background image

Sara Orwig 

 

Kryjówka Finnegana 

background image

 

W  ostatnich  dniach  kwietnia  słońce  przygrzewało  już  mocno  i  trotuary  starej  dzielnicy 

Oklahomy  lśniły  gorącym  blaskiem.  Na  skrzyżowaniu  Pennsylvania  Avenue  z  Dwudziestą 
Trzecią  Ulicą,  biegnącą  z  północy  na  zachód,  panował  ogromny  ruch.  Kiedy  światła  się 
zmieniły,  dwa  strumienie  pojazdów  ruszyły  w  kierunku  wschodnim,  a  dwa  na  zachód, 
przejeżdżając obok ogromnej łupiny orzecha arachidowego.   

Ubrana w czarne, ażurowe pończochy i czerwone, lekkie pantofelki, w zakrywającym ją 

aż po czubek głowy kartonowym przebraniu o kształcie wielkiego, uśmiechniętego fistaszka, 
Lucy Reardon pomachała torebką orzeszków mijającemu ją kierowcy. Za kierownicą jednego 
z samochodów mignęła znajoma twarz sąsiada z jej osiedla.   

– Hej, panie Mundy! – zawołała, odprowadzając go wzrokiem i machając zawzięcie.   
Nawet  nie  spojrzał  w  jej  stronę.  Patrzył  prosto  przed  siebie,  mijając  szybko  szeregi 

starych  budynków  ze  sklepikami,  które  w  ciągu  roku  po  wielokroć  zmieniały  swoich 
właścicieli. Wiatr rozwiewał mu falujące, ciemne włosy.   

Lucy  westchnęła  i  machała  dalej  do  kierowców,  spacerując  to  w  tę,  to  w  tamtą  stronę 

przed  swoim  sklepikiem.  Choć  maleńki  i  wciśnięty  między  pralnię  chemiczną  a  sklep  z 

obuwiem,  „Fistaszek”  był  jej  własnością.  Próbowała  go  reklamować,  sprzedając  orzeszki 

kierowcom, kiedy na skrzyżowaniu czekali na zmianę świateł.   

Uwagę na pana Mundy’ego zwróciła dziś nie po raz pierwszy. Dawno już zainteresowało 

ją nazwisko na skrzynce pocztowej: F. MUNDY. Jakie imię kryło się pod owym „F”? Frank? 
Fred?  A  może  jeszcze  jakieś  inne?  Wielokrotnie  mijali  się  na  podjeździe  albo  na  chodniku 
między budynkami. Zerkała na niego z uśmiechem, ale nigdy jej nie zauważył. Wyglądał na 
człowieka  wiecznie  czymś  zajętego  –  patrzył  niewidzącym  wzrokiem,  idąc  czytał  albo 
mruczał do siebie, jakby się czegoś uczył na pamięć. Tylko raz widziała, jak przystanął, by 
zagadnąć  dzieciaki  z  osiedla.  Usłyszała  wówczas  jego  głos  –  głęboki,  o  matowej  barwie.  I 
właśnie  ten  głos  oraz  mity  sposób,  w  jaki  traktował  dzieci,  sprawiły,  że  Lucy  zapragnęła 
poznać go bliżej. Nie nosił obrączki, a na jego skrzynce nie było imienia kobiety. Miał gęste 
włosy,  zachwycające  błękitne  oczy,  imponująco  szerokie  ramiona  i  chociaż  był  tak  chudy, 
jakby miał zaraz paść z głodu, nie można mu było odmówić atrakcyjności.   

Rozmyślania o panu Mundym przerwał nagle dźwięk klaksonu. Jakiś kierowca zjechał z 

pasma ruchu i zahamował przy krawężniku w jednej z zatok przeznaczonych do parkowania. 
Z samochodu wyskoczył chłopiec.   

–  Cześć,  siostrzyczko  –  zawołał,  uśmiechając  się  od  ucha  do  ucha.  –  Dasz  mi  trochę 

orzeszków? W rudawych, kręconych włosach okalających okrągłą twarz brata Lucy błysnęło 
słońce, nadając im czerwone lśnienie. Uczeń ostatniej klasy szkoły średniej miał osiemnaście 
lat i był o osiem lat młodszy od swej siostry.   

– Jasne, Davy. Dokąd się wybierasz? 
–  Na  spotkanie  z  Bennym.  Nie  było  dzisiaj  trenera,  nie  pływaliśmy,  więc  wyszliśmy 

wcześniej  i  Ben  jest  w  warsztacie  samochodowym.  Instalowali  mu  nową  pompę  paliwową. 

background image

Muszę po niego podjechać i zabrać go do domu.   

Zatrzasnął drzwi samochodu, a następnie sprężystym krokiem podszedł do Lucy.   
– Jak tam interesy? 
–  Całkiem  niezły  dzień.  –  Pomachała  klientowi,  który  właśnie  wychodził  ze  sklepu.  – 

Myślę, że to dlatego, że to już wiosna.   

– Czy Nan jest w sklepie? 
– Tak. Ale nie zabieraj jej czasu, jeśli ma klientów.   
Za  dwoma  nastolatkami,  którzy  weszli  do  środka,  zamknęły  się  właśnie  wahadłowe, 

oszklone drzwi.   

– Mama pyta, czy wpadniesz na kolację – powiedział Davy.   
– Dziś wieczorem nie. Jeszcze dziś albo jutro z samego rana chcę pójść na uczelnię, by 

dowiedzieć się czegoś o kursach.   

– Zupełnie ci odbiło na punkcie tych kursów. Interesy kwitną. Po co ci jakieś kursy? 
–  Mogłabym  nauczyć  się  księgowości.  To  by  mi  się  przydało.  Nie  pomyślałeś  o  tym, 

prawda? 

– Fakt. Wpadnę tylko powiedzieć cześć Nan.   
Wyszczerzył  zęby  w  uśmiechu  i  zniknął  w  środku,  a  Lucy  znów  zaczęła  machać  do 

kierowców.   

 

* * * 

W sobotni ranek w salce mieszczącej się na dolnej kondygnacji jednego z wzniesionych z 

czerwonej  cegły  budynków  Uniwersytetu  Stanu  Oklahoma,  kilkoro  ludzi  czekało  na 
pojawienie się profesora.   

Finnegan  Mundy  siedział  z  wyprostowanymi  nogami  skrzyżowanymi  w  kostkach  i 

przysłuchiwał  się  wypowiedzi  swego  przyjaciela  Ala  Gatesa  na  temat  prawnych  aspektów 
związków przedmałżeńskich. Całym umysłem zaangażowany był w to, co mówił Al, lecz nie 
potrafił  oderwać  oczu  od  dwóch  par  nóg,  które  zauważył  za  szerokim  weneckim  oknem. 
„Związki pozamałżeńskie stają się coraz częściej tematem rozpraw sądowych” – ciągnął Al. 
Finn  słuchał,  lecz  jego  wzrok  wędrował  uparcie  w  dół  damskich  kształtnych  łydek, 
zatrzymując  się  na  smukłych  kostkach  i  skórzanych,  czerwonych  pantofelkach  na  wysokim 
obcasie. Co za długie nogi! – pomyślał. A zgrabne, jakich mało. Nogi w końcu przesunęły się 
i  obserwował  je  z  lekką  zadumą  i  odrobiną  smutku.  Trwało  to  tylko  krótką  chwilę.  Finn 
przeczesał  palcami  włosy,  rozmyślając  nad  swoją  obecną  sytuacją.  Ostatnio  miał  sporo 
kłopotów i czasami wątpił, czy w ogóle z nich wybrnie.   

Do sali wszedł profesor, ucichł gwar rozmów i Finn zapomniał o swoich rozterkach aż do 

czasu, gdy dwie godziny później wracał samochodem do domu tylko po to, żeby się przebrać 

i ruszyć do pracy w sklepie. Skręcił w szeroką główną aleję dojazdową do zachodniej części 

osiedla, przejeżdżając obok rzędów drewnianych domków. Z wyglądu nie różniły się niczym 

poza  tym,  co  lokatorzy  wystawili  na  wąziutkie  balkony:  jakiś  sprzęt,  rower  czy  rośliny  w 

doniczkach.   

Wracał  do  domu  bez  entuzjazmu.  Jak  zwykle  przytłaczała  go  monotonia  osiedla, 

background image

odbierająca poczucie indywidualności. Ze skrzywioną miną wysiadł z samochodu z książkami 
pod  pachą  i  podniósł  oczy  na  ciemnobłękitne  niebo  i  pierzaste,  błyszczące  obłoki.  Było 
ciepło,  na  rabatkach  kwitły  kwiaty,  wokół  zieleniła  się  świeża  trawa.  Taki  dzień  radował 
serce, toteż zaczerpnąwszy powietrza Finn żwawo ruszył przed siebie.   

O  ścianę  domu  oparta  była  drewniana,  pochlapana  farbą,  bardzo  już  zniszczona  drabina 

dozorcy, pana Woofly’ego. Stała nachylona pod pewnym kątem i sięgała aż do otwartego na 
piętrze okna, z którego wyłaniała się wypięta i – co natychmiast zauważył Finn – kształtna, 
bardzo  nawet  kształtna,  pupa  odziana  w  ciasną,  jaskrawoczerwoną  spódniczkę.  Długie, 
zgrabne nogi obute były W czerwone, skórzane pantofelki.   

Spiesz się powoli – pomyślał Finn i na moment zatkało go z wrażenia. Bez wątpienia były 

to  te  same  nogi  i  pantofle,  którym  dwie  godziny  temu  przyglądał  się  leniwie  z  sali 

Uniwersytetu. I bez wątpienia okno należało do jego sąsiadki z naprzeciwka: ich mieszkania 
dzielił  tylko  hall.  Próbował  naprędce  ustalić,  kto  to  może  być,  lecz  jedyne,  co  zdołał  sobie 
przypomnieć, to umieszczony na skrzynce pocztowej na dole napis: L. REARDON.   

Zafascynowany,  gapił  się  na  ten  kręcący  się  wdzięcznie  tyłeczek.  Dziewczyna  weszła 

jeszcze  wyżej  i,  balansując  ciałem,  usiłowała  odwrócić  się  i  usiąść  na  krawędzi  okna.  Do 
połowy była już wewnątrz, lecz pupa i nogi wisiały wciąż na drabinie. Żaden włamywacz nie 
nosiłby  skórzanych,  czerwonych  pantofli  na  wysokim  obcasie,  zatem  mieszkanie  musiało 
należeć do niej.   

Drabina drgnęła niebezpiecznie i dziewczyna podciągnęła się szybko, opierając brzuch na 

krawędzi okna. Oczom Finna ukazał się jeszcze jeden czarujący widok – czerwona spódnica 
opięła się mocniej, zaznaczając wyraźnie linię wspaniałych bioder.   

Widząc, że drabina się chwieje, Finn natychmiast przeskoczył przez żywopłot i kwietniki 

i  podparł  ją  u  dołu  swoimi  książkami.  Dziewczyna  wspięła  się  o  szczebel  wyżej,  po  czym 
próbowała  przełożyć  nogę  na  parapet.  Drabina  drgnęła  znowu,  toteż  Finn  przytrzymał  ją 
mocniej, a następnie sam wspiął się cicho jak kot.   

– Poczekaj chwilę – zawołał.   
Na dźwięk jego głosu właścicielka czerwonych pantofelków zadrżała i wydała stłumiony 

okrzyk. Próbowała odsunąć się jak najdalej. Drabina zatańczyła. Finn zdążył przyciągnąć ją z 
powrotem  do  ściany,  lecz  w  tym  samym  momencie  poczuł  ciepłe,  miękkie  ciało  kobiety, 
która ponownie ześliznęła się tyłem z okna.   

Od  tygodni  nie  miał  czasu  na  randki  i  kiedy  krągły  tyłeczek  zakręcił  mu  się  tuż  przed 

oczyma,  zareagował  szybko  i  gorąco.  Dziewczyna  wyczuła  to  od  razu  i  zaczęła.  walczyć  z 
nim wściekle. Finn przestraszył się na dobre.   

– Do diabła! Przestań się kręcić, bo spadniemy.   
– Złaź stąd zaraz i odczep się albo zacznę krzyczeć.   
–  Doprawdy?  Do  cholery,  przecież  próbuję  ci  tylko  pomóc  –  powiedział,  ocierając  się 

uchem o jej plecy. Biała bawełniana bluzeczka pachniała delikatnie jaśminowymi perfumami.   

– Na pomoc! – krzyknęła ogłuszająco dziewczyna.   
– A niech cię! Jeśli będziesz cicho, zejdę z tej drabiny i możesz sobie łamać nogi, proszę 

bardzo.  Rozejrzał  się  wokół,  czy  ktoś  spieszy  na  ratunek,  nigdzie  jednak  nie  było  żywej 

background image

duszy. Kiedy wreszcie się uspokoiła, powiedział: 

– Przyszedłem ci na pomoc, ponieważ wyglądało na to, że jej potrzebujesz.   
– Nie mogę się dostać do domu.   
– Mieszkam naprzeciwko ciebie, po drugiej stronie hallu.   
Odwróciła  się,  aby  popatrzeć  na  niego  przez  ramię,  i  uderzyło  go  spojrzenie  wielkich, 

zielonych  oczu.  Miała  jedwabiste,  kasztanowe  włosy  i  piegi.  Nagle  przeniknęła  go  bolesna 
świadomość, że w jego życiu czegoś brakuje. Uczucie to przeminęło jednak równie szybko, 
jak się pojawiło.   

– Finnegan Mundy, bardzo mi miło.   
–  Och,  ileż  to  razy...  Dzień  dobry,  panie  Mundy  –  powiedziała  zmieszana,  próbując 

odgarnąć z czoła włosy opadające jej na oczy.   

– Dajmy spokój z tym „panem”. Mam na imię Finn. A ty musisz być L. Reardon – odparł 

nie  pojmując,  co  miało  znaczyć  to:  „Och,  ileż  to  razy”,  ponieważ  widział  ją  dzisiaj  po  raz 
pierwszy w życiu.   

– L. to Lucy.   
–  Pomogę  ci  dostać  się  do  domu,  jeśli  chcesz.  Zgodziła  się  jakoś  sztywno  i  wyniośle 

podniosła głowę.   

–  Krok  w  górę,  powoli.  –  Położył  dłonie  na  jej  talii.  –  A  teraz  przełóż  nogę  przez 

parapet...  Masz  jakąś  lepszą  propozycję?  –  Wzruszył  ramionami,  gdy  obrzuciła  go 
rozeźlonym spojrzeniem.   

Zacisnęła usta i podciągnęła spódnicę, aby przestąpić przez parapet. Musiał przyznać, że 

noga nad kolanem była tak samo śliczna i kształtna, jak poniżej. Lucy tymczasem, próbując 
szybko przenieść drugą nogę, uderzyła kolanem o krawędź okna, zachwiała się i na moment 
oparła stopę na ramieniu Finna. Drabina zachybotała się.   

Finn  krzyknął  i  usiłował  przytrzymać  się  parapetu,  lecz  jego  palce  schwyciły  jedynie 

powietrze. Uderzył w wąską markizę, fiknął kozia, przeleciał przez krzew bzu i wylądował na 

ziemi. Poczuł ból i w tej samej chwili pochłonęła go ciemność.   

Lucy z przerażeniem przyglądała się jego upadkowi.   
– Panie Mundy! – zawołała z góry.   
Z  bijącym  sercem  zbiegła  ze  schodów.  Przeskoczyła  niskie  krzewy  i  popędziła  przez 

kwietnik.  Uklękła  przy  nim.  Już  miała  go  dotknąć,  gdy  naraz  cofnęła  rękę  w  obawie,  że 
najdrobniejsze  poruszenie  mogłoby  pogorszyć  sytuację.  Przerażona  tym,  że  być  może  jest 
ranny, klepnęła go po policzkach i pochyliła się nad nim.   

– Panie Mundy! 
Finn poruszył się. Nagle poczuł coś słodkiego, jakiś zapach miły i kuszący. Usłyszał jęk i 

uświadomił sobie, że to jego własny głos.   

–  Och,  nie!  Panie  Mundy!  Finnegan,  otwórz  oczy  proszę!  Uniósł  powieki.  Bolało  go 

wszystko.   

– Strasznie mi przykro. Czy bardzo się potłukłeś? 
Chciało  mu  się  śmiać  z  tego  pytania,  ale  nie  mógł.  Czuł  przenikające  go  fale  bólu  i 

pomyślał o swojej matce. Próbował mówić, lecz wymagało to zbyt wielkiego wysiłku.   

background image

– Moja... najbliższa rodzina... jest...   
Lucy była bliska płaczu. Chwyciła go za ramiona, lecz natychmiast puściła.   
– Daj spokój, Finn. Nie wzywaj rodziny. Bądź dobrej myśli. Idę wezwać pogotowie.   
–  Wszystko,  tylko  nie  to!  –  Bolało,  kiedy  się  poruszał,  ale  za  przyjazd  karetki  trzeba 

płacjć, a na to nie było go stać.   

Lucy rozejrzała się wokół za kimś do pomocy.   
– Na pomoc! – wrzasnęła z całych sił, a Finn poczuł się tak, jakby jeszcze raz uderzył o 

ziemię.  Jej  głos  przeszył  go  niczym  sztylet:  w  uszach  dzwoniło,  jakby  tuż  przy  głowie 
brzęknęła mu dwoma rondelkami. Syknął z bólu.   

– Pomóż mi się podnieść.   
–  Nie  wolno  ci  się  ruszać.  Och,  panie  Mundy,  proszę  nie  wstawać,  bardzo  proszę. 

Pomocy! 

– Na miłość boską, przestań krzyczeć! 
–  Chyba  wszyscy  wyjechali  do  pracy  albo  siedzą  w  domach  z  włączoną  klimatyzacją, 

skoro nikt mnie nie słyszy – mruknęła z rozpaczą. – Leż spokojnie. Wezwę pogotowie.   

– Wszystko tylko nie pogotowie! Nic mi nie jest. Pomóż mi dostać się do domu.   
Ściągnęła brwi i przygryzła wargi. Miała bielusieńkie zęby. Mimo oszołomienia bólem z 

niebywałą jasnością zapamiętywał wszystkie związane z nią szczegóły. Czuł, że ten moment 
zapadnie głęboko w jego pamięci razem z przeszywającym go bólem. Na szczęście ból zaczął 
się wyraźnie umiejscawiać i zmniejszać, co przyniosło wyraźną ulgę, choć w dalszym ciągu 
nie  byłby  w  stanie  powiedzieć:  „Nieważne,  Lucy.  Zapomnijmy  o  wszystkim”.  Poza  tym, 
gdyby  nawet  tak  było,  ta  śliczna  kobieta  nie  siedziałaby,  przy  nim,  a  on  nie  tylko  się  tym 
cieszył, lecz również sądził, że sobie na to zasłużył.   

– Pomożesz mi usiąść? 
Pochyliła  się  nad  nim,  niespokojna,  obejmując  go  rękami.  Finn  pomyślał  o  karetkach, 

szpitalach oraz pieniądzach i... usiadł.   

– Naprawdę lepiej by było, gdybyś tu został i pozwolił mi pójść po pomoc – powiedziała 

Lucy.   

– Cicho. Twoja pomoc naprawdę mi wystarczy.   
Błagał  Boga,  by  się  nie  okazało,  że  doznał  jakiegoś  trwałego  urazu.  Wstał  i  kiedy 

przytrzymywała  go,  ból  przeszył  mu  rękę.  Jęknął  a  ona  drgnęła  i  puściła  go  na  moment. 
Znowu o mało się nie przewrócił. Chwyciła go w pasie i pociągnęła do siebie.   

– Bardzo cię boli? 
Skinął głową, gdy ostry ból nieco osłabł.   
– Ojej, ty krwawisz! 
Zdjęła szybko rękę z jego pleców i kiedy spojrzał na jej zakrwawioną dłoń, zakręciło mu 

się w głowie. To rzeczywiście była krew.   

– Nie mdlej! – zawołała. – Na pomoc! 
Jej krzyk wstrząsnął nim do żywego a w uszach znów słyszał bicie dzwonów.   
– Proszę cię, przestań krzyczeć. Dałabyś sobie radę nocą nawet na najbardziej zakazanej 

uliczce. Popatrzyła na niego uważnie.   

background image

– Możesz iść? – zapytała z niedowierzaniem.   
– Sądzę, że dam radę.   
Obecność Lucy budziła w nim mieszane uczucia. Potrzebował asysty, żeby dostać się do 

domu, i wielką przyjemność sprawiała mu bliskość dziewczyny, ciepło i łagodny dotyk dłoni. 
Podejrzewał  jednak,  że  przyjdzie  mu  znacznie  dłużej  cierpieć  niż  czuć  na  sobie  te  łagodne 
ręce.   

Przedostali  się  jakoś  przez  niski  żywopłot  i  rabatki  i  weszli  do  domu.  Pomalowane  na 

brązowo, drewniane schody wydały mu się nagle Matterhornem i westchnął głęboko.   

– Czy jesteś pewien, że dasz radę wejść na górę? 
– Tylko nie wołaj o pomoc, błagam.   
Na szczycie schodów przystanęli, by zaczerpnąć tchu. Drzwi po przeciwległych stronach 

hallu wyłożonego jasnozielonym chodnikiem prowadziły do ich mieszkań. Na obu krańcach 
krótkiego  korytarza  mieściły  się  rozsuwane  wejścia  na  balkony  –  jeden  z  widokiem  na 
użytkowany przez mieszkańców podjazd i drugi, wychodzący na parking dla gości. W hallu 
znajdowały  się  też  obite  płótnem  krzesła  i  plastikowe  stoliki,  z  których  Finn  nigdy  nie 
korzystał.   

Nie był w stanie sięgnąć do prawej kieszeni dżinsów prawą ręką, ponieważ ból był zbyt 

silny.  Próbował  wyłowić  klucz  lewą,  ale  bezskutecznie.  Poprosił  więc  o  to  Lucy.  Skrzywiła 
się, lecz sięgnęła do kieszeni, wydobyła klucz i otworzyła zamek. Wszedł i opadł bezwładnie 
na sofę.   

– Pozwól mi się zabrać na ostry dyżur – powiedziała Lucy. – Mogłeś sobie coś złamać i 

nawet nie wiesz co.   

Tak, coś sobie złamał i nawet wiedział co. Podejrzewał, że prawą rękę.   
– Chwileczkę. Daj mi trochę posiedzieć. Zobaczymy, czy ból się nasili. Jeżeli tak, pojadę 

do szpitala. W tej samej chwili zadzwonił telefon. Finn wyciągnął lewą rękę, chcąc podnieść 
słuchawkę.   

Wyręczyła go Lucy. Podała aparat i wyszła z pokoju.   
– Finnegan, próbuję i próbuję się do ciebie dodzwonić.. , – To była Kathleen Mundy, jego 

matka.   

– Wróciłem późno z zajęć – odpowiedział obserwując Lucy, która właśnie pojawiła się z 

mokrym ręcznikiem. Gdy delikatnie ocierała mu twarz, przymknął oczy, zastanawiając się, ile 
to właściwie czasu przespał ostatniej nocy. Cztery godziny? Nie mógł sobie przypomnieć. Po 
zamknięciu sklepu zabrał się do nauki, lecz o której godzinie wrócił do domu i rzucił się w 
ubraniu na łóżko – nie pamiętał.   

– Dzwoniłam do sklepu – ciągnęła pani Mundy.   
Miał  ją  teraz  przed  oczyma:  niska,  otyła,  włosy  z  odcieniem  brązu  i  orzechowe  oczy. 

Ciekawe,  co  by  powiedziała,  gdyby  tak  po  prostu  się  przyznał,  że  przed  chwilą  spadł  z 

drabiny, z wysokości pierwszego piętra.   

– Synu – mówiła dalej – właśnie przeprowadziłam rozmowę z twoimi braćmi...   
– Tak? 
Patrzył,  jak  Lucy  potrząsa  głową  odrzucając  włosy  opadające  na  twarz,  a  następnie 

background image

opuścił  wzrok  na  łagodne  wzniesienia,  które  kryty  się  pod  białą,  bawełnianą  bluzką.  Była 
średniego  wzrostu,  miała  zgrabną,  smukłą  sylwetkę.  Przyłapała  go  na  tym  spojrzeniu  i  jej 
policzki zaróżowiły się lekko. Próbował skupić uwagę na tym, co mówiła matka.   

–  Mikę  i  Will  wybierają  się  do  Oklahomy  na  rozmowy  kwalifikacyjne  ze  swymi 

przyszłymi  pracodawcami.  Pomyśl,  synu.  Jesteśmy  zwykłą  farmerską  rodziną  z  Iowy,  a  ty 
jesteś pierwszym Mundym, który rzucił farmę. A teraz odchodzą Mikę i Will.   

Lucy  popatrzyła  na  niego,  jakby  wahając  się,  co  ma  zrobić.  Przeniósł  aparat  tak,  żeby 

słuchawka znalazła się nad jego głową.   

– To moja mama – szepnął. – Pomóż mi zdjąć koszulę i zobacz, co dzieje się z tą raną na 

plecach.   

–  Naprawdę  sądzisz,  że  tak  trzeba?...  Myślę,  że  powinniśmy  pojechać  na  ostry  dyżur. 

Potrząsnął  głową  i  szarpnął  za  guzik.  Pochyliła  się,  by  mu  pomóc.  Robiła  to  wszystko 
przykładnie i bezosobowo, jakby rozpakowywała jakieś pudełko. Zauważył jednak, że unika 
jego wzroku. Zdziwiony, przyjrzał się jej baczniej.   

–  Masz  jeszcze  Patricka,  mamo  –  powiedział  do  słuchawki.  –  On  uwielbia  pracę  na 

farmie, pomaga ojcu i wszyscy są zadowoleni.   

Lucy usiadła przy nim na kanapie i zmagając się z rękawem koszuli oparła się kolanem o 

kolano Finna. Poczuł znowu zapach perfum i odwrócił się, żeby na nią spojrzeć.   

– Wiem, wiem, Patrick zostaje z nami. Ale ja, Finneganku, będę tęsknić i niepokoić się o 

moich chłopaczków. Twoim braciom poza pomocą niezbędna jest odrobina opieki.   

– Wiem – mruknął wpatrując się w zielonkawe oczy, które zaraz odwróciły się spłoszone. 

Znowu zagryzła wargi. Dzieliły ich teraz zaledwie centymetry. Miała śliczne, świeże usta nie 
pociągnięte żadną szminką, usta jakby stworzone do pocałunków. Pochylił się jeszcze bliżej i 
usłyszał  jej  szybki  oddech.  Umieścił  słuchawkę  między  ramieniem  a  uchem,  mało  co 
zważając  na  to,  co  matka  mówi  o  jego  braciach,  i  lewą  ręką  objął  kibić  Lucy.  Jeszcze  raz 
zajrzał jej w oczy.   

– Nie! – wyszeptała.   
–  Tak!  –  Finn  przygarnął  ją  mocniej.  Był  oszołomiony  wonią  perfum,  widokiem 

kuszących ust i ogromnych oczu. Nie potrafił już logicznie myśleć. Z minuty na minutę ból 
nasilał  się,  ale  teraz  już  prawie  go  nie  czuł.  Lucy  wierciła  się,  jakby  próbując  mu  umknąć, 
lecz  w  istocie  nie  ruszyła  się  z  miejsca  ani  o  milimetr.  Zniżył  głowę,  a  ona  zatrzepotała 
rzęsami i opuściła powieki. Musnął wargami jej usta. Były miękkie jak aksamit i zapragnął 
lepiej poznać ich smak.   

– ... Wybierają się do miasta na rozmowy kwalifikacyjne – mówiła pani Mundy.   
Dotknął znowu ustami warg Lucy. Jeszcze nigdy w życiu żaden pocałunek nie wydawał 

mu  się  tak  słodki  i  tak  kuszący.  Głos  matki  dźwięczał  gdzieś  w  dalekim  tle.  Finn  odłożył 
aparat  telefoniczny  za  siebie,  przygarnął  dziewczynę  i  zrobił  to,  czego  od  paru  chwil 
najbardziej pragnął. Mocnym pocałunkiem rozchylił jej wargi. Serce waliło mu jak młotem. 
Lucy  przez  sekundę  odwzajemniała  pocałunek,  lecz  prawie  natychmiast  znieruchomiała. 
Wyglądało  na  to,  że  na  moment  straciła  głowę  –  była  trochę  zdenerwowana,  ale  bardziej 
chyba  oszołomiona.  Trzepotała  rzęsami,  a  jej  oczy  zrobiły  się  nieomal  okrągłe.  Nagle 

background image

wyszarpnęła się z ramion Finna. Poczuł przeszywający ból w ręce.   

Podniósł telefon.   
– Przykro mi – szepnęła Lucy.   
– A mnie nie! – Wykrzywił twarz w uśmiechu, a do słuchawki powiedział: 
– Tak, mamo.   
– Mój kochany! – usłyszał zadowolony głos. – A myślałam, że będziesz protestował.   
– A dlaczego miałbym protestować, mamo? – Zawahał się, wyczuwając wyraźną ulgę w 

głosie matki. Ogarnęło go niejasne przeczucie, że oto panna Lucy Reardon ściągnęła na niego 
jeszcze jedno nieszczęście.   

– No... , żeby chłopcy pobyli u ciebie.   
A  niech  to  piorun  strzeli!  Finn  patrzył  na  Lucy  szklanym  wzrokiem,  mając  nadzieję,  że 

się przesłyszał.   

– Żeby co?! 
– Finnegan, czy coś ci się stało? 
– Mamo! Przecież ja wcale nic wyraziłem żadnej zgody.   
Prawie  nie  zważał  już  na  to,  że  Lucy  krząta  się  przy  nim,  walcząc  z  nie  dającą  się 

ściągnąć koszulą.   

– Ależ tak, dopiero co się zgodziłeś. Och, Finneganie, nie rujnuj moich nadziei.   
– Will i Mikę nie mogą u mnie mieszkać.   
– Przecież już to omówiliśmy i się zgodziłeś. Nie wolno ci zmieniać zdania tak szybko. 

Chodzi tylko o krótki czas, kochanie. O kilka miesięcy, które pozwoliłyby im stanąć na nogi, 
zaoszczędzić trochę pieniędzy.   

– Nie stać mnie na goszczenie ich obu. Przecież oni jedzą więcej niż dojne krowy ojca. 

Matka roześmiała się.   

– Och, synu, to twoje poczucie humoru...   
– Ja nie żartuję, mamo.   
– Wyraziłeś już zgodę. A teraz posłuchaj. Nie oczekujemy od ciebie, że weźmiesz ich na 

swoje utrzymanie. Pozwól tylko, by zamieszkali pod twoim dachem. Wiesz, że muszą spłacić 
pożyczki  zaciągnięte  niegdyś  na  naukę,  a  są  bez  grosza.  To  chłopcy  ze  wsi,  nie  znają 
wielkiego miasta.   

– Znają miasto nie gorzej niż ja, mamo. Wieczorami mam zajęcia z prawa i uczę się aż 

mnie krzyż boli, a w dzień urabiam sobie ręce po łokcie. Nie jestem w stanie przyjąć ich o 
siebie. Do diabła, to są przecież dorosłe chłopy.   

– Finnegan, proszę! 
– Bardzo mi przykro. Niech sobie znajdą inną metę.   
– Od kiedy to nauczyłeś się tak szybko cofać dane słowo i odwracać kota ogonem? Już 

się zgodziłeś, a teraz...   

–  Oj,  mamo,  zagalopowałem  się  przez  nieuwagę  –  powiedział  ze  złością  i  spojrzał  na 

Lucy, winiąc ją w myślach za wszystko.   

Przestała  walczyć  z  koszulą  i  popatrzyła  na  niego,  pytająco  unosząc  brwi.  Był  na  nią 

wściekły  i  nie  zamierzał  tego  ukrywać,  lecz  jednocześnie  wciąż  grały  w  nim  zmysły.  I 

background image

dlaczego  te  wszystkie  uczucia  wywoływała  właśnie  ta  Lucy  Reardon?  Nie  malowała  się, 
zachowywała cicho jak myszka (oczywiście, jeśli nie krzyczała) i choć przynosiła mu same 
nieszczęścia, to kiedy tylko spojrzał jej w oczy, czuł, że ciągnie go do niej jakaś tajemna silą.   

– Chodzi tylko o trzy miesiące – mówiła matka. – Oni obiecują, że nie będą siedzieć ci na 

głowie. Będą ci  robić zakupy i płacić po sto dolarów miesięcznie. W ten sposób jeszcze na 
tym skorzystasz. Pomyśl, dwieście dolarów i wyżywienie, to chyba nieźle.   

Usiłując  oderwać  oczy  od  Lucy  i  wyrwać  się  z  zaklętego  kręgu  spojrzeń,  Finnegan 

podrapał się po głowie i nerwowym ruchem przeczesał palcami strzechę gęstych włosów.   

– Dobrze, mamo, niech ci będzie.   
– To już lepiej, synu. Tylko mnie nie zdenerwuj i nie zmień zaraz zdania. Chwała Bogu, 

przestałeś mówić jak jakiś obcy.   

Lucy odsunęła się i jego umysł zaczął znowu pracować normalnie, rejestrując dokładnie 

słowa matki.   

– Mówisz, że będą mi płacić? 
– Dwieście dolarów plus wyżywienie, kochany. Nie kupisz w tym czasie ani jednej kostki 

masła.  Pieniądze  i  wyżywienie.  Nic  by  mu  się  teraz  nie  przydało  bardziej.  Jednakże,  jeśli 
pozwoli im się wprowadzić, z całą pewnością zawali egzaminy.   

–  Mamo,  zrozum,  ja  muszę  się  uczyć.  Wieczorowe  studia  prawnicze  to  coś  zupełnie 

innego niż dzienna szkoła. Muszę naprawdę mieć się gdzie skupić.   

– Będą jak myszki.   
– Ładne mi myszki – warknął z niesmakiem, przypominając sobie ostatnią ich wizytę.   
– Nie dosłyszałam. Czy powiedziałeś, że się cieszysz? 
– O nie, droga mamusiu. Niczego takiego nie mówiłem.   
–  Finnegan,  pomyśl:  dwieście  dolarów,  wyżywienie  jakie  chcesz,  będą  jak  myszki,  jak 

cienie, jak dwa małe niewidzialne duszki. Zapomnisz, że w ogóle istnieją.   

– Miałem okazję przekonać się, że istnieją, kiedy ostatnio wpadli do mnie na kolację.   
– Chyba zdajesz sobie sprawę, że oblewali wtedy ukończenie szkoły, a poza tym byli po 

wstępnych rozmowach w pracy. Uderzyło im też do głowy duże miasto...   

– Mamo, czy ty chcesz wykończyć własnego syna? 
– Słucham?! 
– Nic, już nic.   
Jaki to dzisiaj dzień – przemknęło Finneganowi przez myśl. 18 czy 19 kwietnia? Tę datę 

powinien  sobie  zaznaczyć  w  kalendarzu  jako  najgorszy  dzień  w  życiu.  Chociaż,  wziąwszy 
pod uwagę młodszych braci, którzy mieliby mu  się zwalić na kark,  przyszłość zapowiadała 
się jeszcze fatalniej.   

– Osiem tygodni i ani jednego dnia dłużej.   
–  Cudownie.  Jesteś  wspaniałym  chłopcem,  Finn.  Ojciec  i  ja  jesteśmy  z  ciebie  bardzo 

dumni. Otarł czoło czując, że oto nadciąga jeszcze jedna katastrofa.   

– Okay, mamo. Osiem tygodni i fora ze dwora. I mają być cicho.   
– Kochany chłopcze! Wiem, że się nimi zajmiesz.   
– Do diabła, mamo. Oni są już dorośli. Te stare konie same mogą się sobą zająć.   

background image

–  Stare  konie!  I  ty  nazywasz  dwudziestolatków dorosłymi  ludźmi!  Będą  u  ciebie  około 

siódmej. Kocham cię.   

– O siódmej? W takim razie musieli wyjechać z Iowy kilka godzin temu. Pozwoliłaś im 

jechać bez porozumienia ze mną. Czy tak? 

– Próbowałam się dodzwonić, ale bezskutecznie. Widzisz, na stare lata człowiek staje się 

liskiem chytruskiem. Kocham cię, mój drogi chłopcze.   

Lucy pociągnęła za rękaw koszuli, urażając bolące miejsce. Stęknął z bólu.   
– Finneganku, co z tobą? 
– Nic, mamo. Coś mnie zabolało.   
– Uważaj na siebie i nie przemęczaj się. Musisz trochę więcej odpoczywać.   
– Mhm.   
–  Finnegan,  powiedz  mi,  czy  masz  jakąś  dziewczynę?  Zapatrzył  się  w  wielkie,  zielone 

oczy Lucy.   

– Nie, mamusiu, nie mam.   
– Latka lecą, pamiętaj.   
– Jakoś żadna kobieta mnie nie chce – zażartował i zobaczył, że Lucy znieruchomiała na 

moment, po czym znowu zabrała się do zdejmowania drugiego rękawa koszuli.   

– Cześć, mamo. Do widzenia.   
Usłyszał  trzask  przerwanego  połączenia  i  gapiąc  się  bezmyślnie  na  telefon,  mruczał  do 

siebie:  „Dobry  chłopczyk,  dobry,  pomoże  swoim  maleńkim  braciszkom”.  On, 

trzydziestoletni,  tym  ponad  dwudziestoletnim  koniom.  „Och,  mamo,  jak  mogłaś  mi  to 
zrobić”. Odłożył słuchawkę i krzywo popatrzył na Lucy.   

– Co się stało? – zapytała.   
– Kiedy mnie całowałaś, zgodziłem się, żeby zamieszkali u mnie moi bracia. To’się stało.   
– To ty mnie całowałeś, a nic ja ciebie.   
– Dobrze, już dobrze. – Zakrył ręką oczy i mówił takim głosem, jakby nagle zapomniał o 

jej  obecności  i  rozmowie.  –  No  więc  zwalają  mi  się  na  kark,  ręka  mnie  boli  jak  wszyscy 
diabli, a ty możesz już sobie iść do domu.   

– Strasznie mi przykro, że się potłukłeś. To wszystko moja wina. Pozwól, proszę, zabrać 

się do szpitala.   

– Nie mam chyba innego wyjścia. Muszę tylko jeszcze zadzwonić do sklepu. Miałem być 

w pracy godzinę temu.   

Wybrał znajomy numer i oświadczył Jimowi Smithowi, że spadł z drabiny jeśli w ogóle 

się pojawi to nie wcześniej niż późnym popołudniem.   

Gdy odstawiał telefon. Lucy zapytała go, gdzie pracuje.   
– Mam sklep z konfekcją męską.   
– Nie znam się na tym i prawie nie bywam w takich sklepach.   
Najdelikatniej  jak  umiała,  pomogła  mu  założyć  koszulę,  starając  się  nie  zadać  bólu 

nieostrożnym ruchem palców i nie zwracać uwagi na jego odsłoniętą pierś.   

– Masz dwóch braci? – zapytała pragną zagadać własne myśli, które uporczywie krążyły 

wokół jego ciała.   

background image

– Tak, byli u mnie mniej więcej dwa tygodnie temu. Dziwne, że ich nie spostrzegłaś.   
– Ty mnie też nigdy nic zauważyłeś, chociaż mieszkasz obok.   
–  To  prawda.  Wpadli  do  mnie  dwukrotnie,  za  każdym  razem  gdy  przyjeżdżali  na 

rozmowy kwalifikacyjne. Radziłem im, żeby spróbowali w Electronic Power. Jest to szybko 
rozwijająca się firma komputerowa z siedzibą w Oklahomie.   

Popatrzył na jej miękkie, kasztanowe włosy, kiedy pochyliła głowę, zapinając mu guziki, 

i nagle błysnęła mu myśl, że mógłby teraz bez trudu porwać ją w ramiona.   

– I obaj dostali pracę w tej firmie? 
–  Wyobraź  sobie,  że  tak.  Mają  potrzebne  kwalifikacje.  Obaj,  i  Mikę,  i  Will,  kończyli 

szkoły handlowe. Chciałbym cię jednak o coś spytać.   

– Proszę.   
– Czy coś takiego często ci się przydarza? 
Podniosła na niego niewinne oczy.   
– A niby co miałoby mi się przydarzać? O czym ty właściwie myślisz? To tylko tobie się 

zdarzyło spaść z drabiny.   

– Przez ciebie. Kopnęłaś mnie, przecież sama dobrze wiesz, jak było. Na policzkach Lucy 

wykwitły rumieńce.   

– Zrobiłam to niechcący – broniła się, trzepocząc niewiarygodnie długimi rzęsami. – Czy 

mam jeszcze raz powtórzyć, że bardzo mi z tego powodu przykro? 

– Chodźmy już lepiej. Pomożesz mi zejść ze schodów? 
– Tak, oczywiście.   
Objęła  Finna  w  pasie,  a  on  położył  zdrową  rękę  na  jej  ramieniu.  Znów  poczuł  słodki 

zapach  perfum.  Powinienem  częściej  umawiać  się  z  dziewczynami,  pomyślał  sobie. 
Pozwoliłoby to zachować właściwą miarę rzeczy. Gdyby jednak flirtował częściej, to pewnie 
nie całowałby Lucy i nie czuł się aż tak oszołomiony jej bliskością.   

– Nie odpowiedziałaś na moje pytanie. Czy takie rzeczy zdarzają ci się często? 
– Przenigdy! Po raz pierwszy w życiu nie mogłam się dostać do własnego mieszkania.   
– A ja po raz pierwszy spadłem z drabiny. W ogóle nie mam szczęścia – zwrócił się do 

niej,  kiedy  już  schodzili  po  schodach.  –  Moi  bracia  są  jak  dwa  młode  byczki.  Hałaśliwi, 

rogaci,  tryskają  energią  i  są  wszędobylscy.  Jeśli  będą  ci  przeszkadzali,  powiedz  to  im  bez 

wahania.   

– Dobrze.   
– Nie mam pojęcia, jak zdołam się przy nich uczyć.   
– Możesz przychodzić do mnie. U mnie jest cicho.   
Zaskoczyła go tą propozycją. Przyglądał się jej bacznie, próbując dociec przyczyny tego 

nieoczekiwanego zaproszenia. Czyżby zapraszała go dlatego, że się ze sobą całowali? 

– Dziękuję, dam sobie jakoś radę.   
W  duchu  postanowił  sobie  trzymać  się  od  niej  z  daleka,  o  ile  oczywiście  okaże  się  to 

możliwe. Byli przecież sąsiadami. Spojrzała na niego wzrokiem, w którym czaił się chłód.   

– Och, chyba źle mnie zrozumiałeś. Nie zapraszam cię w charakterze mojego kawalera. 

Prawdę mówiąc... jestem zaręczona.   

background image

Teraz on z kolei poczuł się zaskoczony.   
–  Nie  powiem,  żebyś  się  całowała  jak  kobieta  zaręczona  –  wypalił,  zanim  zdążył 

pomyśleć, co mówi. Podniosła głowę, a ton jej głosu stał się jeszcze chłodniejszy.   

– Straciłam panowanie nad sobą, zdarza się.   
Zmarszczył  brwi.  Przydarzyło  mu  się  dokładnie  to  samo,  lecz  coś  w  tej  wyniosłej 

odpowiedzi zagrało mu na nerwach.   

–  Wydaje  mi  się,  że  zaręczony  znaczy  zaręczony  niezależnie  od  tego,  czy  się  nad  sobą 

panuje, czy nie. A może ty wcale tak bardzo nie kochasz tego pana jakmu-tam? 

– Nie zamierzam dyskutować na ten temat – odparowała Lucy, mając nadzieję, że wyraża 

się dostatecznie chłodno, choć w istocie wcale się tak nie czuła. Nic na to nie mogła poradzić, 
że  pocałunki  Mundy’ego  robiły  na  niej  znacznie  większe  wrażenie,  niż  całowanie  się  z 
Hyattem Woodsonem.   

– Jasne – powiedział weselszym już tonem. – A czy będziesz się musiała tłumaczyć panu 

jakmu-tam z moich wizyt u ciebie, jeśli zacznę przychodzić się uczyć? 

– On jest tolerancyjny – powiedziała Lucy, pamiętając jednak, że tolerancyjność Hyatta 

ogranicza  się  jedynie  do  jego  własnej  osoby.  –  Nasza  znajomość  będzie  przecież  czysto 
towarzyska. Coś ci się ode mnie należy, skoro zrobiłeś sobie krzywdę, próbując mi pomóc – 
ciągnęła  dalej,  dobrze  wiedząc,  że  zwróciła  uwagę  na  Finna  już  przed  trzema  miesiącami, 
kiedy to kupiła swoje mieszkanie.   

– Zatem w porządku.   
Godzinę  później  wrócili  ze  szpitala  i  Lucy  pomogła  Finnowi  wejść  po  schodach.  Był 

zmęczony  i  obolały.  Ciążył  mu  też  gips,  mimo  że  niósł  rękę  na  temblaku.  Przy  drzwiach 
wejściowych,  u  podnóża  schodów  zauważył  dwa  kartonowe  pudła.  Znacznie  więcej  pudeł 
piętrzyło się w hallu. Pod drzwiami jego mieszkania leżały hantle i sztangi, a o ścianę oparta 
była gitara. Finn jęknął.   

– Moi bracia przyjechali. To już dzisiaj szczyt wszystkiego.   
–  Przestań  zrzędzić.  Spójrz  na  to  od  lepszej  strony.  Nie  masz  żadnego  poważnego 

złamania, a jedynie pękła ci kość. Do wesela się zagoi – pocieszała z uśmiechem, czym tylko 
jeszcze bardziej go rozdrażniła.   

– Dziękuję ci, Lucy.   
Stał i patrzył w osłupieniu na stertę bagaży.   
– I jeszcze mama nazywa ich myszkami. Chyba pęknę ze śmiechu.   
Lucy  zachichotała.  Była  uspokojona,  że  Finn  nie  odniósł  poważniejszych  obrażeń,  a 

jedynie  pękła  mu  kość  przedramienia.  Słowa  .  jedynie”  użył  lekarz  i  Lucy  delektowała  się 
nim  teraz.  W  tym  samym  momencie  otworzyły  się  drzwi  i  oboje  stanęli  twarzą  w  twarz  z 
braćmi Finna.   

background image

 

Nie zdążyli nawet odsunąć się od siebie i oczom braci ukazał się widok objętej pary. Lucy 

puściła Finna dopiero wówczas, gdy wyciągnął zdrową rękę na powitanie.   

– Mikę, Will. A to niespodzianka! 
Bracia różnili się od niego wyglądem, ale też istniało między nimi pewne podobieństwo. 

Finn miał metr osiemdziesiąt wzrostu i Mikę był od niego odrobinę wyższy. Will natomiast 
był  krępej  budowy  i  niższy  o  około  dziesięciu  centymetrów.  Mikę  i  Finn  odziedziczyli  po 
ojcu niebieskie oczy, Will zaś miał oczy czarne i śniadą karnację. Obaj młodsi bracia ubrani 
byli w dżinsy i bawełniane koszulki. Uśmiechali się uprzejmie.   

– Lucy, przedstawiam ci moich braci. Poznajcie się, proszę.   
Nastąpiła  ogólna  prezentacja,  przy  której  Mikę  wyrażał  swoje  zadowolenie  z  taką 

ostentacją, że aż Finn zaczął mu się baczniej przyglądać.   

– Nie mówiłeś nam jeszcze o Lucy, kiedy byliśmy tu ostatnio.   
– Wtedy jeszcze się nie znaliśmy.   
– O, a co ci się stało w rękę? 
– Upadłem – odpowiedział Finn, usiłując nie patrzyć na Lucy.   
– Próbował  mi pomóc i  spadł z drabiny – wtrąciła się szybko.  – Całe szczęście, że nie 

złamał ręki, a jedynie pękła mu kość przedramienia. No i poharatał sobie plecy o gałęzie bzu.   

Obaj  bracia  zarechotali  dobrodusznie  i  otoczyli  Finna,  pochylając  się  nad  ręką 

zagipsowaną od palców do łokcia.   

–  A  to  ci  dopiero  upadek!  –  zawołał  Mikę.  –  Wejdźmy  do  pokoju.  Lucy,  musimy  się 

koniecznie lepiej poznać – powiedział, wyciągając do niej rękę.   

– Chyba lepiej będzie, jeśli już pójdę.   
–  W  żadnym  razie.  Nie  pozbawiaj  nas  swego  towarzystwa.  Nie  masz  pojęcia,  jak  miło 

nam cię poznać. Finn wpatrywał się w szerokie plecy brata. Czym ten Mikę tak raptownie się 
ucieszył? Przecież Lucy była dla niego kompletnie obcą osobą.   

– Jak się poznaliście? – wypytywał Mikę Lucy, gdy w tym samym czasie Will przenosił 

bagaże do sypialni.   

–  Finn  przyszedł  mi  z  pomocą,  kiedy  nie  mogłam  się  dostać  do  swojego  mieszkania. 

Mikę wziął ją delikatnie za rękę.   

– Usiądź, proszę. No i co było dalej, opowiadaj.   
–  Naprawdę,  nie  mogę.  Muszę  już  iść  do  domu...  Chyba,  że  przydałabym  się  wam  w 

kuchni. – Poszukała wzrokiem Finna, który skinął w milczeniu głową.   

– Znakomity pomysł. Bądź tak dobra, Lucy, i przygotuj coś do zjedzenia – tokował dalej 

Mikę.  –  Will  i  ja  jesteśmy  nieszczególnymi  kucharzami,  a  Finn  włada  tylko  jedną  ręką. 
Pomogę ci. Wiesz co, Finn, usiądź i włącz telewizor, a my tymczasem sobie pogawędzimy.   

Finn  usiadł  posłusznie  i  bezmyślnie  gapiąc  się  w  telewizor,  gorączkowo  rozważał 

wszelkie  możliwe  powody  kryjące  się  za  takim  a  nie  innym  zachowaniem  brata,  który  w 
uprzejmości dla Lucy wprost przechodził samego siebie. Dlaczego Mikę okazywał jej aż takie 

background image

ostentacyjne  zainteresowanie?  Czyżby  chciał  się  z  nią  umówić?  Przeczesał  palcami  włosy, 
wyłączył telewizor i odwrócił głowę. Zobaczył Willa niosącego przez pokój stertę pudełek.   

– Sympatyczna dziewczyna – zerknął najmłodszy brat. – Naprawdę sympatyczna.   
– Aha.   
Do czego to wszystko zmierza, myślał coraz bardziej niespokojny. Czy oni uważają ją za 

moją dziewczynę? A jeśli tak, to niby dlaczego to ich tak cholernie cieszy? To było do nich 
zupełnie  niepodobne.  Zazwyczaj  ograniczali  się  wyłącznie  do  własnych  spraw,  gdy 
tymczasem  z  miejsca  okazali  Lucy  niezwykłe  zainteresowanie.  Było  w  tym  doprawdy  coś 
niezwykłego. Nie zdziwiłby się bardziej na widok słonia ćwierkającego niczym kanarek.   

Wstał  i przeszedł  do kuchni.  Lucy,  przewiązana  w pasie czystą ściereczką, przyrządzała 

hamburgery  w  grillu.  Zaśmiewała  się  z  czegoś,  co  powiedział  Mikę,  obracając  skwierczące, 
pachnące  plastry  mięsa.  Nagle  wszystkie  pytania  i  wątpliwości  uleciały  mu  z  głowy.  Lucy 
wyglądała  naprawdę  prześlicznie.  Patrząc  na  nią,  wrócił  myślami  do  tych  oszałamiających 
chwil, kiedy się całowali.   

– Widzę, że zaczynacie się poznawać – odezwał się od progu.   
– Otóż to – odparł wesoło Mikę.   
– Czy zdążyła ci już opowiedzieć o swoim narzeczonym? 
Mikę nieomal wypuścił z ręki słoiczek musztardy. Lucy wyglądała na skonsternowaną, a 

za Finnem nagle stanął Will.   

– O narzeczonym? – zająknął się.   
– Nie popełniłem błędu, prawda? – Finn zwrócił się do Lucy, a obaj bracia utkwili w niej 

wzrok.   

– I tak, i nie. Sądzę, że się zaręczymy, ale jeszcze tego nie zrobiliśmy.   
Mikę i Will jak na komendę ściągnęli brwi. Will wszedł do kuchni i raz po raz popatrywał 

to  na  Lucy,  to  na starszego brata.  Nietrudno się  było  domyślić,  że za wszelką cenę pragnęli 
wyświetlić, co ich naprawdę łączy. Will taki już był – wchodził z butami w nie swoje sprawy.   

– Sądziliśmy, że między wami jest coś poważnego. Że jesteście razem, Finn.   
– Ależ skąd! Dopiero co się poznaliśmy.   
–  Czas  nie  ma  tu  nic  do  rzeczy.  Są  ludzie,  którzy  się  poznają  i  pobierają  po  tygodniu. 

Lucy zaprzeczyła ze śmiechem.   

– Och, nie, nie. My po prostu spotkaliśmy się dziś po raz pierwszy w życiu – właśnie na 

tej drabinie pod moim oknem. Znam Finna jedynie parę godzin dłużej niż was.   

Obaj  bracia  prawie  jej  nie  słuchali.  Wyglądało  na  to,  że  zupełnie  przestała  ich 

interesować. Finn oparł się zdrową ręką o ścianę i popatrzył na nich spode łba.   

– Czuję, że coś tu brzydko pachnie. No, dobra, moi panowie, gadać mi zaraz, o co chodzi. 

Will z miejsca ulotnił się, a Mikę udawał niewiniątko.   

– O czym ty mówisz? Nie rozumiem.   
Finn  wiedział,  że  w  obecności  dziewczyny  nie  wydobędzie  z  nich  niczego,  więc  tylko 

wzruszył  ramionami  i  dał  spokój.  Najwyraźniej  bieg  wypadków  zaskoczył  również  Lucy, 
lecz,  nie  zadając  żadnych  pytań,  ponownie  zajęła  się  przygotowywaniem  jedzenia.  Zapach 
wołowiny unosił się już w powietrzu. Finn wyjął z lodówki puszki z piwem i wodą sodową i 

background image

pomógł zanieść je na stół.   

Zaraz po posiłku Lucy powiedziała, że musi już iść do domu, i Finn wstał.   
– Odprowadzę cię do drzwi.   
Wyszedł  za  nią  do  hallu.  Zatrzymała  się,  podnosząc  na  niego  wzrok.  W  hallu  panował 

półmrok, rozjaśniony jedynie światłem małych szklanych kloszy po obu stronach schodów. Z 
ulicy powiało chłodem. Delikatna woń wiosennych kwiatów mieszała się z zapachem perfum 
Lucy.  Stali  obok  siebie  w  ciszy,  spowici  przyćmionym  światłem,  i  Finn  poczuł  się  jak  na 

wyspie – odcięty od świata i pozostawiony sam na sam tylko z nią.   

–  Dziękuję,  Finn  –  powiedziała  zniżając  głos.  –  Jeszcze  raz  przepraszam,  że  się  przeze 

mnie potłukłeś.   

–  E  tam.  Dziękuję  ci  za  kucharzenie.  Takich  hamburgerów  dawno  już  nie  jadłem.  – 

Zwlekał z powiedzeniem jej dobranoc. Tak dobrze było mieć ją teraz obok. – Powiedz mi, jak 
on się nazywa? 

– Kto? Och, on... Hyatt Woodson.   
– Chyba znam to nazwisko – powiedział, odsuwając od siebie myśli o tym człowieku.   
– Jest maklerem i ma program telewizyjny.   
– Racja.   
W przyćmionym świetle Lucy wyglądała prześlicznie. Jedwabiste, rude włosy opadały na 

ramiona. Odgarnęła z oczu natrętny kosmyk. Jej usta zapraszały do pocałunku i to nie – jak 
dotąd  –  krótkotrwałego  i  przelotnego.  Powiódł  palcem  wzdłuż  jej  ramienia  i  usłyszał 
przyspieszony oddech.   

– Szczęśliwy chłopak z tego maklera – powiedział.   
– Dziękuję. Tak naprawdę to nie jesteśmy jeszcze zaręczeni.   
Nie  zrobiła  nawet  jednego  ruchu,  by  otworzyć  swoje  drzwi.  Finn  patrzył  na  jej  pełne 

wargi i zapragnął ją pocałować, choćby tylko leciutko. Wiedział już, że Lucy nie stanowi dla 
niego  żadnego  zagrożenia  –  wszak  była  prawie  zaręczona.  Byłby  to  pocałunek  bez 
konsekwencji,  pocałunek  bez  znaczenia.  Powiódł  wierzchem  palca  po  jej  szyi  pod 
kołnierzykiem,  zatrzymując  się  na  moment  tam, gdzie  wyczuł  puls.  Prawie  słyszał  bicie  jej 
serca.   

– Mam tylko jedną zdrową rękę – powiedział zmienionym, chrapliwym głosem.   
– Przepraszam. To wszystko moja wina.   
– Tak. Masz rację. Cały jestem poraniony.   
– Och, Finn...   
– Ale pocałunek – zatrzymał się na chwilę – leczy rany.   
Pochylił się i zajrzał jej w oczy. Znowu przygryzła wargę i uświadomił sobie, że robi tak 

zawsze,  kiedy  jest  zakłopotana.  Zastanawiał  się,  czy  mogłaby  mu  teraz  umknąć  albo  go 
odepchnąć. Przygarnął ją mocniej i pochylił się jeszcze niżej. Opuściła powieki i podała mu 
usta do pocałunku.   

Był zgubiony. Zamierzał jedynie skraść szybkiego całusa. Miała to być chwilowa radość 

bez  większego  znaczenia.  A  tu  nagle  wszystko  nabrało  innego  wymiaru.  Najmniejsze 
dotknięcie  Lucy  poruszało  go  głęboko,  sprawiało,  że  pragnął  czegoś  więcej.  Całował  ją, 

background image

dopóki  nie  odsunęła  głowy,  a  wtedy  wyprostował  się  i  patrzył,  jak  jej  rzęsy  podnoszą  się 
powoli. Miała wargi zaczerwienione od pocałunku. Teraz jeszcze trudniej było się rozstać.   

– Dobranoc, Lucy.   
– Przychodź się uczyć, jeśli ci będą przeszkadzać. Naprawdę.   
Uśmiechnięty,  zastanawiał  się  przez  moment,  czy  i  teraz  zaprasza  go,  ponieważ,  jak  to 

powiedziała  wcześniej,  czuje,  że  jest  mu  coś  winna.  Odprowadził  ją  wzrokiem,  aż  drzwi 
zamknęły się za nią cicho.   

Twarz mu zszarzała, kiedy tylko odwrócił się w stronę swego mieszkania. Mikę ścielił już 

sobie łóżko w jednej z trzech maleńkich sypialni. Finn rozejrzał się po pokoju. Trudno było 
nie zauważyć, jak szybko ów skromny i schludny pokoik, w którym mieściło się tylko łóżko z 
baldachimem i biurko, zamienił się w graciarnię wypełnioną po brzegi ubraniami, książkami, 
oprawionymi plakatami i sprzętem sportowym. Popatrzył na braci.   

– Dobra,  chłopcy, no to mówcie, o co wam  właściwie chodzi. Dlaczegóż to  tak bardzo 

ucieszyliście  się  z  poznania  Lucy  i  czemu  tak  nagle  zmieniliście  front,  gdy  dowiedzieliście 
się, że jest zaręczona? 

Mikę wzruszył ramionami.   
– Myśleliśmy po prostu, że między wami jest coś poważnego. Staraliśmy się być mili dla 

naszej przyszłej bratowej.   

– Przyszłej bra... – Finn pokręcił głową. – Przecież byliście u mnie dwa tygodnie temu i 

wiecie doskonale, że nie mam czasu na dziewczyny.   

–  Czas  tu  nie  gra  żadnej  roli.  Ty,  chłopie,  powinieneś  naprawdę  dowiedzieć  się  paru 

rzeczy o kobietach.   

–  Ani  mi  się  śni  rozmawiać  o  tym  z  wami.  Teraz  musimy  się  ze  sobą  dogadać.  Will, 

chodź tu natychmiast.   

– Przecież jestem – odezwał się Will tuż za plecami Finna.   
–  Musimy  ze  sobą  poważnie  porozmawiać.  Zostajecie  tu  na  osiem  tygodni.  Płacicie 

dwieście  dolarów  na  miesiąc  i  organizujecie  żarcie.  Przede  wszystkim  jednak  –  ma  tu  być 
spokój.   

– Wiedziałem – Will teatralnym szeptem zwrócił się do Mike’a i ten tylko skinął głową.   
– Dobra. Masz to z głowy. A jeśli trzeba będzie przenieść coś w twoim sklepie, możesz 

na nas liczyć. Po raz pierwszy wystąpili z taką propozycją i, trzeba przyznać, zaskoczyli tym 
Finna.   

–  Dziękuję.  Nie  mówiłem  wam  o  tym  wcześniej,  ponieważ  nie  chciałem  denerwować 

mamy, jednak musicie wiedzieć, że moje interesy ostatnio nie stoją najlepiej. A ja muszę się 
uczyć. Z kolei, żeby się uczyć – i tu macie błędne koło – muszę też pracować w sklepie. Chcę 
skończyć studia prawnicze między innymi po to, by nie zajmować się już więcej handlem.   

– Będziemy cisi jak dwa susły, które zapadły w zimowy sen – zażartował Will.   
– Mama powiedziała, że jak myszki – odparł Finn, dziwiąc się samemu sobie, że w ogóle 

podejmuje dyskusję na ten temat.   

– Niech ci będzie. Susły, myszki, jedne i drugie udają, że ich nie ma. Studiuj sobie, a my 

nie będziemy ci przeszkadzać.   

background image

– No dobrze. Zobaczymy. A teraz wezmę tylko coś przeciwbólowego i kładę się do łóżka. 

Zanim zapadł w sen, długo nie dawało mu spokoju wspomnienie całującej go Lucy.   

Ku jego zdziwieniu, bracia dotrzymali słowa. W niedzielę wyszli z domu i pozwolili mu 

się uczyć. W poniedziałkowy wieczór spokojnie rozpakowali się do końca. Następnego dnia, 
kiedy  wieczorem  wrócił  ze  sklepu,  .  czekali  na  niego  z  kolacją.  To  samo  powtórzyło  się  w 
środę, z tym, że wcześniej zrobili zakupy i pranie. Finnowi zaczęło się już nawet podobać ich 
towarzystwo.  Odkrył,  że  nieco  wydorośleli,  i  miał  wyrzuty  sumienia,  że  tak  niechętnie 
odniósł  się do propozycji  przyjęcia ich pod swój dach. We czwartek zrobili  gorącą kolację, 
wysprzątali  kuchnię  i  pojechali  do  sklepu,  by  pomóc  rozładawać  nowy  transport  ubrań. 
Pracowali do północy, ale po powrocie do domu Mikę, zwracając do Finna, powiedział: 

– Jutro jest piątek.   
– Ano, piątek – odrzekł Finn obojętnym tonem, zdejmując rękę z temblaka. Nie widział 

Lucy od dnia wypadku, a ręka goiła się szybko. Rozprostował palce.   

– Czy mógłbyś nam kogoś przedstawić? Finn zatrzyma! się w drzwiach kuchni.   
– A kogo spodziewacie się poznać? 
–  Kogo...  kogo...  –  zniecierpliwił  się  Will.  –  Gdzie  ty  się  nauczyłeś  tak  mówić?  Nie 

jakiegoś tam kogoś, ale ją. Chcemy poznać ją, kobietę, tę twoją naj... naj... naj...   

– No tak, znowu zaczynają. Wszystko co dobre, szybko się kończy – mruknął do siebie 

Finn. – Jeszcze nie wiecie, chłopcy, jak ja tu żyję. Jutro wieczorem mam zajęcia na uczelni, a 
potem muszę jechać do sklepu. Jest otwarty do dziewiątej. O wpół do dziesiątej wracam do 
domu i siadam do nauki. A w sobotę pracuję w sklepie aż do zamknięcia o szóstej.   

– Żartujesz chyba – powiedział z niedowierzaniem Will.   
– On mówi prawdę – zaprzeczy! Mikę. – Mówiłem ci przecież... Will jęknął. Dwaj bracia 

popatrzyli po sobie i wyszli z pokoju.   

W piątek z zamknięciem sklepu zeszło Finnowi dłużej niż przewidywał i było już dobrze 

po wpół do jedenastej, kiedy wysiadł z samochodu i ruszył w stronę domu. Wiosna stała już 
w pełnym rozkwicie. W powietrzu unosił się słodki zapach bzu i Finneganowi przypomniały 
się  minione  noce  i  kobiety,  które  .  niegdyś  znał.  Gwiazdy  świeciły  jasno,  wiał  lekki 
orzeźwiający  wiatr,  zapach  upajał.  Finnegan  zapragnął  nagle  rzucić  książki  pod  pierwszy 
lepszy  krzak,  znaleźć  jakąś  kobietę  i  pójść,  tak  po  prostu  pójść  przed  siebie  cichą  uliczką, 
chłonąc czar nocy. Westchnął, wiedząc, że to niemożliwe. Kiedy dotarł do swego domu, już 
na  schodach  dobiegła  go  głośna  muzyka.  Zatrzymał  się  uświadamiając  sobie,  że  z  każdym 
krokiem słyszy ją coraz wyraźniej.   

Zaczerpnął tchu i nacisną! klamkę.   

Jego  tradycyjnie  urządzony  pokój  skąpany  był  teraz  w  jaskrawym  świetle.  W  czerwieni 

utonęły  spokojne  beże  i  biel  obić.  Wszystkie  meble,  łącznie  z  pamiętającymi  lepsze  czasy 
stołami  z  wiśniowego  drewna  i  szkła,  zostały  odsunięte  pod  ścianę,  a  dywan  zrolowano. 
Powietrze  zdawało  się  wibrować  w  rytm  muzyki,  ktoś  tańczy!.  Kiedy  Finn  włączył  górne 
światło, rozległy się natychmiast głośne protesty. Mikę przycisnął kontakt i pokój zanurzył się 
znów  w  szkarłatnych  półcieniach.  To  jednak,  co  dało  się  zobaczyć  w  krótkim  momencie 
jasności,  najzupełniej  wystarczyło  Finnowi.  Rozwścieczony,  klął  na  czym  świat  stoi  bez 

background image

obawy, że ktokolwiek go w tym harmidrze usłyszy.   

Bracia  bawili  się  w  towarzystwie  dwóch  blondynek  i  jednej  rudowłosej  dziewczyny.  W 

pokoju  znajdowały  się  więc  trzy  kobiety,  nie  dwie!  Zrobiło  mu  się  na  moment  słabo. 
Szykował się dziś do ślęczenia nad rozdziałem z prawa własności.   

–  Cześć,  Finn  –  przywitał  go  Mikę.  –  Pozwól,  że  ci  przedstawię:  to  Gigi  i  Willakay. 

Dziewczęta,  to  Finnegan,  nasz  brat.  A  teraz,  braciszku,  niespodzianka.  To  jest  Minnie, 
przyszła tu dziś specjalnie dla ciebie. Świetnie tańczy. Hej, Min i Finn, wesołej zabawy! 

Jedna z blondynek, kręcąc biodrami, przysunęła się do niego, a reszta towarzystwa poszła 

tańczyć.  Blondynka  roztaczała  wokół  siebie  ostrą  woń  perfum,  od  której  Finnowi  łzawiły 
oczy. Gapiła się na niego żując gumę.   

– Hej! Odłóż te książki, to zatańczymy. W odpowiedzi wydusił tylko ponure „aha”.   
– Co ci się stało w rękę? 
– Spadłem z drabiny... A nie wiesz przypadkiem, kto to jest powódka? 
– Co? Nie mam pojęcia. Czy może babka po wódce i na kacu? 
– Mhm. Niezupełnie. Chodźmy do kuchni, to ci wytłumaczę.   
– Boże, co za dziwak – szepnęła Minnie, kiedy mijali Willa.   
Była  już  druga  w  nocy,  gdy  odstawił  Minnie  do  domu  i  zagubił  się  w  labiryncie 

jednakowych  uliczek  i  domków,  zupełnie  jak  w  czasach  zaraz  po  zamieszkaniu  w  tym 

osiedlu.  Wówczas  nie  raz,  nie  dwa  zdarzało  mu  się  pomylić  ulice,  ale  dzisiaj  ?  Wreszcie 
odnalazł drogę. Nieomal zderzył się w drzwiach z Mike’em.   

– No, chłopaki – powiedział od progu – jeszcze raz coś takiego i nie ma was tutaj.   
– Myśleliśmy po prostu, że przyda ci się trochę rozrywki.   
– Jestem teraz cholernie zajęty i nie mam czasu na baby.   
– Ale wiesz przecież chyba, że czas ucieka i mama obawia się, że...   
–  Mama,  mama...  Ona  się  boi,  fakt,  ale  głównie  nie  o  mnie.  A  dziewczyny  to  już  sam 

sobie będę wybierał, dobrze? Minnie i ja pasujemy do siebie jak garbaty do ściany.   

Mikę gruchnął śmiechem.   
– Prawda. Ale, zgodzisz się chyba, że tańczy bosko.   
– Uff. Miałem okazję się o tym przekonać. Niestety, z samego rana muszę być na uczelni.   
– Szkoda, że cię tam nie nauczyli, jak się odpoczywa.   
W sobotni wieczór Finn wracał do siebie, mając powyżej uszu całego tego długiego dnia. 

Rano zajęcia, potem sklep, a obiecał sobie uczyć się jeszcze co najmniej dwie godziny przed 
zaśnięciem. Już w połowie drogi z parkingu do domu zwolnił kroku. Nie miał najmniejszej 
ochoty spędzić następnych czterech godzin w towarzystwie Minnie. Tego nie wytrzymałyby 
ani jego nerwy, ani nogi. W mieszkaniu podniosła się wrzawa. Gdyby teraz otworzyli drzwi, 
natknęliby  się  na  niego,  a  tego  za  żadną  cenę  nie  chciał.  Błyskawicznie  przeszedł  na  tylny 
balkon  i  klapnął  ciężko  na  ogrodowe  krzesło.  Patrzył  z  niechęcią  na  drzwi  własnego 
mieszkania, zastanawiając się, co właściwie powinien teraz zrobić.   

Nagle  usłyszał  głosy,  dochodzące  tym  razem  z  klatki  schodowej.  Rozpoznał  głos  Lucy, 

któremu  wtórował  głęboki  bas,  i  uświadomił  sobie,  że  oto  ona  wraca  do  domu  w 
towarzystwie  jakiegoś  mężczyzny.  Finn  przysunął  się  z  krzesłem  do  drzwi  balkonu, 

background image

zamierzając  wstać,  kiedy  para  wejdzie  na  górę.  Zobaczył  ich  sylwetki  z  tylu  –  rudą  głowę 
Lucy i jasną mężczyzny. Słyszał każde słowo.   

– Hyatt, ja się z kimś całowałam – mówiła Lucy.   
Finn  zamarł  niczym  żona  Lota  zamieniona  w  słup  soli.  Coś  się  w  nim  buntowało  po 

cichu.  „Nie,  Lucy,  proszę  cię,  po  co  mu  mówisz.  To  był  przecież  tylko  nic  nie  znaczący 
pocałunek”, myślał gorączkowo. Weszli już na samą górę. Finn widział ich z profilu.   

– Masz kogoś poza mną? – pytał Hyatt.   
– Nie. Prawdę mówiąc, to on... on tylko spadł z drabiny, kiedy próbował mi pomóc dostać 

się do mieszkania. Zatrzasnęły mi się drzwi.   

Finn nie wiedział, czy lepiej przyczaić się cicho tu, na podłodze balkonu, i marzyć, żeby 

się  nie  obejrzeli,  czy  też  odezwać  się  głośno  i  ściągnąć  na  siebie  gniew  Lucy  za  to,  że 
podsłuchiwał. Zaraz potem odezwał się jednak Hyatt i Finna dosłownie wbiło w krzesło.   

– Pocałował cię i to wszystko? Lucy, to przecież nie ma znaczenia. Ja też całowałem się z 

innymi kobietami.   

– Co ja słyszę? 
– No, zdarzało się – było, minęło. Nie przypuszczałem, że traktujesz te rzeczy tak serio. 

Miałem prawo sądzić, że i mnie nie bierzesz zbyt poważnie.   

–  Coś  chyba  ze  mną  jest  nie  tak,  skoro  zastanawiam  się  nad  pierwszym  lepszym 

pocałunkiem. Może jeszcze nie jestem na tyle dojrzała, by wiązać się z kimś na stałe? 

. – Naprawdę ten pocałunek był dla ciebie taki ważny? 

Finn  wyprostował  się  na  krześle,  targany  sprzecznymi  uczuciami.  I  chciał,  i  nie  chciał 

słuchać dalej tej rozmowy.   

– Całowaliśmy się po prostu jakoś tak... – Lucy nie potrafiła dokończyć.   
– Jak? No, powiedz mi, jak? Umówiłaś się z nim? A co będzie z nami, czy to już koniec? 
– Nie, nie widziałam go od tamtego dnia, lecz tak sobie myślę, że na razie powinniśmy 

odłożyć nasze spotkania.   

– Do stu diabłów. Lucy, przecież jeden pocałunek nic nie znaczy. – Hyatt uśmiechnął się 

szeroko. – Będzie, jak zechcesz, ale póki co...   

Hyatt  Woodson  wziął  Lucy  w  ramiona,  a  Finn  odwrócił  głowę  i  kwaśno  spoglądał  na 

podjazd.  Po  paru  minutach  przestał  się  obawiać,  że  odkryją  jego  obecność.  Zacisnął  pięści. 
„Nie  rób  z  siebie  idioty”,  pomyślał.  A  niechby  się  całowała  z  Hyattem  Woodsonem  całą 
następną  godzinę,  niechby  nawet  weszli  do  jej  mieszkania,  zamknęli  się  na  klucz  i  nie 
wychodzili  z  niego  nawet  tydzień  –  no  to  co?  To  nie  ma  żadnego  znaczenia,  wmawiał  w 

siebie, lecz coś w jego duszy nie chciało na to przystać.   

– Hyatt – powiedziała w końcu Lucy. – Jestem już trochę zmęczona. To był miły wieczór.   
Finn odetchnął z ulgą.   
– O tak, Lucy. Zadzwonię do ciebie jutro. A co się dziś stało temu spokojnemu gościowi 

z naprzeciwka, że taki u niego łomot? 

– Mieszkają z nim teraz dwaj bracia.   
– Chcesz, to im powiem, żeby się uciszyli.   
– Nie, nie, dziękuję. Ten hałas mi nie przeszkadza.   

background image

– Zadzwonię jutro po południu – powtórzył Hyatt. – Dobranoc, kochanie.   
Kochanie!  Finn,  słysząc  to  słowo,  syknął, jakby  się nadział na drut  kolczasty.  Po chwili 

Hyatt zbiegł po hodach i Finnowi zdążyła tylko mignąć jego jasna głowa. Lucy grzebała w 
torebce,  szukając  klucza,  undy  wyprostował  się  i  zawadził  przy  tym  łokciem  o  mały 

plastikowy  stoliczek,  który  stuknął  lekko  o  szkolone  drzwi  balkonu.  Dźwięk  ten  ginął  w 
hałaśliwej muzyce, lecz Lucy usłyszała go i szybko się wróciła. Wstał, zamierzając wyjaśnić i 
prosić  o  wybaczenie,  lecz  ogłuszył  go  jeden  z  tych  jej  przewiercających  uszy  i  ścinających 
krew  w  żyłach  wrzasków,  który  bez  trudu  przebił  się  przez  dźwięki  muzyki  i  wypłoszył 
pewnie z gniazd całe okoliczne ptactwo.   

– Lucy, to ja. Nie piszcz tak. Nie chciałem cię przestraszyć.   
Na  dole  ktoś  jednym  pchnięciem  otworzył  drzwi.  Hyatt  Woodson  pędził  po  schodach 

przeskakując opnie. Zauważył Finna zbliżającego się już do Lucy i zamachnął się z całej siły.   

–  Hej,  poczekaj,  ja...  –  zdążył  zawołać  Finn,  lecz  nie  dokończył,  bo  dostał  pięścią  w 

twarz.   

background image

 

Kiedy otworzył oczy, owionął go słodki zapach i poczuł na sobie lekki dotyk rąk. Chciał 

się uśmiechnąć, ale gwałtowny ból sprawił, że wydobył się z niego tylko jęk.   

– Finnegan! Finneganie Mundy! – słyszał głos Lucy. – Jak mogłeś? 
– Wciągamy go do domu? – To mówił Mikę.   
– Niech się tylko podniesie, to znowu dam mu wycisk – odezwał się ktoś głębokim basem 

i Finn przymknął powieki.   

– W porządku, Hyatt. Sama sobie z nim poradzę.   
– Czy to jest ten facet, Lucy? 
Obolały Finn pragnął uniknąć kolejnych trzech godzin z Minnie. Bynajmniej nie pragnął 

teraz także podnieść się i stanąć twarzą w twarz z Woodsonem. Głosy mieszały się nad nim. 
Otworzył oczy i skinął na Mike’a korzystając z tego, że Lucy i Hyatt kłócili się między sobą.   

– Mikę, zostawcie mnie samego – szepnął Finn.   
– Mamy cię tak zostawić tutaj, na korytarzu? 
– Tak.   
Mikę jeszcze bardziej pochylił się nad bratem.   
– A jeśli on zechce uderzyć cię ponownie? 
–  Będzie  musiał  najpierw  poczekać,  aż  wstanę,  a  wtedy  zawołam  i  już  wy  się  nim 

zajmiecie.   

– Will już raz go rąbnął.   
– Serdeczne dzięki.   
– Chcesz, to i ja mu dołożę.   
– Nie rób tego. Po prostu zostawcie mnie tutaj.   
– Dziewczyna, która czeka tam na ciebie, będzie strasznie rozczarowana.  Z kim będzie 

tańczyć całą noc? Możesz mi wierzyć, tym razem nie przyprowadziliśmy Minnie, ale pewną 
miłą i bystrą osóbkę.   

– Naprawdę? No dobrze, pojawię się za jakiś czas. Mikę wyprostował się i wstał.   
– Ty, Finn, naprawdę nie wiesz, co dobre. Chodźmy, Will.   
– ... Sama tego chciałaś, Lucy. – Finn usłyszał niknący na schodach głos zbiegającego w 

dół  Hyatta.  Trzasnęły  głośno  drzwi.  Finn  jeszcze  raz  otworzył  oczy.  Nad  nim,  z  twarzą 
poczerwieniałą od gniewu, ujmując się pod boki, stała Lucy.   

– Jak mogłeś zachować się tak podle? 
– To wszystko stało się przypadkiem.   
–  O,  nie  mam  co  do  tego  żadnych  wątpliwości.  Często  się  tak  czaisz  w  jakimś  kącie, 

kiedy ja wracam do domu? 

– Nigdy, ale... nie jestem w stanie poruszyć nawet palcem.   
Tu akurat mijał się z prawdą, bo mógł się poruszać. Lucy nie zdawała sobie najwyraźniej 

sprawy  z  tego,  co  się  tu  wydarzyło.  To  z  jej  winy  został  poturbowany.  Podsłuchiwał 
przypadkiem i gdyby była rozsądna, wysłuchałaby jego wyjaśnień.   

background image

–  Może  to  coś  z  kręgosłupem?  –  zatroszczyła  się  poważnie  i  z  tonu  wnioskował,  że 

minęła jej złość. Od razu poczuł się lepiej.   

– Boję się poruszyć, by to sprawdzić.   
– Wezwę pogotowie i zawołam tu chłopców.   
– Nie, Lucy, nie waż się tego robić! – krzyknął myśląc, że ona ma chyba fioła na punkcie 

pogotowia. – Chodź tutaj i po prostu pomóż mi wstać.   

Kiedy otoczyła go ramionami, poczuł się naprawdę znacznie lepiej. Co prawda ból w ręce 

odezwał  się znowu, lecz powoli  ustępował.  Czuł  za to  pulsowanie w szczęce. Usiadł.  Lucy 
trwała  dalej  przy  nim,  obejmując  go  rękami,  a  gdzieś  w  tle  rozbrzmiewały  przytłumione 
dźwięki muzyki. Najchętniej by się uśmiechnął, lecz pomyślał zaraz, że Lucy przestanie mu 
współczuć i skończy się ten delikatny uścisk. Jęknął.   

– Coś cię holi? 
– Mhm. Chyba powypadają mi zęby.   
–  Dobry  Hoże,  skąd  miałam  wiedzieć,  że  to  byłeś  ty?  W  hallu  jest  tak  ciemno. 

Pomyślałam, że to jakiś oprych... Chodź do mnie, przemyję ci twarz – zaproponowała szybko. 
– Chyba, że chcesz wrócić do domu, gdzie zaopiekują się tobą twoi bracia.   

– W żadnym wypadku. Tam zabawa rozkręciła się na dobre. No, wstajemy.   
Kiedy Lucy pomagała mu się podnieść, objął ją z jękiem i zaraz przygarnął mocniej. Była 

ciepła i miękka. Pachniała słodko i pomyślał, że mógłby ją tak trzymać bardzo, bardzo długo, 
gdyby tylko na to pozwoliła.   

Do salonu w mieszkaniu Lucy nie wchodziło się bezpośrednio z drzwi wejściowych, jak u 

Finna,  lecz  z  wąskiego  przedsionka  utworzonego  przez  niewysokie  ścianki  działowe,  nie 
zasłaniające  widoku  na  pokój.  Obeszli  je  i  Lucy  zapaliła  mosiężną  lampę.  Finn  stał 
skonsternowany. Pokój miał te same wymiary i rozkład, co jego własny, lecz zbudowany był 

na odwróconym  planie.  Kominek znajdował  się na ścianie północnej,  a okna wychodziły na 
południową. Na tym kończyło się wszelkie podobieństwo. Każda ze Ścian pomalowana była 
na  inny  kolor:  jedna  na  czerwono,  druga  na  zielono,  trzecia  zaś  na  fioletowo.  Obie  strony 
kominka  i  całą  czwartą  ścianę  zajmowały  półki  z  książkami.  Poza  mahoniowym  stołem  z 
opuszczanym  blatem  wszystkie  meble  były  wyplatane  z  wikliny  w  piaskowym  kolorze. 
Wszędzie  leżały  różnobarwne  poduszki,  a  część  wy  froterowanej,  błyszczącej  podłogi 
okrywał błękitny dywan.   

– Moi bracia byliby zachwyceni – odezwał się Finn po dłuższej chwili.   
– Dlaczego? 
– Twoje mieszkanie jest takie oryginalne.   
– Widzisz, strasznie jest przychodzić do domu i wiedzieć, że nie różni się on dosłownie 

niczym od dwóch setek absolutnie identycznych wnętrz w tym osiedlu.   

– Też masz takie wrażenie? 
–  Kiedy  tylko  wyjdę  i  popatrzę  na  szeregi  naszych  osiedlowych  pudełek,  czuję  się  z 

miejsca jak manekin, jak jedna więcej kukiełka wycięta z szablonu.   

– To zupełnie jak ja, lecz wyobrażałem sobie, że tylko ja to tak odczuwam.   
–  A  więc  tobie  też  się  tu  nie  podoba?  –  Popatrzyła  na  niego  z  uśmiechem.  –  Ja,  jak 

background image

widzisz,  spróbowałam  to  zmienić.  I  dopiero  teraz  mam  poczucie,  że  to  jest  naprawdę  moje. 
Moje  są  książki  i  moje  są  jasne  barwy.  Idę  o  zakład,  że  żadne  mieszkanie  w  osiedlu  nie 
wygląda tak jak to.   

– Nie będę się zakładał. Oczywiście, masz rację.   
– Ale tobie się ono nic podoba.   
Ogarnął mieszkanie długim, badawczym spojrzeniem.   
– Moim zdaniem jest wspaniale.   
Znowu się uśmiechnęła, a Finn zupełnie zapomniał o bólu szczęki. Podejrzewał, że i ona 

zapomniała o swoim niedawnym gniewie.   

– Usiądź, proszę.   
Skorzystał  z  propozycji,  lecz  na  jego  twarzy  pojawi!  się  grymas  bólu.  Miał 

zaczerwieniony policzek i przeciętą wargę. Lucy była wściekła, że podsłuchiwał, zażenowana 
i upokorzona a zarazem przerażona tym, że cierpiał z powodu pobicia. A przede wszystkim – 
potwornie zakłopotana.   

Zmoczyła w łazience ściereczkę i usiadła przy Finnie, by zmyć mu krew z brody.   
–  Rozciąłeś  sobie  wargę.  Mów,  jeśli  cię  zaboli  –  powiedziała,  przesuwając  delikatnie 

materiał w kierunku kącika ust.   

Jakież  one  są  zmysłowe,  podziwiała  w  myślach,  przypominając  sobie  równocześnie 

wszystko, z czego zwierzała się Hyattowi.   

– To naprawdę świństwo tak podsłuchiwać – odezwała się po chwili, nie odrywając  od 

niej oczu.   

– Uważaj! Boli! 
– Przepraszam. – Szybko cofnęła rękę.   
– A już myślałem, że specjalnie zadajesz mi ból.   
– Co ty mówisz? Jakże bym mogła? – powiedziała gniewnie.   
– No dobrze, już dobrze. – Łagodne spojrzenie dziwnych, niebieskich oczu uspokoiło ją 

od razu. Zajęła się znów jego twarzą. Finn ostrożnie obmacywał sobie szczękę.   

– To stało się przypadkiem. Siedziałem właśnie na balkonie, kiedy ty wróciłaś do domu, i 

wpadłem potrzask.   

Poczuła  znów  przypływ  gniewu,  a  jej  dłoń  znieruchomiała  w  powietrzu.  Patrzył  na  nią, 

jakby chciał oswoić tygrysa.   

– Mogłeś dać znać, że tam jesteś – fuknęła, wycierając resztki krwi.   
– O całowaniu  się ze mną powiedziałaś Hyattowi, zanim weszliście na górę. Chyba się 

nie przestraszyli? 

Mówił niskim, łagodnym tonem, który jak balsam koił jej stargane nerwy. Nie odrywała 

ręki od jego policzka. Byli tak bardzo blisko siebie. Miała wrażenie, że pokój zawęził się do 
rozmiarów maleńkiej łebki i że są gdzieś pod upalnym niebem. Oddychała z trudem, nie była 
w stanie myśleć. Tym ustom potrafiła się oprzeć, a Finn chwilami spoglądał na nią z takim 
natężeniem,  jakby  pierwszy  raz  w  życiu  baczył  kobietę.  Przeszywał  ją  zgłodniałym 
wzrokiem.  Pochylił  się  w  jej  stronę  i  aż  do  bólu  zapragnęła,  objął  ją  i  całował,  całował, 
całował.   

background image

Jakby odgadując jej myśli, Finn otoczył ramieniem dziewczynę. Pozwoliła się przygarnąć 

bliżej.   

– Nie miałem zamiaru podsłuchiwać waszej rozmowy.   
– Chciałabym, żeby to była prawda.   
– To jest prawda.   
Odchyliła głowę do tyłu, żeby spojrzeć mu w oczy.   
– Nie zdążyliśmy się dobrze poznać...   
– Chyba że w nieszczęściach.   
Powiedział  to  tak  poważnie,  że  nie  potrafiła  się  powstrzymać  od  śmiechu,  a  wtedy  i  on 

rozpromienił ę, jakby podarowała mu coś, o czym marzył.   

– Lubię, Lucy, kiedy się tak śmiejesz. Taki śmiech nieczęsto daje się słyszeć.   
Wypowiedział  to  zdanie  tak  naturalnie,  że  zrozumiała,  iż  nie  miał  to  być  błahy 

komplement. Jakie jest właściwie jego życie? – przemknęło jej przez myśl.   

– Co ty mówisz? Przecież nawet w tej chwili, z twojego własnego mieszkania, dochodzi 

aż tu kobiecy niech. Nie słyszysz? 

– To zupełnie inny śmiech – odparł Finn, wprawiając ją w jeszcze większe zakłopotanie. 

Przypominając sobie znowu to, z czego zwierzała się Hyattowi, zaczerwieniła się.   

– Finn, jest mi bardzo głupio. Wiesz...   
–  Posłuchaj,  Lucy.  Jeśli  poczujesz  się  lepiej,  to...  –  przerwał  na  chwilę,  odchrząknął  i 

objął ją mocniej – to ci powiem, że ja też wciąż pamiętam o twoich pocałunkach.   

Lucy miała uczucie, że jeszcze chwila a udusi się z braku powietrza. Przytulona do Finna, 

pragnęła KDcałunku bardziej niż kiedykolwiek w życiu. Nagle poczuła słony smak krwi na 
wargach. Całowali się nie wiedzieć jak długo, coraz bardziej pewni, że dzieje się między nimi 

coś ważnego i głębokiego, że to nie tylko przelotna fascynacja. W końcu wyzwoliła się z jego 
objęć.   

–  Podsłuchuje,  a  jeszcze  potem  korzysta  –  powiedziała  z  uśmiechem.  –  Pozwól,  niech 

skończę opatrywać ci twarz.   

– Całowanie jest ciekawsze.   
– Ale niebezpieczne.   
– Nie masz się czego obawiać, Lucy. Z mojej strony nic ci nie grozi. Jestem tak cholernie 

niegroźny, te aż wstyd powiedzieć.   

– Czyżbyś nie lubił kobiet? – zerknęła na niego ze zdumieniem.   
– Hi, hi – zaśmiał się Finn. – Lubię, uwielbiam, tylko że nie mam czasu. Studiuję prawo.   
–  Za  sprawą  studiów  mężczyźni  chyba  nie  przestają  być  mężczyznami  –  zachichotała 

Lucy, wstając.   

–  Zrozum,  mam  też  na  głowie  własny  sklep.  Nauka  plus  prywatny  interes  równa  się 

kompletny brak czasu.   

– To przykre, ale nie będzie trwać wiecznie. Czy chcesz coś do picia? Mam mleko, wodę 

sodową, piwo, wino...   

– Napiłbym się zimnego piwa, jeśli pozwolisz.   
– Już się robi, poczekaj.   

background image

Chwycił ją za nadgarstek i wstał z łatwością, o którą by go nawet nie posądzała.   
– Czy ty – powiedział patrząc na nią z góry – naprawdę masz się niedługo zaręczyć? Nie 

chciałbym stawać ci na przeszkodzie.   

Zarumieniła  się,  ponieważ  do  tej  pory,  opowiadając  Finnowi  o  swojej  znajomości  z 

Hyattem, znacznie przesadzała i teraz wypadało się do tego przyznać.   

–  Nie,  nie  planowaliśmy  rychłych  zaręczyn.  Po  prostu  znamy  się  dobrze  i  nieraz 

wyglądało  na  to,  że  prędzej  czy  później  do  tego  dojdzie.  –  Nagle  zdała  sobie  sprawę,  że 
mówiąc o Hyatcie posługuje się czasem przeszłym.   

Finn  patrzył  przez  dłuższą  chwilę  na  Lucy,  najwyraźniej  poruszony  tym,  czego  się 

dowiedział.   

– Czy mogę obejrzeć resztę twojego mieszkania? – zapytał po chwili milczenia i  kiedy 

zaprosiła  go  gestem,  już  miał  pójść  za  nią,  gdy  jego  twarz  wykrzywił  nagle  grymas  bólu. 
Pomasował ręką plecy.   

– Coś nie w porządku? – zatroskała się Lucy.   
– Nie najlepiej. Pomóż mi, dobrze? 
Objęła go w pasie i razem przeszli do kuchni, zatrzymując się w drzwiach.   
– Ojej, jak tu ładnie! – zawołał Finn, rozglądając się wokół.   
W  oknie  zieleniły  się  pnącza,  podłoga  i  kontuar  były  pomalowane  na  żółto,  a  mały 

stoliczek w czerwone, niebieskie i. żółte pasy.   

– Chodziło mi tu o to samo, co w całym mieszkaniu. Żeby to było naprawdę moje.   
– Chciałbym, żeby było inaczej, lecz u mnie w domu jest przeciętnie i zwyczajnie, tak jak 

na zewnątrz.   

– Nie mów, jest przyjemnie.   
– Może wygodnie, ale nie oryginalnie.   
Rozmawiali  ze  sobą  przez  jakiś  czas,  aż  zauważyła,  że  Finn  przyciskają  wprawdzie 

mocno do swojego boku, lecz wcale się na niej nie wspiera.   

– Ach, ty wstrętny symulancie! – zawołała, umykając mu spod ramienia. – Myślałam, że 

naprawdę cię boli.   

– Boli jak wszyscy diabli.   
–  Szczęka,  być  może,  ale  nic  poza  tym.  Dlaczego  nie  dałeś  się  zabrać  braciom?  Nie 

poturbował cię przecież zbyt mocno, prawda? 

Na twarzy Finna odbiło się wahanie.   
– Wczoraj wieczorem – powiedział w końcu – kiedy wróciłem do domu, bracia czekali 

już  z  dziewczyną,  którą  specjalnie  dla  mnie  ściągnęli  na  zabawę.  Tańczyłem  z  nią  do 
upadłego i tak mnie wykończyła, że nie chciałem, by się to powtórzyło dzisiaj. Pragnąłem też 
porozmawiać  z  tobą,  żebyś  się  wreszcie  dowiedziała,  jak  to  było  naprawdę  i  że  nie 
zamierzałem cię podsłuchiwać.   

Szczerość, która przebijała z jego słów, sprawiła, że cała złość Lucy zniknęła.   
– Potwierdzam jeszcze raz to, co powiedziałam ci w zeszłym tygodniu. Możesz uczyć się 

tutaj. Czuła się wobec niego podwójnie zobowiązana – raz, z powodu tamtego niefortunnego 

wypadku, a dwa – bo przez nią poturbował go Hyatt. Musiała jednak przyznać się przed sobą 

background image

i do tego, że Finn bardzo ją pociągał.   

Z wyrazu jego twarzy odgadła, że jej propozycja przyniosła mu ulgę.   
– Chciałbym cię prosić o wielką przysługę...   
– Tak? – odpowiedziała miękko, czując przyspieszone bicie serca.   
– Czy zechciałabyś pójść do mojego mieszkania, po moje książki? 
Zaskoczył ją. Nie sądziła, że od razu zechce skorzystać z jej zaproszenia. Nie wiedziała – 

śmiać  się  czy  płakać.  Dobry  Boże,  dopiero  co  wpadła  w  popłoch  z  powodu  podsłuchanej 
przez  niego  rozmowy  o  niedawnych  pocałunkach,  dopiero  co  ochłonęła  po  nowych 
pieszczotach, a tu Finn prosi ją o przyniesienie książek do nauki.   

–  Oczywiście  –  odparła,  chcąc  żeby  u  niej  został  a  niechby  i  po  to,  żeby  się  uczyć.  – 

Zaraz będę z powrotem.   

– A ja tymczasem przygotuję coś do picia. Co dla ciebie? 
– Mineralka.   
Kiedy  wróciła,  na  stole  w  kuchni  stało  już  piwo  i  woda,  a  Finn  siedział  bez  butów, 

opierając jedną ję o ławę. Podała mu książki.   

–  Proszę.  Żałuj,  że  ciebie  tam  nie  ma.  A  tak  w  ogóle,  to  dziwią  się,  że  nie  chcesz 

potańczyć, skoro >z dość siły, żeby się obkuwać.   

Finn skrzywił się.   
–  Widzisz,  mamy  odmienne  zapatrywania  na  to,  czym  jest  zabawa.  A  poza  tym  moi 

bracia zaczęli ie ostatnio zastanawiać. Wcześniej w ogóle się mną nie interesowali.   

– A podoba im się ta nowa praca? – Tak.   
– Jeśli już chcesz się pouczyć, to wezmę tylko swoją szklankę i wychodzę...   
– Posiedźmy jeszcze chwilę. We. ile mi się nie spieszy. Usiadła naprzeciwko niego.   
– Gdzie znajduje się twój sklep? 
– Naprzeciwko Daisy Mili Mail, po drugiej stronie ulicy.   
– Nie mam pojęcia gdzie to jest...   
– To stara, spokojna promenada. Przy Czternastej Ulicy.   
– Podejrzewam, że ten twój sklepik musi być mocno wysłużony. Finn zmierzwił palcami 

włosy i poskrobał się w czubek głowy.   

– Nie miałem pojęcia, że jest taki stary, kiedy go bratem. Zresztą przez pierwszych kilka 

lat było to zupełnie niezłe miejsce.   

– A teraz? 
–  Teraz  już  nie.  I  dlatego  muszę  skończyć  studia.  Dopóki  poświęcałem  sklepowi  cały 

swój czas. Wiodło mi się niezgorzej, lecz obecnie w okolicy wyrosła spora konkurencja. A ty 

co robisz? 

– To samo, co ty. Handluję.   
Parsknął  śmiechem. W jednej  chwili odmłodniał. Nie widziała go nigdy tak beztroskim. 

To było wspaniałe. – Twarz Finna mieniła się, śmiech czaił się w kącikach oczu i drżały od 
niego policzki, lecz większe wrażenie zrobiły na Lucy jego rozpromienione, błyszczące oczy.   

– A czym, jeśli wolno wiedzieć? – zapytał, pochylając się do przodu.   
Podparł brodę dłonią i utkwił w niej wzrok. Poczuła się nieswojo, tak jakby czytał w jej 

background image

myślach.   

– Orzeszkami ziemnymi – odpowiedziała z napięciem, niepewna jego reakcji. Hyatt nie 

cierpiał  jej  zajęcia,  a  przyjaciele,  oprócz  Nan  Taylor,  która  u  niej  pracowała,  uważali  je  za 
nieco zabawne.   

– Tymi orzeszkami do jedzenia? – upewnił się.   
– Tak, właśnie tak.   
Była trochę rozczarowana, że przyjął tą wiadomość najzwyczajniej w świecie. Sądziła, że 

go zaintryguje tak jak urządzeniem swego mieszkania.   

– Sprzedajesz na targu rolnym? 
–  Nic.  Handlowałam  najpierw  na  ulicach,  potem  wynajmowałam  sklepik  wielkości 

dziupli,  aż  w  końcu  kupiłam  coś  nieco  większego.  Mój  sklep  stoi  przy  skrzyżowaniu 

Dwudziestej Trzeciej Ulicy z Pennvania Avenue.   

– To niedaleko ode mnie. Masz jednak lepszą lokalizację, choć można się tam udusić od 

spalin.   

– Tak, ale to dobre miejsce na handel orzeszkami – zgodziła się Lucy, marząc, by Finn 

przestał  wreszcie  wpatrywać  się  w  nią  tak  badawczo.  –  Bardzo  ruchliwe...  Widywałam  cię 
czasami, kiedy jechałeś uczelnię lub wracałeś do domu.   

– Naprawdę? Skąd wiedziałaś, że to ja? 
–  No  wiesz,  jesteśmy  przecież  sąsiadami  –  odparła,  mając  nadzieję,  że  mówi  swym 

zwykłym tonem. Uśmiechnął się, a ona odzyskała odrobinę pewności siebie. Przynajmniej nie 
wyśmiał jej pracy.   

– Naprawdę mnie zauważałaś? – Pochylił się jeszcze bardziej, wpatrując się w nią jak w 

obraz. – prawdę? 

–  Tak,  ale  ty  przechodziłeś  zawsze  obok  mnie,  jakbym  była  przezroczysta.  Prawdę 

mówiąc, nie wiedziałeś nawet, że istnieję.   

– Teraz już wiem – powiedział chrapliwie, a ona wstrzymała oddech.   
– Czy mogę ci zadać osobiste pytanie? 
Znowu ją przestraszył. Co znowu przyszło mu do głowy? 
– Tak, oczywiście – odpowiedziała ostrożnie.   
– Czy dobrze sobie radzisz z tym handlem? 
Odpowiedziała wybuchem śmiechu, który odbił się gromkim echem w maleńkiej, cichej 

kuchni.   

–  No  i  co  cię  tak  rozweseliło?  –  ciągnął  z  uśmiechem.  –  Wozisz  dolary  taczkami  do 

banku, czy co? 

– Och, nie! Ale, wiesz, po raz pierwszy w życiu ktoś mi zadaje osobiste pytanie o moje 

orzeszki. Tak naprawdę to przynoszą mi nie najgorsze zyski. Nie narzekam.   

–  To  dobrze,  że  choć  tobie  się  powiodło.  Ja  natomiast  nie  potrafię  wyjść  na  swoje, 

choćbym i ze skóry wylazł. A co robiłaś w ostatnią sobotę na uniwersytecie? 

– Skąd wiesz, że tam byłam? – Czyżby jednak zauważał ją częściej, niż chciał się to tego 

przyznać? 

– Zaczynam zajęcia o dziesiątej. Chyba widziałem, jak rozmawiałaś z kimś na chodniku. 

background image

Zauważyłem twoje czerwone pantofle.   

– A gdzie ty wtedy byłeś? 
– Na dole, w bibliotece. Potem, przed domem, kiedy stałaś na drabinie, rozpoznałem cię 

po tych właśnie czerwonych pantofelkach.   

– Na świecie są setki i tysiące podobnych czerwonych pantofli.   
–  No  dobrze,  niech  ci  będzie  –  powiedział,  dotknął  czubka  jej  nosa  i  uśmiechnął  się 

jeszcze szerzej. – Zapamiętałem nie tylko pantofle, ale i twoje wspaniałe nogi.   

Sprawiło jej to przyjemność, ale wykręciła się.   
– Dziękuję. Rozumiem, że chciałeś mi powiedzieć komplement.   
– Ależ to tylko prawda – potwierdził łagodnie. – No więc, co tam robiłaś? Chodzisz na 

jakiś kurs? Studiujesz? 

– Nie, ale myślę o tym.   
–  To  świetnie.  Może  będziemy  jechać  na  jednym  wózku.  Roześmiała  się  myśląc,  jak 

wspaniale byłoby robić coś wspólnie z nim.   

– Chciałabym zapisać się na kurs księgowości.   
– Studiowałaś już coś? Wzruszyła ramionami.   
– Tak, cztery lata hiszpański. Nigdy  mi się to  nie przydało. Powinnam  raczej  uczyć się 

czegoś przydatnego w handlu. W jakich godzinach masz zajęcia? 

– Ćwiczenia z zawierania umów są w poniedziałki, środy i piątki o wpół do ósmej rano, a 

w te same dni o wpół do ósmej wieczorem przychodzę na wykłady z powództwa cywilnego. 
Prawo  własności  z  kolei  mam  we  wtorki  i  czwartki  o  siódmej  trzydzieści  i  w  soboty  od 
dziesiątej do dwunastej.   

– O rany! – patrzyła na niego zdumiona, dopiero teraz pojmując, dlaczego Finn, ilekroć 

go mijała, wydawał się jej zawsze nieprzytomny. – Czy to nie za dużo na raz? 

– Gdybym chciał sobie popuścić, to życia by mi nie starczyło, żeby skończyć te studia – 

powiedział  z  kamienną  twarzą  i  determinacją  w  glosie.  –  Musiałem  zresztą  złożyć 
oświadczenie,  ile  godzin  pracuję.  To  nie  student,  a  uczelnia  decyduje  o  wymiarze 
obowiązujących zajęć.   

–  O  mój  Boże.  Nic  dziwnego,  że  tak  się  tym  przejmujesz  –  powiedziała  Lucy  nieco 

przerażona  nawałem  obowiązków,  które  wziął  na  siebie  Finn,  a  zarazem  współczując  mu  z 
tego powodu. – Dlaczego w ogóle chcesz zostać prawnikiem? 

Spojrzał na nią trochę bezradnie.   
– Sam nie wiem. Lubię być wśród ludzi i chyba dlatego zająłem się handlem. Ale jakoś 

mi to nie wychodzi i zacząłem o tym rozmawiać z moim przyjacielem, który jest prawnikiem. 
Prawo zaczęło mnie coraz bardziej pociągać. Lubię te studia, choć faktycznie jest to nieludzka 

harówka.   

Patrzyła  na  niego  w  zamyśleniu.  Trudno  przyznać  się  przed  samym  sobą  do  porażki  i 

zawrócić z wcześniej obranej drogi.   

–  A  jeśli  już  mówimy  o  szkole,  to...  –  Finn  podrapał  się  w  kark  –  na  mnie  już  czas. 

Zabieram się do roboty.   

– Tak, tak, oczywiście.   

background image

No  to  pięknie,  pomyślała  Lucy.  Zrezygnowała  z  chodzenia  z  Hyattem  dla  mężczyzny, 

który jeszcze przed paroma dniami nie wiedział nawet ojej Istnieniu, który poświęcał więcej 
uwagi swoim prawniczym brykom niż jej samej i który, prowadząc własny sklep, uginał się 
pod ciężarem związanych z tym obowiązków.   

Poszła  do  swego  pokoju.  Rzuciła  na  łóżko  bawełnianą  koszulę  nocną  i  peniuar,  umyła 

zęby,  a  następnie,  zamiast  się  przebrać,  podciągnąwszy  powyżej  kolan  różową  spódniczkę 
wsiadła na  rower treningowy. Pedałowała z furią przez pewien czas, aż  usłyszała pukanie i 
odwróciwszy głowę ujrzała Finna stojącego w drzwiach.   

– Usłyszałem obracające się koła i nie miałem pojęcia, skąd wziął się ten hałas.   
Ukradkowe spojrzenie zatrzymało się na jej odsłoniętych udach. Kiedy obciągała różowy 

materiał, uśmiechnął się.   

– To rozładowuje napięcie – stwierdziła krótko.   
Wszedł  do  środka  i  rozejrzał  się  po  sypialni.  Na  szczęście  Lucy  nie  rozścieliła  jeszcze 

swego  materaca  przykrytego  jasnoniebieską  wełnianą  narzutą.  Pod  ścianą  stało  czerwone 
biurko, a na podłodze leżał czerwony, gruby dywan.   

– Skąd to masz, Lucy? – Finn podszedł do stojącego w kącie starego konika z karuzeli i 

pieszczotliwym ruchem poklepał go po zadzie.   

– Kupiłam na licytacji. Kiedy byłam mała, uwielbiałam jeździć na karuzeli.   
–  Ja  też,  dopóki,  dzięki  mamie,  nie  odkryłem  roweru  na  trzech  kółkach.  –  Spojrzał  na 

Lucy. – Nie przewróci się? 

–  Nie.  Siadaj  śmiało.  Jest  przymocowany  do  podłogi.  W  wynajętym  mieszkaniu  nie 

mogłam  wbić  nawet  gwoździka.  Dopiero  tutaj,  na  swoim,  mogę  robić,  co  mi  się  żywnie 
podoba.   

Przesadził nogę przez grzbiet i usiadł trzymając się złotego pręta, który biegł przez konia 

od podłogi do sufitu.   

– Patataj, patat aj, patataj! – zawołał wesoło. – Ale frajda! 
Uśmiechnęła  się,  myśląc,  ile  naturalności  kryje  się  w  Finnie.  Było  w  nim  jednocześnie 

coś  niezwykle  sympatycznego,  co  wyróżniało  go  spośród  wszelkich  znajomych  mężczyzn. 
Przypomniała  sobie,  jak  Hyatt  obrzucił  konia  zdumionym  spojrzeniem  i  zaraz,  jakby 
zażenowany, spuścił oczy.   

Finn  tymczasem  nucił  jakąś  melodię.  Rozpoznała  ją  od  razu  –  to  był  walc  Straussa, 

grywany często, gdy w dzieciństwie kręciła się na karuzeli.   

Zeszła z roweru, a Finn zeskoczył z konia. Pociągnął ją za rękę i kiedy znalazła się w jego 

ramionach, posadził ją na koniu twarzą do siebie. Owinął wokół palca pasemko jej włosów. 
Zadrżała.   

– Dlaczego jesteś taka spięta? – spytał.   
– Słucham? 
– Powiedziałaś, że to – zerknął na rower – rozładowuje napięcie.   
– Tak, rozładowuje, zwłaszcza gdy się jest po takim dniu jak dzisiejszy. Huk roboty, a na 

samym  końcu  podsłuchujesz  mnie,  kiedy  na  dobre  rozstaję  się  z  Hyattem.  Wystarczy, 
prawda? 

background image

– Jaka ty właściwie byłaś w dzieciństwie? – zapytał i pociągnął ją lekko za złoty lok.   
– Ruda, postrzelona, kochałam czytać.   
– Masz rodzeństwo? 
–  O  tak,  liczne.  Dwóch  braci  bliźniaków  i  siostry,  też  bliźniaczki.  Pisały  o  nich  nawet 

gazety, jesteśmy sławni.   

– Ho, ho, ho. A ja mam tylko trzech braci.   
– Kiedy wyjdę za mąż, też będę miała bliźniaki – powiedziała, nie patrząc mu w oczy.   
Kiedyś  znów  na  niego  spojrzała,  zauważyła,  że  ma  dziwny  wyraz  twarzy,  ale  zaraz  się 

rozpogodził.   

– Nie boisz się rozmawiać z chłopakami o małżeństwie i bliźniakach? 
– Nie. A czego miałabym się obawiać? 
– To może zniechęcić ewentualnego kandydata na męża. Z tego, co mówisz, wynikałoby, 

że szukasz męża głównie po to, by urodzić te swoje bliźniaki.   

–  Nie  szukam  żadnego  męża.  –  Przechyliła  głowę  na  bok  i  uśmiechnęła  się.  – 

Zniechęciłam cię, co? Z uśmiechem ściągnął ją na dół i postawił na nogi. Nagle znalazła się 
między nim a bokiem konia.   

–  Lubię  dzieci  –  powiedział  ciepłym  tonem.  –  Nie  zamierzam  się  żenić  przed 

ukończeniem  studiów,  ale  też  nie  przeraża  mnie  wcale  taka  perspektywa.  Tyle  że  my  się 
jeszcze prawie nie znamy...   

– A to ciekawe – odparła resztką tchu, a serce podeszło jej do gardła. – Odsuń się trochę, 

dobrze? Wpatrywał się w nią tak intensywnie, że zapragnęła przymknąć powieki, przytulić się 
do niego jak najmocniej i podać mu usta do pocałunku.   

– Ani mi się śni. Powinniśmy poznać się bliżej, prawda? 
– Daj spokój, a nauka? Miałeś się uczyć...   
Lucy próbowała wziąć się w garść i okazać choćby odrobinę powściągliwości. Zamrugała 

oczami  i  przez  moment  pożałowała  swoich  słów.  Finn  Mundy  potrafił  całować,  lecz  miał 
także  inne  cechy,  które  jej  się  podobały  –  był  ambitny.  Zaimponowała  mu  urządzeniem 
mieszkania, okazał zainteresowanie jej pracą – lecz teraz marzyła tylko o jednym. Niechby się 
zainteresował wreszcie nią samą! Tymczasem najwyraźniej zbierał się do wyjścia. Pocałował 
ją w czubek nosa i odszedł. Przystanął jednak przy rowerze.   

– Czy mogę chwilę poćwiczyć? Nie gimnastykowałem się przez okrągły rok, a nikomu 

chyba rozładowanie napięcia nie jest teraz bardziej potrzebne niż mnie.   

– Bardzo proszę, właź.   
Wsiadł  na  rower  i  trzymając  środek  kierownicy  zdrową  ręką,  zaczął  pedałować.  Powoli 

zwiększał szybkość.   

– Z jaką prędkością możesz na tym kręcić? 
– Około pięćdziesiąt kilometrów na godzinę.   
Zauważyła, że Finn uśmiecha się pod nosem. Oczywiście, zamierzał pobić jej rekord.   
– Jaką masz teraz prędkość? – zapytała po chwili Lucy. Pedałował jeszcze jakąś minutę, 

zanim odpowiedział zdyszany: 

– Czterdzieści. Kompletnie sflaczałem.   

background image

Obrzuciła  długim  spojrzeniem  jego  pochyloną  sylwetkę.  Miał  szerokie  ramiona  i  długie 

nogi, ale był zbyt chudy i wymizerowany. Zauważył, że na niego patrzy.   

– Nie jest aż tak źle.   
– Wiesz co – zrobił do niej oko – wypróbuję u ciebie wszystko! Teraz kolej na materac. 

Mogę? 

– Możesz, możesz – śmiała się Lucy. – A nie chciałbyś przypadkiem sprawdzić, jak leży 

na tobie mój peniuar? 

–  Wolne  żarty,  nie  wygłupiaj  się.  Naprawdę  świetnie  mi  w  tym  twoim  gniazdku.  Jest 

takie  bardzo  twoje,  nic  ze  sztampy.  Nigdy  już  nie  kupię  sobie  mieszkania,  które  by 
przypominało setki innych.   

Odłożył  na  bok  jej  koszulę  nocną  i  peniuar,  przyjrzawszy  się  zwłaszcza  tej  pierwszej,  i 

wyciągnął się na łóżku. Cały pokój wydał się nagle Lucy wypełniony jego obecnością.   

–  Jak  tylko  Mikę  i  Will  wyjadą,  sprzedam  swoje  mieszkanie  –  mówił,  rozkoszując  się 

miękkością materaca, z którego wystawały mu długie nogi. – Muszę znaleźć coś tańszego... 
No, koniec już tego wylegiwania. Idę się uczyć, a ty ćwicz dalej, jeśli masz ochotę.   

Dotknął jej ramienia i wyszedł do kuchni.   

Lucy wykąpała się, założyła błękitną nocną koszulę i peniuar, po czym poszła do salonu 

po  książkę.  Usiadła  w  wygodnym  fotelu,  ale  nie  potrafiła  się  skupić.  Cały  czas  myślała  o 
Finnie. Zwinięta w kłębek, przeżywała po raz wtóry każdą spędzoną z nim chwilę. Zmartwiła 
ją  wiadomość,  że  w  niedalekiej  przyszłości  Finn  zamierza  sprzedać  mieszkanie.  To  by 
oznaczało,  że  przeniesie  się  nie  wiadomo  dokąd.  W  pewnym  momencie  Lucy  zapragnęła 
absolutnej ciszy.  Ziewnęła,  zamknęła książkę i wstała marszcząc brwi.  Mundy powinien już 
iść do domu. Zgasiła światło i poszła do kuchni.   

Finn  spał  kamiennym  snem  z  głową  opartą  na  książce  jak  na  poduszce.  Ciemne  włosy 

rozsypały  się  na  otwartej  karcie.  Podeszła  do  niego  i  delikatnie  potrząsnęła  nim  za  zdrową 
rękę.   

– Finn – wyszeptała. –  Finn! – Nawet  nie drgnął. – Finn, obudź się! – potrząsnęła nim 

mocniej,  zdjęta  nagłym  strachem,  że  coś  mu  się  stało,  że  to  może  spóźniona  reakcja  na 

uderzenie Hyatta.   

jęknął  i  podnosząc  ciężkie  powieki,  spojrzał  jej  prosto  w  oczy.  Otoczył  ją  ramieniem  i 

przygarnął mocno do siebie.   

Całowali się długo, aż w końcu mu się wywinęła.   
– Zaczarowałeś mnie, czy co? – szepnęła. – Nie mogłam cię dobudzić. Nie odpowiadałeś.   
– Nic nie mów – poprosił. – Pozwól mi dalej śnić.   
Zamrugał oczami i wyprostował się, zaspany jeszcze i trochę niespokojny.   

Lucy przypomniały się noce przesiedziane nad książkami w czasach studiów i ogarnęła ją 

fala współczucia.   

– Przepraszam cię, Finn, ale zrobiło się późno...   
– I czytelnię zamykamy. – Uśmiechnął się. – Lecę do domu.   
– Nie słychać już stamtąd muzyki.   
– Och! – złapał się za policzek.   

background image

– Boli cię? 
– Trochę. Najpierw ręka, teraz znów zęby, do diabła. Lucy, wyprowadzona z równowagi, 

cofnęła się o krok, ale Finn natychmiast odzyskał pogodę ducha.   

–  Nic  mi  nie  jest.  Nie  rób  takiej  ponurej  miny  –  powiedział,  zbierając  swoje  książki. 

Nagle spojrzał na zegarek i zdębiał.   

–  O  kurczę!  Dlaczego  nie  wyrzuciłaś  mnie  wcześniej?  Wiesz,  która  godzina?  Wpół  do 

trzeciej. Przesunął ręką po jej plecach.   

– Możesz mi wierzyć, nie miałem zamiaru cię podsłuchiwać, ale teraz jestem szczęśliwy, 

że tak się zdarzyło. ‘ 

Nagle  pocałował  ją  szybko  i  gorąco.  Nie  powiedziała  ani  słowa  i  pozwoliła  mu  odejść, 

choć  pragnęła,  by  ten  pocałunek  nigdy  się  nie  skończył.  Odwrócił  się  jeszcze  do  niej  na 
środku hallu.   

– Wiesz, Lucy, warto było dostać w pysk.   
– Głupstwa mówisz, ale milo to słyszeć. Dobranoc.   
Niedziela  przebiegła  spokojnie  i  około  wtorku  Finn  zaczął  znowu  lubić  swoich  braci. 

Tego popołudnia wpadł do domu na krótko, tylko po podręcznik. Otworzył drzwi szczęśliwy, 
że będzie wreszcie mógł pobyć w domu sam. Ostatnio ogromnie mu tego brakowało. Mikę i 
Will wyszli do pracy.   

Nagle usłyszał szmer i rozejrzał się wokół. W korytarzyku łączącym sypialnie stała jakaś 

blondyna z upiętymi włosami, której jedynym strojem był biały ręcznik.   

–  A  cóż  to  znowu?  Kim  pan  jest?  –  zapytała  piskliwym  tonem,  trzepocząc  przy  tym 

długimi sztucznymi rzęsami.   

– Ja? A pani? – odparł zaskoczony.   
– Ja jestem Dimples Mollyrow i mieszkam tutaj.   

background image

 

Jak rażony gromem, Finn stał bez ruchu, próbując pozbierać myśli.   
– Pani tu mieszka? – powtórzył.   
– Tak, skarbie. A czego chcesz? 
– To ja tu mieszkam. To moje mieszkanie, mój dom.   
– Finnegan! 
Kobieta zapiszczała cieniutko, aż odskoczył do tyłu. W tej samej chwili ktoś zadzwonił i 

Finn  bez  zastanowienia  otworzył  drzwi.  Na  progu  stała  Lucy.  Jej  wzrok  prześliznął  się  po 
nim, by zatrzymać się dłużej na pannie Mollyrow. W jednej chwili pobladła na twarzy, a jej 
oczy zrobiły się okrągłe. Zacisnęła wargi i odwróciwszy się na pięcie, pobiegła do siebie.   

– Lucy, zaczekaj, proszę! 
– Kto to byt? – zainteresowała się Dimples. – Listonoszka? 
– Zaraz wracam...   
Pobiegł pędem przez hall i zapukał do Lucy.   
– Nic dziwnego, że nic możesz się uczyć – powitała go lodowato.   
– Przestań, Lucy. W ogóle jej nie znam. Moi bracia musieli znowu coś...   
Urwał  w  pół  zdania,  zafascynowany  jej  urodą.  Miała  na  sobie  błękitną,  bawełnianą 

koszulkę  bez  rękawów  i  niebieskie  szorty,  a  do  tego  czarne  ażurowe  pończochy  i  czarne 
pantofle. Zdawać by się mogło, że było to zupełnie zwyczajne ubranie. Rzecz jednak w tym, 
że wyglądała w nim po prostu zachwycająco.   

– Trudno mi w to uwierzyć – mówiła, lecz jej głos ledwie do niego docierał.   
–  Jak  to  się  w  ogóle  mogło  stać...  –  powiedział,  słysząc  swój  głos  jakby  z  oddalenia  i 

wpatrując się w nią jak w tęczę.   

– Co, jak się mogło stać? – powiedziała z politowaniem. – Przestałbyś lepiej bredzić.   
– Jak to się mogło stać – powtórzył wolno – że przejeżdżałem obok ciebie, mijaliśmy się, 

a  ja  nie  miałem  o  tym  pojęcia?  Szkoła,  praca,  moi  bracia...  –  Finn  potarł  ręką  czoło.  – 
Wiedziałem, że moje życie to kierat, ale nie sądziłem, że aż tak ogłupiający.   

– Przesadzasz – zaprzeczyła wesoło. – Są też i jaśniejsze strony. Poznałeś przecież mnie! 

Optymizm Lucy był doprawdy zaraźliwy. Finn uśmiechnął się i pociągnął ją lekko za koński 
ogon.   

– Masz rację. Gdybyś zawsze była przy mnie, nie dopadałyby mnie nigdy złe myśli.   
–  I  leczyłabym  twoje  rany  –  dodała,  chcąc  mu  dokuczyć.  –  Naprawdę  nie  znasz  tej 

kobiety? 

–  Nie  mam  zielonego  pojęcia,  kto  to  może  być  –  powiedział  owijając  sobie  jej  koński 

ogon wokół dłoni i delikatnie przyciągając ją do siebie.   

Musnął  ustami  jej  skroń,  lecz  jakby  mu  tego  było  za  mało,  natychmiast  przygarnął  ją 

mocniej. Stali wtuleni w siebie, Lucy pachniała cudownie. Miał ją teraz tak blisko i ogarnęło 
go pożądanie. Nagle Lucy mu się wyrwała.   

–  Finn,  muszę  wracać  do  pracy.  Wpadłam  do  domu  tylko  po  to,  żeby  coś  przekąsić  i 

background image

odebrać pocztę. Przez chwilę patrzył na nią nieprzytomnym wzrokiem, a kiedy tylko trochę 
ochłonął, przyjrzał się jej uważnie.   

– Chyba mi nie powiesz, że przebrałaś się tak po prostu do obiadu? 
– Skądże znowu! Ja w tym pracuję.   
Najwyraźniej czegoś nie akceptował, bo zmarszczył brwi i twarz mu się jakby wydłużyła. 

Poczuła się nieco dotknięta.   

– To tak się ubierasz do pracy? 
– Przeszkadza ci to? A to ci dopiero męski szowinizm! 
– Sądzę – powiedział z uśmiechem, starając się złagodzić jej gniew – że to niewłaściwe 

określenie. Powinnaś raczej powiedzieć: męski instynkt posiadania.   

– Posiadania? Co też ty mówisz? – zapytała całkowicie już rozbrojona. – Przecież ledwie 

co się poznaliśmy.   

– Co się odwlecze, to nie uciecze.   
Nagle  drzwi  mieszkania  Finna  otworzyły  się  i  w  hallu  pojawiła  się  Dimples  Hollyrow, 

ubrana w czerwoną sukienkę.   

– Jestem już ubrana, skarbie. Możesz wejść do domu.   
– Finn, co to ma znaczyć, dlaczego ona mówi do ciebie „skarbie”? – szepnęła Lucy.   
– Cholera ją wic. Wróciłem do domu i już tam była – odpowiedział również szeptem. – 

Mówi,  że  tutaj  mieszka.  –  Odwrócił  się.  –  Przepraszam,  zapomniałem  panie  sobie 
przedstawić. Dimples, to jest Lucy Reardon. Lucy, to pani Dimples...   

– Hollyrow – dokończyła dziewczyna. – Miło mi poznać.   
– Czy pani zna moich braci? – zapytał Finn.   
–  Wspaniali  chłopcy!  Mów  mi  Dimples,  skarbie.  Dimples  i  kropka.  Na  pewno  się 

zaprzyjaźnimy.  Kiedy  wreszcie  zamknęła  drzwi,  Finn  uśmiechnął  się  słabo.  Lucy  oblizała 
wargi. Wzruszył ramionami.   

– Pozbędę się jej – powiedział z uporem w głosie.   
– Nie byłabym taka pewna. Wygląda na to, że zainstalowała się tu na dłużej. Zacisnął usta 

i przesunął palce wzdłuż dekoltu koszulki Lucy.   

–  A  wracając  do  tematu...  Czy  nie  mogłabyś  sprzedawać  swoich  orzeszków  w  czymś 

nieco... skromniejszym? 

Lucy roześmiała się.   
–  Jestem  wystarczająco  skromna.  Kiedy  handluję  na  ulicy,  mam  na  sobie  kartonowy 

kostium,  w  którym  wyglądam  jak  okrąglutki,  roześmiany  fistaszek.  To  pudło  zakrywa  mnie 
odtąd... dotąd. – Uniosła rękę nad głowę i opuściła na wysokość uda.   

– To znaczy, że jednak pokazujesz nogi? 
–  Dajże  spokój  –  to  pomaga  w  reklamie.  Stoję  przed  sklepem,  ubrana  w  ten  karton,  i 

sprzedaję fistaszki kierowcom.   

– Dobry Jezu! I nigdy cię nie zauważyłem? 
– Na to wygląda. No, a teraz muszę już lecieć. Dimples czeka, skarbie. Cześć! Skrzywił 

się, zamyślony, mrucząc coś pod nosem.   

– Myszki, myszeczki, Boże, co ta moja mama wymyśliła. Sprowadziliby do domu nawet 

background image

kij od szczotki, byleby tylko nosił spódniczkę.   

Lucy  zamknęła  zasuwę  i  kiedy  schodziła  po  schodach,  usłyszała,  że  u  Finna  trzasnęły 

drzwi.  Usiłowała  nie  myśleć  o  nich  dwojgu,  o  tym,  że  zostawiła  ich  razem,  lecz  dopiero 
sprzedawanie orzeszków kazało jej o tym zapomnieć. Punktualnie o wpół do szóstej zamknęła 
sklep,  pojechała  do  banku  z  utargiem  i  wróciła  do  domu.  Na  dzisiejszy  wieczór  zaprosiła 
rodzinę. Zamierzała podać spaghetti i sałatkę jarzynową.   

Z  torbą  pełną  zakupów  weszła  na  górę  i  zerknęła  na  mieszkanie  Finna.  Umierała  z 

ciekawości. Jak potoczyły się wypadki w ciągu ostatnich kilku godzin? Spojrzawszy na zegar 
nad  kominkiem,  uświadomiła  sobie  jednak,  że  musi  się  pospieszyć,  by  zdążyć  z  kolacją  na 

czas, i zapomniała o Finnie.   

O siódmej, ubrana w jasnożółtą, lekką sukienkę, Lucy zasiadła do rodzinnej kolacji przy 

rozsuwanym mahoniowym stole. Nad talerzami pochylało się sześć kasztanowo-złotych głów. 
Jedynie  włosy  ojca  były  ciemne,  bez  śladu  rudego  odcienia.  Bracia  mieli  gęste,  faliste 
czupryny,  włosy  bliźniaczek  były  natomiast  długie  i  proste.  Starszy  pan  odmówił  krótką 
modlitwę, po czym Lucy wniosła ogromną salaterkę sałatki.   

– Jak to miło, Lucy – odezwała się jej matka. – Nie siedzieliśmy tak razem od dobrych 

kilku tygodni.   

. Nagle dało się słyszeć pukanie.   
– Ktoś puka – powiedziała Alexa, a w jej zielonych oczach błysnęła ciekawość.   
– To nie do drzwi... – odparła Lucy.   
Pukanie,  tym  razem  mocniejsze  i  wyraźniejsze,  rozległo  się  znowu  i  Lucy  zdała  sobie 

sprawę, że dobiega ono z kuchni.   

– Ktoś puka w okno kuchenne – powiedziała, odsuwając się z krzesłem od stołu. – To na 

pewno pan Woofly, nasz dozorca. Jedzcie, nie przeszkadzajcie sobie.   

Wstała  i  zajrzawszy  przez  ściankę  oddzielającą  salon  od  kuchni,  od  razu  rozpoznała 

znajomą, smukłą . sylwetkę.   

Jednym  susem  dopadła  okna  i  podciągnęła  do  góry  szybę.  Uderzyła  ją  fala  dusznego 

powietrza. Finn stał na drabinie, trzymając pod pachą książki i pęk nasturcji.   

–  Co  ty  wyprawiasz  –  zapytała  niezupełnie  pewna,  czy  musi  to  naprawdę  wiedzieć, 

pamiętając cały czas o rodzinie, która bez trudu mogła uczestniczyć w tej wymianie zdań.   

–  To  dla  ciebie  –  powiedział,  podając  jej  bukiet.  –  Zerwałem  po  drodze.  Wieczorne 

zajęcia zostały odwołane, a powiedziałaś, że mogę tu wpadać, żeby się uczyć.   

Lucy ukryła twarz w pomarańczowożółtych kwiatach.   
– A musisz właśnie teraz? Mam rodzinę na kolacji.   
– Strasznie cię przepraszam. Nie mogłem już wytrzymać z tą Dimples.   
–  Finn...  –  Lucy  zakryła  dłonią  usta  i  obejrzała  się  przez  ramię.  Rodzina  szeptała  coś 

między sobą, a Benny, nie mogąc usiedzieć z ciekawości, zaglądał przez murek.   

– Skąd wziąłeś drabinę? 
– Pan Woofly ją tutaj zostawił.   
– Wiesz co, najlepiej będzie, jeśli wejdziesz. Poznam cię z moją rodziną i zjemy razem 

kolację.   

background image

– O nie, to nie wchodzi w rachubę. Popatrz, jak ja wyglądam. Nie przeszkadzaj sobie. Już 

mnie nie ma.   

– Ależ Finn, nie możesz teraz tak zniknąć. Popatrzył na nią zdziwiony.   
– Czemu nie? To chyba najlepsze wyjście z sytuacji..   
– Proszę cię, wejdź.   
– O tak, tak, zapraszamy cię, Finn – zawołał Davy.   
Cóż  było  robić?  Przenosząc  ostrożnie  rękę  na  temblaku,  Finn  przestąpił  przez  parapet, 

popatrzył  na  rodzinę  Reardonów  i  wzruszając  ramionami  uśmiechnął  się  do  Lucy  nieco 
bezradnie. Pięć zaintrygowanych par oczu śledziło każdy ich ruch, kiedy Lucy podprowadziła 
go do stołu.   

–  To  jest  Finn  Mundy,  mój  sąsiad  z  naprzeciwka  –  przedstawiła  go  czując,  że  palą  ją 

policzki. – A to moja mama, Ella Reardon, mój ojciec, Carl, bracia Davy i Benny oraz siostry 
– Alexa i June.   

– Bardzo mi miło, przepraszam za to wtargnięcie – bąkał Finn.   
– Pan zawsze wchodzi przez okno? – odezwał się Benny, lecz Alexa trąciła go łokciem.   
– Nie, to pierwszy raz.   
– Weź krzesło z kuchni... Zaraz przyniosę nakrycie dla ciebie – powiedziała Lucy, mimo 

wszystko ucieszona jego obecnością.   

–  Och,  naprawdę,  nie  chciałbym  przeszkadzać.  Mogę  pójść  do  czytelni...  –  zaczął,  lecz 

zagłuszyły go protesty rodziny.   

Lucy weszła do kuchni, by włożyć nasturcje do wody i przygotować talerz spaghetti dla 

Finna.   

– Złamał pan sobie rękę? – zapytał Davy, częstując Finna sałatką. Lucy znieruchomiała, 

przygotowując się na najgorsze.   

– Coś mi tam tylko pękło – odpowiedział Finn, całą swą uwagę skupiając na salaterce.   
– Ja też raz złamałem rękę, kiedy grałem w piłkę – ciągnął Davy. – Nic przyjemnego.   
– Zgadza się. A grasz w dalszym ciągu? 
Lucy wróciła do pokoju i Finn zerknął na nią z ulgą. Była zadowolona, że nie zdradził, iż 

to ona zepchnęła go z drabiny. Sięgnęła po pieczywo i zauważyła badawcze spojrzenie matki. 
Ella Reardon uśmiechnęła się do niej, po czym przeniosła wzrok na Davy’ego, który właśnie 
odpowiadał Finnowi.   

– Tak, w sezonie. Teraz wypadłem z formy.   
–  Proszę  nam  powiedzieć,  jak  doszło  do  tego  wypadku  z  ręką?  –  wtrąciła  Alexa,  nie 

spuszczając oczu z Finna.   

– No cóż, spadłem z drabiny.   
– Ho, ho, pan to musi lubić drabiny – zachichotał Davy. – Chyba jednak często z nich pan 

korzysta.   

– Nie. Po prostu próbowałem teraz uniknąć czyjegoś towarzystwa i...   
– Pan się uczy? – przerwał Carl Reardon.   
– Tak, proszę pana.   
W tym momencie usłyszeli dzwonek do drzwi i Finn zamarł.   

background image

– Nie uda się nam chyba dzisiaj zjeść spokojnie tej kolacji – powiedziała Lucy, wstając 

od stołu. Zrobiło się jej słabo na myśl, kogo mogło przynieść tym razem.   

Kiedy  otworzyła  drzwi,  w  progu  stała  Dimples  w  jaskrawoczerwonej  sukience  z  pustą 

cukiernicą w ręce.   

– Cześć, kochanie – odezwała się od progu. – Mikę właśnie pichci kolację i wysłał mnie 

do ciebie, bo zabrakło mu odrobiny... Finnegan! – pisnęła nagle i jak burza wpadła do pokoju.   

– Cześć, Dimples.   
– Wstydź się, paskudo. A mówiłeś, że musisz się uczyć.   
– Bo to prawda. Lucy zaprosiła mnie na kolację już po naszej rozmowie.   
– Czy pani jest krewną Finna? – zapytał Benny.   
–  Ja?  Skądże,  skarbie  –  zaprzeczyła  Dimples,  żywo  gestykulując.  –  Ja  tylko  u  niego 

mieszkam. Lucy nasypała Dimples cukru i odprowadziła ją szybko do drzwi.   

– Mieszkam teraz z braćmi – wyjaśnił Finn – i to oni pozwolili tej pani zatrzymać się u 

nas.  Lucy  szczerze  mu  współczuła.  Zależało  jej  na  tym,  by  rodzina  miała  o  nim  dobre 
wyobrażenie.   

– A może dzisiaj ta panienka zanocowałaby u nas? – wypalił Benny.   
– Ben! – przywołała go do porządku matka.   
– Finn studiuje prawo i prowadzi mały sklepik z konfekcją – powiedziała Lucy, siadając 

do stołu. Wszyscy zaczęli znowu rozmawiać i zdawało się, że nic już nie zakłóci rodzinnego 
spotkania. Finn natomiast znalazł się pod ostrzałem ukradkowych spojrzeń.   

Benny i Alexa zaofiarowali się posprzątać ze stołu po kolacji, więc Lucy mogła spokojnie 

wypić kawę i pogawędzić z najbliższymi. Zauważyła z ulgą, że traktują Finna życzliwie. Finn 
okazał zainteresowanie pracą jej ojca, który był okręgowym szefem marketingu w koncernie 
naftowym, oraz nadzwyczaj taktownie rozmawiał z matką.   

Przyjęcie miało się ku końcowi. Najpierw pożegnali się bracia, a wkrótce potem rodzice i 

siostry. Stojąc na progu, Finn objął lekko Lucy, a kiedy tylko drzwi zamknęły się za ostatnim 
gościem, odwrócił ją twarzą do siebie.   

– Przepraszam cię – powiedział i, patrząc jej w oczy, bawił się ramiączkiem sukienki. – 

Zrobiłem z siebie głupka.   

–  Nie  przepraszaj.  –  Pogładziła  go  po  ramieniu,  poruszona  bardziej  jego  bliskością  niż 

tym, co mówił. – Bardzo się im spodobałeś i jestem szczęśliwa, że mieli okazję cię poznać.   

–  Żartujesz  chyba.  Zawsze  będą  mnie  teraz  mieli  za  takie  podejrzane  ziółko,  co  to  nie 

wiadomo skąd znalazło się w salaterce sałatki.   

Wybuchnęła  śmiechem  i  pogładziła  go  znowu,  wyczuwając  pod  palcami  ciepło  i 

naprężone mięśnie.   

– Dla nich było to niezwykle sympatyczne urozmaicenie. Finn rozpromienił się i ujął ją 

pod brodę.   

– Nie odróżniłbym za nic Benny’ego od Davy’ego ani Alexy od June.   
–  Nie  ty  jeden.  Benny  jest  trochę  szczerbaty,  a  June  ma  maleńką  bliznę  na  skroni.  Jak 

twoja ręka? 

–  Nieźle.  –  Poruszył  palcami.  –  Coraz  lepiej.  Prawdę  mówiąc,  temblak  jest  mi  już 

background image

niepotrzebny. – Zdjął rękę z płóciennej chusty i odwiesił ją na kołku. Oparł ręce na ramionach 

dziewczyny.   

– Po raz pierwszy zaczynam żałować, że wpakowałem się w te studia.   
– Dlaczego? 
W milczeniu pochylił się nad nią. Serce waliło jej jak młotem. Zamknęła oczy kołysząc 

się. Pragnęła go z całych sił. Przytulona, czuła, jak bardzo był chudy. Jedną ręką pieścił jej 
pośladki, a drugą zanurzył we włosy. Próbowała wywinąć mu się z objęć, broniąc się przed 
własnym pożądaniem, najsilniejszym, jakie kiedykolwiek odczuwała.   

Lucy  płonęła  od  pocałunków.  Zarzuciła  Finnowi  ręce  na  szyję,  wtulając  się  w  niego  i 

oddychając  jego  zapachem,  który  przesycał  bawełnianą  koszulę.  Tak,  wolała  go  od 
wszystkich mężczyzn i z każdą spędzoną razem godziną stawało się to dla niej coraz bardziej 
oczywiste.   

Kilkakrotnie zadzwonił telefon, lecz Lucy nie zareagowała. Finn podniósł głowę.   
– Może lepiej odbierz.   
Kiwnęła głową i przeszła do telefonu.   
– Cześć – usłyszała wesoły głos Hyatta. – Co u ciebie? 
– Dziękuję, wszystko w porządku.   
Finn  patrzył  na  nią  tak  zgłodniałym  wzrokiem,  że  zapragnęła  natychmiast  odłożyć 

słuchawkę i znaleźć się z powrotem w jego ramionach.   

–  Dostałem  bilety  na  piątkowy  koncert  –  mówił  Hyatt.  –  Może  zjemy  razem  kolację  i 

pójdziemy posłuchać muzyki. Co ty na to? 

Lucy  wiedziała,  że  jeśli  odmówi,  to  w  piątkowy  wieczór  czeka  ją  porządkowanie 

mieszkania, wizyta u rodziny albo spotkanie z przyjaciółką. Finn podszedł bliżej i zajrzał jej 

w oczy.   

– Przepraszam cię, Hyatt, ale nie mogę. Może kiedy indziej.   
– Czy wciąż jeszcze widujesz się ze swoim sąsiadem? 
– Prawdę mówiąc, tak.   
– No cóż. Spróbuję innym razem. Dobranoc, kotku.   
Odłożyła  słuchawkę  i  popatrzyła  na  Finna,  który  zaciskał  usta  i  wyglądał  na 

zagniewanego.   

–  Coś  nie  tak?  –  zapytała,  przypuszczając,  że  podejrzewa  ją  o  chęć  odnowienia 

znajomości z Hyattem.   

– Mam tego po dziurki w nosie! – wybuchnął, przyciągając ją do siebie. – Na jutro muszę 

mieć  gotową  pracę  semestralną.  Jakim  cudem  miałem  napisać  ją  wcześniej,  skoro  ciągle 
haruję w sklepie. Zatrudniam już tylko dwie osoby, z których jedna zapowiada odejście lada 
dzień.   

– No więc siadaj i zabieraj się do pisania. Ja wszystko rozumiem. Możesz się tutaj uczyć, 

a  ja  będę  cicho  jak  myszka.  Powiedz  mi  tylko,  bo  nie  wytrzymam  z  ciekawości,  czy  ta 
Dimples naprawdę u ciebie mieszka? 

– A jakże! Mikę, ten kapuściany głąb z Iowy, mój kochany braciszek, przygarnął ją sobie 

w barze. To dziewczyna szefa gangu.   

background image

– Gangu? Tutaj? W Oklahomie? 
–  Tak.  I  okazało  się,  że  Dimples  chce  się  wyprowadzić  od  swojego  gangstera,  a  ten  z 

kolei zapowiedział wszem i wobec, że nie przepuści nikomu, kto się do niej choćby zbliży. 
Traktuje ją jak swoją własność, jak samochód albo dom.   

– Okropność! 
– Właśnie! Mój wielkoduszny brat doszedł do tego samego wniosku i w ten oto sposób 

Dimples zamieszkała u nas. Wymyśli! sobie, że póki co ukryje ją u mnie. Wyobrażasz sobie 
coś takiego? 

– To straszne! 
– I przerażająco głupie. Jak możesz ukryć kobietę, a już szczególnie taką jak Dimples? O, 

nie! Daję im wszystkim sześć tygodni, a potem niech się wynoszą do diabła.   

– To znaczy, że pozwolisz Dimples zostać? 
–  Zrozum,  nie  chciałbym  jej  skrzywdzić,  a  skoro  ona  pragnie  uwolnić  się  od  tego 

człowieka... Sześć tygodni to przecież nie wieczność. No a teraz – potarł ręką kark – zrobię, 
jak radziłaś, pójdę się uczyć. Napiszę tę pracę na jutro, choćby mi to miało zająć całą noc.   

Skinęła głową i zbierała się już do wyjścia, lecz zatrzymał ją jego głos: 
– Do diabła! Wiesz, co złości mnie najbardziej? To, że nawet nie mogę umówić się z tobą 

na randkę. W soboty i niedziele mam co prawda więcej luzu na uczelni, ale za to w sklepie 
nadrabiam wszystkie całotygodniowe zaległości.   

Lucy spojrzała na niego poważnie.   
–  Ależ,  Finn,  naprawdę,  nie  musimy  umawiać  się  na  jakieś  wystrzałowe  randki. 

Spędziliśmy dzisiaj razem taki miły wieczór.   

– No tak, ale ja chciałbym zabrać cię gdzieś na kolację. Wyglądał na tak zmartwionego, 

że Lucy zrobiło się go żal.   

–  Na  wszystko  przyjdzie  czas.  Na  razie  nie  zawracaj  sobie  tym  głowy.  Podeszła  i, 

wspiąwszy się na palce, pocałowała go lekko.   

– Nie krzyw się tak – szepnęła. – Mnie jest dobrze. Nikt poza tobą nie wchodził do mnie 

przez okno. Podbiłeś tym moją rodzinę.   

Tym razem się nie rozpogodził.   
– Oj, Lucy – mruknął tylko – jesteś taka dobra...   
Otoczył  ją  ramieniem,  przyciągnął  do  siebie  i  zaczął  gorąco  całować.  Oddawała  mu 

pocałunki, myśląc z rozpaczą, że zaraz będą musieli się rozstać i że naprawdę w życiu Finna 
nie  ma  teraz  dla  niej  miejsca.  Delikatnie  przesunął  ręce  po  jej  plecach  aż  dotarł  do  ud. 
Ogarnęły ją płomienie. Wyrwała mu się.   

– Finn, wierz mi, nie chcę odchodzić, ale sam powiedziałeś, że masz do napisania pracę i 

napiszesz ją, choćby cię to miało kosztować całą noc.   

– Och, Boże. Nie chcę.   
–  Ale  ja  chcę.  Nie  mogę  dopuścić  do  tego,  żebyś  przeze  mnie  nie  zaliczył  ćwiczeń. 

Całować się będziemy kiedy indziej. Twoje książki leżą na stole w kuchni.   

– Dobrze, dobrze. Idę już, choć tak strasznie mi się nie chce. Pocałuj mnie tylko jeszcze 

na dowidzenia.   

background image

Odskoczyła jak najdalej do tyłu.   
–  Jeden  krok,  a  idę  po  Dimples  i  twoich  braci.  Możesz  sobie  zawalać  semestr,  proszę 

bardzo, ale nie przeze mnie! 

– Poddaję się. Idę fedrować.   
Odprowadziła go wzrokiem i poszła do sypialni. Sfrustrowana, wsiadła na rower i przez 

pewien czas pedałowała jak szalona. Potem wzięła prysznic, przebrała się i skuliła na łóżku z 
książką  na  poduszce.  Po  pewnym  czasie  ogarnęła  ją  senność.  Kiedy  się  ocknęła,  ze 
zdziwieniem  zauważyła,  że  pali  się  górna  lampa,  a  ona  sama  leży  w  szlafroku.  Zegar 
wskazywał wpół do czwartej. Finna już nie było, a na stole w kuchni leżał arkusik papieru: 
„Lucy! Dziękuję. Przepraszam za kłopot. To był wspaniały wieczór. Polubiłem twoją rodzinę. 
Z miłością – Finn”.   

O  dziesiątej  rano  we  środę  Lucy  spacerowała  jak  zwykle  przed  swoim  sklepikiem, 

machając do kierowców torebką  fistaszków.  Nagle jakiś samochód zjechał  z pasma ruchu i 
zatrzymał się przed nią. Serce zabiło jej żywiej, gdy w wysiadającym mężczyźnie rozpoznała 
Finna.   

– Nogi jak marzenie... Więc to musisz być ty.   
– Skąd się tu wziąłeś? – powiedziała uszczęśliwiona, że późno bo późno, ale w końcu ją 

zauważył.   

– Wyszedłem z uczelni, bo przełożono mi spotkanie z profesorem. Nie zdążyłbym wpaść 

do sklepu ani też zrobić nic innego, więc pomyślałem, że zobaczę, co u ciebie.   

Zanim  zdążyła  cokolwiek  odpowiedzieć,  zatrąbił  klakson  i  jakiś  kierowca  pomachał  do 

niej.   

– To świetnie. Przepraszam cię na chwilę.   
Wróciła bez orzeszków, za to z jednodolarowym banknotem.   
– To czyste szaleństwo – pokiwał głową Finn.   
– Ale orzeszki idą jak woda – powiedziała spragniona uznania.   
– Twierdzę jednak, że powinnaś ubierać się nieco mniej wyzywająco.   
– Aleś ty staromodny.   
– Trudno, tacy już są mężczyźni z Iowy.   
–  Pięknie,  ale  zrozum:  reklama  jest  niezbędna,  ludzie  mnie  zauważają...  Znowu 

zadźwięczał klakson i Lucy odwróciła się, by pomachać kierowcy.   

– Co to za facet? – zapytał Finn.   
– Nie mam pojęcia. Ciągle ktoś trąbi i macha do mnie.   
– Nie ktoś, tylko różni faceci, wyrażaj się ściśle, dobrze? 
Lucy  ogarnęły  mieszane  uczucia.  Złościła  się  trochę,  iż  Finn  chciałby  zrobić  z  niej 

dostojną matronę, na którą nie spojrzy żaden mężczyzna, lecz równocześnie cieszyło ją to, że 
go naprawdę obchodzi.   

– Chciałbyś zobaczyć mój sklep? 
–  Jasne.  A,  jak  myślisz,  po  co  się  tutaj  zatrzymałem?  Tylko  po  to,  żeby  popatrzeć  na 

najpiękniejsze w całych Stanach nogi? O nie, proszę szanownej pani. To dla pani główki do 
interesu tu jestem.   

background image

Roześmiała  się  i  wzięła  go  za  rękę.  Żeby  wejść  do  sklepu,  musiała  się  pochylić.  Kiedy 

otworzyła  drzwi,  zadzwoniły  małe  mosiężne  dzwoneczki.  Rozpięła  niewygodną  kartonową 
łupinę i wyśliznęła się z niej, czując na sobie wzrok Finna. Budziło się w niej pożądanie.   

– A oto i mój sklep – powiedziała.   
Trudno  mu  było  oderwać  oczy  od  Lucy,  lecz  –  chciał  nie  chciał  –  rozejrzał  się  wokół. 

Wzdłuż  dwóch  ścian  sklepu  biegły  szklane  lady,  na  których  stały  koszyki  z  orzeszkami 
arachidowymi.  Były  tam  fistaszki  w  łupinkach,  fistaszki  prażone  i  łuskane.  Przy  trzeciej 
ścianie ustawiono dwa kontuary i aluminiowe krzesła. Jeden kontuar miał normalne rozmiary, 
a  drugi  był  przystosowany  dla  dzieci.  Stały  na  nim  nakręcane  zabawki.  Finn  chodził  po 
sklepie,  oglądał  z  uwagą  wszystko,  nawet  rośliny  wiszące  w  koszyczkach  w  dwóch 

ogromnych frontowych  oknach oraz,  odsłonięte  teraz, bawełniane zasłony  w biało-niebieską 
kratkę. Dotknął niskiego stoliczka.   

– To dla dzieci? 
– Tak.   
Finn  wziął  do  ręki  pluszową  małpkę,  nakręcił  ją  i  postawił  z  powrotem  na  kontuarze. 

Małpka zaczęła grać na organkach, które trzymała w łapkach.   

–  Zamierzałam  postawić  tu  również  mojego  drewnianego  konia,  lecz  jakoś  nie  miałam 

serca zabrać go z domu – powiedziała Lucy.   

– I dobrze, że go zatrzymałaś. Ależ tu ładnie! 
Nad ich głowami wolno kręcił się wentylator, a kiedy Finn podszedł do dużego kontuaru, 

zobaczył  nagle  swoje  odbicie.  Cala  wolna  przestrzeń  ściany  od  strony  zaplecza  sklepu,  na 
której wisiały gablotki i szafki, wyłożona była lustrami.   

– Nieźle to wygląda.   
– Miło mi, że ci się podoba. Sama dekorowałam wnętrze – powiedziała uradowana Lucy.   
– Jak do tego wszystkiego doszłaś? 
–  Zaczęłam  na  ostatnim  roku  studiów  od  sprzedawania  orzeszków  w  czasie  rozgrywek 

piłkarskich. Szło mi tak dobrze, że pomyślałam o rozkręceniu własnego interesu. Kupowałam 
fistaszki  w  hurtowni  i  sprzedawałam  gdzie  się  dało.  Zaraz  po  ukończeniu  college’u 
postarałam się o licencję na prowadzenie handlu i zaczęłam od sprzedaży ulicznej. W ciągu 
niespełna  roku  zaoszczędziłam  tyle,  żeby  wynająć  właśnie  to.  –  Rozejrzała  się.  –  Sklepik 
maty i stary, czynsz jest więc niewysoki.   

Poczuła na sobie jedno z tych spojrzeń Finna, które zawsze przyprawiały ją o bicie serca.   
–  A  co  będzie  potem?  Zamierzasz  przez  cale  życie  sprzedawać  fistaszki?  Z  trudem 

zebrała myśli.   

–  Oszczędzam,  by  otworzyć  inny  sklep  w  nowszej  dzielnicy  –  odparła  wstrzymując 

oddech,  gdy  palce  Finna  wędrowały  wzdłuż  dekoltu  jej  czerwonej  koszulki.  –  Chciałabym 
mieć kilka punktów sprzedaży.   

– Jesteś jedynym znanym mi rudzielcem ubierającym się na czerwono. Podoba mi się to.   
– Ja też lubię czerwień.   
– Chciałem powiedzieć, że to ty mi się podobasz w czerwonym...   
Zapatrzyła się na niego, jakby chciała na zawsze wbić sobie w pamięć rysy jego twarzy, 

background image

senne  oczy,  prosty  nos.  Z  kolei  on  wpatrywał  się  w  jej  usta.  Miała  wrażenie,  że  nagle 
obrzmiały.  Czując  jego  wzrok  na  swoich  piersiach,  zadrżała  z  emocji.  W  pewnej  chwili 
zamrugał powiekami i zerknął na zegarek.   

– O mój Hoże. Spóźniłem się na zaliczenia. Muszę lecieć. Zobaczymy się później.   
Pocałował  ją  lekko  i  wybiegł.  Wahadłowe  drzwi  zakołysały  się  za  nim  i  tylko  miły 

dźwięk mosiężnego dzwoneczka jeszcze przez chwilę Świadczył o jego obecności.   

– Do widzenia, Finn – powiedziała w ciszy.   
Niedługo  potem  przed  sklepem  zatrzymał  się  jakiś  samochód.  Wysiadła  z  niego  Nan  i 

pędem wbiegła do środka.   

– Lucy, czy nic się nie stało? 
– Nic. A co się miało stać? 
– Uff! – Nan odetchnęła z ulgą. – Zauważyłam jakiegoś faceta wybiegającego z naszego 

sklepu i przestraszyłam się, że to znowu napad.   

– Tym razem był to tylko Finn Mundy, mój sąsiad.   
– Ach, Finn Mundy. Nie zdążyłam mu się przyjrzeć z bliska.   
– Prawdę mówiąc, ja też – roześmiała się Lucy. – Widzieliśmy się bardzo krótko, a i tak 

spóźnił się przez to na zaliczenia.   

–  Nie  rozumiem,  po  co  ty  w  ogóle  zajmujesz  się  mężczyzną,  dla  którego  książki  są 

wszystkim.  Tracisz  czas,  moja  droga.  Masz  po  prostu  wyrzuty  sumienia  z  powodu  tamtego 

wypadku, i tyle.   

Lucy zdążyła już powrócić z obłoków na ziemię, lecz zaprzeczyła ze śmiechem: 
–  To  nie  jest  poczucie  winy,  Nan.  To  po  prostu  coś  magicznego.  Finn  jest  pogodny  i 

serdeczny, o ile oczywiście nie denerwuje się o swoje studia. Ma otwartą na świat głowę, no i 

widzi rzeczy, jakie są.   

– Niewłaściwie te rzeczy interpretujesz. A czy chociaż cię dokądś zaprosił? 
– Nie, ale to nie ma żadnego znaczenia, ponieważ wiem dlaczego.   
– Głupstwa mówisz. Założę się, że ma jakąś dziewczynę.   
– Nie ma. Jest po prostu potwornie zapracowany. Pomyśl sama – haruje w swoim sklepie 

i jeszcze się uczy.   

– Dziś wieczorem idę z Rod i Neilem do cyrku. Może wybrałabyś się z nami? Ty i Neil 

zawsze to lubiliście.   

Neil to świetny kompan, ale nie na dzisiejszy wieczór. Muszę przejrzeć parę książek, Nan 

podniosła ręce do góry.   

– Poddaje się. Przyznaj jednak, że spodziewasz się tego mola książkowego. Przyjdzie do 

ciebie i znowu zaśnie ci za stołem. Lucy zachichotała i, nachylając się do Nan, zniżyła głos.   

– Powiem ci w sekrecie, że nie znam nikogo pod słońcem, kto potrafiłby całować lepiej 

niż ten mól.   

Nan  roześmiała  się  serdecznie.  –  Chcesz  przez  to  powiedzieć,  że  zdarza  mu  się  jednak 

zamknąć książkę? 

–  Czasami  –  Powiedziała  Lucy,  wkładając  na  siebie  kartonowy  strój.  –  No,  do  roboty. 

Czas na mnie.   

background image

Po chwili stała juz na krawężniku, machając torebką orzeszków.   

background image

 

Następnego ranka, pierwszego maja Finn zerwał się z łóżka na dźwięk budzika. Szybko 

wziął  prysznic  i  ubrał  się  w  granatowe  spodnie  i  biała  koszulę.  Swoich  braci  zastał  już  w 
kuchni.  Jedli  jajecznicę  i  popijali  kawę.  Jajecznica  była  przypalona,  –  Przynajmniej  to 
powinniście już umieć upichcić – burknął na nich.   

– Tyle hałasu o nic – powiedział Will. – Myślałem że zdarzę ogolić się, zanim te głupie 

jajka się usmażą.   

Finn nalał sobie filiżankę kawy i usiadł do stołu – A gdzie jest Dimples? 

Mikę wzruszył ramionami.   
– Dziecko jesteś czy co? Przecież dla niej to środek nocy. – Będzie dobrze jak wstanie 

około południa.   

–  Aha  –  mruknął  Finn.  –  Słuchajcie,  chciałbym  żeby  to  było  jasno  powiedziane.  Nie 

sprowadzajcie  mi  do  domu  żadnych  panienek.  Zgodziłem  się  przyjęć  tylko  was  dwóch.  O 
żadnych babach nie było mowy.   

– Zgodą – powiedział z uśmiechem Mikę – Potrzebuję też któregoś z was do pomocy w 

sklepie.   

–  Dobra  z  największą  ochotą  pomożemy  ci  dziś  wieczorem  po  pracy  –  zaproponował 

znowu  Milce,  a  Will  przytaknął.  –  A  w  ogóle  to  przyjeżdża  mama.  Telefonowała  tego 

wieczoru, gdy zasiedziałeś się u Lucy.   

Finn miał wrażenie, jakby cegła spadła mu na głowę.   
– Mama? I utaj? No a co z Dimples? Kiedy zamierza się wynieść? 
–  Na  razie  nie  było  o  tym  mowy.  –  Nie  możemy  jej  tak  po  prostu  wykopać  za  drzwi, 

skoro odważyła się odejść od tamtego faceta.   

– Nigdy nie zgodzę się na to, by mam została u Dimples. Czy chcecie wyprawić matkę na 

tamten świat.   

– Daj spokój. Musimy to wszystko jakoś obmyśleć.   
– Radzę wam dobrze, zastanówcie się. Kiedy mama tu będzie? 
–  Dzisiaj.  Przyjeżdża  do  nas  na  weekend  –  powiedział  Mikę  ze  wzrokiem  wbitym  w 

kubek.   

– Czy Dimples już o tym wie? 
– Zajmiemy się tym. W ogóle już o tym. nie myśl. No i zaraz wysprzątamy kuchnię.   
– Dziękuję. Skoro mama przylatuje dzisiaj, nie popracujemy w sklepie.   
–  Przyjadę  do  ciebie  zaraz  po  pracy.  Parę  rzeczy  możemy  szybko  zrobić  i  wrócimy  do 

domu najdalej o szóstej. Do tego czasu Will zajmie się mamą.   

Finn przemyślał szybko propozycję Mike’a, bo wiedział, że nawet godzina jego pomocy 

byłaby – Niech i tak będzie, ale... Will. Będziesz w domu na pewno? 

– O nic się nie martw. Wyjdę po mamę na lotnisko.   
– Błagam was tylko o jedno: zróbcie coś z tą Dimples. Koniecznie! 
Punktualnie o piątej Mikę pojawił się w sklepie. Ubrania, które Finn zamierzał wystawić 

background image

na  sprzedaż,  trzeba  było  zaprezentować  na  tyle  efektownie,  by  ściągnęły  do  sklepu  jak 
najwięcej klientów.   

O  szóstej  przyjechali  do  domu.  Finn  był  już  bardzo  zmęczony,  a  za  niecałą  godzinę 

musiał  jechać  na  zajęcia.  Kiedy  razem  z  Mike’em  weszli  w  progi  mieszkania,  ich  oczom 
ukazał  się  widok,  który  Finnem  wstrząsnął.  W  salonie,  w  absolutnej  ciszy,  siedział  Will  z 
Dimples,  a  w  drzwiach  kuchni  stała  mama.  Pokój  wypełniały  kuszące  zapachy  mięsa  i 

warzyw.   

–  Wybacz,  mamusiu,  że  jesteśmy  dopiero  teraz  –  powiedział  Finn  i  rzuciwszy  krótkie 

spojrzenie Willowi, przeszedł przez pokój, by uścisnąć matkę.   

Kathleen  Mundy,  ubrana  była  w  niebieską  kretonową  sukienkę,  na  którą  narzuciła 

fartuch, i z ogromną łychą w ręku witała go z otwartymi ramionami. Dzięki butom na grubej 
gumowej podeszwie wydała mu się wyższa niż zazwyczaj. Kiedy zbliżyli się do siebie, Finn 
ze zdziwieniem stwierdził, że oczy matki są pełne łez.   

–  Finn,  moje  dziecko.  Jestem  taka  szczęśliwa,  że...  –  Odsunęła  się  na  moment, 

zauważywszy gips.   

– O Boże, co ci się stało? 
– Upadłem, mamo, ale wszystko będzie dobrze. Coś mi tam tylko pękło.   
– Mój ty dzieciaku. Och, biedna, biedna ręka.   
–  Naprawdę  nie  ma  powodu  do  zmartwienia.  Jutro  mi  to  zdejmą  i  po  krzyku.  –  Objął 

matkę serdecznie.   

– Cześć, Dimples – rzucił przez ramię.   
– Cześć, skarbie – odpowiedziała uśmiechając się niepewnie.   
Wszyscy  zachowywali  się  dość  dziwnie  i  Finn  zaczął  się  głowić,  co  znowu 

wykombinowali  jego  bracia.  Matka  tymczasem  patrzyła  na  niego,  ocierając  łzy  wierzchem 
dłoni.   

– Schudłeś, synku.   
– Miałem mnóstwo pracy.   
– Gotuję dla ciebie kolację. – Siąknęła nosem. – Czy możesz poruszać ręką? 
–  Jasne.  Zobacz  sama.  –  Zdjął  rękę  z  temblaka  i  poruszał  palcami.  –  Co  dzień  widzę 

poprawę.   

– Och, Finneganku! 
Zmarszczył brwi, zdezorientowany. O co tu właściwie chodzi? 
– Dziękuję za kolację. Przykro mi, ale o wpół do ósmej mam zajęcia na uczelni.   
– Will już mi o tym mówił. Zdążysz jeszcze coś przegryźć.   
– To wspaniale. A co w domu? Czy wszystko w porządku? 
– Tak – odpowiedziała matka, ale głos jej się łamał i znowu otarła oczy.   
Finn spojrzał na Mike’a, który wzruszył ramionami i zrobił głupią minę. Finn zaniepokoił 

się na dobre.   

– Jak tata? 
– Trzyma się dobrze i kazał cię uściskać.   
– A Patrick? Co u niego? 

background image

–  Ma  mnóstwo  pracy  w  gospodarstwie,  ale  radzi  sobie  nieźle.  Mamy  nowego  byczka, 

ładna sztuka. Ojciec chciałby dokupić jeszcze dwie krowy.   

– A ty, mamo, jak się czujesz? 
– Ja? Znakomicie – odpowiedziała nienaturalnie wysokim tonem, szybko odwróciła się i 

wyszła do kuchni.   

Finn  podejrzewał,  że  matka  płacze.  Will  rozmawiał  szeptem  z  Dimples,  a  Mikę  zniknął 

gdzieś w korytarzu. Zanim Finn zdążył go dopaść, zobaczył, że drzwi do łazienki właśnie się 
zamykają, i usłyszał zgrzyt zamka.   

–  Mikę,  muszę  z  tobą  koniecznie  porozmawiać.  Wychodź  szybko.  Odpowiedź  brata 

zagłuszyła puszczona z kranu woda.   

Finn wrócił do salonu, spojrzał na kuchnię i odchrząknął. Will i Dimples podnieśli głowy.   
– Will, czy mógłbym prosić cię na dwie minutki? 
– Powiedziałem mamie, że...   
– Bez gadania. Ale już! Dimples z pewnością wybaczy ci tę chwilową nieobecność.   
– Gdzie jest Mikę? – zapytał Will tonem tak rozpaczliwym, że Finn zaczął podejrzewać 

najgorsze. Wprowadził Willa do swojej sypialni i zamknął drzwi. Oparł się o nie, trzymając 
rękę na gałce.   

– No, dobra. A teraz mów: Dlaczego Dimples się nie wyniosła? Dlaczego wygląda tak, 

jakby miała nóż na gardle? Z jakiego powodu mama popłakuje po kątach? 

– Po kolei. Nie wszystko na raz.   
Finn schwycił brata za koszulę i przyciągnął do siebie.   
– Słyszałeś moje pytania? Odpowiadaj, do cholery! 
– Coś się tak do mnie przypiął? Spytaj Mike’a.   
– Mikę zamknął się w łazience. Do diabła, Will, nie wypytywałem o nic ani Dimples, ani 

mamy, ale zrobię to, jeśli będę musiał. Mów więc lepiej, o co w tym wszystkim chodzi? 

– Nie moglibyśmy wyrzucić Dimples na ulicę. Jej życiu zagraża niebezpieczeństwo, jeśli 

on ją znajdzie. Nam zresztą też.   

– Bądź łaskaw wyjaśnić, jaki on? 
– No ten jej holenderski Guy Fawkes* 

[Guy Fawkes (1570 – 1606) – główny uczestnik spisku prochowego 

zawiązanego przez katolików angielskich którzy zamierzali wysadzić w powietrze parlament wraz z królem Jakubem I, aby 

opanować władzę i przywrócić katolicyzm w Anglii, (przyp. tłum. )]

. Każe się tytułować „Wielkim Guyem”, a 

nazywa się Jones. 

 

– O, cholera. A dlaczego mama płacze? 
– Nie wiem.   
– Wiesz i to bardzo dobrze. Gadaj, Will, ale to natychmiast. Will bąknął coś, czego Finn 

nie dosłyszał.   

– Nie chcesz mówić? W porządku, wołam tu mamę i Dimples...   
– Zrozum, Finn. Musimy dalej ukrywać Dimples. Powiedziała nam, że, cytuję dokładnie, 

„Wielk Guy zabije każdego, Kto udzieli jej schronienia”. Trzeba więc było wymyślić coś, co 
pozwoliłoby mami zaakceptować jej obecność w domu.   

– Mam wrażenie, że mnie w to wplątaliście. Co powiedzieliście matce? 

background image

–  Zdecydowaliśmy  się  na  niewinne  kłamstewko,  które  ma  nam  wszystkim  pomóc 

przetrwać ten week end do odjazdu mamy. – Will mówił coraz szybciej niczym licytator na 
giełdzie,  gdy  cena  idzie  w  górę  –  Powiedzieliśmy  jej,  że  ty  i  Dimples  zakochaliście  się  w 
sobie, że chcecie wziąć ślub, ponieważ ona jest w ciąży, ale nie możecie, bo ona jeszcze nie 
uzyskała rozwodu.   

– Co takiego?! – Finn podniósł go za kołnierz.   
– O co ci chodzi? To przecież tylko niewinne kłamstewko, które nie przetrwa weekendu. 

Nie okłada mnie tym gipsem.   

– Ja ci dam niewinne kłamstewko! Czy ty w ogóle rozumiesz, że to dla matki szok? Ach, 

w; skończone barany! Sprowadzacie tu jakieś...   

– Posłuchaj, to tylko na dwa dni. Mama nigdy nie pogodziłaby się z tym, że mieszkamy z 

jakąś dziewczyną gangstera. Kazałaby nam się spakować i wracać do domu.   

– Wy dwaj nigdy nie przestaniecie być dziećmi. Powiem mamie prawdę.   
– Kochani, kolacja gotowa... – rozległo się wołanie Dimples.   
Finn popędził do kuchni, gdzie zastał matkę stawiającą właśnie na stole gorące tłuczone 

kartofle.   

– To, co lubisz najbardziej, Finneganku – powiedziała matka. – Siadaj szybko i jedz, bo 

zara będziesz musiał jechać.   

Z ciężkim sercem i zakłopotany, zajął główne miejsce przy stole, wiedząc, że nic – nawet 

Dimples  jej  niechciana  ciąża  –  nie  jest  w  stanie  zdenerwować  matki  bardziej  niż 
zlekceważenie podanego prze nią jedzenia. A nie daj Boże, żeby wystygło! 

Kiedy  zeszli  się  już  wszyscy,  Finn  odmówił  modlitwę  i  pokroił  pieczeń.  Wciągnął 

głęboko  wspaniały  aromat.  Ślinka  mu  ciekła  na  myśl  o  smakołykach  matki  po  miesiącach 
kawalerskiej kuchni.   

–  Dimples,  a  gdzie  ty  właściwie  pracujesz?  –  odezwała  się  nagle  mama,  podając 

ciemnobrązowy sos.  Wszystkie oczy  utkwione były  teraz w dziewczynie, a  Finn  wstrzymał 
oddech.   

– Obecnie nigdzie – Dimples uśmiechnęła się do pani Mundy.   
– A przedtem? 
– Lepszego sosu w życiu nie jadłem – wtrącił szybko Mikę.   
– Dziękuję. A więc co robiłaś przedtem? 
– Jestem z zawodu tancerką.   
– Ach tak? Gdzie występowałaś? 
– W klubie „Pod niebieskim lisem”.   
–  Mamo  –  znowu  odezwał  się  Mikę  –  musisz  dać  Dimples  przepis  na  twoje  tłuczone 

ziemniaki. Przez dłuższą chwilę matka patrzyła na Dimples badawczo. Mikę zmienił szybko 
temat i zaczął rozmawiać o gospodarstwie, ale nie uciszyło to gniewu Finna.   

– Wybaczcie mi, moi drodzy – powiedział odstawiając talerz – ale muszę już jechać na 

zajęci Przedtem jednak chciałbym z tobą, mamo, porozmawiać chwilę na osobności.   

– Teraz? Przecież jeszcze nie skończyłam jeść.   
– Daj mamie zjeść spokojnie – odezwał się Will. – Porozmawiacie sobie po powrocie.   

background image

– Mamo, proszę cię, chodź.   
Matka wstała od stołu. Finn zaprowadził ją do swego pokoju i zamknął drzwi.   
– Słuchaj, mamo, ja nie mam zamiaru żenić się z Dimples.   
– Co ja słyszę? Nie możesz tak po prostu  wyrzucić tej biednej  dziewczyny. To nie jest 

stary kapeć! Co prawda nie taką synową wymarzyłam sobie, ale...   

– Mamo, ona wcale nie jest w ciąży – powiedział szybko, widząc, że oczy matki robią się 

mokre.   

–  Powiedzieli  mi,  że  odkładaliście  ślub,  że  nie  chciałeś  zmartwić  mnie  i  ojca.  – 

Uśmiechnęła się, dotykając jego ramienia. – Taki dobry z ciebie chłopak. Z pewnością panna 
Mollyrow musi mieć jakieś zalety. Inaczej przecież by ci się nie spodobała.   

Finn spojrzał na zegarek i jęknął.   
– Naprawdę, muszę już iść, ale uwierz mi, mamo: Dimples ani nie jest moją dziewczyną, 

ani nie spodziewa się dziecka.   

Matka uśmiechnęła się znowu.   
– Syneczku, jeśli tyją kochasz, to i myją pokochamy.   
– Nie, mamo. Ja jej nie  kocham. To Mikę ją sprowadził do domu. Ku jego zdumieniu, 

matka nie przestawała się uśmiechać.   

– Leć już, spóźnisz się na swoje lekcje. Pragnę poznać pannę Mollyrow nieco bliżej. Finn 

potrząsnął tylko głową, zebrał swoje książki i wyszedł.   

Dwie godziny później, kiedy wolno wszedł  po schodach na  górę,  popatrzył na drzwi do 

mieszkania  Lucy,  a  następnie  na  własne.  Odwrócił  się  gwałtownie  i  cicho  zapukał  do 

dziewczyny. Otworzyła i na jego widok natychmiast się uśmiechnęła.   

– Cześć! Już po zajęciach? 
–  Tak.  Czy  mogę  wejść?  – zapytał,  zerkając  przez  ramię  na  zamknięte  drzwi  własnego 

mieszkania.   

– Po co pytasz? – odparła, opierając rękę na biodrze.   
Miała na sobie czerwoną koszulę, sprane dżinsy i trampki. Wydała mu się ósmym cudem 

świata. Budziła pożądanie, które teraz targnęło nim z całej siły. Rzucił książki i objął ją.   

– Na całym świecie nie ma nikogo cudowniejszego niż ty.   
Lucy zadrżała w jego objęciach i wspięła się na palce. Włosy spłynęły jej miękko na kark. 

Uniosła  ku  niemu  twarz  i  zamknęła  oczy.  Ich  wargi  i  języki  rozpoczęły  taniec  miłości. 
Całowali się, rozpłomienieni namiętnością i potrzebą serca.   

W końcu podniósł głowę.   
– Czy mógłbym przyprowadzić tu moją mamę? Chciałbym, żebyście się poznały.   
– Teraz? Widzisz przecież, jak jestem ubrana. Pozwól mi się chociaż przebrać.   
– Wyglądasz prześlicznie i właśnie teraz muszę cię jej przedstawić. Później ci wszystko 

wyjaśnię. Biegiem popędził do domu.   

– Zapomniałeś zabrać książki! 
– Zaraz wracam! 
Lucy  zamknęła  drzwi  i  pospieszyła  do  salonu.  Podniosła  z  podłogi  gazetę  i  patrząc  na 

swoje wytarte spodnie, wzruszyła tylko ramionami. Przeniosła książki Finna do kuchni i już 

background image

miała nastawić zmywarkę, kiedy rozległo się pukanie.   

Otworzyła  drzwi.  Na  progu  stał  Finn  z  niewysoką  kobietą  o  brązowych  włosach 

przyprószonych siwizną i orzechowych oczach, w których malowała się ciekawość.   

– Mamo, chciałbym ci przedstawić Lucy Reardon. Lucy, to jest moja mama.   
–  Jestem  szczęśliwa,  że  mogę  panią  poznać  –  powiedziała  Lucy.  –  Proszę,  wejdźcie. 

Katleen Mundy popatrzyła najpierw na nią, a potem na Finna i w końcu weszła.   

– Co się stało? – szepnęła Lucy do chłopaka, przepuszczając matkę przodem.   
– Mikę powiedział jej, że ja żenię się z Dimples, kiedy tylko ta mała otrzyma rozwód, i że 

mamy mieć dziecko.   

Lucy stanęła jak wryta.   
–  Ale  ty  masz  stukniętą  rodzinkę!  Dlaczego  po  prostu  nie  powiesz  matce  prawdy? 

Oszołomiona  relacjami  Finna,  Lucy  zaproponowała  kawę,  ale  pani  Mundy  podziękowała. 
Utkwiła w Lucy badawcze spojrzenie i ściągnęła brwi z dezaprobatą. Wszyscy usiedli. Finn 
obok matki na żółtej sofie, a Lucy na krześle naprzeciwko nich.   

– Finneganie, czy nie powinniśmy przyprowadzić tu również panny Hollyrow? – spytała 

chłodno matka, patrząc na Lucy. – To jego narzeczona, pani wie.   

– Nie, mamo, to nie jest moja narzeczona.   
– Ależ synku! – pani Mundy zwróciła się do niego bliska płaczu. – Już sama nie wiem, co 

się z tobą dzieje. Byłeś takim dobrym chłopcem. Przyznaję, że to nie jest dziewczyna, o której 
bym marzyła dla ciebie, ale skoro już ma być dziecko, nasz pierwszy wnuk, to... – pochyliła 
się, by wyjąć chusteczkę z kieszeni, i wytarła oczy.   

Finn popatrzył na Lucy.   
–  Widzisz,  co  się  dzieje?  Mamo,  nie  płacz.  Płaczesz  niepotrzebnie.  Zostałaś  bezczelnie 

okłamana. Mikę bał się, że zabierzesz go z powrotem do Iowy, i dlatego to wszystko namotał. 
Jedyną kobietą w moim życiu jest Lucy.   

Lucy  poczuła  się,  jakby  do  pokoju  wpadł  jasny  promień  słońca.  Finn  nadal  był 

zdenerwowany. Za to pani Mundy przestała płakać.   

– Czy ty chodzisz z Finneganem? – zapytała, patrząc jej prosto w oczy.   
Przez całe życie Lucy ceniła sobie uczciwość i teraz stanęła przed trudną odpowiedzią.   
–  Prawdę  mówiąc,  jeszcze  tego  ze  sobą  nie  uzgodniliśmy.  Finna  aż  wcisnęło  w  sofę  i 

zamknął oczy.   

– Lucy, proszę cię...   
–  Coś  takiego!  Dwie  kobiety!  –  lamentowała  pani  Mundy,  grożąc  synowi  palcem.  –  Ja 

ciebie wychowywałam na przyzwoitego chłopca! 

– Proszę pani... – Lucy próbowała nadać swemu głosowi ciche, lecz stanowcze brzmienie. 

Nie chciała skłócić Finna z matką, ale cala ta bajeczka, którą wymyślił Mikę, zaczynała już 
mieć nieprzyjemny wydźwięk. – Finn uczy się tutaj! Poznaliśmy się, kiedy doznał urazu ręki. 
Spadł  z  drabiny,  gdy  próbował  mi  pomóc  dostać  się  do  domu  przez  okno  w  kuchni.  Czy 
mógłbyś  –  spojrzała  na  Finna  –  zostawić  nas  same  na  pewien  czas?  Porozmawiałybyśmy 
sobie, poznały się lepiej...   

–  Świetna  myśl,  Lucy  –  powiedział  Finn  z  miną  człowieka  uratowanego  z  paszczy 

background image

wygłodzonych  tygrysów,  wstał  i  zaczął  wycofywać  się  do  wyjścia.  Pani  Mundy  wstała 
również.   

–  Mamo,  proszę,  porozmawiaj  z  Lucy  przez  chwilę,  a  ja  zaraz  wrócę.  Pani  Mundy 

zmarszczyła się i niepewnie spojrzała na Lucy.   

–  Proszę,  niech  pani  spocznie  –  poprosiła  Lucy.  –  Mikę  i  Will  zorganizowali  w  końcu 

tygodnia parę przyjęć, a Finn potrzebuje spokoju do nauki, więc zaproponowałam mu, żeby 
przychodził tutaj.   

– Czy pani pracuje, panno Reardon? 
–  Proszę  mi  mówić  Lucy  –  powiedziała  z  uśmiechem.  –  Tak,  prowadzę  własny  sklep. 

Taki  mary  sklepik  z  fistaszkami.  Jestem  najstarsza  z  pięciorga  rodzeństwa.  Pragnęłam  jak 
najszybciej  usamodzielnić  się  finansowo,  ponieważ  rodzice  musieli  łożyć  na  wykształcenie 
moich braci i sióstr. Zaczęłam więc handlować jeszcze w czasie studiów, na ostatnim roku.   

Pani Mundy rozejrzała się dokoła.   
– Oryginalnie to urządziłaś. Przyjemnie tu u ciebie.   
–  Dziękuję.  Wszystkie  mieszkania  w  osiedlu  są  do  siebie  takie  podobne,  a  ja  chciałam 

mieć coś naprawdę własnego.   

–  To  ładnie  z  twojej  strony.  Szkoda,  że  nie  możesz  pozmieniać  tego,  co  na  zewnątrz. 

Zawsze się gubię, kiedy tu przyjeżdżam.   

Lucy uśmiechnęła się i wtrąciła łagodnie: 
–  Proszę  pani,  on  naprawdę  nie  jest  zaręczony  z  Dimples,  a  ona  nie  spodziewa  się 

dziecka.  Matka umilkła i tak długo przyglądała się jej bez słowa,  że  Lucy pomyślała już,  iż 

Kathleen Mundy uznała ją za oszustkę, z którą nie warto nawet rozmawiać.   

– Ale ty i Finnegan nie umawiacie się ze sobą regularnie, prawda? 
–  Nie  –  odparła  Lucy,  uświadamiając  sobie,  że  powiedziała  to  nieco  przygnębionym 

głosem.  Spróbowała  narzucić  sobie  znowu  pogodny  ton.  –  On  ma  teraz  tyle  zajęć,  naukę  i 
pracę w swoim sklepie. Po prostu przychodzi do mnie, żeby się uczyć.   

Matka Finnegana znów popatrzyła na nią takim wzrokiem, że aż poczuła się nieswojo.   
– A co ty robisz, kiedy on się uczy? 
–  Czytam  albo  się  gimnastykuję,  albo  coś  tam  robię  u  siebie  w  pokoju.  Staram  się 

zapewnić mu ciszę. Finn pracuje zwykle przy stole w kuchni.   

Zapadło  długie  milczenie,  aż  w  końcu  pani  Mundy  przymknęła  oczy  z  wyraźnym 

ukontentowaniem.   

– To pięknie, Lucy – powiedziała pogodnie. – Ach, te moje chłopaki. Mikę i Will zawsze 

lubili ochę kręcić, ale teraz to już przesadzili. Będę musiała porozmawiać z Mike’em. Wydaje 
mi się, że nie jogą sobie poradzić z życiem w mieście, bo do tej pory żyli trochę jak dzikusy. 
A  może  i  ja  nie  jestem  bez  winy.  –  Nachyliła  się  do  Lucy,  zerkając  przez  ramię  na  drzwi 
wejściowe. – Wiesz, chcę ci coś powiedzieć w sekrecie.   

Lucy  przygotowywała  się  na  wszystko.  Jeśli  chodzi  o  niespodzianki,  rodzinę  Mundych 

cechowała niepożyta wynalazczość. Matka obejrzała się jeszcze raz za siebie.   

– To ja – szepnęła – nakłoniłam Willa i Mike’a, by zamieszkali u Finnegana. Chciałam, 

by zapoznali go z jakimiś dziewczętami.   

background image

Lucy z trudem tłumiła śmiech.   
– Finnegan nie jest już najmłodszy – ciągnęła pani Mundy – i czas najwyższy, żeby się 

ożenił. Moi młodsi synowie wcale nie palili się do mieszkania z nim, nie sądzę też, żeby jemu 
to  specjalnie  odpowiadało.  Obiecali  mi  jednak,  że  spróbują  znaleźć  dla  niego  jakąś  miłą 
dziewczynę. Znam mojego syna. Traktuje życic zbyt poważnie.   

Dusząc się ze śmiechu, Lucy przypomniała sobie swoje pierwsze spotkanie z Mike’em i 

Willem. Sądzili wtedy, że jest dziewczyną Finna, a kiedy okazało się, że to nieprawda, zapał 
związany z jej poznaniem nagle zniknął.   

– To wiele wyjaśnia – powiedziała. – Myślę jednak, że Finn poradzi sobie bez pomocy 

braci.   

–  Skoro  sprowadzili  do  domu  pannę  Mollyrow,  to  znaczy,  że  wybrali  niewłaściwy  typ 

kobiety  –  stwierdziła  pani  Mundy.  Uśmiechnęła  się.  –  Opowiedz  mi  teraz  o  swoim 
rodzeństwie, dobrze? 

Jakąś  godzinę  później  rozmowę  przerwało  im  pukanie  i  w  drzwiach  pojawił  się  Finn  z 

kolejną  książką  pod  pachą.  Parokrotnie  przeniósł  wzrok  z  matki  na  Lucy  i  z  powrotem,  po 
czym uśmiechnął się od ucha do ucha.   

– Przyszedłem tutaj, żeby zrobić sobie przerwę w nauce. Pani Mundy podniosła ku niemu 

rozjaśnioną twarz.   

– Finneganku, Lucy wszystko mi już wyjaśniła. Chyba jest już bardzo późno. – Zerknęła 

na  zegarek.  –  O  tej  porze  zawsze  już  śpię.  A  co  do  Mike’a,  to  już  ja  sobie  z  nim 

porozmawiam.   

–  Nie  musisz  wychodzić  tylko  dlatego,  że  przyszedłem  –  powiedział  Finn,  odsuwając 

książkę na sam koniec stołu.   

– Naprawdę muszę się już położyć. Taka już ze mnie wieśniaczka. Chodzę spać z kurami, 

a wstaję, kiedy kogut pieje.   

–  Bardzo  się  cieszę,  że  mogłyśmy  porozmawiać  –  powiedziała  Lucy,  odprowadzając 

panią Mundy do drzwi. Żegnając się z matką, Finn przygarnął do siebie dziewczynę.   

– Musisz kiedyś przywieźć Lucy do domu i pokazać jej swoje rodzinne strony.   
– Dziękuję – odpowiedziała Lucy.   
Polubiła  matkę  Finna,  która,  kiedy  tylko  wyjaśniło  się  nieporozumienie,  zaczęła 

traktować ją ciepło r serdecznie.   

– Niedługo przyjdę – rzekł Finn, a matka skinęła głową.   
– Ucz się, synu, ale w najbliższym czasie powinieneś zabrać Lucy gdzieś na kolację.   
– Wiem.   
– Dobranoc.   
Kiedy  tylko  drzwi  zamknęły  się  za  nią,  Finn  przyparł  do  nich  Lucy,  nie  pozwalając  jej 

ruszyć się.   

– Wiedziałem, że cię wysłucha – powiedział.   
– Nie powiem, żebym była wdzięczna Mike’owi. Kochany braciszek! 
– Nie wiedział, jak wytłumaczyć mamie obecność Dimples.   
– Aleja wytłumaczyłam. Sądzi chyba, że Mikę sprowadził ją tutaj z dobroci serca.   

background image

– Takie odniosłaś wrażenie? To by znaczyło, że mama pragnie teraz dać Mike’owi prawo 

podejmowania  własnych  decyzji.  Chce,  żeby  wydoroślał.  Mama  może  się  wydawać  osobą 
bezpretensjonalną i prostą, ale, wierz mi, odczuła boleśnie bezczelne kłamstwo Mike’a. Mikę 
jest na ogół prawdomówny. Sądzę, że kłamstwo nie przyszło mu łatwo.   

– Twoja mama jest przeurocza.   
– Ty też.   
Lucy dotknęła ręki Finna nad gipsem.   
– Zdejmą ci gips w niedzielę, prawda? 
– Tak – odpowiedział szybko, całując ją najpierw w skroń, a potem w policzek aż do ucha 

i coraz silniej przygarniał ją do siebie zdrową ręką. – Czekałem cały wieczór...   

– A ja już zaczynałam tracić nadzieję – odpowiedziała, zamknąwszy oczy i wtuliwszy się 

w niego.   

Całowali się długo i namiętnie, aż Lucy wymknęła się lekko z objęcia.   
– Finn, mama czeka pewnie na ciebie i chyba powinieneś się uczyć. Prawda? 
– Mama nie czeka, ale z tą nauką to racja. Czy mógłbym pouczyć się u ciebie? 
– Tak, oczywiście.   
–  Dimples  i  moi  bracia  są  teraz  zdrowo  przygaszeni,  ale  nie  potrafią  zachowywać  się 

cicho.  Telewizor  jest  włączony  i  gra  muzyka.  Wierz  mi,  chciałbym  być  bardziej  bystry. 

Najlepiej mieć fotograficzną pamięć. Uczyłbym się szybciej.   

–  Wszyscy  by  tak  chcieli.  Nie  musisz  mieć  kompleksów.  Mikę  mówił  mi,  jaką  masz 

przeciętną  ocen.  A  teraz  idź  już  się  uczyć.  Ja  też  powinnam  zaksięgować  parę  rzeczy,  bo 
zbliża się koniec miesiąca. Masz tam dzbanek kawy, gdyby ci się bardzo chciało spać.   

–  Tak  jest,  kapitanie.  Śliczny,  prześliczny  kapitanie.  Powiem  ci  jeszcze,  że  mama 

naprawdę cię polubiła.   

–  Z  wzajemnością  –  odparła  Lucy  pogodnie,  pragnąc,  żeby  Finn  powiedział  jej  jeszcze 

coś miłego i zobowiązującego, ale on tylko wziął podręczniki i poszedł do kuchni.   

Lucy rozłożyła swoje księgi na łóżku i pracowała jeszcze przez godzinę, później zrobiła 

małą  gimnastykę,  wykąpała  się  i  przebrała  w  nocną  koszulę  i  peniuar.  Weszła  jeszcze  na 
moment do salonu.   

– Finn. Jestem już zmęczona. Czy możesz zatrzasnąć drzwi, kiedy będziesz wychodził? 
–  Tak,  tak...  –  burknął,  jakby  drażniło  go,  że  mu  przeszkadza.  Zamknęła  drzwi  od 

sypialni, zgasiła światło i położyła się do łóżka.   

Finn  rzucił  okiem  na  pusty  salon  i  ogarnęła  go  ślepa  furia.  Najchętniej  walnąłby  tymi 

wszystkimi książkami o podłogę i porwałby Lucy w ramiona. Zaklął pod nosem, wstał i nalał 
sobie  kolejną  filiżankę  kawy.  Uczył  się  do  północy.  Mikę,  Will  i  Dimples  wciąż  jeszcze 
oglądali telewizję. Ale przynajmniej przyciszyli fonię. Czując ogarniające go zmęczenie, Finn 
poszedł prosto do swego pokoju. Odłożył książki na podłogę, zdjął rękę z temblaka i rozebrał 
się z koszuli, zrzucając jednocześnie buty. Kiedy wreszcie wyciągnął się na łóżku, do pokoju 
wszedł Mikę i zamknął drzwi.   

– Finn? 
– Słucham? 

background image

– Jestem ci winny przeprosiny.   
– Mnie jak mnie, ale mamie na pewno. To było bardzo głupie z twojej strony.   
– Wiem, ale nie potrafiłem się przyznać, że to ja ściągnąłem Dimples. Już przeprosiłem 

mamę.  Mimo  zmęczenia  Finn  ożywi!  się  zaciekawiony.  Podłożył  sobie  ramię  pod  głowę  i 
popatrzył na brata.   

– Kazała ci wracać do Iowy? 
– O nie, nie – roześmiał się Mike. – Zrobiła mi wykład, ale nie wracam do domu. Będę 

musiał wypić to piwo, którego nawarzyłem. Radosna przyszłość, nie ma co! 

Finn parsknął.   
– Możesz już w ogóle nic mieć żadnej przyszłości, jeśli ten cały eks-narzeczony Dimples, 

ten Wielki Guy, dowie się, gdzie ona przebywa.   

– Tak, wiem. Wydaje mi się, że jest jej tu dobrze.   
– Ale chcesz chyba, żeby  się wyniosła?  – zapytał  Finn, zauważając ze zdziwieniem, że 

Mikę się czerwieni.   

–  No,  wiesz,  prawdę  mówiąc...  Czasami  jest  zabawna,  chociaż  ona  i  ja  nie  bardzo 

możemy się ze sobą zgodzić. Chyba że tańczymy albo się... – zakończył, przeciągając zgłoski 
i wzruszył ramionami.   

Finna nie stać już było na żaden wysiłek. Nie odpowiedział ani słowem i zapadł w sen.   

background image

 

W  niedzielę  przed  wieczorem,  już  po  zdjęciu  gipsu,  Lucy  i  Finn  odprowadzili  panią 

Mundy  na  lotnisko.  Wracała  do  domu.  Kiedy  pasażerów  poproszono  na  pokład,  Finn  objął 
matkę  i  ucałował  na  pożegnanie.  Mama  odwróciła  się  do  Lucy  i  dotknęła  jej  ramienia.  – 
Odwiedź nas koniecznie. Przyjedźcie razem na przykład w czasie jego przerwy semestralnej.   

– Z pewnością, mamo – odpowiedział Finn.   
Lucy  nie  chciała,  żeby  czuł  się  zobowiązany  do  pokazania  jej  rodzinnego  domu,  lecz 

uśmiechnęła się do pani Mundy.   

– Bardzo dziękuję. Nigdy nie byłam w stanie Iowa.   
– To miłe miejsce. – Odwróciła się do Finnegana. – Jedz więcej, synku. Jesteś taki chudy.   
– Dobrze, mamusiu – odpowiedział pokornie.   
– Do widzenia, kochani. A ty, moja droga – pani Mundy uścisnęła rękę Lucy – opiekuj 

się moim chłopcem.   

Obserwując przez okno, jak pani Mundy wchodzi na pokład samolotu, Lucy nie potrafiła 

otrząsnąć  się  z  wrażenia,  jakie  zrobiły  na  niej  ostatnie  słowa  matki.  Po  chwili  poczuła  na 
sobie wzrok Finna i popatrzyła na niego.   

– Czym ty się znowu gryziesz? – zapytała, gdy tylko wsiedli do samochodu.   
–  Niczym  nowym.  Przerobiłem  wszystkie  podręczniki  i  jestem  na  skraju  bankructwa. 

Rozmawiałem  z  moim  tatą,  domowe  finanse  również  nie  przedstawiają  się  teraz  najlepiej. 
Ojciec  siedzi  w  długach  po  uszy.  Nie  mogłem  mu  się  przyznać,  że  ja  też.  Jeszcze  trochę  i 
koniec ze sklepem. Diabeł ogonem namieszał. – Uśmiechnął się. – Ale są też i dobre wieści. 
Mam zamiar dać sobie  godzinkę lub  dwie wolnego, zanim choćby dotknę książek, a już za 
trzy tygodnie kroi mi się siedmiodniowa przerwa semestralna i wtedy będziemy balować! Co 
wieczór! 

Na myśl o tym, że będzie się z nim widywała tak często i że wreszcie się trochę zabawią, 

Lucy o mało nie podskoczyła z radości.   

– Masz ochotę na kolację? – zapytał Finn, puszczając do niej oko. – To nasza pierwsza 

randka. Dokąd chciałabyś pójść? 

–  Lubię  kuchnię  japońską  –  przyznała  się,  choć  tak  naprawdę  było  jej  wszystko  jedno, 

gdzie spędzą ten wieczór, byle razem.   

– Tak? No to dobrze, znam takie jedno miejsce.   
– Finn... powiedziałeś, że masz teraz wolne jakieś dwie godziny.   
– No tak. A co? 
– Moglibyśmy pojechać obejrzeć twój sklep...   
– Dobrze – zgodził się, skręcając z Dziesiątej Ulicy w Pennsylwania Avenue.   
Jechali  teraz  mijając  stare  zaułki.  Na  Czternastej  Ulicy  Finn  skręcił  za  ceglanym 

budynkiem straży pożarnej i przejechał obok rzędów starych sklepów. Obcojęzyczne napisy 
na  odartej  z  farby  i  zdewastowanej  tablicy  z  napisem  „Daisy  Mili  Mail”  wskazywały,  że 
zbliżają się do dzielnicy wietnamskiej. Po drugiej stronie mieściły się również stare sklepiki i 

background image

wolnostojący, niewielki budyneczek otoczony wybrukowaną nawierzchnią.   

Tutaj właśnie Finn zaparkował.   

Budyneczek  miał  dwa  wielkie  okna  z  szybami  ze  szlifowanego  szkła  po  obu  stronach 

drzwi  frontowych.  Nad  wejściem  widniał  drewniany  szyld  z  namalowanym  farbą  napisem: 
„F. Mundy. Odzież męska”. Sklep był mniej  więcej tych samych rozmiarów co  „Fistaszek” 
Lucy.   

Finn otworzył drzwi i wyłączył alarm. Weszli do cichego, pustego wnętrza. Uderzył ich 

zapach stęchlizny.   

– To tu. Nie wygląda to tak wesoło, jak u ciebie.   
– Nie jest tak źle – powiedziała Lucy, lecz w głębi duszy musiała przyznać mu rację.   
To  wnętrze  było  rzeczywiście  ponure.  Brązowa,  wytarta  wykładzina  na  podłodze,  szare 

ściany i stelaże do wieszania ubrań.   

–  Na  zapleczu  mieści  się  kantor.  Kiedy  przed  pięcioma  laty  zaczynałem,  sklep  kwitł. 

Zaczął podupadać dopiero mniej więcej dwa lata temu. Zmieniła się gospodarka, zmieniali się 
sąsiedzi i wielu właścicieli sklepów przeniosło się gdzie indziej. W tym roku zacząłem szkołę 
i... plajtuję.   

– Mogę się trochę rozejrzeć? 
– Jasne – powiedział, obejmując ją ramieniem.   
Otworzył drzwi prowadzące do krótkiego, wąskiego przedsionka, który oświetlała jedynie 

goła  żarówka  u  sufitu,  a  następnie  znaleźli  się  w  hallu.  Wchodziło  się  stąd  do  czterech 
pomieszczeń.   

–  Łazienka,  pomieszczenie  gospodarcze,  magazyn  i  kantor  –  Finn  oprowadzał  Lucy, 

uchylając kolejne drzwi.   

Pokój, w którym mieścił się kantor, tonął w papierach. Na dwóch połamanych krzesłach z 

brązowego  plastiku  leżały  podręczniki.  Biurko  zawalone  było  dokumentami.  W  stojącej  w 
rogu  szafce  na  akta  piętrzyły  się  rejestry  handlowe.  Zawieszony  na  gwoździu  kalendarz 
pokazywał luty.   

Finn roześmiał się.   
– Potrzeba tu twojej ręki. W porównaniu z tą budą twój „Fistaszek” wygląda jak salon.   
– Czy trzeba naprawdę tyle tych papierzysk, żeby prowadzić sklep? – zapytała Lucy.   
–  Nie  mogę  się  z  tym  wszystkim  pozbierać  z  powodu  szkoły.  Część  to  moje  notatki  z 

zajęć.  Dawno  już  miałem  tu  posprzątać.  A  wiesz  –  odwrócił  ją  twarzą  do  siebie  –  co 
najbardziej może mi pomóc w tym biurze? 

Niezdolna  odpowiedzieć,  ponieważ  patrzył  na  jej  usta  tak,  że  aż  zaparło  jej  dech, 

potrząsnęła tylko głową.   

– Świadomość, że cię tu całowałem.   
Już  pierwsze  muśnięcie  zelektryzowało  Lucy.  Od  dawna  tęskniła  za  jego  pocałunkami  i 

za  nim  samym.  Przywarła  do  niego,  rozkoszując  się  –  teraz  kiedy  zdjęty  już  został 

niewygodny gips – silnym uściskiem obu rąk Finna.   

Po kilku minutach puścił ją.   
– Wyjdźmy stąd. Pójdź pierwsza, a ja pogaszę światła.   

background image

Lucy  zatrzymała  się  przy  jednym  z  garniturów.  Był  w  dobrym  gatunku.  Wyobrażała 

sobie,  jakby  Finn  w  nim  wyglądał,  gdy  tymczasem  on  sam,  z  księgami  handlowymi  pod 
pachą i papierami w ręce, wyłonił się z ciemnego hallu.   

– Dziś wieczorem albo jutro powinienem przejrzeć te wszystkie rejestry. Poza tym muszę 

posiedzieć  nad  rozdziałem  z  prawa  własności.  Mniejsza  z  tym.  Powiedz  lepiej,  jak  ci  się 
podobają moje ubrania? 

– Niezłe, ale w tej okolicy nie znajdziesz na nie zbyt wielu chętnych.   
–  Nie  mówisz  mi  nic  nowego.  Ale  nie  stać  mnie  teraz  na  zmianę  lokalizacji.  Kiedy 

startowałem,  miałem  dość  blade  pojęcie  o  interesach.  Gdyby  było  inaczej,  nigdy  nie 
zdecydowałbym się na to miejsce.   

– A dlaczego w ogóle znalazłeś się w Oklahomie? 
– Dostałem sportowe stypendium. Dylem tenisistą.   
– Naprawdę? Ja też kiedyś sporo grałam w tenisa.   
– Mam nadzieję, że dasz się namówić na debla. Mojemu nadgarstkowi przyda się trochę 

gimnastyki.   

– Zapomniałam już, jak się trzyma rakietę.   
– Myślałby kto, biedna, zgrzybiała staruszka.   
– Śmiej się, śmiej. Mam startować z asem uniwersyteckiej reprezentacji? 
– Było, minęło, a w dodatku ta ostatnia kontuzja...   
– Przepraszam, przerwałam ci. Mów, proszę. Przyjechałeś na uniwersytet i co dalej? 
–  Zrobiłem  dyplom,  a  następnie  przeniosłem  się  do  Tulsy,  gdzie  w  dużym  domu 

towarowym  przeszedłem  szkolenie  dla  kadry  menedżerskiej.  Sądziłem  wówczas,  że  moim 
powołaniem jest kariera handlowca. Marzył mi się własny sklep.   

–  A  ja  marzyłam  o  pracy  w  dyplomacji,  a  nie  o  orzeszkach!  –  uśmiechnęła  się  Lucy, 

gładząc go z czułością po włosach.   

–  Oszczędzałem  jak  wariat,  wystarałem  się  o  kredyt,  spłaciłem  pożyczkę  i  otworzyłem 

sklep.  Przez  pewien  czas  powodziło mi  się zupełnie  nieźle.  Trzy  lata  temu,  na  krótko  przed 

tym,  zanim  wszystko  zaczęło  podupadać,  kupiłem  sobie  mieszkanie  i  samochód.  Może  to 
zabrzmi  głupio,  ale,  wiesz  –  powiedział,  rozglądając  się  wokół  –  czuję  się  do  tego 
przywiązany.   

– Masz na myśli sklep, prawda? 
Finn uśmiechnął się i mocniej przygarnął Lucy do siebie.   
– Ty zawsze potrafisz zmusić mnie do uśmiechu.   
– A wiesz – zagadnęła, kiedy wyszli ze sklepu – mam pluszowego misia, który przynosił 

mi szczęście.   

– Nie ma takich misiów, Lucy.   
– Przypomnij, to ci pokażę mojego Pana PhiPhi. Stoi u mnie w szafie na półce.   
Finn  roześmiał  się  i  otworzył  przed  nią  drzwiczki  samochodu.  Pojechali  do  małej 

japońskiej restauracji w północnozachodniej dzielnicy miasta. Usiedli w rogu pod lampionami 
i  obserwowali,  jak  kucharz  przyrządza  zamówione  przez  nich  danie.  Intensywny  zapach 
smażonego mięsa, cebuli i przypraw zaostrzył apetyt  Lucy. Ledwie zdążyła upić łyk sake  

background image

małej czareczki, a już przyniesiono im apetycznie podsmażone mięso i puszysty ryż podany w 
oddzielnych naczyniach. Jeszcze nigdy Lucy nie widziała Finna tak odprężonego. Gdyby nie 
te wszystkie kłopoty, pomyślała z bólem serca, jakże inne mogłoby być jego życie.   

Kiedy  wieczorem  wrócili  do  domu,  Lucy  zaproponowała,  że  przejrzy  za  niego  księgi 

buchalteryjne.   

– Zostaw to mnie i rezerwuj czas wyłącznie na naukę. Wiesz, miałam zamiar w ten piątek 

przywieźć  do  domu  własne  papiery,  lecz  znowu  nas  obrabowano  i  w  całym  tym 
zamieszaniu...   

– Jak to... obrabowano? Nic mi o tym nie mówiłaś.   
– Miałeś wtedy na głowie mamę i sprawę Dimples, nie pamiętasz? Spotyka mnie to już 

po raz drugi zastanawiam się, czy nie maczał w tym palców ktoś z college’u, bo w pobliżu są 
akademiki. Myślę, że te napady to sprawka tego samego faceta. Oba miary miejsce w piątek 
około czwartej po południu.   

– Czy w razie czego ktoś może ci pomóc? 
– Mam urządzenie alarmowe, ale mój najbliższy sąsiad, pan Preston, właściciel sklepu z 

obuwiem est trochę przygłuchy i mato co do niego dociera. No ale lepszy rydz niż nic.   

– Ładna historia.   
– Nie masz większych zmartwień? Nic mi się przecież nie stało.   
– Czy ten gość miał przy sobie broń? 
– A jak sobie wyobrażasz? W przeciwnym razie nie oddałabym mu pieniędzy. Pukawka, 

którą mnie zaszachował, wyglądała co prawda niezbyt groźnie, ale w końcu mało się na tym 
znam... No więc, jak? Pozwolisz mi rzucić okiem na twoje dokumenty? 

Patrzył  na  nią  przez  dłuższą  chwilę  i  nagle  uświadomiła  sobie,  że  Finn  należy  do  ludzi, 

którzy nie podejmują pochopnych decyzji.   

– Naprawdę chciałabyś się tym zająć? 
–  Nie  proponowałabym,  gdybym  nie  chciała.  I  żadnych  pocałunków,  dopóki  nie 

skończymy.  Zawołam  cię,  jeśli  będziesz  mi  potrzebny  –  powiedziała  z  uśmiechem, 
wychodząc do swego pokoju, gdzie rozłożyła się na łóżku z papierami.   

Szybko zrozumiała, że sprawy mają się tak, jak to przedstawił Finn, czyli źle. Po pewnym 

czasie odłożyła pióro i z głową odrzuconą na poduszki rozmyślała o sklepie Finna. Kwadrans 
później poszperała w swojej szafce.   

– Finn? – zawołała wchodząc do kuchni.   
– Słucham? 
Miał przekrwione oczy i zmierzwione od ciągłego przeczesywania palcami włosy, a przed 

sobą filiżankę z niedopitą kawą.   

– Bardzo źle, prawda? 
Lucy postawiła na stole brązowego pluszowego niedźwiadka, któremu brakowało jednego 

ucha, a z łapki sypały się trociny.   

– To moja maskotka na szczęście.   
Finn znowu rozgarnął włosy, wziął zabawkę do ręki i obracał ją w palcach, wpatrując się 

w nią takim wzrokiem, jakby po raz pierwszy w życiu zobaczył pluszowego misia.   

background image

– To twój Pan PhiPhi? 
– Jedyny i niepowtarzalny. Przynosi szczęście. Jest twój, jeśli tylko chcesz.   
–  Naprawdę  oddałabyś  go,  ot  tak  po  prostu,  w  moje  ręce?  –  Finn  nie  potrafił  ukryć 

zdumienia.   

– Będzie mu u ciebie dobrze – odparła, czując falę ciepła na policzkach.   
Finn zerknął na nią z wdzięcznością, kładąc misia obok siebie na ławie. Lucy przysiadła 

naprzeciwko.  Ciekawe,  pomyślała,  czy  Finn  w  ogóle  zdaje  sobie  sprawę,  jak  prowokująco 
teraz  wygląda.  Siedział  bez  butów,  w  rozpiętej  koszuli.  Być  może  zresztą  ta  niedbała  poza 
dodawała mu uroku.   

Pragnęła  zerwać  z  ramion  tę  otwartą  na  piersi  koszulę  i  pogładzić  go  po  włosach,  ale 

tylko powiedziała: 

– Zrobimy sobie maleńką przerwę? 
– Z dziką rozkoszą.   
Uśmiechnął się i pochylił nad stołem, zbliżając do niej twarz na odległość zaledwie paru 

centymetrów.   

– Caty czas myślałam...   
–  Wiem.  Aż  tutaj  było  słychać,  jak  ci  mózg  puchnie  z  wysiłku.  Pokazała  mu  język  z 

udawaną złością. Spojrzał na nią zaskoczony.   

– Zrób to jeszcze raz, proszę.   
Zdumiona,  wystawiła  język.  Nagle  Finn  skoczył  ku  niej  i  dotknął  jej  języka  swoim. 

Zaczęli  się  całować  i  Lucy  poczuła,  że  ogarniają  ją  płomienie.  Kiedy  wywinęła  mu  się  z 
uścisku, jęknął.   

–  Mógłbym  z  miejsca  rzucić  studia  w  diabły,  ale  co  z  tego.  I  tak  zostanie  to  przeklęte 

ślęczenie nad cyframi w sklepie, a tego rzucić nie mogę, jeśli w ogóle mam się utrzymać na 
powierzchni. Cokolwiek jednak się stanie, chcę i muszę się z tobą stale spotykać.   

– Właśnie o tym chciałabym z tobą porozmawiać. Mam pewien pomysł.   
– Za każdą pomoc z góry dziękuję.   
– Posłuchaj, w interesach radzę sobie o niebo lepiej niż ty.   
– I co z tego? 
– Nie pracuję w soboty i w niedziele. Na najbliższą sobotę umówiłam się już z rodzicami, 

ale  w  następną  chciałabym  pojechać  do  twojego  sklepu.  Zobaczymy,  czy  potrafię  coś  dla 
ciebie zrobić. Po prostu pozwól mi tylko porządzić się tam przez jeden dzień. Co ty na to? 

–  Daję  ci  wolną  rękę,  kochanie.  Możesz  tam  pojechać,  kiedy  chcesz:  w  sobotę,  w 

poniedziałek, jak ci będzie pasowało. Ale za to w sobotni wieczór niech szlag trafi egzaminy, 
zakończenie semestru, Dimples, jej holenderskiego Wielkiego Guya i co tam jeszcze chcesz, 
zabieram cię na kolację. Zgoda? Zaklepane? 

– Zaklepane. Wracaj do swojej pracy, a ja muszę jeszcze przemyśleć kilka rożnych spraw. 

Zamierzała wstać od stołu, lecz Finn chwycił ją przez blat za przegub dłoni.   

– Chodź tu do mnie – poprosił z uśmiechem. Potrząsnęła głową.   
– Nic z tego. Prawko. Już zapomniałeś? 
Puścił ją, naburmuszony, i wzruszył ramionami, gdy zabierała ze stołu filiżankę z kawą. 

background image

Po drodze do swego pokoju Lucy odwróciła się.   

– Finn, ty dzierżawisz ten mały domek, w którym mieści się sklep, prawda? 
– Nie mam forsy na nic większego.   
– Czy właściciel miałby coś przeciw, gdybyś przemalował ten twój domek? 
– Daj spokój, Lucy. – Finn ściągnął brwi. – Nie wymyślaj nic kosztownego. Malowanie 

niewiele tu pomoże. Przyjrzyj się okolicy.   

– Przeszkadzałoby mu to, czy nie? 
– Na Boga, nie. Powiedział mi, że mogę robić, co chcę, ale nie dołoży własnej kieszeni 

grosza, jeśli tylko nie będzie musiał. Uzgodniliśmy to ze sobą już na samym początku.   

– Świetnie – powiedziała Lucy i z uśmiechem wróciła do sypialni, żeby zrobić spis tego 

wszystkiego, czego, jej zdaniem, wymagał sklep, jeśli miał się podnieść z ruiny.   

Przed pójściem  spać weszła jeszcze na moment  do salonu,  aby popatrzeć na Finna. Stał 

przy zlewie w kuchni i nalewał kawę, drugą zaś ręką w charakterystyczny dla niego sposób 
wichrzył sobie w zamyśleniu włosy. Usłyszała, jak coś do siebie pomrukuje, po czym znowu 
usiadł i zniknął jej z oczu. Poszła do łóżka, ale nie mogła zasnąć. Kręciła się i przewracała z 
boku na bok, rozważając plany związane ze sklepem Finna.   

Rano znalazła na poduszce karteczkę: „Serdeczne dzięki za przerobienie słupków. Należy 

mi  się  złoty  medal  za  to,  że  jestem  dobrym  kumplem  i  nie  zakłóciłem  snu  pięknej  damy. 
Padam. Dobranoc. Grają capstrzyk. Czekam na sobotni wieczór. Dziękuję za Pana PhiPhi. Z 
miłością. Finn”.   

Pogładziła kartkę. Czy Finn kończył swe liściki ot tak, machinalnie, utartym frazesem bez 

znaczenia, czy też kryło się za tym coś więcej? 

background image

 

W piątkowe popołudnie  Lucy  pożegnała się z odjeżdżającą właśnie na cały dzień Nan i 

zamierzała  już  wnieść  do  środka  swój  przenośny  stolik,  kiedy  zauważyła,  że  od  frontu 
zatrzymuje się znajomy samochód.   

Z  plikiem  książek  pod  pachą  Finn  wszedł  do  sklepu.  Koło  niego,  przy  nodze,  warczał 

brązowy pies o załamanych uszach.   

– Cześć! Gdzie jest Nan? 
– Właśnie wyszła. Co to, masz nowego psa? 
– Skądże znowu – odparł, biorąc ją w ramiona i całując.   
– Finn, ktoś tu może wejść – powiedziała, po dobrych paru minutach wymykając mu się z 

objęć. – A poza tym, co y tu robisz o tej porze i w dodatku z jakimś psem? 

– Przyjechałem, żeby bronić cię przed rabusiami. A to jest pies podwórzowy.   
Lucy kręciła się niespokojnie, spoglądając w poczciwe, brązowe psie oczy. Pies usiadł u 

jej stóp merdał krótkim, sterczącym pionowo ogonem.   

– Nie mogę tu trzymać takiego dużego psa.   
– Będzie ci towarzyszył w sklepie tylko za dnia, a na noc przywieziesz go do mnie.   
– Nie wiedziałam, że w naszym osiedlu wolno trzymać zwierzęta.   
– Wolno. Sprawdziłem to w umowie.   
–  No  i  co,  moje  maleństwo  –  Lucy  przyklękła,  żeby  pogłaskać  psa  i  podrapać  go  za 

uchem. – Popatrz, jaki śliczny.   

– Zły jak diabeł, mówię ci.   
– To dlaczego jeszcze cię nie ugryzł? 
–  Do  nie  ma  w  zwyczaju  gryźć  rodziny.  To  mój  własny  pies.  Tata  przysłał  mi  go 

samolotem z Iowy. Na moją prośbę! 

– Coś takiego! 
Finn zadał sobie dla niej tyle trudu. Nie potrafiła ukryć szczęścia.   
–  Gryzie  wszystko,  co  się  rusza,  z  wyjątkiem  rodziny  swego  pana.  Na  noc  będę  go 

zabierał do siebie. Świetnie się tam zmieści razem z Dimples, Mike’em i Willem.   

– Jakoś nie chce mi się wierzyć, by ten grzeczny pies komukolwiek mógł dać do wiwatu.   
– Ale to prawda.   
– Jak się wabi? 
– Jaskier. To mama nadała mu imię. • 
– Jaskier – powtórzyła Lucy i pies z zadowoleniem pokręcił ogonem. – Jaka to rasa? 
–  Airedaleterier.  Jeśli  pozwolisz,  usiądę  przy  oknie  i  pouczę  się  trochę.  Będę  miał  stąd 

dobry widok na ulicę. Następnym razem... – zerknął wymownie na krzesło z kutego żelaza – 
przywiozę chyba sobie poduszeczkę.   

– Jak to – następnym razem? 
–  Powiedziałaś,  że  okradziono  cię  dwukrotnie  w  piątkowe  popołudnie.  Będę  więc 

przyjeżdżał w każdy piątek na parę godzin.   

background image

– Ale...   
– Żadne ale. Tutaj też mogę się uczyć. Fala ciepła ponownie ogarnęła Lucy.   
– Dziękuję.   
– Nie ma za co.   
Wyszczerzył  zęby  w  uśmiechu,  przystawił  sobie  krzesło  do  frontowego  okna  i  zaczął 

czytać, pies zwinął się w kłębek i położył przy jej nodze.   

Rankiem  w  poniedziałek  Lucy  uzupełniała  właśnie  zapas  orzeszków  w  metalowych 

pojemnikach, kiedy przyjechała Nan.   

–  Cześć,  to  ja  –  zawołała  Nan,  wyłaniając  się  z  korytarza.  Jej  jasne  włosy  falowały  na 

ramionach przy każdym kroku. Nagle stanęła jak wryta, zaskoczona widokiem psa. – A to co 
znowu? 

– To Jaskier, nasz obrońca. Finn posłał po niego aż do Iowy, specjalnie dla mnie.   
Pies zamerdał ogonem.   
– I to ma być pies obronny? – zakpiła Nan. – Jaskier? Kiedy otwierałam tylne wejście, nie 

słyszałam,  żeby  choć  zaszczekał.  –  Ostrożnie  zbliżyła  się,  by  pogłaskać  zwierzę.  Pies 
radośnie zatańczył na zadzie. – Mo, ho, a to mi dopiero bestia! 

Obie się roześmiały.   
–  Wiesz,  Finn  obiecał  przyjeżdżać  tu  w  każdy  piątek  na  godzinę  lub  dwie  przed 

zamknięciem.   

– To ładnie z jego strony.   
– Wypada więc tylko nic tracić nadziei, że złodziej nie zmieni dotychczasowego rozkładu 

zajęć.  Znowu  się  roześmiały  i  Lucy  poszła  umyć  ręce  przed  rozdzielaniem  do  pojemników 
kolejnej porcji fistaszków. Po paru minutach pracowała już w najlepsze.   

– Miałam zamiar cię zapytać – wycedziła Nan dziwnie oschłym tonem – jak ci się udała 

sobotnia randka, ale chyba już nie muszę...   

Lucy podniosła na nią zdziwiony wzrok.   
– Dlaczego? 
– Popatrz sama, co ty wyprawiasz.   
Lucy  o  mało  nie  zawyła  ze  zgrozy.  Wsypała  łuskane  prażone  fistaszki  do  pojemnika  z 

orzeszkami w łupinach.   

Nan skrzyżowała ręce na piersiach.   
– Musiało być świetnie, co? 
– Świetnie? Po prostu genialnie! 
–  I  co?  Pan  Mundy  nic  ci  nie  zaproponował?  Nie  składał  żadnych  deklaracji?  A  kiedy 

następna kolacja we dwoje? 

Lucy wzruszyła ramionami i zabrała się do przebierania orzeszków.   
– Zbliża się koniec semestru, więc ma jeszcze więcej pracy niż zwykle. Jeden z dwóch 

jego  pracowników  choruje,  więc  sam  musi  godzinami  uwijać  się  w  sklepie.  Wyjedziemy  w 
przerwie międzysemestralnej.   

– Na całe lato? – Oczy Nan zrobiły się okrągłe.   
–  Skądże  znowu!  On  chodzi  do  letniej  szkoły.  Mówię  o  tygodniowej  przerwie  między 

background image

semestrem wiosennym a letnim.   

–  Nie  powiem,  żeby  cię  zbytnio  rozpieszczał.  –  Nan  była  kompletnie  rozczarowana.  – 

Wiesz, wydaje mi się, że nie można chyba traktować poważnie faceta, który poświęca więcej 
czasu książkom niż swojej dziewczynie.   

– Nan, ja rozumiem, dlaczego tak jest. To się przecież kiedyś zmieni.   
– Daj spokój. Dobrze wiesz, że mam rację. Mogłabyś spotykać się z niejednym naprawdę 

klawym chłopcem, a związałaś się z jakimś molem książkowym.   

Dendelen,  dendelen,  rozległ  się  dźwięk  mosiężnego  dzwonka  i  na  widok  Finna  serce 

Lucy podskoczyło z radości. W dodatku miał na sobie ten sam elegancki granatowy garnitur 
co w sobotni wieczór i wygląda! znakomicie. Ależ był przystojny! 

Pies wybiegi mu na spotkanie.   
– Cześć, Lucy – powitał ją Finn, przeciągając słowa, i uśmiechnął się do niej.   
– Cześć! – powiedziała bez tchu. Uświadomiła sobie, że powinna go przedstawić Nan. – 

Poznajcie się, proszę. Finn Mundy. Nan Taylor.   

Jakby  kosztowało  go  to  wicie  wysiłku,  Finn  z  ociąganiem  odwrócił  oczy  od  Lucy  i 

przywitał się z Nan.   

– Dzień dobry. Milo mi panią poznać. Lucy dużo mi o pani opowiadała.   
– Wzajemnie. Zaraz was zostawię samych, tylko wezmę stąd skrzynkę fistaszków. A tak 

przy okazji... Mam wrażenie, że to pan jest prawdziwym winowajcą. Proszę tylko popatrzeć. 
– Ruchem głowy pokazała na zmieszane ze sobą łuskane i niełuskane orzeszki.   

Widząc,  jak  wzrok  Finna  ślizga  się  między  nią  a  orzeszkami,  Lucy  wybuchnęła 

śmiechem.   

– Dokąd poszła Nan? – zapytał łagodnie, kładąc dłoń  na kontuarze i  rozglądając się po 

sklepie.   

– Pewnie jest na zapleczu. Mam tam maleńki kantor i pomieszczenie magazynowe.   
– Zatem mogę całować cię bez przeszkód. Lucy przechyliła się ku niemu przez ladę.   
– Już myślałam, że zapomniałeś.   
Zaledwie  musnął  ustami  jej  wargi,  ale  kiedy  tylko  się  wyprostował,  zapragnął 

prawdziwego  pocałunku.  I  pewnie  długo  by  się  tak  całowali,  gdyby  nie  przerwało  im 
skrzypnięcie drzwi.   

– Och, przepraszam – żachnęła się Nan.   
– Na mnie już czas.   
Finn zabierał się do wyjścia, lecz Lucy pragnęła zatrzymać go jak najdłużej.   
– Do twarzy ci w granatowym, wiesz? 
–  Mam  spotkanie  w  banku  w  sprawie  pożyczki  –  odparł  bez  uśmiechu,  jednak  znów 

zajaśniały mu oczy, gdy tylko zerknął na pojemnik ze zmieszanymi orzeszkami. Mrugnął do 
Lucy. – Miło było cię poznać, Nan. Może następnym razem uda się nam porozmawiać dłużej.   

– Będzie mi bardzo miło. Do zobaczenia. Po chwili wsiadł do samochodu i odjechał.   
Lucy spojrzała na Nan z niemym pytaniem w oczach.   
– Umówiliście się na następne spotkanie? – indagowała Nan. – Mam  na  myśli kolejną, 

prawdziwą randkę.   

background image

–  Finn  mówi,  że  pójdziemy  gdzieś  we  dwoje,  jak  tylko  skończą  się  egzaminy.  To  już 

niedługo. Za dwa tygodnie.   

– Ty masz cierpliwość, dziewczyno. Nie dla mnie taka zabawa.   
W  sobotę  rano,  kiedy  Finn  poszedł  na  zajęcia,  Lucy  założyła  dżinsy,  pozbierała 

namalowane przez siebie afisze reklamowe i załadowała drabinę do bagażnika.   

Kiedy  weszła  do  sklepu  Finna,  nie  było  tam  ani  jednego  klienta,  kręcił  się  tylko  jakiś 

młody  rozczochraniec  ze  słuchawkami  na  uszach.  Krygując  się  przed  dwuskrzydłowym 
lustrem”, tańczył w rytm muzyki dobiegającej z walkmana.   

– Dzień dobry! – zawołała. Nie uzyskawszy odpowiedzi, podeszła bliżej. I tym razem nie 

zareagował  na  jej  donośne  „dzień  dobry”,  wobec  czego  przesunęła  się  tak,  by  musiał 
zauważyć jej odbicie w lustrze.   

– Witam! – wrzasnęła z całych sił.   
Dopiero  wówczas  dostrzegł  ją  i  wyłączył  radio.  Zdjął  słuchawki  i  powiesił  je  na  szyi, 

mierząc wzrokiem odbitą w lustrze postać Lucy, aż wreszcie raczył się odwrócić.   

– Czym mogę służyć? – wycedził nieprzyjemnym tonem.   
Lucy  najchętniej  natychmiast  wyszłaby  ze  sklepu.  Wysunęła  jednak  wojowniczo 

podbródek i, starając się nadać swemu głosowi lodowate brzmienie, postanowiła nie bawić się 

w ceregiele.   

–  Nazywam  się  Lucy  Reardon.  Jestem  umówiona  z  panem  Mundym.  –  Z  twarzy 

mężczyzny  dało  się  wyczytać  tak  wielkie  rozczarowanie,  że  Lucy  z  trudem  powstrzymała 
uśmiech. – Przyjechałam, żeby trochę rozejrzeć się po sklepie i co nieco zmienić. Zwłaszcza 
dekoracje.   

–  Tej  norze  już  mało  co  może  zaszkodzić.  –  Młody  człowiek  wykrzywił  się  i  omiótł 

wnętrze sklepu pogardliwym spojrzeniem. – Harold Marshall, pseudo Kutwa, jak mówią na 
mnie moi obłudni przyjaciele.   

Wyciągnął do niej rękę na powitanie i Lucy, nie bez wahania, podała mu swoją. Zacisnął 

palce, przytrzymując jej dłoń.   

– Chodzisz z Mundym na serio? A gdzie pierścionek? 
– Nadzwyczaj serio – odparła Lucy, próbując oswobodzić rękę.   
– Ach dziewczyno, dziewczyno – mizdrzył się Marshall – dzięki tobie życie znowu ma 

smak. Nieczęsto mamy tutaj damską klientelę.   

– Znajdzie mnie pan za zewnątrz, panie Marshall. Idę malować.   
– Po co ten cały pośpiech, dziecinko? Pokazałbym ci tutaj to i owo...   
Wziął ją za rękę i zamierzał pociągnąć za sobą, lecz Lucy wyrwała mu się i odskoczyła 

do tyłu.   

–  Bardzo  pana  przepraszam,  mam  mnóstwo  pracy.  Chciałabym  skończyć,  zanim 

przyjedzie  pan  Mundy.  A  to  już  niedługo  –  powiedziała  z  naciskiem,  czując  w  sobie 
narastającą wściekłość.   

Harold Marshall w dalszym ciągu wpatrywał się w nią bezczelnie i bez żenady. Włączył 

walkmana.   

– No, no, nie bądź znowu taką mrówką. Lubisz tańczyć? 

background image

– Nie, nie lubię.   
–  Moglibyśmy  wywiesić  tabliczkę  z  napisem:  ZAMKNIĘTE,  przekręcić  klucz  i  trochę 

sobie potańczyć, no nie? 

Uśmiechnęła się, próbując powstrzymać wybuch gniewu.   
– Niestety, panie Marshall, to odpada.   
Odwróciła się do wyjścia, lecz Marshall zabiegł drogę, chwytając ją za rękę.   
– No, nie bądź taka, laleczko. Chodź, zatańczymy. Pokażę ci parę numerów.   
Tego już było za wiele. Lucy straciła cierpliwość i nie zamierzała udawać, że jest inaczej.   
–  Zabieraj  pan  te  łapy  –  powiedziała  cicho,  lecz  dobitnie.  –  Radziłabym  uważać.  To  w 

końcu ja złamałam Muiu!y’emu rękę.   

Marshall  zamrugał  powiekami  i  puścił  ją,  a  oczy  ze  zdumienia  zrobiły  mu  się  całkiem 

okrągłe.   

– O Boże, czyżbyś to ty miała ten czarny pas? Mundy mówił mi, że przyjaźni się z kimś, 

kto jest karateką i ma czarny pas.   

Lucy uśmiechnęła się słodziutko.   
– To właśnie ja.   
– Coś takiego! – Marshall był autentycznie wystraszony. – Jeśli tak, to możesz sobie już 

fruwać. Wesołego malowania.   

Zrobił  Lucy  przejście  i  zajął  się  porządkowaniem  sportowych  marynarek  na  stelażu. 

Oddzielony rzędem wieszaków, rzucał jej tylko raz po raz szybkie spojrzenia.   

– Ależ ty w ogóle nie masz mięśni! Lucy zatrzymała się w otwartych drzwiach.   
– Nie muszę. Wszystko polega na odpowiedniej koordynacji ruchów. Proszę zapytać pana 

Munoyego, jak było z jego ręką.   

Harold wycofał się jeszcze głębiej między ubrania, a Lucy wyszła rozładować bagażnik. 

Dziesięć minut później malowała już z pasją fronton sklepu. Pracowała zawzięcie, pewna, że 
Finn zjawi się najpóźniej w południe. Bardzo chciała zrobić coś takiego, co Finn zauważy od 
razu po przyjeździe.   

O wpół do dwunastej zeszła z drabiny, żeby umyć pędzle, zamknąć puszki z farbą i umyć 

ręce. Przywiązała sznurki do końca papierowych taśm, a następnie umocowała je nad oknami. 
Podobało jej się to, co zrobiła. – Dalej nic pójdzie tak prosto – mruknęła do siebie widząc, że 
samochody wciąż mijają sklep bez zatrzymania.   

Początkowo  ze  względu  na  tego  głupka,  Harolda  Marshalla,  zamierzała  zaniechać 

dalszych prac, ale teraz, rozprostowując plecy, postanowiła nic rezygnować.   

Zajrzała  przez  okno.  W  sklepie  był  jakiś  klient.  Oglądał  ubrania,  podczas  gdy  Harold 

Marshall stał z tyłu oparty o ścianę. Lucy zrobiła głęboki wdech i weszła do środka.   

– Panie Marshall, na momencik, chciałabym prosić pana o pomoc. Trzeba wystawić przed 

sklep stelaż z ubraniami.   

– Co takiego? Przed sklep? 
– Otóż to. Jest piękna pogoda i nic im się nie stanie. Będę je miała na oku. Harold rzuci! 

klientowi krótkie „zaraz wracam” i szepnął do Lucy: 

– A ja sądziłem, że sama dasz radę wytaszczyć te wieszaki.   

background image

– Przez drzwi? Widzisz przecież, jakie to nieporęczne.   
Przyznał  jej  rację  i  wspólnymi  silami  ustawili  stelaż  na  zewnątrz.  Zerknąwszy  na 

pomalowany fronton budynku, Harold aż gwizdną! z uznania.   

– No, no. Ładny kawa! roboty. Lucy nie ukrywała swego zadowolenia.   
– Teraz sklep przynajmniej widać.   
– To słabo powiedziane. Aż kluje w oczy.   
–  Właśnie  o  to  chodzi  –  przytaknęła  wesoło  Lucy.  –  Może  w  ten  sposób  ściągniemy 

klientów. Rozwinęła jeszcze jedną taśmę i przewiązała nią cały wieszak.   

Z  samochodu,  który  zaparkował  na  maleńkim  podjeździe  przy  budynku,  wysiadł  jakiś 

człowiek i wszedł do sklepu. Marshall bez słowa popatrzył na Lucy i udał się w ślad za nim. 
Odczekała  chwilę,  aż  Harold  zajął  się  dobieraniem  odpowiadającego  klientowi  rozmiaru,  a 
następnie błyskawicznie pobiegła do swego samochodu, wyjęła z niego jakieś swoje ubrania i 
wróciła do środka. Jednym ruchem porwała z wieszaka granatową marynarkę.   

– Idę na zaplecze – rzuciła Haroldowi, przechodząc obok.   
Zamknęła drzwi i zastawiła je krzesłem na wypadek, gdyby Haroldowi przyszło do głowy 

ją  niepokoić.  Najszybciej  jak  potrafiła,  zmieniła  ubranie  i  opuściła  kantor.  Harold,  zajęty 
obsługiwaniem  dwóch  klientów,  nic  mógł  zawracać  jej  głowy.  Lucy  odetchnęła  z  ulgą. 
Uśmiechnęła się i przeszła obok, odprowadzana męskimi spojrzeniami.   

–  Ona  ma  czarny  pas  –  dobiegi  ją  jeszcze  szept  Harolda  i  pełne  niedowierzania  głosy 

klientów.  Lucy  starannie  obejrzała  się  w  lustrze.  Na  głowie  z  fasonem  trzymał  się  męski 
kapelusz  z  wąskim  rondem.  Miała  na  sobie  białą  koszulę  z  jaskrawoczerwonym  krawatem, 
granatową,  męską  marynarkę,  a  do  tego  swoje  zwykle  ażurowe  pończochy  i  czerwone 
pantofle. Na moment ogarnął ją strach, że Finn nie zaakceptuje tej maskarady i coś ją ścisnęło 

w  gardle,  lecz  szybko  wzięła  do  ręki  wymalowany  czerwoną  farbą  afisz  z  napisem: 
SPRZEDAŻ  i  stanęła  na  krawężniku.  Samochody  mijały  ją  obojętnie,  lecz  nie  przejęła  się 
tym zbytnio. Jeśli kierowcy zauważą i zapamiętają sklep, być może kiedyś tu wstąpią.   

background image

 

Finn  stanął  jak  wryty,  spoglądając  to  na  swój  sklep,  to  na  stojącą  na  krawężniku 

dziewczynę.  Podeszła  do  niego  z  bijącym  sercem.  Cieszyła  się,  iż  wreszcie  przyjechał,  a 
zarazem  ogarnęła  ją  panika,  że  Finnowi  nie  będą  odpowiadały  wprowadzone  przez  nią 
zmiany.   

– Musiałaś chyba wstać o północy, żeby zdążyć to wszystko zrobić – powitał ją, kręcąc 

głową.   

– Wcale nie. Prawdę mówiąc, przyjechałam tu parę minut po dziewiątej.   
–  Boże,  co  ty...  –  Zbliżył  się,  by  zajrzeć  jej  w  twarz.  Zauważył  również,  że  do  sklepu 

wszedł  właśnie  jakiś  człowiek.  –  Jesteś  cudowna  –  powiedział  z  uśmiechem.  –  Chodź, 
przedstawię ci Harolda.   

– ‘Kutwę? Powinieneś był mnie przed nim ostrzec.   
– Nie rozumiem. – Brwi Finna podniosły się wysoko. – Dlaczegóż to miałbym cię przed 

nim ostrzegać? 

–  Trzeba  widocznie  być  kobietą,  żeby  zauważyć  to,  czego  ty  nie  widzisz.  To  wstrętny 

obłudnik.   

– Harold? Co też ty mówisz? 
–  Atak,  tak  –  Lucy  potrząsnęła  głową.  –  Czy  on  w  ogóle  ma  jakieś  kwalifikacje?  Finn 

oblał się rumieńcem.   

– Prawdę mówiąc, mizerne, ale ja kiepsko płacę. A co on takiego zrobił? Przygadał ci? 

Może wypytywał zbyt nachalnie? 

– Skromnie powiedziane.   
– No wiesz, ubrałaś się tak, że mógł...   
– Mylisz się, skarbie – zaoponowała Lucy naśladując Dimples. – Przyjechałam tu rano w 

starych dżinsach i najzwyczajniejszej bluzce.   

– Wiesz, słoneczko, muszę ci to jednak powiedzieć. Nawet w tych, jak to mówisz, starych 

ciuchach, potrafisz wstrzymać ruch uliczny skuteczniej niż czerwone światło.   

– Och, co ty – zawstydziła się Lucy, oszołomiona komplementem. Zatkało ją na moment i 

straciła wątek. – A co do tego tam Harolda, no cóż, musiałam się przed nim bronić.   

– Sądziłem zawsze, że Harold kocha się wyłącznie w swoim walkmanie. Nie ma głowy 

do niczego poza muzyką dyskotekową. Ale skoro tak, to... Ja go chyba zatłukę.   

–  Nie  denerwuj  się.  Dał  mi  w  końcu  spokój.  Uważa  teraz,  że  uprawiam  karate  i  mam 

czarny  pas.  Przez  chwilę  Finn  patrzył  na  nią  z  otwartymi  ustami  i  nagle  aż  zatoczył  się  ze 
śmiechu.   

– Skąd mu coś takiego strzeliło do łba? 
– Miałeś pękniętą kość ręki, prawda? 
– A ty mu powiedziałaś, że to twoje dzieło? 
– No wiesz, zapytał mnie, czy mam czarny pas, no to skwapliwie odpowiedziałam, że tak. 

Miałam mu wyjaśniać, że noszę czarny pas, ale do pończoch? 

background image

Finn dusił się ze śmiechu.   
– Ale narozrabiałaś! Czy mogłabyś teraz odłożyć na bok tę robotę i przyjść do kantoru? 
– Obiecałam Haroldowi, że popilnuję ubrań, żeby nikt nic nie ukradł.   
– Nikt tu niczego nie ukradnie. To jest wprawdzie stara dzielnica, ale ludzie na ogół są 

porządni. Zresztą nie pójdziemy na długo.   

Podał  jej  ramię,  w  sklepie  zaledwie  kiwnął  głową  Marshallowi  i  zaraz  zamknęli  się  w 

kantorku. Finn przyciągnął do siebie Lucy.   

–  Co  masz  pod  spodem,  kotku?  –  droczył  się  z  nią,  rozpinając  guziki  granatowej 

marynarki.   

– Opalacz.   
–  Och,  ty...  Naprawdę  nie  musiałaś  robić  dla  mnie  tego  wszystkiego.  I  tak  stracona 

sprawa.   

– Niekoniecznie.   
Serce  zaczęło  jej  walić.  Finn  był  najwyraźniej  zadowolony  z  tej  małej  rewolucji,  którą 

przeprowadziła w jego sklepie.   

– Widzisz, nauka zajmuje mi piekielnic dużo czasu...   
Objął ją jeszcze mocniej i zaczął całować jak szalony, a ona poddawała mu się z miłością. 

W końcu oderwali się od siebie.   

– Cudowne. Wspaniałe. Dzięki – powiedział Finn.   
– Co jest wspaniałe? 
– Całowanie się z tobą, twoje pomysły, wszystko. Miała ochotę tańczyć z radości.   
– Tak się bałam, że tego nie zaakceptujesz.   
–  Och,  Lucy!  Kiedy  tylko  będzie  mnie  stać  na  nowy  szyld,  zmienię  nazwę  na 

„Pomarańczowy sklep”, ponieważ tak właśnie wszyscy go będą nazywali. Ale...   

– Ale co? 
– Ale miałbym jedna prośbę. Chciałbym, żeby moja dziewczyna nie paradowała półgoła 

po Czternastej Ulicy.   

Lucy roześmiała się, zadowolona.   
– Finn, co ty mówisz? Jaka twoja dziewczyna? 
– Przypomnij mi dziś wieczorem, to ci to bliżej wytłumaczę.   
– To obietnica? 
W  odpowiedzi  pocałował  ją  znowu.  Odwzajemniła  pocałunek,  lecz  odsunęła  się,  gdy 

opuścił ręce na jej biodra.   

– Ręka musi ci wydobrzeć – powiedziała bez sensu, czując, że ma wyschnięte gardło.   
–  Co?  Nie  żartuj.  Naprawdę  nie  chcę,  żebyś  w  tym  stroju  defilowała  przed  sklepem. 

Kierowcy mogą ci robić jakieś niedwuznaczne propozycje.   

– Prędzej już twój pracownik.   
– Czy wytłumaczyłaś mu wystarczająco jasno, co nas łączy? 
Nadarzała  się  doskonała  okazja,  by  zapytać  wprost,  jakie  miejsce  Finn  wyznaczał  jej  w 

swoim życiu. Studia, sklep, widmo krachu... A ona sama – czyżby gdzieś na samym końcu? 
Postanowiła jednak nie zadawać żadnych pytań, uznawszy, że lepiej będzie, jeśli wyjaśnienia 

background image

wyjdą od Finna.   

– Próbowałam, ale to do niego nie dotarło.   
– Nie przypuszczałem, że coś takiego może mu w ogóle przyjść do głowy.   
Finn  zdjął  marynarkę  z  ramion  Lucy,  odłożył  na  biurko  i  zaczął  rozpinać  jej  bluzkę. 

Zachichotała.   

– Przebiorę się i wracam na drabinę. Naprawdę podoba ci się przód? 
– Boski – odparł, nie odrywając oczu od jej piersi.   
– Mam na myśli front sklepu. Oj, Finn... – Nie zapominaj, że jesteś w pracy – powiedziała 

suchymi  ustami.  –  Finn,  proszę  cię  –  wyszeptała,  ale  przyciągnął  ją  do  piersi,  zgłodniały,  i 
obsypał  pocałunkami.  Zarzuciła  mu  ręce  na  szyję,  wtulając  się  w  niego.  Nagle  przestało  ją 
obchodzić, że jest środek dnia i że znajdują się w kantorze.   

Z tego stanu słodkiego upojenia wyrwały ją dopiero dobiegające ze sklepu głosy.   
– Uważaj, ktoś idzie! – Momentalnie odepchnęła go od siebie. – Cieszę się, że podobał ci 

się odnowiony fronton. Chciałam ci zrobić niespodziankę.   

– I udało ci się. W całej Oklahomie, a może i na całym południowym zachodzie, nie ma 

teraz takiego sklepu, jak mój. Dziękuję ci.   

–  Nie  ma  za  co.  Lepiej  nie  dziękuj,  dopóki  się  naprawdę  nie  odkujesz.  –  Machnęła 

lekceważąco ręką, lecz serce rosło jej z radości.   

– Nie może być inaczej! 
Lucy przesunęła palcami po zakładce na przodzie białej koszuli Finna.   
– Czyżby udzielił ci się mój optymizm? 
– . Bardzo możliwe. – Zrobił oko i wyszedł, pozwalając jej spokojnie się przebrać.   
Po  zamknięciu  sklepu  poszli  na  hamburgery,  a  potem  pojechali  do  domu,  każde  swoim 

samochodem.   

–  Rozmawiałem  z  Marshallem  –  rzekł  Finn,  kiedy  wysiedli  przed  budynkiem.  – 

Wygłupiał się tylko, a w ogóle, jak próbował mi tłumaczyć, to skąd miał wiedzieć, jak to z 
nami  jest.  On  chyba  naprawdę  uwierzył  w  to,  że  złamałaś  mi  rękę,  bo  mówi,  że  odechciało 
mu się startować do ciebie.   

Lucy dotknęła ręki Finna.   
– Ale ty nic zrezygnujesz, prawda? 
W  odpowiedzi  otoczył  ją  ramieniem.  Z  jego  mieszkania  dobiegały  śmiechy  i  muzyka, 

więc  Lucy  znowu  zaproponowała,  żeby  przyszedł  do  niej  się  uczyć.  Już  na  schodach 
zauważyli  jakiś  duży  napis  na  drzwiach  jej  mieszkania.  KRYJÓWKA  FINNEGANA  – 
odczytał głośno Finn i wybuchnął śmiechem.   

– No tak, to oczywiście sprawka moich braci. Poznaję pismo Willa.   
Zdjął tabliczkę i włożył ją sobie pod pachę, wchodząc za Lucy do środka. Kiedy wkrótce 

potem zasiadł w kuchni nad książką, Lucy zabrała napis i umieściła go w swoim pokoju.   

Trzy tygodnie później, którejś upalnej nocy, Lucy podniosła się z łóżka i stanęła w progu 

sypialni.  Mieszkanie  było  klimatyzowane,  lecz  mimo  to  Finn  ściągnął  koszulę.  Spacerował 
półnagi  po  kuchni,  mrucząc  coś  do  siebie.  Lucy  poczuła  się  nagle  samotna  i  jakby  trochę 
oszukana.  Najbardziej  w  świecie  pragnęła  teraz  znaleźć  się  w  ramionach  Finna,  lecz 

background image

odwróciła  się  cichutko  i  poszła  do  łóżka.  Nie  mogła  zasnąć  i  leżała  z  szeroko  otwartymi 
oczami, myśląc o tym mężczyźnie, od którego dzielił ją tylko korytarz. Słyszała, jak chodzi i 
mruczy  coś  pod  nosem.  Po  zakończeniu  semestru  wiosennego  mieli  dla  siebie  całe  siedem 
dni. Kilka razy poszli wieczorem do restauracji, byli w teatrze i w kinie. Raz nawet wybrali 
się potańczyć. Tydzień minął nic wiadomo kiedy i zaczął się semestr letni. Rozmyślała o tym 
wszystkim bez końca, aż wreszcie w domu zapadła cisza. Nagle Lucy usłyszała kroki.   

W ciemnych drzwiach pokoju  pojawił  się zarys  wysmukłej sylwetki i  szerokich ramion. 

Finn przyszedł zapewne po to, aby jak zwykle zostawić jej karteczkę na pożegnanie. Uniosła 
głowę.   

– Skończyłeś? 
– Nic śpisz jeszcze? – Drgnął zaskoczony. – Jest po drugiej.   
– To przez ten upał.   
Zaszeleściła jasnoniebieska pościel i Lucy usiadła na łóżku, odkrywając się do połowy. W 

pokoju było ciemno. Jedynie światło zapalone w salonie rozjaśniało nieco mrok.   

– Czy słyszałaś, jak mówię do siebie? 
– Tak – przyznała cicho, całkowicie pochłonięta widokiem jego nagiej, zarośniętej piersi.   
Był  szczupły,  lecz  ładnie  umięśniony.  Wiedziała,  że  od  kiedy  zdjęto  mu  gips  dużo  się 

gimnastykował. Usiadł przy niej na łóżku, wachlując się kartką papieru.   

– Przyniosłem ci karteczkę na dobranoc – powiedział niby to od niechcenia, lecz jednak 

zmienionym głosem. Nienaturalnie przeciągał słowa.   

Lucy  zrobiło  się  nagle  straszliwie  gorąco  i  duszno.  Bała  się  zdradzić  choćby  słowem. 

Pragnęła chwycić go za rękę, przyciągnąć do siebie i poczuć obejmujące ją ramiona. Splotła 
palce na kołdrze. Finn wyciągnął rękę i odgarnął jej włosy z ramienia.   

– Świetnie wyglądasz – powiedział zmęczonym głosem.   
Dzieliło  ich  teraz  zaledwie  parę  centymetrów.  Miał  potargane  włosy,  zauważyła  też,  że 

dżinsy zjechały mu nisko na płaski brzuch. Zrobiło się jej go żal i dużo by dała, by poweselał. 
Ale  kiedy  spojrzała  na  kształtne,  zmysłowe  usta  Finna,  współczucie  ustąpiło  pożądaniu. 
Napotkała jego wzrok i odnalazła w nim swoje pragnienia.   

Przytulił dziewczynę nagle do siebie i zaczął całować, aż zakręciło się jej w głowie, jakby 

stanęła na krawędzi Wielkiego Kanionu. Delikatnie ułożył Lucy na łóżku, nakrył sobą i uniósł 
na moment głowę.   

– Chcę ciebie, wiesz? 
Przesunęła  dłonie  splecione  na  jego  plecach  i  objęła  go  w  pasie.  W  uszach  czuła 

uderzenia serca.   

–  Wiem  –  szepnęła,  gładząc  i  zapamiętując  palcami  kształt  jego  ciała.  Popatrzył  na  nią 

poważnie.   

– Kocham cię, Lucy.   
Z radości serce o mało nic wyskoczyło jej z piersi.   
– Czekałam, aż mi to powiesz. Ja też cię kocham.   
Zamknął jej usta pocałunkiem, wczepiając palce we włosy, i znowu poczuła na sobie jego 

ciężar.  Ich  nogi  splotły  się  i  ciałem  Lucy  wstrząsnęły  nagle  dreszcze  pożądania.  Miała 

background image

wrażenie, jakby na tę noc czekała całą wieczność. Poruszyła na bok głową.   

– Twoja ręka...   
– W porządku.   
Odszukał  wargami  pulsujące  miejsce  na  jej  szyi,  obsypując  pocałunkami  delikatne 

wzniesienia i zagłębienia. Pieściła jego plecy, przyciskała go mocno do siebie. Gorący oddech 
parzył  ją  przez  cienki  materiał  koszuli.  Finn  uniósł  się,  żeby  spojrzeć  na  dziewczynę,  lecz 
przywarła do niego z zamkniętymi oczami, przyciskając jego głowę do siebie. Pragnęła go z 
całych sił. Poszukał ustami jej piersi i drażnił językiem sutki, a ona opuściła dłonie na jego 
uda.  Poczuła  pod  palcami  szorstki  materiał  dżinsów  i  zatraciła  się  w  nienasyceniu.  Jej  ręce 
zabłądziły wyżej.   

– Finn, spodnie – szepnęła.   
Zsunął się z niej i wstał, gorączkowo rozpiął dżinsy i zrzucił je z siebie. Podał jej rękę i 

delikatnie  wyciągnął  z  łóżka.  Lucy  patrzyła  na  Finna  jak  zahipnotyzowana,  czując,  że 
ześlizguje  się  z  niej  nocna  koszula.  Ujął  jej  biodra  ciepłymi  dłońmi  i  lekko  odepchnął  od 
siebie.  Przyglądał  się  jej  spod  półprzymkniętych  powiek  tak  jak  wtedy,  w  kantorze,  przed 

trzema  tygodniami,  kiedy  miała  na  sobie  opalacz.  Tyle  tylko,  że  teraz  oboje  byli  zupełnie 
nadzy i że teraz pragnęła go aż do utraty tchu.   

– Finn, proszę cię...   
– Jesteś piękna, Lucy. Bardzo piękna. Kocham cię i pragnę.   
O  mało  nic  zmiażdżył  jej  w  uścisku,  a  ona  zadygotała  ze  szczęścia.  Nareszcie!  Półtora 

miesiąca tęsknoty i wyrzeczeń zniknęło w jednej chwili i wreszcie mogła sobie pozwolić na 
urzeczywistnienie swych marzeń. Dotykała go jak we śnie i całowała tak, jak nigdy dotąd.   

Jej  dłonie ześliznęły się  w dół  jego pleców, oparły na mocnych pośladkach, a następnie 

objęły biodra. Stęskniony, pieścił jej piersi, całując je i drażniąc, zadając językiem rozkoszną 
torturę różowym sutkom, podczas gdy jego ręka zabłądziła niżej. Wreszcie, spleceni ze sobą, 
opadli na łóżko. Leżał pod nią i czuła narastające w nim podniecenie. Z włosami opadającymi 
mu  na  ramiona,  jak  szalona  obsypywała  pocałunkami  jego  pierś,  szyję  i  twarz.  W  pewnym 

momencie, nie przestając pieścić go dłońmi, uniosła się, by popatrzeć mu w oczy.   

– Zawsze cię pragnęłam, Finn. W te wszystkie noce, kiedy byłeś tak blisko... Ty miałeś w 

głowie tylko prawo, ale ja...   

Zanim  podniósł  na  nią  wzrok,  bawi!  się  jeszcze  chwilę  czubkiem  jej  piersi.  W  oczach 

miał pożądanie i tysiące czułych obietnic. Pociągnął ją za sobą, przygniótł swoim ciężarem, 
unosząc na moment twarz.   

– Lucy, mógłbym cię tak całować bez końca, ale... och...   
Uczuła na policzku gorący oddech Finna i usta, które łapczywie szukały jej warg. Ciałem 

rozwierał jej uda.   

Gdy  poruszył  się  w  niej  po  raz  pierwszy,  stłumiła  jęk  i  Finn  znieruchomiał  nagle, 

obserwując wyraz jej twarzy. Poczuł jednak, że nogi i ramiona Lucy oplatają go coraz silniej, 
a  kiedy  jej  biodra,  przynaglająco  i  natarczywie,  wyszły  mu  na  spotkanie,  odpowiedział 
natychmiast  całym  sobą.  Miała  wrażenie,  że  płynie  z  nurtem  jakiejś”  odwiecznej,  znanej 
wszystkim rzeki i pochłania ją wir, aż targnął nimi gwałtowny spazm.   

background image

– Uwielbiam cię! – krzyknął Finn.   
Lucy,  niezdolna  mówić,  zacisnęła  palce  na  jego  plecach,  czując,  że  kocha  go  ciałem  i 

duszą.  Opadł  na  nią  ciężko  i  jeszcze  chwilę  leżeli  w  miłosnym  uścisku,  aż  wyrównały  się 
oddechy i uspokoiło szalone bicie serc. Lucy przesunęła palcami po ręce mężczyzny, czując, 
że żadne słowa nie są w stanie wyrazić jej miłości.   

– Kocham cię, Finn, tak bardzo cię kocham.   
Przygarnął  ją  mocniej,  układając  jej  głowę  w  zgięciu  swego  ramienia  i  gładząc  włosy. 

Wiedział, że kocha tę dziewczynę i pragnie jej jak nikogo na świecie, lecz nie mógł niczego 
obiecywać.  Nie  mógł  jej  prosić  o  rękę  ani  nawet  o  to,  by  się  zaręczyli.  Już  teraz  z  trudem 
znajdował czas choćby na spotkanie, a czekał go niezwykle pracochłonny semestr jesienny. I 
jeszcze  ten  sklep...  Przycisnął  Lucy  do  siebie,  starając  się  nie  myśleć  o  niczym  i  chłonąć  tę 
jedyną chwilę ich bliskości.   

– Jakie to szczęście, że wtedy zatrzasnęły ci się drzwi – powiedział sennie. Niczym mgła 

idąca od morza i ogarniająca plażę, wychodziło teraz z niego ogromne zmęczenie.   

–  Gdybyś  zauważył  wcześniej,  jak  się  do  ciebie  uśmiecham,  kiedy  tyle  razy 

przechodziliśmy obok siebie, nie musiałbyś spadać z drabiny, żeby mnie poznać.   

Chciał  coś  powiedzieć,  lecz  nie  dał  rady.  Wymagałoby  to  zbyt  wielkiego  wysiłku. 

Dotknął tylko jej ramienia, bawiąc się kosmykiem włosów.   

– Czy zechcesz wyjść za mnie za cztery lata? 
– Słucham? 
Poruszyła  lekko  głową,  zerkając  kątem  oka  w  górę  na  zarys  jego  brody.  Oddychał 

głęboko i miarowo. Wiedziała, jak bardzo musiał być dziś zmęczony. Wodząc palcem po jego 
nagim ramieniu, uniosła się nieco, by spojrzeć mu w twarz, a wtedy ogarnął mocniej jej kibić 
i przestraszyła się, że go obudziła. Zawołała do niego szeptem, lecz odpowiedział jej jedynie 
równy, spokojny oddech. Objęła się więc jego ręką i przywarła do niego.   

– Kocham cię, Finn – szepnęła. – Nawet sobie nic wyobrażasz, jak bardzo cię kocham.   
O świcie Lucy wstała. Narzuciła szlafroczek i potrząsnęła Finnem.   
– Wstawaj, już rano.   
Otworzył  oczy  i  popatrzył  na  nią  jakimś  szklanym  wzrokiem,  że  aż  przeszło  jej  przez 

myśl, że może zapomniał, gdzie się znajduje. Nagle jednym błyskawicznym ruchem objął jej 
kibić i pociągnął do siebie.   

– Hej, co ty robisz? – krzyknęła.   
Uciszył  ją  pocałunkiem,  potoczyli  się  na  łóżko  i  już,  już  wyłuskiwał  ją  z  ubrania, 

rozwiązując pasek. Lucy, początkowo zaskoczona, bardzo szybko pożegnała się z porannym 
zdrowym  rozsądkiem,  by  całkowicie  ulec  miłości.  Poznawała  ciało  Finna  z  taką  samą 
radością, jak to czyniła w nocy.   

Tym  razem  kochali  się  dłużej.  Finn  bez  pośpiechu  uczył  się  jej  na  pamięć,  odkrywając, 

jaka pieszczota sprawia jej największą przyjemność, a jaka rozpala w niej ogień.   

Później, gdy leżała już z głową opartą na jego ramieniu, zapytał: 
– Zasnąłem przy tobie tej nocy, prawda? 
– Miałeś prawo być trochę zmęczony.   

background image

– Ładne mi trochę – powiedział uśmiechnięty, drocząc się z nią.   
Odwróciła  się  na  bok  i  oparła  na  łokciu,  by  pogładzić  go  po  policzku,  myśląc 

równocześnie, że sama nigdy chyba nie poczułaby się nim zmęczona. Finn leżał na plecach i 
bawił się jej włosami, lecz w jego oczach widać było przygnębienie.   

–  Kocham  cię.  To  wszystko,  co  potrafię  powiedzieć.  Niczego  ci  nie  mogę  obiecać. 

Pochyliła głowę i ucałowała maleńkie zagłębienie tuż przy obojczyku.   

– Nie proszę cię o nic. Wiem o wszystkim i nie stawiałam ani nie stawiam warunków – 

powiedziała z zaciśniętym gardłem i przylgnęła ustami do jego ramienia.   

Kochała  go  z  całej  duszy  i  nie  chciała  myśleć  o  przyszłości.  Teraz  leżała  w  jego 

objęciach,  teraz  byli  razem.  Czy  mogło  być  coś  ważniejszego  pod  słońcem?  Obsypywała 
pocałunkami pierś Finna.   

– Słuchaj, nie chcę, żebyś już szedł, ale robi się późno. Mikę i Will zaraz będą na nogach. 

Z samego rana masz zajęcia.   

– Poczekaj jeszcze, Lucy – szepnął i poczuła na sobie jego gorący oddech.   
Zniżyła głowę i końcem języka dotknęła jego płaskiego brzucha. Jęknął i przekręciwszy 

się na bok pokierował w dół jej pieszczotą. Upłynęło dużo, dużo czasu, zanim znów wrócili 
do rzeczywistości. Finn uśmiechnął się i pociągnął ją delikatnie za włosy.   

– Wiesz co, ty jesteś naprawdę wspaniała.   
–  Pierwsze  słyszę.  Coś  mi  się  jednak  wydaje,  że  lekcje  to  masz  dziś  z  głowy  – 

powiedziała  Lucy  z  uśmiechem,  a  kiedy  usiadł,  chciała  go  chwycić  za  ręce  i  uwięzić  przy 
sobie.  Miała  uczucie,  jakby  wyskakując  z  łóżka  opuszczał  ją  na  zawsze.  Zatrzymał  się  i 
pochylił nad nią.   

– Coś nie tak? 
– Nic, nic. Musisz...   
– Musimy to  wszystko  zmienić – mruknął  Finn  między jednym  pocałunkiem a drugim. 

Ciekawe, co on przez to rozumie? – myślała szybko Lucy. Co chciałby zmienić i kto miałby 

na tym skorzystać? On tymczasem już rozglądał się po pokoju.   

Nie potrafiła oderwać od Finna oczu, gdy zbierał porozrzucane części ubrania. Prostując 

plecy, znowu napotkał jej spojrzenie.   

– Lucy – wyszeptał – naprawdę muszę już iść.   
– Wiem – odrzekła i zamknęła szybko oczy, żeby nie zobaczył w nich tęsknoty. – Ubieraj 

się, a ja przygotuję śniadanie.   

– Za osiem minut będę gotowy. Wezmę tylko prysznic i zaraz przyjdę ci pomóc.   
– Za osiem minut? 
– Nie wierzysz? No to zobaczysz.   
Po  chwili  usłyszała  szum  wody  w  łazience,  przez  który  przebijał  głos  Finna.  Finn 

podśpiewywał sobie. Lucy roześmiała się, zarzuciła szlafrok i pospieszyła do kuchni. Myjąc 
ręce, zerkała na zegar. Ciekawe, czy Finn zdąży? Ona postanowiła zdążyć. Boczek skwierczał 
już na patelni, a woda na kawę gotowała się w imbryku. Lucy otworzyła lodówkę, aby wyjąć 
jajka, lecz kiedy się nachyliła, poczuła czyjąś dłoń na pośladku.   

– Ładnie to tak się wypinać? Chyba się nie spóźniłem? Prawda, kochanie? 

background image

– Uważaj, jajka się potłuką – zawołała, gdy odwrócił ją do siebie i przytulił.   
– Nic im nie będzie, a jeśli nawet, no to co? 
Patrzył  na  nią  z  miłością,  szczęśliwymi,  promiennymi  oczyma.  Co  mogły  ją  obchodzić 

jakieś głupie jajka, które zresztą zaraz wyjął jej z rąk.   

– Teraz ja zajmę się kuchnią, a ty idź się przebrać. Chyba też zaraz wychodzisz? 
– Tak, ale za moment. Otwieram sklep dopiero o dziesiątej.   
– Zmykaj. Daję ci nie więcej niż osiem minut.   
– Rozkaz, szefie. – Zakręciła się i wybiegła z kuchni.   
Zaraz  po  śniadaniu  Finn  wyprowadził  psa  i  wyszedł,  a  Lucy  zajęła  się  sprzątaniem 

kuchni.  Jaskier  leżał  zwinięty  w  kłębek  pod  kuchennym  stołem.  Wszędzie  potykała  się  o 

rzeczy Finna – książki leżały na stole, trampki pod ścianą, a koszula wisiała wciąż na oparciu 
krzesła.  Zdjęła  ją  i  włożyła  do  swoich  rzeczy  przeznaczonych  do  prania.  Później  stanęła  w 
progu  sypialni,  patrząc  na  zmiętą  pościel.  Pomyślała  o  ich  niepewnej  przyszłości  i  nagle 
wzruszyła ramionami. Kochała go i tylko to się liczyło.   

Ten tydzień upłynął Finnowi niczym we śnie. Przypominał sobie bezustannie noc z Lucy 

i  zamartwiał się, co będzie dalej. Na zajęciach był obecny a nieprzytomny. Udawał, że jest 
skupiony, lecz myślał wyłącznie o Lucy. W sklepie robił wszystko z takim roztargnieniem, że 
aż zwróciło to uwagę Harolda.   

– Na miły Bóg, panie Mundy! – powiedział poirytowany – Czy pan wie, ile razy wieszał 

pan i zdejmował te trzy ubrania? Czy pan czasem nie jest chory? 

–  Nie,  nic  mi  nie  jest.  Zamyśliłem  się.  Ciągle  myślę  o  Lu...  ,  przepraszam  bardzo,  o 

ulokowaniu kapitału, w właściwie o prawnych podstawach takiej operacji.   

– Ach, tak... – Harold wyszczerzył zęby w uśmiechu i poszedł na zaplecze.   
Finn patrzył za nim nieprzytomnym wzrokiem, po czym znów zaczął przewieszać te same 

trzy  garnitury.  Kiedy  Harold  wrócił  i  zobaczył,  co  się  dzieje,  podniósł  tylko  wysoko  brwi  i 
bez słowa szybko uciekł, krztusząc się ze śmiechu. Finn pojął wreszcie, o co chodzi.   

– Wychodzę – rzucił w głąb sklepu. – Dzisiaj już mnie nie będzie.   
–  Tak,  proszę  pana  –  odpowiedział  Harold  i  natychmiast  po  wyjściu  Finna  nastawił 

głośniej radio.   

 

* * * 

Finn  pędził  z  zakupami  na  górę,  przeskakując  po  dwa  stopnie.  Otwierając  drzwi  swego 

mieszkania pogwizdywał radośnie.   

– Cześć, skarbie – powitała go Dimples, wyłaniając się z korytarza. Miała na sobie skąpe 

bikini, w którym ledwie się mieściła.   

– Wracasz z basenu? – zapytał, czując w powietrzu nadciągającą burzę. Mikę zaklinał ją 

na wszystkie świętości, by nie pokazywała się w miejscach, gdzie mogłaby zwrócić na siebie 
uwagę.   

– Tak. O tej porze nie ma ludzi i świetnie się pływa.   
– Czy nie rozumiesz, że to się może dla ciebie fatalnie skończyć? 
Dimptes  przeszła  przez  pokój  i  Finn  cofnął  się.  A  to  kocica,  pomyślał.  Coś  w  tych 

background image

obfitych kształtach sprawiło, że przyszło mu do głowy, iż powinien zachować czujność.   

– Daj torbę, skarbie. Pomogę ci.   
– Dziękuję, poradzę sobie.   
Obchodząc  Dimples  z  daleka,  Finn  wpadł  do  kuchni.  Położył  na  stole  główkę  sałaty  i 

karton  mleka  próbując  zgadnąć,  czego  ta  dziewczyna  może  tak  naprawdę  od  niego  chcieć. 
Poczuł się nagle, jakby został zamknięty w klatce.   

– No i jak ci się układa z Mike’em? – zapytał i ze zdumieniem usłyszał w odpowiedzi jej 

płacz. – Hej, co ci się stało? 

Dimples  rzuciła się ku niemu i  oparła mu  głowę na piersi. Czując miękkie, ciepłe ciało, 

które wtulało się w niego, spojrzał na nią nieco bezradnie.   

– Dimples! – Finn oderwał ją od siebie i podsunął kuchenne krzesło. – Siadaj i uspokój 

się. Zaparzę tylko kawę i zaraz porozmawiamy.   

Dimples  usiadła.  Zauważył,  że  przestała  szlochać  i  że  jakoś  nie  rozmazał  się  jej  tusz. 

Przybrała zwykłą pozę i uśmiechnęła się.   

– Finn, czy ty mnie lubisz? Czy możemy być przyjaciółmi? 
– Pewnie, że lubię – odpowiedział, napełniając pospiesznie imbryk wodą. Mikę musiał jej 

coś zaproponować, pomyślał Finn i przyjrzał się jej bacznie. Nadal się uśmiechała.   

– Lucy jest twoją dziewczyną, prawda? – Tak! 
Dimples wytarła nos i westchnęła.   

Boże, o co jej chodziło? Czy długo jeszcze zamierzała go dręczyć? 
– Oczywiście, że jesteśmy przyjaciółmi. Powiedziałbym nawet, że dobrymi przyjaciółmi.   
– To świetnie, to widzisz... Mikę się wyprowadza, ale powiedział mi, że ja mogę tu zostać 

i dalej mieszkać u ciebie w jego dawnym pokoju.   

background image

 

– Co?! – Finn nie wierzył własnym uszom. Dimples zaczęła popłakiwać, ocierając oczy 

papierową chusteczką.   

– Wszyscy mężczyźni są tacy sami. Wyprowadza się, ale sam. A mnie zostawia tutaj.   
–  Nic  płacz.  Porozmawiam  z  Mike’em.  –  Zacisnął  pięści.  Dałby  swojemu  młodszemu 

bratu dobrą nauczkę, gdyby tylko miał go pod ręką. – No, przestań beczeć.   

– Och, Finn, jakiś ty kochany – wychlipała Dimples z twarzą na jego piersi. Nagle ktoś 

zapukał do drzwi.   

– Zaczekaj chwilę – powiedział Finn z wyraźną ulgą w głosie. Mamy chyba gościa.   
Otworzył i zobaczył  Lucy. W obu rękach trzymała torby z zakupami, uśmiechała się do 

niego i momentalnie zapomniał o wszystkich kłopotach. Miał ochotę już na progu porwać ją 
w ramiona.   

– Cześć, Lucy – powiedział przeciągle.   
– Cześć, Finn – powtórzyła niczym echo, naśladując go. – Udało mi się wyrwać trochę 

wcześniej. Zobaczyłam twój samochód na podjeździe.   

– Ja też urwałem się ze sklepu.   
– Myślałam, że może...   
– Finnegan, kto przyszedł? – rozległ się głos Dimples, która nagle jak spod ziemi wyrosła 

mu za plecami.   

Finn  zupełnie  o  niej  zapomniał.  Tymczasem  Lucy  przyglądała  się  im  uważnie  i  nagle 

znieruchomiała. rej uwagę przykuła koszula Finna.   

–  Serwus,  Lucy  –  odezwała  się  Dimples.  –  Przerwałaś  nam  rozmowę  w  cztery  oczy. 

Finnegan i ja...   

– Przepraszam, że przeszkadzam – powiedziała szybko Lucy i zniknęła za drzwiami.   
– A niech to diabli – mruknął Finn. – Dimples, zobaczymy się później. Dogonił Lucy w 

hallu i zatarasował jej drzwi.   

– Bądź rozsądna, Lucy. Chyba nie sądzisz, że coś mnie łączy z tą kobietą. Nie mam z nią 

nic wspólnego! Popatrzyła na niego znad liści selera.   

– Przód twojej koszuli świadczy o czymś zupełnie innym.   
– Ciekawe, co byś powiedziała, gdyby twoja siostra sprowadziła ci do domu na przykład 

Harolda i  pozwoliła mu zamieszkać. – Wyciągnął rękę, by wziąć od niej torbę z zakupami i 
uśmiechnął się. – No, powiedz sama, co? 

Zauważył w niej pewne wahanie, lecz po chwili wspięła się na palce i pocałowała go.   
– Pstro.   
Otworzyła drzwi. Finn nogą zatrzasnął je za nimi, rzucił zakupy na podłogę i objął Lucy. 

Całowali  się,  zmierzając  wolno  w  kierunku  sypialni  i  zostawiając  po  drodze  kolejne  części 
ubrania.   

– Myślałem, że już nigdy się nie spotkamy. To było jak wieczność. Myślałem wyłącznie 

o tobie, widziałem cię wszędzie – mruczał Finn, pieszcząc jej szyję.   

background image

–  Brakowało  mi  ciebie  jak  powietrza  –  szepnęła  Lucy,  gładząc  go  i  przyciągając  do 

siebie.   

Kiedy upadli na łóżko, Finn wciągnął ją na siebie, nie przestając ani na chwilę całować. 

Nie zdawał obie dotąd sprawy, że aż tak bardzo może pragnąć kobiety. Raz po raz szeptał jej 
imię.  Chciał  pieszczotami  doprowadzić  ją  do  ekstazy  i  obudzić  w  niej  namiętną  kochankę, 
lecz czuł, że nie zdąży tego zrobić. Co było szaleństwo: pragnął jej teraz, natychmiast.   

Chwilę  potem  leżeli  wciąż  przytuleni  mocno  do  siebie.  Lucy  zanurzyła  palce  w  gęstej 

czuprynie Finna.   

– Nic byłam dziś w stanie ani pracować, ani myśleć.   
– Ja też. Na zajęciach nie rozumiałem ani słowa. Lucy przewróciła się na bok i usiadła.   
– Jak tak dalej pójdzie, oblejesz egzaminy.   
–  Wiem,  wiem.  –  Przyciągnął  ją  znowu  do  siebie.  –  Od  jutra  kuję,  ale  dziś  obchodzisz 

mnie tylko ty.   

Poderwała się znowu.   
– Finn, wiem, co mówię. Nie możesz przeze mnie oblać.   
–  Przez  ciebie?  Gdyby  nie  ty,  nie  miałbym  w  ogóle  najmniejszych  szans.  Wyobrażasz 

sobie: siedem zgodni z braćmi... Wiesz, dlaczego Dimples wypłakiwała mi się na piersi? 

Oboje uśmiechali się, pełni szczęścia. Lucy była ufna, promienna i piękna.   
– Lepiej powiedz mi szybko, co masz powiedzieć – poprosiła.   
–  Mikę  się  wyprowadza  i  zostawia  ją  u  mnie  –  mówił  Finn,  pieszcząc  jej  uda.  W 

zielonych oczach  Lucy zapaliły się ogniki,  oblizała językiem spierzchnięte wargi  i  spojrzała 

na usta Finna. Chciał znowu przyciągnąć ją do siebie.   

– Cudownie – odezwała się miękko.   
Upłynęła chwila, zanim dotarła do niego odpowiedź.   
–  Tego  bym,  kochanie,  nic  powiedział.  Mike  i  Will  wyprowadzają  się  jednocześnie. 

Pieszczotliwym  ruchem  przesunął  dłonią  wyżej  po  wewnętrznej  stronie  uda  dziewczyny. 
Przestała na moment oddychać.   

– Cudownie, Finn – powtórzyła szeptem.   
Nie  spodziewał  się  takiej  reakcji,  ale  kiedy  ją  zrozumiał,  zaczął  żartować,  upojony 

szczęściem.   

– Dałem każdemu z nich po milionie dolarów.   
Lucy przesunęła się i, dotykając biodrami jego boku, nachyliła nad nim.   
– Cudownie.   
– Oni też dali mi po milionie.   
–  Aha.  –  Pocałowała  kącik  jego  ust,  dotykając  je  lekko  językiem.  –  Finn,  przestań,  nie 

mogę myśleć, kiedy to robisz.   

Przesunął dłoń jeszcze wyżej i Lucy westchnęła z rozkoszy. Odchyliła głowę, przymknęła 

oczy  i  jej  włosy  znów  rozsypały  się  na  ramionach.  Serce  zabiło  mu  dziko.  Co  ona  ze  mną 

wyprawia, pomyślał szybko. Chyba nawet o tym nie wie.   

Później, gdy leżeli obok siebie w ciemnej sypialni, Lucy nagle zapytała: 
– Finn, czy wspomniałeś coś o tym, że Mike się wyprowadza i zostawia Dimples? 

background image

– Mhm – zachichotał cicho. – Powiedziałaś, że to cudownie.   
– Byłam zajęta. – Lucy wybuchnęła śmiechem. – A gdzie ona będzie mieszkać? – dodała 

już poważniej.   

–  U  ciebie.  –  Usiadł  pociągając  ją  za  sobą.  –  Hej,  żartowałem  tylko.  Ona  też  musi  się 

wynieść.  –  Przeciągnął  ręką  po  włosach.  –  Porozmawiam  z  Mike’em.  Ona  musi  się 
wyprowadzić. To nie ja ją sobie przygruchałem.   

Godzinę  później  Finn  stanął  nad  schylonym  bratem,  który  pakował  właśnie  swój  sprzęt 

sportowy.   

– Mike, ona nic może tu zostać.   
–  Naprawdę  robi  ci  to  jakąś  różnicę?  –  zapytał  Mike.  –  Przecież  nie  będzie  tu  zawsze. 

Prędko się jej znudzi mieszkanie z tobą i pójdzie sobie.   

– Kiedy ty wreszcie nauczysz się choć odrobiny odpowiedzialności? 
– Ale o co ci chodzi? Zrozum, wprowadziłem się tu na dwa miesiące tylko po to, żeby... – 

Zatkał ręką usta.   

– Żeby co? 
– Żeby nic. Żeby mieć gdzie mieszkać.   
–  Nie  to  chciałeś  powiedzieć.  Znam  cię  dobrze.  Myślisz,  że  nie  widzę,  że  coś  kręcisz? 

Uważaj, bo teraz mam już sprawną rękę.   

–  Przestań  się  rzucać,  ty  zdechlaku!  –  Mike  popatrzył  na  Finna  groźnie  i  jakby  dla 

podkreślenia tego, co powiedział, wziął sztangę w ręce i ostrożnie opuścił ją na łóżko.   

Finn  zdawał  sobie  sprawę,  że  zachowuje  się  dziecinnie,  lecz  Mike  grał  mu  na  nerwach. 

Podszedł do łóżka, podniósł sztangę jedną ręką i opuścił ją na podłogę. Mike ze zdziwienia aż 
otworzył usta.   

– Jak ci się to udało? 
–  Zrobię  z  ciebie  mokrą  plamę,  jeżeli  mi  nie  powiesz  prawdy.  No,  czekam.  Po  co 

wprowadziłeś się do mnie? 

Brat był czerwony jak burak.   
– Mama chciała, żebyśmy cię ożenili.   
– Co? 
– No dobra, niech ci będzie. Zdaniem naszej mamy czas najwyższy, żebyś się ożenił. Ona 

wie, że ty ciągle pracujesz, więc ubłagała mnie i Willa, żebyśmy zamieszkali u ciebie, poznali 
cię z jakimiś dziewczynami i spróbowali nakłonić do ożenku.   

Zaśmiał się Finnowi w twarz, przemaszerował mu przed nosem i wrzucił swoje buty do 

pudełka.   

–  Nie  wierzę  ci.  To  mnie  matka  błagała,  żebym  was  przyjął  do  siebie.  Miało  to  wam 

pomóc stanąć na nogi, zanim się jakoś nic urządzicie.   

– Wolne żarty, braciszku! 
Patrzyli na siebie przez dłuższą chwilę, aż w końcu Mike spuścił głowę.   
– Być może chciała upiec dwie pieczenie na jednym ogniu. Finn sam już nie wiedział, co 

robić – śmiać się czy płakać.   

– A niech to diabli! Ale to ty, a nic ja, sprowadziłeś do domu Minnie i Dimples, i jeszcze 

background image

tę, tę, no jak jej tam...   

– To są kobiety.   
–  A  co  –  wszystkie  miały  być  twoimi  bratowymi?  Skończmy  już  z  tym  absurdem.  Nie 

pozwolę ci się wynieść bez Dimples! 

Mike spojrzał mu w oczy.   
– Chciałbyś, żeby została twoją bratową? 
– Nie! Nie mówię, że masz się z nią żenić. Zabierz mi ją tylko z oczu. Przywlokłeś ją do 

domu jak zabłąkanego kota. No to teraz nie zostawiaj jej na lodzie.   

– Jej się tutaj, podoba.   
– Ale ja nie mogę jej utrzymywać.   
– Dołożę się z forsą, ale ona tu zostanie, a ja się wynoszę.   
– Nie mogę z nią mieszkać, zrozum.   
– Będzie ci gotować i sprzątać.   
– A co z Lucy? Jak jej to wytłumaczę? Mikę stanął jak wryty z naręczem koszul.   
– Dlaczego miałbyś jej cokolwiek tłumaczyć? Uczysz się przecież u niej.   
– Ja ją kocham.   
Mikę popatrzył na brata i wybuchnął śmiechem.   
– Coś takiego! Nigdzie z nią nie chodzisz. Czy ty w ogóle kiedykolwiek rozmawiałeś z 

nią dłużej niż pięć minut? Ta kobieta handluje na ulicy i jest zbyt zgrabna, by wystarczał jej 
jakiś mruk.   

Finna rozsadzała wściekłość.   
–  Studiuję.  Prowadzę  sklep.  Nie  mam  zamiaru  rozmawiać  z  tobą  o  tym,  jak  spędzamy 

czas.   

– Ależ ona nie znaczy dla ciebie nic poza tym, że masz u niej wygodne miejsce do nauki. 

Jak w bibliotece.   

Finn  zaciskał  pięści  w  kieszeniach,  walcząc  ze  sobą.  Najchętniej  sprałby  Mike’a  na 

kwaśne jabłko.   

– Ja ją kocham.   
– Zadziwiające... Ile razy gdzieś ją zabrałeś? 
– Niewiele.   
– Jesteście zaręczeni? Planujecie ślub? 
– Sam wiesz, że nie mogę się żenić. Mikę ściągnął brwi.   
– Sypiasz z nią? 
– Nie. twój cholerny interes.   
– Nie, przecież ty śpisz tylko z książkami.   
– Kocham Lucy i ona nie zgodzi się, żeby Dimples tu mieszkała.   
– Na pewno się zgodzi. Jeśli cię kocha, zaakceptuje to, tak jak zgodziła się na życie bez 

rozrywek, bez prezentów, bez troskliwości i jakichkolwiek zobowiązań z twojej strony.   

– Dosyć! – Finn zacisnął zęby. – Dosyć już, do jasnej cholery. Zabieraj Dimples i wynoś 

się.  Wypadł  jak  bomba  z  pokoju  i  trzasnąwszy  drzwiami,  wybiegł  z  domu.  Zatrzymał  się 
dopiero w hallu.   

background image

Zerknął tęsknie na drzwi mieszkania Lucy. Wiedział, że tego wieczoru wybierała się do 

rodziców,  ale  właśnie  teraz  chciał  ją  poprosić  o  rękę.  Powoli  wyrównał  oddech  i  emocje 
opadły.  Opuścił  bezradnie  ramiona.  Nie,  nie  powinien  się  oświadczać,  pomyślał  markotnie. 
Nie mógł  przecież niczego jej  obiecać, a tym bardziej dać. Przez dłuższą chwilę patrzył na 
zamknięte drzwi, aż wreszcie poszedł do siebie, żeby przygotować się do wyjazdu na zajęcia.   

W  salonie  zastał  Dimples.  Siedziała  na  kanapie  z  chusteczką  w  ręce.  Na  widok  Finna 

zerwała  się  z  miejsca  i  szlochając  wybiegła  na  korytarz.  Myśląc,  że  byłoby  lepiej,  gdyby 
matka  zostawiła  go  w  spokoju  i  nie  nasyłała  mu  braci,  wpadł  do  pokoju  Mike’a  i  zamknął 
drzwi.   

– Słuchaj, Dimples wypłakuje sobie oczy. Ponosisz za nią odpowiedzialność.   
Finn  starał  się  nie  podnosić  głosu,  lecz  przypominało  to  trochę  walkę  człowieka  z 

parasolem podczas burzy.   

– Zabieram Jaskra, Dimples zostaje.   
– Jeśli zabierzesz Jaskra...   
– I tak będę miał po drodze. Jadąc do pracy, mogę rano zostawiać psa u Lucy i zabierać 

go po południu do siebie.   

– To ładnie z twojej strony, ale nic w tym rzecz – upierał się Finn. – Zabierasz ze sobą 

Dimples. Jest twoja, to ją sobie zabieraj do swego domu.   

–  Zrozum  –  tłumaczył  Mikę,  patrząc  Finnowi  prosto  w  oczy.  –  Ona  mnie  rwie  i  nie 

zamierza popuścić. A ja nie mam najmniejszej ochoty wiązać się z nią na dobre.   

– Trzeba było pomyśleć o tym wcześniej.   
– Racja, ale stało się. Jeżeli ją ze sobą zabiorę, to będzie jeszcze gorzej.   
– Wolisz, żebym ja się z nią męczył, co? 
– Nie. Zrozum mnie dobrze. Ona nie czuje do ciebie mięty.   
– Dimples? Ależ ona nie przepuści niczemu, co nosi spodnie i się rusza.   
– Mylisz się. Ty nie jesteś w jej typie. Jeśli Dimples tutaj zostanie, to będzie wyć z nudów 

i szybko się wyniesie. Chyba nie chcesz, żeby została twoją bratową? 

– Nie, ale zabieraj się razem z nią. W przeciwnym razie ja ci ją dostarczę prosto do domu 

i zostawię na słomiance w dużym koszu. To by było na tyle. Pędzę na ćwiczenia. 

 

* * * 

Po  powrocie  do  domu  Finn  stanął  w  hallu.  Przez  szparę  pod  drzwiami  Lucy  przebijało 

światło,  zdecydował  się  więc  lekko  zapukać.  Otworzyła  mu  natychmiast.  Stała  w  progu  z 
upiętymi wysoko włosami, jej oczy wydawały mu się jeszcze większe i bardziej zielone niż 
zwykle. Związana pod biustem bluzka odsłaniała brzuch, a szorty ściśle przylegały do bioder.   

Finna zamurowało z wrażenia.   
– Cześć – powiedziała, unosząc ku niemu twarz.   
– Ślicznie dziś wyglądasz.   
– Ty też nie najgorzej – podziękowała mu cicho, opierając się biodrem o framugę.   
– Nie chce mi się iść do domu.   
Lucy popatrzyła na drzwi jego mieszkania, uśmiechnęła się i cofnęła o krok.   

background image

–  Kryjówka  Finnegana  do  pańskiej  dyspozycji,  bardzo  proszę.  Są  u  mnie  bliźniaczki  – 

dodała, kiedy przestąpił próg.   

Nie przyszło mu do głowy, że mogła mieć gości, ale teraz było już za późno. Wszedł do 

salonu, gdzie siostry Lucy przygotowywały właśnie plakat na szkolne zawody w pływaniu.   

– Cześć – mruknął.   
Odpowiedziały  chórem,  posyłając  mu  identyczne  uśmiechy  i  spojrzenia  zielonych  oczu. 

Pochylił się nad projektem i wypowiedział parę pochlebnych uwag.   

– Jeśli chcesz się uczyć i mieć ciszę – zaproponowała Lucy – to możesz się zamknąć w 

mojej sypialni.   

–  Lepiej  najpierw  wpadnę  do  siebie.  Wyjdź  ze  mną  na  chwilę,  dobrze?  W  hallu  Finn 

odwrócił ją twarzą do siebie.   

–  Mikę  się  wyprowadził,  ale  chyba  bez  Dimples.  Nie  mam  zielonego  pojęcia,  co  z  nią 

zrobić. Czoło Lucy przecięła zmarszczka.   

– Ja też nie wiem, mój drogi.   
– A ty „wyrzuciłabyś ją na ulicę? To tak jakby wziąć kota-przybłędę do domu, a potem 

się go łatwo pozbyć.   

–  Kot  się  przywiązał  do  ciebie  czy  ty  do  kota?  Finn  spojrzał  na  Lucy  i  wróciły  mu 

niedawne obawy.   

– Mnie jest wszystko jedno, ale to nie jest fair wobec ciebie.   
– A nie możesz jej z kimś zapoznać? 
Upłynęła dobra chwila, zanim pojął, o co chodzi, i zaczął się śmiać.   
– Wiesz, ty jesteś naprawdę genialna.   
– Za to ty masz piękne oczy – zażartowała Lucy, całując go w policzek na pożegnanie.   
W  drzwiach  swego  mieszkania  odwróciła  się  jeszcze  do  niego  i  nagle  poczuł  się 

straszliwie  winny.  Oskarżenia,  które  Mikę  w  złości  rzucił  mu  prosto  w  twarz,  nie  były 

bezpodstawne. Jego młodszy brat miał rację. Dopiero teraz Finn uświadomił sobie w pełni, że 
jest wobec Lucy nie w porządku, a nie chciał ani rujnować jej życia, ani łamać serca.   

–  Do  widzenia,  Lucy  –  powiedział  dziwnie  miękko,  aż  spojrzała  nań  z  pewnym 

niepokojem.   

Następnego  wieczoru,  po  zamknięciu  sklepu,  Finn  wrócił  do  domu  obładowany 

pakunkami. Dimples natychmiast wyszła ze swego pokoju.   

– Czekam na ciebie, Finneganie.   
Powitała  go  w  przezroczystym  negliżu,  lecz  nie  zrobiło  to  na  nim  najmniejszego 

wrażenia. Wzdychając ciężko, rozłożył pakunki na kanapie.   

– Mam coś dla ciebie. Co byś powiedziała na to, żebyśmy się gdzieś wybrali? Powinnaś 

poznać jakichś wesołych ludzi, ponieważ ja sam nie będę mógł towarzyszyć ci zbyt często.   

Dimples ucieszyła się, lecz po chwili zmarkotniała.   
– Kochany – zamachała rękami – to zbyt duże ryzyko. Wielki Guy...   
– Spokojnie, wszystko obmyśliłem. Rodzona matka cię nie pozna.   
Rozpakował  jedno  z  pudełek  i  wyjął  z  niego  czarną  peruczkę  z  krótkich,  kręconych 

włosów. Dimples zapiszczała i podskoczyła ochoczo.   

background image

– Będę miała czarne włosy! Już nie pamiętam, kiedy byłam czarna. A to numer! 
– Przywiozłem ci też nową sukienkę i ładny kapelusz. Pójdziemy jak przebierańcy na bal 

kostiumowy.   

–  Och,  Finn.  Wiedziałam,  że  jest  z  ciebie  kawał  zgrywusa.  A  Mikę,  ten  złośliwiec, 

usiłował mi wmówić, że nie masz ani krzty poczucia humoru.   

– To się jeszcze okaże. Kiedy możesz być gotowa? 
– Chcesz mi umyć plecy? 
Już  miał  wysapać  gniewne  „nie”,  lecz  ugryzł  się  w  język,  chwytając  pełne  oczekiwania 

spojrzenie Dimles.   

– Zaskakujesz mnie – powiedział, robiąc do niej oko.   
Wzruszyła ramionami i zniknęła w korytarzu. Finn zebrawszy resztę pakunków, przeniósł 

je do swojego pokoju. Ubierał się powoli, myśląc nad tym, dlaczego, jak na ironię, wychodzi 
na  cały  wieczór  z  Dimiles,  skoro  nie  znajdował  czasu  na  randkę  z  Lucy.  Z  całej  duszy 
przeklinał Mike’a. Nagle ktoś zadzwonił do drzwi.   

Otworzył i zobaczył obu braci.   
– Wybacz... – zaczął Mike i nagle przyjrzał się badawczo swemu bratu. – Święty Boże! 

To ty? Finn chwycił go za koszulę i wciągnął do pokoju.   

– Słuchajcie, wychodzę teraz z Dimples. Musi się trochę rozerwać, bo inaczej uschnie tu 

na amen. Me... O rany, a może wy moglibyście z nią pójść zamiast mnie? 

Ściągnął perukę i nasadził ją Mike’owi na głowę.   
– Zgłupiałeś, czy co? W żadnym razie.   
–  Jeśli  tak,  to  zobaczcie.  Zrobię  wszystko,  żebyście  wrócili  do  Iowy,  na  farmę.  Tak 

zbujam matkę i ojca, że już jutro tu po was przyjadą.   

Mikę i Will popatrzyli po sobie.   
– Ale Wielki Guy...   
–  W  ogóle  się  nie  znacie.  Zakradaj  perukę,  Mikę,  a  po  drodze  kupisz  drugą  dla  Willa. 

Proszę bardzo, macie tu tusz i cienie do powiek Dimplcs. Zróbcie sobie makijaż. Koniecznie 
zmarszczki.  A  tu  są  wąsy,  proszę.  Will,  najlepiej  ogól  sobie  łeb.  Wystarczy,  żebyś  obciął 
kudły i nikt cię nie rozpozna.   

Will popatrzył na Mike’a.   
– Odbiło mu, czy co? 
– Kuku na muniu – szepnął Mike, zakreślając palcem kółko na czole.   
–  Już  jestem  gotowa,  kochanie!  –  zawołała  Dimples.  –  Och,  to  ty...  –  nadąsała  się  na 

widok Mike’a.   

– Marsz do dyskoteki albo wracasz na gospodarstwo, co wolisz – zagroził bratu Finn.   
– Zabieramy cię ze sobą, kotku – mruknął Mikę.   
–  Idę  z  Finneganem  –  odparła  wyniośle  i  zakręciła  biodrami,  zamierzając  wyminąć 

chłopców.   

– Nic z tego, Dimples – zatrzymał ją Finn. – Idziesz z Mike’em i Willem. Zaszły pewne 

nieprzewidziane  okoliczności.  Muszę  natychmiast  jechać  do  sklepu.  Całe  szczęście,  że 
chłopcy  mają  czas  i  właśnie  przyjechali  po  ciebie.  –  Złączył  dłonie  dziewczyny  i  Mike’a, 

background image

popychając ich oboje w stronę drzwi. Dał Mike’owi kuksańca i mrugnął do Dimples. – Baw 
się dobrze, kochanie. Wszyscy mężczyźni poszaleją na twój widok.   

Dimples  uśmiechnęła się do Willa, ledwie spojrzawszy na Mike’a, który  tylko  wzruszył 

ramionami. Will zamierzał jeszcze o coś spytać Finna, lecz brat pożegnał ich zdecydowanym 
„Dobranoc!”.   

Wstrzymując  oddech,  przemierzył  puste  mieszkanie.  Czekało  go  mnóstwo  pracy,  lecz 

jedyne,  czego  pragnął,  to  być  z  Lucy.  Podszedł  do  telefonu  i  wystukał  jej  numer.  Kiedy 
odebrała, powiedział od razu: 

– Cześć. Nic wybrałabyś się gdzieś ze mną dziś wieczorem? 
– Nie musisz... – Lucy zawahała się.   
– Możesz być gotowa za godzinę? 
– Pewnie, że mogę.   
Odłożył słuchawkę i rozejrzał się po swoim pokoju. Z oparcia kanapy zwieszało się boa z 

piór.  Na  podłodze  poniewierały  się  atlasowe  pantofle  na  wysokich  obcasach.  Cały  stół 
zajmowały  puste  puszki  po  piwie,  a  gazety  i  papiery  walały  się  gdzie  popadło.  Zaczął  je 
zbierać, starając się przywrócić jaki taki ład. Potem wykąpał się, założył nowe dżinsy i białą 
koszulę i pięć minut przed umówionym czasem zapukał do Lucy.   

Kiedy mu otworzyła, zobaczył w jej spojrzeniu tyle miłości, że aż się przestraszył.   
– Gotowa? – zapytał tylko.   
Potaknęła  ruchem  głowy  i,  objęci,  poszli  do  samochodu.  Zabrał  ją  do  cichej  knajpki. 

Usiedli w samym  rogu,  w półmroku.  Zamówił dla siebie drinka,  a dla  Lucy  mrożoną kawę. 
Rozmawiali  o  latach  dzieciństwa,  oglądanych  filmach  i  przyszłości,  ale  nawet  słowem  nie 
zawadzili  o  teraźniejszość.  Poszli  na  nocne  przedstawienie,  a  potem  do  Lucy  i  dopiero  o 
czwartej  nad  ranem  Finn  znalazł  się  znowu  w  swoim  mieszkaniu.  Czuł,  że  powinien  się 
uczyć, zasiadł więc w kuchni nad książką, lecz prawie natychmiast zasnął.   

Dwa dni później wpadł do niego Mike. Przyjechał po rzeczy, których zapomniał zabrać. 

Pogryzając kanapkę z serem, Finn łaził za nim po całym mieszkaniu.   

– Chcesz kanapkę? 
– Nie, dzięki.   
– Czy Dimples wprowadziła się do ciebie? 
– Zwariowałeś? 
– W takim razie gdzie się podziała? 
–  No  cóż,  braciszku.  Muszę  przyznać,  że  jak  chcesz,  to  potrafisz  ruszyć  głową.  A 

zdawałoby się, że to takie proste. Wystarczyło zabrać ją do knajpy.   

– No i co? Zniknęła? 
– Znalazła sobie jakiegoś gościa, który gra na bębnie i włóczy się po świecie. Facet ma 

mniej więcej tyle lat co ty i, jak uświadomiła mnie Dimples, jest dojrzałym człowiekiem, nie 
to co ja. I w ten sposób panna Mollyrow zniknęła z mojego życia.   

– Ale bałagan, który zrobiła, nie zniknął z tego pokoju. Bądź łaskaw posprzątać po niej.   
– Ja? 
–  A  kto?  Duch  Święty? Jesteś za  wszystko  odpowiedzialny.  Masz  pewność,  że  ona  nie 

background image

wróci? 

– Kiedy się z nią ostatni raz widziałem, powiedziała mi, że wyruszają do Detroit.   
– Świetnie. Zatem miłego sprzątania – uśmiechnął się Finn i wrócił do kuchni. Zajął się 

nauką, podczas gdy Mike wynosił do swego samochodu fatałaszki i kosmetyki Dimples.   

Lucy  przychodziła  teraz  do  „Pomarańczowego  Sklepu”  co  sobotę,  starając  się  być  ze 

wszech  miar  pomocna  w  prowadzeniu  sprzedaży  i  reklamy.  Zmiana  dekoracji  wyszła 
sklepowi na korzyść. Pomalowany był teraz wewnątrz na jasnożółto, zdobiły go też dzbany z 
zielenią.  Miał  liczniejszą  klientelę,  lecz  mimo  to,  kiedy  w  końcu  czerwca  Finn  przejrzał 
finanse,  okazało  się,  że  niewielki  zysk  nie wystarczy nawet  na pokrycie  miesięcznych spłat. 
Finn walnął pięścią w gruby tom księgi handlowej. Tak, Mike miał słuszność, kiedy mówił o 
Lucy:  „Ona  zaakceptuje  Dimples  tak  samo,  jak  pogodziła  się  z  życiem  bez  rozrywek,  bez 

upominków,  specjalnych  względów  i  zobowiązań”.  Finn  wiedział,  że  jest  nic  w  porządku, 
lecz nie chciał, by od niego odeszła.   

Widywali  się  teraz  przede  wszystkim  u  niego  w  sklepie  i  w  piątkowe  popołudnia  w 

„Fistaszku”. Czasami dokądś się razem wybierali, lecz od kiedy uczył się u siebie w domu, 
spędzali ze sobą mniej czasu.   

W  pewien  poniedziałek  w  połowie  lipca  Finnowi  po  powrocie  z  pracy  zostało  nieco 

więcej czasu do wieczornych zajęć. Bez wahania zapukał do Lucy.   

background image

10 

 

Kiedy  stanęła  w  progu,  wpatrywał  się  w  nią  dłuższą  chwilę.  Miała  upięte  włosy  i 

biało-zieloną  sukienkę.  Wyglądała  jak  najpiękniejszy  dzień  lata.  –  Czy  możesz  przyjść  do 
mnie na chwilę? – poprosił.   

Odczekał, aż zamknie drzwi, i ujął ją za rękę, walcząc z pokusą, by natychmiast wziąć ją 

w ramiona i zacałować na śmierć.   

– Usiądź, proszę. Mam nie więcej niż pół godziny. Napijesz się czegoś? 
– Nie, dziękuję.   
Wsunął  ręce  do  kieszeni,  żeby  go  nie  korciło,  i  poszedł  prosto  do  kuchni,  usiłując 

zachować  dystans  i  nie  chcąc  powiedzieć  wprost  tego,  co  powinien  i  co  już  wielokrotnie 
powtarzał  sobie  w  duchu.  Starał  się  też  nie  patrzeć  na  Lucy,  bo  to  osłabiało  jego  wolę. 
Nienawidził siebie za to, co uczynił tej dziewczynie. Otworzył lodówkę i nalał sobie szklankę 
mleka.   

– Na pewno niczego nie chcesz? 
– Nie, dziękuje.   
– Nie usiądziesz? 
Usiadła,  zbierając  szeroki  klosz  spódnicy  na  opalonych  nogach...  nogach  gładkich  jak 

jedwab...   

Finn odwrócił się gwałtownie, czując, że ma ściśnięte gardło.   
–  Lucy,  przyjeżdżasz  do  sklepu  co  sobota,  odmalowałaś  go,  tyle  zrobiłaś  dla  jego 

promocji. Pamiętasz puszczanie reklamowych latawców? 

Skinęła głową.   
– Dziękuję ci. Doceniam to wszystko, naprawdę, ale ciebie kosztuje to mnóstwo czasu, a 

mnie trochę pieniędzy. Tymczasem zyski ze sprzedaży nie rosną na tyle szybko, by sklep dało 
się utrzymać.   

– To znaczy, że w ogóle jest jakiś zysk? 
– Tak. Mogę ci pokazać książkę. Ale to nie wystarczy. Rok temu zaciągnąłem pożyczkę i 

nie jestem w stanie jej spłacać i robić jednocześnie wydatki. Będę zmuszony zamknąć sklep.   

– Pozwolisz, że zajrzę znów do twoich papierów? 
–  Ależ  oczywiście  –  odparł  Finn,  choć  prawdę  mówiąc  książki  handlowe  i  konfekcja 

męska obchodziły go w tej chwili tyle, co zeszłoroczny śnieg.   

Przyniósł  książki  ze  swego  pokoju  i  ustawił  je  w  stos  na  kuchennym  stole.  Patrzył  na 

Lucy, wciąż walcząc z pokusą, by ją objąć.   

– Mam coraz gorsze oceny, wiesz? 
Obszedł stół dokoła. Nie był w stanie siedzieć. Ponosiły go nerwy. Lucy obserwowała go 

z  bólem  serca.  Pragnęła  podejść  i  przytulić  go,  lecz  czuła,  że  chociaż  Finn  jest  u  jakiegoś 

kresu, to chce zachować dystans. W końcu ich spojrzenia spotkały się.   

– Sądzę, że powinniśmy przestać się widywać – powiedział Finn.   
Zaskoczona, wpatrywała się w niego bez słowa. Mogła się spodziewać wszystkiego, ale 

background image

nie całkowitego zerwania.   

– Z powodu twoich stopni? – wydusiła wreszcie.   
Spuścił oczy. Chciał już powiedzieć, że stara się jedynie być wobec niej fair, że nie może 

ofiarować jej niczego, ale tylko odwrócił się gwałtownie.   

– Tak. Muszę zdać egzaminy. Wystawię sklep na sprzedaż.   
– A jak go już sprzedasz, to co? 
Nienawidził tego napięcia, i całą siłą woli powstrzymywał się, żeby do niej nie podejść.   
–  Wezmę  jakieś  zlecenia.  To  nie  problem.  Mogę  też  sprzedać  mieszkanie.  Dochód  ze 

sprzedaży przeznaczę na naukę.   

Mówił odwrócony do Lucy tyłem. Patrzyła na jego szerokie plecy z uczuciem, że oto cały 

jej świat rozlatuje się na strzępy. O, tak, Finn wiedział, czego chce – i w tym wszystkim nie 
było  dla  niej  miejsca.  Zdawała  sobie  bardzo  dobrze  sprawę  z  tego,  że  studia  są  dla  niego 
najważniejsze, i była świadoma, że ryzykuje coś, co stało się właśnie dziś. Sądziła jednak, że 
to  się  nigdy  nie  zdarzy.  Bardzo  ją  to  zabolało.  Chciała  rzucić  się  Finnowi  w  ramiona,  lecz 
natychmiast zrozumiała, że na nic by się to nie zdało.   

–  No  cóż,  spotkaliśmy  się  w  niewłaściwym  czasie  i  w  niewłaściwym  miejscu  – 

powiedziała. – Jesteś szalenie zapracowanym człowiekiem.   

Wstała  i  już  miała  wyjść,  lecz  zatrzymała  się  przy  drzwiach  słysząc,  że  ktoś  przekręca 

klucz.  To  był  Mikę.  Skinęła  mu  tylko  głową,  niezdolna  wydobyć  z  siebie  głosu.  Łzy 
przesłoniły wszystko. Szybko wyminęła chłopaka i pobiegła do domu. Finn stał bez ruchu w 
salonie.   

– Co wam się stało? Posprzeczaliście się? 
– Nie. Powiedzieliśmy sobie „do widzenia”.   
– Ona tobie czy ty jej? Wyglądała, jakby miała zaraz wybuchnąć płaczem. Ty się z nią 

rozstałeś, prawda? 

Finn  zacisnął  pięści  walcząc z samym  sobą.  Pragnął wybiec za  Lucy i  błagać ją,  by  nie 

odchodziła, by została jego żoną, choć nie mógł zabezpieczyć jej materialnie. Wymruczał pod 
nosem przekleństwo, niepomny na obecność Mike’a i nieświadom tego, że mówi głośno.   

– Nie powiem, żebyś wyglądał na szczęśliwego.   
– No bo nie jestem.   
– Ona jest nieszczęśliwa, ty jesteś nieszczęśliwy, nic nie rozumiem.   
–  Rozumiesz,  doskonale  rozumiesz  –  wybuchnął  Finn.  –  Sam  mi  to  wszystko 

wypomniałeś,  nie  pamiętasz?  Miałeś  rację.  Co  ja  tak  naprawdę  mam  jej  do  zaoferowania? 
Nic.  Kompletnie  nic.  Jestem  bankrutem.  Sprzedaję  sklep  i  mieszkanie.  Mam  przed  sobą 

cztery  lata  studiów  –  albo  i  więcej,  jeśli  będę  musiał  pracować.  Miałem  jej  zaproponować 
małżeństwo, skoro nie starcza mi czasu na głupią randkę? 

– Przykro mi, Finn – powiedział poważnie Mike, zbierając się do wyjścia. – Przyszedłem 

tylko po rzeczy. Słuchaj, może potrzebujesz forsy? Will i ja zrobilibyśmy zrzutkę.   

–  Nie,  dziękuję  –  odparł  Finn  z  wyraźnym  roztargnieniem.  –  Dam  sobie  radę,  kiedy 

wszystko sprzedam.   

– A może Lucy wolałaby zostać z tobą bez względu na okoliczności? 

background image

– Nie potrafię jej niczego zapewnić. Odejdzie ode mnie szybciej, niż myślisz.   
– Sam już nic wiem. – Mike zniknął w hallu.   
Finn przebrał się i pojechał na ćwiczenia. Nie był w stanie ani myśleć, ani słuchać. Nigdy 

w życiu nie czuł się tak podle.   

W  mieszkaniu  po  drugiej  stronie  hallu,  przy  kuchennym  stole,  Lucy  wypłakiwała  sobie 

oczy. Cóż mogła zrobić, że pokochała Finna Mundy’ego nieszczęśliwą miłością. Widziała go 
wszędzie, w całym  swoim  domu, i  upływający  czas nie przyniósł ulgi.  Następnego dnia po 
rozstaniu  nie  natknęła  się  nigdzie  na  Finna.  Kiedy  wieczorem  wchodziła  po  schodach  z 
Jaskrem u nogi, zauważyła, że ktoś chodzi po hallu. Serce skoczyło jej z radości na myśl, że 
to może być Finn. Czekało ją jednak rozczarowanie. Przyszedł Mike.   

– Cześć, Lucy. Co u ciebie? – zapytał, drapiąc Jaskra za uchem.   
– W porządku.   
– Czekam na Jaskra.   
– Jak ci się mieszka w nowym miejscu? 
– Świetnie. – Mike przestąpił z nogi na nogę. – Lucy, mogę cię o coś zapytać? 
– Oczywiście. – Popatrzyła na niego ze zdziwieniem.   
– Czy ty jesteś szczęśliwa? 
– Prawdę mówiąc, nie bardzo.   
– To samo Finn. Jest okropnie przygnębiony.   
Lucy znieruchomiała na  moment,  niepewna,  czy  Mike wie, że zerwanie  było pomysłem 

Finna.   

– Sam tego chciał.   
– Nie sądzę.   
– Dziękuję, Mike. – Uśmiechnęła się i weszła do swego mieszkania.   
Zamknęła  oczy  i  oparła  się  plecami  o  drzwi  myśląc,  że  chyba  nigdy  nie  przestanie 

cierpieć.  Do  stwierdzenia  Mike’a  nic  przywiązywała  większej  wagi.  Jeśli  chodzi  o  swego 
starszego brata, Mike i Will nie byli najlepszymi psychologami.   

Dwa  dni  później,  po  pracy,  natknęła  się  na  Willa.  Wysiadał  właśnie  z  samochodu  na 

podjeździe. Jaskier natychmiast powitał go wesoło.   

– Cześć, Lucy – zawołał Will, zmierzając w jej kierunku. – Nie dźwigaj tych zakupów. 

Zaraz ci pomogę. Przyjechałem po Jaskra. Wiesz, Dimples przysłała Mike’owi kartkę.   

Nie spiesząc się, szli między rabatkami z biało-niebieskim barwinkiem i różami w stronę 

domu.   

– A jednak! 
– Pocztówkę ze stadionem w Michigan. Napisała tylko dwa słowa:, Jest cudownie!” 
Lucy  otworzyła  drzwi  i  sięgnęła  po  torbę,  chcąc  wziąć  ją  od  Willa,  ale  ten  był  już  w 

środku.  Zaniósł  zakupy  do  kuchni  i  wrócił  do  wyjścia.  Kiedy  Lucy  mu  dziękowała,  włożył 
ręce do kieszeni i, nie patrząc jej w oczy, powiedział: 

– Lucy, Finn naprawdę nie może się pozbierać.   
Była poruszona, lecz starała się nie pokazać tego po sobie.   
– Myślę, że powinieneś porozmawiać na ten temat z nim, a nie ze mną.   

background image

– Odbyliśmy już z nim rozmowę i dlatego rozmawiamy z tobą. Tylko ty możesz coś tu 

poradzić. Lucy położyła rękę na ramieniu Willa, popychając go lekko w stronę drzwi.   

– Dziękuję za pomoc i za Jaskra. Tak naprawdę to nie musicie go zabierać na noc, .   
– To dla nas żadna fatyga.   
– Miło było znowu cię zobaczyć.   
– Wybacz, nic miałem zamiaru się wtrącać.   
– Naprawdę? Will roześmiał się.   
– No, może odrobinkę. Przemyśl to jeszcze raz, proszę.   
Z uśmiechem zamknęła drzwi. „Przemyśl to jeszcze raz”, powiedziała do siebie na głos. 

Zacisnęła  wargi  i  z  wściekłością  zaczęła  wykładać  na  stół  zakupy.  „Finn  nie  może  się 
pozbierać”, „jest taki nieszczęśliwy”, „tylko ty możesz coś na to poradzić, Lucy”. Gorące łzy 
napłynęły jej do oczu. Starała się je powstrzymać, ale kiedy już rozpakowała torbę, usiadła i 
zaczęła szlochać z twarzą ukrytą w dłoniach.   

Słońce  chyliło  się  ku  zachodowi,  kiedy  wreszcie  wstała.  Nie  zdążyła  nawet  przyrządzić 

sobie do końca hamburgera, gdy odezwał się telefon. Dzwoniła pani Kathleen Mundy.   

– Słuchaj, Lucy, moja droga, bardzo martwię się o Finna. Mikę powiedział mi, że już ze 

sobą nie chodzicie.   

Lucy poczuła się jak w potrzasku. Nigdy ze sobą nie chodzili. On jedynie przychodził do 

mnie  się  uczyć  i  kochać  się  ze  mną,  aż  rozkochał  mnie  w  sobie,  pomyślała  z  goryczą.  Nie 
powiedziała jednak tego głośno.   

– To prawda, proszę pani. Stało się, jak chciał Finn. Ma za dużo pracy i...   
– No tak, rozumiem. Widzisz, Lucy, Finn to bardzo rzetelny chłopak i czasami przez tę 

swoją  sumienność  coś  niepotrzebnie  niszczy.  Wydawało  mi  się,  że  jesteś  bardzo  za  nim, 
prawda? 

– Tak, proszę pani.   
– No więc jako kobieta, która... Przepraszam cię, nie chciałabym być jeszcze jedną z tych 

wiecznie  wtrącających  się  matek,  ale  Mikę  i  Will  powiedzieli  mi,  że  Finn  jest  okropnie 
rozbity, a i ty wyglądasz jak półtora nieszczęścia. Nie musisz mi nic tłumaczyć, lecz, proszę 
cię, przemyśl to jeszcze raz... Wybacz, że wtrącam się w twoje prywatne życie, ale w naszej 
rodzinie zawsze wszyscy żyli ze sobą blisko.   

– Tak, rozumiem.   
– Moja ty kochana... Mam  nadzieję, że wszystko się jeszcze odmieni. Tak bym  chciała 

pokazać ci naszą farmę.   

Lucy z trudem przełknęła ślinę.   
– Dziękuję, pani Mundy. I ja chciałabym ją zobaczyć.   
Odłożyła  słuchawkę  i  odwróciła  się  potrząsając  pięścią  w  stronę  drzwi.  Nagle  poczuła 

woń  spalenizny.  Z  hamburgera  został  skwierczący  plastereczek  mięsa,  a  całą  kuchnię 
wypełniał  dym.  Znów  zadzwonił  telefon.  Tym  razem  była  to  Alexa,  która  zapraszała  ją  do 

kina.   

–  Tylko  się  nic  grzeb  –  poradziła  na  wiadomość,  że  obiad  właśnie  się  spalił.  –  Zostało 

jeszcze  trochę  kurczaka  upieczonego  przez  mamę.  Ale  jeśli  się  nie  pospieszysz,  Benny 

background image

pochłonie wszystko.   

– No dobrze. Już lecę – zawołała Lucy do słuchawki, schwyciła torebkę i wybiegła pędem 

z domu czując, że nie wytrzyma w zamknięciu ani chwili dłużej.   

Na podeście schodów wpadła jednak na Finna.   
– Cześć – powiedział poważnym tonem. – Co słychać? 
–  Nic  nowego,  ale  lepiej  byłoby,  gdybyś  zechciał  wyjaśnić  swojej  rodzinie,  że 

zerwaliśmy,  bo  ty  tak  chciałeś.  Tymczasem  Mikę,  Will  oraz  twoja  mama  żądają  ode  mnie, 
żebym wszystko jeszcze przemyślała.   

– Ależ Lucy, wszystko im już naświetliłem. Wiedzą, dlaczego...   
– To wytłumacz im to jeszcze raz! – przerwała mu i pobiegła do samochodu.   
Piątkowe  popołudnie  było  bardzo  upalne,  temperatura  przekroczyła  40°C.  Lucy 

zrezygnowała  z  pracy  na  dworze;  wróciła  do  sklepu  i  zdjęła  z  siebie  karton.  Uczesała  się  i 
potrząsnęła  głową,  oddychając  z  ulgą  klimatyzowanym  powietrzem.  Wciągnęła  na  siebie 
niebieską trykotową koszulkę i wygładziła białą spódniczkę.   

Mimo  że  do  zamknięcia  pozostały  jeszcze  dwie  godziny,  postanowiła  zwolnić  Nan 

wcześniej,  chociaż  prawdę  mówiąc  przeraża  to  ją  to,  że  ma  zostać  w  sklepie  sama.  Jaskier 
spał  zwinięty  na  podłodze.  Dosypywała  właśnie  orzeszki  do  napoczętego  pojemnika,  gdy 
nagle usłyszała głośne: „O, nie!”. Podniosła głowę i zobaczyła zirytowaną twarz Nan zajętej 
wycieraniem lady, a potem usłyszała ciche den-de-len, den-de-len i ujrzała Finna z książkami 
pod pachą.   

background image

11 

 

– Cześć – powiedział, spoglądając na nią poważnie.   
Rzuciła  mu  niepewne  „cześć”,  przyglądając  się  w  milczeniu,  jak  Finn  przystawia  sobie 

krzesło  do  kontuaru  i  rozkłada  książki.  Jaskier  podszedł  do  swego  pana  dopraszając  się 
pieszczoty,  a  kiedy  Finn  podrapał  go  za  uchem,  pies  ułożył  się  znowu  u  stóp  Lucy.  Nan 
obserwowała całą tę scenę wzruszając ramionami.   

–  No  to  idę.  Do  zobaczenia  w  poniedziałek  –  powiedziała  głośno  i  wyszła  trzaskając 

drzwiami.  Przez  kwadrans  nie  odzywali  się  do  siebie  ani  słowem.  W  końcu  Lucy  nie 
wytrzymała: 

– Naprawdę nie potrzebuję twojej ochrony. Dam sobie radę sama.   
– Wiem. Nic o to chodzi.   
Patrzyli  na  siebie  w  milczeniu,  aż  w  końcu  Finn  spuścił  oczy.  Lucy  jednak  dalej 

wpatrywała się w niego z natężeniem. W jej myślach zamigotał słaby cień nadziei.   

– Czy kiedy zacznę znowu spotykać się z Hyattem, a ty umawiać z jakąś dziewczyną, to 

też będziesz przyjeżdżał tu popołudniami? 

Potarł dłoni;| kark i spojrzał na nią badawczo.   
– Czy to znaczy, że... – Że co? 
– Wróciłaś do Hyatta.   
– Nie. Powiedz mi, Finn, dlaczego właściwie tu  przyjechałeś? Myślałam, że nie chcesz 

mnie znać.   

– Ja tego nie powiedziałem.   
–  Sądziłam,  że  chcesz  wyrzucić  mnie  ze  swojego  życia,  ponieważ  ci  przeszkadzam. 

Wyglądał na tak przybitego, że aż wstrzymała oddech.   

–  Kochanie  –  powiedział  łagodnie.  –  Przecież  ja  rujnuję  ci  życie.  Nie  jestem  w  stanie 

ofiarować ci absolutnie niczego. Ani teraz, ani jeszcze bardzo długo. Rozumiesz? 

Zatrzasnął książkę, wstał i zacisnął ręce w kieszeniach.   
–  Ależ,  Finn,  przecież  jest  tak  wspaniale!  –  zawołała  wybiegając  do  niego  zza  lady  i 

czując rozsadzającą ją radość. – Dlaczego nie mówiłeś tak od razu? 

Finn patrzył na nią zdumiony.   
– Wspaniale? Lucy, co ty mówisz? Nie potrzebuję twojego współczucia. Czy ty naprawdę 

nie pojmujesz? Nie jestem w stanie ofiarować ci niczego! 

– I dlatego chciałeś ze mną zerwać? 
– A ty myślałaś, że dlaczego? Przecież cię kocham! 
–  Finn!  –  Lucy  czuła  się  jak  ktoś,  kto  wydostał  się  z  mrocznej,  wilgotnej  jaskini  

zobaczył słońce. – Może i będzie z ciebie genialny prawnik, ale zupełnie nie znasz kobiet.   

Wspięła się na palce i pocałowała go lekko.   
– Chcesz wyjść za mnie wiedząc, co cię czeka? 
–  Tak!  A  w  dodatku  mam  dla  ciebie  propozycję.  Chcę  kupić  od  ciebie  twój  towar. 

Mówiłam ci, że właściciel sklepiku z obuwiem obok mnie się przenosi. Zrobię z tego sklep 

background image

odzieżowy i jeszcze na tym zarobię, zobaczysz! 

–  Uważaj,  Lucy,  proponowałem  ci  normalne,  szczęśliwe  życie.  Chciałem  cię  od  siebie 

uwolnić, ale drugiej takiej szansy ci nie dam.   

– Dałeś mi tydzień piekła! – powiedziała, całując go w policzek.   
Niemal zmiażdżył ją w uścisku. Serce waliło jej tak głośno, że nie usłyszała dzwoneczka 

u drzwi. Całując ją, Finn przesunął wargi do jej ucha i szepnął: 

– Słuchaj, mamy złodzieja. Muszę coś zrobić.   
– Zaraz, za chwilę – wyszeptała, obejmując go mocniej.   
Z zaplecza Sklepu dato się słyszeć warczenie a następnie krzyk mężczyzny: 
– Hej tam, zabierzcie tego kundla, bo inaczej go zastrzelę.   
–  Mamy  go  –  powiedział  Finn,  uśmiechając  się  do  Lucy  i  całując  ją  w  ucho.  –  To 

pukawka dla dzieci.   

– Weźcie ode mnie to bydlę – wolał człowiek.   
Coś  się  złamało,  lecz  Lucy  nie  zwracała  uwagi  na  to,  co  się  dzieje  w  sklepie.  Słyszała 

łomot, pies warczał szczekał. Nagle rabuś w kominiarce naciągniętej na głowę zderzył się z 
nimi  i  jak  szalony  wybiegł  ze  sklepu.  Drzwi  zatrzasnęły  się  za  nim,  a  Jaskier  warował  u 
progu.   

Finn otworzył drzwi i pies rzuci! się za uciekinierem. Całowali się dobrych kilka minut, 

aż wreszcie Lucy powiedziała: 

– Muszę zobaczyć, czy coś zostało ukradzione.   
–  A  ja  pójdę  po  Jaskra  –  odparł  Finn,  patrząc  na  Lucy  uszczęśliwionym  wzrokiem. 

Dotknęła jego ust i wydało jej się, że wyczuwa wokół nich zmarszczki.   

– Schudłeś jeszcze – powiedziała.   
– Straciłem apetyt.   
– Ja też.   
– Mam nadzieję, że wiesz, co robisz. Przyszłość nie zapowiada się zbyt różowo.   
– Och, przestań już. Nie może być lepsza.   
– I nigdy nie będziesz żałowała? 
– Nigdy.   
– No to  ci  coś powiem. Tym  razem  to  dobra  wiadomość. Jeden z wykładowców, który 

trochę o mnie wie, rozmawiał na mój temat z przyjaciółmi. I wyobraź sobie, dostanę zlecenia 
w  pewnej  firmie  prawniczej.  Jest  to  urzędnicza  praca,  ale  płacą  lepiej  niż  mogłem  się 
spodziewać.   

– Widzisz, Finn – powiedziała Lucy, przepełniona uczuciem radości. – Następnym razem, 

jeśli będziesz chciał zaoszczędzić mi cierpienia, pozwól, żebym ja sama dokonała wyboru.   

– Przysięgam, że tak będzie. I nie musisz nic ode mnie kupować. Zapasy z mojego sklepu 

są twoje. Czy to znaczy, że wycofujesz się z orzeszków? 

–  O  nie,  w żadnym  wypadku.  Wszystko  już  sobie  wyliczyłam.  Tyle  że  pozbywamy  się 

Harolda. A poza tym, wiesz, pomyślałam sobie, że mam przed sobą sporo długich samotnych 

nocy i zapisałam się na kurs księgowości. Zaczynam jesienią.   

W  sobotę  wybrali  się  do  eleganckiej  restauracji,  a  dalszą  część  wieczoru  postanowili 

background image

spędzić u Finna. Usadziwszy Lucy na kanapie, Finn zapalił świece, a kiedy pokój wypełnił się 
łagodnym,  romantycznym  światłem,  wziął  ją  za  rękę  i  wsunął  na  palec  zaręczynowy 
pierścionek z brylantem. Westchnęła z zachwytu, myśląc zarazem, że musiał się chyba znowu 
zapożyczyć. Dotknął lekko jej twarzy.   

– Nie martw się. Sprzedałem mieszkanie i dostałem za nie zupełnie przyzwoite pieniądze. 

Towar, który jest w sklepie, jest twój, ale trzeba go jak najszybciej przenieść, gdyż kończy się 
dzierżawa.   

Usiadł obok niej i wziął ją za ręce.   
–  W  przyszłym  tygodniu  kończy  się  semestr  letni  i  mam  wolny  cały  miesiąc  aż  do 

ostatniej dekady sierpnia. Czy zgadzasz się, żebyśmy wzięli ślub w pierwszą sobotę sierpnia? 

– Tak, dobrze.   
–  Wiesz  –  pociągnął  ją  do  siebie  –  chyba  jeszcze  to  wszystko  do  mnie  nie  dotarto.  A 

forsę, która nam zostanie z miodowego miesiąca, przeznaczymy na opłacanie jakiegoś kąta.   

– A nie może to być moje mieszkanie? 
Dotknął  wargami  jej  skroni,  ucałował  policzki  i  zaczął  rozpinać  zamek  z  tyłu  prostej 

czarnej sukni. Odsłonił jej ramiona, a kiedy zarzuciła mu ręce na szyję, zaniósł ją do sypialni.   

– Będziemy musieli odczekać ładnych parę lat na nasze bliźniaki.   
– Kocham cię, więc poczekam. Chcę mieć dwóch chłopaczków takich jak ich tata.   
–  A  ja  dwie  dziewczynki  podobne  do  mamy.  Trzymam  dla  nich  Pana  PhiPhi.  Lucy 

roześmiała się.   

– Dwie parki bliźniąt. Ho, ho. Będziesz chyba musiał zostać wziętym adwokatem. Finn 

otrzeźwiał na moment i śmiertelnie poważnie zapytał: 

–  Czy  ty  naprawdę  chcesz  tego  wszystkiego?  Czy  jesteś  pewna?  Energicznym  ruchem 

Lucy zdjęła mu z ramion koszulę i pogładziła go po piersi.   

– Czy byłabym tutaj z tobą, gdybym myślała inaczej? – Przesunęła dłoń na pasek spodni. 

– Zaraz ci pokażę, jak bardzo tego chcę.   

Finn zachichotał i przycisnął ją do siebie, aż oboje, całując się, upadli na łóżko.