background image

MAY GRETHE LERUM

MIASTO NIEWOLNIKÓW

background image

ROZDZIAŁ I

St. Petersburg, 1713

Czuła jakiś zapach, dziwny odór przynoszony przez wiatr, który nieprzyjemnie drażnił 

nos na długo, zanim mogła wyraźnie zobaczyć miasto. Nad ujściem rzeki wisiała mgła, spoza 

niej ledwie majaczył złocistofioletowy cień słońca. Pod stopami kobiety stary galeon kiwał 

się z tym samym skrzypieniem i pojękiwaniem, co przez całą drogę, chociaż teraz, w zatoce, 

fale były dużo niższe niż te, z którymi statek zmagał się, odkąd opuścili Norwegię.

Pasażerka wspierała się o zniszczone, wymagające pomalowania futryny i próbowała 

oczyścić   chociaż   kawałek   szyby,   by   lepiej   widzieć.   Ciężki   zapach   dochodzący   z   miasta 

zdawał się wciskać poprzez ściany statku, przez drzwi i szyby, do wnętrza pawilonu, który 

kołysał   się   jak   w   nieustannym   tańcu   na   rufowej   części   statku.   Kobieta   poczuła   ostre, 

niecierpliwe  ssanie  w  żołądku. Wkrótce  dobiją do brzegu.  Wkrótce  kapitan  sprowadzi ją 

ostrożnie po trapie na ląd. Wkrótce... wkrótce będzie mogła się przekonać, czy naprawdę 

dotarła do domu.

Śniła   pełne   nadziei   sny,   ścigała   blednące   wspomnienia   przez   całe   życie.   Teraz, 

ostatecznie, będzie mogła zmierzyć się z prawdą. Nadjana starała się uchwycić tę prawdę 

obiema rękami, wiedziała, że teraz już się jej nie wymknie. Podróż statkiem dostarczała jej 

coraz to nowych dowodów na to, że zbliża się do miejsc, za którymi tak tęskniła. Jakaś ulotna 

wizja kraju. Strzęp języka. Nawet jakieś twarze.

Rosja.

Państwo Piotra Wielkiego.

Och, tak, nie miała najmniejszych  wątpliwości, wciąż potrafiła wywołać w ustach 

smak czarnego chleba i blinów. Widziała też we wspomnieniach wielkie pozłacane kopuły i 

piękne, barwne domy.  Czerwone koszule? Obszerne płaszcze?  Proste ulice i niskie, małe 

sklepiki.

Wiedziała, że to nie jest to samo miasto. W tamtych czasach nikt nie znał miejsca 

zwanego Sankt Petersburgiem, tutaj nad ujściem Newy, pośrodku rozległych bagien.

Ale teraz...

Mrużyła   oczy,   czuła,   że   nogi   pod   nią   słabną.   Chyba   nie   zdoła   wyjść   na   brzeg   o 

własnych siłach, jeśli zaraz nie usiądzie i nie odpocznie, podczas gdy statek będzie się zmagał 

z ostatnimi falami, z utęsknieniem dążąc do portu.

Chłopiec wciąż tkwił na pokładzie razem z dwoma innymi pasażerami. Po długich, 

nudnych   dobach   spędzonych   na   morzu   panowała   tam   gorączkowa   atmosfera.   Marynarze 

background image

krzyczeli coś do siebie w dawno zapomnianym  przez nią języku, słowa unosił wiatr, nie 

wszystko   do   niej   docierało,   lecz   Nadjana   rozumiała   niemal   dokładnie,   co   mówią. 

Przypominała sobie wszystko dziwnie szybko, przyjmowała to jako ostateczny dowód. Język 

rosyjski był jej językiem macierzystym. Mówiła po duńsku, norwesku, nawet po francusku i 

trochę w języku niemieckim, którego nauczyła się w Kopenhadze. Ale te śpiewne, przeciągłe 

słowa, którymi posługiwali się marynarze na tym statku... Tak, te słowa należały do mowy 

dzieciństwa.

Puściła okienną ramę, wsparła się na niewielkim stoliku i z trudem dotarła do miękkiej 

sofy,   podczas   gdy   statek   znowu   zmieniał   kurs   i   wzburzone   morze   tłukło   w   jego   burtę. 

Siedziała wysoko, wysoko ponad wodą w wyposażonym w okno drewnianym szałasie prawie 

na   samej   rufie   statku.   Kapitan   i   załoga   nazywali   to   pomieszczenie   pawilonem,   ale   tak 

naprawdę   przypominało   ono   niewysokie   pudło.   Kiedy   w   tym   pawilonie   zbierali   się 

oficerowie wraz z pasażerami, robiło się ciasno i tłoczno. Nadjana cieszyła się, że podróż 

dobiega końca. Nie lubiła morza. Przez pierwszą noc nieustannie wymiotowała, chora od 

wspomnień o innym sztormie, ucieczce, nocach spędzonych w łodzi wiosłowej daleko stąd na 

dzikich wybrzeżach Helgelandu...

Czasy Skjaervaer minęły już dawno. Uciekła z tego więzienia w pozbawionej wioseł 

łodzi, wypłynęła na wzburzone morze, wydawało jej się, że nigdy nie dotrze do lądu. Wichry 

jednak   były   i   gwałtowne,   i   litościwe.   Poradziła   sobie.   Jeszcze   raz.   Nadjana   wielokrotnie 

bywała uciekinierką, ale teraz to już na pewno będzie ostatnia podróż. Docierała oto do domu. 

Wyjechała stąd jako osoba pozbawiona praw i jako taka wracała.

Ta posunięta już w latach kobieta jęknęła cicho, gdy poczuła ostrzegawczy i bolesny 

skurcz w piersiach. Od dawna była chora. Odczuwała te bóle od czasu, gdy przyjechała do 

Lyster jako świeżo poślubiona żona Justitiana. Może to ta sama choroba, która w końcu jego 

pokonała?   A   może   coś   całkiem   innego?   Nawet   Marja   Karlsgard   nie   mogła   jej   pomóc. 

Nadjana wstrzymała oddech i dotykała napiętej skóry na twarzy pod maską. Ból powinien za 

chwilę ustąpić. Czuła, że serce bije z wysiłkiem  i bardzo wolno, szumiało  jej w uszach. 

Napięcie dawało się we znaki, wiedziała, że nie potrafi już znosić zbyt wielkich emocji i 

wzruszeń. Ostatnie lato było przecież bardzo niespokojne.

Karl Martin przeważnie spędzał czas na pokładzie. Teraz statek kiwał się leciutko, 

mogli już dostrzec wysokie wieże na jakiejś twierdzy i widzieli, że wzdłuż pasa lądu stoi rząd 

galeonów oraz wiele głęboko się zanurzających  fregat. Nowo stworzona flota Rosji, Karl 

Martin   opowiadał   Nadjanie   szczegółowo.   Marynarz,   za   którym   nieustannie   się   włóczył, 

mówił mu o tej flocie z taką dumą, jakby to on sam zbudował wszystkie okręty.

background image

- W Archangielsku, możesz mi wierzyć, budują najpiękniejsze okręty na świecie! Car 

osobiście jeździł po dalekich krajach i uczył się szkutnictwa. Staje często w doku z tubą, która 

wzmacnia jego słowa, i dogląda, czy kil jest naprawdę prosty, sam wykuwa żelazne gwoździe 

i nigdy nie bywa zmęczony. A okręty, okręty, mój młody przyjacielu, one będą najlepszymi i 

najszybszymi, a także najbardziej groźnymi wojennymi jednostkami, jakie świat widział!

Karl Martin rozszerzonymi zdumieniem oczyma patrzył na młodego marynarza.

- Czy ty będziesz na nich żeglował?

-   Och,   tak,   niech   no   tylko   skończę   służbę   tutaj   na   tym   pokładzie...   Może   już 

przyszłego lata. Albo następnego. Żeby tylko wojna nadal trwała... - Oczekiwanie marynarza 

mieszało się z odrobiną troski. - Chociaż człowiek nie powinien sobie czegoś takiego życzyć, 

skoro w całej Rosji wdowy i matki opłakują poległych... Ale okręty, rozumiesz... Okręty to 

coś   zupełnie   wyjątkowego.   I   wiesz,   on   jest   Norwegiem,   tak   jak   ty,   ten,   który   dowodzi 

wszystkimi jednostkami!

Karl Martin przybiegał do Nadjany z wypiekami na twarzy, żeby przekazywać jej te i 

inne   nowiny   od   marynarza.   Każdego   dnia   uczył   się   więcej   słów,   a   któregoś   późnego, 

bezwietrznego   popołudnia   Nadjana   porozmawiała   z   samym   kapitanem   i   nawigatorem. 

Wypytywała ich o ten kraj, do którego się zbliżali, a oni dodawali wciąż nowe fragmenty do 

jej układanki. Zjedli kapuśniak i bliny, czosnek przyjemnie palii w ustach i Nadjana czuła, jak 

jej ciało przyjmuje ten smak, który powinien był być jej całkiem obcy.

Kapitan długo się zastanawiał nad swoją tajemniczą pasażerką. Kosztowało ją sporo, 

zanim zdołała go przekonać, by wziął na pokład ją i chłopaka. Kobieta w masce wzbudzała 

powszechną   uwagę,   mimo   że   nosiła   też   kapelusz   z   gęstą   woalką,   by  ukryć   ten   straszny 

kawałek   jedwabiu,   którym   zawsze   zasłaniała   twarz.   Dłonie   również   ukrywała,   pod 

rękawiczkami lub w haftowanej mufce. Nie odsłaniała ich nawet do jedzenia. Kiedy zabierał 

ich na pokład w Christianii, był pełen sceptycyzmu. Skąd tych dwoje uciekło? Zamaskowana 

kobieta najwyraźniej pochodziła z wysokiego rodu. Chłopak miał się wkrótce przemienić w 

młodzieńca,   podczas   rozmowy   spuszczał   wzrok   i   odzywał   się   rzadko.   Matka   i   syn,   tak 

powiedziała. Może to odepchnięta przez rodzinę arystokratka? A może zbiegła przestępczyni?

No trudno, srebro, które położyła przed nim na stole, rozstrzygnęło wątpliwości. Poza 

tym,   powiedział   sam   sobie,   matuszka   Rosja   potrzebuje   w   tych   dniach   każdego   młodego 

mężczyzny. Szwedzi nie ustępują. Anglia i Francja wciąż są w stanie wojny. A co do króla 

polskiego, to kapitan nie wierzył mu ani na słowo. Car Piotr rzeczywiście miał pełne ręce 

roboty.

I krwi, dodał ze smutkiem jakiś cichy głos w sercu kapitana.

background image

Kobieta   okazała   się   sympatyczną   towarzyszką,   szczerze   powiedziawszy,   stała   się 

bardzo przyjemnym dodatkiem do pełnej trudów podróży. Na pokładzie panie zdarzały się 

nieczęsto, ale kapitan nie przejmował się starymi  przesądami. Czyż bowiem wielki ojciec 

narodu nie zabiera swojej małżonki nawet na wojenną wyprawę? Czy nie posłał kobiety do 

akademii, by wyuczyła się nawigacji?

Nie, teraz nastały nowe czasy dla ludzi, którzy wiedzą to i owo o świecie.

Kapitan   z   rozbawieniem   obserwował,   jak   inni   pasażerowie   rzucają   przeciągłe 

spojrzenia, kiedy zapraszał Nadjanę do swojej kajuty i dotrzymywał jej towarzystwa. Chłopak 

natomiast pracował, choć przecież zapłacił za podróż, szorował pokład i pomagał w mesie, 

poza tym nauczył się od marynarzy wiązania węzłów.

Tak jest, nie żałował, że zabrał ze sobą tych dwoje. Młodszy marynarz obiecał na 

dodatek znaleźć im lokum, kiedy nareszcie dobiją do portu.

Stała niepewnie na szerokich deskach, które położono od kamienistego nabrzeża przez 

wypełniony błotem rów. Karl Martin trzymał ją mocno pod ramię, ale deski uginały się pod 

ciężarem   obojga   i   Nadjana   miała   wrażenie,   że   podróż   wcale   się   jeszcze   nie   skończyła. 

Wszystko  się  pod  nią  chwiało,  kręciło   jej  się  w  głowie,  przy  każdym  oddechu  wciągała 

wilgotny smród jeszcze głębiej do płuc.

Ale mgła zelżała. Słońce rzucało teraz fioletowe, chorobliwe cienie. Mogli już widzieć 

i mieniące się pozłacane wieże, i piękne, barwne fasady.

Marynarz   Jewgienij   szedł   krok   w   krok   za   nimi.   Rozpościerał   ręce   i   zachwycony 

pozdrawiał ojczysty kraj.

- Matuszka! Ukochane dziedzictwo moich ojców!

Później wysunął się naprzód i raz po raz machał do swych towarzyszy ręką.

- Chodźcie! Chodźcie szybciej, nie mogę dłużej czekać. Mama trzyma gorące garnki 

na piecu, wiem dobrze, o Boże, jak ja tęsknię za tym, żeby zobaczyć ją i ukochaną siostrę 

Saszę! Jeśli będziemy mieć szczęście, dostaniemy na kolację gotowane mięso i cebulową 

zupę!

Prowadził  Nadjanę  i Karla  Martina   w  górę  szeroką,  prostą  ulicą.  Teraz   naprawdę 

mogli podziwiać miasto.

- Wszędzie nowe domy - powiedział cicho. Dumnie spoglądające oczy promieniały, 

ale głos był dziwnie drżący. - Spójrzcie na ten pałac po drugiej stronie Wyspy Zajęczej! Zdaje 

mi się, że został zbudowany z włoskiego marmuru. Jakie piękne kolory! Car miał go jakoby 

zaprojektować osobiście, patrzcie na te sztukaterie!

Rozglądając się ciekawie, szli dalej. Pośrodku rzeki, na sporej wyspie, widać było 

background image

masywny   kompleks   budynków.   Cytadela   wzniesiona   z   kamienia   lśniła   bielą   w 

popołudniowym   słońcu.   Wysokie   mury   Twierdzy   Petropawłowskiej   były   dokładnie   tak 

niedostępne, jak Nadjanie opowiadał kapitan.

Marynarz   dźwigał   znaczny   ciężar,   prócz   swojego   worka   niósł   też   skórzaną   torbę 

Nadjany. Kufer podróżny miał być przysłany później, jeden z przyjaciół marynarza przyjdzie 

na kolację i przyniesie go.

Teraz młody człowiek wyciągał nogi. Droga wiodła wzdłuż rzeki, nieustannie mijali 

większe i mniejsze łodzie wyładowane towarami, kamieniami, drewnem i wielkimi workami 

o nieznanej zawartości.

- Zanim słońce zajdzie, będziemy na miejscu - zapewniał marynarz, spoglądając z 

troską na starszą kobietę. Spod maski ukrywającej twarz wypływały cienkie strumyczki potu. 

Karl Martin zapomniał na moment o swojej pełnej zachwytu ciekawości i chwycił Nadjanę 

jeszcze mocniej pod ramię.

-   Może   powinniśmy   trochę   odpocząć   -   powiedział,   spoglądając   spod   oka   na 

marynarza.

- Dobrze, wkrótce dojdziemy do gospody Pod Czterema Fregatami, ale...

- No to idź do domu i przyjdź po nas później wieczorem. Nadjana musi odpocząć.

Kobieta   ucieszyła   się,   że   jej   młody   towarzysz   potrafi   tak   stanowczo   działać.   Był 

jeszcze   dzieckiem,   przynajmniej   jeśli   chodzi   o   wiek.   Ostatni   rok   jednak   dramatycznie 

odmienił Karla Martina. Stał się on młodym mężczyzną, doszło do tego chyba zbyt szybko.

Marynarz zmarszczył nos, poprawił ciężki worek na ramieniu.

- Moim zdaniem to nie jest dobre rozwiązanie... Jesteście obcy, ludzie domyśla się 

tego, gdy tylko otworzycie usta. I wkrótce zrobi się ciemno... Nie, ulice nie są bezpieczne. 

Gospody też nie, zwłaszcza dla damy w towarzystwie młodego chłopca!

Karl Martin zmarkotniał, lecz Nadjana powiedziała:

- Jeszcze kawałek wytrzymam. Uniosła spódnicę nieco wyżej i poczuła, że bryza znad 

morza chłodzi jej obolałe stopy.

- Chodź! - rzekła tak wesoło, jak tylko była w stanie. - Możemy iść dalej. Cieszę się, 

że wkrótce spotkam twoją szanowną matkę, Jewgienij.

Młody człowiek kiwał z zadowoleniem głową. By dodać otuchy Nadjanie i skrócić 

wędrówkę, zaczął opowiadać o mieście, które powoli zostawiali za sobą.

-   Były   tutaj   jedynie   bagna,   podmokłe   równiny   i   nieurodzajne   mokradła!   Szwedzi 

zbudowali na nich fort, ale car Piotr rozprawił się z nimi bardzo szybko, dziesięć lat temu, 

kiedy postanowił wznieść tutaj swoją stolicę. Petersburg! To będzie potężne miasto. Nasz port 

background image

na morzu! Nasz punkt startu do wielkich podbojów! Rosja stanie się nowym mocarstwem 

świata, jest to cel naszego cara. I on go osiągnie!

Dumny głos przycichał nieco, kiedy marynarz przekładał worek z jednego ramienia na 

drugie i machał zdrętwiałą ręką.

- Ale to wszystko kosztuje, nie muszę was przekonywać. Ludzie nie bardzo się z tego 

cieszą,   wiem   dobrze.   My,   którzy   wypływamy   w   morze,   nie   widzimy   tak   dobrze   ani 

wszystkich wysiłków, ani bezradności narodu. My oglądamy tylko nowe budowle i ulice za 

każdym razem, gdy wracamy do domu. Ale ludzie...

Zatroskany potrząsnął głową.

-   Miasto   jest   zbudowane   na   szkieletach,   powiadają   popi.   Mówi   się,   że   ulice   są 

przesiąknięte krwią...

- Ach, tak? Karl Martin przestraszony wytrzeszczał oczy.

- Tak, car jest surowym panem... Każdego roku do Petersburga przybywa mnóstwo 

biednych ludzi. Więźniowie, chłopi pozbawieni ziemi, niewolnicy pojmani na wojnie... wśród 

nich wielu Szwedów. Ale także synowie szlachty, eleganccy panowie z Moskwy, ba, nawet z 

Ukrainy, odległego nizinnego kraju... Wszyscy oni przyganiani są tutaj, by zginać plecy nad 

rowami, kopanymi  dla osuszania bagien. Trudny do pojęcia wysiłek. Budują wciąż nowe 

kanały, kopią nowe rowy prowadzące do morza. Każdy wznoszony dom musi mieć najpierw 

fundament.   Tysiące   mężczyzn   dźwigają   potrzebne   kamienie   i   ziemię   w   szmacianych 

workach. Mówi się, że kamienie przywożone są aż z Ukrainy, że ziemia przynoszona jest 

przez niewolników odbywających w tym celu trwające miesiącami wyprawy... Bez wozów, 

bez zwierząt pociągowych, nawet bez ręcznych wózków.

- Niewiarygodne - jęknęła Nadjana. Ciało bolało ją tak, jakby ona sama była jedną z 

tych przeklętych.

- A domy... drewno przywozi się z wielkich lasów położonych wiele setek mil stąd. 

Niektórzy przenieśli tutaj całe pałace z Moskwy! Ale też nie mieli wyboru, skoro car najpierw 

wymeldował ich z dawnej stolicy i miejsce do zamieszkania przydzielił tutaj. Chce, żeby ci 

ludzie   go   otaczali,   starzy   książęta   i   nowa   szlachta.   Powiada,   że   powinni   się   oni   stać 

największą   ozdobą   jego   stolicy,   ale   ich   synów   wysyła   do   kamieniołomów,   a   zamiast 

pieniędzy daje im jedynie łopaty.

- Że też oni się na to godzą - mruknął Karl Martin. Marynarz posłał mu ostrzegawcze 

spojrzenie.

-   Nie   mają   wyboru.   Poza   tym   to   wielki   zaszczyt   móc   służyć   carowi   teraz,   kiedy 

realizuje taki wielki cel z myślą o przyszłości narodu. Świat musi dostrzec jego siłę. Tak, co 

background image

do tego nie mam żadnych wątpliwości!

Jewgienij pokazywał coś w oddali.

- Tam! Tam leży chata mojej matki i siostry. Spójrzcie, ta maleńka wioska stała się już 

częścią Petersburga! Kiedy tutaj przybyłem, znajdowało się w niej jedynie kilka zapadających 

się chat!

Dumny znowu przyśpieszył kroku. Teraz, kiedy już widzieli cel wędrówki, w Nadjanę 

także wstąpiła jakaś nowa siła. Uniosła brodę i uśmiechnęła się wesoło do Karla Martina. Na 

szczęście chłopiec przyjmował wszystko jak przygodę. Mieli dość pieniędzy, by radzić sobie 

przez  jakiś  czas,  zdobyli  też   przyjaciół.  A  dzięki   marynarzowi  Jewgienijowi  już  w  kilka 

godzin   po   przybyciu   będą   mogli   zapuścić   korzenie   w   tej   tak   wspaniale   się   rozwijającej 

rosyjskiej ziemi.

- Wchodźcie, proszę! Mój mały Jewosza, nareszcie jesteś w ramionach swojej starej 

matki! Wojtitie, wojtitie, przyprowadziłeś przyjaciół?

- Tak, miłaja mama, to są cudzoziemcy. Będą dziś wieczorem naszymi honorowymi 

gośćmi i może moja kochana matuszka zaprosi ich na dłużej...

-   Och,   pewnie,   pewnie,   mój   synku...   Proś   gości   do   środka,   oni   z   pewnością   nie 

pojmują, co mówimy.

Marynarz uściskał matkę.

- Tylko zacznij z nimi rozmawiać, moja kochana, zobaczysz, jak dobrze rozumieją 

nasz język.

Ta   budząca   zaufanie   kobieta   Karlowi   Martinowi   przypominała   żebraczki,   które 

widywał w miastach i wsiach Norwegii. Miała twarz ciemną jak garbowana skóra, a wokół 

okrągłych, małych oczu aż się roiło ód setek drobniutkich zmarszczek. Szerokie usta były 

prawie   całkiem   bezzębne,   natomiast   ramiona   miała   zdumiewająco   silne.   Lekko   uniosła 

podróżny worek syna, kłaniając się równocześnie głęboko gościom i cofając w stronę niskich 

drzwi.

- Szanowni goście... Zachodźcie do nas. Mam na imię Jewdokija, jestem wdową po 

znanym mistrzu kowalskim, którego imię nosi mój syn... Wejdźcie, wejdźcie i nie gardźcie 

skromnymi warunkami...

Nadjana uśmiechała się, a Karl Martin kłaniał tak pięknie jak potrafił, nie zdejmując 

worka z pleców. Kobieta wybuchnęła śmiechem, kiedy oboje witali ją po rosyjsku.

- Jaka uprzejmość! Ile szacunku! Tak, mój mały Jewgieniju, gdybym sama tego nie 

widziała, nigdy bym nie uwierzyła. Ci cudzoziemcy... można powiedzieć barbarzyńcy...

Marynarz zarumienił się lekko, miał jednak nadzieję, że żadne z dwojga przybyszów 

background image

słów jego matki nie zrozumiało. Nadjana rozglądała się po izbie, a Karl Martin zajął się 

małym pieskiem, którego matka Jewgienija zawsze brała ze sobą do łóżka.

- Tak, tak, przywitaj się z Katiuszką! Ona jest bardzo grzeczna, mogę was zapewnić, 

nigdy nie szczeka ani nie robi żadnych głupstw. Dokładnie tak samo jak nasza caryca, po 

której dostała imię... Miła istota, tak, tak, moje stare, obolałe nogi nie chciałyby mnie nosić 

przez całą zimę w tej norze, gdyby nie ciepła, mała Katiuszką...

Kobieta zagadywała przyjaźnie do brązowego pieska, drapała go za uchem jedną ręką, 

drugą zaś mieszała w saganku.

Oczy   Nadjany   zaczęły   się   przyzwyczajać   do   panującego   w   izbie   półmroku. 

Dostrzegała teraz, że dom został zbudowany prawie tak samo, jak budynki gospodarcze na 

północy.   Ściany  z  kamienia   łączonego   gliną,  na  tym  więźba  dachowa  z  grubych   bali.  A 

wszystko   pokryte   czymś,   co   mogło   przypominać   słomę,   ale   co   z   pewnością   było   ostrą, 

brunatną morską trawą rosnącą bujnie na bagnistych terenach.

Pośrodku ubitego z ziemi klepiska wymurowano duży piec.

A   otwór   w   dachu   też   był   dokładnie   taki   sam,   jaki   zapamiętała   z   niskich   chat   w 

północnej Norwegii. Natomiast zapach panował tu zupełnie inny. Cała izba i kobieta, a nawet 

pies, pachnieli czymś ostrym i kwaśnym. Kiedy podano jedzenie, Nadjana znowu poczuła ten 

zapach.

Kapuśniak.

Gęsty, ciężki dym z opału, który Nadjana najpierw wzięła za mokre drewno, a który 

okazał się suszonymi odchodami krów i owiec, stojących w pomieszczeniu obok izby zajętej 

przez ludzi.

Starała   się   opanować   coraz   większe   mdłości,   była   wdzięczna   Jewgienijowi,   że 

zostawił otwarte drzwi, odważnie ujęła łyżkę, a Karl Martin dostał silnego kuksańca w bok.

- Jedz, na miłość boską!

Stara kobieta skinęła głową i złożyła ręce jak do modlitwy, uczyniwszy najpierw znak 

krzyża w powietrzu nad stołem i nad jedzeniem.

Marynarz z wielkim zapałem zabrał się do posiłku, odrywał wielkie kęsy twardego 

czarnego chleba z grubo mielonej mąki.

-   Cieszę   się,   że   nie   brakowało   ci   jedzenia,   matuszka...   Czy   masz   jeszcze   trochę 

pieniędzy z tych, które dałem ci przed ostatnim wyjazdem?

- Uszsz... teraz jemy - odparła matka surowo i pochyliła głowę nad talerzem.

Piesek   zapiszczał   i   Nadjana   zobaczyła,   jak   stara,   lekko   zawstydzona,   raz   po   raz 

odejmuje sobie spory kęs od ust i podaje zwierzęciu.

background image

- Zima była ciężka - powiedziała cicho. - Czy wiesz, synu, co wymyąlili nasi sąsiedzi? 

- Spojrzała w dół na swoje stopy i dokończyła szeptem, ledwie poruszając wargami: - Oni 

chcieli zabrać mi moją małą... Chcieli wsadzić ją do garnka. Nawet twoja siostra, ukochana 

Sasza... Mówiła, że to bluźnierstwo wobec Boga, cara, Rosji i wszystkich udręczonych ludzi, 

że karmię zwierzę, kiedy dzieci jej przyjaciół umierają z głodu... Oni niczego nie rozumieją, 

synu, myślę, że jeszcze jednej takiej zimy nie wytrzymam...

- Ja o ciebie zadbam, mamusiu. Nie potrzebujesz się obawiać następnej zimy - rzekł 

marynarz, rzucając niepewne spojrzenie ku swoim gościom. - A teraz, mamo, potrzebujemy 

więcej światła - dodał cicho. - Jest niemal całkiem ciemno...

Dopiero kiedy kobieta przyniosła rozżarzone węgle z pieca i zapaliła oliwną lampkę 

na stole, Nadjana zobaczyła, że oczy starej przesłania szara błona.

Była prawie ślepa.

A więc nie ma nic nadzwyczajnego w tym, że nie dziwiła się mojej masce, pomyślała 

Nadjana.

Zanim jeszcze zimne jesienne wiatry zaczęły wiać nad krajem, Nadjana zrozumiała, że 

marynarz nie tylko z powodu gościnności i współczucia dla dwojga uciekinierów zaprosił ich 

do domu swej niewidomej matki. Stara kobieta okazywała coraz większe zaufanie eleganckiej 

damie, która w taki niezwykły sposób do nich przybyła. Nadjana potrafiła już prowadzić z nią 

proste   rozmowy,   matka   Jewgienija   była   cierpliwa   i   z   chęcią   uczyła   Nadjanę   nowych, 

trudnych słów. Ta zaś powtarzała je niczym dziecko i wkrótce nabrała takiej wprawy, że Karl 

Martin został daleko w tyle. Ale któregoś dnia twarz gospodyni wykrzywiła się brzydko, a 

Nadjana dałaby wiele za to, żeby cofnąć wypowiedziane przez siebie zdania.

Wspomniała   coś   o   ślepocie   starej.   Ponury   grymas   na   twarzy   tamtej   i   jej   słowa 

sprawiły, że natychmiast zaczęła się wycofywać.

- Moje oczy widzą wystarczająco dobrze! Widzę to, co chcę widzieć! Strzeż się sama, 

kobieto z północy, byś i ty nie musiała przyjąć kary bożej za swoją zuchwałość!

Wtedy marynarz odprowadził Nadjanę na bok i powiedział:

- Tak to jest, proszę pani. Wielu nieszczęśników tutaj traci wzrok i słuch, a często na 

dodatek   również   nie   mogą   się   poruszać.   Nigdy   jednak   nie   powinnaś   o   czymś   takim 

wspominać, bo to jest wielki wstyd. Matka uważa, że to kara za jej grzechy. Przyjmuje to tak 

samo, jak śmierć ojca...

Nadjana przeprosiła raz jeszcze, ale marynarz potrząsał głową i uśmiechał się blado.

- Ona jest stara, biedaczka. I ma tylko mnie i moją siostrę. Harowała przez całe życie. 

Nie uwierzy pani pewnie, że ona ma dopiero czterdzieści pięć lat. Ale wkrótce umrze. Muszę 

background image

się   opiekować   nią   i   siostrą,   choć   jest   to   bardzo   trudne,   ponieważ   jedyne   źródło   mego 

utrzymania znajduje się na morzu. Wy... wy dwoje... macie tutaj dom, jak długo zechcecie. 

Nie będzie was to nic kosztowało, musicie tylko opiekować się nią i pomóc przetrwać jej 

zimę.  Z tym,  co ja jej  zostawię, zdołacie  jakoś  przeżyć,  doświadczony marynarz  zarabia 

przecież więcej niż początkujący chłopak, którym byłem w ubiegłym roku...

Nadjana nie słyszała w jego głowie prośby, raczej propozycję.

Jewgienij nauczył ich wiele, był ich pierwszym przyjacielem w tym mieście.

Karl Martin odpowiedział:

- Będziemy jej doglądać, Jewgienij. Jesteśmy ci to winni. Poza tym nasze pieniądze 

będą nam potrzebne później, kiedy już zdecydujemy, czy zostać tutaj, czy ruszać dalej. Twoja 

matka z pewnością nauczy nas wiele o tym kraju. To raczej ona wyświadczy nam przysługę, 

prawda, Nadjano?

Nie miała serca zaprotestować. Jeśli ten rozpieszczony młody człowiek zniesie długą 

zimę w małej, śmierdzącej chałupie, ona też to wytrzyma. Zresztą może sama urodziła się w 

takiej chacie? Może ona też tak by wyglądała i pachniała, gdyby życie obeszło się z nią 

podobnie, jak się obchodzi z większością ludzi.

Ale wiadomość o tym, że ta drobna, pokurczona kobieta jest od niej młodsza, była dla 

Nadjany   szokiem.   Maska   i   rękawiczki   czyniły   z   niej   w   jakiś   sposób   osobę   bez   wieku. 

Pochlebiało jej to i wprawiało w dumę, że jeszcze jest traktowana jako młoda, interesująca 

kobieta. W lepsze dni jej krok był lekki i sprężysty, wciąż zachowała zręczność w szczupłym 

ciele, a białe włosy z wiekiem nie zmieniały koloru, ani nie ciemniały, ani nie stawały się 

jeszcze bielsze. W młodości wielokrotnie przeklinała tę ich bezbarwność, ale teraz mieniły się 

niczym srebro w blasku księżyca, nie siwiały ani nie robiły się rzadsze tak jak u większości 

starszych kobiet.

Znajdowali się w młodym, nieustannie rozrastającym się mieście Petersburg. Zyskali 

pierwszych przyjaciół. Mieli dość pieniędzy,  by nie głodować, niezależnie od tego co się 

wydarzy.

Już podczas  pierwszego spaceru po ulicach  miasta  Nadjana zrozumiała,  że jest to 

miejsce pełne wszelakich możliwości dla silnego młodzieńca, jakim Karl wkrótce się stanie.

- Dziękujemy ci, Jewgienij. Zostaniemy u twojej matki przez całą zimę.

Marynarz śmiał się uszczęśliwiony.

-   Trzeba   urządzić   święto!   Musimy   to   uczcić!   Chodź,   Karl   Martin,   pójdziemy   do 

handlarza wódki i zafundujemy sobie garnek na dzisiejszy wieczór. Mama zaprosiła Saszę i 

jej przyjaciół, a ja myślę, że znajdzie się wielu chętnych, kiedy tylko usłyszą pijackie pieśni, 

background image

których zamierzam was dzisiejszej nocy nauczyć!

Nierzadko widywało się biednych ludzi pijanych do nieprzytomności, wieczorami z 

niskich chat dochodziły krzyki i bełkotliwe śpiewy. Wódka jest pocieszycielką dla wielu, lecz 

dla równie wielu staje się niebezpieczną władczynią. Często bywa obrzydliwa w smaku i 

cuchnie paskudnie, najbiedniejsi próbują pędzić samogon z czegoś, co powszechnie nazywa 

się cudzoziemskimi trupimi kośćmi. To warzywo, które car osobiście próbował upowszechnić 

w swoim kraju. Sadziło się do ziemi  bulwy,  ale cierpka nać, która z nich wyrastała, nie 

smakowała nikomu. Wyglądało też na to, że nie będzie bujnie rosła na polach po kapuście i 

cebuli. A kiedy się na dodatek okazało, że pędzony z niej samogon jest podłego gatunku, 

wysłannicy cara musieli zrezygnować.  Nikt jesienią nie sprzątał żółknącej, zwiędłej naci. 

Zbierano tylko bulwy, którymi napełniano wielkie balie wytwórców samogonu. Alkohol z 

nich  nie   był  specjalnie   drogi,  ale  smakował   kiepsko,  odbierał  swoim  niewolnikom  siły  i 

zdolność do pracy. Mimo to Nadjana dobrze rozumiała nieszczęsnych ludzi. Nędza w tych 

okolicach zabudowanych małymi chatami, zamieszkanymi przez wdowy, podrostków, starych 

mężczyzn i inwalidów, sprawiała jeszcze bardziej beznadziejne wrażenie niż to, co widywała 

w chatach najbiedniejszych komorników w Lyster. Ba, nawet trudne miesiące spędzone na 

Skjasrvaer zbladły w porównaniu z widokiem dzieci, które z ukrycia ciskały kamieniami w 

szczury   kopiące   sobie   jamy   głęboko   w   podmokłej   ziemi   tuż   obok   ludzkich   siedzib.   Do 

nadejścia zimy pozostawało jeszcze sporo czasu, ale już teraz dzieci głośno płakały z głodu i 

rozczarowania, jeśli jakiemuś gryzoniowi udało się umknąć.

Nadjana przeliczyła dokładnie swoje srebro i kiedy spadł pierwszy śnieg, postanowiła 

połowę   majątku   wydać   na   kompletnie   nieodpowiedzialny,   zdawać   by   się   mogło   zgoła 

idiotyczny zakup.

- Jutro zaprowadzisz mnie do dzielnicy handlowej - powiedziała do Jewgienija.

On spojrzał na nią tylko i skinął głową.

- Chcesz lepiej poznać miasto? No tak, rozumiem. Od tygodni siedzisz przecież w 

domu. Karl Martin jest dużo bardziej obeznany z okolicą, mimo to na pewno zechce nam 

towarzyszyć.

- Tak! Możemy pójść do portu i do doków, gdzie szkutnicy budują okręty? - zawołał 

chłopak.

Nadjana wielokrotnie słyszała jego opowieści o nowych fantastycznych okrętach, był 

nimi zajęty tak samo jak marynarz.

- Owszem, pójdziemy. Zobaczysz statek, na którym w najbliższą niedzielę wypływam 

w morze - odparł Jewgienij.

background image

Nadjana   już   teraz   czuła,   jaka   będzie   zmęczona   po   takim   długim   dniu.   Jednak 

postanowienie,   które   powzięła,   dodawało   jej   sił,   a   przeznaczone   na   zakupy   guldeny 

dosłownie paliły w kieszeni.

- Mam nadzieję, że potem będziemy mieć dość czasu - rzekła tajemniczo.

Najpierw   poszli   tam,   gdzie   rozkładają   swoje   stragany   rosyjscy   kupcy.   W   górę 

najszerszej ulicy, gdzie aż się roiło od brudnych małych dzieci, proponujących do sprzedania 

wszystko, od robionych na drutach wełnianych czapek do nadgniłych główek przemrożonej 

kapusty. Kilka starych bab stało z czarnymi samowarami i sprzedawało herbatę, podawaną w 

ciężkich kubkach z dębowego drewna. Ale tylko niektórzy mieli czas i pieniądze, by się 

zatrzymać, biała para unosiła się w górę i przesłaniała zakutane w chustki baby.

Nadjana   przesypywała   w   obciągniętych   rękawiczkami   dłoniach   sczerniałe   ziarno, 

wszystkie zboża były w marnym gatunku, a ceny bardzo wysokie. Rozpoznawała żyto, ale 

najpopularniejszego tu ziarna nie mogła sobie przypomnieć. To jakaś odmiana pszenicy, ale 

kłosy, które kupcy wystawiali, były małe i żałośnie szare.

Długie rzędy cebuli i kapusty, a na dodatek różnego rodzaju warzywa naciowe, które 

mogły być używane zarówno jako jedzenie, jak i lekarstwo. Znajdowały się tutaj także duże 

bele wełnianych tkanin, stosy suszonych ryb i mnóstwo garnków, saganków, najrozmaitszych 

narzędzi oraz robionych z drewna wiader.

Gorzej   natomiast   z   klientami.   Wkrótce   wokół   dobrze   ubranej   kobiety   z   wdowią 

woalką   u   kapelusza   zaczęło   się   tłoczyć   mnóstwo   sprzedawców.   Wykrzykiwali   coś   jeden 

przez drugiego, wielu posługiwało się takimi dialektami, że Nadjana nie była w stanie pojąć, 

co   mówią.   Karl   Martin   stał   z   rozjarzonymi   oczyma   w   kręgu   kupców   i   gładził   piękne, 

rzeźbione rękojeści sztyletów, materiały na ubrania, niezwykłe miedziane instrumenty i różne 

inne cuda, którymi kupcy próbowali kusić młodego pana. Ubrany był jak zwyczajny chłopiec 

z ludu, ale zdradzał go kapelusz z szerokim rondem. A kobieta, której towarzyszył, miała na 

sobie ubranie, kosztujące z pewnością tyle, że można by za to kupić ze dwanaście świń.

W końcu marynarz musiał krzyczeć i rozpychać się łokciami, by mogli wydobyć się z 

ciżby.

Poprowadził ich za sobą dalej, powiedział, że zna pewnego kupca, u którego znajdą 

lepszy towar. Wzdłuż ulicy uwijali się murarze i cieśle, budując tuzin nowych domów, a z 

daleka, z wyspy, docierały tutaj ostre, dudniące dźwięki.

-   To   wybuchy,   dzięki   nim   usuwa   się   ziemię   z   miejsca,   w   którym   car   zamierza 

wybudować nową katedrę - wyjaśnił Jewgienij. - Pewnego dnia możecie też pójść i zobaczyć 

nowe   kanały.   Mężczyźni   kopią   tam,   stojąc   ramię   przy   ramieniu,   a   francuski   inżynier 

background image

nadzoruje ich i nieustannie wzywa swego boga, Merde!

Marynarz zachichotał z żartu. Prowadził ich teraz między dwoma niskimi budynkami 

z pruskiego muru.

Weszli na jakieś tylne podwórze, na którym trwał straszny harmider. Świnie kwiczały 

przerażone, kury gdakały,  ptactwo różnego rodzaju tłukło się w drewnianych skrzynkach, 

podobne do kur szare ptaki biły przerażone skrzydłami.

-   Porozmawiaj   z   Igorem,   on   zdobędzie   wszystko,   czego   szukasz   -   powiedział 

Jewgienij.

Jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki z pomalowanych na czarno drzwi wyszedł 

ogromny,  otyły mężczyzna.  W owłosionej ręce trzymał  ogromny nóż i mrużąc  oczy pod 

światło, patrzył na przybyłych. Hałas narastał, stawał się nie do wytrzymania. Mężczyzna dał 

im znak ręką i wymachując nożem, ruszył ku uwięzionym zwierzętom.

- To rzeźnik. Najlepszy. Zaopatruje w mięso pałac cesarski - poinformował marynarz 

z dumą. - Wygląda ponuro, ale to człowiek łagodny niczym baranek. Mój przyjaciel, możecie 

polegać na Igorze Rzeźniku!

Karl   Martin   miał   wielką   ochotę   ukryć   się   za   spódnicą   Nadjany.   Mężczyzna   w 

ochlapanym krwią skórzanym fartuchu przypominał mu największego dragona, który ścigał 

go tamtej przerażającej nocy w obejściu wójta.

Głęboko   oddychał,   starał   się   schować   niedobre   wspomnienia   w   ciemnym   kąciku 

swego serca.

Nadjana wyciągnęła lekko drżącą, obciągniętą rękawiczką dłoń.

- Dzień dobry, szlachetny rzeźniku. Przychodzimy, by dobić z tobą handlu.

-   Klienci   są   zawsze   serdecznie   witani,   zwłaszcza   tacy,   którzy   mają   pieniądze. 

Gospoża...?

Znowu machnął wielkim, ciężkim nożem.

- Gospoża Nadjana - powiedział marynarz pośpiesznie. - Pani ma na imię Nadjana. 

Nie pochodzi stąd, ale jest moją przyjaciółką.

Rzeźnik   wymamrotał   coś,  co   miało   oznaczać   akceptację,   i   wyciągnął   do  Nadjany 

potężną łapę, kłaniając się ledwo dostrzegalnie.

Nadjana poszła za mężczyznami w głąb budynku.

Pomieszczenie,   w   którym   się   znaleźli,   było   oświetlone   jedynie   przez   wąskie, 

wydłużone otwory okienne i ogień płonący w dużym kominku pod ścianą.

Całość   przypominała   wąski   korytarz,   pod   sufitem   wisiały   szynki   i   kiełbasy 

przeznaczone do wędzenia.

background image

Na ciemnych stołach leżały tusze rozpłatanych na pół zwierząt, przy piecu zaś stos 

prosiąt, zaszlachtowanych i odartych ze skóry.

Nadjana zadrżała. Marynarz westchnął:

-   Takie   ogromne   ilości   jedzenia...   Rzeźnik   roześmiał   się   szeroko   i   rzucił   parę 

kawałków .

pokrytego śluzem mięsa przez stół.

- Proszę bardzo! Z pozdrowieniami dla twojej matki. Jewgienij dziękował serdecznie i 

wpychał mięso wprost do kieszeni.

Nadjana szepnęła:

- No nie wiem... Nie zamierzałam kupować mięsa, jest takie drogie...

- Igor zdobędzie wszystko - oznajmił marynarz głośno. Nadjana spojrzała olbrzymowi 

w   oczy   i   poprosiła   go,   by   zdobył   dla   niej   dwie   beczki   mąki   i   tyle   ile   możliwe   tego 

cudzoziemskiego   niejadalnego   warzywa,   które   tutaj   nazywają   trupią   trawą.   Musi   tylko 

uważać,   by   zebrać   wszystkie   bulwy   korzeniowe,   te,   które   leżą   głęboko   w   ziemi   i 

przypominają kamienie lub to, co psy zostawiają po sobie na ulicy.

background image

ROZDZIAŁ II

- Patrz! Patrz, Nadjano, on jest kompletnie nagi! W czystym  głosie Karla Martina 

słychać było strach i Nadjana poczuła, że chłopak ciągnie ją za spódnicę.

Dwa tygodnie przedtem Igor przywiózł im pełne beczki, teraz zboże leżało bezpieczne 

w starej ziemnej piwnicy matuszki. Piwnica nie była używana od śmierci męża starej, ale Karl 

Martin oczyścił ją i pogłębił z zapałem, który bardzo zdumiał Nadjanę. W nagrodę za to 

obiecała mu, że pójdą do miasta dzisiaj, w tę piękną jesienną niedzielę. Docierały do nich 

pogłoski, że ma  się odbyć  jakaś  wielka  parada. Grupa ludzi, którą nazywano  Konsylium 

Radości,   zorganizowała   podobno   ludowy   festyn.   Stara   matka   marszczyła   się   groźnie   i 

potrząsała głową, przesuwając jednocześnie w brudnych palcach paciorki różańca. Nadjana 

na tyle  rozumiała  jej burkliwe słowa, by wiedzieć, że starej nie podoba się to, iż goście 

wybierają się do Petersburga. Nadjana podejrzewała, że stara jest trochę zazdrosna. Widziała 

tak źle, że nie była w stanie rozpoznać sąsiadów inaczej jak po dźwięku kroków i zapachu. 

Oglądanie paradnego pochodu nie sprawiłoby jej na pewno żadnej radości.

- Kupimy ci placka na miodzie - obiecał Karl Martin, zadowolony, kiedy gotowi byli 

do drogi.

Miał   na   sobie   swoje   najlepsze   spodnie   i   aksamitną   kamizelkę,   którą   mu   Nadjana 

uszyła, gdy zobaczyła taką samą na ulicy noszoną przez młodego rosyjskiego szlachcica. W 

brązowym   kapeluszu   i   grubych   skórzanych   butach   do   kolan,   które   niegdyś   należały   do 

marynarza, Karl Martin wyglądał jak zwyczajny rosyjski chłopiec, pochodzący z niezamożnej 

szlacheckiej rodziny, lub syn bogatego chłopa.

Nadjana miała na sobie jasnobłękitną suknię z pięknym haftem na plecach, jedną z 

najładniejszych, jakie wzięła ze sobą w podróż. Suknia zaczynała się wprawdzie strzępić przy 

szwach i wzdłuż brzegu, ale na tych ulicach specjalnie się nie wyróżniała.

- Popatrz! O, co by też mama na to powiedziała... Ostatnia część zdania zabrzmiała 

niczym szloch.

Nadjana zamarła, słysząc słowa, które zdumiały ją niemal tak samo, jak paradujący 

ulicą pochód. Po raz pierwszy chłopiec wspomniał swoich rodziców, wiele razy próbowała z 

nim o nich rozmawiać, ale odnosiła wrażenie, że Karl Martin chciał odsunąć od siebie całą 

przeszłość sprzed morskiej podróży.

Pochód był rzeczywiście szokujący.

Na   przedzie   kroczyło   czterech   mężczyzn   ubranych   w   purpurowe   płaszcze, 

dźwigających na ramionach kogoś, kogo Nadjana wzięła z początku za chorego lub szaleńca. 

background image

Kiedy jednak podeszli bliżej, mogła  zobaczyć  i poczuć, że jest on po prostu kompletnie 

pijany.   Na   jego   młodym,   wątłym   ciele   udrapowano   jakiś   sztandar   również   purpurowego 

koloru. Próbowała odczytać, co na nim wypisano, ale litery były obce i dziwne. Kiedy jednak 

tłum zaczął wykrzykiwać coś z wielkim zapałem, rozumiała każde słowo.

- Niech żyje Bachus! Bóg wina i radości, wypijmy na jego cześć!

I dzieci, i dorośli uderzali się po kolanach, mężczyźni wyrzucali kapelusze w górę.

- Uważajemyj Bachus!

Nawet   najnędzniejsi  żebracy,   często   pozbawieni   kończyn,   wlekli   się   i   czołgali   ku 

głównej ulicy, by uczestniczyć w ogólnej wesołości.

Nagi   mężczyzna   jęczał   i   bełkotał   coś,   czterech   dźwigających   go   kompanów 

zaintonowało pieśń. Oni też nie byli trzeźwi, ani jeden z nich, a kiedy mieli przeciąć mniejszą 

boczną uliczkę, wybiegło naprzeciw jakieś dziecko i cisnęło im pod nogi wielkie naręcze 

trawy. Potknęli się wszyscy, stracili równowagę i upuścili nieszczęsną kopię Bachusa. Długo i 

mozolnie próbowali się podnieść i wziąć go znowu na ramiona.

- Niech żyje Bachus! Kobiety i mężczyźni, radujcie się, pijcie jego zdrowie!

Tuż  za Bachusem podążało  dwóch mężczyzn  w haftowanych  złotem  pelerynach  i 

wysokich   spiczastych   kapeluszach.   Nadjana   stwierdziła,   że   przypominają   patriarchów 

ortodoksyjnego kościoła. Jeden z nich jechał na oklep na ośle, drugi na świni. Obaj byli 

poplamieni   czerwonym   winem   i   trzymali   w   rękach   długie   kije.   Niektóre   kobiety 

uczestniczące   w   pochodzie   obnażyły   piersi   i   śmiały   się   do   obserwujących   je   tłumów 

czerwonymi, wilgotnymi wargami. Niosły prosięta i gęsi, a na końcu pochodu kroczył szereg 

młodych mężczyzn, z których każdy prowadził dorosłego wykastrowanego wieprza. Świnie 

miały   na   sobie   lejce,   młodzieńcy   próbowali   dosiadać   ich   jak   wierzchowce.   Ku   wielkiej 

radości tłumu próby raczej się nie udawały. Świnie kwiczały, śmiertelnie przerażone głupimi 

pomysłami ludzi.

- Biedne zwierzęta - rzekł Karl Martin cicho.

Nadjana  cieszyła  się,   że  chłopiec   jest  jeszcze  na   tyle   niedorosły,  iż   więcej   uwagi 

poświęca   dręczonym   świniom   niż   bujnym   półnagim   dziewczynom,   idącym   w   długich 

spodnicach   i   obrzucających   okruchami   chleba   oraz   spryskujących   winem   siebie,   swoje 

towarzyszki i ludzi na chodnikach. Nadjana domyślała się, że jest to jakaś parodia komunii, i 

nie potrafiła zareagować inaczej niż dreszczem grozy.

Cóż to za kraj, który potrafi tak szydzić ze swego kościoła? W Norwegii zostaliby 

natychmiast   surowo   ukarani   za   bluźnierstwo   przeciwko   Bogu,   to   pewne.   Tego   rodzaju 

ośmieszanie ludzi kościoła, samego Chrystusa...

background image

Jednak ludzie stojący wzdłuż drogi najwyraźniej widywali już przedtem takie rzeczy, 

śmiali się i wykrzykiwali radośnie, starając się rozbawić uczestników pochodu. Najwięcej 

rozrywki dostarczała im grupa dobrze ubranych mężczyzn, starych i młodych, kroczących z 

nieruchomymi twarzami, którzy najwyraźniej źle się czuli w tych rolach. Nadjana domyśliła 

się,   że   udają   oni   najznakomitszych   mieszkańców   miasta,   arystokratów   najwyższego 

pochodzenia, a nawet duchownych.

Pośród   idących   na   samym   końcu   znajdował   się   mężczyzna   olbrzymiego   wzrostu. 

Ubrany w taki sam purpurowy kostium jak ci, którzy na początku nieśli Bachusa, miał na 

głowie dziwny kapelusz, a na ramionach niedbale narzuconą pelerynę popa. Miał też bardzo 

długą, sięgającą niemal do ziemi brodę. Wyglądała, jakby została zrobiona z owczej wełny, i 

z   pewnością   tak   właśnie   było.   W   rękach   niósł   gruby   dębowy   kij.   Nagle   Nadjana   go 

rozpoznała, a w tym samym momencie on spojrzał w jej stronę i napotkał jej wzrok.

To sam car! Ze sztuczną brodą, w przebraniu duchownego, trzymając w rękach lejce, 

na   których   prowadził   kwiczącą   świnię.   Ogromny   mężczyzna   przeszedł   w   poprzek   ulicy, 

odłączył się od pochodu i zbliżył do nich. Nadjana pośpiesznie pociągnęła Karla Martina, 

starała się popychać go przed sobą, przeciskać się między gęsto stojącymi ludźmi w tył, ale 

było za późno. Tłum napierał ze wszystkich stron, chciał widzieć, nie zdołali więc uciec.

- Ojciec, ojciec, niech będzie pozdrowiony nasz wielki ojciec! - wrzeszczeli ludzie tuż 

przy uszach Nadjany. Popychali ją to w tę, to w tamtą stronę, a Piotr stał przed nią i wyciągał 

ku niej zieloną butelkę.

Kolana   się   pod   nią   ugięły.   Słyszała   wysoko   ponad   swoją   głową   jego   szorstki, 

dudniący głos.

Z trudem wciągała powietrze, nagle poczuła, że Karl Martin szturcha ją w bok.

- On prosi, żebyś z nim poszła, chce, byś była jego damą, Nadjano!

Wtedy olbrzym chwycił ją za ramię i pociągnął za sobą. Biegła, mówiła coś, jąkając 

się, nagle stwierdziła, że potrafi mówić w tym znanym z dzieciństwa języku. Zdołała jednak 

tylko wykrztusić przerażone:

- Kim jesteście, panie?

- Jestem niewolnikiem Bachusa i władcą świata - zachichotał nad jej głową. - Zdejmij 

tę maskę, ty moja piękna, radujmy się! Twoje włosy lśnią wspanialej niż najdelikatniejszy 

chiński jedwab.

Spojrzała na jego rękę i z przerażeniem zrozumiała, co on ma zamiar zrobić.

-   Nie!   Nie,   bądźcie   łaskawi,   panie,   proszę...   Posłuchał   prośby,   sprawiał   wrażenie 

zaszokowanego jej gwałtownym protestem. Jedwabna maseczka, którą nosiła, była mocno 

background image

zawiązana na karku i przyszyta wieloma gęstymi ściegami do kołnierzyka sukni. Nadjana 

przeraziła się, że zgromadzona wokół niej hołota zerwie jej osłonę. Nie zabrała ze sobą z 

Norwegii lusterka, .zresztą przysięgła sobie, że nigdy w żadne lustro nie spojrzy. Jej palce 

wyczuwały   wszystko   wystarczająco   dokładnie.   Twarz   miała   nierówną,   pełną   głębokich 

zagłębień i obrzydliwych blizn. Tylko wokół oczu zostały resztki miękkiej, zdrowej skóry, z 

której niegdyś była taka dumna. Na szczęście usta okazały się prawie nie uszkodzone, mogła 

też pokazywać brodę i dolną część jednego policzka. Lewe ucho jednak prawie nie istniało, 

oba policzki uległy zniszczeniu, a na czole wyczuwała naczynia krwionośne i mięśnie pokryte 

jedynie cieniutkim naskórkiem tak, że wyglądały jak sznurki otaczające czaszkę. Wiedziała, 

że to nie jest piękny widok, mimo że upłynęło tyle lat, spalona skóra wciąż była krwiście 

czerwona lub ostro fioletowa. No trudno, przynajmniej nie musi się martwić, z roku na rok 

bardziej, że się starzeje i przybywa jej zmarszczek. Gdyby pożar nie był się wydarzył i tak 

miałaby teraz z pewnością brzydką, pomarszczoną skórę. I nie mogłaby jej ukrywać pod 

żadną maską.

Piotr Wielki swoją potężną dłonią chwycił ją za włosy, które nosiła zebrane na karku 

w duży węzeł. Mały kapelusik był dobrze przymocowany, ale jedwabne wstążki pozrywały 

się niczym pajęczyna, kiedy car szarpnął mocno.

- Krasawica... przynajmniej mogę oglądać twoje włosy, ty nieznajoma księżniczko z 

bachusowego dworu!

Musiała   zacisnąć   zęby,   by   nie   krzyknąć,   kiedy   ciągnął   ją   tak,   że   spinki   i 

przytrzymująca fryzurę siateczka poodpadały. Nadjana poczuła, że włosy spłynęły ciężką falą 

na plecy. Były proste, lśniące i białe niczym śnieg. Teraz wiatr od rzeki rozwiewał je, unosiły 

się   nad   nią   niczym   żagiel.   Car   klaskał   w   dłonie   i   krzyczał   zachwycony.   Nadjana 

przypomniała sobie słowa swojej starej gospodyni:

- To alfons, on jest gorszy niż inni... Boże, chroń naszego zbłąkanego cara, daj mu 

rozsądek i godność, która przystoi wielkiemu władcy...

Ale ten mężczyzna stał i rozpryskiwał wino na kamienny bruk, śmiejąc się przy tym 

głośno i odgrywając zuchwały spektakl wobec obcej damy. Inni udający księży mężczyźni 

tłoczyli   się   wokół  nich   i   Nadjana   czuła,   że   serce   tłucze   się   jej   w   piersi   jak  szalone.   W 

zamieszaniu odeszła daleko od Karla Martina, wokół niej rozbrzmiewały rosyjskie słowa, 

chciała stąd uciec, wyrwać się z tej nieznośnie dwuznacznej sytuacji, ale dwoje brązowych 

oczu trzymało ją jak na uwięzi. Wiedziała, że car może ją natychmiast zmiażdżyć swoim 

ciężkim   dębowym   kijem.   Podobno   robił   takie   rzeczy   przedtem,   mężczyźni,   którzy   go 

irytowali, ryzykowali, że bez ostrzeżenia roztrzaska im czaszki.

background image

Strach   pojawił   się   nagle,   Nadjana   poczuła   dawno   zapomniane,   doświadczane   w 

młodości  ssanie w żołądku i zanim zdążyła  się opanować, krzyknęła  desperacko, złapała 

sztuczną brodę cara i szarpnęła z całej siły. Olbrzym stał oniemiały, widziała błyskawice w 

jego oczach i czekała, kiedy podniesie kij. Tymczasem on wybuchnął hałaśliwym śmiechem. 

Nadjana nie puściła brody i car pociągnął ją za sobą.

- Nie puszczaj! Prowadź starego kozła do pałacu! Dzisiejszej nocy będziesz naszą 

świętą Marią, czcigodna księżniczko!

Zataczając się ze zmęczenia, dotarła Nadjana do pałacu zbudowanego z różowego 

marmuru,   który   najwyraźniej   był   celem   pochodu.   Jakiś   potężny,   obwieszony   złotem 

mężczyzna z długimi wąsami stał wysoko przy grubych kolumnach i uśmiechał się szyderczo, 

gdy   spici   do   nieprzytomności   uczestnicy   święta   potykali   się   na   śliskich   marmurowych 

schodach.

Kiedy jednak dostrzegł Nadjanę i tego, którego prowadziła za brodę, książę zbladł.

- Ale... ale, czcigodny komandorze... Nie możecie przecież...

- Nie gowori głuposti, Mienszikow, czy nie widzisz, że my się bawimy? Zostań z 

nami,   nie   bądź   taki   cholernie   ponury!   Czy   świnie   już   upieczone?   Czy   dostarczono 

dostatecznie dużo beczek wina? Bo teraz zbliżamy się my, Bachusowi bracia!

I nagle car zabeczał głośno, zaczął wierzgać nogami niczym uparty kozioł, po czym 

jednym ruchem chwycił Nadjanę w talii i uniósł w górę. Przycisnął wargi do skraju maseczki, 

Nadjana poczuła łaskotanie wąsów na swoich ustach tuż pod jedwabną osłoną.

- Zasłużyłaś na podziękowania, moja piękna... Będziemy mogli porozmawiać później. 

Zostań!

Nadjana   jednak   zrozpaczona   rozglądała   się   dookoła.   Nigdzie   nie   widziała   Karla 

Martina.

- Mój syn! - krzyknęła rozpaczliwie. - Muszę znaleźć mego syna, on nie zna tutejszej 

okolicy, może mu się stać krzywda...

Car postawił ją z powrotem na ziemi i zirytowany poszedł sobie.

- Wstrętne baby! Leć za swoim synem ty, jedwabna księżniczko! I ciesz się, że Piotr 

jest dzisiaj w znakomitym humorze, czort wozmi!

Cieszyła się, oczywiście, choć przerażona jego klątwami i sypiącym skry spojrzeniem 

kuliła się, próbując zniknąć mu z oczu. Ludzie śmiali się i wołali za nią, kiedy przeciskała się 

przez tłum, krzycząc tak głośno, jak tylko mogła:

- Karl Martin! Karl Martin, gdzie jesteś? Nagle zobaczyła go siedzącego obok posągu, 

który musiał przedstawiać jakiegoś proroka lub inną biblijną postać. Trzymał w objęciach 

background image

prosię. Miało ono wzdłuż jednego boku paskudne czerwone rany, które Karl Martin ocierał 

połą swojej jasnoniebieskiej koszuli.

Chłopakowi łzy spływały z oczu. Nadjana padła przy nim bez tchu na stratowaną 

trawę. Poczuła teraz, że marznie.

- Gospodi... oni chcieli żywcem nadziać go na rożen. Byli jak wściekli, Nadjano, oni 

byli...

-   Głodni   -   wtrąciła   zdecydowanie   i   zadowolona   zwróciła   uwagę,   że   nawet   w 

zdenerwowaniu chłopak mówi już po rosyjsku.

- Wszystkie te małe prosiaki... gonili je i zadeptywali na śmierć...

Kiwała wolno głową i pogładziła go po włosach. Kapelusz gdzieś się zapodział.

- On jest złym człowiekiem! Niektórzy mówią o nim priedatiel... Zdrajca!

W   głosie   Karla   Martina   brzmiała   rozpacz,   ale   też   upór.   Nadjana   pomyślała: 

Powinieneś się cieszyć, carze Piotrze, że ten chłopak nie jest jeszcze dorosłym mężczyzną.

- No... nie tylko złym, Karl. Nie tylko... Sam widzisz, jak pięknie buduje to miasto. I 

zwycięża, zwycięża w każdej wojnie, którą podejmuje. Nie można chyba mówić zdrajca o 

kimś, kto tak rozbudował swoją ojczyznę!

- Ale on dosłownie zdziera skórę z tych nieszczęsnych chłopów. Podatki ich dobijają, 

a   jeśli   nie   płacą,   car   dobija   ich   osobiście!   To   potwór,   Nadjano.   Jak   on   może   się   tego 

wszystkiego dopuszczać?

- Naród jednak go kocha - odparła Nadjana cicho.

-   Naród?   A   kto   to   jest   naród?   Ci   głupcy,   którzy   klaskają   mu   podczas   takich 

pochodów? To niewolnicy. To jest miasto niewolników, Nadjano, tutaj nie ma ani jednego 

wolnego człowieka!

Siedziała w milczeniu, cofnęła rękę i położyła  ją sobie na kolanach. Ten poufały, 

intymny sposób, w jaki gładziła go po włosach, przystoi może między matką i synem lub 

babką   i   wnukiem.   Uświadomiła   sobie   nagle   z   całą   brutalnością,   że   Karl   Martin   nie   jest 

przecież jej dzieckiem. I nie jest też już taki mały. Zdumiewało ją nieustannie, jak głęboko ten 

chłopak myśli. Kiedy mówi, wypowiada często tak mądre słowa, że Nadjanie robi się po 

prostu  smutno.  Dzieci   nie  powinny tak  mówić.  Ale  widocznie   Niels   Kvithovud  stworzył 

buntownika. Nadjana posłała mu w myśli parę przekleństw. To, co Karl Martin wygaduje, 

mogłoby go zaprowadzić prosto do więzienia, gdyby usłyszał to któryś z ludzi cara. A po 

dzisiejszym   spotkaniu   z   olbrzymem   Nadjana   wątpiła,   czy  zechciałby   okazać   łaskę   nawet 

dziecku. Wzięła od Karla Martina prosiątko, a jego posłała do ulicznych sprzedawców, by 

kupił placka na miodzie. Prosię uspokoiło się i zasnęło pod płaszczem Nadjany. Tylko od 

background image

czasu do czasu wydawało jęk, przypominający kwilenie noworodka. Kiedy chłopiec wrócił, 

na jego twarzy gościł szeroki uśmiech.

- Chodź, Nadjano, i zobacz!  Karły!  Rzucają kulami,  cały tuzin za jednym  razem, 

wygląda to niczym kręcące się koło!

Nadjana   musiała   się   uśmiechnąć.   Na   szczęście   buntownik   gdzieś   się   zapodział. 

Uradowana pobiegła za chłopcem w stronę tłumu ludzi, stojących pośrodku głównej ulicy i 

obserwujących coś z uwagą.

Mali ludzie nosili kosztowne ubrania, jedno bardziej błyszczące złotem i srebrem niż 

drugie.   Jakaś   kobieta   miała   włosy   sięgające   aż   do   ziemi   i   dźwigała   wielki   kosz   pełen 

lśniących kul. Wyglądały jak niewielkie kule armatnie, były wypolerowane, gładkie i trochę 

tylko lżejsze. Mężczyźni, którzy się nimi posługiwali, bez trudu wyrzucali je wysoko w górę 

równym szeregiem. Bardzo to zaimponowało Nadjanie, stała i nie mogła oderwać oczu od 

widowiska. Gdyby nie prosię, ona również klaskałaby głośno. Bo to naprawdę była duża 

sztuka.

Tłum krzyczał nieustannie, domagając się dalszego ciągu widowiska. I rzeczywiście, 

niedużego wzrostu ludzie popisywali się przed klaszczącą ciżbą.

Nadjana była popychana to w jedną, to w drugą stronę, w końcu zirytowana zrobiła 

użytek   z  łokci   i  dotarła  do  pierwszego   rzędu.  Karl  Martin  zachował  się  tak,   jak  zwykle 

zachowują   się   dzieci,   przeciskał   się   między   ciężkimi   butami   i   cuchnącymi   roboczymi 

spodniami stojących mężczyzn i on również dotarł do pierwszego rzędu.

Kiedy Nadjana popatrzyła na karły z bliska, uśmiech zamarł jej na wargach.

Niektórzy   z   nich   byli   bardzo   mali   i   sprawiali   groteskowe   wrażenie.   Część   miała 

maski, podobnie jak ona. Może oni właśnie byli najbrzydsi. Poczuła ukłucie w sercu, gdy 

patrzyła na ich wielkie, odstające uszy, pokurczone ciała i płaskie, jakby nieludzkie rysy. 

Jeden nosił wysoki kapelusz, a kiedy go zdjął, tłum ryknął śmiechem, ponieważ jego czaszka 

w żadnym razie nie przypominała ludzkiej głowy.

Pociągnęła Karla Martina za kurtkę.

- Chodź, wracamy.

- Ale tu jest tak wesoło! Zobacz, jacy oni są zręczni! Jacy dziwni, widziałaś już kiedyś 

takich dziwnych ludzi?

Ona jednak zdecydowanie  ciągnęła  go za sobą, powtarzając,  że muszą  wracać  do 

domu i nakarmić prosiaczka.

- Małe biedactwo... Zajmiemy się tobą jak najlepiej, zobaczysz. Będziesz spał ze mną 

tak jak Katiusza. Och, nie caryca, - oczywiście, ale mały, bystry piesek, który nazywa się 

background image

Katarzyna...

Z ulgą Nadjana patrzyła, jak chłopiec rzuca ostatnie spojrzenie na karły. Przeniknął ją 

dreszcz i przyśpieszyła kroku, by jak najszybciej znaleźć się z daleka od tych hałaśliwych, 

ordynarnych śmiechów.

Mijali jakiś wóz, ale nie rozpoznali go, dopóki wysoki głos nie zawołał do nich po 

imieniu.

- Igor! Dziękujemy ci za pomoc, którą nam wyświadczyłeś!

- Gospoża Nadjana! Czy idziecie na targ z tym małym?

Potężny   rzeźnik   chichotał,   spoglądając   na   prosię.   Wciąż   miał   na   sobie   swój 

pokrwawiony skórzany fartuch, ale na głowę włożył kapelusz ozdobiony z przodu złocistymi 

medalami. Czerwona szarfa powiewała za nim na wietrze. Zatrzymał swoje konie krótkim 

rozkazem i wypluł machorkę na ulicę.

- Życzycie sobie, bym was podwiózł?

- Jedziesz do domu Jewgienija?

- No, nie... ale mała przejażdżka chyba nie zaszkodzi. Wy zaś szybciej dotrzecie do 

domu.

Karl   Martin   przycisnął   mocniej   prosię   i   wspiął   się   na   wóz.   Nadjana   czuła   odór 

ładunku w tylnej części fury, nie odważyła się odwrócić głowy, by zobaczyć, co tam leży. 

Igor posunął się na wąskiej ławce i cmoknął na konie.

- No, musicie mi wybaczyć, to nie jest pewnie podwoda dla eleganckiej damy... ale wy 

chyba nie jesteście za bardzo wymagający, skoro mieszkacie u matki Jewgienija.

Nadjana nie odpowiedziała. Igor wciąż coś żuł i cmokał, wóz przyśpieszył, Nadjana 

podskakiwała boleśnie na twardym siedzeniu.

- No, a jak wam się żyje teraz, kiedy młody Jewgienij znowu wyjechał? Urządziliście 

się jakoś?

-   Tak,   dziękuję,   niczego   nam   nie   brak.   Igor   poufale   pochylił   się   do   niej,   zapach 

surowego mięsa mieszał się z przesyconym wódką oddechem. Ale jego oczy były czyste i 

przenikliwe.

- Mógłbym załatwić dla ciebie coś innego, Nadjano. Tylko powiedz... Tutaj w tym 

mieście jest wielu ludzi wysokiego rodu, którzy przyjechali bez żon... i pragną towarzystwa.

Nie była zdziwiona jego propozycją. Uniosła leciutko brodę i pozwoliła mu mówić 

dalej. Zachęcony jej zachowaniem Igor perorował:

- Tak, ja znam ich wszystkich. Przychodzą do mnie po delikatesy. Różnego rodzaju, 

jeśli rozumiesz, co mam na myśli. To są eleganccy panowie, bogaci. Ale, widzisz, samotni... 

background image

Brak im damskiego towarzystwa.

- Dlaczego nie zabrali ze sobą swoich kobiet? Igor roześmiał się i splunął.

- Och, niektóre z nich tutaj oczywiście są. Wiele czeka, aż ich nowe pałace będą 

gotowe.   Te   pałace   wyrastają   teraz   wszędzie   niczym   grzyby   po   deszczu,   sama   przecież 

widziałaś. Ale niektóre  rodziny z Moskwy zabrały z powrotem do domu  swoje zamężne 

córki. Mieszkańcy Moskwy zdążyli się już dowiedzieć o tym bagnie, o rozpustnym życiu w 

kręgach dworskich... Nie chcą narażać na szkodę dusz swoich córek, sądzą, że w Petersburgu 

mieszka sam antychryst. I pewnie tak jest, ha, ha!

Nadjana patrzyła prosto przed siebie.

- A ty... ty jesteś urodziwa, prawda? Pod tą maską. Zresztą to nie ma znaczenia. Jesteś 

pięknie zbudowana, muszę przyznać. A twoje włosy... to prawdziwy skarb. Możesz sobie 

zachować tę maskę jako ozdobę, to bardzo pobudza ciekawość...

- Dość tego, Igor!

Chłód w jej głosie sprawił, że Igor zaczął mamrotać coś pod nosem.

Karl Martin śledził uważnie każde słowo. Zirytowana Nadjana spostrzegła, że Igor 

mrugnął do niego.

- Ty nie jesteś synem Nadjany, prawda? Zaraz to zauważyłem, mój chłopcze. Bóg wie, 

dlaczego udajecie, że tak jest.

Nadjana uśmiechnęła się pod maską cierpko.

- Mam ci to wyjaśnić, Igorze Rzeźniku? Naprawdę chcesz wiedzieć, dlaczego?

Wzruszył ramionami, ale uniósł brwi.

- To dlatego, że Karl Martin, którego tutaj widzisz, jest niebezpiecznym rebeliantem, 

ściganym i przez państwo duńskie, i przez szwedzkie. Ja zaś jestem taka stara, że to dla mnie 

komplement uchodzić za jego matkę.

Rzeźnik   roześmiał   się   ponuro,   lecz   zaraz   umilkł   i   przez   chwilę   zajmował   się 

zwijaniem tytoniowych liści. Przez cały czas pewną ręką trzymał lejce.

- Pomyśl o mojej propozycji, Nadjano. Mogłabyś mieszkać w pałacu. No, w każdym 

razie w jednym z tych pięknych holenderskich domów nad rzeką. Pomyśl o tym, kiedy brud i 

wszy zaczną niszczyć twoją delikatną skórę...

Nadjana   podziękowała   za   podwiezienie   i   zsunęła   się   z   wozu,   nie   czekając,   aż 

szorstkie, brudne łapy obejmą ją w talii. Karl Martin zeskoczył natychmiast z prosięciem na 

rękach, które zdążył  już ochrzcić imieniem  Piotr. Gdy Karl Martin rozmawiał  ze świnką 

nazwaną imieniem cara, na wozie zapanowała wesołość.

- Dbaj o tego chłopaka, nawet jeśli nie jest twoim synem. Jego dowcipy są bardzo 

background image

zabawne, tak uważam. Ale istnieją pewnie tacy, którym by się to nie podobało.

Nadjana zadrżała. Mogą nadejść czasy, gdy będą potrzebować takich przyjaciół jak 

Igor. Wyciągnęła więc do niego dłoń w rękawiczce.

- Dziękuję ci, Igor. Nie czuję się urażona tym, co powiedziałeś. Wprost przeciwnie. 

Ale widzisz, nie jestem taką piękną młodą dziewczyną, jak być może sądzisz.

- Co tam, młoda i młoda... Wiem przecież, że nie jesteś już dziewicą, ale bardziej 

dojrzałe kobiety mogą być piekielnie utalentowane w...

Zrobił grymas i rękami chciał wyrazić to, czego nie mógł powiedzieć damie. Nadjana 

zachichotała.

- Skończyłam pięćdziesiąt lat - szepnęła po rosyjsku, tak cicho, że nie wiadomo, czy 

Igor usłyszał. Zaskoczenie, jakie ujrzała na twarzy rzeźnika, gdy machał jej na pożegnanie, 

sprawiło,   że   Nadjana   zaczęła   się   zastanawiać,   czy   przypadkiem   nie   użyła   niewłaściwego 

słowa.

Może   lepiej   trzymać   się   niemieckiego   i   francuskiego.   Mimo   że   uczyła   się   wciąż 

nowych  rosyjskich  wyrażeń,  czuła  się jeszcze niepewnie,  jeśli rozmowa  wykraczała  poza 

pospolite, codzienne sprawy.

- Nadja, moja kochana, nareszcie jesteś! I co to, mój Boże, kupiłaś prosię? Och, ile 

błogosławieństwa sprowadziłaś do mojego domu, ile bożych cudów!

Na pól ślepa kobieta potykała się, biegnąc przez podwórze, by uściskać Nadjanę.

- Naprawdę śliczna mała  świnka, trochę poturbowana, ale wyzdrowieje, gdy tylko 

pozwolimy jej trochę pobiegać. Obłożę jej skaleczenia kapuścianymi liśćmi, to się bardzo 

prędko zagoją. O c h , jak się cieszę, pomyślcie, świeże mięso...

Nadjana   uśmiechała   się,   widząc   radość   gospodyni.   Nie   opłakiwała   wyjazdu   syna 

dłużej niż tydzień, teraz była naprawdę zadowolona i wesoła.

-   Ta   zima   nie   załamie   starej   baby,   nie,   wszystko   pójdzie   dobrze.   Mój   dumny 

Jewgienij... zobaczę jeszcze i jego, i wiosnę!

Ów gwałtowny atak optymizmu zaniepokoił Nadjanę. Kobieta wcale nie wyglądała 

zdrowo, w ogóle odkąd tu zamieszkali, czuła się marnie. Kaszlała po nocach, często rano 

musiała długo leżeć pod pierzyną, zanim zebrała dość sił, by ustać na własnych nogach.

Ty byś z pewnością znalazła na to radę, Mario. Niech cię Bóg ma w opiece...

Tak, i ty pewnie też, moja kochana Marjo. Nadjana niezbyt już często wspominała te 

dwie norweskie kobiety, które poznała w tak różnych okolicznościach. Najpierw Marię, całe 

życie temu, na Skjaervasr. Była upokarzana, gnębiona, wykorzystywana przez tę niepokorną 

istotę   o   blond   włosach.   Tak,   żywiła   do   niej   coś,   co   przypomina   nienawiść.   Ale   to   była 

background image

nienawiść do losu, jaki ją spotkał.

Marja... mała, głupiutka kochanka Justitiana. Młodzieńcza miłość, która na próżno 

próbowała go odzyskać. Kiedy Nadjana przybyła do Lyster jako synowa samego proboszcza, 

wiedziała, że zaczyna się nowy okres w jej życiu. Zazdrosne kobiety widywała codziennie 

jako   właścicielka   Ogrodu   Nadjany.   I   oto   jeszcze   jedna   taka   przywitała   ją   w   niewielkiej 

wiosce na zachodnim wybrzeżu! Uśmiechnęła się blado sama do siebie.

Marja stała się jedyną prawdziwą przyjaciółką, jaką Nadjana kiedykolwiek miała.

Były do siebie podobne pod wieloma względami.

Nadjanę zapiekło pod powiekami.

Matka  Karla Martina...  O, jakże  tęskniła  za  poczuciem  humoru  Marji, za  długimi 

rozmowami w ciemne wieczory, kiedy siedziały obie w półmroku i opróżniały jedną z butelek 

z   piwnic   Karlsgard,   dworu,   który   Marja   i   Karl   Oppdal   stworzyli   ze   wszystkich 

odziedziczonych gospodarstw. Oni sami też nazywali się teraz Karlsgard i byli jednymi z 

najzamożniejszych ludzi w okolicy. Dzieliły się tajemnicami, niebezpiecznymi tajemnicami. 

A na koniec Marja podzieliła się z nią swoim synem. Nadjana wyszła za mąż za jego ojca, a 

kiedy Justitian umarł, oddała jemu i jego bliźniaczej siostrze cały spadek, który należał się jej. 

Siostra chłopca, Amelia, była śliczną, sympatyczną istotą.

Ale   Karl   Martin,   pomyślała   Nadjana   z   czułością,   to   bardzo   interesujący   chłopiec. 

Dałabym wiele, by móc go nazywać synem. No cóż, i tak miałam szczęście, bo teraz jest 

prawie   mój.   To   więcej   niż   stara   bezpłodna   baba   mogłaby   się   spodziewać,   westchnęła   z 

goryczą.

- Nadjana, chodź jeść!

Chłopiec  zawiązał  niebieską  wstążkę   na  szyi  prosięcia  i  wciąż  jeszcze  nosił   je  w 

ramionach.   Suczka   Katarzyna   skakała   i   wąchała,   ale   nie   szczekała,   wyglądało   na   to,   że 

polubiła nowego lokatora.

Matka Jewgienija wyjęła drewniane talerze, dzisiaj postawiła na stole czarny chleb i 

zupę cebulową. Pobłogosławiła jedzenie, ułamała rytualny kęs i rzuciła go suczce, która stała 

przy jej nodze i czekała.

Karl Martin mrugnął do starej porozumiewawczo i zrobił to samo.

Nadjana musiała się uśmiechnąć, bo kobieta udawała, że tego nie widzi. Zwierzęta są 

dla biednych ludzi czymś bardzo wartościowym, ale nie powinny jeść pobłogosławionego 

przez Boga pokarmu ludzi. Surowa i bardzo religijna Rosjanka przymykała widocznie na to 

oczy i Nadjana domyślała się, że przymknęłaby też oczy na wiele innych ortodoksyjnych 

zakazów religijnych, gdyby zostały przeciwstawione potrzebom rzeczywistości.

background image

Tego wieczora Karl Martin zasnął bardzo szybko,  miał  swoje miejsce  na cienkim 

materacu   wypchanym   słomą,   ułożonym   niedaleko   paleniska.   Sypiał   tam   z   psem,   a   teraz 

doszło jeszcze prosię.

Nadjana   zajmowała   własne   pomieszczenie   tuż   obok   izby,   za   ścianką   uplecioną   z 

wikliny.   Dawało   jej   to   złudne   uczucie   prywatności,   ale   nic   więcej.   Gospodyni   spała   po 

drugiej stronie cienkiej przegrody, słychać było każdy jej oddech lub chrapnięcie, a także inne 

odgłosy ciała.

Ściana z plecionki pomazana czymś, co przypominało glinianą zaprawę, nie stanowiła 

żadnej osłony przed hałasem, za to zatrzymywała ciepło, w kącie było dużo zimniej niż w 

pozostałej części izby. Mimo to Nadjana cieszyła się z tego pokoiku. To jedyne miejsce, w 

którym mogła zdjąć maskę i oddychać swobodnie. Nikt tam nie wszedł ani nie zajrzał za 

zasłonę udającą drzwi, dopóki wyraźnie nie zaprosiła. Miała przy sobie swój podróżny kufer i 

worek, wepchnięty pod wysokie, wąskie łóżko przy ścianie. U sufitu wisiały ubrania, mały 

otwór okienny zatkała owczą wełną, żeby nie wiało teraz, kiedy zima nadchodziła szybkimi 

krokami.

Miała też oliwną lampkę, wieko kufra służyło za stół.

Usiadła przy tym stole i zaczęła pisać list do Marji.

Na dole w porcie stał okręt wybierający się do Norwegii, Igor z pewnością zgodzi się 

porozmawiać z kapitanem w jej imieniu, poprosi, by kapitan zabrał list i wysłał go dalej w 

głąb długiego fiordu. Jeśli szczęście im dopisze, list dotrze do celu jeszcze przed Bożym 

Narodzeniem. Marja musiała się martwić o swego syna, może także o Nadjanę. Zachowywała 

się niczym kwoka chroniąca kurczęta, była nerwowa i sceptycznie odnosiła się do zapewnień 

Nadjany, że ta zamierza żyć jeszcze dość długo, kiedy ostatecznie wróci do domu.

Na wpół napisany list pozostał na wieku skrzyni.

Nadjana zatopiła się we wspomnieniach, rozkoszowała się tym nowym, słodkim, choć 

nie pozbawionym goryczy uczuciem.

Do domu...

Tęskniła i fantazjowała przez całe życie na temat, jak to będzie, kiedy odnajdzie dom. 

Nie wiedziała, skąd pochodzi, bardzo niewiele pamiętała z tamtych lat, zanim zamieszkała na 

północy w Finlandii, a potem w Norwegii.

Wiedziała, że stało się z nią coś strasznego, ale wszystko to jakby zostało zmyte przez 

zimne fale, jej życie trwało zawieszone w powietrzu, pozbawione wszelkich korzeni.

Dopiero teraz...

Ten kraj... jest ogromny.  Domyślała się, że ona też do niego należy,  ale w jakim 

background image

mieście się urodziła, w jakiej rodzinie? Państwo Piotra Wielkiego było teraz większe niż 

kiedykolwiek.  Nadjana  miała  silne  przeczucie,  że pochodzi  z jakiegoś  miejsca  w  samym 

centrum tego kraju. Może żyją jeszcze ludzie, w których żyłach płynie jej krew?

Ale to akurat nie miało dla niej specjalnego znaczenia.

Z przyjemnością myślała, że jest tutaj, że uczy się wciąż nowych słów tego obcego, 

choć przecież rozpoznawalnego języka, lubiła patrzeć na zniszczoną twarz gospodyni, słuchać 

cichych pieśni, które biedni ludzie śpiewali wieczorami swoim dzieciom.

Znane, wszystko znane.

A mimo to ukryte w niepamięci.

Zacisnęła  mocno  powieki, usiłowała przypomnieć sobie wszystko, co jeszcze było 

przed   nią   ukryte.   Kłuło   ją   i   paliło   w   piersiach,   głowę   wypełniała   mgła,   która   nie   chce 

zrzednąć.

Słyszała, jak w głębi izby Karl Martin mamrocze coś przez sen, niezrozumiale słowa, 

ale zdarzały się już między nimi rosyjskie wyrażenia.

Westchnęła ciężko, zmuszając ciało do spokoju, odpychała od siebie wszelki ból.

Wkrótce  nadejdzie sen. Tak  bardzo już się tutaj  zadomowiła,  że ani ostry zapach 

panujący w chacie, ani odgłosy zwierząt i ludzi na dworze nie mąciły wieczorami jej myśli.

Zanim zdążyła zasnąć, znowu pojawiło się to marzenie, które ścigała przez połowę 

życia, wspomnienia, w które nie miała odwagi uwierzyć.

Pamiętała  słowo,  którego   użył  dzisiaj  car,   zwracając  się   do  niej,  to  wypowiadane 

szeptem, pieszczotliwe słowo, które tak słodko szeleściło w uszach. Krasawica, krasawica...

- Krasawica... ty moja śliczna, moja ukochana... będziesz moja, na zawsze.

Przytuliła się do niego, czułość wypełniała jej piersi, pod jego koszulą wyczuwała 

bijące serce, miała wrażenie, że mogłaby ująć je w dłonie. Każde uderzenie było niczym 

cichy akompaniament do jego pięknych  słów, niczym  rytmiczna muzyka  do pieśni, którą 

śpiewał łagodnie wprost do jej uszu.

Och, jaka będzie szczęśliwa, gdy wszystko zostanie załatwione i jej ukochany Tichon 

powiesi   na  drzwiach   weselny  wieniec...   Jaka  będzie   szczęśliwa,   mogąc   nareszcie   przejść 

przez te drzwi, tak jak nakazuje zwyczaj nowo poślubionej kobiecie, która wkracza do swego 

domu. Nie była nawet w stanie uczestniczyć w oficjalnej żałobie po śmierci cara, delikatny, 

pełen oczekiwań uśmiech nie schodził z jej warg nawet w czasie snu.

- Tichon... tak bardzo tęsknię...

On pocałował ją znowu, na moment się przestraszyła. Musieli bardzo uważać, nie 

popełnić błędu, to by ściągnęło wstyd na wszystkich, gdyby młoda żona urodziła dziecko w 

background image

sześć miesięcy po ślubie. Nie jest przecież pospolitą chłopską córką!

Pozostały jeszcze trzy długie letnie miesiące, cała wieczność, zanim w końcu będzie 

mogła całkowicie do niego należeć.

Jego serce dudniło tak mocno, że Nadjanie zdawało się, iż skóra na jego szerokiej 

piersi parzy wewnętrzną stronę jej dłoni, że została stopiona z nim na stałe, za nic na świecie 

nie będzie się mogła od niego oderwać.

- Nadja... moja krasawica... najpiękniejsza ze wszystkich kobiet...

Musiała mu przerwać, teraz jego dłonie wsunęły się pod szeroką koszulę, którą miała 

na  sobie,  pas   został  rozwiązany,   szal   już  dawno temu  zsunął  się  na  podłogę.  W  niskich 

budynkach z pruskiego muru w dalszym ciągu goście odprawiali stypę po zmarłym, ale w 

każdej chwili ktoś mógł wyjść na dwór, by zaczerpnąć powietrza lub w takiej samej sprawie 

jak oni.

Nikt nie mógł zobaczyć jedynej córki księcia Michaiła Dołgorukiego w takiej sytuacji. 

To   potężny   człowiek,   stoi   na   czele   dwudziestego   regimentu   strielców   i   strzeże   swoim 

honorem carskiej rodziny. Jego nazwisko otoczone jest szacunkiem, a jedynej córce nigdy nie 

brakowało wielbicieli. Książę rozważał pozycję każdego i uważał, że się nie nadają, chociaż 

przybywali   z   licznymi   orszakami   i   cennymi   darami.   On   ich   jednak   oddalał,   wszystkich. 

Dopiero syn innego wielkiego wojownika zyskał akceptację księcia, był to Tichon Maraskij. 

Należał   do   brunatnych   i   pochodził   z   rodziny   posiadającej   wielką   sławę,   ale   niewiele 

pieniędzy. Książę nie zwracał na to uwagi. Zadowolony przepijał do swego przyszłego zięcia 

i klepał go z całej siły po szerokich plecach, żartując, że młody człowiek pochodzi z bardzo 

męskiej rodziny. Tichon miał ośmiu dorosłych braci, co najmniej połowa z nich spłodziła już 

synów. Nadjana wiedziała, iż jest jedyną nadzieją ojca na to, że ich dumne rodowe nazwisko 

nie zaginie.

Ojciec miał tylko ją i nigdy żadna córka nie była chyba tak strzeżona i tak bardzo 

kochana. Miała te same kredowobiałe włosy co ojciec i jego jasne, szare oczy. Teraz była 

dorosła   i   gotowa   do   wypełnienia   tego,   za   czym   i   ona,   i   rodzice   od   dawna   tęsknili:   do 

stworzenia rodziny i urodzenia syna być może już następnej wiosny.

Dzisiejsza noc była  jeszcze zimna, ale resztki śniegu znikały z dachów domów  w 

mieście Moskwa, a lody spływały rzeką o tej samej nazwie, szumiąc i hucząc. Nadjana miała 

ochotę rzucić się w nurt rzeki i ostudzić pożar, który trawił jej wnętrze, wiedziała jednak, że 

wszystko skończy się tak samo jak wielokrotnie przedtem: ucieknie od Tichona, rozdzierając 

serce i pragnienia na dwoje, ucieknie od tych  gwałtownych,  niepojętych  uczuć, jakie ów 

młody mężczyzna zawsze w niej wzbudzał.

background image

A stara matka znowu popatrzy na nią surowo, kiedy zarumieniona i drżąca przyjdzie 

pocałować ją na dobranoc...

-   Dwanaście   krótkich   tygodni,   moja   kochana...   Dwanaście   krótkich   tygodni,   i   nie 

będziesz już ode mnie uciekać!

Szeptał   jej   te   słowa   do   ucha,   jego   piękny   głos   był   jak   najwspanialsza   muzyka   i 

Nadjana bała się, że nie zdoła od niego odejść.

- Dwanaście tygodni - odpowiedziała mu także szeptem. - Nie, wtedy nie będę od 

ciebie uciekać, mój ukochany Tichonie, wtedy będę robić zupełnie inne rzeczy.

Była to obietnica, ukryta obietnica, słyszała, że Tichon sapnął zadowolony, przeszła 

przez niski płotek i pobiegła równiną ku rzece.

W   ten   wczesny   wiosenny   wieczór   w   kwaterach   strielców   było   gwarno.   Zewsząd 

rozbrzmiewała muzyka i głośne śpiewy dochodziły niemal ze wszystkich niskich, brunatnych 

domów. Strielcy byli uprzywilejowanymi obywatelami miasta, kupcami, lecz także stanowili 

carską   gwardię,   chroniącą   jego   osobę.   Nawet   pogłoski,   że   dojdzie   do   krwawej   wojny   o 

nowego cara, nie były w stanie zepsuć mocno  podlewanego alkoholem przyjęcia  ku czci 

zmarłego cara Fiodora. Nikt nie wiedział na pewno, czy anemiczny młody Iwan nie podąży za 

nim   i   tym   samym   nie   przekaże   władzy   rodzinie   swojej   matki.   Gadano,   że   bojarowie 

opowiadają   się   za   młodszym   przyrodnim   bratem   cara,   dziesięcioletnim   Piotrem   z   rodu 

Romanowów.

Ona się tym nie przejmowała, nie przejmowała się niczym, najważniejszymi nawet 

sprawami tego świata. Zmarszczone czoło ojca i jego pesymistyczne przewidywania do niej 

nie docierały. Pogłaskała z miłością i wdzięcznością prawie łysą czaszkę ojca i ucałowała go. 

Chciał jej wyprawić wesele, jakiego nikt dotychczas nie widział. Teraz to było najważniejsze, 

polityka i zagrożenie koniecznością ucieczki jej nie dotyczyły. Tymczasem zwolennicy Zofii 

nie zamierzali się poddać i w mieście dosłownie gotowało się od plotek. Strielcy przeklinali i 

wykrzykiwali,   że   znienawidzeni   bojarzy   chcą   przeprowadzić   swoją   wolę.   Jeden   z 

największych drani, odepchnięty Matwiejew, miał podobno wrócić w chwale! A w takim 

razie jego przeciwnicy zostaną wygnani, rozpędzeni na cztery wiatry do zimnych i wilgotnych 

okopów wzdłuż granic, na bagna Litwy lub do wysokich gór Uralu albo na martwe stepy 

wzdłuż Wołgi. Różne straszne historie krążyły wśród strielców, którzy przeważnie bardziej 

byli zajęci swoją działalnością handlową niż służbą wojskową. A prawo do życia w Moskwie 

było ich najdawniejszym przywilejem.

Snuto więc plany i pito do późna w nocy, słowo „bunt" znajdowało się na wszystkich 

ustach. Ale Nadjana się tym nie interesowała. Nadjana była zakochana.

background image

ROZDZIAŁ III

Bębny dudniły głośno i przejmująco, wszędzie rozlegały się krzyki przerażenia, nawet 

trębacze byli na nogach i ostrzegali mieszkańców starej części miasta: alarm!

Mężczyźni przyjmowali to z ulgą, od dnia śmierci cara żyli bowiem w nieustannej, 

złowieszczej udręce. W ciągu ostatnich dwóch tygodni plotki osiągnęły niebywałe natężenie, 

strielcy klęli cicho do siebie nawzajem i oglądali się ukradkiem, zanim pochylili się ku sobie: 

„Zostaniemy odsunięci! Odbiorą nam nasze domy i nasze przedsiębiorstwa, wyślą nas na 

Syberię   albo   na   Ukrainę,   a   może   nawet   do   barbarzyńskich   krajów!   Naryszkinowie   nas 

unicestwią!”

Nadjana ich nie słuchała, ponieważ przybył właśnie rzeką statek ojca, który przywiózł 

z   zagranicy   zimowe   towary.   I   Nadjana   miała   poważne   zmartwienie,   bo   w   transporcie 

znajdował się i złoty, i królewski niebieski brokat.

Co powinna wybrać, z czego uszyć ślubną suknię?

Niebieski jest najpiękniejszy, zdecydowała. Ale złoty chyba pasowałby mi bardziej, 

bo to jest kolor regimentu ojca, kolor naszej rodziny.

Matka   potrząsała   głową   nad   zmartwieniami   córki   i   powiedziała,   że   można   uszyć 

suknię z niebieskiego materiału, a okrycie ze złotego. Nadjana uścisnęła ją uradowana, ale 

natychmiast pojawił się kolejny problem: czy zazdrosną przyjaciółkę Lube należy zaprosić 

czy nie.

W ten sposób mijały jej dni, niemal nie zauważała, że matka wciąż nerwowo przesuwa 

z cichym chrzęstem szklane paciorki różańca. Nieustanne wędrówki ojca tam i z powrotem po 

zamkniętym sklepie, trwające całe noce, zauważała jedynie jako daleki hałas, choć stąpanie 

ciężkich, żółtych butów z cholewami dudniło niczym kroki potępieńca po podłodze kościoła.

Ale Nadjana sypiała jak zawsze i miewała piękne sny.

Aż do tej nocy, z 15 na 16 maja. Kiedy wybuchł alarm, żaden człowiek nie byłby w 

stanie dalej spać w kwaterach strielców i Nadjana usłyszała w półśnie stukot butów po ulicach 

i po wyłożonych drewnem trotuarach. Nagle drzwi do sypialni uchyliły się lekko i w szparze 

ukazała się biała twarz matki. Matka trzymała w ręku świecę, włosy miała zaplecione jak na 

noc w długie warkocze, ubrana była w szarą nocną koszulę.

-   Wstawaj,   Nadjano!   Musimy   uciekać,   twój   ojciec   jest   już   w   drodze   do   pałacu 

cesarskiego. Wybuchł bunt! Ludzie poszaleli...

- Co? Kto? Stronnictwo Miłosławskich?

- Nie, nie... to nie oni, nie, mała, głupiutka dziewczyno, to nasi... Czerwoni, niebiescy, 

background image

a nawet biali, twój wuj jest z nimi... Mój nieszczęsny Iwan, sądził, że zdoła powstrzymać 

rzekę   za   pomocą   worka   z   piaskiem...   -   Matka   płakała,   popędzając   córkę,   która   ledwie 

pojmowała, o co w tym wszystkim chodzi. - Wkrótce tu będą, z pewnością będą chcieli cię 

aresztować.

- Ale... tatuś... co oni z nim zrobią, co zrobią z tobą?

Matka   głośno   przełknęła   ślinę,   ręka   trzymająca   świecę   drżała.   Przerażona   kobieta 

patrzyła na córkę z wielkim bólem.

- Bardzo się boję... niech ten ubijca będzie przeklęty!

Nadjana nie wierzyła własnym uszom. To niemożliwe.

- Morderca? Kto? Co ty mówisz, mamo, jakiego mordercę masz na myśli?

Matka skinęła głową.

- Dzisiejszej nocy poleje się krew, moja mała, a twój ojciec znajduje się w środku tego 

całego zamieszania. Błagał nas, byśmy uciekały.

Szok sparaliżował Nadjanę. Przeniknęło ją głębokie poczucie wstydu, ponieważ jej 

pierwszą myślą było: Och, będziemy musieli odłożyć ślub. O, Tich... Och, bezlitosny losie!

Znowu napotkała małe oczy matki. Z ulicy dochodził śpiew, szczęk metalu i odgłosy 

pojedynczych strzałów.

- To bunt, Nadjano. Nasi... wszyscy się sprzysięgli, wszystkie formacje i wszystkie 

regimenty. Z wyjątkiem paru naszych, żółtych, i kilku honorowych mężów od brunatnych. 

Nie ufaj teraz nikomu, Nadjano, uciekaj, jak tylko możesz!

- Dokąd? - pisnęła nagle zupełnie ogłuszona nieznośnym żalem. - Czy nie możemy 

uciekać razem?

- Uciekaj! Uciekaj, dziecko! Uciekaj na statku, z karawaną... dokądkolwiek. Popatrz 

na to, weź to ze sobą. Teraz zostałyśmy tylko my dwie, Nadjano, twój ojciec nakazał mi 

wyraźnie, że powinnyśmy uciekać każda w swoją stronę. Nie był w stanie znieść myśli, że oni 

pojmają nas wszystkich i że nazwisko Dołgorukich zaginie!

Matka podawała jej złoto i biżuterię, w której córka Iwana miała iść do ślubu. Posag, 

na widok którego wszyscy wytrzeszczyliby oczy. Wiedzieli oczywiście, że książęca rodzina 

jest  bardzo  dobrze  sytuowana,   ale  takie   bogactwa  rzadko  pokazywano,   nawet  w  carskim 

pałacu.

- Przez jakiś czas będziesz mogła za to żyć. Nie wracaj tutaj, dopóki nie będziesz 

pewna, że zapanował spokój! Błagam cię, w imię Boga, nie wracaj tylko po to, by zobaczyć 

mnie lub krewnych!

Nadjana bez słowa kiwała głową.

background image

Tichon, Tichon, śpiewało w niej.

Co ty teraz robisz, czy jesteś jednym z nich?

Ze też nigdy nie starała się dowiedzieć, nigdy nie zapytała o te polityczne sprawy!

Nie  wiedziała  nawet  najprostszej   rzeczy,  czy mianowicie   Tichon  podobnie  jak jej 

ojciec nawołuje do spokoju, czy może jest jednym z tych noszących żółte buty, którzy akurat 

w tej chwili krążą po ulicach i wrzeszczą, że car został otruty. Jednym z tych, którzy pragną 

podjąć   walkę   z   bojarami.   Wszystko   wokół   niej   wirowało,   rozpaczliwie   szukała   torby   na 

pasku, którą dała jej matka, potem wsunęła do niej kosztowności i mokrymi od łez wargami 

ucałowała matkę na pożegnanie.

Na dworze rozległ się jakiś straszny krzyk.

A po chwili wołanie: „Śmierć Naryszkinom! Walczmy o naszą ukochaną księżniczkę 

Zofię   i   sławmy   jej   szczodrobliwość!   Zabijmy   tych,   którzy   zamordowali   naszego   cara   i 

obrońcę!”

Kiedy   Nadjana   znalazła   się   na   dworze,   zobaczyła   żołnierzy   tłoczących   się   wokół 

beczek, zapach wódki uderzył  w nozdrza,  wszyscy byli  pijani. Zadrżała,  to, co widziała, 

wydawało jej się jakimś makabrycznym przedstawieniem, czymś, co nie mogło się zdarzyć w 

rzeczywistości. Te płonące na ulicach ognie wabiły ją do siebie, cieszyła się, że ma na sobie 

szeroką ciemną pelerynę. Nikt jej nie rozpozna, przynajmniej tej nocy. Wszyscy mieli takie 

same płonące, wilgotne oczy, tak samo rozpalone policzki i podniecone głosy.

Nadjana postanowiła trochę poczekać. Może nie jest tak źle, jak mówiła matka. Tutaj, 

w gromadzie rozwścieczonych żołnierzy, widziała wielu przyjaciół Tichona, nawet jednego z 

jego braci. Żaden z nich nie zrobił przecież nic złego. Może on też gdzieś tutaj jest, wśród 

tych  żłopiących  wódkę żołnierzy w różnokolorowych  szynelach.  Mrużyła  oczy w mroku, 

próbowała wyłowić ze zgiełku jego ciepły, piękny głos. To, co widziała, wyglądało raczej na 

pijackie   święto   niż   polityczny   bunt.   Nadjana   przemykała   się   wzdłuż   niskich,   ciemnych 

drewnianych domów i wypatrywała znajomych twarzy. Ojca tutaj nie było, rozpoznałaby go 

zarówno po wzroście, jak i po błyszczących medalach. Podążała w strumieniu uzbrojonych 

młodych mężczyzn, którym towarzyszyły kobiety, nie różniła się od nich. Na placu zebrał się 

tłum i usłyszała, że ktoś zawołał:

- Zdjąć płaszcze! Dzisiejszej nocy jesteśmy jedną formacją, wszyscy jesteśmy braćmi!

I z trzaskiem rozrywanego materiału żołnierze zrzucali swoje barwy, z których jeszcze 

do niedawna byli tacy dumni. Regimenty wyglądały podobnie, jednakowe czerwone koszule i 

żółte buty do kolan mieniły się w świetle płonących pochodni. Nadjana jęknęła, gdy wszyscy 

jak na komendę ruszyli na czerwony mur. Widziała, że na szczycie wieży - dzwonnicy Iwan 

background image

Wielikij   rozpalono   samotny   mały   ogień.   Wznosił   się   ponad   domami   i   pałacami,   ponad 

klasztorami, a nawet ponad kopułami i iglicami katedry.

Ze zgrzytem zamykano bramy, śmiertelnie przerażeni służący z Kremla zatrzaskiwali 

kłódki. Ale na próżno. Czerwone mury rysowały się na tle nocnego nieba, lecz wzburzone 

morze   wojskowych  nie   dawało  się   zatrzymać.  Z   wrzaskiem   wdzierali   się  do  środka  pod 

basztą Spasską. Przebiegli pod dzwonnicą Iwan Wielikij, zniszczyli Złotą Kratę. Dotarli do 

miejsca, z którego do carskiego pałacu wiodły długie marmurowe schody.

- Na pohybel Naryszkinom, mordercom Iwana! Nadjana stała oparta o mur i z taką 

intensywnością, że oczy mało nie wyszły jej z orbit. Dym z wilgotnych pochodni drapał w 

gardle i w nosie, niemal nie miała odwagi oddychać. Ale żołnierze wyciągali w górę miecze i 

ich okrzyki dudniły między zabudowaniami:

- Mordować! Złapcie morderców, uwolnijcie księżniczkę!

Nadjana czuła, że musi odkaszlnąć, ale nie miała odwagi. Zdała sobie teraz sprawę, że 

jako jedyna kobieta towarzyszyła żołnierzom aż tutaj. Miała tylko nadzieję, że jeszcze więcej 

pochodni zgaśnie i że to, co rozgrywa się na górze schodów, przyciągnie oczy wszystkich i 

nikt nie będzie się jej przyglądał. Ostrożnie przesunęła się jeszcze bliżej. Nagle wokół niej 

wszystko ucichło, głosy zamarły jakby ucięte. Spojrzała w górę i pojęła dlaczego.

Na schodach, na samym szczycie, stała kobieta ubrana w purpurową suknię i czarny 

płaszcz. Na głowie nosiła iskrzący się diadem, chwiejne płomienie sprawiały, że klejnot lśnił 

niczym   latarnia   morska.   Natalia,   caryca,   ta   znienawidzona   przyjaciółka   bojarów. 

Przeciwniczka   Zofii,   morderczyni   cara!   Była   biedną   dziewczyną,   pochodziła   z   nic   nie 

znaczącej rodziny, ale zdołała oczarować cara i zmusiła go, by się z nią ożenił.

- Morderczyni! Ty dziwko, zabiłaś ich obu! Ale u jej boku stal młody car, ten, o 

którym strielcy myśleli, że został otruty. Młody chłopiec spoglądał przestraszony na żądną 

krwi tłuszczę i starał się ukryć za tą, przeciwko której tłuszcza się zwracała.

Nadjana chciała przełknąć ślinę, ale gardło miała suche i obolałe. Na moment spotkała 

wzrok drugiego dziecka, tego, które stało jakiś krok czy dwa od matki i trzymało w rękach 

niedużą, ładnie pomalowaną łódeczkę z drewna. Twarz mu drgała, Natalii wydawało się, że 

mały   Piotr   stoi   oto   naprzeciwko   tłumu   i   uśmiecha   się.   Czy   on   nie   rozumie 

niebezpieczeństwa?

Jeden z żołnierzy przeskoczył ostatnie stopnie schodów.

Bardzo głośno zapytał  starszego z chłopców, czy naprawdę jest on żywym  carem 

Iwanem. Otrzymał odpowiedź twierdzącą i w tłumie rozległy się okrzyki. Mężczyzna, który 

pytał, zaskoczony machnął rękami i odwrócił się gwałtownie w stronę tłumu.

background image

- Więc on żyje?

Nadjana wspięła się na palce, by zobaczyć więcej z tego, co się będzie dziać. Czy 

żołnierze zrezygnują? Rozejdą się do domów? Czy wszystko już minęło?

Z tłumu wyszedł starszy mężczyzna. Nadjana jęknęła i poczuła, że nogi się pod nią 

uginają. Otiec! Ojciec!

Musiała bardzo nad sobą panować, by nie podbiec do niego, nie rzucić mu się na 

szyję, nie wyciągnąć go z tego strasznego miejsca. Ale czegoś takiego dumny książę nigdy by 

jej nie wybaczył, stał wyprostowany, wbijając władcze, surowe oczy w swoich żołnierzy.

- Teraz rozumiecie więc chyba, że daliście się oszukać? Idźcie do domu i zachowajcie 

spokój. Car żyje, jest bezpieczny. Wróćcie do domu, w przeciwnym razie będę musiał was 

ukarać.

Jego   ostre   słowa   żołnierze   przyjęli   z   wyciem.   W   ciągu   kilku   sekund   Nadjana 

zrozumiała, że jej ojciec będzie musiał umrzeć, tutaj i teraz, na terytorium cara, w świętym 

mieście   Moskwie.   I   nie   będzie   to   śmierć   otoczonego   czcią   bohatera,   stojącego   na   czele 

swoich oddziałów. Nie, ojciec umrze jako ofiara zdrady i buntu, zostanie zaszlachtowany 

niczym zwierzę przez tych młodych mężczyzn, których sam uczył i do których miał zaufanie. 

Ich szaleństwa nie można już było  opanować. Nawet książę stawał się kimś  małym,  gdy 

ludzie rzucili się naprzód niczym szalona rzeka krwi, która przelewała się przez schody.

Ryk buntowników nie był w stanie zagłuszyć jej własnego krzyku przerażenia. Została 

wypchnięta   naprzód,  starała  się   znaleźć  za   osłoną  szerokich   czerwonych  pleców   i  w   ten 

sposób   uniknąć   rozsieczenia   mieczami   i   lancami.   Żołnierze   wdzierali   się   na   schody,   na 

moment   Nadjana   zobaczyła   ponownie   twarz   młodego   Piotra,   zgubił   gdzieś   drewnianą 

łódeczkę i był teraz biały niczym śnieg. Caryca trzymała się obu chłopców tak, jakby za 

chwilę miała zemdleć. Jej przybrany syn Iwan był bezpieczny. Ale ona sama i Piotr, zaledwie 

dziesięcioletni... ich zamierzali pojmać.

- Śmierć! Śmierć!

Nadjana poczuła, że przez jej żyły,  w których dotychczas  tłukła się gorąca, jakby 

oszalała krew, przepływa lodowaty strumień.

Ojca już nie widziała, ale nagle przeskoczyła przez poręcz schodów i pobiegła po 

wąskim gzymsie. Dotarła na górę akurat w chwili, gdy mogła zobaczyć, jak jakaś szabla 

odcina głowę jej ojca.

Potem unieśli w górę ciało i przerzucili je przez balustradę. Zwłoki leciały w dół 

wśród ryków tysięcy gardeł.

Poniżej znajdował się las wzniesionych w górę lanc, na które spadło ciężkie ciało.

background image

Nadjana chciała krzyczeć, ale krtań miała zaciśniętą. Stała i czuła, że krew spływa jej 

z otartych opuszków palców. Za nią znajdował się czerwony, szorstki kamień. Stała w mroku, 

przecierała oczy, a w jej głowie krążyła jedna jedyna myśl. Czuła się tak, jakby i ona została 

przekłuta lancą.

To niemożliwe. To nie może być prawda.

Skuliła się na wąskiej półce i pełzła z powrotem w stronę schodów. Żołnierze jej nie 

widzieli. Gdyby wiedzieli, że jestem jego córką, gdyby wiedzieli, że niosę kosztowności, za 

które można by utrzymać cały regiment do końca ich życia, myślała dziwnie odrętwiała.

Ktoś klaskał, krzyczał mordercom „brawo".

Nadjana szła jak we śnie, nie przejmowała się już teraz, że ktoś może ją rozpoznać. 

Żaden   koszmar   nie   byłby   gorszy   od   tego,   co   przed   chwilą   przeżyła.   Może   wszystko 

zniknęłoby, gdyby po prostu do nich podeszła?

Stawiała   niepewne   kroki,   potykała   się  o   leżące   na   ziemi   ciała,   nie   wiedziała,   kto 

umarł, a kto był po prostu kompletnie pijany. Skaleczyła się o ostrze jakiejś lancy, rozdarła o 

nią i suknię, i płaszcz. Nie zauważyła jednak tego, szum w uszach i słabość, jaka ją ogarnęła 

na widok mordowanego ojca, odgradzały ją od świata niczym zasłona.

Tamten koszmarny widok oślepił Nadjanę, oślepiały ją też łzy nieustannie spływające 

z oczu. Zgiełk za nią stawał się coraz odleglejszy, coraz bardziej nierzeczywisty. Przed sobą 

widziała   majaczące   w   mroku   bramy,   prowadzące   do   cerkwi   Rożdieństwa   Bogorodicy 

pogrążonej w ciemnościach.

- O, ojcze...

Zatoczyła   się,   chwyciła   się   wysokiej,   rzeźbionej   kamiennej   kolumny,   poczuła,   że 

ogromne   kościelne   pomieszczenie   wabi   ją   do   siebie   niczym   zapowiedź   rozkosznego 

wypoczynku. Z mocno złożonymi rękami weszła do środka, a światła przy ołtarzu wyglądały 

niczym dalekie, malutkie, błyszczące oczka.

Tutaj może nie wejdą.

Tutaj nie przyniosą swoich zakrwawionych lanc, szabel i mieczów.

Próbowała   skupić   wzrok   na   pięknych,   pozłacanych   ikonach   w   ołtarzach,   na 

wizerunkach milczącego, ale przyjaznego Boga na suficie, ale nie widziała nic i powlokła się 

dalej w głąb mrocznej świątyni, nie mając odwagi się zatrzymać.

Wrzaski wciąż w niej trwały, może tylko jako echo, a może były wciąż rzeczywiste.

- Mordujcie! Zamordujcie ich wszystkich, tych przeklętych zdrajców!

Nadjana   skuliła   się   przy   drzwiach   w   kącie   cerkwi,   w   której   nigdy   przedtem   nie 

siedziała. Jakiś duchowny przeszedł bezgłośnie obok niej. Nie zwrócił na nią uwagi, pewnie 

background image

nie widział tej ciemnej, skulonej postaci, która wciskała się w kąt.

Głowa opadła na ręce, dziewczyna poczuła, że twarz ma mokrą od potu i łez, że ręce 

bolą i że jeden wysoki but powoli wypełnia się krwią.

Ale żaden ból nie mógł być większy od tego, który wywoływały obrazy wciąż żywe w 

jej umyśle. Nie chciała na nie patrzeć, odpychała je od siebie, były zbyt okrutne, by mogła 

uznać, że to prawda.

Mężczyzna, który przerzucił ciało jej martwego ojca przez poręcz jak zaszlachtowaną, 

brudną świnię, którą rzeźnik Igor wrzuca na swój wóz...

Ten mężczyzna to był Tichon.

Prawie nie poznała jego wykrzywionej nienawiścią twarzy, nie widziała jego miękkich 

loków. Mimo to nie mogła się mylić.

To był on.

background image

ROZDZIAŁ IV

Wprost niepojęte, że czas może biec tak szybko. Po pierwszej, bardzo surowej zimie 

czuła, jak świadomość powrotu do domu rozrasta się w niej z każdym dniem. Od tamtej nocy, 

kiedy przeszłość do niej wróciła, Nadjana nosiła w duszy bolesną, piekącą ranę. Wszystko 

zostało znowu rozjątrzone, całe cierpienie i ból, którego przez tak wiele lat, przerażona, nie 

chciała pamiętać. Ale teraz zaczynał też powracać spokój. Obraz jej życia stał się bardziej 

kompletny.   Odczuwała   głęboką   żałobę   po   tych   wszystkich,   których   utraciła.   Dojmujące 

uczucie   żalu   zaczynało   jednak   blednąc,   pustka   w   duszy   zmniejszyła   się   do   rozmiarów 

niedużego, ciemnego orzecha. Nie miała do kogo wracać, mimo to wróciła do domu na dobre. 

Przez   jakiś   czas   myślała   nawet:   Teraz   mogę   umrzeć,   teraz   wszystko   jest   jasne,   mogę 

nareszcie odpocząć w spokoju. Ale ku swemu zaskoczeniu ożyła i uzyskiwała wciąż nowe 

siły w miarę, jak dni stawały się dłuższe.

Radzili sobie bardzo dobrze, a gdy marynarz wrócił do domu i wybudował dodatkową 

ścianę,   w   starej   ciemnej   chacie   Jewgienija   zrobiło   się   bardzo   wygodnie.   Nadjana   miała 

prawdziwy pokoik, a Karl Martin własny kąt dla siebie i swojego prosiątka.

Zostało im jeszcze trochę pieniędzy i nie musieli się lękać najbliższej przyszłości. 

Cieszące się złą sławą bulwy truposza, które Nadjana zakupiła jesienią, okazały się bardzo 

dobrym nabytkiem. Owe okrągłe, twarde warzywa stanowiły pożywienie biednych ludzi w 

małej osadzie niedaleko Petersburga. Ci, którzy nie jedli ich pierwszej zimy, przekonali się o 

ich wartości w ciągu drugiej. Nie mówiono o tym nikomu spoza małej grupy chat, wszyscy 

jednak przyznawali, że kiedy się te dziwne korzenie dobrze ugotuje i dołoży kiszonej kapusty, 

to bardzo dobrze smakują i są sycące. Wyglądało też na to, że nikt z ich powodu nie umrze.

A teraz znowu zbliżała się wiosna.

Wycieczki na dół na wybrzeże, gdzie budowano statki, stały się dla Nadjany i Karla 

Martina niemal rytualnym zajęciem. Chłopiec nieustannie łaził za robotnikami, spędzał w 

dokach całe dnie, od wczesnego ranka aż do późnego wieczora. Sprzedawali robotnikom 

różne rzeczy, ale gdy tylko wszystkie koszyki starej matki Jewdokii stawały się puste i nie 

było nic do sprzedania, mogli wracać do domu. Nadjana pozwalała jednak chłopcu kręcić się 

po nabrzeżu. Poza tym wkrótce szczęście mu dopisało i znalazł zajęcie u jakiegoś szkockiego 

kapitana. Miał nosić kamienie i zaprawę murarską na budowie oraz pomagać murarzom. Była 

to bardzo ciężka praca, ale nie cięższa niż ta, którą wykonywał  rodzony syn  kapitana  w 

kanałach. Car nieustannie budował nowe pałace i domy, ale jeszcze bardziej pracochłonne 

było wieczne kopanie rowów odwadniających, które miało przemienić tę bagnistą krainę w 

background image

coś zbliżonego do okolic Wenecji.

Każdego   ranka  Karl  Martin  mijał   szeregi  na   wpół   ubranych  postaci,   mężczyzn   w 

różnym wieku, okutanych w gałgany i dźwigających ciężkie worki z ziemią lub zniszczone 

narzędzia do kopania. Niewolnicy. Oni budowali miasto. Ginęli niczym muchy w cuchnących 

rowach   przecinających   bagna.   Zamarzali   na   śmierć,   topili   się   w   zdradzieckich, 

przypominających ruchome piaski błotach lub byli zabijani przez nadzorców, kiedy ci uznali, 

że nie pracują dostatecznie szybko.

W brudzie i błocie męczyli się tam ramię w ramię z synami szlacheckimi, trudno było 

ich od siebie odróżnić, wszyscy mieli zapadnięte, wychudzone twarze. Piotr Wielki nie żywił 

szacunku ani dla ludzkiego życia, ani dla szlacheckich tytułów. Dla niewolników było tylko 

jedno zadanie, ich praca miała spłacić dług, jaki wzięli na siebie z tego jedynie powodu, że 

istnieją.

Wobec   szlacheckich   synów   car   stosował   jeszcze   bardziej   surową   zasadę:   z   tytułu 

swojego urodzenia nie znaczą nic. Jedynie ciężką pracą, wkładem w budowę miasta, mogli 

dowieść, że zasługują na swoje przywileje. Byli obrzucani wyzwiskami i upokarzani, żaden 

jednak nie odważył się podnieść głowy w proteście, kiedy potężny władca od czasu do czasu 

mijał ich na swoim ogromnym holenderskim ogierze i nadzorował roboty.

Karl Martin zastanawiał się, jak długo będą znosić rządy tego despoty.

- On jest gorszy niż wójt - mruczał chłopiec zgnębiony, gdy rozmawiał z Nadjaną po 

jednym z takich spotkań z najbardziej posłusznym sługą cara.

-   Musisz   na   siebie   trochę   uważać,   Karlu   Martinie.   Nie   jesteś   już   dzieckiem   - 

upomniała go Nadjana poważnie. Ale zaraz dostrzegła przeciągle spojrzenia, jakie chłopiec 

rzuca na ostatni kawałek placka na miodzie, i z uśmiechem potargała mu włosy. - Tak, tak, 

widocznie łasuchem zostaniesz już na zawsze. Zejdziesz ze mną teraz w dół na nabrzeże?

Żuł placek i mrużył oczy z rozkoszy, placek smakował znakomicie, a ciepłe wiosenne 

słońce  przyjemnie  grzało.   Rzeka   Newa  dumnie  teraz  toczyła   swoje  wody ku  morzu,  lód 

stopniał, zostały tylko resztki wzdłuż brzegów.

- Oczywiście! Zdaje mi się, że dzisiaj będą wodować sześć nowych galeonów. To 

dopiero   będzie   widok!   Okręty   archangielskie   są   wspaniałe.   Szkoda   tylko,   że   wszystkie 

zostaną wyposażone w armaty. Będą strzelać do siebie nawzajem i zatapiać się - mruknął z 

żalem młody człowiek między jednym a drugim kęsem placka.

- Zawsze jesteś taki wesoły i optymistyczny, nie martw się i teraz, mój chłopcze - 

powiedziała Nadjana.

- Ale zaczekaj na starą kobietę, pędzisz tak, że nie mogę złapać tchu! Chcesz, żebym 

background image

się udusiła, ty łobuziaku?

Karl   Martin   roześmiał   się   i   przystanął.   Długie   nogi   same   niosły  go   po   nabrzeżu. 

Dźwigał kosze i węzełki, ale najwyraźniej w ogóle nie zauważał ich ciężaru. Tutaj, nad rzeką, 

przypominało   mu   się   morze.   Rozpoznawał   jego   zapach   i   słodką   woń   żywicy   ze   świeżo 

ciosanego drewna. Wszędzie unosiły się dymy z ognisk, nad którymi rozgrzewano smołę, a z 

doków   okrętowych   dochodził   nieustanny   śpiew   siekier,   zawodzenie   pił   i   ostre   uderzenia 

miotów, wbijających gwoździe i drewniane kołki w poszycie statków.

- To coś zupełnie innego - westchnął cicho Karl Martin, kiedy znaleźli się nad samym 

brzegiem   ponad   pracującymi.   -   Budowniczy   okrętów...   To   dopiero   rzemiosło,   to   dopiero 

życie! Coś zupełnie innego niż brudni murarze dźwigający nieustannie czworoboczne cegły, 

głowy też mają czworoboczne...

Nadjana spojrzała na niego zaskoczona.

- Myślałam, że lubisz swoją pracę? Chłopak znowu westchnął, głęboko i szczerze. W 

szaroniebieskich oczach odbijało się niebo.

-   Ja   bym   chciał...   ja   bym   chciał   znaleźć   się   tam   w   dole.   Chciałbym   budować 

najbardziej fantastyczne statki...

- Wyprostował się, głos stał się głębszy, kiedy mówił wprost do niej. - Pewnego razu 

tak się stanie, Nadjano.

Wiedziała, że naprawdę to osiągnie.

Pewnego razu.

Kiedy jej nie będzie już na świecie, by go ochraniać.

Poczuła ukłucie i ogień w piersi, w równej mierze ze strachu o tego wspaniałego 

młodego mężczyznę co z lęku przed starością i chorobą. Złapała Karla Martina za rękę, był 

teraz równy jej wzrostem.

- Obiecaj mi, Karl Martin... Obiecaj mi, że zawsze się zastanowisz, zanim zrobisz 

cokolwiek.

Skinął głową, ale myślami był gdzie indziej.

Czy zapomniał już o wszystkim? O buncie, o człowieku nazwiskiem Kvithovud, o 

skandalach, morderstwach?

Nigdy więcej o tym nie wspominał, a kiedy ona wymawiała imię Marji, odwracał się 

lub udawał, że nie słyszy.

To napełniało ją smutkiem. Obiecała sobie przecież, że będzie utrzymywać w jego 

ciepłej pamięci ojca i matkę. Po to, by kiedyś chciał do nich wrócić. Za jakiś czas, kiedy 

wszyscy zapomną młodego chłopca, który nieświadomie stał się narzędziem buntowników. 

background image

Chcieli posłać go wprost w objęcia śmierci, miał zamordować samego wójta, i to w czasie, 

gdy dragoni stali gotowi do użycia broni.

Nadjana zamknęła oczy, poczuła, jaka szorstka zrobiła się dłoń Karla Martina. Jej 

cieniutkie rękawiczki zaczepiały się o strupy i zadrapania na jego skórze. Chłopak był silny. 

Uścisnął czule jej rękę.

- Uważaj na siebie, żebyś się znowu nie wdał w jakieś głupstwa - powiedziała cicho.

On westchnął po raz trzeci, teraz wydał nawet cichutki jęk.

- Nadja, mama... słyszałem to już milion razy. Naprawdę nie jestem dzieckiem.

A bardzo bym chciała, żebyś był, pomyślała ze smutkiem.

Wtedy byłoby dużo lżej...

Karl Martin kupił dla niej letniej  herbaty w drewnianym  kubku i kilka blinów ze 

słodką marmoladą z czerwonych buraczków. Nadjana skrzywiła się, nie należało wydawać 

pieniędzy, później mogli potrzebować każdego grosza. Poza tym matka Jewgienija czeka na 

pewno w domu z kapuśniakiem i wiosenną sałatą, którą dla żartu nazywali kozim jadłem.

- Mimo to dziękuję, byłam głodna.

- Zapomniałem zapłacić - mrugnął do niej i podzielił płaski placek na dwie części, 

smarując go czerwoną masą. Kobieta, która sprzedawała słodycze z dużej drewnianej tacy, 

pokazała   w   uśmiechu   bezzębne   usta   i   skłoniła   się   głęboko   sympatycznemu   młodemu 

człowiekowi. Włosy Karla Martina zrobiły się teraz jeszcze ciemniejsze, były brązowe niemal 

jak sierść niedźwiedzia. Oczy wydawały się bardziej niebieskie, niż Nadjana zapamiętała z 

jego wczesnego dzieciństwa. Przypomniała sobie, że wtedy rzadko patrzył ludziom w oczy.

- Jesteś podobny do swojej matki, wiesz o tym? - rzekła łagodnie.

- Spójrz, wciągają carską flagę na tamtą szkutę! Czy myślisz, że on jest na pokładzie?

- Ona ma takie same mądre oczy, wiesz. Ty też masz mądre oczy, Karl.

- Myślę, że on tam jest! Słuchaj! Ten stary krwiopijca teraz strzela znowu tylko dla 

zabawy!

Nadjana umilkła, powoli żuła blin, ale jej nie smakował.

Chłopak siedział i wiercił się obok niej.

- No idź już - powiedziała zmęczona. - Ja tutaj poczekam. Jeśli chcesz, to idź na dół i 

przyjrzyj się okrętom.

Zerwał się ze śmiechem i entuzjazmem wypisanym na twarzy.

-   To   do   zobaczenia   -   zawołał   i   pomknął   przed   siebie.   Drewniaki   stukały   po 

kamieniach.   Miały   jakiś   taki   dziwny   kształt,   Nadjana   przypominała   sobie   obrazy 

przedstawiające wieloryba, który połknął Jonasza. Wielkie, ciężkie zwierzę o ostrych zębach.

background image

Musiała się zdrzemnąć w wiosennym słońcu, bo kiedy zerwała się i ocknęła, świeciło 

jej prosto w oczy. Obudził ją czyjś ostry głos, wielki mężczyzna stał nad nią i wrzeszczał coś, 

czego do końca nie rozumiała.

Nadjana mrugała, próbowała wstać, ale drobne ciało zdrętwiało we śnie. Jęknęła z 

bólem i pozostała na miejscu.

- Musi pani lepiej pilnować tego łobuza. Kręci się tu ciągle i próbuje kraść nasze 

narzędzia!

Mężczyzna mówił z jakimś dziwnym akcentem, Nadjana patrzyła na jego rudą brodę i 

ogniste włosy wydostające się spod turbanu.

Karl   Martin   został   popchnięty   w   jej   stronę,   z   płonącymi   policzkami   próbował 

utrzymać się na nogach.

- Ja tylko chciałem... ja narysowałem tylko taki wyciąg, za pomocą którego w domu 

wciągaliśmy na dach drążki przy budowie kalenicy...

- Ty mały łobuzie - rzekła Nadjana z drżeniem. - Czy myślałeś, że potrafisz czegoś 

nauczyć   tych   ludzi?   To   są   najlepsi   na   świecie   budowniczowie   okrętów,   sprowadzeni   z 

różnych  krajów  przez samego  cara!  A oto  przychodzisz  ty,  smarkacz...  Ciesz się,  że nie 

dostałeś lania, mogłeś narobić strasznych szkód.

Chłopak stał ze spuszczoną głową, a Nadjana musiała ukryć uśmiech.

- Karl Martin, mój kochany chłopcze... Objęła go, a on pomógł jej podnieść się z 

miejsca i uśmiechał się do niej z poczuciem winy. Wtedy za nimi odezwał się obcy głos:

- Królowa Bachusa, która uciekła! Wiedziałem przecież, że cię jeszcze spotkam. Ale 

twojego syna, jak widzę, wciąż trudno utrzymać w ryzach, jedwabna księżniczko?

Nadjana drgnęła.

Car!

Odwróciła   się   gwałtownie,   głos   należał   do   niego,   to   nie   ulegało   najmniejszej 

wątpliwości. Ale człowiek, który stał przed nią, osłaniając dłonią oczy przed słońcem, był 

ubrany w krótkie spodnie z żaglowego płótna, prostą szarą koszulę i kurtkę z nasyconego 

tłuszczem samodziału, taką jakiej używali kopiący kanały albo biedni chłopi, by ochronić się 

przed zimnem i deszczem. Miał wielkie dłonie i stopy, ogolona twarz była ogorzała od wiatru, 

kapelusz z szerokim rondem chronił oczy przed słonecznym blaskiem. Nad ustami dostrzegła 

cieniutki wąsik, spod kapelusza spoglądało na nią dwoje brązowych, przenikliwych oczu. W 

ręce trzymał jakieś narzędzie, którego prawdopodobnie używano do wbijania drewnianych 

kołków albo dużych gwoździ.

Karl Martin nie puścił jej, poczuła jednak, że ciało chłopca sztywnieje. Chrupnęło jej 

background image

w kolanach, zabolało, ale car zdawał się na nią nie patrzeć.

- Rysunki, młody przyjacielu.  Daj mi  je. Słyszałem,  co mówili  robotnicy,  chcę je 

zobaczyć.

- Już ich nie mam - odparł Karl Martin sucho. Car stał długo i lustrował chłopca. Po 

chwili surowe oblicze rozjaśniło się w uśmiechu.

- Ty chyba nie wiesz, kim ja jestem?

- Owszem, wiem. Piotr Wielki wolno skinął głową. W jego spojrzeniu pojawił się 

jakiś wyraźny błysk. Nadjana czuła, że ręce jej drżą, kiedy szturchnęła syna swej przyjaciółki 

ostrzegawczo w bok.

- To jest car - powiedziała po norwesku. Mężczyzna z cienkimi wąsami zachichotał.

-   Tak!   Jestem   carem,   jestem   Piotr   budowniczy  okrętów,   i   mogę   tak   stuknąć   tego 

zuchwałego   łobuziaka,   że   straci   ochotę   na   przekomarzanie   się   ze   mną.   Już   drugi   raz 

przeszkadza mi wziąć to, co chcę mieć!

Nadjana   przypomniała   sobie   tamten   niebywały   pochód,   cały   ten   szalony   dzień, 

wspominała śmieszny kostium cara i wydarzenia przed pałacem Mienszikowa.

Przypomniała sobie też podniecenie w oczach Piotra i ze zdziwieniem stwierdziła, że 

to wspomnienie odegnało lęk, jaki odczuwała wobec tego człowieka. Był teraz zwyczajnym 

mężczyzną, mężczyzną, którego łatwo oszukać. Wierzył, że jest równie piękna pod maską jak 

jedwab, z którego ją sobie uszyła! Poza tym trudził się w doku razem z robotnikami, ludzie 

mówili, że jada czarny chleb, kapuśniak i naleśniki z mięsem jak zwyczajni żołnierze.

- Bardzo bym chciał zobaczyć, co narysowałeś, młody człowieku. Podnośnik, nowy 

rodzaj podnośnika?

Karl Martin w milczeniu kiwał głową.

- W takim razie narysuj go jeszcze raz i zrób to wyjątkowo dokładnie.

- A co car proponuje mi za moje rysunki? Jeśli będzie miał z nich pożytek?

Nadjana jęknęła wobec takiej zuchwałości Karla Martina. Oblicze Piotra pociemniało, 

ręka zacisnęła się mocniej na przypominającym młotek narzędziu.

-   Jeśli   będę   miał   z   nich   pożytek   -   powiedział   -   to   nie   zatłukę   cię   na   śmierć   jak 

bezczelnego psa, którym w istocie jesteś. Zrobię to ze względu na twoją piękną matkę - dodał 

po chwili.

Nadjana z całej siły szarpnęła Karla Martina za kurtkę.

-   Pochyl   się   -   syknęła   mu   do   ucha.   Zdziwiła   się,   że   chłopiec   posłuchał   i   bardzo 

głęboko pokłonił się władcy.

Nagle brzuch cara zaczął się trząść, a potem władca wybuchnął głośnym śmiechem. 

background image

Odrzucił młot i bił się po kolanach, śmiał się i śmiał, jedna fala śmiechu nadchodziła po 

drugiej.

W końcu otarł oczy i wciąż zanosząc się śmiechem, zwrócił się do Nadjany:

- C ó ż ty masz za syna, księżniczko! Jaka odwaga, ile uporu! Tak, powiadam ci, 

takiego syna też bym chciał mieć! Ale mój żałosny Aleksy nawet pióra porządnie nie potrafi 

utrzymać, nigdy chyba niczego nie narysuje!

Nadjana podziękowała pokornie za komplement. Karl Martin wiercił się, ale mimo to 

z szacunkiem spuścił oczy. Niemal stracił równowagę, gdy car klepnął go mocno w plecy i 

powiedział:

- Chodźcie, chodźcie oboje i zjedzcie ze mną kolację. Będziemy mogli porozmawiać o 

twojej idei, młody żołnierzu. A ty, moja piękna pani, może byś chciała zobaczyć osławione 

jedwabne tapety, o których mówi całe miasto?

W   jego   przechwałkach   brzmiał   ton   ironii   i   Nadjanie   bardzo   się   to   spodobało.   Z 

kolejnym bolesnym strzyknięciem w kolanach ukłoniła się pokornie potężnemu panu.

- To dla mnie wielki honor, ale chyba nie jestem godna ani odpowiednio ubrana na 

taką audiencję...

- Audiencję? Będzie tylko czarny chleb i czosnek, może kawałek wędzonego sera - 

odparł car szorstko.

- Ja nie jestem głodny - rzekł Karl Martin.

- Uważajemyj  car, niech Wasza Wysokość wybaczy dziecku ten niesłychany brak 

uprzejmości.   To   bardzo   dziwny   chłopak,   niepokorny   i   trudny   do   kierowania   dorastający 

młodzieniec. - Chodzi swoimi drogami, ale jest...

- Dobrze, dobrze, nie jestem przecież zwierzęciem, bym karał młodego chłopca, na 

dodatek   cudzoziemca,   który   nie   zna   mnie   ani   mojego   kraju.   Nie,   proszę   przyjmować   to 

spokojnie, droga Nadju. Szczerze mówiąc, jestem zadowolony, że syn pani zostawił nas w 

spokoju. Możemy... rozmawiać swobodniej.

Pochyliła głowę z wdzięcznością, lecz także po to, by ukryć uśmiech. Zauważała, że 

on przygląda jej się wciąż lekko zmrużonymi oczyma, jakby chciał przeniknąć maskę. Ów 

wspaniały car był naprawdę takim wielkim kobieciarzem, jak mówiono. Nadjana poznała tyle 

spojrzeń, które rzucali na nią mężczyźni, by dokładnie wiedzieć, co się teraz kołacze w tej 

potężnej głowie. Musiała się uśmiechnąć. Maska i rękawiczki oraz białe, bujne włosy zwiodły 

najsprytniejszego człowieka Rosji.

- Dziękuję - szepnęła wdzięcznie.

- Chcesz spróbować czosnku? - zapytał bez ceregieli, biorąc z pięknej srebrnej tacy 

background image

cienką kromkę chleba. W małej miseczce ozdobionej wiankiem pozłacanych liści mieniło się 

żółte masło. Wysokie świeczniki też były zdobione wzorem z liści. Nadjana ledwo miała 

odwagę   rozejrzeć   się  po   pokoju,   wiedziała   jednak,   że   pod   wysokim   sufitem   lśni  jeszcze 

więcej złota i srebra. Ściany zostały obite materiałem w ciemnoczerwonym kolorze.

- Jesteś taka milcząca, piękna pani. Czy rozczarowało cię proste jedzenie?

- Nie, nie, oczywiście, że nie, Wasza Wysokość. Wprost przeciwnie, słyszałam, że 

czosnek, masło i czarny chleb są bardzo dobre. Wzmacniają serce i oczyszczają zmysły.

Z   zaciekawieniem   pochylił   się   ku   niej   ponad   stołem,   położył   ręce   na   białym 

adamaszku, nie przejmując się, że jego wielkie, nawykłe do ciężkiej pracy dłonie wciąż są 

poplamione smolą, błotem i żywicą.

- Znasz się na takich sprawach? Używałaś czosnku jako lekarstwa również tam na 

północy?

Potrząsnęła głową.

- Nie, ale dobrze znam tę niezwykłą roślinę. Ja... ja coraz więcej przypominam sobie z 

tamtych czasów. Z Rosji... mojego kraju. Z waszej sławnej ojczyzny, Najjaśniejszy Panie.

Piotr prychnął.

- Daj sobie spokój, nazywaj mnie Piotrem, tak robi każdy, kto ma trochę rozsądku. 

Teraz siedzisz i jesz kolację z budowniczym okrętów, Nadju, nie inaczej. Z człowiekiem z 

krwi i kości, nie widzisz tego?

Nieoczekiwanie rozpiął koszulę i odsłonił nagą, pozbawioną włosów pierś.

Nadjana roześmiała się, on zaś nucił pod nosem jakąś melodię. Nagle cienkie wąsiki 

poruszyły się i car podał jej kromkę chleba, grubo posmarowaną masłem, obłożoną serem i 

czosnkiem.

- Twoje zdrowie - szepnął, ujmując jej dłoń. Położył na niej kromkę i nadal mocno 

trzymał.   Nadjana   poczuła   przyjemne   łaskotanie   w   żołądku,   które   pamiętała   z   czasów 

młodości. Oczy cara były brązowe, głęboko osadzone i bardzo przenikliwe.

Nie cofnęła ręki, drugą natomiast ujęła ciężką kryształową karafkę i nalała mocno 

pachnącego alkoholu.

- Twoje zdrowie, Piotrze - rzekła prawie niedosłyszalnie.

On zadowolony kiwnął głową, ujął kieliszek i wypił do dna, nie przestając patrzeć jej 

w oczy. Nadjana miała ochotę trochę się z nim poprzekomarzać, przypomniała sobie jednak, 

że ma do czynienia z mężczyzną, który w jednej chwili wydaje się miły i przyjazny niczym 

kociak, ale w następnej przemienia się w żądnego krwi tygrysa.

Wyprostowała się na krześle, ujęła swój kieliszek i skinęła do towarzysza.

background image

Piotr roześmiał się i rzucił się na jedzenie. Wielkie kęsy czarnego chleba z masłem 

znikały  w   wąskich,   ładnie   ukształtowanych   wargach,   przeżuwał   jedzenie,   oblizywał   się   i 

niemal równocześnie pytał, z czego ona tutaj żyje, kogo już poznała, co się jada w Norwegii i 

na   jakim   statku   tutaj   przypłynęła.   Ocierał   usta   połami   koszuli,   od   czasu   do   czasu   bekał 

głośno, opróżniał jeden kubek kwasu po drugim. To ciężkie, słodzone miodem piwo sprawiło, 

że Nadjana poczuła się syta już po trzech łykach.

Opowiadała mu po trochu o wszystkim, a wzrok cara śledził ją z zainteresowaniem, 

gdy mówiła. Był niczym mały chłopiec słuchający baśni, a kiedy opisywała obozy daleko na 

norweskim wybrzeżu, uderzył pięścią w stół i krzyknął:

- Temu krajowi nie wybaczę! Kraj, który tak okropnie potraktował taką kobietę jak ty, 

musi zapłacić! Carowi!

Nadjana   uśmiechnęła   się   sztywno   i   na   chwilę   pochyliła   głowę.   Na   szczęście   car 

żartował. Spod cienkiego wąsika wciąż wydobywał się śmiech. Ona jednak wiedziała, że car 

Piotr nie potrzebował żadnych pretekstów, by rozpoczynać wojny na wciąż nowych frontach.

-   Duńska   zwierzchność   też   nie   okazała   mi   więcej   łaski,   Najjaśniejszy   Panie.   Ale 

bogowie   wiedzą,   że   nie   zawsze   dzieciom   Matuszki   Rosiji   okazywano   jedynie   łaskę.   Ty, 

Najjaśniejszy Panie, sam o tym dobrze wiesz.

Ty   też   tego   doświadczyłeś.   Ale   ty   zemściłeś   się   okrutnie   na   swoich   zdradliwych 

ziomkach.

Uśmiech cara zamarł.

Nadjana widziała, że władca oparł się mocniej w krześle i oddychał tak ciężko, że 

płomienie świec zachybotały się, a wosk spływał na adamaszkowy obrus i srebrne lichtarze. 

Nagle ogarnął ją strach. Musiała mu jednak o tym opowiedzieć. Nie mogła milczeć po tym, 

gdy przypomniała sobie wszystko, co się stało, tak wyraźnie. Już po pierwszych słowach 

uświadomiła sobie, że zaraz się rozpłacze.

- Ty mnie nie pamiętasz, nigdy chyba nie myślałeś, że mnie jeszcze kiedyś zobaczysz.

- Kim ty jesteś, Nadjano?

- Młodą kobietą, ubraną w płaszcz rozdarty u dołu. Jestem śmiertelnie przerażona i 

oszalała   z   rozpaczy,   właśnie   utraciłam   ojca.   Oni   rozplatali   jego   czaszkę   na   dwoje,   ciało 

przerzucili przez balustradę ze schodów, na których pewna matka czuła się bezpieczna. Ona 

również uciekała, zabrała ze sobą małego syna, który zgubił łódkę, widzę, jak żółte wysokie 

buty rozdeptują ją na kawałki... Czerwone koszule mieniły się niczym krwawe sztandary nad 

całym placem...

- Proklataja...

background image

Skierował wzrok w głąb pokoju, ale Nadjana wiedziała, że słucha jej z narastającą 

rozpaczą.

- Ona uciekała, by ratować życie, biegła przez tajemne korytarze Kremla i podziemne 

lochy. Dotarła aż do wnętrza świątyni, by ujść mordercom. Była silną kobietą, pełną odwagi. 

Udało jej się to. I dziecko, mały synek, nie płakało nawet wówczas, kiedy siedzieli tam w tej 

wilgotnej piwnicy pod kościołem. Ale przypominam sobie, że chłopiec dygotał.

-   Twój   ojciec...   Ty   jesteś...   Strielcy,   Boże   odpuść...   Po   chwili   drgnął   i   ponownie 

opróżnił kielich.

- Łżesz! Opowiadasz mi tu jakieś zbójeckie historie, próbujesz mnie zmusić, bym w 

nie uwierzył! Nie mogłaś tam być, to niemożliwe! To przecież czterdzieści lat temu!

Nadjana nie odpowiedziała. Car podniósł się i uderzył pięścią w stół.

- Mów, kobieto! Zaczęła znowu opowiadać cichym głosem.

- Czy Wasza Wysokość pamięta tę małą sprzączkę od paska, którą otrzymał ode mnie 

tamtej   nocy?   Chłopiec   stracił   swoją   łódeczkę,   statek,   który   sam   zbudował.   Na   mojej 

sprzączce zaś wyryty był wizerunek okrętu, kiedy sobie to uświadomiłam, dałam mu ją na 

pociechę. Uf, jak mało rozumiałam... Nie myślałam przecież, że owej nocy nie tylko książę 

Dolgorukij stracił życie.

Car   zadrżał,   widziała   to   wyraźnie.   Czoło   pokryły   głębokie   bruzdy.   Wyglądał   na 

zmęczonego.   I   smutnego.   Czy   zechce   ją   ukarać   za   to,   że   wywołuje   w   jego   pamięci 

wspomnienia tamtej pełnej przerażenia nocy?

- Jesteś jedynym człowiekiem na tej ziemi, z którym mogę dzielić się wspomnieniami 

- szepnęła Nadjana. - To była najbardziej ponura noc w moim życiu...

- W moim  także - odparł car ochrypłym  głosem,  odwracając twarz. - Mordercy... 

zabrali  ich, zabrali  wszystkich...  Prawie całą moją rodzinę. Przysiągłem  Bogu, obiecałem 

temu dziecku, którym wówczas byłem, że... że to zostanie pomszczone.

-   I  dotrzymałeś   obietnicy   -   wtrąciła   Nadjana   głucho.   -  Strielcy   nie   są   już   dumną 

gwardią narodową Rosji.

Tyle  Nadjana zdążyła  się dotychczas  dowiedzieć. Z tamtych  wyniosłych  żołnierzy 

zostało   przy   życiu   paru   nieszczęsnych   niewolników.   Nikt   już   więcej   nie   słyszał   stukotu 

żółtych butów po ciemnych ulicach Moskwy. A Zofia, ich opiekunka, musiała patrzeć, jak 

wróg   przejmuje   władzę,   a   jej   wpływy   coraz   bardziej   się   kurczą.   Dożyła   swoich   dni   w 

zapomnianym klasztorze.

-   Ja   również   tamtej   nocy   coś   sobie   obiecałam   -   szepnęła   Nadjana   zdumiona,   że 

zwierza się temu obcemu mężczyźnie.

background image

Uniosła głowę. Teraz car na nią patrzył.

- Obiecałam sobie, że już nigdy nie pozwolę, by jakiś mężczyzna mnie zdradził.

- Jestem pewien, dumna kobieto, że ty także dotrzymałaś obietnicy.

- Tak - odparła Nadjana zdumiona. - Tak, pomyśl, to jedyna rzecz, jakiej nigdy nie 

zapomniałam.

- A twoja matka... Czy spotkałaś ją jeszcze kiedyś?

Nadjana   wolno   potrząsnęła   głową.   Maseczka   była   poplamiona,   Nadjana   czuła,   że 

wilgotny materiał lepi się do skóry i chłodzi ją.

- Nie... nigdy ich nie spotkałam, nikogo. Przez jakiś czas żyłam w osadzie Słoboda. 

Potem... uciekłam dalej. Z pewnym Finem uciekłam dalej na północ.

- Ja też pamiętam Słobodę... Osadę cudzoziemców, barbarzyńców. Nie wolno mi było 

tam   chodzić,   ale   kiedy   podrosłem,   żyłem   tam   przez   jakiś   czas   i   nauczyłem   się   wielu 

pożytecznych   rzeczy.   To   właśnie   tam   mieszkali   uczeni   mężowie,   najbardziej   uzdolnieni 

nawigatorzy, rusznikarze, astronomowie... Tam po raz pierwszy zobaczyłem planetarium...

Pogrążył  się we wspomnieniach. Zamknął oczy. Nadjana dyskretnie uniosła dłoń i 

otarła spoconą twarz pod maseczką.

Car chrząknął, przez chwilę myślała, że płacze. On jednak pochylił się znowu ku niej 

nad stołem i zapytał z uśmiechem:

- Co chciałabyś robić dziś wieczorem, piękna pani, by uczcić to, że oboje przeżyliśmy 

tamtą szatańską noc?

Nie wiedziała, co powinna odpowiedzieć. On strzelił palcami i cmoknął:

-  Poproszę  Mienszikowa,   by  sprowadził  tutaj  swoich  muzykantów,  mój   niemiecki 

kompozytor   powinien   zagrać   nam   coś   żywego,   interesującego   i   orzeźwiającego   jak   ty! 

Będziemy   mieli   tańce,   szalone   prawdziwe   tańce,   chcę   wezwać   tu   wszystkich   kuglarzy   i 

trefnisiów, jakich sobie tylko zażyczysz! Ale caryca, ona niech sobie odpoczywa, prawda?

Mrugnął do niej, stał się znowu nieokrzesanym, uwodzicielskim cieślą.

Nieoczekiwanie klepnął się w czoło.

- O Boże! Wybacz mi, jestem prostak... Jak ja cię źle traktuję, gospoża...

Znowu musiała się uśmiechnąć. Ten pełen szacunku tytuł brzmiał niczym prośba o 

wybaczenie.

- Ty... byłaś  dorosła, tamtej nocy byłaś  już kobietą... Teraz musisz mieć znacznie 

ponad pięćdziesiąt lat, Nadjano. Wybacz mi, czcigodna pani... moje zachowanie było...

- Pochlebiało mi - roześmiała się. Wsunął palec do naczynia z masłem, a potem oblizał 

go z błyszczącymi oczyma.

background image

- Mogłabyś prawie być moją matką, pani. Może nawet propozycja spacerów w parku 

Wenus byłaby z mojej strony zbyt śmiała? A co byś powiedziała na rozmowę w salonach 

Katarzyny?

Nadjana dostrzegła łobuzerski błysk w jego oczach i trzepnęła z udaną surowością po 

umazanych masłem palcach. Nagle zamarła, gdy uświadomiła sobie, z kim ma do czynienia, 

ale mogła  się tylko roześmiać  w tej dwuznacznej  sytuacji. Dzisiejszego wieczora car był 

nieprzerwanie w znakomitym humorze. Podał jej ramię i powiedział:

- Pozwól mi mimo wszystko pokazać ci to, z czego naprawdę jestem dumny. Czy 

słyszałaś o moim parku, najpiękniejszym ze wszystkim?

Nadjana słyszała pełne zachwytów opowieści o niezwykłych cudzoziemskich męskich 

postaciach wykutych w kamieniu. O posągach smukłych kobiet dźwigających dzbany z wodą 

i ubranych w szaty wycięte w marmurze. O szalonych festynach, jakie car urządzał w parku, o 

mordercach,   którzy   tam   grasowali   i   zarabiali   na   życie,   podcinając   gardła   spitym   do 

nieprzytomności uczestnikom balów. Szeptano, że to wszystko aranżował sam car, że festyny 

organizował głownie po to, by pod ich pretekstem popełniać polityczne mordy, które uważał 

za niezbędne. Po za tym bardzo mu się podobało, że ludzie opowiadają o takich sprawach 

szeptem, z drżeniem w głosie, i tworzą legendę, którą chciał otoczyć swoje imię.

- To piękne - powiedziała Nadjana, kiedy car pogładził swoją ogromną dłonią kobiecą 

pierś z różowego kamienia. - To jest Wenus, włoska Wenus. A ja myślałam, że ona stoi w 

Paryżu w letnim pałacu Króla Słońce. Mais non, elle est ici...

Car spojrzał na nią zaskoczony.

- Mówisz nie tylko po niemiecku i duńsku, ale jeszcze na dodatek po francusku?

- Proszę nie zapominać o norweskim - wtrąciła Nadjana kokieteryjnie. - Za rok lub 

dwa   mój   rosyjski,   mam   nadzieję,   będzie   równie   dobry,   jak   znakomity   język   Waszej 

Wysokości.

Roześmiał się i pociągnął ją koło siebie na ławkę.

- Teraz chciałbym się dowiedzieć prawdy, Nadjano. Kim ty właściwie jesteś? Byłaś 

córką księcia, siedziałaś w obozie dla więźniów w jakimś zapomnianym przez Boga i ludzi 

miejscu na Morzu Norweskim... Mówisz po niemiecku i francusku, a na dodatek znałaś mnie 

w czasie, kiedy byłem nie mającym o niczym pojęcia śmiertelnie przestraszonym dzieckiem. 

Jakie dziwne figle płata nam życie, jakie niewiarygodne wiatry losu wypełniały twoje żagle?

- To był wiatr północny, na ogół przenikliwy i lodowaty - odpowiedziała Nadjana. - 

Ale możesz mi wierzyć, że czasami zdarzały się również bardzo gorące monsuny.

Car roześmiał się nieprzyjemnie.

background image

- Gorące niczym  ogień, chętnie  w to wierzę. Czy miałaś  bardzo wielu mężczyzn, 

Nadja?

- Setki - odparła  z powagą i przypomniała  sobie innego mężczyznę,  który kiedyś 

zapytał ją o to samo.

background image

ROZDZIAŁ V

Car siedział w milczeniu i słuchał jej opowieści. Nadjana spoglądała na niego tylko od 

czasu do czasu, by zobaczyć,  jak reaguje na jej niewiarygodną  historię. Nie wspomniała 

jednak o buncie Kvithovuda i wynikających z tego wydarzenia konsekwencjach, napomknęła 

tylko,   że   chłopiec,   którego   ze   sobą   przywiozła,   jest   po   prostu   spragnionym   przygód 

młodzieńcem. Chciał obejrzeć nowe kraje, ona zaś pragnęła wrócić do domu.

Ale o czasach spędzonych w Kopenhadze opowiadała ze szczegółami.

- Ogród Nadjany... Car przymknął oczy i zwilżył wargi.

- Jaka piękna  nazwa... Jakie to musiało  być  urocze miejsce. Czy dziewczęta  były 

dobre? A ty, byłaś piękna? Oczywiście, musiałaś być...

Nadjana stłumiła śmiech.

- Tak, mój panie, tak myślę. W każdym razie gości wybierałyśmy bardzo starannie. 

Wielu nigdy nie znalazło się w naszych rejestrach. Wielu chętnie zapłaciłoby majątek... nasze 

przyjęcia stały się legendarne. Sam król...

Car odsunął talerze i resztki chleba na bok, wielkie ręce oparł na stole. Jego brązowe 

oczy mieniły się rozgorączkowane, gdy wpatrywał się w siedzącą przed nim kobietę.

- Chcę mieć taki ogród, tutaj w mojej stolicy! Najpiękniejsze kobiety, powinny zresztą 

być też inteligentne...

Chcę   mieć   najzdolniejszych   muzykantów,   najbardziej   wyjątkowe   dzieła   sztuki! 

Wszyscy na całym świecie będą znać tę nazwę. I wszyscy będą myśleli, że znaleźli się w 

niebie, gdy tylko przekroczą progi tego przybytku, Nadjano!

- Ale... ale... Wasza Wysokość nie może po prostu... skąd weźmiemy dziewczęta? Te, 

które dotychczas widziałam, to zmęczone chłopskie córki, sprzedające na ulicach tego miasta 

wszelkiego rodzaju produkty.

- E tam, uliczne sprzedawczynie? Pomarszczone staruchy... Nie, one mają być młode, 

małe kwiatki... piękne i tak mądre, że mężczyźni będą mogli z nimi rozmawiać. I trzeba 

zadbać, żeby przynajmniej połowa z nich umiała grać na jakichś instrumentach. Myślę, że 

palce kobiet stają się wtedy zręczniejsze, a serca bardziej otwarte...

Posłał   jej   tak   wymowne   spojrzenie,   że   nie   mogła   się   pomylić.   Nadjana   widziała 

dostatecznie dużo ogarniętych żądzą mężczyzn. Bawił ją ten zapał władcy, wkrótce zresztą 

nastrój jej się udzielił, poczuła się młoda, serce biło mocniej. Zapragnęła mieć dwadzieścia 

lub trzydzieści lat mniej.

Car   pochylił   się   jeszcze   bardziej   nad   stołem.   Płomienie   pomieszczonych   w 

background image

drewnianych lichtarzach świec chwiały się lekko.

- Ty stworzysz dla mnie taki ogród, Nadjano. Uczynię cię bogatą i sławną. Nigdy 

jednak nie wolno ci zapomnieć, kim jest car, kto dał ci tę szansę. Chcesz tego? Chcesz zostać 

moją sługą i resztę życia spędzić w najpiękniejszym miejscu na ziemi?

- W Rosji - odparła Nadjana. - Już tutaj jestem. Car wybuchnął głośnym śmiechem.

-   Tak   myślisz?   A   przecież   widziałaś   tylko   Petersburg!   Trzeba   poczuć   wiatr   pod 

skrzydłami i widzieć odległe horyzonty, zanim się naprawdę pokocha swój kraj.

Nieoczekiwanie wyciągnął rękę i pogłaskał jedwabną maseczkę. Jego głos brzmiał 

czule, niemal sentymentalnie, kiedy powiedział:

- Ty naprawdę tak myślisz? Naprawdę... kochasz ten kraj i swojego cara?

- Zostałam tutaj tak dobrze przyjęta - odparła cicho.

-   Twoje   pokora   zostanie   wynagrodzona   sto   razy   bardziej,   niż   się   spodziewasz   - 

szepnął car.

W ciągu zaledwie tygodnia życie marynarza Jewgienija zmieniło się tak bardzo, że z 

trudem w to wierzył. Jeszcze niczego nie przeczuwał, chociaż przez cały czas na morzu jego 

myśli kierowały się ku starej, ciemnej i pachnącej kiszoną kapustą chaty. Może martwił się o 

swoją matkę i jej gości, może nie wychodził na ląd z obawy, by nie stracić pieniędzy, które 

mogły uratować następnej zimy życie starej kobiety.

Dopiero kiedy wrócił do domu, zobaczył, co się stało. O mało nie doznał szoku, nigdy 

już później nic nie było takie samo jak przedtem.

Staruszka   mieszkała   teraz   w   trzech   pokojach   w   jednym   z   nowo   wybudowanych 

domów   czynszowych.   Jej   sąsiadami   byli   szlachetnie   urodzeni   ludzie   z   okolic   Moskwy, 

odkomenderowani przez swego cara do prac przy budowie miasta.

Oni mieli je też zaludnić.

Wysokie domy były ozdabiane sztukateriami lub zbudowane z tak zwanego pruskiego 

muru, przypominały budynki, jakie stawiają w Holandii. Car był zadowolony z tej ulicy i 

nazwał ją imieniem matki swego najlepszego szkutnika. Budowniczy okrętów powinien być 

tym zachwycony i służyć carowi do końca życia.

Starej kobiecie pozwolono zabrać ze sobą psa i prosię, zresztą wielu mieszkańców 

tego nowego miasta trzymało inwentarz w ogródkach i przybudówkach. Niektórzy chowali 

zwierzęta nawet w kuchniach, gdzie zjadały resztki, które ludzie im rzucali.

Człowiek zajmujący drugą część parteru tego domu patrzył niezadowolony, jak baba z 

wysiłkiem złaziła ze starej skrzypiącej fury. Przywiózł ich Igor, a smród z jego wozu był tak 

mocny, że tłumił zapach kapusty, dymu i zwierząt, który zawsze otaczał matkę Jewgienija.

background image

Karl Martin wprowadził ją ostrożnie do domu.

-   Tutaj   są   drzwi,   a   tu,   patrz,   tabliczka   z   twoim   nazwiskiem,   mamasza.   A   oto 

największy   pokój,   czyli   twoja   nowa   izba.   Patrz,   jakie   wysokie   okna!   A   jakie   wspaniałe 

dekoracje na suficie! I podłoga, matuszka, jest taka gładka i błyszcząca niczym morze, przez 

które przepłynęliśmy, spoczywające bez ruchu w letni dzień...

- Och - stękała baba i przyciskała do siebie tłumoczek z jakimiś ubraniami. - A gdzie 

to mój siennik?

Szli dalej, teraz starucha trzymała Karla Martina już tylko za połę kurtki.

Sypialna   była   jeszcze   ładniej   pomalowana   i   ozdobiona.   U   sufitu   wisiała   lampa   z 

kulistym niebieskim kloszem. Nadjana wiedziała, że matka Jewgienija nie może jej zobaczyć.

- Jak tu wieje. Zaraz się zaziębię. Jakie to wszystko wielkie... Czym my to ogrzejemy 

w zimie? To tak, jakby człowiek musiał ogrzewać górską jaskinię, Karl!

- Mamy tu wielki piec i mniejsze w każdym pomieszczeniu. Drewno na opał znajduje 

się w komórce, mamasza. Nie martw się... Teraz car się tobą opiekuje!

Stara kobieta padła na kolana i mamrocząc pod nosem, przesuwała w palcach paciorki 

różańca. Błogosławieństwa sypały się na cara niczym rzęsisty deszcz. Prosiła o zbawienie 

jego duszy i dziękowała Bogu za otrzymane dary.

- Nadja! Tutaj jest jedzenie! Szafy i beczki pełne wszystkiego! Och! Och, chodź i 

zobacz!

W   niewielkim   pomieszczeniu   znajdował   się   duży   piec,   a   u   sufitu   wisiały   wielkie 

wędzone wieprzowe szynki.  Na podłodze stały mniejsze i większe beczki wypełnione po 

brzegi, oznaczone literami i znakami, których Nadjana nie rozumiała. Ale takie same znaki 

widywała u kupców na targu, było tutaj wino i chiński ryż, solone ryby i obowiązkowa w tym 

kraju kiszona kapusta. Pęki cebuli, mnóstwo skrzyń z niewiadomą zawartością i pakunki, w 

których musiał się znajdować cukier, sól oraz woreczki z przyprawami. Karl Martin wsunął 

palec do jakiejś niedużej beczki, w której najwyraźniej znajdował się miód lub słodki syrop.

- Patrzcie tam! - zawołała Nadjana. - Pomyślał o wszystkim. Jaki to dobry człowiek.

Karl Martin ocierał resztki lepkiego syropu o nogawkę spodni.

- Pomyśl, co to będzie, kiedy twój syn zobaczy to wszystko - powiedziała Nadjana, 

kładąc dłoń na zgarbionych ramionach gospodyni.

- Dzięki ci, Boże - szeptała tamta. - Stał się cud. Co takiego jest w tobie, Nadjano, że 

zmusiło naszego cara do okazania takiej miłości swoim najnędzniejszym poddanym?

Nadjana uśmiechnęła się tajemniczo. Nie o wszystkim stara powinna wiedzieć. W 

każdym razie jeszcze nie teraz.

background image

Na   końcu   ulicy   o   holenderskiej   nazwie   wyrastał   okazały   budynek.   Pewien 

cudzoziemski   architekt   pracował   dzień   i   noc,   a   inżynierowie,   którzy   budowali   pałac 

Mienszikowa   oraz   letni   pałac   samego   cara,   zostali   przeniesieni   na   tę   budowę.   Tysiące 

mężczyzn toczyło przez ulicę ciężkie kamienne bloki. Ku nowemu ogrodowi ciągnięto wozy 

wyładowane drzewami. Newa leniwie toczyła swoje wody, a drzewa na posesji stały zielone. 

Nadjana miała wrażenie, że minęły już całe miesiące.

Nie było tygodnia, żeby car osobiście lub któryś z jego architektów nie przychodzili 

do   niej   z   nowymi   szkicami   i   pomysłami.   Czuła   się   teraz   niczym   caryca,   decydowała   i 

wydawała polecenia, a wszyscy ci uzdolnieni mężczyźni z szacunkiem przyjmowali jej uwagi 

i   propozycje   dotyczące   urządzenia   domu   i   dekoracji   pokoi.   W   tym   czasie   Nadjana   nie 

odczuwała prawie żadnych  bólów, poczucie przygody dawało jej tyle energii, że czasami 

zastanawiała się, czy ktoś nie wlewa jej nowych sił z jakiegoś źródła młodości, kiedy ona 

sama śpi.

Karl Martin również uczestniczył w pracach, został pisarzem i sprawozdawcą. Taka 

pozycja   odpowiadała   mu   najbardziej.   Chodził   po   placu   budowy   z   wielkimi   zwojami 

papierów,   biegał   od   jednego   architekta   do   drugiego,   rozmawiał   z   cieślami,   francuskimi 

rzeźbiarzami, odwiedzał statki, które wciąż przybywały z nowymi kosztownościami.

- Jaki to wspaniały młody człowiek - powiedział któregoś dnia car do Nadjany. - Pełen 

zapału, ma takie silne i gibkie ciało. Bądź dumna ze swojego syna, Nadjano. On ci na pewno 

dostarczy wiele radości. Wezmę go do służby na jednym z moich okrętów, kiedy to wszystko 

będzie już gotowe. Uczynię go dowódcą galeonu!

Zaraz potem władca jednak westchnął, wymamrotał pod nosem imię swojego syna i 

ciężko pochylił głowę.

Teraz car wyjechał, ale zamierzał wrócić na kilka tygodni przed ukończeniem pałacu. 

Sam wydał dokładne instrukcje co do tego, jak należy urządzić ogród i jak powinny wyglądać 

komnaty.

Pragnął stworzyć pałac z baśni.

Cały świat w miniaturze.

Jeden pokój miał przedstawiać królestwa azjatyckie, taki pokój car widział kiedyś u 

japońskiej   gejszy.   Jeszcze   wspanialszy   i   jeszcze   bardziej   przeładowany   niż   komnaty 

francuskiego króla, ozdobiony taką ilością złota i brokatów, że na sam widok człowiek straci 

dech.

Ściany innego pokoju polecił wyłożyć najpiękniejszym białym kamieniem z Uralu. 

Tam car zamierzał siadywać przy starym samowarze, miała to bowiem być rosyjska izba, taka 

background image

jaką kiedyś w młodości odwiedzał, gdy zwolniony ze służby towarzyszył swoim przyjaciołom 

żołnierzom do ich domów.

Wszystko tam powinno być białe i niebieskie, z płynącą wodą w sztucznym strumyku 

i żywymi karpiami.

Marzył także o czymś, co kiedyś widział we Włoszech, o małej dżungli pod dachem. 

Z wilgotnym ciepłym powietrzem, wielkimi kwitnącymi drzewami, pokrytymi bluszczem, i 

gadającymi papugami tuż pod sufitem.

- I motyle, Nadjano! Takie, jakich w Rosji nie zobaczysz. Przypilnuj Mienszikowa, 

żeby   je   sprowadził,   on   wie,   jak   to   zrobić.   Kiedy   moje   statki   wiosną   wrócą   do   domu, 

przywiozą większe skarby niż Rosjanie sądzą, że to możliwe!

Nadjana przyglądała mu się z szeroko otwartymi oczyma i w milczeniu kiwała głową. 

Co się dzieje z tym carem, o którym wszyscy powiadają, że jest skąpy?

I car odpowiedział, choć głośno nie zadała pytania.

W pewnym momencie opadł na fotel w jej pokoju, nogi przerzucił przez oparcie.

-   To   będzie   pomnik,   jakiego   jeszcze   nie   widział   żaden   król   świata.   To   będzie 

marzenie...

- Tak, będzie - odparła Nadjana łagodnie. - Ogród Piotra... prawda?

Car szarpał wąsy, zagryzał wargi.

- Nno... być może. Muszę o tym pomyśleć. Jeszcze nie wiem. Ale owszem... Ogród 

Piotra to niegłupio. Może nawet Ogród Świętego Piotra - uśmiechnął się pod nosem.

Nadjana   potrząsnęła   głową.   Ten   mężczyzna   ani   trochę   nie   obawiał   się   potężnego 

kościoła. Raz po raz robił rzeczy, które powodowały, że ortodoksyjni dostojnicy pienili się ze 

złości. Nazywali go bluźniercą i ucieleśnieniem zła, ale nie odważyli się otwarcie zbuntować. 

Car był zbyt potężny. I zbyt uparty. Nigdy nie wiadomo, czy ten prawdziwy antychryst nie 

odbierze ostatnich przywilejów brodatym popom, nie zniszczy starych cerkwi i klasztorów.

- Miejsce Odpoczynku Cara. Nie, to brzmi, jakbym już umarł. Pałac Radości. Nie, to 

zbyt głupie.

- A może nazwać pałac imieniem którejś starej bogini? Na przykład Ogród Afrodyty?

Piotr potrząsnął głową na tę propozycję.

-   Nie,   nie.   Nie   myśl   już   o   tym,   Nadja.   Zajmuj   się   wszystkim   podczas   mojej 

nieobecności, kiedy wrócę, z pewnością znajdziemy odpowiednią nazwę.

Dał Nadjanie wszelkie pełnomocnictwa i polecił Mienszikowowi, by jej pomagał.

- On podczas mojej nieobecności jest carem, Nadjano. Pomoże ci we wszystkim.

A teraz ten dzień zbliżał się coraz bardziej. Miasto trzęsło się już od plotek. Nowy 

background image

pałac cara będzie nieziemskim miejscem! Bajka, marzenie! Opowiadano sobie, że dekoracje 

są niewiarygodne i kosztowne, że za niewielki kawałek tapety biedny człowiek mógłby sobie 

kupić ziarna na całą zimę.

Ludzie szemrali, ale nie mogli do końca potępiać swego władcy, bo niekiedy przygoda 

i   mocne   wrażenia   ważniejsze   są   niż   chleb.   A   ostatnia   zima   nie   była   przecież   specjalnie 

surowa...

Nadjana nie potrafiła sobie przypomnieć, by kiedyś już przeżyła równie wspaniałe dni. 

Śmiertelnie   zmęczona   zapadała   co   wieczór   w   głęboki   sen,   zjadłszy   przedtem   jedną   z 

pożywnych zup matki Jewgienija. Piękny dom był chłodny w gorące letnie dni i znakomicie 

utrzymywał   ciepło   zimą.   Żyło   im   się   wspaniale.   Nawet   Karl   Martin   sprawiał   wrażenie 

bardziej zadowolonego.

Tylko jednego brakowało, by Nadjana mogła poczuć pełne szczęście.

Nie dostała odpowiedzi na ani jeden z listów wysłanych do Marji i Karla.

Czy  listy  nie   dochodziły?   Czy  kapitanowie   statków   mogli   być   aż   tak   pozbawieni 

sumienia, bo przecież płaciła im bardzo dobrze?

A może w domu stało się coś złego?

Marja... Marja utraciła w jakimś sensie syna. Z pewnością go opłakuje. Ale też jest na 

tyle silna i rozsądna, by pocieszać się, że chłopiec jest bezpieczny, a gdyby nie wyjechał, nie 

uniknąłby kary.

Może jutro, myślała Nadjana zmęczona, siedząc przy prostym biurku i robiąc wolne 

miejsce pośród zwojów papieru i stosów rysunków.

Może list przyjdzie jutro, może pojutrze. Niezależnie od tego mogę przecież napisać 

kolejny. Jest tyle do opowiadania. Kiedy pałac będzie gotowy, kiedy car będzie zadowolony... 

może będę mogła go poprosić o załatwienie naszej sprawy. To co, że jesteśmy tylko nic nie 

znaczącymi   cudzoziemcami,   wierzę,   że   on   mnie   zechce   wysłuchać.   Może   mógłby   się 

zatroszczyć o to, by Karl Martin wrócił bezpiecznie do domu.

Napisała o tym do Marji.

Żeby tylko dostała ten list, myślała Nadjana z troską, to by ucieszyło ją bardziej niż 

cokolwiek innego. Nie muszę przecież pisać, jakiego rodzaju pałac budujemy dla Piotra.

Marja i tak na pewno klaśnie w dłonie i będzie się śmiać zachwycona moim opisem. A 

może nie, może pomyśli, że jej syn został w coś wplątany.

Nadjana gryzła koniec srebrnego pióra i czuła, jak zmęczenie ogarnia jej głowę i ręce. 

Rękawiczki   były   czyste   i   cieniutkie,   ostatnio   osobisty   mistrz   krawiecki   cara   uszył   jej 

dwanaście par. Użył do tego cieniutkiego jedwabnego materiału tkanego tak, że rozciągał się 

background image

delikatnie i wyglądał niczym dodatkowa skóra na palcach. Nadjana nie zawsze nawet na noc 

je zdejmowała.

Może dlatego wokół nadgarstków robią mi się te małe piekące ranki, pocieszała się.

Odłożyła pióro. Mieniło się delikatnie w blasku chybotliwego płomienia lampy.

Odchyliła głowę i masowała obolałe ramiona.

Jak rozkosznie będzie się położyć i zasnąć.

Czasami, kiedy dzień był wyjątkowo trudny, nocą w snach przychodził do niej on. Był 

równie młody i piękny jak wtedy, szeptał jej te same czułe słowa. Tichon...

Nie pragnęła tego, nie chciała też myśleć o tych snach.

Tichon należał do ludzi, którzy zamordowali jej ojca.

Te same ręce, które pieściły ciało Nadjany i zostawiały po sobie pierwsze rozpalone 

ślady, chwyciły jej martwego ojca i przerzuciły przez balustradę prosto na uniesione ostrza 

lanc.

Widziała to na własne oczy.

Starała się o tym nie pamiętać, ale to niemożliwe.

Niczego nie można tu wytłumaczyć, niczego darować.

Tak bardzo kochała swego ojca.

I chociaż tego młodego przywódcę żołnierzy kochała ponad wszystko na świecie, rana 

była zbyt wielka. Zresztą on pewnie nie żyje. To chyba dlatego może przychodzić do niej we 

śnie i ukazywać jej się jak żywy. Bywało, że budziła się rozdygotana i oszołomiona, czuła, że 

krew pulsuje w skroniach, jak to nie bywało nigdy po...

Tak. Po nim.

Nigdy później.

Nadjana z bólem w gardle przełknęła ślinę. Miała setki mężczyzn, za jednego z nich 

wyszła za mąż.

Ale z żadnym, z żadnym nie była naprawdę blisko. Tylko z nim, żołnierzem, któremu 

nie dała nic oprócz kilku skradzionych pocałunków i pośpiesznych uścisków.

To   był   największy   smutek   jej   życia.   Teraz   o   tym   wiedziała.   Zdawała   sobie 

jednocześnie sprawę, że chyba właśnie to uczyniło ją silniejszą i odporną bardziej niż skała. 

Silną, by mogła znieść życie, jakie los jej zgotował. Dość silną na tyle, by się nie załamać 

nawet w najtrudniejszych chwilach. I jeśli istniał jakiś Bóg, to z pewnością docenił jej upór. 

Bo podobnej nagrody jak ona żaden człowiek na ziemi nie otrzymał. Nadjana wiedziała o 

tym, bliżej nieba nie mogłaby się chyba nigdy znaleźć.

Niebo... Niebo Piotrowe.

background image

Uśmiechnęła się blado i podniosła się z miejsca.

Oczywiście,  to przecież  odpowiednia nazwa! Jemu  się na pewno spodoba. Będzie 

odpowiadać   gościom,   ma   w   sobie   coś   zmuszającego   do   szacunku,   a   jednocześnie   coś 

wabiącego i podniecającego.

Niebo...

Nadjana   zaczęła   biegać   po   pokoju.   Pomysły   przesuwały   się   w   jej   głowie   niczym 

paciorki różańca.

Był   późny   wieczór,   ale   w   pałacu   pracowano   dzień   i   noc.   Postanowiła   obudzić 

architektów,   musiała   natychmiast   wezwać   wszystkich,   którzy   kierują   pracami   artystów   i 

kowali, wszystkich malarzy i wszystkich kładących marmurowe posadzki.

Niebo!

Nadjana śmiała się sama do siebie, zmęczenie zepchnęła gdzieś w głąb głowy. Trwało 

tam i piekło boleśnie, ale ona go już nie zauważała.

- Zburzyć mi te dwie ściany i przemalować sufit! Złote ornamenty mogą zostać, są 

piękne. Ale wyrzućcie te ciężkie meble i prześlijcie wiadomość, że potrzebuję więcej tego 

białego lekkiego jedwabiu, którego używaliśmy do urządzenia komnaty Salome. Oprócz tego 

muszę mieć niebieski jedwab, najdelikatniejszy jaki istnieje, przetykany srebrną nicią. I dużo 

brokatu, trochę ciemniejszego brokatu na ściany i obicia... Augustus, czy ty jeszcze zajmujesz 

się tymi świńskimi pęcherzami, tymi, które miały unosić się w powietrzu?

- Tak... tak, ale...

- Uszyj mi dwanaście takich. Nie, dwadzieścia cztery. Okrągłe, wielkie niczym obłoki. 

Tak, obłoki! Popatrz na niebo i zrób obłoki!

- My... to znaczy ja muszę porozmawiać z Mienszikowem.

- Porozmawiaj! Nie mamy czasu, car wraca za miesiąc. Wtedy wszystko musi być 

gotowe. Nie wolno nam się z niczym spóźnić!

Biegała   wokół,   wydawała   rozkazy,   po   czym   opadła   na   fotel   i   wezwała   do   siebie 

dwóch najmłodszych mężczyzn. To oni robili szkice i wzory do dekoracji i ozdób pokoi i 

całego pałacu. Jeden był z pochodzenia Francuzem, drugi to syn znanego greckiego poety.

Nie   wypuściła   ich   od   siebie,   dopóki   nie   zaraziła   ich   swoim   niewiarygodnym 

pomysłem i nie sprawiła, że wpadli w taką samą euforię jak ona.

Dopiero   kiedy   leżała   w   łóżku   i   słyszała   śpiew   porannych   ptaków,   odważyła   się 

pomyśleć: Co też on na to powie? Czy carowi się to spodoba?

Na pewno, wydmie swoje wąskie wargi i będzie skubał wąsy. Oczy mu rozbłysną. 

Mrugnie do niej i szepnie: „Niewiarygodne, Nadjano. Cóż za pomysł! Pomyśleć, że będę miał 

background image

swoje własne niebo. Teraz oni mogą skamleć i modlić się, te stare kozły w cerkiewnych 

strojach. Car jest wystarczająco potężny, by stworzyć sobie własne niebo!”

Harfy, pomyślała tuż przed zaśnięciem. Nie mogę zapomnieć o harfach...

background image

ROZDZIAŁ VI

Car stał bez ruchu i tylko patrzył.

Długi pochód ciągnący przez miasto był zupełnie innego rodzaju niż te, które zwykli 

byli organizować Bachusowi bracia. Teraz jak okiem sięgnąć wszędzie mieniły się szlachetne 

kamienie,   złoto   i   jedwab.   Ludzie   stali   tłumnie   wzdłuż   drogi,   machali   gałązkami   i 

chusteczkami. Kapelusze wylatywały w powietrze, a kiedy przejeżdżał sam car, rzędy ludzi 

pochylały się w pokłonach aż do ziemi niczym morskie fale.

Nadjana siedziała w zamkniętym powozie i wyglądała na zewnątrz przez gęste firanki. 

Powóz zaprzężony w cztery białe  konie jechał na samym  przedzie.  Był  biały,  ozdobiony 

pozłacanymi kwiatami i czerwonymi powiewającymi wstążkami z jedwabiu. Ona była ubrana 

podobnie, w białozłotą suknię z purpurową szarfą.

Barwy cara. Na jego cześć.

Przez   ostatnie   trzy   tygodnie   pracowała   intensywnie   z   dziewczętami,   każda   z   nich 

znała już na tyle rosyjski, że była w stanie porozumiewać się i z carem, i z innymi gośćmi. 

Pochodziły one z całego potężnego cesarstwa, boginie o blond włosach z fińskich terytoriów, 

nieduże   o   kruczoczarnych   grzywach   z   byłego   państwa   chana,   długonogie   i   rudowłose 

dziewczyny z zachodu.

Były córkami szlachetnych rodów, znalazły się w potrzebie lub zostały wzięte jako 

branki na dawnych terenach szwedzkich, były cudzoziemkami, które towarzyszyły  swoim 

mężom i ojcom do Petersburga i które dały się skusić podniecającemu życiu w charakterze 

pensjonariuszek najwspanialszego domu publicznego. Niektóre były niewolnicami, kupiono 

je i zapłacono za nie. Jeszcze inne były biednymi córkami niewolnic.

Nadjana dobierała je z najwyższą starannością i upewniała się wielokrotnie, czy na 

pewno   rozumieją,   co   to   wszystko   oznacza.   Cieszyła   się,   widząc   radosne   napięcie   w   ich 

oczach, nadzieja na wspaniałe, podniecające życie przesłaniała ciemne strony całej sprawy.

W przyszłości pewnie wszystkie będą takie jak ona, pozbawione miłości, nie umiejące 

kochać.

Mówiła im to, ale one patrzyły jej prosto w oczy i wzruszały ramionami.

- Wolę na jedwabiu niż na brudnej słomie - powiedziała któraś. - Wolę z carskimi 

dostojnikami niż z pijanymi żołnierzami, których nigdzie nie brak.

Tylko   jedna   nie   zdołała   się   nauczyć   rosyjskiego.   Nadjana   otaczała   szczególną 

troskliwością tę małą, ciemnowłosą kobietkę i było jej naprawdę przykro, kiedy musiała ją 

zdegradować   z   damy   do   towarzystwa   do   pomocy   kuchennej.   Dziewczyna   sama   też   była 

background image

smutna, że musi się wyprowadzić z przestronnych pokojów na górze i przenieść na posłanie w 

piwnicznej sali, gdzie mieszkały służące, kucharki, pomywaczki i inna służba.

Z   drugiej   strony   to   może   jednak   lepiej,   myślała   Nadjana.   Spojrzenie   wielkich 

błyszczących oczu tej dziewczyny było ufne i czyste. Dziewczyna przyciągałaby mężczyzn 

swoją   niewinnością,   jej   pełne   wdzięku   ciało   wzbudzałoby   w   ich   umysłach   najdziksze 

fantazje.

Było w tej małej coś, co zasmucało Nadjanę, i sprawiło jej ulgę, kiedy po kilku dniach 

zobaczyła   ją   dźwigającą   wiadro   pełne   wody.   Dziewczyna   uśmiechnęła   się   serdecznie   i 

ukłoniła głęboko. Miała na sobie prosty niebieski fartuch i zajęta była sprzątaniem.

Inne młode kobiety tańczyły przy dźwiękach szpinetu w sali pod niebiańskim sufitem. 

Włoski nauczyciel starał się przekrzyczeć muzykę, co chwila kazał którejś a to wyprostować 

plecy, a to unieść głowę. Zdarzało się, że klął siarczyście, wymachiwał w powietrzu swoimi 

szczupłymi rękami i sypał na dziewczyny wyzwiska w swoim ojczystym języku. Nadjana 

cieszyła   się,   że   nie   wie,   co   te   słowa   znaczą.   Dalsze   dwie   dziewczyny   musiały   odejść, 

ponieważ nie były w stanie spełnić żądań baletmistrza.

Trzy   kolejne   zniknęły,   gdy   Nadjana   odkryła,   że   skłamały.   Twierdziły,   że   umieją 

czytać, oszukały ją, bo nauczyły się wymaganych wierszy na pamięć.

Jedną zwolniono, gdy przyszła z płaczem i wyjaśniła, że mąż, który ją jakiś czas temu 

rzucił, teraz chce znowu z nią być.

Innej pokazano drzwi, bo nie była w stanie opanować swego temperamentu i rzuciła 

się z pięściami na pokojówkę, która przewróciła słoik z kremem wybielającym piegi i plamy 

na skórze.

Nadjana wybrała  wysoką,  bardzo  urodziwą Finkę i  uczyniła  ją odpowiedzialną  za 

pozostałe kobiety. Finka była prosta jak drzewo, swoje piękne blond włosy nosiła niczym 

koronę.   Była   jednak   tylko   niewolnicą,   branką,   ofiarą   gry,   którą   prowadził   car   z   królem 

rządzącym   również   jej   krajem.   Pochodziła   z   Karelii,   bił   od   niej   jakiś   niezwykły,   jakby 

promieniejący chłód, Nadjana nie miała wątpliwości, że właśnie to będzie do niej przyciągać 

mężczyzn.   Nieprzystępna,   miała   zarazem   coś   gorącego   w   swoim   lodowato   niebieskim 

spojrzeniu.   Była   zręczna   i   silna,   silniejsza   niż   niejeden   mężczyzna.   Wielu   będzie   się   z 

pewnością   tego   lękać,   niektórzy   jednak   spróbują   zdobyć   ją   za   wszelką   cenę.   Nadjana 

wiedziała   o   tym   dobrze.   Ledwie   minęło   kilka   dni,   a   już   wszyscy   wokół   zaczęli   blond 

piękność nazywać Królową.

I to właśnie owa Finka otworzyła carowi drzwi i pomogła wysiąść z powozu. Nadjana 

również wysiadła ze swojego ekwipażu, teraz próbowała wspinać się na palce, by zobaczyć 

background image

twarz władcy. Witająca go kobieta skłoniła się przed nim bardzo głęboko, dając początek 

kolejnej   fali   zginających   się   w   pokorze   głów.   Długie   marmurowe   schody   ożyły,   kiedy 

czerwone   kurtki,   dotychczas   stojące   nieruchomo,   oddawały   cześć   swemu   carowi.   Na 

trawnikach   przed   pałacem   siedziały   w   małych   grupkach   dziewczęta,   upozowane   niczym 

bukiety kwiatów w swoich barwnych sukienkach. Wystudiowane ruchy dopełniały całości, 

widzowie,   bili   brawo   i   krzyczeli   z   podziwu.   Setki   dziewcząt   biegało   po   ogromnych 

trawnikach, tworząc wzory i żywe obrazy będące fragmentami ogromnej układanki.

Car stal na dolnym balkonie i uśmiechał się.

Nadjana nie odważyła się zapytać go o nic, śledziła jednak każde drgnienie, każdy 

grymas   jego   ogorzałej   twarzy.   Carycy   nie   było.   Chyba   nie   z   powodu   kolejnej   ciąży, 

Katarzyna bowiem chętnie pokazywała się wśród ludzi w błogosławionym stanie. Szlachta 

uważała,   że   to   nie   przystoi,   musieli   jednak   bywać   na   małych   przyjęciach,   które   caryca 

organizowała i na których obnosiła się ze swoją płodnością. Nadjana odwiedzała ją kilka razy, 

ale zawsze z jakichś oficjalnych powodów. Caryca była bardzo miłą kobietą, nieszczególnie 

piękną, ale obdarzoną gorącym sercem, co często dawało o sobie znać mimo oficjalnej maski. 

Musi być dobrą matką, myślała Nadjana. Wiedziała jednak od dawna, że Katarzyna nie jest 

matką   carewicza   Aleksego.   Tamtą   nieszczęsną   kobietę   Piotr   usunął,   żyła   teraz   w   jakimś 

odległym klasztorze.

Nadjana nigdy w towarzystwie cara nie mogła uwolnić od zdumienia. Tego człowieka 

uważano za bezlitosnego despotę. Nadziewał swoich przeciwników na metalowe ogrodzenie 

wokół twierdzy,  prześladował ich, dręczył  i ścinał. Zabił  pewnego nieszczęsnego  chłopa, 

który wyraził  się w  pogardą o statkach  przychodzących  z Archangielska.  A  jeśli  słyszał' 

skargi udręczonych niewolników, stawiał ich do jeszcze cięższej pracy. Ginęli oni setkami, 

przez całą długą zimę wciąż kopano nowe groby w zamarzniętej ziemi. Był despotą, był po 

prostu katem.

Trudno   uwierzyć,   że   to   ten   sam   mężczyzna   w   prostym   ubraniu,   który   przyszedł 

pewnego wieczora z niezapowiedzianą wizytą i jadł pyszne bliny matki Jedwokii oraz czarny 

chleb. Ten sam, który drapał za uchem starą sukę Katarzynę i powiedział, że jest bardzo 

pięknym psem. Ten sam, który chwalił jedzenie starej i mówił, że chciałby ją zatrudnić jako 

kucharkę w pałacu, który nazywał ją matką i zwracał się do niej z wielkim szacunkiem. Ślepa 

kobieta opowiadała o tym codziennie, chyba nie było w Petersburgu ani jednego człowieka, 

który by nie wiedział, że sam car jadł z talerza marynarza Jewgienija.

Ale teraz...

Teraz był słońcem, cesarzem, bogiem.

background image

Prosty i wysoki, w ciężkim świątecznym stroju z brokatu, z sobolowym futrem na 

ramionach. Na głowie nie miał korony ani kapelusza, tylko czapkę z purpurowego aksamitu z 

otokiem wysadzanym szmaragdami i topazami.

Cała postać skrzyła się od klejnotów, które nosił na .palcach i na szyi.

Nadjana próbowała tłumaczyć sobie wyraz jego oczu, stała przy nim na balkonie i 

wprost bała się oddychać. Po występach baletu ona sama miała oprowadzić cara i jego orszak 

po   wszystkich   cudownych   komnatach,   po   siedemdziesięciu   dwóch   różnych   światach 

stworzonych w jednym gmachu.

Największa   ze   wszystkich   była   sala   niebiańska,   centrum   domu.   Wzdłuż   ścian 

znajdowały się wysokie okna, przez które wpadało mnóstwo światła, można je było zasłonić 

ciemnymi szafirowymi storami, a wtedy w pomieszczeniu robiło się całkiem ciemno.

I podłoga, i ściany mieniły się srebrem i różnymi odcieniami niebieskiego.

Ściany pokryto lśniącymi jedwabnymi tapetami. Pulchne, pozłacane aniołki siedziały 

na gzymsach i w niszach, a pod sufitem tańczyły całe ich gromadki w delikatnych, prawie 

niewidocznych sieciach pomiędzy sztucznymi obłokami.

Sufitu niemal się nie widziało, pokrywał go obsypany gwiazdami granatowy jedwab, 

poniżej   wisiało   czterdzieści   osiem   wielkich   kryształowych   żyrandoli,   które   można   było 

unosić w górę lub opuszczać.

Wzdłuż jednej ze ścian urządzono spory ogród pełen kwitnących kwiatów. Na jego 

obrzeżach biło co najmniej dwanaście źródełek przejrzystej wody. A obok każdego z nich 

znajdowały się najwspanialsze sofy i szezlongi, pięknie osłonięte posrebrzanymi parawanami, 

z których zwieszały się zielone, żywe pędy winorośli oraz pnące róże. Pachniało słodko i 

mocno.

Między fontannami i meblami ustawiono długie rzędy nakrytych białymi obrusami 

stołów. Przygotowano miejsca na siedemset osób, porcelana i srebra zostały wydobyte ze 

szlacheckich skrzyń. Specjalny wysłannik pojechał aż do Moskwy, by przywieźć nakrycia, 

adamaszkowe obrusy i kryształy z kremlowskiego pałacu, ponieważ statek, który wiózł to z 

dalekich krajów, osiadł na mieliźnie.

Niczego nie brakowało, Nadjana doglądała wszystkiego uważnie.

Zobaczyła   cara   stojącego   na   balkonie   ponad   salą   niebiańską.   Wtedy   dała   znak, 

pozwoliła mu zobaczyć jedynie mgnienie nagromadzonych wspaniałości, potem rozpoczęło 

się prawdziwe przedstawienie.

Zasłony zostały zaciągnięte przez ubrane na niebiesko piękne dziewczęta. Ich stroje 

uszyto z tego samego jedwabiu, którym obito ściany. Na głowach nosiły kapelusze, a twarze 

background image

miały upudrowane na biało. Tylko wargi mieniły się srebrzyście.

W jednej chwili sala pogrążyła się w mroku.

Ale w tej samej sekundzie zapalono lampy u sufitu, Nadjana widziała, że każdy z 

obsługi robi to, co powinien.

Zabrzmiała muzyka.

Harfy, skrzypce, kontrabasy i flety.

Drżąca, daleka melodia, leciutka niczym puch lub kwiaty bagiennej welnianki.

Wtedy   z   mroku   wyłoniły   się   tancerki,   wyglądały   niczym   latające   motyle. 

Zgromadzeni na balkonie i na szerokich galeriach jęknęli z wrażenia.

Tancerki były ubrane w szerokie białe stroje. Kiedy zapaliły się światła wzdłuż ścian i 

przy fontannach, widzowie mogli obserwować dokładnie wszystkie ruchy roztańczonych ciał. 

Welony,  w które się otulały,  powiewały i falowały,  stopy dziewcząt prawie nie dotykały 

podłogi. Każda z nich miała na plecach maleńkie skrzydełka ze srebrnymi piórami. Różniły 

się tylko kolorem włosów, niektóre były ciemne, inne jasnoblond, jeszcze inne miały rude 

czupryny   spływające   na   ramiona.   Wszystkie   fryzury   ozdobiono   wstążkami   i   srebrnymi 

spinkami.   Ręce   tancerek   wyglądały,   jakby   je   zanurzono   w   srebrze,   dźwięczały   maleńkie 

dzwoneczki, gdy dziewczęta kreśliły w powietrzu szerokie łuki. Na twarzach kobiety miały 

maski, lśniące srebrzyście, dzięki czemu twarze wydawały się nieziemskie, nierzeczywiste.

Nagle od sufitu zaczęło padać coś jak delikatny mieniący się deszcz.

Nadjana uśmiechnęła się.

Efekt był dokładnie taki, jakiego się spodziewała.

Wtedy twarz cara drgnęła i władca wybuchnął głośnym, serdecznym śmiechem.

Dziewczęta na dole zebrały się pod galerią i pochyliły w głębokim pokłonie:

- Uważajemyj car... Najjaśniejszy Panie, twoje imię będzie świecić na naszym niebie.

Nadjana oblizała suche wargi i uśmiechnęła się.

- Piotrowe Niebo - szepnęła cicho. - Czy Wasza Wysokość przyjmie tę nazwę?

Piotr bez słowa skinął głową.

- Warte wszelkiego zachodu - rzekł po chwili.

Nadjana   odetchnęła,   władca   był   po   prostu   oszołomiony.   Miała   nadzieję,   że 

Mienszikow powiedział mu, ile to kosztowało. Car prawdopodobnie przeliczy sumy na okręty 

wojenne, z pewnością mógłby wybudować sporą armadę za pieniądze, które wydano na ten 

pałac. Ale w Europie zdobył już szacunek dzięki swojej morskiej sile. Teraz potrzebował 

czegoś innego, czym mógłby zaimponować francuskim bawidamkom, jak chętnie powiadał.

Niebo zeszło na ziemię.

background image

Zbudował je Piotr Pierwszy, zwany Wielkim.

Uśmiechnął się teraz i powiedział:

- Świetnie, Nadjano. Bo czyż nie powiedziano w Piśmie: Jest wiele pokojów w domu 

ojca mego...? Zachichotała i skinęła głową.

- Och, ale będą mi złorzeczyć! Ha, nie mogę się doczekać!

Wiedziała, kogo ma na myśli. Kościelne dzwony zaczynały już bić w oddali, wzywały 

wiernych na modlitwę za cara.

Ale w Niebie mleko i miód płynęły strumieniami, a z sufitu wciąż sypał się słodki, 

delikatny pył, przypominający białą mąkę, mający jednak smak cukru. Nadjana kiedyś  w 

Kopenhadze podawała owoce i ciastka dekorowane tym cukrem, ale wytwarzanie go było 

zbyt kosztowne.

Teraz biały puch sypał się na pyzate aniołki i na gości. Ludzie wyciągali języki i 

zlizywali go z przyjemnością, a ponieważ wieczór robił się późny, zaczynali zlizywać go 

sobie nawzajem z twarzy i ciał.

Car podszedł i poprosił Nadjanę, by towarzyszyła mu do rosyjskiej komnaty.

Dzisiejszej nocy nie chciał już oglądać żadnej innej.

- Zostaniesz u mnie na noc, moja droga, zdolna Nadju. Pozwolisz mi zasnąć w swoich 

ramionach, myślę, że potrafisz odegnać ode mnie złe sny.

Uśmiechnęła się do niego, wiedziała, co ma na myśli. Był chyba najpotężniejszym ze 

wszystkich współczesnych władców, ale jego zmysły dręczył niepokój, Nadjana pojmowała 

instynktownie, że tego lęku nie da się ukoić. Odczuwała silny związek z tym niezwykłym 

człowiekiem. Dotknęła ostrożnie jego ramienia i powiedziała z najwyższym szacunkiem:

-   Twoja   sługa   dziękuje   ci   pokornie.   Wtedy   Piotr   roześmiał   się,   podał   jej   ramię, 

zrzucając równocześnie czapkę z głowy.

Mienszikow stał pod ścianą i przyglądał im się zmrużonymi oczyma.

Nadjana zadrżała, zastanawiała się, czy tylko przypadkiem ogromny pierścień tamtego 

zaczepił w tańcu o jej maseczkę tak mocno, że omal jej nie zerwał.

Jakiś mężczyzna stał, przywarłszy do posągu Apollina, cały długi rząd takich posągów 

podtrzymywał sufit nad wewnętrznymi tarasami niebiańskiej komnaty. Mężczyzna miał na 

sobie brązowe spodnie i czerwoną kamizelkę, otulony był ciemną peleryną. Nikt nie zwracał 

na niego uwagi i o to właśnie mu chodziło.

Carewicz Aleksy nie został zaproszony do stołu swego ojca.

Dlatego powiedział wszystkim, że przyjść nie może.

Charlotta, ta głupia krowa, jeszcze raz posłużyła mu za wymówkę. Była brzemienna i 

background image

bardziej irytująca niż kiedykolwiek.

Wieczorem   wstąpił   do   mnicha   Jakuba   Ignatiewa,   który   zawsze   miał   dla   niego 

pociechę i trochę wódki. Teraz Aleksy był porządnie pijany, ale wciąż mógł się poruszać z 

podejrzaną, złowieszczą zwinnością łasicy.

Cóż za imponujące przedstawienie zorganizowała ta cudzoziemka. I bardzo piękne, 

zwłaszcza kiedy tańczące, zwiewnie ubrane kobiety wirowały wśród kwiatów i połyskujących 

srebrzystych  strumyków. I owe pozłacane aniołki pod sufitem wyglądały jak żywe, kiedy 

zdawały się płynąć w powietrzu przywiązane cieniutkimi szarfami i z harfami w rękach.

Niewiarygodne.

Przepych, jakiego carewicz dotychczas nie widział, nawet gdy gościł u króla Francji.

Ojciec też przeszedł samego siebie. To w gruncie rzeczy dziwne, on, taki chciwy i tak 

zakochany we wszystkich co rosyjskie.

Widocznie jednak ta kobieta go odmieniła i zawróciła mu w głowie. Caryca nigdy nie 

powiedziała ani słowa, ona z pewnością zajęta jest własnymi intrygami i grą o władzę. Aleksy 

nie  kochał  swojej  macochy.   Wiedział,  że  ona  go nie  cierpi,  ponieważ  nie  zdołał  zdobyć 

szacunku swego ojca.

Młody człowiek przemykał się pod najmniej oświetlonymi ścianami. Włóczył się po 

pałacu, gubił w bajecznych komnatach i śmiertelnie się przeraził, gdy jakieś zwierzę ryknęło 

mu tuż nad uchem w pełnym  pary,  zielonych  drzew i roślin pomieszczeniu. Nie wierzył 

własnym  oczom,  widział  przed sobą czarnego niedźwiedzia,  kosmatego  i rozgniewanego, 

który stał na dwóch łapach, szczerzył kły, a małe uszka położył po sobie.

Przerażony carewicz pomknął dalej, zielone pędy plątały mu się pod nogami, miał 

wrażenie, jakby się znalazł w koszmarnym śnie. W końcu jednak dotarł do drzwi i pobiegł 

przed siebie, nie oglądając się na korytarze wiodące w głąb domu. Chłodne powietrze letniej 

nocy ostudziło jego spoconą twarz, zaczął znowu normalnie oddychać. Czuł ból w piersiach, 

to niewypłakane łzy i pragnienie wywołane nadmiarem alkoholu. Na szczęście chata mnicha 

znajdowała się niedaleko. Nie był bowiem w stanie znieść myśli o powrocie do domu, do 

swojej niezadowolonej, obrzmiałej kobiety, z którą się ożenił, zanim dorósł.

Nie, ale istniała inna. Kobieta piękniejsza niż jakiekolwiek z dzieł Pana, pełna ciepła i 

wyrozumiałości dusza, jedyna istota na świecie, która naprawdę kochała carewicza Aleksego, 

syna Piotra zwanego Wielkim.

Carewicz,   zataczając   się,   biegł   przez   ulicę,   nienawidził   każdego   domu,   każdego 

fragmentu tego miasta. Cóż za bagno! Wężowe gniazdo! Żeby nie wiem jak piękne rzeczy 

projektował i budował jego ojciec, i tak na nic się to nie zda. Petersburg to przeklęte miejsce. 

background image

Brudna ladacznica pośród miast, która zbrukała święte imię Moskwy, unurzała się w błocie i 

odebrała cześć tamtemu błogosławionemu, staremu grodowi.

Tak nie może być.

Musi nastać koniec, koniec morderstw i szaleństwa ojca.

Carewicz wiedział, że duchowieństwo trwa w gniewie, że sam Bóg musi mieć wiele 

do zarzucenia carowi Piotrowi. Tylko to utrzymywało jeszcze Aleksego przy życiu, to był 

jedyny powód, dla którego już dawno temu nie położył kresu swojej żałosnej egzystencji.

To i coś jeszcze: jeśli przeżyje jeszcze jeden dzień, to może stanie się cud. Może jego 

ojciec zostanie odmieniony i wezwie go do siebie, by prosić o wybaczenie wszystkich zdrad i 

wszystkich upokorzeń, jakie sprowadził na najstarszego syna.

Aleksy czuł pieczenie w piersi. Zaczął biec szybciej.

Powinna tu być Afrosinia, położyłaby swoje delikatne dłonie na jego ciele i kochała 

go, dopóki by nie zapomniał o piekle nazywanym życiem.

Mnich z uśmiechem otworzył ciężkie drzwi jak szeroko.

- Wejdź, drogi przyjacielu, wejdź!

Aleksy cmoknął go pospiesznie w policzek i wkroczył w mrok izby. Trwało lato, ale 

w małej piwnicznej izdebce mnicha powietrze zawsze było tak samo wilgotne i chłodne. 

Jedyny   pożytek   z   tego   był   taki,   że   zimą   panowała   tu   taka   sama   temperatura.   Ignatiew 

twierdził,   że   to   dobre   dla   jego   zdrowia,   że   utrzymująca   się   wciąż   stała   temperatura 

znakomicie mu robi.

- Mam już jednego gościa, Aleksy. Kogoś, kto może cię zainteresuje...

Carewicz zatrzymał się gwałtownie.

- Co? Teraz? Ale, Jakub...

- Dobrze, dobrze, zaraz dostaniesz coś do wypicia. On jest może trochę za młody, ten 

mój gość, ale myślę, że go polubisz. Ma wiele do opowiadania. On jest... to młody rebeliant.

Carewicz wolno szedł w głąb izby. Mnich jadał tu i sypiał, pomieszczenie oświetlały 

olejne lampki wiszące na wszystkich ścianach. Aleksy dostrzegł siedzącego w kącie młodego 

chłopca.

- Karl... to jest nasz carewicz, Jego Wysokość Aleksy.

Tamten pochylił głowę z wielkim szacunkiem.

Aleksy usiadł w znacznej odległości od obcego. Irytowało go, że mnich sprowadził 

sobie kogoś nieznajomego akurat dzisiejszego wieczoru. Na ulicach było pusto, nigdzie ani 

niewolników, ani ludzi szlachetnego pochodzenia. Nawet chłopi, którzy zwykle przybywali z 

pełnymi   furami   na   plac   targowy,   sprzedali   wszystkie   swoje   towary,   ponieważ   ojciec 

background image

dopuszczał się w swoim nowym pałacu niesłychanej rozrzutności.

- Dlaczego nie jesteś w pałacu, obcy? Wygląda na to, że jesteś dobrze ubrany, czy 

ciebie też nie zaproszono?

W ostatnich słowach brzmiała ironia.

-   Owszem,   Wasza   Wysokość...   zaproszono,   w   dodatku   do   stołu   ojca   Waszej 

Wysokości..   Ale   ja   nie   lubię   takich   bali.   Zwłaszcza   że   tyle   dzieci   umiera   z   głodu   w 

podmiejskich osadach.

Wiedział, że to śmiałe słowa. Carewicz jednak uśmiechnął się z goryczą.

-   Tak,   życie   w   tych   osadach   to   prawdziwe   piekło.   Tam   mój   ojciec   powinien   się 

przejechać, zobaczyć, jak wychudłe kobiety rozgrzebują krowie placki w poszukiwaniu nie 

strawionych kawałków kapusty.

Karla zdumiało to jawne rozgoryczenie.

Aleksy zrzucił z siebie pelerynę oraz kurtkę i zażądał piwa. Wkrótce mnich przyniósł 

pienisty napój w dużych toczonych, drewnianych kubkach. Były ciężkie niczym wiadra, Karl 

Martin spróbował napoju i skrzywił się niechętnie. Musiał jednak robić to co inni, jeśli chciał, 

by nadal uważano za mężczyznę.

Mnich usiadł i zaczął mówić cichym głosem:

- Starzy są rozwścieczeni. Bierz to pod uwagę, carewiczu. Jeszcze kilka lat... i będzie 

po wszystkim. Jest ciężko, ciężko całemu narodowi, całej Rosji. Ale ja wiem, Aleksy, ci, 

którzy krwawią pod uciskiem twego ojca, zostaną szczodrze wynagrodzeni za wierność tobie!

Aleksy pił i kiwał głową, ale myślami był gdzie indziej. Małe oczka błyszczały coraz 

bardziej, a on bełkotał coś pod nosem.

- Tak... Słyszę, co mówicie. Ale nie wiem... władza mego ojca jest nie do pokonania. 

On nie położy się, by umrzeć z powodu byle jakiej choroby, ten drań. Ha, trzeba było go 

widzieć   dzisiejszego   wieczoru!   Wielki   i   potężny,   otoczony   wszelkim   przepychem,   z   tą 

cudzoziemską nierządnicą u boku... Diabli wiedzą, dlaczego ona ukrywa się za maską!

Karl Martin przełknął piwo i zakaszlał. Mnich posłał mu uspokajające spojrzenie, a 

potem rzekł:

- Ona nie jest ci wrogiem, carewiczu.

- A skąd ty o tym wiesz, mnichu? Śmieje się i przewraca oczami do mojego ojca jak 

wszyscy inni.

- To tylko kobieta, która miała pewne marzenie - odparł mnich tak samo spokojnie. - 

A to jest jej syn, Aleksy.

Teraz następca tronu chrząkał i parskał, aż piwo rozpryskiwało się na stół.

background image

Mnich Jakub Ignatiew odsunął się do tylu na krześle w kształcie półksiężyca.

- On jest naszym przyjacielem, naszymi oczyma i naszymi uszami. Przepij do niego, 

carewiczu, i poproś, by przysiągł ci wierność.

- To nie jest konieczne - burknął syn cara i opróżnił swój kufel.

background image

ROZDZIAŁ VII

Pierwsze spotkanie obu młodych ludzi było dość dziwne i pełne napięcia, Karl Martin 

musiał się uśmiechać na myśl o nieoczekiwanym wybuchu uczuć u carewicza. Nagle, jak 

gliniany garnek od uderzenia kijem, maska nieprzystępności na twarzy Aleksego pękła. Syn 

cara położył się na szorstkim stole i zaczął głośno szlochać.

Karl Martin wytrzeszczył oczy, nie wiedział, jak się ma zachować, ale mnich mrugał 

do niego porozumiewawczo, jakby chciał powiedzieć: Nie przejmuj się jego zachowaniem. 

To całkiem normalne.

Carewicz leżał wsparty na stole i jęczał, raz po raz dostawał ataku suchego kaszlu, 

szlochał i zawodził tak, jakby był małym, skrzywdzonym chłopcem.

-   Mój   ojciec...   Mój   bezlitosny,   ukochany   ojciec...   dlaczego   on   nie   chce   o   mnie 

słyszeć?   Co   ja   takiego   zrobiłem...   Co   powinienem   zrobić,   by   zechciał   znowu   na   mnie 

spojrzeć...

Mnich gładził go po plecach, poklepywał mocno po chudych barkach.

- Aleksy, ty udręczona duszo, twój czas nadejdzie, wiemy o tym wszyscy. To, co on 

dzisiaj zbuduje, po jego upadku będzie należało do ciebie.

- Ale żeby chciał się mną chociaż trochę zająć... Żeby poświęcił mi czasem godzinę... 

On jednak wciąż wyjeżdża, wyjeżdża i żąda ode mnie, bym był zdolny i zręczny.

- Car jest bardzo zajętym człowiekiem, przecież wiesz.

To nie jakiś chłop, który może się wylegiwać w trawie i wysyłać dzieci, by zbierały 

kłosy.

- Ja bym bardzo chciał być synem zwyczajnego chłopa... albo cieśli! Żebym tylko 

mógł się czegoś nauczyć... Żebym miał choć jeden dobry pomysł albo posiadał jakąś ważną 

umiejętność. Ale ja jestem do niczego, kompletnie pozbawiony jakichkolwiek zdolności...

-   Jesteś   dobrym   sługą   Pana,   pokornym   i   dzielnym   chrześcijaninem.   Jesteś   naszą 

jedyną nadzieją, Aleksy, święty kraj Boga zostanie odzyskany... Ty jesteś mieczem, ty jesteś 

lancą, jesteś wodzem zastępów, które zmiotą dzieło antychrysta. Twój ojciec... jesteś tysiąc 

razy więcej wart od niego, Aleksy!

Carewicz uniósł mokrą od łez twarz z jakimś patetycznym wyrazem w oczach. Nie był 

urodziwy, nie był ani w części tak przystojny i imponujący jak ojciec. Miał blade policzki, 

zarost wcale niepodobny do zarostu dorosłego mężczyzny.  Przez kępki rzadkich włosków 

przeświecała żółtawa skóra. Był  młodym  człowiekiem, ale mimo to dało się dostrzec coś 

starczego w jego głęboko osadzonych oczach. Jego ręce z rozczapierzonymi palcami, które 

background image

drżały, gdy nie zaciskał ich na kuflu piwa lub na brzegu stołu, przypominały wronie skrzydła.

Karl Martin obserwował, jak mnich powoli uspokaja zdenerwowanego carewicza, jak 

ciało młodzieńca się odpręża. Następca tronu wciąż jednak szlochał i pociągał nosem albo 

wycierał go w niebieską ściereczkę, którą nosił w rękawie.

- Ten cudzoziemski przyjaciel tutaj... on może być jednym z nas. Rozmawialiśmy już, 

ja   z   nim   rozmawiałem.   Jest   bardzo   młody   i   może   jeszcze   niezbyt   muskularny,   ale   ma 

kontakty, które mogłyby nam się przydać. I on już walczył, Aleksy. Omal nie zamordował 

poborcy podatkowego! Nie tylko w naszym kraju, carewiczu, mali buntują się przeciwko 

wielkim.

- Wiem o tym. Ale w żadnym innym kraju mali nie są tacy mali, a wielcy tak wielcy!

Mnich kiwał głową, mamrocząc coś pod nosem.

- Pan nasz jest większy, nie zapominaj o tym, i jego wola się stanie, wszyscy o tym 

wiemy.

Carewicz skrzywił się i odwrócił twarz. Karl Martin poczuł wielkie pragnienie, by 

przytulić go do siebie, ten dorosły mężczyzna  sprawiał wrażenie kompletnie samotnego i 

zagubionego. Jego płacz świadczył o tym, że mimo wszystko kocha swego ojca. Coś w jego 

oczach mówiło jednak, że nosi w sobie wystarczająco dużo nienawiści, by zabić. Czy oni 

planują  zamach?   Czy  ten  mnich  i   jego  przyjaciele  zamierzają   wystąpić  przeciw  samemu 

carowi?

Karl Martin dostał gęsiej skórki i przeniknął go dreszcz podniecenia.

Historia   całego   tego   wielkiego   kraju   może   zostać   odwrócona!   Losy   narodu 

spoczywają może w rękach niepozornego, ubranego na brązowo mnicha!

W  oto  obok siedzi   on, Karl  Martin  Karlsgard,  jeszcze  nie   całkiem   dorosły,  a  już 

wciągnięty w centrum wydarzeń.

Znowu zadrżał, dreszcz wydał mu się słodki, a jednocześnie dziwnie bolesny.

Oni, tamci, którzy zostali w domu, w Norwegii, powinni go teraz widzieć.

Powinni   o   tym   wiedzieć   wszyscy,   którzy   sądzili,   że   Niels   Kvithovud   był 

najniebezpieczniejszym rebeliantem na świecie!

- Ja też już nie mam ojca - wyznał cicho. Wtedy carewicz zwrócił się do niego i 

uśmiechnął.

- Mój przyjacielu - powiedział, pociągając nosem. - Dziękuję ci za wsparcie. Będziesz 

moim... moim... Kim ty właściwie chcesz być, szczeniaku?

- Budowniczym okrętów - odparł Karl Martin z przekonaniem.

Wtedy następca tronu wybuchnął głośnym śmiechem, histerycznym i skrzekliwym.

background image

- Ty zdradziecki mały psie, to powinien słyszeć mój ojciec! Nikogo na świecie nie 

ceni bardziej niż budowniczych okrętów. Jakby to, co oni tworzą, było większe niż dzieło 

samego Pana!

Karl Martin odwrócił się na stołku, trudno było zrozumieć tego carewicza. W jednym 

momencie pełen ufności i przyjacielski, w następnym nieprzyjemnie sarkastyczny. Ale mnich 

uśmiechał się wciąż blado i porozumiewawczo spoglądał na Karla Martina.

- Potrzebujesz przyjaciół, tylu lojalnych ludzi, ilu tylko zdołasz znaleźć.

Aleksy wstał niepewnie.

- Gdzie jest Afrosinia, mój mały kwiatuszek?

- Śpi - burknął mnich.

- Ja chcę do niej... teraz!

- To zabierz ją ze sobą, nie chcę żadnych dziwek w moim domu. Wiesz o tym, Aleksy.

- Ty nędzny, stary oberwańcze... sam powinieneś wziąć sobie kobietę, to byś nie był 

taki złośliwy - mruknął carewicz zirytowany. - Poza tym mówisz przecież, że moja prawowita 

małżonka Charlotta jest jeszcze gorszą dziwką! Co więc mam robić, mnichu?

Mnich Jakub siedział z kamienną twarzą i nie odpowiadał. Karl Martin zrozumiał, że 

przyjaźń   tych   dwóch   ludzi   polega   tyleż   na   bliskości,   co   i   na   tym,   że   obaj   nawzajem 

przymykają oczy na swoje postępowanie.

Carewicz zachwiał się, a kiedy próbował włożyć kurtkę, z powrotem opadł na krzesło. 

Mnich otworzył drzwi i zawołał kogoś cicho po imieniu.

Kobieta,   która   weszła   do   izby,   była   ubrana   w   przypominającą   worek   koszulę, 

związaną pod biustem takim samym sznurem, jakim mnich podwiązywał swoją szatę.

Jej   włosy,   dawno   nie   myte,   były   zaplecione   w   dwa   tłuste   warkocze.   Twarz   pod 

szerokim czołem była czworokątna, kobieta miała wielkie, błyszczące oczy i duże usta, które 

śmiały się teraz szeroko. Wyciągnęła zniszczone ręce i carewicz padł jej w objęcia.

- Moja ukochana, moja gołąbka, moja śliczna mała... Moja bogini, najpiękniejsza ze 

wszystkich... Dzisiejszą noc spędzisz ze mną. Nie będziesz spać na twardej pryczy mnicha, 

moja piękna. Koniec z wszelkim udawaniem. Chodź! Niczego ze sobą nie zabieraj, będziesz 

mieć wszystko, co trzeba...

Czarnowłosa kobieta uśmiechnęła  się jeszcze  szerzej  i bez skrępowania  ucałowała 

carewicza.   Mnich   opuścił   pomieszczenie   krótkimi,   zdecydowanymi   krokami.   Nagle   Karl 

Martin nie wiedział, co zrobić. Aleksy jednak uśmiechnął się, chwycił mocno kobietę za pierś 

i trzymając ją, wybełkotał:

- Chodź, młody przyjacielu, jesteś zaufanym mnicha. Możesz więc dzielić również 

background image

moje tajemnice! Chodź, odprowadź nas do domu. Ta stara krowa, gospodyni, znajdzie chyba 

dla nas coś jadalnego.

Karl Martin wahał się.

Powinien był właściwie wrócić do siebie, do swojego wygodnego łóżka pod wysokim, 

białym sufitem. Tam jednak czekała tylko stara matuszka i pies. W ostatnich czasach stara po 

całych nocach nie dawała im spać swoim szczekliwym kaszlem.

Miała teraz młodą dziewczynę, która jej doglądała, i to głupie dziecko nie opuszczało 

na   krok   Karla   Martina,   gdy   tylko   znalazł  się   w   mieszkaniu.   Nie   lubił   tego,   czuł   się 

skrępowany błyszczącym wzrokiem i jawnym uwielbieniem dziewczynki. Było mu bardzo 

nieprzyjemnie, kiedy nieustannie przychodziła, ofiarowała się, że upierze jego rzeczy lub 

uczesze jego teraz dość długie brązowe włosy.

Najchętniej spędzał więc dnie na placu budowy lub w domu jednego z tych, z którymi 

zaprzyjaźnił   się   podczas   długiej   pracy.   Teraz   już   wszystko   było   właściwie   gotowe,   a 

robotnicy wrócili do wilgotnych rowów. Tam Karl Martin z nimi nie chodził. Rozkoszował 

się   natomiast   wolnym   czasem   i   tym,   że   mógł   siadywać   wysoko   ponad   dokami,   gdzie 

pracowali budowniczowie okrętów. Znał każdy ruch, każde uniesienie dłoni, każdą czynność, 

którą robotnicy musieli wykonywać. Raz czy drugi udało mu się zobaczyć wśród nich cara, 

zawsze z dużą pałką przytroczoną do pasa.

Carewicz obściskiwał ciało swojej mało pięknej kobiety i zapomniał o Karlu Martinie, 

nie pamiętał też ani czasu, ani miejsca, gdzie się znajduje. Na szczęście Afrosinia miała dość 

wstydu,  żeby  go  od  siebie   odsunąć,   wciągnęła  na   niego  kurtkę   i  popychała  ku  drzwiom 

niczym   małego   chłopca.   Mrugnęła   do   Karla   Martina,   wciąż   zresztą   spoglądała   na   niego 

rozbawionym wzrokiem.

- C h o d ź z nami - szepnęła. - Jeśli będziesz miał szczęście, zobaczysz dzisiejszego 

wieczora niebywałe rzeczy!

Chłopiec zarumienił się, zawstydzony własną bezradnością. Wyprostował się jednak i 

skinął jej głową w odpowiedzi.

- Dziękuję za zaproszenie i honor towarzyszenia carewiczowi przy stole.

-   Ja   także   -   zachichotała   kobieta,   chyląc   plecy,   gdy   szli   niskim   korytarzem.   Karl 

Martin z wahaniem podążał za nimi. Nie potrafił wyobrazić sobie tego nieszczęsnego, spitego 

do nieprzytomności mężczyzny jako następnego władcy wielkiej Rosji.

Niebiańska komnata była martwa i pusta po jesiennym balu, ale Nadjana nie czuła się 

ani bardziej ożywiona, ani energiczna. Chodziła po pałacu, wydawała polecenia na prawo i na 

lewo. Cały oddział kobiet czyścił i sprzątał po nocnych hulankach. Za sofami i zasłonami 

background image

wciąż znajdowały pijanych do nieprzytomności członków Konsylium Radości, szlachciców, 

którzy   tam   leżeli.   Niektórzy   zaczynali   się   budzić,   ostatni   goście   przeważnie   byli 

niekompletnie ubrani. Nadjana musiała  się uśmiechnąć pod nosem.  Jak w gruncie rzeczy 

ludzie   są   do   siebie   podobni   w   takiej   chwili!   Nie   było   zbyt   wiele   szlachectwa   ani 

wyrafinowanej   elegancji   w   tych   zataczających   się,   bełkoczących   mężczyznach,   którzy 

przytrzymując rękami spodnie wynosili się chyłkiem z pałacu.

To z pewnością był bal, o którym długo będzie się mówiło nie tylko w rosyjskim 

królestwie.   Wiedziała   o   tym,   car   również   zdawał   sobie   z   tego   sprawę.   Był   zadowolony, 

bardzo zadowolony. Jego najbliższy człowiek, książę Mienszikow, najpierw odnosił się do 

Nadjany wrogo. Ale teraz, po tym jak przesiedziała u boku cara wiele wieczorów, mając 

Mienszikowa naprzeciwko  siebie,  zauważała,  że jego stosunek do niej  się zmienił.  Otyły 

książę z obwisłymi wąsami wprost nie znajdował dostatecznie pięknych słów, by chwalić ją i 

pałac. Nazywał ją geniuszem, boginią, kobietą błogosławioną. Nieustannie się też domagał, 

by wolno mu było zobaczyć jej piękną twarz. Nadjana czuła wtedy, że skóra jej cierpnie, przy 

każdym spotkaniu z księciem doznawała nieprzyjemnego uczucia. Ten człowiek wywoływał 

w niej dreszcz, ale nie takiego rodzaju, jakiego z pewnością oczekiwał. Nigdy też nie mogła 

zapomnieć, jak kiedyś  zaczepił pierścieniem o maseczkę, niby przypadkiem.  Choć potem 

tysiąckrotnie prosił o wybaczenie, o mało nie zerwał z niej maski oraz pięknie wplecionej we 

włosy korony.

- Cóż za niezwykły pomysł,  jaka wyrafinowana kokieteria,  droga pani! Pomyśleć, 

setki zamaskowanych kobiet, jakie to podniecające! I w ten sposób odróżniasz się, pani, od 

reszty, nie mówiąc już o tym, że nadal jesteś najpiękniejsza z nich!

Car   zachichotał   i   stuknął   widelcem   w   stół.   Posyłał   Nadjanie   porozumiewawcze 

spojrzenia.

- Mogłabyś być jego matką, a on gapi się na ciebie niczym głupi baran! Ha, ha! Mój 

dobry Mienszikow,  on myśli,   że  wciąż  ma   mnóstwo  sprytu,   a  tymczasem   jest  po prostu 

śmieszny, że pozwala ci się tak oszukiwać - śmiał się car, tańcząc z Nadjaną.

Ona zaś bardzo uważała, by nie napomknąć, że przecież władca został oszukany w ten 

sam sposób. Piotr Wielki miał rozkosznie krótką pamięć, kiedy tego chciał.

Kręcili się w kółko, car tańczył równie elegancko jak bury niedźwiedź, ona jednak 

drobiła, kręciła się na palcach i towarzyszyła mu w męczących rundach. Okropnie bolał ją 

krzyż, całe ciało protestowało, ale serce Nadjany biło radośnie, czuła się lekka i swobodna 

niczym młoda dziewczyna.

-   Niewiarygodne   miejsce   -   westchnął   car.   -   Pomyśleć,   że   podarowano   mi   własne 

background image

niebo.

Nadjana uśmiechnęła się i skłoniła z szacunkiem.

- Najpiękniejsze anioły stoją do dyspozycji Waszej Wysokości, Najjaśniejszy Panie.

Odchylił głowę w tył i wybuchnął śmiechem.

- Tak, mam tylko jeden problem: Od czego zacząć?

Nadjana obiecała znaleźć kilka interesujących możliwości, on jednak popatrzył jej z 

powagą w oczy i powiedział:

- Chcę odpocząć u ciebie, moja piękna. Dzisiejszej nocy także!

Stało się to już niemal tradycją. Car przychodził, tańczył i pił, ryczał jakieś pijackie 

śpiewki ze swoimi przyjaciółmi, po jakimś czasie wybierał sobie kilka kobiet i wychodził z 

nimi do niekrępującego pokoju. Potem wracał, bardzo już uspokojony. Nadjana wiedziała, że 

teraz pragnie jej towarzystwa.

Przesiedzieli   całą   noc   w   ulokowanej   nieco   z   boku   rosyjskiej   komnacie   i   sączyli 

znakomitą herbatę ze srebrnego samowara. On ją obsługiwał, masował jej zmęczone stopy. 

Opowiadał o swej żonie, Katarzynie, i o córeczkach, które mu urodziła. Teraz znowu żył w 

napięciu, małżonka ponownie jest w błogosławionym stanie.

- Może nareszcie tym razem będzie syn. Ale może się urodzić równie słaby i żałosny 

jak Aleksy. Mój Boże, co ja zrobiłem, że karzesz mnie tak okrutnie? Nie mam ani jednej 

spokojnej   nocy,   nieustannie   gnębi   mnie   myśl,   że   ten   słabeusz   przejmie   wszystko,   co 

zbudowałem, i taka perspektywa doprowadza mnie do szaleństwa.

- Twoje królestwo będzie największe na świecie - powiedziała Nadjana, starając się go 

pocieszyć. Ale dłonie cara boleśnie zacisnęły się na jej stopach.

- Co to pomoże, do diabła, skoro on zniszczy to wszystko w ciągu najwyżej stu dni? 

Jeszcze nie jestem może stary, mam teraz moje własne niebo... ale pewnego dnia położą mnie 

zimnego i sztywnego na marach i co się wtedy stanie z tym potężnym krajem?

-   Być   może   carewicz   dorośnie   do   swej   pozycji   i   odpowiedzialności   -   próbowała 

łagodzić Nadjana. - Tak to jest, Najjaśniejszy Panie, ludzie dorastają do swoich zadań.

-   Ale   nie   Aleksy,   nie   ten   maminsynek.   Czy   widziałaś,   kim   on   się   otacza?   To 

przeważnie mnisi, impotenci, parodie mężczyzn. To jacyś kuglarze i pijacy! A co za kobiety! 

Ta   czarnowłosa,   płaska   fińska   niewolnica,   co   ona   ma   do   roboty   w   łóżku   carewicza? 

Zawszona córka niewolników, to po prostu wstyd!

- A może on ją kocha - rzekła Nadjana łagodnie, nagle pełna współczucia dla tego 

odtrąconego syna cara.

-   Kocha?   To   paskudne   czupiradło?   On,   który   ma   w   swoim   domu   niemiecką 

background image

księżniczkę, żonę, w której żyłach płynie najbardziej błękitna krew, a przy tym posłuszną, 

łagodną, małą istotkę? Ale nie, ją on traktuje jak służącą, nieszczęsna musi na dodatek znosić, 

że otwarcie sprowadza sobie do domu kochankę.

- Dlaczego nic z tym nie zrobisz, Najjaśniejszy Panie? - zapytała Nadjana cicho. - 

Nieszczęsna kobieta, jest synową cara, cudzoziemką, została wciągnięta w taką okrutną grę. 

Musi naprawdę cierpieć, szczerze jej współczuję.

-   Tak,   chyba   masz   rację.   Ale   skąd   brać   czas   na   takie   drobiazgi?   Całe   królestwo 

spoczywa na moich barkach, wciąż trzeba się czymś martwić! A Aleksy, on naprawdę potrafi 

dokładać   kamieni   do   mego   brzemienia.   Robił   to   przez   cały   czas,   już   kiedy   był   małym 

chłopcem. Niezdarny i pozbawiony zdolności, nigdy nie radził sobie ze sprawami, którymi 

inni chłopcy się zajmują. Nie chciał jeździć konno, nie chciał się uczyć fechtunku, nie okazuje 

zainteresowania   okrętom,   nie   chce   uczestniczyć   w   tworzeniu   piechoty   ani   siły   morskiej 

państwa! Powinna byś widzieć jego twarz, kiedy po raz pierwszy zabrałem go ze sobą do 

lochu. Wymiotował, mazał się jak mała dziewczynka, gdy tylko zobaczył narzędzia kata. To 

słabeusz!   Beznadziejny   głupek!   Te   jego   durne   oczy   mnie   prześladują,   ogarnia   mnie 

szaleństwo od tych jego próśb: „Najdroższy ojcze, szanowny ojcze, okaż mi cierpliwość...".

- On was z pewnością kocha, Najjaśniejszy Panie.

- Ha! W takim razie powinien się chyba starać być takim synem, jakiego pragnę!

Nadjana wstrzymała dech, próbowała uprzedzić jego reakcję. Teraz łączyło ją z carem 

już wiele takich chwil, kiedy zwierzali się sobie nawzajem, znała go jednak na tyle dobrze, by 

wiedzieć, że łaska carska jest bardzo kapryśnym uczuciem. W jednej chwili władca mógł 

masować jej zmęczone stopy, w następnej jednak gotów byłby posłać ją na śmierć, gdyby go 

uraziła.   Miała   pod   dostatkiem   tego   rodzaju   przykładów.   Mimo   to   uniosła   głowę   i 

powiedziała:

- Może... może mógłbyś porozmawiać z nim o tym, Najjaśniejszy Panie, i spróbować 

się dowiedzieć, jakiego ojca on chciałby mieć.

Władca nie słuchał. Mamrotał coś do siebie pod nosem.

- Musi się znaleźć jakieś rozwiązanie. Mój Boże, nie może się tak stać, że Aleksy 

zostanie carem Rosji. Katarzyna urodzi chłopca... Musi urodzić syna!

- Mimo to dziedzicem jest Aleksy - odparła Nadjana. - Może się poprawi. Jest młody...

Car ponuro kiwał głową i gładził zmęczoną ręką twarz.

- Może - mruknął. - Ale, na Boga, jak długo mogę wierzyć, że stanie się cud?

Piotr Wielki zamilkł, jego palce zacisnęły się mocno na kostce Nadjany. Po chwili 

zapytał:

background image

- Skończyłaś książkę? Nadjana jęknęła, władca tak nieoczekiwanie zmieniał temat.

- Tak, jest gotowa, Mienszikow ma ją przetłumaczyć.

- Znajduje się na niej moje imię?

- Tak. Książka nazywa się „Etykieta Piotra Wielkiego". Zawiera wszelkie zasady i 

rady, jak należy się zachowywać w eleganckim towarzystwie.

- Dobrze. A kiedy chcesz się spotkać z Katarzyną?

- W tym tygodniu.

- W porządku. Te blade szlachcianki tak długo siedziały w swoich domach, że boją się 

wychylić głowę i wyjść do cywilizowanych ludzi. Powinny zobaczyć francuskie damy albo 

piękne księżniczki na niemieckim dworze!

-   Zrobię   tak,   jak   sobie   życzysz,   Najjaśniejszy   Panie,   będziemy   je   uczyć   obie   z 

Katarzyną.

Piotr zadowolony skinął głową.

- Musisz o tym pamiętać, Nadjano, że moja ukochana caryca była niegdyś w Polsce 

biedną panną do towarzystwa.

Nadjana musiała się uśmiechnąć.

- Jedna dama do towarzystwa z Polski, a druga nierządnica z Kopenhagi! Doprawdy, 

znakomite   nauczycielki   dla   dam   ze   szlacheckich   rodów,   które   pragną   się   nauczyć 

eleganckiego zachowania!

Roześmiał się wraz z nią, natychmiast jednak spoważniał.

- Rosjanie są niczym dzieci, Nadjano. Ty, która widziałaś świat i spotykałaś królów, 

wiesz, że nowe czasy wymagają nowych umiejętności. Nie możemy pozwolić, by nazywano 

nas barbarzyńcami! Nie możemy wlec się na szarym końcu ani pod względem wiedzy, ani 

siły, ani elegancji!

Nadjana pomyślała sobie, że jeśli władca naprawdę tak uważa, to powinien przestać 

wysyłać bandy żołnierzy do podbitych miast, by tam gwałcili, rabowali i napadali na kobiety, 

starców   i   dzieci.   To   akurat   nie   wzbudzi   szacunku   świata.   Chociaż   ona   umiała   mu   to 

wybaczyć.

Tak, mogła wybaczyć mu prawie wszystko.

Kiedy ten ogromny, sławny mężczyzna siedział w ten sposób i rozcierał jej stopy, przy 

rym  z nią rozmawiając, czuła się naprawdę ważna... Wtedy wybaczyłaby mu  wszystko  i 

broniłaby go do końca.

Nadjana westchnęła z rozkoszą, gdy podawał jej kolejną szklankę słodzonej herbaty.

Piotr uśmiechnął się do niej ciepło.

background image

- Mateńko moja... trzymam cię tutaj. Tobie potrzeba odpoczynku, a ja, głupi dzikus, ci 

na to nie pozwalam.

- Kto chciałby spać, kiedy sam car proponuje mu swoje towarzystwo? - uśmiechnęła 

się.

Car spochmurniał.

-   Wielu   z   pewnością   najchętniej   wemknęłoby   się   potajemnie   do   śpiącego   cara, 

Nadjano.

Zesztywniała.

Car się boi. Widocznie nikomu nie ufa. Nagle poczuła się urażona, zrozumiała powód, 

dla którego władca nigdy nie chciał u niej spać.

- Tutaj jesteś bezpieczny, Piotrze. U twojej mateńki nikt nie może zrobić ci nic złego. 

Najpierw musiałby wbić nóż w moje piersi.

Piotr chrząknął  i znowu się uśmiechnął, potem popatrzył  na nią rozpromienionym 

wzrokiem. Wąsy mu drgały.

- Nadja, miłaja, gdybym wszędzie miał takich lojalnych przyjaciół!

- Ależ masz. Przecież jesteś światłem i nadzieją Rosji!

- Może. Mimo to nie mogę spać spokojnie ani przez sekundę, Nadjano. Istnieje ktoś, 

obawiam się, że będzie on moim Brutusem...

Karl Martin był przerażony, kiedy zobaczył, że z pokoju Nadjany wymyka się sam 

car.  Ledwo   rozpoczął   się  ranek,   blask  jesiennego   słońca  mienił  się  nad   miastem  niczym 

połyskliwa narzuta. Na ulicach szczury uciekały przed światłem dnia, szukając schronienia w 

podziemnych korytarzach, które wykopały sobie pod fundamentami domów. Powiadano, że 

miasto jest posadowione na kamieniu, na przesyconym  niewolniczym potem drewnie i na 

ludzkich   szkieletach.   Dzieci   straszyły   się   nawzajem   opowieściami   o   tym,   jak   szczury 

obrastają tłuszczem, bo wyjadają z ziemi ludzkie szczątki.

Karl Martin czuł się dziwnie wypoczęty, choć nie przespał tej nocy nawet godziny.

Był   u   Aleksego.   Zbliżyli   się   bardzo   do   siebie   po   tamtym   pierwszym,   dziwnym 

spotkaniu   u   mnicha   Ignatiewa.   Karl   Martin   nadal   nie   akceptował   wielu   cech   charakteru 

następcy tronu i jego postępków. Wiedział jednak, że to człowiek z gruntu dobry, że kocha 

swój   naród   w   jakiś   sentymentalny   bezradny   sposób,   który   wzruszał   Karla   Martina   i 

przypominał mu Nielsa. Carewicz nie posyłałby czterdziestu tysięcy ludzi na śmierć każdego 

roku. Nie traciłby państwowego złota na wciąż nowe okręty wojenne, na tworzenie wciąż 

nowych oddziałów wojska. Nie ściągałby hańby na swój kraj bluźnierczymi paradami ani 

sadystycznymi spektaklami w głębokich lochach. Położyłby koniec torturowaniu straceńców, 

background image

kaci   byliby   u   niego   bezrobotni.   A   ludzie   mieliby   spokój,   mogliby   uprawiać   ziemię   i 

odbudowywać splądrowany kraj.

Tak jest, carewicz był człowiekiem o pokojowym usposobieniu, ludzie mu ufali. Karl 

Martin   rozumiał,   że   chodzi   o   to,   by   jak   najszybciej   posadzić   go   na   tronie.   Z   różnych 

potajemnych rozmów dowiadywał się, że duchowieństwo, a także przyjaciele carewicza od 

wypitki coraz częściej mówią o buncie.

On sam nie uczestniczył w tych rozmowach, ale kręcił się niczym cień między tymi, 

którzy je prowadzili.  Poznał  ich, wiedział,  kim są. Kikin, książę Dołgorukij, Wiażenskij, 

Afanasjew.   Pijali   oni   alkohol   Aleksego   i   pocieszali   go,   gdy   płakał   lub   przeklinał   swego 

surowego, zimnego ojca.

Nie opowiadał o tym Nadjanie. Rozumiał przecież, że ona jest przyjaciółką cara. Ale 

że mogło być aż tak, że car wymyka się z jej sypialni wczesnym rankiem... to zaszokowało 

Karla Martina.

Ona jest przecież stara!

Dużo starsza niż moja matka.

Wszystko się w nim burzyło na myśl o tym, czuł się dotknięty. Z trudem chwytał 

powietrze, ukrył się pośpiesznie za kolumną. Car wyglądał na zadowolonego, pogwizdywał, 

tupiąc ciężkimi butami po podłodze korytarza.

Karl Martin stał nieruchomo jeszcze długo po tym, jak kroki Piotra ucichły w oddali.

Nieszczęśliwy podszedł do drzwi Nadjany i głośno zapukał.

Spodziewał się, że zastanie ją na w p ó ł rozebraną, może z drżącymi rękami i z twarzą 

płonącą   pod   wieczną   maseczką.   Przy   carze   pewnie   ją   zdejmowała.   Karl   Martin   zgrzytał 

zębami.

-   Dzień   dobry,   mój   kochany,   już   wstałeś?   Bardzo   mi   cię   brakowało   wczoraj,  nie 

przyszedłeś  do naszego stołu. Pomyślałam  sobie jednak, że bardziej  cię interesują młode 

szlachcianki niż stara ciotka. Dobrze się bawisz?

-   Nie   byłem   na   żadnym   przyjęciu.   Pracowałem.   Uśmiechnęła   się,   słysząc   jego 

gniewny głos.

- Nie zamęczaj się, mój kochany. Spójrz, twoje ręce są zniszczone i pełne skaleczeń! 

Czy musisz się tak strasznie trudzić w dokach? Nie mógłbyś się postarać o mniej wymagające 

zajęcie? Harujesz przecież niczym dorosły mężczyzna...

- Ja jestem dorosłym mężczyzną - syknął, ale, choć z niechęcią, musiał uznać, że złość 

go opuszcza, gdy Nadjana tuli go do siebie serdecznie.

- Oczywiście, że jesteś. Wysoki i silny, tak wyrosłeś ostatniego lata. Można by sądzić, 

background image

że masz ze dwadzieścia lat...

- Nie mówmy o moim wieku. Uśmiechnęła się szelmowsko.

- Oczywiście, że nie. Jeśli tak ci się śpieszy... Ale przecież niedawno widywałam cię w 

dziecinnych zabawach, turlałeś się ze wzgórza po trawie i byłeś taki wzruszająco szczęśliwy. 

Chciałabym widywać cię częściej, Karl Martin.

- Mam ważniejsze sprawy na głowie - odparł. Objęła go i przytuliła do siebie. Był 

teraz równy jej wzrostem, może nawet odrobinę wyższy od niej.

- Jesteś energicznym młodym człowiekiem, Marja byłaby z ciebie dumna, gdyby cię 

widziała. Chciałam cię dzisiaj prosić o pewną przysługę. Potrzebuję mężczyzny.

- Naprawdę? Roześmiała się, słysząc jego złośliwy ton.

- Tak, naprawdę. Bo dzisiaj panie będą się uczyły francuskiego dworskiego tańca, 

brak nam kawalerów.

- Ech!

- Tak, tak, bądź tak dobry... Możesz zresztą być moim partnerem.

- No, a car? Nadjana westchnęła.

- On nigdy nie bierze w czymś takim udziału. Poza tym nie powinieneś sobie niczego 

wyobrażać. On jest moim przyjacielem i naszym wielkim dobroczyńcą. Czy chciałbyś nadal 

mieszkać w tamtej śmierdzącej chacie? Karl Martin nie wiedział, co powiedzieć, postanowił 

jednak być posłuszny Nadjanie.

- No dobrze, jak chcesz. Mogę przyjść na to damskie spotkanie. Boże, jakie głupie są 

te baby! Stękają coś i jąkają się, i nigdy nie patrzą człowiekowi w oczy!

- One całe życie spędziły wśród sióstr i matek. Nigdy nie przyjmowały gości. Musimy 

to zrozumieć i pomóc im.

- Oczywiście, mamo - potakiwał żartobliwie. Nadjana klasnęła w dłonie i roześmiała 

się.

- Ubierz się teraz i poproś, żeby zajechał powóz. Przejedziemy się najpierw po parku, 

mam ochotę zobaczyć wszystkie wspaniałe barwy jesieni, którymi, jak ludzie mówią, pokryły 

się liściaste drzewa. Widziałeś już to, Karl Martin, widziałeś, że brzozy, które tu posadzono, 

są dokładnie takie same jak u nas w domu, w zagajniku należącym do plebanii?

Karl Martin zasępił się, wybiegł z pokoju, zatrzaskując z hałasem drzwi.

background image

ROZDZIAŁ VIII

Muzykanci mieli białe peruki, lśniące czystością, upudrowane, bez jednej plamki. Nie 

to co pastor u nas w domu,  pomyślał  Karl Martin i zapomniał,  gdzie jest, wpatrując się 

otwartymi szeroko oczyma w pięknie wystrojonych członków orkiestry kameralnej. Mieli na 

sobie ubrania srebrnoniebieskie, tego samego koloru co ściany w niebiańskiej komnacie albo 

mgiełka, która w gorący letni dzień wznosi się ku niebu.

Na   dworze   panowała   jesień,   ale   tutaj   w   salonach   carycy   Katarzyny   paliło   się   co 

najmniej sto świec. Samowary emanowały ciepłem, tancerze zaczynali dyskretnie rozpinać 

ubrania.

Kobiety poruszały się sztywno, jakby z wahaniem. Nie tylko nowo uzyskana wolność 

była czymś nieznanym. Spotkanie z obcymi mężczyznami wprawiało je w drżenie i lęk. Na 

dodatek musiały ich dotykać, palce splatały się w tańcu, od czasu do czasu partnerzy zderzali 

się i odczuwali przez parę sekund bliskość innego ciała.

Katarzyna uśmiechała się promiennie, leżąc wyciągnięta na pięknym szezlongu. Miała 

już bardzo wydatny brzuch, wyglądało tak, jakby poród mógł się zacząć w każdej chwili. Ona 

jednak uniosła dekorowaną złotem filiżankę i zawołała:

- Lżej! Leciutko niczym piórko, księżno Baraskij, proszę poruszać się jak ptaszek!

Wspaniały humor carycy powoli udzielał się zebranym.

Niebawem   twarze   zaczęły   rozjaśniać   niepewne   jeszcze   uśmiechy,   a   młodzi 

kawalerowie po raz pierwszy mieli odwagę spojrzeć w oczy swoim damom.  Karl Martin 

tańczył z wielką powagą, dreptał w kółko i starał się zapamiętać, co mówił mężczyzna ubrany 

w obcisły czarny kostium.

Nadjana umiała tańczyć od dawna, bez wysiłku dawała się prowadzić muzyce. Raz 

czy drugi popchnęła go we właściwym kierunku lub zadbała, by odnalazł swoje miejsce, gdy 

zgubił się w skomplikowanych figurach i układach.

Muzyka ucichła. Wszyscy bili brawo, tak jak Katarzyna ich nauczyła.

- A teraz coś na orzeźwienie, moje panie i panowie! Usiądźcie! I niech nas piękna 

muzyka ukoi! Maestro!

Rozśpiewały się skrzypce, popłynęły ciche dźwięki menueta.

Katarzyna skinieniem dłoni wezwała do siebie Nadjanę. Karl Martin nie miał wyboru, 

musiał towarzyszyć swojej opiekunce. Władcza pani powitała go łaskawym gestem, Nadjana 

zaś została ucałowana w obydwa policzki.

- Chodź, posiedź trochę ze mną i opowiedz mi, jak się mają sprawy w pałacu - rzekła 

background image

Katarzyna.

Nadjana   widziała,   że   tamta   się   uśmiecha,   wiedziała   jednak,   że   caryca   podziela 

zachwyt  cara.  Nieczęsto   odważała  się  zresztą   mu  sprzeciwić.   Jego poprzednia   małżonka, 

matka następcy tronu, dożywała swoich dni zamknięta w klasztorze daleko stąd.

- To wspaniałe miejsce - odparła Nadjana ostrożnie. - Najjaśniejsza Pani powinna 

zobaczyć   osobiście,   jakie   się   tam   znajdują   niezwykłe   dzieła   sztuki.   Jeśli   otrzymam 

pozwolenie,   bardzo   chętnie   zaaranżuję   wieczór   dla   wybranych   gości   Najjaśniejszej   Pani. 

Wybierzemy wyłącznie kobiety cieszące się wielkim szacunkiem...

- O, to będzie nas niewiele - zaśmiała się Katarzyna i nalała herbaty.

Nadjana   także   musiała   się   uśmiechnąć.   Oczy   Katarzyny   były   ciepłe   i   brązowe. 

Nadjana przypomniała sobie nagle, że ma przed sobą prostą dziewczynę z Polski. Niełatwo 

jest zrozumieć, jakie życie prowadzi ta istota w takim otoczeniu.

Karl Martin stal milczący i nieporuszony za fotelem Nadjany. Ona wyczuwała niemal, 

że wszystko się w nim burzy, że za nic nie chce tutaj być. Tysiąc razy bardziej wolał włóczyć 

się wśród budowniczych okrętów, chętnie też przebywał z grupą, która nosiła glinę i kamienie 

na placach nowych budów.

- To jest Karl, mój syn. Katarzyna zmierzyła go taksująco od stóp do głów.

- Karl... to imię odarte z szacunku, jak król, którego car dopiero co pokonał. Nazwę 

ciebie... Iwan! To nasze najpopularniejsze imię, noszone przez tysiące chłopów, żołnierzy, a 

także ludzi rodu szlacheckiego.

Młody człowiek spojrzał w jej stronę, zmusił się, by skłonić głowę.

-   Dobrze,   dobrze,   zajmijmy   się   raczej   tymi   pysznościami.   Zostały   przygotowane 

według   przepisu   pochodzącego   z   francuskiego   dworu,   car   przywiózł   ze   sobą   również 

kucharkę i mąkę. Kucharka, niestety, umarła, ale mąka jest dobra, prawda?

Jedzenie było delikatne. Puszyste maślane bułeczki, uformowane na kształt rosyjskich 

pierogów,   nadziewane   konfiturami,   kandyzowanymi   owocami   i   orzechami.   Bardzo   to 

wszystko słodkie, Nadjana nie mogła zrozumieć, jak ta kobieta w zaawansowanej ciąży jest w 

stanie jeść tak dużo.

- Opowiedz mi o swoim życiu - poprosiła nagle Katarzyna. - Car mówi, że wiele 

podróżowałaś. Że znasz obce języki i widziałaś różne miejsca. Nie było ci w życiu nudno.

- Moje życie  jest jedną przygodą,  podobnie jak życie  Najjaśniejszej  Pani - rzekła 

Nadjana   cicho.   -   Gdyby   Najjaśniejsza   Pani   chciała   słuchać,   opowiedziałabym   z   wielką 

radością.   Ale   wkrótce   zaczną   znowu   grać   i   nie   ma   tu   takiego   miejsca,   gdzie   można   by 

rozmawiać bez skrępowania. .

background image

- Masz rację - uśmiechnęła się Katarzyna. Przeciągnęła się i oblizała palce, zanim 

służący zdążył podać miseczkę z wodą. Potem wytarła je w śliczną maleńką szmatkę, która 

pachniała   perfumami,   gdy   caryca   nią   potrząsnęła.   -   Przyjdź   dzisiaj   wieczorem   do   moich 

prywatnych salonów. Napijemy się razem wina, Nadjano.

Pani w maseczce skinęła głową. Zaproszenie radowało ją. Była ciekawa kobiety, którą 

Piotr poślubił. To nie może być łatwe życie...

Na twarzy Karla Martina odmalował się wyraz ulgi, gdy mógł znowu zabrać Nadjanę i 

poprowadzić ją na ogromny parkiet. Nowa podłoga skrzypiała, pod wysokim sufitem zbierał 

się swąd z lamp i samowarów. Tańczący wlali w siebie już wystarczająco dużo letniego piwa 

i smakującego przyprawami wina, by poruszać się lżej.

Katarzyna klasnęła w dłonie i posłała pocałunek ubranemu na czarno Francuzowi.

Nadjana   zwróciła   uwagę,   że   ma   wypieki   na   policzkach,   jeszcze   czerwieńsze   niż 

tańczący. Musi rzeczywiście być zmęczona.

Nigdy nie sądził, że jesienne powietrze może smakować tak wspaniale, pił je teraz 

dosłownie łapczywymi haustami. Za plecami miał dom cara, zamek władcy.

Ciężki zapach słodkich ciastek, perfum i tytoniowego dymu przyprawiał go o mdłości.

Teraz, w chłodnym wietrze od morza, Karl czuł, że nie wytrzymałby w pomieszczeniu 

ani chwili dłużej. Piękny kostium rzucił do powozu Nadjany i opuścił ją z krótką obietnicą, że 

wróci do domu na kolację.

Wolny!

Droga do portu nie była długa. Bez trudu rozróżniał obce statki, które stały tutaj na 

kotwicach. Jednostki handlowe z całej Europy.

Karl   Martin   przyśpieszył   kroku.   Czuł,   jak   delikatny   wiatr   chłodzi   mu   wilgotne 

policzki, rozkoszował się tym,  choć wiedział, że to, niestety,  zapowiedź kolejnej surowej 

zimy.

Do jego uszu dotarł stukot kół jakiejś fury o kamienny bruk, ale nie odwrócił się, 

dopóki nie usłyszał, że ktoś woła:

-   Karl!   To   Aleksy.   Carewicza   nietrudno   było   rozpoznać,   chociaż   nosił   szeroką, 

brunatną pelerynę takiego rodzaju, jakich używali chłopi i żołnierze. Wielki kaptur ukrywał 

szczupłą twarz. Następca tronu ściskał jedną ręką lejce i zaraz zatrzymał stary pojazd.

- Carewiczu! Ledwie cię poznałem.

- Wskakuj! Zrobimy sobie przejażdżkę!

- Dokąd jedziemy?

-   Nieważne!   Po  prostu   chodź,   rób,  co   ci   mówię!   Karl   Martin   lekko   wskoczył   na 

background image

prymitywny wózek.

Przypominał on furę rzeźnika Igora, na szczęście nie cuchnął tak mocno.

Aleksy strzelił z bicza i koń znowu ruszył przed siebie.

Jechali   drogą   prowadzącą   za   miasto.   O   ile   Karl   Martin   zdołał   zobaczyć,   po   obu 

stronach drogi rozciągały się bagna i opustoszałe łąki.

Carewicz gnał jak szalony, koniowi piana szła z pyska, a wózek podskakiwał niczym 

statek w sztormie.

Karl Martin spoglądał na milczącego woźnicę i zastanawiał się, o czym tamten myśli.

Wciąż   milcząc   carewicz   zwolnił.   Wtedy   Karl   zauważył   jakieś   małe,   niskie   dachy 

porośnięte   trawą.   Zdawały   mu   się   takie   szare   i   martwe,   że   nie   wyróżniały   się   z   reszty 

krajobrazu. Gdy tylko się zatrzymali, zaatakował ich silny odór. Wstrząśnięty Karl Martin 

zobaczył, że z chat wyczołgują się jakieś pokraki. Otworzył usta, by coś powiedzieć. I wtedy 

uświadomił sobie, że oni wszyscy są w jakiś sposób chorzy. Niektórzy, ślepi, niczym krety 

brną   po   omacku   przed   siebie   i   wietrzą   w   stronę   obcych,   którzy   być   może   oznaczają 

zagrożenie.   Inni   bełkoczą   coś   niezrozumiale,   drapią   brudnymi   palcami   własne   twarze. 

Pokazała się jakaś kobieta, prawie całkiem naga, widział jej chude ciało pod szalem, który na 

siebie   narzuciła.   Włosy   miała   pozlepiane   od   błota,   a   wzdłuż   jednego   policzka   chłopiec 

dostrzegł rozległą ranę po oparzeniu.

Karl Martin zadrżał.

Ludzie zbliżali się do nich, wyglądali groźnie. Kije, którymi się podpierali, uderzały o 

kamienie.   Nagle   zaczęli   wszyscy   coś   bełkotać.   Carewicz   pochylił   się   na   wózku   i   wyjął 

węzełek ukryty dotychczas za siedzeniem. Potem rzucił go tak daleko, jak to możliwe, ponad 

głowami zrozpaczonych ludzi. Cmoknął na konia i odjechali, długo jeszcze krzyki i wrzaski 

raniły im uszy.

- Jak psy - powiedział zgnębiony. - Widzisz teraz, do czego doprowadziły krwawe 

rządy mego ojca. Ci ludzie byli niegdyś mymi przyjaciółmi. Teraz są oślepieni, okaleczeni, 

zmaltretowani   przez   jego   oprawców.   Wydobyłem   ich   z   lochów,   ledwie   zdołałem   ich 

uratować, nakłaniając katów, by patrzyli w inną stronę. Miałem ich pogrzebać. Żyją teraz 

tutaj, nigdzie stąd nie odejdą. Trzymam ich prawie jak domowe zwierzęta. Ponieważ oni mi 

przypominają, że nie ja jeden zostałem zdradzony przez mego ojca.

- Ty go nienawidzisz - rzekł Karl Martin cicho. Carewicz zaklął.

- Nie, do diabła! Ja go kocham, będę go zawsze kochał! I to jest najstraszniejsze, nie 

rozumiesz?

Karl   Martin   próbował   wyobrazić   sobie,   jak   się   czuje   ktoś   szarpany   taką   dziwną 

background image

mieszaniną uczuć. Pomyślał o swoim ojcu, ale nie znalazł w sobie nienawiści. Wspomniał 

matkę, ona jednak została w jego sercu jedynie jako mała zimna plama. Matka była miła i 

zręczna, tyle dla niego robiła. Kiedy miała czas.

Nie,   nie   nosił   w   sobie   nienawiści.   Nawet   wobec   Nielsa,   który   tak   paskudnie   go 

oszukał.

- Czy nie moglibyście się pogodzić? - zapytał Karl ostrożnie.

Aleksy zatrzymał wóz i popatrzył na Karla uważnie.

- Być może. To moja nadzieja. Ale dla niego jestem jedynie nieskończonym szeregiem 

rozczarowań.   Może   teraz   będzie   miał   lepszego   syna.   Wtedy   ja   nie   będę   już   do   niczego 

zobowiązany. Może wtedy mnie polubi, skoro nie będzie już musiał zostawiać mi Rosji.

- Czy nie możesz zrezygnować z tronu?

- Tak po prostu? A kto by rządził? Moje głupie małe siostry? Chciwi spadkobiercy 

mego   wuja   czy   znienawidzona   rodzina?   Nie.   Afrosinia...   ona   zasługuje   na   to,   by   zostać 

carycą. Ona urodziła się na władczynię Rosji!

- Ale... niemiecka księżniczka też przecież oczekuje dziecka? Może będziesz mógł 

lepiej zrozumieć swego ojca, kiedy sam zostaniesz ojcem.

Carewicz strzelił z bicza, ściął mnóstwo źdźbeł trawy nad rowem jednym znakomicie 

wytrenowanym ciosem.

- Och, stul pysk! Mówisz jak Katarzyna! Jesteś zwyczajnym gówniarzem, Karl. Ty 

tego nie rozumiesz.

Karl zamilkł urażony i z trudem powstrzymał się, by nie zapytać, dlaczego w takim 

razie Aleksy rozmawia z nim o tak osobistych sprawach. Zamiast tego rzekł swobodnie:

- Co się stało z twoją ręką, carewiczu? Twarz Aleksego pociemniała, oczy zaczęły mu 

latać.

- Nic, to skaleczenie. - Po czym wybuchnął: - Ale ty jesteś ciekawy mały lis! Ja ciebie 

jednak lubię, Karl. Bardzo bym chciał być taki jak ty. Mój ojciec by ciebie kochał. - Ja nigdy 

bym nie kochał jego. Carewicz spod wpółprzymkniętych powiek długo i uważnie studiował 

twarz Karla Martina.

Chłopiec doznał uczucia, że powiedział przed chwilą coś niezwykle ważnego.

- On sam skaleczył się w rękę - powiedziała kobieta o czarnych włosach. Związała je 

dzisiaj   mocno   na   karku   i   Karl   Martin   mógł   zobaczyć,   jakie   ma   odstające   uszy.   Trudno 

zrozumieć, że ktoś mógłby nazywać tę kobietę piękną. Ale Aleksy kochał ją ponad wszystko 

na ziemi, co do tego nie można się było mylić. - Ojciec wezwał go do siebie i prosił, by mu 

pokazał szkice i rysunki tego, czego się nauczył podczas swojej zagranicznej podróży. Mój 

background image

biedny Aleksy, ledwie mógł zrozumieć, co wielcy uczeni do niego mówili. Więc skaleczył się 

w rękę i wyjaśnił ojcu, że nie może ani rysować, ani pisać.

Karl Martin zbladł. Cóż za sadyzm? Jakim tyranem jest ten car! Trudno się dziwić, że 

jego   syn   czasami   okazuje   straszny   gniew   i   brutalność,   która   wszystkich   przeraża.   Tylko 

wobec  Afrosinii  był  niczym   baranek.  Ona jaśniała  z  radości  i  zwierzała  się  wszystkim   i 

każdemu z osobna, że urodzi carewiczowi syna. Nie martwiło jej wcale, że jego prawowita 

małżonka również oczekuje dziecka.

- Ta niemiecka dziwka... On nigdy jej nie kochał! On kocha tylko mnie, wiem o tym!

Karl Martin czuł, że kręci mu się w głowie od tego babskiego gadania. Zarazem użalał 

się nad nią. Afrosinia to najwyraźniej mało uzdolniona osoba. A gdy była pijana, tak jak teraz, 

mówiła jeszcze bardziej niewyraźnie i myślała jeszcze wolniej. Karl Martin wstał i usiadł w 

kącie, jak to miał w zwyczaju. Mężczyźni w izbie mówili coraz głośniej i coraz gwałtowniej. 

Aleksy pił więcej niż inni, choć dobrze wiedział, że jutrzejszy poranek będzie piekłem. Teraz 

wzrok   miał   zamglony,   a   szczupłe   dłonie   spoczywały   ciężko   na   stole.   Bełkotał   jakieś 

przekleństwa, Karl Martin pojmował, że dotyczą wciąż tego samego: jego ojca.

- Cesarz Walentyn - rzekł carewicz. - I król francuski... Oni obaj rozkradali kościelne 

skarby! Jak mój ojciec...

Mnich   kiwał   poważnie   głową,   jakby   słuchał   nie   pijackiego   bełkotu,   lecz 

najmądrzejszego przemówienia.

-   Oni   obaj   zostali   zamordowani,   otóż   to!   -   Carewicz   uderzył   pucharem   w   stół   i 

wpatrywał się w swoich gości. - Kiedy już się stanie to, na co czekamy... wtedy ja będę wbijał 

na pal przyjaciół ojca i Katarzyny. Zacznę od Mienszikowa. Będę... będę... zostawię to całe 

przeklęte   miasto,   niech   zgnije   w   bagnach,   zniszczę   flotę...   Moskwa...   moja   matka,   moje 

święte miasto... twoje dni mimo wszystko jeszcze nie minęły!

Karl Martin zobaczył, że mnich Ignatiew nagle się podniósł. Dopiero teraz uświadomił 

sobie, że przez cały czas  przy drzwiach stał jakiś służący i trzymał  w rękach dzbanek z 

wódką. Został teraz przepędzony, a mnich wyglądał na zmartwionego. Karl Martin zadrżał. 

Czy to carski szpieg? Nie, to niemożliwe. Nie tutaj...

Mnich szturchnął Aleksego w plecy, szeptał mu coś do ucha. Pewnie ostrzeżenie. Ale 

carewicz nadal przeklinał wszystko i wszystkich.

-   Katarzyna...   ta   dziwka.   Udaje,   że   jest   taka   macierzyńska,   ale   mnie   nie   oszuka! 

Pewnego   dnia  się   policzymy!  O,  tak,  pewnego  dnia...  Wtedy  oni  poznają  mój   gniew,  ci 

zdrajcy, te psy...

Nikomu nie przepuścił, żonie jednak dostało się chyba najwięcej.

background image

-   To   diabielskie   stworzenie.   Czepia   się   mnie   niczym   rzep...   Nikt   i   nic   nie   jest 

dostatecznie dobre! Nieustannie narzeka! Wiesz, co powiedziała swemu panu i mistrzowi, 

kiedy przyłożyłem jej parę razów w ten tłusty zadek? „W Niemczech nawet prosty szewc tak 

by nie potraktował swojej kobiety". Do diabła, pewnego dnia zamknę ją w klasztorze!

Mnisi wybuchnęli śmiechem.

- Więc mimo wszystko przypominasz swego ojca pod jakimś względem - żartowali i 

dolewali carewiczowi wódki.

Wkrótce potem wpadł pod stół, a jeszcze później Karl Martin zobaczył, jak niosą go 

do łoża. Nikt nie zwrócił uwagi na chłopca w kącie izby. Wielokrotnie czuł się tutaj tak samo 

niewidzialny, jak niewidzialny był przez wszystkie lata dla swojej matki.

Żyrandole mieniły się, w ten ciemny jesienny wieczór płonęły setki świec. Caryca 

leżała   dzisiaj   całkiem   spokojna   i   obserwowała   tańczących.   Owszem,   zaczynali   nabierać 

zręczności.   Większość   pań   opanowała   już   i   kroki,   i   skomplikowane   gesty,   które   miały 

wyglądać na nowoczesne i kokieteryjne. Najjaśniejsza Pani przysypiała, czuła się zmęczona. 

Dziecko pod brokatową suknią poruszało się leniwie. Caryca kładła dłoń na brzuchu i starała 

się nie zasnąć. Wyglądałoby to dziwnie, gdyby zasnęła. W głębi sali tańczyła  Nadjana z 

jakimś młodym panem, wyglądali naprawdę niczym postaci z bajki. I ten jej młody syn, który 

prowadził   księżnę   w   eleganckich   okrążeniach.   Księżna   zresztą   sprawiała   wrażenie 

oczarowanej!

Caryca zaciekawiona pochyliła się do przodu. Ten chłopiec naprawdę się odmienił! 

Pamiętała poprzednie spotkania, kiedy stał sztywny i przestraszony za fotelem Nadjany, nie 

mówiąc ani słowa. Teraz flirtował z paniami, no, no! Obejmował szczupłą talię księżnej i 

przyciskał ją mocno do siebie. Spoglądał na partnerkę z góry, nie ulega wątpliwości, że ten 

chłopiec   wkracza   już   w   dorosłość.   Czy   oni   są   kochankami?   Czy   byłoby   to   możliwe? 

Katarzyna wstrzymała  dech, poczuła mrowienie w piersiach. Teraz Karl Martin i księżna 

tańczyli z daleka od niej, caryca straciła ich z oczu. Westchnęła i oparła się wygodnie na 

poduszkach, wzięła jedno z tych słodkich ciasteczek, które tak lubiła. Chciała dzisiaj również 

zaprosić do siebie Nadjanę, bo pewne sprawy musiała sobie jednak wyjaśnić.

- Czy ty się znowu w coś wdałeś, Karl Martin? Rzadko widywał Nadjanę taką surową. 

Zdawało mu się, że słyszy, jak jego opiekunka zgrzyta zębami.

- Odpowiedz mi, Karl Martin! Jesteś wciąż dzieckiem, nie zapominaj o tym! Jeszcze 

dużo czasu upłynie, zanim staniesz się całkiem dorosły i będziesz mógł nie odpowiadać na 

pytania swojej przybranej matki!

- Już ci mówiłem, że nic się nie stało. Jesteś głupia, że słuchasz plotek!

background image

- Karl, sama caryca mi o tym powiedziała. Jak ty ją dzisiaj do siebie przyciskałeś! 

Przecież to księżna! Mężatka! A na dodatek córka Mienszikowa! Czyś ty zwariował? Czy nie 

wiesz, jakie oni tu mają obyczaje? Czy nie wiesz, że jeśli mąż zamorduje kochanka swojej 

żony, to sąd uwalnia go od odpowiedzialności? A wszyscy stoją po prostu wokół i klaszczą w 

ręce!

- To jakieś głupstwo, wszystko co tu opowiadasz - odparł chłopak zirytowany.

Nadjana skuliła się i pochyliła plecy. Nie wyglądało na to, że Karl Martin kłamie. 

Postanowiła mu wierzyć. Delikatnie pogłaskała go po włosach, on zesztywniał jak zwykle, ale 

się nie odsunął.

- Mój kochany mały... Tak się o ciebie martwię. Prawie cię nie widuję! Karl, czy to 

naprawdę konieczne, te długie dni i wieczory? Czy nie mógłbyś  trochę częściej bywać w 

domu?

Karl   skrzywił   się   tylko,   wyciągnął   rękę   po   owoc.   Pozłacana   taca   była   ozdobiona 

niebieską chińską mozaiką. Karl wiedział, że to dar od cara. Wyglądało na to, że Nadjana 

dobiła się naprawdę wysokiej pozycji w hierarchii władzy, została zaufaną powiernicą i cara, i 

carycy.  O ile jednak Karl Martin rozumiał, to żadne z nich nie zdawało sobie sprawy, iż 

Nadjana tak wiele rozmawia z drugą stroną. Nadjana była niczym wąż, zawsze potrafiła się 

wywinąć. Kochał ją i żywił dla niej za to wiele szacunku.

- Postaram się bywać więcej w domu - rzekł na koniec. - Jeśli to dla ciebie tak wiele 

znaczy. Ale przecież sama jesteś przeważnie zajęta tymi wszystkimi balami i rozmowami, 

herbatkami u carycy i spotkaniami.

- Zawsze, zawsze mam czas dla ciebie, mój chłopcze. Pamiętaj o tym!

Mama mawiała to samo. Uśmiechnął się jednak naprawdę uradowany.

- Dziękuję ci, Nadja. To wspaniale.

Usiadła przy nim. Musiał dostrzec, że coś ją boli. Teraz jednak już się tak nie bał, że 

mogłaby   umrzeć.   Zresztą   Nadjana   z   każdym   miesiącem   wydawała   się   młodsza.   Może 

dlatego, że wróciła do domu, zastanawiał się. I teraz, kiedy pochyliła się i podkuliła nogi w 

dużym fotelu, wyglądała jak młoda dziewczyna. Nie upięte włosy spływały niczym srebro na 

szczupłe   ramiona.   A   maseczka   pokrywała   miejsca,   w   których   mogłyby   się   znajdować 

zmarszczki świadczące o starości.

Miała smukłą talię, nosiła szerokie suknie. Ręce były szczupłe i długie, rękawiczki 

sprawiały, że wyglądały niczym połyskliwe skrzydła.

- Chciałabym urządzić bal dla ciebie, Karl Martin. Dar... sam powiedziałeś, że nie 

chcesz już dłużej być dzieckiem. I to jest prawda, wyglądasz jak młody mężczyzna. Jeśli ci 

background image

się tak śpieszy do dorosłości, to pozwól mi zorganizować bal na cześć twoich dwudziestych 

urodzin!

Zakrztusił się i odrobina owocu wpadła mu do tchawicy.

-   Co?   Zwariowałaś,   ale...   ale   w   takim   razie   mógłbym   przyjąć   zaproszenie   cara   i 

zaciągnąć się na jeden z okrętów, kiedy w przyszłym roku będą ruszać!

Nadjana skinęła głową.

- No właśnie. Zostaniesz pomocnikiem admirała!

- Ale... to można by załatwić, nawet jeśli bym miał siedemnaście lub osiemnaście lat? 

Oni to uznają, także ci, którzy nie chcą zbyt młodych ludzi we flocie.

- Dwadzieścia lat to jakby poważniejsza okazja, by uroczyście ją obchodzić... ale mnie 

jest wszystko jedno, powiedzmy więc, że będą to osiemnaste urodziny. Chcę zorganizować 

prawdziwy wielki bal, Karlu!

Ucałował ją.

- Dziękuję, Nadju. Nie zależy mi na żadnym balu. Ale tamte inne propozycje... są 

wspaniałe!

Nadjana wyjęła zwój papieru z szuflady małego biurka.

- Proszę! Twoje dokumenty. Twoje rosyjskie imię. Sama caryca to załatwiła.

- Iwan Ilikow...

- To ty. Podoba ci się? Mam wrażenie, że otrzymałeś nazwisko po jakimś zmarłym 

szlacheckim synu.

Karl Martin zwinął papiery, zawierające również zapewnienie, że został zatrudniony 

jako doradca admirała.

- Rozmawiałaś z nim, co? Nadjana uśmiechnęła się i wzruszyła ramionami.

- Dziękuję, dziękuję serdecznie... nic by mnie bardziej nie ucieszyło.

- Wiem o tym - rzekła Nadjana.

Kiedy   chłopiec   wyszedł,   odetchnęła   z   ulgą.   Teraz   wiedziała   więcej   o   stanie   jego 

ducha, może zacznie myśleć o innych sprawach, zapomni o zamężnej księżnej. Bo caryca 

mówiła prawdę, tego Nadjana była najzupełniej pewna. Zresztą od dawna sama przeczuwała, 

że   Karl   Martin   coś   przed   nią   ukrywa,   jakąś   tajemnicę,   która   mogłaby   okazać   się 

niebezpieczna.

Może   się   jednak   wszystko   ułoży.   Dzisiejszej   nocy   będzie   spała   głębokim 

pokrzepiającym snem.

Karl   Martin   zanurzył   się   w   jesienny   mrok,   w   swoim   czarnym   płaszczu   i 

ciemnogranatowych   spodniach   mógł   nie   zauważony   dostać   się   kuchennym   wejściem   do 

background image

domu carewicza. Nad Newą wszystko leżało ciche, pogrążone w ciemnościach, Karl Martin 

widział samotne światło tylko w jednym oknie. Połowa września i niemal cały październik 

minęły od dnia, kiedy był tu po raz ostatni. Potrzebował wiele czasu, zanim znowu zapragną! 

odszukać Aleksego. Brutalność carewicza wobec własnej żony zostawiła głębokie ślady w 

duszy Karla  Martina,   prawie   postanowił   zerwać,  odwrócić   się  od Aleksego  plecami.   Ale 

Aleksy przyszedł do niego i żałośnie błagał, by Karl Martin okazał mu łaskawość.

- Lubię cię! Nie mam innych młodych przyjaciół oprócz ciebie! Bardzo chciałbym być 

taki   jak   ty,   wywierasz   na   mnie   naprawdę   dobry   wpływ!   I   mogę   z   tobą   rozmawiać   o 

wszystkim, Karl! Jesteś mi jak brat!

- Nie wolno ci się tak zachowywać wobec kobiety - mruknął Karl Martin.

- Nie, nie, byłem szalony, już nigdy więcej... Ale czasami ona budzi we mnie taką 

złość, że widzę tylko czerwone płaty przed oczyma, nie jestem w stanie się opanować...

- Pij mniej, Aleksy - powiedział Karl Martin lekceważąco. I od tamtego wieczora 

nigdy nie myślał, że odważył się zwrócić uwagę samemu carewiczowi. Aleksy był dla niego 

zwyczajnym,  godnym  pożałowania  człowiekiem.  Marny typ,  który ani nie potrafi zdobyć 

miłości swego ojca, ani szacunku ślubnej małżonki. Bezwstydnie stłukł swoją żonę pasem, 

kopał pełzającą u jego stóp istotę, a w końcu rzucił jej na głowę miskę fasoli. Karl Martin 

najpierw usłyszał hałas, nie wiedział więc, czy powinien wejść do środka. Dopiero jednak, 

kiedy stanął w progu i zobaczył, co się dzieje, zawrzał gniewem. Kobieta była brzemienna! 

Cóż to za zwierzę tkwi w tym carewiczu? On, który wciąż uskarża się na brutalne zachowanie 

własnego ojca?

Potem jednak Aleksy płakał i błagał o zrozumienie, w końcu posłał żonie ogromny 

bukiet kwiatów ściętych w oranżerii ojca w parku Wenus. Od tamtej pory Karl Martin nie 

widział   Charlotty.   Przebywała   zamknięta   na   klucz   w   swoim   maleńkim   pokoiku   niczym 

więzień.

Dziś wieczorem otrzymał informację, że coś się stało.

Karl Martin został powiadomiony, by przyszedł do pałacu, po kryjomu i bez żadnego 

towarzystwa. Aleksy o niego pytał.

Zaraz za drzwiami spotkał starszą kobietę, która prowadziła dom carewicza. Była też 

akuszerką i razem z osobistym lekarzem Piotra mieli odebrać poród, którego oczekiwano.

Kobieta niosła ogromne naręcza białego płótna, wyglądała na bardzo zdenerwowaną.

- Co się dzieje? - szepnął Karl Martin. - Otrzymałem wiadomość... czy Aleksy został 

ojcem?

- Ojcem i równocześnie wdowcem - odparła kobieta ponuro. - O niczym nie wiesz? 

background image

Czy nie widziałeś pochodu z powozem ciągniętym przez najpiękniejsze czarne konie cara?

- Ja... ja właśnie przyszedłem, spuszczaliśmy na wodę galeon... nie zdążyłem nawet się 

przebrać ani nic zjeść, kiedy nadeszła wiadomość.

- Tak, tak, stało się. Nic w tym dziwnego, tak przynajmniej uważam! Biedna kobieta, 

nareszcie się uspokoiła...

Charlotta nie żyje.

Gospodyni miała rację, niemiecka księżniczka uzyskała w końcu wolność. Żyła tutaj 

niczym  więzień,  przez nikogo nie kochana, izolowana.  Z mężem,  który nie był  w stanie 

dostarczyć jej wiele radości.

Na szczycie schodów stała rozpromieniona Afrosinia. Nie dostrzegała Karla Martina, 

stała tam z lampą w ręce, jakby chciała naśladować posąg jakiejś bogini.

- Gdzie jest Aleksy? - spytał Karl Martin.

- Z tym ponurym starym mnichem, Kikinem i innymi.

- Podobno chciał ze mną rozmawiać?

- Teraz to już chyba nie! Dostali list od cara. Słyszę przez drzwi, jak dyskutują. Myślę, 

że czas się dopełnił, czas dla mnie i Aleksego...

Patrzył   na   tę   prawie   prostokątną   kobietę,   widział,   że   w   jej   oczach   płonie   triumf. 

Brzuch sterczał pod suknią, nigdy nie ukrywała swego stanu.

Karl Martin ciężko przełknął ślinę i poszedł do pokoju Aleksego. Pragnął znaleźć się 

tam jak najpóźniej.

background image

ROZDZIAŁ IX

- Pisz to, co mówię, i dokładnie tak, jak mówię. Potem będziesz mogła robić uwagi - 

rzekł car.

Nadjana zauważyła jego zły humor. Zresztą chyba nic dziwnego. Wczoraj przecież 

umarła jego synowa. To sympatyczna cecha, że tak jawnie okazuje biedaczce współczucie. 

Ale   Nadjana   nie   odważyła   go   zapytać   ponownie,   dlaczego   nie   próbował   tej   dziewczyny 

uratować, choć przecież mógł. Carewicz okazał się jedynie żałosną, choć wystarczająco złą 

istotą. Pomyśleć, że bił brzemienną kobietę, kopał ją w brzuch! To zwyczajny mord, myślała 

Nadjana.

- „Mój synu!" Tak, tak zacznij: „Mój synu, nie nadajesz się do niczego. Nie nadajesz 

się do prowadzenia wojny. A nie możesz sobie wyobrażać, że twoi generałowie sami będą 

dowodzić armią. Co bowiem zrobisz, jeśli okażą się niezdolni i nieporadni, a ty nie będziesz 

w stanie ocenić sytuacji? Będziesz niczym pisklę. Nieopierzony ptak, który dostaje jedzenie 

prosto do dzioba. Ileż to razy zwracałem ci uwagę, karałem cię... Nic jednak nie pomogło. Do 

niczego nie doprowadziło. Wszystko, czego próbowałem, okazywało się stratą sił i środków. 

Ja nigdy się nie oszczędzałem, nie oszczędzam też moich podwładnych. Nie mogę więc dla 

ciebie robić wyjątku!”

Nadjana pisała, gorycz zawarta w słowach cara przepełniała ją smutkiem. Czuła, że 

dyktując ten list Piotr musi bardzo cierpieć, ale wyobrażała też sobie, jak będzie cierpiał syn, 

czytając takie twarde, pozbawione miłości słowa.

Car kontynuował przyciszonym głosem:

- „Pisanie tego sprawia mi ból, ale nie chcę już powtarzać dalszych ostrzeżeń. Sam 

powinieneś  wiedzieć, czego chcesz. Jeśli mi tego nie powiesz, będę cię musiał pozbawić 

prawa do tronu, odciąć cię niczym obumarłą gałąź. Wolę mieć zdolnego obcego następcę niż 

słabeusza. Nawet jeśli w jego żyłach płynie moja krew...”

Nadjana zasępiła się. Siedzi tutaj oto i spisuje ważny dokument, który może odegrać 

istotną rolę w historii kraju. Car chce pozbawić Aleksego tronu! Poczuła, że robi jej się 

zimno.

Piotr jednak pocałował ją i podziękował pięknie, kiedy skończyła i podała mu pióro, 

by mógł się podpisać.

- Dziękuję! Nie mogłem tego podyktować moim pisarczykom ani Mienszikowowi. 

Wtedy plotki zalałyby miasto, zanim Aleksy zdążyłby przeczytać pierwsze słowa.

- Jego może to załamać - szepnęła Nadjana.

background image

- Tak. To bardzo słaby człowiek. Ale kto wie, może to zmusi go do zastanowienia... 

Ja, mój głuptasie, ja nigdy nie przestanę mieć nadziei, że ten chłopak... Chociaż w głębi duszy 

wiem, że on jest niepoprawny.

Nadjana milczała.

Ani car, ani jego żona nie mieli nic dobrego do powiedzenia o dziedzicu. Zadawał się 

z   ludźmi   kościoła,   buntownikami,   którzy   potajemnie   krytykowali   cara   i   występowali 

przeciwko   niemu.   W   narodzie   istniało   niezadowolenie   i   chęć   oporu   narastała   w   miarę 

zbliżania się zimy, kiedy głód znowu zaczynał rozrywać wnętrzności. Nadjana dziwiła się, że 

car nie rozumie niebezpieczeństwa. Ten list może więc spowodować wydarzenia, na które 

nawet Piotr Wielki nie jest przygotowany.

Drżała jeszcze długo po wyjściu władcy.

Niepokój osaczał ją niczym wilgotna mgła. Przyniosła sobie karafkę słodkiego wina i 

starała się myśleć o czym innym. Serce jednak biło w piersi niespokojnie, jakby chciało ją 

ostrzec.

- Mroki kryją Rosję - mówił mnich swoim głębokim głosem. Przed nim na stole leżał 

list. Aleksy miał białą twarz i raz po raz zadawał to samo pytanie mnichowi, do którego 

zwracał się per ojcze. - Ale nadejdzie taki dzień, kiedy jasne słońce znowu rozbłyśnie nad 

naszym krajem. Tym słońcem jesteś ty, Aleksy!

- Mój ojciec mnie nienawidzi! Pragnie trzymać mnie z dala od tronu!

Mnich spojrzał ku sufitowi, koncentrował się najwyraźniej na cichej modlitwie. W 

końcu powiedział:

- Otrzymasz tron.

- Ale, ale...

-   Niektóre   zwierzęta   przyjmują   barwę   od   natury,   by   ukryć   się   przed   myśliwym. 

Dopóki jesteś następcą tronu, znajdujesz się w niebezpieczeństwie. Jeśli jednak zrzekniesz się 

tronu i ukryjesz gdzieś...

Aleksy ponuro kiwał głową. Mnich mówił, cedząc słowa przez zęby:

- Cała Rosja jest z tobą! Ludzie nienawidzą tego bezbożnika, który chce pozbawić kraj 

świętej wiary i nakłonić lud, by stał się taki jak obcy heretycy! Kiedy śmierć uwolni kraj, 

ludzie zwrócą się ku tobie i wyniosą cię na tron, który zawsze do ciebie należał. Wtedy 

nastąpi   odrodzenie,   Aleksy!   Wtedy   będziesz   rządził   z   większym   powodzeniem   niż   twój 

ojciec, ponieważ twoja władza pochodzi od Boga!

W oczach wychudłego następcy tronu płonęła tęsknota.

- Zrobię tak, jak mówisz, ojcze Ignatiewie. Zabiorę ze sobą Afrosinię i...

background image

Rozległo się stukanie do drzwi, ciche krótkie uderzenia.

- Afanasjew! Wreszcie jesteś...

- Przynoszę nowiny - rzekł ponuro ubrany na czarno przybysz.

- Wiemy już wszystko, czytaliśmy list...

-   Caryca   urodziła   syna.   Mężczyźni   zbledli.   Aleksy   przymknął   oczy   i   z   trudem 

przełknął ślinę. Pierwszy odezwał się mnich.

- To ostrzeżenie od naszego Pana, Aleksy. Natychmiast napisz do ojca i podporządkuj 

się wszystkim jego życzeniom!

- Wyruszamy jeszcze dziś w nocy. Będzie miał to, czego chce - rzekł Aleksy martwym 

głosem.

Dla Nadjany nastały pracowite dni. Dwór miał ucztować i tańczyć, świętować przez 

trzy noce na cześć nowego syna cara. Niebiański Pałac przez całe noce wypełniali pijani i 

rozochoceni mężczyźni, a kobiety użalały się, że nawet w ciągu dnia jest tak niespokojnie, że 

nie mogą się przespać. Nawet podczas mszy nie można się zdrzemnąć!

W pałacu cara było podobnie. Przez cały dzień napływał tam strumień szlachty, ludzie 

przemieszczali   się   przez   długie   szeregi   sal,   składali   przyniesione   dary   i   wygłaszali 

pozdrowienia   dla   nowego   syna.   Katarzyna   czuła   się   bardzo   dobrze,   tak   przynajmniej 

mówiono.   Nadjana   płonęła   z   chęci   złożenia   jej   wizyty,   bardzo   chciała   się   dowiedzieć 

wszystkiego. Podobno carewicz wyjechał z Petersburga. Musiał być bardzo rozgoryczony 

surowym   listem   ojca.   A   może   przejął   się   do   głębi   śmiercią   swojej   żony?   Ale   nałożnica 

Afrosinia podobno się nim zajmuje, tak ludzie gadają. Car musi pałać gniewem. Ale teraz ma 

kolejnego   syna   na   pociechę.   Nadjana   nie   widziała   władcy   od   dawna.   Na   szczęście   Karl 

Martin coraz częściej pokazywał się i w pałacu, i w domu. Cieszyła się, mogąc głaskać jego 

włosy, obsługiwać go, rozmawiać z nim o dawnych czasach. I wciąż przypominała mu o 

liście, który obiecał napisać do rodziców.

- Nawet jeśli oni się nie odzywają, może być tak, że nasze listy dochodzą! Cieszyliby 

się bardzo, gdybyś  ty do nich napisał, Karl Martin. Może niedługo już wrócisz do domu, 

pomyśl o tym! W każdym razie jeśli będziesz udawał rosyjskiego marynarza i nie pozwolisz, 

by cię rozpoznano... Dlatego chcesz popłynąć z carską flotą, prawda?

Karl Martin przyglądał jej się podejrzliwie.

-   A   więc   po   to   zdobyłaś   te   papiery   dla   mnie,   Nadjano?   Zaplanowałaś,   że   mogę 

pojechać do domu pod imieniem Iwana?

Nadjana strzepnęła jakieś niewidzialne okruchy z rękawa.

- Nie! Ale... Masz rację, to bardzo dobry pomysł! Możesz pojechać już w przyszłym 

background image

roku, Karl Martin. Będziesz mógł zobaczyć  swoją siostrę, zanim następne lato dobiegnie 

końca!

Roześmiała się tak radośnie, on zaś poczuł, że wspomnienie Amelii wywołuje w jego 

sercu ból. Ciało zesztywniało. Nie chciał. Nie, za nic nie chcę. Jeszcze nie teraz. Zbyt wiele 

spraw jest nie załatwionych, tamto okropne wspomnienie matki i Nielsa... paliło w piersi. 

Napomnienia wszystkich... Musiał uciekać niczym oblany wodą kot. Bezwstydni, okrutni, 

teraz wszyscy się pewnie z niego wyśmiewają. Z niego, który miał być wielkim bojownikiem, 

jednym z najlepszych ludzi Nielsa Kvithovuda, który niczym dorosły mężczyzna miał stać u 

boku wielkiego buntownika i zdobyć cześć oraz wywalczyć sprawiedliwość dla udręczonych 

chłopów.

- Może następnego roku - powiedział tylko Nadjanie i starał się pozbyć cierpkiego 

smaku w ustach. - N i e sądzę, żeby był na to czas tego lata, jeśli naprawdę mam zostać 

jednym z ludzi admirała.

Nadjana nie spojrzała na niego. Powiedziała tylko cicho:

- Ona cię bardzo kocha. Zawsze cię kochała. Musisz się starać ją zrozumieć. Ona 

miała tyle kłopotów i spraw, o których musiała myśleć, tak wielu oczekiwało jej pomocy. 

Twoja  matka   jest  wyjątkową   kobietą,  powinieneś  o  tym   wiedzieć.   To  nie  jest  jakaś   tam 

ograniczona gospodyni!

- Nie - rzekł Karl Martin ponuro i zaczął wyglądać przez okno.

Widział stąd port, nowe zgrabne żaglowce z Holandii. Prawie wszystkie miały kobiece 

imiona, żadne jednak nie było tak piękne jak Aloe.

Te nudne tańce! Zauważył, że uśmiecha się cierpko za każdym razem, gdy musi ująć 

kolejną spoconą, małą dłoń, a potem znowu następną i następną. Żadna z kobiet na początku 

nie podnosiła oczu, spoglądały w dół na brzegi swoich sukien i drżały, gdy trzeba było zrobić 

dłuższy krok, tak że ukazywała się jedwabna pończoszka. Siedziały w swoich zamkniętych 

pokojach niczym  piękne ptaki w pozłacanych  klatkach. Ich ojcowie i mężowie  chcieli  je 

chronić przed zepsuciem tego wyrastającego z ziemi stołecznego miasta. Siedziały tak, jak 

przedtem   ich   matki   i   babki,   i   wszystkie   inne   szlacheckie   córy,   mające   obowiązek 

zachowywać się skromnie i z godnością.

Dopiero   ten   szalony  car   postawił   wszystko   na   głowie.   W   salach   Katarzyny   panie 

musiały pić zawierające alkohol owocowe napoje i rozmawiać z obcymi mężczyznami. Karl 

Martin niemal wyczuwał drżenie, jakie w ich piersiach wywoływały te wszystkie nowości. 

Najmłodsze, dwa, trzy lata starsze od niego, zupełnie sobie nie radziły w nowej sytuacji.

Starsze   natomiast   szybciej   odnajdywały   się   w   tym   nowym   stylu   życia.   Katarzyna 

background image

chwaliła je i z uśmiechem na ustach mówiła, że są niczym kontynentalne damy. Ona sama 

zjadała niesłychane ilości kandyzowanych owoców ze srebrnych tac, wrzucała je sobie wprost 

w   otwarte   usta,   upominając   równocześnie   lub   nawet   bijąc   po   palcach   inne   kobiety,   gdy 

podczas posiłków zdarzyło im się niewłaściwie użyć sztućców.

Obowiązkowe tańce były dziwacznym przedstawieniem. Te zaczerwienione policzki, 

te plączące się nogi... Katarzyna jednak nie ustępowała. Nadjana także nie. Karl Martin też 

nie dawał się już tak bardzo prosić. Ona miała na imię Aloe, w każdym razie chciała, by tak ją 

nazywał.   W   rzeczywistości   nosiła   imiona   Anastazja,   Konstancja,   Wiktoria   i   była   córką 

księcia Mienszikowa, a od dwóch lat żoną jednego z przyjaciół księcia. Pełnił on służbę w 

carskiej flocie i należał o najbliższych współpracowników Piotra Wielkiego jeśli chodzi o 

marynarkę.

Potężni ludzie, myślał Karl Martin.

Dlatego   najpierw   poczuł   się   zaszokowany,   kiedy   podczas   menueta   odkrył   parę 

brązowych, roześmianych oczu wpatrujących się w niego.

Kiedy wpłynęła z wdziękiem w jego objęcia, poczuł, że jej ręce są suche i delikatne. 

Uśmiechała się i patrzyła mu w oczy tak uparcie, że potknął się podczas małego piruetu, który 

powinien go poprowadzić ku następnej partnerce w długim szeregu tańczących. Zrobił co 

należało, ale był tak zakłopotany, że nastąpił butem na liczący przynajmniej z osiem łokci 

tren sukni innej damy, młodej wdowy, która przerażona zasłoniła twarz rękami i krzyknęła.

Muzyka umilkła.

Tuż przed nim stała ona, na wpół ukryta za chińskim wachlarzem, roześmiana. Karl 

Martin zarumienił się. O co jej chodzi? Czyżby jej się rozum pomieszał? Czuł, że serce tłucze 

mu się w piersi, jakby się bał, ale to nie ' był strach. Oszołomiony i zawstydzony prosił o 

wybaczenie tego, co się stało, odprowadził młodą wdowę do jednej z rozstawionych  pod 

ścianami   sof.   Na   stoliku   obok   stały   maleńkie   filiżanki   do   herbaty.   Podawano   ją   nie   z 

samowara, lecz z malowanych w kwiatki dzbanków z porcelany lub ze srebra.

W przerwie mieli słuchać francuskiego pisarza, czytającego swoje dzieło.

Karl Martin rozglądał się za Nadjaną, nie był w stanie znieść tych nudnych czytań. Nie 

rozumiał wystarczająco dobrze języka, a gdy opowieść tłumaczono, słowa wydawały mu się 

pozbawione sensu i obce. Książki opowiadały głównie o miłości lub o śmierci.

Po chwili zobaczył kobietę w maseczce, siedziała na krześle i nalewała herbatę. Jakiś 

ciemnoskóry mężczyzna  śmiał się do niej, odsłaniając bardzo białe zęby,  ona skinęła mu 

głową i podała filiżankę. Po ruchach Karl Martin rozpoznawał, że Nadjana źle się czuje. 

Szybko podszedł do niej.

background image

- Nadjano, pozwól, że odprowadzę cię do domu. Nie musisz tu siedzieć.

- Och, ale ja nie chcę stracić ani chwili. To wielki pisarz, Karl Martin! Pisze takie 

cudowne historie. Chodź, usiądź przy mnie!

- Wolałbym się przejść po parku - mruknął Karl Martin.

Oczy Nadjany pociemniały, ale nie zaprotestowała. Wdzięczny jej za to minął dwóch 

ciemnoskórych służących przy drzwiach i wymknął się na zewnątrz.

Posążki stojące w mroku zimowego wieczoru od strony morza pokryte były szronem. 

Panowało zimno, wilgoć od wznoszącej się daleko nad morzem mgły kładła się srebrzystą 

powłoką   na   fasadach   i   powozach.   Na   ludziach   także,   pomyślał   Karl   Martin,   gdyby   stali 

wystarczająco długo i spokojnie.

Położył gorącą dłoń na udach greckiej boginki. Została po niej ciemna plama. Oparł 

się o kamień, poczuł, że chłód dobrze mu robi. W świetle padającym z okien twarz posążku 

wyglądała tak samo tajemniczo jak tamta twarz na górze. W niewielkich otworach, które były 

oczami, mieniły się żółtopomarańczowe błyski.

Jak ona się nazywa?

Dlaczego tak się w niego wpatrywała?

I dlaczego jej ręce są takie miękkie i pewne, dlaczego nie pocą się jak ręce innych 

tancerek?

Patrzyła na niego, nikt jeszcze tak na niego nie patrzył.

Karl Martin stał, oddychając szybko przy zimnym ciele posążku.

Ona na niego patrzyła. Długo. Dziwnie. Uśmiechała się. Czy może z jego ubraniem 

coś było nie w porządku? Może miał coś w twarzy? Może jakaś plama, może wylał słodkie 

wino na koszulę?

Nie.

Poza tym w jej uśmiechu nie było ani lekkomyślności, ani szyderstwa.

Wszystko to wyglądało niezwykle.

Postanowił wracać na salę. Gdy muzyka znowu zaczęła grać, odwrócił się z wolna i 

otrząsnął   szron   z   ubrania.   Policzki   jeszcze   mu   płonęły,   ale   teraz   z   pewnością   wszyscy 

zrozumieją dlaczego, zawsze tak jest, kiedy wchodzi się z dworu do nagrzanej sali.

Ona stała w drzwiach i uśmiechała się, jakby tu na niego czekała. W głębi za nią 

wirowały jedwabne suknie niczym machające skrzydłami gigantyczne ptaki pośród ubranych 

w mundury pni sosem.

- Nie chcę tańczyć - szepnęła. Karl Martin poczuł, że ma sucho w gardle, nie chciał się 

przez nie przecisnąć najmniejszy nawet dźwięk. Czuł też, że nogi mu drżą, że najchętniej by 

background image

się o coś oparł. Ona zaś patrzyła wprost na niego i znowu się uśmiechała.

- Ty jesteś synem Nadjany. Widziałam cię, wiele razy.

- Księżno...

Jego głos był podobny do głosu starego chłopa. Ona jednak postąpiła krok w jego 

stronę i wyciągnęła do niego rękę.

- Dotrzymasz mi towarzystwa? Muszę zaczerpnąć trochę powietrza.

- Ale na zewnątrz jest zimno...

- Wiem. Masz policzki zarumienione od mrozu, mój młody przyjacielu.

Z wahaniem podał jej ramię, tak jak widział, że starsi panowie podają swoim damom. 

Uśmiechnęła się leciutko.

- Powiadają, że znasz się na wielu sprawach. Że nauczyłeś  nowych  rzeczy nawet 

carskich budowniczych okrętów... Pomyśleć, jaki młody i zdolny chłopiec!

Karl   Martin   musiał   ogromnie   się   starać,   by   utrzymać   ramię   nieruchomo   i   stać   o 

własnych siłach. Ona miała taki rozkoszny głos.

- Nie... zresztą... tak, bardzo lubię oglądać okręty. Kocham okręty... I wtedy, kiedy się 

je buduje, i potem także. Mam służyć w carskiej flocie, następnej jesieni...

- Słyszałam o tym - szepnęła z taką miną, jakby powierzył jej prawdziwą tajemnicę. - 

Mój mąż... ty wiesz, kim jest mój mąż? To najlepszy nawigator cara, uczy innych tępych 

marynarzy.

- Musisz być z niego dumna, pani - rzekł Karl Martin cierpko.

- Oczywiście - odparła po chwili. Karl Martin odważył się odwrócić głowę akurat na 

tyle,   by   zobaczyć,   że   jej   brązowe   oczy   znowu   rozbłysły.   Zatrzymała   się   przy   posążku. 

Kamień wciąż jeszcze nosił ślady jego palców, Karl Martin żywił rozpaczliwą nadzieję, że 

ona   tego   nie   zauważyła.   Zawstydzony   widział   ślady   swoich   rąk   na   kobiecych   biodrach, 

udach...   ona   by   pewnie   krzyknęła   albo   zasłoniła   twarz   wachlarzem,   widząc   taką 

nieprzyzwoitość.

- Mam na imię Aloe - szepnęła.

- Iwan - odparł. - Iwan Ilikow, to imię,  które car nadał swemu cudzoziemskiemu 

poddanemu.

Ona skinęła głową i powtórzyła jego imię i nazwisko. Brzmiało to jak obietnica, jak 

pieśń,   jak   coś   bardzo   ważnego,   w   czym   kiedyś   będzie   mógł   uczestniczyć.   Zadrżał.   Ona 

powiedziała:

- Marzniesz, mój dzielny młody żołnierzu. Nie pozwól, by głupia kobieta kazała ci 

stać   tutaj,   aż   się   przeziębisz.   Odprowadź   mnie   do   pałacu,   widzę,   że   tęsknisz   za   czymś 

background image

gorącym.

Nawet   te   najprostsze   słowa,   nawet   te   najbardziej   pospolite   zdania   sprawiały,   że 

przenikał go dreszcz i widział przed sobą nie nazwane rzeczy i zjawiska.

Karl   Martin   szedł   jak   przez   ciemny   pokój,   widział   jedynie   daleki   punkt   jasnego 

światła, może ognisko, w każdym razie coś, co pozwalało mu utrzymywać kurs. Wszystko 

wokół stawało się jakieś nierzeczywiste. Powiedział, że ma na imię Iwan. Po raz pierwszy 

przedstawił się tym właśnie imieniem. Podziałało niczym magiczna formułka, rozpoczynająca 

jego nowe życie.

Ale nie chciał, żeby tak było, nie chciał iść po tej śliskiej marmurowej  podłodze, 

ledwie dotykając podeszwami butów białego kamienia.

Pulsowało mu w uszach, nie bardzo słyszał, co ona mówi. Czy to choroba? Może ona 

jest wiedźmą?

Ale jej cudowne oczy patrzyły na niego porozumiewawczo, gdy usta mówiły:

- Dziękuję, że dotrzymałeś mi towarzystwa. I wybacz, że pozwoliłam sobie złamać 

etykietę. Ale to chyba dlatego, że jesteśmy właśnie tutaj, prawda? Zachowujemy się jak na 

francuskim dworze, jak włoscy lub hiszpańscy poddani?

- Tak - potwierdził i poczuł się tak głupio, jak jeszcze nigdy w życiu.

- Spotkamy się znowu?

- Tak, dziękuję. Boże drogi, gdzie się podziały wszystkie rozsądne myśli? To właśnie 

teraz powinien mieć odwagę, powinien znajdować słowa, wszystkie, które tak łatwo do niego 

przychodziły w dyskusjach z Nadjaną albo kiedy rozmawiał ze swymi przyjaciółmi u Kikina.

Odchrząknął, patrzył jej w oczy, przestępowal z nogi na nogę i czuł się kompletnie 

beznadziejnie.

- Moja ręka - szepnęła, poruszając wachlarzem.

- Ręka? Co?

- Moja ręka. Stoisz i nie puszczasz mojej ręki. Chcesz mnie pocałować, czy może...?

Pocałunek   Katarzyny.   Pocałunek   w   rękę,   wszyscy   kawalerowie   powinni   się   tego 

nauczyć. Trenowali go, używając zakończonych pomponami jedwabnych szarf przy oknach. 

Unosili je, ledwie muskali wargami, nie powinno się dotykać skóry, to nieładnie.

Karl Martin spojrzał w dół i niczym we śnie zobaczył, że trzyma drobną rękę księżnej, 

ściskając ją mocno w swojej dłoni.

-   Och,   przepraszam...   Roześmiała   się,   ale   bez   szyderstwa,   raczej   tak   jakby   oboje 

zrobili coś wbrew etykiecie.

- No, to jak będzie? Zapomniałeś, czego cię nauczono, Iwanie?

background image

Głęboko wciągnął powietrze, potem uniósł rękę Aloe, rozluźnił uścisk i przez moment 

poczuł zapach jej skóry. Usłyszał, że cichutko jęknęła, a może to było westchnienie jednej z 

dwóch żywych czarnych figur za ich plecami?

Wtedy ją nareszcie puścił, ona dygnęła kokieteryjnie i wdzięcznie złożyła wachlarz.

- Musimy jeszcze ze sobą porozmawiać, Iwanie. To było... interesujące.

Za nic na świecie nie mógł sobie potem przypomnieć, co jej powiedział tego wieczora. 

Leżał całą noc i zastanawiał się, ale nie pamiętał ani jednego słowa, które wypowiedział, nic, 

z wyjątkiem własnego imienia. Co ona miała na myśli, mówiąc, że było „interesujące"?

background image

ROZDZIAŁ X

- Ona chce cię mieć, czy ty tego nie pojmujesz, ty głupi dzieciaku!

Carewicz jadł pieczone wieprzowe mięso i opróżniał jeden po drugim kufel ciemnego 

piwa. Karl Martin  także  wypił  swoją porcję i dziękował  Afrosinii,  gdy proponowała  mu 

jeszcze. Ci dwoje mieszkali teraz w maleńkiej chatce nie więcej niż cztery godziny drogi z 

miasta. Aleksy uznał bowiem, że sama jego obecność za bardzo irytuje ojca. Poza tym Karl 

Martin   wiedział,   że   niepokoje   się   rozprzestrzeniają.   Może   zwolennikom   carewicza 

odpowiadało,  że  na  jakiś   czas   się  oddalił.  Wiele  spraw  mogło   się dzięki   temu  wyjaśnić. 

Pogłoski o tym, jak paskudnie car potraktował swego syna, miały czas się upowszechnić i 

wzbudzić jeszcze więcej goryczy w sercach i tak niezadowolonych poddanych.

Karl Martin opowiedział o księżnej, ale natychmiast tego pożałował.

- Nie, ona nie jest taka... to księżna, córka samego Mienszikowa.

- Nie gadaj głupstw! Zastanów się, mój przyjacielu! Takie są właśnie najgorsze! A 

jeśli ona jest córką Mienszikowa, to wie z pewnością dobrze, jak okazywać swoją władzę. Do 

diabła, ty naiwny biedaku, powinieneś dać sobie z tym spokój. Ona z pewnością zna się na 

rzeczy, a poza tym musi być wygłodniała. Mąż wyjechał i pruje morskie fale dla mojego ojca, 

więc ona potrzebuje chyba kogoś, z kim by mogła...

- Zamilcz, Aleksy! Ty... ja nie chcę słuchać takiego gadania. To elegancka dama.

Następca tronu śmiał się głośno i hałaśliwie. Tłuszcz spływał mu z bezkrwistych warg. 

Afrosinia dolewała mu sosu i pochyliła się przy tym kokieteryjnie, by mógł ją pocałować.

Karl Martin przyglądał im się zirytowany. Choćby nawet bardzo się starał, nie był w 

stanie dostrzec żadnej urody w tej istocie, którą Aleksy tak się zachwycał. Biedna niemiecka 

księżniczka   też   może   nie   była   wielką   pięknością,   ale   wobec   niej   Aleksy   nigdy   nie 

zachowywał się tak elegancko. Tymczasem nałożnicę traktował, jakby to ona była carycą.

- Kobiety - syknął Aleksy przez zęby. - Kobiety są takie, że w żadnym razie nie można 

im ufać. Jeśli znajdziesz jakąś, która jest pod tym względem wyjątkiem, to trzymaj się jej 

mocno! Zresztą postaraj się nasycić wygłodniałą księżnę, będziemy jej potrzebować. Dobrze 

będzie   ją   mieć   po   swojej   stronie,   gdy   czas   nadejdzie,   przez   nią   będziemy   mogli   dostać 

Mienszikowa. Z wszystkich ludzi mego ojca jego lękam się najbardziej. On potrafi dać sobie 

radę w każdej sytuacji Wszędzie ma swoich szpiegów...

Carewicz przestał jeść. Spoglądał w milczeniu na Karla Martina.

Młody człowiek zadrżał.

- Uważaj na siebie, Karl. Strzeż się księżnej... Ona może działać w interesie swego 

background image

ojca! Może być szpiegiem. Może już wiedzą, że jesteś jednym z moich ludzi. Że jadasz ze 

mną... Powinieneś uważać na każde słowo, mój przyjacielu! W przeciwnym razie możesz 

popaść w wielkie tarapaty.

Karl Martin skinął sztywno głową.

Serce biło mu boleśnie w piersi.

Tak mogło być.

Ona  miała   takie  miłe,  ciepłe  oczy.  Była  z  pewnością   jakieś  dziesięć   lat  od  niego 

starsza, mimo to coś w niej przypominało mu czas dzieciństwa.

- Aloe nie jest zdrajczynią. Nie działałaby w niczyim interesie i nie uśmiechałaby się 

tak do kogoś, kogo miałaby prowadzić na śmierć!

- Ja mówię tylko, że powinieneś się strzec, mój przyjacielu. Bo z pewnością chciałbyś 

dożyć   tego   dnia,   kiedy   ja   przejmę   władzę   i   uczynię   cię   szefem   mojej   floty   wojennej   i 

handlowej?

Karl Martin z wahaniem skinął głową.

Carewicz wychylił kolejny kufel, tym razem napełniony wódką. Karl Martin poczuł, 

że jest mu go żal. Jeszcze trochę i znowu nie będzie można z nim rozmawiać. Afrosinia zdjęła 

z siebie kurtkę i bluzkę, ciężkie piersi opierały się o okrągły brzuch. Carewicz posyłał jej 

pożądlliwe spojrzenia, na które ona odpowiadała z takim samym zaangażowaniem.

Karl Martin za nic nie mógł  się zgodzić  na takie porównanie, ale  w tej wielkiej, 

nieładnej kobiecie było coś, co skłaniało go do myślenia o zarumienionych policzkach Aloe.

Wymówił się długą drogą do domu i pożegnał oboje. Pod wysokimi sosnami spotkał 

trzech   mężczyzn,   był   to   mnich   Ignatiew   i   jego   dwaj   towarzysze,   główni   potajemni 

zwolennicy carewicza.

Powitał   ich   dawnym   pozdrowieniem,   którego   nadal   używali   starowiercy.   Twarz 

mnicha ukryta była pod szerokim kapturem, ale Karl Martin czuł, że jego przenikliwe oczy 

wpatrują się w niego.

- Odjeżdżasz, cudzoziemski przyjacielu? Czy twoja wizyta u carewicza się powiodła?

- Tak, jakkolwiek rozmawialiśmy o bardzo wielu sprawach.

-   Mam   dla   ciebie   zadanie,   cudzoziemski   przyjacielu.   Dla   ciebie,   który   zwiesz   się 

jednym z nas. Teraz nadszedł czas, byś to udowodnił.

Karl Martin nie odpowiedział. Mnich skinął milczącemu i oznajmił:

- Wkrótce otrzymasz wiadomość.

- Będę gotów - rzekł Karl Martin ochrypłym głosem.

Dwaj   mężczyźni   towarzyszący   Ignatiewowi   pochylili   głowy   w   milczeniu.   Kiedy 

background image

odjeżdżał, usłyszał niesione wiatrem głosy.

- To jakiś pomyleniec, dlaczego ty się nim zajmujesz?

- Potrzebujemy go. Potrzebujemy, chociaż to innowierca. Jeśli trafi do piekła, to już 

nie nasze zmartwienie.

Karl Martin poczuł ostrzegawcze ukłucie gdzieś w okolicy serca, cmoknął na konia i 

przycisnął pięty do gorących boków zwierzęcia. Czekała go długa droga do domu. A wkrótce 

zrobi się ciemno.

Nie zdążyłby się przebrać, by dzisiejszego wieczora pójść na bal do pałacu. Nadjana 

błagała   go,   lecz   on   pozostał   niewzruszony.   Opiekunka   wspomniała   nawet,   że   przybędą 

wszystkie szlachetne damy z miasta, lecz Karl Martin spostrzegł pułapkę i nie zamierzał w nią 

wpaść. Wybierał się na polowanie z dwoma chłopskimi synami. Nie powinna oczekiwać, że 

dzisiejszej nocy wróci do domu.

Pierwszą osobą, którą spotkał, była ona. Najpierw nie dostrzegł powozu, stojącego w 

mroku.   Wyprzęgnięto   konie   podobnie   jak   w   tuzinie   innych   zamkniętych   powozów, 

czekających za bramą przy podjeździe.

Chciał   tylko   zajrzeć   do   pałacu,   słyszał,   że   muzyka   ucichła,   może   zaproponuje 

Nadjanie, że odprowadzi ją do domu.

Nie doszedł jeszcze nawet do połowy schodów, gdy usłyszał za sobą jakiś cichy głos. 

Najpierw  myślał,  że to jeden z tych  długonogich  ptaków podobnych  do bocianów, które 

brodzą w bagnach od wiosny do jesieni. Ale teraz zbliżała się zima i panował chłód, a dźwięk 

pochodził z powozu stojącego pod kasztanami.

Po   chwili   usłyszał   jeszcze   wyraźniej,   ktoś   go   wołał   jego   rosyjskim   imieniem. 

Rozejrzał się pośpiesznie wokół, w tym mieście było przecież mnóstwo Iwanów, może głos 

wzywał kogoś innego.

Ale nie.

Jej twarz pojawiła się w mdłym blasku pochodni płonących przed bramą.

- Chodź! Mam ci coś do powiedzenia! Aloe. Upudrowana twarz bielała w mroku. 

Księżna miała na sobie jasną pelerynę i jasny kapelusz. Krew uderzyła Karlowi Martinowi do 

głowy i sprawiła, że ręce zaczęły mu drżeć. Wahał się, słowa Aleksego wciąż brzmiały mu w 

uszach.

Ale nie mógł przecież tak po prostu odejść, nie pozwoliwszy jej przedtem spojrzeć 

sobie głęboko w oczy.

- Gospoża... Księżno... nie tańczy pani? Roześmiała się cicho.

-   Och,   nie   ma   tancerza   dla   biednej   samotnej   kobiety.   Po   prostu   brak   wolnych 

background image

kawalerów...

- Zatem usiadła pani tutaj, całkiem sama?

- Myślałam, że może przyjdzie ktoś, kto zaprzęgnie konie...

Musiał się uśmiechnąć. Trudno potraktować  poważnie takie wyjaśnienie. Siedziała 

tutaj,   całkiem   sama,   i   udawała,   że   nie   potrafiłaby   przywołać   pałacowej   służby,   by 

przygotowano jej powóz. Jej własny woźnica niewątpliwie grał w karty lub popijał cienkie, 

mdłe piwo w stajni na tyłach pałacu razem z poddanymi innych szlachetnych dam.

- Chce pani wracać do domu?

-   Nie.   Chodź,   odpocznij   przy   mnie.   Potem   będziesz   mógł   zaprząc   moje   konie, 

potrafisz to zrobić?

Nie podobało mu się to wszystko, nie chciał chodzić do stajni, by otwarcie żądać koni 

księżnej. A poza tym, czego ona od niego chce? Czy mimo wszystko możliwe jest to, co 

powiedział   Aleksy,   że   została   wysłana   przez   swego   ojca   lub   męża,   by   szpiegować 

sprzymierzeńca buntowników nieustannie pieniących się w carskiej stolicy?

Serce tłukło mu się w piersi, nie wiedział, czy sprawiły to jej delikatne wargi czy lęk.

Ale ona znowu się uśmiechnęła i powiedziała cicho:

- Iwan... często o tobie myślę. Ty... ty... czy nie chciałbyś mi towarzyszyć na krótkim 

spacerze? Jesteś taki inny, zupełnie inny niż ci szlachcice, którzy zwykle mnie otaczają...

Nie do końca wiedział, czy potraktować to jako komplement. Nie był też pewien, czy 

można mówić, że ją adoruje. Ona jednak miała dziwną zdolność pojawiania się tam, gdzie 

właśnie przebywał. Jak choćby teraz.

Słowa Aleksego dźwięczały i napominały.

Ale jej oczy patrzyły wprost na niego i były tak cudownie brązowe.

Pochylił się i wsiadł do powozu. Był to niewielki powozik, obity niebieskim pluszem. 

Na podłodze stał metalowy pojemnik z rozżarzonymi węglami.

Wewnątrz   panowało   przyjemne   ciepło,   jakby   każde   obite   pluszem   siedzenie   i 

wszystkie ścianki zostały nim nasycone.

- Opowiedz mi trochę o swoim kraju, Iwanie - poprosiła. - I o sobie także.

Z jakiegoś powodu Karl Martin miał ochotę się rozpłakać.

- Zdaje mi się, że on ma ukochaną - rzekła z westchnieniem Nadjana do młodej Finki. 

W   Niebiańskim   Pałacu   dekorowano   komnaty   wieńcami   ze   świeżych   zielonych   gałązek, 

pośrodku dużego pokoju ustawiono stajenkę. Ponad nią rozwieszono iskrzące się gwiazdy ze 

szczerego złota. Małe rzeźby przedstawiały trzech  króli i tuzin pasterzy.  Stajenka została 

ozdobiona złotem, a niebo zrobiono z błękitnego aksamitu sprowadzonego z Italii.

background image

Pierwszy   anioł   pałacowy  kiwał   surowo  głową   i   wbił   lodowato   niebieskie   oczy   w 

swoją zwierzchniczkę.

- Tak mogło się stać. Młodzi chłopcy stają się w końcu młodymi mężczyznami. Czy 

ona jest ładna? Mądra?

- Nie mam pojęcia, kto to taki. On jednak chodzi zapatrzony przed siebie i nie można z 

nim zamienić rozsądnego słowa. Któregoś dnia pokonał już połowę drogi do admiralicji, gdy 

nagle uświadomił sobie, że zapomniał płaszcza. A było tak zimno, że psy wyły!

Młoda Finka kiwała ze zrozumieniem głową.

- W takim razie ta kobieta musi być i piękna, i mądra. Spokojnie, Nadjano. Może to 

jedna z naszych? W takim razie byłby w najlepszych rękach, matko!

Nadjana odwróciła się i zacisnęła wargi. Rzeczywiście, tutejsze dziewczyny należą do 

najlepszych. Inteligentne, znakomicie wyszkolone, wiele wiedzą i są sympatyczne. Znają się 

na rzeczy.  Potrafią uczynić  mężczyzn  szczęśliwymi,  nauczyły  ich tak wiele,  że mnóstwo 

eleganckich mieszkanek tego miasta doznało słodkiego szoku podczas małżeńskich nocy. Ale 

Karl Martin? "W objęciach jednej z tych kobiet?

Finka,   dostrzegłszy   wyraz   twarzy   Nadjany,   roześmiała   się   bez   złośliwości   i 

powiedziała:

- Ty przede wszystkim! To ty powinnaś się wstydzić! Czyż nie siedzisz tutaj i nie 

złościsz się, że twój syn ostatecznie odnalazł kobiece objęcia? Cóż za zakonnica się z ciebie 

zrobiła, królowo?

Twarz Nadjany rozjaśniła się w uśmiechu.

- Masz rację. To śmieszne. Ale on jest taki młody...

-   Osiemnaście   lat!   Nie   zapomniałam   jeszcze   urodzinowego   przyjęcia,   o,   nie! 

Naprawdę jest wystarczająco dorosły, by rozpocząć życie! Ilu z tych, którzy do nas trafiają, 

jest o głowę niższych od twego syna, ilu z nich nie zaczęło się nawet jeszcze golić!

Nadjana potrząsnęła głową.

- Tak, tak, jestem głupią starą babą. Masz rację, Karl Martin musi żyć. Trzeba tylko 

uważać, mogłoby mu przyjść do głowy z nią uciec! Ale ja się boję, moja kochana, bardzo się 

boję, że wdał się w coś więcej niż tylko w romans z szukającą męża młodą dziewczyną...

- W takim razie musisz go trzymać trochę krócej w cuglach.

Nadjana mruknęła:

- Nie jest to niestety takie proste. Naprawdę nie jest to łatwe...

- Jest przecież twoim synem - zauważyła jasnowłosa spokojnie, najwyraźniej znużona 

już tą sprawą. Przesunęła bliżej Nadjany ciężkie wiązki próbek materiału.

background image

Starsza kobieta podniosła się z miejsca.

- Wybierz sama. To ty odpowiadasz za to wszystko. Ja... czuję się trochę zmęczona 

dzisiejszego wieczora.

Młoda Finka, która była pierwszym aniołem w Niebiańskim Pałacu, ze zdziwieniem 

potrząsnęła głową, widząc nieoczekiwaną obojętność Nadjany.

Zbliżały się święta Bożego Narodzenia, bale i zabawy będą trwać przez cały tydzień. 

Coraz więcej ludzi przybywało do Petersburga, wciąż budowano nowe ulice i domy. A w 

święta Bożego Narodzenia wszyscy się będą chcieli pokazać, zarówno przed carem, jak i 

przed   sobą   nawzajem.   Car   zaprosił   również   wielu   cudzoziemców   wysokiego   rodu, 

ambasadorzy otrzymali nowe instrukcje. Było więc ważniejsze niż kiedykolwiek, by Niebo 

Piotra mieniło się wspaniałością i nieziemskim przepychem.

Tymczasem  Nadjana  chodzi  i martwi  się, że  syn  mógł  się zakochać!  Nie,  w tym 

mieście dzieją się z pewnością dużo gorsze rzeczy, którymi matki powinny się martwić. Finka 

poznała więcej tajemnic, niż by chciała.

- On umrze - szepnął Aleksy.

- Czas nadszedł, Jakubie. Czas należy do mnie! Karl Martin siedział przy palenisku i 

naprawiał lejce, ale słowa, które padały między czwórką przyjaciół w pogrążonej w półmroku 

izbie, nietrudno było usłyszeć. Mnich Ignatiew, Kikin i dwaj szlachcice. Aleksy nazywał ich 

swoją rodziną. Karl Martin bywał nazywany „młodszym bratem".

Prosili go, by zbierał informacje w salonach Katarzyny, informacje o stanie zdrowia 

cara. Od pierwszej chwili, gdy rozeszły się pogłoski o jego chorobie pod koniec listopada, 

ludzie   gadali   i   gadali.   Mienszikow   odgrodził   cara   szczelnym   murem.   Aleksy   próbował   i 

prośbą, i groźbą, ale go nie dopuszczono do ojca.

-   Ty   miałbyś   pójść   do   Najjaśniejszego   Pana,   ty,   który   jesteś   przyczyną   jego 

największych zmartwień? Nie, carewiczu, musisz czekać, dopóki sam cię nie wezwie.

Tymczasem wezwanie nie nadchodziło.

Kikin zaczął mówić. Car jest umierający!

I kiedy Karl Martin przyszedł z wiadomością od Nadjany,  że dzisiejszej nocy car 

będzie   przyjmował   ostatnie   namaszczenie,   nastrój   w   niskiej   mnisiej   chacie   bardzo   się 

poprawił.

- Bóg jest ze mną - rzekł Aleksy. - On, wszechmogący,  nie pozwoli, by ojciec to 

uczynił, by odebrał mi tron i królestwo, które stworzę ku Jego chwale!

Mnisie kaptury kiwały się wokół stołu. Ciche modlitwy wznosiły się ku niebu.

Karl Martin czuł, że ręce mu drżą. Serce biło mocno, jak niemal zawsze ostatnimi 

background image

czasy.

Dziwne bicie serca, pojawiające się nieustannie. Lęk i oczekiwanie, i uszczęśliwienie 

w jakiejś trudnej do określenia mieszance. Pięciu mężczyzn zebranych w izbie dziękowało 

Karlowi, a Aleksy ofiarował mu nieduży prosty pierścień.

- Kiedy zostanę carem - rzekł wzruszony - będziesz jednym z moich najbliższych na 

tej ziemi.

Mnisi również ściskali dłonie chłopca i wyglądali na zadowolonych. Tylko Ignatiew 

szepnął mu parę słów do ucha, kiedy się rozstawali:

-   Jesteś   tylko   młodym   szczeniakiem.   Powinieneś   trzymać   się   na   uboczu.   Ty   nie 

rozumiesz tej gry, dziecko...

Cmoknął   jakoś   dziwnie   wargami,   Karl   Martin   miał   wrażenie,   że   wygląda   na 

zasmuconego.

-   Aleksy   mnie   potrzebuje.   A   to,   o   co   on   walczy,   to   jest   sprawiedliwość! 

Sprawiedliwość dla ludu, dla tego udręczonego narodu, z którego Piotr Wielki wysysa krew!

Mnich smutno skinął głową.

- Jesteś młody - powtórzył.

Karl   Martin   stał   jeszcze   długo   potem,   gdy   mnich   przyjaźnie  uścisnął   go   na 

pożegnanie. Czuł się bardzo mały i głupi.

Aleksy jednak potrzebował go, nazywał go swoim bratem.

- Nikt  na całym  świecie  nie daje mi  takiego  poczucia  swobody jak ty.  Poza  tym 

zawsze   muszę   bardzo   uważać   na   to,   co   mówię,   czy   nie   wygaduję   głupstw.   Ale   ty,   mój 

przyjacielu, ty nigdy się ze mnie nie wyśmiewasz. Krzyczysz na mnie i wymyślasz mi niczym 

baba, ale nie wyśmiewasz się! Poza tym Afrosinia też cię lubi, Karl. Zauważyłeś to?

Następca tronu mrugnął do Karla Martina z porozumiewawczym uśmieszkiem.

- Chodź, uczcijmy to - powiedział, unosząc drewniany kubek.

- Jeśli to prawda, co mówi Nadjana, to twój ojciec może umrzeć już dzisiejszej nocy.

- To prawda. Czyż ona nie wie tego od samej Katarzyny?

- Owszem, tak jest.

- To stare babsko jest paskudne i złośliwe. Ale dlaczego miałaby kłamać twojej matce, 

która jest jej powiernicą?

Karl Martin napił się cierpkiego piwa i poczuł ramię Aleksego na plecach.

- A co by było, gdybyśmy pojechali jutro rano konno i zobaczyli, czy lód pokrył już 

nasze łowiska?

-   Aleksy...   twój   ojciec...   Zatroskana   twarz   carewicza   wypogodziła   się.   Oczy 

background image

nieoczekiwanie zalśniły. Carewicz klął i tłukł kubkiem o blat stołu.

Potem zasłonił twarz rękami i padł na stół.

Karl Martin wiedział, że to się stanie.

Carewicz opłakiwał swego ojca.

Głębokie współczucie, jakie żywił dla pozbawionego ojca przyjaciela, znowu pojawiło 

się  w  jego  sercu. Usiadł  tuż  przy Aleksym   i  gładził   go po  plecach.  Może  lepiej  byłoby 

odprowadzić go z powrotem do Afrosinii.

- Mój ojcze, mój ojcze... dlaczego nigdy nie potrafiłem być tym, którego pragnąłeś 

mieć? O, wielki Boże, spójrz łaskawie na małego Piotra. Nie okaż mu tego gniewu, który on 

okazywał swemu synowi...

Ręce Karla Martina drżały. Carewicz znowu nie potrafił myśleć ani mówić rozsądnie. 

Szlochał nad losem małego brata, syna Katarzyny, Piotra, urodzonego tej jesieni, który był 

żywym i zdrowym chłopcem. W jednym momencie Aleksy mówił, że pragnąłby zgładzić to 

dziecko, w następnym opłakiwał jego przyszłość.

Piotr Wielki powinien tego malca uczynić swoim następcą. Jeśli tylko będzie zdrowy.

Aleksy uniósł zalaną łzami twarz i wbił zapłakane oczy w Karla Martina.

-   Obiecasz   mi   coś,   braciszku?   Obiecasz   mi,   że   będziesz   się   opiekował   Afrosinia 

niezależnie od tego, co się stanie?

Karl Martin z wahaniem skinął głową.

- Jeśli mój ojciec teraz odejdzie... przez jakiś czas może panować niepokój. Lud... oni 

mogą nie być bardzo zachwyceni nową carycą. Ja powinienem... Katarzyna musi się usunąć z 

drogi. Afrosinia potrzebuje spokoju ze względu na dziecko...

Karl Martin znowu skinął głową. Ból w twarzy carewicza zawsze był prawdziwy. Karl 

nigdy   jeszcze   nie   spotkał   człowieka   bardziej   cierpiącego.   W   jednej   chwili   radosny,   w 

następnej pogrążony w najczarniejszej rozpaczy. Raz był małym, przestraszonym zajączkiem, 

innym razem przemieniał się w wymachującego mieczem mściciela.

Chyba jest szalony.

Ale rozpacz czająca się w szczerych oczach Aleksego przekonywała Karla Martina, że 

ten człowiek potrafiłby być łaskawszym carem. Pragnął, by jego lud mógł żyć w spokoju. Nie 

chciał swoim poddanym odejmować chleba od ust po to, by zbudować jeszcze jeden okręt lub 

jeszcze jeden pałac.

- Dzisiejszej nocy wracam do domu nad Newą. Czy będziesz mi towarzyszył, Karl 

Martin?

Młody człowiek wstał i pomógł ponieść się carewiczowi. Tamten był pijany i ledwie 

background image

trzymał się na nogach.

- Afrosinia - mruknął. - Idę do ciebie, mój mały ptaszku...

Nadjana pragnęła, by Karl Martin był tutaj. Zawsze, kiedy zostawała sam na sam z 

tym potężnym panem, ogarniało ją irytujące drżenie, czuła się słaba i zaczynała się jąkać. 

Mienszikow  nie   wyglądał   imponująco,   chociaż   odznaczenia  i  medale   na  jego  piersi  były 

wymowne. Miał długie, zakręcone wąsy, ale zarost zaczął golić jako jeden z pierwszych, 

kiedy rozpoczęła się carska europeizacja. Stał, kołysząc ciężkim ciałem, przenosił je z palców 

na pięty i z powrotem, ręce wsunął głęboko w kieszenie. Grube cygaro kiwało się w kąciku 

ust, rozsiewało bardzo cierpki zapach w pachnącym perfumami pokoju Nadjany.

- Ależ usiądź, moja piękna, musisz być bardzo zmęczona. O, tutaj, pozwól, że podłożę 

ci poduszeczkę...

-   Z   jaką   sprawą   pan   przychodzi,   książę?   Proszę   pozwolić,   bym   stała   w   czasie 

rozmowy, z pewnością nie zajmie to zbyt wiele czasu.

Twarz mężczyzny pociemniała. Podczas wieczornych uroczystości wypił tyle wina, że 

ogłuszyłoby to byka, potem udał się do tajemnej komnaty w towarzystwie dwóch azjatyckich 

kobiet. Ale ogień w jego oczach nie do końca jeszcze się wypalił.

-   Piękna   cudzoziemko...   chyba   jednak   nie   jesteś   taka   piękna?   Oszukałaś   nas 

wszystkich?  Nie mogę  sypiać,  Nadjano, bo mam wciąż  przed oczyma  twoją przesłoniętą 

twarz...

- Szanowny pan nie powinien mówić takich głupstw - odparła Nadjana cicho.

Ten człowiek jest niebezpieczny. Nie zliczyłaby przypadków, gdy próbował groźbą, 

podstępem lub siłą zerwać jej z twarzy maskę.

Teraz   stanął   na   jej   progu,   twierdząc,   że   ma   poważną   sprawę.   Mimo   późnej   pory 

musiała pozwolić mu wejść. Potężniejszego człowieka w Rosji nie było, przynajmniej dopóty, 

dopóki Piotr jest carem.

-   Głupstwa?   Kobieto,   trzymasz   w   swoich   rękach   spokój   mojej   duszy!   Muszę   cię 

zobaczyć,   muszę...   mam   dość   władzy,   by   zmusić   cię   do   zdjęcia   maski,   tu   i   teraz,   albo 

publicznie! Byłoby to wielkie wydarzenie, cały Petersburg mówi o tobie, ludzie powtarzają 

niewiarygodne historie o cudzoziemskiej księżniczce, która nigdy nie odsłania twarzy.

- Nie odważysz się. Mam przyjaciela.

- Ha! Piotr... on ma teraz większe zmartwienia. Chory i słaby... Czy nie powinnaś się 

rozejrzeć za innym opiekunem, moja mała?

- Ty chyba też powinieneś, jeśli Piotr umrze - odparła hardo z sercem w gardle.

Mienszikow   ostrożnie   usiadł   na   francuskim   krześle.   Skrzypnęło   groźnie   pod   jego 

background image

ciężarem,   mebel   był   obliczony   na   delikatne   panie,   które   ledwie   dotykają   krawędzi 

obciągniętego brokatem siedzenia.

- Masz rację, kobieto. Jesteś sprytna, domyślam się tego od dawna. Strzeż się jednak, 

żebyś nie była za sprytna. Jeśli carem zostanie ta żałosna parodia mężczyzny, wtedy twój los 

będzie dużo gorszy od tego, jaki dotknie Rosję.

Nadjana czuła się źle. O co chodzi temu człowiekowi?

-   Zapytałaś,   z   czym   przychodzę   -   mówił   wolno,   zapalając   śmierdzące   cygaro   od 

płomienia jednej z trzech świec stojących na stole. Świeca sypnęła mu iskrami w twarz, gdy 

zajął się suchy tytoń. Gęsty obłok dymu przesłonił oczy księcia, kiedy mówił: - Powinnaś 

mieć się na baczności, Nadjano. Zastanów się, na ile arogancji możesz sobie pozwolić. Car 

jest bardzo chory... A jeśli nawet wyzdrowieje, to i tak wkrótce znowu wyruszy w pole. A 

wtedy zapanuje prawo Mienszikowa...

- Nie odważysz się. Boisz się Piotra, jak wszyscy pozostali. A jeśli on umrze, to oboje 

znajdziemy się na łasce Aleksego. Myślę, że ty powinieneś się bardziej niepokoić niż ja!

Mienszikow zakaszlał i chwycił się za piersi. Ale zmrużone oczka lśniły złowieszczo, 

kiedy wychrypiał:

- Może masz jakieś powody, by tak mówić, Nadjano? Strzeż się, mała ladacznico. 

Ten, kto zbyt wiele mówi o carewiczu, może łatwo popaść w niełaskę u Piotra! Bunt... nikt 

nie   tłumi   tak   surowo   buntowniczych   myśli   jak   wielki   car.   Widziałaś   głowy   na   bramach 

miasta? Jest ich teraz wiele, Nadjano. Więcej niż kiedykolwiek...

Podniósł   się   gwałtownie   z   miejsca   i   ruszył   ku   drzwiom.   Przystanął   jeszcze   przy 

wysokiej greckiej kolumnie i wydmuchnął kłąb dymu w stronę Nadjany.

- Jeszcze porozmawiamy, Nadjano. Brzmiało to jak groźba. Nadjana opadła ciężko na 

niewielki puf przy łóżku i poczuła, że wiązania przytrzymujące maseczkę drażnią jej skórę. 

Rozwiązała je sztywnymi palcami. Drzwi nie były zamknięte na klucz. Ostrożnie ściągnęła 

rękawiczki.   Przyglądała   się   pomarszczonym   dłoniom.   Czerwone,   rozległe   blizny. 

Zniekształcone mięśnie. Gruba, szara skóra. Czterem palcom brakowało paznokci.

Twarz była jeszcze gorsza, Nadjana wiedziała o tym. Próżna stara kobieto, dlaczego 

nie zdjęłaś maski i nie postraszyłaś go trochę?

Nadjana z trudem poruszała powiekami. Siedziała jak niewidoma, wpatrując się w źle 

oświetlony pokój. Poprzez otwory w masce widziała świat, to był jej świat. Nie pozwoli, by 

jeszcze raz go jej odebrano. Nikt nie może tego zrobić.

Nieprzerwany strumień  ludzi wpływał  do domu carewicza.  Najchętniej  przybywali 

nocą, na piechotę. Zostawiali przed domem służbę i broń, pochylali głowy i próbowali nie 

background image

widzieć mnicha, który siedział w holu i strzegł każdego ich kroku.

Nikt nie mógł go ominąć, ale wciąż składali listy. Listy przepraszające i pełne próśb, 

ociekające zapewnieniami o wierności.

Pałac cara był otoczony ich strażnikami. Nosili swoje czarne kurtki, choć nie było to 

święto ani parada.

Czy Piotr Wielki już umarł?

Kościelne   dzwony   biły   jak   zawsze.   Albo...   czyż   nie   biją   dzisiaj   w   trochę   innym 

rytmie?

Mroczne tony kładły się nad Petersburgiem, drżący niepokój, cóż to się dzieje?

Karl Martin trzymał się na uboczu, siedział jednak w domu i czekał na wiadomość od 

Aleksego. Rozumiał, że mnisi nie chcą go na razie widzieć. Aleksy jednak błagał, by z nim 

został lub przynajmniej czekał gdzieś, gdzie będzie go można znaleźć.

- Tylko przy tobie mogę opłakiwać mego ojca - rzekł carewicz niezrozumiale lekkim 

tonem. - Na jutro zostałem wezwany do jego łoża. Módl się za mnie do swojego Boga. To nie 

zaszkodzi, chociaż mnisi nazywają cię niewiernym.

Karl Martin nie umiał się modlić, ale siedział przy otwartym palenisku w domu kupca, 

wpatrywał się w płomienie i nieustannie powtarzał w duchu jakieś zaklęcia. Aleksy zasłużył, 

by być carem. Naród zasłużył, by pozbyć się Piotra. Nastaną długotrwałe walki, zanim Rosja 

znowu   się   podźwignie.   Tysiące   niewolników   oddało   swoje   życie.   Jeszcze   więcej   padło 

podczas długotrwałych wojennych wypraw. A teraz, kiedy wszystko zostało przygotowane do 

uroczystości bożonarodzeniowych w pałacach i szlacheckich domach, codziennie tuziny ludzi 

giną z głodu. W biednych dzielnicach rozprzestrzenia się zaraza, na miejskich placach stoją 

codziennie   żołnierze,   którzy   łapią   mężczyzn   i   chłopców   na   ulicach   i   zmuszają   ich,   by 

uprzątali zwłoki zmarłych. Trzeba się śpieszyć, słowa cara są ważne. Teraz, kiedy pogłoski o 

śmierci Piotra rozeszły się po mieście, jego rozkazy są jeszcze ważniejsze niż kiedykolwiek.

Tylko Aloe jest w stanie dać Karlowi Martinowi chwilę zapomnienia.

A przynajmniej zamienić ten niepokój w inny, słodszy.

Kiedy ona zechce się znowu pojawić?

Czy jej powóz mógłby zajechać przed jego dom w taki późny wieczór jak teraz? Czy 

mogłaby nagle stanąć tam w parku, kiedy on odbywa swój poranny spacer wśród roziskrzonej 

bieli?

A może chciałaby przysłać jeszcze raz posłańca, by zaprosić go do swego mrocznego 

domu?

Karl Martin przymknął oczy i starał się przypomnieć sobie, jak pachnie jej oddech. 

background image

Jakie   to   uczucie,   kiedy   jej   dłoń   dotyka   jego   policzka,   przypominał   sobie   te   delikatne 

muśnięcia, które sprawiały, że wszystko w nim zaczynało płonąć.

I oczy...

Zauważył, że posiadają one władzę, by kazać mu zniknąć, roztopić się, stać się małą, 

pozbawioną woli grudką.

Siedział, dopóki ogień nie wygasł, i pragnął, by Nadjana wróciła wkrótce do domu. 

Było jednak późno, z pewnością ona już spała w jednym z pokojów we wschodniej części 

Niebiańskiego Pałacu. Czy powinien do niej pójść? Nie, bo wtedy Aleksy mógłby go nie 

znaleźć. Karl Martin zauważył, że ogarnia go coraz bardziej dotkliwy chłód, w pomieszczeniu 

zrobiło się zimno, gdy kominek wygasł. Nie był jednak w stanie zrobić nic innego, jak tylko 

otulić się szczelniej kurtką, krzyżując ręce na piersi.

background image

ROZDZIAŁ XI

- W Rosji jest wielu takich, którzy życzą mi śmierci - powiedział car cicho. Jego 

wielkie ciało było okryte śliską jedwabną kapą, pod którą umieszczono grube skóry górskich 

owiec. Car jednak drżał i dygotał, na jego czole lśniły krople potu. W izbie pachniało mocno 

kamforą, wódką i lekarstwami.

- Modlimy się za ciebie, wszyscy. Prosimy Boga, byś wyzdrowiał.

Car   patrzył   w   błyszczące   oczy   swego   syna.   Jego   głos   nie   przypominał   już   głosu 

niedźwiedzia, bardziej kwilenie nowo narodzonego dziecka.

- Ty także, Aleksy? Ty też się modlisz?

- I co mu odpowiedziałeś? - spytał Karl Martin zmęczony.

Wiedział bardzo dobrze, tysiące razy tej wiosny i lata Aleksy powtarzał mu tamtą 

rozmowę.

Carewicz   machnął   rękami.   Cała   postać   wyrażała   załamanie,   był   tak   drobny   pod 

ubraniem,   że   Karl   Martin   gotów   był   uwierzyć,   iż   pod   kamizelką   znajduje   się   wyłącznie 

szkielet.

- Ja... ja nie zdołałem odrzec ani słowa, niech to licho! On... on gapił się na mnie! Te 

oczy... wygląda na to, jakby on wszystko wiedział, jakby znał każdą moją myśl, wszystko co 

robię... to diabeł, Karlu, to diabeł...

- Musisz wyjechać?

Aleksy skinął głową.

- Tak. Nie ma już innej rady.

- Ignatiew cię ostrzegł. Kikin także... Carewicz jęknął, jakby go coś zabolało.

- Tak, wiem o tym... jestem idiotą, mój ojciec ma z pewnością rację... Ale Afrosinia, 

ona dodaje mi odwagi! Zasłużyła sobie na nagrodę, powinna zostać carycą! Będę walczył, 

będę walczył dla niej, dla wszystkich was wiernych! Najpierw jednak muszę się stąd usunąć...

Głos mu się załamał, ale na twarzy przez jakiś czas jeszcze malowało się ożywienie. 

Karl Martin czuł, jak serce ciężko  bije mu  w piersi.  Tak czy inaczej  dni Aleksego były 

policzone.   Władza   cara   była   taka   sama   jak  przedtem,   jeśli   nie   większa.   Cały   Petersburg 

wstrzymał   dech,   kiedy   nieoczekiwanie   władca   pojawił   się   na   bożonarodzeniowym 

nabożeństwie. Tego lata Aleksy przeważnie trzymał się z dala od dworu, teraz jednak jego 

ojciec   żądał   odpowiedzi.   Życie   w   klasztorze   na   zawsze   lub   aktywny   udział   w   carskiej 

wyprawie wojennej.

- On czeka na mnie w Kopenhadze...

background image

- Pojedziesz tam?

-   Nie,   Afrosinia   nienawidzi   wojny   tak   samo   jak   ja.   Krew,   ból,   pot,   udręka   i 

cierpienie... Oni się tam nawzajem mordują!

- Ale... do klasztoru nie możesz jej przecież zabrać?

- Nie, nie... Kikin powiedział, że to potrwa tylko jakiś czas. Muszę wytrzymać. Ale 

teraz... teraz naprawdę nie wiem, co robić. Znowu się przed nim ukorzyłem. On jednak nie dał 

mi   żadnej   odpowiedzi.   Prosił,   bym   decydował:   klasztor   lub   wojenna   wyprawa.   Ja 

zdecydowałem! On jednak nie raczył mi odpowiedzieć, Karlu Martinie!

- Mimo wszystko się do niego wybierasz? Carewicz milczał.

- Mienszikow da ci pieniądze?

- Tysiąc dukatów - parsknął Aleksy. - I do tego dwa tysiące rubli...

- Starczy ci na jakiś czas. Aleksy skinął ponuro.

- Więc jednak wybierasz się do ojca, czy nie? Tamten wolno potrząsnął głową. Karl 

Martin wypuścił powietrze z płuc. Carewicz zwariował. Czy on zamierza uciec z kraju? Karl 

Martin poczuł, że narasta w nim gniew, ale kiedy zobaczył żałosny stan Aleksego, próbował 

się opanować.

- A co z twoimi przyjaciółmi tutaj?

- Czeka  ich wielka przyszłość,  kiedy mój  ojciec umrze  i ja powrócę jako władca 

Rosji...

Karl Martin chciał w to wierzyć, nie miał innego wyjścia. Z każdym dniem jednak 

coraz dotkliwiej odczuwał, że nadchodzi kolejna zima.

Przez całe lato nie widział Aloe. Razem z innymi żonami oficerów wyjechała gdzieś 

na południe, gdzie miały spotkać się ze swymi  mężami  i odpocząć  na pokrytych  złotym 

piaskiem morskich brzegach.

- A zatem żegnaj, mój przyjacielu. Niech Bóg cię nie opuszcza...

Karl Martin sam słyszał, jak żałośnie i beznadziejnie brzmią te słowa. Z całych sił 

starał  się  opanować,  by nie  okazywać   Aleksemu   rozczarowania.   Carewicz  jest  po  prostu 

tchórzem. Jego zwolennicy naprawdę nie mają na co liczyć. A teraz ich opuszcza!

- On mnie zabije, jeśli do niego pojadę - rzekł Aleksy cicho.

Karl Martin rozumiał, że strach przed gniewem cara to coś całkiem innego niż lęk 

nieudanego syna przed własnym ojcem. Paliło go w piersiach, płonął dawny ogień podsycany 

zarówno żalem  nad  losem  Aleksego,  jak  i  oburzeniem   na niesprawiedliwość,   której  jego 

ojciec, car, dopuszczał się wobec swojego ludu.

- Ja... będziemy tutaj gotowi - rzekł Karl Martin zgnębiony.

background image

-   Dziękuję   -   odparł   następca   tronu   na   pół   z   płaczem   i   uściskał   przyjaciela   z 

nieoczekiwaną siłą. Nie chciał odjeżdżać.

- Pozdrów Afrosinię - rzekł Karl Martin cicho i poklepał Aleksego po plecach, jakby 

chciał dodać mu odwagi.

- Pozdrowię.

Nadjana   znalazła   w   parku   Wenus   opuszczone   miejsce.   Było   na   tyle   oddalone   od 

Niebiańskiego Pałacu, że mogła zrobić wystarczająco długi spacer, a park leżał po drodze do 

domu. Jeśli usiadła i odpoczęła tam chwilę, mogła pokonać ostatni odcinek, nie wzywając 

powozu   ani   innej   pomocy.   Wszyscy   mieli   teraz   pod   dostatkiem   zajęć.   Całe   miasto 

wypełnione   było   ambasadorami,   zagranicznymi   kupcami,   długimi   karawanami 

nadciągającymi z głębi Rosji i setkami cudzoziemskich marynarzy. W portach Petersburga aż 

się   roiło   od   ludzi,   a   obce   języki   rozbrzmiewały   w   licznych   knajpkach   i   miejscach 

noclegowych   wzdłuż   całego   wybrzeża.   Dzielnice   kupieckie   również   były   zatłoczone, 

proponowano tu niemal wszystko - od najtańszych posiłków do najbardziej niewiarygodnych 

złotych skarbów.

Przez jakiś czas piraci napadali na miasto, teraz jednak Piotr postawił swoją osobistą 

gwardię, by oczyściła ulice. Jego stolica nie może się podporządkować tego rodzaju hołocie. 

Wszystkich rozbójników skazywano na śmierć, jednego z nich car osobiście ściął na placu 

kaźni na wzgórzu.

Ten człowiek nie przestawał zadziwiać Nadjany.

Zdarzało się jeszcze i teraz, że przychodził do swego pałacu, by nacieszyć się jedną z 

młodych   dziewcząt   lub   po   prostu   porozmawiać   z   jego   gospodynią.   Jeszcze   całkiem   nie 

wyzdrowiał,   zaczynało   być   widać,   że   zbliża   się   do   pięćdziesiątki.   W   dalszym   ciągu   był 

wysoki   i   bardzo   przystojny,   ale   zmarszczki   wokół   ust   i   pasma   bezbarwnych   włosów   w 

brązowej czuprynie czyniły go starym. Utykał też na jedną nogę i wypijał całe beczki wina 

zmieszanego z wszelkimi możliwymi lekarstwami. Na nerki oraz na przykrą chorobę, której 

nabawił się jeszcze w Paryżu.

Najbardziej jednak gnębiło go zniknięcie Aleksego. Nieustannie rozmawiał z nią o 

tym samym, był po prostu opętany szukaniem odpowiedzi na pytanie, co mogło się stać z 

synem. Wysyłał swoich szpiegów do mnichów, wypytywał i groził, nikt jednak nie potrafił 

mu nic powiedzieć.

- Ten przeklęty łotr, niech no ja go odnajdę... wtedy będzie koniec!

- Ale chyba zrzekł się tronu? Piotrze, nie musisz się już tak na niego złościć. Zadbaj 

raczej o to, by częściej widywać swoje najmłodsze dziecko!

background image

Te słowa zwykle  sprawiały,  że łagodniał.  Nikt tak jak ten maleńki  chłopczyk  nie 

potrafił   uspokoić   Piotra.   Nadjana   świadomie   to   wykorzystywała.   Podawała   carowi   małe 

ciasteczka,   jeszcze   mniejsze   kieliszki   owocowego   alkoholu,   prosząc,   by   opowiadał   jej   o 

malcu.

- Och, cóż to za niezwykłe dziecko! Ma zaledwie roczek, a taki mądry! Powinnaś go 

zobaczyć, on już umie siedzieć na koniu! Sam się kołysze, a kiedy matka mu śpiewa, cmoka 

na konia jak prawdziwy żołnierz. Tak, ten chłopak... z takiego dziedzica można być dumnym!

- Dlaczego więc się nie cieszysz, że Aleksy zrzekł się tronu? Jeśli zechcesz, będziesz 

mógł przekazać go Piotrowi. Zmęczona twarz pociemniała znowu.

- Nie tak powinien był się zachować ktoś, kto nazywa się moim synem. • Nadjana 

zjadła mały owoc.

Car ich nie próbował, wolał ciasto z jabłkami i ze śmietaną.

- Czy mam poczytać Waszej Wysokości? - zapytała Nadjana cicho.

- Tak, dziękuję. Ale nie te głupstwa, które czytałaś mi ostatnio. Chciałbym się czegoś 

uczyć! Czy nie masz jakiejś książki o budownictwie albo kowalstwie czy też czymś innym 

ważnym?

Musiała się uśmiechnąć.

- Wasza Wysokość powinien także odpoczywać, a nie napełniać przez cały czas głowy 

wyłącznie pożytecznymi sprawami.

Władczy mężczyzna wybuchnął głośnym śmiechem.

- A jak myślisz, czym ja się zajmuję, przesiadując u ciebie, moja piękna? Czy może, 

spędzając czas w tych komnatach, uczę się haftu?

Nadjana również się roześmiała. Nie ustąpiła jednak, wyjęła małą książkę zawierającą 

krótkie opowiadania, można je nazwać baśniami, chociaż mówiły o konkretnych miejscach w 

państwie cara. Stare, rosyjskie opowieści, spisane przez francuskiego żołnierza.

Z początku Piotr słuchał ze źle skrywaną irytacją, wkrótce jednak rozluźnił się, oparł 

nogi na pięknych obiciach Nadjany i słuchał z przymkniętymi oczyma.

Nadjana kuliła się na zimnej ławce. Ciało miała obolałe ze zmęczenia, wciąż tyle było 

roboty. Tutaj jednak, w parku, zawsze panowała cisza i spokój. Czasami słychać było daleką 

muzykę dochodzącą z tych pięknych domów stojących wzdłuż ulicy parkowej lub z budynku, 

który   powiększano   i   który   miał   się   w   przyszłości   stać   największym   pałacem   Piotra. 

Planowano na przykład wybudować dwunastometrowej długości taras. Projekty francuskich 

architektów   były   imponujące.   To,   co   car   niegdyś   nazywał   swoim   pałacem,   miało   zostać 

upiększone i być blisko dwadzieścia razy większe. Nadjana westchnęła ciężko i odsunęła od 

background image

siebie myśli o tym, ile ludzi musiało poświęcić życie oraz ile środków z państwowej kasy to 

wszystko będzie kosztować. Może nowe podboje zdołają wyrównać straty? Choć z drugiej 

strony cena krwi, którą żołnierze zapłacą, będzie należeć do największych.

Siedziała  pogrążona  w smutnych  rozważaniach  i żałowała,  że  mimo  wszystko  nie 

wezwała powozu.

Po parku kręciło się kilkoro dzieci i jakaś kobieta, prawdopodobnie cudzoziemska 

niańka. Niedaleko na ławce siedziała para, najwyraźniej nie przejmując się tym, że ktoś może 

ich zobaczyć. Całowali się nawzajem czule, ręce mężczyzny odnajdywały tajemnicze ścieżki 

pod lekkim płaszczykiem kobiety. Siedzieli tak blisko siebie, że zdawali się zrośnięci niczym 

dzieci na rysunkach w książce Marji dla akuszerek.

Nadjana niespokojnie poruszyła się na ławce i dalej rozglądała po parku. Nie można 

by go urządzić piękniej. Być może istnieją i większe, i lepiej utrzymane ogrody, ale tutaj, 

pośrodku brudnego, zatłoczonego miasta na mokradłach, ta wspaniała oaza była po prostu 

cudem.

Posągi stały spokojnie niczym strażnicy. Fontanny wygrywały swoją wieczną muzykę, 

nieprzerwaną melodię szumiącą w uszach i orzeźwiającą.

Nagle zauważyła znajomą postać i drgnęła.

Już chciała na niego zawołać, ale zrezygnowała, ponieważ prawie zapomniała jego 

nowego   imienia.   Wśród   ludzi   rozmawiali   teraz   ze   sobą   po  rosyjsku,   a   ona   nazywała   go 

Iwanem. Był przystojnym młodym mężczyzną. Kiedy jednak zostawali sami, znowu mogła 

potargać jego gęste włosy. Wtedy znów był dla niej Karlem, małym chłopcem, którym miał 

pozostać na zawsze.

To nie zazdrość sprawiła, że Nadjana podskoczyła gwałtownie na swojej ławce, gdy 

jakiś powóz zatrzymał się w alejce tuż obok chłopca.

Zobaczyła kobiecą twarz, mignęła jej przez sekundę zza zaciągniętych firanek.

Przelotny uśmiech, mogła się domyślać, że padły jakieś słowa.

Prawie bez wahania Karl Martin wsiadł do tajemniczego powozu.

Odjechali,   koń   był   równie   czarny   jak   powóz,   a   uprząż   bogato   zdobiona.   Nadjana 

domyślała się, że ekwipaż należy do kogoś z miejskiej arystokracji.

O co tu chodzi?

Czy jakaś szlachecka córka szuka przygód?

Czy to właśnie ta jego tajemnica, nad którą ona zastanawia się już od tak dawna?

Kim   jest   owa   młoda   kobieta?   Może   to   jakaś   cudzoziemska   szlachcianka?   Trudno 

pojąć, by rosyjska panna z wysokiego rodu odważyła  się na takie zachowanie. Zapraszać 

background image

kawalera do swego powozu!

Nadjana powoli podniosła się z miejsca. Ostatnio nabrała pewnego przyzwyczajenia, 

nosiła mianowicie ze sobą długi, wypolerowany kij. Dawał jej wsparcie, zwłaszcza gdy lewa 

noga  zdrętwiała.   A  to   przytrafiało  się   coraz  częściej,  szczególnie   gdy  na  chwilę   usiadła. 

Dziewczęta w pałacu śmiały się z niej i mówiły,  że teraz wiedzą, do kogo mają posyłać 

swoich klientów, gdyby ci ujawniali jakieś wyjątkowe życzenia. Nadjana śmiała się razem z 

nimi, ponieważ ich żarty zawierały pewien specjalny ton, świadczący o wielkim respekcie.

Wszyscy wiedzieli, że Królowa nie przyjmuje żadnych wizyt.

I wszyscy to akceptowali.

Z wyjątkiem Mienszikowa, tego natrętnego, spragnionego władzy człowieka.

Niepewnie powlokła się dalej wzdłuż zacienionej alejki. Mrużyła oczy, wypatrując 

powozu, ale teraz, późnym popołudniem, ulice były niemal puste.

Dokąd odjechał Karl Martin?

Zirytowana przepędziła kijem kilka ptaków, które z krzykiem gromadziły się przed 

nią, domagając się jedzenia. Potem robiła sobie wyrzuty, że wyładowuje złość na niewinnych 

stworzeniach, obiecała sobie jednak, że teraz, kiedy przyłapała go na gorącym uczynku, nie 

ustąpi, póki nie otrzyma jasnej odpowiedzi.

Co by było, gdyby chłopiec napytał sobie jakiejś biedy?

Nadjana   mogła   wyobrazić   sobie   bez   trudu   gniew   ojca   takiej   młodej   dziewczyny, 

gdyby wyszło na jaw, że miewa ona potajemne schadzki z Iwanem. Wybuchłby skandal, 

jakiego za nic nie chciała przeżyć.

- Aloe... jak wspaniale, że jesteś. Myślałem o tobie...

-   Tęskniłeś   za   mną,   Iwanie?   Siedziała   pogrążona   w   półmroku   za   zaciągniętymi 

aksamitnymi   firankami.   Kiedy   wsiadł   do   powozu,   znalazł   się   w   jakimś   nierzeczywistym 

świecie.

- Tak - odparł. Łatwo było odpowiadać na jej pytania.

-   Ja   także   za   tobą   tęskniłam,   mój   przyjacielu.   Oni   wszyscy   są   tacy   nudni...   Te 

wszystkie beznadziejne kury, które kręcą się w kółko, a w głowach nie mają ani jednej myśli. 

Do tego te stare świntuchy, wdowcy...

- Więc nie bawiłaś się z zbyt dobrze? Kobieta roześmiała się cicho.

-   Tutaj   czuję   się   dużo   lepiej.   Czekam   na   twoje   podniecające   historie.   Nie 

dowiedziałam się przecież jeszcze wszystkiego o wydarzeniach w obejściu wójta?

Karl Martin zarumienił się, na szczęście jednak było na tyle ciemno, że ona nie mogła 

tego zobaczyć. Oczywiście upiększył trochę swoje opowieści. Nie powiedział, że był wtedy 

background image

bardzo młodym chłopcem. Ona zaś bez mrugnięcia okiem uwierzyła w jego wiek. Był z tego 

niesłychanie dumny.

- Chcę, żebyś dziś wieczorem towarzyszył mi do domu. Przygotowałam wszystko... 

kolację, wino...

Serce skoczyło Karlowi do gardła i poczuł, że brak mu tchu. Ale wciąż widział jej 

oczy.

- Czego ty chcesz, Aloe? Bez najmniejszego zakłopotania odparła:

- Kochać się z tobą.

- Tak - rzekł Martin. Znowu się roześmiała.

- Nie pytasz o mego męża.

- Zakładam, że nie ma go w domu. Teraz jej śmiech przemienił się prawie w śpiew. 

On także się uśmiechał. Ujęła jego rękę, musiała się pochylić, żeby jej dotknąć.

- Ja przy nikim nie czuję się taka wolna jak przy tobie.

- Rozumiem - odparł Karl Martin, zastanawiając się, co takiego w nim jest, że tak 

różni ludzie odczuwają w jego obecności to samo.

- Odważysz się? Aloe mówiła znowu poważnie.

Wzruszył ramionami. Czuł pulsowanie i szum w uszach. Nic innego nie miało teraz 

znaczenia, wydawało mu się niemal głupie, że ona może o to pytać. Zarazem jednak coś 

dławiło go nieprzyjemnie w piersiach.

- Księżna Trubecka, córka Mienszikowa, ona chyba zawsze dostaje to, czego chce?

Puściła jego rękę. Powóz zwolnił.

- Dotarliśmy na miejsce. Iwan... Jesteś jedynym mężczyzną, którego pragnę. A wiem, 

że kupić cię nie mogę.

W jej głosie brzmiał smutek. Wiele razy rozmawiała z nim o tym, że bogactwo może 

stać się przekleństwem. Sama była szczodra. Zawsze miała w kieszeniach pieniądze, kiedy 

wychodziła na spacer do parku lub na ulicę, dawała te pieniądze małym dzieciom i żebrzącym 

kobietom.   Raz   widział,   że   rzuciła   się   na   żołnierza,   który   zamierzał   ukarać   przestępcę, 

jakiegoś wyciągającego rękę biedaka. Żebracy w państwie Piotra Wielkiego ryzykowali, że 

zostaną okaleczeni, a nawet skazani na śmierć, jeśli odważą się ściągać na stolicę wstyd 

wobec cudzoziemców, prosząc ich o pieniądze.

- Bądź tak dobry - szepnęła.

Słyszał   w   jej   głosie   własną   tęsknotę.   Ona   jest   teraz   taka   mała   i   delikatna,   taka 

niewinna, myślał z ironią.

Podniósł się pod niskim dachem stojącego powozu. Ostrożnie ujął w dłonie jej głowę i 

background image

przytulił mocno do siebie. Otoczył go rozkoszny zapach kobiety, gładziła ręką brzeg jego 

kurtki. To delikatne dotknięcie wywołało w nim dreszcz.

- Kocham cię - powiedział, ze zdumieniem słuchając własnych słów. Jakim cudem się 

na to odważył?

Ale ona jest taka słodka, jej piękną twarz widział oczyma duszy przez całe minione 

lato, w ciągu tych długich miesięcy, gdy musiał przyzwyczajać się do świadomości, że jej nie 

ma, że nie pojawi się przed nim nieoczekiwanie. I oto teraz nareszcie jest obok niego.

Otworzył przed nią drzwi. Wysiadła, pociągnęła go za sobą. Pochodni, które zwykle w 

letnie miesiące oświetlały wejście do domu, dzisiaj nie zapalono. W całym budynku widać 

było tylko mdły strumień światła z kilku okien na samej górze. To pokoje pani.

Karl Martin znowu zadrżał.

Marzenia miały się właśnie spełnić, lęk był większy niż kiedykolwiek.

Ona ujęła go za rękę i uśmiechnęła się.

- Chodź! Służący mają wolne, wszyscy z wyjątkiem mojej pokojówki. Ale ona jest 

ukochaną   woźnicy,   nikomu   niczego   nie   powie.   Oboje  wiedzą,   że   będą   mogli   się   pobrać 

wyłącznie za moim zezwoleniem. Nikt nie rozumie nas lepiej niż oni, mój kochany.

Przełknął   ślinę   i   poszedł   za   nią   po   schodach,   później   przez   mroczny   korytarz 

wypełniony obrazami, których nie dostrzegał.

Pomalowane na niebiesko drzwi, po obu stronach głowy lwów odlane w brązie, jakby 

miały pełnić tutaj straż.

Pokój był oświetlony dwoma wielkimi kandelabrami. Przy jednej ścianie na kominku 

z różowego kamienia płonął niewielki ogień. Kamień był tak wypolerowany, że odbijało się 

w nim światło świec.

W rogu ustawiono stół i krzesła. Prócz tego w pokoju znajdowała się miękka, obita 

ciemnoczerwoną   połyskliwą  tkaniną  sofa.  Taka  sama   tkanina   pokrywała  ścianę,  w   której 

znajdowało   się   okno.   W   narożniku   dostrzegł   zwierzę,   siedzącego   bez   ruchu   wielkiego 

wąskonosego psa. Minęło sporo czasu, zanim Karl Martin zrozumiał, że to nie jest rzeźba.

- Mój strażnik - uśmiechnęła się gospodyni. - Jest znakomicie wytresowany, reaguje 

tylko na moją specjalną komendę. Wtedy morduje... Karl Martin poczuł dreszcz.

- Mój mąż czuje się pewniej, kiedy wie, że mam Samsona - rzekła ze źle ukrywanym 

sarkazmem.

Zdjęła płaszcz i rzuciła go na sofę. Karl Martin po prostu stal i rozglądał się po tym 

dziwnym pokoju z tysiącem detali, które pragnął zapamiętać. Wzdłuż ścian poustawiano półki 

z   książkami.   Liczne   obrazy   przedstawiały   pulchnych   ludzi   na   spacerach   i   wycieczkach. 

background image

Zwierzęta, ptaki, harmonia. Żadnych scen polowań tak popularnych w bogatych domach. Po 

chwili odkrył, że na jednym z krzeseł leży kot, zwierzę spało, stapiając się niemal w jedno z 

obiciem krzesła. Futro lśniło miękko, różowawo jak reszta pokoju.

- Tu właśnie żyję - powiedziała Aloe smutno.

- Masz szczęście. Nie głodujesz.

- Nie wiem, Iwanie... Nie wiem... Odwróciła się, usłyszał, że nalewa wino. Cieniutki 

kryształ   podzwaniał   cicho,   Karl   Martin   z   pewnością   nie   pił   jeszcze   z   takich   pięknych 

kieliszków, nawet u carycy.

Ręka mu drżała, ona dostrzegła to i uśmiechnęła się.

- Boję się, Iwanie - szepnęła.

- Ja też - odparł równie cicho.

- Ale nie ma odwrotu - powiedziała Aloe i zamknęła oczy.

Jej smak był taki sam jak zapach, dziwnie słodki, kwiatowy.

Karl Martin bał się, że upadnie. Ona wczepiła się w niego i teraz czuł, że ma bardzo 

rozpaloną twarz. On sam z trudem chwytał powietrze, bał się, że te wszystkie gwałtowne 

uczucia go zadławią.

Aloe cofnęła się odrobinę, uniosła ręce i objęła go mocno. Pocałunki wznieciły w nim 

prawdziwą burzę,  tracił  panowanie  nad sobą, ale  wtedy ona odchyliła  głowę do tyłu  i z 

uśmiechem spojrzała mu prosto w oczy.

- Boże, ależ ja tęskniłam... mój piękny, młody, ukochany... Ty pewnie też tęskniłeś, 

prawda? Wiedziałeś przez całe lato, co się stanie, wiedziałeś...

Nie był w stanie wykrztusić ani słowa, mruknął coś tylko, kiwając głową. Teraz ona 

nie wydawała mu się już ani mała, ani delikatna. Przeżywał coraz to nowe chwile radosnego 

zdumienia,   ona   wolno   opuściła   ręce   i   zaczęła   rozpinać   lśniące   sprzączki   przytrzymujące 

ubranie.

- Wiedziałam o tym od chwili, gdy zobaczyłam cię po raz pierwszy. Prowadziliśmy 

długą grę, Iwanie, chociaż może nie dość długą...

Jedną rękę rozpinała ubranie, w drugą ujęła kieliszek z winem. Pociągnęła spory łyk, 

Karl   Martin   zobaczył,   że   jedna   czerwona   kropla   spływa   z   jej   równie   czerwonych   warg. 

Kropelka torowała sobie wolno drogę, wabiła go, czerwony płyn wyznaczał ścieżynkę wzdłuż 

jej brody i po szyi spływał między piersi. Karl Martin nie miał odwagi oderwać od niej oczu, 

kropelka robiła się większa, coraz większa. To musiał być sen.

Aloe   miała   na   sobie   teraz   tylko   buty   i   koszulkę.   Tkanina   była   tak   cieniutka,   że 

przywodziła mu na myśl pajęczynę. Spływała swobodnie z ramion, ledwo okrywając jej ciało.

background image

Widział pod nią brodawki piersi, a płomienie świec tworzyły podniecające wzory na 

jej białej skórze.

- Aloje... ty jesteś rzeźbą...

- O, nie, jestem żywa, naprawdę żywa...

-   Jesteś   niczym   posążki   w   parku   -   mruknął,   przypominając   sobie   nagle   odcisk 

własnych   dłoni   na   zmarzniętych   udach   Wenus   tamtego   wieczora,   kiedy   po   raz   pierwszy 

rozmawiał z Aloe. Jak zahipnotyzowany podszedł do niej i opadł na kolana. Palcami kreślił 

linie na jej udach. Czul, że Aloe drży, że cała pokryła się gęsią skórką. Głęboko wciągnęła 

powietrze, w uniesionej ręce wciąż trzymała kielich z winem. Małe, bardzo cieniutkie strużki 

spływały po jej ciele. Pochwycił jedną z nich językiem, uczynił to instynktownie. Na biodrach 

kropelki   wina   zmieniały   kierunek,   niektóre   z   nich   spadały   i   wsiąkały   w   puszysty, 

ciemnoczerwony dywan. Karl Martin bał się, że jego gorący oddech poparzy Aloe. Całe jego 

ciało   pulsowało,   serce   tłukło   się   w   piersi,   rozpalone   do   białości   żelazo   zderzało   się   z 

lodowatym chłodem, nigdy nie przeżył czegoś podobnego.

Już nie głaskał jej z szacunkiem, chwycił ją silnymi rękami, całował mocno, wstał z 

klęczek i ukrył twarz między jej miękkimi piersiami. Miał wrażenie, że oszalał, stracił nad 

sobą kontrolę, na świecie nie istniało nic poza tym, co ona miała mu do zaofiarowania.

Aloe   jęknęła,   zdawało   mu   się,   że   w   tym   ostrym   dźwięku   zawiera   się   coś,   co 

przypomina śmiech, pełen radości szloch, który go uskrzydlił.

Opadli na niską sofę, jego puchar był już prawie pusty, Aloe ujęła jedną dłonią jego 

podbródek i wlała mu resztkę wina do ust. Karl Martin przełknął napój i napotkał jej wzrok, 

znowu   spojrzał   jej   głęboko   w   oczy.   Miała   zarumienione   policzki,   włosy   się   rozsypały, 

uśmiechała się do niego, a oczy jej płonęły.

- Chodź - powiedziała. - Najpierw coś zjemy...

Oszołomiony podniósł się z kanapy, nie wiedział, czy palenie, które czuje w piersiach, 

to rozczarowanie, czy też wyjątkowo słodkie oczekiwanie. Nie przyszłoby mu do głowy, że 

mógłby teraz odczuwać głód.

Ona jednak odkroiła  kawałek  pieczonego  drobiu i  położyła  go na przezroczystym 

białym talerzu. Dodała kilka owoców z tacy i polała wszystko żółtym sosem. Karl Martin 

opanował się, próbował narzucić kontrolę rozdygotanemu ciału. Nie zależało mu na tym, by 

ukrywać,   jak   bardzo   jest   podniecony,   zauważył,   że   ona   dotyka   pośpiesznie,   jakby 

przypadkiem, jego ud, domyślał się, że wie, w jakim on jest stanie.

- Trochę groszku? Może słodkiej cebulki? Albo francuskiego sera?

Uspokoił się nieco, opanował drżenie głosu. Mógł się nawet uprzejmie uśmiechać.

background image

- Skoro nalegasz. Podeszła z talerzem, wciąż w jej zachowaniu nie było ani cienia 

wstydu. Kiedy usiadła przy nim, dostrzegł pod cieniutką koszulką zarys ciemnego trójkąta i 

zamarł, nie miał pojęcia, jak zdoła siedzieć tak obok niej i jeść.

Wino   grzało   w   żołądku,   wypił   jednym   haustem   cały   kielich,   poczuł,   że   napięcie 

odrobinę zelżało.

Ona wzięła kawałeczek mięsa i zanurzyła w sosie, karmiła go palcami. Srebrny nóż i 

łyżka zostały na stole.

- Smakuje?

- Mhm. Sama też troszkę zjadła, narysowała serce w gęstym sosie, pośrodku położyła 

czerwoną jagodę.

Zachichotali oboje, ona skrzyżowała nogi, Karl Martin nie miał odwagi patrzeć na nic 

innego z wyjątkiem jej twarzy.

Na szyi miała ciemnoczerwone smugi. Widocznie nie do końca zlizał wino.

Teraz wsunęła jagodę między wargi, nagryzła lekko i podała owoc Karlowi. Znowu 

zachichotał i udawał, że stara się go zjeść.

- Spróbuj i tego - powiedziała cicho, podając mu plasterek jakiegoś owocu w kształcie 

gwiazdy. - Pochodzi z Italii... nie znam nic równie słodkiego.

Położyła sobie owoc na jednej piersi. On, oszołomiony, znowu pochylił się do przodu, 

zdjął   wargami   plasterek   i   poczuł,   że   jej   brodawka   jest   gorąca   i   szorstka   pod   gładkim, 

soczystym miąższem. Lizał ją delikatnie, ciało Aloe wyginało się, była bardzo podniecona.

Ta niewiarygodna zabawa była dla niego czymś zupełnie nowym.

Karl Martin pochylił się nad kobietą i dał się pochłonąć najcudowniejszemu uczuciu, 

jakiego kiedykolwiek doznał. Ona poruszała się pod nim zwinnie, wargami przywarła do jego 

ust, i ciało Karla Martina pojęło, zanim on sam jeszcze to zrozumiał, co się stało, gdy Aloe 

położyła mu ręce na plecach i mocno przyciągnęła go do siebie.

Krzyknął z ustami przy jej ustach, przyciskał do siebie rękami to drobne, kołyszące się 

ciało, dopóki cały świat nie pogrążył się w białej mgle.

Słyszał jej głos dochodzący skądś z daleka, czułe słówka, wciąż ten tłumiony śmiech 

w radosnym szczebiocie. Minęło sporo czasu, nim znowu poczuł smak owocu w ustach. Ona 

pozwoliła mu odpoczywać, sama ostrożnie odgarnęła włosy z rozpalonego czoła i wpatrywała 

się w niego, szepcząc coś, czego nie rozumiał.

background image

ROZDZIAŁ XII

- Kim ona jest? Absolutnie muszę to wiedzieć, Karl Martin! I co ty robisz w ciągu 

tych nocy, kiedy nikt z naszych przyjaciół nie wie, gdzie się podziewasz?

Karl   Martin   stał   przy   oknie   i   jadł   winogrona.   Żółte   wypolerowane   jabłka   go   nie 

interesowały,   ale   na   te   małe   i   cierpkie   winogrona   z   Grecji   wciąż   miał   apetyt.   Nadjana 

uważała, że nadają się one wyłącznie do dekoracji.

-   Usiądź!   Słowa   padały   nieoczekiwanie   głośne   pośród   obitych   tkaninami   ścian   w 

pokoju Nadjany. Karl Martin nie najlepiej się czuł w tym kobiecym otoczeniu. Nigdy jednak 

jeszcze otwarcie nie przeciwstawił się opiekunce. Nadjana poprosiła go, by przyszedł. Wobec 

tego przyszedł. Nie mogła go jednak zmusić, by mówił.

Zirytowany   usiadł   na   niewielkim   krzesełku,   które   skrzypnęło   niepewnie   pod   jego 

ciężarem.

- Jak ty wyrosłeś - powiedziała Nadjana nieoczekiwanie łagodnym głosem. - Chyba 

się zapominam, Karl Martin. Nie jesteś już dzieckiem...

- Zapominasz się często - odparł, patrząc jej prosto w oczy. Maseczka nie ukrywała 

żywych błysków w spojrzeniu Nadjany.

Złapał się na tym, że ciekaw jest, jak ona właściwie wygląda pod tą jedwabną osłoną.

- Karl... ja się po prostu martwię. Ludzie gadają. Mówią, że uwodzisz jakąś pannę ze 

szlacheckiego domu. Mówią, że widziano cię z tajemniczą damą, późną nocą, w powozie. 

Zresztą za dnia także! Czym ty się zajmujesz?

Karl Martin nie zaprzeczał. Czuła się niemal zawiedziona, ponieważ to przecież ona 

sama  widziała  go z kobietą  w powozie  i chciała  przyłapać  go na kłamstwie,  gdy będzie 

protestował.

- Spotykam się z pewną kobietą. Małżeństwo nie wchodzi w rachubę. Nigdy chyba nie 

będzie. To dorosła osoba i wie, co robi. Nie musisz się martwić ani o nią, ani o mnie.

Nadjana również opadła na krzesło. Szczere słowa Karla Martina sprawiły, że uszło z 

niej powietrze. Nie spodziewała się, że on tak bez żadnych oporów wyzna, co się dzieje.

- Kim ona jest?

Karl Martin zgniótł wargami winogrono. Mała kropelka soku spływała z kącika ust po 

brodzie, zlizał ją pośpiesznie. Nadjana dostrzegła błysk w jego oczach. Błysk czegoś, co nie 

pasowało do tego pokoju. Wstrząśnięta stwierdziła, jak wiele zmysłowości jest w zachowaniu 

jej ukochanego chłopca.

- Czy to córka któregoś z dworzan?

background image

Potrząsnął głową, próbował powstrzymać jej ciekawość. Nagle jednak w jego twarzy 

pojawił   się   jakiś   dobrze   znany  wyraz,   wiedziała,   że   wróciło   oto   dawne  poczucie   winy  i 

świadomość, że ma nieczyste sumienie.

-   Karl   Martin   -   rzekła   łagodnie   i   pochyliła   się   ku   niemu.   Obciągniętą   w   lśniącą 

rękawiczkę dłonią pogłaskała go po ramieniu, dotykała silnych mięśni. - Jesteś już chyba 

dorosły...   Ale   czy   nie   rozumiesz,   że   mimo   wszystko   my   dwoje   potrzebujemy   siebie 

nawzajem?   Że   jesteśmy   przyjaciółmi,   a   nie   matką   i   synem?   Martwię   się   o   ciebie   jak   o 

przyjaciela. Pomyśl o tym i zastanów się, ile chciałbyś mi opowiedzieć. Potem nie będę się 

już o nic wypytywać. - Roześmiała się. - W każdym razie spróbuję cię nie wypytywać!

Wtedy on też się roześmiał, wesoło zerwał się z miejsca. Przytulił ją mocno, poczuła 

zapach kosztownych perfum.

- Karl Martin... Jej głos zatrzymał go na progu.

- Ty się chyba nie mieszasz w żadne niepokoje? Ty... mam nadzieję, że nie znasz 

Kikina i jego ludzi?

Karl Martin starał się zachować szeroki uśmiech i czyste spojrzenie.

- Nie, Nadju. Mam dosyć własnych spraw. A jednak nie miała odwagi odetchnąć z 

ulgą, kiedy drzwi się za nim zamknęły. Bo nawet wtedy lęk nadal tkwił niczym pulsujący 

wrzód gdzieś pod sercem.

Złożyła ręce, ale nie zaczęła się modlić.

Wszystko   będzie   z   nim   dobrze,   musi   być.   A   za   jakieś   dwa,   trzy   lata   stanie   się 

naprawdę dorosły. Otrzyma świetną służbę na jednym ze statków cara. Może doczekam tej 

radości, że pojadę z nim do domu, zobaczę po raz ostatni Marję, zobaczę, jak on ją obejmuje, 

jak oboje sobie przebaczają... Żeby się tylko nie zadał z jakąś kobietą ze zbyt wysokiego rodu. 

Żeby tylko nie uwiódł jakiejś młodej, niedoświadczonej panienki, jednej z tych, które siedzą 

w   swoich   małych   klatkach,   a   rodzice   zaręczają   je   natychmiast   po   urodzeniu.   Rosyjskie 

rodziny są bardzo wrażliwe na takie sprawy. Jeśli ściągnie hańbę na dziewicę...

Zadrżała, pociągnęła za sznur dzwonka, którym wezwała służącego. Czas już dołożyć 

drewna do kominka i rozpalić samowar. Filiżanka herbaty uspokoiłaby ją. Może złagodzi też 

bóle w biodrze i w klatce piersiowej, myślała Nadjana.

- On zdradził - syknął car. Potem znowu wybuchnął płaczem, tak rozpaczliwym, że 

Nadjana nie miała odwagi nawet się odezwać. - Nadja, Nadja, co ja zrobiłem, by zasłużyć 

sobie na takiego syna?! Od czasu, gdy był jeszcze maleńki, od samego urodzenia... Słabeusz, 

oszust... Niczego nie potrafił, nigdy nie dorastał do moich oczekiwań! Tyle przecież zrobiłem, 

by go wykształcić, tyle poświęciłem...

background image

Zaczęło ją w końcu irytować to zawodzenie. Trudno było pojąć, że ten najpotężniejszy 

ze wszystkich władca, sam car Piotr, leży tutaj w różowej pościeli i płacze niczym dziecko. 

Jego zaciśnięte twarde pięści tłukły ze złością jej miękki materac.

- Co to za diabeł kieruje Aleksym? Jak mój syn mógł się okazać takim błaznem? Jak 

to możliwe, że waży się na krzywoprzysięstwo wobec własnego ojca, cara?

Znowu gniew zaczynał brać górę. Nadjana przestraszyła się, by nie zaczął łamać jej 

pięknych mebli, tłuc porcelany i rzeźb. Na szczęście zadowolił się spluwaniem na elegancką 

drewnianą podłogę i zrzuceniem pięknego wazonu z kwiatami.

- Pomóż mi! Pociesz mnie! Powiedz, że istnieją jeszcze inne możliwości!

Westchnęła. Otworzyła srebrny kurek samowara i nalała herbaty do dwóch filiżanek. 

Potem do każdej z nich wlała po kilka pachnących kropelek. Car był  rosłym mężczyzną, 

dolała mu więc kilka kropel więcej. To opium, najlepszego gatunku, nalewka sporządzona na 

szlachetnym alkoholu.

- Wypij to, to cię uspokoi. Potem będziemy mogli porozmawiać.

Piotr opróżnił filiżankę jednym haustem, wargi skrzywiły się, gdy gorący płyn dotarł 

do gardła.

- A więc carewicz znowu jest tutaj? W Petersburgu? Car skinął głową.

- Czy to prawda, co ludzie gadają... że zostanie odsunięty?

- Może. A co poza tym gadają?

- Że mnóstwo osób zostało aresztowanych... jego przyjaciół, ludzi, którzy podobno 

kierują carewiczem i zachęcają go... do zamachu.

Car ponuro kiwał głową.

-   Wczoraj   wzięliśmy   Kikina.   Był   akurat   w   drodze   do   Moskwy.   Będzie 

przesłuchiwany...

Nie   mogła   opanować   bólu   w   sercu   za   każdym   razem,   kiedy   wspominano   nazwę 

tamtego starego miasta.

- Cerkiew... cerkiew będzie wzburzona, Najjaśniejszy Panie.

- A czego mam się obawiać ze strony cerkwi? To stado głupich, starych brodatych 

dziadów, którzy wierzą, że jedynie oni mają prawo do zbawienia. Czy mam się bać bandy 

obdartusów i zbiegłych chłopów?

Zabrakło jej odwagi, by powiedzieć  nic więcej, wiedziała  jednak, że władza, jaką 

posiadają słudzy kościoła, jest wielka. I jeśli udręczeni nędzą synowie i córki Rosji połączą 

się... Nadjana widziała przed sobą wzburzoną rzekę, z którą nawet car nie będzie mógł sobie 

poradzić.

background image

- A nie słyszałaś o mojej nowej zmianie prawa? - wtrącił. - Nie słyszałaś, że od tej 

chwili   ja   jestem   także   zwierzchnikiem   cerkwi?   Nie   słyszałaś   o   tym,   że   popi   zostali 

zobowiązani powiadomić mnie, gdyby dowiedzieli się przy spowiedzi, że ktoś buntuje się 

przeciwko carowi, lub usłyszeli coś, co car ze względu na bezpieczeństwo państwa powinien 

wiedzieć?

Nadjana w zamyśleniu przełknęła ślinę. Władza cara Piotra zaczynała  przekraczać 

wszelkie granice. Teraz ludzie nie będą mogli już nawet wierzyć swoim spowiednikom... Z 

drugiej jednak strony rozumiała cara. Władał ogromnym  krajem. Krajem, którym trudniej 

kierować niż ławicą ryb w morzu. Musi więc chyba stosować wszelkie dostępne środki. Brak 

jakiejkolwiek litości jest pewnie jedyną drogą do umocnienia władzy.

- Wasza Wysokość... Piotrze, czy nie mógłbyś wybaczyć swemu synowi?

- Gdybym tylko wiedział, że on mówi prawdę, kiedy twierdzi, że go zmusili... że listy, 

które słał do cesarza Austrii, zostały napisane przez ludzi, którzy mieli nad nim władzę... 

wtedy łatwiej by mi było wybaczyć zdradę.

- No, ale skoro on mówi, że tak właśnie było...

- On kłamie bardziej niż baba sprzedająca na targu kapustę.

- A co mówią oskarżeni? Ci, których aresztowałeś? Wargi cara wykrzywiły się w 

straszliwym grymasie.

- Ich zeznań nie wypada powtarzać w obecności kobiety. Ale mogę cię zapewnić, nie 

będą długo kłamać... wobec moich katów nie!

Nadjana zadrżała. Nietrudno było sobie wyobrazić, przez co ci nieszczęśnicy będą 

musieli przejść. Zwłoki na murach twierdzy bywały często strasznie zmasakrowane.

- Kikin... słyszałam o nim i o tym mnichu...

-   Mój   syn   nazywa   go   ojcem   -   parsknął   Piotr.   Oczy   miał   teraz   jeszcze   bardziej 

błyszczące, ciężko opadł na krzesło. Krople zaczynały działać. Nadjana zauważyła, że car 

przygląda jej się uważnie, gdy wstała, by dolać mu herbaty.

- Nadja - rzekł ostro. - Czy wiesz, jak wiele niebezpieczeństw mi grozi? Czy wiesz, że 

istnieją ludzie, którzy uczyniliby z ciebie prawdziwą królową, gdybyś dodała mi do herbaty 

trochę więcej tych swoich kropli?

Poczuła, że jej ciało ogarnia nieprzyjemny chłód, jakby oczy wpatrujące się w jej 

plecy były zrobione z lodu. Odwróciła się z wolna.

-   Myślałam,   że   mi   ufasz.   Nie   wypowiedziana   groźba   zawisła   w   powietrzu.   Car 

przyglądał się Nadjanie. Nagle zrozumiała, jakie piekło musiał przeżywać jego syn. Wciąż 

patrzył w te twarde oczy, wciąż widział w nich gniew lub rozczarowanie...

background image

- Ufam ci, Nadju. Naprawdę ufam... Ale nikt nie zna mnie tak do końca. Pamiętaj o 

tym, Nadju. Dobrze wiesz, co robię z takimi, którzy mnie zdradzili. Im więcej zaufania, tym 

większa zdrada...

W tych słowach zawierała się już jasna pogróżka. Ale jej ręce były zupełnie spokojne, 

kiedy z uśmiechem podawała mu przyprawiony opium napój.

Najstarszy syn cara płakał w ramionach Karla Martina. Karl musiał w największym 

pośpiechu przesłać wiadomość Aloe, z którą miał się dziś wieczorem spotkać poza granicami 

miasta. Skoro jednak Aleksy dotarł aż tutaj, a na dodatek jest pijany... Karl Martin poczuł, że 

przerażenie miesza się ze współczuciem i gniewem.

- Oni pojmali ojca... mojego ukochanego Jakuba, on także został wtrącony do lochu. I 

Naryszkin,   Dołgorukij,   Wiażenskij,   nawet   Maria   Aleksiejewna,   ta   dobra   kobieta...   Boże 

drogi, zostaną zadręczeni na śmierć! A to wszystko moja wina, wszystko...

Karl Martin nie miał odwagi wierzyć w słowa carewicza, od dawna odsuwał od siebie 

to, co ludzie gadali, choć plotki rozprzestrzeniały się tak, że wszyscy już wiedzieli: Car odkrył 

spisek! Przyjaciele  carewicza  zostali  pojmani  przez zamaskowanych  żołnierzy z osobistej 

gwardii cesarskiej.

Dopóki   jednak   widzieli   Aleksego   żywym,   nie   całkiem   wierzyli,   że   to   wszystko 

prawda.

- Czy myślisz, że oni cię wydadzą? Aleksy płakał jeszcze bardziej histerycznie.

- Wydadzą mnie, wydadzą mnie... cóż ja mogę wiedzieć? O Boże, co się stanie, na co 

jeszcze   będzie   narażona   moja   nieszczęsna   dusza...   i   Afrosinia,   ona   jest   daleko   stąd... 

bezpieczna... Napiszę do niej, tak strasznie tęsknię...

- Aleksy... spróbuj się opanować. Porozmawiajmy, skoro już tu jesteś.

- Wybacz mi, Iwanie, wiem, że to głupie. Ale teraz nie mam nikogo, skoro ojciec 

odebrał mi wszystkich... to moja wina. To za mnie będą dręczeni... Nie przeżyję tego... ale 

muszę, muszę...

Karl Martin spoglądał na jego wykrzywioną twarz. Carewicz nadal leżał na blacie 

stołu, cuchnęło od niego alkoholem, ubranie było przesiąknięte odorem wódki.

- Czy nikt cię nie widział po drodze tutaj? - zapytał Karl Martin cicho.

- Nie, nie... widzisz przecież, że jestem w przebraniu. Nie bój się, mój przyjacielu. 

Ciebie bym nigdy nie...

Serce tłukło się w piersi Karla Martina. To wszystko było zbyt przerażające. Powoli 

jednak   bezładne,   przerywane   łkaniem   bełkotanie   carewicza   doprowadzało   prawdę   do 

świadomości Karla Martina. Była to prawda ciężka niczym ołów i groziła, że go przytłoczy.

background image

-   To   ty   sam   opowiedziałeś   ojcu   o   wszystkim?   Podałeś   mu   nazwiska   swoich 

przyjaciół?

- On i tak wiedział, znał ich... Mienszikow wszystko wywęszył, nawet listy przejął!

Karl Martin drgnął, i na wiadomość o wyjawiających wszystko listach, i na dźwięk 

nazwiska potężnego ojca Aloe.

- Jakie listy? Carewicz pociągał nosem i ocierał zapłakaną twarz.

Głos miał ochrypły, słowa padały niewyraźne.

-   Listy...   Ja   je   pisałem,   kiedy   byłem   w   Austrii...   Przekląłem   mojego   ojca,   mego 

małego brata, który był chory... to okrutne listy, wiem o tym... ale to prawda!

Karl Martin przyciągnął do siebie gwałtownie dzbanek z wódką, gdy Aleksy znowu 

chciał sobie nalać.

- Dość! Teraz będziemy rozmawiać, nie pić. To, co mówisz... rozumiesz chyba, co to 

dla mnie oznacza?

- Nikt nawet o tobie nie pomyśli. Ty byłeś  tylko...  na miejscu. To nie ty stałeś  i 

machałeś jedwabną chustką, życząc śmierci carowi! To nie ty układałeś plany w sprawie 

nowej   pozycji   cerkwi!   Ty,   ty  byłeś   tylko   głupim   młodym   chłopcem,   który   zdobył   serce 

carewicza. Iwan... myślę, że cię kocham...

Kamień przytłaczający Karla Martina poruszył się złowieszczo.

- Jesteś szalony, carewiczu. Potrzebujesz pomocy...

- Nie, nie, nie szalony... tylko udręczony, rozszarpany na strzępy, przeżuty i wypluty...

- Dokąd się teraz zamierzasz udać?

- Do ojca. Jest już po wszystkim, mój drogi. Nie spotkamy się chyba więcej. Jeśli będę 

miał szczęście, on pozwoli mi żyć na wygnaniu z moją Afrosinią. On mi teraz wierzy, wierzy, 

że zostałem oszukany...

-   Zapomniałeś   o   swoich   przyjaciołach?   O   narodzie?   O   niesprawiedliwościach?   O 

krwawych łaźniach i wojennych wyprawach swego ojca? Myślisz tylko o sobie i o tej... o tej...

- Nie waż się obrażać Afrosinii! Ona jest wszystkim, co mam. O n a i łaska mego ojca, 

tylko to może mnie uratować. O nic innego się już nie troszczę.

Karl Martin eksplodował.

- Aleksy, zawsze wiedziałem, że jesteś słabeuszem, dzieciakiem, nieszczęśnikiem... 

ale teraz! Teraz zdradzasz nas wszystkich, cały twój lud, przyjaciół, którzy za ciebie cierpieli. 

Umierali za ciebie! Wiesz, co ryzykuję już tylko przez to, że stoję tutaj i rozmawiam z tobą?

Tamten skulił się niczym sieczony biczem pies.

Karl   Martin   pożałował   swoich   słów,   zanim   je   do   końca   wypowiedział.   Carewicz 

background image

przecież skorzystał z okazji, by przybyć  tutaj i ostrzec go. Jeśli szczęście mu dopisze, to 

Aleksy zdoła utrzymać język za zębami. Jeśli szczęście mu dopisze, wszystko może skończyć 

się na tym, że imię Karla Martina nie zostanie wypowiedziane nawet, gdy rozpalone żelazo 

odciskać będzie ślady na ciele przyjaciela.

- Aleksy... wybacz mi. Ja... ja jestem tylko taki...

-   Rozczarowany   mną,   tak,   wiem   o   tym   -   rzekł   carewicz   udręczony.   -   Czasami... 

najchętniej   bym   umarł.   Tak,   umierałem   już   tysiące   razy   i   gdyby   nie   mój   klejnot,   mój 

najdroższy skarb, moja pociecha i tęsknota...

Karl Martin wolno kiwał głową. Teraz potrafił go zrozumieć. Aloe nauczyła go tak 

wiele. Mógł nawet zrozumieć to, że carewicz świadomie rezygnuje z walki, chcąc zachować 

miłość. Mimo wszystko jednak nie był w stanie spojrzeć temu zdrajcy w oczy.

- Będę się za nich wszystkich modlił - szepnął carewicz. - Może mój ojciec daruje im 

życie, kiedy zobaczy, że się odmieniłem, że chcę się wycofać, że zostanę jego posłusznym 

niewolnikiem, może niektórzy zostaną zesłani na Syberię.

Karl Martin zobaczył w oczach carewicza coś na kształt nadziei, kiedy wypowiadał te 

słowa.

- Może - potwierdził szeptem. - Aleksy, wierzę, że jeszcze kiedyś będziesz szczęśliwy.

-   Będę.   Och,   Iwan...   wtedy   przyślę   po   ciebie!   Jesteś   pierwszym,   który   powinien 

poznać moje szczęście, przyślę ci białe gołębie i róże z ogrodów Króla Słońce.

Karl Martin prychnął, mimo to uśmiechnął się z wisielczym humorem.

- Róże i gołąbki... W sam raz na piękny pogrzeb dla chłopskiego syna z zimnego 

kraju.

- Ty nie umrzesz - rozszlochał się znowu carewicz i całował Karla Martina, aż młody 

człowiek poczuł się nieswojo.

Gniew cara obejmował całą Rosję. Coraz więcej wydawano rozkazów aresztowań, 

coraz   więcej   więźniów   wtrącano   do   lochów   pod   fortami.   Posłano   żołnierzy   do   matki 

carewicza zamkniętej w klasztornej celi. Była caryca Jewdokija została przesłuchana, choć 

przecież nie mogła nic powiedzieć na temat sprzysiężenia, które miałoby doprowadzić jej 

syna na tron i pozbawić życia Piotra Wielkiego. Mimo to ludzie cara nie dawali za wygraną, 

wychłostano pięćdziesiąt mniszek, bowiem sprzysiężenie równie dobrze mogło narodzić się w 

monasterze. Jedyne, na co pozwalano starej carycy, to spotkania z jej ukochanym.

Ludzie, którzy po pijanemu lub w rozpaczy powiedzieli coś złego na temat cara lub 

rządu, byli wsadzani do więzień i traceni. Nieustannie kopano nowe groby na bagnach poza 

miastem bądź rzucano zwłoki nieszczęsnych do dołów, przygotowanych pod nowe budowle. 

background image

W ten sposób ich kości stawały się częścią fundamentów wznoszonych teraz pałaców. Car 

Piotr nie pokazywał się w tym czasie ludowi, bywał tylko na specjalnych przesłuchaniach. 

Wówczas chętnie schodził do lochów i stawał obok kata, by na własne uszy usłyszeć, co 

aresztowani mają do powiedzenia.

Pop Dositeus został za swoje marzenia skazany na łamanie kołem. Dodukin, ostatni z 

ludzi   Aleksego,   poszedł   osobiście   do   cara,   by   zaprotestować   przeciwko   odebraniu 

carewiczowi prawnie mu należnej pozycji. Został stracony w ten sam sposób.

W   salonach   carycy   wciąż   jeszcze   szlachta   tańczyła,   nikt   jednak   nie   był   w   stanie 

stworzyć tutaj wesołego „kontynentalnego" nastroju. Rosyjski grajek układał żałosną muzykę 

w jakimś opuszczonym miejscu zakazanego parku.

Kikina   torturowano   przez   trzy   godziny,   mówiono,   że   sam   carewicz   był   przy  tym 

obecny. Miało to zaświadczyć, że dziedzic tronu został oszukany, że odczuł ulgę, kiedy jego 

ojciec ujawnił wszystko i rozprawił się z buntownikami. Gdy nadeszła ta wiadomość, Karl 

Martin nie mógł spać przez całą noc i po raz pierwszy w życiu upił się do nieprzytomności. 

Wybuchnął przekleństwami, gdy Nadjana go zapytała, jak tam sprawy jego miłości. Coś go 

gnębi, myślała Nadjana z mieszaniną ulgi i smutku. Ona jednak również nie mogła sypiać po 

nocach.

Spotkał się z Aloe dwa dni temu i dowiedział się, że nie ma do niego żalu o to, iż nie 

przyszedł   na   umówione   spotkanie.   Wiedział,   ile   zachodu   kosztowało   ją   zawsze 

zorganizowanie tych paru chwil szczęścia. Trzeba było oszukać służbę, zdobyć powóz, Aloe 

musiała   umówić   się  z   przyjaciółką,   by  ta   kryła   ją  w   razie   czego.   Musiała   też   wymyślić 

przebranie, w którym wymknie się w domu. Zawsze jednak potrafiła to wszystko urządzić, 

robiła to wiele razy. Przez całą zimę mógł się z nią spotykać w ten lub inny sposób. Spędzone 

z nią chwile były jedynymi, w których potrafił stłumić bolesny, wywołujący skurcz żołądka 

lęk.

Tym razem Aloe przyszła do trzcinowego szałasu nad brzegiem rzeki, położonego o 

kilka minut drogi od małej wioski, w której nadal mieszkał marynarz Jewgienij. Jego matka, 

przeważnie teraz leżąca w łóżku, mieszkała w domu Nadjany, gdzie opiekowały się nią dwie 

młode, zręczne pielęgniarki.

Księżna miała na sobie grubą suknię chłopki i wielką chustkę na głowie. Jej stopy nie 

były przyzwyczajone do ciężkich drewniaków, potykała się nawet wówczas, gdy Karl Martin 

ją wspierał. Przez największe mokradła przeniósł ją na rękach.

Nareszcie znaleźli się sami w małym szałasie. Było tu dość ciepło, ponieważ Karl 

Martin zatroszczył się o dwa solidne piecyki wypełnione rozżarzonymi węglami. Ona lubiła 

background image

te wyprawy, wszystkie prymitywne miejsca, które dla nich wynajdywał. Kochała się z nim w 

powozie i na porośniętej trawą ziemi, pod wywróconą starą łodzią, szukali schronienia nawet 

na śniegu pod wielką sosną. Cała jesień i zima minęła w ten sposób, oboje liczyli tylko te 

godziny, które dane im było spędzić razem. Aloe rozumiała, że chłopak ma również inne 

zmartwienia, ale nigdy o nic nie pytała. Może zaczął rozmyślać o przyszłości? A przecież 

żadna wspólna przyszłość ich nie czeka. Ona sama też o tym myślała, zwłaszcza kiedy mogła 

z nim być. Nigdy nie odważyła się na żadne spotkanie, kiedy jej mąż przebywał w mieście. 

To bardzo sprytny człowiek. I bardzo surowy. Mógłby pójść do jej ojca i szepnąć, że ów 

cudzoziemski młodzieniec hańbi jego małżeństwo. A to by dla Iwana oznaczało śmierć, dla 

jego sympatycznej matki pewnie też.

-   Wkrótce   znowu   będzie   lato   -   westchnęła,   kiedy   nareszcie   usiedli   wygodnie   na 

podłodze   szałasu.   Podłoga   była   wyłożona   miękkimi   matami,   znalazło   się   nawet   kilka 

wypełnionych gęsim puchem poduszek. W brokatowych poszewkach wyglądały dziwnie na 

tle trzcinowych ścian. - Wtedy będzie dużo łatwiej... pamiętasz ostatnią jesień, jak upojnie 

było nam nad rzeką...

Karl Martin w rozmarzeniu skinął głową. Wyprostował się, w żołądku czuł teraz tylko 

przyjemny ciężar jedzenia, a pod skórą cudowne mrowienie. Choć znali się już tak długo, ona 

sprawiała, że wzdychał z rozkoszą na samą myśl o tym, co się wkrótce stanie.

- Najważniejsze, że jestem z tobą... Nic innego nie ma znaczenia. Jesteś po prostu 

zachwycająca - odpowiedział i ucałował ją czule.

Ona z uśmiechem tuliła się do niego. Od wejścia ciągnęło chłodem, lecz Aloe nie 

marzła. Gdy stwierdziła, jak bardzo on jest podniecony, zarumieniła się.

- Aloe... muszę ci coś wyznać. Dopuściłem się wobec ciebie wielkiej niegodziwości.

-   Co?   Zaczynasz   mieć   obiekcje   teraz,   choć   spędziłeś   z   zamężną   kobietą   wiele 

miesięcy?

Uśmiechnął się na te udawane oskarżenia.

- Nie... nie o to chodzi. Tego nie żałuję ani przez chwilę. Jest jednak... jest jednak coś 

innego. Coś, o czym z nikim nie odważyłem się rozmawiać. Nawet z tobą, Aloe. Teraz muszę 

cię jednak prosić o wybaczenie.

- O co chodzi? - zapytała  cicho, widząc  wielką powagę w jego oczach. Sprawiał 

wrażenie przestraszonego. Nie głaskała go już po udach ani po biodrach, oparła dłonie na jego 

karku.

- Spisek, Aloe. Należałem do spisku. Tych kilka słów trafiło ją niczym kula. Widział, 

jak się przeraziła, jak gwałtownie drgnęła i zasłoniła dłońmi usta.

background image

- Co? Co ty mówisz? Ale, Iwan, przecież oni wszyscy nie żyją...

Zaczął   mówić,   nie   był   w   stanie   ukryć   smutku,   kiedy   ona   wiedziała   już   to 

najniebezpieczniejsze ze wszystkiego.

- Tak, oni nie żyją. Wszyscy co do jednego. Aleksy, on ich w jakiś sposób zdradził. 

Chodzi teraz rozpromieniony u boku swego ojca, mówi się, że na wiosnę ma mieć wesele, 

ożenić się z tą swoją czarownicą... podczas gdy tamci gniją w grobach, wszyscy, którzy za 

niego walczyli.

Aloe nie wiedziała, co sądzić o tym spisku, przerażona przyciskała tylko Karla mocno 

do siebie.

- Jeden z nich... byłeś jednym z nich? O Boże, o drogi Boże... to cud, że ty żyjesz.

- Tak - odparł Karl Martin. - Ale czy wybaczysz mi, że o niczym ci nie powiedziałem?

- Rozumiem cię! I dziękuję ci, w przeciwnym razie bardzo bym się bała...

-   Jest   gorzej,   Aloe.   Ja   nie   tylko   chciałem   cię   oszczędzić.   Ja   myślałem,   że   jesteś 

szpiegiem swego ojca, że on cię posłał, byś mnie wydała. Przez jakiś czas podejrzewałem, że 

składałaś mu sprawozdania, że są wobec mnie poważne podejrzenia... ale przecież żyję.

- Żyjesz... i wybaczono ci. To smutne, że myślałeś, iż mogłabym cię w ten sposób 

zdradzić, ale rozumiem. Jesteś mądrym młodym człowiekiem, Iwanie. Kocham cię za twoją 

ostrożność, bo nie wiem już, jak bym sobie bez ciebie dała radę...

Cisza, która zaległa  po tych  słowach, zdawała się dzwonić w uszach. Powiedzieli 

sobie oboje nawzajem niebezpieczne rzeczy. On od bardzo dawna myślał z obawą o tym, jak 

też ona zareaguje na jego podejrzenia. W jakiś sposób jednak to, co ona powiedziała, było 

bardziej niebezpieczne.

Nie miał odwagi przytulić jej do siebie i wyszeptać tego samego. Wiedział jednak, że 

to   prawda,   że   coś   się   z   nimi   stało   w   ciągu   tych   miesięcy.   Że   są   dla   siebie   zbyt   ważni 

nawzajem, za bardzo ze sobą związani.

To ona pierwsza odchyliła głowę i roześmiała się.

- Tak, może powinnam zatrudnić nowych ogrodników albo jednego z tych bardzo 

męskich Włochów, którzy zajmują się prowadzeniem domu...

Żart rozproszył  nastrój powagi, Karl Martin znowu mógł oddychać spokojniej, ale 

nawet kiedy się kochali, nie był w stanie uwolnić się od niepokoju. Każdy uścisk mógł być 

ostatnim. Zawsze kochali się z jakimś desperackim poczuciem, że oto sięgają po zakazany 

owoc. Być może to powiększało jeszcze wzajemne oszołomienie. Może znudziłby się nią, 

gdyby żyli jak mąż i żona w legalnym związku.

Karl Martin przygryzał lekko jej wargi, całował ją łapczywie po białej, smukłej szyi, 

background image

przytulał się do niej z jakąś bolesną radością i słuchał jej czułych miłosnych wyznań.

- Tak! Mój kochanek, mój młody bóg... jeszcze! Jeszcze! Och, Iwan, nikt nie potrafi 

tak jak ty...

I tak właśnie miało być. Kiedy po jakimś czasie znowu wrócił do rzeczywistości, miał 

łzy w oczach.

background image

ROZDZIAŁ XIII

- Car nie może tego zrobić!

Nadjana cofnęła się o dwa kroki i szkło, które trzymała w ręce, upadło na podłogę. 

Cudem tylko cieniutki kryształ potoczył się po nowo położonych deskach i nie pękł. Ale wino 

rozlało się wokół jej stóp niczym krew. Z wolna wsiąkało w biały, delikatny skraj jej sukni. 

Car   znowu   siedział   na   jej   kanapie,   tym   razem   jednak   nie   przyjął   napoju,   którym   go 

częstowała. Nadjanę ogarnął strach.

- On musi umrzeć - odparł Piotr. - A wszyscy, którzy go wspierali, poznają mój ból. 

Mój gniew!

- On jest twoim synem, Najjaśniejszy Panie! Posyłasz go na śmierć! Coś takiego nie 

wydarzyło się od czasu...

- Wiem o tym. Przecież już teraz nazywają mnie krwawym, jak Iwana. Dobrze, on z 

pewnością też miał swoje powody, kiedy wbijał miecz w ciało swego syna. Poza tym  to 

państwo osądza Aleksego, a nie ja. Ja składam mego syna w ofierze, jak Abraham. Cerkiew 

powinna być chyba zadowolona?

- Sam przecież mówiłeś, że jemu brak rozumu, że to głupi żałosny młodzik! Inni go 

oszukali, zmusili go... Sam przecież tak mówiłeś, panie!

Car wolno potrząsnął głową.

- Nie powiedziałem ci wszystkiego, Nadjano. Właściwie mało co wiesz...

Przyjęła to niemal jak obrazę. Siadywał przecież tutaj tak często i z takim zaufaniem z 

nią rozmawiał. Teraz jednak jest zmęczony. Dziwny. Nie jest sobą. Coraz częściej odczuwała 

lęk przed nieobliczalnością władcy. Ścinał on swoich wrogów z takim rozmachem, że często i 

jakiś przyjaciel padał od tego samego ciosu. Ledwie tydzień temu wychłostał francuskiego 

architekta, który naraził go na straty, bo źle obliczył, ile materiału potrzeba na dach wieży. 

Człowiek   zmarł.   Piotr   złorzeczył,   wypędził   wdowę   i   syna   z   kraju   w   niełasce.   Nadjana 

wiedziała, że nie powinna się specjalnie zastanawiać nad tym, kim jest ten człowiek, kiedy nie 

siedzi w jej buduarze i nie prezentuje ludzkiego oblicza.

- Najjaśniejszy Panie... wiesz przecież, że jestem twoją przyjaciółką. W przeciwnym 

razie nie odważyłabym się nawet odezwać.

Teraz Piotr uśmiechnął się krzywo.

- Wiem o tym. Jesteś jedyną osobą, która ma taką odwagę, mogę cię zapewnić. A teraz 

i ty się boisz, boisz się, że mogę cię za to ukarać.

Głos   władcy   brzmiał   ostro.   Nadjana   skinęła   głową.   Po   chwili   uniosła   szkło   i 

background image

uśmiechnęła się do niego.

- Czego może się lękać stara kobieta? Śmierć i tak nadejdzie wkrótce.

- Niebezpieczne słowa - rzekł groźnie, ale oczy mu błyszczały.

- Mówię tylko to, co myślę. Powinieneś okazać laskę swemu synowi, Najjaśniejszy 

Panie!

- Za późno, moja droga, za późno. J u t r o znowu zbierze się stu dwudziestu siedmiu 

sędziów. Wtedy dowiemy się, co Aleksy powiedział podczas przesłuchań dzisiejszej nocy.

- Boże drogi! Posłałeś go do lochu na tortury? Car podniósł się gwałtownie ze swojego 

miejsca.

-   Wyglądasz   na   przestraszoną.   Znasz   może   inny   sposób   na   wydobycie   prawdy   z 

upartych ludzi?

- On jest twoim synem! Powinno się przecież wierzyć słowu carewicza? I Afrosinia 

świadczyła przeciwko niemu! Masz wszystkie listy i jej przysięgę, że tylko ona była z nim, 

kiedy je pisał!

-   A   kim   jest   ta   Afrosinia?   To   po   prostu   ulicznica,   brudna   nałożnica!   Sprzedała 

Aleksego, ta krowa, wydała go za coś, co wydawało jej się dobrą ceną. Ha, zamarznie na 

śmierć   najbliższej   zimy.   Jej   noga  nigdy więcej  nie  postanie   w   Petersburgu!  Żal   mi  tego 

chłopca, że zdradziła go tak okrutnie. Tak, kiedy się nad tym zastanawiam, to dochodzę do 

wniosku, że ją chyba też powinno się ukarać.

Nadjana poczuła się zmęczona. Myśli tłukące się w jej głowie nie nadawały się do 

wypowiedzenia. Piotr sprawiał wrażenie bliskiego szaleństwa. Nie będzie już dłużej mogła 

bronić jego postępowania. Zarazem jedno zrozumiała z przerażającą jasnością: to człowiek 

pozbawiony litości. Bycie jego powiernicą mogło się okazać dużo bardziej niebezpieczne, niż 

przypuszczała.

-   A   co   z   twoim   synem?   -   dotarło   do   niej   pytanie   władcy.   Było   w   nim   życzliwe 

zainteresowanie, ale jej lęk nie opuszczał, lokował się tylko coraz głębiej w sercu. Ledwie 

zdołała   wykrztusić   w   odpowiedzi   coś   uprzejmego.   Potem   spojrzała   mu   prosto   w   oczy, 

szukając czegoś jeszcze w jego słowach, czegoś, co mogłoby stanowić ostrzeżenie, że car z 

jakiegoś innego powodu niż tylko czysta uprzejmość zadał to nieoczekiwane pytanie.

- Karl Martin... Iwan... pracuje w doku portowym od rana do wieczora. Marzy tylko o 

tym, by towarzyszyć ci, Najjaśniejszy Panie, na jednym z tych nowych okrętów... Służyć ci 

jako zręczny rzemieślnik, którym niebawem się stanie.

- Dobrze - mruknął car. - Czy możemy się zgodzić co do jednej sprawy, Nadju? Ty nie 

będziesz więcej mówić o moim synu i pozwolisz mi postąpić z nim tak, jak mam do tego 

background image

prawo. Wtedy ja nie będę się zajmował twoim!

Nadjana oddychała ciężko, ze świstem. Nogi pod nią osłabły, musiała usiąść. Maska 

wydawała jej się teraz ciężką dłonią, która pokrywała jej twarz i groziła uduszeniem.

- Jak sobie życzysz, Najjaśniejszy Panie!

- Znakomicie, Nadju. Czy mimo wszystko mógłbym dostać kieliszek tego twojego 

lepkiego i słodkiego wina?

Nalała i podała mu kielich, z trudem poddawała się zmienionemu  nastrojowi. Car 

natomiast już zaczął opowiadać jakąś wesołą historię z czasów, gdy jako młody kapitan służył 

we flocie. Trudno było w to uwierzyć.

W tym momencie kat rozrywa ciało jego najstarszego syna, a on siedzi tutaj i się 

śmieje.

Nadjana   piła   dużymi   łykami   i   pragnęła   znaleźć   się   jak   najdalej   stąd.   Tej   strony 

osobowości   władcy   nie   zdążyła   jeszcze   poznać.   Katarzyna   często   skarżyła   się,   że   jest 

bezlitosny, użalała się na jego zmienne humory i nieobliczalne postępowanie.

Teraz Nadjana pojmowała, że caryca miała powody do płaczu, choć mieszkała we 

wspaniałym pałacu, była obsługiwana i uwielbiana przez dworzan. Nawet maleńki synek nie 

stanowił dla niej żadnej gwarancji. Był teraz dziedzicem cara, mimo to matka nie czuła się 

bezpieczna.   Dopóki   Piotr   Wielki   posiada   władzę,   nie   ma   bezpieczeństwa   dla   nikogo, 

pomyślała Nadjana.

Głośno zaś powiedziała:

- Opowiadasz bardzo ciekawe historie. Ale jestem taka zmęczona... Wybaczysz mi, że 

położę się na chwilę?

- Stare damy i nowo narodzone dzieci należy dobrze traktować - uśmiechnął się car i 

okrył jedwabną narzutą jej drobne ciało. Siedział potem i pił jej wino, i opowiadał wesołe 

historyjki ścianom.

Obudziła się z drżeniem,  przestraszona zobaczyła,  że car zrywa  się z krzesła. Już 

dawno temu po raz ostatni spała w pokoju z innym człowiekiem, nie bardzo rozumiała, że 

mogła   spać   tak  głęboko.  Car  najwidoczniej  miał   lekki  sen,  bo  już  pospiesznie   znikał   za 

parawanem.   Nie   chciał   być   widziany   przez   tego,   kto   ostrożnie   pukał   do   drzwi.   Ciche 

uderzenia mosiężnego dzwonka we śnie zdawały się Nadjanie grzmotem, w rzeczywistości 

jednak brzmiały delikatnie.

-   Chwileczkę!   -   zawołała,   czując   ból   w   wyschniętym   gardle.   Wino,   które   wypiła 

wieczorem, ściskało czoło niczym ciężka, ołowiana obręcz. - Nie jestem ubrana! Mój Boże, 

przecież jest jeszcze bardzo wcześnie! O co chodzi?

background image

Zirytowana narzuciła na siebie gruby szlafrok, suknia była pognieciona i poplamiona 

winem.   Na   podłodze   wciąż   jeszcze   leżał   kieliszek,   który   upuściła.   Brudne   buty   cara 

poplamiły biały dywan. Jednym kopnięciem odrzuciła je pod stół. Męski głos mówił coś, 

czego   nie   mogła   dosłyszeć.   Pospiesznie   odsunęła   zamek   i   rozwarła   drzwi   jak   szeroko, 

przygotowana dać reprymendę intruzowi.

Za drzwiami stał Mienszikow. Nadjana zacisnęła wargi. Książę o długich zwisających 

wąsach   dosłownie   pożerał   wzrokiem   jej   potargane   włosy,   białą   rękawiczkę,   zaciskającą 

szlafrok pod szyją. Pewnie myślał, że pod spodem jest naga.

- Piękna pani... władczyni niebios... wiem, że ma pani gościa. Muszę z nim mówić. 

Czas nagli.

- Ale... Usłyszała za sobą kroki cara, ciche niczym stąpanie kota.

-  Wszystko  w   porządku,  Nadjano.  Powinienem  był   się  domyślać,   że  wiesz,  gdzie 

jestem, Mienszikow. Co się stało?

- Najjaśniejszy Pan musi natychmiast przyjść do Twierdzy Petropawłowskiej.

- Czy Aleksy przyznał się do czegoś jeszcze?

- Tak, niestety.

- Już idę... Poślij po admirała Apraksina, kanclerza Gołowina, wicekanclerza generała 

Tuburyła... i księcia Dołgorukiego!

- Już posłałem, Wasza Wysokość.

Nadjana   zwróciła   uwagę   na   pokorny,   pełen   współczucia   głos   carskiego   sługi. 

Mienszikow, ta oślizgła ryba... Widziała, że car stara się włożyć buty, i pragnęła, by obaj 

wyszli stąd jak najszybciej.

- Pani, minie trochę czasu, zanim się znowu zobaczymy - oznajmił książę. - Obawiam 

się, że Najjaśniejszy Pan będzie miał wiele zmartwień. Ale pani ma przecież czym wypełnić 

czas, prawda?

Nie odważyła się mu odpowiedzieć, nie wiedziała, jak by Piotr na to zareagował. Nie 

ulegało  wątpliwości,   że  za  ostatnimi   wydarzeniami  stoi  Mienszikow.  Wiedział,  że  gdyby 

Aleksy kiedykolwiek doszedł do władzy, on sam poniesie surową karę. Być może to właśnie 

Mienszikow namówił cara na to największe okrucieństwo, na zgładzenie własnego syna.

- Wasza Wysokość,  będę czuwać i modlić  się za pana - rzekła, kłaniając się. On 

pogładził jedwab przesłaniający jej policzki.

- Dziękuję, Nadjano. Dzisiejszej nocy ja czuwałem przy tobie, więc możesz mi się 

odwdzięczyć.

Znowu ten ciepły żart, tak nie pasujący do człowieka, który idzie obejrzeć okaleczone 

background image

ciało swego syna. Co stanie się teraz, kiedy tortury odniosły najwyraźniej rezultat i sędziowie 

znowu gotowi są się zebrać?

Poczuła mdłości, nie mogła ich spłukać ani wodą, ani winem.

Musi odnaleźć Karla Martina. Potrzebowała go teraz, potrzebowała kogoś, na kim 

mogłaby polegać. On jest dorosły, żąda, by go tak traktować.

Dobrze, będzie miał to, czego chce. Chciała oprzeć głowę na jego piersi i płakać, 

krzyczeć   i   szlochać   niczym   histeryczna   baba   nad   okrucieństwem,   które   się   właśnie 

dokonywało.

Ale nie rozpłakała  się, ściskała tylko  jego dłoń tak, że zagryzał  zęby z bólu. Nie 

patrzyła  na niego, leżała na wysoko ułożonych  poduszkach w łóżku i wyrzucała z siebie 

rozpacz. Opowiedziała mu wszystko o carze, o spotkaniach, o przyjaźni, z której była dumna i 

z której tak się cieszyła. Teraz wszystko wymknęło jej się z rąk, nie jest już w stanie dłużej 

zamykać oczu na niebezpieczeństwa.

- Musisz stąd odejść. Musisz zniknąć stąd... jak najszybciej! Jeśli szaleństwo Piotra 

jeszcze się powiększy i jeśli Mienszikow urzeczywistni swoje groźby, car nie jest już tak 

wielkim opiekunem, jak myślałam. On może się od nas odwrócić! Odwrócił się przecież od 

własnego syna, posłał go na śmierć!

- Carewicz zostanie osądzony, ale chyba na śmierć go nie skażą.

- Owszem! Tak, nawet na pewno! Ty się tym nie interesujesz, Karl Martin, nie wiesz, 

co się stało w ostatnich dniach.

- W dokach rozmawiamy też i o tym.

- Ale wszystko rozgrywa się w carskim pałacu. I w lochach!

- Torturowali go?

- Tak. Przez trzy dni. I teraz... Dzisiaj Mienszikow przyszedł do mnie, by zabrać cara. 

Stanie się coś strasznego, Karl Martin.

- Czy chcesz iść do gmachu sądu?

- Nie, nie, ja nie mogę... nie jestem w stanie. Ale ty idź. Musimy wiedzieć... Musimy 

być poinformowani. Wyślę posłańca do Katarzyny, poproszę ją, by przyszła tutaj, jeśli mnie 

potrzebuje. Ona mnie ceni, to przynajmniej wiem. O Boże, gdyby wszyscy byli obdarzeni 

taką prostotą jak caryca, ta biedna dziewczyna...

Karl   Martin   widział   rozpacz   Nadjany.   Nie   przywykł   do   tego,   siedziała   skulona, 

maleńka  i przestraszona pośród miękkich  poduszek. Znowu miał  ochotę zdjąć jej maskę, 

całować policzki niezależnie od tego, jak bardzo zostały zniekształcone. Ogarnęła go głęboka 

czułość, większa niż lęk.

background image

- Ja nie chcę wyjeżdżać, Nadjano.

-   Musisz   -   westchnęła.   -   Jedź   do   domu,   Karl   Martin...   mój   Iwanie.   Nazywaj   się 

Iwanem, nikt już nie pamięta tamtego głupiego chłopca, który chciał zamordować samego 

wójta...

- Ja go pamiętam - odparł Karl Martin cicho. - Niestety, nie mogę jechać - powtórzył.

Nadjana uniosła głowę. Na jej twarzy malowało się straszliwe zmęczenie.

- Czy to ta kobieta? Czy to ona cię tu trzyma, mimo że twoje życie znalazło się w 

niebezpieczeństwie?

- Tak. Myślę, że tak.

Nie mógł wyjawić jej całej prawdy, nie mógł po prostu powiedzieć, że nie zostawi 

teraz Nadjany samej w Petersburgu. Wszystko wokół nich eksplodowało, Nadjana nie znała 

najbardziej niebezpiecznej tajemnicy.

Głośno przełknął ślinę, miał nadzieję, że nigdy nie będzie jej musiał tłumaczyć, iż ze 

wszystkich przyjaciół carewicza tylko on został przy życiu. Najpierw podejrzewał Aloe, że 

jest szpiegiem swego ojca. Potem uznał, że skoro nikt o niego nie pyta, to widocznie się 

mylił. Dobrze było móc jej powiedzieć o tym strasznym podejrzeniu. Ale ona nie wyglądała 

na urażoną.

Teraz znowu zaczął się dziwić. Bo jak to się stało, dlaczego on miał tyle szczęścia, by 

uniknąć   ponurego   losu,   jaki   spotkał   wszystkich   zwolenników   carewicza?   Dlaczego   on, 

pozbawiony   obrońców   cudzoziemiec,   chodzi   wolno,   kiedy   żołnierze   przeczesują   Rosję   i 

mordują ludzi choćby podejrzanych o krytykę cara lub o buntownicze myśli?

Dlaczego on miałby zostać oszczędzony, skoro Aleksy znajdował się w rękach katów?

Nie   było   w   tym   żadnego   sensu.   Mienszikow,   ojciec   Aloe,   najpotężniejszy   ze 

wszystkich ludzi Piotra, nie zwykł okazywać łaski.

Jeśli nie...

Nie miał odwagi pomyśleć tego do końca.

Nadjana przysunęła się do niego, jakby była dzieckiem, a on jej silnym opiekunem. 

Karl Martin siedział na krawędzi miękkiego łóżka i nigdy jeszcze nie czuł się taki bezradny.

Dwa tuziny tancerzy zajęło miejsca pod ścianami, podkurczając swoje długie nogi. 

Zwiewne   suknie   pań   zwisały   niczym   ptasie   skrzydła,   panie   pochylały   ku   sobie   głowy   i 

przypominały gromadę przestraszonych gołębi. Cichy szmer głosów narastał pod wysokim 

pozłacanym   sufitem   niebiańskiej   komnaty.   Nie   zapalono   żyrandoli,   a   na   jednej   z   galerii 

muzycy pakowali swoje instrumenty.

Ciężki, pełen napięcia nastrój, który poraził całe miasto, wdarł się również do tego 

background image

pięknego miejsca. Tancerze spływali potem, chociaż ten letni dzień był szary i chłodny. Nie 

oddychali wystarczająco głęboko, ciała napinały się, nawet wytrenowane stopy zapominały 

swoich umiejętności i stąpały niepewnie. Pełne wdzięku taneczne sceny nie wypadały tak, jak 

powinny.

- Jutro - wrzeszczał włoski dyrygent. - Jutro chcę widzieć coś zupełnie innego, nawet 

gdyby wszystkie dzwony w mieście miały bić, a stolicę ogarnął pożar!

Nadjana widziała, jak tancerze wstają, mówią sobie nawzajem komplementy i cicho 

wychodzą.

Nie miało to teraz żadnego znaczenia.

Już od dawna car nie urządzał  balów  w pałacu radości. Stała  teraz w pustej  sali. 

Panująca   wokół   cisza   wydała   jej   się   niezwykła.   Na   ogół   całymi   dniami   słychać   tu   było 

kobiecy śmiech i męskie głosy, chrzęst szkła i kojącą muzykę. Zwiewnie ubrane gospodynie 

zawsze były w ruchu, trzymając w rękach tace z owocami lub piękne karafki.

Teraz i one schroniły się w pokojach na górze, wykorzystywały czas spokoju na szycie 

nowych kostiumów lub uczenie się nowych pieśni.

Cały dom został wywietrzony, wymyty i na nowo przyozdobiony.

Być może brak zapachu słodkich perfum i niezwykle dużo światła po zdjęciu zasłon 

czyniło tę komnatę zimną i obcą dla Nadjany. Szelest jedwabnych sukien przesuwających się 

po   marmurowych   posadzkach   zaprowadził   ją   tam,   dokąd   zmierzała,   odnalazła   korytarz 

wiodący do jej własnego cichego pokoju. Chciała tam siedzieć w samotności i czekać, aż 

będzie po wszystkim. Wiadomości powinny nadejść wkrótce. Karl Martin czuwał w okolicy 

pałacu sądu, gdzie czekano na wyniki przesłuchań.

Może zwolennicy carewicza jednak coś zrobią? Może Aleksy dysponował ukrytymi 

gdzieś oddziałami żołnierzy?  Czy nie zaatakują miasta, nie podejmą próby zamordowania 

cara? Czy może Wielki uprzedził ich wszystkich i zdusił każdą najmniejszą iskierkę?

Nadjana nie miała też wiadomości od Katarzyny, to ją martwiło. Ale gdyby naprawdę 

okrutny postępek cara wobec własnego syna rozpalił wysuszone dusze chłopów, to pożar 

będzie gwałtowny i obejmie wszystko. Nadjana wiedziała, że ona sama stałaby się jedną z 

pierwszych  ofiar tych  biedaków. Takiego  luksusu bowiem i takiej  rozrzutności jak w jej 

pałacu nie znano nigdzie w Rosji. I żaden z nich nie będzie chciał słuchać, ile ona sama nocy 

w swoim życiu spędziła, nie śpiąc z głodu i strachu przed zwierzchnością.

Weszła do środka i zatrzasnęła drzwi. Przy jej łóżku zawsze teraz palił się na kominku 

ogień, wydała co do tego stanowcze rozkazy. Nawet w środku lata marzły jej stare nogi. 

Piękny samowar również napełniony był gorącą wodą, dokładnie tak jak pragnęła. Na małym 

background image

stoliku ustawiono ciasteczka i konfitury, kawałki cukru i miseczkę z masłem. Dwie stojące 

tam filiżanki to dar od samego Piotra, należały kiedyś do jego matki i piękniejszych Nadjana 

nigdzie nie widziała. Złoty wzór położono na kobaltowoniebieskim tle, a kiedy trzymało się 

filiżankę pod światło, widziało się poprzez niebieską farbę kruchą porcelanę.

Nie zdążyła nalać herbaty, gdy zapukano do drzwi.

To jedna z tych ubranych na zielono służących przyniosła bilet wizytowy.

Mienszikow.

Nadjana wciągnęła powietrze głęboko do płuc, próbowała odnaleźć w sobie choćby 

odrobinę   siły.   Czuła   się   jednak   całkiem   pusta.   Wykończona.   Zmęczona.   Najbardziej   ze 

wszystkiego pragnęła ułożyć udręczone ciało na różowej narzucie i spać, spać, spać.

Mimo to jednak skinęła głową dziewczynie i poprosiła, by wprowadziła księcia do 

małego, błękitnego gabineciku.

Dała sobie więcej czasu, niż powinna, ale odczuwała z tego powodu dziecinną radość. 

W końcu jednak musiała zejść na dół, zanim książę straci resztki cierpliwości. Sama sobie 

robiła wyrzuty, ale nie mogła się powstrzymać przed tym, by nie włożyć białej jedwabnej 

sukni, którą przepasała pod biustem nabijanym złotem paseczkiem. Ciężki materiał pięknie 

opinał jej szczupłe biodra i ujmował dwadzieścia lat, przynajmniej dopóki była w stanie iść 

prosto, lekkim krokiem. Białe włosy przewiązała jedwabnym turbanem, jedwabna maseczka 

miała kolor skóry.

Kiedy weszła do pokoju, księciu podano już ciasteczka, herbatę i anyżową wódkę.

Powitał ją przesadnie głębokim ukłonem.

Ona nie odważyła się ugiąć kolan, bo potem nie mogłaby się wyprostować, widziała 

jednak, że on nadal się uśmiecha.

- Najpiękniejsza ze wszystkich, dziękuję pani za gościnność.

- Prowadzimy otwarty dom - rzekła Nadjana sarkastycznie. - Czy księcia sprowadza 

jakaś specjalna sprawa?

On zmarszczył nos, Nadjana łamała dobre obyczaje, tak bezpośrednio przystępując do 

rzeczy. Wolno nalał zielonej herbaty i podał jej.

- Jeśli pani pozwoli... Skinęła głową coraz bardziej zniecierpliwiona. Nie mogła nic 

poradzić  na to, że  jego krzywy uśmieszek  tak  ją złości.  Najwyraźniej  był  dzisiaj  bardzo 

przyjaźnie usposobiony. Prawdopodobnie był zatem najbardziej niebezpieczny.

- Nadjano... nadeszły groźne czasy. Przychodzę tu prosto z sali sądowej.

- Co się stało? Nie potrafiła ukryć ciekawości. On odchylił się na krześle i patrzył na 

nią z drażniącym uśmiechem człowieka, który wie więcej.

background image

- My, którzy jesteśmy przyjaciółmi cara, nie mamy się czego obawiać. Ale biada tym, 

którzy zdradzili swój kraj i okazali lojalność carewiczowi! Priedatieli! Zdrajcy!

Dosłownie wypluwał te słowa, nie spuszczając z niej wzroku. Potem pochylił się ku 

niej i zniżył głos.

- Ale pani, Nadjana Krasawica... pani jest przyjaciółką Piotra. On zawsze mówi o pani 

bardzo dobrze, powinna pani o tym wiedzieć.

- O panu również, książę.

- Tak, cieszę się pełnym zaufaniem cara. Cóż, możemy się czasem nie zgadzać... on 

jednak zawsze pozwala mi przeprowadzić moją wolę w sprawach, które dla niego nie są takie 

ważne. Dlatego w ostatnich czasach spadło na mnie tak dużo zajęć. Nieszczęsny nasz car miał 

serce i ręce zajęte buntownikiem, którym okazał się jego własny syn.

- Co się stanie z Aleksym? Oczy księcia zrobiły się wąskie niczym szparki.

- Tego nie wie żaden człowiek. Oddał ducha dziś rano, pojednawszy się ze swoim 

ojcem i z Panem Bogiem.

Nadjana zasłoniła usta ręką i patrzyła.

- Zamordowali go? Książę podniósł się gwałtownie. Oczy mu płonęły, ale na wargach 

wciąż błąkał się ten podstępny uśmieszek.

- Strzeż się, Nadjano! Nie dalej niż godzinę temu żołnierze ścięli jakąś handlarkę na 

targu, bo zadała to samo pytanie. Taką otrzymała odpowiedź! Car wydał rozkaz: nikomu nie 

wolno spekulować co do tragicznego przypadku śmierci carewicza. On sam wyjaśni ludowi, 

co się stało, gdy tylko rozpaczające serce będzie miało na to dość siły!

Nadjana stała niema. Piotr zamordował swego syna. Rozpoczęły się nowe masakry, 

Piotr zna tylko jeden sposób tłumienia narastającej krytyki.

- Niech Bóg ma w opiece ten kraj - szepnęła. Książę Mienszikow wyprostował się pod 

jej tragicznym spojrzeniem.

- Jeśli mnie pani poprosi, to może nie wspomnę Piotrowi o naszej rozmowie.

- Nie powiedziałam niczego, czego nie mam zamiaru mu powtórzyć - odparła Nadjana 

i odwróciła się.

Czuła, jak spojrzenie Mienszikowa pali jej plecy. Nie była pewna, czy zdoła wejść po 

schodach i wrócić do swego pokoju. On ruszył za nią, słyszała za sobą głośne sapanie.

-   Nadjano!   Proszę   nie   rozumieć   mnie   źle!   Pragnę   być   twoim   przyjacielem,   chcę 

tylko...

Odwróciła się gwałtownie, zatoczyła, ale zdołała utrzymać się na nogach i patrzeć na 

niego z podniesioną głową.

background image

-   Mienszikow!   Zachowujesz   się   niczym   chłop!   Iść   tak   za   kobietą?   Gdzie   twoje 

maniery?

-   Moja   matka   mówiła   coś   zupełnie   innego   -   wybuchnął   śmiechem,   po   czym 

powiedział: - Nadjano, powinnaś się bardziej zająć własnym synem.

Popatrzyła na niego w milczeniu, co do sensu jego słów nie można się było pomylić, 

zawierały groźbę. Nie chciała tak tego zostawić, ale nim zdążyła otworzyć usta, on ukłonił się 

elegancko i ruszył do wyjścia.

Z bijącym  sercem usiadła, nie będąc  w stanie rozwiązać  uwierającego  ją w czoło 

turbanu.

Herbata w filiżance dawno wystygła, zegar w holu wybił sześć ciężkich uderzeń. W tej 

samej chwili usłyszała bicie dzwonów kościelnych w całym mieście. Brzmiały z niezwykłą 

siłą, w równym, ciężkim rytmie. To dzwony żałoby. Nadjana czuła, że ten dźwięk przenika jej 

mózg i serce. Ledwo była w stanie oddychać, siedziała po prostu i rozcierała lodowate dłonie 

pod cienkim jedwabiem.

Po chwili usłyszała pośpieszne kroki Karla Martina na marmurowych schodach.

background image

ROZDZIAŁ XIV

- Ja go zabiję - szeptał Karl Martin gorączkowo. - Zabiję go, wbiję w niego nóż, 

odbiorę karabin jego gwardzistom i nafaszeruję go ołowiem... Ta bestia nie powinna żyć!

Nadjana siedziała sztywna i przejęta zgrozą, nie mogła uwierzyć, że to prawda.

Karl Martin sprawiał wrażenie szalonego, bardziej szalonego niż sam car. Jego ładna, 

młoda twarz nigdy nie wydawała się jej taka przerażająca. Miał pianę wokół ust, a oczy 

miotały skry, nigdy by nie przypuszczała, że ten spokojny młody człowiek potrafi zapłonąć 

takim   gniewem.   Wiedziała,   oczywiście,   że   był   rebeliantem,   młodym   buntownikiem,   że 

przejmował się myślami, które zdradziecki Kvithovud wtłaczał mu do głowy. Widział biedę, 

pozwalał,   by   niesprawiedliwość   nasączała   jego   serce   palącą   trucizną.   W   jakiś   sposób 

podziwiała go za to, ale był taki młody i niedoświadczony.

- Przez takie gadanie narażasz własne życie. Powinieneś o tym wiedzieć.

Wymuszony spokój w jej głosie wcale nie studził jego zmysłów.

- To by był wielki zaszczyt umrzeć dlatego, że się udusiło tę świnię! Co znaczy jedno 

moje życie wobec tych setek tysięcy, które zagłodził lub zadręczył na śmierć! To antychryst, 

jest naprawdę tak, jak mówili mnisi, to sam diabeł!

- Karl!

Wybuchnęła   teraz   szlochem,   wyciągnęła   do   niego   ręce,   rozdygotane,   pozbawione 

czucia.

Karl Martin nie zwracał na nią uwagi. Krążył po małym, pięknie urządzonym pokoju.

- Powinnaś go była widzieć! Stał tam uparty i zaciekły, zimny i diabelsko przebiegły, 

stał na szczycie  schodów  i wygłaszał  ludziom swoje kłamstwa!  „Bóg pomógł  mi  w tym 

trudnym wyborze, bym pozwolił carewiczowi umrzeć od ciosu..." Ha, w rękach katów!

- Karl! Nie wolno ci... ty... ty mówisz jak najgorszy z nich!

Karl   Martin   odwrócił   się   do   niej   gwałtownie.   Oczy   płonęły   mu   chorobliwym 

blaskiem.

- Bo ja jestem najgorszym z nich! Ja jestem tym najbardziej niebezpiecznym, bo żyję! 

Kikin,   Ignatiew,   wszyscy   dobrzy   mężczyźni   i   kobiety,   którzy  widzieli   niesprawiedliwość 

carską i popierali miłującego pokój następcę tronu, oni wszyscy pomarli. Ale ja żyję! I jestem 

jedynym, który może pomścić ich ofiarę! Ja to zrobię, Nadjano, nawet gdyby mnie to miało 

kosztować życie.

- Ty... nie wolno ci... Ale on już chwycił nóż, który zawsze nosił u pasa, trzymał go 

przed sobą niczym świętą relikwię i patrząc jej w oczy, przysięgał:

background image

- Jeśli nieszczęsny głupiec zdoła uwolnić kraj od diabla... to z pewnością będą ze mnie 

dumni, nawet moi tam w domu?

- Karl, Karl... twoi rodzice nie pragną niczego innego, jak tylko, byś wrócił do nich.

- Wrócić jako ten sam mały głupiec, który wyjechał?

- Oni cię kochają!

- Ha! A czy ja kiedykolwiek coś dla nich zrobiłem?

- Jesteś ich synem, jedynym, jakiego mają!

Zagryzł wargi.

- No to dlaczego się do ciebie nie odzywają, Nadjano? Dlaczego nie odpowiadają na 

twoje długie listy? Nie wyobrażaj sobie niczego, Nadja. Moja matka nigdy ani przez moment 

nie pamięta o tych, którzy akurat nie siedzą obok niej i z którymi nie może dyskutować o 

metodach suszenia ziół i przygotowywania mieszanek.

- Mylisz się - rzekła matowym głosem. Ujawniona dopiero co gorycz tego młodego 

człowieka była dla niej takim samym szokiem, jak jego szalone plany zamordowania cara.

- Nadjano... ze względu na własne dobro powinnaś natychmiast nawiązać kontakt z 

Mienszikowem i donieść na mnie. Jeśli tak uczynisz, pozostaniesz wolna, niezależnie od tego 

co się wydarzy. Jeżeli zamorduję go dzisiejszej nocy, to i tak Mienszikow będzie ci winien 

wdzięczność. Jeśli zaś mi się nie uda, nie będzie cię później mógł oskarżać, że brałaś w tym 

udział.

Wiedziała, że on naprawdę zamierza to wszystko zrobić, przez moment zobaczyła 

nawet oczyma wyobraźni, jak tamten wielki mężczyzna pada pod ciosem Karla Martina.

- Dzisiejszego wieczoru car będzie przyjmował ludzi, przyjdą defilować przed trumną 

carewicza i oglądać ojcowskie łzy. Może nawet on sam stanie tam bezbronny, poza ochroną 

żołnierzy, zajętych pilnowaniem twierdzy. Jeśli ktoś z szeregu wyjmie nóż, może mieć szansę 

- mówił Karl Martin jakimś obcym, dalekim głosem.

Ostrze noża lśniło, kiedy przesuwał je po opuszkach palców. Na skórze pojawiła się 

mała, czerwona kreska. Karl Martin pochylił się i wsunął nóż w cholewę wysokiego buta.

Nadjana poczuła, że spływa na nią głęboka ciemność, próbowała sztywnymi palcami 

chwycić się czegoś, ale łapała tylko powietrze. Pociemniało jej w oczach, zdążyła jeszcze 

zobaczyć,   że   twarz   Karla   Martina   się   zmienia,   rzucił   się   ku   niej,   ale   nie   zdążył   jej 

powstrzymać i opadła w dół, w głęboki, wirujący tunel.

Ulicami Petersburga toczył się z łoskotem powóz. Był pięknie zdobiony złoconymi 

liśćmi   i   ornamentami,   a   ciągnące   go   konie   lśniły   czernią   i   w   niczym   nie   przypominały 

nędznych chabet do rozwożenia piwa, które teraz, pod wieczór, opierały się o ściany stajni i 

background image

dyszały ciężko. Powóz miał resory i grube obręcze, mimo to podskakiwał na wybojach tak, że 

o mało się nie przewrócił. Siedzący w nim za grubymi aksamitnymi zasłonkami pasażerowie, 

czy pasażer, musieli być porządnie poobijani.

Nadjana jednak nie wołała na woźnicę, nie kazała mu zwolnić. Czas naglił, być może 

już jest za późno. Na ulicach nie widziała nikogo prócz chłopskich córek wracających z pól 

po upalnym dniu lub może udających się do świątyni na modlitwę.

Cerkiew Świętej Trójcy oświetlały mniejsze i większe ogniska, choć noc nie będzie 

ciemniejsza niż wrześniowe późne popołudnie. Nastało lato, na kapuścianych polach główki 

porosły   już   do   rozmiarów   męskiej   pięści.   Przed   cerkwią   stała   szara   ciżba,   niektórzy   z 

zebranych trzymali w rękach pochodnie, inni błyszczące bagnety.

Kiedy powóz podjechał bliżej i zatrzymał się, Nadjana usłyszała śpiew chłopięcego 

chóru. Ciemniejsze, bardziej przeciągłe głosy popów tworzyły dudniące, jakby złowieszcze 

tło pieśni.

Carewicz nie żyje.

Domyślała   się   szoku,   choć   ludzie   stali   z   nieruchomymi   twarzami   i   zamkniętymi 

oczyma,   pogrążeni   w   modlitwie.   Potężna   fala   wiernych   podchodziła   do   świątyni   i   tam 

wyłaniał się z niej cienki strumień, który nieprzerwanie wpływał przez drzwi do wnętrza. W 

głównej nawie cerkwi stała trumna. Nadjana wiedziała, że może ją otaczać carska gwardia. 

Prawdopodobnie sam Piotr też się tam znajdował, pobladły pod opadającą na twarz czupryną, 

z potężnymi dłońmi złożonymi do modlitwy. Nadjana skuliła się, jakby powóz jeszcze nią 

potrząsał, czuła rozchodzący się w całym ciele ból. Żałowała, że nie wzięła swojej flaszeczki 

z kroplami, z drugiej jednak strony wiedziała, że teraz potrzebny jej będzie jasny umysł.

Rozsunęła   firanki,   próbowała   rozróżniać   twarze   w   tłumie.   Nie   mogła   wyjść   na 

zewnątrz,   zresztą   nie   chciała.   Wydała   jasny  rozkaz   trzem   swoim   zaufanym   ludziom,   oni 

muszą go wypełnić sami. Mają odszukać Karla Martina, może już go znaleźli. Wiedzieli, że w 

jednym jego bucie został ukryty nóż i że chłopak jest oślepiony gniewem i szaleństwem. 

Powiedziała im tak:

- Nie wolno wam go zranić. Was jest trzech, a on sam, i to właściwie jeszcze chłopiec. 

Posługujcie się pięściami, użyjcie kropli, które wam daję. Chodzi o to, żeby go odciągnąć na 

bok, zakryjcie mu twarz i mówcie, że rozpacz pomieszała mu rozum.

A rozpacz w sercu Karla Martina była rzeczywiście wielka. Nadjana domyślała się 

tego   na   długo,   zanim   się   wszystkiego   dowiedziała.   Jej   przybrany   syn,   rodzone   dziecko 

Marji...   Karl   Martin,   mimo   wewnętrznego   sprzeciwu,   naprawdę   przejmował   się   losem 

Aleksego.   Może   w   nieszczęsnym   carewiczu   rozpoznawał   cząstkę   samego   siebie?   Może 

background image

współczuł mu za każdym razem, kiedy ojciec odpychał syna, a następca tronu musiał znosić 

upokarzającą obcość ojca. Aleksy go kochał, nie potrafił jednak być takim synem, jakiego 

Piotr Wielki pragnął. Mały braciszek jeszcze nie wyrósł z kołyski, ale Piotr przy każdej okazji 

z wielkim naciskiem podkreślał, o ile tamten malec jest ważniejszy.

Aleksy   go   zawiódł,   i   to   na   wszystkich   frontach.   Karl   Martin   jednak   rozumiał 

odepchniętego syna i Nadjana wiedziała, że ludzie w tym nowym mieście nad Newą także 

palą świeczki w jego intencji i proszą Boga, by jak najrychlej uczynił go carem w miejsce 

popędliwego, wysysającego z nich krew Piotra.

Przed   kościołem   było   mnóstwo   duchowieństwa,   nie   widziała   jednak   tych   starych 

mnichów, z którymi schodził się carewicz.

Nadjana wstrzymała dech i czuła, jak serce tłucze się w piersi. Przed nią coś się działo. 

Ludzie rozstępowali się na boki, jacyś mężczyźni przeciskali się przez tłum. Nieśli kogoś. 

Nadjana rozpoznała białe mankiety przy surducie Karla Martina i odetchnęła z ulgą. Nagle 

zobaczyła krew spływającą z rękawa i musiała zasłonić usta ręką, by nie krzyczeć. Jedwabna 

maseczka zrobiła się wilgotna. Poczuła, że ma lodowate wargi, powietrze, które z trudem 

wciągała do płuc, sprawiało jej ból.

- Bogu dzięki - wyrwało jej się. Mężczyźni przynieśli rannego do powozu. W tłumie 

czasem ktoś się odwrócił, mroczne oczy w umęczonych twarzach.

Ale w głębi katedry śpiew przybrał na sile i znowu światła skupiły na sobie uwagę 

ludzi. Niewielu widziało nieprzytomnego mężczyznę wsadzanego do powozu Królowej.

- Karl, Karl... Co ja mam z tobą zrobić? Bogu dzięki, że oni cię znaleźli, Bogu dzięki...

Oddychał równo i spokojnie, pachniał czymś słodkim. Teraz kiedy spał, był znowu 

niczym   dziecko.   Nadjana   wpatrywała   się   weń   i   miała   pewność,   że   własnego   syna   nie 

umiałaby kochać bardziej.

Powóz znowu ruszył ulicami miasta, a ona nie mogła się uwolnić od bolesnej myśli, że 

oto ten chłopiec, syn Maryjki, został jej oddany pod opiekę. Marja powierzyła jej, co miała 

najdroższego,   ale   teraz   nadszedł   czas,   by   coś   w   jego   sprawie   postanowić.   Karl   Martin 

powinien wrócić do domu. Do rodzinnej wsi nad fiordem, do bliźniaczej siostry Amelii, którą 

tak kocha. Do ojca Karla, do wszystkich bliskich.

Jeśli szczęście go nie opuści, to może się okazać, że Kvithovud nie żyje. Na pewno tak 

jest, tamten był przecież groźnym buntownikiem, chciał zamordować samego wójta, nie mógł 

uniknąć odpowiedzialności.

Napomykała o tym niezliczoną ilość razy, zanim choroba dopadła ją naprawdę. Nigdy 

jednak nie udało jej się skłonić wychowanka do zastanowienia nad tym, zawsze prychał tylko, 

background image

odwracał wzrok i zaklinał się, że za nic nie chce ich znowu oglądać.

- Mój biedny chłopcze... Biedny, pogrążony w rozpaczy... pewnego dnia pojmiesz, że 

oni   nigdy   cię   nie   odepchnęli,   że   na   zawsze   pozostaniesz   ich   synem.   Marja   i   Karl,   twoi 

rodzice, naprawdę cię kochają!

Wiedziała, że teraz nie słyszy jej słów.

Obciągnięta jedwabną rękawiczką dłoń delikatnie gładziła twarz o regularnych rysach. 

Jaki to urodziwy chłopiec. Jeszcze ładniejszy teraz, kiedy nie marszczy brwi ani nie krzywi 

swoim zwyczajem ust. Wyglądał tak młodo. I tylko ona wiedziała, że to prawda, wygląda na 

tyle lat, ile ma.

Karl Martin przewrócił się gwałtownie na bok. Miała nadzieję, że spokojne kołysanie 

zaprzężonego w cztery konie powozu i stukot kopyt o bruk uśpią go głęboko nawet wtedy, 

gdy krople przestaną już działać.

Chłopiec   jednak   ocknął   się   i   mrużąc   oczy   wpatrywał   się   w   mrok.   Wiedziała,   że 

rozpoznał zapach jej perfum.

- Gdzie jesteśmy? - zapytał.

- W powozie - odparła cicho.

- Nadja... Ty, przeklęta... Nie uraziło jej to, domyślała się przecież, że szarpie nim 

gniew i rozpacz z powodu porażki.

- Dłużej tak nie można, Karl... to się naprawdę źle skończy. Nawet jeśli tutaj wszyscy 

wierzą,  że jesteś  dorosły,  to ja wiem swoje. Zestarzałam  się i  nie mogę  wciąż  nad tobą 

czuwać. I powiadam ci, Karl Martin, że o mało mnie nie zabiłeś dzisiaj, kiedy tak wyleciałeś 

ode mnie... nie chciałeś mnie słuchać.

- Ja nie ciebie zamierzałem... zabić...

- Jesteś mi wiele winien, Karl. Wiesz o tym. I nie masz prawa mnie zawieść. Mówię ci 

to otwarcie: Jesteś mi winien spokój, dopóki jeszcze żyję. I dlatego postanowiłam, że wrócisz 

do ojca i matki!

-   Nie!   Nigdy!   Nadjana   milczała.   Poczuła   delikatny   zapach   świeżo   posadzonych 

cyprysów. Wymarzną najbliższej zimy, ale ogrodnicy cara otrzymali wyraźny rozkaz: Ma tu 

być tak samo pięknie, a roślinność tak samo bujna jak w ogrodach francuskich królów.

-   Odpocznij   teraz,   Karl   Martin.   Naprawdę,   nic   nie   poradzisz.   A   pewnego   dnia 

podziękujesz mi za to, że cię ustrzegłam od katastrofy. Może nawet już jutro. Bo znam cię na 

tyle, by wiedzieć, że naprawdę chciałeś to zrobić. Naprawdę chciałeś rzucić się na cara i może 

nawet tam, w cerkwi, udałoby ci się przeprowadzić twój zamiar. Zgładzić cara! Przy trumnie 

syna! Zdajesz sobie chyba sprawę z tego, ty uparty koźle, że coś takiego ściągnęłoby na ciebie 

background image

wieczne potępienie!

- Od kiedy tak cię niepokoi wieczność? - syknął chłopiec szyderczo. - Nigdy nie 

nazywałem cię nierządnicą, Nadjano, ale przecież trudnisz się nierządem. Mimo że uczysz 

różnych   rzeczy   twoje   dziewczyny   zatrudnione   w   Niebiańskim   Pałacu,   to   jednak.... 

Przeszkadzanie mi teraz jest dokładnie tym samym. Łajdactwem! Chcesz mieć spokój i za ten 

spokój sprzedajesz swoje poglądy! Nie mogła zaprzeczać, ale w dalszym ciągu nie czuła się 

zraniona. Wiedziała, że Niebiański Pałac Piotra należy do niej, że to dom, w którym i kobiety, 

i ich goście mają prawo do spokoju. Oczywiście, wszyscy są własnością cara dokładnie tak 

samo jak ci, których on każdego ranka kieruje do kopania rowów. Car jest ich właścicielem, 

tak   jak   jest   właścicielem   budowniczych   statków,   architektów,   dworzan,   członków   rady, 

Mienszikowa, a nawet cerkiewnego duchowieństwa.

- Wszyscy jesteśmy niewolnikami - powiedziała w końcu.

- To przeklęte miasto niewolników - jęknął Karl Martin. Potem znowu zamknął oczy. 

Nadjana wiedziała jednak, że chłopak tylko udaje sen.

Oparła   się   wygodniej,   słyszała,   że   trzej   mężczyźni   konno   towarzyszą   powozowi. 

Wkrótce   znajdzie   się   w   domu.   W   domu,   w   Niebiańskim   Pałacu.   Jechali   wzdłuż   rzeki, 

nadkładając drogi. Nie wiedziała, jak Karl Martin się zachowa, poleciła więc woźnicy, by 

wybierał   wąskie,   boczne   uliczki,   mniej   uczęszczane.   Ale   już   zaraz   znajdą   się   na   tyłach 

wielkiego,   jasnoczerwonego   gmachu,   będącego   dumą   Piotra   Wielkiego   i   nazywanego 

Piotrowym Niebem.

Nie tylko złe języki, ale chyba większość języków w Petersburgu wyrażała pogląd, że 

to chyba jedyne niebo, jakiego ten okrutny car może dostąpić. W każdym razie teraz, kiedy w 

taki ponury sposób zamordował swego najstarszego syna.