background image

William Bernhardt

Doskonała 

sprawiedliwość

Perfect Justice

Przekład: Katarzyna Muszyńska

Wydanie oryginalne: 1993

Wydanie polskie: 1995

background image

Joemu Bladesowi

za jego wyrafinowany smak i sprawienie,

że pisanie stało się przyjemnością, jaką powinno być.

background image

Serce ma swoje racje, o których

rozum nic nie wie.

BLAISE PASCAL (1623-1662), „MYŚLI”

background image

Po upadku Sajgonu ponad milion Wietnamczyków zbiegło z ojczyzny 

w poszukiwaniu azylu.  Największa część uciekinierów  skierowała się do 
Stanów Zjednoczonych. Ze względu na to, że Fort Chaffee w Arkansas był 
głównym punktem załatwiania formalności dla tych emigrantów, wielu z 
nich osiedliło się w Arkansas i sąsiadujących stanach.

Prawie   natychmiast   po   ich   przybyciu   szowinistyczne   ugrupowania 

rozpoczęły   protesty,   które   wkrótce   przyjęły   formę   propagandy,   gier 
politycznych i terroryzmu.

W 1992 w samym tylko Arkansas istniało już trzydzieści osiem różnych 

grup nacjonalistycznych.

background image

Prolog

– Ktoś umrze – powiedział młodszy z dwóch mężczyzn, idących razem wzdłuż ciemnej 

wiejskiej drogi.

Starszy potrząsnął głową.
– Musimy temu zapobiec. Musimy znaleźć inny sposób.
– Nie ma innego sposobu! –  Młody mężczyzna przerwał, szukając słów. Angielski nie 

przychodził mu łatwo, a pułkownik nalegał, aby używał tego języka, nawet kiedy byli sami. – 
Musimy... stawić opór.

– Musimy przetrwać, Tommy. Musimy chronić nasze rodziny.
– Tak jak w Porto Cristo? – Nawet ciemność nie przysłoniła nienawiści płonącej w jego 

oczach. – Nie będę znowu uciekał.

Czoło pułkownika Khue Van Nguyena zmarszczyło się. Próbował dobrać słowa, które 

przytłumiłyby wściekłość jego towarzysza.

Nguyen nie miał problemów z językiem; opanował angielski, zanim opuścił Wietnam. 

Ale nie mógł znaleźć odpowiednich słów. Prawdopodobnie, zadumał się, tak się dzieje, gdyż 
takie słowa nie istnieją.

– Zimny wiatr wieje przez Ouachitas, Tommy. – Jak na zawołanie, ostry górski powiew 

smagnął ich twarze. Pułkownik Nguyen wzdrygnął się. – Nadchodzą złe czasy. Musimy być 
ostrożni. Zło czai się wokół nas.

– Zło... wszędzie. To nic nie zmienia.
– Musimy to zmienić, Tommy.
Kiedy przybyli do Ameryki, przyjęli angielskie imiona i odwrócili kolejność nazwisk, aby 

dostosować się do anglosaskiej tradycji. Vuong Quang Thuy stał się Tommym.

– Nic nie planuję...
Pułkownik Nguyen położył dłoń na ramieniu Tommy’ego. Jak mu wytłumaczyć? Był tak 

młody, tak pełen gniewu. Oderwany od ojczyzny, a tu wciąż obcy.

– Jestem twoim przyjacielem. Twoim sąsiadem. Nie ma powodu, abyś miał przede mną 

sekrety. Wiem, że spotkałeś się z Dinh Pham i jego grupą.

– I co z tego?

background image

– Pham jest... niemądry. Chce użyć ekstremalnych środków.
–  Chcemy   stawić   opór!  –  Tommy   odepchnął   dłoń   pułkownika   Nguyena.  –  Jesteśmy 

zmęczeni ciągłym uciekaniem. Ukrywaniem się. Gotowi walczyć!

– Walczyć o co?
– O nasze domy. O Coi Than Tien.
– To o to walczyłeś w tej burdzie w barze? O Coi Than Tien?
Tommy zamknął oczy.
– To nie była moja wina.
– Błędy mogą popełniać tylko dzieci. Ten incydent nie pomógł Coi Than Tien.
– To są mordercy! Kryją się pod kapturami... i masakrują nas!
– Wciąż... – Zanim Nguyen zdołał zebrać myśli, usłyszał szelest dochodzący z pobocza 

drogi. – Wpatrywał się w ciemność, ale nic nie zauważył. Cóż, pewnie sowa albo królik. A 
może   to   tylko   gra   wyobraźni?   Zdał   sobie   sprawę,   jak   bardzo   ma   rozstrojone   nerwy. 
Konsekwencja   oczekiwania   przez   całe   życie   na   powrót   nieszczęścia.   Mocno   złapał 
Tommy’ego   za   ramiona.   –  Przyrzeknij,   że   ty   i   Pham   skonsultujecie   się   ze   mną   lub   ze 
starszyzną, zanim weźmiecie sprawy w swoje ręce.

– Spróbuję.
– Dziękuję ci – powiedział pułkownik Nguyen z lekkim ukłonem. – To wszystko, o co cię 

mogę prosić.

Droga zawiodła ich do północnej granicy osady Coi Than Tien. Objęli się w tradycyjnym 

pożegnaniu i każdy ruszył w swoją stronę. Vuong pomaszerował w kierunku południowego 
końca   osady;   mieszkał   tam   w   chacie,   którą   dzielił   wraz   z   trzema   innymi   samotnymi 
mężczyznami.

Nguyen   ruszył   w   stronę   swojego   domu,   życząc   sobie,   aby   mógł   pozbyć   się 

przytłaczającego  uczucia  strachu. Owinął się szczelniej  płaszczem.  Starszyzna  wybrała  to 
miejsce ze względu na jego piękno, odosobnienie, spokój. Teraz stało się ono beczką prochu. 
Eksplozja była nieunikniona. I Coi Than Tien z pewnością ogarną płomienie.

Nagły dźwięk przykuł jego uwagę. Zabrzmiało to jak ćwierk wróbla, tylko szybciej i 

ostrzej. Usłyszał to ponownie. Badał wzrokiem ciemność, która połknęła Vounga.

I   naraz,   na   południu   poprzez   drzewa   dojrzał   jasność.   Światło   tajemniczo   migotało. 

Nguyen   poczuł,   jak   na   karku   włosy   stają   mu   dęba.   Rzucił   się   w   stronę   ciemnego   lasu, 
przeklinając samego siebie. Nie powinien pozwolić Tommy’emu wracać samemu do domu. 
Przedzierał   się   poprzez   drzewa   tak   szybko,   jak   tylko   zdołał;   potem   wynurzył   się   na 
południowej drodze. Oślepiło go białe, ostre światło. Zacisnął powieki, po czym wolno je 
uniósł. I zamarł z przerażenia. W ciemności płonął drewniany krzyż. U stóp krzyża leżało 
skręcone i nieruchome ciało Tommy’ego. Osłaniając nos i usta, Nguyen podbiegł do młodego 
przyjaciela.   Oczy   pułkownika   łzawiły,   a   kłębiący   się,   gryzący   dym   powodował   kaszel, 
rozedrgane powietrze parzyło; zmusił się, aby nie zwracać na to uwagi. W piersi Tommy’ego 

background image

tkwił metalowy grot, drugi przebił szyję. Krew buchała z rany jak para z gejzeru. Nguyen 
chwycił dłoń Tommy’ego, starając się wyczuć tętno. Ręka zacisnęła się, Nguyen drgnął. Ku 
jego zdumieniu Tommy uniósł powieki. Patrzył prosto w jego oczy. Nguyena dobiegł głos, 
który właściwie był tchnieniem:

– Nie... pozwól im. Nie znowu.
Oczy Tommy’ego zamknęły się, a głowa opadła na bok. Rzężenie wydobyło się z gardła. 

Nguyen widział i słyszał to wiele razy przedtem. Nie potrzebował koronera, aby stwierdzić, 
że jego przyjaciel umarł.

Krztusząc   się   i   bełkocząc,   Nguyen   na   czworakach   oddalił   się   od   płonącego   krzyża. 

Chwilę potem, wierzchołek krzyża odłamał się i spadł na Tommy’ego. Nguyen patrzył, jak 
zapaliło się i płonęło ubranie Tommy’ego. Ogień szybko dokonał dzieła zniszczenia. Skóra 
Tommy’ego poczerniała...

Nguyen zamknął na moment oczy, nie chciał więcej patrzeć, ale wiedział, że i tak ten 

obraz uniesie pod powiekami.

Wpatrywał się w ciemny,  zalesiony obszar po drugiej stronie drogi. Coś tam było, a 

raczej ktoś. Nie widział wyraźnie, sylwetkę zniekształcały migoczące gorące fale. Nguyen 
przebiegł   obok   krzyża   i   wbiegł   do   lasu,   ale   nie   znalazł   śladu   po   niewyraźnej   postaci. 
Zatrzymał się na moment i nasłuchiwał szelestu kroków, trzasku gałązek... Zupełnie jak w 
dżungli. W Phu Cuong. On i wróg. Czekają.

Nguyen zmusił się, aby wrócić do rzeczywistości. Było za późno. Ktokolwiek tam był, 

już zniknął. Wracając o mały włos nie potknął się o leżący na ziemi plik papierów. Podniósł 
go. Broszury,  traktaty,  ulotki. W ciemnościach nie mógł czytać, ale wiedział, co to było. 
Szowinistyczna literatura. Widział jej wystarczająco dużo przez ostatnich kilka lat.

Nagle   kilkaset   jardów   dalej   noc   rozdarło   przeszywające   wycie   syren. 

Najprawdopodobniej szeryf z Silver Springs wkraczał do akcji.

Nguyen wepchnął papiery pod płaszcz, zagłębił się ponownie w las i pospieszył krętą 

ścieżką w stronę Coi Than Tien. Uciekając wiedział, że postępuje źle i nienawidził siebie za 
to. Wciąż to samo. Przez całą drogę do Coi Than Tien nie przerywał biegu. Miał już pewność, 
że wszystko się zmieni. Na gorsze. Lont do beczki z prochem został podpalony.

background image

Część I

Proszek

background image

Rozdział 1

– Ben, przestań tak chlapać. Płoszysz ryby.
– Próbuję wyciągnąć z wody ten głupi haczyk.
– Użyj kołowrotka. Właśnie po to jest.
Po kilku minutach gmerania w wodzie Ben Kincaid napiął żyłkę i zaczął łowić na swój 

sposób. Dlaczego, zadał sobie to pytanie po raz tysięczny, pozwolił Christinie namówić się na 
wyjazd   pod   namiot?   Jako   asystentka   w   firmie   prawniczej   była   pierwszej   klasy;   jako 
towarzyszka   podróży   miała   poważne   wady.   Jak   dotychczas   ten   wypad   do   Ouachitas 
przypominał   test,   który   miał   ujawnić   kompletną   ignorancję   Bena;   nie   miał   pojęcia   o 
najprostszych czynnościach związanych z obozowaniem w plenerze. Christina znała się na 
rzeczy, niestety.

– Wydaje mi się, że wiem, dlaczego przez cały ranek nie złowiłeś żadnego okonia.
– Ryby nie doceniają mojego intelektu i uroku?
– Nie. Nie masz przynęty na swoim haczyku. Tres pathetique.
Ben sprawdził koniec swojej wędki. Racja. Bystre oczy ma ta kobieta.
– Zdaje mi się, że obiecałaś nie mówić po francusku podczas tych tak zwanych wakacji.
–  To było, jak jechaliśmy z Tulsy. Teraz jestem na łonie natury i nie można krępować 

mojej swobody. Joie de vivre!

Ben nawijał żyłkę na kołowrotek, ale zaczęła się plątać.
– Nienawidzę zakładać przynęty na haczyk. Robaki są takie galaretowate i obrzydliwe.
– Robaki? –  Christina oparła swoją wędkę o brzeg.  –  Mam dla ciebie złą wiadomość, 

mon ami. My łowimy ryby na muchy.

– Na muchy,  tak? – Ben  postanowił wyjaśnić sprawę do końca.  –  Czy to znaczy, że 

powinienem nadziać na haczyk zdechłą muchę?

– Nie, nie dosłownie. – Tłumiąc śmiech, rozplątywała żyłkę.
To nie było  słuszne, że pozwalała  sobie na żarty.  Ostatecznie  cała  eskapada  była  jej 

pomysłem.  Przez minutę opowiadała o przyjemnej  podróży samochodem, aby nasycić się 
widokami Arkansas; zanim zdążył pomyśleć „Sprawdź to z rzeczywistością”, stał w jeziorze 
Fulton położonym wysoko w górach Ouachita, ubrany w zielone, sięgające bioder rybackie 

background image

buty.

– Sądzisz, że wyglądam idiotycznie, ha?
– No cóż... – Christina starała się nie patrzeć mu w oczy. – W każdym razie nie tak głupio 

jak zeszłej nocy, kiedy próbowałeś rozbić namiot.

– O, proszę o wybaczenie. Nie rozbijałem namiotów, kiedy dorastałem w Nichols Hill.
– To jasne. –  Christina z wprawą zarzuciła wędkę na środek jeziora:  –  Zakładając, że 

ktokolwiek z Nichols Hills kiedykolwiek udał się pod namiot, to najprawdopodobniej ze świtą 
służących jadących w roverach upakowanych delikatną porcelaną i wyborem egzotycznych 
win.

– Chwileczkę...
– Ben, myślę, że mamy dosyć wędkowania jak na jeden dzień. Chodźmy coś przekąsić.
Dzięki wspólnemu wysiłkowi i połowie puszki łatwopalnego płynu  Benowi udało się 

rozpalić ognisko. Tak naprawdę to spowodował wybuch. Niekontrolowany. Christina musiała 
zasypać płomienie ziemią, aby utrzymać je wewnątrz kamiennego kręgu, który teoretycznie 
miał wytyczać granice ogniska.

– Dzięki za pomoc – wykrztusił ogłupiały Ben po tym, jak piekło zostało opanowane.
– Nie ma  za co. Na przyszłość nie  baw  się zapałkami.  Christina  uwolniła  wszystkie 

złowione przez siebie ryby, a żadne z nich nie miało specjalnie ochoty na fasolkę z puszki, 
więc zdecydowali się zjeść pieczone marshmallowy

*1

.

Christina umieściła białego, pulchnego marshmallowa na końcu zaostrzonego kija i resztę 

rzuciła Benowi.

– Bon appetit.
Ben   usiadł   w   pobliżu   ogniska   i   podziwiał   scenerię.   Obozowisko   otaczały   wysokie, 

majestatyczne sosny amerykańskie. Było piękne letnie popołudnie, a promienie zachodzącego 
słońca przenikały przez iglaste gałęzie, rzucając poświatę na jezioro i wzgórza.

Nawet tak zatwardziały mieszczuch jak Ben musiał oddać sprawiedliwość otaczającemu 

go pięknu.

Kiedy Christina z wprawą przypiekła marshamallowa na ciemnozłoty kolor, wyjęła swoje 

organki z aksamitnego pokrowca.

– Czy masz coś przeciwko podkładowi muzycznemu? Mogę zagrać „KumBahYa”.
– Uff – westchnął Ben. – Nie, dzięki.
Już wcześniej zauważył, jak zgrabnie wyglądała Christina w krótkich bermudach koloru 

khaki.   Nawet   jeśli   wyprawa   nie   była   udana,   to   przynajmniej   wprowadziła   zmianę   w   jej 
codziennej nudnej garderobie.

– W czym problem? Przecież kochasz muzykę.
– Muzykę, tak. „Kum Bah Ya”, nie. – Ben opuścił swojego marshamllowa nad płomień 

1

*

 Marshmallow – amerykański słodki przysmak, odpowiednik waty cukrowej. Przypieczony przypomina w 

smaku karmel

background image

ogniska.

– Więc co chciałbyś usłyszeć? Nie mogę zagrać „Ring Cycle” na mojej harmonijce.
– Wielka szkoda.
– Zgodzisz się na coś Burla Ivesa? Umiem grać „Glow Little Glowworm”.
– Nie, dzięki. Znasz jakieś francuskie piosenki?
– Może być „Que Sera Sera”?
– Wolałbym nie. A może masz w repertuarze melodie Bobby’ego Darina?
– Melodie Bobby’ego Darina? Ben, nikt już nie słucha Bobby’ego Darina.
– Są tacy, co go słuchają. Był geniuszem.
– Och! –  Ben szarpnął kij do góry, bo jego marshmallow zajął się płomieniem.  –  O 

kurczę. Nie lubię, kiedy się przypala.

– Trzymałeś za blisko ognia.
– Myślałem o czymś innym. Christina uśmiechnęła się.
– Tęsknisz za biurem?
–  Nie. Akurat to powstrzymuje mnie przed narzekaniem, że zostałem siłą zabrany na 

wakacje. Nie tęsknię za biurem.

– Nawet za Jonesem? Albo za Lovingiem? Jesteś ich idolem, wiesz o tym.
Ben nadział kolejnego marshmallowa na koniec patyka.

 Zawsze   marzyłem   o   tym,   aby   uwielbiał   mnie   beczkowaty, 

dwustupięćdziesięciofuntowy kapuś, który uważa szantaż za formę łagodnej perswazji.

– A co myślisz o Jonesie?
–  Jones wraz z jego zdolnościami do pisania na maszynie i segregowania dokumentów 

jest, w najlepszym wypadku, nieszkodliwy. Z drugiej strony, on nigdy nie wyciągnąłby mnie 
na łowienie ryb na muchy.

Christina grzebała w turystycznej lodówce.
– No to Giselle. Musisz tęsknić za swoim kotem.
–  Dlaczego? Czy tęsknota jest warunkiem, żeby cieszyć się opinią wrażliwego faceta? 

Pani Marmelstein opiekuje się Giselle. Nic jej nie będzie.

Christina podała Benowi karton czekoladowego mleka.
– Wydaje się, że jesteś dziś w nie najlepszym humorze.
– Tak, chciałem pojechać do Silver Dollar City.
Ben strząsnął kleistego marshmallowa z końca patyka. Lepiej, żeby był niedopieczony niż 

zwęglony.

– Nocleg pod namiotem dobrze ci zrobi –  powiedziała Christina.  –  Powinieneś więcej 

przebywać na świeżym powietrzu. Zrelaksuj się, odpocznij. Bądź w kontakcie z naturą.

–  Aha!  Więc   pod nazwą  wakacji  faktycznie   kryje  się  zorganizowana   z premedytacją 

terapia.   Część   twojego   długoterminowego   planu,   zakładającego   moją  przemianę   w   miłą 
przytulankę.

background image

Christina wzruszyła ramionami.
– A od czego są przyjaciele?
Ben nie odpowiedział, gdyż z dala doszedł ich odgłos krztuszącego się gaźnika. Ktoś 

nadjeżdżał wąską ścieżką prowadzącą z głównej drogi do obozowiska.

– Domyślasz się, kto to może być? – spytał Ben.
–  Może   Miś   Smokey   chce   wpaść   na   chwilkę,   żeby   dać   ci   wykład   na   temat 

niebezpiecznych płynów palnych.

– Nie wydaje mi się. – Ben odrzucił patyk.
– Jest tylko jeden sposób, żeby się dowiedzieć.
Ben i Christina podeszli do granicy obozowiska. Przed nimi zatrzymała się czerwona 

półciężarówka, najdroższy model z szerokimi oponami i z przyciemnioną tylną szybą.

Z   samochodu   wysiadł   szczupły   mężczyzna,   ubrany   w   niebieskie   dżinsy   i   flanelową 

koszulę. Wyciągnął rękę.

– Nazywam się Harlan Payne. Czy pan to Ben Kincaid?
Skąd do licha...?
– Zgadza się. To jest Christina McCall.
– Jesteś prawnikiem?
– Tak. Dlaczego pytasz? – Ben nagle zauważył, że wciąż miał na sobie zielone, rybackie 

buty. Ściągnął je. – No, może teraz wyglądam trochę bardziej profesjonalnie.

– Nie ma dla mnie znaczenia, jak wyglądasz – powiedział Payne. – Jesteś z Tulsy?
– Tak.
– Daleko od domu.
– Lubię wyjechać od czasu do czasu. – Zignorował uśmieszek Christiny.
– Szukałem cię wokół całego jeziora. Teraz Ben był naprawdę zaciekawiony.
– Skąd wiedziałeś, że tu jestem?
– Sammy Dean mi powiedział.
– Sammy Dean?
– Ze sklepu z przynętą i sprzętem do wędkowania; kawałek drogi stąd.
– Och. Racja.
Kiedy wybierała przynęty i dodatkowy sprzęt wędkarski, Christina uraczyła właściciela 

sklepu opowieściami o męstwie Bena, z których większość daleko wykraczała poza granice 
rzeczywistości.

– Dlaczego Sammy Dean powiedział ci o mnie?
– Szukam prawnika. Żeby poprowadził sprawę.
– Naprawdę?
W normalnej sytuacji Ben nie wykazałby zainteresowania, gdyby ktoś zaoferował mu 

pracę w środku wakacji, ale skoro dzięki temu miałby wymówkę, żeby wymknąć się na kilka 
dni spod kurateli Christiny...

background image

– Sprawa cywilna czy kryminalna? – indagował Ben.
– Kryminalna. Będziesz reprezentował obronę.
– Wspaniale. –  Ben uśmiechnął się od ucha do ucha.  –  Jaki zarzut? Wędkowanie poza 

sezonem?

– Jakoś nie chce mi się śmiać. – Payne podszedł do Bena i spojrzał mu prosto w oczy. – 

To morderstwo. Makabryczne, z premedytacją. Pierwszego stopnia.

background image

Rozdział 2

– Morderstwo? –  Ben musiał przerwać na moment, żeby zebrać myśli. –  Ty popełniłeś 

morderstwo?

– Nie, nie. Oczywiście, że nie. Jestem prawnikiem, tak samo jak ty. No, może nie takim 

samym jak ty. – Payne sięgnął po swój portfel. – Widzisz. Moja karta adwokacka.

Ben   badawczo   przyjrzał   się   plastikowej   karcie.   Wyglądała   wiarygodnie.   Payne   był 

członkiem dobrej firmy adwokackiej w Arkansas.

– Dlaczego sam nie poprowadzisz tej sprawy?
– Nie znam forteli, które stosuje się w procesach o morderstwo. Zajmuję się sprawami 

spadkowymi.   Znasz   to:   przyjemna,   łatwa   praca.   Sąd   wyznaczył   mnie   do   tej   rozprawy, 
ponieważ oskarżonego nie stać na własnego adwokata. A ja nie znam prawa karnego.

– Ben zna. – Christina kuła żelazo, póki gorące. – Jest ekspertem w sprawach karnych. 

Wygrał jeden z największych, najbardziej kontrowersyjnych procesów o morderstwo.

Ben wzniósł oczy do nieba. Kochana, stara Christina, jego osobisty rzecznik prasowy.
– O tym właśnie opowiadał mi Sammy Dean – Payne zwrócił się do Christiny, jakby Ben 

znajdował się tysiące mil od tego miejsca. – To musi być świetny facet.

– Gdyby nie był taki – powiedziała Christine – nie stałabym tutaj. Siedziałabym gdzieś w 

komórce, czekając na Wielką Igłę.

Oczy Payne’a zapłonęły z podziwu.
– Nigdy dotąd nie spotkałem najjaśniejszej gwiazdy prawa.
–  Chwileczkę  – zaprotestował Ben, przerywając Christinie. –  Nie jestem supergwiazdą. 

Zaledwie   cztery  lata   temu   skończyłem   studia.   Prowadziłem   kilka   spraw   kryminalnych.  – 
Zmierzył Christinę potępiającym spojrzeniem. – Nie dziesiątki.

Payne wydawał się zawiedziony.
– Więc nie uczestniczyłeś w procesach o morderstwo?
–  Wprawdzie   uczestniczyłem,   ale...   –  przerwał,   czując   łokieć   Christiny   na   swoich 

żebrach.

– Pardonnez-moi. Czy mogłabym porozmawiać z panem przez chwilę, panie Kincaid?
Ben zmarszczył brwi.

background image

–  Proszę   o   wybaczenie,   panie   Payne,   ale   przeprowadzę   krótką   konferencję   z   moją 

asystentką.

–  Z   damą-asystentką.   Przypuszczam,   że   to   prawdziwa   przyjemność.   Oczywiście 

konferujcie tak długo, jak to potrzebne.

Christina i Ben odeszli parę kroków.
– Okay – warknął Ben – co to za świetny pomysł?
– Słuchaj – wbiła mu palec w pierś – może cię nie obchodzi, czy zarobisz jakieś pieniądze 

w tym roku podatkowym, ale uwierz mi, że twój personel się tym interesuje.

– Nie mogę uwierzyć...
– Jesteś szczęściarzem, że masz lojalnych i oddanych ci pracowników: Jonesa, Lovinga i 

samą   śmietankę,   czyli   mnie,   którzy   nie   narzekają   na  –  jak   to   powinnam   powiedzieć?  – 
dziwaczny sposób, w jaki im płacisz. Zdaję sobie sprawę, że początki samodzielnej praktyki 
to  powolna  i  trudna  praca.   Ale pozostaje  faktem,   że  nie  miałeś  prawdziwie   pokazowego 
procesu od czasu, kiedy odszedłeś z Apollo, a minęło już wiele księżyców.

– Niemniej jednak...
–  Ben, bądź cicho. Ta sprawa najprawdopodobniej nie uczyni z nas bogaczy, ale skoro 

płaci sąd, to przynajmniej nie będziemy się martwić o inkasowanie należności. W dodatku to 
jest właśnie ten rodzaj reklamy, jaki jest ci potrzebny, żeby przyciągnąć poważnych klientów.

Ben zrozumiał, że nie pozostało mu nic poza całkowitym posłuszeństwem.
– Tak, pani.
Payne czekał spokojnie przy samochodzie.
– Po konsultacji z moim personelem – powiedział Ben – zdecydowałem rozważyć zajęcie 

się tą sprawą.

– Świetnie. – Czoło Payne’a się rozpogodziło. – Co za ulga.
–  Jeszcze nie zgodziłem się go reprezentować  –  podkreślił Ben bardziej ze względu na 

Christinę niż Payne’a. – Gdzie mogę znaleźć oskarżonego?

– W miejskim więzieniu. Zawiozę cię tam.
– Kiedy?
– Im prędzej, tym lepiej. Zebranie poprzedzające proces zaczyna się za pół godziny.
– Co?!

background image

Rozdział 3

Ze względu na to, że kabina półciężarówki nie była wystarczająco duża, aby pomieścić 

trzy osoby i sporą kolekcję broni Payne’a, Christina musiała jechać z tyłu na platformie. W 
normalnej sytuacji Ben nalegałby, żeby siedziała z przodu; jednakże w obecnych warunkach 
wydawało się to jedynym rozsądnym rozwiązaniem.

Półciężarówka   pokonywała   kręte,   górskie   drogi   zdecydowanie   lepiej,   niż   robiła   to 

wczoraj starzejąca się honda accord Bena.

Ben miał kolejną okazję, aby podziwiać widoki Ouachita: derenie otoczone żółtawymi 

krzewami.   Droga   wiła   się   przez   wzgórza   Arkansas   zupełnie   jak   cięta   rana.   Ben   zaczął 
odczuwać mdłości. Trakt był wystarczająco kiepski, a Payne nie oszczędzał pedału gazu.

Ben domyślił się, że adwokat z Arkansas obawiał się zebrania.
– Nie sądzisz, że to zbyt ryzykowna jazda? – zapytał.
–  Bez   obaw.   Te   szerokie   opony   mają   dobrą   przyczepność.   Mogę   jechać   dwa   razy 

szybciej, ale nie chcę, żeby twoja dziewczyna wypadła.

–  Co za troskliwość. A tak na marginesie: ona nie jest moją dziewczyną. Jest dobrym 

przyjacielem i współpracownikiem.

– I wy... współpracownicy, wyjechaliście sobie razem pod namiot?
– Oddzielne namioty.
–  Chłopie,   wy,   miejskie   typy,   postępujecie   według   innych   zasad.   Moja   żona   nie 

pozwoliłaby mi wyjechać pod namiot z inną kobietą. Nawet jeśli byłbym  przyklejony do 
mojego śpiwora.

Zjechali z gór i podążali polną drogą do Silver Springs. Ben był w tym mieście tylko 

chwilę, kiedy przyjechał z Christiną. Większość rezydencji na obrzeżach Silver Springs miała 
zdecydowanie wiktoriański charakter – jaskrawe kolory i ostro zwieńczone szczyty dachów. 
Kiedy   wjechali   w   dzielnicę   biurową,   zaczęły   dominować   szare,   betonowe   bloki.   Ben 
dostrzegł salon bingo, sklep wielobranżowy, sklep „Wszystko za pięć dolarów i dziesiątaka” 
– wybudowane w stylu wymykającym się wszelkiej klasyfikacji. Okazało się, że miasto ma 
tylko dwie główne ulice: Main krzyżującą się z Maple; obie ciągnęły się na długość trzech 
budynków.

background image

Ben   usłyszał   w   oddali   gwizd   pociągu.   Dźwięk   ten   jakby   jeszcze   podkreślił   marazm 

miasteczka.   Sklepy   wychodzące   na   ulicę   były   zamknięte.   Grupka   nastolatków   w 
kombinezonach siedziała na tylnym zderzaku zaparkowanej ciężarówki, sącząc piwo. Kilkoro 
dzieciaków   rzucało   monetami   o   ścianę   nieczynnej   stacji   benzynowej.   Jedyne   prawdziwe 
odgłosy życia dochodziły z salonu bingo i kilku barów.

Szczególnie jednego –  Bluebell. Sznur zaparkowanych półciężarówek świadczył o jego 

atrakcyjności.

– Bluebell sprawia wrażenie miejscowego centrum – zauważył Ben.
Payne uśmiechnął się szeroko.
– Z pewnością. Znajdujemy się właśnie na samym krańcu Reeves County, które jest tuż 

obok  jedynego   wilgotnego   obszaru   pomiędzy   Fort   Smith   i   Hot   Springs.   Kochani,   starzy 
chłopcy tankują tutaj, a potem jadą do domu, „zanim zrobi się zbyt ciemno”.

– Jestem pewien, że po uprzednim wyznaczeniu kierowcy.
– Jasne!
Ben spostrzegł restaurację oferującą OZARK BAR-B-Q.
– Znajdujemy się trochę za bardzo na południe od Ozark.
–  Ozark   oznacza   rodzaj   potrawy,   a   nie   miejsce.   Tak   jak   kuchnia   meksykańska.   Nie 

musisz być w Meksyku, żeby zjeść burrito.

– Pojmuję.
– Widzisz to audytorium, o tam? –  Payne wskazał niski budynek na wzgórzu.  –  Bill 

Clinton występował raz ze szkolną kapelą właśnie w tym miejscu. To było w 1963 roku. 
Teraz powiesili tam tablicę.

– Nie mów.
Kilka minut później Payne zaparkował przed biurem szeryfa. Weszli do środka i Bena 

przedstawiono lokalnemu stróżowi prawa.

Szeryf   George   Collier,   żylasty   mężczyzna   o   lekko   przyprószonych   siwizną   rudych 

wąsach, był ubrany w kraciastą koszulę, levisy i kowbojskie buty z okutymi srebrem noskami.

– A gdzie twój mundur szeryfie? – zażartował Payne.
– To jeden z przywilejów bycia szefem.
–  Poznaj   mojego   przyjaciela,   Bena,   który   chce   porozmawiać   z   twoim   więźniem.  – 

Dokonał prezentacji Payne.

– O, naprawdę? To będziesz pierwszy. Poza panem Payne, oczywiście. A tak w ogóle, to 

kiedy zaczyna się proces sądowy?

– W przyszłym tygodniu – odpowiedział Payne.
Ben głęboko wciągnął powietrze.
– Dobrze – ucieszył się Collier. – Odetchnę, jak się go pozbędę.
– Sprawia kłopoty? – zapytał Ben.
–  Nie.  Tyle  że  przy więźniu  jest  piekielnie  dużo roboty.  Przynoszenie  mu  posiłków. 

background image

Czyszczenie jego toalety. To grubsza ryba.

Ben udawał współczucie. W trakcie rozmowy do pokoju wszedł mężczyzna w szarym 

mundurze.

– Ben, poznaj mojego zastępcę Gustafsona.
Ben wyciągnął rękę.
– Miło mi cię poznać.
–  Ben   będzie   reprezentował   twojego   więźnia  –  wyjaśnił   Payne.  –   No, 

najprawdopodobniej.

Gustafson cofnął rękę.
– Ach tak?
–  Jeszcze się nie zdecydowałem  –  zastrzegł się Ben.  –  Nawet nie rozmawiałem z tym 

człowiekiem...

–  Lepiej   uważaj   na   siebie  –  rzucił   zimno   Gustafson,   wychodząc   machnął   im   na 

pożegnanie ręką.

Payne przeprowadził Bena i Christinę przez drewniane drzwi do żelaznych prętów celi.
– O co mu chodziło? – zapytał Ben.
– Nic takiego. Sam wiesz, jak ci rycerze prawa cierpią, gdy ktoś ma uczciwy proces. Ich 

zdaniem, powinni mieć zezwolenie na dokonywanie egzekucji z samochodu patrolowego.

Jedyny   pensjonariusz   więzienia   siedział   w   pierwszej   z   trzech   cel.   Był   to   młody, 

muskularny   mężczyzna,   najprawdopodobniej   tuż   po   dwudziestce.   Miał   jasnorude  włosy  i 
wygląd grzecznego chłopca z sąsiedztwa.

Ben uśmiechnął się zadowolony. Oskarżony będzie wyglądał wspaniale przed sądem.
– Ben – powiedział Payne – poznaj Donalda Vicka. Donald, to jest Ben Kincaid. Prosiłem 

go, żeby został moim doradcą w twojej sprawie. Właściwie chcę, żeby przejął ten proces. Jest 
ekspertem w sprawach o morderstwo.

Ben przełknął protest, który sam się cisnął mu na usta.
– Miło mi cię spotkać.
Zamiast  wymienić uścisk dłoni z Benem, który już wyciągnął  rękę, Vick skrzyżował 

ramiona i przyglądał się badawczo Benowi spoza żelaznych prętów.

– Po czyjej stronie jesteś?
– Czyjej... stronie? – Ben zmarszczył czoło. – Jeśli zajmę się sprawą, to będę po twojej 

stronie.

– Nie to miałem na myśli.
– Wydaje mi się, że nie rozumiem.
– Ben – wtrącił się Payne – dlaczego nie spytasz Donalda o to, co powinieneś wiedzieć, 

żeby wziąć udział w zebraniu poprzedzającym proces. Mamy jeszcze tylko kilka minut.

– Czy możesz mi powiedzieć o...
– Co z tego masz? – przerwał mu Vick.

background image

–  Proszę?  –  To   był   najdziwniejszy   z   wywiadów   z   podsądnym,   jakie   do   tej   pory 

przeprowadził Ben.  –  Przypuszczam, że jeśli podejmę się sprawy, to zapłaci mi sąd. Mają 
prawdopodobnie ustaloną stawkę. Czy to masz na myśli?

– Nie bardzo. – Vick rozprostował ręce i podszedł do swojej pryczy.
Ben ściszył głos do szeptu:
– Co go gryzie?
Payne uśmiechnął się nieszczerze.
– Wiesz, jak to jest. Siedzi w więzieniu już od tygodni. Boi się i nie wie, jak sobie z tym 

poradzić. Jestem pewien, że wyga sądowy taki jak ty widział już coś podobnego przedtem. 
Więc zajmiesz się tą sprawą?

– Nie poganiaj mnie. O zamordowanie kogo jest oskarżony?
–  Wietnamczyka,   prawie   w   jego   wieku.   Nazywał   się   Vuong.   Przyjaciele   mówili   mu 

Tommy.   Żył   we   wspólnocie.   Kilka   mil   za   miastem   około   dwudziestu   rodzin   prowadzi 
wylęgarnię drobiu. Wiesz, że Fort Chaffe był głównym punktem zbiorczym Wietnamczyków 
uciekających   z   kraju.   Od   tamtej   pory   w   Arkansas   jest   ich   pełno.   Większość   z   nich   nie 
przysparza kłopotów, ale ten dzieciak Vuong nie był specjalnie grzeczny. Miał problemy z 
prawem, odkąd tylko tu zawitał.

– Dlaczego policja twierdzi, że to Vick go zabił?
– Udowodniono, że w dniu zabójstwa on i Vuong wdali się w bójkę w miejscowym barze. 

Jestem pewien, że to Vuong ją sprowokował, jak powiedziałem, nie był specjalnie grzeczny. 
W   każdym   razie   Voung   miał   przewagę   nad   Donaldem   i   Donald   dostał   po   dupie.   Kilku 
świadków   stwierdziło,   że   Donald   groził   Vuongowi.   I   tej   nocy   Vuong   zginął.   Szeryf   nie 
znalazł innego podejrzanego, więc zrobił to, co uważał za oczywiste.

Ben spotkał się już wcześniej z podobnym przypadkiem. Wiedział, że kiedy dochodzi do 

poważnego przestępstwa policja jest zmuszona znaleźć podejrzanego.

– Jeśli to jest wszystko, co mają mu do zarzucenia, to znaczy, że powinno nam się udać 

wywiązać z obowiązku. Inaczej mówiąc, powinniśmy obalić zarzut.

–  Świetnie  –  ucieszył  się Payne.  –  Właśnie  to chciałem  usłyszeć.  Czy to znaczy,  że 

zajmiesz się tą sprawą?

– Wydaje się, że za bardzo chcesz zwerbować Bena – wtrąciła Christina.
– Jak powiedziałem, zebranie przed rozprawą zaczyna się za kilka minut, a ja nie mam 

zielonego pojęcia, jak to się odbywa.

– Nie chcę być niegrzeczna – nalegała dalej – ale mam wrażenie, jakbyś o czymś nam nie 

powiedział.

Ben nauczył się wierzyć instynktom Christiny.
– Czy to prawda? Czy ukrywasz przed nami informacje?
Payne nerwowo spojrzał na zegarek.
–  O rany, Ben, po zebraniu z przyjemnością ci wszystko wyjaśnię. Po prostu teraz nie 

background image

mamy na to czasu.

– Znajdziemy czas – zdecydowanie powiedział Ben. – Mów teraz albo znajdziesz się sam 

na zebraniu.

Payne westchnął.
– Wydaje mi się, że może chciałbyś wiedzieć... że Donald jest członkiem ASP.
– ASP? Co to jest?
Kolejny głęboki wdech.
– To jest supremacyjne ugrupowanie białych. Anglo-Saksoński Patrol. Założyli w pobliżu 

paramilitarny obóz treningowy.

–  Żartujesz.  –  Ben   spojrzał   na   niewinnie   wyglądającego   chłopaka,   ostrożnie 

obserwującego ich z pryczy. – On?

– Obawiam się, że tak.
– Czy on pochodzi z Silver Springs?
– Och, nie. Żaden z nich stąd nie pochodzi. Przyjechali z Alabamy i rozbili obozowisko 

kilka   miesięcy   temu.   Widocznie   kilku   mieszkańcom   Silver   Springs   nie   odpowiadało 
sąsiedztwo tych Wietnamczyków; zwłaszcza że wydawało się, że grozi ono zmniejszeniem 
zysków miejscowych kurzych farm. Wiesz, to jest interes lokalnych grubych ryb.

– Więc przywołali na pomoc rasistowską grupę terrorystyczną – Christina nazwała rzecz 

po imieniu. – To oburzające.

–  Nie   wiem,   kto   ich   wezwał.   Ale   miasto   nie   jest   już   to   samo,   odkąd   się   pojawili. 

Przynoszą   kłopoty:   rzucają   pogróżki,   podkładają   ogień,   wysadzają   samochody.   Nikt   nie 
potrafi   dowieść,   że   to   oni   są   winowajcami,   ale   równocześnie   nikt   nie   ma   wątpliwości. 
Przyjechało kilku prawników z Montgomery z organizacji zwanej Hatewatch. Krążą tutaj, 
żeby unieszkodliwić takie brygady jak ASP przez tworzenie ewidencji i to jeszcze pogarsza 
sprawę.   Sytuacja   w   mieście   jest   napięta,   każdy   boi   się   własnego   cienia.   Jest   więcej 
nienawiści, niż to małe miasteczko może pomieścić.

Ben skinął głową. Mgła w końcu opadła.
– To dlatego ciebie wyznaczono do tej sprawy. Żaden prawnik nie podjąłby się tej sprawy 

na ochotnika.

– To prawda – niechętnie potwierdził Payne.
–  I wydawało ci się, że mógłbyś  wkopać Bena, żeby mieć to z głowy  –  powiedziała 

Christina.  –  Przykro   mi,   ale   nie   masz   szczęścia.  –  Ruszyła   w   stronę  drzwi   –  No,   Ben. 
Chodźmy stąd.

– Chwileczkę. – Ben wpatrywał się w Payne’a. – O czym jeszcze nam nie wspomniałeś?
– Tylko o szczegółach – przyznał Payne, szybko dodając: – Naprawdę.
Ben spochmurniał:
– I nie byłeś w stanie znaleźć nikogo, kto by go reprezentował?
– Ben, słowo honoru. Dzwoniłem do wszystkich prawników w Reeves County.

background image

– Ben, o co chodzi? – Christina szarpała go za rękaw. – Chodźmy stąd.
–  Raczej   nie   mogę  –  powiedział   Ben.  –  Nikt   inny   nie   będzie   reprezentował   tego 

dzieciaka. A każdy człowiek ma prawo do obrony.

–  Ben, co ty mówisz? Nie myślisz poważnie, żeby działać w imieniu tej rasistowskiej 

świni, prawda?

–  Osobiście uważam jego przekonania za godne potępienia. Ale Zasady Postępowania 

Zawodowego nakładają na prawników specjalny obowiązek reprezentowania niepopularnych 
osób, które mają trudności ze znalezieniem obrony.

– Zamierzasz zająć się tą sprawą?
– Ktoś musi.
– Ben, ten człowiek jest zły!
– To jeszcze większy powód, żeby poprowadzić ten proces zgodnie z zasadami.
– Przyjechał do miasta ze swoim oddziałem zbirów szukać kłopotów. I znalazł je. Koniec 

historii.

– Czy ty nie jesteś jedną z osób, która kilka minut temu namawiała mnie na podjęcie się 

tej sprawy?

–  Tak, zanim dowiedziałam się, że on jest faszystowskim nosicielem nienawiści. Teraz 

zmieniłam zdanie.

–  Nawiązując do tego, co powiedziałaś, potrzebne mi są wysokiej klasy procesy, żeby 

zyskać reputację.

–  To prawda, Ben. Jeśli o tym mówimy, to dlaczego nie zajmiemy się napastowanymi 

dziećmi i zamachami na prezydenta. – Złapała go za ramię. – Ben, nie rób tego!

–  Przepraszam,   Christma.   Wiesz,   że   respektuję   twoją   opinię,   ale   już   zdecydowałem. 

Zwrócił się do Payne’a:

– Wezmę tę sprawę.
– Więc zostałeś sam! – Christina obróciła się na pięcie i pobiegła w kierunku drzwi na 

końcu korytarza.

– Christina!
Zatrzasnęła za sobą drzwi.
Ben uśmiechnął się krzywo.
– Ma duży temperament – rzucił. – Jestem pewien, że wróci.
–  Cieszę   się,   że   dołączyłeś   do   załogi  –  powiedział   Payne.  –  Musimy   już   jechać   na 

zebranie.

– Za moment. –  Ben stanął przy prętach  celi Vicka. –  Chciałbym  cię reprezentować 

Donald, jeśli ty tego chcesz.

Vick nawet nie podniósł głowy.
– Postępuj, jak ci wygodnie.
–  Myślę,  że  tak  zrobię.   Zebranie   przed  rozprawą to  nie  jest wielka   rzecz.  Po  prostu 

background image

powiemy sędziemu, że jesteś niewinny i że my...

– Co? –  Vick nagle podniósł głowę. Zeskoczył z pryczy i podszedł do prętów.  –  Kto 

powiedział, żeby nie przyznawać się do winy?

Ben poczuł zimno biegnące wzdłuż kręgosłupa. Nie podobało mu się, że ten dzieciak stoi 

tak blisko.

– No, ja tylko przypuszczałem...
– Nie przypuszczaj nic, mieszczuchu.
– Nie przyznałeś się do winy, kiedy cię oskarżono.
– Zmieniłem zdanie.
– Jako twój adwokat mam obowiązek...
– Twoim obowiązkiem jest robić to, co ci każę. Jestem winny, rozumiesz?
Benowi opadła szczęka.
– Jesteś...
– Słyszałeś – warknął Vick. – Winny! I chcę, żebyś to powtórzył sędziemu.

background image

Rozdział 4

Ben poczuł, jak jego serce zamienia się w kamień i spada na dno żołądka. Kiedy do końca 

nauczy się ufać instynktom Christiny?

– Czy chcesz powiedzieć, że zabiłeś tego mężczyznę... Vuonga? Vick spojrzał gdzieś w 

przestrzeń.

– Chcę, żebyś twierdził, że jestem winny. Zrozumiałeś?
– To nie jest odpowiedź na moje pytanie. I patrz na mnie, kiedy do ciebie mówię.
Vick z niechęcią wykonał polecenie.
– Zabiłeś go? – zapytał Ben.
– Dlaczego cię to obchodzi? Wiesz już, czego od ciebie oczekuję. I to wszystko, co mam 

do powiedzenia.

–  Jeśli naprawdę zabiłeś Vuonga i chcesz przyznać się do winy, to twoja sprawa. Ale 

jeżeli upierasz się przy tym po prostu po to, aby komuś zaimponować albo dlatego, że masz 
zły dzień, to zupełnie co innego.

Vick odwrócił się i stanął twarzą do tylnej ściany celi.
– Chwileczkę. – Ben wcisnął nos pomiędzy pręty. – Mam jeszcze kilka pytań.
Jedyną odpowiedzią było lekkie drgnięcie pleców Vicka.
– Jak mam występować w twoim imieniu, skoro nie chcesz ze mną rozmawiać?
Żadnej reakcji. Ben spojrzał na Payne’a.
– Nie mogę w to uwierzyć. Chcę wiedzieć...
– Pogawędzimy później. – Payne wskazał na swój zegarek. – Jesteśmy spóźnieni. Sędzia 

Tyler będzie wściekły jak osa.

Payne popchnął Bena wzdłuż korytarza.
– Ale... –  Ben ze zdumienia zamrugał oczami. Drzwi zamknęły się i odgrodziły go od 

dziwnego więźnia. W co on się wplątał?

Payne   dotarł   z   Benem   do   sądu   stanowego   na   Main   Street   w   niespełna   pięć   minut. 

Budynek sądu przywodził na myśl ilustrację w kolorze sepii z książki historycznej; był z 
pewnością największym i najciekawszym pod względem architektonicznym domem w Silver 
Springs.   Napis   na   kamieniu   węgielnym   wmurowanym   obok   drzwi   frontowych   głosił,   że 

background image

budowę zakończono w 1892 roku. Ben zastanawiał się, jakim cudem miasto tej wielkości 
zostało wybrane na siedzibę władz hrabstwa. To chyba bardzo małe hrabstwo.

Kiedy Ben i Payne weszli do gabinetu sędziego, zastali już tam dwóch mężczyzn. Ben 

domyślił   się,  że   mężczyzna  siedzący  za   biurkiem  to  sędzia.  Miał   dystyngowany   wygląd, 
wyraziste rysy twarzy i krótko ostrzyżone siwe włosy. Drugi mężczyzna był zdecydowanie 
młodszy,   mniej   więcej   w   wieku   Bena.   W   normalnej   sytuacji   Ben   przypuszczałby,   że   to 
prokurator okręgowy. Przeciwko takiej konkluzji przemawiał fakt, że mężczyzna trzymał na 
swoich kolanach dziecko.

–  Słuchaj,   sędzio  –  powiedział   mężczyzna.   Uśmiechnął   się   do   dziecka,   które 

najprawdopodobniej miało półtora roku. – Kochanie, jak mówią pieski?

– Hau-hau – nadeszła odpowiedź.
– Właśnie tak. – Mężczyzna klasnął w ręce.
Mała dziewczynka promieniała.
– Okay, cukiereczku, a co mówią kaczuszki?
– Kwa-kwa.
– Bardzo dobrze! –  Mężczyzna podniósł wzrok.  – Ma dwa punkty na dwa. –  Obrócił 

dziewczynkę twarzą do sędziego.  – No dobrze, teraz coś trudniejszego. Powiedz sędziemu 
Tylerowi, co mówią sędziowie.

– Przepracowany – zachichotała radośnie.
– No tak, będę – zgodził się sędzia Tyler, z entuzjazmem bijąc brawo. – Amber, wierzę, 

że jesteś najmądrzejszą małą dziewczynką w całym Reeves County.  –  Sięgnął ręką przez 
biurko i pogłaskał ją po główce.

Amber zaczerwieniła się i ukryła buzię w dłoniach. Ben obserwował zdumiony. Co to za 

diabelski rodzaj przesłuchania wstępnego?

Payne chrząknął.
– Przepraszam, panie sędzio. Czy możemy zaczynać?
– Oczywiście, że możemy, panie Payne. Siadajcie. – Sędzia Tyler uśmiechnął się szeroko, 

przyjaźnie do Payne’a i poklepał go po ramieniu. – Czujcie się jak w domu.

Ben i Payne zajęli dwa wolne krzesła. Gabinet był, delikatnie mówiąc, przytulny, jednak 

ktoś mniej  subtelny określiłby go mianem  klitki wielkości szafy.  Miejsca wystarczyło  na 
biurko i cztery krzesła. Ben siedział ramię przy ramieniu  z mężczyzną,  którego uznał za 
prokuratora okręgowego. Mała dziewczynka zaczęła się bawić rękawem koszuli Bena.

– Kim jest twój przyjaciel, panie Payne? – zapytał sędzia.
–  To Ben Kincaid, panie sędzio. Prowadzi praktykę  adwokacką w Tulsie. Chciałbym 

prosić, aby został uznany pro hac vice. Wtedy mógłby pomóc mi w sprawie.

Ben skrzywił się, słysząc, w jaki sposób zostało to wymówione.
– Rozumiem. Czy pan Kincaid posiada doświadczenie w sprawach tej natury?
Ben wyczuł, że sędzia chce się o nim czegoś dowiedzieć.

background image

– O, tak – potwierdził Payne. – Jest ekspertem w sprawach o morderstwo.
Ben ścisnął skronie palcami. Naprawdę musi z Christiną ustalić granice reklamy.
–  Ekspert w sprawach o morderstwo, mój Boże  –  powtórzył sędzia.  –  Nie znalazłbym 

nikogo takiego w tej okolicy. Oczywiście nie mieliśmy morderstwa od dwunastu lat. Czy nie 
mógłby pan trochę o sobie opowiedzieć, panie Kincaid?

– Hm... od kilku lat prowadzę praktykę prawną w Tulsie...
– Od kilku lat? Wygląda pan dosyć młodo na... dwadzieścia siedem, dwadzieścia osiem 

lat.

– Mam... trzydzieści jeden lat, panie sędzio.
– Zatem wygląda pan młodziej.
– Tak mi mówiono.
– Pracuje pan w jakiejś dużej firmie?
– Pracowałem, sir. Kilka lat temu. Nasze drogi się rozeszły.
Sędzia uniósł brew.
– A teraz gdzie pan pracuje, dla jakiejś korporacji?
– To również należy do przeszłości.
– Taki młody człowiek, wydaje się, że ma pan kłopoty z utrzymaniem pracy.
– Od jakiegoś czasu prowadzę własną praktykę. Sądzę, że jest to dla mnie odpowiednie.
Sędzia Tyler przyłożył palec do ust.
– Zwykle nie zgadzam się, aby prawnicy z wielkiego miasta przyjeżdżali tutaj wprawiać 

się na naszych sprawach. Zawsze wydaje się im, że wiedzą lepiej ode mnie, jak powinienem 
wykonywać moje obowiązki. Ale, zdając sobie sprawę z powagi sytuacji oraz tego, że pan 
Payne nie posiada doświadczenia w sprawach kryminalnych, zezwalam. Niniejszym uznaję 
pana za doradcę obrońcy w obecnej sprawie.

– Dziękuję panu, panie sędzio. – Ben postanowił pamiętać, aby nie zachowywać się jak 

prawnik z dużego miasta, cokolwiek to miało oznaczać.

– Dlaczego nie powitamy pana Kincaida drinkiem? – zaproponował sędzia.
– Drinkiem?
Sędzia Tyler wysunął dolną szufladę swojego biurka i wyjął butelkę szkockiej.
– Panowie, obawiam się, że Mabel zabrała wszystkie szklanki. Musimy pić z butelki.
– Nie ma sprawy – skwapliwie zapewnił Payne.
Sędzia podsunął butelkę Benowi pod nos. Co to jest? Jakiś tajemniczy rytuał inicjacyjny? 

No cóż, skoro wpadłeś między wrony...

Ben podniósł butelkę i przełknął. Whisky paliła mu gardło, a oczy zawilgotniały. Mocny 

napój dla faceta, którego podstawową używką było czekoladowe mleko.

Ben oddał butelkę sędziemu Tylerowi.
–  Panie sędzio, proszę darować mój  nieformalny strój i niedbały wygląd.  Pan Payne 

skontaktował się ze mną godzinę temu i nie miałem możliwości ubrać się odpowiednio do 

background image

sytuacji.

Sędzia rozwiał jego niepokój.
– Nie myśl o tym więcej, synu. Ani trochę nie obchodzi mnie to, w co ludzie ubierają się 

poza salą sądową. Jak dla mnie, mógłbyś przyjść nawet w kąpielówkach. – Roześmiał się. – 
Oczywiście malutka Amber mogłaby być nieco zszokowana.

Ben z całych sił starał się nie wypaść z gry.
– Milutka mała dziewczynka – powiedział, skłaniając głowę w jej kierunku.
– To prawda – przytaknął dumny tatuś. – Jest naszym drogocennym skarbem z niebios. 

Marjorie i ja staraliśmy się długie lata, żeby mieć dzieci. Bez powodzenia. Aż nagle, kiedy już 
straciliśmy nadzieję, Bóg zesłał nam ten prawdziwy promyk słońca. – Potarł swój nos o nosek 
Amber. – Tym właśnie jesteś. Jesteś prawdziwym słonecznym promykiem.

– Wy dwaj nie zostaliście sobie porządnie przedstawieni – powiedział sędzia, przekazując 

butelkę. – To jest Henry Swain. Możesz mówić mu Hank. Znam go od jego szczenięcych lat. 
Razem z jego ojcem jeździliśmy polować na jelenie.

–   Rozumiem.   –  Ben   zaczął   się   obawiać   tej   małej,   prawniczej   społeczności,   której 

członkowie utrzymywali między sobą bardzo bliskie kontakty. – Jesteś pewnie prokuratorem 
okręgowym.

– Tak, jest. – Sędzia odpowiedział za niego.
– Dobrze. – Ben podniósł się z krzesła. – Czy przejdziemy teraz na salę sądową?
– Nie ma potrzeby – sędzia zbagatelizował formy. – Wydaje mi się, że możemy zająć się 

tą sprawą tutaj.

– Tutaj?
–  Czemu nie? W Reeves County, jeśli to tylko możliwe, wolimy rozpatrywać sprawy 

nieformalnie. Prawdę mówiąc, jest niewiele rzeczy, o których nie wiem. Czytałem akta.

Ben był oszołomiony.
– Czytał pan akta prokuratora okręgowego?
– Lubię wiedzieć, o co chodzi.
Ben uznał, że roztropnie postąpi, jeśli tego nie skomentuje. A przynajmniej jeszcze nie 

teraz.

– Dlaczego mojemu klientowi odmówiono zwolnienia za kaucją?
–   To   moja   decyzja   –  zdecydowanie   powiedział   sędzia   Tyler.  –  To   jest   poważne 

przestępstwo,   a   pański   klient   nie   ma   stałych   powiązań   z   tutejszą   społecznością.   Nie 
wspominając o tym, że kilku mieszkańców mogłoby mieć ochotę zarzucić mu pętlę na szyję i 
zawiesić na topoli. Nie, moim zdaniem, znajduje się w najodpowiedniejszym miejscu.

– Kiedy go odwiedziłem, nie pozwolono mi wejść do celi.
–  To również moje zarządzenie. Mamy wystarczające powody, aby wierzyć, że on jest 

niebezpieczny. Nie pozwolę wejść do celi nikomu, jeśli nie będzie tam strażnika. A skoro, jak 
zakładam, chcesz porozmawiać ze swoim klientem w cztery oczy, musisz zrobić to poprzez 

background image

kraty.

Ben bębnił palcami po krześle.
– Kiedy odbędzie się przesłuchanie, panie sędzio?
– Nie przepadam za tymi wielkimi przedstawieniami – wymamrotał sędzia.
– Ale przesłuchanie to moja szansa, żeby zapoznać się ze sprawą.
–  Do diabła, synu, oni powiedzą ci wszystko, o czym chcesz wiedzieć. Jest mnóstwo 

dowodów. Hank zdobył oświadczenia od sześciu ludzi, którzy słyszeli, jak ten chłopak groził, 
że zabije Vuonga.

– Fakt, że on groził, nie dowodzi...
– Chłopak praktycznie to wyznał, kiedy szeryf go aresztował. A motyw jest. Czy wiesz, 

jak zginął Vuong?

Ben musiał przyznać, że nie wie.
– Przeszyto go dwiema strzałami z kuszy; jedna utkwiła w piersi, a druga w szyi.
Ben spojrzał na Payne’a, szukając potwierdzenia.
– Strzały z kuszy?
– Tak  –  potwierdził  sędzia.  –  Dodam,  że  nieźle  pokiereszowały dzieciaka.  Morderca 

strzelał z bliska. A potem ustawił wielki, płonący krzyż tuż nad głową Vuonga. Jego ciało 
usmażyło się na skwarek. Te gnojki z ASP, nie ma w nich ani krzty sumienia.

– Panie sędzio, mam wrażenie, że pan zbyt pochopnie wnioskuje...
– A co innego można wywnioskować?
Ben głęboko wciągnął powietrze. Nie widział sensu w dalszym przekonywaniu sędziego. 

Ale nie mógł również pozwolić mu deptać praw jego klienta.

– Nalegam, aby odbyło się formalne przesłuchanie sądowe. Wtedy mógłbym sprawdzić 

świadków pana Swaina.

– Poda panu nazwiska wszystkich świadków. Będziesz mógł z nimi, synu, porozmawiać, 

kiedy tylko chcesz.

Ben starał się zachować zimną krew.
– Sir,  chciałbym, aby był obecny pisarz sądowy. Wówczas mielibyśmy protokół, który 

mógłby być sprawdzony przez sąd apelacyjny.

Sędzia, wychylając się w stronę Bena, prawie położył się na swoim biurku.
–  Panie Kincaid, obawiam się, że zaczyna mi pan grać na nerwach. Czy próbuje pan 

zasugerować, że już planuje apelację?

–  Muszę wziąć pod uwagę taką możliwość, panie sędzio. Ta sprawa po prostu nie jest 

prowadzona zgodnie z obowiązującą procedurą.

– Przeklęci wielkomiejscy prawnicy! – Tyler walnął pięścią w stół. – Jest pan w moim 

gabinecie od niespełna dziesięciu minut i już uczy mnie pan, jak powinienem prowadzić moje 
sprawy!

– Muszę wykonywać swoją pracę...

background image

– Świetnie. Niech pan ją wykonuje. Ale z daleka ode mnie.
– Mój klient ma niezbywalne prawo do przesłuchania w sądzie.
– Już nie.
Ben zamrugał.
– Co?!
– Pan Payne już zrezygnował z przesłuchania i zgodził się na przeprowadzenie procesu.
Ben odwrócił się raptownie do Payne’a.
– Czy to prawda?
Payne uśmiechnął się głupio.
– Czy źle zrobiłem?
– Nie mogę w to uwierzyć... – Ben uderzył się ręką w czoło.
– Myślałem, że to przyspieszy bieg sprawy...
–  Panie sędzio  –  powiedział Ben  –  wyznaczono mnie, abym doradzał panu Payne, jak 

postępować zgodnie z procedurą spraw kryminalnych. Jeśli nie zamierza pan przestrzegać 
tych zasad, to pan Payne nie będzie miał ze mnie żadnego pożytku. Jestem zmuszony zrzec 
się tej sprawy.

– Takie postępowanie oznacza złamanie zasad.
– Przepraszam?
– Słyszał pan dobrze. Prosił pan o wyznaczenie i zezwoliłem na to. Nie zgodzę się, aby 

parę minut potem pan zmieniał zdanie i rezygnował. Co to jest? Jakiś rodzaj gry? Wejście, 
wyjście, wejście, wyjście. Nie pozwalam prawnikom bawić się w ciuciubabkę na mojej sali 
sądowej.

– Nie może mnie pan zmusić, żebym brał udział w tej sprawie!
– Panie Kincaid, proponuję, żeby powstrzymał się pan przed pouczaniem mnie, co mogę, 

a  czego  nie  mogę   robić.  Jeśli  nie  poprowadzi  pan  sprawy,   wykorzystując   przy  tym   cały 
potencjał swoich możliwości, oskarżę pana o niezastosowanie się do nakazu sądu. Pozwolę 
sobie   pana   poinformować,   że   tutejszy   szeryf   bardzo   poważnie   podchodzi   do   tego   typu 
oskarżeń. Dotarło to do pana?

Ben przygryzł dolną wargę.
– Zrozumiałem.
– Od tej pory nie życzę sobie więcej przejawów takiego niestosownego zachowania.
–   Niestosownego   zachowania?   Z   mojej   strony?   –  Ben   wiedział,   że   nie   powinien   się 

odzywać,   ale   nie   mógł   się   powstrzymać.  –  Przyjechałem   tu,   oczekując   bezstronnego 
przesłuchania,   a   zamiast   tego   spotkałem  sędziego,   który   nie   przestrzega   procedury   i 
prokuratora okręgowego, który niańczy dziecko!

Tyler zacisnął szczęki, ale był jeszcze w stanie mówić.
– Pozwolę sobie oświecić pana, panie Kincaid. Może się panu wydaje, że jesteśmy bandą 

wieśniaków. Może pan uważa mnie za prostaka, który nie wie, co robi. Ale ja ukończyłem 

background image

studia prawnicze  tak samo  jak pan. Prowadzę  czysto  sprawy i pana chłopak będzie  miał 
uczciwy proces; bez względu na to, czy ja specjalnie się nim interesuję, czy też nie.

– Nigdy nie miałem na myśli...
– Niech mi pan pozwoli powiedzieć coś jeszcze. To miasto, a mieszkam tu już trzydzieści 

lat, nie zawsze było szczęśliwą wioską. W latach pięćdziesiątych i sześćdziesiątych roiło się 
tu od członków KKK. Odbywały się protesty, rozruchy na tle rasowym, lincze. Istne piekło. 
Miasto z trudem przez nie przeszło. –  Sędzia Tyler obrócił się na krześle i spoglądał przez 
okno.  –  Może   wtedy   nie   byłem   aż   tak   nieugięty,   jak   powinienem.   Może   nie   zrobiłem 
wszystkiego, co powinienem zrobić. Ale nie powtórzę tego błędu po raz drugi. Nie pozwolę 
tej... bandzie ASP na to, żeby buszowała w moim mieście. Ja...

– Nie przeprowadzamy procesu ASP...
Tyler poderwał się na równe nogi.
– Panie Kincaid, niech pan mi znowu nie przerywa! – Zanim usiadł, pozwolił, aby przez 

chwilę   trwała   nieprzyjemna   cisza.  –  Odkąd   przyjaciele   pańskiego   klienta   pojawili   się   w 
mieście,   terroryzują  mieszkańców   i   śmiertelnie   wszystkich   przerażają.   Jeśli   to   się   będzie 
ciągnęło, Silver Springs wkrótce przestanie być bezpiecznym miastem, w którym wychowuje 
się takie wspaniałe małe dziewczynki, jak Amber. Nie zamierzam na to pozwolić. Nie znowu. 
Czy pan to zrozumiał?

Ben potwierdził kiwnięciem głowy. Był całkowicie pewien, że zrozumiał.

background image

Rozdział 5

Pułkownik Nguyen siedział na werandzie swojego domu w Coi Than Tien i patrzył w 

gwiazdy. Wartownicy nocy.  Tak cisi i niezmienni. W latach swojej młodości znał nazwy 
wszystkich konstelacji. Wiedział, gdzie znajdują się najjaśniejsze gwiazdy na niebie i jak 
obserwować ich ruch. Teraz nie miał czasu na tego typu rozrywki. Teraz, kiedy spoglądał w 
niebo, zastanawiał się jedynie, czy rzeczywiście znajduje się tam ktoś, kto obserwuje ten 
okrutny i gorzki świat.

Spojrzał na swoją żonę Lan i ich osiemnastomiesięczną córeczkę Thuy, na którą wołali 

Mary.   Dwuletnia   Huong   (Holly)   już   spała.   Lan   trzymała   Mary   na   kolanach   i   delikatnie 
kołysała.   Mary   mrugała   malutkimi   powiekami;   wkrótce   znajdzie   się   w   krainie   snów.   Jej 
twarzyczka   odzwierciedlała   najwyższe   zadowolenie;   na   ten   widok   serce   Nguyena   rosło. 
Gdyby życie mogło być zawsze takie. Błoga nieświadomość...

Weranda nie była  werandą w pełnym tego słowa znaczeniu, tak jak ich dom nie był 

prawdziwym domem, tylko barakiem skleconym z kawałków falistej blachy. Wąski skrawek 
ubitej ziemi, który Nguyen ogrodził drewnianą poręczą, udawał werandę.

Pułkownik   był   zażenowany  tym,   że   jego  żona   i   dzieci   żyją   w   takich   warunkach.   W 

przeszłości, w ojczyźnie jego rodzina była bogata. Znacząca. Niczego im nie brakowało. Ale 
to był inny kraj; kraj, który już nie istniał. I to było dawno temu. Tak dawno, że prawie nie 
mógł sobie przypomnieć.

Lan   podniosła   się   z   krzesła.   Głośny   i   regularny   oddech   Mary   upewnił   ich,   że 

dziewczynka głęboko zasnęła. Lan weszła do baraku, żeby ułożyć małą w łóżeczku. Nguyen 
nie mógł powstrzymać uśmiechu, uwielbiał obserwować swoją żonę i córki. Zadrżał na samo 
wspomnienie tego, jak łatwo mógł stracić żonę i nie mieć w ogóle dzieci.

W  Wietnamie  Nguyen  był  jednym  z najważniejszych  ludzi  południowo wietnamskiej 

armii.   Służył   w  Siłach  Powietrznych   i Specjalnych,  dowodził  jednostką  złożoną  z  ponad 
dwudziestu   tysięcy   oddziałów   bojowych.   Jego   żołnierze   uczestniczyli   w   najkrwawszych 
akcjach tej przeklętej wojny. Wiele znaczących zwycięstw odnieśli właśnie ludzie Nguyena.

Kiedy Sajgon przeszedł w ręce Wietnamu Północnego, Nguyen niechętnie opuścił kraj. 

Nie mógł sobie wyobrazić oderwania od ziemi, na której się urodził. Ale Wietnamczycy z 

background image

północy   nie   ukrywali   swoich   zamiarów   względem   wysokich   rangą   oficerów   Wietnamu 
Południowego. Nguyen mógł wybrać pomiędzy ucieczką a więzieniem, torturami i śmiercią.

Amerykanie   uchylili   furtkę.   Nguyen   osobiście   nie   miał   nic   przeciwko   nim.   Upadek 

Sajgonu   zaskoczył   ich   jak   wszystkich   innych,   a   razem   z   nim   zawaliło   się   wiele 
amerykańskich planów. W zamieszaniu i chaosie, które potem nastąpiły, rozdzielono go z 
Lan. Udało mu się wydostać przed upadkiem, jej nie.

Pułkownik  Nguyen  przybył   do  Stanów   Zjednoczonych   i  podejmował  się  najgorszych 

zajęć: mycia  podłóg i naczyń, czyszczenia stajni. Większość wolnego czasu poświęcał na 
usiłowaniu   ściągnięcia   Lan   do   Ameryki.   Kontaktował   się   ze   wszystkimi   odpowiednimi 
agencjami i władzami, nikt nie mógł mu pomóc. Stawał się coraz bardziej przygnębiony i 
rosła w nim obawa, że już jej więcej nie zobaczy.

W tym czasie Lan zdołała jakoś uniknąć bojówek Wietkongu, z zapałem wymierzającym 

sprawiedliwość. Jeśli wymknął im się z rąk ścigany oficer, to zemsta dosięgała jego rodziny.

Udało się jej również wywalczyć miejsce na statku przepełnionym uchodźcami. „Statek” 

to   zbyt   dobre   określenie   używane   przez   prasę,   w   rzeczywistości   wyraz  „tratwa”  byłby 
odpowiedniejszy. Płynęła ściśnięta jak sardynka w puszce wśród innych uciekinierów. Ale 
Lan nigdy nie narzekała. Była pewna, że ten statek, zawiezie ją do męża. Do wolności.

Gorzko się rozczarowała. Statek przybijał do różnych portów i odpływał. Nikt nie chciał 

ich   przyjąć.   Wszędzie   byli  persona  non   grata.  Nie   mogła   tego   zrozumieć;   nie   popełniła 
przecież  zbrodni. Uwięziona  na morzu,  bez pieniędzy i możliwości skontaktowania  się z 
mężem, nawet jeśliby wiedziała, gdzie on się znajduje. Zrozpaczona, zaczęła chorować. Była 
gotowa umrzeć.

W końcu rząd Stanów Zjednoczonych zgodził się przyjąć ograniczoną liczbę uchodźców. 

Statek, na którym  znajdowała się Lan, dobił do brzegu i dokonano ewidencji pasażerów. 
Jedna z agencji, które Nguyen regularnie  odwiedzał, skontaktowała się z nim. Poleciał na 
Florydę, żeby spotkać się z Lan. Ze względu na to, że już posiadał obywatelstwo Stanów 
Zjednoczonych, jego żona uzyskała zgodę na pobyt. Natychmiast umieścił ją w szpitalu w 
Miami.   W   ostatnim   momencie.   Zdaniem   lekarzy,   jeśli   Lan   nie   uzyskałaby   pomocy 
medycznej, wkrótce umarłaby na zapalenie płuc. Lan wyszła na werandę i przytuliła się do 
swojego męża.

– Śpi.
– Dobrze. – Objął ją ramieniem. – Jestem taki szczęśliwy, że jesteśmy razem.
– Ja także, mój mężu.
Dla Nguyena i jego żony te słowa nie były tylko frazesami. Ludzie, których rozdzielono 

na tak długo i w tak straszny sposób, doceniali rzeczywiste znaczenie słów.

Przez lata małżeństwo Nguyen przenosiło się z jednego tymczasowego domu do innego, 

aż   w   końcu   osiedlili   się   na   Gulf   Cost   w   Porto   Cristo.   Wielu   emigrantów   wietnamskich 
znalazło tam zajęcie jako poławiacze krewetek. Lan bardzo podobał się ten pomysł; klimat i 

background image

okolice przypominały jej ojczyznę, za którą oboje tak bardzo tęsknili. Po ponad roku zmagań 
z licznymi problemami udało im się w końcu wyjść na prostą. Interes przynosił zysk.

Wtedy zaczęły się kłopoty.
Na   początku   powodowali   je   miejscowi  –  biali   rybacy,   których   dochody   zmalały   w 

wyniku zwiększonej konkurencji. Narzekali, że Wietnamczycy kradną krewetki, naruszając 
zasady   połowu.   Oskarżenia   nie   były   bezpodstawne.   Wietnamczycy   nie   rozumieli 
skomplikowanych   zasad   i   nie   zawsze   potrafili   ich   przestrzegać,   jeśli   już   zrozumieli. 
Organizowano spotkania spierających się stron, ale nie osiągnięto porozumienia. Wydawało 
się,   że   biali   nie   zaakceptują  żadnego   rozwiązania   poza   całkowitym   wycofaniem   się 
Wietnamczyków. W końcu, gdy stało się jasne, że Nguyen i inni nie zgodzą się zrezygnować 
ze swojego nowego domu i możliwości zarobku, ktoś wezwał KKK.

Zaczęło   się   od   gróźb.   Ale   nie   stanowiły   one   jeszcze   powodu,   aby   uciekać.   Potem 

nastąpiły przejawy wandalizmu: ginął sprzęt do połowów lub był niszczony, zatapiano łodzie. 
Członkowie   KKK   włączyli   się   do   patrolowania   wód,   teoretycznie   mieli   pomagać   Straży 
Przybrzeżnej   w   wykrywaniu   przypadków   łamania   zasad   połowów.   Ale   Nguyen   i   jego 
przyjaciele   wiedzieli,   czego   naprawdę   szukali.   Tydzień   później   zamordowano   dwóch 
wietnamskich rybaków. Na dryfującej łodzi nie znaleziono śladów napaści. KKK zaprzeczył, 
jakoby ponosił jakąkolwiek odpowiedzialność. Nie znaleziono też dowodów, dzięki którym 
można by powiązać ich ze zbrodnią.

Prokurator okręgowy odmówił wszczęcia postępowania. Tej nocy Nguyen i kilku innych 

Wietnamczyków zobaczyło płonące krzyże przed swoimi domami.

Zwołano radę starszyzny. Stawianie oporu wydawało się bezskuteczne. KKK był lepiej 

zorganizowany i uzbrojony. Kilku mężczyzn garnęło się do walki, lecz nie chcieli wystawiać 
swoich   rodzin   na   linię   ognia.   Pułkownik   Nguyen   wzbraniał   się   przed   ucieczką,   ale   Lan 
właśnie urodziła Mary. Jak mógł ryzykować? Z głębokim żalem zgodził się opuścić Porto 
Cristo. Ich dom z dala od domu.

Ktoś   wpadł   na   pomysł   zakupienia   wspólnymi   środkami   zrujnowanej   kurzej   farmy   i 

osiedlenia się w Ouachitas. Tu, myśleli, tak daleko od Gulf Coast, kłopoty ich nie znajdą. Coi 
Than Tien będzie ich nowym rajem – takie jest znaczenie nazwy. Szybko zorientowali się, że 
prowadzenie kurzej farmy jest dużo trudniejsze, niż to sobie wyobrażali. Gdy zakupili mały 
kawałek ziemi, okazało się, że nie stać ich na kurczęta. Z konieczności stali się dzierżawcami 
kurczaków.   Sama   praca   była   bardzo   ciężka,   wymagała   prawie   nadludzkiego   wysiłku. 
Pobudka skoro świt, ból w krzyżu, dwunastogodzinna dniówka. Kurczaki należało nakarmić, 
napoić, oporządzić kojce. Każdego ranka musieli usuwać zdechłe sztuki (a było ich wiele). 
Praca była cięższa niż łowienie krewetek, a do tego wymagała więcej czasu. Ale dopiero 
zaczynali. I myśleli, że są bezpieczni.

Mylili się. Nie minęło pół roku, a już miejscowi farmerzy zaczęli narzekać. Trzy miesiące 

później   ASP   założył   swój   paramilitarny   obóz   w   pobliżu   Silver   Springs.   Zajęli   kościół 

background image

znajdujący się w odległości kilkunastu metrów od granicy Coi Than Tien. Pułkownik Nguyen 
ze swojej werandy mógł słuchać ich modlitw do Boga, aby „wygnał niewiernych”. Czasami 
podkładano ogień. Nie spowodował jeszcze szkód, gdyż pożary nie dochodziły do Coi Than 
Tien, ale stale groziło niebezpieczeństwo. Osiedle zbudowano z łatwopalnego materiału i nie 
dużo było potrzeba, aby poszło z dymem. Potem dokonano aktów wandalizmu, a żołnierze 
ASP przeprowadzali manewry wojskowe na obrzeżach Coi Than Tien.

Podłożono   bombę   pod   samochodem   stojącym   na   ulicy;   napadnięto   i   pobito   młodego 

mężczyznę   wracającego   wieczorem   do   domu.   A   w   końcu,   co   było   najgorsze,   brutalnie 
zamordowano Tommy’ego Vuonga. Akcja zastraszania nabierała rozmachu.

Nguyen   miał   nadzieję,   że   aresztowanie   jednego   z   członków   ASP   i   oskarżenie   go   o 

zamordowanie Tommy’ego trochę ostudzi zapalczywość całej grupy, ale okazało się, że to 
tylko wzmogło ich nienawiść. Pułkownik nie wierzył, że zatrzymany przez szeryfa chłopak to 
właśnie morderca. Był zbyt wysoki i za szeroki w ramionach. Jego sylwetka nie przypominała 
zarysów   postaci   widzianej   przez   płomienie.   Ale   Nguyen   nie   mógł   tego   wyjawić,   nie 
wspominając   o  swojej  obecności   na  miejscu  zbrodni.   Jeśliby  się  do  tego   przyznał,  mógł 
zostać aresztowany pod zarzutem  ukrywania  dowodów  lub nawet  dokonania morderstwa. 
Nguyen nie pokazał też nikomu dokumentów, które znalazł w pobliżu zwłok. Miał pewność, 
że jeśli te broszurki ujrzałyby światło dzienne, a członkowie ASP dowiedzieliby się o tym, nic 
nie byłoby w stanie ich powstrzymać. Wszyscy znaleźliby się w niebezpieczeństwie – nawet 
Lan, Holly i Mary.

Nie   pozwoli,   aby  stało   im   się   coś   złego.   Bez   względu   na   to,   jak   wielki   kompromis 

przyjdzie mu zawrzeć z samym sobą.

–  Co,   twoim   zdaniem,   powinniśmy   zrobić,   moja   droga?  –   spytał   Lan.   Jej   głowa 

spoczywała na jego ramieniu.

– Wierzę, że podejmiesz właściwą decyzję – odpowiedziała po prostu.
– Ale musisz mieć jakieś zdanie.
Uśmiechnęła się.
– Moim zdaniem, jak postąpisz, tak będzie dobrze.
–  Skąd ta pewność? Może będę kierować się własnymi błahymi powodami. Może nie 

jestem aż tak odważny, jak myślisz.

Pogłaskała jego czarne, gdzieniegdzie poprzetykane siwymi nitkami, włosy.
– Odważny mężczyzna wie, kiedy powinien się wycofać.
A więc o to chodziło. Chciała wyjechać. Albo może po prostu otwierała przed nim furtkę, 

żeby nie czuł się zawstydzony, że ucieka. Była tak delikatnym, szlachetnym stworzeniem.

Żywił   do  niej   najszczersze  uczucia.   Dlatego  też  bolało  go,  kiedy  widział,   że  żyje  w 

strachu, w ciągłej niepewności. Pragnął, aby była bezpieczna.

Pisk opon przerwał ciszę.  Nguyen  spojrzał w głąb  głównej  drogi, która  kończyła  się 

rondem   otoczonym   barakami   Coi   Than   Tien.   Zobaczył   dużą,   czarną   półciężarówkę   z 

background image

zasuniętymi  przyciemnionymi  szybami, na platformie nie było nikogo. Pojazd jechał  zbyt 
szybko w tym ciasno zabudowanym terenie.

– Wejdź do środka – rzucił Nguyen.
– Dlaczego? – zapytała Lan. – Co się dzieje?
– Natychmiast wejdź do środka. – Delikatnie, ale zdecydowanie popchnął ją w kierunku 

wejścia i zamknął za nią drzwi.

Ciężarówka skręciła pod kątem prostym tuż przed domem Nguyena. Koła samochodu 

wznieciły kłęby kurzu tak gęste, że przesłoniły mu widok. Musiał odkaszlnąć i przetrzeć 
oczy. Ponownie usłyszał pisk opon i zobaczył zbliżający się w jego kierunku tył ciężarówki, 
który zahaczył o poręcz werandy i wgniótł ją w ziemię.

– Kim jesteś?! – zawołał Nguyen. – Co robisz?!
W odpowiedzi odsunęła się szyba od strony kierowcy. Nguyen wytężał wzrok, ale nie 

zdołał dostrzec postaci wewnątrz. Zamarł, gdy w oknie błysnęła lufa pistoletu.

Pierwsze strzały padły trochę na prawo. Usłyszał gwizd kul, a potem odgłosy odbijania 

się ich od falistej blachy. Rzucił się na ziemię. Padło jeszcze kilka strzałów, pociski zabębniły 
o ścianę domu. Nawet jeśli kierowca nie celował w Nguyena, jakaś zabłąkana kula mogła go 
zabić   lub   kogokolwiek   innego   znajdującego   się   w  jej   zasięgu.   Przeczołgał   się   naprzód, 
próbując wydostać się z chmury kurzu. Padł następny strzał, tak bliski, że w jego twarz 
poleciały odłupane przez kulę drewniane drzazgi. Zamarł, serce waliło mu jak opętane. W 
przeszłości uczestniczył w walce. Strzelano do niego. Ale nigdy w taki sposób. Nigdy nie 
zdarzyło się to przed jego domem, w którym znajdowała się rodzina.

Z ciężarówki dobiegł go śmiech. Zaciskając zęby, przeczołgał się nad zniszczoną teraz 

poręczą w tamtą stronę. Trzy następne strzały i z frontowych okien jego domu posypały się 
szyby. Blaszany dach werandy zawalił się, miażdżąc znajdujące się pod nim krzesła. Kolejny 
wybuch śmiechu, nawet głośniejszy niż poprzedni.

Jak tylko Nguyen dotarł do tyłu ciężarówki, jej koła zakręciły się  i ruszyła z miejsca. 

Nguyen rzucił się w kierunku tylnej klapy, ale nie zdołał się jej uczepić.

Samochód wjechał na rondo, kilka strzałów na chybił trafił padło w kierunku innych 

zabudowań. Na szczęście nikt więcej nie podziwiał gwiazd tego wieczoru.

Ciężarówka   zrobiła   pełne   koło   i   zawróciła   w   kierunku   Nguyena.   Płonący   przedmiot 

wyleciał w noc z okna samochodu, który odjechał tak szybko, jak się pojawił i zniknął w 
ciemności.

Nguyen   pobiegł,   żeby   zobaczyć,   co   zostało   wyrzucone.   Znalazł   pochodnię,   głownia 

została owinięta bandażem i najprawdopodobniej nasączona benzyną. Od płomieni zapaliła 
się trawa i chata sąsiadów, rodziny Pham. Jeśli ogień się rozprzestrzeni, całe Coi Than Tien 
pójdzie z dymem.

Nguyen zerwał z siebie kurtkę i przydusił nią pochodnię. Nie zwracając uwagi na wysoką 

temperaturę, walczył z ogniem, aż płomień wygasł. Pożar ogarniał fundamenty domu Phana. 

background image

Zdesperowany,   kopał   i   odrywał   deski,   obsypywał   je   ziemią,   w   końcu   dusił   płomienie 
własnym   ciałem.   Ostatni   płomyczek   zgasł.   Nguyen   upadł   na   ziemię,   wykończony   ciężką 
próbą. Zobaczył sąsiadów wybiegających ze swoich baraków. Przychodzili z pomocą  –  za 
późno. Gdyby spał tej nocy, wszystkie domy poszłyby z dymem.

Powinni wyznaczyć warty, odbywać straż na zmianę. Zdobędzie zgodę rady. Taki projekt 

opracowano już przedtem, nie powinien mieć z tym kłopotu. Jednak coś jeszcze niepokoiło 
Nguyena. Coś dużo poważniejszego.

Kierowca ciężarówki napastował też inne domostwa, ale główny atak skupił na Nguyenie. 

Czy to przez przypadek: dlatego, że akurat znajdował się na zewnątrz? Czy też ktoś wiedział, 
że zauważył mordercę Tommy’ego?

Czy to była kolejna akcja na Coi Than Tien? Czy też morderca szukał właśnie jego?

background image

Rozdział 6

Ben, wypoczęty, przyjechał do Silver Springs wcześnie rano. Planował spędzić ten dzień, 

rozmawiając z ludźmi, żeby sprawdzić, co wiedzą  o morderstwie. To było przecież małe 
miasteczko. Jeśli porozmawia z pewną liczbą osób, musi znaleźć kogoś, kto może udzielić 
ważnych informacji; kogoś, kto był świadkiem bójki lub wiedział, dlaczego Vick odmawia 
wszelkiej współpracy.

Ben zwrócił uwagę na fakt, że Vick nigdy nie powiedział, że zabił Vuonga  –  tylko, że 

przyznaje się do winy. To wydało mu się co najmniej dziwne.

Wędrował   wzdłuż   Main   Street,   notując   w   pamięci   miejsca,   gdzie   mógłby   zasięgnąć 

informacji. Zauważył restaurację, która o cudzie, nie serwowała potraw z grilla. Clyde&Claire 
Cafe. Menu w oknie zawierało dumny spis dań. Aromat ciasta i ciężkiego sosu dobywający 
się z wnętrza kusił, ale Ben zdecydował się nie wstępować. Może, jeśli mu starczy czasu, 
przyjdzie tutaj w porze lunchu na pieczonego kurczaka i smażoną okrę.

Półciężarówka  zmierzająca  w   przeciwnym  kierunku,  skręciła   o osiemdziesiąt   stopni  i 

zatrzymała się na poboczu przed Benem. Wysiadło z niej dwóch młodych ludzi, nie mieli 
więcej niż siedemnaście, osiemnaście lat. Obaj ubrani w odświętne ubrania i czapki jak do 
baseballa. Na jednej widniała reklama traktorów Johna Deere’a, a na drugiej wyposażenia 
rybackiego firmy Shakespeare. Chłopcy byli szczupli i muskularni. Miejscowi twardziele.

– Ty jesteś prawnikiem z wielkiego miasta? – zapytał jeden z nich.
– Nazywam się Ben Kincaid. A kim ty jesteś?
–  Garth   Amick.   Tak   mi   się   wydawało,   że   to   ty.  –  Podszedł   do   Bena.  –  Chciałbym 

zamienić z tobą kilka słów.

– Okay, mów.
– Nie przepadam za ludźmi, którzy pojawiają się w naszym mieście i wywołują kłopoty.
– Mogę to zrozumieć. Zapewniam cię jednak, że nie mam najmniejszego zamiaru...
–  Muszę nadmienić, że nie szalałem ze szczęścia, kiedy Wietnamczycy osiedlili się w 

pobliżu.   Ale   potem   poznałem   kilku   z   nich   i   okazali   się   dobrymi,   uczciwymi   ludźmi. 
Zaprzyjaźniliśmy się. Później te zbiry z ASP zaczęły podkładać ogień i ludzie ze strachu 
tracili   rozum.   A   w   końcu   jeden   z   moich   przyjaciół   został   zamordowany.  –  Wzruszył 

background image

ramionami. – No tak, każdy, kto zabija jednego z moich przyjaciół, musi za to zapłacić.

– Całkowicie się z tym zgadzam...
–  Ale  zamiast  cieszyć  się spokojem,  co się dzieje?  ASP  zaprasza  kogoś  z zewnątrz: 

bystrego prawnika, który ma duże szanse, aby wyciągnąć Vicka z pudła, bo zna odpowiednie 
kruczki, a więc on i jego bracia zabójcy mogą ciągnąć rozróby i ranić moich przyjaciół.

– Zrozum, nie mam zamiaru...
Garth walnął Bena w klatkę piersiową, popychając go do tyłu.
– Jesteśmy już zmęczeni obcymi, panie Kincaid. Zmęczeni i niedobrze nam się od nich 

robi.

Właśnie to, czego potrzebował. Nadopiekuńczy nastolatek z nadmiarem testosteronu.
– O co ci chodzi?
– Masz opuścić miasto. Natychmiast.
– Nie mogę. Zostałem wyznaczony przez sąd, żeby...
Garth złapał koszulę Bena i okręcił ją sobie wokół pięści.
– Może mnie nie dosłyszałeś? Chcę, żebyś wziął długi urlop. Zdrowotny.
– Dziękuję, właśnie jestem na wakacjach, a z moim zdrowiem wszystko w porządku.
W okamgnieniu drugi chłopiec znalazł się za plecami Bena i wykręcił mu ręce do tyłu. 

Garth zamachnął się i władował pięść prosto w żołądek Bena.

– Uff... – Ben zgiął się wpół, z twarzą wykrzywioną z bólu.
– Jak teraz pana zdrowie, panie Kincaid?

background image

Rozdział 7

Garth uderzył ponownie w to samo czułe miejsce na brzuchu Bena. Chłopcy uśmiechali 

się szeroko. Wymienili uderzenia dłońmi, ciesząc się z dobrej roboty.

Ben upadł na pobocze, rękami obejmował brzuch.
– Czy nie możemy porozmawiać spokojnie...
Jego   prośbę   przerwał   szybki   kopniak.   Ben   zwinął   się   z   bólu,   potem   rozłożył   się   na 

plecach na chodniku. Próbował złapać oddech.

– Hej... spróbujmy...
Garth   nie   słuchał.   Założył   parę   mosiężnych   kastetów   na   palce,   zamachnął   się   do 

następnego uderzenia.

– Co się tu, do diabła, dzieje?
Garth zamarł.
– Czy to Kincaid?
Ben odwrócił się i ujrzał trzech mężczyzn stojących za nim.
Byli  wysocy,  o szerokich  barach,  dobrze zbudowani.  Wszyscy  trzej  nosili identyczne 

ubranie:   niebieskie   dżinsy   i   maskujące   zielone   koszule   z   naszywką   na   lewej   piersi, 
przedstawiającą płonący krzyż. Plenerowy strój ASP.

– Ja jestem Kincaid. – Ben próbował się wyprostować, ale mięśnie brzucha zdecydowanie 

zaprotestowały.

– Nazywam się Sonny Banner. Reprezentujesz Donny’ego?
Ben skinął głową.
– Te kreatury – Banner stanął pomiędzy Benem, a dwójką miejscowych – próbują pobić 

legalnie mianowanego prawnika. Typowe zagrania fanów tych żółtków.

– Wracajcie do obozu i strzelajcie do strachów na wróble – szydził Garth. – To was nie 

dotyczy.

–  Do diabła. Wcale. Wy i wszyscy pozostali mieszkańcy tego bagna  tak zastraszyliście 

prawników,   że   obawiają   się   występować   w   obronie   Donny’ego.   A   kiedy   udało   nam   się 
zainteresować tą sprawą kogoś z zewnątrz, to usiłujecie go przepłoszyć.

– Po prostu nie lubimy obcych.

background image

–  O   naprawdę?   Nie   zauważyłem,   żebyście   bili   prawników,   którzy   trzymają   z 

Wietnamcami.  –  Głową wskazał w kierunku biura znajdującego się przy następnym  rogu 
ulicy.

– Nie przestraszysz mnie – powiedział Garth. – Mam przyjaciół. Dużo przyjaciół.
– Wiemy o was wszystko –  odparł Banner.  –  Wiemy, gdzie spotykacie się ze swoimi 

kościstymi przyjaciółmi. Wiemy, ilu was jest. Wiemy, że jesteście wrogami Boga i aryjskiej 
rasy.

– Jesteś szalony – zadrwił Garth. – Przeklęty fanatyk.
– I wiemy też, że dążycie do tego, żeby Donny nie miał uczciwego procesu.
–  Gówno  prawda. Chcemy  być  pewni,  że  takie   pełne  nienawiści   bękarty jak wy nie 

pozabijają wszystkich w mieście.

Mięśnie Bannera napięły się, a dłonie zacisnęły w pięści.
– Panie majorze! – warknął jeden z jego przyjaciół.
– Tak, żołnierzu?
–  Sir, parę słów prywatnie.  –  Mężczyzna szeptał, ale nie na tyle cicho, żeby Ben nie 

słyszał. – Sir, przyciągamy uwagę miejscowych. Wielki Smok szczególnie podkreślał...

–  Nie   potrzeba,   żebyś   przypominał   mi   o   moich   obowiązkach,   żołnierzu.  –  Banner 

rozluźnił  mięśnie  ramion  i spojrzał na Gartha.  – Teraz  spadajcie  –  rzucił  z pogardą.  – I 
zostawcie pana Kincaida w spokoju.

– O, to rozkaz?
Żołnierze Bannera przybliżyli się do niego.
– Tak – powiedział. – To rozkaz.
Chłopcy wymienili między sobą spojrzenia. Wróg miał przewagę liczebną i był lepiej 

umięśniony.

– Idziemy – zdecydował w końcu Garth. – Ale tylko odkładamy sprawę na później. Ciąg 

dalszy nastąpi. – Chłopcy wskoczyli do swojej półciężarówki i odjechali.

Banner pomógł Benowi stanąć na nogi.
– Przykro mi za to, co się stało.
– To nie wasza wina. Dzięki za pomoc. Miałem szczęście, że akurat przechodziliście.
– Wyznaczeni?
– Przez Wielkiego Smoka Dunagana. Domyślał się, że coś takiego się szykuje. Jeśli nie 

ci, to inni. Tak nieszczęśliwie się złożyło, panie Kincaid, że zrobił pan sobie wielu wrogów, 
odkąd zajął się pan sprawą Donny’ego.

A więc dalej pobierał nauki.
– W każdym razie dziękuję. No, to do zobaczenia.
– O, nie – zaprotestował Banner. – Chyba pan nie zrozumiał. Mamy towarzyszyć panu 

wszędzie, jak przyklejeni. Jesteśmy pana osobistą ochroną.

– Moją... – Ben starał się ukryć swoją reakcję. – Słuchajcie, jestem bardzo wdzięczny, ale 

background image

muszę teraz przeprowadzić kilka rozmów. Nie wydaje mi się, żeby ktokolwiek chciał ze mną 
rozmawiać, jeśli towarzyszy mi trzech potężnych członków ASP.

– O, może to pana zdziwi – Banner uderzył pięścią w swoją dłoń – ale potrafimy bardzo 

przekonująco działać.

– To jest ten rodzaj perswazji, jakiego nie potrzebuję. Sędzia mógłby podważyć zebrane 

w ten sposób dowody – dodał szybko. – Słuchajcie panowie, może odpoczniecie sobie w tym 
barze naprzeciwko. Bluebell. Odprężcie się, wypijcie piwo albo dwa. Jeśli będę potrzebował 
pomocy, wiem, gdzie was znaleźć.

–   No   tak...   –  Benowi   wydawało   się,   że   widzi   obracające   się   kółeczka   pod   czaszką 

Bannera. – Myślę, że to będzie w porządku. Jeśli jest pan pewien, że tego właśnie pan chce.

– Tak, jestem pewien. I jeszcze raz dziękuję.
Ben   obserwował,   jak   jego   ochrona   osobista   przeszła   na   drugą   stronę   ulicy.   O   Boże, 

pomyślał, głosowałem na Clintona. Jestem członkiem ACLU

*

. A teraz Anglosaksoński Patrol 

daje mi osobistą ochronę.

Paradoksalność tej sytuacji nie poprawiła humoru Bena. Miał wrażenie, że cały porządek 

tego świata wywrócił się do góry nogami. Ludzie, których poglądy zasługiwały na potępienie, 
stali się jego przyjaciółmi. Ludzie, którym  współczuł, byli  wrogami. Poprawka: stanowili 
opozycję. Wrogiem był on.

* ACLU – American Civil Liberties Union (ang.) – Amerykański Związek Wolności Obywatelskiej

background image

Rozdział 8

Ben uznał za roztropne zniknięcie na jakiś czas z ulicy. Niech Garth i jego kompan nieco 

ochłoną. Zgodnie z podpowiedzią, której dostarczyła mu jego osobista ochrona, zdecydował 
się odwiedzić  „miejscowych prawników, trzymających z Wietnamcami”. Podbiegł do rogu 
ulicy i wszedł do biura. Pomieszczenie było małe i prawie nie umeblowane –  tylko kilka 
biurek i krzeseł. Ściany obwieszono plakatami, a na stolikach leżały broszury.  Z okładek 
gruba   czcionka   krzyczała:   KONIEC   Z   NIENAWIŚCIĄ;   KONIEC   ZE 
ZORGANIZOWANYM ZŁEM. Biuro sprawiało wrażenie bardziej poczekalni niż kancelarii 
prawnej. Nie zdziwiłby się, gdyby ktoś podsunął mu pod nos petycję i poprosił o dolara.

– W czym mogę panu pomóc?
Ben ujrzał brunetkę, która wstała zza biurka znajdującego się na końcu pomieszczenia. 

Zaczął iść w jej kierunku, spotkali się w połowie drogi.

Należała  do wysokich  osób. Była  wyższa  od Bena. Jej włosy opadały na ramiona,  a 

zgrabna figura wskazywała, że nie spędziła całego życia za biurkiem. Nie mógł nie zauważyć 
jej wyjątkowej atrakcyjności.

–  Nazywam   się   Ben   Kincaid  –  przedstawił   się,   wyciągając   rękę.  –   Czy   to   biuro 

Hatewatch?

– Ma pan jakieś wątpliwości? – Uśmiechnęła się, wskazując na propagandowe plakaty i 

broszury.   Mówiła   ze   śpiewnym,   południowym   akcentem,   z   pewnością  nie   pochodziła   z 
Arkansas.  –  Nazywam   się   Belinda   Hamilton.   Zarządzam   tym   biurem.   Jednak   nie   ja 
projektowałam wystrój. Moi dwaj asystenci czasami są nadgorliwi. – Zdecydowanie uścisnęła 
jego dłoń. – Pan nie wygląda na mieszkańca Silver Springs.

– Trafne spostrzeżenie – odparł Ben. – Mieszkam w Tulsie, spędzam tu wakacje. Jestem 

prawnikiem i kiedy usłyszałem o tym, co się wydarzyło...

–  To zdecydował się pan wpaść do nas i sprawdzić, co wiemy.  Świetnie. Służę panu 

pomocą.

Nic nie zrozumiała, ale Ben pomyślał, że nie będzie przez chwilę tego wyjaśniał.
– Czy wspieracie oskarżyciela w sprawie Vicka?
– Zamierzam prowadzić moje własne niezależne dochodzenie. Oskarżyciel nie zwrócił się 

background image

do nas z prośbą o pomoc. Sprawiają wrażenie, jakby sądzili, że kontrolują całą sprawę.

–  Naprawdę?  –  Ben starał się nie wykazywać  zbytniego zainteresowania.  – Posiadają 

wystarczająco mocne dowody przeciwko temu dzieciakowi?

–  Tak mi powiedziano. Nienawiść Vicka do Wietnamczyków jest publicznie wiadoma. 

Od miesięcy przebywał  w obozie ASP i uczestniczył  w ćwiczeniach  bojowych. Tamtego 
wieczora   widziano   go,   jak   wszczął   bójkę   z   ofiarą   morderstwa.   Tuż   przed   tym,   jak   go 
wyrzucono z baru, krzyknął: „Zabiję cię, ty zboczony wietnamski bękarcie!”. Powiedziano mi 
też, że znalezione na miejscu zbrodni poszlaki wskazują na jego związek z morderstwem.

– Jeżeli oskarżyciel ma kontrolę nad sprawą, w jakim celu wy tu jesteście?
–  Nie   sprowadził   nas   tu   proces   o   morderstwo.   Przyjechaliśmy   ze   względu   na   ASP. 

Naszym zadaniem jest pomoc ofiarom przestępstw na tle rasowym, wnosimy w ich imieniu 
skargi do sądu, żeby ukrócić terrorystyczne praktyki, jakie w celu zastraszenia stosuje ASP w 
stosunku do Wietnamczyków i ich sprzymierzeńców.

– Poważna sprawa. Nie obawia się pani, że może znaleźć się w niebezpieczeństwie?
–  Grożono mi już nie raz  –  próbowała zbagatelizować sprawę, ale Ben wyczuł, że jej 

nonszalancja nie była szczera. – Kilka lat temu... no, nieważne. Jak dotąd nikt nie potraktował 
biura kubłem napalmu. Nie dam się zastraszyć.

Ben podejrzewał, że jego zdoła ją przerazić; bez względu na to, czy im pozwoli, czy nie. 

Uświadomił sobie, że właśnie rozmawia z naprawdę odważną kobietą.

– W jaki sposób znalazła się pani w tej wylęgarni problemów?
– Prawdę mówiąc... sama się mianowałam. Pan rozumie, kierowałam Hatewatch z naszej 

kwatery głównej w Montgomery. Faktycznie to ja założyłam tę organizację.

– Pani... – Jego zmieszanie było prawie namacalne. – Przepraszam, ja...
Śmiała się.
– Nie szkodzi. Wszyscy tak reagują.
– No tak – Ben plątał się, starając się wybrnąć z sytuacji. – Pani jest zbyt młoda, żeby 

prowadzić taką organizację jak Hatewatch.

– A może zbyt kobieca?
– Nie, nie. Nie uważam...
–  Wiem, że nie. A przynajmniej nie świadomie. Niech się pan nie przejmuje.  –  Lekko 

dotknęła ręką jego ramienia.

To go otrzeźwiło. Przemknęła mu myśl, że jest nim zainteresowana tak samo jak on nią. 

Czy to możliwe...? Nie, powiedział sobie, wróć na ziemię. Kobieta tej klasy nie poświęci ci 
nawet chwili.

–  Właśnie  sobie  przypomniałam.  –  Strzeliła  palcami.  –  Ben  Kincaid. Z  Tulsy.  Kilka 

miesięcy temu brał pan udział w śledztwie i wykryciu sprawcy kilku morderstw. Mam rację?

–   W   zasadzie...   tak.   –  Zmusił   się   do   mówienia.   To   nie   był   odpowiedni   moment   na 

fałszywą skromność. – Słyszała pani o tym?

background image

–  Czy   słyszałam?   Na   bieżąco   obserwowałam   rozwój   wypadków.   Hatewatch 

przeciwstawia   się   aktom   zorganizowanej   przemocy   w   każdej   ich   postaci   i   odmianie. 
Zamierzałam   nawet   wysłać   do   Tulsy   grupę   operacyjną   na   pomoc.   Ale   okazało   się   to 
niepotrzebne – zbliżyła się do niego – bo pan wcześniej zakończył całe dochodzenie.

Ben   gapił   się   w   podłogę   i   jak   uczniak   przestępował   z   nogi   na   nogę.   Błysk   w   jej 

orzechowych oczach zniewalał go.

– Miałem wspaniałych współpracowników...
–  Nie   uda   ci   się   mnie   okpić,   Ben.   Czytałam   akta   sprawy.   Głównie   dzięki   tobie 

zakończono śledztwo. Ryzykowałeś nawet życiem. Gdyby nie ty, zginęłoby więcej osób.  – 
Rzuciła spojrzenie na swoje biurko.  –  Wybacz,  ale powinnam skończyć  kilka raportów i 
listów. Ale z chęcią porozmawiałabym z tobą... – zawiesiła głos.

Ben wziął głęboki oddech i przełknął ślinę.
– A ja chciałbym dowiedzieć się czegoś więcej o Hatewatch...
–  Powiem ci wszystko, co chcesz wiedzieć. Stanowiłbyś wspaniały nabytek dla naszej 

organizacji.  –  Przechyliła  głowę na bok, a jej włosy uwodzicielsko opadły.  –  Ale przede 
wszystkim chciałabym mieć okazję dowiedzieć się czegoś więcej o tobie.

Ben miał wrażenie, że serce wyskoczy mu z piersi.
– Moglibyśmy się spotkać...
– Zatrzymasz się w mieście jakiś czas?
–  Z pewnością.  –  Kręciło mu się w głowie. Takie  rzeczy nigdy się nie zdarzały.  Za 

każdym razem, kiedy poznał jakąś atrakcyjną kobietę, była to albo mężatka, albo osoba chora 
lub o diametralnie różnym sposobie bycia. Ale tym razem zainteresowanie było obustronne. I 
możliwe. – Mógłbym wpaść później. Jeśli masz czas dziś wieczorem.

–  Świetnie. Zwykle nie wychodzę przed dziewiątą, dziesiątą, ale mogę zrobić wyjątek. 

Około siódmej. Odpowiada ci ta godzina?

– Jasne – powiedział chyba troszeczkę za szybko. – W porządku, Belinda.
– Cieszę się na to spotkanie. Na razie...
Uwagę Bena przyciągnął hałas dochodzący z tyłu biura. Ktoś wchodził tylnymi drzwiami.
– To musi być jeden z twoich... – Wyjrzał zza ramienia Belindy. Jakiś mężczyzna kulił 

się za ostatnim biurkiem.  Ku swojemu zdziwieniu Ben zobaczył  w jego ręku broń. Lufa 
skierowana była w twarz Bena.

– Nie ruszaj się!

background image

Rozdział 9

– O, do diabła...! – Ben dał nurka za stoliczek.
Belinda nie drgnęła ani o centymetr.
– Frank, co ty robisz, na Boga?
– Ochraniam cię! – wyjaśnił mężczyzna.
Ben wyglądał poprzez nogi stolika. Kim, do diabła, jest Frank? Jakiś kolejny narwaniec z 

Silver Springs?

– Natychmiast odłóż broń! – zarządziła Belinda.
Frank wyłonił się zza biurka.
–  Ale przecież mówiłaś, że nie zdzierżysz obecności tych bękartów w pobliżu naszego 

biura.

– Frank, opanuj się! Ten człowiek przychodzi nam z pomocą!
Frank spojrzał na nią.
– Ten człowiek stara się, aby morderca z ASP nie zawisł na haku!
Belinda zmrużyła oczy.
– Co?
– Całe miasto o tym mówi. Wynajęto go, żeby reprezentował Vicka.
Belinda podeszła do miejsca, gdzie ukrył się Ben.
Wstał i wyprostował się, eksponując swoją nieszczególnie potężną postać. Nie spuszczał 

oka z Franka.

– Czy to prawda? – zapytała.
Ben uznał, że nie było sensu kłamać. Zwłaszcza że z tyłu czaił się Frank, który trzymał 

palec na cynglu.

– To prawda. Reprezentuję obronę Vicka podczas procesu.
Belinda stała oszołomiona.
– Człowiek, który unieszkodliwił Kinderganten Killer pomaga... im?
– Mianował mnie sąd.
– Nie wybieraliby zamiejscowego prawnika bez jego zgody.
– To prawda – potwierdził Ben ze skruchą.

background image

– Dlaczego mi o tym nie powiedziałeś?
– Ja... ja myślałem...
–  Myślałeś, że wyciągniesz jakieś informacje, jeśli wezmę cię za, co zresztą zrobiłam, 

przyzwoitego faceta zamiast za... za...

– Handlującego nienawiścią bękarta – podrzucił Frank.
Dziękuję ci bardzo, Frank.
– Nie zamierzałem cię oszukać – powiedział Ben.
– W porządku. Tylko przez przypadek zapomniałeś poinformować mnie, dlaczego tu się 

znalazłeś. I mieliśmy iść razem na obiad!

Drugi mężczyzna wszedł przez frontowe drzwi. Miał kręcone, ciemne włosy, a budowa 

jego ciała była trochę mniej imponująca niż Franka. Szybko ocenił sytuację.

– Co się dzieje, Belinda? Jakieś kłopoty?
– Jeszcze nie wiem. – Belinda zmarszczyła brwi. – Ben, to jest John Pfeiffer. John, poznaj 

Bena Kincaida.

John odruchowo wyciągnął rękę.
– A to pana ściągnęli tutaj, żeby pan reprezentował Vicka.
– Czy wszyscy w mieście o tym wiedzą? Pisała o tym poranna gazeta, czy co?
– Prawdę mówiąc, tak – odparł John. – „Silver Springs Herald”. Ten brukowiec wychodzi 

tylko dwa razy w tygodniu, w poniedziałki i czwartki, ale czytają go wszyscy mieszkańcy. O 
panu jest na pierwszej stronie. Domyślam się, że inaczej nikt nie uwierzyłby, że ktokolwiek 
naprawdę może wystąpić w obronie tego nikczemnego punka.

– Skąd „Herald” tak szybko się o tym dowiedział?
–  Cóż, wiem, że wydawca, Harold McGuiness, uważa za pożyteczne zajrzeć do biura 

szeryfa i sądu, zanim pośle numer do druku. Nie jest łatwo o sensację w tak małym mieście 
jak to.

– Świetnie – mruknął Ben. – Po prostu świetnie.
– Żeby zakończyć prezentację – wtrąciła Belinda – ten człowiek z pistoletem, to Frank 

Carroll.

Ben wyciągnął rękę, która zawisła w próżni.
– Nie możemy podejmować ryzyka – Frank nie rezygnował łatwo. – Nie po tym, co się 

stało w Birmingham.

– A co się wydarzyło?
– Kilku najemnych zbirów Dunagana napadło jednej nocy Belindę, tuż przed jej biurem – 

wyjaśnił John. – I...

– Nie musisz wdawać się w szczegóły – ucięła Belinda.
– Gdyby nie Frank –  ciągnął  nie zrażony John  –  to lepiej  nie myśleć,  jak by się to 

skończyło.

– Dunagan – powtórzył Ben. – A więc on pochodzi z Birmingham?

background image

– Jakbyś nie wiedział – mruknął Frank. – To on wystawia ci czek.
– Czek wystawia mi Wujek Sam. Nikt inny.
– To niczego nie zmienia. Nadal pozostajesz...
–  Nadal pozostaję prawnikiem podejmującym się sprawy, której nikt nie miał odwagi 

nawet tknąć!

Frank rzucił przez zęby:
– Jesteś marnym kanciarzem, który wprowadza szumowiny na ulice.
– To mnie obraża! Nic o mnie nie wiesz! Frank złapał go za klapy marynarki.
– Wiem, że ktoś powinien ciebie i tobie podobne kreatury zetrzeć z powierzchni ziemi!
–  Frank!   Przestań!  –  Belinda   próbowała   ich   rozdzielić.   Rozwarła   uścisk   Franka   i 

odepchnęła Bena. – Wybacz Frankowi. On ma... prywatne sprawy przeciwko ASP. I bardzo 
wybuchowy charakter.

– Tak, ale...
– Ben, wydaje mi się, że powinieneś już pójść.
– Nie rozumiem, dlaczego...
– Naprawdę. Tak będzie najlepiej.
– A co z...
– Ben, po prostu wyjdź! – Belinda odsunęła się nagle, jakby przeraziła ją siła własnego 

głosu. – Tak będzie najlepiej dla wszystkich.

Ben wstrzymał oddech.
– A co z dzisiejszym wieczorem?
– Dzisiejszy wieczór? Masz czelność myśleć... Zapomnij o tym.
– Ale...
– Przykro mi. Możesz twardo postawić na swoim. Ale nie wybaczę ci tego, co robisz. I 

nie mogę obcować z kimś, kto pomaga takim ludziom.

– Cóż – Ben schował ręce do kieszeni – wobec tego idę.
– I nie wracaj – dodała Belinda.
– Jeśli wrócisz – zapowiedział Frank – ja będę czekał. Ostrzegam cię.
Ben zacisnął szczęki i opuścił biuro.

background image

Rozdział 10

Pół   godziny   później   Ben   dotarł   do   Sleepy   Hollow   Inn.   Z   informacji,   które   uzyskał 

uprzejmie wypytując ludzi, dowiedział się, że Sleepy Hollow był najlepszym, najelegantszym 
i   przypadkiem   jedynym   hotelem   w   mieście.   Prawdopodobnie   nie   dysponował   więcej   niż 
dziesięcioma  pokojami,  Ben jednak nie wątpił,  że dopóki Maria Panna nie  objawi się w 
Bluebell, ta ilość pokojów w zupełności wystarczy.

Dźwięk dzwonka towarzyszył Benowi od drzwi aż do recepcji. Mężczyzna siedzący za 

ladą wyglądał na ponad sześćdziesiąt lat. Nosił dwuogniskowe okulary w złotych oprawkach, 
które ledwo trzymały się na koniuszku jego nosa.

Ben z przerażeniem zauważył, że recepcjonista czytał „Silver Springs Herald”.
– Przepraszam – postawił na uprzejmość. – Chciałbym wynająć pokój...
– To pan! –  krzyknął starszy mężczyzna. Wstał z taboretu i uderzył ręką w zdjęcie w 

gazecie. – To pan jest tym młodym prawnikiem z pierwszej strony.

– Mam szczęście.
Mężczyzna prychnął i cisnął gazetę na ladę.
–  Mieszkam  w   Silver  Springs  już  sześćdziesiąt  siedem  lat   i  nigdy  nie  zamieszczono 

mojego zdjęcia w gazecie. A już na pewno nie na pierwszej stronie.

–  Idź na studia prawnicze  –  zasugerował Ben.  –  Ciągle mi się  to zdarza. –  Spojrzał na 

pismo. – Pewnie wzięli moje zdjęcie z rejestru adwokatów. Nie lubię tego zdjęcia.

–  Za   późno   na   narzekanie  –  stwierdził   mężczyzna,   wkładając   kciuki   pod   szelki.  – 

Wszyscy w mieście już je widzieli.

– Co za radość. Proszę posłuchać, chciałbym wynająć pokój na noc. A możliwe, że będę 

go potrzebował na tydzień lub dwa.

Recepcjonista syknął przez zęby:
– Przykro mi, synu. Nie mogę tego zrobić.
– Hotel pęka w szwach?
–  Och, nie. Nie było kompletu gości od czasu widowiska Bigfoot w siedemdziesiątym 

drugim. Ale nie mogę dać panu pokoju. Wszyscy w mieście żądaliby mojej głowy.

–  Nie proszę pana o pomoc w dokonaniu przewrotu rządowego. Po prostu chciałbym 

background image

znaleźć jakiś nocleg.

– Nie mogę. Może powinien pan rozbić namiot na wzgórzu.
– Dobra rada, ale nie dla mnie. Muszę nocować w mieście.
– Przykro mi. Jeśli dam panu pokój, Silver Springs zacznie na mnie nagonkę. Nikt się u 

mnie   nie   zatrzyma;   nikt   nie   będzie   ze   mną   handlował.   Nie   mogę   prowadzić   hotelu   bez 
dostaw.

– Nie wierzę, żeby wszyscy mieszkańcy byli tak ograniczeni...
Ben zauważył, jak napinają się mięśnie na szczękach mężczyzny, a ramiona prostują.
–  Słuchaj, synu. To jest dobre miasto i nie próbuj twierdzić inaczej. Nie prosiliśmy o 

kłopoty. Nie zapraszaliśmy twoich ludzi, żeby przywieźli tu swoje wielkie pistolety i bomby, 
a...

– To nie są moi ludzie – twardo powiedział Ben. – Jestem po prostu prawnikiem, który 

popełnił błąd, zajmując się sprawą w tej marnej mieścinie.

– To...! – Recepcjonista nie posiadał się z oburzenia. – Dopóki nie przybyli tu twoi ludzie, 

prowadziliśmy spokojne i ciche życie. Może nie specjalnie ciekawe, ale lubiliśmy je. Nawet 
gdy się pojawili, staraliśmy się traktować ich z przyjaźnią; Mary Sue wynajęła kilku z nich 
pokoje w swoim pensjonacie. Bardzo szybko w zamian otrzymaliśmy graffitti, pożary i burdy. 
A   teraz   morderstwo.  –  Mężczyzna   zwilżył   wargi   językiem.  –  Nie   lubimy   kłopotów, 
rozumiesz? Więc nie licz na zbytnią sympatię w tym mieście.

– Ale... ja nie zabiłem Vounga!
–  Może   nie,   ale   za   to   z   pewnością  użyjesz   każdego   kruczka   prawnego,   by   uwolnić 

mordercę.

– Nieprawda.
–   O?   –  Recepcjonista   podniósł   gazetę   i   rozłożył   ją  na   ladzie.   Wskazał   na   artykuł 

znajdujący   się   na   pierwszej   stronie   tuż   pod   fotografią   Bena   i   przeczytał:  –   „Prokurator 
okręgowy   Swain   oświadczył,   że   dołoży   wszelkich   wysiłków,   aby   powstrzymać   Bena 
Kincaida przed wyprawianiem błazeństw oraz wielkomiejskich sztuczek na sali sądowej. Pan 
Kincaid, prawnik, zapowiedział, że użyje każdego sposobu, by uwolnić Donalda Vicka...”

Ben wyrwał recepcjoniście gazetę.
– Niczego nie zapowiadałem. Nigdy nawet nie spotkałem tego reportera.
– Gazety nie kłamią – oburzył się mężczyzna.
Ben uniósł brew.
– A więc jest jeszcze miasto, gdzie nie dociera „National Enquirer”. To pocieszające.
– Wynoś się stąd, synu. Nie mam dla ciebie miejsca. I nie będę miał.
– Ale to jest jedyny hotel w obrębie sześćdziesięciu mil!
– Won! – Mężczyzna dygotał z tłumionej wściekłości.
– Idę już, idę. Życzę miłego dnia.

background image

Rozdział 11

Zabrało mu to prawie godzinę, ale w końcu Ben zdołał odnaleźć pensjonat Mary Sue: 

dwupiętrowy wiktoriański dom o jaskrawoniebieskich  okiennicach  i brązowych  szczytach 
dachu. Napis przy głównym wejściu utwierdził Bena w przekonaniu, że właścicielka będzie 
dysponowała   pokojami   do   wynajęcia.   Co   najmniej   jeden   powinien   być   wolny,   bo   Vick 
przeniósł się do miejskiej ciupy. Ben miał dwa powody, żeby zjawić się tutaj. Zapukał, a 
potem pchnął frontowe drzwi. Przed sobą  ujrzał drugie, holenderskie drzwi, które strzegły 
wejścia do salonu będącego najprawdopodobniej odmianą recepcji. Ben spojrzał na schody i 
ku swojemu zdumieniu zobaczył na nich Christinę.

– Christina! Co tu robisz?
– Wynajęłam pokój. – Jej twarz była nieruchoma i poważna. – Nie czuję się bezpiecznie 

pod namiotem.

– Boisz się krokodyli?
– Nie, boję się, że przyprowadzisz swojego kumpla-nazistę na rozmowę.
– A więc masz zamiar zatrzymać się tu na chwilę?
– Nie pozwolę, żebyś zniszczył mi moje wakacje.
– O Boże... jeśli i tak będziesz w sąsiedztwie... to może mógłbym poprosić cię o pomoc...
– Zapomnij o tym. – Odwróciła się i odeszła.
Ben westchnął. Nacisnął mały dzwonek na stoliku w foyer. Za kilka chwil pojawiła się 

mała  kobieta w różowym  szlafroku. Wycierała ręce w fartuch, sprawiała wrażenie, jakby 
właśnie oderwano ją od pieczenia ciasta. Ben doszedł do wniosku, że to Mary Sue.

– Dzień dobry. – Ben zaprezentował swój najlepszy uśmiech. – Rozumiem, że ma pani 

pokoje do wynajęcia.

– Tak, to prawda. Czy pan na długo?
– Prawdopodobnie na dwa tygodnie – odpowiedział Ben. – Może więcej. – Dzięki Bogu. 

Nie wydawało się, żeby go rozpoznała.

Zauważył   porannego  „Heralda”,   który   leżał   złożony   na   stoliku   przy   holenderskich 

drzwiach. Jego podobizna była dokładnie widoczna, ale gazety chyba jeszcze nie czytano.

Coraz lepiej. Teraz musi tylko powstrzymać Mary Sue przed spojrzeniem na nią przez 

background image

najbliższe dwie minuty.

– Słyszałem, że macie ostatnio jakieś kłopoty w mieście – rzucił niedbale.
– A więc wie pan o tym. Czasem zdarza się więcej, niż ktokolwiek może wytrzymać. – 

Pochyliła się konspiracyjnie. – On się tu zatrzymał, wie pan.

Bingo.
– Pani ma na myśli...? Skinęła głową.
– Donald Vick. Miał pokój na górze. Oczywiście nie miałam pojęcia...
– Nie. No jasne, że nie. Czy był... trudny?
– Och, nie. To najmilszy chłopiec, jakiego można sobie wyobrazić. Często zapominałam, 

że   nie   pochodził   z   miasta.   Bardzo   grzeczny,   dobrze   wychowany.   Otwierał   drzwi   przed 
kobietami.   Nigdy   nie   zawracał   głowy.   Respektował   prywatność   innych   mieszkańców. 
Faktycznie rzadko się do kogokolwiek odzywał.

– No tak – westchnął Ben – to zawsze są ci spokojni.
– A czy to nieprawda? Pan wie, tak było aż do ostatniego tygodnia. Tydzień przed tym 

jak... no pan wie, to nawet miał gości.

– O! Naprawdę?
– Tak, proszę pana. Wtedy po raz pierwszy wydawało mi się, że może on coś planował. 

Oczywiście nigdy bym nie przypuszczała...

– No pewnie. A któż zdołałby?
– Zwykle nie zwracam uwagi na gości moich gości. Ale kiedy zobaczyłam tę kobietę – 

podniosła brodę – no to już była inna sprawa.

– Mogę sobie wyobrazić.
– Jeśli Donald Vick myślał, że pozwolę mu zadawać się z tą kobietą w moim pensjonacie, 

to szybko zmienił zdanie. Nie prowadzę tego rodzaju lokalu.

– Jestem tego pewien.
– Byłam gotowa wtargnąć tam i wyrzucić ją osobiście, jeśli okazałoby się to potrzebne. 

Na szczęście wyszła sama, tuż po jedenastej. – Mary Sue przysunęła do siebie białą księgę 
meldunkową   i   otworzyła   ją   na   odpowiedniej   strome.  –  Proszę,   czy   mógłby   pan   się   tu 
podpisać. Ben wziął pióro i złożył podpis.

– Oczywiście muszę poprosić o... pan wie... zaliczkę. Dopóki nie poznamy się lepiej.
– Naturalnie. – Ben sięgnął po portfel i wyjął garść dwudziestek. – Czy to wystarczy?
– O z pewnością. – Mary Sue zachłannie sięgnęła po pieniądze, ale jeden z banknotów 

wyślizgnął   się   jej   z   dłoni.   Przeciąg   porwał   papierek   i   ułożył   go   delikatnie   na   wierzchu 
porannego „Heralda”.

Nie patrz! Ben zorientował się, że wydaje w myśli rozkazy, jakby to mogło coś pomóc. 

Podnieś tylko banknot i...

– O Boże. To pan?
Ben wzniósł oczy tak, że prawie zobaczył wnętrze czaszki. Mary Sue sięgnęła po gazetę i 

background image

rozłożyła ją.

– Pan nazywa się... Benjamin Kincaid?
Ben   w   myślach   zastanowił   się   nad   historią   o   niedobrym   bliźniaku,   ale   doszedł   do 

wniosku, że to bezużyteczne.

– Tak, to ja.
Mary Sue przebiegła wzrokiem przez artykuł.
– A więc pan jest... O dobry Boże! – Upuściła gazetę. – Dlaczego mi pan nie powiedział?
Ben wzruszył ramionami.
– Nie doszliśmy do tego...
– Pan jest jednym z nich!
– Nie jestem jednym z czegokolwiek. Jestem po prostu prawnikiem...
–  Czy zdaje  pan sobie sprawę z tego,  co zrobiliście  temu  miastu?  Nie czuję się już 

bezpieczna na ulicy.

– Ja tylko reprezentuję człowieka, który, jak wierzę, może być niewinny...
– Niewinny!
– Pani zna Donalda. Pani wie, jaki jest spokojny.
– Widziałam, jak pobił człowieka prawie do nieprzytomności! Ben zamarł.
– Jak to?
–  To było w Bluebell, tego wieczora przed morderstwem. Byłam zszokowana. Nigdy 

wcześniej   nie   widziałam,   żeby   Donald   tak   się   zachowywał.   Bez   widocznego   powodu 
zaatakował  tego biednego Wietnamczyka.  Z tyłu,  bez ostrzeżenia.  Jakby chciał  go zabić, 
zanim tamten zorientuje się, co się dzieje. Kilku przyjaciół chłopca odciągnęło Donalda i 
rzuciło się na niego. Kiedy go wyrzucali, Donald wrzeszczał, że go zabije. A następnego dnia 
ten Wietnamczyk już nie żył. Jeśli o mnie chodzi, uważam to za wystarczający dowód.

– To jest dowód pośredni...
– Pośredni? Co to jest? Wyrażenie wielkomiejskiego prawnika? – Rzuciła pieniądze Bena 

w jego kierunku. – Niech pan stąd idzie. Nie chcę mieć nic wspólnego z panem ani innymi 
pana pokroju.

– Proszę, niech mnie pani wysłucha...
Mary Sue schyliła się i wyciągnęła dwubębenkowy rewolwer, prawie tak duży jak ona 

sama.

– Wynoś się stąd, zrozumiałeś? Już!
Trzymała rewolwer pewnie, gotowy do strzału. Ben ani trochę nie wątpił, że wie, jak się 

go używa.

– Ostatnia szansa. Wynocha!
Ben zdawał sobie sprawę z tego, że dalsza dyskusja była bezcelowa. Poza tym po co 

kusić licho. Zgarnął pieniądze i pospiesznie opuścił pensjonat.

background image

Rozdział 12

Parę godzin później jedynym dokonaniem Bena było parokrotne powtórzenie tej samej 

sceny.  Gdziekolwiek się pojawił,  „Silver Springs Herald”  był  już tam pierwszy.  Nikt nie 
chciał z nim rozmawiać; nikt nie chciał nawet przyjąć jego pieniędzy. Stał się miejscowym 
pariasem.

Do dziewiątej wieczorem Ben obszedł Main i  Maple  i nie znalazł absolutnie nikogo, z 

kim mógłby porozmawiać. Nikt nie udawał, że nic nie wie o sprawie, po prostu nie chcieli mu 
powiedzieć. To, co twierdził sędzia Tyler, okazało się całkowitą prawdą: atmosfera w mieście 
była napięta do ostateczności. Wszyscy żyli w nerwowym oczekiwaniu na katastrofę.

Jedyne światło na ulicy  Maple  przebłyskiwało jeszcze z Bluebell. Czerwony neon we 

frontowym  oknie dumnie  głosił, że serwują  coors z beczki. W tej chwili Ben poczuł, że 
nadszedł czas na kufel. A co więcej, przypomniał sobie, że w tym miejscu wieczorem przed 
morderstwem odbyła się walka pomiędzy Vickiem a Vuongiem.

Ben zauważył jakieś szamoczące się postacie na alejce przed barem. Obaj przeciwnicy, 

ubrani   w   niebieskie   dżinsy   i   T-shirty,   byli   potężni  i   wyglądali   na   twardzieli.   Jednak 
wymachiwali   ramionami   jak   cepami.   Wyżłopane   piwo   zrobiło   swoje:   ciosy   straciły   na 
precyzji, zyskując na rozmachu.

Ben pchnął drzwi i wszedł do środka. Bluebell był mały i zatłoczony. Przy barze stało 

sześć stołków. Jeden wolny. Stół do bilarda i dwa automaty do gry, które, jak ocenił Ben, 
miały co najmniej po piętnaście lat, wyczerpywały możliwości rozrywki. Cztery kabiny z tyłu 
zapewniały intymność spragnionym samotności.

Ben   usiadł   na   wolnym   stołku   i  kiwnął   na   barmana.   Z   szafy  grającej   dobiegały   tony 

melodii w stylu country-western. Mary-Chapin Carpenter wyśpiewywała prawdy zgrzebnej 
filozofii: „Czasami jesteś jak młody bóg, czasem jesteś robakiem...”

– Duże poproszę – powiedział Ben, wskazując na leżącą na ladzie podkładkę pod kufel.
Barman spojrzał na niego, zmrużył oczy. Był starszym człowiekiem. Wyraźne zmarszczki 

nadawały jego twarzy smutny, ale i dystyngowany wyraz.

– Pan jest prawnikiem.
Ben słyszał to już tyle razy tego dnia, że nawet się nie zdziwił.

background image

–  Tak, jestem. A teraz, kiedy prezentacja została już zakończona, czy mógłbym dostać 

moje piwo?

Barman zawahał się.
– Wolałbym uniknąć kłopotów w moim barze.
– Nie zamierzam ich wywoływać – odpowiedział Ben. – Chyba że nie podasz mi piwa.
Barman uśmiechnął się krzywo.
– Co za piekło! Mam wrażenie, że sam Lucyfer przychodzi do mnie na piwo.
Melodia się zmieniła. Teraz Mary-Chapin Carpenter śpiewała wolną i smutną piosenkę o 

tym, jak trudno znowu uwierzyć w miłość po przeżytym rozczarowaniu.

Czekając   Ben   przejrzał  „Heralda”,   który   leżał   na   ladzie.   Okazało   się,   że   prokurator 

okręgowy Swain próbował swoich sił dziś rano i usiłował przekonać opinię publiczną, że 
„prawnik z wielkiego miasta” to zły facet. Ben dowiedział się, że szeryf Collier znalazł broń, 
którą dokonano zbrodni: dwudziestoczterocalową kuszę Carvelle. Swain twierdził, że wyniki 
badań przeprowadzonych przez ekspertów sądowych w Little Rock stanowczo potwierdzają 
związek kuszy z Donaldem Vickiem.

– Mam na imię Mac. – Barman pchnął piwo i otwieracz do butelek przez ladę.
– A ja Ben. Ale prawdopodobnie już to wiesz. – Ben otworzył butelkę i pociągnął duży 

łyk. Nie przepadał za budweiserem, ale skoro mężczyzna wykazał dobrą wolę, podając mu je, 
to Ben nie chciał okazać się niewdzięcznikiem. – Miłe miejsce.

– Dzięki – z wyraźną dumą odparł Mac. – Dostarczono mi bar z St. Louis w dniu, kiedy 

hrabstwo głosowało przeciwko prohibicji. Stołki też.

– Domyślam się, że to tu się stało – rzucił Ben.
– Co?
– Wielka bójka. Vick i Vuong.
– A owszem.
W końcu. Ktoś z nim rozmawiał.
– Musiała być piekielna walka.
– Uwierz mi. Zrobiono kopniakiem dziurę w moim najlepszym automacie do gry.
Ben   zauważył,   że   przednia   szyba   jednego   z   automatów   była   zniszczona,   tuż   nad 

rysunkiem przedstawiającym płomiennie czerwony cyklon.

– Byłeś tu tamtego wieczoru?
– Oczywiście. Jestem tu codziennie.
– Co się wydarzyło?
–   No,   ten   wietnamski  chłopak   siedział   sobie   akurat   w   tym   miejscu   gdzie   ty,   kiedy 

wchodzi Vick. Rozmawiają chwilę, potem on podnosi się i mówi: „Ty...”

Ku rozpaczy Bena Mac nagle przerwał, właśnie w momencie, kiedy historia stawała się 

interesująca.

– Raczej nie powinienem więcej mówić.

background image

– Nie przerywaj teraz!
– Nie, nie. – Mac podniósł ściereczkę i zaczął polerować drewnianą powierzchnię lady. – 

I tak za dużo powiedziałem.

– Mac, muszę przygotować obronę człowieka. Ciąży na nim poważne oskarżenie. Musisz 

mi pomóc!

– Do diabła, nie muszę. Ben przechylił się przez ladę.
– Posłuchaj, jestem zdesperowany. Musisz zrozumieć, że...
Ben poczuł dwie dłonie, które nagle i ciężko opadły na jego ramiona, ściągając go tym 

samym z powrotem na stołek.

Zanim   zdążył   się   zaciekawić,   do   kogo   mogły   należeć,   dłonie   odwróciły   go.   Starzy 

znajomi, miejscowi chłopcy, którzy zaczepili go tego ranka: Garth Amick i jego bykowaty 
przyjaciel. Z tym, że teraz był z nimi trzeci. Z wyglądu starszy i bardziej zdecydowany. Garth 
występujący wciąż w roli rzecznika grupy rzucił Benowi w twarz:

– Wydawało mi się, że powiedziałem ci, żebyś zmiatał z tego miasta.
– Rzeczywiście, powiedziałeś. I co z tego?
–  Mówisz   całkiem   odważnie   jak   na   mieszczucha,   z   którego   za   moment   wypędzimy 

diabła. – Jego oddech cuchnął piwem i wywoływał mdłości.

– Dlaczego nie wrócicie do swojego piwa i nie zostawicie mnie w spokoju?
– Mam lepszy pomysł. Trzymajcie go chłopcy. – Przyjaciele Gartha ujęli ramiona Bena.
– Kincaid! – To był Mac. Obiegł ladę. Ben sądził, że Mac zamierza mu pomóc. Szybko 

pozbył się złudzeń. – Chyba powiedziałem ci, że nie życzę sobie żadnych kłopotów!

– Dlaczego mnie to mówisz? Ja spokojnie siedziałem, zajmując się własnymi sprawami.
– Powinieneś zajmować się nimi w innym miejscu. – Garth przygotował pięść do ciosu.
– Garth! – zawył Mac. – Wyjdźcie na zewnątrz. Nie chcę więcej szkód w moim lokalu.
– W porządku.
Garth   chwycił   Bena   za   kołnierz   koszuli   i   pchnął   w   kierunku   wyjścia.   Jego   dwaj 

przyjaciele podążyli za nimi. W drzwiach zderzyli się z samozwańczą ochroną Bena.

– Banner! Dzięki Bogu! – Więc do tego doszło, pomyślał ponuro Ben, nie posiadał się z 

radości na widok garstki białych supremistów. – Co wy tu robicie?

–  To   tu   kaaazałeś   nam   czeeekkać,   pammmiętasz?  –  Trudność,   z   jaką   przychodziło 

Sonny’emu artykułowanie, nie pozostawiała wątpliwości, co też chłopcy robili przez cały 
dzień. Ben zaczął poważnie wątpić w bliskość swojego wybawienia.  –  O co, do diaaabła, 
choodzi?!

– Nie twój przeklęty interes – warknął Garth. – Po prostu zejdź mi z drogi.
Banner wypiął pierś.
– Nie, aż nieee otrzymmaaam kiilku ooodpowiedzi.
– Właśnie wychodziliśmy na pogawędkę.
Ben poczuł, jak zaciskają się ręce na jego ramionach.

background image

– Czyy tto praawda?
Ben potrząsnął głową.
– Wyprowadzają mnie na zewnątrz, aby, używając ich słów, wypędzić ze mnie diabła.
–  Aaa,   to   ttaak?   Ttrzeech   pprzeeciwko   jeeddnemuu?   Pooliczcie.   Kkoochający 

Wietnamców ppunkowcy.

– Odwal się, gburowaty potworze – rzucił Garth. – Nie muszę...
Pierwszy cios wylądował na szczęce Gartha z taką siłą, że chłopak się zatoczył. Ben był 

wolny. Przyjaciele Gartha uwolnili jego ramiona i unieśli pięści w swojej obronie.

– Wyjdźcie na zewnątrz! – krzyczał Mac. – Wyjdźcie...
Było za późno. Ben usunął się z drogi i trzech miejscowych rzuciło się na trzech ludzi z 

ASP,  jeden  na  jednego.  Garth  i  jego  załoga  posiadali  ducha   walki  i   byli  prężni,  ale  nie 
dorównywali przeciwnikowi wagą i umiejętnościami. Trzej żołnierze ASP byli może nieco 
niemrawi, ale kontrolowali sytuację.

Ben obserwował, jak Banner metodycznie tłucze Gartha. Członkowie ASP byli bardzo 

skuteczni. Ben uważał to za zrozumiałe. W końcu po to trenowali każdego dnia. Tym żyli. 
Mały bar znalazł się w oku cyklonu.

Banner chwycił teraz Gartha za kark i walił jego twarzą w stolik poplamiony piwem. 

Wrzaski nieszczęśnika wtórowały powtarzającym się uderzeniom. Przez chwilę Ben obawiał 
się, że Banner zabije chłopaka. Nagle ku swemu zdumieniu zobaczył, jak Banner dosłownie 
uniósł Gartha w powietrze i rzucił nim niczym szmacianą kukłą. Garth, lądując, dokończył 
dzieła zniszczenia automatu do gry.

Mac  nie będzie zadowolony. Dwaj przyjaciele Gartha również nie mieli powodów do 

radości. Właśnie gdy Ben zaczął obawiać się o ich zdrowie, usłyszał wycie syren na ulicy 
Main. Szybkie zerknięcie przez okno potwierdziło przypuszczenie: szeryf składał im wizytę. 
Pewnie Mac go wezwał. Ben podpełzł do stołka i upił trochę swojego piwa. Podejrzewał, że 
noc będzie długa.

background image

Rozdział 13

Jak Ben zauważył podczas poprzedniej wizyty, więzienie w Silver Springs dysponowało 

tylko   trzema   celami,   a   jedną   okupował   już   Donald   Vick,   więc   szeryf   będzie   musiał 
pogrupować aresztantów: miejscowych do jednej celi, członków ASP do drugiej. Oczywiście 
z   ich   najlepszym   kumplem   Benem.   Od   chwili   aresztowania  jako   „prowokatora”,   jak   go 
określił   Mac,   Ben   zgłaszał   swoją  niewinność   zarówno   szeryfowi   Collierowi,   jak   i   jego 
zastępcy Gustafsonowi. Na szeryfie nie wywarło to najmniejszego wrażenia. A Gustafson 
odnosił się do Bena jeszcze chłodniej niż przy pierwszym spotkaniu.

Collier   wygłosił   wykład   dotyczący   negatywnych   następstw   picia   i   hulanek,   po   czym 

przeprosił całe towarzystwo i zniknął, polecając swemu zastępcy zamknięcie zatrzymanych. 
Vick śledził wzrokiem przechodzącego korytarzem Bena, ale się nie odezwał. O czym on 
myśli? – zastanawiał się Ben. Wydaje ci się, że nic gorszego nie może cię spotkać i widzisz, 
jak zastępca szeryfa wsadza twojego prawnika za kratki. Gustafson zamknął miejscowych w 
jednej z wolnych cel, następnie wprowadził członków ASP do drugiej. Ku zdziwieniu Bena 
Gustafson zamknął drzwi od celi na klucz. Ben został na zewnątrz. Może istniała jeszcze 
jakaś nadzieja?

– Czy to oznacza, że wypuszczasz mnie?
– Marzyć dobra rzecz – krótko odparł Gustafson.
– Czy możesz przynajmniej zdjąć mi kajdanki?
– Nie – twarz Gustafsona przybrała kamienny wyraz. Ani śladu ciepła lub ludzkich uczuć.
– Wiesz, nikogo nie uderzyłem – powiedział Ben. – Nie mam nic wspólnego z tą walką.
– Mac mówił co innego.
–  Mac   był   zbyt   zajęty   opłakiwaniem   swojego   automatu   do   gry,   żeby  zdać   dokładną 

relację. Mówię ci, jestem niewinny. Do rozprawy Vicka zostało niewiele czasu i nie mogę 
spędzić go w więzieniu.

–  Nie   bój   się.   Szeryf   wypuści   wszystkich   rano.   A   do   tej   pory  będziesz   miał   szansę 

wytrzeźwieć.

–  Wytrzeźwieć? Nawet nie skończyłem  mojego pierwszego piwa. Gustafson odwrócił 

Bena i chwycił go za gardło.

background image

– Słuchaj, ty kawałku ścierwa. Staram się najlepiej, jak umiem powstrzymać mój gniew. 

Więc zamknij się i nie graj mi na nerwach.  –  Pociągnął Bena wzdłuż korytarza w miejsce 
niewidoczne z cel.

– Nie rozumiem. Co ja ci zrobiłem?
Ben za późno pojął, że nie powinien się odzywać. Gustafson dał się ponieść furii, prawie 

gotował się z gniewu.

–  Pamiętasz samochód, który twoi chłopcy wysadzili w powietrze dwa miesiące temu, 

myśląc, że należy do Wietnamczyków?

– Nie wiem, o czym...
–  No   tak,   moja   mała   siostrzyczka   znajdowała   się   na   chodniku,   przy   samochodzie. 

Ogarnęły ją płomienie z eksplozji. Była bliska śmierci. Dotąd ma problemy ze zdrowiem i 
okaleczoną twarz.

– Nie mam z tym nic wspólnego – protestował Ben.
– Kiedy coś tak strasznego zdarza się twojej siostrze, to ciebie też to dotyka. Rozdziera 

cię na pół. Ogarnia cię szaleństwo. – Spojrzał na Bena. – Zmusza cię, żebyś zabił winnego.

– Mówię ci, nigdy nie zraniłem...
– Była piękna. – Gustafson patrzył zimno. – A teraz jest... – Z nagłą furią jak huragan, 

Gustafson wyciągnął pałkę i zdzielił nią Bena w plecy.

Niespodziewany ból był tak przeszywający, że Ben nie mógł wydobyć z siebie głosu. 

Stracił władzę w nogach i czucie w plecach.

– Moja mała siostrzyczka nigdy nikogo nie skrzywdziła. Tego jestem cholernie pewien. 

Więc nie próbuj błagać mnie o współczucie.

Ben stanął przy ścianie, szukając oparcia.
– Ale ja... nie byłem w to zaangażowany... nawet nie wiedziałem...
–  Kłamca!  –  Gustafson   uderzył   go   ponownie,   tym   razem   w   żebra.  –  Przyznaj   się. 

Przyznaj się, że wiedziałeś o podłożonej bombie!

– Jestem tylko – wysapał Ben – prawnikiem.
Gustafson odwrócił go twarzą do ściany. Ben tarł brodą o szorstką powierzchnię.
– Moim zdaniem, to jeszcze gorzej. Chłopcy z celi w bloku B przynajmniej wierzą w to, 

co robią. Ty bierzesz w tym udział tylko dla pieniędzy.

Ben nie zdążył  odpowiedzieć, bo Gustafson oderwał go od ściany. Kolejne uderzenie 

ogłuszyło Bena. Osunął się na podłogę. Gustafson włożył pałkę Benowi pod brodę, kolana 
wparł w jego kręgosłup i pociągnął pałkę do góry. Kolana wryły się w plecy Bena, a pałka 
miażdżyła mu krtań.

Nagle Gustafson cofnął pałkę. Ben uderzył głową o podłogę. Przygotował się na następny 

cios, ale ten nie nastąpił. Usłyszał odgłos oddalających się kroków Gustafsona.

Czy nie obawiał się, że Ben będzie próbował uciec? Prawie się roześmiał. Nie mógł 

nawet drgnąć. Sama myśl o tym, żeby spróbować się podnieść, zabolała go bardziej, niż mógł 

background image

wytrzymać. Słyszał, jak Gustafson otworzył drzwi i wyszedł z korytarza prowadzącego do 
cel. Ben leżał na podłodze, niezdolny do ruchu; niezdolny, żeby sobie pomóc  – powalony 
bólem.

I nagle ze straszliwą pewnością pojął, że był absolutnie samotny.

background image

Rozdział 14

Pułkownik Nguyen siedział na środku kurzej fermy,  która służyła jako ratusz dla Coi 

Than Tien. Po lewej stronie zasiadł jego stary przyjaciel Duong Dang wraz z radą starszych – 
wybieralnym   zarządem   ich   społeczności.   Miejsca   na   prawo   zajęli   Dan   Pham   i   jego 
sprzymierzeńcy, głównie młodsi mieszkańcy wioski.

Dwie grupy nie mogły bardziej zaznaczyć swojej odrębności. Stara gwardia przeciwko 

młodym gniewnym, zwolennicy pojednania przeciw zwolennikom czynnego oporu.

I wydawało się, że nie ma kompromisowego rozwiązania, które obie strony mogłyby 

zaakceptować.

Dang delikatnie zastukał młoteczkiem.
– A teraz, kiedy już rozwiązaliśmy sprawę zorganizowania wart, możemy przystąpić do 

rozważenia propozycji Dinh Phama, jak odpowiedzieć na wczorajszy incydent.

Pham zerwał się na nogi.
– Musimy walczyć! Musimy wziąć odwet! Dang uderzył młoteczkiem.
– Nie zostałeś odpowiednio przedstawiony.
– Wszyscy wiedzą, kim jestem.
– Nie o to chodzi. To jest sprawa grzeczności i tradycji...
– Nie interesuje mnie tradycja. Interesuje mnie zemsta.
– Istnieją odpowiednie procedury...
– Postrzelono moją  babcię!  –  krzyknął Pham. Jego głos przetoczył się echem poprzez 

fermę, aż zagruchotały krokwie na dachu. Potem zapadła ciężka cisza.

Pułkownik   Nguyen   zamknął   oczy.   Ostatniej   nocy   nie   obyło   się   bez   ofiar.   Odbita   z 

rykoszetu kula trafiła babcię Phama. Pomimo że rana nie wydawała się groźna, to starej już 
kobiecie nawet ona mogła przynieść fatalne skutki.

Dang pogładził swoją siwą brodę.
– Wszyscy razem z tobą smucimy się powodu rany Xuan.
– Smutek nie wystarczy! Nadszedł czas, żeby działać!
Nguyen  potrząsnął  głową. Istniała  tak wielka  różnica  pomiędzy Dangiem a Phamem. 

Dang wypowiadał się w stary, tradycjonalny sposób, Pham całkowicie przyswoił sobie język i 

background image

retorykę nowego kraju. A to, co mówili, różniło się równie dalece, jak forma wypowiedzi. 
Dang mówił rozważnie, rozpatrując wszystkie możliwości. Nie wpadał łatwo w gniew, ale 
równie  trudno było  mu  podjąć działanie.  Pham był  młody,  nie  chciał  akceptować  świata 
takim, jakim on był. Zostawił za sobą rozwagę Wietnamu. Temperamentem stał się synem 
Ameryki.

Pham zwrócił się do całego zgromadzenia:
–  Łagodna   kobieta   w   wieku   siedemdziesięciu   lat,   która   nigdy   nie   zrobiła   nikomu 

krzywdy, została ciężko zraniona. Co zamierzamy z tym zrobić?

Nguyen obserwował Phama, gdy ten apelował do zebranych. Zrobiło na nim wrażenie 

jego zachowanie, siła i naturalne skłonności przywódcze. Słuchając słów Phama, poczuł, że 
ogarnia   go   obawa.   Nguyen   zdawał   sobie   sprawę,   że   podżegająca   mowa   Phama   może 
poprowadzić Coi Than Tien tylko w jednym kierunku.

Z interwencją pospieszył kolejny członek starszyzny.
– Powiedziano mi, że twoja babcia wyzdrowieje.
– Nie powinna cierpieć! – krzyknął Pham. – Tego nie można tolerować!
– Wydaje mi się – mitygował Dang – że mamy wybór.
–  Musimy   wybrać   walkę!  –  ryknął   Pham,   przerywając   Dangowi.   Krótkie   wiwaty 

nagrodziły jego krzyk, wznosili je głównie młodsi mężczyźni.

–  Tej drogi akurat nie bierzemy pod uwagę  –  odparł Dang wciąż cichym i spokojnym 

głosem. – Możemy wybrać pomiędzy pozostaniem tu i przetrwaniem a wyprowadzeniem się 
stąd.

–  A ucieczką! To właściwe określenie. Czy uciekniemy jak tchórze, tak jak przedtem? 

Nie będę więcej uciekał! – Wiwaty i oklaski przybrały na mocy. Poparcie rosło.

–  Jeśli   tu   zostaniemy  –  powiedział   Truong  –  ryzykujemy   nie   kończącym   się 

prześladowaniem. – Patrzył prosto na Phama. – Jeśli będziemy walczyć, ryzykujemy zagładę.

–  A   dokąd   pójdziesz,   kiedy   już   siły   nienawiści   przegonią  nas   na   krańce   ziemi?  – 

dopytywał się Pham. – Co wtedy?

Dang zamachał rękami.
– Jeszcze nie podjęliśmy decyzji. To jest po prostu otwarta dyskusja. Musimy rozważyć 

opcje.

– Nie zgodzę się na niehonorową opcję!
Mądry chłopak, pomyślał Nguyen. Pham zdobywał przewagę, trącając właściwą strunę, 

której dźwięk poruszy zarówno starszych, jak i młodszych członków społeczności. Nastąpił 
punkt zwrotny. Jeśli Nguyen w ogóle ma zabrać głos, musi zrobić to teraz.

– Proszę o wybaczenie, szlachetny Dangu. – Pułkownik Nguyen spokojnie włączył się do 

debaty. – Możliwe, że honor można odnaleźć we wszystkich opcjach.

Pham spojrzał na niego z wyraźnym przerażeniem i rozczarowaniem.
– Pułkowniku Nguyen! Z pewnością taki bojownik jak pan nie sugeruje, że powinniśmy 

background image

uciekać.

Nguyen spuścił wzrok.
–  Dzielny mężczyzna  wie, kiedy się wycofać. I co to oznacza?  –  Zawahał się.  –  To 

znaczy, że nie jest honorową walka, w której giną nasi ludzie, nasze rodziny.

–  Nie mogę się z tym zgodzić. Nie mogę uwierzyć, że takie słowa wypowiada wielki 

pułkownik Nguyen.

– Do czego chcesz nas zmusić Pham? Żebyśmy kogoś zabili? Dokonali twojej zemsty? 

Nie wiemy, kto postrzelił twoją babcię.

– Oczywiście, że wiemy. To ci rasiści z ASP. Pobożni mordercy, którzy co niedzielę rano 

chodzą tuż przed naszymi nosami do kościoła i umocnieni w wierze strzelają do nas jak do 
kaczek.

Nguyen czuł narastające podniecenie zebranych.
– Nie wiemy tego na pewno. Nie możemy wykluczyć... innych motywów wczorajszego 

ataku.

– Na przykład jakich? – chciał wiedzieć Pham.
Nguyen milczał. Byłoby o wiele łatwiej, gdyby mógł po prostu powiedzieć im, o czym 

wiedział i co widział. Rzucił spojrzenie na siedzącą za nim Lan z Mary i Holly. Nie. Znajdą 
się w niebezpieczeństwie. A Coi Than Tien nie zapewni im obrony. Coi Than Tien nie jest w 
stanie nikomu zapewnić obrony.

–   Nie   wiem   –  przyznał   w   końcu   Nguyen.  –  Ale   istnieje   wiele   motywów   przemocy. 

Nienawiść jest tylko jednym z nich.

–  Pułkowniku   Nguyen  –  w   glosie   Phama   dźwięczała   pogarda  –  nie   chciałbym   pana 

urazić, ale pan nie ma racji. Pan mówi jak tchórz!

–   Pham!   –  zdenerwował   się   Dang.  –  Opanuj   się!   Pułkownik   Nguyen   jest   jednym   z 

naszych najbardziej szanowanych mieszkańców. Należy do starszyzny.

– Tak – warknął Pham. – A jego mądrość doprowadziła do śmierci Tommy’ego Vuonga!
Wszyscy   wstrzymali   oddech,   zapanowała   cisza.   Padły   słowa,   których   nie   należało 

przywoływać do życia.

– Pham – odezwał się Dang – przynosisz nam wstyd. Nie wiesz, co mówisz.
– Wiem, co wiem! –  zripostował Pham. –  Wiem, że pułkownik Nguyen był ostatnim, 

który widział Tommy’ego żywego. Wiem też, że radził Tommy’emu powstrzymać gniew, 
nadstawić drugi policzek. I widzicie, co się stało.

Wszyscy oczekiwali w napięciu na odpowiedź Nguyena, ale on milczał. Bo i cóż miał 

powiedzieć? Radził Totnmy’emu nie szukać zemsty na człowieku, który zaatakował go w 
barze. Opuścił Tommy’ego w chwili, kiedy był mu najbardziej potrzebny. Jeśli ktokolwiek 
mógł uratować Tommy’ego, to właśnie on. I zawiódł.

–  Dinh   Pham,   zhańbiłeś   zgromadzenie  –  przerwał   ciszę   Dang.  –  Jesteśmy   zmuszeni 

poprosić cię, żebyś opuścił...

background image

– Świetnie. Pójdę. Ale nie wyjdę stąd sam. – Pham ponownie zwrócił się do tłumu: – Kto 

idzie ze mną?

Na początku nieśmiało zareagowało tylko kilku młodych mężczyzn, którzy byli znani 

jako sprzymierzeńcy Phama. Ale potem przyłączył się do nich Thung Hieu, mężczyzna pod 
pięćdziesiątkę, mający trójkę dzieci. Następnie Tran, długoletni przyjaciel pułkownika. Za 
nimi wielu innych, a nawet kobiety i dzieci. Nagle okazało się, że zwolennicy Phama to nie 
garstka desperatów, ale zdecydowana większość. Byli gotowi nie dać wygnać się ze swoich 
domów.

Pham wymaszerował dumnie z fermy. Ponad połowa obecnych podążyła za nim.
Dang nieśmiało uderzył młoteczkiem w stół. Smutek w jego oczach był wyraźny.
– W obecnej sytuacji – oznajmił – nie widzę powodu, żeby kontynuować zebranie.
Nguyen, tak jak Dang, zdawał sobie sprawę z wagi wydarzeń. Szanse na solidarność, a 

także   na   negocjacje   pokojowego   rozwiązania   przepadły.   Od   tej   chwili   Pham   stał   się 
rzeczywistym przywódcą Coi Than Tien. A on będzie dążył do bezpośredniej konfrontacji z 
ASP. Konfrontacji, która może prowadzić tylko do śmierci. Nie było wątpliwości, że zbierze 
ona   żniwo   w   Coi   Than   Tien.   Kiedy   z   garstką   pozostałych   opuszczał   budynek,   czuł   się 
bezsilny. I winny.

background image

Rozdział 15

– Do diabła, co ci się stało?
Ben,   słaniając   się   na   nogach,   wszedł   do   biura   Hatewatch.   Na   jego   widok   Belinda 

wyskoczyła zza biurka i pomogła mu usiąść na krześle.

– Miałem ciężką noc – wybełkotał Ben, trzymając się za bok.
–  Nie żartuj.  – Belinda ujęła jego głowę w dłonie. Twarz Bena przypominała siekany 

kotlet. – Gdzie spędziłeś noc, w młynie na odpadki?

– Prawie. W miejskim więzieniu.
– W więzieniu? Ty? Pod jakim zarzutem?
– Pijaństwo i chuligaństwo. – Ben skrzywił się, kiedy mówił ból w jego boku narastał. – 

Przepraszam... Belindo... wiem, że nie chciałaś, żebym się tu pokazywał...

– Nie wygłupiaj się. Jesteś ranny.
– Ale jeśli Frank i...
– Frank i John nie pojawią się w biurze przez cały ranek.
– To dlatego... – Kolejny ostry ból przeszył mu klatkę piersiową. – Nie... byłem w stanie 

wrócić do obozowiska, a nie mam gdzie pójść.

– Powiedziałam ci, nie martw się. Kto ci to zrobił?
– Prawy Honorowy Zastępca Gustafson.
– O Boże. Co on ma przeciwko tobie? Ben potarł bolący bok.
– Chciał, żebym się przyznał, że uczestniczyłem w zamachu bombowym ASP.
– Dlaczego, do diabła, się nie przyznałeś? Nie zeznawałeś pod przysięgą.
Ben wzruszył ramionami.
– Istnieją pewne zasady.
Belinda potrząsnęła głową. O ile dobrze widział podpuchniętymi oczami, to chyba w jej 

spojrzeniu dostrzegł cień uznania.

– Przestrzeganie zasad bywa bolesne, zwłaszcza gdy się trafi na furiata jak Gustafson.
– Znasz go?
–  Przychodził  tu kilka razy,  próbując namówić  nas do zrobienia  głupich rzeczy.  Czy 

mówił o swojej siostrze?

background image

– Tak, wydaje mi się, że o niej wspomniał. Ale raczej była to rozmowa na migi.
– Jak długo cię bił?
–  Trudno   powiedzieć,   chyba   zemdlałem   pod   koniec.   Kiedy   już   skończył,   po   prostu 

zostawił mnie leżącego na kamiennej podłodze. Nie mogłem się poruszyć. Mniej więcej po 
godzinie zaciągnął mnie do celi w bloku B. Siedziało w niej trzech członków ASP.

– Z deszczu pod rynnę. Też ci dołożyli?
– Gorzej. – Ben ostrożnie dotknął ran na twarzy. – Byli dla mnie mili.
Delikatny uśmieszek pojawił się na ustach Belindy.
–   Biedny   dzieciaku,   pozwól,   że   udzielę   ci   pierwszej   pomocy.   Pobiegła   do   pokoju 

znajdującego się na tyłach biura i wróciła z apteczką i ręcznikiem. Przemyła mu ranę na 
czole.

– Au! – krzyknął. – To szczypie.
– Nie narzekaj.
– Nie starczy mi już tortur?
Belinda zignorowała go i dalej opatrywała rany. Jest bardzo miła, pomyślał Ben. Chyba 

się nie mylił, chyba rzeczywiście coś się między nimi działo.

– Na czym spałeś? – spytała Belinda.
– Na podłodze.
Uniosła jego koszulę i badała brzydki czarno-niebieski siniak na żebrach.
– Mój Boże, to okropne. Czyżby złamał ci żebro?
– Nie wydaje mi się. To profesjonalista. Wie, jak zadać ból, nie robiąc z człowieka kaleki. 

Za trwałe uszkodzenia ciała można kogoś pociągnąć do odpowiedzialności. Kilka siniaków 
można wyjaśnić powstrzymaniem próby ucieczki.

– Złożysz na niego skargę, prawda?
– Nie ma mowy.
– Ben, on naruszył twoje prawa cywilne!
– To nic nowego.
– Jeżeli chodzi o pieniądze, to Hatewatch może pokryć koszty...
–  Nie.  Mam  wystarczająco  dużo  kłopotów   bez  nowych  procesów.  Wyjęła   z apteczki 

bandaż i zaczęła opatrywać mu klatkę piersiową.

– Sprawa Vicka nie idzie dobrze?
Ben obserwował, jak z wprawą opatrywała jego rany i zadrapania. Z pewnością skończyła 

kurs pierwszej pomocy. Nic dziwnego. Z racji urzędu dosyć często ma bezpośredni kontakt z 
przemocą.

– Sprawa Vicka nie posuwa się w ogóle. Nikt nie chce ze mną rozmawiać. Nikt mi nie 

pomoże. Moja własna asystentka mi nie pomaga. Nawet nie mogę znaleźć noclegu.

– Ben, nie powiem, że ci współczuję. Twój klient to szumowina.
–  Daj   spokój, Belinda,   jesteś   prawnikiem.  Wiesz,   że  proces  nie  może   się  odbyć  bez 

background image

reprezentacji obu stron.

– To prawda. Ale to nie oznacza, że ty musisz reprezentować wszystkie szuje tego świata.
– Nikt kompetentny nie będzie reprezentował tej szui. Zostaję ja albo prawnik zajmujący 

się testamentami, który nie zna paragrafów dotyczących postawienia w stan oskarżenia.

– Wciąż...
–  Jeśli ten człowiek nie będzie miał uczciwego procesu, to równie dobrze można by w 

ogóle go nie przeprowadzać. Czy tego chcesz? Skazania bez uczciwego przewodu?

– W przypadku Donalda Vicka nie darłabym o to szat.
–  Wobec tego spróbuj odpowiedzieć sobie na pytanie, czy członkowie ASP to jedyni 

obecni tu faszyści.

Belinda zmarszczyła czoło. Spakowała apteczkę i położyła ją na biurku. Ben złapał ją za 

nadgarstek. Próbowała się uwolnić. Ben odwrócił palcem jej twarz, zmuszając ją do patrzenia 
na niego.

– Potrzebuję twojej pomocy. Sam temu nie podołam.
Jej ruchy spowolniały, twarz wyrażała zmieszanie. Jednak nie wyrwała dłoni.
– Nie zamierzam odczepiać mordercy z haka.
– Nie proszę cię o to. Chciałbym, żebyś pomogła mi w dochodzeniu. Mówiłaś, że i tak 

planowałaś je przeprowadzić na własną rękę. Moglibyśmy równie dobrze zrobić to razem.

– Nie jestem pewna, czy to jest mądre. Nie stoimy po tej samej stronie.
– Oboje chcemy tego samego. Prawdy. – Spojrzał na nią znacząco.
Belinda zastanawiała się przez dłuższą chwilę nad odpowiedzią.
– Przypuszczam, że jeśli będę ci towarzyszyć, ludzie zechcą rozmawiać.
Ben cicho westchnął.
– O to chodzi.
– Ale ostrzegam cię, jeśli znajdziemy dowód obciążający twojego klienta, natychmiast 

powiem o tym prokuratorowi okręgowemu.

– Zrozumiałem. – Opadł na krzesło, starając się nie urazić bolących miejsc.
Belinda cofnęła rękę.
– Teraz zajmę się kilkoma nagłymi wypadkami, a potem możemy zacząć. Jeśli będziesz 

w stanie.

– Będę. Jeszcze chwila i w ogóle zapomnę, że coś mnie boli.
–  W porządku. Co jeszcze mogę dla ciebie zrobić? Ben próbował otworzyć spuchnięte 

oko.

– Nooo... mogłabyś zjeść ze mną kolację...

background image

Rozdział 16

Belinda zgodziła się podwieźć Bena do obozowiska, żeby mógł zmienić ubranie i zabrać 

kilka  rzeczy.  Kiedy dojeżdżali,  Ben spostrzegł  Christinę  –  wędkowała  na środku jeziora. 
Musiała wcześnie wyjść z pensjonatu Mary Sue.

Ona też go zauważyła,  ale nie zareagowała. Omiotła go tylko  szybkim spojrzeniem i 

poświęciła całą uwagę rybom.

Ben   wczołgał   się   do   swojego   namiotu,   przebrał   się   i   zabrał   konieczne   rzeczy,   żeby 

przetrwać dzień. Kiedy wychodził z namiotu, nagły poryw wiatru uderzył w obozowisko. 
Podmuch był tak silny, że prawie zwalał z nóg.

– Czy to tornado się zbliża? – spytał Belindę.
– Nie sądzę.
Wiatr nasilił się, miotając kurz i piasek w ich twarze. Ben usłyszał głośny, rytmiczny, 

klekoczący dźwięk. Dochodził jakby z nieba.

– O tam w górze! – Belinda wskazywała coś ponad ich głowami. – To helikopter!
– Nawet więcej – dodał Ben – to jest policyjny helikopter.
– Dlaczego leci tak nisko? Ben zezował w stronę słońca.
– Myślę, że podchodzi do lądowania.
– Dlaczego policyjny helikopter miałby tu lądować?
– Chyba powinienem jednak zapłacić za parking. Obserwowali, jak helikopter zniżył lot 

nad polaną w pobliżu jeziora.

Dotknął ziemi i śmigło zwolniło obroty. Natarczywy warkot stopniowo zamierał. Gdy 

śmigło prawie znieruchomiało, Ben usłyszał głośny trzask, a potem odgłos metalu trącego o 
metal. W końcu helikopter kaszlnął i zapadła cisza.

–  Wydaje   mi   się,   że   maszyna   nadaje   się   do   generalnego   remontu  –  skomentowała 

Belinda. – Wiesz może, kim jest pilot?

–  Właściwie  –  Ben   biegł   w   kierunku   helikoptera  –   znam   jednego   faceta,  który   ma 

zaświadczenie, że może latać takimi owadami...

Wysoki,   ciemnowłosy   mężczyzna,   który   wyłonił   się   z   kabiny,   ubrany   był   w 

nieodpowiedni na tę porę bardzo ciepły płaszcz i gogle. Coś pomiędzy Samem Spade’em a 

background image

juniorem Birdmanem. Niezaprzeczalnie to był detektyw z wydziału zabójstw – Mike Morelli. 
Przyjaciel Bena. Były szwagier. W dodatku określenia nie wykluczały się wzajemnie.

– Cholera, cholera, cholera.
– Mike! Co tu robisz? Coś się stało?
– Ehe. Chyba poszedł bezpiecznik.
– Nie to miałem na myśli. Zdarzył się jakiś nagły wypadek?
– Słyszałem pogłoski, że narobiłeś sobie kłopotów. Więc wziąłem wolne i oto jesteśmy.
– My?
Jak na zawołanie, Jones i Loving wygramolili się z tyłu helikoptera.
– Jones! – krzyknął Ben.
– We własnej osobie.
Ben wykonał gest w kierunku Belindy.
– Belindo, poznaj Jonesa. W Tulsie jest moim sekretarzem.
– Samodzielnym asystentem –  poprawił Jones.  – Powiedz „marmolada”. –  Wycelował 

czarną przenośną kamerą video w twarz Bena.  –  Uczę się obsługiwać minikamerę,  którą 
dostałem na święta Bożego Narodzenia. Nagrałem cały lot.

–  Jeśli zamierzasz kontynuować kręcenie filmu  –  powiedział Ben  –  pozwól, że dam ci 

radę. Celujesz w słońce.

– Szczegóły, szczegóły...
– A także masz zasłonięty obiektyw – dodał Loving.
– Belindo, to jest Loving, mój dochodzeniowiec – Ben dokończył prezentacji.
Wyciągnęła dłoń.
– Ben, czy żaden z twoich współpracowników nie posiada imienia?
– Nie pytaj mnie o to. Oni to wymyślili. Loving, przywitaj się z Belindą Hamilton.
–   Hellooo!   –  Loving   z   podziwem   zmierzył   ją   wzrokiem.   –  Rzuciłem   wszystko   i 

poleciałem z Morellim, jak tylko usłyszałem, że masz kłopoty, kapitanie. Ale widzę, że były 
raczej przesadzone.

Ben skierował uwagę na Mike’a, który majstrował przy silniku.
– Skąd wytrzasnąłeś helikopter? Nie ukradłeś go z departamentu ruchu, prawda?
–  Oczywiście,   że   nie.   Po   dziesięciu   latach   pełnej   poświęcenia   służby,   departament 

wystawił go na aukcję. Razem z pięcioma innymi glinami złożyliśmy się i kupiliśmy go.

– Ale... po co?
–  Żeby latać, oczywiście. Od lat mam pozwolenie na latanie helikopterami, ale zawsze 

było tyle zachodu, żeby pożyczyć maszynę na określony czas. Teraz mam własnego hillera 
12SL4.

–  Wiesz, Mike, nie wyśmiałem cię, kiedy kupiłeś  trans am.  Nic nie mówiłem,  kiedy 

kupiłeś lotnię i wyposażenie do niej. Ale helikopter?

background image

– Cóż w tym złego?
– Czy nie powinieneś przynajmniej usunąć napisów departamentu policji? On już nie jest 

na służbie.

Mike wzruszył ramionami.
– Nie mogłem się na to zdobyć. Z napisami wygląda poważniej, nie uważasz? No i nie ma 

problemu z parkowaniem.

– Nie musisz przygotowywać planu lotów albo utrzymywać kontaktu radiowego z wieżą 

kontrolną?

– Nie tutaj. Po prostu przestrzegam ZW –  Zasad Widoczności  –  latam na wysokości 

półtora tysiąca stóp i mam oczy otwarte. – Uśmiechnął się. – To łatwe. Chcesz się przelecieć?

– Nie, dzięki. Nie latam sprawdzonymi samolotami, więc tym bardziej tą kupą złomu.
– Portia może i przeszła kilka napraw tu i ówdzie, ale nie jest kupą złomu – zaprotestował 

Mike. – Niestety, lądowanie było raczej kiepskie. Wydaje mi się, że powinienem wymienić 
jej silnik.

– Portia? Ochrzciłeś helikopter? Mike, chyba naprawdę urwałeś się z choinki. Nawet twój 

trans am nie miał imienia.

– Nie nadużywaj swoich zdolności do wybaczania. Portia, to takie zwykłe imię.
– Czuję w tym inspirację Szekspira. – Ben pochylił się nad ramieniem Mike’a i starał się 

dojrzeć, co on robi. – Nie wiedziałem, że w razie potrzeby jesteś mechanikiem. Tkwiłem w 
błogim przekonaniu, że spędzasz cały wolny czas na studiowaniu klasyki.

–  Jeśli nie potrafisz zreperować swojego ptaka, nie powinieneś na nim latać. To moje 

motto. Mechanicy nie podejdą do niego z taką czułą troską, na jaką on zasługuje. Wiesz, nie 
można go traktować tylko jak górę metalu. – Pogłaskał szybę. – Trzeba o niego dbać jak o 
kobietę.

– Nie przypuszczałam, że naprawy silnika mogą być aż tak zmysłowe  –  zdumiała się 

Belinda.

Mike roześmiał się.
–  Teraz już wiesz.  –  Zamknął przykrywę.  –  Portia potrzebuje części zamiennych. Ben, 

czy jest taki sklep w tym mieście?

–  Który sprzedaje części do helikoptera? Nie przypuszczam. Chyba widziałem sklep z 

częściami do samochodów.

– Może być, jeśli będę twórczy. Sprawdzę to później... Mike wyprostował się i dopiero 

teraz z bliska przyjrzał Benowi. – Na Boga, co ci się stało?

Ben dotknął spuchniętego oka.
– Nieporozumienie z kilkoma mieszkańcami. Właściwie z większością.
– Chcesz nam o tym opowiedzieć?
–  Zakład, że nie uwierzycie. Jestem wzruszony, widząc was tutaj, ale obawiam się, że 

wakacje już się skończyły. Mamy robotę do zrobienia.

background image

Ben   usadził   Belindę   i   swoich   współpracowników   wokół   wygasłego   ogniska   i   krótko 

przedstawił im wszystko, co wiedział o sprawie. Właśnie wtedy Christina wróciła z połowu.

– Jones! Loving! – rzuciła sprzęt wędkarski i podbiegła, aby się z nimi przywitać. Loving 

rozłożył ramiona, żeby objąć ją swoim niedźwiedzim uściskiem. Ważył dwieście pięćdziesiąt 
funtów, a budową ciała przypominał fabrykę, więc Christina zniknęła w jego ramionach.

Jones, zawsze zrównoważony, na powitanie uścisnął dłoń Christiny. Był ubrany w krótkie 

spodenki koloru khaki, podkolanówki i reporterską kurtkę z milionem kieszonek.

–  Jak miło widzieć, że dobrze wyglądasz  –  pospieszył  z komplementem.  –  Ale przy 

okazji, pachniesz pstrągiem.

Uszczypnęła go w policzek.
– Jones, ty stary czarusiu. – Wymieniła uściski z Mike’em i nagle znalazła się twarzą w 

twarz z Benem.

Patrzyli na siebie w milczeniu. Christina obrzuciła spojrzeniem Belindę i odwróciła się.
Świetnie, pomyślał  Ben. Nie było  go przez całą noc i wrócił z kobietą, której nigdy 

wcześniej nie widziała. I nawet najmniejszego śladu zainteresowania z jej strony.

Ben zaczął omawiać przed procesową strategię.
– Ze względu na to, że nie należy oczekiwać zbytniej pomocy od naszego klienta, myślę, 

że powinniśmy na własną ręką postarać się zebrać więcej informacji o Donaldzie Vicku i jego 
poczynaniach, odkąd przybył do Silver Springs.

– Czy to oznacza inwigilację ASP? – zainteresował się Loving.
– Obawiam się, że tak.
–  Nie   będą   zachwyceni   przesłuchaniami,   kapitanie  –  odparł   Loving.  –  Zwłaszcza   że 

uważają cię za najlepszego kumpla.

– To na pewno – przytaknął Ben. – Ale musimy spróbować.
– Wobec tego ja to zrobię. Jestem jedynym, który ma cień szansy na to, żeby wyjść cało 

ze spotkania z tymi zbirami.

Ben nie był w nastroju do kłótni.
– Popętam się po barach i salonach do gry w bilard, zobaczymy, czego się dowiem. Jeśli 

pociągnę ich za język, może uzyskam jakieś ciekawe informacje.

– To dobry pomysł – zgodził się Ben.
– Jakie są wyniki badań? – zapytał Mike.
– Nie znam szczegółów – odparł Ben. – Ale sędzia okręgowy powiedział Belindzie, że 

rozstrzygające  i zamierzał pochwalić się nimi publicznie. Odwiedzę jego biuro, jak tylko 
skończymy.

Mike w zamyśleniu potarł policzek.
– Plan jest dobry, ale, jak sam wiesz, oskarżyciel stara się nie ujawniać obronie niczego 

poza tym, do czego jest zobowiązany prawem. Czy biuro sędziego znajduje się w pobliżu 

background image

sklepu z częściami samochodowymi?

– Można dojść na piechotę.
–  Chyba   po   drodze   do   sklepu,   zahaczę   o   biuro.   Zobaczymy,   co   się   uda   wywęszyć. 

Przypnę swoją odznakę i będę udawał oficera na służbie. Możliwe, że powiedzą mi coś, czego 
tobie na pewno, by nie ujawnili.

–  Warto spróbować  –  ożywił się Ben. Jak to dobrze mieć znów przy sobie przyjaciół i 

kolegów, którzy pomogą.  Oczywiście  oprócz Christiny.  Nawet na niego  nie patrzyła,  nie 
wspominając o tym, że milczała jak zaklęta.

– Czy ktoś w mieście ma komputer? – spytał Jones.
Ben pomyślał, że może Jones nie był najlepszym sekretarzem w Tulsie, ale na pewno 

przejawiał geniusz komputerowy.

– Nie widziałem żadnego. Powiedziałbym ci o tym.
–   Mamy   jeden   w   biurze   Hatewatch   –  przyznała   się   Belinda.  –   Gateway   2000, 

kompatybilny z IBM.

– Podłączony do modemu?
– Zgadłeś. 9600.
– Wspaniale. –  Jones klasnął w ręce.  –  Tam zacznę. Pozwólcie mi sprawdzić ASP na 

bieżąco. Mógłbym dowiedzieć się też czegoś o panu Vuongu i kilku innych mieszkańcach 
Coi Than Tien.

– Czuję, że wraca we mnie życie – powiedział Ben.
– A do tego nakręcę film o Silver Springs: wiejskim raju w sercu Ameryki – rozmarzył 

się Jones.

Ben miał nadzieję, że sekretarz spędzi jednak więcej czasu, stukając w komputer, niż 

bawiąc się kamerą.

–  A co z tobą, Christina?  –  zaryzykował pytanie. Posłała mu zimne spojrzenie.  –  Co 

możesz zrobić dla dobra dochodzenia?

Christina zacisnęła usta, a jej twarz wyrażała hamowaną wściekłość. Wstała i uciekła bez 

słowa.

Ben zmarszczył czoło. Kiepski ruch.
–   Przepraszam   –  powiedział   z   zakłopotaniem.  –  Powinienem   chyba   porozmawiać   z 

Christina na osobności.

Nie miał wyboru. Poszedł do jej namiotu.
– Czego chcesz? – spytała lodowato.
–  Christina, wiem. Nie chciałaś, żebym zajmował się tą sprawą. Może miałaś rację. Z 

pewnością puchnie mi od tego głowa bardziej, niż mogłem się spodziewać. Ale fakt pozostaje 
faktem; wziąłem na siebie odpowiedzialność i teraz potrzebuję pomocy całego zespołu, bo 
inaczej zginę.

Wyraz twarzy Christiny nie uległ zmianie.

background image

– Powiedziałam już, że nie zamierzam ci pomóc, i to nie był żart.
– Christina – spojrzał błagalnie – potrzebuję cię.
– Powinieneś o tym pomyśleć, zanim przyjąłeś tę sprawę.
– Więc co powinienem robić, prosić cię o pozwolenie, zanim zajmę się klientem?
– W niektórych przypadkach, tak. Ben, posiadasz godne pozazdroszczenia poszanowanie 

etyki, ale czasami brakuje ci zdrowego rozsądku.

– Ktoś musi reprezentować Vicka.
– Tak, ale dlaczego ty? –  Patrzyła mu prosto w twarz.  –  Ben, zrobię dla ciebie prawie 

wszystko. Nie muszę cię chyba o tym przekonywać. Wydawało mi się, że cię rozumiem... 
myślałam, że przestrzegamy tych samych zasad. Ale teraz mam wrażenie, że cię w ogóle nie 
znam. – Odetchnęła głęboko. – Nie pomogę temu... rasistowskiemu, wściekłemu Rambo. W 
żaden sposób.

– Rozumiem, że to twoje ostatnie słowo?
– Tak.
– W porządku. – Odsunął klapy namiotu. – Sądziłem, że mogę na ciebie liczyć, ale chyba 

się myliłem.

Ben stanął w oślepiającym blasku słońca i kopnął grudkę ziemi. Dlaczego tak postąpił? 

Christina nie zasłużyła na taką niesprawiedliwość, nawet jeśli nie chciała współpracować.

Odwrócił się w stronę jej namiotu i zastygł u wejścia. Czyżby płakała? O nie... Chciał do 

niej podejść, ale ona ruszyła jak taran.

– Zejdź mi z drogi. – Przemaszerowała obok niego, trzymając wędkę.
– Christina, poczekaj...
– Odwal się, Ben. Idę łowić ryby. – Szła, nie odwracając się, aż skryły ją drzewa.

background image

Rozdział 17

Blinda podrzuciła Bena do biura prokuratora okręgowego na końcu ulicy Main.
Biuro Swaina różniło się od innych biur prokuratury. Po pierwsze, Swain nie zatrudniał 

sekretarki ani recepcjonistki. Po drugie obok biurka ustawiony był przenośny kojec.

Prokurator   nie   zauważył   wchodzącego   Bena,   ponieważ   był   zupełnie   pochłonięty 

czytaniem, czy też opowiadaniem bajki swojej córce.

– Widzisz, Amber – mówił Swain. – Carl wziął dzidzię i pieska, żeby pobawili się w na 

łące. – Przewrócił stronę. – I... och, nie! – piesek oblał Carla wodą z ogrodowego węża!

Amber wskazała obrazek w książce i zachichotała. Ben spojrzał ponad ramieniem Swaina 

i zobaczył, że Carl był dużym, czarnym psem.

– Każde dziecko powinno mieć rottweilera za towarzysza zabaw – powiedział.
Swain odwrócił się.
– Pan Kincaid! Nie słyszałem, jak pan wchodził.
– Niech pan sobie nie przeszkadza.
– O, nie. To są  godziny urzędowania. Ja tylko... –  Nagle poczuł skrępowanie.  –  Moja 

żona Marjorie pracuje w  niepełnym  wymiarze  godzin  w  sklepie  komputerowym,  więc  ja 
opiekuję się Amber we wtorki i czwartki.

– To musi panu utrudniać wykonywanie obowiązków.
– Niech pan nie żartuje. Na szczęście nie ma tu wiele pracy. Nigdy nie mieliśmy dużo 

kłopotów w Silver Springs, aż do czasu pojawienia się w mieście pańskiego chłopaka i jego 
kumpli.

– Czy moglibyśmy przedyskutować sprawę?
– Oczywiście. – Swain uśmiechnął się do Amber. – Kochanie, tatuś musi porozmawiać z 

tym miłym panem. A ty przez minutkę pooglądaj sobie książeczkę.

Amber wysunęła dolną wargę.
– Czyta!
–  Za   chwilkę,   kochanie.   Jak  tylko  skończę   rozmawiać,  poczytam   ci.  Dwa  razy,  jeśli 

chcesz.

– Nie! – Amber była stanowcza. – Czyta!

background image

– Kochanie, nie mogę.
– Czyta! Czyta! Czyta!
– Nie, kochanie.
Amber podbiegła do ścianki kojca i przycisnęła buzię do białej siatki jak miniaturowy 

więzień Alcatraz. Zaczęła przenikliwie piszczeć:

– Czyyyytaaaa!
– Kochanie! – Swain pochylił się nad nią.  –  Jeśli będziesz grzeczna przez kilka minut 

dam ci butelkę cieplutkiego mleka.

– Nie! – wrzeszczała. Jej nadęta buzia spąsowiała – Czyta!
Swain spojrzał na Bena i bezradnie wzruszył ramionami.
– W porządku, jeśli nie chcesz mleka, dam ci sok jabłkowy.
– Uuuu... – Amber nawet nie reagowała. Po prostu wyła.
– OK, no dobrze. Jeśli będziesz grzeczna przez minutkę pozwolę ci wypić – ściszył głos 

do szeptu – trochę coca-coli.

Tak   nagle   jak   się   zaczęło,   wycie   ustało.   Swain   rzucił   szybkie   spojrzenie   Benowi, 

najwyraźniej zażenowany własnymi metodami wychowawczymi. Ben udawał pochłoniętego 
własnymi sprawami.

Swain podbiegł do małej lodówki na końcu biura i wyjął aluminiową puszkę coli.
– Oczywiście, zwykle nie daję jej tego świństwa.
– Oczywiście, że nie. – zgodził się Ben. – I właśnie dlatego ma pan to pod ręką.
– No... ja też to piję.
Podczas gdy Swain przelewał colę do plastikowej butelki, Ben zwrócił uwagę na inne 

specjały: ciasteczka czekoladowe, krakersy, serowe chrupki i miodowo-orzechowe płatki.

– Domyślam się, że ten pożywny pokarm też jest dla pana?
–  Czasami odczuwam głód w godzinach pracy  –  mruknął Swain. Podał Amber pełną 

butelkę. Szybko ją chwyciła, wepchnęła smok do buzi i ułożyła się wygodnie w kojcu obok 
książki. – Uff. – Swain otarł czoło. – No, w każdym razie to zajmie ją na jakieś dwie, trzy 
minuty. W czym mogę panu pomóc, panie Kincaid?

– Chciałbym zapoznać się z dowodami zebranymi przeciwko mojemu klientowi. Jeśli pan 

sobie życzy, mogę zwrócić się z tą prośbą do sędziego...

– Nie widzę potrzeby. Udostępnię panu dokumentację tej sprawy. – Swain podszedł do 

biurka i otworzył górną szufladę. – Co chciałby pan wiedzieć?

–  Na początek proszę mi powiedzieć, co to za miażdżący dowód przedstawił pan we 

wczorajszym numerze „Heralda”?

– Pewnie pan wie, że szeryf znalazł kuszę, z której zastrzelono Vuonga.
– Czytałem o tym w gazecie.
– To prawda. Znalazł to zaraz po morderstwie, około pół mili od miejsca zbrodni.
– I nie ma wątpliwości, że to tej kuszy użyto do zabicia Vuonga?

background image

– Moim zdaniem, nie. Jak pan myśli, ile profesjonalnych kusz można tu znaleźć.
Ben powstrzymał się od komentarza.
– Co to za wynik analizy medycznej, który łączy Vicka z kuszą?
– Włosy. Dokładnie mówiąc, dwa włosy zaplątane w mechanizm kuszy.
– Z pewnością to nie wystarczy, żeby potwierdzić zarzut.
–  Pracownicy   laboratorium   stanowego   twierdzą,   że   tak.   Przeprowadzili   badania   i 

porównali znalezione włosy z włosami pańskiego klienta. Nie znam tego naukowego slangu, 
ale twierdzą, że ich wyniki są stuprocentowo pewne. I, oczywiście, obciążające Vicka.

Ben domyślił się, że chodzi pewnie o porównanie DNA. To nie były dobre wieści.
– Wierzę, że prosił pan pana Payne’a o pozwolenie pobrania materiału porównawczego 

od Vicka?

– Oczywiście. Nie wyraził sprzeciwu. Bardzo dobrze się z nim współpracuje.
O to mogę się założyć. Pewnie dlatego go wybrano.
– Co jeszcze pan ma?
Swain odpowiedział z ociąganiem:
– No, nasze dochodzenie ciągle jeszcze trwa...
– A co z odciskami palców?
– Nie znaleźliśmy żadnych na kuszy.
– Czy to nie dziwne?
Swain wzruszył ramionami.
– Teraz nawet dziecko wie, że należy wytrzeć ewentualne ślady. Ale morderca mógł nie 

dostrzec zaplątanych włosów.

– Sprawdził pan alibi Vicka?
–  Pan   nazywa   to   alibi?   Mówi,   że   spacerował   w   pobliżu   jeziora.   Był   sam.   Uczciwie 

mówiąc – kontynuował Swain – kiedy usłyszałem o jego aresztowaniu, oczekiwałem, że będę 
musiał   podważyć   alibi.   Bez   względu   na   to,   co   się   naprawdę   stało,   zakładałem,   że   Vick 
znajdzie kilku kumpli z ASP, którzy skwapliwie potwierdzą, że nie odstępowali go na krok w 
chwili morderstwa. Ale tak się nie stało. Mam wrażenie, że Vick nie był popularny nawet w 
swoim własnym gronie.

Zaczynało być interesująco.
– Słyszałem, że Vick przyjmował gości tydzień przed morderstwem. Nie wie pan, kto to 

mógł być?

– Dlaczego nie zapyta pan o to swojego klienta?
Ben niedbale wzruszył ramionami.
– Cóż... po prostu chciałem się zorientować, co panu wiadomo. Nie traciłbym czasu na 

nieistotnych świadków.

– Niestety, nie mam pojęcia, kto odwiedzał Vicka. Nikt w mieście nie przyzna się do tego 

na ochotnika. A ludzie z ASP w ogóle ze mną nie rozmawiają. Zamierzałem udać się do 

background image

obozu ASP z kilkoma wezwaniami do stawienia się w sądzie, ale kiedy otrzymałem wyniki 
badań medycznych, uznałem, że to niepotrzebne. Dzięki tym wynikom możemy skazać pana 
klienta. Nie zmartwiłem się możliwością uniknięcia kolejnej wizyty.

– A więc był pan już w obozie ASP?
– Nie zostało mi to oszczędzone. Byłem tam w kilku sprawach dotyczących rozbojów. Na 

myśl o tym miejscu cierpnie mi skóra. To prawdziwe zstąpienie do piekieł.

– Może mi pan powiedzieć, jak się tam dostać?
– Lepiej będzie, jak narysuję. – Swain wziął kartkę i naszkicował drogę z Siver Springs 

do obozu ASP.

– Czy mają tam zakwaterowanie? Mam na myśli obozowisko.
– Mają. Kilka baraków. Dlaczego pan pyta?
– Jeżeli Vick mógł nocować tam, dlaczego wynajął pokój w mieście?
– Nie tylko on. Kilku z nich tak zrobiło. A przynajmniej do czasu morderstwa. Teraz nikt 

ich   nie   przyjmie.   Ale   zanim   to   się   stało,   miasto   było   nieco   bardziej   tolerancyjne.   Kilku 
członków ASP śpi na terenie obozowiska, a inni, domyślam się, że ci bardziej towarzyscy, 
nocują w mieście.

Na myśl o tym, że Vick miałby uchodzić za bardziej towarzyskiego, Ben poczuł chłód.
– Czy Vick miał jakichś przyjaciół. Rodzinę?
– Zakładam, że nawet mordercy mają matki. Ale jeśli Vick ma rodzinę lub przyjaciół, to 

nikt z nich tu nie zawitał. Wątpię, żeby był to ktoś z okolicy.

Ben skinął głową. Poprosi później Jonesa, żeby to sprawdził.
–  Jestem pewien, że pan domyśla się, że zamierzam przedstawić sędziemu wniosek o 

wyłączenie ze sprawy dowodu dotyczącego gróźb, które czynił Vick w Bluebell.

Swain uśmiechnął się.
–  Proszę, panie Kincaid, niech pan wnosi, o co chce, jeśli ma to panu pomóc. Dodam 

jednak, że liczne wnioski, nie są mile widziane przez sędziego.

– Prawo jest prawem – odparł Ben. – Bez względu na zapatrywania sędziego.
– Taak... – Swain znowu się uśmiechnął. – Po prostu zobaczymy.
Ben nie mógł wymyślić innych inteligentnych pytań. Nie mógł też zarzucić Swainowi nic, 

jeśli chodzi o fair play; jego zdaniem prokurator powiedział mu wszystko, co wiedział. Na 
nieszczęście to w niczym mu nie pomogło.

– Jeśli odkryje pan jakikolwiek uniewinniający dowód, proszę mnie poinformować.
– Oczywiście. Jak mogę się z panem skontaktować?
– Będę...wpadał czasami.
– Jak panu wygodnie.
Ben podszedł do kojca.
– To da mi okazję odwiedzić Amber. – Przykucnął i pomachał jej ręką. – Pa pa, Amber.
Dziewczynka wyjęła butelkę z buzi i bardzo głośno czknęła.

background image

– Och, kochanie – powiedział Swain, zakrywając twarz rękami – tak nie zachowują się 

damy.

background image

Rozdział 18

Loving wszedł przez frontowe drzwi do Bluebell. Wiedział, że wszyscy bywalcy meliny 

mierzą go wzrokiem, więc pomyślał, że musi przybrać maskę chłodnej obojętności, ale też nie 
zawadzi i im się przyjrzeć.

Było jeszcze wczesne popołudnie, ale tłum już zgęstniał.
Sądząc po tablicach rejestracyjnych samochodów, bractwo przyjeżdżało z daleka, żeby 

przepłukać gardła w Bluebell. Byli tu nawet chłopcy spoza granic sąsiednich hrabstw. Z nimi 
właśnie chciał uciąć sobie pogawędkę.

Loving się uśmiechnął. Może nie posiadał kilku fakultetów, ale na pewno wiedział, jak 

zachowywać się w barze.

Niedbale   podszedł   do   stołu   bilardowego   i   położył   dwudziestopięciocentówkę   na 

obramowaniu tuż przy otworze na monety.

– Mogę zagrać?
Mężczyzna, który trzymał kij do gry, nawet na niego nie spojrzał.
– Jak chcesz. –  Miał szerokie ramiona i kręcone blond włosy, tak właśnie Ben opisał 

swego ochroniarza.

–  Jesteś   Banner?  –  spytał   Loving   w   chwili,   gdy   Banner   zdecydował   się   na   strzał. 

Koniuszek kija zawisł w powietrzu, ale kula potoczyła się o tyle, że stracił kolejkę.

– Cholera! – Banner rzucił kij na stół. – Nie masz nic lepszego do roboty, niż gadać w 

momencie, kiedy człowiek strzela?

– Przepraszam, bracie. Ale i tak byś chybił. – Loving nie dał mu dojść do słowa. – Czy to 

znaczy, że nazywasz się Banner?

– A kto chce wiedzieć?
– Nazywam się Loving. Chcę przyłączyć się do ASP. Banner ujął się pod boki.
–  Myślisz, że bierzemy takie ściery, które nie potrafią trzymać gęby na kłódkę, kiedy 

człowiek ma strzelać?

Loving klepnął go po ramieniu.
–  Pozwól   mi   to   naprawić.   Stawiam   następną   kolejkę.   Co   pijecie?   Banner   trochę   się 

udobruchał.

background image

– Oczywiście coorsa. Moi kumple też.
– W porządku. – Loving przepchał się do barmana. – Proszę trzy coorsy i mitchelob light.
– Mitchelob light. –  Banner parsknął śmiechem.  –  Dbasz o linię, śliczny chłoptasiu? 

Jesteś na diecie?

Loving wziął od barmana cztery butelki piwa i otwieracz.
– Myślę, że nie zaszkodziłoby mi stracić kilo lub dwa.
– Wiesz, co ja myślę? – Banner stał tuż przed Lovingiem. Jego oddech świadczył, że nie 

było to pierwsze piwo tego dnia. – Myślę, że jesteś maminsynkiem.

– Powiedzmy. – Loving spokojnie skinął głową. – Otworzycie swoje piwo otwieraczem 

czy zębami?

Banner zmarszczył brwi.
– Oszalałeś? Nie otworzysz butelki zębami.
Ze  sprawdzonym wyrazem znudzenia na twarzy Loving włożył szyjkę butelki do ust. 

Zacisnął zęby na kapslu i dał wspaniały pokaz mruczenia i stękania, potem odrzucił głowę do 
tyłu. Kapsel z pyknięciem zeskoczył.

Loving trzymał go pomiędzy zębami, po czym wypchnął językiem.
– Łatwizna.
Banner z podziwu osłupiał.
– O czym chcesz z nami pogadać?
– Po prostu jestem zbuntowanym mieszczuchem, któremu nie zawsze podoba się to, co 

dzieje się w tym kraju i chciałbym pogadać z wami chłopcy o przyłączeniu się do ASP. 
Nawet jeśli kilku członków wydaje się nieco maminsynkowatych.

Banner spojrzał na swoich przyjaciół.
–  Nie tak szybko. Na początku musimy cię sprawdzić. Żeby upewnić się, że nie jesteś 

sympatykiem Wietnamczyków, który próbuje nas infiltrować.

– Czy nie możecie mnie sprawdzić grając w bilard?
Banner wzruszył ramionami.
– Nie mam nic przeciwko temu.
Loving powstrzymał uśmiech, kiedy obserwował Bannera układającego kule. Na razie nic 

mu nie powiedzą. To musi potrwać. Ale miał zdecydowanie dobry start.

To zaskakujące, co można osiągnąć dobrą barową sztuczką. Jasne, że ci chłopcy nigdy nie 

pili mitchelob light, więc nie mieli pojęcia, że butelki mają odkręcane korki. I nie zauważyli, 
że go odkręcił, zanim włożył butelkę do ust.

background image

Rozdział 19

Nhung   Vu   czołgał   się   w   ciemnościach   nocy   za   Phamem   i   czterema   mężczyznami. 

Ostrożnie, żeby nie wywołać najmniejszego nawet szelestu.

Wiedział,  że  obserwowali  go z nadzieją,  że zrobi  coś  źle.  Musiał  uważać.  Nie mógł 

zawieść Phama.

Wielu ludzi Phama uważało za głupotę przyłączenie Nhunga do ich grupy. „Ma tylko 

piętnaście lat – podkreślali. – Jest jeszcze dzieckiem”. Ale Pham rozwiał ich wątpliwości. „To 
jest wojna młodych” –  powiedział.  „Starsi nam nie pomogą. Nie ma gwarancji na to, że 
szybko załatwimy sprawę. Młodzi są naszą przyszłością”.

Dzięki temu Nhung mógł dołączyć do nich, uczestniczyć w spotkaniach, znać ich plany. 

A co najważniejsze, pozwolono mu znaleźć się w grupie wybrańców odbywających ten nocny 
wypad – pierwszy zorganizowany akt oporu przeciwko ASP. To była wspaniała okazja, tym 
bardziej wyjątkowa, że Pham pozwolił, a właściwie zaprosił go do wzięcia udziału. Nhung 
uważał  Dana Phama  za bohatera. Był  jedynym  człowiekiem,  który odważył  się wystąpić 
publicznie przeciwko starszyźnie, zmusić ich do podjęcia akcji przeciwko mordercom. Nhung 
był gotów zrobić dla Phama wszystko.

Skuleni tuż przy ziemi, przedarli się przez gąszcza ostatniego wzgórza i w dolinie przed 

sobą zobaczyli obóz ASP. Metalowa siatka otaczała obozowisko. Nhung oczekiwał, że teren 
będzie   patrolowany,   tymczasem   nawet   śladu   wartownika.   Wydawało   się,   że   ASP   nie 
spodziewa się żadnych kłopotów.

Ich błąd.
Grupa Phama  ześlizgnęła  się ze wzgórza w kierunku obozu. Nhung obserwował, jak 

Pham wyciągał z plecaka elementy bomby, a potem ostrożnie je montował. Pham wiedział, że 
jeden z baraków był zbrojownią, miejscem, gdzie przechowywano broń. I środki wybuchowe. 
To stanowiło ich cel. Nikt nie wiedział, skąd Pham zna rozkład obozowiska. Wydawało się, 
że ma informatora w samym  ASP. Jego skrytość doprowadziła nawet do różnicy zdań w 
grupie.

Pham   wepchnął   nasączony   oliwą  gałgan   w   pudełko.   Miał   zapalić   lont,   kiedy   Nhung 

poczuł, jak silne ramię zaciska się wokół jego szyi.

background image

– Pha... –  próbował go ostrzec, ale czyjaś dłoń zatkała mu usta. Pham usłyszał hałas. 

Odwrócił się i zamarł.

Nhung widział wynurzający się nad jego ramieniem magazynek broni automatycznej.
–  Wy,  żółtki, idziecie ze mną  –  rozkazał głos zza pleców Nhunga.  –  Porozmawiamy 

chwilkę z Wielkim Smokiem. A jeśli nie będziecie współpracować, zabiję was jak głupie 
małpie bękarty, jakimi jesteście.

– A potem zawiśniesz za morderstwo – dokończył Pham.
– Gówno – roześmiał się mężczyzna trzymający Nhunga. – Zabijemy was, obedrzemy ze 

skóry, a potem zakopiemy na obszarze obozu. Nikt się nie dowie.

– Nie popełniliśmy żadnego przestępstwa w stosunku do was – powiedział Pham.
– Nie, jeszcze nie –  zasyczał wartownik.  –  Ale tylko dlatego, że jesteście pieprzonymi 

niemotami, które dały się złapać.

Twarz Phama płonęła z furii.
– Wasi najeźdźcy postrzelili moją babcię!
– To nie najgorzej  jej się trafiło.  –  Pociągnął Nhunga na środek obozowiska.  –  To był 

piknik w porównaniu z tym, co zrobimy z wami.

Nhung zauważył strach w oczach Phama. To była pierwsza akcja Phama, atak, którego 

przeprowadzenie odradzali mu pułkownik i inni.

A teraz przeradzał się w klęskę. Opór, który został zduszony, zanim jeszcze się na dobre 

zaczął. Musiał coś zrobić. Nhung wbił łokieć w brzuch wartownika, a potem podbił broń. 
Pistolet wystrzelił w powietrze, rozdzierając ciszę nocy. Pham i czterej pozostali mężczyźni 
skoczyli do przodu z zaciśniętymi pięściami. Kilka sekund później wartownik padł na ziemię 
nieprzytomny. W obozie zapaliły się światła, a potem było słychać poruszenie i krzyki.

– Uciekajmy! – krzyknął Nhung.
– Jeszcze nie. –  Pham podpalił gałgan, odchylił ramię i rzucił bombę w stronę obozu. 

Rozbłysła w powietrzu jak płonący pomarańczowy meteor, potem uderzyła w ścianę jednego 
z baraków. Za chwilę budynek stanął w płomieniach. Nhung podążał za ludźmi Phama przez 
wzgórze. Musieli długo biec do miejsca, gdzie zostawili samochód, ale zrobili to. Skoro nic 
nie wyszło z zaskoczenia, członkowie ASP z pewnością ugaszą pożar, zanim spali się cały 
obóz. Ale to powstrzyma ich przed pościgiem. Nhung pomyślał, że ominie ich gniew ASP.

Przynajmniej na chwilę.

background image

Rozdział 20

Następny dzień był  jak wyśniony  – ani jednej chmurki nad wzgórzami –  więc Ben i 

Belinda zdecydowali się przejść do pensjonatu Mary Sue. Podczas gdy wędrowali wzdłuż 
Maple,   Ben   wykorzystał   okazję,   żeby   dowiedzieć   się   jak   najwięcej   o   swojej   nowej 
współpracowniczce.

– Opowiedz mi o sobie. Jak się dorasta w... co to było, Montgomery?
–  No dobrze. Właściwie to były biedne okolice na obrzeżach Montgomery. Oboje moi 

rodzice zginęli w wypadku samochodowym,  kiedy miałam osiem lat. Moją siostrą i mną 
zajęła się ciotka, siostra mojej matki. Jej mąż dzierżawił mały kawałek ziemi. Mieli czwórkę 
dzieci i prawie nic więcej.

– Ale was przyjęli?
–  Nie mieli wyboru. Pierwszą pracę zaczęłam, kiedy miałam dziesięć lat. Sprzątałam 

sklepy. Poza tym musiałam opiekować się młodszą siostrą.

– Dużo młodszą?
– Cztery lata. Cindy Jo była niesforna. Była... ciągle jest. Jakikolwiek kłopot przychodzi 

ci na myśl, ona na pewno go miała. A ja zawsze byłam tą, która przychodzi na pomoc. Nie 
mówię nic przeciwko mojej ciotce, ale to ja opiekowałam się Cindy Jo.

– A teraz opiekujesz się wszystkimi – skomentował Ben.
– Prawdopodobnie to jeden ze sposobów, by znieść ten świat. Nie czyni to ze mnie kogoś 

specjalnego. Jones mówił mi, że jesteś znany z wrażliwego serca.

– Poszedłem na prawo, bo chciałem pomagać innym ludziom. Wiem jak to jest, gdy się 

walczy, żeby utrzymać się na powierzchni i zaspokoić głód. Staram się o tym pamiętać.

Belinda była zadowolona.
– Studiowałam prawo z tych samych powodów. Myślę, że dużo osób tak robi. Ale mało 

kto się przyzna. – Czule dotknęła jego ramienia. – Może, pomimo wszystko, nie jesteś taki 
zły, panie Kincaid.

Stanęli  przed drzwiami  frontowymi  pensjonatu Mary Sue. Napis  na werandzie  ciągle 

głosił, że są wolne pokoje, ale Ben wątpił, żeby właścicielka od wczoraj zmieniła zdanie.

Wślizgnęli   się   oboje   do   foyer.   Mary   Sue   nie   była   widzialna,   ale   słyszalna.   Odgłosy 

background image

dochodzące z kuchni wskazywały, że jest w domu.

–  Lepiej, jak ja się tym zajmę  –  powiedziała Belinda, wskazując Benowi miejsce przy 

ścianie. – Nie pokazuj się.

–  W porządku.  –  Ben zerknął na schody. Christiny nie było widać. Przywarł do ściany 

tak, że mógł wszystko obserwować, jednocześnie sam nie będąc widziany. – Ale uważaj na 
jej broń. Mary Sue nie jest pokroju Mary Poppin, chociaż takie sprawia wrażenie.

– Dzięki za ostrzeżenie. – Belinda nacisnęła dzwonek na stoliku.
Kilka chwil później Mary Sue wyłoniła się z kuchni. Tego ranka ubrana była w niebieską 

sukienkę,   przepasaną   fartuchem.   Ruchy   miała   niepewne   i   powolne;   oczy   rozbiegane. 
Przystanęła na środku salonu.

– Mogę pani w czymś pomóc?
– Tak. Chciałabym wynająć pokój, jeśli to możliwe.
–  Oczywiście.  – Mary Sue wzięła książkę gości i otworzyła na odpowiedniej stronie.  – 

Jak długo pani się zatrzyma?

– Trudno powiedzieć, ale co najmniej na tydzień, tak sądzę.
– Zatem na razie wpiszę tydzień. – Mary Sue wyciągnęła do Belindy rękę z piórem, ale 

nagle ją cofnęła. – Pani nie jest – wyszeptała – prawnikiem, prawda? – Wymówiła to słowo, 
jakby było synonimem pedofila.

– Jestem – przyznała się Belinda. – Dlaczego pani pyta?
– Czy ma pani coś wspólnego z Donaldem Vickiem?
– W pewnym sensie tak.
Mary Sue schowała pióro i zamknęła książkę.
– Jestem z organizacji, która nazywa się Hatewatch – wyjaśniła Belinda. – Prowadzimy 

dochodzenia   w   sprawach   dotyczących   przemocy   i   zgłaszamy   do   sądu,   żeby   takie 
ugrupowania jak ASP poniosły finansową odpowiedzialność za swoje akcje.

– Aha! –  Na twarzy Mary Sue pojawiła się ulga.  –  A więc nie jest pani z tym drugim 

panem.

– Drugim panem?
– No, powiedziałam to delikatnie. Prawnik z Tulsy. On tu był, wie pani.
– Nie!
– O, tak. Chciał pokój. Właściwie się domagał.
– Doprawdy? Co jeszcze zrobił?
– Powiedziałam mu jasno, że nie wpuszczam takich typów jak on do mojego pensjonatu. 

A kiedy nie przyjął tego do wiadomości, zaprosiłam do dyskusji Starą Sally.

Belinda nie musiała pytać, kim lub czym była Stara Sally.
–  Moje   biuro   nie   zajmuje   się   obroną   pana   Vicka  –  wyjaśniła.  –  Jeśli   już   chodzi   o 

deklaracje, to raczej jesteśmy po drugiej stronie.

– A więc w porządku. – Wręczyła Belindzie pióro i otworzyła książkę.

background image

– Jak zrozumiałam Vick tu mieszkał.
– To prawda. Był moim gościem. Pokój numer sześć.
– Czy sprawiał jakieś kłopoty?
– Wcale. Cichy jak mysz pod miotłą. Widywałam go tylko wieczorami. Często nawet nie 

przychodził na kolację. Ale, przy okazji, prosiłabym o zaliczkę za pierwszą noc.

Belinda przedłużała procedurę zarejestrowania się w pensjonacie wręcz nachalnie.
– Oczywiście. Czy Vick przyjmował gości?
– Tylko w ostatnim tygodniu.
– Nie przypuszczam, żeby pani pamiętała, kto mu składał wizyty?
– Wtedy nie interesowałam się, kim byli. Nie przypuszczałam, że to może być istotne.
– Prawdopodobnie mężczyźni z tego okropnego obozu pod miastem.
– Nie –  odparła Mary Sue.  –  Zdziwi się pani. Mężczyzna, który odwiedził go dwa dni 

przed morderstwem, był Wietnamczykiem.

Belinda szeroko rozwarła oczy.
– Jest pani pewna?
– Oczywiście. Jak mogłabym się pomylić? Myślałam, że może to znak nadziei, że może 

w końcu doszli do porozumienia. A potem ta tragedia.

–  Sądzi   pani,   że   mogłaby   rozpoznać   tego   Wietnamczyka,   jeśliby   go   pani   znowu 

zobaczyła?

Mary Sue zastanowiła się przez chwilę.
– Nie wiem. Mówiąc między nami, to dla mnie ci Wietnamczycy są wszyscy tacy sami.
Belinda sięgnęła do portmonetki i powoli zaczęła odliczać pieniądze za nocleg.
– Czy pamięta pani coś, co wyróżniało gości Vicka?
Mary Sue czknęła.
– Przepraszam. Oczywiście, dzień przed morderstwem odwiedziła go kobieta.
– Kobieta! Czy może ją pani opisać? – zainteresowała się Belinda.
– Ciemne włosy, szczupła. Podobna do pani. Może trochę niższa.
– Domyśla się pani, po co przyszła?
–  Cóż, obawiałam się... –  Mary Sue zarumieniła się jak dziewica  –  że odbywa się coś 

nieodpowiedniego.   Ale   okazało   się,   że   nie   miałam   racji.   Rozmawiali   przez   pół   godziny. 
Potem wyszła.

Belinda ostrożnie zadała następne pytanie:
– Czy jest pani pewna, że tylko... rozmawiali?
Rozbiegany wzrok Mary Sue przesunął się nad głową Belindy w kierunku schodów.
– Tak się złożyło, że byłam akurat w połowie drogi do pokoju i mam pewność, że tylko 

rozmawiali.

– Może słyszała pani o czym?
– Oczywiście, że nie. Za kogo pani mnie ma, za plotkarę? – obruszyła się kobieta.

background image

Ben omal nie parsknął śmiechem.
– Ale co nieco do mnie doleciało – powiedziała Mary Sue, zapominając o swym honorze. 

– Głos kobiety był prawie histeryczny. Płakała, słowa tłumił szloch. – Zaniepokoiło mnie to i 
dlatego   zaczęłam   się   przysłuchiwać.   Rozróżniłam:  „Nie   wiem,   co   robić”,   a   po   chwili 
usłyszałam jeszcze słowo „dziecko”.

Ben zapisał te uwagi w pamięci.
– Myślę, że oni zrobili coś, czego nie powinni robić i Donald zmuszał ją do... – no, wie 

pani, czego. Mężczyźni są tacy. Myślą tylko o jednym, a jak już to dostaną, to resztę mają w 
nosie.

– To wszystko?
– Tak. Potem zeszłam po Starą Sally. Pomyślałam, że my obie wstawimy się za tą biedną 

dziewczyną, zanim on zdoła ją namówić na coś więcej. Ale nie zdążyłam, zanim pokonałam 
schody, usłyszałam uderzenie, a później Donalda, który pierwszy raz, odkąd tu mieszkał, 
mówił podniesionym głosem. A potem ta kobieta wyszła, a właściwie wypadła z jego pokoju, 
zbiegła ze schodów i zniknęła.

– Czy widziała pani jeszcze kiedyś tę kobietę?
– Nie. Nie widziałam jej nigdy przedtem i nigdy potem.
No tak, pomyślał Ben, będą musieli to wyjaśnić.
– Szkoda, że nie była pani świadkiem walki w Bluebell – westchnęła Belinda.
– Byłam. I miałam oczy otwarte.
– Czy mogłaby pani powiedzieć, co się stało?
– To było tak, jak opisali w gazecie. „Herald” na ogół nie mija się z prawdą. Ale opuścili 

jeden szczegół.

– Jaki?
–  Artykuł podaje jakoby Donald podszedł do Vuonga i zaczął go katować. Zaczęło się 

inaczej. Niech mi pani wierzy. Byłam tam i obserwowałam ich cały czas. Najpierw Donald 
rozmawiał z Vuongiem przez dwie, trzy minuty. Szeptali, ale mogłam stwierdzić, że to nie 
jest przyjacielska pogawędka.

– A potem?
– Domyślam się, że Vuong powiedział coś, co nie podobało się Donaldowi. Wściekł się. 

A jego twarz... jeszcze teraz przechodzą mnie ciarki. Wie pani, Jekyll zmienił się w Hyde’a. 
Vick złapał Vuonga za kołnierz i pchnął przez bar. Tak się zaczęła ta bójka.

Belinda skinęła głową.
– Dziękuję bardzo za to, że była pani dla mnie taka miła. Wrócę dziś późno, pewnie po 

kolacji.

– W porządku, kochaniutka. Zostawię dla pani wędlinę w lodówce.
– O, cudownie. Ale czy czasem coś się nie przypala?
– Och, Boże! – Mary Sue pobiegła do kuchni, po drodze potykając się o stolik do kawy.

background image

Belinda i Ben pospiesznie opuścili pensjonat.

background image

Rozdział 21

– Dobra robota – wyraził uznanie Ben. – Wyciągnęłaś dużo więcej od Mary Sue niż ja. 

Pomimo to, że jesteś – zniżył głos do szeptu – prawnikiem.

Belinda roześmiała się.
–  Mary Sue niewątpliwie kontroluje życie  swoich lokatorów. Ale nie wiem, w jakim 

stopniu można polegać na jej informacjach.

– A to dlaczego?
– Na pewno zauważyłeś. Ona jest alkoholiczką.
– Co?! Skąd wiesz?
– Proste. Czułam jej oddech. A do tego jej niepewny chód, błyszczące oczy. Z pewnością 

wypiła już kilka drinków.

– To jeszcze nie znaczy, że jest alkoholiczką.
– Ben, nadal mamy ranek. Nikt nie pije o tej porze dnia, chyba że musi. I nie zapominaj, 

że była w Bluebell, kiedy doszło do bijatyki. Po południu.

– Może masz rację. Ale przecież chyba nie wymyśliła tej całej historii o kobiecie, która 

odwiedziła Vicka.

– Nie. Szkoda, że nie wiemy, kim była ta kobieta.
–  Zgadzam się. Zapytam  Vicka, ale wątpię, żeby mi powiedział.  –  Ben myślał przez 

chwilę. – Zastanawiam się, czy ktoś z jego organizacji mógłby wiedzieć?

– To możliwe.
– Nie pozostaje nic innego, jak złożyć wizytę w obozowisku ASP.
– Ben, nie! – Belinda złapała jego ramię. – Ci ludzie to mordercy. Każdy z nich.
– Fakt, że mają rasistowskie poglądy, jeszcze nie czyni z nich morderców.
– Ben, wierz mi. Śledzę te kreatury od lat. Pozostawili za sobą dużo trupów. Nie znają 

litości.

– Nie bój się. Potrafię się o siebie zatroszczyć.
Belinda potrząsnęła głową.
– Jesteś tak bardzo podobny do mnie, że to aż przerażające. Dwa lata temu mówiłam tak 

samo.   Zanim   się   przekonałam.  –  Odwróciła   się   i   patrzyła   w   czyste,   błękitne   niebo.  – 

background image

Pamiętasz, John wspomniał, że ASP dopadło mnie w Birmingham.

Ben zmarszczył brwi, aż stały się jedną kreską.
– Mówił, że Frank cię uratował.
– W końcu tak. Po tym jak więzili mnie przez kilka godzin. – Nawet w blasku słońca jej 

oczy pociemniały.  –  Wychodziłam z Hatewatch późno w nocy, sama. Czekali na mnie tuż 
przed biurem. Było ich czterech. Wszyscy w kapturach. Wykręcili mi ręce, zakneblowali usta. 
Wepchnęli mnie na tył mojego samochodu i przygwoździli do podłogi kopniakiem w plecy.

Ben instynktownie wziął ją za rękę.
– Po przeszło godzinnej jeździe dotarliśmy do sekretnego miejsca spotkań ASP. Było ich 

tam co najmniej z pięćdziesięciu, wszyscy w kapturach. Wywlekli mnie na środek... za włosy. 
Potem przywiązali mnie do drewnianego krzyża, otoczonego świecami i zarzucili pętlę na 
moją  szyję.  Mogłam  się zastanawiać,  co ze mną  zrobią:  spalą  żywcem,  czy powieszą?  I 
zastanawiałam się, a oni tego właśnie chcieli. – Odetchnęła głośno. – Potem podszedł do mnie 
ich przywódca. Z nożem.

Ben ścisnął mocniej jej dłoń.
–  Przycisnął nóż do mojej szyi, twarzy. Bawił się moim strachem. Oczywiście to był 

Wielki Smok Dunagan, ale nigdy nie będę w stanie tego udowodnić. Zaczepił nóż o kołnierz 
mojej bluzki... – Spojrzała na ziemię i zamknęła oczy. – Potem rozciął spódnicę. Bieliznę też. 
Stanik, majtki. Byłam przywiązana do krzyża, kompletnie naga.

Ben poczuł, że trzęsą mu się ręce.
– Czy oni cię...?
– Zgwałcili? Nie, to nie był pierwszy punkt jego planu. Przesunął ostrzem noża po całym 

moim ciele, jakby pieścił mnie tym nożem. Potem położył go i podniósł bicz.

– O Boże! Oni nie...
–  Tak. Dwadzieścia pięć razy.  –  Jej oczy wypełniły się łzami.  –  Wciąż mam blizny na 

ciele, mogę to udowodnić. Biliby mnie jeszcze, gdyby Frank nie pojawił się z glinami. Ale 
myślę, że planowali coś jeszcze. Ci z ASP uciekli, ale Frank przynajmniej uwolnił mnie, 
zanim... – jej głos się załamał. – Zanim było za późno.

Ben objął ją i mocno do siebie przytulił.
– I po tym wszystkim ciągle z nimi walczysz? – raczej stwierdził niż spytał.
– Bardziej niż kiedykolwiek – powiedziała twardo. – Więc wiesz już, jak niebezpieczna 

może się okazać dla ciebie wyprawa do ich obozu.

Ben nadal ją obejmował. Cieszyło go, że nie wyrywała się z jego ramion.
– No tak, ale w tej chwili, zdaje się, są moimi przyjaciółmi.
–  To się zmieni, jeśli zaczniesz im zadawać kłopotliwe pytania. Ben, to nie jest dobry 

pomysł.

– Przykro mi, ale muszę.
– Nie wiesz, w co się ładujesz. Nie chcę, żebyś... ja... – przerwała, przebudowując zdanie: 

background image

– Ben, nie rób tego – nalegała.

Patrzyli na siebie, ich usta prawie się stykały.
– Nie mam wyboru – powiedział Ben. Pogłaskał ją po policzku. – Ale dziękuję, że się o 

mnie martwisz. To pokrzepiająca myśl.

background image

Rozdział 22

Znalezienie obozowiska ASP, ukrytego w górach Ouachita nie było dla Bena łatwe, ale 

też   i   nie   celował   w   chodzeniu   na   azymut.   Christina   nazywała   go  „geograficznie 
upośledzonym”. Będąc mężczyzną, oczywiście, nie prosił o pomoc. Zresztą kogo?

Mapa,   którą   otrzymał   od   prokuratora   okręgowego   Swaina,   zawiodła   go   na   skraj 

piaszczystej drogi, dalej musiał iść na piechotę. Honda accord z założenia nie była wozem 
terenowym. Wspinaczka nie okazała się ani łatwa, ani przyjemna. Ben zadyszał się już po 
piętnastu minutach.  Nie miał  co się oszukiwać, zmaganie  się ze słabością  ciała w  żaden 
sposób go nie motywowało. W końcu z kolejnego wierzchołka, kolejnego wzgórza zobaczył 
w dolinie kryjówkę ASP. Obozowisko otaczał płot z drutu kolczastego. Ku swojej uldze nie 
zauważył nikogo na posterunku w budce wartowniczej. Przeczuwał, że na gości nie czekano 
tu z otwartymi ramionami.

Starając się sprawiać wrażenie pewnego siebie, Ben pchnął ciężką metalową bramę. Nie 

zostało mu nic innego jak udawanie, że ostrzeżenie:  „Obcy będą zastrzeleni”, nie dotyczy 
jego osoby. Na polu manewrowym zobaczył kilkudziesięciu mężczyzn. Wszyscy byli ubrani 
w   zielone,   maskujące   kombinezony,   ciężkie   buty   i   wyposażeni   w   ekwipunek   bojowy. 
Wyglądali jak oddział szturmowy doskonalący swe umiejętności.

Co   więcej,   Ben   nie   wątpił,   że   ci   mężczyźni   traktują   ćwiczenia   bardzo   serio.   Mieli 

determinację na twarzach i bezbłędnie wykonywali szczekliwe komendy dowodzących. Było 
ich dwóch. Ben usłyszał, jak jeden z nich krzyczał coś o „strefach śmierci”. To wyjaśniało, 
pomyślał, dlaczego nikt nie strzegł wejścia. Wszyscy brali udział w manewrach. Czuł ulgę, 
ale obawiał się, że będzie trudno w tej sytuacji z kimkolwiek porozmawiać. Z drugiej strony, 
dawało mu to nieoczekiwaną okazję do swobodnej lustracji obozu. Jego centrum zajmowały 
cztery baraki: tanie,  przenośne, zbudowane z prefabrykatów. Zapewniały schronienie przed 
deszczem i niewiele poza tym. Dwa duże i dwa małe. Północna ściana jednego z baraków 
była okopcona, jakby zajęła się kiedyś ogniem. Ben wspiął się na palcach i zajrzał przez okno 
do środka. Same prycze – tak stłoczone, że prawie się stykały. Najwidoczniej większe baraki 
służyły za sypialnię tym, którzy nie wynajęli pokojów w mieście.

Ben   założył,   że   pozostałe   dwa   budynki   pełniły   funkcje   administracyjne.   Tam,   przy 

background image

odrobinie szczęścia, mógł znaleźć dokumenty. Protokoły. Może odpowiedzi na kilka z setki 
pytań dotyczących Donalda Vicka.

Ben właśnie okrążał barak i zmierzał w kierunku drzwi, kiedy tuż za sobą usłyszał głośny 

krzyk:

– Obcy!
Zanim zdołał zareagować, ktoś podstawił mu nogę. Wpadł na ścianę baraku, a potem 

osunął się na ziemię. Potrząsnął głową, starając się rozeznać w sytuacji. Przekręcił się na 
plecy akurat na czas, żeby ujrzeć lufę M-16 wycelowaną w swoją twarz.

background image

Rozdział 23

– Poczekaj chwilę! – krzyknął Ben. – Nie strzelaj!
– Stul swój przeklęty pysk! – warknął stojący nad nim żołnierz.
Dwóch innych mężczyzn wyrosło jak spod ziemi. Ubrani byli w maskujące uniformy 

polowe ASP. Nawet twarze mieli poczernione węglem.

– Szeregowy, złóż raport! – rozkazał jeden z przybyłych.
– Tak jest, sir! – Chłopak wyprężył się jak struna. Ben wykorzystał okazję, żeby stanąć na 

nogi. – Znalazłem intruza węszącego wokół baraków. Widziałem, jak zaglądał przez okno. To 
musi być on, sir!

Przywódca   o   kasztanowych   włosach,   tylko   trochę   starszy   od   swojego,   tak   zwanego, 

szeregowca spojrzał na Bena.

– Jestem kapral Holloway. Czy ma pan przepustkę?
Ben przełknął ślinę.
– Nooo, nie...
Kapral Holloway złapał Bena za gardło i na powrót sprowadził go do parteru. Ben upadł 

na   kolana,   ale   kopniak   twardym   butem,   który   zadał   mu   jeden   z   żołnierzy,   natychmiast 
rozciągnął go na ziemi.

– Szeregowcy, przeszukać go!
Ben poczuł dłonie przesuwające się po jego plecach. Nie przepadał za tym uczuciem, ale 

w   obecnych   warunkach   zdecydował   się   nie   narzekać.   Po   skończonej   rewizji,   Holloway 
wepchnął   kolbę   swojej   broni   Benowi   pod   żebra   i   przewrócił   go   na   plecy.   Jeden   z 
szeregowych postawił twardy bucior na gardle Bena i tym samym uniemożliwił jakikolwiek 
ruch.

– Kto cię tu przysłał? – warknął kapral Holloway.
Ben uważał, że kłamstwa nie poprawią jego pozycji w tej społeczności.
– Nikt.
– Jakie masz zadanie?
– No – zachrypiał Ben – przyszedłem po informacje...
– Szpieg! – Nacisk buta szeregowca przybrał na sile.

background image

–  Słuchajcie... –  uścisk  na krtani   był   tak  mocny,   że  Ben  ledwie  mógł  szeptać  – nie 

jestem...

– Kto cię przysłał?
– Nikt mnie nie przysłał.
Holloway kopnął Bena w żebra. Ból na moment prawie go oślepił. Wczorajsze pałowanie 

Gustafsona dało o sobie znać.

– Spróbujmy jeszcze raz – wycedził Holloway przez zaciśnięte zęby. – Kto cię przysłał? 

Hatewatch czy żółtki?

Ben starał się skupić na pytaniu, ale natrętnie wracała jedna myśl: Belinda miała rację. 

Kiedy nauczy się polegać na ludziach posiadających zdrowy rozsądek?

– Jestem tu ze względu na Donalda Vicka.
– Błąd. – Kolejny kopniak w żebra.
Tym   razem   pozbawił   go   powietrza   w   płucach.   Ben   nie   był   pewien,   czy   jeszcze 

kiedykolwiek będzie w stanie odetchnąć.

– As wywiadu to ty nie jesteś. Wybrałeś jedynego członka obozu, którego już tu nie ma.
Benowi   zrobiło   się   niedobrze.   Nie   mógł   mówić.   Mała   strata.   I   tak   wszystko,   co 

powiedział, tylko pogorszyło sprawę.

– Potrzymamy go w areszcie – zdecydował Holloway. – Do czasu, kiedy Wielki Smok 

zechce zadać mu kilka pytań.

– Gdzie go zamknąć, sir?
– Myślę, że Pudełko będzie odpowiednim miejscem dla szpiega – powiedział Holloway. – 

Zwłaszcza w takie gorące letnie dni. Po kilku godzinach zacznie błagać o rozmowę z nami. 
Ripley, Short! Odprowadzić więźnia do Pudełka... – przerwał. – Chyba że mu się coś przytrafi 
po drodze.

– Tak jest, sir! – odparli jednocześnie.
– Do diabła, co się tu dzieje?
Ten głos brzmiał znajomo. Kapral Holloway nagle stanął na baczność.
– Złapaliśmy szpiega przeszukującego teren, sir!
– Holloway, wasz rzekomy szpieg to Ben Kincaid! – To był Sonny Banner, przywódca 

ochrony osobistej Bena. Ben nie widział go od czasu, gdy obaj siedzieli w więzieniu. – On 
reprezentuje szeregowca Vicka.

–  On   jest   obrońcą?  –  Holloway   zapomniał   o  musztrze,   ale   tylko   na   chwilę.  –  Nie 

wiedzieliśmy, sir. Myślałem...

– Przesłuchaliście go? – dopytywał się Banner.
– Oczywiście. On...
– Czy powiedział wam, że reprezentuje szeregowego Vicka?
– Sir. Ja... – Holloway przerwał. – Tak wspomniał nazwisko Vicka...
–  Złożę na was raport!  –  warknął Banner.  –  Odwalę tę papierkową robotę, kiedy będę 

background image

miał czas. Możecie na to liczyć. – Wyciągnął do Bena rękę.

Czemu   teraz,   pomyślał   Ben,   w   chwili   gdy   na   ziemi   zaczęło   być   wygodnie?   Ujął 

wyciągniętą dłoń, ale jego żebra wcale nie chciały się podnosić.

–  Ten   człowiek   jest   bardziej   dla   nas   wartościowy,   niż   wy   kiedykolwiek   będziecie, 

Holloway – Sonny z upodobaniem poniewierał kaprala.

Biedny Holloway – Ben prawie zaczął mu współczuć, wstając przy pomocy Bannera.
– Wszystko w porządku?
– Myślę, że mogę chodzić...
– Dzielny facet. –  Poklepał Bena po plecach. Klepnięcie było prawie tak bolesne jak 

kopniaki Hollowaya. – Co mogę dla pana zrobić?

Ben natychmiast podjął decyzję.
– Chciałbym porozmawiać z Wielkim Smokiem. O sprawie.
– Jasne. Zaraz to załatwię. – Banner odwrócił się, żeby oddać pożegnalny strzał. – O was 

też porozmawiam z Wielkim Smokiem, kapralu Holloway. Zastanawiam się, czy to nie wy 
powinniście spędzić trochę czasu w Pudełku.

Holloway nie odpowiedział, ale wyraz przerażenia na jego twarzy jeszcze się spotęgował.
–  Chodźmy,   Ben.  –   Banner   otoczył   ramiona   Bena   swoimi   silnymi   rękami.  –  Mam 

nadzieję, że będziesz w stanie zapomnieć to, co cię spotkało. To było niewybaczalne. Dla 
członków ASP jesteś Bardzo Ważną Osobą. Gwarantuję ci, że od tej pory spotka cię tylko 
poszanowanie, na które zasługujesz.

Ben nie wiedział, który sposób traktowania był gorszy. Hollowaya czy Bannera.

background image

Rozdział 24

Ben pod eskortą udał się do najmniejszego z baraków – najwyraźniej punktu dowodzenia. 

Pomieszczenie zawalono wykresami i mapami, w wielu z nich tkwiły wbite w różne miejsca 
kolorowe   szpilki.   Może   Ben  i   był  „geograficznie   upośledzony”,  ale   nie   wątpił,   że   mapy 
przedstawiają najbliższą okolicę, włączając w to Coi Than Tien.

Banner polecił Benowi zaczekać, a sam wszedł do sąsiedniego pokoju. Kincaid rzucił 

okiem   na   papiery   na   biurkach   i   stołach,   przebiegł   wzrokiem   po   szafach   wypełnionych 
segregatorami. Zdumiała go ilość papierów. Chyba nawet Pentagon nie dorównywał ASP 
liczbą raportów i notek. Ta myśl budziła niepokój – co też ci ludzie tak drobiazgowo planują? 
Gdyby   tylko   mógł   przejrzeć   te   segregatory,   ale   szeregowcy   stali   obok,   zdecydowani 
wykorzystać każdą szansę na odkupienie swoich win. Zatrzymał wzrok na drukarce, która z 
furią wypluwała papier. Podniósł dwie ulotki. Jedna głosiła, że NAUKOWCY DOWODZĄ, 
ŻE   ŻÓŁTKI   ZNAJDUJĄ   SIĘ   JESZCZE   NA   POZIOMIE   MAŁP.   Druga   przedstawiała 
karykaturę Azjaty z podstępnym, wrogim wyrazem twarzy. Nad nim widniał napis DOBRY 
ŻÓŁTEK TO MARTWY ŻÓŁTEK. Ben czytał dalej: „Żółty złodziejski pawian ukradnie ci 
pracę, żonę, córkę. Będzie żył w dobrobycie, pozbawiając cię wszystkiego, co miałeś. To twój 
wróg”.

– Wielki Smok cię teraz przyjmie – oznajmił Banner, przerywając Benowi lekturę.
Kiedy przechodzili przez hol, Banner wyszeptał:
– Nie wiesz, jakie masz szczęście. Wielki Smok jest bardzo zapracowany.
– Z pewnością, zważywszy na te stosy dokumentów.
–  Przygotowuje   ogromne   przedsięwzięcie.  –  Wyjaśnienie   Bannera   zabrzmiało 

złowieszczo. – Wielki Smok nie przyjmował gości od tygodni. Niedawno po prostu wygonił 
tego głupka prokuratora okręgowego. Ale kiedy powiedziałem mu, że jesteś tutaj, przerwał 
pracę i kazał natychmiast cię wprowadzić.

– Czuję się zaszczycony.
Weszli do kwatery urządzonej w tyle baraku, za nimi postępowali dwaj szeregowcy.
– Ben, to jest Wielki Smok Dunagan.
Dunagan wstał z krzesła, zdjął okulary i podszedł do Bena, który z trudem ukrył wyraz 

background image

rozczarowania. Oczekiwał, że stanie oko w oko z wcieleniem  zła, a tymczasem witał go 
łysiejący, niski pięćdziesięciolatek. Na dodatek z zaokrąglonym brzuszkiem. Wielki Smok 
okazał się wcieleniem przeciętności. Ben miał ochotę głośno się roześmiać.

–  Miło   mi   pana   poznać,   panie   Kincaid.  –  Dunagan   potrząsnął   żywo   jego   ręką  jak 

babtystowski kaznodzieja. – Podjął się pan wielkiego zadania. To szlachetny czyn.

– Mów mi, Ben. Szczerze mówiąc, nie dano mi wielkiego wyboru.
–  Ben, nie mydlij mi oczu. Jesteś naprawdę odważnym mężczyzną, skoro podjąłeś się 

tego zadania. Zwłaszcza teraz, kiedy siły Szatana gromadzą się wokół nas. Banner i inni 
chłopcy opowiedzieli mi o biciu, jakie sprawił ci w więzieniu zastępca szeryfa, ten sympatyk 
żółtków. Tutaj jesteś bohaterem.

–  Nie nazwałbym się tak. Naprawdę. Wszystko, co zrobiłem, to leżałem na podłodze i 

starałem się za bardzo nie krwawić.

Dunagan potrząsnął głową.
– To wstyd, że te żółtki zdołały tak sparaliżować miasto.
– Uważasz, że to Wietnamczycy są przyczyną niepokoju?
– Przeklęta prawda. To oni najechali ten spokojny zakątek. Obniżyli ceny i zgodzili się 

pracować   dla   dużej   przetwórni   kurcząt   za   grosze.   Biali   nie   byli   w   stanie   wytrzymać 
konkurencji.

– Wydaje się, jakby ich obwiniano za to, że są zdolni w interesach.
– Nie tylko o to chodzi. Odkąd się pojawili, wywoływali kłopoty. Zauważyłeś osmaloną 

ścianę baraku, gdzie trzymamy naszą broń?

Ben kiwnął głową.
– Bomba zapalająca. W środku nocy. Ugasiliśmy ją, zanim narobiła szkód, ale co by było 

gdybyśmy   nie   zdołali?   Budynek   eksplodowałby   z   hukiem,   który   usłyszeliby   mieszkańcy 
Branson.  –  Dunagan   złożył   ręce   na   piersiach.  –  Powiedz   mi,   kto   to   zrobił,   jeśli   nie 
Wietnamczycy?

– Obawiam się, że nie wiem – odparł Ben. – Po raz pierwszy o tym słyszę.
–  Do   diabła.   Przepraszam,   że   cię   zanudzam.   Nie   przyjechałeś   tu,   żeby   wysłuchiwać 

moich  problemów.  –  Dunagan wyciągnął krzesło spod stołu i gestem poprosił, żeby Ben 
usiadł. – Co mogę dla ciebie zrobić?

Ben usadowił się na krześle.
–  Na   początek   chciałbym   zebrać   jak   najwięcej   informacji   o   Donaldzie   Vicku. 

Rozmawiałem z nim, ale nie był zbytnio komunikatywny.

– Hmmm. – Coś wyraźnie gnębiło Dunagana, ale nie wyjawił co. – No to przyszedłeś w 

dobre miejsce. Znam Donny’ego od lat.

– Znaczy, że należy do twojej... organizacji od dłuższego czasu?
– Donny? Nie, on ma tylko dwadzieścia jeden lat. Nie przyjmujemy młodszych. Ale jego 

ojciec był długoletnim członkiem, tak jak i jego dziadek.

background image

– Tradycja w rodzinie.
–  Właśnie. W Alabamie ludzie mają silne poczucie wiary i starają się przenosić je z 

pokolenia   na   pokolenie.   Do   diabła,   w   dzisiejszym   świecie,   kiedy   dzieci   są   wręcz 
bombardowane tym całym śmieciem z telewizji, filmów i lewicującej prasy, ojcowie muszą 
coś   zrobić,   żeby  wyprostować   im   kręgosłupy.   W  innym   wypadku   te  biedne  gnojki   mają 
całkiem skrzywiony obraz świata.

Wielki Smok w roli dr Spocka. Interesujące.
– Więc to ojciec Vicka zapisał go do organizacji?
–  Do diabła, tak. Jaki ojciec taki syn. Uczciwie mówiąc, nie przejmujemy się ludźmi, 

którzy stoją na boku i pozwalają innym robić to, co powinno być zrobione. Albo jesteś z 
nami, albo przeciwko nam. Tak na to patrzę.

– Więc Donald dorastał pod troskliwą ręką Klanu.
–  Czekaj   chwilę,   zrozum,   nie   jesteśmy   wrogami   Klanu,   ale   tworzymy   oddzielną 

organizację.  –  Mrugnął   porozumiewawczo.  –  Jestem   pewien,   że   jako   prawnik   pojmujesz 
wagę utrzymywania tych różnic.

Głównie   wagę   wykpiwania   się   od   odpowiedzialności   pieniężnej   za   sprawy   sądowe 

przeciwko Klanowi, domyślił się Ben. Co za wspaniała garstka ludzi.

– Ale tak –  ciągnął Dunagan  – znam Donny’ego od czasu, kiedy wzrostem sięgał mi 

kolan. Świetny chłopak. Dobrze wychowany, kochający Najwyższego Pana i gotów za niego 
walczyć. Może trochę za cichy, ale nie ma prawa, które by tego zabraniało, prawda?

– Nie – odpowiedział Ben, choć nie myślał, żeby Dunagan naprawdę był zainteresowany 

zakazami prawa. – Więc Donald wypełnia oczekiwania rodziny?

–  Raczej tak. Znałem tatusia Donny’ego, Lou. Był twardym facetem. Może trochę za 

twardym   w   stosunku   do   Donny’ego,   ale   to   tylko   dla   jego   dobra.   Wyjaśnił   chłopcu   bez 
ogródek, czego się po nim spodziewa. Nie ma w tym nic złego. Świat byłby lepszy, gdyby 
ojcowie nie bali się być ojcami.

– Użyłeś czasu przeszłego – zwrócił uwagę Ben. – Czy ojciec Donalda nie żyje?
– Och, tak. Opuścił nas trzy, cztery lata temu. Zabił go rak płuc, uspokoił jego duszę. Od 

śmierci ojca Donny przejął rolę mężczyzny w rodzinie. Ważne jest, że zachowywał się jak 
należy.

– Jeśli jest głową rodziny, to dziwi mnie że opuścił dom i przybył tutaj.
– Jestem pewien, że nie było mu łatwo – odparł Dunagan – ale mężczyzna ma obowiązki. 

Kiedy trwa wojna, musi porzucić domowe pielesze i wypełnić obowiązek.

Kiedy trwa wojna? Ben zdecydował nie wyjaśniać na razie tej kwestii.
– Jak daleko sięgały obowiązki Donalda?
– Ben, jestem uczciwym człowiekiem. Nie kłamię. Jeśli masz pytanie, po prostu je zadaj.
– Okay. Rozkazałeś Donaldowi, żeby zabił Vuonga?
– Absolutnie nie.

background image

– A może ktoś inny z ASP?
– Ponownie nie. Nie mogę powiedzieć, żebym szczególnie żałował śmierci tego żółtka, 

ale  nie  było  takiego   rozkazu.  Chłopak  działał  z  własnej  inicjatywy.  –  Uśmiechnął  się.  – 
Wydaje mi się, że Donny wypił nieco za dużo i pozwolił, aby wyzwolił się jego słuszny 
gniew.

– Rozumiem. Czy Donald... cię podziwia?
Dunagan założył ręce.
– Co ty, do diabła, insynuujesz?
– Powiedziałeś, że znasz go od lat. Czy się przyjaźnicie?
–  Przypuszczam, że tak. W sposób zupełnie odpowiedni dla dwóch mężczyzn. O co ci 

chodzi?

– Donald nie mówi mi wszystkiego o tej sprawie. Istnieje możliwość, że kogoś osłania.
– I myślisz, że może mnie? To pewne jak piekło, że nie ja zabiłem tego Wietnamczyka.
–  Nie   powiedziałem,   że  to  ty.   Ale  jako  prawnik   Donalda  muszę   sprawdzić  wszelkie 

możliwości.

– Domyślam się. Ale wciąż nie wiem, kogo mógłby osłaniać. Sądzę, że Donny wplątał się 

w to, mając tylko własne błogosławieństwo. I Jezusa Chrystusa, oczywiście.

To będzie precedensowy akt oskarżenia o współuczestnictwo.
– Czy Donald miał jakichś przyjaciół?
– Raczej nie. Oczywiście są inni chłopcy w jego plutonie. Ale z pewnością nie nazwałby 

ich przyjaciółmi. Donny jest trochę nieśmiały. Zawsze był. Trzyma się na uboczu.

– A kobiety? Dziewczęta? Czy chodził z którąś?
– Nie jestem pewien. –  Strzelił palcami.  –  Ale, teraz, jak o tym powiedziałeś, to sobie 

przypominam, że słyszałem, jakoby był zainteresowany jakąś dziewczyną z miasta.

Ben zastanawiał się, czy to ta sama kobieta odwiedziła go w pensjonacie Mary Sue.
– Znasz ją?
– Przykro mi, ale nie.
– Kto ci o tym powiedział?
Dunagan zastanawiał się przez moment.
–  Nie   pamiętam.   Prawdę   mówiąc,   nie   pamiętam   nic   więcej   poza   tym,   co   ci   już 

powiedziałem.

– Czy wiesz, kiedy Donald spotkał się z Vuongiem?
– Domyślam się, że spotkali się w barze, wtedy gdy odbyła się bójka.
– Mam powody, żeby sądzić, iż znali się wcześniej.
– Nie wydaje mi się – powiedział zdecydowanie Dunagan. – Nie pozwalamy bratać się ze 

skośnookimi.

– Ale – przekonywał Ben – Donald mieszkał w mieście...
– To nic nie znaczy – w głosie Dunagana słychać było irytację. – To jest chłopiec pokroju 

background image

tych, którzy przede wszystkim cenią własne towarzystwo. A tak swoją drogą, to po czyjej 
jesteś stronie?

–  Donalda. Chcę reprezentować go, wykorzystując cały potencjał moich zdolności. Co 

wiesz o morderstwie?

– Tylko to co przeczytałem w gazecie.
– Nic więcej? A twoi ludzie? Żadnych sugestii? Pogłosek? Plotek?
– Nie plotkuję. Słuchanie fałszywego świadka jest grzechem przeciwko Bogu.
– Wiesz, jak popełniono morderstwo?
Dunagan potwierdził skinieniem głowy.
– Powiedziałeś, że macie skład broni. Czy przypadkiem nie trzymacie tam... kusz?
– Zgodnie z prawdą, tak.
Ben pozwolił sobie na bezczelność.
–  Czy masz coś przeciwko temu, żebym przejrzał twój arsenał? Chciałbym sprawdzić, 

czy kusze, które przechowujecie, odpowiadają kuszy mordercy.

– Za późno. Prokurator okręgowy już to zrobił.
– O? – Ben był zdziwiony, chociaż zdał sobie sprawę, że nie powinien. Wiedział przecież, 

że Swain był tutaj. – I co?

–  Powiedział, że kusza pochodzi z naszej zbrojowni. Ale śmieszna sprawa, nie mamy 

zapasu   strzał.   Próbowaliśmy   kupić,   ale   nigdy   nie   mogliśmy   znaleźć   strzał   do   tego 
szczególnego modelu. Nie wiem, skąd wziął je morderca.

– Mógłbym obejrzeć wasze zamówienia lub faktury z dostawy?
– Nie mamy żadnych.
– Co?
–  Nie   interesują   nas   te   bzdury.   Nie   mamy   na   nie   miejsca.   I   nie   potrzebuję   więcej 

biurokracji.

Ben spróbował jeszcze raz.
– Czy masz coś przeciwko temu, żebym porozmawiał z twoimi ludźmi?
– Oczywiście, że nie. Czuj się swobodnie. Chcę ci pomóc, jak tylko mogę. Ben, pamiętaj, 

że to jest święta krucjata. Kiedy trwa wojna, wszyscy musimy się zjednoczyć.

Ale wisieć będziemy z pewnością oddzielnie, pomyślał ponuro Ben.
– Te słowa robią wrażenie, ale... nie ma żadnej wojny, prawda?
– Zależy, jak na to patrzeć – odparł Dunagan. – Niektórzy ludzie myślą, że jest.
– Nie wiem, co przez to rozumiesz.
Dunagan pochylił się nad biurkiem
– Ben, jak długo jeszcze, twoim zdaniem, ten kraj ma szansę trzymać się drogi, na której 

teraz się znajduje?

– Nie jestem pewien, co...
– Uliczne gangi. Walki na tle rasowym. Przestępczość, gwałty, sodomia. Odpowiedzialni 

background image

za   to   są   ludzie   innych   ras   niż   biała.   Mieszane  małżeństwa   plamią   zasoby   genetyczne. 
Widziałeś, co nie tak dawno stało się w Los Angeles. To dzieje się codziennie, tylko na 
mniejszą skalę. Do diabła, wydarzenia w Alabamie zmroziłyby ci krew w żyłach. Ale o tym 
rzadko piszą w gazetach.

– Zatajone przestępstwa?
–  Och, one są zgłaszane, gazety po prostu tego nie drukują. Są pod kontrolą lewicy.  – 

Przysunął się bliżej. – Ten kraj balansuje na krawędzi totalnego chaosu. Dzięki Bogu, nie ma 
już Ruskich, których musieliśmy się obawiać, ale istnieje kolejna groźba, nawet większa, bo 
wewnętrzna.

– Tworzysz hipotezę... wojny ras?
– To nie są hipotezy. To się wydarzy. Daję temu krajowi jeszcze z pięć lat... Może nawet 

mniej. Potem rozpęta się piekło. Sieci komunikacyjne zerwane, systemy transportu załamane. 
Świat zatrzęsie się w posadach.

Ben zaczynał łapać kierunek.
– A wtedy ASP wejdzie do gry, prawda?
–  Cóż, założyliśmy obozy w sześciu stanach. Ten obóz powstał kilka miesięcy temu, 

kiedy nas wezwano, by ratować sytuację. Ale masz rację. Kiedy nadejdzie czas będziemy 
gotowi. Mamy tu wszystko, czego potrzebujemy: jedzenie, wodę, ubrania, amunicję.

– A więc to nie tylko obóz szkoleniowy, ale obóz przetrwania.
– Obozy ASP staną się sanktuariami – awangardą przyszłości rasy aryjskiej. Członkowie 

ASP   będą   obrońcami   prowadzącymi   ocalałych   ku   nowemu   światu.   W   końcu   wszystkie 
mniejszości wzajemnie się wybiją, my wyznaczymy nasze terytorium i będziemy oczekiwać 
końca holokaustu.

– A więc schowacie się w swoich obozach do czasu, aż wszystko ucichnie?
Dunagan uśmiechnął się. Patrząc na ten uśmiech, Ben poczuł dreszcz wzdłuż kręgosłupa.
–  Oczekuję, że nasze terytorium z czasem się powiększy. Pomimo wszystko będziemy 

lepiej   uzbrojeni   i   przygotowani   niż   ktokolwiek   inny.  I   po   naszej   stronie   będzie 
błogosławieństwo Boże.

– Zamierzacie dokonywać podbojów?
– Z czasem pewnie tak. Najważniejsze, żeby bicz Boży został wzniesiony. Nieczyste rasy 

muszą   zniknąć.  –  Chwycił   Bena   za   ramiona.  –  Musimy   zapewnić   lepszy   świat   naszym 
dzieciom. Zgadzasz się z tym?

– Tak, ale...
–  Nie   możemy   zawracać,   kiedy   Bóg   postawił   przed   nami   takie   zadanie.   Musimy 

odważnie spojrzeć Szatanowi w oczy. – Dunagan wstał, jego wzrok płonął. – Musimy chcieć 
złożyć nasze życie w ofierze. Musimy chcieć walczyć. Walki, walki, walki!

Ku zdziwieniu Bena trzej pozostali żołnierze ASP przyłączyli się do okrzyku:  „Walki! 

Walki! Walki!”

background image

– Krwi! – wrzeszczał Dunagan.
– Krwi! Krwi! Krwi! – ryczeli mężczyźni. – Walki! Walki! Walki!
– Zabić wroga! – zaintonował Dunagan.
– Walki! Walki! Walki! Zabić! Zabić! Zabić! – Kolejne okrzyki były coraz głośniejsze. – 

Krwi! Krwi! Krwi!

Ben przerażony, wycofywał się w kierunku drzwi. Nagle okrzyki ustały. Dunagan objął 

Bena ramieniem.

–  Przepraszam,  Ben.  Trochę  poniosły nas   emocje.   To, co  robimy,  traktujemy  bardzo 

poważnie.

Ben nie mógł znaleźć żadnej zdawkowej odpowiedzi. Trzęsły mu się dłonie. Chciał, żeby 

Dunagan zabrał swoje łapy.

– Powinniśmy się znowu spotkać, w jakimś bardziej cywilizowanym otoczeniu.
Ben miał nadzieję, że ruchy jego głowy wyglądają jak potakiwanie, a nie drżenie.
– Może wpadniesz do kościoła w niedzielę rano? Modlimy się w małym kościele kilka 

mil  stąd. Należał  do Metodystów,  ale  przejęliśmy go i przekształciliśmy według naszych 
potrzeb. Obawiam się, że jest w pobliżu osady Wietnamczyków, ale jeśli przyjedziesz tam od 
północy, to nie zauważysz. Napędzamy im strachu.

Pozostali mężczyźni wybuchneli radosnym rechotem.
Ben   opanował   się   na   tyle,   że   mógł   uścisnąć   rękę   Dunagana   i   wymruczeć   kilka 

grzecznościowych frazesów. Potem odwrócił się i nie zatrzymał, aż obóz ASP został daleko z 
tyłu.

background image

Rozdział 25

Nhung Vu postawił na ziemi trzy pudła i zanurzył dłonie w kieszeniach, w poszukiwaniu 

kluczyków do oldsmobila rocznik ‘68, który był wspólną własnością mieszkańców Coi Than 
Tien.  Samochód-relikt   sprawiał   Vu  same   kłopoty,   ale  Coi  Than  Tien   dysponowało   tylko 
dwoma samochodami, a Elder Dang wziął ten drugi na cały dzień. Prawdę mówiąc, to ford 
pinto rocznik  ‘74 mógłby okazać się nawet gorszy niż oldsmobile. Nhung ostrożnie, żeby 
niczego   nie   zbić   lub   rozlać,   wsunął   pierwsze   pudełko   na   przednie   siedzenie.   Nie   chciał 
rozgniewać Phama. Wielu sympatyków Phama wciąż sprzeciwiało się włączeniu Nhunga do 
ich grupy, nawet po tym jak dowiódł swojej odwagi podczas nocnej wyprawy. Mówili, że jest 
za młody. Niedoświadczony.

Na razie Pham ograniczył  działalność Nhunga do organizowania dostaw i podobnych 

mało znaczących zadań. Nhung nie przejmował się tym. Dla Phama zrobi wszystko. A kiedy 
nadejdzie   czas   i   Pham   wyznaczy   mu   ważniejsze   zadanie   do   wykonania,   będzie   na   to 
przygotowany.

Nhung wepchnął drugie pudło do samochodu. Musiał się pospieszyć. Wyprawa zajęła mu 

więcej czasu, niż przewidywał. O szóstej Pham zaczyna spotkanie ze swoimi najbliższymi 
współpracownikami. Nhung nie chciał tego stracić. Z pewnością będą omawiać nocny wypad 
i plany na przyszłość.

Nhung miał nadzieję, że bomba zapalająca zmiecie ASP z powierzchni ziemi, ale tak się 

nie stało. Ale może przynajmniej nie będą więcej napastować Coi Than Tien. Może to położy 
kres przemocy. Może teraz...

– Sam wszystko robisz, żółtku?
Nhung upuścił trzecie pudło na ziemię. Butelki potłukły się, a ich zawartość wypłynęła na 

zewnątrz.

– Niezgrabny mały żółtek, prawda?
Było ich czterech i otoczyli go. Nie mieli na sobie uniformów ASP, ale to nie robiło 

żadnej różnicy i tak wiedział, kim są.

Jeden z nich badawczo przyglądał się Nhungowi. To był wartownik. Ten, którego Nhung 

i pozostali obezwładnili podczas nocnej wyprawy.

background image

– Panowie, proszę – powiedział Nhung. Ku swojemu zakłopotaniu zauważył, że jego głos 

drżał. – Muszę zawieźć te rzeczy do rodziny. Są głodni, a moja siostra jest bardzo chora.

Wartownik sprawiał wrażenie przywódcy tej grupy. Umoczył palec w rozlanej substancji.
– Rozumiem, twoja rodzina żywi się łatwopalnymi chemikaliami. Czy wy, tępe żółtki, nie 

wiecie, że to niebezpieczne? I chyba również nie bardzo smaczne.

Trzej pozostali członkowie ASP roześmiali się głośno. Nhung próbował przebić się przez 

nich, ale złapali  go i pchnęli w stronę samochodu.  Brodą uderzył  w pokrywę  bagażnika. 
Przywódca wyrwał mu z ręki kluczyki do samochodu. Otworzył tylne drzwi i wrzucił Nhunga 
do wewnątrz. Dwaj żołnierze  ASP usiedli po obu jego stronach, a przywódca  prowadził. 
Wyjechali z parkingu i kierowali się w stronę Maple.

Nhung   z   przerażeniem   rozglądał   się   wokół   siebie.   Co   zrobią   ci   ludzie?   Co   wiedzą? 

Poprzez szybę dojrzał idącego wzdłuż ulicy mężczyznę. Znał go – to wydawca gazety. Rzucił 
się w kierunku okna samochodu i krzyczał, ile sił w płucach. Kierowca przydusił pedał gazu, 
a mężczyzna siedzący obok Nhunga odciągnął go od okna i wcisnął w fotel. Zanim Nhung 
zdołał coś powiedzieć, mężczyzna brutalnie uderzył go w twarz. Nhung krzyknął ponownie, 
tym razem z bólu. Widocznie jego opiekun z ASP nie zauważył różnicy. Uderzył Nhunga 
znowu, zaciśniętą pięścią. Głowa Nhunga opadła bezwładnie na oparcie. Tyle zapamiętał z 
jazdy.   Słońce   zaszło   i   zapadła   ciemność.   Nie   potrafił   określić   miejsca,   w   którym   się 
znajdowali,   ani   dokąd   jechali.   Był   oszołomiony;   jego   świadomość   zanikała   i   powracała. 
Bolały go usta i szczęka, a do tego miał wrażenie, że stracił dwa zęby. Chciał uciec, ale jak 
miał to zrobić? Dusił w sobie krzyk, bo wiedział, że to tylko pogorszy sprawę. W końcu 
samochód   zatrzymał  się,  a  Nhunga  wywleczono  na  zewnątrz.  Wokół  stało   wielu,  bardzo 
wielu  członków   ASP,  spowitych  w  stroje  obrzędowe, z  kapturami  na  głowach.  Oprawcy 
ciągnęli Nhunga obok płonącego ogniska na środek zgromadzenia w pobliże drewnianego 
pala.

Chłopak zauważył, że to nie był pal. To był krzyż. Okręcili jego dłonie i stopy cienkim 

rzemieniem, a potem  przywiązali go do krzyża. Członkowie ASP przybliżyli się, formując 
wokół niego krąg, wszystko odbywało się w grobowym milczeniu. Widok łanu zielonych 
kapturów napełnił Nhunga przerażeniem.

Z milczącego kręgu wystąpił jakiś człowiek. Był niższy i grubszy od mężczyzny, który 

bił Nhunga w samochodzie. Przyglądał się mu przez dłuższą chwilę, potem stanął za  jego 
plecami. Za moment Nhung poczuł, że zerwano z niego koszulę.

Z koła wystąpił drugi mężczyzna. Strzelał z bicza nad głową.
Nhung starał się być dzielny, ale to okazało się zbyt trudne, niemożliwe. Łzy płynęły 

spod zaciśniętych powiek.

– Nie, proszę... – wyszeptał – nie...
Koniec   bicza   smagnął   jego   gołe   plecy.   Nhung   wydał   z   siebie   głośne,   przeszywające 

wycie. Miał wrażenie, że jego plecy rozdarły się na dwie części, że zdarto z nich skórę, 

background image

odsłaniając   wilgotne   żywe   ciało.   Bicz   strzelił   znowu.   Rwący   ból   czuł   Nhung   każdym 
nerwem. Wiedział, że już dłużej tego nie wytrzyma. A wtedy uderzyli go znowu. Ugięły się 
pod   nim   nogi,   gdyby   nie   był   przywiązany   do   krzyża,   upadłby   na   ziemię.   Mężczyzna   z 
batogiem był mistrzem w swojej profesji. Każde uderzenie wymierzał prawie dokładnie w to 
samo   miejsce,   pogłębiając   ranę,   wzmagając   katorgę.   Uderzenia   padały   jedno   za   drugim. 
Wzrok Nhunga zmętniał. Zaczynał tracić przytomność. I wtedy, raptem, biczowanie ustało.

Wiatr świstał pomiędzy drzewami, kłuł plecy Nhunga, lizał otwartą ranę. Ale bicz już nie 

strzelał.

Ludzie  z   ASP   odeszli   od  ofiary,  gromadząc   się  wokół  ogniska.  Gorliwie   nad  czymś 

pracowali,   ale   Nhung   nie   mógł   zobaczyć   nad   czym.   Usłyszał   kilka   parsknięć,   a   potem 
bezlitosny śmiech. Strach prawie pozbawił go zdolności myślenia.

Nagle   w   zwartej   ścianie   pleców   pojawił   się   prześwit.   Nhung   nie   chciał   patrzeć,   ale 

musiał. Niski mężczyzna, który zerwał z niego koszulę, stał w środku, dorzucając drew do 
ognia. Nie, to było coś innego. Coś trzymał w płomieniach. Coś długiego i cienkiego, jak 
pogrzebacz.

Mężczyzna uniósł metalowy przedmiot nad głowę. Teraz Nhung widział wyraźnie. To nie 

był pogrzebacz.

To było żelazo do wypalania piętna.
Zakapturzeni mężczyźni zaczęli rytmicznie skandować:  „Krwi, krwi, krwi” i „Śmierć, 

śmierć, śmierć”.

– Porazimy wroga – zaintonował mężczyzna trzymający żelazo. – Będziemy walczyć, aż 

ziemia znowu stanie się czysta!

– Proszę nie róbcie tego – błagał ich Nhung. – O Boże! Nie, proszę. Proszę, nie!
– Śmierć, śmierć, śmierć – Skandowali coraz głośniej. – Zabić, zabić, zabić!
Niski mężczyzna przysunął płonące żelazo do twarzy Nhunga. Żar palił mu oczy. Piętno 

miało kształt krzyża.

– Nie – wciąż jeszcze błagał Nhung – ja nic nie zrobiłem. Proszę, proszę...
Usłyszał odrażający syk, po którym nastąpił piekący ból; najgorszy, jaki kiedykolwiek 

czuł, jaki był w stanie sobie wyobrazić. Ciemność poniosła jego śmiertelny krzyk. A kiedy 
oderwano żelazo od jego piersi, cierpienie jeszcze się wzmogło.

Jedyna łaska, jaka go spotkała to to, że stracił przytomność i nie czuł, co jeszcze mu 

robiono.

background image

Rozdział 26

Kiedy Ben następnego dnia rano przyszedł do aresztu, z zadowoleniem stwierdził, że to 

nie Gustafson miał służbę. Szeryf Collier zaprosił Bena do środka, ale ani razu nie spojrzał 
mu w oczy.  Czyżby wiedział o poczynaniach swego zastępcy?  Pewnie więcej, niż chciał 
przyznać, odpowiedział sobie Ben. Vick nadal był jedynym więźniem. W końcu jego klient 
dostanie choroby sierocej, liczył jednak, że przedłużająca się samotność przerwie milczenie 
Vicka. Na widok Bena, Donald podniósł się z pryczy.

– Przychodzisz z wizytą – zapytał – czy zanocować?
– Absolutnie nie zamierzam tu spędzić nocy – odpowiedział Ben. – Nigdy więcej.
–  Na jakiej podstawie sądzisz, że możesz mnie wyciągnąć z tego piekła, jeśli sam tu 

trafiasz?

– Tamtej nocy bogowie zapomnieli o mnie –  odparł Ben.  –  Ale zauważ, że ja jestem 

wolny, a ty siedzisz za kratkami.

–  Punkt dla  ciebie.  –  Przez  ułamek  sekundy  na  wargach  Vicka  pojawiło  się  coś, co 

mogłoby uchodzić za uśmiech, a przynajmniej za jego zapowiedź. – Jak oko?

– Dużo lepiej, dziękuję.
– Co tak wnerwiło Gustafsona?
– Głównie fakt, że cię reprezentuję.
– Och. – Vick zastanawiał się przez chwilę.
Dobrze. Poczucie winy ułatwia współpracę, pomyślał Ben.
– Mam wrażenie, że to nie było najlepsze posunięcie w twojej karierze.
– Chyba tak. Chciałbym zadać ci kilka pytań?
Vick natychmiast stał się czujny.
– Na jaki temat?
– Sprawy, oczywiście. Jak mam cię bronić, nie znając faktów?
– Powiedziałem ci, chcę, żebyś...
–  Mimo wszystko nie mogę tego przeprowadzić bez kilku informacji. Myślisz, że będę 

wymyślał fakty podczas rozprawy?

– Nie zdziwiłbym się.

background image

Ben zdecydował się przejść do pytań.
– Odwiedziłem pensjonat, w którym wynajmowałeś pokój, i rozmawiałem z Mary Sue. 

Powiedziała, że przed morderstwem odwiedziło cię parę osób.

Vick nie zareagował.
–  Mary Sue upiera się, że jedną z nich był Wietnamczyk. Czy to przypadkiem nie był 

Tommy Vuong?

Vick zmarszczył czoło.
– Dlaczego miałbym się z nim spotykać?
– Nie mam pojęcia. Ale nie wydaje mi się, żebyście po raz pierwszy spotkali się w barze. 

Myślę, że już się znaliście wcześniej.

– A więc się mylisz.
– Czyżby? – Ben chwilę spacerował. – Jeśli to nie był Vuong, to kto?
–  Nie   wiem,   o   czym   mówiła   Mary   Sue.   Ona,   niestety,   za   dużo   pije.   Pewnie   miała 

halucynacje.

–  Wyobraziła   sobie   Wietnamczyka   odwiedzającego   członka   rasistowskiego 

ugrupowania? Nieprawdopodobne.

– Może szedł do kogoś innego w tym domu. Pamiętasz, to pensjonat.
Ben nie zrażony ciągnął dalej.
– Mary Sue wspomniała, że miałeś jeszcze jednego gościa. Kobietę. Oczy Vicka rozwarły 

się szerzej.

– Nie zaprzeczaj – uprzedził go Ben. – Sam widzę, że to prawda.
– O co ona mnie oskarża? O cudzołóstwo z dziwką Babilonu?
– O  nic tak poważnego. Mary Sue stanowczo podkreśliła, że tylko rozmawialiście. A 

przynajmniej wtedy. Kim jest ta kobieta?

– Ja... ja – Vick uciekł spojrzeniem w bok – nie mogę ci powiedzieć.
– Dlaczego nie? – Ben przywarł do oddzielających ich prętów. – Donaldzie, jestem twoim 

adwokatem. Jestem po twojej stronie!

– Ja... – Vick nadal nie patrzył mu w oczy. – Przepraszam. Złożyłem obietnicę.
– Obietnicę? Komu?
– Ja... muszę milczeć.
– Mary Sue słyszała, jak ta kobieta mówiła...
– Powiedziałem, złożyłem obietnicę!
–  Donaldzie, proszę. Spójrz na mnie. Jak mam ci pomóc, skoro sam sobie nie chcesz 

pomóc?

Vick skrzyżował ręce na piersi i odwrócił się.
– Czy to ma coś wspólnego z walką w Bluebell? Czy dotyczy czegoś innego? – nalegał 

Ben.

Vick milczał. Znowu.

background image

–   A   w   ogóle,   co   sprowokowało   tę   walkę   na   pięści?   Nie   wierzę,   że   rzuciłeś   się   na 

Wietnamczyka tylko dlatego, że był Wietnamczykiem.

– Zaatakował mnie do spółki ze swoimi kumplami – niechętnie burknął Vick.
– Nie napadli na ciebie bez powodu. Słyszałem zresztą, że to ty zacząłeś.
– Mimo to, oni...
–  Dlaczego,   Donaldzie?   Wszyscy   zgodnie   twierdzą,   że   jesteś   cichym,   spokojnym 

chłopcem. Z tego, co słyszałem, nie pijesz, a tym bardziej nie przesiadujesz w barach. Myślę, 
że poszedłeś tam, bo szukałeś Vuonga. Dlaczego?

Vick usiadł na pryczy i gapił się w ścianę.
– Donaldzie, odpowiedz na moje pytanie!
Cisza.
– Czy to Dunagana osłaniasz?
Vick   nagle   spojrzał   na   Bena,   jego   zwężone   oczy   pałały.   Po   dłuższej   chwili   powoli 

odwrócił się w kierunku ściany. Nie złapał się na przynętę.

–  Wiem, że znacie się z Dunaganem od dawna i że jest on przyjacielem rodziny i tak 

dalej...  Ale wiem też, że miałeś twardego, bardzo wymagającego ojca, który zmarł, zanim 
zdążyłeś go usatysfakcjonować, jeśli to w ogóle było możliwe. Sam co nieco rozumiem taką 
sytuację.   Domyślam   się,   że   twoje   wstąpienie   do   oddziału   ASP   to   część   wyśrubowanego 
planu, mającego na celu zadowolić twojego ojca.

Ben zauważył, jak napinają się mięśnie na szyi Vicka.
–  Czy to prawda, Donaldzie? Czy bierzesz na siebie morderstwo żeby chronić kumpla 

twojego tatusia? Jego Majestat Wielkiego Smoka?

Ben długo czekał, ale nie otrzymał odpowiedzi.
Teoretycznie Ben mógłby przyjąć milczenie Vicka za potwierdzenie,  ale za dużo miał 

wątpliwości i za mało wiedział. Kolejne teorie rozwiewały się, nim zdążył się z nimi oswoić.

–  Czy   wiesz,   że   prokurator   okręgowy   znalazł   włosy   na   kuszy,   z   której   zastrzelono 

Vuonga? Wyniki badań porównawczych są jednoznaczne. To twoje włosy.

Żadnej reakcji.
– Co o tym sądzisz, Donaldzie? Czy miałeś ostatnio do czynienia z jakąś kuszą?
Mówił dziad do obrazu...
– Wiem, że macie kusze w obozie ASP. Byłem tam.
...a obraz ani razu.
–  Wiesz,  co  rządzi  teraz   tym  miastem.  Strach.  Wszyscy  śmiertelnie  się  obawiają,  że 

każdego dnia może zapłonąć lont od beczki z prochem i rozpęta się piekło. Donaldzie, ludzie 
pragną   twojej   krwi.   Wydadzą   na   ciebie   wyrok   śmierci,   bo   wierzą,   że   to   wystarczy,   aby 
powróciły do ich miasta dawne, dobre czasy; te czasy, zanim ty i ASP pojawiliście się w 
Silver Springs. Ty odkupisz wszystkie winy. Ale ja wiem, że oni się mylą – ciągnął Ben. – 
Wiem, że to miasto nigdy nie będzie takie samo, jeśli nie znajdziemy prawdziwego winnego 

background image

śmierci Tommy’ego Vuonga. Czy możesz mi w tym pomóc? Czy pomożesz mi ocalić twoją 
biedną głowę?

Ani jednego słowa. Nawet drgnięcia.
– W porządku. – Ben szedł wzdłuż korytarza, oddalał się od celi Vicka. – Do diabła, mam 

tylko nadzieję, że nie spotka cię to, o co się prosisz.

background image

Rozdział 27

Późnym popołudniem Ben wrócił do obozowiska. Nie zastał tam ani Jonesa, ani Lovinga. 

Miał nadzieję, że są  w pogoni za użytecznymi informacjami dotyczącymi  Donalda Vicka, 
Tommy’ego Vuonga i ASP.

Christina była w obozie, ale wciąż wiało od niej chłodem. „Chłód” to mało powiedziane, 

przecież czuł, jak lodowacieją wszystkie atomy jego ciała. Temperatura zera bezwzględnego, 
tym emanowała jego asystentka.

Mike wdrapał się na wierzchołek swojego helikoptera, przynajmniej Ben założył, że to 

był Mike. Sądził po tym, co widział: czubku głowy. Olbrzymia połać trawy wokół helikoptera 
była zasłana narzędziami i częściami do maszyny.

– Co robisz?
Mike próbował odpowiedzieć, ale niezbyt mu to wychodziło. Kiedy wyjął z ust klucz 

francuski, było lepiej:

– Montuję te części, które dostałem w Silver Springs.
– Pasują?
– Nieco  je podrasowałem.  –  Ręka Mike’a błądziła w poszukiwaniu narzędzia.  –  Mój 

główny problem to te świece. Tak naprawdę przeznaczone są dla traktorów.

– Nie martw się – powiedział Ben. – Traktory, helikoptery. Co za różnica?
–   Racja.   –  Mike   zeskoczył   i   otworzył   pokrywę   do   kabiny.  –  Teraz   zastartuję.   Czy 

podczołgasz się pod silnik i powiesz mi, co się dzieje?

– Chyba żartujesz.
– Tylko zobacz, czy te świece dają iskrę. A jeśli zauważysz, że jeszcze coś się obruszyło 

lub wypadło z miejsca, to też o tym wspomnij.

–  Straciłeś   rozum.   Na   pewno   nie   będzie   mnie   w   pobliżu   tego   złomu,   kiedy   go 

uruchomisz.

– Nie wygłupiaj się! Po prostu włączę silnik. Co się może stać?
– Możliwości okaleczeń, które podsuwa mi wyobraźnia, odbierają mi mowę.
Mike pogładził kadłub.
–  Nie powinieneś odnosić się do Portii jak kawałka metalu. Możesz zranić jej uczucia. 

background image

Jesteś pewien, że nie chcesz obserwować silnika, kiedy go włączę?

– Nie, chyba że mogę to zrobić, stojąc po drugiej stronie jeziora.
– Mój bohater! Ale przy okazji, kiedy byłem dziś po południu w mieście, zaczerpnąłem 

języka na temat sprawy karnej. Znaleźli broń, z której popełniono morderstwo.

–  Tak, tak, tak. Kuszę w pobliżu miejsca zbrodni. Włosy wplątane w jej mechanizm. 

Słyszałem o tym.

– Ach tak? – Mike pogładził brodę. – Wobec tego wiesz o plamach krwi?
– Plamy krwi? – powtórzył bezmyślnie Ben.
– Tak myślałem. To ten rodzaj chytrych oskarżycieli, którzy, jeśli im się tylko uda, nie 

ujawniają informacji, aż do czasu rozprawy.

– Ale Swain powiedział mi o włosach.
–  W porządku. To przebiegły człowiek. Ma nadzieję, że zużyjesz całe swoje siły oraz 

czas na przekonywanie ławy przysięgłych, że włosy niekoniecznie pogrążają twojego klienta. 
A kiedy skończysz, Swain spokojniutko podejdzie do podium, prosząc o głos i poinformuję 
ławę o śladach krwi.

– Na kuszy?
–  Zrozumiałeś!  – ucieszył się Mike.  –  I to jest grupa krwi Vicka. Możesz prowadzić 

wywód na temat włosa czy dwóch, ale włosy i krew...

– Niech to diabli! – Ben gryzł swój knykieć. – I oni są pewni, że to krew Vicka?
–  Jak   powiedziałem,   grupa   się   zgadza.   Wątpię,   żeby   w   Silver   Springs   dało   się 

przeprowadzić precyzyjne analizy. Ale to jest możliwe  –  spojrzał na Portię  –  o ile będę w 
stanie wrócić do Tulsy.

–  Co to jest? Szantaż? Nie wlezę na czubek tej, tak zwanej maszyny latającej i to jest 

moje ostatnie słowo w tej kwestii.

–  Jak ci się podoba. Ale naprawdę mógłbym mieć te testy. Myślę, że tutejsi laboranci 

dadzą mi próbkę krwi. – Potrząsnął głową. – Oczywiście do Tulsy jest kawałek drogi.

– Mike, zachowuj się rozsądnie!
– Uważam, że moje zachowanie jest rozsądne.
– A pójdziemy  na kompromis? Stanę pomiędzy namiotami. Będę miał dobry widok na 

helikopter, ale będę wystarczająco daleko, żeby nie zraniły mnie jego latające wnętrzności.

– Biorę, co dają. Zgoda.
Mike   wdrapał   się   do   kabiny.   Ben   pospieszył   w   stronę   namiotów,   które   ofiarowały 

wątpliwe bezpieczeństwo. Mike zapalił silnik.

A przynajmniej Ben myślał, że Mike to zrobił. W każdym razie nie dręczył kota, choć 

dźwięki, które Ben usłyszał, na to wskazywały. Najpierw rozległ się przeszywający pisk, a 
potem wywołujący dreszcze dźwięk tarcia metalu o metal. Nie tak nieprzyjemny jak odgłos 
pocierania kredą o tablicę, ale podobny. Nastąpiło jeszcze kilka warknięć, które ucięło głośne 
uderzenie dochodzące z głębi silnika. Ben nie musiał przeprowadzać dokładnych oględzin, 

background image

żeby stwierdzić, że Portia nie miała ochoty odlecieć.

– Wydaje mi się, że to nie działa! – krzyknął.
Mike wyłączył silnik i wygramolił się z kabiny.
– Cholera. Myślałem, że mi się udało.
– Jak widać, nie.
–  Czy słyszałeś ten łomot? Pewnie cały silnik się rozwalił. Jest w gorszym stanie niż 

przedtem. – Ben był zmuszony przyznać mu rację. Mike schował ręce do kieszeni. – Ben, jak 
wyślemy teraz próbki krwi? Expresem? – Pomyślał przez chwilę. – Ciekawe, czy oni mogliby 
dostarczyć części do helikoptera?

background image

Rozdział 28

Tuż po zachodzie słońca Ben przyjechał do Coi Than Tien, Belinda już tam czekała. 

Wcześniej zdecydowali, że będzie lepiej, jeśli ona pojedzie tam pierwsza i przygotuje grunt. 
Kilku   członków   społeczności   spotkało   się   już   kiedyś   z   nią  i   pozostałymi   pracownikami 
Hatewatch  i wiedzieli  o ich pozytywnym  działaniu.  Niektórzy ze starszych  mieszkańców 
uważali   zapewne,   że   Hatewatch   przysparza   kłopotów,   ale   i   tak   bardziej   ufali   jej   niż 
człowiekowi, który reprezentuje Donalda Vicka.

Ben   zaparkował   samochód   nieopodal   granicy   Coi   Than   Thien,   którą   symbolizowała 

chwiejna konstrukcja zbudowana ze spaczonych desek i tektury.

Największym   budynkiem   w   osadzie   była   ferma,   długa   prostokątna   hala,   usytuowana 

pomiędzy   dwoma   magazynami.   Ben,   co   prawda,   nie   był   ekspertem   w   sprawach   żywego 
inwentarza, ale w przeszłości miał trochę do czynienia z kurczakami, więc gdakanie i piski 
dochodzące z wewnątrz upewniły go, że to właśnie kurza ferma.

Magazyny   otaczały   półkolem   budynki   mieszkalne   Coi   Than   Tien.   Typowe  „bieda-

domki”, biedniejsze niż sobie Ben wyobrażał. Komfortem niewiele  przewyższały szałasy. 
Niektóre miały ściany lub dach z blachy falistej – miejscowe wille. Pomimo widocznej biedy 
nie było brudu, wręcz przeciwnie. Ben miał wrażenie, że o domy dbano. Dostrzegł nawet 
małe ogródki. Najwidoczniej mieszkańcy mimo ubóstwa nie zapomnieli o godności.

Ben   odnalazł   Belindę   na   ganku   jednego   z   domostw.   Siedziała   w   mroku   obok   dużo 

starszego Wietnamczyka. Co jakiś czas błyskał gorejący punkcik, żar z cienkiej fajki o długim 
cybuchu, którą pykał mężczyzna.

Belinda przedstawiła Benowi Duonga Danga.
– Miło mi pana poznać – powiedział Ben, zastanawiając się, czy Belinda wyjaśniła temu 

mężczyźnie,  jaką rolę odgrywał  w dziejącym  się dramacie.  Jeszcze zdąży zaspokoić swą 
ciekawość, pomyślał.

– Duong Dang jest przywódcą tutejszej społeczności – kontynuowała Belinda.
– Byłem – poprawił Dang. – Już nie jestem. Moi ludzie już mnie nie słuchają.
–  Dokonał się tu pewien rozłam  –  wyjaśniła Belinda.  –  Pan Dang i jego rada zawsze 

postępowali   drogą   pokoju   i   rozsądku.   Lecz   wyłoniła   się   inna   grupa,   prowadzona   przez 

background image

młodego   człowieka   o   imieniu   Dan   Pham.   On   woli   bardziej...  radykalne   postępowanie. 
Aktywny opór. Niespodziewany napad. Zdobywa zwolenników.

– Ma ich wielu? – zapytał Ben.
– Niestety – odparł Dang – popiera go ponad polowa społeczności.
– Co właściwie chce zrobić Pham? – dopytywał się Ben.
–   „Zwalczyć   ogień   ogniem”   –  zacytowała   Belinda.  –  Doprowadzić   do   bezpośredniej 

konfrontacji z ASP.

– Kontrterroryzm? – zdziwił się Ben. – Przeciwko tym maniakom? Z pewnością wie, że 

nie ma szans.

– Nie widzi realiów naszej sytuacji – smutno powiedział Dang. – Chce być mścicielem, 

bohaterem. Pragnie uratować swoich ludzi. Ale jest ślepy.

– Jeśli zamierza się na ASP, to bardzo szybko pozna realia – stwierdził Ben. – Może to 

tylko przechwałki?

Dang i Belinda wymienili między sobą spojrzenia.
– Kto wrzucił bombę zapalającą do obozu ASP? – zadała retoryczne pytanie Belinda.
– Widziałem tam osmalony budynek. Myślicie, że to robota Phama?
–  Nie   mogę   tego   twierdzić   na   pewno  –  zastrzegł   się   Dang.   –  Ale   kto   inny   mógł 

zdecydować się na takie ryzyko?

– Ponoć szkody wynikłe z tego zamachu były niewielkie – dodała Belinda.
– To prawda – zgodził się Ben. – Jednak bomba spadła tuż pod ścianą magazynu broni 

ASP. Mógł nastąpić groźny wybuch. Szczęśliwie do tego nie doszło. Nikt nie został zraniony.

–   Nie   –  powiedział   Dang.  –  Ale   mimo   to   ich   zemsta   nastąpiła   szybko.   Wyjątkowo 

brutalna.   Ukradli   dziś   rano   jeden   z   naszych   samochodów.   I   zaatakowali,   i   ciężko   pobili 
piętnastoletniego chłopca Nhunga Vu. Wybili mu dwa zęby. I... – Dang zawahał się. Zamknął 
oczy.  –  Naznaczyli   go.   Znakiem   krzyża.   A   kiedy   stracił   przytomność,   nadal   go   bili, 
masakrując mu twarz. Prawdopodobnie trwale uszkodzili Nhungowi prawe oko.

– Czy doniósł pan o tym szeryfowi?
–  Oczywiście.   Ale   co   on   może   zrobić?   Nie   było   świadków.   Chłopiec   nie   znał 

napastników. Większość z nich nosiła kaptury. ASP postępuje ostrożnie.

– Powinien pan przyprzeć do muru tego dzieciaka Phama i nakazać mu, żeby usiadł na 

tyłku – zasugerował Ben. – Zasada „oko za oko, ząb za ząb” tylko zaszkodzi Coi Than Tien.

– Może być za późno. Słyszano pogłoski, że członkowie ASP jeszcze nie skończyli, że w 

bliskiej   przyszłości   szykują   zemstę   na   większą   skalę  –  w   głosie   Danga   brzmiało 
przygnębienie.

To z pewnością złe wieści. Zdaniem Bena, Coi Than Tien nie będzie mogło odeprzeć 

frontalnego natarcia ASP. Ale kto mógł?

– Czy Belinda pytała pana o Tommy’ego Vuonga?
–  Znałem Tommy’ego od wielu lat –  odparł Dang.  –  Pochodził z dobrej i szanowanej 

background image

rodziny.   Był   trochę   dziki,   ale   to   nic   dziwnego,   biorąc   pod   uwagę   jego   młody   wiek   i 
temperament.

– Słyszałem, że rok temu miał jakieś kłopoty z prawem. Czy wie pan coś na ten temat?
– Szeryf go przesłuchiwał. Kobieta oskarżyła go o to... że używał wobec niej przemocy.
– Czy pan wierzy w to oskarżenie?
– To się często zdarza – smutno powiedział Dang. – Dwoje młodych ludzi różnych ras 

zakochuje się w sobie. Wszystko jest w porządku, dopóki rodziny nie odkryją łączących ich 
więzów. Kłamstwo ratuje honor.

– A więc nie wierzy pan, że to był gwałt? – spytała Belinda.
Dang patrzył na nią zamyślony.
– Wiem, że prokurator okręgowy odstąpił od aktu oskarżenia. Znając nastawienie Silver 

Springs do Coi Than Tien,  wiem,  że jeśli jej  pomówienia  choć w  najmniejszym  stopniu 
zostałyby udowodnione, Tommy byłby aresztowany.

Ben w myślach przytaknął Dangowi. No, chyba że prokurator okręgowy nie miał czasu 

na bzdury, bo musiał pilnować dziecko.

– Czy znane są panu powiązania Vuonga z Donaldem Vickiem?
–   Nie   –  odparł   Dang,   marszcząc   czoło.  –  Raczej   wątpię,   żeby   istniały   jakiekolwiek 

powiązania przed tym fatalnym wypadkiem w barze.

–  Jakiś Wietnamczyk odwiedził Vicka na krótko przed morderstwem. Czy domyśla się 

pan, kto to mógł być?

– Trudno mi uwierzyć, żeby którykolwiek, nawet najbardziej zdesperowany mieszkaniec 

Coi Than Tien mógł odwiedzić takiego człowieka.

– I nie zna pan powodów walki Vicka i Vuonga?
– Ludzie z ASP nie potrzebują powodów. Nienawiść prowadzi ich dalej, niż mógłby to 

zrobić jakiś logiczny powód.

Ben starał się zapanować nad frustracją. Rozmowa była jałowa.
– Czy wie pan, dlaczego Vuong znalazł się w barze tamtego wieczoru?
Dang spuścił głowę.
– Niestety, żałuję, ale wiem. Wysłałem go tam.
Belinda była tak samo zdziwiona jak Ben.
– Pan to zrobił? Po co?
– Coi Than Tien zamawia w Bluebell niewielkie ilości różnych napojów alkoholowych. 

Używamy ich w razie ceremonii i czasami, żeby wypogodzić zmartwione czoła. Właściciel 
baru, człowiek o imieniu Mac, jest na tyle miły, że zamawia alkohol po cenach hurtowych i 
dostarcza   na   własny   koszt.   Dzięki   temu   dostajemy  to,   czego   potrzebujemy,   taniej   i... 
bezpieczniej.

– Więc pan wysłał Vuonga, żeby odebrał dostawę.
–  Właśnie.   Wysłałem   go   z   trzema   innymi   chłopcami   z   osady.   Myślałem,   że   będą 

background image

bezpieczni. – Spojrzał na swoje długie, szczupłe dłonie. – A teraz Tommy Vuong nie żyje.

background image

Rozdział 29

Ben doszedł do wniosku, że nie ma sensu przekonywać Danga, żeby się nie oskarżał.
– Mam do pana prośbę. Chciałbym porozmawiać z Phamem.
– Mogę pana przedstawić – odpowiedział Dang. – Ale czy on zechce rozmawiać, to już 

inna sprawa.

Dang poprowadził ich ciemną ścieżką, która wiodła wzdłuż szałasów i baraków. Po kilku 

minutach dotarli do domu Phama. Przeszli przez ogródek i Dang zapukał do drzwi. Ben 
zauważył starszego mężczyznę siedzącego na ganku sąsiedniego domku. Wydawało się, że 
czyta   książkę   w   świetle   latarki,   ale   w   tym   momencie   jego   wzrok   skupił   się   na   Benie   i 
Belindzie. Uważnie ich obserwował.

Drzwi się otworzyły. Młody Wietnamczyk stał w progu. Spojrzał na Danga.
– Powiedziałem ci, że nie mam ochoty na kontynuowanie naszej poprzedniej rozmowy!
– Nie przyszedłem tu, żeby cię znowu przekonywać. – Wyjaśnił Dang. – Obawiam się, że 

posunąłeś się już tak daleko, iż nie słyszysz głosu rozumu.

Pham nie odpowiedział, ale jego irytacja była widoczna.
– Ci szanowni ludzie chcą z tobą porozmawiać. – Dang opuścił ganek, dając w ten sposób 

dowód podziału w wiosce.

– Nazywam się Belinda Hamilton. Jestem z Hatewatch. Pham skłonił się uprzejmie.
– To Ben Kincaid. Jest ze mną. – Nic więcej nie dodała.
Ben miał  tylko  nadzieję,  że Pham nie czytał  „Silver Springs Herald”. Widocznie  nie 

czytał.

– Miło mi państwa poznać – powiedział. – Czym mogę służyć?
– Prowadzimy dochodzenie w sprawie Donalda Vicka – wyjaśniła Belinda.
– Musi go spotkać sprawiedliwość! – rzucił Pham z emfazą. – Musi ponieść karę za swoje 

przestępstwo.

– Jestem pewna, że co do tego wszyscy jesteśmy zgodni – pośpiesznie wtrąciła Belinda. – 

Jeśli jest winny – dodała.

–  Tych   ludzi   trzeba   powstrzymać,   nie   przestaną,   dopóki   wszyscy   nie   zginiemy.   Czy 

słyszeliście, co zrobili małemu Nhungowi Vu?

background image

– Tak.
–  Muszą się nauczyć, że nie mogą traktować nas z taką pogardą. A pojmą to tylko w 

jeden sposób.

– Czy jesteś odpowiedzialny za rzucenie bomby zapalającej na obóz ASP? – zapytał Ben.
Pham przyjrzał się Benowi.
– Nie wiem nic o bombie. Obóz wciąż stoi.
– Fakt, że atak się nie powiódł, nie znaczy, że się nie odbył – zauważył Ben. – A poza 

tym nie odpowiedziałeś na moje pytanie.

–  Nie   jesteśmy   owcami!  –  Głos   Phama   zachrypiał.  –  Nie   będziemy   biernie   stać   w 

momencie, gdy zarzyna się nasze rodziny.

– No, nie przesadzajmy. Żadna rodzina nie została zarżnięta.
– Moja babcia jest w szpitalu! Siedemdziesięciosześcioletnia kobieta! Postrzelona przez 

pełnego   nienawiści   snajpera.   Mordują   naszych   starców.   Mordują  nasze   dzieci.   Musimy 
podjąć akcję!

Do rozmowy wtrąciła się Belinda.
– Przede wszystkim interesuje nas, czy wiesz coś o tym, co zaszło pomiędzy Tommym 

Vuongiem a Donaldem Vickiem.

– Tommy był dzielnym człowiekiem – odparł Pham. – Chciał walczyć za swoich ludzi.
– Czy kiedykolwiek widziałeś go z Vickiem? Lub słyszałeś, jak go wspominał?
–  Oczywiście, że nie  –  obruszył  się Pham.  –  Nie poniżyłby się do kontaktów z taką 

świnią.

– Widocznie jednak tak – ostudził go Ben. – Myślę, że znali się przed bójką w barze.
– Nie mogę w to uwierzyć. Pomijając wstyd i hańbę wynikające z takiej znajomości, to 

byłaby ona samobójstwem.

–  Wiemy,  że feralnego  dnia Vuong pojechał po towar do baru. Czy byłeś  jednym  z 

towarzyszących mu ludzi?

– Nie. A żałuję, wynik byłby inny.
– Nie wydaje mi się, żeby Vuongowi brakowało mięśni. Vick był sam, a ich czterech.
– Ale pozwolili mu żyć. – Zimny błysk pojawił się w oczach Phama.
– Czy chcesz powiedzieć, że powinni go zabić?
– Jeśli by to zrobili, Tommy Vuong żyłby do tej pory. I moja babcia nie znalazłaby się w 

szpitalu. I Nhung Vu miałby swoją twarz.

Ben poczuł dreszcz na karku. Pham z pewnością znajdował się na krawędzi, a zdaniem 

Danga, reprezentował uczucia większości mieszkańców, którzy byli gotowi zrobić to, co im 
każe.

– Czy to ty byłeś ostatnim, który widział Tommy’ego żywego?
– Nie. – Pham przekroczył próg i spojrzał na ganek sąsiedniego domu. – Ten honor miał 

pułkownik Nguyen.

background image

Mężczyzna zamknął książkę i zgasił latarkę. Stał przez chwilę, a potem do nich podszedł. 

Zrobił wrażenie na Benie, emanowały z niego dostojność i stateczność. Miał krótko obcięte 
włosy i skronie przyprószone siwizną.

– Pułkownik Nguyen to wielki bohater wojenny – dokonał prezentacji Pham. – W czasie 

Wielkiej  Wojny dowodził tysiącami  Wietnamczyków  z Południa. Prowadził ich do wielu 
największych zwycięstw.

– Pyrrusowych zwycięstw – sarkastycznie zauważył Nguyen.
– Wynik wojny nie był twoją winą – zaprotestował Pham. – Służyłeś krajowi odważnie i 

dobrze. Moim jedynym życzeniem jest, żebyś zachowywał się tak samo w obecnej wojnie.

– Teraz nie ma wojny – zdecydowanie odparł Nguyen.
– Jest. –  Wyraz rozczarowania pojawił się w oczach Phama.  –  Chciałbym,  żebyś  nie 

utracił swojego zamiłowania do walki.

–  Nic   nie   utraciłem  –  sprostował   Nguyen.  –  Zdobyłem   tylko   wiedzę   na   temat   wagi 

ostrożności.

Ben starał się zmienić bieg rozmowy, która przeradzała się w kłótnię, i powrócić do sedna 

sprawy.

–  Dowiedziałem   się,   że   pan   był   ostatnim,   który   widział   Tommy’ego   Vuonga   przed 

śmiercią.

– To prawda. Wracaliśmy razem pieszo z Silver Springs do Coi Than Tien. Mamy tylko 

dwa samochody – teraz jeden – więc często chodzimy do miasta pieszo.

– Czy Vuong nie wydawał się panu zdenerwowany? Przestraszony?
–  Tylko głupiec nie czułby się przerażony,  kiedy śmierć krąży wokół nas.  –  Nguyen 

zawahał  się na moment.  –  Ale było  coś... dziwnego  w zachowaniu  Tommy’ego  tamtego 
wieczoru. Jakby coś przeczuwał.

W końcu coś interesującego.
– Ma pan jakieś sugestie?
–  Nie. Wtedy wydawało mi się, że to po prostu słowa dyktowane podnieceniem, które 

ogarnęło nas wszystkich. Dopiero kiedy zginął, zastanawiałem się, czy nie miały większego 
znaczenia.

– Czy widział pan coś... lub kogoś... niezwykłego po drodze do domu?
–  Nie. Pożegnaliśmy się przed ogrodzeniem. Wróciłem do domu...  i zakładałem, że on 

wrócił do swojego.

– Więc nie był pan na miejscu morderstwa.
Niewielkie wahanie.
– Nie.
– I nie widział pan, co się stało?
Pułkownik Nguyen patrzył prosto w oczy Bena.
– Nie.

background image

– I nie posiada pan innych informacji na temat morderstwa?
– Ja... nie. Nic więcej poza tym co już panu powiedziałem.
Ben nie potrafił jasno sprecyzować tego wrażenia, ale był prawie pewien, że pułkownik 

Nguyen coś ukrywa. Ale dlaczego miałby kłamać?

– Czy planujesz więcej ataków na obóz ASP? – zwrócił się do Phama.
Pham zmierzył go zimnym spojrzeniem.
– Nie będę dyskutować o naszych planach.
– Wiem, że działasz w dobrej wierze – łagodził Ben. – Ale taka brawura może przynieść 

szkodę waszym ludziom.

– Jeśli nie zareagujemy, mordercy wypędzą nas z naszych domów.
– Jeśli rozpoczniecie konfrontację z ASP doprowadzicie do zniszczenia Coi Than Tien. A 

może nawet i Silver Springs.

– Nie będziemy się zastanawiać...
Grzmot jakby pioruna przerwał debatę. Cała czwórka odwróciła się w kierunku odgłosu, 

sto metrów dalej ciemność rozświetliły płomienie.

Coi Than Tien płonęło.

background image

Rozdział 30

– To dom Tryonga! – krzyknął pułkownik Nguyen.
Drewniany barak pochłaniały płomienie.
Cała  czwórka  ruszyła  w  stronę pożaru. Ben  w biegu  zauważył  czarną  półciężarówkę 

oddalającą   się   na   pełnym   gazie.   Było   zbyt   ciemno,   żeby   odczytać   tablice   rejestracyjne, 
zakładając, że w ogóle tam były.

Kiedy dobiegli na miejsce, dom Truonga był już jedną wielką pochodnią. Ciemny dym 

drażnił ich płuca i powodował ataki kaszlu.

Ben odwrócił oczy od oślepiającej jasności płomieni.
– Czy jest tu jakiś telefon?
Pułkownik Nguyen smutnie potrząsnął głową.
– A najbliższy posterunek straży pożarnej jest w sąsiednim hrabstwie – dodał.
Żywioł szalał, płomienie zdawały się sięgać nieba. Żar był nie do wytrzymania, na czole 

Bena pojawiły się krople potu.

Żadnych  szans  na uratowanie domu.  Nie wiedzieli,  czy ktoś  nie czeka na ratunek w 

gorejącym budynku. Nie mogli pozwolić, aby pożar dalej się rozprzestrzeniał. Tylko jak?

Ben bezradnie rozejrzał się wkoło. Musieli coś zrobić i to szybko.
– Jest tu jakaś studnia? – spytała Belinda.
– Tak – potwierdził pułkownik. – Na północ od fermy. A w sieni fermy są wiadra.
– Ben i ja zorganizujemy brygadę pożarową. Wy dwaj upewnijcie się, że nikt nie został w 

środku.

Pułkownik Nguyen skinął głową. Bez dodatkowej dyskusji Ben podążył za Belindą w 

kierunku   fermy.   Bez   trudu   znaleźli   kilkanaście   wiader   i   studnię.   Blask   pożaru   dokładnie 
oświetlił   teren.   Ben   zakręcił   kołowrotkiem,   spuszczając   wiadro.   Napinając   mięśnie, 
wyciągnął je ze studni i poniósł w kierunku domu Truonga, rozpryskując i rozlewając wodę 
po drodze.

Trzask płomieni odebrał jak ironiczny śmiech żywiołu; ogień pochłonął wodę i wzbijał 

się coraz wyżej. Nigdy nie ugaszą pożaru.

Ben wrócił biegiem do studni. Mieszkańcy Coi Than Tien również kierowali się w jej 

background image

stronę.   Belinda   ustawiła   dwóch   silnych   mężczyzn   przy   korbie,   aby   napełniali   wiadra. 
Pozostali utworzyli szereg od studni do ognia. Jeden drugiemu podawał pełne wody wiadra.

Brygada antyogniowa Belindy dostarczała wodę szybko i nieprzerwanie. Może uda im się 

utrzymać pożar pod kontrolą, pomyślał Ben, biegnąc z powrotem w kierunku domu Truonga. 
Na moment zamarł, wśród płomieni dostrzegł sylwetkę pułkownika. Chwiejąc się i kaszląc, 
Nguyen   wyłonił  się   z  dymu.  Niósł  kobietę.  Ben   pospieszył  z  pomocą.  Razem  delikatnie 
położyli nieprzytomną na ziemi. Ben tylko raz na nią spojrzał i szybko odwrócił oczy. Żyła, 
ale była straszliwie poparzona.

– Czy nic się panu nie stało? – spytał pułkownika.
Nguyen  kaszlał. Mijały sekundy,  a on nie mógł przestać. Ben obawiał się, że musiał 

kilkakrotnie odetchnąć dymem... albo gorzej. W końcu Nguyen złapał duży haust powietrza.

– Obszedłem dom z tyłu – wyszeptał Nguyen. – Zajrzałem przez okno... – Zaczął znowu 

kasłać.

– Niech pan nie mówi – poradził Ben – i oddycha powoli i regularnie.
– Zawaliła się ściana. Spadła na mnie. Płonąca.
Ben zauważył, że po lewej stronie jego ubranie było nadpalone.
– Usłyszałem krzyk – ciągnął Nguyen. Zamknął oczy. Starał się nie stracić przytomności. 

– Musiałem ją wyciągnąć... – jego głos zmienił się w zgrzytliwy kaszel.

– Niech pan nie mówi – prosił Ben – tylko odpoczywa.
Pułkownik skinął głową.
Ben przyniósł mu trochę wody. Kobieta nadal była nieprzytomna. Zdawał sobie sprawę, 

że jej poparzenia powinien obejrzeć lekarz.

Nagły,  przeszywający krzyk odwrócił uwagę Bena. Kobieta z końca szeregu upuściła 

wiadro i zakryła twarz rękami.

– Co się stało? – zapytał.
Ben nie rozumiał, co mówiła. Ale wskazywała na płonący dom. Pośród gęstego dymu 

zauważył ciemną sylwetkę przytuloną do ziemi. Ruszała się. Usłyszał kaszel. Potem już nic.

Ktoś jeszcze był uwięziony w płonącym kręgu.
Ben   rozejrzał   się   dookoła,   szukając   pomocy.   Brygada   znowu   pracowała,   ale   była 

rozciągnięta do krańców wytrzymałości. Nie mogli sobie pozwolić na to, żeby jeszcze ktoś 
ich opuścił. Podążył w stronę dymu. Nie miał wyboru.

– Czekaj! – usłyszał czyjeś wołanie.
Ben odwrócił się, ktoś chlusnął na niego wodą z wiadra. Sam powinien o tym pomyśleć. 

Szybko   wdychał   i   wydychał   powietrze,   napełniając   płuca.   Narzucił   kurtkę   na   głowę   i 
zanurkował w gęstą, ciemną chmurę. Czuł, jak dym wygryza mu oczy. Musiał powstrzymać 
pragnienie oddychania. Jeśli dym dostanie się do jego płuc, to już nigdy nie wyjdzie z tego 
mroku.

Podszedł do ciała leżącego tuż przy frontowych drzwiach domu.

background image

To   była  młoda  kobieta.  Ben   odwrócił  ją  na  plecy.   Niezbyt   wyraźnie  widział,   ale  ku 

swojemu zdumieniu spostrzegł, że nie była Wietnamką. Szczupła figura, biała twarz, ciemne 
włosy. Przez krótką, straszną chwilę myślał, że to Belinda.

Nie. Bogu dzięki, nie. Ale kimkolwiek jest, znalazła się w kłopotach.
Żar stawał się nie do wytrzymania. Ben wziął kobietę w ramiona i podniósł do góry, 

gwałtowny ból w żebrach niemal zwalił go z nóg. Powstrzymywane powietrze wydostało się 
z płuc. Ben desperacko zacisnął usta i nakazał sobie nie oddychać.

Po czasie, który wydał mu się wiecznością, wynurzył się z kłębów dymu. Położył kobietę 

na ziemi i spazmatycznie łapał powietrze. Miał wrażenie, że jeszcze chwila i zemdleje. Opadł 
na ziemię.

Kiedy nieco doszedł do siebie, zajął się ocaloną dziewczyną. Nie był lekarzem, ale chyba 

nie była poparzona i wydawało mu się, że oddycha regularnie. Nie miał pojęcia, dlaczego 
straciła przytomność. Możliwe, że zaczadziała lub zemdlała od żaru.

– Nic pani nie jest? – zapytał Ben, gdy dostrzegł delikatne drżenie jej powiek.
Kobieta mrugała szybko. Nagle usiadła prosto, z nienaturalnie rozszerzonymi oczami i 

krzyknęła.   Krzyk   niósł   się   w   noc   i   mroził   krew   w   żyłach.   Ben   nie   słyszał   nic   równie 
potwornego w swoim całym życiu. Kobieta zerwała się i podbiegła w kierunku płomieni. 
Szybko straciła siły, a jej krzyk zamienił się w płacz.

–  Co się stało?  –  Ben trzymał ją za ramiona.  –  O co chodzi? Kobieta kiwała głową  w 

przód i tył, płacząc i zawodząc. Łzy strumieniem płynęły jej z oczu.

– Ben!
Spojrzał do tyłu przez ramię. Belinda. Biegła obok płonącego domu, szukając go. W tej 

samej chwili, w której go dostrzegła, wpadła w jego objęcia.

– Mój Boże – szepnęła. – Ktoś powiedział mi, że jesteś...
– Tak, ale wszystko w porządku.
–  Dzięki   Bogu.  –  Przywarła   do   niego   tak   mocno,   że   Ben   zastanawiał   się,   czy 

kiedykolwiek go wypuści z objęć. Miał nadzieję, że nie.

Ponad   jej   głową   spojrzał   na   dom   Truonga.   Ogień   w   końcu   zamierał.   Jeszcze   przy 

północnej ścianie pełzały płomienie, ale i one wkrótce zostaną  ugaszone. Brygada Belindy 
uratowała wioskę. Kobieta,  którą teraz  trzymał  w ramionach,  zapanowała  nad kryzysową 
sytuacją i ocaliła domy i ludzi. Objął ją ciaśniej. Była niesamowita. Pośród dymu snującego 
się wokół, spotkały się ich usta.

– Dlaczego wszedłeś w ogień? – zapytała Belinda, gdy już mogli mówić.
– Zobaczyłem postać uwięzioną w dymie, próbowała wyjść.
– Mylisz się. – Kobieta z brygady antyogniowej, której krzyk zwrócił wtedy uwagę Bena, 

podeszła do nich i wtrąciła się do rozmowy.  –  Ona nie próbowała wyjść. Ona próbowała 
wejść.

Ben patrzył się na nią osłupiały.

background image

– Jak to?
–  Widziałam to. Zjawiła się znikąd, spojrzała na płonący dom, krzyknęła i wbiegła w 

płomienie. Myślałam, że ta kobieta jest szalona.

– Gdzie ona jest? – zainteresowała się Belinda. – Chcę z nią porozmawiać.
– Jest... – Ben odwrócił się. – Była tu. – Rozejrzał się na wszystkie strony. – Zniknęła!

background image

Część II

Cisi wartownicy

background image

Rozdział 31

Dom Truonga już nie istniał, zostało tylko zwęglone drewno i kamienie. Sąsiednie domy 

również mocno ucierpiały. Po całej osadzie snuł się dym.

Szeryf   Collier   polecił   zabrać   pułkownika   i   Marię   Truong,   którą  Nguyen   wyniósł   z 

płonącego budynku, oraz kilku innych, którzy najbardziej tego potrzebowali, do szpitala w 
mieście. Nie znaleźli kobiety, którą uratował Ben. Zniknęła bez śladu. Wydawało się, że nikt 
nie wie, kim była ani dokąd odeszła.

Kiedy Ben i Mike podeszli do pogorzeliska, Collier właśnie zapisywał coś w notesie.
–  Dzień dobry, Kincaid  –  rzucił, nie podnosząc głowy znad notesu.  –  Miło cię znowu 

widzieć.

Ale kłamie, pomyślał Ben.
– Znalazł pan coś interesującego?
–   Mnóstwo   straconego   drewna   do   kominka   –  wymamrotał  Collier.   –   Kilka   rzeczy 

osobistych. Nic poza tym.

– Czy wie pan, co wywołało pożar? – spytał Mike.
– A kim ja jestem? Wróżką? – zirytował się szeryf.
Ben spojrzał na Mike’a i zdecydował, że lepiej będzie, gdy sam poprowadzi konwersację. 

Jeśli Mike wygłosi wykład na temat podpalenia, Collier może się wściec.

– Czy znalazł pan coś, co wskazuje na podpalenie? Choćby coś tak prostego jak pudełko 

zapałek?

Szeryf Collier przypatrywał mu się podejrzliwie.
– Skąd ta pewność, że to podpalenie? Te szałasy to pułapki ogniowe. Możliwe, że jeden z 

tych ludzi palił tę śmieszną fajkę w łóżku lub próbował zapalić chińską latarnię i dom spłonął.

– Nonsens – zdecydowanie zaprzeczył Ben. – Byłem tu, kiedy to się stało. Usłyszeliśmy 

huk, a za sekundę dom stanął w płomieniach. Widziałem odjeżdżającą czarną półciężarówkę. 
Ktoś celowo podpalił dom. Musimy ustalić, jak to zrobił.

– Nie mam zamiaru grzebać w tej kupie popiołu – powiedział Collier. – A swoją drogą, 

dlaczego to tak cię interesuje, Kincaid? Co ma wspólnego pożar ze sprawą twojego chłopca?

–   Jeszcze   nie   wiem   –  odparł   Ben.  –  Ale   się   dowiem.   Jestem   przekonany,   że   jakieś 

background image

powiązanie istnieje.

Szeryf Collier zamknął notes i ruszył w stronę swojej srebrnej półciężarówki.
– Jeśli liczysz na to, że wymyślisz jakąś skomplikowaną bajeczkę, która pomoże ci zdjąć 

twojego klienta z szubienicy, to możesz o tym zapomnieć. Jesteśmy prostymi ludźmi, my, 
mieszkańcy Silver Springs. Nie wikłamy się w nonsensowne sytuacje.

– Ale jeśli to nie jest nonsens? – zapytał Ben. – Zgodzi się pan, żebyśmy przeszukali to 

pogorzelisko?

Collier zmarszczył czoło. Gdyby tylko mógł się nie zgodzić, zrobiłby to z radością.
– Jak chcecie, ale jeśli znajdziecie jakiś dowód, oczekuję, że o nim usłyszę – warknął.
– Ma pan moje słowo.
Szeryf odjechał.
– Dobra robota, kemo sabe – pogratulował Mike. – Tańczył tak, jak mu zagrałeś.
– Powiedzmy. Jesteś specjalistą od podpaleń, prawda?
– No, miałem do czynienia z przypadkami podpaleń przez dwa lata, jeżeli o to ci chodzi.
– Wystarczy. Prowadź, wodzu!
Mike wskazał zgliszcza.
– Ty zaczynasz z tamtego końca, ja z tego.
Ben cieszył się, że kupił parę rękawic, zwęglone kawałki były wciąż gorące. Wyciągnął 

trochę   spopielonego   ubrania   i   kilka   plastikowych   fragmentów,   które   mogły   być   płytami, 
narzędziami lub pozostałościami czyjejś ukochanej zabawki.

To straszne, gdy twój dom spłonie, pomyślał. Kiedy wszystko, o co dbałeś, pójdzie z 

dymem.

– Tak naprawdę to nie wiem, czego szukam – westchnął Ben. – Mike, ty jesteś ekspertem. 

Powiedz mi.

– Pierwszym punktem na liście życzeń poszukiwacza podpaleń jest znalezienie dowodu, 

że to było przestępstwo. Dowód, że pożar nie wybuchł przypadkiem.

– Szukamy cieczy... ciał stałych...?
–  I   jednego,   i   drugiego.   Albo   żadnego.   Ale   płynny   czynnik   zapalający   jest   w   tym 

przypadku najbardziej prawdopodobny. Jest tani i łatwy do nabycia. Alkohol. Nafta. Eter. 
Benzyna.

– A co byłoby stałym czynnikiem zapalającym?
–  Jest ich setki. Ale myślę o pyle węglowym. Jest go całkiem dużo w tych okolicach. 

Przykładasz płonącą zapałkę i już masz ogień. Kilka ziaren wystarczy.

– A co z chemikaliami?
– Trudniej je dostać, ale to nie jest niemożliwe, nawet w Silver Springs.
– ASP najprawdopodobniej trzyma je w swoim baraku na amunicję.
–  Chyba  tak. Sód i potas są bardzo popularnymi  pierwiastkami  i oba zapalają  się w 

zetknięciu z wodą. ASP mógłby tłumaczyć się, że przechowuje je, na przykład, na wypadek 

background image

robienia wykopów, a naprawdę zmajstrować z nich diablo dobrą bombkę.

– Nie masz żadnych wiadomości na temat tej próbki krwi, którą wysłałeś do badania?
–  Wysłałem   ją  Ekspresem  Federalnym   i   poprosiłem,   żeby   laboratorium   dało   temu 

Priorytet Numer Jeden. Ale zawsze upływa kilka dni, zanim otrzymamy wyniki.

– Mike, jesteś przyjacielem, na którego naprawdę można liczyć w potrzebie. Doceniam 

twoją pomoc.

– Nie wspominaj o tym.
– To jest coś jeszcze oprócz przyjaźni...
– Kiedy powiedziałem: „nie wspominaj o tym”, to po prostu tak zrób!
– Okay, okay. – Ben powrócił do poszukiwań. – Przepraszam, że śmiałem sugerować, że 

jesteś dobrym człowiekiem.

–  Nie jestem. A swoją drogą, czy mówiłem ci, że widziałem twoją siostrę w zeszłym 

tygodniu?

– Nie, nie mówiłeś.
– Tak. Julia i ja długo rozmawialiśmy. No, w każdym razie dłużej niż minutę.
– Dla was to wieczność.
– Ma dziecko. Z drugim mężem.
– Słyszałem.
– Ale rozwodzi się z nim. To znaczy z mężem.
– Wydaje mi się, że to taki zwyczaj Julii.
– Wspomniałem jej, że jesteś na wakacjach. Była zadowolona, że znalazłeś trochę czasu 

dla siebie.

– Miło z jej strony.
– Potem powiedziałem, że pojechałeś pod namiot. A ona zaczęła się histerycznie śmiać.
Ben skupił się na znaleziskach.
– Julia zawsze słynęła z dziwnego poczucia humoru.
– Tak, ale mimo to była dla mnie miła.
– No tak. Gorąca głowa. Może wy dwoje jeszcze się zejdziecie.
– Och, nie bądź głupi. Nie dam za nią ani centa.
– Aha. I to dlatego roztkliwiasz się i wzdychasz na sam dźwięk jej imienia? Nawet po 

tym, jak od ciebie odeszła.

–  Przyganiał kocioł garnkowi. Przez lata tęskniłeś  za Ellen. To... –  urwał w połowie 

zdania.

Ciężka cisza zawisła w powietrzu.
– Hej, Ben, przepraszam.
– Nie ma sprawy. – Ben nie spojrzał na niego.
– Nie powinienem o tym mówić.
Ben milczał przez długi czas.

background image

Po pół godzinie Ben krzyknął:
– Hej, myślę, że coś znalazłem!
To była butelka po coca-coli. Poczerniała i potrzaskana, ale wciąż do rozpoznania.
Mike oglądał ją pod światło.
–  Czy   to   nasz   czynnik   zapalający?  –  zapytał   Ben.  –   Czy   tylko   odpadek   z   lunchu 

Truongów?

– Idę o zakład, że w tej butelce znajdował się czynnik zapalający. – Mike zbliżył butelkę 

do   twarzy   i   zajrzał   przez   szyjkę   do   wewnątrz.  –  Nie   mogę   uwierzyć,   że   tak   szybko   to 
znalazłeś.

–  Uśmiech   losu.  –  Ben   był   skromny.  –  Powinieneś   traktować   mnie   z   większym 

respektem.

– Będę o tym pamiętał. – Wręczył butelkę Benowi. – Spójrz na te zwęglenia wewnątrz. 

Najprawdopodobniej   była   w   niej   benzyna.   Koktajl  Mołotowa.   Łatwo   go   zrobić.   Teraz 
szukamy knota lub lontu, jeśli jeszcze istnieje. Może nim być albo namoczony w tłuszczu 
gałgan, albo sznurek. Jeśli to znajdziemy, to udowodnimy podpalenie.

Ben powrócił do poszukiwań.
Kombinacja   porannego   słońca   i   żaru   bijącego   od   pogorzeliska   powodowała,   że 

poszukiwania stawały się prawdziwym dopustem. Ben co chwila wycierał pot z czoła.

W   końcu   stracił   poczucie   czasu.   Fortuna   kołem   się   toczy.   Butelkę   znalazł   prawie 

natychmiast, lontu będzie szukał bardzo długo. Czarny pył osiadał na jego ubraniu i twarzy.

Ben zaczął wątpić. Nie był w stanie zidentyfikować większości odpadków. Mógł trzymać 

w ręku lont i nawet nie wiedzieć, że to on.

– A co, jeśli lont był zrobiony z papieru? Przecież się spalił?
–  Może  –  odparł Mike  –  ale mimo to powinniśmy znaleźć... –  w połowie zdania głos 

Mike’a załamał się, jakby nagle zabrakło mu powietrza w krtani.

– Mike? – Ben obejrzał się za siebie. – Co się stało? Czy znalazłeś lont?
– Znalazłem... – Mike przycisnął dłoń do ust. – Nie lont – wyszeptał. – Ciało.
– O... Boże. Nie. – Ben był pewien, że nie chce przyjąć tej wiadomości. – Ciało?
Mike skinął głową. Wyglądał tak, jakby miał zaraz zwymiotować.
– To, co z niego zostało. Szkielet.
Ben opadł na kolana. Więc nie wyciągnęli wszystkich z płomieni. Co za straszna śmierć.
– Mężczyzna? Kobieta?
Ben był zdumiony, widząc łzy płynące z oczu Mike’a.
– Dziecko.

background image

Rozdział 32

Belinda zapoznawała Jonesa z oprogramowaniem komputera w biurze Hatewatch.
– Sądzę, że ta chińszczyzna to dane o dysku.
Jones ją odsunął.
–  Dzięki.   Myślę,   że   sobie   poradzę.  –  Włączył   komputer   i   wszedł   w   program 

komunikacyjny przechowywany na twardym dysku. – Chyba się nie mylę, twierdząc, że nie 
znasz swojej ścieżki dostępu?

– No... faktycznie, John pracuje z komputerem.
– Trudno. –  Nacisnął parę klawiszy,  a potem ukazał się błękitny ekran z czerwonym 

napisem PROTCOMM. – Mamy go!

–  Powinnam cię ostrzec  –  wtrąciła Belinda.  –  Staraliśmy się wydostać dokumenty od 

ASP, zanim rozpoczęła się sprawa sądowa. Twierdzili, że stracili wszystko w pożarze, że 
rozprogramował im się dysk. Jednym słowem, nigdy nie mają tego, o co ci chodzi.

Jones wyciągnął odpowiedni wniosek.
– Więc nie będziemy tracić czasu, pytając ich.
– Może nie wyrażam się jasno. Myślę, że nie znajdziesz o nich nic w bazie danych.
–  Jak   sądzisz,   ile   kosztowało   Dunagana   ściągnięcie   tutaj   tych   mężczyzn   i   założenie 

obozu? – nagle zainteresował się Jones.

– Nie wiem. Może dwadzieścia, trzydzieści tysięcy dolarów.
– Czy to możliwe, że Dunagan tyle posiada?
– Zdziwiłoby mnie to.
– Wobec tego musiał wziąć pożyczkę. A do danych dotyczących banku mogę się dostać.
– Co ci to da?
– Z danych o pożyczkach zorientuję się, ile dostali pieniędzy i kim są ich żyranci. To mi 

się przyda, żeby dostać się do zapisów kredytowych dla ASP, Dunagana i innych osobistości. 
Idąc dalej, dotrę do zestawień finansowych, które pomogą mi określić, co to właściwie jest 
ASP, ile ma pieniędzy oraz gdzie i na co je wydaje.

– Żartujesz.
–  Wcale nie. To zabiera mnóstwo czasu, ale działa. A do tego mogę sobie powiązać 

background image

raporty   finansowe   z   odpowiednimi   miastami.   Kiedy   to   zrobię,   będę   w   stanie   dostarczyć 
Benowi dosyć dokładny opis działalności ASP w ciągu ostatnich trzech lat.

– Zadziwiasz mnie.
– No tak. –  Jones postukał w klawiaturę.  –  Muszę znać wszystkie nazwy, pod którymi 

ASP prowadzi działalność i nazwiska wszystkich oficerów, którzy go reprezentują. Wejdę do 
prawnej bazy danych.

Belinda położyła dłoń na terminalu.
– Przykro mi, ale nie mamy do niej dostępu. To jest za drogie jak na budżet Hatewatch.
– To jest również za drogie jak na budżet Kincaida. Ale znam kilka trików.
– Kilka... – Belinda z podziwem patrzyła na pracę Jonesa. – Czekaj chwilę. To chyba nie 

jest nielegalne, prawda?

– Naprawdę chcesz wiedzieć?
–   No...  wydaje   mi   się,   że   powinnam   zapytać,   czy   to   działanie   nie   narusza   Zasad 

Postępowania Zawodowego.

Jones wcisnął ENTER i na ekranie pokazały się dane Sekretarza Stanu na temat Anglo-

Saksońskiego Patrolu.

– Zabij mnie – odparł. – Jestem tylko sekretarzem, przepraszam, asystentem.

background image

Rozdział 33

Pułkownik Nguyen cicho podszedł do budynku fermy. Pomimo że wyszedł ze szpitala, 

był ciągle słaby i miał zadyszkę, a głowa bolała go nieustannie.

Jestem  już za  stary na  bohatera,  powiedział  do  siebie.  Ale  z  drugiej  strony,   co miał 

zrobić? Jeśli by nie wszedł do domu, Maria Truong już by nie żyła.

Odwiedził ją, kiedy opuszczał szpital. Chyba byłoby lepiej, gdyby pozwolił jej umrzeć.
Lan czuwała przy nim w szpitalu. Dzieci zostały pod opieką przyjaciółki, której dom nie 

doznał uszczerbku. Lan niewiele mówiła i nie pozwoliła sobie na płacz, ale mimo  to jej 
uczucia były czytelne.

Przerażały   ją  pogróżki,   zagrożenie   i   fakt,   że,   kiedy   tylko   pojawiało   się   prawdziwe 

niebezpieczeństwo, jej mąż był zawsze w centrum wydarzeń. Za każdym razem zło coraz 
bardziej zbliżało się do niego, a więc i jego rodziny.

Jeśli coś złego stanie się ich córkom, życie Lan się skończy. Nigdy mu tego nie wybaczy. 

On   o   tym   wiedział   z   całą   pewnością.   Tej   nocy,   kiedy   czuwała   przy   nim   w   szpitalu, 
podejrzewał, iż domyślała się, że on wie więcej o śmierci Tommy’ego Vuonga, niż do tego 
się przyznawał. Czyżby znalazła papiery?  Nie. Sprawdził to zaraz, jak wrócił do domu  – 
dokumenty były tam, gdzie je ukrył. Lan była bardzo mądra, ona po prostu się domyśliła.

I to ją przeraziło.
Pułkownik Nguyen wszedł do pomieszczenia, gdzie trzymano kurczęta. Zebrali się tam 

Dan Pham i jego pięciu najbliższych współpracowników. Zwykle odbywali swoje spotkania 
w budynku fermy, ale teraz znaleźli w niej tymczasowe schronienie pogorzelcy, do czasu aż 
zorganizuje się coś innego.

Nguyen zrazu nie mógł rozróżnić słów, ale nie musiał być geniuszem, żeby domyślić się, 

jaki był  temat  rozmowy.  Pham nie dał się zastraszyć  ostatnimi  wydarzeniami.  Nigdy nie 
zgodzi się przyznać racji tym, którzy twierdzą, że dali się zdystansować, poniżyć. Będzie się 
mścił.

Nguyen  podszedł bliżej. Kurczęta zapiszczały, ale to był dźwięk, który nauczyli się już 

ignorować. Z bliższej odległości zdołał uchwycić kilka słów.  „Parada”. Pham powtórzył to 
kilka razy. Do czego nawiązywał? „Niespodzianka” – powiedział ktoś inny, potem zabrzmiał 

background image

powstrzymywany śmiech. Usłyszał jeszcze, jak Pham skanduje słowo atak.

– Czy przyszedłeś dołączyć do nas, pułkowniku Nguyen?
Podniósł głowę i zobaczył Phama, który patrzył prosto na niego. Nie było sensu udawać, 

że robił coś innego od tego, co faktycznie robił. Wszedł w środek grupy i usiadł przy Phamie.

– Nie, nie po to przyszedłem.
– Czy chcesz ofiarować nam swoją pomoc? Swoje doświadczenie w walce?
– Chciałbym znać twoje plany.
– Myślę, że to nie byłoby mądre.
–  Muszę   wiedzieć,   czy   Coi   Than   Tien   jest   w   niebezpieczeństwie.   Pomyśl   o   innych 

mieszkańcach. O naszych rodzinach. – Jego oczy się zwęziły. – Pomyśl o swojej babci.

Wyraz twarzy Phama pozostał nieugięty.
– Smuci mnie, że nie mogę dać odpowiedzi na żadne z pytań tak wielkiego człowieka jak 

ty. Ale dopóki nie dołączysz do nas, wierzę, że najlepiej będzie, jeśli zatrzymamy nasze plany 
dla siebie.

– Ściągniecie na nas wielkie niebezpieczeństwo. I na nasze rodziny.
– Nie mówisz jak wielki bohater wojenny. – Pham wybuchnął śmiechem. – Przypominasz 

bardziej tego wścibskiego białego, który wczoraj wciskał swój nos w nasze sprawy.

Nguyen wiedział, o kim mówił Pham. Wścibski biały  –  prawnik. Ten, którego Nguyen 

okłamał. Albo, co najmniej, nie powiedział całej prawdy.

Nguyen, oczywiście, wiedział, kim był prawnik. Tej kobiecie z Hatewatch nie udało się 

go zwieść. W odróżnieniu do większości mieszkańców Coi Than Tien, pułkownik prawie 
codziennie był w Silver Springs i zwykle czytał gazety. Biały człowiek był obrońcą Donalda 
Vicka, chłopca, którego oskarżano o zabicie Tommy’ego Vuonga. Chłopca, który, zdaniem 
pułkownika Nguyena, nie popełnił zbrodni.

Prawnik niewątpliwie szukał informacji, żeby pomóc swojemu klientowi. Chciał oddać 

sprawiedliwość niewinnemu człowiekowi. Jego zaangażowanie budziło szacunek.

A Nguyen nie powiedział mu, co widział.
–  Ten młody człowiek, który odwiedził nas zeszłej nocy, miał rację, kiedy mówił, że 

przemoc  wyzwala  przemoc.  Terroryzm  nie jest rozwiązaniem.  To tylko  podsyca  płomień 
nienawiści.

– Zabieraj się razem ze swoimi kazaniami – ostro rzucił Pham.
– Nawet nie chcesz mnie wysłuchać?
– Czas słów już minął. Nastąpił czas działania.
–  Nie   pozwolisz,   żeby   twoi   przyjaciele   mówili   za   siebie?   Jesteśmy   w   Ameryce. 

Zagłosujmy.

–  Ja mówię w imieniu moich ludzi?!  –  Pham poderwał się na równe nogi. –  Świetnie! 

Zagłosujmy. Kto jest za wprowadzeniem pułkownika Nguyena w nasze plany?

Pięciu mężczyzn spojrzało na siebie. Żaden nie podniósł ręki.

background image

– Masz swoje głosowanie, pułkowniku Nguyen. Teraz już idź.
Rozżalony pułkownik Nguyen opuścił zgromadzenie. Nie było sensu odwoływać się do 

rozumu Phama. Nic go nie powstrzyma, zanim furia ASP nie zwali się na nich i zanim Coi 
Than Tien nie zostanie zmiecione z powierzchni ziemi.

Zastanawiał się nad ucieczką; teraz w ciemności nocy zbierze rodzinę i odejdzie. Poczuł 

wstyd. Jeśli to zrobi, Pham miałby rację. Okazałby się tchórzem. Musi być jakiś inny sposób.

Pójdzie   do   Silver   Springs   jak   każdego   dnia.   Spróbuje   znaleźć   inne   znaczenie   słów 

„parada” i „niespodzianka”. Postara się powstrzymać Phama i jego ludzi, zanim zacznie się 
taniec śmierci. Zanim będzie za późno dla nich wszystkich.

background image

Rozdział 34

– Czy ona jest przytomna? – zapytał Ben.
Lekarz kiwnął głową.
– Tak i nie. Podłączyliśmy kroplówkę, przez którą do rdzenia kręgosłupa sączą się leki 

uśmierzające ból. To ją usypia. Tak jest najlepiej w tej sytuacji.

Ben i Belinda  przyjechali  do szpitala  w  Silver Springs. Informacji  udzielił  im lekarz 

dyżurny, Harvey Patterson, wysoki mężczyzna po czterdziestce.

– Jakie są rokowania? – zapytała Belinda.
–  Obawiam się, że jest w ciężkim stanie. To cud, że jeszcze żyje. Ma spalone płuca i 

oparzenia trzeciego stopnia na całym ciele. Nigdy już nie będzie władać rękami.

– Pan powiedział, że dostaje leki przeciwbólowe?
–  Tak. Wiele z jej poparzeń jest tak głębokich, że spowodowały uszkodzenie nerwów, 

więc tam nie czuje bólu. Pomimo to wiele lżejszych oparzeń wciąż ją  boli. To zakrawa na 
ironię, ale najmniej niebezpieczne poparzenia przynoszą  jej najwięcej cierpienia, te których 
nie czuje, są dla niej śmiertelne.

– Więc pan myśli, że Maria Truong...
–  Mamy   wytyczne,   zwane   Zasadą   Dziewiątki.   Jest   to   szybka   metoda   procentowego 

określenia   powierzchni   poparzeń   ciała.   Obliczyliśmy,   że   jej   ciało   jest   poparzone   w 
siedemdziesięciu   procentach.   Głównie   są  to   poparzenia   trzeciego   stopnia.   –   Przerwał   i 
spojrzał w notes.  –  Ofiary poparzone w sześćdziesięciu procentach rzadko przeżywają. A 
nawet jeśli przeżyją... – głos mu się załamał i nie skończył zdania.

– Czy coś możemy zrobić? – zapytała Belinda.
–  Zrobiliśmy   dla   niej   wszystko   i   poprosiliśmy   o   przeniesienie   do   specjalistycznego 

centrum medycznego w Little Rock. Tam będzie pod lepszą opieką. Jeśli tego chce.

– Co pan ma na myśli?
Dr Patterson przeniósł wzrok na swoją pacjentkę.
–  W   centrum   mogą   przeprowadzić   testy,   spróbować   zrobić   przeszczepy   i   chirurgię 

plastyczną, ale to nie pomoże. Spójrzcie na jej ręce, twarz... Nawet jeśli przeżyje, jakie życie 
będzie wiodła? – Lekarz opadł ciężko na najbliższe krzesło. – Pracowałem całą noc i dzień, 

background image

stosując wszystko, co mi przyszło na myśl, a co mogłoby ją uratować. – Zniżył głos. – Ale 
wciąż zastanawiam się, czy powinienem.

– Postępuje pan słusznie. – Ben miał nadzieję, że był przekonujący, że głos nie zdradzał 

jego wątpliwości. – Czy mogę z nią porozmawiać?

– To jej chyba nie zaszkodzi. Ale niech pan pamięta, ona jest pod wpływem leków. Nie 

mogę gwarantować rzetelności odpowiedzi.

Ben   i   Belinda   podeszli   do   łóżka,   na   którym   leżała   Maria.   Jej   głowa   była   spowita 

bandażami, a oczy w tej bieli wydawały się nienaturalnie ogromne. Po chwili zrozumiał: 
rzęsy i brwi zniknęły.

– Pani Truong?
Powoli uchyliła powieki.
– Tak?
– Proszę pani, nazywam się Ben Kincaid.
– Czy to pan... – jej głos załamywał się i zanikał – ...w ogniu...
– Nie. To był pułkownik Nguyen. On panią wyniósł. Uratował pani życie.
– Pułkownik. Tak. – Zwilżyła usta językiem. – Wielki człowiek.
– Proszę pani, chciałbym pani zadać kilka pytań. Rozmawiałem już z pani rodziną, ale oni 

niewiele mieli mi do powiedzenia. Pomyślałem, że może pani widziała kogoś lub wie coś na 
temat   tego,   co   wydarzyło   się   zeszłej   nocy.   Jeśli   pani   nie   czuje   się   na   siłach,   proszę   mi 
powiedzieć, a nie będę więcej pytał.

Maria próbowała kiwnąć głową, ale okazało się to nie możliwe. Belinda pochyliła się nad 

łóżkiem i delikatnie poprawiła poduszkę. Maria uśmiechnęła się z wdzięcznością.

– Czy pani widziała, co stało się zeszłej nocy?
– Ciężarówka – wyszeptała Maria. – Czarna. Coś upadło...
– Czy pani widziała co?
Przeczący ruch głową.
– Czy widziała pani, kto był w ciężarówce?
Ponownie dała do zrozumienia, że nie.
– Czy domyśla się pani, dlaczego wybrali wasz dom?
Jej oczy wypełniły się łzami.  Podniosła rękę w stronę Bena, ale jej ruch ograniczała 

kroplówka. Ben odczepił  butelkę z kroplówką. Wyciągnął  rękę, żeby napotkać  jej  dłoń i 
zamarł. Nie miała już dłoni.

Dotknął lekko jej ramienia i miał nadzieję, że nie zwróciła uwagi na jego zachowanie.
– Wiem, że pani mieszkała z mężem i dziesięcioletnim synem.
– Tak. Czy oni...
– Nic im nie jest, proszę pani. Chłopiec jest trochę wstrząśnięty, ale nic mu się nie stało.
– A Vanh?
–  Jemu też nic nie jest. Był tu, kiedy pani spała. Jestem pewien, że wkrótce tu znowu 

background image

przyjdą.

– To... dobrze.
– Czy wie pani, dlaczego... – Jak to powinien powiedzieć? Nie wiedział. Ale lepiej, jeśli 

już będzie to miał za sobą. – Skąd wzięło się niemowlę w państwa domu?

Po wyrazie jej oczu Ben mógł stwierdzić, że Maria nie ma o niczym pojęcia.
– Czy ktoś mógł zostawić u państwa niemowlę? Przyjaciel? Może ktoś z rodziny?
–  Niemowlę  –  powtórzyła   Maria.  –  Zawsze   chciałam   mieć   dziecko.   Tim   jest   moim 

pasierbem. Miał pięć lat, kiedy wyszłam za jego ojca.

– Czy pani wie, czyje to dziecko?
– Nie. – Nagle w jej oczach zamigotało przerażenie. – Czy dziecko...
– Nie – szybko przerwał jej Ben. – Dziecku nic się nie stało. Poza panią nikt nie ucierpiał. 

– Można nazwać go kłamcą. Ta kobieta już zbyt dużo przeszła.

Maria próbowała odwrócić się na bok. Ból zatrzymał ją w pół ruchu. Westchnęła, a potem 

zapłakała.

Ben walczył z łzami. Poparzenia to najgorszy rodzaj cierpienia. Absolutnie najgorszy.
– Czy może pani wie coś jeszcze, co pomogłoby nam ustalić, kto dokonał podpalenia? – 

zapytał Ben.

Wydawało się, że Maria zastanawia się nad odpowiedzią, ale nic nie przychodziło jej na 

myśl. Prawdopodobnie miała większe zmartwienia.

– Dziękuję pani za pomoc – powiedział Ben. – Wiem, że lekarze organizują transport do 

centrum specjalistycznego...

– Nie! – krzyknęła nagle Maria. – Nie chcę więcej... leczenia.
– Ale, proszę pani, oni mogą pani pomóc...
– Nie. – Podniosła ręce i patrzyła na popalone, bezkształtne kikuty. – Ze mną koniec.
Ben wzrokiem poprosił Belindę o pomoc. Jemu brakowało słów.
–   Pani   Truong   –  powiedziała   Belinda  –  naprawdę   głęboko   pani   współczujemy   w 

nieszczęściu.

– Nie jest tak źle – wyszeptała – mojemu chłopcu nic się nie stało. Mojemu mężowi... też. 

– Zamknęła powoli powieki. – To wystarczy.

background image

Rozdział 35

Następnego dnia Ben wstał zaraz po wschodzie słońca. Zwykle w niedzielne poranki 

wyłaził z łóżka, karmił kota, przygotowywał sobie kopiastą miskę płatków i rozwiązywał 
krzyżówkę.

Tego ranka na nieszczęście  nie było  kota, płatków  ani  krzyżówki.  Będzie musiał  się 

zadowolić szybką kąpielą w jeziorze. Dobrze spał tej nocy, przemyślał wszystko. Tylko dwa 
razy   śnił   mu   się   pożar.   Sny,   właściwie   koszmary   nocne.   Straszne   koszmary.   Ben   miał 
nadzieję, że nigdy więcej nie znajdzie się w pobliżu pożaru.

Wymył zęby i próbował obudzić szare komórki. Zaplanował na ten dzień kilka zadań. 

Przede wszystkim chciał porozmawiać z paroma osobami, zanim rozpocznie się proces.

Kiedy się ubrał, wyjął polukrowanego pączka z plastikowej torebki i czekał, aż zbierze 

się reszta jego załogi. Ku jego zdumieniu pierwsza pojawiła się Christina.

–  Dzień   dobry  –  powiedział.   Nie   rozmawiali   ze   sobą   od   czasu   ostatniej   kłótni.  – 

Myślałem, że nocujesz u Mary Sue.

– Nocuję – potwierdziła bez wyrazu. – Przyjechałam wcześnie, żeby łowić okonie, póki 

jeszcze są zaspane.

Wyciągnęła puszkę coli z lodówki.
– Słyszałam, że wybierasz się dziś do kościoła.
– Wydaje mi się to odpowiednie – odparł Ben. – Pomimo wszystko dziś jest niedziela.
– I zabierasz ze sobą tę... kobietę.
– Belindę. – Podniósł brew. – Tak. Powinna tu być za moment.
– Spędzacie razem sporo czasu.
– To prawda. – Odkaszlnął. Z jakiegoś powodu czuł się niepewnie. To dzielna kobieta. 

Również mądra.

– Rozumiem. – Christina wpatrywała się w puszkę. – Dlaczego zabierasz ją do kościoła?
– To głupio tak iść samemu. – Spojrzał na nią. – A ty nie pójdziesz?
– Ben, ja...
–  Christina,   nie   jest   jeszcze   za   późno.   Rozprawa  jeszcze   się   nie   zaczęła.   Potrzebuję 

asystentki   prawnej.  –  Strzepnął   okruch   pączka   z   kołnierzyka.  –   To   nie   całkiem   prawda. 

background image

Potrzebuję ciebie.

– Ben – przycisnęła puszkę coli do czoła – nie mogę tego zrobić. Jeśli bym to zrobiła, nie 

spałabym po nocach. Nie wiem, jak mogłabym... – potrząsnęła głową.

–  Wierzyłem, że ze wszystkich ludzi na świecie  –  powiedział cicho  Ben –  właśnie ty 

zrozumiesz.

Odwróciła się.
– Myliłeś się.
Na szczęście w tej chwili Jones wynurzył się ze swojego namiotu i dołączył do nich.
– Szefie, czytałeś ten raport, który ci zostawiłem?
Jones   zebrał   garść   informacji   na   temat   finansów   i   działań   ASP,   oficjalnych   i 

nieoficjalnych, za ostatnie trzy lata. Dostarczył również poufne informacje na temat obozów 
przetrwania, technik zastraszania, bezpośredniego terroryzmu w Montgomery, Birmingham i 
w innych miejscach. Ben przypuszczał, że to się może przydać w czasie rozprawy.

– Dzięki – wyraził uznanie. – Doceniam twoją ciężką pracę.
– Żyję, aby cię zadowolić, szefie.
–  Miło słyszeć, że ktoś tak do tego podchodzi  –  skomentował Ben.  – Mam dla ciebie 

nowe zadanie, Jones.

– Strzelaj.
–  Wyciągnąłem z płomieni kobietę tamtej nocy w Coi Than Tien. Szczupła, jakieś sto 

dziesięć funtów, miała ciemne włosy. Biała. Tak mi się wydaje.

– Dobra. I co z nią?
– Chcę wiedzieć, kim jest i co tam robiła.
– Dlaczego jej nie zapytałeś?
– Bo zniknęła, zanim miałem okazję.
– Wiesz o niej coś więcej?
– Obawiam się, że nie.
– To niewiele. Ale zrobię, co w mojej mocy. Mogę pożyczyć Lovinga?
– Oczywiście. O ile ma wolny czas.
–  Myślę,  że   tak.  Większość   zbirów,  z  którymi  ma  do  czynienia   nie  wychodzi   przed 

wieczorem. Coś jak wampiry.

Ben zauważył Mike’a wracającego znad rzeki.
– Gdzie byłeś?
–  Wyszedłem trochę poćwiczyć  –  wyjaśnił Mike  –  i pojednać się z naturą. Znasz ten 

kawałek Thoreau.

– Świetnie. Czy Portia już działa?
Mike ponuro grzebał w torebce z pączkami.
– Bez komentarza. – Wyciągnął dwa pączki.
–  Dowiedziałeś  się czegoś o niemowlęciu?  –  zapytał  się Ben. Na samo  wspomnienie 

background image

zrobiło mu się niedobrze.

– Owszem – potwierdził Mike, wycierając usta. – Dziewczynka. Noworodek.
– Czy ktoś jej szukał?
– Jeszcze nie. I nikt nie wie, kim była i skąd się wzięła.
– Włączając w to Truongów – dodał Ben. – Rozmawiałem z nimi.
– Aż trudno uwierzyć.
–  Jasne. Ale wierzę im. Przede wszystkim wszyscy się uratowali. Nie sprawiłoby im 

trudności wyniesienie sześciofuntowego noworodka, jeśliby wiedzieli, że tam jest.

– Ben, to dziwna sprawa. Diabelski sposób na wakacje. – Wepchnął ostatniego kęsa do 

ust.

Ben zgodził się z nim.
–  Zwykle sprawy zaczynają się rozjaśniać, jak zbierzesz więcej informacji. Im więcej 

dowiadujemy się o tej sprawie, tym bardziej staje się ona powikłana.

Samochód podjechał piaszczystą drogą, a potem rozległ się dwukrotnie dźwięk klaksonu.
– To chyba mój transport – powiedział Ben. – Do zobaczenia później. Idę do kościoła.
– Do kościoła? – Mike omal się nie udławił. – Ty?
– No, oczywiście. Przecież to niedziela, prawda?
– I – dodał Jones, mrugając – zabiera ze sobą Belindę.
– Jak romantycznie – rozmarzył się Mike.
–  Zobaczymy   się   później,   chłopaki.  –  Ben   zawahał   się.  –  To   na   razie,   Christina. 

Dokończymy rozmowę później, okay?

Christina spojrzała na niego, ale nie powiedziała ani słowa.

background image

Rozdział 36

Belinda zaparkowała  swojego dżipa cherokee na parkingu przed  Aryjskim  Kościołem 

Chrześcijańskim, starym drewnianym budynkiem z wysoką wieżą i metalowym dzwonem. Z 
tyłu   stała   mniejsza   oddzielna   budowla   –  prawdopodobnie   garaż.   Do   kościoła   przylegał 
nieduży dom  –  mieszkanie  pastora, domyślił  się Ben. Zza ogrodzenia domu ujadało pięć 
wyżłów.

– Wydaje się, że pastor lubi polowania – ocenił Ben.
–   Nic   dziwnego   –  odparła   Belinda.  –  Mężczyźni   w   tych   okolicach   podchodzą   do 

myślistwa bardzo serio. Kiedy zbliża się sezon na jelenie, nie znajdziesz żadnego robotnika w 
odległości stu mil.

– Polują na jelenie z psami?
–  Nie. Pastor poluje raczej na kaczki. A może na szopy.  –  Wyłączyła zapłon, a potem 

spojrzała na Bena. – Jesteś pewien, że powinniśmy tam iść?

– Hej, zaprosili mnie.
– Ale nie mnie. Kiedy mnie zobaczą, dostaną szału.
–  Belindo,   potrzebuję   twojej   pomocy.   Wiesz   więcej   ode   mnie   o   ASP   i   masz 

doświadczenie.

– Zgadzam się. Może żadne z nas nie powinno tam wchodzić?
Ben dotknął ramienia Belindy.
– Moim obowiązkiem jest bronić klienta najlepiej, jak potrafię. Rozprawa zaczyna się w 

poniedziałek wieczorem. Nie mogę stracić okazji rozmowy z tymi ludźmi. Być może ponoszą 
odpowiedzialność za przestępstwo, o które oskarżony jest mój klient.

– Masz rację. Ja tylko... – Spojrzała na jego dłoń spoczywającą na jej ramieniu, a potem 

położyła na niej swoją, – Kiedy tamtej nocy wbiegłeś w płomienie, żeby ratować tę kobietę 
byłam... byłam tak bardzo przerażona. Nie wiedziałam, czy w ogóle stamtąd wyjdziesz. Ja... – 
Przysunęła się do niego bliżej. – Ben, wiem, że różnimy się od siebie, ale nie chcę, żeby coś 
ci się stało.  –  Jej usta dotknęły jego ust. Pocałunek z początku nieśmiały, potem pewny i 
długi. Trwali w uścisku.

– W ten sposób nigdy nie wejdziemy do kościoła – oprzytomniał Ben. – Przełóżmy to na 

background image

później i w jakimś bardziej prywatnym otoczeniu. – Niechętnie odsunął się od Belindy. – Nie 
martw się o mnie. Nic mi nie będzie.

– Ale... uważaj na siebie.
Wyskoczyli z dżipa i ruszyli w stronę kościoła.
– Trudno uwierzyć, że to miejsce znajduje się w odległości stu metrów od Coi Than Tien 

– zauważyła Belinda. – Mrożący krew w żyłach przypadek.

– Chyba nie przypadek. Raczej specjalna taktyka ASP.
Kiedy   Belinda   przechodziła   obok   ogrodzenia,   dwa   największe   wyżły   oparły   łapy   na 

prętach i szczeknęły głośno.

– Zwierzęca intuicja – zażartował Ben.
Belinda przypatrywała się im z uwagą.
– Te biedne psy wyglądają na nie dokarmione.
–  Cóż, niektórzy ludzie tak robią. Żeby potem lepiej atakowały. Prowadziłem w Tulsie 

kilka spraw dla organizacji chroniącej prawa zwierząt. Mógłbym opowiedzieć ci historie, od 
których pękłoby ci serce.

– Chyba te psy nie mogą uciec, prawda?
Ben zbadał ogrodzenie i bramę.
–  Nie, chyba że ktoś podrzuci im kilka pił do metalu. Brama pewnie pod napięciem, a 

wyłącznik w domu.

Weszli   po   schodach   do   kościoła.   Ściany   były   surowe   i   puste,   dalekie   wspomnienie 

kościoła episkopalnego, którego nauk słuchał Ben w dzieciństwie. Wślizgnęli się do jednej z 
tylnych ławek. Msza już się zaczęła.

Celebrowana  była  zgodnie z obrządkiem  kościoła chrześcijańskiego.  Zebrani śpiewali 

nabożne pieśni, czytali Pismo Święte. Pastor ubrany był w długą, czarną szatę, ale wydawało 
się,   że   pod   spodem   ma   broń.   W   sercu   zamiast   miłości   bliźniego   nosił,   jak   się   okazało, 
nienawiść.   W   kazaniu   kapłan   wzywał   swoje   owieczki   do   walki,   krucjaty.   Wyprawy 
krzyżowców wydały się Benowi misjami pokoju w porównaniu z propozycjami pastora. Sąd 
Ostateczny porównał do światowej wojny rasowej, w której szansę na przetrwanie ma jedynie 
rasa anglosaska; widocznie to była główna teza oficjalnej doktryny Kościoła Aryjskiego.

– Obecny rząd powinny pochłonąć płomienie – kazał pastor. – Sprzeniewierzył się wierze 

tych, którzy go powołali. Znajduje się pod kontrolą Żydów, czarnych, Latynosów i Azjatów – 
głośny   pomruk   aprobaty  –   komunistów,   katolików   i   tych   wszystkich,   których   celem   jest 
zniszczenie Ameryki.

Po tej części kazania nastąpiły chóralne „Amen” i „Bóg zapłać”.
–  Żydzi nie są narodem wybranym, to nasza aryjska rasa została wybrana.  – Kolejny 

aplauz. –  Inne rasy to potomkowie szatana. To diabły!  –  Ostatnie słowo zadudniło wśród 
pustych ścian. – Ukradli nasze prawo. Ale nadszedł czas, aby je odebrać. – Uderzył pięścią w 
ambonę.  –  Musimy   walczyć   z   tymi,   którzy   targnęli   się   na   nasze   dziedzictwo.   Musimy 

background image

walczyć z niewiernymi, którzy zajęli naszą ziemię. Musimy walczyć z zastępami diabła, które 
stają nam na drodze. Musimy walczyć z prawnikami diabła, którzy przekręcają nasze prawa.

Ben rozejrzał się wokół siebie. Prawnicy diabła? Gdzie?
– Musimy walczyć, walczyć i jeszcze raz walczyć, dopóki nic nie stanie pomiędzy nami i 

jedynym prawdziwym kościołem, Nowym Narodem. Narodem składającym się wyłącznie z 
białej rasy, powstałym z naszego potu i z naszej krwi!

Zabrzmiał chór dziękczynnych okrzyków, wznoszonych na chwałę Boga. Ben szepnął do 

Belindy:

– Nie wytrzymam tego dłużej.
– Tego? –  Wzruszyła ramionami.  –  To jest bardzo łagodne. Powinieneś ich posłuchać, 

kiedy naprawdę się rozgrzeją.

Ben skrzywił się. Cóż może być gorszego, niż posługiwanie się kościołem, aby osiągnąć 

swoje własne, nienawistne cele?

Pastor zaintonował kolejny hymn, którego powielony tekst leżał na ławkach. Ben czytał 

słowa, równocześnie przysłuchując się śpiewowi zebranych.

Biały i dumny,
Oto kim jestem,
Opanowuję ulice,
Pozbywam się śmieci.
Cóż złego w tym, że wiem o sile mojej rasy?
Aryjczycy jednoczcie się przeciwko:
Narkomanii, łączeniu się ras i przestępczości.
Bracia i siostry, stańcie u mego boku,
Przyłączcie się do słusznej walki.

Ben   przeczytał   w   uwagach   do   tekstu,   że   słowa   hymnu   napisała   dwunastoletnia 

dziewczynka.

Miał tylko nadzieję, że jeśli w końcu dojdzie do rozmów z tymi ludźmi, to uda mu się 

skupić wyłącznie na świeckich tematach.

background image

Rozdział 37

Po   zakończonej   mszy   uczestniczący   w   niej   wierni   zgromadzili   się   w   przedsionku 

kościoła.

– Ben! Nie spodziewałem się ciebie tutaj.
To był Sonny Banner, ubrany w swoje najlepsze niedzielne ubranie: niebieską sportową 

kurtkę i spodnie koloru khaki. Jego krawat, tuż przy węźle, zdobił mały złoty znaczek w 
kształcie tarczy, na której widniał płonący krzyż.

Ben rozejrzał się wokół i zauważył, że większość obecnych mężczyzn podobnie oddawała 

cześć Bogu.

– Wielki Smok Dunagan zaprosił mnie na dzisiejszą mszę.
–   To   wspaniale.   –  Banner   wyszeptał   do   ucha   Bena:  –  Nie   obawiaj   się   o   swoje 

bezpieczeństwo. Zajmiemy się wszystkim.

Ben nie bardzo pojął znaczenie tych słów.
– Co masz na myśli?
– Przez cały czas ja i co najmniej dwóch innych ludzi będziemy cię ochraniać. A do tego 

nasi ludzie stoją również przy wyjściu. Jeśli ktokolwiek zacznie sprawiać kłopoty – zdusimy 
płomień.

Ben wolałby, żeby Banner użył innych słów.
– A jeśli to nie wystarczy, aby uciszyć hałastrę – kontynuował Sonny – parada to załatwi.
– Nic nie wiadomo o...
– Możesz być pewny – przerwał Banner. – Słyszałem pogłoski, że żółtki przygotowują 

się do rozruchów. A specjalnie po tym pożarze w Coi Than Tien.

–  Kiedy już o tym mówimy  –  wtrącił Ben  –  nie przypuszczam, żebyś wiedział, kto to 

zaczął.

– Nie. Nie wiem. To nie była operacja ASP.
– Skąd masz tę pewność?
– Wielki Smok Dunagan złożył publiczne oświadczenie.
– No tak, ale trudno przypuszczać, żeby się dobrowolnie przyznał.
Banner wydawał się urażony.

background image

– Wielki Smok Dunagan nie kłamie.
– Nawet dla dobra sprawy?
– Nasza sprawa to wzniosły cel. Nie musimy uciekać się do kłamstw czy podstępu.
Ben   zdawał   sobie   sprawę,   że   prowokuje   Bannera.   Pomimo   że   sprawiało   mu   to 

niekłamaną satysfakcję, to wiedział także, że to nie najmądrzejsza taktyka.

– A przy okazji, czy któryś z tu obecnych jeździ czarną półciężarówką?
Banner wzruszył ramionami.
– Przypuszczam, że kilku, włączając w to mnie. To najpopularniejszy samochód w tym 

rejonie kraju. Dlaczego pytasz?

– Zwykła ciekawość.
Ben poczuł nagle klepnięcie w plecy.
– Ben, a więc mimo wszystko przyszedłeś. Jest mi naprawdę miło. To był Jego Wysokość 

Wielki Smok Dunagan. Z okazji mszy wbił swoje niskie, krągłe ciało w brązowy, sportowy 
garnitur i krawat ASP.

– Nie miałeś kłopotu ze znalezieniem drogi?
– Nie. Po prostu skręciliśmy na lewo przed wjazdem do Coi Than Tien.
Dunagan uniósł brew.
– Byłeś w Coi Than Tien?
– Oczywiście, przecież prowadzę dochodzenie.
– Rozumiem...
– Byłem tam, kiedy wybuchł pożar.
Dunagan skinął głową.
– To straszna tragedia. Oczywiście osobiście nie rozpaczam, ale nie podoba mi się to, co 

się   stało.   Pomimo   to   nie   dziwię   się   zbytnio.   Ci,   którzy   bawią   się   ogniem,   zginą   w 
płomieniach.

– To z Biblii? – zainteresował się Ben.
– Właściwie to moje własne.
–  Aha.   Jak   wiem   złożyłeś   publiczne   oświadczenie,   zaprzeczające,   że   ponosicie 

odpowiedzialność za atak na Coi Than Tien.

– To prawda. O ile to był atak. Z tego, co słyszałem, ktoś z nich mógł palić w łóżku jedną 

z tych przeklętych chińskich fajek.

– Wyniki dochodzenia wstępnego wskazują na podpalenie.
– Naprawdę? – Dunagan podrapał się w brodę. – Dziwi mnie, że w tych okolicach znalazł 

się ktoś na tyle doświadczony, by mógł poczynić tego typu odkrycia.

Ben zastanawiał się, czy Wielki Smok na to właśnie liczył.
– Więc nie masz pojęcia, kto to zrobił?
– Oczywiście, że nie. Ben, nie podpalilibyśmy czyjegoś domu. A do tego jeszcze dzień 

przed rozprawą. Nie jestem aż tak głupi. Nie chcę patrzeć na egzekucję syna Lou Vicka.

background image

Ben miał nadzieję, że to prawda. Ale z jakiegoś powodu wciąż nękały go wątpliwości.
– A może wiesz, czyje było to niemowlę?
Dunagan zmarszczył czoło.
– Niemowlę?
– Niemowlę, które zginęło w płomieniach.
– Pozwolili na to, żeby spaliło się niemowlę? – Twarz Dunagana pociemniała od gniewu. 

– Ci przeklęci, bezbożni poganie! Niektórzy ludzie nie powinni mieć dzieci.

– Widocznie dziecko nie należało...
–  To   oburzające.   Powinno   się   zamknąć   wszystkich,   którzy   palą   te   przeklęte   fajki,   i 

wyrzucić klucz!

Krzyki Wielkiego Smoka zaczęły zwracać uwagę obecnych.
– Proszę się uspokoić, sir. Szeryf zajmuje się tą sprawą...
– Kto ją tu wpuścił? – zapytał nagle Dunagan. Ben odwrócił się i zrozumiał, że mówi o 

Belindzie.

Podeszła do nich.
–  Dzień dobry,  panie Dunagan. Miło pana znowu widzieć. Bez kaptura wygląda pan 

lepiej.

– Demon Hamilton! – ryknął. – Jak ośmieliłaś pokazać się w tym świętym miejscu!
– Na moje zaproszenie – wyjaśnił Ben.
– Ty... co? – Dunagan zmierzył go spojrzeniem, które wyrażało największą pogardę. – W 

imię Chrystusa, cóżeś zrobił?

– Pani Hamilton bardzo pomogła mi w dochodzeniu.
–  Demon   Hamilton   jest   diabelską   suką!  –  odparł   Dunagan.  –  Zepsutą   nierządnicą! 

Dziwką Babilonu!

– Chwileczkę – przerwał mu Ben. – Proszę się liczyć ze słowami.
–  Ta kobieta i jej złośliwi przyjaciele od pięciu lat przeszkadzają  nam w wypełnianiu 

naszego szczytnego celu!

Belinda nie dała się zastraszyć.
–  Staramy się powstrzymać  was  przed pastwieniem  się nad biednymi  i  bezbronnymi 

mniejszościami, tak bym to ujęła.

– Ta kobieta miała czelność zaskarżyć mnie przed sądem w Birmingham.
– Tak. A ty wysłałeś kilku swoich zbirów, żeby mnie pobili i poniżyli. Cóż, mamy remis.
Oczy Dunagana płonęły.
– Wynoś się stąd Lucyferze! – Podszedł do Bannera. – Rozkazuję, żeby tę kobietę stąd 

usunięto. Natychmiast.

Zanim Banner zabrał się do wykonywania polecenia, na polu walki pojawił się pastor.
– Momencik, mój synu.
– Bracie Curtisie, proszę, nie wtrącaj się. – Dunagan go odepchnął. – To moja sprawa.

background image

– To jest mój kościół i moja owczarnia – stwierdził brat Curtis. – I ja tu decyduję.
– To poganka. Heretyczka!
Brat Curtis zmierzył spojrzeniem Belindę od stóp do głowy.
– Nie sądzę, żeby należała do którejś z potępionych ras.
– Sympatyzuje z nimi.
– Wobec tego dobrze, że uczestniczyła w naszej mszy.
Dunagan zasyczał przez zaciśnięte zęby:
– Ja sobie jej tu nie życzę!
– Musimy się godzić z wolą Pana – upomniał pastor – nie twoją. To Bóg ją tu przywiódł. 

Nie możemy lekceważyć jego woli dla naszych błahych celów. – Brat Curtis odwrócił się i 
poszedł   w   kierunku   ambony,   najwidoczniej   pewny,   że   jego  –   boska?   –  wola   będzie 
respektowana.

Dunagan nie spuszczał z Bena wzroku.
– Nie zapomnę tego – wycharczał. – Demon Kincaid!
Odwrócił się i zniknął w świątyni.
W drodze powrotnej Belinda szepnęła:
– Obawiam się, że straciłeś poparcie wśród Aryjczyków.
Ben skinął głową.
– Chyba masz rację.

background image

Rozdział 38

Pułkownik Nguyen  zdecydowanie  zmierzał na tyły  fermy.  Tym  razem nie musiał się 

skradać.   Bez   wątpienia   wiedzieli   o   jego   przyjściu,   a   on   wiedział,   gdzie   się   znajdowali. 
Jedyne, co musiał zrobić, to iść za dźwiękiem młotów, pił elektrycznych i wiertarek.

Pham skończył z konspiracją; poparcie, które otrzymał po pożarze domu Truonga, dało 

mu pewność, że może działać otwarcie.

Największe pomieszczenie wewnątrz fermy zostało przekształcone w warsztat i magazyn. 

Tego dnia olbrzymie uchylne drzwi były zamknięte, a Pham i jeden z jego przyjaciół stali na 
warcie.

Pułkownik Nguyen miał zamiar przejść obok nich bez wszczynania rozmowy, ale oni 

zastąpili mu drogę.

– Pham, pozwól mi przejść – powiedział.
– Przykro mi, ale nie mogę. – Twarz Phama przybrała kamienny wyraz.
– Chcę wiedzieć, co tam robicie.
– A ja chciałbym ci pokazać. Ale jak mogę to zrobić w tych okolicznościach? Jasno dałeś 

do zrozumienia, że jesteś przeciwko mnie.

– Jestem przeciwko rozlewowi krwi. Sprzeciwiam się zbędnemu ryzykowaniu życiem. I 

zagrożeniu rodzin.

– Ja również – uroczyście potwierdził Pham.
– Czy nie widzisz, że prowadzisz Coi Than Tien na skraj przepaści?
– Wierzę, że ofiaruję Coi Than Tien szansę na honorowe życie.
To   nie   miało   sensu.   Prowadzili   takie   dyskusje   setki   razy   i   jak   dotąd   nic   z   nich   nie 

pozostało w zakutym łbie Phama.

– Co robią twoi ludzie?
– My... budujemy – wyjaśnił Pham.
– Tyle to już wiem. Co budujecie?
Pham nawet nie otworzył ust.
– Szykujecie coś na paradę?
Źrenice Phama się rozszerzyły.

background image

– Już od kilku tygodni jesteś znakomicie poinformowany na temat działań ASP, zarówno 

tych przeszłych, jak i planowanych – powiedział Nguyen. – Co to za źródło informacji?

– Bardziej mnie interesuje twój zasób wiedzy, pułkowniku Nguyen.
– Wiem, że planujesz jakąś... niespodziankę.
– Ostrzeżenie – poprawił Pham.
– Jesteś taki skory do wydawania ostrzeżeń, a ignorujesz wszystkie kierowane do ciebie.
– Na przykład?
–  To, co stało się z Nhung Vu było ostrzeżeniem. Tak samo jak to, co przytrafiło się 

twojej babci. Nie bądź głupcem! – rzucił gniewnie pułkownik.

Odsunął Phama  na bok, jednak drugi wartownik odepchnął  go, kiedy mocował  się z 

klamką. Stanął pomiędzy Nguyenem a drzwiami i zacisnął pięści.

Wszyscy trzej czekali. Kto wykona pierwszy ruch? Pułkownik Nguyen czuł, jak napinają 

się jego mięśnie. To była normalna reakcja, podświadomie szykował się do walki.

– Zamierzacie zatrzymać mnie siłą?
– Nie mamy innego wyboru – odpowiedział Pham.
– Nie chciałbym walczyć ze swoimi.
– Ja również. Możliwe, że nas pokonasz. Ale pamiętaj – tuż za tymi drzwiami jest wielu 

mężczyzn.

Nguyen musiał sobie uświadomić, że ten chłopiec nie jest wrogiem. Musiał zapanować 

nad sobą. Bijatyka na fermie do niczego nie doprowadzi.

– Proszę, zastanów się jeszcze – zwrócił się do Phama. – Dla dobra wszystkich.
– Obawiam się, że i tym razem muszę odmówić. Proszę, idź sobie.
Pułkownik Nguyen, zrezygnowany ruszył tak wolno, jakby ciągnął za sobą wielopudowy 

ciężar.

–  Zobaczysz,   pułkowniku!  –  krzyknął   na   pożegnanie   Pham.  –  Kiedyś   zobaczysz,   że 

miałem rację. Jutro zacznie się nowa era!

Tak, pomyślał Nguyen, kiedy wyszedł na skąpany w słońcu plac. To bardzo możliwe.
Od jutra wszystko się zmieni.

background image

Rozdział 39

Ben wszedł do gmachu sądu w Silver Springs punktualnie o dziewiątej rano.
Sędzia Tyler, prokurator okręgowy Swain i rzekomy doradca Bena  – Harlan Payne – 

oczekiwali go w biurze sędziego. Powietrze w klitce przesycone było zapachem alkoholu; 
Ben podejrzewał, że butelka przechowywana w dolnej szufladzie biurka Tylera zdążyła już 
odbyć kilka okrążeń.

Wcisnął się na krzesło pomiędzy prokuratura i Payne’a.
– Gdzie jest Amber? – zapytał.
– Dziś opiekuje się nią Marjorie. – Swain wydawał się trochę zakłopotany.
– Szkoda – zmartwił się Ben. – Miałem nadzieję, że usłyszę pana śpiewającego „Rock-a-

bye Baby” na sali sądowej.

Sędzia Tyler uśmiechnął się szeroko.
– Mała Amber jest zawsze mile widziana w moim biurze, panie Swain, jednak nie pański 

śpiew. Panowie, możemy zaczynać?

Obaj potwierdzili gotowość do rozpoczęcia postępowania.
–  A więc wykorzystajmy ten czas produktywnie i rozwiążmy wszelkie problemy teraz, 

żeby   sam   proces   przebiegał   bez   zakłóceń.   Spodziewam   się,   że   proces   zgromadzi   dużą 
publiczność i nie chciałbym, aby myślano, że jesteśmy bandą głupich wieśniaków, jak to się 
wydaje panu Kincaid.

– Ależ, panie sędzio – zaprotestował Ben – nigdy nie mówiłem...
– Nie ma sprawy – uciął Tyler. – Co mogę dla pana zrobić?
– No cóż, miałem kilka problemów związanych z prowadzeniem dochodzenia.
– Na przykład jakich?
– Oskarżyciel nie udostępnił mi listy świadków.
Sędzia zwrócił się do Swaina:
– Czy to prawda?
Swain chrząknął.
– Nie wydaje mi się, żeby to coś zmieniło. Nie ma wątpliwości co do winy oskarżonego.
Ben pochylił się do przodu.

background image

– Panie sędzio...
– Nie trzeba. –  Sędzia uniósł ręce.  –  Panie Swain, pomijając pana prywatną opinię na 

temat   oskarżonego,   prowadzimy   uczciwe   postępowanie.   Proszę   udostępnić   listę   panu 
Kincaidowi.

– Tak, sir.
–  A   także   zaaranżuje   pan   spotkanie   ze   świadkami,   jeżeli   pan   Kincaid   wyrazi   chęć 

przeprowadzenia z nimi pogawędki przed procesem.

– Tak, sir – zgodził się Swain – zrobię to.
– Jak pan widzi – sędzia nie spuszczał z Bena wzroku – my, wieśniacy, pomimo wszystko 

znamy procedurę. Co jeszcze mogę dla pana zrobić?

–  Chciałbym zobaczyć wszystkie dowody rzeczowe.  –  Ben wykorzystywał sytuację.  – 

Przed procesem.

–  Wydaje mi się  –  odparł Tyler  –  że ma  pan prawo widzieć tylko  te dowody,  które 

uważane są za uniewinniające.

– Pan Swain posiada tylko dowody obciążające, skoro uważa, że nie ma wątpliwości co 

do winy Vicka.

Sędzia Tyler nerwowo stukał ołówkiem po blacie biurka.
–   Panie   Swain,   moim   zdaniem,   dla   dobra   sprawy   powinien   pan   przedstawić   kopie 

materiałów obciążających panu Kincaidowi.

– Ależ, sir!
– Sądzę, że do południa zdąży pan wszystko przygotować, jak pan myśli?
Swain przełknął ślinę.
– Zrobię... co w mojej mocy, sir.
–  Świetnie. Poproszę Mabel, żeby wpadła do pana do biura na wypadek, gdyby pan w 

nawale pracy zapomniał.

– O... to wspaniale, sir.
– Cieszę się, że już rozwiązaliśmy tę kwestię. Co jeszcze mogę dla was zrobić, panowie? 

Może macie do mnie jakieś prośby?

– Tak, panie sędzio – zgłosił się Ben – mam dwie.
– Dwie? – Sędzia potarł czoło. – Do pioruna! Czasami mijały miesiące, a ja nie słyszałem 

żadnej prośby. Prowadziłem wiele spraw bez żadnej prośby. A pan mówi aż o dwóch!

– Panie sędzio, moim zdaniem, to ważne.
– Bez wątpienia. Wy, wielkomiejscy prawnicy, jesteście o wiele bardziej kreatywni niż 

my, tępi wiejscy chłopcy.

Ben udawał, że nie słyszy drwiny.
– Po pierwsze, chciałbym prosić o uznanie niepoczytalności. Sędzia zamrugał oczami ze 

zdziwienia.

– Niech pan powtórzy?

background image

– Prośbę... o wykluczenie pewnych dowodów.
– Wiem, co to jest niepoczytalność.
– On chce usunąć dowody, które pogrążają jego klienta – wyjaśnił Swain.
– No, a czy my wszyscy nie próbowalibyśmy tego zrobić? – Sędzia spoglądał na Bena. – 

Co pan chciałby wykluczyć?

– Groźbę, którą mój klient rzekomo wykrzykiwał tuż po bójce w Bluebell.
Swain zaprotestował piskliwym dyszkantem:
–  Mój świadek potwierdzi, że Vick groził:  „Dostanę cię ty mały, zboczony wietnamski 

żółtku”.

– To oświadczenie nie ma wartości dowodowej – upierał się Ben – ale wywoła negatywne 

nastawienie ławy przysięgłych. A to tylko poszlaka. Co do tego nie mam wątpliwości.

–  Być może... –  zastanawiał się sędzia.  –  Ale z drugiej strony, czy w ten sposób nie 

uznamy czyjejś racji? I czy to jest dopuszczalne przez zasady regulujące sprawy poszlakowe?

– Pan czyta w moich myślach – ucieszył się Swain.
– Nie – powiedział Ben. – Co w ten sposób możemy uznać? Że Vuong był zboczonym 

żółtkiem? To raczej wyzywanie.

–  Ależ  –  żachnął   się   Swain  –  o   to   właśnie   chodzi,   sędzio.   Mamy   dowód,   że   Vick 

nienawidził Vuonga. Mamy już motyw.

– Dziękuję panu – skłonił się Ben. – Pan Swain właśnie wyznał, że chciał wspomnieć o 

groźbie, aby na jej podstawie udowodnić, że Vick planował zabicie  Vuonga. A  to już z 
definicji jest poszlaką i nie może zostać uznane.

Sędzia ściągnął wargi.
– Co pan na to, panie Swain?
– Nie mam nic do powiedzenia, panie sędzio.
– Panie Kincaid – Tyler wolno cedził słowa – przychylam się do pana prośby.
Swain wytrzeszczył oczy.
– Co?!
– Chyba pan słyszał.
Ben był tak samo zdumiony, jak Swain. Nastawił się na kłótnię, ale przez chwilę nie 

myślał, że wygra. Cuda się zdarzają.

–  Chwileczkę,   panie   sędzio  –  oprzytomniał   Swain  –  potrzebuję   tego   dowodu.   To 

właściwie było wyznanie!

– Już zarządziłem. Czy coś jeszcze?
–  Mam drugą  prośbę  –  kontynuował Ben. Dlaczego miałby się wycofywać, skoro  jego 

dobra passa trwa? – O zmianę miejsca. Chciałbym, aby ten proces przeprowadzono w innym 
miejscu.

– Dlaczego pan o to wnosi? Nie lubi pan naszego miłego miasteczka?
– To nie o to...

background image

–  Ma   pan   nadzieję   ściągnąć   na   proces   kilku   swoich   wielkomiejskich  przyjaciół-

prawników? A może chodzi o podział wynagrodzenia?

–  Nie,  panie sędzio.  Po prostu,  moim  zdaniem,  Vick nie  może  mieć  sprawiedliwego 

procesu w Silver Springs. Sam pan to powiedział w zeszłym tygodniu: „to miasto to beczka 
prochu”. Wszyscy się boją. Członkowie ławy przysięgłych wybrani spośród mieszkańców 
skażą mojego klienta tylko dlatego, że mogą się łudzić, iż to przywróci dawny spokój. Bez 
względu na to, czy są przekonani o jego winie, czy nie.

– Panie Kincaid, ma pan jakieś dowody na poparcie swojej teorii?
– No nie, skąd? Nie przeprowadzałem ankiety.
–  Może   ktoś   przyszedł   do   pana   i   powiedział,   że   bezwzględnie   domaga   się   wyroku 

skazującego dla pana klienta?

– Oczywiście, że nie.
– Będzie pan miał okazję porozmawiać z zaproponowanymi przysięgłymi. Jeśli uzna pan, 

że któryś jest z góry uprzedzony, będzie go pan mógł wykluczyć.

– Panie sędzio, nikt nie przyzna, że wolałby błyskawiczny proces i skazujący wyrok.
– Więc jak mam podjąć decyzję? Nie przychylę się do pana prośby.
– Sędzio, przedstawiłem dopiero pierwszy powód, dla którego proszę o zmianę miejsca 

procesu.  –  Ben cały czas miał nadzieję, że nie będzie musiał wyjawiać drugiego. Ale teraz 
okazało się, że nic nie zostanie mu oszczędzone.  – Drugi powód to oczywiste uprzedzenie 
sędziego do mojego klienta.

– Co? Jak pan śmie...!
–  Panie   sędzio,   sam   pan   mi   powiedział,   że   czytał   pan   akta   prokuratora   okręgowego 

dotyczące   tej  sprawy.  Tego  się  nie  praktykuje.   Powiedział   też  pan,  że  dowody  wyraźnie 
obciążają mojego klienta. Pan już podjął decyzję.

Sędzia uniósł się ze swojego krzesła.
– Ja po prostu stwierdziłem fakty!
–  To ława przysięgłych jest od stwierdzania faktów  –  sprzeciwił się Ben  –  nie sędzia. 

Żądam zmiany miejsca procesu.

– Panie Kincaid, zaczynam rozumieć, dlaczego miał pan takie trudności z utrzymaniem 

się w jednym miejscu pracy! Pracuję w sądownictwie od dwudziestu ośmiu lat i nigdy  – 
nigdy! – nie zarzucono mi, że postępuję nieuczciwie!

– Może pan nie jest tego świadom, sir, ale wciąż...
– Milcz! – Tyler uderzył pięścią w biurko. – Wysłuchałem cię, a teraz ty mnie posłuchaj. 

Masz rację co do jednej rzeczy. Nie lubię twojego klienta. A ciebie jeszcze mniej. Ale moje 
sympatie i antypatie są nieważne. Liczy się sprawiedliwość. A ten sąd służy sprawiedliwości 
–  doskonałej sprawiedliwości. Twój klient będzie miał uczciwy proces. A jeśli przegra to 
dlatego, że dowody wskazywały jego winę i ława przysięgłych o tym zadecydowała. Żadnych 
innych powodów. Zrozumiałeś?

background image

– Tak, sir. – Nic innego nie było do powiedzenia.
– Bardzo dobrze. Odrzuciłem pana prośbę. Zrozumiano?
Ben skinął głową.
– Coś jeszcze?
Obaj prawnicy przecząco pokręcili głowami.
– Świetnie! Panowie, do zobaczenia na sali sądowej.

background image

Rozdział 40

Kiedy Ben zjawił się pod celą Vick stał pochylony nad umywalką. Chlustał wodą  na 

twarz, zmywając sen z powiek. Wyglądał, jakby dopiero co wstał.

– Dzień dobry – powiedział przyjaźnie Ben.
Vick rzucił mu spojrzenie, nie przerywając ablucji.
– To jest nasza ostatnia szansa na rozmowę przed procesem.
Vick wytarł twarz.
– Proces? Myślałem, że powiedziałeś, że przyznaję się do winy?
Ben sprytnie zrzucił odpowiedzialność.
– Sędzia okręgowy nie dał mi takiej możliwości.
Zupełnie jakby o to prosił.
– Nie wierzę. Jestem winny.
– Vick, posłuchaj. Jesteś młody, niedoświadczony i nie masz dużej... wiedzy o świecie. 

Pozwól, że wyjaśnię  ci kilka kwestii. Ta sprawa musi  zakończyć  się procesem, czy tego 
chcesz, czy nie. Wypełniłeś swoje zadanie ochraniania tej osoby, którą miałeś chronić.

– Nie potrzebuję...
– Zamknij się i słuchaj. Zakładając, że nikt inny nie będzie sądzony za tę zbrodnię, chyba 

że publicznie przyzna się do winy, to jedynym pytaniem na razie bez odpowiedzi jest, czym 
dla ciebie skończy się ten proces. Czy zostaniesz uniewinniony, czy też otrzymasz śmiertelny 
zastrzyk?

Vick odsunął się od prętów.
– Ludziom jest naprawdę wszystko jedno. Tylko tobie nie. Więc czym to się dla ciebie 

skończy? Pozwól, żebym cię uratował!

Vick podszedł do swojej pryczy i usiadł na brzegu. Nie patrzył na Bena.
– Złożyłem obietnicę – powiedział w końcu.
– Świetnie. A więc trzymaj tę przeklętą tajemnicę. Obejdziemy ją.
W końcu Vick się przełamał.
– Czego chcesz się dowiedzieć?
Alleluja!

background image

– Znaleziono ślady krwi na kuszy. To twoja grupa krwi. Jak myślisz, skąd mogła się tam 

wziąć? Może kiedyś bawiłeś się kuszą poza obozem ASP i skaleczyłeś się w palec. A potem 
ktoś inny z tej kuszy zabił Vuonga.

– Raczej nie.
– Jeśli nie wyjaśnię, w jaki sposób twoje włosy i krew znalazły się na kuszy, oskarżyciel 

nam tego nie popuści.

– Nic takiego nigdy się nie zdarzyło.
No tak. Próbować trzeba. Nie było żadnego pożytku z odpowiedzi Vicka, ale mimo to 

Ben był zadowolony. Vick, co prawda, nie upierał się przy swojej niewinności, ale wykazał 
cień chęci współpracy.

– Słyszałeś o pożarze? W Coi Than Tien?
– Czytałem o tym w gazecie, którą dał mi szeryf.
– Czy to była akcja ASP?
– Skąd mam wiedzieć? Tkwię tu zamknięty od tygodni. Czy pożar był... niebezpieczny?
– Zniszczył jeden dom, uszkodził dwa.
– Jakieś ofiary?
– Kilka osób ma kłopoty z płucami. Jedna kobieta jest poważnie poparzona. Nie wiemy, 

czy przeżyje.

Vick oglądał swoje dłonie. Jego troska była najwyraźniej szczera.
– Więc – kontynuował Ben – jeśli wiesz, kto podłożył ogień...
– Nie wiem. Nie mam pojęcia.
Ben   nie   chciał   kopać   leżącego,   ale   z   drugiej   strony,   jeśli   to   jakaś  szansa   zdobycia 

informacji na temat tamtej nocy...

– W spalonym domu było dziecko. Znaleźliśmy je w zgliszczach. A raczej to, co z niego 

pozostało.

Vick patrzył się na niego szeroko rozwartymi oczami.
– Dziecko? – Z trudem wypowiedział to słowo.
– Tak. Noworodek. Nie wiemy, kim był, ani skąd się tam wziął. A ty wiesz?
– Nie, skądże.
– Miałem taką nadzieję, skoro jesteś...
–  Powiedziałem, nic o tym nie wiem!  –  Głos Vicka odbił się echem  na drugim końcu 

korytarza. – A po za tym co to, do diabła, ma wspólnego z zamordowaniem Vuonga?

–  Myślę,   że   istnieje   jakiś   związek  –  odparł   Ben.  –  Nie   wiem   jeszcze   jaki.   Ale 

niewątpliwie jest. Wszyscy w mieście są przekonani, że ASP ponosi odpowiedzialność za 
pożar,  jak  również  myślą,   że  ASP   jest  winne morderstwa.  I  spośród  tych   ludzi  wybrana 
zostanie ława przysięgłych podczas twojego procesu.

– Może powinieneś pogadać z kimś z obozu.
–  Próbowałem  –  westchnął   Ben.  –  Bezskutecznie.   Ale   skoro   mówimy   o   twoich 

background image

przyjaciołach z obozu, to zauważyłem, że nie bardzo się z nimi przyjaźniłeś. Był ku temu 
jakiś szczególny powód?

Vick spojrzał w dal.
–  Jestem nowy w tej organizacji. Relatywnie nowy. Zawsze mija trochę czasu, zanim 

zdobędzie się przyjaciół.

Ben podejrzewał, że Vick mógłby być w ASP przez całe dziesięciolecia i nigdy nie mieć 

przyjaciół. Po prostu tam nie pasował.

– Nie bratałbyś się z tymi ludźmi, gdyby nie twój ojciec, prawda?
Vick nie odpowiedział.
–  Donaldzie, zawsze nadchodzi taki czas, kiedy nie możesz już dłużej  być taki, jakim 

chcą cię widzieć twoi rodzice. Musisz być sobą. – Ben przerwał i słuchał swoich własnych 
słów. Dobra rada, Ben, bardzo dobra. – Donaldzie – ciągnął dalej – twój ojciec umarł. Jeśli 
ASP nie jest dla ciebie, otrząśnij się.

Vick powoli odwrócił głowę. Czyżby się uśmiechnął?
– Trochę za późno, co?
Ben chciał wierzyć, że Vick się myli.

background image

Rozdział 41

Wychodząc z aresztu, Ben usłyszał dźwięki muzyki granej na blaszanych instrumentach. 

W jego kierunku zmierzał jakiś zielony tłum. Ben poczuł mrowienie na plecach. Rozpoznał 
melodię – to był marsz Johna Philipa Sousa, grany na uroczystość wciągania flagi.

Maszerował Anglo-Saksoński Patrol.
Poprzedzał go drewniany krzyż, górujący nad szeregami.
Byli   całkowicie   umundurowani:   zielone   spodnie   i   koszule   z   emblematem   płonącego 

krzyża   na   piersi.   Kilku   z   nich   niosło   transparenty.   Jeden   domagał   się:   UWOLNIĆ 
DONNVEGO VICKA, drugi żądał: SPRAWIEDLIWOŚĆ DLA WSZYSTKICH. Największy 
transparent głosił: WRÓG JEDNEGO Z NAS JEST WROGIEM WSZYSTKICH.

Ben   nie   miał   najmniejszych   wątpliwości  –  odbywał   się   protest   przed   rozpoczęciem 

procesu. Publiczna  demonstracja mająca  na celu poinformowanie  ewentualnych  członków 
ławy przysięgłych, że wyrok skazujący zostanie pomszczony przez ASP.

Ben   zauważył,   stojących   nieopodal   na   chodniku,   Jonesa   i   Lovinga.   Jones   nagrywał 

wszystko na swojej kamerze video.

– Co tu robicie? – zapytał Ben.
– Nagrywam to ze względu na widowiskowość – wyjaśnił Jones. – Kocham parady.
– Nasłuchałem się opowieści o tym w Bluebell – wyjaśnił Loving. – Zapowiada się niezłe 

przedstawienie.

Bez zacisnął zęby.
– Nie mogę uwierzyć, że sędzia Tyler odrzucił moją prośbę o zmianę miejsca procesu. To 

skandal!

– Dlaczego narzekasz? – zainteresował się Jones. – Jeśli zdołają śmiertelnie wystraszyć 

ławę przysięgłych, to będzie to z korzyścią dla oskarżonego.

– Wątpię – powiedział Ben. – To miasto jest chore i zmęczone ciągłymi atakami.
Kolumna   ASP   wolnym,   równym   krokiem   przedefilowała   przez   Main   Street.   W   ten 

sposób nabrali pewności, że wszyscy ich widzieli. Kiedy weszli na wzgórze, Ben spostrzegł, 
że cały ten pochód, chyba ze względu na krzyż, upodabniał się do procesji. Pochód zamykała 
gigantyczna szubienica na kołach. Kilka kukieł z pętlami na szyjach chybotało się na wietrze. 

background image

Wielki napis przybity na szubienicy informował, że to WROGOWIE.

Ben od razu rozpoznał trzy postacie. To byli ochotnicy z Hatewatch. Demon Carroll i 

Demon Pfeiffer. Oczywiście tuż przy nich wisiała ciemnowłosa lalka w niebieskiej sukience.

– Kurcze. Wiedziałam, że nie powinnam nosić tej sukienki. – Ben odwrócił się i zobaczył 

stojącą  obok niego Belindę, która też przyglądała się paradzie.  –  Dużo lepiej wyglądam w 
czerwieni, nie sądzisz?

Ben ujął jej dłoń. Kobieta, która potrafi żartować, widząc coś takiego, jest kobietą w jego 

typie.

– Zauważyłeś, że próbują zepsuć proces?
Ben skinął głową.
– Myślisz, że to im się uda?
– Wątpię. Prokurator okręgowy posłuży się voir dire, żeby...
Uwagę Bena przyciągnął dźwięk muzyki – innej muzyki – który dobiegał z przeciwnego 

końca Main Street.

Ben i Belinda wyciągnęli szyje, żeby zobaczyć, co się dzieje. U wylotu ulicy pojawiła się 

druga   grupa   ludzi   zmierzająca   naprzeciw   ASP.   Wietnamczycy.   Ben   dostrzegł   Phama 
śpiewającego   ile   tchu   w   piersiach.   Jego   grupa   również   niosła   transparenty.   Wszystkie   z 
napisem OPÓR.

Członkowie ASP zrazu zwolnili, potem jedna z postaci na czele zaczęła nawoływać, aby 

przyspieszyli.

To był Wielki Smok Dunagan. A on nie cofał się przed niczym.
Obie grupy zbliżały się do siebie. Dopiero teraz Ben zauważył, że grupa Phama również 

posiadała wspomożenie wizualne.

Nieśli   czołg.   Oczywiście   papierowy.   Z   artystycznego   punktu   widzenia   czołg   nie   był 

arcydziełem, ale i tak świetnie pełnił rolę komunikatu.

Dunagan   nadal   pospieszał   swoich   ludzi,   lecz   ASP   zdecydowanie   zwalniał. 

Najprawdopodobniej   oczekiwali   przyjemnego   spaceru   w   południowym   słońcu,   a   nie 
bezpośredniej konfrontacji z wrogami.

Kolumna ASP zatrzymała się. Chwilę potem Wietnamczycy również stanęli.
– Nie chcemy żadnych kłopotów! – krzyknął Dunagan.
– My również! – odkrzyknął Pham – Nigdy!
Zapadła  cisza. Chodniki zaludniły się tłumem gapiów. Każdy czekał, co wydarzy się 

dalej. Napięcie było prawie namacalne.

– Mamy pozwolenie na dzisiejszy przemarsz. A wy? – spytał Dunagan.
– O, to do was podobne – odgryzł się Pham. – Osłaniacie się prawem. I prawnikami.
Ben zauważył, że kilka głów z obu stron ulicy zwróciło się w jego stronę. Zorientował 

się, że dla większości tych ludzi mógłby równie dobrze ubrać się w zielony uniform.

– Mamy zgodę na przemarsz, więc zejdźcie nam z drogi.

background image

– Nie dbam o wasze pozwolenia – odparł Pham.
W tym momencie ogłuszający wybuch wstrząsnął tłumem. Ben nie mógł się zorientować, 

skąd pochodził. Lecz wiedział, jakie będą jego rezultaty. Szubienica ASP płonęła.

– Ogień! – krzyczał Dunagan.
Jego ludzie pospieszyli w stronę drewnianej konstrukcji. Jeden z żołnierzy, stojący zbyt 

blisko szubienicy w  momencie  wybuchu,  padł na chodnik,  próbując  ugasić płomienie  na 
swojej koszuli.

Kolejna bomba zapalająca, pomyślał Ben.
Członkowie   ASP   rzucili   się   w   kierunku   Wietnamczyków.   Ich   szeregi   stały   gotowe, 

uzbrojone w pałki i noże.

– Trzeba ich powstrzymać! – krzyczał Ben, ale nikt go nie słuchał.
Bezruch zaskoczenia zastąpił chaos. Krzyki. Bieganie. Zaciśnięte dłonie. Terror. I stało 

się.   Wybuchła   wojna   ras.   Pięści   poszły   w   ruch.   Ben   widział,   jak   upadło   dwóch 
Wietnamczyków.

Main Street przekształciła się w strefę walki. Dym z płonącej szubienicy wypełnił ulicę, 

utrudniając widoczność i jeszcze bardziej gmatwając sytuację. Do Bena docierały okrzyki 
przerażenia i bólu. W powietrzu fruwały kamienie i kije. Co i raz celny rzut eliminował z 
walki któregoś z bojowników.

Ben spostrzegł doktora Petersona spieszącego z pomocą jednej z ofiar. Uderzenie cegłą w 

głowę   udaremniło   samarytańskie   zapędy   doktora.   Upadł   na   człowieka,   którego   zamierzał 
ratować.   Na   pole   walki   wkroczyła   nowa   grupa,   składająca   się   z   sześciu  czy   siedmiu 
mężczyzn. Ben rozpoznał Gartha  Amicka i jego kumpli. Jakby też mogli przepuścić taką 
okazję do rozróby.

Wietnamczycy   padali   gęściej.   Młody   mężczyzna,   którego   Ben   pamiętał   z   brygady 

przeciwpożarowej, wymknął się spod makiety czołgu. Dzierżył kij do baseballa. Podbiegł do 
jednej z zielono odzianych postaci i zamachnął się do tyłu...  i Ben, wbrew rozsądkowi, był 
przekonany, że jakimś cudem kij Wietnamczyka jego zwalił z nóg.

– Sukinsynu. Obedrę cię ze skóry!
To był oczywiście Garth. Teraz Ben zrozumiał, tak skupił się na oglądanej walce, że nie 

zauważył wrogich zamiarów Amicka.

Pięść Gartha, uzbrojona w mosiężny kastet, zmierzała w kierunku twarzy Bena. Kiedy jej 

dosięgnęła, Ben miał wrażenie, że jego szczęka płonie żywym ogniem.

Jedyne, co był w stanie zrobić, to uchylić się przed kolejnym ciosem.
Nagle, w magiczny sposób Garth lewitował. Jego pięści młóciły powietrze.
Ben szeroko otworzył oczy. Co, u diabła...?
To Loving. Podniósł Gartha za pasek od spodni, a teraz rzucił go na ziemię jak wór 

piachu.

–  Puścić gnojka, kapitanie? –  spytał Loving, patrząc na wijącego się z bólu chłopaka. 

background image

Jego spojrzenie nie było ciepłe.

– Nie. – Ben pocierał szczękę. Chyba trzymała się czaszki, ale okropnie bolała. Właśnie 

tego potrzebował pierwszego dnia ważnego procesu. – Zwiąż go albo wrzuć do śmietnika.

– Zrozumiałem. – Loving poderwał Gartha na nogi i pociągnął wzdłuż chodnika.
Podnosząc się z ziemi, Ben z ulgą zauważył, że przybył szeryf Collier wraz z czterema 

policjantami. Collier wystrzelił kilka razy ze swojego rewolweru w powietrze. Na dźwięk 
strzałów wielu walczących oprzytomniało. Jeszcze trwało kilka pojedynczych walk wręcz, ale 
zapaśnikami zajęła się policja. Mężczyzna, który wymachiwał kijem baseballowym  został 
przykuty do latarni. Tłum rzedniał, odsłaniając pobojowisko. Kilkanaście osób było rannych, 
większość stanowili Wietnamczycy, oprócz nich ucierpieli także gapie. Leżeli nienaturalnie 
poskręcani. Wielu z nich bardzo krwawiło. Ben prosił Boga, żeby wszyscy oddychali. Na 
pierwszy rzut oka nie mógł tego stwierdzić.

Ben powoli podszedł do platformy ASP. Była jeszcze jedna kukła, której wcześniej nie 

dojrzał. Co prawda, nie zrobiono jej ze starannością figur woskowych madame Tussaud, ale i 
tak była niezła. Średni wzrost, kasztanowe włosy. Ben nie musiał tego robić, ale przetarł pył 
na tabliczce pod figurą.

DEMON KINCAID.

background image

Rozdział 42

Kiedy Ben dotarł do sądu, zastał tam istne piekło. Musiał przedzierać się przez tłumy 

ludzi. W pierwszej chwili myślał, że to ci, którzy szukali azylu, gdy doszło do walki. Ale 
szybko   zmienił   zdanie.   Czego   potrzeba   ludowi?   Chleba   i   igrzysk.   A   igrzysk   tu   już   nie 
pamiętano.   Sędzia   Tyler   mówił,   że   w   Silver   Springs   nie   było   przypadku   morderstwa   od 
dwunastu lat. Nic dziwnego, że ten proces stanowił wielką atrakcję.

Jak tylko Ben znalazł się w sali sądowej, oślepiło go światło z lampy błyskowej. Zamknął 

oczy. Czy to reporter z Silver Springs Herald? Bo jeśli to on...

Zza aparatu wyjrzała twarz małego chłopca, może dziesięcioletniego.
– To do twojego pamiętnika? – zapytał Ben.
Chłopiec zbladł, odwrócił się i znikł.
Świetnie, pomyślał Ben. Już teraz wzbudzam strach w sercach dzieci. Zastanawiał się, 

czy to w wyniku tego, co napisano o nim w gazecie, czy raczej tego, co opowiadali o nim 
dorośli. Najpewniej z obu powodów. Co za wspaniałe wakacje. Nie złowił żadnej ryby, ale 
stał się postrachem Silver Springs.

Swain wszedł przez tylne drzwi i podszedł do stołu oskarżyciela. Był ubrany sportowo. 

Jego   strój   stanowił   ostry   kontrast   w   stosunku   do   trzyczęściowego   garnituru   Bena 
(przywiezionego dzięki uprzejmości Jonesa). Zresztą garnitur był z pewnością tym, czego 
Swain   oczekiwał.   Jestem   jednym   z   was,   delikatnie   sugerował   swoim   strojem   ławie 
przysięgłych. A Kincaid nie.

Ben   podszedł   do   stołu   obrony   i   zaczął   przygotowywać   notatki.   Ku   jego   zdziwieniu 

prokurator podszedł do niego.

– Proponuję ci układ, Kincaid.
– Trochę za późno, nie sądzisz? – Ben rozejrzał się po sali. – Wydaje mi się, że dobrzy 

mieszkańcy Silver Springs gremialnie przyszli zobaczyć proces.

– Oni nie chcą procesu, Kincaid. Powieszą go. Moim zdaniem. Widziałem, co się działo 

dziś   na ulicy  i  to mnie   śmiertelnie  przeraziło.   Jeśli  zdołam,   będę  bronił  to  miasto  przed 
rozpadem.  –  Włożył  palec   pod  krawat  i  rozpiął   górny  guzik  koszuli.  –  A  do  tego  mam 
mnóstwo problemu ze znalezieniem opiekunki do dziecka.

background image

– Co proponujesz?
– Stwierdzasz winę; sędzia ogłasza wyrok dożywotniego więzienia.
– Dożywocie! Ty to nazywasz układem?
– To dużo lepsze niż wyrok śmierci. Za dobre zachowanie i tak dalej twój chłopak może 

wyjść po dziewięciu latach.

– A wszystko, co ma zrobić, to przyznać się do przestępstwa, którego nie popełnił.
Swain oparł swoją teczkę na stole Bena.
– Kincaid, wiem, że nie miałeś czasu, aby zapoznać się z tą sprawą. A jeszcze mniej, żeby 

przygotować obronę. Pozwól, że ci powiem. Mam dowody  –  więcej niż potrzeba  –  żeby 
zaprowadzić Vicka na stryczek. Nie mam zamiaru cię oszukiwać. Nie mówiłbym tego, gdyby 
to nie była prawda. Jedynie obawiam się, że kiedy będziemy bawić się w przewód sądowy, 
Silver Springs pójdzie z dymem.

– Swain, przykro mi. Mój klient powiedział, że żąda sprawy sądowej. – Dzięki Bogu to 

była w końcu prawda.

– Moja oferta jest ważna do momentu rozpoczęcia procesu. Jeśli już ten cyrk się zacznie, 

nie skończy się inaczej jak wyrokiem skazującym twojego klienta.

–  Dzięki za wczesne ostrzeżenie, panie Swain. Teraz proszę mi wybaczyć, ale muszę 

przygotować się do procesu.

Swain odszedł, kręcąc głową na znak, że adwokata opuścił rozsądek. Ben miał nadzieję, 

że   nie   popełnił   błędu   tragicznego   w   skutkach   dla   Donalda   Vicka.   Nie   lubił   słuchać,   jak 
człowiek przyznaje się do zbrodni, której nie popełnił. Ale w dwudziestym wieku chodzenie 
na   układy   i   kompromisy   przekształciło   wymiar   sprawiedliwości   w   pokera.   A   jeśli   Ben 
wypadnie z gry, Donald Vick zostanie okrutnie ukarany.

Payne już siedział przy stole obrony. Nie zamierzał brać czynnego udziału, ale musiał 

chociaż stwarzać pozoru, że może służyć radą. I, jak sądził Ben, to nie było złe, że znana 
miejscowa   postać   zajmowała   miejsce  przy   jego   stole.   Z   pewnością   kilku   mieszkańców 
zasiądzie po stronie Swaina.

Dwóch zastępców szeryfa wprowadziło Donalda Vicka na salę sądową. Przykuli go do 

stołu obrony. W Tulsie Ben zawsze miał czas przygotować swojego klienta  –  ostrzyc go, 
ubrać   w   odpowiednie   ubranie.   Ale   nie   tutaj.   Vick   nosił   szary   więzienny   drelich.   Ława 
przysięgłych miała go poznać jako kryminalistę.

–  Jak   się   czujesz?  –  spytał   go   Ben.   To   było   głupie   pytanie,   ale   nic   innego   nie 

przychodziło mu w tej chwili do głowy.

– Lepiej – odparł Vick. Na jego twarzy odmalowało się zdenerwowanie.
– Prokurator okręgowy zaproponował nam układ. Ty przyznajesz się do winy, on daje ci 

dożywocie.

– Co mu powiedziałeś?
– Że chcesz sprawy sądowej. Ale jeszcze możemy skorzystać z jego oferty.

background image

Vick myślał.
– No – powiedział po długiej chwili – kiedy zacznie się to przedstawienie?
Kilka   minut   później  pojawił   się  sędzia   Tyler   odziany  w  długą,   czarną   togę.   Zapadła 

natychmiast cisza, nie musiał nawet używać młotka.

–  State versus

*

  Donald Vick. Panowie –  powiedział sędzia Tyler, spoglądając w stronę 

Bena i jego klienta – proces się zaczął.

* State versus (łac.) – Państwo przeciw

background image

Rozdział 43

– Panie Kincaid –  ciągnął sędzia Tyler  –  czytałem  pańskie oświadczenie  w porannej 

gazecie.

– Oświadczenie? Ja nigdy...
–  Proszę pozwolić mi powiedzieć wprost  –  nie lubię, kiedy prasa zamieszcza artykuły 

traktujące bez szacunku ten sąd. Jeśli stwarzam panu problemy, może mi pan to powiedzieć 
prosto w oczy. A swoją drogą, nigdy nie dopuszczam do tego, żeby procesy, które prowadzę, 
były rozwiązywane za pomocą prawnych trików i nie zamierzam zacząć tego praktykować.

– Panie sędzio, zapewniam, że...
–  Wystarczy.  Mądrej głowie dość dwie słowie. Teraz wybierzemy ławę przysięgłych. 

Proszę o odczytanie nazwisk.

Urzędnik   sądowy   zaczął   wyjmować   kartki   z   nazwiskami   z   metalowej   puszki,   która 

wyglądem przypominała stary typ maszyny losującej do gry w bingo. Wybrani ludzie szli w 
stronę ławy przysięgłych; niektórzy wahali się, wszyscy byli zdenerwowani. Kiedy na ławie 
przysięgłych zasiadł komplet orzekających, sędzia Tyler poprosił Swaina, żeby zaczął  voir 
dire.

–  Dziękuję, panie sędzio.  –  Swain stanął tuż przed ławą przysięgłych, rozwarł szeroko 

ramiona, ciepły i przyjacielski uśmiech rozjaśnił jego twarz. – Panie i panowie, zebraliśmy się 
dziś  podczas  narastającego  konfliktu.  We wrzącym  kotle nienawiści  wykrystalizowała  się 
najstraszniejsza ze zbrodni – zamach na ludzkie życie. Nie muszę państwu tłumaczyć powagi 
zadania, które stoi przed nami. Po prostu proszę o wypełnienie go w zgodzie z prawem i 
waszym sumieniem. Czy jest pośród was ktoś, kto z jakiegoś powodu nie może wypełnić tego 
obowiązku?

Nic dziwnego, że nie podniosła się żadna ręka.
– Jeśli bez żadnych wątpliwości dowiedziemy oskarżonemu winy, a z pewnością tak się 

stanie, to czy jest tu ktoś, kto nie będzie w stanie zasądzić najwyższej kary, należnej za tak 
straszną zbrodnię?

Żadnych rąk.
– Czy jest tu ktoś, kto czuje, że nie mógłby wydać wyroku śmierci, nawet jeśli z rozprawy 

background image

wynika bezsprzeczna wina oskarżonego?

To tak na wypadek gdyby jednak były wątpliwości, jaką to karę prokurator okręgowy ma 

na myśli...

Po dłuższej chwili młody mężczyzna z końca pierwszego rzędu podniósł dłoń.
– Pan Clemons – powiedział Swain.
Jakim cudem Swain zapamiętał jego nazwisko, zdziwił się Ben. On sam nie był w stanie 

zapamiętać   wszystkich   nazwisk,   które   zostały   wyczytane.   Przecież   to   małe   miasto, 
przypomniał sobie Ben. Małe miasto.

– Panie Clemons, czy będzie pan mógł wydać wyrok śmierci?
–   No...   nie   wiem   –  powiedział   Clemons   niepewnie.   Czuł   na   sobie   wzrok   połowy 

mieszkańców Silver Springs.  –  Uważam...  że śmierć to bardzo ciężka kara. Nie wiem, czy 
będę w stanie to zrobić.

–   Rozumiem   –  rzucił   Swain   z   widocznym   niezadowoleniem.  –  Pochwalam   pana 

uczciwość. – Spojrzał na sędziego.

Nie będzie w obecności wszystkich prosił sądu o wykluczenie Clemonsa, zrobi to później. 

Clemons przepadł.

– Czy ktoś jeszcze?
Widocznie możliwość stania się egzekutorem nikomu więcej na tyle nie przeszkadzała, 

żeby chciał o niej mówić.

– Bardzo dobrze – ucieszył się Swain. – Doceniam współpracę państwa. – Powrócił do 

swojego stołu.

O co chodzi, zastanawiał się Ben. Już skończył? W podobnych procesach wybór ławy 

przysięgłych   ciągnie   się   całymi   dniami,   niekiedy   zabiera   więcej   czasu   niż   sam   proces. 
Swainowi zajęło to marne pięć minut.

Zdecydowanie zły znak. Albo Swain znał osobiście członków ławy i wierzył, że wszyscy 

wezmą jego stronę, albo uważał ten proces za tak jednoznaczny, że nie przejmował się, kto 
zasiada w ławie. A może oba przypadki wchodziły w grę?

– Panie Kincaid – powiedział sędzia Tyler – proszę zadawać pytania.
– Dziękuję, sędzio. – Ben zajął miejsce na podium. – Panie i panowie, członkowie lawy 

przysięgłych, z pewnością pan Swain zbyt pochopnie stwierdził winę Donalda Vicka. Należy 
jej   dowieść.   Jeśli   z   jakichś   powodów   nie   zdoła   przekonać   was   o   niezaprzeczalnej   winie 
mojego klienta, wówczas musicie uznać Donalda Vicka niewinnym zarzucanej mu zbrodni...

– Zwracam obronie uwagę – przerwał sędzia Tyler. – To nie jest końcowa mowa. Proszę 

kontynuować voir dire.

– Właśnie to robię – zapewnił go Ben.
– Być może w Tulsie pozwalają panu przeprowadzić cały proces podczas wyboru ławy 

przysięgłych – sędzia był wyraźnie wzburzony – ale ja nie pozwolę.

Z   widowni   dobiegł   cichy   chichot.   Jeśli   członkowie   ławy   przysięgłych   przypadkiem 

background image

zapomnieli, że Ben jest obcy, to teraz odświeżono im pamięć.

Ben podszedł do ławy. Nie mógł się zdecydować, gdzie ma stanąć. Chciał podejść tak 

blisko, jak to zrobił Swain, ale pierwszy rząd ławników instynktownie cofnął się w swoich 
krzesłach.   Nie  życzyli  sobie   takiej  bliskości,   naruszał   ich  osobistą  strefę   bezpieczeństwa. 
Przesłanie było jasne: Swain to przyjaciel, a Ben nie.

– Czy państwo będą w stanie odwołać się do zdrowego rozsądku, wydając wyrok? – Ben 

zrezygnował z prób nawiązania kontaktu.

Żadnych rąk. Żadnej reakcji.
–  Może powinienem wyjaśnić, co przez to rozumiem.  Wątpliwość wywodząca się ze 

zdrowego rozsądku...

–   Sprzeciw   –  przerwał   Swain.   Dla   większego   efektu   strzelił   szelkami.  –  Nie   wolno 

obronie definiować wątpliwości wywodzącej się ze zdrowego rozsądku. Nie wolno tego robić 
nawet w mowie obrończej. To pana zadanie, panie sędzio.

– Podtrzymuję sprzeciw – zawyrokował Tyler.
Ben zmarszczył brwi. To do niczego nie prowadziło.
– Ujmę to inaczej. Kto z państwa słyszał lub czytał o tym morderstwie?
Osiemnaście rąk wzniosło się w powietrze.
– Panie sędzio – powiedział Ben – w tych warunkach moja prośba o zmianę miejsca...
– Zostanie odrzucona. Proszę kontynuować.
Ben westchnął.
– Kto z państwa już wyrobił sobie opinię na temat tego, co się stało? Wszystkie dłonie 

opadły.   Jasne.   To   był   ekscytujący   proces.   Ci   ludzie  chcieli   zasiadać   w   ławie,   może   z 
wyjątkiem Clemonsa. Nie mieli zamiaru dać pozbawić się tych emocji.

– Czy ktoś z państwa zna oskarżonego? Czy w ogóle mieli z nim państwo kontakt?
W trzecim rzędzie kobieta w średnim wieku podniosła rękę.
– Dziękuję pani – powiedział Ben. – Pani...
– To pani Conrad – poinformował go Swain.
Dzięki, prokuratorze, za przypomnienie, że ty znasz wszystkich, a ja nie.
– Pani Conrad, skąd pani zna Donalda Vicka?
– Otóż – zaczęła ostrożnie – po tornado, które zeszłej wiosny zburzyło północną ścianę 

mojego domu, przeprowadziłam się do pensjonatu. Mieszkał tam również ten mężczyzna.

– Rozumiem. To pensjonat Mary Sue?
– Tak. – Była wyraźnie zdziwiona.
Jeden punkt dla obcego.
– Czy dobrze poznała pani oskarżonego?
– No...  nie. Należał raczej do tych cichych mieszkańców. Zamknięty w sobie. Raczej 

markotny. Zawsze sprawiał wrażenie, jakby nad czymś... rozmyślał. Lub coś planował...

– Dziękuję bardzo, pani Conrad.

background image

Ben jeszcze przez pół godziny kontynuował przesłuchanie, ale równie dobrze mógł tego 

nie robić.

Wszyscy   kandydaci   wiedzieli   wystarczająco   dużo   na   temat   sprawy,   żeby   już   mieć 

ugruntowany pogląd, ale nikt się do tego nie przyznał. Będzie musiał zdać się na instynkt, a 
wiedział,   że   jego   instynkt,   niestety,   był   szczątkowy.   W   tym   całkowicie   zdawał   się   na 
Christinę. Posiadała talent rozszyfrowania wykrętów i wyciągania tego, co ludzie naprawdę 
myśleli. Ale dziś Christina nie służyła mu pomocą. Nie było jej nawet na sali sądowej.

W   pokoju   sędziego   Swain   wykorzystał   tylko   jedno   z   przysługujących   mu   praw,   aby 

usunąć z ławy przysięgłych Clemonsa. Ben wykluczył  panią Conrad i cztery inne starsze 
kobiety. Kobiety w starszym wieku są zwykle ostrzejszymi sędziami i wydają cięższe wyroki. 
Statystycznie rzecz biorąc. I to wszystko, co mógł w tej chwili uczynić dla Donalda.

Zostało dwunastu członków ławy. Nie było potrzeby dobierania kogokolwiek. W czasie 

niewiele dłuższym niż przerwa na lunch zaakceptowali dwunastu ludzi, którzy zadecydują o 
życiu lub śmierci Donalda Vicka.

Sędzia i prawnicy powrócili na salę sądową. Tyler zaprzysiągł dwunastu ławników.
–  Jestem zadowolony,  że już poradziliśmy  sobie z tą sprawą  –  powiedział.  –  Strony 

zawsze   toczą   walki   na   tym   polu.   Za   każdym   razem,   kiedy   uda   nam   się   wybrać   ławę 
przysięgłych w czasie krótszym niż jeden dzień, czuję się szczęśliwy. – Tyler rzucił okiem na 
zegarek. – Na dziś kończymy. Idźcie do domów i poczyńcie odpowiednie przygotowania ze 
swoimi pracodawcami i rodzinami. Jutro spotykamy się w sądzie o dziewiątej rano. – Spojrzał 
w stronę stołów oponentów.  –  Oczywiście, to również was dotyczy, panowie. Przygotujcie 
wasze mowy na rozpoczęcie procesu i niech nie będą dłuższe niż na pół godziny. Maksimum. 
A potem, panie i panowie, co się stanie, to się stanie.

background image

Rozdział 44

– Nie zapomnij o obiedzie – powiedziała Belinda do Bena, kiedy opuszczali salę sądową. 

– Obiecałeś.

–  I   to   jest   obietnica,   której   zamierzam   dotrzymać  –  odparł   Ben  –  ale   mam   jeszcze 

mnóstwo roboty. Poza tym muszę coś załatwić, zanim będzie za późno.

– Czy możesz wpaść po mnie do biura Hatewatch około wpół do dziewiątej?
– Zrobione.
Ben ruszył  wzdłuż Main Street, minął  sklep z częściami  do samochodów  i Bluebell. 

Powstrzymał pokusę wstąpienia tam i pogadania z Maciem.

Podejrzewał, że jego wizyta nie uszczęśliwi Maca; mógłby jeszcze zażądać zapłaty za 

zniszczony automat do gry. Nie zbaczał więc z kursu, zdążając do siedziby „Silver Springs 
Herald”.

Kiedy Ben zajrzał przez okno, zobaczył mężczyznę w średnim wieku, który zerwał się na 

równe nogi i podbiegł do drzwi. Ben zdołał wsunąć nogę pomiędzy nie a framugę, zanim się 
zatrzasnęły.

– Przykro mi – rzucił mężczyzna – ale właśnie zamykamy.
– Chcę rozmawiać z wydawcą – nalegał Ben.
– Nie ma go! –  mężczyzna nie ustępował. W klapie miał wpiętą tabliczkę z napisem 

HAROLD MCGUINESS – WYDAWCA.

–  To   ty   jesteś   McGuiness!   –  krzyknął   Ben.  –  Ty   o   mnie   piszesz.   Mam   z   tobą   do 

pogadania.

– Piszę wszystkie artykuły do „Heralda”. I co z tego? Zamykam. – McGuiness szarpał za 

klamkę, starając się zamknąć drzwi.

– Nazywam się Ben Kincaid.
– Myślisz, że tego nie wiem? Myślisz, że nie czytam mojej własnej gazety?
–  Twoja   szlachetna   gazeta   zamieściła   fałszywe   cytaty.   Parę   razy.   Żądam,   abyś 

wydrukował sprostowanie.

– Przykro mi. Nie mogę tego zrobić. A teraz, jeśli nie weźmiesz stąd swojej nogi...
– Zabiorę nogę, jeśli zgodzisz się wydrukować sprostowanie. Źle się stało, że już udało ci 

background image

się przekonać wszystkich w tym mieście, że jestem podły. Teraz, dzięki tobie, sędzia myśli, 
że   go   obmawiam.   Nigdy   nie   powiedziałem   ani   sylaby   z   tego,   co   zamieściłeś   w   swoim 
artykule.

– Nigdy nie twierdziłem, że to mówiłeś. – McGuiness szarpnął drzwiami tak mocno, że 

zabrzęczała szyba – Zabieraj się stąd!

–  Mogę   cię   oskarżyć   o   zniesławienie.   Opatrzyłeś   cudzysłowem   zdania,   których   nie 

powiedziałem.

–  To   nie   jest   cytowanie.   Przynajmniej   tak   twierdzi   Najwyższy   Sąd   Stanów 

Zjednoczonych. I tak długo jak nie jestem złośliwy, nie łamię prawa.

Ben również znał obowiązujące przepisy o zniesławieniu.
– Posłuchaj, nie chcę nikogo oskarżać. Chcę tylko wyjaśnić nieporozumienie. Dlaczego 

nie przeprowadzisz ze mną wywiadu...

– Dzięki, nie mam ochoty. Zdobywam to, co mnie interesuje, z innych źródeł.
–  Zrujnowałeś  moją  reputację.   Wszyscy   w  mieście   myślą,  że   tak   będę  interpretować 

prawo, żeby morderca uniknął sprawiedliwości.

– A nie zrobisz tego?
– Moim celem jest, aby Vick miał uczciwy proces. A twoja gazeta bardzo to utrudnia.
– Jeśli liczyłeś, że zacznę ronić łzy nad twoim klientem, to spotka się zawód. – Kopnął 

Bena w kostkę. Ben odruchowo cofnął nogę, drzwi natychmiast się zatrzasnęły.

Ben i Belinda postanowili zjeść kolację w chińskiej restauracji Bo-Bo. To było jedyne 

miejsce oprócz Bluebell otwarte o tej porze, ą Ben zdecydowanie nie chciał iść do baru. Miał 
też sporo wątpliwości co do autentyczności Bo-Bo. Po pierwsze, nazwisko właściciela. Po 
drugie, Bo-Bo była chyba jedyną orientalną restauracją, która serwowała czerwoną fasolę z 
ryżem, kaszę i żeberka.

Podczas gdy oczekiwali na miejsce, obserwowali Wietnamkę w średnim wieku, która 

odbierała   dania   na   wynos.   Nastoletnia   kasjerka   stała  w   kuchennych   drzwiach,   bez 
przekonania odpierając mało  wybredne zaloty noszącego kucharską czapkę chłopca w jej 
wieku. W końcu Wietnamce udało się zwrócić na siebie jej uwagę. Dziewczyna podała jej 
owinięte folią kartonowe pudełka, wciąż chichocząc i zerkając w stronę chłopca.

– Siedemnaście pięćdziesiąt dwa, poproszę.
Wietnamka podała banknot.
–  Dwadzieścia minus siedemnaście pięćdziesiąt dwa. Reszta dwa czterdzieści osiem.  – 

Dziewczyna wyciągnęła dwie jedynki z kasy i odliczyła do ręki kobiety.  – To jest jeden, 
dwa... – Spojrzała do kasy. – Poczekaj, dałaś mi dziesięć nie dwadzieścia.

Wietnamka patrzyła zdziwiona na dziewczynę.
– Na co czekasz? Nie możesz odjąć siedemnastu od dziesięciu?
–   Siedem   dolarów   –  powiedziała   Wietnamka  –  zapłacone.  –  Sięgnęła   po   banknot 

background image

dziesięciodolarowy wciąż leżący na wierzchu kasy.

– Nie, nie zapłaciłaś. – Dziewczyna zatrzasnęła kasę. – Oddaj mi jedzenie.
Kobieta ściskała mocno paczki w ramionach.
– Już zapłacone.
– Mój ojciec ma rację – stwierdziła dziewczyna. – Mówi, że nie można was spuszczać z 

oka. Złodziejskie żółtki! Barbara!

Starsza kobieta z misterną fryzurą wynurzyła się z zaplecza restauracji.
– Co się dzieje?
– Ta pani próbowała oszukać mnie na dziesięć dolarów. A teraz nie chce oddać jedzenia.
Kobieta zmarszczyła brwi.
– Zawołam szeryfa Colliera.
–  Chwileczkę  –  wtrąciła   się   Belinda.  –  Ta   kobieta   nie   próbowała   nikogo   oszukać. 

Najwidoczniej nie zna dobrze języka i źle cię zrozumiała.

Nastolatka oparła zaciśnięte pięści na biodrach, zdenerwowana nagłą obroną.
– Próbowała podsunąć dziesiątkę...
–  Myślała,   że   prosisz   o   siedem   dolarów,   a   nie   siedemnaście.   Ty   założyłaś,   że   da   ci 

dwadzieścia i nawet nie zauważyłaś, jaki banknot bierzesz.

– Kim jesteś, żeby zwracać mi uwagę...
– Prawda jest taka, że flirtowałaś z tym chłopcem z kuchni i nie myślałaś o pracy. A teraz 

chcesz zrzucić odpowiedzialność na tę niewinną kobietę.

Nastolatka przeszyła Belindę spojrzeniem.
– Nie rozumiem, dlaczego trzymasz stronę tej głupiej skośnookiej.
Barbara, starsza kobieta odsunęła dziewczynę.
– Ta kobieta jest nam wciąż winna siedem dolarów i pięćdziesiąt dwa centy. Czy ma pani 

tyle, proszę pani?

Wietnamka patrzyła zdezorientowana. Było oczywiste, że nie rozumie, o co chodzi.
– Proszę tu jest dziesięć dolców. – Belinda rzuciła banknot na ladę. – Nie potrzeba reszty.
Dziewczyna poszła do kuchni.
Gdy wreszcie usiedli przy stoliku, Ben powiedział:
– To było raczej kłopotliwe.
– To –  stwierdziła Belinda  –  był cały rasistowski problem w zarodku. Zaczyna się od 

głupich nieporozumień. Obcy popełniają błędy, miejscowi również. To był drobny incydent. 
Ale dziś wieczorem nastolatka opowie tatusiowi o tym, jak to Wietnamka próbowała obrobić 
restaurację, i że przez to ma kłopoty z szefem. Tatuś dojdzie do wniosku, że również jego 
kurczaki są  coraz mniej opłacalne. A wkrótce, jeśli cokolwiek pogorszy się w ich życiu, to 
winni temu będą Wietnamczycy.

– A potem ASP zostanie zaproszony do miasta.
Belinda skinęła głową.

background image

– Tak właśnie się dzieje.
Cały czas prowadzili ożywioną rozmowę. To było zdumiewające, jak dużo miał jej do 

powiedzenia  –  i jak łatwo znajdował odpowiednie słowa. Nie uważał się za podrywacza. 
Wprost przeciwnie. Miał skłonności do jąkania się i gubienia wątku. Po prostu był nudny. Ale 
nie tego wieczoru. Oboje, okazało się, lubili te same książki i te same filmy. Cenili te same 
wartości.

Darzyli się sympatią.
W połowie kolacji Ben dostrzegł Christinę siedzącą dwa stoły dalej. Znajdowała się w 

sporym  towarzystwie  –  zapewne mieszkańców  pensjonatu Mary Sue. O ile on raczej  nie 
wzbudził   sympatii   w   Silver   Springs,   to   Christina   z   łatwością   zjednała   sobie   jego 
mieszkańców. Przekomarzali się po przyjacielsku i śmiali się z jej dowcipów.

Jeden z chłopców siedzących obok Christiny kogoś  Benowi  przypominał. Wychylił się 

nieco,   żeby   przyjrzeć   mu   się   z   bliska.   To   był   Garth   Amick!  –  chłopak,   który   omal   nie 
pozbawił Bena szczęki. Christina najwidoczniej nie miała takich problemów.

Kiedy   skończyli   kurczaka   w   sosie   orzechowym,   który   zawierał   więcej   selera   niż 

orzechów, i moo goo gai pan, którego głównym składnikiem okazał się ryż, poprosili o kawę.

– To nie było takie złe – ocenił Ben. – Co prawda, Bo-Bo to nie Ri Le. Kiedy odwiedzisz 

Tulsę, zaproszę cię tam.

– Świetnie.
Podszedł kelner, niosąc kawę i ciasteczka-wróżby.
– Czy mogę już zabrać pani talerz? – spytał Belindę.
– Och, nie, jeszcze nie. Chcę zabrać odpadki dla psa.
– Przyniosę coś pani na te resztki.
– Nie trzeba. –  Otworzyła torebkę, wyjęła mały foliowy woreczek i wrzuciła do niego 

resztki moo goo gai pan.

– Nosisz ze sobą woreczki na odpadki? – zainteresował się Ben.
– „Nie marnujesz, nie głodujesz”. Tak zawsze mówiła moja ciotka. Nie muszę już tego 

robić,   ale   trudno   pozbyć   się   starych   przyzwyczajeń.  –  Starannie   zawiązała   woreczek   i 
schowała do torebki. – Pewnie nie opuściło mnie jeszcze uczucie strachu przed głodem i tym, 
że znów zacznę kraść cukierki ze sklepu Pani Carney, żeby przetrwać noc.

– Nie robiłaś tego, prawda?
– Odwołuję się do piątej poprawki. – Zamieszała kawę.
Ben kontynuował przesłuchanie.
– Jak to się stało, że założyłaś Hatewatch?
– Po tym jak udało mi się przebrnąć przez prawo i przetrwać małżeństwo – które okazało 

się udręką – zaczęłam myśleć nad sposobem posłużenia się moim wykształceniem dla dobra 
innych. Wiedziałam, jak ciężkie może być życie dla niektórych ludzi i zdecydowałam, że 
uczynię wszystko, co w mojej mocy,  żeby im pomóc. Zaczęłam działać w Południowym 

background image

Centrum   Prawnym   dla   ludzi   cierpiących   niedostatek,   potem   pracowałam   w   kilku   innych 
organizacjach,   które   zwalczają   ugrupowania   rasistowskie.   Spotkałam   Morrisa   Deesa  –  to 
współczesny   rycerz   na   białym   koniu,   jeśli   można   tak   powiedzieć.   Robi   naprawdę   dobrą 
robotę, ale sam nie ogarnie wszystkiego. Dlatego powołałam pięć lat temu Hatewatch.

–  Dopiero   pięć   lat   temu?   Jak  na   tak   młodą   organizację,   ma   już  zdumiewająco   dużo 

sukcesów.

– Według niektórych ludzi, jak na przykład Wielkiego Smoka Dunagana, zbyt wiele. Sąd 

Najwyższy   stwierdził,   że   w   sprawie   Winconsin  versus  Mitchell   największą   rolę   grały 
przepisy   o   przestępstwach   na   tle   rasowym.   To   już   trzeci   raz   Hatewatch   atakuje   jeden   z 
małych   obozów   Dunagana.   ASP   prześladuje   Latynosów   na   Florydzie,   czarnych   w 
Birmingham,   a   teraz   Wietnamczyków.   Tortury,   gwałty,   morderstwa  –  to   ich   metody 
działania.  Nie zachowują  się jak skauci.  Hej, nie otworzyłam  jeszcze  mojego  ciasteczka-
wróżby.

Skruszyła ciasteczko i przeczytała wróżbę.
–   „Wkrótce   przemierzysz   wielką   wodę”.   –  Zmarszczyła   brwi.  –   Nie   za   bardzo   to 

rozumiem.

– Odpręż się – poradził jej Ben. – To z pewnością znaczy, że pojedziesz na Bermudy.
Przełamał swoje ciasteczko i skrzywił się.
– „Ptaki wpadają  w pułapkę nogami, mężczyźni  sercami”. Myślę, że te ciasteczka są 

produkowane w Transylwanii. Dziwi mnie ten złowieszczy ton wróżb. Restauratorzy raczej 
nie lubią rzeczy, które mają negatywny wpływ na klientów.

– Robiłeś dyplom z gastronomii?
– Nie z muzyki. A ty?
– Świetnie, że pytasz. – Uśmiech zadowolenia pojawił się na jej ustach. – Chodźmy do 

mnie, to ci zademonstruję.

Ben spojrzał na nią podejrzliwie.
– To niebezpieczne?
– Nie. –  Ujęła jego dłoń.  –  Niebezpieczne będzie szmuglowanie cię do mojego pokoju 

tak, żeby nie zauważyła tego Mary Sue.

– Jesteś tego pewna? – zapytał Ben przez zamknięte drzwi łazienki.
– Oczywiście – odparła Belinda. – Wyłaź stamtąd.
– No... to zgaś światła.
– Są zgaszone. Egipskie ciemności.
– I nie patrz w tę stronę.
– Zamknęłam oczy i jeśli wreszcie nie wyjdziesz z łazienki, to zasnę.
Ben   uchylił   drzwi,   żeby   się   przekonać,   czy   Belinda   rzeczywiście   patrzyła   w   innym 

kierunku. Wyszedł. Rozebrał się aż do swoich bokserek. W zasadzie Belinda kazała mu zdjąć 

background image

wszystko, ale człowiek musi zachować nieco skromności. Położył się na kanapie i przykrył 
ręcznikiem.

– Okay. Jestem gotowy.
– Dobrze. – Belinda odwróciła się i uśmiechnęła. – Jakie ładne spodenki.
–  Proszę?  –  Ben podciągnął wyżej ręcznik.  –  Nigdy nie spotkałem osoby, która robiła 

dyplom z masażu leczniczego.

–  Będziesz   zdziwiony.   –  Położyła   ręce   na   jego   ramionach.  –  Czy   nie   mówiłam,   że 

chciałam zrobić coś pozytywnego dla świata? Teraz przykład szwedzkiego masażu.

– Doskonale – mruczał Ben, podczas gdy Belinda masowała jego szyję i ramiona. – Czuję 

się, jakbym był Szwedem.

–  Masaż szwedzki wywodzi się z chińskiej techniki zabiegów fizycznych. Składa się z 

pięciu   podstawowych   rodzajów   dotknięć:  effleurage,   petrissage,  nacieranie,   klepanie   i 
wibracja.

– Masaż i wykład – powiedział Ben. – Pełny serwis.
Rozpoczeła effleurage, co, jak wyjaśniła, polegało na wykonywaniu długich, masujących 

ruchów w stronę serca.

–  Ależ   jesteś   spięty!  –  Przesuwała   dłonie   wzdłuż   jego   pleców.  –  Twoje   mięśnie   są 

naprawdę twarde.

– No tak, to był raczej ciężki tydzień.
– Szczęśliwie się złożyło, że spotkałeś właśnie mnie. – Zaaplikowała mu cały wachlarz 

dotknięć: ugniatanie, nacieranie, klepanie i wibrację. – Oczywiście to tylko jeden z rodzajów 
masażu. Jest kilka odmian.

– Myślę, że powinnaś wypróbować wszystkie – zamruczał Ben.
– A to jest technika masażu anara.
Ben spostrzegł, że ruchy jej dłoni zmieniły się, ale nadal czuł się wspaniale.
Zaczęła masować jego uda.
– Silne nogi jak na pracę biurową – skomentowała.
– Dużo ćwiczę, bawiąc się z kotką.
– Kto się nią zajmuję, kiedy wyjeżdżasz na dłużej?
–  Właścicielka domu, pani Marmelstein. Zawsze spieszy z pomocą. Opieka nad kotem 

daje jej możliwość grzebania w moich szafach.

Belinda masowała jego łydki.
– Człowieku, jesteś wprost niewiarygodnie spięty. Wszystko dusisz w sobie, prawda?
Ben powstrzymał się od komentarza.
– A teraz technika masażu shiatsu.
Ku zdziwieniu Bena jej palce zatańczyły na jego stopach.
– Hej, to łaskocze.
–  A   więc   zostało   jeszcze   w   tobie   trochę   życia.  –  Kciukiem   i   palcem   wskazującym 

background image

masowała jego stopy. – Na koniec zademonstruję ci sławny masaż montgomery.

– Masaż montgomery?
– Tak. – Delikatnie całowała jego plecy, aż dotarła do szyi. Jego skóra pokryła się gęsią 

skórką. – Czy to cię łaskocze?

– Można to tak nazwać. – Ben odwrócił się na plecy i wziął Belindę w ramiona. – Czy 

mogę się przyłączyć?

– Proszę bardzo.
Po pierwszym delikatnym pocałunku, następne stawały się coraz bardziej namiętne.
Belinda odsunęła się na moment, gdy znowu się do niego przytuliła była naga.
Ben czuł drżenie serca.
– Jesteś piękna – szepnął.
Belinda muśnięciami ust przemierzała jego ciało.
– Nie jestem pewna, ale wydaje mi się, że jesteś mniej napięty – powiedziała cicho. Jej 

dłonie błądziły po jego torsie, gładziły włosy.

Ben poznawał delikatne kształty jej doskonałego ciała.
– Czy naprawdę robiłaś dyplom z masażu leczniczego?
Uśmiechnęła się i położyła na nim.
– Nie. Ale pomyślałam, że to dobry sposób, żeby zerknąć pod twoje bokserskie spodenki.

background image

Rozdział 45

Następnego ranka Ben wszedł do sądu w Silver Springs na długo przed dziewiątą i zaczął 

przeglądać swoje notatki. Świetnie spał tej nocy. To znaczy, po tym jak w końcu zdecydowali 
się zasnąć.

Dwóch   zastępców   szeryfa   przyprowadziło   Vicka.   Niebawem   zaczął   napływać   tłum. 

Przyszli ludzie, których pamiętał z poprzedniego dnia. Pojawił się też Wielki Smok Dunagan 
z małą grupą swoich żołnierzy.

– Co was tu sprowadza? – zapytał Ben, przechodząc obok nich.
– Będziemy cię mieli na oku – odpowiedział Dunagan.
–  Wydawało mi się, że byłeś przekonany, że będę prowadził proces w imię sił dobra i 

jasności.

– Tak było, zanim odkryłem, że sympatyzujesz z Wietnamczykami – odciął się Dunagan. 

– Zanim pojąłem, że trzymasz stronę tej suki Hamilton.

Ben zacisnął szczęki.
– Nie masz prawa tak mówić o Belindzie.
– Znam ją! – Na szczęście gwar na sali sądowej zagłuszył jego krzyk. – A teraz znam też 

ciebie!

–  Ty nienawidzący... –  Ben powstrzymał odpowiedni epitet na końcu języka. Odwrócił 

się i odszedł od Dunagana. Po drodze zauważył pułkownika Nguyena z Coi Than Tien. W 
pierwszym rzędzie siedzieli Belinda i jej współpracownicy Frank Carroll i John Pfeiffer.

Wszedł sędzia Tyler i sala zamilkła.
– Głos ma oskarżyciel, proszę zaczynać.
– Dziękuję, panie sędzio. – Swain zajął swoją pozycję blisko ławy przysięgłych.
– Thuy Quang Vuong –  zwany przez swoich przyjaciół Tommy  –  był Amerykaninem 

wietnamskiego pochodzenia. Ale to nie tego dotyczy ta sprawa. Był młody i kłopoty trapiące 
ludzi w jego wieku nie były mu obce. Tego jednak również nie dotyczy ta sprawa. Tommy 
Vuong był  żywym,  czującym  człowiekiem,  posiadającym  takie  samo  prawo do życia  jak 
każdy z was.  –  Swain pochylił się i wymienił spojrzenie z każdym członkiem ławy.  –  I to 
właśnie   tego   dotyczy   ta   sprawa.   Weźcie   pod   uwagę,   panie   i   panowie,   że   Tommy’emu 

background image

Vuongowi nie pozwolono żyć. Nie pozwolono mu ożenić się, mieć dzieci, cieszyć się tymi 
cichymi, prostymi radościami, jakie my wszyscy przeżywamy na co dzień. A to dlatego, że 
dwudziestego   piątego   lipca,   w   gorącą   letnią   noc   ktoś   targnął   się   na   jego   życie   i   dwie 
metalowe   strzały   z   kuszy   przeszyły   jego   pierś   i   szyję.  –  Spojrzał   na   Vicka.   Był   to   bez 
wątpienia przykład komunikatu niewerbalnego.  –  A potem zabójca umieścił płonący krzyż 
nad konającym.

Ta informacja wywołała poruszenie na sali sądowej. Prasa nie podała tych szczegółów, 

większość   ludzi   o   tym   nie   wiedziała.   Na   nieszczęście   to   był   również   szczegół,   który 
świadczył przeciwko Vickowi.

–  Może państwo myślicie  –  ciągnął Swain  –  że dwie strzały z kuszy powodują szybką 

śmierć. Mylicie się. Życie Tommy’ego Vuonga uchodziło powoli, długo cierpiał, podczas gdy 
krew wypływała z jego żył. Jakby to nie wystarczyło, od płonącego krzyża zajęło się ubranie 
Tommy’ego. Zaczął się palić.

Kolejne poruszenie. Ben również poczuł dreszcz.
Ben   mógł   zgłosić   sprzeciw;   ta   dramatyczna   opowieść   niewiele   pomagała   ławie   w 

poznaniu faktów. Ale wiedział, że to nie miało sensu. Każdy oskarżyciel miał niezbywalne 
prawo do przedstawienia wydarzeń tak melodramatycznie, jak tylko potrafił. Swain starał się 
wzbudzić współczucie w stosunku do ofiary i nienawiść do oskarżonego. Wykonywał dobrą 
robotę. Członkowie ławy przysięgłych już nie lubili Vicka; Ben zauważył spojrzenia biegnące 
w jego kierunku, a potem szybko umykający wzrok. A przecież nie wskazano jeszcze ani 
jednego faktu, który niezbicie świadczyłby o jego winie.

–  Nie każdy potrafi dokonać takiej zbrodni  – dramatyzował dalej Swain.  –  Nie każdy 

potrafi   być   tak...  zimny.   Tak   wyzbyty   uczuć.   Bez   serca.   Tylko   człowiek   specyficznego 
rodzaju mógł  popełnić   tę  zbrodnię.  Człowiek,   który  zieje nienawiścią.  –  Odwrócił  się  w 
stronę   Vicka.  –  Panie   i   panowie   przysięgli,   dowody,   które   tu   przedstawię   bez   żadnych 
wątpliwości wykażą, że tak straszną zbrodnię popełnił ten oto człowiek – Donald Vick.

Swain i Vick wymienili spojrzenia. Prowadzili jakby pojedynek, żaden z nich nie chciał 

pierwszy   odwrócić   wzroku.   W   końcu   Swain   się   poddał  i  kontynuował   swoją   mowę. 
Poinformował zebranych o dowodach, które zostaną przedstawione. Może, zastanawiał się 
Ben, materiał dowodowy nie jest aż tak mocny, jak sugerował Swain. Prokurator pokrótce 
opowiedział o śladach na kuszy, bójce Vicka z Vuongiem i rzekomego wyznania. Najbardziej 
zainteresowała Bena aluzja Swaina do „fatalnego błędu Vicka, czyli wyboru śmiercionośnej i 
egzotycznej broni jako narzędzia zbrodni”. Swain skończył przemówienie i usiadł.

– Czy wystąpi pan ze swoją mową teraz, panie Kincaid – zapytał sędzia – czy też odłoży 

ją pan do części głównej procesu?

– Wystąpię teraz. – Ben podniósł się ze swojego miejsca. Szaleństwem byłoby odkładanie 

mowy obrończej na później. Członkowie ławy przysięgłych mogli siedzieć tygodniami, nie 
słysząc żadnej innej wersji wydarzeń niż przedstawionej przez oskarżyciela.

background image

Ben zdawał sobie sprawę, że nigdy nie dorówna Swainowi w stylu przemowy. Byłoby 

wręcz głupotą próbować. W zamian postanowił mówić spokojnie, opierając się na zdrowym 
rozsądku. Przypomni ławie, jakie jest jej zadanie.

– Sprawowanie funkcji sędziego przysięgłego jest jednym z największych przywilejów, 

jakie daje nam demokracja – zaczął Ben. – Ale jak wszystkie przywileje, wiąże się również z 
pewną odpowiedzialnością. I obowiązkami. Waszym obowiązkiem jest orzekać obiektywnie, 
wyłącznie  na podstawie  faktów, które  zostaną wam  przedstawione  podczas  tego  procesu. 
Taką przysięgę złożyliście, zasiadając w tym miejscu. To jest wasz święty obowiązek.

Warto było próbować. Z doświadczenia Bena wynikało, że na ogół ławnicy brali swoją 

funkcję serio i dobrze wykonywali zadanie.

– Prokurator okręgowy, Swain, opowiedział państwu szczegółowo i obrazowo, jak zginął 

Tommy Vuong. Nie ma wątpliwości co do tych faktów. Nie zebraliśmy się tu jednak, żeby 
rozważać, jak go zabito. Jesteśmy zgodni co do tego, że to wielka tragedia. Zastanówmy się 
natomiast, kto to zrobił. Bo nie Donald Vick zabił Tommy’ego Vuonga!

Ben spojrzał na twarze sędziów przysięgłych. Jeśli już podjęli decyzję, nie zmieni jej. Ale 

przynajmniej słuchali.

–  Oskarżyciel przedstawi państwu materiał dowodowy, aby dowieść, kto jest winnym 

zbrodni. Ale gdy będziecie państwo oglądać te dowody, zadajcie sobie jedno pytanie: czy ten 
materiał udowadnia, że Donald Vick zabił Tommy’ego Vuonga, czy też tylko nie wyklucza, 
że mógł go zabić?  Zauważcie,  panie i panowie, że wielu ludzi mogło  zabić Tommy’ego 
Vuonga.   Oskarżyciel   musi   przedstawić   wam   dowody   bezdyskusyjnie   potwierdzające,   że 
Donald Vick zabił Tommy’ego Vuonga. Inaczej w świetle prawa i w waszych sumieniach 
Donald Vick powinien zostać uznany za niewinnego zarzucanego mu czynu.

Ben napomknął jeszcze nieco o materiale dowodowym. Jego uwagi były raczej delikatne, 

nie miał pojęcia, o czym będzie mówił oskarżyciel, a tym bardziej co on sam na to odpowie. 
Poza tym, jedynym świadkiem oskarżonego był sam oskarżony.

Człowiek, który uparcie milczał.
Ben zakończył przemowę. Uśmiechnął się do Vicka przyjaznym, szerokim uśmiechem, 

tak żeby wszyscy widzieli, i usiadł przy nim. Niektórzy obrońcy dopuszczali się bardziej 
familiarnych gestów, mających przekonać ławę, że oskarżony nie jest taki zły, jak go widzi 
prokurator.

Zdaniem   Bena,   w   obecnych   warunkach   to   było   za   dużo,   Vick   musi   zadowolić   się 

uśmiechem.

– Bardzo dobrze – powiedział sędzia Tyler. – Wygląda na to, że mamy trochę czasu do 

przerwy na lunch. Panie Swain, proszę wezwać pierwszego świadka.

background image

Rozdział 46

Pierwszym świadkiem był koroner, David Douglas, który stwierdził śmierć Tommy’ego 

Vuonga. Zwykła rutyna – przejść najnudniejszą część, kiedy ławnicy nie są jeszcze zmęczeni 
i mniej skłonni do drzemania. Nie było to wstrząsające zeznanie, ale niezbędne do wniesienia 
oskarżenia  o   morderstwo.   Douglas   nie   był   pewien   przyczyny   śmierci   Vuonga.   Na 
zdecydowane  pytanie  Bena odpowiedział,  że najprawdopodobniej  Vuong zmarł  z upływu 
krwi, ale nie mógł tego stwierdzić z pewnością. Zresztą to nie miało wielkiego znaczenia. Co 
za różnica, ogień czy strzała? Efekt jednakowy.

Ben   drgnął,   kiedy   Swain   wezwał   na   salę   technika   z   laboratorium   w   Little   Rock, 

człowieka o nazwisku Darryl Stephens. Stephens z pewnością potwierdzi ślady na kuszy. 
Mike tkwił na poczcie. Czekał na wyniki. Obiecał przyjść do sądu, jak tylko nadejdą. Jak 
dotąd się nie pojawił.

Po   przedstawieniu   listów   uwierzytelniających   Stephensa,   Swain   zadał   mu   pytania   na 

temat kuszy znalezionej w pobliżu miejsca zbrodni.

– Czy miał pan okazję zbadać strzały wyjęte z ciała ofiary?
– Tak, miałem.
– I był pan w stanie dopasować strzały do tej właśnie kuszy?
Stephens skrzyżował ręce na kolanach.
– Tak, proszę pana.
– Czy wysnuł pan jakieś wnioski z tego porównania?
– Tak. – Stephens pochylił się do przodu. Ben znał ten gest, zaraz palnie wykład. – Kusze 

i  ich  strzały mogą  podlegać   analizie  w  taki   sam  sposób, jak broń  i  naboje  w  badaniach 
balistycznych. Tak samo jak każda broń zostawia unikalny znak na kuli, która z niej została 
wystrzelona, tak samo kusza znakuje każdą strzałę, która opuściła jej mechanizm. Trudno 
znaleźć te znaki, ale to możliwe.

– Fascynujące – powiedział Swain – nie wiedziałem o tym. I pan znalazł te znaki?
–  Tak.  Znalazłem  te  same  znaki   na obu  strzałach   wyjętych  z  ciała   Vuonga,  co  i  na 

strzałach   wystrzelonych   w   celach   porównawczych.   Nie   ma   żadnych   wątpliwości.   Strzały 
zostały wystrzelone z tej samej kuszy.

background image

– Rozumiem. –  Swain podniósł kuszę tak, aby wszyscy mogli ją zobaczyć.  –  Więc ta 

kusza jest bez wątpienia narzędziem zbrodni. Będziemy jeszcze o tym mówić. Proszę mi teraz 
powiedzieć, czy znalazł pan na kuszy jakieś inne ślady.

–  Tak, znalazłem.  –  Stephen spojrzał na Swaina i ciągnął dalej. Ben miał wrażenie, że 

przesłuchanie było już kilka razy próbowane. – Znalazłem dwa włosy zaplątane w mechanizm 
kuszy.

–  Naprawdę?  –  Swain  udał,  zdziwienie.  –  Czy przeprowadził   pan  jakąś   analizę   tych 

włosów?

–  Tak.   Za   pomocą   analizy   spektroskopowej   porównałem   je   z   dwoma   włosami 

oskarżonego.

– I?
– Włosy z kuszy odpowiadały włosom Donalda Vicka.
– Dziękuję – powiedział Swain. – Panie sędzio, nie mam więcej pytań.
– Panie Kincaid, pańska kolej.
Ben spojrzał w głąb sali. Mike jeszcze nie przyszedł. Cholera. Musi się obejść bez niego.
Ben ustawił się między ławą przysięgłych a świadkiem; pewny sposób, żeby nie dopuścić 

do ich kontaktu wzrokowego.

– Co za zbieg okoliczności, prawda?
Stephens zmarszczył czoło.
– Chyba... nie bardzo rozumiem.
– Nie wydaje się panu, że to zdumiewający zbieg okoliczności?
– Jaki?
– Włosy na kuszy. – Ben obrócił się i zadał następne pytanie zarówno członkom ławy, jak 

i świadkowi. – W jaki sposób dostały się one do mechanizmu?

Stephens rozprostował nogi.
– Najprawdopodobniej spadły z głowy mordercy...
–   I   po   prostu   wkręciły   się   w   kuszę?   To   właśnie   nazywam   zbiegiem   okoliczności.  – 

Spojrzał na ławę, żeby ocenić reakcję przysięgłych. – Myślę, że byłoby zdumiewające, gdyby 
jeden włos spadł akurat tak, żeby wkręcić się w mechanizm kuszy. A pan twierdzi, że tam 
były aż dwa włosy.

– No... tak.
– Proszę pana, czy to nie wydaje się panu nieco nieprawdopodobne?
– Czasami zdarzają się dziwne rzeczy.
–  Proszę   pana.  –  Ben   podszedł   do   świadka.  –  Czy   nie   wydaje   się   panu   bardziej 

prawdopodobne, że ktoś podłożył te włosy?

Ze strony ławy przysięgłych dobiegły szepty.
– To również jest możliwe.
–  A jeśli tak, to Donald  Vick mógłby być  w tym  czasie w zupełnie  innym  miejscu, 

background image

prawda?

– No... wydaje mi się, że... teoretycznie...
– Stwierdził pan, że włosy z kuszy odpowiadały włosom Donalda Vicka. Co pan rozumie 

przez słowo „odpowiadały”?

– Ta sama budowa, ten sam kolor, ta sama rasa...
–  Proszę pana, czy to prawda, że do tej pory nie opracowano zupełnie pewnej metody 

ustalania, że dany włos pochodzi od danej osoby?

Świadek jakby zmalał.
– Pracujemy nad nowymi technikami analizy z DNA...
– Czy któryś ze znalezionych włosów posiadał żywą cebulkę?
– Co?
– Cebulkę włosa. Wie pan, korzeń.
– No nie.
– Przecież nie może pan wziąć próbki DNA z samego włosa, gdyż ta część jest martwa, 

prawda?

– Tak... myślę.
– A więc nie może pan z całą pewnością stwierdzić, że włosy z kuszy pochodzą z głowy 

Donalda Vicka?

Świadek patrzył na Bena.
– To prawda, skoro pan to tak ujmuje.
– Dziękuję panu. Nie mam więcej pytań.
– Oskarżyciel? – zapytał sędzia Tyler.
–   Owszem   –  odparł   Swain.  –  Panie   Stephens,   pomówmy   o   scenariuszu,   który 

zaproponował pan Kincaid. Czy pan wierzy, że Donald Vick nigdy nie miał w ręku tej kuszy?

– Nie. Wiem, że ją miał.
– Skąd pan o tym wie?
– Włosy to nie jedyny ślad, jaki znalazłem na kuszy. Były tam też plamy krwi.
– Plamy krwi! – Swain odwrócił się stronę Bena, licząc na to, że zobaczy na jego twarzy 

zaskoczenie lub zdumienie. Rozczarował się. Dzięki Mike’owi, Ben wiedział, że padnie takie 
pytanie.

– Czy przeprowadził pan analizę krwi? – ciągnął Swain.
–  Oczywiście. Określiliśmy grupę krwi i porównaliśmy ją z próbką krwi pobraną od 

Donalda Vicka. Pasowały do siebie.

– Jaką grupę krwi ma oskarżony?
– B minus.
– Czy to jest popularna grupa krwi?
– Raczej nie.
–  Więc na kuszy były włosy Donalda Vicka i krew Donalda Vicka. Czy były również 

background image

ślady, które należały do kogoś innego?

– Nie.
– Myślę, że to mi wystarczy. Nie mam więcej pytań.
Sędzia Tyler zrobił mostek z dłoni i oparł na nim brodę.
– Teraz pan Kincaid.
– Tak. – Ben podszedł do świadka. – Panie Stephens powiedział pan, że B minus to nie 

jest popularna grupa krwi?

Stephens widocznie lubił popisywać się swoją erudycją.
– Tylko około dziesięciu procent populacji ma grupę krwi B minus.
– A ilu ludzi mieszka w Silver Springs?
– Razem z otaczającymi wioskami? Powiedziałbym, że trzy tysiące.
– A dziesięć procent z trzech tysięcy to będzie ile?
Stephens kaszlnął.
– Z matematyki nigdy nie byłem najlepszy... ale to będzie trzysta.
–  Więc kiedy powiedział pan, że krew na kuszy ma tę samą grupę co krew Donalda 

Vicka, to naprawdę mówił pan, że to grupa krwi, którą ma trzystu ludzi w tych okolicach. I 
tylko jednym z nich jest Donald Vick, prawda?

– Można to tak ująć.
Ben usłyszał skrzyp drzwi. Odwrócił się i zobaczył wchodzącego Mike’a, zmierzał w 

jego  kierunku,   ale   Ben  wiedział,  że   sędzia   Tyler   nie  pozwoli   na  przerwę  w  krytycznym 
momencie.

– Czy przeprowadził pan jakieś inne badania krwi? – zwrócił się z pytaniem do Stephena.
– Właściwie, tak.
– Przeprowadził pan?
– Tak. Przeprowadziliśmy mikroskopowe badania komórek krwi. Dostaliśmy w tym roku 

przyrządy – dodał z dumą.

– I jakie wyniki? – Nim przebrzmiały te słowa, zauważył Mike’a machającego wściekle 

w jego stronę. Wiadomość była jasna: – „Nie zadawaj tego pytania”.

Za późno.
–  Badanie wykazało, że krew na kuszy była krwią Donalda Vicka. Nie kogoś z trzystu 

ludzi. Tylko Donalda Vicka. Bez żadnych wątpliwości.

Ben   zobaczył,   jak   Mike   opadł   na   krzesło.   Badanie   w   Tulsie   musiało   dowieść   tego 

samego.

Swain szczerzył zęby w szerokim uśmiechu. Złapał go jak oseska, a jego świadek jeszcze 

dociął mu drobną uszczypliwością. Ben wiedział, że dostał tylko to, na co zasłużył. Naruszył 
kardynalne prawo przesłuchania: nie pytaj, jeśli nie znasz odpowiedzi.

– Dziękuję panu – powiedział cicho. – To wszystko.
– Oskarżyciel, jakieś dalsze pytania? – Sędzia Tyler uniósł brwi.

background image

–   Nie,   nie   –   odparł   szczęśliwy   Swain.  –  Myślę,   że   wszyscy   rozumieją,   iż   materiał 

dowodowy jest pewny.

– Bardzo dobrze. Dziękujemy panu, panie Stephens. Panie i panowie – na stoickiej twarzy 

Tylera   pojawił   się   nikły   uśmiech  –  jestem   głodny.   Zarządzam   przerwę   na   lunch.   Proces 
zostanie wznowiony o trzynastej trzydzieści.

background image

Rozdział 47

Po przerwie na lunch Swain wezwał na świadka Mary Sue Mullins, jedyną właścicielkę 

pensjonatu   Mary   Sue.   Na   tę   okazję   Mary   Sue   ubrała   się   w   jaskrawozieloną   sukienkę   z 
koronkowym kołnierzykiem  –  bez wątpienia najlepszą, jaką posiadała. Fartuch zostawiła w 
domu. Kiedy przechodziła obok niego, Ben zauważył,  że lekko drżała. Nerwy z powodu 
przesłuchania? A może po prostu nie lubiła występować publicznie bez Starej Sally.

Swain   zaczął   od   ustalania   faktów,   w   tym   najważniejszego,   że   Mary   Sue   prowadzi 

pensjonat na  Maple  Street. Nie tracił czasu. Benowi wydawało się, że wszyscy członkowie 
ławy przysięgłych – i pewnie wszyscy mieszkańcy miasta – znali Mary Sue.

– Czy pani zna oskarżonego? – zapytał Swain.
– O tak. Od kilku miesięcy.
– A skąd pani go zna?
– Wynajął w moim pensjonacie pokój. Numer sześć. Tuż nad schodami.
– Czy często go pani widywała?
– Czasami. Oczywiście w ciągu dnia był poza domem. Pewnie brał udział w zajęciach w 

obozie.

– Sprzeciw – rzucił Ben – to są domysły.
Tyler skinął głową.
– Przyjmuję. Świadek proszony jest o skoncentrowanie się na tym, co słyszał lub widział.
Mary Sue stała ogłupiała, ale jakoś powróciła do przerwanego wątku.
– Z reguły wracał do pensjonatu na kolację. Potem udawał się do swojego pokoju.
– Więc nie ma pani wątpliwości, kim jest Donald Vick? – upewnił się Swain.
–  Nie,   najmniejszych.   Siedzi   tam,   w   tym   szarym   mundurku.   Swain   potwierdził 

skinieniem głowy.

– Gdzie pani była wieczorem dwudziestego piątego lipca?
– U Maca. Wie pan w Bluebell.
– Czy był tam ktoś jeszcze?
– Tak. Tommy Vuong. Z trójką przyjaciół.
– Czy zna pani ich nazwiska?

background image

– Nie. Ale to Wietnamczycy. Prawdopodobnie ludzie z Coi Than Tien.
– Co stało się, kiedy Donald Vick przyszedł do baru?
– Sprzeciw – wtrącił się Ben. – To naprowadzanie świadka.
Swain   nie   odpowiedział,   ale   rzucił   sędziemu   błagalne   spojrzenie  „czy  ja   naprawdę 

muszę?”.

Sędzia Tyler polizał wargi.
– Przykro mi, panie oskarżycielu. Obrona ma rację. Proszę trzymać się przepisów.
– W porządku – zgodził się Swain. Z jego tonu jasno wynikało, że sprzeciw Bena uważa 

za drobną przeszkodę w wydobyciu prawdy na wierzch.  –  Powiem to w ten sposób. Czy 
podczas pani obecności ktoś wszedł do baru?

– Tak. Donald Vick.
– Co za niespodzianka. – Wymienił uśmiech z ławą przysięgłych. – Czy Vick zatrzymał 

się na pogawędkę z panią?

– O nie. – Skrzyżowała ręce na torebce i przechyliła się w stronę ławy. Wydawało się, 

jakby dzieliła się plotką z sąsiadką na ganku. – Podszedł prosto do Tommy’ego Vuonga.

– I co się potem wydarzyło?
– Podniósł ręce. O tak. – Zbliżyła do siebie zaciśnięte pięści. – I uderzył Vuonga w plecy. 

Bez żadnego ostrzeżenia. Zachowywał się jak dzika bestia, po prostu walił w niego i walił.

– To straszne – oburzył się Swain. – Co na to Vuong?
–  Nie wiedział, co się dzieje. Upadł na bar. Nie bronił się. Ale to nie powstrzymało 

Donalda Vicka. Wciąż go bił. Myślałam, że zatłucze tego biednego chłopaka.

– Czy tak się stało?
–   Nie.   Na   szczęście   przyjaciele   Vuonga   przyszli   mu   z   pomocą.   Odciągnęli   Vicka   i 

obezwładnili go. Muszę przyznać, że go nie oszczędzili. Vick dostał porządne lanie, krwawił.

– Co się stało potem?
– Wyrzucili go na zewnątrz. – Widać było, że przejęła się żądaniem sędziego Tylera, aby 

nie podawać domniemanych informacji.  –  Już go więcej nie widziałam. Myślałam, że już 
nigdy go nie zobaczę. Nie miałam pojęcia...

– Oczywiście, że nie, Mary Sue. Panie sędzio, nie mam już więcej pytań.
– Panie Kincaid?
Ben wolno podszedł do świadka, rozważając po drodze swoją strategię. Bez względu na 

to czy wierzył w jej zeznania, czy też nie, Mary Sue była  starszą kobietą i szanowanym 
członkiem społeczności. Traktowanie jej jak wroga mogłoby okazać się wielkim błędem.

Ben ponownie się jej przedstawił i zadał kilka łatwych pytań, aby przesłuchanie nabrało 

rozpędu. Ale w końcu, zanim członkowie ławy przysięgłych zaczęli się nudzić, przeszedł do 
sedna sprawy. Musiał.

–  Proszę   pani,   czy   przed   wypadkiem   w   barze   uważała   pani   Donalda   Vicka   za 

zapalczywego człowieka?

background image

– O nie. Nawet mi to na myśl nie przyszło. Był spokojny, aż za spokojny. Ale wie pan – 

dodała szeptem – to zawsze ci najspokojniejsi.

Ben miał ochotę dać sobie w zęby. Czy zawsze musi dzielić się swoimi spostrzeżeniami?
– Wracając do sprawy, Donald nigdy nie wywołał bójki w pani pensjonacie, prawda?
– O tak!
– Nigdy pani nie groził, prawda?
– Nie, nie. Oczywiście, że nie. Nie jestem Wietnamką.
– A to ciekawa uwaga. – Ben wolno podszedł do swojego stołu, odwracając uwagę ławy 

od świadka. – Donald miał jednak kilku przyjaciół Wietnamczyków?

– Zdziwiłoby mnie to.
–  Czy   pani   sama   nie   wspominała,   że   dwa   dni   przed   morderstwem   Donald   gościł 

Wietnamczyka?

– No tak... to prawda.
– Kim był ten gość?
– Nie wiem.
– Czy to był Tommy Vuong?
– Z pewnością nie.
– Czy to był ktoś z obecnych na sali sądowej?
Mary Sue przesunęła wzrokiem po publiczności.
– Nie wydaje mi się.
– A co pani wie o drugim gościu Donalda? – Ben zawiesił po aktorsku głos. – O kobiecie.
– Ja... Ja nie...
– Czy w nocy poprzedzającej morderstwo żadna kobieta nie odwiedziła Donalda Vicka?
– No... tak.
–  I czyż nie weszła do pokoju Donalda podczas jego obecności? Poruszenie na ławie 

przysięgłych.   Ben   obawiał   się,   że   reputacja   pensjonatu   Mary   Sue   została   na   jakiś   czas 
naruszona.

– T...tak.
– Czy pani wie, kim była ta kobieta?
– Nie widziałam jej nigdy przedtem.
– Czy była Wietnamką?
– Nie. Biała.
– Czy rozpoznałaby ją pani, gdyby ją pani jeszcze raz zobaczyła?
– Myślę, że tak.
– Czy znajduję się teraz na tej sali sądowej? Mary Sue szybko się rozejrzała.
– Nie widzę jej.
– Czy Donald Vick gościł jeszcze jakichś Wietnamczyków.
– Nie zauważyłam...

background image

– Czy to możliwe, żeby go ktoś odwiedził bez pani wiedzy?
– Tak... wydaje mi się, że to możliwe.
Ben doszedł do odpowiedniego momentu. Teraz należało zaatakować.
– Powróćmy do tego wieczoru w Bluebell. Powiedziała pani, że Donald wszedł i zaczął 

bić Tommy’ego Vuonga. A może, zanim zaczęli się bić, najpierw rozmawiali przez chwilę?

– Rozmawiali?
– Tak. Vick z Vuongiem. Mary Sue zmarszczyła brwi.
– Rzeczywiście, rozmawiali...
– Vuong mówił do Vicka?
– Raczej na odwrót, z tego co pamiętam.
– Czy słyszała pani, o czym rozmawiali?
– Nie. To pana klient. Proszę jego spytać.
Gdyby to było takie proste.
– Jak długo trwała ta rozmowa?
– Nie zastanawiałam się nad tym. Może minutę.
– Czy któryś z przyjaciół Vuonga słyszał rozmowę.
– Wątpię. W barze było głośno.
– A co stało się potem?
– Vuong odwrócił się tyłem do mówiącego Donalda. Po prostu go zignorował.
– I właśnie wtedy Donald go uderzył?
– Tak było.
–  A więc walka wynikła z rozmowy.  Najprawdopodobniej sprzeczki.  Możliwe,  że ta 

sprzeczka rozpoczęła się dwa dni wcześniej w pani pensjonacie.

– Powiedziałam, że to nie Tommy Vuong był gościem Vicka!
– Czy jest pani pewna?
– Tak, jestem. Biorę Boga na świadka – jestem.
Ben powoli podszedł do Mary Sue.
–  Proszę pani, nie chcę być niedelikatny,  ale czy to prawda, że ma pani problemy z 

piciem.

– Jak pan może!
– Nie chcę pani wprawić w zakłopotanie. Ale czuje pani pociąg do butelki, prawda?
– Czasami... wypijam mały kieliszek cherry do poduszki.
– No tak...  ale zgodnie z pani zeznaniem, w dniu morderstwa była pani w Bluebell. W 

ciągu dnia. Prawda?

Nieznacznie opuściła głowę.
– Tak.
– I nie była tam pani po to, żeby grać na automatach, prawda?
Mary Sue wbiła spojrzenie w swoje dłonie.

background image

– Proszę pani, ława przysięgłych czeka na odpowiedź.
– Nie – wyszeptała. – Nie byłam tam, żeby grać na automatach.
– Tak naprawdę to czasami pije pani kieliszek lub dwa rano, prawda?
Jej oczy wypełniły się łzami.
– Tak ciężkie są niektóre ranki... od czasu, kiedy zmarł Joe... i...
– Zmierzam do tego – przerwał jej Ben – że alkohol wpływa na pani wzrok, prawda?
– Nie wiem... ale myślę, że to możliwe.
– Proszę pani, czy piła pani tego dnia, gdyż oskarżony miał gości?
– Chyba... tak...
– Czy jest pani pewna, że to nie Tommy Vuong odwiedził wtedy Donalda Vicka?
– Powiedziałam, że to nie on!
– To prawda – Ben zwrócił się do ławy przysięgłych. – Ale czy nie powiedziała też pani, 

że wszyscy Wietnamczycy wydają się jej jednakowi?

Mary Sue otworzyła usta i skamieniała. Potem bezgłośnie poruszyła wargami.
– Dziękuję pani. – Ben wrócił do swojego stołu. – Nie mam więcej pytań.

background image

Rozdział 48

Ben   przekształcił   mały   pokój   na   tyłach   biura   Hatewatch   w   swoją   kwaterę   główną. 

Właśnie przeglądał notatki, kiedy pojawili się Mike i Jones.

–  Ładnie   załatwiłeś   właścicielkę   pensjonatu  –  pogratulował   mu   Mike.  –  Myślę,   że 

poważnie podważyłeś wiarygodność jej zeznań.

– Owszem – zgodził się Ben. – Ale to nie zmienia faktu, że Donald wdał się w bójkę z 

Vuongiem na kilka godzin przed morderstwem. Takie połączenie niewygodnych faktów łatwo 
nie wyleci z pamięci przysięgłych.

–  Też mi się tak wydaje.  –  Mike zauważył, że Ben wykręca szyję, aby spojrzeć ponad 

jego ramieniem. – Szukasz czegoś?

– No... nie zupełnie. Myślałem, że może...
–  Christina? Przykro mi. Nie widziałem jej dziś. Chyba pojechała do obozowiska. To 

zdumiewające,   jak   łatwo   nawiązała   kontakt   z   miejscowymi.   Mógłbyś   się   tego   od   niej 
nauczyć. Ale nie widziałem jej dzisiaj.

–   Och.   –  Ben   wpatrywał   się   w   swoje   notatki.  –   To   nieważne.   Myślałem,   że   może 

mogłaby...

– Zmienić swoje zdanie? – podpowiedział Jones. – Christina? Nie licz na to, szefie.
–  Tak. Jestem głupi. W każdym razie mam inne zmartwienia.  –  Położył ołówek.  –  Ale 

bardzo przydałaby mi się dobra asystentka.

Jones wyjął plik dokumentów z teczki.
– Proszę, masz tu wyniki badań na temat przyznawania się do winy. Powinny ci się jutro 

przydać.

– Dzięki.
–  Przepraszam, że nie przyszedłem wcześniej z poczty  –  powiedział Mike.  –  Ludzie z 

laboratorium w Tulsie również są absolutnie pewni, że krew na kuszy to krew Donalda Vicka. 
Jak długo, twoim zdaniem, potrwa jeszcze proces?

– Dwa albo trzy dni. Dlaczego pytasz?
– Po wczorajszej bitwie to tylko kwestia czasu, żeby w mieście pojawiło się FBI. W tej 

okolicy dochodzi do poważnego łamania praw obywatelskich. Jeśli wydaje ci się, że sytuacja 

background image

już jest kiepska, poczekaj, aż oni przyjadą – powiedział Mike, krzywiąc się.

– W porządku. Co jutro robisz?
–  Jeśli   jest  coś, w  czym   ci  mogę   pomóc,   to  powiedz  –  odparł  Mike.  –  Jeśli   nie,  to 

wyjeżdżam z miasta w poszukiwaniu części do helikoptera. Jeśli nie wymienię większości 
części silnika, to nigdy nie oderwę Portii od ziemi.

– Dobrze –  powiedział  Ben.  –  Nie ma  sensu, abyś  tracił  czas, obserwując, jak mnie 

zarzynają.

– Rozchmurz się Ben, jeśli...
Zadzwonił   dzwonek   u   frontowych   drzwi.   Wszystkie   głowy   zwróciły   się   w   stronę 

wchodzącej Belindy.

– Jones – rzucił Mike – czy czasem nie zapomnieliśmy o jakimś spotkaniu?
–   Raczej   nie...   au!   –  Sójka   w   bok   przywróciła   mu   pamięć.  –   A   tak,   teraz   sobie 

przypominam.

–  Chodźmy  –  zerwał  się Mike  i pociągnął  Jonesa za  ramię.  –  Postawię  ci drinka  w 

sławnym barze Bluebell.

Kiedy wyszli, uśmiechnięta Belinda usiadła obok Bena.
– Jak ci idzie, kochanie?
– Niestety, niezbyt dobrze.
– Zrobiłeś dziś dobrą robotę.
– Dzięki. Ale obawiam się, że niewiele to zmienia.
– Ben... wiesz, boję się tego procesu. Ja... – przerwała, żeby ułożyć zdanie. – Nie wiem, 

dlaczego ci to mówię. Ale nie chcę, żeby niewinny człowiek trafił do więzienia. Albo nawet 
gorzej. Jest coś, o czym powinieneś wiedzieć.

Ben spojrzał na nią ze zdziwieniem.
– O czym mówisz?
–  Zeznania Mary Sue nie były dokładne. Rozmowa w Bluebell pomiędzy Vuongiem i 

Vickiem trwała dłużej niż minutę. Co najmniej pięć minut. Może nawet dłużej. I to nie tylko 
Vick się zdenerwował. Obaj.

– Skąd wiesz?
– Byłam tam.
– Co?! – Ben wyprostował się na krześle. – Ty?
– Tak. John i ja chcieliśmy chwilę się odprężyć, postanowiliśmy więc wypić w Bluebell 

drinka.

– I widziałaś, jak rozmawiali? I walczyli?
–  Nie mogłam tego nie widzieć. Podczas bójki Vick głową uderzył w środek naszego 

stolika.

– Dlaczego mi o tym wcześniej nie powiedziałaś?
– Powiedziałam prokuratorowi okręgowemu. Nie sądziłam, że tobie to się przyda. Prawdę 

background image

mówiąc,  wydawało  mi  się, że chcesz jak najbardziej  zbagatelizować  tę walkę.  –  Belinda 
rzuciła spojrzenie na leżące na biurku papiery. – Masz jeszcze dużo pracy?

– Mnóstwo. Z powodu kilku pytań, na które nie znam odpowiedzi, już prawie odchodzę 

od zmysłów. Nie miałem czasu na przeprowadzenie dochodzenia.

Belinda ujęła jego dłoń i położyła na swojej piersi.
– Podejrzewam, że nie masz ochoty na małą przerwę...
Ben oswobodził rękę.
– Belindo... naprawdę jestem zawalony robotą.
Oparła głowę na jego ramieniu i bawiła się koniuszkiem jego ucha.
– Nawet na krótką przerwę...?
– To nie jest zbyt mądre.
Belinda starała się nie okazać, że te słowa ją dotknęły.
– Czy zrobiłam coś... nie tak?
– Ty? Jasne, że nie.
– Jesteś dziś jakiś inny.
– Jaki?
– Nie wiem. Jakbyś się... wycofywał.
Ben odwrócił wzrok.
– Belindo... ta ostania noc była...
–   Rozumiem.   –  Nagle   wstała.  –  Nie   wysilaj   się,   szukając   sposobów,   żeby   się   mnie 

delikatnie pozbyć. Jestem dość bystra.

– Belindo...
– Zamknij, kiedy skończysz. – Wybiegła z biura.
Ben westchnął głośno. O co chodzi? Belinda jest wspaniałą kobietą, a on... Oczywiście w 

tym tkwił problem. Bez względu na to co czuł do Belindy, to uczucie przypominało mu tylko 
o tym, co się wydarzyło dawniej. Widma przeszłości.

Nagle wrócił myślami do Toronto. Znów na ziemi leżał śnieg, mnóstwo śniegu i był z 

Ellen. Zakochany.

Obrazy przesuwały się w jego głowie jak w  fotoplastykonie. Quinns College, kościół, 

studentka ze Szkocji, walka na kule śnieżne na dziedzińcu. I pokoik na strychu, i aureola 
błyszczących, rudych włosów Ellen.

Zamknął oczy, starając się przerwać ciąg obrazów, ale one wciąż płynęły. Zakończenie 

roku, wielkie plany, karnawał w Harbourfront. A potem stacja metra i łzy, krzyki. Mnóstwo 
krwi i...

Ben   zakrył   twarz   rękami.   Niewyobrażalna   tragedia.   I   najgorsze   ze   wszystkiego,   nie 

dotrzymał obietnicy. A tak na niego liczyła.

Wstał i kopnął biurko. To stało się całe wieki temu, powiedział do siebie. Otrząśnij się! 

Pokonaj to!

background image

Powtarzał to sobie bardzo często, ale nie pomagało.
Ale w końcu dojdzie do siebie. Kopał biurko, walcząc z koszmarami, które opanowały 

jego myśli.

Zamknął oczy, nie ma na to czasu. Musi pracować nad sprawą.
Kiedyś ułoży sobie jakoś życie.

background image

Rozdział 49

Pułkownik Nguyen podążał do domu ścieżką oświetloną przez migoczących strażników 

nocy. Dawniej, przypomniał sobie, zwracał do gwiazd wzrok z prośbą o wskazanie drogi. 
Szukał  wtedy  odpowiedzi  na   pytanie   o  sens  istnienia.   Ale  gwiazdy  milczały.   Były  tylko 
jasnymi punktami na nocnym niebie. Ciche. Odległe.

Lan siedziała na ganku, który Nguyen dopiero co zreperował. Oparła nogi o poręcz i 

patrzyła w niebo. Była tak piękna jak wietnamski kwiat, którego imię nosiła. Na widok jej 
delikatnej twarzy serce Nguyena mocniej zabiło. Na chwilę zapomniał o zagrożeniu, jakby 
ten sam ganek nie został przeszyty kulami zaledwie kilka dni temu.

Stanął za nią i pocałował w policzek.
– Dzieci?
– Śpią. – Wzięła jego dłoń i przytuliła do ust.
– Czy trudno było je uśpić?
– Każdej nocy jest trudno. Boją się, że przyjdą smoki. Co im mam powiedzieć? – Smutno 

potrząsnęła głową. – Smoki przychodzą w nocy.

– Jak sobie poradziłaś?
– Powiedziałam, że tata będzie się nimi opiekował. Tak jak to zawsze robi.
– Może potwory nie nadejdą tej nocy. – Nguyen usiadł obok żony. – Może ta noc będzie 

spokojna.

– Skąd wiesz? Co robiłeś?
Zastanawiał się przez chwilę, ale zdecydował jej o tym powiedzieć, żeby nie zamartwiała 

się czymś gorszym.

– Przegrodziłem kablem wjazd do Coi Than Tien.
– Myślisz, że to ich powstrzyma?
O wiele lżej byłoby kłamać. Ale nie potrafił tego zrobić.
– Nie. Ale przynajmniej będziemy słyszeć nadjeżdżającą czarną półciężarówkę.
– Może konflikt już wygasa.
– Nie – powiedział Nguyen. – Podsłuchałem Phama i jego kolegów. Nie wiem, co planują 

ani na kiedy. Ale wiem, że rozważają kolejny atak na ASP.

background image

– Może proces ich powstrzyma.
– W jaki sposób?
–  Może proces udowodni Danowi, że nie jesteśmy tacy opuszczeni przez Boga i ludzi. 

Tacy   samotni.   Może   proces   pokaże   ASP,   że   nie   mogą   popełniać   zbrodni   bezkarnie.  – 
Przerwała, po czym spojrzała na niego swymi wielkimi, brązowymi oczami.  –  Jeżeli Vick 
zostanie skazany – dodała.

Pułkownik Nguyen odwrócił wzrok.
– Myślisz, że go skażą?
Twarz Lan przyjęła zdecydowany wyraz.
– Modlę się o to.
Nguyen   spoglądał   w   niebo,   podziwiał   niezmienność   układu   gwiazd.   Jakże   bardzo 

chciałby dzielić ten odległy ład i spokój, jakże pragnął zostawić za sobą to miejsce, w które 
rzucił go los.

– Byłoby źle skazać niewinnego człowieka.
– Nic o tym nie wiem – przyznała Lan. – Ale wiem, co jest najlepsze dla moich dzieci. I 

przyjaciół. I mojego męża. –  Nie mogła tego prościej wyjaśnić. Nic więcej nie było już do 
powiedzenia. Nic więcej.

– Czy jutro znowu pójdziesz na proces, mój mężu?
Ujął jej dłonie.
– Muszę.
– Czy nie masz obowiązków na fermie?
– Ferma przetrwa beze mnie kilka dni.
Skinęła głową, a potem wyswobodziła ręce z jego uścisku.
– Będę czekała, aż wrócisz. Wszyscy będziemy.
Nie zastanawiając się nad tym, co robi, Nguyen objął żonę i położył głowę na jej piersi. 

Była taka ciepła i dobra. Bez niej byłby nikim.

– Chciałbym zawsze słusznie postępować – powiedział po długim czasie.
– Tak właśnie robisz – zapewniła go Lan.
– Nie jestem pewien.
– Jesteś wspaniałym mężczyzną. Masz dobre serce.
– Nawet wspaniały mężczyzna może się... zestarzeć. Zmęczyć.
– Czy tak mówi bohater 112 Narodowej Brygady? Czy to człowiek, który tak niedawno 

uratował Marię Truong?

– Ale wciąż obawiam się... nie jestem pewien, czy mogę sobie ufać.
– A więc zaufaj mi. Ja jestem pewna, że postępujesz słusznie. Wiesz, co jest najlepsze dla 

nas wszystkich.

Pułkownik Nguyen w milczeniu spoglądał w niebo. Zimny wiatr smagnął go w twarz tak, 

że oczy zaszły mu łzami.

background image

Gdyby tylko miał pewność. Gdyby tylko...

background image

Rozdział 50

Następnego   ranka   publiczność   znowu   dopisała.   Widocznie   dwa   poprzednie   dni   tylko 

zaostrzyły   apetyty.   Ben   poznawał   większość   twarzy.   Stali   obserwatorzy.   Czterech 
policjantów wprowadziło Vicka na salę. Ben zastanawiał się, czy jakiś szczególny wypadek 
skłonił szeryfa do wzmocnienia ochrony, czy też stróże prawa nie mieli akurat nic innego do 
roboty. Na szczęście żaden z eskortujących nie okazał się dobrym znajomym Bena – zastępcą 
Gustafsonem.

Podczas gdy Vick zbliżał się do swego miejsca, Ben usłyszał głośny trzask. Posypało się 

szkło z rozbitej  szyby,  a na podłodze  wylądował  spory kamień.  Tłum zafalował  i ludzie 
pochylili się w ławkach. Ktokolwiek rzucał, miał silną dłoń i dobre oko, kamień tylko o włos 
minął głowę Vicka.

Ben   podbiegł   do   okna   i   zobaczył   znikające   za   rogiem   dwie   postacie,   ubrane   w 

kombinezony.   Niestety,   odległość   i   fakt,   że   widział   je   tylko   z   tyłu   nie   pozwoliły   mu 
rozpoznać napastników. Ale jeden z nich bardzo przypominał Gartha Amicka.

Urzędnik skarbowy zmiótł odłamki szkła. Publiczność nieco ochłonęła. Jednakże złudne 

poczucie bezpieczeństwa rozprysnęło się jak szyba.

Kilka minut potem sędzia Tyler wszedł na salę i proces wznowiono. Swain wezwał na 

świadka szeryfa Colliera.

– Kiedy po raz pierwszy usłyszał pan o śmierci Tommy ‘ego Vuonga?
– Prawie zaraz po fakcie. Mieliśmy szczęście tej nocy. Dwóch moich ludzi patrolowało 

teren i zauważyli  unoszący się dym.  Pojechali w to miejsce i... –  Collier opisał scenerię 
morderstwa. – Jak tylko moi ludzie zobaczyli ciało, skontaktowali się ze mną przez radio.

– Co pan nakazał im zrobić?
– Po pierwsze, oczywiście, kazałem im ugasić ten przeklęty ogień, co też zrobili. Potem 

zorientowali   się,   że   ofiara   nie   żyje.   Zanim   przyjechałem,  zdążyli   znaleźć   portfel   i 
zidentyfikować nieszczęśnika. Chłopak miał porządny skórzany portfel i jego prawo jazdy 
tylko się nadpaliło. Na zdjęciu rozpoznałem Vuonga, mieliśmy z nim kłopoty już w zeszłym 
roku.

– Tak, proszę nam powiedzieć, jak przebiegało śledztwo – pospiesznie przerwał Swain.

background image

Naturalnie nie życzył sobie, żeby ktoś podważał świętość ofiary.
– Wiedziałem, że Vuong mieszkał w Coi Than Tien, więc zapukaliśmy do kilku drzwi i 

pogadaliśmy z jego znajomymi. Żaden z nich nie miał wiele do powiedzenia.

– Co zaprowadziło pana na trop oskarżonego? Kąciki ust szeryfa nieco się podniosły.
–  Prawdę mówiąc, to on sam nas na siebie naprowadził. Wracaliśmy wtedy do miasta. 

Zauważyłem Vicka spacerującego poboczem. Zapytałem, co tu robi o tak późnej porze.

– I jakie alibi przedstawił Vick?
– Sprzeciw! – Ben skoczył na równe nogi. – Użycie słowa „alibi” sugeruje, że odpowiedź 

była kłamliwa i...

– W porządku – rzucił Swain, przybierając wyraz twarzy uciśnionej niewinności. Ciężko 

nad tym pracował, aby w oczach zgromadzonych uchodzić za poszukiwacza prawdy, a Bena 
przedstawić jako człowieka, który stara się ją ukryć.  –  Zapytam inaczej. Jak Vick wyjaśnił 
swoją obecność w pobliżu miejsca zbrodni?

Dzięki, pomyślał Ben, dużo lepiej.
Collier odwrócił się w stronę ławy.
– Powiedział, że zażywał górskiego powietrza.
Kilku przysięgłych uśmiechnęło się. Ktoś się zakrztusił. To, co pomyśleli, było jasne. 

Kłamał. Chyba jedynie Ben uważał, że marne alibi najprawdopodobniej świadczyło o jego 
prawdziwości.

– Z czego oni się śmieją? – zapytał Vick.
Ben był wstrząśnięty; od początku procesu zdarzyło się po raz pierwszy, że Vick odezwał 

się do niego.

– Po prostu spacerowałem. Robiłem to co wieczór – tłumaczył.
–  Powiemy o tym później  –  zapewnił go Ben. Ale i tak wątpił, żeby ktokolwiek w to 

uwierzył.

– Czy oskarżony jakoś szczególnie się zachowywał? – zapytał Swain.
–  A i owszem, ale to mało istotne. Kiedy rozmawialiśmy, zauważyłem plamy krwi na 

jego koszuli.

Tłum poruszył się. Kolejny zatajony dowód winy.
– Co pan potem zrobił?
–  Pomyślałem, że muszę zadać chłopakowi kilka pytań. Powiedziałem:  „Vick właśnie 

znalazłem Tommy’ego Vuonga”. Wydawał się tym zdziwiony; chyba nie oczekiwał, że tak 
szybko znajdziemy ciało. Potem powiedziałem:  „Vuong nie żyje, a ty spacerujesz sobie w 
środku nocy z plamami krwi na koszuli. Zabiłeś go?”

Swain nie spieszył się z następnym pytaniem.
– I co na to odpowiedział Vick?
–  Najpierw długo milczał. Myślałem, że w ogóle nie odpowie. A potem nagle rzucił: 

„Vuong zasłużył na śmierć”.

background image

Na   ławie   przysięgłych   powstało   poruszenie,   ławnicy   spoglądali   na   siebie,   badając 

nawzajem swoje reakcje. Swain milczał, chcąc wygrać ciszę do końca.

– To wszystko – powiedział po długiej chwili. – Oddaję świadka. Ben powoli zbliżył się 

do szeryfa. To chyba dobra strategia  –  trochę  oczekiwania,  wywołanie wrażenia pewności 
siebie. Zwłoka też dawała mu czas na zastanowienie, o co, do diabła, ma zapytać świadka.

– Czy przed przesłuchaniem odczytał pan mojemu klientowi jego prawa?
– Nie – odparł Collier. – To poszło szybko. Nie wiedziałem, że się przyzna.
– Chwileczkę – przerwał Ben. – On faktycznie się nie przyznał, prawda?
– Dla mnie to brzmiało jednoznacznie.
– Czy powiedział: „Zabiłem Vuonga”?
– Nie tymi słowami.
– Żadnymi, mam rację?
– A co innego miał na myśli, mówiąc, że: „Vuong zasłużył na śmierć”?
–  Prawdopodobnie  wielu ludzi zasługuje na śmierć,  co nie  znaczy,  że to potencjalne 

ofiary Donalda Vicka, prawda?

– A co z krwią na jego koszuli? – bronił się szeryf.
– W porządku, porozmawiajmy teraz o tym. Czy zalecił pan badanie tej krwi?
– Nie. Po co?
– Więc pan nie wie, czyja krew była na koszuli?
– A czyjaż mogła być? Chyba, że pana chłopak zabił dwóch ludzi tej nocy!
– Proszę odpowiadać na pytania – powiedział Ben. – Wysoki Sądzie, proszę poinstruować 

świadka, żeby nie lekceważył ławy przysięgłych.

Sędzia Tyler natychmiast wykonał prośbę.
– Czy Donald Vick coś jeszcze wtedy mówił?
– Ani słowa. Nie puścił pary z ust.
–  Więc   pan   twierdził   przez   całe   tygodnie,   że   Donald   przyznał   się   do   winy,   kiedy 

faktycznie wszystko, co powiedział, świadczyło o tym, że nie bardzo lubił Vuonga.

– To nie tak...
– Dziękuję panu – rzucił Ben. – Nie mam więcej pytań.
Zrobił   wszystko,   co   mógł   z   tym   świadkiem,   który   w   sposób   widoczny   sprzyjał 

oskarżeniu. Lepiej pozbyć się go, zanim jeszcze więcej zaszkodzi.

Swain też go zwolnił. Z jakiś powodów prokurator ociągał się z powołaniem następnego 

świadka.

– Czy są jeszcze inni świadkowie? – zapytał w końcu sędzia Tyler.
– Tak – odparł Swain. Wstał, odwrócił twarz w stronę publiczności. – Oskarżenie wzywa 

na świadka Daniela Dunagana.

background image

Rozdział 51

Zgromadzeni osłupiali. Wielki Smok Dunagan będzie zeznawał przeciwko jednemu ze 

swoich ludzi?!

Ben musiał zweryfikować to, co zaobserwował. Wszyscy byli zdumieni oprócz samego 

Wielkiego Smoka. Spokojnie zajął miejsce dla świadka. Podczas gdy urzędnik sądowy czytał 
słowa przysięgi, zamknął oczy, a potem powiedział głębokim głosem:

– Tak mi dopomóż Bóg.
Swain szybko dokonał prezentacji i ustalił, że Dunagan był Wielkim Smokiem ASP.
– Teraz jest to raczej śmieszny tytuł. Dlaczego pana tak nazywają?
–   To   kwestia   tradycji   –  odparł   zakłopotany   Dunagan.  –  Dawno   temu   wszystkie 

anglosaksońskie organizacje posługiwały się takimi tytułami. Prawdę mówiąc, prosiłem, żeby 
zwracali się do mnie prezesie Dunagan. Ale trudno jest wykorzenić stare zwyczaje.

Swain skinął głową, jakby w to wierzył.
– Sądzę, że istnieje nieporozumienie co do charakteru organizacji ASP. Czy mógłby pan 

nam to trochę przybliżyć?

– ASP jest legalną, zarejestrowaną, wpływową organizacją, utworzoną w celu popierania 

pewnych zmian politycznych.

– Jakie zatem zmiany popieracie?
–  Najpierw   proszę   mi   pozwolić   powiedzieć,   czego   nie   popieramy.   Nie   popieramy 

żadnych praw, które uderzają w anglosaksońską rasę. Naszym mottem jest:  „Żyj i pozwól 
żyć”. Chcemy jedynie separacji, która da ludziom możliwość pracy i zabawy pośród swoich. 
Wiem, że to może nie odpowiada oficjalnej polityce, ale jest to droga, po której to państwo 
kroczyło przez długi czas i, uczciwie stawiając sprawę, większość ludzi uważa, że wówczas 
świat był lepiej zorganizowany niż obecnie.

– W jaki sposób promujecie swoje cele polityczne?
–  Wywieramy presję na rząd. I budujemy obozowiska, w których  ludzie żyją pośród 

swojej własnej rasy.

– Czy w tych obozach posiadacie broń?
– Tak. I również szkolimy ludzi, jak się nią posługiwać. Ale tylko dla celów obronnych. 

background image

Kiedy żyje się na takim pustkowiu, bez możliwości egzekwowania prawa, to trzeba umieć o 
siebie   zadbać.   Ale   z   pewnością   nie   angażujemy   się   w   żadne   agresywne,   okrutne   lub 
terrorystyczne akcje!

– A więc ASP, na przykład, nie wysadziłby samochodu w powietrze?
Ben   nie   mógł   w   to   uwierzyć.   W   rzeczywistości   Swain   przeprowadzał   rehabilitację. 

Zeznania Dunagana były mu widocznie niezbędnie potrzebne.

– Absolutnie nie.
– I ASP nie podłożyłby ognia pod czyjś dom?
– Oczywiście, że nie. Myślę, że to, co wydarzyło się tamtej nocy w Coi Than Tien, było 

tragiczne. Do diabła, popieram Coi Than Tien – jest to społeczność, w której żyją ludzie tej 
samej rasy. Myślę, że powinno być więcej takich osad.

– Czy wśród ASP znajdował się ktoś, kto miał inne zdanie na temat przemocy?
Dunagan wziął głęboki oddech i powoli go wypuścił.
– No... trudno mi mówić źle o moich ludziach...
– Złożył pan przysięgę – przypomniał Swain.
– Prawda. No... to oskarżony. Donald Vick.
Kątem oka Ben dostrzegł, jak członkowie ławy przysięgłych pochylają się naprzód, aby 

nie uronić ani słowa.

– Vick popierał użycie siły?
–  Vick jest zapalczywy. Zawsze taki był. Znam go od lat i przez ten cały czas się nie 

zmienił.

Ben   patrzył   na  Dunagana  i   nie  mógł   uwierzyć.   O  co,   u  diabła,   tu  chodzi?  Dunagan 

spychał syna swojego ukochanego kumpla, Lou Vicka, prosto w przepaść.

– Co chciał zrobić Vick?
–  Och, miał  tyle  brzydkich,  narwanych  pomysłów...  Niech no pomyślę.  –  Na chwilę 

przerwał.  –  Bardzo   mu   się   podobał   pomysł   ustawienia   płonących   krzyży  w   ogródkach 
Wietnamczyków.

Członkowie ławy przysięgłych pojęli aluzję. Morderca również lubił płonące krzyże.
– Co jeszcze?
– Zawsze wywoływał bójki. Podobnie jak to było z tym Vuongiem. Bez powodu. Lubił 

też bawić się koktajlem Mołotowa...

– Tak jak w przypadku tego samochodu, który eksplodował na Maple i zranił trzy osoby?
– No... – cedził Dunagan – kiedy to się stało... musiałbym pomyśleć...
Swain wrócił do swojego stołu i przeciągnął palcem po kartce papieru. Ben wiedział, że 

nie ma potrzeby sprawdzać notatki. Po prostu przeciągał czas, aby do wszystkich dotarł sens 
tych zeznań, zanim poruszy następny temat.

– Panie Dunagan, czy wie pan, gdzie znajdował się Donald Vick w noc morderstwa?
– Nie – spokojnie złożył ręce.  – Wyszedł z obozu wczesnym popołudniem. Powiedział 

background image

chłopcom, że ma coś do zrobienia. Nie określił co. Zachowywał się naprawdę tajemniczo. 
Oczywiście teraz dochodzę do wniosku, że planował walkę w barze...

– Sprzeciw! – wtrącił się Ben. – Brak wiedzy.
– Racja, racja – zgodził się sędzia Tyler. – Uznaję.
Swain wrócił do miejsca, w którym skończył.
– Panie Dunagan, czy w pańskim obozie przechowuje się kusze?
– O tak. Jak już wspomniałem musimy się bronić.
– Czy widział pan kuszę, którą zidentyfikowano jako narzędzie zbrodni?
– Tak, widziałem.
– Czy domyśla się pan, skąd ona pochodzi?
– Obawiam się, że tak – spojrzał prosto na Vicka. – Z naszej zbrojowni.
– A kto ma dostęp do zbrojowni?
– To nie jest skarbiec. Każdy mógł się tam dostać, jeśli chciał. Swain pochylił się, żeby 

zadać rozstrzygające pytanie.

– Donald Vick również?
Dunagan sprawiał wrażenie, jakby odpowiedź sprawiała mu ból.
– Tak, Donald Vick również.
Ben zauważył, że przysięgli opadli na krzesła. Miał niepokojące uczucie, że usłyszeli już 

wystarczająco dużo.

– Dziękuję, panie Dunagan. – Uśmiechnięty Swain odwrócił się do Bena. – Oddaję panu 

świadka, panie Kincaid. I powodzenia.

background image

Rozdział 52

Ben   rozważał   możliwość   zrezygnowania   z   przesłuchania.   Dunagan   widocznie 

zdecydował się zniszczyć Donalda Vicka, a w tym przypadku im szybciej zejdzie ze sceny, 
tym   lepiej.   Ale   Ben   musiał   powstrzymać   przysięgłych   od   wyrobienia   sobie   poglądu   na 
sprawę, zanim nie pojawi się pierwszy świadek obrony.  Z drugiej strony,  nie było  sensu 
udawać, że przyjaźnił się z tym człowiekiem. Więc nie udawał.

–   Czy   próbuje   pan   wmówić   członkom   ławy   przysięgłych,   że   ASP   jest   pokojową, 

obywatelską organizacją spokojnych ludzi? Coś na kształt Korpusu Pokoju? Czy też skautów?

– Nie widzę powodu do sarkazmu – odpowiedział Dunagan.
–  Wielki Smoku Dunagan, czy mottem ASP nie są raczej słowa: że  „dobry żółtek to 

martwy żółtek”?

– Nie wiem, o czym pan mówi.
Oczywiście Ben nie mógł udowodnić kłamstwa, gdyż nie posiadał żadnych materiałów 

propagandowych ASP.

– Czy nie jest prawdą, że pana ludzie lada dzień oczekują wielkiej wojny ras?
–  Niektórzy ludzie wierzą, że coś takiego się stanie, nawet ci, którzy nie są członkami 

ASP. Ja mam nadzieję, że nic takiego nigdy się nie wydarzy.

– Czyż nie dlatego tworzy pan zbrojne obozowiska, żeby, kiedy wybuchnie wojna, zająć 

południe i przekształcić je w siedlisko białych?

–  Wysoki Sądzie  – zaprotestował Swain –  nie widzę podstawy do takiego pytania. Pan 

Dunagan nie jest oskarżony.

– Zgadzam się. Obrona proszę przejść do następnego pytania.
–  Wysoki   Sądzie  –  oponował   Ben  –  pan   Swain   skierował   mnie   na   tę   drogę   pytań. 

Prowadzi do określenia wiarygodności świadka.

–  Powiedziałem, proszę przejść do następnego pytania!  –  Brwi sędziego zbiegły się w 

jedną linię.

Ben zacisnął zęby i zmienił temat.
– Czy nie powiedział mi pan, że w pańskiej zbrojowni nie było strzał, które pasowałyby 

do rzeczonej kuszy?

background image

– Chyba się myliłem. Po tym jak z panem rozmawiałem, dowiedziałem się, że...
– Nie chcę słyszeć żadnych przypuszczeń – uciął szybko Ben. Nie wiedział, co Dunagan 

ma zamiar powiedzieć, ale to na pewno nie byłoby pomocne. –  Czy trudno jest strzelać z 
kuszy?

– Wcale nie. Wszystko, co należy zrobić, to nacisnąć spust. Pięcioletnie dziecko też sobie 

z tym poradzi.

– Czy szkolił pan swoich ludzi w strzelaniu z kuszy?
– Jasne. Donalda Vicka też.
–  Pomijając pana skrupulatność we wskazywaniu na Donalda, faktem jest, że wszyscy 

pańscy ludzie mieli dostęp do kuszy i wiedzieli, jak jej użyć, prawda?

– Tak, to prawda.
– Dziękuję panu. Nie mam...
–  Ale   w   momencie   morderstwa   wszyscy   moi   ludzie   znajdowali   się   w   miejscach,   w 

których powinni się znajdować. Nieobecny był jedynie Donald Vick.

Ben zacisnął powieki. Sprzeciw nie miał sensu. Przysięgli już to usłyszeli.
Nie był w stanie wymyślić żadnego innego pytania. A z każdą sekundą która mijała, gdy 

Dunagan zeznawał jako świadek, przyszłość Vicka coraz bardziej stawała się niepewna.

– Wysoki Sądzie, nie mam więcej pytań.
Ben   wrócił   do   swojego   stołu.   Żywił   nadzieję,   że   zasiał   w   myślach   ławników 

wystarczająco   dużo   ziaren   niepewności,   żeby   powstrzymać   ich   przed   wyciągnięciem 
pochopnych wniosków.

Ale ktoś twierdził, że nadzieja to matka głupich.

background image

Rozdział 53

Po lunchu na zapełnionej sali sądowej panował spokój. A przynajmniej nikt nie zabawiał 

się rzutami do celu.

– Czy oskarżenie powoła jeszcze jakichś świadków? – zapytał sędzia Tyler.
– Jest jeszcze jeden świadek – odparł Swain – ale jego przesłuchanie nie potrwa długo. 

Oskarżenie wzywa na świadka Richarda Litza.

Richard Litz miał rude, kręcone włosy i długie wąsy. Nosił okulary z przyciemnionymi 

szkłami. Ben nie miał pojęcia, kim jest ten mężczyzna. A sądząc po reakcji ludzi zebranych 
na sali sądowej, również nikt inny go nie znał.

Z wyjątkiem Henry’ego Swaina.
– Panie Litz, czy zechciałby pan powiedzieć ławie przysięgłych, czym się pan zajmuje?
– Przyjmuję zamówienia dla Domestic Soldier w Hot Springs.
– A cóż to jest Domestic Soldier?
–  Domestic  Soldier  to  firma   zajmująca  się  dostarczaniem,  za  pobraniem  pocztowym, 

wyposażenia dla wędrowców. Namioty, kompasy, obuwie. Klient wybiera, my dostarczamy.

– Czy w waszej ofercie znajduje się również broń?
– Tak.
– Kusze?
– Oczywiście. Wszystkich rodzajów i kształtów.
– I strzały?
–  Nie   byłoby   sensu  w  sprzedaży  kuszy  bez  strzał,  prawda?  –  Zaśmiał   się  krótko  ze 

swojego dowcipu.

–  Czy dostarczał pan jakieś wyposażenie do obozu ASP położonego w pobliżu Silver 

Springs?

Ben zaczynał rozumieć, do czego zmierza przesłuchanie i wcale mu się to nie podobało.
– Tak, kilka razy. To nasz stały klient.
– Czy posiadacie strzały do – Swain podniósł dowód A i przeczytał z etykietki: – „kuszy 

typu KL-44 Carvelle”?

– Tak. Jesteśmy jedną z nielicznych firm, która je posiada. To raczej rzadki typ.

background image

– Czy sprzedajecie te strzały ASP?
– Zwykle nie. Ale kilka tygodni temu otrzymaliśmy zamówienie. Pierwsze i ostatnie.
–  A   teraz,   proszę,   niech   pan   się   dobrze   zastanowi   przed   odpowiedzią.   To   ważne.  – 

Oczywiście   Swain   nie   tłumaczył   świadkowi,   że   odpowiedź   była   ważna   tylko   dla 
przysięgłych. – Kiedy wpłynęło to zamówienie?

– Dwudziestego pierwszego lipca. Dostarczyliśmy je dwudziestego czwartego.
– W porządku. A morderstwa za pomocą kuszy dokonano dwudziestego piątego. – Swain 

w zadumie pokiwał głową i zaczął iść w kierunku swojego stołu. Zanim tam dotarł, nagle 
odwrócił się w stronę świadka. – Ostatnie pytanie, panie Litz. Kto zamówił strzały?

– Mężczyzna o nazwisku Donald Vick.
Przez salę przetoczył się pomruk. Sędzia Tyler uderzył młoteczkiem i zażądał ciszy.
–   To   wszystko   –  zakończył   Swain.  –  Oddaję   świadka.   Ben   gorączkowo   myślał, 

podchodząc do świadka.

– Pan odbiera telefonicznie zamówienia, prawda?
– Tak.
– A więc faktycznie nie widział pan Donalda Vicka, kiedy składał zamówienie?
– To prawda...
– To był tylko głos w słuchawce.
– To prawda, ale...
– A więc to mógł być ktokolwiek – stwierdził Ben. – Każdy mógł podać się za Donalda 

Vicka.

– To możliwe – zgodził się Litz – ale wiem, kto odebrał towar.
– Jak to? Wydawało mi się, że pan powiedział, że to pan go dostarczył.
– Owszem. Dostarczyłem go członkowi ASP, a to był właśnie oskarżony. – Wskazał na 

Vicka. – Widziałem go na własne oczy.

Swain zerwał się na równe nogi.
– Proszę zauważyć, iż świadek wskazał, że odbiorcą był Donald Vick.
– Odnotowano – powiedział sędzia Tyler. – Czy jeszcze coś, panie Kincaid?
Cholera! Benowi nie podobało się, że tak niekorzystnie zakończył to przesłuchanie. Nie 

miał innych pytań. Wieko trumny się zatrzasnęło.

– Nie, Wysoki Sądzie.
– Oskarżenie?
– Nie ma potrzeby. – Swain pokazał ławnikom, że potrafi zachować umiar. – Oskarżenie 

nie ma więcej świadków.

– Zatem –  powiedział sędzia  –  zawieszam posiedzenie sądu. Proces wznowimy jutro o 

pierwszej po południu.

Uderzył   młoteczkiem  i   od  razu  zapanował  harmider.  Sala  szybko   opustoszała.   Tylko 

przysięgli pozostali na miejscu. Patrzyli na Donalda Vicka.

background image

Ben pochylił się, zasłaniając Vicka przed ich wzrokiem i szepnął:
– Dlaczego, na miłość boską, odebrałeś te strzały?
– To mój obowiązek. Ja zajmowałem się dostawami.
– Ty? –  Gdyby Ben wiedział wcześniej, mógłby użyć tego jako argumentu w trakcie 

przesłuchania. Teraz było za późno.

– A kto inny? Dunagan zawsze dawał mi najgorsze prace.
Ben   zauważył,   że   Vick   wypowiedział   imię   Wspaniałego   Smoka   Dunagana   z   nieco 

mniejszym poważaniem. W końcu zrozumiał, co ten człowiek mu zrobił.

– Donaldzie, zamierzam pozwać cię na świadka.
Vick uniósł głowę.
– Już ci powiedziałem. Nie będę mówił.
– Nie zadam ci żadnego pytania na temat, na który nie chcesz dyskutować. Nie zapytam 

cię, dlaczego walczyłeś z Vuongiem. Ale muszę cię przesłuchać, żeby przysięgli usłyszeli, jak 
mówisz, że go nie zabiłeś. – Ben odwrócił się, żeby sprawdzić, czy nikt ich nie podsłuchuje. – 
W innym przypadku, uczciwie mówiąc, nie wydaje mi się, żebyś miał jakąś szansę.

Vick patrzył na niego i nie mógł wydobyć głosu. Z pewnością zauważył, że proces idzie 

źle, ale to nie to samo, co usłyszeć własnego obrońcę, mówiącego prosto z mostu, że otrzyma 
wyrok skazujący.

– Pomyślę o tym... dam ci znać.
– Przyjdę do aresztu z samego rana. Będziemy mogli popracować nad zeznaniami.
Vick kiwnął głową i zastępcy szeryfa poprowadzili go do wyjścia.
Ben obserwował wychodzącego Donalda. Za każdym razem, kiedy go widział, chłopak 

coraz mniej przypominał twardziela, a coraz bardziej przerażonego dzieciaka, któremu się 
wydawało, że zobaczył straszydło wyglądające spod jego łóżka. Przerażony młokos, który nie 
wiedział, co ma dalej robić.

Tragiczne, że jego adwokat również nie wiedział, co robić dalej.

background image

Rozdział 54

Ben   przeglądał   swoją  piątą   wersję   przesłuchania   Donalda   Vicka.   Czytał,   poruszając 

ustami, sprawdzając pytania.

To   najtrudniejsze   przesłuchanie,   jakie   przyszło   mu   przygotować.   Zwykle   po   prostu 

przepytałby świadka z jego wersji wydarzeń. Czy mogłoby być coś łatwiejszego niż to? Ale w 
tym   nieszczęsnym   przypadku   historia   Vicka   przypominała   pole   minowe.   Roiła   się   od 
niebezpiecznych tematów, o których Vick nie chciał mówić. Ben musiał tak ułożyć pytania, 
żeby wyciągnąć odpowiedzi na temat, na który Vick zgodzi się rozmawiać, bez wzbudzenia 
zainteresowania przysięgłych tematami, które chciał przemilczeć.

Jones i Mike wpadli na chwilę, ale żaden z nich nie dostarczył nowych informacji. Nie 

znaleźli ani śladu kobiety, którą Ben uratował z płonącego domu Truongów, ani świadków, 
którzy zgodziliby się zeznawać na korzyść Vicka. Jak powiedzieli, Loving grał w bilard w 
Bluebell, tak jak to robił od kilku nocy z rzędu. Nie wiedzieli, czy coś wykrył, czy też polubił 
towarzystwo w Bluebell.

A Christina nadal odmawiała pomocy.
Dochodziło wpół do jedenastej, kiedy Belinda cicho otworzyła frontowe drzwi i podeszła 

do biurka, przy którym pracował Ben. Usiadła na krześle, kilka metrów od niego. Długo 
milczała, zanim zaczęła mówić.

– Nad czym pracujesz? – zapytała.
– Nad przesłuchaniem mojego klienta.
– Zamierzasz go przesłuchać? Czy to rozsądne?
– Na ogół obrona unika tego, jeśli tylko może. Ale nie mam wyjścia. Vick nie ma innych 

świadków. Nawet ASP zwrócił się przeciwko niemu. Nasza jedyna szansa to przesłuchać go i 
mieć nadzieję, że członkowie ławy przysięgłych mu uwierzą.

Skinęła głową. Było widoczne, że chce porozmawiać na temat inny niż proces, ale nie 

potrafiła zacząć.

– Większość dowodów, które przedstawił oskarżyciel to dowody pośrednie.
–  Większość? Wszystkie.  –  Ben potarł czoło dłonią.  –  Ale było ich dużo. Ławnicy nie 

mogli przeoczyć tak wielu powiązań pomiędzy Vickiem i zbrodnią.

background image

– Myślisz, że ława przysięgłych skłania się w stronę wyroku skazującego?
– Chłopak już wisi.
– Ben – przerwała, a potem zaczęła od nowa. – Ben, wiem, że podchodzisz na serio do 

swojej pracy i podziwiam to. Ale nie zapominaj, kogo reprezentujesz. To jest Donald Vick, 
rasista. Człowiek najprawdopodobniej zamieszany w wysadzenie samochodu i okaleczenie 
trzech osób. Człowiek, który w Bluebell pokazał próbkę swoich możliwości. Nawet jeśli nie 
popełnił tej zbrodni, to z pewnością popełnił inne, równie niewybaczalne.

– Jeśli nie popełnił tej zbrodni, nie powinien za nią odpowiadać. – Ben nie zmienił zdania.
Belinda westchnęła. Poruszyła niespokojnie dłońmi i położyła je na kolanach.
–  Ben, nie o tym  chciałam  rozmawiać. Pomyślałam,  że jeśli ty tak zdecydowałeś,  to 

trudno. Jeśli już dostałeś wszystko, co chciałeś...

– Belindo! Wierz mi, to nie jest...
– Jednak nie potrafię tak łatwo tego potraktować. Po prostu nie jestem w stanie. Może ty 

umiesz od razu pogrzebać wszystkie swoje uczucia. Ale ja nie potrafię.

– Belindo... – spojrzał na nią znad biurka. Jej szeroko rozwarte oczy jaśniały. – To wcale 

nie tak. To nie ma z tobą nic wspólnego. To mój problem.

– Więc porozmawiajmy o tym! – Belinda zamknęła oczy. – Obawiałam się, że zrobiłam 

coś źle. Bałam się,  że byłam zbyt  agresywna, lub zbyt...  nie wiem. Ostra? Bałam się, że 
zrobiłam coś, co zmieniło twój sposób myślenia o mnie.

– Nie mogę wyobrazić sobie niczego, co by mogło zmienić sposób, w jaki o tobie myślę.
– Naprawdę?
Czerwony neon we frontowym oknie Bluebell rzucał smugi światła na ulicę i do środka 

biura. Dźwięk melodii piosenki Mary-Chapin Carpenter przenikał ściany baru i płynął Main 
Street. Jej głos jak miłosny szept dobiegł do uszu Bena: „Chodź, chodź... robi się późno...”

Ben przytulił Belindę.
– Kocham cię.
Dopiero dwadzieścia minut później pomyśleli o zasłonięciu okien.

background image

Rozdział 55

Następnego ranka Ben spędził trzy godziny na przygotowaniu Vicka do przesłuchania. 

Nie obawiał się tego, co powie Vick, ale jak to powie. Jego zachowanie się było bardzo 
ważne. Jeżeli przysięgli wyczują wahanie, niepewność lub dwuznaczność, uznają, że wersja 
wydarzeń oskarżyciela jest prawdziwa.

Kiedy ławnicy zasiedli w sali sądowej, Ben poklepał Vicka po ramieniu.
– Staraj się nie denerwować – poradził. – Wszystko będzie dobrze.
Vick uśmiechnął się, ale nie był to przekonujący uśmiech.
Sędzia Tyler przeszedł przez wszystkie początkowe formalności z niezwykłą szybkością. 

Sprawiał wrażenie, tak samo jak wszyscy, podnieconego porządkiem dnia.

Ben wezwał na świadka Donalda Vicka.
– Czy przedstawisz się członkom ławy przysięgłych?
– Donald Allan Vick – powiedział spokojnym, jasnym głosem.
Pewny siebie, ale nie zadufany. Uczciwy, ale nie sprawiający wrażenia, że mocno stara 

się, aby osiągnąć to wrażenie. Właśnie tak, jak mu poradził. Ben zapytał Donalda o jego życie 
w Alabamie: dzieciństwo, szkołę, rodzinę.

– Kiedy wstąpiłeś do ASP?
– W wieku osiemnastu lat.
– Dlaczego się do nich przyłączyłeś?
Vick pochylił głowę.
–  Wszyscy   mężczyźni   w   mojej   rodzinie   kolejno   byli   członkami   ASP,   odkąd   ta 

organizacja powstała, to jest od stu dwudziestu lat.

– Coś na kształt tradycji rodzinnej?
– Można tak to nazwać.
– Czy twój ojciec chciał, żebyś wstąpił do ASP?
Vick skinął głową.
– Nalegał. Jeśli bym tego nie zrobił, wykopałby mnie z domu.
– Czy pamiętasz dzień, kiedy wstąpiłeś do organizacji.
–  O,   tak.   W   osiemnaste   urodziny.   ASP   zorganizował   wielką   uroczystość:   zakładanie 

background image

munduru, płonące świece. Mówili o tym, że z chłopca stałem się mężczyzną.

– A więc to coś na kształt pasowania na rycerza?
– Właśnie.
–  Wysoki Sądzie, sprzeciw.  –  Swain zerwał się z miejsca.  –  Byliśmy bardzo cierpliwi, 

wysłuchując tych pytań, ale nie rozumiem, co one mają wspólnego z morderstwem.

Oczywiście, że rozumiał. Tak samo dobrze jak Ben. Celem tego przesłuchania było, aby 

ławnicy poznali Donalda Vicka jako osobę. Aby zaczął istnieć jako człowiek, a nie jako 
przestępca.

–  Wysoki   Sądzie  –   powiedział   Ben  –  nie   muszę   przypominać   sądowi,   że   na   moim 

kliencie ciąży bardzo poważne oskarżenie. Ławnicy powinni mieć okazję dowiedzenia się 
wszystkiego   o   człowieku,   którego   los   mają  przesądzić.   Proszę   o   możliwie   największą 
swobodę.

Sędzia Tyler zmarszczył czoło, ale oddalił sprzeciw Swaina.
– Jak często brałeś udział w akcjach ASP? – kontynuował Ben.
– Nowi członkowie spędzają dwa lata na nauce dla dobra ASP. – Vick od czasu do czasu 

spoglądał w stronę ławy przysięgłych, nawiązując kontakt. Miał jasną i otwartą twarz, może 
pomimo wszystko uda mu się zmienić opinię ławników.  –  Chciałem iść na studia, ale... – 
wzruszył ramionami – mój ojciec i ASP mieli inne plany.

– Co robiłeś podczas tej... nauki?
– Na początku zajmowałem się papierkową robotą w biurze w Montgomery. Dużo pracy. 

Potem,   kilka   miesięcy   temu,   gdy   założono   ten   nowy   obóz   w   pobliżu   Silver   Springs, 
przeniesiono mnie tutaj.

– Czy zmieniono twoje zadania?
–  Nie.   Wciąż   ta   sam   praca.   Zamówienia.   Jedzenie,   dostawy.   Z   jakiś   powodów   pan 

Dunagan nigdy nie dawał mi bardziej odpowiedzialnych zadań.

– Czy twoje administracyjne zadania obejmowały również zamawianie broni?
–  Tak. Zajmowałem się wszystkimi zamówieniami i odbiorem towaru. Nie tylko tych 

strzał do kuszy.

Ben sprawdził reakcję przysięgłych. Znaleźli powiązanie. Jego przesłuchanie wprowadzi 

inny punkt widzenia na sprawę.

– Dlaczego wynająłeś pokój w mieście? Nie mogłeś mieszkać w barakach w obozie ASP?
– No tak. Ale... nie wiem. Potrzebowałem czasami trochę samotności. Nie zaprzyjaźniłem 

się zbytnio z chłopcami z ASP.

– Dlaczego?
– Nie wiem. Może mieliśmy inne zainteresowania.
– Jak spędzali wolny czas członkowie ASP?
– Pili. Dużo. I rozmawiali o kobietach, jakby one były... no wiadomo. Nie wydawało mi 

się to stosowne. Rozmawiali też o tym, co zamierzają zrobić Wietnamczykom. Większość z 

background image

nich nigdy nic nie zrobiła i nie zrobi. Ale lubili o tym rozmawiać.

Ben stanął w pobliżu ławy przysięgłych tak, żeby Vick mógł łatwo na nich spoglądać. – 

Co czułeś, kiedy oni tak rozmawiali o Wietnamczykach?

– Nie bardzo mnie to interesowało.
– Dlaczego nie? Jesteś przecież członkiem ASP, prawda?
– Tak... jestem...
– I wierzysz w wyższość rasy aryjskiej, prawda?
– Tak mi się wydaje. Ale to nie oznacza, że powinniśmy walczyć z innymi rasami. Wręcz 

przeciwnie, wydaje mi się, że jeśli naprawdę jesteśmy wyższą rasą, to powinniśmy umieć żyć 
w pokoju z innymi rasami.

Ben milczał, stwarzając okazję, aby słowa Vicka dotarły do świadomości przysięgłych. 

Domniemany potwór okazał się filozofem.

–  Donaldzie,   czy   brałeś   udział   w   wysadzeniu   samochodu   przy   Maple  Street   kilka 

miesięcy temu?

– Nie. To prawda, że zamawiałem materiały, które musiały być użyte, ale nie wiedziałem, 

po co je zamawiałem. Robiłem, co mi kazano.

– Kto ci kazał?
Vick zawahał się.
– Pan Dunagan. On kontrolował wszystkie zamówienia. Robiłem zakupy zgodnie z jego 

poleceniami.

– Donaldzie, czy pamiętasz, co robiłeś wieczorem dwudziestego piątego lipca?
– Owszem. Po kolacji, około dziesiątej, wyszedłem na spacer.
– Tak nagle?
–  Nie. Spacerowałem co wieczór. To mój zwyczaj. Mary Sue mogłaby to potwierdzić. 

Gdyby ktoś ją o to zapytał.

Pewnie, pomyślał Ben, tylko tak dalej.
– Dlaczego spacerowałeś nocą?
– Czy muszę mieć jakiś powód? Tu są piękne okolice, a najpiękniejsze nocą.
Dobra odpowiedź, zapewne połechtała patriotyzm lokalny przysięgłych.
– Czy pamiętasz, jak zatrzymał cię szeryf Collier?
– Oczywiście.
– Czy cię zirytował?
– Nie, wykonywał swoje obowiązki. Był całkiem w porządku.
– Co się wydarzyło?
– O, to było dokładnie tak, jak opisał szeryf Collier.
– Czyja krew znajdowała się na twojej koszuli?
Sala zamarła, w końcu pytanie, które dotyczy samego sedna sprawy.
– To była moja krew, efekt bijatyki w Bluebell. Powinienem zmienić koszulę, ale jakoś o 

background image

tym nie pomyślałem.

– A ponieważ szeryf nie spytał o to, nie mógł wiedzieć, że to twoja krew.
– Raczej tak.
– Szeryf mówił również, że kiedy poinformował cię o śmierci Vuonga, powiedziałeś: „On 

zasługiwał na śmierć”. Czy to prawda?

Vick tylko sekundę zawahał się nad odpowiedzią.
– Tak.
– Dlaczego tak powiedziałeś?
– Bo to prawda. – Zwrócił się twarzą do przysięgłych. – To nie znaczy, że cieszę się z 

jego śmierci. Nie życzyłbym jej nikomu, a na pewno nie w sposób, jaki on zginął. Ale on 
rzeczywiście zasłużył na śmierć.

– Donaldzie – Ben wolno podszedł do świadka – czy zabiłeś Tommy’ego Vuonga?
– Nie. On zasłużył na śmierć, ale ja nie jestem katem. Nie zrobiłbym tego. I nie zrobiłem.
– Dziękuję ci, Donaldzie. Na razie nie mam więcej pytań.
Ławnicy trwali nieporuszeni. Ben powrócił na swoje miejsce. Nie miał  pewności, ale 

wydawało mu się, że uczciwe zeznania Vicka nie pozostały bez echa.

– Świetnie. – Sędzia Tyler obrócił się w swoim wielkim skórzanym fotelu. Wydawał się, 

jak wszyscy, pod wrażeniem zeznań Vicka. – Panie Swain, proszę zadawać pytania.

background image

Rozdział 56

– No tak, panie Vick –  zaczął Swain  –  nie miałem pojęcia, że członkowie ASP są  tak 

wrażliwi.

Nikt się nie uśmiechnął. Jego próba sarkazmu spełzła na niczym.
– Czy to było pytanie, sir? – grzecznie zapytał Vick.
– Nie. –  Swain chrząknął.  –  Ale teraz będzie. Wydaje się, że ominąłeś bardzo ważną 

część swojej historii. Gdzie spędziłeś wieczór przed morderstwem? Powiedzmy, od godziny 
czwartej.

Cholera! Pod stołem, tak aby nikt nie widział, Ben zacisnął pięści. Miał nadzieję, że 

Swain zatrzyma się na sprawach wspomnianych wcześniej. Ale Swain rzucał się prosto do 
gardła.

– Byłem w Bluebell.
– Tak po prostu na drinka?
– Nie. Nie piję.
–  Och, oczywiście, że nie.  –  Swain uśmiechnął się szeroko.  – Pewnie poprzestajesz na 

mleku.

Vick nawet nie mrugnął okiem.
– Jeśli nie pijesz, po co poszedłeś do Bluebell?
– Szukałem kogoś.
– Kogo?
Vick głęboko odetchnął.
– Tommy’ego Vuonga.
– A dlaczego go szukałeś?
Vick spojrzał na Bena. Nie otworzył nawet ust.
– Sprzeciw! – musiał to powiedzieć. Tyler spojrzał na Bena z góry.
–  Ma pan jakieś podstawy, panie Kincaid, czy po prostu obrona nie chce, aby świadek 

odpowiedział?

– Sprzeciw... oparty na braku związku z omawianą sprawą, Wysoki Sądzie.
– Oczywiście, że to ma związek – wtrącił się Swain. – Zmierza do ustalenia motywów 

background image

oskarżonego. Również ma na celu zbadanie powodów stosowania przemocy wobec ofiary.

– Wysoki Sądzie, ustaliliśmy już, że Donald nie przepadał za ofiarą. Więc to pytanie nie 

jest potrzebne.

Tyler pokręcił głową.
– Ten sprzeciw wykracza poza ramy regulacji.
Ben się nie poddawał.
– A więc zgłaszam sprzeciw dotyczący... braku odpowiednich podstaw.
Swain zmarszczył czoło.
– Wysoki Sądzie, czy ja mam na to odpowiadać?
– Nie. –  Sędzia wskazał młoteczkiem na Bena.  –  Jakość sprzeciwów obrony jest coraz 

niższa. Oddalam. Radzę, aby pan usiadł.

Ben z ociąganiem zastosował się do decyzji sędziego.
–   Pytam   ponownie   –  powrócił   do   sprawy   Swain.  –  Dlaczego   szukałeś   Tommy’ego 

Vuonga?

Vick znowu głęboko odetchnął.
– Wolałbym nie mówić.
– Co takiego?  –  Swain spojrzał  na sędziego.  –  Wysoki  Sądzie, świadek  wolałby nie 

mówić!

Sędzia Tyler zachmurzył się.
– Świadek odpowie na pytanie.
Vick zamknął oczy i przełknął ślinę.
– Nie odpowiem.
– Co? – Tyler uniósł się jak niedźwiedź grizzly szykujący się do ataku. – Co to znaczy, że 

nie odpowiesz?

– To znaczy, że nie odpowiem na to pytanie. Nie mogę.
– Oskarżony złożył przysięgę, że będzie mówił prawdę. Całą prawdę.
–  Tak. Ale wcześniej złożyłem inną przysięgę. I nie mogę jej złamać. Tyler patrzył na 

świadka.

– Jeśli nie odpowiesz na pytanie prokuratora, poczujesz tego konsekwencje.
– Jeśli odpowiem na to pytanie, czyjeś życie będzie zrujnowane. Nie zrobię tego.
Ben   stwierdził,   że   ławnicy   byli   zaskoczeni   nagłą,   krnąbrną   postawą   Vicka.   Dobre 

wrażenie odchodziło w przeszłość.

– Wysoki Sądzie, może pan Swain mógłby nieco zmienić pytanie?
– Okay – zgodził się Swain. – Gram dalej. Co powiedziałeś Tommy’emu Vuong?
– Nie... mogę tego powiedzieć.
– Wiemy, że rozmawialiście przez kilka minut. O czym rozmawialiście?
– Przykro mi. Nie mogę powiedzieć.
Swain rozłożył ręce.

background image

– Wysoki Sądzie... co mogę zrobić?
– Po raz kolejny – ingerował sędzia – nakazuję świadkowi odpowiadać na pytania!
– Przepraszam, sir. To nie jest brak szacunku. Ale nie mogę tego zrobić.
– Zrobisz to! – Sędzia walił młotkiem. – Albo nie zezwolę na rozwiązanie sądu.
– Będzie pan musiał, sir.
– Będę nalegał, abyś odpowiedział na pytania, nawet jeśli przyjdzie nam tu spędzić całą 

noc!

– Wówczas powołam się na piątą poprawkę i nadal będę odmawiał odpowiedzi.
Ben   zamknął   oczy.   To   wystarczyło,   aby   adwokat   zapłakał.   Oskarżony   zgadza   się 

występować jako świadek, tylko po to, żeby powoływać się na piątą poprawkę i odmawia 
odpowiedzi na pytanie prokuratora okręgowego. Lepiej by było, gdyby Ben nie wzywał go w 
ogóle na świadka.

–  A więc to tak?  –  domagał się odpowiedzi Tyler.  –  Zamierzasz powołać się na piątą 

poprawkę?

– Tak, proszę Wysokiego Sądu.
– W takim razie – spytał retorycznie Swain – jaki jest sens dalszego przesłuchania? Nie 

mam więcej pytań.

Ani   potrzeby   ich   zadawania,   doszedł   do   wniosku   Ben.   Wyraz   twarzy   przysięgłych 

zmienił się całkowicie. Widać było otwartą wrogość w stosunku do Vicka. Coś ukrywał.

– Bardzo dobrze – rzucił Tyler. – Świadek, jest pan zwolniony z przysięgi. Zabieraj się 

stąd.

Vick   opuścił   miejsce,   nawet   nie   patrząc   na   ławę   przysięgłych.   Może   i   lepiej.   Nie 

podobałoby mu się to, co by tam zobaczył.

– Następny świadek, panie Kincaid?
– Nie, sir – z żalem powiedział Ben. – Pan Vick był jedynym świadkiem.
– Czy oskarżyciel chce jeszcze zabrać głos?
Swain potrząsnął radośnie głową.
– Nie widzę potrzeby, Wysoki Sądzie.
–  Bardzo   dobrze.   Jeśli   nie   ma   żadnych   wniosków   od   przysięgłych...   –  Spojrzał   na 

zegarek. – Wygląda na to, że możemy dziś jeszcze wysłuchać mów oponentów. A potem – 
zwrócił się do ławy przysięgłych – sprawa będzie w waszych rękach.

background image

Rozdział 57

Sędzia   okręgowy   Swain   rozpoczął   swoją   mowę   końcową   głosem   tak   cichym,   że 

protokolant musiał nieźle wytężać słuch, żeby nie uronić ani słowa.

–  Donald   Vick   nie   chce,   abyście   poznali   całą   historię.   Chce,   żebyście   znali   jedynie 

fragmenty  –   te   bezpieczne   fragmenty,   o   których   może   mówić.   Z   drugiej   strony,   my 
przedstawiliśmy   wam   całą   historię.   Przedstawiliśmy   wszystkie   dokumenty.   Nic   nie 
ukrywaliśmy. W wyniku tego, mam nadzieję, dowiedzieliście się, co naprawdę się stało.  – 
Odszedł   od   ławy   przysięgłych   i   przeszedł   w   poprzek   sali   sądowej,   kierując   wzrok 
przysięgłych   w   stronę   oskarżonego.  –  Wiemy,   że   Donald   Vick   jest   członkiem   grupy 
rasistowskiej,   zwanej   ASP,   która   jest   zdeklarowanym   wrogiem   Wietnamczyków 
zamieszkujących   w   naszej   społeczności.   Wiemy,   że   jest   nieobliczalny   i   że   namawiał   do 
ataków przeciwko Wietnamczykom. Wiemy też, że wieczorem w dniu dwudziestego piątego 
lipca szukał Tommy’ego Vuonga i znalazł go w Bluebell. Przyznał się do tego. Odmówił 
odpowiedzi na pytanie, o czym rozmawiali. Świadkowie zeznali, że zaraz po rozmowie Vick 
zaatakował Vuonga z całą zajadłością. Gdyby nie interwencja innych, Vick równie dobrze 
mógłby zabić  Vuonga w barze. Wiemy,  że Vick miał  dostęp do broni, którą  popełniono 
zbrodnię i że sam zamawiał i odbierał strzały do kuszy. Wiemy również i to, że użył tej broni 
–  krótko po zabójstwie znaleziono jego włosy zaplątane w mechanizm kuszy i jego krew 
rozsmarowaną na ramie. Wszystko to stało się zaledwie kilka godzin po tym, jak Vick rzucił 
się na Vuonga w barze. – Swain powrócił na swoje poprzednie miejsce. Stanął twarzą do ławy 
przysięgłych. – Zwracam się do państwa z prośbą, abyście rozważyli prezentowany materiał 
dowodowy. Czy jest inne wyjaśnienie tych faktów? Czy można wyciągnąć inny wniosek niż 
ten, że to Donald Vick posłał mordercze strzały? – Swain opuścił ręce wzdłuż ciała. – Wydaje 
mi się, że nie ma. Wszyscy chcemy żyć w bezpiecznym miejscu. Chcemy żyć w miejscu, w 
którym  dzieci mogą  się bawić; w miejscu, gdzie nasi seniorzy mogą dożywać sędziwego 
wieku bez uczucia strachu. Silver Springs było takim miejscem. Ale już nie jest. Teraz nie 
można wyjść na ulicę bez obawy, że ktoś ze śmiercionośną bronią wychynie z cienia.

Ben już miał zgłosić sprzeciw, ale zdecydował się tego nie robić. Przemowa Swaina 

zaczynała   być   niestosownie   stronnicza.   Prosił   ławę   przysięgłych   o   wydanie   wyroku,   aby 

background image

pozbyć się zła, a nie dlatego, że dowody świadczyły przeciwko Vickowi. Ale ławnicy już to 
usłyszeli   i   czuli   nienawiść   w   stosunku   do   jego   klienta.   Nie   chciał   pogarszać   sprawy, 
zgłaszając sprzeciw w nieodpowiednim momencie.

–  Nie musi tak być  –  ciągnął Swain  –  możemy uratować nasze miasto. Odbudować je. 

Wy,   panie   i   panowie   przysięgli,   możecie   zadecydować   o   tym,   że   terroryzm,   przemoc   i 
nietolerancja   nie   będą   miały   racji   bytu   w   Silver   Springs.   Przedstawiliśmy   motywy 
postępowania Donalda Vicka, jego wymyślone alibi. Niezaprzeczalne dowody, znalezione na 
narzędziu morderstwa, wskazują na Donalda Vicka. I dlatego stwierdzam, że osiągnęliśmy 
cel.   Proszę   dla   naszego   wspólnego   dobra,   abyście   ogłosili   Donalda   Vicka   winnym 
popełnionej zbrodni.

Jak tylko Swain usiadł, Ben powoli wstał i podszedł do ławy przysięgłych, zdając sobie 

sprawę, że musi zrobić trochę więcej, niż kłócić się o rok lub dwa.

Musi prosić o życie dla człowieka.
–  Panie i panowie przysięgli! Nie sądzimy ASP. Nie przewidujemy przyszłości Silver 

Springs. Sądzimy Donalda Vicka. Kropka. I nie jesteście państwo proszeni o zadecydowanie, 
co jest  dobre dla społeczności,  waszych  dzieci  czy też  przyszłych  pokoleń.  Nie jesteście 
proszeni   o   zajęcie   stanowiska   wobec   grup   rasistowskich,   nacjonalistycznych   czy   też 
terrorystycznych. Proszeni jesteście o udzielenie odpowiedzi na jedno, jedyne pytanie: czy 
oskarżenie dowiodło, że Donald Vick bezsprzecznie jest winien popełnionej zbrodni? – Ben 
wrócił do swojego stołu, aby członkowie ławy przysięgłych znów mogli obserwować Vicka. 
Chciał im w ten sposób przypomnieć, że decydowali o życiu człowieka. – Wszystkie dowody 
tu   przedstawione,   wszystkie   bez   wyjątku,   są   dowodami   pośrednimi.   Żaden   z   nich 
bezpośrednio   nie   dowodzi,   że   to   Donald   popełnił   zbrodnię.   Nikt   go   nie   widział,   jak 
dopuszczał się zbrodni, nikt nie widział krwi na jego rękach... – Głupi dobór słów; przysięgli 
pamiętają  o   krwi   na   jego   koszuli.   Za   późno,   lepiej   kontynuować.  –  Wersja   wydarzeń 
przedstawiona   przez   oskarżyciela   jest   w   najlepszym   wypadku   tylko   jedną   z   możliwych 
wersji. To nie jest ostateczny wniosek. Pomyślmy chwilę o innej możliwości. Wyobraźcie 
sobie pustą wiejską drogę nocą. Tylko tym razem, wyobraźcie sobie, że to wy spacerujecie o 
północy.   Załóżmy   też,   aby   opowieść   była   ciekawsza,   że   pokłóciliście   się   z   kimś   tego 
wieczoru. Zapewne każdemu z was zdarzyło  się stracić samokontrolę i zrobić coś, czego 
potem żałował. I załóżmy, że zaraz po waśni wasz przeciwnik został zamordowany. A kiedy 
zjawiła się po was policja nie mieliście czasu, aby wymyślić wiarygodne alibi. Więc was 
zaaresztowano.   Wyobraźcie   sobie   państwo   siebie   siedzących   na   miejscu   oskarżonego. 
Podczas procesu o wasze życie. Absurd mówicie? Coś takiego nigdy by się nie wydarzyło? – 
Ben   rozłożył  ramiona.   –  Ależ   to   jest   właśnie   sprawa   przeciwko   Donaldowi   Vickowi. 
Oskarżyciel chce go skazać za to, że nie lubił Tommy’ego Vuonga, że pobił Tommy’ego 
Vuonga i za to, że nie miał alibi, gdy zabito Tommy’ego. Ale, mówicie, to może się zdarzyć 
każdemu. A ja wam mówię: macie rację. I to jest właśnie sedno sprawy. – Ben oparł ręce na 

background image

balustradzie. Zbliżył się do członków ławy przysięgłych tak blisko jak nigdy dotąd.  –  Nie 
możecie skazać na śmierć człowieka za zbieg okoliczności. Nie możecie go skazać dlatego, że 
mógł popełnić tę zbrodnię. Możecie go skazać tylko wtedy, gdy wyeliminujecie wszystkie 
zbiegi okoliczności. Musicie mieć pewność. Niezłomną pewność! Cóż, nie sądzę, byście mieli 
taką pewność. Nie możecie być pewni. Wydaje mi się, że każdy z was ma wątpliwości. I to 
decyduje.   Tak   długo,   jak   pozostają   wątpliwości,   nie   macie   wyboru.   Ogłoście   werdykt 
uniewinniający Donalda Vicka. – Ben mierzył ich przez chwilę wzrokiem, po czym wrócił na 
swoje miejsce.

Poszło mu dobrze, lepiej niż się spodziewał. Niestety, to nie było ostatnie słowo.
– Oskarżyciel? – zapytał sędzia Tyler.
– Raczej tak. – Swain zerwał się na równe nogi.
Z pewnością zauważył, że przysięgłych zmęczyły już przemowy. Zamierzał powiedzieć, 

co miał do powiedzenia i skończyć ze sprawą.

– No tak, pan Kincaid przedstawił nam dramat, prawda?
I kto to mówi? – pomyślał Ben.
–  Ale pominął  kilka  szczegółów. Takich  jak, na przykład,  ten, że Donald  Vick miał 

dostęp do kuszy i osobiście odebrał strzały na dzień przed morderstwem. A również to, że 
spacerował   sobie   nocą   w   pobliżu   miejsca   zbrodni   z   plamami   krwi   na   koszuli.  –  Swain 
podniósł kuszę nad głową. – Czyżby pan Kincaid zapomniał, że na kuszy znaleziono włosy i 
krew Vicka?! – krzyknął. – Myślę, że nie. Ale on miał nadzieję, że wy zapomnieliście. Tej 
zbrodni nie mógł popełnić ktoś inny. Któż jeszcze atakował ofiarę? Kto jeszcze specjalnie 
zamówił broń? Któż jeszcze oświadczył szeryfowi, że Tommy Vuong zasłużył na śmierć? 
Nikt inny!  –  Odwrócił się i wskazał na oskarżonego.  – Nikt inny! Tylko Donald Vick! – 
Swain podszedł do swojego stołu, kończąc krótką przemowę, rzucił jeszcze jedno spojrzenie 
na ławę przysięgłych. – Istnieje tylko ta jedna możliwość. Proszę was, abyście uznali Donalda 
Vicka winnym popełnionej zbrodni.

Sędzia poinstruował przysięgłych, potem urzędnik sądowy zaprowadził ich do pokoju na 

tyłach sali sądowej. Tyler poradził im, aby zaczęli dyskusję od razu, nie czekając następnego 
dnia.

Ben wyczuł z tonu sędziego, że ten nie sądził, aby dyskusja trwała długo.

background image

Część III

Odpryski nienawiści

background image

Rozdział 58

Tuż po zachodzie słońca, trzymając się za ręce, pułkownik Nguyen i Lan spacerowali 

wśród sosen otaczających Coi Than Tien. Noc była cicha i spokojna; prawie zapomnieli o 
problemach.

Pułkownik Nguyen  opuścił sąd zaraz po wyjściu  przysięgłych  na debatę. Jeszcze  nie 

skończyli. Nguyen powtarzał sobie, że nikt nie może być pewien tego, co dzieje się w ich 
myślach. Lecz materiał dowodowy był mocny, wręcz przytłaczający. Nie miał wątpliwości, 
że ława przysięgłych zadecyduje o winie i skaże Donalda Vicka na śmierć.

Człowieka, który nie popełnił zbrodni.
– Przybyliśmy tu, aby uciec od złych myśli – przypomniała mu Lan. – Ale wyczuwam, że 

twoje kłopoty podążają za tobą.

Uśmiechnął się nieszczerze. Zastanawiał się, jak bardzo ona to przeżywała, jego strach, 

zmienność   nastrojów,   niepewność.   On   przynajmniej   nad   czymś   panował  –  mógł   obierać 
własną drogę. Ona pozostawała na łasce jego decyzji.

– Wciąż myślisz o procesie?
Skinął głową.
– Z pewnością skażą tego człowieka. Z pewnością nie ma dla nas innego wyboru. Dla Coi 

Than Tien.

To,   co   mówiła,   było   prawdą.   Nguyen   wiedział,   że   w   tej   chwili   Dan   Pham   i   jego 

poplecznicy zebrali się w budynku fermy w oczekiwaniu na werdykt sędziego. Nie ukrywali, 
że   oczekują   śmierci   Vicka.   A   jeśli   wyrok   sądu  ich   nie   usatysfakcjonuje,  sami   wymierzą 
sprawiedliwość.

Taki był wybór. Na mocy wyroku skazującego niewinny człowiek straci życie. A werdykt 

uniewinniający sprowadzi na Coi Than Tien przemoc, ataki, a może nawet zagładę.

Lan ujęła jego dłoń.
– Czy mogę coś zrobić, aby rozwiać twoje troski, mój mężu?
– Nie. Musimy poczekać i zobaczyć, co...
Przerwał, słysząc dźwięk obijających się puszek w pobliżu płotu otaczającego Coi Than 

Tien. Ktoś poruszył drut, który rozciągnął w poprzek głównego wejścia do Coi Than Tien. 

background image

Kilka sekund później padły strzały. Z broni automatycznej.

– Zostań tu – rzucił Lan.
Nie czekając na odpowiedź, Nguyen pobiegł w kierunku Coi Than Tien. Straciłby kolejną 

minutę, gdyby biegł do bramy, zamiast tego zamierzał wdrapać się na płot. Skoczył jakiś metr 
nad ziemię i uchwycił górny brzeg. Oparł się nogami i spadł na drugą stronę.

To   była   znowu   czarna   półciężarówka   z   zaciemnionymi   szybami,   po   raz   kolejny 

przynosząca śmierć i zniszczenie dla Coi Than Tien. Lufy pistoletów wystawały zarówno od 
strony kierowcy, jak i pasażera, siejąc kule we wszystkich kierunkach.

Nguyen biegł tak szybko, jak tylko mógł w stronę półciężarówki. Minął przerażonych 

sąsiadów,   uciekających   w   przeciwnym   kierunku,   desperacko   szukających   bezpiecznego 
schronienia.

Ukrył   się   za   budynkiem   fermy   i   skierował   w   stronę   swojego   domu.   Kierowca 

półciężarówki zauważył go. Zawyły silniki, samochód zrobił zwrot i skierowano na niego 
ogień. Kula odbiła się rykoszetem od poręczy zaledwie centymetry nad jego głową. Nguyen 
padł na ziemię, potem przeczołgał się na kolanach i łokciach pod wejściowe drzwi. Otworzył 
je i wpełzł do domu, zatrzaskując drzwi za sobą.

Holly stała w bawialni obok kołyski Mary. Mary głośno i rozpaczliwie płakała.
– Pilnowałam dziecka, tatusiu – powiedziała Holly przez łzy. – Tak jak mi kazałeś.
–   Na   podłogę!  –  Nguyen   złapał   dziewczynkę   i   przycisnął   ją  do   drewnianej   podłogi. 

Deszcz kul wleciał przez okno. Holly krzyczała.

Nguyen wyjął dziecko z kołyski i przytulił do siebie. Przycisnął obie dziewczynki do 

desek i modlił się, żeby niebezpieczeństwo minęło. Słyszał silnik półciężarówki, okrążała, 
fermę. Strach trzymał wszystkich w domach.

Kolejna seria przeszyła frontowe drzwi i okna, te które zreperował dwa dni temu. Poczuł 

gniew. Jak mogą atakować ludzi w ich własnych domach! Straszyć  dzieci! Jego ciało aż 
stężało od nienawiści. Gdyby mógł stąd wyjść, rozerwałby ich na strzępy. Zniszczyłby ich. 
Ale nie może zostawić dzieci...

– Idź – usłyszał głos za sobą.
To była Lan. Musiała biec na skróty, od tyłu osiedla, i wejść tylnymi drzwiami.
– Ja zaopiekuję się dziećmi. Idź.
Jak   tylko   sprawdził,   że   półciężarówka   oddaliła   się   od   ich   domu,   Nguyen   przystawił 

krzesło do szafy, którą sam zmontował w pokoju. Zza książek znajdujących się na górnej 
półce, z dala od zasięgu dzieci, wyciągnął pistolet. Służył mu długo i dobrze. Będzie służył 
mu znowu.

Kiedy wybiegał z domu usłyszał strzały z pistoletu, ale tym razem z innego miejsca. 

Drzwi wejściowe do fermy były otwarte i gęsto padały stamtąd strzały. To musiał być Pham i 
jego ruch oporu. Pomimo zaprzeczeń Phama,  Nguyen  podejrzewał, że przechowują broń; 
teraz jego podejrzenia się uwiarygodniły. W obecnych warunkach nawet na to nie narzekał.

background image

Ludzie   Phama  nie  mieli  karabinów,  ale   było  ich  całkiem   sporo  i  mogli  ukryć   się  w 

ciemnym   wnętrzu   fermy.   Półciężarówka   zatrzymała   się   pomiędzy   odbudowanym   domem 
Truonga a fermą.

Pułkownik Nguyen przykucnął, trzymał oburącz pistolet i starannie celował. Pierwsza 

kula przebiła lewą tylną oponę półciężarówki. Duże terenowe opony stanowiły łatwy cel. 
Druga kula rozerwała lewą przednią oponę.

Ktoś   w   półciężarówce   zauważył,   co   się   stało.   Koła   zabuksowały,   kiedy   usiłowali 

odjechać. Wreszcie samochód ruszył, przechylając się na lewą stronę i trąc felgami o ziemię. 
W   tym   momencie   Nguyen   strzelił   w   przednią  szybę.   Rozprysnęła   się   na   kawałki,   a 
półciężarówka wytoczyła przez bramę, sypiąc za sobą odłamkami szkła.

Nguyen pobiegł za samochodem, ale po pięćdziesięciu metrach stanął zdyszany. Czarna 

półciężarówka zaatakowała znowu i ponownie zniknęła bez śladu, podobnie jak kilka razy 
wcześniej.

Dan Pham wyłonił się z wnętrza fermy.
– Co za strzelec! – krzyknął. – Wielki pułkownik Nguyen jeszcze raz zatryumfował nad 

wrogiem!

Na twarzy Nguyena nie drgnął żaden mięsień.
– Powiedziałeś, że nie przechowujesz broni. Skłamałeś!
– Tak – przyznał się Pham. – A ty wiedziałeś, że kłamię. I co z tego?
Przyjaciele Phama pojawili się u wejścia do fermy, wielu z nich trzymało broń.
– Czy jesteś wciąż tak ślepy? – Nguyen złapał Phama za kołnierz kurtki. – Nie widzisz, 

co się dzieje? Za każdym razem atak jest coraz groźniejszy. To się nigdy nie skończy!

–  Skończy się  –  głos Phama był zdecydowany.  –  Skończy się, kiedy pozbędziemy się 

ASP!

Jego ludzie wznieśli okrzyki. Nguyen spojrzał im w twarze. Pełne gniewu, twarze ludzi 

gotowych   na   wszystko,   gotowych   iść   do   obozu   ASP   i   zmieść   go   z   powierzchni   ziemi. 
Twarze, na których widniała furia.

Ta sama furia, którą czuł kilka chwil temu.
– Jeśli zaatakujecie obóz ASP – powiedział Nguyen – zgniotą was jak karaluchy.
– Nie wątpię w to – zgodził się Pham – ale mamy inny plan. Dzięki naszej inteligencji 

stać nas było na wymyślenie innego sposobu. Nigdy nie zapomną tego, co im zrobimy.

– Przestańcie! – Nguyen z furią potrząsał Phamem.
– Za późno. – Pham odsunął go. – Jesteśmy gotowi. Czekamy tylko na wynik procesu. 

Ale żaden proces nie zdołał powstrzymać ASP i żaden nigdy nie zdoła. – Zwrócił się twarzą 
do swoich ludzi. – To zależy od nas! Dziś zrealizujemy nasz plan!

Znowu wznieśli radosne okrzyki.
– Ależ to szaleństwo! Samobójstwo! – krzyczał Nguyen, ale jego głos niknął w wiwatach 

wojowników Phama. – Nie pozwolę wam tego zrobić!

background image

Nagle ciemność przeszył przeraźliwy krzyk, tak głośny, że słychać go było w całym Coi 

Than Tien.

– Mój Boże – wyszeptał Nguyen. – Co to jest?
Młodsza   córka   Danga,   Cam,   wybiegła   z   odbudowanego   domu   Truonga.   Zanosiła   się 

płaczem, przyciskając dłoń do ust.

– Co ona tam robiła? – głośno zastanawiał się Pham. – Dom nie jest jeszcze gotowy.
Faktycznie   budowla   nie   była   jeszcze   zakończona,   na   razie   były   to   tylko   drewniane 

rusztowania, do których przymocowano ściany boczne.

Nguyen nie miał dużo czasu na zastanawianie. Cam podbiegła do niego i wtuliła się w 

jego ramię.

–  Sprawdzałam, czy w domach nie ma kogoś rannego w strzelaninie –  przerwała, żeby 

wziąć oddech.  –  Nie wiem, dlaczego tam weszłam, to chyba... przeczucie. Chciałam tam 
zajrzeć. I zobaczyłam...

Oczy Nguyena rozszerzyły się, kiedy nagle zrozumiał... Przekazał płaczącą Cam jednemu 

z   ludzi   Phama   i   pobiegł   do   nowego   domu.   W   wielu   miejscach   prześwitywało   jeszcze 
rusztowanie w kolorze świeżego drewna sosny.

Otworzył   drzwi   wejściowe.   Na   podłodze   leżało   skręcone   ciało.   Kobieta.   Z   otworem 

wlotowym po kuli w głowie. Jej głowa i ramiona spoczywały w ciemnej kałuży krwi. Kula 
pozostawiła w jej czaszce nieregularny otwór wielkości pięści. Nguyen chwycił dłoń kobiety, 
ale wiedział, że nie wyczuje pulsu. Nie żyła; umarła zapewne w chwilę po tym, jak kula 
napastnika zmiażdżyła jej czaszkę. Biedni Truongowie – jak by los nie doświadczył ich już 
wystarczająco ciężko.

Mrugnął i otarł pot zalewający mu oczy.  Kobieta nie należała do rodziny Truongów. 

Patrzył na jej nadgarstek, dłoń, skórę o perłowym połysku.

Kobieta była biała.
Cóż ona tu mogła robić? Odgarnął jej ciemne włosy i przypatrywał się twarzy, czy raczej 

temu co po niej zostało. Z pewnością była biała. I wydawała się znajoma.

W tym momencie łzy napłynęły mu do oczu. Nie mógł ich dłużej powstrzymywać. Przez 

tak długi czas nie pozwalał sobie na okazywanie uczuć. Teraz płakał. Musiał. Czy chciał czy 
nie.

Nikt nie był bezpieczny. Zginęła niewinna kobieta. W swoim zapamiętaniu Pham mógł 

zabić niewinnego chłopaka, którego jedyną winą było to, że przyłączył się do rasistów. A w 
odwecie  ASP   zmiecie   Phama   i   jego   towarzyszy   –  a   może   i   całe   Coi   Than   Tien  –  z 
powierzchni ziemi. Nikt nie był bezpieczny.

Nguyen doszedł do wniosku, że w dużej części to była jego wina. Kierując się strachem o 

swoją rodzinę, utrudnił wysiłki zmierzające do przywrócenia pokoju, udaremnił zwycięstwo 
sprawiedliwości. Spowodował wiele nieszczęść.

I nie zdołał ich powstrzymać. Jego słowa były niczym,  pyłem na wietrze. Ostateczne 

background image

starcie pomiędzy ASP i Coi Than Tien dojdzie do skutku. Nigdy wcześniej nie miał takiej 
pewności.

Nguyen zauważył, że wciąż ściskał dłoń zmarłej, ale nie puścił jej. Uścisnął ją nawet 

mocniej. Pozostała mu do zrobienia tylko jedna rzecz. Mógł zapobiec kolejnej tragedii.

Mógł to zrobić. I zrobi to.

background image

Rozdział 59

– Panie Kincaid, czy mógłbym z panem zamienić słowo?
Ben   i   Mike   ujrzeli   zmęczoną   azjatycką   twarz,   głęboko   osadzone   oczy,   skronie 

przyprószone siwizną.

– Oczywiście. To mój przyjaciel, porucznik Mike Morelli. Mike to pułkownik Nguyen.
– Pułkownik Khue Van Nguyen. – Skłonił się nieco. – Ma pan dobrą pamięć.
– Widziałem pana na sali sądowej. Przysłuchiwał się pan procesowi.
– Tak. To prawda.
Nguyen   dziwnie   się   zachowywał,   jakby   z   wahaniem;   jakby   miał   coś   ważnego   do 

powiedzenia, ale nie wiedział, jak zacząć.

– Czy miał pan ku temu jakiś szczególny powód?
– Ciekawość. Czy ławnicy już wrócili?
– Nie. Zabiera im to dużo czasu. Chyba przeciągnie się to do jutra. Co najmniej.
– To źle. – Nguyen nerwowo zacierał dłonie.
– Pułkowniku Nguyen, proszę mi wybaczyć, że będę mówił bez ogródek, ale wydaje mi 

się, że pan chce mi coś powiedzieć.

– Tak. – Nguyen skrzyżował ręce. – Donald Vick nie zabił Tommy’ego Vuonga.
– Co?! – Ben wstał z krzesła. – Skąd pan wie?
– Byłem tam.
– Chce pan powiedzieć, że to pan go zabił?
– Nie. Ale widziałem to.
– Był pan z nim, kiedy go zabito?
– Przyszedłem tam minutę po morderstwie. Krzyż jeszcze płonął. Słyszałem jego ostatnie 

słowa. Widziałem, jak płomienie ogarnęły jego ciało.

Ben przechylił się nad biurkiem i chwycił Nguyena za ramię.
– Kto zabił Vuonga?
– Tego nie wiem. Widziałem zarys sylwetki uciekającej postaci. Nie widziałem wyraźnie.
– Ale to nie był Vick?
– Nie. Tego jestem pewien. Morderca był szczuplejszy, niższy. To był ktoś inny.

background image

Ben spojrzał na Mike’ego.
– Jesteś moim świadkiem.
– Jasne.
– Pułkowniku Nguyen, dlaczego nie powiedział mi pan o tym przed końcem procesu?
Nguyen pochylił głowę.
– Bałem się ewentualnych... reperkusji. Nie w stosunku do mnie. Ale do żony, dzieci. Nie 

mogę   pozwolić,   aby   cierpiały.  –  W   oczach   Nguyena   pojawił   się   wstyd.  –   To   nie   jest 
wymówka. To po prostu... wyjaśnienie.

– Co przyczyniło się do zmiany pana zdania?
– Czy słyszał pan, co wydarzyło się dziś w Coi Than Tien?
– Chyba nie kolejny pożar?
– Nie. Atak z bronią. Ludzie w czarnej półciężarówce z karabinami w rękach.
– ASP?
– Najprawdopodobniej. Ale nie mamy dowodów. Tak jak zawsze.
Ben ze smutkiem pokręcił głową.
– Czy ktoś został ranny? Twarz Nguyena stężała.
– Ofiara śmiertelna. Biała kobieta.
– W Coi Than Tien? Znowu? – Ben zachmurzył się. – Kim była?
– Nie wiem.
– Czy ktoś prowadzi śledztwo w tej sprawie? – wtrącił się Mike.
– Jest tam szeryf Collier – odparł Nguyen. – Ale podejrzewam, że czuje się bezradny.
– Ben – powiedział Mike – jeśli nie masz nic przeciwko, to pójdę tam rozejrzeć się. Może 

będę mógł pomóc.

– W porządku. Idź. Mogę sam poczekać na przysięgłych.
– Dzięki. – Mike chwycił płaszcz i wyszedł z biura.
– Mike jest oficerem dochodzeniowym w Tulsie – wyjaśnił Ben. – Wie, co robić w takich 

sytuacjach.

– To dobrze.
– Pułkowniku Nguyen, co może mi pan powiedzieć o śmierci Vuonga?
Nguyen wyciągnął z kieszeni płaszcza gruby na dwa centymetry plik papierów.
– Znalazłem to w lesie około dwudziestu metrów od miejsca zabójstwa.
Ben przejrzał papiery. Wszystko literatura rasistowska. Pamflety i dowcipy rysunkowe. 

Jeden   nosił   tytuł:   Cały   Biały   Świat.   Drugi   domagał   się:   Utrzymuj   Czystość   Rasową 
Sąsiedztwa. Wszystkie były drukowane przez ASP, pieczątki z tyłu wskazywały, że powstały 
w obozie w Birmingham.

– Czy to możliwe, aby znalazły się tam przed morderstwem?
– Tak blisko Coi Than Tien? Nie wydaje mi się.
– I nie pokazał pan tego szeryfowi?

background image

– Nie. Bałem się... bo wskazywały, że morderstwa dokonał ktoś z ASP.
–  W każdym razie to o to chodziło  –  wymruczał Ben.  –  Włożył papiery do biurka.  – 

Dziękuję panu za pomoc, pułkowniku Nguyen. Czy mogę coś dla pana zrobić?

Nguyen ze smutkiem pokręcił głową.
– Nikt w żaden sposób nie może mi pomóc. Kiedy Pham dowie się, co zrobiłem, każe mi 

opuścić Coi Than Tien. I wtedy moja żona dowie się... –  Złapał się rękami za głowę.  – 
Obawiam się, że opuszczę Coi Than Tien samotnie.

Nagle do biura wpadł Loving. Ben nigdy nie widział tego potężnego mężczyzny w takim 

pędzie. Ale widać to był dzień niespodzianek. Zaraz za Lovingiem pojawiła się Christina.

– Kapitanie – wrzeszczał Loving – mamy do pogadania!
Ben nie patrzył na niego.
– Christina!
– Kapitanie! – nalegał Loving – musimy porozmawiać!
– Chwileczkę. Christina, jak to dobrze cię widzieć. Nie oczekiwałem...
–  Przyszłam do Lovinga  –  powiedziała szybko. Potrząsnęła blond włosami.  –  Jadłam 

przekąskę   w   Bo-Bo,   kiedy   zobaczyłam   go   biegnącego   tutaj.   Myślałam,   że   może   mnie 
podwiezie.

– Och. A więc to nie dlatego...
– Kapitanie, posłuchaj! To ważne!
Ben zrezygnowany odwrócił się od Christiny.
– Co się stało? Co za ważna sprawa?
– To ASP. Planują coś wielkiego. I to stanie się dziś w nocy!
– Skąd wiesz?
– Kilku szeregowców było w Bluebell. Zaprzyjaźniałem się z nimi cały dzień. Myślą, że 

jestem jednym z nich. Do diabła, właściwie mnie zaciągnęli!

– Jesteś pewien, że to się już nie stało? Był napad na Coi Than Tien, dziś wieczorem.
– To coś innego. Zaczyna się o północy. Specjalne spotkanie.
– W ich obozie?
– Nie. Jakieś sekretne miejsce. Nie wiem gdzie.
– No tak. Takie organizacje jak ASP mają same sekretne spotkania. Dlaczego tak się tym 

przejmujesz?

– Dlatego, że ASP nie nazywa tego spotkaniem.
– A jak?
– Nazywają to procesem.

background image

Rozdział 60

– Procesem? Kogo?
– Nie wiem, kapitanie. Ale to ma coś wspólnego z Vickiem. Może chcą się dowiedzieć, 

kto naprawdę zabił Vuonga.

– Bardziej prawdopodobne, że odznaczyliby go orderem za zasługi.
– A może – wtrącił się pułkownik Nguyen – sądzą Wielkiego Smoka Dunagana. Za to, że 

składał zeznania przeciwko jednemu ze swoich ludzi.

– To również nie wydaje mi się prawdopodobne. – Ben głęboko się zamyślił.
– Słyszałem jeszcze coś na temat tego wielkiego spotkania – dodał Loving. – Chłopcy w 

Bluebell powiedzieli, że otworzono magazyn broni. Zbroją się. Kapitanie, to naprawdę będzie 
coś poważnego!

Pułkownik Nguyen pochylił głowę.
– Tego się obawiałem. Sąd ostateczny. Oni się zbroją, my się zbroimy. Zniszczymy się 

nawzajem.

– Czy słyszałeś coś jeszcze o tym spotkaniu? – zapytał Ben.
– Nie. Tylko tyle od nich wyciągnąłem.
– Proces – powtórzył Ben. – Po prostu nie wiem, co to może znaczyć. Ale zgadzam się, 

że wiąże się z Donaldem Vickiem.  A może uda się zapełnić puste plamy i wyjaśnić, co 
naprawdę   stało   się   z   Tommy’m   Vuongiem.   Loving,   dziękuję   ci   za   perfekcyjną   pracę 
detektywa. Gdybym nie był tak zajęty, ucałowałbym cię.

Loving spojrzał przerażony.
– Kapitanie!
– Uspokój się Loving. To tylko żart. – Ben odetchnął głęboko. – Zamierzam pójść.
– Co? Gdzie?
– Na tajemne spotkanie ASP.
– Nie możesz! Kapitanie, ci chłopcy odrąbią ci głowę, jeśli cię tylko zobaczą!
– Muszę wykorzystać szansę.
– A więc idę z tobą.
– Nie. Ty odwieziesz Christinę do domu. I nie zostawiaj jej samej. Gdyby dziś w nocy 

background image

były kłopoty, to będzie o nich słychać w całym mieście.

–  Ale jak znajdziesz miejsce spotkania? Mówiłem ci już, że to nie jest w obozie. Nie 

wiem, gdzie się odbędzie.

– Ja też nie. – Ben wziął swoją wiatrówkę. – Ale znam kogoś kto wie.

Ku rozpaczy Bena w więzieniu samotnie sprawował służbę szeryf Gustafson.
– Chcę się zobaczyć z moim klientem – rzucił Ben. – Natychmiast. Gustafson skrzywił 

się.

– Chcesz? Teraz? A to szkoda. Bo nie zależy mi na tym, żeby cię do niego wpuścić.
– Nie masz wyboru. Konstytucja daje mu prawo konsultowania się z adwokatem.
– Podczas procesu, oczywiście. Ale, o ile rozumiem, proces już się skończył. Musztarda 

po obiedzie.

– Nie mam czasu na wysłuchiwanie bzdur. Porozmawiam z szeryfem Collierem, gdzie on 

jest?

– Pojechał do Coi Than Tien. Wietnamczycy znowu mają kłopoty. Pojechał to sprawdzić. 

Tak naprawdę to wszyscy tam pojechali. – Wyszczerzył w uśmiechu zęby. – Oprócz mnie.

Ben złapał Gustafsona za brązowy krawat, który owinął sobie dookoła pięści.
– Słuchaj, ty głupi, ograniczony sukinsynu. Już mam cię dosyć. Pastwiłeś się nade mną w 

zeszłym tygodniu, a ja nic potem nie powiedziałem.

– Bo byłeś przerażonym gównem.
– Nieprawda. Bo też mam siostrę i nie podobałoby mi się, gdyby ktoś ją skrzywdził. Tak 

naprawdę, to byłbym wściekły i chciałbym zabić człowieka, który to zrobił. Ale tego już za 
dużo. Nie mam nic wspólnego z podłożeniem bomby i nie mam czasu na gadanie z furiatem, 
który się usprawiedliwia, zrzucając na mnie winę. Więc daj mi te przeklęte klucze! Gustafson 
spoglądał na Bena spod przymrużonych powiek. Po kilku sekundach pchnął klucze w poprzek 
biurka.

– Dziękuję ci za współpracę. – Ben złapał klucze i otworzył drzwi prowadzące do cel.
Jak poprzednio, wszystkie cele były puste oprócz tej jednej, w której przebywał Vick.
– Musimy porozmawiać – krótko postawił sprawę Ben.
Na twarzy Vicka pojawił się strach.
– Czy ława przysięgłych już wróciła?
–  Ciągle obradują. Nie o tym chcę mówić. ASP odbywa dziś ściśle tajne spotkanie w 

jakimś specjalnym miejscu. Muszę wiedzieć gdzie.

– Od tygodni siedzę w celi. Nie wiem...
– Nie udawaj, że nie wiesz. Jak wiele sekretnych miejsc może tu być? Musisz się chociaż 

domyślać, gdzie się zbierają.

– Ale, panie Kincaid... – wbił wzrok w podłogę – złożyłem przysięgę.
– Nie chcę o tym słyszeć.

background image

– Ale obiecałem...
– A ja już mam dosyć tych historyjek o twoich ckliwych przysięgach! Pozwól, że coś ci 

powiem. Jestem twoim jedynym przyjacielem w tym mieście. Zachowujesz się, jak pokorne 
cielę prowadzone na rzeź, a ja z jakichś szalonych powodów zdecydowałem, że na to nie 
pozwolę, a nawet zaryzykowałem własną szyją dla tego procesu. Teraz mam szansę rozwikłać 
tę zagadkę i nie zamierzam jej stracić tylko z tego powodu, że ty złożyłeś  kilka głupich 
przysięg ASP! –  Ben uczepił się dzielących ich metalowych prętów. Wzrokiem przeszywał 
Vicka.  –  Zrobiłem dla ciebie wszystko, co w mojej mocy.  A ty dla mnie nic. Ale to się 
zmieni. Od zaraz.

background image

Rozdział 61

Ben skradał się między zielonymi sosnami otaczającymi kościół  Aryjski. W lesie było 

ciemno i śmiertelnie cicho. Ale Ben wiedział, że ten spokój był tylko iluzją. Siły przemocy 
działały. Miał tylko nadzieję, że uda mu się omijać je jak najdłużej.

W kościele panowała ciemność; nikogo też tam nie było. Ale Vick go uprzedził. Nie da 

się zmylić pozorom.

Przekradł się na tyły kościoła, pomiędzy psiarnię a garaż. Pod jego nogami zaszeleściły 

suche   liście,  przypominając  mu,  że   każdy  jego  krok  może   okazać   się  ostatnim.  Pomimo 
swojej ciekawości, aby zobaczyć, co się dzieje w środku, musi zwolnić. Musi zachowywać się 
ostrożnie.

Wstrzymał oddech, przechodząc obok psiarni. Łowcze psy brata Curtisa spały w drugim 

końcu  klatki.  Na  szczęście!  Gniewne   ujadanie   zainteresowałoby   wszystkich.   Ben  obszedł 
garaż. Usłyszał nagły stukot i zamarł. Rozejrzał się dookoła. Skąd pochodził ten dźwięk? 
Trudno było cokolwiek dostrzec w całkowitej ciemności. Otarł czoło i głęboko, kilkakrotnie 
odetchnął, aby uspokoić rytm serca. Trzęsły mu się ręce i drgał mięsień na policzku. Starał się 
rozluźnić, wmawiał sobie, że nawet jeśli członkowie ASP go złapią, to i tak nic mu nie zrobią. 
Ale to było bezużyteczne. Znał prawdę.

Właśnie gdy zamierzał iść dalej, ponownie usłyszał stukot, tym razem głośniejszy od 

poprzedniego. Poruszając się cicho, prawie na granicy ludzkich możliwości podkradł się do 
opuszczonych, szerokich na dwa samochody drzwi garażu. Były zsunięte, ale dokładnie na 
linii wzroku Bena znajdował się na nich rząd świetlików. Opierając się delikatnie o drzwi, 
Ben wspiął się na palce i zajrzał do środka. Górne światło w garażu było wyłączone, ale paliła 
się lampa naftowa. Wewnątrz znajdowało się dwóch mężczyzn. Ben nie znał ich nazwisk, ale 
pamiętał ich z parady ASP. Szli wtedy na czele, obok Dunagana. A teraz stali po obu stronach 
półciężarówki. Czarnej. A co najmniej częściowo czarnej. Jeden z mężczyzn trzymał pędzel, 
drugi pistolet do lakierowania. Malowali samochód na czerwono.

A więc tak to urządzili. Te osiłki z ASP napadły na Coi Than Tien, a potem wrócili do, 

oddalonego zaledwie o kilkaset metrów, garażu przy kościele. Dziwne, że do tej pory nikt ich 
nie złapał, zdążyli się ukryć na długo przed przybyciem szeryfa. Potem zaczęli malować. 

background image

Zanim   szeryf   pomyśli   o   przeszukaniu   garażu,   jeśli   w   ogóle   wpadnie   na   taki   pomysł, 
półciężarówka będzie już przemalowana, a wszelkie ślady akcji usunięte.

Ben zauważył, że oba lewe koła półciężarówki złapały gumę, a w pobliżu stały dwie 

nowe opony. Mężczyźni wymienią je, jak tylko skończą malować samochód. Jego przednia 
szyba była rozbita. To się trudniej reperuje. Wyglądało na to, że dostali kilka mocnych ciosów 
w Coi Than Tien. Ale żaden z mężczyzn  nie był  zraniony.  Szkoda. To rozwiązało jedną 
tajemnicę, ale Ben chciał znać więcej odpowiedzi, zanim wróci do miasta. Już miał odejść od 
garażu kiedy z tyłu usłyszał głos:

– Nie ruszaj się.
Podskoczył ze strachu. W panice odwrócił się i zobaczył...
Christina. Christina!
– Powiedziałam, nie ruszaj się – zasyczała. – Liczysz na randkę z tymi w garażu?
Christina była ubrana na czarno, od stóp do głowy: czarny golf, czarne dżinsy. Przez 

ramię przewiesiła torbę.

Odeszli od garażu na tyle, że mogli porozmawiać.
– Jak się tu dostałaś?
– To chyba jasne, że cię śledziłam.
– Ale... dlaczego?
– Ben, ktoś musi się tobą opiekować. Powiedzmy to jasno, potrafisz się zgubić, idąc z 

najbliższego sklepu do swojego domu. Dziwię się, że aż tu dotarłeś.

– Ale... no wiesz... nie pomagałaś mi przedtem...
– Mylisz się. Sądzisz, że kto wezwał Mike’a, Jonesa i Lovinga?
– Ja... – Nawet o tym nie pomyślał. – Ale mam na myśli proces...
– Proces się skończył. Albo prawie.
– Tak ale...
– Ben, posłuchaj, ciągle mi się to nie podoba. Biorąc się za tą sprawę, wykazałeś czystą 

głupotę. I to właśnie wtedy, kiedy myślałam, że zaczynasz traktować mnie jak równego sobie 
partnera, odwróciłeś się ode mnie i zdecydowałeś się reprezentować lokalnego faszystę! Nie 
rozumiem tego, wciąż nie rozumiem – przerwała – ale nie pozwolę ci dać się zabić.

Ben zagryzł wargi. Nie zamierzał zepsuć okazji, zadając więcej pytań.
– Ależ wiesz, że jestem w stanie całkowicie zatroszczyć się o siebie.
– Tak, to prawda. Tylko tak dalej.
– Ludzie w garażu to ci, którzy terroryzowali Coi Than Tien.
– Dzięki za wyjaśnienia, ale sama już do tego doszłam.
– Szkoda, że nie mam aparatu.
– I ty uważasz, że jesteś w stanie całkowicie zatroszczyć się o siebie. – Odpięła torbę i 

wyjęła z niej kamerę video Jonesa. – Proszę, 007. Jest gotowa do działania.

– To robi zdjęcia w ciemności?

background image

– Zupełnie nieźle. To dobry sprzęt.
Ben wziął kamerę i podszedł do tylnych drzwi garażu. Ustawił odległość.
– Idź za mną. – Poprowadził ją na tyły kościoła.
– Chyba nie zamierzasz tam wejść.
– Nie. – Zatrzymał się nad metalowymi drzwiami prowadzącymi do piwnicy.
– To wielkie spotkanie odbywa się w piwnicy?
– Pozory mylą. – Ben odchylił jedno skrzydło drzwi i stanął na drabinie.
Pomieszczenie w głębi nie było dobrze oświetlone, ale światła wystarczyło na tyle, żeby 

Ben mógł stwierdzić, że to nie była zwykła piwnica. Na ścianach wisiały półki zapełnione 
papierami, planami i fotografiami.

– Co to jest? – szepnęła Christina.
–  O ile się nie mylę, to kwatera główna ASP. Tu planują te wszystkie brzydkie akcje. 

Przenieśli tu pewnie wszystkie materiały obciążające, więc prokurator okręgowy nie mógł ich 
znaleźć podczas przeszukania obozu. A może to zawsze było tutaj. Dużo bliżej do Coi Than 
Tien.

Christina wskazała uchylone drzwi. Spoza nich dobiegało coś jakby pomruk. Śpiew?
– To tam mają spotkanie? – zapytała.
– Zobaczmy.
Wstrzymując   oddech   i   stawiając   ostrożnie   kroki,   Ben   prześlizgnął   się   do   następnego 

pokoju.

Nagły blask na początku go oślepił. To był dużo większy pokój. Ben zauważył napis 

głoszący, że to sala pojednania. Co za ironia. Domyślił się, że ciągle przebywali pod ziemią, 
dlatego na zewnątrz nie było widać świateł.

Żołnierze ASP zebrali się na drugim końcu sali, otaczając kołem wielki stół, o który, 

ubrany w strój galowy, opierał się Dunagan.

Ben i Christina ukryli się za stosem skrzynek, w których stały butelki z wodą. Ludzie 

ASP nie mogli ich widzieć, ale oni mogli słyszeć, co się dzieje.

Ben   ostrożnie   wychylił   głowę.   Na   szczęście   oczy   wszystkich   skierowane   były   na 

Dunagana.

– Czy ława przysięgłych orzekła werdykt? – zapytał Dunagan głębokim, zdecydowanym 

głosem.

O co chodzi? Czyżby ławnicy wrócili, gdy on przedzierał się przez las?
–  Tak, orzekliśmy.  – Wystąpił jeden z członków ASP. Ben zauważył, że stał po jednej 

stronie z jedenastoma innymi ludźmi. Dunagan nie miał na myśli ławy przysięgłych z procesu 
Vicka; mówił o własnych ludziach.

Mężczyzna wręczył Dunaganowi małą kartkę papieru. Dunagan przeczytał, uśmiechnął 

się, a potem zmiął ją w dłoni.

– Sędziowie stwierdzają pod nieobecność Donalda Vicka jego winę: zdradę.

background image

Mężczyźni   wiwatowali,   by   zaraz   potem,   wznosząc   w   górę   zaciśnięte   pięści,   zacząć 

skandować: „Krwi, krwi, krwi, krwi!”

–  Donald Vick popełnił grzech ciężki  –  zaczął Dunagan.  –  Zdradę przeciwko ASP. Ze 

względu na swoje prywatne powody, zdradził nas wszystkich, złamał przysięgę i zbezcześcił 
nasze święte cele. Jego imię zostanie wytarte z ksiąg ASP. Tak jakby go nigdy nie było. Jest 
martwy.

Więcej wiwatów. Ostatnie słowa Dunagana dźwięczały w głowie Bena.
Uderzył się ręką w czoło.
– Głupiec, głupiec, głupiec.
Christina spojrzała zdziwiona.
– Co?
– Powinienem nagrywać to całe obrzydliwe zgromadzenie. Daj mi kamerę.
– Niech to będzie ostrzeżeniem dla naszych wszystkich wrogów! – krzyczał Dunagan. – 

ASP zawsze się zemści.

– Krew, krew, krew! – zawyli zgromadzeni. – Śmierć, śmierć, śmierć!
Okrzyki   odbijały   się   echem   po   całej   sali;   były   tak   głośne,   że   Ben   poczuł   dreszcze. 

Chwycił mocniej kamerę, aby trzęsące się ręce nie wpłynęły na jakość obrazu.

– Oni z pewnością mają esprit de corps, prawda? – wyszeptała Christina.
– Jak na mój gust to nawet za dużo.
Dunagan kończył swoje kazanie.
– Ci, którzy nas napastują, z pewnością zginą od miecza chrystusowego, tak jak wszystkie 

potępione rasy. Zabijaliśmy naszych wrogów już wcześniej. Zrobimy to też teraz.

Po tych słowach wycia trwały ponad minutę. Ben omiótł kamerą salę, starając się nie 

opuścić żadnego z uczestników. Uśmiech proszę, ASP.

Dunagan wzniósł dłoń i wszyscy szybko postąpili tak samo. Zaczął recytować, a jego 

wierni żołnierze przyłączyli się do niego. Wszyscy znali to na pamięć.

–  Jestem   aryjczykiem.   Służę   armii,   która   chroni   moją   aryjską   rasę.   Będę   walczył   z 

wrogami aryjskiej rasy aż do ostatniego tchu. Nigdy się nie poddam. Jestem aryjczykiem – 
ciągnęli.  –  Jeśli   zostanę   uwięziony,   będę   pamiętał   o   moich   aryjskich   obowiązkach.   Jako 
więzień polityczny będę odpowiadał tylko na pytania o mój wiek, nazwisko i adres. Będę 
odpierał każdy szkodliwy atak na rasę aryjską. Cały czas będę posłuszny rozkazom moich 
przełożonych.

Przysięga miała jeszcze kilka wersetów, które zakończył głośny aplauz. Ben kręcił film. 

W końcu Dunagan uciszył okrzyki.

–  Może   was   to   zainteresuje,   że   dzisiejszy   najazd   na   niewiernych   z   Coi   Than   Tien 

zakończył się całkowitym sukcesem.

Kolejny spontaniczny okrzyk  wzniósł się aż po krokwie. Ben zaczął  się obawiać, że 

spotkanie przerodzi się w rozruchy.

background image

–  Każda nasza akcja osłabia wrogów, ich zdolność do obrony. Wkrótce się poddadzą, 

zdając sobie sprawę z klęski. Opuszczą to miejsce na rzecz jego prawowitych właścicieli – 
rasy anglosaksońskiej. Dzisiejsza operacja przeszła tak, jak została zaplanowana, zgodnie z 
moimi rozkazami.

Ben coraz mocniej ściskał kamerę i nie spuszczał obiektywu z twarzy Dunagana. Dzięki 

ci za wyznania, panie Wielki Smoku. Wydaje mi się, że powiedział pan wystarczająco dużo, 
aby oskarżyć cię o okrutne morderstwo.

Ben był tak pochłonięty przemową Dunagana, że nie usłyszał skradających się z tyłu 

kroków.

– Obcy! – długi, głośny okrzyk uciszył zebranych.
Ben poczuł czyjeś ręce na swoich ramionach i upuścił kamerę. Próbował się wyrwać, ale 

druga para rąk wykręciła mu dłonie.

– Christina! Uciekaj!
Za późno. Już ją  mieli. Jeden z nich złapał ją  za rękę, drugi ramieniem otoczył szyję. 

Walczyła i kopała, ale to nic nie pomogło. Byli zbyt silni.

– Jest ich dwoje! – krzyknął człowiek trzymający Bena.
Oczy Dunagana zwęziły się, kiedy rozpoznał Bena. Gdy w końcu przemówił, było to jak 

warknięcie.

– Przyprowadźcie ich do mnie.

background image

Rozdział 62

Mężczyźni   powlekli   Bena   i   Christinę   przez   szeregi   ASP   w   kierunku   ustawionego   w 

centrum stołu. Ben daremnie walczył.  Nie mógł uciec. A nawet gdyby uciekł, to dokąd? 
Otaczało go z pięćdziesięciu chłopców takich jak tych dwóch, którzy go trzymali.

–   Demon   Kincaid   –  zasyczał   Dunagan   przez   zaciśnięte   zęby.  –  Jak   miło   cię   znów 

widzieć.

– Ta przyjemność nie jest obustronna.
– Radzę ci, nie obrażaj mnie więcej, niż już zdołałeś – powiedział złowieszczo. – Spojrzał 

na Christinę. – Kim ona jest? Kolejną dziwką z Hatewatch?

– To moja asystentka. Jest tu tylko dlatego, że ja kazałem jej przyjść. Wypuść ją.
– Obawiam się, że na to jest już za późno.
– Nawet nie myśl o skrzywdzeniu jej, Dunagan. Słyszałem, co powiedziałeś przed chwilą. 

Włącznie z twoim wyznaniem, że ponosisz odpowiedzialność za ataki na Coi Than Tien.

– Musimy oczyścić naszą ziemię.
–  No tak, więc dzisiejsze czystki zakończyły się śmiercią, a to znaczy,  że zostaniesz 

oskarżony o współudział w morderstwie. Dunagan, to jest ciężkie oskarżenie. Zupełnie jak o 
morderstwo.

Mięśnie policzkowe Dunagana stwardniały, a na szyi pojawiły się nabrzmiałe żyły.
– A więc zapewniam cię, że nigdy nie będziesz miał okazji nikomu powiedzieć, czego się 

dowiedziałeś.

Ktoś przedzierał się przez rzędy członków ASP. To był jeden z nich i w ręku trzymał 

kamerę video.

– Obcy ją zgubili.
Dunagan wyrwał kamerę, nie spuszczając spojrzenia z Bena. Na nieszczęście wiedział, 

jak ona działa. Przewinął film i go sobie obejrzał.

– To szpiedzy! – krzyczał. – Wrogowie! – Jego furiackie krzyki zmroziły Benowi krew w 

żyłach.  – Jak to wygodnie –  ciągnął już ciszej Dunagan  –  że mamy wybranych członków 
ławy przysięgłych. Panowie, przedstawiam wam dowód rzeczowy A!

Podał   kamerę   mężczyźnie,   który   odczytał   poprzedni   werdykt,   i   który   podał   ją   dalej 

background image

ławnikom z ASP. Kilku z nich przejrzało taśmę, inni nawet się nie trudzili.

– Czy możecie wydać werdykt? – zapytał Dunagan.
– Chwileczkę! – wtrącił się Ben. – Co to za sąd? Czy ja nie mam tu nic do powiedzenia?
W odpowiedzi Dunagan uderzył go wierzchem dłoni w twarz.
–  Twoje   działania   mówią   więcej   niż   twoje   słowa.   Ponownie   zwracam   się   do   ławy 

przysięgłych. Panowie, czy ustaliliście werdykt?

Przysięgli obradowali przez dziesięć sekund.
– Obcy są winni prowadzenia konspiracji przeciwko ASP.
Ben   próbował   się   wyswobodzić,   lecz   oprawcy   trzymali   go   mocno.   Nie   mógł   nawet 

drgnąć.

–  Dunagan,   nie   zastraszysz   mnie   tym   śmiesznym   sądem.   Nie   rozpoznałbyś 

sprawiedliwości, nawet gdyby ci ją podstawiono pod nos.

Dunagan znowu uderzył Bena, tym razem pięścią.
– Bardzo dobrze. – Dunagan zwrócił się twarzą do wszystkich zebranych. – Obcy zostali 

uznani winnymi w oczach tego sądu. Jaki będzie dla nich wyrok?

– Śmierć! – krzyknął ktoś, a inni się przyłączyli: – Śmierć, śmierć, śmierć!
Ben   nie   mógł   uwierzyć   w   to,   co   się   działo.   To   odbywało   się   zbyt   szybko,   zbyt 

surrealistycznie.   Ludzie   nie   zachowująsię   w   ten   sposób.   Nikt   nie   może   być   tak   skażony 
nienawiścią,   nikt   nie   może   być   tak   pozbawiony   rozumu.   Nie   aż   tak   wiele   osób.   Na 
nieszczęście działała tu pewnie psychoza tłumu. Łatwiej manipuluje się dużymi grupami niż 
jednostkami. A ta grupa znajdowała się całkowicie pod hipnotycznym wpływem Dunagana.

– Śmierć, śmierć, śmierć! – krzyczeli.
– Ława przysięgłych wydała wyrok – wyraźnie powiedział Wielki Smok.
– Dunagan, to morderstwo. Nieważne, jak ty to nazwiesz. To morderstwo!
Wielki Smok go zignorował. Podszedł do jednego ze swoich asystentów.
Zanim Ben mógł cokolwiek zrobić, ktoś przytknął mu do twarzy mokrą szmatę.
Chloroform.   Cholera!   Przestał   oddychać,   ale   wcześniej   nie   zdążył   nabrać   powietrza. 

Wiedział,  że długo nie wytrzyma.  Spojrzał za siebie.  Christina  przechodziła  to samo.  Jej 
powieki   drżały.  Potem  się  zamknęły.  Benowi  zacierał  się  obraz  przed  oczami.   Starał  się 
trzymać oczy otwarte.

W tłumie narastało poruszenie. Chwileczkę! Coś się stało. Zebrani wskazywali na tył sali, 

biegli...

Członkowie ASP zbijali się w grupki i uciekali z pomieszczenia. Ale dlaczego? Ben nie 

miał pojęcia, co się dzieje.

Aż nagle pokój wypełniło białe, ostre światło. Gorące. Pulsowało i zmieniało kształt. 

Zajmowało coraz większą przestrzeń.

Ben już to przedtem widział, ostatnio nawet zbyt często.
Ogień.

background image

Zanim stracił przytomność, domyślił się, że kościół płonął.

background image

Rozdział 63

Obudził się kaszląc. Dym unosił się wszędzie niczym  szara mgła. Wzrok przebijał ją 

tylko na odległość kilku metrów.

Kilka   razy   potrząsnął   głową,   aby   pozbyć   się   majaków.   Znajdował   się   wciąż   w   sali 

pojednania.   A   przynajmniej   tak   mu   się   wydawało.   Trudno   było   to   stwierdzić   z   całą 
pewnością. Chloroform zmętnił mu wzrok i wywołał ból w skroniach. Musiał...

O Boże. Christina!
Zawołał ją po imieniu, ale nie odpowiedziała. Rozejrzał się wokół, ale dym utrudniał mu 

poszukiwania. Co gorsze, zauważył płomień wydobywający się z sali będącej kwaterą główną 
ASP i rozprzestrzeniający się wokół. Najprawdopodobniej właśnie tam podłożono ogień i to 
przez klapę, którą Ben pozostawił otwartą.

– Christina!
Obiegł stół. Czyżby ją ze sobą zabrali? Dlaczego ją, a nie jego? To bez sensu.
– Christina!
Musi sobie przypomnieć, gdzie ją widział po raz ostatni. Trzymali ją tutaj, za stołem...
Potknął się o nią, zanim ją zobaczył.  Leżała  na podłodze z rękami na głowie. Miała 

zamknięte oczy.

– Christina! – Zakrztusił się, dym drażnił mu gardło. Uniósł jej głowę.
Powoli otworzyła oczy. Chciała coś powiedzieć, odetchnęła dymem i zaczęła kaszleć.
Ben pomógł jej usiąść.
– Co się stało? – wysapała.
– Ktoś podłożył ogień w kościele. ASP uciekł. Zostawili nas tu, abyśmy zginęli.
– Świetnie. Jak... – Znowu zaczęła się krztusić.
– Chyba przyjęłaś większą dawkę chloroformu niż ja. Czy możesz wstać?
Skinęła głową. Ben pomógł jej podnieść się na nogi.
– Nie mam zamiaru cię popędzać, ale wyjście jest już prawie zablokowane przez ogień. 

Musimy się stąd wydostać, zanim drzwi frontowe też będą nie do przebycia.

Podtrzymał   ją   ramieniem   i   zaczęli   iść   w   stronę   schodów   prowadzących 

najprawdopodobniej na parter kościoła. Przejście wypełniał ciemny, gęsty dym, ale przedarli 

background image

się na szczyt.

Wejście frontowe do kościoła stało również w płomieniach.
Ben zacisnął szczęki.
– Tu też musieli podłożyć ogień. Usiłowali uwięzić wszystkich w pułapce.
– To się im nie udało. – Twarz Christiny pokryła się sadzą. – Chłopcy dali dyla.
– Tylne wejście. – Ben strzelił palcami. – Pamiętasz? Przechodziliśmy tamtędy w drodze 

do piwnicy. Musi być z drugiej strony sali. – Złapał dłoń Christiny. – Chodź!

– Czekaj!
– Co! Nie mamy czasu...
– Posłuchaj!
Ben zamilkł. A po chwili też to usłyszał poprzez trzask płomieni. Wycie i piski psów.
Christina podbiegła do jednego z witrażowych okien kaplicy. Okna były zbyt wąskie, aby 

się przez nie przecisnąć, nawet jeśli wybiliby szyby. Ale można było zobaczyć psy.

– Ogień zajął psiarnię. One są uwięzione! – krzyczała Christina.
– Przykro mi – odparł Ben. – Nie mamy na to czasu. Musimy się stąd wydostać!
– Nie możemy pozwolić, aby te biedne psy się spaliły!
Ben zaklął w duchu.
–  W   pobliżu   głównego   wejścia   jest   kontrolka.   Zauważyłem   ją,   kiedy   byłem   tu 

poprzednim razem. To elektroniczny zamek drzwi psiarni.

– Pokaż mi.
Skierowali się do drzwi wejściowych. Siła ognia narastała. Nawet w odległości kilku 

metrów powietrze parzyło tak, że nie mogli podejść bliżej.

Ben wskazał palcem.
– To tam, na ścianie. Obok tych drzwi do łazienki, czy co tam jest.
– Jest za wysoko! – krzyknęła. – Nie dosięgnę!
Ben przypomniał sobie, gdzie jest męska toaleta. Pobiegł tam i z ulgą stwierdził, że krany 

wciąż działały. Zdjął kurtkę, namoczył ją i zarzucił na głowę.

– Ostrożnie! – ostrzegła go Christina.
–  Zrobię  co  w  mojej  mocy.  –  Osłonięty  mokrą   kurtką   podbiegł  do  kontrolki.  Ogień 

parzył, miał wrażenie, że jego skóra się rozpuszcza. Kurtka chroniła mu nieco głowę, ale 
wiedział,   że   nie   może   długo   liczyć   na   tę   ochronę.   Przed   oczami   stanął   mu   obraz   Marii 
Truong. O Boże, nie chcę być tak spalony. Wszystko – tylko nie to.

Nie   miał   pojęcia,   który   z   palących   się   przycisków   otwierał   psiarnię,   więc   naciskał 

wszystkie po kolei. Po trzecim przycisku usłyszał krzyk Christiny:

– To ten! Drzwi się otwierają! Uciekaj stamtąd!
Biegiem rzucił się do ucieczki, a płomienie lizały mu pięty. Czuł się jak skwarek. Ale 

udało się.

Spojrzał przez okno i zobaczył przestraszone psy wybiegające z psiarni.

background image

– A teraz my musimy stąd uciekać.
Złapał ją za rękę i pociągnął w kierunku tylnych drzwi. W każdym razie tak blisko, jak to 

było   możliwe.   Kilkuminutowe   opóźnienie   dużo   ich   kosztowało.   Ogień   z   piwnicy 
rozprzestrzeniał się nie tylko w poziomie, ale i w pionie. Cała drewniana podłoga i północna 
ściana zajęły się ogniem. Nie byli w stanie nawet zbliżyć się do drzwi.

– A więc to tak. – Ben wpatrywał się w płomienie. – Jesteśmy uwięzieni.

background image

Rozdział 64

Christina przytuliła się do niego.
– Musi być jakieś wyjście.
–  Popatrz   tylko,   jak   ogień   się   rozprzestrzenia  –  Ben   był   prawie   zahipnotyzowany 

żywiołem. – Ten drewniany kościół zaraz spłonie.

– Nie poddaję się. Jeśli nie możemy wyjść, to wdrapmy się na górę.
Kółeczka w mózgu Bena zaczęły się obracać.
– W przedsionku są schody.
– Chodźmy!
Przebiegli  przez  kaplicę. Jak tylko  dotarli  do schodów, Ben usłyszał  nagły szum,  po 

którym   przyszła   fala   gorąca.   Płomienie   powiększyły   się   i   wypełniły   kaplicę.   Pożar   ich 
doganiał.

Na   drugim   piętrze   znajdował   się   tylko   jeden   pokój.  Nie   było   w   nim   mebli,   ale   pod 

ścianami stały złożone krzesła i tablice. Pewnie szkółka niedzielna. Dla mniejszych grup, 
które nie potrzebują przestrzeni wielkości sali pojednania.

– Tu nie ma okien! – zauważyła Christina.
Ben rozejrzał się po pokoju. Miała rację.
–  Miałam   nadzieję,   że   znajdziemy   tu  jakąś   drogę   ucieczki.   Okno   czy   też   kanał 

wentylacyjny, jakieś wyjście z tej śmiertelnej pułapki. Ale nie ma.

Ben zauważył strach w jej oczach. Nie miała już pomysłów i zdawała sobie sprawę, że na 

jego pomoc nie ma co liczyć. Nigdy nie był dobry w nagłych przypadkach. To ona miała 
zimną krew. Ale teraz była przerażona.

– Może da się wybić dziurę w jednej z tych ścian – rzucił bez przekonania. Owinął pięść 

kurtką i uderzył. Na ścianie pozostał ledwie widoczny ślad. – Zejdźmy na dół. – Ben doszedł 
do schodów i zorientował się, że jego propozycja była nie do wykonania. Płomienie zajęły już 
cały parter. Nie było gdzie uciec, chyba że prosto do piekła.

–   Ben   –  powiedziała   Christina  –  nie   czuję   się   dobrze.  –  Głośno   kaszląc,   usiadła   na 

podłodze.

Za długo oddychała dymem, pomyślał Ben.

background image

Ogień podszedł do szczytu  schodów. Wypełniał kościół. Płomienie nie zmniejszą się, 

dopóki ostatnia deska nie rozsypie się w popiół.

– Potrzebuję powietrza – wysapała Christina, kaszląc.
Ben uderzał pięścią w pięść. Musi coś zrobić. Musi być jakiś sposób. Jakieś wyjście. Nie 

w ścianie. Nie w podłodze.

A co z sufitem? Ben podniósł głowę. Tak! Coś było w suficie – chyba wyjście?
Podskoczył, ale był zbyt niski, aby go dosięgnąć. Wziął jedno ze złożonych krzeseł. Było 

bardzo gorące. Zaciskając zęby, rozłożył krzesło i stanął na nim. Pchnął klapę. Przez otwór 
widział wieżę kościelną. No oczywiście – to tak poruszali dzwon.

Ogień dotarł już do ich schronienia. Nie mogli stracić ani sekundy.
Ben podszedł do Christiny.
– Widzisz ten otwór?
Ledwo słyszał jej potwierdzenie.
– Czy zdołasz tam wejść?
Nie odpowiedziała, ale z jej oczu Ben wyczytał, że poważnie w to wątpiła.
–  Wdrapię się pierwszy. Możesz stanąć na krześle. Wciągnę cię. Okay?  Pójdziesz za 

mną?

Uśmiechnęła się słabo.
– A co innego zawsze robię?
Ben przecisnął głowę przez otwór i uchwycił się szczytu dachu. Nigdy nie był dobry w 

podciąganiu się na rękach, ale to zdumiewające, co można zrobić w sytuacji, gdy jedyną 
alternatywą jest spalenie się żywcem.

Jak tylko znalazł się na dachu położył się na płask. Teraz musi wciągnąć Christinę. Stała 

na krześle, ale chwiała się niepewnie. Wyciągnęła do niego ręce. Ben sięgnął w jej kierunku. 
Cholera! Jego asystentka nie miała nawet metra sześćdziesięciu wzrostu. Wyciągając się jak 
tylko mógł najdalej, chwycił jej dłoń i pociągnął. Chwilę później była już na dachu.

W tym momencie płomienie tańczyły już po całym pokoju.
–  Udało   się.  –  Ben   nie   mógł   złapać   oddechu.  –  Dzięki   Bogu!   Christina   odetchnęła 

świeżym – czy też świeższym – powietrzem.

– Udało się – potwierdziła. – Ale co z tego?
Ben wiedział, co miała na myśli. Przy tej szybkości, z jaką rozprzestrzeniał się ogień, to 

tylko chwila i zapali się dach. Albo, co bardziej prawdopodobne, płomienie zniszczą podpory 
i dach runie w piekło.

Ben niepewnie rozejrzał się dookoła. Znajdowali się na dużej wysokości. Skok na ziemię 

równał się samobójstwu. Zresztą płonął również przykościelny teren. Naprawdę znaleźli się w 
piekielnym kręgu.

Ani śladu ratunku, bo i skąd. Jedynymi, którzy mogli zauważyć pożar, byli mieszkańcy 

Coi Than Tien, a oni raczej nie pospieszą z pomocą.

background image

Z wszystkich stron otaczały ich płomienie.
I nie było wyjścia.

background image

Rozdział 65

Pozbawiony nadziei i pokonany Ben siedział obok Christiny. Zawiódł całkowicie. Nie 

uratował   ich.  Wszystko,  czego  dokonał,   to  wykradł  trochę  czasu   i  to  naprawdę   niedużo. 
Christina przestała  kaszleć,  ale z głębi  płuc wydobywał  się charczący odgłos. Oddychała 
ciężko i z wysiłkiem. Ben zdawał sobie sprawę, że cierpiała.

– Zrobiłeś wszystko, co mogłeś – zdołała wyszeptać. – Nie obwiniaj się.
– Dlaczego miałbym się obwiniać?
Christina próbowała się uśmiechnąć.
– Zawsze się oskarżasz. O wszystko.
Ben odwrócił głowę. Nie mógł wytrzymać jej widoku w takim stanie. Pomimo to, co 

powiedziała, przez niego znalazła się tutaj i on o tym doskonale wiedział.

Spojrzał   do   wnętrza   przez   otwór   w   dachu.   Pokój   pod   nimi   płonął,   żółte   płomienie 

pochłaniały wszystko, co napotkały na swojej drodze. Ogień prawie dosięgał dachu.

– Christina – zaczął – jest mi tak przykro.
Znowu zaniosła się głębokim, charczącym kaszlem.
– Powiedziałam ci, nie obwiniaj się – szepnęła.
– To nie o to chodzi. Jestem tak ograniczony. Powinienem...
– Zrobiłeś, co mogłeś – odetchnęła głęboko, z wysiłkiem. – Zawsze tak postępujesz.
–  Ale to nie było wszystko. Zasługujesz na kogoś lepszego. Ja... –  chwycił jej dłoń.  – 

Chcę, żebyś wiedziała, zanim będzie za późno, że ja...

Przerwał   mu   dziwny  dźwięk,   którego   nigdy   przedtem   nie   słyszał.   Co  to   jest?   Jakieś 

dziwne zwierzę z Ouachita? Dźwięk dochodził z nieba. Ptak? Nie, to nie to. To bardziej 
przypominało...

... klekoczący dźwięk.
Ben wskazał w kierunku chmur.
– To Portia!
Christina wyprostowała się, żeby zobaczyć.
– Kto?
Jasne światła przebiły się przez chmury dymu.

background image

– Chcę powiedzieć, że to Mike, w Portii. Udało mu się zreperować tę przeklętą maszynę!
Hałas narastał. Helikopter nadleciał prawie nad ich głowy.
– To świetnie. – Christina obserwowała pojawiające się na dachu płomienie. – Ale jak my 

się stąd zabierzemy?

Jakby   w   odpowiedzi   pasażerskie   drzwi   helikoptera   otworzyły   się   i   wypadła   z   nich 

czerwona drabinka linowa.

– To wygląda ryzykownie – zauważyła Christina.
– Weź pod uwagę inne możliwości.
– Tak, ale...
– Christina. Nigdy nie lubiłem wysokości, ale jednak wejdę po tej drabinie. A jeśli ja to 

mogę zrobić, to wiem, że i ty możesz.

– No tak może, ale...
– Ty pierwsza.
Podprowadził ją do drabinki i zacisnął na niej jej dłonie. Wolno weszła na stopień, jeden 

szczebelek po drugim. Kiedy wdrapała się do połowy, Ben zaczął piąć się w górę. Stopnie 
były giętkie i bardzo utrudniały wchodzenie. Ale stał na nich. Oderwał się od dachu.

Zabierzcie nas stąd!
Helikopter   zaczął   się   oddalać   od   płonącego   kościoła.   Ben   zauważył   dwie   głowy 

wyglądające przez szybę. To był szeryf Collier i Loving. Drabina była nawinięta na wał, a oni 
kręcili korbą.

Ben  dotarł do połowy drabinki,  kiedy usłyszał  za  sobą głośny huk. Wiedział,  że nie 

powinien spoglądać w dół, ale nie mógł się powstrzymać. Dach kościoła runął w płomienie. 
Cały budynek wyglądał teraz jak olbrzymia, płonąca kula.

W ostatniej chwili Mike, w ostatniej chwili.
Pożar objął nie tylko kościół. Ben z lotu ptaka widział, że ogień rozpełzł się na wszystkie 

strony. Płonęły sosny, psiarnia, i garaż w którym przechowywano obciążający dowód. Ale, co 
gorsze, ogień przedarł się kilkaset metrów na południe.

Do Coi Than Tien.

background image

Rozdział 66

Płot otaczający Coi Than Tien, ferma i większość baraków płonęły. Ben widział ludzi w 

popłochu   opuszczających   domy,   niosących   najcenniejsze   rzeczy   na   plecach   i   dzieci 
przyciśnięte do piersi. Inni starali się walczyć z ogniem, ale bez efektu. Ktoś organizował 
brygadę przeciwpożarową, rząd ludzi ciągnął się od studni do najbliższego punktu zapalnego. 
Ben nie rozróżniał twarzy, ale smukła sylwetka podpowiadała mu, kto to może być.

Szeryf Collier i Loving wciągnęli Bena do wnętrza. Było przepełnione – pięciu ludzi w 

małym helikopterze  –  ale Ben nie narzekał. Zanim Ben zorientował się w sytuacji, Loving 
zaskoczył go – otoczył ramionami i mocno uścisnął.

– Wszystko w porządku, kapitanie? – Na jego twarzy twardziela pojawiła się troska.
–  Tak,   ze   mną   tak  –  odpowiedział   zakłopotany  Ben   –  ale   z   Christiną   nie   bardzo. 

Potrzebuje pomocy lekarskiej.

– Nie – sprzeciwiła się Christina. Przez okno obserwowała, jak Coi Than Tien walczy z 

pożarem. – Musimy tu wylądować i pomóc.

– Nie mogę lądować zbyt blisko – ostrzegł Mike. – Śmigła Portii mogą tylko rozdmuchać 

ogień i pogorszyć sytuację. Ale po tamtej stronie widzę polanę.

Ben protestował.
– Ale moim zdaniem...
Christina potrząsnęła głową.
– Lądujemy.

Tak jak podejrzewał Ben, Belinda zorganizowała kolejną brygadę przeciwogniową. Tym 

razem   pożar   był   kilka   razy   większy   niż   przedtem,  ale  Belinda   pozyskała   więcej   rąk   do 
pomocy.   Ustawiła   trzy   rzędy   ludzi,   walczące   z   ogniem   w   różnych   punktach,   odchodziły 
promieniście od studni jak szprychy z osi koła.

Większość   mieszkańców   Coi   Than   Tien   powróciła,   aby   przyłączyć   się   do   gaszenia 

pożaru. Byli tam także miejscowi z Silver Springs. Mike wyjaśnił Benowi, że ogień wybuchł 
w   czasie,   gdy   szeryf   Collier   prowadził   dochodzenie   w   sprawie   ostatniej   śmierci.   Collier 
wezwał radiem pomoc.  Każdy oficer pełniący służbę lub zażywający odpoczynku  musiał 

background image

pospieszyć na pomoc, wzywając po drodze ludzi z Bluebell, Hatewatch czy z każdego innego 
miejsca, w którym mógł kogoś znaleźć o tej późnej porze.

Ku swojemu zdziwieniu Ben dostrzegł Wielkiego Smoka Dunagana stojącego na uboczu 

z dwoma kumplami z ASP. Nie pomagał, a to chyba tylko z tego powodu, że na rękach miał 
kajdanki.

Ben ustawił się przy Mike’u w jednym z rzędów brygady przeciwpożarowej.
– Jak nas znaleźliście? – przekrzykiwał hałas i dym.
–  Po południu naprawiłem Portię  –  wyjaśnił Mike  –  więc poleciałem nią do Coi Than 

Tien. Kiedy wybuchł pożar pobiegliśmy do kościoła i zobaczyliśmy tych poprzebieranych 
chłopców z ASP, wybiegających przez tylne drzwi. Collier i ja aresztowaliśmy Dunagana 
oraz kilku innych, podejrzewając ich o podpalenie.

– Nic o tym nie wiem –  Ben podał kolejne wiadro Mike’owi –  ale mogę podrzucić ci 

kilka nawet bardziej interesujących oskarżeń.

–  Świetnie.   Na   początku   nie   chcieli   mi   powiedzieć,   gdzie   jesteście,   ale   gdy 

porozmawiałem sobie bliżej z jednym z jego goryli, to dowiedziałem się, że ty i Christina 
zostaliście w kościele. Wiedziałem, że nie przedostanę się przez ścianę ognia, wobec tego 
zdecydowałem się na ratunek z powietrza.

– Jak zmusiłeś go do mówienia?
– Och, no wiesz. Trzymałem jego głowę w pobliżu ognia. Straszyłem, że przykuję go do 

frontowych drzwi. To wszystko.

– No tak – stwierdził Ben. – Jestem pewien, że nic takiego, czego by nie pochwalał sąd 

najwyższy.

Kubły wody wciąż wędrowały. Ogień zajął prawie wszystkie budynki, ale już się nie 

rozprzestrzeniał. Przynajmniej udało im się go powstrzymać, zanim spopielił całą okolicę.

Ben zajmował miejsce w szeregu przez co najmniej piętnaście minut, nim zauważył, że 

mężczyzna, od którego odbierał wiadra, to nikt inny jak sam szeryf Gustafson. Wcześniej nie 
zwrócił nawet uwagi. Wymienili spojrzenia, ale nie odezwali się do siebie.

Ben   przyjrzał   się   innym   rzędom.   Pozostali   zastępcy   też   się   tu   znajdowali   wraz   z 

prokuratorem okręgowym Swainem. Był też Mac z kilkoma stałymi bywalcami baru. John 
Pfeiffer i Frank Carrol pomagali Belindzie. Pham i jego zwolennicy utworzyli prawie cały 
rząd. Pomagał im pułkownik Nguyen i młody chłopak, którego Mike przedstawił jako Nhung 
Vu. Nosił opatrunek na prawym oku, ale poza tym wyglądał na silnego i pomocnego.

A potem stał się cud. Najpierw Ben usłyszał wycie syren. Hałas narastał i był  coraz 

bardziej intensywny, aż w końcu wielki czerwony pojazd wjechał przez bramę Coi Than Tien. 
Prawdziwa straż ogniowa! I przywiozła zawodowych strażaków.

– Dzięki Bogu – westchnął Mike. – Collier wezwał ich z hrabstwa Yell.
– Wiedziałeś, że jadą?
–  Tak, ale bałem się, że ogień wymknie się spod kontroli, zanim przybędą. Strażacy 

background image

rozwinęli sikawki i wzięli się do pracy. Miejscowe brygady nadal nosiły wodę, ale usunęły się 
z   drogi   i   starały   się   nie   przeszkadzać   zawodowcom.   Nie   było   hydrantu,   ale   strażacy 
zamocowali pompę przy studni i w ten sposób zapewnili umiarkowany dopływ  wody do 
wozu. Odbywało się to wolno, ale dawało efekty.  Mieszkańcy zapanowali nad ogniem, a 
strażacy zduszali teraz płomienie. Ugasili pożar w osadzie, a potem dopalający się kościół. O 
drugiej nad ranem żywioł został pokonany.

Coi Than Tien zniknęło. Wszystko co zostało po wiosce to czarne, dymiące zgliszcza. 

Jedynym ocalałym, choć nadpalonym budynkiem była ferma. Przestrzeń pomiędzy kościołem 
a Coi Than Tien zamieniła się w czarne pogorzelisko.

background image

Rozdział 67

Ben stał w centrum tego, co kiedyś było Coi Than Tien. Nie mógł ocenić strat. Dokąd ci 

ludzie pójdą? – zastanawiał się. Co zrobią? Co mogliby zrobić?

Podszedł Mike, prowadząc za sobą Dunagana na krótkim łańcuchu kajdanek.
– Chciałeś mi coś powiedzieć na temat tego człowieka?
– Tak, bez ogródek. – Ben nadal spoglądał na budzące współczucie ruiny. – No Dunagan, 

wydaje się, że twoja misja została wypełniona. Mam nadzieję, że jesteś z siebie zadowolony.

– Nie wiem, o czym mówisz. Nie podłożyłem tego ognia.
– Może nie, ale obudziłeś siły, które tego dokonały. – Ben spostrzegł nieopodal znaną mu 

twarz – Pham!

Dan Pham przystanął.
– Czego chcesz?
– Zamienić z tobą kilka słów.
– Mam pewne sprawy do...
Ben złapał Phama i pchnął w kierunku Dunagana.
– Wszyscy porozmawiamy. A jeśli nie zgodzisz się na to na ochotnika, to Mike aresztuje 

cię pod zarzutem podpalenia.

–  Podpalenie? O czym ty mówisz? Sugerujesz, że podłożyłem ogień pod domy moich 

ludzi?

– Nie. Ale podejrzewam, że podpaliłeś kościół ASP, a wskutek rozprzestrzenienia się 

ognia spłonęło Coi Than Tien.

Pham skrzyżował ręce na piersiach.
– Nie masz dowodów na to oskarżenie.
– Powiedziałeś pułkownikowi Nguyenowi, że zamierzasz zemścić się tej nocy. Tak jak i 

ja, musiałeś słyszeć o spotkaniu ASP. Jednej rzeczy nie wiem – jak znalazłeś tajne miejsce 
zebrania.

Na obliczu Phama pojawił się nikły uśmieszek. Benowi wcale nie podobał się ten grymas.
– Śledziłeś mnie – domyślił się Ben. – Zaprowadziłem cię tam.
–   Parę   razy   cię   śledziłem   od   czasu,   kiedy   zostałeś   adwokatem   tego   nienawistnego 

background image

mordercy.

Ben chwycił Phama za koszulę i potrząsnął nim z całej siły.
– Jak śmiałeś? Jak śmiałeś posłużyć się mną, aby rozwijać swój terroryzm?
–  Terroryzm?   Czy   jesteśmy   terrorystami?   Wszystko   robiłem   w   celu   obrony   mojego 

domu. Oni są terrorystami! – Oskarżająco wskazał palcem na Dunagana. – Widziałem więcej 
niż   to   spotkanie   w   kościele.   Widziałem   dwóch   mężczyzn   przemalowujących   czarną 
półciężarówkę w garażu. Tym samochodem przeprowadzali parokrotne ataki na Coi Than 
Tien!

– To prawda – potwierdził Ben. – Również to widziałem.
– Te żółtki pchają się tam, gdzie nie ich miejsce – wymruczał Dunagan. – Proszą się o 

kłopoty.

– Gdzie nie nasze miejsce? – odparował Pham. – Byliśmy tu na długo przed wami!
– Nie, moi ludzie byli tu długo przed wami. – Pham i Dunagan stali twarzą w twarz. – Wy 

wypowiedzieliście  wojnę ASP. I ta wojna będzie  trwać aż do czasu, gdy twoi ludzie  na 
czworaka powrócą do ryżowych sadzawek. Tam ich miejsce!

–   Nie   wrócimy!   –  krzyczał   Pham.  –  Będziemy   z   wami   walczyć   aż   do   ostatniego 

człowieka!

– Posłuchajcie tylko, co mówicie! – Ben wepchnął się pomiędzy nich. – Na Boga, kiedy 

w końcu zmądrzejecie?  Przemoc  to nie jest rozwiązanie.  Nienawiść nie przynosi  niczego 
dobrego.   Jeden   z   was   przysięga   walczyć,   drugi  –  zemścić   się.   I   patrzcie,   do   czego   to 
prowadzi. Spójrzcie!

Ben złapał ich obu z tyłu  za szyje  i siłą zmusił do spojrzenia na dymiące  zgliszcza, 

bezdomne rodziny, które nie miały, gdzie się udać i straciły wszystko, co posiadały, zwęglone 
wzgórze i kościół.

–  Obaj byliście zdecydowani zranić wroga. I obaj skończyliście, raniąc samych siebie. 

Czy nie rozumiecie, jakie to absurdalne?

Dunagan odwrócił głowę, zamknął oczy.
– Nigdy nie chciałem, żeby coś takiego się wydarzyło.
–  Za   późno   na   żale  –  powiedział   Ben.  –  Jak   tylko   porozmawiam   z   prokuratorem 

okręgowym, ASP przejdzie do historii. Możesz już rozkazać swoim ludziom, żeby zaczęli 
zwijać obóz. Nienawiść wychodzi z mody.

Twarz Dunagana pociemniała z gniewu.
–  Myślisz, że osiągnąłeś  cel? Wydaje ci się, że to nas powstrzyma?  Wygonisz nas z 

Arkansas.   I   co   z   tego?   Jesteśmy   wszędzie.   Wszędzie!   Jesteśmy   w   waszych   szkołach,   w 
waszych   kościołach.   Jesteśmy   w   waszej   armii   i   w   waszej   policji.   To   my   jesteśmy 
skinheadami z Portland. To my tworzymy KKK i Corpus Christi. Powstrzymanie mnie nic nie 
zmieni.

– Mike – wycedził Ben przez zaciśnięte zęby – proszę... zabierz gdzieś tego człowieka.

background image

– Z przyjemnością. – Mike chwycił za kajdanki na przegubach rąk Dunagana i pociągnął 

go z powrotem do samochodu szeryfa.

Ben spojrzał na Phama.
– Jak tylko ASP opuści miasto, możesz rozwiązać swój ruch oporu.
– Wciąż doświadczamy wielu krzywd...
– A kto nie? – Ben położył dłoń na jego ramieniu. – Musisz wyzwolić się z nienawiści. I 

zacząć odbudowę.

– Zbyt dużo jest do zrobienia. – Pham patrzył na zniszczenia. – Chyba nie mogę...
–  Będziesz potrzebował pomocy. I wiem, skąd ją otrzymasz.  –  Ben wskazał na bramę 

wjazdową. W jej kierunku zmierzał pułkownik Nguyen. Opuszczał wioskę.

– Pułkowniku Nguyen! – krzyknął Pham.
Nguyen odwrócił się i ostrożnie podszedł w ich kierunku.
– Wiem, co będziesz...
– Miał pan rację – przerwał mu Pham.
Nguyen zamilkł zdziwiony.
– To ja się myliłem. Ataki zbrojne to nie rozwiązanie. Nic nie osiągnęliśmy. Nic dobrego.
Nguyen potrząsnął głową.
– Ale chcieliście podjąć akcję. Próbowaliście. – Odwrócił się. – Odchodzę...
–  Pułkowniku, nasi ludzie wiele wycierpieli tej nocy. Jest mnóstwo do zrobienia. Nie 

podołam temu sam.

Nguyen zatrzymał się.
– Ale – dodał Pham – wierzę, że zrobimy to razem. – Wyciągnął rękę.
Nguyen uścisnął ją mocno.
– Razem.

Kilka chwil później pułkownik Nguyen uprzejmie się ukłonił.
– Panie Kincaid, proszę o wybaczenie. Muszę... porozmawiać z moją żoną.
Ben skinął głową.
–  Wciąż   mamy   do   rozwiązania   sprawę   tej   zamordowanej   kobiety   –  przypomniał 

Mike’owi.

–  Tu jesteś w błędzie  –  odparł Mike.  –  Znaleźliśmy rewolwer w krzakach, niedaleko 

ciała. Kule pasują. Nie zginęła podczas ataku ASP. Zastrzeliła się.

– Samobójstwo?
–  Tak. Myślę, że znajdowała się tam od jakiegoś czasu, zanim ją  znaleziono. Proszę, 

zrobiłem zdjęcie.

Ben wziął polaroid.  Rozpoznał ją od razu. To była  ta młoda  kobieta,  którą uratował 

podczas pierwszego pożaru. Ta, która zniknęła. Mike wyciągnął zwitek papieru z kieszeni 
płaszcza.

background image

–  Kiedy   byłem   w   mieście   wziąłem   od   zastępcy   szeryfa   Gustaffsona   odciski   palców 

denatki i przesłałem je faksem do bazy danych FBI w Waszyngtonie. Dostaliśmy odpowiedź 
jakąś godzinę temu i ktoś spisał ją z radia dla Colliera. Spójrz na to.

Ben wziął kartkę i czytał. Zdumiał się. Nie mógł w to uwierzyć...
Ale oczywiście. To był ostatni fragment układanki. Teraz wszystko stawało się jasne. 

Wszystko co widział i słyszał, wszystko co powiedział mu Vick. Wszystko.

– Mike, myślę, że powinienem porozmawiać z...
– Chcesz, żebym z tobą poszedł?
–  Nie.   Może   pójdę   z   pułkownikiem   Nguyen...   –  Ujrzał   pułkownika   trzymającego   w 

objęciach swoją żonę. – No nic. Zawieź Christinę do szpitala.

Sprawdził, czy nikt nie słucha i szepnął jeszcze coś Mikowi do ucha.
– Zajmę się Christiną – obiecał Mike. – Jesteś pewien, że sobie poradzisz?
– Ja... – głos mu się załamał. Wziął głęboki oddech, po kilku chwilach dopowiedział: – 

Wszystko będzie w porządku.

Mike skinął głową.
– Powodzenia.
– Za późno na to – odparł Ben. – Już za późno.

background image

Rozdział 68

– Dzięki, że przyszłaś – powiedział Ben na widok Belindy wchodzącej do wnętrza dawnej 

fermy w Coi Than Tien.

– Przyszłam, jak tylko dowiedziałam się od Mike’a, gdzie jesteś. – Podbiegła do Bena i 

uścisnęła jego dłonie. – Czy wszystko w porządku?

– Tak.
– Słyszałam, że byliście uwięzieni w kościele. Mój Boże! Mogłeś zginąć! – Otarła sadzę z 

jego twarzy. – Tak się bałam.

– Belindo... – Delikatnie odsunął ją od siebie.
– Co się stało? Co cię teraz trapi?
– Belindo... – Poczuł pieczenie pod powiekami. Zwalczył łzy. – Belindo, ja wiem.
– O czym? Nie rozumiem.
Ben wbił wzrok w ziemię. Nie wiedział, czy zdoła powiedzieć coś więcej.
– Wiem, że zabiłaś Tommy’ego Vuonga.
– Ja? – przeraziła się. – Czy to jakiś głupi żart?
– Oczywiście, że nie.
– Skąd ci przyszło na myśl, że to ja mogłabym go zabić?
Ben wyjął kartkę z kieszeni.
–  Cindy Jo Simpson. Nazwisko zmyliło mnie na początku, ale potem przypomniałem 

sobie, że byłaś zamężna. Nazwisko twojego męża brzmiało Hamilton, a po rozwodzie nie 
powróciłaś do swojego panieńskiego nazwiska. Mike sprawdził to dla mnie. Urodziłaś się 
jako Belinda Todd Simpson. – Zmiął kartkę w dłoni. – Cindy Jo Simpson to twoja młodsza 
siostra.

Belinda osunęła się na leżące pod ścianą zwały siana.
–  Pamiętam, że Mary Sue opisała kobietę odwiedzającą  Vicka jako podobną do ciebie, 

tylko   młodszą  –  ciągnął   Ben.  –   A   kiedy   po   raz  pierwszy   zobaczyłem   ją   pośród   dymu 
wydobywającego się z domu Truongów, myślałem, że to ty. Nic dziwnego. Łzy popłynęły z 
oczu Belindy.

– Wiesz wszystko?

background image

– Wydaje mi się, że domyśliłem się prawie wszystkiego, ale wolę usłyszeć to od ciebie. 

Zemsta, tak?

Belinda otarła łzy z policzków.
–  Mówiłam ci, że moja siostra zawsze miała kłopoty. Moim zadaniem było ją z nich 

wybawić. Przywrócić ład na świecie.

–  Wiem,   że   rok   temu   oskarżono   Vuonga   o   gwałt.   Twoja   siostra   padła   jego   ofiarą, 

prawda?

Belinda skinęła głową.
– To się stało na randce. Cindy kręciła się wokół niego i kilku innych, odkąd spotkała ich 

w   Porto   Cristo.   Przyjechała   za   nimi   aż   tutaj.   Myślę,   że   podobał   jej   się   Tommy,   ale   na 
początku   nie   zwracał   na   nią   uwagi.   W   końcu   umówił   się   z   nią.   Była   podniecona. 
Podekscytowana. Tak... łatwo ją było zranić. Po drodze do domu, w lesie, pchnął ją na ziemię 
i zaczął bić. Był chyba psychopatą. Pozostały jej ślady na twarzy i piersiach, które nie goiły 
się   całymi  tygodniami...   –  Belinda   przerwała,   starając   się   zapanować   nad   łamiącym   się 
głosem. – A potem ją zgwałcił.

– Nie zgłosiła tego na policji?
– Zgłosiła, ale nie miała innych dowodów poza własnymi zeznaniami. Tommy miał dobrą 

reputację i wszyscy wiedzieli, że ona go lubiła i chciała się z nim umówić. Na policji uznali, 
że   to   była   zwykła   kłótnia.   Tommy   wykręcił   się,   twierdząc,   że   ona   lubiła   mocny   seks. 
Uwierzyli mu.

– Z pewnością mogłaś zaskarżyć sprawę wyżej.
– Ja z pewnością tak, ale na nieszczęście wtedy jeszcze nic o tym nie wiedziałam, a Cindy 

Jo nie miała pojęcia, co robić. Kilka miesięcy później zadzwoniła do mnie. Widzisz, była 
jeszcze jedna komplikacja. Okazało się, że Cindy jest w ciąży.

– Z Vuongiem?
–  Tak.   Była   przygnębiona   i   wstydziła   się.   Kiedy   dziecko   miało   się   urodzić, 

zdesperowana,   zadzwoniła   do   mnie.   Nie   miała   pieniędzy,   nie   wiedziała   nic   o   dzieciach. 
Zachowywała się jak szalona, prawie irracjonalnie. Ostatnie dziewięć miesięcy osamotnienia, 
poczucia winy i strachu załamały ją. Stała się inną osobą. Bardzo chorą. Jej stan pogarszał się 
z dnia na dzień.

–  I   dlatego   postanowiłaś   sama   pokierować   operacją  Hatewatch   w   Silver   Springs   – 

domyślił się Ben.

– To prawda. Ale kiedy tu przyjechałam, nie mogłam jej znaleźć. Ani śladu. – Przerwała, 

wzięła oddech. – Ale bez trudu znalazłam Tommy’ego Vuonga.

– Więc zdecydowałaś się go zabić.
–  To nie tak. Opowiadałam ci, że byłam  w barze, kiedy toczyła  się bójka pomiędzy 

Vickiem a Vuongiem.  Ta myśl  nawiedziła  mnie  nagle.  Mogłam upiec dwie pieczenie  na 
jednym ogniu. Mogłam zająć się tym gnojkiem, który zgwałcił moją siostrę, i jednocześnie 

background image

zemścić   się   na   ASP.   Ludziach,   którzy   sprawili   tyle   nieszczęść   innym.   Ludziach,   którzy 
przywiązali mnie do krzyża i bili jak zwierzę. Po tym jak Vick uderzył głową w stół, zostało 
trochę krwi i włosy. Poczekałam, aż John poszedł do toalety i zdrapałam krew i włosy do 
jednego z tych plastikowych woreczków, które zawsze noszę w torebce.

– Ukradłaś kuszę i strzały z magazynu broni ASP – dodał Ben.
– To było ryzykowne, ale niezbędne, jeśli zamierzałam wplątać w to Vicka i resztę ASP. 

Frank przez wiele tygodni obserwował ich obóz. Wiedział, kiedy powinnam pójść i jak to 
zrobić, żeby nie dać się złapać. Powiedział mi też, że Vick odebrał kuszę i strzały kilka dni 
wcześniej. A więc jeszcze nie była używana.

– A potem posmarowałaś kuszę krwią i zaplątałaś na niej włosy, zbudowałaś krzyż – znak 

ASP – i czekałaś, aż Vuong wpadnie w pułapkę.

– To prawda. Ale wiesz, nawet wtedy nie byłam pewna, czy będę w stanie to zrobić. Nie 

wiedziałam, czy potrafię strzelić z kuszy. Myślałam o tym bardzo długo. Ale w końcu to 
zrobiłam.

– Po tym jak go zastrzeliłaś, zostawiłaś kuszę w takim miejscu, aby mieć pewność, że ją 

znajdą.

–  Owszem.   I   wokół   krzyża   rozrzuciłam   trochę   broszur   propagandowych   ASP,   które 

miałam w swoich zbiorach.

– To był twój pierwszy błąd – wyjaśnił Ben. – Na niektórych broszurkach był napis, że 

wydrukowano   je   w   Birmingham.   Po   co   Dunagan   miałby   sprowadzać   ulotki,   skoro   mieli 
drukarnię   na   terenie   tutejszego   obozu?   To   było   możliwe,   ale   nie   wydawało   mi   się 
prawdopodobne.   To   wtedy   zacząłem   podejrzewać,   że   broszury   zostały   podłożone. 
Przejrzałem wyniki badań Jonesa na temat działalności ASP w Birmingham. Tylko troje ludzi 
przebywało tam i tu. Wielki Smok Dunagan, Frank Carroll. I ty.

– Ależ jestem głupia. Nie pomyślałam...
– Co stało się z twoją siostrą?
–  Nawet   po   śmierci   Vuonga   nie   mogłam   znaleźć   Cindy   Jo.   Nie   wiedziałam,   gdzie 

urodziła dziecko. A przecież nie miała pojęcia, jak się z nim obchodzić. Była bez domu, 
pomocy, pieniędzy. W jej stanie psychicznym nie mogła opiekować się dzieckiem. Wciąż się 
zastanawiam, dlaczego zostawiła je w domu Truongów.

– Domyślam się – stwierdził Ben. – Przebywała w Coi Than Tien przez jakiś czas, więc 

musiała dużo o nich wiedzieć. Nawet to, że Maria Truong bardzo pragnęła dziecka.

– Chyba tak. –  Ben widział, że Belinda znowu zaczyna płakać.  –  Cindy Jo nie mogła 

przypuszczać, że dom Truongów spłonie, zanim ktoś znajdzie dziecko. Ale kiedy zobaczyła, 
co   się   stało...  kiedy   zobaczyła,   co   się   stało   z   jej   nowo   narodzonym   dzieckiem...   –  Głos 
Belindy przeszedł w szloch.

–  Starała się je uratować  –  powiedział Ben.  –  Chciała dostać się do środka płonącego 

domu.

background image

Belinda ukryła twarz w dłoniach.
– Strata dziecka w tak straszny sposób musiała ją kompletnie załamać.
– Więc popełniła samobójstwo.
Belinda ze smutkiem potwierdziła.
– Mike mi powiedział. Moja biedna, biedna Cindy Jo. Prosiła mnie o pomoc. Ale ja nie 

mogłam. Nie mogłam jej wcale pomóc.

Ben otoczył ją ramieniem.
– Nie wiem, co się ze mną stało – szlochała Belinda. – Nigdy, przez całe moje życie nie 

uczyniłam nic tak...  okrutnego. Nie mogłam przestać myśleć o tym,  co ten potwór zrobił 
Cindy Jo.

Ben przytulił ją mocniej. Przypomniał sobie słowa szeryfa Gustaffsona.  „Kiedy coś tak 

strasznego stanie się twojej siostrze, to tak jakby z tobą coś się stało. Rozdziera cię. Jesteś jak 
oszalały. Chcesz zabić człowieka, który to zrobił”.

Długo trwała cisza. W końcu Belinda otarła łzy z twarzy.
– Czy mi kiedykolwiek wybaczysz? – W jej oczach pojawił się błagalny wyraz.
– Mogę wybaczyć kobiecie, która popełniła błąd, gdyż kochała swoją siostrę. – Patrzył w 

ziemię.  –  Ale   trudno   mi   wybaczyć   kobiecie,   która   za   swoje   winy   pozwala   umrzeć 
niewinnemu człowiekowi.

– Masz na myśli Donalda Vicka? Ben, on jest z ASP, przecież to śmieć.
– Mylisz  się. Nie jest wcale złym dzieciakiem. Popełnił tylko kilka błędów. Jak każdy. 

Jego rodzina zmusiła go, aby wstąpił do ASP. Nigdy nie chciał. Nigdy nie uczestniczył w 
żadnej z ich destruktywnych akcji.

– Nie wierzę.
– Ale to prawda. Nie popierał terrorystycznych taktyk, jakie ASP stosowało wobec Coi 

Than Tien. Tak naprawdę to próbował je powstrzymać. Pamiętasz jak Mary Sue opowiadała, 
że na dwa dni przed morderstwem Vicka odwiedził jakiś Wietnamczyk?

Belinda potwierdziła.
–  To był  Dan Pham.  Rozumiesz?  Vick informował  Phama  o planach  ASP. Dunagan 

domyślał się przecieku, ale nie wiedział, kto był informatorem. Po tym jak usłyszał zeznania 
Mary Sue, zorientował się, że to Vick. Dlatego właśnie zdecydował się poświęcić Vicka i 
zeznawał przeciwko niemu, a ASP uznał Donalda zdrajcą.

– Ben, ale ten człowiek przyszedł do baru i rzucił się na Vuonga bez powodu. Widziałam 

to!

– Nie masz racji. Porozmawiałem sobie szczerze z moim klientem. Teraz kiedy proces się 

zakończył, a kobieta, którą osłaniał, nie żyje, zaczął mówić. Pamiętasz zeznania dotyczące 
nieznajomej, która przyszła do Vicka dzień przed morderstwem? To była twoja siostra.

– Cindy Jo?
– Tak. Widocznie kilka dni przedtem spotkała Vicka i on ofiarował jej pomoc. Wychodzi 

background image

na to, że Vick ma raczej miękkie serce, mimo że należy do ASP. Przyszła do pensjonatu, 
opowiedziała mu o Vuongu, o tym co jej zrobił i że spodziewa się dziecka, i nie wie co dalej.

Belinda zamknęła oczy.
– To dlatego szukał Vuonga w Bluebell.
– Tak. Obiecał jej, że nikomu nie powie, ale nie obiecywał, że nic w tej sprawie nie zrobi. 

W  swojej  naiwności   chciał  zmusić  Vuonga,  aby  ożenił  się   z  nią,  żeby  dziecko  nie   było 
bękartem. Kiedy Vuong odmówił, Vick zażądał dla niej pieniędzy. Vuong zaśmiał się tylko z 
tej   propozycji.   Vick   stracił   panowanie   nad   sobą.   Dlatego   rzucił   się   na   Vuonga.   Dlatego 
nazwał Vuonga zboczeńcem. Miał na myśli pobicie  i gwałt. Dlatego wdał się w bijatykę. 
Opiekował się twoją siostrą. – Ben przerwał. – Tak jak ty.

Belinda była przerażona tym, co usłyszała. Trwała bez ruchu, jak zamroczona.
– Nawet podczas procesu Vick nie zdradził sekretu Cindy Jo, gdyż złożył jej obietnicę i 

ponieważ  w swojej prostej, południowej  duszy myślał,  że nieślubne  dziecko  zniszczy jej 
reputację, gdy ludzie się o tym dowiedzą. Faktem pozostaje, że posłałabyś na śmierć jedynego 
człowieka w tym mieście, który pomagał twojej siostrze.

–  O   mój   Boże  –  cicho   powtarzała   Belinda.  –  Nienawidziłam   tego   człowieka. 

Nienawidziłam go.

Ben zamknął oczy.
– Znowu nienawiść. I ten sam rezultat.
Belinda spojrzała na niego.
– Co zamierzasz zrobić?
Ben poczuł ukłucie w sercu.
– Belindo, nie mam chyba wyboru.
Chwyciła obie jego dłonie i przycisnęła do piersi.
– Ben, jeśli powiesz, będę oskarżona o morderstwo!
– A jeśli nie powiem, ława przysięgłych, która właśnie obraduje, wyda na Vicka wyrok 

śmierci. Za zbrodnię, którą ty popełniłaś.

– Ben... – zarzuciła mu ramiona na szyję – proszę, nie rób mi tego!
Ben   znowu   poczuł   ból   w   sercu,   mocniejszy   niż   każdy   inny   ból   fizyczny,   jakiego 

doświadczył. Nie odpowiedział jej. Nie mógł.

Szybki klekoczący dźwięk wdarł się do fermy.
– To Mike, prawda? – zgadła Belinda. Oskarżycielsko spojrzała na Bena. – Czekałeś, aż 

wróci. Dlatego trzymałeś mnie tutaj tak długo. Czekałeś na niego!

– Belindo, ja...
Odepchnęła go.
– Nie mogę uwierzyć, że to zrobiłeś!
– Belindo...
– On mnie aresztuje? Tak?

background image

– Miałem nadzieję, że sama się przyznasz. To wygląda lepiej na procesie.
Jej zdziwienie z wolna przemieniało się w strach i nienawiść.
– Po tym wszystkim co dzieliliśmy. Po tym jak... Ty mnie oskarżasz. – Odwróciła się od 

niego.

Ben chwycił jej dłoń.
Wyrwała się.
– Czego chcesz? – zapytała z goryczą. – Mam cię pocałować na pożegnanie?
Patrzyła na niego, jej twarz przybrała pogardliwy wyraz.
– Myślałam, że mnie kochasz.
Odwróciła się i wybiegła z fermy.
Ben słyszał lądujący helikopter i za kilka chwil Mike’a rozmawiającego z Belindą. Potem 

oboje zniknęli w kabinie.

Ben pozostał w fermie, stał bez ruchu w ciemności, nasłuchiwał warkotu odlatującego 

helikoptera.

– Kocham cię – wyszeptał.

background image

Część IV

Powody, którymi kieruje się serce

background image

Rozdział 69

Swain  nie   był   zadowolony   z   faktu,   że   drugi   raz   oskarża   w   tej   samej   sprawie.   To 

dowodziło,   że   za   pierwszym   razem   popełnił   błąd,   żądał   śmierci   niewinnego   człowieka. 
Zamiast złagodzić swoje sądy, przyjął pozycję obronną, niezłomną i działał zgodnie z twardą 
literą prawa. Podkreślił, że tym razem nie popełni błędu i że będzie nalegał na najsurowszą 
karę.

Będzie żądał śmierci Belindy Hamilton.
Ben odmówił współpracy, nie chciał nawet rozmawiać z oskarżycielem. Więc Swain pod 

karą grzywny wezwał go do złożenia zeznań.

Kiedy   Ben   na   powrót   znalazł   się   w   Silver   Springs,   kilka   razy   starał   się   zobaczyć   z 

Belindą przebywającą pod strażą w pensjonacie Mary Sue.

Ale nie chciała go widzieć.

Pomimo że przesłuchania wstępne ciągnęły się godzinami, Ben pamiętał tylko niewielkie 

fragmenty. Reszta rozpływała się we mgle zapomnienia. Nie chciał być w tym miejscu. Nikt 
nie chciał. Nawet sędzia Tyler wyglądał na zakłopotanego. Próbował przekonać Swaina, aby 
zmienił  rangę oskarżenia.  Swain nie słuchał. Twierdził,  że jako prokurator okręgowy nie 
może ulegać podobnym namowom. I tak to się ciągnęło.

Ben starał się uchwycić wzrok Belindy, odkąd weszła na salę sądową. Nawet na niego nie 

spojrzała. Doznał uczucia deja vu, gdy wezwano koronera, aby potwierdził, że śmierć Vuonga 
nastąpiła w wyniku dwóch strzałów z kuszy. Kolejnym świadkiem, którego wezwał Swain 
był John Pfeiffer.

John z ociąganiem podszedł do miejsca dla świadków. Było jasne, że zeznaje wbrew 

sobie.

Po kilku wstępnych pytaniach i formalnościach prokurator okręgowy zapytał:
–  Pan  i   oskarżona   byliście   w   Bluebell,   kiedy   zaczęła   się   bójka   pomiędzy   Donaldem 

Vickiem i Tommy’m Vuongiem, prawda?

– Tak, to prawda.
– Czy może pan powiedzieć, o czym rozmawialiście?

background image

John z poczuciem winy odpowiedział na pytanie.
–  Kiedy   Vuong   wszedł   do   baru,   Belinda   bardzo   się   zdenerwowała.   Powiedziała,   że 

Vuong skrzywdził jej siostrę, że nie powinien żyć.

– A potem, podczas walki Vick uderzył głową w wasz stół.
– To prawda.
– Czy na stole zostały jakieś ślady krwi, a może włosy?
– Nie jestem pewien. Myślę, że tak.
Swain uniósł w górę plastikowy woreczek.
– Czy widział pan kiedyś taki woreczek w rękach oskarżonej?
– Tak. Ma je zawsze przy sobie.
– Czy zostawił pan oskarżoną samą przy stoliku?
– Tak. Pamiętam, że w którymś momencie przeprosiłem ją i poszedłem do toalety.
Swain uśmiechnął się.
– Dziękuję, nie mam więcej pytań.

Frank Carroll był jeszcze mniej chętny do współpracy. Ben obawiał się nawet, że Frank 

może stracić kontrolę nad sobą i podbić Swainowi oko.

–  Czy   widział   pan   kiedyś   dokumenty   takie   jak   te   zaznaczone   numerem   sześć,   które 

właśnie panu wręczyłem?

– Tak. Wiele razy.
– I co to jest?
–  Broszury   propagandowe.   ASP   drukuje   to   świństwo.   Wręczają   to   na   rogach   ulic, 

wywieszają na tablicach ogłoszeniowych, wkładają za wycieraczki samochodów.

– A gdzie te broszurki były drukowane?
– W Birmingham, tak przynajmniej jest tu napisane.
–  To   ciekawe.   Kto  z  Hatewatch   był  zaangażowany  w  działalność   przeciwko  ASP   w 

Birmingham?

– Wiele osób.
– A kto potem przyjechał do Silver Springs?
– Tylko ja. I Belinda.
–  Panie   Carroll,   poprosiłem   naszego   specjalistę,   aby   starannie   przyjrzał   się   każdej 

pojedynczej broszurce. Wydaje mi się, że ten kto podrzucił te dokumenty na miejscu zbrodni, 
był bardzo ostrożny. Ale nie wystarczająco. Czy zdziwi pana, jeśli powiem, że znaleźliśmy 
odciski palców oskarżonej na jednym z dokumentów?

– No, nie wiem.
–  Wrócimy   do   tego   później.   Czy,   pana   zdaniem,   oskarżona   miała   dostęp   do   tych 

dokumentów?

– Tak, na pewno. Przechowywaliśmy je jako dowody na procesy w przyszłości.

background image

– Dziękuję panu. Nie mam więcej pytań.

Powoli, ale pewnie Swain dopasowywał wszystkie elementy układanki. Akt oskarżenia, 

które przedstawił przeciwko Belindzie, był mocny i pewny. Bezsprzecznie sąd wyda wyrok 
skazujący.

Aż nadszedł moment, którego obawiał się Ben.
– Oskarżenie wzywa na świadka Bena Kincaida.
Swain najprawdopodobniej przeszedł przez wszystkie formalności. Ale Ben naprawdę 

tego nie pamiętał. Jego mózg zbyt szybko pracował, myślał o przyszłości.

– Czy może pan powiedzieć, że oskarżona dobrowolnie przyznała się panu do winy?
– No nie – odparł Ben – nie mogę powiedzieć, że zrobiła to dobrowolnie.
– Kiedy w końcu wyznała panu, co zrobiła, czy zauważył pan u niej skruchę? Żałowała 

swego czynu?

– Nie – smutno zaprzeczył Ben. – Tego również nie mogę potwierdzić.
– Przyznała się, że zamierzała zabić Tommy’ego Vuonga?
– Tak. – Ben ponownie szukał kontaktu wzrokowego z Belindą, ale ona nie patrzyła w 

jego stronę. Ukryła twarz w dłoniach.

–  Ukradła kuszę, aby rzucić podejrzenie na ASP, organizację, która poprzednio rozbiła 

obóz w pobliżu miasta.

– Prawda.
–  I posmarowała kuszę krwią Donalda Vicka oraz zostawiła na niej jego włosy,  aby 

zrzucić na niego winę.

– Tak mówiła.
– Potem ukryła się w lesie w pobliżu Coi Than Tien i czekała, aż Tommy Vuong będzie 

wracał do domu.

– Tak.
– A kiedy dostrzegła zbliżającego się Vuonga, zabiła go strzałami z kuszy.
– No, nie całkiem tak było.
– Co?!
Ben zauważył, że Belinda uniosła głowę.
– To nieprawda.
Zaskoczenie Swaina było oczywiste.
– Jak to nieprawda?
–   To   prawda,   że   Belinda   planowała   zabić   Vuonga,   ale   kiedy   nadszedł   odpowiedni 

moment, zrozumiała, że nie może tego zrobić. Nie mogła wystrzelić strzały.

Belinda spojrzała prosto w stronę świadka.
– Czy pan twierdzi, że zmieniła zdanie?
–  Tak.   Na   nieszczęście   Vuong   zauważył   ją   i   postanowił   wykorzystać   sytuację.   Był 

background image

brutalny, dobrze o tym wiecie. Zaczął ją straszyć, krzycząc, że postąpi z nią jeszcze gorzej niż 
z jej siostrą. Zaczął iść w jej kierunku. – Ben zwrócił się w stronę sędziego Tylera. – Była 
przerażona. I właśnie wtedy wystrzeliła z kuszy.

Swain gapił się na swojego świadka.
– Co ty mówisz... że zabiła go przypadkiem? Że działała w obronie własnej? Zaplanowała 

to   morderstwo   w   szczegółach!   Z   pewnością   nie   powiesz,   że   dwukrotnie   strzeliła 
przypadkiem. Albo że oddała dwa strzały w obronie własnej!

– Nie – odparł Ben.
– A więc sugerujesz, że straciła kontrolę nad sobą? Twierdzisz, że jest chora psychicznie?
– Nie. Z pewnością nie jest chora psychicznie.
– A więc nie rozumiem dlaczego...
– Nie zrobiła tego z premedytacją – obstawał przy swoim Ben. – Strzeliła impulsywnie, w 

wyniku zaistniałej sytuacji.

Sędzia Tyler spojrzał na Swaina.
– Zarzucił pan Belindzie Hamilton najcięższą zbrodnię, panie oskarżycielu.
– To prawda – przytaknął Swain.
– Sądzę, że powinien pan zmienić akt oskarżenia.
– Wysoki Sądzie, to opinia tylko jednego świadka...
– Ale to pański świadek, panie Swain.
– On jest stronniczy...
– Podjął pan pewne ryzyko, kiedy wezwał go pan pod karą grzywny.
– Tak, ale...
–  Jeśli   oczekuje   pan,   że   wydam   wyrok   na   oskarżoną,   niech   pan   będzie   łaskaw 

sformułować poprawne oskarżenie.

– Wysoki Sądzie, ja...
–  Proszę wszystkich sędziów na naradę do mojego gabinetu  –  zarządził Tyler.  – Panie 

Kincaid, zwalniam pana.

– Dziękuję, Wysoki Sądzie.
Kiedy   Ben   opuszczał   miejsce   świadków,   Belinda   pierwszy   raz   spojrzała   na   niego. 

Wymienili spojrzenia.

Wyraz jej twarzy zmienił się i na okamgnienie pojawiło się coś na kształt uśmiechu.

background image

Rozdział 70

Ben siedział na brzegu jeziora w pobliżu ich dawnego obozowiska. Dopiero budził się 

dzień, pierwsze promienie słońca wyłaniały się znad gór. Patrzył na wodę i starał się pozbyć 
zwątpienia, żalu. Całego smutku.

Usłyszał   samochód   podjeżdżający   do   obozowiska   polną   drogą.   Za   chwilę   Christina 

usiadła obok niego.

– Co tu robisz? – zapytał.
Nonszalancko wzruszyła ramionami.
– Myślałam, że może potrzebujesz towarzystwa.
– Myliłaś się. – Odwrócił się i patrzył na jezioro. – Ale skoro już tu jesteś, powiedz, jak 

się czujesz?

– Świetnie. W dobrej formie. Całkowicie wyleczona. – Przechyliła głowę. – A ty?
Rozważał możliwe odpowiedzi. Świetnie? W dobrej formie? Żadna nie zbliżała się do 

prawdy. I wątpił, żeby kiedykolwiek całkowicie się wyleczył.

– Pozwolisz, że zagram?
Ben zauważył, jak wyjmowała z aksamitnego pokrowca organki.
– Musisz?
– Jestem w nastroju. – Zaczęła grać.
Ben starał się to ignorować. Ale melodia dotarła do jego uszu. Wydawała się znajoma. „A 

rekiny w oceanach mają zębów cały pysk...” Nie mógł powstrzymać uśmiechu.

– Nauczyłaś się tego dla mnie?
– Nie. „Miki Majcher” zawsze był w moim repertuarze.
– A to w porządku.
– Hej, śmiejesz się!
– Przepraszam, nie zrobię tego nigdy więcej.
– Okay. Ja też. – Przybrała ponury wyraz twarzy. – Lepiej?
–   Wiem   –  powiedział   Bert  –  że   próbujesz   mnie   pocieszyć,   ale   to   daremny   trud, 

rozumiesz?

– No, dobrze. Nie będę niepotrzebnie tracić czasu.

background image

– Świetnie.
– Będę sobie tylko cicho siedziała i nie powiem ani słowa. – Zrobiła ruch, jakby zasuwała 

usta.

– Świetnie.
Wytrwała w milczeniu pół sekundy.
–  Mam jedno pytanie. Twoje zeznanie dotyczące wahania Belindy, zmiany jej planów. 

Czy to prawda, czy tylko chciałeś ją uratować przed wyrokiem śmierci?

– Christino, kłamstwo pod przysięgą to przestępstwo.
– Nie musisz odpowiadać, jeśli nie chcesz.
– To dobrze. Nie będę.
Christina westchnęła. Wskazała na horyzont.
– Patrz! Wschód słońca.
– Wspaniale.
– Au contraire, c’est... – Pomarańczowe promienie przedarły się ponad górami i odbiły 

się w jeziorze. – C’est magnifigue!

– Nie interesuje mnie to – powiedział Ben. – Kiedyś już widziałem.
Ujęła jego dłoń i ścisnęła mocno.
– Musisz na to patrzyć, jakbyś widział po raz pierwszy.

background image

Podziękowania

Książka w tej formie nie powstałaby, gdyby nie pomoc innych. Chciałbym podziękować 

Kathy   Humphries   i   Gail   Benedict   za   ich   pomoc   przy   rękopisie   i   innych   papierkowych 
pracach. Dziękuję  Arlene’ie Joplin za jej porady w kwestii prawa kryminalnego i Drewowi 
Grahamowi   za   edycję.   Podziękowania   dla   dr   Pula   Tuckera,   wieloletniego   mieszkańca 
Arkansas, za jego pomoc w stworzeniu miasta Silver Springs. Dziękuję też Vienowi Vanowi 
„Bobowi”   i   Cam-Huong   Thi   „Tinie”  Nguyen   za   informacje   na   temat   wietnamskich 
emigrantów  i powołanie do życia  Coi Than Tien, tak aby odzwierciedlało rzeczywistość. 
Spóźnione,   lecz   nieustające   słowa   wdzięczności   dla   Pata   Cremina,   którego   unikalne 
obserwacje natury ludzkiej są istną kopalnią pomysłów dla autora kreującego bohaterów. I dla 
Kevina Hayesa za przyjaźń i inne przymioty, których nie zdołam wymienić. Na koniec moje 
podziękowania   i   słowa   najprawdziwszego   podziwu   dla   Morisa   Deesa   za   inspirację,   jaką 
odnalazłem w jego książkach i jego życiu. Nawiasem mówiąc, każde słowo napisane w tej 
książce,   a   odnoszące   się   do   działalności   i  ideologii  ASP,   znajduje   udokumentowanie   w 
akcjach i stwierdzeniach amerykańskich grup rasistowskich z ostatnich piętnastu lat.


Document Outline