background image

Shirley Jackson 
Życie wśród dzikusów 

tłumaczyła Mira Michałowska 
 
Czytelnik, Warszawa 1971 
 

Nasz

 

dom jest stary, hałaśliwy i przeludniony. Kiedyśmy się tu wprowadzili, mieliśmy 

dwoje dzieci i około pięciu tysięcy książek; spodziewam się, że gdy w końcu przestaniemy się 
mieścić i trzeba się będzie wyprowadzić, okaże się. że jesteśmy posiadaczami dwadzieściorga 
dzieci i dobrego pół miliona książek; jesteśmy także właścicielami wielu łóżek, stołów, koni 
na biegunach, lamp, sukienek dla lalek, modeli statków, pędzli i, dosłownie, tysięcy 
pojedynczych skarpetek. Wpadliśmy, mój mąż i ja, w ten tryb życia tak, jak wpada się w 
kabałę albo w studnię, a kiedy zorientowaliśmy się, że wyjścia nie ma, postanowiliśmy się 
jako tako urządzić, wstawić krzesło, biurko i lampę; i chociaż jest to obecnie nasza 
codzienność, a na dodatek jedyna, jaką znamy, to od czasu do czasu wpadamy w zadumę i 
dochodzimy do wniosku, że człowiek, który nie żyje w absolutnym przeświadczeniu o tym, 
że w ciemności prędzej czy później nadepnie na połamaną celuloidową lalkę, nie jest w stanie 
zrozumieć tego, co się u nas dzieje. Nie wyobrażam sobie lepszej rzeczywistości z wyjątkiem 
może sytuacji, pozbawionej zarówno dzieci jak i książek, życia w jakimś dobrym pensjonacie, 
z pełną obsługą, gdzie przysyłają jedzenie na górę i gdzie można nic nie robić, tylko leżeć na 
kanapie - innymi słowy, jak już rzekłam, nie wyobrażam sobie lepszej rzeczywistości, chociaż 
nie zamierzam ukrywać, że musiałam pójść na wiele, na bardzo wiele kompromisów. 

Czasami rozglądam się, patrzę na wszystkie parafernalia naszego żywota - torebki po 

sandwiczach, maszyny do pisania, różne kółeczka od najrozmaitszych rzeczy - i zastanawiam 
się nad ilością wytworów cywilizacji, jakie nagromadziliśmy dokoła siebie, oraz nad tym, czy 
bylibyśmy szczęśliwsi, gdybyśmy wyrzekli się tego wszystkiego i ograniczyli się do 
najpotrzebniejszych przedmiotów, takich jak maszynka do parzenia kawy, maszyna do 
pisania i te najniezbędniejsze kółeczka od najrozmaitszych rzeczy. Zaraz potem - a dzieje się 
tak przeważnie na wiosnę - zabieram się do wyrzucania wszystkiego, co niepotrzebne, po 
czym okazuje się, że mimo iż możemy doskonale funkcjonować bez owych kółeczek od 
najrozmaitszych rzeczy, to nowe kółeczka pojawiają się niemal natychmiast. Na tym, 
przypuszczam, polega właśnie postęp. Na tym, że oni potrafią produkować nowe kółeczka, 
jeżeli nawet nie szybciej niż stare odpadają od najrozmaitszych rzeczy, to w każdym razie 
szybciej, niż ja potrafię je wyrzucać. 

Pamiętam pewien poranek - było to dość dawno temu - kiedy odwiedził nas właściciel 

domu, w którym odnajmowaliśmy wówczas mieszkanie. Nasz syn Laurie miał trzy i pół roku, 
a nasza córeczka Jannie sześć miesięcy, ja akurat kończyłam przyrządzanie obiadu, przed 
chwilą uporałam się z praniem pieluch oraz koszulek, pidżamek i bawełnianych kołderek i 
wszystko to powiesiłam na sznurze (niech ludzie mówią, co chcą, ale moim zdaniem jest to 
duży kawał roboty jak na jedno przedpołudnie, szczególnie, co zapomniałam dodać, iż 
upiekłam jeszcze ciasteczka czekoladowe i opróżniłam wszystkie popielniczki), kiedy zjawił 
się właściciel naszego domu. Był to bardzo miły pan, dobry widać i troskliwy, bo przede 
wszystkim zapytał mnie o stan mojego zdrowia, następnie o stan zdrowia mojego męża, po 
czym zażądał, abym mu powiedziała, jak miewa się mój synek. No i córeczka. A kiedy 
oświadczyłam, że wszyscy mają się doskonale, naprawdę doskonale, dodał, że na pewno 
wiem, że nasza umowa najmu właśnie wygasła. Obawiam się, że zapomniałam o tym fakcie - 
odparłam. To nic, chrząknął, sądzę, że państwo po prostu ostatnio nie zaglądali do naszej 
umowy, a ja (zastanawiając się nad tym, czy to nie był przypadkiem dokument, który Laurie 
niedawno podarł na drobne kawałki i zjadł) przyznałam, że w rzeczy samej od dłuższego 

background image

czasu nie zajmowaliśmy się zaglądaniem do tej umowy. Wielka szkoda, zmartwił się 
właściciel naszego domu. Rzeczywiście, przyznałam. Bo, widzi pani, chrząknął, państwa 
mieszkanie zostało już odnajęte innej rodzinie. Po dobrej minucie wykrztusiłam z siebie 
odnajęte? A po dalszej minucie innej rodzinie? A potem roześmiałam się i dodałam, to chyba 
niemożliwe, przecież nie możemy się teraz wyprowadzić. A on na to, że właśnie w tym rzecz, 
że będziemy się musieli wyprowadzić i to natychmiast. 

- Widzi pani - dodał po chwili - gdybyśmy chcieli, moglibyśmy państwa wyeksmitować. 
- Moglibyście? - Może napisać do prezydenta, myślałam, może zaapelować do niego w 

imieniu naszych dwojga drobnych dzieci? 

- Wolelibyśmy jednakże, żeby państwo po prostu wyprowadzili się - powiedział 

gospodarz. 

- Ale dokąd?  
Roześmiał się. 
- Na to pytanie nie znam odpowiedzi. W tej chwili w ogóle nie ma mieszkań do 

wynajęcia. 

- Będziemy się rozglądali - westchnęłam. Będziemy pisali listy, przyrzekałam sobie w 

duchu, zaraz, a co z tym kawałkiem tynku, co spadł mojemu mężowi na głowę podczas 
golenia: aha, adwokaci. 

- Spodziewam się, że państwo opróżnią mieszkanie nie później niż pierwszego maja. 
- Dzisiaj jest dwudziesty piąty marzec. 
- Tak jest. I już za kilka dni trzeba będzie opłacić czynsz za kwiecień - zarechotał. 
Nazajutrz nadszedł list, zawierający słowa „pierwsze ostrzeżenie przed eksmisją”. 

Zaczęłam myśleć w kategoriach barykadowania drzwi przy pomocy stołu i wylewania 
gorącego oleju przez okno. Co nas najbardziej rozzłościło, to fakt, że w gruncie rzeczy nie 
mieliśmy wcale zamiaru odnawiać umowy i że obiecywaliśmy sobie od czasu do czasu, że 
zaczniemy się rozglądać za czymś lepszym. 

- Co za bezczelność - powiedziałam do męża. - Odnajął mieszkanie nowym lokatorom i 

nawet nie zreperował tego złamanego stopnia na dole. 

- Napisz im kartkę i zawiadom o karaluchach - zaproponował mój mąż i dodał, że jest 

przeciwnikiem wszelkiego procesowania się, jeżeli nie ma się konkretnych zarzutów (a ten 
kawałek tynku? a radio sąsiadów?), potem poklepał mnie po plecach i przypomniał mi, że od 
dawna marzę o przeprowadzce. 

Rzeczywiście, od dawna oboje marzyliśmy o tym, żeby przenieść się do Vermontu, do 

niewielkiego miasteczka, w którym osiedlili się nasi dobrzy znajomi. Pisali nam 
entuzjastyczne listy o tym, jak to ich dzieciaki bawią się we własnym ogródku, o tym, jak 
piękne są tamtejsze góry, jak czysty śnieg, jak smaczne jarzyny z własnej grządki. Albo 
wynosimy się do Vermontu, albo trzeba będzie rozbić namiot w parku, to stało się dla nas 
jasne. Zatelefonowałam do kilku pośredników mieszkaniowych, a każdy z nich śmiał się 
równie wesolutko w słuchawkę, jak nasz gospodarz. 

- Czy nie macie państwo jakich krewnych, którzy by państwa przyjęli do siebie? - 

zapytał jeden z nich. 

Wreszcie, jak para dzielnych podróżników wyruszających na zdobycie nieodkrytych 

jeszcze lądów, umieściliśmy nasze dzieci u dziadków, nałożyliśmy kalosze, wzięliśmy 
walizki, udaliśmy się na dworzec i wsiedliśmy do pociągu, by - jako forpoczta - zlustrować 
owo miasteczko, w którym zamieszkali nasi przyjaciele, a gdzie góry miały być takie piękne, 
śnieg tak nieskazitelnie czysty. Jeżeli chodzi o śnieg, to z miejsca przekonaliśmy się o jego 
istnieniu. W momencie, kiedy wyszliśmy z pociągu, nasypało nam się do kaloszy i przez 
następne trzy dni mieliśmy mokre nogi i drobne kawałki lodu przyklejone do skarpetek. 

Stwierdziliśmy jednakże z zadowoleniem, że jest tam niezliczona ilość domów i 

domków do wynajęcia. Oświadczyła nam to na wstępie niejaka pani Black, zażywna i 

background image

sympatyczna pani, która mieszkała wprawdzie w pobliskim, raczej sporym mieście, ale znała 
jakoby każdy dom i każdą rodzinę w całym stanie. Zawiozła nas do domu o pięknej nazwie 
Bassington. Obejrzeliśmy go i stwierdziliśmy, że byłby wprost idealnym pomieszczeniem dla 
nas, naszych książek i naszych dzieci, gdyby był skanalizowany. 

- To nie jest znowu takie kosztowne - pouczała nas pani Black. - Doprowadzicie wodę, 

założycie kanalizację i będziecie mieli naprawdę piękny dom. 

Mój mąż przestępował nerwowo z nogi na nogę w głębokim śniegu. 
- No tak - wymamrotał - ale, widzi pani... to jest kwestia... no, kwestia pieniędzy. 
Pani Black wzruszyła ramionami. 
- No, ile to może kosztować? - powiedziała. - Na pewno nie więcej niż tysiąc dwieście, 

tysiąc pięćset dolarów. To się państwu z pewnością opłaci. 

- Gdybyśmy mieli takie pieniądze... - zaczął mój mąż, ale przerwałam mu szybko i 

powiedziałam: - Proszę nie zapominać, droga pani, że my chcemy wynająć dom, a nie 
nabywać go na własność. 

- Wynająć? - zdziwiła się pani Black tonem, świadczącym o tym, że zorientowała się, iż 

ma do czynienia z ludźmi niesolidnymi, którzy po prostu tak, dla zabicia czasu, oglądają sobie 
cudze domy. - Powiem państwu tyle, że na waszym miejscu, z małymi dziećmi, no i w 
ogóle... na waszym miejscu wolałabym mieć własny dom. 

- Ale pieniądze! - przerwał jej mój mąż. 
- Pieniądze? - żachnęła się pani Black. - Dwa, trzy tysiące dolarów. - Zamyśliła się, a 

potem dodała z uśmiechem: - Z drugiej strony, gdybyście chcieli zabrać się sami do roboty, to 
moglibyście za bardzo niewielką sumę doprowadzić wodę, pomalować ściany, poreperować, 
co trzeba, no i wtedy wydatki zmniejszyłyby się poważnie. 

Pani Black patrzała głęboko w oczy mojemu mężowi, a on uśmiechnął się blado, skinął 

głową i widać było, że przez tę jedną krótką chwilę był olśniony myślą o własnoręcznym 
zakładaniu rur wodociągowych. 

- Proszę tylko pomyśleć - zaczęła znowu pani Black. - Zapłacicie na początek pierwszą 

ratę, dwa, może trzy tysiące, potem pójdziecie do banku i Henry Andrews załatwi wam 
pożyczkę na pierwszą hipotekę, po czym zobowiążecie się na piśmie do wprowadzenia kilku 
ulepszeń. Pozostanie sprawa tytułu własności i ustalenia prawa do wcześniejszego spłacenia 
długu hipotecznego. Henry Andrews wam to wszystko wytłumaczy. Dojdą, oczywiście, 
podatki. Będziecie się na pewno chcieli ubezpieczyć. I założyć ogrzewanie i elektryczność. 
Przypuszczam, że Bill Adams zainstaluje wam urządzenia sanitarne po specjalnej cenie, bo 
siostra jego żony jest właścicielką tego domu. I już. Za dziesięć, piętnaście lat będziecie 
właścicielami bardzo porządnego domu. Właścicielami. W przeciwnym razie będziecie 
musieli wciąż płacić czynsz. 

- Ale pieniądze - odezwał się mój mąż. 
Pani Black, nie zwracając na niego uwagi, ciągnęła dalej: 
- Ale może chcielibyście państwo obejrzeć dom McCafferych? Ten jest całkowicie 

skanalizowany. 

Dom McCafferych był rzeczywiście skanalizowany, ale nie mogliśmy się przekonać o 

tym na własne oczy, stał bowiem na szczycie pagórka, a prowadząca doń droga była tak 
zasypana śmieciami i śniegiem, że nie można się było do niego dostać. Kiedy staliśmy u stóp 
pagórka, pani Black westchnęła i patrząc w górę oświadczyła: - Trzeba chyba będzie wreszcie 
zrobić coś, żeby to uprzątnęli. 

Niejaki pan Miller, mężczyzna w skórzanej kurtce i czapce z nausznikami, zaprowadził 

nas do domu Donaldów. Domek był nawet ładny, położony na niecałym hektarze 
podmokłego gruntu, ale jako ludzie kapryśni, uznaliśmy, że nie można mieszkać bez 
centralnego ogrzewania, na co pan Miller oświadczył, że mamy rację i że założenie instalacji 
centralnego ogrzewania nie powinno kosztować więcej niż dwa do trzech tysięcy. 

background image

- Ja bym tam raczej wstawił piece - oświadczył. - To znacznie taniej się kalkuluje niż 

centralne. 

- Pieniądze... - odezwał się znowu mój mąż. 
- A może - pan Miller zlustrował go uważnie od stóp do głów. - A może by pan sam 

założył instalację? 

Pan Faber, mężczyzna w kraciastych pumpach, który bez przerwy zwijał papierosy, 

pokazał nam dom Grantów, w którym były tylko trzy pokoje, ale za to bardzo ładny ogródek, 
oraz dom Exeterów, który był duży, rozległy, miał centralne ogrzewanie i kanalizację. - To 
jest bardzo piękny dom - chwalił pan Faber. - Cena wywoławcza pięćdziesiąt tysięcy, ale 
przypuszczam, że będzie można coś tam wytargować. 

- Pięć... - zająknął się mój mąż. 
- No tak - zasmucił się pan Faber - od razu pomyślałem, że to pewnie będzie dla 

państwa za dużo, ale co tam, chyba przyjemnie popatrzeć na coś ładnego. 

Pani Black przyjechała po nas nazajutrz o dziewiątej rano, żeby pokazać nam dom 

Hubbardów, przerobiony ze starej zabytkowej stodoły, z pięknymi posadzkami i bardzo 
wysokimi sufitami, kominkiem i świetnymi tynkami, nawet garażem, ale niestety, 
pozbawiony dalszych pokojów. 

- Jeden tylko salon - opowiadała nam pani Black - jeden tylko salon ma dwadzieścia 

metrów długości. Ten dom to właściwie wspaniała pracownia dla artysty. Można by zrobić 
dobudówkę za jakieś trzy, cztery tysiące. 

- Ale my przecież chcemy tylko wynająć dom - powiedziałam płaczliwie. - Nie chcemy 

niczego dobudowywać, instalować ani przerabiać. Chcemy po prostu wynająć dom, który jest 
całkowicie wykończony i nadaje się z miejsca do zamieszkania. 

Pani Black westchnęła, a po chwili powiedziała: - Więc może byście państwo chcieli 

obejrzeć dom Exeterów? Jest bardzo duży i na pewno nadaje się dla was doskonale. Jego 
cena... 

Pod koniec drugiego dnia obejrzeliśmy nawet oborę, którą ktoś chciał odnająć, chociaż 

na razie mieszkały w niej dwie krowy i jeden traktor, ale nawet dobre rady pani Black, 
żebyśmy boksy przerobili na sypialnie dla dzieci, nie były w stanie nas przekonać. 

- No cóż - westchnęła pani Black, kiedy żegnała się z nami przed domem naszych 

przyjaciół. - Moim zdaniem, powinniście się cieszyć, że macie porządne mieszkanie w 
mieście. 

Tegoż wieczoru odpoczywaliśmy po trudach dnia w wygodnym saloniku naszych 

przyjaciół w błogim przeświadczeniu, że znajdujemy się pod solidnym, choć nie własnym 
dachem, i usiłowaliśmy nakreślić jakiś plan działania. 

Był drugi kwiecień, otrzymaliśmy już „drugie ostrzeżenie przed eksmisją” i ogarnięci 

czarnymi myślami zastanawialiśmy się nad możliwością wynajęcia przyczepy samochodowej 
albo nad odesłaniem dzieciaków do moich rodziców, zakupieniem namiotu i kajaka i 
zajęciem się zbadaniem tajników nawigacji na Wielkich Jeziorach. 

- Exeter - wyliczał mój mąż głosem pełnym rozpaczy - Exeter, McCaffery, Grant, 

Bassington, Hubbard, Donald. Exeter, Hubbard... 

- Nie możemy żyć w nie skanalizowanym domu - jęczałam. 
- Bez bieżącej wody - zawodził mój mąż. - McCaffery. Hubbard... 
- A może udałoby się wymóc na naszym gospodarzu przedłużenie umowy - odezwałam 

się marzycielskim tonem. - Kiedy opowiemy mu o naszych bezowocnych wysiłkach, może 
pozwoli nam pomieszkać jeszcze kilka tygodni. 

Nasi przyjaciele współczująco kiwali głowami, bo w końcu ich własny dom był 

całkowicie spłacony, stał mocno na swoich fundamentach - posiadał doskonale funkcjonujące 
centralne ogrzewanie, nie wspominając już o kanalizacji. 

background image

- Ach, gdybyśmy mieli chociaż trochę oszczędności - westchnął mój mąż, po czym 

wszyscy pozostali także westchnęli głęboko. 

Nazajutrz ruszyliśmy na stację. Po drodze wysiadłam na chwilę z samochodu, żeby 

kupić papierosy. Przy wydawaniu reszty sklepikarz spojrzał na mnie i powiedział: - Państwo 
podobno szukają domu i odjeżdżacie z niczym. 

- Aha - zdziwiłam się, ale już wkrótce miałam przekonać się o tym, że ten sklepikarz był 

nie tylko doskonale poinformowany o naszych problemach mieszkaniowych, ale znał wiek i 
imiona naszych dzieci, wiedział, jakie mięso jedliśmy poprzedniego wieczoru na kolację i ile 
mój mąż zarabia w skali rocznej. 

- Jaka szkoda, że państwo nie obejrzeli sobie domu Fieldingów - powiedział. 
- Nawet nie słyszeliśmy o nim. 
- Chciałem do państwa telefonować, ale Mae Black powiedziała mi, że nawet słyszeć 

nie chcecie o wynajmie, a Fieldingowie za nic nie chcą sprzedać tego domu. 

- A co to za dom? 
Sklepikarz zrobił nieokreślony ruch ręką. 
- Bo ja wiem. Stary. Fieldingowie są jego właścicielami od kilku pokoleń. 
Wziął pięć centów od małego chłopca, pomógł mu zdjąć papierek z lizaka i dodał: 
- Niech pani zadzwoni do starego Sama Fieldinga. Jestem przekonany, że z 

przyjemnością pokaże wam swój dom. 

Wiedziałam, że do Nowego Jorku jedzie tylko jeden pociąg dziennie i że jeżeli się teraz 

spóźnimy, to trzeba będzie spędzić jeszcze jedną noc u naszych przyjaciół. Namyślałam się 
więc, ale argument sklepikarza przekonał mnie. 

- Obejrzenie nic nie kosztuje - stwierdził. 
Wyszłam ze sklepu, wsunęłam głowę w okienko samochodu, w którym siedział mój 

mąż i moi przyjaciele, i zapytałam: 

- Czy znacie dom Fieldingów? 
- Dom Fieldingów? - zdziwiła się nasza przyjaciółka. - A bo co? 
- Nie jest dobry? 
- Ma chyba z tysiąc lat. 
- Co najmniej milion - dodał nasz przyjaciel. - Ma takie... - pomachał bezładnie rękami. 

- No takie, wiecie, duże, białe kolumny na ganku. 

- Kolumny kolumnami, ale czy za nimi jest dom? - zainteresował się mój mąż. - Bo 

jeżeli tak i jeżeli ma ogrzewanie i bieżącą ciepłą i zimną wodę, ze dwie sypialnie, i jeżeli jego 
właściciele zgodzą się go wynająć, to my w nim zamieszkamy. 

Dom Fieldingów był rzeczywiście bardzo stary i leżał w odległości dobrej mili za 

miasteczkiem. Był to najstarszy dom w całej okolicy i trzeci z kolei najstarszy w całym 
hrabstwie. Z przerażeniem uświadomiłam sobie, że przejeżdżaliśmy koło niego wielokrotnie 
w towarzystwie pani Black, pana Millera i pana Fabera, w drodze do innych, oferowanych 
nam domów. Zbudowano go - stwierdziłam to osobiście w miejskiej bibliotece wkrótce po 
wprowadzeniu się, kiedy usiłowałam zapoznać się z jego historią - około roku tysiąc osiemset 
dwudziestego dla pewnego lekarza nazwiskiem Ogilvie. Był to okres mody na architekturę 
neoklasyczną i pan doktor Ogilvie wziął sobie podobno za wzór pewną niewielką grecką 
świątynię. Zafundował więc sobie cztery masywne kolumny z frontu, dwa spore skrzydła na 
prawo i lewo od ganku, a potem, kierowany typowym dla mieszkańców Nowej Anglii 
skąpstwem, zrezygnował z dalszych inwestycji i w rezultacie i miał imponującą fasadę i 
wszystkie pokoje w amfiladzie. Kiedy rodzina Ogilvich zaczęła wymierać, co rozpoczęło się 
wkrótce po skończeniu budowy, dom przeszedł ręce niejakich Cortlandów, którzy sprzedali 
prawie całą otaczającą go ziemię, a drewutnię doktora Ogilvie przerobili na kuchnię letnią. Po 
pewnym czasie Cortlandowie sprzedali swoją posiadłość rodzinie Fieldingów, którzy z 
miejsca odkupili dawną ziemię, na której stanęło tymczasem kilka domów, odnajęli je, 

background image

zbudowali tartak nad pobliską rzeczką i zatrudniali w nim swoich lokatorów. Wyczytałam też, 
że jeden z Fieldingów był parobkiem doktora Ogilvie, i sądzę, że już wtedy Fieldingowie 
łypali chciwym okiem na dom swoich pracodawców. W miarę jak rozwijało się miasto, 
rodzina Fieldingów stawała się coraz zamożniejsza, a kiedy zmarło się ostatniemu z 
autentycznych Fieldingów, cała ich posiadłość przeszła w ręce trzech kuzynów, którzy 
mieszkali w surowych, nowoczesna kamienicach po okolicznych miastach i doskonale 
prosperowali z dochodów znakomicie funkcjonującego tartaku. 

Kiedy patrycjuszowski dom Fieldingów został po raz pierwszy odnajęty, miejscowa 

ludność przyjęła to tak, jak gdyby jakaś żywotna część miasta nagle obsunęła się do rzeki, a 
stosunki pomiędzy spadkobiercami Fieldingów a Bartlettami, którzy byli właścicielami 
drugiego z kolei najstarszego domu w okolicy, bardzo ochłodły. W okresach największej 
nawet ciasnoty mieszkaniowej, mimo że tartak pracował dzień i noc na trzy zmiany, stary 
dom na wzgórzu stał pusty, jego białe kolumny powoli się paczyły, a na zajeździe piętrzyły 
się bądź suche liście, bądź zwały dziewiczego śniegu. Kiedy spojrzeliśmy nań po raz 
pierwszy, wydał nam się trochę śmieszny. Nawet płot, ciągnący się dokoła posesji, odchylił 
się od domu, jak gdyby - nie chcąc go publicznie obrażać - pragnął jednakże pokazać światu, 
że solidaryzuje się z ogólną opinią o tej dziwacznej budowli. Sam Fielding był ostatnim 
nosicielem rodowego nazwiska i dlatego uznano prawdopodobnie, że to on powinien pokazać 
nam rodzinną posiadłość. Był to staruszek niewielkiego wzrostu, który mówił akcentem 
typowego Vermontczyka. Teraz stał wraz ze mną i moim mężem na skraju rozległego 
trawnika i wszyscy troje przyglądaliśmy się grubym kolumnom, szerokiej fasadzie i żelaznej 
chorągiewce na dachu. 

- No i proszę - odezwał się wreszcie pan Fielding. - Oto i nasz dom. Chciałbym z niego 

nareszcie wyciągnąć chociaż kilka centów. 

Odwrócił się szybko, jak gdyby się bał oskarżycielskiego oka starego domostwa, i 

dodał: 

- Ale to dobry dom. 
- Wygląda jakoś tak... - zaczęłam. - Imponująco - skończyłam po chwili namysłu. 
- Imponująco - zgodził się pan Fielding. Odmówił ofiarowanego mu przez mojego męża 

papierosa i zapalił własnego; był to papieros tego samego gatunku, tyle że jego własny. 

- Trzeba będzie zrobić trochę porządków - powiedział po chwili, zataczając okrągły 

ruch ręką. 

- Czy moglibyśmy wejść do środka? - zapytałam. - Jeżeli mamy się zdecydować, to 

musimy zobaczyć, jak wyglądają pokoje. 

- Drzwi są otwarte - mruknął pan Fielding. 
Spojrzeliśmy po sobie, mój mąż i ja. Pan Fielding usiadł wygodnie na pniu ściętego 

drzewa i założył nogę na nogę. - Drzwi są otwarte - powtórzył. 

Weszliśmy na ganek, przy czym udało nam się nie potknąć o zapadnięty, kamienny 

stopień. Kiedy znaleźliśmy się między kolumnami, spadła na nas nagle świadomość ciężaru 
gatunkowego tej budowli; był to bowiem prawdziwy dom, którego nie można było nawet 
porównać z ruderami państwa McCaffery czy Exeterów. Mój mąż ostrożnie nacisnął klamkę 
frontowych drzwi. Otworzyły się. Niemal na palcach weszliśmy do środka i znaleźliśmy się w 
dużym holu, trochę ciemnawym z powodu tych grubych kolumn. W głębi znajdowały się 
piękne, proste, drewniane schody; na podłodze leżał stary dywan w wielkie stulistne róże, na 
nim zaś stała fisharmonia, nad którą wisiało kilka starych, ciemnych obrazów. Obrazy te 
zdawały się przechylać nieco do przodu, tak jak gdyby chciały obejrzeć sobie niespodzianych 
gości. Następnie udaliśmy się do kuchni. Ogromny, żelazny piec groził zwaleniem się na 
nasze głowy. Był tam stół pokryty grubą warstwą kurzu, a na nim równie zakurzona filiżanka 
i talerzyk z dwoma skamieniałymi pączkami. I jeszcze krzesło odsunięte nieco od stołu, jak 
gdyby ktoś przed chwilą skończył posiłek i odszedł. 

background image

- Żałuję, żeśmy nie wyjechali - powiedziałam. Patrzałam na te dwa ohydne pączki i 

ciarki przechodziły mi po plecach. - Przerwaliśmy komuś posiłek. Chodźmy już stąd. 

- Gdyby to nie był jedyny dom w całym miasteczku... - odparł mój mąż i szybko ruszył 

za mną. 

Na nasz widok pan Fielding wstał, a kiedy wyszliśmy spod kolumn i zbliżyliśmy się do 

niego, powiedział: 

- Znowu się chmurzy. Będzie na pewno padało w nocy. Z wielką powagą odprowadził 

nas na stację, po drodze mówił wyłącznie o pogodzie, a kiedy nadjechał pociąg, powiedział: 

- No, to trzeba tam będzie zrobić porządek. Sprowadzicie się chyba na wiosnę. 
- Proszę mi powiedzieć - zapytałam - od kiedy ten dom jest nie zamieszkany? 
- Od czasu, kiedy zmarło się mojemu kuzynowi. Jakie cztery lata. 
- A co pan ma na myśli? Co to znaczy zrobić porządek. Czy tam są jeszcze osobiste 

rzeczy nieboszczyka? 

- Nie sądziłem, że ktoś go będzie chciał wynająć -mówił pan Fielding. - Ale w ogóle to 

nie należy się nigdy spieszyć. 

Machnął nam ręką na pożegnanie. Przez następne dwa tygodnie powtarzałam sobie w 

duchu co chwila, że jeżeli to był nawet ostatni wolny dom w całym miasteczku, a nawet na 
całym świecie, to mnie jest wszystko jedno, ja wolę koczować w miejskim parku, niż 
zamieszkać w domu, w którym znajdują się dwa skamieniałe pączki. Ale po tygodniu 
nadszedł list od pana Fieldinga, który zawiadamiał nas, że zabrał się do robienia porządków i 
czy pięćdziesiąt dolarów miesięcznie to dla nas nie za wysoki czynsz. 

- Zdaje mi się, że wynająłeś ten dom - oskarżyłam męża. 
- On tak myśli chyba dlatego, że weszliśmy do środka - odparł. - Nikt poza nami nie był 

tam przez te cztery lata, a taki gest równa się prawdopodobnie podpisaniu kontraktu. 

W tydzień później otrzymaliśmy drugi list od pana Fieldinga. Pisał, że dom jest już 

gotowy na nasz przyjazd, z wyjątkiem zewnętrznych ścian, które zostaną pomalowane, jak 
tylko zrobi się cieplej. Ponieważ nie odpowiedzieliśmy na jego pierwszy list, doszedł do 
wniosku, że komorne jest dla nas za wysokie, więc pyta, czy moglibyśmy sobie pozwolić na 
czterdzieści dolarów miesięcznie? 

Silne poczucie winy skłoniło mojego męża do natychmiastowej odpowiedzi. Napisał, że 

zgadzamy się na pięćdziesiąt dolarów miesięcznego czynszu. 

- Zanim odda go nam za darmo - powiedział do mnie. 
- Ale ja nie jestem... - zaczęłam i w tej samej chwili uświadomiłam sobie, że właśnie 

jestem. 

Pojechałam pociągiem, nazajutrz po moim mężu. Przywiozłam ze sobą niesłychanie 

podnieconego Laurie'ego oraz koszyczek, w którym leżała Jannie; i przez całą jazdę, 
wciśnięta między Laurie'ego, koszyk małej, liczne walizki i sandwicze, zastanawiałam się nad 
tym, czy przyszło komuś na myśl, żeby wyrzucić ten kuchenny stół i te pączki; mąż przyrzekł 
mi solennie, że jeżeli będziemy tam naprawię nieszczęśliwi, to stanie na głowie, żeby znaleźć 
coś przyzwoitego w mieście. Czekał na nas na stacji w towarzystwie pana Fieldinga. Widok 
tego człowieka przypomniał mi znowu atmosferę jego domu i miałam szczerą ochotę : brócić 
się na pięcie i wracać z miejsca do Nowego Jorku. Pan Fielding uśmiechnął się do mnie, 
powiedział: - Dzień dobry, młody człowieku - do Laurie'ego i przez dłuższą chwilę przyglądał 
się poważnym wzrokiem małej. Ona nie spuściła oczu, a po chwili pan Fielding zwrócił się do 
mnie i świadczył: - No więc, zrobiłem tam porządek.  

Dopiero kiedy weszłam do domu, zrozumiałam, co miał myśli. Wszystko było 

dosłownie wyszorowane na glanc, do żywych desek. Pan Fielding wytapetował pokoje i to 
pięknymi kolorowymi tapetami w wielkie wyraźne wzory, okna były umyte, kolumny 
wyprostowane, złamany schodek zreperowany, a w kuchni sympatyczny młody człowiek 
właśnie kończył malowanie półek śnieżnobiałą olejną farbą; zainstalowano nowiutką 

background image

kuchenkę elektryczną i lodówkę, podłoga była wyłatana i polakierowana, a z najdalszej 
kolumny na prawo usunięto gniazdo szerszeni. Pierwsze źdźbła trawy zaczynały wyrastać na 
gazonie, Laurie przebiegał jak szalony pomiędzy kolumnami i uganiał tam i nazad po 
prostych schodach. A Jannie w swoim koszyku uśmiechała się i patrzała na drzewa i na 
prześwitujące pomiędzy gałęziami skrawki nieba. 

- Cudownie - powiedziałam do pana Fieldinga, z trudem powstrzymując się od łez. - A 

ja myślałam, że on będzie wyglądał tak samo jak wtedy. 

- Trzeba było zrobić małe porządki - zgodził się pan Fielding. Potem wskazał ruchem 

głowy na nową kuchenkę i dodał: - To dobrze zrobiło temu domowi. 

Po chwili nadjechała ciężarówka z naszymi rzeczami i trzej muskularni, zawadiaccy 

tragarze, którzy wyglądali zupełnie normalnie, kiedy wynosili nasze meble z miejskiej 
kamienicy, zrobili się nagle śmiesznie mali, gdy przechodzili między wielkimi kolumnami, 
wnosząc krzesełka i stoły do naszej nowej siedziby. 

- Zainstalowałem nowe urządzenia sanitarne - powiedział pan Fielding i pożegnał się. 
Przez pierwszy tydzień, a może i dwa nic właściwie nie pasowało do niczego. Nasze 

graty, które miały normalne rozmiary w miejskim mieszkaniu, po prostu ginęły w tych 
wielkich pokojach, trzeba je więc było uzupełniać przez pojedyncze stołki i krzesła, które 
kupowaliśmy od pana Fieldinga albo w pobliskim sklepie z używanymi rzeczami. Jak się 
później dowiedziałam, dom nasz rozrastał się nieustannie od chwili, kiedy postawił go pan 
Ogilvie. Cortlandowie przerobili tylko drewutnię na letnią kuchnię, ale Fieldingowie 
nieustannie coś dobudowywali, tak że nawet owa kuchnia, która z początku stała o dobrych 
kilka metrów w ogrodzie, znajdowała się teraz niemal w środku domu, przy czym po obu jej 
stronach ciągnęły się duże, solidne pokoje, a ponadto nie była już kuchnią, ale małą, ciemną 
izdebką, którą czasami aż trudno było znaleźć. Posiadaliśmy wszystkiego trzy łóżka, a tu 
mieliśmy sześć pokojów, więc pan Fielding sprzedał nam za całe pięćdziesiąt centów łóżko, 
dopiero niedawno wyniesione ze starego domu i zmagazynowane w jednej z wielkich stodół. 
Chcieliśmy też nabyć od niego fisharmonię, ale okazało się, że zakupił ją miejscowy 
antykwariat; udało nam się jednak kupić dywan w wielkie, wielolistne róże, gdyż pasował jak 
ulał do wielkiego jak pustynia salonu; chórem odmówiliśmy jednak nabycia starego 
kuchennego stołu. Miejscowe meble, zarówno te, które znajdowały się już w domu, jak i te, 
które pochodziły z podobnych, również starych domów, znały swoje miejsce i w sposób 
naturalny ustawiały się niemal same w licznych pokojach, jak gdyby spieszyły się, żeby zająć 
najlepsze miejsce, zanim zjawią się ich konkurentki z miasta. Wielokrotnie ustawialiśmy stare 
wygodne fotele po obu stronach kominka, ale nic z tego nie wyszło, bo wiekowy drewniany 
fotel na biegunach, ofiarowany nam przez pana Fieldinga, stanął na środku dywanika i nie 
było siły, która zdołałaby go stamtąd usunąć. Staruszka komoda, rówieśniczka fotela na 
biegunach, zajęła róg pokoju najbliższy kominka i mimo że pochodziła z graciarni, w której 
sprzedawano stare meble i to po drugiej, gorszej stronie miasteczka, z miejsca zawarła 
przyjaźń z fotelem. 

Po kilku bezskutecznych próbach wprowadzenia jakiegoś ładu i symetrii, z których 

wynikł jedynie bałagan i rażący brak harmonii - co nam straszliwie działało na nerwy - 
daliśmy za wygraną, ustąpiliśmy starym meblom i pozwoliliśmy im wszystkim stać tam, 
gdzie im się żywnie podobało. Pewne miejsce w jadalni pod jedną ze ścian było szczególnie 
irytujące. Nie chciało się w żaden sposób : godzić, żebyśmy na nim postawili stolik czy 
kredens, i kiedy spróbowałam umieścić na nim nasze wielkie radio, po prostu zaczęło się w 
sposób raczej niepokojący zapadać. Aż pewnego dnia dowiedziałam się przypadkowo, że jest 
przyzwyczajone do biurka, i zrozumiałam, że nie uspokoi się, zanim nie spełnię jego 
życzenia. Udałam się więc na miasto, kupiłam stare biureczko na wysokich cienkich nóżkach 
i ciężki mosiężny kałamarz. 

background image

Drzwi, prowadzące na strych, lubiły być zaryglowane i robiły to bez niczyjej pomocy, 

niezależnie od tego, kto znajdował się na strychu; inne drzwi zawsze były uchylone, chociaż 
trzeba im przyznać, że kiedy było to absolutnie konieczne, nie stawiały oporu i pozwalały się 
zamykać. Odkryliśmy, że mamy pięć strychów, zbudowanych jeden obok drugiego i jeden 
nad drugim. Frontowy miał niestety słabość do nietoperzy, więc zamknęliśmy go na amen; 
inny natomiast, jasny i przytulny, mimo że o jednym tylko małym oknie, bardzo lubił ruch i 
stał się bez jakiegokolwiek postanowienia z naszej strony miejscem, w którym 
przechowywaliśmy najrozmaitsze przedmioty i to takie, które trzeba w regularnych odstępach 
czasu wyjmować, a więc sanki, łopaty do odgarniania śniegu, grabie i hamaki. W piwnicy 
zastałam rozciągnięty stary sznur do bielizny, a kiedy nowy sznur, który rozciągnęłam na 
podwórzu, zerwał się po raz trzeci, dałam za wygraną, przeniosłam go do piwnicy, po czym 
okazało się, że bielizna suszy się tam szybko i nabiera bardzo miłego zapachu. Mąż mój 
zabrał się do rąbania drzewa, co sprawiało mu niezwykłą przyjemność, a sympatyczny 
dźwięk uderzeń siekiery dochodził aż do kuchni. Jeden z pokojów wybrały sobie nasze dzieci, 
pewnie dlatego, że był duży i jasny i miał na jednej ścianie wyraźne ślady po kreskach, które 
markowały wzrost innych dzieci, i zupełnie nie gniewał się, kiedy na tapecie zaczęły 
powstawać dziecięce rysunki robione kolorowymi ołówkami, a podłoga pokryła się plamami 
farby. W małym, ciemnym pokoiku na parterze ustawiliśmy półki z książkami i już w drugim 
tygodniu naszego pobytu mój mąż trafiał tam bezbłędnie, w każdym razie dziewięć razy na 
dziesięć. 

Był to naprawdę poczciwy stary dom. Nasze koty spały na bujanym fotelu, nasi 

przyjaciele zaczęli nas odwiedzać. Znaleźliśmy sobie sklepy, w których dokonywaliśmy 
zakupów, zasmakował nam miejscowy ser, zdobyliśmy lekarza i psa; Laurie zaczął chodzić 
do miejscowego przedszkola i nauczył się podobnie jak ja mówić o naszym domu: - To ten 
stary dom Fieldingów... ten z kolumnami. 

Pod koniec pierwszego roku zjawił się malarz, wymalował zewnętrzne ściany na biało, a 

otwory na zielono, bo taki był wystrój naszego domu od początku jego istnienia; poza tym 
wątpię, czy ten człowiek w ogóle znał inne kolory. 

- Nie ma już dzisiaj wielu takich domów - uśmiechnął się do mnie życzliwie z 

wysokości swojej drabiny - tak się dzisiaj już nie buduje. 

Stałam na ganku i patrzałam przez oszklone frontowe drzwi na smukłe, proste schody, 

na wesołe, kolorowe zasłony okien jadalni i odparłam: 

- O tak, to solidny stary dom. 
- To można z miejsca poznać po kotach - zauważył stolarz tajemniczo. 
Okazało się, że chociaż w mieście nigdy nie miałam na nic czasu, tutaj zaczęłam robić 

dziwne rzeczy, piekłam na przykład piernik albo własnoręcznie robiłam surówkę z kapusty. 
Laurie założył maleńki ogródek na tyłach domu, a Jannie stawiała pierwsze kroki na posadzce 
jadalni. Pewnego razu pozostawiłam dzieci pod opieką sąsiadki i udałam się do Nowego 
Jorku na szalone dwa dni zakupów. Powędrowałam do naszej dawnej dzielnicy, stanęłam 
naprzeciwko naszej kamienicy czynszowej i nie mogłam się nadziwić temu, jaka jest mała i 
brudna. Nawet kolumn nie ma, pomyślałam z głęboką satysfakcją i przez chwilę 
zastanawiałam się nad tym, czy nie napisać do właściciela i zawiadomić go o tym. 

Tak więc, kiedy wprowadziliśmy się do naszego domu, był to starzec, ale my 

wypełniliśmy go dźwiękami i w bardzo krótkim czasie udało nam się go odmłodzić. Dzieciaki 
wniosły doń przyjaciół, koniki na biegunach i pędzle do farb, a my swoich przyjaciół, książki 
i małe kółeczka od najrozmaitszych rzeczy. Ja nauczyłam się robić spody do ciast, mimo że 
nie mam w tej dziedzinie specjalnego talentu. Kiedy pogoda sprzyjała, odwiedzali nas 
znajomi z miasta. 

Przez dłuższy czas Jannie twierdziła, że nocą słyszy jakieś tajemnicze śpiewy, 

dochodzące z głębi domu, choinkę ustawiliśmy w kącie salonu, żeby było ją widać z 

background image

zewnątrz, jak prześwituje pomiędzy kolumnami; zgrabialiśmy suche liście z frontowego 
trawnika i zjeżdżaliśmy na saneczkach z pobliskiego wzgórza. Zaczęliśmy mówić o ludziach 
z miasta z nieukrywaną wzgardą. 

Nigdy dotychczas, przyznam, nie było mi lepiej jak teraz. Ten tryb życia ma jednakże 

jedną wadę - poza tym, że wymaga wielkiego wysiłku fizycznego i że spody do ciast z zasady 
nie chcą się rumienić - to, że trwa i trwa i przynajmniej pozornie zupełnie się nie zmienia. 
Kiedy patrzę na sąsiadów, wydaje mi się, że są zadowoleni ze swojej egzystencji, że zaliczają 
i dobrze wypełniają każdy dzień, ale nie odróżniają jednego od drugiego, i chociaż jest to 
niewątpliwie najlepszy sposób spędzania życia, to niestety nie dostarcza większych emocji. 
Nawet poważne wydarzenia, takie jak chociażby huragan czy powódź albo taka jedna ciężka 
zima, kiedy spadło tyle śniegu, że przez trzy dni nie było elektryczności, staje się, już 
nazajutrz, po prostu datą - „pamiętam, że było to dwa dni przed huraganem, bo mieliśmy 
akurat zamiar porozsadzać maliny”. Obawiam się, że nawet dzień sądu ostatecznego 
niewielkie zrobiłby wrażenie na naszych sąsiadach („aha, już wiem, kiedy to było, bo jak 
rozległy się trąby, jedliśmy właśnie podwieczorek, a pamiętam ten dzień dokładnie, bo ten 
facet tak strasznie głośno walił w naszą bramę. Minęło już dobre sześć tygodni od dnia, jak 
rozległy się te trąby...”). Kiedy także zaczynam myśleć w tych kategoriach, przypominam 
sobie z łatwością, a nawet dosyć dokładnie rok, w którym urodził się Laurie, bo właśnie 
planowałam nabycie nowego płaszcza zimowego. 

Jedna z najbardziej denerwujących i najmniej oryginalnych obserwacji, jakie uczyniłam 

na temat moich dzieci, polega na tym, że w miarę jak lata lecą, a Boże Narodzenie 
nieuchronnie następuje zaraz po Czwartym Lipca, i Czwarty Lipca równie szybko po Bożym 
Narodzeniu, moje dzieci stają się coraz większe i doroślejsze. Każdego roku, w październiku, 
wypadają urodziny Laurie'ego. Każdego też roku, chociaż wiem, że to brzmi mało 
prawdopodobnie, w listopadzie wypadają urodziny Jannie. Fakt, że co roku w grudniu ja mam 
urodziny, jest niestety bezsporny, chociaż może mniej radosny. Kiedy wprowadziliśmy się do 
nowego domu, Laurie właśnie skończył trzy lata, a Jannie sześć miesięcy, nagle - mimo że ja 
tymczasem postarzałam się o jeden rok, podobnie zresztą jak mój mąż, z której to okazji 
złożyliśmy sobie nawzajem najserdeczniejsze życzenia - Jannie skończyła dwa lata i została 
pełnoprawnym członkiem rodziny, a Laurie miał za chwilę skończyć pięć lat i już domagał się 
prawa głosu w zasadniczych sprawach domowych. 

W dniu, w którym Laurie zaczął chodzić do przedszkola, wyrzekł się stanowczo 

sztruksowych ogrodniczków na szelkach i zażądał niebieskich dżinsów z paskiem. 

Patrząc tego ranka, jak opuszcza po raz pierwszy dom w towarzystwie córeczki naszych 

sąsiadów, zdałam sobie sprawę, że skończył się pewien okres mojego życia. Bo proszę - oto 
mój jasnowłosy, uroczy cherubinek stał się ni stąd ni zowąd poważnym facetem w długich 
portkach, który na zakręcie ulicy nawet nie obejrzał się, żeby pomachać ręką. 

Wrócił do domu po południu, trzasnął drzwiami wejściowymi, rzucił czapkę na podłogę 

i krzyknął dorosłym niemal głosem:  

- Czy nie ma nikogo w domu? 
Przy obiedzie nagadał ojcu, rozlał mleko siostrzyczki i powiedział mimochodem, że 

zdaniem jego wychowawczyni nie powinno się wzywać imienia Bożego nadaremno. 

- Jak ci poszło w przedszkolu? - spytałam z udaną obojętnością. 
- W porządku. 
- Nauczyli cię czegoś? - spytał ojciec. 
- Nic a nic - odpowiedział Laurie i spojrzał na ojca chłodnym wzrokiem. 
- Nie nic, tylko niczego - wtrąciłam się. 
- Ale wychowawczyni sprała jednego chłopca - powiedział Laurie do swojej kromki 

chleba z masłem. - Za bezczelność - dodał z pełnymi ustami. 

- A co on takiego zrobił? - zainteresowałam się. - Kto to taki? 

background image

Laurie zastanawiał się przez chwilę. 
- Karol - powiedział wreszcie. - Jest strasznie bezczelny. Wychowawczyni sprała go i 

postawiła do kąta. Był naprawdę strasznie bezczelny. 

- Ale co zrobił? - zapytałam jeszcze raz. Jednakże Laurie zsunął się z krzesła, porwał 

ciastko i prysnął, nie zwracając najmniejszej uwagi na ojca, który wołał za nim: 

- Chwileczkę, młody człowieku! 
Nazajutrz przy obiedzie, ledwo zasiedliśmy do stołu, Laurie odezwał się pierwszy: 
- Karol był dzisiaj znowu okropny - powiedział i dodał z szerokim uśmiechem: - 

Uderzył wychowawczynię. 

- Wielkie nieba! - krzyknęłam pamiętając, że nie należy wzywać imienia Bożego 

nadaremno. - Pewnie znowu dostał lanie? 

- Jeszcze jakie - zachichotał Laurie. 
- Powiedz: padu - powiedział po chwili do ojca. 
- Padu - powtórzył ojciec mechanicznie. 
- Ale kilka razy - zażądał Laurie. 
- Padu, padu, padu - wyrecytował ojciec bez zastanowienia. 
Jego syn dostał ataku śmiechu. 
- Dlaczego Karol uderzył panią wychowawczynię? - zapytałam szybko. 
- Dlatego, że kazała mu malować czerwoną kredką, a Karol chciał koniecznie malować 

na zielono, więc ją uderzył, a ona mu oddała i powiedziała, że nikomu nie wolno bawić się z 
Karolem, ale i tak wszyscy się z nim bawili. 

Na trzeci dzień, a była to środa, Karol pokaleczył jedną dziewczynkę na robotach 

pilnikiem i wychowawczyni kazała mu zostać w klasie, kiedy wszystkie dzieci wyszły na 
podwórze. W czwartek Karol musiał przesiedzieć w kącie godzinę czytania bajek za to, że 
walił butami w podłogę. W piątek odebrano mu tabliczkę, bo rzucał kredkami w kolegów. 

W sobotę powiedziałam do męża: 
- Czy nie wydaje ci się, że Laurie jest zbyt wrażliwy na przedszkole? Te ciągłe bójki i te 

wyrazy, a już szczególnie ten Karol. To jakieś okropne dziecko. 

- Wszystko się ułoży - zapewniał mnie mąż. - Świat jest pełen takich Karolów. Trzeba, 

żeby się do nich przyzwyczaił, jeszcze będzie miał z nimi do czynienia. 

W poniedziałek Laurie wrócił do domu bardzo podniecony. Już z ulicy wołał: 
- Karol, Karol był dziś zupełnie nieznośny! 
- Pospiesz się! - krzyknęłam, jak tylko się zbliżył. - Obiad jest na stole! 
- Czy wiesz, co zrobił Karol? - zapytał, ledwo wszedł do pokoju. - Karol tak się darł, że 

wychowawczyni z sąsiedniej klasy przysłała do nas chłopca, żeby się Karol uspokoił, no i 
Karol musiał zostać za karę po godzinach, to wszystkie dzieciaki też zostały, bo chciały 
zobaczyć, co on zrobi. 

- No i co zrobił? 
- Nic, siedział. - Laurie wdrapał się szybko na swoje krzesełko. - O, cześć, tato, jak się 

masz, stary koniu! 

- Karol musiał zostać za karę w przedszkolu - wytłumaczyłam mężowi - i wszystkie 

dzieci zostały z nim. 

- Jak wygląda ten Karol i jak ma na nazwisko? - dopytywał się mój mąż. 
- Jest dużo wyższy ode mnie - powiedział Laurie. - I nigdy nie nosi kaloszy i kurtki też 

nie. 

W poniedziałek wieczorem było pierwsze spotkanie rodzicielskie, ale mała miała katar, 

więc nie mogłam pójść, chociaż okropnie chciałam poznać matkę tego Karola. 

We wtorek Laurie oświadczył: 
- Naszą wychowawczynię odwiedził dzisiaj w przedszkolu jeden pan. 
- Ojciec Karola! - zawołaliśmy chórem. 

background image

- Gdzie tam - żachnął się Laurie. - To był taki wysoki facet. Kazał nam robić różne 

głupie ćwiczenia. Na przykład nachylać się tak, żeby dotknąć rękami podłogi. 

Zeskoczył z krzesła, przykucnął i pokazał, jak to się robi. 
- O tak, widzicie! Ale Karol nie ćwiczył - dodał krótko. Wdrapał się z powrotem na 

krzesło i wziął do ręki widelec. 

- Świetnie to robisz - powiedziałam zachęcająco. -. A dlaczego Karol nie chciał 

ćwiczyć? 

- Chciał - mruknął Laurie. - Nawet bardzo, ale pani mu nie pozwoliła. Za karę! 
- Bo pewnie znowu był bezczelny? 
- Kopnął jej przyjaciółkę. Bo ta jej przyjaciółka chciała mu pokazać, jak się robi to 

ćwiczenie, i nachyliła się, a wtedy Karol ją kopnął. 

- Jak myślisz, co oni zrobią z tym Karolem? - spytał ojciec, ale Laurie tylko wzruszył 

ramionami. 

- Pewnie go wywalą z przedszkola - oświadczył. 
We środę i czwartek nie zaszło nic specjalnego. Karol hałasował w czasie czytania 

bajek, uderzył jakiegoś chłopca w żołądek i doprowadził go do płaczu. W piątek znowu 
musiał zostać za karę po robotach i cała klasa z nim. 

Już w trzecim tygodniu pobytu Laurie'ego w przedszkolu zdawało nam się, że znamy 

Karola od urodzenia. Karol stał się przysłowiem. Kiedy mała płakała, mówiło się, że 
zachowuje się jak Karol, kiedy Laurie wtoczył taczkę pełną błota do kuchni i zapaprał całą 
podłogę, powiedziałam mu, żeby nie był takim Karolem, a kiedy mój mąż zaplątał się w sznur 
od telefonu i zrzucił wazon z kwiatami na ziemię, krzyknął: 

- A niech to Karol! 
W czwartym tygodniu coś się zmieniło. Karol przeszedł dziwną metamorfozę. W 

czwartek Laurie oświadczył przy obiedzie z ponurą miną: 

- Karol był dzisiaj taki grzeczny, że pani dała mu jabłko. 
- Co? - krzyknęłam. 
A mój mąż zapytał ostrożnie: 
- Czy jesteś pewny, że to był Karol? 
- Karol - mruknął Laurie. - Rozdał dzieciakom grzecznie kredki do kolorowania, a 

potem zebrał wszystkie zeszyty i pani powiedziała, że jest jej małym pomocniczkiem. 

- Co mu się stało? - zapytałam z niedowierzaniem. 
- Został małym pomocniczkiem pani - powiedział Laurie sucho. 
- Czy ty w to wierzysz? - zapytałam męża tegoż wieczoru. - Czy taka zmiana jest 

możliwa? 

- Zaczekajmy jeszcze - odparł mój mąż z cynicznym uśmiechem. - Jak się ma do 

czynienia z Karolami, to trzeba uważać. Może on coś knuje? 

Ale mylił się. Przez cały następny tydzień Karol był pomocniczkiem pani 

wychowawczyni. Co dzień rozdawał klasie przybory i zbierał zeszyty i nikt nie zostawał za 
karę po zajęciach. 

- W przyszłym tygodniu jest zebranie rodzicielskie - powiedziałam do męża. - Pójdę, bo 

chcę poznać matkę Karola. 

- Zapytaj ją, co się stało z Karolem. Bardzo jestem ciekaw. 
- Sama chciałabym wiedzieć. 
Ale już w piątek wszystko powróciło do normy. 
- Czy wiecie, co zrobił dzisiaj Karol? - krzyknął Laurie przy obiedzie, nie bez podziwu 

w głosie. - Kazał jednej dziewczynce, żeby powtórzyła za nim takie jedno słowo, więc pani 
wymyła jej usta mydłem, a Karol pękał ze śmiechu. 

- Jakie słowo? - zapytał mąż nieopatrznie. 

background image

- Powiem ci na ucho - zaproponował Laurie. Zsunął się z krzesła, obszedł stół, przywarł 

do ojca i coś mu naszeptał. Myślałam, że mężowi oczy wypadną z orbit. 

- I Karol kazał tej dziewczynce powtórzyć na głos to słowo? - zapytał z szacunkiem. 
- Dwa razy. Karol kazał jej to powiedzieć dwa razy. 
- I co stało się z Karolem? 
- Nic. Rozdawał kredki. 
W poniedziałek Karol już nie wyręczał się dziewczynką, ale sam wyrecytował to słowo 

trzy czy czterokrotnie i za każdym razem wychowawczyni przemyła mu usta mydłem. Rzucał 
również kredą w kolegów. 

Mąż odprowadził mnie wieczorem do drzwi. Wychodziłam na zebranie rodzicielskie. 
- Przyprowadź ją może później do domu na herbatę, dobrze? - powiedział. - Bardzo 

chciałbym ją poznać. 

- Jeżeli ona przyjdzie - odparłam. 
- Na pewno przyjdzie - uspokajał mnie mąż. - Nie wyobrażam sobie zebrania 

rodzicielskiego tej klasy bez matki Karola. 

Na zebraniu siedziałam jak na szpilkach i wodziłam wzrokiem po twarzach obecnych 

matek, starając się odgadnąć, która z tych sympatycznych kobiet mogła być matką Karola. 
Żadna z nich nie była na to wystarczająco mizerna. Żadna nie wstała, ażeby przeprosić nas za 
wybryki syna. Nikt nawet nie wspomniał o Karolu. Po zebraniu podeszłam do 
wychowawczyni. Trzymała w ręku kubek z herbatą i talerzyk z kawałkiem tortu. Ja też 
trzymałam w ręku kubek z herbatą i talerzyk z ptysiem. Stałyśmy naprzeciwko siebie i nie 
mogąc podać sobie rąk, uśmiechałyśmy się życzliwie. 

- Tak się cieszę, że mogę panią nareszcie poznać - powiedziałam. - Jestem matką 

Laurie'ego. 

- Wszyscy nauczyciele są bardzo zaintrygowani Lau-riem! - zawołała. 
- Laurie bardzo lubi przedszkole - powiedziałam. - Nie mówi o niczym innym. 
- Przez pierwsze dwa, trzy tygodnie mieliśmy z nim pewne trudności, ale teraz stał się 

moim prawdziwym małym pomocniczkiem - uśmiechnęła się kwaśno. - Od czasu do czasu 
jeszcze bryka, no, ale nie tracimy nadziei... - dodała. 

- O tak - powiedziałam. - Mój Laurie szybko przywyka do nowych warunków. Ale 

może Karol ma na niego nie najlepszy wpływ? 

- Karol? 
- No tak - uśmiechnęłam się. - Przecież wiem, że pani skaranie boskie z tym Karolem. 
- Z Karolem? - wychowawczyni spojrzała na mnie ze zdziwieniem. - Kiedy w naszej 

klasie nie ma żadnego Karola. 

Wkrótce po tym spotkaniu - przy czym cała sprawa Karola jakoś wyparowała z naszego 

życia, a nawet została skreślona jako temat do konwersacji - mąż mój, poruszony widać 
jakimś tajemniczym instynktem, który mógł, ale wcale nie musiał być związany ze sprawą 
Karola, sprawił sobie wiatrówkę. Moim zdaniem, mąż mój nie ma w sobie nic z trapera, ale 
od czasu do czasu ogarnia go widać nostalgia za romantycznym życiem samotnego 
myśliwego; kupił więc dużą i imponującą wiatrówkę i oświadczył tonem pełnym głębokiego 
poczucia odpowiedzialności, jaki z reguły przybierają mężczyźni, kiedy opowiadają żonom o 
maszynach, broni albo polityce, że sprawił ją sobie, żeby poćwiczyć strzelanie do celu. 

W naszej piwnicy mieszka szczur, oświadczył i dodał, iż jest niemal pewny, że kiedy 

poszedł tam pewnego dnia, żeby włączyć piec od centralnego, widział go i to nawet bardzo 
dokładnie. Zamierzał go więc zastrzelić, to chyba jasne. Nie będzie nastawiał pułapek, nie 
będzie go truł, to są zabawy dla małych chłopców i foksterierów; mój mąż zamierzał tego 
szczura zastrzelić. 

Przez większą część niedzielnego przedpołudnia czyhał w niebezpiecznej pozycji, bo w 

kucki, pod otwartymi drzwiami piwnicy, czekając, aż ukażą się wąsy szczurzyska, ale zwierzę 

background image

widać nie miało najmniejszej ochoty na spacery. Nasze dwa znakomite koty także wolały 
pozostać tego dnia w domu i rozsiadły się, bardzo widać zainteresowane sytuacją, tuż za 
plecami mojego męża. Polowanie na szczura zakończyło się z chwilą, kiedy drzwi kuchenne 
otworzyły się z trzaskiem i Laurie wraz z trzema kolegami wpadł do domu, żeby pokazać 
kumplom, jak jego ojciec likwiduje groźnego drapieżcę. Przypuszczam, że szczur po prostu 
wyniósł się od nas, chociaż nie wyobrażam sobie, żeby perspektywa zastrzelenia przez 
mojego męża mogła go przestraszyć. Prawdopodobnie zdał sobie po prostu sprawę, że 
zadomowił się nieopatrznie w pomieszczeniu, w którym zagnieździły się dzieci i koty. W 
każdym razie mąż na spółkę z kotami upolował znacznie bardziej interesującą zwierzynę; 
było to zdaje się we wtorek po polowaniu na szczura. Kotka Niunia przywlokła do domu małą 
prążkowaną wiewiórkę. Nie był to ani pierwszy, ani ostatni raz, ale jednego jestem pewna, 
tego mianowicie, że Niunia na pewno nigdy więcej nie zwróci się do mojego męża o pomoc. 
Wiewiórka, którą złapała tego ranka - była godzina mniej więcej dziewiąta trzydzieści - nie 
chciała w żaden sposób skapitulować przed naszą kotką, więc kiedy Niunia przywlokła ją do 
kuchni, gdyż z bliżej nie znanych mi przyczyn tkwi w przekonaniu, że należy wszystko 
konsumować w miseczce od mleka, zwierzątko wyrwało się jej z pazurów i pogoniło jak 
szalone na dosyć wysoką roślinę doniczkową, stojącą na parapecie okiennym. Roślina była 
wystarczająco mocna, żeby utrzymać wiewiórkę, więc dziko podniecona Niunia pobiegła do 
jadalni, gdzie mąż mój właśnie kończył swoją kawę, i namówiła go, żeby poszedł z nią i 
obejrzał sobie siedzącą na roślinie zdobycz. Mąż wszedł do kuchni, spojrzał na wiewiórkę i z 
miejsca poleciał po wiatrówkę. 

Niunia wskoczyła na parapet, ale roślina była za wysoka, a doniczka ustawiona niezbyt 

mocno, toteż kotka nie mogła sięgnąć usadowionej na samym czubku rośliny wiewiórki. Mąż 
wziął wiewiórkę starannie na muszkę, ale po chwili doszedł do wniosku, że lepiej przyłożyć 
lufę do łebka zwierzątka, w przeciwnym wypadku może albo chybić, albo, co gorsza, trafić 
kotkę, która była bądź co bądź znacznie większym celem. 

Przez ten czas zdążyłam odstawić kawę na stół i stanąć w drzwiach prowadzących z 

kuchni do jadalni, przy czym, jak to kobieta asystująca mężowi w polowaniu, trzymałam się 
przezornie poza zasięgiem jego strzału i dawałam mu dobre rady w rodzaju: - Może byś lepiej 
wziął torebkę papierową, zarzucił jej na łeb i wyniósł ją na dwór? - i - Kochanie, czy nie 
uważasz, że byłoby łatwiej, gdybyś... 

Tymczasem Niunia, niesłychanie zirytowana powszechnym brakiem kompetencji 

panującym w naszym domu, udała się do salonu, żeby zmobilizować Smyka, który jest kotem 
niezwykle wprost leniwym i z zasady nie zajmuje się łapaniem wiewiórek, ale który jest 
przynajmniej kotem, a więc istotą na pewno bardziej spraną od mężczyzny z karabinem. 
Smyk cynicznym okiem ocenił sytuację, zlustrował mojego męża i jego wiatrówkę 
najzimniejszym wzrokiem, na jaki kota stać, a potem wskoczył na parapet i usadowił się po 
drugiej stronie doniczki. Powstał z tego naprawdę śliczny obrazek: Niunia i Smyk po dwóch 
stronach doniczki, a wiewiórka na czubku : 

Po minucie wiewiórka - słusznie stwierdziwszy, że wszystkie oczy są na nią zwrócone - 

poruszyła się niespokojnie i łodyga rośliny zaczęła się chwiać. Jako że wiewiórka była 
zdenerwowana, a roślina wiotka, ta ostatnia zaczęła kołysać się ruchem wahadłowym tam i 
nazad, w związku z czym wiewiórka zbliżała się raz do jednego, raz do drugiego kota, 
dotykając go niemalże nosem, a one z kolei odchylały się rytmicznie i z wyraźną nieufnością. 
Mąż mój, usiłując utrzymać wiewiórkę na muszce, także przechylał się rytmicznie z boku na 
bok. Kiedy koty zorientowały się w sytuacji, zaczęły to jeden, to drugi popychać wiewiórkę 
łapkami. 

Wszystko to działo się tak szybko, że muszę wierzyć - chyba że opuściłabym dom, w 

przeciwnym wypadku pozostaje mi tylko wiara - iż mąż mój nacisnął spust niechcący. 
Albowiem jedno jest pewne, a mianowicie, że chybił zarówno wiewiórkę, jak i koty, a trafił w 

background image

szybę okienną. Trzask był tak głośny, że przerażone koty, wiewiórka oraz nasz Nemrod 
rozpierzchli się na wszystkie strony - koty szmyrgnęły pod stół, wiewiórka z zadziwiającą 
przytomnością umysłu wyskoczyła przez stłuczone okno do ogrodu, a mąż mój, z jeszcze 
bardziej niezwykłą jak na niego przytomnością umysłu, wpadł do kuchni i usiadł na swoim 
krześle za stołem. Ja zaś opuściłam moją pozycję przy drzwiach i podniosłam wiatrówkę z 
podłogi; po czym, dając wyraz niezwykłej wprost wyrozumiałości, przyniosłam szczotkę i 
szufelkę. Pozwoliłam sobie jedynie na jedno zdanie, wypowiedziane spokojnym i 
tolerancyjnym tonem, a mianowicie: 

- Bogu dziękować, że Laurie jest w przedszkolu. 
Z wrodzoną sobie wyrozumiałością zwróciłam mężowi wiatrówkę już po kilku dniach, 

ale okazało się, że Niunia jest głupsza, niż mogłoby się zdawać. Może nie przypuszczała, iż 
zwrócę mężowi broń, a może wyobrażała sobie, że doszedł do wniosku, że próby strzelania 
po domu nie mają właściwie sensu; a może z właściwym kotom optymizmem, którego ja 
osobiście nie podzielam, zdecydowała, że epizod z wiewiórką nie był wydarzeniem ważnym, 
bo w końcu nie każdemu mężczyźnie trafia się w życiu wahadłowa wiewiórka. 

Toteż nie dłużej jak w tydzień później Niunia dała wiatrówce mojego małżonka drugą 

szansę. Był chłodny wieczór, leżałam sobie na kanapie, nakryta kocem, i czytałam kryminał; 
mąż mój zaś siedział spokojnie w fotelu i przeglądał gazetę. Przed chwilą właśnie 
winszowaliśmy sobie nawzajem faktu, że godzina jest zbyt późna na to, żeby ktoś wpadł na 
drinka, mąż kilkakrotnie wspomniał o tym, że przed spaniem zjadłby chętnie sandwicza z 
zimną wołowiną, jaka pozostała z obiadu. I wtedy właśnie z jadalni doszedł nas dziki, 
triumfalny wrzask naszej Niuni. 

- Słuchaj - odezwałam się - błagam cię, jestem pewna, że ona znowu coś upolowała. 

Mysz albo coś podobnego. Idź i zmuś ją, żeby wyniosła to na dwór. 

- Sama to zrobi. 
- Ale najpierw będzie goniła nieszczęsne stworzenie po całej jadalni, a potem zamorduje 

je - przełknęłam ślinę - i pożre. Uratuj je póki czas. 

- Nic podobnego... - zaczął mój mąż, ale w tej samej chwili triumfalne piski Niuni 

zakończyły się tłumionym przekleństwem, a ona sama stanęła w drzwiach i spojrzała na 
mojego męża błagalnym wzrokiem. 

- Czy ty zawsze musisz żebrać o pomoc? - Był wyraźnie zły. - Taka duża, silna kotka 

jak ty... 

Wrzasnęłam. Niunia uniosła głowę ruchem pełnym rezygnacji, jak gdyby chciała dać do 

zrozumienia, że oto sprawdziły się jej najczarniejsze przeczucia; mąż mój syknął. Bo oto 
oczom naszym ukazała się kolacja kotki, w postaci dużego i koszmarnie roztrzepotanego 
nietoperza, który kołował pod sufitem salonu. Przez minutę przyglądałam mu się z otwartymi 
ustami, po czym, nie przestając ani na chwilę wrzeszczeć, nakryłam głowę kocem. 

- Moja wiatrówka! - doszedł mnie okrzyk mojego męża. - Gdzie jest moja wiatrówka? - 

zwrócił się do Niuni. 

Nawet pod kocem słychać było wyraźnie trzepotanie skrzydeł nietoperza, który 

gwałtownie usiłował wydostać się z salonu; zwinęłam się w kłębek pod kocem, nakryłam 
głowę rękami, podczas gdy w pokoju odbywało się polowanie na nietoperza. Słyszałam 
wyraźnie kroki męża, który próbował chyba podejść swoją ofiarę, a Niunia 
najprawdopodobniej sunęła za nim krok w krok, bo co chwila mówił: - Nie spiesz się, na 
litość boską, pozwól mi wziąć go na muszkę. 

Nagle ogarnęła mnie straszliwa myśl. 
- Czy on siedzi na mnie? - zapytałam przez koc. - Powiedz mi prawdę, czy on siedzi na 

mnie na kocu? 

- Leż bardzo spokojnie - prosił mnie mąż. - One nigdy nie zostają długo na jednym 

miejscu. Zaledwie kilka dni temu przeczytałem w gazecie o kobiecie, która... 

background image

- On siedzi na moim kocu! - wrzasnęłam ogarnięta histerią. - Na mnie? 
- Słuchaj - żachnął się mąż. - Uspokój się. Jak się będziesz tak trzęsła, to ja go nigdy w 

życiu nie trafię. Leż spokojnie, a na pewno nic ci się nie stanie. 

Nie wiem, jaki jest oficjalny rekord wydostawania się spod koca, przebiegnięcia przez 

pokój, otwarcia podwójnych drzwi, zamknięcia ich i wypadnięcia na ganek, ale jeżeli cztery 
sekundy, to ja go pobiłam. Byłam przekonana, że nietoperz goni za mną. A że mąż mój do 
niego mierzył, więc i ja byłam w niebezpieczeństwie. Oparłam głowę o kolumnę i usiłowałam 
możliwie głęboko oddychać. 

Z domu docierały do mnie różne gwałtowne dźwięki. Pierwszy rozpoznałam jako 

wystrzał wiatrówki. Drugi przywodził na myśl przewracającą się lampę, co później okazało 
się prawdziwe. Trzeciego nie potrafiłam zidentyfikować, ale mąż powiedział mi później, że 
Niunia, próbując usunąć się z zasięgu strzału, przewróciła przybory kominkowe. Następnie 
słychać było rozgniewany głos mojego męża, który wymyślał kotu, i prychanie samej Niuni. 
Jak się później dowiedziałam, oskarżali się nawzajem o spłoszenie nietoperza, który opuścił 
koc w tym samym momencie co ja, chociaż bynajmniej nie tak szybko - i teraz znowu w 
najlepsze krążył wokół żyrandola. 

- Wróćże do domu - namawiał mnie mąż przez drzwi. Próbował je otworzyć, ale ja 

wisiałam na nich od zewnątrz. - Wejdź, daję ci słowo, że nic ci się nie stanie. 

- Za żadne skarby. 
- On jest równie przestraszony jak ty - zapewniał mnie mąż. 
- O nie! - odparłam z pełnym przekonaniem. Następnie widać zwrócił się znowu do 

Niuni, bo słyszałam: - On ląduje, uwaga! Uciekaj, bo dostanie ci się! 

Potem nastąpił huk wystrzału, trzask, prask, prychnięcie i długa, martwa cisza. Po 

pewnym czasie zapytałam cihym głosem: - Co się tam dzieje? 

Cisza trwała. 
- Co się tam dzieje? - powtórzyłam. 
Nic. Uchyliłam ostrożnie drzwi i zajrzałam do środka. Mąż siedział na tapczanie i walił 

pięściami w kolana. Wiatrówka leżała na podłodze. Niuni i nietoperza ani śladu. 

- Czy można wejść? - zapytałam cichutko. 
- Czy ja wiem - odparł mój mąż i spojrzał na mnie z goryczą. - Jeżeli masz bilet wstępu. 
- Gdzie jest nietoperz? 
- Zawlokła go do jadalni. 
Tapeta nad tapczanem była zadrapana. W jadalni leżała Niunia i mruczała rozkosznie, z 

głębi krtani. - Ona jest szybsza od kuli, tyle ci mogę powiedzieć - tłumaczył mi mąż. - 
Ułożyłem się do strzału, ale ta diablica rzuciła się naprzód, przegoniła kulkę i złapała 
nietoperza w tym samym momencie, w którym kulka uderzyła w ścianę. 

- Może byś ją tak wygonił z jadalni? 
Znowu zaczął bić pięściami w kolana, ja zaś podeszłam do tapczanu i starannie 

wytrzepałam koc, by upewnić się, że nie ma w nim innych nietoperzy, po czym usadowiłam 
się wygodnie w fotelu i podjęłam lekturę kryminału. Po chwili kotka wychynęła z jadalni, 
spojrzała z pogardą na swojego pana, rzuciła mi przelotne spojrzenie, uśmiechnęła się 
ironicznie na widok wiatrówki, wskoczyła na fotel mojego męża i z miejsca usnęła na jego 
gazecie. 

Wzięłam wiatrówkę, zaniosłam ją do spiżarni i położyłam na najwyższą półkę, gdzie, o 

ile się orientuję, leży po dzień dzisiejszy. Od czasu do czasu zastanawiam się nad tym, czy nie 
powinnam jej zdjąć, żeby była pod ręką w razie napadu na dom, ale wydaje mi się, że lepszy 
jest kuchenny nóż, szczególnie kiedy w pobliżu znajduje się Niunia. 

Nazajutrz rano zjawił się człowiek, żeby wstawić stłuczoną szybę, a Laurie, który 

właśnie niechętnie zabierał się do przedszkola, opowiedział mu, że to jego ojciec rozbił ją 
strzałem z wiatrówki, a ja roześmiałam się perliście i zauważyłam mimochodem, że mali 

background image

chłopcy zawsze wymyślają sobie zabawne historyjki, żeby ukryć własne psikusy. Laurie 
rzucił mi spojrzenie pełne szczerego oburzenia, a ja szybko krzyknęłam, że jeżeli chce, to 
może pójść do spiżarni i wziąć sobie całą paczkę gumy do żucia. Nie jestem zwolenniczką 
uczenia dzieci kłamstwa, a już na pewno nie wierzę, że jedna paczuszka gumy do żucia może 
wymazać kłamstwo tak oczywiste, ale Laurie był zadowolony z sytuacji. Bo oto wraz z matką 
bawił się kosztem ojca. Nie wpadło mi wówczas do głowy, że fundamenty naszego 
rodzicielskiego autorytetu zaczynają powoli kruszeć, aż w trzy czy cztery dni później Laurie 
powrócił z przedszkola w podartej kurtce i z wyrazem twarzy cierpiącego niewiniątka. Był 
spóźniony o dobre pół godziny i znajdował się w towarzystwie dwóch kolegów o fatalnej 
notabene reputacji. Wszyscy trzej wkroczyli do domu męskim i stanowczym krokiem i udali 
się do pokoju mojego męża, który pracował właśnie nad artykułem o pewnym wymierającym 
gatunku ryb. Ja znajdowałam się na górze, gdzie usiłowałam ubrać Jannie po jej 
popołudniowej drzemce, i stamtąd usłyszałam prawie całą rozmowę, toczącą się na dole. 

- Oni obrzucili go kamieniami - mówił jeden z chłopców cienkim podnieconym głosem; 

jest trochę starszy od Laurie'ego i zazwyczaj mówi za niego, szczególnie wówczas, kiedy 
Laurie nie chce się sam przechwalać. - I mówili okropne wyrazy, i uderzyli Laurie'ego, no i w 
ogóle. 

- A gdzie wyście byli? - zapytał mój mąż. Przez podłogę i sufit wyczuwałam rosnące w 

nim słuszne oburzenie - a gdzieście byli, kiedy ci chłopcy bili waszego kolegę? 

Zapanowała chwila ciszy, po czym rozległ się głos Lauriego: 
- George ukrył się za drzewem, a William pobiegł, żeby was zawiadomić. 
Laurie zamilkł na chwilę, pewnie żeby się zastanowić, i dodał: 
- Ja nie uciekałem, bo nie mogę biec w tych watowanych portkach. 
Wróg - widziałam go wyraźnie z okien sypialni - czaił się między drzewami, wycofywał 

się powoli ze wzgórza, ale szykował się do ponownego ataku. Następnie usłyszałam zgrzyt 
frontowych drzwi. Przed domem ukazał się mój mąż w asyście dwóch przyjaciół Laurie'ego. 
podczas gdy Laurie z podziwu godną ostrożnością pozostał przy frontowych drzwiach 
wrzeszcząc: - Mój ojciec idzie! 

W połowie wzgórza wróg czekał na mojego męża. Nie słyszałam wprawdzie słów, ale 

widziałam wszystko. Widziałam więc, jak mówił coś bardzo stanowczo, a wróg patrzał na 
niego jasnym, uczciwym spojrzeniem. Po chwili bitwa została uznana za rozstrzygniętą; mąż 
mój powrócił stanowczym krokiem do domu, a wróg wycofał się ze wzgórza, i z bezpiecznej 
odległości rzucał jeszcze jakieś niedosłyszalne kalumnie. 

Kiedy mąż znalazł się z powrotem w domu, zeszłam na dół. 
- Co się dzieje? - zapytałam.  
Zaczęli mi opowiadać wszyscy na raz. 
- Wiec oni zaczęli bić Laurie'ego i w ogóle - oświadczył jego rozmowny przyjaciel. 
- Chcieli się nawet do mnie dobrać - dodał jego kolega. 
- Te wstrętne, przeklęte portki! - krzyczał Laurie. 
- Co za brak wychowania - oburzał się jednocześnie mój mąż. - Takiego chłopca 

należałoby po prostu zdrowo wychłostać. 

Jannie zjawiła się za mną na schodach i zapytała głosem pełnym nadziei: 
- Czy Laurie był niegrzeczny? Ja jestem grzeczna, prawda? Czy Laurie zrobił coś 

bardzo brzydkiego? 

Kiedy wreszcie udało mi się podzielić te skomplikowane manewry polityczne na 

ofensywne i defensywne, zrozumiałam mniej więcej, co się stało; Laurie i jego dwaj 
przyjaciele wracali najspokojniej w świecie, nie wadząc nikomu i nie wtrącając się do 
niczyich spraw, ze szkoły do domu. Doszło nawet do tego, że o nic nie proszeni zatrzymali się 
i pomogli jakiejś dziewczynce pozbierać książki z błota. Co więcej, nie mieli nawet żadnych 
figlarnych myśli i wszyscy trzej zostali po prostu zaskoczeni, kiedy niejaki David Howell, 

background image

największy z chłopców, należących do, jak się później okazało, wrogiej grupy, podszedł do 
nich i ściągnął kaptur z głowy Laurie'ego. Kiedy Laurie krzyknął „hej!” - co wszyscy uznali 
za zupełnie usprawiedliwione - David Howell opluł go, obrzucił gradem brzydkich epitetów, 
a w końcu uderzył. Przyjaciele Laurie'ego nie brali udziału w potyczce, częściowo dlatego, że 
David jest znacznie wyższy od nich, a częściowo, ponieważ - jak tłumaczyli nam 
wyczerpująco - uznali walkę za sprawę Laurie'ego i mieszanie się do niej byłoby sprzeczne z 
zasadami etyki sportowej. Odprowadzili jednak Laurie'ego do domu, żeby - w charakterze 
świadków wydarzenia - przyczynić się do tego, by sprawiedliwości stało się zadość. 

- Coś powiedział Davidowi? - zapytałam męża. 
- Że poskarżę się jego matce - odparł z satysfakcją.  
Znam matkę Davida, spotykam ją na wywiadówkach. Jest to kobieta raczej imponująca, 

z typu tych, co to przewodniczą najrozmaitszym komitetom poświęconym cenzurowaniu 
filmów, organizowaniu wycieczek szkoleń do fabryk lub walczących o zakaz strzelania z 
procy. Jestem przekonana, że gdyby zaszła potrzeba własnoręcznego przeniesienia gmachu 
szkolnego przez matki uczniów na inne miejsce, to z pewnością zwrócono by się do niej o 
zorganizowanie takiego zabiegu. Byłam pewna, że mieszanie matki Davida w tę sprawę jest 
poważnym błędem taktycznym.  

Ale cała czwórka, a raczej piątka, jeżeli liczyć Jannie, która stała i powtarzała: - Biedny 

Laurie, biedny Laurie - energicznie masując sobie głowę, była innego zdania. 

- Zadzwonię do niej - oświadczyłam, starając się nadać swemu głosowi ton energiczny i 

groźny zarazem. Po dłuższym jak zawsze mocowaniu się z tajnikami książki telefonicznej 
znalazłam numer Howellów i pod czujnym okiem sekundantów zabrałam się do dzieła. 
Odchrząknęłam, wyprostowałam się i podałam numer telefonistce. Po minucie usłyszałam 
mocny, trzeźwy głos pani Howell: - Halo? 

- Halo - odpowiedziałam potulnie. - Czy to pani Howell? 
- Tak - odpowiedziała nawet bardzo uprzejmie, więc natychmiast zmieniłam zdanie o tej 

kobiecie i głosem możliwie najmilszym powiedziałam: 

- Proszę pani, nie wiem, czy pani syn David powiedział, że dzisiaj w drodze ze szkoły 

napadł na mojego syna, Laurie'ego, ale ponieważ nie jestem tego pewna, więc na wszelki 
wypadek postanowiłam zadzwonić do pani, żebyśmy się mogły zastanowić, co zrobić, żeby 
się to nie powtórzyło. 

Zorientowałam się natychmiast, że wystąpiłam chyba zbyt łagodnie, więc dodałam: 
- Laurie jest dosyć dotkliwie pobity. 
Laurie spojrzał na mnie z satysfakcją i zaproponował: 
- Powiedz jej, że umarłem. 
- Droga pani Howell - mówiłam dalej. - Wydaje mi się, że chłopiec o tyle większy od 

Laurie'ego... to znaczy, chciałam powiedzieć, o tyle silniejszy od Laurie'ego, powinien... 

Dotychczas pani Howell milczała, a teraz odparła uprzejmie: 
- Zgadzam się z panią całkowicie. Ale trudno mi uwierzyć, że David napadł na 

kogokolwiek. David jest chłopcem niezwykle spokojnym. Czy pani synek nie ma na myśli 
Davida Williamsa albo Davida Martina? 

- Czy jesteście pewni, że to nie był David Williams albo David Martin? - zapytałam z 

nadzieją w głosie. Ale moja publiczność tylko potrząsnęła głową i to kolektywnie, a jeden z 
przyjaciół Laurie'ego - ten, który przybiegł pierwszy - krzyknął z entuzjazmem: 

- Ja dobrze znam Davida Howella. To był on. A w ogóle to on zawsze robi takie rzeczy. 

Uderzył Laurie'ego już ze dwa albo trzy razy. Mnie też. On wszystkich bije. 

- To na pewno był pani David - oświadczyłam więc do słuchawki. - Wszyscy są zgodni 

co do tego. Zaczepił mojego Laurie'ego w drodze do domu i pobił go bardzo dotkliwie. 

- No cóż, porozmawiam poważnie z Davidem - westchnęła pani Howell. 

background image

- Będę pani bardzo wdzięczna - powiedziałam, zadowolona, że udało mi się osiągnąć 

tak łatwy triumf, ale mój mąż zażądał: 

- Powiedz jej jeszcze, że był bardzo niegrzeczny w stoku do mnie. 
- Poza tym był bardzo niegrzeczny w stosunku do mojego męża - powiedziałam 

posłusznie w słuchawkę. 

- Naprawdę? - skwitowała pani Howell takim tonem, jak gdyby David zawsze odzywał 

się niegrzecznie do swojego ojca, więc nie jest tym faktem zaskoczona. 

- No cóż - dodała - porozmawiam z nim za chwilę. 
- Powiedz jej, że on uderzył mnie kilka razy - zażądał Laurie. 
- I niech pani nie zapomina o brzydkich wyrazach dodał jeden z jego przyjaciół. 
- Powiedz jej kilka słów do słuchu - wtrącił się mój mąż. - Nie widzę powodu, dlaczego 

ten chłopiec miałby się wykpić sianem. 

- Czy pani postara się, żeby wybryki jej syna skończyły się raz na zawsze? - warknęłam 

w słuchawkę. 

Głos pani Howell zaostrzył się. 
- Przecież już mówiłam, że zaraz z nim porozmawiam - powiedziała z naciskiem. 
- Dziękuję pani - powiedziałam pospiesznie i odwiesiłam słuchawkę. 
Właśnie winszowaliśmy sobie nawzajem naszego zwycięstwa, kiedy zadzwonił telefon. 
- Tu Barbara Howell - odezwała się pani Howell, ale już znacznie mniej uprzejmie. - 

Rozmawiałam z Davidem, tak jak pani przyrzekłam. I okazuje się, że wina nie jest wyłącznie 
po jego stronie. 

Ostatnie słowa powiedziała z naciskiem, a nawet z pewną przyjemnością. 
- Nie rozumiem, przecież Laurie szedł najspokojniej... - zaczęłam. 
- Pani wybaczy - przerwała mi pani Howell z satysfakcją. - A kto rzucił w Davida 

kamieniem? 

Spojrzałam na Laurie'ego, ale mój syn patrzał na mnie oczami niewiniątka. 
- Jakim kamieniem? - spytałam więc. 
Laurie wciąż patrzał mi prosto w oczy, a na twarzy jego malował się wyraz niekłamanej 

satysfakcji. 

- Laurie - powiedziała pani Howell stanowczo - rzucił w Davida kamieniem i trafił go w 

głowę. Nabił mu wielkiego guza. David dopiero wtedy zdenerwował się. Ale skoro pani 
synek obrzuca kolegów kamieniami, to trudno mieć pretensję... 

- Co pani chce przez to powiedzieć? - przerwałam jej. - Czy to, że większy chłopiec ma 

prawo bić mniejszego? 

- Porozmawiam jeszcze z Davidem - odparła pani Howell sucho. - Ale kiedy ojciec 

Laurie'ego nazwał Davida podstępnym łajdakiem i zagroził, że wychłosta go batem... 

- A jak David obrzucił Laurie'ego, to co? To są takie nieprzyzwoite wyrazy, że Laurie 

nie chce mi ich nawet powtórzyć. 

Laurie i jego dwaj przyjaciele natychmiast wymienili jeden z tych wyrazów na cały 

głos. 

- Pani mąż zagroził Davidowi, że go wychłosta - pani Howell nie przejęła się ani 

odrobinę, a można by nawet wnioskować z jej tonu, że mój małżonek nie jest pierwszą osobą, 
która wysunęła taką propozycję wobec Davida - moje biedne dziecko usiłowało mu 
powiedzieć, że Laurie pierwszy rzucił kamieniem. Powinna pani stanowczo zrobić z nim 
porządek. Dzieci nie powinny rzucać kamieniami. Żadne z moich dzieci tego nie robi. Ja tego 
bardzo nie lubię. Biedny David... 

- Właśnie że to David rzuca kamieniami - upierałam się. - A jeżeli mój mąż nawet 

powiedział, że... 

- Ja tego wcale nie powiedziałem! - krzyknął mój mąż. 

background image

- Nie rozumiem - ciągnęła pani Howell - jak dorosły mężczyzna może tak się uwziąć na 

małego chłopca. 

- A mój biedny mały Laurie to co? - oburzyłam się. - On został paskudnie pobity. To 

jest po prostu okropne... 

- Mój biedny mały David - zaczęła pani Howell. 
- A mój biedny mały - przerwałam jej, przerwałam sobie i poprawiłam się: - Chciałam 

powiedzieć, mój mąż. Co z moim mężem? Czy pani zdaje sobie sprawę, jakimi on został 
obrzucony wyzwiskami? 

Przypomniało mi się nagle, jak pewnego dnia pani Howell zabrała głos na zebraniu i 

wygłosiła płomienne przemówienie, w którym żądała z pełnym przekonaniem, żeby Vermont 
oderwał się od Stanów Zjednoczonych, po to, żeby uchronić się przed nadmierną eksploatacją 
bogactw naturalnych przez rząd federalny. „Ponadto”... - powtarzała wówczas co chwila. 

- Cóż to za metody wychowawcze! - żachnęłam się teraz. - Co z pani za matka? 
Moi słuchacze zaczęli się wyraźnie wycofywać. Przyjaciele Laurie'ego już zakładali 

kalosze. A sam Laurie zaczął bawić się z Jannie w pozornie przypadkową grę, która 
zaprowadziła ich oboje pod drzwi kuchenne. Mąż mój przemykał się na palcach do swojego 
pokoju. 

- Niech pani posłucha - wrzasnęła pani Howell - niech pani teraz posłucha, co ja pani 

powiem... 

Odłożyłam bardzo wytwornym ruchem słuchawkę na widełki i udałam się do kuchni. 
- Laurie? - zapytałam bardzo ostrym tonem. - Czyś ty pierwszy rzucił w Davida 

kamieniem? 

Laurie zamyślił się, przechylił głowę na bok i wcisnął wskazujący palec w policzek. 
- Nie pamiętam - powiedział po chwili. 
- Przypomnij sobie dobrze - zażądałam groźnie. 
- Kiedy zapomniałem.  
Podeszłam pod drzwi pokoju męża. 
- Czyś ty nazwał Davida podstępnym łajdakiem? - zapytałam. 
Mąż oderwał wzrok od swojej pracy nad ginącymi gatunkami ryb. 
- Podstępnym czym? - zapytał. 
- Podstępnym łajdakiem. 
- Nie bądź śmieszna. Dlaczego miałbym nazwać tego jak mu tam podstępnym 

łajdakiem? - Pochylił się nad swoim artykułem. - Czy ty nie masz już innych zmartwień? - 
dodał. 

Zadzwonił telefon. Podniosłam słuchawkę. 
- Czego? - zapytałam. 
- Jeżeli wydaje się pani, że można po prostu rzucać ludziom słuchawkę w nos dlatego, 

że pani synek jest chuliganem i wali kamieniami w inne dzieci, i... 

- Jeżeli pani się zdaje, że pani i ten pani głupi Davidek tylko dlatego, że jest wyrośnięty 

i...  

- Jeżeliby pani chciała... 
- A może pani chciałaby... 
Jednocześnie odwiesiłyśmy słuchawki. Mąż mój otworzył drzwi od swojego pokoju i 

wysunął głowę. 

- Z kim rozmawiałaś? - zapytał. 
- Słuchaj - warknęłam - na przyszłość pilnuj swoich spraw i nie mieszaj się do 

porachunków Laurie'ego z kolegami, a w każdym razie nie każ mi... 

- Ja jestem grzeczna, prawda? - wtrąciła się Jannie. Podeszła do mnie i zaczęła mnie 

ciągnąć za rękę. - Ja jestem grzeczna, prawda? 

- Poboksujemy się, synku - zaproponował mój mąż Laurie'emu. - Przynieś rękawice. 

background image

I nie patrząc na mnie dodał: 
- Poboksujemy się w stodole. Nie chcę przeszkadzać twojej mamie, jak rozmawia przez 

telefon. 

- A ja? - dopytywała się Jannie. - A ja? 
Sięgnęłam po słuchawkę telefoniczną, ale rozmyśliłam się. Trzeba było nastawić 

ziemniaki na kolację. Oczami duszy ujrzałam panią Howell jedną ręką obierającą kartofle, a 
drugą trzymającą słuchawkę i jednocześnie usłyszałam wrzask bólu, jaki wyrwał się z ust 
Laurie'ego, który nadział się zapewne na prawy sierpowy swojego ojca. 

- Pomożesz mamusi przygotować kolację? - zwróciłam się do Jannie. 
Nazajutrz rano spotkałyśmy się z panią Howell przy ladzie rzeźnika. Ona uśmiechnęła 

się pierwsza, ja druga, po czym ona zapytała: 

- Jak ma się dzisiaj Laurie? 
- Znacznie lepiej, dziękuję - odparłam. - A David? 
- Nieźle - odpowiedziała z pełną powagą. 
- Potwory - stwierdziłam. 
- I ohydne kłamczuchy, jak wszystkie dzieci. Nie wierzę ani jednemu ich słowu. 
Roześmiałyśmy się i zaczęłyśmy oglądać mięso. 
- Ale jeść to jedzą - westchnęła pani Howell. - Co robić, trzeba będzie znowu kupić 

wołowinę na hamburgery. 

- Myślałam, żeby zrobić dla odmiany wątróbkę - zauważyłam. 
- A czy Laurie je wątróbkę? - zainteresowała się pani Howell. - Proszę mi powiedzieć, 

czy pani zna jakiś specjalny sposób przyrządzania jej? 

 
Pamiętani, że tamtej jesieni i zimy Laurie chodził - to znaczy, kiedy udawało mi się 

zmusić go do tego - w czerwonych farmerkach, na których własnoręcznie wyhaftowałam 
(wtedy miałam jeszcze czasami nieco wolnego czasu i mogłam go spędzać na umilaniu i 
upiększaniu życia sobie i innym) „Laurie” zielonym jedwabiem. Poszedł w nich do 
przedszkola, o ile sobie przypominam, tylko jeden raz, a potem dogadaliśmy się, że jeżeli nie 
będę go zmuszała do pokazywania się w tych farmerkach w miejscach publicznych, to on 
zrobi wszystko, żeby od czasu do czasu przemóc się i nakładać je w ściśle prywatnym gronie. 

Kiedy okazało się wyraźnie, że wyrósł z nich, i równie wyraźnie, że nie są wcale 

zniszczone, przekreśliłam w przystępie dobrego humoru słowo „Laurie” zielonym ściegiem i 
wyhaftowałam obok „Jannie”. Po czym skróciłam je wraz z pół tuzinem innych spodenek i 
przeznaczyłam dla młodszego dziecka. Jannie nosiła je przez całą wiosnę i lato. Pamiętam 
doskonale, bo właśnie wtedy Laurie po raz pierwszy ostrzygł się u fryzjera. Z nastaniem 
jesieni Jannie zaczęła nosić zieloną sztruksową kurteczkę, którą Laurie miał na sobie w dniu 
naszej przeprowadzki. Był to okres mojego życia, który schodził mi wyłącznie na skracaniu i 
przedłużaniu dziecięcej odzieży i robieniu budyniów czekoladowych. Wydaje mi się, że jeżeli 
akurat czegoś nie skracałam, to mieszałam coś i na odwrót. Tegoż lata Jannie odziedziczyła 
po bracie kilka kraciastych koszulek, które na szczęście są jednakowe dla chłopców i 
dziewcząt, oraz tysiące pojedynczych skarpetek. Na jesieni i ona miała pójść do przedszkola. 
Laurie dostał nową kurtkę, a nogi urosły mu do tego stopnia, że z przerażeniem stwierdziłam, 
iż przeszedł z numeracji dziecięcej na młodzieżową, a co za tym idzie, na obuwie o znacznie 
wyższej cenie. 

Lato przemija tak niesłychanie szybko, może dlatego, że można się minimalnie myć i 

korzystać z tak wielkiej ilości dziennego światła, że żadne z nas nigdy nie umie sobie 
wyobrazić nieuchronności okrutnej jesieni, kiedy rok zaczyna się chylić ku końcowi, a dni 
stają się coraz krótsze. Jednego przedpołudnia dzieciaki siedziały sobie najspokojniej w 
świecie w ogródku, popijały lemoniadę i omawiały jakieś budowle, które zamierzały wznieść 
w czasie lata, i już nazajutrz po południu zgrabiały suche liście z trawnika, a Jannie zgubiła 

background image

sandałek, który zapewne dopiero na wiosnę wyłoni się ze sterty kompostu. Matki mają swoje 
sezonowe zajęcia, toteż pewnego popołudnia siedziałam spokojnie w salonie, skracając i 
przedłużając niezliczone ilości par farmerek, i właśnie obliczyłam, że na razie udało mi się 
skrócić jedną parę i przedłużyć dwie, kiedy do pokoju wkroczył Laurie, stanął na środku i 
zaczął patrzeć na mnie ponurym wzrokiem. Za nim przybyli jego dwaj wierni przyjaciele, 
Stuart i Robert, a po krótkiej chwili, mniej więcej w tyle sekund później, ile potrzeba parze 
króciutkich tłustych nóżek, żeby przybiec, zjawiła Jannie. Za nią przywlókł się do pokoju 
nasz pies Toby. Wszyscy stanęli rzędem na środku dywanu i patrzyli na mnie w kompletnej 
ciszy. 

Zmusiłam się do wesołego uśmiechu i nie proszona oznajmiłam: 
- Możecie sobie wziąć po cukierku z miseczki, która stoi na stole. 
- Nie, dziękuję - odparł Laurie ponurym głosem. 
- Nie, dziękuję - zawtórował mu Robert. 
- Nie, dziękuję - rzekł Stuart. 
Stali dalej smutni jacyś i patrzyli, jak wsuwam i wyciągam igłę z materiału. 
- Nie, dziękuję - odezwała się jeszcze Jannie. 
Laurie westchnął głęboko, po nim Stuart, a na końcu Robert. Uśmiechnęłam się znowu 

obłudnie i spytałam: 

- Czy zjedlibyście może po jabłku? 
Laurie potrząsnął przecząco głową, po nim Stuart, a także Robert. Po chwili jeszcze 

Jannie. 

- Nic, absolutnie nic - oświadczył Laurie tonem wręcz pogrzebowym. Podszedł i 

przysiadł na kanapie, a za jego przykładem poszli Stuart i Robert. Cała trójka przyglądała się 
mojej robocie, a ja usiłowałam ukryć przed nimi tę mało ambitną łataninę. 

Toby pozostał na środku dywanu i wodził zdziwionym wzrokiem od chłopców do mnie 

i z powrotem. 

- Może pobiegniecie do sklepiku i przyniesiecie lody dla wszystkich? - 

zaproponowałam. 

Chłopcy potrząsnęli głowami jak jeden mąż. 
Jannie przysiadła mocno na podłodze tuż przy Tobym i zapytała: 
- Czy ty reperujesz farmerki Laurie'ego? 
- Ależ oczywiście - odparłam wesolutko. 
- Do szkoły, na jutro? 
Nastąpiła głęboka cisza, a po chwili Laurie powiedział do Jannie: 
- Oooooch, siedź cicho, dobrze? 
- Po co o tym gadać? - zdenerwował się Stuart. 
- Jannie nie umie trzymać języka za zębami - oświadczył Robert. 
- Co tam, chłopcy, głowy do góry - powiedziałam dziarsko. - Mieliście bardzo dobre 

lato. 

- Ale szkoła - westchnął Laurie, jak człowiek straszliwie pokrzywdzony przez życie. 
- Wiem, wiem - przerwałam mu szybko. - A może zjedlibyście po ciasteczku? 
- Nieee - mruknął Laurie. 
- Po co w ogóle chodzi się do szkoły? - zapytał Stuart. 
- Okropna ta wstępna klasa - westchnął Robert. 
- Słuchajcie - odezwałam się podstępnie - zanim się obejrzycie, okaże się, że znowu 

polubiliście szkołę. Wyście już po prostu zapomnieli, jak to jest. 

- O nie, wcale nie - powiedział Robert. 
- A ja bardzo kochałam moją szkołę - zapewniłam ich.  
Było to tak przejrzyste kłamstwo, że żaden z nich nie uznał nawet za stosowne na nie 

odpowiedzieć. Zamiast tego wciąż siedzieli i gapili się we mnie. 

background image

- Słuchajcie - powiedziałam po dłuższej chwili. - Róbcie coś. Pobawcie się, czy ja wiem. 

To wam pomoże zapomnieć o szkole. 

- Pobawmy się w szkołę - zaproponowała Jannie. - Może pobawimy się w szkołę. 
Zamilkła szybko, gdyż trzy roziskrzone pary oczu zwróciły się w jej stronę. 
- Może pojeździlibyśmy sobie na rowerach - odezwał się Robert bez entuzjazmu. 
- Ale naturalnie - ucieszyłam się. - To bardzo dobry pomysł. 
- A może pobawimy się w wojnę - zaproponował Stuart. 
- Albo w sklep! - krzyknął Laurie. 
- A dlaczego nie w szkołę? - odezwała się znowu Jannie. 
- Słuchajcie - zawołał Stuart - my będziemy Indianami, a Jannie naszym jeńcem. 
- Moglibyśmy ją związać - zasugerował Laurie i zlustrował siostrę krytycznym 

wzrokiem. 

- Dobrze, mogę być waszym jeńcem - zgodziła się Jannie z entuzjazmem - ale musicie 

mnie mocno związać. A wy będziecie Indianami. 

- Nie, nie, posłuchajcie! - krzyknął Robert. Wszyscy stali się nagle szalenie aktywni. 

Robert skoziołkował z kanapy i pobiegł do holu. A dwaj pozostali chłopcy pognali za nim. Po 
chwili Jannie podniosła się z podłogi i wyszła. Toby otworzył jedno oko, westchnął ciężko i 
wstał; właśnie ruszał do holu, kiedy chłopcy wraz z Jannie wpadli z powrotem do pokoju. 

- Mamo - krzyknął Laurie w wielkim podnieceniu - chcemy zrobić przedstawienie! Ty 

będziesz publicznością. Musisz teraz pójść do kuchni. Zawołamy cię, jak będziemy gotowi. 

Był to ostatni dzień wakacji. Wpięłam więc igłę bardzo starannie w zakład spodenek, 

które właśnie skracałam, złożyłam je i schowałam do szuflady. Laurie i Robert wypchnęli 
mnie szybko do kuchni, gdzie sięgnęłam do puszki z ciasteczkami, usiadłam i zaczęłam je 
zajadać. 

Po może pięciu minutach i głośnych, pospiesznych konsultacjach, zostałam wezwana do 

pokoju i posadzona na kanapie. Stuart usiadł w moim fotelu i zabrał się do czytania gazety. 

- Ja niby to czytam gazetę - wyjaśnił mi przystępnie. Laurie, Jannie, Robert i Toby byli 

w jadalni, skąd dochodziły odgłosy sprzeczki. Wreszcie rozległo się pukanie do drzwi, Stuart 
odłożył gazetę i powiedział: 

- Proszę. 
Wszedł Laurie, ubrany w kowbojski kapelusz i kowbojską kamizelkę. Na szyi miał 

chustkę, a na nogach wysokie buty. Trzymał wiatrówkę i lasso. 

- Hej, partner - powitał Stuarta. 
- Hej, partner - odparł Stuart. 
Laurie usadowił się na krześle naprzeciwko Stuarta, po czym partnerzy zaczęli sobie 

twardo patrzeć w oczy. 

- Jak ci leci, partner? - odezwał się wreszcie Laurie. 
- W porządku, partner - zachichotał Stuart, a potem, zatoczywszy ręką szeroki gest, 

dodał: 

- Poczęstuj się cukierkiem, partner. 
- Dziękuję, partner - odparł Laurie. - Niech będzie cukierek. 
Zamaszystym krokiem podszedł do stołu, wziął cukierka i powrócił na krzesło. Zjadł 

cukierka, oblizał palce, wydał z siebie głuchy jęk, chwycił się za brzuch i upadł na podłogę. 
Leżał i stękał przez chwilę, potem uniósł głowę, spojrzał na mnie i wyjaśnił: 

- Ten cukierek był zatruty, rozumie pani? 
- Rozumiem. To bardzo ciekawe. 
Laurie uspokoił się, po czym nastąpiła dłuższa pauza, w czasie której Stuart zaczął się 

kręcić dość niespokojnie na fotelu, patrząc jednocześnie na miseczkę z cukierkami. Wreszcie 
zawołał: 

- No, Robert, gdzie jesteś? 

background image

Na co Robert z jadalni odpowiedział: 
- Okej, już idę. Muszę przecież nabić rewolwer, no nie?  
Rozległo się ponowne pukanie do drzwi. Stuart krzyknął: 
- Proszę! 
Wszedł Robert, powiedział: - Hej, partner - i usiadł. 
- Hej, partner - odezwał się z kolei Stuart. - Poczęstuj się cukierkiem. 
- Czemu nie - oświadczył Robert, wziął cukierka, połknął go w całości i jęcząc runął na 

Laurie'ego. 

- A teraz moja kolej! - wrzasnęła Jannie z jadalni. Wpadła do pokoju, rzuciła Stuartowi 

głośne: „Hej, partner” i porwała cukierka ze stołu. 

- Czy mogę wziąć dwa? - zapytała mnie, a kiedy potrząsnęłam głową, szybko schrupała 

cukierka, wydała z siebie przenikliwy pisk i usiadła na Robercie. 

- No, to i ja chyba się poczęstuję - oświadczył Stuart, po czym także padł jęcząc na 

podłogę. 

Zaczęłam bić brawo, ale przerwał mi Laurie, który uniósł głowę i oświadczył: 
- Jeszcze nie koniec. 
- Przepraszam - wyciągnęłam rękę po cukierka, przypomniałam sobie, że jest zatruty, i 

dałam spokój. 

Laurie wysunął się spod leżących na nim ciał i powiedział: 
- Zaraz będzie tędy przejeżdżał dyliżans pocztowy.  
Pozostałe dzieciaki też wstały. Otrzepały się z kurzu i udały z powrotem do jadalni. Ja 

czekałam. 

Wreszcie zjawił się Laurie, trzymając Toby'ego za obrożę. 
- Ja jestem dobrym kowbojem - wytłumaczył mi. -Nazywam się Hopalong Cassidy i 

będę... 

- To ja jestem Hopalong Cassidy - zaprotestował Robert z drugiego pokoju. 
- Ja jestem Roy Rogers - ciągnął Laurie jak gdyby nigdy nic - a to jest dyliżans 

pocztowy. Eskortuję go. 

- Gdzie jest dyliżans? - zapytałam nieśmiało. 
- Toby jest dyliżansem - odparł Laurie z lekkim zażenowaniem. - Bo widzisz, dyliżans 

wiezie dużo złota, więc bandyci zaraz na niego napadną, żeby je ukraść, ale ja i moi ludzie 
galopujemy tuż za nim... 

Laurie zaczął gonić Toby'ego po pokoju wydając z siebie różne kowbojskie dźwięki, 

czego Toby bardzo nie lubi. 

- Dobry pies - powiedziałam do niego z uznaniem, więc uniósł łeb do góry i zaczął 

rezolutnie galopować dokoła salonu. 

- Bardzo dobry pies - dodałam. 
Kiedy Laurie i Toby po raz drugi mijali drzwi prowadzące do jadalni, bandyci napadli 

ich znienacka. Stuart i Robert wymachiwali rewolwerami, wydawali z siebie groźne okrzyki 
oraz dźwięki dzikiego galopu końskich kopyt i wystrzałów. Mały, ale za to tłuściutki kowboj, 
czyli moja Jannie, przybiegł tuż za nimi i, jak przystało na zatwardziałego przestępcę, groził 
wszystkim wodnym pistoletem i wrzeszczał: „bum, bum”. 

- Mamy cię na muszce! - ryknął Hopalong Cassidy. Nieustraszony Roy Rogers kucnął 

za krzesłem, a dyliżans pocztowy pospiesznie wlazł pod kanapę, po czym usiłował wdrapać 
się na moje kolana. 

Tymczasem Robert i Stuart także znaleźli sobie bezpieczne miejsca: jeden we framudze 

drzwi, a drugi w kominku. Wszyscy strzelali przez całą długość pokoju, celując bardzo 
starannie, ale odsłaniając się dość lekkomyślnie. Po każdym strzale wracali na swoje pozycje. 

Jannie usiadła nagle na środku dywanu i zaczęła zdejmować sandałki. 
- Coś mi weszło do buta - oświadczyła. - Poczekajcie chwilę, chłopcy, dobrze? 

background image

- Ukryj się! - wrzasnął Laurie. - Zaraz zginiesz, ty głupia babo! 
- Bum! - Jannie strzeliła do Laurie'ego z wodnego pistoletu. - Bum! - rzuciła w stronę 

Stuarta. - Bum! - w stronę Roberta. 

- Zabiłam was wszystkich - powiedziała - teraz mogę sobie spokojnie zdjąć sandałki. 
Laurie zaczął się ostrożnie wysuwać zza krzesła. 
- Rzucić mi pistolety na ziemię! - wrzasnął rozkazującym tonem. 
Stuart i Robert posłusznie odrzucili pistolety i podnieśli ręce do góry. Laurie podszedł 

do nich z wymierzoną bronią, obmacał ich pospiesznie, a potem ich zastrzelił. Padli, wili się 
przez chwilę w agonii i szybko wyzionęli ducha. Robert uniósł się jeszcze na łokciu i 
wymamrotał: 

- Joe, Joe. 
Laurie odwrócił się szybko. 
- Co, Joe? - zapytał. 
- Załatw łajdaków, którzy nas załatwili - szepnął Robert. 
- Na pewno, Joe - odpowiedział Laurie, obrócił się powoli i strzelił do Jannie, która 

spojrzała na niego ze zdumieniem. 

- Przecież powiedziałam, że muszę zdjąć sandałki! - krzyknęła. 
- I tak ci się należało - oświadczył Laurie. 
- Okej - odparła Jannie. Żeby nie psuć zabawy, przewróciła się na lewy bok, skonała i 

już w tej pozycji skończyła zapinanie klamerek. 

- No, no - znowu zaczęłam klaskać. - To było naprawdę szalenie... 
- Poczekaj - powiedział Laurie z powagą. - To była próba. Widziałaś dopiero próbę. 
- Po próbie dopiero damy prawdziwe przedstawienie - potwierdził Stuart. 
- Rzuć broń! - rozkazał mu Laurie. 
- Nie chcę! - zdenerwował się Stuart. - Dlaczego ja mam zawsze być facetem, co rzuca 

broń? 

- Ręce do góry! - wrzasnął Laurie. Robert zakradł się za niego i przytknął mu pistolet do 

pleców. - Teraz ty rzuć broń! - zażądał. 

Laurie rzucił pistolet na ziemię, a Stuart podniósł go i zastrzelił Roberta i Laurie'ego, 

którzy jęcząc padli na podłogę. 

- Zaraz - zapytał nagle Stuart - który z nas jest dobrym kowbojem, bo zapomniałem? 
- Ja jestem Gene Autry - oświadczył Laurie. 
- A ja jestem Roy Rogers - oświadczył Robert. 
- To w takim razie ja jestem dobrym kowbojem - ucieszył się Stuart. - Rzucajcie broń! 
Stuart jeszcze raz zastrzelił Roberta i Laurie'ego. 
- Słuchajcie - powiedział Laurie z podłogi - my zupełnie nie umiemy umierać. Za mało 

się wijemy. 

- Czasami powinny nas wlec konie - dodał Robert. 
- Rzucić broń! - wrzasnęła nagle Jannie. Gene Autry, Roy Rogers i Hopalong Cassidy 

spojrzeli na nią zaskoczeni. Jannie mierzyła do nich z wodnego pistoletu. 

- To baba! - zdenerwował się Stuart. 
- No tak, baba kowboj - potwierdził Robert. 
- To jest Jesse James - skorygował ich Laurie. - Musisz nas teraz wszystkich zabić, Jan. 
- Bang, bang, bang! - krzyknęła Jannie i wszyscy trzej bohaterowie padli, potarzali się 

trochę po podłodze, wili się dosyć długo, a poniektórych nawet powlokły konie. 

Udałam się na palcach do kuchni, nalałam cztery szklanki soku owocowego i 

wysypałam paczkę ciasteczek na talerz. Gdy powróciłam do salonu, aktorzy właśnie 
otrzepywali się z kurzu. 

- To było naprawdę wspaniałe przedstawienie - powiedziałam. 
- Jutro zrobimy ci naprawdę prawdziwe - odparł Laurie. 

background image

- Och, zupełnie zapomniałem - dodał po chwili i mina mu zrzedła. 
Z przyjemnością pomyślałam o tym, że czekają mnie znowu spokojne przedpołudnia, 

długie, ciche południa, nie mówiąc już o wieczorach, bo dzieciaki będą się wcześnie kładły 
spać. 

- No cóż - zawołałam wesoło - zanim się obejrzymy, znowu będzie lato. 
 
Wszyscy zawsze mówią, że trzecie dziecko jest najłatwiejsze, a ja już wiem dlaczego. 

Trzecie dziecko jest najłatwiejsze dlatego, że ma się za sobą dwukrotne doświadczenie i wie 
się co i jak. Wie się na przykład chociażby, jak się będzie wyglądało w ciążowej sukni w 
siódmym miesiącu i jak należy odpuszczać hamulec wózka dziecinnego, jak sobie dawać radę 
z wiązaniem sznurowadeł przedtem i jak się gimnastykować potem i chociaż nie można 
powiedzieć, że ma się teraz lekceważący stosunek do całej sprawy, to siłą rzeczy człowiek się 
znacznie mniej przejmuje. Ludzie sentymentalni twierdzą, że kobiety rodzą trzecie dziecko, 
bo lubią małe dzieci, ale cynicy mówią, że każda matka dwojga zdrowych, aktywnych 
dzieciaków oddałaby wszystko za dziesięć spokojnych dni w szpitalu. Jeżeli chodzi o mnie, to 
waham się pomiędzy pierwszym a drugim punktem widzenia, z wyraźną skłonnością raczej 
ku drugiemu. 

Ponieważ było to więc moje trzecie dziecko, oszczędzono mi wielu zbytecznych 

przykrości. Nikt, na przykład, nie przysłał mi różowego, ręcznie zrobionego kaftanika. 
Dostaliśmy tylko jedną parę szydełkowych buciczków. Znałam je. Były białe, ozdobione 
różowymi pomponami. Otrzymał je Laurie nazajutrz po narodzinach. Ofiarowałam je, w 
oryginalnym opakowaniu, jednej z moich przyjaciółek, która właśnie również urodziła 
pierwsze dziecko; ona z kolei posłała je swojej kuzynce do Teksasu dla jej drugiego potomka, 
kuzynka odesłała je z powrotem na Wschodnie Wybrzeże, gdy jedna z naszych koleżanek 
szkolnych powiła bliźnięta; owa koleżanka ofiarowała je z kolei Jannie, dołączając karteczkę 
z napisem: „Dużo czułości dla małej”, przy czym okazało się, że oryginalne różowe 
opakowanie jest prawie nowe. Schowałam tę paczuszkę starannie, bo wiedziałam, że jedna z 
moich znajomych spodziewa się dziecka w czerwcu. 

Pożyczyłam od sąsiadki nasz stary wózek dziecinny, zniosłam łóżeczko ze strychu, 

wyciągnęłam ze skrzyni całą górę koszulek i kołderek, wyprałam je i w odpowiednim czasie 
zawiadomiłam dzieci o czekającym ich ewenemencie. Przez bity miesiąc starannie i z wielką 
satysfakcją pakowałam i przepakowywałam walizeczkę. Tym razem wiedziałam już, co 
trzeba zabrać do szpitala, ale zgromadzenie tych wszystkich rzeczy wymagało czasu oraz 
wyjazdu do najbliższego miasta. Wreszcie wszystko było przygotowane, a więc: żółta nocna 
koszula z koronką, biała nocna koszula, związana pod szyją niebieską wstążką, dwie 
najbardziej wyszukane lizeski, jakie udało mi się zdobyć - po nie to właśnie pojechałam do 
miasta - poza tym kilogram ciągutek czekoladowych własnej roboty, kupa powieści 
kryminalnych i kilka kilo jabłek. Prawie w ostatniej chwili dołożyłam dużą bombonierkę, 
butelkę kosztownej wody kolońskiej oraz szczotkę do zębów. Podobno niektórzy ludzie 
zabierają do szpitala własne jedwabne powleczenie, ale, moim zdaniem, jest to po prostu 
marnowanie cennego miejsca w walizeczce. 

Mój lekarz był bardzo sympatyczny, a przyjaciele zachowywali się nadzwyczajnie. 

Przez ostatnie dwa tygodnie niemal wszyscy ludzie, jakich znam, telefonowali co najmniej 
raz dziennie i pytali: 

- Więc jak to, jeszcze jesteś w domu? 
Teść i teściowa zamówili się z wizytą na weekend, bo według najstaranniejszych 

wyliczeń astronomicznych, powinnam była zaprezentować im już co najmniej 
dwutygodniowe dziecko. Przyjęłam ich z pewną rezerwą. Na pożegnanie zlustrowali mnie 
niezbyt życzliwym, raczej podejrzliwym wzrokiem. Moja własna matka przysłała z Kalifornii 

background image

depeszę następującej treści: „Czy wszystko w porządku? Czy mam przyjechać? Gdzie jest 
dziecko?” Moje dzieci były ponure, a mój mąż przygnębiony. 

Wszystko odbywało się więc, jak już wspomniałam, planowo, aż wreszcie którejś nocy, 

o drugiej nad ranem, skoczyłam z łóżka jak z procy i zapaliłam światło, na co mój zaspany 
mąż łypnął jednym okiem i wymamrotał: 

- Czy już? 
- Sama nie wiem - odparłam nerwowo. Rozglądałam się za budzikiem, który zawsze 

wieczorem starannie chowam po to, żeby, gdy rano zadzwoni, nolens volens wyjść z łóżka. 
Ale ponieważ nie dzwonił, było go naprawdę trudno znaleźć. 

- Czy mam też wstać? - dopytywał się mój mąż bez większego entuzjazmu. 
- Nie mogę znaleźć budzika. 
- Budzika? - zdziwił się mąż. - A to po co? Możesz mnie przecież budzić w 

pięciominutowych odstępach czasu. 

Otworzyłam walizeczkę, wyjęłam kryminał, usiadłam na fotelu i nakryłam się kocem. 

Po kilku minutach Niunia, która zazwyczaj sypia w nogach łóżka Laurie'ego, weszła do 
sypialni i usadowiła się na podłodze, na brzegu koca. 

Przez resztę nocy spała równie spokojnie jak mój mąż, tyle że od czasu do czasu unosiła 

głowę i patrzała na mnie wzrokiem pełnym pogardy. 

Ponieważ szpital znajdował się w odległości pięciu kilometrów od naszego domu, a 

żadne z nas dotychczas nie potrafiło nauczyć się prowadzenia wozu, musiałam zatelefonować 
po jedyną miejscową taksówkę. W związku z tym, kiedy wreszcie przyjechała, już mi się 
trochę spieszyło. O siódmej trzydzieści zadzwoniłam do lekarza, porozmawialiśmy sobie 
bardzo miło, po czym powiedziałam mu, że dam tylko jeszcze dzieciom śniadanie, zmyję 
naczynia i przyjadę do szpitala. Powiedział, że jest mu to na rękę i że spotkamy się niebawem. 
W skrytości ducha uważaliśmy oboje, że zanim słońce wzejdzie, powinnam znaleźć się z 
powrotem przy pilnych robotach. 

Udałam się do kuchni i zabrałam się do roboty. Podśpiewywałam sobie trochę i tylko od 

czasu do czasu chwytałam się poręczy krzesła i wstrzymywałam oddech. Mąż mój powiedział 
mi później, że znalazł swój kubek, ten z napisem „Ojciec”, w piekarniku, ale moim zdaniem, 
był zbyt zdenerwowany, by móc uchodzić za wiarygodnego świadka. O ile sobie 
przypominam, robiłam wszystko dokładnie tak jak zawsze. Wyprawianie dzieci do szkoły 
odbywa się tak mechanicznie, że nie ma nawet czasu na zastanawianie się czy na zmianę 
rutyny. Weźmy chociażby patelnię. Moim bezpośrednim i naczelnym celem, kiedy znalazłam 
się w kuchni, było podgrzanie kawy, jaka pozostała z poprzedniego wieczoru na stole, bo 
jakoś nie chciało mi się dzisiaj parzyć świeżej. Wydało mi się rzeczą wstrząsająco logiczną 
zrobienie tego na patelni raczej niż w garnuszku, bo jak każde dziecko wie, płaskie i szerokie 
naczynie nagrzewa się szybciej niż wąskie i wysokie, jakim jest na przykład maszynka do 
kawy. Nie zamierzam bynajmniej zaprzeczać, że wyglądało to dziwnie.  

Kiedy zeszły dzieci, wszystko na pozór funkcjonowało znakomicie; Laurie wyjął z 

wściekłą miną z kredensu dwie szklanki i napełnił je sokiem owocowym dla Jannie i siebie. 
Mnie także chciał poczęstować sokiem, ale jakoś nie miałam apetytu. W ogóle nie miałam na 
nic ochoty, pewnie dlatego, że czułam, iż balansuję na cienkiej linie pomiędzy sytuacją matki 
dwojga a matki trojga dzieci, i bałam się zakłócić tę równowagę lub chociażby przerwać 
rozpoczęty ciąg zajęć, które na razie polegały na upartym podgrzewaniu kawy na patelni. Mój 
mąż także zszedł niebawem na dół, przywitał się z dziećmi, przyjął szklankę soku, którą nalał 
mu Laurie, i zapytał wesoło: 

- No i jakże się czujesz? 
- Doskonale - odparłam uśmiechając się serdecznie do całej trójki. - Czuję się naprawdę 

wyśmienicie. 

- Świetnie - powiedział mąż. - Jak myślisz, o której powinniśmy ruszyć? 

background image

- Koło południa. Wszystko jest w najlepszym porządku. 
- Czy można ci w czymś pomóc? 
- Nie, nie - zatrzymałam się na chwilę, żeby nie jęknąć, i potem znowu uśmiechnęłam 

się. - Czuję się wprost nadzwyczajnie - dodałam. 

- Czy nie pogniewasz się - zaczął niepewnie - jeżeli wyjmę jajko z filiżanki? 
- Ależ skąd - odpowiedziałam pospiesznie - nie mam pojęcia, skąd się tam wzięło. 
- To głupstwo - uspokajał mnie mąż. - Ale chce mi się pić. więc rozumiesz... 
Wszyscy przyglądali mi się w jakiś dziwny sposób, a ja tylko się uśmiechałam; czułam 

się naprawdę doskonale; cieszyłam się, że długie miesiące wyczekiwania mają się ku 
końcowi, że moje staranne przygotowania nie pójdą na marne i że już nazajutrz będę sobie 
leżała w łóżku w pięknej żółtej koszuli. 

- Jestem w doskonałym humorze - dodałam. 
Trochę kręciło mi się w głowie, to fakt, no i miałam bóle, ale autentyczne, a nie takie 

jakieś głupie, nieokreślone, jak w ciągu ostatnich kilku tygodni. Poklepałam Laurie'ego po 
głowie. 

- No więc, powiedz, synku - powiedziałam tonem, jakim mówiłam do niego tysiąc razy 

w ciągu ostatnich miesięcy. - No, powiedz, synku, co wolisz - braciszka czy siostrzyczkę? 

- Może byś usiadła - zaproponował mąż. Wyglądał, jak człowiek żywiący skrytą 

nadzieję, że ktoś zjawi się i wyjaśni mu, jak to się stało, że znalazł się w sytuacji, nad którą 
absolutnie nie panuje. 

- Moim zdaniem, powinnaś usiąść - powtórzył stanowczym tonem. 
W tym właśnie momencie zorientowałam się, że ma rację. Rzeczywiście powinnam była 

usiąść. Prawdę mówiąc, powinnam się była jak najprędzej znaleźć w szpitalu. 

Zgasiłam więc ten durny uśmiech i odłożyłam widelec, jaki od dłuższego czasu 

trzymałam w ręku. 

- Muszę się pospieszyć - oświadczyłam. 
Mąż wezwał taksówkę i zniósł moją walizkę na ganek. Dzieciaki miały zamieszkać u 

przyjaciół i było postanowione, że w drodze do szpitala odwieziemy je. Jednakże czułam, że 
na to nie ma już czasu. Zaczęłam więc mówić bardzo szybko: 

- Zajmiesz się sam dziećmi. Dopilnuj... 
Tu zatrzymałam się. Pamiętam, że mój proces myślenia był krystalicznie precyzyjny. 
- Dopilnuj, żeby zjadły śniadanie - zakończyłam. Zaraz, myślałam pospiesznie. Pidżamy 

schną na podwórku, szkoła, koty, szczotki do zębów. Mleczarz. Farmerki wyłatać. Pranie. 

- Może powinnam ci zrobić spis - dodałam słabym głosem. - No i napisać karteczkę do 

mleczarza. Aha. zabrakło mydła. Trzeba kupić mydło. 

- Tak, kochanie - powtarzał mój mąż. - Tak, kochanie. 
Zajechała taksówka i nagle okazało się, że żegnam się z dziećmi. 
- Do zobaczenia - powiedział Laurie. - Baw się dobrze. 
- I nie martw się o nic - dorzucił mój mąż. 
- Ty też! - krzyknęłam. - Wszystko będzie dobrze. 
- Na pewno, na pewno, wszystko na pewno skończy się dobrze - zapewniał mnie. 
Wpakowałam się niezdarnie do taksówki; nie odważyłam się jednak wypróbować 

mojego promiennego uśmiechu na kierowcy i powitałam go tylko skinieniem głowy. 

- Przyjadę do ciebie za godzinę - powiedział mąż. - Nie przejmuj się. 
- Wszystko jest okey - odparłam. - To ty się nie przejmuj. 
- Wszystko na pewno skończy się dobrze - zapewnił kierowca mojego męża i ruszył. 

Mąż stał na trawniku i załamywał ręce. Kierowca jechał jak obłąkany, zakosami, od 
krawężnika do krawężnika, celem uniknięcia najmniejszego bodaj zagłębienia w szosie. 

background image

Ja zaś siedziałam cichutko, wbita w kąt, i usiłowałam w ogóle nie oddychać. Jedną ręką 

objęłam czule walizeczkę zawierającą ową żółtą koszulę, a jednocześnie próbowałam zapalić 
papierosa, nie napinając przy tym żadnych mięśni poza mięśniami ręki i karku. 

- Zapowiada się piękny dzień - odezwałam się po pewnym czasie do kierowcy. Do 

szpitala jest co najmniej jeszcze dwadzieścia minut, pomyślałam, może i więcej, jeżeli on nie 
przestanie jechać zygzakiem. 

- Jest ciepło, jak na tę porę roku - dodałam. 
- Wczoraj też już było całkiem ciepło - odparł kierowca. 
- O tak, wczoraj też było ciepło - zgodziłam się i wstrzymałam oddech. Kierowca, który 

kurczowo unikał mojego odbicia w lusterku, zawołał z lekką histerią w głosie: 

- Myślę, że jutro też będzie ciepło. 
Odczekałam minutę, a potem zdobyłam się na następujące słowa: 
- Nie wiem, czy ta pogoda się utrzyma. Może do jutra znowu się ochłodzi. 
- No tak - odpowiedział kierowca - ale wczoraj to naprawdę było całkiem ciepło. 
- Wczoraj? - zastanowiłam się. - Ano tak. Wczoraj było rzeczywiście ciepło. 
- Dzisiaj zapowiada się bardzo ładny dzień - powiedział z kolei kierowca. 
Przycisnęłam walizeczkę do siebie ze wszystkich sił i bezwiednie jęknęłam, nawet 

niezbyt głośno - jęk ten podobny był bardziej do skowytu niż do czegokolwiek innego. 
Taksówka gwałtownie skręciła w lewo i kierowca dodał gazu. 

- Już jest bardzo ciepło - mamrotał kierowca pod nosem. - Nie pamiętam tak ciepłego 

dnia o tej porze roku. To nie jest normalne. Wczoraj było okropnie go... 

- Nic podobnego - zaprzeczyłam stanowczo. - Wczoraj był mróz.  
Już widać wieżę szpitala. 
- Pamiętam doskonale, że pomyślałem sobie, jak niezwykle ciepło jest na tę porę roku - 

kierowca jeszcze raz zakręcił i byliśmy na podwórzu szpitalnym. - Było tak ciepło, że 
zwróciło to moją uwagę. „Ale ciepło”, pomyślałam sobie. Pamiętam to doskonale. 

Zajechaliśmy z fasonem przed główne wejście. Kierowca wyskoczył z wozu jak z 

procy, otworzył moje drzwiczki i podał mi ramię. 

- Moja żona urodziła pięcioro - powiedział. - Ja wezmę walizkę. Pięcioro i to bez 

najmniejszych komplikacji. 

Przeprowadził mnie przez drzwi i razem podeszliśmy do biurka recepcjonistki. 
- Proszę - powiedział do urzędniczki. - Zapłaci mi pani kiedy indziej - rzucił mi i uciekł 

jak oparzony. 

- Nazwisko? - zwróciła się do mnie urzędniczka z uprzejmym uśmiechem. 
- Nazwisko - wybełkotałam, ale po chwili przypomniałam sobie i podałam je. 
- Wiek? - pytała dalej. - Płeć? Zawód? 
- Literat - odparłam. 
- Przy mężu - skwitowała mnie. 
- Literat - powtórzyłam. 
- Napiszę przy mężu - odparła. - Nazwisko prowadzącego lekarza? Ilość dzieci? 
- Dwoje - warknęłam. - Na razie. 
- Przebieg ciąży normalny - ciągnęła. - Grupa krwi? Rentgen? 
- Proszę pani... - zaczęłam. 
- Nazwisko męża? Zawód męża? 
- Niech pani po prostu wszędzie pisze przy mężu - zasugerowałam. - Nie mogę sobie w 

tej chwili przypomnieć jego nazwiska. Naprawdę. 

- Ślubne? 
- Co? 
- Czy mąż pani jest ojcem dziecka? Czy pani jest mężatką? 
- Proszę panią - powiedziałam błagalnie. - Czy nie mogłabym pójść na górę? 

background image

- Doprawdy - żachnęła się urzędniczka. - Przecież to w końcu tylko poród. 
Skinęła dyskretnie na stojącą opodal pielęgniarkę, która chwyciła mnie za to samo 

ramię, którego dzisiaj jakoś wszyscy się czepiali, i zaprowadziła mnie do windy. Była raczej 
sympatyczna. Dwukrotnie dowiadywała się, jak się czuję, a kiedy wysiadłyśmy, zapytała 
„porodówka”? Walizeczkę dźwigałam sama. 

Na górze przyłączyły się do nas dwie dalsze pielęgniarki, podczas gdy nakładałam na 

siebie szpitalną koszulę, prowadziłyśmy ze sobą zdawkową konwersację. Pielęgniarki bawiły 
się poprzedniego wieczoru na jakimś przyjęciu z lekarzami i jedna z nich była tam po prostu 
zupełnie niebywała; rozbierałam się, a ona nie przestawała być niebywała, albowiem od czasu 
do czasu jedna albo druga z jej koleżanek zwracała się do kogoś i pytała, czy ona nie jest 
zupełnie niebywała, no proszę powiedzieć! 

Rzuciłam kilka lekkich zdań, żeby udowodnić, że jestem również w doskonałym 

humorze i zupełnie nie zdenerwowana; zrobiłam kilka zabawnych uwag na temat szpitalnej 
koszuli i z niepokojem w sercu, ale z uśmiechem na ustach zapytałam, co to za aparatura, jaką 
właśnie przywieziono na metalowym wózku. 

Mój lekarz zjawił się w pół godziny później; widać wypił trzy mocne kawy i wypalił 

dobre cygaro; poklepał mnie dziarsko po ramieniu i zapytał: 

- Jak się pani czuje? 
- Nieźle - odparłam z chichotem, który przemienił się w coś w rodzaju żabiego skrzeku. 
- Jak pan myśli, czy to jeszcze długo...? 
- A tam - roześmiał się mój doktor - mamy jeszcze mnóstwo czasu. Na razie... 
Nagle cały personel zaczął się mną intensywnie zajmować. Jedna pielęgniarka 

wyklepała mi poduszkę, druga chwyciła mnie za rękę, trzecia zaś głaskała moje czoło i 
powtarzała kojącym tonem: 

- To przecież nic, to nic. Poród, naturalna rzecz. 
- Proszę mnie zawołać w razie potrzeby - oświadczy} pan doktor. - Będę na dole, w 

kawiarence. 

- Już ja pana zawołam, jak uznam, że jest mi pan potrzebny - warknęłam głucho. 
Jedna z pielęgniarek powiedziała słodziutkim głosem: 
- Moja droga, po co tak straszyć męża. Otworzyłam jedno oko, okazało się, że przy 

moim łóżku siedzi rzeczywiście mąż. Wyglądał, jak gdyby z trudem powstrzymywał się od 
płaczu. 

- Kazali mi tu przyjść - tłumaczył się. - Szukałem poczekalni. 
- Na końcu korytarza - syknęłam, nacisnęłam gwałtownie dzwonek i zażądałam od 

pielęgniarki: 

- Proszę go w tej chwili stąd zabrać. 
- Powiedzieli mi - mówił mój mąż płaczliwie i patrzał bezradnym wzrokiem na 

pielęgniarkę. 

- Nic, nic - uspokajała go pielęgniarka i znowu zaczęła mnie głaskać po głowie. - 

Miejsce męża jest przy żonie. 

- Albo on stąd wyjdzie, albo ja wychodzę! - krzyknęłam. 
Drzwi otworzyły się raptownie i wszedł lekarz. 
- Powiedziano mi, że pan przyszedł. - Uścisnął po męsku dłoń mojego męża i dodał: - 

Jakoś kiepsko pan wygląda.  

Mój mąż uśmiechnął się zdawkowo. 
- Jeszcze nie zdarzyło mi się stracić ojca - zażartował doktor i trzepnął mojego męża w 

plecy. Po czym zwrócił się do mnie: 

- A jak my się czujemy? - zapytał. 
- Okropnie - odparłam. 
- Wracam na dół - roześmiał się pan doktor. - Idzie pan ze mną? 

background image

 
Tego dnia było tak, że nikt właściwie ani nie przychodził ani nie odchodził. Kiedy 

jednak otwierałam oczy, okazywało się, że zawsze ktoś przy mnie stoi albo siedzi. Tym razem 
była to pielęgniarka o dość sympatycznej twarzy, która stała przy moim wezgłowiu; 
przecierała mi ramię kawałkiem wilgotnej waty. Na ogół nie cierpię zastrzyków, ale ten 
powitałam radosnym uśmiechem. 

- No, no - odezwałam się. - Cieszę się, że panią widzę. 
- Ale z pani tchórz! 
- Kiedy to zacznie działać? - spytałam podejrzliwie. Nigdy nie miałam zaufania do 

pielęgniarek i zawsze się boję, że wstrzykują mi jakiś obojętny i nieszkodliwy płyn w 
głębokiej wierze w psychologiczne działanie zastrzyku jako takiego. 

- Nawet się pani nie spostrzeże - odparła tajemniczo.  
Zastrzyk podziałał błyskawicznie, bo w pięć minut po odejściu pielęgniarki zaczęłam ni 

stąd, ni zowąd chichotać. Leżałam sama w pokoju i śmiałam się jak głupia, a kiedy 
otworzyłam oczy, zobaczyłam, że tym razem stoi nade mną zupełnie obca kobieta. Nie była to 
pielęgniarka, ale autentyczna ludzka istota w niebieskim szlafroku. 

- Śmiałam się trochę - oświadczyłam z godnością. 
- Jestem z pokoju naprzeciwko - oświadczyła. - Słyszałam pani głos. Jutro może mi się 

to samo przytrafić. 

- Będzie pani rodzić? 
- Może kiedyś, w przyszłości - odparła ponurym głosem. - Już dwa tygodnie temu 

miałam bóle, więc przywieźli mnie z rana, ale wieczorem powiedzieli „niech pani wraca do 
domu i jeszcze zaczeka”. Więc wróciłam do domu i przyjechałam po trzech dniach, bo znowu 
chwyciły mnie bóle. Ale oni tylko powiedzieli „niech pani wraca do domu i jeszcze zaczeka”. 
Wczoraj znowu mnie bolało, więc przyjechałam. Na razie mnie trzymają. 

- Coś strasznego! - wykrzyknęłam. 
- Sprowadziłam matkę. Przygotowuje posiłki i zajmuje się wszystkim, ale myślę, że 

zaczyna podejrzewać, że ściągnęłam ją podstępem, żeby się nią wyręczyć. 

- To straszne - powiedziałam znowu i zaczęłam walić pięściami w ścianę, 
- Niech pani przestanie! - krzyknęła. - Jeszcze panią ktoś usłyszy. To jest moje trzecie 

dziecko. Z pierwszymi dwoma nie miałam żadnych problemów. 

- To też jest moje trzecie - warknęłam. - I wszystko mi jedno, czy mnie ktoś usłyszy, czy 

nie. 

- Moje dzieci - westchnęła. - Ile razy wracam do domu, rzucają się na mnie i pytają, 

gdzie jest nowy braciszek. Matka też. A mąż musi mnie wciąż przywozić i odbierać. 

- Wszyscy mi mówili, że trzecie jest najłatwiejsze - zaczęłam znowu walić pięściami w 

ścianę i chichotać. 

- No i znowu pani zaczyna - westchnęła. - Czego się pani tak śmieje? Chciałabym się 

też mieć z czego śmiać. 

Pomachała mi ręką, odwróciła się i wyszła z opuszczoną głową. Otworzyłam oczy i 

okazało się, że na wygodnym krześle, w nogach łóżka, siedzi mój mąż. 

- Już cię pytałem - mówił. - Już cię pytałem, czy pozwolisz, że sobie tu poczytam. 
Miał „New York Timesa” na kolanach. 
- Zastanów się - powiedziałam. - Czy ja czytam? Leżę jak głupia, nie mam nic do 

roboty, a ty siedzisz i najspokojniej w świecie czytasz sobie „New York Timesa” i to tuż pod 
moim nosem, kiedy ja nie mam nic... 

- No i jakże się czujemy? - usłyszałam głos doktora, który nagle wyrósł obok łóżka i był 

teraz najwyraźniej znacznie wyższy. Jednocześnie ściany pokoju zaczęły się dość gwałtownie 
chwiać. 

- Doktorze - krzyknęłam nieco głośniej, niż zamierzałam - żądam, żeby mi pan dał... 

background image

Poklepał mnie po ręce i okazało się, że to mój mąż, a nie doktor. 
- Przestań wrzeszczeć - zażądał. 
- Ja wcale nie wrzeszczę. Ale mam tego zupełnie dosyć. Zmieniłam zdanie. Nie będę 

rodzić dziecka, chcę wrócić do domu i zapomnieć o tej całej głupiej historii. 

- Doskonale cię rozumiem. 
Odpowiedziałam mu jednym słowem, które wprawdzie znałam i rozumiałam, ale które 

jeszcze nigdy nie wymknęło się z moich ust. 

- Przestań wrzeszczeć - zaklinał mnie mój mąż. - I nie mów takich wyrazów. 
Byłam przekonana, że jestem zupełnie przytomna, i spojrzałam na niego ze świętym 

oburzeniem. 

- Kto tu właściwie rodzi? Ty czy ja? - ryknęłam. 
- No, już dobrze - odezwał się głos doktora. - Zaraz się do pani zabierzemy. 
Ściany z lewej i prawej strony odsuwały się w nieskończoność, a kobieta w niebieskim 

szlafroku stała w progu i machała do mnie ręką. 

- Kochała mnie za niebezpieczne życie moje - zaczęłam deklamować - a ja za szczere 

miłosierdzie ją kochałem... 

- Wszystko w najlepszym porządku - powiedział doktor. - Proszę teraz nie oddychać. 
- Czy on skończył czytać tego „Timesa”? 
- Już dobrych kilka godzin temu - odpowiedział doktor. 
- A co on teraz czyta? 
- „Herald Tribune” - odparł lekarz. - Proszę wstrzymać oddech. 
Zrobiło się tak niewiarygodnie jasno, że musiałam zamknąć oczy. 
- Jak przyjemnie u państwa - powiedziałam do doktora. - Bardzo państwu dziękuję za 

miły wieczór. Było naprawdę szalenie ciekawie. Następnym razem musicie państwo przyjść 
do nas... 

- Dziewczynka - powiedział doktor. 
- Sara - oznajmiłam uprzejmie, tak jak gdybym mu ją przedstawiała. Wciąż byłam 

pewna, że jestem zupełnie przytomna. I chyba byłam. Bo przy moim łóżku siedział znowu 
mąż i uśmiechał się radośnie. 

- Co się z tobą dzieje? - zapytałam. - Dlaczego nie czytasz „Wall Street Journal”? 
- Mamy dziewczynkę - odparł. 
- Wiem - mruknęłam. - Byłam przy tym. Znajdowałam się w czystym, sympatycznym 

pokoju. Było, bez wątpienia, po wszystkim. Najwyraźniej w świecie widziałam zarys moich 
stóp pod kołdrą. 

- Mamy dziewczynkę - zawiadomiłam mojego męża. Drzwi otworzyły się i wszedł 

doktor. 

- No i jak? - zapytał. - Jak się czujemy? 
- Doskonale - odpowiedziałam. - Mamy dziewczynkę. 
- Wiem - odparł. 
Drzwi były nadal otwarte i po chwili ukazała się w nich kobieca twarz. Mąż, doktor i ja 

odwróciliśmy się, żeby zobaczyć, kto wszedł. Była to moja znajoma w niebieskim szlafroku. 

- Już u pani po wszystkim? - zapytałam ją. 
- Nie - mruknęła. - A u pani? 
- Owszem - odpowiedziałam. - No i co? Znowu pani wraca do domu? 
- Proszę panią - powiedziała powoli. - Wie pani co? W domu dzieciaki wrzeszczą, moja 

matka patrzy na mnie, jak gdybym jej zrobiła jakieś świństwo, mąż, jak mnie tylko zobaczy, 
podskakuje jak oparzony i łapie kluczyki od samochodu. Siostra telefonuje trzy razy dziennie, 
a kiedy słyszy mój głos, odwiesza słuchawkę. Tutaj dają mi trzy posiłki dziennie, które kto 
inny gotuje, poznałam wszystkie pielęgniarki i spotykam mnóstwo osób, które przychodzą i 

background image

odchodzą. Byłabym idiotką, gdybym wróciła do domu. A co pani ma, chłopca czy 
dziewczynkę? 

- Dziewczynkę. . 
- Dziewczynkę? - zamyśliła się. - Powiadają, że trzecie dziecko jest najłatwiejsze. 
 

II 

Moim zdaniem, kobiety, a przede wszystkim te, które prowadzą dom, myślą w 

kategoriach spisów. Zawsze twierdzę, mimo silnej opozycji z wielu stron, że umysł kobiety 
odznacza się żelazną logiką. Ale dopiero kiedy zabrałam się pewnego roku do opróżniania 
kieszeni letniego płaszcza, zdałam sobie w pełni sprawę z tego, do jakiego stopnia sposób 
myślenia kobiety zajmującej się prowadzeniem domu opiera się na spisach, innymi słowy, że 
długa lista spraw do załatwienia czy przedmiotów do zakupienia, w której jedna pozycja 
ciągnie się pokornie za drugą, stanowi w gruncie rzeczy jedyny możliwy sposób radzenia 
sobie z egzystencją, polegającą na współżyciu pod jednym dachem z mężem i dziećmi, 
którym nawet w najśmielszych marzeniach nie przyszłoby do głowy, że można by było 
ustawić się pokornie jedno za drugim. Do rozważań tych skłonił mnie fakt, że przy 
opróżnianiu wyżej wymienionych kieszeni natrafiłam na kilka wymiętych karteczek. Na 
jednej z nich wyczytałam, co następuje: kasza, buty odnieść, chleb, ser, masło fistaszkowe, 
gazeta wieczorna, tuz. pączków, ZADZWONIĆ DO OBRAZU. Pokazałam karteczkę 
mężowi, który ją dwukrotnie przeczytał i orzekł, że nic z niej nie rozumie. Kiedy 
oświadczyłam, że dla mnie wszystko jest jasne, ponieważ kartka ta poprowadzi mnie główną 
ulicą naszego miasteczka, najpierw stroną parzystą, a potem nieparzystą - muszę kupować 
kaszę w specjalnym sklepie, bo tylko tam mają gatunek, który moje dzieci uznają - mąż 
zapytał, co wobec tego znaczy ZADZWONIĆ DO OBRAZU, na co odparłam, że chodzi o to, 
żeby nie zapomnieć zadzwonić do ramiarza przed wyjściem z domu, i że napisałam to dużymi 
literami, bo gdybym przypomniała sobie o tym dopiero po spojrzeniu na karteczkc w sklepie, 
musiałabym udać się do ramiarza osobiście a wtedy mąż mój pociągnął nosem i mruknął, że 
gdyby prowadził swoje sprawy tak jak ja moje, to... Druga znaleziona w tej samej kieszeni 
kartka zaczynała się od słów: „letni płaszcz do prl.” 

Fakt, że nie zaniosłam letniego płaszcza do pralni (ach, te pierwsze jesienne dni, 

nostalgiczny zapach chłodnych poranków, jaskrawość czerwonych i złotych liści, nasz 
podjazd jedną wspaniałą feerią barw, nagląca, atawistyczna potrzeba chomikowania jadła na 
zimę, no i te dynie), nie zachwiał bynajmniej moim przekonaniem, że ciąg skojarzeń, 
prowadzący od jednej sprawy do drugiej, z którego składa się każdy spis, ma swoją głęboką 
logikę, chociaż nie prowadzi zbyt daleko. Wystarczy na przykład wspomnieć sąsiadce, że 
podoba nam się jej nowe linoleum w kuchni, a ona z miejsca odpowie: 

- Naprawdę podoba się pani? Bo widzi pani, ja właściwie chciałam kupić białe, a nie 

niebieskie, ale białe brudzi się szalenie szybko, no a John najbardziej lubi niebieski kolor, 
pojemnik na śmieci i stół są niebieskie, ale w znacznie jaśniejszym odcieniu i trzeba by je 
było właściwie wymienić, tylko że wówczas firanki... 

W tym miejscu jej monolog może nagle zmienić kierunek zakładam oczywiście, że tok 

jej wymowy nie zostanie przerwany przeze mnie opowieścią o moich przygodach z linoleum 
albo że John nie przerwie jej żądając krakersów i sera dla gości, albo że któreś z jej dzieci nie 
zacznie się drzeć na górze); weźmy też pod uwagę możliwość dygresji pod tytułem „brud”; 
tutaj może nastąpić wyliczenie całej litanii przedmiotów, które łatwo się brudzą (...„czarne 
linoleum, na którym widać każdy pyłek...”); albo przedmiotów, które mało się brudzą 
(...„Mimo że ściana jest jasnożółta, można ją zwyczajnie wycierać gąbką...”); albo nagły skręt 
i podjęcie tematu urządzenia kuchni w ogóle (...„miała prześliczne firaneczki w oknie, ale nie 
wiem dlaczego wydały mi się jakieś dziwne, może po prostu nie nadawały się do kuchni, były 
takie...”); albo urządzenie łazienki (...„więc mieli te same kafelki w łazience co w kuchni, tyle 

background image

że różowe, podczas kiedy te w kuchni były niebieskie, a zasłony mieli...”); albo tematu 
upodobań Johna (...„on za nic nie je niczego z czosnkiem, więc muszę pamiętać, żeby ze 
wszystkich przepisów...”). 

Być może, właśnie dlatego mój letni płaszcz nigdy nie został zaniesiony do pralni. Bo 

można zacząć od którejkolwiek pozycji na liście, a potem działać jednocześnie we wszystkich 
kierunkach, w końcu życie jest urozmaicone i interesujące, więc mimo że spis jest rzeczą 
niezmiernie pożyteczną, to trudno jest trzymać się go dokładnie. W związku z tym przyszła 
mi na myśl sprawa filiżanek do kawy. Osobiście wolę dużą filiżankę, ale w tych takich 
specjalnych, malutkich, kawa prezentuje się znacznie lepiej (już widzę całą listę spraw 
związanych z tym tematem, a więc zagadnienie malutkich łyżeczek, a także sprawa likierów i 
koniaków), a tymczasem ja w długiej wieczorowej sukni prezyduję przy stole, moi goście 
prowadzą dowcipną rozmowę, a na górze, w dziecinnym pokoju, wykwalifikowana 
opiekunka czuwa nad moimi uśpionymi dziatkami (co ułatwia podejmowanie dużej ilości 
osób). Lista moja zakłada istnienie pokojówki i lokaja, którzy pozmywają malutkie 
filiżaneczki i wypolerują srebrne łyżeczki (i przydaje przyjęciom elegancji). Przed laty matka 
obiecała mi srebrną zastawę do kawy, mamy już bardzo ładny niski stolik po cioci Marcie i 
gdyby mój mąż chciał się wreszcie zabrać do roboty, to wygładziłby go papierem ściernym i 
zabejcował; toteż mimo iż jestem zarażona bakcylem antykonformizmu, nie jest wykluczone, 
że zdecydowałabym się w końcu na nabycie owych malutkich filiżaneczek do kawy. Co 
skłoniło mnie bezpośrednio do zastanowienia się nad sprawą filiżaneczek, to uwaga, jaką 
zrobiła niedawno jedna z moich przyjaciółek, która powiedziała, że nie lubi dużych filiżanek, 
w jakich podajemy kawę po kolacji, i że stokrotnie woli malutkie filiżanki, a to głównie 
dlatego, że musi pić kawę bardzo, ale to bardzo gorącą. To naprowadziło mnie oczywiście na 
rozmyślania nad jej metodą prowadzenia domu, i to rozmyślania rzeczywiście wielostronne; 
osoba ta jest bardzo bliską przyjaciółką i za nic w świecie nie zwróciłabym jej uwagi na fakt, 
że kiedy byłam u niej po raz ostatni, zauważyłam, że w jej łazience nie ma mydła. Lubię ją, to 
prawda, ale okna w jej gościnnym pokoju w ogóle się nie otwierają. Jest to wspaniała 
dziewczyna i jeżeli życzy sobie pić w moim domu kawę z malutkich filiżaneczek, to postaram 
się, żeby tak było, mimo że kiedy jedliśmy u niej niedawno kolację, znalazłam pająka w 
sałacie. 

Być może - posuwam się teraz wzdłuż innego spisu - że gdybyśmy mieli malutkie 

filiżaneczki do kawy, owa miła godzina, jaka następuje bezpośrednio po spożyciu kolacji, 
zakłócona u nas niestety pojawianiem się dzieci, które właśnie wyszły z kąpieli, dzieci z nie 
cierpiącymi zwłoki problemami, domagającymi się natychmiastowego rozwiązania, a także 
widokiem niezliczonej ilości brudnych naczyń na stole, domagających się zmycia, oraz psów 
i kotów, domagających się nakarmienia - być może, owa wyżej wymieniona godzina stałaby 
się bez porównania bardziej wytworna, gdybyśmy mieli małe filiżanki; być może, że nasze 
dzieci widząc, jak raz po raz napełniamy je świeżą kawą, oddalałyby się na paluszkach od 
drzwi jadalni. Być może, że gdybyśmy mieli malutkie filiżaneczki do kawy, pewna 
miejscowa, ale bezdzietna para małżeńska, która wyrażała wielokrotnie nie ukrywaną niechęć 
do naszego potomstwa, złożyłaby nam sąsiedzką wizytę. Być może, że gdybyśmy 
rzeczywiście mieli malutkie filiżaneczki do kawy, zdobylibyśmy się na puszczenie w 
niepamięć nieuzasadnionej niechęci owej pary małżeńskiej do naszej rodziny, niechęci, która 
zapewne powstała na skutek naszej szorstkiej reakcji na ich krytyczne uwagi na temat 
zachowania się naszych dzieci. Może naprawdę powinniśmy żyć trochę wytworniej, niż 
żyjemy. 

No, ale istnieje poza tym zagadnienie malutkich filiżaneczek do kawy jako takich. Mam 

naprawdę wielką pokusę zakupienia ich możliwie jak najtaniej (oto wyłania się okazja 
sporządzenia nowego spisu, złożonego z kolumny cen najrozmaitszych towarów) i już nawet 
myślałam o tym, żeby w tym celu udać się do Woolwortha (...„kupiłam tam niedawno 

background image

prześliczne filiżaneczki i chociaż spodki sprzedawano osobno, to w sumie nie wydałabym 
dużo więcej niż...”), ale w końcu pomyślałam, że to jednak nie wypada (...„bo każdy domyśli 
się z łatwością po wzorku, skąd pochodzą...”), ale trzeba będzie pójść do któregoś z domów 
towarowych, gdzie mam otwarty rachunek (...„otwarty rachunek? Posłuchaj, co mnie się 
przytrafiło...”), chociaż już wiem, że skończy się to tak, że wieczorem powrócę do domu z 
dwiema tanimi filiżaneczkami w nędzne kwiatki i pełnym zestawem garnków (są mi od 
dawna potrzebne) oraz kompletem szklanek i miseczek, znakomicie nadających się do 
śniadania, szczególnie kiedy odwiedzają nas tabuny przyjaciół naszych dzieci, a skoro już 
byłam w dziale gospodarstwa domowego, to skorzystałam z okazji i obejrzałam sobie miksery 
elektryczne, bo w końcu jest zaledwie cztery miesiące do moich urodzin. 

Niedawno zanotowałam rozmowę, a raczej wzajemną wymianę spisów, jaka miała 

miejsce pomiędzy dwiema kobietami, przy czym jedną z nich byłam ja. Rozmowa ta 
rozpoczęła się, nawet całkiem uprzejmie, od tego, że pochwaliłam nowe pokrowce mojej 
przyjaciółki, wykonane własnoręcznie przez nią samą. W szybkich abcugach uporałyśmy się 
z zagadnieniem pokrowców (ceny takowych, wyższość kupnych nad zrobionymi własnym 
przemysłem), przydatności maszyny do szycia, mundurków szkolnych naszych dzieci, 
obuwia dziecięcego (drogie). Następnie przyjaciółka, stwierdziwszy, że nie cierpi cytowania 
zabawnych powiedzonek swoich pociech, powiedziała, że koniecznie musi powtórzyć mi coś, 
co jej córeczka wymyśliła kilka dni temu. W odwet poczęstowałam ją bardzo zabawną 
historyjką o Jannie. Ona z kolei oświadczyła, że ceny są obecnie straszne, wprost 
niewiarygodne; nasze spotkanie mogłoby się właściwie w tym miejscu skończyć, bo obydwie 
byłyśmy bliskie płaczu, ale na szczęście jeden z naszych mężów wtrącił się i zwrócił naszą 
uwagę na fakt, że teoretycznie zeszliśmy się po to, żeby zagrać w brydża, i że jeżeli trwamy 
przy tym zamiarze, to pragnie nas zawiadomić, że krzesła są przygotowane, a karty rozdane. 
Usiedliśmy więc przy stoliku, a przyjaciółka nadmieniła, że kiedy ostatni raz graliśmy w 
brydża, jej mąż bardzo się złościł, ponieważ dwukrotnie nie dała do koloru. Ja zaś 
opowiedziałam bardzo smutną historyjkę o tym, jak to mój mąż pewnego razu rozpoczął 
licytację, mówiąc dwa kiery, na co ja powiedziałam dwa piki, on zalicytował trzy kara, a ja 
zostałam z królem, waletem i siódemką karo i... Przyjaciółka przerwała mi opowieścią o 
jednych znajomych, ja dorzuciłam swoje o innych znajomych, którzy fatalnie wychowują 
swoje dzieci, i opisałam okropne maniery tych dzieciaków, na co ona zwróciła naszą uwagę 
na fatalne skutki nowoczesnych metod nauczania, a mój mąż zapytał, czy my właściwie 
gramy w brydża, czy nie? Wtedy przyjaciółka oświadczyła, że podoba jej się ogromnie moja 
nowa bluzka, a ja, że zazdroszczę jej tego, iż sama sobie szyje sukienki, na co ona, że sklepy 
są teraz nie do wytrzymania, nieprawdaż? Opowiedziałam jej, jak to pewnego razu 
sprzedawczyni odezwała się do mnie w sposób tak ordynarny, że wyszłam ze sklepu niczego 
nie kupiwszy, co ona przelicytowała opowieścią o tym, jak to nasz wspólny rzeźnik próbował 
ją dzisiejszego ranka nabrać na mielonym mięsie. No tak, powiedziałam, nawet mielone 
mięso zrobiło się takie drogie, że nie wiadomo, co robić, z czym ona zgodziła się i dodała, że 
jej zdaniem cena podniosła się o dwa centy na funcie i to chyba od wczoraj. Zawiadomiłam 
ją, że moim zdaniem szkoła dlatego zrezygnowała z wydawania obiadów, ponieważ wszystko 
tak strasznie podrożało, na co ona odparła, że dawanie dzieciakom sandwiczów wypada 
znacznie taniej. No tak, westchnęłam, ale Laurie żąda sandwiczów z zimnym mięsem, więc 
ona zapytała, czy próbowałam już tę nową pastę rybną z siekanymi oliwkami. Kiedy 
odpowiedziałam, że nie, poradziła mi, żebym spróbowała tego proszku na babkę, który jej 
zdaniem jest rzeczywiście znakomity, a ja stwierdziłam, że za cztery miesiące wypadają moje 
urodziny. 

Mąż mój zalicytował gromkim głosem trzy kiery, ja powiedziałam trzy piki i dodałam, 

zwracając się do przyjaciółki, że szalenie smakują mi jej ciasteczka i że moje dzieci dlatego 
tak chętnie przychodzą do niej na podwieczorek, bo u nas wszystko jest kupne. Przyjaciółka 

background image

zauważyła skromnie, że ma nowy przepis na babeczki bezowo-cytrynowe, którymi zamierza 
poczęstować nas zaraz po brydżu, a mój mąż ponownie zapytał, czy my właściwie gramy, czy 
nie? Wówczas mąż przyjaciółki zalicytował cztery kiery, ona powiedziała cztery bez atu, a ja 
oświadczyłam, że w najbliższej przyszłości zamierzam nabyć pół tuzina malutkich filiżanek 
do kawy. W rezultacie graliśmy sześć pików i moja przyjaciółka i ja wygrałyśmy bez 
najmniejszego wysiłku, przy czym dowiedziałam się od niej przy okazji, że jeżeli 
rzeczywiście zamierzam kupić elektryczny mikser, to muszę bardzo uważać, żeby się nie 
naciąć; jedna z jej znajomych włączyła swój po raz pierwszy i rozpadł się na kawałki. 
Oczywiście odesłała go do fabryki i po pewnym czasie otrzymała nowy egzemplarz, ale mój 
mąż stwierdził, że gdyby jego partner wyszedł w cokolwiek z wyjątkiem asa kier, to... 
wzięłam od niej przepis na babeczki bezowo-cytrynowe, a kiedy powróciliśmy do domu, 
sporządziłam nowy spis, zaczyna jacy się od: „cytryny, małe filiż. do k., letni płaszcz do 
pralni...”. 

Mój letni płaszczyk był naprawdę bardzo solidny. Nosiłam go prawie dwa ostatnie lata 

college'u i przez wszystkie letnie sezony od tej pory. Teraz, kiedy już byłam matką trojga 
dzieci, wiedziałam z całą pewnością to, co mgliście podejrzewałam, kiedy miałam tylko jedno 
dziecko, a co do czego miałam już niemal pewność, kiedy było ich dwoje - a mianowicie, że 
rodzice noszą swoją odzież co najmniej o dwa lata dłużej niż inni ludzie. Przez długie 
miesiące lata - które notabene bywa teraz znacznie upalniejsze niż za czasów mojego 
dzieciństwa (podobnie jak zimy są obecnie mroźniejsze) - radzę sobie doskonale z moim 
płaszczykiem i kilku rozpadającymi się kretonowymi sukienkami, ale zimą sprawy mają się 
niestety zupełnie inaczej; jeżeli nie uda mi się znaleźć kogoś, kto podejmie się wyłatania 
kieszeni mojego futra, to nie będę nawet mogła nosić przy sobie chusteczki do nosa, chyba że 
przypnę ją sobie do sukienki, tak jak Jannie. Ale oddawanie futra do reperacji w czasie 
upałów wydaje się rzeczą śmieszną, że, że od co najmniej dwóch lat w górnej szufladzie 
mojej komody leży lista, która zaczyna się od słów: „zreperować fro”. 

 
Tego ranka obudziłam się późno. Budzik wysiadł po raz trzeci w tym tygodniu. Panował 

już taki upał, że trudno się było ruszać. Poleżałam jeszcze kilka minut mobilizując energię 
konieczną do wstania. Z pokoju dziewczynek rozlegały się cienkie tony piosenki i z 
przyjemnością myślałam o tym, jak to miło, że dwie siostrzyczki i braciszek lubią się i bawią 
ze sobą w takiej zgodzie; nagle sens słów tego, co oni wyśpiewywali, doszedł do mojej 
świadomości. Jednym susem wyskoczyłam z łóżka i pełną parą ruszyłam przez korytarz. 

- Mała zjadła pająka, mała zjadła pająka, mała zjadła pająka - śpiewały moje pociechy. 
Otworzyłam drzwi i trzy niewinne buzie zwróciły się ku mnie. Laurie w pidżamie z 

materiału w kowbojski wzór siedział na komodzie i dyrygował chórem przy pomocy 
wieszaka, Jannie w różowych spodniach od pidżamy i wizytowej sukience z organdyny 
siedziała na swoim łóżku. Sally uśmiechała się do mnie jakoś dziwnie i patrzała na mnie 
spomiędzy listewek kojca, pokazując wszystkie cztery ząbki. 

- Coś zjadła? - zapytałam. - Co masz w buzi? 
- Pająka! -wrzasnął Laurie triumfalnym głosem.- Ona zjadła pająka! 
Z trudem udało mi się otworzyć buzię małej. Była pusta. 
- Czy ona go połknęła? - zapytałam. 
- A bo co? - dowiadywał się Laurie. - Czy ona od tego zachoruje? 
- To Jannie dała jej tego pająka - oświadczył Laurie. 
- Ale Laurie go złapał - zawiadomiła mnie Jannie. 
- Ale ona zjadła go sama - dodał pospiesznie Laurie.  
Powolnym krokiem powróciłam do swojego pokoju, przezwyciężyłam nieprzepartą 

chęć powrotu do łóżka i zaczęłam się ubierać. Odgłosy, jakie dochodziły z pokoju dzieci, 
świadczyły o tym, że i one już niby to ubierały się. 

background image

- Włóż to na Sally - mówił Laurie. 
- Kiedy to jest za małe - opierała się Jannie. 
- Nie szkodzi - nalegał Laurie. - Ubierz ją szybko i już. 
- Włożę jej moją niebieską bluzkę - powiedziała Jannie. 
- Ta bluzka jest okropna - zaprotestował Laurie. 
- Wcale nie. 
- Właśnie że tak. 
- Wcale nie. 
- Właśnie że tak. 
- Wcale nie. 
- Dzieci! - krzyknęłam głosem nieco silniejszym niż zazwyczaj o dziewiątej rano. - 

Proszę, przestańcie się kłócić i ubierajcie się. 

- Laurie zaczął! - wrzasnęła Jannie. 
- Jannie zaczęła! - wrzasnął Laurie. 
Pospiesznie przeciągnęłam grzebień przez włosy i pobiegłam do dziecinnego. To 

rozgrzało mnie jeszcze bardziej. Wyciągnęłam Sally z kojca, postawiłam na łóżku Jannie i 
zaczęłam ją ubierać, a Laurie i Jannie natychmiast rzucili swoją odzież, przysiedli na skraju 
łóżka i zaczęli się nam przyglądać. Zmieniłam pieluchy małej z szybkością wprawnej matki 
trojga dzieci, postanowiłam nic więcej na nią nie nakładać, wepchnęłam ją sobie pod pachę i 
ruszyłam na dół. Za mną rozległ się płaczliwy wrzask Jannie. 

- Nie mogę znaleźć paaaantofli! - ryczała. 
Laurie zaczął złośliwie chichotać. Zauważyłam, że zakłada sobie czerwone sandałki 

Jannie, i pomyślałam z goryczą, że siedmiolatki mają podobno dobre i złe dni, i rzuciłam 
pospiesznie: 

- Nałóż Jannie pantofle i zapnij jej klamerki. 
Już po sekundzie zorientowałam się, że przecież wiem, co mój syn zrobi, więc 

pospiesznie wycofałam się na dół, do kuchni, żeby przynajmniej na to nie patrzeć. W kuchni 
było goręcej niż zazwyczaj, więc posadziłam Sally w wysokim krześle i pospiesznie zaczęłam 
otwierać okna i drzwi, żeby wpuścić nieco powietrza. Widok słonecznego poranka pocieszył 
mnie nieco. Pomyślałam sobie, że o dziesiątej będzie po śniadaniu i że będę mogła spokojnie 
napić się kawy; może nawet poczuję się lepiej, jak zabiorę dzieci na pływalnię albo na piknik. 
Z właściwym mi przy śniadaniu wdziękiem, szybkością i sprawnością napełniłam maszynkę 
do kawy wodą, postawiłam ją na ogień, przygotowałam butelkę dla Sally, wstawiłam ją do 
gorącej wody i zaczęłam się rozglądać za Phoebe. Phoebe była naszą pomocą domową, a jako 
miejscowa dziewczyna, została obdarzona przez naturę typowym dla Vermontczyków 
poczuciem niezależności zarówno w myśleniu, jak i w działaniu; według umowy, miała 
przychodzić o godzinie ósmej, ale zazwyczaj zjawiała się o dziewiątej, podkreślając w ten 
sposób swoją godność osobistą. Dzisiaj jednak nie było jej wcale widać, nawet w jej 
ulubionym miejscu na werandzie, gdzie często przesiadywała, układając pasjansa. Zaczęłam 
więc nakrywać do stołu. Byłam poirytowana. 

Na schodach rozległy się ciężkie kroki Laurie'ego, za nim biegła rozwścieczona Jannie. 
- Gdzie jest Phoebe? - zapytał Laurie. 
- Jeszcze nie przyszła - odparłam krótko, bo byłam zbyt wściekła, żeby wdawać się w 

rozmowę. - Kto nakryje, dostanie dziesiątaka. 

Laurie zaczął głośno śpiewać i energicznie dzwonił sztućcami. W miarę jak jego 

śpiewanie stawało się głośniejsze, w piersi mojej rosło pewne podejrzenie. 

- Czy myłeś zęby? - zapytałam.  
Śpiewał dalej. 
- Czy myłeś zęby? - powtórzyłam. 

background image

Zadzwonił telefon. Ponieważ byłam po drugiej stronie stołu i musiałabym odsunąć kilka 

krzeseł, Laurie ubiegł mnie i szybko podniósł słuchawkę. 

- Halo - odezwał się uprzejmie, tak jakeśmy go uczyli. - Tu mówi Laurence. - Spojrzał 

na mnie wymownym wzrokiem i zrobił smutną minę. 

- Nie, jeszcze nie wstała. Śpi. 
- Młody człowieku - powiedziałam groźnym tonem, ale on odsunął się tak, że nie 

mogłam dosięgnąć słuchawki. 

- Dam pani znać, jak się obudzi - przyrzekł i pospiesznie odłożył słuchawkę. 
- Wiem, że wolisz z nią nie rozmawiać - oświadczył. - Ona gada bez końca, a przecież 

jesteś teraz zajęta. Musisz zrobić śniadanie, no i w ogóle. 

- Kto? - zapytałam krótko. 
- Napiszę ci na kartce - oświadczył Laurie, wziął ołówek i zaczął pisać drukowanymi 

literami w notesie telefonicznym. Kawa kipiała, więc pospiesznie wróciłam do kuchni. 
Zgasiłam gaz, podałam Sally butelkę - zaczynała już wprawdzie pić z filiżanki, ale nadal 
domagała się rano pełnej butelki, prawdopodobnie po to, żeby w razie konieczności móc 
używać jej jako broni i rąbać nią w łeb każdego, kto lekkomyślnie zbliżał się do niej na 
odległość ciosu - i zaczęłam rozbijać jajka na jajecznicę. Jannie schodziła ze schodów z 
okropnym stukotem, bo jak z góry wiedziałam, miała lewy sandał na prawej nodze i na 
odwrót. 

- Gdzie Phoebe? - zapytała. 
- Nie przyszła - oświadczył Laurie. - Mama jest wściekła. Prawdopodobnie zabije ją. 
- Laurie - zaczęłam, ale moje pociechy już śpiewały na całe gardło „Mama zabije 

Phoebe, mama zabije Phoebe”. 

Teraz mąż zeszedł z góry. Niestety nie owym sprężystym, dziarskim krokiem, jakim 

ojcowie powinni rano wchodzić do kuchni, aby w towarzystwie swoich milusińskich spożyć 
pożywne śniadanko; wszedł więc do kuchni, rozejrzał się i zapytał: 

- Gdzie jest Phoebe? 
- Nie przyszła - odpowiedziałam. 
- Mama zabije Phoebe - śpiewały niezmordowanie dzieci. 
- Musisz wylać tę dziewuchę - zauważył mój mąż. - Dzień dobry, dzieci. 
- Dzień dobry, tatku - odezwała się Jannie słodko. 
- Dzień dobry, tato - powiedział Laurie dziarsko.  
Odwróciłam się i zobaczyłam, że Jannie ustawiła szklanki z sokiem pomarańczowym w 

piramidę, a Laurie układał pociąg z noży i widelców. Sally wysączyła ostatnią kroplę z 
butelki i rzuciła ją na podłogę. 

- Gorąco - zauważył mój mąż.  
Usiadł przy stole, zabrał Laurie'emu nóż i widelec, a Jannie szklankę soku. 
- Dlaczego pozwalasz dzieciom bawić się tak głupio? - zapytał. - Czy one nie mają 

wystarczającej ilości prawdziwych zabawek? 

Nie czułam się na siłach, by odpowiedzieć. Postawiłam na stole jajecznicę, grzanki, 

kawę i usiadłam; wystarczyło spojrzeć na kawę, żeby stwierdzić, że jest za gorąca, a było 
faktem niezaprzeczalnym, że grzanki są przypalone. 

- Co to za paskudztwo? - zapytał Laurie i spojrzał na swój talerz. 
- Pewnego razu - powiedziała Jannie ustami pełnymi jajecznicy - pewnego razu był 

sobie chłopiec, który nie miał ani ojca, ani matki i wybiegł na środek jezdni. 

- I co mu się stało? - zainteresował się Laurie. 
- Został pożarty przez ciężarówkę - oświadczyła Jannie spokojnie. 
- To głupie - stwierdził Laurie. 
- Wcale nie. 
- A właśnie że tak. 

background image

Zadzwonił telefon. Byłam zaklopsowana za krzesłem Sally, więc Laurie znowu mnie 

ubiegł. 

- Laurence przy telefonie - powiedział z powagą. - Czy można wiedzieć, kto mówi? 
Wrócił do kuchni i powiedział do ojca: 
- Telefonuje pan Feely i pyta, czy zagrasz dziś wieczorem w pokera? 
Mąż, unikając starannie mojego wzroku, odpowiedział: 
- Powiedz mu, że zadzwonię do niego później. 
- Pewnego razu - zaczęła znowu Jannie - był sobie mały chłopiec, który nie miał ani 

ojca, ani matki. 

- I co się z nim stało? - zapytałam z poczucia obowiązku, bo Laurie był przy telefonie. 
- Zjadł go niedźwiedź - powiedziała Jannie. - Czy dostanę cukierka, jak skończę 

śniadanie? 

Każde z moich dzieci miało zabawkę wypełnioną cukierkami, która stała na środku 

stołu; były to niewielkie, szklane samolociki, do których wkładałam zazwyczaj malutkie, 
okrągłe, lukrowe kuleczki, takie jakimi ubiera się torty urodzinowe. Jannie wprost uwielbiała 
te kuleczki, ale Laurie doskonale wiedział, że cała taka porcja nie jest nawet odpowiednikiem 
przeciętnej wielkości miętówki w czekoladzie. 

- Jeżeli zjesz wszystko, co masz na talerzu - zawyrokowałam - to dam ci cukierka. 
- Pewnego razu był sobie mały chłopiec - zaczęła znów Jannie, rozgrzebując jajecznicę 

trzonkiem widelca - który nie miał ani ojca, ani matki. 

- I co się z nim stało? - zapytał tym razem Laurie. - Prosił, żebyś zadzwonił do niego 

przed drugą - szepnął ojcu do ucha. 

- Zjadł go słoń - roześmiała się Jannie. - Patrz, mamo, już nie ma śniadania. 
Podniosłam jej talerz i zgarnęłam jajecznicę ze stołu. 
- Zjesz wszystko, jak ci kazałam - oświadczyłam. - W przeciwnym razie z cukierka nici. 
- Pewnego razu był sobie mały chłopiec - mruknęła Jannie ponuro - który nie miał ani 

ojca, ani matki. 

Odczekała chwilę, ale tym razem nikt się nie odezwał. Laurie był zajęty swoją grzanką, 

ja usiłowałam wyjąć łyżkę z buzi Sally, a mąż przeliczał pieniądze w portfelu. 

- Pewnego razu był sobie mały chłopiec - zdenerwowała się Jannie - który nie miał ani 

ojca, ani matki. 

- I co się z nim stało? - zapytał Laurie z rezygnacją. Jannie zachichotała. 
- Rower go zjadł. 
- Koniec! - krzyknął nagle Laurie, przewrócił talerz do góry dnem, postawił na nim 

filiżankę po mleku, także do góry dnem, a na niej szklankę po soku. 

- Laurence - odezwał się jego ojciec, nie odrywając wzroku od pieniędzy - serwetka 

spadła ci na podłogę. 

Laurie porwał swój samolocik z cukierkami i oddalił się. Ja podniosłam jego serwetkę z 

podłogi, rozebrałam piramidkę z talerza, filiżanki i szklanki, chwyciłam talerz Jannie w 
momencie, kiedy już ześlizgiwał się ze stołu, wyrwałam Sally łyżkę i zwróciłam się do męża: 

- Dolać ci kawy? - zapytałam.  
Zajrzał uważnie w głąb swojej filiżanki. 
- Owszem, poproszę - oświadczył.  
Śniadanie miało się ku końcowi. 
Laurie wsypał cukierki do miseczki i mieszał je energicznie. 
- Zobacz - podszedł do Jannie, która wciąż siedziała przy stole. - Zobacz, trąba 

powietrzna. 

- Ja też chcę moje cukierki - zażądała natychmiast Jannie. 
- Zobacz, trąba powietrzna - powiedział Laurie do ojca. 

background image

- Zobacz, trąba powietrzna - zwrócił się do mnie. Miał jakiś nowy pomysł. Wziął garść 

cukierków i rzucił je na tackę Sally; zaczęły się turlać. A Sally przyglądała im się z 
najwyraźniej mieszanymi uczuciami. 

- Jedz, Sally - wołał Laurie - jedz, jedź, jedz, jedz, jedz!... 
- Laurence! - zgromiłam go. 
- Okej - odparł Laurie. - Zobacz, Sally, no zobacz. Cukierki. 
Wskazywał na nie palcem i Sally zaczęła je zgarniać, ale jej paluszki nie były jeszcze 

wystarczająco sprawne i słodkie kuleczki wciąż turlały się po tacy. Sally zaczęła głośno 
chichotać. 

- Mama, idzie Phoebe - ucieszył się Laurie. 
- Phoebe idzie - zawtórowała mu Jannie. 
Zaczęła się gramolić z krzesła, a Laurie zebrał swoje cukierki, wpakował je do 

samolociku i najwyraźniej szykował się do skoku ku drzwiom wejściowym. Jannie odchyliła 
swoje krzesło nieco zbyt daleko do tyłu, Laurie wpadł na nią w biegu i oboje runęli na 
podłogę wraz z talerzem pełnym jajecznicy, który zsuwał się powoli i nawet dość elegancko z 
obrusa. 

- Czy mogę teraz poprosić o moje cukierki? - zapytała Jannie i szybko dodała: - To była 

wina Laurie'ego. 

- Phoebe! - wrzeszczał Laurie już przy frontowych drzwiach. - Mama mówi, że cię 

zabije, a tata mówi, że... 

Zadzwonił telefon. Tym razem byłam pierwsza i ciężko dysząc podniosłam słuchawkę. 
- Halo? 
- Halo - w słuchawce rozległ się wysoki dziecinny głosik. - Czy mogę poprosić 

Laurence'a? 

 
Phoebe była moją ostatnią, na długie, długie lata, pomocnicą domową. Bynajmniej nie 

dlatego, że daję sobie sama radę, ale z tej prostej przyczyny, że z niewiadomych powodów 
najbardziej niezdarne, najleniwsze dziewczęta, płyną do mnie jak do macierzystego portu. 
Nigdy nie udawałam, że jestem dobrą gospodynią. Potrafię upiec niezły piernik i znam niezły 
przepis na zupę cebulową, ale w gruncie rzeczy nie posiadam w tej dziedzinie specjalnych 
zdolności, chociaż umiem pozamiatać podłogę i zetrzeć kurz. Nie mogę się pochwalić takimi 
rzeczami jak datowane konfitury, ręcznie obrębione prześcieradła, domowej roboty pokrowce 
na fotele czy wspaniale uprasowane męskie koszule. Nie mam też zbyt dobrej opinii wśród 
miejscowych dziewcząt, zajmujących się tego rodzaju pracą. W naszym mieście pani domu (z 
reguły wytworna dama, która bądź złamała nogę, bądź zapadła na nieuleczalną chorobę i w 
związku z tym została zmuszona do znalezienia sobie „gosposi”) z reguły pomaga swojej 
pomocnicy, dokładnie sprawdza po niej, czy meble są dobrze odkurzone, i nigdy nie traci 
głowy. 

I dlatego moim udziałem są zawsze w końcu takie perły jak Phoebe. 
Gdyby Phoebe umiała robić zupę rybną albo piec pączki, to z pewnością od dawna 

byłaby panią własnego domu. Gdyby miała wrodzony talent do sprzątania i prania albo 
wychowywania trojga niesfornych dzieci, to na pewno otrzymałaby intratną posadę w 
najbliższym dużym mieście. Gdyby umiała cokolwiek, ale to cokolwiek wykonywać jak 
należy, na pewno nie pracowałaby dla mnie. 

Weźmy na przykład Hope. Muszę zaznaczyć, że znajduję te dziwne osoby przez 

ogłoszenia, jakie umieszczam zazwyczaj w miejscowej gazecie; w tym wypadku ktoś, kto je 
widocznie zauważył, przeczytał je Hope. Zamierzałam sformułować moje ogłoszenie niby to 
dowcipnie i zachęcająco, coś w rodzaju „Jestem niemalże bezradna w kuchni. Przysięgam, że 
nie znam się nic a nic na prowadzeniu gospodarstwa. Czy znalazłaby się dobra dziewczyna, 
która za skromną opłatą zgodziłaby się przyjść mi z pomocą?” 

background image

Ale ponieważ dziesięć słów kosztuje dolara, moje ogłoszenia brzmią zazwyczaj po 

prostu: „Potrzebna pomoc domowa. Dobre ref. Warunki śrd. Dzieci. Posiłki. Pranie. 
Sprzątanie”. 

Z reguły angażuję pierwszą zgłaszającą się osobę i nigdy nie sprawdzam jej dobrych ref. 

I to nie tylko dlatego, że jestem z natury łatwowierna, ale przynajmniej częściowo dlatego, że 
śmiertelnie boję się ludzi, którzy patrzą prosto w oczy i przemawiają bardzo energicznym 
tonem, jak to z reguły czynią dziewczyny poszukujące pracy na warunkach śrd. i nie 
zamierzające zbytnio przejmować się obowiązkami, obejmującymi Posiłki. Pranie. 
Sprzątanie. Patrzą prosto w oczy i mówią stanowczym i nie znoszącym sprzeciwu tonem. 
Zazwyczaj nie jestem w stanie skończyć żadnego zdania, a jeżeli dochodzę do głosu, to 
mówię od rzeczy, w związku z czym nawet moje nieśmiałe sformułowania wychodzą inaczej, 
niż były zamierzone. I tak na przykład, jeżeli zamierzam wytłumaczyć dziewczynie, że sama 
będę gotowała dla męża; ponieważ on ma bardzo dziwny i kapryśny stosunek do potraw, to w 
końcu wychodzi na to, że będę w ogóle gotowała wszystkie posiłki dla całej rodziny, co 
przeczy temu, co napisałam w ogłoszeniu i na dodatek robię z mojego męża wariata, który 
żyje wyłącznie o chlebie i wodzie. 

Jedyna osoba, od której wyjątkowo uratowałam się w podobnej sytuacji, była wytworną 

damą w wieku lat około dwustu, która zjawiła się pewnego dnia w odpowiedzi na jedno z 
moich ogłoszeń; usiłowałam rozmawiać z nią poważnie, ona z kolei odpowiadała na moje 
nieśmiałe pytania skromnie i sympatycznie, aż wreszcie, śmiejąc się głupawym śmiechem, 
jaki rezerwuję dla tematów kontrowersyjnych, rzuciłam lekko, że w tak licznej rodzinie jak 
nasza sprawa mycia naczyń zawsze jest problemem. 

- Naczynia? - przerwała mi. - Kiedy ja szalenie lubię naczynia. 
- Czyżby je pani kolekcjonowała? - zapytałam, bo nic lepszego nie chciało mi akurat 

wpaść do głowy. 

- Lubię zmywanie - powiedziała. - Zmywanie naczyń. Mogłabym to robić od rana do 

wieczora. Jeżeli bym sobie pofolgowała - zachichotała - to zmywałabym i zmywała każdy 
talerz dwa, trzy, cztery razy i to przez cały Boży dzień. Przez cały Boży dzień - powtórzyła, 
zanosząc się od śmiechu. 

Oświadczyłam, że dam jej znać, czy jest zaangażowana. Po jej wyjściu natychmiast 

zatelefonowałam pod podany przez nią numer i kazałam jej powiedzieć, że właśnie 
otrzymałam wiadomość, iż moja matka zdecydowała się zamieszkać z nami i już nie 
potrzebuję pomocy domowej. 

Tak więc zrezygnowałam z miłej starszej pani, która miała na pewno jedną pozytywną 

cechę, a mianowicie była czysta. Zamiast niej wybrałam Hope. Hope bardzo nie lubiła 
zmywać naczyń, ale jakoś się z nimi załatwiała. Ubierała się w schludne mundurki, ale miała 
słabość do strojnych sandałków na bardzo wysokich obcasach. Nie sprzeciwiała się temu, 
żebym gotowała dla swojego męża, chociaż okazało się to zupełnie niepotrzebne; Hope 
spędzała większość dnia w kuchni, gdzie robiła cudowne pulchne bułeczki, suflety z sera, 
torty czekoladowe i smażoną kurę. Sprawdziłam nawet jej dobre ref. Pani, z którą 
rozmawiałam o Hope, była pełna pochwał. 

- To bardzo dobra dziewczyna - powiedziała z naciskiem, może ze zbyt wielkim 

naciskiem, przynajmniej teraz tak mi się wydaje. - Niech pani będzie spokojna co do Hope, to 
bardzo dobra dziewczyna. I niech pani nie słucha tego, co ludzie mówią - to jest naprawdę 
bardzo dobra dziewczyna. 

Kłopot z Hope polegał na tym, że pod koniec pierwszego tygodnia znikła, zabierając ze 

sobą pensję, dziesięć dolarów, jakie ode mnie pożyczyła, oraz moje botki. W dwa dni po jej 
zniknięciu w drzwiach stanęła pani o bardzo energicznym wyglądzie i niezmiernie 
podejrzliwym spojrzeniu. 

- Czy Hope pracuje u pani? - zapytała z miejsca. 

background image

- Nie ma jej w domu - odparłam krótko, bo nie miałam szczególnej ochoty na dłuższą 

rozmowę o tej dziewczynie. 

- Ja jestem jej opiekunem społecznym - oświadczyła kobieta. - Hope została 

wypuszczona z więzienia warunkowo, za kaucją. Jeżeli pani wie, gdzie ona jest, to musi mi 
pani powiedzieć. To jest pani obywatelski obowiązek. 

- Zabrała moje botki, ale nie mam pojęcia, gdzie się podziewa - odparłam sucho i 

usiłowałam zamknąć frontowe drzwi, ale opiekunka społeczna wparła się ramieniem w 
framugę drzwi i powiedziała: 

- To pani obywatelski obowiązek, powtarzam. Musi mi pani wszystko opowiedzieć. 
Kiedy już opowiedziałam jej wszystko, co dotyczyło Hope i moich botków, dodałam, że 

dziesięć dolarów mogę w końcu przeboleć, ale kalosze będą mi niedługo bardzo potrzebne, bo 
nadchodzi pora deszczowa, a pod koniec zapytałam, nawet dosyć nerwowo, czy jest szansa na 
ich odzyskanie. 

- Już my ich złapiemy - odparła opiekunka społeczna enigmatycznie - jeżeli nie ukradną 

samochodu, daleko nie zajadą. 

W tydzień później zaproszono mnie do miejscowego więzienia, gdzie spotkałam się z 

Hope, która oddała mi kalosze, po czym bardzo grzecznie przeprosiła mnie za to, że je tak 
długo trzymała, wypytywała mnie o dzieci, koty, psa, zauważyła, że w gruncie rzeczy wcale 
nie poznała bliżej mojego męża, i poprosiła, żebym dała za nią pięć tysięcy dolarów kaucji. 

Oświadczyłam jej bardzo uprzejmie, że nieustanne umieszczanie ogłoszeń w gazecie 

poważnie nadwerężyło moją kieszeń, w związku z czym pozostaje mi co miesiąc zaledwie 
niewielka suma, wystarczająca na pokrycie kosztów utrzymania, po czym zapytałam ją, za co 
została aresztowana. Okazało się, że za kradzież; nie chodziło przy tym wcale o moje kalosze, 
bo jak oświadczyła Hope, pożyczyła je sobie na krótko; była to raczej kwestia futra jej 
poprzedniej chlebodawczyni i z tym było gorzej; uścisnęłam serdecznie rękę naczelnika 
więzienia, odmówiłam spróbowania świeżutkiego ciasta biszkoptowego i pożegnałam się. W 
miesiąc później posłałam do więzienia karton papierosów i kilka tygodników, po czym 
otrzymałam bardzo poważny list, w którym Hope zapewniała mnie, że z całą pewnością wróci 
do nas, jak tylko będzie mogła, i czy nie zechcielibyśmy poczekać na nią przez trzy lata. 

Pomiędzy dniem, w którym odwiedziłam Hope w więzieniu, a dniem, w którym 

otrzymałam jej list, zdążyłam zaangażować i odprawić Amelię. Amelia została mi polecona 
przez jedną z sąsiadek, z zastrzeżeniem, iż nie grzeszy inteligencją, ale że potrafi z całą 
pewnością spełniać nieskomplikowane czynności gospodarskie. Amelia zmywała, ale niezbyt 
starannie. Codziennie przychodziła do nas piechotą pytając wszystkich napotkanych ludzi o 
drogę, zanim trafiała do naszego domu. Nigdy nie próbowała pożyczyć moich kaloszy, które 
notabene trzymałam teraz w jedynej szafie, jaka zamykała się na klucz, jestem jednakże 
absolutnie pewna, że po dwóch dniach spędzonych w naszym domu, nie umiała przejść z 
kuchni do frontowych drzwi, żeby nie nadziać się na jakiś mebel. 

Podobnie jak Hope, Amelia miała właściwie tylko jedną zasadniczą wadę. Na drugi 

dzień jej pobytu u nas - który był, jak się później okazało, również ostatnim - spędziła całe 
popołudnie w kuchni, gdzie zabrała się wesolutko do robienia ciastek, i podśpiewując sobie 
mierzyła, ważyła, mieszała i ugniatała. 

Pod koniec kolacji Amelia zjawiła się w jadalni z deserem i uśmiechem. Postawiła 

półmisek z ciasteczkami przed moim mężem, a mąż mój, człowiek raczej nerwowy, spojrzał 
na nie i z miejsca upuścił filiżankę z kawą na podłogę. 

„Grzeszniku” - stało na ciasteczkach wypisane wyraźnie różowym lukrem. „Grzeszniku, 

okaż skruchę”. 

Phoebe pracowała u nas niewiele dłużej niż Amelia. Przyjeżdżała co rano na motocyklu, 

ale po dwóch tygodniach zadzwoniła jej matka i oświadczyła, że w pobliskim miasteczku 
zakończył się właśnie zjazd Legionu Amerykańskiego, w związku z czym Phoebe znajduje 

background image

się obecnie w Kansas City. Lato było tego roku niezwykle upalne, toteż często myślałam o 
biednej Phoebe w Kansas City na tym jej motocyklu. Być może, że podświadomie 
zazdrościłam jej tego motocykla, ponieważ jest to szybki środek lokomocji, który raczej mało 
znam: widocznie i Laurie musiał zostać urzeczony myślą o hałaśliwej, szybkiej jeździe, 
albowiem zapytał mnie pewnego poranka: 

- Dlaczego nie mamy samochodu? 
Mieszałam akurat budyń czekoladowy - specjalność nieszczęsnej Phoebe - stałam przy 

kuchni, a Laurence malował przy stole. Jannie siedziała na podłodze i starannie ubierała lalkę. 
Podśpiewywała sobie cichutko pod nosem, a jednocześnie brutalnie wpychała ramię lalki w 
nocną koszulę małej. 

- Dlaczego nie mamy samochodu? - powtórzyłam pytanie raczej bezmyślnie. - Chyba 

dlatego, że nikt z nas nie umie prowadzić. 

- Gdybyśmy mieli samochód - zaczął Laurie tonem, którym odzywają się z reguły 

siedmioletni chłopcy do swoich matek, to jest takim, jakim się tłumaczy stosunkowo mało 
skomplikowane problemy niezbyt rozgarniętym osobnikom, którzy na dodatek mają 
skłonność do rozklejania się, względnie okazywania swojego autorytetu, jeżeli nie trzyma się 
ich mocno w garści. - Gdybyśmy mieli samochód, moglibyśmy sobie jeździć. 

- Ale nikt z nas nie umie prowadzić - powtórzyłam. 
- I moglibyśmy jechać, gdzie by nam się żywnie podobało - tłumaczył mi w dalszym 

ciągu mój syn. - I nie musielibyśmy w ogóle chodzić czy jeździć z innymi ludźmi albo 
taksówkami. 

- A kto by prowadził? 
- Ty mogłabyś siedzieć z przodu, a Sally i Jannie z tyłu. Tato postałby sobie na stopniu. 
- Więc ja miałabym prowadzić? 
- Ja chcę siedzieć z przodu - odezwała się Jannie i spojrzała groźnie na brata. - Ja chcę 

siedzieć z przodu, Laurie może siedzieć z tyłu z małą. 

- Ja będę siedział z przodu - oburzył się Laurie. - Bo ja jestem starszy. 
- Ale ja jestem dziewczynką - oświadczyła Jannie. 
- Ale kto będzie prowadził? - dowiadywałam się. 
- Słuchaj - odezwał się Laurie z głęboką pogardą. - Czy ty naprawdę nie potrafisz 

prowadzić samochodu? 

- Nie, nie potrafię. 
- A tato? 
- Też nie. 
- Więc żadne z was nie umie prowadzić?  
- Nie. 
Laurie odłożył pędzel i przyglądał mi się uważnie przez dłuższą chwilę. - No, to co wy 

umiecie? - zapytał wreszcie. 

- No cóż - odparłam spokojnie. - Ja umiem robić budyń czekoladowy i zmywać 

naczynia, i... 

- To każdy potrafi - żachnął się Laurie, - Ja pytam, czy wy rzeczywiście nie umiecie 

prowadzić samochodu? 

- Nie - warknęłam. - Ja nie umiem prowadzić samochodu. A ponadto, nie zamierzam się 

tego nauczyć. A w ogóle, to nie chcę już rozmawiać na ten temat... 

- Gdybyśmy mieli samochód - powiedziała Jannie - to ja siedziałabym z przodu, a 

Laurie z małą z tyłu. 

- Ja jestem starszy - odpowiedział Laurie mechanicznie. - Ty będziesz siedziała z tyłu. 
- Ja jestem dziewczynką - powtórzyła Jannie. 
- A może by tak małą posadzić z przodu - zaproponowałam mimo woli. - Ona jest 

najmłodsza, a poza tym też jest dziewczynką. 

background image

- Ale jak Laurie i ja będziemy siedzieli razem z tyłu, to pobijemy się - zauważyła Jannie 

rozsądnie. 

- No tak - przyznałam jej rację. - Więc może...  
Budyń czekoladowy zaczął gęstnieć, więc musiałam zamilknąć". 
Jannie zabrała się do śpiewania jednej ze swoich porannych piosenek. 
- A co robimy na ziemi? A co robimy na ziemi? - śpiewała cichutko. - Bo ja sobie 

chodzę, klap, klap, klap. Bo ja sobie latam, klip, klip, klip. Ą co robimy na ziemi? Bo ja sobie 
skaczę, hop, hop, hop. A potem robimy babki z piasku i pada deszcz. 

Śpiewała sobie tak i huśtała swoją lalkę, ja też sobie podśpiewywałam pod nosem, 

wlewałam budyń do miseczek i zastanawiałam się nad tym, czy uda mi się znowu przemycić 
rosół z kurą na obiad. 

Jannie po raz trzeci zaczęła swoją śpiewkę, a Laurie odsunął brystol i zapytał 

mimochodem: 

- Coś ty powiedziała? Dlaczego nie mamy samochodu? 
- Nie mamy samochodu - odparłam zmęczonym głosem - dlatego, że i ojciec, i ja 

wolimy jeździć na wrotkach. 

- Czy tato umie prowadzić? - zainteresowała się Jannie. 
- Przecież tato wszystko potrafi. 
Zastanowiłam się chwilę, bo trudno było mi znaleźć z miejsca odpowiedź. 
- Gdybyśmy mieli samochód, mogłabyś z nami jeździć na spacer - powiedział Laurie 

szybko. 

- Słuchajcie, co wam powiem - odezwałam się energicznym tonem. Ale w tej samej 

chwili mała obudziła się, więc, popędziłam na górę i już na schodach doszedł mnie głos 
Laurie'ego: - Jannie, co byś zrobiła, gdyby przyszła żmija i pożarła cię? 

W naszej rodzinie taka rozmowa, jak na przykład ta o samochodzie, nigdy się nie 

kończy. Przy kolacji Laurie oświadczył swojemu ojcu: 

- Mama kupuje samochód i będzie z nami jeździła na spacer. 
- A ja będę siedziała z przodu - dodała Jannie. 
- Ja będę siedział z przodu - skorygował ją Laurie. - Ja będę... 
- Ja jestem dziewczynką! - krzyknęła Jannie.  
Mój mąż spojrzał na mnie z łagodnym zdziwieniem. 
- Samochód? - zapytał. - To znaczy, że jak będę musiał jechać do fryzjera, to ty mnie 

zawieziesz. I nie będę zmuszony... 

- Zaczekajcie! - krzyknęłam. - Zaczekajcie chwilkę! 
- A ja będę siedział z przodu! - wrzasnął Laurie. 
- A ja... 
- Z przodu ja będę siedział - oświadczył mój mąż sucho. 
Instruktor ze szkoły jazdy nazywał się Eryk, miał około osiemnastu lat i był szalenie 

rozbawiony faktem, że istnieją na świecie osoby, które nie umieją prowadzić samochodu. 
Kiedy zauważyłam ostro, że w swoim zawodzie musi stykać się zapewne z ludźmi, którzy nie 
umieją prowadzić, roześmiał się i powiedział, że na ogół kobiety w moim wieku nie próbują 
uczyć się nowych sztuczek. Rzuciłam okiem na samochód, zaopatrzony w dwie kierownice, 
który stał na naszym podjeździe, i oświadczyłam, że czeka go niespodzianka, ponieważ 
zamierzam nauczyć się sztuki jazdy szybciej niż ktokolwiek inny. Poklepał mnie po ramieniu 
i uśmiechnął się: 

- Zuch dziewczyna - powiedział. 
Laurie, Jannie i mój mąż z małą na ręku stali w progu i, kiedy odjeżdżałam z Erykiem, 

machali do nas, żegnając nas głośnymi okrzykami. Wsunęłam się jak mogłam najgłębiej, żeby 
przypadkiem nie dotknąć żadnego z lewarków. Byłam śmiertelnie przerażona i pewna, że z 
chwilą, kiedy poruszę kierownicą, stracę kontrolę nad pojazdem, wjadę na chodnik, zabiję 

background image

wielu Bogu ducha winnych ludzi i w ten niechlubny sposób zakończę naukę jazdy. W dwie 
godziny później, kiedy zajechaliśmy znowu przed dom, Laurie, Jannie i mój mąż z małą na 
ręku wciąż stali na ganku. Byłam przerażona i zmęczona i nie miałam najmniejszej ochoty na 
wysłuchiwanie dziecięcej paplaniny na temat tego, kto gdzie będzie siedział, jak już będziemy 
mieli własny samochód. 

Wzięłam dziesięć lekcji u Eryka. Uczyłam się ruszać, hamować i skręcać w miejscu - 

wtedy to właśnie został lekko wgnieciony tył naszego wozu, ale Eryk powiedział, że to 
głupstwo, bo właśnie po to jesteśmy ubezpieczeni - skręcać w prawo, skręcać w lewo, 
zmieniać biegi, cofać się, nabierać benzyny, skłonu w lewo, poza tym skłonu naprzód i skłonu 
w tył, zwijania się w trąbkę i padania ze zmęczenia i wielu temu podobnych rzeczy. Jednakże 
Eryk zapomniał nauczyć mnie, jak zapalać światła, i nie powiedział mi, co się robi, kiedy w 
motorze zaczyna buczeć. Ilekroć wysiadałam przed naszym domem z samochodu, kolana 
uginały się pode mną i z trudem wyprostowywałam ręce, zakurczone od rozpaczliwego 
trzymania się kierownicy. Moja wierna rodzina witała mnie dzikimi okrzykami radości, po 
czym częstowała mnie życzliwymi, choć krytycznymi uwagami na temat mojej techniki 
jazdy. Zdobyłam sobie szaloną sympatię jednego z kolegów Laurie'ego - młodego 
dżentelmena i skauta, którego rodzice znakomicie umieli prowadzić - kiedy w jego obecności 
rąbnęłam prosto w kamienny murek naszego ogrodu, czego podobno nikt dotychczas nie 
zdołał dokonać, ponieważ mur ten znajduje się mniej więcej trzech metrów od naszego 
podjazdu i jest doskonale widoczny. Wieczorami wertowałam małą książeczkę, zakupioną od 
Eryka, z której dowiadywałam się, co należy robić, kiedy samochód wpada w poślizg albo 
kiedy kierownica nagle się łamie (należy wówczas prowadzić samochód tak jak bobslej, to 
znaczy kontrolować go, przechylając się z jednego boku na drugi), a także jak postąpić w 
razie skomplikowanego złamania nogi. 

Mój egzamin, który zawsze będę uważała za sprawdzian umiejętności prowadzenia 

pojazdu mechanicznego, zdałam właściwie bez większego trudu, z tym, że miałam jedną 
krótką, ale niedobrą chwilę, kiedy kazano mi zatrzymać się w połowie niewielkiego pagórka, 
który w moim odczuciu był co najmniej Mount Everestem, i gdy uświadomiłam sobie, że mój 
inkwizytor jest nie wiadomo dlaczego przekonany, że uda mi się ponownie zapuścić motor. 
Był to człowiek bardzo cierpliwy, czekał więc przez kilka dobrych minut, stukając ze 
zdenerwowania leciutko palcami w boczną szybę, podczas gdy ja usiłowałam sobie 
przypomnieć wskazówki Eryka na podobną okoliczność, czyli na zapuszczenie motoru na 
pochyłym terenie („Niech pani zakręci mocno kierownicę? Niech pani zgasi światła? Niech 
pani naciśnie jedną nogą sprzęgło, drugą hamulec, a trzecią starter?”). 

- Więc proszę - odezwał się wreszcie mój instruktor i spojrzał na mnie pytającym 

wzrokiem. 

Zrobiłam lewą ręką gest, wyrażający absolutną pewność siebie, drugą zaś trzymałam 

kurczowo na kierownicy, byłam bowiem przekonana, że tylko dzięki temu samochód nie 
stacza się w dół. 

- Prawo stanowe - rzuciłam od niechcenia. - Dziecko na drodze. Nie wolno mi ruszyć. 
Rzucił mi przelotne spojrzenie, a następnie wysunął głowę przez boczną szybę i 

zobaczył dwudziestoletniego mniej więcej młodzieńca, który posuwał się szybkim krokiem 
po chodniku. Miałam nadzieję, że uda mi się odwrócić w ten sposób uwagę i rzeczywiście tak 
się stało, ale zaraz przekonałam się niestety, że nie zmieniło to w niczym mojej sytuacji. 
Jestem głęboko przeświadczona, że instruktor wydał mi prawo jazdy jedynie i wyłącznie 
dlatego, iż był pewny, że i tak nigdy w życiu nie zdołam uruchomić żadnego samochodu i 
wobec tego nie stanę się piratem drogowym. 

Wkrótce udało nam się rozwiązać kwestię tego, kto będzie siedział z przodu (mała), 

miałam prawo jazdy, na dowód czego otrzymałam odpowiedni dokument, a rachunek za moje 
lekcje był zapłacony. Nie mieliśmy jednakże żadnego pojazdu mechanicznego, ale i to 

background image

niebawem uległo zmianie, ponieważ znalazł się dżentelmen, który postanowił sprzedać nam 
jeden ze swoich samochodów. Oświadczył wprawdzie, że rozstaje się z nim raczej niechętnie, 
szczególnie za tak niską cenę, dodał, że jest to najlepszy wóz, jaki znajduje się obecnie na 
rynku, po czym pochwalił znakomity stan jego świec oraz znikomy apetyt na benzynę. 

- Zapalniczka nie działa - zauważyłam opanowana duchem zwykłego krytykanctwa. 
- Zegar także stoi - dodał mój mąż. 
- Zderzak jest jakiś dziwnie wgnieciony - zauważyłam jeszcze. 
- Wiecie państwo co? - powiedział właściciel samochodu. - Z własnej kieszeni zapłacę 

za nowe tablice rejestracyjne. 

- Powinnaś zająć się reperacją zapalniczki - zaproponował mój mąż, kiedy oglądaliśmy 

dokładnie nasz nowy samochód. - I zegara też. Ostrożność przede wszystkim. 

- Muszę znaleźć jakiś dobry warsztat - zgodziłam się. 
- Tak, o pojazd trzeba dbać - stwierdził mój mąż.  
Wsiadłam więc do samochodu, wykombinowałam, jak go wprowadzić w ruch, i 

ruszyłam bardzo ostrożnie i powoli środkiem jezdni w kierunku jedynego garażu, do którego 
można było dojechać od nas bez skręcania w lewo. Tam porozmawiałam sobie przez dłuższy 
czas z młodzieńcem w poplamionym olejem kombinezonie z napisem „Tony”, 
wydrukowanym dużymi czerwonymi literami na piersiach. 

- Bardzo ładny wóz - pochwalił, kiedy opowiedziałam mu, że kupiliśmy go nieledwie 

przed chwilą, że zapłaciliśmy tyle to a tyle, że dopiero co zrobiłam prawo jazdy, że nigdy 
przedtem nie miałam samochodu, że nie mam zielonego pojęcia o technice i w ogóle, a o 
budowie samochodu w szczególności, i że prawdę mówiąc, nie umiem nawet prowadzić. 

- Musi mi pan powiedzieć, jaką mam brać benzynę - zaśmiałam się. 
Tony pokiwał poważnie głową. 
- Ale kiedy pani ma całkiem przyjemny samochód - oświadczył. - Za tę cenę nie mogła 

pani dostać nic lepszego. Trzeba będzie nad nim trochę popracować. 

Uśmiechnął się. 
- Każdy samochód wymaga konserwacji - pouczył mnie. 
- No tak - przyznałam. - Widzi pan, ta zapalniczka... 
- Niech pani lepiej popatrzy na sprzęgło - zaproponował poważnie, otworzył drzwiczki i 

kilkakrotnie nacisnął pedał. - Przypuszczam, że pani w ogóle nic nie wie o sprzęgle? - 
zapytał. 

Potrząsnęłam głową, a on ciągnął dalej: 
- Widzi pani, ze sprzęgłem to jest tak. Człowiek jedzie najspokojniej w świecie dwa, 

trzy tysiące kilometrów i wszystko jest okey, aż tu nagle... 

Wzruszył ramionami. 
- Aż tu nagle - ciągnął dalej - okazuje się, że trzeba się wykosztować na dwieście, 

trzysta dolarów. Najlepiej przede wszystkim zreperować sprzęgło, bo to się na dłuższą metę 
opłaca. Oszczędzi pani sobie nerwów i pieniędzy. . 

- Czy chce pan przez to powiedzieć, że już w tej chwili trzeba coś zreperować w moim 

nowym wozie? 

Znowu wzruszył ramionami. 
- No, niekoniecznie - zauważył. - Ale niech pani chwilę pomyśli. Ma pani małe dzieci, 

prawda? Będzie pani z nimi jeździła, no nie? Przecież nie może pani ryzykować. 

Cała w nerwach przyznałam mu rację i zgodziłam się, że nie można ryzykować z 

małymi dziećmi. 

- No. widzi pani. To samo jest z hamulcami. Hamulce też mają duże znaczenie. 
Zaciągnął kilkakrotnie hamulec i potrząsnął głową z autentycznym smutkiem. 
- Ten facet, co pani sprzedał ten samochód, to też jest. 
- Czy to będzie bardzo kosztowna zabawa? - zapytałam. 

background image

- Zaraz zobaczem - roześmiał się Tony. - Przejrzę go bardzo dokładnie i zorientuję się, 

co i jak. Przecież nie będziemy robili niczego, co nie jest konieczne - dodał jowialnie. 

Od tego momentu Tony mówił już wyłącznie - jeżeli sobie dobrze przypominam - o 

czymś, co nazywał felgą czy helgą, czy belgą, i o tym, że naprawa i regulacja kół mojego 
nieszczęsnego samochodu nie będzie rzeczą ani łatwą, ani tanią, a to ze względu na to, że jest 
to model unikalny, w którym ustawienie otworów na śruby jest nietypowe i zupełnie inne niż 
we wszystkich samochodach świata, więc i to też nie będzie tanie. A jeżeli chodzi o 
blacharkę, to nigdy nie była tania, ale czy można lekceważyć stan zderzaków. Od nich w 
końcu zależeć może życie moich nieletnich dziatek. 

- Niech pani spojrzy na ten samochód jak na każdą inwestycję - zaproponował mi Tony. 

- Dam pani przykład. Jeżeli nie wymienię teraz świec, to będzie pani musiała wrócić do mnie 
za miesiąc i znowu bulić kawał grosza. Uznałaby to pani słusznie za głupi kawał, ponieważ 
zrozumiałaby pani od razu, że powinienem był zrobić to za pierwszym razem, a to po to, żeby 
pani zaoszczędzić kupę forsy. Więc widzi pani, że jeżeli zrobimy to teraz, będzie to naprawdę 
inwestycja na przyszłość. Albo weźmy tłumik. 

- Tłumik - powtórzyłam. Tony wskazał na coś, co znajdowało się z tyłu, pod spodem, a 

czego nie byłam w stanie dostrzec. 

- No, widzi pani. Na pewno pani nie zauważyła, co się dzieje z tym tłumikiem, bo 

powiedziałaby mi pani o tym na samym początku. Na szczęście zorientowałem się w samą 
porę, chociaż, szczerze mówiąc, nie spodziewałem się czegoś takiego. 

- A bo co? - zdenerwowałam się. - Czy to niebezpieczne? 
Tony potrząsnął uspokajająco głową. 
- Nigdy nie wiadomo - powiedział. - Może i nic by się nie stało - przynajmniej przez 

pewien czas. A potem, któregoś pięknego dnia, jedzie pani pod górę, z kupą dzieciaków w 
samochodzie, i... 

Znowu potrząsnął głową. 
- No, a nakładki hamulcowe - zafrasował się. - A zapłon... 
I wtedy popełniłam największy błąd mojego życia. 
- A jak wyglądają opony? - zapytałam.  
Tony roześmiał się. 
- Opony? Pani to nazywa oponami? Opowiem pani coś. Raz zajechał tu jeden facet, miał 

dwoje dzieci w wozie. Powiedziałem mu... 

W dwa tygodnie później odebrałam samochód. Udało nam się pożyczyć wystarczającą 

sumę pieniędzy na opłacenie rachunku Tony'ego, za które on na pewno z miejsca kupił sobie 
mały domek w górach i zajął się hodowlą prawośląda ogrodnego. Mój samochód wyglądał i 
funkcjonował dokładnie tak samo jak przedtem, z tą tylko różnicą, że kiedy zostawiłam go w 
garażu Tony'ego, miał pełny bak benzyny. Tony wytłumaczył mi, że trzeba go było wiele 
razy wyprowadzać z garażu. 

Wzięłam całą rodzinę, nie wyłączając psa, na przejażdżkę, objechaliśmy nasz dom 

cztery a może i pięć razy i przez cały czas składaliśmy sobie gratulacje z racji faktu, że oto 
jesteśmy zmotoryzowani. Zorientowałam się także, że moje dotychczasowe, raczej nieśmiałe i 
mało przebojowe podejście do życia nie jest zgodne z charakterystyką osoby prowadzącej 
pojazd mechaniczny, toteż przybrałam z czasem nową osobowość, stałam się raczej 
agresywna i zawadiacka. Papierosa przyklejałam sobie do kącika dolnej wargi, bo musiałam 
przecież trzymać obydwie ręce na kierownicy. Zaczęliśmy nawet planować odwiedziny Babci 
i Dziadka, którzy mieszkali w Kalifornii. 

W kilka tygodni później stałam z papierosem w kąciku ust przy kuchence i mieszałam 

budyń karmelowy. Laurie sklejał model samolotu na stole kuchennym, a Jannie zajmowała 
się przygotowywaniem tortu drożdżowo-ananasowo-waniliowego z dodatkiem lodów i 
czekoladową polewą przy swojej kuchence. Laurie uniósł głowę i powiedział: 

background image

- Przecież mamy teraz samochód, no nie? 
- Naturalnie - odparłam. - Dlaczego pytasz? 
- A po co właściwie kupiliśmy go? - pytał dalej Laurie. - Przecież nigdy nie mieliśmy 

samochodu i też było dobrze. 

- Ojciec i tak chodzi piechotą do fryzjera - dodała Jannie od swojej kuchenki. 
- Bo on boi się jeździć samochodem - wyjaśnił jej Laurie. 
- Wiesz, co ja bym chciała - rozmarzyła się Jannie. - Ja bym chciała, żebyśmy mieli 

samolot. 

- Hej! - ucieszył się Laurie. - To jest dobry pomysł. Ja mógłbym siedzieć na skrzydle, a 

mała... 

- Ja bym jeździła na skrzydle! - krzyknęła natychmiast Jannie. - Ja jestem... 
- A ja to co? - zapytałam śmiertelnie poważnym tonem. Moje dzieci spojrzały na mnie z 

wyrazem bezgranicznego zaufania i podziwu. 

W owym czasie Laurie miał siedem i pół roku. Jannie cztery i pół, a Sally półtora roku. 

Mieszkaliśmy już od czterech lat w tym dużym starym domu, który z początku wydawał nam 
się ogromny, ale z biegiem lat skurczył się do tego stopnia, że my, nasze dzieci, nasze koty i 
nasz pies mieściliśmy się w nim z trudnością. Byliśmy też właścicielami samochodu i od 
czasu do czasu zapewnialiśmy się nawzajem, że trudno byłoby wyobrazić sobie życie bez 
mechanicznego pojazdu. Jedna z kolumn ganku rozchwiała się w czasie wichury i trzeba ją 
było wzmocnić. 

Kiedy Jannie dobijała do piątych urodzin, powstała nagle kwestia jej imienia i stała się 

niezmiernie ważna. Kiedy się urodziła, ojciec chciał jej nadać imię Jean, a ja Annę, więc 
poszliśmy na kompromis i wyszła z tego Jeanne. Mimo to ja często wołam na nią Anne, a jej 
ojciec Jean. Jej brat zwraca się do niej różnie: Kotku, Siostro, Cielaku. Sally woła na nią 
Nannie. A ona sama przedstawia się jako Jean, Jane, Anne, Linda, Barbara, Marilyn, Suzan, a 
czasami, kiedy chce sobie dodać ważności, jako pani Ellenoy. Druga pani Ellenoy. 

Pierwsza pani Ellenoy - informacja ta pochodzi bezpośrednio od mojej córki - była 

kobietą o wielkiej urodzie, matką siedmiu córek, które wszystkie miały na imię Marta, poza 
tym była tak skłócona z mężem, panem Ellenoy, że pewnego dnia, w napadzie potwornej 
nienawiści, małżonkowie wyciągnęli szpady i zabili się nawzajem. W rezultacie córka moja 
została drugą panią Ellenoy i odziedziczyła wszystkie Marty, którymi opiekuje się jako ich 
przybrana matka. Kiedy Jannie nie nazywa się ani Jean, ani Linda, ani Barbara, ani Sally i tak 
dalej, ale występuje w charakterze pani Ellenoy, jej przybrane córki mają prawo używania 
tych imion, tak że bywają dni, kiedy zorientowanie się w sytuacji jest naprawdę dosyć trudne 
i niełatwo jest zapamiętać, czy mówi się w danym momencie do Janey Ellenoy, czy też do 
małej dziewczynki, matki siedmiu córek o imieniu Marta. 

Ale ponieważ w naszym domu i tak panuje nieustanny rozgardiasz, nikt nie przejmuje 

się sprawą imion. Od niedawna Laurie buntuje się przeciwko zdrabnianiu jego imienia i żąda, 
żeby mówić do niego albo Laurence, albo Sir. Kiedy nastała Sally, nadaliśmy jej imię Sara, 
które pozostało wkrótce zdrobnione na Sally, ale naraziło nas na kłopoty z powodu Sally 
Ellenoy, więc w rezultacie mówiło się na nią Mała, a na tamtą Sallyellenoy. Mała okazało się 
doskonałym imieniem, bo trudno się pomylić, co również dotyczy imienia Pies dla psa, na 
którego Mała woła Hau-hau, Laurence Trigger, a pani Ellenoy przeważnie Dziecko. Ponieważ 
nasze koty są identyczne, wołamy na nie przeważnie Kitty. Ja osobiście używam dwóch 
nazwisk. Utwory literackie podpisuję nazwiskiem panieńskim, a tak, na co dzień, legitymuję 
się nazwiskiem męża. A mój mąż, do którego odzywamy się wszelkimi odmianami słowa 
Ojciec, reaguje na nie wszystkie bezbłędnie, począwszy od Pappy, a na Da skończywszy. 
Ostatnio zaimponował mi przytomnością umysłu, bo zareagował nawet, kiedy Jannie 
zwróciła się do niego per szanowny panie Ellenoy. 

background image

W miejscach, które należą do każdego z nas niejako tradycyjnie, takich jak łóżko czy 

krzesło przy stole, łatwiej jest prowadzić rozmowę, bo można zwracać się po prostu twarzą do 
osoby, do której adresuje się słowa. Wtedy każde Z nas może również bez większego trudu 
zorientować się, czy pytanie skierowane jest do niego, czy do kogo innego. Na przykład 
można, nie zastanawiając się w ogóle nad tym, jak ona w danym dniu się nazywa, 
odpowiadać na pytania bez brzydkiego wskazywania osoby pytającej palcem. Stawianie pytań 
też jest wówczas ułatwione. A więc: „Czy wiesz, że dzwonili rano z banku, żeby nas 
zawiadomić, że nie mamy już ani grosza na koncie?” albo: „Przecież ci już mówiłam, że 
musisz koniecznie włożyć na siebie czystą sukienkę!” albo: „Co, znowu chcesz wyjść na 
dwór?” albo: „Czy ona już zjadła całą swoją pyszną kaszkę?” Tylko przy kluczowych 
pytaniach, jak: „Kto dzisiaj zmyje naczynia?”, powstaje często przykra sprawa identyfikacji 
osoby, do której jest ono skierowane. 

Wiem oczywiście doskonale, jak każdy z członków mojej rodziny wygląda. Pies ma 

cztery łapy i jest znacznie większy od obu kotów, które funkcjonują poza tym z reguły na 
zasadzie pary. Chłopiec jest brudny i ma na sobie haniebnie zniszczone dżinsy. Ojciec ma z 
reguły zatroskany wyraz twarzy i robi wrażenie człowieka stale zdumionego. Moja starsza 
córka jest większa od młodszej, chociaż tu trzeba uważać, bo mniejsza często nosi te same 
sukienki, w których starsza chodziła zaledwie kilka tygodni wcześniej, a poza tym obydwie 
mają jasne loki i niebieskie oczy. 

Największą trudność sprawia mi zapamiętywanie takich rzeczy, jak, które z nich już 

miało wietrzną ospę, a które jeszcze nie, które było szczepione przeciwko dyfterytowi i 
kokluszowi, a co gorsza, które z nich dostało pełną serię trzech zastrzyków, a które tylko 
jeden, czasami zaś wydaje mi się, że jedno z dzieci dostało wszystkie dziewięć. Za 
najtrudniejsze ze wszystkiego uważam przyswojenie pamięci takich szczegółów, jak to, która 
z sióstr Elłenoy dostała lanie za to, że połamała wiatrówkę Laurence'a, i kto na nią naskarżył. 
W takich sytuacjach po prostu załamuję się nerwowo. 

Na przykład: Pewnego niedzielnego poranku wyjrzałam przez okno kuchenne na 

podwórze i zobaczyłam starszą córkę, stojącą po kolana w kałuży. 

- Joanne! - krzyknęłam ostro, a jednocześnie tradycyjnym zwyczajem zastukałam 

obrączką w szybę. 

Starsza córka spojrzała na mnie, uśmiechnęła się, a ja wytarłam ręce w ścierkę do 

naczyń i ruszyłam ku drzwiom. 

- Dlaczego stoisz po kolana w błocie? 
Moja córka spojrzała na mnie z politowaniem. 
- To nie ja, to pani Ellenoy - oświadczyła. - Ja jestem tam. - I wskazała palcem na 

trawnik. 

Najgorszą rzeczą jest to, że w takich sytuacjach człowiek łatwo ulega sugestii. 
- Joanne - rzuciłam w pustą przestrzeń, wskazanej mi przez moją starszą córkę. - Wyłaź 

w tej chwili z kałuży, ale to już! 

- Wyłaź! - krzyknęła pani Ellenoy. - Joanne, wstydzę się za ciebie! Naprawdę! Zupełnie 

nie wiem, co my z nią zrobimy - zwróciła się do mnie. - Joannę, twoja matka mówi do ciebie. 
Wyłaź z tego błota i to już! 

Moja starsza córka uśmiechnęła się do mnie konfidencjonalnie. 
- Ona zaraz to zrobi - zapewniła mnie. - Poczekam na nią i przyprowadzę ją do domu. 
Wróciłam do kuchni, mrucząc pod nosem do samej siebie, a po minucie pani Ellenoy 

wsunęła głowę przez kuchenne drzwi. 

- Przyszła Marta. Nie przestanie beczeć, dopóki nie dasz jej ciasteczka. 
- Nie zamierzam częstować ciasteczkami dziewczynki utytłanej błotem. 
- To nie Marta jest zabłocona - powiedziała pani Ellenoy cierpliwie. - To ta niedobra 

Anne. Marta bawi się od rana bardzo grzecznie pod jabłonią. 

background image

Pamiętam straszliwe chwile, jakie przeżyliśmy w restauracji. Akurat w momencie, w 

którym kelnerka stawiała na stole zupę, wszystkie siedem sióstr Ellenoy postanowiło wleźć 
pani Ellenoy na kolana. 

- Nie możecie mi teraz włazić na kolana - powiedziała pani Ellenoy ze złością. - 

Przecież widzicie, że jem obiad. 

Kelnerka spojrzała na mnie ze zdziwieniem, cofnęła się i nadziała prosto na ostrogi 

Laurence'a. 

Pamiętam też fatalny poranek, kiedy w naszym domu zjawiła się pani prowadząca spis 

ludności. Godzina była wczesna, nie byłam jeszcze ubrana, więc zabawiała ją moja starsza 
córka. 

Pamiętam też niefortunny incydent z niejaką panią Harper. Moja córka weszła pewnego 

dnia do kuchni i powiedziała: 

- Przyszła pani Harper i pyta, czy możesz jej dać dolara? 
- Daj pani Harper tego centa, który leży na biurku, i przestań mi zawracać głowę. 
Joannę powtórzyła moje słowa pani Harper, w związku z czym pani Harper opuściła 

nasze progi zgorszona i przerażona, po czym sekretarka Stowarzyszenia Rodziców i 
Nauczycieli zanotowała w księgach naszej organizacji, że odmówiłam zapłacenia składki. 

Pamiętam jeszcze wzruszający raczej przypadek, który zdemaskował tym razem mojego 

męża; jak już wspomniałam, jest to człowiek, którego niełatwo wyprowadzić z równowagi. 

Otóż przed kilkoma dniami zajrzałam do jego pokoju. Siedział na kanapie i czytał 

gazetę, a moja starsza córka siedziała obok niego. Pod pachą trzymała egzemplarz 
„Czarodzieja z Oz" i zwracając się z uroczym uśmiechem do ojca, zapytała: 

- Czy poczytasz mi przez minutę, tato? 
Podczas gdy wędrowałam z pokojów do kuchni i z powrotem, uszu moich dochodził 

ciepły, niski głos mojego męża, który przebijał się dzielnie do Emerald City. Wreszcie po 
dłuższej chwili zajrzałam do pokoju i zobaczyłam, że chociaż Jannie już odeszła, mąż wciąż 
czyta na głos. 

- Komu ty czytasz? - zapytałam zdumiona. 
- Marilyn. Jean zaraz wróci - wyjaśnił. Wyjrzałam przez okno. Moja córka siedziała pod 

jabłonią i rysowała kredkami. 

- Tato czyta Marilyn na głos - zawiadomiłam ją zupełnie normalnym tonem. 
- Wiem, wiem - skinęła głową moja córka. - Mnie się to znudziło, więc poszłam do 

ogrodu. 

Zagrałyśmy w krokieta, zrobiłyśmy bukiet, potem zadzwoniłyśmy do sklepu 

spożywczego i przekazałyśmy zamówienie, a mąż mój wciąż czytał. 

Po pewnym czasie nasza córka poszła do pokoju ojca, powiedziała najspokojniej w 

świecie: 

- Posuń się trochę, Marilyn - i wysłuchała zakończenia książki. 
- Tato czytał sobie na głos przez całe przedpołudnie -zawiadomił nas syn, kiedy 

siadaliśmy do kolacji. 

- Nic podobnego - oświadczył mój mąż. - Czytałem Marilyn. 
- A ja myślałem, że jesteś sam - zdziwił się Laurence. 
- Marilyn w ogóle nie myje zębów - powiedziała pani Ellenoy. - Żadna z moich 

dziewcząt nie chce myć zębów, ale wszystkie tańczą przez całe popołudnia. W ogrodzie. 
Wszystkie. Marta i Sallyellenoy i Janey, i Linda, i Margaret... 

- Wiesz, co ja bym chciał? - zapytał Laurie ojca. - Ja bym chciał być w tej chwili w 

Teksasie, na koniu. 

- ... i Estelle, i Barbara, i Josephine, one wszystkie tańczyły dziś jak szalone po całym 

ogrodzie - ciągnęła pani Ellenoy. - Cała moja rodzina nic, tylko tańczyła. 

- Czy dzwoniłaś do banku? - usiłował wtrącić się mój mąż. 

background image

- Wszystkie tańczyły - mówiła dalej bardzo uradowanym głosem pani Ellenoy. - 

Wszystkie dziewczęta. 

- Mamu! - wrzasnęła Sally, waląc z całych sił łyżką w kubek. - Tata, Nanie, Kitty, 

Mommy. Okej, pa, pa, ciasteczko? 

Jannie zaśpiewała miękkim sopranem: 
- Sally pielucha jest sucha, jest sucha jak klucha, więc cześć ci i chwała, moja ty mała. 
Sally spałaszowała kurczaka i ziemniaczki, a teraz jadła zielony groszek, pojedynczo, 

palcami. Jannie kreśliła esy-floresy odwrotnym końcem łyżki na powierzchni tłuczonych 
kartofli, a Laurie machał kurzym udkiem i zwrócił się do swojego ojca z zapytaniem: „Tato, 
czy wiesz, co jest strasznie śmieszne?” Ja przypomniałam sobie moment, w którym kelnerka 
nadziała się na ostrogi Laurie'ego; prędzej czy później, myślałam, dla każdej, ale to każdej 
matki musi nadejść przerażający dzień, kiedy będzie zmuszona pójść z dwojgiem małych 
dzieci do domu towarowego. Powtarzam sobie nieustannie, że Jannie i Laurie nie są dziećmi 
niesforniejszymi czy żywszymi od swoich rówieśników, ale jedno wiem na pewno, to 
mianowicie, że nieprędko zdecyduję się na wystawienie ich na widok publiczny. Jannie 
koniecznie musiała mieć nowe pantofle, a Laurie jakieś spodnie, jakiekolwiek, byleby były 
uszyte z materiału przypominającego żelazobeton, albowiem okazuje się, że uczniowie klasy 
drugiej szkół podstawowych spędzają większość długiego i nudnego dnia wycinając sobie 
nawzajem dziury w portkach, przy pomocy nożyczek, rzecz prosta. Zrobiłam oczywiście błąd 
myśląc, że łatwiej będzie nabyć spodnie Laurie'emu i pantofle Jannie w jednym z dużych 
domów towarowych w pobliskim mieście niż w naszych malutkich miejscowych sklepikach, 
gdzie nie ma dużego wyboru, ponadto wymyśliłam sobie, że zabiorę ze sobą dzieci, żeby im 
od razu wszystko przymierzyć. Owszem, próbowałam wielokrotnie zakupić dziecinne obuwie 
z pomocą stopy wyciętej z papieru, ale rezultaty nigdy nie były naprawdę zadowalające, z 
wyjątkiem może przyjemności, jaką sprawia każdemu dziecku odrysowywanie mu stopy. 

W środę zwolniłam Laurie'ego ze szkoły, w mylnym przekonaniu, że w środę sklepy są 

mniej zatłoczone niż w inne dni tygodnia. Nie mam pojęcia, skąd wziął się ten pomysł, ale, 
jak się wkrótce okazało, nie miało to i tak najmniejszego znaczenia, ponieważ moje dzieci w 
każdych okolicznościach potrafią zgromadzić dokoła siebie tłum. 

Kiedy wyruszaliśmy z domu, wyglądaliśmy wszyscy troje bardzo elegancko. Jannie 

miała na sobie najlepszy czerwony płaszczyk, granatowe podkolanówki i granatowy beret. 
Laurie nałożył jedyne swoje ubranko, nieco już przyciasne, granatowy krawat, ostrogi i i 
przypasał sobie dwa rewolwery o rękojeściach z masy perłowej, mimo że zabroniłam mu 
naładować je kapiszonami. Ja wystroiłam się w szare futerko i pantofle na niskich obcasach, 
które zwykle noszę po domu, ale które od niedawna nakładam również, kiedy idę po zakupy, 
ponieważ wiem, że po wszystko trzeba się nabiegać. Zdrowy rozsądek nakazał mi ograniczyć 
akcesoria do minimum, żeby zyskać jak największą swobodę ruchów, nie wzięłam więc ani 
torebki, ani rękawiczek, ani nakrycia głowy. Uznałam - jak się potem okazało - słusznie, że 
przydadzą mi się wszystkie możliwe ręce. Portmonetkę z pieniędzmi wsunęłam do kieszeni i 
co chwila sprawdzałam nerwowym ruchem, czy mi jej jeszcze nie wyciągnięto. Pozostawiłam 
mężowi szereg prostych instrukcji w sprawie Sally („jak zacznie płakać, nie reaguj, chyba że 
uznasz, że ma poważny powód - zorientujesz się na pewno w różnicy. Potrafi płakać, 
ponieważ wyrzuciła z łóżeczka torebkę i chce, żebyś przybiegł i ją podniósł, ale pamiętaj, nie 
dawaj jej tej lalki w niebieskiej sukience, bo ma odłamaną rękę, a jeżeli będzie chciała pić, to 
nalej jej mleka, które stoi na drugiej półce lodówki w lewym kącie, bo pozostało ze śniadania, 
a jak przeniesiesz ją do kojca, to...”). Ojciec dał każdemu z dzieci po dziesięć centów, żeby 
sobie coś zafundowały w mieście. 

Dotarliśmy bez przeszkód do frontowych drzwi, gdzie Jannie oświadczyła 

bezapelacyjnie, że nie ruszy się dalej, jeżeli nie pozwolę jej zabrać lalki i wózka. Wybuchła 
wielka awantura. Ja zajęłam z góry skazane na niepowodzenie stanowisko grożąc, że „albo 

background image

lalka zostaje w domu, albo ty”, a Laurie huśtał się na klamce i pokrzykiwał: - No, jedźmy już, 
jedźmy! 

Wpakowaliśmy wózek z lalką do autobusu i przez całą drogę do miasta Jannie nachylała 

się i zapewniała słodką laleczkę, że i tak nie zostałaby w domu, dopóki ona, Jannie, ma coś w 
tej sprawie do powiedzenia. Laurie strzelał do przechodniów przez okno z rewolwerów o 
rękojeściach z masy perłowej. Ja zaś obliczałam w myślach koszty lunchu oraz transportu 
wózeczka z lalką taksówkami. Na szczęście moja lista zakupów była krótka: „J. spodnie”, a 
gdybym się przypadkowo znalazła w pobliżu działu garderoby damskiej, to zamierzałam się 
szybko rozejrzeć za ciemnym kostiumem, takim jakich ostatnio jakoś już nie robią. 

- Posuń się - zażądała Jannie - siedzisz na Lindzie. 
- Linda chyba nie jedzie z nami? 
- Owszem, jedzie, a ty na niej siedzisz. 
- Ty i te twoje głupie dziewuchy - żachnął się Laurie, celując do wyimaginowanego 

wroga. - O widzisz, zabiłem ją. 

Zbliżający się kryzys został na szczęście zażegnany, bo w tej samej chwili autobus 

zatrzymał się przed domem towarowym, w którym - jak święcie wierzyłam - miały nam się 
udać zakupy pantofli w rozmiarze Jannie, spodni, wystarczająco wytrzymałych dla 
Laurie'ego, i owego ciemnego kostiumu, jakich ostatnio jakoś już nie robią. Przepraszając na 
prawo i lewo pasażerów udało mi się wyjść wraz z dziećmi z autobusu i już bez większych 
trudności wylądowaliśmy na chodniku. Był to wyczyn nie lada, albowiem trzeba było 
wynieść wózeczek i lalkę, a Laurie przypomniał sobie, kiedy już byłam na ostatnim stopniu, 
że jest dobrze wychowanym chłopcem, i wrócił pędem, żeby potrzymać mi drzwiczki, 
pozostawiając Jannie samą na chodniku, co ją tak zdenerwowało, że ruszyła naprzód, 
przepychając się wraz z wózeczkiem przez tłum przechodniów, którzy rozstępowali się, żeby 
jej robić miejsce, przy czym kilka starszych pań zatrzymało się, żeby zawiadomić się 
nawzajem o tym, jakie to miłe i słodkie dziecko, jakie śliczne, zgrabniutkie, wprost do 
zjedzenia. 

Oboje z Laurie'm popędziliśmy z krzykiem za Jannie i dopadliśmy ją tylko dlatego, że 

utkwiła beznadziejnie w obrotowych drzwiach sklepu. Ilekroć znajduję się z dziećmi w domu 
towarowym, myślę nieuchronnie o tym, że w końcu nie może to być niemożliwe, skoro 
dziesięć tysięcy matek z dziećmi czyni to samo co ja, chyba że są po prostu wytworami mojej 
wyobraźni, co nie jest zupełnie wykluczone, albo aktorami opłacanymi przez właścicieli 
sklepów po to, żeby robić tłum, co jest również zupełnie możliwe, chociaż mało 
prawdopodobne, jeżeli zważyć, ile zarobią na tym, że przyprowadziłam tutaj moje pociechy; 
nie, mówię sobie, kupowanie odzieży dziecięcej nie może być aż tak skomplikowane. Ale 
było nie było, faktem jest, że dotarliśmy wraz z rewolwerami, wózeczkiem i lalką zdrowi i 
cali do ruchomych schodów, maszynerii, która - moim zdaniem - służy jedynie i wyłącznie do 
kaleczenia małych dziecięcych nóżek względnie dobrze obutych, matczynych stóp. 
Powiedziałam oczywiście jak zwykle: 

- Uważajcie na nogi. 
- Uważaj na nogi, Linda - zawtórowała mi Jannie i kiedy znaleźliśmy się na pierwszym 

piętrze, dodała: - Marilyn, uwaga, Suzan, twoje nogi. 

Wózeczek lalki niosłam ja. Pod pachą. Rozpoznałam trzecie piętro po tym, że 

znajdowała się tam odzież chłopięca, i zawołałam: 

- Proszę was, dzieci, wysiadamy! 
Wciąż z wózeczkiem pod pachą stanęłam na solidnym gruncie i pociągnęłam za sobą 

Jannie. Laurie zeskoczył ze schodów o własnych siłach i to z takim impetem i z tak 
teatralnym gestem, że odskoczyłam w tył, a potem rzuciłam się naprzód i chwyciłam go w 
ramiona, żeby nie porwały go schody, przesuwające się rytmicznie do góry, ku Bóg jeden wie 
jakim tajemniczym rejonom. 

background image

- Co ci jest? - zapytał Laurie poirytowanym głosem. - Pietra masz czy co? 
- Linda - mówiła Jannie mentorskim tonem - uważaj, jak schodzisz z ruchomych 

schodów. Proszę cię, Suzan, bądź ostrożna. Linda, teraz skocz. Barbara, pomóż Lindzie, nie 
pchaj się, Marilyn. Margaret... 

- Jannie - zażądałam - przestań. One sobie same doskonale dadzą radę. 
Powoli ogarniało mnie znajome, ale mimo to paskudne uczucie. A mianowicie pewność, 

że ludzie gapią się na mnie. Całe tłumy ludzi. Sprzedawczynie, klienci, matki, znakomicie 
wychowane dzieci, kierownicy działów, a może i detektywi. 

- No jazda - syknęłam i w samą porę dodałam - kochani. 
Postawiłam wózeczek lalki na podłogę, a Jannie ustawiła się za nim i położyła dłonie na 

drążku. Była gotowa do startu. 

- Linda - powiedziała cicho - dziewczęta, bardzo was proszę, ustawcie się za mną 

gęsiego, dobrze? 

- Co? Już idziemy kupować portki? - zdenerwował się Laurie. - Zdawało mi się, że była 

mowa o lunchu. 

- Najpierw kupimy ci spodenki, kochanie - powiedziałam słodko. Dodawałam teraz 

słowo „kochanie” do każdego wypowiadanego zdania, w obawie, że ktoś mnie usłyszy. W 
chwili, kiedy nasza mała procesja była gotowa do odmarszu, podszedł do mnie wysoki 
mężczyzna o czerwonej twarzy i w wymiętym brązowym ubraniu. 

- Madame? - powiedział pytającym tonem. 
Nie był to ani kierownik działu, ani sprzedawca, to pewne. Być może, był to bohaterski 

kowboj w przebraniu - chociaż w tym wypadku zwróciłby się zapewne raczej do mojego 
syna, w którym znalazłby prawdziwe zrozumienie - nie był to również złodziej, o czym 
przekonałam się obmacując dyskretnie kieszeń z portmonetką. 

- Ten chłopczyk potrzebuje ubrania? - zapytał wskazując na Laurie'ego. 
- Tak jest - odparłam. - Nieprawdaż, kochanie? 
- Otóż madame - ciągnął mężczyzna, uśmiechając się na przemian to do mnie, to do 

Laurie'ego - reprezentuję firmę pod nazwą Autentyczny Kowbojski Strój dla Chłopców. Stoję 
tu i witam miłych klientów oraz ich mamusie, i próbuję dowiedzieć się, jaki strój jest 
najmilszy ich sercom. Na przykład... 

Facet zaczynał brać górę nad nami. Ani ja, ani Laurie nie jesteśmy szczególnie szybcy w 

myśleniu, więc gapiliśmy się w niego jak sroka w kość. 

- Na przykład weźmy tego tutaj chłopca. Z miejsca można się zorientować, że jest to 

młodzieniec żywy i skłonny do figli, prawdziwy kandydat na kowboja, miłośnik życia na 
ranczo, tam gdzie dzielni ujeżdżacze dosiadają swoich koni - mężczyzna przykucnął i spojrzał 
Laurie'emu prosto w oczy - i próbują je okiełzać. Przydałyby ci się, bracie, porządne 
kowbojskie portki, kurtka i wysokie buty, co? Założę się, hombre, że ty dobrze wiesz, jak 
powinien wyglądać porządny kowbojski strój, no, co powiesz, bracie? 

Chwycił Laurie'ego za ramiona i potrząsał nim po przyjacielsku. 
- A to co? - wskazał na pistolety. - Twoje pukawki? 
- To są rewolwery - oświadczył Laurie i cofnął się o krok. - Przecież pan widzi, że to nie 

wiewiórki. 

Mężczyzna roześmiał się dość sztucznie, a ja warknęłam ostrzegawczo: 
- Laurie - i szybko dodałam - kochanie. 
- Bystry z ciebie chłopaczek - oświadczył mężczyzna. - No, to chodź ze mną, bracie, ten 

tu kowboj zrobi ci zdjęcie. 

- Co zrobi? - zdziwił się Laurie. 
Mężczyzna roześmiał się znowu i usiłował zaciągnąć Laurie'ego w kierunku drugiego, 

dziwnie przygnębionego faceta, ubranego w fatalnie skrojony strój kowbojski, stojącego z 

background image

aparatem fotograficznym. Widać było, że czułby się znacznie lepiej przy barze i kieliszku 
dżinu z wermutem. 

- Twoja kolej, Panczo - powiedział mężczyzna w brązowym ubraniu do Laurie'ego. 
- Hej! - mruknął Laurie i znowu zrobił krok w tył. Widziałam, że nie jest jeszcze pewny, 

jakie zająć stanowisko. Pomyślałam sobie, że mogłabym udzielić temu durniowi w 
kowbojskim przebraniu kilku wskazówek na temat podchodzenia do małych chłopców, przy 
czym odradziłabym mu przede wszystkim chwytania ich za ramię (nigdy poniżej łokcia!). 
Tymczasem Jannie przepychała się wraz z wózkiem lalki pomiędzy rzędami chłopięcej 
odzieży, zwracając Lindzie, Marilyn, Suzan i pozostałym córeczkom uwagę na ciekawsze 
eksponaty. Teraz stanęła, odwróciła się do mnie i krzyknęła: 

- Mamu, Linda chce, żebyś jej kupiła kowbojski kapelusz. O ten! 
- Zostaw mnie pan - warknął Laurie i wyrwał się facetowi. 
- A ten twój rewolwer jest naładowany? - uśmiechnął się tamten fałszywie. - A celnie 

strzelasz, przybyszu z obcych stron? 

- Co? - zdziwił się Laurie.  
Facet spojrzał na mnie z ukosa. 
- Czy państwo nie mają telewizora? - zapytał. 
- Owszem, mamy - zapewniłam go. - Ale... 
- No więc, na co czekamy? - zwrócił się ponownie do Laurie'ego. - Zrobimy ci zdjęcie, 

umieścimy je w gazecie i wszystkie dziewczyny będą cię mogły podziwiać. 

- Dziewczyny? - zdenerwował się Laurie. - Jakie znowu dziewczyny? 
- Nie masz swojej dziewczyny? - zdziwił się nasz nowy znajomy. 
- Jestem żonatym mężczyzną - oświadczył Laurie z prostotą. 
- Laurie! - warknęłam znowu. 
- Mamu - wózek lalki Jannie stuknął mnie w łydki. - Mamu, wołam cię i wołam, Linda 

woła cię i woła, a ty nie słyszysz. Z kim rozmawia Laurie? 

Podeszła blisko do mężczyzny w brązowym ubraniu i spojrzała mu głęboko w oczy. 
- Kim pan jest? - zapytała go. - Czy moja mama wie, że pan rozmawia z Laurie'm? 
- Moja siostra - przedstawił ją Laurie. Nie wiem, dlaczego to zrobił. Może był to objaw 

resztek dobrego wychowania, a może po prostu obawa, że tamten weźmie Jannie za jego 
dziewczynę. 

- No, no, a więc to jest twoja młodsza siostrzyczka? Pewnie często ciągniesz ją za 

włosy? 

- Mnie? Za włosy? - zdziwiła się Jannie i dodała: - A to jest Linda, a to Marilyn, a to 

Barbara, no i Margaret. Gdzie podziała się Margaret? 

- Margaret? - powtórzył facet w brązowym ubraniu. 
- Margaret! - wrzasnęła Jannie i tupnęła nogą z całych sił. - Margaret, wracaj 

natychmiast! Jak śmiesz tak ciągle uciekać? Powinnam ci sprawić lanie. I to w obecności tych 
wszystkich ludzi. Jesteś bardzo niedobra, bardzo, bardzo niedobra... 

- Jannie - powiedziałam bezradnie. - Proszę cię, nie karć jej tak surowo, ona jest jeszcze 

malutka. 

- Właśnie dlatego powinna trzymać się Lindy - stwierdziła moja córka. 
Mężczyzna w brązowym ubraniu cofał się powoli, krok za krokiem, po czym zatrzymał 

się, wyprostował i długo, i przeciągle patrzył najpierw na Laurie'ego, potem na Jannie, 
wreszcie na mnie. Kiedy już odchodził, żeby sobie poszukać innej ofiary, Jannie zwróciła się 
do niego: 

- Może pan mnie sfotografować, jeżeli pan ma ochotę, a także Lindę, Marilyn i w ogóle 

wszystkie dziewczęta z wyjątkiem Margaret. 

W tej samej chwili tęga kobieta w towarzystwie małego chłopczyka minęła nas w 

pędzie i złapała mężczyznę w brązowym ubraniu za ramię. 

background image

- Panie! - zawołała. - Czy to pan robi dzieciakom zdjęcia do gazety? 
- Ja ubieram się wyłącznie w firmie Ranczo - oświadczył chłopczyk nieśmiało. Miał na 

sobie niebieskie gabardynowe ubranko, ciemnoniebieską koszulę, ciemny, starannie 
zawiązany krawat w ciapki, pięknie wyglansowane buciki i szpilkę z oczkiem w krawacie. 
Zdjął z głowy czapeczkę i ukłonił się facetowi w brązowym ubraniu. Laurie patrzał na niego z 
szeroko rozdziawioną buzią. 

- Halo, chłopczyku - odezwała się Jannie, a potem dodała szeptem zwracając się do 

Laurie'ego: - Czy to chłopiec, czy dziewczynka? 

- Hm - mruknął Laurie. 
- Madame - zwrócił się nasz facet do tęgiej damy. - Widzę gołym okiem, że ten młody 

człowiek to prawdziwy materiał na autentycznego kowboja i że pięknie nosi odzież firmy 
Ranczo... 

- Czy zdjęcia umieszczacie we wszystkich gazetach? - przerwała mu tęga dama. - We 

wszystkich? 

Wyciągnęła chusteczkę do nosa i zaczęła ścierać niewidzialną plamkę z buzi swojej 

pociechy. 

- Zobacz! - zarechotał Laurie. - Biedaczek się zabrudził. 
Nie bez dumy z mojego pierworodnego, chwyciłam go za kołnierz i zawlokłam do 

działu spodni w jego rozmiarze; drugą ręką pchałam wózeczek lalki, a Jannie, nie bez trudu, 
kierowała ruchami swojej trzódki, czyli Lindy, Marilyn i pozostałych dziewcząt. Dźwigałam 
ponadto płaszczyk i beret Jannie - nie pozwoliła mi rzucić na wózeczek, bo bała się, że 
przygniotę ukochaną laleczkę - oraz marynarkę Laurie'ego i mój własny płaszcz. Mimo że ton 
mojego głosu był coraz ostrzejszy, pilnowałam, żeby dodawać na końcu każdego zdania 
słówko „kochanie”. 

Kiedy wreszcie dotarliśmy do działu odzieży chłopięcej, Laurie z entuzjazmem zabrał 

się do zakupów. Upatrzył sobie między innymi takie samo ubranko gabardynowe, jakie miał 
na sobie chłopiec, którego mama piekliła się przed chwilą w sprawie fotografii, w cenie dol. 
59.95, strój astronauty za dol. 47.00, bardzo dziwny kołpak futrzany za dol. 7.50, wdzianko 
zamszowe z frędzlami w stylu Buffalo Billa za skromne dol. 32.50 ze spodniami w cenie 
17.00 dol. Wszystkie te artykuły zostały kolejno odrzucone przeze mnie pod pozorem, że są 
albo za ciężkie, albo za grube, albo za frędzlowate, albo za drogie. W zamian za to 
zaproponowałam Laurie'emu czerwoną muszkę za 69 centów. Po dłuższej kłótni, w czasie 
której zapewniłam go, że może sobie kupić, co mu się żywnie podoba za dziesięciocentówkę 
ofiarowaną mu przez ojca, Laurie zorientował się, że może albo wziąć muszkę, albo nic, a 
sympatyczny sprzedawca szepnął mu do ucha: 

- Moim zdaniem, ta moda szybko minie. 
Przez ten czas Jannie zabawiała się przymierzaniem wielu futrzanych czapek, przy 

akompaniamencie licznych uwag ze strony Lindy, Marilyn i pozostałych dziewcząt. 
Nawiązała również rozmowę z nieszkodliwą raczej staruszką, która szukała godziwego 
prezentu urodzinowego dla bratanka i z żalem zrezygnowała z propozycji przyłączenia się do 
nas celem robienia dalszych zakupów, mimo że Jannie przyrzekła jej solennie, że mama kupi 
jej pantofle. 

Do wózka, marynarki i beretu Laurie'ego, płaszczyka Jannie i mojego własnego palta 

doszła teraz paczuszka z muszką Laurie'ego i druga z dwiema parami sztruksowych portek. 
Na szczęście pantofle dla Jannie sprzedawano na tym samym piętrze, bo nie wyobrażam 
sobie, że moglibyśmy wsiąść do windy, a myśl o jeździe ruchomymi schodami napawała 
mnie przerażeniem. W dziale obuwia Jannie rozsiadła się wygodnie, posadziła dokoła siebie 
swoje dziewczęta, złożyła rączki i oświadczyła słodkim głosem, że chciałaby nabyć czarne 
lakierki na wysokich obcasach, bez palców i pięt, ale z ozdobnymi kokardkami. 

background image

- Pantofelki dla dziatek! - zawołał wesoło sprzedawca, przysunął stołeczek do Jannie i 

uśmiechnął się ciepło. 

- Ja i moje córeczki chciałybyśmy sobie kupić wizytowe sandałki - oznajmiła Jannie. 
Sprzedawca na szczęście nie dosłyszał, albowiem zagłuszyłam ją gromkim głosem i 

poprosiłam, żeby pokazał nam solidny półbucik na grubej gumowej podeszwie. Wiedziałam, 
że trzeba będzie w pewnym momencie pójść na kompromis, więc wolałam zacząć od samego 
dna, żeby może spotkać się z moim dzieckiem w pół drogi. Kiedy sprzedawca przyniósł 
brązowe półbuciki, Jannie oświadczyła z miejsca: 

- To w sam raz dla mojego brata. Proszę teraz przynieść coś dla mnie. 
W czasie bolesnego procesu, jakim było nabywanie dla Jannie odpowiedniego obuwia, 

Laurie zabawiał się liczeniem pudełek przynoszonych przez sprzedawcę. Moja córka nie 
ustępowała ani na krok i w dalszym ciągu domagała się lakierków na wysokim obcasie. Ja 
tymczasem byłam coraz bardziej napięta, czego najlepszym dowodem jest fakt, że mówiłam 
do niej takie rzeczy, jak: 

- Czy chcesz chodzić do szkoły boso? Bo uprzedzam cię, że nie kupię ci w ogóle 

żadnych butów, jeżeli nie zaczniesz się zachowywać jak dobrze wychowana dziewczynka... 

Wreszcie doszło do kompromisu i Jannie otrzymała półbuty z błyszczącej lakierowanej 

skórki, zupełnie moim zdaniem bezsensowne, ale zawsze lepsze niż wieczorowe sandałki na 
wysokim obcasie. Kiedy odchodziliśmy od kasy, Jannie zauważyła: 

- W każdym razie cieszę się, że nie jesteś moją matką. Moja matka zawsze kupuje mi 

takie pantofelki, jakie chcę. Gdybyś była moją matką, uciekłabym z domu. 

- To są najokropniejsze pantofle, jakie widziałem w życiu - orzekł Laurie. 
- Są bardzo piękne - odparła Jannie. - Wszystkie moje dziewczęta mają takie same. 
Do mojego bagażu doszła teraz paczka z pantoflami Jannie. 
- Chodźmy wreszcie na lunch - zażądał Laurie. 
Spojrzałam na zegar, żywiąc nadzieję, którą znają wszystkie matki, że oto może czas w 

cudowny sposób posunął się niepostrzeżenie naprzód i nadeszła pora na dobranoc. Ale była 
dopiero godzina jedenasta czterdzieści. Dobre osiem godzin do przetrwania, zanim nastąpi 
codzienny cud, ale doskonała pora na zjedzenie lunchu. 

- No, to świetnie, dzieci! - uśmiechnęłam się fałszywie i zaczęłam rozglądać się za 

wolnym stolikiem. - A teraz proszę pamiętać o manierach, dobrze? 

Jannie zapytała głosem pełnym słodyczy i nadziei: 
- Czy każde z nas będzie mogło dostać po dwa desery? 
- Może - odparłam równie przesłodzonym tonem. - Jeżeli zjemy wszystko, co będzie na 

naszych talerzach, kochanie. 

Kelnerki, obsługujące matki z dziećmi, zawsze szczególnie się guzdrają. Wolałabym 

mieć pewność, że nie odnosi się to wyłącznie do moich dzieci, a zwłaszcza do ich manier i 
wyglądu. Nie wiem, jak to jest, ale nie da się ukryć, że czekaliśmy - ja z rękami przykładnie 
złożonymi na kolanach, Laurie z łokciami, a Jannie z podbródkiem na stole - przez dobre 
dziesięć minut, podczas gdy kelnerki biegały tam i nazad, obsługując wszystkich dokoła, 
przynosząc dodatkowe porcje masła, wymieniając zabawne uwagi z klientami i życzliwie 
doradzając przy wyborze potraw. 

- Kiedy ona do nas przyjdzie? - denerwował się Laurie. 
- Jestem głodna - kaprysiła Jannie. Wyciągnęła rękę i trzepnęła Laurie'ego w łokieć tak, 

że stracił równowagę i wyrżnął się porządnie podbródkiem w kant stołu. 

- Nie trzyma się łokci na stole - upomniała go. 
- Dzieci - spojrzałam na córkę groźnym wzrokiem - przyrzekliście, że będziecie 

grzeczni. 

- Ale kiedy ona - zaczął Laurie. 

background image

- On trzymał łokcie na stole - stwierdziła Jannie. - Mamciu najdroższa, przecież on 

trzymał łokcie na stole. Mamciu, najdroższa mamciu! 

- Posłuchaj mnie - syknął Laurie. - Ona wzięła i... 
- Kochane dzieci - mój głos był jeszcze bardziej cukierkowy niż dotychczas. - Przecież 

widzicie, że nie jesteśmy sami. Inni ludzie też chcieliby jeść lunch w ciszy i spokoju... 

- Co? - zwrócił się Laurie do Jannie, która mówiła mu coś szeptem. 
- Nic - odparła Jannie. - Mamuśka najdroższa, przecież jesteśmy grzeczni, przecież 

dajemy ludziom jeść w ciszy i spokoju, no nie? 

- Tak jest - zgodziłam się. - Moje dzieci są dzisiaj naprawdę wzorowe... 
- Dlaczego tak dziwnie do nas mówisz? - zainteresował się Laurie w momencie, kiedy 

podeszła do nas kelnerka. - Miauczysz jak kot. 

Oboje zaczęli się dziko śmiać. 
- Ona miauczy jak kot - zawiadomiła Jannie kelnerkę. 
- Pani będzie coś zamawiać? - zapytała kelnerka. 
- Ja chcę spaghetti - oświadczyła z miejsca Jannie. 
- Ja chcę spaghetti - powiedział Laurie. 
- Chwileczkę - zajrzałam do jadłospisu. - Może byś zjadła omlet? - zaproponowałam 

Jannie. - A ty nie zjadłbyś bukietu z jarzyn? - zwróciłam się do Laurie'ego. 

- Nie - powiedziała Jannie. - Ja chcę spaghetti. 
- Dzisiaj nie mamy spaghetti - rzuciła kelnerka od niechcenia. Westchnęła głęboko i 

zaczęła sobie poprawiać włosy. 

- Tylko to, co w karcie - dodała. 
- Sałatka z kury? - zaproponowałam. - Wątróbka? 
- Wątróbka! - wrzasnął Laurie. - Wątróbka, szmątróbka, fątróbka, gątróbka, fójki, 

mójki... 

- Wątrópka, trópka. strópka, szmópka - zgodziła się Jannie. 
- Dzieci - upomniałam swoje potomstwo. - Pani kelnerka się bardzo spieszy. Proszę się 

zdecydować. 

- Ja chcę spaghetti - oświadczył Laurie. Jannie zmieniła nagle front. 
- Poproszę o bukiet z jarzyn - oznajmiła. 
- Się robi - kelnerka zabrała się i poszła. 
Dwie niesympatyczne baby w ukwieconych kapeluszach podniosły się raptownie z 

krzeseł i ostentacyjnie przeszły do innego stolika. 

- Posłuchajcie - powiedziałam tak cicho, żeby nie można mnie było usłyszeć przy 

sąsiednich stolikach. - Jeżeli natychmiast nie uspokoicie się, to Laurie zostanie sprany na 
kwaśne jabłko i to zaraz, tak żeby wszyscy mogli go wyśmiać, a ty, Jannie, dostaniesz lanie w 
ustronnym miejscu, gdzie nikt nie usłyszy twoich wrzasków, zrozumiano? A teraz Jannie zje 
bukiet z jarzyn, a Laurie sałatkę z kury, ja spaghetti - to znaczy, chciałam powiedzieć - 
sandwicza klubowego. Czy któreś z was ma mi coś do powiedzenia? 

Moje pociechy patrzyły na mnie tępym wzrokiem. Laurie warknął cicho i nawet pokazał 

zęby. Buzia Jannie skrzywiła się, kąciki jej ust opadły, a wielkie, niebieskie oczy napełniły się 
łzami. 

- Jeżeli zaczniesz beczeć - powiedziałam słodkim szeptem - to wszystkie twoje 

ukochane dziewczęta będą musiały zostać na dworze. 

Jannie zacisnęła usta i z trudem przełknęła łzy. Laurie sięgnął do rewolwerów. 
- Ten durny facet zrobi ci zdjęcie, jeżeli nie będziesz grzeczny - zagroziłam mu. Opuścił 

z miejsca ręce i położył je na stół. 

- Ha, ha - odezwała się Jannie z goryczą - a ty masz tylko jedną głowę. 
Laurie wyciągnął rękę, w której trzymał szklankę pełną wody. 
- Może chciałabyś sobie wymoczyć jedną nogę? - zaproponował. 

background image

- No i co? Dzieciaki się zdecydowały? - zapytała kelnerka. 
- Poproszę o sałatkę z kury - powiedział Laurie szalenie uprzejmie. - I dwie filiżanki 

kawy poproszę. 

- Dwie szklanki mleka - skorygowałam go. - Dla mnie sandwicz klubowy. 
- A dla Lindy spaghetti, dla Maiilyn spaghetti, dla Suzan też spaghetti... - wyrecytowała 

Jannie. 

- Jannie - upomniałam ją ostro. 
- Ale Margaret - szepnęła Jannie - czy chce, czy nie chce, będzie jadła bukiet z jarzyn. 
Zrezygnowałam z rozejrzenia się za ciemnymi kostiumami, więc pozostały nam już 

tylko ruchome schody do pokonania i jazda autobusem. 

- Ciekawa jestem, jak sobie ojciec radzi z Sally - westchnęłam po chwili. 
I właśnie w tym momencie nadeszła nasza kelnerka z pełną tacą i siedem małych panien 

Ellenoy popchnęło ją prosto na ostrogi Laurie'ego. 

 
Cała nasza rodzina ogromnie lubi rozkosze łamania głowy. Ja na przykład rozwiązuję 

namiętnie skomplikowane krzyżówki, mój mąż robi wyliczenia wyników gier baseballowych 
i wyciąga z nich przeciętne oraz wnioski na przyszłość i twierdzi, że wie, jakie jest 
prawdopodobieństwo otrzymania czterech asów, a Laurie przepada za obrazkami, w których 
trzeba na przykład znaleźć „dwadzieścia cztery przedmioty zaczynające się na literę C”. 
Jannie układa dziecinne łamigłówki, a Sally potrafi wsunąć kółka na tak przemyślnie 
ustawione drążki, że pozostała część rodziny opanowała tę sztukę dopiero po dobrych dwóch 
miesiącach treningu. Ale żadne z nas nie nauczyło się rozwiązywania prywatnych zagadek, 
jakich pełne jest nasze niezwykle urozmaicone życie rodzinne, a szczególnie takich łamańców 
intelektualnych, jak chociażby: „Skąd wzięły się wrotki na biurku mamusi?”, „Cóż to za 
dziwny przedmiot leży na dnie szafki Laurie'ego?” albo: „Dlaczego tato nigdy nie nosi 
koszuli, jaką Jannie podarowała mu na Dzień Ojca?” Po dzień dzisiejszy wszyscy 
zastanawiamy się nad Tajemnicą Zagadkowej Grypy. Byłabym niezmiernie wdzięczna, gdyby 
znalazł się ktoś, kto potrafiłby nam ją wyjaśnić, ponieważ nie mamy wystarczającej ilości 
koców, a ja nie znoszę tego rodzaju zagadek. Oto w grubszym zarysie elementy tej zagadki. 

Dom nasz jest, jak się już rzekło, bardzo duży. Na pierwszym piętrze znajdują się cztery 

sypialnie i łazienka. Do wszystkich tych pomieszczeń wchodzi się z jednego długiego i 
wąskiego korytarza, który zwęził się jeszcze bardziej, ponieważ ustawiliśmy w nim półki na 
książki. Tak więc korytarz ten składa się wyłącznie z drzwi i książek. Podobnie jak w 
większości innych domów, zarówno frontowe, jak i kuchenne drzwi znajdują się na parterze. 
Frontowa sypialnia jest największa i najjaśniejsza, stoi w niej podwójne łóżko i sypiam w niej 
wraz z moim mężem. Przylegający do niej pokój to sypialnia dziewcząt. Jest w niej łóżeczko 
Sally i wąskie łóżko Jannie. Naprzeciwko mieści się pokój Laurie'ego, w którym stoi łóżko 
piętrowe. Laurie sypia na górze. Na samym końcu korytarza jest jeszcze pokój gościnny. Stoi 
w nim również podwójne łóżko. Nasze łóżko zaścielone jest białą pościelą, łóżeczko Sally 
różową, łóżko Jannie niebieską. Dolna część łóżka Laurie'ego nie jest w ogóle pościelona, 
chyba że mamy licznych gości. Sypia na niej w nocy i przez większą część dnia pies Toby. 
Uważa je nie bez racji za swoją prywatną własność. Po mojej strome małżeńskiego łoża nie 
ma stolika nocnego. Łóżko w pokoju gościnnym jest ustawione bokiem do ściany. W 
łóżeczku małej nie zmieściłby się nikt poza nią. Drabina prowadząca na górną półkę łóżka 
Laurie'ego jest rozchwiana i stoi za dnia w kącie pokoju. Dzieci włażą na górę bez jej 
pomocy. Każde z naszych dzieci musi mieć na noc szklankę soku z jabłek przy wezgłowiu. 
Laurie w zielonej szklance, Jannie w czerwonej, a Sally w musztardówce z wzorkiem w 
kwiatki. Mój mąż używa ostatnio aluminiowego kubka, ponieważ sięgając po ciemku po 
wodę rozbił już kilka tuzinów szklanek. 

O ile chodzi o mnie, to nie zażywam z zasady kropli od kaszlu ani żadnych syropów. 

background image

Mała sypia z kilkoma szmacianymi książkami, lalką bez rąk i niewielką tekturową 

walizeczką, w której znajdują się resztki sześciu talii kart do gry. Jannie nie rozstaje się na 
noc ze starym, różowym kocykiem, który zbiegł się w praniu do bardzo niewielkich 
rozmiarów. Pokój dziewcząt jest bardzo ciepły, pokój gościnny średnio, nasz raczej chłodny, 
a pokój Laurie'ego wręcz zimny. Wszyscy, nie wyłączając psa, zasypiamy szybko i mamy 
twardy sen; mój mąż nie jada drożdżowego ciasta. 

Mój mąż pierwszy z rodziny zapadł na grypę i tak długo kaszlał, trząsł się i marudził, aż 

zażądałam, żeby położył się do łóżka. W piątek wieczorem Laurie i Sally też już mieli 
podwyższoną temperaturę, a w sobotę Jannie i ja zaczęłyśmy smarkać i kaszleć. W naszej 
rodzinie każdy choruje inaczej; mąż jest zły i żyje w przeświadczeniu, że ktoś po prostu zrobił 
mu świństwo; Laurie staje się zamyślony i rozrzuca chusteczki do nosa po całym pokoju; 
Jannie kaszle, kaszle i kaszle; Sally robi się czerwona jak piwonia, a ja cierpię ze stoickim 
spokojem, ale żądam, żeby wszyscy doceniali mój ciężki stan. Każde z nas jest przekonane, 
że choruje znacznie poważniej od pozostałych członków rodziny. Ale powróćmy do 
sobotniego wieczoru. Otóż podałam wszystkim pacjentom po pół tabletki aspiryny, 
przyniosłam im wyżej wspomniany sok jabłeczny, otuliłam ich ciepłymi kocami, po czym 
zajęłam się osobno mężem, przyniosłam mu wodę, papierosy, zapałki i popielniczkę; 
zapomniałam zaznaczyć, że postanowił spędzić noc w pokoju gościnnym, bo jest tam 
znacznie cieplej. Około godziny dziesiątej udałam się na inspekcję, żeby stwierdzić, czy 
dzieci śpią, czy są nakryte i czy Toby położył się już na dolną półkę łóżka Laurie'ego. 
Następnie zażyłam dwie tabletki nasenne i położyłam się do własnego łóżka, we własnym 
pokoju. Ponieważ mąż mój tymczasem przeszedł do gościnnego, przesunęłam się na jego 
stronę łóżka, bo tam znajduje się nocny stolik. Położyłam na nim papierosy, zapałki i 
postawiłam kieliszek koniaku, który służy mi znacznie lepiej niż wszelkie syropy. Po 
pewnym czasie obudziłam się i zobaczyłam Jannie. 

- Nie mogę zasnąć - oświadczyła. - Chcę spać w twoim łóżku. 
- Zgoda - powiedziałam. - Ale przynieś sobie poduszkę. 
Przyniosła więc poduszkę, różowy kocyk i sok i postawiła go na podłodze przy łóżku po 

stronie, po której nie ma nocnego stolika, owinęła się różowym kocykiem, przyłożyła główkę 
do poduszki i usnęła. I ja usnęłam, ale po niedługim czasie zjawiła się w pokoju Sally. 

- Gdzie jest Jannie? - zapytała. 
- Tutaj - odpowiedziałam. - Czy ty też chcesz wejść do mojego łóżka? 
- Tak - stwierdziła Sally. 
- No, to idź po swoją poduszkę. 
Sally powróciła z poduszką, lalką, walizeczką i sokiem jabłkowym i postawiła go na 

podłodze przy szklance Jannie. Następnie ułożyła się wygodnie u boku siostry i z miejsca 
usnęła. Po pewnym czasie dziewczynki zaczęły tak na mnie napierać, że wstałam, wzięłam 
poduszkę, kieliszek koniaku, papierosy, zapałki, popielniczkę i udałam się zmęczonym 
krokiem do gościnnego pokoju, gdzie mąż mój spał głębokim snem. Wkrótce obudził mnie, 
poprosił, żebym go przepuściła, oświadczył, że jest mu za gorąco i że przenosi się z 
powrotem do sypialni. Wziął swoją poduszkę, swoje papierosy, zapałki, popielniczkę i 
aluminiowy kubek z wodą i poczłapał na korytarz. Zasnęłam, ale natychmiast obudził mnie 
Laurie, który wszedł do gościnnego pokoju, niosąc koc i szklankę z sokiem. 

- Za zimno u mnie - oświadczył, więc przesunęłam się, pozwoliłam mu położyć się pod 

ścianą i zasnęłam. Po kilku minutach zjawił się, skomląc nerwowo, Toby, wskoczył na łóżko i 
owinął się dokoła Laurie'ego. Miałam do wyboru: zostać zgnieciona albo wynieść się. 
Zabrałam więc wszystkie moje parafernalia i udałam się do naszej sypialni, gdzie mój mąż 
spał w najlepsze pomiędzy Jannie a Sally. Jannie przebudziła się i wymamrotała: „Do 
własnego łóżka”, więc pomogłam jej zanieść poduszkę, sok i różowy kocyk do jej pokoju i 
otuliłam ją. 

background image

Z chwilą, kiedy Jannie opuściła nasze małżeńskie łoże, Sally rozłożyła się tak szeroko, 

że zabrakło miejsca dla mnie. Nie mogłam zająć jej łóżeczka, bo było dla mnie za krótkie, a 
na górną półkę piętrowego łóżka nie zdołałabym się wdrapać. Wiedziałam, że pies śpi w 
gościnnym pokoju, więc wzięłam pierzynkę Sally i ułożyłam się na dolnym łóżku. Kieliszek, 
papierosy, zapałki i popielniczkę ustawiłam na podłodze. W chwilę później Jannie, która 
widocznie uznała, że jest jej zbyt smutno samej, wlazła na górną półkę, postawiwszy 
uprzednio na podłodze szklankę z sokiem. 

Około szóstej rano pies postanowił wyjść na dwór, a zresztą może chciał powrócić na 

swoje łóżko, w każdym razie stanął nade mną i wył jak hiena. Wstałam, zaczęłam kichać, ale 
zeszłam na dół, wypuściłam go, a potem pomyślałam sobie, że skoro już jestem na dole, to 
zaparzę sobie kawy i przynajmniej napiję się czegoś ciepłego. Kiedy stałam i czekałam, żeby 
woda się zagotowała, Jannie pojawiła się na górnym podeście schodów i zawołała, że też ma 
ochotę na coś gorącego do picia, po chwili Laurie zaczął się ruszać w gościnnym pokoju, 
więc zagrzałam mleko, wlałam je do dzbanka i zrezygnowana postanowiłam nakarmić i 
napoić czymś ciepłym całą rodzinę. Wyjęłam z szafki kubki, a ze spiżarni babkę drożdżową, 
postawiłam wszystko na tacy, po czym przypomniałam sobie, że mój mąż nie jada 
drożdżowego ciasta, i położyłam na talerz kilka bułeczek z cebulką. Kiedy znalazłam się na 
piętrze niosąc tacę, z pokoju gościnnego zaczęły dochodzić dźwięki śmichów i chichów 
Laurie'ego i Jannie, a z naszej małżeńskiej sypialni cienki głosik Sally. Kiedy tam weszłam, 
zastałam ją siedzącą na łóżku u boku na pół przebudzonego ojca. 

- Tata zagra? - pytała swoim raźnym głosikiem, otworzyła walizeczkę i zaczęła 

rozdzielać karty. Rozłożyła na poduszce siódemkę pik oraz cztery kara od asa do waleta. 

Zapytałam męża, czy nie napiłby się kawy, na co odparł, że jest mu piekielnie zimno. 

Zaproponowałam więc, żeby przeszedł do gościnnego pokoju, gdzie na pewno jest znacznie 
cieplej. Poszliśmy więc wraz z małą do gościnnego, mąż wlazł do łóżka, Laurie przesunął się, 
a reszta rodziny usiadła w nogach. Nalałam dzieciom mleka, a nam kawy, dzieciom dałam też 
po kawałku babki, a mężowi bułeczkę z cebulką. Jannie postanowiła wziąć mleko i babkę i 
pójść do swojego łóżka, a ponieważ podziała jej się gdzieś własna poduszka, więc zabrała 
poduszkę z gościnnego łóżka. Sally poszła oczywiście za przykładem siostry, ale najpierw 
udała się do naszej sypialni po swoją poduszkę. Podczas gdy nalewałam mu kawę, mąż mój 
zasnął, a Laurie postawił kubek z gorącym mlekiem w niebezpiecznej pozycji na ramie łóżka 
i zażądał, żebym mu znalazła jego poduszkę, bo nie ma pojęcia, gdzie mu się podziała, więc 
poszłam do jego pokoju, zdjęłam poduszkę z górnej półki, ale okazało się, że jest to poduszka 
Jannie, bo pod nią leżał jej różowy kocyk. Wzięłam więc swoją kawę i swoją poduszkę do 
własnego łóżka, rozsiadłam się w nim wygodnie i w tej samej chwili zjawił się naburmuszony 
Laurie, oświadczył, że tato wykopał go z łóżka, i zapytał, czy może się położyć u mnie. 
Zgodziłam się, więc poszedł po swoją poduszkę i wkrótce powrócił niosąc tę z dolnej półki, 
która okazała się moją. Usnął z miejsca i zaraz potem zjawiła się mała, żeby zabrać swoje 
książeczki i walizeczkę, ale postanowiła zostać z nami i po chwili przyniosła mleko i talerzyk 
z babką. Wycofałam się więc do gościnnego pokoju, zażądałam od męża, żeby się przesunął, 
usiadłam na brzegu łóżka i nareszcie wypiłam kawę. Tymczasem Jannie wlazła w 
poszukiwaniu swojej poduszki na górną półkę łóżka Laurie'ego, a nie znalazłszy jej, wzięła 
poduszkę z łóżeczka Sally oraz mój koniak i zabrała się do słuchania radia Laurie'ego. Potem 
musiałam zejść na dół, żeby wpuścić psa, który od razu pobiegł na górę i położył się na swoje 
łóżko, czyli na dolną półkę łóżka Laurie'ego. Podczas mojej nieobecności mąż powrócił na 
łóżko w gościnnym pokoju, wobec tego wlazłam do łóżka Jannie, które jest trochę dla mnie 
za krótkie. Zabrałam ze sobą poduszkę z gościnnego pokoju oraz kawę. 

Około dziewiątej przyniesiono nam gazety niedzielne, więc pobiegłam po nie na dół, a 

gdzieś około wpół do dziesiątej wszyscy się obudzili. Mąż powrócił do naszego małżeńskiego 
łoża w momencie, kiedy Laurie i Sally je opuszczali, a Laurie wygonił Jannie do gościnnego 

background image

pokoju i zajął górną półkę swojego piętrowego łóżka. Za piętnaście dziesiąta mój mąż obudził 
się i stwierdził, że jest owinięty różowym kocykiem Jannie, pod głową ma zieloną poduszkę 
Laurie'ego, na której leży również kawałek drożdżowej babki i że na jego nocnym stoliku 
znajduje się sok Sally oraz siódemka pik i as karo. Laurie miał za to mój koniak, moje 
papierosy i zapałki, i różową poduszeczkę małej. Pies miał moją białą poduszkę i 
popielniczkę. Jannie w gościnnym pokoju miała niebieską poduszkę, dwie szklanki soku, 
papierosy, zapałki i popielniczkę swojego ojca oraz mleko Laurie'ego, nie mówiąc oczywiście 
o jej własnym mleku, babce i bułeczkach z cebulką tatusia. Mała miała w swoim łóżeczku 
aluminiowy kubek taty, kilka książeczek, walizeczkę tekturową, lalkę i poduszkę z 
gościnnego pokoju, ale nie mogła znaleźć pierzynki. 

Zagadka brzmi oczywiście, gdzie jest pierzynka Sally? Wiem, że zdjęłam ją z jej 

łóżeczka i położyłam na dolną półkę piętrowego łóżka w pokoju Laurie'ego. Pies twierdzi, że 
kiedy się obudził, nie było jej już, podobne zdanie wyraziły pozostałe łóżka. Jest to pierzynka 
puchowa z różnobarwnych zszywek, z przewagą koloru niebieskiego. Od tej pory wszelki 
słuch po niej zaginął. Chciałabym bardzo wiedzieć, co się z nią stało. Jak już wspomniałam, 
mamy bardzo mało koców. 

 
Robiło się coraz chłodniej, początek szkoły był znowu za pasem, więc wyciągnęłam z 

szafy czerwone farmerki z napisem „Laurie”, wyhaftowanym w swoim czasie na przodzie, 
który zastąpiłam później imieniem „Jannie”. Teraz zabrałam się do zakrzyżykowania również 
tego napisu i wyhaftowania tuż obok imienia „Sally”. Farmerki były lekko przetarte na 
siedzeniu i wystrzępione na dole, ale byłam do nich po prostu przywiązana. Sally dziedziczyła 
także setki bluzeczek polo i tysiące nie od pary skarpetek. Laurie otrzymał skórzaną kurtkę, 
Jannie nie rozstawała się z torebką, Niunia miała małe, przy czym jedno urodziło się bez 
ogona. Rodzina jednej z przyjaciółek Jannie natychmiast je zabrała twierdząc, że jest 
niezwykłe, a więc szczególnie atrakcyjne. Jannie została zapisana do prywatnego przedszkola, 
do którego przyjmowano wyłącznie dziewczęta. Prowadziła je emerytowana nauczycielka we 
własnym domu; Jannie zaczęła skakać zamiast chodzić i nieustannie chichotała ze swoimi 
przyjaciółkami. Po dwóch tygodniach matka przyjaciółki Jannie zatelefonowała i oświadczyła 
z oburzeniem, że naszemu kotkowi zaczął najwyraźniej wyrastać ogon, że już wyrósł do 
połowy i zatrzymał się i że oni nie mają najmniejszej ochoty na kota z połówką ogona, przy 
czym dała mi niedwuznacznie do zrozumienia, że wprowadziłam ją rozmyślnie w błąd 
twierdząc, że darowuję im kociaka, który nigdy ogona mieć nie będzie. 

W tym samym czasie Sally zrezygnowała z wszelkich prób pokojowego współżycia z 

rodziną, kazała mówić na siebie „Tygrys” i wypowiedziała świętą wojnę wszelkiej odzieży, a 
także szczotkom do zębów, zielonym warzywom i łóżku. Główną jej bronią była guma do 
żucia. Wykradała ją Laurie'emu z kieszeni i wyczyniała z nią istne cuda na własnych włosach 
oraz naszych książkach, a raz nawet na maszynie do pisania ojca. 

Ja tymczasem obliczyłam, że od chwili wprowadzenia się do naszego domu zużyłam 

pięćset pudełek proszku budyniu czekoladowego; komitet rodzicielski zaplanował zakupienie 
autobusu szkolnego w przyszłym roku; młodszy z braci Harvey, który, gdy sprowadzili się, 
był jeszcze w szkole średniej, miał zostać jego kierowcą; a mąż mój, po długim namyśle i 
wielu nieudanych próbach zapakowania walizeczki i znalezienia białych koszul, udał się w 
ważnych sprawach do Nowego Jorku. 

Na stacji odbyło się uroczyste pożegnanie; dwoje starszych dzieci trzymało się blisko 

nas, a Sally huśtała się na wózku bagażowym. Laurie czterokrotnie zapytał: „Kiedy 
przyjedzie pociąg?”, a Sally dała nam niedwuznacznie i po wielekroć do zrozumienia, że 
najchętniej pojechałaby z ojcem. Mąż oświadczył co najmniej jedenaście razy, że jest 
zupełnie pewny, iż przez czas jego nieobecności nic się nie stanie, a ile razy ja z kolei 
zapewniałam go, że na pewno nie i żeby się o nas nie martwił - tego już nie zliczę. Pociąg 

background image

spóźnił się kwadrans, co pozwoliło nam powtarzać w kółko wyżej wymienione uwagi oraz 
cały szereg innych, równie rozsądnych. 

- Założę się, że nie odważysz się stać na szynach, jak będzie nadjeżdżał pociąg. (Laurie 

do Jannie). 

- Czy na pewno zapakowałeś wełniane skarpetki? (Ja do męża). 
- A co będzie, jak pociąg w ogóle nie nadjedzie? (Janie do ojca). 
- Murzynek Bambo w Afryce mieszka - zawiadomiła nas Sally głośno i wyraźnie. 
- Ojej - westchnął Laurie - niech już ten pociąg przyjedzie. Chodźmy do domu. Ojcu się 

nic nie stanie. 

Na peronie zapanowało nagle poruszenie. Chciałam szybko powiedzieć Laurie'emu, że 

w końcu przyszliśmy wszyscy na dworzec, żeby odprowadzić tatusia, kiedy Sally zaczęła 
podskakiwać jak szalona i wrzeszczeć: 

- Jedzie, jedzie, jedzie pociąg! 
Jannie i Laurie ruszyli w stronę torów, więc musiałam ich trzymać za poły kurtek. 
- No więc - oświadczył mój mąż. 
- Do widzenia, do widzenia! - krzyczałam za nim, ale już pędził za pociągiem i tylko od 

czasu do czasu odwracał się, machał ręką i też wołał „do widzenia, do widzenia!” Ogarnęło 
mnie dojmujące uczucie zazdrości, ale czekałam uprzejmie, aż pociąg zniknie za zakrętem. 

- No dobra, dzieci - powiedziałam wtedy. - Jazda do domu. 
- Czy tato odjechał? - zapytała Sally. 
- Jak najbardziej - stwierdził Laurie.  
Wpakowałam je do samochodu, przy czym udało mi się powstrzymać Sally od 

natychmiastowego opuszczenia go przez przeciwległe okno, po czym naciągnęłam rękawiczki 
i ruszyłam. 

- Murzynek Bambo... - zaczęła znowu Sally. 
- Bambo, szmambo! - wrzasnął Laurie. - Czegoś ty się uwzięła na tego Murzynka? 
- Przerwałeś mi - odezwała się Sally z wielką godnością. - Murzy... 
- Czy ty o niczym innym nie potrafisz mówić? 
- Czy kupisz nam lizaki? - zapytała Jannie, przewieszona przez tylne oparcie tuż za 

moją głową. - Tata odjechał, więc musisz nam kupić lizaki albo balonówy, albo lody na 
patyku. Za to, że tato od nas odjechał. 

- Jedziemy prosto do domu na kolację - powiedziałam stanowczo. - Na deser jest budyń 

czekoladowy. 

- Tata nie dostanie budyniu czekoladowego - zasmucił się Laurie. 
Dla uczczenia odjazdu taty mieliśmy na kolację parówki i fasolkę po bretońsku; 

najpierw nakarmiłam dzieci, a potem postawiłam na tacy talerz z parówkami i fasolką i 
pomyślałam, że mąż pewnie pałaszuje teraz wytworną kolację w eleganckim i słynnym na 
cały świat z wspaniałej kuchni wagonie restauracyjnym naszej linii kolejowej. Co najmniej 
kawior i polędwica z rusztu, powtarzałam w myślach i wpatrywałam się tępym wzrokiem w 
okładkę kryminału. Dzieci spały, było niezwykle cicho i nie wiadomo dlaczego przypomniało 
mi się nagle, że nasi najbliżsi sąsiedzi wyjechali na zimę na Florydę. Wzięłam więc kryminał 
i kota i położyłam się do łóżka. Zasnęłam nie gasząc światła. Kot wiercił się niespokojnie, 
więc kilkakrotnie budziłam się w nocy, ale mimo że nie lubię spać przy świetle, jakoś nie 
miałam ochoty zgasić lampy. Zdawało mi się, że podłoga za drzwiami sypialni skrzypi, a 
kilka razy byłam pewna, że czuję dym. Obudziłam się w kiepskim humorze i zaraz okazało 
się, że jest godzina wpół do ósmej, a nie siódma, a to, co tak szumiało za oknem, było 
rzeczywiście deszczem. Wyskoczyłam z łóżka, zamknęłam okna, zgasiłam lampę, 
otworzyłam drzwi i wrzasnęłam: 

- Czy któreś z was już wstało? 

background image

W odpowiedzi usłyszałam odgłosy nagłego zamieszania. Moje dzieci 

najprawdopodobniej odsuwały od siebie kredki i książeczki do kolorowania i rzucały się 
gwałtownie na szkolną odzież. Nie myjąc nawet zębów (najpierw rób to, co najważniejsze, 
mówiłam sobie), pobiegłam do kuchni, nastawiłam wodę na płatki owsiane, napełniłam 
szklaneczki sokiem owocowym i zabrałam się do parzenia kawy. Kiedy w kuchni zjawiła się 
Jannie, rozkładałam na stole łyżki i miseczki. Rzuciłam okiem na córkę i powiedziałam, nie 
przerywając nakrywania stołu: 

-.Zdejm naszyjnik, to są twoje wizytowe pantofelki, leje jak z cebra. Nałóż sweter, 

zdejm tę bluzeczkę. Umyj zęby. 

A ponad jej głową dodałam, zwracając się do Sally: 
- Przełóż pantofle z nogi na nogę. Wyłożyłam ci farmerki, nie możesz dzisiaj latać w 

kostiumie kąpielowym. I nałóż skarpetki. 

Podniosłam głowę do góry i wrzasnęłam z całych sił: - Laurie!  
Po minucie odpowiedział: 
- Ubieram się. 
- Sally - uśmiechnęłam się. - Idź na górę i obudź brata. 
- Zimno - Jannie zaczęła się rozmyślnie trząść na całym ciele. - Jest okropnie zimno. 
- Gdybyś nałożyła sweterek zamiast tej cienkiej bluzeczki - zaczęłam. - Sally, idź i 

obudź brata. 

- Też mi zimno - oświadczyła Sally. 
- Już się obudziłem - Laurie zjawił się w drzwiach kuchni. Był w pidżamie. - Ale zimno! 
Zaczęłam sobie uświadamiać fakt, że rzeczywiście w domu zrobiło się dosyć chłodno. 

Tak się spieszyłam, że nawet nie zauważyłam, iż wszystko, czego dotykałam, było właściwie 
szalenie zimne. Łyżki, pudło z płatkami, poręcze krzeseł. Spojrzałam na Laurie'ego, a on 
skinął porozumiewawczo głową. 

- Na pewno tak - powiedział ponurym głosem. Pobiegłam do salonu. Za mną Laurie, za 

Laurie'm Jannie, a za Jannie Sally, która mruczała pod nosem: 

- Trzeba nakarmić biednego, głodnego pieseczka. 
Termostat w salonie nastawiony był na 72 stopnie, ale umieszczony pod nim termometr 

wskazywał tylko 62. Ponownie spojrzałam na Laurie'ego, który znowu skinął 
porozumiewawczo głową. Podkręciłam termostat do 75, a następnie do 80, po czym wszyscy 
wstrzymaliśmy oddech i czekaliśmy, co z tego będzie. Ale z piwnicy nie doszedł nas niestety 
dobrze znajomy dźwięk włączającego się pieca od centralnego ogrzewania. Widocznie był 
zepsuty. 

Nie mam żadnych zdolności technicznych. Panicznie boję się korków elektrycznych, 

przewodów, motocykli, piorunochronów, wiertarek, dużych zwierząt, a szczególnie pieców 
centralnego ogrzewania. Przez wiele, wiele lat mój mąż cierpliwie uczył mnie obchodzenia 
się z takimi przyrządami mechanicznymi, jak podgrzewacz, opiekacz do grzanek czy 
elektryczna maszynka do parzenia kawy, ale nikt nie zmusi mnie do zejścia do piwnicy i 
majstrowania przy piecu od centralnego ogrzewania. Byłam prawie pewna, że po to, by ten 
potwór znowu zaczął działać, wystarczy otworzyć małe, boczne drzwiczki z lewej strony i 
nacisnąć trzeci guziczek. Pokazał mi to dosyć nawet niedawno mąż, kiedy wraz ze specjalistą 
od zagadnień ogrzewniczych wezwał mnie do piwnicy. Panowie powtarzali wielokrotnie i 
coraz to bardziej podniesionymi głosami, że w razie awarii należy zrobić to, a nie co innego. 
Żaden piec, powtarzał w kółko mój mąż, pukając się przy tym palcem w czoło, żaden piec 
jeszcze nigdy nie wybuchnął od tego, że jego właścicielka nacisnęła trzeci guziczek z lewej 
strony. Żaden piec, powtarzał jak oszalały. 

- Pani - dodał specjalista - niech se pani wyobrazi, że trzeba będzie włączyć kiedyś piec, 

jak nikogo nie będzie w domu. 

background image

Ruszyłam rezolutnym krokiem ku drzwiom od piwnicy. Czułam się jak bohaterka. 

Dzieci zgromadziły się dokoła mnie. 

- Piec się wyłączył - oświadczyłam. - Zaczekajcie tu. Zejdę do piwnicy i włączę go. 
- Aha - odezwał się Laurie. - To jest dobra myśl. 
Spojrzał na mnie bez cienia optymizmu w oczach. 
- Chyba że jest zepsuty - powiedziałam. (Czy to aby na pewno trzeci guziczek na lewo? 

A może drugi? A może czwarty?) 

- Wolę go nie włączać, jeżeli jest zepsuty - powiedziałam do Laurie'ego. - Może z tego 

być prawdziwa awaria. 

- Może skończył się mazut? - zasugerował Laurie. 
- No właśnie - zgodziłam się z entuzjazmem. - Wyobraź sobie, co by to było, gdybym 

go włączyła, kiedy on jest zupełnie pusty. Najlepiej będzie, jak wezwę tego faceta. 

Laurie skinął poważnie głową na znak zgody. 
Byliśmy szalenie spóźnieni. Ale to szalenie. Zanim zdołałam zawiązać wszystkie 

sznurowadła, zanim dopilnowałam, żeby cała kasza została zjedzona, włosy wyszczotkowane, 
zęby umyte, drugie śniadanie zapakowane, książki szkolne zebrane, kurtki nałożone, kalosze 
odnalezione, była ósma trzydzieści. Samej udało mi się wypić duszkiem filiżankę kawy, co 
uważam za duże osiągnięcie. Wpakowałam dzieci do samochodu, sprawdziłam okiem 
cerbera, czy każde z nich ma przy sobie chusteczkę do nosa i czy żadne nie próbuje 
przemycić jakiejś kontrabandy, skonfiskowałam nieduży telefon z plastyku, dwie paczki 
gumy balonowej od Sally i duży pierścionek z czerwonym oczkiem od Jannie. Zatrzasnęłam 
drzwiczki po stronie dzieci, okrążyłam samochód, chwyciłam Sally, która właśnie próbowała 
wysiąść oknem, policzyłam je po raz trzeci, żeby się upewnić, że jest ich rzeczywiście tylko 
troje, i usiadłam za kierownicą. 

- Gdybyś wstała wcześniej - odezwała się Jannie - nie byłoby takiej gonitwy. 
Otworzyłam usta, żeby jej odpowiedzieć, ale zreflektowałam się na myśl o tym, że moje 

biedne dzieci są chwilowo pozbawione ojca, i z wielkim spokojem odparłam: 

- No, ale teraz nie musimy się już spieszyć.  
Nacisnęłam starter. 
- Laurie siedzi w szkole z dziewczynami, bo jest taki śliczny - zachichotała Jannie. 
- Coś ty powiedziała... 
- Dzieci - zawołałam - uspokójcie się na chwilę!  
Znowu nacisnęłam starter. 
- Jannie mówi takie rzeczy dlatego, bo wie, że Laurie tego nie znosi. Laurie, radzę ci, 

nie odpowiadaj jej, a zobaczysz, jak szybko... 

Znowu nacisnęłam starter. 
- Murzynek Bambo - zaczęła Sally - w Afryce mieszka, trudno i darmo, jest nasz 

koleżka. Koleżka, koleżka, koleżka - powtarzała i zanosiła się od śmiechu. 

Nacisnęłam starter, dodałam ssania. 
- Dlaczego on nie chce ruszyć? - zainteresowała się Jannie, a Laurie zaczął pękać ze 

śmiechu. Po chwili Jannie przyłączyła się do niego. 

- Murzynek Bambo - recytowała Sally. 
- Wysiądź i załóż korbę - sugerował Laurie, trzymając się za brzuch. 
- Spraw sobie konia z bryczką - poradziła mi moja starsza córka. 
- Murzynek Bambo... 
- On się tylko zalał - oświadczyłam bardzo spokojnie, a nawet z pewną dozą humoru. - 

Głupi, stary grat - dodałam i z całych sił kopnęłam sprzęgło. 

- Słuchajcie - ocknął się nagle Laurie. - Ja się na pewno spóźnię do szkoły. 
- Nic podobnego. Po prostu powiesz pani nauczycielce, że samochód nie chciał ruszyć. 

background image

- To było ostatnim razem - Laurie był teraz autentycznie zdenerwowany. - Ona 

powiedziała, że jeżeli za piętnaście dziewiąta nie będę na boisku w tenisówkach, to wyznaczy 
innego chłopca na lewego skrzydłowego. 

- Dlaczego on nie rusza? - dowiadywała się Jannie. - Co się stało z naszym 

samochodem? 

Sieroty nie sieroty, pomyślałam sobie, ale trudno. Powiedziałam więc podniesionym 

głosem: 

- Nie zawracaj mi teraz głowy. 
Znoszę kaprysy mojego samochodu z wielką cierpliwością, rozumiem wszystkie jego 

idiosynkrazje, a on moje. Faktem jest, że znamy się na wylot jak mało kto kogo. Samochód 
wie na przykład doskonale, że przeciągły cichy jęk, jaki wydaje z siebie, kiedy jest 
nieszczęśliwy, doprowadza mnie do białej gorączki, a ja z kolei zdaję sobie sprawę, że jeżeli z 
jakichś względów postanowił nie zapalić, to żadne tam moje figle nie skłonią go do zmiany 
zamiaru. 

- Sprzedam tego wstrętnego grata za pięćdziesiąt centów! - krzyknęłam, wysiadłam i 

wróciłam do domu, żeby zatelefonować po taksówkę. 

- Co, znowu? - zdziwił się pan Williams, kiedy powiedziałam mu, co mi się przytrafiło. 

- Czy to przypadkiem nie bateria? 

- Nie, to dzieci - odpowiedziałam szybko. - Muszę je zawieźć do szkoły, 
- Już i tak się spóźnią - oświadczył pan Williams. - Zanim do was przyjadę i je 

porozwożę. No, ale co tam! Nauczycielki są chyba do tego przyzwyczajone, jeżeli chodzi o 
pani dzieci. 

Laurie i Jannie wsiedli do taksówki, zabierając ze sobą szczęśliwie książki i pudełka z 

drugim śniadaniem. Upomniałam Jannie surowo, żeby nie odważyła się wysiąść przed szkołą 
Laurie'ego, ale pozwoliła bez sprzeciwu zawieźć się do przedszkola; uprosiłam pana 
Williamsa, żeby podjechał po Jannie o dwunastej, a po Laurie'ego o trzeciej, i dodałam, że 
zapłacę mu później, bo dochodzi już dziewiąta. Następnie - najprzód to, co najważniejsze -
zamknęłam Sally w jej pokoju, dałam jej klocki i nakręciłam numer firmy K.B. Anderson 
Usługi Hydrauliczne i Ogrzewnicze, Odezwała się pani Anderson. Powiedziałam jej, kim 
jestem, wyjaśniłam, o co chodzi, i zapytałam, czy pan Anderson mógłby natychmiast do mnie 
przyjechać. 

- O nie, nie dzisiaj - powiedziała. - Wróci dopiero koło południa, ale musi jeszcze 

założyć kaloryfer u Sawyerów, a to zajmie mu całe popołudnie. Może jutro... 

- Kiedy u nas ogrzewanie nie działa, a dzieci... 
- Jutro chyba też nie - zastanawiała się pani Anderson - bo, widzi pani, zapomniałam, że 

dziś wieczorem mąż jedzie na zjazd hydraulików do Waterville, a sama pani wie, co oni na 
tych zjazdach wyrabiają. 

Zgodziłam się pospiesznie z jej opinią o zjazdach hydraulików i dodałam, że w moim 

domu jest coraz zimniej i że moje dzieci... 

- Może spróbowałaby pani pogadać z Dickiem Sampsonem, tym z Bridge Street - 

zasugerowała pani Anderson. - On zajmował się tego rodzaju reperacjami, zanim się ożenił. 

- Sampson? 
- Tak, ale zaraz, on już nie mieszka na Bridge Street. Nie rozumiem, dlaczego to 

powiedziałam. Mieszkał na Bridge Street kilka lat temu, zanim... 

- A czy on nie jedzie na zjazd hydraulików? 
- On na pewno nie - odparła pani Anderson z satysfakcją w głosie. - Ożenił się z jedną z 

panien Wiley i dlatego chyba powiedziałam Bridge Street. Zdaje się, że z Mildred, ale nie 
jestem pewna. 

- Ale mój piec... 

background image

- Już wiem. East Street. Wiedziałam, że sobie przypomnę. Albo niech się pani postara 

złapać Billa Englanda, to dobry fachowiec. Albo jednego z braci Hope. 

- Jestem pani niezmiernie zobowiązana - odwiesiłam słuchawkę, zaczęłam przyglądać 

się spisowi nazwisk (znam braci Hope i wolę raczej zamarznąć na śmierć) i pomyślałam 
sobie, że wśród mężów moich licznych miejscowych przyjaciółek na pewno znajdzie się taki, 
który odważy się zejść do piwnicy i obejrzeć nasz piec. Nancy, postanowiłam. Ona i jej mąż 
Cliff przyszli do nas kiedyś specjalnie po to, żeby pomóc nam rozłożyć duży dywan. 
Nakręciłam numer Nancy, zapytałam, jak się ma, odparła, że dobrze, i z kolei zapytała mnie, 
jak się mam, powiedziałam jej, że mąż wyjechał, więc zawiadomiła mnie, że zakupili nowe 
fotele na werandę, po czym ja powiedziałam, że od dawna zamierzam zadzwonić do niej, a 
ona stwierdziła, że nie widzieliśmy się już od Bóg wie kiedy, na co ja powiedziałam, że trzeba 
będzie znów kiedyś zagrać w brydża, może w przyszłym tygodniu, na co ona przyrzekła, że 
na pewno do mnie za kilka dni zadzwoni, a ja, że zadzwonię pierwsza i już chciałam się 
pożegnać, kiedy przypomniało mi się i krzyknęłam: „chwileczkę, przecież mam ważną 
sprawę!”, i opisałam jej całą historię z piecem, na co ona poradziła mi, żebym zadzwoniła do 
Andersona. 

- Kiedy on jedzie na zjazd hydraulików. 
- Znowu? Jak William wrzucił szczotkę do włosów do klozetu i zadzwoniłam do pani 

Anderson, to ona też mi powiedziała, że mąż nie może przyjść, bo ma zjazd hydraulików. To 
było zaledwie sześć tygodni temu, pamiętam doskonale, bo moja matka akurat... 

- Czy nie sądzisz, że Cliff...? 
- Ależ oczywiście! Przyślę ci go, jak tylko wróci do domu. Z przyjemnością to zrobi. 
Postanowiłyśmy, że w najbliższych dniach skomunikujemy się ze sobą, po czym 

rozłączyłyśmy się. Zadzwoniłam do Eddie'ego i zażądałam, żeby dla odmiany znów zabrał się 
do mojego samochodu, na co Eddie głęboko westchnął i oświadczył, że czuje, iż tym razem 
wysiadł pasek od wentylatora. Pozmywałam po śniadaniu, zaścieliłam łóżka, po czym wpadło 
mi do głowy, że jak zjawi się Eddie, to poproszę go, żeby zszedł do piwnicy i zrobił coś z 
piecem od centralnego. Jest przecież mechanikiem, no i w ogóle, ale kiedy w końcu się 
zjawił, byłam właśnie przy telefonie. Dzwoniła Nancy, żeby mi powiedzieć, że wtedy to nie 
był zjazd hydraulików, ale zjazd specjalistów od pieców na olej i że jest jej przykro, iż 
niesłusznie obgadała pana Andersona. Zgodziłyśmy się, że należałoby w najbliższym czasie 
zejść się na partyjkę brydża, a przez ten czas Eddie wsiadł w mój samochód i odjechał. W 
obiadowej porze taksówkarz przywiózł Jannie do domu i w tym momencie przypomniało mi 
się, że zamierzałam rano, po odwiezieniu dzieci do szkoły, zatrzymać się przy sklepie 
spożywczym i nabyć bochenek chleba. W związku z tym Jannie i Sally dostały na lunch 
krakersy z masłem fistaszkowym. Siedziały w kuchni, narzekały, jadły, a ja tymczasem 
zadzwoniłam do Carol. Zapytała mnie, jak się mam, ja z kolei zapytałam ją, jak ona się ma, 
więc opowiedziała mi, że jej starszy syn właśnie przeszedł okropny katar, a ja zawiadomiłam 
ją o wyjeździe mojego męża, na co ona stwierdziła, że powinnyśmy się koniecznie umówić. 
Przyrzekłam, że niebawem do niej zadzwonię, i zapytałam, czy na razie nie mogłaby mi kupić 
bochenka chleba, jak będzie szła po zakupy. Dodałam, że zepsuł mi się samochód. Carol 
wyraziła mi swoje współczucie i dodała, że bez samochodu trudno sobie dać radę, jak 
mieszka się tam, gdzie my, oraz zapytała, czy nie boję się spać w takim dużym domu bez 
męża. O nie, odparłam, mnie to zupełnie nie przeszkadza i czy poza tym mogłaby mi kupić 
puszkę tuńczyka. Czułam, że powinnam jeszcze coś bardzo ważnego powiedzieć, ale nie 
miałam czasu do namysłu, ponieważ Carol domagała się, żebym sobie przypomniała, czy mi 
jeszcze czegoś nie trzeba. Bo to dla niej żadna fatyga. Więc podziękowałam jej, 
oświadczyłam, że jest najlepszą z sąsiadek i że musimy się koniecznie wkrótce zobaczyć. 

Położyłam Sally do łóżka na poobiednią drzemkę, wpakowałam Jannie do pokoju 

Laurie'ego z nowymi łamigłówkami i książeczkami i rozsiadłam się w fotelu z kryminałem. 

background image

Około godziny drugiej dokuczliwa, ale niejasna myśl, kotłująca się w moim mózgu od chwili 
rozmowy z Carol, nagle skrystalizowała się, a to na skutek odkrycia, że w moim kryminale 
motywem zbrodni był duży spadek. Pieniądze. Oczywiście. Przecież mąż dał mi czek i kazał 
mi go zrealizować w banku. 

Czek leżał sobie najspokojniej w świecie w mojej torebce wraz z trzema monetami 

dwudziestopięciocentowymi i jednym centem. Mimo że Carol prawdopodobnie zgodziłaby 
się poczekać kilka dni na zwrot równowartości bochenka chleba i puszki tuńczyka, nie 
załatwiało to sprawy, bo był wtorek, czyli dzień powrotu bielizny z pralni. Posłaniec na 
pewno nie wyda mi reszty z czeku w gotówce, bo czek był spory, a poza tym muszę przecież 
zapłacić panu Williamsowi za taksówkę. Mogłabym poprosić pana Williamsa, żeby zaczekał 
do jutra, a tymczasem zwrócić Carol pieniądze za chleb i tuńczyka, ale nazajutrz, czyli w 
środę, Jannie i Laurie przed pójściem do szkoły zażądają jak co tydzień po 35 centów za 
mleko. Kiedy usiłowałam wykombinować, jak podzielić trzy dwudziestopięciocentówki i 
jednego centa na dwa razy po 35 centów, zrobiła mi się zupełna kasza w głowie. Właśnie 
zastanawiałam się poważnie nad tym, czy nie odłożyć tych wszystkich problemów na później, 
a tymczasem uciąć sobie drzemkę, kiedy rozległo się pukanie do drzwi. Otworzyłam i 
zobaczyłam pana Andersona. 

- Moja żona kazała mi lecieć do pani, jak tylko wróciłem do domu. Podobno pani dzieci 

strasznie marzną. 

- Piec od centralnego nie działa - wyjaśniłam mu z miejsca. - Jest na dole, w piwnicy. 
Pan Anderson pracuje na zasadzie ściśle gotówkowej - być może z powodu swoich 

licznych zobowiązań towarzyskich. Mówi się o nim - a ja wierzę w to bezapelacyjnie - że 
jeżeli nie otrzymuje natychmiast zapłaty za robotę, to potrafi wrócić do piwnicy i zepsuć to, 
co naprawił. 

- Mam nadzieję, że uda się panu zreperować ten głupi piec - uśmiechnęłam się do niego 

słabo, a on, wesolutki i uprzejmy, zniknął w czeluściach piwnicy i natychmiast zaczął 
rytmicznie stukać w ścianę pieca. Tymczasem ja pobiegłam pędem do pokoju Laurie'ego i 
odwróciwszy się plecami do Jannie, zaczęłam przeszukiwać portfel jej brata. Znalazłam 
jedenaście centów, sumę, która nie załatwiała nawet problemu jutrzejszego mleka. Miałam 
nadzieję, że będzie tam banknot pięciodolarowy, który dziadkowie przysłali mu na kupno 
piłki futbolowej, a kiedy przypomniałam sobie, że osobiście wiozłam go do miasteczka, żeby 
mógł sobie kupić modele samochodów, miałam ochotę kopnąć się w kostkę. Jednakże na 
komodzie stała jego skarbonka. 

- Co robisz, mamo? - zainteresowała się nagle Jannie. Siedziała na łóżku i układała 

łamigłówkę, ale teraz zaczęła mi się uważnie przyglądać. 

- Szukam czegoś - odpowiedziałam zgodnie z prawdą. 
- A znalazłaś? 
- Aha. 
Kiedy pan Anderson wyłonił się z piwnicy, zastał mnie siedzącą na stole i bawiącą się 

wesolutko stertą pięcio-i dziesięciocentówek. 

- Trzeba było po prostu nacisnąć trzeci guziczek z lewej strony - oświadczył i spojrzał z 

lekkim zdziwieniem na skarbonkę Laurie'ego, która ma kształt krowy, oraz na nóż do 
rozcinania papieru, przy pomocy którego wyłuskiwałam oszczędności mojego dziecka. - 
Mogła pani to z łatwością zrobić sama. 

Roześmiałam się perliście, jak przystało na damę, która woli raczej obrabować bank niż 

dotknąć pieca od centralnego ogrzewania, i zapytałam: 

- Ile jestem panu winna, panie Anderson? 
- Dolar chyba starczy - powiedział i z wielkim zainteresowaniem patrzył, jak składam 

dolara z drobnych monet. Zgarnęłam pieniądze ze stołu i wsypałam mu je do wyciągniętej 
dłoni. 

background image

- Proszę bardzo - uśmiechnęłam się. - Mam nadzieję, że nie gniewa się pan za te drobne. 
- Bardzo pani dziękuję. - Pan Anderson zacisnął wielką dłoń i ruszył ku drzwiom. 

Odprowadziłam go, zapewniając po drodze, że jestem mu wdzięczna, że cieszę się, iż nie 
znalazł żadnego uszkodzenia, i że, moim zdaniem, niedługo przestanie padać. Pan Anderson 
wsiadł do furgonetki i dzwoniąc leciutko bilonem ruszył ku szosie, a ja powróciłam do jadalni 
i do mojej sterty pieniążków, które zaczęłam układać w kupki według wartości. Wesoło 
podśpiewując pod nosem, wsunęłam do skarbonki kilka monet, bo nie mogłam sobie 
pozwolić na to, żeby Laurie wziął ją do ręki i stwierdził, że nic w niej nie brzęczy. Po 
przeliczeniu okazało się, że wystarczy mi wprawdzie na opłacenie pralni, ale już nic nie 
zostanie na napiwek dla śmieciarzy, o których całkowicie zapomniałam. Musiałam się więc 
uciec do zasobów Jannie oraz kolekcji nędznych miedziaków Sally. W sumie miałam teraz 
czterdzieści trzy centy oraz moje trzy dwudziestopięciocentówki. Carol zjawiła się z chlebem 
i tuńczykiem i stanowczo odmówiła przyjęcia miedziaków, ponieważ musiałaby je 
zdeponować w skarbonce, a na to nie miała ochoty. Przeprosiłam pana Williamsa, bo bałam 
się dać mu tyle drobnych w obecności Laurie'ego. Właśnie robiłam sałatkę z tuńczyka na 
kolację, kiedy zjawił się Cliff, żeby naprawić piec od centralnego. Powiedziałam mu, że 
zrobił to już pan Anderson, ale zapytałam go, jak mogłam najuprzejmiej, czynie zechciałby 
zamiast tego otworzyć słoika z majonezem. Walił w wieczko kuchennym nożem, potem 
wsunął słoik pod kran z gorącą wodą, spróbował wsadzić go między drzwi, więc w końcu 
poprosiłam, żeby przestał się męczyć, że zrobię zamiast tego winegret i też będzie dobrze, na 
co on ocknął się i krzyknął: - Aha, Nancy prosiła, żebym cię zapytał, czy nie mogłabyś 
przyjść po kolacji na brydża. Na pewno znajdziemy czwartego. 

Już zamierzałam przyjąć to miłe zaproszenie, kiedy uświadomiłam sobie, że 

dziewczyna, która przychodzi do dzieci, kiedy mamy ochotę na towarzyskie życie, podniosła 
cenę do czterdziestu centów za godzinę, a ponieważ musiałam mieć pieniądze na mleko dla 
dzieci, rozporządzałam jedynie czterdziestoma ośmioma centami, czyli sumą wystarczającą 
zaledwie na niecałego robra. Uśmiechając się dzielnie oświadczyłam więc, że sądzę, iż będzie 
lepiej, jeżeli pozostanę w domu z moimi sierotkami. O siódmej Eddie odwiózł mi samochód. 

- Karburator - powiedział krótko. Przetarł kierownicę przetłuszczonym rękawem i 

wysiadł. - Teraz wszystko gra jak ta lala. 

Późnym wieczorem zadzwonił mój mąż, żeby zapytać, jak nam się żyje, więc 

powiedziałam mu, że samochód się zepsuł, że piec od centralnego przestał działać, że 
zabrakło mi pieniędzy i że nikt nie potrafił otworzyć słoika z majonezem. Czy pragnę, żeby 
zaraz wracał do domu, zapytał, na co odpowiedziałam, że skąd, że to nie miałoby żadnego 
sensu, że poradziłam sobie już ze wszystkim, z wyjątkiem majonezu. Oświadczył, że właśnie 
wrócił z kolacji u przyjaciół i że wybiera się jeszcze na pokera. 

Trochę po dziesiątej położyłam się do łóżka i przez dwie godziny wsłuchiwałam się ze 

zgrozą w dziwny dźwięk, który docierał albo z piwnicy, albo ze strychu, a może z ogrodu. 
Kiedy zbudziłam się następnego rana, na dworze świeciło słońce, dzieciaki buszowały w 
kuchni, więc poleżałam sobie jeszcze minutę pod kołdrą i myślałam o tym, jak to jest, że po 
takim podłym, deszczowym dniu jak wczorajszy nazajutrz zawsze świeci słońce i że jest to 
fakt wart zapamiętania na przyszłość. Pełna animuszu ugotowałam dzieciom kaszę mannę, na 
śniadanie, przygotowałam im sandwicze, wyszczotkowałam im włosy, zawiązałam 
sznurowadła, sprawdziłam książki szkolne i dwadzieścia po ósmej siedzieliśmy wszyscy w 
samochodzie gotowi do odjazdu. 

- No, popatrzcie tylko - uśmiechnęłam się. - Dzisiaj nie musieliśmy się w ogóle 

spieszyć. 

- Laurie siedzi z dziewczynami, Laurie siedzi z dziewczynami. 
- Słuchaj no... 
- Murzynek Bambo... 

background image

- Dzieci - uśmiechnęłam się znowu - błagam was, nie kłóćmy się dzisiaj, dobrze? Jest 

taki piękny dzień. Bądźmy weseli, cieszmy się, że znowu zaświeciło słoneczko. Proszę o 
promienny uśmiech, raz, dwa, trzy. 

Nacisnęłam starter. 
- Murzynek Bambo...  
Nacisnęłam starter po raz drugi. 
 
W domu naszym zapanowała gorączkowa atmosfera, towarzysząca z reguły żniwom. 

Układaliśmy jabłka w piwnicy. Boże Narodzenie zdawało się za pasem. Ogarnęła mnie 
wprost niezdrowa potrzeba działania. Wymalowałam więc półki w pokoju dziewcząt na żółto. 
Meble ogrodowe zostały odstawione do altany. Zaczęłam zastanawiać się; czy zimowe 
kombinezony moich dziatek wytrzymają jeszcze jeden sezon. Pewnego dnia przyniosłam 
Jannie w prezencie jedwabną chusteczkę w niebieską i różową kratkę, a ona ucieszyła się, 
podziękowała mi i powiedziała, że włoży ją nazajutrz do szkoły. Zawiązała ją sobie modnie 
na szyi w kokardę. Zwróciłam jej ojcu uwagę na ten niezwykły fakt, a on spojrzał na swoją 
starszą córkę i oświadczył, że wygląda naprawdę bardzo ładnie. Nazajutrz Jannie przewlokła 
chusteczkę przez pierwszą górną dziurkę kurteczki, a na trzeci dzień związała nią sobie włosy 
na karku. Oczarowana udałam się do sklepu i kupiłam sobie podobną chusteczkę, tyle że 
fioletową. Spędziłam kwadrans usiłując związać sobie włosy na karku, ale dałam spokój, bo 
nabrałam od tego wyglądu chórzystki przebranej za króliczka. Podarowałam więc fioletową 
chusteczkę Jannie, która z miejsca połączyła ją z tą w różową i niebieską kratkę i zrobiła 
sobie szarfę do spódniczki, od której przedtem odpruła szeleczki. Nazajutrz zawiązała sobie 
fioletową chusteczkę na przegubie lewej ręki, a różowo-niebieską starannie złożyła i 
schowała w komodzie. Nieśmiało ofiarowałam jej jeszcze dwie, żółtą i zieloną, i nazajutrz 
rano Salły zjawiła się przy śniadaniu z włosami związanymi na czubku głowy zieloną 
chusteczką, a Jannie miała we włosach żółtą. Zwróciłam na to uwagę ich ojca, który spojrzał 
na swoje córki i oświadczył, że wyglądają bardzo ładnie. Zachęcona tym niezwykłym 
rozwojem wypadków, nabyłam jeszcze jedną, tym razem białą chusteczkę i poprosiłam 
Jannie, żeby mi związała włosy. Jannie przyniosła krzesło i szczotkę i przez dłuższy czas 
pracowała nade mną, mrucząc pod nosem, kląskając językiem i wzdychając. Wreszcie zeszła 
z krzesła, spojrzała na mnie wnikliwie, westchnęła i powiedziała: 

- No więc dobrze, a teraz idź i pokaż się ojcu. 
Poszłam, pokazałam się ojcu, a on patrzał długo i przeciągle, potem rzucił okiem na 

Jannie, która wzruszyła ramionami, wreszcie zwrócił się do mnie i zapytał: 

- Słuchaj no, co się stało z taką śliczną niebieską sukienką, którą dawniej często nosiłaś? 

Pamiętam, że mi się bardzo podobała. 

Wyjęłam więc białą chusteczkę z włosów, podarowałam ją Jannie i zła jak osa 

spędziłam resztę dnia na zabezpieczaniu kostiumów kąpielowych przeciwko molom. 

Laurie przyszedł pewnego dnia ze szkoły z okropnym wierszykiem, który powtarzał bez 

końca, a który brzmiał mniej więcej tak: „Salami tańcowała dla króla Sasa, a jak tańcowała, to 
tylko na golasa...” Jannie przyswoiła sobie natychmiast ten znakomity utwór i dom nasz 
zaczął rozbrzmiewać chóralnym śpiewem. Sally nie bez wysiłku nauczyła się nucić „Dzwonią 
janczary”. 

Na dwa dni przed swoimi ósmymi urodzinami Laurie wjechał rowerem prosto pod koła 

samochodu. Pamiętam z niezwykłą wyrazistością różne rzeczy, na przykład, że jakiś pan 
wyłonił się z tłumu gapiów i wsunął mi w usta zapalonego papierosa, że oświadczyłam 
bardzo spokojnym głosem, iż nie należy chyba tak stać na środku jezdni, i że stopnie 
ambulansu były bardzo strome. Kiedy późną nocą powiedziano nam w szpitalu, że nie ma 
niebezpieczeństwa życia czy kalectwa, wróciliśmy do domu, a ja zabrałam się do wycierania 
naczyń od śniadania. Laurie zbudził się nazajutrz rano w szpitalnym łóżku i zupełnie nie 

background image

pamiętał, co działo się przez ostatnie dwa dni. Był tak zmartwiony tym, że jechał ambulansem 
i nic o tym nie wiedział, że w dwa tygodnie później musieliśmy znowu wynająć ambulans, 
żeby przewieźć go do domu. Wyły syreny, a niezwykle dumna Jannie siedziała wyprostowana 
u boku brata. Oboje z satysfakcją patrzyli, jak samochody zatrzymują się na skraju jezdni, 
żeby ich przepuścić. 

Wzięliśmy go, oczywiście, do naszej sypialni. Moja matka zawsze kładła „chore” dzieci 

do swojego małżeńskiego łoża i na dnie mojej pamięci pozostała niejasna pewność, że oznaką 
prawdziwej choroby - czyli takiej, z powodu której nie chodzi się do szkoły - jest leżenie w 
łóżku rodziców. Jednakże najpoważniejszą chorobą, z jaką musiała zmagać się moja matka, 
było proste złamanie ręki i to nie jej, ale mojego brata; tymczasem mój niespokojny pacjent 
miał liczne obrażenia, a więc lekki wstrząs mózgu, złamaną rękę, mnóstwo sińców i blizn. 
Lekarz zabronił mu ruszać ręką, denerwować się, a ponadto nie wolno mu było pod żadnym 
pozorem poruszać zbyt gwałtownie głową czy przewracać się z boku na bok. A tymczasem 
Laurie nie miał zamiaru słuchać zakazów pana doktora. 

- Jestem w domu, więc mogę robić wszystko, na co mam ochotę - oświadczył, kiedy 

weszłam do pokoju z tacą, na której stała szklanka soku pomarańczowego, grzanki bez masła 
oraz rosół z kury, potrawa, jaka - tak mnie uczyła matka - jest najlepszym lekarstwem na 
wszystkie choroby świata. Laurie rzucił okiem na tacę i powiedział z przekąsem: 

- Doktor mówił, że mogę już jeść prawdziwe jedzenie. 
- Musisz koniecznie, syneczku - powiedziałam łagodnie - leżeć w cieple i to możliwie 

najspokojniej. Nie wolno ci się niczym przejmować. Ten pies na przykład. 

Toby natychmiast wsunął wielki łeb pod poduszkę i udawał, że jest niewidzialny. 
- Jaki znowu pies? - zdziwił się Laurie. 
- Poza tym - dodałam stanowczym tonem, głaszcząc Toby'ego bezwiednie po łopatce - 

poza tym nie wolno ci unosić głowy i pamiętaj, że jeżeli będziesz chciał się przewrócić na 
drugi bok, to zawołaj mnie, a ja ci pomogę. Jeżeli nie będziesz posłuszny... 

- Wolałbym wrócić do szpitala - oświadczył Laurie przytulając się do piersi Toby'ego. - 

Żarcie było całkiem dobre, no i tam mnie wcale tak nie męczyli. 

- Sally i Jannie mają zakaz wchodzenia do ciebie. Przez następny tydzień nie wolno ci 

jeszcze mieć gości. 

Nasz kot, Smyk, wsunął się na miękkich łapach do pokoju, spojrzał najpierw na mnie, a 

potem na Laurie'ego, przeszedł równym krokiem przez dywan, wskoczył na łóżko i usadowił 
się w nogach Laurie'ego. Pozostał tam, mrucząc jak odkurzacz. Laurie uśmiechnął się 
triumfalnie. 

- Jannie już tu była - oznajmił. - Opowiedziała mi długą historię, podczas kiedy ty 

szykowałaś dla mnie tę paskudną zupę. Sally przyniosła mi swojego niedźwiadka. 

Westchnęłam. 
- Jest gdzieś pod kołdrą - ciągnął Laurie. - Doktor powiedział, że opowiesz mi o moim 

wypadku. Bo ja nic nie pamiętam. 

- Nie chcę nawet o tym myśleć. 
- Doktor powiedział, że wpadłem pod samochód. 
- No tak. 
- Nic o tym nie wiem - zdenerwował się Laurie. - Żebym chociaż coś pamiętał, ale nie. 
- Moim zdaniem, to się bardzo dobrze stało. Czy nie lepiej pamiętać o wesołych 

przygodach? 

- A czy to takie smutne? - zdziwił się Laurie. 
- Nie podnoś głowy - upomniałam go. Rozsiadłam się w wygodnym fotelu i otworzyłam 

książkę. - Spróbuj usnąć. Będę tu siedziała. 

Laurie posłusznie przymknął oczy, ale Toby zaczął się wiercić, co rozśmieszyło mojego 

pacjenta. 

background image

- Mamo, powiedz, jak to było, dobrze? - zażądał znowu. 
- Przecież wszystko wiesz. Jest już dobrze, a to najważniejsze. 
- A było dużo krwi? 
- Laurie, proszę cię... 
- No, dużo? 
- Trochę. 
- Na ulicy też? 
- Też. Nie podnoś głowy. 
- Fajno - ucieszył się Laurie. - A gliny szybko przyjechały? Powiedz, jak było z 

glinami? Doktor powiedział, że wezwały go gliny. 

- Sierżant Harrison zajął się tobą bardzo ofiarnie. Była niedziela, więc ścinał trawę, a jak 

usłyszał, co się stało, od razu wszystko rzucił i przybiegł. 

- Usłyszał trzask, co? Ho, ho, ale to musiało być zderzenie - ucieszył się Laurie. 
- Nie podnoś głowy. 
- Ile glin przyjechało? 
- Sierżant Harrison, posterunkowy Lanza i jeszcze dwaj czy trzej, których nie znam. 

Kilka dni temu zadzwoniłam do komisariatu i podziękowałam im za pomoc. Jak się 
dowiedzieli, że masz się już dobrze, bardzo się ucieszyli. 

- Doktor powiedział, że zemdlałaś. 
- Nic podobnego - zdenerwowałam się. 
- A czy tato zemdlał? 
- Ależ skąd! 
- A czy Jannie zemdlała? 
- Posłałam Jannie i Sally do Olsonów. One prawie nic nie wiedzą. 
- Ja im też nic nie powiem - zapewniał mnie Laurie. - A co z moim rowerem? 
- Kiepsko - przyznałam. - Prawdę mówiąc, jest cały powyginany. 
- Wyobrażam sobie - westchnął Laurie z satysfakcją. - Jest pewnie w proszku. 
- Nie ruszaj głową. 
- Zaraz, a co z moim ubraniem? Jak obudziłem się w szpitalu, to miałem na sobie 

pidżamę. 

- Ponieważ czujesz się bardzo dobrze - powiedziałam z powagą - skorzystam z okazji i 

powiem ci, moje dziecko, że mimo iż byłam bardzo przerażona twoim stanem, to jak rozebrali 
cię w szpitalu, zarumieniłam się ze wstydu. Pamiętam doskonale, że kazałam ci tej niedzieli 
nałożyć czystą bieliznę. Koszula była jeszcze jako tako, ale majtki... 

- Rozebrano mnie w szpitalu?! Kto mnie rozbierał? 
- Pielęgniarka. Ale jak zobaczyłam twoją bieliznę... 
- Pielęgniarka? Obca baba mnie rozbierała? 
- Nie ruszaj głową. 
- Coś podobnego - warknął Laurie i pogrążył się w myślach. Toby ułożył swój wielki 

łeb wygodniej na poduszce, westchnął głęboko i z satysfakcją i zasnął, a Smyk wzdrygnął się 
lekko, podniósł na sekundę łebek i zwinął się jeszcze ciaśniej. 

- A gdzie są moje rzeczy? - zapytał wreszcie Laurie stanowczym tonem. 
- Twoje buciki stoją... porządnie ustawione, zaznaczam... pod krzesłem w twoim 

pokoju. Bielizna jest w pralni, razem z dżinsami i skarpetkami. Ale koszulę trzeba było 
wyrzucić. 

- Dlaczego trzeba było wyrzucić moją koszulę? - rozzłościł się Laurie. 
- Bo była w strzępach. 
- I cała we krwi? No mów! 
- Nie. Była tylko podarta. Właściwie pocięta. 
- Pocięta? 

background image

- Nie ruszaj głową. Pocięli ją w szpitalu, jak ją z ciebie zdejmowali. 
- Coś takiego? - oczy Laurie'ego zaświeciły. - Musieli ją aż rozcinać! 
- Nie musieli, ale woleli. 
- Gdzie ona jest? 
- Mówiłam już, że została wyrzucona. Jak oddawali mi twoje rzeczy ze szpitala, to 

powiedzieli, że koszulę wyrzucili. 

- Ojejku, dlaczego nie schowałaś mi tej koszuli? Cała we krwi, a ty musiałaś ją 

wyrzucić. 

- A co miałam z nią zrobić? 
- Która to była? Ta zielona w kratkę? 
- Nie, ta nowa, z baseballistą na przodzie. Nałożyłeś ją tego rana. 
- Moja nowa koszula! Moja nowa koszula! 
- Masz dosyć innych, też bardzo ładnych koszul - uspokajałam go. Przyrzekłam sobie w 

duchu, że nigdy w życiu nie zbliżę się już do stoiska z tymi koszmarnymi baseballowymi 
koszulkami. - Może byś teraz spróbował usnąć? 

- Moja baseballowa koszulka! Dlaczego wyrzuciliście ją? 
- I tak nie nadawała się już do noszenia. 
- Nie o to chodzi - denerwował się Laurie. - No i co jeszcze? 
- Nic. Drużyna Brooklynu tego samego popołudnia przegrała mecz. 
- W szpitalu słuchałem wszystkich meczów. Co za granda! 
- Nie chciałbyś się trochę przespać? 
- Tato pewnie dostał szału. Jego ukochana drużyna. 
- Nic podobnego. On się tylko... 
- Żeby przegrać w ostatnim dniu zawodów, to straszne. - Laurie wsunął się pomiędzy 

Toby'ego i Smyka i westchnął głęboko. - W domu jest całkiem fajnie - powiedział. 

W miesiąc później zawiozłam Laurie'ego do szkoły, żeby zabrał swoje podręczniki. 

Miał jeszcze trochę posiedzieć w domu i nadrobić braki w nauce. Byłam niemal równie 
szczęśliwa jak mój syn. 

- Pamiętaj - upominałam go w drodze - nie zapomnij podziękować dzieciom i pani za 

piękny kosz owoców. 

- Pewnie - Laurie wybrał godzinę dziesiątą rano jako najlepszą porę pojawienia się w 

szkole. 

- I nie zapomnij podziękować pani wychowawczyni za kwiaty. 
- Pewnie. 
- I powiedz jej, że pomogę ci w domu w arytmetyce. 
- Nie mów - uśmiechnął się Laurie ironicznie.  
Triumfalnie wkroczyliśmy do klasy; Laurie otworzył szeroko drzwi, przez chwilę stał 

nieruchomo w progu, a potem ruszył krokiem tak zawadiackim, że sam Cyrano mógłby mu 
pozazdrościć. 

- Wróciłem - oświadczył, przerywając uroczystą ciszę, towarzyszącą klasówce z 

ortografii. 

- Chciałam pani serdecznie podziękować za kwiaty - powiedziałam szybko do pani 

nauczycielki. - Laurie ogromnie się ucieszył. 

Laurie rozsiadł się na jednej z pierwszych ławek, tak żeby wszyscy mogli podziwiać 

jego zabandażowane ramię. Dziewczęta zgromadziły się dokoła niego, a chłopcy przysiedli na 
najbliższych ławkach albo przykucnęli na podłodze. 

- Zrobił się straszny tłum. Przybiegło jakieś pięćset osób. Ze wszystkich stron. No a 

jezdnia. Szkoda, że nie widzieliście tej jezdni. Była cała we krwi... ale to cała... 

- Przerobię z nim arytmetykę - powiedziałam do nauczycielki. 

background image

- On jest bardzo dobry z arytmetyki - pani nauczycielka też nie mogła oderwać oczu od 

Laurie'ego. 

- ...no i moja nowa koszulka... musieli ją pociąć na kawałki, żeby ją ze mnie zdjąć. Była 

tak okropnie zakrwawiona, że trzeba ją było wyrzucić. Pokrojona w paski i zupełnie sztywna 
od krwi. Zabrali mnie do szpitala ambulansem, na sygnale! Aleśmy pędzili! To dopiero była 
jazda! 

- Czy pani myśli, że powinnam przerobić z nim także...? 
- Przepraszam bardzo - rzuciła mi nauczycielka przez ramię. Nie zdejmując ręki z 

mojego ramienia zaczęła przesuwać się w stronę mojego wspaniałego opowiadacza bajek. 

- Mama zemdlała - ciągnął swoją opowieść - a ojciec... 
 

III 

Zdarza mi się czasami, że patrzę na moje dzieci i aż mi szczęka opada ze zdumienia i 

grozy. Bo oto widzę, jak ci mali ludzie suną rezolutnie po wytyczonej ścieżce swojego życia, 
zdaję sobie sprawę, że każde z nich jest niepowtarzalną indywidualnością, a jednocześnie 
dostrzegam w nich głęboko zakorzenioną, choć podświadomą znajomość wydarzeń z 
przeszłości, o których ani ja, ani mój mąż nigdyśmy im nie wspominali. Kiedy po raz 
pierwszy zobaczyłam Jannie wychodzącą samodzielnie z rodzinnego domu i oddalającą się w 
podskokach, ogarnęło mnie rzewne poczucie przemijania czasu i żalu za własną, bezpowrotną 
młodością. Szczególnie smutno zrobiło mi się na duszy w dniu, kiedy Laurie powrócił ze 
szkoły śpiewając: „Trumf, trumf, Misia, Bella, Misia, Kasia, Kaukasela. Misia A, Misia B, 
Misia, Kasia, Konface” - mimo że zaraz potem wybuchł wielki spór rodzinny na temat tego, 
czy druga strofka odliczanki „Ibity, bibity, sybity sab” brzmi - jak twierdził Laurie - „Ibity, 
bibity, sybity, konoso”, czy jak twierdził mój mąż „Ibity, bibity, sibity, kanarek”, czy też jak 
ja twierdziłam „Ibity, bibity, sibity, konoto”, co z kolei przywiodło mi na pamięć kretyńską, a 
przez nas samych wymyśloną przyśpiewkę, która brzmiała mniej więcej: „Laurie, bumbaurie, 
tilaurie, gosaurie”, a zdaniem mojego męża kończyła się na „gotaurie”. 

Sally nauczyła się śpiewać podstawową dla jej rówieśników piosenkę „Ja mam sekret”; 

Laurie zaczął kolekcjonować fotografie baseballistów, sprzedawane w małych pakiecikach 
wraz z balonową gumą do żucia; za mojego dzieciństwa sprzedawano je z lukrecją; wkrótce 
potem pokazały się w naszym domu czekoladowe papierosy, a zaraz potem jabłka w 
czekoladzie; w sklepach z dziecięcym obuwiem nie rozdają już palantów przy każdym 
zakupie, ale Buster Brown wciąż uśmiecha się całą gębą z reklamy półbucików firmy o tej 
nazwie. Cały etap mojego dzieciństwa ożył w mojej pamięci, kiedy Laurie przybiegł pewnego 
dnia do domu i oświadczył radośnie, że w jednym domu niedaleko szkoły straszy i że 
dzieciaki boją się przechodzić tamtą ulicą, chociaż jeden bardzo odważny chłopiec, imieniem 
Oliver, twierdzi, że był w środku i z miejsca natknął się na zjawę. 

- Aaaale miał pietra! - dodał Laurie. 
Mój mąż spojrzał na mnie, a ja na niego. Za moich czasów był to dom na sąsiedniej 

ulicy - tuż koło pustego placu - a chłopiec, który twierdził, że był w środku, nazywał się Andy 
Young (jak to się stało, że pamiętam jego nazwisko po tyłu latach?), a mój mąż przypomniał 
sobie, że na podwórku jego szkoły, w szopie, też straszyło i że niejaki Loui Fair twierdził, że 
nie boi się wejść do niej. Pointą wszystkich opowiadań na ten temat było zdanie: „Aaale miał 
pietra!” Zarówno mój mąż, jak i ja bezwiednie powtarzaliśmy te same klisze, jakimi 
częstowali nas nasi rodzice na temat chłopców, którzy widzieli ducha, na co Laurie 
odpowiadał: czywiście, że każdy wie o tym, że w tym domu straszy i że żadne z nas na pewno 
nie odważyłoby się wejść do środka, po czym, po sekundzie wahania, obydwoje 
odpowiadaliśmy - chórem - że weszlibyśmy tam, gdyby nie to, że bez pytania właścicieli nie 
można buszować po cudzym domu. Laurie oświadczył, że zetknięcie się nos w nos z duchem 
to straszna przygoda i że każdy miałby pietra i to jakiego, a jego ojciec zaproponował mu, że 

background image

sporządzi dokument, zaświadczający, iż w naszym domu też straszy, i zapytał, czy Laurie 
zechciałby roznieść kopie tego dokumentu po sąsiadach, tak jak roznosi się na przykład ulotki 
wyborcze. Laurie zgodził się z wielkim entuzjazmem na propozycję ojca i rozmowa nasza 
zakończyła się jak zwykle upomnieniem Laurie'ego, żeby pod żadnym pozorem nie odważył 
się pójść do domu, w którym straszy, ponieważ: a) jest to cudza własność; b) jeżeli dom jest 
pusty, jest to prawdopodobnie niebezpieczne, bo można dostać w głowę belką albo 
kawałkiem tynku; c) punktu trzeciego nie poruszaliśmy, ale chciałabym zaznaczyć, gwoli 
uczciwości, że osobiście zawsze wierzyłam i dalej wierzę w duchy. Nauczyłam Laurie'ego 
przyśpiewki na odganianie tychże, ale powiedziałam mu tylko, że jest to piosenka z mojego 
dzieciństwa. Ulotka została napisana i powielona i Laurie udał się w drogę, ale widocznie 
zetknął się ze złymi duchami - którym widać nie potrafił się oprzeć - bo zniknął na dwie 
godziny, po czym okazało się, że dał się namówić na mecz piłki ręcznej. Kiedy ojciec zapytał 
go wieczorem, czy jego ulotka zrobiła na ludziach duże wrażenie, Laurie odparł, że pani 
Wright, jedna z naszych sąsiadek, przeczytała ją i, sądząc, że jest jej autorem, pochwaliła go 
za dowcip i styl. Pani Collins była bardzo zajęta, ale powiedziała, że prześle nam później 
trochę domowych ciasteczek. Po letnich feriach okazało się, że czwarta klasa została 
wciągnięta w wojnę gangsterów, w związku z czym zapomniano o biednym duchu i domu, w 
którym straszy, a do którego nawet nie chciał już chodzić Oliver. Jestem jednak przekonana, 
że jeżeli kiedyś syn Laurie'ego opowie rodzicom, jak to jeden z jego kolegów odważył się 
wejść do domu, w którym straszy, to imię Olivera wyłoni się z zakamarków pamięci mojego 
syna, jak za dotknięciem różdżki czarodziejskiej. 

W tym roku koniec wakacji oznaczał również pójście Sally do przedszkola. Oczywiście 

w farmerkach, które teraz miały napis SALLY. Dziewczyny Jannie wyjechały co do jednej na 
ranczo w Teksasie, skąd bardzo rzadko pisywały do matki liściki, i to zupełnie nieczytelnym 
pismem. Sally została właścicielką domu położonego w dosyć wilgotnym miejscu, bo na 
środku pobliskiej rzeczki. Opowiadała nam o nim niemal bez przerwy, przy czym okazało się, 
że mieszka tam również cała gromada jej rówieśników, odżywiając się lizakami i kukurydzą. 
Innymi słowy, panowała tam pełnia szczęścia. Sally zachodziła do swojego domu podobno 
późną nocą, kiedy reszta rodziny spała, a gdy była na nas szczególnie wściekła, wrzeszczała: - 
Nie pozwalam wam wchodzić do mojego domu! 

Sally pogrążyła się we własnym, urojonym świecie; snuła się często po domu czy 

ogrodzie, zatopiona bez reszty w myślach, a kiedy od czasu do czasu natrafiała znienacka na 
znajome postacie brata, siostry czy jednego z rodziców, była raczej zdziwiona; z wyjątkiem 
Jannie, która dzieliła z nią sypialnię i nie mogła uniknąć jej wieczornych opowieści, ja 
spędzałam z Sally najwięcej czasu i siłą rzeczy musiałam wysłuchiwać jej pół śpiewanych, 
pół mówionych, a ciągnących się w nieskończoność dykteryjek, komentarzy i monologów. W 
domu nie było jeszcze tak źle. Mogłam wsunąć głowę pod poduszkę albo do pieca, mogłam 
pogrążyć się we własnych myślach na temat na przykład wspaniałego ładu i porządku, o 
jakim marzą wszystkie gospodynie domowe, kiedy patrzą na zakurzone meble, innymi słowy, 
mogłam udawać, że jej nie słyszę, albo ją po prostu ignorować, ale w samochodzie było to 
niestety niemożliwe. Tam byłam tak zwaną zniewoloną słuchaczką. Tej jesieni 
podróżowałyśmy z Sally po najdziwniejszych drogach i wertepach. Jeździłyśmy znanymi nam 
i nieznanymi drogami w poszukiwaniu dyń czy innych darów Bożych; skręcałyśmy w wąskie 
dróżki, bo Sally uznała, że mają piękną, żółtą nawierzchnię, wracałyśmy do domu okrężną 
drogą, ponieważ Sally chciała koniecznie zobaczyć kryty most, przerzucony przez jej rzekę, a 
czasami dlatego, że w pobliżu mieszkają ludzie, którzy posiadają kozę. 

- Na mojej rzece - zawiadomiła mnie Sally pewnego dnia - w moim domu pościel jest 

zawsze mokra. Słyszymy często głos matek, które nas błagają... 

Miałam wizję własnej twarzy, nachylonej nad nieruchomą taflą wody, i usłyszałam 

własny głos dochodzący jak gdyby z oddali: 

background image

- Woda jest na pewno szalenie zimna. 
- Nikt nigdy nie kąpie się w tej rzece - poinformowała mnie Sally. - Tylko my. 
Od czasu do czasu jeździłyśmy na wzgórze Murphy'ego, które, o dziwo, było równie 

strome, gdy wjeżdżało się pod górę czy zjeżdżało w dół. Na samym szczycie było 
spłaszczone i okolone drzewami; jesienią drzewa te stawały się tak bajecznie kolorowe, że 
warto było tam pojechać dla samego widoku (ale trzeba było, oczywiście, potem zjechać), 
mimo że, jak się już rzekło, jazda była nad wyraz uciążliwa; pnie drzew owinięte były winem, 
które czerwieniało już wczesną jesienią, same drzewa pozostawały zielone aż do następnej 
zimy, nieco niżej ciągnął się zagajnik młodych drzewek o czerwonawych pniach i złotych 
liściach. Był to widok, jakiego nie ma chyba nigdzie na świecie. 

Sally zazwyczaj jeździła na tylnym siedzeniu, przy czym nie siedziała, ale stała na 

głowie, a mnie traktowała jako jeszcze jedną mechaniczną część samochodu, coś w rodzaju 
przedłużenia kierownicy; mówiła do mnie raczej zdawkowo, a moje odpowiedzi czy uwagi 
były dla niej czymś w rodzaju kontrapunktu, który służył jej jako odskocznia do rymu, rytmu 
czy kojarzenia. Pewnego dnia na bocznej drodze natknęłyśmy się na stado krów. 

- Czy wiecie, kim jestem? - śpiewała Sally, stojąc jak zwykle na głowie na tylnym 

siedzeniu. - CZY WIECIE, KIM JESTEM? 

Krowy snuły się drogą dosyć leniwie i nieskładnie, jak to krowy pozbawione pastucha i 

niezbyt chyba z tego powodu szczęśliwe, zastępowały nam drogę i poruszały się we 
wszystkich kierunkach na raz. 

- Jestem szczurem, a ty jesteś rybą - śpiewała Sally. - Więc już wiesz, kim jestem. 
- Czy mogłabyś się odwrócić na drugą stronę i usiąść - poprosiłam ją. - Na drodze są 

krowy, a ty zasłaniasz mi tylne okno. 

Nie było oczywiście rady. Trzeba się było zatrzymać i cierpliwie czekać, aż krowy się 

rozejdą. Boję się dużych zwierząt; wobec tego zamknęłam okna samochodu i skuliłam się na 
siedzeniu w głębokim przekonaniu, że prędzej czy później jedna z krów będzie usiłowała 
wedrzeć się do środka. 

- Zobacz tylko, ile tych krówek - powiedziałam wesolutkim tonem do Sally. Nie 

chciałam w końcu przekazywać małemu dziecku moich idiosynkrazji, prawdopodobnie 
całkowicie nieuzasadnionych. - Głowę daję, że nigdy jeszcze nie widziałaś tak dużego stada 
krów. 

- To nie są krowy - oświadczyła spokojnie Sally. - To są wielkoludy. 
- Zobacz, one się nam przyglądają - zauważyłam beztrosko i przesunęłam się na środek 

przedniego siedzenia. - Przypuszczam, że zastanawiają się nad tym, czym my jesteśmy. 

Uśmiechnęłam się głupkowato do krowiej gęby, zaglądającej przez boczną szybę. 
- Dobra krówka - powiedziałam. 
- Tyle, tyle wielkoludów - śpiewała Sally. - Kiedy widzę wielkoludy, to wiem, że zaraz 

przyleci ich mama i mnie zje. 

Myśl ta tak ściśle wyrażała moje własne obawy, że nie namyślając się długo nad 

koszmarną ewentualnością wywołania paniki wśród bydła, nacisnęłam z całej siły klakson i 
dałam gwałtownie gazu. Krowy cofnęły się, odwróciły, zbiły się w gromadę i ruszyły 
wszystkie w jednym kierunku, a mianowicie drogą, prowadzącą przed nami; pędziły z całych 
sił, Sally wychylona z bocznego okna wykrzykiwała słowa zachęty, a ja znalazłam się w dość, 
trzeba przyznać, dziwnej sytuacji kierowcy goniącego wielkie stado krów po wiejskiej szosie. 

- Uciekajcie, wielkoludy, uciekajcie! - wrzeszczała Sally. 
W pewnym momencie skręciłam szerokim łukiem w polną drogę, zatrzymałam się ze 

zgrzytem i piskiem hamulców i kół i ciężko dysząc, przysłuchiwałam się z ulgą znikającemu 
w oddali tętentowi krowich kopyt. 

- Ufff! - odetchnęłam. 

background image

- Wielkoludy są bardzo miłe - Sally zręcznym ruchem stanęła na głowie na tylnym 

siedzeniu. - Ale czasami są niedobre, ale czasami są dobre, ale czasami są niedobre... 

Dzień, w którym pojechałyśmy po jabłka, był, o ile dobrze pamiętam, dniem palców 

Sally. Otóż niedaleko nas znajdowała się ferma, gdzie sprzedawano bardzo dobre, lekko 
pokurczone od przymrozków jabłka i gdzie trzymano w klatce piękną, nakrapianą kokoszkę. 
Tej jesieni Sally i ja jeździłyśmy tam regularnie; Sally zawsze dostawała jabłko do zjedzenia 
na miejscu, a ja z reguły chwaliłam niezwykłą urodę nakrapianej kokoszki, po czym 
wracałyśmy do domu samochodem pachnącym świeżymi jabłkami. Tego dnia Sally 
zabawiała się liczeniem palców lewej ręki, wychodziło jej nieodmiennie sześć, następnie 
liczyła palce rękawiczki i wychodziło jej pięć, po czym oddawała się skomplikowanym 
rozważaniom oraz eksperymentom, mającym na celu uzgodnienie tych dwóch faktów, 
zagmatwanych dodatkowo faktem, że dotychczas nakładanie rękawiczki na tę właśnie rękę 
nie nastręczało jej żadnych trudności. Droga, jaką jechałyśmy, była wąska i pełna zakrętów. 
Prowadziłam spokojnie, podśpiewując pod nosem i obserwując słońce, które coraz to 
wyłaniało się i chowało wśród drzew pobliskiego lasku. Nie zdając sobie zupełnie sprawy z 
grożącego nam niebezpieczeństwa, natrafiłyśmy znienacka na pożar; kiedy wyjechałyśmy z 
jednego z zakrętów, zorientowałam się, że tuż przed nami dzieje się coś dziwnego, a kiedy 
zaczęłam zwalniać, usłyszałam nagle za sobą przerażające wycie strażackiego wozu. Nie 
miałam wyboru, trzeba było ustąpić mu z drogi i wjechać do rowu. Siedziałyśmy więc wraz z 
Sally w samochodzie i nie mogłyśmy ani wrócić tam, skąd przyjechałyśmy, ani ruszyć 
naprzód, przy czym - ja osobiście - nie miałam najmniejszej ochoty na to, żeby tkwić w 
miejscu. 

- Czy to znowu wielkoludy? - zapytała Sally przełażąc na przednie siedzenie, żeby 

zobaczyć, co się dzieje na drodze. - Wielkoludy czy co innego? 

- To pożar - zawiadomiłam ją. - Pali się dom na fermie. 
- Dlaczego? 
Zastanawiałam się przez moment, czy nie ostrzec mojej młodszej przed bawieniem się 

zapałkami, ale przegapiłam okazję. 

- A mnie się zdaje, że to są znowu wielkoludy - powiedziała Sally stanowczo. - Słuchaj, 

czy masz zamiar tak tu zostać? 

- Droga jest zatkana. Musimy zaczekać, aż wozy strażackie odjadą. Bo nie mogę 

zakręcić. 

- No, to ja sobie zjem jabłko - powiedziało moje dziecko, powróciło na tylne siedzenie, 

wybrało sobie jabłko i stanęło na głowie. 

- Zaśpiewam teraz piosenkę o jabłku - oświadczyło. Musiałyśmy tam stać przez dobrą 

godzinę, bo był to pożar nie lada. Gdyby ten farmer miał filozoficzne usposobienie - o czym 
poważnie wątpię - wiedziałby, że każdy człowiek musi przeżyć w życiu przynajmniej jeden 
pożar, i pogodziłby się z myślą, że jest to właśnie ten. W takim przypadku byłby na pewno 
zadowolony, bo straty jego okazały się później naprawdę niewielkie. Z krótkich biuletynów, 
podawanych mi przez przebiegających koło nas strażaków, dowiedziałam się, że cała trzoda 
została uratowana, dzieci znajdują się w szkole, a żona i robotnicy rolni w polu, że ferma jest 
ubezpieczona, a na własne oczy widziałyśmy, jak wynoszono zupełnie nie uszkodzony 
telewizor. Zdrowa polityka wiejskiej straży ogniowej, polegająca na ratowaniu palących się 
budynków kosztem zabudowań gospodarskich i sąsiednich domostw, przyniosła rezultaty; 
szlauch był wystarczająco długi i sięgał bez trudu do rzeki Sally i pomimo że dom mieszkalny 
i stodoła paliły się jak pochodnia, dzielni strażacy z wielkim powodzeniem oblewali 
strumieniami wody dalej położone zabudowania oraz domy sąsiadów. Nie było nawet wiatru. 

- Jestem kochana - śpiewała Sally. - Jestem milutka. Jestem krakersik. Jestem cukierek. 

Wszystkie moje dni ofiaruję tobie. 

background image

Poza prymitywnym uczuciem lęku przed ogniem odczuwałam przede wszystkim wstyd. 

Wstyd na myśl o tym, że ludzie mogliby sobie pomyśleć, że przyjechałyśmy specjalnie po to, 
żeby gapić się na pożar. Marzyłam o tym, żeby przychwycić któregoś ze strażaków i 
wytłumaczyć mu, że ja i moja córka znajdujemy się tu zupełnie przypadkowo; 
przejeżdżałyśmy tędy, chciałam mu powiedzieć, zakupiwszy jabłka, znajdujemy się w drodze 
do domu i stoimy tylko dlatego, że nie możemy zakręcić; nie mamy zwyczaju pędzenia za 
wozami strażackimi w poszukiwaniu silnych wrażeń, ale dzisiaj, przez to, że ta droga jest taka 
wąska... 

- Czy oni jeszcze nie skończyli? - odezwała się Sally z tyłu. 
- Już niedługo. Straż już zbiera się do odjazdu. 
- Nie lubię tak długo stać - oświadczyła Sally.  
Wreszcie udało mi się wyjechać z rowu. Pomachałam żonie farmera wesoło ręką na 

pożegnanie. Powróciłyśmy do domu, gdzie reszta mojej rodziny czekała niecierpliwie na 
kolację. 

- Kupiłyśmy jabłka - powiedziałam do męża. - No i widziałyśmy... 
- Wielkoludów - przerwała mi Sally i zawisła całym ciężarem na ramieniu ojca. - 

Wielkoludów. 

- Wielkoludów? - zdziwił się mój mąż i spojrzał na mnie pytającym wzrokiem. 
- U wielkoludów było wielkie przyjęcie. Piekły sobie kiełbaski w ogniu. 
Spojrzała groźnie na Jannie i dodała: 
- Olbrzymie parówki. No i te wielkie wielkoludy tańczyły wokoło, a mama-wielkolud 

siedziała, przyglądała im się i powiedziała: „Jak te wielkie wozy odjadą, to będziemy mogły 
wrócić do domu”. A ja zjadłam dziewięćdziesiąt siedem jabłek. A jak przejeżdżałyśmy przez 
rzekę, to mama-wielkolud wskoczyła do wody i utopiła się. 

Nastąpiła krótka, ale pełna szacunku cisza. Wreszcie odezwał się Laurie: 
- Kim był Arystydes? 
- Przyjacielem twojej matki - odparł bezmyślnie mój mąż. - Zrobisz nam szarlotkę? - 

zapytał. 

- Muszę napisać wypracowanie - oświadczył Laurie. 
- Mamo, słuchaj - odezwała się Jannie konfidencjonalnym tonem. - Ja nie wierzę w to, 

co mówi Sally o wielkoludach. A ty? 

- Naturalnie, że nie. Ona sobie to wszystko wymyśliła - odparłam i natychmiast 

zorientowałam się, że mówię bez przekonania. Dodałam więc bardzo stanowczo: 

- Kto by się tam bał wielkoludów. 
Tejże jesieni konflikt wynikający z odrębności indywidualnych cech członków naszej 

rodziny zaostrzył się do tego stopnia, że trudno go było opanować. Mój mąż i ja, zapewne pod 
wpływem lat spędzonych niemal wyłącznie w towarzystwie małych dzieci, nabraliśmy 
przyzwyczajeń, z których nie mieliśmy ochoty rezygnować. Laurie wyrażał opinie, które 
można określić jedynie przymiotnikiem zdecydowane; Sally żyła w przekonaniu, że nie ma 
takiej sprawy, której nie dałoby się załatwić przeciągłym krzykiem; Jannie, która dotychczas 
wierzyła święcie we wszystko, co sama wymyśliła, i była pewna, że rodzice z natury rzeczy 
są stronniczy i niezależnie od tego. jak stanowcze są ich twierdzenia, racji nie mają i mieć nie 
będą - poszła tej jesieni do pierwszej klasy szkoły podstawowej i zetknęła się bezpośrednio z 
systemem nauczania. 

Otóż muszę stwierdzić, że nie mam absolutnie nic przeciwko systemowi nauczania w 

szkołach podstawowych w ich obecnej formie organizacyjnej, oczywiście jeżeli pominąć 
humorystyczne wprost założenie jego twórców, że ludzie dorośli potrafią nauczyć dzieci 
czegokolwiek. Moje dotychczasowe doświadczenia z Laurie'm przekonały mnie o tym, że 
szkoły są dobre, moje dzieci także, tylko że przypadkowa kombinacja tych dwóch elementów 
produkuje mieszankę wybuchową. Laurie'emu udało się przejść do czwartej klasy bez 

background image

wchłonięcia najmniejszej nawet porcyjki wiedzy o czymkolwiek, ale zetknięcie się Jannie ze 
szkołą było tak gwałtowne, że z pewnością poruszyło fundamenty powszechnego systemu 
nauczania, nie mówiąc już o podstawach naszej komórki rodzinnej. 

Uprzedzono mnie, że dziewczynki udające się po raz pierwszy do szkoły chętnie 

ubierają się w sukienki, a włosy zaplatają w warkoczyki. Jannie jednakże potrafiła pójść w 
szortach i starej czapce baseballowej Laurie'ego. Tego ranka wstałam wcześnie, choć z 
trudem, uczesałam się starannie, nałożyłam świeżo wypraną suknię i przygotowałam się 
wewnętrznie do spotkania z nauczycielami i rodzicami koleżanek i kolegów mojej starszej 
córki. Tymczasem przy śniadaniu Jannie oświadczyła: 

- Jeżeli w ogóle pójdę do szkoły, to sama. 
Po pięciu latach trudnych doświadczeń zrezygnowałam z wszelkich rozmów z Jannie 

przed śniadaniem; teraz skinęłam głową i dyskretnie, pod stołem, zrzuciłam pantofle z nóg. 

- Czy pozwolisz mi podejść do drzwi i pomachać ci ręką na do widzenia? - spytałam 

uprzejmie, na co Jannie po chwili namysłu odparła: 

- Owszem, ale pod warunkiem, że nie będziesz beczała. 
- Czy ja muszę koniecznie zabrać ją ze sobą do szkoły? - pytał Laurie. - I to jeszcze 

autobusem? 

Laurie uznał nowy autobus szkolny za prywatną własność, specjalnie dla niego 

zakupioną. 

- Ona też już musi chodzić do szkoły - zawiadomiłam go. - Dzieci nie mogą sobie tak 

zwyczajnie rosnąć i w ogóle nie chodzić do szkoły. 

Laurie spojrzał z pełnym goryczy uśmiechem na siostrę, a ta powiedziała pogardliwie: 
- Usiądę na samym końcu. Jak najdalej od niego. Nie cierpię niegrzecznych chłopców. 
- Czy muszę prowadzić ją za rękę? - dowiadywał się Laurie. 
- Ależ skąd! - oburzyła się Jannie. - Bardzo ci dziękuję, ale wolę iść sama, to znaczy, 

jeżeli w ogóle pójdę do szkoły. 

Na myśl o tym, że mogłaby postanowić inaczej, ogarnęło mnie przerażenie. 
- Więc dobrze, ale przyrzeknij, że będziesz uważać - powiedziałam szybko. 
- Miałam kiedyś - zwróciła się Jannie wyłącznie do Sally - przyjaciółkę, która nazywała 

się Susan. Susan poszła na wyścigi i obstawiła klacz, która też nazywała się Susan, a ta klacz 
wpadła na barierę i wszystkie konie podbiegły, żeby zobaczyć, czy ona sobie czegoś złego nie 
zrobiła, ale ona wyłamała furtkę, więc wszyscy dżokeje uciekli i konie nie mogły ich dogonić, 
żeby przyprowadzić ich z powrotem na tor. 

- Aha - powiedziała Sally. - A ja ciebie nie wpuszczę do mojego domu. 
Bez trudu powstrzymałam się od łez przy odjeździe Jannie; ostatecznie ileż to razy 

patrzałam, jak jedno czy drugie z moich dzieci oddalało się z domu i zawsze jakoś udawało 
mi się zachować zimną krew, z wyjątkiem takich kluczowych momentów, jak uroczystość 
rozdawania nagród skautowskich czy też popisy grupy baletowej przedszkolaków. Wszystkie 
te lata nauczyły mnie stać w drzwiach i machać ręką na pożegnanie bez większego niepokoju 
w sercu. Teraz patrzałam, jak Jannie rezolutnie wspina się na schodki autobusu, a Laurie 
udaje, że Jannie jest po prostu jedną z koleżanek wsiadających przypadkowo na tym samym 
przystanku co on. Wodziłam wzrokiem za jej główką, która przesuwała się we wnętrzu 
autobusu w kierunku tylnych ławek. 

- Twoja siostra pojechała do szkoły - powiedziałam do Sally. 
- Fajnie - odpowiedziała moja najmłodsza. - A czy ona jeszcze wróci do domu? 
Laurie powrócił o trzeciej i powiedział, że wprawdzie rozglądał się za Jannie i czekał 

pod autobusem, a nawet w nagłym przypływie nikłych braterskich uczuć dopytywał się 
dzieciaków, czy jej które nie widziało, ale w końcu musiał odjechać bez niej. O czwartej 
zaczęłam krążyć samochodem pomiędzy domem a szkołą, a kiedy wracałam do domu po raz 
szósty, spostrzegłam Jannie, która szła najspokojniej w świecie skrajem szosy, podśpiewując 

background image

piosenkę. Wyskoczyłam jak szalona z samochodu i mamrocząc coś niezrozumiałego ze 
szczęścia, chwyciłam ją za rękę. 

- Wiesz co, mamo? - uśmiechnęła się Jannie. - Zdaje mi się, że będę lubiła szkołę. 
- Gdzieś ty była? 
- Poszłam do domu pani nauczycielki. Chciałam zobaczyć, gdzie mieszka. 
Pod koniec drugiego tygodnia nauki Jannie powiedziała pewnego wieczoru przy kolacji: 
- Pani Skinner mówi, że serwetki papierowe są wulgarne. 
Pani Skinner jest wychowawczynią pierwszej klasy. Od pewnego już czasu 

podejrzewaliśmy, że ta zacna osoba ma skłonność do wyrażania bardzo stanowczych, raczej 
arbitralnych, a może nawet nieco krytycznych poglądów. Przynajmniej tak brzmiały one w 
relacji Jannie. 

- Pani Skinner - ciągnęła dalej Jannie wpatrując się surowym wzrokiem w swojego brata 

- twierdzi, że mali chłopcy zrobieni są z muszelek po ślimakach. 

- Kto jest mały? - oburzył się Laurie. - Mnie się wydaje... 
- Proszę mi darować - odparła Jannie. „Proszę mi darować” to jeden ze znanych 

skinnerizmów. - Proszę mi darować, ale pani Skinner twierdzi, że chłopcy, niezależnie od 
wzrostu, zrobieni są z muszelek po ślimakach, a dziewczynki, takie jak Sally i ja... 

- Sally czy ja - poprawił ją Laurie. 
- Proszę mi darować, ale takie jak Sally i ja są urocze i pełne wdzięku. 
- Ho, ho - zaśmiał się Laurie znacząco. 
- Ale proszę mi powiedzieć, dlaczego serwetki papierowe są wulgarne? - wtrąciłam się. 
- Pani Skinner - tłumaczyła mi Jannie łagodnie - bynajmniej nie zabrania nam używania 

papierowych serwetek. Pani Skinner jest to zupełnie obojętne. Ale ludzie używający 
papierowych serwetek są wulgarni i tyle. 

- Są ludzie - powiedział Laurie wprost do swojego talerza - są ludzie, którym się zdaje, 

że zjedli wszystkie rozumy. Znam takich ludzi. To fakt. 

- Jannie i ja jesteśmy urocze i pełne wdzięku, prawda, Jannie? - odezwała się Sally, 

gestykulując przy tym widelcem i rozsypując po obrusie zielony groszek. - A Laurie jest cały 
ze ślimaków. 

- Dzieci, uspokójcie się! - zażądał nagle mój mąż. - Chcę coś powiedzieć mamie. 
Zapanowała głęboka cisza. 
- Czy przyszyłaś mi guzik do koszuli? - zapytał mąż. 
- Picie wody podczas jedzenia - mruknęła pod nosem Jannie - jest niezdrowe i 

niehigieniczne. 

Obecność maksym pani Skinner w naszym domu zaczęła się trzeciego dnia szkoły, 

kiedy Jannie powróciła z kartką, na której wychowawczyni wypisała zasady postępowania dla 
uczniów klasy pierwszej. Wynikało z nich, że Jannie nie powinna przychodzić do szkoły z 
brudnymi paznokciami, podartymi sznurowadłami ani przynosić silnie pachnącego drugiego 
śniadania. Dziewczynki powinny mieć na sobie sukienkę albo spódnicę („Pani Skinner 
twierdzi, że tylko wulgarne dziewczęta chodzą w spodniach”). Włosy miały być krótko 
obcięte, względnie zaplecione w warkocze. Skarpetki powinny być do pary, a przede 
wszystkim należy pamiętać o tym, żeby nie było żadnych tam agrafek zamiast guzików. 
(„Może chcesz, żebyśmy ci kazali wstawić sztuczny ząb, żebyś nie miała takiej dużej szpary z 
przodu?”, zapytałam z ironią, ale Jannie tylko uśmiechnęła się łagodnie i tolerancyjnie). 
Biżuteria odpada („jako wulgarna”), podobnie jak nauszniki. Jeżeli Jannie miałaby odwiedzić 
kogoś po opuszczeniu szkoły, gdyby miała lekki katar (ciężki katar z kaszlem i kichaniem jest 
w ogóle niedopuszczalny), albo pragnęła nabyć mleko w szkole, to powinna przynieść 
karteczkę od matki. Gdyby pani Skinner uznała, że pantofle Jannie wymagają podzelowania 
albo że moja córka mruży oczy przy tablicy, względnie zachowuje się nieodpowiednio w 
czasie prób chóru, wówczas pani Skinner napisze do mnie karteczkę. Żadne z rodziców nie 

background image

może pod żadnym pozorem i z żadnego najważniejszego nawet powodu - nie wyłączając 
kataklizmów na skalę krajową - wchodzić do klasy w czasie lekcji, z wyjątkiem Tygodnia 
Odwiedzin Rodzicielskich. To ostatnie ustępstwo było dowodem szacunku pani Skinner dla 
władz nadrzędnych i stanowiło wielkie poświęcenie z jej strony. Dzieci nie powinny 
opowiadać w szkole o tym, co dzieje się w ich domu. 

- Pani Skinner mówi - powiedziała Jannie do ojca który bliski apopleksji po raz trzeci 

odczytywał powielony regulamin. - Pani Skinner mówi, że mężczyźni, którzy palą, są 
wulgarni, a szczególnie tacy, co palą cygara. 

Nie trzeba było długo czekać, żeby dowiedzieć się, że zdaniem pani Skinner, wulgarne 

są także osoby, które mówią podniesionym głosem, jadają w restauracjach czy grają w karty. 
Jannie zaczęła prać swoje skarpetki, kąpała się co wieczór, a raz w tygodniu, kiedy jej 
wulgarni rodzice grali w brydża, myła sobie włosy. 

- Dziewczynka, która nie dba o siebie - oświadczyła mi - nie jest prawdziwą kobietą. 
- Mówienie o czystości jest wulgarne - odgryzłam się złośliwie. 
- Czystość mowy jest dowodem kobiecości - odcięła się Jannie. 
- Proszę mi wybaczyć - odparłam wyniośle. 
- Wybaczam. 
- To jest nie do wytrzymania - poskarżyłam się mężowi pewnego wieczoru, kiedy 

opuściłam pokój Jannie, która wyłożyła na następny dzień czystą sukienkę, nie wspominając 
już o czystych skarpetkach i o tym, że przed pójściem do łóżka wyczyściła sobie jeszcze 
starannie paznokcie. - To jest po prosu wulgarne... chciałam powiedzieć nieznośne. 

- Nie rozumiem, dlaczego trzymanie rąk w kieszeniach ma być takie strasznie wulgarne 

- złościł się mój mąż. - Muszę to przecież robić od czasu do czasu. Trzymam tam chusteczkę i 
portfel, i papierosy... 

- Palenie i tak jest niehigieniczne - westchnęłam. 
- Od kotów dostaje się kataru - oświadczyła Jannie nazajutrz po powrocie ze szkoły; 

rzuciła kurteczkę na krzesło w holu i ostentacyjnie obeszła nieszczęsnego Smyka wielkim 
półkolem. Kot podniósł głowę i spojrzał na nią ze szczerym zdumieniem. 

- Od kotów dostaje się kataru, a od psów parchów. 
- Posłuchaj no, moja panno - powiedziałam stanowczym tonem. - Proszę natychmiast 

odwiesić kurtkę i przeprosić biednego Smyka. Nie miałaś kataru od... 

- Proszę mi darować, ale pani Skinner powiedziała, że od kotów dostaje się kataru - 

odparła zimno moja córka. 

- Nic podobnego... 
- Sprzeczanie się jest wulgarne. 
Podczas szczególnie burzliwej kolacji, w czasie której Laurie wybiegł z jadalni 

wrzeszcząc: „Dlaczego do cholery ja miałbym być kobiecy?!” Jannie zdołała 
zdyskwalifikować fasolkę (niezdrowa), kawę (też niezdrowa) oraz wynoszenie naczyń przez 
panią domu (wulgarne). Powiedziała ojcu, kiedy poszłam do kuchni po deser i żeby 
naszykować tacę dla Laurie'ego, że musimy stanowczo sprawić sobie gosposię. 

- A kto będzie płacił tej gosposi? - zainteresował się mój mąż. 
- Mówienie o pieniądzach jest wulgarne - odparła jego córka. 
Sally, która była najlepszym dowodem skuteczności zasad pani Skinner, bo zaczęła 

milczeć, kiedy mówiła jej starsza siostra, i od czasu do czasu próbowała nawet myć się i robić 
porządki, powiedziała: 

- Ja jestem czyściutka. Czy mogę dostać dwie porcje? 
- Czy mogę poprosić, kochanie, czy mogę poprosić - skorygowała ją Jannie, takim 

tonem, jak gdyby chciała zaznaczyć, że zarówno jej ojciec, jak i matka zawsze mówią 
„dostać”, a nie „poprosić”. 

background image

- Mamo kochana - zwróciła się następnie do mnie. („Mamo kochana” jest rzecz prosta, 

zwrotem używanym przez panią Skinner w stosunku do jej matki). 

- Mamo kochana, chciałam cię prosić o przyszycie mi dwóch guzików do kurteczki na 

jutro rano. Pani Skinner powiedziała, że gdybyś zechciała mi nawlec igłę, to prawdopodobnie 
zrobiłabym to równie dobrze jak ty. 

- Możesz zawiadomić panią Skinner - powiedziałam złośliwie - że mam dosyć zajęć w 

kuchni, nie mówiąc już o tym, że muszę zaraz nalać wody do wanny na twoją... - zawahałam 
się zastanawiając się, czy słowo „kąpiel” nie jest przypadkiem wulgarne - i nie mam czasu na 
to, żeby cię uczyć szycia. Ponadto... 

- Kobieta, która nie umie ładnie szyć, jest...  
Zabawialiśmy się z mężem w orła czy reszkę, o to, które z nas pójdzie w czasie 

Tygodnia Odwiedzin Rodzicielskich do szkoły, żeby stawić czoło pani Skinner. Mąż przegrał, 
ale musiałam przyrzec, że w czasie jego rozmowy z tą niebywałą damą będę twardo stała pod 
drzwiami i w razie potrzeby przyjdę mu z pomocą. Uczyniliśmy to, oczywiście, w tajemnicy 
przed dziećmi, ponieważ pieniądz jest wulgarny, gry hazardowe niegodne kobiety, a poglądy, 
jakie przy tym wyrażaliśmy, co najmniej niehigieniczne. 

W dniu, w którym ojciec miał odwiedzić jej szkołę, Jannie obejrzała go krytycznym 

okiem. 

- Mówiłam ci tysiąc razy, że trzymanie rąk w kieszeniach jest okropnie wulgarne - 

powiedziała z przekąsem. - Mimo że jesteś mężczyzną, nie musisz... 

- Tego pokazywać - zakończył mój mąż i westchnął głęboko. - Może ten krawat jest 

nieodpowiedni? 

- Krawat jest w porządku - stwierdziła Jannie bez większego przekonania. - Wolałabym, 

żebyś w tym miesiącu opuścił wywiadówkę, bo czuję, że zemdleję, jak będę czekała na ciebie 
w samochodzie. 

Stałam więc pod otwartymi drzwiami pierwszej klasy, patrzałam na mapę zdrowia 

wywieszoną nad katedrą i na rząd pięknych pelargonii na parapecie okna i przysłuchiwałam 
się słowom pani Skinner, które płynęły nad rzędami pustych ławek jak stado białych gołębi. 
Mówiła wyraźnie, ale, muszę niestety przyznać, głosem pozbawionym wszelkiej wulgarności. 

- Pana mała Joanne to urocze dziecko. Jest pełna wdzięku i tak doskonale wychowana. 
Pani Skinner lekko zniżyła głos. 
- Widzi pan, drogi panie, w naszej szkole jest niemała ilość dzieci z niższych sfer, dzieci 

wręcz okropnych. Niektóre są nawet brudne. 

- I wulgarne - zaryzykował mój mąż. 
- Oczywiście - pani Skinner była zachwycona. - Nie chciałam użyć tego słowa, ale to 

idealne określenie tych stworzeń. Zaś nasza mała Joanne... 

- Ale pani dzieci? - zapytał nagle mój mąż. 
- Mam wiele niezwykle uroczych dzieci w mojej klasie, chociaż i tu nie brak... 
- Nie, nie - przerwał jej mój mąż. - Mnie chodzi o pani własne, no... pani rodzone dzieci. 
- Niestety, muszę przyznać, że nie doznałam radości macierzyństwa. 
- Brak dzieci jest dowodem braku kobiecości - stwierdził mój mąż. - Oczywiście u 

kobiety - dodał. 

- To prawda - westchnęła pani Skinner. - Ale widzi pan, mam skłonności do ataków 

omdlenia. Mam szalenie słabe nogi i ręce... No, ale nie przyszedł pan chyba tutaj, żeby 
rozmawiać o moich kłopotach i problemach, drogi panie. Pomówmy raczej o naszej małej 
Joanne. Cóż to za urocze stworzenie. 

- Jednakże - nie dawał za wygraną mój mąż - nie jest wykluczone, że gdyby pani miała 

własne potomstwo, to dostawałoby kataru od kotów, nieprawda? 

- Proszę mi darować, ale chyba nie dosłyszałam. 

background image

- To raczej proszę mnie darować. No, ale wszystko jedno. Jak Jannie daje sobie radę z 

nauką? 

- Ma piątkę z higieny. Nigdy w życiu nie znałam dziewczynki, która by bardziej dbała o 

paznokcie. Ma też wspaniałą wyobraźnię i niesłychanie dużo wdzięku. Jednakże, jeżeli 
chodzi o jej głos... 

- A jak jest z jej arytmetyką? Z ortografią? 
- Proszę mi darować, ale nie rozumiem. 
- Daruje pani, ale prosiłbym o odpowiedź. 
W tym momencie oddaliłam się na palcach i dołączyłam do Jannie, która czekała w 

samochodzie. Zapaliłam papierosa, zaciągnęłam się głęboko i strząsałam popiół na siedzenia. 
Tymczasem Jannie kręciła się niespokojnie i była wyraźnie zdenerwowana. Po upływie pół 
godziny mój mąż wyłonił się z gmachu szkoły. Ręce trzymał w kieszeniach i gwizdał dosyć 
głośno. 

- No i co? - zapytałam, kiedy już znalazł się w samochodzie. - Jak ci poszło? 
Zdjął krawat, przewiesił go przez lusterko, wyjął z kieszeni cygaro i wsunął je sobie 

zawadiacko w lewy kąt ust. Potem spojrzał na nas i uśmiechnął się od ucha do ucha. 

- Ciekawość - stwierdził - nie przystoi kobiecie. 
Stół, przy którym jadamy, jest czymś w rodzaju targowiska, na którym duże pojemniki 

na sól i pieprz oraz plastykowe maty w milczeniu i grozie przysłuchują się i przyglądają 
skomplikowanym pląsom naszych osobowości i naszym dziwnym obrzędom, związanym z 
procesem odżywiania się. Jannie jada lewą ręką, mój mąż i ja pijemy kawę z gigantycznych 
kubków, Sally musi mieć co najmniej trzy serwetki papierowe. Kolacja, przygotowana z 
reguły przeze mnie, jest posiłkiem mniej więcej na poziomie gustów kulinarnych Sally. 
Laurie oblewa wszystkie potrawy obficie sosem chili. Tego wieczoru, kiedy zasiedliśmy do 
stołu, Jannie była milcząca i przygnębiona. Kiedy Laurie zwrócił uwagę na fakt, że prawie nie 
tknęła kolacji, opuściła tylko oczy i nie odezwała się. Kiedy Sally zauważyła, że Jannie jest 
bezczelna, ta nawet nie podniosła głowy, a kiedy ojciec ofiarował jej złotą obrączkę z cygara, 
spojrzała smutnym wzrokiem w sufit. 

- Jannie została zaproszona do Helen na urodziny w sobotę - poinformowałam stół. 
- Mogę ci przeczytać dziesięć rozdziałów z „Czarodzieja z Oz” - zaproponował jej 

wspaniałomyślnie Laurie. 

- Jannie może zostać naszą nową mamą! - zawołała Sally. - Mama i ja będziemy jej 

dziećmi, Laurie królową, a tato stadem królików. 

- Możesz mi wrzucić kawałek lodu za koszulę - zaproponował mój mąż ze śmiertelną 

powagą. 

- Dziękuję wam - odparła Jannie ledwie dosłyszalnym głosem. - Nie mam w tej chwili 

na nic ochoty. 

- A może chciałabyś sobie wypożyczyć moją broszkę-zegarek? - zaryzykowałam. 
- Przeczytam ci dwanaście rozdziałów... 
- Wpuszczę cię do mojego domu. 
- A mnie się zdaje - powiedział Laurie spokojnie. - To znaczy, jakby mnie kto pytał, to 

powiedziałbym, że jej się robią straszne krosty. 

W dwa tygodnie później Jannie była już po odrze, a ja czekałam, kiedy się okaże, czy 

Laurie i Sally zarazili się od niej, czy nie. Kiedy siedzieliśmy znowu wszyscy razem przy 
kolacji, zwróciłam Jannie nieśmiało uwagę na fakt, że ma brudne paznokcie. 

- No to co? - odparło moje dziecko, zupełnie rozbrykane po dwóch tygodniach leżenia w 

łóżku. - Co mi tam. 

- Jak ci na imię? - zapytała ją Sally. 
- Kukuryku - odpowiedziała z miejsca Jannie. 
- A gdzie mieszkasz? 

background image

- Na placyku. 
- Powinnaś mieć zawsze czyste paznokcie - powiedziałam bardzo łagodnie. - Nawet 

jeżeli... 

- Jak ci na imię? - zapytała Salły Laurie'ego. 
- Laurence. 
- Kukuryku! - wrzasnęła Sally. - Jak pytam: „Jak ci na imię?”, to musisz odpowiedzieć 

„Kukuryku”. No więc. Jak ci na imię? 

- Laurence. 
- Kukuryku! - ryknęła Sally. - Ty wstrętny szapoklaku. 
- Sama jesteś wstrętny szapoklak. 
- Ja nie jestem szapoklak, ja powiedziałam kukuryku, ja zawsze mówię kukuryku, jak 

mnie pytają. Jak ci na imię? - zwróciła się płaczliwym tonem do ojca. 

- Kukuryku - odparł dyplomatycznie. 
- A gdzie mieszkasz? 
- Czy zawiadomiłaś zakład epidemiologiczny? - zwrócił się do mnie. 
- Ty wstrętny szapoklaku - powiedziała Sally do Laurie'ego. 
- Czy mogłabym zostawić kartofle, mięso i fasolkę? - zapytała Jannie. - Nie czuję się 

jeszcze całkiem dobrze. Zjem tylko chlebek z masłem. 

- Zjedz po trzy łyżki wszystkiego - zaproponowałam. - Jeżeli się zarazili - wyjaśniłam 

mężowi - to już nic na to nie poradzimy. 

- Może penicylina? - zaproponował. 
- To nie pomaga na odrę - wtrącił Laurie. 
- Gdybym chciał znać twoje zdanie, młody człowieku - zgromił go mąż - to zapewniam 

cię, że... 

- Przecież nie podsłuchiwałem - tłumaczył się Laurie pokornie. 
- Jak ci na imię? 
- Prawdę mówiąc - powiedziałam - to wolałabym, żeby reszta dzieciaków teraz 

odbębniła tę odrę, skoro i tak ją muszą mieć, a to... 

Przerwałam w połowie zdania i wydałam z siebie ostry pisk. Sally dziabnęła mnie 

bowiem widelcem. 

- Pytam, jak ci na imię? - wrzasnęła. 
- Ona jest za młoda, żeby jeść widelcem - oświadczył mąż i dodał: - Małe dziewczynki 

powinny siedzieć cicho. 

- Ty wstrętny, wstrętny szapoklaku! - krzyknęła Sally na Laurie'ego bez jakiegokolwiek 

powodu. 

- Gdyby Sally dostała wysokiej gorączki - rozmarzył się mąż - i Laurie też jednocześnie 

dostał wysokiej gorączki, to... 

- Kupmy sobie inną pogodę - zaproponowała Sally. - Od rana pada i pada. - Namyślała 

się przez chwilę. - A na werandzie siedział lew - dodała. 

- Tak? - zdziwił się Laurie. - Naprawdę widziałaś lwa? 
- Aha - stwierdziła Sally. 
Laurie odłożył widelec i zwrócił się twarzą w stronę ojca. 
- Co to jest? Długie, twarde i ma na sobie buty? Załóżmy się o dziesięć centów, że nie 

zgadniesz. 

- Koń? - zaryzykował jego ojciec. 
- Załóżmy się o dwadzieścia centów - roześmiał się Laurie. 
- Ja naprawdę widziałam lwa na werandzie - zapewniała Sally swoją siostrę. - Skradał 

się bardzo cichutko na paluszkach i pożarł wszystkie koty i kawał płotu. 

- A ja byłam bardzo chora i leżałam w łóżku - zawiadomiła mnie Jannie. - Czy na 

werandzie naprawdę był lew? 

background image

- Prawidło? - zaryzykował znowu mój mąż. 
- Dwadzieścia centów - powiedział Laurie i aż westchnął z zadowolenia. 
- A przecież prawidło jest twarde i długie i ma na sobie buty - upierał się mój mąż. 
- Chodnik! - krzyknął Laurie triumfalnie. - Chodnik jest twardy i długi i ma na sobie 

buty. No nie? A teraz następna zagadka. Co ma pod sobą i nad sobą wodę, a nie jest mokre? 

- Nie wiem, gdzie się podziały moje kalosze - przypomniał sobie mój mąż. 
- Zapytaj mnie, jak mi na imię - zażądała Sally od Laurie'ego. 
- Jak ci na imię? 
- Tygrys, ofiaro! 
- Staruszka, przechodząca przez most z wiadrem wody na głowie! - wrzasnął Laurie. - 

Razem z tym, co przegrałeś wczoraj i przedwczoraj w warcaby, jesteś mi winien dwa dolary i 
siedemdziesiąt pięć centów, a razem z moją jutrzejszą tygodniówką należy mi się dwa 
osiemdziesiąt pięć i jeszcze te dziesięć centów, bo przegrałeś zakład o to, że potrafisz zjeść 
chleb z masłem bez użycia rąk, pamiętasz? 

- I jeszcze dolara - krzyknęła Jannie - za książkę i piórko, które zrzucił ze schodów! 
- Racja, Galileusz! - Laurie rzucił siostrze spojrzenie pełne wdzięczności. - Naturalnie. 

Powiedziałeś, że ciężkie i lekkie przedmioty spadają, no... - spojrzał na mnie wyczekująco. 

- Z jednakowym przyspieszeniem - powiedziałam. - Tak powinno być przynajmniej 

teoretycznie. To była murowana wygrana dla ojca. 

- A niech to wszyscy diabli! - zdenerwował się mąż. - Mogę wam pokazać w 

encyklopedii... 

- I jeszcze dwanaście centów za zabicie tysiąca dwustu much - dodał Laurie. 
- Wcale nie zabiłeś tylu much! - wrzasnął mój mąż. - Mama je policzyła. 
- Kazałeś mi je policzyć, ale jakoś... 
- Ja potrafię zliczyć do tysiąca dwustu - pochwaliła się Jannie. - Raz, dwa, trzy, cztery, 

pięć... 

- Popisywanie się swoimi umiejętnościami - powiedziałam złośliwie - jest bardzo 

wulgarne. 

- Co? - zdziwiła się Jannie. 
- Gdzie mieszkasz? 
- Na placyku - westchnął mój mąż. 
- Cztery dziewięćdziesiąt siedem - odezwał się Laurie, który podliczał długą kolumnę 

cyfr. 

- Mama ci zapłaci - powiedział mój mąż. 
 
Pomimo, że kupiłam termometr i dużą butelkę wody wapiennej, ani Sally, ani Laurie nie 

zachorowali na odrę. Przez czystą przekorę. Mąż i ja doszliśmy zgodnie do wniosku, że trzeba 
koniecznie coś zrobić, żeby ukrócić naturalną ciekawość Laurie'ego w stosunku do cudzych 
rzeczy i sprowadzić ją na lepsze tory, a także odzwyczaić go od wydawania całej tygodniówki 
na gumę do żucia. Postanowiliśmy więc skłonić go do kolekcjonowania monet. W owym 
czasie nie zdawałam sobie jeszcze sprawy z tego, że różnica pomiędzy numizmatyką a 
przemożną chęcią posiadania przedmiotów należących do innych ludzi nie jest taka wielka i 
że podobieństwo pomiędzy starymi monetami a obecnymi pieniędzmi jest niestety bardzo 
duże. Wszystko to okazało się dopiero poniewczasie, ale na razie pomysł wydawał mi się 
doskonały. Pamiętam, jak z entuzjazmem potakiwałam mojemu mężowi, który tłumaczył mi, 
że kolekcjonowanie monet ma tę przewagę nad kolekcjonowaniem znaczków pocztowych, że 
monety są cięższe i nie fruwają, a także nad zbieraniem pudełek po zapałkach, bo monety 
mają pewną wartość obiektywną. Przypominam sobie dokładnie, że zrobiłam nawet dobry 
dowcip mówiąc, że jeżeli już coś kolekcjonować, to chyba najlepiej pieniądze. 

background image

Mój mąż i Laurie rozpoczęli zbieractwo na niewielką na razie skalę. Udałam się do 

banku, nabyłam rolkę monet pięciocentowych, rolkę dziesięciocentowych i rolkę centówek, 
po czym moi panowie zasiedli przy stole i spędzili cały wieczór na notowaniu znaków 
wybitych na poszczególnych monetach, dat i stanu ich zużycia, ja zaś siedziałam z książką w 
fotelu, spoglądałam na nich od czasu do czasu i uśmiechałam się do siebie, zadowolona, że 
oto mój mąż i syn znaleźli sobie takie miłe i dorosłe wspólne zainteresowania. Sprowadzili 
specjalne zeszyty na jedno- pięcio- i dziesięciocentówki. Zeszyty te mają wklęśnięcia na 
monety różnych rozmiarów, a zadaniem kolekcjonera jest wsuwanie odpowiedniej monety do 
odpowiedniego wklęśnięcia. 

Po pewnym czasie mąż zaczął osobiście fatygować się do banku. Zabierał ze sobą 

teczkę. Wymieniał wszystkie nasze pieniądze na drobne, po czym obaj z Laurie'm zabierali 
tyle, ile im było w danym dniu trzeba do zapełnienia zeszytu, a mnie dawali resztę na 
prowadzenie domu. Płaciłam więc odtąd w sklepie wyłącznie drobnym bilonem. 

Nigdy w życiu nie miałam nic przeciwko pieniądzom, ale wkrótce okazało się, że 

musimy nabyć dużą metalową puszkę do przechowywania monet, a każda poczta przynosiła 
ciężkie paczuszki pełne monet z Rurytanii czy Atlantydy i zarówno Laurie jak Jannie, Sally i 
ja zrozumieliśmy, że mój mąż i ich brat zamierzają sprowadzić wszystkie monety z całego 
świata i schować je do metalowej puszki, co poważnie zepsuło stosunki panujące w naszej 
rodzinie. Ja na przykład rzucałam od czasu do czasu złośliwe uwagi, że od lat nie widziałam 
banknotu pięciodolarowego, i wielokrotnie powtarzałam przy kolacji słowa naszego 
sklepikarza, który narzekał, że przeze mnie tworzy się kolejka, bo domagam się, żeby 
wydawał mi resztę z dwudziestu dolarów, wynoszącą siedemnaście osiemdziesiąt sześć, w 
samym bilonie. Jannie spała ze skarbonką pod poduszką, a Sally, jak zwykle dowcipna, 
zaczęła ojcu przynosić z przedszkola żetony, kawałki kolorowego szkła i małe kamyczki. Za 
cały worek drobnych kupiłam mężowi stary dolar hiszpański, wartości ośmiu reali, a 
ponieważ do Bożego Narodzenia było jeszcze daleko, wsunęłam go do portmonetki, żeby go 
ukryć w bezpiecznym miejscu. Nawet Sally nauczyła się słowa „numizmatyk”, a Laurie 
alfabetu greckiego i greckich monet. Kiedy wręczył nauczycielce wypracowanie, napisane od 
początku do końca greckimi literami, został skarcony. 

Pewnego sobotniego poranka nadeszła od dawna oczekiwana paczuszka z monetami, za 

którą musiałam zapłacić trzydzieści jeden centów cła. Sally zaniosła paczkę do pokoju 
mojego męża, podczas gdy ja - zła jak zaraza - odliczałam miedziaki dla listonosza. Kiedy 
poszłam za Sally, zastałam Laurie'ego i jego ojca w stanie silnego zdenerwowania. 

- Czy na to płacimy im taką forsę za monety - wrzeszczał mój mąż - żeby... 
Moi panowie siedzieli naprzeciwko siebie przy niskim stoliku, przy czym Laurie kołysał 

się w przód i w tył i jęczał głucho, a jego ojciec trzymał się za głowę i w kółko powtarzał: - O 
nie, o nie, to niemożliwe. - Jannie i Sally przyglądały im się z niekłamanym współczuciem. 

- Coś nie tak? - rzuciłam wesoło. 
- Coś nie tak? - powtórzyła Jannie. 
- Nie tak? - zawtórowała Sally. 
- Tak jest - jęknął mój mąż. 
- Popatrzcie tylko na te cholerne monety - powiedział Laurie płaczliwie. 
Jannie, Sally i ja posłusznie spojrzałyśmy na sporą kupkę leżących na stoliku monet. 
- Są pomieszane - oświadczył Laurie dramatycznie. 
- Wielkie nieba - zawołałam - no to co?! Cała przyjemność ze zbierania monet polega 

chyba na klasyfikowaniu ich. Przecież nie możecie ich tylko wsuwać do tych waszych 
zeszytów i układać w szafce. Ostatecznie kolekcjonowanie polega chyba na... 

Mój mąż uniósł głowę i spojrzał na mnie piorunującym wzrokiem. 

background image

- Posłuchaj tylko - powiedział słabym głosem. - Zamówiliśmy dwa rodzaje monet w tej 

samej firmie. Jedno zamówienie to był asortyment złożony ze stu pięćdziesięciu rozmaitych 
monet, pochodzących z całego świata. 

- Cudownie - odpowiedziałam. - Pewnie kosztowały... 
- Drugie zamówienie - ciągnął mój mąż - opiewało na sto rozmaitych fałszywych monet 

też z całego świata. A tymczasem pudełka... pudełka... - przerwał i znowu złapał się za głowę. 

- Pudełka się rozwaliły - dokończył Laurie. - I mamy teraz dwieście pięćdziesiąt 

rozmaitych monet, ale pomieszały się... prawdziwe z fałszywymi. 

- Świetnie - zawyrokowałam. - Wielka mi rzecz. Ułożycie fałszywe monety na jedną 

kupkę, a prawdziwe na drugą i będzie po krzyku. 

- Naturalnie - warknął Laurie. - Ojciec niezbyt dobrze się czuje - dodał. 
Uznałam, że moment nie jest właściwy dla dopominania się o moje trzydzieści jeden 

centów, więc wzięłam resztę poczty i razem z dziewczynkami opuściłam pokój męża. 
Usiadłyśmy na kanapie w salonie i po kolei otwierałyśmy koperty; a więc rachunek za 
elektryczność, rachunki z trzech domów towarowych, zawiadomienie o dorocznej zbiórce na 
harcerstwo i katalog firmy dziecięcych zabawek. Ten ostatni wzbudził zainteresowanie moich 
córek, więc wzięłyśmy się do czytania. Był to jeden z tych idiotycznych dokumentów 
wyjaśniających, dlaczego dziecko lubi się bawić i dlaczego rodzice powinni swoim dzieciom 
kupować zabawki. Wszystko to w otoczce pseudonaukowych wskazówek ku osłodzie słonych 
cen. 

„Naturalne impulsy dziecka przemieszczają na bezpieczne tory”, było napisane pod 

zdjęciem przedstawiającym grupę dzieciaków zajętych waleniem młotkami w grube 
drewniane bloki. „Ich małe paluszki szybko i sprawnie uczą się najbardziej 
skomplikowanych...” - E tam - mruknęłam pod nosem. 

- Co oni piszą? - zainteresowała się Jannie. - Przeczytaj nam, mamo. 
Główny artykuł katałogu zatytułowany był „Zdrowe Dzieci to Dzieci Szczęśliwe” albo 

„Szczęśliwe Dzieci to Dzieci Zdrowe” i ilustrowany fotografią, przedstawiającą śliczną mamę 
nachylającą się troskliwie nad dzieckiem i kierującą jego małe paluszki, żeby szybko i 
sprawnie nauczyły się czegoś tam przy pomocy kosztownych klocków owej firmy. 

- Kto to? - Jannie nachylała się nade mną z zainteresowaniem. - Co ta pani robi? Kim 

ona jest? 

Szybko rzuciłam okiem na artykuł. 
- Dzieci są z natury chętne do nauki i rozsądne - przeczytałam. 
- Co? 
- To znaczy, że małe dziewczynki, takie jak Sally i ty, a i chłopcy w wieku Laurie'ego 

lubią być grzeczne i robić wszystko jak należy. Że chętnie się uczą dobrych manier i 
rozsądnego postępowania. 

- Ja na pewno - zgodziła się Jannie. 
- Ja nie - rzuciła Sally. 
- To jest głupie - zastanowiła się Jannie. - Ja na przykład lubię jeść rękami, ale mi nie 

pozwalacie. 

- Moim zdaniem, autorzy tego artykułu pozwoliliby ci jeść rękami. To wyznawcy teorii 

o konstruktywnym czymś tam... nie pamiętam dokładnie, jak to się nazywa. 

- Ha! - krzyknęła Jannie. 
- Tylko fujary - oświadczyła Sally. - Tylko fujary. 
- Dzieci są szczęśliwsze i przystosowują się łatwiej do otoczenia - czytałam dalej - jeżeli 

mają obowiązki. Poczucie wspólnoty... 

- Wiem, wiem! - krzyknęła Jannie. - Posprzątaj pokój, nakryj do stołu, odwieś 

kurteczkę, wyszoruj zęby, umyj... 

- Tylko nie mycie! - wrzasnęła Sally. 

background image

- ...ręce, odłóż zabawki na miejsce, poskładaj serwetkę... 
- Tak jest i jeżeli cię proszę, żebyś pobiegła na górę i przyniosła mi chusteczkę do nosa, 

to powinnaś to zrobić z uśmiechem - poklepałam ją po głowie. 

- Czytaj dalej - zażądała Jannie. - Uważam, że to bardzo głupie, z wyjątkiem tego, że oni 

pozwalają jeść palcami. 

- Rodzice nie powinni się nigdy gniewać na dzieci -czytałam. - Rodzice nie powinni się 

kłócić w obecności dzieci. Rodzice... 

- Ha! - krzyknęła znowu Jannie. 
- Złotko - uśmiechnęłam się - pobiegnij do pokoju ojca i zobacz, jak oni sobie radzą z 

tymi monetami. 

- Nie ja! - wrzasnęła Sally. - Nie ja! 
- Ale ty...-zaczęła Jannie. 
- Nic podobnego - pospieszyłam z odpowiedzią. - Ja nigdy się na was nie złoszczę, 

mimo że ty, twój brat i twoja siostra stanowicie najprawdopodobniej najbardziej krnąbrne, 
uparte i nieznośne... 

- Fujary - pomogła mi Sally. 
- Fujary świata - dokończyłam. - Oni tu piszą, że Szóstki bardzo lubią pomagać w 

gospodarstwie. 

- Co to są Szóstki? - zainteresowała się Jannie. - Czy ja jestem Szóstka? 
- Ty jesteś fujara - zawiadomiła ją Sally. - Stara, stara fujara. 
- Jeżeli ja jestem Szóstka, to Sally jest Trójka, a Laurie Dziewiątka. 
- A może jesteś Trzydziestka Czwórka? 
- Nie. Trzydziestka Dwójka. 
- Pójdę i powiem Laurie'emu, że on jest Dziewiątka - oświadczyła Sally, zgramoliła się 

z kanapy i puściła się biegiem. Przy drzwiach odwróciła się i oświadczyła: 

- Obydwie jesteście fujary. 
- Taler - usłyszałam głos mojego męża. - Sprawdź, czy istniał kiedykolwiek kraj o 

nazwie Taler. 

Głos jego brzmiał nieco histerycznie. Sally zamknęła drzwi od jego pokoju i wróciła na 

kanapę. 

- Powiedziałam im - zawiadomiła nas. 
- Matka jest z natury rzeczy - czytałam dalej - zajęta własnymi sprawami, takimi jak 

zebrania rodzicielskie, gotowanie posiłków dla skautów, szycie kostiumów dla... 

Miałam tego dosyć. 
- Co chcecie teraz robić? - zapytałam moje córki. 
- Łakocia! - krzyknęła Jannie. - Przyrzekłaś, że upieczemy łakocia na szkolną zabawę. 
- Musiałam ulec chwilowemu pomieszaniu zmysłów - westchnęłam i usadowiłam się 

wygodniej na kanapie. - Moje własne zainteresowania koncentrują się w tej chwili na jednej 
tylko rzeczy, a mianowicie chciałabym uciąć sobie małą drzemkę. 

Jannie roześmiała się ironicznie. 
- To jest najgłupsza rzecz, jaką kiedykolwiek powiedziałaś. Czy tam piszą, że mamy 

mogą sobie ucinać drzemki? 

- Piszą, że powinnam być rozluźniona - powiedziałam stanowczo. - Piszą, że matka nie 

powinna wpływać ujemnie na psychiczny rozwój swoich dzieci przez ujawnianie swoich 
negatywnych nastrojów, a tym samym przyznawanie się do braku pewności siebie. Co na 
przykład sądzić o matce, która w pełnym przekonaniu, że kocha swoje dzieci, pozwala sobie 
na awanturowanie się w ich obecności? Albo która mówi nieprawdę, nie dotrzymuje obietnic, 
czyli jest w stosunku do nich po prostu niegodziwa? 

- Zabieraj się lepiej do łakocia - zaproponowała Jannie. - Co znaczy niegodziwa? 

background image

- Czy pamiętasz, że opowiedziałaś ojcu, jak wpakowałam się samochodem na słup 

telegraficzny? 

Jannie uśmiechnęła się od ucha do ucha. 
- Pamiętam. Powiedziałaś wtedy, że jestem skarżypytą. Powiedziałaś, że... 
- To była czysta i niczym nie zmącona niegodziwość, rozumiesz? Taka prosto od krowy. 

Ale jeżeli wierzyć tej pani, co pisała ten tekst, to nie powinnam ci tego mówić. 

- Ale ja wcale nie jestem... 
- Właśnie, że jesteś. Ile razy przypomnę sobie, że opowiedziałaś ojcu o tym słupie, to 

mam ochotę... 

- Ja tego nie zrobiłam! - krzyknęła Sally. - Ja tacie nic takiego nie powiedziałam. Teraz 

mu powiem. 

Spóźniłam się i nie udało mi się jej zatrzymać. 
- Uciekaj - przywitał ją ojciec, kiedy otworzyła drzwi pokoju. 
- Mama wpadła na słup! - wrzasnęła Sally. 
- Co? Znowu? - zdziwił się mój mąż. 
- Nie, nie, nie, nie - podbiegłam do Sally jak szalona. - Ona to sobie wymyśliła. 
- Skarżypyta - oskarżyła mnie Sally.  
Zastąpiłam jej drogę i zapytałam słodkim głosem: 
- No i co? Dajecie sobie radę z tymi nowymi monetami? 
- Na razie - uśmiechnął się blado Laurie - znaleźliśmy sto pięćdziesiąt siedem 

falsyfikatów. 

- Cudownie - ucieszyłam się, ale po chwili namysłu dodałam: - Słuchajcie, a czy tych 

fałszywych nie miało być sto? Jak to się dzieje...? 

- Czy zechciałabyś łaskawie zamknąć drzwi za sobą? -zaproponował mi mąż. 
Dziewczęta wybiegły, ja zaś zamknęłam drzwi od pokoju męża z trzaskiem. Udałyśmy 

się do kuchni, gdzie stanęłam twardo przed zastawionym naczyniami śniadaniowymi 
zlewozmywakiem. 

- No cóż - chrząknęłam. - Trzeba się zabrać do roboty. 
- Czy tato jest niegodziwy? - dowiadywała się Jannie. - Kim jest ta pani, która to 

wszystko napisała? 

- To taka pani, która zajmuje się psychologią dzieci - odparłam bez zastanowienia, bo 

nasłuchiwałam dziwnych dźwięków, jakie dochodziły z pokoju mojego męża. Brzmiało to 
zupełnie tak, jak gdyby ktoś rzucał o ścianę miedziakami. Zastanawiałam się też, czy 
wystarczy mi czekolady do łakocia, czy będę musiała pojechać do sklepu, a jednocześnie 
słyszałam, jak Jannie mówiła: 

- Więc to nie jest pani, co zajmuje się dziećmi, ale ich psy... psami... coś tam. Mamy 

powinny bawić się ze swoimi dziećmi. 

- Ty jesteś stara fujara - powiedziała Sally stanowczo.  
Zabrałam się do zmywania szklanek, a jednocześnie zastanawiałam się w duchu nad 

zbliżającym się okresem świątecznym, który - jeżeli o nas chodzi - obejmuje nie tylko Boże 
Narodzenie i Święto Dziękczynienia, ale pięć urodzin, jedną rocznicę ślubu, a który 
zazwyczaj mija w błyskawicznym tempie, chociaż z drugiej strony ciągnie się jak gutaperka. 
Zaczynałam też poważnie podejrzewać, że nasze nadzieje na to, że szóste w naszej rodzinie 
urodziny przypadną w tym samym okresie, okażą się płonne. Moja walizeczka była od dawna 
spakowana i stała w rogu sypialni. Patrzałam na nią co rano i co wieczór przy kładzeniu się 
spać z tęsknotą i rozrzewnieniem. Dopiero znacznie później okazało się, że mój stęskniony 
wzrok spoczywa nie na walizeczce zawierającej niebieską jedwabną lizeskę i tuzin 
kryminałów oraz szkic listu brzmiący mniej więcej: „Moja kochana(y)... no cóż, narodził nam 
się drugi synek (trzecia córeczka)...” - ponieważ Jannie wpakowała tam zamiast tych rzeczy 
swoje żółte kąpielówki i łamigłówkę. Ale jako że przekonałam się o tym dopiero po 

background image

przybyciu do szpitala, wzrok, jakim spoglądałam na razie na walizeczkę, był pełen 
niezmąconego szczęścia, mimo że nękały mnie ciche obawy, związane z zakupami prezentów 
świątecznych. W dolnej szufladzie komody leżała wyprawka dla niemowlęcia, trochę 
sfatygowana przez moją - pełną temperamentu - najmłodszą pociechę, a w kuchennej szafce 
znajdowało się pół puszki Dextro-Maltosy nr 1. 

- Jesteśmy już na ostatnim etapie - zapewniał mnie lekarz, ilekroć go odwiedzałam. 

Uważał widocznie, że wobec matki niemalże czworga dzieci każda metamorfoza jest dobra. - 
Na Boże Narodzenie powinniśmy już mieć całkowite zawieszenie broni - dodawał 
tajemniczo. 

Rzecz zadziwiająca, ale moje dzieci mimo wszystko prowadziły swój - teoretycznie - 

normalny tryb życia. Laurie zajęty był nowym projektem, za wykonanie którego miał 
podobno z niewiadomych przyczyn otrzymać srebrną strzałę swojego hufca, a mianowicie 
spisywał liczby od zera do nieskończoności; osiągnął już któryś z kolei milion, a 
nieskończoności jakoś nie było widać. Sally przyzwyczaiła się do przedszkola, a nawet je 
polubiła, i codziennie przynosiła stamtąd biuletyny na temat niejakiego pana Tłuścińskiego 
(którego przyjaciele nazywali się Brudasiński i Piaskownicki) oraz tajemniczego pana 
Dawida, który jakoby codziennie przynosił dzieciom gumę do żucia. Jannie prowadziła 
własne życie towarzyskie, niemal zupełnie nie związane z naszymi uroczystościami 
rodzinnymi, wymagające wielu wysiłków z mojej strony. Pogodziłam się chcąc nie chcąc z 
myślą, że co chwila trzeba pędzić do miasteczka, żeby kupić książkę, zabawkę albo pudełko 
farb dla przyjaciółek Jannie, które niemal bez przerwy obchodziły urodziny; zaproszenia 
nadchodziły pocztą albo były przekazywane przez telefon i trzeba się było szarpnąć na trzy 
pary białych skarpetek, żeby Jannie mogła sprostać wszystkim swoim towarzyskim 
obowiązkom. W dniu przyjęcia u Rity wsiadłam z nią do samochodu już o trzeciej po 
południu, dziękując Bogu, że Sally nie zbudziła się jeszcze ze swojej drzemki. Jannie miała 
na sobie najlepszą zieloną sukienkę, którą, rzecz jasna, sama sobie wybrała w sklepie. Była to 
kreacja pełna drobnych plisek z malutkim białym kołnierzykiem. Na nogach miała 
przepisowe białe skarpetki i starannie wyczyszczone - przeze mnie - pantofelki. Odświętny 
płaszczyk leżał na niej jeszcze jako tako, chociaż już zaczynałam w nim widzieć Sally, może 
za miesiąc albo dwa. Na głowie Jannie miała zielony beret, a w ręku niosła paczuszkę ze 
starannie wybraną lalką. Paczuszka była także zielona i opatrzona karteczką z napisem 
„ennaoj”. Poza tym Jannie wplotła sobie w warkocze zielone wstążki, a na szyję założyła - 
wyjątkowo - prawdziwe koraliki. Wyglądała niezwykle dorośle i bardzo ładnie. 

- Czy masz przy sobie chusteczkę? - zapytałam, zanim wsiadłyśmy do samochodu. 
Skinęła ostrożnie głową - ze względu na te zielone wstążki w warkoczach. 
- Wzięłam też zaproszenie - oświadczyła. - Na wszelki wypadek. W razie gdybyśmy 

zapomniały adresu. 

- Wolałabym wiedzieć coś o tej rodzinie - zauważyłam i jeszcze raz przyjrzałam się 

zaproszeniu, zupełnie jak gdyby różowe baloniki i kolorowa czcionka mogły być 
jakimkolwiek wskaźnikiem co do charakteru ludzi, którzy zapłacili po dziesięć centów za pół 
tuzina takich kartek w miejscowym sklepie. 

- Trochę mnie to peszy, że idziesz do zupełnie obcego domu. 
- Jestem przecież zaproszona.  
Westchnęłam i zapuściłam motor. 
- Głos miała nawet sympatyczny - zastanawiałam się. - Matka tej twojej koleżanki. Dała 

mi dokładne instrukcje przez telefon. Richmond Road, powiedziała, i żeby skręcić w lewo, 
zaraz za prywatną szkołą. 

- Jak będę wychodziła, to mam powiedzieć: „Bardzo pani dziękuję, proszę pani”, 

prawda? 

- Czy już cię pytałam o chusteczkę do nosa? 

background image

Kiedy wjechałyśmy w Richmond Road, Jannie położyła ręce na podołku i wyprostowała 

się. Przestała być nagle moją codzienną córką w niebieskim kombinezonie, która towarzyszy 
mi po zakupy, na pocztę i do ciastkarni. Stała się wytworną panną w białym kołnierzyku i 
zielonym berecie. 

- Czy Rita to grzeczna dziewczynka? - zapytałam niby to mimochodem. 
- Jest w porządku. Znam ją tylko ze szkoły. 
Nigdy nie zapomnę jednych urodzin, na które zaprowadzono mnie nie wiadomo 

dlaczego i gdzie byłam najmłodsza ze wszystkich dzieci i przesiedziałam całe popołudnie w 
kącie, powstrzymując łzy. 

- Czy wiesz, kto tam jeszcze będzie? 
- Koleżanki i koledzy ze szkoły - zdenerwowała się Jannie. 
- Na pewno będziesz się dobrze bawiła - zapewniłam ją. 
- No a jak? Ubrałam się w najlepszą sukienkę i w ogóle. 
- Na lewo, zaraz za prywatną szkołą - wyjrzałam przez okno. - Potem ma być Overlea 

Drive, potem skręt wprawo i pod górkę. Uważaj na tabliczki. Nazywają się Arden. Ta pani 
powiedziała, że nie możemy nie trafić. 

- Powiedz Sally, że przyniosę jej trochę cukierków - powiedziała Jannie - a Laurie'emu 

kawałek tortu. I nie szykuj dla mnie kolacji, najem się słodyczy i nie będę głodna. Na 
zaproszeniu pisze, że koniec przyjęcia jest o piątej, więc przyjedź po mnie o wpół do szóstej. 
Będę miała czas na pozbieranie cukierków i czekoladek, i różnych takich drobiazgów, co to je 
dzieciaki zawsze zostawiają. Dla Sally - dodała wspaniałomyślnie. 

- Czy masz chusteczkę do nosa? O, tu jest Overlea Drive. 
- Wiem, wiem i mam powiedzieć: „Dziękuję pani bardzo, proszę pani”, jak będę szła do 

domu. Już ci mówiłam, że mam chusteczkę. 

- Na tabliczce jest napisane Arden - ucieszyłam się. - Zobacz, Arden. 
- Nigdy jeszcze tu nie byłam. Rita nie jeździ szkolnym autobusem. 
- To dziwne, przecież ma tak daleko - zdziwiłam się. - Zobacz, to jest prywatna droga. 
Skręciłam ostro i wrzuciłam drugi bieg. 
- Przywozi ją szofer - oświadczyła Jannie. - Czy myślisz, że to ten dom na górce? 
Była to jedyna willa, jak okiem sięgnąć. Jechałyśmy teraz pomiędzy tarasowymi 

trawnikami, wysadzonymi ozdobnymi drzewami i krzewami, poprzecinanymi pięknie 
wygrabionymi ścieżkami. Zauważyłam zegar słoneczny i basen. Dom na szczycie pagórka 
podobny był raczej do pałacyku. 

- Czy myślisz, że to naprawdę tu? - zapytałam Jannie. 
- Siedem kominów - zauważyła Jannie. - Rita mówiła, że mieszka w bardzo dużym 

domu. 

Skręciłyśmy na półkolisty podjazd, minęłyśmy garaż, w którym stały trzy zagraniczne 

samochody, i zajechałyśmy przed frontowe wejście. Zahamowałam gwałtownie, bo bałam się, 
że wpadnę na wspaniały, niski, błyszczący i dziwnie miękko wyglądający sportowy wóz, a 
sama myśl o tym, że mogłabym chociażby zadrapać mu zderzak (czy to się nazywa zderzak?), 
przyprawiała mnie o dreszcze. Dwa identyczne szare pudelki leżały dekoracyjnie po obu 
stronach drzwi. Jeden wstał, przeciągnął się i spojrzał na nas krytycznym okiem. 

- Jannie, córeczko, popatrz na mnie, mam na sobie stare dżinsy, sfatygowaną kurtkę i 

pepegi. Pozwolisz, że nie wysiądę. Pobiegnij do drzwi, naciśnij dzwonek, jak ci otworzą, to 
odjadę, dobrze? 

- Mogłabyś przynajmniej podejść do drzwi. Ostatecznie jesteś moją matką. 
- Chyba tak - westchnęłam z rezygnacją i wysiadłam z samochodu. Jannie ruszyła 

pędem po schodach, przywitała pudelki skinieniem głowy i nacisnęła dzwonek; ruszyłam za 
nią, a kiedy jeden z pudli zbliżył się do moich nóg, odskoczyłam jak oparzona. Miałam wizję 
przyszłości. Siedziałam ukryta w krzakach, żeby chociażby przez moment spojrzeć na moją 

background image

wytworną córkę, tańczącą w sali balowej wspaniałej rezydencji. Pokojówka w żółtym 
mundurku i białym fartuszku otworzyła drzwi. Za nią stała grupa odświętnie ubranych 
dziewczynek w różowych, niebieskich i białych sukieneczkach. 

- Cześć, dzieciaki - przywitała je Jannie. 
- To Joanne - krzyknęła dziewczynka w niebieskiej sukience, najprawdopodobniej 

solenizantka - teraz możemy zacząć zabawę. 

- A to - oświadczyła Jannie - to jest moja matka.  
Dziewczynka w niebieskiej sukience dygnęła, a ja o mały włos nie zrobiłam tego 

samego. 

- My - oświadczyła Jannie dzieciom - my mieszkamy w znacznie większym domu. - 

Potem odwróciła się i krzyknęła do mnie: 

- Nie zapomnij powiedzieć Sally, że jej coś przyniosę.  
Wyszłam. Drzwi zamknęły się za mną. 
Kiedy przyjechałam po Jannie o piątej piętnaście - był to kompromis pomiędzy tym, co 

było na zaproszeniu, a rezultatem chytrego planowania Jannie - miałam na sobie spódnicę i 
porządne pantofle. Pokojówka wpuściła mnie do środka, przez dobrą minutę stałam w holu i 
nasłuchiwałam wesołych dziewczęcych głosów, dochodzących z głębi domu, po czym zjawiła 
się kobieta w sukni z szarej tafty, z kolią prawdziwych chyba szmaragdów na szyi i chwyciła 
mnie za rękę. 

- A więc to pani jest matką Joanne! - krzyknęła z entuzjazmem. - Proszę, niech pani 

pozwoli do salonu na małego drinka. 

 
Pewnego czwartkowego popołudnia, mniej więcej o godzinie czwartej, listonosz 

doręczył nam wielkie pudło. Zawierało sporą kolekcję używanych zasłon i firanek, które 
przysłała mi moja matka - w przekonaniu, że zechcę je przerobić na swoje okna albo poszyć z 
nich pokrowce, narzuty na łóżka albo po prostu ściereczki do kurzu. Wyjęłam zasłony, a 
tekturowe pudło zostało w holu. Zamierzałam je później wystawić na dwór dla śmieciarzy. 
Około czwartej dziesięć Laurie wyłonił się ze swojego pokoju, gdzie coś tam sobie malował, i 
przywędrował do sypialni, w której rozkładałam zasłony mamy na łóżku. 

- Co to za wielkie pudło stoi w holu? 
- Przyszły w nim rzeczy od babci. 
- Prezenty? 
- Nie. Te zasłony. 
- Komu potrzebne zasłony? 
Około czwartej trzynaście Sally ocknęła się z popołudniowej drzemki i wrzeszcząc 

„mama” zeszła, a raczej ześliznęła się ze schodów i to na brzuchu, głową naprzód, a kiedy 
weszła do sypialni, zapytała natychmiast: 

- Czy to dla mnie? 
- Co? 
- Prezent, który nadszedł w dużym pudle, co stoi w holu. 
- Nie, to jest prezent dla mnie. Te zasłony, co widzisz. 
- Czy możesz mi je podarować? 
- Nie. 
- Nie pozwolę ci wejść do mojego domu.  
Dokładnie o czwartej trzydzieści powróciła do domu Jannie i z miejsca przewróciła się 

przez pudło w holu. 

- Kto je tu postawił? Na pewno specjalnie po to, żebym się przewróciła! - krzyknęła ze 

złością. 

- W tym pudle przyszły jakieś szmaty dla mamy - wyjaśnił jej Laurie. 

background image

Znajdowałam się w pokoju męża, żeby go zapytać, czy nie reflektowałby na koktajl 

przed kolacją. Nie, oświadczył i dodał, że pracuje nad artykułem o pewnej kobiecie, 
posiadającej dar jasnowidzenia, w związku z czym wolałby zachować jasność własnego 
umysłu. Powróciłam więc do kuchni, zaczęłam bez większego entuzjazmu wyjmować 
kartofle z worka, a po chwili weszła Jannie i zapytała, czy ona, Sally i Laurie mogą się 
pobawić tym pudłem, które stoi w holu, na co odparłam, że owszem, ale pod warunkiem, że 
będą to robili cicho, ponieważ tato pracuje. 

W dziesięć minut później - w którym to czasie mój mąż dwukrotnie wyłaniał się ze 

swojego pokoju, raz, żeby zagrozić dzieciom, że jeżeli nie będą się zachowywały ciszej, to 
matka zabroni im bawić się w holu i pośle je spać, drugi raz, żeby mi powiedzieć, że nie może 
skupić się na kobiecie obdarzonej darem jasnowidzenia, ponieważ dzieciaki okropnie hałasują 
- wpadł do kuchni, cały rozpromieniony, Laurie i krzyknął: 

- Nadszedł jeszcze jeden prezent, prawdziwy urodzinowy prezent! 
Rozczarowana, bo szczerze mówiąc, spodziewałam się tego, odłożyłam nóż i poszłam 

za Lauriem do holu. Musieliśmy oczywiście przejść przez pokój męża, który na nasz widok 
uniósł głowę i powiedział: 

- To nie jest publiczna szosa, ale pokój, w którym usiłuję od czasu do czasu pracować. 
W holu wciąż stało wielkie pudło, pełne teraz czegoś, co chichotało, kotłowało się i 

wierzgało jak szalone. Jannie i Laurie przyglądali się z uciechą moim ostrożnym zabiegom, 
zmierzającym do otworzenia go, wreszcie z pudła wyskoczyła Sally i cała moja trójka zaczęła 
piszczeć i wrzeszczeć ze szczęścia. 

- Nie życzę sobie tego prezentu - powiedziałam stosując się do reguły gry. - Powiedzcie 

listonoszowi, żeby go odniósł tam, skąd został wysłany. 

W dziesięć minut później w kuchni znowu zjawił się Laurie. 
- Przyszedł jeszcze jeden prezent - oświadczył z powagą. 
Ponieważ nie widziałam żadnego powodu, żeby uparcie trwać przy kulinarnych 

zabiegach, ponownie odłożyłam nóż i raz jeszcze podążyłam za synem. 

- To nie jest publiczna szosa, ale mój pokój pracy - oświadczył mąż, kiedy mijaliśmy 

jego biurko. 

W holu Sally i Laurie przyglądali się z wielkim napięciem, jak rozpakowywałam Jannie 

z pudła. 

- Tego prezentu też sobie nie życzę - powiedziałam. - Powiedzcie listonoszowi, żeby go 

odniósł razem z tamtym. 

Dzieci śmiały się do rozpuku. 
Powróciłam do kuchni, ale po minucie zjawiła się Jannie w towarzystwie Sally. 
- To nie jest publiczna szosa - zauważył mój mąż, kiedy znowu przechodziłyśmy przez 

jego pokój. 

Otworzyłam pudło, wyciągnęłam Laurie'ego, roześmiałam się i powiedziałam: 
- Tego prezentu też nie przyjmuję. Niech listonosz odniesie wszystkie trzy tam, skąd 

zostały wysłane. 

Powróciłam do kuchni i chwyciłam za nóż w miłym poczuciu dobrze spełnianego 

macierzyńskiego obowiązku. Z holu dochodziły mnie szepty, potem drzwi pokoju mojego 
męża prowadzące do holu otworzyły się, a jego głos powiedział: 

- To nie jest publiczna szosa, ale pokój, w którym usiłuję pracować. 
Potem w pokoju męża rozległo się szeptanie wielu głosów, wreszcie mąż powiedział: 
- No więc dobrze, ale tylko ten jeden raz. 
Potem jeszcze trochę cichych chichotów i śmiechów. Właśnie otwierałam piekarnik, 

kiedy do kuchni wkroczył Laurie w towarzystwie Jannie i Sally. 

- Jeszcze jeden... - Zaczął Laurie, spojrzał na zapiekankę i wrzasnął: 
- A co to jest? 

background image

- Wycięłam taki jeden przepis z ilustrowanego tygodnika - odparłam dość niepewnym 

głosem. - Jest w tym śmietana, tuńczyk, ziemniaki, siekane oliwki, puszka zupy fasolowej, 
korniszonki, no i cała masa pysznych przypraw. 

- Ja tego nie lubię - oświadczyła z miejsca Sally. 
- A co jest na deser? - dowiadywał się Laurie, który ma naturę łagodną. 
- Kompot z brzoskwiń - powiedziałam. - Z puszki. Bo widzicie, przez te zasłony zeszło 

mi całe popołudnie, no i... 

- Tuńczyk - skrzywiła się Jannie. - Czy mogłabyś zrobić dla mnie jedną porcję bez 

tuńczyka? 

- Ja wetnę sobie na razie sandwicza z masłem fistaszkowym - oświadczył Laurie. 
- Dziewczęta mogłyby na razie nakryć do stołu - zasugerowałam. - Jannie filiżanki i 

szklanki, Sally sztućce i serwetki. 

- Ja wolę ustawiać szklanki - oświadczyła z miejsca Sally. 
- I nie zapomnijcie o soli i pieprzu. Chleb, sałata, kompot - wyliczałam i zerkałam 

krytycznym okiem na zapiekankę. 

- Jak myślisz? - zapytałam Jannie. - A gdybym tak dolała do tego trochę sosu 

pomidorowego? 

- To by na pewno tylko pogorszyło smak - skrzywiła się Jannie. 
- Czyste ręczniki - przypominałam sobie. - Idę na górę i zaraz wracam. Laurie, umyj 

ręce, zanim dotkniesz chleba. 

Opuściłam kuchnię, przeszłam przez pokój męża, przez hol, wspięłam się na górę, 

wyjęłam z bieliźniarki ręczniki i powróciłam na dół. 

- Kolacja będzie na stole za pięć minut - powiedziałam przechodząc przez pokój męża. 
- Kolacja za pięć minut - powiedziałam mijając drzwi jadalni. 
- Kolacja za pięć minut - powiedziałam wchodząc do kuchni. - Laurie, zacznij mówić 

ojcu, że kolacja jest gotowa. 

Laurie poszedł do pokoju męża i wrócił. 
- Nie ma go u siebie - powiedział. 
- Pewnie myje ręce - zasugerowała Jannie. 
- Sól i pieprz - rzuciłam lustrując stół. Jannie, jak zwykle, nakryła dla wszystkich jak dla 

mańkutów. 

- Ja już umyłam ręce - oświadczyła Sally, wychodząc z łazienki. 
Patrzałam ponad jej głową na powieszony na kołku czysty ręcznik do rąk i 

westchnęłam. 

- Laurie, Jannie, myjcie ręce! - zawołałam. - Ojciec zaraz zejdzie. 
- Miałem ci coś powiedzieć, ale zapomniałem - zastanawiał się Laurie, sadowiąc się ze 

swoim sandwiczem przy stole. 

- Czy ty uważasz, że to są czyste ręce? 
- Mówiłam ci, że nie będę tego jadła - Jannie patrzała podejrzliwym wzrokiem na swój 

talerz. 

- To musiało być chyba coś o tacie - zamyślił się Laurie. 
 
Piątego grudnia Niunia powiła cztery czarno-białe kotki. Otworzyły oczy i zaczęły 

baraszkować po kuchennej podłodze, a Niunia, znowu szczupła i zwinna, zabrała się do 
polowania na myszy. Ja zaś co rano schodziłam ze schodów, stopień za stopniem, trzymając 
się kurczowo poręczy. Tego ranka spadł pierwszy śnieg. Kiedy weszłam do kuchni, Jannie i 
Sally siedziały przy stole o żółtym blacie i zajadały płatki owsiane, a Elsie, wesoła, 
młodziutka dziewczyna, którą zaangażowaliśmy do pierwszego stycznia, szykowała 
Laurie'emu drugie śniadanie do zabrania do szkoły i nakładała mu grubą warstwę musztardy 
na sandwicze. 

background image

- Dzień dobry - powitała mnie wesolutko. - Jak widzę, pani wciąż jeszcze w domu. 
- Aha - warknęłam. - Kawa jest? 
- Dzień dobry, kochana mamo - powitała mnie z kolei Jannie swoim najsłodszym 

głosikiem, co oznaczało, że zamierza guzdrać się nad owsianką do za dziesięć dziewiąta, a 
Sally małpowała siostrę pokrzykując: 

- Kochany dzień, dobra mamo! 
- Zdawało mi się w nocy, że ktoś odjeżdżał samochodem - powiedziała Elsie. - Ale 

potem pomyślałam sobie, że gdyby pani jechała do szpitala, to chyba obudziłaby mnie pani. Z 
całą pewnością, no nie? 

- Z całą pewnością. 
- A jak się pani czuje? Dobrze? 
- Bardzo dobrze. 
Wzięłam kawę i gazetę i udałam się do jadalni, gdzie zamierzałam spędzić resztę 

przedpołudnia. Jakaś babka w Nowym Jorku urodziła bliźnięta w taksówce. Jakaś inna w 
Ohio urodziła siedemnaste dziecko. Jeszcze inna, tym razem dwunastoletnia Meksykanka, 
urodziła chłopca ważącego siedem kilo. Artykuł na stronie kobiecej radził, jak przyzwyczaić 
jedynaka do myśli o nowym braciszku czy siostrzyczce. Po dłuższych poszukiwaniach 
znalazłam na siedemnastej stronie opis morderstwa - facet zabił żonę siekierą - i podnosiłam 
właśnie filiżankę do ust w nadziei, że gorąca para nieco mnie otrzeźwi. 

- Laurie - usłyszałam głos Elsie spod schodów - jest dziesięć po ósmej. 
- Już lecę! - wołał Laurie. - Mama jeszcze w domu? 
- Jest, jest - zapewniała go Elsie. - Nie zapomnij wyszorować zębów. 
Zaczęłam czytać kolumnę sportową. 
Z kuchni doszedł mnie jasno i wyraźnie głos Jannie: 
- Jak już będziemy mieli nowego braciszka, to czy on codziennie będzie jadł z nami 

śniadanie? 

- Owsiankę? - dodała Sally. 
- On będzie całkiem malutki - tłumaczyła im Elsie. - I na początku będzie wyłącznie 

leżał w łóżeczku i pił z butelki. 

- Ja go będę kąpała - oświadczyła Jannie. 
- A ja mu oddam moją owsiankę - powiedziała Sally. 
- Zapytamy mamę, kiedy on wreszcie przyjdzie - zaproponowała Jannie. 
- Daj spokój! - krzyknęła pośpiesznie Elsie. - I skończ już z tą owsianką. 
Po chwili na schodach rozległo się tupanie nóg Laurie'ego, po czym syn mój wpadł jak 

szalony do kuchni. Z sypialni doszło mnie ciężkie stąpanie nóg mojego męża. 

- Dzień dobry, mamo! - krzyknął Laurie. - Byłem pewny, że już cię nie ma. 
- No cóż... 
Laurie przyniósł tacę ze śniadaniem i zaczął sypać cukier na owsiankę. Zasiadł do stołu, 

żeby dotrzymać mi towarzystwa. 

- Jak myślisz - zapytał - może ty w ogóle nie pojedziesz do szpitala? 
- Już się nad tym zastanawiałam.  
Laurie zaczął się gwałtownie śmiać. 
- A co z tą całą wyprawką? 
- Może już będzie dosyć tego cukru? - zasugerowałam. - Nie chciałbyś poczytać gazety? 
Laurie wziął ode mnie kolumnę sportową i oparł ją o dzbanek z kawą. 
- A wiesz co? - powiedział patrząc na mnie badawczo. - Nauczycielka zapytała mnie 

wczoraj, co z tym moim nowym braciszkiem. Powiedziała, że przyjdzie i zaśpiewa ci „Sto 
lat”, jak go wreszcie urodzisz. 

- Powiedz jej, że pojechałam do Meksyku. 
Mąż wszedł do jadalni, spojrzał na mnie z lekkim zdumieniem i powiedział: 

background image

- Dzień dobry, kochanie, dzień dobry. 
- Dzień dobry, tato. Mama jest jeszcze w domu - zawiadomił go Laurie. 
Mąż poszedł do kuchni. 
- Dzień dobry - przywitał Elsie i dziewczynki, po czym Elsie powiedziała mu, że jest 

pewna, że obudzilibyśmy ją, gdybyśmy pojechali w nocy do szpitala. 

Mąż przyniósł sobie śniadanie na tacy i usadowił się przy mnie. 
- Dzisiaj powinny nadejść monety z Hongkongu - powiedział Laurie. 
- Muszę do nich napisać - odparł mój mąż tajemniczo. 
- Jak myślisz, co będzie z mamą? - zapytał go mój syn. 
- Nie mam zielonego pojęcia - warknął mąż i zlustrował mnie od stóp do głów. 
Odsunęłam głowę z zasięgu pary buchającej z mojej filiżanki i rzuciłam od niechcenia: 
- Słuchajcie, jeżeli wolicie, to mogę się przenieść do hotelu. Zawiadomię was, jak 

będzie po wszystkim. 

- Jak się dzisiaj czujesz? - zainteresował się nagle mój mąż. 
- A tam. 
- Wolałbym, żebyś dzisiaj nie rodziła żadnych dzieci - oświadczył nagle Laurie - bo 

musisz przyjechać po mnie do skautów. 

- A jutro? 
- Jutro też nie - wtrącił się mąż. - Jutro ja mam zebranie Stowarzyszenia 

Numizmatyków, a już opuściłem ostatnie zebranie, bo miałem katar, a przedostatnie, bo 
odwiedziła nas akurat twoja matka. Chciałbym jutro pójść, bo oni jeszcze uznają, że 
lekceważę ich z powodu byle głupstwa. 

- A w niedzielę przyjeżdża twój wuj z ciotką - zauważyłam ironicznie. - Może w takim 

razie odpowiada wam poniedziałek? 

Elsie wsunęła głowę w drzwi. 
- Poniedziałek jest dla mnie fatalny - oświadczyła - zdaję egzamin na prawo jazdy. 

Niech pani poczeka do poniedziałku po południu. Będę panią już mogła zawieźć. We wtorek 
Jannie idzie na urodziny do Kathy. 

- A co w środę? 
- W środę chciałabym odwiedzić moją siostrę - oświadczyła Elsie. - Nie wiem, czy pani 

sobie przypomina, ale pytałam i pani powiedziała, że mogę się umówić na ten dzień, bo pani 
już na pewno będzie z powrotem w domu. 

- Czy wobec tego czwartek wszystkim odpowiada? - zapytałam już nieco podniesionym 

głosem. 

- Nie wiem - zastanawiał się Laurie. - W czwartki też mam zawsze skautowskie zbiórki. 
- A może byś urodziła tego braciszka w moje urodziny - zaproponowała Jannie z 

kuchni. 

Urodziny Jannie wypadały za dziesięć miesięcy i kilka dni. 
- Postaram się - przyrzekłam.  
Laurie roześmiał się. 
- Pan Feeley powiedział, że jeżeli nasz braciszek urodzi się przed wtorkiem, to odpali ci 

dziesięć procent od swojej wygranej - zawiadomił mnie. 

- Z jakiej znowu wygranej? 
Laurie speszył się i spojrzał na ojca, który wstał z krzesła i powiedział znacząco: 
- Może byśmy sobie jeszcze raz popatrzyli na te rzymskie monety, synu, co? 
- Z jakiej wygranej? - krzyknęłam. 
- Nie denerwuj się - uspokajał mnie mąż. - To jest taki nasz wspólny pomysł... Będzie z 

tego prezent dla nowego członka rodziny... 

- Taka książeczka - wtrącił się Laurie. 
- No tak. Książeczka dla dziecka - dodał jego ojciec.  

background image

Obydwaj ruszyli do pokoju męża. 
- Nie ma mowy o tym, żeby to wypadło przed wtorkiem - mówił mój mąż do 

Laurie'ego, zupełnie jak gdyby mnie nie było w pokoju. - Rachunek prawdopodobieństwa... 

- Ross oświadczył wczoraj na wielkiej pauzie, że jeżeli nic nie wystrzeli do Bożego 

Narodzenia, to będę mu musiał dać dziesiątkę - powiedział Laurie. 

- Powiedz mu, że stawiamy trzydzieści do jednego - odparł mój mąż. 
Kontynuowali rozmowę już w pokoju za zamkniętymi drzwiami. Słyszałam ich 

wyraźnie. Mąż twierdził, że Ross nie ma żadnej szansy na wygraną, a Laurie zauważył, że 
pewnie uda mu się namówić nauczycielkę na postawienie dwudziestu pięciu centów. 

- Wolałbym naprawdę, żeby to nie wypadło we wtorek - ciągnął mój mąż. - Ale na nią 

nie można liczyć. 

- Ona jest gotowa zrobić to akurat takiego dnia, kiedy nikt nie postawi grosza - 

westchnął Laurie. - Tato - zapytał nagle - czy to jest Neron? 

- To jest guzik od mojego blezera - odparł mój mąż. - Muszę poprosić Elsie, żeby mi go 

przyszyła. 

Zapaliłam papierosa i dolałam sobie kawy. Nie miałam ochoty na nic innego. 
- Jest dziesięć po dziewiątej! - krzyczała Elsie z kuchni. Sally wrzasnęła jak oparzona, 

zsunęła się z krzesła i pobiegła do drzwi. Jannie za nią. 

- Wracajcie natychmiast! - darła się Elsie. - Nie skończyłyście owsianki. 
- Cześć, tato - pożegnał się Laurie, poszedł do kuchni, wziął paczkę z drugim 

śniadaniem i zatrzymał się na chwilę w jadalni. 

- Przyjedziesz po mnie o piątej? - zapytał. 
- Naturalnie, naturalnie. 
Podeszłam do frontowych drzwi, żeby pomachać im ręką na pożegnanie. Autobus 

szkolny odjechał; Sally usiadła w jadalni przy oknie i czekała na furgonetkę, która miała ją 
zawieźć do przedszkola. Na progu leżała już dzisiejsza poczta, więc poprosiłam Sally, żeby ją 
podniosła, i poszłam do pokoju męża. 

- Spójrz na te rachunki - zażądałam złośliwie. 
- Znowu rachunki? - zdziwił się. - Przecież dopiero co... 
- Może spróbujesz je zapłacić w rzymskich monetach - zaproponowałam. 
Usiadłam na twardym krześle, które wniosłam specjalnie do jego pokoju, bo z miękkich 

foteli trudno jest się wydostać. 

- Albo tymi jedenastoma sztonami z kasyna w Syjamie. 
- Czy ty się aby dobrze czujesz? - zaniepokoił się mąż. 
- Albo fałszywymi szkockimi markami. Czuję się znakomicie. 
Mój mąż ostrożnie dotknął sterty rachunków wskazującym palcem. 
- Jedno z nas - powiedział - musi pójść do banku i porozmawiać z panem Andrews. 
- Nie ja. 
- Oczywiście, że nie ty. Chyba że poszłabyś jutro z rana - dodał. - To znaczy, jeżeli nie 

pojedziesz przedtem do szpitala. 

 
Nasz bank jest niezmiernie sympatyczną instytucją. Wysyła nam w regularnych 

odstępach czasu książeczki czekowe w twardej okładce, a urzędnicy jego gotowi są w każdej 
chwili podać klientom kurs franka szwajcarskiego i niezmiernie chętnie udzielają porad przy 
sporządzaniu testamentu. Panująca tam atmosfera jest znacznie mniej uroczysta niż na 
przykład w dobrym kinie. Z zainstalowanych w strategicznych punktach głośników płyną 
nieustannie łagodne dźwięki muzyki, klimatyzatory oczyszczają powietrze z cierpkiego 
zapachu banknotów dziesięciodolarowych, dobrze wyściełane kanapy służą nerwowym 
petentom, zgłaszającym się po pożyczki; jednym słowem jest to bank poświęcony 
najrozmaitszym czynnościom, z wyjątkiem szybkiego obrotu pieniędzmi. W ostatnich latach 

background image

spotykałam się tam wielokrotnie z niejakim panem Andrews, człowiekiem, który miał 
zwyczaj zadawania niesłychanie wnikliwych pytań i odnosił się do mnie z nie ukrywanym 
lekceważeniem. Widywałam go zazwyczaj w związku z niewielkimi sumami pieniędzy, które 
przechodziły przez ręce pana Andrews na nasze konto, a stamtąd niemal bezpośrednio na 
konta mleczarzy, lekarzy, domów towarowych oraz najdziwniejszych osób, z którymi mój 
mąż grywał w pokera. Pan Andrews jest bezapelacyjnie przekonany, że jeżeli wypłaca mi 
jakąkolwiek sumę, to jest to z jego strony osobista przysługa. 

- Zawsze chętnie udzielamy kredytu - powtarza swoją ulubioną śpiewkę. Ostatecznie 

jest to jedna z głównych funkcji każdego banku. Czy nie tak? 

Pan Andrews jest tak głęboko przeświadczony o tym, że funkcją banku jest właśnie 

czynność odwrotna, że zamiast mu odpowiedzieć na to pytanie, śmieję się perliście i mówię 
coś w rodzaju: czy dziewięćdziesiąt dni równa się trzem miesiącom? 

Pan Andrews lubi także sentencje takie, jak: - Pani chyba zdaje sobie sprawę z tego, że 

my też mamy zobowiązania finansowe... - albo: - Gdybyśmy chcieli udzielać pożyczek 
wszystkim klientom, którzy... 

Pan Andrews nigdy nie używa słowa „pieniądze”. Woli mówić o „kredytach”, 

„funduszach” albo „dochodach”. 

Kiedy idę do pana Andrews, żeby porozmawiać z nim na temat „kredytów”, 

„funduszów” albo „dochodów”, zabieram z sobą z zasady jedno z moich dzieci, w nadziei, że 
widok ich smutnych ocząt wzruszy kamienne serce tego człowieka, chociaż powinnam już 
wiedzieć, że ich smutne oczęta mogłyby z równym powodzeniem usiłować otworzyć kasę 
pancerną. Raz tylko udało nam się zaskoczyć pana Andrews, a mianowicie w dniu, kiedy 
Laurie, który właśnie zaczynał kolekcjonowanie monet, zapytał, czy może przejrzeć szufladę 
z drobnymi, bo chciałby wymienić kilka zwykłych pięciocentówek na takie z literą „V”, 
symbolem zwycięstwa. 

Tym razem zjawiłam się u pana Andrews na krótko przed Bożym Narodzeniem - w 

okresie dla nas finansowo trudnym. Wiedziałam, że prezenty dzieci zostały już na szczęście 
zakupione i schowane w bezpiecznym miejscu, chociaż bynajmniej nie zapłacone, więc 
trzymając jedną ręką Jannie, ubraną w niebieski kombinezon, a drugą Sally, ubraną w 
czerwony kombinezon, weszłam dość nieśmiałym krokiem do królestwa pana Andrews. 
Dziewczęta miały wyszczotkowane włosy, botki starannie nałożone na właściwe nogi, poza 
tym przyrzekłam im, że jeżeli uda mi się wydobyć z pana Andrews trochę gotówki, to 
zafunduję im lody. Z głośników banku płynęły piękne tony kolędy „Radość światu całemu”, a 
w środkowej jego nawie, gdzie zazwyczaj przeprowadza się transakcje hipoteczne, stała 
ogromna choinka. Na okres przedświąteczny dział hipotek przeniesiony został do niewielkiej 
niszy za kasami. Posadziłam dziewczynki na wybitej aksamitem ławie ustawionej na wprost 
drzewka, kazałam im nie ruszać się i przyrzekłam, że powrócę za chwilę i zabiorę je na 
obiecane lody. Przysiadły posłusznie, a ja podeszłam do sekretarki pana Andrews. 

- Dzień dobry - powiedziałam. 
- Dzień dobry - odparła. - Wesołych świąt. 
Uśmiechnęła się serdecznie i pochyliła się nad papierami. 
- Czy mogłabym porozmawiać z panem Andrews? - zapytałam, wplatając palce w 

ozdobną, metalową kratę. 

- A w jakiej sprawie, jeśli wolno zapytać? 
- W sprawie pożyczki - przysunęłam się nieco bliżej. 
- W sprawie pani pożyczki - powiedziała owym szczególnym przenikliwym głosem, 

jakim odzywają się urzędnicy bankowi, kiedy mowa jest o przepływie pieniędzy w 
niewłaściwą stronę. - Czy pani zamierza rozpocząć spłacanie pożyczki? 

- Miałam nadzieję, że pan Andrews znajdzie dla mnie chwilę czasu. 

background image

- Ależ to naprawdę urocze - uśmiechnęła się najniespodziewaniej w świecie 

urzędniczka. 

Po minucie zorientowałam się, że patrzy na moje dziewczynki. Okazało się, że spoza 

drzewka wyłonił się święty Mikołaj, całkiem autentyczny, w czerwonym płaszczu i z białą 
brodą. Skinął na moje córki, żeby podeszły do bariery. 

- Nie miałam pojęcia, że nasz bank ma na etacie świętego Mikołaja. 
- Każdego roku w okresie świąt. 
Jannie i Sally zsunęły się z ławki i podeszły do barierki. 
- Halo, święty Mikołaju! - zawołała Sally radośnie. 
Jannie uśmiechnęła się z lekkim zażenowaniem. W całym banku klienci i urzędnicy 

kiwali głowami, uśmiechali się i wymieniali życzliwe uwagi. Ponieważ znam Jannie i Sally 
od dłuższego czasu, oderwałam się od biurka sekretarki pana Andrews, ale za późno, bo 
dopiero w chwili, kiedy św. Mikołaj otwierał drzwiczki, żeby wpuścić je za barierkę. Usiadł 
na krzesełku pod pięknie oświetlonym drzewkiem i posadził sobie Jannie na jedno kolano, a 
Sally na drugie. 

- Ho, ho, ho - zaśmiał się - czy jesteście grzeczne, moje panienki? 
Jannie tylko skinęła głową, a Sally krzyknęła: 
- Ja jestem bardzo grzeczna! 
- A czy codziennie szorujecie zęby? 
- Dwa razy - oświadczyła Sally. - Ja szoruję zęby rano i wieczorem, i rano. 
- Ho, ho, ho - powtórzył święty Mikołaj. - Więc jesteście grzeczne, co, dziewczynki? 
- Ja jestem bardzo grzeczna - powtórzyła Sally niecierpliwie. 
Święty Mikołaj zamyślił się głęboko. 
- A czy myjecie sobie codziennie buzie? - zapytał wreszcie. 
- Ja zawsze myję sobie buzię! - krzyknęła Sally i wiedziona niezawodnym instynktem 

dodała: - Buzię i ręce, i szyję, i uszy, i... 

- Dobrze, doskonale - powiedział pospiesznie święty Mikołaj i znowu się roześmiał. - 

No, a teraz powiedzcie mi, co święty Mikołaj ma wam przynieść na Boże Narodzenie? 

- Lalkę - zaryzykowała Jannie. - Czy mógłby mi przynieść lalkę? 
- Oczywiście, z całą pewnością przyniosę ci lalkę - przyrzekł święty Mikołaj. - 

Przyniosę ci najpiękniejszą lalkę świata, a to dlatego, że jesteś taką grzeczną dziewczynką. 

- I wózek - powiedziała Jannie już śmielej. - I naczynia dla lalek, i kuchenkę, dobrze? 
- Oczywiście. Przyniosę ci wszystko, o co prosisz, bo grzeczne dziewczynki zawsze 

dostają to, o co proszą. 

Mój bezmyślny uśmieszek zaczął powoli przygasać. Wiedziałam, że w pokoju 

gościnnym na dnie szafy leży piękna lalka w niebieskiej sukience dla Jannie i równie śliczna 
w różowej sukience dla Sally; robiłam gwałtowne znaki ręką, ale święty Mikołaj ignorował 
mnie. 

- A ja, a ja, a ja! - krzyknęła Sally. - Ja chcę rower!  
Potrząsnęłam gwałtownie głową i uśmiechnęłam się nerwowo do świętego Mikołaja. 
- Doskonale - powiedział do Sally. - Będzie też rowerek. Grzecznym dziewczynkom 

przynoszę rowerki. 

- Naprawdę? - krzyknęła Sally. - I lalkę? I wózek? 
- Naprawdę - zapewniał ją święty Mikołaj. Sally spojrzała z zachwytem w oczach na 

Jannie. 

- Zobacz, on mi naprawdę przyniesie rower - szepnęła. 
- Ja też chcę rower - oświadczyła Jannie. 
- Doskonale - zgodził się święty Mikołaj. - A czy byłaś grzeczna przez cały rok? 
- Byłam absolutnie szalenie grzeczna - powiedziała Jannie. - Niebywale grzeczna. 

background image

- Ja też, ja też - przerwała jej Sally. - Ja chcę klocki! I duży wózek dla mojej lalki. I 

rower. 

- Nasz brat musi mieć mikroskopa - zawiadomiła Jannie świętego Mikołaja. - On też był 

bardzo grzeczny przez cały rok. Poza tym dla mnie mógłby być jeszcze stolik i cztery krzesła. 

- Święty Mikołaju! - zawołałam cicho. - Święty Mikołaju, przepraszam bardzo, ale... 
- Co za urocze dziewuszki - powiedziała za mną jakaś pani. 
- I cukierki, i pomarańcze, i orzechy - ciągnął święty Mikołaj - wszystko to znajdziecie 

w waszych pończochach. I lizaki, i... 

- Zapomniałam, ale chciałabym jeszcze nową sukienkę wyjściową - zażądała Jannie. 
- No dobrze, ale pamiętajcie, żebyście były grzeczne. I posłuszne. Róbcie zawsze, co 

wam każe mama i tata i nigdy, ale to nigdy nie zapominajcie o myciu zębów, dobrze? 

W popłochu powróciłam przed biurko sekretarki pana Andrews. 
- Muszę się w tej chwili zobaczyć z pani szefem - powiedziałam. - W szalenie pilnej 

sprawie. 

- Proszę chwilę poczekać - sekretarka z rozrzewnieniem przyglądała się moim 

córeczkom i świętemu Mikołajowi. 

Z głośników płynęła kolęda „Pójdźcie wszyscy do stajenki”. Próbowałam za wszelką 

cenę zapamiętać listę rzeczy do zakupienia, a więc rower, mikroskop, stolik, krzesła, wózek. 
Moje córki przybiegły do mnie w podskokach. 

- Mamo! - wrzeszczała Sally na cały głos. - Zobacz, co nam dał święty Mikołaj. 
- Widziałyśmy świętego Mikołaja - potwierdziła Jannie. - Tu, w banku. Dał nam 

woreczek z czekoladowymi monetami. 

- Świetnie, świetnie, świetnie - wymamrotałam przez zęby. 
- Ja będę miała rower, przyrzekł mi, no i... 
- Ja też, mnie też obiecał rower i wózek, i naczynia dla lalek... 
- I trzeba wywiesić pończochy... 
- Pan Andrews panią prosi - oznajmiła sekretarka. Posadziłam córki na wyściełanej 

ławie i weszłam do gabinetu pana Andrews. Na jego nosie widniały niewątpliwie ślady po 
czerwonej szmince, ale patrzał na mnie jak zwykle oczami zimnymi jak stal, a płynące z 
głośnika dźwięki janczarów brzmiały teraz raczej jak brzęk podrzucanych 
pięćdziesięciocentówek. 

- Ach, to pani - powiedział święty Mikołaj i wyciągnął moją kartkę z segregatora. - Cóż 

panią tym razem do nas sprowadza? W tak niedługim czasie - dodał. 

 
Poranek był piękny i słoneczny. Powietrze zimne, ale czyste jak kryształ. Kierowca 

właśnie skończył fascynującą opowieść o wizycie teściowej, która przyjechała przed kilkoma 
dniami i zawekowała wszystkie brzoskwinie, które jego żona zamierzała zamrozić na zimę. 

- Zmarnowała je co do jednej - zakończył i w tej samej chwili podjechał pod nasz dom. 
- Dzieciaki stoją na ganku - oświadczył. 
- Boże Narodzenie za pasem - powiedział mój mąż do taksówkarza wręczając mu 

napiwek. - Założę się, że w nocy spadnie śnieg. 

Włosy Jannie nie widziały na pewno grzebienia od chwili, kiedy opuściłam dom i 

wchodząc na pierwszy stopień postanowiłam przede wszystkim zażądać, żeby powiedziała, 
gdzie ukryła szczotkę. Miała na sobie swój ulubiony kostium kąpielowy i była boso. Włosy 
Laurieego domagały się strzyżenia. Na nogach miał stare pepegi, przy czym w jednym tkwiły 
jeszcze resztki sznurowadła, ale drugi był zapięty na agrafkę; od dawna zamierzałam 
wyrzucić je do śmietnika. Sally miała całą twarz w czekoladzie. Na głowę nałożyła futrzaną 
czapkę Laurie ego. Cała trójka stała na ganku oparta o balustradę. Patrzyli na mnie w niemym 
oczekiwaniu. 

Usiłowałam objąć moje dzieci, jednym ruchem, ale wymknęły mi się i pobiegły do ojca. 

background image

- Czy przyniosłaś je? - krzyknęła Jannie. - Czy przyniosłaś je? Czy przyniosłaś je? 
- Czy to jest to, co masz na ręku? - zapytał Laurie z niedowierzaniem. - To malutkie 

zawiniątko? 

- Czy przyniosłaś je? 
- Pójdziemy do środka, to zobaczycie - zaproponował ojciec. 
Cała trójka poszła za nim do salonu i stanęła przy kanapie. 
- Nie dotykajcie go - powiedział mój mąż, a moje dzieci skinęły poważnie głowami. 
Mąż położył zawiniątko na kanapie i zaczął je ostrożnie rozwijać. 
Zapanowała grobowa cisza. Po dłuższym czasie rozległ się głos Sally: 
- Co to jest? - zapytała. 
- Dziecko - wytłumaczył jej ojciec, nie bez zdenerwowania w głosie. - Chłopczyk. 

Nazywa się Barry. 

- Czy to jest dziecko? - zwróciła się do mnie Sally. 
- Strasznie malutkie - zdziwił się Laurie. - Nie mogłaś wziąć większego? 
- Próbowałam - odparłam z irytacją. - Chciałam zabrać jakieś większe i lepsze, ale 

doktor powiedział, że to jest ostatnie, jakie mu zostało i innego nie ma. 

- O Boże - westchnęła Jannie - co my z tym zrobimy? No, ale grunt, że wróciłaś. 
Nagle Jannie i Sally wpakowały mi się obie na kolana, a Laurie podszedł i nawet 

pozwolił się szybko pocałować w policzek; przekonałam się także, że potrafię znowu objąć 
wszystkie moje dzieci jednocześnie, co mi się w ostatnich tygodniach już nie udawało. 

- No już - żachnął się po chwili Laurie, który miał dość tej sentymentalnej sceny. - Więc 

mamy nareszcie nowego braciszka. Czy myślicie, że on urośnie? 

- On ma strasznie małe nóżki - zasępiła się Jannie. - Mnie się zdaje, że one są dużo za 

małe. 

- Słuchajcie, jeżeli on wam się nie podoba, to możemy go zwrócić - zaproponował mój 

mąż. 

- Nie, skąd! - uspokajał go Laurie. - To nie to. Tylko że spodziewaliśmy się czegoś 

większego. 

- Co to jest? - Sally dotknęła jednym palcem stopki dziecka. - Czy to jest nóżka? 
- Pamiętajcie, że on nazywa się Barry. 
- Barry, cześć, Barry - odezwał się Laurie i spojrzał wnikliwie w jedno otwarte 

niebieskie oczko brata. - Cześć, Barry, cześć, stary. 

- Cześć, Barry - powiedziała Jannie. 
- Cześć, Barry - powtórzyła Sally. - Czy to jest twoja nóżka? 
- Boję się, że to będzie strasznie wrzeszczało - zwrócił się Laurie do ojca, jak 

mężczyzna da mężczyzny. 

- A co ma robić? - jego ojciec wzruszył ramionami z rezygnacją. 
- Jannie beczała dzień i noc - wspominał Laurie. 
- Nic podobnego - oburzyła się Jannie. - To ty wrzeszczałeś dzień i noc. 
- Czy dostałaś to w szpitalu? - zapytała Sally. Poruszała nóżką nowego brata, aż 

podwinął paluszki. 

- Tak - odparłam. 
- Dlaczego nie zabrałaś mnie ze sobą? - chciała wiedzieć Sally. 
- Zabrałam cię poprzednim razem. 
- Jak on się nazywa, bo zapomniałam? 
- Barry. 
- Barry? 
- Barry. 
- Gdzie go znalazłaś? 

background image

- No dobra - powiedział Laurie. - To ja już sobie pójdę i popatrzę na te nowe greckie 

tetradrachmy. 

- Słusznie - jego ojciec także podniósł się z krzesła. Laurie zatrzymał się na chwilę przy 

mnie. Widać chciał mi powiedzieć coś miłego. 

- Pewnie się cieszysz - powiedział wreszcie - że będziesz miała znowu coś do roboty, bo 

my już jesteśmy całkiem dorośli.