli rodzice Lilly jako psychoanalitycy.

WYKRES TEMPERATURY

17.20 

37,4 °C

18.45

 37,3 °C

19.52 

37,2 °C

Czy to możliwe, żebym już dochodziła do siebie? To okropne. Jeżeli mi się poprawi, 

będę musiała iść na ten głupi wywiad...

Sytuacja   wymaga   drastycznych   środków   zaradczych.   Dziś   wieczorem   poważnie 

zamierzam wziąć prysznic i wystawić mokrą głowę za okno.

Jeszcze zobaczę.

Czwartek, 23 października

O mój Boże. Zdarzyło się coś tak bardzo podniecającego, że aż mi trudno pisać.

Dzisiaj   rano,   kiedy   leżałam   na   moim   łożu   boleści,   mama   podała   mi   jakiś   list   i 

powiedziała, że przyszedł z wczorajszą pocztą, tylko ona zapomniała mi go przekazać.

Nie wyglądał mi na rachunek za elektryczność czy kablówkę, o których moja mama 

zapomina natychmiast po odebraniu poczty. To był prywatny list adresowany do mnie.

Ponieważ jednak  adres na  kopercie  był  drukowany,  nie  spodziewałam się  niczego 

niezwykłego.   Myślałam,   że   to   jakieś   pismo   ze   szkoły   czy   coś   takiego.   Na   przykład 

background image

zawiadomienie o otrzymanym wyróżnieniu (CHA, CHA). Jednak nie było żadnego adresu 

zwrotnego, a zwykle poczta wychodząca z Liceum imienia Alberta Einsteina ma w lewym 

górnym rogu zamyśloną twarz patrona i pod spodem adres.

Możecie   więc   wyobrazić   sobie   moje   zdumienie,   kiedy   otworzyłam   kopertę   i 

znalazłam tam nie jakąś ulotkę z prośbą o okazanie ducha solidarności i pomoc w pieczeniu 

chrupek ryżowych przeznaczonych na kwestę na rzecz drużyny szkolnej, ale ten oto tekst... 

który z braku lepszego określenia mogę nazwać wy łącznie listem miłosnym:

Droga Mio!

Wiem, że uznasz mnie za dziwaka, kiedy otrzymasz ten list. Sam 

czuję   się   dziwnie,   pisząc   go.   Jednak   jestem   zbyt   nieśmiały,   żeby 

powiedzieć prosto w oczy to, co zamierzam powiedzieć Ci teraz:

A mianowicie, moim zdaniem żadna z dziewczyn, które spotkałem, 

nie przypomina Josie bardziej niż Ty.

Poza tym chcę tylko, żebyś wiedziała, iż jest taka jedna osoba, 

która lubiła Cię, na długo zanim odkryłaś, że jesteś księżniczką...

I będzie lubiła Cię nadal, bez względu na wszystko.

Pozdrawiam Przyjaciel

O mój Boże!

Nie mogłam uwierzyć własnym oczom! Nigdy w życiu nie dostałam takiego listu. Kto 

to mógł przysłać? Naprawdę nic nie przychodziło mi do głowy. List był drukowany, tak samo 

jak adres na kopercie. Pisany nie na maszynie, ale najwyraźniej na komputerze.

Tak   więc,   powiedzmy,   gdybym   nawet   chciała   porównać   uderzenia   klawiszy   z 

podejrzaną maszyną (jak zrobiła Jan w  The Brady Bunch,  kiedy domyślała się, że to Alice 

przesłała  jej  medalion), nie  mogłabym.  Na litość  boską, nie można porównać wydruków 

laserowych drukarek. We wszystkich czcionki są takie same.

Ale kto mógł mi przysłać taki list?

Oczywiście, wiem od kogo CHCIAŁABYM go dostać.

Ale szanse, że taki facet jak Michael Moscovitz w ogóle polubi mnie kiedyś inaczej 

niż tylko jako zwyczajną przyjaciółkę, są mniej więcej zerowe. To znaczy, gdyby mnie lubił, 

miał świetną okazję powiedzieć mi o tym podczas Balu Wielu Kultur. Był wtedy na tyle miły, 

że zainteresował się i poprosił mnie do tańca zaraz po tym, jak Josh Richter tak paskudnie 

mnie uraził. I nie zatańczyliśmy przecież tylko raz. Tańczyliśmy kilka razy. Same wolne 

tańce. A po tańcach siedzieliśmy razem w jego pokoju w mieszkaniu Moscovitzow. Jeżeli 

background image

chciał, mógł mi wtedy coś powiedzieć.

Jednak nie zrobił tego. Nie powiedział ani słowa o tym, że mnie lubi.

A  niby   czemu   miałby   coś   mówić?   Jestem   przecież   zupełnym   dziwadłem,   z   tym 

rzucającym się w oczy niedorozwojem gruczołów piersiowych, gigantyzmem i kompletną 

nieumiejętnością   ułożenia   włosów   w   coś   choćby   w   ogólnym   zarysie   przypominającego 

fryzurę.

Przypomina   mi  to,   że  właśnie   uczyliśmy  się  na  biologii  o  takich  ludziach  jak   ja. 

Nazywa się ich wybrykami natury. Wybryk natury ma miejsce wtedy, kiedy jakiś organizm 

wykazuje znaczące odbicie od normalności albo brak podobieństwa do rodziców, co bywa 

typowym skutkiem mutacji genetycznej.

To o mnie. To jest totalnie o mnie. No bo jeżeli spojrzeć na mnie, a potem na moich 

rodziców - a oboje są bardzo atrakcyjnymi ludźmi - wręcz narzuca się jedno pytanie: CO TU 

SIĘ POPLĄTAŁO?

Poważnie. Moje miejsce jest wśród X - menów. Jestem zwykłym mutantem.

Poza tym, czy Michael Moscovitz to naprawdę taki typ faceta, który powiedziałby, że 

ze wszystkich dziewczyn w szkole ja najbardziej przypominam Josie? No bo zakładam, że 

autor listu mówił o Josie, liderce zespołu Josie and the Pussycats, granej w filmie przez 

Rachael Leigh Cook. Tyle że ja przecież w niczym nie przypominam Rachael Leigh Cook. 

Chciałabym.   Ale   Josie   and   the   Pussycats   najpierw   zdobył   popularność   jako   komiks   o 

dziewczęcym zespole muzycznym, który przy okazji rozwiązuje zagadki kryminalne, jak w 

Scooby Doo, a Michael przecież w ogóle nie ogląda Cartoon Network, o ile się orientuję.

Michael  tak  właściwie  ogląda  tylko  informacje   na PBS,  Sci  Fi  Channel  i  Buffy  

postrach wampirów. Może gdyby w liście było: „Moim zdaniem, ze wszystkich dziewczyn, 

jakie spotkałem, właśnie Ty najbardziej przypominasz Buffy...”

Ale jeśli nie Michael, to kto mógł mi przysłać ten list?

To   takie   fascynujące,   że   najchętniej   zadzwoniłabym   do   kogoś   i   opowiedziała   o 

wszystkim. Tylko komu? Wszyscy moi znajomi są w tej chwili w szkole.

DLACZEGO MUSIAŁAM ZACHOROWAĆ???

Zapomnijcie o wystawianiu mokrej głowy za okno. Muszę wyzdrowieć natychmiast, 

żeby wrócić do szkoły i odkryć, kto jest moim cichym wielbicielem!

WYKRES TEMPERATURY

10.45 

37,3 °C

background image

11.15 

37,2 °C

12.27 

37,0 °C

Tak!   TAK!   Polepsza   mi   się!   Dzięki   ci,   Selmanie   Waksmanie,   wynalazco 

antybiotyków.

14.05 

37,1 °C

Nie. Błagam, nie! 1

5.35 

37,2 °C

Czemu to na mnie spada?

Czwartek, później

Dziś po południu, kiedy leżałam pod kołdrą z woreczkami lodu i usiłowałam zbić 

sobie gorączkę, żeby móc iść jutro do szkoły i odkryć, kto jest moim cichym wielbicielem, 

obejrzałam najlepszy odcinek Słonecznego patrolu w historii serialu.

Serio.

W czasie wyścigów motorówek Mitch poznaje pewną dziewczynę, która ma strasznie 

nienaturalny francuski akcent. Totalnie się w sobie zakochują i razem biegają wśród fal w 

rytm tej naprawdę świetnej muzyki, a potem okazuje się, że dziewczyna była zaręczona z 

przeciwnikiem Mitcha w wyścigach motorówek - ale to jeszcze nie wszystko - tak naprawdę 

była   KSIĘŻNICZKĄ   JAKIEGOŚ   MAŁEGO   EUROPEJSKIEGO   KRAJU,   O   KTÓRYM 

MITCH   SŁYSZAŁ   PO   RAZ   PIERWSZY W  ŻYCIU.  A  jej   narzeczony   był   księciem,   z 

którym ojciec zaręczył ją, kiedy jeszcze była w kołysce!

Kiedy oglądałam ten odcinek, Lilly przyniosła mi następną porcję zadanych lekcji i 

zaczęła   oglądać   film   razem   ze   mną,   ale   kompletnie   jej   umknęło   głębokie   filozoficzne 

przesłanie tego odcinka. Powiedziała tylko:

- Kurczę, ta lala z książęcym tytułem rozpaczliwie potrzebuje depilacji brwi.

Byłam oburzona.

- Lilly - zachrypiałam. - Czy ty nie widzisz, że ten odcinekSłonecznego patrolu jest 

proroczy? To zupełnie możliwe, że mnie też zaręczono zaraz po urodzeniu z jakimś księciem, 

którego   nigdy  na   oczy  nie   widziałam,  a   mój   ojciec   po   prostu  jeszcze   nic  mi   o   tym   nie 

powiedział.   I   bardzo   prawdopodobne,   że   poznam   kiedyś   na   plaży   jakiegoś   ratownika   i 

zakocham   się   w   nim   do   szaleństwa,   ale   cóż   z   tego,   skoro   będę   musiała   wypełnić   swój 

obowiązek i poślubić mężczyznę wybranego dla mnie przez mój lud.

Lilly powiedziała:

background image

- Halo? Ile tego syropu wypiłaś dzisiaj, przyznaj się? Tutaj jest napisane: łyżeczka do 

herbaty, nie łyżka stołowa, kretynko.

Byłam zła, że Lilly nie potrafi dostrzec szerszej perspektywy. Oczywiście, nie mogłam 

powiedzieć   jej   o   liście,   który   dostałam.   Bo   jeśli   faktycznie   napisał   go   jej   brat?   Nie 

chciałabym, żeby pomyślał, że trzepałam na ten temat ozorem do wszystkich znajomych. List 

miłosny to bardzo osobista sprawa.

Ale w dalszym ciągu oczekiwałam, że moja przyjaciółka będzie umiała spojrzeć na to 

z mojego punktu widzenia.

- Nie rozumiesz? - wychrypiałam. - Nie ma sensu, żebym w ogóle zaczynała kogoś 

lubić, skoro jest całkiem możliwe, że ojciec zaaranżował moje małżeństwo z jakimś księciem, 

którego w ogóle nie znam. Z jakimś facetem, który mieszka na przykład w Dubaju czy gdzieś 

tam  i   codziennie  wpatruje  się  w  moje  zdjęcie,   marząc   o  chwili,   w   której   wreszcie  będę 

należeć do niego?

Lilly stwierdziła, że chyba czytam za dużo romansów dla nastolatek pożyczonych od 

mojej   przyjaciółki   Tiny   Hakim   Baba   (to   znaczy,   pożyczam   romanse,   a   nie   nastolatki). 

Przyznałam, że w zasadzie stamtąd wzięłam ten pomysł, ale przecież nie o to chodzi.

- Poważnie, Lilly - powiedziałam. - Muszę bardzo bardzo uważać, żeby nie zakochać 

się w takim facecie jak David Hasselhoff czy twój brat, bo kto wie, czy koniec końców nie 

będę musiała wyjść za księcia Williama.

Co nie byłoby, prawdę mówiąc, takim wielkim poświęceniem.

Lilly   wstała   z   mojego   łóżka   i   zamaszystym   krokiem   przeszła   do   salonu   naszego 

poddasza. W domu był tylko tata, bo kiedy przyszedł zobaczyć, jak się czuję, mama nagle 

przypomniała sobie, że ma coś do załatwienia i wybiegła.

Oczywiście, tak naprawdę nie miała nic do załatwienia. Mama w dalszym ciągu nie 

powiedziała tacie o panu G. i swojej ciąży, ani że planują się pobrać i tak dalej. Chyba się boi, 

że mógłby zacząć na nią wrzeszczeć za to, że okazała się taka nieodpowiedzialna (a wierzę, 

że jest do tego zdolny).

Więc   zamiast   się   przyznać,   boryka   się   z   takim   poczuciem   winy,   że   ucieka   przed 

ojcem, jak tylko go zobaczy. Byłoby to niemal zabawne, gdyby nie świadczyło, że jak na 

trzydziestosześcioletnią kobietę jest zupełnie niepoważna. Kiedy ja będę miała trzydzieści 

sześć   lat,   zamierzam   być   osobą   w   pełni   asertywną   i   nie   dam   się   przyłapać   na   robieniu 

żadnego z głupstw, które notorycznie popełnia moja mama.

- Panie Renaldo - usłyszałam Lilly, która weszła do salonu.

Ona   zawsze  nazywa  mojego  ojca  panem  Renaldo,  chociaż  doskonale   wie,  że   jest 

background image

księciem Genowii. Jednak ignoruje to, bo mówi, że jesteśmy w Ameryce i do nikogo nie 

będzie się zwracała „Wasza Wysokość”. Lilly jest z zasady przeciwna instytucji monarchii - a 

Genowia, jako księstwo, mieści się w tej kategorii. Wierzy, że władza należy do ludu. W 

czasach kolonialnych zaliczono by ją chyba do wigów.

- Panie Renaldo. - Usłyszałam, jak zagaduje mojego tatę. - Czy Mia jest potajemnie 

zaręczona z jakimś księciem?

Tata opuścił gazetę na kolana. Zaszeleścił nią tak głośno, że usłyszałam to u siebie w 

sypialni.

- Dobry Boże, skądże - odparł.

- Debilka - powiedziała do mnie, kiedy tak samo zamaszyście wróciła do mojego 

pokoju. - I chociaż rozumiem, czemu wolałabyś nie zakochać się w Dawidzie Hasselhoffie, 

który - pozwolę sobie zauważyć - jest taki stary, że mógłby być twoim ojcem i trudno go 

nazwać   smacznym   kąskiem,   niemniej   jednak,   co   ma   z   tym   wszystkim   wspólnego   MÓJ 

BRAT?

Trochę za późno zorientowałam się, co właściwie powiedziałam. Lilly nie ma pojęcia, 

co czuję do jej brata Michaela. Właściwie to JA SAMA też tak do końca nie mam pojęcia, co 

do niego czuję. Poza tym, że bez koszulki wygląda zupełnie jak Casper Van Dien.

Ja   bym   TAK   BARDZO   chciała,   żeby   to   on   był   autorem   tego   listu.   Naprawdę, 

naprawdę bardzo.

Ale nie mam zamiaru wspominać o tym jego siostrze.

Więc  powiedziałam jej  tylko,  że moim zdaniem postępuje  nie fair,  domagając  się 

wyjaśnień od kogoś, kto majaczył pod wpływem syropu z kodeiną.

Lilly ograniczyła się do miny, jaką robi czasami, kiedy nauczyciel zadaje jej pytanie, a 

ona zna odpowiedź, ale na odmianę chce dać szansę komuś innemu z klasy

7

.

To   bywa   naprawdę   wyczerpujące,   kiedy   twoja   najlepsza   przyjaciółka   ma 

współczynnik IQ 170.

PRACA DOMOWA

Algebra: zadania 1 - 20, str. 115

Angielski: rozdział 4 Strunka i White'a

Historia   cywilizacji:   wypracowanie   na   dwieście   słów   na   temat 

konfliktu między Indiami i Pakistanem

RZ: taa, i co jeszcze?

background image

Francuski: Chapitre huit

Biologia: przysadka mózgowa (zapytać Kenny'ego!)

LISTA GWIAZD I ICH BIUSTÓW ZEBRAŁY: LILLY MOSCOVITZ I MIA 

THERMOPOLIS

GWIAZDA

LILLY

MIA

Britney Spears

sztuczny

prawdziwy

Jennifer Love Hewitt

sztuczny

prawdziwy

Winona Ryder

sztuczny

prawdziwy

Courtney Love

sztuczny

sztuczny

Jennie Garth

sztuczny

prawdziwy

Tori Spelling

sztuczny

sztuczny

Brandy

sztuczny

prawdziwy

Neve Campbell

sztuczny

prawdziwy

Sarah Michelle Gellar

prawdziwy

prawdziwy

Christina Aguilera

sztuczny

prawdziwy

Lucy Lawless

prawdziwy

prawdziwy

Melissa Joan Hart

sztuczny

prawdziwy

Mariah Carey

sztuczny

sztuczny

Rachael Leigh Cook

sztuczny

prawdziwy

Czwartek, jeszcze trochę później

Po obiedzie poczułam się na tyle dobrze, żeby wstać z łóżka, więc to zrobiłam.

Sprawdziłam swoją pocztę elektroniczną. Miałam nadzieję, że znajdę w skrzynce coś 

od   mojego   tajemniczego   „przyjaciela”.   Uznałam,   że   skoro   znał   adres   mojej   „poczty 

ślimaczej”, to na pewno ma też mój adres e - mailowy. Oba są umieszczone w szkolnej 

książce teleadresowej.

Napisała do mnie, między innymi, Tina Hakim Baba. Przesłała mi życzenia powrotu 

do zdrowia. Shameeka też się odezwała. Wspomniała, że próbuje namówić swojego tatę, żeby 

pozwolił jej zrobić w Halloween imprezę i spytała, czy przyjdę, jeśli jej się uda. Odpisałam, 

że jasne, jeżeli nie będę zbyt osłabiona kaszlem.

Była też wiadomość od Michaela. Również kartka z życzeniami powrotu do zdrowia, 

ale   animowana,   jak   krótki   filmik.   Jest   na   niej   kot,   który   z   wyglądu   bardzo   przypomina 

Grubego Louie i wykonuje jakiś krótki, pocieszny taniec. To było bardzo słodkie. Michael 

podpisał się:

Całuję, Michael.

Nie: „pozdrawiam”.

Nie: „do zobaczenia”.

background image

CAŁUJĘ.

Otworzyłam i obejrzałam tę kartkę ze cztery razy, ale wciąż nie umiem stwierdzić, czy 

to Michael przysłał mi TAMTEN list. W liście, jak zauważyłam, ani razu nie padło słowo 

CAŁUJĘ. Tylko to, że nadawca mnie LUBI. I podpisał, że „pozdrawia”.

Ale o całowaniu nic. Ani jednego słówka.

A potem zobaczyłam wiadomość od kogoś, kogo adres e - mailowy nic mi nie mówił. 

O mój Boże! Czy to mógł być mój anonimowy adorator? Palce zadrżały mi na myszce...

Wreszcie   otworzyłam   e   -   maila   i   zobaczyłam   poniższą   wiadomość   od   niejakiego 

JoCroksa:

J

O

C

ROX

:   PISZĘ   TYLKO   PARĘ   SŁÓW   Z   NADZIEJĄ,   ŻE   JUŻ   CI   LEPIEJ. 

BRAKOWAŁO MI DZIŚ CIEBIE W SZKOLE! DOSTAŁAŚ MÓJ LIST? MAM NADZIEJĘ, 

ŻE DZIĘKI NIEMU POCZUŁAŚ SIĘ CHOĆ TROCHĘ LEPIEJ, BO WIESZ JUŻ, ŻE 
KTOŚ GDZIEŚ TAM MYŚLI, ŻE JESTEŚ ŚWIETNA. WRACAJ SZYBKO DO ZDROWIA.

TWÓJ PRZYJACIEL.

O mój Boże! To ON! Mój anonimowy adorator!

Ale kto to jest JoCrox? Nie znam nikogo o nazwisku JoCrox. Mówi, że brakowało mu 

mnie dzisiaj na lekcjach, co znaczy, że prawdopodobnie mamy razem jakieś zajęcia. Ale ja na 

żadne zajęcia nie chodzę z żadnym Jo.

Może JoCrox to wcale nie jest prawdziwe nazwisko. W gruncie rzeczy zupełnie nie 

brzmi jak normalne nazwisko. Może to tylko pseudonim któregoś pakera z drużyny.

Ale ja wcale nie znam żadnych chłopaków z drużyny. To znaczy, nie znam osobiście.

Och, nie, zaraz. Już mam:

Jo Crox. Jo - Si - Rox.

Josie Rocks! Josie z kreskówki Josie and the Pussycats!

Nie, no, to jest takie SŁODKIE.

Ale kto to? KTO TO JEST?

Stwierdziłam, że jest tylko jeden sposób, żeby się o tym przekonać, więc natychmiast 

mu odpisałam:

G

R

L

OUIE

:   DROGI   PRZYJACIELU,   DOSTAŁAM   TWÓJ   LIST.   DZIĘKUJĘ   CI 

BARDZO. DZIĘKUJĘ TAKŻE ZA ŻYCZENIA POWROTU DO ZDROWIA.

KIM JESTEŚ? (PRZYSIĘGAM, ŻE NIKOMU NIE POWIEM).

MIA

background image

Siedziałam i czekałam chyba przez pół godziny, z nadzieją, że mi odpisze, ale nie 

zrobił tego.

KTO TO JEST? KTO TO JEST???

MUSZĘ do jutra wyzdrowieć, żebym mogła pójść do szkoły i zorientować się, kim 

jest Jo - Si - Rox. Inaczej oszaleję, zupełnie jak dziewczyna Mela Gibsona w  Hamlecie,  

skończę,   unosząc   się   w   wodach   rzeki   Hudson   w   mojej   koszulce   nocnej   marki   Lanz   of 

Salzburg, obok stert odpadów medycznych.

Piątek, 24 października, algebra

JEST MI LEPIEJ!

No cóż, prawdę mówiąc, wcale aż tak świetnie się nie czuję, ale to nieważne. Nie 

mam już  gorączki,  więc mama,  chcąc  nie chcąc, puściła mnie  do szkoły.  Żadna siła  nie 

zmusiłaby mnie, żebym przeleżała jeszcze jeden dzień. Nie teraz, kiedy gdzieś tam kręci się 

Jo - Si - Rox i bardzo możliwe, że kocha się we mnie.

Ale na razie - nic. Po drodze jak zwykłe wstąpiliśmy limuzyną po Lilly i zabraliśmy ją 

i Michaela, który też akurat wyszedł z domu. Powiedział mi „cześć” zupełnie zwyczajnym to-

nem. Trudno by się było domyślić, że wysłał mi kartkę z życzeniami powrotu do zdrowia 

podpisaną „Całuję, Michael”, a co dopiero, że uznał mnie za dziewczynę podobną do Josie. 

Jest dla mnie zupełnie jasne, że to nie on jest Jo - Si - Roksem.

A to CAŁUJĘ na końcu jego e - maila było tylko takim platonicznym CAŁUJĘ. No bo 

CAŁUJĘ Michaela najwyraźniej nie znaczy, że faktycznie ma ochotę mnie całować.

Nie żebym kiedykolwiek wyobrażała sobie, że on tego chce Albo że w ogóle mógłby 

zechcieć. To znaczy, całować mnie.

A jednak odprowadził mnie do samej szafki. To było szale nie miłe z jego strony. Fakt, 

byliśmy   w   trakcie   ożywionej   dyskusji   na   temat   wtorkowego   odcinka  Buffy   -   postrachu 

wampirów,  ale i tak żaden chłopak nie odprowadził mnie jeszcze nigdy do szafki. Boris 

Pelkowski   DZIEŃ  W  DZIEŃ   BEZ   ŻADNYCH  WYJĄTKÓW   czeka   rano   na   Lilly  przy 

frontowych drzwiach szkoły, a potem odprowadza ją do jej szafki, i robi to zawsze, odkąd 

zgodziła się zostać jego dziewczyną.

Dobra, ja wiem - Boris Pelkowski oddycha przez usta i dalej nosi sweter wpuszczony 

w  spodnie, mimo moich częstych  uwag, że  tu w  Ameryce  uznaje się to za  wykroczenie 

przeciw   kanonom   mody.   Mimo   wszystko,   zawsze   to   chłopak.   A   przyjemnie   jest   mieć 

chłopaka,   który   odprowadzi   cię   do   szafki,   nawet   takiego   z   aparatem   ortodontycznym. 

background image

Owszem,   mam   Larsa,   ale   to   zupełnie   co   innego,   kiedy   do   szafki   odprowadza   cię   twój 

OCHRONIARZ, a nie CHŁOPAK.

Widziałam   przed   chwilą,   że   Lana   Weinberger   kupiła   sobie   komplet   nowych 

segregatorów   na   notatki.   Pewnie   wyrzuciła   wszystkie   stare.   Powypisywała   kiedyś   „pani 

Joshowa Richter” na wszystkich okładkach, a potem poskreślała te napisy, kiedy ona i Josh ze 

sobą   zerwali.   Teraz   się   pogodzili,   a   ona   chyba   znów   chce   zamącić   sobie   poczucie 

indywidualności, podpisując  się  nazwiskiem swojego  „męża”, bo już  ma  trzy KOCHAM 

JOSHA i siedem PANI JOSHOWA RICHTER na samej okładce segregatora do algebry.

Zanim   zaczęła   się   lekcja,   Lana   opowiadała   każdemu,   kto   się   nawinął,   o   jakiejś 

imprezie, na którą idzie dziś wieczorem. Nikt z nas nie został zaproszony, oczywiście. To 

impreza organizowana przez jednego z przyjaciół Josha.

Nigdy   nie   bywam   zapraszana   na   takie   imprezy.   Wiecie,   takie   jak   z   filmów   o 

nastolatkach, gdzie rodzice wyjeżdżają z miasta, a cała szkoła zwala się z baryłkami piwa i 

demoluje dom.

Właściwie   nie   znam   nikogo,   kto   mieszka   w   wolno   stojącym   domu.   Tylko   w 

apartamentowcach. A jeśli zacznie się demolować apartamentowiec, sąsiedzi obok dzwonią 

po ochronę i składają skargę. To się może skończyć poważnym zatargiem z administracją 

osiedla.

Nie   przypuszczam   jednak,   żeby   Lana   kiedykolwiek   zastanawiała   się   nad   takimi 

sprawami.

Trzecia potęga nazywana jest sześcianem x

Druga potęga to kwadrat X

ODA DO WIDOKU Z OKNA

MOJEJ MATEMATYCZNEJ PRACOWNI

Rozgrzane słońcem betonowe ławki

Obok stołów z planszami do szachów

i graffiti zostawione przez setki

tych, co przed nami namalowane sprayem Day - Glo:

Joanne kocha Richiego

Punk rządzi

Geje i lesby won

background image

i

Amber to dziwka.

Martwe liście i plastikowe torby rozrzucone

wiatrem napływającym z parku

a mężczyźni w służbowych garniturach usiłują przygładzić

te kilka ostatnich kosmyków pokrywających

ich różowe łyse czoła.

Paczki po papierosach i wyzuta guma do żucia

Zaścielają szary chodnik.

A ja zastanawiam się

Czy to ma jakieś znaczenie

że równanie przestaje być liniowe,

jeśli którąś z jego zmiennych

podniesiemy do potęgi?

Przecież wszyscy umrzemy i tak.

Piątek, 24 października, historia cywilizacji

LISTA PIĘCIU PODSTAWOWYCH TYPÓW USTROJU

anarchia 

dyktatura

monarchia 

oligarchia

arystokracja

 demokracja

LISTA PIĘCIU OSÓB, KTÓRE PRZYPUSZCZALNIE MOGĄ BYĆ JO - SI - ROKSEM

Michael Moscovitz (chciałabym)

Boris Pelkowski (proszę, nie)

Pan Gianini (nieudolnie usiłując poprawić mi nastrój)

Mój ojciec (to samo)

Ten dziwaczny chłopak, którego czasem widzę w stołówce - ten, który strasznie się 

denerwuje, kiedy podadzą chili z kukurydzą (proszę, proszę, nie)

AAAAAAAAAAAA!!!

background image

Piątek, 24 października, RZ

Okazuje   się,   że   podczas   mojej   choroby   Boris   zaczął   się   uczyć   jakichś   nowych 

utworów na skrzypce. Teraz gra koncert skrzypcowy faceta nazwiskiem Bartok.

I pozwólcie sobie powiedzieć, że ta muzyka brzmi tak samo pięknie jak nazwisko 

kompozytora. Zamknęliśmy go razem ze skrzypcami w szafie na materiały biurowe, ale to też 

nie   pomaga.   Człowiek   nie   słyszy   własnych   myśli.   Michael   musiał   pójść   do   szkolnej 

pielęgniarki po ibuprofen.

Ale zanim wyszedł, próbowałam sprowadzić rozmowę na temat tamtego e - maila. No 

wiecie, zupełnie jakby nigdy nic, i tak dalej.

W każdym razie, Lilly opowiadała o swoim programie, Lilly mówi prosto z mostu, a ja 

ją   spytałam,   czy   wciąż   dostaje   tyle   fan   -   poczty   -   jeden   z   jej   największych   fanów,   ten 

prześladowca N

OM

 man, ciągle przesyła jej darmowe prezenty w nadziei, że Lilly w trakcie 

programu zdejmie buty. Norman to fetyszysta stóp.

Wtedy dodałam, że sama dostałam ostatnio pewien INTRYGUJĄCY e - mail...

A potem spojrzałam naprawdę szybko na Michaela, żeby się przekonać, jak zareaguje.

Nawet nie podniósł oczu znad laptopa.

A teraz wrócił już z gabinetu pielęgniarki. Nie chciała mu dać ibuprofenu, bo to jest 

wbrew szkolnym przepisom antynarkotykowym. Więc dałam mu trochę mojego syropu na 

kaszel z kodeiną. Mówi, że od razu przeszedł mu ból głowy.

Ale   to   może   dlatego,   że   Boris   przewrócił   smyczkiem   puszkę   rozpuszczalnika   i 

musieliśmy go wypuścić z szafy' na materiały biurowe.

DO ZROBIENIA

1. Przestać tyle myśleć o Jo - Si - Roksie.

2. To samo: Michael Moscovitz.

3. To samo: moja mama i kwestia jej rozrodczości.

4. To samo: mój jutrzejszy wywiad dla Beverly Bellerieve.

5. To samo: Grandmère.

6. Bardziej wierzyć w siebie.

7. Przestać ogryzać paznokcie.

8. Być bardziej asertywna.

9. Częściej uważać na algebrze.

background image

10. Uprać szorty na WF.

Piątek, później

Wspominałam coś o wstydzie?! Dyrektor Gupta w jakiś sposób dowiedziała się, że 

dałam  Michaelowi   trochę  mojego  syropu  na  kaszel  z  kodeiną  i  wywołano  mnie  z   lekcji 

biologii do jej gabinetu, gdzie przedyskutowała ze mną temat przemycania na teren szkoły 

substancji odurzających!

O mój Boże! Naprawdę i szczerze byłam przekonana, że wywalą mnie ze szkoły. Tu i 

teraz.

Opowiedziałam   jej   o   ibuprofenie   i   Bartoku,   ale   dyrektor   Gupta   nie   okazała   ani 

odrobiny zrozumienia. Nawet kiedy wspomniałam o tych wszystkich dzieciakach, które stoją 

przed szkołą i palą. Czy im się robi trudności, kiedy sępią od siebie nawzajem papierosy?

A cheerleaderki i ich preparaty z dekstrynami?

Ale dyrektor Gupta powiedziała, że papierosy i dekstryny to co innego, a narkotyki co 

innego. Zabrała mi mój syrop na kaszel z kodeiną i powiedziała, że mogę go sobie odebrać po 

lekcjach. Powiedziała mi też, żebym w poniedziałek nie przynosiła go ze sobą.

Nie   musi   się   obawiać.   Byłam   tak   zawstydzona   tą   całą   sytuacją,   że   poważnie   się 

zastanawiam, nie tylko czy przyjść do szkoły w poniedziałek, ale czy w ogóle tu wracać.

Nie wiem, czemu nie mogłabym uczyć się w domu. Na pewno wyszłoby mi to na 

dobre.

PRACA DOMOWA

Algebra: zadania ze str. 129

Angielski: opisz przeżycie, które głęboko cię poruszyło

Historia cywilizacji: dwieście słów na temat powstania Talibanu w 

Afganistanie

RZ: PROOOOOOSZĘ

Francuski: devoirs - les notes grammaticals: 141 - 143

Biologia: centralny układ nerwowy

JĘZYK ANGIELSKI

DZIENNIK

background image

Moje ulubione zajęcia

JEDZENIE

Wegetariańskie lasagne

FILM

Najbardziej  ze  wszystkich  lubię pewien film, który  po raz pierwszy  obejrzałam na  

HBO, kiedy miałam dwanaście lat. Na zawsze już pozostał moim ulubionym filmem, mimo  

wysiłków   rodziny   i   przyjaciół,   którzy   usiłowali   zapoznać   mnie   z   przykładami   tak   zwanej 

wyższej sztuki filmowej. Zupełnie szczerze uważam, że Wirujący seks z Patrickiem Swayze i  

Jennifer Grey (jeszcze przed operacją plastyczną nosa) w rolach głównych ma wszystko, 

czego   brakuje   takim   filmom   jak   Breathless   czy   September   stworzonych   przez   rzekomo 

ambitniejszych autorów. Na przykład, akcja Wirującego seksu toczy się w domu wczasowym. 

Filmy, których akcja toczy się w domach wczasowych (inne dobre przykłady filmów tego typu 

to Cocktail i Aspen Extreme.), są po prostu lepsze, zauważyłam, niż pozostałe. Poza tym w  

Wirującym seksie jest mnóstwo tańca. Taniec w filmach zawsze wygląda ładnie. Proszę tylko 

pomyśleć, o ile lepsze byłyby takie filmy - zdobywcy Oscara, jak Angielski pacjent, gdyby  

znalazło się w nich trochę scen tanecznych. Zawsze nudzę się w kinie o wiele mniej, jeżeli 

na ekranie tańczą. Wszystko więc, co mam do powiedzenia tym wielu ludziom, którzy nie 

zgadzają się ze mną co do Wirującego seksu to: „Na Baby nikt nie patrzy z góry”.

SERIAL TELEWIZYJNY

Moim ulubionym serialem telewizyjnym jest Słoneczny patrol. Wiem, ludzie uważają, 

że   jest   głupawy   i   seksistowski,   ale   naprawdę   wcale   tak   nie   jest.   Chłopcy   są   tak   samo  

porozbierani jak dziewczyny, a w ostatnich odcinkach szefem całej jednostki ratowniczej jest 

kobieta. I cała rzecz w tym, że ile razy go oglądam, czuję się szczęśliwa. To dlatego, że 

niezależnie od rodzaju tarapatów, w jakie właduje się Hobie - olbrzymie węgorze elektryczne 

czy przemytnicy szmaragdów - Mich go wyratuje, a wszystko będzie miało w tle fantastyczną  

ścieżkę dźwiękową i znakomite ujęcia oceanu. Chciałabym, żeby także w moim życiu znalazł 

się taki Mitch, który wszystkie codzienne sprawy doprowadzałby szczęśliwie do końca.

I chciałabym mieć taki duży biust jak Carmen Electra.

KSIĄŻKA

Moja   ulubiona   książka   nosi   tytuł   IQ   83.   Napisał   ją   autor   bestsellera   Rój,   Arthur 

Herzog.  IQ  83  opowiada o  grupie  lekarzy,   która   majstruje  w  DNA  i  niechcący powoduje 

wypadek, wskutek którego cała ludzkość traci sporo punktów IQ i zaczyna się zachowywać 

background image

jak banda idiotów. Poważnie! Nawet prezydent Stanów Zjednoczonych, który kończy jako 

zaśliniony kretyn! I tylko od doktora Jamesa Healeya zależy, czy kraj zostanie uratowany 

przed   zaludnieniem   przez   kupę   otyłych   debili,   którzy   całymi   dniami   nic   nie   robią,   tylko 

oglądają   program   Jerry'ego   Springera   i   jedzą   prażoną   kukurydzę.   Ta   książka   nigdy   nie 

została doceniona tak, jak na to zasługuje. Nawet nie nakręcono filmu na jej podstawie!

To przykład literackiej parodii.

Piątek, jeszcze później

I co ja mam zrobić z tym idiotycznym wypracowaniem do dziennika na angielski: 

Opisz przeżycie, które głęboko cię poruszyło? Co zrobić? O czym mam napisać? O tym, jak 

weszłam do kuchni we własnym domu, a tam stał w bieliźnie mój nauczyciel algebry? Może 

niezupełnie mnie to poruszyło, ale na pewno stanowiło rodzaj przeżycia.

A może powinnam opowiedzieć o tym, jak mojemu tacie zebrało się na zwierzenia i 

okazało się, że jestem następczynią tronu księstwa Genowii? To też było przeżycie, chociaż 

nie wiem, czy głębokie. Wprawdzie popłakałam się, ale raczej nie ze wzruszenia. Byłam po 

prostu wściekła, że nikt mi niczego wcześniej nie powiedział. Ja nawet rozumiem, że mógł się 

wstydzić przyznać obywatelom Genowii, że ma nieślubne dziecko, ale żeby ukrywać ten fakt 

przez czternaście lat?

Mój partner na ćwiczeniach z biologii, Kenny, który też ma angielski z panią Spears, 

mówi, że napisze o zeszłorocznej podróży ze swoją rodziną do Indii. Złapał tam cholerę i o 

mało nie umarł. Kiedy leżał na szpitalnym  łóżku w obcym dalekim kraju, zrozumiał, że 

jesteśmy na tej planecie tylko krótką chwilę i najważniejsze jest, żebyśmy wykorzystywali 

każdy moment, który nam pozostał, jakby miał być ostatni. To dlatego Kenny poświęci swoje 

życie znalezieniu lekarstwa na raka i promowaniu japońskich anime.

Kenny   to   prawdziwy   szczęściarz.   Gdybym   tylko   mogła   złapać   jakąś   potencjalnie 

śmiertelną chorobę.

Zaczynam sobie zdawać sprawę, że głęboki w moim życiu - jak do tej pory - jest 

jedynie kompletny i całkowity brak jakiejkolwiek głębi.

JEFFERSON MARKET

GWARANTUJEMY NAJŚWIEŻSZY TOWAR

SZYBKA BEZPŁATNA DOSTAWA

Zamówienie numer 2764

1 paczka tofu

background image

1 opakowanie kiełków pszenicy

1 bochenek pełnoziarnistego chleba

5 grejpfrutów

12 pomarańczy

1 kiść bananów

1 paczka drożdży piwowarskich

1 litr odtłuszczonego mleka

1 litr soku pomarańczowego (nie z koncentratu)

1 kostka masła

12 jajek

1 paczka niesolonych pestek słonecznika

papier toaletowy

patyczki do czyszczenia uszu

Dostarczyć na adres:

Mia Thermopolis, 1005 Thompson Street, 4A

Sobota, 25 października, 14.00, apartament Grandmère

Siedzę tu i czekam na swój wywiad. Nie dość, że boli mnie gardło, to jeszcze czuję 

się, jakbym miała zaraz zwymiotować. Może zapalenie oskrzeli przekształciło się w grypę. 

Może   falafel,   który   zamówiłam   sobie   wczoraj   na   obiad,   przygotowano   z   nieświeżej 

ciecierzycy, czy coś takiego.

A   może   jestem   po   prostu   totalnie   zdenerwowana,   ponieważ   ten   wywiad   w 

poniedziałek wieczorem obejrzą widzowie w dwudziestu dwóch milionach domów.

Chociaż ogromnie trudno mi uwierzyć, że dwadzieścia dwa miliony rodzin mogłyby w 

ogóle interesować się tym, co JA mam do powiedzenia.

Czytałam, że kiedy książę William udziela wywiadu, tydzień wcześniej dostaje zestaw 

pytań,   więc   ma   czas   na   przygotowanie   naprawdę   rezolutnych   i   zjadliwych   odpowiedzi. 

Najwyraźniej członkowie rodziny książęcej z Genowii nie mogą oczekiwać podobnej atencji. 

Chociaż i tygodniowe wyprzedzenie nie wystarczyłoby, żebym wymyśliła coś rezolutnego i 

zjadliwego. No dobra, rezolutnego może, ale zjadliwego na pewno nie.

Cóż, w zależności od pytań, pewnie i rezolutnego też nie.

No więc, siedzę tutaj i naprawdę zbiera mi się na wymioty i żałuję, że nie mogę 

pogonić ich i mieć już tego z głowy. Powinno się zacząć dwie godziny temu.

background image

Ale   Grandmère   jest   niezadowolona   ze   sposobu,   w   jaki   technik   kosmetyczny   (to 

znaczy makijażystka) zrobiła mi oczy. Powiedziała, że wyglądam jak poulet. Po francusku to 

znaczy „dziwka”. Albo „kurczak”. Ale w ustach mojej Grandmère to słowo zawsze znaczy 

„dziwka”.

Dlaczego nie mogę mieć normalnej miłej babci, która piecze ciasteczka z serem i 

uważa, że wyglądam cudownie, niezależnie od tego, co na siebie włożę? Babcia Lilly nigdy w 

życiu nie wymówiła słowa dziwka, nawet w jidysz. Dam za to głowę.

No więc makijażystka musiała zejść na dół do hotelowego sklepu z pamiątkami i 

sprawdzić, czy nie mają jakiegoś niebieskiego cienia do powiek. Grandmère chce, żeby był 

niebieski, bo twierdzi, że ten kolor pasuje do moich oczu. Tyle tylko, że moje oczy są szare. 

Zastanawiam się, czy Grandmère nie jest czasem daltonistką.

To by wiele wyjaśniało.

Poznałam Beverly Bellerieve.  Jedna dobra rzecz w tym wszystkim - ona nawet robi 

wrażenie ludzkiej istoty. Powiedziała mi, że jeżeli mnie zapyta o coś, co odbiorę jako zbyt 

osobiste albo wstydliwe, mogę po prostu stwierdzić, że nie odpowiem. Czy to nie miłe?

Poza tym jest bardzo piękna. Powinniście zobaczyć mojego ojca. Już teraz przewiduję, 

że Beverly zostanie „dziewczyną tygodnia”. No cóż, jest i tak lepsza niż kobiety, z którymi 

tata się na ogół pokazuje. Przynajmniej nie wygląda na typową lalkę w stringach. I jej pień 

mózgowy sprawnie funkcjonuje.

Zatem, biorąc pod uwagę, że Beverly Bellerieve jest taka miła i w ogóle, można by 

oczekiwać, że nie będę się denerwowała.

I prawdę  mówiąc,  nie  jestem pewna,  czy  tylko  ze  względu  na  wywiad  czuję  się, 

jakbym za moment miała wszystko zwrócić. Chodzi raczej o coś, co powiedział do mnie 

ojciec, kiedy weszłam. Zobaczyłam go wtedy po raz pierwszy od odwiedzin na poddaszu w 

czasie mojej choroby. W każdym razie spytał mnie, jak się czuję i tak dalej, a ja skłamałam i 

powiedziałam, że świetnie, a potem on powiedział:

- Mia, czy twój nauczyciel algebry...

A ja z miejsca przerwałam:

- Czego chcesz od mojego nauczyciela algebry?

Bo myślałam, że on mnie będzie pytał, czy pan Gianini uczył mnie już o liczbach 

niewymiernych.

Ale jemu totalnie NIE O TO chodziło. Mianowicie spytał mnie:

- Czy twój nauczyciel algebry mieszka z wami na poddaszu?

No cóż, byłam tak zaskoczona, że nie wiedziałam, co mu powiedzieć. Bo, oczywiście, 

background image

pan Gianini nie mieszka z nami. Niezupełnie mieszka.

Ale to się zmieni. Prawdopodobnie zresztą bardzo niedługo.

Więc odpowiedziałam tylko:

- Hm, nie.

A tata zrobił taką minę, jakby mu ulżyło! Naprawdę bardzo ulżyło!

Ciekawe, jaką będzie miał minę, kiedy dowie się PRAWDY?

Jest   mi   bardzo   trudno   skupić   się   na   tym,   że   za   chwilę   będę   udzielała   wywiadu 

światowej sławy dziennikarce telewizyjnej, skoro mogę myśleć tylko o samopoczuciu mojego 

biednego ojca, kiedy odkryje, że mama wychodzi za mąż za mojego nauczyciela algebry, a w 

dodatku będzie z nim miała dziecko. Nie dlatego, że moim zdaniem tata dalej jest w mamie 

zakochany,   skąd.   Tylko   że,   jak   kiedyś   zwróciła   na   to   uwagę   Lilly,   jego   chroniczne 

przeskakiwanie   z   łóżka   do   łóżka   jest   jasną   wskazówką,   że   ma   poważne   problemy   z 

zawieraniem bliskich związków.

A Grandmère to jego matka, nietrudno sobie zatem wyobrazić, skąd te problemy.

Wydaje mi się, że on naprawdę chciałby przeżyć coś, co spotkało moją mamę i pana 

Gianiniego. Kto wie, jak przyjmie wiadomość o ich planowanym małżeństwie, kiedy mama 

wreszcie zbierze się na odwagę i mu powie? Może kompletnie stracić głowę. Może nawet 

zechcieć, żebym przeprowadziła się do niego do Genowii i pocieszała go w smutku!

I, oczywiście, będę musiała się na to zgodzić, bo przecież jest moim ojcem, a ja go 

kocham, i tak dalej.

Tylko ja naprawdę nie mam ochoty mieszkać w Genowii. Brakowałoby mi Lilly i Tiny 

Hakim Baba, i reszty moich przyjaciół. A Jo - Si - Rox? Jak zdołam odkryć, kim jest? A 

Gruby   Louie?   Czy   pozwolą   mi   go   zatrzymać?   On   jest   świetnie   wychowany   (pomijając 

epizody z łykaniem skarpetek i upodobanie do błyszczących przedmiotów), a jeśli w pałacu 

panoszą się szczury, on może ten problem totalnie rozwiązać. Ale jeśli okaże się, że do pałacu 

nie   wpuszczają   kotów?   No   bo   przecież   jemu   nie   usunięto   pazurów,   więc   jeśli   są   tam 

jakiekolwiek cenne meble albo gobeliny, czy coś podobnego, można się z nimi spokojnie od 

razu pożegnać...

Pan  G.  i   moja   mama   już   rozmawiają  o  tym,  gdzie   rozmieścić  jego   rzeczy,  kiedy 

wprowadzi się na poddasze. I pan G. ma trochę całkiem luzackich rzeczy. Na przykład stół do 

piłkarzyków, perkusję (kto by pomyślał, że pan Gianini jest MUZYKALNY!?), flipper ORAZ 

trzydziestosześciocalowy telewizor z płaskim kineskopem.

Wcale nie żartuję. On jest DUŻO większym luzakiem, niż kiedykolwiek przedtem mi 

się wydawało.

background image

Jeżeli przeprowadzę się do Genowii, będzie mi strasznie brakowało własnego stołu do 

piłkarzyków.

Ale jeżeli nie przeprowadzę się do Genowii, kto pocieszy mojego biednego ojca w tej 

chronicznej samotności?

Oho, pani technik kosmetyczny wróciła z niebieskim cieniem.

Przysięgam, że zaraz wszystko zwrócę. Dobrze chociaż, że ze zdenerwowania przez 

cały dzień nic nie zjadłam.

Sobota, 25 października, 19.00

po drodze do domu Lilly

O Boże, o Boże, o Boże, o Boże, o Boże, O BOŻE!

Schrzaniłam. NAPRAWDĘ schrzaniłam.

Nie wiem, jak to się stało. Szczerze, nie mam pojęcia. Wszystko szło tak dobrze. No 

bo   ta   Beverly   Bellerieve,   ona   jest   taka...   taka   MIŁA.   Ja   się   naprawdę   okropnie 

denerwowałam, a ona robiła, co mogła, żeby mnie uspokoić.

Ale coś mi się wydaje, że naplotłam strasznie dużo głupot.

Wydaje mi się? WIEM, że naplotłam.

Nie chciałam, żeby to się stało. Naprawdę nie chciałam. Nawet nie wiem, jak mi się to 

wymknęło. Byłam po prostu mocno nakręcona i zdenerwowana, a potem te światła i mikro-

fon, i wszystko. Czułam się jak... Sama nie wiem. Jakbym znów się znalazła w gabinecie 

dyrektor Gupty i od nowa przeżywała ten incydent z syropem na kaszel z kodeiną.

Więc kiedy Beverly Bellerieve powiedziała do mnie:

- Mia, ostatnio spotkała cię chyba pewna przyjemna niespodzianka...

Zupełnie  zgłupiałam.  Jedną   częścią  umysłu  zastanawiałam  się:   „Skąd  wiedziała?”. 

Drugą myślałam: „Zobaczą to miliony. Rób szczęśliwą minę.”

Więc odpowiedziałam:

- Och, tak. No cóż, jestem mocno podekscytowana. Zawsze chciałam mieć młodsze 

rodzeństwo. Ale oni naprawdę nie chcą robić wokół tego zamieszania, wie pani. Będzie tylko 

mała kameralna ceremonia w ratuszu, ze mną jako świadkiem...

I   wtedy   tata   upuścił   na   ziemię   szklankę,   z   której   popijał   wodę   Perrier.  A  potem 

Grandmère   zrobiło   się   słabo   (pewnie   na   skutek   hiperwentylacji)   i   musiała   oddychać   do 

papierowej torebki.

A ja siedziałam tam i myślałam: O mój Boże, o mój Boże, co ja narobiłam?

Oczywiście, okazało się, że Beverly Bellerieve wcale nie nawiązywała do ciąży mojej 

background image

matki. Oczywiście, że nie. Skąd niby miałaby o tym wiedzieć?

Ściśle mówiąc, chodziło jej o to, że z algebry wyciągnęłam się z jedynki na trójkę.

Chciałam wstać i podejść do ojca, żeby go pocieszyć, bo widziałam, jak osunął się na 

fotel i ukrył głowę w dłoniach. Ale cała byłam oplątana kablem od mikrofonu. Niemal pół 

godziny zajęło dźwiękowcom odpowiednie ułożenie kabli, więc nie chciałam ich poplątać czy 

coś, ale widziałam, że tacie trzęsą się ramiona i byłam pewna, że płacze, jak mu się to zawsze 

zdarza przy końcówce Uwolnić orkę, chociaż twierdzi wtedy, że to tylko katar sienny.

Beverly, widząc to, zrobiła dłonią do kamerzysty taki gest, jakby coś przecinała, i 

bardzo uprzejmie pomogła mi wyplątać się z kabli.

Jednak kiedy wreszcie udało mi się podejść do taty, okazało się, że wcale nie płakał... 

Niemniej za dobrze też nie wyglądał. Jego głos również brzmiał nieswojo, kiedy wychrypiał 

prośbę o szklaneczkę whisky.

Mimo to, po trzech czy czterech łykach prawie odzyskał kolory. Czego nie mogę 

powiedzieć o Grandmère. Chyba nigdy już nie dojdzie do siebie. Ostatnie, co widziałam, to 

jak piła sidecara, do którego ktoś wrzucił parę tabletek alka - seltzera.

Nawet nie chcę myśleć, co powie moja mama, kiedy się dowie, co narobiłam. Bo 

chociaż tata kazał mi się nie martwić i obiecał, że wyjaśni mamie, co się stało, nie wiem, 

czego oczekiwać. Miał taki dziwny wyraz twarzy. Mam nadzieję, że nie planuje podbić oka 

panu G.

Ja i moja gadatliwa gęba. MOJA WIELKA, ŚMIESZNA, NIEPROPORCJONALNIE 

SZEROKA I GADATLIWA GĘBA.

Nie mam zielonego pojęcia, co jeszcze mówiłam w dalszej części wywiadu. Byłam tak 

totalnie zbita z tropu tą pierwszą wpadką, że nie pamiętam ani jednej rzeczy, ani jednego 

pytania Beverly Bellerieve.

Tata mnie zapewniał, że nie jest ani odrobinę zazdrosny o pana Gianiniego, że bardzo 

się cieszy szczęściem mojej mamy i że jego zdaniem ona i pan Gianini tworzą świetną parę. 

Wydaje mi się, że mówił szczerze. Po pierwszym szoku wcale nie wydawał się wytrącony z 

równowagi.   Kiedy   wywiad   się   skończył,   zauważyłam,   że   on   i   Beverly   Bellerieve   są   w 

naprawdę świetnej komitywie.

I   mogę   powiedzieć   tylko   jedno:   dzięki   Bogu,   że   prosto   z   hotelu   jadę   do   Lilly. 

Zaprosiła   nas   na   sfilmowanie   przyszłotygodniowego   odcinka   swojego   programu.   Chyba 

zobaczę, czy nie dałoby j się zostać u niej na noc. Może w ten sposób moja mama będzie 

miała dość czasu, żeby przyzwyczaić się do tego wszystkiego i może zdąży mi przebaczyć, 

zanim jutro wrócę do domu.

background image

Mam nadzieję.

Sobota, 26 października, 2.00 sypialnia Lilly

Dobra, mam tylko jeszcze jedno pytanie: dlaczego u mnie zawsze tak bywa, że jak jest 

źle, to zaraz będzie jeszcze gorzej?

Bo najwyraźniej nie wystarczy, że:

1. Urodziłam się niedorozwinięta pod względem wielkości gruczołów piersiowych.

2. Moje stopy mają długość uda przeciętnego człowieka.

3. Jestem jedyną pretendentką do tronu pewnego europejskiego księstwa.

4. Średnia moich ocen wciąż, mimo wszystko, spada.

5. Mam tajemniczego adoratora, który nie chce się ujawnić.

6. Moja mama jest w ciąży z moim nauczycielem algebry, i...

7. Cała Ameryka dowie się o tym w poniedziałek wieczorem z wywiadu ze mną, na 

który wyłączność uzyskał program Dwadzieścia Cztery/Siedem.

Nie.   Na   dodatek   do   tego   wszystkiego,   ja   jedna   jedyna   spośród   wszystkich   moich 

przyjaciółek nigdy jeszcze nie całowałam się z języczkiem.

Serio. Do przyszlotygodniowego odcinka swojego programu Lilly uparła się nakręcić 

coś, co nazwała spowiedzią w stylu Scorsesego, za pomocą której ma zamiar zilustrować 

stopień degeneracji, w jaką popadła dzisiejsza młodzież. Zmusiła nas wszystkie do wyznania 

przed kamerą naszych największych grzechów i okazało się, że Shameeka, Tina Hakim Baba, 

Ling Su i Lilly - one WSZYSTKIE pozwoliły już chłopakom wsadzić sobie język w usta. 

WSZYSTKIE.

Tylko ja nie.

Dobra, Shameece wcale się tak bardzo nie dziwię. Odkąd w czasie wakacji urosły jej 

piersi, chłopcy kręcą się wokół niej, jakby była najnowszą wersją Tomb Raider. A Ling Su i 

Clifford, jej facet, są bardzo zaangażowani.

Ale Tina? Przecież ona ma ochroniarza, zupełnie jak ja. To niby kiedy ONA została 

sam na sam z jakimś chłopakiem dość długo, żeby zdążył ją pocałować z języczkiem?

A  Lilly?   Przepraszam   bardzo,   ale   Lilly,   MOJA  NAJLEPSZA  PRZYJACIÓŁKA? 

Która - jak sądziłam - mówi mi o wszystkim (chociaż ja sama nie zawsze odwzajemniam tę 

szczerość)? Poznała dotyk języka jakiegoś chłopca na swoim własnym i aż do TERAZ nawet 

nie wpadła na pomysł, żeby mi się zwierzyć?

Boris Pelkowski najwyraźniej jest o wiele bardziej przebojowym facetem, niż można 

by podejrzewać, biorąc pod uwagę ten zwyczaj co do swetrów.

background image

Przepraszam, ale to jest po prostu chore. Chore, chore, chore, chore. Wolałabym już 

raczej umrzeć jako zasuszona, nigdy niepocałowana stara panna, niż dać się pocałować z 

języczkiem Borisowi Pelkowskiemu. No bo przecież on ma zawsze JEDZENIE w aparacie 

ortodontycznym.   I   to   nie   jakieś   zwykłe   jedzenie,   ale   zazwyczaj   jakieś  dziwne,   kolorowe 

rzeczy, na przykład gumisie albo jelly bellies.

Ale Lilly mówi, że kiedy się całują, zdejmuje aparacik.

Boże,   jestem   takim   wyrzutkiem.   Jedyny   chłopak,   który   mnie   w   życiu   pocałował, 

zrobił to tylko po to, żeby jego zdjęcie trafiło do prasy.

No tak, było tam trochę akcji z językiem, ale wierzcie mi, trzymałam mocno zaciśnięte 

usta.

A  ponieważ   nigdy   nie   całowałam   się   z   języczkiem   i   nie   miałam   nic   fajnego   do 

wyznania w jej programie, Lilly zdecydowała się ukarać mnie, rzucając mi Wyzwanie. Nawet 

mnie nie zapytała, czy nie wolałabym zostać spytana o Prawdę.

Lilly wyzwala mnie, twierdząc, że nie odważę się wyrzucić bakłażana na chodnik z 

okna jej sypialni na szesnastym piętrze.

Powiedziałam, że tak, oczywiście, odważę się, chociaż wcale nie miałam na to ochoty. 

No bo przecież to taka głupota. Ktoś mógłby zostać poważnie ranny. Jestem absolutnie za 

ujawnieniem stopnia degeneracji, w jaką popadła amerykańska młodzież, ale nie chciałabym, 

żeby komuś rozkwaszono przy tym głowę.

Ale co ja mogłam zrobić? To było Wyzwanie. Musiałam się z nim zmierzyć. Już 

wystarczy, że nigdy nie całowałam się z języczkiem. Nie chcę do tego wszystkiego dostać 

etykietki mięczaka.

I nie mogłam przecież wstać jakby nigdy nic i powiedzieć: „No cóż, może nigdy z 

żadnym chłopakiem nie całowałam się z języczkiem, ale dostałam już od kogoś list miłosny. 

To znaczy od chłopaka”.

Bo jeśli Michael to Jo - Si - Rox? Ja wiem, że to mało prawdopodobne, ale... jeśli to 

on?   Nie   chcę,   żeby   Lilly   o   tym   wiedziała   -   nie   chcę   tak   samo,   jak   nie   chcę,   żeby   się 

dowiedziała o wywiadzie, jakiego udzieliłam Beverly Bellerieve, albo o tym, że moja mama i 

pan G. pobierają się. Z całych sił próbuję być normalną dziewczyną, a szczerze mówiąc, 

żadna z wyżej wymienionych spraw nie da się zaliczyć do normalnych, nawet z przymruże-

niem oka.

Świadomość, że gdzieś tam na świecie jest chłopak, który mnie lubi, dała mi chyba 

poczucie   siły  -   coś,   co   przydałoby  mi   się   bardzo   podczas   mojego   wywiadu   dla   Beverly 

Bellerieve, ale mniejsza z tym. Może nie umiem sklecić jednego sensownego zdania, kiedy 

background image

wymierzone   jest   we   mnie   oko   kamery   telewizyjnej,   ale   przynajmniej   jestem   w   stanie, 

stwierdziłam, wyrzucić przez okno bakłażana.

Lilly była zaszokowana. Nigdy przedtem nie przyjęłam podobnego Wyzwania.

Naprawdę nie potrafię wyjaśnić,  czemu to zrobiłam. Może po prostu próbowałam 

dorosnąć do mojej świeżej reputacji dziewczyny, która najbardziej z całej szkoły przypomina 

Josie.

A może bałam się, że jeśli odmówię, Lilly zmusi mnie do czegoś sto razy gorszego. 

Raz kiedyś  zmusiła mnie, żebym nago przebiegła w obie strony korytarzem. I wcale nie 

korytarzem mieszkania Moscovitzow, tylko korytarzem NA ZEWNĄTRZ.

Cokolwiek mną kierowało, już po chwili usiłowałam chyłkiem prześliznąć się koło 

państwa doktorostwa Moscovitz - którzy wylegiwali się w salonie w dresach, każde w fotelu 

otoczonym   stosami   fachowych   pism   medycznych   -   chociaż   ojciec   Lilly   czytał   „Sports 

Illustrated”, a mama Lilly przeglądała „Cosmo” - i zakraść się do kuchni.

- Cześć, Mia - zawołał tata Lilly zza swojego magazynu. - Co u ciebie?

- Hm - odparłam nerwowo. - W porządku.

- A jak twoja mama? - spytała mama Lilly.

- Też w porządku - odparłam.

- Dalej widuje się towarzysko z twoim nauczycielem algebry?

- Hm. Tak, proszę pani - powiedziałam.

Z dalej idącym skutkiem, niż się pani wydaje.

- A ty ciągle aprobujesz ten związek? - Chciał wiedzieć ojciec Lilly.

- Hm. Tak, proszę pana.

Nie  sądziłam, żeby należało  w  tym  momencie  wspominać,  że  moja   mama  będzie 

miała dziecko z panem G. No bo w sumie byłam przecież w trakcie Wyzwania. Kiedy jesteś 

w trakcie Wyzwania, nie powinieneś zatrzymywać się na sesję psychoanalizy.

- No cóż, pozdrów ją ode mnie - powiedziała mama Lilly. - Nie możemy się doczekać 

kolejnej wystawy jej prac. To będzie w galerii Mary Boone, tak?

- Tak, proszę pani - powiedziałam.

Moscovitzowie są wielkimi fanami malarstwa mojej mamy. Jeden z jej najlepszych 

obrazów, Kobieta jedząca małą przekąskę w Starbucks, wisi u nich w jadalni.

- Przyjdziemy na pewno - dodał ojciec Lilly.

A potem i on, i jego żona z powrotem zatopili się w swoich pismach, więc szybko 

ruszyłam do kuchni.

W  pojemniku   na   warzywa   znalazłam  bakłażana.   Schowałam   go  pod   bluzką,   żeby 

background image

państwo doktorostwo Moscovitz nie zobaczyli, jak skradam się z powrotem do pokoju ich 

córki z olbrzymim jajowatym warzywem, co z pewnością wywołałoby niepotrzebne pytania. 

Kiedy go niosłam, myślałam sobie: Oto jak moja matka będzie wyglądała za kilka miesięcy. 

To nie była zbyt pocieszająca myśl. Nie sądzę, żeby w ciąży moja mama ubierała się choć 

trochę bardziej konserwatywnie niż poza ciążą.

A to znaczy: niezbyt konserwatywnie.

Potem, kiedy Lilly poważnym tonem snuła narrację, opowiadając do mikrofonu, jak to 

Mia  Thermopolis   za   chwilę   zrobi   coś,   co   zada   kłam   rozpowszechnionemu   wizerunkowi 

grzecznej dziewczynki, a Shameeka filmowała, ja otworzyłam okno, upewniłam się, że na 

dole nie ma żadnych niewinnych przechodniów, a potem...

- Bomby poszły - powiedziałam, jak w filmie.

To był w sumie bardzo luzacki widok, kiedy ten fioletowy bakłażan wielkości piłki 

futbolowej koziołkował w powietrzu. Na Piątej Alei, gdzie mieszkają Moscovitzowie, jest 

tyle latarni, że widziałyśmy, jak spadał na dół, mimo że była już noc. Bakłażan spadał i 

spadał, mijając okna psychoanalityków i bankierów inwestycyjnych (tylko tacy ludzie mogą 

sobie pozwolić na mieszkania w apartamentowcu Lilly), aż wreszcie...

PLASK!

Bakłażan rąbnął o chodnik.

Chociaż właściwie nie uderzył o chodnik, tylko na nim EKSPLODOWAŁ, a szczątki 

bakłażana pofrunęły na wszystkie strony - głównie na miejski autobus sieci M1, który właśnie 

przejeżdżał, ale sporo poleciało też na jaguara stojącego obok przy krawężniku.

Właśnie wychylałam się przez okno, podziwiając rozplaskany wzór utworzony przez 

bakłażana   na   całej   jezdni   i   na   chodniku,   kiedy   drzwiczki   jaguara   po   stronie   kierowcy 

otworzyły się i jakiś mężczyzna wysiadł zza kierownicy, a w tej samej chwili spod markiz nad 

głównym wejściem do apartamentowca Lilly wyszedł odźwierny i podniósł głowę...

I nagle ktoś objął mnie ramieniem w talii i szarpnął do tyłu, zbijając mnie z nóg.

- Na podłogę! - syknął Michael, upychając mnie pod oknem.

Wszyscy schyliliśmy głowy.  To znaczy Lilly, Michael, Shameeka, Ling Su i Tina 

schylili głowy. Ja już leżałam na podłodze.

A skąd tu się wziął Michael? Nawet nie wiedziałam, że jest w domu - a możecie być 

spokojni, że spytałam, choćby z uwagi na to ewentualne bieganie nago po koniarzu. Tak na 

wszelki wypadek spytałam.

Ale   Lilly   powiedziała   wtedy,   że   poszedł   na   Columbię   na   jakiś   wykład   na   temat 

kwazarów i wróci dopiero za parę godzin.

background image

- Zgłupiałyście dziewczyny, czy co? - Chciał wiedzieć Michael. - Nie przyszło wam 

do głowy, że w ten sposób można kogoś zabić? A poza tym w Nowym Jorku wyrzucanie 

czegokolwiek przez okno jest niezgodne z prawem.

- Och, Michael - powiedziała zdegustowana Lilly. - Dorośnij wreszcie. To było tylko 

zwykłe ogrodowe warzywo.

- Mówię poważnie - Michael miał wściekłą minę. - Jeżeli ktokolwiek widział, co Mia 

zrobiła przed chwilą, mogą ją zaaresztować.

- Nie, nie mogą - odparła Lilly. - Jest niepełnoletnia.

- Więc mogą ją sądzić w sądzie dla nieletnich. Lepiej nie planuj emisji tej sceny w 

swoim programie - powiedział Michael.

O mój Boże, Michael stawał w obronie mojego honoru! A przynajmniej upewniał się, 

że nie skończę w sądzie dla nieletnich. To było z jego strony takie urocze. Takie... no, takie w 

stylu Jo - Si - Roksa.

Lilly na to:

- Ależ oczywiście, że to wyemituję.

- Więc lepiej opracuj jakoś te ujęcia, na których widać twarz Mii.

Lilly wysunęła podbródek.

- Nie ma mowy.

- Lilly,  wszyscy wiedzą,  kim jest  Mia. Jeżeli puścisz ten  fragment na antenę,  we 

wszystkich wiadomościach podadzą, że księżniczkę Genowii sfilmowano, jak miotała pociski 

balistyczne z okna apartamentu swojej przyjaciółki, z wysokiego piętra. Rusz głową, dobra?

Michael puścił moją talię, co zauważyłam z żalem.

-   Lilly,   Michael   ma   rację   -   stwierdziła  Tina   Hakim   Baba.   -   Lepiej   wytnijmy  ten 

fragment. Mia nie potrzebuje jeszcze większego zainteresowania mediów niż obecne.

A Tina jeszcze nawet NIE WIE o tej historii z Dwadzieścia Cztery/Siedem.

Lilly wstała i głośno tupiąc, podeszła do okna. Zaczęła się wychylać, pewnie żeby 

sprawdzić, czy odźwierny albo właściciel jaguara jeszcze tam stoją, ale Michael szarpnął ją 

do tyłu.

- Reguła Numer Jeden - powiedział. - Jeżeli upierasz się wyrzucać cokolwiek przez 

okno, nigdy, ale to nigdy nie sprawdzaj, czy ktoś tam na dole nie stoi i nie patrzy w górę. 

Zobaczą,   że   wyglądasz   i   sprawdzą,   w   którym   mieszkaniu   jesteś.   A   potem   zostaniesz 

oskarżona o wyrzucenie tego czegoś. Bo nikt inny oprócz sprawcy nie wyglądałby przez okno 

w takich okolicznościach.

- No, no, Michael - powiedziała Shameeka z podziwem. - To brzmi tak, jakbyś miał w 

background image

tym jakieś doświadczenie.

Żeby tylko. Przecież on brzmiał zupełnie jak Brudny Harry.

Czyli dokładnie tak, jak sama się poczułam, kiedy wyrzuciłam bakłażana za okno. Jak 

Brudny Harry.

I to było fajne uczucie - chociaż jeszcze fajniej było, kiedy Michael w taki sposób 

stanął w mojej obronie.

Michael odparł:

- Dajmy na to, że kiedyś bardzo się interesowałem przeprowadzaniem eksperymentów 

z siłą ciążenia.

Ho,   ho.   Jest   tyle   rzeczy,   których   nie   wiem   o   bracie   Lilly.   Na   przykład,   że   był 

młodocianym przestępcą!

Czy  taki   geniusz   komputerowy  pół   na   pół  z   młodocianym   przestępcą   mógłby  się 

zainteresować taką jak ja księżniczką o płaskiej klatce piersiowej? Uratował mi przecież życie 

dziś   wieczorem   (no   dobra,   uratował   mnie   przed   odrabianiem   za   karę   iluś   godzin   prac 

społecznych).

To nie to samo, co pocałunek z języczkiem, wolny taniec czy nawet przyznanie się do 

autorstwa tamtego anonimowego listu.

Ale to już jakiś początek.

Wiem, co sobie myślisz

Wystrzelił sześć czy tylko pięć kul?

Szczerze, w całym zamieszaniu,

Sama się pogubiłam.

Ale musisz spytać sam siebie o jedno

(pauza)

Czy mam szczęście?

(długa pauza)

A więc?

(długa pauza)

background image

Jak myślisz, idioto?

DO ZROBIENIA

1. Dziennik na lekcje angielskiego.

2. Przestać myśleć o tym głupim liście.

3. To samo: Michael Moscovitz.

4. To samo: wywiad.

5. To samo: mama.

6. Zmienić kotu żwirek.

7. Odnieść bieliznę do pralni.

8. Poprosić gospodarza domu, żeby założył zamek w drzwiach do łazienki.

9. Kupić:

płyn do mycia naczyń

patyczki do uszu

blejtramy (dla mamy)

coś, czym się smaruje paznokcie, żeby źle smakowały

upominek dla pana Gianiniego, coś na temat: „Witamy w rodzinie”

upominek dla taty, coś na temat: „Nie martw się, któregoś dnia i ty

spotkasz prawdziwą miłość”.

Niedziela, 26 października, 19.00

Naprawdę się bałam, że kiedy wrócę do domu, mama będzie się na mnie gniewać.

Nie tego, że będzie na mnie WRZESZCZEĆ. Moja mama raczej nie należy do osób, 

które wrzeszczą.

Ale czasami sprawiam jej przykrość, na przykład wtedy, kiedy zrobię coś głupiego, 

powiedzmy - nie zadzwonię, żeby jej dać znać, gdzie jestem, kiedy do późna siedzę poza 

domem (co, biorąc pod uwagę moje życie towarzyskie, czy raczej jego brak, prawie nigdy się 

nie zdarza).

Tym   razem  jednak   narozrabiałam  i   to  potężnie.  Naprawdę  bardzo   ciężko  było  mi 

wyjść dziś rano z mieszkania Moscovitzów i wrócić do domu, bo wiedziałam, że może tam na 

mnie czekać ogromnie rozczarowany człowiek.

Oczywiście, zawsze żałuję, kiedy muszę wyjść od Lilly. Za każdym razem, kiedy tam 

idę, mam coś w rodzaju wakacji od codziennego życia. Lilly ma taką miłą normalną rodzinę. 

background image

No cóż - o tyle normalną, o ile normalna może być para psychoanalityków, których syn 

prowadzi   własny   webzin,   a   córka   własny   program   w   kablówce   ogólnego   dostępu.   U 

Moscovitzów   największym   problemem   jest,   na   przykład,   czyja   to   kolej   wyprowadzić   na 

spacer Pawiowa,  ich owczarka szetlandzkiego, albo czy zamówić na wynos  chińskie czy 

tajskie jedzenie.

U mnie w domu problemy z reguły są jakby nieco bardziej skomplikowane.

Oczywiście, kiedy jednak zebrałam się wreszcie na odwagę i poszłam do domu, mama 

totalnie się ucieszyła na mój widok. Uściskała mnie mocno i powiedziała, żebym się nie 

martwiła o to, co zaszło podczas kręcenia wywiadu. Powiedziała, że tata z nią już rozmawiał i 

że ona absolutnie mnie rozumie. Spróbowała nawet wmówić mi, że to JEJ  wina, bo nie 

powiedziała mu nic od razu.

Co przecież wcale nie jest prawdą - to dalej moja wina, moja i tej mojej idiotycznej 

gadatliwości - ale miło mi było słyszeć te słowa, tak czy inaczej.

Potem spędziłyśmy czas bardzo przyjemnie, siedząc sobie i planując jej ślub z panem 

Gianinim.   Mama   stwierdziła,   że   Halloween   to   świetna   data   na   ślub,   skoro   sam   pomysł 

zawierania   małżeństwa   jest   taki   straszny.   Ślub   mają   wziąć   w   ratuszu,   więc   chyba   będę 

musiała zwolnić się z lekcji, co wcale mi nie przeszkadza!

A ponieważ to będzie Halloween, mama zdecydowała, że zamiast sukienki ślubnej 

założy do urzędu stanu cywilnego strój King Konga. Chce też, żebym się przebrała za Empire 

State Building (Bóg świadkiem, że wzrost mi na to pozwala). Próbowała właśnie przekonać 

pana G., żeby przebrał się za Fay Raya, kiedy zadzwonił telefon. To była Lilly. Do mnie.

Bardzo się zdziwiłam, bo przecież przed chwilą od niej wyszłam, ale stwierdziłam, że 

widocznie zostawiłam u niej szczoteczkę do zębów czy coś takiego.

Ale ona nie dlatego dzwoniła. Wcale nie dlatego dzwoniła - o czym przekonałam się, 

kiedy cierpko zapytała:

-   Co   to   znaczy?   Słyszę,   że   w   tym   tygodniu   udzieliłaś   wywiadu   dla  Dwadzieścia 

Cztery/Siedem?

Ogłuszyła mnie. Totalnie. Pomyślałam sobie, że ma telepatyczne zdolności czy coś 

takiego i przez te wszystkie lata ukrywała je przede mną. Spytałam:

- Skąd wiesz?

- Bo co minuta zapowiadają go w telewizji, ty kretynko.

Włączyłam telewizor. Faktycznie! Na każdym kanale, w każdym programie reklamy 

namawiały   widzów,   żeby   „jutro   wieczorem   włączyli   odbiorniki”   i   oglądali   wywiad   z 

„amerykańską księżniczką Mią”, na który wyłączność uzyskała Beverly Bellerieve.

background image

O mój Boże. To już koniec wszystkiego.

-   No   więc,   czemu   mi   nie   powiedziałaś,   że   masz   zamiar   wystąpić   w   telewizji?   - 

dopytywała się Lilly.

- Nie wiem - odparłam, znów czując, że za chwilę zwymiotuję. - To się stało dopiero 

wczoraj. To przecież bez znaczenia.

Lilly zaczęła wrzeszczeć tak głośno, że musiałam odsunąć słuchawkę od ucha:

-   BEZ   ZNACZENIA???   Udzieliłaś   wywiadu   Beverly   Bellerieve   i   to   jest   BEZ 

ZNACZENIA??? Czy ty nie zdajesz sobie sprawy, że BEVERLY BELLERIEVE TO JEDNA 

Z NAJPOPULARNIEJSZYCH I NAJOSTRZEJSZYCH DZIENNIKAREK W AMERYCE i 

że   od   niepamiętnych   czasów   jest   dla   mnie   BOHATERKĄ   i   WZOREM   DO 

NAŚLADOWANIA?

Kiedy   wreszcie   uspokoiła   się   na   tyle,   żeby   pozwolić   mi   cokolwiek   wtrącić, 

próbowałam   wyjaśnić   jej,   że   nie   miałam   pojęcia   o   dziennikarskich   zasługach   Beverly,   a 

jeszcze mniej o tym, że od niepamiętnych czasów jest ona dla Lilly bohaterką i wzorem do 

naśladowania. Na mnie, powiedziałam, sprawiła po prostu wrażenie bardzo miłej osoby.

Ale w tym momencie Lilly miała mnie już powyżej uszu. Powiedziała:

- Tylko dla dlatego nie jestem na ciebie wściekła, że jutro opowiesz mi o tym ze 

wszystkimi szczegółami.

- Tak?

A potem zadałam jej ważne dla mnie pytanie:

- Dlaczego miałabyś się na mnie wściekać? Byłam naprawdę ciekawa.

- Bo to MNIE dałaś kiedyś wyłączność na wywiad - wyjaśniła Lilly. - Dla Lilly mówi 

prosto z mostu.

Wprawdzie tego nie pamiętam, ale pewnie tak było.

Grandmère, jak zorientowałam się z tych zapowiedzi, miała rację co do niebieskiego 

cienia do powiek. Zaskoczyło mnie to, bo zwykle się myli co do większości spraw.

PIĘĆ SPRAW, CO DO KTÓRYCH

GRANDM

 

 È

  RE SIĘ MYLIŁA

 

 

1. Że mój tata się ustatkuje, kiedy spotka właściwą kobietę.

2. Że Gruby Louie wyssie ze mnie oddech i udusi podczas snu.

3. Że jeśli nie pójdę do żeńskiej szkoły, zapadnę na jakąś społeczną chorobę.

4. Że jeśli przekłuję sobie uszy, zainfekuję się i umrę na zakażenie krwi.

background image

5. Że moja figura zaokrągli się do czasu, kiedy będę nastolatką.

Niedziela, 26 października, 20.00

Nie uwierzycie, co dostarczono do nas do domu, kiedy mnie nie było. Byłam pewna, 

że to jakaś pomyłka, dopóki nie zobaczyłam następującego zamówienia. Chyba zabiję własną 

matkę.

JEFFERSON MARKET

GWARANTUJEMY NAJŚWIEŻSZY TOWAR

SZYBKA BEZPŁATNA DOSTAWA

Zamówienie numer 2803

1 paczka popcornu z serem do mikrofalówki

1 puszka czekoladowego napoju Yoo Hoo

1 słoik oliwek koktajlowych

1 torba cheerios

1 pojemnik lodów czekoladowo - waniliowych

1 paczka hot dogów wołowych

1 paczka bułek do hot dogów

1 paczka sera mozarella

1 paczka chipsów ziemniaczanych o smaku barbecue

1 puszka orzeszków do piwa

1 paczka ciasteczek kokosowych

1 słoik korniszonów

papier toaletowy

sześciofuntowa szynka

Dostarczyć na adres:

Helen Thermopolis, 1005 Thompson Street, 4A

Czy ona nawet w przybliżeniu nie zdaje sobie sprawy, jak źle te wszystkie tłuszcze 

nasycone i sód podziałają na jej nienarodzone dziecko? Widzę, że pan Gianini i ja będziemy 

musieli   w   ciągu   następnych   siedmiu   miesięcy   zachować   wyjątkową   czujność.   Wszystko 

oprócz   papieru   toaletowego   oddałam   Ronnie,   naszej   sąsiadce.   Ronnie   powiedziała,   że 

background image

najbardziej niezdrowe rzeczy też odda dzieciom, które w Halloween będą wyłudzać słodycze. 

Ona sama musi uważać na linię od czasu operacji zmiany płci. Teraz, kiedy przyjmuje masę 

zastrzyków z estrogenem, wszystko idzie jej prosto w biodra.

Niedziela, 26 października, 21.00

Kolejny e - mail od Jo - Si - Roksa! Ten brzmiał tak:

J

O

C

ROX

: CZEŚĆ, MIA. WŁAŚNIE ZOBACZYŁEM ZAPOWIEDŹ WYWIADU Z TOBĄ. 

WYGLĄDAŁAŚ ŚWIETNIE.

PRZEPRASZAM, ŻE  NIE MOGĘ  CI POWIEDZIEĆ,  KIM 1  JESTEM. DZIWIĘ 

SIĘ, ŻE DO TEJ PORY SAMA NIE ODGADŁAŚ. A TERAZ PRZESTAŃ SPRAWDZAĆ 
SWOJĄ SKRZYNKĘ E - - MAILOWĄ I WEŹ SIĘ ZA PRACĘ DOMOWĄ Z ALGEBRY. 

WIEM, JAK SIĘ DO TEGO ZABIERASZ. TO JEDNA Z RZECZY, KTÓRE W TOBIE 
NAJBARDZIEJ LUBIĘ.

TWÓJ PRZYJACIEL

Ja od tego zwariuję. Kto to może być? No kto???

Natychmiast odpisałam:

G

R

L

OUIE

: KIM JESTEŚ??????????????????????????? ????????????????

????????????????????????????????????????????????????????????????????
????????

Miałam nadzieję, że go tym przekonam, ale on mi w ogóle nie odpisał. Próbowałam 

się domyślić, kto z moich znajomych wie, że zawsze zwlekam do ostatniej chwili, zanim 

zabiorę się za pracę domową z algebry. Niestety, wydaje mi się, że wiedzą o tym wszyscy.

Jednak osoba, która wie o tym najlepiej ze wszystkich, to Michael. No bo przecież to 

on pomaga mi codziennie na RZ w odrabianiu algebry. I zawsze mnie objeżdża za to, że 

przenosząc liczby, nie zapisuję ich równo i tak dalej.

OBY Jo - Si - Rox był Michaelem Moscovitzem. Oby, OBY.

Ale jestem właściwie pewna, że to nie on. Zwyczajnie - za dobrze by było. Takie cuda 

przytrafiają się tylko dziewczynom w typie Lany Weinberger, ale nigdy takim jak ja. Znając 

moje szczęście, adoruje mnie ten totalny dziwak od chili. Albo jakiś inny facet, który oddycha 

przez usta jak Boris.

DLACZEGO PADŁO WŁAŚNIE NA MNIE?

background image

Poniedziałek, 27 października, RZ

Niestety,   coś   mi   się   wydaje,   że   Lilly   nie   jest   jedyną   osobą,   która   zauważyła 

zapowiedzi dzisiejszego wywiadu.

Wszyscy o tym mówią. Normalnie WSZYSCY.

I wszyscy mówią, że będą go oglądać.

A to znaczy, że jeszcze dzisiaj wszyscy dowiedzą się o mojej mamie i panu Gianinim.

Zresztą, nic mnie to nie obchodzi. Nie mam się czego wstydzić. Zupełnie niczego. 

Ciąża to piękny i naturalny stan.

Tylko szkoda, że tak mało pamiętam z rozmowy z Beverly. Bo jestem pewna, że 

nadchodzący ślub mojej mamy nie jest jedyną sprawą, o której dyskutowałyśmy. I ja się 

totalnie martwię, czy nie powiedziałam innych rzeczy, które głupio zabrzmią.

Zdecydowałam, że zbiorę więcej informacji na temat pobierania nauki w domu, tak na 

wszelki wypadek...

Tina Hakim Baba powiedziała mi, że jej matka, która pracowała kiedyś w Anglii jako 

supermodelka, zanim wyszła za mąż za pana Hakim Baba, mówi, że w ramach przysługi 

dziennikarze przeprowadzający z nią wywiady przesyłali jej kopię taśmy przed emisją, więc 

jeśli miała jakieś zastrzeżenia, mogła jeszcze wyjaśnić sprawę.

Wydało mi się, że to dobry pomysł, więc w czasie lunchu zadzwoniłam do taty do 

hotelu i spytałam, czy mógłby poprosić Beverly, żeby przysłała mi taśmę.

A on powiedział:

- Zaczekaj chwilkę - i spytał ją.

Okazuje   się,   że   Beverly   akurat   tam   była!  W   pokoju   hotelowym   mojego   taty!   W 

poniedziałkowe popołudnie!

A potem, ku mojemu kompletnemu zaskoczeniu, Beverly Bellerieve sama podeszła do 

telefonu i powiedziała:

- O co chodzi, Mia?

Wyjaśniłam jej, że wciąż bardzo się denerwuję tym wywiadem i zapytałam, czy jest 

jakaś szansa, żebym dostała kopię do obejrzenia, zanim zostanie wyemitowany.

Beverly naopowiadała mi, że prześlicznie wyglądałam i że to zupełnie niepotrzebne. 

Kiedy   zastanawiam   się   nad   tym   teraz,   nie   potrafię   sobie   dokładnie   przypomnieć,   co 

powiedziała, ale rozmawiając z nią, nabrałam wszechogarniającego poczucia, że wszystko 

będzie w jak największym porządku.

Beverly to taka osoba, dzięki której sama siebie lubisz. Nie wiem, jak ona to robi.

background image

Nic dziwnego, że mój tata nie wypuścił jej ze swojego pokoju hotelowego od soboty.

Dwa samochody, z których jeden jedzie na północ z prędkością 65 

km/h, a drugi na południe z prędkością 80 km/h, wyjechały z miasta w tym 

samym czasie. Po ilu godzinach będą oddalone od siebie o 570 km?

A kogo to obchodzi? Nie no, ludzie kochani...

Poniedziałek, 27 października, biologia

Pani   Sing,   nasza   nauczycielka   biologii,   mówi,   że   fizjologicznie   niemożliwe   jest 

umrzeć z nudów albo ze wstydu, ale ja wiem, że to nieprawda, bo dokładnie w tej chwili 

doświadczam zawału serca.

A to dlatego, że kiedy po RZ Michael, Lilly i ja szliśmy razem korytarzem (Lilly na 

psychologię, ja na biologię, a Michael na rachunek różniczkowy i całkowy, a wszystkie trzy 

pracownie   mieszczą   się   w   tym   samym   skrzydle),   podeszła   do   nas   Lana   Weinberger   - 

PROSTO DO MNIE I DO MICHAELA - podniosła dwa palce wskazujące, pokazała nimi na 

nas i spytała:

- Czy wy chodzicie ze sobą?

Mogłabym zupełnie spokojnie teraz umrzeć. Trzeba było zobaczyć minę Michaela! 

Wyglądał, jakby za chwilę głowa miała mu eksplodować, tak bardzo poczerwieniał.

I jestem pewna, że sama wcale nie byłam taka znów blada.

Lilly też nie pomogła, bo zaczęła się śmiać jak wariatka i rzuciła:

- Co takiego?!

A na to Lana i dziewczyny z jej świty też wybuchnęły śmiechem.

Nie wiem, co w tym śmiesznego. Te dziewczyny najwyraźniej nie widziały Michaela 

Moscovitza bez koszulki. Wierzcie mi, ja widziałam.

Chyba dlatego, że to wszystko było takie idiotyczne, Michael po prostu całą sprawę 

zignorował. Ale ja wam mówię, coraz trudniej mi nie zapytać go, czy jest Jo - Si - Roksem. 

Na przykład bez przerwy próbuję wprowadzić do rozmowy temat  Josie and the Pussycats. 

Wiem, że nie powinnam, ale po prostu nie mogę się powstrzymać!

Nie wiem, jak długo to zniosę. Jestem jedyną dziewczyną w klasie, która nie ma 

chłopaka.

background image

PRACA DOMOWA

Algebra: zadania ze str. 135

Angielski:   „Wykorzystaj   swoje   możliwości,   bo   to   wszystko,   co 

masz” - Ralph Waldo Emerson

Opisz w dzienniku swoje refleksje związane z tym cytatem

Historia cywilizacji: pytania na końcu rozdziału 9

RZ: nie dotyczy

Francuski: zaplanuj trasę wycieczki po Paryżu

Biologia: Kenny się tym zajmie

Przypomnieć   mamie,   żeby   umówiła   się   na   wizytę   u   specjalisty   od   chorób 

dziedzicznych. Czy ona lub pan Gianini mogą być nosicielami genu odpowiadającego za 

mutację Tay - Sachsa? Jest częsta wśród Żydów z Europy Wschodniej i francuskich Kana-

dyjczyków. Czy mamy w rodzinie francuskich Kanadyjczyków? DOWIEDZIEĆ SIĘ!

Poniedziałek, 2 7 października, po szkole

Nigdy nie sądziłam, że to kiedyś powiem, ale zaczynam się martwić o Grandmère.

Mówię poważnie. Uważam, że ona zwariowała. Dosłownie.

Weszłam do jej apartamentu hotelowego na swoją lekcję etykiety - zaplanowano, że 

zostanę oficjalnie przedstawiona obywatelom Genowii gdzieś tak w grudniu i Grandmère 

chce   mieć   pewność,   że   podczas  ceremonii   nie   poobrażam  dygnitarzy  ani   nic   takiego   -  i 

zgadnijcie, czym ona się zajmowała?

Konsultowała   z   mistrzem   ceremonii   księstwa   Genowii   ślubną   uroczystość   mojej 

matki.

Mówię   jak   najbardziej   poważnie.   Grandmère   kazała   temu   facetowi   przylecieć   do 

Stanów. Z samej Genowii! Siedzieli razem przy stole w jadalni nad rozłożoną na nim wielką 

płachtą   papieru,   na   której   namalowane   było   mnóstwo   małych   kółeczek,   a   Grandmère 

przyszpilała   do   nich   małe   karteczki.   Podniosła   wzrok,   kiedy   weszłam   do   środka,   i 

powiedziała po francusku:

- Och, Amelia. Jak to miło. Wejdź i usiądź. Mamy mnóstwo do omówienia, ty, Vigo i 

ja.

Myślę,   że   musiałam   dostać   wtedy   wytrzeszczu.   Nie   wierzyłam   własnym   oczom. 

Totalnie miałam nadzieję, że to, co widzę, nie było - no wiecie... Tym, co widziałam.

- Grandmère, CO TY ROBISZ? - spytałam.

background image

-   Czy   to   nie   oczywiste?   -   Grandmère   popatrzyła   na   mnie   spod   tych   swoich 

namalowanych brwi, uniesionych jeszcze wyżej niż zwykle. - Planuję ślub, naturalnie.

Przełknęłam ślinę. Było źle. NAPRAWDĘ źle.

- Hm - powiedziałam. - Ale czyj ślub, Grandmère?

Popatrzyła na mnie bardzo sarkastycznie.

- Zgadnij - odparła.

Przełknęłam ślinę jeszcze raz.

- Hm, Grandmère? - zagaiłam. - Mogę z tobą chwilę pomówić? Na osobności?

Ale Grandmère tylko machnęła ręką i stwierdziła:

-   Cokolwiek   chcesz   mi   powiedzieć,   możesz   mówić   przy Vigo.   Od   dawna   bardzo 

chciał cię poznać. Vigo, oto Jej Wysokość, księżniczka Amelia Mignonette Grimaldi Renaldo.

Opuściła Thermopolis. Zawsze to robi.

Vigo zerwał się od stołu i rzucił witać ze mną. O wiele ode mnie niższy, był mniej 

więcej w wieku mojej mamy i nosił szary' garnitur. Chyba podzielał upodobanie mojej babki 

do purpury i fioletu, bo miał koszulę z jakiegoś mocno połyskliwego materiału w odcieniu 

lawendy i równie połyskliwy ciemnofioletowy krawat.

- Wasza Wysokość, cała przyjemność po mojej stronie. Tak bardzo się cieszę, że mogę 

panią poznać - zaczął wylewnie, a do Grandmère powiedział na stronie: - Miała pani rację, 

madame. Księżniczka ma typowy nos Renaldich.

- Mówiłam ci, nieprawdaż? - Grandmère miała zadowolony głos. - Niesamowite.

- Zdecydowanie.

Vigo palce wskazujące i kciuki ułożył na kształt małej ramki do zdjęć i spojrzał na 

mnie przez nią zmrużonymi oczyma.

- Różowy - powiedział stanowczo. - Wyłącznie różowy. Uwielbiam, kiedy główna 

druhna   nosi   róż.  Ale   pozostałe   druhny   trzeba   ubrać   w   kość   słoniową,   jak   sądzę.   TAK 

BARDZO w stylu Diany. Ale z drugiej strony, Diana zawsze miała WYCZUCIE.

- Bardzo mi miło pana poznać - powiedziałam do Vigo. - Rzecz w tym jednak, że o ile 

wiem, mama i pan Gianini planowali spokojną cichą uroczystość w...

- Ratuszu - Grandmère przewróciła oczyma.

Można się przerazić, kiedy to robi, bo już dawno temu kazała sobie zrobić makijaż 

permanentny, żeby nie tracić cennego czasu, który mogłaby na przykład spędzić, zamęczając 

kogoś na śmierć.

- Tak, już słyszałam. To bez sensu, oczywiście. Pobiorą się w Biało - Złotej Sali w 

Plaza, a zaraz potem w Wielkiej Sali Balowej wydamy przyjęcie, jak przystoi matce przyszłej 

background image

regentki Genowii.

- Hm - powiedziałam. - Naprawdę sadzę, że oni woleliby coś innego.

Grandmère popatrzyła z niedowierzaniem.

- A niby czemu? Przecież twój ojciec za to zapłaci. A i ja byłam bardzo szczodra. 

Każde z nich będzie mogło zaprosić dwadzieścia pięć osób.

Opuściłam wzrok na płachtę papieru leżącą przed nią. Było na niej znacznie więcej niż 

pięćdziesiąt karteczek.

Grandmère musiała zauważyć kierunek mojego spojrzenia, ponieważ dodała:

- No cóż, ja, oczywiście, muszę zaprosić przynajmniej trzystu.

Wytrzeszczyłam na nią oczy.

- Trzystu kogo?

- Gości, naturalnie.

Czułam, że przestaję to wszystko ogarniać. Musiałabym chyba zadzwonić po pomoc, 

żeby dojść z nią do ładu.

- Może powinnam zadzwonić do ojca i pogadać z nim o tym... - powiedziałam.

- Powodzenia - parsknęła Grandmère. - Poszedł gdzieś z tą całą Bellerieve i od tej 

pory słuch o nim zaginął. Jeżeli nie będzie uważał, skończy tak samo, jak twój nauczyciel 

algebry.

Tyle że to zupełnie nieprawdopodobne, żeby tata kogokolwiek zapłodnił, skoro jedyny 

powód, dla którego zostałam jego spadkobierczynią, zamiast jakiegoś potomka z prawego 

łoża, to bezpłodność - skutek potężnych dawek chemioterapii, która wyleczyła go z raka 

jądra.   Przypuszczam   jednak,   że   Grandmère   wciąż   usiłuje   o   tym   zapomnieć,   bo   bardzo 

rozczarowałam ją jako następczyni tronu.

Właśnie   w   tym   momencie  spod   fotela   Grandmère   dobiegł   dziwny   jęk.   Obie 

spojrzałyśmy w dół. Na mój widok Rommel, miniaturowy pudel Grandmère, schował się tam 

ze strachu.

Wiem, że wyglądam paskudnie i tak dalej, ale to naprawdę śmieszne, jak strasznie się 

mnie boi ten pies. A przecież ja uwielbiam zwierzęta!

Choć   przypuszczałam,   że   nawet   samemu   świętemu   Franciszkowi   z  Asyżu   trudno 

byłoby zachwycić się Rommlem. Biedny piesek dostał ostatnio rozstroju nerwowego (jeśli 

chcecie znać moje zdanie, to efekt ciągłego przebywania w pobliżu mojej babki), wskutek 

czego wyszło mu całe futerko, więc Grandmère ubiera go w małe sweterki i płaszczyki, żeby 

się nie przeziębił.

Dzisiaj Rommel miał na sobie bolerko z norek. Wcale nie żartuję. Ufarbowane było na 

background image

kolor   lawendy,   żeby   pasowało   do   tego,   które   okrywało   ramiona   Grandmère.   Człowiek 

noszący zwierzęce futro wygląda wystarczająco fatalnie, ale tysiąc razy straszniej wygląda 

zwierzę w futrze innego zwierzęcia.

- Rommel! - krzyknęła na psa Grandmère. - Przestań warczeć.

Tyle   tylko,   że   Rommel   nie   warczał.   On   jęczał.   Jęczał   na   mój   widok.   NA  MÓJ 

WIDOK!

Ile razy w ciągu jednego dnia mam doznawać upokorzenia?

-   Och,   ty  głupi   psie.   -   Grandmère   wzięła   Rommla   na   ręce,   ku   jego   widocznemu 

niezadowoleniu. Diamentowe broszki Grandmère wyraźnie uwierały go w kręgosłup (on nie 

ma na sobie ani grama tłuszczu, a ponieważ nie ma też futerka, jest i szczególnie wrażliwy na 

kanciaste przedmioty), ale chociaż usiłował się wyrywać, trzymała go mocno.

- Posłuchaj, Amelio - powiedziała Grandmère. - Chciałabym, żeby twoja matka i ten, 

jak mu tam, spisali dziś wieczorem nazwiska i adresy swoich gości, żebym mogła jutro dać 

zaproszenia do rozesłania. Wiem, Mia, że twoja  matka będzie chciała zaprosić parę tych 

swoich, hm... wyzwolonych przyjaciółek, ale moim zdaniem najlepiej będzie, jeżeli postoją 

sobie na zewnątrz razem z reporterami i turystami. Mogą jej pomachać, kiedy będzie wsiadała 

i wysiadała z limuzyny. W ten sposób zyskają poczucie, że uczestniczą w ceremonii, a przy 

okazji nikogo nie wprawią w zażenowanie tymi koszmarnymi fryzurami i nieodpowiednim 

strojem.

- Grandmère - powiedziałam - ja naprawdę myślę, że...

- A co myślisz o tej sukience? - Grandmère podniosła zdjęcie sukni ślubnej od Very 

Wang z szeroką falbaniastą spódnicą, jakiej mama za żadne skarby nie założyłaby na siebie.

Vigo sprzeciwił się:

-   Nie,   nie,  Wasza  Wysokość.  Naprawdę   uważam,   że   ta   będzie   lepsza.   -  A  potem 

pokazał zdjęcie lejącej się sukienki od Armaniego, której mama również za żadne skarby nie 

założyłaby na siebie.

-   Hm,  Grandmère   -   powiedziałam.   -  To   bardzo   ładnie   z   twojej   strony,   ale   mama 

stanowczo nie chce mieć hucznego ślubu. Naprawdę. Stanowczo.

Pfuit - powiedziała Grandmère.

Pfuit to po francusku „nie”, he, he.

- Zmieni zdanie, kiedy zobaczy pyszne zakąski, jakie poda się podczas przyjęcia. 

Opowiedz jej o nich, Vigo.

Vigo zaczął recytować z upodobaniem:

- Kapelusze pieczarek nadziewane truflami, czubki szparagów owijane plasterkami 

background image

łososia, strączki młodego zielonego groszku faszerowane kozim serem, endywia z okruchami 

niebieskiego pleśniowego sera w każdym starannie zwiniętym listeczku...

Powiedziałam:

- Hm. Grandmère? Ona nie zmieni zdania. Uwierz mi.

Grandmère na to:

- Nonsens. Zaufaj mi, Mia. Twoja matka któregoś dnia doceni to wszystko. Vigo i ja 

zamienimy dzień jej ślubu w niezapomniane wydarzenie.

W to nie wątpiłam.

Powiedziałam:

-   Grandmère,   mama   i   pan   Gianini   naprawdę   planują   coś   bardzo   cichego   i 

niezobowiązującego...

Ale   Grandmère   rzuciła   mi   jedno   ze   swoich   spojrzeń   -   są   naprawdę   niezwykle 

przerażające - i powiedziała takim śmiertelnie poważnym tonem:

-   Przez   trzy   lata,   kiedy   twój   dziadek   miał   ubaw   po   pachy,   walcząc   na   wojnie   z 

Niemcami, ja broniłam hitlerowcom - nie wspominając o Mussolinim - dostępu do pałacu. 

Strzelali   z   moździerzy   do   jego   bram.   Próbowali   czołgami   sforsować   fosę.   Jednak 

przetrwałam, choć tylko dzięki sile woli. A ty mi chcesz powiedzieć, Amelio, że nie zdołam 

przekonać jednej ciężarnej kobiety, żeby spojrzała na parę spraw moim okiem?

No cóż, nie twierdzę, że moja mama w czymkolwiek przypomina Mussoliniego albo 

hitlerowca,   ale   jeżeli   chodzi   o   stawienie   oporu   Grandmère...   Zawsze   bez   zastanowienia 

obstawię zwycięstwo mamy nad faszystowskim dyktatorem.

Widziałam,   że   w   tym   szczególnym   przypadku   samym   rozumowaniem   nikogo   nie 

przekonam, więc dostosowałam się do sytuacji, wysłuchałam jak Vigo upaja się menu, które 

ustalił, muzyką, którą wybrał na podkład do ceremonii i na późniejsze przyjęcie, a nawet 

obejrzałam portfolio fotografa, którego wynajął.

Dopiero kiedy pokazali mi jedno z zaproszeń, coś do mnie dotarło.

- Ślub jest w piątek? - skrzeknęłam.

- Tak - potwierdziła Grandmère.

- Ależ to Halloween!

I ta sama data, którą mama wybrała na ślub w ratuszu. A także, przypadkowo, dzień 

imprezy u Shameeki.

Grandmère miała znudzoną minę.

- I co z tego?

- No wiesz, to po prostu... no, Halloween.

background image

Vigo popatrzył na moją babkę.

- Co to jest to całe Halloween? - zapytał.

I wtedy przypomniałam sobie, że w Genowii Halloween chyba nie obchodzą.

- Pogańskie święto - odparła Grandmère, wzruszając ramionami. - Dzieci przebierają 

się w różne kostiumy i domagają się słodyczy od obcych. Obrzydliwa amerykańska tradycja.

- Ale to już za TYDZIEŃ - zaznaczyłam.

Grandmère uniosła swoje narysowane brwi.

- No to co?

- No cóż, to jest... no wiesz. Niedługo. Ludzie... na przykład ja... mogą mieć już jakieś 

inne plany.

- Nie chciałbym być niedelikatny, Wasza Wysokość - powiedział Vigo - ale chcemy 

mieć tę ceremonię za sobą, zanim po pani mamie zacznie... no... być WIDAĆ.

Świetnie. Więc nawet organizator imprez państwowych z Genowii wie, że moja matka 

jest w ciąży. Dlaczego Grandmère nie wynajmie sterowca Goodyeara i po prostu nie ogłosi 

tego nad terytorium trzech sąsiednich stanów?

A potem Grandmère zaczęła mi mówić, że skoro już jesteśmy przy temacie ślubów i 

tak dalej, to świetna okazja, żebym zaczęła uczyć się, jakie są oczekiwania wobec moich 

ewentualnych książąt małżonków.

Zaraz, chwileczkę.

- Przyszłych KOGO?

- Książąt małżonków - powiedział Vigo z ożywieniem. - Książę małżonek to partner 

poślubiony   przez   panującą   monarchinię.   Książę   Filip   jest   KSIĘCIEM   MAŁŻONKIEM 

królowej Elżbiety. Kogokolwiek zdecyduje się poślubić Wasza Wysokość, będzie to PANI 

książę małżonek.

Popatrzyłam na niego i zamrugałam oczami.

- Myślałam, że pan jest organizatorem oficjalnych imprez państwowych w Genowii - 

powiedziałam.

-   Vigo   nie   tylko   organizuje   dla   nas   imprezy,   ale   również   zajmuje   się   w   naszym 

księstwie kwestiami protokołu dyplomatycznego - wyjaśniła Grandmère.

- Protokół? Ja myślałam, że to ma coś wspólnego z armią...

Grandmère przewróciła oczami.

-   Protokół   to   forma   ceremoniału   i   etykiety   przestrzegana   przez   zagranicznych 

przedstawicieli   dyplomatycznych   podczas   sprawowania   funkcji   państwowych.   W   tym 

przypadku   Vigo   może   wyjaśnić,   na   czym   będą   polegały   oczekiwania   wobec   twojego 

background image

przyszłego księcia małżonka. Żeby nie było potem żadnych niemiłych niespodzianek.

A potem Grandmère kazała mi wziąć kartkę papieru i spisać na niej dokładnie to 

wszystko, co mówił Vigo, żebym - jak mnie poinformowała - za cztery lata rozpoczynając 

studia, wiedziała, czemu ona się na mnie wścieknie, jeżeli strzeli mi do głowy związać się z 

kimś zupełnie nieodpowiednim.

Studia? Grandmère najwyraźniej nie ma pojęcia, że już w chwili obecnej czynnie się 

mną interesują kandydaci na księcia małżonka.

Wprawdzie nawet nie znam prawdziwego imienia Jo - Si - Roksa, ale hej, to w końcu 

dopiero początek.

A  potem   dowiedziałam   się,   co   konkretnie   musi   robić   książę   małżonek.   I   trochę 

zwątpiłam, czy w najbliższym czasie pocałuję się z kimkolwiek z języczkiem. W gruncie 

rzeczy rozumiem już, czemu mama mogła nie chcieć wyjść za mąż za mojego ojca - to jest, o 

ile kiedykolwiek poprosił ją o rękę.

Wklejam tu tę kartkę papieru:

WYMAGANIA WOBEC KSIĘCIA MAŁŻONKA

KSIĘŻNICZKI GENOWII

Książę   małżonek   będzie   prosił   księżniczkę   o   pozwolenie 

opuszczenia pokoju.

Książę   małżonek   będzie   czekał,   aż   księżniczka   skończy   swoją 

wypowiedź, zanim sam zacznie coś mówić.

Książę małżonek podczas posiłków będzie czekał, aż księżniczka 

podniesie widelec, zanim weźmie do ręki swój.

Książę małżonek nie będzie siadał, dopóki nie usiądzie księż-

niczka.

Książę   małżonek   będzie   wstawał   z   chwilą,   gdy   księżniczka   się 

podniesie.

Książę   małżonek   nie   będzie   uprawiał   żadnych   ryzykownych 

sportów, takich jak wyścigi samochodowe lub motorowodne, wspinaczka 

wysokogórska   albo  skoki   spadochronowe,  do   chwili  narodzin   następcy 
tronu.

Książę   małżonek   na   wypadek   rozwodu   wyrzeknie   się   prawa   do 

opieki   nad   wszystkimi   dziećmi,   które   urodzą   się   w   trakcie   tego 

związku małżeńskiego.

Książę   małżonek   zrezygnuje   z   obywatelstwa   swojego   kraju   i 

background image

przyjmie obywatelstwo Genowii.

Dobra. A teraz poważnie. Wyobrażacie sobie, z jaką fajtłapą w końcu wyląduję?

Właściwie będę miała szczęście, jeżeli w ogóle ktoś zechce się ze mną ożenić. Trzeba 

być idiotą, żeby chcieć się ożenić z dziewczyną, której nawet nie można przerwać w pół 

zdania.   Ani   wyjść   z   pokoju   w   trakcie   sprzeczki.   I   dla   której   trzeba   zrezygnować   z 

obywatelstwa własnego kraju.

Z drżeniem myślę, za jakiego totalnego nieudacznika będę musiała wyjść któregoś 

dnia. Już jestem w żałobie po świetnym rajdowcu, alpiniście i skoczku spadochronowym, 

których   mogłabym   poślubić,   gdyby   nie   ten   cały   idiotyczny   numer   z   dziedziczeniem 

książęcego tronu.

PIĘĆ NAJGORSZYCH STRON

ŻYCIA KSIĘŻNICZKI

1. Nie można wyjść za mąż za Michaela Moscovitza (nigdy nie zrezygnowałby ze 

swojego amerykańskiego obywatelstwa na rzecz genowiańskiego).

2. Donikąd nie można pójść bez ochroniarza (lubię Larsa, ale na litość boską, nawet 

papieżowi czasem wolno pomodlić się w samotności).

3. Muszę wyrażać neutralne opinie na takie ważne tematy, jak przemysł mięsny i 

palenie papierosów.

4. Lekcje etykiety z Grandmère.

5. Fakt, że wciąż muszę uczyć się algebry, chociaż to nie ma żadnego uzasadnienia, bo 

przecież w mojej przyszłej roli władczyni małego europejskiego księstwa algebra 

nigdy nie będzie mi potrzebna.

Poniedziałek, 2 7 października, później

Zdecydowałam się, że jak tylko wrócę do domu, powiem mamie, że ona i pan G. 

muszą uciec, i to bez chwili zwłoki. Grandmère sprowadziła profesjonalistę! Czułam, że będą 

kłopoty w związku z wystawą prac mamy, która ma się odbyć bardzo niedługo i tak dalej, ale 

oni muszą uciec, inaczej czeka ich książęcy ślub, jakiego to miasto nie widziało od...

No cóż, nigdy nie widziało.

Ale kiedy dotarłam do domu, mama tkwiła w łazience, z głową w muszli klozetowej.

Dopadły ją poranne mdłości. Niestety, w przypadku mamy nie gardzą żadną porą dnia. 

background image

Mama wymiotuje od rana do wieczora, nie tylko przed południem.

Czuła   się   tak   fatalnie,   że   nie   miałam   serca   pogarszać   jej   stanu,   opowiadając,   co 

zaplanowała Grandmère.

- Nie zapomnijcie włączyć wideo! - Mama ciągle wołała do mnie z łazienki. Nie 

wiedziałam, o co jej chodzi, ale pan Gianini owszem.

Chciała się upewnić, że nagramy wywiad. Mój wywiad z Beverly Bellerieve!

Po   tym,   co   zastałam   u   Grandmère,   kompletnie   o   nim   zapomniałam.  Ale   mama 

pamiętała.

Ponieważ mama była niedysponowana, tylko pan G. i ja usiedliśmy, żeby wspólnie 

obejrzeć   wywiad   -   no   cóż,   w   przerwach   między   bieganiem   do   mamy,   do   łazienki   i 

proponowaniem jej alka - seltzera i tabletek solnych.

Zdecydowałam,   że   opowiem   panu   G.   o   Grandmère   i  ślubie   w   czasie   pierwszej 

przerwy na reklamy - ale zaraz zapomniałam, bo nastąpił nieprawdopodobny horror.

Beverly   Bellerieve   -   niewątpliwie   po   to,   żeby   zrobić   wrażenie   na   moim   ojcu   - 

faktycznie przesłała mi taśmę, a nawet i wywiadu. Załączę tu fragmenty. W przyszłości, jeśli 

jeszcze   kiedykolwiek   poproszą   mnie   o   udzielenie   wywiadu,   będę   mogła   zerknąć   tu   i 

dokładnie sobie przypomnieć, czemu nigdy więcej nie powinnam występować w telewizji.

DWADZIEŚCIA CZTERY/SIEDEM

Edycja poniedziałkowa, 27 października

Amerykańska księżniczka

wywiad B. Bellerieve z M. Renaldo

[W tle Thomson Street, na południe od rzeki Hudson, SoHo, widok na World Trade 

Center]

Beverly   Bellerieve   (BB):   Zechciejcie   państwo   wyobrazić   sobie 

przeciętną nastolatkę. No cóż, o tyle przeciętną, o ile przeciętna 

może   być   nastolatka,   która   mieszka   w   Nowym   Jorku,   w   Greenwich 
Village,   ze   swoją   niezamężną   matką,   znaną   malarką,   Helen 

Thermopolis.

Życie   Mii   wypełnione   było   tym,   co   zwykle   wypełnia   życie 

nastolatki - odrabianiem lekcji, spotkaniami z przyjaciółmi, czasem 

jakąś jedynką z algebry... aż pewnego dnia wszystko się zmieniło

.

[Wnętrze apartamentu na ostatnim piętrze, hotel Plaza]

BB:   Mia   -   mogę   tak   się   do   ciebie   zwracać?   A   może   wolałabyś, 

background image

żebym mówiła „Wasza Wysokość”? Albo: „Amelio”?

Mia Renaldo (MR): Hm, nie. Proszę do mnie mówić Mia.

BB: Zatem, Mia. Opowiedz nam o tamtym dniu. Dniu, który, jak 

sama wiesz, całkiem odmienił twoje życie.

MR: No cóż. To było tak. Tata i ja byliśmy tu, w hotelu Plaza, 

wie   pani,   i   piliśmy   herbatę,   i   ja   dostałam   czkawki,   i   wszyscy   na 

mnie   patrzyli,   i   mój   tata,   wie   pani,   próbował   mi   powiedzieć,   że 
jestem   jedyną   spadkobierczynią   tronu   Genowii,   kraju,   w   którym 

mieszka,   a   ja   powiedziałam   coś   w   rodzaju:   „Słuchaj,   muszę   iść   do 
toalety”   i   poszłam   tam,   i   czekałam,   żeby   przeszła   mi   czkawka,   a 

potem wróciłam do stolika i on mi powiedział, że jestem księżniczką, 
a ja kompletnie straciłam głowę i uciekłam do zoo, i usiadłam tam, i 

przez jakiś czas przyglądałam się pingwinom, i zupełnie nie mogłam w 
to   uwierzyć,   bo   przecież   w   siódmej   klasie   musieliśmy   napisać   taki 

raport z opisem wszystkich państw w Europie i zupełnie przeoczyłam, 
że tata jest księciem. I ciągle myślałam, że umrę, jeśli ludzie w 

szkole   się   o   tym   dowiedzą,   bo   nie   chciałam   skończyć   jak   takie 
dziwadło,   jak   moja   przyjaciółka   Tina,   za   którą   chodzi   po   szkole 

ochroniarz.   Niestety,   dokładnie   tak   się   stało.   Jestem   dziwadłem, 

okropnym dziwadłem

.

[Tu jest ta część, w której ona próbuje ratować sytuację]

BB:   Ach,   Mia,   nie   wierzę   ci.   Na   pewno   jesteś   bardzo   lubianą 

osobą.

MR: Nie, nie jestem. Wcale nie jestem popularna. W mojej szkole 

popularni   są   tylko   faceci   z   drużyny.   I   cheerleaderki.   Ale   ja   nie 
jestem popularna. To znaczy, nie spotykam się z popularnymi ludźmi. 

Nigdy mnie nie zapraszają na imprezy ani nic. To znaczy na te dobre 
imprezy, gdzie jest piwo, przytulanki i tak dalej. No, bo nie jestem 

facetem z drużyny ani cheerleaderką, ani wybitnie zdolnym uczniem...

BB:   Och.   Ależ   na   pewno   jesteś   wybitnie   zdolnym   uczniem. 

Chodzisz   podobno   na   zajęcia,   które   nazywają   się   Rozwój 
Zainteresowań?

MR: Tak, ale widzi pani, RZ to coś w rodzaju czasu na naukę 

indywidualną.   Tak   naprawdę,   to   nic   na   tych   zajęciach   nie   robimy. 

Normalnie się obijamy, bo nauczycielki nigdy nie ma w klasie. Zawsze 
siedzi   w   pokoju   nauczycielskim   po   drugiej   stronie   holu   i   nie   ma 

pojęcia, czym się zajmujemy. A my się obijamy

.

background image

[Najwyraźniej wciąż jeszcze myślała, że uda jej się zrobić z tego wywiadu coś sensownego]

BB: Ale ja sobie nie wyobrażam, żebyś miała aż tal dużo czasu 

na obijanie się, Mia. Na przykład, siedzimy tutaj w apartamencie na 

ostatnim   piętrze   hotelu.!   To   apartament   twojej   babki,   szanownej 
księżnej wdowy z Genowii, która, jeśli dobrze się orientuję, udziela 

ci lekcji dworskiej etykiety.

MR:   No   tak.   Daje   mi   lekcje   etykiety   co   dzień   po   szkole.   To 

znaczy, po mojej powtórce z algebry, którą mam po szkole.

BB:   Mia,   a   czy   ostatnio   nie   spotkała   cię   czasem   jakaś   miła 

niespodzianka?

MR: Och, tak. No cóż, jestem bardzo przejęta. Zawsze chciałam 

mieć młodsze rodzeństwo. Ale oni naprawdę chcą wziąć cichy ślub, wie 
pani. Ograniczą się do skromnej ceremonii w ratuszu...

I tak dalej. W sumie, jeszcze dużo więcej powiedziałam. Nie mam siły opowiadać o 

tym ze szczegółami. Po prostu plotłam jak idiotka jeszcze przez jakieś dziesięć minut, a 

Beverly Bellerieve gorączkowo usiłowała naprowadzić mnie z powrotem na właściwy temat.

Ale  nawet   przy  tak  imponujących  dziennikarskich   umiejętnościach,   okazało  się  to 

ponad   jej   siły.   Poniosło   mnie.   Połączenie   zdenerwowania   i,   obawiam   się,   syropu 

kodeinowego na kaszel sprawiło, że straciłam umiar.

Pani Bellerieve jednak się nie poddała. Muszę jej to przyznać. Wywiad zakończył się 

tak:

[Widok na Thompson Street, SoHo]

BB:   Nie   jest   ani   chłopakiem   z   drużyny,   ani   cheerleaderką. 

Jednak,   panie   i   panowie,   Amelia   Mignonette   Grimaldi   Renaldo   jest 

kimś,   kto   przeczy   społecznym   podziałom,   które   dziś   przeważają   we 
współczesnych   instytucjach   edukacyjnych.   Jest   księżniczka.   Amery-

kańską księżniczką.

A przecież staje ona wobec tych samych problemów i wymagań, z 

którymi   codziennie   borykają   się   nastolatki   w   całym   kraju...   z   tą 
jedną   różnicą:   któregoś   dnia,   gdy   dorośnie,   będzie   rządzić   całym 

państwem.

A kiedy nadejdzie wiosna, Mia będzie miała młodsze rodzeństwo. 

Tak, Dwadzieścia Cztery/Siedem dowiedziało się, że Helen Thermopolis 
i nauczyciel algebry Mii, Frank Gianini, oczekują w maju przyszłego 

roku   swojego   pierwszego   dziecka.   Po   przerwie   na   reklamy   wywiad   z 
ojcem   Mii,   księciem   Genowii...   tylko   w   naszym   programie... 

background image

oglądajcie Dwadzieścia Cztery/Siedem.

Chyba nie pozostaje mi nic innego, jak przeprowadzić się do Genowii.

Moja   mama,   która   wreszcie   pod   koniec   programu   weszła   do   pokoju,   próbowała 

wspólnie z panem Gianinim przekonywać mnie, że nie było tak źle.

Było źle. Och, wierzcie mi, było źle.

Telefon zaczął dzwonić zaraz po programie, a ja z miejsca zrozumiałam, na co się 

zanosi.

-   O   Boże   -   powiedziała   mama,   nagle   coś   sobie   przypominając.   -   Nie   podnoś 

słuchawki! To moja matka! Frank, zapomniałam powiedzieć o nas mojej matce!

Właściwie miałam nawet nadzieję, że to babcia Thermopolis. Z babcią Thermopolis, 

moim zdaniem, rozmawiałoby mi się o wiele lepiej niż z osobą, która faktycznie zadzwoniła - 

czyli z Lilly.

Rany boskie, ależ ona była wściekła!

- Można wiedzieć, co miałaś na myśli, nazywając nas bandą dziwadeł? - wrzasnęła do 

telefonu.

- Lilly, o czym ty mówisz? Nie nazwałam cię dziwadłem - i odparłam.

-   Poinformowałaś   praktycznie   cały   naród,   że   uczniowie   Liceum   imienia  Alberta 

Einsteina dzielą się na różne społeczno - ekonomiczne podgrupy i subkultury, ale ty i twoi 

przyjaciele jesteście za mało fajni, żeby do jakiejkolwiek należeć!

- No cóż - powiedziałam. - Tak przecież jest.

- Mów za siebie! A co z RZ?

- CO z RZ?

- Przed chwilą poinformowałaś cały kraj, że na tych zajęciach siedzimy i obijamy się, 

bo pani Hill zawsze znika w pokoju nauczycielskim. Czyś ty do reszty zgłupiała? Teraz 

będzie miała przez ciebie kłopoty!

Poczułam, że coś mi się w środku zaciska, jakby ktoś bardzo, bardzo mocno skręcał 

mi wnętrzności.

- O, nie - jęknęłam. - Naprawdę tak uważasz?

Lilly wydała z siebie tylko jakiś sfrustrowany wrzask, a potem warknęła:

- Moi rodzice kazali życzyć twojej mamie mazel tov. A potem walnęła słuchawką.

Poczułam się gorzej niż kiedykolwiek przedtem. Biedna pani Hill!

Potem telefon zadzwonił znowu. Tym razem Shameeka.

- Mia - zaczęła - pamiętasz, jak zapraszałam cię na imprezę w Halloween, w ten 

piątek?

background image

- Tak - odparłam.

- No więc tata już mi nie pozwoli jej zrobić.

- CO? Dlaczego?

- Bo dzięki tobie doszedł do wniosku, że Liceum imienia Alberta Einsteina jest pełne 

seksoholików i alkoholików.

- Przecież ja niczego takiego nie powiedziałam! - No, przynajmniej nie dokładnie tymi 

słowami.

- Ale on tak to odebrał. W tej chwili siedzi w pokoju obok i surfuje po Internecie, 

szukając   szkoły   dla   dziewcząt   w   New   Hampshire,   do   której   mógłby   mnie   wysłać   w 

przyszłym semestrze. I mówi, że na następną randkę z chłopakiem puści mnie, kiedy skończę 

trzydzieści lat.

- Och, Shameeka - westchnęłam. - Tak strasznie mi przykro.

Shameeka nic nie odpowiedziała. Prawdę mówiąc, musiała odłożyć słuchawkę, bo 

rozszlochała się tak, że nie mogła mówić.

Telefon zadzwonił znowu. Nie chciałam podnosić słuchawki, ale nie miałam wyboru; 

pan Gianini podtrzymywał mamie głowę, a ona znów wymiotowała.

- Halo?

To była Tina Hakim Baba.

- O mój Boże! - zawołała.

- Przepraszam cię, Tina - powiedziałam, sądząc, że lepiej będzie, jeżeli zacznę z góry 

przepraszać każdą osobę, która do mnie zadzwoni.

- Przepraszam? A za co ty mnie przepraszasz? - nawet przez telefon było słychać, że 

Tina jest w jakimś amoku. - Powiedziałaś o mnie w telewizji!

- Hm... no tak. - I jeszcze nazwałam ją dziwadłem.

- To niesamowite! - wrzeszczała Tina. - To po prostu super!

- Ty nie... nie gniewasz się na mnie?

- Dlaczego miałabym się na ciebie gniewać? To najfajniejsza rzecz, jaka mi się w 

życiu zdarzyła. Nikt nigdy jeszcze nie mówił o mnie w telewizji!

Przepełniła mnie miłość i uznanie wobec Tiny Hakim Baba.

- Hm... - zaczęłam ostrożnie - a twoi rodzice też to oglądali?

- Tak! Oni też są pod wrażeniem. Mama kazała ci powtórzyć, że ten niebieski cień do 

powiek to przebłysk geniuszu. Odrobina, tyle tylko, żeby chwytać światło. Bardzo jej się 

podobało. I prosiła przekazać jeszcze twojej mamie, że ma świetny krem na rozstępy, który 

przywiozła   ze   Szwecji.   Wiesz,   na   ten   okres,   kiedy   twojej   mamie   brzuch   zacznie   się 

background image

powiększać. Wezmę go jutro ze sobą do szkoły, to będziesz mogła jej dać.

- A twój   tata?  -  spytałam  ostrożnie.  -  Nie  ma   zamiaru  odesłać  cię  do  szkoły dla 

dziewcząt albo coś takiego?

- Ależ skąd! Jest zachwycony, że wspomniałaś o moim ochroniarzu. Teraz, stwierdził, 

ktokolwiek będzie planował mnie porwać, dwa razy się zastanowi. Ups, mam drugi telefon. 

To pewnie babcia z Dubaju. Ma antenę satelitarną. Jestem pewna, że słyszała, jak o mnie 

mówisz! Pa!

Tina się rozłączyła. Świetnie. Ludzie w dalekim Dubaju oglądali wywiad ze mną. A ja 

nawet nie wiem, gdzie leży Dubaj.

Telefon znów zadzwonił. Tym razem Grandmère.

- No cóż - odezwała się - to było straszne, prawda?

- Czy ja się mogę domagać sprostowania? Bo wcale nie zamierzałam powiedzieć, że 

moja nauczycielka od RZ nic nie robi ani że szkoła jest pełna seksoholików. Bo nie jest, 

rozumiesz? - odparłam.

- Nie wiem, co chciała osiągnąć ta kobieta - stwierdziła Grandmère.

Było mi przyjemnie, że choć raz w życiu staje po mojej stronie. Ale potem zaczęła 

mówić dalej i zrozumiałam, że chodzi jej o coś, co nie ma żadnego związku ze mną.

-   Nie   pokazała   ani   jednego   ujęcia   pałacu!  A  przecież   jesienią   jest   najpiękniejszy. 

Drzewa palmowe wyglądają tak wspaniale. To po prostu parodia. Parodia, mówię ci. Czy ty 

sobie   zdajesz   sprawę,   jakie   możliwości   promocyjne   zostały   tutaj   zaprzepaszczone? 

Całkowicie zaprzepaszczone!

- Grandmère, zrób coś, błagam - jęknęłam. - Nie wiem, jak się jutro pokażę na oczy 

ludziom ze szkoły.

-   Turystyka   w   Genowii   stale   podupada   -   przypomniała   mi   Grandmère   -   odkąd 

zabroniliśmy   statkom   wycieczkowym   cumowania   w   zatoce.  Ale   kto   potrzebuje   turystów 

przyjeżdżających na jednodniowy pobyt? Z tymi paskudnymi kamerami wideo i w szortach 

bermudach? Gdyby ta kobieta pokazała chociaż parę zdjęć z kasyn! I plaże! Na litość boską, 

przecież   my   mamy   jedyne   naturalnie   białe   plaże   na   całej   Riwierze.   Wiedziałaś   o   tym, 

Amelio? Monako musi importować piasek.

- Może udałoby mi się przenieść do innej szkoły. Jak sądzisz, czy na Manhattanie jest 

jakaś szkoła, która przyjmie ucznia z jedynką z algebry?

- Zaczekaj... - głos Grandmère nieco przycichł. - Ach, nie, więc jednak! Teraz wrócili 

na antenę po przerwie i pokazali parę po prostu przepięknych ujęć pałacu. Och, i jest plaża. I 

zatoka.   O,   i   gaje   oliwne.   Prześliczne.   Po   prostu   prześliczne.  Ta   kobieta   może   ma   mimo 

background image

wszystko trochę oleju w głowie. Chyba jednak będę musiała pozwolić twojemu ojcu dalej się 

z nią widywać.

I   odwiesiła   słuchawkę.   Moja   własna   babcia   skończyła   rozmowę   ze   mną   bez 

pożegnania.

Dlaczego ja jestem tak cholernie niewydarzona?!

Poszłam   do   łazienki,   do   mamy.   Siedziała   na   podłodze   i   wyglądała   jak   kupka 

nieszczęścia. Pan Gianini przycupnął na brzegu wanny. Minę miał ogłupiałą.

No   cóż,   czy   można   go   winić?   Parę   miesięcy   temu   był   zwykłym   spokojnym 

nauczycielem algebry. Teraz jest ojcem przyszłego rodzeństwa księżniczki Genowii.

- Muszę sobie znaleźć inną szkołę - poinformowałam ich. - Panie G., czy będzie mi 

pan mógł jakoś w tym pomóc? Może ma pan jakieś chody w kuratorium oświaty?

Mama na to:

- Och, Mia. Nie było aż tak źle.

- Było - odparłam. - Większości nawet nie widziałaś. Siedziałaś tutaj i wymiotowałaś.

- Tak - powiedziała mama - ale wszystko słyszałam. Czy powiedziałaś chociaż jedno 

słowo nieprawdy? Wyróżniających się sportowców w naszej kulturze tradycyjnie traktuje się 

jak bóstwa, podczas gdy ludzi o wybitnej umysłowości z reguły się ignoruje, albo nawet 

gorzej, wyśmiewa jako wariatów i pomyleńców. Szczerze mówiąc, uważam, że naukowcy 

pracujący  nad   lekiem   na   raka   powinni   otrzymywać   wynagrodzenie,   jakie   zwykle   dostają 

zawodowi   sportowcy.   Dobry   Boże,   zawodowi   sportowcy   nie   ratują   nikomu   życia!   Oni 

dostarczają ludziom rozrywki. I aktorzy. Nie mówcie mi, że aktorstwo to sztuka. Nauczanie. 

Oto prawdziwa sztuka. Frank powinien dostawać tyle, ile Tom Cruise, za to, że zdołał cię 

nauczyć mnożenia ułamków.

Zrozumiałam, że moja mama wskutek mdłości zaczyna chyba bredzić. Powiedziałam:

- No cóż, chyba położę się już do łóżka.

Zamiast   odpowiedzi   matka   pochyliła   się   tylko   nad   toaletą   i   znów   zaczęła 

wymiotować. Zobaczyłam, że mimo moich ostrzeżeń ortoksycznym działaniu skorupiaków na 

rozwijający się płód, najwyraźniej zamówiła sobie w ciągu dnia królewskie krewetki w sosie 

czosnkowym z Number One Noodle Son.

Poszłam do swojego pokoju i zalogowałam się do sieci. Może, pomyślałam sobie, uda 

mi   się   przenieść   do   tej   samej   szkoły,   do   której   ojciec   wyśle   Shameekę.   Przynajmniej 

miałabym wtedy jedną znajomą koleżankę - o ile Shameeka w ogóle zechce jeszcze ze mną 

rozmawiać   po   tym,   co   zrobiłam.   Trochę   w   to   wątpię.   Nikt   z   Liceum   imienia  Alberta 

Einsteina, z wyjątkiem Tiny Hakim Baba, która najwyraźniej ma pusto w głowie, nie będzie 

background image

chciał odezwać się do mnie jednym słowem.

A potem na monitorze komputera zamigotała mi ikonka ICQ. Ktoś chciał ze mną 

porozmawiać.

Ale kto? Jo - Si - Rox? Czy to był Jo - Si - Rox?!

Nie.   Jeszcze   lepiej!  To   był   Michael.   Przynajmniej   Michael   jeszcze   chciał   ze   mną 

rozmawiać.

Wydrukowałam sobie całą naszą rozmowę i wklejam ją tutaj:

C

RAC

K

ING

: HEJ, WŁAŚNIE OBEJRZAŁEM CIĘ W TELEWIZJI. BYŁAŚ DOBRA.

G

R

L

OUIE

:  O   CZYM   TY   MÓWISZ?   ZROBIŁAM   Z   SIEBIE   KOMPLETNĄ   I 

CAŁKOWITĄ   IDIOTKĘ.   A   CO   Z   PANIĄ   HILL?   PEWNIE   JĄ   TERAZ   WYRZUCĄ   Z 

PRACY.

C

RAC

K

ING

: NO CÓŻ, PRZYNAJMNIEJ POWIEDZIAŁAŚ PRAWDĘ.

G

R

L

OUIE

:  ALE WSZYSCY CI LUDZIE SĄ TERAZ NA MNIE WŚCIEKLI! LILLY 

MAŁO NIE PĘKŁA!

C

RAC

K

ING

: ONA JEST PO PROSTU ZAZDROSNA, BO WIĘCEJ LUDZI OBEJRZAŁO 

CIEBIE   W   TYM   JEDNYM,   KRÓTKIM,   PIĘTNASTOMINUTOWYM   FRAGMENCIE,   NIŻ 

WSZYSCY WIDZOWIE WSZYSTKICH ODCINKÓW JEJ PROGRAMU RAZEM WZIĘCI.

G

R

L

OUIE

:  NIE,   TO   NIE   DLATEGO.   ONA   UWAŻA,   ŻE   ZDRADZIŁAM   SWOJE 

POKOLENIE,   CZY   COŚ   TAKIEGO,   BO   UJAWNIŁAM,   ŻE   W   LICEUM   IMIENIA 
ALBERTA EINSTEINA ISTNIEJĄ SUBKULTURY MŁODZIEŻOWE.

C

RAC

K

ING

: NO CÓŻ, O TO TEŻ JEST ZŁA. I O TO, ŻE TWIERDZIŁAŚ, ŻE 

DO ŻADNEJ Z NICH NIE NALEŻYSZ.

G

R

L

OUIE

: NO BO NIE NALEŻĘ.

C

RAC

K

ING

:  OWSZEM,   NALEŻYSZ.   LILLY   LUBI   MYŚLEĆ,   ŻE   NALEŻYSZ   DO 

EKSKLUZYWNEGO I WYSOCE WYBREDNEGO KÓŁKA ZNAJOMYCH LILLY MOSCOVITZ. A 
TY NAWET O TYM NIE WSPOMNIAŁAŚ, I TO JĄ ZABOLAŁO.

G

R

L

OUIE

: NAPRAWDĘ? POWIEDZIAŁA CI TO?

C

RAC

K

ING

:  NIE POWIEDZIAŁA, ALE JEST PRZECIEŻ MOJĄ SIOSTRĄ. ZNAM 

JEJ SPOSÓB MYŚLENIA.

G

R

L

OUIE

: MOŻE. SAMA NIE WIEM, MICHAEL.

C

RAC

K

ING

: NA PEWNO NIC CI NIE JEST? W SZKOLE DZISIAJ BYŁAŚ JAKAŚ 

NIEPOZBIERANA...   CHOCIAŻ  TERAZ   JUŻ  ROZUMIEM,   DLACZEGO.  TO   NAPRAWDĘ 

FAJNE - TWOJA MAMA I PAN GIANINI. MUSISZ BYĆ NIEŹLE PODEKSCYTOWANA.

G

R

L

OUIE

:  CHYBA   TAK.   TO   ZNACZY,   WIESZ,   TO   TROCHĘ   ŻENUJĄCE.   ALE 

PRZYNAJMNIEJ   TYM   RAZEM   MOJA   MAMA   WYJDZIE   ZA   MĄŻ   JAK   NORMALNA 
KOBIETA.

background image

C

RAC

K

ING

:  TERAZ   NIE   BĘDZIESZ   JUŻ   POTRZEBOWAŁA   MOJEJ   POMOCY   W 

PRACACH   DOMOWYCH   Z   ALGEBRY.   BĘDZIESZ   MIAŁA   W   DOMU   WŁASNEGO 

OSOBISTEGO KOREPETYTORA.

A   o   tym   jakoś   jeszcze   nie   pomyślałam.   Okropne!   Nie   chcę   mieć   osobistego 

korepetytora. Chcę, żeby Michael dalej mi pomagał na RZ! Pan Gianini jest w porządku, 

jasne, ale z całą pewnością nie jest MICHAELEM.

Naprawdę szybko odpisałam:

G

R

L

OUIE

:  NO CÓŻ, NIE WIEM. ON BĘDZIE PRZEZ JAKIŚ CZAS OKROPNIE 

ZAJĘTY, BĘDZIE SIĘ DO NAS PRZEPROWADZAŁ, A POZA TYM JEST DZIECKO I 

TAK DALEJ.

C

RAC

K

ING

: BOŻE. DZIECKO. NIEWIARYGODNE. NIC DZIWNEGO, ŻE SIĘ TAK 

DZISIAJ SKRĘCAŁAŚ.

G

R

L

OUIE

: TAK, TO FAKT. TO ZNACZY SKRĘCAŁAM SIĘ.

C

RAC

K

ING

:  A O CO CHODZIŁO TEJ CAŁEJ LANIE? ALE WALNĘŁA! CHOCIAŻ 

TO DOSYĆ ŚMIESZNE, ŻE WZIĘŁA NAS ZA PARĘ, NIE?

W gruncie rzeczy nie widzę w tym nic śmiesznego. Ale co  mu miałam powiedzieć? 

„Kurczę, Michael, a właściwie czemu nie mielibyśmy spróbować?”

Jeszcze czego.

Zamiast tego odpisałam:

G

R

L

OUIE

:  NO, ZAWSZE BYŁA KOPNIĘTA. CHYBA NIGDY NIE PRZYSZŁO JEJ 

DO   GŁOWY,   ŻE   DWIE   OSOBY   PRZECIWNEJ   PŁCI   MOGĄ   SIĘ   PO   PROSTU 

PRZYJAŹNIĆ, BEZ ŻADNEGO ROMANTYCZNEGO PODTEKSTU.

Chociaż muszę przyznać, że myślę o Michaelu - zwłaszcza kiedy jestem u Lilly, a on 

wychodzi ze swojego pokoju bez koszulki - jak najbardziej romantycznie.

C

RAC

K

ING

: NO TAK. SŁUCHAJ, CO ROBISZ W PIĄTEK WIECZOREM?

Czy on mnie gdzieś zaprasza? Michael Moscovitz wreszcie ma zamiar zaprosić mnie 

na RANDKĘ?

Nie. To niemożliwe. Nie po tym, jak zrobiłam z siebie idiotkę w ogólnokrajowej stacji 

background image

telewizyjnej.

Jednak,  na   wszelki   wypadek,   postanowiłam   udzielić   mu   jakiejś   niezobowiązującej 

odpowiedzi, w razie gdyby się okazało, że chciał się tylko dowiedzieć, czy mogę przyjść i 

wyprowadzić Pawłowa na spacer, bo oni wszyscy wyjeżdżają za miasto.

G

R

L

OUIE

 : NIE WIEM, A CO?

C

RACK

K

ING

: BO WIESZ, JEST HALLOWEEN. POMYŚLAŁEM, ŻE CAŁĄ PACZKĄ 

MOGLIBYŚMY   PÓJŚĆ   NA  THE   ROCKY   HORROR   PICTURE   SHOW  DO   VILLAGE 
CINEMA...

Okay. Więc nie randka.

Ale siedzielibyśmy obok siebie w ciemnej sali! To już coś. A na Rocky Horror można 

się trochę przestraszyć, więc gdybym wyciągnęła rękę i złapała go za ramię, nie wyglądałoby 

to chyba bardzo podejrzanie.

GrLouie: JASNE, TO BARDZO...

A potem sobie przypomniałam. W piątek wieczór będzie Halloween, fakt. Ale to także 

wieczór   królewskiego   ślubu   mojej   matki!   To   znaczy,   jeśli   Grandmère   przeforsuje   swoje 

zdanie.

G

R

L

OUIE

:  DAM   CI   JESZCZE   ZNAĆ,   DOBRZE?   W   TEN   WIECZÓR   MOGĘ   MIEĆ 

RODZINNE ZOBOWIĄZANIA.

C

RAC

K

ING

: JASNE. TYLKO JESZCZE SIĘ ODEZWIJ. DO ZOBACZENIA JUTRO.

G

R

L

OUIE

: KURCZĘ. NIE MOGĘ SIĘ DOCZEKAĆ...

C

RAC

K

ING

: NIE MARTW SIĘ. POWIEDZIAŁAŚ PRAWDĘ. NIE MOŻNA WPAKOWAĆ 

SIĘ W KŁOPOTY, MÓWIĄC PRAWDĘ.

Ha! Tak mu się tylko zdaje. A niby dlaczego ja wiecznie kłamię?

PIĘĆ NAJWIĘKSZYCH ZALET KOCHANIA SIĘ W BRACIE NAJLEPSZEJ 

PRZYJACIÓŁKI

1. Możesz go obserwować w jego naturalnym otoczeniu, nie tylko w szkole, co daje ci 

dostęp do wielu istotnych informacji, na przykład czym różni się jego „szkolna” 

background image

osobowość od osobowości prawdziwej.

2. Widujesz go, kiedy nie ma na sobie koszulki.

3. Widujesz go bardzo często.

4. Widzisz, jak traktuje swoją matkę/siostrę/gosposię (podstawowe wskazówki co do 

sposobu, w jaki będzie traktował swoją przyszłą dziewczynę).

5. Wygoda: spędzasz czas z przyjaciółką, a jednocześnie obserwujesz obiekt swoich 

uczuć.

PIĘĆ NAJWIĘKSZYCH WAD KOCHANIA SIĘ W BRACIE NAJLEPSZEJ 

PRZYJACIÓŁKI

1. Nie możesz jej powiedzieć.

2. Nie możesz powiedzieć jemu, bo mógłby jej powiedzieć.

3. Nie możesz powiedzieć nikomu innemu, bo mogliby powtórzyć to jemu albo (co 

gorsza) jej.

4. On nigdy nie wyzna swoich prawdziwych uczuć, bo dla niego jesteś tylko najlepszą 

przyjaciółką jego małej siostry.

5. Bez przerwy się na niego natykasz, wiedząc, że nigdy, do końca twojego życia, nie 

pomyśli o tobie inaczej niż jako o najlepszej przyjaciółce swojej małej siostry, a 

jednak wciąż za nim tęsknisz, aż każda komórka twojego ciała za nim krzyczy, i 

myślisz,   że   prawdopodobnie   umrzesz,   chociaż   twoja   nauczycielka   biologii 

twierdzi, że fizjologiczną niemożliwością jest umrzeć z powodu złamanego serca.

Wtorek, 28 października, gabinet dyrektor Gupty

O Boże! Kiedy tylko weszłam dziś rano na godzinę wychowawczą, wezwano mnie do 

gabinetu dyrektorki!

Miałam nadzieję, że chce się tylko upewnić, czy nie przyniosłam do szkoły jakiejś 

kontrabandy z syropem na kaszel, ale bardziej prawdopodobne, że wezwała mnie ze względu 

na mój wczorajszy występ w telewizji. A już przede wszystkim, jak sądzę, może chodzić o 

część, w której mówiłam, jak pełna podziałów i subkultur młodzieżowych jest nasza szkoła.

Tymczasem wszyscy ci,  którzy  nigdy nie  są  zapraszani  na imprezy robione  przez 

popularnych   uczniów,   skupili   się   wkoło   mnie.   Zupełnie   jakbym   przywaliła   wszystkim 

snobom z całego liceum czy coś. Kiedy weszłam dziś do szkoły, maniacy hip hopu, prymusi, 

pasjonaci z kółka aktorskiego - wszyscy zaczęli się ze mną witać:

background image

- Hej, przybij piątkę, siostra!

Nikt nigdy nie nazywał mnie przedtem siostrą. To całkiem przyjemne.

Tylko cheerleaderki traktują mnie tak samo jak zawsze. Kiedy idę korytarzem, ich 

oczy prześlizgują się po mnie od czubka głowy do butów. A potem coś do siebie szepczą i 

chichoczą.

No   cóż,   jak   przypuszczam,   to   śmieszny   widok:   amazonka   o   wzroście   metr 

siedemdziesiąt   pięć,   z   płaskim   biustem,   buszująca   na   wolności   po   szkolnym   korytarzu. 

Dziwię się, że nikt jeszcze nie schwytał mnie w sieć i nie odstawił do Muzeum Historii 

Naturalnej.

Z moich własnych przyjaciół tylko Lilly - i Shameeka, oczywiście - zdecydowanie nie 

są   zachwycone   moim   wczorajszym   występem.   Lilly   wciąż   jest   nieszczęśliwa,   że 

wspomniałam  o społeczno  - ekonomicznych  podziałach  istniejących  w  naszym  szkolnym 

środowisku. Nie aż tak jednak nieszczęśliwa, żeby zrezygnować z porannej jazdy do szkoły 

moją limuzyną.

Co ciekawe, chłodne traktowanie ze strony Lilly tylko zbliżyło mnie z jej bratem. Dziś 

rano w samochodzie Michael zaproponował, że po drodze do szkoły przejrzy ze mną pracę 

domową z algebry, żeby się upewnić, czy dobrze rozwiązałam równania.

Wzruszyła   mnie   ta   propozycja,   a   przyjemne   uczucie,   które   mnie   ogarnęło,   kiedy 

oświadczył, że wszystkie zadania dobrze rozwiązałam, nie miało nic wspólnego z dumą, ale 

bardzo wiele ze sposobem, w jaki jego palce musnęły moje, kiedy oddawał mi kartki papieru. 

Czy on może być Jo - Si - Roksem? CZY TO MOŻLIWE?

Oho. Dyrektor Gupta zaraz mnie przyjmie.

Wtorek, 28 października, algebra

Dyrektor Gupta bardzo się niepokoi moim zdrowiem psychicznym.

- Mia, czy naprawdę jesteś w Liceum imienia Alberta Einsteina tak nieszczęśliwa?

Nie chciałam urazić jej uczuć ani nic takiego, więc zaprzeczyłam. No bo szczerze 

mówiąc, to prawdopodobnie bez znaczenia, w jakiej szkole mnie umieszczą. Zawsze będę 

dziwadłem  o  wzroście  metr  siedemdziesiąt  pięć  i  bez   biustu,  niezależnie   od  tego,  dokąd 

pójdę.

A potem dyrektor Gupta powiedziała coś zaskakującego:

-   Pytam   tylko   dlatego,   że   wczoraj   podczas   wywiadu   określiłaś   siebie   jako   osobę 

niepopularną.

Nie byłam pewna, do czego ona zmierza, więc odpowiedziałam po prostu:

background image

- Bo jestem.

I wzruszyłam ramionami.

- Ależ to nieprawda - zaprotestowała dyrektor Gupta. - W szkole wszyscy wiedzą, kim 

jesteś.

Wciąż nie chciałam psuć jej samopoczucia, bo to nie jej wina, że jestem wybrykiem 

natury, więc wyjaśniłam bardzo łagodnie:

-  Tak,   ale   tylko   dlatego,   że   jestem   księżniczką.   Przedtem   byłam   prawie   zupełnie 

niewidzialna.

Dyrektor Gupta powiedziała:

- To zwykła niedorzeczność.

A ja pomyślałam tylko: A skąd pani może coś o tym wiedzieć? Nie jest pani na moim 

miejscu. Nie wie pani, jak to wygląda.

Potem jednak  moje  współczucie dla  niej  wyraźnie  wzrosło,  bo pomyślałam, że  ta 

kobieta żyje w świecie dyrektorskich urojeń.

- A może - odezwała się dyrektor Gupta - gdybyś brała udział w większej ilości zajęć 

pozalekcyjnych, nabrałabyś silniejszego poczucia przynależności?

Na te słowa już mi tylko szczęka opadła.

- Pani dyrektor!  - Nie mogłam nie  wykrzyknąć. - Ja ledwie  uniknęłam jedynki z 

algebry. Cały wolny czas poświęcam na powtórki, żeby przejść z klasy do klasy na dwójce.

- No tak - powiedziała dyrektor Gupta - zdaję sobie z tego sprawę...

- A poza powtórkami mam lekcje dworskiej etykiety z babcią, tak że kiedy pojadę do 

Genowii w grudniu i zostanę przedstawiona obywatelom kraju, którym będę kiedyś rządzić, 

nie zrobię z siebie kompletnej idiotki, jak wczoraj w telewizji.

- Myślę, że określenie IDIOTKA jest tu trochę za mocne.

- Ja naprawdę nie mam czasu - ciągnęłam, czując, że jest mi jej coraz bardziej żal - na 

jakiekolwiek dodatkowe zajęcia.

- Komitet, który wydaje szkolny almanach, spotyka się zaledwie raz w tygodniu! - 

powiedziała dyrektor Gupta. - Albo mogłabyś dołączyć do drużyny lekkoatletycznej. Przed 

wiosną nie zaczną treningów, a do tej pory, miejmy nadzieję, skończą się już twoje lekcje 

etykiety.

Tak   mnie   zaskoczyła,   że   mrugałam   oczami,   kompletnie   oniemiała.   JA?   W 

DRUŻYNIE LEKKOATLETYCZNEJ? Ja ledwie potrafię chodzić tak, żeby się nie zabić o 

własne olbrzymie stopy. Bóg raczy wiedzieć, co by się stało, gdybym spróbowała biegać.

A komitet szkolnego almanachu? Czy ja naprawdę wyglądam jak ktoś, kto chciałby 

background image

zapamiętać choć jedno ze swoich szkolnych doświadczeń?

-   No   cóż   -   powiedziała   dyrektor   Gupta,   która   z   mojego   wyrazu   twarzy   chyba 

odczytała, że żadna z jej sugestii mnie nie zachwyciła. - To tylko taki pomysł. Naprawdę 

uważam, że byłabyś tu, w Liceum imienia Alberta Einsteina, o wiele szczęśliwsza, gdybyś 

wstąpiła do jakiegoś klubu. Oczywiście, wiem, że przyjaźnisz się z Lilly Moscovitz i czasami 

zastanawiam się właściwie, czy ona nie jest dla ciebie... hm, no, negatywnym przykładem. 

Ten jej program telewizyjny jest okropnie zgryźliwy.

Zatkało mnie. Biedna dyrektor Gupta robi sobie więcej złudzeń, niż sądziłam.

- Ależ nie - sprzeciwiłam się. - Program Lilly ma w gruncie rzeczy bardzo pozytywną 

wymowę.   Nie   oglądała   pani   odcinka   poświęconego   zwalczaniu   rasizmu   w   koreańskich 

delikatesach? Albo o tym, że wiele sklepów specjalizujących się w ubraniach dla nastolatek 

żywi   uprzedzenia   wobec   dziewcząt   noszących   większe   rozmiary,   bo   nie   prowadzą 

wystarczającego wyboru ubrań w rozmiarach większych niż dwunastka, czyli typowych dla 

przeciętnej amerykańskiej kobiety? Albo tego, w którym próbowałyśmy doręczyć pół kilo 

ciasteczek Vaniero do apartamentu Freddiego Prinza Juniora, bo wyglądał wtedy jakoś mi-

zernie?

Dyrektor Gupta uniosła dłoń.

- Widzę, że masz do tego bardzo osobiste podejście - powiedziała. - I muszę przyznać, 

że jestem z tego zadowolona. Dobrze wiedzieć, że czymś się bardzo przejmujesz, Mia - a nie 

że tylko tak nienawidzisz lekkoatletów i cheerleaderek.

Wtedy poczułam się jeszcze gorzej niż przedtem. Odparłam:

- Ja nic do nich nie mam. Ja jedynie mówię, że czasami... no cóż, czasami ma się 

wrażenie, jakby to oni rządzili szkołą, pani dyrektor.

- Ależ, mogę cię zapewnić - odparła dyrektor Gupta - że to nieprawda.

Biedna, biedna dyrektor Gupta.

Wciąż jednak czułam, że będę musiała nieco zakłócić spokój tego świata fantazji, w 

którym ona ewidentnie żyje.

- Hm - powiedziałam. - Pani dyrektor, w sprawie pani Hill...

- A o co chodzi? - spytała dyrektor Gupta.

-   Kiedy   powiedziałam,   że   ona   zawsze   siedzi   w   pokoju   nauczycielskim   w   czasie 

naszych zajęć z RZ, niezupełnie to miałam na myśli. Trochę źle się wyraziłam.

Dyrektor Gupta uśmiechnęła się do mnie jakoś tak bardzo sucho.

- Nie martw się, Mia - powiedziała. - Panią Hill już się zajęliśmy.

Zajęli się nią? Co to u diabła znaczy?

background image

Aż się boję dowiadywać.

Wtorek, 28 października, RZ

No cóż, pani Hill nie zwolniono z pracy.

Ale prawdopodobnie udzielili jej jakiejś nagany, bo teraz pani Hill nie rusza się ani na 

krok zza swojego biurka w pracowni RZ.

A to znaczy, że my też musimy tkwić przy naszych stolikach i naprawdę coś robić. I 

nie możemy zamykać Borisa w szafie na materiały biurowe. Musimy tu siedzieć i pozwolić 

mu grać.

Grać BARTOKA.

I nie wolno nam ze sobą rozmawiać, bo mamy pracować nad naszymi indywidualnymi 

projektami.

Jezu, wszyscy są na mnie wściekli.

Ale najbardziej Lilly

Okazuje się, że Lilly w sekrecie planowała, że napisze książkę na temat społeczno - 

ekonomicznych podziałów, które istnieją wewnątrz ścian Liceum imienia Alberta Einsteina. 

Naprawdę! Nie chciała mi o tym mówić, ale Boris wygadał się dziś podczas lunchu. Lilly 

rzuciła w niego frytką i rozmazała mu keczup po całym swetrze.

Nie mogę uwierzyć, że Lilly mówiła Borisowi o rzeczach, o których mnie nic nie 

wspominała. Podobno jestem jej najlepszą przyjaciółką. Boris to tylko jej chłopak. Dlaczego 

jemu mówi o fajnych rzeczach, na przykład, że chce napisać książkę, a mnie nie?

- Mogę ją przeczytać? - błagałam.

- Nie. - Lilly była naprawdę wściekła. Nawet nie chciała spojrzeć na Borisa, a on z 

miejsca   wybaczył   jej   ten   keczup,   mimo   że   będzie   chyba   musiał   oddać   sweter   do   pralni 

chemicznej.

- Mogę chociaż przeczytać jedną stronę? - spytałam.

- Nie.

- Chociaż jedno zdanie?

- Nie.

Michael też nic nie wiedział o tej książce. Powiedział mi, zanim weszła pani Hill, że 

zaproponował   Lilly   publikację   tej   pracy   w   swoim   webzinie  Crackhead,  ale   Lilly 

odpowiedziała, okropnie zarozumiałym tonem, że poczeka aż znajdzie sobie „prawdziwego” 

wydawcę.

- A ja w niej jestem? - Chciałam się dowiedzieć. - W tej twojej książce? Jestem w niej?

background image

Lilly powiedziała, że jeśli ludzie nie przestaną jej zawracać głowy tą książką, rzuci się 

do szkolnego zbiornika z wodą. Oczy. wiście, przesadza. Zresztą w szkolnym zbiorniku z 

wodą nie  można się utopić, odkąd parę lat temu uczniowie ostatniej klasy wpuścili tam w 

ramach żartu stadko kijanek.

Wierzyć mi się nie chce, że Lilly pracowała nad książką i nie powiedziała mi o tym 

ani   słowa.   Owszem,   zawsze   wiedziałam,   że   ona   napisze   książkę   o   doświadczeniach 

nastolatków w postzimnowojennej Ameryce. Ale nie sądziłam, że zamierza się za nią wziąć, 

zanim   jeszcze   skończymy   liceum.   Jeśli   chcecie   znać   moje   zdanie,   ta   książka   nie   będzie 

właściwie wyważona. Bo słyszę, że w szkole od drugiej klasy robi się znacznie przyjemniej.

Niemniej jednak rozumiem, że mówi się różne rzeczy o sobie komuś, kto trzymał 

język w twoich ustach; rzeczy, o których niekoniecznie powiesz najbliższej przyjaciółce. Ale i 

tak się wściekam na samą myśl, że Boris wie o sprawach Lilly, o których ja nie mam pojęcia. 

Ja jej mówię o wszystkim.

No cóż - oprócz tego, co czuję do jej brata.

Och, i mojego tajemniczego adoratora.

Ani o mojej mamie i panu Gianinim.

Ale poza tym mówię jej naprawdę wszystko.

NIE ZAPOMNIEĆ

1. Przestać myśleć o M.M.

2. Dziennik na angielski! Głębokie przeżycie!

3. Jedzenie dla kota

4. Patyczki do uszu

5. Pasta do zębów

6. PAPIER TOALETOWY!

Wtorek, 28 października, biologia

Wszędzie, dokąd  dziś  pójdę,  zyskuję  przyjaciół  i wpływ  na ludzi.  Kenny właśnie 

zapytał mnie, co robię w Halloween. Powiedziałam mu, że być może będę musiała poświęcić 

czas rodzinnym zobowiązaniom, a on stwierdził, że gdyby udało mi się od tego wykręcić, to z 

paczką jego znajomych z Klubu Komputerowego wybierają się razem na The Rocky Horror 

Picture Show i czy nie chciałabym iść z nimi.

Zapytałam go, czy jednym z tych znajomych nie jest czasem Michael Moscovitz, bo 

background image

Michael jest skarbnikiem Klubu Komputerowego, a Kenny potwierdził.

Miałam zamiar zapytać go jeszcze, czy Michael nigdy przy nim nie mówił, czy mnie 

choć trochę lubi, no wiecie, tak jakoś bardziej niż innych, ale zdecydowałam się tego nie 

robić.

Bo wtedy Kenny mógłby pomyśleć, że go lubię. To znaczy, Michaela. I wtedy dopiero 

ŚMIESZNIE bym wyglądała...

ODA DO M

Och, M

Czemu nie widzisz,

że x = ty

a y = ja?

I że

x + y

= ekstaza

2

i że razem

bylibyśmy

na zawsze szczęśliwi?

Wtorek, 28 października, 18.00 w drodze od Grandmère na poddasze

W całym tym zamieszaniu po wywiadzie dla Dwadzieścia Cztery/Siedem kompletnie 

zapomniałam o Grandmère i Vigo, genowiańskim mistrzu ceremonii!

Naprawdę. Przysięgam, na śmierć zapomniałam o Vigo i czubkach szparagów, aż tu 

weszłam dziś wieczorem do apartamentu Grandmère na lekcję etykiety i zastałam tam tłum 

ludzi, ogromnie zabiegany tłum. Niektórzy poszczekiwali do telefonu:

-   Nie,   chodzi   o   cztery   TYSIĄCE   różowych   róż   na   długich   łodygach,   nie 

CZTERYSTA.

Albo kaligrafowali kartki wyznaczające miejsca przy stole.

Grandmère odnalazłam w centrum całego tego zamieszania, z Rommlem na kolanach. 

Wspólnie   próbowali   czekoladek   -  pies   był   modnie   przystrojony  w   pelerynkę   z   szynszyli 

ufarbowaną na kolor fiołkoworóżowy

Nie żartuję. Próbowali czekoladek.

- Nie - powiedziała Grandmère, odkładając na wpół zjedzoną czekoladkę z powrotem 

background image

do   bombonierki,   którą   podsuwał   jej  Vigo.   -   Nie   te,   jak   sądzę.   Zresztą   wisienki   są   takie 

POSPOLITE.

-   Grandmère...   -   Nie   mogłam   uwierzyć   własnym   oczom.   O   mało   nie   zaczęłam 

hiperwentylować,   jak   Grandmère,   kiedy   odkryła,   że   moja   mama   jest   w   ciąży.   -   Co   ty 

WYPRAWIASZ? Kim są ci wszyscy ludzie?

- Ach, Mia! - powiedziała Grandmère z taką miną, jakby się cieszyła na mój widok.

Chociaż zjadła mnóstwo nadziewanych słodyczy (sądząc po resztkach pozostałych w 

pudełku w rękach Vigo), nie został na jej zębach ani ślad nugatu. To jedna z wielu książęcych 

sztuczek, których Grandmère jeszcze mnie nie nauczyła.

-   Wspaniale.   Usiądź   i   pomóż   mi   zdecydować,   które   z   tych   czekoladek   powinny 

znaleźć się w bombonierkach. Goście weselni otrzymają je jako upominek.

- Goście weselni? - Opadłam na fotel, który podstawił mi Vigo i rzuciłam plecak na 

podłogę. - Grandmère, przecież ci mówiłam. Mama nigdy się na to nie zgodzi. Ona czegoś 

takiego nie będzie CHCIAŁA.

Grandmère tylko pokręciła głową i powiedziała:

- Kobiety w ciąży zazwyczaj nie działają w sposób racjonalny.

Zaznaczyłam,   że   o   ile   zakłócenia   równowagi   hormonalnej   faktycznie   dają   się 

kobietom   ciężarnym   we   znaki,   to   nie   istnieje   żaden   powód,   by   sugerować,   że   ten   brak 

równowagi usprawiedliwia nieliczenie się z uczuciami mojej matki - zwłaszcza że identyczne 

zdanie prezentowała, kiedy w ciąży nie była i ja o tym dobrze wiem. Mama nie jest typem 

dziewczyny, która marzy o królewskim weselu. Raczej taką, która raz na miesiąc umawia się 

ze swoimi przyjaciółkami na pokerka i na drinka.

- Ona jest matką przyszłej monarchini Genowii, Wasza Wysokość - zaznaczył Vigo. - 

A   skoro   tak,   jest   rzeczą   niezmiernej   wagi,   aby   objąć   ją   wszelkimi   przywilejami   i 

wyświadczyć każdą grzeczność, jaką pałac może zaoferować.

- No to może wyświadczymy jej grzeczność i pozwolimy zaplanować własny ślub 

zgodnie z własną wolą? - powiedziałam.

Grandmère   uśmiała   się   z   tego   serdecznie.   Prawie   się   zakrztusiła   łykiem   sidecara, 

którym zapijała kolejne kęsy czekoladek, żeby oczyścić sobie podniebienie.

-   Amelio   -   powiedziała,   kiedy   już   przestała   kaszleć.   Tym   kaszlem   straszliwie 

przeraziła Rommla, o ile można wnioskować ze sposobu, w jaki przewracał oczami. - Twoja 

matka będzie nam dozgonnie wdzięczna za całą pracę, którą w jej imieniu wykonujemy. 

Zobaczysz.

Zrozumiałam, że nie ma sensu z nimi dyskutować. Pojęłam, co będę musiała zrobić.

background image

I planowałam zrobić to zaraz po lekcji etykiety, na którą tym razem złożyło się pisanie 

książęcych liścików z podziękowaniami. Nie uwierzylibyście, ile prezentów ślubnych i rzeczy 

dla niemowląt ludzie zaczęli przysyłać mojej matce na adres rodziny książęcej z Genowii, 

hotel Plaza. Poważnie. To niesamowite. Cały apartament jest zapchany elektrycznymi tostera-

mi, gofrownicami, obrusami stołowymi, dziecinnymi bucikami, dziecinnymi kapelusikami, 

dziecinnymi   ubrankami,   dziecinnymi   pieluchami,   dziecinnymi   zabawkami,   dziecinnymi 

huśtawkami, dziecinnymi stolikami do zmieniania pieluch, dziecinnymi Bóg - wie - co - 

jeszcze. Nie miałam pojęcia, że aż tyle rzeczy potrzeba do wychowania dziecka. Ale jestem 

całkowicie przekonana, że mama nie będzie nic z tego chciała. Nie przepada za pastelowymi 

barwami.

Pomaszerowałam do drzwi hotelowego apartamentu taty i mocno zapukałam.

Nie było go! A kiedy na dole w holu spytałam konsjerżkę, czy wie, dokąd poszedł, 

powiedziała, że nie jest pewna.

Jednego   natychmiast   była   zupełnie   pewna:   wychodził   z   hotelu   razem   z   Beverly 

Bellerieve.

No cóż, w zasadzie cieszę się, że tata ma nową przyjaciółkę, ale jeden momencik. Czy 

on nie zdaje sobie sprawy, jaka katastrofa zawisła tuż nad jego książęcą głową?

Wtorek, 28 października, 22.00,

poddasze

No cóż, stało się. Grożąca nam katastrofa już OFICJALNIE nadeszła.

Bo  Grandmère   kompletnie   wyrwała   się   spod   kontroli.   Nawet   sobie   nie   zdawałam 

sprawy, że to się tak daleko posunęło, dopóki nie wróciłam dziś do domu po lekcji etykiety i 

nie zobaczyłam, że przy stole w jadalni siedzi sobie jakaś nieznana mi RODZINA.

Tak właśnie. RODZINA. No cóż, w każdym razie składała się z mamy, ojca i jakiegoś 

chłopaka.

Nie żartuję. Najpierw myślałam, że to turyści, którzy zabłądzili - w naszej okolicy aż 

roi się od turystów. Być może wydawało im się, że idą w stronę parku Washington Square, ale 

koniec końców, śladem faceta, który przynosi chińskie jedzenie na wynos, trafili do nas na 

poddasze.

Potem jednak ta kobieta, ubrana w różowe legginsy - wyraźny znak, że jest spoza 

miasta - spojrzała na mnie i powiedziała:

- O mój Boże! Chcesz mi powiedzieć, że naprawdę na co dzień tak się czeszesz? 

Byłam pewna, że to tylko dla telewizji.

background image

Szczęka mi opadła. Powiedziałam:

- PANI THERMOPOLIS?

- Pani Thermopolis?! - Kobieta spojrzała na mnie, mrużąc oczy. - Chyba ten cały 

książęcy tytuł uderzył ci jednak do głowy. Nie pamiętasz mnie, kotku? To ja, BABCIA.

Babcia! Moja babcia ze strony matki!

A obok niej - mniej więcej o połowę od niej mniejszy, w bejsbolowej czapeczce na 

głowie   -   siedział   ojciec   mojej   mamy,   mój   dziadek!   Niezdarnego   chłopaka   w   koszuli 

flanelowej i spodniach rybaczkach nie rozpoznawałam, ale to nie miało większego znaczenia. 

Skąd się wzięli na naszym poddaszu w centrum Village dawno niewidziani rodzice mojej 

matki, którzy nigdy w życiu nie wyjeżdżali przedtem z Versailles w stanie Indiana?

Szybka konsultacja z mamą wyjaśniła mi wszystko. Znalazłam ją, idąc śladem kabla 

telefonicznego najpierw do sypialni, a potem do garderoby, w której skuliła się za stojakiem 

na obuwie (pustym - wszystkie buty wyrzuciła na podłogę) i szeptem konferowała przez 

telefon z moim ojcem.

- Nie obchodzi mnie, jak to zrobisz, Filipie - syczała do słuchawki. - Masz powiedzieć 

swojej matce, że tym razem posunęła się za daleko. Moi RODZICE, Filipie? WIESZ, CO 

CZUJĘ DO SWOICH RODZICÓW. Jeżeli ich stąd nie zabierzesz, skończy się na tym, że 

Mia będzie mogła mnie widywać wyłącznie przez wizjer w drzwiach pokoju w szpitalu dla 

wariatów w Beilevue.

Słyszałam, że mój tata po drugiej stronie słuchawki mruczy coś uspokajająco. Mama 

zauważyła mnie i szepnęła:

- Ciągle tam siedzą?

Odparłam:

- Hm, tak. To znaczy, że ty ich nie zapraszałaś?

- Oczywiście, że nie! - Oczy mojej mamy były okrągłe jak oliwki. - Twoja babka 

zaprosiła ich na jakieś kretyńskie wesele, które ubzdurała sobie wydać dla mnie i Franka w 

ten piątek!

Przełknęłam ślinę niespokojnie. Ups.

Na swoją obronę mogę tylko powiedzieć, że ostatnio było wkoło tyle zamieszania. No 

bo tak: najpierw dowiaduję się, że mama jest w ciąży, potem zaczynam chorować, potem cała 

historia z Jo - Si - Roksem, a teraz jeszcze ten wywiad...

Och, dobra. Nie mam nic na swoje usprawiedliwienie. Jestem fatalną córką.

Moja mama wyciągnęła słuchawkę w moją stronę.

- On chce z tobą rozmawiać - powiedziała.

background image

Wzięłam słuchawkę i spytałam:

- Tato? Gdzie jesteś?

- Dzwonię z samochodu - powiedział. - Posłuchaj, Mia, przez konsjerżkę zamówiłem 

dla twoich dziadków pokoje niedaleko waszego poddasza - w SoHo Grandzie. Okay? Po 

prostu wsadź ich do limuzyny i wyślij do hotelu.

- Okay, tato - odparłam. - A co z Grandmère i tym nieszczęsnym ślubem? No bo to się 

tak jakoś wymknęło spod kontroli...

Niedopowiedzenie roku.

- Grandmère biorę na siebie - powiedział tata, brzmiał przy tym zupełnie jak kapitan 

Picard.   Wiecie,   ten   ze  Star   Trek  -  Następne   pokolenie.  Coś   mi   się   wydaje,   że   Beverly 

Bellerieve musiała z nim siedzieć w tym samochodzie, a on usiłował w jej obecności wypaść 

jeszcze bardziej po książęcemu.

- Okay - powiedziałam - ale...

Nie o to chodzi, że nie ufam tacie albo że moim zdaniem on sobie nie poradzi z 

sytuacją. Tyle tylko że... No cóż, mówimy tu przecież o Grandmère. Grandmère, kiedy chce, 

potrafi skutecznie zastraszać ludzi. Nawet, dam głowę, własnego syna.

Chyba musiał częściowo się domyślić, co mi chodzi po głowie, bo powiedział:

- Nie martw się, Mia. Zajmę się tym.

- Okay - odparłam nękana wyrzutami sumienia, że w niego zwątpiłam.

- Aha, Mia?

Już miałam się rozłączać.

- Tak, tato?

- Zapewnij swoją matkę, że nic o tym nie wiedziałem. PRZYSIĘGAM.

- Okay, tato.

Odłożyłam słuchawkę.

- Nie martw się - powiedziałam do matki. - Zajmę się wszystkim.

A potem wyprostowałam plecy i wróciłam do salonu. Moi dziadkowie wciąż siedzieli 

przy stole, jednak ich ubrany jak farmer znajomy wstał z miejsca. Poszedł do kuchni i zajrzał 

do lodówki.

- To wszystko, co tu macie? - spytał, wskazując karton mleka sojowego i miseczkę 

twarożku na pierwszej półce.

- Hm, owszem - odparłam. - Usiłujemy nie zapychać lodówki truciznami, które mogą 

zaszkodzić rozwijającej się ciąży.

Facet dalej miał zakłopotaną minę, więc dodałam:

background image

-   Zazwyczaj   zamawiamy  jedzenie   na   wynos.   Rozjaśnił   się   natychmiast   i   zamknął 

drzwi lodówki.

- Och, Domino's? - powiedział. - Super!

- Hm - powiedziałam. - Jeżeli będziesz miał na to ochotę, możesz zamówić Domino's 

do swojego pokoju hotelowego...

- POKOJU HOTELOWEGO?

Obróciłam się na pięcie. Babcia za moimi plecami zakradła się do kuchni.

-   Hm,   tak   -   odparłam.   -   Rozumiesz   babciu,   mój   tata   stwierdził,   że   będzie   wam 

wygodniej w jakimś miłym hotelu niż tutaj, na poddaszu...

-   No,   to   już   szczyt   wszystkiego   -   powiedziała   babcia.   -   Oto   dziadek,   Hank   i   ja 

przyjeżdżamy z tak daleka, żeby się z wami zobaczyć, a wy nas chcecie upchnąć w jakimś 

hotelu.

Popatrzyłam na faceta w ogrodniczkach z nowym zainteresowaniem. HANK? Mój 

BRAT CIOTECZNY Hank? Ależ ja go widziałam tylko podczas naszej wizyty w Versailles 

(drugiej i stanowczo ostatniej), kiedy miał mniej więcej dziesięć lat. W rodzinnym gnieździe 

Thermopolis zostawiła Hanka rok przedtem jego wiecznie podróżująca po świecie matka - 

moja ciotka Marie, która nie znosi mojej mamy, głównie dlatego, że - jak to ujmuje mama - 

sama   funkcjonuje   w   intelektualnej   i   duchowej   pustce   (co   oznacza,   że   Marie   jest 

republikanką).

Wtedy Hank był chudym płaczliwym dzieciakiem uczulonym na mleko. Teraz nie był 

już tak chudy jak wtedy, ale jeśli chcecie znać moje zdanie, wciąż wyglądał, jakby cierpiał na 

nietolerancję laktozy.

-   Kiedy  zadzwoniła   ta   Francuzka,   nic   nie   mówiła,   że   odstawicie   nas   do   jakiegoś 

drogiego nowojorskiego hotelu. - Babcia weszła za mną do kuchni, a teraz stała z rękami 

opartymi na obfitych biodrach. - Powiedziała, że za wszystko zapłaci, a my nie poniesiemy 

żadnych wydatków - dodała.

Od razu zrozumiałam, skąd brały się zastrzeżenia babci.

- Och, babciu - powiedziałam. - Oczywiście, mój tata zajmie się rachunkiem.

- A, to co innego - rozpromieniła się babcia. - Więc chodźmy!

Postanowiłam pojechać z nimi, po prostu lepiej się upewnić, że dotrą na miejsce bez 

problemów. Kiedy tylko wsiedliśmy do limuzyny, Hank zupełnie zapomniał, że umiera z 

głodu,   tak   zachwyciła   go   liczba   guzików,   które   mógł   przyciskać.   Cudownie   się   bawił, 

wystawiając   głowę   przez   szyberdach   i   chowając   ją   z   powrotem.   W   pewnym   momencie 

wystawił nawet cały tułów, szeroko rozpostarł ramiona i zaczął wrzeszczeć:

background image

- Jestem królem świata!

Na szczęście okna limuzyny są przyciemniane, więc nie sądzę, żeby ktokolwiek ze 

szkoły mnie rozpoznał, i tak jednak zapadałam się pod ziemię ze wstydu.

Nietrudno zatem chyba zrozumieć, czemu o mało nie zemdlałam, kiedy już pomogłam 

im się zameldować w hotelu i tak dalej, a babcia zapytała mnie, czy nie zabrałabym Hanka ze 

sobą jutro rano do szkoły.

- Och, na pewno nie będzie ci się chciało iść ze mną do szkoły, Hank - powiedziałam 

szybko.   -   W   końcu   masz   parę   dni   wolnego,   mógłbyś   gdzieś   iść   i   naprawdę   dobrze   się 

zabawić.

- Próbowałam wymyślić, co byłoby dla Hanka niezłą rozrywką.

- Możesz na przykład wybrać się do Harley Davidson Cafe.

Ale Hank odparł:

- O kurka, nie. Chętnie pójdę z tobą do szkoły, Mia. Zawsze chciałem zobaczyć, jak 

wygląda   prawdziwe   nowojorskie   liceum.   -   Ściszył   głos,   żeby   babcia   i   dziadek   go   nie 

usłyszeli. - Słyszałem, że wszystkie dziewczyny w Nowym Jorku mają poprzekłuwane pępki.

Jeżeli Hank myślał, że w mojej szkole poogląda sobie kolczyki w pępkach, to czekało 

go spore rozczarowanie - u nas nosi się szkolne mundurki i nie wolno nam nawet związać 

koszuli w węzeł nad pępkiem, jak to robi Britney Spears.

Nie przychodziła mi do głowy żadna wymówka, nic, co by mi pomogło wymigać się 

jakoś  od  jego  towarzystwa.  Grandmère  powtarza,  że  księżniczka  musi  zawsze  stawać  na 

wysokości zadania. No cóż, podejrzewam, że to mój wielki sprawdzian.

Powiedziałam zatem:

- Okay.

Nie brzmiało to specjalnie uprzejmie, ale co innego miałam niby powiedzieć?

Potem   babcia   mnie   zaskoczyła,   chwytając   w   objęcia   i   mocno   ściskając   na   do 

widzenia. Nie wiem, czemu tak mnie to zdziwiło. Przecież w sumie to zachowanie typowe dla 

babć. Jednak nie spodziewałam się uścisków, pewnie dlatego, że babcia, z którą spędzam 

większość czasu, to Grandmère.

Ściskając mnie, babcia powiedziała:

- Jejku, sama skóra i kości, prawda?

Tak, to prawda. Dzięki, babci. To prawda, że jestem niedorozwinięta pod względem 

gruczołów piersiowych. Ale czy musisz to wykrzykiwać w holu hotelu SoHo Grand?

-   I   kiedy   przestaniesz   wreszcie   rosnąć?   Przysięgam,   jesteś   już   prawie   wyższa   od 

Hanka.

background image

Tak, niestety, to również było prawdą.

A  potem   babcia   jeszcze   kazała   dziadkowi   uściskać   mnie   na   do   widzenia.   Kiedy 

obejmowałam   babcię,   była   taka   bardzo   miękka.   Dziadek   stanowił   jej   dokładne 

przeciwieństwo, był bardzo kościsty. Trochę mnie to dziwi, że ci dwoje zdołali zamienić moją 

silną niezależną matkę w taką roztrzęsioną galaretę. Grandmère na przykład zamykała mojego 

ojca w lochach pałacu, kiedy był dzieckiem, a on nie jest ani w połowie tak źle nastawiony 

wobec niej jak moja mama wobec swoich rodziców.

Z   drugiej   strony,   tata   zdecydowanie   wypiera   pamięć   tamtych   przeżyć   i   cierpi   na 

klasyczny kompleks Edypa. Przynajmniej według Lilly.

Kiedy wróciłam do domu, mama przeniosła się już z garderoby do łóżka. Leżała na 

nim,   przykryta   stertą   katalogów.   To   był   widoczny   znak,   że   poczuła   się   nieco   lepiej. 

Zamawianie rzeczy z katalogów jest jednym z jej ulubionych zajęć.

Powiedziałam:

- Cześć, mamo.

Spojrzała   na   mnie   zza   wiosennej   edycji   „Kostiumów   Kąpielowych”.  Twarz   miała 

opuchniętą i jakby w plamach. Ucieszyłam się, że pana Gianiniego nie ma w pobliżu. Mógłby 

się zacząć poważnie zastanawiać nad tym małżeństwem, gdyby przyjrzał jej się teraz z bliska.

- Och, Mia - powiedziała  na mój  widok. - Chodź tu, niech cię  mocno uściskam. 

Poradziłaś sobie z tym horrorem? Przepraszam, że jestem taką złą matką.

Usiadłam na łóżku koło niej.

- Nie jesteś złą matką - stwierdziłam. - Jesteś dobrą matką. Po prostu źle się czujesz.

- Nie - odparła mama. Pociągała nosem, więc zorientowałam się, że twarz jej tak 

paskudnie opuchła od płaczu. - Jestem beznadziejna. Rodzice przyjechali aż z Indiany, żeby 

się ze mną zobaczyć, a ja ich odsyłam do hotelu.

Wyraźnie widziałam, że mama cierpi na zaburzenia równowagi hormonalnej i nie jest 

sobą. Gdyby była sobą, nie wahałaby się ani chwili przed odesłaniem dziadków do hotelu. 

Nigdy im nie wybaczyła, że:

a) nie popierali jej decyzji, kiedy postanowiła mnie urodzić,

b) nie zaaprobowali sposobu, w jaki mnie wychowywała, i...

c) głosowali na George'a Busha Seniora, a także na jego syna.

Prawdę   mówiąc,   zaburzenia  równowagi  hormonalnej   czy nie,   mamie  nie   potrzeba 

teraz dodatkowych stresów. To powinien być naprawdę szczęśliwy okres w jej życiu. Tak 

twierdzą we wszystkich tekstach na temat ciąży, które czytałam - przygotowanie na narodziny 

background image

dziecka powinno być świętem i czasem radości.

I byłoby tak, gdyby Grandmère nie wtrąciła się i nie zepsuła wszystkiego, wtykając 

nos tam, gdzie nie powinna.

Ją TRZEBA powstrzymać, po prostu TRZEBA.

I wcale nie mówię tak tylko dlatego, że bardzo, bardzo chcę iść na Rocky Horror 

piątek wieczorem z Michaelem.

Wtorek, 28 października, 23.00

Kolejny e - mail od Jo - Si - Roksa! Ten brzmiał tak:

J

O

C

ROX

: DROGA MIO.

PISZĘ KRÓTKO,  ŻEBY CI  POWIEDZIEĆ, ŻE  WIDZIAŁEM  CIĘ WCZORAJ  W 

TELEWIZJI. WYGLĄDAŁAŚ PIĘKNIE, JAK ZAWSZE. WIEM, ŻE NIEKTÓRZY LUDZIE 

W   SZKOLE   DOKUCZALI   CI   Z   POWODU   TEGO   WYWIADU.   NIE   DAJ   IM   SIĘ 
STŁAMSIĆ. WIĘKSZOŚĆ Z NAS UWAŻA, ŻE JESTEŚ ŚWIETNA.

TWÓJ PRZYJACIEL

Czy to nie słodkie? Zaraz mu odpisałam:

G

R

L

OUIE

: DROGI PRZYJACIELU.

BARDZO   CI   DZIĘKUJĘ.   PROSZĘ,   POWIEDZ   MI   WRESZCIE,   KIM   JESTEŚ. 

PRZYSIĘGAM, ŻE NIE POWIEM NIKOMU ANI SŁOWA!!!!!!!!!!!

MIA

Jeszcze mi nie odpowiedział, ale myślę, że nie powinien wątpić w szczerość moich 

zapewnień, biorąc pod uwagę te wszystkie wykrzykniki.

Powoli go przekonam, po prostu wiem o tym.

JĘZYK ANGIELSKI

DZIENNIK

Moje najgłębsze przeżycie miało miejsce

background image

JĘZYK ANGIELSKI

DZIENNIK

Wykorzystaj swoje możliwości, bo to wszystko, co masz.

Ralph Waldo Emerson

Moim zdaniem pan Emerson miał na myśli fakt, że człowiek ma tylko jedno życie do  

przeżycia,   a   zatem   trzeba   przeżyć   je   jak   najlepiej.   Ideę   tę   najlepiej   ilustruje   film,   który 

oglądałam na Lifetime Channel, kiedy byłam chora. Film nosi tytuł Kim jest Julia? W tym 

filmie Mare Winningham gra rolę Julii, kobiety, która pewnego dnia budzi się po wypadku i 

odkrywa,   że   jej   ciało   uległo   kompletnemu   zniszczeniu,   a   mózg   przeszczepiono   w  

nienaruszone ciało osoby, której mózg przestał funkcjonować. Ponieważ Julia przedtem była  

modelką,   a   teraz   jej   mózg   znalazł   się   w   ciele   typowej   gospodyni   domowej   (Mare  

Winningham), jest zrozumiale zasmucona. Chodzi z kąta w kąt i rozpacza, że nie jest już  

wystrzałową blondynką (pięćdziesiąt pięć kilogramów, metr siedemdziesiąt pięć).

W   końcu,   dzięki   oddaniu   męża,   który   ją   kocha   mimo   tego   paskudnego   nowego 

wyglądu,  i  wskutek  krótkiego   epizodu,   kiedy  porywa  ją  psychotyczny  wdowiec  po  tamtej 

gospodyni   domowej   (chce,   żeby   wróciła   do   domu   i   robiła   mu   pranie),   Julia   zaczyna  

rozumieć, że wygląd modelki nie jest istotny wobec faktu, że w ogóle żyje.

Film   stawia   nieuniknione   pytanie:   jeśli   twoje   ciało   ulegnie   zniszczeniu   w   jakimś 

wypadku i będą musieli przeszczepić twój mózg w ciało innego człowieka, w jakim ciele  

chciałbyś   się   znaleźć?   Po   dłuższym   zastanowieniu   zdecydowałam,   że   najbardziej 

chciałabym znaleźć się w ciele Michelle Kwan, mistrzyni olimpijskiej wjeździe figurowej na 

lodzie,   bo   jest   bardzo   piękna   i   posiada   umiejętności,   które   dobrze  się   sprzedają.  A  jak  

wszyscy wiedzą, w ostatnich czasach panuje moda na Azjatki.

Albo Michelle, albo Britney Spears, żebym wreszcie mogła mieć duży biust.

Środa, 29 października, angielski

No cóż, jedno nie ulega wątpliwości:

Kiedy taki facet jak mój kuzyn Hank chodzi za tobą krok w krok z jednej klasy do 

drugiej,   z   pewnością   odciąga   uwagę   od   twojego   idiotycznego   występu   w   telewizji 

poprzedniego wieczoru.

Poważnie. Nie twierdzę wcale, że cheerleaderki zupełnie zapomniały o całym tym 

background image

numerze z Dwadześcia Cztery/Siedem - wciąż od czasu do czasu obrzucają mnie w holu złymi 

spojrzeniami. Ale gdy tylko podnoszą wzrok na Hanka, coś się nagle zmienia.

Na początku nie mogłam się zorientować, o co im chodzi. Myślałam, że po prostu 

strasznie się dziwią, spotykając w samym centrum Manhattanu faceta we flanelowej koszuli i 

ogrodniczkach.

Potem powoli zaczęło do mnie docierać, że chodzi jeszcze o coś innego. Chyba o to, 

że Hank jest takim sporym byczkiem i ma dość fajne jasne włosy, które mu opadają na ładne 

niebieskie oczy.

Wydaje mi się teraz, że to jeszcze nie wszystko. Hank chyba wydziela te feromony, o 

których uczyliśmy się na biologii.

Tyle że na mnie one nie działają, bo jestem jego krewną.

Jak tylko dziewczyny widzą Hanka, podpływają boczkiem w moją stronę i szepczą: 

„Kto to jest?”, popatrując tęsknie na jego bicepsy, które w gruncie rzeczy pod flanelą rysują 

się dość wyraźnie.

Weźcie   na   przykład   Lane  Weinberger.   Kiedy   weszłam   z   Hankiem,   kręciła   się   po 

korytarzu w pobliżu mojej szafki i czekała, aż się pojawi Josh Richter, żeby z nim odprawić 

poranny rytuał ssących pocałunków. Oczy Lany - mocno podkreślone cieniem Bobby Brown - 

nagle otworzyły się szerzej, a ona odezwała się:

- Kim jest twój przyjaciel? - takim głosem, jakiego jeszcze u niej nie słyszałam. A 

znam ją już przecież jakiś czas.

Powiedziałam:

- To nie mój przyjaciel, tylko brat cioteczny.

Lana odezwała się do Hanka, wciąż tym samym dziwnym głosem:

- Zatem możesz zostać MOIM przyjacielem.

Na co Hank odparł z szerokim uśmiechem:

- Kurczę, dziękuję pani.

I nie myślcie sobie - na algebrze Lana zrobiła absolutnie wszystko, co w jej mocy, 

żeby przyciągnąć uwagę Hanka. Swoimi długimi jasnymi włosami bez przerwy zamiatała mi 

całą ławkę. Upuściła ołówek chyba ze cztery razy. Co rusz zakładała nogę na nogę. Wreszcie 

pan Gianini nie wytrzymał i spytał:

- Panno Weinberger, czy potrzebuje pani wyjść do toalety?

To ją uspokoiło, ale tylko na jakieś pięć minut.

Nawet   panna   Molina,   szkolna   sekretarka,   dziwnie   chichotała,   kiedy   wypisywała 

Hankowi gościnną przepustkę.

background image

Ale to wszystko nic w porównaniu z reakcją Lilly. Zatrzymaliśmy się, żeby zabrać ją i 

Michaela, jak co rano. Wsiadła do limuzyny, popatrzyła na siedzenie naprzeciwko i szczeka 

jej opadła tak, że irysek, którego żuła, wyleciał jej z ust prosto na podłogę. Jeszcze nigdy w 

życiu nie widziałam, żeby przytrafiło się jej coś takiego. Lilly na ogół świetnie sobie radzi z 

utrzymywaniem w ustach tego, co akurat żuje.

Hormony to jednak substancje o potężnej sile. W ich szponach jesteśmy bezradni.

Co niewątpliwie może wyjaśnić tę sprawę z Michaelem.

To znaczy, moje głębokie zauroczenie i tak dalej.

T.   HARDY   -   SERCE   POCHOWANO   W   WESSEX,   ALE   CIAŁO   W 

WESTMINSTERZE.

Hm, przepraszam, ale to OBRZYDLIWE.

Środa, 29 października, RZ

Nie mieści mi się to w głowie. Naprawdę mi się nie mieści. Lilly i Hank zniknęli.

Tak właśnie. ZNIKNĘLI.

Nikt nie wie, gdzie są. Boris miejsca sobie znaleźć nie może ze zdenerwowania. Nie 

przestaje   grać   Mahlera.   Nawet   pani   Hill   zrozumiała   już,   że   zamknięcie   go   w   szafie   na 

materiały  biurowe   jest   jedyną   szansą   ratunku   dla   resztek   naszego   zdrowia   psychicznego. 

Pozwoliła   nam   zakraść   się   do   sali   gimnastycznej   i   zwinąć   stamtąd   kilka   materaców   do 

ćwiczeń. Oparliśmy je o drzwi szafy na materiały biurowe, żeby wyciszyć te dźwięki.

Niestety, to nie działa.

Chyba   potrafię   zrozumieć   rozpacz   Borisa.   Kiedy  jesteś   geniuszem   muzycznym,   a 

dziewczyna, z którą w miarę regularnie całujesz się z języczkiem, nagle znika z taki facetem 

jak Hank, można stracić głowę.

Powinnam była wiedzieć, na co się zanosi. Wciąż zadawała Hankowi pytania o życie 

w Indianie. Na przykład o to, czy był najpopularniejszym chłopakiem w szkole i tak dalej. I, 

oczywiście, powiedział, że owszem - chociaż osobiście nie uważam za wielkie osiągnięcie 

etykietki  najpopularniejszego   chłopaka w  jej   liceum  w  Versailles  (co,  tak  przy okazji,  w 

Indiana - mowie brzmi Wer - sejlz).

A potem zaczęła go wypytywać:

- A masz dziewczynę?

Hank się speszył i powiedział, że kiedyś miał, ale Amber rzuciła go kilka tygodni temu 

background image

dla faceta, którego ojciec jest właścicielem lokalnej restauracji Outback Steakhouse. Lilly 

zrobiła strasznie oburzoną minę i powiedziała, że ta Amber na pewno cierpi na graniczne 

zaburzenia osobowości, jeżeli nie widzi, jakim wartościowym człowiekiem jest Hank.

Byłam tak zniesmaczona tym  całym  przedstawieniem, że  ledwie  udało mi  się nie 

zwrócić mojego wegetariańskiego burgera.

A potem Lilly zaczęła gadać o wszystkich cudownych rzeczach, które można robić w 

naszym mieście i że Frank naprawdę powinien skorzystać z okazji, zamiast siedzieć tu w 

szkole ze mną. Powiedziała:

- Mamy na przykład Muzeum Imigracji. Naprawdę fascynujące.

Poważnie. Ona naprawdę powiedziała, że MUZEUM IMIGRACJI jest fascynujące. 

LILLY MOSCOVITZ to powiedziała.

Przysięgam, hormony są strasznie niebezpieczne.

A potem dodała:

- A w Halloween w Village jest parada i potem wszyscy idziemy na The Rocky Horror 

Picture Show. Widziałeś to już kiedyś?

Hank odparł, że nie, nie widział.

Powinnam była wtedy z miejsca się domyślić, że coś się kroi, ale się nie domyśliłam. 

Zadzwonił dzwonek i Lilly powiedziała, że chce zabrać Hanka do auli i pokazać mu tę część 

dekoracji do My Fair Lady, którą sama pomalowała (jedną lampę uliczną). Czułam, że sporą 

ulgę przyniesie mi, jeśli chociaż na chwilę uwolnię się od ciągłych wspomnień Hanka z 

naszej ostatniej wspólnej wizyty u dziadków - „A pamiętasz, jak zostawiliśmy rowery na 

podwórku przed domem i strasznie się martwiłaś, że ktoś może przyjść w nocy i je ukraść?” - 

więc powiedziałam:

- Okay.

I od tej pory już ich nie widziałam.

Czuję się winna. Hank jest najwyraźniej zbyt atrakcyjny, żeby go puszczać luzem 

pomiędzy ogół populacji. Powinnam była to zauważyć. Powinnam była zauważyć, że urok 

niewykształconego,   ale   absolutnie   cudownego   młodego   wieśniaka   z   Indiany   okaże   się 

silniejszy niż pociąg do nie tak znów atrakcyjnego geniusza muzycznego z Rosji.

A teraz przeze mnie moja najlepsza przyjaciółka stała się zdradliwą lalką, która chodzi 

z dwoma, A DO TEGO wagarowiczką. Lilly nigdy w życiu nie urwała się z lekcji. Jeżeli ją 

złapią,   będzie   za   karę   siedziała   w   szkole   po   zajęciach.   Ciekawe,   czy   jej   się   wydaje,   że 

siedzenie   w   szkolnej   stołówce   całą   godzinę   po   lekcjach   razem   z   innymi   młodocianymi 

przestępcami jest warte ulotnych chwil młodzieńczej żądzy, które dzieli z Hankiem.

background image

Na Michaela wcale nie można liczyć. Zupełnie nie martwi się o siostrę. W gruncie 

rzeczy   cała   ta   sytuacja   chyba   bardzo   go   bawi.   Zwróciłam   mu   uwagę,   że   nigdy   nic   nie 

wiadomo - Lilly i Hank mogli zostać porwani przez libijskich terrorystów - ale on twierdzi, że 

wydaje   mu  się  to   mało   prawdopodobne.  Uważa,   że  bardziej   sensowne  jest  założenie,  że 

spędzają uroczo czas na popołudniowym seansie w Sony Imax.

Już to widzę. Hank ma potworną chorobę lokomocyjną, nawet w kinowym fotelu. 

Powiedział nam o tym jeszcze dziś rano w drodze do szkoły, kiedy przejeżdżaliśmy obok 

kolejki linowej Roosevelt Island.

Co powiedzą babcia i dziadek, kiedy odkryją, że zgubiłam im wnuka?

PIĘĆ GŁÓWNYCH MIEJSC, GDZIE MOGĄ BYĆ LILLY I HANK

1. Zwiedzają Muzeum Imigracji.

2. Jedzą kanapki z wołowiną w delikatesach na Drugiej Alei.

3. Szukają nazwiska Dionizjusza Thermopolisa na ścianie imigrantów na Ellis Island.

4. Robią sobie tatuaże na St Mark's Place.

5. Uprawiają dziki namiętny seks w jego pokoju w SoHo Grand.

O BOŻE!

Środa, 29 października, historia cywilizacji

Jeszcze się nie pokazali.

Środa, 29 października, biologia

Dalej nic.

background image

PRACA DOMOWA

Algebra: rozwiązać zadania 3, 9 i 12 ze str. 147

Angielski: głębokie przeżycie!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!

Historia cywilizacji: przeczytać rozdział 10 RZ: dajcie spokój...

Francuski: 4 zdania z: une blague, la montagne, la mer, il a du soleil

Biologia: zapytać Kenny'ego

I co jeszcze? Jak można skoncentrować się na odrabianiu lekcji, kiedy twoja najlepsza 

przyjaciółka i cioteczny brat zaginęli w Nowym Jorku???

Środa, 29 października, powtórka z algebry

Lars mówi, że jego zdaniem w tej chwili jest jeszcze za wcześnie, żeby zawiadamiać 

policję.   Pan   Gianini   zgadza   się   z   nim.   Twierdzi,   że   koniec   końców   Lilly   jest   dość 

odpowiedzialna i nie ma sensu wyobrażać sobie, że pozwoliłaby Hankowi wpaść w ręce 

libijskich   terrorystów.   Ja,   oczywiście,   hasła   „libijscy   terroryści”   użyłam   tylko   tak   dla 

przykładu. Biorę pod uwagę jeszcze inny scenariusz wydarzeń - scenariusz, który mnie znacz-

nie bardziej niepokoi:

Przypuśćmy, że Lilly się w nim zakochała.

Poważnie.   Przypuśćmy,   że   Lilly,   wbrew   wszelkiemu   rozsądkowi,   szaleńczo   i   z 

wzajemnością   zakochała   się   w   moim   ciotecznym   bracie,   Hanku.   Dziwniejsze   rzeczy   się 

zdarzają. No bo może Lilly zaczyna sobie zdawać sprawę z tego, że Boris jest wprawdzie 

geniuszem,   ale   nadal   ubiera   się   śmiesznie   i   nie   potrafi   oddychać   przez   nos.   Może   woli 

poświęcić te długie intelektualne rozmowy prowadzone z Borisem dla związku z chłopakiem, 

którego jedyną zaletą jest to, co się potocznie określa jako tyłeczek.

A Hanka mogła oszołomić imponująca inteligencja Lilly. W końcu jej IQ przewyższa 

jego IQ o jakieś murowane sto punktów.

Ale   czy   oni   nie   rozumieją,   że   mimo   wzajemnego   pociągu,   ten   związek   może 

prowadzić   wyłącznie   do   katastrofy?   Przypuśćmy,   że   oni   TO   ZROBIĄ,   albo   coś?   I 

przypuśćmy, że mimo wszystkich tych reklam społecznych na MTV, zaniechają uprawiania 

bezpiecznego   seksu,   wzorem   mojej   mamy   i   pana   G.?   Będą   musieli   się   pobrać,   a   Lilly 

wyjedzie i zamieszka w Indianie w przyczepie kempingowej, bo tak mieszkają wszystkie 

nastoletnie matki. I będzie nosiła sukienki podomki kupowane w Wal - Mart i paliła koole, 

kiedy Hank będzie wychodził do fabryki opon i zarabiał pięć pięćdziesiąt na godzinę.

Czy ja jestem jedyną osobą, która dostrzega, dokąd to wszystko prowadzi? Co im się 

background image

wszystkim stało?

Po pierwsze - pogrupuj (ustal, które wyrażenia do której grupy, zaczynając 

od samego środka)

Po drugie - oblicz wszystkie potęgi

Po trzecie - pomnóż i podziel od lewej do prawej

Po czwarte - dodawaj i odejmuj od lewej do prawej

Środa, 29 października, 19.00

W porządku. Nic im się nie stało.

Hank podobno wrócił do hotelu około piątej, a Lilly, z tego, co mówi Michael, nieco 

przed piątą pojawiła się w domu.

Naprawdę chciałabym wiedzieć, gdzie się podziewali, ale każde z osobna powiedziało 

tylko:

- A, chodziliśmy sobie tu i tam.

Lilly jeszcze dodała:

- Boże, bardziej zaborcza już chyba być nie możesz?

„Zaborcza” i co jeszcze?

Ale mam większe zmartwienia. Już miałam wejść do apartamentu Grandmère w Plaza 

na swoją dzisiejszą lekcję etykiety, kiedy nagle pojawił się tata, z taką zdenerwowaną miną, 

że Jezu!

Tylko dwie osoby denerwują mojego tatę.

Jedną jest moja mama.

A drugą jest jego mama.

Powiedział cichym tonem:

- Słuchaj, Mia, co do tego całego ślubu...

Odparłam:

- Mam nadzieję, że udało ci się porozmawiać z Grandmère.

- Twoja babka już rozesłała zaproszenia. Ślubne zaproszenia.

- CO TAKIEGO?

O mój Boże. O mój Boże. To katastrofa. KATASTROFA!

Tata musiał z wyrazu mojej twarzy odczytać, co myślę, bo powiedział:

- Mia, nie martw się. Zajmę się tym. Po prostu zostaw to mnie, dobrze?

Ale jak ja mam się nie martwić? Mój tata to dobry facet i tak dalej. A przynajmniej się 

stara. Ale my tu rozmawiamy o Grandmère. GRANDMÈRE. Nikt się nigdy nie sprzeciwia 

background image

Grandmère, nawet sam książę Genowii.

I nie wiem, co jej powiedział do tej pory, ale na pewno nic nie wskórał. Ona i Vigo są 

z każdą chwilą coraz bardziej zaangażowani w planowanie tych godów.

- Już dostaliśmy pierwsze potwierdzenia obecności - poinformował mnie Vigo z dumą, 

kiedy weszłam do środka. - Od burmistrza, od pana Donalda Trumpa, panny Diane Von 

Furstenberg, od rodziny królewskiej ze Szwecji, od pana Oscara de la Renty i pana Johna 

Tesha, i panny Marthy Stewart...

Nic nie odpowiedziałam. To dlatego, że nie mogłam przestać myśleć o tym, co powie 

moja   mama,   kiedy   będzie   szła   środkowym   przejściem   i   zobaczy   Johna   Tesha   z   Marthą 

Stewart. Całkiem możliwe, że ucieknie z sali z dzikim wrzaskiem.

- Przyszła pani sukienka - poinformował mnie Vigo, sugestywnie ruszając brwiami.

- Moje co? - spytałam.

Niestety, Grandmère usłyszała, co mówię, i klasnęła w dłonie tak głośno, że Rommel 

rzucił się szukać jakiejś bezpiecznej kryjówki, najwyraźniej przekonany, że wybuchł pocisk 

nuklearny czy coś.

-   Nigdy  więcej   nie   chcę   słyszeć,   jak   mówisz   CO.   -   Grandmère   zionęła   na   mnie 

ogniem. - Masz mówić: PRZEPRASZAM, NIE DOSŁYSZAŁAM.

Popatrzyłam na Vigo. Usiłował ukryć uśmiech. Naprawdę! Vigo rzeczywiście uważa, 

że to zabawne, kiedy Grandmère się wścieka.

Jeżeli w Genowii przyznaje się medal za odwagę, ten człowiek na niego zasługuje. 

Totalnie.

- Przepraszam, nie dosłyszałam, panie Vigo - powiedziałam grzecznie.

- Ależ proszę, proszę. - Vigo pomachał ręką. - Proszę się do mnie zwracać po prostu 

„Vigo”, żadnych ceremonii z tym „pan”, Wasza Wysokość. A teraz proszę mi powiedzieć, co 

pani o tym myśli?

I nagle wyjął z pudła sukienkę.

W chwili, w której ją zobaczyłam, przepadłam.

Bo   piękniejszej   sukienki   w   życiu   nie   widziałam.   Wyglądała   zupełnie   jak   suknia 

Glindy, Dobrej Czarownicy z Czarnoksiężnika z krainy Oz - tylko nie tak błyszcząca. Ale ona 

też była różowa i miała długą, szeroką spódnicę i takie małe różyczki przy rękawach. Jeszcze 

nigdy żadnej sukienki nie pragnęłam tak jak tej, od pierwszej chwili, kiedy padł na nią mój 

wzrok.

Musiałam ją przymierzyć. Po prostu musiałam.

Grandmère nadzorowała przymiarkę, a Vigo kręcił się w pobliżu, co rusz proponując, 

background image

że  zrobi jej  nowego sidecara. Oprócz  delektowania się ulubionym koktajlem,  Grandmère 

paliła jednego ze swoich długich papierosów, więc wyglądała jeszcze bardziej królewsko niż 

zwykle. Co chwila pokazywała na coś papierosem i mówiła:

- Nie, tak nie może być.

Albo:

- Na litość boską, Amelio, przestań się garbić.

Stwierdzono, że sukienka jest zbyt obszerna w biuście (też mi odkrycie) i trzeba ją 

będzie   poprawić.   Poprawki   miały  potrwać   do   piątku,   ale  Vigo   obiecał   dopilnować,   żeby 

wszystko zrobiono na czas.

I wtedy przypomniałam sobie, na jaką okazję szykowana jest ta sukienka.

Boże, co ze mnie za córka... Jestem okropna. Nie chcę, żeby ten ślub się odbył. Moja 

matka nie chce tego ślubu. Więc co ja tu robię, przymierzając sukienkę przeznaczoną na 

uroczystość, której nie chce nikt poza Grandmère, i która, jeżeli mojemu tacie się powiedzie, 

w ogóle nie dojdzie do skutku?

Wierzcie mi, kiedy zdejmowałam z siebie tę sukienkę i wieszałam ją z powrotem na 

satynowym ramiączku, myślałam, że mi serce pęknie. To była najpiękniejsza rzecz, jaką w 

życiu widziałam, a co dopiero nosiłam. Gdyby tylko - myślałam bez przerwy - Michael mógł 

mnie w niej zobaczyć.

Albo chociaż Jo - Si - Rox. Mógłby pokonać nieśmiałość i powiedzieć mi prosto w 

oczy to, co przedtem był w stanie wyznać mi wyłącznie na piśmie... a gdyby się jeszcze 

okazało, że nie jest tym facetem od chili, to moglibyśmy właściwie iść na randkę.

Ale taka sukienka pasuje tylko na jedną jedyną okazję, to znaczy na ślub. I nieważne, 

że tak bardzo pragnęłam ją na siebie włożyć - przede wszystkim nie chciałam, żeby ten ślub w 

ogóle się odbył. Moja matka i tak już z trudem zachowuje resztki normalności. Ślub, na 

którym   miał   pojawić   się   John   Tesh   -   a   kto   wie,   może   nawet   i   zaśpiewać   -   mógłby   ją 

doprowadzić do obłędu.

A jednak dopiero w tej sukience poczułam się jak prawdziwa księżniczka.

Strasznie żałuję, że nigdy nie będę miała okazji jej założyć.

Środa, 29 października, 22.00

Wyobraźcie sobie coś takiego: przerzucałam się od niechcenia z kanału na kanał, bo 

zrobiłam sobie przerwę od nauki i wymyślania głębokiego przeżycia, które mogłabym opisać 

w moim dzienniku na angielski, kiedy nagle przełączyłam się na Channel 67, a tam leciał 

odcinek programu  Lilly mówi prosto z mostu,  którego nigdy przedtem nie widziałam. A to 

background image

dziwne, bo Lilly mówi prosto z mostu leci na ogół w piątki wieczorem.

A potem zorientowałam się, że skoro w najbliższy piątek przypada Halloween, to 

może program Lilly przesunięto, żeby zarezerwować czas na transmisję parady z Village czy 

coś takiego.

Siedzę więc w domu i oglądam sobie ten program, aż tu okazuje się, że to odcinek z 

naszego   piżama   -   party.   No   wiecie,   ten   nakręcony   w   sobotę,   kiedy   wszystkie   pozostałe 

dziewczyny   przyznały   się   do   swojego   doświadczenia   w   całowaniu   z   języczkiem,   a   ja 

wyrzuciłam przez okno bakłażana. Tyle że Lilly wycięła wszystkie sceny, w których pokazana 

była   moja   twarz,   więc   jeśli   nie   wiedzieliście,   że   to   Mia   Thermopolis   nosi   piżamę   w 

truskaweczki, nigdy byście nie zgadli, że to ja.

Tak czy inaczej, bardzo wyciszony materiał. Może jakaś naprawdę purytańska mama 

przejęłaby się tym całowaniem z języczkiem, ale niewiele zostało takich mam w promieniu 

pięciu dzielnic - taki jest zasięg tego kanału.

Potem kamera wykonała taki śmieszny przeskok, a kiedy obraz znów się wyostrzył, 

pojawiło się zbliżenie mojej twarzy. Tak właśnie, MOJEJ TWARZY. Leżałam na podłodze z 

poduszką pod głową i mówiłam coś takim strasznie sennym głosem.

Później sobie przypomniałam: na tym piżama - party, kiedy cała reszta już zasnęła, 

Lilly i ja nie spałyśmy i gadałyśmy sobie.

I okazuje się, że ona PRZEZ CAŁY CZAS MNIE FILMOWAŁA!

Leżałam na podłodze i mówiłam:

- Co najbardziej chciałabym robić? Założyć jakiś ośrodek dla bezpańskich zwierząt. 

Kiedyś pojechałam do Rzymu i widziałam tam chyba z osiemdziesiąt milionów kotów, które 

kręciły  się   wśród   zabytków.   I  te   koty  totalnie   by  pozdychały,   gdyby  nie   dokarmiały  ich 

zakonnice. Więc myślę sobie, że pierwsze, co zrobię, to otworzę taki ośrodek, gdzie wszystkie 

bezpańskie zwierzęta z Genowii będą mogły znaleźć opiekę. Wiesz? I nigdy nie pozwolę ich 

usypiać, chyba że będą naprawdę ciężko chore czy coś. I będą tam psy i koty, i może jakieś 

delfiny, i oceloty...

Głos Lilly odezwał się zza kadru:

- W Genowii są oceloty?

Odparłam:

- Tak mi się wydaje. Chociaż może jednak nie ma. No, nieważne. Każde zwierzę, 

które potrzebuje domu, będzie mogło tam zamieszkać. I może wynajmę specjalnych treserów 

-  niech  przyjadą  i   wytresują  wszystkie  psy na  przewodników  dla  niewidomych.   I  potem 

będziemy mogli oddawać je za darmo niewidomym w potrzebie. A koty będzie się zabierać 

background image

do szpitali i domów starców, żeby pacjenci mogli się z nimi bawić, bo ludzie zawsze od tego 

czują   się   lepiej   -   oprócz   takich   osób   jak   moja   Grandmère,   która   kotów   nienawidzi.   Im 

możemy zawozić psy. Albo któregoś ocelota.

Głos Lilly:

- I to będzie twoja pierwsza decyzja, kiedy zostaniesz głową państwa w Genowii?

Odparłam sennie:

- Tak, tak mi się wydaje. Wiesz, może po prostu uda nam się cały pałac zamienić na 

schronisko dla zwierząt? I na przykład mogłyby tam mieszkać bezdomne zwierzęta z całej 

Europy. Nawet te koty z Rzymu.

- Myślisz, że twojej Grandmère to się spodoba? To znaczy, obecność tych wszystkich 

bezpańskich kotów w pałacu?

Odparłam:

- A co to za różnica, skoro ona już tego nie dożyje?

O mój Boże! Mam nadzieję, że w Plaza nie mają tego programu!

Lilly zapytała mnie:

- A czego najbardziej nie cierpisz? To znaczy jako księżniczka.

- Och, nietrudno odpowiedzieć. Tego, że nie mogę iść do delikatesów i kupić sobie 

mleka,   żeby   nie   musieć   najpierw   uprzedzać   sklepu   telefonicznie   i   umawiać   się   z 

ochroniarzem, żeby mnie tam zaprowadził. Że nie mogę tak po prostu przyjść do ciebie i 

posiedzieć   sobie   bez   całego   tego   uprzedniego   zamieszania.   Nie   cierpię   tych   sztucznych 

paznokci. No bo w końcu czyja to sprawa, jak wyglądają moje paznokcie? Co to ma w ogóle 

za znaczenie? Tego typu rzeczy nie cierpię.

Lilly ciągnęła:

-   Denerwujesz   się?   Tym   oficjalnym   przedstawieniem   obywatelom   Genowii   w 

grudniu?

- No cóż, nie tyle się denerwuję, co... Sama nie wiem. A jeśli mnie nie polubią? Na 

przykład te damy dworu i tak dalej? No bo w szkole przecież nikt mnie nie lubi. Może w 

Genowii też nie będę lubiana.

- Ludzie ze szkoły cię lubią - odparła Lilly.

I wtedy, na wprost kamery, zapadłam w sen. Dobrze przynajmniej, że się nie śliniłam, 

ani co gorsza, nie chrapałam. Nie mogłabym jutro pokazać się w szkole.

A potem przez ekran popłynęły następujące słowa:

NIE   WIERZCIE   REKLAMIE!   TO   BYŁ   PRAWDZIWY   WYWIAD   Z   KSIĘŻNICZKĄ 

background image

GENOWII.

Kiedy tylko program się skończył, zadzwoniłam do Lilly i spytałam, co konkretnie ją 

napadło, że to zrobiła.

A ona beztrosko odpowiedziała tym swoim wkurzającym pełnym wyższości tonem:

- Po prostu chciałam, żeby ludzie mieli okazję poznać prawdziwą Mię Thermopolis.

-   Nie,   nieprawda   -   odparłam.   -   Chciałaś   tylko,   żeby   któraś   z   większych   stacji 

zainteresowała się tym wywiadem i zapłaciła ci za niego kupę szmalu.

-   Mia   -   powiedziała   Lilly   zranionym   głosem.   -   Jak   mogłaś   nawet   pomyśleć   coś 

takiego?

W głosie miała takie zdziwienie, że zrozumiałam - tym razem musiałam się pomylić.

- Wiesz - powiedziałam - mogłaś mi powiedzieć.

- A zgodziłabyś się? - Chciała się dowiedzieć Lilly.

- No cóż - odparłam. - No... chyba nie.

- Więc sama widzisz - powiedziała Lilly.

Zdaje się, że nie wyszłam w tym wywiadzie Lilly na jakąś gadatliwą idiotkę, a po 

prostu na lekką wariatkę z obsesją na punkcie kotów. Naprawdę sama nie wiem, co gorsze.

Ale   prawdę   mówiąc,   zaczyna   mi   to   wszystko   obojętnieć.   Ciekawe,   czy   to   się 

przytrafia wszystkim sławnym osobom. Może na początku naprawdę bierzesz sobie do serca, 

co o tobie piszą w prasie, ale po jakimś czasie machasz na to ręką, myślisz „co mi tam!”

Ale ciekawa jestem, czy Michael też widział ten program i co myślał o mojej piżamie. 

Bo jest naprawdę bardzo ładna.

Czwartek, 30 października, angielską

Hank nie poszedł ze mną dzisiaj do szkoły. Zadzwonił z samego rana i powiedział, że 

niezbyt dobrze się czuje. Nie dziwię się. Wczoraj wieczorem babcia i dziadek zadzwonili, 

pytając, gdzie na Manhattanie mogą dostać porządny nowojorski stek. Ponieważ na ogół nie 

bywam w restauracjach, w których podaje się mięso, poprosiłam pana Gianiniego o jakieś 

wskazówki, a on zrobił rezerwację w jednej dość znanej ze steków restauracji.

A potem, mimo ostrego sprzeciwu ze strony mojej matki, uparł się, że zabierzemy tam 

babcię, dziadka i Hanka, bo chce lepiej poznać swoich przyszłych teściów.

Moją mamę to już najwyraźniej przerosło. Bez słowa wstała z łóżka, pomalowała 

tuszem rzęsy, uszminkowała usta, ubrała się i poszła z nami. Przede wszystkim chyba chciała 

zapobiec   takiej   sytuacji,   w   której   babcia   zniechęciłaby  do   niej   pana   Gianiniego   częstym 

background image

nawiązywaniem   do   liczby   rodzinnych   samochodów,   które   moja   mama   powywracała   na 

polach kukurydzy, kiedy uczyła się prowadzić.

W   restauracji   -   donoszę   o   tym   z   przerażeniem   -   mimo   zwiększonego   ryzyka 

zapadalności na choroby układu krążenia i niektóre postaci raka, z którymi badania naukowe 

powiązały   tłuszcze   nasycone   i   cholesterol,   mój   przyszły   ojczym,   mój   brat   cioteczny   i 

dziadkowie ze strony matki - nie mówiąc już o Larsie, o którego wielkim zamiłowaniu do 

mięsa nie miałam pojęcia, ani o mojej matce, która rzuciła się na swój stek jak Rosemary na 

surowy ochłap w Dziecku Rosemary (filmu tak właściwie nie oglądałam, ale słyszałam o tym) 

- spożyli ilość mięsa odpowiadającą chyba całej krowie.

Strasznie mnie to wytrąciło z równowagi i chciałam już im tłumaczyć, jak niemądrze i 

niezdrowo jest jeść coś, co kiedyś sobie żyło i chodziło po świecie, ale przypomniałam sobie 

lekcje etykiety, ograniczyłam się więc do patrzenia na swoją porcję warzyw z grilla i nie 

powiedziałam ani słowa.

Mimo   to   wcale   się   nie   dziwię,   że   Hank   poczuł   się   źle.   Pewnie   jeszcze   teraz   to 

kompletnie   niestrawione   czerwone   mięso   siedzi   za   przypominającymi   tarę   do   prania 

mięśniami brzucha Hanka (ja tylko zakładam, że on ma mięśnie brzucha przypominające tarę 

do prania, bo - na szczęście - wcale ich nie widziałam).

Co ciekawe, akurat ten jeden posiłek moja matka zdołała utrzymać w żołądku. Coś mi 

się wydaje, że z tego dzieciaka nie będzie żaden wegetarianin.

W   każdym   razie,   w  Albercie   Einsteinie   rozczarowanie   nieobecnością   Hanka   jest 

wyczuwalne. Panna Molina zobaczyła mnie w holu i spytała ze smutkiem:

- A dziś nie potrzebujesz przepustki dla swojego gościa?

Nieobecność Hanka oznacza również, że moja nadzwyczajna dyspensa od niechętnych 

spojrzeń,   którymi   obrzucają   mnie   zwykle   cheerleaderki,   skończyła   się.   Dziś   rano   Lana 

wyciągnęła rękę, strzeliła moim ramiączkiem od stanika i spytała swoim najpaskudniejszym 

głosem:

- Po co ty w ogóle nosisz stanik? Przecież nie masz na czym.

Tęsknię   za   jakimś   miejscem,   gdzie   ludzie   traktują   się   nawzajem   grzecznie   i   z 

szacunkiem.   Niestety,   nie   jest   to   nasze   liceum.   Może   w   Genowii?  A  może   na   tej   stacji 

kosmicznej zbudowanej przez Rosjan, która właśnie rozpada się nad naszymi głowami?

W każdym razie jedyną osobą, która wydaje się uszczęśliwiona niedyspozycją Hanka, 

jest Boris Pelkowski. Czekał na Lilly w przedsionku szkoły, kiedy przyjechaliśmy dziś rano, a 

jak tylko nas zobaczył, zapytał:

- Gdzie jest Honk?

background image

(Bo tak wymawia imię Hanka tym swoim ciężkim rosyjskim akcentem).

- Honk, to znaczy Hank, zachorował - poinformowałam go i nie będzie przesadą, 

jeżeli powiem, że wyraz, jaki się odmalował na twarzy Borisa i ogarnął jej nieregularne rysy, 

przypominał szczęście. Psie przywiązanie Borisa do Lilly bywa drażniące, ale ja wiem, że 

reaguję tak tylko dlatego, że jestem zazdrosna. JA TEŻ chcę mieć chłopaka, któremu będę 

mogła opowiadać swoje najgłębsze sekrety. JA TEŻ chcę mieć chłopaka, który będzie mnie 

całował   z   języczkiem.   JA TEŻ   chcę   mieć   chłopaka,   który  będzie   zazdrosny,   jeżeli   będę 

spędzać zbyt dużo czasu z innym facetem, nawet z takim totalnym pacanem jak Hank.

Ale zdaje się, że nie zawsze dostajemy to, czego pragniemy, prawda? Wygląda na to, 

że dostanę małego braciszka lub siostrzyczkę, i ojczyma, który wie wszystko o skróconym 

mnożeniu, i który wprowadza się do nas jutro ze stołem do piłkarzyków.

A, i jeszcze dostanę kiedyś tron pewnego kraju i będę w nim panować.

Wielkie mi co. Wolałabym mieć chłopaka.

Czwartek, 30 października, historia cywilizacji

DO ZROBIENIA (KONIECZNIE)

ZANIM WPROWADZI SIĘ PAN G.

1. Odkurzyć.

2. Wyczyścić kocią kuwetę.

3. Odnieść bieliznę do pralni.

4. Wynieść wszystkie posegregowane śmieci - zwłaszcza te magazyny mamy, które 

mają uwagi na temat orgazmu na okładkach - bardzo ważne!!!

5. Usunąć damskie artykuły higieniczne ze wszystkich łazienek.

6. Znaleźć wolne miejsce w salonie na stół do piłkarzyków/flippera/duży telewizor.

7. Sprawdzić szafkę na lekarstwa - bardzo ważne!!!

8. Usunąć z regałów mamy Nasze ciała, Nasze decyzje i Radość seksu.

9. Skontaktować się z operatorem kablówki. Niech dodadzą Classic Sports Network. 

Zrezygnować z Romance Channel.

10. Zmusić mamę, żeby przestała wieszać staniki na gałce od drzwi do łazienki.

11. Przestać ogryzać sztuczne paznokcie.

12. Przestać tyle myśleć o M.M.

13. Wstawić zamek do drzwi od łazienki.

14. Papier toaletowy!!!

background image

Czwartek, 30 października, RZ

To jest nie do uwierzenia.

Oni to znów zrobili.

Hank i Lilly ZNÓW razem zniknęli!

O Hanku nic nawet nie wiedziałam, dopóki do Larsa nie zadzwoniła na komórkę moja 

matka.   Była   bardzo   zła,   bo   jej   matka   zadzwoniła   do   niej   do   pracowni   z   histerycznym 

wrzaskiem, że Hanka nie ma w jego pokoju. Mama chciała się dowiedzieć, czy Hank pojawił 

się w szkole.

Niestety, a jestem wiarygodnym źródłem informacji, nie pojawił się.

A potem Lilly nie przyszła na lunch.

Nawet nie próbowała zrobić tego jakoś subtelnie. Zdawałyśmy egzamin z ogólnej 

sprawności na WF - ie, i właśnie przyszła kolej Lilly na wspinanie się po linie, kiedy zaczęła 

się skarżyć, że ma skurcze.

Ponieważ Lilly skarży się na ból brzucha za każdym razem, kiedy zdajemy egzamin z 

ogólnej   sprawności,   niczego   nie   podejrzewałam.   Pani   Potts   odesłała   ją   do   gabinetu 

pielęgniarki i byłam pewna, że spotkam się z cudownie ozdrawiała Lilly na lunchu.

Tymczasem ona na lunch w ogóle nie przyszła. Według pielęgniarki skurcze były tak 

silne, że Lilly zwolniła się z lekcji i poszła do domu.

Skurcze. Akurat. Lilly nigdy nie miewa skurczów. Za to najwyraźniej miewa ochotę na 

mojego ciotecznego brata!

Ciekawe tylko, jak długo uda nam się ukrywać to przed Borisem. Pamiętając Mahlera, 

na którego naraził nas wczoraj, wszyscy staraliśmy się nie komentować tego dziwnego zbiegu 

okoliczności, że Lilly jest chora, a Hank akurat w tym samym czasie zaginął w tajemniczy 

sposób.   Nikt   nie   chce,   żeby   znów   trzeba   było   uciekać   się   do   użycia   materaców 

gimnastycznych. Są strasznie ciężkie.

W ramach prewencji Michael usiłuje zająć uwagę Borisa wymyśloną przez siebie grą 

komputerową,   którą   nazwał   „Zetnij   główki   Backstreet   Boysom”.   Rzuca   się   nożami, 

siekierami i inną bronią w członków zespołu Backstreet Boys. Osoba, która zetnie głowy 

większości członków zespołu, przechodzi do następnego etapu, gdzie ścina głowy chłopcom z 

98 Degrees, a potem N'Sync, i tak dalej. Ten, kto zdobędzie największą liczbę punktów, w 

nagrodę może wyciąć nożem swoje inicjały na nagiej piersi Ricky'ego Martina.

Niewiarygodne, ale Michael dostał tylko piątkę za tę grę, którą opracował na swoje 

zajęcia z informatyki. Nauczyciel odjął mu punkty, bo uznał, że gra nie jest wystarczająco 

background image

brutalna, jak na potrzeby współczesnego rynku.

Pani Hill pozwoliła nam dzisiaj rozmawiać. Wiem dlaczego: po prostu nie chce dzisiaj 

słuchać, jak Boris gra Mahlera, albo, co gorsza, Wagnera. Wczoraj po lekcji poszłam do pani 

Hill i przeprosiłam ją za to, co powiedziałam w telewizji - że ona ciągle przesiaduje w pokoju 

nauczycielskim - chociaż to była prawda. Powiedziała, żebym się już tym nie przejmowała. 

Jestem   pewna,   że   wiem   dlaczego.   Mój   tata   przesłał   jej   zestaw   kina   domowego   razem   z 

wielkim bukietem kwiatów zaraz następnego dnia po emisji tego wywiadu w telewizji. Od 

tamtej pory jest dla mnie znacznie milsza.

Wiecie, mnie jest strasznie trudno zrozumieć tę całą historię z Lilly i Hankiem. Żeby 

ze wszystkich łudzi akurat LILLY stała się taką niewolnicą własnej żądzy? Przecież ona nie 

mogła   na   serio   zakochać   się   w   Hanku.   Jest   dość   miłym   facetem   i   tak   dalej   -   i   bardzo 

przystojnym - ale spójrzmy prawdzie w oczy, jest misiem o bardzo małym rozumku.

Z kolei Lilly należy do Mensy - czy przynajmniej mogłaby należeć do Mensy, gdyby 

nie   uważała,   że   to   taka   totalnie   burżuazyjna   organizacja.   Poza   tym   Lilly   trudno   byłoby 

nazwać klasyczną pięknością - to znaczy, JA uważam, że jest ładna, ale jeśli wziąć pod uwagę 

współczesny zdecydowanie wąski kanon urody, Lilly nie bardzo się mieści w jego granicach. 

Jest ode mnie o wiele niższa, trochę za pulchna i ma taką jakby zapadniętą twarz. Założę się, 

że faceci tacy jak Hank z reguły nie lecą na dziewczyny takie jak Lilly.

No więc, tak naprawdę, co Lilly i Hank mogą mięć ze sobą wspólnego?

O Boże, nawet mi nie mówcie.

PRACA DOMOWA

Algebra: zadania ze str. 133

Angielski: krótko opisać historię swojej rodziny

Historia   cywilizacji:   podać   przykłady   negatywnej   stereotypizacji 

Arabów   (film,   telewizja,   literatura)   i   oddać   razem   z   ilustrującym   je 

wypracowaniem

RZ (rozwój zainteresowań): nie dotyczy

Francuski: écrivez une vignette parisienne

Biologia: układ rozrodczy (wziąć odpowiedzi od Kenny'ego)

background image

Czwartek, 30 października, 19.00,

w limuzynie w drodze powrotnej na poddasze

Kolejny potężny szok. Odnoszę wrażenie, że moje życie zaczyna przypominać jazdę 

na   rollercoasterze,   jeśli   dalej   będzie   biegło   tym   torem,   chyba   podejmę   długoterminową 

psychoterapię.

Kiedy weszłam na lekcję etykiety, na jednym z różowych tapczaników Grandmère 

siedziała babcia - BABCIA - i popijała herbatę.

- Och, ona zawsze taka była - mówiła właśnie babcia. - Uparta jak osioł.

Byłam pewna, że rozmawiają o mnie. Rzuciłam torbę na ziemię i wybuchnęłam:

- Nieprawda!

Grandmère siedziała na tapczaniku naprzeciwko babci, w rękach trzymając filiżankę. 

W tle Vigo kręcił się jak mała zabawka, odbierając telefony i mówiąc rzeczy w rodzaju:

- Nie, kwiat pomarańczy jest na ślub, a róże do dekoracji stołu weselnego.

Albo:

- Ależ OCZYWIŚCIE, że kotleciki jagnięce miały być na przystawkę.

- Co to za sposób wchodzenia do pokoju?  - warknęła Grandmère po francusku. - 

Księżniczka nigdy nie przerywa starszym osobom, a już na pewno nie rzuca swoich rzeczy na 

ziemię. A teraz podejdź tu i przywitaj się jak trzeba.

Podeszłam i pocałowałam ją w oba policzki, chociaż wcale nie miałam na to ochoty. 

Potem podeszłam do babci i zrobiłam to samo. Babcia zachichotała i powiedziała:

- Zupełnie w europejskim stylu!

Grandmère dodała:

- A teraz usiądź i poczęstuj swoją babcię magdalenką.

Usiadłam, żeby pokazać, że potrafię wcale nie być uparta, i tak jak mnie nauczyła 

Grandmère, poczęstowałam babcię magdalenką z talerza, który stał na stoliku przed nią.

Babcia znów zachichotała i wzięła ciasteczko. Mały palec trzymała przy tym daleko 

odgięty.

- Dziękuję, kotku - powiedziała.

- A teraz - odezwała się Grandmère po angielsku - na czym stanęłyśmy, Shirley?

- Ach, tak - odparła babcia. - No cóż, jak mówiłam, zawsze taka była. Uparta od rana 

do nocy. Nie dziwię się, że tak się zaparła w sprawie tego wesela. Wcale mnie to nie dziwi.

Hej, one wcale nie rozmawiały o mnie. Rozmawiały o...

- No bo trudno powiedzieć, żebyśmy byli zachwyceni, kiedy zdarzyło się to po raz 

background image

pierwszy. Oczywista, Helen nigdy nam nie mówiła, że on jest księciem. Gdybyśmy wiedzieli, 

zachęcalibyśmy ją do ślubu.

- Niewątpliwie - mruknęła Grandmère.

- Ale tym razem - ciągnęła babcia - no cóż. Byliśmy po prostu zachwyceni. Frank to 

uroczy chłopiec.

- No to rozumiemy się znakomicie - powiedziała Grandmère. - Ten  ślub musi się 

odbyć. I się odbędzie.

- Och, absolutnie - odparła babcia.

Prawie się spodziewałam, że naplują sobie nawzajem na dłonie w ramach dobijania 

targu, jak każe stary zwyczaj mieszkańców stanu Indiana, którego nauczył mnie Hank.

One jednak tylko pociągnęły po łyczku herbaty.

Byłam całkiem pewna, że nie interesuje ich, co ja mam do powiedzenia, ale i tak 

odchrząknęłam.

- Amelio - odezwała się Grandmère po francusku. - Nawet o tym nie myśl.

Ale było już za późno. Powiedziałam:

- Mama wcale się nie zgodziła...

- Vigo! - przerwała mi Grandmère. - Masz te pantofle? Te, które pasują do sukienki 

księżniczki?

Vigo pojawił się niczym czarodziej, niosąc najpiękniejszą parę różowych atłasowych 

pantofelków, jaką widziałam w życiu. Z przodu miały różyczki, które pasowały do różyczek 

na mojej sukience głównej druhny

- Czy nie są prześliczne? - spytał Vigo, kiedy mi je pokazał. - Nie przymierzy ich 

pani?

To było okrutne. Poniżej pasa.

Grandmère to wszystko zaplanowała.

Ale co ja miałam zrobić? Pantofle pasowały idealnie i wyglądały na mnie, muszę to 

przyznać, znakomicie. Moim podobnym do kajaków stopom nadawały wygląd o numer - a 

może nawet o dwa numery - mniejszy! Nie mogłam się doczekać, kiedy zacznę je nosić i 

sukienkę też. Może jeśli ślub zostanie odwołany, będę mogła je założyć na bal na koniec roku. 

To znaczy, jeżeli wszystko się dobrze ułoży między mną a Jo - Si - Roksem.

- Taka szkoda byłoby je odsyłać - westchnęła Grandmère - tylko dlatego,  że twoja 

matka to uparciuch.

Ale z drugiej strony, może jednak nie.

- Nie mogłabym ich zatrzymać na inną okazję? - spytałam.

background image

A nuż, a nuż...

- Och, nie - powiedziała Grandmère. - Różowy kolor nie jest właściwy na żadną 

okazję poza ślubem.

Dlaczego mnie to spotyka? Dlaczego właśnie MNIE?!

Kiedy lekcja się skończyła - najwyraźniej dzisiaj składało się na nią słuchanie, jak 

moje   obie   babcie   skarżą   się   na   brak   szacunku   ze   strony   swoich   dzieci   (i   wnuków)   - 

Grandmère podniosła się i powiedziała do babci:

- No to rozumiemy się, Shirley?

A babcia odparła:

- Ależ oczywiście, Wasza Wysokość.

Zabrzmiało   to   bardzo   złowrogo.   W   gruncie   rzeczy,   im   dłużej   o   tym   myślę,   tym 

bardziej jestem przekonana, że mój tata nie ruszył choćby jednym palcem, żeby wydostać 

mamę   z   tego,   co   zaczynało   wyglądać   na   niezły   pasztet.   Według   Grandmère,   limuzyna 

przyjedzie jutro wieczorem i zabierze mnie, mamę i pana Gianiniego do hotelu Plaza. Kiedy 

mama nie zgodzi się wsiąść do samochodu, wszyscy pojmą bez żadnych wątpliwości, że 

żadnego ślubu nie będzie.

Chyba będę musiała wziąć sprawy we własne ręce. Wprawdzie tata zapewniał mnie, 

że wszystko jest pod kontrolą, ale przecież my tu mówimy o Grandmère. O GRANDMÈRE!

Podczas   jazdy   z   centrum   do   Village   próbowałam   wyciągnąć   od   babci   jakieś 

informacje   -   no   wiecie,   dlaczego   ona   i   Grandmère   powiedziały   sobie,   że   się   nawzajem 

„rozumieją”.

Ale   ona   nie   chciała   puścić   pary  z   ust...   nic,   poza   tym,   że   ona   i   dziadek   są   zbyt 

zmęczeni całym tym zwiedzaniem, które odwalili - nie mówiąc już o zmartwieniu o Hanka, 

który nie dal znaku życia - żeby iść dzisiaj gdzieś na miasto na kolację, i mają zamiar zostać 

w hotelu i zamówić sobie coś na górę do pokoju.

Co bardzo mnie cieszy, bo jestem całkiem pewna, że jeśli jeszcze raz usłyszę słowa 

„średnio wysmażony”, zwymiotuję.

Jeszcze czwartek, 30 października, 21.00

No cóż, pan Gianini wprowadził się ze wszystkimi rzeczami. Już rozegrałam dziewięć 

partii piłkarzyków. Kurczę, ależ mnie bolą nadgarstki.

W sumie nie jest wcale tak dziwnie mieszkać z nim na stałe, bo przedtem i tak bez 

przerwy się tu kręcił. Jedyna różnica to duży telewizor, flipper, stół do piłkarzyków i zestaw 

perkusyjny w kącie salonu, gdzie mama zwykle trzymała naturalnych rozmiarów złocone 

background image

popiersie Elvisa.

Ale najfajniejszy ze wszystkiego jest flipper. Nazywa się Gang Motocyklowy i ma te 

wszystkie bardzo realistyczne rysunki wytatuowanych ubranych w skóry Aniołów Piekieł. 

Poza tym, są tam obrazki dziewczyn Aniołów Piekieł - które wcale nie mają na sobie zbyt 

wielu ubrań - pochylających się i prezentujących swoje olbrzymie biusty. Kiedy wypuszcza 

się bilę, flipper wydaje taki dźwięk, jakby się bardzo głośno zapuszczało silnik motocykla.

Mama rzuciła jedno spojrzenie na flippera i po prostu stanęła jak wryta, kręcąc głową.

Wiem, że ten flipper jest mizoginistyczny i seksistowski, ale poza tym jest naprawdę 

bardzo, bardzo fajny.

Pan Gianini powiedział mi dzisiaj, że chciałby, żebym mówiła teraz do niego „Frank”, 

skoro jesteśmy już właściwie rodziną. Ja jednak nie mogę się przełamać i przyzwyczaić. 

Nazywam go więc „Hej”. Mówię:

- Hej, poproszę parmezan.

Albo:

- Hej, gdzie jest pilot od telewizora?

Widzicie? I nie potrzeba imion. Bardzo sprytne, nie?

Oczywiście, nie wszystko idzie nam jak po maśle. Pozostaje na przykład ten drobny 

fakt, że jutro ma się odbyć wielki ślub z udziałem wielu sław, który, o ile wiem, nie został 

odwołany, i na którym, o ile wiem, moja matka nie ma najmniejszego zamiaru się pojawić.

Ale kiedy ją o to zapytałam, mama wcale się nie zdenerwowała, tylko uśmiechnęła się 

szalenie tajemniczo i powiedziała:

- Mia, o nic się nie martw.

Ale jak ja mam się o to nie martwić? Jedyne, co zostało definitywnie odwołane, to 

ślub mojej mamy i pana G. w ratuszu. Zapytałam, czy dalej chcą, żebym przyszła przebrana 

za Empire State Building, bo uznałam, że chyba pora zacząć szykować sobie kostium i w 

ogóle, ale mama spojrzała tylko dziwnie i powiedziała, że z tym wszystkim chyba się na 

trochę wstrzymamy.

W sumie widziałam, że nie bardzo ma ochotę o tym rozmawiać, więc zamknęłam się i 

poszłam zadzwonić do Lilly. Najwyższy czas, żeby udzieliła mi paru słów wyjaśnienia na te-

mat tego, co tu się właściwie dzieje.

Ale   kiedy   do   niej   zadzwoniłam,   linia   była   zajęta.   To   znaczyło,   że   bardzo 

prawdopodobnie albo Lilly, albo Michael siedzi w Sieci. Skorzystałam z okazji i odezwałam 

się do Lilly na ICQ. Odpisała mi natychmiast.

background image

G

R

L

OUIE

: LILLY, GDZIE ZNIKNĘLIŚCIE DZISIAJ RAZEM Z HANKIEM? TYLKO 

NIE KŁAM I NIE MÓW, ŻE NIE BYLIŚCIE ZE SOBĄ.

K

BT

G

ÓRĄ

:  NIE WYDAJE MI SIĘ, ŻEBY TO BYŁA W NAJMNIEJSZYM CHOĆBY 

STOPNIU TWOJA SPRAWA.

G

R

L

OUIE

:  NO   CÓŻ,   POWIEDZMY   SOBIE   TYLKO,   ŻE   JEŚLI   CHCESZ   DALEJ 

MIEĆ   SWOJEGO   CHŁOPAKA,   LEPIEJ   PRZYGOTUJ   SOBIE   PRAWDOPODOBNIE 

BRZMIĄCE WYJAŚNIENIE.

K

BT

G

ÓRĄ

: MAM BARDZO DOBRE USPRAWIEDLIWIENIE. ALE NIE SĄDZĘ, ŻEBYM 

CHCIAŁA SIĘ NIM Z TOBĄ DZIELIĆ. WYGADASZ WSZYSTKO Z MIEJSCA BEVERLY 
BELLERIEVE. ACH, I DWUDZIESTU DWÓM MILIONOM WIDZÓW PRZY OKAZJI.

G

R

L

OUIE

:  TO   JEST   TOTALNIE   NIE   FAIR.   SŁUCHAJ,   LILLY,   JA   SIĘ   O 

CIEBIE MARTWIĘ. TO DO CIEBIE NIEPODOBNE, ZRYWAĆ SIĘ ZE SZKOŁY. CO Z 

TWOJĄ KSIĄŻKĄ O SZKOLNEJ SPOŁECZNOŚCI? MOŻLIWE, ŻE PRZEGAPIŁAŚ JAKĄŚ 
CZĘŚĆ WARTOŚCIOWEGO MATERIAŁU.

K

BT

G

ÓRĄ

:  OCH,   DOPRAWDY?   CZY   WYDARZYŁO   SIĘ   DZIŚ   COŚ   WARTEGO 

ODNOTOWANIA?

G

R

L

OUIE

:  NO   CÓŻ,   PARU   MATURZYSTÓW   WŚLIZGNĘŁO   SIĘ   DO   POKOJU 

NAUCZYCIELSKIEGO I WŁOŻYŁO DO MINILODÓWKI PŁÓD ŚWINI.

K

BT

G

ÓRĄ

: O KURCZĘ, STRASZNIE ŻAŁUJĘ, ŻE MNIE TO OMINĘŁO. MASZ DO 

MNIE JAKĄŚ KONKRETNĄ SPRAWĘ, MIA? BO JA W TEJ CHWILI USIŁUJĘ ZNALEŹĆ 

COŚ W SIECI.

Tak,   miałam   do   niej   pewną   sprawę.   Czy  ona   nie   rozumie,   że   to   nie   w   porządku 

spotykać   się   z   dwoma   chłopakami   naraz?   Zwłaszcza   że   niektóre   z   nas   nie   mają   nawet 

JEDNEGO chłopaka? Czy ona nie widzi, jakie to egoistyczne i niewłaściwe?

Ale nie napisałam tego. Zamiast tego napisałam:

G

R

L

OUIE

:  NO   CÓŻ,   BORIS   BARDZO   SIĘ   ZMARTWIŁ,   LILLY.   ON 

NAJWYRAŹNIEJ COŚ TU PODEJRZEWA.

K

BT

G

ÓRĄ

:  BORIS MUSI SIĘ NAUCZYĆ, ŻE W KOCHAJĄCYM ZWIĄZKU WAŻNE 

JEST   USTANOWIENIE   WIĘZI   ZAUFANIA.   NOTABENE,   SAMA   TEŻ   MOGŁABYŚ   TO 
SOBIE ZAPAMIĘTAĆ, MIA.

Zdaję sobie sprawę, oczywiście, że Lilly mówiła o NASZYM związku - jej i moim. 

Ale jeśli się nad tym zastanowić, to jej słowa odnosiły się nie tylko do Lilly i Borisa, czy do 

Lilly i do mnie. To się odnosi też do mnie i mojego ojca. Oraz do mnie i mojej matki. Oraz do 

background image

mnie i... no, praktycznie do wszystkich.

Może to właśnie chwila głębokiego przeżycia, zastanowiłam się. Może powinnam 

wyjąć dziennik na lekcje angielskiego?

I dokładnie w tym momencie stało się coś jeszcze: dostałam wiadomość od kogoś 

innego. Od samego Jo - Si - Roksa!

J

O

C

ROX

: WIĘC WYBIERASZ SIĘ NA ROCKY HORROR JUTRO WIECZOREM?

O mój Boże! O, mój BOŻE!! O MÓJ BOŻE!!!

Jo - Si - Rox idzie jutro wieczorem na Rocky Horror.

I Michael też.

Naprawdę można z tego wyciągnąć tylko jeden jedyny logiczny wniosek: Jo - Si - Rox 

to Michael. Michael to Jo - Si - Rox. MUSI nim być. Po prostu MUSI.

Racja?

Nie wiedziałam, co mam zrobić. Chciałam zerwać się od komputera i zacząć biegać 

po pokoju i wrzeszczeć, i śmiać się jednocześnie.

Zamiast tego - i nie wiem, skąd wzięłam do tego zimną krew - odpisałam:

G

R

L

OUIE

: CHYBA TAK.

Niewiarygodne. Naprawdę niewiarygodne.  Michael to Jo - Si - Rox.  Racja? Co ja 

mam teraz zrobić? Co ja mam teraz zrobić?!

Piątek, 31 października, godzina wychowawcza

Obudziłam się z bardzo dziwnym przeczuciem, że czeka mnie coś nieprzyjemnego. 

Przez kilka minut nie wiedziałam, o co chodzi. Leżałam w łóżku i słuchałam deszczu, który 

uderzał o szybę. Gruby Louie siedział w nogach łóżka, ugniatał łapkami koc i mruczał bardzo 

głośno.

A potem nagle sobie przypomniałam: dziś, według mojej babki, jest dzień, w którym 

moja ciężarna matka ma wyjść za mąż za mojego nauczyciela algebry w trakcie wielkiej 

ceremonii w hotelu Plaza, przy akompaniamencie muzycznym zapewnionym przez Johna 

Tesha.

Leżałam jeszcze minutę, żałując, że znów nie mam trzydziestu ośmiu stopni gorączki, 

bo nie musiałabym wychodzić z łóżka i stawiać czoła temu wszystkiemu, a zapowiadał się 

background image

dzień pełen niewątpliwych dramatów i zranionych uczuć.

Potem przypomniałam sobie e - mail z poprzedniego wieczoru i wyskoczyłam z łóżka.

Michael jest moim tajemniczym adoratorem! Michael to Jo - Si - Rox!

A jeśli będę miała trochę szczęścia, przed końcem tego wieczoru powie mi o tym 

osobiście!

Piątek, 31 października, algebra

Pana Gianiniego nie ma dzisiaj w szkole. Mamy zastępstwo z nauczycielką, która 

nazywa się pani Krakowski.

To bardzo dziwne, że pana Gianiniego tutaj nie ma, bo rano przecież z całą pewnością 

był na poddaszu. Zagraliśmy partyjkę piłkarzyków, zanim pojawił się Lars z limuzyną. Nawet 

zaproponowaliśmy panu Gianiniemu, że go podrzucimy do szkoły, ale on powiedział, że 

przyjedzie później.

Wygląda na to, że DUŻO później.

W gruncie rzeczy nie ma tu dzisiaj mnóstwa osób. Michael, na przykład, nie zabrał się 

z nami limuzyną. Lilly mówi, że miał do ostatniej chwili kłopoty z wydrukowaniem pracy, 

którą chciał dzisiaj oddać.

Ale ja się zastanawiam, czy to nie dlatego, że boi się spojrzeć mi w twarz po tym, jak 

przyznał się, że jest Jo - Si - Roksem.

No cóż, nie do końca się przyznał. Ale prawie.

A może nie?

Pan   Howell   jest   trzy   razy   starszy   niż   Gilligan.   Różnica   wieku 

między nimi wynosi 48. Po ile lat mają pan Howell i Gilligan?

T = Gilligan

3T = pan Howell

3T - T = 48

2T = 48

T = 24

Och, panie G., GDZIE pan jest?

Piątek, 31 października, RZ

Okay.

Po   raz   ostatni   nie   doceniłam   Lilly   Moscovitz.   I   nigdy   więcej   nie   będę   jej 

background image

podejrzewała,   że   kierują   nią   jakiekolwiek   inne   niż   absolutnie   altruistyczne   motywy. 

Uroczyście przysięgam to tutaj na piśmie.

Wszystko stało się w czasie lunchu:

Siedzieliśmy   tam   sobie   wszyscy   -   ja,   mój   ochroniarz,   Tina   Hakim   Baba   i   jej 

ochroniarz, Lilly, Boris, Shameeka i Ling Su. Michael, oczywiście, siedzi po drugiej stronie, 

razem z resztą Klubu Komputerowego, więc go z nami nie było, ale poza tym byli tam 

wszyscy, którzy się liczą.

Shameeka czytała nam głośno z jednej z broszur, które jej ojciec zebrał ze szkół dla 

dziewcząt w New Hampshire. Każde kolejne zdanie napełniało Shameekę jeszcze większym 

przerażeniem, a mnie jeszcze większym wstydem za to, że w ogóle otworzyłam te swoje 

szerokie usta.

Nagle na nasz mały stolik padł cień.

Podnieśliśmy oczy.

Przed nami stało wcielone bóstwo. Przez chwilę chyba nawet Lilly wierzyła, że z 

dawna oczekiwany Mesjasz wreszcie nadszedł.

Okazało się jednak, że to tylko Hank - ale taki Hank, jakiego jeszcze nigdy dotąd nie 

widziałam.   Miał   na   sobie   czarny   kaszmirowy   sweter   pod   obcisłym   czarnym   skórzanym 

płaszczem i czarne dżinsy, które zdawały się nie mieć końca na tych długich szczupłych 

nogach. Jego złote włosy zostały po mistrzowsku ostrzyżone i ułożone, i - przysięgam - tak 

bardzo przypominał Keanu Reevesa z Matriksa, że byłabym w stanie uwierzyć, iż przyszedł 

do nas prosto z planu filmowego, gdyby nie fakt, że na nogach miał kowbojskie buty. Czarne, 

drogie z wyglądu, ale jednak zawsze kowbojskie buty.

Wydaje mi się, że to nie złudzenie - cały tłum w stołówce sapnął z wrażenia, widząc, 

jak Hank osuwa się na krzesło przy naszym stoliku - stoliku odrzuconych, według często 

słyszanego określenia.

- Cześć, Mia - powiedział Hank.

Zaczęłam gapić  się na niego.  Nie chodziło tylko o ubranie.  Coś...  coś  się  w nim 

zmieniło. Jego głos wydawał się jakiś niższy. I pachniał... no cóż, ładnie pachniał.

-  A   więc   -   odezwała   się   do   niego   Lilly,   wylizując   spory   fragment   kremowego 

nadzienia ze swojego rogalika. - Jak ci poszło?

- Dobrze - odparł Hank tym samym głębokim głosem. - Patrzysz na najnowszego 

modela bielizny Calvina Kleina.

Lilly zlizała nadzienie ze swojego palca.

- Hm - powiedziała z pełnymi ustami. - No i fajnie.

background image

- To wszystko zawdzięczam tobie, Lilly - powiedział Hank. - Gdyby nie ty, nigdy by 

nie podpisali ze mną kontraktu.

I   wtedy   mnie   oświeciło.   Hank   wydawał   się   odmieniony,   bo   gdzieś   zniknęło   jego 

zaciąganie rodem z Indiany!

- Momencik, Hank - powiedziała Lilly. - Rozmawialiśmy już o tym. To twoje własne 

zdolności zawiodły cię tam, gdzie się obecnie znalazłeś. Ja tylko dałam ci kilka wskazówek.

Kiedy Hank obrócił na mnie spojrzenie, zauważyłam, że jego błękitne jak niebo oczy 

zwilgotniały.

- Twoja przyjaciółka, Lilly - stwierdził - zrobiła coś, czego nie zrobił dla mnie nikt, jak 

długo żyję.

Spojrzałam oskarżycielsko na Lilly.

Wiedziałam. WIEDZIAŁAM, że uprawiali seks.

Ale wtedy Hank dodał:

- Ona we mnie uwierzyła, Mia. Uwierzyła we mnie na tyle, by uznać, że warto mi 

pomóc w pogoni za moim marzeniem... marzeniem, które hołubiłem od dziecka. Wielu ludzi - 

łącznie z moimi własnymi babciami i dzia... - to znaczy z moimi dziadkami - mówiło mi, że 

to marzenie ściętej głowy. Ale kiedy powiedziałem o nim Lilly, wyciągnęła do mnie dłoń - 

Hank wyciągnął własną dłoń, żeby to zobrazować, i my wszyscy - ja, Lars, Tina, ochroniarz 

Tiny   Wahim,   Shameeka   i   Ling   Su   -   popatrzyliśmy   na   tę   jego   rękę,   której   paznokciom 

zrobiono idealny manikiur - i powiedziała: „Chodź ze mną, Hank, a pomogę ci zrealizować to 

marzenie”.

Hank opuścił rękę.

- I wiecie, co się stało?

Wszyscy - oprócz Lilly, która nie przestała jeść - byliśmy tak zaskoczeni, że gapiliśmy 

się na niego w bezruchu.

Hank nie czekał, aż odpowiemy na pytanie. Wyjaśnił nam:

- Spełniło się. Spełniło się dzisiaj. Mój sen się ziścił. Podpisałem kontrakt z agencją 

Forda. Jestem ich najnowszym modelem.

Wszyscy patrzyliśmy na niego, mrugając oczami.

- A zawdzięczam to - ciągnął Hank - tej oto kobiecie.

A potem nastąpiło coś naprawdę szokującego. Hank wstał, podszedł do krzesła, gdzie 

siedziała Lilly, niewinnie dojadając rogalika i nie spodziewając się niczego, i postawił ją na 

równe nogi.

A   potem   wszyscy   w   stołówce   mieli   okazję   zobaczyć   -   nie   wyłączając,   jak 

background image

zauważyłam, Lany Weinberger i całej jej świty przy stoliku cheerleaderek - jak mój kuzyn 

Hank złożył na ustach Lilly Moscovitz pocałunek. Ale jaki pocałunek! Myślałam, że wyssie z 

niej z powrotem całego tego rogalika.

Wreszcie Hank przestał ją całować i wypuścił z objęć. A Lilly, która wyglądała trochę 

tak, jakby ją ktoś potraktował elektrycznym paralizatorem, bezwładnie osunęła się na swoje 

miejsce. Hank poprawił klapy skórzanego płaszcza i zwrócił się do mnie.

- Mia - powiedział - powtórz babci i dziadkowi, że będą musieli znaleźć sobie kogoś 

innego do pracy w sklepie żelaznym. Ja już nie wracam - to znaczy, już nie wrócę - do 

Versailles. Nigdy.

I   z   tymi   słowami   wyszedł   ze   stołówki   niczym   kowboj   odchodzący   w   stronę 

zachodzącego słońca po pojedynku, w którym dopiero co zwyciężył.

Lub raczej powinnam była powiedzieć, ZACZĄŁ odchodzić w stronę zachodzącego 

słońca. Miał pecha, że nie zrobił tego dość szybko.

Bo jedną z osób, które obserwowały płomienny pocałunek, jakim obdarzył Lilly, był 

nikt inny, jak tylko Boris Pelkowski.

I oto Boris Pelkowski - tak, ten Boris Pelkowski z aparacikiem ortodontycznym na 

zębach i swetrem wpuszczonym w spodnie - wstał i powiedział:

- Nie tak prędko, pilocie.

Nie   jestem   pewna,   czy  Boris   obejrzał   właśnie  Top   Guna,  czy  co,   ale   ten   PILOT 

zabrzmiał dość groźnie, biorąc pod uwagę akcent Borisa i tak dalej.

Hank się nie zatrzymał. Nie wiem, być może nie usłyszał Borisa albo nie miał zamiaru 

pozwolić, żeby jakiś niewysoki geniusz muzyczny zepsuł mu wielkie wyjście.

I   wtedy   Boris   zrobił   coś   zupełnie   niesamowitego.   Wyciągnął   rękę   i   złapał 

przechodzącego obok Hanka za ramię, a potem powiedział:

- To MOJĄ dziewczynę całowałeś przed chwilą, przystojniaczku.

Ja wcale nie żartuję. Dokładnie tak powiedział. Och, jak mi zadrżało serce, kiedy to 

usłyszałam! Gdyby tylko jakiś facet (no dobra - Michael) powiedział coś takiego o mnie. Nie, 

że jestem najfajniejszą dziewczyną, jaką kiedykolwiek spotkał, ale JEGO dziewczyną. Boris 

naprawdę określił Lilly jako SWOJĄ dziewczynę! Żaden chłopak nigdy nie nazwał mnie 

SWOJĄ   dziewczyna.   Och,   wiem   wszystko   o   feminizmie   i   o   tym,   że   kobieta   nie   jest 

własnością mężczyzny i że to seksizm - chodzić i mówić, że nią jest. Ale, och! Gdyby tylko 

ktoś (no dobra - Michael) powiedział, że jestem JEGO dziewczyną!

W każdym razie Hank powiedział tylko:

- Hę?

background image

I wtedy, jak grom z jasnego nieba, pięść Borisa poleciała prosto w twarz Hanka. 

PLASK!

Nie, nie, to nie brzmiało jak plaśnięcie. Już raczej jak trzask. Rozległ się okropny 

dźwięk   pękających   kości.   Wszystkie   dziewczyny   jęknęły,   myśląc,   że   Boris   zmasakrował 

piękną jak z okładki magazynu twarz Hanka.

Ale niepotrzebnie się martwiłyśmy - to dłoń Borisa wydała ten dźwięk, nie twarz 

Hanka. Hank wyszedł z tego zupełnie bez szwanku. A Boris ma teraz kostki w gipsie.

Wiecie, co to znaczy?

Nie będzie już Mahlera.

Huraaaa!!!

Jednak cieszyć się nieszczęściem drugiego... to chyba trochę niegodne księżniczki.

Piątek, 31 października, francuski

Pożyczyłam od Larsa komórkę i zadzwoniłam do SoHo Grand między lunchem a piątą 

lekcją. Doszłam do wniosku, że ktoś musi zawiadomić babcię i dziadka, że Hankowi nic się 

nie stało. No cóż, został modelem Forda, ale w zasadzie nic mu przecież nie jest.

Babcia musiała siedzieć przy telefonie, bo odebrała po pierwszym dzwonku.

- Clarissa? - powiedziała. - Oni jeszcze się nie odezwali.

To trochę dziwne. Bo Clarissa to imię Grandmère.

- Babcia? - spytałam. - To ja, Mia.

- Och, MIA. - Babcia roześmiała się niepewnie. - Przepraszam cię, kotku. Myślałam, 

że to księżna. To znaczy, księżna wdowa. Twoja druga babcia.

Odparłam:

-   Uhm,   tak.   To   znaczy   nie.   To   ja.   I   dzwonię   tylko   powiedzieć   ci,   że   miałam 

wiadomości od Hanka.

Babcia zaczęła krzyczeć tak głośno, że musiałam odsunąć komórkę daleko od ucha:

-   GDZIE   ON   JEST?   -   wrzeszczała.   -   POWIEDZ   MU   ODE   MNIE,   ŻE   KIEDY 

DOSTANĘ GO W SWOJE RĘCE, TO MU...

- Babciu! - zawołałam.

Trochę byłam zażenowana, bo różni ludzie w holu usłyszeli jej wrzask i zaczęli gapić 

się na mnie. Próbowałam się schować za plecami Larsa.

-   Babciu   -   powtórzyłam   -   on   podpisał   kontrakt   z   agencją   modeli   Forda.   Będzie 

prezentował najnowszą  kolekcję bielizny Calvina Kleina. Będzie bardzo sławny, zupełnie 

jak...

background image

-   BIELIZNY?   -   ryknęła   babcia.   -   Mia,   powiedz   temu   chłopakowi,   że   ma 

NATYCHMIAST do mnie zadzwonić.

- No cóż, nie bardzo mam jak, babciu - odparłam. - W związku z tym, że...

- NATYCHMIAST - powtórzyła babcia - albo czekają go DUŻE KŁOPOTY.

- Hm - powiedziałam. I tak dzwonił już dzwonek. - Okay, babciu. Czy, hm, czy ślub 

jest nadal aktualny?

- CO?

- Ślub - powiedziałam, żałując, że chociaż raz nie mogę być normalną dziewczyną, 

która   nie   musi   wydzwaniać   do   ludzi   i   pytać,   czy   królewski   ślub   jej   ciężarnej   matki   i 

nauczyciela algebry jest nadal aktualny.

- No cóż, oczywiście, że tak - powiedziała babcia. - A ty co myślałaś?

- Och - powiedziałam - a, hm, rozmawiałaś z mamą?

- Oczywiście, że tak - powtórzyła babcia. - Wszystko jest już ustalone.

- Naprawdę?  - Byłam szczerze zdziwiona. Nie mogłam sobie wyobrazić, że moja 

mama zgadza się na to wszystko. - I powiedziała, że tam przyjedzie?

-   No   oczywiście,   że   tam   przyjedzie   -   powiedziała   babcia.   -  To   przecież   jej   ślub, 

nieprawdaż?

No cóż... właściwie tak. Chociaż... Nie powiedziałam tego „chociaż”. Powiedziałam:

- Jasne.

I z poczuciem odniesionej porażki rozłączyłam się.

Przyznaję, że było mi przykro z czysto egoistycznych powodów. Trochę żal mi było 

mamy, bo przecież naprawdę próbowała stawić  opór Grandmère. No, naprawdę próbowała. 

Oczywiście, to nie jej wina, że musiała ugiąć się pod taką miażdżącą przewagą.

Ale najbardziej  było mi żal samej siebie. NIGDY nie zdołam się wyrwać na tyle 

wcześnie, żeby zdążyć na Rocky Horror. Nigdy, nigdy, NIGDY. To znaczy, wiem, że film nie 

zacznie się przed północą, ale wesela potrafią trwać znacznie dłużej.

A kto wie, czy Michael jeszcze kiedykolwiek mnie gdzieś zaprosi? No bo dzisiaj ani 

razu nie dał mi znać, czy rzeczywiście jest Jo - Si - Roksem, ani razu nie wspomniał też o 

Rocky Horror. Ani razu. Nawet nie zrobił żadnej aluzji do Rachel Leigh Cook.

A   w   czasie   RZ   rozmawialiśmy   długo.   NAPRAWDĘ   DŁUGO.   Na   temat 

zeszłorocznego pamiętnego odcinka programu Lilly mówi prosto z mostu. Ci, którzy widzieli 

ten odcinek, mieli prawo dziwić się, że Lilly pomogła Hankowi w realizacji  marzenia o 

karierze supermodela. Tamten odcinek nosił przydługi tytuł: Tak, ty jako jednostka MOŻESZ 

doprowadzić do upadku seksistowskie, rasistowskie, opętane na punkcie wieku i wymiarów  

background image

imperium  mody  (poprzez „krytykowanie reklam, w których pomniejsza się rolę kobiety i 

ogranicza  nasze  pojęcie  piękna”  oraz  „znajdowanie  sposobów  na  uświadomienie  naszego 

niezadowolenia reklamowanym firmom” a także „dając znać mediom, że chcemy oglądać 

bardziej zróżnicowane i realistyczne wizerunki kobiet”. Lilly zachęcała nas, żebyśmy „nie 

tolerowali mężczyzn, którzy oceniają, wybierają i odrzucają kobiety w oparciu o wygląd 

zewnętrzny”).

Podczas zajęć z RZ nastąpiła poniższa wymiana zdań (pani Hill wróciła już do pokoju 

nauczycielskiego   -   należy  mieć   tylko   nadzieję,   że   na   stałe),   która   obejmowała   Michaela 

Moscovitza, a on, jak się przekonacie ANI RAZU nie wymienił Jo - Si - Roksa ani filmu 

Rocky Horror:

Ja:   Lilly,   myślałam,   że   uważasz   środowisko   modeli   jako   całość   za   seksistowskie, 

rasistowskie i upokarzające dla ludzkiej rasy.

Lilly: Więc? O co ci chodzi?

Ja: No cóż, Hank twierdzi, że pomogłaś mu zrealizować jego marzenie o zostaniu 

wiesz kim. Modelem.

Lilly: Mia, kiedy widzę, że ludzka dusza aż krzyczy z tęsknoty za samorealizacją, nie 

mogę się powstrzymać. Muszę zrobić, co w mojej mocy, żeby marzenie tego człowieka stało 

się rzeczywistością.

[Kurczę, nie zauważyłam wcale, żeby Lilly zrobiła aż tak wiele, by mi pomóc w 

realizacji mojego marzenia o tym, żeby pocałował mnie z języczkiem jej brat. Ale z drugiej 

strony, fakt, nie do końca ujawniłam przed nią to marzenie].

Ja: Hm, Lilly, nie zauważyłam, żebyś miała aż tak wiele znajomości wśród modelek.

Lilly:   Bo   nie   mam.   Po   prostu   nauczyłam   twojego   ciotecznego   brata   jak   najlepiej 

wykorzystać dane mu przez Boga atuty.| Parę prostych lekcji wymowy i uwag na temat stylu i 

od razu był na dobrej drodze do podpisania kontraktu z Fordem.

Ja: No cóż, ale dlaczego robić z tego taki wielki sekret?

Lilly: Czy ty masz choć cień pojęcia, jak kruche jest męskie ego?

[Tu wtrącił się Michael].

Michael: Ejże!

background image

Lilly: Przepraszam, ale to prawda. Przez tę Amber, Kukurydzianą Królową Versailles, 

szacunek   do   samego   siebie   został   już   u   Hanka   zredukowany  do   minimum.   Nie   mogłam 

pozwolić,  żeby  jakieś   negatywne  uwagi   zrujnowały te  resztki   poczucia  własnej   wartości, 

które mu jeszcze zostały. Wiesz, jak fatalistycznie nastawieni są z reguły chłopcy.

Michael: Ejże!

Lilly:  Absolutnie   koniecznym   warunkiem   powodzenia   było   to,   żeby   Hank   mógł 

podążyć za swoim marzeniem, nie ulegając żadnym fatalistycznym wpływom. Inaczej, jak 

wiedziałam, nie miałby nawet cienia szansy. Zatem utrzymałam swój plan w tajemnicy nawet 

przed tymi, na których zależy mi najbardziej. Każde z was, nawet nie zdając sobie z tego 

sprawy, mogło storpedować szanse Hanka najniewinniejszą uwagą.

Ja: Daj spokój. Podtrzymalibyśmy go na duchu.

Lilly:  Mia, zastanów się chwilę. Gdyby Hank powiedział do ciebie: „Chcę zostać 

modelem”, co byś zrobiła? No zastanów się. Zaczęłabyś się śmiać.

Ja: Nie, wcale nie.

Lilly: A właśnie że tak. Bo dla ciebie Hank jest alergicznym marudnym ciotecznym 

bratem z prowincji, który nie wie nawet, co to jest bajgel. Ale ja, widzisz, potrafiłam zajrzeć 

głębiej i dostrzec, kim taki Hank może zostać...

Michael:   Taaa,   człowiekiem,   którego   przeznaczeniem   jest   kalendarz   z   własnymi 

nagimi zdjęciami.

Lilly: A ty, Michael, jesteś po prostu zazdrosny.

Michael:   O,   na   pewno.   Zawsze   chciałem,   żeby   moje   wielkie   zdjęcie   w   bieliźnie 

zawisło nad Times Square.

[Jeśli   o   mnie   chodzi,   naprawdę   chętnie   obejrzałabym   coś   takiego,   ale   Michael, 

oczywiście, mówił to z sarkazmem].

Michael: Wiesz, Lii, ja bardzo wątpię, czy mama i tato będą Pod takim wrażeniem 

tego   wspaniałego   pokazu   miłosierdzia,   żeby   przeoczyć   fakt,   że   opuściłaś   lekcje,   aby  go 

dokonać.   Zwłaszcza   kiedy   odkryją,   że   w   przyszłym   tygodniu   będziesz   z   tego   powodu 

zatrzymana po lekcjach.

Lilly (z miną cierpiętniczki): Najbardziej miłosierni często najbardziej za to cierpią.

I   to   wszystko.   Tylko   tyle   do   mnie   powiedział,   przez   cały   dzień.   PRZEZ   CAŁY 

DZIEŃ.

background image

PAMIĘTAĆ

Sprawdzić w słowniku słowo „miłosierdzie”.

MOŻLIWE POWODY, DLA KTÓRYCH MICHAEL

NIE CHCE PRZYZNAĆ SIĘ, ŻE JEST JO - SI - ROKSEM

1. Naprawdę jest zbyt nieśmiały, żeby się przyznać, co do mnie czuje.

2. Uważa, że ja nie czuję tego samego wobec niego.

3. Zmienił zdanie i jednak wcale mnie nie lubi.

4.   Nie   chce   obarczyć   się   społecznym   piętnem,   jakim   mu   grozi   umawianie   się   z 

dziewczyną z pierwszej klasy i czeka, aż będę w drugiej, zanim zaprosi mnie na 

randkę (tylko że wtedy on będzie już studentem pierwszego roku i nie będzie 

chciał się skompromitować, umawiając się z licealistką).

5. Wcale nie jest Jo - Si - Roksem i okazuje się, że mam obsesję na punkcie czegoś, co 

napisał ten facet ze stołówki, któremu odbija na punkcie kukurydzy.

PRACA DOMOWA

Algebra: nic (nie ma pana G.)

Angielski:   skończyć   opis   jednego   dnia   ze   swojego   życia!   Plus 

Głębokie Przeżycie!

Historia   cywilizacji:   przeczytać   i   przeanalizować   jeden   artykuł   z 

„Sunday Timesa” mówiący o bieżących wydarzeniach (minimum 200 słów)

RZ: nie zapomnieć jednego dolara!

Francuski: str. 120, wyrażenia z huit (ćw. A)

Biologia:   pytania   na   końcu   rozdziału   12   -   wziąć   odpowiedzi   od 

Kenny'ego

JĘZYK ANGIELSKI

DZIENNIK

Jeden dzień z mojego życia

Mia Thermopolis

(zamiast dnia opisałam wieczór, czy tak może być, pani Spears?)

background image

PIĄTEK, 31 PAŹDZIERNIKA

15.16   -   Przyjeżdżam   do   domu   w   SoHo   z   moim   ochroniarzem   (Larsem).   Dom 

ewidentnie pusty. Dochodzę do wniosku, że matka chyba drzemie (ostatnio bardzo często 

drzemie).

15.18 - 15.45 - Gram w pitkarzyki z ochroniarzem. Wygrywam trzy z dwunastu gier.  

Decyduję się ćwiczyć pitkarzyki w wolnych chwilach.

15.50 - Zaciekawiam się, czemu głośna gra w pitkarzyki - nie mówiąc już o strasznie  

głośnym flipperze - nie obudziła matki z drzemki. Delikatnie stukam do drzwi sypialni. Stoję 

tam z nadzieją, że otwierając je, nie zobaczę mojej matki w trakcie dzielenia łoża z moim 

nauczycielem algebry.

15.51   -   Pukam   głośniej.   Podejrzewam,   że   może   mnie   nie   słychać   w   środku   ze 

względu na namiętnie uprawiany seks. Mam szczerą nadzieję, że nie będę przypadkowym 

świadkiem cudzej nagości.

15.52 - Nie otrzymując żadnej odpowiedzi na pukanie, wchodzę do sypialni matki.  

Nikogo tam nie ma! Sprawdzenie łazienki matki pozwala odkryć ważne ślady, na przykład z  

szafki na lekarstwa zniknął tusz do rzęs, szminka i buteleczka tabletek kwasu foliowego.  

Zaczynam podejrzewać, że coś jest nie tak.

15.55   -   Dzwoni   telefon.   Odbieram   go.   To   mój   ojciec.   Wywiązuje   się   następująca 

rozmowa:

Ja: Tato? Mama zniknęła. 1 pan Gianini też. Nawet nie przyszedł 

dzisiaj do szkoły.

Ojciec:   Dalej   go   nazywasz   panem   Gianini,   chociaż   już   z   wami  

mieszka?

Ja: Tato. Gdzie oni są?

Ojciec: Nie martw się o nich.

Ja:   Ta  kobieta   nosi  w   sobie   moją   ostatnią   szansę   na   posiadanie  

rodzeństwa. Jak mam się o nią nie martwić?

Ojciec: Wszystko jest pod kontrolą.

Ja: Niby dlaczego mam w to uwierzyć?

Ojciec: Bo ja tak mówię.

Ja:   Tato,   moim   zdaniem   powinieneś   wiedzieć,   że   mam   trochę  

poważnych problemów z ufaniem ci.

Ojciec: Jak to?

background image

Ja:  No cóż,  częściowo  pewnie  dlatego,  że przez  całe  moje  życie,  

mniej więcej do zeszłego miesiąca, oszukiwałeś mnie co do tego kim jesteś i  

czym się w życiu zajmujesz.

Ojciec: Och.

Ja: Więc powiedz mi, GDZIE JEST MOJA MATKA?

Ojciec: Zostawiła dla ciebie list. Dostaniesz go o ósmej wieczorem.

Ja: Tato, o ósmej wieczorem ma się zacząć ceremonia ślubna.

Ojciec: Jestem tego świadomy.

Ja: Tato, nie możesz mi tego robić. Co ja mam niby powiedzieć...

Jakiś głos: Filipie, czy wszystko w porządku?

Ja: Kto to jest? Tato, KTO to jest? Czy to Beverly Bellerieve?

Ojciec: Muszę już kończyć, Mia.

Ja: Nie, tato, zaczekaj...

KLIK.

16.00   -   16.15   -   Przeczesuję   mieszkanie,   szukając   jakichś   śladów,   czegoś,   co 

mogłoby mi wyjaśnić, gdzie zniknęła moja matka. Nic nie znajduję.

16.20 - Dzwoni telefon. Babka ze strony ojca. Życzy sobie wiedzieć, czy moja matka i  

ja jesteśmy już gotowe. Mamy jechać do salonu kosmetycznego na makijaż. Informuję ją, że  

mama już wyszła (to prawda, czyż nie?). Babka robi się podejrzliwa. Mówię jej, że jeśli ma  

jakiekolwiek   pytania,   niech   się   skontaktuje   ze   swoim   synem,   a   moim   ojcem.   Babka 

stwierdza, że nie omieszka tego zrobić. Mówi też, że limuzyna podjedzie po mnie o piątej.

17.00 - Limuzyna podstawiona. Ochroniarz i ja wsiadamy. W środku jest babka ze 

strony ojca (poniżej nazywana Grand - mere) oraz babka ze strony matki (poniżej nazywana  

babcią).   Babcia   jest   bardzo   podekscytowana   zbliżającymi   się   zaślubinami   -   chociaż   jej 

ożywienie   jest   nieco   skażone   faktem,   iż   brat   cioteczny   zdezerterował,   żeby   zostać  

supermodelem. Z kolei Grandmère jest tajemniczo spokojna. Mówi,  że jej syn (mój ojciec) 

poinformował   ją,   że   panna   młoda   poczyniła   własne   przygotowania   do   ślubu   (uczesanie,  

makijaż). Przypomniawszy sobie zniknięcie tabletek kwasu foliowego, nic nie odpowiadam.

17.20 - Wchodzimy do Chez Paolo.

18.45  -   Wychodzimy  z  Chez  Paolo.  Zaskoczyło  mnie  nowe  uczesanie   babci.  Nie 

przypomina już mamusi z filmów Johna Hughesa, ale członkinię drogiego klubu sportowego.

19.00   -   Dojeżdżamy   do   Plaza.   Ojciec   tłumaczy   nieobecność   panny   młodej   jej  

pragnieniem, żeby przed ceremonią się zdrzemnąć. Kiedy podstępnie zmuszam Larsa, żeby 

zadzwonił do domu ze swojej komórki, nikt nie odbiera.

background image

19.15 - Znów zaczyna padać. Babcia zauważa, że deszcz w dniu ślubu źle wróży 

młodej parze. Grandmère stwierdza,  że nie deszcz, tylko perły. Babcia mówi, że nie, bo  

deszcz. Pierwsze oznaki podziału pomiędzy uprzednio zgodnie połączonymi szykami babek.

19.30 - Zostaję wprowadzona do małego pokoju tuż obok Sali Biało - Złotej razem z 

innymi   druhnami   (supermodelkami   Gi   -   sele,   Karmen   Kaas   i  Amber   Valetta,   które   moja 

Grandmère wynajęła, gdy matka odmówiła dostarczenia listy własnych druhen). Przebieram 

się w piękną różową sukienkę i cudne pantofelki.

19.40 - Żadna z druhen nie chce ze mną rozmawiać o niczym innym tylko o tym, jak  

„słodko” wyglądam. Bez przerwy gadają o wczorajszej wieczornej imprezie, na której ktoś  

zwymiotował Claudii Schiffer na buty.

19.45   -   Zaczynają   przyjeżdżać   goście.   Nie   poznaję   własnego   dziadka   ze   strony 

matki, bo zdjął czapeczkę bejsbolową. W smokingu wygląda całkiem dziarsko. Trochę jak  

podstarzały Matt Damon.

19.47 - Pojawiają się dwie osoby, które twierdzą, że są rodzicami pana młodego. 

Rodzice pana Gianiniego z Long Island! Pan Gianini Senior zwraca się do Vigo per „byczku”. 

Vigo jest wyraźnie zachwycony.

19.48 - Martha Stewart stoi przy drzwiach, gawędząc z Donaldem Trumpem na temat 

rynku nieruchomości na Manhattanie. Nie może znaleźć apartamentowca, którego zarząd  

spółdzielni pozwoliłby jej trzymać w domu ulubione szynszyle.

19.50   -   John   Tesh   obciął   włosy.   Prawie   go   nie   poznałam.   Wygląda   trochę   jak  

niemowlę. Królowa Szwecji pyta go, czyim jest znajomym, pana młodego czy panny młodej. 

Z   jakiegoś   niewyjaśnionego   powodu   odpowiada,   że   pana   młodego,   chociaż   wiem, 

przejrzawszy kompakty pana Gianiniego, że Frank nie słucha niczego poza Rolling Stones i 

trochę Who.

19.55 - Wszyscy niecierpliwie czekają. Domagam się, żeby mój ojciec, który dołączył 

do mnie i do supermodelek, przekazał mi list od matki. Ojciec oddaje mi list.

20.01 - Czytam list.

20.02 - Muszę na chwilę usiąść.

20.05 - Grandmère i Vigo zatopieni w naradzie. Chyba zdali sobie sprawę, że ani 

panna młoda, ani pan młody, nie mają zamiaru się pojawić.

20.07 - Amber Valetta szepcze, że jeśli się nie pośpieszymy, spóźni się na kolację z  

Hugh Grantem.

20.10 - Goście cichną, kiedy mój tata,  wyglądający wyjątkowo  książęco w swoim 

smokingu (mimo łysiny), wychodzi na środek Sali Biało - Złotej. John Tesh przerywa grę.

20.11 - Ojciec składa poniższe oświadczenie:

Ojciec: Pragnę podziękować wszystkim za wygospodarowanie czasu 

background image

w   ramach   swoich   wypełnionych   kalendarzy   zajęć   i   przybycie   tu   dziś 

wieczorem.   Niestety,   ślub   Helen   Thermopolis   i   Franka   Gianiniego   nie  

odbędzie   się...   przynajmniej   nie   dziś   wieczorem.   Szczęśliwa   młoda   para 

zrobiła nam psikusa i dziś rano poleciała do Cancun, gdzie, jak rozumiem,  

mają zamiar zawrzeć związek małżeński przed sędzią pokoju.

[W tym momencie dał się słyszeć ostry krzyk od strony miniaturowego fortepianu 

koncertowego. Chyba nie wydał go jednak John Tesh, ale Grandmère].

Ojciec:   Oczywiście   nalegam,   aby   dołączyli   państwo   do   nas   w  

Wielkiej Sali Balowej na kolację. I jeszcze raz dziękuję wam za przybycie.

[Ojciec   odchodzi   na   bok.   Zaskoczeni   goście   zbierają   swoje   rzeczy   i   idą   szukać  

koktajli. Od strony miniaturowego fortepianu koncertowego nie słychać żadnego dźwięku].

Ja (do nikogo w szczególności): Meksyk! Oni chyba poszaleli. Jeśli  

moja matka będzie tam piła wodę, mój przyszły brat albo siostra urodzi się z  

płetwami zamiast stóp!

Amber: Nie martw się, moja przyjaciółka Heather zaszła w ciążę w 

Meksyku, piła tamtejszą wodę i właśnie urodziła bliźnięta.

Ja: I co, nie mają na plecach płetw grzbietowych?

20.20   -   John   Tesh   podejmuje   grę.   Gra   do   chwili,   gdy   Grandmère  warczy:   „Och, 

zamknij się wreszcie!” A oto co zawierał list od mojej mamy:

Mia, kochanie!

W   chwili,   gdy   będziesz   czytała   ten   list,   Frank   i   ja   będziemy   już  

małżeństwem. Przykro mi, że nie mogłam Ci wcześniej powiedzieć, ale kiedy  

Twoja babka zapyta Cię, czy coś o tym wiedziałaś (a na pewno Cię o to 

zapyta),   chciałam,   żebyś   mogła   uczciwie   odpowiedzieć,   że   nie,   tak   żeby  

między wami dwiema nie doszło do żadnych zadrażnień.

[Żadnych zadrażnień między Grandmère a mną? Czy ona żartuje? Przecież między 

nami są wyłącznie zadrażnienia!

No, przynajmniej z mojej strony].

background image

Frank i ja bardzo chcieliśmy, żebyś była obecna na naszym ślubie.  

Zdecydowaliśmy zatem, że po naszym powrocie pobierzemy się jeszcze raz:  

tym razem wszystko utrzymamy w całkowitym sekrecie i będziemy mieli bar-

dzo   kameralny   ślub,   w   obecności   wyłącznie   Ciebie   i   garstki   naszych 

przyjaciół i rodziny!

[No,   to   by   na   pewno   było   interesujące.   Większość   przyjaciółek   mojej   mamy   to 

wojujące feministki albo artystki perfor - mace. Jedna z nich, na przykład, lubi wchodzić na  

scenę i oblewać syropem czekoladowym swoje nagie ciało podczas recytacji poezji.

Ciekawe,   jaki   kontakt   złapią   z   przyjaciółmi   pana   G.,   którzy,   o   ile   rozumiem,   są  

zagorzałymi kibicami sportowymi].

Podczas całego tego szalonego okresu byłaś dla nas, Mia, jak opoka, 

i chcę, żebyś wiedziała, jak bardzo ja - a także Twój ojciec i ojczym - to  

doceniamy. Jesteś najlepszą córką, jaką matka mogłaby sobie wymarzyć, a 

ten   mały   chłopaczek   (albo   dziewczynka)   będzie   najszczęśliwszym 

dzieciakiem na ziemi, mając Ciebie za siostrę.

Już za Tobą tęsknię

Mama

Piątek, 31 października, 21.00

Jestem w szoku. Naprawdę.

Nie   dlatego,   że   moja   mama   i   nauczyciel   algebry   uciekli.   To   akurat   jest   całkiem 

romantyczne, jeśli chodzi o moje zdanie.

Nie, chodzi o to, ze tata - MÓJ TATA - pomógł im to zrobić. Właściwie przecież 

postawił się własnej matce. OSTRO się jej postawił.

Koniec końców, biorąc to wszystko pod uwagę, zaczynam myśleć, że tata wcale się 

jednak nie boi Grandmère! Wydaje mi się, że on po prostu chce mieć święty spokój. Chyba 

uważa, że. łatwiej jest zgadzać się na jej pomysły, niż walczyć z nią. Bo walka z nią jest taka 

wyczerpująca i skomplikowana.

Ale nie tym razem. Tym razem tupnął nogą.

I można się założyć, że będzie musiał teraz za to zapłacić.

Nie   wiem,   czy   kiedykolwiek   się   po   tym   wszystkim   otrząsnę.   Będę   musiała 

diametralnie   zmienić   swoją   opinię   o   ojcu.   Trochę   to   przypomina   sytuację,   kiedy   Luke 

background image

Skywalker odkrył, że jego ojcem tak naprawdę jest Darth Vader. Tylko jakby w drugą stronę.

W każdym razie, Grandmère kryła się za miniaturowym fortepianem koncertowym, a 

ja podeszłam do taty, zarzuciłam mu ręce na szyję i powiedziałam coś w rodzaju:

- Udało ci się!

Spojrzał na mnie ciekawie.

- Dlaczego cię to dziwi?

Ups. Totalnie zawstydzona, powiedziałam:

- Och, cóż, dlatego że... no wiesz.

- Nie, nie wiem.

- No cóż - powiedziałam.

(DLACZEGO? DLACZEGO ja mam taką niewyparzoną gębę?)

Zastanawiałam się, czy nie skłamać. Ale, stwierdziłam, tata musiał się domyślać, o 

czym myślę, ponieważ powiedział tym swoim ostrzegawczym tonem:

- MIA...

- Och, okay - mruknęłam gderliwie, wypuszczając go z ramion. - Chodzi mi tylko o to, 

że czasami sprawiasz wrażenie, tylko wrażenie, rozumiesz, że trochę się boisz Grandmère.

Tata wyciągnął rękę i objął mnie za szyję. Zrobił to dokładnie na widoku Liz Smith, 

która   podniosła   się,   żeby   z   pozostałymi   przejść   do   Wielkiej   Sali   Balowej.   Ona   jednak 

uśmiechnęła się do nas, jakby uważała, że to słodki widok.

- Mia - powiedział mój tata. - Ja się nie boję swojej matki. Ona naprawdę nie jest taka 

zła, jak myślisz. Wymaga tylko właściwego podejścia.

To było dla mnie coś nowego.

- Poza tym - ciągnął ojciec - czy ty naprawdę uważasz, że mógłbym cię kiedykolwiek 

zawieść? Albo twoją matkę? Przecież ja zawsze będę was wspierał.

To było takie miłe, że naprawdę przez jakąś minutę miałam łzy w oczach. Ale może 

mi po prostu zaszkodził dym z tych wszystkich papierosów. Na przyjęciu było bardzo wielu 

Francuzów.

- Mia, ale z tobą też całkiem nieźle sobie poradziłem, prawda? - odezwał się zupełnie 

niespodziewanie tata.

Zaskoczyło mnie to pytanie.

- Tak, oczywiście, że tak, tato. Oboje zawsze byliście dobrymi rodzicami.

Tata pokiwał głową.

- Rozumiem.

Widziałam, że taki komplement mu nie wystarczył, więc dodałam:

background image

-   No   naprawdę!   Naprawdę   nie   mogłabym   sobie   wymarzyć   lepszych...   -  Ale   nie 

zdołałam się powstrzymać, żeby nie dodać: - Tyle że mogłabym się obyć bez tej hecy z 

tytułem książęcym.

Spojrzał, jakby miał ochotę zmierzwić mi włosy. To znaczy, gdyby nie ten cały żel, 

którym by sobie posklejał palce.

- Przepraszam cię - powiedział. - Ale naprawdę uważasz, Mia, że byłabyś szczęśliwsza 

jako Nancy Zwyczajna Nastolatka?

Hm. Owszem.

Ale nie chciałabym mieć na imię Nancy.

Mogłabym w tamtej chwili naprawdę głęboko coś przeżyć, a potem opisać swoje 

przeżycie w dzienniku na angielski, gdyby nie to, że wtedy podbiegł do nas spiesznie Vigo. 

Miał   zmieszaną   minę.   Czy   można   się   dziwić?   Zaplanowana   przez   niego   ceremonia, 

dopieszczona perfekcyjnie w każdym szczególe, zamieniła się w katastrofę! Najpierw młoda 

para nie raczyła się pojawić, teraz zaś gospodyni przyjęcia, księżna wdowa, zamknęła się w 

swoim apartamencie i nie chciała wyjść.

- Co pan ma na myśli, mówiąc, że nie chce wyjść? - dopytywał się mój ojciec.

- Dokładnie to, co powiedziałem, Wasza Wysokość. - Vigo miał taką minę, jakby 

zbierało mu się na płacz. - Jeszcze nie widziałem, żeby kiedykolwiek tak się rozgniewała! 

Mówi, że jej własna rodzina ją zdradziła i że nigdy już nie będzie mogła pokazać swojej 

twarzy publicznie, tak wielki jest jej wstyd.

Mój tata wzniósł oczy do nieba.

- Chodźmy - powiedział.

Kiedy doszliśmy do drzwi apartamentu Grandmère na ostatnim piętrze hotelu, tata dał 

znak Vigo i mnie, żebyśmy zachowali ciszę. Potem zapukał do drzwi.

- Mamo - zawołał. - Mamo, to ja, Filip. Mogę wejść?

Żadnej odpowiedzi. Wiedziałam jednak, że ona musi być tam w środku. Słyszałam 

ciche pojękiwanie Rommla.

- Mamo - powtórzył mój tata.

Próbował przekręcić gałkę drzwi, ale okazały się zamknięte. W rezultacie głęboko 

westchnął.

No cóż, to zrozumiałe. Już i tak poświęcił większą część dnia na psucie jej misternie 

snutych planów. A teraz jeszcze TO?

- Mamo - powiedział. - Chcę, żebyś otworzyła te drzwi.

Dalej bez odpowiedzi.

background image

- Mamo - powiedział mój tata. - Zaczynasz się ośmieszać. Chcę, żebyś otworzyła te 

drzwi w tej sekundzie. Jeśli tego nie zrobisz, wezwę gospodynię piętra i każę jej wpuścić się 

do środka. Chcesz mnie zmusić, żebym się uciekał do takich środków? O to chodzi?

Wiedziałam, że Grandmère prędzej pokaże nam się bez makijażu, niż pozwoli, by 

personel hotelowy stał się świadkiem naszych rodzinnych nieporozumień, więc położyłam 

dłoń na ramieniu ojca i szepnęłam:

- Tato, ja spróbuję.

Tata wzruszył ramionami i z miną „A - rób - jak - uważasz”, odsunął się na bok.

Zawołałam przez drzwi:

- Grandmère? Grandmère, to ja, Mia!

Nie wiem, czego oczekiwałam. Na pewno nie tego, że otworzy drzwi. To znaczy, 

skoro nie zrobiła tego dla Vigo, którego zdawała się uwielbiać, ani dla własnego syna, którego 

może nie uwielbiała, ale przynajmniej był jej jedynakiem - czemu niby miałaby to zrobić dla 

mnie?

Ale za drzwiami panowała cisza. No cóż, poza tym, że Rommel skamlał.

Jednak nie chciałam się poddać. Podniosłam głos i zawołałam:

- Naprawdę mi przykro, Grandmère, ze względu na mamę i pana Gianiniego. Ale 

musisz przyznać, że ostrzegałam cię, że ona nie chce tej pompy. Pamiętasz? Mówiłam ci, że 

chce mieć jakiś skromny ślub. Mogłaś się zorientować w sytuacji, choćby po tym, że nie ma 

tu ani jednej osoby zaproszonej przez moją mamę. To wszystko TWOI przyjaciele. No cóż, 

poza babcią i dziadkiem. I rodzicami pana Gianiniego. Ale zastanów się - mama nawet nie 

zna Imeldy Marcos, prawda? A Barbara Bush? Jestem pewna, że to bardzo miła pani, ale nie 

należy do najbliższych kumpelek mojej mamy.

Dalej zero odpowiedzi.

-   Grandmère   -   zawołałam   przez   drzwi.   -   Posłuchaj.   Naprawdę   mnie   zadziwiasz. 

Przecież   zawsze   mnie   uczyłaś,   że   księżniczka   musi   być   silna.   Przecież   mówiłaś,   że 

niezależnie   od   napotkanych   przeciwności   losu   musi   zachować   odważne   spojrzenie   i   nie 

wolno jej kryć się za własnym bogactwem i przywilejami. A przecież dokładnie coś takiego 

robisz w tej chwili. Czy niej powinnaś być teraz tam na dole, udawać, że wszystko toczy się 

dokładnie tak, jak to sobie zaplanowałaś i wznosić toast za szczęście nieobecnej młodej pary?

Odskoczyłam   w   tył,   kiedy   gałka   u   drzwi   apartamentu   babki   powoli   się   obróciła. 

Chwilę   później   Grandmère   wyszła,   zjawiskowa   w   purpurowym   aksamicie   i   tiarze   we 

włosach.

Powiedziała z wielką godnością:

background image

- Oczywiście, że zamierzałam wrócić na przyjęcie. Weszłam tu na górę tylko po to, 

żeby odświeżyć sobie szminkę.

Tata i ja wymieniliśmy spojrzenia.

- Jasne, Grandmère - odparłam. - Naturalnie.

- Księżniczka - dodała Grandmère, zamykając za sobą drzwi - nigdy nie zostawia 

swoich gości samym sobie.

- Okay - powiedziałam.

- Więc co właściwie wy dwoje tu robicie? - Grandmère spiorunowała wzrokiem mnie i 

tatę.

- My tylko, hm, przyszliśmy sprawdzić co u ciebie - wyjaśniłam.

- Ach, tak.

A   potem   Grandmère   zrobiła   rzecz   zaskakującą.   Wsunęła   dłoń   pod   moje   ramię. 

Później, nie patrząc na mojego ojca, powiedziała:

- No to chodźmy.

Widziałam, że tata przewrócił oczyma, widząc tak bezczelne lekceważenie własnej 

osoby.

Ale nie wyglądał na przestraszonego, tak jak JA wyglądałabym na jego miejscu.

- Momencik, Grandmère - powiedziałam.

I sama wsunęłam dłoń pod ramię ojca, tak więc staliśmy we troje razem na korytarzu 

połączeni... no cóż, przeze mnie.

Grandmère tylko parsknęła i nic nie powiedziała. Ale tata się uśmiechnął.

I wiecie co? Nie jestem pewna, ale wydaje mi się, że dla nas trojga właśnie to był 

moment głębokiego wzruszenia.

No, dobra. W każdym razie przynajmniej dla MNIE.

Sobota, 1 listopada, 2.00

Wieczór nie okazał się totalną katastrofą.

Całkiem sporo osób zdawało się bardzo dobrze bawić. Na przykład Hank. Pokazał się 

właściwie   dokładnie   w   porę   na   kolację   -   w   tym   zawsze   był   dobry   -   i   w   smokingu   od 

Armaniego wyglądał naprawdę świetnie.

Babcia   i   dziadek   bardzo   się   ucieszyli   na   jego   widok.   Pani   Gianini,   matka   pana 

Gianiniego, też go sobie wyraźnie upodobała. To na pewno przez te jego wyszukane dobre 

maniery. Nie zapomniał ani jednej z lekcji wymowy u Lilly i tylko raz zrobił uwagę, że w 

weekendy bardzo lubi „barłożyć”. A potem, kiedy zaczęły się tańce, poprosił Grandmère do 

background image

drugiego walca - pierwszego dostał tata - i raz na zawsze wrył się w jej pamięć jako idealny 

kandydat na mojego księcia małżonka.

Dzięki Bogu, że w Genowii w 1907 roku ustawowo zabroniono zawierania małżeństw 

między kuzynami w pierwszej linii.

Ale   najszczęśliwsza   para,   z  którą   rozmawiałam   tego   wieczoru,   była   nieobecna   na 

przyjęciu.   Gdzieś   tak   koło   dziesiątej   wieczorem   Lars   podał   mi   swoją   komórkę,   a   kiedy 

powiedziałam:

- Halo? - zastanawiając się, kto to może być, usłyszałem głos mojej mamy, brzmiący 

bardzo odlegle i niewyraźny:

- Mia?

Nie chciałam mówić słowa „mamo” zbyt głośno, bo wiedziałam, że w pobliżu kręci 

się Grandmère. I wydaje mi się mało prawdopodobne, żeby Grandmère miała w możliwej do 

przewidzenia przyszłości wybaczyć moim rodzicom numer, jaki jej wycięli. Zanurkowałam 

za jakąś kolumnę i szepnęłam:

- Hej, mamo! Pan Gianini zrobił już z ciebie uczciwą kobietę?

No   cóż,   zrobił.   Stało   się   (nieco   po   fakcie,   jeśli   mnie   spytacie   o   zdanie,   ale 

przynajmniej dzieciak nie będzie nosił piętna nieślubnego dziecka przez całe życie, jak ja). 

Tam u nich była zaledwie jakaś szósta po południu; siedzieli sobie gdzieś na plaży i popijali 

(bezalkoholową)  piña colada.  Zmusiłam mamę, żeby mi przyrzekła, że nie będzie tego już 

więcej piła, bo w tamtych okolicach lód też bywa podejrzany.

- Pasożyty potrafią przeżyć w lodzie - poinformowałam mamę. - Są takie robaki, które 

żyją w lodowcach na Antarktydzie, wiesz? Uczyłam się o nich na biologii. One tam są od ty-

sięcy   lat.   Więc   nawet   kiedy   woda   jest   zamrożona   i   tak   można   od   niej   zachorować. 

Zdecydowanie powinnaś używać wyłącznie lodu zrobionego z butelkowanej wody. Hej, daj 

mi do telefonu pana Gianiniego. Ja mu wyjaśnię dokładnie, co ma robić...

Mama mi przerwała.

- Mia - powiedziała - Jak... - odchrząknęła. - Jak przyjęła to moja mama?

- Babcia? - Spojrzałam w stronę babci.

Prawdę mówiąc, babcia bawiła się jak jeszcze nigdy w życiu. Cudownie się czuła w 

swojej roli matki panny młodej. Jak do tej pory, zatańczyła już z księciem Albertem, który 

reprezentował na przyjęciu książęcą rodzinę z Monako, i księciem Andrzejem, który moim 

zdaniem zupełnie nie tęsknił za Fergie.

- Hm - powiedziałam. - Babcia jest... jest naprawdę wściekła na ciebie.

Kłamałam,   oczywiście,   ale   wiedziałam,   że   tym   kłamstwem   mamę   uszczęśliwię. 

background image

Jednym z jej ulubionych zajęć było doprowadzanie własnych rodziców do szału.

- Naprawdę, Mia? - zapytała z zapartym tchem.

- Uhum... - powiedziałam, patrząc jak dziadek okręca babcię w piruetach, tańcząc 

wkoło fontanny. - Chyba nigdy się już do ciebie nie odezwą.

- Och - westchnęła mama radośnie. - To straszna szkoda.

Czasami naturalne uzdolnienia do łgania potrafią się przydać.

Niestety, jednak, w tej właśnie chwili przerwało nam połączenie. No cóż, przynajmniej 

mama usłyszała moje ostrzeżenie przed pasożytami w lodzie, zanim nas rozłączyło.

Jeśli chodzi o mnie, no cóż, nie mogę uczciwie stwierdzić, że bawiłam się jak nigdy w 

życiu - to znaczy, jedyną osobą mniej więcej w moim wieku był Hank, a on tak bardzo zajął 

się tańcem z Gisele, że nie miał czasu ze mną nawet porozmawiać.

Na szczęście koło jedenastej tata zagaił do mnie:

- Hm, Mia, dzisiaj jest chyba Halloween?

- Tak, tato - odparłam.

- Nie wolałabyś bawić się gdzie indziej?

Wiecie,   wcale   nie   zapomniałam   o   tym   całym  Rocky   Horror,  ale   stwierdziłam,   że 

Grandmère będzie mnie potrzebowała. Czasami sprawy rodzinne są znacznie ważniejsze niż 

te związane z przyjaciółmi - a nawet niż te romansowe.

Ale jak tylko usłyszałam słowa taty, powiedziałam:

- Hm, owszem.

Film zaczynał się o północy w Village Cinema w śródmieściu - około pięćdziesięciu 

przecznic stąd. Jeślibym się pospieszyła, mogłabym jeszcze zdążyć. To znaczy zdążylibyśmy 

z Larsem.

Był tylko jeden problem. Nie mieliśmy przebrania. A w Halloween nie wpuszczają cię 

do kina, jeżeli przyjdziesz w normalnym ubraniu.

- Jak to, nie macie kostiumów? - Martha Stewart podsłuchała naszą rozmowę.

Rozpostarłam spódnicę swojej sukienki.

- No cóż - powiedziałam z wahaniem. - Może mogłabym udać, że jestem Glindą, 

Dobrą Czarownicą. Tylko nie mam różdżki. Ani korony.

Nie wiem, czy Martha wypiła o parę koktajli z szampanem za wiele, czy po prostu 

taka już jest, ale zanim się zorientowałam, zrobiła dla mnie różdżkę z garści kryształowych 

mieszadełek do drinków związanych jakimś pędem dzikiego wina, który wyjęła z bukietu 

stojącego na samym środku stołu. A potem zrobiła mi dużą koronę z kilku egzemplarzy menu, 

sklejonych klejem w sztyfcie, który wyjęła z torebki.

background image

I wiecie co? Wyglądałam świetnie, zupełnie jak tamta czarownica z Czarnoksiężnika z 

krainy Oz! (Martha wywróciła te menu tekstem do wewnątrz).

- Proszę - powiedziała, kiedy skończyła. - Glindo, Dobra Czarownico. - Popatrzyła na 

Larsa. - Ty jesteś łatwy do przebrania. Będziesz Jamesem Bondem.

Lars zrobił zadowoloną minę. Widać było, że od zawsze marzył, by zostać tajnym 

agentem.

Jednak nikt nie był bardziej zadowolony ode mnie. Marzyłam o tym, żeby Michael 

mógł mnie zobaczyć w tej świetnej sukience, i proszę, zaraz się spełni.

Co więcej, ten strój mógł dodawał mi pewności siebie, a potrzebowałam jej, żeby 

skonfrontować się z nim w sprawie Jo - Si - Roksa.

Tak wiec, dostawszy błogosławieństwo mojego ojca - chciałam się jeszcze pożegnać z 

Grandmère, ale ona i Gerald Ford tańczyli właśnie tango na parkiecie (tak, mówię serio) - wy-

strzeliłam stamtąd jak z procy...

I trafiłam prosto w tłum reporterów.

- Księżniczko Mio! - wrzeszczeli. - Księżniczko Mio, jak się czujesz w związku z 

ucieczką twojej matki sprzed ołtarza?

Miałam zamiar pozwolić Larsowi wsadzić mnie do limuzyny i nie mówić reporterom 

ani   słowa.   Potem   jednak   wpadłam   na   pewien   pomysł.   Złapałam   najbliższy   mikrofon   i 

powiedziałam:

- Chcę tylko przekazać wszystkim widzom, że Liceum imienia Alberta Einsteina jest 

najlepszą szkołą na Manhattanie, a może nawet w całej Ameryce Północnej, że mamy tam 

najlepsze grono pedagogiczne i najlepszych uczniów na świecie, i jeśli ktoś tego nie chce 

widzieć, po prostu oszukuje sam siebie, panie Taylor.

(Pan Taylor to ojciec Shameeki).

A potem oddałam mikrofon i wskoczyłam do limuzyny.

Ledwie   zdążyliśmy   Najpierw   dlatego,   że   ze   względu   na   paradę   ruch   uliczny   w 

centrum był koszmarny. Po drugie, wokół wejścia do Village Cinema wiła się kolejka, która 

prawie   sięgała   do   następnej   przecznicy!   Kazałam   kierowcy   okrążyć   kino,   gdy   Lars   i   ja 

rozglądaliśmy się po tym niesamowitym tłumie. Dość trudno było rozpoznać znajomych, bo 

wszyscy byli w przebraniu.

Ale potem zauważyłam grupę naprawdę dziwacznie wyglądających ludzi, przebranych 

za weteranów z okresu drugiej wojny światowej. Cali byli pokryci sztuczną krwią, a niektórzy 

zamiast rąk i nóg mieli sztuczne kikuty. Nieśli spory transparent ze słowami SZUKAMY 

SZEREGOWCA  RYANA.   Obok   nich   stała   dziewczyna   w   czarnej   koronkowej   halce   i   z 

background image

przyprawioną brodą i chłopak przebrany za mafiosa, z futerałem na skrzypce w rękach.

Te skrzypce mnie naprowadziły.

- Zatrzymaj samochód! - wrzasnęłam.

Limuzyna przystanęła przy krawężniku, a Lars i ja wysiedliśmy. Dziewczyna w halce 

zawołała:

- O mój Boże! Przyjechałaś! Przyjechałaś!

To była Lilly. A obok niej, z wielkim kłębem krwawych jelit wylewających się spod 

wojskowego munduru, stał jej brat, Michael.

- Szybko - powiedział do Larsa i do mnie. - Wchodźcie do kolejki. Wziąłem dla was 

dwa bilety ekstra, w razie gdyby faktycznie udało się wam dojechać.

Ludzie   za   nami   trochę   mruczeli,   kiedy   Lars   i   ja   wcisnęliśmy   się   do   kolejki,   ale 

wystarczyło, że obrócił się tak, żeby było widać futerał, w którym nosi broń pod pachą, i 

bardzo szybko się uciszyli. Glock Larsa, prawdziwy i tak dalej, wygląda dość przerażająco.

- Gdzie jest Hank? - Chciała wiedzieć Lilly.

- Nie mógł przyjść - odparłam.

Nie chciałam jej mówić, czemu. Wiecie, kiedy widziałam go po raz ostatni, tańczył z 

Gisele. Nie chciałam, żeby Lilly uznała, że Hank woli supermodelki od - no cóż - od nas.

- Nie może przyjść. Doskonale - powiedział stanowczo Boris.

Lilly   rzuciła   mu   ostrzegawcze   spojrzenie,   a   potem,   pokazując   na   mnie   palcem, 

spytała:

- A ty niby za kogo jesteś przebrana?

- Hm - odparłam - Za Glindę, Dobrą Czarownicę.

- Wiedziałem - powiedział Michael - Wyglądasz naprawdę... Wyglądasz naprawdę...

Wydawało się, że nie jest w stanie dokończyć. Muszę wyglądać naprawdę głupio, 

zdałam sobie sprawę, i serce mi zamarło.

- Jesteś o wiele za elegancka jak na Halloween - uznała Lilly.

Elegancka? No cóż, chyba lepiej wyglądać elegancko niż głupio. Ale czemu Michael 

nie mógł tego powiedzieć?

Przyjrzałam się jej.

- Hm - powiedziałam - a ty za co konkretnie się przebrałaś?

Poprawiła ramiączko halki, a potem podrapała się po sztucznej brodzie.

- Halo - powiedziała naprawdę sarkastycznym tonem. - Jestem pomyłką freudowską.

Boris pokazał swój futerał na skrzypce.

- A ja jestem Al Capone - powiedział. - Taki gangster z Chicago.

background image

- To świetnie, Boris - odparłam, zauważając, że nosił pod spodem sweter, a jakże, 

schowany w spodnie.

Na to, że jest się cudzoziemcem, człowiek chyba nic nie zdoła poradzić.

Ktoś pociągnął mnie za spódnicę. Obejrzałam się i zobaczyłam Kenny'ego, mojego 

partnera z lekcji biologii. On też miał na sobie mundur weterana i brakowało mu ramienia.

- Zdążyłaś! - zawołał.

- Tak - powiedziałam.

Podniecenie unoszące się w powietrzu było zaraźliwe.

A potem kolejka ruszyła. Przyjaciele Michaela i Kenny'ego z Klubu Komputerowego, 

którzy tworzyli resztę krwawego plutonu, zaczęli maszerować i pokrzykiwać:

- Ep, dwa, trzy, cztery! Ep, dwa, trzy, cztery!

No cóż, to nie ich wina. W sumie są członkami Klubu Komputerowego...

Dopiero kiedy zaczął się film, zorientowałam się, że coś się dzieje. Bardzo zręcznie 

ustawiłam się tak, żeby usiąść w fotelu obok Michaela. Lars powinien siedzieć po mojej 

drugiej stronie.

Tymczasem w jakiś dziwny sposób Lars został zepchnięty na bok, a po mojej drugiej 

stronie usiadł ostatecznie Kenny.

Nie, żeby to miało jakieś znaczenie... w tamtej chwili. Lars po prostu usiadł w rzędzie 

za mną. Prawie nie zauważyłam Kenny'ego, chociaż on usiłował ciągle mnie zagadywać, 

głównie na temat lekcji biologii. Odpowiadałam mu, ale mogłam myśleć tylko o Michaelu. 

Czy naprawdę uważał, że głupio wyglądałam? Kiedy powinnam wspomnieć, że wiem, iż to 

on jest Jo - Si - Roksem? Miałam przygotowaną taką małą mówkę. Chciałam powiedzieć coś 

w rodzaju: „Hej, oglądałeś ostatnio jakieś fajne kreskówki?”

Durne, sama wiem, ale nic innego nie przyszło mi do głowy.

Nie mogłam się doczekać końca filmu, chciałam jak najszybciej poruszyć ten temat.

Rocky Horror, nawet jeśli nie możesz się doczekać, aż się skończy, jest dość zabawny. 

Wszyscy widzowie zachowują się po prostu jak wariaci. Ludzie rzucali w ekran chlebem, a 

kiedy na ekranie padało, otwierali parasolki i tańczyli Taniec Miednicy. To naprawdę jeden z 

najlepszych filmów wszech czasów. Prawie bije  Wirujący seks  w kategorii „mój ulubiony 

film”, tyle że nie gra w nim Patrick Swayze, oczywiście.

Mimo   wszystko   zapomniałam,   że   w   tym   filmie   nie   ma   żadnych   naprawdę 

przerażających scen. Więc właściwie nie miałam szansy udawać, że się boję i Michael nie 

miał pretekstu, by mnie objąć ramieniem, ani nic.

Dość pechowo, jeśli chcecie znać moje zdanie.

background image

Ale hej, w końcu udało mi się usiąść koło niego, prawda? Przez dwie godziny tam 

siedziałam. Po ciemku. To już coś, nieprawdaż? A on się ciągle śmiał i patrzył na mnie, żeby 

zobaczyć, czy ja też się śmieję. To się liczy, prawda? No bo jeśli ktoś ciągle sprawdza, czy ty 

te same rzeczy uważasz za śmieszne, to się totalnie liczy.

Jedyny problem tkwił w tym, że nie mogłam nie zauważyć, że Kenny robi dokładnie 

to samo. No wiecie, śmieje się i patrzy, czy ja się też roześmiałam.

To powinno było dać mi kolejną wskazówkę.

Po filmie wszyscy poszliśmy na śniadanie do Round the Clock. I wtedy wszystko 

zaczęło się robić jeszcze dziwniejsze.

Oczywiście,   bywałam   już   przedtem   w   Round   the   Clock   -   bo   gdzie   jeszcze   na 

Manhattanie można zjeść naleśniki za dwa dolary? - ale nigdy o tak późnej porze i nigdy w 

towarzystwie ochroniarza. Biedny Lars wyglądał już wtedy na nieco zmachanego. Zamawiał 

jedną filiżankę kawy po drugiej. Ja tkwiłam przy stoliku między Kennym a Michaelem - 

dziwne, jak to się powtarzało - a wkoło nas siedział cały Klub Komputerowy, Lilly i Boris. 

Wszyscy rozmawiali naprawdę bardzo głośno, i to jeden przez drugiego, i naprawdę trudno 

mi było zdecydować się, jak mam wprowadzić do rozmowy temat tej kreskówki, kiedy ni 

stąd, ni zowąd Kenny powiedział mi prosto do ucha:

- Nie dostałaś ostatnio jakichś interesujących e - maili?

Przykro mi powiedzieć, ale dopiero wtedy oświeciła mnie prawda.

Oczywiście, powinnam była wcześniej się domyślić.

To nie Michael. MICHAEL NIE BYŁ JO - SI - ROKSEM.

Chyba jakąś częścią umysłu musiałam o tym cały czas wiedzieć. No bo to naprawdę 

niepodobne do Michaela, żeby robić cokolwiek anonimowo. On po prostu nie jest taki, on jest 

z tych, co się podpisują. Chyba stanowiłam ciekawy przykład myślenia życzeniowego, czy 

coś takiego.

NAPRAWDĘ świetny przykład myślenia życzeniowego. I zdaje się, że jestem ciężkim 

przypadkiem.

Bo, oczywiście, Jo - Si - Roksem był Kenny.

Nie   to,   żeby   Kenny'emu   czegokolwiek   brakowało.   Jest   totalnie   w   porządku.   Jest 

naprawdę,   naprawdę   miłym   facetem.   Naprawdę   lubię   Kenny'ego   Showaltera.   Naprawdę 

lubię.

Ale on nie jest Michaelem Moscovitzem.

Popatrzyłam na Kenny'ego po tej jego uwadze o otrzymanych ostatnio interesujących 

e - mailach i spróbowałam się uśmiechnąć. Naprawdę spróbowałam.

background image

Powiedziałam:

- Och, Kenny. Więc to ty jesteś Jo - Si - Roksem?

Kenny uśmiechnął się szeroko.

- Tak - powiedział. - Nie zorientowałaś się?

Nie. Bo jestem kompletną idiotką.

- Uhm - powiedziałam, zmuszając się do kolejnego uśmiechu. - Na sam koniec.

- To dobrze. - Kenny miał zadowoloną minę. - Bo ty mi naprawdę przypominasz Josie, 

wiesz? To znaczy, tę z Josie and the Pussycats. Widzisz, nie dość, że jest wokalistką zespołu 

muzycznego, to jeszcze rozwiązuje zagadki kryminalne. Jest świetna. Jak ty.

O   mój   Boże.   KENNY.   Mój   partner   z   lekcji   biologii,   KENNY.   Wysoki   na   metr 

osiemdziesiąt,   totalnie   niezdarny  Kenny  który  zawsze   daje   mi   ściągnąć   pracę   domową  z 

biologii. Zapomniałam już, że jest przecież wielkim fanem japońskich anime. Oczywiście, że 

ogląda   Cartoon   Network.   Można   powiedzieć,   jest   uzależniony.  BATMAN  jest   chyba   jego 

ulubionym filmem.

Och, niech mnie ktoś dobije. Proszę, dobijcie mnie.

Uśmiechnęłam się. Obawiam się, że to był bardzo słaby uśmiech.

Ale Kenny tego nie zauważył.

- I wiesz, w dalszych odcinkach - powiedział, zachęcony moim uśmiechem - Josie and 

the Pussycats lecą w kosmos. Więc ona jest także pionierką odkryć w kosmosie.

O Boże, niech się okaże, że to tylko zły sen. Proszę, niech się okaże, że to zły sen. 

Niech ja się obudzę i niech to się okaże nieprawdą!

Mogłam jedynie dziękować mojej  szczęśliwej  gwieździe, że nie powiedziałam nic 

Michaelowi.   Wyobraźcie   sobie,   jak   by   to   wyglądało,   gdybym   podeszła   do   niego   z   tym 

tekstem,   który   sobie   przygotowałam?   Pomyślałby,   że   zapomniałam   wziąć   leki,   czy   coś 

takiego.

- W każdym razie - powiedział Kenny. - Mia, chciałabyś się kiedyś gdzieś wybrać? To 

znaczy, ze mną?

O Boże. Nienawidzę tego. Naprawdę tego nienawidzę. Wiecie, kiedy ludzie pytają: 

„Chcesz się kiedyś wybrać gdzieś ze mną?”, zamiast zapytać: „Chcesz się gdzieś ze mną 

wybrać   we   wtorek?”   Bo   wtedy  zawsze   możesz   znaleźć   jakąś   wymówkę.  Wtedy  zawsze 

możesz powiedzieć coś takiego jak: „Och, nie. We wtorek mam coś do zrobienia”.

Ale nie możesz odpowiedzieć:

- Nie, nie chcę się z tobą spotkać. NIGDY.

Bo to byłoby strasznie niemiłe.

background image

A ja nie mogę być niemiła dla Kenny'ego. Lubię Kenny'ego. Naprawdę. Jest bardzo 

zabawny i słodki, i tak dalej.

Ale czy chciałabym, żeby mi włożył język w usta?

Nie bardzo.

Co   miałam   powiedzieć?   „Nie,   Kenny”?,   „Nie,   Kenny,   nie   chcę   nigdy   się   z   tobą 

umawiać, bo tak się składa, że zakochałam się w bracie mojej najlepszej przyjaciółki”?

Nie można czegoś takiego powiedzieć.

No cóż, może niektóre dziewczyny tak potrafią.

Ale ja nie umiem.

- Oczywiście, Kenny - powiedziałam.

Mimo wszystko, jak beznadziejna mogła się okazać randka z Kennym? Co nas nie 

zabija, czyni nas silniejszymi. Tak przynajmniej zawsze mówi Grandmère.

A potem nie miałam już wyboru i musiałam pozwolić Kenny'emu, żeby objął mnie 

ramieniem   -  jedynym,   które   miał,   bo  drugie   było   ciasno   związane   pod  mundurem,   żeby 

wyglądał na poważnie rannego po wybuchu miny lądowej.

Ale wszyscy siedzieliśmy tak ciasno stłoczeni przy stoliku, że ramię Kenny'ego, kiedy 

mnie objął, trąciło Michaela, a ten na nas popatrzył...

A potem bardzo szybko spojrzał na Larsa. Zupełnie jakby on - no, nie wiem...

Zauważył, co się działo i chciał, żeby Lars położył temu kres?

Nie. Oczywiście, że nie. Nie mogło o to chodzić.

Ale   to   prawda,   że   kiedy  Lars,   zajęty  dosypywaniem   sobie   cukru   do   chyba   piątej 

filiżanki kawy tej nocy, nie podniósł wzroku, Michael wstał i powiedział:

- No cóż, ja padam. Może byśmy już zjechali do bazy?

Wszyscy spojrzeli na niego jak na wariata. No bo niektórzy wciąż jeszcze jedli i tak 

dalej. Lilly nawet odezwała się:

- Co jest, Michael? Pora na dobranoc?

Ale Michael tylko wyciągnął portfel i zaczął odliczać, ile jest za siebie winien.

Więc wtedy ja również szybciutko wstałam i powiedziałam:

- Też jestem zmęczona. Lars, możesz podstawić samochód?

Lars zachwycony, że wracamy, wyrwał z kieszeni komórkę i zaczął wybierać numer. 

Kenny, siedzący obok mnie, zaczął mówić coś w rodzaju:

- Strasznie szkoda, że musisz już iść.

A potem:

- To jak, Mia, mogę do ciebie zadzwonić?

background image

Ostatnie pytanie sprawiło, że Lilly spojrzała na niego, a potem na mnie, i znów na 

niego. Potem popatrzyła na Michaela. A potem i ona się podniosła.

- Chodźmy już z tej mordowni, Al - powiedziała, stukając Borisa w głowę. - Palimy 

knajpę.

Boris, oczywiście, nie zrozumiał.

- Co to jest mordownia? - spytał. - I dlaczego będziemy ją palić?

Wszyscy zaczęli szukać po kieszeniach pieniędzy żeby zapłacić rachunek... i wtedy 

sobie   przypomniałam,  że  nie   mam   ze  sobą  nic.  To  znaczy ani   centa.  Nawet  nie   miałam 

torebki, do której mogłabym włożyć pieniądze. To jedyna część mojego stroju druhny, o 

której Grandmère zapomniała.

Trąciłam Larsa łokciem i szepnęłam:

- Masz jakąś gotówkę? Trochę mi brak w tej chwili.

Lars skinął głową i sięgnął po portfel. A wtedy Kenny, który to zauważył, odezwał się:

- Ależ nie ma mowy, Mia. Ja płacę za twoje naleśniki.

I w tym momencie kompletnie zgłupiałam. Nie chciałam, żeby Kenny płacił za moje 

naleśniki. Ani za pięć filiżanek kawy Larsa.

- Och, nie - powiedziałam. - Nie trzeba.

Co wcale nie odniosło zamierzonego skutku, bo Kenny odparł bardzo sztywno:

- Nalegam.

I zaczął rzucać dolarowe banknoty na stół.

Pamiętając, że oczekuje się ode mnie przyjemnego zachowania, godnego księżniczki i 

tak dalej, powiedziałam:

- No cóż, dziękuję ci bardzo, Kenny.

A wtedy właśnie Lars podał Michaelowi dwudziestkę i powiedział:

- To za bilety do kina.

Tyle że Michael też nie chciał słyszeć o przyjęciu moich pieniędzy - no dobra, to były 

pieniądze Larsa, ale mój tata przecież by mu zwrócił. Miał taką totalnie zażenowaną minę i 

powtarzał:

- Och, nie. Cała przyjemność po mojej stronie. - Nawet kiedy zaczęłam stanowczo 

nalegać.

No więc musiałam w końcu powiedzieć:

- Dobrze zatem, dziękuję ci bardzo, Michael.

Chociaż tak naprawdę chciałam powiedzieć tylko:

- Zabierzcie mnie stąd wreszcie!

background image

Bo z dwoma facetami, z których każdy za mnie płacił, zaczynało to wyglądać tak, 

jakbym była na randce z oboma naraz!

I w pewien sposób tak chyba właśnie było.

Można by pomyśleć, że strasznie się tym wszystkim przejmę. No bo, jeśli wziąć pod 

uwagę, że nigdy przedtem nie byłam na randce choćby z JEDNYM facetem, a co dopiero z 

DWOMA w tym samym czasie...

Tyle że mnie to totalnie i kompletnie NIE bawiło. Bo, po pierwsze, z jednym z nich 

wcale nie miałam ochoty się umawiać.

A po drugie, to właśnie on przyznał się, że mnie lubi... nawet jeśli zrobił to tylko 

anonimowo.

Wszystko to strasznie mnie zmęczyło i chciałam już tylko iść do domu, położyć się do 

łóżka, naciągnąć kołdrę na głowę i udawać, że nic się nie stało.

Tylko że nawet tego nie mogłam zrobić, bo skoro mama i pan Gianini są w Cancun, 

miałam zostawać na noc w Plaza z Grandmère i tatą, dopóki oni nie wrócą.

Ale kiedy myślałam, że wszystko raz na zawsze się popsuło, a ludzie wsiadali już do 

limuzyny   (no   cóż,   kilka   osób   prosiło,   żeby   ich   odwieźć   do   domu,   więc   jak   mogłabym 

odmówić, przecież mamy w środku tyle miejsca), Michael, który w końcu stanął obok mnie i 

czekał na swoją kolejkę, żeby wejść do środka, powiedział mi:

- Mia, wcześniej próbowałem ci powiedzieć, że wyglądasz... że wyglądasz naprawdę...

Zamrugałam   oczami,   patrząc   na   niego   w   świetle   różowo   -   niebieskiego   neonu 

świecącego w szyldzie ROUND THE CLOCK za nami. To niesamowite, ale nawet skąpany w 

świetle różowo - niebieskiego neonu, ze sztucznymi jelitami zwisającymi mu spod munduru, 

Michael wciąż wyglądał totalnie...

- Wyglądasz naprawdę prześlicznie w tej sukience - dokończył strasznie szybko.

Uśmiechnęłam się do niego, czując się nagle zupełnie jak Kopciuszek... Wiecie, na 

koniec filmu Disneya, kiedy Książę nareszcie ją odnajduje i zakłada na jej stopę pantofelek i 

łachmany zmieniają się nagle w suknię balową, a wszystkie myszy wychodzą i zaczynają 

śpiewać...

No więc właśnie tak się czułam, przez jedną sekundę.

Bo zaraz potem jakiś głos koło mnie powiedział:

- Ludzie, wsiadacie wreszcie, czy nie?

A myśmy spojrzeli w tamtą stronę, a tam Kenny wystawiał głowę i jedno nieodcięte 

ramię przez szyberdach limuzyny.

- Hm - powiedziałam, czując się totalnie i zupełnie zażenowana. - Tak.

background image

I wsiadłam do limuzyny, jakby nic się nie stało.

Bo właściwie, jeśli się nad tym zastanowić, nic się takiego nie stało.

Tyle że przez całą powrotną drogę do Plaza jakiś cichy głosik bez przerwy powtarzał 

w mojej głowie: Michael powiedział, że wyglądam prześlicznie. Michael powiedział, że JA 

wyglądam prześlicznie. MICHAEL powiedział, że wyglądam prześlicznie.

I wiecie? To nic, że Michael wcale nie pisał tych notatek. To nic, że wcale nie uważa 

mnie za dziewczynę, która najbardziej z całej szkoły przypomina Josie.

Ale uznał, że w mojej różowej sukience wyglądałam ładnie. I to wszystko, co się dla 

mnie liczy.

A teraz siedzę w apartamencie hotelowym Grandmère, otoczona stosami prezentów 

ślubnych i prezentów dla dziecka, z Rommlem, który ubrany w różowy kaszmirowy sweterek 

trzęsie się na drugim końcu tapczanu. Powinnam pisać karteczki z podziękowaniami, ale, 

oczywiście, zamiast tego robię zapiski w pamiętniku.

Chyba jednak nikt tego nie zauważył, bo są tu babcia i dziadek. Wstąpili pożegnać się 

po drodze na lotnisko, przed powrotem do Indiany. W tej chwili moje obie babcie robią listę 

imion dla dziecka i zastanawiają się, kogo zaprosić na chrzest (Boże, znów to samo!), a mój 

ojciec i dziadek rozmawiają o płodozmianach, jako że jest to szalenie ważny temat zarówno 

dla farmerów z Indiany, jak i genowiańskich hodowców oliwek. Nieważne, że dziadek jest 

właścicielem   sklepu   żelaznego,   a   tata   księciem.   Nieważne.   Ale   przynajmniej 

ROZMAWIAJĄ.

Hank też przyszedł tutaj, żeby się pożegnać i spróbować przekonać swoich dziadków, 

że dobrze robią, zostawiając go tu, w Nowym Jorku - chociaż prawdę mówiąc, nie idzie mu to 

najlepiej, zwłaszcza że od chwili, kiedy tu wszedł, nie skończył jeszcze rozmawiać przez 

komórkę. Większość z tych telefonów jest chyba od wczorajszych druhen.

A ja myślę sobie, że w gruncie rzeczy wcale nie jest źle. No bo tak: niedługo będę 

miała malutkiego brata albo siostrę, a poza tym dostałam ojczyma, który nie dość, że jest 

nieprawdopodobnie dobry z algebry, to jeszcze w dodatku ma stół do piłkarzyków.

A mój tata dowiódł, że jest na tej planecie przynajmniej jedna osoba, która nie boi się 

Grandmère... a nawet Grandmère wydaje się nieco łagodniejsza niż zwykle, mimo że nie 

udało jej się wyjechać do Baden - Baden.

Chociaż wciąż nie odzywa się do mojego ojca, oprócz tych chwil, kiedy to naprawdę 

absolutnie konieczne.

I tak, to prawda - dzisiaj jestem umówiona z Kennym w Village Cinema na maraton 

japońskich anime, ponieważ mu to obiecałam, i tak dalej.

background image

Ale potem pojadę do Lilly i mamy zamiar popracować nad jej programem na przyszły 

tydzień, który będzie dotyczył wypartych wspomnień. Planujemy spróbować zahipnotyzować 

się nawzajem i zobaczyć, czy uda nam się odkryć jakieś wspomnienia z poprzedniego życia. 

Lilly jest przekonana, na przykład, że w którymś poprzednim życiu była Elżbietą I.

Wiecie co? Ja tam jej wierzę.

W każdym razie potem zamierzam zostać u niej na noc i wypożyczymy sobie do 

obejrzenia Wirujący seks i będziemy go oglądać w taki sposób, jak ogląda się Rocky Horror. 

Zamierzamy wrzeszczeć do aktorów, wygłupiać się i rzucać w ekran czym popadnie.

I   są   bardzo   duże   szanse,   że   następnego   dnia   rano   przy   śniadaniowym   stole 

Moscovitzow pojawi się Michael w spodniach od piżamy i płaszczu kąpielowym, i że, jak 

poprzednio, zapomni zawiązać płaszcz.

Co, jeśli chcecie znać moje zdanie, mogłoby stanowić dla mnie naprawdę głębokie 

przeżycie.

BARDZO głębokie przeżycie.

background image

PODZIĘKOWANIA

Serdecznie dziękuję Barb Cabot, Debrze Martin Chase, Billowi Contardiemu, Sarah 

Davies,   Laurze   Langlie,   Abby   McAden,   Alison   Donalty   oraz   zwykłym   głównym 

podejrzanym:   Beth   Ader,   Jennifer   Brown,   Dave'owi   Waltonowi,   a   przede   wszystkim, 

Benjaminowi Egnatzowi.