background image

Jayne Ann Krentz 

Sezamie 

otwórz się

1

background image

Rozdział pierwszy

O

bawiam się, że pani słoń niezbyt dobrze harmonizuje z tym otoczeniem - oznajmił 

w końcu Oliver Rain. W jego niskim, aksamitnym głosie pobrzmiewała nutka grzecznego 

ubolewania.

- Po prostu się panu nie podoba. - Annie Lyncroft markotnie spoglądała na figurkę 

zwierzęcia i zachodziła w głowę, jak skierować rozmowę z zagadkowym Oliverem Rainem 

na sprawy, które chciała z nim przedyskutować.

- Przyznaję, że jest wyjątkowo niepospolity - stwierdził Rain.

- Podobnie jak większość moich klientów, z pewnością zadaje pan sobie pytanie, czy 

to jest dzieło sztuki czy zwyczajny kicz?

- Interesujący problem - przyznał Rain.

-   Niewątpliwie   ten   słoń   spełnia   rolę   zarówno   użytkową,   jak   i   dekoracyjną   - 

powiedziała Annie, rzucając ostatnie rezerwy do bitwy o uratowanie transakcji. - W jego 

podstawce znajduje się niewielka skrytka. Bardzo użyteczna dla małych przedmiotów.

-  Mam   wrażenie,   że   kłóci   się   nieco   z   charakterem   tego   pokoju  -   dyplomatycznie 

odpowiedział Rain.

Annie   miała   poważne   wątpliwości,   czy   cokolwiek   oprócz   samego   Olivera   Raina 

pasuje do jego hebanowo-złoto-szarego gabinetu. Była niemal pewna, że Rain nie przepada za 

słoniami. Siedemdziesięciocentymetrowa figurka słonia z emaliowanej mozaiki, z pąsowymi 

pazurami   i   purpurową   trąbą   wyglądała   przezabawnie,   gdy   tak   sobie   stała   obok   skalnego 

ogródka   Zen   zajmującego   kąt   gabinetu   Raina.   W   rzeczywistości   nie   był   to   ogródek, 

przynajmniej według poglądów Annie. Nie było w nim ani odrobiny zieleni, ani listeczka. 

Kwiaty   o   intensywnych   barwach   kontrastowały   z   pierwotną   doskonałością   perłowego, 

szarego piasku. Całość mieściła się w czarnej drewnianej skrzyni. Piasek był skrupulatnie 

wygrabiony   wokół   pięciu   odłamków   skalnych.   Annie   podejrzewała,   że   Rain   całymi 

godzinami   medytuje,   w   którym   miejscu   ułożyć   poszczególne   kamienie.   To   arcynudne 

zagadnienie estetyczne pociągało go niewymownie.

Projektantka   wnętrz,   wynajęta   przez   Raina   do   urządzenia   nowego,   obszernego 

apartamentu na dwudziestym szóstym piętrze wieżowca, doskonale uchwyciła pedantyczną 

dokładność zleceniodawcy. Wszystkie pokoje oferowały bezkresne widoki na Seattle, zatokę 

2

background image

Elliotta   i  obiekty   olimpijskie   w   tych   samych   posępnych   kolorach   hebanowych,   złotych   i 

szarych, które przeważały wewnątrz pomieszczeń.

W   rezultacie   powstała   elegancka   i   surowa   jaskinia,   doskonale   dopasowana   do 

charakteru gospodarza, którego wielu ludzi uważało za groźnego drapieżnika.

Owszem,   słoń   jest   piękny,   pomyślała   Annie   -   lecz   zupełnie   nie   pasuje   do 

powściągliwego, niemal klasztornego otoczenia nowo urządzonego apartamentu Raina. Nie 

wyobrażała sobie, aby którykolwiek drobiazg z jej butiku dobrze tutaj wyglądał, ponieważ 

każdy z nich miał wyraźną domieszkę szalonej fantazji i był jedyny w swoim rodzaju.

A Oliver Rain był wyraźnie pozbawiony polotu.

- Przykro mi, ale ten słoń nie może tutaj stać - mruknął gospodarz.

- Nie ma sprawy, ja też byłam tego pewna. Prawdę mówiąc, nie udało mi się nim 

zainteresować żadnego z moich klientów - powiedziała Annie poważnym tonem. - Jest w nim 

coś, co odstrasza ludzi. Być może te pąsowe pazury.

- Całkiem możliwe.

- No cóż, nie wyszło. - Najwyraźniej zrezygnowała z chęci namówienia Raina na 

słonia. - Prosił pan, żebym coś przyniosła, postanowiłam więc spróbować opchnąć tę figurkę.

-   To   bardzo   uprzejmie   z   pani   strony.   Doceniam   szczerość.   Może   jeszcze   trochę 

herbaty? - Rain sięgnął po emaliowany hebanowo-złoty dzbanek, który stał na czarnej tacy z 

laki.

Annie obserwowała z zainteresowaniem, jak gospodarz napełnia jej filiżankę. Stożek 

białego światła ze stojącej na biurku lampy halogenowej podkreślał muskulaturę jego rąk. Nie 

były podobne do rąk typowych rekinów biznesu - szorstkie, w wielu miejscach stwardniałe, 

jakby ich właściciel dorabiał się fortuny raczej na żyznej roli niż na genialnych spekulacjach.

W prostej czynności nalewania herbaty potrafił uwidocznić swój niepowtarzalny styl. 

Każdy gest był pokazem siły i wdzięku. Nawet najmniejszy ruch Raina działał jej na zmysły. 

Może dlatego, że każdy silnie kontrastował z głębokim spokojem, emanującym z całej jego 

postaci.

Nie spotkała jeszcze mężczyzny, który tak doskonale panowałby nad sobą. Zerkała na 

niego, ostrożnie podnosząc napełnioną filiżankę.

- Jeśli mam być szczera, w moim butiku „Sezamie, otwórz się” nie mam nic, co by 

panu odpowiadało.

- To, że słoń mi nie odpowiada, nie oznacza, że żadna rzecz z pani sklepu nie wyda mi 

się ciekawa. - Oliver przyglądał się Annie z zainteresowaniem.

- Nie podobała się panu karuzela, którą przyniosłam w poniedziałek - przypomniała.

3

background image

- No tak, karuzela. Przyznaję, że coś w niej było, ale te dziwaczne figurki w tym 

wnętrzu to kompletne nieporozumienie.

- Zależy od punktu widzenia - powiedziała cicho Annie. Była głęboko przekonana, że 

piękna   złocona   karuzela,   z   kolekcją   niezwykłych   mitologicznych   stworów,   stanowiłaby 

wspaniały akcent w pokoju, w którym przebywa tak niezwykły i niemal równie mityczny 

Oliver Rain.

Nikt o nim nie wiedział zbyt wiele, a to zawsze prowadzi do powstawania legend. Im 

mniej się o kimś wie, tym bardziej staje się on legendą w oczach świata.

Spotkała go po raz pierwszy przed sześcioma tygodniami na zaręczynach jej brata, 

Daniela. Oczywiście, już wcześniej wiedziała o jego istnieniu, gdyż Daniel kiedyś pracował 

dla   Olivera   Raina,   ale   nigdy   nie   przedstawił   go   siostrze.   Daniel   Lyncroft   był   uznanym 

geniuszem elektroniki. Pięć lat temu Rain wynajął go do budowy kilku najnowocześniejszych 

systemów  alarmowych  swojego rozległego  imperium.  Gdy Daniel  założył  później własną 

firmę elektroniczną, Rain poważnie zainwestował w jej rozwój, stając się w ten sposób jego 

jedynym wielkim protektorem finansowym.

Daniel ostrzegał  Annie, że Oliver  prawdopodobnie nie skorzysta  z zaproszenia na 

przyjęcie zaręczynowe. Niemal nigdy nie pokazywał się publicznie ani nie uczestniczył w 

spotkaniach towarzyskich. Jeżeli już gdzieś bywał, to tylko w kręgach o znacznie wyższej 

pozycji  niż ta, którą zajmowali Lyncroftowie. Rodzinna fortuna, odbudowana od zera po 

tajemniczym zniknięciu jego ojca, była równie legendarna jak sam Rain.

Pojawienie się czarnej limuzyny z Oliverem na tylnym siedzeniu sprawiło Danielowi 

miłą niespodziankę. Idealnie czarno-biały strój wieczorowy podkreślał spokój właściciela.

Rain   oczarował   Annie   od   pierwszego   spojrzenia.   Nie   był   podobny   do   żadnego 

znanego jej mężczyzny. Otaczała go aura siły, namiętności i dumy, ujęta w żelazne karby 

samokontroli.

Gdy  kroczył   przez   szykowną   restaurację,   którą   Daniel   wynajął   z  okazji   zaręczyn, 

ludzie   instynktownie   ustępowali   mu   z   drogi.   Annie   rozumiała   ten   odruch.   Postać   tego 

mężczyzny niewątpliwie emanowała aurą niebezpieczeństwa. Przechodził przez tłum gości 

zaręczynowych jak lampart przez stado owiec.

Z jednej  strony Annie  chciała  natychmiast  zrejterować,  z drugiej  zaś  pragnęła  się 

zbliżyć  do Raina bez względu na ryzyko. Zorientowała się, że Oliver pociąga ją z takich 

samych powodów, z jakich pasjonują ją niezwykłe przedmioty w jej butiku „Sezamie, otwórz 

się”. Nie był przystojny w dosłownym sensie, ale wydawał się jej niezmiernie pociągający. 

4

background image

Coś   w   podświadomości   Annie   reagowało   na   jego   osobę.   Już   samo   spojrzenie   Raina 

powodowało, że jeżyły się jej maleńkie włoski na karku.

Tej nocy na przyjęciu zaręczynowym starała się zapamiętać wszystko, co dotyczyło 

Olivera:   od   szarych,   trudnych   do   opisania   oczu,   do   kontrolowanych,   kamiennych   rysów 

twarzy.

Miał czarne włosy, zbyt długie jak na rekina finansjery. Sięgałyby mu ramion, gdyby 

nie były nisko związane w kitkę. Jego ponura, surowa twarz, zdradzająca nieugiętą siłę woli, i 

wyrachowany,   inteligentny   wzrok   pozwalały   Annie   oszacować   jego   wiek   na   okolice 

czterdziestki.

Był  mężczyzną,  który nie musiał  liczyć  na swój wygląd  czy wdzięk, aby osiągać 

wszystko, czego tylko zapragnął. Po prostu wyciągał rękę i brał.

Rain został na przyjęciu najwyżej pół godziny. Trzymał się z dala od tłumu, nie licząc 

krótkiej rozmowy z Danielem podczas prezentacji narzeczonej oraz wymiany kilku zdań z 

Annie. Stał samotnie w miejscu, którego inni nie ważyli się zajmować, i popijał szampana. 

Tłumy gości opływały go dookoła jak wody przypływu samotną wyspę.

Tańcząc   z   kolegami   Daniela,   Annie   wyraźnie   czuła   na   sobie   nieustępliwy   wzrok 

Raina, nie poprosił jej jednak do tańca. W ogóle nie tańczył.

Kiedy   Oliver   Rain   opuścił   przyjęcie   bez   pożegnania,   Annie   opanowało   uczucie 

zawodu.   Po   jego   odejściu   przygasł   w   niej   płomień   podniecenia,   który  w   obecności   tego 

mężczyzny rozjarzył się żywym blaskiem.

Przyglądała się dyskretnie, jak Daniel odprowadza Raina do oczekującej limuzyny. 

Przez chwilę obaj cicho rozmawiali, po czym Oliver zerknął w okno, w którym stała Annie, 

jakby   cały   czas   wiedział,   że   go   obserwuje.   Pożegnał   ją   nieznacznym,   lecz   wytwornym 

skinieniem głowy, wsiadł do limuzyny i odjechał w deszczową noc.

-   Rain   jest   człowiekiem   interesującym,   ale   niebezpiecznym   -   powiedział   później 

Daniel. - Nigdy nie wiadomo, co myśli. Przypuszczam, że nikomu nie ufa. Pracując z nim 

zauważyłem, że ma obsesję na punkcie zbierania informacji o ważniejszych pracownikach 

oraz osobach, z którymi prowadzi interesy.

- Kartoteki?

-   To   bardziej   przypomina   dossier,   jakie   kompletują   służby  specjalne   -   sprostował 

Daniel krzywiąc się. - Zawsze twierdził, że poufne informacje o sprawach osobistych dają mu 

przewagę nad innymi.

- Myślę, że poczucie takiej dominacji jest niezwykle ważne dla ludzi jego pokroju - 

zauważyła Annie z zadumą.

5

background image

- On chce niezależnie od okoliczności wszystkimi kierować. Powinnaś zapamiętać, że 

Oliver   Rain   zawsze   realizuje   swoje   zamiary   i   nikomu   nie   zdradza,   co   właściwie   chce 

osiągnąć, dopóki nie jest gotowy. To samotnik. Nie gra zespołowo.

- Czyżby był gangsterem? - Nagle zaniepokoiła się, że brat może mieć powiązania z 

kryminalistą.

Daniel roześmiał się w głos.

- Jeśli to prawda, to grzebie trupy tak głęboko, że nikt ich nigdy nie znajdzie.

- Dlaczego, do diabła, pozwalasz, by ci pomagał, jeżeli nie masz do niego zaufania?

Daniel spojrzał na siostrę nie ukrywając zaskoczenia.

- Nigdy ci nie mówiłem, że mu nie ufam. Powiedziałem tylko, że jest niebezpieczny.

- Jaka to różnica?

- Wielka.

- Co jeszcze o nim wiesz? - Annie objęła się rękami czując ciarki na plecach.

- Niewiele, chociaż z nim pracowałem. Ten człowiek jest żywą legendą.

- Dlaczego? - dopytywała się.

-   Przed   piętnastoma   laty   jego   ojciec   porzucił   rodzinę.   Nie   znam   wszystkich 

szczegółów, ale obiło mi się o uszy, że kilka miesięcy przed zniknięciem namówił niektórych 

przyjaciół do zainwestowania w pewne przedsięwzięcie.

- Domyślam się, że pieniądze tych inwestorów zniknęły razem z ojcem Olivera?

- Zgadza się. Co więcej, Edward Rain spieniężył cały swój majątek i gotówkę zabrał 

ze sobą. Rodzina pozostała z niczym, nie licząc góry długów.

- Coś słyszałam o tym wydarzeniu. Gazety rozpisywały się o znanym bankierze, który 

wsiadł do samolotu z kilkoma milionami dolarów, i tyle go widziano. Pozostawił za sobą całe 

dotychczasowe życie i rodzinę.

- Tak rzeczywiście postąpił Edward Rain - potwierdził.

- I co się później wydarzyło? - Annie spojrzała na brata szeroko otwartymi oczami.

- Oliver spłacił wszystkie długi ojca w ciągu dwóch lat - odparł Daniel. W jego głosie 

zabrzmiała   wyraźna   nuta   podziwu.   -   Podniósł   firmę   ojca   z   gruzów   i   wielokrotnie   ją 

powiększył. To wiele mówi o naszym znajomym.

- Biedny Oliver  - szepnęła.  - Po zniknięciu  ojca musiał  chyba  przeżyć  załamanie 

nerwowe.

- Annie, co ty...?

- Taki człowiek jak Oliver nie może wytrzymać wstydu i poniżenia! Z pewnością był 

śmiertelnie przerażony. Nic dziwnego, że teraz jest taki zamknięty.

6

background image

- Wystarczy! Nie myśl o tym więcej!

- O czym?

- O próbie ratowania Olivera. Z całą pewnością nie jest zbłąkaną owieczką, którą 

mogłabyś dołączyć do swojej kolekcji. Wierz mi, on nie potrzebuje pomocy.

- Każdy czasami potrzebuje pomocy, Danielu.

- Ale nie Rain - zawyrokował. - Ten człowiek doskonale sobie radzi. Zaufaj mi.

Przez   następne   dwa   tygodnie   Annie   nie   widziała   Raina   ani   o   nim   nie   słyszała. 

Zadzwonił dopiero następnego dnia po katastrofie Daniela, gdy jego prywatny samolot runął 

do oceanu podczas lotu na Alaskę. Zdarzyło się to przed miesiącem, w październiku. Rain 

zapytał wtedy bardzo uprzejmie, czy nie potrzebuje pomocy.

Annie była oszołomiona powstałym chaosem. Z determinacją walczyła z reporterami i 

władzami kierującymi akcją ratunkową oraz próbowała pocieszyć Joannę. Żyła w ciągłym 

napięciu. Rainowi odpowiedziała szorstko, że nie potrzebuje jego pomocy.

Gdy tylko odłożyła słuchawkę, przypomniała sobie poniewczasie, że Oliver udzielił 

Danielowi   największych   kredytów.   Teraz,   gdy   Daniel   zniknął,   Rain   stanowił   największe 

zagrożenie. Jeżeli zażąda zwrotu ogromnej pożyczki, powołując się na brak kierownictwa w 

początkującej   firmie   Daniela,   Lyncroft   Unlimited   pójdzie   na   dno.   Nie   było   możliwości 

natychmiastowej spłaty pożyczki.

Okazało się jednak, że bezpośrednie zagrożenie nie pochodziło od niego. Dostawcy i 

inwestorzy wpadli w panikę po otrzymaniu wiadomości, że Daniel już nie kieruje firmą, i 

zjednoczyli swe siły. Prawa ręka Daniela, Barry Cork, robił co w jego mocy zapewniając 

wszystkich, że firma pracuje bez zakłóceń, ale nikt mu nie wierzył.

Po upływie kilku dni Rain zadzwonił ponownie.

- Uważam, że powinniśmy porozmawiać - zaczął poważnie.

- O czym? - zapytała Annie. Chciała dokładnie wiedzieć, o co mu chodzi.

- O przyszłości Lyncroft Unlimited.

- Dziękuję bardzo, ale Lyncroft prosperuje świetnie. Wszystkim zarządza Barry Cork. 

Mój brat zostanie lada dzień odnaleziony i wtedy wszystko powróci do normy.

-  Bardzo  mi   przykro,  panno  Lyncroft,  ale  musi   pani  stawić   czoło  faktom.  Daniel 

najprawdopodobniej nie żyje.

- Nie wierzę w to. Nie wierzy też jego narzeczona. Utrzymamy wspólnie Lyncroft 

Unlimited   do  jego  powrotu.   -  Annie   kurczowo   złapała   kabel   telefonu.   Ze   wszystkich   sił 

starała się mówić spokojnie i zdecydowanie. - Doceniam pańską troskę, ale nic się w firmie 

nie zmieniło. Panujemy nad wszystkim.

7

background image

-   Dobrze.   -   Rain   zamilkł   na   dłuższą   chwilę.   -   Słyszałem   pogłoski,   że   niektórzy 

wierzyciele zaczynają naciskać na sprzedaż lub fuzję.

- Nonsens. To tylko plotki. Wszystkim wyjaśniłam, że nie ma żadnych problemów, a 

Daniel niebawem powróci.

W słuchawce znowu zapanowała znacząca cisza.

- Jak pani sobie życzy. Proszę mnie powiadomić, gdyby któryś z wierzycieli stał się 

zbyt natarczywy. Może będę mógł pani pomóc.

Annie   odłożyła   słuchawkę;   jeszcze   nigdy   nie   czuła   się   tak   nieswojo.   Lyncroft 

Unlimited   było   firmą   rodzinną.   Nikt   spoza   najbliższej   rodziny   nie   mógł   posiadać   jej 

udziałów. Daniel chciał utrzymać pełną kontrolę nad przedsiębiorstwem.

Obecnie rodzina Lyncroftów liczyła tylko dwie osoby: Annie i jej brata. Była więc 

jedyną spadkobierczynią.

Dwa tygodnie temu Rain znowu się z nią skontaktował. Zamiast rozważań o losach 

Lyncroft   Unlimited,   wyjaśnił,   że   potrzebuje   jej   profesjonalnych   usług,   zamierza   bowiem 

dokonać końcowych uzupełnień wystroju wnętrz swego nowego mieszkania.

Teraz  nie  mogła   zrozumieć,  dlaczego   przyjęła   tę  pracę.  W  tych   szalonych  dniach 

miała przecież dosyć własnych spraw do załatwienia i nie musiała tracić czasu na osobiste 

konsultacje   z   klientem.   Dzisiejsza   wizyta   na   dwudziestym   szóstym   piętrze   wieżowca 

usytuowanego   na   podmiejskich   wzgórzach   Seattle   była   już   czwartą   z   kolei.   Do   tej   pory 

przebiegała według takiego schematu jak wszystkie poprzednie.

Dotarcie do Olivera Raina nie było proste. Najpierw musiała przejść obok portiera w 

hallu budynku. Aby się dostać na dwudzieste szóste piętro, należało wystukać specjalny kod 

na  pulpicie   sterującym  windą.  Gdy doszła  wreszcie   do drzwi  apartamentu  Raina,   została 

powitana przez człowieka-robota, nazywanego po prostu Bolt. Sprawiał wrażenie kombinacji 

lokaja z szoferem. Ciekawe, czy spełniał również rolę ochroniarza.

Na swój sposób Bolt był niemal tak interesujący jak jego pracodawca. Wyglądał na 

jakieś   pięćdziesiąt   lat.   Zawsze,  gdy Annie  go  widziała,   miał  na  sobie   uroczysty,  ciemny 

garnitur.   Jego  ciemnoniebieskie  oczy  nie  zdradzały   żadnych  uczuć.  Resztki   włosów  miał 

przystrzyżone na kilkumilimetrowego jeża.

Zachowywał   się   tak   mechanicznie,   że   sprawiał   wrażenie   maszyny.   Oczami   duszy 

widziała, jak co noc podłącza się do gniazdka, aby naładować akumulatory. Delikatnie dawał 

do zrozumienia, że jej nie aprobuje. Podczas pierwszej wizyty ulokował ją w gabinecie i 

podał na tacy herbatę zachowując całkowite milczenie. Annie nerwowo oczekiwała Raina. 

8

background image

Zamierzała porozmawiać z nim o zaginięciu brata, ale gospodarza interesowało wyłącznie 

wykończenie wystroju apartamentu.

Po   pierwszej   konsultacji   zaczęła   tęsknić   do   tych   spokojnych,   pogodnych   wizyt. 

Podczas   bezpiecznego   odosobnienia   w   gabinecie   Raina,   popijając   egzotyczną, 

aromatyzowaną herbatę, rozmawiała o nieważnych sprawach, takich jak słonie z emaliowanej 

mozaiki czy złocone karuzele. Odkładała na bok swoje sprawy i problemy, które narastały 

lawinowo i przekształcały się w koszmary.

Nie zapominała o ostrzeżeniach Daniela, że Rain jest niebezpieczny, ale odczuwała 

coraz mniej obaw. Emanująca z niego siła w dziwny sposób zwiększała jej ufność. Tego dnia 

po prostu miała ochotę na to, by wchłonąć w siebie trochę tej siły.

-   Dokończenie   wystroju   tego   pomieszczenia   z   pewnością   zajmie   niemało   czasu   - 

powiedział Rain spoglądając ostatni raz na słonia. - Jestem cierpliwym człowiekiem i wiem, 

że wcześniej czy później znajdziemy coś odpowiedniego.

- Wątpię - odrzekła, przeczesując wzrokiem surowy, elegancki pokój. - Drobiazgi, 

które sprzedaję, nie są w pańskim guście. Uważam, że każde wnętrze wymaga czegoś w 

rodzaju fałszywej nuty. Piękne pomieszczenie potrzebuje kolorowego akcentu szkaradności. 

Pogodne   wymaga   agresywnych   bibelotów.   Przeładowane   dobrze   jest   skontrastować   z 

elementami regularnymi.

Rain nie uśmiechnął się, czego należało się spodziewać, lecz delikatna zmiana wyrazu 

przymglonych oczu świadczyła o rozbawieniu. Spędziła z nim jedynie kilka popołudniowych 

godzin,   ale   wykształciła   w   sobie   całkiem   niezłą   zdolność   odczytywania   jego  nastroju  na 

podstawie   drobnych   odruchów.   Zrozumiała,   że   Oliver   nie   jest   człowiekiem   bez   uczuć. 

Nauczył się z zadziwiającą precyzją kontrolować emocje.

- Nie byłbym zbyt zmartwiony różnicami w naszych gustach, jeżeli chodzi o słonie i 

karuzele - odpowiedział łagodnie i umilkł, z zadumą popijając herbatę.

Był niewątpliwie typem milczka. Najwyraźniej się tym nie przejmował, ale Annie to 

przeszkadzało. Sama bardzo rzadko pozwalała sobie na niezręczne chwile ciszy w trakcie 

rozmowy.

Kończąc herbatę zastanawiała się, czy już nadszedł odpowiedni moment, by poruszyć 

temat, który chciała przedyskutować. Być może powinna poczekać jeszcze tydzień lub dwa, 

ale obawiała się, że nie należy zbyt długo tego odwlekać. Czas upływa nieubłaganie. Jeżeli 

nie uzyska zgody Raina na plan ratowania Lyncroft Unlimited, przegrupuje siły i spróbuje 

znaleźć nowe rozwiązanie.

9

background image

Niestety, była przekonana, że inne wyjście nie istnieje. Znalazła się w ślepej uliczce. 

Ogarnął ją niepokój, gdy się przygotowywała do decydującej  rozmowy.  Bardzo ostrożnie 

odstawiła filiżankę na czarno-złotą tacę i wreszcie się zdecydowała:

- Panie Rain...

- Proszę, mów mi Oliver! Chciałbym, żebyś mnie uważała za przyjaciela rodziny.

- Oliverze - Annie głęboko westchnęła - przed miesiącem, bezpośrednio po zniknięciu 

mojego brata, mówiłeś o podaniu nam ręki... to znaczy mnie i Joannie.

- Przypuszczam, że nie masz wieści o losach brata?

- Nie mam - potwierdziła. - Akcja ratunkowa została odwołana po trzech dniach od 

zniknięcia samolotu. Do tej pory nie znaleziono śladów wraku ani zwłok Daniela. Oficjalny 

komunikat głosi o zaginięciu Daniela na pełnym morzu.

- Teraz chyba  zaczynasz rozumieć  trudności, jakie napotykacie  próbując utrzymać 

Lyncroft Unlimited własnymi siłami - powiedział chłodno. - To jest niemożliwe, prawda?

- Tak. Wiedziałeś o tym od samego początku?

- Poważne problemy były w tej sytuacji nieuniknione. - Oliver nieznacznie wzruszył 

ramionami. - Siłą napędową Lyncroft Unlimited był twój brat i wszyscy o tym wiedzieli. Gdy 

jego zabrakło, inwestorzy musieli się zaniepokoić.

- Pozostali inwestorzy i wierzyciele zaprosili mnie na spotkanie dwa dni temu. - Annie 

ścisnęła poręcz czarnego krzesła. - Postawili ultimatum. Jeżeli jak najszybciej nie zgodzę się 

na sprzedaż Lyncroft lub fuzję z dużą firmą, ogłoszą naszą upadłość.

- Wiem o tym spotkaniu.

Annie zmarszczyła nos.

- Nie jestem zaskoczona.  - Zamilkła  na  chwilę,  po czym  dodała:  - Ale  nie byłeś 

obecny.

- Nie.

- Czy to znaczy, że nie domagasz się sprzedaży firmy lub fuzji? - Wstrzymała oddech 

w oczekiwaniu na odpowiedź.

- Tego nie powiedziałem. Sprzedaż mogłaby się okazać najlepsza. Utrzymałoby to 

firmę   przy   życiu,   co   z   kolei   dałoby   szansę   wprowadzenia   na   rynek   bezprzewodowej 

technologii twojego brata. Jeżeli zostanie podjęta taka decyzja, wtedy każdy zaangażowany 

odzyska swoje wkłady, łącznie ze znacznym zyskiem.

Wynalazki Daniela dotyczyły najnowszej dziedziny elektroniki i rewolucjonizowały 

wszystko, od skomputeryzowanych systemów magazynowych do praktyki leczniczej. Daniel 

nieraz powtarzał Annie, że biuro przyszłości będzie „bezprzewodowe”. Kable elektryczne, 

10

background image

które   obecnie   uwiązują   maszyny   do   ściennych   kontaktów   czy   do   systemów   zasilania,   w 

przyszłości zupełnie znikną.

- Nie mogę sprzedać firmy Daniela. - Zacisnęła pięści. - Bardzo ciężko pracował, żeby 

w ogóle wystartować. Zainwestował wszystko, co posiadał. Nie tylko pieniądze, ale również 

swój wysiłek i geniusz. Przyszłość elektroniki leży w tych bezprzewodowych bajerach i mój 

brat musi zaistnieć jako wynalazca tych przemian. Nie rozumiesz? Nie mogę tego wypuścić z 

rąk!

- Nie wypuścisz! - Przysłonił oczy czarnymi rzęsami. - Możesz zażądać bardzo dobrej 

ceny. W przemyśle  istnieje niemało firm, które wiele by dały,  żeby się dobrać do nowej 

technologii, której twój brat był prekursorem.

-   Nie   sprzedam   firmy   Daniela   -   powtórzyła.   -   Przynajmniej   dopóki   ja   i   Joanna 

wierzymy, że on może jeszcze być pomiędzy żywymi.

- Pewnego dnia dokonasz bardziej realistycznej oceny sytuacji - odparł rzeczowo. - 

Pole manewru jest ograniczone odejściem Daniela, i wiesz o tym równie dobrze jak ja.

- Wiedziałabym,  gdyby  Daniel  nie  żył.  - Annie  uniosła głowę obrzucając  Olivera 

uważnym spojrzeniem.

- Naprawdę? - Skwitował jej słowa niedowierzaniem.

- Z całą pewnością. Daniel był i jest jedynym członkiem mojej rodziny od śmierci 

ciotki Madeline. Wiedziałabym, gdyby odszedł na zawsze. Czułabym to gdzieś głęboko w 

środku. - Mówiąc to wcisnęła palce w gęstwinę włosów o miedzianym odcieniu.

Analizując siebie doszła do przekonania, że wiedziałaby o śmierci brata. Ale wiedziała 

również, że kres nadziei jest bliski. Od czasu zniknięcia Daniela nie przespała dobrze ani 

jednej nocy. Początkowy szok nieco złagodniał, ale skryte obawy coraz częściej wypełzały z 

zakamarków duszy i bywało, że pogrążały ją z kretesem. Niewykluczone, że ukochany brat 

rzeczywiście spoczywa na dnie oceanu.

Annie   była   wyczerpana.   W   ostatnich   tygodniach   podjęła   zbyt   wiele   decyzji, 

odpowiedziała na zbyt wiele pytań, przetrzymała zbyt wiele nacisków ze strony ludzi, którzy 

zainwestowali w firmę brata. Na domiar wszystkiego Joanna powiedziała jej teraz o dziecku, 

a to przysparzało mnóstwa dodatkowych zmartwień.

- Nie jestem jedyną osobą, która wiedziałaby o śmierci Daniela - kontynuowała cicho. 

- Joanna odczuwa to równie silnie jak ja. Obie jesteśmy pewne, że Daniel żyje.

- Nikt nie może  przeżyć  w wodach u wybrzeży Alaski dłużej  niż trzydzieści  czy 

czterdzieści minut - przypomniał jej delikatnie. - Przecież o tym wiesz.

11

background image

- Wszyscy jakby zapominali, że mój brat jest genialny. Oprócz tego przed odlotem 

przedsięwziął   takie   środki   ostrożności,   którymi   inni   nie   zawracają   sobie   głowy.   Miał 

skafander ratunkowy i tratwę z całym wyposażeniem.

- Nawet skafander nie chroni przed hipotermią, gdy trwa ona zbyt długo.

- Pomiędzy nami a Alaską jest mnóstwo wysepek. Setki. Większość z nich to tylko 

maleńkie punkciki, Daniel mógł się dostać na jedną z nich. Tam może przetrwać do nadejścia 

pomocy.

- Poszukiwania były bardzo dokładne - dodał Oliver. - Sam tego dopilnowałem.

- Tak? - zdziwiła się.

-   Oczywiście.   Mówiłem   ci,   że   Daniel   był   dla   mnie   kimś   więcej   niż   tylko 

pracownikiem. Był przyjacielem.

- Miło mi to słyszeć - odpowiedziała ze smutkiem. - Tym bardziej że przybyłam z 

prośbą o pomoc. Mam nadzieję, że twoja przyjaźń z moim bratem znaczy dla ciebie tyle, że 

zgodzisz się na mój plan.

Oliver popatrzył  na dziewczynę  z satysfakcją. Wyraźnie było widać, że oczekiwał 

takiego obrotu sprawy.

- Chcesz, żebym złożył ofertę wykupu firmy?

- Nie. - Nagle wstała i z powagą podeszła do okna zajmującego całą ścianę, od podłogi 

do   sufitu.   Spojrzała   na   ciemnoszare   niebo   i   bezbarwne   wody   zatoki   Elliotta.   -   Nie.   To 

ostateczne rozwiązanie. Mówiłam przecież, że nie sprzedam Lyncroft Unlimited, dopóki nie 

będę bezwzględnie do tego zmuszona.

-   Zgodziłbym   się   zagwarantować   odprzedaż   firmy   twojemu   bratu,   jeśli   się   tylko 

odnajdzie.

Annie odwróciła głowę i spojrzała przez ramię.

- Jesteś wspaniałomyślny, ale nie wydaje mi się, że to dobry pomysł.

- Dlaczego?

- Masz opinię bardzo niebezpiecznego człowieka - odrzekła zaciskając zęby.

- Doprawdy? Kto ci to powiedział? - Wcale nie był skonsternowany.

- Daniel.

- Twój brat zawsze umiał korzystać ze swej niezwykłej inteligencji.

- Zgadza się. Był wręcz genialny. Słuchaj, oboje dobrze wiemy, że stracę kontrolę nad 

firmą, jeżeli ci ją sprzedam. Zrobisz z nią wszystko, co zechcesz. Możesz nawet odmówić 

odprzedaży Danielowi albo zażądać tak wysokiej ceny, że nie będzie mógł jej odkupić.

- Możemy uzgodnić warunki, zanim cokolwiek podpiszesz.

12

background image

- Po prostu nie chcę pozbyć się firmy. Ryzyko jest zbyt wielkie. Nie gniewaj się, ale 

jeśli   mam   być   szczera,   nie   znam   nikogo   przy   zdrowych   zmysłach,   kto   dobrowolnie 

pozbawiłby się praw do technologii stworzonej przez Daniela.

-   Doceniam   twoją   lojalność   i   determinację,   Annie,   ale   w   tej   chwili   jesteś   pod 

naciskiem wierzycieli brata. Mogą cię zmusić do sprzedaży lub fuzji.

- Wiem o tym. - Przymknęła na chwilę oczy i obróciła się gwałtownie, aby spojrzeć na 

Olivera.   -   Wydzwaniają   do   mnie   codziennie.   Po   przedwczorajszym   spotkaniu   wiem,   że 

znalazłam się w wielkich kłopotach.

- To tylko  kwestia  czasu.  Niepokoją  się coraz  bardziej, i to  chyba  nic  dziwnego. 

Lyncroft Unlimited to firma jednoosobowa w każdym znaczeniu tego słowa, 1 właśnie tej 

jednej osoby zabrakło.

- Muszę mieć trochę czasu. To wszystko, czego potrzebuję.

- Jak sądzisz, ile?

- O to właśnie chodzi, że nie wiem. Kilka dni, a może tygodni. Kto może wiedzieć, jak 

długo jeszcze potrwają poszukiwania Daniela?

Oliver w zamyśleniu wypił powoli ostatni łyk herbaty i odstawił filiżankę na spodek. 

Annie  obserwowała  jego ruchy.  Delikatna  porcelana  w jego rękach wydawała  się bardzo 

krucha, ale mimo wszystko bezpieczna.

- Jeżeli nawet dam ci czas, którego tak potrzebujesz, nie liczysz  chyba, że to cię 

uchroni przed resztą wierzycieli - powiedział po namyśle Oliver.

- Rozumiem, że sama nie dam rady. Może jednak uda się ich uspokoić, kiedy się 

zorientują, że firma znowu jest w dobrych rękach.. Wszyscy wiedzą, że ani ja, ani Joanna nie 

znamy się na tych elektronicznych gadżetach. Nie znamy się również na zarządzaniu tak dużą 

firmą.

- Rzeczywiście - potwierdził.

- Jeżeli jednak Lyncroft obejmie szef o doskonałej reputacji w świecie biznesu - Annie 

odważnie zrobiła krok do przodu - wtedy kredytodawcy poczują się uspokojeni.

- Zamierzasz wynająć kogoś do zarządzania firmą? - Oliver nie drgnął, ale wydawało 

się, że wokół niego gwałtownie oziębiło się powietrze.

- Coś w tym rodzaju.

- Myślę, że jest to możliwe. Czy już z kimś rozmawiałaś?

- Prosiłam, aby Barry Cork wykonał kilka dyskretnych podejść - potwierdziła Annie. - 

Sęk   w   tym,   że   ludzie,   z   którymi   prowadził   pertraktacje,   nie   wyrażają   zgody,   chyba   że 

otrzymają określoną część firmy jako formę dodatkowej zapłaty.

13

background image

-  Jest   to  rozsądny  wymóg  w   aktualnej   sytuacji,   ale   ty  przecież   nie  oddasz  nawet 

najmniejszego kawałka Lyncroft Unlimited, prawda?

-   Właśnie.   Nie   mogę.   Daniel   prawdopodobnie   nie   mógłby   odzyskać   tej   części   z 

powrotem. Lyncroft Unlimited będzie jedną z przodujących firm elektronicznych w tym kraju 

w ciągu najbliższych pięciu lat. Wszyscy z tej branży doceniają jej możliwości.

-   Jeżeli   weźmiesz   teraz   wspólnika,   w   przyszłości   może   dojść   do   konfrontacji   z 

Danielem. Czy tego się obawiasz?

-  Właśnie.   Wspólnik  może  się   stać  najpoważniejszym   balastem.  Daniel  mówił   mi 

kiedyś, że nie chce żadnego wspólnika.

- Musisz zrozumieć, że masz tylko dwa wyjścia. Możesz sprzedać, dokonać fuzji albo 

wziąć wspólnika, który poprowadzi firmę za ciebie.

- Nie mogę skorzystać z tych możliwości - odpowiedziała z uporem. - Daniel straciłby 

kontrolę nad firmą.

Oliver sięgnął po dzbanek z herbatą.

- Jestem pewien, że mógłbym ci trochę pomóc.

- To właśnie miałam nadzieję usłyszeć. - W głosie Annie zabrzmiała wyraźna ulga.

- Naprawdę? - Popatrzył na nią z namysłem.

- Tak. Wydaje mi się, że twoja stawka jest również niemała. Także w twoim dobrze 

pojętym  interesie  leży przetrwanie  firmy mojego  brata  i wprowadzenie  jej  produktów  na 

rynek. Mam rację?

Oliver przyglądał się jej przez chwilę znad brzegu filiżanki, po czym stwierdził:

- To prawda, że zwiększę zyski, gdy nowa technologia zacznie zdobywać rynek.

- A więc moja propozycja zapewni nam obojgu to, na czym nam zależy.

- Doprawdy? - Jego głos brzmiał sceptycznie, ale Oliver był wyraźnie zaciekawiony.

-   Z   całą   pewnością   ochroni   firmę   Daniela,   a   ty   zbijesz   na   tym   majątek.   -   Annie 

pospieszyła do swojego krzesła i wreszcie usiadła. Teraz, gdy nadeszła chwila przedstawienia 

planu, przestała się denerwować. Pochyliła się do przodu i oparła łokcie na błyszczącym 

blacie hebanowego biurka.

- Słucham, Annie.

- To jest trochę trudne do wyjaśnienia. - Westchnęła. - Jeżeli zechcesz wysłuchać do 

końca, to myślę, że przyznasz mi rację. Miej na względzie to, że ten plan nie będzie musiał 

być realizowany zbyt długo, ponieważ jestem pewna, że Daniel wróci lada dzień.

Oliver przerwał nalewanie herbaty.

14

background image

- No, dobrze. Jak wiesz, Lyncroft Unlimited jest firmą rodzinną - ciągnęła Annie. - Ja i 

brat posiadamy wszystkie udziały. Jeżeli Joanna wyjdzie za Daniela, otrzyma swoją część 

firmy. Zanim to nastąpi, nie dostanie nic.

- Rozumiem. Dopóki jednak za niego nie wyszła, a on prawdopodobnie nie żyje, ty 

kontrolujesz cały pakiet, jesteś obecnie jedyną przedstawicielką rodziny Lyncroftów.

- Racja. - Annie zebrała siły do skoku na głęboką wodę. - Jeżeli wyjdę za mąż, mój 

małżonek   stanie   się   również   członkiem   rodziny.   Będę   mogła   scedować   na   niego   część 

udziałów w firmie.

Herbata   rozlała   się   na   powierzchnię   hebanowego   stolika.   Oliver   nagle   odstawił 

dzbanek i przez chwilę gapił się na plamę, jakby nie mógł pojąć, że zawiodły go ręce. Gdy 

spojrzał wreszcie na Annie, jego oczy miały znowu lodowaty wyraz.

- Nie wiedziałem, że planujesz kogoś poślubić.

-   Nie   planuję.   To   znaczy...   planuję.   Panie   Rain...   Przepraszam,   Oliverze,   czy 

kiedykolwiek słyszałeś o małżeństwie z rozsądku?

15

background image

Rozdział drugi

Z

apadła głucha cisza.

- Małżeństwo z rozsądku? - Oliver zmrużył oczy ukrywając swoją reakcję.

- Z samej definicji małżeństwa z rozsądku wynika, że przewiduje ono korzyści dla obu 

stron - Annie wychyliła się jeszcze bardziej do przodu, jakby chciała mu pomóc docenić 

walory   tego   planu   -   i   nie   ma   nic   wspólnego   z   miłością   i   uczuciem.   Małżeństwo   z 

wyrachowania jest w rzeczywistości kontraktem handlowym.

- Kontraktem handlowym? - Oliver złożył swoje wielkie dłonie na biurku i przeszył 

Annie chłodnym wzrokiem. - Czy właśnie takie małżeństwo bierzesz pod uwagę?

- Tak.

- Zamierzasz poślubić kogoś, kto potrafi kierować Lyncroft Unlimited? Kto ułagodzi 

inwestorów i uspokoi wierzycieli Daniela?

- Trafiłeś w sedno. - Była zadowolona, że Oliver szybko pojął jej zamiary. - Będzie 

tak,   jak   powiedziałam:   kontrakt   ściśle   handlowy.   Mój   małżonek   zostanie   w   dniu   ślubu 

wspólnikiem zarządzającym Lyncroft Unlimited i natychmiast obejmie kierownictwo firmy. 

Człowiek, którego mam na myśli, ma legendarną sławę w świecie biznesu, więc pozostali 

inwestorzy będą musieli go zaakceptować. Panika zostanie całkowicie opanowana.

- Teraz sprawa jest jasna. - Wzrok Olivera nawet nie drgnął.

- Rozumiesz, jak to będzie funkcjonować? - zapytała z pewnym niepokojem.

- Rozumiem, jak ty to sobie wyobrażasz. - Oliver zamilkł na chwilę. - Co się stanie, 

gdy Daniel wróci?

- To proste! - Uśmiechnęła się triumfalnie. - Wystąpię o rozwód. Gdy tylko sąd wyda 

orzeczenie, mój eks-mąż przestanie być właścicielem jakichkolwiek udziałów firmy Lyncroft 

Unlimited.   Daniel   zastosował   taki   kruczek   prawny,   że   w   przypadku   rozwodu   wszystkie 

udziały wracają do rodziny.

- A jeżeli to twój małżonek wytoczy ci sprawę przed sądem?

- Nie ma mowy. Tę możliwość wyklucza przedślubna intercyza.

- Widzę, że wszystko gruntownie przemyślałaś.

16

background image

-   Oczywiście.   Przedyskutowałam   ten   plan   z   Joanną.   Obie   się   zgodziłyśmy,   że   to 

jedyny bezpieczny sposób utrzymania firmy Daniela.

Prawdę mówiąc, Annie nie poruszała z Joanną tego tematu. Zamierzała w bardziej lub 

mniej zdecydowany sposób wmanewrować przyszłą bratową w realizację pomysłu.

- Odbieram to jako całkiem nowe podejście do sprawy.

-   Dziękuję.   Według   mnie   pomysł   jest   doskonały.   -   Annie   poczuła   coś   w   rodzaju 

satysfakcji.

- A jakie korzyści przewidujesz dla twojego... hmm ...męża?

-   Ach,   tak,   oczywiście.   -   Chrząknęła   dyplomatycznie.   -   Szansę   ochrony   jego 

inwestycji oraz zapewnienie przyszłych zysków w Lyncroft Unlimited.

- Człowiek, o którym myślisz, jest jednym z wierzycieli Daniela?

- Tak. I uważa się za jego przyjaciela. Ten ktoś oferował mi pomoc, panie Rain...

- Oliver.

-   Oliverze!   Wszystko   nagle   stało   się   bardziej   krępujące,   niż   myślałam.   -   Mocno 

zacisnęła dłonie. Zorientowała się, że są spocone. - Pomysł wydawał mi się doskonały.

- Annie, czy ty przypadkiem mi się nie oświadczasz? - zapytał bardzo delikatnie.

- Tak. - Zarumieniła się, odchyliła się nieco na krześle i włożyła ręce do kieszeni 

szmaragdowego żakietu.

- Ach!

-   Co   to   oznacza?   -   Była   niezwykle   spięta.   Dodatkowa   dawka   specyficznej 

tajemniczości Olivera Raina przekraczała jej siły.

- To oznacza, że się zgadzam.

- Zgadzasz się? Tak po prostu? - Szeroko otworzyła oczy ze zdziwienia.

Wyraz twarzy Olivera się nie zmienił, ale w jego oczach pojawił się blask, którego 

wcześniej próżno by szukać.

- Twoja propozycja ma to do siebie, że jest jedynym sposobem zabezpieczenia moich 

inwestycji  i przyszłych  zysków  oraz wywiązania się z przyjacielskich  zobowiązań wobec 

Daniela - oświadczył uroczyście.

- Nie potrzebujesz czasu do namysłu?

- Już się nad tym  zastanowiłem.  To nie jest trudny problem.  Poza tym,  nie mam 

innego wyjścia. Jeżeli się z tobą nie ożenię, będziesz się trzymała firmy aż do bankructwa, a 

wtedy wszyscy stracą.

- Nie wiem, jak ci dziękować. - Poczuła niewysłowioną ulgę. - Nie obawiaj się, nie 

będziemy musieli długo być małżeństwem.

17

background image

- Jesteś przekonana, że Daniel wróci?

- Wierzę, że tak się stanie. - Nerwowo przygryzła wargę. - Ale jeśli nie powróci, za 

wszelką cenę będę próbowała utrzymać Lyncroft.

- Ze względu na przyszły potencjał firmy?

- Nie. Dlatego, że Joanna jest w ciąży. Nosi dziecko Daniela.

- Inaczej mówiąc, jeżeli Daniel nie powróci, zamierzacie zachować firmę dla jego 

dziecka? - Oliver natychmiast dostrzegł prawne konsekwencje tego faktu.

- Cóż innego możemy zrobić? - Opuściła bezradnie ręce.

- Nic. To całkowicie zrozumiałe. W swoim czasie sam się znalazłem w podobnej 

sytuacji. Musicie tak postąpić.

- Wydaje mi się, że nas rozumiesz. - Uśmiechnęła się. - Nie każdy podziela takie 

poglądy. Najwidoczniej różnisz się od typowych biznesmenów. Daniel mi mówił, że ci ufa.

- Chciałbym jeszcze raz zadać pewne pytanie. - Oliver najwyraźniej nie wzruszył się 

tą deklaracją. - Co się stanie z naszym maleńkim kontraktem, jeśli twój brat nie powróci?

Annie westchnęła, nie zdradzając chęci do szerszego omawiania tego tematu.

-   Naturalnie   chciałbyś   wiedzieć,   jak   długo   będziesz   tkwić   w   tym   fikcyjnym 

małżeństwie?

-   To   małżeństwo   będzie   całkiem   na   serio,   prawda   Annie?   Twój   plan   spaliłby   na 

panewce, gdyby małżeństwo nie było legalne.

- Oczywiście,  będzie  na  serio  w  sensie  prawnym.  -  Zawahała  się.  -  Myślę,  że  w 

umowie przedślubnej możesz wstawić limit czasowy trwania naszego związku, chociaż nie 

sądzę, żeby wyniknęły jakieś problemy. Wierzę głęboko, że Daniel wróci lada dzień.

- A jeśli nie wróci? - naciskał Oliver.

- Jeżeli nawet wszyscy mają rację, i Daniel odszedł na zawsze, sama powinnam się 

nauczyć   zarządzania   firmą.   Nie   mam   jednak   kwalifikacji,   by   chwycić   za   ster.   Jedynym 

biznesem, jaki kiedykolwiek prowadziłam, jest mój butik „Sezamie, otwórz się”, i to tylko 

przez ostatni rok. Minie cała epoka, zanim zgłębię tajemnice firmy o tak wysokiej technologii 

jak Lyncroft. Inwestorzy też muszą mieć trochę czasu, żeby móc mi zaufać.

- Owszem, czas stanowi tu istotny czynnik, zwłaszcza biorąc pod uwagę twoje braki w 

tej dziedzinie. Zajmie ci to najpewniej parę lat i to tylko wtedy, gdy okażesz się pojętną 

uczennicą.

Spojrzała na niego z zadumą.

- Nie mogę cię prosić, żebyś był związany fikcyjnym małżeństwem aż przez dwa lata. 

Rany boskie! To samo dotyczy mnie!

18

background image

- Nie wyobrażam sobie, żebyś wytrzymała.

- Zgadzam  się. - Annie podjęła decyzję.  - Wprowadzimy limit  czasu: powiedzmy 

sześć miesięcy, i wtedy raz jeszcze przeanalizujemy sytuację. Jeśli Daniel nie wróci, a ty 

zechcesz uznać ten kontrakt za niebyły, nie będę cię zmuszać do dotrzymania zobowiązań.

- Brzmi to sensownie.

-  Jestem  pewna,  że   do  tego   nie  dojdzie  -  odrzekła  bardziej   rozluźniona.  -  Daniel 

zostanie odnaleziony. Zobaczysz.

- Mam nadzieję, że się nie mylisz.

Annie   posłała   mu   uśmiech  pełen  wdzięczności  i  ulgi.  Od razu  poczuła   się  lepiej. 

Sytuacja została opanowana, Oliver Rain poprowadzi Lyncroft Unlimited.

- Nie wiem, jak ci dziękować, ale postąpiłeś bardzo przyzwoicie. Rozumiem, że mój 

plan brzmiał trochę bezsensownie, ale wierzę w jego powodzenie.

- Może się udać.

- Właśnie zaświtało mi w głowie - powiedziała Annie dokładnie studiując jego twarz - 

wybacz moją ciekawość... ale czy nie jesteś... jak by to ująć... aktualnie z kimś związany? 

Rozumiesz? Mam na myśli romans.

- Nie.

- Dobrze, to wszystko znacznie upraszcza. - Rozluźniła się znowu. - Myślę, że trudno 

byłoby wyjaśnić nasz kontrakt innej kobiecie. Prawdopodobnie nie mogłabym cię prosić o 

taką pomoc, gdybyś był z kimś. Są przecież granice zarówno klauzul przyjaźni, jak i biznesu.

- A... jeżeli chodzi o... ciebie? - zapytał oddzielając poszczególne słowa. - Czy jesteś z 

kimś związana?

-   Nie   -   zapewniła   Annie.   -   Wiesz   przecież,   że   prowadzenie   nawet   niewielkiego 

biznesu zajmuje mnóstwo czasu.

- Wiem. - Westchnął z roztargnieniem. - O nikogo więc nie musimy się martwić. 

Jesteśmy tylko my dwoje.

-   Zgadza   się.   Jeżeli   sprawa   się   przeciągnie,   to   nie   sądź,   że   będę   oczekiwać,   byś 

poświęcił temu przedsięwzięciu całe prywatne życie. Powinieneś się czuć zupełnie wolny, 

umawiać   z   dziewczynami   i   robić   wszystko,   co   się   z   tym   wiąże.   Nie   będzie   to   przecież 

prawdziwe małżeństwo.

- Jeżeli rozejdzie się pogłoska, że nasze małżeństwo nie jest prawdziwe, wierzyciele 

twojego brata mogą wpaść w panikę. Mogą nie uwierzyć, że pozostaniemy małżeństwem 

dostatecznie długo, bym mógł uratować firmę. Chyba że uwierzą w naszą miłość.

Annie jęknęła i mocniej wbiła się w krzesło.

19

background image

- Masz rację, o tym nie pomyślałam. Z drugiej strony wydaje mi się, że potrafimy tak 

postępować, żeby małżeństwo wyglądało na autentyczne.

- Tak, jeżeli chcesz osiągnąć zamierzone cele.

- Zarzucą nas pytaniami. Będą zaskoczeni, że tak szybko zdecydowaliśmy się pobrać.

-   Powiemy,   że   spotykaliśmy   się   od   dłuższego   czasu,   ale   utrzymywaliśmy   to   w 

tajemnicy do nadejścia odpowiedniego momentu - powiedział Oliver z zastanowieniem. - 

Teraz, gdy zabrakło Daniela, a firma wymaga zwierzchnika, postanowiliśmy pójść na całość i 

zalegalizować nasz związek.

-   Hmm!   To   niegłupie,   a   ty   i   tak   masz   opinię   tajemniczego   faceta.   Ale   to   nam 

przysporzy mnóstwo nowych problemów. - Annie rozejrzała się niepewnie, zadając sobie w 

duchu pytanie, czy się przeniesie do tego surowego apartamentu.

- Tak, to oczywiste - odpowiedział, jakby czytając w jej myślach. - Nikt nie uwierzy, 

że jesteśmy małżeństwem w całym tego słowa znaczeniu, jeżeli ze mną nie zamieszkasz.

- Wszystko się komplikuje. - Na moment ogarnęła ją panika.

- Nie martw się, zajmę się tą sprawą. Po to przecież za mnie wychodzisz, prawda?

20

background image

Rozdział trzeci

W

yhodowanie   paproci   z   zarodników   wymaga   cierpliwości   świętego   albo   nawet 

diabła.   Cierpliwość   Olivera   była   co   najmniej   tej   miary.   Znajdował   cichą   satysfakcję   w 

żmudnych zabiegach nawet wtedy, gdy wyniki mógł ujrzeć dopiero po upływie pół roku lub 

nawet dwóch lat.

Strumienie deszczu biły o szyby wielkiej cieplarni zbudowanej na dachu wieżowca. W 

środku Oliver ostrożnie spryskiwał różne odmiany paproci. Wokół niego piętrzyły się rośliny 

rozmaitych   wielkości   i   gatunków.   Paprocie   były   jego   pasją,   przeznaczył   dla   nich   całą 

powierzchnię szklarni. Nad swym apartamentem stworzył własny las tropikalny.

Wyhodował w tej swojej dżungli wiele odmian, ale najbardziej lubił paproć włoską 

złotowłosą oraz róg jelenia. Języcznik, paproć drzewiasta, wesoła i oczkowa rosły w kilku 

szeregach   na   metalowych   ażurowych   parapetach.   Inne   rośliny   zwisały   z   sufitu,   tworząc 

piękny baldachim zieleni. Paprocie wodne ścieliły się po powierzchni sadzawki w maleńkiej 

grocie w najdalszym krańcu szklarni.

Właśnie   spryskiwał   koronkową   włoską   paproć   złotowłosą,   która   nie   przekroczyła 

jeszcze dwóch i pół cala. Miał nadzieję, że udało mu się odtworzyć interesującą odmianę. Ale 

trudno powiedzieć, dopóki się nie ukształtują właściwe liście, czego mógł się spodziewać 

dopiero za jakieś półtora roku. Oliviera nie przerażała myśl o tak długim oczekiwaniu.

Już od wielu lat zdawał sobie sprawę, że cierpliwość jest cnotą, której większość ludzi 

jest pozbawiona. Nie przeszkadzało mu to, przeciwnie, dawało wyraźną przewagę.

Ale ta cierpliwość nie przydawała mu się na wiele, kiedy chodziło o Annie Lyncroft. 

Właśnie   przed   dwoma   dniami   oświadczyła,   że   jest   gotowa   rzucić   mu   się   w   ramiona,   a 

przynajmniej go poślubić.

Pozwolił sobie na delikatny uśmiech wyobrażając sobie, że trzyma ją w objęciach. 

Gdy zobaczył  Annie pierwszy raz, na przyjęciu zaręczynowym  Daniela, odczuł niepokój, 

podobny do tego, który towarzyszył wyhodowaniu nowej odmiany paproci. Była tak inna niż 

wszystkie   dotychczas   poznane   kobiety,   że   poprzysiągł   sobie,   iż   znajdzie   sposób,   by   ją 

zdobyć.

Doszedł   do  przekonania,  że   najwyższa  pora   rozejrzeć  się   za  kandydatką  na  żonę. 

Annie doskonale powinna pasować do tej roli.

21

background image

Była   niewątpliwie   wyjątkową   dziewczyną.   Nic   dziwnego,   była   przecież   siostrą 

Daniela, który nie należał do zwykłych zjadaczy chleba. Oliver darzył go zaufaniem przez 

wszystkie wspólne lata pracy, a zaufanie niewątpliwie nie było czymś, czym szastał.

Determinacja Annie dążącej z całą bezwzględnością do ratowania firmy brata też nie 

była niespodzianką. Lojalnością odznaczała się cała rodzina Lyncroftów, a cecha ta stanowiła 

niezbędny atrybut przyszłej żony Olivera.

Niewątpliwie pomiędzy nim a panną Lyncroft istniało silne pożądanie fizyczne, które 

bez wątpienia mógł wykorzystać do umocnienia przyszłego związku. Zdawał sobie sprawę, że 

reaguje na sam jej widok. Nie była specjalnie urodziwa. Subtelny, porywający powab tej 

kobiety fascynował go znacznie bardziej niż nieskazitelne piękno innych.

Nie  było  wątpliwości,  że   jej   pożąda.  Rzadko   ufał  komukolwiek,  ale  sam  ze   sobą 

rozmawiał szczerze. Wszystko mu się w niej podobało: burza złotobrązowych loków, które 

otaczały   wielkie   piwno-zielone   oczy,   i   delikatna   zmysłowość   miękkich,   doskonale 

zaokrąglonych piersi i bioder.

Dowiedział się od Daniela, że skończyła dwadzieścia dziewięć lat. Jej oczy błyszczały 

inteligencją i spontaniczną uczciwością. Te cechy były dla Olivera szczególnie pociągające, 

prawdopodobnie dlatego, że sam tak doskonale opanował technikę ukrywania przed innymi 

swoich myśli i planów.

Pogodnie rozprawiała o małżeństwie, ale Oliver był pewien, że zostanie jego żoną w 

każdym  znaczeniu tego słowa. Trzeba jedynie wykazać trochę cierpliwości. Zdawał sobie 

sprawę z jej reakcji, kiedy wpatrywała  się w niego  na przyjęciu  zaręczynowym  Daniela. 

Wiedział, że po upływie pewnego czasu, odpowiednio postępując, zdobędzie tę dziewczynę. 

Już owej nocy po powrocie do domu zaczął przygotowywać plan działania, który powinien w 

końcu doprowadzić go do celu.

Zanim jednak zdołał rozpocząć realizację planu zdobycia Annie, bieżące wydarzenia 

wszystko przesłoniły. Daniel zaginął i jego wierzyciele zaatakowali tę biedną dziewczynę na 

wszystkich  frontach   naraz.  Ku jego zaskoczeniu,  Annie  wzięła  sprawy w   swoje  ręce  nie 

okazując   objawów   załamania.   Wyniki   jej   działań   były   interesujące,   chociaż   niezbyt 

użyteczne. Zastanawiał się, czy nie jest to przypadkiem zapowiedź tego, co nastąpi później. 

Jeśli   tak,   to   jego   spokojne,   uporządkowane   życie   znajduje   się   w   niebezpieczeństwie. 

Powinienem   sobie   poradzić   -   uspokajał   siebie.   Z   pewnością   Annie   należy   do   kobiet 

impulsywnych, ale na pewno uda się nią sterować.

22

background image

Oliver wędrował ze spryskiwaczem w ręku po swojej dżungli na dachu wieżowca i 

zastanawiał   się,   jak   Annie   sobie   wyobraża   to   małżeństwo   z   rozsądku.   Chyba   zamierza 

ograniczyć się do roli współlokatorki!

Zatrzymał   się   przed   kępą   wielkich   paproci   odmiany   włoska   złotowłosa.   Zanurzył 

palce w żyznej ziemi, by sprawdzić poziom wilgoci. Czarna gleba była ciepła i wilgotna - 

lepszej nie można sobie życzyć.

Technologia   hodowli   paproci   w   jego   ogromnej   szklarni   należała   do 

najnowocześniejszych.   Najnowsze   systemy   elektroniczne   sterowały   wszystkim   -   od 

ogrzewania do nawadniania. Pulpity sterownicze temperatury, opadów i wilgotności w tym 

zminiaturyzowanym   świecie   mieściły   się   poza   szklarnią.   Były   na   tyle   wyrafinowane,   że 

Oliver   mógł   uzyskać   odmienne   mikroklimaty   w   poszczególnych   częściach   cieplarnianej 

dżungli.   Odpowiednimi   przyrządami   sprawdzał   zakwaszenie   gleby   i   bardzo   dokładnie 

kontrolował poziom wilgotności. Nawozy mieszał zgodnie z precyzyjnymi recepturami i czuł 

się   w   pełni   szczęśliwy   obsługując   superczułe   dozowniki.   Większość   decyzji   podejmował 

jednak intuicyjnie, polegając na zmysłach. Nie było sensu zmuszać paproci, żeby się same 

przystosowały do nowoczesnej technologii. Te prymitywne zielone rośliny przywędrowały tu 

z innych miejsc i innej epoki. Były niemymi świadkami ery, która dawno przeminęła.

Paprocie są żyjącymi reliktami pierwotnego świata. Nie istniały wówczas ani rośliny 

kwitnące, ani nawet dinozaury. Żyły za to takie dziwne stworki, które podlegały ewolucji 

przez miliony lat, aż w końcu przekształciły się w ludzi.

Oliver,   wędrując   myślami   przez   epoki   czasowe   swojej   szklarni,   wyobrażał   sobie 

wygląd świata sprzed setek milionów lat. Podróż ta umożliwiła mu zerknięcie do własnej 

przeszłości,   kiedy   mógł   jeszcze   wybrać   inną   drogę   życia,   która   by   go   zaprowadziła   do 

zupełnie innego świata niż ten, w którym żył obecnie.

W dalekim końcu szklarni pojawiła się nagle głowa Bolta.

- Przyszła pani Rain. Czy mam jej powiedzieć, że pana nie ma?

- To nie ma sensu. I tak wróci później. Wpuść ją.

- Ona nienawidzi szklarni, proszę pana - przypomniał beznamiętnie Bolt.

- Wiem.

Służący zniknął, dokładnie zamykając za sobą drzwi.

Oliver przyglądał się młodym czerwonym liściom paproci piłowatki. Dorosłe liście 

stopniowo   nabierały   zieleni,   ale   na   razie   dodawały   otoczeniu   niespodziewanej   domieszki 

czerwieni. Przyszło mu do głowy, że Annie może wpłynąć tak samo na jego życie - dodać mu 

barw.

23

background image

Drzwi   się   otworzyły   kilka   minut   później   i   Sybil   Rain   wkroczyła   do   szklarni   nie 

zważając na parną atmosferę. Ubrana była w elegancki kremowy żakiet i zamszowe spodnie. 

Włosy o jasnym odcieniu były gładko uczesane, elegancko przycięte, opadające równą linią 

do ramion. Stanowiły doskonałe tło dla jej piwnych oczu i klasycznych rysów twarzy.

Sybil była oszałamiająco piękną kobietą, gdy osiemnaście lat temu wyszła za ojca 

Olivera. Obecnie liczyła sobie czterdzieści sześć wiosen, o dziewięć więcej niż Oliver, ale 

wyglądała   o   wiele   atrakcyjniej   niż   on.   Z   biegiem   lat   rysy   jej   twarzy   nabrały   więcej 

charakteru, ale Rain był przekonany, że na zawsze pozostanie blond trzpiotką.

- Witaj, Oliver.

- Cześć, Sybil.

Trudno jej było ukryć niezadowolenie, kiedy brnęła pomiędzy długimi parapetami, na 

których  rosło całe mnóstwo paproci. Oliver nie przejmował się humorami  Sybil.  W jego 

towarzystwie była niemal zawsze niezadowolona. Doskonale rozumiał jej uczucia, gdyż sam 

dokładnie tak samo reagował na jej obecność.

Animozja pomiędzy nimi trwała od tak dawna, że dla obojga stała się już drugą naturą. 

Skrzętnie to ukrywali, gdy w pobliżu był ktoś trzeci, lecz w cztery oczy nie taili wzajemnej 

niechęci.

- O Boże! Tutaj jest jak w piecu. Jak ty to możesz wytrzymać? - Sybil odsunęła długie 

liście paproci zagradzające jej drogę. Złoty pierścionek zaręczynowy z brylantem, prezent od 

ojca Olivera, mienił się blaskiem.

- Ja to lubię - odpowiedział Oliver sprawdzając długi rządek szklanych naczyń, w 

których   kiełkowały   nasiona   włoskiej   paproci   złotowłosej.   -   A   co   ważniejsze,   lubią   to 

paprocie.

-   Mógłbyś   przynajmniej   zejść   na   dół   na   kilka   minut!   Porozmawialibyśmy   w 

normalnych warunkach.

- Mnie tu dobrze.

-   I   to   jest   najważniejsze,   prawda?   -   Sybil   zatrzymała   się.   Jej   oczy   zapłonęły 

zadawnioną goryczą.

- Życzysz sobie czegoś, Sybil? Zazwyczaj tylko wtedy ze mną rozmawiasz.

- Nathan i Richard poinformowali mnie, że się żenisz - wycedziła przez zaciśnięte 

zęby.

- Tak.

- Tak? Po prostu tak? Czy to wszystko, co masz mi do powiedzenia?

24

background image

- Tak, zamierzam się ożenić. - Oliver skrzyżował ramiona i oparł się o parapet. - Ślub 

cywilny odbędzie się jutro po południu, jeżeli chodzi o ścisłość. Będziesz mile widziana. W 

uroczystości wezmą udział Heather, Valerie i bliźniacy.

- Cholera, Oliver! Musisz być tak obrzydliwie arogancki? Nie możesz ot tak sobie 

spuścić bomby na rodzinę i nie spodziewać się nawet kilku pytań. Kim jest twoja przyszła 

żona?

- Nazywa się Annie Lyncroft.

- Lyncroft? Nigdy o niej nie słyszałam. - Sybil zmarszczyła wypielęgnowane brwi.

- Nie przypuszczam, żebyś o niej słyszała. Ona nie obraca się w twoich sferach.

- Nie chcesz mi chyba wmówić że bywa w twoim środowisku, Oliverze. Przecież nie 

istnieje coś takiego jak twoje środowisko. Największym twoim udziałem w burzliwym życiu 

towarzyskim jest wyprawa w górę Amazonki. A tak nawiasem mówiąc, gdzie spotkałeś tę 

kobietę?

- Na przyjęciu zaręczynowym jej brata.

- Przecież nigdy nie chodzisz na przyjęcia. - Sybil zastukała eleganckim obcasem.

- Wystarczyło to jedno.

- Dlaczego to zrobiłeś? Przecież nienawidzisz tłoku. Poczekaj chwilę! Lyncroft... - 

Oczy Sybil zwęziły się w szparki. - Czy to ma związek z Lyncroft Unlimited, firmą, którą 

wsparłeś kilka lat temu?

- Tak.

- Właściciel firmy zaginął, prawda? Katastrofa lotnicza. Czytałam o tym w gazetach.

- Zgadza się. Annie jest jego siostrą.

- A ty miesiąc po katastrofie nagle się z nią żenisz? - Sybil spojrzała na niego z 

rosnącym zrozumieniem w oczach. - Pozwól mi zgadnąć. Założę się, że ta Annie Lyncroft 

właśnie odziedziczyła najbardziej dynamiczną firmę elektroniczną Zachodniego Wybrzeża. 

Firmę, której pożyczyłeś znaczne pieniądze.

- Owszem, ona jest obecnie właścicielką firmy.

- Oliver, jeżeli chcesz mieć tę firmę, dlaczego jej sobie nie kupisz?

- Może ja nie chcę wcale tej firmy.

- Mówisz, że to wielka miłość? Nie nabierzesz mnie - burknęła. - Nigdy w to nie 

uwierzę.

- Gdybym nawet chciał kupić tę firmę, Annie nie zgodzi się jej sprzedać. Ona wciąż 

jest przekonana, że jej brat żyje. Chce dla niego zatrzymać Lyncroft Unlimited. Rzecz w tym, 

że ma mocny charakter i jest lojalna.

25

background image

- Lyncroft nie żyje. Wszystkie gazety o tym piszą. - Sybil przyjrzała mu się uważnie. - 

Taka mała firma musi mieć kłopoty po zniknięciu właściciela. A ty masz czego bronić.

- Zawsze jesteś bardzo rezolutna, kiedy mowa o pieniądzach.

- O co tu chodzi, Oliver? Nie opowiadaj, że jedynym  sposobem położenia  łap na 

Lyncroft Unlimited jest ożenek z Annie Lyncroft. To trochę nietypowe, nawet dla ciebie.

- Nie myślisz, że to normalne, że w końcu znalazłem kobietę, którą chciałbym pojąć za 

żonę?

- Nie - odpowiedziała zdecydowanie Sybil. - Trudno mi sobie wyobrazić ciebie z 

żoną.

- Jestem takim samym mężczyzną jak inni.

- Gówno prawda. - Na skutek emocjonalnego wzburzenia w Sybil odżyła skłonność do 

słownictwa z okresu młodości. - Nie jesteś taki jak inni faceci. Jesteś pokręcony, i każdy o 

tym wie.

- Nie jestem aż tak pokręcony. Zwłaszcza w pewnych sprawach.

- Właśnie że jesteś. Pamiętam jedyny przypadek, gdy się zaangażowałeś uczuciowo. 

Dotyczył  nauczyciela  botaniki  czy kolekcjonera paproci  podczas  jakiejś  wyprawy w  lasy 

tropikalne.   Po   powrocie   z   tej   ekspedycji   jedyną   twoją   pasją   stało   się   kolekcjonowanie 

paproci.

- Mam już trzydzieści siedem lat. Czas na założenie własnej rodziny.

- Bzdura! Masz już olbrzymią rodzinę!

To stwierdzenie  było  bezdyskusyjne.  Jedyne,  czego  mu  nie  brakowało, to właśnie 

rodziny. Już od piętnastu lat był odpowiedzialny za dwie siostry, dwóch braci przyrodnich i 

za Sybil. Zwaliło się to na jego barki tego sądnego dnia, gdy ojciec wsiadł do samolotu na 

lotnisku Sea Tac i zniknął z całym majątkiem i z pieniędzmi wielu ludzi.

Pamiętał   pierwsze   chwile   wstydu   i   udręki,   kiedy   cały   jego   świat   się   zawalił. 

Pospieszny remanent spraw handlowych ojca wykazał, że w zasadzie Oliver nie posiadał już 

nic.   Koledzy   i   przyjaciele   Edwarda   Raina   pierwsi   ustawili   się   w   kolejce   żądając   zwrotu 

udzielonych pożyczek.

Mając na względzie los zależnych od niego pięciu osób, Oliver zrobił to, co musiał. 

Porzucił marzenia o botanice i wziął się za bary z przytłaczającym  zadaniem utrzymania 

rodziny   w   całości,   przy   jednoczesnej   odbudowie   bankowego   imperium   ojca.   Później   był 

zadowolony   ze   swoich   dokonań.   Spłacił   inwestorów   ojca   co   do   jednego,   a   imperium 

budowlane,  które  stworzył,  było  znacznie  większe i  bardziej  stabilne  niż  to, które  ojciec 

odziedziczył po dziadkach i zrujnował.

26

background image

Dwa lata temu Oliver rozpoczął likwidację swojego holdingu. Pozbywał się kolejno 

firm,   które   kiedyś   nabył.   Sprzedaż   przyniosła   mu   fortunę,   którą   ulokował   w   wielu 

bezpiecznych miejscach, a oprocentowanie wystarczało na luksusowe życie. Jeżeli nawet od 

czasu  do  czasu   zainwestował   w  startujące   przedsięwzięcie,  takie  jak  Lyncroft   Unlimited, 

większość   pieniędzy   pozostawała   ulokowana   w   bezpiecznych,   nudnych   inwestycjach   bez 

ryzyka.

Chociaż wielkie sumy wymagają opieki, to Oliver potrafił się uwolnić od codziennego 

intensywnego nadzoru, który był jego chlebem powszednim w trakcie budowy imperium.

Czerpał satysfakcję z faktu, że stworzył braciom i siostrom dobre warunki życiowe. 

Heather ukończyła medycynę, Valerie po studiach została kustoszem w słynnym prywatnym 

muzeum Eckerta.

Bliźniacy,   Nathan   i   Richard,   rozpoczęli   właśnie   pierwszy   rok   studiów   na 

Uniwersytecie   w   Waszyngtonie.   Oświadczyli,   że   zamierzają   uzyskać   stopnie   magistrów 

zarządzania. Oliver prywatnie miał nadzieję, że zmienią zdanie, gdy dorosną. On nie lubił 

świata   biznesu.   Fakt,   że   osiągnął   sukces   w   tych   kręgach,   nie   wpłynął   na   zmianę   jego 

poglądów.

Sybil była wiecznie zajęta nie kończącym się korowodem przyjęć charytatywnych i 

burzliwym życiem towarzyskim. Dzięki najstarszemu pasierbowi obracała się w sferach, do 

których zawsze aspirowała.

Jednym słowem, Oliver spłacił swój dług rodzinny. Płacił go w dalszym ciągu, gdyż 

rodzina   była   dla   niego   najważniejsza.   Jednak   zbliżał   się   czas   realizacji   kilku   celów 

osobistych. Nadeszła pora, by się ożenić.

- Możesz mi wierzyć, Sybil, doskonale wiem, że mam rodzinę - odpowiedział. - Ale to 

nie to samo, co mieć własną żonę i dzieci.

- Nie chrzań. Nie próbuj mnie przekonać, że nagle poczułeś ochotę zostania oddanym 

mężem i ojcem.

- Uspokój się. - Oliver pogłaskał liście paproci szablistej. - W tym domu jest mnóstwo 

pieniędzy. Nathan i Richard nie zostaną goli, kiedy się zdecydują na własne dzieci. Wiesz 

przecież, że zawsze o nich dbałem. Tak samo jak o moje siostry. Nie zapominając o tobie. 

Zawarliśmy pewien układ. Ty i ja. Chyba pamiętasz?

Szpilka weszła głęboko. Twarz Sybil stała się nienaturalnie czerwona.

- A niech cię cholera! - krzyknęła.

- Wiem dokładnie, co o mnie myślisz, Sybil. - Spojrzał jej w oczy i z satysfakcją 

dostrzegł, że macocha przypomniała sobie dzień, w którym zawarli ów niezbyt honorowy 

27

background image

pakt. - To nie ma większego znaczenia. Ale na wszelki wypadek chcę ci uświadomić, że masz 

się poprawnie zachowywać wobec Annie. Nie chcę, żeby się martwiła.

- Martwiła? - zapytała Sybil z niedowierzaniem. - Czy ona nie wie, że się z nią żenisz 

tylko po to, żeby położyć łapę na firmie? Jeśli nie wie, to musi być niewiarygodnie naiwna.

- Nic nie rozumiesz, więc lepiej zachowajmy przy sobie własne opinie.

- No, no, no. - Złośliwy uśmiech powoli wykrzywił jej usta. - Historia się powtarza. 

Szesnaście lat temu oskarżyłeś mnie, że wyszłam za twojego ojca dla pieniędzy. A teraz się 

żenisz, bo chcesz kontrolować firmę, którą ona odziedziczyła. Czy to nie fascynujące? Jak 

długo to potrwa, zanim ona się zorientuje?

- Jak zwykle nadużyłaś  mojej gościnności. - Podniósł małą  łopatkę  i powrócił do 

pracy.

- Nie martw się, już wychodzę. - Zawróciła ku drzwiom szklarni. Przy samym końcu 

korytarza przystanęła i spojrzała na Olivera przez ramię. - Jeszcze jedna sprawa, Oliver! Czy 

wiesz, że Valerie ma nowego chłopaka?

- Nie. - Nie zareagował na wyraźną nutę oczekiwania w jej głosie.

-  Myślę,   że  tym   razem   to  poważna   sprawa.   Zdradza   wszelkie  objawy  zakochanej 

kobiety.

- Gdyby to było poważne, przyprowadziłaby go do mnie.

- Tylko nie czekaj z zapartym tchem, aż go tutaj ściągnie. - Sybil uśmiechnęła się z 

przebiegłością kotki.

- Dobrze wie, że ci się nie spodoba.

- Kolejny bezrobotny artysta? - zapytał Oliver bez większego zainteresowania.

-   Nie.   Tym   razem   nauczyciel   akademicki.   Uczy   historii   na   uniwersytecie.   - 

Wstrzymywała głos wystarczająco długo, by przykuć uwagę Olivera. - Nazywa się Carson 

Shore.

Oliver milczał.

-  To  prawda.  Twoja  siostra  zaręcza   się  z  synem  Paula   Shore'a.  Wzruszające,   co? 

Przypominają Romea i Julię. Bardzo romantyczne. Czy myślisz, że Valerie i Carsonowi po 

tylu latach uda się pogodzić ze sobą wojujące domy Shore'ów i Rainów?

Wyszła trzaskając drzwiami.

Oliver stał pomiędzy paprociami przypominając sobie dzień, kiedy on i Sybil zostali 

jawnymi wrogami.

To było dawno temu. Szesnaście lat. Czasami mu się wydawało, że to było przed 

wiekami, kiedy indziej, że ledwie wczoraj. Miał wówczas dwadzieścia jeden lat i studiował 

28

background image

na wydziale botaniki uniwersytetu w Waszyngtonie. Myślał o magisterium i doktoracie w tej 

dziedzinie.   Jego   wyobraźnia   była   całkowicie   zaprzątnięta   chęcią   rozwiązania   mnóstwa 

tajemnic świata roślin.

Marzył   o   ekspedycjach   naukowych   do   wielu   dżungli   i   puszcz   naszej   planety. 

Zamierzał poświęcić resztę życia na wędrówki po prastarych lasach i zgłębianie skrywanych 

przez nich tajemnic. Wiedział, że one tam tkwią. Wie o tym każdy botanik.

W tym starożytnym  zielonym  świecie, pogrążonym w wiecznym półmroku, natura 

głęboko   ukryła   lekarstwa   na   straszne   choroby,   klucz   do   wyżywienia   szybko   rosnącej 

populacji   ludzi   i   odpowiedzi   na   fundamentalne   pytania   o   naturę   życia.   Oliver   od  dawna 

zapragnął wnieść własny wkład do przygód czyhających  na uczonych, którzy ośmielą się 

odkryć te tajemnice przyrody.

Na drugim roku studiów zamieszkał w miasteczku  uniwersyteckim.  Wyniósł  się z 

ogromnego domu na Mercer Island nie tylko po to, aby być bliżej bibliotek, laboratoriów i 

cieplarni uniwersyteckich, ale dlatego, że wtedy ojciec ożenił się z bardzo młodą kobietą.

Nie lubił Sybil od pierwszej chwili. Miała dwadzieścia osiem lat i przeżywała rozkwit 

swojej urody. Wystarczyło mu jedno spojrzenie, aby nabrać pewności, że wyszła za jego 

siedemdziesięciopięcioletniego ojca jedynie ze względu na rodzinną fortunę.

Edward   nigdy   nie   był   zżyty   z   rodziną.   Pomnażanie   pieniędzy   było   dla   niego 

ważniejsze niż żona i dzieci. Oliver i jego dużo młodsze siostry, Heather i Valerie, pobierali 

nauki miłości rodzinnej od matki. Śmierć Mary Rain w wypadku samochodowym dwa lata 

przed promocją Raina załamała trójkę jej dzieci.

W napadach  optymizmu  Oliver łudził  się, że związek  Sybil  z ojcem jakoś  będzie 

funkcjonował. Gdyby macocha zechciała grać rolę kochającej matki dla Heather i Valerie w 

zamian za status socjalny i finansowy, który uzyskała wychodząc za Edwarda, to zachowałby 

dla siebie niepochlebną o niej opinię.

Dziesięcioletnia   Heather   i   dwunastoletnia   Valerie   zaakceptowały   macochę   z 

zadziwiającą   łatwością.   Rok   później,   gdy   urodzili   się   bliźniacy,   Nathan   i   Richard,   obie 

dziewczynki dobrodusznie przyjęły małych braci. Nikt nie był w stanie zastąpić Mary Rain, 

ale dom z Sybil całkiem nieźle funkcjonował.

Owego   fatalnego   popołudnia   Oliver   zapragnął   złożyć   niespodziewaną   wizytę 

rodzeństwu. Zaparkował samochód z dala od domu i wszedł bocznymi drzwiami.

Gdy tylko  znalazł  się w środku cichego  domu,  zorientował  się, że coś jest nie  w 

porządku. Ani śladu gospodyni, ani jego sióstr, ani kogokolwiek, ale wyczuwał, że dom nie 

jest pusty.

29

background image

Najpierw przyszło mu do głowy, że w domu grasują włamywacze. Wbiegł cicho po 

schodach sprawdzić sypialnie. Kiedy zobaczył, że bliźniacy bezpiecznie śpią u siebie, wrócił 

na dół do hallu. Odnalazł Sybil w luksusowej sypialni na parterze. Była w łóżku, ale nie sama. 

Nagi   mężczyzna,   który   leżał   spleciony   z   nią   wśród   satynowych   jasnoniebieskich 

prześcieradeł, był tak samo zaskoczony widokiem Olivera, jak on jego widokiem.

- O, kurwa! - wykrztusił mężczyzna gramoląc się z łoża. - Co jest grane, do cholery? 

Stary, już mnie nie ma! Ona nic o tobie nie mówiła. Gadała tylko o staruszku. Przysięgam.

Sybil głęboko zakopała się w prześcieradła i powtarzała:

- Och, mój Boże! Och, mój Boże...!

Oliver odwrócił się i bez słowa wyszedł z sypialni. Poszedł do salonu i stanął przy 

oknie. Przez długi czas kontemplował widok jeziora. Gdy Sybil weszła do pokoju, już podjął 

decyzję.

-   Słuchaj,   Oliver   -   zaczęła   nerwowo   -   twój   ojciec   i   ja   mieliśmy   pewne 

nieporozumienie.

- Spore nieporozumienie.

- Moje stosunki z Edwardem to nie twoja sprawa.

- Tak myślisz? - Oliver był podejrzanie łagodny. - Pomyślałaś o dzieciach?

- Uważasz, że nie dbam o dzieci? Urodziłam przecież Edwardowi dwóch synów.

- Tak?

- Na litość boską! - Oczy Sybil rozszerzyły się z przerażenia. - Nie masz prawa rzucać 

oszczerstw. Nathan i Richard są synami Edwarda! Przysięgam, że to prawda!

- Na twoje szczęście obaj mają oczy i włosy podobne do moich. W innym przypadku 

rozmawialibyśmy niezwłocznie o badaniach krwi.

-   Ty   sukinsynu!   -   krzyknęła,   a   z   jej   pięknych   oczu   popłynęły   łzy.   -   Ty   nic   nie 

rozumiesz. Kocham Grega. Gdyby sprawy wyglądały inaczej, wyszłabym za niego.

- Co znaczy „wyglądały inaczej”? - zapytał zimno Oliver. - Nie był wystarczająco 

bogaty?

- Jest żonaty. Niech cię cholera! - wykrzyknęła i zrobiła krok do przodu. - Oliver, 

posłuchaj mnie! Proszę! Jesteś zbyt młody, żeby wiedzieć, o co tu chodzi.

- Mylisz się. Doskonale wiem, o co chodzi. Zdradzasz mojego ojca i rodzinę. A teraz 

nadszedł czas, żebyś zrozumiała, jak od tej chwili to będzie funkcjonować.

- O czym ty mówisz?

- Nie chce, żeby Heather i Valerie przeżyły znowu szok. Przyzwyczaiły się do ciebie i 

byłyby skrzywdzone, gdybyś odeszła. Małe dziewczynki potrzebują matki.

30

background image

- Nigdzie nie odchodzę! - wrzasnęła Sybil.

- Nathan i Richard mają prawo znać swojego ojca. To prawda, że on się zbyt często 

nie   pokazuje,   ale   widywaliby   go   jeszcze   rzadziej,   gdybyś   ich   ze   sobą   zabrała.   -   Oliver 

przygryzł wargi. - Każdy chłopiec potrzebuje ojca.

- Niech cię pokręci! Ja ich nigdzie nie zabieram.

- Dzieci powinny również wierzyć, że ich matki są aniołami. - Nie zwracał uwagi na 

zrozpaczone spojrzenie Sybil. - Tak więc dla dobra moich braci i sióstr nie powiem ojcu, co 

dzisiaj widziałem, jeżeli sama mnie do tego nie zmusisz.

- Czego ode mnie chcesz? - Na twarzy Sybil malowała się nadzieja przemieszana ze 

strachem.

-   Twojej   zgody   na   pewien   układ.   Dasz   ojcu   to,   co   sobie   kupił   i   za   co   zapłacił. 

Będziesz więc wierną żoną  i kochającą matką dla jego dzieci, a w zamian będziesz miała 

pieniądze i należną ci pozycję, czego oczekiwałaś po tym małżeństwie. Jeżeli chociaż raz 

wywiniesz jakiś numer, to przysięgam ci, Sybil, że ojciec się dowie, jaką szmatę wziął sobie 

za żonę.

- Nie jestem szmatą! - krzyknęła. - Nie masz pojęcia, co mnie łączy z Gregiem.

- Gówno mnie obchodzi, co was łączy. Interesuje mnie tylko moja rodzina. Oboje 

wiemy,  że tata  cię porzuci w ciągu  sekundy,  kiedy się dowie, że się puszczasz.  A więc 

zawieramy układ?

- Edward nigdy ci nie uwierzy, jeśli spróbujesz mu opowiedzieć o tym, co się dziś 

stało - odpowiedziała z udawaną brawurą.

- Chcesz to sprawdzić? Jestem jego synem. Znam go lepiej niż ty. Wysłucha mnie. - 

Oliver wcale nie był tego pewien, ale tego dnia odkrył w sobie talent do blefowania.

- Edward mi ufa.

- Cóż, ja nie popełnię tego błędu - powiedział. - Będę cię śledzić jak jastrząb, i to tak 

długo, jak długo będziesz należała do rodziny. Jeżeli choćby o włos przekroczysz warunki 

naszej umowy, pożegnasz się ze swoją częścią majątku Rainów.

- Ty zimny sukinsynu! - Sybil dygotała. Otarła dłonią płynące łzy. - Kto ci dał prawo 

wtrącania się do mojego życia? Co ty sobie myślisz? Za kogo się uważasz?

- Jestem tym, który w każdej chwili może ci rozwalić to tak sprytnie uwite gniazdko. 

Kiedy tylko będę miał na to ochotę. Nie zapominaj o tym, Sybil. Bo jak tylko się dowiem, że 

nie   dotrzymujesz   umowy,   wtedy   usunę   ci   grunt   spod   nóg   tak   szybko,   że   się   nawet   nie 

zorientujesz.

31

background image

Wierzyła   mu   całkowicie.   Zobaczył   to   w   jej   oczach.   Usatysfakcjonowany 

wymaszerował z domu, wsiadł do samochodu i odjechał.

Rok   później   Edward   Rain   zniknął   razem   z   legendarną   fortuną   Rainów   i   kupą 

pieniędzy należących do innych ludzi. Gdy Oliver zatrzasnął drzwi przed swoimi nadziejami 

na przyszłość i rozpoczął zbieranie resztek pozostawionych przez ojca, oczekiwał, że Sybil 

powędruje w poszukiwaniu bardziej soczystych pastwisk.

Nie   powędrowała.   Przez   pierwsze   pół   roku,   gdy   dawni   przyjaciele   Edwarda   i 

wspólnicy w interesach grzecznie pokazali plecy rodzinie Rainów, zrozumiała, że Oliver jest 

jej najlepszą wygraną na loterii życia.

Była bardzo inteligentną kobietą. Potrzebowała poczucia bezpieczeństwa nie tyle dla 

siebie, ile dla maleńkich synów. Wszystko wskazywało na to, że Oliver w końcu przywróci 

jej całą fortunę, którą straciła.

On z kolei potrzebował kogoś do opieki nad siostrami i braćmi, kiedy sam dniami i 

nocami   pocił   się   nad   odbudową   rodzinnego   imperium.   Zawarł   z   Sybil   kolejny   układ. 

Porozumienie   funkcjonowało   nieźle.   Macocha   dotrzymywała   zobowiązań   i   została   za   to 

hojnie wynagrodzona.

Zawsze dotrzymywał danego słowa.

I nigdy nie zapominał wrogów.

Te rozmyślania doprowadziły go do sprawy nowego chłopaka Valerie. Jeżeli macocha 

mówiła prawdę, a w tym przypadku trudno było w to wątpić, musiał podjąć jakieś kroki. Nie 

miał zamiaru pozwolić młodszej siostrze na poważniejszy romans z synem Paula Shore'a.

Zanotował w pamięci, że musi z nią porozmawiać. Wyjaśni jej dobitnie, że ów Carson 

Shore nie wchodzi w grę. Nigdy nie lubił opowieści o Romeo i Julii.

32

background image

Rozdział czwarty

A

nnie, muszę ci powiedzieć, że mam mnóstwo wątpliwości co do twoich planów. Od 

samego początku nie byłam zachwycona tym małżeństwem z rozsądku, ale teraz, kiedy się do 

niego przeprowadzasz, jestem przerażona.

- Uspokój się, Joanno. Wszystko się wspaniale ułoży, zobaczysz. Rozumiemy się z 

Oliverem   doskonale.   W   poniedziałek   uzgodniliśmy   wszystkie   szczegóły.   On   jest   bardzo 

dobry w szczegółach. - Annie rozcięła pokrywkę kartonu nożem i przekręciła wielkie pudło 

na drugą stronę.

Były   same   na   zapleczu   sklepu   „Sezamie,   otwórz   się”.   Asystentka   Annie,   Ella 

Presswood,   obsługiwała   w   salonie   sklepowym   dwóch   projektantów   wnętrz,   którzy 

dokonywali tu zakupów dla swoich klientów.

Do ślubu w magistracie pozostała już niecała godzina. Oliver zadzwonił rano, żeby 

powiedzieć Annie, że wyśle po nią samochód. Kiedy oponowała, mówiąc że to zaledwie kilka 

kroków od jej butiku, grzecznie oddalił jej protesty. Samochód przyjedzie o trzeciej, koniec i 

kropka. Nie miała czasu na dyskusję, ponieważ czekali klienci.

- No, nie wiem. Sama już nie wiem. - Joanna załamała ręce. - Nie podoba mi się to, że 

się do niego przenosisz. Rain ma opinię groźnego człowieka.

- Poznałam go dobrze podczas ostatnich kilku tygodni. Wcale nie jest groźny.

- Czy ty przypadkiem nie zwariowałaś? - Joanna wlepiła w nią wzrok. - Annie, ty nie 

masz wprawy w postępowaniu z ludźmi jego pokroju. Na miłość boską! On nie jest taki jak 

Arthur Quigley czy Melvin Finch. To nie jest ptaszek  ze złamanym  skrzydełkiem,  który 

potrzebuje pomocy.

- Wiem o tym. Nie próbuję go ratować. To on zamierza mnie uratować.

- Śmiem wątpić, czy Oliver Rain kiedykolwiek kogoś lub coś uratował, z wyjątkiem 

fortuny Rainów - mruknęła Joanna.

Annie otworzyła drugi bok kartonu i spojrzała przez ramię. Joanna rzeczywiście była 

zmartwiona. Rysy jej pięknej twarzy były napięte, a dobrotliwe oczy pełne niepewności.

Polubiła   przyszłą   szwagierkę   od   pierwszego   spotkania.   Joanna   pracowała   jako 

kierowniczka   w   dobrze   prosperującej   firmie   administrującej   nieruchomościami.   Annie 

wyczuła   natychmiast,   że   Joanna   potrafi   poświęcić   się   ukochanej   osobie,   a   brat   na   to 

33

background image

zasługiwał. Dziewczyna była samiuteńka na świecie, podobnie jak Daniel i Annie. Tęskniła 

za stworzeniem sobie rodziny.

Prawie białe włosy i jasnoniebieskie oczy nadawały Joannie zdecydowanie nieziemski 

wygląd. Annie wiedziała jednak, że pod tą eteryczną powłoką kryje się wielka siła. Było to 

szczególnie   widoczne,   kiedy   dotarła   wiadomość   o   zniknięciu   Daniela.   Joanna   była 

przekonana, że ukochany żyje.

- Nie martw się - odpowiedziała Annie delikatnie. - Oboje z Oliverem rozumiemy, że 

to   małżeństwo   jest   pewnym   kontraktem.   Nie   będzie   na   mnie   wymuszał   obowiązków 

małżeńskich, czy jak to się teraz nazywa.

- Skąd o tym wiesz? - drążyła dalej Joanna.

-   Poczekaj,   aż   go   spotkasz.   Wtedy   zrozumiesz.   -   Rozcięła   ostatni   bok   kartonu   i 

zajrzała do środka. Wewnątrz tkwił jakiś wielki przedmiot opatulony w folię pęcherzykową, 

przez którą zerkało na nią szmaragdowe oko. - Wspaniale! To lampart. Nie byłam pewna, co 

otrzymam,  kiedy  to  zamawiałam.  Facet  wykonujący   te  terakotowe  zwierzątka  jest   trochę 

nieprzewidywalny. Ciągle nie mogę upchnąć słonia.

- Annie, przestań się zajmować tymi klamotami! - powiedziała Joanna z rozpaczą. - To 

dzień twojego ślubu, a ja mam przeczucie, że zdążamy ku katastrofie.

- Nie bądź niemądra. - Annie chwyciła za foliowe opakowanie i zaczęła wyciągać 

lamparta z kartonu. - Zbytnio popuszczasz wodze fantazji. Myślę, że to z powodu stresu.

-   To   nie   jest   stres   -   jęknęła   Joanna.   -   To   przebłyski   zdrowego   rozsądku.   Pomysł 

małżeństwa   z   wyrachowania   jest   całkowicie   zwariowany.   Nie   powinnam   była   pozwolić, 

żebyś się w to wplątała. Nie wiem, co we mnie wstąpiło. Chyba postradałam zmysły dając ci 

się przekonać.

- To jest  genialny pomysł  i  jego realizacja  będzie  wspaniała.  - Annie  wyciągnęła 

lamparta do połowy. - To już nieźle funkcjonuje. Przez cały czas do południa odbierałam 

telefony od inwestorów Daniela, którzy dopytywali się, czy to prawda, że Oliver Rain będzie 

posiadał od jutra połowę Lyncroft Unlimited. Kiedy to potwierdzałam dodając, że będzie 

także kontrolował wszystkie operacje, wydawali się niewiarygodnie uspokojeni.

- Obawiam się o ciebie, Annie, a nie o firmę. Słuchaj, jeszcze nie jest za późno, żeby 

wszystko odwołać. Powiedz Rainowi, że zmieniłaś zdanie.

- Ależ ja nie zmieniłam zdania. Mamy wyniki badań krwi i całą tę resztę. Będzie ci 

miło usłyszeć, że jesteśmy absolutnie zdrowi.

- Nie martwię się o wasze zdrowie.

34

background image

-   To   dobrze.   Wobec   tego   nie   ma   sprawy.   -   Annie   uniosła   lamparta   o   kilka 

centymetrów wyżej. - Oliver i ja będziemy przez pewien czas razem mieszkać. To wszystko.

- Annie! On jest najpotężniejszą osobą na całym Zachodnim Wybrzeżu i nikt o nim 

nie wie zbyt wiele. On może być... no, wiesz.... dziwny, albo coś w tym rodzaju.

- Oczywiście, że jest.

- Dziwny?

- Aha!

- O mój Boże!

- Ale w interesujący sposób, jeśli wiesz, co mam na myśli. - Annie wyciągnęła prawie 

całego lamparta.

- Nie. Nie wiem, co masz na myśli - zaprzeczyła Joanna. - To wszystko z minuty na 

minutę robi się coraz gorsze. Musisz odwołać ślub.

- Nie mam zamiaru niczego odwoływać. To małżeństwo jest naszą najlepszą szansą 

zachowania firmy do powrotu Daniela. I ty o tym dobrze wiesz.

- Przynajmniej zaczekaj, aż Barry Cork wróci z podróży do Kalifornii.

-   To   nie   jest   decyzja   Barry'ego.   Ja   zarządzam   przedsiębiorstwem   i   ja   podejmuję 

decyzje, jak je ratować.

- Proszę! - wykrztusiła Joanna z desperacją w głosie. - Wiem, że robisz to częściowo 

dla mojego dobra i dla dziecka, ale nie chcę, żebyś podejmowała dla nas takie ryzyko.

- Robię to również dla Daniela.

- Daniel też by nie chciał, żebyś robiła coś tak drastycznego.

- A co ja robię drastycznego? Nic. To proste i sensowne rozwiązanie sytuacji. Mówię 

po raz ostatni: Joanno, przestań się martwić. Oliver Rain nie będzie problemem.

- Cały czas to powtarzasz, ale co ty możesz wiedzieć? Dlaczego myślisz, że będziesz 

bezpieczna   w   jego   mieszkaniu?   A   co   zrobisz,   jeśli   się   okaże,   że   on   jest   maniakiem 

seksualnym?

- Maniakiem seksualnym? Oliver Rain? - Annie zaczęła się uśmiechać. Nie mogła się 

powstrzymać.  Stała  trzymając   pękaty pakunek  z  lampartem   i próbowała  sobie  wyobrazić 

Olivera   jako   seksualnego   maniaka.   Roześmiała   się   w   głos,   po   raz   pierwszy   od   czasu 

zaginięcia brata. - To niemożliwe.

- Na czym opierasz swoją pewność? - zaatakowała Joanna.

- To nie ten typ. - Annie usiłowała powstrzymać chichot. - Oliver przypomina mi 

raczej średniowiecznego mnicha.

- Mnicha?

35

background image

-   No   wiesz,   bardzo   opanowanego,   zapatrzonego   w   zaświaty,   takiego,   który   nie 

poddaje się brudnym ludzkim namiętnościom, jak na przykład żądza czy zemsta.

Annie w końcu wyciągnęła całego lamparta. Postawiła go ostrożnie na podłodze i 

zaczęła cierpliwie zdejmować folię.

- Według wszystkich źródeł, Oliver Rain nie jest święty - ostrzegła Joanna.

- Naprawdę, przestań się martwić. O mój Boże, spójrz tylko na niego! Czyż nie jest 

piękny?   -   Annie   przyglądała   się   wielkiemu   lampartowi   z   zachwytem,   rzeźba   sięgała   jej 

niemal do piersi. Egzotyczna, glazurowana mozaika pyszniła się kolorami zieleni, turkusu i 

złota na czarnym tle. Zwierzę miało zielone oczy i obrożę wysadzaną drogimi kamieniami.

- Annie, proszę! Wysłuchaj mnie!

- Jest przepiękny - oświadczyła Annie. - Wiesz, będzie pasował do gabinetu Olivera. 

Może podaruję mu tego lamparta w prezencie ślubnym.

- Może go przyjmę - powiedział cicho stojący w drzwiach Oliver.

Joanna gwałtownie zaczerpnęła tchu.

- Oliver? - Annie szybko spojrzała przez ramię i zobaczyła przyszłego męża stojącego 

za Joanną.

Miał na sobie ciemny garnitur, ciemnoszarą koszulę z szarą muszką. Ciężką grzywę 

kruczoczarnych włosów spiął z tyłu głowy czarną kokardą. W szarych oczach pobłyskiwały 

ogniki   rozbawienia.   Annie   zrobiło   się   przykro   na   myśl,   że   mógł   usłyszeć   jej   uwagę   o 

średniowiecznym mnichu. Zarumieniona pospieszyła przerwać nieprzyjemną ciszę.

- Nie słyszałam, kiedy wszedłeś, Oliverze - powiedziała szybko. - Pamiętasz może 

narzeczoną mojego brata? Spotkałeś ją na ich przyjęciu zaręczynowym.

- Oczywiście. - Oliver skłonił głowę. - Było mi bardzo przykro, gdy usłyszałem o 

zaginięciu Daniela.

- On wróci - odrzekła sztywno Joanna.

- Mam taką nadzieję, panno McKenna. - Oliver przyglądał się jej badawczo. - Czy 

jedzie pani z nami do magistratu?

- Jeśli nie uda mi się namówić Annie do tego, żeby zrezygnowała ze ślubu, to pojadę.

Kąciki ust Olivera wygięły się nieznacznie. Spojrzał na narzeczoną.

- Mam wrażenie, że to będzie dość trudne. Wydaje mi się, że już podjęła decyzję.

- Z całą pewnością. Lepiej już chodźmy, bo się spóźnimy. - Annie chwyciła figurkę 

lamparta w obie ręce i wręczyła Oliverowi. - Proszę. Jest twój, jeśli ci się podoba.

36

background image

- Dziękuję bardzo. - Dokładnie obejrzał lamparta trzymając go na rękach jak dziecko. - 

Jestem pewien, że znajdę dla niego miejsce. - Wziął prezent pod pachę i skinął na Annie oraz 

Joannę, że mogą już wychodzić.

Annie przeszła do sklepu zatrzymując się na krótko, aby przedstawić Olivera Elli i 

dwóm strasznie ciekawym  projektantom.  Poprowadziła go do drzwi przez swój niewielki 

sklep   zatłoczony   niezwykłymi,   skandalizującymi   i   dziwacznymi   przedmiotami.   Przejście 

przez „Sezam” przypominało buszowanie na strychu ekscentrycznego kolekcjonera.

Lubiła wszystkie przedmioty w sklepie. Każdy był zakupiony po długim namyśle lub 

przyjęty w komis, każdy był wykonany ręcznie i miał jakiś nieokreślony urok. W jednym 

kącie  stał stolik  z blatem  z kryształowego  szkła, wspartym  na trzech  wielkich  gryfach  z 

mosiądzu. W drugim kącie stał stos inkrustowanych, lakierowanych pudełek i kufrów. Na 

najbliższej półce błyszczała pozłacana karuzela z mitycznymi stworami. Obok niej stał słoń z 

glazurowanej mozaiki, a na ścianie wisiał wentylator pomalowany w abstrakcyjne wzory. Nie 

opodal   widać   było   wspaniały   składany   parawan   z   surrealistycznymi   scenami   z   dżungli, 

namalowanymi na jego trzech skrzydłach. Annie otwierając drzwi wyjściowe obejrzała się 

jeszcze raz. Oliver oglądał przedmioty w sklepie z chłodnym zainteresowaniem. Lamparta 

ciągle trzymał pod pachą. Odniosła wrażenie, że w tej dziwnej scenerii Oliver wygląda, jakby 

był u siebie w domu.

Beznamiętny   Bolt   uprzejmie   otworzył   drzwi   limuzyny.   Miał   na   sobie   swój 

„służbowy” niebieski garnitur. Dzisiaj dodatkowo włożył okulary słoneczne, które zasłaniały 

mu oczy, i jeszcze bardziej niż zazwyczaj przypominał robota. Wsiadając do limuzyny Annie 

zaryzykowała uśmiech. Bolt jednak nie zareagował.

Oliver wręczył szoferowi lamparta i powiedział:

- Zajmij się nim, dopóki nie wrócimy do domu.

- Dobrze, proszę pana.

Joanna z rezygnacją usiadła obok Annie.

Bolt   ulokował   lamparta   w   bagażniku,   zamknął   maskę   i   przemaszerował   wokół 

samochodu. Usiadł za kierownicą i po chwili wielka limuzyna ruszyła bezgłośnie.

-   Doskonale   -   przyznała   Annie   widząc,   jak   sprawnie   Bolt   porusza   się   w   ruchu 

ulicznym.   -   Znakomicie,   ale   nadal   uważam,   że   najprościej   było   pójść   pieszo.   Gdzie   on 

zaparkuje? Na ulicach o tej godzinie nie ma zbyt wiele miejsca.

- Płacę Boltowi za rozwiązywanie takich problemów - odrzekł Oliver.

Zapadła krótka cisza.

37

background image

-   Naprawdę   uważam,   że   wszyscy   powinniśmy   to   jeszcze   przedyskutować,   zanim 

będzie za późno - przypomniała Joanna.

- Doceniam twą troskę - powiedział Oliver - ale obawiam się, że zostało niewiele 

czasu. Od wczoraj, gdy tylko rozeszła się wiadomość  o ślubie, nie mogę się opędzić od 

telefonów głównych dostawców Daniela. Zapewniają, że będą kontynuować dostawy tylko 

wtedy, gdy przejmę kierowanie firmą.

- Widzisz? - zwróciła się Annie do Joanny. - Dostawcy i inwestorzy Daniela są bandą 

męskich   szowinistycznych   świń   nie   mogących   uwierzyć,   że   dorosłe   kobiety   mogą   same 

prowadzić taką firmę.

- Oni nie obawiają się kobiet - zaprzeczył Oliver. - Raczej się boją, że żadna z was nie 

ma ani kwalifikacji, ani doświadczenia w przemyśle elektronicznym, zwłaszcza że rynek, na 

którym działa Lyncroft, jest niezwykle konkurencyjny.

-   Na   jedno   wychodzi   -   mruknęła   Annie,   kiedy   Bolt   zatrzymał   limuzynę   przed 

głównym wejściem do magistratu. - Jestem pewna, że reagowaliby inaczej, gdyby któraś z 

nas była mężczyzną... Boże mój, kim są ci ludzie, którzy na nas czekają?

Oliver spojrzał przez silnie przyciemnione szyby samochodu.

- Rodzina.

- Twoja? - Annie zerknęła na niego bezradnie. Przypomniała sobie, że nawet wtedy, 

gdy Daniel napomknął o rodzinie Olivera, nie mogła sobie wyobrazić, że ma prawdziwych 

krewnych.

- Moja. Ci dwaj młodzieńcy to moi przyrodni bracia, Nathan i Richard. Dwie kobiety 

po   prawej   stronie   to   siostry,   Valerie   i   Heather.   Nathan   i   Richard   studiują.   Valerie   jest 

asystentką kustosza w muzeum Eckerta, a Heather - lekarką.

- Jestem pod wrażeniem. - Annie wyczuła nutkę dumy w jego głosie. - A ta kobieta w 

brzoskwiniowym kostiumie?

-  To   Sybil,   druga   żona   mojego   ojca.   -  Głos   Olivera   stał   się  zimny.   -  Jest   matką 

Nathana i Richarda.

Annie spojrzała mu w oczy, ale nic szczególnego w nich nie ujrzała. Powróciła do 

dokładniejszych  oględzin klanu Rainów, podczas  gdy Bolt parkował limuzynę  w miejscu 

zabronionym.

Przyrodni   bracia   Olivera   byli   bliźniakami.   Przystojni,   wysocy   i   proporcjonalnie 

zbudowani. Ciemne włosy były chyba typowe dla rodziny Rainów. Heather i Valerie były 

równie   atrakcyjne,   chociaż   obie   miały   jasnokasztanowe   włosy   i   bardziej   miękkie,   mniej 

kanciaste rysy.

38

background image

Heather, z jej poważnym wzrokiem i krótko przyciętą, stylową fryzurą, wyglądała w 

każdym calu na kobietę pracującą. Miała na sobie doskonale skrojony tweedowy kostium z 

wąską spódnicą sięgającą troszeczkę poniżej kolan.

Valerie, z włosami sięgającymi ramion, również wyglądała na kobietę interesu.

Gdy Bolt otworzył drzwi, Annie zauważyła, że Sybil jest znacznie młodsza, niż można 

się było spodziewać, zaledwie o kilka lat starsza od Olivera. Była również bardzo atrakcyjną 

kobietą.

Nikt z przedstawicieli klanu Rainów nie miał talentu Olivera do ukrywania uczuć. 

Wszyscy przyglądali się Annie i Joannie z nie skrywaną ciekawością.

Panna młoda cieszyła  się, że zdążyła  włożyć  zieloną suknię. Długie rękawy sukni 

sięgającej połowy łydek przydały jej bardziej dostojnego wyglądu niż sweter i spodnie, w 

które   początkowo   zamierzała   się   ubrać.   W   sukni   Annie   bardziej   się   nadawała   do   roli 

małżonki Olivera, chociaż nie miało to wpływu na formalno-prawny akt ślubu.

-   Powinienem   was   chyba   przedstawić,   zanim   wejdziemy   do   środka   -   powiedział 

Oliver, po czym wziął narzeczoną pod rękę i poprowadził w kierunku reszty Rainów. Joanna 

szła za nimi wyglądając jak kupka nieszczęścia.

Cała rodzina zauważyła, jak pan młody trzyma rękę narzeczonej - tak, jakby Annie 

była jego własnością. Wszyscy jak na komendę przenieśli wzrok z Joanny na Annie. Sybil 

zmrużyła oczy.

- Oliver całkowicie nas zaskoczył  - powiedziała Heather potrząsając ręką Annie. - 

Nigdy nie zdradza, co zamierza zrobić.

- Niespodzianka jest kompletna - mruknęła Valerie. - Wszyscy musimy go prosić o 

akceptację   naszych   potencjalnych   współmałżonków,   a   tymczasem   on   uważa,   że   nie 

potrzebuje naszej aprobaty dla jego wyboru. To nie jest w porządku, Wielki Bracie.

-   Jaki   pożytek   z   funkcji   głowy   rodziny,   skoro   nie   można   samemu   wybrać   sobie 

narzeczonej? - Richard uśmiechnął się do brata ujmując rękę panny młodej.

- Staremu Oliverowi coś się należy. Pozwalamy mu, żeby sam ją sobie wybrał - dodał 

wesoło Nathan. - Widzę, że zadanie wykonał wyśmienicie.

Sybil podeszła do Annie i uśmiechnęła się bez nadmiernego uczucia.

- Chyba nie mamy wyboru. Witamy w rodzinie, panno Lyncroft. Mam nadzieję, że 

wiesz, co robisz wychodząc za Olivera.

- Annie doskonale wie, co robi - chłodno odrzekł Oliver. - Prawda, Annie?

- Całkowicie - zgodziła się. Wyraźnie odczuwała wielką rękę oplatającą jej ramię. 

Trzymał ją tak, jakby się obawiał, że może odfrunąć.

39

background image

- Lepiej was ostrzegę, że nie pozwolimy wam się znienacka ulotnić po uroczystości. - 

Nathan spojrzał na Olivera. - My też zaplanowaliśmy maleńką niespodziankę.

- To prawda - dodała Heather uśmiechając się do Olivera. - Nie obawiaj się. To tylko 

maleńkie przyjęcie. Sama rodzina. Wiemy, że chciałbyś uniknąć tłumu, ale nie oczekuj od nas 

całkowitego zignorowania twojego ślubu.

- Przecież - wycedziła Sybil - twój ślub jest ważnym wydarzeniem dla całej rodziny.

- Nie mam nic przeciw temu, jeżeli Annie się zgadza. - Oliver przyjął niespodziankę 

ze stoickim spokojem.

- Dobrze - powiedziała ostrożnie panna młoda. - Nie planowaliśmy żadnej wielkiej 

imprezy. Tylko skromny ślub, i tyle.

Wszyscy, łącznie z Oliverem, zwrócili na nią wzrok.

- Tylko skromny ślub? - powtórzyła  oschle Sybil. - Nie krępuj się. Możesz sobie 

pozwolić na więcej. Wychodzisz za jednego z najbogatszych ludzi tego stanu. Wielu może 

sądzić, że taki krok podejmuje się raczej z pobudek finansowych niż uczuciowych.

Annie zarumieniła się.

- Myślę, że jesteśmy gotowi - przerwał macosze Oliver i skierował się do wejścia 

pociągając pannę młodą za sobą.

- Tak, załatwmy to - mruknęła.

Formalności zostały dopełnione w mgnieniu oka. Annie czuła, jak Joanna obrzuca ją 

przestraszonymi spojrzeniami z jednej strony, a Oliver zdecydowanie podtrzymuje z drugiej. 

Podczas   tej   krótkiej   ceremonii   coraz   bardziej   uświadamiała   sobie   bliską   obecność   męża. 

Wydawał się jej bardzo wielki i silny.

Wkrótce   było   po   wszystkim   i   po   wyjściu   z   budynku   Annie   odczuła   wielką   ulgę. 

Wmawiała sobie, że postąpiła słusznie, że małżeństwo było jedyną szansą utrzymania firmy 

Daniela, gdy nagle przed oczyma ujrzała kamerę.

- Jakie to uczucie zostać panią Rain? - Mikrofon trzymała kobieta o ostrym wzroku. - 

Czy to małżeństwo ma cokolwiek wspólnego ze zniknięciem pani brata?

Annie   zorientowała   się,   że   zostali   otoczeni   przez   grupę   reporterów.   Wszędzie 

sterczały mikrofony i kamery.

- Panie Rain, jak długo znaliście się przed ślubem?

- Czy to prawda, że natychmiast przejmuje pan kierownictwo Lyncroft Unlimited?

Oliver spojrzał na mężczyznę, który zadał ostatnie pytanie i potwierdził.

- Czy jest pan wspólnikiem w firmie?

40

background image

- A może wspólnikiem większościowym? - zapytał inny reporter. - Co to oznacza dla 

firmy?

-   To   oznacza   -   odpowiedział   spokojnie   Oliver   torując   sobie   przy   pomocy   Bolta 

przejście   wśród   tłumu   -   że   firma   Lyncroft   Unlimited   jest   bezpieczna   i   stabilna. 

Podtrzymujemy plany Daniela w zakresie wprowadzania na rynek nowej technologii.

- To dobra wiadomość dla inwestorów firmy - zauważyła szybko jedna z kobiet. - 

Może pan powiedzieć, czy wystąpią jakieś opóźnienia spowodowane zniknięciem Daniela 

Lyncrofta?

- Nie będzie żadnych opóźnień - odpowiedział Rain. - A teraz wybaczcie nam. Jeżeli 

będziecie mieli jeszcze inne pytania, to proszę jutro o kontakt z działem prasowym firmy 

Lyncroft.

- Ale panie Rain...

-   Jeszcze   sekundę.   „Wiadomości   Finansowe   Północnego   Zachodu”.   Słyszymy 

pogłoski, że Lyncroft pod naciskiem wierzycieli został zmuszony do sprzedaży firmy lub 

fuzji.

- To już nieaktualne - odpowiedziała cicho Annie.

- Tak, firma nie znajduje się pod żadnym naciskiem - potwierdził Oliver.

-   Wy   wsiądźcie   do   limuzyny   -   Richardowi   udało   się   przedrzeć   przez   pytania 

reporterów. - Joannę zabierzemy ze sobą. Zobaczymy się w twoim mieszkaniu.

- Dobrze - zgodził się pan młody.

Bolt zakończył torowanie przejścia dla nowożeńców wśród roju dziennikarzy. Zbliżyli 

się już na kilka kroków do limuzyny, gdy zza rogu budynku rozległ się jakiś okrzyk.

- Annie! Annie! Co tu się dzieje, do ciężkiej cholery?!

Annie się odwróciła. Przez chodnik przedzierał się Barry Cork. Jego krótkie ciemne 

włosy były zmierzwione, jakby je czesał palcami. Przystojna twarz była poorana nowymi 

zmarszczkami. Krawat łopotał na ramieniu, a teczka obijała się o uda, gdy szybko podbiegał 

do Annie.

- Barry! Co ty tu robisz? - Panna młoda się uśmiechnęła. - Myślałam, że pojechałeś na 

kilka dni do Kalifornii. Czy znasz Olivera Raina?

Barry zatrzymał się, ciężko dysząc.

-   Nie,   ale   wiem   o   nim   niemało.   -   Spojrzał   przelotnie   na   Olivera.   -   Co   tutaj   się 

wydarzyło? Czy naprawdę za niego wyszłaś?

41

background image

- Tak, i wszystko dobrze się ułoży, Barry. - Annie widziała, że Joanna i Rainowie 

zbliżają się, aby ich otoczyć i odgrodzić od ciekawskich dziennikarzy. Oliver mocniej ścisnął 

jej ramię.

- Co ty, do diabła, zrobiłaś? - zasyczał Barry ściszając głos i powtórnie spojrzał twardo 

na Olivera. - Zwariowałaś? Oddałaś mu połowę firmy, tak?

- Barry, posłuchaj, mogę wyjaśnić...

- To dlatego się z tobą ożenił! Żeby położyć łapy na Lyncroft Unlimited!

- Nie masz racji - odpowiedziała mu Annie. - Wyjaśnię ci później...

Bolt otworzył drzwi limuzyny. Oliver skierował Annie do środka, lecz Barry złapał ją 

za ramię. Wzrok miał naprawdę dziki.

- Czy ty do reszty zdziwaczałaś? Czy nie rozumiesz, co się tutaj dzieje? Oliver Rain 

właśnie zabiera twoją firmę!

- Dosyć, Barry - przerwała mu Annie ściszając głos, aby nie usłyszeli jej dziennikarze 

i reszta klanu Rainów - Histeryzujesz. Firma Lyncroft jest całkowicie bezpieczna. Od dziś 

Oliver jest moim wspólnikiem. To wszystko.

- Tak myślisz? - zapytał gwałtownie Barry. - Myślisz, że to takie proste?

Oliver złapał rękę Barry'ego i oderwał ją od ramienia Annie.

- Zabierz ręce od mojej żony!

Barry wyszarpnął dłoń, jakby się oparzył, i nadal z desperacją wpatrywał się w twarz 

Annie.

- Zapytaj  go, co się stało z facetem o nazwisku Walker Gresham. Bądź odważna, 

Annie! Zapytaj go!

-   Jedźmy   już,   kochanie.   -   Oliver   delikatnie   wepchnął   żonę   do   limuzyny.   Bolt 

odgrodził ich od Corka. W jego lustrzanych okularach odbijała się oszalała twarz Barry'ego.

- Barry, nie rozumiem, dlaczego jesteś taki zdenerwowany. Wszystko będzie dobrze - 

powiedziała szybko, kiedy Oliver usiadł obok niej.

Cork złapał za tylne drzwi, gdy Bolt usiłował je zamknąć.

- Annie, na miłość boską! Posłuchaj mnie! Pięć lat temu człowiek o imieniu Walker 

Gresham był wspólnikiem w firmie, którą przechwycił Rain. Gresham zmarł pięć miesięcy 

później. Krążyły pogłoski... Annie, słyszysz mnie?! Krążyły pogłoski, że jego śmierć nie była

wypadkiem...

Drzwi limuzyny zatrzasnęły się, Bolt w okamgnieniu wskoczył  za kierownicę i w 

kilka sekund wyprowadził samochód z zatoki.

42

background image

Annie odwróciła głowę, aby spojrzeć przez tylną szybę. Cork stał na brzegu chodnika 

z taką miną, jakby się spóźnił nie na ślub, lecz na pogrzeb.

43

background image

Rozdział piąty

W

ygląda tutaj całkiem nieźle. - Oliver odchylił się na krześle, zaplótł palce rąk i z 

satysfakcją oglądał bogato inkrustowaną rzeźbę.

Rzeczywiście egzotyczny zwierzak wyglądał w jego gabinecie doskonale. Co prawda, 

ustawiłby go w tym pokoju nawet wówczas, gdyby wyglądał tak dziwacznie jak słoń czy 

karuzela. Przecież lampart był podarunkiem od panny młodej, jego panny młodej.

Od chwili gdy wyszedł z magistratu z Annie przy boku, Oliver odczuwał głębokie 

zadowolenie.

- Jesteś pewien? - Annie przyglądała się lampartowi z miną pełną wątpliwości.

- Tak. - Uśmiechnął się nieznacznie. - Doskonale pasuje do tego gabinetu.

Przeniósł wzrok z lamparta na ciemności panujące za zalanymi deszczem szybami. 

Dochodziła   ósma   i   nareszcie   został   z   Annie   sam   na   sam.   Wydawało   mu   się,   że   dobrze 

ukrywał niecierpliwość podczas kilku godzin przyjęcia-niespodzianki. Owszem, rodzeństwo 

organizując to przyjęcie sprawiło mu przyjemność, ale poczuł się dobrze dopiero wtedy, gdy 

wszyscy wyszli. Była to przecież jego noc poślubna.

- Dobrze. Wszystkim  formalnościom  stało się zadość. - Annie westchnęła  lekko i 

zapadła głęboko w fotel. - Nie obrażaj się, ale myślałam, że twoja rodzina nigdy nie wyjdzie.

- Zamierzałem już wydać Boltowi polecenie, żeby wszystkich wyrzucił za drzwi - 

odpowiedział Oliver.

- Nie można mieć do nich pretensji, że chcieli uczcić ślub. Tak mi się wydaje. Myślą, 

że wszystko to jest jak najbardziej prawdziwe. A propos, dokąd poszedł Bolt? Do jakiejś 

szafy może?

- Bolt ma swój apartament na szóstym piętrze tego budynku. - Oliver ukrył lekką 

irytację,  jaką wywołały jej słowa. Zastanawiał się, jak długo to potrwa, zanim Annie się 

zorientuje, że on ma zamiar przekształcić to małżeństwo w bardzo, bardzo prawdziwe.

-   Och!   -   Annie   spojrzała   na   swoją   rękę   i   powiedziała:   -   Wielkie   nieba!   Prawie 

zapomniałam! Muszę ci to zwrócić. Uroczystości się skończyły. - Zaczęła ściągać obrączkę z 

palca.

- Czy nie myślisz, że lepiej ją zatrzymać? Jak wiesz, takie są zwyczaje. - Oliver był 

wystarczająco staroświecki, aby żądać od żony noszenia symbolu jej oddania.

44

background image

- Nie zamierzam nosić obrączki cały czas. Myślisz, że to rzeczywiście niezbędne?

- Tak. Nie możemy dopuścić do spekulacji na ten temat. Małżeństwo musi wyglądać 

solidnie i pewnie.

- Myślę,  że to nie będzie bolało.  - Annie wpatrywała  się w obrączkę  z wyrazem 

zwątpienia.

- To poprawia nasz wizerunek. - Mówiąc to wyciągnął rękę i wziął jej dłoń. Palce były 

lekkie, zgrabne i bardzo kobiece. Ogarnęła go dzika chęć posiadania. Czuł, jak przez ciało 

Annie przebiega lekkie drżenie. Nie mylił się co do jej uczuć: pożądała go.

Należy już do mnie, myślał triumfalnie. Prawie.

Oliver zdecydowanie wsunął obrączkę na palec. Gdy tylko obrączka znalazła się na 

swoim miejscu, Annie zaczęła natychmiast wyciągać rękę z jego uścisku. Oliver wynalazł 

wymówkę, aby zatrzymać dłoń żony.

- Chodź ze mną. - Wstał, ciągle trzymając ją za rękę i obszedł róg biurka.

-   Dokąd   idziemy?   -   Patrzyła   na   niego   wielkimi   oczami   pełnymi   podniecenia   i 

niepewności.

Oliver   zrozumiał,   że   mimo   czarującej   impulsywności   i   desperackiego   pomysłu 

ratowania firmy brata, tej nocy nie czuje się zbyt  pewnie. Rozbrajało go to, ale również 

intrygowało. Muszę być cierpliwy, nakazał sam sobie.

- Chcę ci coś pokazać na strychu - powiedział delikatnie.

Podniósł   ją   na   nogi   i   poprowadził   do   drzwi.   Zdawał   sobie   sprawę   ze   swojego 

podniecenia.   Sztywniał   mimo   najlepszych   wysiłków   samokontroli.   Wiedział,   że   tej   nocy 

przecierpi katusze, bez szansy na satysfakcję.

Było zbyt wcześnie, stanowczo zbyt wcześnie na zdobycie jej.

- Idziemy obejrzeć światła miasta? - Głos Annie wydawał się zbyt ożywiony, jak na 

prostą czynność wchodzenia po schodach.

- Nie.

Trzymał jej rękę mocno i nie mógł opanować ciekawości, jak świeżo poślubiona żona 

zareaguje   na   szklarniową   dżunglę.   Coś   mu   mówiło,   że   ją   polubi.   Nigdy   dotąd   nie   czuł 

potrzeby pokazywania szklarni komukolwiek, ale teraz chciał zobaczyć, jak Annie będzie 

wyglądać wśród jego paproci.

- Oliverze, nie chcę, abyś uważał, że musisz mi organizować rozrywkę dla uczczenia 

tak   zwanego   ślubu   -   powiedziała   poważnie,   drepcząc   obok   niego.   -   Naprawdę   nie   chcę 

zakłócać twoich codziennych przyzwyczajeń.

45

background image

Puścił   te   słowa   mimo   uszu   i   otworzył   drzwi   na   dach.   Z   ciemności   wyłoniła   się 

ogromna szklarnia. Otworzył główne wejście i ogarnął ich pierwotny zapach wilgotnej ziemi i 

roślin.

- Ach! - Annie głęboko zaczerpnęła tchu. Weszła do wilgotnego wnętrza i utonęła w 

bujnej, wibrującej zieleni liści. - Fantastyczne! Nigdy nie widziałam takich pięknych paproci! 

Wygląda jak prawdziwa podzwrotnikowa dżungla.

-  Miałem   nadzieję,   że  ci   się  tutaj  spodoba.  -  Puścił  jej  rękę   i  przyglądał   się,  jak 

podchodzi do najbliższej kępy paproci.

Miał rację - wyglądała wspaniale na tle bujnej, pierwotnej zieloności jego prywatnego 

świata. Annie była tak naturalna i realna jak paprocie w jego szklarni.

- Przepiękne! - Zatrzymała się na chwilę, aby podziwiać paproć włoską złotowłosą, po 

czym podeszła do tacy z maleńkimi sadzonkami. - Absolutnie przepiękne.

- Lubisz paprocie?

-   Tak,   naprawdę.   W   swoim   czasie   zniszczyłam   tuziny   paproci.   Próbowałam   je 

wyhodować, ale mi się nie udało. Od kiedy się tym interesujesz?

- Od czasów studenckich. Był czas, kiedy planowałem zrobienie kariery w botanice.

- Nie w biznesie? - Spojrzała na niego spomiędzy liści pięknej, małej paproci, szeroko 

otwierając oczy ze zdumienia.

- Nie, ostatnią rzeczą, jakiej pragnąłem, była kariera biznesmena.

Oczy Annie rozwarły się jeszcze szerzej.

-   Co   wpłynęło   na   zmianę   twojej   decyzji?   Przecież   zostałeś   zawodowym 

biznesmenem?

- Byłem pewien, że Daniel mówił ci coś o moim ojcu.

- Słyszałam, że porzucił ciebie i całą rodzinę.

Oliver nie był  pewien, czy podoba mu się nuta współczucia w jej głosie. Nie był 

przyzwyczajony do przyjmowania wyrazów współczucia i nie wiedział, co z tym zrobić.

- Zostawił górę długów i zwalił mi na głowę czworo rodzeństwa.

- Potrafiłeś spłacić długi i finansowo zabezpieczyć całą rodzinę?

- Na to wygląda. - Wzdrygnął się lekko, patrząc przez szklane ściany na zewnątrz.

-   To   było   olbrzymie   przedsięwzięcie.   Nie   mogę   się   nadziwić,   że   ktoś   może   być 

jednocześnie tak doskonały w biznesie i w hodowli paproci.

-   Nie   są   to   sprawy   tak   odległe,   jak   się   sądzi:   obie   wymagają   cierpliwości   i 

samokontroli.

46

background image

- A ty masz obie te cechy w nadmiarze, prawda? - Oderwała zafascynowany wzrok od 

jego twarzy i zaczęła się przyglądać najbliższej paproci.

- Tak. - Odczuł chłodną satysfakcję z potwierdzenia tego, co w końcu było prawdą. 

Przyglądał   się   delikatnemu   zarysowi   liścia   paproci   zwiniętego   u   góry   jak   pastorał.   Był 

ciekawy, czy sutki Annie są w dotyku podobne do nowych listków paproci, sprężystych i 

pełnych namiętnych obietnic.

- Nie martwisz się czasami, że jesteś zbyt opanowany? - zapytała Annie patrząc, jak 

jego palec gładzi młody, zwinięty liść.

-   Nie   ma   czegoś   takiego   jak   nadmierne   opanowanie.   -   Rozbawiło   go   to   naiwne 

pytanie.

- Myślę, że to opanowanie zaprowadziło cię do wielkich sukcesów w biznesie.

- Tak.

- Ale zapłaciłeś swoją cenę?

- Za wszystko płaci się jakąś cenę. - Oliver spojrzał jej w oczy.

- Aha! - Annie nie wydawała się przekonana.

- Dla przykładu Barry Cork.

- O co chodzi?

- Myślę, że lepiej będzie, jeśli mu nie powiesz o małżeństwie z rozsądku.

- Dlaczego?

- Załóżmy, że przeżywa ciężki okres i nie potrafi utrzymać języka za zębami... - Oliver 

przerwał   i   zaczął   się   zastanawiać.   -   Dziś   sprawiał   wrażenie   silnie   wzburzonego.   Trudno 

powiedzieć, co zrobi, kiedy się dowie, że to sfingowane małżeństwo. Może coś napomknąć 

osobom, które chcemy przekonać o prawdziwości ślubu.

Annie zaczęła studiować rzędy przykrytych szkłem tac. Oliver wyczuł w niej napięcie, 

gdy się od niego od wróciła.

- Myślę, że Barry zasługuje na wyjaśnienia. Był bardzo wstrząśnięty - powiedziała.

Rain oparł się o jedną z półek i włożył ręce do kieszeni ciemnoszarych spodni.

- Nie krępuj się. Pytaj mnie, o co w tym wszystkim chodzi.

- Dobrze. - Spojrzała na niego badawczo przez ramię. - O czym mówił Barry? Co miał 

na myśli mówiąc o pogłoskach, że... ach!... Co zrobiłeś z szefem jednej z połkniętych przez 

ciebie firm? Jak się on nazywał?

- Walker Gresham. - Oliver skupił się na oglądaniu ciemności na zewnątrz szklarni. 

Zamilkł rozmyślając, jaką część sprawy przedstawić Annie.

- A więc? - zapytała po kilku sekundach milczenia.

47

background image

Oliver spojrzał na nią trochę zaskoczony opryskliwością w jej głosie.

- Jakieś pięć lat temu przejąłem średnią firmę, która znalazła aktywną niszę rynkową 

na   Zachodnim   Wybrzeżu.   Zatrzymałem   jednego   z   poprzednich   właścicieli,   Walkera 

Greshama, jako szefa. To on zdobył dla firmy rynki zagraniczne i wydawało się, że doskonale

wie, co należy robić.

- I co się stało?

- Twój brat był odpowiedzialny za bezpieczeństwo w tej firmie. Przyszedł pewnego 

ranka do mojego biura i oświadczył, że Gresham wysyła do jednego z zagranicznych klientów 

coś innego niż narzędzia. Uruchomiliśmy bardzo dyskretne dochodzenie.

- I co? - Annie wpatrywała się w niego bez zmrużenia oka.

- Wykryliśmy,  że Gresham używał naszego eksportu narzędzi jako przykrywki dla 

swoich prawdziwych interesów. - Oliver wzdrygnął się.

- Jakich?

-   Był   handlarzem   broni.   Ten   sukinsyn   dostarczał   broń   każdemu   terroryście   czy 

rewolucjoniście, który tylko mógł zapłacić.

-   To   straszne!   -   Annie   szeroko   otworzyła   oczy   ze   zdumienia.   -   Co   zrobiliście? 

Zameldowaliście FBI?

-   Nie   mieliśmy   szansy.   Z   początku   nie   wiedzieliśmy   z   Danielem,   o   co   chodzi. 

Myśleliśmy,   że   to   jakiś   urzędniczy   szwindel.   Sprawdziliśmy   zapisy   komputerowe,   które 

naprowadziły   nas   na   ślad   niewielkiej   wysepki   na   południowym   Pacyfiku,   gdzie 

przeładowywano towary Greshama.

- I co?

- Pewnej nocy weszliśmy do magazynu na wyspie licząc, że zdobędziemy dowody. 

Zamiast tego natknęliśmy się na Greshama i jednego z jego klientów. Wtedy zrobiło się 

trochę niebezpiecznie.

-   Niebezpiecznie?   Pamiętam,   jak   Daniel   pojechał   w   interesach   na   wyspy 

południowego   Pacyfiku   kilka   lat   temu.   Nigdy   nie   wspomniał,   że   to   się   wiązało   z 

jakimkolwiek zagrożeniem. Powiedział tylko, że wszystko zostało załatwione.

- Wszystko zostało wyprostowane, ale wtedy właśnie został zabity Walker Gresham.

- Zabity!? - Annie popatrzyła na niego ze strachem. - Kto go zabił?

Oliver   nie   widział   sensu   w   odpowiedzi,   że   to   on   zabił   Greshama,   ponieważ   ten 

usiłował zastrzelić Daniela. Niektóre sprawy lepiej zostawić nie wyjaśnione, szczególnie gdy 

to dotyczy Annie.

48

background image

Opowiadanie   nawet   w   uładzonej   wersji   przywracało   nieprzyjemne   wspomnienia. 

Przypuszczał,  że obraz zakrwawionych  zwłok Greshama leżących  na betonowej podłodze 

magazynu będzie go ścigał do końca życia. Może tak powinno być. Mężczyzna nie może 

zabić w samoobronie czy w obronie innej osoby i wymazać wszystkiego z pamięci.

- Twój brat i ja na wszelki wypadek poszliśmy do magazynu uzbrojeni - powiedział, 

ostrożnie dobierając słowa. - Nie byliśmy pewni, czego możemy się spodziewać. Wybuchło 

piekło. Kiedy ucichła kanonada, Gresham nie żył. Wszystko wydarzyło się daleko od USA. 

Incydent świadomie utrzymano w tajemnicy, a władze wyspy załatwiły wszystko niezwykle 

dyskretnie. Nigdy nie pojawiły się wzmianki w gazetach.

- Była strzelanina? Ktoś został zabity? Mój Boże! Daniel nie pisnął ani słowem. - 

Mógł przecież zostać ranny! Ja go uduszę! Dlaczego mi nie powiedział, co się stało?

-   Prawdopodobnie   wiedział,   że   przesadnie   zareagujesz.   Tak   jak   teraz   brak   ci 

opanowania.

- Nie brakuje mi opanowania. Jestem wściekła.

- Annie, to się wydarzyło pięć lat temu.

- Wszystko jedno. Powinien był mi powiedzieć. Jestem jego siostrą. Daniel nie miał 

prawa tego przede mną ukrywać.

- Próbował tylko ciebie ochraniać. Nie chciał cię niepokoić.

- Nie potrzebuję takiej protekcji! - wrzasnęła. - Mam nadzieję, że ty nie zamierzasz 

ukrywać przede mną faktów dla mojego dobra?!

- Uspokój się, Annie.

- Zapamiętaj sobie raz na zawsze, że w porozumieniu między nami nie będę nikim 

innym jak tylko pełnoprawnym partnerem. Czy to jasne? Cały pomysł pochodzi ode mnie i od 

początku będziemy postępować tak, jak ja zechcę. Nie chcę być osłaniana ani chroniona.

- Będę pamiętać o twoich życzeniach. - Oliver zamilkł na dłuższą chwilę. - Wątpię 

jednak,   czy   trzeba   cię   informować   o   wszystkich   codziennych   szczegółach   związanych   z 

zarządzaniem firmą Daniela. Byłoby to dość uciążliwe. Poza tym masz przecież na głowie 

swój sklep.

-   Teraz   ty   będziesz   mnie   słuchał!   -   Annie   niemal   zachłysnęła   się   wściekłością. 

Podeszła   do   Olivera   i   złapała   go   za   oba   końce   nie   zawiązanego   krawata.   -   W   naszym 

kontrakcie występujemy oboje. Myślałam, że to zrozumiałeś. Będziemy działać zespołowo 

albo wcale. Rozumiesz?

- Nie robię interesów w taki sposób. - Popatrzył w jej wściekłe oczy.

- Teraz robisz.

49

background image

- Wyszłaś za mnie z powodu moich kwalifikacji, więc pozwól mi wykonywać moje 

zadania.

-   Ale   ja   muszę   być   dokładnie   informowana!   Chcę   uczestniczyć   w   podejmowaniu 

decyzji. Muszę się co nieco nauczyć. Tak na wszelki wypadek, rozumiesz?

- Nie będzie to zbyt praktyczne, Annie. Szczególnie na obecnym etapie. Wierzyciele i 

dostawcy Daniela spodziewają się widzieć tylko mnie u steru. Oprócz tego, mówiąc szczerze, 

nie   mam   czasu   zarządzać   Lyncroft   Unlimited   i   w   tym   czasie   uczyć   ciebie   zarządzania. 

Przynajmniej nie teraz.

- Ale, Oliverze...

- Uwierz mi. - Dotknął jej policzka. Skóra była miękka jak jedwab. - Przyrzekłem, że 

wszystkiego dopilnuję za ciebie.

- No cóż, dobrze. Myślałam, że będziemy pracować zespołowo.

- Nigdy nie grałem w żadnym zespole.

- Trochę późno mi o tym mówisz, nie uważasz? - mruknęła.

- Czy możesz wziąć się w garść i uwierzyć mi? - zapytał łagodnie.

- Przepraszam, brak mi opanowania. - Puściła końce krawata i cofnęła się o kilka 

kroków. - Zdaje się, że przesadziłam, co?

- Troszeczkę - zgodził się.

- Żyję w takim napięciu...

- To zrozumiałe.

- Boję się. - Przygryzła wargi.

- Wiem. - Chciał ją chwycić za rękę, zanim zdąży go powstrzymać.

Annie nie zauważyła jego ruchu i odwróciła się. Opuścił ręce z rezygnacją.

No i dobrze, pomyślał. Jeszcze za wcześnie.

Jego żona z założonymi rękami spoglądała na ocean zieleni rozpościerający się wokół.

- Wmawiałam sobie, że mój plan okaże się dobry. Cały czas przekonywałam siebie, że 

wszystko skończy się szczęśliwie. Daniel wróci bezpieczny i zdrowy, a jego firma będzie w 

dobrej kondycji. Ale czasami, tak jak teraz, wydaje mi się, że sama siebie oszukuję.

Oliver nie wiedział, co na to odpowiedzieć. Był niemal pewien, że Daniel Lyncroft nie 

żyje,   ale   nie   miał   serca   jej   tego   powiedzieć.   Postanowił   złożyć   obietnicę,   której   z   całą 

pewnością mógł dotrzymać:

-   Nie   martw   się   o   firmę   Daniela.   Zajmę   się   tym   dla   ciebie.   Rozumiesz?   Wiesz, 

dlaczego to robię?

50

background image

- Tak. Dlatego, że przeszedłeś to samo, kiedy zniknął twój ojciec? Wtedy też znalazłeś 

sposób, żeby zachować to, co zostało, dla rodziny...

- Zgadza się.

- ...i zwrócić wszystkie długi ojca.

Oliver skinął głową bez słowa.

- Twoja rodzina to docenia. - Odwróciła się do niego. - Widziałam dzisiaj, jak twoi 

bracia i siostry cię podziwiają.

- Nie byłbym pewien, czy to, co do mnie czują, to właśnie podziw.

- Poważają cię. - Uśmiechnęła się. - Ale nie jesteś w zbyt dobrej komitywie z Sybil?

- Sybil i ja dobrze się rozumiemy.

- Dlaczego tak się nie lubicie?

- To stara historia - odpowiedział delikatnie Oliver. - Ciebie nie dotyczy.

-   Och!   No   dobrze,   wiem,   kiedy   odsyłają   mnie   do   kąta.   Nie   mam   więcej   pytań 

dotyczących Sybil.

- Nie odsyłam cię do kąta.

- Tak, odsyłasz. Nie usprawiedliwiaj się. Twoje stosunki z macochą to twoja rzecz i 

nie jesteś mi winien żadnych wyjaśnień. Mój Boże! Nie stanę się przecież członkiem rodziny 

tylko dlatego, że za ciebie wyszłam.

- Może zmienimy temat?

- Dobrze. - Annie się zarumieniła. - Świetny pomysł. Zmieńmy temat. Co z kolacją? 

Nie wiem jak ty, ale ja umieram z głodu.

-   Bolt   otrzymał   instrukcje,   żeby   zostawić   dla   nas   jedzenie   w   kuchence.   -   Oliver 

spojrzał na czarno-złoty zegarek. - Już na nas czeka. Chodźmy na dół.

- Bolt gotuje? - Annie uniosła brwi.

- Robi wszystko, co mu każę.

- Bez obrazy, ale on mi przypomina robota.

-   Ale   ogromnie   użytecznego.   -   Oliver   wyprostował   się,   wziął   Annie   pod   rękę   i 

poprowadził po żwirowanej ścieżce do drzwi.

- Przepraszam, jeżeli odniosłeś wrażenie, że ci nie dowierzam. - Powiedziała to tak, 

jakby chciała  te słowa jak najszybciej  z siebie wyrzucić.  - Nie chciałam,  byś  myślał,  że 

całkowicie ci nie wierzę.

- Dziękuję.

- Wiesz co? W rzeczywistości jesteś bardzo przyjemnym człowiekiem. - Uśmiechnęła 

się. - Twoim głównym problemem jest trudność w nawiązywaniu kontaktów z ludźmi.

51

background image

Zatrzymała się na chwilę, stanęła nagle na palcach i czule pocałowała go w policzek. 

Pożądanie   rozpętało   w   Oliverze   istne   piekło.   Stał   jak   skała,   walcząc   o   utrzymanie 

opanowania.   Ta   maleńka,   niewiele   znacząca   pieszczota   przestawiła   mu   wewnątrz   jakiś 

przełącznik.   Nie   mógł   powstrzymać   chęci   położenia   Annie   na   najbliższym   parapecie   z 

paprociami, podniesienia sukienki i zanurzenia się w tej dziewczynie.

Zdawał sobie sprawę, że mu się przygląda, nie zauważył jednak podniecenia w jej 

oczach. Annie bezwiednie cofnęła się o krok. Zmęczenie przytłumiło blask jej spojrzenia.

- Wielu ludzi sądzi, że wcale nie jestem przyjemny. - Oliver głęboko zaczerpnął tchu. - 

Oprócz tego, jest coś, o czym powinnaś wiedzieć.

- Co takiego? - szepnęła.

- Nie jestem mnichem.

- Chyba usłyszałeś tę głupią uwagę. - Jej policzki przybrały kolor jaskrawej czerwieni. 

- Nie to miałam na myśli.

- Dajmy temu spokój - doradził szorstko.

- Nigdy nie uważałam, że jesteś aseksualny, czy coś w tym rodzaju.

- Wszystko w porządku, Annie.

- Nie wszystko. - Była wyraźnie speszona. - Nie chcę, żebyś odniósł mylne wrażenie. 

Chcę powiedzieć... chcę, byś wiedział, że myślę o tobie jak o mężczyźnie.

-   Dziękuję   ci   -   odpowiedział   oschle.   Wszystko   wróciło   do   normy.   Jego   siła   woli 

znowu była nieugięta; odzyskiwał panowanie nad sobą.

Annie rumieniła się coraz bardziej.

- Mój Boże! Moje gadanie staje się gorsze z minuty na minutę. Chciałam jedynie 

wyjaśnić, że uważam ciebie za całkiem normalnego.

- Normalny, ale dziwny?

- W niezwykle interesujący sposób - powiedziała wyraźnie zdesperowana.

- Annie, mówiłem ci już, że wszystko jest w porządku.

Uśmiechnął się lekko.

- Tak, ale nie chciałam, żebyś myślał, że ja...

Oliver przerwał te gwałtowne przeprosiny zamykając jej usta ręką.

- Wystarczy. Zakończmy na tym interesującym sposobie. Lubię być interesujący.

- Naprawdę? - Słowa z trudem wydobywały się spod jego ręki.

- Tak. Tak się składa, że ty również wydajesz mi się interesująca.

- Co? - Wytrzeszczyła oczy.

52

background image

- Tak. Naprawdę. - Zamierzał ją pocałować, chociaż był przekonany, że robi to zbyt 

wcześnie. Oparł się o półkę i powoli, lecz nieubłaganie przyciągnął Annie do siebie; po chwili 

stała już między jego udami.

Udawała tylko, że się opiera. Nachyliła się do Olivera z radosnym zapamiętaniem. 

Zarzuciła mu ręce na szyję. Jej oczy promieniowały kobiecym oczekiwaniem. Gdy zdjął rękę 

z jej ust, zobaczył, że są lekko rozchylone i pełne zmysłowego podniecenia.

- Przypominasz mi jedną z moich paproci - powiedział.

- Czyżby? - Była zachwycona tym porównaniem.

- Tak.

Pochylił głowę. Powoli i z rozmysłem nakrył jej usta swoimi. Wyczuł, że przebiegają 

przez nią wstrząsy, i to podsyciło ogień jego zmysłów. Smakowała dokładnie tak, jak sobie 

wyobrażał:   świeża   i   wibrująca   pełnią   obietnic.   Najbardziej   egzotyczna   paproć   w   jego 

ogrodzie.   Nagle   zacisnęła   palce   na   koszuli   Olivera.   Przywarła   do   niego   z   głęboką, 

wygłodniałą ciekawością, która wywoływała drżenie całego jej ciała.

Ze zdziwieniem zauważył, że sam również drży. Najbardziej drżały mu ręce, jakby 

zogniskowało się w nich pożądanie. Bezpośrednia i nie hamowana reakcja Annie przepełniała 

go głęboką satysfakcją.

Stał   dłuższą   chwilę   kołysząc   żonę   między   udami,   ciesząc   się   jej   podnieceniem   i 

oddaniem. Czuł miękkość piersi przyciśniętych do jego żeber. Krągłości bioder napierały na 

nabrzmiałą męskość, co przyspieszało obieg gorącej krwi. Ta dziewczyna była dokładnie tym, 

czego pragnął, czego potrzebował. Dobrze ją ocenił tej nocy na przyjęciu zaręczynowym 

Daniela.

Przesunął   nagle   ustami   po   wargach   Annie   sprawdzając   rozmiary   jej   pożądania. 

Poruszyła ustami, jakby chciała coś powiedzieć.

- O co chodzi? - zamruczał nie oczekując specjalnie odpowiedzi. Chwycił w zęby jej 

ucho   i  delikatnie   przygryzał.   Wstrząsnęły   nią   kolejne   wibracje.  Olivera   znów   opanowała 

gorąca wizja natychmiastowego zabrania Annie z powrotem do szklarni.

- Powiedziałam, że takie rzeczy mogą znacznie skomplikować sprawy - wykrztusiła 

słabym głosem.

- Wcale nie. To wszystko upraszcza. - Był o tym przekonany. Upewnił się przecież, że 

teraz Annie pójdzie za nim. Gdy tylko zaciągnie ją do łóżka, będzie jego.

- Jak możesz tak mówić? - Annie odchyliła się od Olivera na tyle, aby spojrzeć mu w 

oczy.

53

background image

- Annie! Pragnę ciebie. Ty mnie również. Jesteśmy mężem i żoną. Cóż może być 

mniej skomplikowane?

Gdy tylko to wypowiedział, zrozumiał swój błąd. Wyraz oczu Annie natychmiast się 

zmienił. Odepchnęła go i odeszła na bok.

-   Trzymaj   łapy   przy   sobie.   -   Spojrzała   na   niego   ostrożnie.   -   Jak   możesz   się 

spodziewać, że nasz kontrakt będzie funkcjonował?

- To wszystko zależy od ciebie - odrzekł delikatnie.

-   Wydaje   mi   się,   że   sama   cię   sprowokowałam.   -   Trochę   wściekłości   z   niej 

wyparowało. Zmarszczyła nos.

- Dlaczego się nie przyznamy, że pragniemy siebie nawzajem?

- Tak myślisz? - Posłała mu niepewne spojrzenie.

- Nie ma żadnych wątpliwości. - Uśmiechnął się.

- Boże! Myślałam, że to tylko z mojej strony.

- Myślałaś, że jestem mnichem.

- Nie drażnij mnie! Już cię przeprosiłam. Oliverze, to wszystko jest bardzo krępujące. 

Co zrobimy?

- A co ty zamierzasz zrobić? - odwrócił pytanie.

- Nie wiem. - W roztargnieniu zaczęła przesuwać palcami swoje miedziane loki. - Nie 

zastanawiałam się, co się stanie, jeśli ten układ zacznie wykraczać poza sprawy firmowe. 

Wiesz, co mam na myśli. To wszystko zmienia.

Oliver poczuł, że grunt obsuwa mu się spod nóg. Zrozumiał, że musi zmienić taktykę, 

w przeciwnym razie nazajutrz z samego rana Annie wystąpi o rozwód.

- To nic nie zmienia, jeżeli chodzi o firmę twojego brata. Umowa jest umową, Annie. 

Ja ze swojej strony dochowam zobowiązań niezależnie od tego, co się między nami wydarzy.

- Dotrzymasz? - Przyjrzała mu się uważnie.

- Oczywiście. Poza tym ja sam niemało ulokowałem w Lyncroft Unlimited. - Oliver 

zmusił się, by wyglądać spokojnie i beztrosko.

- Wiem o tym. Potrzebuję ciebie - Annie znowu się zarumieniła. - Oczywiście, do 

utrzymania firmy Daniela.

- Jak rozumiem, mówimy o dwóch odrębnych sprawach. - Oliver celowo usunął ze 

swego głosu wszelkie ślady emocji. - Nasze wzajemne stosunki to jedna sprawa, a uratowanie 

firmy Daniela to druga. Nie ma powodu, żeby nie załatwiać ich niezależnie od siebie.

- Niezależnie?

54

background image

- Podzielimy się odpowiedzialnością. Ja się zajmę sprawami firmy, a ty podejmiesz 

decyzje w naszych sprawach osobistych.

- Ja? - wybąkała zaskoczona.

-   Dlaczego   nie?   Nie   możesz   zdecydować,   czy   mamy   być   współlokatorami   czy 

kochankami?

- Oczywiście, że mogę o tym decydować - powiedziała niewyraźnie - ale nie o to 

chodzi.

- A o co?

-   Chodzi   o   to,   że   to   bardzo   zły   pomysł,   byśmy   zostali   czymś   więcej   niż   tylko 

współlokatorami.

- Uważam, że to wcale nie jest zły pomysł, ale wybór należy do ciebie. Podporządkuję 

się twoim decyzjom w sprawach osobistych, tak jak ty zgodziłaś się podporządkować moim 

decyzjom w sprawach Lyncroft Unlimited.

- Nie mogę w to uwierzyć. - Annie gapiła się na niego z otwartymi ustami.

- W co nie możesz uwierzyć?

-   Że   wszystko   traktujesz   tak   spokojnie,   chłodno   i   racjonalnie,   nawet   w   takich 

sprawach jak... jak...

...seks?

- Tak seks. -  Jej czoło już się zaczynało marszczyć, chociaż policzki były nadal silnie 

zaczerwienione.

- Chyba nie masz zbyt wielkiego doświadczenia z mnichami. - Wzruszył ramionami, 

wziął ją pod rękę i skierował ponownie do drzwi. - Co byś powiedziała na kolację? Zrobiłem 

się okropnie głodny.

55

background image

Rozdział szósty

N

ie mogę uwierzyć, że wyszłaś za niego, Annie. - Barry zatopił palce we włosach i 

smętnie spoglądał na filiżankę kawy. - Nie mogę uwierzyć... Nic o tym nie wiedziałem, że się 

spotykałaś z Rainem, ani o tym, że planowaliście małżeństwo. Dan nie pisnął ani słówka.

- Oliver nie lubi rozgłosu. Chce wszystko utrzymać w tajemnicy. - Annie nie mogła 

wyjść z podziwu, kiedy nauczyła się tak gładko kłamać. Była to nader użyteczna umiejętność. 

Niemniej   odczuwała   wyrzuty   sumienia.   Ostatecznie   Barry   był   prawą   ręką   jej   brata. 

Zasługiwał na coś więcej niż kłamstwa.

Dyskretnie   rozejrzała   się   po   kawiarni,   sprawdzając,   czy   ktoś   przy   najbliższych 

stolikach może podsłuchiwać. Nie było powodów do obaw. Tłumek składał się głównie z 

turystów, którzy wpadli na zakupy w galeriach, księgarniach i sklepach rzemieślniczych w 

okolicy Pioneer Square. Nie znała nikogo z nich. Wszyscy wyglądali na zajętych własnymi 

sprawami.

-   Nie   lubi   rozgłosu?   To   zbyt   delikatne   określenie   -   zauważył   Barry.   -   Rain   jest 

cholernie tajemniczy. Zapytaj kogo chcesz. Powiedzą ci, że jest dziwaczny.

Annie natychmiast  poczuła potrzebę obrony Olivera. Była  ciekawa, czy to oznaka 

rozkwitającego instynktu żony.

- Wcale nie jest dziwny. Po prostu jest domatorem. Nie chciał wywoływać lawiny 

plotek   i   spekulacji,   zanim   będziemy   gotowi   wszystko   ogłosić.   Po   zniknięciu   Daniela 

zdecydował,   że   lepiej   będzie   przyspieszyć   termin   ślubu,   żeby   uspokoić   wierzycieli   i 

dostawców Lyncroft Unlimited.

- Annie, nie wiem, co powiedzieć. To wydarzyło się tak nagle.

- Przed zniknięciem Daniela nie było powodów do pośpiechu i Oliver chciał wszystko 

urządzić według własnego planu.

- O, tak, niewątpliwie! - Barry złowieszczo zacisnął usta. - Ludzie, których dotyczą 

plany Olivera, zazwyczaj kończą przeżuci na kawałeczki i wypluci.

Annie skwitowała tę wypowiedź energicznym ruchem ręki i wyjaśniła:

-   Opinia   o   nim   została   rozdmuchana   do   karykaturalnych   rozmiarów.   Główną 

przyczyną jest to, że on nie odczuwa żadnej potrzeby porozumiewania się z innymi. Jego 

zdolności komunikowania się pozostawiają wiele do życzenia.

56

background image

- To bzdura.

- Ale on jest naprawdę uprzejmy i zgodził się dobrze zaopiekować firmą Daniela.

- Dobrze? - Barry wyglądał tak, jakby miał zwymiotować kawę. - Byłby to niezły 

dowcip, gdyby sytuacja nie była taka poważna. Annie, Rain jest bardzo niebezpieczny. Nie 

rozumiesz tego?

- Nie jest niebezpieczny.  - Uśmiechnęła  się uspokajająco. - Przynajmniej  dla nas. 

Zamierza ochronić Lyncroft Unlimited. Popatrz na to w ten sposób. Wynajęliśmy najlepszego 

w tej części zachodu rewolwerowca, który pełni wartę przy firmie Daniela.

- Jak możesz być tak naiwna? - Przygnębiony osunął się na krześle. - Nie podoba mi 

się to, Annie. Obawiam się o ciebie i o firmę Daniela.

-   Jeżeli   czujesz   się   niepewnie   ze   względu   na   stare   pogłoski   dotyczące   Walkera 

Greshama, zapomnij o tym. Znam całą historię.

- Czyżby? - zapytał opryskliwie.

-   Pewnie.   Opowiedział   mi   wszystko.   Gresham   handlował   bronią   pod   przykrywką 

jednej   z   firm   Olivera.   Oliver   i   Daniel   śledzili   go   i   zaskoczyli   pewnej   nocy   podczas 

finalizowania jednej z nielegalnych dostaw. Wybuchła strzelanina i Gresham został zabity.

- To wersja Raina. Szkoda, że nie ma tutaj Dana, żeby to potwierdzić.

- A co ty słyszałeś na ten temat? - zapytała Annie.

Barry wzruszył ramionami.

- Ktoś coś wspomniał, kiedy była mowa o tym, że Rain jest największym inwestorem 

Lyncroft Unlimited. Wszystkich ciekawiło, co zrobi. Myślę, że już wiemy. Ożenił się z tobą. 

Cholera!

- To mnie obraża, Barry. - Annie się wyprostowała.

- Przykro mi, ale to wszystko jest bardzo denerwujące. Zabrakło Daniela, żeby cię 

ochronić.

- Nie potrzebuję obrony przed Oliverem.

- Powiedz mi prawdę. - Barry zmrużył oczy. - Co zrobisz, gdy zrozumiesz, że istnieją 

rzeczywiste powody, by się bać Raina?

Annie wypiła łyczek kawy. Barry wyraźnie się o nią martwił. To było wzruszające. 

Szukała sposobu uspokojenia jego obaw.

-   Wiesz   przecież,   że   Daniel   zarejestrował   firmę   w   taki   sposób,   by   udziały   mogli 

posiadać jedynie członkowie rodziny.

- Wiem. - Zacisnął szczęki. - I ty zrobiłaś z Raina członka rodziny. Dałaś mu udziały 

w firmie.

57

background image

-   Jeżeli   kiedykolwiek   będę   miała   podstawy   do   utraty   zaufania   co   do   zamiarów 

Olivera, wtedy będę mogła się z nim rozwieść - powiedziała Annie. - Mam intercyzę ślubną, 

która przewiduje, że w takim przypadku całkowicie kończy się jego zarządzanie firmą.

- Nie pomyślałem o tym. - Powoli odstawił filiżankę nie spuszczając wzroku z jej 

twarzy.

- Uwierz mi. Oliver doskonale wie o wszystkim. Wie, że małżeństwo ze mną nie jest 

sposobem na przejęcie Lyncroft Unlimited.

- Ale on może użyć swojej siły do wmanewrowania Lyncroft na pozycję bez wyjścia.

- Lyncroft już jest w sytuacji bez wyjścia. Jeżeli chciałby sprzedać firmę lub dokonać 

fuzji, mógłby dołączyć do pozostałych wierzycieli i dostawców, którzy właśnie tego żądali. 

Nie musiał się ze mną żenić.

- Nie byłbym taki pewny. - Barry rozcierał sobie kark. - Ten człowiek jest nieszczery. 

Wie,   że  chcesz   odwlec  sprzedaż   lub  fuzję  firmy   tak  długo,   jak  to   tylko  możliwe.  Jeżeli 

wytrzymasz   dłużej,  firma   będzie   zrujnowana,  zanim   on  położy  na  niej  łapy.   Nie  ma   też 

pewności,   czy   to   właśnie   on   wygra   przetarg.   Do   diabła!   Mogłaś   sobie   znaleźć   lepszego 

królewicza!

- I zgodzić się na przyjazną fuzję z jednym z rywali Raina? - Annie pokręciła głową. - 

Nic  z  tego.   Danielowi   nie  spodobałoby  się  takie   rozwiązanie.   Słuchaj,  Barry,   musisz   mi 

zaufać. Wiem, co robię. Oprócz tego, wszystko zostanie sprawiedliwie osądzone po powrocie 

Daniela.

-   A   jeżeli   on   nie   powróci?   -   Barry   delikatnie   dotknął   jej   ręki   i   popatrzył   z 

zatroskaniem.

- Powróci.

A

nnie   wśliznęła   się   do   kuchni   w   apartamencie   Raina   o   siedemnastej   trzydzieści. 

Postawiła wielkie torby z warzywami na czarnym  blacie i uśmiechnęła się serdecznie do 

Bolta.

- Znalazłeś moją kartkę? - zapytała.

- Tak, pani Rain.

-   Napisałam,   że   nie   musisz   dzisiaj   przygotowywać   obiadu.   Zamierzam   sama   coś 

ugotować - powiedziała spoglądając niepewnie na służącego.

58

background image

- Pan Rain polecił mi przygotować obiad dla państwa. Przyjmuję rozkazy tylko od 

niego.   -   Bolt   obierał   ziemniaki   z   precyzją   robota.   Wyglądał   strasznie   profesjonalnie   w 

nieskazitelnie czystym białym fartuszku założonym na białą koszulę i krawat.

Annie nie chciała się przyznać, że onieśmiela ją doskonała wprawa, z jaką Bolt trzyma 

nóż do obierania ziemniaków. Ten człowiek jest naprawdę dobry, doskonały we wszystkim, 

ale ona i tak zamierza sama przygotować obiad. Cały dzień się do tego przygotowywała.

- Rozumiem, Bolt - powiedziała cierpliwie - ale mówię ci, że sama ugotuję obiad. 

Możesz iść do domu.

- Jak już powiedziałem, wykonuję tylko polecenia pana Raina.

- Niezbyt mnie lubisz?

- Moje osobiste uczucia nie mają tu nic do rzeczy. Pracuję dla pana Raina. - Bolt wziął 

następnego ziemniaka.

- Dobrze. Gdzie jest w tej chwili pan Rain? - Annie groźnie spojrzała na nieczułe 

plecy Bolta. - Powiem mu, żeby cię odesłał do domu.

- Pan Rain jest w gabinecie i nie chce, aby mu przeszkadzać.

- Nie będzie miał nic przeciwko, jeżeli wpadnę na minutkę powiedzieć mu, żeby cię 

odesłał do domu. - Annie odwróciła się na pięcie i wyszła do hallu.

- Tam jest jego siostra - zakomunikował sucho Bolt. - To chyba sprawa osobista.

Zgodnie z przewidywaniami Bolta, Annie się zatrzymała.

- Dobrze, poczekam, aż skończą. Potem porozmawiam z Oliverem. Do tego czasu nie 

obieraj ziemniaków. Zamierzam zrobić tacos.

- Będzie łosoś z wody, ziemniaki pieczone oraz karczochy - oświadczył Bolt. - To 

jedno z ulubionych dań pana Raina.

- Założę się, że również uwielbia tacos.

- Nieszczególnie.

- Ale moich jeszcze nie próbował. - Annie obdarzyła Bolta wściekłym spojrzeniem. 

Odwróciła się i pomaszerowała w poprzek hallu do pokoju gościnnego, przeznaczonego dla 

niej.

Bolt zaczyna mnie irytować, stwierdziła w duchu. Czuła od samego początku, że jej 

nie   lubi.   Musiała   przyznać,   że   jest   to  dziwne   doświadczenie,   gdyż   przyzwyczaiła   się   do 

otaczającej ją sympatii. Jednak jeśli służący wyznaczy pole bitwy, ona nie może zrejterować. 

Przecież   to   będzie   jej   dom   w   najbliższej   przyszłości.   Nie   miała   zamiaru   przyjmować 

rozkazów od robota.

59

background image

Z zamyślenia  wyrwał  ją rozdzierający głos  kobiecy,  pełen  złości  i rozczarowania. 

Spojrzała na zamknięte drzwi gabinetu Olivera. Wydawało się jej, że słyszy głos Valerie. Z 

niejasnych powodów nie mogła sobie wyobrazić Heather wybuchającej płaczem w środku 

kłótni z bratem.

-  Niech  cię  szlag,   Oliver!  Nie  pozwolę   ci   dalej   rujnować  mojego  życia!  Kocham 

Carsona i jeżeli poprosi mnie o rękę, wyjdę za niego!

Głos wściekłej Valerie łatwo przenikał przez drzwi. Annie nie słyszała odpowiedzi 

Olivera, ale to nie było dziwne. Wątpiła, czy mąż kiedykolwiek podniósł głos, niezależnie od 

tego jak go sprowokować. Był zbyt opanowany.

- Nie chcę dłużej słuchać, co się stało po zniknięciu ojca! Słyszałam tę historię zbyt 

wiele razy! - stwierdziła Valerie, otworzyła z trzaskiem drzwi i wbiegła do hallu.

- To stara historia! Sybil ma rację! - krzyczała głosem drżącym z emocji. - Nie możesz 

ciągle wracać do przeszłości.

- Wystarczy, Valerie - cicho odpowiedział Oliver z ciemnych głębi gabinetu. Jego głos 

nie był opryskliwy, ale nieugięty jak skała.

- Współczuję twojej żonie - oświadczyła dziewczyna. Drżała na całym ciele. - Czy ona 

wie, że wyszła za człowieka, którego całe życie kręci się dookoła czegoś, co się wydarzyło 

piętnaście lat temu?

Valerie nie czekała na odpowiedź. Chodziła tam i z powrotem, wylewając morze łez. 

Nagle zderzyła się z Annie, chociaż ta usiłowała zejść jej z drogi.

- Annie! O rany!

-  Przepraszam.   -   Annie   zaczęła   delikatnie   uspokajać   szwagierkę.   -   Wszystko   w 

porządku?

- Tak. Nie. Chcę właśnie stąd wyjść. - Mówiąc to zbliżyła się do wyjścia. - Mam 

nadzieję, że wiesz, co zrobiłaś wychodząc za mojego brata. Myślę, że będziesz bardzo, bardzo 

tego żałować.

Przebiegła   przez   hall.   Chwilę   później   drzwi   frontowe   gwałtownie   się   otwarły   i 

zatrzasnęły. Annie odwróciła się i zajrzała do gabinetu. Oliver siedział za polakierowanym na 

czarno  biurkiem.  Lampa  halogenowa  oświetlała  jego splecione  ręce,  pozostawiając  resztę 

pokoju w głębokim cieniu. Annie zrobiła kilka kroków i zatrzymała się w drzwiach gabinetu. 

Z kąta spoglądał lampart, takim samym niewzruszonym okiem jak Oliver.

- Twoja siostra wyglądała na trochę podenerwowaną.

- Przejdzie jej.

- Czy mogłabym w czymś pomóc?

60

background image

- Nie. - Oliver umilkł i dodał bardzo grzecznie: - Dziękuję ci.

Annie zawahała się pamiętając ostrzeżenie, jakie otrzymała pytając ostatniej nocy o 

Sybil. Uważała jednak, że powinna przynajmniej spróbować zmusić Olivera do rozmowy.

- Czy chciałbyś o tym porozmawiać? Czasami dobrze robi przedyskutowanie takich 

spraw.

-   Mam   nadzieję   -   odpowiedział   z   zauważalnym   śladem   rozbawienia   -   że   nie 

zamierzasz udzielać mi pomocy w porozumieniu się z moimi własnymi uczuciami.

-   No,   trudno.   Jeżeli   nie   chcesz   rozmawiać,   to   twój   problem.   Mamy   teraz   pewną 

trudność, z którą musimy sobie poradzić.

- Mianowicie?

- Bolt przygotowuje obiad.

- To jeden z jego obowiązków. Jest doskonałym kucharzem.

- Jestem tego  pewna. - Annie skrzyżowała  ręce  i oparła  się jednym  ramieniem  o 

futrynę drzwi. - Ten człowiek jest jak maszyna. Wykonuje wszystko tak długo, jak długo jest 

podłączony do gniazdka. Ale dzisiaj nie potrzebujemy kucharza. Ja sama ugotuję obiad.

- Naprawdę?

- Tak. Zjemy tacos. Dostałam wszystkie składniki na Pikę Place, łącznie z tuzinem 

najlepszych tortilli, jakich nigdy jeszcze nie próbowałeś. Ale najpierw musisz wyrzucić Bolta 

z mojej kuchni.

- Twojej kuchni?

- Chcesz, żebym z nim walczyła o kuchenne prawa?

- Nie. Na dziś wystarczy już dramatów. Jeżeli jesteś pewna, że chcesz sama gotować, 

odeślę Bolta do domu - powiedział i powoli wstał zza biurka.

Annie uśmiechnęła się z satysfakcją. Była to niewielka bitwa kobiety z maszyną, ale 

przecież ją wygrała.

- Nie masz nic przeciwko temu, żebym popatrzyła?

Oliver uniósł brwi i skierował się do kuchni.

- Masz nadzieję zobaczyć, jak poleje się krew?

-   Oczywiście,   że   nie.   Chciałabym   tylko   ujrzeć   wyraz   twarzy   Bolta,   gdy   mu 

przekażesz, że mogę tutaj wydawać niektóre polecenia.

- Wygląda na to, że muszę zostać ekspertem w sprawach zarządzania domem. Czy 

każdy mąż przez to przechodzi? - zapytał z zadumą.

- W każdym małżeństwie jest jakiś okres docierania się - odpowiedziała polubownie.

- Będę to miał na uwadze.

61

background image

Gdy Annie i Oliver weszli do kuchni, Bolt jeszcze obierał ziemniaki.  Spojrzał na 

pracodawcę.

- Słucham pana?

- Nie będziemy już dziś korzystać z twoich usług, Bolt. Weź sobie wolne - powiedział 

Oliver.

Służący spojrzał na Annie. Jego twarz nie wskazywała nawet najmniejszego cienia 

emocji, chociaż było oczywiste, że przegrał w przedbiegach.

- Tak, proszę pana.

Annie poczuła się winna. Biedny Bolt. Miał prawo uważać się za pokrzywdzonego. 

Ona przecież dopiero weszła do tego domu.

- Pomogę ci. - Podbiegła do zlewu i zaczęła sprzątać łupiny ziemniaków. - Może 

weźmiesz ziemniaki do domu, Bolt? Możesz je wykorzystać do swojego obiadu.

- Nie, dziękuję, pani Rain. - Zdjął fartuch i powiesił go na wewnętrznej stronie drzwi 

do spiżarni.

- Może chciałbyś dołączyć się do nas i spróbować tacos? - zapytała przejęta.

- Nie lubię tacos - powiedział wychodząc z kuchni.

Annie czuła się tak, jakby spędziła całe popołudnie na obrywaniu muchom skrzydeł. 

Zwróciła się do Olivera z zatroskaną miną:

- Myślisz, że się zdenerwował?

- Kto? Bolt?

Oliver otworzył małe drzwi, za którymi leżakowało wino na stojakach. Przyglądał się 

badawczo butelkom, po czym zapytał:

- Dlaczego miałby się zdenerwować?

- W pewnym sensie wykopałam go z kuchni. Mam nadzieję, że nie uraziłam zbyt 

dotkliwie jego uczuć.

- Nie stracił przecież pracy - przypomniał sucho Oliver. - Dostał tylko wolny wieczór.

- Tak, ale nie jestem pewna, czy on to tak przyjmuje.

- Annie, dostałaś, co chciałaś. Bolt opuścił twoją kuchnię. - Przyłożył korkociąg do 

jednej z butelek. - Nie ma sensu wygrywać, jeśli żałujesz przegranego.

- Interesująca filozofia. - Wyciągnęła z torby ser cheddar, sałatę i kilka świeżych, 

dużych pomidorów. - Czy sam doszedłeś do takich wniosków?

- Z pewnością nie ja pierwszy.

Oliver nalał czerwonego wina do dwóch kieliszków.

- Chyba tak. - Kręciła się przy szafkach. - Gdzie jest tarka?

62

background image

- Nie mam pojęcia.

- Wyobrażam sobie. - Otworzyła kolejną szafkę i zajrzała do środka. - Zostawiłeś cały 

ten kram Boltowi? Tak?

- Tak.

- Aha! Tutaj leży. - Wyciągnęła płaską tarkę z blachy nierdzewnej i zaczęła trzeć ser. - 

Gdzie go znalazłeś? Masz go prosto z fabryki?

- Bolta? Zaczął dla mnie pracować jakieś trzy lata temu.

- A gdzie przedtem pracował?

-   W   firmie   specjalizującej   się   w   sprawach   międzynarodowego   bezpieczeństwa 

wielkich korporacji.

- I co tam robił? - zapytała Annie z przestrachem.

-   Myślę,   że   specjalizował   się   w   operacjach   antyterrorystycznych.   Jest   ekspertem 

elektroniki.

- Jak Daniel?

-   Nie   całkiem.   -   Oliver   uniósł   brwi.   -   Twój   brat   był,   przepraszam,   chciałem 

powiedzieć: jest, geniuszem elektroniki, ale nigdy nie był specjalnie dobry, jeżeli chodzi o 

sprawy ochrony.

- Mogę się obrazić - stwierdziła Annie z zapałem. - Mój brat jest doskonały.

- Tak, wiem, ale nie w tej dziedzinie. Nie ma do tego powołania.

- Przecież wytropił dla ciebie tego handlarza bronią.

- Odnalezienie Greshama było czysto przypadkowe. Daniel natknął się na dowody. 

Nie szukał ich specjalnie. Był zbyt łatwowierny, by pracować w ochronie. Zdradzał tendencję 

do patrzenia na ludzi od najlepszej strony, chyba że przedstawiono mu dowody czegoś wręcz 

przeciwnego.

-   No   dobra,   mój   brat   nie   był   z   natury   podejrzliwy   ani   paranoidalny.   Czy   to 

przestępstwo?

- To nie jest przestępstwo, ale może prowadzić do bardzo poważnych błędów w ocenie 

ludzi - powiedział delikatnie Oliver. - Osobiście staram się tego unikać.

- Nic dziwnego, że masz tak mało przyjaciół - zamruczała Annie pod nosem.

- Co mówisz?

-   Nic   ważnego.   Opowiedz   mi   więcej   o   Boicie.   Dlaczego   rzucił   pracę   w   tej 

międzynarodowej firmie?

- To był przypadek - odpowiedział cicho Oliver. - Zginęli niewinni ludzie. To nie był 

błąd Bolta, ale on wziął na siebie całą odpowiedzialność. Rozchorował się na, delikatnie 

63

background image

mówiąc, załamanie nerwowe. - Oliver sączył wino i przyglądał się, jak Annie uciera ser. - 

Zanim wyzdrowiał, stracił żonę i pracę.

- To straszne - Annie westchnęła. - Teraz czuję się okropnie, że wykopałam go z 

kuchni. Biedny człowiek. Przeżył tak wiele, a ja pojawiłam się i potraktowałam go jak robota.

- Jesteś zbyt miękka w wielu sprawach, Annie. Bolt przeżyje wykopanie go z kuchni.

- Czy wiesz, o czym myślę? - zapytała groźnie.

- O czym?

- Jaki jest twój główny życiowy problem?

- Nie mam pojęcia, że mam jakiś.

- Owszem. Masz! - Annie odłożyła ser. - Twój problem polega na tym, że nie dbasz o 

wyjaśnienie   swego   postępowania.   Jesteś   też   trochę   nieczuły.   Brak   ci   zdolności   do 

nawiązywania   kontaktów   międzyludzkich.   W   ostatecznym   rozrachunku   wyrobiłeś   sobie 

opinię człowieka nieszczerego, tajemniczego i raczej aroganckiego.

- Czy to ten problem?

- Oczywiście. Szczególnie wtedy, gdy chodzi o sprawy rodzinne. - Annie, nie patrząc 

na Olivera wzięła do ręki pomidora. - Na przykład ta scena z Valerie.

- Chcesz mnie obrzucić pomidorami?

- Ona się rozpłakała - przypomniała mu ze złością.

- To jej przejdzie.

- Przejdzie? - Odłożyła pomidora na deskę do krojenia. - Słuchaj, to nie jest moja 

sprawa, ale...

- Masz rację, to nie twoja sprawa.

- ...ale myślę, że potraktowałeś Valerie bardzo nieładnie.

- Tak uważasz? - Oliver nachylił się do lodówki. Sprawiał wrażenie zaciekawionego.

- Oczywiście. - Annie rozpoczęła krojenie pomidora. - Wydaje mi się, że nie lubisz jej 

chłopaka.

- Nigdy go nie spotkałem.

-   Żartujesz   ze   mnie?   -   Zaskoczona   wypuściła   nóż.   -   Wsiadłeś   z   góry   na   nią   za 

spotykanie się z chłopakiem, którego w ogóle nie znasz?

- Wiem, kim jest, i to wystarczy. - Oliver oddał się studiowaniu wina w kieliszku.

- A to dobre! Kim on jest? Wykolejeńcem? Świrusem? Może bandytą?

- Jest synem Paula Shore'a.

64

background image

- Nie znam tych ludzi. - Annie podniosła kieliszek wina. - Nigdy nie obracałam się w 

takich sferach, ale niemało o nich słyszałam. Paul Shore posiada największą w Seattle firmę 

budowlaną. Wykonuje wielkie i wysokie konstrukcje. Tego typu rzeczy.

- Między innymi.

- Moja przyjaciółka, dekoratorka wnętrz, przygotowuje dom Shore'ów na doroczny 

benefis sztuki. Państwo Shore są bardzo aktywni na arenie sztuki. Założyli jakąś fundację czy 

coś takiego.

- Zgadza się.

- A więc co jest niedobrego w tym wszystkim? Dlaczego myślisz, że młody Shore nie 

jest odpowiedni dla Valerie?

Oliver pociągnął łyk wina i smakował go w skupieniu.

- Skoro zostałaś członkiem tej rodziny, to możesz chyba poznać nieco historii.

Annie   uśmiechnęła   się   z   akceptacją   i   zabrała   się   do   krojenia   pomidora.   To,   co 

powiedział Oliver, nie było do końca prawdziwe, ale dobrze, że się w końcu otworzył. To 

dobra wróżba.

- Słucham.

-   Ta   historia   nie   jest   zbyt   długa,   jak   tylko   mój   ojciec   odmaszerował   w   siną   dal, 

dowiedziałem się, że był mocno zadłużony u swoich dwóch przyjaciół. Jednym z nich był 

Paul Shore.

- I co się stało?

-   Poszedłem   do   niego   i   zapytałem,   powołując   się   na   wieloletnią   przyjaźń,   czy 

przedłuży mi termin spłaty.

- Powiedział, że nie?

-   Powiedział   „nie”.   Nie   dał   mi   nawet   najmniejszego   pola   manewru.   Żądał 

natychmiastowego zwrotu, nawet gdyby to wymagało sprzedaży domu, jedynego majątku, 

jaki   nam   ojciec   pozostawił.   Nie   zwrócił   uwagi   na   to,   że   kwota   uzyskana   z   ewentualnej 

sprzedaży domu nie pokryje całej pożyczki.

- To było okropne z jego strony - powiedziała pospiesznie. - Chyba zdawał sobie 

sprawę   ze   strasznej   sytuacji,   w   jakiej   znalazła   się   wasza   rodzina.   Jeżeli   był   starym 

przyjacielem ojca, powinien był ci pomóc.

- Nie będę cię nudził nieprzyjemnymi  szczegółami ani opowiadał, jak przetrwałem 

pierwsze dwa lata i stanąłem na nogach. Powiem tyle, że dokonałem tego, a Paul Shore nie 

dał mi ani grosza ani nie pomógł w żaden sposób.

- Tak. I nie wybaczyłeś mu tego.

65

background image

- Takich spraw nigdy się nie wybacza, Annie.

- Och! - Rozkroiła pomidor na dwie połówki. - Rozumiem dlaczego nie przepadasz za 

Paulem Shore'em.

Oliver nieznacznie kiwnął głową. W jego oczach odmalowała się cicha satysfakcja.

- Wiedziałem, że zrozumiesz.

- Jasne, że rozumiem, dlaczego sprawy lekko się komplikują.

- Co takiego? - Wzrok Olivera odzyskał ostrość.

- Dobrze. Oczywiście nie masz powodów, by lubić syna Paula Shore'a.

- Nie mam.

- Myślę, że chcesz, by Valerie znalazła sobie innego chłopaka.

- Z pewnością sobie znajdzie - powiedział beznamiętnie.

- Może tak, może nie. - Annie podniosła nóż i wpatrywała się w jego ostrze. - Ale ty 

jesteś myślącym i wspaniałomyślnym człowiekiem...

-   Nie   wiem,   do   czego   zmierzasz?   -   Zamrugał   oczami   jak   polujący   kot,   który 

postanowił zakończyć zabawę z ofiarą.

- Stać cię na to, by zaakceptować fakt, że twoja siostra chodzi z chłopakiem, który nie 

ma nic wspólnego z tym, co się wydarzyło między tobą a Paulem Shore'em tyle lat temu. Daj 

Carsonowi szansę dla dobra Valerie.

Oliver ani drgnął. Dalej siedział opierając się jednym ramieniem o lodówkę i patrzył 

na Annie, jakby była jakimś dziwnym okazem paproci.

- Nakryję do stołu - powiedział w końcu.

Odszedł od lodówki i zaczął poszukiwania w szafkach i szufladach.

- On może się okazać bardzo dobrym człowiekiem. Oczywiście Valerie jest o tym 

przekonana.

- Zjemy tutaj, przy kuchennym stole? - zapytał grzecznie Oliver. - Nie ma chyba sensu 

rozkładać się w jadalni. Nie mamy Bolta, żeby po nas posprzątał.

Annie okrążyła stół kuchenny i zagrodziła Oliverowi drogę.

- Ignorujesz główny temat rozmowy.

- Nie ma żadnego tematu. - Ominął ją i zaczął precyzyjnie ustawiać serwetki i srebrne 

sztućce na stole z czarnego metalu i szkła. - Ale może zaistnieć małe nieporozumienie.

-   Wiedziałam!   -   triumfalnie   wykrzyknęła   Annie.   -   W   tym   cały   problem. 

Nieporozumienie. Wiem, że jesteś bardzo rozsądny.

- Dziękuję.

66

background image

-   Możesz   zwyczajnie   wyjaśnić   Valerie,   że   początkowo   miałeś   trochę   oporów   w 

stosunku do Carsona Shore'a ze względu na zatarg z jego ojcem. Ale teraz, po przemyśleniu 

wszystkiego od nowa, zrozumiałeś, że nie możesz przenosić grzechów ojca na syna, czy jak 

to nazwać.

- Wiem, co powiem Valerie - odrzekł zimno. - Jeżeli wyjdzie za Carsona Shore'a, 

uznam   to   za   akt   zdrady   wobec   rodziny.   Nie   będzie   mogła   tu   przychodzić.   Oprócz   tego 

wyjdzie za mąż bez centa przy duszy. Odetnę ją całkowicie od rodzinnego majątku.

- Co takiego?! - Annie patrzyła na niego zdumiona. - Nie możesz tego zrobić!

- A właśnie, że mogę!

- A jeżeli ona mimo to poślubi Carsona?

- Nie martw się. Nie zrobi tego.

- Na jakiej podstawie tak mówisz?

- To moja sprawa - odparł. - Ciebie to nie dotyczy.

Przyglądała mu się uważnie, jakby poszukując słabszego miejsca. Nie znalazła nic, co 

by budziło najmniejszą nadzieję. Nie mogła uwierzyć, że Oliver jest tak nieustępliwy,  na 

jakiego chce wyglądać.

- To niedorzeczne. Nie chce mi się wierzyć, że masz tak nieczułe serce.

- Omawiając sprawy rodziny Shore'ów powinniśmy wyjaśnić inną sprawę.

- Nie jestem pewna, czy chcę tego słuchać - mruknęła.

-   Rozumiem,   że   zgodnie   z   twoim   życzeniem   nasze   małżeństwo   nie   jest   całkiem 

prawdziwe. Ale w oczach świata jesteś moją żoną. Zgoda?

-   Zgoda.   -   Nauczyła   się   już   szczególnej   ostrożności,   gdy   Oliver   mówi   bardzo 

spokojnym tonem.

- Wszyscy wiedzą, że są pewne sprawy,  z którymi  moja żona nie może  mieć  do 

czynienia.

- Skąd wiedzą, skoro jeszcze nigdy nie miałeś żony? - Annie była raczej zadowolona 

ze zmiany tematu.

- Powiedzmy, że moja reputacja trochę mnie wyprzedziła - odpowiedział chłodno. - W 

każdym razie usiłuję ci wytłumaczyć, że moja żona nie może być wmieszana w jakiekolwiek 

sprawy związane z rodziną Shore'ów.

- Nie jestem zamieszana w sprawy tej rodziny. Nawet nikogo z nich nie znam.

- No i dobrze. Przynajmniej na razie jesteś panią Rain. Mam nadzieję, że będziesz grać 

swoją rolę jak należy.

- Co to ma dokładnie znaczyć? - zapytała wpatrując się w 0liviera.

67

background image

- To oznacza - powiedział wyjątkowo łagodnie - że musisz być lojalna wobec mnie.

- Nie mogę w to uwierzyć! - krzyknęła rzucając patelnię Bolta na kuchenkę. - To 

najbardziej   odrażająca   rzecz,   jaką   w   życiu   usłyszałam.   Nie   dziwię   się   Valerie,   że   jest 

zdenerwowana. Do niej chyba tak samo przemawiałeś jak do mnie. Jeżeli przypuszczasz, że 

będę wysłuchiwała takich rozkazów, to srogo się zawiedziesz!

-   W   każdej   chwili   możesz   rozwiązać   nasz   układ   -   powiedział   Oliver   spokojnym 

tonem. - Zależy to jedynie od twojej woli.

Groźba ta zmroziła Annie do szpiku kości. Pani Rain zebrała się w sobie i gwałtownie 

odwróciła do męża.

-   Wyrobiłeś   sobie   opinię   wyjątkowo   staroświeckiego.   Mocno   się   nad   tym 

napracowałeś.

Oliver skończył ustawiać talerze na stole i spojrzał na żonę.

- Annie, wolałbym raczej zjeść trochę tacos niż się z tobą sprzeczać.

Uśmiechnęła się ponuro.

- To dlatego że nie umiesz się sprzeczać. Wydajesz rozkazy i podpierasz je groźbami. 

Wygląda   na   to,   że   musisz   się   nauczyć,   jak   być   mężem,   panie   Rain.   Musisz   posiąść 

umiejętność porozumiewania się.

- Tak sądzisz? - Podszedł do barku i wziął swoje wino. - A kto będzie mnie uczył?

- Ja - odpowiedziała szorstko.

- To może być interesujące.

68

background image

Rozdział siódmy

B

rawura nieco przybladła następnego ranka, gdy Annie udawała się do pracy. To była 

długa   noc.   Godzinami   leżała   bez   zmrużenia   oka   w   eleganckiej   złoto-szarej   sypialni   i 

rozmyślała o swojej sytuacji.

Powiedziała Oliverowi o jego problemie, ale okazało się, że sama ma jeszcze większe. 

Była już o krok od popełnienia kardynalnego błędu - próby zmiany charakteru Olivera.

Wielki błąd, uświadomiła sobie otwierając drzwi „Sezamu”. Obiegowa maksyma, że 

każda kobieta po ślubie próbuje zmienić męża, jest bzdurą. Zdrowy rozsądek podpowiadał 

Annie, że jest to jeszcze większą głupotą w przypadku gdy małżeństwo jest tylko formalne i 

ma trwać niezbyt długo.

Wyszła   za   niego   tylko   po   to,   aby   uratować   Lyncroft   Unlimited.   To   nie   jej 

zmartwienie, że Oliver zdecydował się kierować życiem swoim i własnej rodziny żelazną 

pięścią ubraną w aksamitną rękawiczkę.

Skrzywiła się i włączyła światło. Scena z Valerie stanęła jej przed oczami jak żywa.

Oliver zdecydowanie podniósł rękawicę i wstąpił na ścieżkę wojenną.

Brat ostrzegał ją, że Rain jest niebezpieczny.  Dopiero teraz przypomniała sobie te 

ostrzeżenia.   A   przecież   Oliver   twierdzi,   że   Daniel   zawsze   patrzył   na  ludzi   od  najlepszej 

strony.

Ella Presswood wpadła do sklepu wkrótce po dziesiątej, rozczochrana i rozkojarzona. 

Nie był to wyjątkowy przypadek. Zawsze uwielbiała artystyczny nieład. Codziennie miała 

nowy   kolor   włosów,   nową   kombinację   ubrań   oraz   tony   ciężkiej,   pobrzękującej   biżuterii. 

Dzisiaj jej włosy błyszczały przejrzystym odcieniem fuksji i były przylizane czymś mokrym i 

lepkim. Włożyła musztardowy podkoszulek i marynarkę szytą dla olbrzymiego mężczyzny. 

Wokół szyi okręciła sznury wystrzałowych sztucznych pereł.

- Cześć, Annie. Przepraszam za spóźnienie. Jechałam autobusem z piekła rodem, z 

ogromnym stężeniem świrów wśród pasażerów. Hej! Nie spodziewałam się ciebie tu dziś 

zastać!

Annie zmiotła kurz z mozaikowego słonia.

69

background image

- Chyba ci mówiłam, że Oliver i ja przesunęliśmy nasz miesiąc miodowy do chwili 

powrotu Daniela.

- Tak, wiem, ale pobraliście się dopiero kilka dni temu. Większość ludzi bierze sobie 

wtedy wolne. - Ella przyglądała się jej z zaciekawieniem.

- Nic z tego. I tak byłabym sama, bo Oliver pojechał rano prosto do biura mojego 

brata. Według niego to bardzo ważne, żeby wszyscy go tam widzieli.

- To rozsądne. Wiem, jak się ostatnio martwiłaś o tę firmę. - Ella zajęła się czymś za 

ladą.   -   Wiesz   co?   Ciągle   nie   mogę   uwierzyć,   że   nic   nie   wiedziałam   o   tobie   i   Oliverze. 

Zazwyczaj nie jesteś taka tajemnicza.

- Owszem, ale Oliver chciał to utrzymać w sekrecie.

- Niedobrze, że musiałaś przyspieszyć ślub ze względu na interesy. Nie wyszłaś na 

tym najlepiej. Żadnej sukni ślubnej, żadnej porcelany... nic.

Słowo „nic” było całkowicie na miejscu, przyznała w duchu Annie. Nie otrzymała też 

zwyczajnych praw małżeńskich, ale - jak mówi Oliver - był to jej wybór. Jeżeli zechce pójść z 

nim do łóżka, on jest gotowy.

- Oliver nie chciał wielkich uroczystości - powiedziała Annie. - Jest domatorem.

- Domatorem?  - Ella  sprawdziła  swoją przylizaną  fryzurę  w ozdobnym  lustrze na 

ścianie. - Bez obrazy, ale on wygląda na lekko świrniętego.

- I kto to mówi? On przynajmniej nie maluje sobie włosów na różowo.

- To prawda. Musisz jednak przyznać, że nie widać zbyt wielu mężczyzn, którzy by 

się tak nosili  jak on. - Ella  się zamyśliła.  - Ale ja nie mówię  o jego włosach. Wygląda 

tajemniczo,   jak   mistrz   czarnej   magii,   jeżeli   wiesz,   o   co   mi   chodzi.   Nigdy   bym   nie 

przypuszczała, że się zakochasz w takim facecie.

- A za jakim typem, według ciebie, powinnam się uganiać?

- Za podobnym do Quigleya z sąsiedniego sklepu albo za takim jak ten wiolonczelista, 

z którym trochę kręciłaś... Coś sobie przypomniałam! - Odwróciła się od lustra. - Dostałaś 

wczoraj od niego paczkę. Domyślam się, że usłyszał o ślubie.

Annie rozpromieniła się.

- Paczka od Melvina Fincha? Gdzie ona jest?

- Za ladą.

Annie   popędziła   na   koniec   długiej   lady   i   odnalazła   mały   pakunek.   Rozerwała 

opakowanie i znalazła liścik:

Do Annie od Melvina.

70

background image

Gratulacje okazji ślubu. Mam nadzieję, że znalazłaś faceta, który wyprostuje Twoje 

szalone pomysły. Zasługujesz na wszystko co najlepsze.

-  Jakie   to   wzruszające   -   powiedziała   Annie.   -   Dołączył   płytę   kompaktową   z 

nagraniami orkiestry symfonicznej Midwest.

- Gadanie. - Ella wykrzywiła twarz.

- Ella, Melvin jest czarującym człowiekiem.

-   Jeden   z   twoich   zranionych   ptaszków,   jak   ich   nazywa   Joanna.   Znalazłaś   go, 

opatrzyłaś rany i wypuściłaś na wolność, jak tylko odzyskał siły.

- Melvin podążył za swoimi marzeniami - stwierdziła Annie ze smutkiem. - Nigdy nie 

byliśmy w sobie zakochani. Byliśmy po prostu dobrymi przyjaciółmi.

- Widzę, że mu współczujesz. Melvin uwielbiał, gdy mu współczułaś.

Drzwi sklepu otwarły się gwałtownie, popchnięte jakąś nerwową ręką, w momencie 

gdy Annie chowała prezent Melvina do szuflady.

Do środka wtargnęła kruczoczarna dziewczyna ubrana od stóp do głów w jaskrawą 

czerwień. Poczekała chwilę, aż Annie i Ella poświęcą jej całą uwagę.

- Moje kochane! - ogłosiła wielkopańskim tonem. - Wracam jeszcze raz rzucić okiem 

na niektóre wasze dziwne drobiazgi.

- Chcesz nam dać kolejną szansę, Raphaelo? - Annie się zaśmiała. - Wydawało mi się, 

że uznałaś wszystkie rzeczy w „Sezamie” za zbyt jarmarczne dla twoich projektów?

Raphaela, urodzona jako Martha Lou Stotts, wybrała sobie ten szczególny pseudonim 

dwa lata temu, kiedy zaczęła pracować jako dekoratorka wnętrz. Zawsze publicznie pojawiała 

się ubrana na czerwono. To jej firmowy kolor, jak kiedyś wytłumaczyła.

Dwa   miesiące   temu   wstąpiła   do   „Sezamu”   i   ogłosiła,   że   została   wybrana   do 

„zrobienia”   wnętrz   rezydencji   Paula   Shore'a   na   doroczny   benefis   artystyczny.   Wpadła   w 

ekstazę. Było to dla niej największe wyzwanie zawodowe.

Annie początkowo miała nadzieję, że Raphaela wybierze coś ze sklepu do swojego 

projektu.   To   niewątpliwie   rozreklamowałoby   „Sezam”.   Ale   dekoratorka   nie   mogła   się 

zdecydować.

- Masz szczęście, Annie. - Raphaela upuściła czerwoną skórzaną teczkę na podłogę i 

uśmiechnęła się anielsko do Annie, Elli i do całego sklepu „Sezamie, otwórz się”. - Doszłam 

w moim projekcie do punktu, w którym naprawdę potrzebuję czegoś, co rozdrażni zmysły i 

ucieszy oko.

71

background image

- To wspaniałe  - powiedziała  Annie z entuzjazmem.  - Co byś  powiedziała  o tym 

słoniu?

-   Nie   bądź   śmieszna.   -   Wywróciła   oczami.   -   Słoń   nigdy   się   nie   będzie   do   tego 

nadawał.   Poszukuję   czegoś   o   wyglądzie   egzotyczno-fantazyjnym,   z   wyraźnym   akcentem 

stylu neo-deco.

- A co powiesz o karuzeli? - zasugerowała Ella. 

Raphaela rzuciła wzrokiem na błyszcząca karuzelę.

- Możliwe, ale myślę, że parawan pomalowany w sceny z dżungli byłby lepszy.

- Weź to, na co masz ochotę - powiedziała szybko Annie. - Naprawdę doceniam twoją 

pomoc. Dla nas to będzie wielka reklama.

- Nie ma o czym mówić. Od czego są przyjaciele?

Annie nie zdążyła  odpowiedzieć, bo odezwał się dzwonek neonowego telefonu na 

ladzie. Świecącą słuchawkę podniosła Ella.

- „Sezamie, otwórz się”. - Słuchała czegoś uważnie około minuty. - Pewnie. Już ją 

daję. Czy mogę wiedzieć, kto dzwoni?... Dobrze. - Zasłoniła ręką słuchawkę.

- Sybil Rain - powiedziała cicho, wyraźnie poruszając wargami.

Zaskoczona Annie odebrała telefon.

- Mówi Annie.

- Pomyślałam, że mogłybyśmy dzisiaj razem pójść na lunch. - Głos Sybil był tak 

pewny, jakby nie brała pod uwagę możliwości odmowy. - Nie miałyśmy jeszcze czasu bliżej 

się poznać.

Annie w pierwszej chwili chciała odmówić. Przeczucie podpowiadało jej, że ona i 

Sybil nigdy nie zostaną przyjaciółkami. Formalnie była jej teściową.

- Wspaniale, Sybil. Gdzie się spotkamy?

Sybil   wymieniła   elegancką   restaurację   w   jednym   z   hoteli   w   centrum   i   odłożyła 

słuchawkę.

- Kłopoty? - zapytała Ella.

- Nie. Sybil Rain chce zjeść ze mną lunch.

- Sybil Rain? - Raphaela wytrzeszczyła oczy ze zdumienia. - Dlaczego ona chce z tobą 

pójść na lunch?

- Ponieważ Annie wyszła przedwczoraj za Olivera Raina. - Ella zachichotała.

- Annie i Oliver Rain? Och! Mój Boże! - Raphaela przerzucała spojrzenie z Annie na 

Ellę i z powrotem. - To kawał? Żartujecie sobie z biednej Raphaeli?

- To nie jest dowcip - uspokoiła ją Ella. - Wielka niespodzianka, ale nie dowcip.

72

background image

-   Oliver   Rain?   Ten   świrnięty   facet,   który   posiadał   połowę   Seattle,   zanim   zaczął 

wszystko sprzedawać?

- On nie jest wariatem - obruszyła się Annie.

- Dziwię się, że nie słyszałaś o ślubie, Raphaelo - powiedziała Ella. - Wiadomość była 

w porannych gazetach w rubryce biznesu.

- Dlaczego w rubryce biznesu?

- Ponieważ Rain zamierza przejąć zarządzanie Lyncroft Unlimited. - Ella udzieliła 

wyjaśnień zerkając na Annie.

- Tylko do powrotu Daniela - dodała zdecydowanie młoda pani Rain.

Ella i Raphaela popatrzyły na nią ze współczuciem, ale zaprzestały dyskusji.

- Pewnie - poprawiła się dobrodusznie Ella. - Tylko do powrotu Daniela.

- To niewiarygodne. - Raphaela westchnęła. - Wyszłaś za mąż za Olivera Raina. Nie 

mogę w to uwierzyć. - Zamknęła oczy w zadumie. - Powiedz mi, jak wyglądają wnętrza jego 

apartamentu? Czy to prawda, że wszystko jest czarne? Słyszałam tylko plotki.

- Jest tam mnóstwo czerni i złota - powiedziała Annie. - I dużo szarości. Bardzo fajnie 

to wygląda.

- Czerń i złoto! Hmmm! Wydaje mi się to zbyt ciemne, jak na rezydencję w Seattle. I 

zupełnie nie w twoim stylu. Jako świeżo upieczona żona możesz tam wiele rzeczy rozjaśnić. 

Pamiętaj o mnie, gdy się zdecydujesz na pewne zmiany.

- Coś mi mówi, że Oliver nie będzie tolerował zbyt wielu zmian.

- Nonsens. Żony są po to, żeby dokonywać zmian w życiu mężów. Zapytaj dowolnego 

z moich byłych małżonków.

T

rzy godziny później Sybil odłożyła łyżkę do miseczki kremu z homara i spojrzała na 

Annie, która siedziała po drugiej stronie stołu.

- Wszyscy osłupieliśmy, tak nagle wzięliście ślub.

- Rozumiem. - Annie zabrała się za swój koktajl z krewetek. Nie była zbyt głodna. 

Gdy tylko usiadła, Sybil poczęła ją przypiekać. Czuła się jak jedno z dań w menu tej super 

drogiej restauracji.

- Oczywiście Oliver zawsze był taki tajemniczy - powiedziała gładko Sybil. - Nikt nie 

wie, co planuje, dopóki sam tego nie ogłosi.

- Uważam, że po prostu lubi prywatność. - Annie zauważyła, że te słowa powtarza już 

jak litanię.

73

background image

-   Niektórzy   sądzą,   że   jest   bardzo   niebezpiecznym   człowiekiem.   -   Sybil   się 

uśmiechnęła, ale jej oczy pozostały poważne.

- Myślę, że ta ocena jest mocno przesadzona.

„Teściowa” zacisnęła usta.

-   Posłuchaj   mnie,   Annie.   Nie   jest   przesadzona.   Mogę   to   osobiście   potwierdzić.   - 

Odłożyła łyżkę. - Słuchaj, nie ma sensu lać wody. Zaprosiłam cię tutaj dzisiaj, ponieważ są 

pewne sprawy, o których powinnaś wiedzieć.

- Dotyczące Olivera?

- Tak. - Sybil zamilkła na chwilę dla dodania powagi swym słowom. - Są podstawy do 

przypuszczeń, że Oliver ożenił się z tobą po to, by przejąć kontrolę nad firmą twojego brata.

- To nieprawda! - Annie podniosła oczy znad krewetek.

- Dziewczyno, uwierz mi. Znam go nieskończenie lepiej niż ty. Wiem, do czego jest 

zdolny,  żeby osiągnąć cel. Wiem również, że miłość  jest u niego ostatnim  powodem do 

żeniaczki. On nawet nie rozumie tego słowa.

- Nie byłabym tego taka pewna - odpowiedziała Annie uprzejmie. - Wydaje mi się, że 

jest bardzo dobry dla swojej rodziny. Przecież opiekował się wami wszystkimi.

- Za wysoką cenę. - We wzroku Sybil rozbłysła zadawniona gorycz. - Chciałabym ci 

doradzić, żebyś to zapamiętała: Oliver do wszystkiego przyczepia etykietkę z ceną.

- Nie ma  powodu, żeby się o mnie  martwić.  - Annie poruszyła  się niepewnie na 

krześle. - Wiedziałam, co robię wychodząc za Olivera.

- Naprawdę? - Sybil zaczęła się jej uważnie przyglądać. - Mam nadzieję, że jesteś na 

tyle inteligentna, żeby nie wychodzić za niego dla pieniędzy. Jeżeli tak, to tracisz czas. Nigdy 

ich nie dostaniesz. Oliver jest zbyt sprytny, żeby dać się oskubać kobiecie.

- Nie wyszłam za niego dla pieniędzy - odpowiedziała rozdrażniona.

- Jeżeli wyszłaś z miłości, rozczarujesz się jeszcze bardziej.

Annie zrezygnowała z krewetek.

- Wydaje  mi  się, że nie ma  sensu kontynuować  tej przyjaznej  pogawędki. Proszę 

wybaczyć, ale muszę wracać do sklepu.

- Annie, poczekaj! - W tonie Sybil pojawiła się nuta desperacji. - Proszę, nie odchodź! 

Chcę z tobą porozmawiać.

- Nie chcę rozmawiać o moim małżeństwie.

- Nie rozumiesz. W wasze małżeństwo jest wplątanych wielu ludzi. Rozumiem, że 

interesuje cię firma twojego brata. Naprawdę musimy porozmawiać.

74

background image

- Jeżeli zamierzasz mnie ostrzegać po raz kolejny, co Oliver planuje zrobić z Lyncroft, 

to daj sobie spokój. Nie jestem w nastroju do słuchania. - Annie podniosła się z krzesła.

- Tylko minutkę. - Sybil przerwała i spojrzała szybko na wysokiego mężczyznę, który 

zatrzymał  się  przy  ich  stoliku.  Przestrach  pospołu  z  ulgą  odmalował  się  w  jej   oczach.  - 

Jonathan? Co ty tutaj robisz?

-   Cześć,   Sybil.   -   Mężczyzna   posłał   Annie   czarujący   uśmiech.   Przez   szkła   jego 

okularów przebijała życzliwość. - Przepraszam. Pozwól, że sam się przedstawię. Nazywam 

się Jonathan Grace. Przyjaciel Sybil.

- Witam. - Annie przyglądała mu się z zaciekawieniem. Wyglądał na solidnego osiłka. 

Można było przypuszczać, że na studiach grał w piłkę nożną. Niektóre mięśnie już mu się 

rozlewały,   jak   u   osób   wkraczających   w   drugie   pięćdziesięciolecie   życia.   Mimo   trochę 

przyciężkich rysów twarzy wyglądał nieźle.

- Nie powinieneś tutaj przychodzić - powiedziała gwałtownie Sybil.

- Myślę, że Annie zrozumie nas i zatrzyma przy sobie ten maleńki sekret. - Jonathan 

usiadł przy stoliku i skinął na kelnera.

- Jaki sekret? - zapytała Annie ostrożnie.

Kelner nalał Jonathanowi kawy.

- Sybil i ja planujemy się pobrać - powiedział bez skrępowania.

Sybil zaczerpnęła powietrza, jakby się dusiła. Wyraz jej oczu przypominał osaczone 

zwierzątko.

- Uzgodniliśmy, że jeszcze zbyt wcześnie, żeby cokolwiek mówić o naszych planach.

- W porządku, kochanie. - Jonathan pogłaskał rękę Sybil, a rozbawione piwne oczy 

skierował   na   Annie.   -   Boję   się,   że   moja   ukochana   żyła   zbyt   wiele   lat   w   strachu   przed 

pasierbem i boi się mówić otwarcie o naszym związku.

- On mnie wyrzuci natychmiast, gdy tylko usłyszy, że zamierzam ponownie wyjść za 

mąż - powiedziała nerwowo Sybil. - Przez szesnaście lat tylko czekał na pretekst, żeby mnie 

przepędzić, a teraz nic mu już nie stanie na przeszkodzie.

Jonathan pogłaskał ją po rękach.

- Przecież wiesz, kochanie, że nie musisz się martwić o zabezpieczenie finansowe. Ja 

się tobą zaopiekuje.

- Chodzi o zasady. - Sybil zacisnęła zęby. - Przecież ci mówiłam. Do diabła, należy mi 

się część fortuny Rainów. Oliver nie ma prawa mi tego wydzierać. To nieuczciwe! Tyle dla 

niego zrobiłam! Jest moim dłużnikiem!

75

background image

- On uważa, że ci wszystko zwrócił. - Jonathan uśmiechnął się czule. - Przyznałaś, że 

był  całkiem   hojny,  kiedy  zaczął  zarabiać   pieniądze.   Twoi  synowie   maja  wszystko   czego 

dusza zapragnie, włącznie z odpowiednim wzorcem ojca.

- Przyznaję, że jest dla nich dobry. Oni nigdy nie poznali swojego ojca. Zastąpił go 

Oliver.  Zawsze   znajdował   czas  dla   nich  i   dla  dziewcząt,   nawet  wtedy,   gdy  pracował  po 

osiemnaście godzin na dobę. Ale mnie zaledwie tolerował, i to tylko dla dobra dzieci.

- Jestem pewna, że to nieprawda, Sybil - wtrąciła Annie.

- Całkowita prawda. - Spojrzała na swoje idealnie wypielęgnowane ręce i zacisnęła 

usta. - On mnie nienawidzi.

- Nie wierzę w to - szepnęła przestraszona Annie.

- Nie znasz go.

- Dlaczego miałby cię nienawidzić?

Sybil westchnęła i spojrzała w bok.

- Zawsze czuł się urażony, że wyszłam za Edwarda po śmierci matki Olivera. Nigdy 

mnie nie zaakceptował.

- Myślisz, że wciąż jest urażony? Po tylu latach? - Annie przechyliła głowę na bok.

- Wiem,  że tak  jest. Nigdy mi  nie przebaczył,  że próbowałam zająć miejsce jego 

matki. - Sybil spojrzała w oczy Annie. - Oliver nigdy nie zapomina i nigdy nie przebacza. 

Każdy o tym wie. Zapytaj Valerie. Pokochała Carsona Shore'a, syna dawnego wroga Olivera. 

Rozmawiałam z nią dzisiaj rano. Cała tonie we łzach, ponieważ Oliver kazał jej się wynosić z 

domu.

Annie przełknęła ślinę. Wiedziała, że to prawda. Nie było powodów wątpić, że reszta 

zarzutów   Sybil   również   jest   prawdziwa.   Wszystko   wskazywało   na   to,   że   Oliver   jest 

rzeczywiście typem człowieka, który przechowuje żałosne urazy. Mimo to poczuła potrzebę 

wystąpienia w jego obronie.

- Dla mnie jest bardzo dobry. - Annie złożyła  ręce na kolanach. - Zgodził się też 

zaopiekować firmą mojego brata do jego powrotu.

- Sybil mówiła, że twój brat zginął w wypadku lotniczym - zauważył ze zdziwieniem 

Jonathan.

- Nie odnaleziono jego zwłok - powiedziała zdecydowanie. - Wierzę, że on żyje.

- Rozumiem, że nie chcesz porzucić nadziei - stwierdził cicho. - Sam straciłem brata 

kilka lat temu. To jest... trudne.

- Daniel jest moim jedynym krewnym. - Annie uśmiechnęła się w podzięce.

76

background image

-   Możesz   podtrzymywać   swoją   nadzieję,   ale   wszyscy   inni   już   się   poddali   - 

powiedziała   Sybil.   Chociaż   słowa   były   obcesowe,   w   jej   głosie   pobrzmiewała   nuta 

współczucia. - Łącznie ze światem biznesu. Dlatego Oliver jest dla ciebie taki dobry, jak 

mówisz. On po prostu dba o swoje inwestycje w Lyncroft Unlimited.

- Boję się, że Sybil w tej jednej sprawie ma rację. - Jonathan powoli mieszał kawę i 

patrzył  na Annie z troską. - Mieszkam w Seattle wystarczająco długo, by usłyszeć dosyć 

plotek o Oliverze. On nie robi nic bezinteresownie, tyle że ci, których to dotyczy, dostrzegają 

to trochę za późno.

Annie dokładnie poskładała serwetkę i położyła ją na stole. 

- Proszę mi wybaczyć, ale muszę już wrócić do pracy. - Głowa Sybil drgnęła, jakby 

rozległ się sygnał alarmowy.

- Mam nadzieję, że nie poczujesz się w obowiązku opowiedzieć Oliverowi o naszej 

rozmowie. On mnie oskarża o mieszanie się w jego prywatne sprawy. To mu da jeszcze jeden 

pretekst,   żeby   mnie   prześladować.  Bóg   świadkiem,   że   już   wystarczająco   mocno   mnie 

nienawidzi.

Annie zawahała się nie chcąc dać się wmieszać w zmowę, chociażby tak niewielką. 

Zauważyła powagę i  zrozumienie w oczach Jonathana.

-   Chyba   naprawdę   byłoby   lepiej,   gdybyś   nie   wspominała,   o   czym   dzisiaj 

rozmawialiśmy - mruknął.

- Czy wszyscy tak postępują z Oliverem? - zapytała Annie. - Celowo utrzymujecie go 

w nieświadomości?

- Im mniej wie, tym lepiej dla nas wszystkich - stwierdziła Sybil. - Wykorzystuje 

każdy strzęp informacji. Dobrze zrobisz, jeżeli to zapamiętasz.

Annie nie potrafiła znaleźć odpowiedniej riposty.  Wstała i wyszła z restauracji nie 

oglądając się za siebie.

T

rzy   dni   później   Annie   siedziała   sama   w   salonie.   Miała   na   sobie   mocno   sprane 

dżinsy i zielony sweter. Wtuliła się głęboko w skórzaną sofę i gapiła markotnie w deszczową 

słotę i w światła promu sunącego przez zatokę Elliota. Okna statku błyszczały jak sznury 

pereł rzucone na czarną toń zimnej wody.

Samotnie podziwiała panoramę zatoki. Przez ostatnie kilka dni Oliver znikał w swoim 

gabinecie zaraz po kolacji.

77

background image

Wiedziała, że pracuje. Spędzał całe godziny nad dokumentami Daniela i raportami 

kierowników   Lyncrofta.   Annie   pomyślała,   że   jeżeli   dzisiaj   będzie   podobnie,   to   opuści 

gabinet, kiedy ona już od dawna będzie spała.

Przez ostatnie kilka dni była dosyć zajęta. Comiesięczna sprawozdawczość nawet tak 

niewielkiego przedsiębiorstwa jak „Sezam” zmuszała do nie kończącej się pisaniny. Dzisiaj 

Annie zapłaciła podatki i składki emerytalne, sprawdziła faktury i podpisane czeki. Jednak 

cały   czas   odczuwała   obecność   Olivera.   Wiedziała,   że   spokojnie   nie   zaśnie,   dopóki   nie 

usłyszy, że mąż opuszcza gabinet i udaje się do głównej sypialni.

Późno   w   nocy   przystanął   na   krótko   przed   jej   pokojem.   Wstrzymała   oddech 

zastanawiając się, co powiedzieć, jeżeli Oliver otworzy drzwi. Ale nie zrobił tego. Poczuła 

wtedy przypływ denerwującego rozczarowania.

Pragnęła go. Sama myśl o tym była dla niej druzgocącym wstrząsem. Nigdy przedtem 

nie odczuwała tak silnego fizycznego i emocjonalnego pożądania. Właśnie tego pożądania 

brakowało jej w znajomości z mężczyznami takimi jak Arthur Quigley czy Melvin Finch.

Zrozumiała,   że   nie   zdoła   stale   ignorować   swoich   uczuć   do   Olivera.   Żywiołowe 

podniecenie zapaliło się w niej od pierwszej chwili, gdy go ujrzała. Bliskość nie zdusiła tego 

płomienia. Nigdy dotąd nie zależało jej na żadnym mężczyźnie. Oczywiście, nigdy dotąd nie 

mieszkała wspólnie z przedstawicielem płci odmiennej w jego domu.

Małżeństwo z wyrachowania okazało się bardzo dziwnym i burzliwym związkiem, tak 

niepodobnym   do   banalnego   porozumienia   handlowego,   jakie   sobie   zaplanowała.   Mimo 

najszczerszych chęci nierealne było traktowanie Olivera jak współlokatora.

Skomplikowany,   tajemniczy   mężczyzna   zamknięty   w   gabinecie   opanował   jej   sny. 

Uczucia   Annie   były   w   stanie   ustawicznego   wrzenia.   Część   jej   duszy   chciała   pobiec   do 

Olivera i wyciągnąć go z mroźnej jaskini gabinetu na światło. Druga część ostrzegała, że 

każda próba ratowania go skończy się katastrofą dla niej samej.

Nie była w stanie skoncentrować się na stosie faktur, które powinna przestudiować. 

Odepchnęła   papiery   na   bok,   wstała   z   kanapy   i   podreptała   po   marmurowej   posadzce   do 

kuchni. Może filiżanka herbaty wyleczy ją z chandry?

Zapaliła światło i kwaśno się uśmiechnęła. Tym razem Bolt gotował kolację, więc 

wszystko lśniło czystością. Annie była ciekawa, co służący robi wieczorami, gdy zjeżdża na 

szóste piętro do swojego mieszkania. Teraz, gdy się dowiedziała trochę o jego przeżyciach, 

nie mogła go traktować jak robota.

78

background image

Napełniła czajnik z blachy nierdzewnej i postawiła na ogniu. Czekając, aż się woda 

zagotuje,   buszowała   po   szafkach   w   poszukiwaniu   filiżanek   i   herbaty.   Chwilę   później 

zagwizdał czajnik.

Odruchowo   przygotowała   dwie   filiżanki.   Postawiła   je   na   spodeczkach   na   tacy   i 

zaniosła do gabinetu, zanim się zastanowiła, co robi. Zapukała dwa razy.

- Wejdź. - Głos Olivera zadudnił basem po drugiej stronie drzwi.

Annie głęboko zaczerpnęła tchu, popchnęła drzwi i weszła do środka.

Oliver siedział za hebanowym biurkiem. Czarne włosy miał jak zwykle związane na 

karku. Kołnierzyk szarej koszuli był rozpięty, a rękawy zawinięte powyżej łokci. Gdy na nią 

spojrzał, światło halogenowej lampy stojącej na biurku stworzyło silny odblask na okularach 

do czytania. Annie lubiła je: Oliver w okularach wydawał się znacznie przystępniejszy.

- Co się stało, Annie?

- Myślałam, że może nie odmówisz sobie herbaty?

Ostentacyjnie zdjął okulary i spojrzał na tacę. Gdy zobaczył oczy Annie, nie mógł 

ukryć radości.

- Dziękuję ci.

Postawiła tacę na biurku i nalała dwie filiżanki, starając się powstrzymać drżenie rąk.

- Jak idą sprawy? - zapytała.

- Całkiem dobrze. Skończyłem przeglądać dokumenty finansowe. Teraz zapoznaję się 

ze sprawozdaniami z badań i prac rozwojowych. - Oliver wziął od niej filiżankę. - Twój brat 

był prawdziwym geniuszem. Niezbyt wielu ludzi ma talent do wynalazczości i do zarządzania 

jednocześnie.

- Chciałeś chyba powiedzieć, że jest geniuszem - sprostowała Annie. Oparła się o 

brzeg biurka i zaczęła machać jedną nogą, popijając herbatę. - On powróci, Oliverze.

- Mam nadzieję, że powróci. Dla twojego dobra.

Annie parę razy machnęła nogą, zanim się odezwała:

-   Wiesz   co?   Zastanawiałam   się,   czy   nie   powinnam   razem   z   tobą   siedzieć   tutaj 

wieczorami   i   zapoznawać   się   z   tą   dokumentacją.   Chyba   poznanie   wewnętrznych   spraw 

Lyncroft nie osłabiłoby mojego zdrowia?

-   Już   to   przedyskutowaliśmy,   Annie.   Zrozumiałem,   że   to   mnie   pozostawiłaś 

zarządzanie firmą Lyncroft Unlimited aż do powrotu Daniela.

- Oczywiście! - odpowiedziała szybko. - Ale to firma brata i czuję się w obowiązku 

rzucić okiem na niektóre sprawy.

79

background image

- Jesteś zajęta swoim butikiem. Jeśli się włączysz do zarządzania Lyncroft Unlimited, 

ucierpi na tym „Sezam”. Małe przedsiębiorstwa też wymagają ciągłej opieki właściciela.

- Wiem. - Annie jednak nie chciała dać za wygraną. - Niemniej czuję, że powinnam 

więcej wiedzieć na temat Lyncroft.

- Rozumiem. - Oliver odstawił filiżankę i wstał. Podszedł do skalnego ogródka Zen i 

studiował przez chwilę rysunek grabi na piasku. - Czy to nie ma przypadkiem nic wspólnego 

ze sprawami, o których dyskutowałaś z Sybil w restauracji kilka dni temu?

- Wiesz, że zjadłam z nią lunch? - Annie przestała nagle machać nogą.

- Tak.

- Skąd o tym wiesz?

- Czy to ma znaczenie?

- Tak! Myślę, że ma! - Annie zagryzła wargi. - Nie wspomniałam ci o tym.

- Dlaczego nic nie powiedziałaś?

Wyraźna delikatność tego pytania uspokoiła ją zupełnie.

- Sybil powiedziała, że nie będzie ci się to podobało. Prosiła, żebym ci nic nie mówiła.

- I zrobiłaś to, o co cię prosiła?!

- No dobrze, zrobiłam. Współczuję jej trochę, jeśli już chcesz znać prawdę. Myślę, że 

ją przerażasz.

- Ja?

- Oczywiście, że nie.

- No tak! - Kontynuował studiowanie wzorów na piasku. - A gdybym cię poprosił o 

zrobienie czegoś dla mnie, to zareagowałbyś podobnie?

- Zależy o co mnie poprosisz - szepnęła.

Czuła  narastające napięcie,  które  pulsowało  w  całym  pokoju, dosięgnęło  jej  ciała, 

zatopiło się i okręciło wokół żołądka.

- Chciałbym, żebyś mi przyrzekła, że nigdy więcej mnie nie okłamiesz. Nawet jeśli 

będziesz chciała kogoś osłaniać.

Dziwny, melancholijny ton jego głosu niemal rozerwał jej serce. Nagle zrozumiała, że 

Oliver doskonale wie, że ludzie ukrywają przed nim wiele spraw, obawiając się jego reakcji. 

Tak postępują członkowie jego własnej rodziny, o której dobro tak zaciekle walczył! Wiedział 

o   tym   i   martwił   się.   Bezradnie   usiłował   wymyślić   sposób,   by   ludzie,   których   ochrania, 

powierzali mu swoje sekrety. Sam się emocjonalnie odizolował i nie miał pojęcia, jak rozbić 

bariery, które ustawił. Uniemożliwiały mu przecież normalne porozumiewanie się z rodziną.

80

background image

- Och, Oliverze! - Annie odstawiła filiżankę, zsunęła się z biurka i podbiegła do niego, 

objęła   go   w   pasie   i   tuliła   się   z   gwałtowną   czułością.   Przypominało   to   objęcie   żywego 

lamparta. Oliver składał się z gładkich ścięgien i mocnych muskułów. Zapach mężczyzny 

coraz bardziej drażnił jej zmysły.

- Przysięgam, że nigdy cię nie okłamię - wyszeptała przyciskając usta do jego koszuli.

Odwrócił się nagle, chwytając jej twarz w mocne, twarde dłonie. Zadrżała widząc jego 

gorące i dzikie oczy. Siła Olivera już Annie nie przerażała. Kolana jej zmiękły z pożądania, 

jakby były z waty.

- Dziękuję ci - powiedział. - Ja też przysięgam, że nigdy cię nie okłamię. Zawieramy 

układ?

- Tak. - Wiedziała, że ma zamiar ją pocałować. Pragnęła tego pocałunku bardziej niż 

czegokolwiek na świecie.

Przyznała ostatecznie, że zakochała się w tym tajemniczym Oliverze.

Ale nie mogła dalej jasno myśleć, ponieważ jego usta dotknęły jej warg i wszystko 

wokół zniknęło, prócz świadomości, że ona pragnie jego, a on jej.

81

background image

Rozdział ósmy

W

 chwili gdy wziął ją w ramiona, Annie wiedziała, że pozwoli mu na wszystko. Tak 

naprawdę, już wcześniej wiedziała, co się wydarzy, zanim zaniosła herbatę do jego gabinetu. 

Sama dokonała wyboru.

Wcale nie dlatego, że pragnęła go tak mocno jak żadnego mężczyzny do tej pory. 

Raczej dlatego, że wiedziała, jak mocno on jej pragnie.

Nawet wtedy, gdy usta Olivera powoli wędrowały po jej twarzy, wiedziała, że nie 

powinna mieć nadziei, że usłyszy miłosne wyznania. Jeszcze nie nadszedł na to czas. To by 

było zbyt groźne dla jego poczucia samokontroli.

Annie podejrzewała, iż Oliver w głębi duszy żywi przekonanie, że dopóki myśli nie 

zostaną   wypowiedziane,   dopóty   można   je   ignorować.   Gdyby   został   zmuszony   do   ich 

sformułowania,   sprzeciwiłby   się   zdecydowanie.   Prawdopodobnie   uznałby   to   za   wyraz 

słabości.

Niech już będzie tak, jak jest, pomyślała Annie zarzucając mu ramiona na szyję. W tej 

sytuacji ona powinna się poddać w swoim i jego imieniu. Odczuwała wielką radość oddając 

się mężczyźnie, który zasłużył na trochę szczęścia.

- Annie?

Oliver pocałował kącik jej ust, a potem ucho. Przesunął ręce z pleców do talii.

Zadrżała. Natarczywość męża dolewała ognia do jej krwi jak pobudzający narkotyk. 

Pogłaskała koniuszkami palców jego włosy i dotknęła twarzy.

- Tak! Tak! Proszę, Oliverze!

Oczy   mu   zapłonęły.   Przygarnął   ją   do   siebie   bez   zbędnych   słów.   Był   znacznie 

silniejszy, niż się jej wydawało. Bez wysiłku wziął ją na ręce i zaniósł na długą kanapę w 

drugim końcu pokoju. W myślach Annie pojawił się obraz Persefony porywanej do piekieł.

Posadził ją pomiędzy czarnymi i złotymi poduszkami i wyprostował się, aby ogarnąć 

ją wzrokiem, który przepalał ubranie. Delikatny blask księżyca oświetlał pożądanie malujące 

się na jego twarzy.

- Jesteś pewna? - zapytał.

- Tak. - Ledwie mogła mówić. - A ty?

82

background image

- Byłem zdecydowany od samego początku. - Uśmiechnął się nieznacznie. - Ale ty 

musisz   mieć   całkowitą   pewność.   Po   tej   nocy   nie   będziesz,   mogła   powrócić   do   roli 

współlokatorki.

- Wiem - szepnęła.

Skoro już Oliver zostanie jej kochankiem, nie będzie mogła  dalej udawać, że jest 

jedynie jego przyjaciółką. Prymitywna, kobieca obawa ostudziła nieco podniecenie. Po tej 

nocy nie będzie już taka sama jak przedtem. Ta pewność jednocześnie studziła uczucia i 

rozgrzewała je.

- Cieszę się, że przyszłaś do mnie - powiedział. - Czekanie na ciebie nie było wcale 

łatwe.

Annie podniecał nieubłagany wzrok Olivera. Czuła, jak roztapiają się jej wnętrzności. 

Głęboki, przeciągły ból objął dolną część ciała. Wyciągnęła rękę, by ująć jego dłoń.

- Naprawdę czekałeś na mnie?

Powoli osunął się na poduszki obok Annie. Ciepła dłoń odszukała jej pierś i objęła ją 

czule i władczo.

- Dłużej, niż przypuszczasz.

- Już od pierwszego naszego spotkania na zaręczynach Daniela miałam nadzieję, że 

tak będzie. - Uśmiechnęła się drżąc na całym ciele.

- Pragnąłem cię wtedy - powiedział i nachylił się nad nią. - Teraz pragnę cię jeszcze 

bardziej.

Pochylił głowę i pocałował miękką, bezbronną szyję.

Annie  zaczerpnęła  powietrza,  gdy poczuła,  że długie, wrażliwe  palce  wsuwają się 

między jej uda. Miała wrażenie, że parzą przez materiał dżinsów.

- Oliver?

- Jestem tutaj. - Podciągnął jej sweter lekko do góry, opuścił głowę i zaczął całować 

po brzuchu. - I nigdzie nie odejdę.

Zaczęła   rozpinać   mu   koszulę,   czując   potrzebę   dotknięcia   jego   nagiej   skóry.   Nie 

opierał się, ale też nie pomagał. Gdy w końcu rozpięła guziki, zobaczyła skręcone czarne 

włosy, pokrywające całą pierś. Pospiesznie zanurzyła w nich palce. Zachwyciły ją twarde, 

muskularne kształty jego ciała.

Dotykanie   go   było   takie   przyjemne!   Doskonałe.   Wszystkie   marzenia   Annie   o 

idealnym   mężczyźnie   spełniły   się.   Była   ogłuszona   burzą   pożądania,   która   się   w   niej 

rozszalała. Nigdy w życiu nie przeżywała nic podobnego. Dosłownie cała była w ogniu. Było 

83

background image

to   niewiarygodne   uczucie.   Poeci   nazywają   je   namiętnością,   ale   ona   odczuwała   raczej 

cudowną pewność. Chciała krzyczeć na cały świat o swoim uniesieniu.

- Pospiesz się! - Przywarła do niego. - Proszę, szybciej!

Jego   uśmiech   był   przepełniony   satysfakcją.   Ręka   między   jej   nogami   była   coraz 

cieplejsza.

- Już jesteś mokra.

- Och! Boże...! - Uniosła biodra wychodząc na spotkanie błądzącej ręce, nie zważając 

na to, że dżinsy są coraz bardziej wilgotne. - Nigdy się tak nie czułam.

- Cieszę się. - Nachylił się nad nią znowu i ucałował tak mocno, że straciła oddech. 

Przez cały czas trzymał rękę między udami i delikatnie naciskał.

Annie myślała, że oszaleje. Zacisnęła kolana łapiąc w potrzask jego palce, prosząc 

jakby o bardziej intymny dotyk.

Oliver   zaśmiał   się   cicho   w   ciemności,   co   bardzo   ją   zaskoczyło.   Nigdy   dotąd   nie 

słyszała   jego   śmiechu.   Dźwięk   był   nietypowy:   coś   pomiędzy   dzikim   warknięciem   a 

gburowatym pomrukiem.

Zobaczyła światło księżyca odbijające się w jego oczach.

- Wszystko w porządku, Annie - wyszeptał jej prosto w usta. - Zajmę się wszystkim.

Chciała go zapytać, o czym mówi, ale nie mogła odnaleźć właściwych słów. Gdy 

zamknął jej usta kolejnym pocałunkiem, usłyszała delikatny szczęk metalu i zrozumiała, że 

odpiął jej dżinsy.

Po   chwili   trzymał   rękę   w   jej   majteczkach   poszukując   wilgotnego,   gorącego   i 

obolałego   miejsca   między   udami.   Nie   mogła   złapać   powietrza.   Gdy   poczuła,   jak   powoli 

wchodzi w nią palec, przestała w ogóle oddychać. Nagle gwałtownie zaczerpnęła tchu.

- Oliver! Teraz! Proszę! Nie mogę czekać! Nie mogę dłużej czekać!

-   Nie   musisz   czekać.   -   Jego   głos   brzmiał   ochryple.   Wsunął   język   w   jej   usta, 

jednocześnie delikatnie wkładając w nią drugi palec.

Jęknęła,   gdy   nacisnął   ją   delikatnie,   i   otwarła   się   całkowicie.   Dziwne,   pulsujące 

napięcie   ogarnęło   całe   jej   ciało.   Objęła   go   mocno   i   przytuliła   się   z   całej   siły,   usiłując 

utrzymać  go jak najbliżej siebie. Jego palce poruszały się w niej, znalazły najwłaściwsze 

miejsce.

- Oliver! Proszę...

- Pozwól  mi  zobaczyć,  jak odfruwasz. Jesteś  bezpieczna.  Jestem tutaj  i zdążę  cię 

złapać.

84

background image

Coś w niej wybuchło. Napięcie, które ściskało ją przed chwilą, znalazło nagle ujście w 

postaci wyjątkowej eksplozji doznań. Jej ciało pulsowało i drgało wokół jego palców, i wtedy 

nadeszły fale rozkoszy.

Zdyszanym głosem szeptała w kółko jego imię.

Chwilę   później   opadła   luźno   w   jego   ramionach.   Poczuła,   jak   głaszcze   ją   wzdłuż 

kręgosłupa, powoli i delikatnie.

- Pięknie. - Pocałował ją w ramię. - Cudownie. Od początku wiedziałem, że jesteś 

jedyna w swoim rodzaju.

- To rzeczywiście zachwycające, absolutnie zachwycające. - Popatrzyła na niego przez 

ciężkie, opadające powieki.

Uśmiech miał tak pełen satysfakcji, jakby to on sam doznał zaspokojenia.

- Cieszę się.

- Nigdy tak się nie czułam, nigdy w życiu. Nie doświadczyłam nic podobnego!

- To dobrze.

Może wszystko wydawało mi się tak wspaniałe, bo jestem zakochana, pomyślała na 

wpół drzemiąc. Nagle ocknęła się i skonsternowana spojrzała na Olivera.

- Ty się nawet nie rozebrałeś.

- Mamy jeszcze wiele czasu. - Pocałował ją w mokre czoło. - Właściwie całą noc.

- Tak, wiem - odpowiedziała słabnącym głosem.

Zrozumiała,   że   coś   nie   jest   w   porządku.   Czuła   to.   Odszukała   twarz   Olivera   w 

ciemności.   Jego   oczy   ciągle   płonęły   pożądaniem,   tak   jak   do   tej   pory.   Miał   erekcję,   ale 

bezbłędnie kontrolował swoje ciało.

W końcu Annie zrozumiała, co wzbudziło jej niepokój. Od chwili gdy wyznała mu 

chęć pójścia do łóżka, przejął całkowicie dowodzenie. Wszystko było przez niego dokładnie 

przygotowane. Sterował jej namiętną uwerturą tak, jak kierował wszystkim w swoim życiu.

- Pragniesz mnie? - wyszeptała.

- Bardziej, niż mogłabyś  sobie wyobrazić. Wezmę cię, gdy nadejdzie odpowiednia 

pora.

- Nie uważasz, że już nadeszła? - zamruczała.

- Wkrótce. - Oliver wstał, nachylił się i wziął ją na ręce.

Annie przytuliła się do niego. Po orgazmie czuła się tak, jakby brakowało jej kości. 

Niewielki   dreszcz   chłodu   troszeczkę   złagodził   jej   rozleniwiające   rozgrzanie.   Oliver   jej 

pożądał, ale nie miał zamiaru wystawiać się na łaskę ani swojej, ani jej namiętności.

85

background image

Zrozumiała, że mąż chce sobie i jej udowodnić, kto tu sprawuje rządy. Najwidoczniej 

nie miał zamiaru się poddawać nawet własnej żądzy.

Gdy przenosił ją na rękach obok skalnego ogródka, zauważyła jakiś zielony błysk. 

Spojrzała w dół. To lampart się przyglądał, jak ją unoszą w ciemność nocy.

N

iedługo później małżeństwo zostało skonsumowane. Ciemnoszare prześcieradła w 

łożu Olivera zostały dokładnie pomięte wskutek gwałtownych uniesień, jakimi pan młody 

obdarzył wyczerpaną pannę młodą.

Wynurzył  się nad nią z ciemności. Jego ramiona i wysmukłe kształty rozbłysły w 

poświacie księżyca. 

Panowanie nad sobą niemało go kosztowało, pomyślała Annie widząc na nim połysk 

potu. Przynajmniej to nie było dla niego łatwe.

Po trzech godzinach namiętności Oliver całkowicie nad sobą panował. Annie była 

załamana widząc, że nie ma na niego takiego wpływu, jak on na nią. Pragnął jej, ale na 

swoich warunkach, na swój sposób i w czasie dogodnym dla niego.

- Popatrz na mnie. - Musnął ustami jej czoło. - Chcę widzieć twoje oczy w chwili, gdy 

stajesz się moja.

Annie posłuchała. Była zbyt wyczerpana, żeby się sprzeciwić. Ich oczy się spotkały. 

Czuła,   jak   topnieje   pod   jego   palącym   wzrokiem.   Wszedł   w   nią   jednym   powolnym, 

delikatnym   i   dobrze   wymierzonym   ruchem   ciała.   Zrozumiała,   że   nawet   w   finale 

konsumowania małżeństwa Oliver ciągle ma nad nią władzę.

Niemal   zaczęła   przeklinać   z   rozczarowania,   chociaż   nigdy   w   życiu   nie   była   tak 

cudownie zaspokojona. W tej chwili Oliver całkowicie się w niej zanurzył. Niewiarygodne, 

ale jej zmęczone ciało wciąż reagowało żywiołowo.

- Jaka ciasna - wyszeptał. Wtulił czoło w jej włosy i czekał, aż ciało Annie się do 

niego dostosuje. - Jesteś do mnie dopasowana jak rękawiczka.

Wyszedł lekko i powoli wszedł w nią znowu. Zadrżała. Zacisnęła się wokół niego.

- To wspaniałe uczucie. - Głos Olivera był napięty i gardłowy.

Wbiła   mu   paznokcie   w   ramiona.   Podniosła   ostrożnie   głowę,   sprawdzając   jego 

rozmiary. Był ogromny! Ciężar ciała Olivera wgniatał ją w prześcieradła.

- Tak. Właśnie tak. Boże! Tak! - Zazgrzytał zębami. Wsunął dłoń pomiędzy ich ciała i 

znalazł czułe miejsce w gęstwinie włosów na podbrzuszu. Annie cicho krzyknęła.

Zaczekał, aż przestanie drżeć. Wtedy, i dopiero wtedy, pozwolił sobie na spełnienie.

86

background image

Annie była zbyt wyczerpana, usnęła, zanim z niej wyszedł. Jej ostatnia myśl krążyła 

wokół podejrzenia, że to nigdy nie nastąpi. Oliver powinien rozumieć, że istnieje coś takiego 

jak przerost samokontroli. Nie wiedziała, ile podobnych nocy jeszcze wytrzyma.

O

budziła się, gdy poświata księżyca zalała cały pokój. Przez chwilę nie wiedziała, 

gdzie się znajduje. Poczucie niepewności tak nią zawładnęło, że wszystko wydawało się jej 

snem. Dopiero po chwili poczuła ciężar ręki Olivera na swojej piersi. Ogniste wspomnienia 

napłynęły gwałtowną falą.

Odwróciła głowę na poduszce i ujrzała śpiącego obok męża. Blade światło z okna 

podkreślało jego ostre rysy. Podczas nocnych harców czarne włosy wyzwoliły się ze wstążki, 

która je podtrzymywała z tyłu, i rozsypały się po poduszce nadając mu wyraz prymitywny i 

nieokrzesany. Poszła do łóżka z dzikusem!

Leżała bardzo cicho, przypominając sobie wygląd jego nagiego ciała. Był silny nie 

tylko psychicznie, ale również fizycznie. Mocny, wysoki, dobrze zbudowany. Nie pozwalał 

sobie   na   zniewieściałość.   Męski   wdzięk,   który   zawsze   u   niego   podziwiała,   sprawiał 

nieskończenie silniejsze wrażenie, gdy zdjął ubranie.

Usiadła i rozejrzała się po pokoju. Zaglądała już wcześniej do sypialni gospodarza, 

kiedy   tylko   wprowadziła   się   do   tego   mieszkania,   ale   nigdy   nie   była   w   środku.   Aż   do 

dzisiejszej nocy zagradzała jej drogę jakaś niewidzialna bariera. I pomyśleć, że są kobiety, 

które nawet do najbardziej prywatnych pomieszczeń wchodzą bez zaproszenia.

Sypialnię wypełniały ciemne cienie. Obok czarnej komody stał szary stylizowany fotel 

z metalu.  Miękkie światło  księżyca  wydobywało  złote  nitki w skromnym,  abstrakcyjnym 

wzorze wyhaftowanym na oparciu.

Annie niespokojnie uwolniła się spod ciężaru ręki Olivera, odchyliła pomiętą pościel i 

wstała z łóżka. Czuła się bezbronna i było jej zimno. Chwyciła więc pierwszą lepszą część 

garderoby. Była to koszula Olivera. Włożyła ją i pobiegła do okna. Głęboko w dole lśniły 

neony   nabrzeża   Seattle.   Tam,   gdzie   była   zatoka   Elliotta,   widać   było   jedynie   bezkresną 

ciemność.

- Co robisz, Annie?

Podskoczyła   na   dźwięk   jego   niskiego   głosu.   Spojrzała   szybko   przez   ramię. 

Przypatrywał się jej z łóżka. Jego oczy lśniły światłem księżyca. Wydobył się ze zmiętych 

poduszek z prostotą naturalną dla dzikich kotów. Ciemna, zmierzwiona grzywa opadała na 

wysmukłe i muskularne ramiona.

87

background image

- Myślałam, że śpisz - szepnęła.

- Poczułem, że wychodzisz z łóżka. Czy coś jest nie tak? - W jego głosie brzmiało 

autentyczne zatroskanie.

- Nie. Wszystko w porządku. Wstałam z łóżka, żeby podziwiać panoramę.

Czuła na sobie jego wzrok, owinęła się więc szczelnie koszulą.

- Oliver?

- Słucham.

Nie wiedziała, co powiedzieć. Nie wymyśliła jeszcze, jak ma się poskarżyć na ten 

niewiarygodny sposób uprawiania miłości. Jak kobieta może powiedzieć mężczyźnie, że jest 

zbyt dobry w łóżku?

- Nic. Myślałam o nas.

- Z przyjemnością to słyszę. O tym właśnie powinnaś myśleć tej nocy.

Annie usłyszała, jak Oliver wstaje z łóżka. Przemierzył bezszelestnie szary dywan, 

przyciągnął jej plecy do swojego muskularnego ciała i objął ją wpół, chwytając w dłonie 

piersi. Czuła nad uchem gorący oddech.

-   Nigdy   nie   zapomnę   dzisiejszej   nocy,   jak   długo   będę   żył   -   powiedział   całując 

wgłębienie w jej obojczyku.

- Ja również. - Gwałtownie odprężyła się po tych ciepłych i zmysłowych słowach. 

Zapach   Olivera   wzmagał   w   niej   jakiś   prymitywne   poczucie   bezpieczeństwa.   Podobnie 

działały na nią jego silne ramiona. Annie poczuła się pewniej.

Przechyliła  się i powoli odtajała  w jego cieple.  Zrozumiała,  że denerwuje się bez 

powodu. Oliver jest tak samo opanowany w seksualnych namiętnościach, jak we wszystkim, 

co robi. Dlaczego ją to niepokoi? Czego innego mogła się spodziewać?

- Jest ci zimno. - Złożył kolejny maleńki, podniecający pocałunek na jej karku.

- Niezbyt - powiedziała.

Przynajmniej  nie teraz, gdy tak ją trzymał  i ogrzewał swoim silnym  ciałem.  Była 

pewna, że wszystko się dobrze skończy.

Gdyby   była   uczciwa   względem   siebie,   przyznałaby   się   do   przesady   w   ocenie 

ostatniego  pokazu samokontroli  Olivera.  Głęboko w sercu  pragnęła  być  jedyną  osobą  na 

świecie, która go zmusi do utraty tej samokontroli.

- Annie?

- Hmm? - Wtuliła się w niego głębiej. Kędzierzawe włosy na jego piersi były trochę 

szorstkie dla skóry jej pleców.

88

background image

Oliver delikatnie przygryzał jej ucho. Jedną rękę przesunął na skraj koszuli, poniżej jej 

brzucha.

- O czym rozmawiałaś z Sybil w restauracji?

Annie jakby przeszył piorun. Skamieniała. Po chwili zalała ją fala zimnej wściekłości.

-   Ty   sukinsynu!   Ty   draniu!   Jak   możesz?   -   Chwyciła   go   za   ramiona   usiłując   się 

uwolnić.

Oliver wypuścił ją natychmiast i zapytał:

- Annie? Co się z tobą dzieje, do diabła?

- Co się ze mną dzieje? Ze mną? - Odwróciła się gwałtownie i odskoczyła od niego na 

kilka kroków, poza zasięg jego rąk. - Co ty sobie myślisz? Uważasz, że dam się nabrać na 

twoje podłe chwyty?

- Uspokój się.

- Nie uspokoję się! - Zaczęła szybko chodzić tam i z powrotem. Złapała nie zapiętą 

koszulę i dokładnie okryła piersi. - To jest wstrętne! Wstrętne!

- Zadałem ci proste pytanie.

- Pewnie! Proste pytanie! Już nie ma prostych pytań. Chciałeś podstępem wyciągnąć 

ze mnie informacje. Uwiodłeś mnie, żebym ci opowiedziała rozmowę z Sybil. Powinieneś się 

wstydzić!

- Myślałem, że zawarliśmy porozumienie. - Mówił bardzo delikatnie. - Przyrzekłaś 

mnie nie okłamywać.

Rzuciła mu jadowite spojrzenie. Stał na lekko rozstawionych nogach podpierając się 

rękami w biodrach. Zupełnie się nie przejmował całkowitą nagością.

Oczywiście,  gdy się  posiada  takie  ciało,  nie ma  się czym  przejmować,  pomyślała 

obrażona Annie.

- Dałam ci słowo - powiedziała z dumą. - Nigdy cię nie okłamię.

- A więc opowiedz mi, co się wydarzyło między tobą a Sybil. - Uśmiechnął się lekko.

- Co się wydarzyło pomiędzy mną a Sybil? To nie twój cholerny interes!

- Wszystko, co się wydarzy w tej rodzinie, to mój interes, Annie.

-   Niekoniecznie.   W   każdym   razie   nie   mam   zamiaru   dyskutować   z   tobą   na   ten 

konkretny temat. Nie teraz.

- A co z twoim przyrzeczeniem?

- Nie okłamuję cię! - Wściekła się. - Po prostu odmawiam opowiadania o prywatnych 

rozmowach z innymi ludźmi.

- Przecież to kłamstwo!

89

background image

- Nieprawda - odpowiedziała. - W każdym razie Sybil musi być przekonana, że tej 

sprawy z tobą nie dyskutowałam. Wierzy,  że uszanuję jej prywatność. To samo obiecuję 

tobie. Nie mam zamiaru jej mówić o żadnych poufnych rozmowach twoich czy moich.

- Mam nadzieję. W przeciwnym razie kosztowałoby cię to piekielnie drogo.

- Powiedz mi coś, Oliverze. - Popatrzyła na niego zawiedziona. - Dlaczego jesteś tak 

wrogo do niej usposobiony? Jak możesz po tylu latach ciągle mieć za złe, że chciała zająć 

miejsce twojej matki?

- To wcale nie jest powód - odpowiedział unosząc brwi.

-   Być   może   była   dla   twojego   ojca   zbyt   młoda.   -   Machnęła   ręką,   jakby   nagle 

zrozumiała, że to nie jest sensowny argument.

- Ona ci podsunęła takie wyjaśnienie? - zapytał.

Zerknęła na niego niepewnie. Zaschło jej w gardle, gdy tylko pojawiła się ta natrętna 

myśl. W końcu wykrztusiła z siebie:

- Oliverze, czy ty przypadkiem się kiedyś w niej nie kochałeś?

- Nie - odpowiedział z niesmakiem. - Annie, czy nie możesz  przestać analizować 

moich stosunków z Sybil? To nie ma nic wspólnego ze sprawami, które ustalamy.

- Myślę, że ma. - Ulga, że Oliver nie złamał sobie serca przez Sybil, ułagodziła nieco 

Annie. - Myślę, że to wszystko jest bardzo powiązane z naszymi sprawami. Powiedz mi, 

dlaczego jej nienawidzisz.

- To nieprawda. Ale nigdy jej nie zaufam - stwierdził z nieodgadnionym wyrazem 

twarzy.

- Dlaczego?

- Dlatego że pewnego dnia przyszedłem do domu ojca i znalazłem ją w łóżku z jej 

poprzednim kochankiem - wycedził przez zęby. - Nie ufam jej, bo jest zdolna do zdrady. Czy 

ta odpowiedź cię zadowala?

Annie zamrugała oczami, przejęta złością, która pulsowała w Oliverze. Nie mogła 

zapomnieć, że pod maską opanowania kryją się w nim bardzo głębokie i niezwykle burzliwe 

wody.

-   No   tak   -   odpowiedziała   cicho.   -   Takie   coś   nie   wpływa   chyba   najlepiej   na   tak 

młodego człowieka. Znalezienie macochy w łóżku z obcym mężczyzną...

-   Nie   doznałem   żadnego   urazu.   Zdobyłem   jedynie   dodatkowe   kształcące 

doświadczenie. Tego dnia nauczyłem się wszystkiego o Sybil.

- Naprawdę? - Annie przyglądała się mu z zaciekawieniem. - Powiedziałeś o tym 

ojcu?

90

background image

- Nie.

- Dlaczego? Przecież przywiązujesz taką wagę do prawdomówności.

- To proste. Dzieciaki jej potrzebowały - odrzekł zimno. - Uwierz lub nie, ale ona była 

bardzo dobra dla Heather i Valerie. Wiedziałem też, że jeżeli ją wkopię, to Richard i Nathan 

nigdy nie poznają swojego ojca.

- A więc tak. Pozwoliłeś jej zostać dla dobra rodziny?

- Mówiąc bez osłonek, tak.

- A co powiedziałeś Sybil? - Annie spojrzała na niego z zaciekawieniem.

- Powiedziałem jej - Oliver drgnął - że jeżeli chce się cieszyć z części fortuny Rainów, 

to musi chodzić prostymi i uczciwymi ścieżkami.

- I od tamtego czasu terroryzujesz ją do dzisiaj?

- Nigdy jej nie terroryzowałem - odpowiedział oschle.

- Tak. Właśnie tak robiłeś. Ona jest przekonana, że jej nienawidzisz.

- Owszem, nie przepadam za nią - przyznał.

- To nieszczęsne wydarzenie miało miejsce wiele lat temu.

- Szesnaście, jeśli chcesz dokładnie wiedzieć.

- Na litość boską, ludzie przecież się zmieniają! Jeżeli chcesz poprawić swoje stosunki 

z Sybil, musisz zapomnieć o przeszłości.

-   A   czemu   miałbym   poprawiać   swoje   stosunki   z   Sybil?   -   Oliver   spojrzał   na   nią 

rozbawiony. - Nasze obecne kontakty są według mnie bardzo dobre.

- Mój Boże! Wszyscy myślą, że jesteś niewiarygodnie sprytny, ale ja uważam, że jest 

odwrotnie. Jeżeli chodzi o pewne sprawy, to jesteś tępy jak kamień. - Przestała krążyć po 

pokoju i stanęła przed mężem. - Uwierz mi, twoje stosunki z macochą naprawdę nie są dobre.

- Uwierz mi, Annie, że nic mnie to nie obchodzi. A więc o czym rozmawiałyście w tej 

restauracji?

- Ja - zaczęła wyraźnie i zdecydowanie – absolutnie nie mam zamiaru opowiadać ci o 

żadnej sprawie, którą poruszałyśmy podczas naszego spotkania z Sybil. To wszystko.

Oliver potakiwał zgodnie, jakby akceptował tę odpowiedź.

- Co myślisz o Jonathanie Grace? Czy istnieje szansa, że oni się pobiorą?

- Skąd wiesz, że był tam Jonathan Grace? - Annie otworzyła usta ze zdziwienia.

- Bolt sprawdza dla mnie takie sprawy.

- Bolt? Kazałeś Bokowi mnie szpiegować?

91

background image

- On cię nie szpieguje, Annie. - Zamilkł na chwilę. - Prosiłem go, żeby miał na ciebie 

oko, ponieważ wcześniej czy później Sybil będzie usiłowała cię dopaść. Chciałem wiedzieć, 

czy zacznie zatruwać nasz związek.

-   Nie   do   wiary.   -   Oszołomiona   Annie   zataczając   się   podeszła   do   fotela   i   ciężko 

usiadła. - Kazałeś mnie śledzić.

- Czujesz się dobrze? - Oliver wyglądał na zatroskanego. - Może jesteś chora?

- Lada chwila mogę zwymiotować.

- Chodź, pomogę ci przejść do łazienki - powiedział podchodząc do niej.

- Nie dotykaj mnie, proszę! Powtarzam, nie dotykaj! - Wyciągnęła rękę w obronnym 

geście.

- Annie, jeżeli źle się czujesz, mogę cię zawieźć na ostry dyżur.

- Nie jestem chora. Nie tak, jak myślisz, ale nie martw się. Nie zwymiotuję na twój 

dywan.   -   Zaczęła   bębnić   palcami   po   poręczy   fotela.   Spojrzała   ze   złością   na   Olivera. 

Pomyślała, że troska w jego oczach jest chyba autentyczna. - Musisz mi wybaczyć. Jestem 

trochę skołowana. Czy ty przypadkiem nie masz brata-bliźniaka?

- Bliźniaka?

- Chyba jest was dwóch - mówiła cierpliwie. - Dobry Oliver i zły Oliver. Czy to jest 

bajka, w której występują bliźniacy: jeden dobry i jeden zły?

- Nie. - Uśmiechnął się nieznacznie.

- Bałam się tego. To oznacza, że musimy stawić temu czoło. - Zerwała się na równe 

nogi, ciągle osłaniając się szczelnie koszulą. - Chyba zaczynam rozumieć prawdziwą naturę 

stojącego przed nami problemu.

- Cieszę się, że chociaż jedno z nas to rozumie.

- Zdaje się, że nigdy nie dostałeś po łapach! - Znowu zaczęła krążyć po pokoju tam i z 

powrotem.

- Nie całkiem.

- To była przenośnia. - Spiorunowała go wzrokiem. - Prawda jest taka, że rządzisz 

swoją rodziną tak samo, jak zarządzasz swoim imperium finansowym. A teraz ci się wydaje, 

że w taki sam sposób będziesz rządził żoną!

- Annie, chyba trochę przesadziłaś.

Odwróciła się i wymierzyła palcem prosto w jego pierś.

- Twój problem jest bardziej złożony, niż myślałam.

- Pamiętam, że mówiłaś coś o mojej niekomunikatywności.

- To wykracza poza niemożność porozumiewania się.

92

background image

- Już to przerabialiśmy. Mam rację? - zapytał uprzejmie.

- Wykonałam bardziej szczegółową analizę. - Uniosła hardo podbródek.

- Rozumiem.

- A więc masz silną, naturalną tendencję do dominacji nad każdym i nad wszystkim w 

twoim   życiu.   Prawdopodobnie   wynika   to   z   odpowiedzialności,   jaka   spadła   na   ciebie   w 

młodym   wieku.   Albo   już   taki   się   już   urodziłeś.   Masz   osobowość,   która   nazywa   się 

przywódczą.

- Zapamiętam to sobie. - Zrobił krok w jej stronę, ale zatrzymał się, gdy pogroziła mu 

palcem. - Jest coś jeszcze?

- Owszem, i to sporo. Pozwolono ci zostać tyranem. Nikt nie mógł ci się oprzeć. 

Rodzina   cię   szanuje   i   podziwia,   ale   jeszcze   bardziej   się   ciebie   boi.   Rozwinąłeś   w   sobie 

dyktatorskie skłonności, bo nikt ci się nie przeciwstawił i nie nakreślił granicy. Ale ja się 

ciebie nie boję, Oliverze.

- Cieszę się. - Zrobił ku niej następny krok podkradając się coraz bliżej z ogromną 

cierpliwością.

- Teraz nastąpią tutaj pewne zmiany. - Cofnęła się o krok i zatrzymała.

- Tutaj?

-   Tak.   Przede   wszystkim   nie   życzę   sobie,   żeby   Bolt   mnie   szpiegował.   Skóra   mi 

cierpnie. Pomyśl, jak byś się czuł, gdyby ktoś ciągle za tobą chodził.

- Dobrze - zgodził się po namyśle.

-   Tak   myślałam.   -   Spojrzała   na   niego   ostrożnie.   -   Nie   chcę,   żeby   się   chował   za 

krzakami.

- Powiedziałem: dobrze.

- Naprawdę? - Annie była rozczarowana tym, że pierwsze zwycięstwo przyszło zbyt 

łatwo. - Przyrzekasz, że nigdy już mu nie każesz mnie szpiegować?

-   On   cię   nie   szpieguje.   Ma   tylko   na   ciebie   oko   dla   twojego   dobra.   Ale   dobrze, 

przyrzekam, że nigdy już nie każę mu tego robić. Dalsza dyskusja na ten temat nie wydaje mi 

się konieczna. Rozumiem twój punkt widzenia.

Uśmiechnęła się do niego z aprobatą.

- To cudownie. Teraz wiem, że nie jesteś nieczuły. Jedynie nieco twardogłowy.

- Dziękuję.

- Od tej chwili zaczynamy mówić o wszystkich sprawach od razu, gdy dojrzeją do 

przedyskutowania.

- Spróbuję. Jestem jednak trochę staroświecki. Będziesz dla mnie wyrozumiała?

93

background image

- Oczywiście, że będę - zapewniła go.

Była zachwycona - tak mu na niej zależy, że spróbuje się zmienić. Kobiecie trudno 

zażądać więcej od mężczyzny.  A może on się nawet we mnie zakochał, pomyślała pełna 

szczęścia.

- Cieszę się, że sobie porozmawialiśmy - powiedział.

- Ja również. Rzecz w tym, że nie możesz iść przez życie manipulując i znęcając się 

nad ludźmi, nawet dla ich dobra.

- Rozumiem.

- Musisz się nauczyć ufać innym, jeżeli chcesz, żeby oni zaufali tobie. Zaufanie rodzi 

zaufanie. A podejrzenia rodzą nowe podejrzenia.

-   Doceniam   twoje   przemyślenia   w   tej   materii.   -   Oliver   otworzył   ramiona.   -   Czy 

możemy wrócić do łóżka?

Annie natychmiast do niego podbiegła.

- Tak - wyszeptała mu w nagą pierś.

Wziął ją znowu na ręce i zaniósł do ukrytego w ciemnościach łoża.

94

background image

Rozdział dziewiąty

O

liver   złapał   równowagę   i   powoli,   rozmyślnie   obniżał   ciało   do   pozycji   jogi 

nazywanej pługiem. Nie przerywając tej czynności przekręcił się na brzuch i wygiął grzbiet 

do   pozycji   kobry.   Mięśnie   zwijały   mu   się   i   rozwijały   bez   trudności,   wykonując   każde 

polecenie mózgu. W żyłach wibrowała mu energia.

Nie pamiętał już, kiedy czuł się tak doskonale jak dzisiaj. Zawsze cieszył się idealnym 

zdrowiem, ale tego ranka miał doskonałe samopoczucie. Ćwiczenia jogi, które wykonywał 

rutynowo   codziennie,   stały   się   dzisiaj   zaskakująco   łatwe.   Przechodził   od   jednej   trudnej 

pozycji do drugiej bez najmniejszego wysiłku.

Annie  należy do niego! Myśląc  o tym  z ogromną  satysfakcją,  wyciągnął  ciało  do 

pozycji   szerszenia.   Ostatniej   nocy   została   jego   żoną   w   pełnym   znaczeniu   tego   słowa. 

Odpowiadała mu w każdym calu, jakby została wykonana na zamówienie.

Jego   zdolności   do   samokontroli   zostały   dogłębnie   przetestowane   podczas   długich 

godzin z Annie w łóżku. Pragnął jej bardziej niż jakiejkolwiek innej kobiety. Wiedział jednak, 

że dotychczas jego dominacja nad nią była bardzo słaba. Przyznawał sam przed sobą, że do 

tej pory ich małżeństwo miało jedynie charakter tymczasowy.

Zamierzał związać ją ze sobą tak mocno, jak to tylko możliwe. Musiał tego dokonać 

powoli, bardzo powoli, ale zdecydowanie. Seks był nieocenionym środkiem do tego celu.

Dążąc do tak  istotnego  celu,  Oliver był  zdolny poświęcić  swoje własne potrzeby. 

Wyłaził ze skóry, żeby pierwsze zbliżenia z Annie wypadły na tyle dobrze, by przesłonić jej 

inne, które mogła kiedyś  przeżywać. Z zadowoleniem stwierdził, że nie mogła mieć tych 

doświadczeń zbyt wiele. Obserwując jej pierwszy orgazm doszedł do wniosku, że żona ma w 

tym względzie niewielką praktykę.

Nie dziwiło go to. Usiadł powoli i założył lewą nogę na prawą. Gdy Annie mu się 

oddawała, robiła to bez opamiętania; to pierwsza nauka, którą wyniósł z tej nocy. Wiedział, 

że   skonsumowanie   małżeństwa   stanowiło   dla   Annie   niemałe   ryzyko.   A   jednak   się 

zdecydowała, co dowodziło, że jest do niego coraz bardziej przywiązana.

Przekręcił się do nowej pozycji czując, jak naciągają mu się mięśnie od ramion aż do 

ud. Wciąż rozpamiętywał minioną noc, która przyniosła mu tak wiele - osiągnął zamierzony 

cel.   Wielokrotnie   doprowadził   żonę   na   szczyty   uniesienia   i   pozwalał   jej   na   odlot.   Była 

95

background image

czarownym   instrumentem,   a   on   grał   na   niej   jak   doskonały   wirtuoz.   Opowiedziała   mu   o 

swoich rozkoszach tysiącami cichych okrzyków i westchnień. Był pewien, że zadowolił ją w 

zupełności.

Zmienił   pozycję   rozciągającą   mięśnie   na   relaksującą.   Z   niepokojem   zauważył,   że 

dzisiaj nie przywiązuje należytej wagi do wykonywanych ćwiczeń. Trenował przez wiele lat i 

wszystko mógł wykonywać automatycznie, ale przecież nie o to chodziło. Należało się skupić 

i skoncentrować umysł i ciało na każdym ruchu. Dopiero to kształtowało samokontrolę.

Oliver   z   przygnębieniem   stwierdził,   że   w   ogóle   nie   jest   skoncentrowany.   Ciało 

wykonywało wszystkie ruchy, ale umysł ciągle był zajęty gorącymi wspomnieniami ostatniej 

nocy.   W rezultacie  kończył  serię  ćwiczeń   tak  mocno  podniecony,  jak w   nocy,  kiedy się 

obudził z tego powodu.

Spojrzał na wygniecioną pościel. Annie zdrowo spała, rozciągnięta jak długa. Twarz 

miała odwróconą, ale widział krople potu na ponętnych krągłościach ramion i bioder poniżej 

czarno-złotej kołdry. W świetle poranka jej włosy tworzyły na poduszce falującą aureolę.

Na pewno zapamięta tę noc. Tak samo jak on.

Poczuł przypływ pożądania tak gorący i świeży jak w nocy. Nie pragnął nic więcej, 

jak tylko wrócić do łóżka i przycisnąć do siebie to gorące i miękkie ciało. Pragnienie, aby 

znowu się pod nim rozpaliła, stało się nie do zniesienia.

Destrukcyjna siła pożądania wywołała w nim zdecydowaną chęć oporu. Nie należał do 

ludzi zdających się na łaskę namiętności. Zwinął się więc w inną, skomplikowaną pozycję.

- Czy to nie boli?

Głos Annie go zaskoczył. Spojrzał na nią przez ramię. Odwróciła głowę na poduszce i 

przyglądała mu się z zainteresowaniem. Twarz miała miękką i zaróżowioną od snu, a oczy 

podkrążone.

- Nie - odpowiedział. - To nie boli.

- Wygląda, jakby bolało. - Oczy się jej rozszerzyły; nawet przez spodenki widać było, 

że Oliver ma silną erekcję. - Nie jestem pewna, czy w tym stanie... powinieneś wykonywać 

takie ćwiczenia. - Twarz jej pokrył silny rumieniec. - Myślę, że możesz sobie zrobić krzywdę.

- Jak dotąd nigdy nie miałem żadnej kontuzji. - Oliver przeszedł do kolejnej fazy 

rozciągania, zdecydowany przywołać hormony do porządku.

- A właśnie, która godzina?

- Szósta.

- Dość wcześnie - mruknęła.

- Nie musisz wstawać. Jak skończę ćwiczenia, spędzę jeszcze trochę czasu w szklarni.

96

background image

- Nie ma sprawy. Zwykle wstaję o szóstej. - Odrzuciła pościel i opuściła gołe nogi na 

podłogę. Oliver zauważył, że Annie wciąż ma na sobie jego koszulę. Owinęła się nią i wstała. 

Wyglądała na trochę zażenowaną.

- Wezmę prysznic - powiedziała w końcu. - Pójdę do łazienki w moim pokoju.

- Dobrze - wymamrotał dławiąc w sobie nową falę pożądania. - Za godzinę zjemy 

razem śniadanie.

Pomimo zdecydowanej samokontroli, podążył wzrokiem za zmysłowym kształtem jej 

ud. Przypomniał sobie, jaka jest miękka w środku. Zmusił się do szybkiego przejścia do innej 

pozycji, a ona wybiegła z pokoju. Utrzymywał najtrudniejszą pozycję tak długo, aż zaczął go 

boleć każdy mięsień.

Wyprostował się powoli i podszedł do łóżka. Aura nocnych igraszek miłosnych nadal 

unosiła się w powietrzu. Stał przez chwilę przypominając sobie gorące namiętności i drżące 

spełnienia. Odwrócił się i zmusił do pójścia do łazienki pod zimny prysznic.

Pół   godziny   później,   ubrany   w   świeżą   koszulę   i   dżinsy,   pomaszerował   na   dach. 

Uczucie radości nadal go nie opuszczało.

Sprawdził szeregi czujników i przełączników  na pulpicie  sterowniczym  i otworzył 

drzwi szklarni. Na Olivera czekała jego prywatna dżungla podzwrotnikowa. Wziął do ręki 

spryskiwacz i grabki. Przystąpił do pracy.

Sprawdzał   delikatne   krzyżówki   paproci,   gdy   drzwi   się   otworzyły.   Weszła   Annie 

niosąc na tacy dwie parujące filiżanki.

- Myślałam, że chcesz trochę kawy.

- Dziękuję. - Uśmiechnął się zadowolony z tego gestu. Podszedł do gęstwiny paproci, 

przy których stała, i wziął filiżankę. Patrzył na żonę sącząc gorący napój. Podobał mu się 

widok jej świeżo umytej twarzy i błyszczących włosów.

- Oliver, czy ty jesteś rozczarowany? - zapytała obserwując go badawczym wzrokiem.

- Rozczarowany? - Zaniemówił z wrażenia.

- Albo zdenerwowany. Albo zły. A może urażony?

- Oczywiście, że nie. Dlaczego pytasz?

- Zachowywałeś się rano trochę dziwacznie.

- Bardziej dziwacznie niż zazwyczaj? - zapytał łagodnie.

- Nie, nie uważam, że się zachowałeś niewłaściwie. - Mocno się zarumieniła.

- To ulga.

97

background image

- Nie ma w tym nic zabawnego. - Nachmurzyła się. - Przyznaję, że nie byłam do tej 

pory zamężna, ale na ile się na tym znam, większość młodych mężów nie wyskakuje z łóżka 

w takim stanie jak ty i nie ćwiczy jogi o szóstej rano.

- W jakim stanie?

- Wiesz, co mam na myśli. Byłeś trochę, nawet znacznie... no... pobudzony. Ale nie 

interesował cię seks. Opanowałeś się i pomaszerowałeś do swoich paproci. Chciałabym po 

prostu wiedzieć, czy jesteś czymś rozczarowany, czy coś w tym rodzaju.

- Dlaczego miałbym być rozczarowany? - Uśmiechnął się i wypił łyk kawy.

- Z powodu sprzeczki w nocy. - Popatrzyła na niego uważnie. - Myślałam, że poczułeś 

się urażony albo rozgniewany moimi uwagami o konieczności zmian. Mówiłam, że się nie 

zgodzę, by mnie szpiegowano, że musisz w końcu na kimś polegać.

Oliver z trudnością powstrzymał  wybuch śmiechu. Intuicja podpowiedziała mu, że 

Annie w tej chwili nie doceni humoru. Odstawił kawę na bok. Bez słowa wyjął jej filiżankę z 

ręki i postawił obok swojej. Objął żonę, przyciągnął do siebie i namiętnie pocałował. Trzymał 

ją w objęciach, dopóki nie zaczęła lgnąć do niego z otwartymi ustami.

- Czy to uspokoi twoje obawy, jeżeli powiem, że wszystko, co powiedziałaś ostatniej 

nocy, zostało dokumentnie zapomniane? - zapytał ją w końcu.

- Niezupełnie.  - Odchyliła  się niepewnie  do tyłu.  - Chciałam tylko,  żebyś  się nie 

obrażał. Tylko tyle.

Jej   poważna   mina   oczarowała   go.   Zastanawiał   się,   czy   wszyscy   młodzi   mężowie 

folgują sobie podobnie o wschodzie słońca.

- Nie martw się, kochanie. Nie czuję się obrażony.

- Cieszę się. - Patrzyła  mu ciągle w oczy z wyraźnym  przestrachem. - Ale to nie 

znaczy, że zapomniałeś o wszystkim, o czym mówiliśmy?

- Nie. Chciałem powiedzieć, że ta rozmowa mnie nie zmartwiła. Nie obawiaj się. Nie 

zapomnę   żadnego   słówka,   jakie   kiedykolwiek   mi   powiedziałaś.   -   Oliver   dotknął   ustami 

czubka jej nosa. - A tak przy okazji... Kim jest niejaki Melvin Finch?

- Melvin? - Miała zakłopotaną minę. - Ach, Melvin!

- Bolt mi mówił, że dostałaś od niego prezent ślubny.

- Skąd Bolt wie o tym prezencie? - Zmarszczyła nos.

- Najwyraźniej zostawiłaś go w hallu na stoliku zeszłej nocy. Do paczki była przypięta 

wizytówka.

98

background image

- Zgadza się. Miałam ci o tym powiedzieć, ale zapomniałam - stwierdziła swobodnie. - 

Melvin   to   mój   stary   przyjaciel.   Opuścił   Seattle   kilka   lat   temu,   żeby   grać   w   orkiestrze 

symfonicznej na Środkowym Zachodzie. Cudownie gra na wiolonczeli.

- Jak się dowiedział o naszym ślubie?

- Ktoś musiał do niego zadzwonić. To przecież nie był sekret. Melvin i ja mieliśmy 

wielu wspólnych przyjaciół w Seattle.

- Byliście sobie bliscy?

- Mówiłam ci, że byliśmy przyjaciółmi. Kiedy go poznałam, był księgowym w Seattle. 

W wolnym czasie grywał na wiolonczeli. Od pierwszego spotkania zorientowałam się, że 

nienawidzi księgowości. Chciał zrobić karierę jako muzyk.

- Dlaczego więc tego nie robił?

- Jego ojciec się nie zgadzał - powiedziała ze smutkiem. - Pan Finch senior żądał, by 

Melvin trzymał się realnej pracy, zamiast próbować szczęścia w świecie muzyki. Namówiłam 

jednak Melvina, żeby spróbował. Gdyby nic z tego nie wyszło, mógłby wrócić do swojej 

księgowości.

- Namówiłaś go więc do nieposłuszeństwa wobec ojca i podążania za swoją gwiazdą? 

- Oliver sztywniał, w miarę jak wyłaniający się obraz stawał się coraz wyraźniejszy.

- Niezupełnie. Problem był w tym, że on nie umiał się porozumieć z ojcem. Reagował 

jak dziecko i wykonywał każdy jego rozkaz. Poradziłam mu, żeby porozmawiał z ojcem jak 

mężczyzna z mężczyzną. To zadziałało. Pan Finch zaakceptował decyzję Melvina i nawet 

życzył mu powodzenia.

-   Pomogłaś   więc   Melvinowi   odzyskać   trochę   władzy,   a   pierwszą   rzeczą,   której 

dokonał, była ucieczka na Środkowy Zachód?

-   To   była   pierwsza   oferta   pracy   w   orkiestrze   symfonicznej   -   wyjaśniła   ostrożnie 

Annie.

- Dlaczego nie zabrał cię ze sobą?

- Jak powiedziałeś, podążał za swoją gwiazdą. - Wzruszyła ramionami.

- Brakuje ci go? - zapytał bardziej oschle, niż miał zamiar.

- Niespecjalnie. - Uśmiechnęła się do wspomnień. - Chyba zawsze będę go lubić. Jest 

taki miły. Cudownie gra na wiolonczeli. Czy to nie wspaniałe z jego strony, że przysłał nam 

płytę kompaktową?

- Dość zastanawiające. - Oliver próbował utrzymać w cuglach budzącą się zazdrość. 

Oczywiście,   nie   było   powodów   do   przejmowania   się   Melvinem   Finchem.   Annie   nie 

wykazywała objawów klejenia się do tego wiolonczelisty.

99

background image

- Ta szklarnia jest absolutnie cudowna – powiedziała rozpogodzona i rozejrzała się z 

zainteresowaniem. - Nie miałam okazji obejrzeć jej całej tego wieczoru, kiedy mnie tutaj 

przyprowadziłeś. Czy mógłbyś mi dzisiaj zorganizować pełne zwiedzanie?

- Naprawdę się tym interesujesz? - Jego myśli natychmiast zmieniły kierunek.

- To fascynujące. - Podeszła do tac z naczyniami  przykrytymi  szkłem. - Paprocie 

uprawia się inaczej niż kwitnące rośliny, prawda?

-   Całkiem   inaczej.   -   Stanął   obok   Annie.   -   Rośliny   kwitnące   wyrastają   z   nasion. 

Paprocie mają znacznie bardziej skomplikowany cykl życia.

- Jak je rozmnażasz?

Z dziwną radością odkrył, że ona istotnie jest bardzo zainteresowana.

- Gdy są gotowe, zbieram zarodniki spod dojrzałych liści. Zasiewam je postukując w 

kartkę papieru do ośrodka rozrodczego w szklanych naczyniach.

- Tutaj wrzucasz zarodniki? - Zajrzała głębiej do naczyń.

-   Nie.   To   jest   jeszcze   bardziej   skomplikowane.   Wszystkie   czynności   muszą   być 

wykonane w sterylnych warunkach. Nie pozwalam nikomu wejść do szklarni, kiedy sieję 

zarodniki.

- Jak one wyglądają?

- Zarodniki? Są bardzo maleńkie. Pokażę ci. - Otworzył malutką kopertę z papieru, 

zawierającą coś w rodzaju rdzawobrązowego pyłku, i wysypał zawartość na kartkę. - Te są z 

gatunku Woodwardia fimbriata, częściej znane pod nazwą paproci wielkołańcuchowej.

- A potem, jak już są w tych szklanych naczyniach, co się z nimi dzieje?

- Kiedy zarodniki kiełkują, przyjmują postać nazywaną prothallia.

- Niemowlę paproci?

- Niezupełnie. - Podniósł jedno z naczyń i pokazał jej maleńkie zielone organizmy. - 

To są prothallia. Muszą być utrzymywane w wilgoci, żeby doszło do zapylenia. W wyniku 

tego procesu powstają w końcu młode paprocie.

Podszedł   do   kolejnej   półki   i   pokazał   jej   tace   z   rosnącymi   krzyżówkami.   Annie 

kroczyła tuż za nim z nie kończącymi się pytaniami.

Żadne z nich nie zauważyło, że pora śniadania minęła już godzinę temu.

O

  godzinie jedenastej przed południem Oliver zdjął okulary i położył je na biurku 

Daniela obok raportu, którego treść właśnie przestudiował. Nacisnął guzik interkomu.

- Pani Jameson, proszę poprosić do mnie Barry'ego Corka.

100

background image

- Tak, proszę pana.

Oliver wstał zza biurka i podszedł do okna pocierając leniwie kark. Wyglądało na to, 

że powinien złożyć osobistą wizytę jednemu z głównych dostawców Daniela. Oznaczało to 

wycieczkę za miasto. Nie podobało mu się to, ponieważ musiałby opuścić Annie na jedną 

noc. Niezbyt przyjemna myśl.

Przyglądał się widokom za oknem. Główna siedziba Lyncroft Unlimited zajmowała 

rozległą   gmatwaninę   dwupiętrowych   budynków   przemysłowych   w   południowej   części 

Seattle. Firma tak szybko się rozrastała, że Daniel nie był w stanie znaleźć odpowiednich 

pomieszczeń.

Z okna było widać zakręt ulicy Kingdome. Trochę dalej znajdował się Pioneer Square, 

gdzie pracowała Annie. Oliver uśmiechnął się do siebie. 

Rozmyślania przerwało mu pukanie do drzwi.

- Proszę! - Odwrócił głowę.

Do środka wszedł Barry Cork ze zmartwioną i lekko przestraszoną miną. Oliver był 

przyzwyczajony do takiego wyrazu twarzy. Tak się zachowywała większość ludzi, z którymi 

pracował.

- Pan mnie wzywał, panie Rain? - Barry przyjął postawę pełną szacunku.

Oliver ponownie spojrzał w okno.

- Są jakieś trudności z firmą Featly & Moss?

- Jak  wyjaśniłem  w   moim  sprawozdaniu,  nie  zgodzili  się  utrzymać   Lyncroft  jako 

priorytetowego klienta, gdy zabrakło Daniela. Próbowałem z nimi rozmawiać. To znaczy, 

byłem u nich wtedy, gdy pan i Annie braliście ślub. Są pod naciskiem innych klientów.

-   Myślą   więc,   że   Lyncroft   naciskać   nie   będzie,   więc   po   co   mają   się   spieszyć   z 

dostawami dla nas, tak?

- Właśnie tak. Wydaje mi się, że tak. - Barry zawahał się. - Bez urazy, panie Rain, ale 

firma Featly & Moss mieści się w Kalifornii.

- A więc?

- A więc... no... oni nie znają pańskiej pozycji tutaj, tak jak dostawcy z Północnego 

Zachodu.

- Innymi słowy, nie mają powodów przypuszczać, że Lyncroft przeżyje zniknięcie 

Daniela. - Oliver pokiwał głową.

- Myślę, że w tym rzecz.

- Potrzebujemy ich dostaw, i to według stabilnego harmonogramu. Wygląda na to, że 

muszę tam pojechać i sam z nimi porozmawiać. - Odwrócił się do Barry'ego, świadomie 

101

background image

usuwając wszelkie emocje z twarzy. - Proszę mi dostarczyć wszystkie materiały na temat 

Williama Featly'ego i Harveya Mossa.

- Pan mówi o ich firmie? - Barry zmieszał się.

- Nie, Cork. - Rain odpowiedział z niecierpliwością, której wcale nie odczuwał. - O 

tych dwóch facetach, którzy są jej właścicielami.

- Ma pan na myśli sprawy osobiste?

- Właśnie. Chcę wiedzieć, kiedy chodzili do szkoły, gdzie pracowali, czy piją, czy 

uprawiają hazard. Takie zwykłe rzeczy.

- Rozumiem. - Barry poprawił krawat i odchrząknął. - Sęk w tym, że nie mamy takich 

informacji o tych facetach. Spotkałem się z nimi. Wygląda na to, że są w porządku.

Oliver popatrzył na niego chłodno.

- Czyżby Daniel nie przechowywał kartotek osób, z którymi miał do czynienia?

- Żadnych kartotek osobistych. - Barry sprawiał wrażenie osłupiałego. - Po co miałby 

to   robić?   Posiadamy   wystarczająco   wiele   informacji   finansowych,   ale   nie   takich,   które 

dotyczą spraw osobistych. Wydaje mi się, że Featly jest żonaty, jeżeli to się do czegoś przyda.

- Niewiele. - Oliver był poirytowany. Daniel pracował z nim wystarczająco długo, by 

wiedzieć, jak cenne są informacje o przeszłości ludzi, z którymi prowadzi się interesy.

- Nie wiem, w czym mogę jeszcze panu pomóc. - Cork poprawił okulary na nosie. - 

Może wykonam kilka telefonów?

- W porządku, sam się tym zajmę. - Rain wrócił do biurka i usiadł. - Niech się pan 

skontaktuje   z   Featlym   i   Mossem   i   przekaże   im,   że   polecę   do   nich   w   tym   tygodniu. 

Powiedzmy, we czwartek. Niech pani Jameson załatwi wszystkie sprawy związane z podróżą.

- Dobrze. - Barry wycofał się do drzwi. - Czy coś jeszcze, panie Rain?

- Nie. - Oliver wziął do ręki raport, który studiował wcześniej. Poczekał, aż zamkną 

się drzwi za Barrym, odłożył opracowanie i chwycił za słuchawkę. Wykręcił numer swojego 

apartamentu.

- Rezydencja pana Raina - odpowiedział Bolt mechanicznym głosem.

- Bolt, chciałbym, żebyś wyśledził, co ci się uda, na temat duetu dostawców Daniela, o 

nazwiskach Featly i Moss. Za chwilę wyślę ci faksem wszystko, co o nich mam. Nie ma tego 

zbyt wiele. Trochę danych finansowych i sprawozdawczych. Z jakichś powodów Daniel nie 

gromadził informacji personalnych o osobach tego typu.

- Tak, proszę pana.

102

background image

- Nie mam zbyt wiele czasu. Pojutrze wybieram się do Kalifornii na spotkanie z tymi 

dwoma   typami.   Przygotuj   wszystko,   co   zdążysz   zebrać   do   momentu   mojego   odlotu. 

Wręczysz mi to, kiedy mnie zawieziesz na lotnisko.

- Tak, proszę pana.

- Zamierzam tam spędzić tylko jedną noc. - Zamilkł na chwilę. - Postaraj się nie 

wojować z panią Rain podczas mojej nieobecności.

-   Rozumiem.   -   Jeżeli   Bolt   zauważył   jakikolwiek   przytyk   w   tej   uwadze,   ukrył   to 

znakomicie.

Oliver odłożył  słuchawkę i przez chwilę  siedział  bez ruchu zastanawiając  się, jak 

Annie będzie oczekiwać jego powrotu z podróży służbowej. Były to przyjemne myśli. Przez 

ostatnie   kilka   lat,   nawet   wtedy,   gdy   osiągnął   sukces   finansowy,   nie   przeżył   zbyt   wielu 

wydarzeń, które mógł wspominać z czysta przyjemnością. Od czasu spotkania Annie miał już 

na co czekać. Poza obserwowaniem paproci.

A

nnie   uważnie   przyglądała   się   plakatowi   muzeum   nad   biurkiem   Valerie. 

Przedstawiał fotografię dzikiego bożka o kocich rysach, wyrzeźbionego w złocie. W poprzek 

plakatu umieszczono grubymi literami napis: „Złoty Jaguar. Przegląd prekolumbijskiej sztuki 

złotniczej”.

- Imponujący - powiedziała Annie podziwiając plakat. - Nie miałabym nic przeciwko 

temu, żeby wisiał w moim sklepie.

- Wątpię, żeby któregoś z klientów było stać na coś takiego - odpowiedziała oschle 

Valerie. - Ten przedmiot jest praktycznie bezcenny.

- Rzeźba jest wykonana z wielkim smakiem i wyrafinowaniem. Ile ma lat?

- To jaguar z kultury Chavin. Około osiemset lat przed naszą erą. Masz rację. Rzeźba 

jest   bardzo   wyrafinowana.   Przerasta   wszystko,   co   w   tym   czasie   wykonano   w   Europie. 

Prekolumbijscy złotnicy byli absolutnymi mistrzami.

- Nie wiedziałam, że pracowali w złocie.

-   To   nie   budzi   wątpliwości   -   dodała   Valerie.   -   Aztekowie   nazywali   złoto 

ekskrementami bogów.

- To ci dopiero...

Valerie spojrzała na nią przelotnie.

103

background image

- Wystawa „Złoty Jaguar” może być imponująca - dodała grzecznie Annie. Rozglądała 

się po pokoju zawalonym książkami i fotografiami, które leżały we wszystkich możliwych 

miejscach.

Fotografie   przedstawiały   rzeźbione   złote   ornamenty,   opaski   na   głowę,   naczynia   i 

figurki. Wszystkie były kombinacją dzikości i wyrafinowania, czym przypominały złotego 

jaguara z plakatu.

-   Moją   specjalnością   jest   sztuka   prekolumbijska   -   powiedziała   Valerie   bawiąc   się 

ołówkiem.   W   jej   oczach   czaił   się   niepokój.   -   Wystawa   ma   być   otwarta   za   niecałe   dwa 

tygodnie. Teraz przygotowują wernisaż.

- A kto na niego przyjdzie?

- Każdy, kto wpłacił powyżej tysiąca dolarów na rzecz muzeum Eckerta w ostatnim 

roku.

- Ach, to ja odpadam. - Annie westchnęła i opadła na fotel.

- Oliver jest zaproszony - odrzekła Valerie z zazdrością. - W tym roku wniósł znaczną 

wpłatę. Jako jego żona będziesz mile widziana. Ale nie zachłyśnij się z radości. On nigdy nie 

bierze udziału w takich wydarzeniach.

-   Zobaczymy   -   odpowiedziała   Annie   z   wyraźnym   optymizmem   w   głosie.   Oliver 

ostatnio   stał   się   bardziej   towarzyski.   -   O   czym   chciałaś   ze   mną   pomówić,   Valerie 

Powiedziałam mojej asystentce, że wychodzę tylko na godzinę.

Valerie patrzyła przez chwilę w oczy Annie, ale szybko spuściła wzrok.

- Chciałam cię przeprosić za scenę kłótni z Oliverem, której byłaś świadkiem.

- Takie rzeczy zdarzają się nawet w najlepszej rodzinie - odpowiedziała Annie ze 

współczuciem w głosie. - Ja również mam starszego brata.

Valerie zerknęła na nią z zaciekawieniem.

- Tak, słyszałam. Jesteś pewna, że twój brat żyje, chociaż nikt w to nie wierzy.

- Nieprawda. Jego narzeczona, Joanna, jest także przekonana, że on żyje.

-   To   muszą   być   dla   ciebie   ciężkie   chwile.   -   Na   twarzy   Valerie   odmalowało   się 

zrozumienie. - Wiem, jak bym się czuła, gdyby zaginął Oliver. Chociaż jest arogancki i nie do 

wytrzymania, nie potrafię sobie wyobrazić świata bez niego.

- Bracia już tacy są. Przyzwyczajamy się do ich obecności.

- Wszyscy przywykliśmy do Olivera. Dla nas on jest od zawsze - powiedziała cicho 

Valerie. - Nawet przed odejściem ojca zawsze zwracaliśmy się do niego. Oliver zajmował się 

wszystkim. Rozumiesz, co mam na myśli? Po zniknięciu ojca został nam tylko on. Byliśmy 

104

background image

od niego uzależnieni. Stał się niezastąpiony. - Rzuciła nagle ołówek na biurko. - Kocham go, 

ale przysięgam na Boga, że czasami jest prawdziwym draniem!

- Wiem - odpowiedziała Annie uśmiechając się delikatnie.

- Od jak dawna go znasz?

-   Wystarczająco   długo,   by   wiedzieć,   że   na   kilometr   zalatuje   od   niego   chęcią 

dominacji. Wydaje mi się jednak, że można go tego oduczyć. W gruncie rzeczy to dobry 

człowiek. Myślę, że z czasem obrobię ten surowy materiał.

- Czy ja dobrze słyszę? - Valerie posłała bratowej tak nieprzyjazne spojrzenie, że 

Annie aż wstała z krzesła. - Co zamierzasz z nim zrobić? Chcesz go przekształcić w czułego, 

słodkiego i kochanego pluszowego misia?

Annie zrobiła dobrą minę do złej gry.

- Nie powiedziałam, że dokonam cudów. Oliver przypomina mi tego złotego jaguara z 

plakatu.   Interesująca   mieszanka   dzikości   i   wyrafinowania.   Ale   zobaczę,   co   da   się   z  nim 

zrobić.

- Życzę powodzenia.

- Dziękuję.

- On jest bardzo dumny.

- Stara się nad sobą panować - wyjaśniła Annie. - Nietrudno zrozumieć, jak postępuje. 

Ogromna siła woli oraz nieprawdopodobna samokontrola umożliwiła mu utrzymanie władzy i 

odbudowanie fortuny Rainów.

- Zgadza się, ale to stworzyło wiele nowych problemów.

- Zdaję sobie z tego sprawę. - Annie z niecierpliwością spojrzała na zegarek.

- Wiem, że się spieszysz. - Valerie wróciła do biurka i usiadła. - Słuchaj, spróbuję się 

streszczać. Poprosiłam cię tutaj, ponieważ chciałabym się dowiedzieć, czy Oliver mówił ci o 

naszej sprzeczce.

- Dlaczego o to pytasz?

- Muszę wiedzieć, co on myśli. - Valerie zacisnęła  pięści. - Muszę wiedzieć,  czy 

istnieje   jakakolwiek   możliwość   zmuszenia   go   do   wysłuchania   moich   racji.   Czy   coś 

powiedział?

-   Niewiele.   -   Annie   starła   się   ostrożnie   dobierać   słowa.   -   Tylko   to,   że   nie   lubi 

człowieka, z którym teraz chodzisz.

- On nawet nie zna Carsona - odrzekła ze ściśniętym gardłem. - Nigdy go nie spotkał. 

Nienawidzi jego ojca z powodu wydarzeń sprzed wielu lat. Ta wrogość nie ma nic wspólnego 

ze mną ani z Carsonem, ale Oliver nie może na to spojrzeć bezstronnie.

105

background image

- Rozumiem.

-   Zawsze   robiłam   to,   co   mi   polecił   Oliver.   -   Uważnie   przyglądała   się   Annie.   - 

Wszyscy tak postępowaliśmy. Trzeba uczciwie przyznać, że on bardzo często ma rację, lecz 

w przypadku Carsona jest w błędzie.

- Gdzie spotkałaś tego chłopaka?

-   Wykładał   historię   sztuki   na   uniwersytecie.   Potem   konsultowałam   z   nim   kilka 

wystaw. No i poznaliśmy się. Jego rodzina kultywuje tradycje wspierania sztuki. - Valerie 

pukała   fiołkoworóżowym   paznokciem   w   biurko.   -   Państwo   Shore   będą   gospodarzami 

dorocznego benefisu na rzecz sztuki w piątek wieczorem.

- Wiem - przytaknęła Annie niezbyt pewna, czego się od niej oczekuje.

- Będę tam. - Valerie podniosła czoło. - Carson mnie zaprosił.

- Och... - Annie się skrzywiła.

- Masz rację - przyznała smętnie szwagierka. - Oliver będzie wściekły, kiedy się o tym 

dowie.

- Może nie - powiedziała Annie poszukując jaśniejszej strony problemu. - Wydaje mi 

się, że uczestnictwo w imprezach,  na których  zbiera  się pieniądze  dla muzeum,  wchodzi 

właściwie w zakres twoich obowiązków, prawda?

- To jeden z punktów widzenia, ale Oliver nigdy na to tak nie spojrzy. - W oczach 

Valerie zabłysły łzy. - Dlaczego on jest taki dumny? Dlaczego nie da Carsonowi szansy?

- Chcesz, żebym pomówiła z nim w twojej sprawie?

- Mogłabyś?

- Mogę spróbować, ale obie wiemy, że niekoniecznie wyniknie z tego coś dobrego. 

Sama powiedziałaś, że twój brat jest niemiłosiernie dumny.

- Mam wrażenie, że ciebie jednak wysłucha. Wydaje mi się, że on wykazuje wobec 

ciebie... hmmm... pewien rodzaj pobłażliwości.

- Tak myślisz? - Annie wyraźnie ucieszyło to pochlebstwo.

Valerie przesłała jej kwaśny uśmiech.

- Przyjął tego dziwacznego lamparta z emaliowanej mozaiki, którego mu podarowałaś, 

zgadza się?

P

o co lecisz do Kalifornii? - zapytała Annie Olivera, kiedy późną nocą zaniosła tacę z 

herbatą do jego gabinetu.

106

background image

- Żeby się spotkać z głównymi dostawcami Daniela, z niejakim Featlym i Mossem. 

Nie   przywrócili   priorytetu   dla   zaopatrzenia   Lyncroft   Unlimited   po   moim   przejęciu 

zarządzania   firmą.   -   Oliver   odsunął   papiery   na   bok   i   zdjął   okulary.   -   Mam   zamiar   ich 

przekonać,   by   trzymali   się   ustalonych   terminów   dostaw,   bo   inaczej   za   trzy   miesiące 

znajdziemy się w tarapatach.

- Muszą być przekonani, że firma Lyncroft jest stracona niezależnie od faktu, czy ty 

nią dowodzisz czy nie. - Annie usiadła naprzeciw męża i nalała herbaty do filiżanek.

- Cork mówił, że oni niewiele o mnie wiedzą. Nie mają powodów myśleć, że Lyncroft 

jest w bezpiecznych rękach. - Oliver przyjął filiżankę.

- Myślisz, że ludzie w Kalifornii nie słyszeli o tobie? - Uśmiechnęła się. - To straszne.

Brwi Olivera uniosły się nieco do góry.

- Przekazuję ci pełny obraz tego, co zamierzam dokonać w Lyncroft. A propos, może 

wiesz, czy Daniel trzymał jakiekolwiek akta poza biurem?

- Nic o tym nie wiem. - Zaskoczona popatrzyła na niego. - Dlaczego pytasz? Czy coś 

zginęło?

- Nie ma akt personalnych Featly'ego i Mossa ani kogokolwiek innego.

-   Akta   personalne?   Chodzi   ci   o   dane   osobiste?   Jestem   pewna,   że   musi   ich   być 

mnóstwo. Lyncroft zatrudnia tuziny ludzi. Gdzieś muszą być ich akta personalne.

-   Nie   chodzi   o   akta   pracowników.   -   Oliver   napił   się   herbaty   z   wyraźnym 

zadowoleniem. - Mówię o aktach z prywatnymi informacjami o ludziach, z którymi Daniel 

prowadził  interesy.  Szczegóły  dotyczące  ich  osobowości, kłopotów,  przyzwyczajeń  i tym 

podobnych rzeczy.

-   O   czym,   ty   mówisz,   do   cholery?   -   Annie   odstawiła   filiżankę   na   tacę.   -   Daniel 

prowadził firmę, a nie Centralną Agencje Wywiadowczą.

- Miałem nadzieję, że pracując u mnie nauczył się doceniać wartość utrzymywania 

kartotek osobistych głównych dostawców i inwestorów.

- Daniel nie zgadzał się z poglądem, że nawiązanie zdrowej współpracy w biznesie 

wymaga szpiegowania partnerów. - Annie oburzyła się na męża. - Chcesz mi powiedzieć, że 

twoja skłonność do wtykania nosa w sprawy innych ludzi wykracza poza rodzinę?

- Nie wtykam nosa w cudze sprawy. - Oliver przełknął spory łyk herbaty. - Chcę być 

poinformowany.

- To niewiarygodne! - Annie tupnęła nogą.

- Nieprawda. - Oczy Raina nabrały wyrazu nieugiętej nieustępliwości. - Nauczyłem 

się wielu rzeczy podczas odbudowy zrujnowanego majątku po zniknięciu ojca.

107

background image

- Czy zawsze w każdej sprawie musisz obierać tak twardą linię postępowania?

- Wyszłaś za mnie dlatego, że potrafię uratować Lyncroft Unlimited - odpowiedział 

spokojnie. - Pozwól mi się wywiązać z moich zobowiązań.

Annie zarumieniła się. Nie chciała się z nim sprzeczać tego wieczoru, a już najmniej o 

to, z jakich przyczyn go poślubiła. Nie była to też stosowna pora na rozmowę o Valerie i 

Carsonie. Być może w takich chwilach mądra żona zmienia temat rozmowy.

- Jak długo cię nie będzie? - zapytała cichutko.

- Jeżeli mi szczęście dopisze, to poza domem spędzę tylko jedną noc. Powinienem 

wrócić w piątek.

- Dobrze.

- Będzie ci mnie brakować, Annie? - Patrzył na nią w milczeniu przez dłuższą chwilę.

- Tak - przyznała.

- To dobrze. Cieszę się.

Ale nie wyglądał jak człowiek szczęśliwy. W oczach miał błysk czegoś, co można 

było nazwać arogancką satysfakcją.

T

o wszystko w sprawie Featly i Moss, jak dotąd. - Bolt prowadził limuzynę przez 

zatłoczone ulice w kierunku lotniska z precyzją strzelca wyborowego przygotowującego się 

do strzału. - W ich przeszłości nie ma nic szczególnego. Przynajmniej nic takiego, do czego 

mógłbym   dotrzeć   w   czterdzieści   osiem   godzin.   Zwykła   para   drobnych   przedsiębiorców, 

utrzymująca się na niezłej stopie z dostaw części dla takich firm jak Lyncroft Unlimited.

- Jakieś inne firmy musiały ich przekonać, że Lyncroft nie jest już głównym graczem. 

Featly i Moss zmienili listę swoich priorytetów - wydedukował Oliver przerzucając wydruk, 

który wręczył mu Bolt. - W tych okolicznościach może uda mi się zmienić ich poglądy.

- Tak, proszę pana. - Bolt wcisnął limuzynę w niewiarygodnie wąską przestrzeń blisko 

łańcuchów zawieszonych na krawężniku. - Jeszcze jedna sprawa.

- Tak?

Służący odwrócił się i położył rękę na oparciu fotela. Jego lustrzane okulary słoneczne 

odbijały widok chodnika obok limuzyny.

- Nie znalazłem nic użytecznego w życiorysie Featly'ego i Mossa - powiedział - ale 

mam coś dziwnego w sprawie ostatniej podróży Barry'ego Corka do Kalifornii.

Oliver włożył wydruk do aktówki.

- Mów.

108

background image

- Cork pojechał tam z zamiarem porozmawiania z Featlym i Mossem, prawda?

- Tak.

- Ustaliłem, że spędził z nimi jedynie godzinę.

- A pojechał na kilka dni. - Rain popatrzył w górę i zatrzasnął teczkę. - Gdzie on się 

podziewał przez resztę czasu?

- Nie prześledziłem jego ruchów przez cały ten okres, ale ustaliłem, że spotkał się 

przynajmniej z dwoma naszymi głównymi konkurentami.

- Niech cię diabli! - Oliver miał wrażenie, że brakujące ogniwo wskoczyło na swoje 

miejsce.

- Ponadto te spotkania nie odbyły się w biurach tych firm - dodał Bolt - tylko w 

pokoju hotelowym.

- Dziękuję ci. Potrafisz uczciwie zarobić na swoją wypłatę.

- Robię, co mogę. Czy chce pan, żebym rzucił okiem na panią Rain, dopóki będzie pan 

poza miastem?

Oliver zawahał się.

- Nie - powiedział w końcu. - To nie będzie konieczne.

109

background image

Rozdział dziesiąty

A

rthur?   Gdzie   jesteś?   Czy   jest   tu   ktoś?   -   Annie   zaglądała   do   wnętrza   zatęchłej 

księgarni Quigleya poszukując właściciela w wąskich przejściach, między ułożonymi po sam 

sufit książkami.

- Tutaj wysoko, Annie! Zaraz zejdę.

Uniosła   głowę   i   ujrzała   Arthura   na   szczycie   drabiny.   Ostrożnie   wciskał   starą, 

oprawioną w skórę książkę między inne tomy na półce.

- Szukam książki - powiedziała. - Przynajmniej wydaje mi się, że szukam.

- Jasne. Jakiej książki? - Arthur zaczął schodzić z drabiny.  Był  niskim, żylastym, 

lekko łysiejącym mężczyzną o dobrych piwnych oczach. Miał na sobie brązowe sztruksowe 

spodnie, wymięty sweter i przydeptane mokasyny.

- Nie wiem, czego dokładnie poszukuję - wyjaśniła Annie, gdy już zszedł z drabiny. - 

Wiem tylko na jaki temat.

- To znaczy?

- Seks.

- Ty chcesz książkę o seksie?

Arthur błysnął oczami spoza okularów w rogowych oprawkach.

- Podręcznik, czy coś w tym rodzaju. - Zarumieniła się po uszy. - To znaczy, dla 

mojego męża.

- Aha! - Arthur również poczerwieniał. - Dla twojego nowego męża... Zdaje się, że 

został nim Oliver Rain?

- Właśnie. - Annie spojrzała ciekawie na półki z napisem „Zdrowie”. Sprawa okazała 

się znacznie  bardziej  krępująca, niż  przypuszczała.  Ale  Arthur  jest dobrym  przyjacielem. 

Wszystko zrozumie.

-   No   tak.   -   Odchrząknął.   -   Czy   chodzi   o   podręcznik   podstawowy   czy   dla 

zaawansowanych?

Annie wysłuchała pytania z wyraźnym dreszczem.

110

background image

- Dla zaawansowanych. On zna podstawy. Opanował też poziom średni. - Poczuła, że 

coraz bardziej się czerwieni. - Tak naprawdę, to on wie o seksie niemało. Znacznie więcej ode 

mnie. Problemem jest technika.

- Czy to problem zbyt wczesnego wytrysku? - Arthur starał się mówić współczująco.

- Skądże znowu - mruknęła. - Czasami chciałabym, żeby tak było. Tu chyba bardziej 

chodzi o porozumienie.

-   Aha!   -   Arthur   kiwnął   głową.   -   Porozumienie.   A   z   czym   konkretnie   Oliver   ma 

trudności?

-   Mój   mąż   jest   bardzo   apodyktyczny.   Chce   wszystkim   rządzić.   Chce   wszystko 

kontrolować, jeżeli rozumiesz, co mam na myśli.

- Wydaje mi się, że rozumiem - odpowiedział powoli.

- Ja chcę rządzić. Chcę mu pokazać, jak to jest, gdy człowiekiem ktoś manipuluje. - 

Uśmiechnęła się do Arthura, jakby w podzięce za zrozumienie.

- Wydaje mi się, że mam coś odpowiedniego. - Poprowadził ją do półek z napisem 

„Egzotyka”. Zatrzymał się przed rzędem starych książek i wyciągnął jedną z nich.

Annie   odczytała   tytuł   wytłoczony   na   starej   skórzanej   okładce:   „Trzy   noce   wśród 

Amazonek”.

- Nie masz czegoś nowszego?

- Mam, ale żadna inna książka nie będzie dla ciebie bardziej pożyteczna niż ta.

- Dobrze. Spróbuję. - Spojrzała na niego. - Ile ci jestem winna?

- Potraktuj to jako prezent ślubny. - Uśmiechnął się.

- Masz ci los!

-  Nie  bądź   dziwna,  Annie.  Jestem   ci  dłużny  więcej,  niż   kiedykolwiek   będę  mógł 

zwrócić. Gdyby nie ty, nigdy bym nie poślubił Elizabeth.

Wyraz wdzięczności w spojrzeniu Arthura trochę ją zakłopotał.

- A jak dziecko? - zapytała szybko, by zmienić temat rozmowy.

- Rośnie z dnia na dzień. Nie poznasz go, kiedy go zobaczysz.

- Wpadlibyście kiedyś z Elizabeth w odwiedziny.

- Na pewno skorzystamy z zaproszenia.

- Mam słonia, który zainteresuje twojego dzieciaka. 

N

ie wiem, dlaczego mi się zdawało, że poczuję się lepiej, kiedy przyjadę do tego 

domu na plaży - powiedziała Joanna.

111

background image

- Wszystkim to dobrze robi. Ja to rozumiem. - Annie wpatrywała się uważnie w krętą 

drogę.   Lekki   zimowy   deszcz   przesłaniał   widok   plaży.   -   Zaraz   będziemy   na   zakręcie,   a 

stamtąd już blisko do starej chatki ciotki Madeline.

- Kiedy zadzwoniłam, że chcę tutaj przyjechać, nie miałam zamiaru ciągnąć ciebie ze 

sobą - powiedziała Joanna.

- Nie przejmuj się. Jedna noc na plaży dobrze nam zrobi. - Tak naprawdę Annie miała 

nieszczególną ochotę na tę wyprawę. Podróż trwała co najmniej dwie godziny, a ona miała 

mnóstwo   zajęć   w   sklepie.   Jednak   Joanna   była   tak   przybita   i   wystraszona,   że   nie   mogła 

pozwolić, by sama pojechała nad morze.

- To stres - zwierzyła się Joanna. Wytarła oczy chusteczką, którą trzymała w ręku już 

od kilku godzin. - Czasami tak się boję. Wydaje mi się, że płaczę coraz częściej.

- Wiem, o czym mówisz. - Annie zauważyła zakręt i zmniejszyła szybkość. - Gdybym 

pozwoliła   sobie   zbyt   często   myśleć   o   Danielu,   też   bym   się   przestraszyła.   Próbuj   się 

koncentrować na innych sprawach.

- To cudowne, że ze mną pojechałaś.

- Nie ma sprawy. Oliver wyjechał na dwa dni. Ella może się zająć sklepem przez 

resztę popołudnia. Spędzimy tutaj noc i wrócimy jutro rano. Będę w sklepie tuż po otwarciu. 

Żaden problem.

- Nie byłam tutaj z Danielem od miesięcy. - Joanna oglądała naruszony zębem czasu 

dom, który pojawił się za zakrętem. - Przyjeżdżał tu sam przed naszymi zaręczynami. Nie 

chciałam się narzucać, bo zawsze pracował w tym domku.

-  Daniel   odwiedzał   go,  żeby  w   samotności   rozwiązywać   jakieś  wyjątkowo   trudne 

problemy.

Annie   zaparkowała   czerwony   sportowy  samochód   na   podjeździe   i   przyglądała   się 

zabudowaniom poprzez strugi deszczu. Na chwilę oddała się wspomnieniom.

-   Ciotka   Madeline   przywiozła   nas   tutaj   po   tym,   jak   rodzice   zginęli   w   wypadku 

samochodowym. Pokochaliśmy to miejsce.

- Wiem. Mówił mi, jak wiele dla was znaczy. Wiem, jak bardzo troszczyliście się o 

ciotkę.

- Madeline była trochę ekscentryczna, ale kochała nas. Nigdy nie dała nam odczuć, że 

jesteśmy dla niej ciężarem.

- Co to znaczy ekscentryczna?

112

background image

- Była artystką - wyjaśniła Annie. - I to całkiem niepospolitą artystką. Jej dzieła nieźle 

się sprzedawały. Najważniejsza była dla niej sztuka i poświęcała jej mnóstwo czasu. Daniel i 

ja nauczyliśmy się bawić sami, co chyba nie było złą lekcją życiową.

- Boże! Annie, co my zrobimy? - Joanna zalała się łzami.

- Zobaczymy. Jakoś to będzie. - Jej samej już niewiele brakowało, aby się załamać i 

rozpłakać. Opanowała się i otworzyła drzwi samochodu.

Godzinę później obie siedziały przed wesoło trzaskającym ogniem. Annie poczuła się 

znacznie lepiej. Nastrój Joanny również się poprawił. Przynajmniej przestała płakać.

- Z jakichś powodów czuję się tutaj bliżej niego - powiedziała Joanna przypatrując się 

ciężkim drewnianym meblom, wyblakłym zasłonom i staremu dywanowi ze sznurka. - Cieszę 

się, że tu przyjechałyśmy.

-   Ja   też.   -   Annie   położyła   nogę   na   zniszczonym   drewnianym   stoliku   do   kawy. 

Zamknęła oczy czekając, aż atmosfera domu przeniknie ją głęboko.

W   wyobraźni   pojawiały   się   obrazy   Daniela:   Daniel   uczy   ją   gry   w   pokera;   uczy 

prowadzić samochód, gdy już skończyła piętnaście lat; pociesza ją, kiedy porzucił ją pierwszy 

chłopak.   Uśmiechnęła   się   do   tego   ostatniego   wspomnienia.   Później   dowiedziała   się,   że 

wyzwał tego chłopaka na pojedynek na pięści za to, że unieszczęśliwił Annie.

- On nie umarł - powiedziała Joanna dotykając brzucha.

-   Nie.   -   Annie   z   upływem   dni   była   coraz   bardziej   przekonana,   że   brat   żyje. 

Wiedziałaby, gdyby odszedł na zawsze.

- Powiedz mi prawdę, Annie. - Joanna podwinęła pod siebie jedną nogę i wtuliła się w 

kąt wyblakłej sofy.

- O czym?

- O tobie i o Rainie. Twoje małżeństwo z rozsądku nie przebiega tak jak zaplanowałaś, 

prawda?

- Jesteś bardzo spostrzegawcza. Rzeczywiście wyszło trochę inaczej.

- Zakochałaś się w nim?

- Tak.

- Obawiałam się tego. Wiedziałam od samego początku, że między wami coś jest. 

Widziałam, jak Rain patrzył na ciebie wtedy na naszym przyjęciu zaręczynowym. Wyglądało 

to tak, jakby wielki kot skradał się do motylka. 

-  Mój   Boże!   -   Annie   spojrzała   na   nią   ze   zdziwieniem.   -   Cóż   za   dziwny   sposób 

wysławiania się!

- To prawda. - Wzruszyła ramionami. - Ty również czułaś jego obecność na sali?

113

background image

- Tak, dobrze, jestem winna.

-   No,   dobrze.   Teraz   wiemy,   co   ci   podszepnęło   tę   chorą   myśl   małżeństwa   z 

wyrachowania. Prymitywna żądza.

- Jestem obrażona! To była niewiarygodnie przenikliwa decyzja, która nie miała nic 

wspólnego z tym, że zaczął mi się podobać.

- Jeżeli tak mówisz, to przyznaję, że nie potrafię sobie wyobrazić was dwojga razem. 

Jesteście tak od siebie różni.

- Nie pytasz mnie, jaki on jest w łóżku? - mruknęła Annie.

- Nie interesuje mnie to. Powiedz mi tylko jedno.

- Co takiego?

- Czy stosuje jakieś dziwactwa? Może jedwabne bicze, pióra czy małe złote kulki?

- Joanno!

- Nie możesz mnie winić, że płonę z ciekawości. - Uśmiechnęła się. - Ten człowiek 

ma opinię dziwaka. Czy jest nim naprawdę?

- Żadnych batów, piór czy małych kulek.

-   Aha!   To   ci   dopiero   rozczarowanie!   Byłam   pewna,   że   masz   w   zanadrzu   coś 

interesującego i egzotycznego.

- Paprocie - powiedziała cicho Annie, przypominając sobie entuzjazm Olivera tego 

poranka, gdy wyjaśniał jej tajemnice rozmnażania się paproci. - Jest doskonały w hodowli 

paproci.

Dźwięk telefonu na końcu stołu przerwał im rozmowę. Annie podskoczyła.

- Nikt przecież  nie wie, że tu przyjechałyśmy - powiedziała  Joanna gapiąc się na 

aparat.

- Halo? - Annie podniosła słuchawkę

- Dobry wieczór, Annie. - Głos Olivera był doskonale spokojny. - Nie wiedziałem, że 

planujesz wyjazd z miasta podczas mojej nieobecności.

- Cześć, Oliver. - Annie ciężko usiadła na sofie. - Zakładam, że ten numer dostałeś od 

Bolta?

-   Mówił   mi,   że   zostawiłaś   notatkę   na   stole   kuchennym.   -   Nastąpiła   trudna   do 

zniesienia przerwa. - Bardzo skąpą notatkę.

- Nie ma sensu pisać do Bolta długich listów. Nie porozumiewamy się ze sobą zbyt 

swobodnie. - Z radością odnotowała, że czuje się wspaniale słuchając Olivera. Zachowywał 

się   jak   prawdziwy   mąż   dzwoniąc   do   niej   bezpośrednio   po   wyjeździe.   Świadomość,   że 

pofatygował się do telefonu, wywołała w niej uczucie ciepła i bezpieczeństwa.

114

background image

- Bolt mi powiedział, że jesteś w domku na wybrzeżu.

- Tak. To stary dom ciotki Madeline. Odziedziczyliśmy go wspólnie z Danielem.

- Jesteś tam razem z Joanną? - Usłyszała po upływie następnej krótkiej przerwy.

- Ach... - Zerknęła na Joannę. - Przyjechałyśmy przed chwilą.

- Tak nagle postanowiłyście wyjechać?

- Pewnie, że tak. - Przebieg rozmowy zaczął  niepokoić Annie. - Joanna czuła się 

załamana i chciała tutaj przyjechać. Postanowiłam jej towarzyszyć. Wrócimy jutro rano.

- No tak.

- Czy coś jest nie w porządku?

- Nie, nic.

- Jesteś pewny? - W jego głosie usłyszała niepokojącą nutę. Nagle zaświtała jej pewna 

myśl. Ogarnęła ją wściekłość, która w ułamku sekundy odepchnęła w kąt małżeńskie ciepło. - 

Dobry Boże! Nic nie mów. Daj mi zgadnąć! Nie jesteś całkowicie pewien, czy rzeczywiście 

jestem   tu   z   Joanną.   To   chyba   sprawka   Bolta.   Doniósł   ci,   że   przyjechałam   tutaj,   żeby 

uczestniczyć w dzikiej orgii?

- Annie...

- Wystarczy!  Natychmiast po powrocie do domu porozmawiam z nim poważnie. I 

ostrzegam cię, że jeżeli Bolt nie zmieni swojego postępowania, wywalę go z pracy!

- Wyrzucisz go? To interesujące.

-   Tak   zrobię!   Nie   pozwolę,   żeby   składał   ci   stronnicze   meldunki   na   temat   moich 

posunięć.

-   Nie   otrzymałem   żadnego   stronniczego   meldunku   -   powiedział   Oliver.   -   Tylko 

dokładne fakty. To jedyny typ meldunków, jakie mi Bolt przygotowuje.

-   Ale   nie   należy   wierzyć   robotom.   Wszystkie   roboty   w   głębi   duszy   chcą   zostać 

ludźmi.

- Annie, uspokój się!

- Nie, nie uspokoję się! Jestem rozczarowana! Olewam to, czy chcesz znać prawdę! 

Dzwonisz tutaj, żeby mnie sprawdzić, prawda?

- Dzwonię, żeby z tobą porozmawiać - rzekł chłodno. - Czy to takie dziwne?

- Nie wiem. Z tobą czasami trudno określić, co jest normalne, a co nie. - Zacisnęła 

kurczowo palce na słuchawce. - Czy chcesz porozmawiać z Joanną? To będzie przynajmniej 

dowód, że nie jestem tutaj z mężczyzną.

- Nie. - Zawahał się. - Nie chcę z nią rozmawiać.

Jednakże ta krótka chwila wahania wystarczyła, by wprawić Annie we wściekłość.

115

background image

- Myślałeś o tym, zanim mi odpowiedziałeś? Zgadza się? Przyznaj mi rację! Chcesz 

konkretnego dowodu, że to właśnie ona jest tutaj ze mną!

- Annie, czy mogłabyś się uspokoić?

- Nie! - Podniosła słuchawkę w stronę Joanny. - Powiedz coś do niego.

Joanna podniosła oczy do nieba i wzięła słuchawkę do ręki.

- Halo, Oliverze - odezwała się zatroskana. - Mam nadzieję, że miałeś dobrą podróż. 

Nasza wycieczka staje się dość dziwna.

Annie ponownie złapała za słuchawkę.

- Słyszałeś ją? Słyszałeś?

- Tak, Annie. Słyszałem.

- To oczywiście jeszcze niczego nie dowodzi - kontynuowała zawzięcie. - Mogłyśmy 

przywieźć ze sobą cały samochód młodych ogierów.

- Nie mam wątpliwości, że jesteście same - odpowiedział.

-   Cudownie!   -   krzyknęła   ciągle   nie   usatysfakcjonowana.   -   Wydaje   mi   się,   że 

dokonaliśmy postępu. A teraz powiedz, jak ci minęła podróż?

- Myślałem, że nigdy o to nie spytasz.

- Udało ci się coś załatwić z Featlym i Mossem?

- Chyba tak. - Oliver zamilkł na chwilę. - Byli zaskoczeni, że Lyncroft nadal realizuje 

plany Daniela w zakresie rozwoju nowej linii produktów.

- Dlaczego ich to zdziwiło?

-   Najwidoczniej   spowodowały   to   plotki,   że   główni   rywale   Lyncroft   Unlimited 

dokonali znacznego postępu w rozwoju tej technologii. Zamierzają pobić Lyncroft rzucając 

na rynek własną serię produktów bezprzewodowych.

- To niemożliwe - oświadczyła. - Lyncroft znacznie wyprzedził wszystkie inne firmy. 

Daniel sam mi o tym mówił.

- Sytuacja się zmieniła. Lyncroft jest dalej na czele, ale konkurencja jest tuż za nim. 

To właśnie konkurenci chcieli odciąć dostawy od Featly'ego i Mossa.

- A więc to oni uzyskali priorytet dostaw tych części, które są nam potrzebne. Oliver, 

musisz ich powstrzymać.

- Chyba mi się to uda - powiedział z chłodną pewnością siebie, co oznaczało, że już 

tego dokonał. - Przynajmniej przez najbliższe sześć miesięcy Lyncroft ma zagwarantowane 

dostawy zgodnie z planami, ale nadal pozostaje nam inny problem.

- Co takiego?

Oliver tym razem pozwolił sobie na dłuższą wymowną ciszę.

116

background image

- Pozostaje pytanie, w jaki sposób rywale Lyncrofta potrafili się zbliżyć do rozwiązań 

Daniela.

- Może oni również znaleźli jakieś nowe rozwiązania techniczne?

- A być może mieli jakąś pomoc.

- Coś ty powiedział? - Annie tak gwałtownie usiadła, że uderzyła piętami w podłogę. - 

O czym ty mówisz? Chodzi ci o przecieki?

- To się nazywa szpiegostwo przemysłowe.

- Mój Boże! - jęknęła. - Co teraz zrobimy?

- Zablokujemy to - odpowiedział. - Porozmawiamy po moim powrocie.

- Będziesz jutro w domu?

- Tak. Prawdopodobnie nie wcześniej niż późną nocą. Muszę się spotkać z kilkoma 

ludźmi. Przypuszczam, że planujesz wcześniej wrócić do miasta?

- Nie bądź ironiczny, Oliverze. To do ciebie nie pasuje. Oczywiście, że będę w domu 

przed tobą.

- W porządku. - Zamilkł na chwilę. - Pozdrów Joannę.

- A co z tymi młodymi ogierami?

- Powiedz im, niech spadają.

-   Zrobię   to.   -   Uśmiechnęła   się.   Widziała,   jak   Joanna   przypatruje   się   jej   z   nie 

ukrywanym rozbawieniem. - Dbaj o siebie, Oliverze.

- Dobrze.

- Brakuje mi ciebie.

- Naprawdę? - Spytał wyraźnie uradowanym głosem.

Annie z rozdrażnieniem zmarszczyła nos.

- Tak. A teraz wypadałoby, żebyś ty powiedział, że brakuje ci mnie.

- Brakuje, Annie. Dobranoc. Prowadź jutro ostrożnie w drodze do domu.

- Przyrzekam.

Trzymała   słuchawkę   przy   uchu   tak   długo,   aż   usłyszała   daleki   trzask   rozłączenia. 

Wtedy westchnęła i odłożyła ją na widełki.

- On naprawdę myślał, że jesteś tutaj z jakimś mężczyzną?

-  Nie   wiem.   -   Annie   oparła   głowę  o   poduszki   sofy.   -  Oliver   jakoś   nie   wpadł   na 

pomysł, żeby po prostu wierzyć ludziom.

- Nawet żonie?

- Nawet. - Zacisnęła zęby. - Szczególnie żonie, która wyszła za niego ze względu na 

interesy.

117

background image

- Rozumiem problem. Wyszłaś przecież za niego z wyrachowania.

- Tak, ale zaczęłam z nim sypiać z innych powodów. Mam nadzieję, że on to rozumie.

- Niewielka różnica - mruknęła Joanna.

- Nie - powiedziała Annie zdenerwowana - to jest zasadnicza różnica.

- Wydaje mi się, że masz równie wielkie trudności jak Oliver.

- O czym ty mówisz? 

- Powinnaś sama siebie zapytać, dlaczego on się zgodził zmienić warunki waszego 

małżeństwa. Pytanie nie brzmi, dlaczego ty z nim sypiasz. Znam na nie odpowiedź. Po prostu 

wpadłaś po same uszy.

- A więc jak brzmi pytanie?

- Dlaczego on z tobą sypia? - zapytała cicho.

Dwie godziny później Annie leżała w łóżku nie mogąc zmrużyć oka. Odpowiedź była 

prosta i oczywista. Sam Oliver ją podał. Sypiał z nią, ponieważ go pociąga. Prosta sprawa.

Jednakże   Oliver   nie   należał   do   takich,   którzy   działają   powodowani   chęcią 

zaspokojenia żądzy. Wykształcił zbyt silny mechanizm samokontroli, by pozwolić sobie na 

poddawanie   się   tak   pospolitym   wpływom   jak   hormony.   Westchnęła.   Miała   dowody   z 

pierwszej   ręki,   że   mąż   jest   namiętny,   ale   całkowicie   kontroluje   tę   stronę   swojej   natury. 

Namiętność trzymał w ryzach, tak jak całą resztę.

Dlaczego więc z nią sypiał? Nie mogła stłumić niepewności. Wiedziała, że jej pożąda, 

ale musiała stawić czoło faktom: nie uprawiał z nią seksu tylko z tego powodu.

Cokolwiek robił Oliver, miał w tym swój cel - co do tego nikt nie miał wątpliwości.

Annie wiedziała, że nie zaśnie, dopóki podobne myśli będą się jej tłuc po głowie. 

Odrzuciła kołdrę i wstała z łóżka. Ziewnęła i podreptała boso przez hall do kuchni, żeby napić 

się wody.

Przechodząc przez maleńki pokój jadalny zauważyła ciemny kształt biurka w pobliżu 

okna. Spojrzała na nie z zadumą. Daniel lubił przy nim siadywać jeszcze jako nastolatek, 

kiedy rysował swoje dziwne, mądre maszyny o wyglądzie obiektów z kosmosu. Przy tym 

biurku powstała większość jego wynalazków.

Podeszła   do   mebla   i   dotknęła   zniszczonego   blatu.   Zawładnął   nią   dziwny   nastrój. 

Wspomnienia o Danielu, w połączeniu ze zmartwieniami dotyczącymi Olivera, wytworzyły 

niepokój, którego nie umiała zwalczyć.

- Annie? - Joanna pojawiła się w drzwiach, ubrana w szlafrok z aksamitu. - Co robisz?

- Myślę - odpowiedziała kwaśno. - Nie wiem, czy powinnam o tym myśleć.

- O czym?

118

background image

- O tym, że Daniel spędzał przy tym biurku wiele czasu, gdy był jeszcze chłopcem. 

Zawsze korzystał z niego, kiedy pracował nad rysunkami.

- Nigdy o tym nie wspominał - powiedziała cicho Joanna.

- Jego rysunki były wspaniałe. Z przyjemnością ci je pokażę. Poczekaj... może kilka z 

nich jeszcze leży w którejś szufladzie. - Annie zaczęła otwierać kolejne szuflady. W drugiej 

znalazła mały, płaski pakiecik.

- Rysunek?

- Nie. - Annie zadrżała wyciągając go z szuflady. - To jakaś dyskietka. Coś tu jest 

napisane.

- Co? - Joanna podeszła bliżej, z wyraźnym zaciekawieniem w oczach.

Annie odczytała wiadomość. Nie mogła uwierzyć w jej treść: „Annie i Joanno! Jeżeli 

to znajdziecie, zanieście do Olivera Raina. On będzie wiedział, co z tym zrobić”.

- O Jezu! - szepnęła Joanna. - Jak myślisz, co jest na tej dyskietce?

- Nie mam pojęcia. - Annie usiadła na najbliższym krześle. Puls walił jej jak młot. 

Odczytując wielokrotnie napis na dyskietce, coraz bardziej marszczyła brwi.

- Myślę, że najlepiej postąpimy trzymając się dokładnie instrukcji Daniela. Przekaż 

dyskietkę Oliverowi, jak tylko zjawi się w domu.

Joanna wsunęła dłonie w rękawy koszuli.

- Nie wiem jak ty, ale ja czuję dziwne mrowienie w krzyżu.

-   Ja   też.   Nie   przypuszczasz,   że   istnieje   jakiś   związek   między   tą   dyskietką   a 

zniknięciem Daniela?

- Dlaczego miałby istnieć? - Niepewność w jej oczach świadczyła o tym, że Joanna 

przeczuwa jakiś związek pomiędzy napisem na dyskietce a zniknięciem brata. - Co może 

mieć wspólnego katastrofa lotnicza z jakąś dyskietką?

- Nie wiem.  Chyba moja wyobraźnia oszalała.  Zastanawiam się, czy mogłybyśmy 

odczytać tę dyskietkę, zanim wróci Oliver.

- Wątpię  - odpowiedziała  Joanna. - Znając Daniela  musiał  ją zabezpieczyć,  jeżeli 

chciał, by odczytał ją tylko Oliver Rain. Cokolwiek się na niej znajduje, jest zabezpieczone 

hasłem lub jakimś kodem.

- Masz rację - zgodziła się Annie. - Daniel był ekspertem w dziedzinie zabezpieczeń 

elektronicznych. Wiedział wszystko o kluczach i hasłach. Podobnie jak Oliver.

- Mam nadzieję, że twój mąż nie przedłuży sobie pobytu w Kalifornii.

119

background image

D

yskietka  tkwiła  w torebce,  gdy Annie  wbiegła  do „Sezamu”  następnego dnia  o 

dziesiątej piętnaście.

Ella podskoczyła za ladą. Przemalowała sobie dzisiaj włosy na zielono.

- Nie wyglądasz ani na wypoczętą, ani odświeżoną, szefowo.

- A czego oczekujesz? Jechałam dwie godziny. Muszę wypić kawę. - Annie włożyła 

torebkę do szuflady w kontuarze. - Czy wczoraj po południu wydarzyło się coś ciekawego?

-   Nic.   Nie   licząc   kolejnej   wizyty   Raphaeli.   Panikuje   w   ostatnich   chwilach 

przygotowań do jej wielkiej nocy w rezydencji Shore'ów.

- Racja. Dziś ma się odbyć benefis, tak?

- Uhm! Wpadała wczoraj trzykrotnie, usiłując podjąć decyzję, co wziąć z naszego 

sklepu. Zastanawia się nad parawanem ze scenami z dżungli albo nad karuzelą. Powinna tu 

być lada chwila.

Frontowe drzwi sklepu otworzyły się z trzaskiem.

- O wilku mowa...

Raphaela,   ubrana   w   czerwoną   długa   suknię   i   pantofle   w   tym   samym   kolorze, 

majestatycznie wpłynęła do sklepu.

- Kochanie, wróciłam.

- Zdecydowałaś się, Raphaelo? - spytała Annie.

- Sprawi ci to przyjemność,  jeśli powiem, że tak? Wezmę  karuzelę. Już nie mam 

wątpliwości.   Będzie   doskonałym   kontrapunktem   do   tematu   neo-deco,   który   rozwijam   w 

solarium.

-  Jesteś   pewna,  że   nie   chcesz   wziąć   parawanu?   -  Annie   rozejrzała   się  po   sklepie 

ogarniając wzrokiem wszystkie cudaczne obiekty.

- Nie, kochanie. Karuzela będzie doskonała. - Raphaela potwierdziła swój wybór z 

wyraźnym zadowoleniem. - Przyślę tu po nią dziś po południu.

- Jak przebiegły prace projektowe? - zainteresowała się Annie.

-   To   będzie   mój   najważniejszy   wieczór.   Rezydencja   Shore'ów   zaprezentuje   się 

bajecznie. Chciałabym, żebyś to zobaczyła.

- Mała szansa. - Ella się uśmiechnęła. - Żeby się dostać na listę gości Shore'a, trzeba 

podarować pięć albo dziesięć kawałków rocznie na twoją fundację wspierania sztuki.

- Jeśli chodzi o mnie, to dałam forsę na bank żywności i schronisko dla bezdomnych - 

zauważyła Annie. - Wydaje mi się, że wspieranie sztuki to zabawa dla bogatych.

Raphaela wygięła pięknie wymodelowane ołówkiem brwi.

120

background image

-   Mam   dla   pani   dobrą   wiadomość,   pani   Rain.   Jesteś   obecnie   zaliczana   do 

najbogatszych obywatelek Seattle.

Annie poczuła ukłucie smutku. Nie było sensu wyjaśniać Raphaeli, że nie traktuje 

jeszcze pozycji pani Rain jako stałej posady.

- Przypuszczam, że nigdy nie przywyknę do traktowania mnie jako małżonki Olivera - 

mruknęła.

- Co ty wygadujesz! - Raphaela skierowała się do drzwi. - Ja bym się natychmiast 

przyzwyczaiła   do   ślubu   z   taką   fortuną!   Z   drugiej   jednak   strony   uniemożliwiłoby   mi   to 

skorzystanie z zaproszenia na benefis Shore'a. Każdy wie, że Paul Shore i Oliver Rain ze sobą

nie rozmawiają.

Za Raphaela zatrzasnęły się drzwi. Annie patrzyła, jak znika w ulicznym tłumie, i 

myślała, co ludzie powiedzą widząc na benefisie Carsona Shore'a z Valerie Rain.

Oliver się wścieknie. Bez wątpienia potraktuje posunięcie siostry jako zdradę rodziny.

Dwie godziny później Ella była gotowa do wyjścia na lunch.

- Zobaczymy się za pół godziny.

-   W   porządku.   -   Annie   poczekała,   aż   koleżanka   zamknie   drzwi,   i   dopiero   wtedy 

wyciągnęła torebkę z szuflady.

Cały ranek myślała o dyskietce. Jej wyobraźnia pracowała bez przerwy i tworzyła 

coraz   bardziej   skomplikowane   i   mrożące   krew   w   żyłach   wytłumaczenia,   dlaczego   brat 

zostawił to w szufladzie biurka.

Wyjęła   dyskietkę   z   torebki   i   jeszcze   raz   przeczytała   wiadomość   „...   zanieście   do 

Olivera Raina. On będzie wiedział, co zrobić”.

Coś ją tknęło, żeby ją schować gdzie indziej. W Seattle bardzo często kradną torebki. 

Sama stoczyła krótki pojedynek ze złodziejem kieszonkowym kilka miesięcy temu. Zdołała 

uratować torebkę, ale niewiele brakowało.

Rozejrzała się po sklepie. Jej wzrok padł na słonia z mozaiki. Pamiętała o maleńkim 

schowku w jego podstawie. To było doskonałe miejsce. Dyskietka będzie bezpieczna przez 

resztę dnia, a wieczorem zabierze ją do domu i odda Oliverowi.

Podeszła szybko do słonia, nacisnęła jeden ze szkarłatnych pazurów i tajna skrytka się 

otworzyła. Dyskietka dokładnie do niej pasowała. Annie zamknęła drzwiczki i poczuła się 

znacznie lepiej.

Przed   siedemnastą   odebrała   telefon   od   projektanta,   który   pracował   na   jednym   ze 

strychów na Pioneer Square.

121

background image

- Czy mogłabyś wpaść i popatrzeć, Annie? Myślę, że potrzebny jest jakiś końcowy 

akcent z twojego sklepu. Moja pracownia znajduje się o trzy przecznice od „Sezamu”. Będę 

na ciebie czekał w korytarzu i zaprowadzę do pracowni.

- Dobrze. Będę za dziesięć minut. - Spojrzała na zegarek. Gdy odłożyła słuchawkę, 

popatrzyła na Ellę.

- Powinnam wrócić za godzinę. Jeżeli mnie nie będzie, zamknij sklep.

- Dobrze, szefowo.

Planowana godzina bardzo się wydłużyła, gdyż rozmowę z projektantem przerwało 

pojawienie   się   klienta,   który   mieszał   się   we   wszystkie   uzgodnienia.   Gdy   powróciła   do 

„Sezamu”, dochodziła już osiemnasta.

Natychmiast   po   wejściu   do   sklepu   zauważyła,   że   coś   jest   nie   tak.   Od   razu   się 

zorientowała, że brakuje słonia z mozaiki wraz z dyskietką. Żeby nie wpaść w histerię, kilka 

razy głęboko odetchnęła. Kiedy już odzyskała władzę w palcach, wykręciła numer Elli. Nikt 

nie odpowiadał. Trzasnęła słuchawką i próbowała przypomnieć sobie niektórych przyjaciół 

asystentki.   W   zdenerwowaniu   wykręcała   bez   przerwy   jej   numer   domowy.   Po   piętnastu 

minutach Ella wreszcie podniosła słuchawkę.

- Gdzie jest słoń!? - Annie nie powiedziała nawet „halo”.

- Słoń? Jaki słoń? Annie, czy coś się stało?

- Nie mogę znaleźć mojego słonia. Tego ze szkarłatnymi pazurami. Gdzie on jest?

- A... ten słoń. Zapomniałam zostawić kartkę. Raphaela go wzięła. Zdecydowała się w 

ostatniej minucie. Nie użyje ani parawanu, ani karuzeli.

- Wzięła mojego słonia?!

- Tak. A co w tym złego?

- Och, mój Boże! - Annie rzuciła słuchawkę na widełki.

Jedno było pewne. Musi odnaleźć go jeszcze dziś wieczorem! A to oznacza pójście na 

przyjęcie do Shore'a.

Rzuciła okiem na zegarek. Benefis wkrótce się rozpocznie, jeżeli już się nie zaczął. 

Nie mogła się tam pojawić w swetrze i spodniach.

Próbowała zebrać myśli. Powinna wpaść do domu, wskoczyć w porządną kieckę i 

popędzić do rezydencji Shore'ów nad jeziorem Washington. Na szczęście Raphaela zostawiła 

jej adres.

Szybko zamknęła „Sezam”, modląc się, by Oliver nie przyjechał wcześniej niż późną 

nocą.   Nie   uśmiechała   się   jej   perspektywa   tłumaczenia,   dlaczego   przekroczyła   próg 

odwiecznego wroga Rainów. 

122

background image

Rozdział jedenasty

M

ówisz, że Annie nie ma w domu? - zapytał Oliver z tylnego siedzenia limuzyny.

-   Tak   powiedziałem.   -   Bolt   znalazł   lukę   w   ruchu   ulicznym   przed   lotniskiem   i 

wprowadził w nią limuzynę. - Zostawiła notatkę na stole kuchennym.

- Drugą notatkę na stole kuchennym? - Rain spojrzał na złoty zegarek. Było już po 

ósmej. Nie mógł się doczekać drinka i obiadu z Annie.

- Tak. - Bolt nie spuszczał wzroku z samochodów przed sobą.

-   To   zaczyna   jej   wchodzić   w   nałóg.   -   Oliver   zebrał   się   w   sobie,   by   nie   okazać 

rozczarowania. - I cóż jest w tej nowej notatce?

- Myślałem, że zechce pan przeczytać i wziąłem ją ze sobą. - Nie odrywając wzroku 

od jezdni Bolt otworzył schowek na tablicy rozdzielczej. Sięgnął do środka i wyjął mały 

skrawek papieru. Bez słowa podał go Oliverowi.

Rain rozłożył kartkę i z trudnością przeczytał bardzo niewyraźne pismo:

Witaj   w   domu,   Oliver.   Będę   w   domu   niebawem.   W   pracy   wydarzyło   się   coś  

niespodziewanego.   Opowiem   ci,   jak   wrócę.   Mam   nadzieję,   że   dojechałeś   szczęśliwie.  

Kocham, Annie.

Przeczytał   ostatnie   słowa.   „Kocham,   Annie”.   Ona   chyba   tak   podpisuje   wszystkie 

swoje notatki i listy. Potem skupił się na samej wiadomości.

- Co ona ma na myśli pisząc o czymś niespodziewanym?

- Nie mam pojęcia, proszę pana.

Oliver podniósł słuchawkę i wykręcił numer sklepu Annie. Po siedmiu dzwonkach 

zrozumiał, że nie będzie żadnej odpowiedzi. Odłożył telefon i popróbował przypomnieć sobie 

nazwisko asystentki żony. Ella Cośtam. Ella Presswood.

Gdy połączył się z garsonierą Elli, zastał jej współlokatorkę.

- Jest jeszcze w Outer Limits - odpowiedziała wesoło dziewczyna.

- Co to jest?

123

background image

- Kawiarnia w okolicy Belltown. Dziś jest podwójny koncert. Dwa występy w cenie 

jednego.

- Rozumiem.  - Oliver musiał  uzbroić się w cierpliwość. - Czy może pani dać mi 

numer?

- Pewnie. Proszę polegać na współlokatorach.

Kilka minut później dodzwonił się do Outer Limits. Jakaś dobra dusza z drugiej strony 

zaofiarowała się odnaleźć Ellę. Oliver przyłapał się na bębnieniu palcami po podłokietnikach. 

Zmusił się do zachowania spokoju i czekał.

Po chwili w słuchawce odezwał się głos Elli.

- Ojejku! Tak, słucham?

- Mówi Oliver Rain.

- Nie zalewasz? Oliver Rain?

- Szukam Annie. Zostawiła mi kartkę, że coś się wydarzyło w sklepie, ale nie napisała, 

o co chodzi. Jestem ciekawy, czy pani coś o tym wie, panno Presswood.

- Och, tak! Chyba pojechała za swoim słoniem.

- Za jakim słoniem? - zapytał bardzo grzecznie Oliver. Stłumił nagłą chęć zazgrzytania 

zębami.

- Taki brzydki, ze szkarłatnymi pazurami. Ten sam, który usiłowała panu wtrynić jakiś 

czas temu. Bardzo się zdenerwowała, że Raphaela w ostatniej chwili zmieniła zdanie i wzięła 

słonia zamiast karuzeli.

- Kto to jest Raphaela i dokąd ona zabrała tego słonia? - zapytał i pomyślał, że to 

wymaga większej cierpliwości niż rozmnażanie paproci.

- Raphaela jest projektantką wnętrz. Wzięła słonia do upiększenia dekoracji wnętrz 

rezydencji Shore'ów na dzisiejszy benefis.

- Do Paula Shore'a? - Zrobiło mu się bardzo zimno.

- Tak. Raphaela przygotowuje ich dom na benefis, który ma się odbyć dziś wieczorem. 

Dla   niej   to   wielkie   zlecenie.   Okazja   całego   życia.   „Sezam”   zyska   niezłą   reklamę   tylko 

dlatego, że Raphaela użyła obiektu z naszego sklepu. Czy teraz pan rozumie?

- Chcesz powiedzieć, że ten przeklęty słoń znajduje się w domu Shore'a?

- Aha! Mam przeczucie, że Annie tam pojechała. Powiedziała, że musi znaleźć tego 

słonia. Nie wiem, co zamierzała, ale była zdecydowana nawet wejść na benefis. Tyle że ona 

nie może tak po prostu wyjść stamtąd ze słoniem pod pachą. Ludzie by pomyśleli, że go 

ukradła, a Raphaela by zwariowała.

- Dziękuję - odpowiedział Oliver spokojnie. - Bardzo mi pani pomogła.

124

background image

- Hej! Lubię pomagać. Powinno to być moim zajęciem na cały etat. Do widzenia.

- Dobranoc. - Oliver bardzo ostrożnie odłożył słuchawkę.

- Bolt?

- Słucham?

- Zmieniłem zdanie. Nie jedziemy jeszcze do domu. Najpierw zatrzymamy się nad 

jeziorem Washington.

- Jaki adres?

Rain podał mu dokładny adres. Miał go w pamięci, jakby był świeżo wyryty, chociaż 

minęło tyle lat od jego ostatniej wizyty w tym domu.

Po   zniknięciu   ojca   spotkał   się   z   Shore'em   tylko   dwukrotnie.   Podczas   pierwszego 

niezapomnianego spotkania prosił go o przełożenie terminu spłaty pożyczki, którą zaciągnął 

Edward   Rain.   Shore   odmówił.   Od   tej   chwili   ogień   pierwszego   upokorzenia   bezustannie 

dręczył Olivera.

Po  raz   kolejny  Rain   przybył   do  rezydencji   nad   jeziorem   Washington,   by  zwrócić 

pożyczkę. Spłacenie długu okazało się możliwe po sprzedaży domu ojca na wyspie Mercer i 

bardzo   ryzykownym   zainwestowaniu   każdego   centa   na   rynku.   Wspomnienie   tego   ryzyka 

ciągle mroziło mu krew w żyłach.

Postawił   cały   majątek   rodziny   na   swoją   wiedzę   botaniczną,   próbując   odgadnąć 

najbliższe plony kilku najważniejszych upraw. Opłaciło mu się to. Zbiory okazały się lepsze, 

niż przewidywali specjaliści. Oliver zarobił fortunę praktycznie w ciągu jednej nocy.

Był jednak całkiem świadomy ogromnego ryzyka, i nie podobało mu się to ani trochę. 

Nigdy więcej nie zagrał na zmiennym rynku materiałowym. Nie lubił liczyć na przypadkowy 

łut szczęścia. Preferował takie inwestycje, w których miał znaczną możliwość wpływania na 

bieg wydarzeń.

Patrzył na kolorowe szyby i przypominał sobie wieczór, kiedy zaniósł czek do domu 

Paula Shore'a. Zaskoczenie milionera podziałało na Olivera jak płachta na byka. Gdy Shore 

poklepał go po ramieniu  i powiedział,  że może  zostać  większym  przedsiębiorcą  niż jego 

ojciec, Raina niemal zalała krew. Na szczęście chłodne opanowanie go nie zawiodło. Oliver 

zapanował nad wściekłością.

Odwrócił się bez słowa i pomaszerował do drzwi. Od tego czasu nigdy nie zamienił z 

Shore'em ani jednego słowa.

Kiedy  limuzyna   podjechała   przed  elegancką   rezydencję   nad  jeziorem  Washington, 

Rainem   targała  złość   i  głębokie,  bolesne   poczucie  zdrady.   Annie   weszła  do  domu   Paula 

Shore'a. Zacisnął pięści. Jego żona znajduje się w domu śmiertelnego wroga.

125

background image

W

ejście na benefis nie było proste. Annie, ubrana w pierwszą lepszą czarną suknię 

znalezioną  w szafie,  niemal  nie zdołała  sforsować młodego  blondyna  w smokingu,  który 

pilnował frontowych drzwi.

- Nie mam zaproszenia - wyjaśniała chyba po raz trzeci - ale zapewniam pana, że mam 

poważny   powód,   by   wejść   do   środka.   Jeśli   to   konieczne,   mogę   wszystko   wytłumaczyć 

komukolwiek z domowników.

Młody człowiek o wyglądzie bezrobotnego modela zmarszczył tylko piękne brwi.

- Bardzo mi przykro, proszę pani - powiedział - ale obawiam się, że pani Shore jest w 

tej chwili zajęta.

Annie stwierdziła, że nie ma już nic do stracenia.

- Powiedz uprzejmie swojej pani, że przy drzwiach frontowych czeka pani Rain, żona 

Olivera Raina.

- Kto?

- Pani Rain.

Młody człowiek przejrzał kartkę.

- Obawiam się, że takiego nazwiska nie ma wśród zaproszonych gości.

- Wiem o tym. Usiłuję przecież powiedzieć...

- Annie! Co ty tutaj robisz?

Annie spojrzała za plecy terroryzującego ją męskiego modela i zobaczyła w drzwiach 

Valerie   w   oszałamiająco   wydekoltowanej   srebrnej   sukni   wieczorowej.   Przy   niej   stał 

przystojny mężczyzna z czarnymi włosami i poważnymi oczami. Był ubrany w przepisową 

czerń i biel.

- Cieszę się, że cię widzę, Val. - Annie ominęła blondyna w smokingu. - Słuchaj, czy 

mogę z tobą porozmawiać przez sekundę? Muszę wejść do środka. Tam jest słoń...

- Słoń? - Valerie zaniemówiła ze zdziwienia. - To nieważne. Najpierw poznaj Carsona. 

- Uśmiechnęła się niepewnie i wskazała mężczyznę o poważnych oczach, który stał obok niej. 

- Carson, to jest żona mojego brata, Annie.

- Miło mi panią poznać. - Młody Shore ujął jej rękę i zdecydowanie uścisnął. - Proszę 

do środka. Zaraz powiadomię rodziców. Jestem pewien, że będą zachwyceni.

-   Dziękuję.   -   Annie   pobiegła   w   górę   po   schodach.   -   Nie   ma   potrzeby   nikogo 

powiadamiać. Chcę tylko znaleźć mojego słonia.

126

background image

- O co chodzi? Jakiego słonia? - Valerie wpatrywała się w bratową ze zdziwieniem. - 

Czy Oliver wie, że jesteś tutaj?

- To trudno wyjaśnić - odrzekła pani Rain - ale gdzieś tutaj jest słoń ze szkarłatnymi 

pazurami.   Pochodzi   z   mojego   sklepu.   Projektantka,   która   urządzała   wnętrza   pańskich 

rodziców na dzisiejszy wieczór, wzięła go bez porozumienia ze mną. Włożyłam coś bardzo 

ważnego do skrytki w podstawie figurki. A Oliver... nie, nie wie, że jestem tutaj.

- Pąsowe pazury, co? - Carson się uśmiechnął. - Chyba go widziałem w solarium.

- Co za ulga. - Annie posłała mu spojrzenie pełne wdzięczności. - Czy może mnie pan 

tam zaprowadzić?

- Naturalnie. Proszę tędy. - Carson odwrócił się i zaczął torować drogę wśród tłumu 

gości.   -   Ale   proszę   sobie   nie   wyobrażać,   że   wypuszczę   panią   bez   przedstawienia   moim 

rodzicom. Mama by mnie udusiła, gdybym pani jej nie przedstawił.

Valerie strwożona popatrzyła na Annie.

- A co z Oliverem?

- A co ma być? O ile wiem, jeszcze nie wrócił z Kalifornii. Przedłużył pobyt.

Annie z ciekawością przyglądała się zatłoczonym salonom.

- Piękny dom.

Nie   były   to   właściwe   słowa.   Dom   Shore'a   był   pałacem   w   każdym   calu.   Pokoje 

elegancko harmonizowały z wysokimi sufitami i nie kończącymi się, wypolerowanymi  na 

lustro parkietami. Długie rzędy przeszklonych drzwi ukazywały zapierającą dech w piersiach 

panoramę jeziora.

-  Ten dom jest własnością rodziny od czterech pokoleń - wyjaśniła cicho Valerie. - 

Był wybudowany przez jego pradziadka.

- On i pradziadek Valerie byli wspólnikami w transporcie morskim - dodał Carson 

przez ramię.

Annie spojrzała zaskoczona na szwagierkę.

- Nie wiedziałam, że powiązania między waszymi rodzinami sięgają aż tak dawnych 

czasów.

- Rodziny Rainów i Shore'ów prowadziły wspólne interesy od lat - dodał. - Wrogość 

jest nowej daty. Ja i Val mamy nadzieję to zakończyć.

- To nie będzie takie proste, jak się to Carsonowi wydaje. - Valerie zacisnęła usta. - 

Nie zna mojego brata.

- Zobaczymy - odpowiedział.

127

background image

Chwilę   później   wszyscy   troje   znaleźli   się   w   długim,   białym   pomieszczeniu 

wypełnionym  najróżniejszymi  przedmiotami  ze szkła. Annie od razu się zorientowała,  że 

Raphaela   dobrze   zrealizowała   swój   plan   stworzenia   świata   fantazji.   Kolorowe   markizy   i 

wypchane ponad miarę wielkie poduszki stwarzały wrażenie bujnej, egzotycznej dekoracji. 

Na środku pokoju szumiała fontanna z szampana, otoczona palmami z brązu.

Słoń stał spokojnie przy fontannie.

- Tutaj - powiedziała Annie z ulgą. Podeszła do emaliowanego zwierzęcia. Valerie i 

Carson też się zatrzymali.

- Dlaczego ten słoń jest taki ważny? - zapytała Valerie.

Annie nachyliła się i nacisnęła jeden z pąsowych pazurów.

- To nie słoń jest ważny. Istotne jest coś, co w nim schowałam.

Skrytka szczęknęła i otworzyła się. Annie z ulgą ujrzała małą dyskietkę. Zabrała ją i 

schowała do torebki.

- Wygląda na dyskietkę komputerową - zauważył Carson.

- Zgadza się. - Annie odpowiedziała z uśmiechem. - Teraz proszę sobie trzymać słonia 

nawet i przez całą noc. Odzyskałam to, co chciałam. - Przerwała nagle zdając sobie sprawę, 

że mówi zbyt głośno, mimo że było raczej gwarno.

Nagle cały tłum się uciszył i opanowało ją straszne przeczucie. Tak jak wszyscy w 

solarium, spojrzała na wejście. Stał tam Oliver, ciemny Bóg Zemsty, ubrany w garnitur i 

krawat.

Szybko odnalazł Annie wzrokiem. Ruszył do przodu, przechodząc przez tłum z zimną 

obojętnością na wszystko, co się działo wokół niego. Gwar głosów podniósł się znowu do 

normalnego poziomu, ale można było w nim wyczuć ciekawość i oczekiwanie.

- Jeżeli urządzi scenę, to umrę. - Twarz Valerie wyglądała jak z lodu. Usta miała 

zaciśnięte w wąską kreskę, a oczy pełne strachu. - Przysięgam na Boga, że umrę.

- Uspokój się - powiedziała Annie. - Oliver nie będzie urządzał scen. Znalazł się tutaj 

prawdopodobnie z mojego powodu. Wyjaśnię wszystko, i na tym będzie koniec.

- Straciłaś rozum - odrzekła Valerie. - Wszyscy za to zapłacimy, ale nie dbam o to. To 

moje życie i mam zamiar je spędzić, jak uważam za stosowne.

- Zuch dziewczyna! Tak trzymaj! To moja rada. - Annie poklepała ją po ramieniu 

dodając odwagi.

- To jest, przypuszczam, mój przyszły szwagier. - Carson przyglądał się uważnie, jak 

Oliver przeciska się przez tłum gości. - Przypomnijcie mi, żebym nie wchodził mu w drogę.

- Nie jest taki zły. Jego uśmiech jest dużo groźniejszy niż zęby - dodała szybko Annie.

128

background image

- Skoro ty tak mówisz... - Młody Shore nie wyglądał na przekonanego.

Annie   uznała,   że   najwyższy   czas   przejąć   kontrolę   nad   biegiem   wypadków. 

Wyczuwała   oczekiwanie   zgromadzonego   tłumu   i   przypomniała   sobie,   że   Oliver   nie   jest 

trudny, dopóki nie postanowi takim być. Uśmiechając się wyszła mu na spotkanie.

-   O,   jesteś,   Oliverze!   -   Podeszła   do   niego.   -   Jestem   szczęśliwa,   że   udało   ci   się 

dojechać. Obawiałam się, że nie zdążysz wrócić.

- Co ty tutaj robisz, Annie? - zapytał zatrzymując się.

Wzięła go pod ramię, wspięła się na palce i pocałowała w policzek, co wyglądało 

według niej na typowe powitanie męża.

- Opanuj się - szepnęła mu do ucha. - Obiecuję ci wszystko wyjaśnić.

Przez krótką chwilę zanosiło się na to, że Rain zignoruje jej prośbę. Zimna wściekłość 

wypełniała jego jeszcze zimniejsze oczy.

- Bezwzględnie musisz mi to wytłumaczyć - odpowiedział nad wyraz delikatnie.

Jego ręka owinęła się wokół ramienia żony, co dla stojących obok musiało wyglądać 

na  gest  uczucia.   Annie   jednak   czuła   się  tak,   jakby się  znalazła  w  stalowej   pułapce.   Nie 

zadawał jej bólu, lecz łatwiej by się nauczyła fruwać, niż zdołała uwolnić. Uśmiechnęła się 

robiąc dobrą minę do złej gry, a Oliver poprowadził ją do miejsca, w którym stała Valerie z 

Carsonem.

Zdając sobie sprawę, że Rain zamierza porozmawiać, Annie podjęła kolejną próbę 

rozładowania napięcia.

- Oliverze!  Chyba  nie  znasz jeszcze  chłopca  Valerie,  Carsona  Shore'a?  - zapytała 

pogodnie. - Carson, to jest Oliver Rain, brat Valerie.

Carson uśmiechnął się grzecznie, ale oczy nadal miał czujne.

- Cała przyjemność po mojej stronie. - Młody Shore wyciągnął rękę na powitanie. 

Valerie stojąca obok niego, z mieszaniną odwagi i niepokoju w oczach, sprawiała wrażenie, 

jakby patrzyła na pluton egzekucyjny.

Widząc, że Oliver nie przejawia chęci podania Carsonowi ręki, Annie zrezygnowała z 

ostrożności i wycelowała obcas swojego pantofla w czubek buta męża.

Lekkie, ale zauważalne drgnięcie przebiegło przez ciało Olivera. Spojrzał groźnie na 

żonę i, ku jej ogromnej uldze, wyciągnął rękę do Carsona.

- Znam twojego ojca - powiedział enigmatycznie, trzymając dłoń młodego Shore'a tak 

krótko, jakby parzyła.

- Słyszałem o tym. - Carson objął Valerie gestem posiadacza. - Mam nadzieję, że nie 

będziesz mnie utożsamiał z moim ojcem.

129

background image

Valerie   przysunęła   się   bliżej   do   narzeczonego,   patrząc   na   wszystkich   pustym 

wzrokiem. Annie znowu postanowiła zredukować napięcie.

- Oliver jest bardzo otwarty. - Uśmiechnęła się. - Nigdy nie podejmuje pochopnych 

decyzji.

Oczy Raina przebiegły po uśmiechniętej twarzy żony.

-   Właśnie.   Zanim   podejmę   decyzję,   zbieram   tyle   informacji,   ile   to   możliwe,   ale 

czasami odkrywam, że popełniłem błąd. Wtedy natychmiast zmieniam decyzję.

Annie wzięła to oświadczenie za dobrą monetę.

-   Wiem,   kochanie.   Dlatego   odnosisz   tyle   cudownych   sukcesów.   Przy   okazji, 

rozmawiałam  z Valerie o nowej wystawie sztuki prekolumbijskiej, którą przygotowuje w 

muzeum Eckerta. Pójdziemy na otwarcie?

- Naprawdę masz na to ochotę?

- Naturalnie. Nie ma sensu wspomagać finansowo muzeum, jeżeli nie uczestniczy się 

w zamkniętych  pokazach. A teraz pożegnajmy się z Carsonem i twoją siostrą. Wiem, że 

miałeś   wyczerpującą   podróż   i   musisz   być   zmęczony.   Jedźmy   do   domu   na   przyjemną, 

odprężającą kolację. Mam ci tyle do powiedzenia.

- Ja też mam ci co nieco do przekazania - odrzekł i popatrzył na Valerie. - Dobranoc, 

Val.

- Dobranoc, Oliverze - odpowiedziała sztywno. W jej wzroku odmalowała się lekka 

ulga,   jakby   się   zorientowała,   że   egzekucja   została   odroczona.   Przynajmniej   o   jedną   noc. 

Zerknęła na szwagierkę z niepokojem. - Zobaczymy się później.

- Dobrze! - Annie spojrzała na Carsona. - Dziękuję za pomoc w odnalezieniu słonia.

- Do usług - odrzekł nie spuszczając wzroku z Olivera.

- Chodźmy już do domu. - Rain zacisnął dłoń na ramieniu żony i skierował ją do 

wyjścia z solarium.

W tym momencie otworzyły się drzwi i weszła dobrze ubrana, dystyngowana para. 

Mężczyzna był pod siedemdziesiątkę. Nosił się trochę sztywno, po wojskowemu, dlatego też 

wyglądał na wyższego, niż był w rzeczywistości. Obwódka siwych włosów została przycięta 

niemal przy skórze głowy. Miał haczykowaty nos i głębokie bruzdy pod policzkami.

Kobieta była szczupła ładna. Nie przekroczyła prawdopodobnie sześćdziesiątki. Skóra 

wokół jej ust i oczu nie miała żadnych zmarszczek typowych dla kobiet w jej wieku. Siwe, 

faliste włosy miała upięte gładko z tyłu głowy.

Po   sposobie,   w   jaki   para   poruszała   się   wśród   gości,   kłaniając   się   i   wymieniając 

zdawkowe uprzejmości, Annie domyśliła się, że są to państwo Shore.

130

background image

- Zanim popróbujesz powtórnie sztuczki z obcasem - powiedział cicho Oliver - lepiej 

będzie, jak zrozumiesz, że nie zamierzam witać się z tym sukinsynem.

- Ależ Oliverze! Dlaczego jesteś taki niegrzeczny.

- Przyjmij małą radę. Nie kuś więcej losu. Na dzisiaj wystarczy. Stąpasz po bardzo 

kruchym lodzie. - Zdecydowanie pociągnął ją do wyjścia.

Tłum rozdzielił się, zostawiając Annie i Olivera naprzeciwko gospodarzy. Rain nie 

zwolnił ani się nie zawahał. Parł do przodu jak rekin. Annie przestraszyła się. Te dwie pary 

musiały   się   ze   sobą  niechybnie   zderzyć,   chyba   że   jedna   z   nich   zmieniłaby   kierunek   lub 

ustąpiła na bok.

Paul  Shore  zobaczył   Olivera  i  Annie  podążających  do  wyjścia.   Wyraz   zdziwienia 

przemknął mu przez twarz.

Pani   Shore   uśmiechnęła   się   uprzejmie,   jakby   poznała   Olivera.   Nagle   jej   oczy   się 

rozszerzyły   i   uśmiech   stał   się   jakiś   niepewny.   Spłoszona   zerknęła   na   Annie,   jakby 

poszukiwała pomocy.

- Cześć, Rain - powiedział sztywno Paul Shore do zbliżającego się Olivera. - Nie 

wiedziałem, że przyjdziesz na benefis.

Rain nic nie odpowiedział. Kontynuował marsz do drzwi, jakby ten człowiek w ogóle 

nie istniał. Annie czuła zafascynowany wzrok ludzi przyglądających się tej scenie.

Pani Shore podjęła szlachetną próbę rozładowania sytuacji.

- Cieszymy się ze spotkania z twoją siostrą. Taka miła dziewczyna. Słyszałam, że 

niedawno się ożeniłeś?

Oliver   nie   odpowiedział.   Kierował   się   do   wyjścia   z   prymitywną   koncentracją 

drapieżnika podchodzącego do ofiary. Annie miała już tego dosyć. Ciotka Madeline ciągle 

powtarzała, że dobre maniery to jedyna rzecz, która odróżnia cywilizację od prymitywizmu. 

Stanęła zapierając się obcasami w podłogę i hamując męża. Pomruk zaciekawienia przeszedł 

przez tłum gości.

- Dobry wieczór, pani Shore. Jestem Annie Rain. Bardzo mi przyjemnie panią poznać. 

Piękne przyjęcie. Przykro mi, ale nie możemy dłużej zostać. Tak się niefortunnie składa.

-   Tak,   oczywiście.   Rozumiem.   -   Pani   Shore   była   niewymownie   wdzięczna   za 

uratowanie konwenansów. Spojrzała szybko na Olivera. - To bardzo uprzejme z twojej strony, 

że wpadłeś do nas.

- Tyle czasu upłynęło, Rain - dodał gburowato Paul Shore.

- Za mało - odpowiedział Oliver tak cicho, że mogła to usłyszeć tylko ich czwórka.

Twarz Shore'a poczerwieniała jak burak.

131

background image

- Wygląda na to, że twoja siostra i mój  syn  zbliżyli  się ostatnio do siebie. Może 

powinniśmy porozmawiać? Dla ich dobra.

- Może masz rację. - Rain patrzył na niego bez jakiegokolwiek śladu emocji na twarzy. 

- Zadzwoń do mojej sekretarki. Uzgodnimy spotkanie.

Oczy Shore'a na krótko rozbłysły, gdy usłyszał, że ma się skontaktować z sekretarką, 

ale przemilczał to.

- Dobrze.

Oliver schylił głowę z zimną gracją, ścisnął rękę Annie i wyciągnął ją z salonu.

Bolt czekał przy limuzynie na długim podjeździe. Oliver zatrzymał się na moment, by 

z nim porozmawiać.

-   Zabierz   samochód   do   garażu   -   powiedział.   -   Ja   zawiozę   Annie   do   domu.   Nie 

będziesz potrzebny przez resztę wieczoru.

- Tak, proszę pana. - Bolt zerknął na panią Rain, ale to spojrzenie nic Annie nie 

mówiło. Odwrócił się i usiadł za kierownicą limuzyny.

Rain poprowadził żonę do jej czerwonego sportowego samochodu, który parkował na 

ulicy.

- Daj mi kluczyki.

Annie wyłowiła je z torebki.

- Ja mam prowadzić? - spytała.

- Nie.

- Nie wiedziałam, że umiesz prowadzić - powiedziała, z trudem nadążając za krokiem 

męża. Gdy Oliver rzucił jej ostre spojrzenie, dodała pospiesznie: - Myślałam, że zawsze cię 

wozi Bolt.

- Umiem prowadzić. Po co bym trzymał dwa samochody w garażu?

Annie   przypomniała   sobie,   że   obok   limuzyny   zawsze   stał   zaparkowany   jakiś 

Mercedes.

- Ale nigdy nie jeździsz.

- Przecież nie mieszkasz ze mną wystarczająco długo, by stwierdzić, czy jeżdżę czy 

nie.

- Masz rację. Słuchaj, Oliver, chciałam ci podziękować, że zachowałeś się w zasadzie 

przyzwoicie. Wiem, jakie to było trudne dla ciebie.

- Wiesz?

132

background image

- Tak. Mam nadzieję, że docenisz wdzięczność Valerie. Jest szczególnie wdzięczna, że 

nie znokautowałeś Carsona i nie obróciłeś w perzynę całej rezydencji. Powiedziałam jej, że 

nie urządzisz żadnej sceny.

- Nic mnie nie obchodzi wdzięczność Valerie. Z nią policzę się później. Chciałbym 

natomiast wiedzieć, skąd ty się tam wzięłaś.

- To długa historia.

- No to się streszczaj.

Zamrugała nerwowo. Oliver zatrzymał się przed samochodem i otworzył drzwi.

- Jesteś wściekły?

- Jeszcze się pytasz? - Przytrzymał drzwi, by mogła wsiąść.

- Z tobą to nigdy nic nie wiadomo. - Annie wśliznęła się na przednie siedzenie.

-   Widzę,   że   ubrałaś   się   jak   na   prawdziwy   bal   -   powiedział   zatrzaskując   drzwi. 

Przebiegł wzrokiem wzdłuż jej długich nóg wystających spod krótkiej sukni.

Annie zapięła pas i sięgnęła do torebki. Rain przeszedł na drugą stronę samochodu i 

usiadł obok żony.

- Chciałeś krótkiego wyjaśnienia, co tutaj robiłam - powiedziała i potrząsnęła przed 

nim dyskietką. - To jest wyjaśnienie.

- Co to jest? - Oliver zesztywniał.

- Przeczytaj - rzuciła Annie.

- Daniel zostawił to dla mnie? - zapytał zdumiony.

- Tak. To bardzo dziwne, nie uważasz?

- Bardzo. - Oliver zapalił silnik i wyprowadził samochód na drogę. - Ale co to ma 

wspólnego z twoją wizytą w domu Shore'ów?

-   Ukryłam   dyskietkę   w   schowku   słonia.   -   Westchnęła   niecierpliwie.   -   Pamiętasz 

maleńki schowek w podstawie?

- Pamiętam.

- Kiedy wyszłam do klienta dziś po południu, moja przyjaciółka, projektantka wnętrz, 

która zajmowała się udekorowaniem posiadłości Shore'a na benefis, zabrała słonia. Godzinę 

temu odkryłam brak figurki. Wściekłam się. Dzięki Bogu, była tam Valerie z Carsonem.

- Dlaczego?

- Nie udałoby mi się wejść do środka, gdyby nie oni. Facet przy drzwiach mówił w 

kółko, że mnie nie ma na swojej liście.

- Próbowałaś powiedzieć, że jesteś moją żoną? - Spojrzał na nią znad kierownicy.

133

background image

- Mam dla ciebie wiadomość, Oliverze. Nie każdy w tym mieście trzęsie się ze strachu 

na dźwięk twojego nazwiska. Myślę, że facet przy drzwiach u Shore'a w ogóle o tobie nie 

słyszał.

- Słyszał, słyszał - powiedział.

- Skąd wiesz?

- Bo wszedłem bez problemu.

- Jak ci się udało ominąć go w drzwiach?

- Nie próbowałem go omijać. Wszedłem na schody i ustąpił mi z drogi.

- Och! - Annie zmarszczyła brwi. - Widzę, że ten sposób lepiej funkcjonuje w twoim 

przypadku niż w moim. Brakuje mi chyba onieśmielającej siły czy czegoś takiego. Wydaje mi 

się, że nie wyglądam na panią Rain.

- Wyglądasz dokładnie tak, jak powinna wyglądać moja żona - mruknął.

- Miło, że tak uważasz. Wracając do rzeczy, taka jest moja wersja. Uwierzyłeś w nią, 

czy mam chodzić po rozżarzonych węglach, żeby udowodnić, że mówię prawdę?

-   Wierzę   ci.   -   Oliver   nie   miał   innego   wyjścia.   -   Ta   historia   jest   zbyt 

nieprawdopodobna, żeby ją sobie wymyślić.

- To jest jedna z rzeczy, za które cię lubię. - Annie uśmiechnęła się błogo. - Głęboko w 

środku jesteś bardzo dobrym człowiekiem. Nawet rozsądnym. Trudno zrozumieć, dlaczego 

wszyscy, nawet twoja własna rodzina, mieli o tobie takie mylne mniemanie przez całe lata.

- Może  jestem po prostu ofiarą  długiego  łańcucha  nieszczęsnych  nieporozumień  - 

zasugerował ponuro.

134

background image

Rozdział dwunasty

O

liver poczuł się bardzo lekko. Ulga była tak wielka, że uczucie lekkości zamieniło 

się w euforię. Rzecz jasna, Annie miała całkiem rozsądne powody znalezienia się w domu 

jego wroga. Mógł się tego spodziewać.

Zatopił zęby w pizzy z grzybami, którą zamówiła dla niego na kolację. Przyniesiono ją 

kilka minut temu. Była ciągle bardzo gorąca mimo podróży windą aż na dwudzieste szóste 

piętro. Annie podała ją w gabinecie, obok komputera stojącego na biurku.

Z naturalną gracją, którą Oliver uznał za bardzo podejrzaną w tych okolicznościach, 

zaprosiła Bolta, by przyłączył się do zaimprowizowanej kolacji. Rain nie wiedział, czy się 

śmiać, czy gniewać - Annie tak sprytnie zaaranżowała sytuację, by nie zostać z nim sam na 

sam.

Trzymając pizzę w jednej ręce, drugą wystukał na klawiaturze komputera słowo „lód”, 

kolejne z kilkudziesięciu haseł, których używali z Danielem przed laty. Ekran zamrugał.

- Ach! - Annie wpatrywała się w komputer. - To jest to! Popatrz, coś się dzieje!

Powinienem wyładować trochę wściekłości na Annie, pomyślał wpatrując się w litery 

na ekranie. Ciągle nie potrafił sobie wyjaśnić, dlaczego nie wykorzystał swojej samokontroli 

do   odpowiedniego   dozowania   wściekłości.   Z   nieznanych   przyczyn   nie   mógł   z   siebie 

wykrzesać wściekłości, która zwykle jest pomocna w takich okolicznościach.

Cokolwiek Annie myślała idąc do domu Shore'a, z całą pewnością nie miała zamiaru 

zawieść jego zaufania. Zdenerwowała się zniknięciem dyskietki. Zdawał sobie sprawę, że 

lista priorytetów żony była tego dnia bardzo krótka i bez wątpienia na jej czele znajdował się 

Daniel.

Zastanawiał się, czy kiedykolwiek przywyknie do faktu, że zajmuje dopiero drugie 

miejsce na tej liście. Postanowił o tym nie myśleć. Przypomniał sobie, że zaakceptował taki 

stan rzeczy, kiedy się zgodził na to małżeństwo.

- Interesujące - powiedział Bolt wpatrując się w ekran z kamienną powagą. - Wygląda 

jak seria notatek dotyczących Barry'ego Corka. Daty, godziny i obserwacje.

- Bolt ma rację. Ten materiał dotyczy Corka. - Annie gapiła się w ekran. - Oliver, 

dlaczego on ci to zostawił?

Rain popatrzył na nazwiska i daty na ekranie.

135

background image

- Prawdopodobnie Daniel zrozumiał, że Cork sprzedaje konkurencji tajne informacje 

Lyncroft Unlimited, wszystko na to wskazuje.

- Co takiego?! Nie wierzę!

- A jednak to prawda. - Oliver nacisnął klawisz, by wyświetlić kolejną stronę danych, 

które brat Annie zebrał na temat współpracownika. - Daniel wyraźnie nabrał podejrzeń kilka 

tygodni przed katastrofą samolotu.

- Ale dlaczego Barry sprzedawał tajemnice Lyncroft? - spytała Annie autentycznie 

wściekła.

- To bardzo prozaiczne. - Rain spojrzał na żonę. - Chodzi o pieniądze.

- Przecież  Barry pracował  dla Daniela. Mój brat mu  wierzył.  - Annie potrząsnęła 

głową z niedowierzaniem. - Barry był jego przyjacielem.

Oliver oparł się pokusie, by wypomnieć żonie jej naiwność. Przyglądał się, jak siedzi 

skulona na czarnym skórzanym fotelu. Przebrała się, zanim przysłano pizzę. Mała czarna 

suknia, która odsłaniała tak podniecającą długość nóg, zniknęła, na jej miejscu pojawiły się 

dżinsy i robiony na drutach sweter, który przylegał w talii, otulał obfity biust i dokładnie 

uwypuklał gładkie krągłości bioder. Świeży, kwitnący, kobiecy powab zwrócił jego myśli ku 

paprociom.

Ponownie skupił się na ekranie.

- Dziwię się, że Daniel nie wyrzucił Corka natychmiast po wykryciu, co się dzieje.

- Może nie był absolutnie pewien, że Barry jest winien - powiedziała Annie marszcząc 

brwi. - Może szukał dowodów.

- Nie potrzebował żadnych dodatkowych dowodów poza tą listą nazwisk i dat. To 

oczywiste, że miał ich wystarczająco wiele.

- Nie wyglądasz na zaskoczonego tymi  nowinami o Barrym. - Przyglądała mu się 

badawczo.

- Masz rację, nie jestem zaskoczony. - Na ekranie pojawiła się następna strona notatek 

Daniela. - Dużo z tego zgadza się z tym, co Bolt i ja odkryliśmy w ciągu ostatnich kilku dni.

- Ty i Bolt wiedzieliście o tym? I nic mi nie powiedziałeś?

- Chciałem ci powiedzieć, jak tylko wrócę z Kalifornii. Chciałem ci opowiedzieć całą 

historię przy lampce wina. Ale nie czekałaś na mnie. Jeżeli sobie przypominasz, to ja cię 

znalazłem.

- Nie, nie możesz tak ze mną postępować - oburzyła się Annie. - Nie próbuj tłumaczyć 

swej tajemniczości, używając tak patetycznej wymówki. Musiałeś mieć mocne podejrzenia, 

zanim w ogóle wyjechałeś do Kalifornii.

136

background image

- Dowiedziałem się o tym w drodze na lotnisko. Bolt mi o tym powiedział.

- Kazałeś Boltowi sprawdzić Corka? - Annie spiorunowała służącego wzrokiem. On 

jednak nie odrywał oczu od ekranu komputera. - Bez porozumienia ze mną?

- Kazałem Boltowi sprawdzić firmę Featly & Moss - wyjaśnił Oliver cierpliwie. - 

Podczas   zbierania   informacji   natknął   się   na   zdumiewające   sprawy   związane   z   ostatnią 

podróżą Corka do Kalifornii. Barry odbył kilka bardzo interesujących spotkań w motelach z 

ważnymi ludźmi reprezentującymi konkurentów Lyncroft Unlimited.

-   Powinnam   być   lepiej   poinformowana   -   oświadczyła,   wyraźnie   wyprowadzona   z 

równowagi.

- I właśnie jesteś informowana - powiedział Oliver z naciskiem.

Zmrużyła oczy i przyjrzała mu się badawczo.

- To następny przykład twojej nieumiejętności porozumiewania się. Co więcej, tym 

razem wydaje mi się, że zachowujesz się tak rozmyślnie.

- Annie, bądź rozsądna. Sam się dopiero dowiedziałem o Corku.

- Coś musiałeś wiedzieć, jak dzwoniłeś do mnie ostatniej nocy.

- Nie chciałem mówić o tym przez telefon.

-   Powiedziałam   ci,   że   chcę   być   informowana   o   wszystkich   ważnych   sprawach 

dotyczących firmy Daniela!

- Tak, wiem. Jego cenna firma jest ważniejsza od całego świata, prawda? Wiem, jaka 

mnie przypadła rola. Mam uratować Lyncroft. Uwierz mi, robię wszystko co w mojej mocy.

- Oliverze, nie zarzucam ci, że nie robisz wszystkiego co możliwe. Tylko czasami brak 

ci komunikatywności.

- Powiedziałem ci na początku, że musisz mi zaufać - przypomniał.

Annie   spojrzała  z  zakłopotaniem   na Bolta,   który  ze  stoickim  spokojem  ignorował 

sprzeczkę.

- Porozmawiamy o tym innym razem - mruknęła.

- Zgoda. Wprowadzimy to do porządku dnia następnego spotkania. A dzisiaj mamy 

jeszcze niemało punktów.

- Niech mnie pan nie próbuje zastraszyć, panie Rain. To się panu nie uda.

- Skoro tak mówisz... - Oliver skupił się nad ekranem. - Tutaj mamy datę tylko o 

tydzień wcześniejszą od zniknięcia Daniela.

Widać zmiany w schemacie. Podejrzewam, że Cork nawiązał nowy kontakt w Seattle.  

O ile mogę powiedzieć, nie dotyczy to facetów z Kalifornii. To jest nowa sprawa, która dość  

137

background image

brzydko   pachnie.   Wchodzi   w   grę   coś   więcej   niż   tylko   drobne,   rutynowe   szpiegostwo  

przemysłowe.   Cork   jest   bardziej   zdenerwowany   niż   kilka   tygodni   temu.   W   grę   wchodzą 

większe pieniądze. Mnóstwo. Sprawdziłem jego konto. Płacę mu nieźle, ale nie aż tak dobrze. 

Mogę sukinsyna wyrzucić natychmiast i skończyć z tym, ale wolę dowiedzieć się czegoś więcej 

o nowych układach, zanim go załatwię. 

Rain, jeżeli czytasz to dlatego, że Annie znalazła dyskietkę i poprosiła cię o pomoc,  

oznacza   to,   że   z   takich   czy   innych   powodów   nie   ma   mnie   na   scenie.   Nie   wiem,   co   ci 

powiedzieć,   ponieważ   nie   znalazłem   nic   więcej   ani   o   działaniach   Corka,   ani   o   sumach  

pieniędzy,   które   zachomikował.   Podejrzenia   stają   się   poważniejsze,   niż   myślałem   na  

początku.   Wiemy   obydwaj,   jak   sprawy   stają   się   niebezpieczne,   gdy   w   grę   wchodzą   duże 

pieniądze.

Jeżeli Annie przyjdzie do Ciebie, pamiętaj, że trzymam Cię za słowo, które mi dałeś  

przed pięcioma laty. Zaopiekuj się nią i Joanną, a wtedy będziemy kwita. Zgoda? Przy okazji,  

trzymaj Annie z dala od tej sprawy. O ile ją znam, podejmie w pojedynkę żeńską krucjatę w  

imię prawdy i sprawiedliwości. Ty pewnie zechcesz załatwić sprawę swoimi metodami, a ona  

może ich nie zaakceptować.

Annie odwróciła się w fotelu twarzą do Olivera.

-   Co,   do   diabła,   Daniel   miał   na   myśli   pisząc   te   ostatnie   zdania?   Czego   dotyczy 

przyrzeczenie, które mu dałeś pięć lat temu? Co mu przyrzekłeś i dlaczego?

Oliver zgasił ekran. Ostre światło z lampy halogenowej tworzyło jasny krąg na biurku, 

pozostawiając resztę pokoju w głębokim cieniu.

- Opowiem ci historię sprzed pięciu lat. - Podniósł kolejny kawałek pizzy i zawiesił na 

chwilę głos.

- Czy to się wiąże z tym handlarzem karabinów? Gretchen, Grissolm, czy coś takiego?

- Gresham. - Ugryzł kawałek pizzy szybując w myślach do magazynu na wyspie. - 

Powiedziałem wtedy twojemu bratu, że jestem jego dłużnikiem za wykrycie operacji i pomoc 

w jej zastopowaniu. Powiedziałem mu, że wątpię, bym kiedykolwiek mógł zwrócić ten dług, 

ale jeżeli będzie taka potrzeba, niech mi da znać.

- No tak. - Patrzyła na niego wymownie przez kilka chwil i skuliła się w fotelu. - 

Skoro już Daniel uważa, że ty tutaj rządzisz - dobierała słowa bardzo ostrożnie - powiedz, co 

proponujesz. Co mamy dalej robić?

Oliverowi nie spodobał się wyraz jej oczu.

- Annie, twój brat nie pisze wcale, że ci nie ufa.

138

background image

- Myślisz,  że o tym  nie wiem?  Ale  jest pewien,  że nie  potrafię  tego załatwić  po 

swojemu.

- Dlaczego miałby myśleć, że potrafisz? - zapytał chłodno Oliver. - Nie masz więcej 

doświadczenia w sprawie szpiegostwa przemysłowego niż w zarządzaniu tak dużą firmą jak 

Lyncroft Unlimited. Podjęłaś prawidłową decyzję powierzając te sprawy w moje ręce.

-   Czyżby?   -   Zagryzła   dolną   wargę.   -   Czasami   sprawy   stają   się   skrajnie 

skomplikowane.

- Wiem, że jesteś zdenerwowana, ale nie ma czasu na wielokrotne roztrząsanie tego 

problemu.

- Wiem - powiedziała, patrząc na niego spod rzęs. - Siedzimy w tym oboje po uszy, 

prawda?

- Tak. - Był ciekawy, co Annie ma na myśli. Może zaczynała żałować pospiesznego 

małżeństwa?

- A więc co zrobimy z Barrym Corkiem? - zapytała bez ogródek. - Wyrzucimy go?

- Chyba nie. Jeszcze nie teraz. - Oliver zerknął na Bolta. - Zawsze przed podjęciem 

decyzji lepiej dokładniej poznać wroga. Zrobimy tak, jak pisze twój brat. Damy Corkowi 

wystarczająco długi sznur, żeby się sam powiesił, a w tym czasie może się zorientujemy, dla 

kogo pracuje. Ta informacja może się okazać pożyteczna.

Annie   przesunęła   ręką   po   włosach   robiąc   jeszcze   większy   bałagan   wśród   swych 

loków.

- Trudno myśleć o Barrym jak o wrogu.

- Nie masz zbyt wielu doświadczeń w postępowaniu z wrogami.

- Wiesz co, Oliverze? - Spojrzała na niego z ukosa. - Czasami wydaje mi się, że wiem, 

dlaczego tak denerwujesz ludzi.

- Ale ciebie nie denerwuję, Annie?

- Nie. - W tym jednym słowie zawarta była wyraźna dawka przekory.

Rain   spojrzał   na   Bolta   i   wzrokiem   wskazał   mu   drzwi.   Annie   po  minucie   zaczęła 

odczuwać niepokój. Zmieniła pozycję zakładając nogę na nogę. Paznokciami zaczęła wybijać 

nieregularny rytm na poręczy fotela. W końcu, z głośnym westchnieniem, zerwała się na 

równe nogi i pobiegła w poprzek pokoju do skalnego ogródka.

- Przypuszczam, że zleciłeś robotowi śledzenie Barry'ego? - zapytała stojąc plecami do 

Olivera.

- On jest dobry w tych sprawach.

139

background image

- Chyba udoskonalił swoje metody od czasu, gdy pracuje dla ciebie? - Głos Annie się 

załamywał.   -   Ma   dużo   pracy   z   twoją   rodziną   i   jeszcze   musi   mieć   oko   na   konkurentów 

Lyncroft Unlimited.

Oliver   nagle   zrozumiał,   jakim   torem   podążyły   myśli   w   inteligentnej   i   zupełnie 

nieobliczalnej główce żony.

- Nie kazałem Bokowi cię śledzić podczas mojego wyjazdu do Kalifornii.

- Oczywiście. Po prostu wiedziałeś, gdzie mnie szukać?

- Bolt nie chodził za tobą, kiedy mnie nie było. Znalazłem cię dzwoniąc do Elli, 

sprzedawczyni w twoim sklepie. Przypuszczała, że pobiegłaś za słoniem.

-   Naprawdę?   -   Annie   spojrzała   w   jego   stronę   poszukując   go   wzrokiem   w 

ciemnościach. Patrzyła dłuższy czas i wtedy coś się w niej rozluźniło. - Wierzę ci. - Znów się 

odwróciła i zajrzała do skalnego ogródka.

- Czy coś jest nie tak, Annie?

-   Wszystko.   Najbardziej   się   martwię   o   Daniela.   Myślałam,   że   temu   podołam,   że 

utrzymam wszystko w nie naruszonym stanie do jego powrotu.

Oliver kontemplował zgaszony ekran komputera.

- Myślałaś, że wychodząc za mąż podejmujesz wystarczające działania, by ochronić 

firmę Daniela i jego dziecko.

- Właśnie. A teraz wyłazi ta afera z Barrym. - Wskazała ręką na komputer. - Za tym 

kryje się coś poważniejszego, niż myśleliśmy.

- Możliwe.

- Co to znaczy „możliwe”? - Annie popsuła czubkiem buta precyzyjnie wygrabione 

linie na perłowym piasku. - Notatki Daniela rzucają zupełnie nowe światło na jego zniknięcie.

-   Niekoniecznie.   Nie   wiemy,   czy   istnieje   jakikolwiek   związek   pomiędzy   małym 

szpiegostwem Corka a katastrofą samolotu. Wydaje mi się to mało prawdopodobne.

- Dlaczego? - Annie miała nadzieję, że odpowiedź Olivera rozwieje jej podejrzenia.

Oliver wzruszył ramionami.

-  Szpiegostwo   przemysłowe   jest   przestępstwem   dokonywanym   w   białych 

rękawiczkach. Rzadko kończy się morderstwem. Właśnie to cię najbardziej przeraża. Myślisz 

o takiej możliwości, że Daniel został zamordowany?

Wzdrygnęła się.

- Tej możliwości nawet nie brałam pod uwagę, dopóki nie zobaczyłam, co jest na tej 

dyskietce.

- Tacy jak Barry Cork zazwyczaj nie są mordercami.

140

background image

- Skąd ta pewność?

Oliver wstał i podszedł do żony.

- Uwierz mi, Annie. Cork jest kłamcą i złodziejem, ale chyba nie jest mordercą.

- Boże! Mam nadzieję, że się nie mylisz. - Odwróciła się i spojrzała mu w oczy. Łzy 

błyszczały jej na rzęsach. - Ale Daniel nie był tego pewny, skoro zostawił nam tę dyskietkę?

- Na to wygląda.

-   Musiał   zwietrzyć   jakieś   niebezpieczeństwo.   Dlatego   też   prosił   ciebie,   żebyś   się 

zaopiekował mną i Joanną, jeżeli coś mu się przydarzy.

- No właśnie.

- Co właśnie? - Annie przetarła wierzchem dłoni załzawione oczy.

- Robię co w mojej mocy.

- Jesteś dobrym przyjacielem - szepnęła. - Daniel powiedział, że taki będziesz. Mówił, 

że jesteś niebezpieczny, ale można ci ufać.

Oliver dotknął delikatnie jej policzka.

- Ty i ja jesteśmy teraz czymś więcej niż przyjaciółmi. Jesteśmy kochankami, którym 

przydarzyło się pobrać.

- Mnie też tak się wydaje - odpowiedziała ze smutkiem.

- Ja to wiem. - Pochylił głowę i musnął jej usta delikatnym pocałunkiem, próbując 

wywołać w Annie spontaniczny i przepiękny odruch oddania.

- Co my robimy? - zapytała zarzucając mu ręce na szyję i przytulając się z całych sił.

Czuł, jak jej łzy moczą mu koszulę. Łzy dla Daniela, pomyślał. Zastanawiał się, czy 

Annie kiedykolwiek by płakała za mężem. I to za mężem, który został jej kochankiem.

- Wszystko się dobrze ułoży - wymruczał w plątaninę jej włosów. - Wszystkim się 

zajmę.

- Tak jak to zawsze robisz? - Usłyszał jej przytłumiony śmiech. Ukryła twarz na jego 

piersi. - Tylko postaraj się mnie tak nie denerwować podczas tego zajmowania się wszystkim.

- Ostatnią rzeczą, na jaką mam ochotę, to denerwować cię. - Uśmiechnął się. Wziął ją 

na ręce i ruszył do drzwi.

Annie   przytuliła   się   do   niego   zamykając   oczy.   Zaniósł   ją   do   sypialni.   Nie 

protestowała, aż położył ją na łóżku, i dopiero wtedy nagle usiadła. Podniosła rękę na znak 

protestu.

- Och! Nie możesz! Przestań!

- Coś się stało, Annie? - Poczuł, jakby zimno przeszyło mu ciało. Po raz pierwszy w 

krótkiej historii ich małżeństwa nie stała się bezwolna natychmiast po pocałunku.

141

background image

- Myślę, że się stało. - Przyglądała mu się badawczo.- Coś w rodzaju...

- Ile już się opóźnia? - Uśmiechnął się. - Annie, to nie jest żaden problem.

- Nie, to nie to. Coś innego.

- Powiedz mi - rozkazał delikatnie i usiadł na brzegu łóżka. Uciekła w najdalszy kąt 

łoża i wstała patrząc na niego.

- Czy zauważyłeś, że chcesz rządzić, zawsze i wszędzie, nawet w sypialni?

- Nie miałem pojęcia, że zgłaszasz jakieś skargi. - Wstał z łóżka i przyglądał się jej 

uważnie.

- Myślę, że powinniśmy popróbować czegoś, co dyplomaci nazywają przesunięciem 

równowagi sił.

Patrzył na nią nic nie rozumiejąc.

- Annie, czy usiłujesz mi coś powiedzieć?

Posłała mu śmiały uśmiech, który zawierał nutkę niepewności.

- Powiedz mi, czy obawiałbyś się, gdybym sama poprowadziła pewne sprawy przez 

jakiś czas?

Poczuł, jak zalewa go ulga pełna nadziei. Zrozumiał, że Annie nie chce go odepchnąć.

- Nie boję się ciebie.

- Udowodnij to.

- Jak? - Sam zazwyczaj nie tolerował elementu nieprzewidywalności, ale w przypadku 

Annie mogło to być interesujące.

- Na początek zostań tam, gdzie jesteś. - Okrążyła łóżko i stanęła tuż przed nim. - Nie 

ruszaj się.

- Jeżeli sobie tego życzysz. - Ciekawość go zżerała. - Co zamierzasz zrobić?

- Pobawimy się. Najpierw ja ciebie rozbiorę. - Zaczęła rozpinać guziki koszuli. Jej 

palce nie były zbyt pewne, ale Annie podjęła decyzję i nie miała zamiaru się cofnąć.

- Dobrze - powiedział i chwycił brzeg jej swetra.

- O nie! - Odchyliła się do tyłu i opuściła ręce na biodra w geście rezygnacji. - Nie 

możesz mnie dotykać. To jedna z reguł gry.

- Czy ta gra ma swoje reguły?

- Tak. - Podeszła do niego i kontynuowała rozpinanie koszuli.

Uśmiechnął się przygotowany do wykazania stoickiego spokoju. Ale gdy tylko palce 

Annie przesunęły się po jego piersiach, zaczął gwałtownie łapać powietrze.

- Annie...

142

background image

- Nie wolno ci się poruszyć, zapomniałaś? - Spojrzała na niego spod rzęs zdejmując 

mu z ramion koszulę. - Wiele razy ci mówiłam, że masz bardzo silną, władczą osobowość. 

Musisz się nauczyć spokojnie leżeć pozwalając decydować chociaż przez chwilę innym.

-   Ale   ja   lubię   rozkazywać.   -   Pocałował   ją   w   szyję,   gdy   ściągnęła   mu   koszulę.   - 

Szczególnie tobie.

- Wiem, że lubisz, ale musisz przestać. Nie pozwalam ci mnie nawet całować.

- Dlaczego?

- Bo tak! To moja gra. Zapomniałeś już? - Annie odchyliła się i obejrzała nagą pierś 

Olivera. W jej oczach pojawił się błysk kobiecej aprobaty. Pogładziła go po ramieniu.

Wyraz oczu żony wywoływał w jego ciele konwulsje pożądania. Bez wątpienia Annie 

pragnęła go tak samo jak na początku ich znajomości.  Poczuł nagle, że ma niesamowitą 

erekcję.   Uświadomił   sobie,   że   jego   samokontrola   w   obecności   Annie   funkcjonuje   coraz 

gorzej.

Instynktownie zrobił krok ku niej, ale zatrzymał się posłusznie, gdy potrząsnęła głową 

i uśmiechnęła się tajemniczo.

- Nie masz zamiaru zdjąć ubrania? - zapytał, gdy odpinała mu pasek u spodni.

- W swoim czasie.

-   To   brzmi,   jakby   miało   trwać   w   nieskończoność.   -   Wciągnął   brzuch   słysząc 

metaliczny szczęk suwaka. Do diabła, on jest już gotowy, a Annie nawet nie zaczęła się 

jeszcze rozbierać!

Pocałowała go w usta, ale zanim zdążył rozchylić jej wargi językiem, odsunęła się 

całując go coraz niżej. Dotknęła ustami jego piersi, prawego sutka i w końcu brzucha.

Uklękła przed nim. Jęknął, gdy wsunęła ręce w jego rozpięte spodnie i ściągnęła je 

razem ze slipami.

Wzdrygnął się. Nie mógł opanować potężnej erekcji. Czuł na sobie oddech Annie. 

Gdy palce otoczyły go w uścisku lekkim jak piórko, myślał, że natychmiast eksploduje. Gdzie 

się podziała moja samokontrola?

- Jesteś piękny - szepnęła.

- Annie, tego już za wiele. - Wsunął palce w jej włosy. - Chodźmy do łóżka.

- Dobrze. - Wstała lekko. Jej oczy błyszczały, gdy odsuwała czarno-złotą kołdrę. - 

Kładź się - powiedziała.

Próbował owinąć rękę wokół karku Annie i przycisnąć ją do siebie. Chciał włożyć 

język do jej ust i zanurzyć pulsującą męskość w słodkim ciele. To było istne szaleństwo. 

Jedna noc bez niej i stał się szaleńcem!

143

background image

- O, nie! Nie możesz! Nie teraz! Dopiero w łóżku. - Położyła mu ręce na piersi i 

popchnęła do łóżka.

Obsunął się na szare prześcieradło. Sięgnął po nią, ale umknęła wyciągniętej dłoni.

- Co ci jest? - zapytał zaniepokojony.

- Chcę się rozebrać.

- Nareszcie - mruknął. - Pomogę ci.

- Nie, ty tylko możesz patrzeć. - Skrzyżowała ręce pod biustem, złapała za brzeg 

swetra i ściągnęła go przez głowę.

Oliver poczuł, jak ciśnienie skacze mu o kilka kresek w górę na widok piersi opiętych 

maleńkim koronkowym biustonoszem. Nigdy dotąd nie widział Annie w czarnej bieliźnie. 

Zafascynowany patrzył, jak sięgnęła do tyłu, by odpiąć stanik. Po chwili piersi były wolne.

Zaschło   mu   w   gardle.   Te   piersi   go   oczarowały.   Były   doskonałe,   elegancko 

ukształtowane i miały pełne różowe sutki. Pamiętał ich smak i nagle poczuł przenikliwy głód. 

Sięgnął po Annie, ale znowu odskoczyła.

- Nie spieszysz się, co? - zapytał szorstko.

Zatrzymała dłużej palce na zapięciu swoich spodni. Spojrzała na niego niepewnie i z 

rozczarowaniem.

- Nie podoba ci się to?

Patrzył   na   piersi.   Całe   jego   ciało   odczuwało   ból   pragnienia,   co   popychało   go   na 

krawędź szaleństwa.

- Bardzo mi się podoba.

- Cieszę się. - Wysunęła się ze spodni pozostając jedynie w małym trójkąciku czarnej 

satyny. Z wahaniem zrobiła krok w stronę łóżka.

Poczuł delikatny  zapach  jej  podniecenia.  Żądza  ogarnęła  całe  jego ciało.  Oderwał 

wzrok od satynowych majteczek i spojrzał jej w oczy.

- Chodź tutaj - rozkazał głosem ochrypłym z pożądania. 

Pokręciła głową i oparła jedno kolano na łóżku. Położyła dłoń na twardym mięśniu 

jego uda i ścisnęła je mocno.

- Jeszcze nie teraz. Mamy jeszcze długą drogę przed sobą. Bardzo długą.

- Nie ma mowy! - Sięgnął po nią, ale umknęła mu szybciej, niż się spodziewał.

- To jest gra, nie zapominaj? Teraz ja rozkazuję.

Zaklął pod nosem i niechętnie opadł na poduszki.

- Annie, dłużej nie wytrzymam twojej zabawy.

144

background image

- Naprawdę? Zaskakujesz mnie, Oliver. - Wstała z łóżka i podeszła do polakierowanej 

na czarno komody.

- Przecież sam nauczyłeś mnie tej gry.

Gniewnie popatrzył na jasne, zaokrąglone kształty jej ramion i pośladków.

- O czym ty mówisz?

Odwróciła  się   do  niego  trzymając  w   ręku  dwa  jedwabne   krawaty,  które   wyjęła   z 

komody.

- Udzielałeś mi lekcji w tej grze od pierwszej nocy, ale przyznaję, że nigdy mnie nie 

przywiązywałeś do łóżka.

- O cholera! - W końcu dotarło do niego, co Annie chce zrobić. Patrzył na krawaty z 

obawą. - Nie zamierzasz tego robić naprawdę? Myślałem, że tylko ja mam opinię świrniętego.

- Nie martw się. Krawaty są tylko symbolem – powiedziała szybko. - Oboje wiemy, że 

nie mogłyby cię powstrzymać, jeżeli rzeczywiście chciałbyś się uwolnić.

- Słuchaj, Annie, chętnie się bawię w twoje łóżkowe gry, ale to chyba idzie troszeczkę 

za daleko.

Podeszła do łóżka i zawiązała mu krawat na lewym nadgarstku.

- Chyba się mnie nie boisz?

Ich oczy się spotkały. Nie była przekonana, czy w tej chwili Oliver da się przywiązać. 

Przez jego podniecone ciało przepłynęła fala złości. Miał dosyć tej głupiej gry. Zamierzał 

wyrwać rękę z tego cholernego jedwabiu i zaciągnąć ją do łóżka. Chciał ją kochać tak długo, 

aż przestanie myśleć o zabawach z przywiązywaniem.

- Oliver? - Spojrzała mu w oczy i zawahała się. Wydawało mu się, że w oczach Annie 

prześwituje świadomość, że ta idiotyczna zabawa zaszła za daleko. Przeczuwała, że on zaraz 

przejmie inicjatywę.

Nigdy nie tracił kontroli. Musiał panować nad uczuciami, ponieważ nikomu nie mógł 

zaufać. Ale choć zaczął uwalniać rękę, coś go przed tym powstrzymywało. W niepokojącym 

błysku intuicji pojął, że to nie jest gra dla Annie. Próbowała mu uświadomić coś, co jest dla 

niej bardzo ważnego.

Przez kilka sekund żadne z nich się nie poruszyło. W końcu Oliver opadł wygodnie na 

poduszki.

- Jeżeli chcesz się bawić dalej, to proszę - powiedział.

- To druga rzecz, którą w tobie uwielbiam. - Uśmiechnęła się pogodnie. - To, że grasz 

fair.

145

background image

Nie traciła czasu. Kilkoma ruchami przymocowała mu do łóżka lewą rękę. Potem 

przeczołgała się nad nim i szybko przywiązała prawą. Kiedy poczuł satynowe majteczki na 

nieprawdopodobnie nabrzmiałym  członku, zamknął oczy i zacisnął zęby.  Zapowiadała się 

długa noc.

146

background image

Rozdział trzynasty

B

yło   tysiąc   razy   gorzej,   niż   się   spodziewał.   Annie   nie   miała   w   sobie   nic   z 

doświadczonej   kurtyzany,   przeciwnie,   ale   jej   działania   przynosiły   piorunujący   skutek. 

Naiwny atak na jego ciało był tak namiętny, jakby został zaczerpnięty prosto z erotycznych 

snów. A w pewnym momencie Oliver pomyślał, że nawet z koszmarów sennych.

Zajmowała   się   nim   całym.   Ciepła,   jedwabista   i   wyjątkowo   kobieca.   Przebiegała 

palcami   po   jego   piersi   wywołując   intensywne   fale   rozkoszy.   Zanurkowała   ręką   głębiej 

chwytając go za włosy w dole brzucha. Gdy jej głowa powędrowała za ręką, Oliver przeżył 

ekstazę bliską agonii. Przestał w ogóle oddychać.

- Annie - udało mu się wyszeptać głosem ściśniętym i ochrypłym. - Wydaje mi się, że 

nic z tego nie będzie.

- Jak możesz tak mówić? - Gorący oddech Annie drażnił jego sztywną męskość. - 

Działa  cudownie. Dokładnie  tak,  jak jest napisane  w książce.  - Delikatnie  przygryzła  go 

zębami.

- W jakiej książce?

-   W   tej,   którą   przeczytałam   przygotowując   się   do   dzisiejszej   nocy.   „Trzy   noce   z 

Amazonkami”.

- Studiowałaś to celowo? - Zrozumiał, że nagle traci wątek rozmowy.

- Oczywiście. Chciałam wszystko  wykonać  jak należy.  - Dotknęła go językiem w 

najbardziej czułe miejsce.

Miał   wrażenie,   że   za   moment   eksploduje.   Jedyne,   co   jeszcze   mógł   zrobić,   to   nie 

podejmować próby zerwania jedwabnych więzów.

- Dlaczego wzięłaś się za czytanie takich rzeczy?

- Lubię wiedzieć, jak to jest, Oliverze.

- O czym ty mówisz, do diabła?

- Chciałabym, żebyś wiedział, jak to jest być kimś, kto nie decyduje o wszystkim - 

powiedziała i pocałowała go w udo.

Próbował skoncentrować się na tym, co Annie mówi, ale mu się nie udało. Drażniące 

usta zawędrowały już do kolan. Chciał, by wróciły tam, gdzie były przed chwilą, i przykryły 

go jak mokra rękawiczka.

147

background image

- Później - jęknął. - Porozmawiamy później.

- Dobrze.

Jej miękki język lizał skórę jak gorący płomień. Z zaskoczeniem stwierdził, że ma 

niesamowicie czułą żonę.

- Wystarczy, Annie - powiedział z wyraźną perswazją. - Zakończmy to w taki sposób 

jak należy.

- Nie ma pośpiechu. Mamy całą noc. Czy nie odpowiadałeś mi w ten sposób, gdy ja 

zaczynałam prosić?

Otworzył   oczy   i   zobaczył   zmierzwione   kosmyki   włosów   Annie   poruszające   się 

pomiędzy jego nogami. Widok ten zbliżył go do granicy wybuchu.

- Ja wcale nie proszę - powiedział rozmyślnie. - Mówię tylko, że jeżeli nie skończysz 

tego, co zaczęłaś, ja to skończę za ciebie.

Annie podniosła głowę. Jej oczy były pełne cichego, zmysłowego śmiechu.

- Jeżeli rzeczywiście chcesz tak zrobić, ja cię nie mogę powstrzymać.

- Cieszę się, że to rozumiesz.

- Jesteś dużo większy ode mnie. - Uśmiechnęła się z dziką satysfakcją, dotykając jego 

ciała. - Jesteś wystarczająco wielki i silny, żeby się uwolnić. Ale to zniszczy naszą zabawę.

-   Annie,   na   miłość   boską!   Kochanie!   Dosyć   to   znaczy   dosyć!   Nie   mogę   dłużej 

wytrzymać!

- Teraz wiesz, co ja czułam. - Złapała go delikatnie za rękę. - Wytrzymaj  trochę, 

Oliverze. Dziś ja tu rządzę.

- Naprawdę sobie wyobrażasz, że ty tutaj rządzisz? - zapytał z niedowierzaniem.

- Tak. - Annie wyciągnęła się wzdłuż jego ciała, delikatnie na nie napierając. Piersi 

wyraźnie uciskały mu żebra. Pocałowała go w szyję.

- Zamierzam to udowodnić - dodała.

- Jak?

- Zobaczysz. - Pobawiła się trochę jego uchem i lekko potarła podnieconą męskość.

Oliver   pomyślał,   że   traci   zmysły.   Zacisnął   palce   na   jedwabnych   więzach.   Żadna 

kobieta nie doprowadziła go tak blisko krawędzi.

- Annie, nie wiesz, co robisz.

- O, wiem dobrze. Przeczytałam tę książkę od deski do deski. Mam zamiar złamać 

twoją samokontrolę. Chcę, żebyś stracił głowę.

- Dlaczego tak ci na tym zależy? - Gapił się na nią całkowicie zaskoczony.

148

background image

- Dlatego, że ty tak ze mną postępujesz. - Uszczypnęła go w ramię. - Chcę ci pokazać, 

jak to jest, gdy czujesz się bezsilny. Daję ci szansę posmakować lekarstwa, które sam mi 

ordynujesz. Przyciągnę cię na krawędź przepaści i wtedy zepchnę.

- A co będzie z tobą? - zapytał przez zaciśnięte zęby.

- Ze mną? - Uniosła głowę i znowu się uśmiechnęła. - Będę cię obserwowała.

- Obserwowała? Mnie?

- Właśnie tak. Podobnie jak ty mnie obserwujesz, gdy się kochamy.

- Chyba  lubisz być  kochana w ten sposób? - wyszeptał. - Wiem, że tak jest. Nie 

potrafisz tego ukryć.

- Nie. Nie potrafię, ale też nie lubię być jedyną stroną, która traci panowanie nad sobą 

podczas kochania się. Nie lubię się czuć jak kukiełka w rękach sztukmistrza. Nie podoba mi 

się świadomość, że nie mam na ciebie takiego wpływu jak ty na mnie.

- To szaleństwo.

Ułożyła biodra dokładnie na jego biodrach zatrzaskując go szczelnie pomiędzy udami. 

Czuł, jak powiększona męskość przesuwa się po satynie czarnych majtek. Tego było za wiele. 

Nie mógł już wytrzymać, ale bronił się zajadle. Tym razem jego samokontrola wytrzymała 

atak, lecz wiedział, że w następnych harcach ulegnie.

- Wiesz co, Oliverze? - Annie przesunęła się ponętnie. - Kiedy już się poddasz, mogę 

to z tobą zrobić jeszcze raz. I jeszcze raz. Aż nie będziesz mógł wytrzymać. Wtedy, jeżeli 

będę gotowa, to może pozwolę ci wejść we mnie.

Wściekłość pulsowała mu w żyłach mieszając się z gorącą lawą pożądania.

- Posuwasz się za daleko.

- Zaledwie zaczynamy.

-   Do   diabła   z   tym!   -   Zerwał   jednym   ruchem   jedwabne   więzy,   którymi   był 

przytroczony do łóżka. Sięgnął po Annie.

Nie usiłowała umknąć, gdy jego ramiona zatrzasnęły się wokół niej. Nie było w niej 

strachu, raczej niewątpliwy błysk triumfu. Zignorował to, obrócił ją na plecy i nakrył swoim 

ciałem. Nic nie miało dla niego znaczenia oprócz pragnienia posiadania jej.

- Słodka czarownica. - Sięgnął pomiędzy ich ciała i złapał za skrawek czarnej satyny, 

który zagradzał mu drogę. - Coś ty ze mną zrobiła?

Poczuł, że jej majtki są wilgotne. A więc była już gotowa.

Rozerwał   ten   jedyny   element   garderoby,   jaki   na   niej   pozostał,   lecz   zdziwiony 

odgłosem rozdzieranego materiału, przestał ciągnąć. Złapał Annie za kolana i podniósł je, 

rozwierając uda. Palcami wyszukał gościnne ciepło.

149

background image

- Tak - szepnął i jednym ruchem wszedł w nią do samego końca.

Annie   straciła   oddech   po   tak   szybkiej   inwazji.   Wtedy   Oliver   wrócił   do   pełnej 

świadomości.   Wiedział,   że   chociaż   jest   już   przygotowana,   to   jeszcze   daleko   do   punktu 

rozładowania. On był znacznie bliżej.

Konsternacja   nie   wygrała   starcia   z   namiętnością.   Zrozumiał,   że   nie   zdoła 

wystarczająco długo wytrzymać. Momentalnie było po wszystkim. Ostry orgazm przebiegł 

przez jego ciało jak burza, gorąca i niepohamowana. Stracił kontrolę nad sobą.

Obudził   się   po   wielu   godzinach.   Podniósł   się   na   łokciu   i   spojrzał   na   Annie. 

Uśmiechała   się   niepewnie.   W   zimnym   świetle   powracających   zmysłów   i   samokontroli 

zobaczył zmęczenie w jej oczach.

- Czy było tak, jak chciałaś? - zapytał dotykając jej policzka.

- Nie wiem. Jak się czujesz?

- Jeszcze żywy. Dobrze, ale nie za bardzo.

- Dlaczego?

- Nie byłaś ze mną.

- Tak właśnie ja się zawsze czuję. Jest to niewiarygodnie erotyczne przeżycie, ale 

mam wrażenie, że przechodzę przez to w pojedynkę. Tak jakbyś zawsze stał z boku i mnie 

obserwował.

- Pociągając za sznurki?

- Tak.

- Cholera! - Odsunął Annie i obrócił się na wznak. Ogarnęły go ponure myśli, że ona 

tym razem nie miała satysfakcji. - Gdybyś pozwoliła mi decydować, oboje bylibyśmy w tej 

samej kondycji.

- Nie, nie bylibyśmy. Ty byś ciągle ćwiczył tę zabawną samokontrolę. Pozwoliłbyś mi 

przejść przez krawędź kilkakrotnie, zanim byś się zdecydował na dokończenie.

- Czy spełniłem dzisiaj twoje oczekiwania? - Zerknął na nią z ukosa.

- Chyba tak. - Annie przekręciła się na bok, złożyła  obie ręce na piersi Olivera i 

trzeźwo obejrzała go od stóp do głów. - Prawie zawsze spełniasz moje oczekiwania, ale nigdy 

w życiu nie czułam się tak bezradna jak wtedy, gdy się kochamy.

- A ty nie lubisz się czuć bezradna w moich ramionach, prawda?

- Nie rozumiesz. Czasami to cudowne czuć się bezradną, ale nie zawsze. Potrzebuję 

wiedzieć, że mam nad tobą taką samą władzę, jak ty nade mną.

- To dotyczy władzy?

150

background image

- W pewien sposób. Chciałabym być równa tobie, Oliverze. Mimo wszystko jesteśmy 

kochankami.

- Jasne!

- No więc seks będzie czymś, co będziemy przeżywać wspólnie, a nie kolejnym polem 

rywalizacji.

- Nigdy nie przypuszczałem, że to może być rywalizacja.

- Wiem. - Uśmiechnęła się. - Ty tylko chcesz mnie zadowolić. Doceniam to. Szczerze 

doceniam, ale chciałabym wiedzieć, czy ja potrafię ciebie zaspokoić. Czy tego nie rozumiesz?

- Chyba zaczynam się domyślać, o co tu chodzi. - Przypatrywał się jej uważnie.

- I to ci się nie podoba? - Z oczu Annie zaczęło wyzierać rozczarowanie.

- Tego nie powiedziałem. - Wbił palce w jej zwichrzone włosy. - Tylko podstawowe 

założenia są dla mnie nowe. Musisz mi dać czas na dostosowanie się.

-   Nie   martw   się,   dam   ci   czas.   -   Rozpromieniła   się.   -   Ile   tylko   będzie   ci   trzeba. 

Obiecuję.

- Dziękuję. Zrobię co potrafię. - Wyciągnął rękę wzdłuż biodra do złotobrązowego 

trójkąta loczków, które osłaniały jej miękkość.

- Oliver?

- Jeżeli mamy próbować bardziej egalitarnego sposobu kochania się, musimy mieć na 

starcie równe szanse. Zgadzasz się?

- Chyba tak. - Annie zadrżała z rozkoszy, gdy jego palce ją odnalazły.

- Musimy być pewni, że startujemy bez dawania forów komukolwiek. - Przycisnął jej 

twarz do swojej. - To oznacza, że ty musisz mnie dogonić.

- Może powinniśmy o tym trochę więcej podyskutować. Nie jestem pewna, czy dobrze 

uchwyciłeś pomysł, który chciałam ci przekazać.

- Tym razem wydarzy się to nam jednocześnie. Przyrzekam.

- Jesteś pewien?

- Absolutnie. 

Westchnęła szczęśliwie i przycisnęła głowę, żeby go ucałować.

- Widzę, że pojąłeś istotę sprawy. Nie jesteś tak arogancki i twardogłowy,  jak się 

wszystkim zdaje.

- Doceniam twoje zaufanie. Mąż musi wiedzieć, że żona w niego wierzy.

151

background image

P

o   dłuższej   chwili   Annie   zwinęła   się   z   zadowoleniem   przytulając   do   ciepłego   i 

muskularnego ciała Olivera. Ostatecznie jego samokontrola miała swoje pozytywne strony. 

Obiecał jej, że wspólnie osiągną szczyt, i dotrzymał przyrzeczenia. Przekroczyli go razem i 

było to oszałamiające doświadczenie.

Annie zaczęła po tej nocy myśleć z optymizmem o przyszłości. Poruszyła się lekko. 

Gdy jego ramię zacisnęło się wokół niej, wiedziała, że mąż wciąż nie śpi.

- Oliver, zastanawiałam się.

- Mam nadzieję, że nie na temat innej książki, którą czytasz.

- Ja nie żartuję - odpowiedziała.

- A kto żartuje? - Uśmiechnął się słabo. - Dobrze. O czym myślisz?

- O tym jak załatwiłeś Paula Shore'a. Jestem z ciebie bardzo dumna.

- Przecież z nim niemal nie rozmawiałem. - Mówiąc to nawet nie drgnął.

- Tak, wiem, ale zgodziłeś się z nim spotkać i porozmawiać, jak tylko zaproponował 

rozmowę. Zaprosiłeś go na spotkanie. To cudowny pierwszy krok.

- Tak to widzisz?

Odwróciła głowę na poduszce i patrzyła na profil męża, jakby wykuty z kamienia.

- Wiem, że to musiało być dla ciebie trudne po tym wszystkim, co się między wami 

wydarzyło.

- W każdym razie nie była to przyjemność - odpowiedział bez oznak jakichkolwiek 

uczuć.

- Rozumiem, ale postąpiłeś prawidłowo. Podjąłeś gałązkę oliwną, którą podał Paul 

Shore. Valerie i Carson muszą się niezmiernie cieszyć.

- Tak myślisz?

- Jestem pewna. - Annie podłożyła rękę pod głowę i wpatrywała się w grę cieni na 

suficie. - Coś mi mówi, że twoje spotkanie z Shore'em będzie bardzo owocne.

- Zapomnij o tym. - Odwrócił się i wziął ją w ramiona. - Jest coś, o co szczególnie 

chciałbym cię zapytać.

- Co takiego?

- Gdzie dostałaś tę książkę, którą przeczytałaś przed dzisiejszym spektaklem?

-   „Trzy   noce   wśród   Amazonek”?   -   Zachichotała.   -   Polecił   mi   ją   Arthur   Quigley, 

właściciel księgarni obok „Sezamu”. Mów co chcesz, ale nieźle mi doradził.

- Prosiłaś właściciela księgarni o poradę?

152

background image

- Nie ma powodów do zażenowania – zapewniła. Czuła jednak, że Oliver nie jest 

zadowolony. - Arthur jest moim bardzo dobrym przyjacielem. On to zrozumie.

- A co takiego twój dobry przyjaciel miałby zrozumieć?

- Nie martw się. W całej sprawie postępowałam bardzo subtelnie. 

-   Powiedz   mi,   jak   można   subtelnie   pytać   o   taką   książkę   jak   „Trzy   noce   wśród 

Amazonek”?

Annie dyskretnie odchrząknęła.

- Ogólnie wyjaśniłam, że chcę książkę, która mogłaby być dla nas inspiracją.

- Inspiracją?

-   Arthur   zachował   się   znakomicie.   Przecież   jesteśmy   świeżo   upieczonymi 

małżonkami, a nowożeńcy często partaczą najprostsze sprawy.

- Co partaczą? - zapytał podejrzliwie.

-   Nie   ma   się   czego   wstydzić   -   powiedziała   Annie   pospiesznie.   -   Nikt   się   nie 

spodziewa, że od razu będziesz doskonałym kochankiem.

- Nie wierzę własnym uszom.

- Gniewasz się? - Przygryzła wargę.

- Ja? Gniewam się? Skąd taki pomysł? Jak bliskim przyjacielem jest ten Quigley?

- Mówiłam już. Bardzo dobrym.  Arthur miał straszne problemy ze wstydliwością. 

Zaszywał się w swojej księgarni i ignorował klientów. Było to bardzo smutne. Sprzedawał 

niewiele książek i nigdy nie był na randce. Bardzo samotny mężczyzna.

- Aż ty się pojawiłaś? - zapytał chłodno.

Annie uśmiechnęła się i wzruszyła ramionami.

-   Zostaliśmy   przyjaciółmi   kilka   miesięcy   przed   otwarciem   mojego   sklepu. 

Spotykaliśmy   się   przez   pewien   czas,   ale   nie   nazwałabym   tego   bliskimi   stosunkami. 

Zazwyczaj  mówiliśmy  o interesach.  Nie mogliśmy  być  niczym  więcej  niż  przyjaciółmi  i 

sądzę, że Arthur o tym wiedział.

- Czy to w porządku? A co robiliście, gdy byliście razem?

- Dużo rozmawialiśmy. Po pewnym czasie przestał się wstydzić.

- Zabawne.

- Tak było naprawdę! Był bardzo wdzięczny - stwierdziła dumnie Annie. - Nawet 

zaczął   chodzić   na   randki.   Poznałam   go   z   dziewczyną,   z   którą   się   w   końcu   ożenił.   Ona 

również należała do tych wstydliwych. Arthur pomógł jej się z tego wyplątać. Teraz mają ze 

sobą wiele wspólnego.

- On jest chyba trochę podobny do tego Melvina Fincha.

153

background image

- Do Melvina? - Zaczęła to bliżej analizować. - Och, nie! Arthur i Melvin są całkiem 

inni. Melvin miał trudności ze swoim ojcem, jeżeli pamiętasz. Nie był wcale wstydliwy.

- Ilu znałaś Arthurów i Melvinów?

- Nie rozumiem - stwierdziła obrażona.

- No dobrze. - Oliver usiadł wśród pomiętej pościeli. - Gdzie są moje krawaty?

- Chyba są wymiętoszone, ale nie martw się, wyprasuję ci je. - Zaczęła szukać pod 

poduszką, aż jej ręka natrafiła na jedwab. Wyciągnęła go triumfalnie. - Jeden mam. Gdzieś 

tutaj musi być drugi.

- W porządku. - Oliver wziął od niej krawat i sprawdził jego wytrzymałość. - Ten 

będzie doskonały.

- Co robisz?

- Popatrzę sobie co nieco - powiedział i chwycił Annie za nadgarstki.

- Oliver! Nie możesz!

Zobaczyła jednak nowy, zmysłowy błysk w jego oczach i coś się w niej radośnie 

poruszyło.  Zaczęła   chichotać.   Wszystko   będzie   w   porządku.  Oliver   nauczył   się  w   końcu 

nowej gry.

Następnego   ranka   o   godzinie   jedenastej   Annie   siedziała   przy   swoim   biurku   w 

„Sezamie”. Wpatrywała się w stertę papierów rozrzuconą dookoła, a jej myśli błądziły wokół 

wydarzeń poprzedniego wieczoru.

Oliver poczynił ogromne postępy.

To   prawda,   że   od   czasu   do   czasu   ma   drobne   poślizgi.   Można   się   było   tego 

spodziewać. Nie jest przyzwyczajony dzielić się władzą. Zawsze on dowodzi. Grunt, że się 

zaczął uczyć. To najważniejsze, chociaż nic nie zmienia się nagle.

W głębi duszy jest absolutnie porządnym i honorowym człowiekiem. Wszystkie jego 

problemy biorą się stąd, że został zmuszony do bycia twardym tak długo, aż stało się to jego 

drugą naturą. Instynktownie  chciał  kierować wszystkim,  nie wyłączając  spraw osobistych 

innych ludzi.

Ostatniej   nocy   udowodnił,   że   jest   zdolny   do   zmodyfikowania   swoich   nawyków. 

Próbował się zmienić. Dla jej dobra.

Annie   była   zdecydowana   zachować   tę   nową   wiedzę   dla   siebie.   Zanurzyła   się   w 

niewielkim katalogu nucąc wesołą melodię starego przeboju.

Rozpoczęła przygotowywanie nowych zamówień, gdy rozległo się ciche stukanie do 

drzwi. Spojrzała i uśmiechnęła się widząc gościa.

- Hej! Valerie! Wejdź!

154

background image

- Przepraszam, że przeszkadzam. - Valerie miała podkrążone oczy. - Podoba mi się 

twój sklep. Masz interesującą kolekcję.

- Dziękuję, ale nie mam złota prekolumbijskiego. Mimo to jakoś sobie daję radę. - 

Annie wskazała jej krzesło po drugiej stronie biurka. - Jak potoczył  się dalej benefis  po 

naszym wyjściu?

- Doskonale. Jeżeli o to ci chodzi, to nikt w mojej obecności nie komentował tego po 

grubiańsku.

- Nie, nie o to pytam.

- Annie - Valerie zawahała się - chciałabym pomówić z tobą o ostatniej nocy.

- Tak? - Annie zamknęła katalog.

- Usłyszałam, że Oliver i Paul Shore uzgodnili spotkanie.

- Tak, wiem. Czy nie uważasz, że to nieźle jak na pierwszy krok?

Valerie z niepokojem spojrzała bratowej w oczy.

- O tym właśnie chciałam porozmawiać. Czy sądzisz, że Oliver rzeczywiście zamierza 

zawrzeć pokój z panem Shore'em?

- Tak. Na to wygląda. - Annie odchyliła się na krześle. Czuła się bardzo mądra i była 

całkowicie pewna, że doskonale rozumie charakter Olivera. - Twój brat jest trochę dumny.

- Już to mówiłaś.

- Jest też trochę arogancki.

- Lepszym określeniem byłoby „despotyczny”. - Valerie się skrzywiła.

- Ale - Annie podniosła rękę - jest również bardzo inteligentny.

- Dobrze. Poddaję się.

-   Inteligentny   na   tyle,   by   wiedzieć,   kiedy   przegrywa   bitwę   -   powiedziała   Annie 

śmiejąc   się   w   kułak.   -   Zrozumiał   chyba,   że   nie   może   mieć   wpływu   na   twój   romans   z 

Carsonem.   Dlatego   też   zdecydował   się   naprawić   kilka   mostków   między   sobą   a   Paulem 

Shore'em, by stworzyć lepsze porozumienie pomiędzy rodzinami.

- Chciałabym w to wierzyć. - Valerie splotła ręce na kolanach. - Chcę w to uwierzyć.

-   No   to   uwierz.   Daj   bratu   szansę.   On   robi   to   dla   ciebie.   Dla   Olivera   zawsze 

najważniejsza jest rodzina.

- Ale on miotał straszne groźby. - Valerie patrzyła na szwagierkę z niedowierzaniem.

- To wszystko puste słowa. On nigdy nie dopuści do rozłamu w rodzinie. 

- Tego wieczoru, gdy z nim rozmawiałam, powiedział, że zrobi wszystko co w jego 

mocy, by nie dopuścić do mojego małżeństwa z Carsonem.

Annie wzruszyła ramionami.

155

background image

-   Być   może   potrzebuje   trochę   czasu,   żeby   sobie   wszystko   przemyśleć.   Musi 

zaakceptować fakt, że nie może cię powstrzymać. To nie jest dla niego łatwe. Oliver, jak 

wiesz, nienawidzi własnej bezsilności.

- Rozumiem. - Valerie westchnęła. - Rozumiem też, że dla niego najważniejsza jest 

rodzina. Wszystko, co robił po odejściu ojca, było dla naszego dobra. Upodobnił się bardziej 

do ojca niż do brata. Istny patriarcha starej daty.

- No tak. - Annie się uśmiechnęła. - Kłopot z patriarchami polega na tym, że ich zalety 

stają się wadami. Zalety, które dają im siłę do zachowania rodziny w ciężkich czasach, są 

uciążliwe, gdy trzeba okazać ludziom wrażliwość i zrozumienie.

- Mój brat nie zna znaczenia słów „wrażliwość” ani „zrozumienie”. Dla niego albo 

sprawy postępują po jego myśli, albo w ogóle nie postępują.

- Czy nie  uważasz,  że  jesteś   wobec  niego  niesprawiedliwa?   - Annie  przestała   się 

uśmiechać. - Przecież on nie jest taki bezwzględny i bezkompromisowy, jak ci się wydaje.

- Nie znasz go tak dobrze jak reszta naszej rodziny. - Valerie popatrzyła na bratową z 

nagłym przypływem nadziei. - Ale może masz rację. Może wywierasz na niego dobry wpływ. 

Może po waszym ślubie złagodniał.

Annie uśmiechnęła się czując, jak wzbiera w niej optymizm.

- Możesz na to liczyć.

W

  poniedziałek   po   raz   kolejny  ktoś   dzwonił.   Annie   była   zajęta   ustawianiem   na 

wystawie sklepowej wieszaka na ubrania w kształcie żyrafy, więc poprosiła Ellę o odebranie 

telefonu.

-   „Sezamie,   otwórz   się”.   -   Ella   posłuchała   chwilę   i   skinęła   na   Annie,   by   wzięła 

słuchawkę. - Zaraz podejdzie. Proszę chwileczkę poczekać. - Zasłoniła ręką słuchawkę. - To 

do ciebie. Druga pani Rain.

Annie jęknęła podchodząc do lady. Podniosła słuchawkę i powiedziała:

- Cześć, Sybil.

- Przed chwilą rozmawiałam z Valerie - rozpoczęła Sybil bez wstępów. W jej głosie 

wyczuwało się strach. - Opowiedziała mi, co się wydarzyło w piątek.

- Mówisz o tym, jak Oliver i Paul Shore wpadli na siebie podczas benefisu?

- O co tu chodzi? Czy rzeczywiście Oliver zgodził się na spotkanie z Shore'em?

- Tak. Rzeczywiście  - potwierdziła  Annie pełna dumy.  - Oliver i pan Shore chcą 

poprawić trochę stosunki dla dobra Valerie i Carsona.

156

background image

- A niech mnie!

- Owszem. Valerie też jest zaskoczona. Wiesz co? Żadne z was nie dawało złamanego 

centa za to, że Oliver jest z gruntu racjonalną istotą ludzką.

- Racjonalną? - Głos Sybil  świadczył  o silnym  oszołomieniu.  - Masz rację. Takie 

słowa  niezbyt  często  padały w  rozmowach  o Oliverze.  Annie, to  wszystko  jest  okropnie 

smutne. Biedna Valerie! Biedny Carson! On rzeczywiście jest wspaniałym chłopcem. Wiem, 

że Oliver nigdy nie pozwoli, żeby oni się pobrali.

- O czym ty mówisz? - Annie w osłupieniu wpatrywała się w słuchawkę. - Przecież ci 

powiedziałam, że Oliver ma się spotkać z Shore'em.

- Jeżeli myślisz, że się z nim spotka, by się pogodzić, to jesteś bardziej naiwna, niż 

myślałam. Posłuchaj mnie, Annie. Jeśli Oliver zgodził się spotkać z Paulem Shore'em, to 

tylko po to, by wystrzelać swoją amunicję.

- Niemożliwe. - Annie się zdenerwowała. Najwidoczniej nikt nie wierzył  w dobre 

cechy charakteru Olivera.

Sybil zignorowała ten wybuch. W jej głosie przebijało głębokie zamyślenie.

- Założę się, że znalazł coś na Shore'a, coś, co trzymał w rezerwie od lat, czekając na 

taką okazję jak ta.

- Bzdura.

-   Prawdopodobnie   użyje   tego,   co   wywęszył,   do   szantażowania   starego,   i   zmusi 

biednego Carsona do zerwania zaręczyn.

- Uważasz mojego męża za Machiavellego? - zaatakowała Annie.

- Machiavelli mógłby u niego brać korepetycje.

- Cholera, Sybil! Nie wierzę w to, że Oliver zamierza szantażować Shore'a.

- To jesteś głupia. Znam Raina dłużej niż ty.  Wiem, do czego jest zdolny.  Wiem 

również,   jak   mocno   nienawidzi   Paula   Shore'a.   Oliver   nigdy   nie   zaakceptuje   małżeństwa 

Valerie i Carsona. Jeżeli nawet uda im się pobrać, znajdzie sposób, by im zepsuć szczęście. 

Zniszczy to małżeństwo, choćby nawet wiedział, że go to zgubi. O ile go znam, i tak odbierze 

im nadzieję na wspólne życie, zanim wybiorą się do ślubu.

- Nie masz racji.

- Tak myślisz? Poczekaj, a zobaczysz. Możesz się jeszcze wiele nauczyć o człowieku, 

za którego wyszłaś. Do widzenia, Annie.

Sybil odwiesiła słuchawkę, nie czekając na odpowiedź.

- Jakiś problem? - spytała Ella.

- Nie. Przynajmniej wydaje mi się, że nie ma, ale może lepiej nie będę ryzykować.

157

background image

Wykręciła numer biura Daniela, oczekując, że słuchawkę podniesie sekretarka.

- Lyncroft Unlimited. - Głos pani Jameson jak zwykle brzmiał ciepło i konkretnie.

- To ja, Annie.

- Dzień dobry, Annie. Jak to dobrze, że dzwonisz. Myślę, że chcesz rozmawiać z 

panem Rainem? Niestety wyszedł.

- Nie - powiedziała szybko. - Nie muszę z nim rozmawiać. - Myślała coraz szybciej. - 

Chciałabym tylko poznać jego plan dnia. Mam zamiar coś zaaranżować. O ile wiem, Oliver 

ma się niebawem spotkać z Paulem Shore'em?

- Tak. Sekretarka Shore'a dzwoniła do mnie z samego rana. Panowie Rain i Shore 

mają dziś wspólny lunch.

- Naprawdę? - Annie czuła się tak, jakby powalono ją na deski.

- Jeżeli chodzi o ścisłość, to pan Rain jest w tej chwili w drodze do klubu Shore'a.

Annie opanowało straszne przeczucie. Prawdę mówiąc, musiała przyznać, że zupełnie 

nie wyklucza tego, że Sybil ma rację. Nie mogła uwierzyć, że Oliver coś knuł przeciwko 

Valerie, ale nie chciała ryzykować. Przecież dopiero co wstąpił na ścieżkę poprawy.

Lepiej być mądrym przed szkodą.

- Mają spotkanie teraz, mówisz? - Annie przycisnęła słuchawkę i spojrzała na zegarek. 

- Czy wiesz, w którym klubie?

- Oczywiście. Sekretarka  pana Shore'a przekazała  mi wszystkie  informacje. - Pani 

Jameson wyszczebiotała nazwę ekskluzywnego klubu. - W samym centrum.

- Dziękuję. - Annie odwiesiła słuchawkę.

- Wszystko w porządku? - znowu zapytała Ella.

- Tak. Jestem pewna, że wszystko będzie dobrze, ale strzeżonego Pan Bóg strzeże. 

Pojawię się po przerwie na lunch.

Porwała torebkę i wybiegła galopem ze sklepu. Klub Paula Shore'a znajdował się kilka 

przecznic od „Sezamu”. Niestety, zaczęło padać.

158

background image

Rozdział czternasty

W

chodząc do jadalni klubu, Oliver nie mógł się pozbyć nieprzyjemnego uczucia. 

Niegdyś jego ojciec należał do tego klubu, lecz od chwili jego zniknięcia młody Rain nigdy tu 

nie przychodził. Aż do dziś. Sam nie należał do żadnego prywatnego klubu. Był z natury 

samotnikiem. Nie odpowiadali mu bywalcy tych przybytków, zwłaszcza gdy jednym z nich 

był Paul Shore.

Niewiele się zmieniło w klubie od czasu, gdy Oliver odwiedził go po raz ostatni. Z 

jednym oczywistym wyjątkiem: grupka kobiet ubranych w drogie kostiumy zajmowała kilka 

stolików. Najwyraźniej stowarzyszenie finansistów i przedsiębiorców zostało zaatakowane i 

zdobyte przez feministki.

Oprócz   tego   cała   reszta   wyglądała   tak   jak   wtedy,   gdy   ojciec   go   tutaj   kiedyś 

przyprowadził, by postawić mu drinka. Pamiętał ten dzień doskonale. Był to jeden z niewielu 

dni, gdy siedział  z ojcem i spokojnie rozmawiali  o wszystkim.  Rozmowa  ta zapadła  mu 

głęboko   w   pamięć.   Pytał,   jak   idą   studia,   a   Oliver   entuzjastycznie   opowiadał   o   planach 

uzyskania dyplomu. Nic nadzwyczajnego. Po prostu rozmawiali przez chwilę jak ojciec z 

synem.

Wszystko wyglądało tak samo jak wtedy. Ściany były wyłożone drogim, ciemnym 

orzechem. Z zaplecza dochodził przytłumiony szczęk pięknych sreber i porcelany. Atmosfera 

cichej powagi unosiła się nad stolikami, przy których spotykały się rekiny finansowe Seattle, 

aby porozmawiać o polityce i gospodarce wybrzeża Pacyfiku.

Wspomnienie dwudziestych pierwszych urodzin wywołało ucisk w dołku. Oliver z 

zapartym   tchem   przeszedł   obok   stolika,   przy   którym   siedział   z   ojcem.   Przez   chwilę   się 

zastanawiał,   co   by   mu   wtedy   powiedział,   gdyby   potrafił   przewidzieć   przyszłość.   Lawina 

gorących i wzburzonych słów zalewała mu umysł:

Ty sukinsynu, nie możesz nam tego zrobić! Nie możesz tak po prostu wziąć tytka w  

troki i zniknąć! To nie jest sprawiedliwe! Co się stanie z dziewczętami? Zniszczysz im życie.  

Teraz, po śmierci matki, tylko ty im zostałeś. Masz również dwóch maleńkich synów, którzy  

cię potrzebują - Nathan i Richard są dzieciakami. Potrzebują ojca. Co z tobą? Nie dbasz o  

rodzinę? Niech ją diabli wezmą?

159

background image

Serce  ścisnęły  mu  ból  i   wściekłość.  Gdyby   mógł   powrócić  do  tamtego   dnia,  gdy 

siedział i rozmawiał z ojcem, nie zniżyłby się do błagania. Zacisnął pięści. Przyrzekł sobie, że 

nie będzie żebrał. Nie poświęciłby swojej dumy, by przypominać ojcu o jego obowiązkach 

wobec   rodziny.   Jednak   w   głębi   duszy   wiedział,   co   naprawdę   by   uczynił.   Gdyby   była 

najmniejsza szansa na pozostanie ojca z rodziną, błagałby go o to na kolanach.

Teraz, po szesnastu latach, wkraczając do klubu stawił czoło prawdzie, która była z 

nim przez wszystkie te lata. Nigdy o nic nie prosił. Gdyby jednak mógł powrócić do tamtych 

urodzin, wiedząc to, co wie teraz, poszarpałby swoją dumę na strzępy i ze wszystkich sił 

próbowałby powstrzymać ojca od ucieczki.

Zrobiłem wszystko co możliwe, ale bardzo często to nie wystarcza. Tak często nie 

wiedziałem, co robić. Oni ciebie potrzebują, tato. Jesteś ich ojcem. Jesteś moim ojcem. A 

zostawiłeś nas tak, jakbyśmy nie mieli żadnego znaczenia.

Oliver   zrozumiał,   jak   wiele   ma   w   sobie   słabości.   Chciał   tę   słabość   dokładnie 

wyplenić, ale wiedział, że to mu się nigdy nie uda. Będzie z nią walczył do końca swych dni.

- Pan Rain? - Starszy kelner pojawił się tuż przed nim.

- Tak.

- Pan Shore oczekuje. Proszę za mną.

Paul   Shore   siedział   przy   stoliku   pod   oknem.   Jak   stary   rewolwerowiec,   latami 

zaprawiony   w   pojedynkach,   siedział   twarzą   do   sali,   a   tyłem   do   ściany.   Przed   nim   stało 

martini. Kiwnął szorstko głową pozdrawiając Olivera, gdy ten siadał, ale nie podał mu ręki.

- Czy mogę coś dla pana przynieść z baru, panie Rain? - zapytał kelner.

- Nie. - Oliver spojrzał na kieliszek martini na stole.

Coś błysnęło w oczach Shore'a, gdy kelner podał menu i wycofał się.

- Dobrze, Rain. Upłynęło wystarczająco wiele wody.

- Tak uważasz? - Oliver nawet nie dotknął karty.

- Nie będzie to proste, prawda? - Shore pociągnął łyk martini, jakby odgradzając się 

od niego. Bez wątpienia wyglądał starzej niż wtedy, gdy Oliver zwracał dług ojca. To nie była 

jedynie   kwestia   lat,   które   przeminęły.   Głębokie   zmęczenie   naznaczyło   mu   twarz.   Swoje 

zrobiła też ostrożność. Uwzględniając to wszystko, Rain był przekonany, że widzi w nim 

ciche pragnienie zawieszenia broni.

Wszystko, czego potrzebował, to właśnie takiej nie wypowiedzianej prośby. Była to 

oznaka słabości, którą mógł wykorzystać.

- Nie ma sensu tracić czasu na upiększanie przeszłości - powiedział Oliver.

160

background image

- Czyżby? Gdy osiągniesz moje lata, Rain, coraz więcej czasu będziesz spędzał na 

upiększaniu   przeszłości.   Kiedy   spojrzysz   wstecz,   będziesz   wiedział,   co  zrobiłbyś   inaczej, 

gdybyś miał szansę żyć po raz drugi.

- Nie mów, że masz wyrzuty sumienia.

- Wszyscy je mamy. Za trzydzieści lat to zrozumiesz.

- Będę o tym pamiętał. - Oliver spojrzał na przyjaciela ojca.

- Jak chcesz. - Shore przełknął kolejny łyk martini i odsunął kieliszek. - Dlaczego 

zgodziłeś się na to spotkanie?

- Przecież znasz odpowiedź.

- Carson i Valerie?

- Tak.

- Wyobrażam sobie, że wiadomość o tym, że zamierzają się pobrać, musiała być dla 

ciebie wstrząsem - powiedział Shore. - Tak też było i w moim przypadku, ale jest coś, o czym 

chciałbym ci powiedzieć.

- Co takiego?

-   Carson   jest   przystojnym,   młodym   mężczyzną.   Jestem   dumny   ze   swego   syna.   - 

Podrapał się u nasady nosa. - Mimo to doszedłem do wniosku, że jest słaby.

- Naprawdę?

- Byłem wściekły, gdy wybrał karierę akademicką, zamiast podążyć w moje ślady. 

Trudno się pogodzić z tym, że nie jest stworzony do interesów. Może nie jest aż tak słaby. 

Ostatnio zacząłem nawet wierzyć, że jest silniejszy, niż ja byłem kiedykolwiek.

- Interesujące spostrzeżenie - odrzekł Oliver.

Shore zmrużył oczy.

- Próbuję ci powiedzieć, że Carson nie jest do mnie podobny. Ani do ciebie.

- Co to ma oznaczać?

- To znaczy, że oceniając go powinieneś zapomnieć o swojej nienawiści do mnie.

Oliver odczuł chłód satysfakcji. Shore był  bardziej  bezbronny,  niż się spodziewał. 

Nawet zdesperowany. Samokontrola tego starego człowieka była niemal strzaskana. Nie było 

sensu przedłużać zabawy w kotka i myszkę. Nadszedł czas zabijania.

-   Myślę,   że   możemy   porozmawiać   o   twoim   synu   -   powiedział   Oliver   bardzo 

spokojnie.

Ulga rozjaśniła oczy Shore'a.

- Mam nadzieję - rzekł - że potraktujesz go uczciwie. Osiąga znaczne  sukcesy w 

swojej dziedzinie. Bardzo mu też zależy na Valerie. Ona będzie dla niego dobrą żoną. Do 

161

background image

diabła, moja żona mówi,  że są jakby dla siebie stworzeni. Chciałbym,  żeby mój syn  był 

szczęśliwy, Rain.

- Naprawdę?

Shore zaniemówił na chwilę.

- Przypuszczałem, że jesteś tutaj, bo pragniesz tego samego dla swojej siostry. Czas 

zawrzeć pokój.

-   Nie   zrozumiałeś   mnie,   Shore   -   odpowiedział   Oliver.   -   Mówiąc,   że   powinniśmy 

pomówić o twoim synu, miałem na myśli drugiego syna, Hammonda.

- Hammonda? - Shore powtórzył nie wierząc własnym uszom.

- Chyba go pamiętasz? To ten, którego wypchnąłeś do Europy na wydłużone wakacje 

dwa lata temu po wykryciu afery. Zdefraudował pieniądze inwestorów w firmie budowlanej, 

którą mu kupiłeś.

Twarz Shore'a przybrała szary odcień.

- Jezus Maria! Człowieku! Powiedz, jak to wykryłeś?

-   Maleńkie   śledztwo.   -   Oliver   wzruszył   ramionami.   -   Powiedz   mi,   Shore,   ile   cię 

kosztowało wyrwanie pierworodnego z bagna? Wykonałeś doskonałą robotę. Nie pojawiła się 

żadna wzmianka w prasie. Nie rozpoczęto śledztwa i wszystko zostało załatwione niezwykle 

gładko.

- Mój Boże! To po to chciałeś się ze mną dzisiaj spotkać. - Shore wytrzeszczył oczy. - 

Chcesz  mnie  szantażować,   tak?  Grozisz,  że  wszystko   znajdzie  się  w  gazetach,  jeżeli  nie 

znajdę sposobu, by Carson zerwał zaręczyny z twoją siostrą?

Oliver nie odpowiedział. Z zadowoleniem pozwolił sobie na pełne rozwinięcie fortelu, 

zanim   wkroczy   na   dokładnie   przygotowane   pole   bitwy.   Jeszcze   oceniał   siłę   rażenia 

pierwszego pocisku i wybierał następny cel, gdy jego uwagę zwróciło niewielkie zamieszanie 

przy wejściu.

Ponad przyciszonym gwarem poważnych rozmów zadźwięczał czysty jak dzwon głos 

Annie.

- Proszę trzymać ręce przy sobie. Mówię ci, że jestem żoną Olivera Raina i przyszłam 

tutaj spotkać się z mężem. O, właśnie tutaj siedzi.

Zaskoczony   Oliver   odwrócił   głowę   dokładnie   w   momencie,   gdy   Annie   z   aureolą 

potarganych włosów na głowie wyrwała się z rąk starszego kelnera. Sunęła zdecydowanie 

przez salę sterując w kierunku ich stolika.

162

background image

- Bardzo mi przykro, proszę pani, ale nie mogę pozwolić pani wejść bez zaproszenia 

jednego   z   członków   klubu   -   mówił   pospiesznie   kelner   drepcząc   za   nią.   -   Jeżeli   pani 

zechciałaby poczekać w hallu, pomogę załatwić sprawę.

- Nie ma się czym martwić - rzuciła mu przez ramię. - Mówię przecież, że mój mąż 

jest tutaj.

Zatrzymała się przy stoliku, przy którym siedział Oliver z Shore'em.

- Cześć, Oliver. - Schyliła  głowę i złożyła  pocałunek na jego policzku.  - Miałam 

trochę trudności z wejściem tutaj. Mówiłam ci, że nie wyglądam na twoją żonę.

Była   zdyszana   i   mokra   od   deszczu.   Musiała   całą   drogę   od   „Sezamu”   do   klubu 

pokonać biegiem w strugach deszczu.

-   Co   ty   tu   robisz,   Annie?   -   zapytał,   powoli   wstając   z   miejsca.   -   Coś   złego   się 

wydarzyło?

- Nic z tych rzeczy. - Poklepała go protekcjonalnie po ramieniu i posłała promienny 

uśmiech panu Shore. - Dzień dobry, panie Shore. To było piękne przyjęcie. Mam nadzieję, że 

zarobiliście mnóstwo pieniędzy dla artystów.

- Pani Rain... - Shore gapił się na nią z wyraźnym zakłopotaniem.

- Pamięta mnie pan - odpowiedziała z przyjemnością i usadowiła się przy stole. - Czy 

prace   Raphaeli   nie   okazały   się   wspaniałe?   Raphaela   to   projektantka   wnętrz,   która 

przygotowywała pański dom na benefis. Nie wiem, czy zauważył pan w solarium słonia z 

emaliowanej mozaiki. Pochodził z mojego sklepu.

- Istotnie? - Shore zmieszał się jeszcze bardziej.

- Tak. Muszę dodać,  że wyglądał  w  tym  solarium jak u siebie  w domu.  - Annie 

przechyliła się do przodu i konfidencjonalnym tonem dodała: - Jest na sprzedaż.

- Rozumiem.

Starszy kelner najwidoczniej pogodził się z tym, że nie uda mu się wyrzucić Annie. 

Wycofał się pospiesznie i skinął na kolegę.

- Nie przypuszczałem, że pani do nas dołączy - powiedział Shore wpatrując się w nią.

- Ja również się tego nie spodziewałem - dodał chłodno Oliver.

Uśmiech   Annie   zawsze   dokonywał   rzeczy   niemożliwych,   więc   rozjaśniła   go   o 

następne kilka watów.

- Udało  mi  się wyrwać  ze sklepu  na lunch. Dziękuję, że  na mnie  zaczekaliście  - 

powiedziała i chwyciła menu. - Padam z głodu. To jest pański klub, panie Shore? Co by pan 

polecił?

163

background image

- Halibuta - odrzekł automatycznie. -Jest tutaj wyśmienity. - Nie mógł oderwać oczu 

od Annie.

- To brzmi obiecująco. - Pani Rain rozejrzała się za kelnerem. - Ja wezmę halibuta, 

bez sałatki. Potem kawę.

- Tak, proszę pani.

- A teraz - zatrzasnęła menu - co biorą pozostali?

- Halibuta. - Shore zerknął na Olivera.

Annie spojrzała wyczekująco na męża.

- A ty co weźmiesz?

- Nie miałem zamiaru niczego brać - odpowiedział dobitnie.

- Nonsens. Nie jesteś przecież na diecie. Dużo ćwiczysz. - Annie posłała kelnerowi 

pogodny uśmiech. - On również zje halibuta.

-   Tak,   proszę   pani.   -   Kelner   kiwnął   głową   uznając   najwidoczniej,   że   w   tym 

towarzystwie Annie jest najważniejsza. Zdążył odejść, zanim Oliver odwołał zamówienie.

Rain patrzył na Annie w zamyśleniu i zastanawiał się, jaką miałaby minę, gdyby ją 

wyniósł z klubu jak worek kartofli na ramieniu.

- Od kogo się dowiedziałaś, gdzie mnie szukać?

- Zadzwoniłam do twojego biura. Pani Jameson powiedziała, że wybrałeś się na lunch 

z panem Shore'em.

- Muszę pamiętać, żeby wyrzucić panią Jameson, jak tylko wrócę do biura.

- Nawet nie żartuj w taki sposób. Zginąłbyś bez niej. - Annie ostrzegła Olivera, a 

potem zwróciła się do Shore'a: - Nie chciałam przeszkadzać w rozmowach.

- Nie chciałaś, dobre sobie! - mruknął Rain. Był niemal pewien, że żona wie, o co 

chodzi. Wyczuła cel tego spotkania i domyśliła się, że może potoczyć się nie po jej myśli. Był 

ciekaw, kto jej dał znak. Nie dowierzał nikomu, ale najprawdopodobniej rozmawiała z nią 

Sybil. Macocha zna go przecież doskonale.

- Proszę kontynuować dyskusję, którą prowadziliście, zanim przyszłam - zachęciła 

Shore'a.

- Rozmawialiśmy o moim synu.

- O Carsonie?  - Pokiwała głową. - Wygląda  świetnie. Wiem,  że wykłada  historię 

sztuki. Musi być pan z niego szalenie dumny.

- Owszem - przyznał Shore patrząc ciągle na Olivera.

- Nie rozmawialiśmy o Carsonie - zakomunikował oschle Oliver. Zaświtało mu w 

głowie, że obecność Annie prowadzi do zamieszania i że ona wie o tym bardzo dobrze.

164

background image

- Ma pan drugiego syna?

- Tak - odpowiedział z kamienną twarzą. - Ma na imię Hammond.

- I mieszka w Seattle? - dopytywała się.

- Teraz nie. - Zawahał się. - Jest poza krajem. Firma, w której mam udziały, ostatnio 

rozszerzyła   swą   działalność   poza   nasz   kontynent.   Hammond   pracuje   w   jednym   z 

zagranicznych biur.

- Wspaniale.

- Pani małżonek z pewnością też tak myśli. - Odsunął kieliszek martini. - Zamierza 

mnie szantażować z powodu Hammonda.

Bardzo pogodny uśmiech Annie zniknął w mgnieniu oka.

- To śmieszne. Oliver nikogo nie szantażuje, prawda Oliver?

- Oczywiście, że nie - odpowiedział bardzo delikatnie.

-   Myślę,   że   ktoś   powinien   mi   wyjaśnić,   o   co   tutaj   chodzi   -   powiedziała   Annie 

stanowczo.

Oczy Shore'a poszarzały, gdy napotkał wzrok Raina.

- Pani małżonek dowiedział się, że mój syn, Hammond, wpakował się w poważne 

tarapaty   finansowe   dwa   lata   temu.   Postawiono   zarzut   defraudacji.   Zająłem   się   sprawą. 

Spłaciłem wszystkich pokrzywdzonych przez mojego syna i wysłałem go z kraju na jakiś 

czas.

- To musiało być straszne - powiedziała Annie z odrobiną współczucia.

Oliver zazgrzytał zębami. Ujrzał nagle, jak jego cały plan wali się w gruzy na jego 

oczach.   Wściekłość   zakipiała   mu   w   żyłach.   Tym   razem   Annie   posunęła   się   za   daleko. 

Przywiązywać go do łóżka to jedna sprawa, a wtrącać się do rodzinnych spraw - to druga.

- Pani małżonek wie, że nie chciałbym, by te informacje stały się publiczną tajemnicą 

- kontynuował Shore. - Zdaję sobie sprawę, jak mocno uderzyłoby to w moją żonę. Co to 

wam da?

- Całkowicie rozumiem. - Pokiwała smętnie głową. - Ciotka Madeline mawiała, że 

czarna może się trafić w każdej rodzinie.

- Co to znaczy „czarna”?

-  Czarna   owca.   -  Annie   posłała   mu  współczujący  uśmiech.   -  Kanalia,  która   musi 

skalać własne gniazdo, która musi wprawiać w zakłopotanie wszystkich członków rodziny. W 

mojej rodzinie czarną owcą był wujek Charlie.

Oliver przeklinał w duchu, patrząc, jak sytuacja nieodwołalnie wymyka mu się z rąk.

- Wujek Charlie? - Shore z rozbawieniem wpatrywał się w Annie.

165

background image

- Tak. Wujek Charlie uwielbiał rabować banki.

- Banki? - Shore był kompletnie zaskoczony.

- Ach. Ciotka Madeline mówiła, że jego ojciec tak się wstydził, że nie pozwalał w 

domu wspominać imienia Charliego. Gdyby chociaż wujek rabował banki, żeby nakarmić 

rodzinę lub osiągnąć podobny szczytny cel. Ale to w ogóle nie wchodziło w grę.

-   To   po   co   rabował   banki?   -   Shore   gapił   się   na   nią   z   nie   ukrywanym 

zainteresowaniem.

Annie rozejrzała się szybko i ściszyła głos.

- Dla samego przeżycia dreszczyku emocji. Kochał to robić. Dlatego nie było sposobu, 

by   go   powstrzymać.   Zarobił   niejedną   odsiadkę,   ale   po   wyjściu   na   wolność   natychmiast 

powracał do swojego hobby.

- Jakie to interesujące. - Shore najwyraźniej nie wiedział, co powiedzieć.

- Raz spotkałam wujka Charliego - Annie przeszła na lekki, plotkarski ton. - Byłam 

wtedy małą dziewczynką, a on okazał się dla nas bardzo dobry, zabrał mnie i Daniela do Zoo. 

Tłumaczył bratu, żeby nie zaczynał palić papierosów ani rabować banków, dlatego że trudno 

to potem rzucić. Daniel obiecał mu, że nie będzie palić ani rabować. I nigdy tego nie robił.

- Co się stało z pani wujkiem? - zapytał Shore, gdy kelnerzy przynieśli półmiski z 

halibutem z grilla.

- Ach. Został zabity podczas kolejnego napadu na bank. Odszedł w blasku chwały. 

Ciocia Madeline wzięła nas na pogrzeb i ostrzegła przed wstąpieniem na drogę przestępstwa. 

Ostrzegła nas jeszcze przed czymś.

- Przed czym? - zapytał Shore.

-   Powiedziała   nam,   że   nigdy   nie   powinniśmy   się   wstydzić   wujka   Charliego. 

Wyjaśniła, że w każdej rodzinie zdarza się czarna owca i nikt nie powinien poczuwać się do 

odpowiedzialności   za   działania   takiej   osoby.   Ostatecznie   wszyscy   odpowiadamy   sami   za 

siebie.

- Ale działania jednej takiej czarnej owcy mogą zranić i poniżyć całą rodzinę - dodał 

powoli Shore.

- Tak. Wiem o tym. - Annie wbiła widelec w kawałek halibuta i spojrzała przelotnie 

na Olivera. - Myślę, że wszyscy przy tym stole to rozumieją. Pan odcierpiał swoje wskutek 

nieodpowiedzialności   syna.   Widziałam,   jak   działalność   wuja   raniła   moich   krewnych.   A 

Oliver, jak pan wie, przeszedł przez wszystkie kręgi piekieł po zniknięciu jego ojca.

Złość   kipiała   w   Oliverze   coraz   mocniej.   Nie   potrafił   jej   dłużej   utrzymać   pod 

przykrywką.

166

background image

- Dosyć tego, Annie!

-   Przepraszam.   -   Obdarzyła   go   mglistym   uśmiechem.   -   Nie   mam   zamiaru 

odgrzebywać starych wspomnień. Musisz jednak przyznać, że wy obaj, ty i pan Shore, macie 

wiele wspólnego.

- Nie! Na Boga! Nie mamy ze sobą nic wspólnego! - Oliver chciał nią potrząsnąć, 

żeby się wreszcie zamknęła. Zmusił się jednak do siedzenia nieruchomo i stłamsił w sobie 

wściekłość, widząc oczyma duszy, jak szansa wygranej przepada z kretesem.

-   Tak,   tak,   macie   wiele   wspólnego.   Obaj   przeszliście   absolutne   piekło   z   powodu 

swoich bliskich.

- Annie, powiedziałem: dosyć! Chyba zrozumiałaś!

Shore spojrzał na Raina z powagą.

- Zdaję sobie sprawę, że sam ci przysporzyłem dodatkowych trudności po zniknięciu 

ojca. Nigdy cię za to nie przeprosiłem. Robię to teraz.

- Nie potrzebuję twoich cholernych przeprosin - powiedział Oliver odwracając się.

- Wiem o tym. Pragniesz raczej zemsty. - Shore nadal się w niego wpatrywał. - Myślę, 

że dzisiaj mogę ci wyjaśnić, dlaczego nie przesunąłem terminu spłaty piętnaście lat temu. 

Kiedy twój ojciec opuścił miasto, znajdowałem się w niebezpiecznej  sytuacji finansowej. 

Potrzebowałem tych pieniędzy, które był mi winien. Strasznie potrzebowałem.

- Nie chcę o tym rozmawiać - odrzekł Oliver.

- Wiem, że nie chcesz - powiedział Shore ze smutkiem. - Chciałbym tylko, żebyś 

wiedział, jak mi było trudno w tamtych czasach. Zainwestowałem sporo pieniędzy w bardzo 

ryzykowne papiery i w nieruchomości. Byłem tak jak każdy, nie wyłączając twojego ojca, na 

granicy przetrwania. Wydawało mi się, że utonę. Ostatnia deska ratunku zatonęła wraz ze 

zniknięciem Edwarda. Miałem na utrzymaniu dwóch synów i żonę.

To wszystko wina Annie, z wściekłością pomyślał Oliver. Wszystko się rozleciało z 

jej winy.

- Powiedziałem, że nie chcę rozmawiać o przeszłości.

- Nie spodziewam się, że mi przebaczysz. Chciałbym jedynie, abyś mnie zrozumiał - 

nalegał. - Potrzebowałem tamtych pieniędzy bardziej niż czegokolwiek w życiu. Chciałem też 

zemścić się za to, co mi zrobił twój ojciec. Uważałem go przecież za przyjaciela... Niech go 

diabli! Ufałem mu.

- Skończmy z tym tematem natychmiast - zażądał chrapliwie Oliver, ale Shore puścił 

to mimo uszu.

167

background image

-   Nie   mogłem   go   dosięgnąć,   więc   przyłożyłem   tobie.   Myślałem,   że   jestem 

zrujnowany. Nie spodziewałem się, że się pojawisz z gotówką po sześciu miesiącach. Jak 

tego dokonałeś, do diabła? Nigdy mi nie powiedziałeś.

- To nie twoja sprawa - rzucił Rain przez zęby.

- Wiem, ale musisz zrozumieć. W duchu zawsze się zastanawiałem, jak zgromadziłeś 

tak szybko tyle pieniędzy. Męczy mnie pytanie, czy nie zmusiłem cię do popełnienia czegoś 

desperackiego.

Annie spojrzała na Shore'a z ukosa.

- Oliver nie obrabował żadnego banku, jeżeli to pana niepokoi.

- Więc skąd je wziął?

- Nie wiem. - Oczy Annie rozszerzyły się i przeniosły na męża, jakby sama chciała 

zadać mu to pytanie.

Rain cudem opanował atak wściekłości.

- Grałem na rynku przez sześć miesięcy.

- Jezu! - przestraszył się Paul Shore. - Nie wiedziałem, że ktokolwiek mógł zrobić 

takie pieniądze na rynku towarowym poza dealerami.

- Miałem szczęście - odparł ostro Oliver.

- Wątpię, żeby to było szczęście - wtrąciła Annie tonem bezgranicznego podziwu. - 

Raczej czysty geniusz.

Oliver przeszył ją wzrokiem, w którym malowała się tylko frustracja i gniew.

Annie nawet nie drgnęła i odwróciła się znowu do Shore'a.

- No tak, cieszę się, że wszystko zostało wyjaśnione. Pamiętam, jak mówiła ciotka 

Madeline, że nikt nie odpowiada za czyny swoich krewnych. Niezależnie od tego, jak mocno 

zostaliście poszkodowani lub ile wycierpiały wasze rodziny, nikt was nie obwinia.

- Tak uważasz? - zapytał ponuro Rain.

-   Jasne.   Jeżeli   chodzi   o   to,   co   wydarzyło   się   później,   obaj   jesteście   ofiarami 

okoliczności,   na   które   nie   mieliście   najmniejszego   wpływu,   ale   obaj   przetrwaliście   i 

odnieśliście sukcesy. A to się liczy najbardziej.

Oliver zamknął oczy z obrzydzenia.

-   To   wcale   nie   oznacza,   że   pani   mąż   nie   może   przysporzyć   wielkich   strat   mojej 

rodzinie, jeśli tylko zechce - powiedział cicho Shore.

- Nie zrobi tego - zapewniła Annie.

Rain otworzył oczy i spojrzał na nią. Przełknęła kęs halibuta i popatrzyła przed siebie.

- A propos, ten halibut jest rzeczywiście bardzo dobry. Radzę zjeść, zanim wystygnie.

168

background image

- A co będzie z moim synem? - zapytał cicho Shore.

Rain spojrzał na niego z miną rozżalonego drapieżnika, któremu wymknęła się ofiara. 

Kątem oka widział, jak Annie uśmiecha się do niego przymilnie. Był pewien, że oczekuje od 

niego takiego zachowania, jakie sama uważa za słuszne.

Zrozumiał, że przegrał bitwę. Z jakichś zupełnie niezrozumiałych powodów nie mógł 

się zmobilizować do realizacji własnego planu zniszczenia Shore'a. Przynajmniej nie dzisiaj, 

gdy obok siedzi Annie, promieniująca pogodną wiarą w jego dobroć.

Inną   sprawą   była   zemsta   na   Paulu.   Rain   wiedział,   że   może   tego   dokonać   bez 

zmrużenia oka, ale rozczarować Annie - to był trudniejszy problem.

- Zapomnij o Hammondzie - mruknął Oliver. - Zapomnij o całej tej przeklętej sprawie.

- Dziękuję ci, Rain. - Shore nie potrafił ukryć ulgi. - Jeżeli potrzebujesz pocieszenia, to 

chyba wiem, jak się teraz czujesz. Jestem twoim dłużnikiem.

Oliver zastanawiał się, czy przypadkiem nie oszalał żeniąc się z Annie. Shore odejdzie 

stąd  w  spokoju. Wszystko   na  to wskazuje, że  obie  rodziny  - Rainów   i  Shore'ów  -  będą 

wkrótce skoligacone przez małżeństwo.

- Carson i Valerie są tak doskonałą parą - powiedziała Annie pogodnie. - Wiecie co? 

Ta cała sprawa przypomina mi Romea i Julię.

169

background image

Rozdział piętnasty

A

nnie   zorientowała   się,   że   coś   nie   jest   w   porządku   w   chwili,   gdy   otworzyła 

wieczorem drzwi do mieszkania. Panowała idealna cisza, ale rodzaj tej ciszy mówił jej, że 

ktoś jest w domu.

Dom. Zdziwiło ją, że zaczęła nazywać apartament Olivera swoim domem.

Strząsnęła ostatnie krople deszczu z parasolki, powoli zdjęła płaszcz i powiesiła go w 

szafie. Niepokój, który narastał w niej przez całe popołudnie, rozkwitł w strach, gdy szła 

przez marmurowy przedpokój. Wiedziała, że wieczór po scenie z Paulem Shore'em może być 

niewesoły. Gdy wychodzili z klubu, wyczuwała emocje kipiące głęboko w duszy Olivera. Na 

zewnątrz wydawał się jak zwykle chłodny i władczy, ale to tylko pozory. Nie odezwał się ani 

słowem, zanim znaleźli się na chodniku.

- Bolt przyprowadzi samochód mniej więcej za minutę.

- Wszystko w porządku - zapewniła go. - Wolałabym  się raczej przejść. Jesteśmy 

niedaleko sklepu. To tylko kilka przecznic dalej.

- Ale pada.

- Mam parasolkę.

- Jak wolisz. - Ich oczy się spotkały. - Zobaczymy się wieczorem w domu.

- Oliverze, chcesz porozmawiać?

- Nie, nie teraz.

Zanim zdążyła odpowiedzieć, podjechała czarna limuzyna. Oliver wsiadł i zatrzasnął 

za sobą drzwi nie patrząc na Annie.

Dotarło do niej, że lunch z Shore'em nie przebiegł tak gładko, jak sobie to wyobrażała. 

Pomaszerowała   powoli   do   „Sezamu”   nie   zwracając   uwagi   na   zimny,   przejmujący   wiatr. 

Zanim doszła do sklepu, była przekonana, że przegrała bitwę.

Ale spoglądając wstecz, nie mogła sobie nic zarzucić. Nie wyobrażała sobie, że można 

to było inaczej rozegrać.

Z

atrzymała się przy drzwiach do kuchni.

- Bolt?

170

background image

Nie było śladu robota Olivera. Światła w kuchni były zgaszone. Zazwyczaj Bolt kręcił 

się gdzieś w pobliżu w wirze przygotowań do kolejnej smakowitej kolacji. Jego nieobecność 

była złym znakiem.

Annie niechętnie podreptała przez hall i weszła do salonu. Również był pusty. Tylko 

deszcz bębnił o szyby.

Pozostał   jeszcze   gabinet.   Przypuszczała,   że   Oliver   będzie   na   nią   czekał   u   siebie. 

Zmusiła się do przejścia długiej drogi przez wyłożony szarym dywanem hall. Gdy doszła do 

gabinetu, zobaczyła, że drzwi są zamknięte.

Nie wiadomo dlaczego, ten fakt ją zdenerwował. Wyprostowała ramiona, otworzyła 

drzwi bez pukania i wkroczyła do środka. Zatrzymała się na środku gabinetu oczekując na 

przystosowanie wzroku do przyciemnionego światła.

Oliver siedział za biurkiem jak lew w swojej jaskini. Jego twarz pozostawała w cieniu. 

Lampa halogenowa tworzyła  na wypolerowanym  blacie koło jasnego, ostrego światła. Jej 

uwagę przyciągnął błysk ślubnej obrączki.

- Cześć, Oliver. - Podeszła wojowniczo do krzesła i ciężko na nie opadła.

- Dobry wieczór, Annie.

- Gdzie Bolt?

- Dałem mu wolne. Nie będzie nam potrzebny dziś wieczór.

- Jesteś wściekły? - spytała.

- Powiedzmy, że zastanawiam się nad naszym związkiem.

- Jesteś rzeczywiście wkurzony.

-  Tolerowałem   niemało  twoich   wybryków,   ale   dzisiaj   stanowczo  posunęłaś   się  za 

daleko.

- Nic nie zrobiłam. - Poczuła lodowate mrowienie wzdłuż kręgosłupa. Wiedziała, że to 

nieprawda. Oliver też to wiedział.

- Wtrąciłaś się do sprawy, która ciebie nie dotyczy.

- To nie było tak, Oliverze. Po prostu wprosiłam się na twój lunch z Shore'em. To 

wszystko.

- Dlaczego?

- Dlaczego? Przypuszczam, że byłam trochę zaniepokojona.

- Czym? - zapytał delikatnie.

Annie zaczęła się borykać z pierwszym powodem.

- Obawiałam się, że możesz zrobić coś, czego będziesz później żałował.

- Żałował? Już od dawna niczego nie żałuję.

171

background image

- Problem polega na tym, że nosisz w sercu urazę do Paula Shore'a - powiedziała 

szczerze. - Nie byłam pewna, czy jesteś w stanie jasno myśleć, kiedy spotkasz się z nim w 

cztery oczy. Myślałam, że obecność trzeciej osoby przy stoliku może rozładować napięcie. 

Czy nie miałam racji? Przyznaj to.

- Rozmyślnie wtrąciłaś się do sprawy, która ciebie w żadnej mierze nie dotyczy.

- A niech cię, Oliver! Zwyczajnie siedziałam tam i trochę poplotkowałam. Do niczego 

się nie wtrąciłam.

Oliver nie odpowiedział. Zapadła znacząca cisza.

- Dosyć tego! - krzyknęła wreszcie Annie.

- Czego dosyć?

- Nie próbuj mnie zastraszyć! - Zerwała się z krzesła i podeszła do okna. - To nie 

poskutkuje. Nie pozwolę, żebyś stosował przeciwko mnie taką taktykę.

- A ja nie pozwolę, żebyś się wtrącała do spraw, które dotyczą wyłącznie mnie i mojej 

rodziny.

- Oliver, jestem częścią twojej rodziny. Jestem twoją żoną.

- Ten status, zgodnie z twoimi słowami, jest tymczasowy.

Żołądek Annie ścisnął się z bólu.

- Wiem o tym.

- To ty chciałaś małżeństwa z rozsądku.

- Tak, wiem... ale...

- Dochodzę do wniosku, że nasze małżeństwo nie jest zbyt dogodne, Annie.

- Cholera, może przestaniesz przemawiać jak generał na sądzie wojennym?  Tylko 

czekam, aż mi zedrzesz epolety i skażesz na chłostę albo coś w tym stylu.

-   Oczywiście,   musimy   osiągnąć   jasne   porozumienie,   jak   nasz   związek   powinien 

wyglądać - powiedział Oliver. - Nie będę tolerował żadnego wtrącania się do moich spraw.

- Naprawdę? - Uczucie zawodu spowodowało, że Annie stała się nieostrożna. - A co 

mi zrobisz?

Zapadła śmiertelna cisza.

- Czyżbyś zapomniała, że potrzebujesz pomocy w ratowaniu Lyncroft Unlimited?

Ta brutalna groźba odjęła jej mowę. Musiała mieć trochę czasu, by dojść do siebie. 

Gdy już mogła normalnie oddychać, jej wściekłość przerosła wszelkie obawy. Podbiegła do 

niego z zaciśniętymi pięściami.

- Jak śmiesz?! - wrzasnęła.

Oczy Olivera były zimniejsze od deszczu bijącego o szyby.

172

background image

- Przyszłaś  do mnie  z prośba o pomoc  w ratowaniu firmy brata.  Zaproponowałaś 

małżeństwo z wyrachowania. Potrzebujesz mnie, już zapomniałaś?

- Nie strasz mnie! Nie ośmielaj się mnie straszyć!

- Ja cię nie straszę. Przypominam jedynie niektóre fakty. Masz w tym małżeństwie 

więcej   do   stracenia   niż   ja.   Przetrwam   bez   najmniejszych   trudności   utratę   zysków,   które 

kiedyś mógłbym osiągnąć z firmy Daniela.

- Jesteś tego pewien?

-   Tak.   Ty   natomiast   stoisz   pod   ścianą.   Chcesz   koniecznie   utrzymać   Lyncroft 

Unlimited. A ja jestem jedynym człowiekiem, który może tego dla ciebie dokonać.

-  Co chcesz przez to powiedzieć? Że jeżeli nie będę się trzymać z daleka od spraw 

twojej rodziny, to pozostawisz mnie i firmę swojemu losowi?

- Myślę, że do tego nie dopuścisz. - Zacisnął szczęki. - Jesteś porywcza, ale nie głupia. 

Wystarczająco inteligentna, żeby nie posunąć się za daleko. Dzisiaj przekroczyłaś granicę, 

Annie. Nie rób tego więcej.

- Dlaczego tak się na mnie wściekasz? - Uniosła ręce. - Co ja takiego złego zrobiłam?

- Powiedziałem ci, co zrobiłaś. Świadomie wtrąciłaś się do spraw rodzinnych, które 

ciebie nie dotyczą. Nie powinnaś się do tego mieszać.

- Tylko się przysiadłam i trochę porozmawiałam.

- Wszystko świadomie zniszczyłaś - odrzekł beznamiętnie.

Spojrzała na niego badawczo. Zawzięta twarz jak zwykle nie wyrażała żadnych uczuć, 

ale coś w jego głosie ostrzegało Annie, że Oliver nie panuje nad sobą tak doskonale, jak 

próbuje to okazać.

- Ja wszystko zniszczyłam? - powtórzyła ze zdziwieniem. - Nie przesadzaj, Oliverze. 

Chcesz powiedzieć, że mam taką moc? Wpraszając się na lunch potrafiłam rozbić wszystkie 

twoje precyzyjnie zaaranżowane plany?

- Dosyć tego, Annie!

-   Chcesz   powiedzieć,   że   mała   Annie   Lyncroft,   handlarka   tandetną   sztuką,   może 

zmusić wszechmocnego Olivera Raina do poniechania swojego planu zemsty?

- Annie! Ostrzegam cię!

Zbliżyła się do niego o krok.

- Dobry Boże! Oliver, mózg mi staje! Pomyśleć, że mogę tak łatwo zmienić bieg 

historii!

-   Jeżeli   powiedziałem   dość,   to   naprawdę   znaczy   dość.   Co   mam   zrobić,   żebyś 

przestała?

173

background image

- A niby dlaczego mam przestać? Nie jestem pewna, czy cokolwiek jest w stanie mnie 

zatrzymać.   -   Machnęła   ręką.   -   Hej!   Mam   siłę,   z   której   nie   zdawałam   sobie   sprawy. 

Przynajmniej ty tak twierdzisz. Mogę odmienić całe twoje życie. I to tylko wpraszając się na 

lunch. Bóg jeden wie, co  mogłoby się  wydarzyć,  gdybym  się  wprosiła  na kolację,  którą 

spożywałbyś z jednym z twoich wrogów.

Oliver siedział bez ruchu. Ręce ciągle trzymał na blacie biurka. Annie zauważyła, że 

kostki palców mu zbielały.

- Chcesz w końcu, czy nie chcesz, żebym ratował Lyncroft? - zapytał.

- Nie szastaj groźbami - powiedziała podchodząc do drzwi. Odwróciła się trzymając 

klamkę. - Wiesz doskonale, że tych gróźb nie zrealizujesz.

- Nie?!

- Nie. I powiem  ci dlaczego.  Ponieważ  wiesz tak  samo  dobrze  jak ja, że cię  nie 

zmuszałam   do   rezygnacji   z   twojego   planu   użycia   syna   Shore'a   jako   żywej   tarczy.   Sam 

zrezygnowałeś z ataku. Tylko ty mogłeś podjąć taką decyzję.

Oliver w dalszym ciągu siedział bez ruchu.

- Możesz swój plan zrealizować  i zaszantażować  Shore'a, jeżeli  rzeczywiście  tego 

chcesz. Przecież ja ciebie nie powstrzymam. Nikt nie potrafi cię powstrzymać.

Annie otworzyła drzwi.

- Wracaj!

-   Rozumiem,   dlaczego   się   na   mnie   wściekasz.   Dlatego,   że   cię   powstrzymałam   i 

zmusiłam   do   zastanowienia.   Moja   obecność   przy   stoliku   spowodowała,   że   zacząłeś   się 

zastanawiać, co właściwie chcesz zrobić.

- Chodź tutaj, Annie. 

Wymierzyła w niego palec nie odchodząc od drzwi.

- Sam dzisiaj zmieniłeś swoje plany. Ja swoich nie zmieniałam. Oboje wiemy, że nie 

mam takiej władzy nad tobą. Jakżebym mogła? Jestem po prostu wspólniczką w interesach, z 

którą przydarzyło ci się ostatnio pójść do łóżka. Nie jestem nawet prawdziwą żoną.

Wyszła do hallu zatrzaskując za sobą drzwi tak, że czarna, szklana waza stojąca na 

stoliku zabrzęczała. Annie poczuła się o wiele lepiej. Pomaszerowała wzdłuż korytarza.

Drzwi gabinetu za nią otworzyły się.

- Dokąd idziesz? - zapytał Oliver głosem chłodnym jak lód.

- Przed siebie. - Podniosła klucze, które leżały na czarnym marmurowym stoliku obok 

drzwi wejściowych. Nie odwróciła  się, ale zdawała sobie sprawę, że Oliver idzie za nią. 

Jednocześnie dotarli do drzwi wejściowych.

174

background image

- Zadałem ci pytanie. - Przytrzymał drzwi, gdy Annie usiłowała przekręcić klamkę. - 

Odchodzisz ode mnie?

- Nie. - Annie podniosła głowę. - Jeżeli kiedykolwiek zechcę cię opuścić, powiem ci o 

tym wcześniej. Tak się złożyło, że chcę zjechać na dół, by odwiedzić Bolta.

- Bolta?

- Tak, Bolta. A gdy już uznasz, że chcesz mnie przeprosić, to przyjdź tam i zabierz 

mnie. Proszę, puść drzwi albo zacznę krzyczeć.

- Po jaką cholerę idziesz do mieszkania Bolta? - Oliver patrzył na nią w osłupieniu.

- Ponieważ czuję, że powinnam to zrobić. - Ku jej zdziwieniu powoli cofnął rękę.

Przecisnęła się przez częściowo otwarte drzwi, podeszła do windy i nacisnęła guzik. 

Wiedziała, że Oliver stoi w progu i patrzy na nią. Stał tak, dopóki nie przyjechała winda, lecz 

Annie się nie obejrzała.

Weszła do windy i nacisnęła guzik szóstego piętra. Spojrzała na Olivera.

- Nie pozwolę, żebyś mnie oskarżał o to, że cię ruszyło sumienie! - zdążyła zawołać.

Dopiero po wyjściu na korytarz szóstego piętra zorientowała się, że nie zna numeru 

mieszkania Bolta.

Było tam sześć apartamentów. Przy pięciu z nich wisiały tabliczki z nazwiskami. Przy 

szóstych drzwiach nie znalazła żadnego napisu. Nacisnęła dzwonek.

Drzwi otworzyły się niemal natychmiast. Bolt patrzył  na Annie bez najmniejszych 

oznak zaskoczenia.

- Pan Rain powiadomił mnie, że zjeżdża pani do mnie.

- Nie dziwię się! - Annie się skrzywiła. - Założę się, że zadzwoni za minutę, żeby się 

upewnić, czy już przyjechałam. Czy mogę wejść?

- Tak. - Bolt odsunął się. Nad pulpitem ze skomplikowaną elektroniką rozległ się 

dźwięk dzwonka. Nacisnął przycisk. - Tak, panie Rain.

- Przyszła już? - zapytał Oliver przez interkom.

- Tak, panie Rain.

- Przypilnuj, żeby dostała kolację. Jeszcze nic nie jadła.

- Tak jest, panie Rain. - Bolt zwolnił przycisk.

-   A   nie   mówiłam?   -   Annie   weszła   do   apartamentu   rozglądając   się   ciekawie.   - 

Wiedziałam, że nie oprze się pokusie sprawdzenia, gdzie jestem.

Lustrowała   główną   kwaterę   Bolta.   Nie   była   to   rezydencja,   ale   obszerne   i   dobrze 

urządzone mieszkanie.  Z okien roztaczała  się ta sama panorama,  którą cieszył  się Oliver 

dwadzieścia pięter wyżej, tyle że pod mniejszym kątem widzenia. Spartańskie meble były 

175

background image

ustawione w żołnierskim porządku, a książki stały na półkach w zwartych, wyrównanych 

szeregach. Czasopisma zostały starannie ułożone w stosy.

W kącie salonu jarzył się zielono ekran komputera. Annie podeszła bliżej, aby się 

lepiej przyjrzeć.

- Co pani sobie życzy na kolację? - zapytał Bolt beznamiętnie.

- Dziękuję, nie jestem głodna.

- Pan Rain prosił, żeby podać pani kolację.

- Nie przejmuj się tym. - Schyliła się nad ekranem komputera czytając napisany tekst i 

skrzywiła z niesmakiem. - Nad czym pracujesz? Jakiś raport szpiegowski dla Raina?

- Nie. - Bolt podszedł szybko i nacisnął któryś z klawiszy. - Tak się składa, że obecnie 

pracuję nad prywatnym projektem.

Ekran zgasł, ale Annie zobaczyła dosyć, by zaniemówić z wrażenia. Popatrzyła na 

służącego szeroko otwartymi ze zdziwienia oczami.

- To jest powieść, tak? Bolt, jesteś pisarzem?

- Nic jeszcze nie opublikowałem - wymamrotał.

Zauważyła, że zaczerwienił się jak burak.

- Nie znam nikogo, kto pisze książki. Jaki to gatunek?

- Powieść grozy.

- Żartujesz? To ekscytujące!  Teraz rozumiem, że jesteś taki dziwny.  To wszystko 

wyjaśnia.

- Czyżby? - Przyglądał się jej bez wyrazu.

- Oczywiście. Wszyscy wiedzą, że pisarze są dziwni. Skończyłeś już tę książkę?

- Pracuję nad ostatnimi rozdziałami. - Bolt przeszedł do kuchni. - Przygotuję coś do 

zjedzenia.

- Daj spokój. Naprawdę nie jestem głodna.

- Pan Rain kazał mi panią nakarmić.

- Dobrze już, dobrze. Jeżeli pan Rain chce, to pani Rain musi. - Annie weszła do 

maleńkiej kuchni. - Poproszę o lampkę wina, jeśli jest, i może jakiegoś precla, coś w tym 

rodzaju.

- Nie mam wina. Mam tylko piwo.

- Niech będzie. - Usiadła na taborecie przy stoliku i przyglądała się, jak Bolt wyjmuje 

z lodówki puszkę piwa, otwiera ją i nalewa do szklanki. - Czy mogłabym przeczytać to, co 

napisałeś?

- Pani chce to przeczytać? - Popatrzył na nią ze zdumieniem.

176

background image

- Strasznie.

- Sam nie wiem. - Po raz pierwszy wyglądał na niezdecydowanego. - Nikt jeszcze nie 

czytał tego, co napisałem.

- W końcu ktoś musi to przeczytać - powiedziała przekonująco. - Czytałam mnóstwo 

powieści grozy. Naprawdę uwielbiam takie rzeczy.

Bolt zawahał się i spojrzał Annie prosto w oczy.

- A będzie pani ze mną szczera?

- Absolutnie. - W myślach zacierała już ręce z zadowolenia. Ostatecznie znajdzie się 

zawsze coś miłego do powiedzenia o twórczości artysty.

- A więc dobrze - położył na talerz kilka precli - ale jeżeli to się okaże nudne, proszę 

odłożyć i szczerze mi o tym powiedzieć. Zgoda?

- Pewnie. - Annie wzięła szklankę piwa oraz talerz precelków i wróciła do salonu.

Bolt przyniósł stos elegancko wydrukowanych kartek i wręczył jej.

- Dlaczego pani tutaj przyszła?

- Nie domyślasz się? - zapytała zaskoczona. - Pokłóciłam się z Oliverem. 

- Ale dlaczego pani przyszła tutaj?

-   Znasz   przecież   Olivera.   Martwiłby   się,   gdybym   opuściła   budynek.   Wysłałby 

prawdopodobnie ciebie, żebyś miał mnie na oku. A w ten sposób żadne z nas nie moknie, a ja 

przeczytam doskonałą książkę, zanim Rainowi wróci rozsądek.

- A jak mu wróci rozsądek, to co wtedy zrobi? - zapytał marszcząc czoło.

- Przeprosi. - Annie nadgryzła precelek.

- Za co ma przepraszać?

- Ponieważ nie ma racji i wie o tym. Nie martw się. Nie będę tu siedzieć całą noc. W 

końcu przyjdzie tutaj, żeby mnie zabrać. Oliver gra uczciwie.

- Chyba go pani nie zna. - Usiadł przed ekranem komputera. - Pan Rain gra tak, by 

wygrać. Nie, to nie to. Pan Rain nie gra w ogóle. On idzie na wojnę.

- Zmieni się, zobaczysz. Piszesz całą noc?

- Czasami.

- Wiesz co, Bolt? Zaczęłam na ciebie patrzeć całkiem inaczej.

- To nam daje remis.

- Dlaczego mnie nie lubisz?

Palce zesztywniały mu na klawiaturze.

- Dlaczego pani myśli, że pani nie lubię?

177

background image

- Możesz nazywać to silnym przeczuciem - odpowiedziała oschle. - Może dlatego, że 

mam wpływ na Olivera, ale nie martw się, on sobie doskonale radzi.

- Wiem o tym - odpowiedział spoglądając na Annie ze zdziwieniem.

- Nie położę moich chciwych, małych rąk na jego pieniądzach.

- Nie - zgodził się Bolt. - Nie zrobi pani tego, zanim on zechce, żeby tak było.

- Dlaczego więc tak się mnie obawiasz?

Bolt wpatrywał się w komputer.

- Jemu zaczyna na pani jakoś zależeć - rzekł w końcu.

- Chciałabym, żeby to była prawda. Ale mówiąc szczerze, dzisiaj Oliver w ogóle nie 

jest ze mnie zadowolony.

- Nie jest przyzwyczajony do postępowania z osobą taką jak pani.

- Tak?

- Tak. Boję się, że on traci swój nadzwyczajny zdrowy rozsądek, kiedy chodzi o panią.

- Ha! Przypuszczasz, że owinę go sobie wokół małego palca?

- Myślę, że to już się stało. - Bolt powrócił do pisania książki, tak jakby Annie w ogóle 

nie było.

Przełożyła jedną nogę przez poręcz fotela i usadowiła się w kącie. Bezwiednie kiwając 

nogą rozpoczęła czytanie powieści Bolta.

W

szystko znowu znalazło się pod kontrolą. Przynajmniej na jakiś czas. Annie była 

na dole z Boltem, tak jak powiedziała. Oliver zwolnił przycisk interkomu. Chryste! Ręka mu 

się   trzęsie!   Wpatrywał   się   w   drżące   palce   i   z   rozmysłem   je   wyginał.   Resztkami   sił 

zmobilizował się do pokonania paniki, która groziła tym, że wnętrzności zmienią mu się w 

galaretę.

Wszystko   jest   w   porządku.   Annie   nie   odeszła   od   niego.   Jasne,   że   nie   odeszła. 

Przypomniał sobie, że żona wciąż go potrzebuje. Podszedł do okna. Pustym wzrokiem patrzył 

w ciemność i zastanawiał się co, do cholery, powinien teraz zrobić. Nie przypominał sobie, 

kiedy ostatnio znalazł się w obliczu tak wielkiej straty.

Nie  było  powodów,  aby  się  spieszyć   z  podjęciem   decyzji.  Annie  jest  bezpieczna. 

Oliver miał więc czas, żeby wszystko dokładnie przemyśleć, żeby się zastanowić, jak z nią 

postępować.

Niech to wszyscy diabli!

178

background image

Pierwsza myśl, by pobiec na szóste piętro i zabrać Annie, uświadomiła mu, że za 

bardzo ulegał jej wpływom. Jej skłonność do gwałtownego, nieprzewidywalnego działania 

zaczynała mu doskwierać.

Ta kobieta zaatakowała każdy zakątek jego życia. Parła do zwycięstwa wtrącając się w 

jego   najbardziej   prywatne   sprawy.   Pod   jej   wpływem   robił   takie   rzeczy,   jakie   kiedyś   nie 

przyszłyby mu nawet do głowy. Nigdy nie zdawał sobie sprawy z tego, że małżeństwo z 

Annie będzie tak trudne. Nic nie funkcjonowało tak, jak to sobie wyobrażał.

Odwrócił się i wyszedł z gabinetu. Przeszedł przez hall do schodów wiodących do 

szklarni. Musiał trochę pomyśleć.

Zatrzymał   się   przed   tablicą   przyrządów   i   włączył   światła.   Od   razu   poczuł   się 

spokojniejszy, bardziej opanowany. Gorący i wilgotny zapach tej prywatnej dżungli uspokajał 

go. Czas biegł tutaj inaczej niż na zewnątrz. To było inne miejsce, inny świat. Tutaj Oliver 

mógł odzyskać poczucie kierunku, cierpliwość i samokontrolę. Mógł się skoncentrować na 

swoich celach i opracowywać plany ich osiągnięcia. Tutaj, pomiędzy cennymi paprociami, 

mógł podjąć jasne, racjonalne decyzje.

Spacerował po tym  zielonym  świecie,  gubiąc  się w jego niewiarygodnej  bujności. 

Wchłaniał   starożytną   aurę   roślin,   które   opierały   się   działaniu   czasu   przez   ponad   trzysta 

milionów lat.

Zatrzymał się przed maleńką jaskinią i oglądał dywan zielonych paproci pływających 

po powierzchni wody. Chciał pomyśleć o przeszłości i o tym, jak ona wpływa na przyszłość.

Mógł jednak myśleć jedynie o tym, że Annie czeka na niego w apartamencie Bolta. 

Nie wierzył, że żona poważnie oczekuje od niego przeprosin. Po tym, co dzisiaj zrobiła, to 

ona   powinna   czołgać   się   na   kolanach   prosząc   o   wybaczenie.   Powinna   być   przerażona 

perspektywą   tego,   że   on,   Oliver,   opuści   firmę   jej   brata   i   wyda   w   ten   sposób   Lyncroft 

Unlimited na łup kredytodawców. Potrzebowała go, i dobrze o tym wiedziała. Sama do niego 

przyszła. Niemal żebrała, by się z nią ożenił i uratował firmę. W tej sytuacji to on dzierżył 

władzę. Zawsze tak było. Dzięki temu mógł się czuć szczęśliwy.

Podniósł   małą   łopatkę   i   nagle   zapragnął   rzucić   nią   w   ścianę   szklarni.   Zmusił   się 

jednak do spokojnego odłożenia jej na półkę.

Podszedł do paproci rogi łosia i wtedy poczuł w brzuchu falę zimna.

Jednego dzisiaj się nauczył: że Annie nie daje się tak lekko oszukać. Nie wierzyła ani 

przez minutę, że mógłby rzucić Lyncroft Unlimited wilkom na pożarcie.

179

background image

Nie myliła  się. Próbował  ją zastraszyć,  ale  nigdy nie miał  najmniejszego  zamiaru 

zniszczyć   Lyncroft   Unlimited.   Przyrzekł   i   dotrzyma   przyrzeczenia.   Daniel   był   dobrym 

przyjacielem, jednym z niewielu, jakich w ogóle miał.

Powinien był pamiętać o swojej zasadzie: nigdy nie straszyć, zawsze obiecywać.

Usta wykrzywiły mu się w uśmiechu, który wcale nie był zabawny. Jeżeli zejdzie na 

dół i przeprosi Annie, ona będzie się prawdopodobnie upajać rosnącym wpływem na męża.

A może  nie będzie tego wykorzystywać?  Zmarszczył  brwi. Nie, ona nie przyjmie 

przeprosin jako znaku zwycięstwa, z tego prostego powodu, że nie stosuje siły w tak zimny i 

świadom y sposób, jak on to robi. Annie nie odczuwa satysfakcji, kiedy opracowuje strategie i 

osiąga cel. Nie zna mrożącej krew w żyłach przyjemności zemsty. Motywy działania żony 

były dla Olivera niejasne, a może nawet niemożliwe do pojęcia. Mógł być  pewien tylko 

jednego - różniły się od jego motywów.

Za tym wnioskiem przyszły inne. Zrozumiał nagle z absolutną jasnością, że Annie 

wcale   nie   chodzi   o   to,   by   podporządkować   go   sobie   całkowicie.   Przecież   od   początku 

założyła, że jego działania są oparte na szlachetnych, honorowych przesłankach. Widziała w 

nim bohaterskiego rycerza w nieco splamionej zbroi, którego nikt nie rozumie.

Boże, dopomóż, pomyślał Oliver, nie mogę jej rozczarować.

O

liver nie wiedział, co zastanie, gdy schodził do apartamentu Bolta, by zabrać Annie 

do domu. Zdecydowanie nie lubił poczucia niepewności, które go ogarnęło, kiedy nacisnął 

dzwonek. Wiedział jednak, że w porę odzyska panowanie nad sobą.

- Gdzie ona jest? - zapytał.

- W salonie. - Bolt zawahał się. - Czyta.

Oliver wkroczył do salonu. Annie rozłożyła się w fotelu. Stos kartek leżał przy niej na 

podłodze. Podniosła oczy. Jej twarz była pełna ciepła i wesołego powitania.

- Hej! Oliver! Czy wiesz, że Bolt pisze książkę? - Odłożyła resztę kartek i skoczyła na 

równe nogi. - Jest fantastyczna! Trochę brutalna w niektórych miejscach, ale nastrój grozy 

jest kapitalny. Właśnie tłumaczę Boltowi, żeby dodał jakiś wątek romansowy. Nie mogę się 

doczekać, kiedy skończy pisać.

- Nie wiedziałem, że jesteś pisarzem. - Oliver ze zdziwieniem spojrzał na Bolta.

- Nie publikowanym - wyjaśnił służący unikając jego wzroku.

-   Na   razie.   Mogę   się   założyć   -   wtrąciła   Annie.   -   Nie   mogę   się   doczekać,   kiedy 

napiszesz ostatni rozdział.

180

background image

Oliver   zauważył,   że   Bolt   poczerwieniał.   Bitwa   pomiędzy   nim   a   Annie   została 

zakończona niezależnie od tego, czy Bolt o tym wiedział czy nie. Należało odnotować nowy 

podbój Annie. Służący od dziś będzie w jej rękach miękki jak wosk.

- Czy jesteś gotowa wracać do domu? - zapytał żonę przyglądając się jej.

- Tak. - Spojrzała na Bolta. - Czy mogę wziąć resztę ze sobą? Nie mogę przerwać 

książki w tym miejscu.

- Dobrze - odpowiedział dziwnie rozstrojony.

- Dziękuję. - Uśmiechnęła się do Olivera. Zebrała nie przeczytaną część powieści i 

włożyła pod pachę. - Dobrze. Jestem gotowa.

Rain spojrzał na Bolta, skłonił głowę wyrażając wdzięczność i bez słowa otworzył 

drzwi.

-   Wiesz   co?   Bolt   rzeczywiście   pisze   -   szczebiotała   wchodząc   do   windy.   -   Nie 

uwierzyłabym, gdybym tego nie widziała na własne oczy. Wygląda na to, że muszę teraz 

wypić całe piwo, które nawarzyłam uznając go za androida. To naprawdę kapitalne. Myślę, że

sprzeda tę książkę.

Oliver spojrzał na nią, gdy zamknęły się drzwi windy.

- Oczekujesz przeprosin?

- Przyszedłeś i zabrałeś mnie. - Uśmiechnęła się pogodnie. - Myślę, że to najlepsze 

przeprosiny, jakie mam szansę uzyskać. Nie martw się. Wiem, że jest ci przykro, ponieważ 

gdyby było odwrotnie, nie przyszedłbyś po mnie.

- Tak więc sama sobie wmawiasz, że cię przeprosiłem - ucieszył się. - Czy ci się nie 

wydaje, że patrzenie na świat przez różowe okulary zwykle się źle kończy?

- Nie jestem taka naiwna, za jaką mnie bierzesz.

- Mamy różne zdanie na ten temat. - Uśmiechnął się krzywo. - Ja natomiast nie jestem 

takim mrukiem, za jakiego mnie uważasz. Przepraszam za to, co powiedziałem. Nie miałem 

racji obwiniając cię o to, że się powstrzymałem przed realizacja moich planów.

Annie przycisnęła wydruk powieści Bolta do piersi i spojrzała na męża ze smutkiem.

- Dlaczego zmieniłeś poglądy?

- Dzisiaj w klubie znalazłem się twarzą w twarz z czymś, z czym nie umiem walczyć.

- To znaczy?

- Po tylu  latach w końcu zrozumiałem, że Paul Shore nie był  prawdziwym  celem 

mojej zemsty. Raczej obrałem go zamiast...

- Ojca?

181

background image

Nakazał sobie spokój. Przecież postanowił nie reagować zbyt gwałtownie na to, co 

Annie mówi czy robi.

- Tak.

- Rozumiem. Nie miałeś szansy spotkać ojca po tym, jak opuścił ciebie i rodzeństwo. 

Oczywiście skierowałeś złość na najbliższy dostępny cel. Paula Shore'a łatwo było oskarżyć o 

wszystko, co się wydarzyło, ponieważ znajdował się w samym środku tego bałaganu. Czy nie 

tak?

- Częściowo - przyznał.

-   Masz   wystarczające   powody,   by   nienawidzić   ojca   za   to,   co   zrobił   rodzinie.   - 

Przechyliła głowę na bok.

Oliver patrzył, jak otwierają się drzwi windy.

- To prawda. Znienawidziłem go za to, co zrobił rodzinie, ale tu chodzi o coś więcej. 

Nienawidziłem go przez te lata za to, co zrobił ze mną.

- Z tobą?

- Nie widzisz, Annie? - Wyjął klucze do apartamentu - Przez Edwarda Raina stałem 

się tym, kim nie chciałem zostać, na Boga! Człowiekiem podobnym do niego.

182

background image

Rozdział szesnasty

A

nnie osłupiała słysząc te słowa. Stała, jakby ją zamurowało. Z otwartymi ustami 

patrzyła, jak Oliver wysiada i nie oglądając się idzie korytarzem. Drzwi windy zaczęły się 

zamykać.

-   Oliver,   oszalałeś?   -   Odzyskała   mowę   i   mogła   się   wreszcie   poruszyć,   więc 

wyskoczyła w ostatniej chwili z windy przez wąski prześwit zamykających się drzwi. - Nie 

jesteś wcale podobny do ojca.

- Skąd wiesz? Nigdy go nie spotkałaś - powiedział i otworzył drzwi do mieszkania.

- To, że go nie spotkałam, nie znaczy, że nie wiem o nim dość wiele.

-   Wolałbym   o   tym   nie   dyskutować,   jeżeli   nie   masz   nic   przeciwko   temu   - 

odpowiedział.

-   Powinniśmy   jednak   porozmawiać.   Teraz   nie   pora   na   twoje   trudności   w 

porozumiewaniu się.

- Zapomnij o tym, Annie.

- Och, nie! Nigdy o tym nie zapomnę! - Pobiegła za Oliverem trzymając rękopis Bolta 

pod pachą. Weszła do wielkiego przedpokoju, odwróciła się i zatrzymała dokładnie przed 

mężem. - Stój! Musimy porozmawiać.

-   Nie   ma   o   czym   rozmawiać.   -   Spojrzał   na   nią   zamyślony,   z   oczami   pełnymi 

głębokiego smutku.

-   Oczywiście,   że   jest   o   czym.   -   Uderzyła   wydrukiem   powieści   Bolta   o   czarny 

marmurowy   stolik.   Oparła   ręce   na   biodrach   i   podeszła   do   Olivera.   -   Twój   ojciec   był 

człowiekiem, który opuścił żonę i pięcioro dzieci oraz zlekceważył swoje zobowiązania. Ty 

nigdy byś nie zrobił czegoś takiego.

- Nie w tym rzecz. - Rain pocierał sobie kark. Był wyraźnie zmęczony.

- Właśnie że w tym. - Chwyciła go za koszulę, wspięła się na palce i zbliżyła twarz do 

jego  policzka.   -  To  najważniejsza   rzecz.   Zapytaj  którąkolwiek   kobietę   albo  którekolwiek 

dziecko   porzucone   przez   ojca.   Zapytaj   pierwszego   lepszego   inwestora,   który   zostaje 

wystawiony do wiatru.

- Annie...

- Oliver, na litość boską, popatrz na siebie. Popatrz, kim ty jesteś!

183

background image

- Patrzyłem na siebie. - Skrzywił się z niesmakiem. - I nie lubię tego faceta, którego 

widziałem.

- Jesteś ślepy. - Szarpiąc koszulę Olivera próbowała obudzić w nim zdrowy rozsądek. 

On stał jednak niewzruszenie jak skała. Annie stłumiła w sobie poczucie zawodu. - Jesteś 

prawdziwym mężczyzną. Godnym podziwu. Dokonałeś niewiarygodnych rzeczy.

- Zarobiłem tylko trochę pieniędzy. To nic wielkiego. Mój ojciec też zarobił.

- Pieniądze nie są najważniejsze. Ważne jest to, że uratowałeś rodzinę. Utrzymałeś 

wszystkich   razem   wtedy,   gdy   mogli   się   bardzo   łatwo   załamać.   Twoje   siostry   i   bracia 

otrzymali dobry start życiowy dlatego, że zostałeś głową rodziny.

- Annie, muszę jeszcze trochę popracować.

Trzęsła nim w dalszym ciągu, jakby nie słyszała ostatniego zdania.

- Przepraszam.  - Wziął  ją za ręce,  podniósł, odstawił  na bok i  poszedł  prosto do 

swojego gabinetu. W ogóle na nią nie spojrzał.

- Nie masz prawa tak odchodzić, kiedy się z tobą sprzeczam! - krzyknęła za nim.

- A ty jak odeszłaś parę godzin temu, zapomniałaś już?

- To było co innego. Nie mówiłam, że odchodzę, tylko wybieram się z wizytą do 

Bolta.   -   Przebiegła   przez   hall.   -   Oliver,   mówię   po   raz   ostatni!   Może   jesteś   irytujący, 

niekomunikatywny, nieczuły i czasami skrajnie trudny, ale nie jesteś podobny do swojego 

ojca.

- Nie wiesz, co mówisz - odrzekł dochodząc do drzwi gabinetu.

- Wiem doskonale. - Annie opanował nagle przeszywający strach, że ich los zależy w 

jakiś sposób od wyników tej wymiany argumentów. Wpadła w panikę.

- Oliver, posłuchaj!

- Powiedziałaś już dosyć.

- Wiem, że nie jesteś podobny do ojca. Słyszysz mnie? Wiem wystarczająco wiele o 

Edwardzie i o sobie samej. Nie potrafiłabym pokochać takiego człowieka!

Oliver znieruchomiał z ręką na klamce. Annie była pewna, że wszystko na świecie się 

zatrzymało z wyjątkiem jej serca, które biło jak oszalałe.

Urok tej chwili przerwał Rain obracając się powoli w stronę Annie. W jego oczach 

zbierała się burza emocji.

- Coś ty powiedziała?

Nagle   zaschło   jej   w   gardle.   Puls   tak   przyspieszył,   że   poczuła   zawroty   głowy. 

Chciałaby mieć trochę czasu na zastanowienie się, ale go nie miała.

- Powiedziałam... że cię kocham.

184

background image

- Kochasz mnie? - powtórzył te słowa ostrożnie, jakby je sprawdzał.

- Tak. - Uśmiechnęła się niepewnie. - O Boże! Tylko mi nie mów, że nie wiedziałeś?!

- Skąd mogłem wiedzieć? - Szukał wzrokiem jej twarzy. - Nigdy tego nie mówiłaś.

- Myślałam, że to oczywiste.

Oliver znów przeszedł przez cały hall i stanął przed żoną.

- Jedyna sprawa oczywista to to, że miałaś ochotę się ze mną kochać. Sama przecież 

mówiłaś, że chodzi ci o uratowanie Lyncroft Unlimited.

- Pozwól mi powiedzieć całkiem szczerze. Nigdy bym nie zaproponowała małżeństwa 

z rozsądku żadnemu innemu inwestorowi czy wierzycielowi Daniela.

- Nie?

-   Oczywiście.   Wydaje   mi   się,   że   zakochałam   się   w   tobie   tej   nocy   na   przyjęciu 

zaręczynowym.  Szczerze  mówiąc  jedynym  powodem  wystąpienia  do  ciebie   z  propozycją 

małżeństwa dla uratowania firmy było to, że się w tobie zakochałam.

- Annie... - Jego głos stał się chrapliwy. Ujął jej twarz bardzo ostrożnie w silne dłonie, 

przechylił powoli głowę i pocałował ją w usta.

Znajoma fala podniecenia przebiegła przez ciało Annie, gdy tylko poczuła na skórze 

dotknięcie jego ręki. Zarzuciła mu ramiona na szyję, coraz gwałtowniej oddając pocałunki.

- Annie... - wyszeptał.

- Tak?

Bez dalszych słów wziął ją na ręce i zaniósł do ciemnej sypialni. Wmówiła sobie, że w 

końcu słowa same przyjdą. Oliver ją kochał i kocha. Z całą pewnością nie mógłby jej dotykać 

w taki sposób, jak dotyka swoich paproci, gdyby nie był w niej zakochany.

K

ilka godzin później Annie poruszyła się u boku męża.

- Jest coś, co mnie bardzo interesuje - powiedziała.

- Co takiego?

- Czy odnalazłeś ojca? Przypuszczam, że próbowałeś go odszukać. Nie wyobrażam 

sobie, byś nie chciał go odnaleźć.

- Znalazłem go - głos Olivera był całkowicie beznamiętny - a raczej jego grób. Utonął 

w katastrofie jachtu na Morzu Karaibskim trzy miesiące przed tym, jak wpadłem na jego ślad.

- Czy dowiedziałeś się, dlaczego was opuścił?

185

background image

- Ludzie, którzy go znali na wyspach, opowiadali, jak ciągle powtarzał, że chce być 

wolny i bogaty. - Rain zacisnął szczęki. - Bogaty i wolny. Wydaje mi się, że obowiązki i góra 

długów przerosły jego wytrzymałość.

- Nie miałeś szansy się z nim skontaktować?

- Nie. Może tak było lepiej. - Ręka Olivera poruszyła się na jej ramieniu. - Nie jestem 

pewien, co bym powiedział czy zrobił.

- Co powiedziałeś rodzinie?

- Prawdę. Czasami lepiej nie osłaniać rodziny przed prawdą.

-   Myślę,   że   zrobiłeś   wystarczająco   dużo,   osłaniając   rodzinę   przed   nieszczęściami, 

które mogły ją rozbić. - Dotknęła delikatnie jego twarzy. - To ty byłeś prawdziwą głową 

rodziny, a nie twój ojciec. Nie ugiąłeś się pod ciężarem odpowiedzialności, jaką los nałożył 

na twoje barki.

Przyciągnął ją i przytulał tak długo, aż oboje usnęli.

N

igdy  nie   chciałbym   być   podobny   do   ojca.  To   bolesne   wyznanie   Olivera   ciągle 

brzmiało   Annie   w   uszach,   gdy   następnego   dnia   obsługiwała   projektanta   wnętrz,   który 

przyprowadził swoją klientkę do „Sezamu”.

- Coś zabawnego i napuszonego, Annie. - Stanford J. Littlewood, właściciel firmy 

Stanford J. Littlewood Designs, chłodnym, krytycznym okiem lustrował zawartość sklepu. - 

Jak   widzimy,   koleżanka   specjalizuje   się   w   cudacznych   rekwizytach.   Niektóre   z   tych 

przedmiotów mają pewien urok, jeżeli się je eksponuje z dyskrecją.

Annie zagryzła zęby. Wiedziała, że zwrot „eksponuje z dyskrecją” oznaczane klientka 

nie   jest   zdecydowana.   Nie   powinna   więc   nawet   myśleć   o   zaoferowaniu   jej   innych 

przedmiotów ze sklepu. Profesjonalnych rad mógł udzielić tylko Stanford J. Littlewood.

Uśmiechnęła   się   życzliwie   do   jego   klientki,   którą   przedstawiono   jako   Charlotte 

Babcock.   Była   to   miła,   trzydziestoletnia   kobieta,   która   przeżywała   tortury   załatwiania 

wyposażenia wnętrz po raz pierwszy w życiu.

-   Niektóre   moje   rekwizyty   wymagają   pewnej   śmiałości   ze   strony   klienta,   pani 

Babcock. - Annie pogładziła słonia z emaliowanej mozaiki, zwróconego przez Raphaelę po 

benefisie   u   Shore'ów.   -   Projektanci   często   postępują   ostrożnie,   jeśli   chodzi   o   wybór 

końcowego akcentu wystroju wnętrza. A właśnie ten jeden akcent potrafi dokonać cudów.

- Tak, to się zgadza. - Charlotte zerknęła niezbyt pewnie na Littlewooda.

Dekorator wnętrz znowu uśmiechnął się protekcjonalnie.

186

background image

- Skoro już mowa o końcowych  akcentach, to każdy musi sobie odpowiedzieć na 

najważniejsze pytanie: czym różni się piękno bylejakości od brzydoty.

- Co takiego? - zapytała wystraszona Charlotte.

Littlewood popatrzył na figurkę słonia z drwiącym lekceważeniem.

- Na przykład, czy to jest sztuka czy kicz?

Annie ledwo się powstrzymała przed pokazaniem mu języka. Rozmyślnie onieśmielał 

klientkę. Był w tym bardzo dobry. Dzisiaj wydawał się jeszcze bardziej imponujący. Jego 

siwe falujące włosy zostały usztywnione pianką w ten sposób, że wyrastały prostopadle ze 

sztucznie opalonej skóry. Miał na sobie kremową koszulę, takiego samego koloru krawat i 

buty oraz srebrnoszary garnitur.

- Czy przyniosłeś ze sobą parę szkiców wnętrz, Stan? - zapytała Annie. Kątem oka 

zauważyła, że Ella daje jej jakiś znak. Wszyscy wiedzieli, iż Littlewood nienawidzi tej wersji 

jego imienia. - Czy możesz coś powiedzieć o kolorach, które stosujesz?

- Naturalnie. - Opuścił głowę, otworzył teczkę i wyłowił kilka szkiców i kolorowych 

rysunków.

Gdy Annie zaczęła oglądać szkice rezydencji Babcocków, zadzwonił telefon.

- To do ciebie, Annie - powiedziała Ella trzymając słuchawkę.

- Dowiedz się, o co chodzi.

- On mówi, że to ważne.

- Kto? - zapytała Annie.

- Nie chce powiedzieć. Nie wiem nawet, czy to mężczyzna. - We wzroku Elli pojawił 

się wyraz zakłopotania. - Chyba lepiej jak porozmawiasz z nim... z nią... boja wiem.

Annie uśmiechnęła się do Charlotte.

- Przepraszam.

- Oczywiście.

- Odbiorę na zapleczu. - Ominęła ladę i weszła do maleńkiego biura.

Podniosła słuchawkę telefonu na biurku.

- Mówi Annie Lyncroft. W czym mogę pomóc?

Na drugim końcu linii słychać było jakieś zgrzyty i trzaski. Niski, ledwo słyszalny 

głos nie dawał szansy rozróżnienia, czy mówi mężczyzna czy kobieta.

- Jeżeli chcesz się dowiedzieć, co się przytrafiło twojemu bratu, odszukaj mechanika.

Annie zaniemówiła. Przez chwilę nie mogła zebrać myśli.

- Co takiego? O czym ty mówisz?

187

background image

- Odnajdź mechanika, który pracował przy samolocie firmy Lyncroft Unlimited tego 

dnia, kiedy wydarzyła się katastrofa. On wie, co się stało naprawdę.

- Poczekaj! - Annie desperacko ściskała słuchawkę. Przeczuwała, że ten tajemniczy 

„ktoś” chce się rozłączyć. - Kim jesteś?

-   Powiedzmy,   że   kimś,   kto   chce   zobaczyć   działanie   wymiaru   sprawiedliwości   - 

zaskrzeczał głos. - Jeszcze jedna sprawa. Jeżeli chcesz znaleźć odpowiedź, nie proś o pomoc 

Raina. Jeżeli ci zależy na życiu, nie mów mu, że masz zamiar odszukać mechanika.

- Oszalałeś? Kto mówi?

-   Odnajdź   mechanika   sama.   Zapamiętaj   też,   że   jedyna   osoba,   która   zarobiła   na 

zniknięciu twojego brata, to Oliver Rain. - Zapadła cisza. - Bądź ostrożna. Bardzo ostrożna.

- Proszę poczekać!

Lecz połączenie zostało przerwane. Annie tak mocno ściskała telefon, że teraz poczuła 

ból palców.

- O, mój Boże! - westchnęła odkładając bardzo powoli słuchawkę. Usiłowała zmusić 

się do myślenia.

Odnajdź mechanika.

- Annie? - Ella wetknęła głowę do biura. Zmarszczyła  brwi widząc wyraz twarzy 

szefowej. - Czy wszystko w porządku?

- Tak.  Wszystko  w  porządku.  Tylko  ja nie   czuję  się  najlepiej.  To  wszystko.  Czy 

mogłabyś przeprosić Stana i jego klientkę? Niech się rozejrzą po sklepie i podejmą decyzję. 

Przyjdę do nich za chwilę.

- Pewnie. Może lepiej by było, gdybyś poszła do domu?

- Może i tak zrobię, ale najpierw muszę zadzwonić. - Sięgnęła po książkę telefoniczną. 

- Zamknij drzwi, dobrze?

- Jesteś pewna, że dobrze się czujesz?

- Czuję się świetnie, Ella, tylko mam mdłości.

- Ojej! Czy przypadkiem nie jesteś w ciąży?

- Zamknij drzwi, Ella - powiedziała Annie.

- Dobrze.

Drżącymi rękami otworzyła książkę telefoniczną na rubryce usług lotniczych. Palcem 

przesuwała po nazwach firm, aż napotkała znajomą. To była ta firma, od której Daniel zawsze 

pożyczał czy czarterował samoloty.

188

background image

Musiała   dwukrotnie   wybierać   numer;   za   pierwszym   razem   ze   zdenerwowania 

pomyliła   się.   Po   wielu   dzwonkach   telefon   odebrała   jakaś   kobieta.   Była   zdyszana   jak   po 

długim biegu. Słychać było hałas śmigła samolotu. Annie przedstawiła się.

-   Pewnie.   Pamiętam   panią.   Rozmawiałyśmy   tego   dnia,   gdy   zaginął   pani   brat. 

Nazywam się Sarah.

- Ach, tak! Instruktorka pilotażu.

- Między innymi - przyznała oschle Sarah. - Czym mogę służyć?

Annie zamknęła oczy usiłując się uspokoić. Sarah była dla niej tamtego dnia bardzo 

dobra.

- Sarah, czy mogłabym porozmawiać z kimś, kto obsługiwał samolot, którego używał 

mój brat?

Pod drugiej stronie zapadła głucha cisza. Głos instruktorki był wyraźnie przytłumiony, 

tak jakby rozmawiała z kimś przez ramię.

- Powiedz mu, że wyjdę za chwilę - zwróciła się do kogoś. - O co chodzi? - Jej głos 

znowu stał się wyraźny. - W porządku. Mechanik. Nazywa się Wally.

- Wally?

- Tak. Wally Thrope. Już u nas nie pracuje.

- A dokąd odszedł? - Annie poczuła się dziwnie zagubiona.

- Nie mam pojęcia. Odszedł od nas dwa dni po katastrofie Daniela. Wychodząc z 

pracy powiedział po prostu, że więcej nie przyjdzie. I już go nie widziałam. - Głos Sarah stał 

się   znowu   przytłumiony.   -   Mówiłam,   że   zaraz   wyjdę!   Do   diabła!   Powiedz   mu,   że   nie 

naliczam kosztów za postój na ziemi!

- Sarah, proszę! Wiem, że jesteś zajęta - powiedziała szybko Annie. - Czy mogłabyś 

mi dać jego numer telefonu albo adres? Bardzo chciałabym z nim porozmawiać.

-  Poczekaj,  powinnam  te  rzeczy  mieć  w   kartotece.   -  Trzask  drzwi  nałożył  się   na 

gniewny warkot silnika samolotu. - Mam. Jesteś gotowa? Adres: Bainbridge Island.

- Tak.

Annie pospiesznie zanotowała adres i numer telefonu.

- Panno Lyncroft? - Sarah mówiła teraz poważnym i oficjalnym tonem. - O co chodzi? 

Policja rozmawiała z Wallym nazajutrz po zniknięciu Daniela. Zapisy obsługi technicznej 

były w porządku. Samolot również był w doskonałym stanie. Daniel zawsze sam wykonywał 

bardzo drobiazgowy przegląd przedstartowy.

- Wiem. Chodzi o coś zupełnie innego. Dziękuję, Sarah.

189

background image

Odwiesiła słuchawkę i siedziała, przez dłuższy czas wpatrując się w zapisany numer 

telefonu. Potem powoli wybrała każdą cyfrę numeru z wielką dokładnością.

Telefon Wally'ego Thrope'a dzwonił bardzo długo. Wydawało jej się, że minęła cała 

wieczność. Ale nikt nie podniósł słuchawki.

D

obrze, dobrze. - Sybil oglądała biuro Daniela w siedzibie Lyncroft z rozbawionym 

lekceważeniem.   Znalazła   się   wśród   metalowych   szaf,   prostych   funkcjonalnych   mebli   i 

wyrafinowanych komputerów. Kręciła głową. - To wcale nie w twoim stylu, Oliverze. Znam 

projektanta, który może tutaj dokonać cudów.

- Nie potrzebuję żadnego projektanta - odpowiedział.

Sybil uśmiechnęła się wyniośle i usiadła.

- Nie przypuszczam, abyś zbyt długo kierował osobiście Lyncroft Unlimited. Rzadko 

się   wtrącasz   do   codziennego   zarządzania   twoimi   własnymi   firmami.   Kiedy   zamierzasz 

zainstalować tutaj zespół menedżerski?

- Z pewnością nie w najbliższych miesiącach. - Zawahał się. - To nie jest niezbędne. 

Annie spodziewa się, że Daniel lada chwila powróci.

- Wiem. Biedna Annie. Jest, jak ją kiedyś nazwałam, urodzoną optymistką. - Sybil 

założyła nogę na nogę i poprawiła ściągacz ciemnoniebieskiej wełnianej spódnicy. - Żyje już 

z tobą blisko dwa tygodnie, czy tak?

- Prawie.

-   Niemal   dwa   tygodnie   dzielenia   gabinetu   oraz...   -   uśmiechnęła   się   szyderczo   - 

przypuszczam, że łoża.

- Annie jest moją żoną - przypomniał chłodno.

- Och tak! Twoje łoże. Dwa tygodnie intymnego życia  z tobą nie wyleczyły jej z 

naiwności. Zabawne.

Korzystając   z   wieloletniego   doświadczenia   Oliver   zmusił   się   do   głębokiego 

zanurkowania w ocean cierpliwości i zdołał zachować kamienny wyraz twarzy.

- Przypuszczam, że sprowadził cię tu jakiś powód.

-   Chciałabym   wiedzieć,   co   się   dzieje.   -   Przypatrywała   mu   się   z   wyraźnym 

zaciekawieniem. - Mam pewne prawa. Valerie również.

- Co ma z tym wspólnego Valerie?

- Nie udawaj głupiego. - Sybil podniosła głowę. - Wiem, że coś knujesz. Zawsze to 

robisz.   Jesteś   przebiegły   i   cwany,   o   czym   wiedzą   wszyscy,   może   z  wyjątkiem   tej   małej 

190

background image

panienki. Ale wiesz co, Oliverze? Nie przypuszczałam, że spadniesz tak nisko, by używać 

własnej siostry w charakterze zastawu.

- Czy zechciałabyś dokładnie wyjaśnić, o co ci chodzi, Sybil? Czy mamy się bawić w 

zgadywanki?

- Mówię o zawarciu przez ciebie i Paula Shore'a zawieszenia broni. - W jej oczach 

płonęło oskarżenie. - Valerie jest taka szczęśliwa, że tańczy w powietrzu.

- Płonę z ciekawości.

- Powiedz mi, Oliverze - Sybil wychyliła się do przodu - czy będziesz poczuwał się do 

najmniejszej winy, gdy spadnie na ziemię?

- Dlaczego miałaby spaść?

-   Dlatego,   że   całe   jej   szczęście   jest   zbudowane   na   stosie   całkowicie   fałszywych 

nadziei. - Zamilkła na chwilę. - Mam rację?

Oliver spojrzał na swoje rozłożone ręce, a potem podniósł wzrok na Sybil.

- Nie wiem,  czy związek  Valerie  i Carsona Shore'a będzie funkcjonował czy nie. 

Jeżeli się rozpadnie, to nie z mojej winy.

- Mówisz prawdę? - Jej wypolerowane paznokcie wbiły się w drogą skórę torebki. - 

Nie zamierzasz rozbijać związku Valerie z Carsonem?

- Nie. - Od dawna wiedział, że rodzina ma o nim wyjątkowo niepochlebną opinię.

- Naprawdę zawarłeś wczoraj rozejm z Paulem Shore'em?

- W pewnym sensie tak. - Spojrzał na zegarek. - Sybil, jeśli nie masz nic przeciw 

temu, mam dziś jeszcze mnóstwo rzeczy do zrobienia.

- Nie wierzę w to.

- W porządku. - Rozłożył ręce i podniósł pióro. - Możesz nie wierzyć, jeśli chcesz, ale 

jest tak, jak powiedziałem. W tej chwili jestem zajęty.

- Oliverze, popatrz na mnie! - Sybil wstała i podeszła do biurka. - Przysięgasz, że 

mówisz   prawdę?   Nie   wyciągniesz   asa   z   rękawa?   Nie   przygotowujesz   jakiegoś   planu 

powstrzymania Valerie przed poślubieniem Carsona?

Popatrzył   na   nią   z   namysłem.   Ostatnim   razem   widział   ten   błagalny   wzrok   Sybil 

szesnaście lat temu, gdy się z nią sprzeczał po złapaniu jej in flagranti z kochankiem.

- Jesteś dosyć podejrzliwa.

- Nawet jeśli jestem, to nauczyłam się tego od ciebie. - Zmrużyła oczy. - Mówię serio. 

Wiem, że nie znosisz mojego charakteru, ale proszę cię, żebyś nie walczył ze mną ten jeden 

raz.

- Nie mogę. - Odłożył powoli pióro.

191

background image

- Dlaczego nie możesz?

Zamiast odpowiedzieć jej na pytanie, rozpoczął ćwiczenia oddechowe jogi.

- Słuchaj Sybil - odezwał się w końcu - uważasz, że cię nienawidzę. To nieprawda.

- Oczywiście,  że mnie  nienawidzisz.  - Patrzyła  na niego uważnie. - Zawsze mnie 

nienawidziłeś. Nienawidzisz mnie od dnia ślubu z twoim ojcem, a od czasu nakrycia mnie w 

łóżku z Gregiem uznałeś mnie za niegodną nawet pogardy.

- Greg? Tak miał na imię? Zapomniałem.

- Tak. Tak miał na imię. - Przełknęła z trudem ślinę. - Greg Taylor. Kochałam go. 

Później zrozumiałam, że on mnie nie kochał. Nigdy mnie nie kochał.

- On był żonaty. Ty też nie byłaś panną.

- To prawda. Żadne z nas nie było wolne. - Sybil spojrzała na swój ślubny pierścionek. 

-   Jest   wiele   powodów   zawierania   małżeństw   i   nie   zawsze   najważniejsza   jest   miłość. 

Powinieneś o tym wiedzieć lepiej niż inni.

- Jeszcze jedna aluzja do mojego małżeństwa, i wyrzucę cię z tego biura.

- Przepraszam. - Zacisnęła usta. - Uwierz mi lub nie. Nie przyszłam tutaj, żeby się z 

tobą   sprzeczać,   ale   bądź   sprawiedliwy.   Nie   jesteś   idealnym   wzorem   do   kochania   ani 

romantycznym, oddanym mężem. Nie mam racji?

- Annie jest chyba innego zdania - odrzekł beznamiętnie.

Ciekawe, czy Sybil zdaje sobie sprawę, ile go teraz kosztuje mówienie spokojnym 

tonem i nieużywanie ostrych słów. W środku niemal krzyczał o tajemnicy, którą hołubił już 

cały dzień.

Annie go kocha... Chciał to powiedzieć Sybil. Pragnął obwieścić tę nowinę całemu 

światu. Powiedzieć głośno te słowa - tak, żeby były bardziej realne - ale bał się zapeszyć. 

Chciał czym prędzej pojechać do domu i usłyszeć jeszcze raz, jak Annie zapewnia, że go 

kocha. Być może jeżeli powtórzy to wiele razy, on, Oliver, pozwoli sobie w to uwierzyć.

- Annie jest innego zdania? - powtórzyła Sybil niedowierzająco. - Co to znaczy? Czy 

to znaczy, że ją zmusiłeś do tego, aby uwierzyła w twoją miłość?

- Sybil! Proponuję zmienić temat.

Przechyliła głowę na bok wsłuchując się w chłodny ton jego głosu. Znała go od dawna 

i wiedziała, kiedy naciska go zbyt mocno.

- Dobrze. Niech tak będzie. Jest jeszcze jedna rzecz, którą chciałabym wiedzieć, zanim 

wyjdę.

- Co takiego?

Przyglądała mu się przez chwilę, a potem podeszła do okna. Stała odwrócona plecami.

192

background image

- Chciałabym wiedzieć, jak daleko zaszedł dobroduszny Oliver.

- Postaraj się mówić precyzyjniej.

-   Czy   Valerie   będzie   jedyną,   która   zyska   na   magicznym   oddziaływaniu,   jakie 

najwyraźniej Annie na ciebie wywiera?

Oliver przyglądał się mocnym ramionom macochy.

-   Przypuszczam,   że   chcesz   wiedzieć,   czy   możesz   spokojnie   powiedzieć   o   swoim 

romansie z Jonathanem Grace'em?

- Chryste! Z ciebie rzeczywiście jest kawał drania! - Sybil nie odwróciła się. - Od jak 

dawna o tym wiesz?

- Czy to ma znaczenie?

- Chyba nie. - Westchnęła ciężko. - W ogóle nie wiem, dlaczego usiłuję utrzymać w 

tajemnicy mój związek z Jonathanem.

Oliver zastanawiał się przez chwilę.

- Może dlatego, że jesteś poważnie zaangażowana.

- Nie czułam się tak od czasów Grega - szepnęła. - Kocham go, Oliverze. Masz zamiar 

to zniszczyć?

- Nie bądź melodramatyczna.  Nie mogę  i nie chcę przeszkodzić  ci w poślubieniu 

kogokolwiek. Nie mam na ciebie takiego wpływu.

-   Mylisz   się   -   odrzekła.   -   Wiesz   o   tym   tak   samo   dobrze   jak   ja.   Wystarczy,   że 

postraszysz mnie odcięciem od fortuny Rainów, i porzucę wszelkie marzenia o poślubieniu 

Jonathana.

- Pieniądze są dla ciebie takie ważne?

- Tak, do diabła! - Odwróciła się od okna. Na jej twarzy malowały się strach i złość. -

Tak, bardzo ważne. Myślisz, że przeżyłeś niemało, gdy twój ojciec zniknął i zostawił cię na 

lodzie. Nawet nie masz pojęcia, jak brutalne może być życie.

- Masz zamiar mi o tym powiedzieć?

- Wychowałeś się w dobrobycie. Nie mieszkałeś w blokach. Okolica była taka, że 

mama nie pozwalała mi się bawić na dworze, bo się bała, że mnie zgwałcą. Mój ojciec nie 

odszedł, gdy miałam dwadzieścia jeden lat. Zniknął, zanim się urodziłam. Tak, pieniądze są 

dla mnie bardzo ważne.

- Grace ich nie ma?

- Ma, oczywiście. Ale nie w tym rzecz. Chcę tych pieniędzy, które mi się należą. Nie 

chcę czyichś tam pieniędzy! Należy mi się część fortuny Rainów, Oliverze. Wiesz o tym. 

Zawarliśmy układ i dotrzymałam warunków. Musisz to przyznać.

193

background image

- Pieniądze są twoje, Sybil. - Zaciekawiło go, co by na to powiedziała Annie, gdyby tu 

była. - Masz rację, należą ci się te pieniądze. Otrzymasz swoją część niezależnie od tego, czy 

powtórnie wyjdziesz za mąż.

Sybil osłupiała. Wytrzeszczyła oczy i dopiero po chwili można w nich było zauważyć 

błysk nadziei.

- Tak uważasz?

- Tak.

- Dajesz słowo?

- Tak. - Oliver nachylił się i włączył komputer. - A teraz, jeżeli nie masz nic przeciw 

temu, chciałbym dzisiaj jeszcze trochę popracować. Usiłuję utrzymać Lyncroft Unlimited na 

powierzchni.

Skierowała się powoli do drzwi. Wyglądała na oszołomioną.

-   Mój   Boże!   Annie   rzeczywiście   ma   na   ciebie   wielki   wpływ.   Nigdy   bym   nie 

uwierzyła.

-   Do   widzenia,   Sybil.   -   Rain   powrócił   do   przeglądania   analizy   kosztów,   którą 

studiował przed przyjściem macochy.

Zatrzymała się jeszcze w drzwiach trzymając rękę na klamce.

- Oliverze?

- Co znowu?

-   Wiem,   że   to   zabrzmi   głupio,   ale   umieram   z   ciekawości.   Czy   istnieje   choćby 

najmniejsza szansa, że się zakochałeś?

- Do widzenia, Sybil.

- Wiem, że to było głupie pytanie. Do widzenia. Aha! Jeszcze jedno. Czy wybierasz 

się na wernisaż, który organizuje Valerie jutro wieczorem?

Oliver zmarszczył brwi. Przypomniał sobie, że Annie coś o tym wspominała.

- Jeszcze nie wiem.

- Jeśli się zdecydujesz przyjść, to być może przedstawię ci Jonathana. Myślę, że go polubisz, 

jeżeli dasz mu szansę.

- Jedna sprawa, Sybil - powiedział spoglądając na nią.

- Co takiego?

- Jesteś bogatą kobietą.

- Dzięki tobie - odrzekła uprzejmie.

- Co ty wiesz o tym Grace?

194

background image

- O co ci chodzi? - Wyraz jej twarzy stał się nagle wrogi. - Myślisz, że Jonathan chce 

się ze mną ożenić dla pieniędzy?

- Musisz to rozważyć.

-   Mam   dla   ciebie   nowinę.   Poprosił   mnie   o   rękę   kilka   tygodni   temu,   kiedy 

powiedziałam, że najpewniej odetniesz mnie od pieniędzy.

- No tak. Wygląda na uczciwego człowieka. Czy czułabyś  się trochę bezpieczniej, 

gdybym z Boltem zajrzał nieco do jego przeszłości?

- Nie wiem, czy się wściekać czy ci schlebiać. - Nachmurzyła się. - Czyżbyś w ten 

złośliwy, podejrzany sposób próbował mnie ochraniać?

- Należysz do rodziny - odpowiedział cicho.

- Nie wierzę! - Uśmiechnęła się. - Ty próbujesz mnie ochraniać!

- Może próbuję ochraniać twoją część pieniędzy Rainów.

-   Dobrze.   Kupuję   to.   Niemniej,   jest   to   bardzo   miłe   z   twojej   strony.   -   Znów   się 

uśmiechnęła. - Na pewno się zakochałeś. Dlaczego nie chcesz się do tego przyznać? Mam 

nadzieję,   że   Annie   cię   również   kocha.   Wolałabym   nie   wchodzić   ci   w   drogę,   gdyby   się 

okazało, że ona wyszła za ciebie tylko dla uratowania Lyncroft Unlimited.

195

background image

Rozdział siedemnasty

A

nnie   zdjęła   nogę   z   gazu   przed   kolejnym   ostrym   zakrętem   na   wąskiej   drodze. 

Zapadał zmrok, chociaż było dopiero wpół do piątej. Ciemności pogłębiał gęsty las po obu 

stronach drogi. Pomyślała, że jechałoby się dużo lepiej, gdyby nie lekka mgła podnosząca się 

w świetle reflektorów.

Wzdłuż   tej   starej   drogi   na   wyspie   przez   co   najmniej   dwa   kilometry   nie   widziała 

żadnych świateł ulicznych ani domów. Uczucie totalnej pustki było deprymujące. Zatrzymała 

samochód   przy   maleńkim   drogowskazie   i   wychyliła   się   przez   drzwi,   aby  odczytać   słabo 

widoczne litery: Marston Lane.

Zgodnie z adresem podanym przez Sarah i mapą samochodową, którą zabrała ze sobą, 

była   to  właściwa  ulica.  Skręciła   w  wiejską  dróżkę.  Nawierzchnia   okazała   się nierówna  i 

zniszczona;   Annie   musiała   jechać   jeszcze   wolniej.   Pomiędzy   drzewami   zobaczyła   ściany 

starej chaty. W oknach nie było świateł. Żaden samochód nie stał też na podjeździe.

Zatrzymała   czerwone   auto,   wyłączyła   silnik   i   siedziała   za   kierownicą   studiując 

uważnie   gospodarstwo   Thrope'a.   Najbardziej   denerwowała   ją   martwa   cisza.   Chociaż 

zdecydowała się przyjechać z tak daleka, teraz nie była pewna, co ma robić dalej.

Oliver by wiedział, co robić, pomyślała. On się nigdy nie waha. Ale nie było go. 

Wyszedł z biura, gdy dzwoniła z promu. Wydarzyło się coś niespodziewanego, jak wyjaśniła 

pani   Jameson.   Wyszedł   natychmiast   po   tym,   jak   zadzwonił   niejaki   Bolt.   Sekretarka   nie 

wiedziała, kiedy wróci.

Annie   wyjęła   latarkę,   którą   Daniel   trzymał   zawsze   w   schowku.   Otworzyła   drzwi 

samochodu.   Głuchy   szczęk   zamka   wydawał   się   bardzo   głośny  w   zamglonej   ciszy.   Ostre 

zimno zaatakowało ją, gdy tylko opuściła ciepłe auto. Zapięła płaszcz i włożyła rękawiczki. 

Marzyła o tym, aby zjawił się tu Oliver.

Wszystko było dziwne. Nie wiedziała, co ma zrobić poza zastukaniem do drzwi i być 

może zerknięciem przez okno do środka. Jeżeli ktoś jest w środku, może ją pomyłkowo wziąć 

za rabusia. Musi być bardzo ostrożna.

W końcu Annie zdecydowanym krokiem podeszła do drzwi i zapukała głośno.

- Czy ktoś jest w domu?

196

background image

Jedyną odpowiedzią był słaby poszum drzew. Dziwne zaniepokojenie przeszyło jej 

plecy. Odwróciła się w strasznym przekonaniu, że nie jest sama.

- Halo! - krzyknęła. - Czy ktoś tu jest?

Cicha mgła przypływała i odpływała w świetle latarki. Widziała przestrzeń dookoła 

siebie, ale nic nie zauważyła.

- No dobrze! Uspokój się! - powiedziała głośno sama do siebie. - Przyszłaś tu po 

odpowiedź. Nie panikuj, bo wrócisz z pustymi rękami.

Podeszła do najbliższego okna i zaświeciła latarką przez brudne szyby. Wąski snop 

światła wydobył ciemne kształty pokrzywionej kanapy i staroświeckiego fotela. Na stoliku do 

kawy leżały porozrzucane czasopisma.

Przez następne okno zajrzała do kuchni. Talerze stały poukładane na suszarce. Na 

stole leżała kostka margaryny. Annie domyśliła się, że jeszcze niedawno ktoś tu był, i szybko 

się  wycofała.   Potknęła   się  o  kępę  małych   krzaków   i  ledwo  utrzymała  równowagę.   Snop 

światła jej latarki zatańczył dziko po okolicy.

-   Nie   denerwuj   się   -   uspokajała   się   sama   przez   zaciśnięte   zęby.   -   Jesteś   trochę 

początkująca w tej robocie, ale wiele razy widziałaś w telewizji, jak to zrobić. Dasz sobie 

radę.

Obeszła małą chatę zaglądając do każdego okna. W sypialni panował bałagan. Wally 

Thrope najwidoczniej nie przepadał za słaniem łóżka i usuwaniem śmieci. Drzwi od szafy 

były pootwierane. Przyjrzała się dokładniej i zauważyła, że jest pusta.

Ciekawość   zaczęła   tłumić   zdenerwowanie.   Gdy   doszła   do   bocznych   drzwi   i 

zauważyła, że są otwarte, nabrała z haustem powietrza odwagi i weszła do środka. Wewnątrz 

panował zatęchły odór, jakby chata była zamknięta od dawna. Ale to nie było najgorsze. Odór

zepsutego jedzenia z kuchni wskazywał na to, że od jakiegoś czasu nikt tu nie mieszkał. Cały 

dom miał bardzo przykry zapach.

Annie powoli wędrowała przez pokoje starając się niczego nie dotykać. Miała rację co 

do  ubrań   w   szafie.   Nie   było   żadnych.   Nie   było   też   bielizny   w   szufladach.   Na  podłodze 

łazienki leżały jakieś ręczniki, ale nie zauważyła przyborów do golenia.

W końcu zrozumiała, że ktoś w pośpiechu opuszczał to miejsce. Wyglądało na to, że 

Wally Thrope wrócił pewnego dnia do domu, wrzucił rzeczy osobiste do walizki i uciekł.

Przeszła do kuchni. Tutaj smród był najgorszy. Już zamierzała się wycofać, gdy jej 

wzrok padł na kalendarz ścienny z nagimi kobietami, który wisiał przy telefonie.

Nie przykuły jej uwagi nienaturalnie wielkie piersi modelki, ale napis, który dumnie 

niosła: „Miss Października”.

197

background image

Teraz był koniec listopada. Wally Thrope zniknął chyba kilka tygodni temu, bo nie 

zmienił kartki kalendarza na nowy miesiąc.

Zatykając nos podeszła bliżej. Kalendarz miał oddzielne kwadraciki dla każdego dnia 

miesiąca. W niektórych z nich były krótkie, szyfrowane notki.

Dzień siódmy października, kiedy zginął jej brat, był zakreślony na czerwono. Annie 

gapiła się w kalendarz z narastającą trwogą. To tylko  przypadek, wmawiała sobie. Może 

Wally Thrope tego dnia zaplanował odejście z pracy. Ale nie! Sarah mówiła, że zrezygnował 

z pracy dwa dni później.

Wtedy   zauważyła   numer   telefonu   napisany   w   kwadraciku   oznaczonym   datą   piąty 

października. Coś w tym numerze było znajomego, chociaż w pierwszej chwili Annie nie 

mogła się zorientować, co to takiego. Nagle zrozumiała. Nieraz ostatnio sama wykręcała ten 

numer.

Przy   kalendarzu   wisiał   na   sprężynce   długopis.   Annie   wzięła   go   nie   zdejmując 

rękawiczki i przepisała numer.

Chowając kartkę do torebki usłyszała skrzypienie deski. Serce przestało jej bić. Po 

chwili   wpompowało   sporą   dawkę   adrenaliny.   Poczuła,   jakby   ją   przeszył   zimny   prąd 

elektryczny. Dobiegł do zakończeń nerwowych i podniósł jej włoski na karku. Wyłączyła 

latarkę i wszystko pogrążyło się w chłodnych ciemnościach.

Nie   mogła   określić,   czy   skrzypienie   dochodziło   z   wnętrza   domu   czy   od   strony 

schodów wejściowych. Znieruchomiała ze strachu. Dźwięk się nie powtórzył. Uczucie, że jest 

obserwowana, było znacznie silniejsze niż przed chwilą.

Bała się poruszyć, a jednocześnie chciała uciec. Z trudem odzyskała władzę w nogach 

i zrobiła ostrożny krok w kierunku bocznych drzwi. Wielkim wysiłkiem woli wykonała drugi 

krok, a potem trzeci.

Dotarła do bocznych drzwi i powolutku przekręciła klamkę. Otworzyła je z miękkim 

skrzypnięciem   podobnym   do   jęku.   Zawahała   się   na   progu,   próbując   przeszyć   wzrokiem 

nieprzeniknioną ciemność. Na zewnątrz nic się nie poruszało, przynajmniej Annie nic nie 

zauważyła.   Zebrała   całą   odwagę   i   zeszła   ostrożnie   po   schodach.   Zatrzymała   się   w 

największym cieniu domu i wyjrzała ostrożnie na podjazd, gdzie zostawiła samochód. Chciała 

dopaść go jednym skokiem. Ścisnęła w dłoni kluczyki i puściła się biegiem w kierunku auta.

Nikt jej nie zatrzymywał. Nikt nie krzyczał. Nikt do niej nie strzelał. Chwilę później 

siedziała już bezpiecznie w środku. Zamknęła drzwi i przekręciła kluczyk. Silnik wystartował 

z rykiem protestu. Włączyła tylny bieg, spojrzała przez ramię i gwałtownie ruszyła tyłem 

wzdłuż   dróżki.   Wstrzymywała   oddech,   dopóki   nie   dojechała   do   głównej   drogi.   Jeśli   się 

198

background image

pospieszy,   to   jeszcze   złapie   powrotny   prom   do   Seattle.   Bezpośrednie   niebezpieczeństwo 

minęło, ale modliła się nadal, żeby Oliver był przy niej.

C

o to znaczy, do diabła? Nie wiesz, gdzie jest Annie? - krzyknął Oliver w miarę 

grzecznie do telefonu.

Na drugim końcu  zapadła  cisza.  Rain zaklął.  Terroryzując  niewinnych  nie  uzyska 

informacji, której potrzebował.

-   Przepraszam   -   wyjąkała   Ella.   -   Wyszła   o   trzeciej   i   więcej   jej   nie   widziałam. 

Zamknęłam sklep bez niej. Może przyczepiła się do jakiegoś klienta.

- Można prosić o nazwisko tego klienta?

- Nie znam. Nie jestem pewna, czy w ogóle wyszła w interesach. Po prostu wyszła. 

Powiedziała, że ma do załatwienia jakieś drobiazgi czy coś w tym rodzaju. Może poszła na 

zakupy. Czy stało się coś złego, panie Rain?

- Nie, nic złego. - Zmuszał się, by mówić spokojnie. - Dziękuję ci, Ella.

- Dobrze. Przykro mi, że nie mogę pomóc. Ona chyba jest teraz w drodze do domu.

- Tak.

Odłożył słuchawkę i spojrzał na Bolta.

- Ella widziała ją ostatnio o trzeciej.

- Może zadzwoni pan do Joanny McKenna? - zapytał Bolt.

-  Ona   wpadłaby   w   panikę.   Panna   McKenna   ma   zastrzeżenia   do   mnie   od   samego 

początku. Zaraz sobie wymyśli coś nieprzyjemnego.

- To mnie nie dziwi - powiedział Bolt zaciskając zęby. - Czy mogę przypomnieć, że 

nie znaleźlibyśmy się w takiej sytuacji, gdybym miał Annie na oku?

- Nie musisz mi tego przypominać, Bolt. - Oliver zerwał się na równe nogi. Wsadził 

ręce do kieszeni i zaczął krążyć po gabinecie. - Czy jesteś pewien, że nie zostawiła kartki?

- Szukałem wszędzie. Dwukrotnie przesłuchałem automatyczną sekretarkę.

Oliver   zacisnął   ręce   w   kieszeni   w   pięści.   Z   każdą   minutą   denerwował   się   coraz 

bardziej. Stało się coś złego, a on był bezsilny.

- Do diabła, Bolt! Nawet nie wiemy, skąd zaczynać poszukiwania.

- Dopiero szósta trzydzieści.

- Annie zawsze jest w domu za piętnaście szósta.

199

background image

- Zgoda - odrzekł Bolt. - Ale muszę powiedzieć, że nie zna jej pan wystarczająco 

długo, by poznać wszystkie jej zwyczaje i nawyki. Może po prostu szła na zakupy, a potem 

utknęła gdzieś w korku.

- Powinna zadzwonić.

- Przecież nie ma telefonu w samochodzie - przypomniał Bolt.

- No to zainstaluj jej. A jeszcze lepiej by było, gdybyś ją wszędzie woził.

- Tak, proszę pana.

- Cholera! - Oliver gapił się w precyzyjnie wygrabiony piasek w skalnym ogródku. 

Sama myśl o tym, że coś złego mogło się przydarzyć Annie, mroziła mu krew w żyłach. Na 

domiar złego, przez czterdzieści minut nie mógł wpływać na bieg wydarzeń. Wmawiał sobie, 

że nic się stało. Może tylko spóźnia się do domu.

- Martwi się pan, że może istnieje powiązanie między nieobecnością Annie a tym, co 

się dzisiaj przydarzyło Corkowi? - zapytał Bolt.

- Tak. - Rain próbował się opanować.

- To mało prawdopodobne - powiedział Bolt zamyślonym tonem. - Niezależnie od 

tego, w co się wpakował Cork, nie ma powodów, by Annie miała komuś służyć jako cel. 

Gdyby  ktoś chciał  rzucić  Lyncroft  Unlimited  na pożarcie  wierzycieli,  to powinien raczej 

pozbyć się pana.

Oliver zrozumiał, że Bolt próbuje go uspokoić.

-  Nawet   nie   wiemy,   czy  Cork   był   celem,   czy  tylko   ofiarą   nieszczęścia   lub   złego 

prowadzenia samochodu.

Wiadomość, że Barry Cork uległ wypadkowi na autostradzie, Bolt otrzymał tuż przed 

godziną   trzecią.   Nieprzytomna   ofiara   została   zabrana   do   szpitala   Harborview.   Służący 

natychmiast zadzwonił do Olivera i spotkał się z nim w szpitalu. Nie dowiedzieli się niczego 

szczególnego poza tym, że Cork może już nie żyć.

Lekki, dyskretny szczęk zamka poinformował Raina, że ktoś otworzył drzwi frontowe. 

Oliver odwrócił się zaintrygowany tym przytłumionym dźwiękiem.

- Bolt? - Z przedpokoju dopłynął głos Annie. - Oliver? Gdzie się wszyscy podziewają?

Oliver ruszył do drzwi.

- Zaraz ją uduszę.

- Proszę pana...

Oliver   zatrzymał   się,   zdziwiony   głosem   Bolta,   który   zazwyczaj   nie   dawał   upustu 

uczuciom.

- O co chodzi?

200

background image

- Chciałbym tylko przypomnieć, że pani Rain mieszka tutaj bardzo krótko.

- No to co?

Bolt popatrzył na pracodawcę i dyskretnie odchrząknął.

- Chciałem tylko przypomnieć, że nie potrafi jeszcze spełniać wszystkich pańskich 

wymagań.

- Chcesz powiedzieć, że nie powinienem jej zmyć głowy za to, że przez całą godzinę 

narażała mnie na piekło wątpliwości?

-  Jest   takie   stare  powiedzenie.   Zawsze  łatwiej   łapać   muchy  na   miód  niż   na  ocet. 

Oprócz tego jest dopiero wpół do siódmej.

- Przepadłem z kretesem - mruknął Oliver. - Ona czyta twoją powieść, mówi ci, że 

jesteś wspaniały, a chwilę potem jesz jej z ręki. Co się, u diabła, tutaj dzieje? - Odwrócił się i 

sztywno podszedł do drzwi nie oczekując odpowiedzi.

Annie wychyliła głowę z kuchni. Oczy miała wielkie i poważne.

- Jesteś. Byłam ciekawa, gdzie się wszyscy pochowali.

Rain nachmurzył się na jej widok. Wyglądała na roztargnioną i wystraszoną. Włosy 

miała bardziej zmierzwione niż zazwyczaj. Na butach były ślady zaschniętego błota, a w 

pończochach popuszczały oczka. Oliver poczuł nagle straszny niepokój.

- Annie, co się stało?

Popatrzyła  na niego.  Jej  dolna  warga zaczęła  drżeć, oczy wypełniły  się łzami  i z 

niezrozumiałym okrzykiem rzuciła mu się prosto w ramiona.

- Na Boga, o co chodzi?! - Przycisnął ją do siebie. Wydawała się maleńka, miękka i 

bezbronna.

- Gdzie byłaś? Dlaczego przyjechałaś tak późno?

- Jeździłam na wyspę Bainbridge.

- Żeby się spotkać z klientem? - Oliver przytrzymał ją delikatnie, by się przyjrzeć jej 

twarzy.

- Spotkać się z człowiekiem o nazwisku Wally Thrope.

Palce Olivera zacisnęły się kurczowo na jej ramionach.

- Po co, na Boga, chciałaś się spotkać z Thrope'em?

- Wiesz, kto to jest? - Annie otarła ostatnią łzę z oczu.

- To mechanik, który obsługiwał samolot Daniela tego dnia, kiedy zniknął.

- Skąd to wiesz? - Zmarszczyła brwi.

- Mówiłem ci. Przeprowadziłem małe, ale bardzo dokładne dochodzenie po wypadku 

twojego brata.

201

background image

- Tak, pamiętam.

- Osobiście nie rozmawiałem z Thrope'em. Policja to zrobiła. Firma, która wynajęła 

twojemu   bratu   samolot,   bardzo   chętnie   pomagała   w   śledztwie.   Nie   było   śladów 

jakiegokolwiek manipulowania przy samolocie czy przeoczenia czegoś w przygotowaniach 

do lotu.

- Najmniejszych śladów?

- Najmniejszych, Annie. Co ci przyszło do głowy, żeby nagle dziś porozmawiać z 

Thrope'em?

- Nie rozmawiałam z nim. Nie było go.

Udzielenie   odpowiedzi   nie   było   proste.   Annie   wyglądała   na   zmęczoną   i 

zdenerwowaną. Oliver przywoływał swoją samokontrolę i cierpliwość.

Objął żonę i poprowadził przez hall do gabinetu, gdzie czekał na nich Bolt.

- Dlaczego zdecydowałaś się na spotkanie z Thrope'em?

Annie   zaczęła   opowiadać,   ale   przerwała   widząc   Bolta.   Uśmiechnęła   się   do   niego 

nieznacznie.

- Cześć. Przepraszam za spóźnienie. Mam nadzieję, że kolacja się nie zmarnowała.

-  Żaden   problem   z  kolacją.  -  Bolt   przyjrzał  się   jej  dokładnie   i  od  razu  zauważył 

całkowicie rozczochrane włosy. - Wszystko w porządku?

- Uch... - Annie upadła bezwładnie na najbliższy fotel. Wyciągnęła nogi, głowę oparła 

o zagłówek, a ramiona rozłożyła na poręczach.

Oliver usiadł za biurkiem.

- Bolt, mógłbyś nam przynieść herbaty?

- Tak, proszę pana - powiedział służący i zniknął za drzwiami.

Rain   czuł,   jak   stopniowo   się   rozluźnia.   Annie   była   bezpieczna   i   zdrowa,   a   to 

najważniejsze. Mógł znowu swobodnie oddychać, ale coś się wydarzyło,  więc musiał się 

dowiedzieć, co to było. Zaczął mówić jak najdelikatniej:

- Powiedz, po co szukałaś tego Thrope'a?

- W południe ktoś do mnie zadzwonił. - Patrzyła na niego poważnie. - Nie chciał się 

przedstawić. Być może to była kobieta. Nie potrafiłam rozpoznać. W każdym razie ten ktoś 

powiedział, że jeżeli chcę wiedzieć, co się przydarzyło mojemu bratu, to muszę odnaleźć 

mechanika, który obsługiwał wtedy samolot.

- Cholera!

202

background image

- Tak, właśnie. - Zmrużyła oczy. - Więc zadzwoniłam do firmy usług lotniczych, z 

której korzystał  Daniel,  i dostałam adres  Thrope'a. Złapałam  prom na wyspę  Bainbridge, 

rozejrzałam się trochę i wróciłam.

- Poczekaj. - Oliver położył ręce na biurku i pochylił się do przodu w krąg światła 

halogenowego. - Mówisz, że jakiś sukinsyn świadomie próbuje cię przekonać, że katastrofa 

Daniela była wynikiem sabotażu?

- Myślę, że o to mu chodziło.

- A także sugeruje, że Thrope jest winien?

- Tak to zabrzmiało.

- I wiedząc o tym, sama się porwałaś na śledztwo?

- Tak. - Wytrzymała jego wzrok bez mrugnięcia. - To właśnie próbuję ci powiedzieć.

Oliver   stracił   panowanie   nad   sobą.   Postępowanie   tak   absurdalne,   że   nie   mógł 

zrozumieć, jak Annie mogła to zrobić.

- Ty mała idiotko!! Nie masz odrobiny zdrowego rozsądku?! Czy rozumiesz, co ja 

przeżyłem nie wiedząc co się z tobą stało, gdzie przepadłaś?

Annie otworzyła usta, usiłując podjąć obronę, ale zaniechała tego, gdy wszedł Bolt z 

herbatą na tacy. Uśmiechnęła się do służącego z wdzięcznością.

- Dziękuję. Tego potrzebowałam.

- Proszę bardzo - odpowiedział i nalał trzy filiżanki.

- Oczekuję wyjaśnień - zażądał Oliver wpatrując się w Annie.

- Otrzymasz je. - Wzięła filiżankę i spodeczek z rąk Bolta z kolejnym uśmiechem. - 

Powiem wszystko.  Kilka razy modliłam  się, żebyś  był  ze  mną.  Było  ciemno  i strasznie. 

Zresztą nigdy jeszcze nie włamywałam się do żadnego domu.

Gorąca herbata sparzyła palce Raina. Niemal upuścił filiżankę.

- Włamałaś się do domu Thrope'a? Do diabła, nie uwierzę.

- Nie znalazłam tam zbyt  wiele - przyznała. Wyglądała już znacznie spokojniej. - 

Thrope chyba w pośpiechu opuszczał swoje mieszkanie. Z szafy zniknęły wszystkie ubrania. 

W kuchni pozostało sporo żywności. Od dłuższego czasu nikt nie wynosił śmieci.

Oliver ostrożnie odstawił filiżankę. Wstał, położył dłonie na biurku i wychylił się do 

przodu.

- Dlaczego, do ciężkiej cholery, nie zadzwoniłaś do mnie i nie powiedziałaś, dokąd się 

wybierasz?

Annie   niepewnie  poruszyła  się  na  fotelu.  Jej   wzrok powędrował  ku lampartowi  z 

mozaiki i powrócił na twarz męża.

203

background image

- Dzwoniłam, ale nie było cię w biurze.

- I wtedy postanowiłaś działać na własną rękę?

- Tak, Oliverze. Nadeszła chyba właściwa pora na powtórzenie pozostałych słów tego 

kogoś. Postawił warunek, że jeżeli chcę się dowiedzieć prawdy o zniknięciu Daniela, to nie 

mogę tobie powiedzieć, że jadę na spotkanie z Thrope'em. Powiedziano mi, żebym ci nic nie 

mówiła, bo mogę się narazić na niebezpieczeństwo.

- Powiedziano ci, żebyś nie mówiła mi o niczym? - Oliver poczuł się tak, jakby go 

ktoś kopnął w brzuch.

- Tak to zabrzmiało. Jak ostrzeżenie.

- To dlaczego mi o tym mówisz teraz? - zapytał nie spuszczając z niej wzroku.

-   Miałam   dużo   czasu   na   promie   do   Seattle.   Połączyłam   wszystkie   dowody   i 

wyciągnęłam interesujące wnioski.

Kątem   oka   Rain   zobaczył,   że   Bolt   zbliżył   się   do   biurka.   Zapytał   Annie   bardzo 

ostrożnie:

- Co to za wnioski?

- Wydaje mi się - odpowiedziała powoli - że ktoś celowo usiłuje wplątać w to ciebie. 

Ktoś chce, bym uwierzyła, że masz coś wspólnego ze zniknięciem Daniela.

Śmiertelna cisza wypełniła cały gabinet.

-   Bardzo   logiczna   konkluzja   -   powiedział   ponuro   Oliver   i   wymienił   spojrzenia   z 

Boltem. Potem znowu popatrzył na Annie.

- Czy ten rozmówca z telefonu powiedział coś więcej? O jakich dowodach mówisz?

- Nie powiedział zbyt wiele. Przynajmniej nie przez telefon. - Otworzyła torebkę i 

wyjęła   mały   świstek   papieru.   -   W   domu   Thrope'a   znalazłam   kalendarz.   Data   zniknięcia 

Daniela była zakreślona na czerwono.

- To nic dziwnego. - Bolt wzruszył ramionami. - Zniknięcie Daniela było wielkim 

przeżyciem dla Thrope'a i wszystkich pracujących w tej firmie usług lotniczych. Takie firmy 

nie tracą przecież samolotów codziennie.

- To nie wszystko, co znalazłam w kalendarzu. - Położyła świstek papieru na biurku 

przed Oliverem. - Ktoś zapisał ten numer dwa dni przed wynajęciem samolotu przez Daniela.

Rain rzucił okiem na numer i rozpoznał go natychmiast. Osunął się powoli na fotel.

- Do diabła!

- Co to jest? - Bolt podszedł do biurka i spojrzał na numer przepisany przez Annie. - 

To jedna z linii rezydencji. Pański prywatny numer.

204

background image

- Tak. - Oliver nie powiedział nic więcej. Nie wiedział, co powiedzieć. Patrzył na 

Annie przygotowując się do konieczności stawienia czoła nowej sytuacji, która mogła mu się 

wymknąć spod kontroli. - Rozpoznałaś ten numer?

- Oczywiście, że tak.

Bolt wziął kawałek papieru do ręki.

-  Wygląda   na   to,  że   mamy   kłopoty  z   systemem   ochrony.   Ten   numer   znają   tylko 

członkowie rodziny.

- Wiem o tym. - Rain nie mógł oderwać wzroku od twarzy Annie.

Przyglądała mu się bez przerwy i chociaż ciągle wyglądała na wystraszoną, w jej 

wyrazistych oczach nie było widać obaw. Wierzyła mu pomimo tych wszystkich przeklętych 

dowodów.

- A więc w jaki sposób Wally Thrope dostał numer twojego prywatnego telefonu? - 

zapytała w końcu, przerywając ciszę.

-   Interesujące   pytanie   -   Oliver   usiadł   i   podniósł   filiżankę   -   ale   nie   mam   na   nie 

odpowiedzi. - W końcu udało mu się oderwać wzrok od Annie i spojrzał na Bolta. - Myślę, że 

lepiej będzie, jeśli spróbujemy odnaleźć tego Thrope'a.

- Tak, proszę pana. - Służący przełknął łyk herbaty. - Zobaczę, co się da zrobić.

Annie założyła nogę na nogę i zaczęła machać stopą. Patrzyła raz na Olivera, raz na 

Bolta.

- Siedząc na promie wyciągnęłam jeszcze kilka innych wniosków.

- Jakich, pani Rain? - zapytał grzecznie Bolt.

- Ktoś chce, bym uwierzyła, że Oliver jest zamieszany w coś brzydkiego - powiedziała 

powoli. - Co do tego nie mamy wątpliwości.

Bolt rzucił badawcze spojrzenie na pracodawcę i skinął głową.

- Na to wygląda.

Oliver   nie   mógł   myśleć   o   włączeniu   się   do   rozmowy.   Był   zbyt   zajęty   próbami 

opanowania kolejnej fali gniewu. Ktoś zadał sobie niemało wysiłku, aby zniszczyć zaufanie, 

jakim darzyła go Annie.

- Możemy zadać sobie pytanie, dlaczego to zrobił. - Annie wstała z fotela i zaczęła 

chodzić tam i z powrotem po gabinecie. - Istnieje tylko jedna oczywista odpowiedź. Ktoś ma 

nadzieję, iż dojdę do wniosku, że za zniknięciem mojego brata stoi Oliver. Ten ktoś chce, 

żebym się z tobą rozwiodła. Wtedy nie będziesz mógł zarządzać Lyncroft Unlimited. Ale kto 

odniósłby z tego korzyść?

205

background image

- Nikt - odrzekł Rain nachmurzony. - Wszyscy kredytodawcy i inwestorzy zyskają, 

jeżeli Lyncroft zostanie w jednym kawałku.

- Istnieje pewne prawdopodobieństwo, że ktoś z rodziny chce się na panu zemścić, 

panie Rain - odezwał się cicho służący. - Ona może traktować zniszczenie Lyncroft Unlimited 

jako środek do osiągnięcia celu.

Annie spojrzała wilkiem na Bolta.

-   Mówisz   o   Sybil,   tak?   Zapomnij   o   tym.   Ostatnia   rzeczą,   którą   by   zrobiła,   to 

finansowy  cios   w   Olivera.   To   nie   byłoby   logiczne.   Przecież   tak   bardzo   kocha   pieniądze 

Rainów.

- Dobry argument - potwierdził Rain z ponuro wykrzywioną twarzą.

- Ludzie nie zawsze postępują rozsądnie, gdy w grę wchodzi zemsta. - Bolt spojrzał 

spokojnie na pracodawcę. - Są inne możliwości niż Sybil. Dawny oponent w interesach, Paul 

Shore, też może szukać sposobu zemsty.

Oliver przechylił się na oparcie fotela.

- Zawarłem z nim rozejm. - Spojrzał na Annie. - Przynajmniej wydaje mi się, że 

zawarłem rozejm. W każdym razie takie sprawy nie są w jego stylu.

-   Mogą   być   inni,   którzy   nie   życzą   panu   zbyt   dobrze   -   odrzekł   Bolt   wzruszając 

ramionami.

- Dziękuję za docenienie moich  możliwości zdobywania  przyjaciół  i wpływowych 

osób - rzekł Oliver. - Przyznaję, że nie każdy, z kim miałem do czynienia w ciągu ostatnich 

piętnastu lat, wysyła mi kartki na Boże Narodzenie, ale nie znam nikogo, kto zrobiłby coś 

takiego z zemsty.

- Dlaczego nie? - zapytała Annie z ciekawością.

- Utrata Lyncroft specjalnie mnie nie zaboli - powiedział decydując się na brutalną 

szczerość. - Pewnie, że nieźle zarobię razem z innymi, jeśli firma przetrwa, ale istota sprawy 

tkwi w tym, że jej upadek spowodowałby jedynie maleńką wyrwę w moim majątku.

- Rozumiem. Nie wiedziałam, że to tak mało ważne. - Annie uważnie przyglądała się 

mężowi.

- Nie powiedziałem, że to nieważne - zaprotestował cicho Oliver - ale rozważania 

finansowe   są   drugorzędne.   Powiedziałem   ci,   dlaczego   podjąłem   się   uratowania   Lyncroft 

Unlimited.

- Ze względu na Daniela. - Uśmiechnęła się ze smutkiem.

- To był tylko jeden z powodów. - Zwrócił się do Bolta. - Myślę, że możemy odrzucić 

motyw wroga, który chce wyrównać stare porachunki.

206

background image

- Jest jeszcze Barry Cork. - Bolt najwyraźniej przemyślał kilka wariantów. - Ten ktoś, 

kto dzwonił do Annie i ostrzegał ją przed panem, może być z nim związany.

- Zdaję sobie z tego sprawę. - Oliver spojrzał na Annie. - Właśnie dlatego niemal 

oszalałem, gdy zniknęła.

-   Nie   przypuszczałam,   że   będziesz   tak   zdenerwowany,   gdy   się   trochę   spóźnię   - 

powiedziała zaskoczona.

- To było coś więcej niż zdenerwowanie, ale możemy się już tym nie martwić. Annie, 

Cork   miał   dzisiaj   po   południu   wypadek   na   autostradzie.   Został   zabrany   do   szpitala 

Harborview. Według naszych ostatnich informacji jest nieprzytomny. Być może już nie żyje.

- Policja prowadzi śledztwo, lecz skłania się do hipotezy, że to był wypadek. Nie ma 

żadnych śladów, że było to coś innego - dodał Bolt.

- Rozumiem, że nie jesteś tego pewien? - Zdumione oczy Annie przeniosły się na 

służącego.

- Nie, nie jesteśmy pewni.

Annie klasnęła w dłonie i spojrzała na Olivera.

- Mówiłeś, że szpiegostwo przemysłowe, w które wplątał się Cork, wykonuje się w 

białych rękawiczkach i że nie kończy się ono zazwyczaj morderstwem.

- Nie zawsze - odpowiedział - ale po dzisiejszych wydarzeniach być może będę musiał 

zmienić zdanie.

- Może powinniśmy pójść na policję - zasugerowała.

Bolt siedział bez słowa. Oliver przypatrywał się skałom w swoim ogródku.

- Można to rozważyć - rzekł.

- Na Boga! Nie możemy tego zrobić, prawda? - spytała z szeroko otwartymi oczami. - 

Oni prawdopodobnie od razu dojdą do wniosku, że ty jesteś pierwszym podejrzanym.

- Prawdopodobnie - zgodził się Rain.

-  Mogliby  dojść  do  wniosku,  że   miałeś   najpoważniejszy  motyw,   żeby  się  pozbyć 

Daniela. - Annie przygryzła wargi. - Możesz tutaj siedzieć i mówić, że uzyskanie kontroli nad 

Lyncroft Unlimited nie jest dla ciebie zbyt wielką gratka finansową, ale inni pewnie myślą 

inaczej.

- To prawda - przyznał.

- Kto wie, jak policja oceniłaby twoje powiązania z Corkiem. Oni mogą myśleć, że 

próbowałeś zabić Barry'ego dlatego, że sprzedawał tajemnice twojej nowej firmy. Nie, nie 

możemy iść w tym momencie na policję.

207

background image

Przez   ciało   Raina   przepłynął   strumień   ciepła.   Annie   naprawdę   mu   ufała.   Więcej, 

starała się go bronić. Nie mógł sobie przypomnieć, żeby ktokolwiek ostatnio próbował go 

bronić.

- Przyznaję, że mogłoby to skomplikować sprawy - zgodził się. - Ale są jeszcze dwa 

inne poważne powody, dla których może lepiej trzymać nasze spekulacje przez pewien czas 

dla siebie.

- Jakie powody? - zapytała.

- Pierwszy to brak dowodów. Nie mamy  dowodów na to, że zniknięcie Daniela i 

kraksa Corka były czymkolwiek więcej niż wypadkami. Ten dziwny telefon prawdopodobnie 

też nie zrobi na nich wrażenia. Nie ma dowodów, że w ogóle ktoś dzwonił, a tym bardziej na 

to, że obciążał mnie lub Thrope'a.

- A ten drugi powód?

- Bolt i ja chcielibyśmy zadać kilka własnych pytań. Będzie to znacznie prostsze, 

jeżeli policja nie będzie w to włączona.

- Macie zamiar sami zacząć śledztwo? - Annie wpatrywała się w męża z narastającym 

podnieceniem w oczach. - To wspaniały pomysł! Z chęcią pomogę.

- Nie - odpowiedział. - Ty z pewnością nie będziesz nam pomagać. Musisz trzymać się 

z   daleka.   Co   więcej,   nie   oddalisz   się   nigdzie   poza   dom   i   twój   sklep.   Będziesz   mnie 

informować   na   bieżąco,   gdzie   jesteś.   Nie   będziesz   urządzać   wycieczek   takich   jak   do 

Bainbridge czy gdziekolwiek. Czy dokładnie to zrozumiałaś?

W oczach Annie zaczęła narastać furia.

- Oliver! Mówiłam ci na początku naszego małżeństwa, że nie pozwolę, byś mnie 

trzymał pod nadzorem. Wszystko na to wskazuje, że ten cały bałagan dotyczy mojego brata. 

Mam   prawo   mieć   swój   udział   w   śledztwie.   Nie   zgodzę   się,   żebyś   mnie   trzymał   w 

niepewności.

Rain zwrócił się do Bolta:

- Myślę, że na dzisiaj wystarczy. Nie przejmuj się kolacją. Sami się tym zajmiemy.

Służący niepewnie popatrzył na panią domu i skierował się do drzwi.

-   Tak.   Będę   u   siebie,   gdybym   był   potrzebny.   -   Wyszedł   z   gabinetu   zamykając 

delikatnie drzwi.

- Mówię poważnie, Oliver! - zaatakowała zaczerwieniona Annie. - Wiem, że chcesz 

mnie osłaniać, ale nie pozwolę się zamknąć na klucz. Nie pozwolę też na pomijanie mnie w 

śledztwie.

- Annie, to dla twojego dobra.

208

background image

- Z takim argumentem będę walczyć jak lwica. A jak ty byś się czuł, gdyby ktoś tobie 

tak powiedział?

- Nie zgodziłbym  się - przyznał. - Ale mówimy nie na temat. Przyszłaś  do mnie, 

dlatego że chciałaś uratować Lyncroft Unlimited. Zawarliśmy układ, ty i ja. To prawda, że 

żadne z nas nie przewidziało, jak sprawy się skomplikują, ale nasz układ nadal jest ważny. Ja 

załatwiam sprawy Lyncroft.

- To małżeństwo jest czymś więcej niż kontraktem - zaoponowała Annie.

Oliver nie chciał dyskutować na ten temat. Zdecydował się na inną taktykę.

-   Kochanie,   sytuacja   jest   niezwykle   skomplikowana   i   mamy   w   niej   wiele 

niewiadomych. Nie chcę, żebyś się narażała na takie niebezpieczeństwo jak dzisiaj. Nigdy 

więcej!

-   Nie   podejmowałam   żadnego   ryzyka.   -   Zaczerwieniła   się.   -   Po   prostu   szukałam 

śladów.

- Podejmowałaś ryzyko. - Oliver ze wszystkich sił powstrzymywał się od wybuchu. - 

Nawet   nie   znamy   rozmiarów   niebezpieczeństwa,   na   jakie   się   naraziłaś.   Nie   chcę,   żebyś 

znalazła się w sytuacji bez wyjścia.

- Nie możesz mnie od tego odsunąć. Jestem w to wplątana, czy ci się to podoba czy 

nie.

Miała rację, ale Oliver wiedział, że zrobi wszystko co w jego mocy, by zapewnić jej 

bezpieczeństwo. Nie miał skrupułów, jeżeli chodzi o jej ochronę.

- Nie chcę się z tobą sprzeczać.

-  Dobrze.   -  Obdarzyła   go  ciepłym,   aprobującym   uśmiechem.   -   Wiesz   co,   Oliver? 

Rzeczywiście   dokonałeś   postępów.   Założę   się,   że   w   dawnych   czasach   odrzuciłbyś   bez 

wahania prawo, a moje uczucia wysłałbyś do wszystkich diabłów. A teraz rozmawiamy jak 

równy z równym.

- Cieszę się, że ci się podoba nowy Oliver Rain - odpowiedział pojednawczo i obszedł 

biurko.

- Bardzo go lubię. - Annie przyglądała mu się, kiedy się do niej zbliżał. W jej oczach 

widoczne były ślady zmęczenia. - Co robisz?

Zatrzymał  się przed nią, położył  ręce na jej ramionach i pocałował prosto w usta. 

Rozmyślnie pogłębiał pocałunek, aż zaczęła ciepło lgnąć do niego. Podniósł głowę znad jej 

ust.

- Zgadnij. Liczy się pierwsza odpowiedź.

- A co z kolacją?

209

background image

- Kolacja może poczekać ze dwadzieścia minut. Ja nie mogę. - Oparł jej biodra o 

biurko i rozchylił nogi. Jedną ręką podniósł spódnicę, a drugą otworzył suwak swoich spodni.

- Tylko dwadzieścia minut? - Oczy Annie wypełniły się radością.

- W tym tempie wystarczy piętnaście.

- Niech będzie dwadzieścia - zgodziła się ochrypłym szeptem. - Nie chcę pożyczać od 

Arthura książki na temat przedwczesnego wytrysku.

210

background image

Rozdział osiemnasty

N

astępnego   wieczoru   Annie   stała   z   Valerie   w   głównej   galerii   muzeum   Eckerta. 

Przyglądały się tłumowi gości, którzy zaszczycili wernisaż swoją obecnością.

- Musisz być wniebowzięta, Val. Wystawa jest niewątpliwym przebojem.

- Złoto zawsze pobudza wyobraźnię - odpowiedziała skromnie.

- Wykonałaś fantastyczną robotę - pochwaliła Annie podziwiając kolekcję starożytnej 

biżuterii wystawionej w najbliższej gablocie. Wizerunki dziwnych bogów i zwierząt zostały z 

niesłychanym  artyzmem wtopione w rozmaitość bransolet, naszyjników i kolczyków. - W 

ekspozycji tych drobiazgów wyczuwa się styl. Ludzie to uwielbiają.

Valerie spojrzała na najbliższe eksponaty. Oczy miała pełne dumy.

-   Dziękuję,   ale   trudno   byłoby   źle   wyeksponować   taką   kolekcję.   Jak   kiedyś 

powiedziałaś, to dzika, wyrafinowana sztuka prekolumbijska.

Annie podeszła do figurki dzikiego kota wyrzeźbionego w złocie.

- Jaguar?

- Tak. To ogólny motyw. W tym przypadku jest to Diquis.

- Wyglądałby wspaniale w gabinecie Olivera.

Obok Valerie pojawił się Carson.

- Nigdy nie widziałem jego gabinetu, ale zgadzam się, że pasowałby tam doskonale. 

Widzę pewne podobieństwo pomiędzy Rainem a tym wielkim kotem.

Wszyscy spojrzeli  przez zatłoczoną  galerię  na Olivera,  który rozmawiał  właśnie z 

małą grupką ludzi.

- Bez dwóch zdań - mruknęła Valerie. - Annie, nie mogę wprost uwierzyć, jaki masz 

na niego wpływ. W kilka dni zmienił się nie do poznania.

- Tak myślisz?

-   Nie   udawaj,   że   tego   nie   widzisz.   -   Roześmiała   się.   -   Popatrz,   on   obraca   się   w 

towarzystwie. Nie mogę uwierzyć własnym oczom. Nigdy nie przychodził na takie imprezy. 

Nie ulegał żadnym prośbom.

Annie   przez   chwilę   obserwowała   męża.   Owszem,   obraca   się   w   towarzystwie,   ale 

wciąż wyglądało to tak, jakby lampart udawał niewiniątko stojąc w środku stada antylop. Nie 

da się zaprzeczyć, że on nigdy nie będzie częścią tłumu.

211

background image

Nie mówił zbyt wiele, jeśli dobrze widziała, ale w każdym razie był między ludźmi. 

Nie trzymał się oddzielnie jak na przyjęciu zaręczynowym Daniela.

Annie nie była jednak do końca pewna, jakim człowiekiem jest odmieniony Oliver. 

Niewątpliwie dokładał wszelkich starań, by wykazać wrażliwość w stosunkach z członkami 

własnej rodziny. Ogłosił też zawieszenie broni z Shore'em. Jeżeli jednak chodzi o nią, nie 

dokonał zbyt wielkiego postępu w komunikatywności, z wyjątkiem pójścia z nią do łóżka.

Jeszcze jej nawet nie powiedział, że ją kocha. Musiała jednak zachować optymizm. 

Wcześniej czy później usłyszy od niego te słowa. Była pewna, że Oliver się w niej zakochał.

Richard i Nathan, wyglądający w wieczorowych garniturach jak młode wersje Olivera, 

podeszli do Annie, Valerie i Carsona.

- Wielka robota, Val. - Richard skinął na najbliższą półkę. - Założę się, że muzeum 

wyładowało masę forsy za ten materiał?

- Niektóre z eksponatów są wypożyczone ze zbiorów prywatnych, ale większość jest 

w posiadaniu Eckerta. Wiele z nich zakupiono w czasach, gdy nie były uznawane za bardzo 

cenne i zanim różne rządy narzuciły ograniczenia eksportowe.

Nathan ogarnął wzrokiem całą galerię i zmarszczył brwi.

- A gdzie jest mama? Myślałem, że miała przyjść na wernisaż.

- Sybil powiedziała, że się trochę spóźni - wyjaśniła Valerie. - Zdaje się, że planuje 

jakąś niespodziankę.

- Niespodziankę? - zdziwił się Nathan.

- Założę się, że zamierza przytaszczyć ze sobą Jonathana Grace'a. - Richard uniósł 

brwi w sposób przypominający do złudzenia mimikę Olivera.

- Tak? - Nathan spojrzał na niego. - Chce go przestać ukrywać przed Wielkim Bratem?

-   Odniosłem   takie   wrażenie   -   odrzekł   Richard   z   uśmiechem.   -   Jestem   gotów   się 

założyć o pięć dolarów, że Wielki Brat wie o nim wszystko. Nikt w tej rodzinie nie potrafi nic 

ukryć przed Oliverem.

- Ponieważ - zaintonował grobowym głosem Nathan - Wielki Brat wszystko widzi i 

wszystko wie.

- Tak naprawdę - wtrąciła się Heather przyłączając się do grupy - rozmawiałam dzisiaj 

z   Sybil.   Powiedziała,   że   postanowiła   przyprowadzić   Jonathana   na   wernisaż,   żeby   go 

przedstawić Oliverowi. Miałam wrażenie, że jest na to zdecydowana.

- Oliver musiał na to wyrazić zgodę - zauważył Nathan.

- Chyba pod wpływem Annie. - Valerie uśmiechnęła się.

212

background image

-   Myślę,   że   mamy   w   rodzinie   dobrą   wróżkę.   -   Heather   popatrzyła   na   bratową.   - 

Musiałaś go chyba zaczarować.

Annie szybko pokręciła głową.

- Nikt nie może zmienić Olivera, chyba że sam zechce się zmienić. Nie ma żadnych 

czarów. On tylko próbuje poprawić technikę porozumiewania się z ludźmi. To wszystko.

- Oliver nie był taki zły w porozumiewaniu się w niektórych sprawach. - Heather 

mówiła z namysłem. - Pamiętacie, jak nas wszystkich zwoływał co wieczór po kolacji do 

swojego gabinetu?

-   Nie   przypominaj   mi.   -   Richard   skrzywił   się   dobrodusznie.   -   Zmuszał   nas   do 

odrabiania lekcji, kiedy sam zagłębiał się w dokumentach. Spędzaliśmy tak każdy wieczór, 

podczas gdy nasi koledzy oglądali telewizję albo grali w gry komputerowe.

- To nie wyszło nam na złe - stwierdziła dumnie Heather. - Po pierwsze nauczyliśmy 

się pracować.

- A po drugie przebywaliście z nim - dodała delikatnie Annie.

- Tak, chyba tak. Chyba w ogóle nie potrafisz sobie wyobrazić, jak to było. - Richard 

się uśmiechnął. - Najważniejszą nauką, którą wynieśliśmy z gabinetu Olivera, było to, że 

jeżeli   ktokolwiek   z   nas   nawali   w   szkole,   przynosi   ujmę   całej   rodzinie.   Nikt   nie   chciał 

występować przeciw wszystkim otrzymując słaby stopień, ponieważ każdy bał się spowiedzi 

przed Oliverem.

- Był lepszy w przywoływaniu ludzi do porządku niż w porozumiewaniu się z nimi - 

dodał Nathan, ale jego głos - o dziwo - brzmiał przy tym dobrodusznie.

- Nie ma wątpliwości, że Oliver zachowuje się ostatnio inaczej niż zwykle. - Heather 

uśmiechnęła się z powagą. - Jeśli mogę wtrącić swoje trzy grosze, powiedziałabym, że czuje 

się szczęśliwszy. To musi być twoja zasługa, Annie. Bo cóż innego mogłoby spowodować te 

zmiany.

- Doceniam pozytywne sprzężenie zwrotne - stwierdziła Annie - ale nie dajcie się 

temu ponieść. To nie jest jakaś wielka transformacja. Zaledwie maleńkie modyfikacje.

- Nie masz racji - zaprzeczyła Heather. - Zmiany są ogromne.

- Heather ma rację - przyłączył się Richard spoglądając na Annie. - Może powtarza się 

historia Pięknej i Bestii?

- Oliver nie jest bestią - zaprzeczyła Annie.

- To ty tak myślisz - powiedziała oschle Valerie. - Nie zrozum mnie źle, kocham go, 

ale potrafi zalać sadła za skórę, jeżeli coś idzie nie po jego myśli. A on zawsze wie, czego 

chce.

213

background image

- Nie tylko wie, czego sam chce, ale wie, czego chcą wszyscy inni - dodał Richard.

- Chce dobrze - powiedziała szybko Annie.

- Nie mówimy, że nie - Nathan skrzywił się - ale on zazwyczaj chce wszystko zrobić 

tak jak uważa, albo w ogóle nic nie robić.

- Nie jest taki zły - upierała się Annie.

- Nie? - Nathan zachichotał ponuro. - Rok temu poszedłem do niego z cudownym 

pomysłem przerwania studiów na rok i udania się w podróż do Europy. Nie zgodził się. Tylko 

dlatego chodzę w tym roku na uniwersytet, zamiast popijać kawę na Via Veneto.

- Przyszła mama! - powiedział Richard wskazując na drzwi. - Wzięła ze sobą Grace'a. 

Wygląda   na   to,   że   rzeczywiście   przedstawi   go   Oliverowi.   -   Gwizdnął   bezgłośnie.   -   To 

poważna sprawa.

- Lubisz Jonathana Grace'a? - Annie zadała to pytanie widząc, jak Sybil i Jonathan 

torują sobie drogę.

- Jest w porządku - odrzekł Nathan niezobowiązująco. - Liczy się tylko to, czy mama 

jest szczęśliwa.

- Chciałeś chyba powiedzieć, że Oliver łaskawie się zgodził, żeby była szczęśliwa - 

sprostowała Valerie bez owijania w bawełnę i spojrzała na Carsona. - Wiem, jak Sybil się 

czuła ostatnio.

- Twój brat nie wydaje mi się taki zły - Carson wzruszył ramionami.

- Nie znałeś go p.A - odrzekła Valerie.

- Co to znaczy p.A.? - zapytał zaintrygowany.

- Przed Annie - mruknęła Heather. - Sybil wygląda dziś wspaniale.

Annie musiała przyznać, że pani Rain lśniła jak gwiazda w swojej zielonej obcisłej 

sukni, która podkreślała upiętą wysoko fryzurę. Jonathan Grace wyglądał przy niej niezwykle 

dystyngowanie   w   przepisowym   garniturze   szytym   na   miarę   u   drogiego   krawca. 

Protekcjonalnie trzymał Sybil pod ramię, a w jego oczach odbijało się wyraźne zadowolenie. 

Annie zobaczyła, że przyjaciel Sybil przygląda się Oliverowi, który jeszcze nie zauważył 

wejścia macochy.

- Wydaje mi się, że Oliver i Jonathan jeszcze się nie znają? - Annie spojrzała pytająco 

na Heather. - Chyba Sybil tak mówiła.

- Nie, nie znają się - odpowiedziała Valerie. - Sybil bała się ich sobie przedstawić. 

Trzymaj   kciuki,   żeby  się   udało.   W   przeciwnym   razie   Sybil   będzie   miała   złamane   serce. 

Myślę, że naprawdę się zakochała w tym facecie.

- Wszystko będzie dobrze - zapewniła Annie.

214

background image

Oliver akurat opuścił małą grupkę. Rozejrzał się po sali, odnalazł wzrokiem Annie i 

ruszył ku niej.

W typowy dla siebie sposób nie patrzył na prawo ani na lewo, tylko szedł przez tłum, 

jakby kosił trawę. Nie zwracał uwagi na mijanych ludzi. Po prostu maszerował tam, gdzie 

chciał, i wszyscy odstępowali na bok, robiąc mu przejście.

Gdy zbliżył się do żony i reszty towarzystwa, skinął głową Carsonowi i popatrzył na 

Valerie.

- Wystawa jest imponująca, Val. Moje gratulacje.

Valerie rozpromieniła się. Pochwała brata jest dla niej niezwykle ważna.

- Dziękuję.

-   Val   jest   najlepsza   na   całym   Zachodnim   Wybrzeżu,   jeżeli   chodzi   o   sztukę 

prekolumbijską. - Carson uśmiechnął się z dumą. - Eckert ma szczęście, że u niego pracuje.

Zanim Oliver zdążył odpowiedzieć, dotarła do nich Sybil z Jonathanem przy boku.

- Dobry wieczór wszystkim. - Oczy Sybil jaśniały ze szczęścia. - Valerie, wystawa jest 

fantastyczna. Przyciągnie niemało uwagi.

- Mam nadzieję - odrzekła Valerie.

- Na pewno. Wernisaż zapowiada się równie wspaniale. - Sybil zwróciła się znienacka 

do   Olivera:   -   Chciałabym   ci   przedstawić   Jonathana   Grace'a.   Jonathan,   to   jest   Oliver. 

Mówiłam ci o nim.

- Wiele razy. - Uśmiechnął się do Olivera, ale jego oczy pozostały czujne. - To wielka 

przyjemność spotkać się w końcu. Muszę przyznać, że nie jesteś taki, jak sobie wyobrażałem.

- A czego oczekiwałeś? - zapytał Oliver oględnie.

- Mówiono coś o szponach i kłach, a nic takiego nie widzę - powiedział Jonathan. - 

Rozumiem, że masz zamiar uruchomić śledztwo w mojej sprawie.

- Jonathan! - syknęła skonsternowana Sybil.

- Wszystko w porządku. - Ukochany pogładził jej rękę. - Doceniam to, że on się o 

ciebie troszczy, kochanie. Powinnaś to również docenić.

Sybil podniosła oczy i lekko się zarumieniła.

- Nie krępuj się i sprawdzaj, co chcesz. - Jonathan wypowiedział to zdanie z wielką 

uwagą.  -  Poproszę  księgowego,  żeby przesłał   kilka  kopii  mojego   zeznania   podatkowego, 

jeżeli to mogłoby się przydać.

- Dziękuję - odpowiedział Oliver. - Może być bardzo użyteczne.

- Ostrzegam cię, Oliverze. - Głos Sybil pobrzmiewał groźbą. - Nie waż się mnie w coś 

wplątać.

215

background image

- Nawet o tym nie myślałem, Sybil - rzekł i zwrócił się do Annie: - Czy jesteś gotowa 

do wyjścia?

- Już wychodzimy? - Annie patrzyła na męża całkowicie zaskoczona.

- Tak.

Zamierzała   się   trochę   posprzeczać,   ale   coś   ją   zaniepokoiło   w   wyrazie   jego   oczu. 

Zwróciła się więc do Valerie:

- Cóż, wobec tego jeszcze raz gratuluję.

- Dziękuję - odpowiedziała przyjaźnie i serdecznie ją objęła. - Za wszystko.

Annie uśmiechnęło, się zażenowana i pożegnała się z pozostałymi członkami rodziny. 

Oliver wziął ją pod ramię i skierował się do drzwi. Tak jak poprzednio, wszyscy,  jak za 

sprawą magicznej różdżki, ustępowali w bok, robiąc im przejście.

Na podjeździe czekał Bolt w limuzynie. Wyszedł z wozu i otworzył drzwi.

-   Dlaczego   tak   się   spieszymy?   -   domagała   się   odpowiedzi   Annie,   gdy   wsunął   ją 

elegancko na tylne siedzenie. - Bawiłam się świetnie.

- Przykro mi, ale mamy napięty harmonogram - odrzekł sadowiąc się obok niej.

- Jaki harmonogram? Czyj harmonogram? - Próbowała w ciemności coś wyczytać z 

jego twarzy. Wyjechali z posiadłości.

- Mam dzisiaj ważne spotkanie w interesach. - Oliver spojrzał na jaśniejącą tarczę 

zegara limuzyny. - Zawiozę cię do domu, a wtedy Bolt podrzuci mnie na to spotkanie. Za 

kilka godzin wrócę.

-   Nie   mówiłeś   nic   o   wieczornym   spotkaniu.   Nigdy   się   wieczorami   z   nikim   nie 

spotykasz. Co zamierzasz, Oliverze?

- Nic, co by ciebie dotyczyło.

- Co oznacza, że właśnie mnie dotyczy.  Ostrzegłam cię, że jeżeli nie będziesz mi 

mówił, co się dzieje, to pojadę za tobą na to spotkanie.

-   Nie,   Annie,   nie   możesz   ze   mną   jechać.   Ani   za   mną.   -   Wyglądał   jednak   na 

zaniepokojonego groźbami żony.

- Powiedz przynajmniej, dokąd się wybierasz.

- Nie powiem.

- Zaczekaj chwilę! To ma związek z tym, co się ostatnio wydarzyło?

- Do pewnego stopnia. - Zawahał się. - Dotyczy to Barry'ego Corka.

- A co z nim? - zapytała pospiesznie. - Ciągle jest nieprzytomny?

216

background image

- O ile wiemy, tak. - Oliver przyglądał się Annie przez chwilę, jakby się zastanawiał, 

ile można jej powiedzieć. - Bolt i ja chcemy się dziś wieczór rozejrzeć po jego mieszkaniu. 

To nie potrwa długo.

- Po co? - zapytała. - Spodziewacie się coś znaleźć?

- Nie wiem.

- Jadę z tobą.

- Nie, Annie.

- Tak!

- Nie! - Uśmiechnął się nieznacznie w ciemności.

C

zterdzieści   pięć   minut   później   Bolt   majstrował   przy   zamku   bocznych   drzwi   do 

małego domku Corka. W końcu udało mu się je bezgłośnie otworzyć.

- Nie byłem pewien, czy pan przekona panią Rain do pozostania w domu - wyszeptał 

Bolt.

-   Ona   jest   wystarczająco   inteligentna,   żeby   się   zorientować,   że   zabrakło   jej 

argumentów. - Oliver spojrzał przez ramię upewniając się, że maleńkie podwórze jest puste. 

Ostatnią rzeczą, na jaką miał ochotę, był szczekający pies lub wścibski sąsiad. Nic takiego nie 

zauważył. Północna część Seattle była rzadko zasiedlona i cicha.

Oliver i Bolt przesiedli się do Mercedesa, w nadziei że to nie zwróci na nich uwagi na 

przedmieściach. Annie zostawili w domu.

Rain   wszedł   do   domku   i   znalazł   się   w   absolutnych   ciemnościach.   Zasłony   były 

opuszczone.

- Bez urazy, proszę pana, ale jestem zaskoczony, że ona się tak lekko poddała. - Bolt 

podążył za Oliverem.

-   Ułatwiłem   jej   to   mówiąc,   że   jeżeli   się   uprze   pojechać   z   nami,   to   w   ogóle 

zrezygnujemy z tej wyprawy.

Annie protestowała trochę, ale ostatecznie poddała się wobec takiej groźby. Oliver nie 

chciał   się   przyznać   Boltowi,   że   był   zaskoczony   i   bardzo   zadowolony   z   tego   względnie 

łatwego zwycięstwa. Prawdopodobnie powinien częściej tupać na żonę nogą.

Kłopot z nią wynika stąd, że traktuję ją zbyt pobłażliwie, pomyślał wyciągając małą 

latarkę.   Od   samego   początku   ich   związku   ona   przejęła   inicjatywę.   Podyktowała   warunki 

ślubu   i   zaczęła   decydować   o   wszystkich   sprawach.   Zaczęła   nawet   wydawać   dekrety 

dotyczące sypialni.

217

background image

Chciała dobrze, ale cały problem polegał na tym, że usiłowała mu wmówić wszystko, 

w   co   wierzyła.   Zdecydowanie   przeceniała   swoje   możliwości.   Świadomość,   że   musi 

wielokrotnie przebudowywać cały swój świat, by tylko ją zadowolić, wywoływała w Oliverze 

poczucie głębokiej niepewności.

Z   goryczą   stwierdził,   że   w   wielu   przypadkach   całkowicie   utracił   wpływ   na 

kształtowanie własnego życia. Rozumiał, że staje się coraz bardziej bezbronny, i to tam, gdzie 

kiedyś   był   nieugięty.   Od   niepamiętnych   czasów   uważał   bezbronność   za   słabość.   Słaby 

człowiek nie mógł obronić rodziny.

- Zobaczę sypialnię - powiedział Bolt.

- Sprawdź, czy zasłony są opuszczone, zanim włączysz latarkę.

- Mówi pan jak stary wyjadacz w tym rzemiośle, panie Rain. - Bolt wydał z siebie 

dziwny bulgot, który w ciemności mógł uchodzić za śmiech.

- Brałem lekcje u żony - odpowiedział Oliver. - Jeżeli ona potrafiła się włamać, to i ja 

potrafię.

Nie mógł jednak pretendować do niczego więcej niż status amatora, jeżeli chodzi o 

wyważanie drzwi.

Przypomniał   sobie   noc   sprzed   pięciu   laty,   gdy  razem   z   Danielem   włamali   się  do 

magazynu,   w   którym   Walker   Gresham   finalizował   ostatni   kontrakt   dostawy   broni. 

Technicznie biorąc nie było to włamanie, ponieważ magazyn był własnością jednej z jego 

firm.   Niemniej   doświadczył   takich   samych   przeżyć   jak  prawdziwy  włamywacz.   Zastrzyk 

adrenaliny był wtedy równie silny jak dzisiaj.

Pięć lat temu włamanie nieomal skończyło się dla niego i Daniela utratą życia.

- Bądź ostrożny, Bolt - powiedział delikatnie.

- Wszystko w porządku - zameldował służący. - Zasłony opuszczone.

Przypomniał sobie, co Annie znalazła obok ściennego telefonu w chacie Thrope'a, i 

zaczął   sprawdzać   biurko,   nad   którym   wisiał   telefon.   Nie   znalazł   żadnych   tajemniczych 

numerów wypisanych na kalendarzu ani na leżącym obok bloczku kartek.

W szufladzie nie było nic poza kilkoma piórami i książką telefoniczną Seattle. Nigdzie 

nie znalazł osobistego notatnika z adresami, żadnych zapisków, interesujących nazwisk.

Oliver przeszedł powoli do małego saloniku. Pospiesznie sprawdził szufladę stołu, ale 

nie znalazł w niej niczego poza tanią książką sensacyjną. Nie miał też szczęścia, gdy dołączył 

do Bolta w drugiej sypialni, której Cork używał w charakterze gabinetu.

- Nic - powiedział Bolt zamykając szufladę.

218

background image

- Zbyt wiele niczego. - Oliver skierował wąski snop światła na stary blat biurka Corka. 

- Tyle razy byłem w jego gabinecie w Lyncroft. Jest tym typem menedżera, który wszystkie 

ważne dokumenty trzyma na oku. Jego biurko jest zawsze zawalone papierami.

- Może jego rodzina wszystko uprzątnęła.

- Poinformowano mnie, że policji do dzisiaj nie udało się skontaktować ani z jego 

matką,   ani   z   siostrą   z   Wirginii.   Jeszcze   ich   nie   ma   w   Seattle.   Zgodnie   z   dokumentami 

osobistymi, Cork nie ma żadnych krewnych na Północno-Zachodnim Wybrzeżu.

- Istnieje druga możliwość - powiedział Bolt.

- Tak. - Oliver jeszcze raz rozejrzał się wokół i obaj ruszyli do kuchni. - Ktoś tutaj był 

przed nami.

- Jeśli  tak,  musiał   to być  ten  sam  człowiek,   który pomógł   Corkowi  wyskoczyć   z 

autostrady.

- Jeżeli to nie był wypadek.

- Fakt, że ktoś oczyścił jego osobiste rzeczy, jest dla mnie wystarczającym dowodem, 

że wypadek Corka wcale nie był wypadkiem - oświadczył Bolt.

Oliver analizował słowa służącego, kiedy wychodzili tą samą drogą, którą przyszli. 

Myślał również o kilku innych sprawach. Zanim cokolwiek powiedział, poczekał, aż dojdą do 

samochodu, który Bolt zostawił dwie przecznice dalej.

- To wszystko nie ma sensu. - Rain opadł na siedzenie auta i spoglądał w zamyśleniu 

przez   okno.  -  Najgorszy  scenariusz  przewiduje,  że   ktoś   zamordował  Daniela  Lyncrofta  i 

próbował zabić Barry'ego Corka. Ale gdzie mamy motyw?

- Jedyny motyw, o jakim można mówić, to chęć zniszczenia Lyncroft Unlimited - 

powiedział Bolt. - Być może to jedna z grup z Kalifornii?

-   Można   na   to   inaczej   spojrzeć   -   powiedział   powoli   Oliver.   -   Tego   wariantu   nie 

rozważaliśmy. Ktoś mógł zabić Daniela z zupełnie innych pobudek, takich, które nie mają 

związku   z   Lyncroft....   Ale   to   nie   ma   zbyt   wiele   sensu.   Daniel   nie   był   człowiekiem 

kolekcjonującym wrogów.

- I dlaczego  temu  komuś  zależałoby na tym,  żeby pani Rain nabrała wobec pana 

podejrzeń?   Po   co   otwierać   sprawę   śmierci   Daniela,   jeżeli   wszystko   wskazuje,   że   był   to 

wypadek? Dlaczego ktoś chciał się pozbyć Corka?

-   Mógł   wiedzieć   zbyt   wiele.   Był   też   wmieszany   w   sprawę   sprzedaży   informacji. 

Zabójca mógł opłacać go za dostarczanie informacji o planach Daniela. Może potrzebował 

tego, by zaaranżować wypadek lotniczy.

219

background image

- Wykorzystał Thrope'a do wykonania sabotażu i zdecydował się na usunięcie obu 

świadków: Thrope'a i Corka.

- Ta teoria pasuje do niektórych faktów - odpowiedział Oliver z zadumą.

- Jeżeli jest prawdziwa, to zabójca jest na wolności. Nikt nie zauważył, że Daniel 

Lyncroft   został   zamordowany.   Nikt   nie   zauważył   zniknięcia   Thrope'a.   Jeżeli   pan   też   nie 

ogłosi swoich informacji, nikt nie będzie kwestionował wypadku Corka. Dlaczego więc ten 

ktoś narusza swoje zwyczaje i usiłuje wzbudzić podejrzenia pani Rain w stosunku do pana?

Rain studiował światła miasta, gdy Bolt dojeżdżał do centrum.

- Jeżeli przyjmiemy, że zdestabilizowanie firmy Lyncroft nie było celem, to musimy 

rozejrzeć się za innym motywem.

- Daniel Lyncroft nie żyje. Ktoś usiłuje doprowadzić pana do upadku. Jeżeli to się uda, 

może pan na ładne parę lat powędrować do więzienia. - Bolt odwrócił się i spojrzał szybko na 

Olivera. - Wydaje mi się, że to pan jest celem, panie Rain.

- Ale po co takie okrężne metody? - Rain milczał przez chwilę. - Dlaczego mnie po 

prostu nie zamorduje? Dlaczego najpierw zadał sobie trud zamordowania Daniela Lyncrofta?

- Nie wiem - przyznał Bolt.

-  Dlaczego   też   miałby   zakładać,  że   zostanę   skazany  za   morderstwo?  Przecież  tak 

naprawdę   nie   ma   na   to  żadnych   dowodów.   Nie  ma   nawet   zwłok   Daniela   ani   szczątków 

samolotu. Mógłbym wynająć doskonałych adwokatów, gdyby sprawy potoczyły się źle. Mało 

prawdopodobne, żebym dokończył swoich dni odsiadując zabójstwo Daniela Lyncrofta.

- Zgadza się, ale rozgłos byłby bardzo brutalny dla rodziny - zauważył delikatnie Bolt.

- Tak. - Podobnie jak to się zdarzyło piętnaście lat temu, gdy zniknął ojciec, przyznał 

w duchu. Tylko tym razem to on, Oliver, przyczyniłby się do bólu i poniżenia członków 

rodziny. To było nie do pomyślenia.

- Zabójca może przygotować sfałszowane dowody - dodał służący.

- Zbyt skomplikowane.

- Może.

- Ale gdzie, do diabła, jest motyw? - mruknął Rain.

Zapadła dłuższa cisza, podczas której Bolt przemyślał wszystko od początku.

- Z mojego doświadczenia wynika, że są trzy główne motywy morderstwa, panie Rain: 

chciwość, namiętność i zemsta.

- Nie widać tutaj motywów finansowych - zauważył Oliver. - Zostaje więc namiętność 

i zemsta.

220

background image

- Powiedziałbym, że najbardziej prawdopodobna jest zemsta. Ale kto mógłby chcieć 

się zemścić na was obu, na panu i Danielu? Nie macie zbyt wiele wspólnego. Przecież nie 

żyjecie nawet w tych samych sferach. Pański związek z Danielem miał charakter wyłącznie 

zawodowy.

- Do niedawna - przypomniał Oliver. - Ostatnio ożeniłem się z jego siostrą. Przejąłem 

zarządzanie jego firmą.

- Ale obaj nie macie wspólnych znajomych ani wspólnych wrogów - drążył Bolt. - 

Sam pan zauważył, że Daniel Lyncroft nie miał chyba żadnego wroga.

- To nie jest cała prawda - powiedział powoli Oliver. - Ja i Daniel mieliśmy jednego 

wspólnego wroga.

- Kogo?

- Walkera Greshama. - Dziwne, jak często pamięć Raina powracała do tamtej nocy w 

magazynie na wyspie. - Kłopot w tym, że Gresham nie żyje.

- Jest pan tego absolutnie pewien?

- Tak - powiedział przypominając sobie wielką kałużę krwi na betonowej posadzce 

magazynu. - Jestem tego całkowicie pewien.

- W ten sposób wracamy do punktu wyjścia.

A

nnie czekała z herbatą na pełny raport z nocnych działań. Oliver i Bolt przedstawili 

szczegółowe sprawozdanie. Zasłużyła na to, pomyślał Rain. Tak często mu przypominała, że 

w centrum tych wszystkich zdarzeń jest jej brat. Daniel wciąż się znajdował na czele listy jej 

priorytetów.

- Wydaje mi się - odezwała się krocząc tam i z powrotem przez gabinet Olivera - że 

coś przeoczyliście.

- Co takiego? - Rain popijał herbatę obserwując, jak Annie wędruje po niewielkim w 

końcu pokoju. Ta kobieca energia i witalność niesamowicie go intrygowały. Mógłby siedzieć 

i przyglądać się jej godzinami, chociaż, gdyby miał wybór, wolałby się z nią kochać.

A miał taką możliwość. Była jego żoną. Poza tym powiedziała, że go kocha.

- Mówisz, że Gresham nie żyje i nie może stać za tym wszystkim. - Obróciła się na 

pięcie i zaczęła wędrówkę w przeciwnym kierunku. - A jeżeli ktoś inny chce go pomścić?

Oliver zatrzymał filiżankę w połowie drogi do ust. Utkwił wzrok w Annie i powoli 

odstawił herbatę na tacę. Widział, jak Bolt wyraźnie się poruszył.

221

background image

- Wątpię, żeby handlarze broni mieli tego typu przyjaciół, którzy porzuciliby swoje 

intratne zajęcia, by pomścić kolegę - oświadczył Rain. - Szczególnie po upływie pięciu lat.

- Kto mówi o przyjaciołach? A co z rodziną?

- Gresham nie miał rodziny. - Oliver potrząsnął głową. - W jego kartotece krewni nie 

figurowali. Nikt też nie zgłosił się po jego śmierci.

- Te twoje kartoteki! - Annie podeszła do biurka i dolała sobie herbaty. - Prawie każdy 

ma jakąś rodzinę. - Spojrzała na męża znad brzegu filiżanki. - Oboje wiemy, jak daleko mogą 

się posunąć niektórzy w obronie własnej rodziny.

- Pani ma rację - zgodził się ponuro Bolt.

-  Oboje   zapominacie,   że   Gresham   zmarł   pięć   lat   temu.   Gdzie   się   podziewał   jego 

mściciel przez te wszystkie lata? Dlaczego czekał tak długo, by wyrównać rachunki? - zapytał 

Oliver.

- Kto wie? - bąknęła Annie. - Może pięć lat zajęło mu wykrycie tego, co się właściwie 

wydarzyło  i kto jest temu winien. - Nagle jej oczy się rozszerzyły.  - O rany!  Coś sobie 

przypomniałam!

- Tak, pani Rain? - Bolt wychylił się do przodu.

Annie spojrzała na Olivera.

- Pamiętasz dzień naszego ślubu?

- Całkiem dokładnie - odpowiedział oschle. - Przecież to było niecałe dwa tygodnie 

temu.

-   Tak.   Właśnie.   Pamiętasz,   jak   Barry   Cork   podbiegł   do   mnie   i   powiedział,   że 

prawdopodobnie zamordowałeś Walkera Greshama, by zdobyć jego firmę?

Rain przyglądał się jej z całą uwagą, ale nie zobaczył w jej oczach podejrzliwości, a 

jedynie usilną koncentrację.

- Pamiętam.

- Skąd on wiedział o Greshamie? - zapytała.

-   Powiedziałem,   że   incydent   został   wyciszony,   ponieważ   nie   chciałem   rozgłosu. 

Wszystko wydarzyło się daleko od Seattle, ale to nie była tajemnica.

- Barry Cork przyjechał z Wirginii do Seattle kilka lat później - przypomniała Annie. - 

Skąd się dowiedział o śmierci Greshama?

- Cork sprzedawał informacje wielu ludziom - powiedział Bolt. - Może natknął się na 

kogoś, kto wiedział o tym wypadku.

222

background image

- Albo - ogłosiła triumfalnym głosem - dowiedział się o tym i przyjechał do Seattle, by 

wziąć odwet na was obu. Może podjął pracę w Lyncroft Unlimited tylko po to, by się zbliżyć 

do mojego brata i łatwiej knuć przeciwko niemu. A teraz wziął się za ciebie, Oliverze.

Rain patrzył na żonę z nie ukrywanym podziwem.

- Interesująca teoria, ale nie daje odpowiedzi na jedno pytanie: kto usiłował zabić 

Corka?

- To może być przypadek - wtrącił się Bolt. - Wiemy, że Cork grał w niebezpieczną 

grę. Ludzie, którzy sprzedają informacje,  często przekraczają inne granice, uprawiając na 

przykład szantaż. Może jedna z ofiar podjęła drastyczne kroki, żeby go uciszyć.

Annie zgodziła się z Boltem kiwając głową.

- Jeżeli Barry jest szantażystą, to musi mieć wrogów.

- Do tego dochodzi, kiedy brak kompletnych danych osobowych - skwitował Oliver. - 

Próbowałem   przekonać   Daniela,   jak   ważne   jest   utrzymanie   dobrych   kartotek   o 

najważniejszych ludziach związanych z firmą. Zawsze był zbyt łatwowierny. - Zignorował 

grymas Annie i spojrzał na Bolta. - Wyciągnij stare akta Greshama. Są w moim osobistym 

archiwum. Nigdy takich rzeczy nie wyrzucam.

- Naturalnie - mruknęła Annie.

- Wątpię, czy znajdziemy tam coś ciekawego - powiedział Oliver - ale popróbować nie 

zaszkodzi. Może znajdą się tam jakieś informacje o związkach Greshama i Corka.

- Zrobię to natychmiast. - Bolt wstał i pospiesznie wyszedł.

Oliver poczekał, aż zostanie sam z Annie.

- Przepraszam - powiedział cicho - ale wszystko, co wiemy dotychczas, coraz bardziej 

wskazuje na to, że samolot Daniela nie spadł przypadkowo.

- Wiem. - Odwróciła się do okna i wierzchem rękawa otarła oczy. - Ale ciągle wierzę, 

że on żyje. Wiem, że tak jest. - Wahała się przez chwilę. - Podobnie przeczuwałabym, gdyby 

coś się z tobą stało.

Oliver nie wiedział, co na to odpowiedzieć. Wstał i podszedł do Annie. Położył jej 

ręce na ramionach i delikatnie przyciągnął do siebie.

Przez długą chwilę oboje stali razem w ciszy i wpatrywali się w ciemność zimowej 

nocy.

223

background image

Rozdział dziewiętnasty

J

oanno, uspokój się. Wszystko dobrze się skończy. - Annie skuliła się nad parującą 

filiżanką kawy z mlekiem i rozmyślała, czy to będzie rozsądne, jeżeli przekaże jej ostatnie 

wieści. Przypomniała sobie, że nie ma zbyt wielkiego wyboru w tej materii. Joanna zaręczyła 

się z Danielem i nosiła jego dziecko. Miała prawo wiedzieć, co do tej pory wykryli.

Niemniej obawiała się, że ostatnie wiadomości mogą okazać się dla niej zbyt trudne. 

Narzeczona   brata   wyglądała   tego   wieczoru   na   bardziej   zmęczoną   i   załamaną   niż 

kiedykolwiek.

Siedziały   przy   maleńkim   stoliku   przed   kominkiem,   w   którym   huczał   ogień.   Stare 

czerwone   cegły   ścian   kawiarni   nadawały   przytulność   wysokiej   sali.   Gwar   rozmów 

fachowców i urzędników z Pioneer Square podczas ich porannej przerwy na kawę wypełniał 

każdy zakątek.

Takie przerwy to poważna sprawa w Seattle. Tu nikt nie pija kawy rozpuszczalnej. 

Wielu ludzi uważa, że poza Seattle nie można w ogóle dostać filiżanki dobrej kawy. Takie 

kawiarnie jak ta, w której siedziały, mają więc zapewnione duże dochody.

Joanna   rozejrzała   się,   by   się   upewnić,   czy   nikt   nie   podsłuchuje.   Pochyliła   się   do 

przodu.

- Na miłość boską, rozmawiamy o morderstwie. Mówisz, że ktoś chciał zabić Daniela?

- To całkiem możliwe.

- Ale bez sensu. Kto chciałby go zabić?

- Motywem mogą być wydarzenia sprzed pięciu lat. - Annie pospiesznie opowiedziała 

historię,   która   doprowadziła   do   strzelaniny   w   magazynie.   -   Daniel   znalazł   dowody,   że 

Gresham handlował bronią. Tak mówi Oliver. Tej nocy, kiedy został zabity, Daniel był tam 

razem z Rainem.

- Daniel nigdy mi nie mówił, że był zamieszany w tak niebezpieczne sprawy. - Głos 

Joanny przeszedł w pisk tak płynnie, że ostatnie słowa były już ledwie rozpoznawalne.

- Nie znałaś go przed pięciu laty - przypomniała jej Annie. - Jeżeli sprawi ci to ulgę, to 

dowiedz się, że mnie o tym też nie powiedział. Oni, to znaczy mężczyźni, chronią nas chyba 

w ten sposób przed nieprzyjemnymi wiadomościami.

- Wszystko, co się teraz wydarzyło - powiedziała ponuro Joanna - to wina Raina.

224

background image

- Nie powiedziałam tego. - Annie nagle się wyprostowała. - Mówię tylko, że może 

istnieć powiązanie pomiędzy zaginięciem Daniela a śledztwem, które obaj prowadzili przed 

pięciu laty.

-   Wszystko   jedno.   Wiem,   że   Oliver   Rain   jest   niebezpieczny.   Każdy   to   wie.   Nie 

powinnaś nigdy wychodzić za niego. Nawet po to, by uratować Lyncroft Unlimited.

-  Czy  możesz   się  uspokoić?   -  Annie   rzuciła  wymowne  spojrzenie  na  małżeństwo 

pijące kawę z ekspresu przy sąsiednim stoliku. - Nad wszystkim panujemy.

- Nad niczym nie panujecie. Ten bałagan robi się coraz straszniejszy z minuty na 

minutę. Annie, powinnaś natychmiast wystąpić o rozwód.

- Dlaczego? - zapytała bezgranicznie zdumiona.

- To jedyny sposób pozbycia się Raina. Boję się go, Annie. Denerwował mnie od 

początku, a teraz rzeczywiście zaczął mnie przerażać.

- Trudno, ale mnie nie przeraża. Przyznaję, że ma trochę osobistych kłopotów, ale nie 

jest niebezpieczny. Przynajmniej nie dla mnie ani dla ciebie, ani dla Lyncroft Unlimited.

- Posłuchaj - powiedziała Joanna pospiesznie - nie chcę, byś ryzykowała, rozumiesz? 

Coś się tutaj dzieje, o czym  nie mamy zielonego pojęcia. Myślę, że powinnaś się z tego 

wyplątać natychmiast, a jedynym sposobem na to jest rozwód z Rainem.

- Jestem absolutnie bezpieczna - zapewniła ją Annie. Odstawiła filiżankę i wstała od 

stolika.   -   Przykro   mi,   że   cię   zdenerwowałam.   -   Narzuciła   płaszcz   przeciwdeszczowy.   - 

Chciałam ci tylko przekazać najnowsze wiadomości. Nie chcę jednak, żebyś się martwiła. 

Wszystko będzie w porządku.

- Bez urazy, Annie, ale nie uspokoiło mnie to ani na jotę. - Joanna wstała i wzięła swój 

płaszcz, który wisiał na poręczy krzesła. - Co masz zamiar zrobić?

- Po pierwsze dostarczę to do klienta w zespole adwokackim przy tej ulicy. - Annie 

podniosła wielką szklaną papugę, która stała na stoliku. Figurka była owinięta w folię dla 

ochrony przed deszczem. - Potem wrócę do sklepu i zadzwonię do ciebie, jak tylko zdobędę 

nowe wiadomości.

- Annie, proszę, przemyśl to, co powiedziałam. - Joanna położyła rękę na jej ramieniu. 

- Wpadłaś powyżej uszu. Chcę, żebyś się rozwiodła z Rainem.

- Czy tego nie widzisz? Oliver nie jest problemem. Przeciwnie: jest rozwiązaniem. - 

Włożyła papugę pod pachę, naciągnęła kaptur płaszcza przeciwdeszczowego i pospieszyła do 

wyjścia.

Pół godziny później, po dostarczeniu papugi do jej nowego właściciela, wróciła do 

„Sezamu”.

225

background image

Sybil czekała na nią z głębokim niepokojem w oczach.

- Cześć, Sybil! - Annie poprosiła ją do biura. - Coś złego?

-   Chciałam   z   tobą   porozmawiać.   Słyszałam   dziwne   pogłoski   na   wczorajszym 

wernisażu Valerie. Zaczęły krążyć bezpośrednio po waszym wyjściu. Czy to prawda?

- Usiądź. Jakie pogłoski? - Annie strząsnęła krople deszczu ze swojego płaszcza i 

powiesiła go na wieszaku w kształcie głowy pawia.

- Na pewno się dziwisz, dlaczego ja się tym tak przejmuję - powiedziała Sybil siadając 

na krześle. - Wiesz doskonale, że nie miałam zbyt dobrych stosunków z Oliverem w ostatnich 

latach. Ale mimo wszystko...

- Poczekaj! Zanim zaczniemy rozważać, co cię niepokoi w tych pogłoskach, może 

najpierw mi powiesz, o co w nich chodzi.

- Mówię o pogłoskach o waszym rozwodzie - wyrzuciła z siebie Sybil.

Annie opadła szczęka.

- O naszym rozwodzie?!

- Przyznaję, że Oliver może być skrajnie trudny.

- Czekaj, czekaj! Chwileczkę! - Annie energicznie gestykulowała, by uciszyć Sybil. - 

Jaki rozwód?

- Czy myślisz, że utrzymasz to w tajemnicy? To nieprawdopodobne. Annie, wiem, że 

to zabrzmi dziwnie, ale proszę cię, żebyś się zastanowiła i jeszcze to przemyślała.

- Ale co mam przemyśleć? Nie zamierzam się rozwodzić. Przynajmniej nic o tym nie 

wiem.   Oliver   czasami   jest   skryty,   ale   jestem   pewna,   że   gdyby   miał   wystąpić   o   rozwód, 

wiedziałabym o tym pierwsza. Jego komunikatywność ostatnio znacznie się poprawiła.

- Nie pojmuję. - Sybil przyglądała się jej uważnie. - Mówisz, że to tylko pogłoski?

- Absolutnie.

- Ale całe miasto o tym mówi.

- Wątpię. - Zachichotała. - Mówisz chyba o ludziach z kręgu twoich przyjaciół. Ale 

zapewniam cię, że nie jest to całe Seattle.

Sybil   machnęła   ręką   dając   do   zrozumienia,   że   niezbyt   ją   interesuje   reszta 

mieszkańców tego miasta.

- Chciałam powiedzieć, że niemal wszyscy o tym mówili pod koniec wernisażu. A to, 

że szybko opuściliście wystawę, dolało tylko oliwy do ognia.

- Przecież znasz Olivera - jęknęła Annie. - Nie zniża się do przeprosin czy wyjaśnień. 

Chce wyjść, i wychodzi. Nie ma w tym nic nadzwyczajnego.

226

background image

- Jesteś pewna? - Sybil nie wyglądała na przekonaną. - Bądźmy ze sobą szczere. Obie 

wiemy, że twój ślub z Oliverem został zawarty ze względu na interesy. Doskonale sobie zdaję 

sprawę z tego, że Oliver strasznie chciał przejąć Lyncroft Unlimited.

- Tak uważasz?

- Z całą pewnością. Wszyscy o tym wiedzą.

Annie przypomniała sobie słowa Raina o tym, jak mało ważna jest firma Lyncroft w 

jego wielkim portfelu inwestycyjnym. W zamyśleniu skubała dolną wargę.

- Było odwrotnie, Sybil. Oliver oddał mi przysługę ratując Lyncroft.

- Już on się o to postarał, że w to wierzysz. - Sybil uśmiechnęła się kwaśno. - Gdybyś 

go znała tak długo jak ja, wiedziałabyś, że on nie wyświadcza nikomu przysługi, jeżeli nie 

wyciągnie z tego korzyści dla siebie. Ale nie warto teraz o tym mówić.

- Cieszę się, że doszłaś do takiego wniosku.

- Chodzi o to - kontynuowała Sybil - że Oliver zmienił się po ślubie z tobą. Mówiąc 

bez osłonek, wszystkim nam podobają się te zmiany.

- Wszystkim?

- Całej rodzinie. Przy tobie stał się bardziej wyrozumiały i wrażliwy.

- Dziękuję. - Annie była szczerze wzruszona.

- My też podziękujemy, jeżeli go nie opuścisz. - Sybil zacisnęła usta. - Myślę, że jeśli 

go porzucisz, powróci do swoich dawnych przyzwyczajeń.

- Sybil, to wszystko jest całkowicie zbyteczne. Słowo honoru, że ani Oliver, ani ja 

nawet nie myślimy o rozwodzie.

Sybil zmarszczyła brwi.

- Więc skąd się wzięły te pogłoski?

- Nie mam najmniejszego  pojęcia.  - Annie wyprostowała  się i zaczęła  przekładać 

jakieś papiery. - A teraz, jeżeli to już wszystko, co cię niepokoiło, to się odpręż. Jeśli nie masz 

nic przeciwko temu, wrócę do pracy. Próbuję utrzymać przy życiu ten kram.

- Widzę. - Sybil wstała z krzesła.

Annie natychmiast pożałowała, że odezwała się tak gburowato.

- Przepraszam. Ale wydarzenia biegną ostatnio jak lawina i trochę mnie przysypało.

- Wszystko w porządku. - Sybil podeszła do drzwi i się odwróciła. - Naprawdę nie 

masz zamiaru występować o rozwód?

- Nie - odpowiedziała wesoło Annie.

227

background image

-   Pierwsza   bym   zrozumiała.   Jak   mówiłam,   nie   przeczę,   że   Oliver   jest   trudnym 

człowiekiem, ale ty jesteś dla niego dobra. To chyba bardzo egoistyczne z mojej strony i ze 

strony reszty rodziny, ale chcielibyśmy, żeby wasze małżeństwo trwało jak najdłużej.

- Doceniam twoje dobre intencje.

Sybil sprawiała wrażenie, że chce coś jeszcze powiedzieć, ale zmieniła zdanie i wyszła 

z biura. Annie usiadła i długo patrzyła na drzwi, które zamknęły się za teściową.

T

ego wieczoru Annie nakładała  kuskus na wielki półmisek i polewała  go bardzo 

gorącym sosem warzywnym. Kątem oka obserwowała Olivera oczekując chwili, kiedy mąż 

się psychicznie odsłoni. Nalała wino do dwóch kieliszków, poczekała, aż opróżni pierwszą 

porcję i pospieszyła nalać następną.

- Ciekawe dlaczego zaczęły nagle krążyć pogłoski o naszym rozwodzie? - zapytała, 

celowo używając lekkiego tonu.

Butelka wina uderzyła o kontuar z głośnym trzaskiem. Oliver obrócił się natychmiast i 

spojrzał na nią zimnym wzrokiem.

- O czym ty mówisz, do diabła?

Annie odczuła wielką ulgę.

-   Sybil   powiedziała,   że   po   naszym   wyjściu   z   wernisażu   zaczęło   krążyć   mnóstwo 

pogłosek na nasz temat. Ludzie mówią, że wystąpiliśmy o rozwód.

- To jeden z powodów, dla których nie biorę zbyt często udziału w takich imprezach. - 

Zacisnął zęby. - Wszędzie kursuje mnóstwo głupich plotek.

- Hmmm...

- A ta plotka jest wyjątkowo głupia, prawda? - zapytał lodowatym tonem.

- Uwierz mi, Oliverze - Annie uśmiechnęła się czule - jeśli kiedykolwiek zdecyduję 

się na rozwód, ty dowiesz się pierwszy. - Zamilkła celowo na chwilę. - Przypuszczam, że ty 

również zrobisz mi taką grzeczność.

- Nie ma powodu nawet o tym mówić. - Wściekłość wykrzywiła mu rysy twarzy. - 

Wszystko przecież układa się doskonale.

- Tak uważasz?

- Co masz na myśli?

- Nieważne. - Annie wniosła dymiący półmisek i postawiła go przed mężem. - Byłam 

tylko ciekawa, skąd się wzięły plotki, i to wszystko.

- Myślałaś, że ja je zapoczątkowałem, ponieważ coś powiedziałem czy zrobiłem?

228

background image

- Sybil mówiła, że wszyscy o tym mówili. - Annie usiadła i zaczęła podawać jedzenie. 

- A więc kto rozpuścił te plotki? Nie jesteś ciekawy?

- Nie. - Oliver usiadł naprzeciw niej. Nie spuszczał wzroku z jej twarzy. - Ludzie 

zawsze gadają. To nie znaczy, że warto słuchać.

- Zapamiętam to - odpowiedziała oschle i wzięła na widelec trochę kuskus.

Oliver sięgnął przez stół i złapał ją za rękę.

- Annie?

Odłożyła widelec i spojrzała mu prosto w oczy.

- Co takiego?

-   Jeżeli   będziesz   miała   jakiekolwiek   kłopoty   z   naszym   małżeństwem,   to   najpierw 

przyjdziesz do mnie. Zgoda?

Podniosła jego rękę do ust i pocałowała stwardniałą dłoń.

- Zgoda.

- Annie... - odezwał się łagodnie.

Zadzwonił telefon w kuchni. Oliver niechętnie podniósł słuchawkę.

- Halo? Tak, to ty Bolt? Co znalazłeś?

Annie niecierpliwie tupała nogą pod stołem i obserwując Olivera usiłowała odgadnąć, 

co mówi Bolt. Jednak niełatwo zrozumieć rozmowę, gdy się słyszy wypowiedzi tylko jednej 

strony.

- Brat? - Rain pocierał ręką kark. -W mojej kartotece nie było żadnej informacji o 

żadnym   bracie   Greshama.   -  Zamilkł   i  słuchał.   -  Zgoda.   Trzymaj   się   tego.   Zadzwoń,   jak 

znajdziesz coś konkretnego.

Odwiesił słuchawkę i wrócił do stołu.

- I co? - zapytała Annie.

- Wygląda na to, że Walker Gresham miał brata.

- Wiedziałam - powiedziała z satysfakcją. - Wiedziałam, że musi być ktoś trzeci.

- Nie podniecaj się. Istnieje świadectwo urodzenia w Phoenix, ale nic więcej. Ani 

numerów kont bankowych, ani wpisu na listy wyborcze. Nic.

- Może nie żyje?

- Za godzinę Bolt wyjeżdża do Arizony. Sprawdzi dokładniej.

Annie poczuła, jak dreszcz niepokoju przebiega przez jej plecy.

- Nie podoba mi się to wszystko.

- Mnie też nie. Jeżeli okaże się, że Barry Cork jest młodszym bratem Greshama, to 

wyjaśni wiele spraw.

229

background image

A

nnie   zachwalała   niezdecydowanemu   klientowi   interesujące   aspekty   fałszywego 

lustra, gdy zadzwonił telefon. Odebrała Ella.

- Czy nie lubi pan, kiedy olejny obraz na szkle lustra zwodzi oko i wydaje się, że 

wygląda pan przez otwarte okno? - Annie podziwiała lustro. - Bardzo efektowne i unikatowe.

Klient, młody mężczyzna, który meblował swoje pierwsze mieszkanie, wyglądał w 

dalszym ciągu na niezdecydowanego.

- Nie wiem. Wydaje mi się, że lustro powinno wyglądać jak lustro. To znaczy, chcę 

się w nim zobaczyć, gdy spojrzę. Po co miałbym oglądać w nim jakiś obrazek otwartego 

okna?

- Pańscy goście  będą zafascynowani  - zapewniła gładko.  - Doskonały pretekst  do 

nawiązania rozmowy. Każdy zauważy takie lustro.

- Tak. Ale czy to jest sztuka? Moja narzeczona powiedziała, że muszę kupić jakieś 

dzieło sztuki do hallu.

- Jest to odważny przejaw fantazji artystycznej - wyjaśniła. - Dzieło jedyne w swoim 

rodzaju,   które   ożywi   resztę   pańskiego   wystroju   wnętrza   i   będzie   interesującym 

kontrapunktem w hallu.

- Tak pani myśli? Narzeczona ostrzegała mnie, żeby nie kupować jakiejś szmiry.

- To lustro z pewnością nie jest szmirą.

- Ale czy to jest dzieło sztuki? - zapytał znowu młodzieniec spoglądając coraz bardziej 

nieufnie.

- Przepraszam, Annie - przerwała im Ella. - To sekretarka pana Raina, pani Jameson, a 

raczej jej asystentka.

- Czego ona może chcieć? - Spojrzała na Ellę zaskoczona.

- Mówi, że ma wiadomość od pana Raina. Wydarzyło się coś ważnego. Masz się z nim 

spotkać w domu.

- Oliver chce, żebym teraz pojechała do domu? - zapytała zaskoczona.

- Mówiła, że to bardzo ważne - potwierdziła Ella.

- Przepraszam - zwróciła się do klienta. Okrążyła kontuar i wzięła telefon z ręki Elli.

- Mówi Annie. Czy coś się stało?

- Och, nie! Nie chciałam wywoływać takiego zamieszania. - Kobieta po drugiej stronie 

telefonu   mówiła   pospiesznie.   -   Pani   Jameson   jest   bardzo   zajęta   w   tej   chwili.   Wykonuje 

specjalne   zadanie   dla   pana   Raina.   Prosiła   mnie   o   przekazanie   wiadomości,   że   pani   mąż 

230

background image

chciałby się z panią spotkać w domu tak szybko, jak to tylko możliwe. Pan Rain jest już w 

drodze.

- W porządku. Dziękuję. - Annie odłożyła słuchawkę na widełki.

- Co się stało? - zapytała Ella.

- O ile wiem, to nic. Ale muszę pobiec do domu. Wrócę, jak tylko będę mogła. - 

Zniżyła głos. - Zajmij się tym klientem, dobrze?

- Moja wielka szansa - mruknęła. - Zobaczę, czy uda mi się wcisnąć mu słonia.

- Powiedz mu, że to dzieło sztuki.

A

nnie otworzyła drzwi do apartamentu i weszła do środka.

- Oliver?

Przysłuchiwała się głębokiej ciszy. Najwidoczniej przyjechała wcześniej od niego.

Zamknęła drzwi, odłożyła torebkę i pomaszerowała przez hall do gabinetu. Poczucie 

niepewności szarpnęło jej nerwami. Wrażenie było podobne do tego, którego doświadczyła w 

chacie Wally'ego Thrope'a.

Wszystko w porządku, uspokajała się sama. Oliver zdobył jakieś nowe informacje o 

Danielu. Chyba dobre wiadomości, wmawiała sobie dla podtrzymania optymizmu. Muszą to 

być dobre nowiny.

-   Oliver?   -   Wetknęła   głowę   do   pokoju   i   zobaczyła   znajomy   stożek   światła 

halogenowej   lampy.   Oświetlała   ładnie   ułożoną   stertę   papierów.   Reszta   pokoju   tonęła   w 

ciemnościach.

- Boję się, że pani mąż jeszcze nie przybył, pani Rain. - Z cienia wyszedł Jonathan 

Grace. Światło z hallu odbiło się od jego okularów i pistoletu, który trzymał w dłoni.

Annie zdrętwiała z przerażenia. Chwilę później zaczęły jej drżeć palce, gdy adrenalina 

rozpłynęła się we krwi po całym organizmie.

- Co pan tutaj robi?

-   Czekam.   Czekałem   bardzo   długo,   pani   Rain.   Myślę,   że   mogę   poczekać   jeszcze 

trochę. - Pistoletem wskazał jej drogę do hallu. - Pójdziemy sobie do szklarni, dobrze?

Annie nawet nie drgnęła.

- Po co? - zapytała.

- Wydaje mi się, że to będzie idealne miejsce na maleńką sprzeczkę małżeńską, którą 

zaplanowałem.  - Uśmiech  Grace'a był  pozbawiony wszelkich  uczuć z wyjątkiem  ponurej 

satysfakcji.

231

background image

- O czym pan mówi? - zapytała z przerażeniem w głosie.

- Czy mam cię uczyć, jak się urządza małżeńskie sprzeczki? Zrozumiałaś, że Rain 

ożenił   się   z   tobą   tylko   po   to,   aby  położyć   łapę   na   Lyncroft   Unlimited.   Jesteś   urażona   i 

upokorzona. Wściekła. Zamierzasz natychmiast wystąpić o rozwód.

- To ty puściłeś te plotki o rozwodzie?

- Położyłem fundament pod dzisiejsze wydarzenia. - Uśmiechnął się zimno. - A teraz? 

Rain   jest   wściekły.   Grozi   ci.   Przestraszyłaś   się   tego   niebezpiecznego   człowieka,   Olivera 

Raina. Człowieka, który już raz zabił. Dlatego, moja droga, zabijesz go w obronie własnej.

- Czyś ty oszalał? - zapytała. - Nikt w to nie uwierzy.

- Uwierzą. Zaplanowałem wszystko bardzo dokładnie.

- Wszystkiemu zaprzeczę.

- Boję się, że nie będziesz miała okazji – wyjaśnił krótko i spojrzał na zegarek. - 

Chodźmy na górę. Oczekuję, że Rain wejdzie tu za godzinę. Chciałbym się przygotować na 

jego przyjście.

- Ktoś w jego biurze powiedział, że już dawno wyszedł do domu - rzuciła pospiesznie 

Annie.

- Osoba, która dzwoniła do ciebie, żeby przekazać wiadomość Raina, nie dzwoniła z 

jego biura. Nie wie nawet, gdzie to biuro się mieści. To młoda osoba z ulicy, która zgodziła 

się wyświadczyć drobną przysługę za garść srebrników. Dałem jej dwadzieścia dolarów za 

ten telefon.

- To szaleństwo. Nie możesz tego zrobić. Nic z tego nie wyjdzie.

- Nie martw się, Rain nie będzie miał żadnych powodów do obaw, gdy wejdzie przez 

frontowe drzwi. Jego wierny Bolt wyjechał z miasta. Zobaczy twoją torebkę na stoliku i 

będzie przekonany, że jesteś w domu.

- Przyjdzie tutaj mnie szukać - powiedziała powoli.

- Racja. Gdy cię nie znajdzie w mieszkaniu, spróbuje na dachu. I tam będziemy na 

niego czekać.

- Nigdzie nie idę - oświadczyła twardo.

Grace   nic   nie   powiedział.   Zrobił   tylko   dwa   szybkie   kroki   ku   Annie   i   uderzył   ją 

wierzchem dłoni w policzek. Potknęła się i niemal upadła. Wytoczyła się do hallu. Grace 

doskoczył tak szybko, że nawet nie zauważyła, kiedy zamierzył się po raz drugi.

Jonathan obejrzał ją i kiwnął głową, najwidoczniej zadowolony z efektu.

- Kilka siniaków nigdy nie zawadzi. Nikt nie będzie zaskoczony, że Oliver Rain użył 

siły przeciwko swojej ślubnej.

232

background image

Złapał Annie za ramię i połaszczył na schody prowadzące na dach.

O

liver   siedział   przy   biurku   czekając   na   telefon   od   Bolta   z   najnowszymi 

informacjami.  Ostatnio   dzwonił  dwie   godziny  temu,  zakomunikował   mu,   że  znalazł  parę 

odpowiedzi, a więcej zdobędzie przed zakończeniem dnia pracy.

Niecierpliwie   spoglądał   na   zegar.   Była   już   za   kwadrans   szósta.   Biura   Lyncroft 

opustoszały, nie licząc kilku maruderów siedzących po godzinach.

Zadzwonił telefon. Oliver złapał za słuchawkę.

- Bolt?

- Tak. Mamy wielki problem, panie Rain. - Bolt był wyjątkowo spięty. - Brat Walkera 

Greshama nazywa się John Gresham. Cieszył się dobrym zdrowiem w więzieniu w Teksasie. 

Odsiadywał mnóstwo sprawek, włączając w to napady z użyciem broni. Zamknęli go w tym 

czasie, gdy jego brat zginął. Na początku tego roku zwolniono go warunkowo.

- To wyjaśnia, dlaczego dopiero teraz próbuje się zemścić.

- Tak, proszę pana.

-   To   znaczy,   że   nie   poszukujemy   Corka.   On   od   dwóch   lat   pracuje   w   Seattle   w 

Lyncroft. Nie mógł w tym czasie siedzieć w więzieniu - dodał Oliver.

- Racja. Cork nie jest bratem Greshama - powiedział złowieszczo Bolt. - Rysopis i 

zdjęcie, które trzymam w ręku, odpowiadają Jonathanowi Grace'owi. Nawet okulary są te 

same.

- Grace? - Oliver zacisnął rękę na słuchawce. - Jesteś pewien?

- Absolutnie. To wszystko wyjaśnia. Włącznie z tym, że miał możliwość zdobycia 

pańskiego prywatnego numeru telefonu.

Oliver wpatrywał się w ścianę swojego gabinetu.

- Myślisz, że Sybil jest w to wplątana? Że mu pomaga?

- Nie wiem, proszę pana - odpowiedział naturalnym głosem. - Niekoniecznie. On z nią 

sypia. Bez trudności może wydostać od niej dowolne informacje, jakie są mu potrzebne, bez 

jej wiedzy. Wydaje mi się, że ona jest nieświadomym uczestnikiem.

- Wykorzystuje ją?

- Prawdopodobnie też wykorzystał Corka.

- Żeby otrzymać informacje o planach lotów Daniela? To się staje sensowne. Grace 

był chyba tym klientem Corka z Seattle, którego tak się obawiał Daniel.

- I co dalej?

233

background image

- Jeżeli chodzi o dowody, to nie posunęliśmy się nawet na krok. Nie mamy nic na 

Grace'a, ale teraz wiemy, kogo obserwować i gdzie szukać. Wkrótce będzie musiał wykonać 

jakiś ruch. A wtedy go dostaniemy.

- Wrócę do Seattle około północy. Rozpocznę inwigilację na okrągło - przyrzekł Bolt. 

- A co z pańską macochą? Zostanie ostrzeżona?

- Nie. Znalazłaby się w niebezpieczeństwie. Cholera, ona nie uwierzy,  nawet jeśli 

powiem jej całą prawdę. - Zmarszczył brwi. - Może nawet nie będzie jej na niczym zależało.

- Nie zgadzam się. Annie ma  rację, że Sybil  jest zainteresowana  fortuną Rainów. 

Może dla niej będzie bezpieczniej w tej krytycznej chwili, gdy nie zostanie zaalarmowana. 

Grace może uznać ją za niepewną, jeżeli zauważy, że zachowuje się podejrzanie.

- Nic nie zrobię, dopóki nie wrócisz. Wtedy rozejrzymy się za niezbędnymi dowodami 

- powiedział cicho Oliver.

- Nie będzie to trudne, w końcu wiemy, kogo śledzić i gdzie szukać.

Oliver odłożył słuchawkę i zaraz potem zadzwonił do sklepu Annie. Ella odebrała 

telefon po drugim dzwonku.

- Ella, mówi Oliver Rain. Czy mogę prosić Annie?

- Ach, nie - odpowiedziała całkowicie zaskoczona.

- Czyżby już pojechała do domu?

- Panie Rain, pojechała godzinę temu, żeby się z panem spotkać. Tak powiedziała.

- O czym ty mówisz?

- Otrzymała  wiadomość  - powiedziała Ella  jak najszybciej  - i udała się prosto do 

domu, bo miał pan tam na nią czekać. Myślę, że jest już tam od dłuższego czasu.

Oliver usiłował zapanować nad głosem.

- Jaką wiadomość?

-   Dzwoniła   asystentka   pani   Jameson.   Powiedziała,   że   pan   prosił   Annie,   żeby   jak 

najszybciej wróciła do domu. To wszystko, co wiem, proszę pana.

Oliver rzucił słuchawkę na widełki i pobiegł do drzwi.

234

background image

Rozdział dwudziesty

O

liver   musiał   zmobilizować   wszystkie   swoje   siły   psychiczne,   aby   wysiąść   na 

szóstym piętrze i udać się do apartamentu Bolta. Instynkt nakazywał mu pojechać wprost na 

górę, otworzyć z trzaskiem drzwi i odnaleźć Annie bezpieczną i zdrową. Dozorca potwierdził, 

że pani Rain jest w budynku, ponieważ widział, jak przybiegła.

Logika podpowiadała Oliverowi, że idąc wprost do mieszkania najpewniej wpadłby w 

zasadzkę, w której już chyba znalazła się Annie.

Dozorca stwierdził, że nie widział nikogo o wyglądzie Johna Greshama wchodzącego 

do domu, ale Oliver nie przywiązywał do tego wagi. Greshamowi nie sprawiłoby trudności 

przebranie się za dostawcę lub inną osobę o niewinnym wyglądzie. Gdy tylko dostał się do 

windy, mógł wjechać na dwudzieste szóste piętro. Kod dostał pewnie od Sybil. Włamanie do 

apartamentów nie stanowiło żadnego problemu dla osoby o doświadczeniu Greshama. System 

ochrony był dobry, ale nie ma systemów absolutnie niezawodnych.

Otworzył   drzwi   Bolta   i   wszedł   do   środka.   Bardziej   potrzebował   informacji   niż 

pomysłów strategicznych. Apartament był pogrążony w ciemnościach. Była godzina szósta i 

zimowa noc położyła się ciężko na całym mieście. Mimo to ruch pojazdów nie zmniejszył się. 

Oliver podszedł do pulpitu interkomu i systematycznie naciskał kolejne guziki. Przysłuchiwał 

się w napięciu sprawdzając kolejne pomieszczenia.

W kuchni, w gabinecie i w salonie panowała idealna cisza. Wszędzie cisza. Napięcie, 

które   ścisnęło   mu   wnętrzności   ze   zwiększoną   siłą,   sięgnęło   zenitu,   gdy   przełączył   na 

sypialnię.

Znowu cisza.

Może Annie tam nie ma, pomyślał. To przypuszczenie nie zmniejszyło obaw. Może 

zjawił się za późno. Może jest ranna, może umiera gdzieś tam na górze, podczas gdy on 

zabawia się tymi przeklętymi guzikami.

Przytłumił strach, który mógł się tak łatwo przerodzić w panikę. Zaczął myśleć. Albo 

utrzyma kontrolę nad sobą, albo nie będzie miał najmniejszej szansy opanowania sytuacji.

Przemyślał jeszcze raz wszystko, co przyszło mu do głowy w drodze do domu. Było 

oczywiste, że Gresham zdecydował się na ruch. Tylko to mogło wyjaśnić telefon, który Annie 

odebrała w „Sezamie”.

235

background image

Istniały   dwie   możliwości.   Albo   porwał   Annie   i   wyprowadził   ją   z   budynku.   Taka 

wersja byłaby trudna do zrealizowania ze względu na dozorcę i kamery ochrony. Albo jest 

razem z Annie na górze i czeka na swój prawdziwy cel.

Oliver   nacisnął   przyciski   interkomu   łączące   z   hallem.   Znowu   nic.   Jego   palce 

zatrzymały się na przycisku „Szklarnia”. Powoli go nacisnął. Wstrzymał oddech, gdy usłyszał 

głos Annie. Brzmiał ostro, pełen oburzenia i oskarżeń.

- Co zrobiłeś z Wallym Thrope'em? - pytała. Jeżeli się bała, to starannie ukrywała 

strach.

- Thrope wiedział za dużo - odpowiedział lekko Gresham. - Upewniłem się, że nie 

wie, z kim prowadzi interesy. Wszystko z nim uzgadniałem przez telefon. Wpadł w panikę po 

katastrofie samolotu Lyncrofta. Bałem się, że poleci na policję i wszystko wypaple, więc się 

go pozbyłem.

- Czy z tego samego powodu próbowałeś zabić Corka? - zapytała. - Też wiedział zbyt 

dużo?

- Cork był sprytniejszy niż Thrope. Wszystko uzgodniłem z nim przez telefon, ale 

zaczął nabierać podejrzeń. Miał tyle informacji, że odważył się na szantaż.

- Załatwiłeś go tak, że wyglądało to na wypadek?

- Nie był mi dłużej potrzebny - odrzekł Gresham po prostu. - Stał się ciężarem.

-   Jesteś   potworem   -   szepnęła   Annie.   -   Mówisz   mi,   że   to   wszystko   zrobiłeś,   aby 

pomścić brata, ale ty po prostu lubisz zabijać ludzi. A na to nie ma wytłumaczenia.

Oliver zadrżał. Annie wstąpiła na ścieżkę wojenną.

- Nie mam zamiaru się przed tobą usprawiedliwiać, paniusiu. A teraz zamknij się.

- Lepiej nie mówić, co cię czeka, gdy cię dopadnie Oliver - odpowiedziała spokojnie. - 

Jest człowiekiem bardzo niebezpiecznym.

- Jest już martwy. Będę natychmiast wiedział, kiedy wejdzie do domu dzięki jego 

własnemu, pieprzonemu systemowi alarmowemu. Jak tylko wejdzie do środka, będzie mój. 

Wcześniej czy później zacznie cię szukać w tej szklarni, a kiedy to zrobi, to wtedy ty, moja 

droga, zastrzelisz go.

-   Każdy,   kto   mnie   zna,   będzie   wiedział,   że   go   nie   zabiłam   -   odpowiedziała   z 

naciskiem.

- Nie, moja droga. Nie każdy. Nazwą to wściekłością kobiety, która się dowiedziała, 

że facet ożenił się z nią z wyrachowania.

- O niczym nie masz pojęcia. - W głosie Annie mieszała się wściekłość z desperacją. - 

To przecież ja wyszłam za niego z wyrachowania. Wyświadczył mi przysługę.

236

background image

-   Wierzysz   w   takie   brednie?   Rain   jest   inteligentnym   sukinsynem,   to   trzeba   mu 

przyznać.

- On nie potrzebował Lyncroft Unlimited.

- Może i nie potrzebował, ale piekielnie mu na tym zależało. Komu by nie zależało? 

Firma jest dobra i błyskawicznie się rozwija.

Oliver puścił guzik interkomu. Wiedział już, co zamierza Gresham. Zdjął marynarkę i 

próbował przypomnieć sobie wszystkie znane mu fakty z życia Greshama. Miał nadzieję, że 

znajdzie jakiś słaby punkt.

Przesunął marynarkę na bok. Nagle wyczuł w kieszeni ciężar okularów do czytania i 

znieruchomiał.

Grace   nosił   okulary.   Najwidoczniej   przez   cały   czas.   Miał   je   na   wernisażu,   gdy 

przyszedł z Sybil. Sądząc po grubości i wypukłości szkieł, był bez nich niemal ślepy.

Oliver odrzucił marynarkę na krzesło i rozwiązał krawat. Nie było to zbyt wiele dla 

opracowania strategii, ale nie dysponował niczym więcej.

Wjechał na dwudzieste szóste piętro. Wysiadając z windy cicho ominął wejście do 

apartamentu   i   poszedł   do   końca   krótkiego   prywatnego   korytarza.   Zatrzymał   się   przed 

drzwiami, za którymi  były schody awaryjne. Otworzył  je bezszelestnie i wszedł na górę. 

Przeskakiwał po dwa stopnie. Na szczycie otworzył drzwi i wyszedł na dach. Awaryjna klatka 

schodowa była ukryta za ponurą konstrukcją przykrywającą maszynerię dźwigów.

Tajemniczy   niebieskozielony   blask   szklarni   oświetlał   większą   część   dachu.   Oliver 

zauważył wewnątrz dwie osoby. Annie stała obok groty, niemal ukryta za rzędami paproci. 

Grace   stał   kilka   kroków   dalej.   Gdy   poruszył   ramieniem,   można   było   zauważyć   kształt 

pistoletu w jego dłoni.

Żadne z nich nie mogło zobaczyć Olivera, ponieważ na zewnątrz szklarni było dużo 

ciemniej niż wewnątrz. Skradając się po najbardziej zaciemnionych częściach dachu, Oliver 

przedostał się do pulpitu sterowniczego, który wykorzystywał do sterowania mikroklimatem 

w swojej dżungli.

A

nnie zorientowała się, że na jej czole i plecach zbiera się coraz więcej potu. Nie 

wiedziała,  czy wskutek  wysokiej  temperatury  czy nerwów. Przyglądała  się  porywaczowi, 

który coraz niespokojniej zerkał na zegarek.

- Może Olivera zatrzymano w biurze - zasugerowała spokojnym tonem.

237

background image

- Odkąd się z tobą ożenił, zawsze wraca do domu w porę. Obserwowałem go od 

dłuższego   czasu.   -   Grace   stał   w   miejscu,   z   którego   widział   zarówno   Annie,   jak   i   drzwi 

wejściowe. - Robi się tutaj cholernie gorąco.

- A czego oczekujesz? Przecież to cieplarnia. - W duchu jednak się z nim zgadzała. 

Mogła   przysiąc,   że   nagle   zrobiło   się   jeszcze   bardziej   gorąco.   Może   coś   się   popsuło   w 

systemie ogrzewania i sterowania wilgotnością.

- Przeklęta wilgoć. Jak w dżungli. - Grace zdjął okulary i przetarł szkła. - Ale on się tu 

w końcu zjawi. A wtedy wpadnie prosto w pułapkę, podobnie jak mój brat. - Założył okulary 

na nos.

- Bez urazy - zaczęła Annie - ale czy nie uważasz, że posuwasz się za daleko z zemstą 

za śmierć drogiego i ukochanego brata? Ten głupiec handlował bronią. Nie był święty.

- Ale był moim bratem - warknął Grace. - Był dla mnie całą rodziną. Nie mam nikogo 

więcej. - Znowu musiał zdjąć okulary, by przetrzeć szkła. - Przeklęta wilgoć.

Nagle zgasły wszystkie światła. Zanim oczy Annie przystosowały się do ciemności, z 

sufitu zaczął padać twardy, ulewny deszcz.

Ilość wody spadającej w dół była imponująca. Annie zrozumiała, że coś się zepsuło w 

systemie   sterowania.   Ulewa   szybko   przemoczyła   jej   ubranie   i   włosy.   Plusk   deszczu   był 

ogłuszający. Szczególnie silny szum powodowały ścieżki wysypane żwirem. Liście paproci 

radośnie   szeleściły   w   tym   potopie.   Annie   miała   wrażenie,   że   stoi  w   prawdziwej   dżungli 

podczas ulewnego deszczu tropikalnego.

- Co za gówno! - przeklinał  Grace,  który znajdował  się gdzieś  po prawej  stronie 

Annie. Zorientowała się, że on nie widzi jej w ciemności, zwłaszcza że ulewa zalewała mu 

okulary. Był bardziej zdezorientowany niż ona. Zrozumiała swoją szansę, być może jedyną, 

jaką miała. Padła na podłogę i zaczęła się cicho czołgać do drzwi. Nie widziała zbyt wiele, ale 

zarys szklarni był wystarczającą wskazówką kierunku.

- Co się dzieje, do cholery?! - wrzasnął Grace. - Gdzie jesteś, ty kurwo?! Wyłaź 

natychmiast! Zabiję cię, przysięgam, że cię zabiję!

Annie czołgała się coraz szybciej. Wpadła na metalową polewaczkę. Odsunęła ją na 

bok i dalej uciekała.

- Zginiesz, głupia babo! Myślisz, że pozwolę ci uciec? Spadniesz z tego dachu, jak 

tylko z tobą skończę. Popełnisz samobójstwo. Słyszysz? Zginiesz marnie!

Annie zorientowała się, że drzwi szklarni są lekko uchylone. Czuła powiew zimnego 

powietrza wdzierającego się do miniaturowej dżungli. W ciemności nie widziała Olivera, ale 

wiedziała, że to był on, gdy niemal na nią nadepnął.

238

background image

- Annie? - Szum sztucznej ulewy niemal całkowicie zagłuszał słowa Raina.

- Wszystko w porządku. Uważaj, on ma pistolet.

- Nie widzę go lepiej niż on mnie - powiedział najciszej, jak potrafił. - Wyjdź na 

zewnątrz i włącz światła. Prawa strona pulpitu. Pamiętasz?

- Tak, ale...

- Zrób to.

Annie  niewiele  myśląc  podporządkowała  się  rozkazowi. Wstała  i  wyszła  cicho  ze 

szklarni. Na zewnątrz, w świetle neonów rozjaśniających noc nad całym miastem, można było 

rozróżnić kształty.

Znalazła pulpit i zaczęła pociągać i naciskać przyciski, aż całą szklarnię zalało światło.

- Rain? To ty? - wrzasnął Grace. - Zabiję cię, ty draniu.

Annie odwróciła się nagle i pobiegła do drzwi szklarni. Dotarła tam w momencie, gdy 

Oliver rzucił się na przeciwnika. Grace usiłował w niego wycelować, ale miał trudności z 

lokalizacją celu. 

W końcu napastnik włożył okulary, lecz nie na wiele mogło mu się to przydać. Prawie 

nic   nie   widział   w   strumieniach   wody.   Annie   ujrzała,   jak   wolną   ręką   zrzuca   okulary   w 

desperackiej próbie poprawienia widoczności, ale było już za późno.

Strzał zagłuszył całkowicie szum sztucznej ulewy. Rozległ się trzask rozbitego szkła. 

Oliver   uderzył   tak   mocno,   że   powaliłby   dwóch   Johnów   Greshamów.   Po   chwili   wstał, 

przymierzając się do ponownego ciosu, ale to nie było już potrzebne. Grace leżał bezwładnie 

na kamieniach. Ulewny deszcz zalewał bezustannie całą szklarnię. Oliver patrzył długo na 

Greshama, odwrócił się i powoli podszedł do Annie stojącej w drzwiach.

-   Oliver!   -   Wpatrywała   się   w   niego,   gdy   kroczył   do   niej   przez   strugi   ulewnego 

deszczu. - Boże, Oliver! Wiedziałam, że mnie uratujesz!

Rzuciła  mu  się w ramiona.  Trzymał  ją tak mocno,  jakby nie  chciał jej już nigdy 

wypuście.

K

ilka godzin później Annie siedziała na sofie obok męża i słuchała sprawozdania 

Bolta   z   jego   śledztwa.   Opowiadał   również,   co   John   Gresham,   alias   Jonathan   Grace, 

powiedział policji.

- Wiemy wszystko stosunkowo dokładnie - mówił Bolt. - John Gresham siedział w 

więzieniu, gdy zginął jego brat. To był  dla niego cios, kiedy się o tym  dowiedział.  Gdy 

239

background image

wyszedł   na   wolność   kilka   miesięcy   temu,   zaczął   poszukiwać   informacji   o   tym,   co   się 

właściwie wydarzyło.

-   Nie   było   to   zadanie   trudne   -   wyjaśnił   Oliver.   -   Ze   względu   na   interesy   nie 

rozgłaszaliśmy tego z Danielem, ale nie zabiegaliśmy o dokładne ukrycie faktów. Nie było 

potrzeby.

-   Gresham   rozpoczął   przygotowania   do   zemsty   -   kontynuował   Bolt.   -   Trzeba 

przyznać, że wziął się do tej roboty jak należy. Przestudiował sytuację rodzinną i pozycję 

Lyncroft Unlimited, zanim dokonał pierwszego ruchu. Potem wybrał dwa słabe punkty. Sybil 

oraz Barry'ego Corka. Wykorzystał ich do uzyskania potrzebnych informacji.

- Nasz ślub musiał naruszyć jego plan - powiedziała Annie do Olivera spoglądając 

spod jego ramienia.

- Tak. - Objął ją jeszcze mocniej. - Jak tylko spotkał Sybil, zrozumiał, że między mną 

a macochą nie ma porozumienia. Zdecydował, że będzie ona idealną osobą, którą obciąży 

morderstwem. Każdy zrozumie, że Sybil mnie zabiła, ponieważ odciąłem ją od rodzinnego 

majątku.

- Wtedy wkroczyła na scenę Annie - wtrącił się Bolt. - Gresham zauważył, że trafia 

mu się jeszcze lepsza gratka. - Spojrzał na Olivera. - Wyobraził sobie, że pan się ożenił tylko 

po to, by przejąć Lyncroft Unlimited.

- Nikt nie wierzy, że mogę mieć jakieś romantyczne uczucia - kwaśno skomentował 

Rain.

Annie poruszyła się niespokojnie.

-   Bądź   uczciwy,   Oliver.   W   jaki   sposób   Gresham   czy   ktokolwiek   inny   mógł 

przypuszczać, że to ja wymyśliłam małżeństwo z wyrachowania. Wszyscy przyjęli, że to był 

twój pomysł. Dla ludzi tylko ty miałeś poważne powody: biznes.

Bolt uniósł brwi, ale nie skomentował tej wypowiedzi. Zamknął notatnik i włożył do 

kieszeni.

- To by było tyle. Przy okazji, Cork odzyskał przytomność i chce wszystko wyśpiewać 

- dodał.

- Barry wyzdrowieje? - rozpromieniła się Annie.

- Na to wygląda.

- Cieszę się. - Zmarszczyła nos. - To kanalia, ale nie morderca. Thrope miał mniej 

szczęścia.

- Tak - zgodził się Bolt. - Thrope nie miał szczęścia. Gresham zeznał dwie godziny 

temu, gdzie ukrył zwłoki Thrope'a. Zakopał go gdzieś na wyspie Bainbridge.

240

background image

- Biedna Sybil - powiedziała cicho Annie. - Zależało jej na Jonathanie Grace. Kto jej 

powie prawdę?

- Ja to zrobię - zgłosił się Oliver.

Zadzwonił telefon. Bolt wstał i podniósł słuchawkę.

- Rezydencja Rainów. - Zazwyczaj obojętny ton jego głosu zamienił się w dziwnie 

intensywne zaskoczenie. - Goście? Jesteś pewien? Daj mi sekundę na włączenie monitora. - 

Sięgnął do wyłącznika małego ekranu stojącego przy telefonie.

Annie   przyglądała   się   ciekawie,   jak   obraz   na   monitorze   przechodzi   od   szumu   do 

pełnej wyrazistości. Zobaczyła dwie osoby stojące w hallu i rozmawiające z dozorcą. Jedną z 

nich była Joanna.

Upłynęło kilka chwil, zanim poznała, kto stoi przy Joannie. Zerwała się na równe 

nogi.

-   Daniel!   -   krzyknęła   w   ekran.   -   Oliver!   Patrz!   To   jest   Daniel!   Wrócił!   Wrócił! 

Wiedziałam, że żyje!

- Przyślij ich na górę - polecił dozorcy Bolt.

O

liver odzyskał Annie dla siebie dopiero o czwartej nad ranem. Nie marnował czasu 

i zaniósł ją prosto do sypialni.

Po   raz   pierwszy   utracił   samokontrolę.   Powodowany   wściekłym,   nieopanowanym 

pożądaniem oblegał zawzięcie jej ciało i przypuścił szturm na miękką, ciepłą cytadelę. Musiał 

się upewnić, że Annie jest bezpieczna i że ciągle do niego należy, a łóżko jest najlepszym do 

tego miejscem.

Nie   miała   nic   przeciwko   gorącym   i   dzikim   atakom.   Przywarła   do   niego,   hojnie 

oddając swoje ciało. Pozwoliła mu, by zanurzał się w niej jak najgłębiej.

Gdy wszedł w nią po raz ostatni, wstrząsany siłą orgazmu, przyłączyła się do niego w 

druzgocącym wszystko wybuchu. Przytrzymywała go silnie i bez ustanku szeptała do ucha 

czułe słówka.

Oliver   w   końcu   padł   jak   nieżywy.   Był   wyczerpany,   ale   też   dziwnie   odświeżony. 

Wszystko ułożyło się dobrze. Ona jest bezpieczna. Należy do niego. Kocha go.

- Czy widziałeś twarz Joanny? - zapytała po chwili. - Była taka szczęśliwa.

- Ty wyglądałaś tak samo - odpowiedział.

- Chyba tak. - Uśmiechnęła się w cieniu. - Mówiłam ci, że Daniel żyje.

- Tak.

241

background image

- Został  wyłowiony  przez obcy frachtowiec  i przewieziony  do najbliższego  portu. 

Możesz w to uwierzyć?

- Tak. - Oliver przypomniał sobie opowieść Daniela sprzed kilku godzin.

Wydostał się z samolotu, który spadł do oceanu w wyniku sabotażu. Zanim samolot 

zatonął, Daniel znalazł się na falach w kombinezonie ratunkowym na małej niezatapialnej 

tratwie, którą zawsze zabierał ze sobą. Nie miał jednak radia i nie mógł przywołać pomocy. 

Dopłynął do maleńkiej wyspy.

Wymyślił   sporo   sposobów   wykorzystania   materiałów   z   kombinezonu   i   tratwy   do 

przeżycia  na wyspie. Przez kilka tygodni żywił się surowymi  rybami  i pędami roślin. W 

końcu uśmiechnął się do niego los. Został zauważony przez maleńki statek handlowy.

Kapitan frachtowca znał jedynie kilka angielskich słów i był przekonany, że jego plan 

podróży   jest   ważniejszy   od   dostarczenia   Daniela   do   Seattle.   Radio   pokładowe   nie 

funkcjonowało.   Daniel   uczciwie   zarabiał   na   swoje   utrzymanie   pracując   na   pokładzie,   aż 

dobili do najbliższego portu. Gdy tylko postawił nogę na suchym lądzie, pobiegł do telefonu, 

by się dowiedzieć, że od kilku tygodni nie ma połączeń międzymiastowych.

Namówił kapitana pewnego jachtu, by go podrzucił na większą wyspę, na której może 

złapie samolot. Przed startem pobiegł do telefonu. Nikogo nie było ani w domu Joanny, ani u 

Annie. Zrezygnował z powiadamiania, że jest zdrowy i bezpieczny. Pobiegł do samolotu i 

wreszcie dwa miesiące po katastrofie udało mu się dotrzeć do Seattle.

- Jest okropnie chudy - powiedziała Annie - ale myślę, że Joanna szybko go utuczy.

- Na pewno.

Annie przekręciła się w ramionach męża i uśmiechnęła się.

- Jestem bardzo szczęśliwa.

- Cieszę się - odpowiedział. Przycisnął ją do siebie, jakby miał ochotę znowu się 

kochać. - Wygląda na to, że nie będę ci już potrzebny do ratowania Lyncroft Unlimited.

- Tak... Lyncroft Unlimited jest bezpieczna i zdrowa z Danielem na czele.

- Annie...

- Co?

-   Kiedy   mi   się   oświadczyłaś,   powiedziałaś,   że   wystąpisz   o   rozwód   po   powrocie 

Daniela.

- Naprawdę powiedziałam coś takiego? - Ucichła nagle.

- Tak.

- Jeśli sobie dobrze przypominam, uważałeś wtedy, że ta klauzula jest niezbędna - 

powiedziała ostrożnie.

242

background image

- Nie. Nigdy nie chciałem rozwodu.

Annie podniosła się na łokciu. Jej oczy wypełnił blask szczęścia.

- Mówisz prawdę?

- Absolutną. - Patrząc w jej twarz, mimo ciemności zobaczył nadzieję w jej oczach.

Ulga ogarnęła całe jego ciało. Ona nie chce rozwiązania tej umowy tak samo jak ja, 

pomyślał z radością. Wszystko powinno się dobrze skończyć.

- Oliverze, czy chcesz powiedzieć, że chciałbyś, żeby nasze małżeństwo było całkiem 

na serio? - Annie się uśmiechnęła.

- Mówiłem ci tyle razy, że jest na serio.

- Wiem, ale oboje rozumiemy, że było to małżeństwo z wyrachowania. Ożeniłeś się ze 

mną,   żeby   mi   wyświadczyć   przysługę.   Nie   wiem,   czy   czujesz   się   zobligowany   do 

szlachetnych czynów tylko dlatego, że wiesz, co do ciebie czuję.

- Ożeniłem się z tobą, ponieważ tego chciałem - powiedział bardzo precyzyjnie. - 

Pragnąłem cię, jak tylko cię ujrzałem. Gdybyś nie poprosiła mnie o rękę, w końcu zrobiłbym 

to sam.

- Bardzo się cieszę. - Annie rzuciła się w poprzek łóżka i ujęła w dłonie jego twarz. 

Zasypała go tysiącem namiętnych pocałunków.

Oliver uśmiechnął się.

- Czy to oznacza, że chcesz, by nasze małżeństwo trwało zawsze? - spytał.

- Oczywiście. Niczego bardziej nie pragnę.

Podniosła głowę. Jej usta wykrzywił smutny uśmiech.

- Nie mów, że o tym nie wiedziałeś. Od samego początku wiedziałeś, co do ciebie 

czuję.

- Wiedziałem, że nie jestem ci obojętny - przyznał ostrożnie - ale nie byłem pewny, 

czy będę ci odpowiadał na tyle, żebyś ze mną została.

-   Jak   mogłeś   wątpić?   -   Przesłała   mu   swój   najpiękniejszy  uśmiech.   -   Przecież   cię 

kocham.

- Tak. - Oliver był prawdziwie wzruszony. - Wierzę ci.

Ujął twarz Annie w dłonie i przyciągnął do siebie.

- Annie, nie przejmuj się, przysięgam.

- Wiem - wymamrotała przez usta tłumione pocałunkiem - ale... Oliver?

- Co? - Czuł jak twardnieje. Znów opanowała go chęć zanurzenia się w słodkie ciepło 

Annie.

243

background image

- Kochasz mnie? - zapytała przysuwając się bliżej. - Ja wypowiedziałam się dokładnie 

w tej sprawie, ale ty nie powiedziałeś mi tego ani razu.

- Annie? - Pytanie zamarło mu w ustach.

- O co chodzi? - Odsunęła się od niego.

Zamknął na chwilę oczy walcząc nad doborem słów. Gdy na nią ponownie spojrzał, w 

jego wzroku malowało się głębokie uczucie.

- Pragnę ciebie.

- Wiem o tym.

- Zależy mi na tobie. Bardzo.

- Wiem o tym.

- Przysięgam na wszystko, że będę o ciebie dbał przez resztę mojego życia. Możesz mi 

wierzyć.

- Wiem o tym. - Wyraźnie zaczynała się denerwować.

- Staram się być absolutnie uczciwy. - Usiadł powoli.

- Powiedz, że mnie kochasz.

- Nie rozumiesz. - Znużony odrzucił na bok kołdrę i wstał. Podszedł powoli do okna i 

przeglądał się rozbłyskom świtu.

- Wszystko, co posiadam, jest twoje.

- Chcę tylko miłości. Nie dbam o nic więcej.

- Próbuję ci coś wyjaśnić. - Odczuł uderzenie fali znajomego przerażenia.

- Co zamierzasz wyjaśniać? Może myślisz, że będę dobrą żoną, ale teraz mnie nie 

kochasz?

- Przestań sama sobie udzielać odpowiedzi. - Parsknął z wyraźnym zdenerwowaniem. 

- Do diabła, Annie! Nie lubię, jak ktoś mną manipuluje! Nawet ty!

- Myślisz, że próbuję tobą manipulować? - zapytała z narastającą wściekłością.

Zrozumiał, że zbyt szybko traci panowanie nad sytuacją. Odwrócił się i zobaczył, że 

Annie dumnie siedzi na łóżku, z wysoko podniesionym czołem i założonymi rękami. Sięgnął 

w bok i zapalił lampkę. Miękkie światło podkreśliło gwałtowny ogień w jej oczach.

- Dobrze. Cofnijmy się oboje o krok i podejdźmy do tego od innej strony - powiedział 

tonem, który wydawał mu się uspokajający.

- Od jakiej innej strony? Albo mnie kochasz, albo nie.

Oliver   czuł,   że   zaczyna   tracić   cierpliwość.   Chłodne   obawy   zaatakowały   mu 

wnętrzności   jak   rekin.   Annie   bawiła   się   w   przepychanie   go   do   krawędzi   wytrzymałości 

244

background image

psychicznej. Był to najtrudniejszy egzamin jego silnej woli od samego początku małżeństwa. 

Znalazła jednak jego słaby punkt, wiedziała, gdzie jest bezbronny.

- Uspokój się, Annie. Zbyt łatwo ulegasz emocjom.

-   Oczywiście,   jestem   emocjonalna.   A   czego   się   spodziewałeś?   Jestem   kobietą 

zakochaną w mężczyźnie, któremu brakuje odwagi, by mi powiedzieć, że mnie kocha. Czy 

jest pan takim słabeuszem, panie Rain?

- Ten argument jest całkiem niedorzeczny.

- Tylko dla ciebie. - Annie wygramoliła się z łóżka i stanęła na wprost Olivera. - Chcę 

mężczyzny, który jest na tyle odważny, by powiedzieć, że mnie kocha. Nie zgadzam się na 

mniej.

-   Do   diabła!   Nie   rozumiesz?!   -   Oliver   ostatecznie   stracił   cierpliwość.   -   Daję   ci 

wszystko, co mam!

- Dobrze, ale to za mało.  - Chwyciła swoją koszulę z szafki przy łóżku i się nią 

owinęła.

- Co ty, do cholery, masz zamiar zrobić? - Niepokój przeszył Olivera.

- Opuszczam cię. - Ruszyła do drzwi.

- Jest czwarta rano.

- Doskonały moment do opuszczenia idioty - powiedziała i wybiegła do hallu.

Oliver podszedł do drzwi i zobaczył, jak Annie znika w sypialni, którą zajmowała 

zaraz po wprowadzeniu się do apartamentu Raina.

- Annie, wracaj! Chodź tutaj!

Nie odpowiedziała. Rain usłyszał skrzypienie szuflad, a potem szczęk zamka walizki; 

zacisnął zęby.

Nie poszedł za nią i nie błagał, by została. Miał swoją dumę. Panował nad sobą i nie 

był słaby.

Gdy pojawiła się chwilę później, była ubrana w dżinsy i sweter koloru fuksji. Niosła 

walizkę.

- Przyślę kogoś po resztę moich rzeczy - powiedziała przechodząc obok Olivera.

- Będziesz tego żałowała - ostrzegł delikatnie.

- Czy to groźba ze strony strasznie niebezpiecznego Olivera Raina?

- To nie groźba, Annie, to obietnica. Będziesz żałowała swojego kroku, ponieważ 

szybko zmieniasz zdanie. Wtedy przełkniesz swoją dumę i będziesz prosić, żebym pozwolił ci 

wrócić. Nie będzie ci się to podobało, więc nie pogarszaj swojej sytuacji.

Zatrzymała się w drzwiach z ręką na klamce.

245

background image

- To nie moja duma spłonie w ogniu, Oliverze, tylko twoja.

- Nie martw się.

- Jeżeli chcesz, żebym wróciła, będziesz się musiał nad tym solidnie napocić. - Oczy 

jej błyszczały z bólu i wściekłości.

- Czy dobrze słyszę? Co niby miałbym zrobić?

-   Musisz   mi   powiedzieć,   że   mnie   kochasz.   Chcę   to   usłyszeć,   głośno   i   wyraźnie. 

Musisz to wykrzyczeć  z dachu tego drapacza chmur. Dopiero wtedy będziesz mnie mógł 

prosić o powrót.

- Annie, to nie jest rozsądne.

- Nie  mogę  więcej   tego  znieść!  Żegnaj,  Oliverze.  -  Otworzyła   drzwi  i wyszła  na 

korytarz.   -   Przy   okazji,   nie   schodzę   tym   razem   na   szóste   piętro   do   Bolta.   Wracam   do 

mieszkania mojego brata.

- Dziękuję, że mnie informujesz - powiedział przez zaciśnięte zęby.

- Mówię to po to, żebyś  go nie budził i nie kazał mu ustalać, dokąd pojechałam. 

Zasłużył na odpoczynek. Miał bardzo długi dzień. - Chciała zamknąć drzwi, ale zatrzymała 

się na chwilę. - Byłabym zapomniała, dziękuję ci za uratowanie mi życia.

D

wadzieścia minut później Annie wjechała do podziemnego garażu pod budynkiem, 

w którym mieszkał Daniel. Czekała w samochodzie tuż przy wjeździe, aż zamknęły się za nią 

drzwi bezpieczeństwa.

Za jej samochodem powoli jechał znajomy czarny Mercedes. Widziała w lusterku jego 

światła przez cały czas, od chwili gdy wyjechała z garażu w domu Olivera. Nie była wcale 

zaskoczona.

To, co ją zdziwiło, to fakt, że za kierownicą nie siedział Bolt. Gdy Mercedes wjechał 

pod latarnię, zauważyła Olivera, który się jej przyglądał.

Odjechał powoli, kiedy zobaczył, że jest już bezpieczna za żelaznymi drzwiami.

Westchnęła   parkując   samochód   w   miejscu   dla   gości.   Ten   mężczyzna   ją   kocha, 

dlaczego więc jest mu tak trudno przełamać ostatnią barierę i przyznać się do uczucia? Nie 

mogła stłumić żalu.

Kilka minut później wysiadła z windy na piętrze. Nacisnęła dzwonek u drzwi. Po 

długim  czasie  odezwał  się Daniel.  Nie był  to  grzeczny ton. Pojawił  się ubrany w  jakieś 

dżinsy, które włożył pospiesznie. Jego irytacja zamieniła się w niepokój, gdy tylko ujrzał 

zalaną łzami twarz Annie.

246

background image

- Co się stało? Co ty tu robisz o tej porze?

- Opuściłam Olivera.

Za Danielem pojawiła się Joanna ubrana w białą koszulę nocną.

- Annie? Czy wszystko w porządku?

- Nie - odpowiedziała bez ogródek. - Wszystko źle. - Wybuchnęła płaczem.

247

background image

Rozdział dwudziesty pierwszy

P

ierwszy raz Oliver czuł pewną dozę sympatii do Sybil. Takiego uczucia nigdy by się 

po sobie nie spodziewał. Siedziała naprzeciw w jego gabinecie, a on spokojnie opowiadał o 

Jonathanie   Grace.   Było   to   najtrudniejsze   zadanie,   jakie   dotychczas   w   życiu   wykonywał. 

Przyjmowała ciosy z dumą godną prawdziwych Rainów.

- Wpadłam - powiedziała  zmęczonym  głosem. - To chyba  najtrudniejsza rzecz do 

przełknięcia. Wierzyłam w każde słowo Jonathana czy Johna, czy jak mu tam. Jak mogłam 

być tak głupia, żeby mu uwierzyć?

Oliver spojrzał na swoje ręce, a potem podniósł wzrok na Sybil.

- Jeżeli poprawi ci to samopoczucie, pięć lat temu ujął mnie Walker Gresham. Niemal 

przypłaciliśmy   to   z   Danielem   życiem.   Bracia   Gresham   byli   znakomitymi   mistrzami 

tajemniczości.

- Trudno uwierzyć, że ktoś mógłby cię pobić w tej dziedzinie. - Uśmiechnęła się. - A 

co z twoimi obszernymi kartotekami, które trzymasz na wszelki wypadek?

- Nie było z nich wielkiego pożytku, prawda? Nie wiedziałem, że Walker Gresham 

używał mojej firmy do handlu bronią, aż wykrył to Lyncroft. Nie wiedziałem również, że 

Gresham miał w więzieniu brata, który mógł pewnego dnia zapragnąć zemsty,

- Wydaje mi się, że nawet kryminaliści mają rodzinne powiązania.

- Oczywiście. - Oliver siedział w milczeniu przez chwilę. - Przykro mi.

- Wiesz, że ci wierzę? Naprawdę jest ci przykro.

-   Gdyby   nie   ja,   nie   doszłoby   do   tej   przeklętej   sytuacji.   Powinienem   dokładniej 

przebadać   Walkera   Greshama   pięć   lat   temu.   Powinienem   podjąć   więcej   środków 

zapobiegawczych.

- Wiesz, na czym polega twój problem?

- Annie mówiła mi, że to trudności w porozumiewaniu się z ludźmi.

- Myślę o czymś innym.

- Mam inne problemy? - zapytał podnosząc brwi.

- Owszem. Twoim problemem jest podejmowanie odpowiedzialności za wszystkich i 

za wszystko. - Wstała poprawiając torebkę wiszącą na ramieniu. - Swoją drogą, nie jesteś 

248

background image

odpowiedzialny   za   to,   że   Jonathan   lub   raczej   John   Gresham   zaczął   szukać   zemsty.   Nie 

obwiniaj siebie. To się mogło przydarzyć każdemu.

- Będę pamiętał.

- Dobrze zrobisz. - Sybil ruszyła do drzwi. - Oprócz tego słyszałam, że nabawiłeś się 

nowego poważnego kłopotu. Tym razem jesteś całkowicie za to odpowiedzialny.

Popatrzył na nią ostrożnie.

- Jakiego kłopotu?

- Annie odeszła.

- Wiadomości szybko się rozchodzą w tej rodzinie - powiedział nachmurzony.

- Szczególnie złe wiadomości - dodała kwaśno Sybil. - I muszę dodać, że wszyscy z 

rodziny   uważamy   odejście   Annie   za   wyjątkowo   złą   nowinę.   Jeżeli   masz   połowę   tej 

inteligencji, o którą cię podejrzewamy, zrobisz wszystko co należy, by wróciła.

J

estem ci zobowiązany, Oliverze.

- Nie ma sprawy, zapomnij o tym.

- Nie, nigdy nie zapomnę. - Daniel siedział przy biurku i obserwował, jak Oliver krąży 

po jego gabinecie. - Nie wiem, jak ci dziękować za to, co zrobiłeś.

- Podziękuj Annie - mruknął Rain. - Ona pierwsza przyszła do mnie z propozycją 

zawarcia małżeństwa dla uratowania Lyncroft Unlimited.

Daniel uśmiechnął się.

- Odniosłem wrażenie, że wyszła za ciebie z zupełnie innych powodów niż uratowanie 

firmy.

- To nieprawda. Opuściła mnie, jak tylko się pojawiłeś, zdrowy i bezpieczny. Co ci to 

mówi?

- Udało ci się ją doprowadzić do wściekłości.

- Powiedziała, że już mnie więcej nie potrzebuje. - Oliver zaklął pod nosem. - To 

oczywiste, że wyszła za mnie, by ratować Lyncroft. Wykorzystała mnie. Właśnie to zrobiła. 

Wykorzystała.

- Ty naprawdę usilnie pracujesz, by osiągnąć mistrzostwo w rozczulaniu się nad sobą. 

Jestem zaskoczony. To do ciebie niepodobne. Byłeś zazwyczaj człowiekiem wykutym z lodu, 

pamiętasz?

- Nigdy dotąd nie znalazłem się w takiej sytuacji.

- Myślisz o tym, że nie spotkałeś wielu ludzi, którzy nie tańczyli tak, jak im zagrałeś?

249

background image

- Annie jest inna.

- Owszem.

- Słuchaj. Znam ją lepiej niż ty - powiedział Daniel. - Mogła doprowadzić do tego 

małżeństwa z powodów czysto... nazwijmy to zdroworozsądkowych, chociaż w to wątpię. 

Ale z takich powodów nigdy nie poszłaby z tobą do łóżka. A przecież zrobiła to, prawda?

- To przeszłość. Annie odeszła. - Oliver spojrzał na niego rozgniewany.

- Daj spokój, Oliverze. Wiesz przecież, że nigdy by się z tobą nie przespała, gdyby nie 

była w tobie zakochana. Za bardzo się wściekłeś, by to przyznać.

Miał rację, ale Rain nie chciał mu jej głośno przyznać.

Byłby to pierwszy krok na bardzo śliskim gruncie i w końcu musiałoby dojść do jego 

kapitulacji.

- Twoja siostra mnie wykorzystała.

- W kółko to powtarzasz.

- Bo to prawda.

- A ty jej, oczywiście, nie wykorzystałeś? - zapytał Daniel z podejrzaną uprzejmością.

- Co jej zrobiłem? - zapytał szorstko Oliver.

- Na moim przyjęciu zaręczynowym powiedziałeś, że dla ciebie już pora na ożenek. 

Pamiętasz?

- Pamiętam - odrzekł ponuro.

- Powiedziałeś, że zlikwidowałeś większość holdingów i oczyściłeś pokład na tyle, 

żeby się skoncentrować na małżeństwie i rodzinie. O ile wiem, później się ożeniłeś z moją 

siostrą. Jak niby mam to rozumieć, poza najprostszym wyjaśnieniem, że uznałeś ją za kobietę, 

której potrzebujesz?

- Mówiłem ci, że to ona się oświadczyła.

- Cholera! Nie próbuj mnie rolować, Rain. Znam cię zbyt dobrze. Wiemy obaj, że 

nigdy byś się nie ożenił z Annie tylko dlatego, by wyświadczyć jej przysługę. Wziąłeś ją na 

muszkę, zanim przyszła do ciebie z propozycją małżeństwa.

Oliver wzruszył ramionami, ignorując zaczepkę.

- Przy twoim przysłowiowym szczęściu ona wpadła prosto w twoje ramiona. Nawet 

nie musiałeś przechodzić przez bzdurne zaloty. Wystarczyła rozmowa o interesach.

- Pozwól, że ci coś powiem, stary. - Rain patrzył obojętnie w okno. - Twoja siostra jest 

najbardziej nieodpowiednią kobietą, jaką kiedykolwiek w życiu spotkałem. Z nią wiążą się 

same kłopoty. To wszystko co, mi dała.

- Dała ci znacznie więcej - odparł chłodno Daniel.

250

background image

- Tak? Ożeniłem się z nią. Do diabła! Ożeniłem się, zanim poszliśmy do łóżka. Czego 

więcej możesz żądać od mężczyzny?

- Powiedz mi coś jeszcze. Jeżeli Annie jest tak trudną kobietą, to dlaczego chcesz, 

żeby wróciła?

- To moja sprawa.

Daniel przez dłuższą chwilę zastanawiał się nad tą odpowiedzią. Chwycił pióro i w 

zamyśleniu stukał nim o blat biurka.

- Oliver, popatrz na to z punktu widzenia Annie. Ona się zamartwia, że oddała ci 

serce. A ty co jej dałeś?

- Dałem jej wszystko, co mogłem dać. - Czuł, jak zaciskają mu się mięśnie brzucha. - 

Powiedziałem jej to. Jeżeli to dla niej za mało, niech to diabli.

- Innymi słowy, nie możesz albo nie chcesz jej powiedzieć, że ją kochasz?

Oliver gwałtownie się odwrócił.

- Próbowała mnie zmusić, żebym to powiedział. Wolę sczeznąć niż pozwolić jej, by 

mną jeszcze bardziej manipulowała niż do tej pory. Nie masz pojęcia, przez co przechodziłem 

z powodu twojej siostry! Nie wiesz, ile zmian wprowadziła w moim życiu. Nie wiesz, jak 

brutalnie się wtrącała w sprawy mojej rodziny, które jej nie dotyczyły.

-   Znam   Annie.   Jeżeli   się   wtrącała,   to   tylko   dlatego,   że   chciała   pomóc.   W   takich 

sprawach jest doskonała.

- I tu dochodzimy do następnej sprawy - warknął Oliver. - Nie dołączę do jej kolekcji 

zranionych mężczyzn. Nie potrzebuję pomocy!

- A więc o to chodzi? - zapytał cicho Daniel. - Słyszałeś o kimś takim jak Arthur 

Quigley i Melvin Finch?

- Tak.

- Jest ich trochę więcej rozrzuconych po okolicy.

- Szlag by to trafił!

- Ale nie są tacy jak ty. To prawda, że Annie ich uratowała, ale żaden z nich się nie 

zrewanżował.

- Co chcesz powiedzieć? - zapytał chłodno Rain.

- Ty jeden wyróżniasz się tym, że uratowałeś Annie. Uratowałeś dla niej moją firmę, a 

trzy dni temu uratowałeś jej życie w szklarni. W jej oczach jesteś bohaterem, a nie zranionym 

ptaszkiem jak Quigley czy Finch.

- Nie postępuje jak uratowana pensjonarka.

251

background image

- Co ci mogę na to powiedzieć? Annie jest nietypowa. Też ma swoją dumę. Właśnie ty 

powinieneś rozumieć, co to jest duma.

- To strata czasu. - Oliver ruszył do drzwi. - Nie wiem, po co tutaj przyszedłem i 

zawracam ci głowę rozmowami o twojej siostrze.

- Oliver?

- Słucham? - Już otwierał drzwi.

- Jeszcze raz dziękuję. - Daniel spojrzał mu w oczy. - Dziękuję za wszystko.

- Nie ma sprawy. - Odwrócił się i rozejrzał po gabinecie. - A właśnie, twoje kartoteki 

o   pracownikach,   konkurentach   i   inwestorach   są   niemal   całkowicie   bezwartościowe.   Nie 

mogłem w nich znaleźć żadnych informacji, jajach potrzebowałem.

- To są tylko kartoteki. - Daniel się uśmiechnął. - To nie jest archiwum wywiadu.

Oliver wyszedł nie próbując mu nawet odpowiedzieć. 

B

łąkał się bez celu po ulicach Seattle co najmniej przez godzinę.

Kupił sobie kawę w ulicznym kiosku, obserwował promy odbijające od nabrzeża i 

włóczył się po Pioneer Square.

Brak zajęcia wywoływał u niego dziwne uczucie. Nie mógł sobie przypomnieć, kiedy 

ostatnio nie miał nic do roboty. Zawsze skupiał się na osiągnięciu jasno wytyczonego celu. 

Gdy   w   końcu   przystanął,   zorientował   się,   że   stoi   przed   sklepem   „Sezamie,   otwórz   się”. 

Oczywiście podświadomie przez cały czas wiedział, dokąd zmierza.

Stojąc   na   chodniku   przed   sklepem   Annie,   poczuł   się   jak   idiota.   Uczucie 

niezdecydowania doprowadzało go do wściekłości. Nigdy dotąd nie był niezdecydowany.

Drzwi   sklepu   nagle   się   otworzyły.   Chudy,   żylasty   człowiek   w   marynarskim 

niebieskim sweterku i sztruksowych spodniach niemal się zderzył z Oliverem.

- Przepraszam - powiedział.

- Nic nie szkodzi. - Rain wzdrygnął się i dalej oglądał wystawę sklepu.

- Ja pana znam. - Człowiek wyprostował się tak bardzo, że wyglądał na wyższego. - 

Pan się nazywa Rain, prawda? Mąż Annie?

Oliver spojrzał na nieznajomego.

- Co z tego?

- Jestem Arthur Quigley.

- Stało się coś?

252

background image

- Nie. To ja dałem Annie książkę, której, jak mówiła, pan potrzebował - wyjaśnił 

ochoczo Arthur. - Przykro mi, że nie pomogła.

- Czy ona panu powiedziała, że książka nie pomogła?

Oliver z ledwością utrzymał w ryzach swój niebezpieczny temperament.

- Nie mówiła tego dosłownie, ale przed chwilą z nią rozmawiałem. Powiedziała mi, że 

pana opuściła, i sam wywnioskowałem, że książka nie pomogła. - Quigley zmarszczył brwi ze 

zmartwienia. - A może popróbuje pan innego podręcznika? Mam całkiem niezły wybór.

- Nie, dziękuję.

- Nie ma czego się wstydzić, panie Rain - powiedział poufale. - My, mężczyźni, nie 

urodziliśmy się po to, by być wielkimi kochankami. Tej sztuki trzeba się nauczyć, tak jak 

wszystkiego innego.

- Będę o tym pamiętał - mruknął Oliver.

- Pewnie. Proszę dać mi znać, jak się pan zdecyduje na inną książkę. - Uśmiechnął się 

szeroko. - Może przyszedł pan, żeby zobaczyć się z Annie?

- Może.

- Najwyższy czas. - Arthur, najwyraźniej zadowolony, kiwnął głową. - Przez pana 

wykrwawiła sobie serce do cna. Cieszę się, że odzyskał pan rozum.

Oliver obszedł Quigleya, otworzył drzwi sklepu i wszedł do środka. Ella spojrzała 

groźnie zza kontuaru.

- Czego pan sobie życzy?

-  Przyszedłem   zobaczyć  się  z   żoną  -  powiedział   kładąc   jak  największy  nacisk  na 

ostatnie słowo.

- Ma gości.

- To niedobrze. - Wyminął kontuar i otworzył drzwi biura Annie.

Tak jak Ella powiedziała, pani Rain nie była sama. Pięć par oczu spojrzało na niego. 

Wokół   biurka   siedzieli,   stali,   bądź   podpierali   ściany   Sybil,   Heather,   Valerie,   Richard   i 

Nathan.

Annie siedziała na swoim krześle i wycierała oczy chusteczką.

- Co tutaj robisz, Oliverze? - zapytała Sybil wstając z krzesła. Na jej twarzy widać 

było ślady niedawnych przeżyć.

- Przyszedłem zobaczyć się z żoną. Czy ktoś zgłasza sprzeciw? - Oliver patrzył po 

kolei na twarze wszystkich członków rodziny.

- Jeżeli przychodzisz, żeby się nad nią znęcać, powinieneś wiedzieć, że nie będziemy 

tego tolerować - odpowiedziała Valerie.

253

background image

- Swoje już odcierpiała - zgodziła się Heather.

-   Heather   ma   rację.   -   Richard   spojrzał   na   Olivera.   -   Nie   chcielibyśmy,   żebyś   ją 

terroryzował.

- Oczy przez ciebie wypłakała - warknął Nathan.

- Nic mi się nie stanie. - Annie wytarła nos chusteczką. - Oliver nie ma zamiaru mnie 

terroryzować.

- Nie bądź taka pewna - powiedziała Sybil. - Nie znasz go tak dobrze jak my. On zrobi 

wszystko, żeby osiągnąć swój cel, prawda Oliverze?

- Jeżeli nie macie nic przeciw temu, chciałbym porozmawiać z Annie w cztery oczy.

- Nie wydaje mi się, żeby to był dobry pomysł. - Valerie zmarszczyła brwi.

- Tak. - Nathan oderwał się od ściany. - Ja również nie uważam, żeby to był dobry 

pomysł.

- Co wy sobie wyobrażacie? Co niby mogę jej zrobić? - Oliver patrzył kolejno na 

każde z nich.

- Prawdopodobnie to, czego nie powinieneś - stwierdziła Sybil.

- A co według ciebie powinienem zrobić, Sybil?

- Prosić - odpowiedziała zwyczajnie i przesłała mu dziwny, zdawkowy uśmiech. - 

Pierwszy raz w twoim życiu mógłbyś się nauczyć bardzo grzecznie prosić o to, co chcesz 

osiągnąć. Najwyższy czas, żebyś nauczył się trochę pokory.

-   Sybil   ma   rację   -   dodała   Valerie.   -   Czas,   żebyś   zrozumiał,   że   nie   możesz   mieć 

wszystkiego, czego zapragniesz, dopóki nie nauczysz się grzecznie prosić.

- Wystarczy!  - Annie gwałtownie machała chusteczką. - Stop! Proszę! Proszę was 

wszystkich. Doceniam wasze intencje, ale nie ma potrzeby atakować Olivera.

- Mamy rację - szarżowała  dalej Valerie.  - Nauczył  się brać wszystko,  na co ma 

ochotę.

- To nieprawda. - Annie chwyciła inną chusteczkę i głośno wydmuchała nos. - Na 

Boga! Valerie! Chyba nie wierzysz, że twój brat dostał w życiu wszystko, czego zapragnął? 

Wprost przeciwnie!

- O czym ty mówisz? - zapytała zaniepokojona Heather.

- Czy nie rozumiecie? - Annie przełknęła łzy. - Oliver nigdy nie dostał tego, o czym 

naprawdę marzył. Nawet nie mógł wybrać zawodu, o którym tak śnił.

- Annie, jesteś dla niego zbyt pobłażliwa - powiedział Nathan nieswojo.

- Na miłość boską! Czy jesteście ślepi? Zawsze musiał rezygnować ze swoich planów 

dla dobra reszty rodziny. Poświęcił wszystko dla was.

254

background image

Valerie   i   inni   spojrzeli   po   sobie   nawzajem,   a   potem   na   Olivera.   Zrozumiał,   że 

wszystko układa się dla niego szczęśliwie. Atak rodziny na niego spowodował, że Annie 

skoczyła mu na pomoc. Równowaga przesunęła się zdecydowanie na jego korzyść. Jeżeli 

umiejętnie   zagra   swoimi   kartami,   nigdy   się   nie   dowiedzą,   jak   rozległe   są   obszary   jego 

słabości. Nie będzie żebrać.

- Widzę, że nie jestem tutaj osobą pożądaną - powiedział cicho i spojrzał na Annie. - 

Żegnaj. Może będziemy mogli porozmawiać innym razem.

- Oliverze! Poczekaj! - Jej zaczerwienione oczy rozszerzyły się ze strachu.

Ale Rain nie czekał.

- Annie, nie poniżaj się! Chyba za nim nie polecisz? - syknęła Sybil.

Nie odwracał głowy, by zobaczyć, czy żona rzeczywiście zamierza za nim wybiec. 

Przeszedł szybko przez sklep i wyszedł frontowymi drzwiami. Zaczerpnął głęboko świeżego 

powietrza. Zwycięstwo znalazło się w zasięgu ręki. Już je wyczuwał. Wszystko, co musi 

zrobić, to opanować niecierpliwość.

Wieczorem, po godzinie szóstej, Annie wysiadła z walizką w ręku na dwudziestym 

szóstym piętrze przed rezydencją Raina. Przemaszerowała przez hall i nacisnęła dzwonek.

Bolt natychmiast otworzył drzwi.

- Dobry wieczór, pani Rain.

- Cześć, Bolt. Czy Oliver jest w domu?

- Tak. - Jego wzrok przeniósł się na walizkę. - Wiem, że to nie moja sprawa, ale nie 

jestem pewien, czy to dobry pomysł.

- Wiem. Wszyscy uważają, że nie powinnam wracać do niego tak łatwo. Problem w 

tym, że nikt go nie rozumie.

- Jeżeli pani tak mówi... - Bolt sięgnął po walizkę. 

Annie   weszła   do   hebanowo-złotego   przedpokoju   i   zaczęła   ściągać   płaszcz 

przeciwdeszczowy.

- Gdzie on jest?

- W gabinecie.

- Dziękuję.

Oddała płaszcz Boltowi i powoli przeszła przez hall do zamkniętych drzwi gabinetu. 

Zapukała i od razu otworzyła drzwi.

Oliver siedział za biurkiem. Jak zwykle doskonale nad sobą panował, ale blask lampy 

halogenowej uwydatniał napięcie w jego twarzy. Annie nie mogła stwierdzić, czy wygląda 

triumfująco, czy po prostu się cieszy.

255

background image

Uśmiechnęła się kwaśno.

- Cześć. Wróciłam.

- Zdążyłaś dokładnie na kolację - powiedział spokojnie. Wstał i obszedł biurko.

-   Oliverze,   czasami   jesteś   takim   idiotą!   Wiem,   że   mnie   kochasz,   ale   nie   możesz 

chociaż na chwilę odłożyć na bok swojej samokontroli? - Annie zachichotała. - Od czasu do 

czasu będziesz mnie doprowadzał do furii, ale to nic. Kocham cię mimo wszystko.

- Cieszę się - wyszeptał i otworzył ramiona.

Annie rzuciła się w nie bez namysłu.

D

ługo nie mógł zasnąć tej nocy. Annie smacznie spała obok niego. Jej miękkie i 

ciepłe ciało leżało zwinięte u jego boku. Powróciła tam, gdzie jej miejsce, do jego łóżka. 

Bezpieczna i ufna. 

Zwyciężył. Znowu wszystko znalazło się na swoim miejscu.

Rozglądał się po sypialni, zastanawiając się, dlaczego kierowanie wszystkimi nie daje 

mu już takiej satysfakcji jak niegdyś.

C

ztery dni później Annie wróciła z lunchu akurat w tej chwili, gdy z podjazdu przed 

sklepem   „Sezamie,   otwórz   się”   odjeżdżał   samochód   dostawczy.   Przyspieszyła   kroku,   w 

nadziei że kilka dni przed terminem przybyła dostawa lamp w stylu art deco. Czekał na nie 

Stanford J. Littlewood.

Otworzyła   drzwi   sklepu   i   skamieniała.   Butik   był   wyładowany   paprociami.   Sezam 

zamienił się w podzwrotnikową dżunglę.

Paprocie były wszędzie. Wypełniały pomieszczenie po sam sufit, tak że trudno się 

było przecisnąć. Włoska złotowłosa i rogi jelenia wisiały na każdym istniejącym haku. We 

wszystkich   dostępnych   miejscach   stały   doniczki   pełne   liści   paproci   w   kolorze   soczystej 

zieleni, o różnych, niewiarygodnych kształtach i rozmiarach. Tworzyły wąską alejkę do jej 

biura.

- Co się stało? - Annie zastanawiała się, gdzie się podziała Ella. - Co to ma znaczyć?

- Zabij mnie. - Ella wystawiła głowę zza wspaniałej paproci. - Zaczęli to wnosić, jak 

tylko poszłaś na lunch. Wlewali się do sklepu przez całą godzinę. - Zachichotała. - W twoim 

biurze jest ich o wiele więcej.

Oczarowana Annie powoli przeszła przez tę podzwrotnikową dżunglę. Zapach ciepłej, 

żyznej ziemi wypełniał powietrze. Bujna zieleń łagodziła światło dnia.

256

background image

To wszystko musiał zorganizować Oliver, pomyślała z narastającą radością.

Zalała ją fala szczęścia. Odnalazł w końcu sposób, jak wyznać jej miłość.

I to jaki!

Niektórzy   mężczyźni   wysyłają   tuziny   róż.   Oliver   wysłał   mnóstwo   przepięknych 

paproci.

Jej uwagę przykuło migoczące światło wydobywające się z jej biura. Podeszła bliżej, 

jakby przyciągana zaklęciem wróżki.

Otworzyła drzwi i ujrzała cieplarnię wypełnioną po brzegi paprociami.

Migoczące światło wydobywało się z krzykliwej rzeźby ustawionej na środku biurka. 

Trzy świetlówki jaśniały dwoma purpurowymi słowami.

Annie zatrzymała się w drzwiach i wielokrotnie czytała to wyznanie. Łzy szczęścia 

trysnęły jej z oczu.

Kocham cię. Kocham cię. Kocham cię. Kocham cię.

- Co o tym myślisz? - zapytał ciepło Oliver z kąta pokoju. - Czy to dzieło sztuki czy 

kicz?

- Czy to ma jakiekolwiek znaczenie? To jest boskie. - Annie spojrzała na męża. Nawet 

nie śniła, że będzie kiedyś tak szczęśliwa.

Oliver zaczął się uśmiechać. Uśmiech wędrował po jego twarzy, aż zatrzymał się w 

oczach koloru deszczu, z których Annie mogła teraz wyczytać wyznanie miłości.

- Och, Oliverze! - wyszeptała. - Kto to mówił, że masz trudności w porozumiewaniu 

się z ludźmi?

-   Pragnę   cię   bardziej   niż   kogokolwiek   w   życiu.   Nigdy,   nawet   w   najskrytszych 

marzeniach, nie wyobrażałem sobie, że doznam tyle szczęścia, by znaleźć kogoś takiego jak 

ty. Kocham cię. - Wymówił te słowa prosto i naturalnie, bez najmniejszych wahań.

Annie rzuciła mu się w ramiona, przekonana że będzie słyszeć to wyznanie codziennie 

aż po kres ich życia.

257


Document Outline