background image

Aby rozpocząć lekturę,

 kliknij na taki przycisk           ,

który da ci pełny dostęp do spisu treści książki.

Jeśli chcesz połączyć się z  Portem Wydawniczym

LITERATURA.NET.PL

kliknij na logo poniżej.

background image

2

Furmaga Lesław

GWAŁT

background image

3

Tower Press 2000

Copyright by Tower Press, Gdańsk 2000

background image

4

Jeżeli Bóg żąda pomocy
Wiadomo, że kłamią kapłani

Pustelnik z Carin

background image

5

Dzień był pogodny, słońce jakby znieruchomiało w środku nieba. Do krawędzi kamiennej

góry przyklejone były domy i ogrody. Skalisty krajobraz i huczące morze nie przyciągały na
to uroczysko. Domki drzemały na zboczach, w porcie kołysały się kutry, na których ogorzali
mężczyźni w rybackich kapeluszach suszyli sieci, zwijali liny, przetaczali beczki. Nawet za-
raza religijnej wojny była tu niewidoczna.

Maria Elwira odnalazła domek Remis, weszła do ogrodu. W  niewielkim  salonie  trzaskał

ogień na kominku. Remis ubrana była w skromną suknię, która podkreślała jej kobiecą urodę.
Wnętrze domu robiło wrażenie zadbanej staroci. Meble i bibeloty dalekie były tu od nowo-
czesnej tandety. Wszystko, oprócz telewizora i radia, pamiętało czasy poprzednich pokoleń,
Maria przypatrywała się młodej gospodyni. Czy ty nie doznałaś szoku? – zapytała po chwili
bez wstępów. Remis zwróciła twarz ku Marii, rysy jej stężały.

– Co wiesz? – zapytała krótko.
– Wiem dużo – odparła równie krótko Maria.
Remis siedziała teraz z głową wtuloną w ramiona.
– Zastanawiam się skąd wzięłam tyle siły – powiedziała patrząc w ogień na kominku.
– Miałaś dużo szczęścia, to byli przecież najemni mordercy – Maria Elwira nadal przyglą-

dała się dziewczynie.

Remis uniosła głowę, jakby pozbywając się oporów i zaczęła mówić.

Uderzyli w tył roweru. Upadłam, wrzucili mnie do samochodu, skręcili w jar. Któryś ze-

rwał mi bluzkę... Wywlekli mnie z auta, zaczęli podrzucać jak kukłę. Upadłam na piach. Pili
whisky. Zerwałam się, zaczęłam krzyczeć, uciekać, Dopadli mnie.

Stali, patrzyli, spierali się, który pierwszy. Dwóch chwyciło moje ręce, trzeci zaczął gwał-

cić, potem następny. Było ich kilku, jednego nazywali Gass, drugiego Anioł... to był zwyrod-
nialec, zadawał ból. Nawet gdy traciłam przytomność czułam, że to znowu on... Gdy już nie
mogłam  nie  udało  mu  się,  więc  mnie  deptał.  –  Słyszałam  wybuchy  śmiechu.  –  Przestałam
czuć. Nie wiem jak długo leżałam półprzytomna... Na górze było źródełko, strumyk szumiał
gdzieś blisko. Weszłam do lodowatej wody. Powoli przestawałam krwawić. Trwałam w bez-
ruchu aż zdrętwiałam. Zaczęłam krzyczeć. Nikt nie słyszał. Odnalazłam podartą spódnicę.

Na  przełaj,  po  skale  zawlokłam  się  do  domu.  Matka  była  w  Beldown.  W  mieszkaniu

wszystko stało na swoich miejscach, jakby się nic nie wydarzyło, panował spokój, cisza.

Remis podeszła do okna, patrzyła na kuter, wpływający do portu, unosiły się nad nim pta-

ki, szarpiąc resztki ryb z sieci przy burtach. Słońce wyszło wysoko. W pokoju przygasł ogień
na kominku, stary zegar uderzył na kwadrans jakiejś godziny. Remis zwiesiła; głowę, zniżyła
głos.  –  Czułam,  że  jeszcze  ciągle  dzieje  się  coś  złego.  Nie  mogłam  umiejscowić,  określić,
nazwać co to było. Nagle zrozumiałam. Pączkował we mnie jad tych bestii. Dostałam torsji,
pobiegłam do łazienki, zaczęłam się bronić. Ta obrona dodała mi siły... Nie byłam już znie-
wolona, mogłam z tym gwałtem walczyć, przynajmniej teraz. Miałam wrażenie, że brak tej
obrony byłby zwyrodnieniem.

Gorąca woda krążyła w moim brzuchu, przynosiło to ulgę, oczyszczało mnie jakoś... Nie

poszłam na policję ani do lekarza, bałam się, że oni też mnie zniewolą. Siedziałam w domu aż
znikła opuchlizna i sińce. Miałam nadzieję, że gorąca woda pomogła, chciałam zapomnieć o
wszystkim. Niestety... było inaczej. Myślałam, że oszaleję. Znikąd nie było ratunku. Przyszło
mi do głowy, żeby oszukać Teda, chłopaka z którym byłam ostatnio. Powiedzieć mu, że to
jego dziecko. Z tym poszłam do spowiedzi... – Remis umilkła, patrzyła na płomienie w ko-
minku.

– Tak postanowiłam – Powróciła do wątku. – Ksiądz wyjrzał z konfesjonału. – Nie! Nie! –

zaprotestował. Dziecko z gwałtu, wychowane w oszustwie?! Co ty  mówisz!... –  powiedział

background image

6

przerażony. – Więc to dziecko ma wiedzieć dlaczego jest na świecie? Mają to wiedzieć wszy-
scy? – zapytałam. Nie było odpowiedzi. Remis przerwała, znów patrzyła na dogasającą głow-
nię, Maria Elwira na kamienny obraz fiordu.

Wysoko zawisł ptak, wielka mewa szybowała w bezruchu skrzydeł jak metalowy latawiec.

Coś nieuchwytnego było w wysokich skałach nad miasteczkiem.

– Jeżeli dziecko okaże się takie jak Anioł, będziesz mu matką,  pokochasz je szczerze? –

zapytała łagodnie Maria Elwira. Remis uniosła głowę, miała dziwnie pustą twarz, odwróciła
oczy w bok. Milczała chwilę. Czy będę mogła pokochać to dziecko... – to jakiś upiorny sen –
powiedziała jakby jedynie do siebie.

– Słyszałaś o Albakorze – zapytała Maria.
– Tak, kiedyś opowiadała mi matka.
– To ja przed laty strzelałam w Segers – powiedziała szybko Maria Elwira.
Zapanowała cisza. W dole falowało morze. Pieniło się przy brzegach. Nie było słychać je-

go szumu, waliło o skałę szeroką falą jak na niemym filmie. Remis pobladła.

– Ty organizowałaś gwałty?! Ty!?
– Zostaw. To stare dzieje, chcę ci pomóc powiedziała Maria Elwira.
– Mnie napadli twoi ludzie! – krzyczała nagle wzburzona Remis.
Teraz Maria szukała słów, aby wyrazić to co musiała powiedzieć. – Anioł to był... to był...

ja go kiedyś urodziłam... – wypowiedziała zmienionym głosem.

– Twój syn?!
– Syn? Czy mój?...– Twarz Marii Elwiry stała się też pusta.
–  Twój  syn?!  –  krzyczała  ciągle  przerażona  Remis.  Pochwyciła  za  ściany  myśliwską

strzelbę.

– Idź precz. Nie chcę twojej pomocy! Precz! Przepadnij szakalico, szakalowa matko!...
Maria  próbowała  uspokoić  Remis,  przekazać  jej  cząstkę  prawdy  o  tamtym,  ale  to  było

niemożliwe... – A więc tak skończyła się jej misja... Nie musiała tu przyjeżdżać... Nie musia-
ła! Na pewno? Nie wiedziała wówczas, że życie udzieli jej odpowiedzi także na to pytanie.
Otrząsnęła się. Ruszyła na przełaj, stanęła nad urwiskiem. Ścieżka wita się między zboczami
skał w jarach porośniętych trawą. Maria Elwira zeszła niżej, wyjęta kluczyki, otworzyła drzwi
starego citroena, ruszyła kamienną drogą wzdłuż potoku.

W Port – Loden stało przy nabrzeżu kilkanaście kutrów. Maria zapytała o „Santa Kingę”.

Odnalazła bez trudu szypra.

Stary uśmiechnął się i wyciągnął ręce.
– Znalazłaś się, a myślałem już Bóg wie co. – Zaprowadził ją do malej mesy. Propozycja

była krótka. – Zostaniesz na królestwie w kambuzie, jest nas pięciu, jadamy trzy razy dzien-
nie. Są puszki, makarony... Zresztą będziesz także robić zakupy. Kubryk po sieciach przero-
bimy ci na kabinę. OK? – zapylał.

– OK – odpowiedziała.  I tak zaczęła się jej morska kwarantanna. Wieczorem byli już  w

zatoce. Ze wschodu wiało małą trójką, kuter rył dziobem fale. Woda piętrzyła się na grzbie-
tach. Dookoła była nieograniczona przestrzeń morza, w górze przestrzeń do gwiazd. Patrzyła
na te gwiazdy przez szczelinę w skajlajcie. Zapadła w sen, przespała pierwszy raz od wielu lat
noc i pot dnia. Gdy obudziła się, kuter trałował, a ludzie przebierali ryby z poprzedniego za-
ciągu.  W  kambuzie  był  porządek,  grzał  się  dla  niej  pudding  z  szynką,  stała  butelka  wina  i
kubek. Pobiegła do Grahama wytłumaczyć się, że zaspała.

– Dobrze, że w ogóle chodzisz, inna by rzygała dalej niż biegną fale; wieje piątka – roze-

śmiał się szyper.

Następnej nocy wróciły wspomnienia. Leżała w koi, patrzyła przez świetlik na niski maszt

z anteną, który uparcie kreślił zygzaki między gwiazdami.

background image

7

...Kiedyś zadawała Bogu pytanie, dlaczego to spotkało ją... Dlaczego właśnie ją? Po owej

spowiedzi, której nie zapomni nigdy, przestała wierzyć w Boga. W Boga? To nieprawda... W
Boga wierzyła zawsze... Ale gdzie był Bóg wówczas?

Potrącili  ją  podobnie  jak  Remis,  samochodom,  skuter  upadł.  Związali,  zakleili  plastrem

usta. Znalazła się w bagażówce. Czuła, że serce zamiera jej z przerażenia. Było ich pięciu.

...Między karłowatymi drzewami na stoku wzgórza stal opuszczony dom.  Zawlekli ją do

sutereny w tym domu. Miejsce było przygotowane. W rogu leżał materac przykryty kocami.
Z boku stał koszyk z jedzeniem i butelka whisky. Zauważyła, że w strasznych chwilach do-
strzega się szczegóły, a inne nawet ważniejsze rzeczy uchodzą uwadze. Z koszyka wystawała
laska salami, aa bulkach leżał wielki nóż z kompasem w rękojeści. Zdarli jej plaster z twarzy.
Wtuliła się w kąt. Patrzyła przerażona na pięciu bandytów.

Wysoki  drab  rozpinał  portki,  inni  robili  to  samo.  Zerwała  się,  rzuciła  ku  wyłamanym

drzwiom. Dostała po raz pierwszy w twarz, upadla.  Znów  uciekła  w  kamienny  kąt.  Dwóch
uniosło ją za ręce, ten, do którego pozostali mówili Hyde, przysunął się. Tkwiła nieprzytomna
przy ścianie, zerwał jej stanik, przygniótł za głowę do ziemi, zbliżył narząd do jej nagich pier-
si, ocierał go chwilę o nie. Któryś otworzył butelkę whisky i podał ją bestii.

– Wlej jej w ryj, będzie giętka – parsknął.
Hyde wypił kilka łyków, potem chwycił ją za włosy, wlał sporo wódki do gardła. Taki z

rudą  brodą  zerwał  z  niej  spódnicę,  chciał  zerwać  też  figi.  –  Zostaw!  –  warknął  szef  –  daj
chłopcom, niech się pobawią. Cały czas broniła się. Trzymała te figi. Rechotali. Została cał-
kiem naga. Położyli ją  na  materacu,  trzymali  za  ręce.  Z  nogami  walczył  Hyde  bez  niczyjej
pomocy. Rozchylił je. Poczuła jego ciężar na sobie. Ciągle spostrzegała różne szczegóły. Za-
uważyła, że któryś popija z butelki whisky i onanizuje się przy pomocy fig, które z niej zdarli.
Ten wielki gryzł dotkliwie jej piersi. Potem wdarł się w nią nagle, boleśnie i gwałcił. Trzymał
ją za włosy jak zwierzę.

Śmiał się chrapliwie. Tamci stali dokoła, mieli spuszczone portki, czekali na swoją kolej.

Usiłowała  przestać  istnieć...  Ale  po  przerażeniu  przychodziła  jasność,  strach  powoli  mijał,
przypływała  rozpacz.  Jakby  szeroką  od  krańca  do  krańca  ziemi  rzeką,  wlewała  się  w  nią
świadomość.

Uczepiła się myśli, że to sen. Chciała przebudzenia, ale upiorny sen trwał.
Przebudziła się więc z marzeń o śnie. Przestała odczuwać ciężar ścierwa na sobie, smród

wódki i papierosów. Szakal przemocą otworzył jej oczy, zobaczyła wykrzywiony zwierzęcą
rozkoszą pysk. Miał cienkie, długie jak dżdżownice, wargi, mordę szeroką, nos prosty, roz-
szerzony na dole w bydlęce chrapy... Po szyi chodził mu robak skórek, czy szczypawa, brą-
zowy, piwniczny robak ze szczypcami na odwłoku. Kilka podobnych biegało po kamiennej
Ścianie nad jej twarzą. Zemdlała, obudziło ją bicie. Poczuła znów rwący ból. – No, uważaj
dziwko... teraz... – charczał zwyrodnialec. Z całej siły uniosła biodra i szarpnęła nimi, prze-
wracając  się  na  bok.  Usłyszała  zbiorowy  rechot  bandy  i  zły  śmiech  potwora,  który  jeszcze
leżał na jej piersiach.

...Kilka  mocnych  uderzeń  w  obolałą  twarz,  słony  smak  krwi  i  chwilowe  otępienie.  Zbir,

którego  kompani  nazywali  Hyde,  uniósł  jej  głowę  za  włosy,  zajrzał  w  oczy.  Przygniótł  ją
znów w dół do fallusa, wytarł  go o jej twarz. –  Liż, albo  ci  zrobimy  terrorystę...  Znów  ze-
mdlała.

Gdy wróciła jej świadomość, Hyde lepki od potu leżał na jej łonie, piersiach, twarzy. Ze-

pchnął go drugi. Gwałcił, chichotał, kąsał, ślinił ją plwocinami, wódką. Gdy następni kładli
się między jej szeroko rozepchnięte uda, chwilami odzyskiwała świadomość. Chciała się mo-
dlić,  ale  nie  mogła.  Jakby  przez  sen  poczuła  w  ustach  włochatego  robaka.  Zacisnęła  zęby,
usłyszała wycie. Coś  gorącego kapało  jej  na  twarz.  To  krew  broczyła  z  szakala,  przegryzła
wilkołaczą wargę. Wielkolud pochylił się nad nią. W słoiku mieli kreta. Przednie łapy z za-
krzywionymi  pazurami  i  pysk  zwierzątka  jak  pług,  wystawał  z  naczynia.  Hyde  położył  jej

background image

8

obcas na ustach, przygniótł je. – W moim kraju tak karano zbuntowane kurwy. Podgrzejmy
słoik, kretowi zrobi się gorąco, będzie chciał uciec, przystawimy ci go do dziury i kret w nią
wejdzie...  Widziałaś  rozdarty  brzuch  dziwki,  którym  wyszedł  kret?  Chcesz  pofikać  z  bólu?
Poczuła  dotkliwy  chłód.  Któryś  stał  nad  nią  z  opróżnionym  kubłem  wody.  To  nie  byt  sen.
Hyde podgrzewał zapalniczką słoik, kret kłębił się w nim, zwierał i rozwierał łapy z pazurami
jak  szpilki.  Zerwała  się.  –  Uciec!  Ratunku!  Ratunku!  pochwycili  ją...  Chyba  Bóg  litościwy
zabrał jej przytomność. Koszmar stracił realne wymiary. Znów poczuła chłód zimnej wody.
Koszmar  wrócił.  Stali  wokół,  Hyde  trzymał  rozgrzany  stoik,  w  którym  wiło  się  i  skręcało
mordercze  zwierzątko.  Przystawili  do  słoika  owoc  kiwanoli.  Ryjkonos  zagłębił  szpony  w
miąższu. – Chcesz kreta do dziury?

– Nie! Nie! Nie! słyszała swój krzyk wydzierający się gdzieś w mózgu. – To ruszaj się, jak

cię kochamy, bierz do buzi i nie gryź suko...

Gdy zapadała w omdlenie, bili i polewali wodą. Czuła, że była z bestiami sama. Nagle za-

brakło  Boga  na  niebie,  zabrakło  światła  i  ciemności.  Już  nie  mogła.  Skończyła  się  jej  wy-
trzymałość, jej kobieca możliwość służenia oprawcom. Szykował się znowu Hyde...

Jej ręka trafiła na grubą ostrą drzazgę z rozbitej okiennicy. Nie myślała o niczym. Chwy-

ciła tę drzazgę i z całej siły pchnęła przed siebie.

Uderzyła w brzuch wilkołaka.
Chwilę  panowała  cisza.  Zaraz  jednak  poczuła  uderzenie,  bolało,  następne  też  bolało...

Kopnięcia oddalały się, miała wrażenie jakby katowano kogoś obok. Nie bolało już, słyszała
tylko  razy.  Oprzytomniała.  Ten  z  obandażowanym  brzuchem  stał  w  butach  na  jej  biuście  i
sikał grubym strumieniem. But podniósł się, kopnął.

W dalszym ciągu nie czuła bólu. – Uciekałaś z dziurą, ale ci się nie udało, bo tego świętość

zabrania – drwił. Chciałaś kurwo zepsuć poczęcie, zgrzeszyłaś... – Zapadła ciemność.

W szpitalu trwała w obłędzie. Opędzała łono przed kretem, na twarzach pielęgniarek wi-

działa piwnicznego robaka. Gdy zobaczyła na kolorowej okładce niemowlę, zaczęta krzyczeć,
że to kret. – Kret! Ratunku!

Mijały dni, powoli przychodziła do siebie. Starała się zapanować nad obłędem.
Po  szoku  wracała  świadomość.  Jej  chłopak  przyniósł  kwiaty,  jakieś  owoce,  czekoladki.

Był milczący. Ksiądz mówił o miłosierdziu i powołaniu kobiety do macierzyństwa. Pewnego
dnia powiedział, że będzie miała dziecko. Dostała ataku epilepsji...

Dobry  zmysł  miał  stary  Graham.  Łódź  tańczyła  na  falach,  krótki  maszt  kreślił  na  niebie

między  gwiazdami list do Pana Boga. Tu, z daleka od ziemi, był  inny  świat.  Wspomnienia
przesuwały  się  tylko  gdzieś  na  starym  filmie.  Przez  krajobraz  fal  i  wichury  były  odległe.
Wiatr tężał, fale rosły, ludzie nie mieli apetytu. Morski świat inny od tego na brzegu. Myślała,
że dobrze jest uciec daleko od ziemi.

Lato było wietrzne i burzliwe. Ryba uciekła z łowiska, zaciągi niewiele przynosiły połowu.
Gotowała rybakom strawę, myła garnki. Kutrowi towarzyszyły mewy na niebie i fale przy

burtach. Zmienił się krajobraz, ale rozliczenie dokonywało się ciągle. Chciała odpędzić tamte
obrazy. Nie mogła.

...W szpitalu pewnego ranka dostała ciążowych mdłości. Pomyślała o samobójstwie.
Pamięta wyraz twarzy Edgara, swojego chłopca, gdy powiedziała, że urodzi to dziecko. On

wiedział, że jest osaczona i nie ma w tym kraju innego wyjścia. Pocałował ją, prosił o przeba-
czenie. Przysiągł, że ją kocha, ale nie czuje tyle siły, aby dzielić to straszne poświęcenie.

Wyjechał.
Nocami budziła się. W ciemnościach chodził po jej szyi piwniczny robak ze szczypcami

na odwłoku. W słoiku kłębiło się czarne zwierzątko. Popadła w obsesję.

Powiedziała o tym rodzicom, zakonnicy, księdzu. Byli wyrozumiali. Kupowali, jej czeko-

ladki,  owoce  mango,  pomarańcze...  –  Na  świat  przyjdzie  dziecko...  bezbronna  istota,  którą

background image

9

musisz  kochać...  –  Musisz  pokochać!?  Nie  ma  takiego  pojęcia  –  musisz  pokochać!  –  Oni
kłamią, krzyczał jej Bóg.

Zapytała lekarza, czy już zawsze będzie miała padaczkę. Powiedziała o obsesji, o krecie,

robaku, wąskich wargach, spłaszczonym nosie, że jeżeli zobaczy taką twarz dziecka to... to...

Bóg ci dopomoże córko – odpowiedział lekarz. Wykrzyczała, że znowu czuje się gwałco-

na.

Zwątpiła w ludzi. Całą wolę skupiła na tym, żeby nie być człowiekiem. – Jesteś doniczką...

doniczką,  doniczką,  doniczką.  Wrzucono  w  ciebie  ziarno,  doniczka  nie  czuje...  Zostań  do-
niczką... – powtarzała nocami. Pomogło.

Wyszła ze szpitala. Sąsiedzi przynieśli słodycze i pluszową maskotkę. Pomyślała, że to dla

dziecka i dostała ataku epilepsji. Przyjechali lekarz i ksiądz. Zaczęli mówić o powołaniu ko-
biety, miłosierdziu.

Znajomi unikali jej, przechodzili na drugą stronę ulicy, patrzyli w bok. Ksiądz odprawił, w

kościele nabożeństwo w intencji poczętego dziecka, córki Bożej Elwiry.

Kupiła środki nasenne... Znów znalazła się w szpitalu. Zamilkła. Przestała mówić. Wywie-

ziono ją do Francji, umieszczono w klasztorze. To był dobry pomysł. Leżała w łóżku, patrzyła
w sufit. Ciąża była zaawansowana, było oczywiste, że dziecko przyjdzie na świat. I przyszło.
Był  to  chłopiec,  miał  wąziutkie  wargi  i  szerokie  chrapki  nosa.  Pokazano  jej  go  po  kilku
dniach.

Siostry i rodzice, którzy przyjechali, mówili, że jest śliczne. Pamięta, że gdy zobaczyła te

rysy  poczuła  uderzenie.  Zamknęła  oczy,  po  krecim  ryjku  biegał  piwniczny  robak.  Zabrano
dziecko.  Ciągle  milczała.  Raz  usłyszała,  gdy  francuski  lekarz  mówił,  że  ona  jest  ofiarą  po-
dwójnego gwałtu. Przystanęła, podsłuchała rozmowę... Usłyszała, że jej natura odrzuciła płód
wymuszony wbrew całemu ustroiowi. Siłą z zewnątrz, chciano stłumić ten odruch odrzucenia,
nie udało się.

Zauważyła, że z pokoju usunięte zostały szczegóły, które mogły przypomnieć jej dziecko,

ciążę, gwałt. Zabrano maskotki, książki o pielęgnowaniu niemowląt, sukienki. Na ich miejscu
znajdowała nowe rzeczy, nie przypominające tamtych.

Rozmawiała już z siostrami, zaczęła wychodzić do ogrodu. Pojechała z zakonnicą Teodorą

do miasteczka. Pamięta, że śmiały się. Koszmar jakby minął i ona wraca do zdrowia...

Po latach dowiedziała się, że gdy leżała w szpitalu, ojciec postanowił aby jego córka wy-

chowała to dziecko.

Znów znalazła się w zakonie na wyspie. Znów mówiono do niej „córko” i słyszała o umi-

łowaniu i miłosierdziu. Zaczęła wzywać na ratunek piekło i morowe powietrze.

– Powiłaś dziecię, musisz otoczyć je miłością – powiedział do niej nowy ksiądz katecheta.

Znów w nocy zobaczyła tarantulę. Budziła się z krzykiem na ustach. Wracały wizje zdarzeń
w mrocznej piwnicy. Znów zapadła w milczenie. Przywieziono jej dziecko. Kołyska stała w
rogu klasztornej celi, nie zbliżała się tam. Zakonnice karmiły  i przewijały niemowlę.  Znów
podjęta walkę Z naturą... Bądź suką, kurą, wilczycą... Miłość, szczęście poczęcia, miłość ma-
cierzyńska to podszepty szatana. Rozwijające się w tobie życie jest świętością jedyną... Płód
to człowiek... – Bzdura!... Kiełkujący żołądź nie jest dębem, podgrzane przez orlicę jajo, jest
jajem, nie orłem. Oni kłamią!

Rozpaczliwa walka trwała... Podejdź do dziecka matko... słyszała w snach nie snach głos,

który  też  był  nie  do  pokonania...  Matko,  matko...  Matko?...  Mijały  dni.  Rozterka  i  tortura
trwały. Przemogła się, podeszła do kołyski. Dziecko spało. Ogarnęło ją przerażenie, że zoba-
czy skorpiona. Uciekła do łóżka, przykryta twarz kołdrą i żarliwie zaczęta się modlić. Była
pewna, że pragnie śmierci. Ale nazajutrz znów podeszła do kołyski. Drżąc, odwiązała becik i
wzięta niemowlę na ręce. Nie byt to kret ani piwniczny robak, nie czepiał się jej piersi chity-
nowymi łapkami. Dziecko otworzyło oczy, były niebieskie i wesołe...

background image

10

Zakonnice uznały, ze stał się cud. Niepotrzebne  były  już  niańki  w  habitach.  Wzięła  nie-

mowlę na ręce. To było zwyczajne dziecko. Położyła je w beciku  do rana stała przy oknie.
Wiedziała już, że podejmie heroiczną próbę. Jej osobowość była rozdarta. Razem z postano-
wieniem, że będzie dla tego dziecka ofiarną, godną szacunku, zwierzęcą matką, jakby odzy-
skała spokój.

Ojciec  wywiózł  ją  do  Elberg,  wynajął  mieszkanie  w  zieleni  nad  potokiem.  Promieniał

szczęściem, Magnus, bo takie imię otrzymało dziecko, rozwijał się świetnie.

Raz postawiła wózek na górce, ktoś trącił hamulec..  Wózek  potoczył  się  po  jezdni.  Wy-

skoczyła ze sklepu z paczką w ręce. Wózek jechał szybko do skrzyżowania, gdzie po głównej
ulicy  pędziły  samochody.  Biegła  jak  oszalała,  i  rzuciła  paczkę  i  portfel.  Wózek  wjechał  ha
skrzyżowanie.

Usłyszała  pisk  opon.  Pchnięty  ciężarówką  mikrobus  leciał  na  leżącego  przy  krawężniku

Magnusa.  Skoczyła  za  dzieckiem.  Poczuła  uderzenie.  Straciła  przytomność,  Ocknęła  się  w
szpitalu. Leżał przy niej cały, zdrowy Magnus. Przyjechał ojciec, płakał ze szczęścia. Wokół
pełno, było kwiatów i prezentów...

Miała złamany obojczyk i była ogólnie potłuczona. Leżąc w szpitalu pewnego dnia zoba-

czyła na okładce magazynu ilustrowanego swoją fotografię. W środku był wywiad z ojcem.
Zaczęta  czytać,  pociemniało  jej  w  oczach.  Ojciec  mówił,  że  jego  córka  pokochała  dziecko
gwałcicieli. Odłożyła gazetę, czuła pustkę. Zaraz potem runęli na nią innego rodzaju szakale,
dziennikarskie hieny. Używając różnych sztuczek, przerywali szpitalne kordony i wpełzali do
niej, migając fleszami. Odwracała twarz i milczała. Zdziwiła się jednak któregoś dnia słysząc
swój głos i to co mówi. Zamiast słów buntu, wypowiadała, słowa pokory. Czyżby miała teraz
dwie natury? Właściwą, ukrytą, nieustępliwą i drugą w płaskiej aktorskiej masce?... – Proszę
pani,  kobieta  stworzona  jest  żeby  dawać  życie,  nie  ma  przecież  większego  dokonania  pod
słońcem, prawda?

– Niemal promieniała.
– A jak układa się pani życie osobiste? – pytała dziennikarka.
– Moje życie osobiste, to syn Magnus.
– A co pani czuje do zboczeńców, którzy panią brutalnie skrzywdzili?
–  Miłosierdzie  czuję.  Czyn  nieczysty  jakiego  dokonali  został,  uświęcony  moim  stanem

błogosławionym.  Bóg  widocznie  czuwał  –  odpowiedziała  wpatrując  się  w  aurolę  Świętej
Niepokalanej  na  obrazie  W  rogu  szpitalnej  sali.  Mijały  dni,  później  miesiące.  Ojciec  został
merem w miasteczku.

Ona miała wówczas dwadzieścia kilka lat była samotną dziewczyną. Narzeczony odszedł,

to prawda, ale po dwóch czy trzech latach od gwałtu, mężczyźni przestali od niej stronić. Nie
miała jednak żadnego towarzystwa, ba nawet znajomych, nie spotykała się z nikim z domu
wychodziła na spacer jedynie z dzieckiem.

W  rynku  Bwldown  szanowany  powszechnie  Wiktor  Adams  miał  sklep  z  urządzeniami

elektronicznymi.  Był  to  elegancki  magazyn  hurtowo  –  detaliczny.  Przed  dwoma  laty  żona
Wiktora,  pani  Sandra  Adams,  znana  aktorka,  zginęła  w  wypadku  samochodowym  wraz  z
dwojgiem  dzieci.  Młody  elektronik  długo  nie  mógł  otrząsnąć  się  z  ciosu,  który  go  spotkał.
Sklep ciągle straszył żaluzjami na witrynach. Był ciemną plamą w kolorowym rynku. Wiktor
wybudował granitowy grobowiec na cmentarzu, miał tam kamienną ławkę dla siebie. Spędzał
na niej całe dnie. Chodził też do parku z książką, szukał ustronnych miejsc i czytał. Po pew-
nym czasie ukłonił się Elwirze. Gdy spotkał ją ponownie  z  dzieckiem,  dał  Magnusowi  ele-
gancką  zabawkę,  monitorek  wyświetlający  kolorowe  postacie  z  bajek.  Było  to  urządzenie
drogie, Maria Elwira zaprotestowała, odmówiła przyjęcia zabawki. Tak zaczęła się ich zna-
jomość...

Wiktor był przystojny, miał trzydzieści kilka lat, jeździł sportowym MG. Po pewnym cza-

sie złożył wizytę w domu Tellierów. Przyniósł Elwirze kwiaty i słodycze. Wydawało się, że

background image

11

tych dwoje dopomoże sobie w nieszczęściu. Maria zaczęła chodzić na spacery. Pojechała na
piknik czerwonym kabrioletem, poszła z Wiktorem do kina na nocny seans. Gdy jednak pró-
bował ująć jej dłoń, cofnęła ją. Gdy Wiktor chciał pocałować ją odepchnęła go.

W  nocy  znów  zjawili  się  szakale.  Przeżywała  gwałt  na  nowo.  Wiktor  przyniósł  kwiaty,

przeprosił ją, przyrzekał, że będzie czekać, aż ona powróci do  równowagi. Jeździli dalej na
wycieczki, chodzili do kina. Ona czuła, że Wiktor chciałby czegoś więcej i przerażało ją to.
W snach widziała go razem z szakalami w piwnicy rozwalonego domu. Matka gładziła ją po
głowie namawiała aby nie zrywała tej znajmości... – Ratuj swoją młodość Elwiro... Wiktor to
dobry człowiek, los skrzywdził go jak ciebie, dopomóż mu, on dopomoże tobie.... – mówiła
swoim łagodnym głosem. Gdy przychodził, matka opuszczała samotnie na pięterku, parzyła
herbatę, podawała ciastka.

Tylko senior Tellier nie był zadowolony, że córka przerwała życie pustelnicy.
Wiktor wymógł, żeby pojechała do lekarzy angielskich, zbadała się, leczyła. Zaczął uśmie-

chać się, zdjął żaluzje z witryn sklepu w rynku, zatrudnił, ekspedientów, zorganizował kier-
masz i akcję dobroczynną. Maria Elwira pozostawała na obserwacji w klinice. Wyniki badań
nie były pomyślne. Gwałt pozostawił wyrwę w psychice młodej kobiety. Nie  czuła  potrzeb
erotycznych, nie była zdolna do uczuć macierzyńskich.

Tolerowała mężczyzn, ale gdy pojawiało się w ich zachowaniu coś związanego z seksem,

przerażało ją to. Bała się dotyku ich rąk, widoku ciała. Doktor na jej prośbę powiedział o tym
Wiktorowi. Ona już przedtem wiedziała, że została okaleczona na zawsze.

Wiktor przychodził jeszcze, potem widywano go z córką właściciela jachtowej przystani...
Mijały dni, tygodnie, miesiące. Magnus rósł, senior Tellier robił karierę w partii chrześci-

jańskej, matka usunęła się w cień swojej niszy na pięterku...

Ona ubierała się na czarno i nosiła tylko białe kołnierzyki, dziecko chodziło w szatkach,

które szyły siostry zakonne. Dowiedziała się, że ojciec postanowił, iż Magnus zostanie księ-
dzem. Bunt w niej przygasł. Wiodła życie drzewa. Słyszała, że matki cieszyły się pierwszym
zębem  dziecka,  wyraźnie  wypowiedzianym  słowem,  uśmiechem  oczu...  Myśląc  kiedyś  o
przyszłej rodzinie i dziecku pewna była, że będzie taką właśnie matką, ale jej dziecko zamiast
uśmiechu kurczyło długie wąskie usta i marszczyło rozszerzony na dole nos...

Ale było to także dziecko z jej ciała. Czuła jakieś okruchy miłości, tkliwości, macierzyń-

skiego szczęścia, ale czuła też żądzę zgniecenia gołymi rękami tej maseczki.

Gdy Magnus zaciskał piąstki i krzyczał, miała sucho w ustach i szum w skroniach... To był

Hyde!...

Godzinami  siedziała  w  fotelu,  patrzyła  na  obraz  Matki  Boskiej  z  dzieciątkiem  na  ręku.

Twarz świętej była uduchowiona, wokół jej głowy promieniała aureola. Nad główką dziecka
tez  byt  święty  blask.  Ono  poczęto  było  w  sposób  boski,  jego  matka  pozostała  dziewicą.
Wszystko  było  niepokalane,  czyste...  A  ona?  A  Magnus?  Widocznie,  aby  urodził  się  Bóg,
poczęcie winno być boskie.

A jakie musi być poczęcie szatana?
Któregoś wieczora jak w transie podeszła blisko i przebiła płótno nożem. Potem ukryła ob-

raz za kufrem w piwnicy. Na ścianie pozostała jasna plama. Kazała zrobić portret Magnusa ze
zmienionymi ustami i zmienionym nosem, powiesiła ten portret na miejscu obrazu Niepoka-
lanej.

Mijały tygodnie, miesiące. W domu było cicho i spokojnie. Matka żyła w izolacji na pię-

trze, ona z dzieckiem jak sosna i małe drzewko obok siebie. Czasami w tej ciszy czuła coś z
nadchodzącej apokalipsy. Dni były jak spadające krople z rynny, kapały, kapały...

Na  stryszku  pod  dachem  jaskółki  miały  gniazdo.  Magnus  wybrał  młode  ptaki,  ułożył  na

desce i rozdeptał. Gdy przyleciała jaskółka matka, złapał ją, oskubał z piór i źdźbłem słomy
ranił skaczącego po trupach piskląt upiorka. Śmiał się przy tym, bełkotał jak Hyde... Zemdla-
ła. Łoskot na schodach przywołał ojca. Znów znalazła się w szpitalu. Spadła z kondygnacji.

background image

12

Przebudzenie przyniosło refleksje... – Czyżby szatańskie poczęcie rzeczywiście przyniosło

narodziny diabła?... Zaraz, zaraz, nieszczęsna matko, dzieci w pewnym wieku miewają sady-
styczne odruchy. Masz kompleks, ty powinnaś się leczyć... A jednak padła mozolnie stawiana
konstrukcja... Magnus to szakal, szakalowa matko. Ulga przyszła jednak szybko.  Nowe od-
krycie bolało jakoś nie po ludzku, jak boli brzozę, gdy drwal w jej miąższ wbija klin. Była
przecież drzewem. Wieczorem przyszedł ojciec. Postarzał się, przygarbił. Zrobił gest, jakby
chciał wziąć ją za rękę. Cofnęła dłoń.

– Co się stało? – zapytała.
– Widziałem, co zrobił Magnus...
– Zwyczajnie dziedziczy – powiedziała jak o śniegu, który topnieje na wiosnę.
Po  tym  wydarzeniu  senior  Tellier  pojechał  do  Londynu  zasięgnąć  opinii  wybitnych  spe-

cjalistów. Tym razem nie poszedł jedynie do „instytucji miłosiernych”, nie usłyszał więc, że
Bóg  nie  pozwoli  skrzywdzić  niewinnego  dziecka.  Profesor  akademii  przedstawił  mu  liczne
przykłady dziedziczenia jako oczywistego prawa natury.

Magnus nadal rozwijał się dobrze. Obserwowała go, czytała mu, uczyła miłości do tego, co

żyje. Kiedyś zapytał, gdzie jest jego tatuś. Często wracał do tego pytania.

Chciał mieć ojca. Mówiła, że jego tatuś zginął na morzu, kiedy on był mały. Nie wierzył.

Raz powiedział, że on nie miał tatusia, a ksiądz mówi, że mamusie tych dzieci, których tatu-
siów nikt nie widział, powinny się wstydzić. Zaprzyjaźnił się z Olafem, nieco starszym synem
znanej aktorki szanowanego profesora greki. Rodzice Olafa byli sąsiadami z niedalekiej willi.
Była  zadowolona  z  tej  przyjaźni.  Olaf  pochodził  z  dobrego  domu,  był  dobrze  wychowany.
Spokój znów jednak został zakłócony.  Znalazła między  rzeczami  syna  buteleczkę,  w  której
konały robaki i owady. Były tam pszczoły, trzmiele, muchy, ćmy. Znalazła też słoiki, w któ-
rych robaki i owady były żywcem poprzekłuwane szpilkami. Lekarze specjaliści uspokoili ją.
Twierdzili,  że  odrażające  zabawy  nie  świadczą  jeszcze  o  niczym,  że  chłopcy  w  tym  wieku
bawią się w przemoc, i że wynika to z ich męskiej, kształtującej się dopiero natury.

Spostrzegła  także,  iż  Magnus  jest  bardziej  rozwinięty  niż  rówieśnicy.  Kadłuby  statków,

które wycinał z drewna, rysunki pałaców, samolotów, samochodów miały odpowiednie pro-
porcje. Potem zaczął rysować i wycinać pistolety, bomby, granaty. Zadziwiająco był w tym
pojętny. Znów przeraziła się. Znów uspokoili ją psychoanalitycy. Kazali jej leczyć się z kom-
pleksu, który uznali za groźny. Leczyła się. Pracowała nad testami, studiowała odpowiednią
literaturę, brała przepisane środki. Magnus poszedł do szkoły i uczył się dobrze...

Pewnego dnia zastała go na strychu, gdy przy pomocy specjalnie  skonstruowanego urzą-

dzenia rozdzierał kotkę ogrodnika. Zwierzę miało sześć młodych  kociąt. Rozdzierana matka
miała zaklejony plastrem pyszczek, aby kaźń mogła odbywać się w ciszy.

Znowu obudziła się w szpitalnej separatce. Powoli, z oporami, przypominała sobie zdarze-

nia, które miały miejsce tamtego dnia. Początkowo nie pamiętała nic, prawda spływała na nią
falami, wypełniała świadomość nie od razu, ale jak przybój, którego poziom zwiększa się i
zwiększa. Rozdarta kotka jeszcze krwawiła. Pełzał po niej kret. Po szyi Magnusa biegał piw-
niczny robak ze szczypcami na odwłoku. Chwyciła upiora i zaczęła dusić, biła jego głową o
krokiew, miażdżyła maskę rękami, przewróciła  go... Biła,  aż u stóp miała zmasakrowanego
potworka. Ocknęła się, popatrzyła uważniej, to nie był skorpion, to był Magnus.

Leżała w sali z drzwiami bez klamek. Okaleczyła dziecko, czekała ją rozprawa. Znów po-

jawiły się hieny z aparatami fotograficznymi. Znów znalazła się na okładkach magazynów i
pism.

Magnus miał uszkodzone oko, wstrząs mózgu... Postanowiła umrzeć, ale w domu obłąka-

nych nie miała możliwości targnięcia się na życie.

Sprawa stała się publiczna, prysnął mit o świętej matce.
...Przygniatały ją wspomnienia jak lawa, ciężkie, brunatne, pełne palącego wciąż jeszcze

ognia. Obcowanie z morzem powoli jednak robiło swoje. Czuła, że ta lawa kruszeje, rozpada

background image

13

się, stygnie. Chwilami zapominała o Albakorze. Był kiedyś czas, że była dziewczyną jak inne,
śmiała się, pragnęła mieć męża, dzieci, dom...

Wicher uderzył w burtę, szarpał siecią, zagrał metalowymi pływakami podzwonne zacho-

dzącemu słońcu.

Wiatr tężał, na szelfie często piętrzyły się wysokie fale i zacinał ostry deszcz. Kuter wę-

drował wówczas po górach wodnych, w dół i do góry. Praca w kambuzie była trudna.

Szyper zadowolony mówił, że gdyby nie smacznie gotowana strawa  i czystość wszędzie,

nie wiedziałby, że jest kobieta na statku. Nowy kierunek wichrów zmienił puste sieci w pełne.
Ludzi od pracy bolały ręce. Szedł tłusty piękny śledź. Zapełniały się beczki w ładowniach. Z
niechęcią myślała o powrocie do portu. Tu, mimo sztormowej pogody, było inaczej.

Czas przemijał... A piętno? Piętno stawało się jak film o zupełnie kimś innym.
Proces o okaleczenie dziecka rzucał światło na sprawę psychiki zgwałconej i przymuszo-

nej do rodzenia kobiety. Był cichy i bez wyroku okazującego. Ojciec stracił przywileje. Mat-
ka w pokoju na górce zapadła w cichy obłęd. Senior Tellier odwiózł Magnusa do przyklasz-
tornej szkoły, gdzieś na drugim końcu wyspy. Wróciła do domu. W nocy przychodziły sny...

...Czy jej losy nie potoczyłyby się inaczej, gdyby wówczas nie znalazła broni?
Uprawiając ogródek odkryta pod parkanem walizkę. Zabrała z niej pistolet maszynowy...

W prasie wybuchła sprawa zgwałconej dziewczyny, której zabroniono wyjechać za granicę,
żeby  nie  mogła  przerwać  ciąży.  Wydarzenie  stało  się  przyczyną  społecznych  niepokojów.
Organizowano wiece. W telewizji wygłosiła przemówienie parlamentarzystka nawołując, aby
społeczeństwo nie pozwoliło na zamordowanie dziecka poczętego wzywała, aby dziewczynę
zniewolić w klinice, aż do rozwiązania.

Ona napisała list do tej parlamentarzystki oraz kilku gazet i pierwszy raz podpisała się Al-

bakora.

„...Tylko mali szaleńcy nie mają idei – pisała. – Ludzie, którzy niosą wielki obłęd są
nawiedzeni, a ich racja „święte”. Tacy tworzą dla swojej sprawy specjalny język... Nie ma

płodu, tylko dziecko poczęte... dziecko poczęte, które w  stanie  embrionalaym  jest  już  czło-
wiekiem, a przerywanie ciąży zabijaniem ludzi, bo ludzie są dla ciebie rekwizytami, zarówno
ci już żyjący i broniący się przed skutkami gwałtów, jak bezdomni, bezrobotni, chorzy i jesz-
cze nie urodzeni. Chodzi o nieograniczoną władzę, aby można było zabronić transfuzji, trans-
plantacji, rozwoju nauk medycznych w zależności od będącej u władzy sekty...

Sprawiedliwi i światli – pisała dalej – powiedzieli już na ten temat wszystko, Dla szaleń-

ców, połączone komórki męskie i żeńskie są człowiekiem, kobieta zaś czerepem, w którym
taki płód może rozwijać się wberw jej woli...

...Skazałabyś człowieka, który spalił worek kiełkujących żołędzi, za spalenie dębowego la-

su?

W sowietach przez trzy ćwierci wieku nie było przyjaciół, braci, kolegów, byli towarzysze.

Nie było ludzi były masy, nie było przeciwników politycznych, byli wrogowie ludu. Zakła-
many  język  skompromitowany  został  przez  komunę.  Jeżeli  pojawia  się  znowu,  stanowi  dla
społeczeństwa  ostrzeżenie.  Póki  dogmaty  celebrowane  są  w  świątyniach,  jest  to  modlitwa,
jeżeli zaczynają obowiązywać w parlamencie, biada narodowi, który na to pozwoli. Pomyśl,
jaki przymus rodzenia może mieć wpływ na najwyższą wartość – miłość matki, I nich ci Bóg
z ludzkich serc, a nią walczących o świecką władzę ambon, wybaczy”.

Albakora

Usłyszała w radiu, że na ulicach Segers odbędzie się manifestacja, jako sprzeciw wobec re-

ferendum w sprawie wydania paszportu zgwałconej dziewczynie.

Jak  lunatyczka  zapakowała  znalezioną  broń  do  futerału  po  skrzypcach.  Stanęła  na  rogu.

Nie  czekała  długo.  Pochód  posuwał  się  środkiem  ulicy.  Hasła  były  wypisane  na  płótnach  i
kartonach:

background image

14

MACIERZYŃSTWO 

JEST 

BŁOGOSŁAWIEŃSTWEM! 

POWSTRZYMAĆ

ZWYRODNIAŁĄ MATKĘ! ZBRODNIARCE MÓWIMY NIE!

Starsze panie krzyczały, wygrażały parasolkami. Z tych okrzyków nie wynikało, że młode

kobiety  mają  rodzić  poczęte  przez  gwałt  dzieci,  że  mają  je  karmić,  wychowywać  i  kochać.
One po prostu miały, nie przeszkadzać, żeby im się te dzieci rodziły... Dzieci miały się rodzić
tak jak przedmioty rzucane z góry spadają na dół... Kto temu przeszkadzał, był wrogiem owe-
go „ludu”, który miała przed sobą...

Przez lata, mimo olbrzymiego wysiłku, nie może przypomnieć sobie co myślała tuż przed

momentem zero...

Dlaczego nie załamała się nie odwróciła, nie odeszła...
Pistolet  maszynowy  w  jej  rękach  szarpnął  raz  i  drugi,  potem  zaczął  drżeć,  trzymała  go

mocno.  Zobaczyła  buchający  z  lufy  ogień.  Nie  słyszała  nic.  Upadły  krzyże,  strzelała  już  w
pustą ulicę. Manifestanci znikli, ukryli się w bramach i za parkującymi samochodami.

Na asfalcie leżało kilka krwawiących ciał. Jedna kobieta nie upadła i nie ukryła się. Stała i

patrzyła na nią, zrobiła krok do przodu, patrzyła jej w oczy. Robiła wrażenie osoby istotnie
świętej.  Ona  nie  wytrzymała  spojrzenia  tamtej.  Nacisnęła  ponownie  spust  znów  zobaczyła
ogień. Potem stała z dymiącą bronią w rękach. Dookoła panowała cisza, taka że widziała jej
głębię.  Nikt  nie  podchodził,  nikt  jej  nie  aresztował.  W  tej  ciszy,  z  bocznej  ulicy  wyjechał
motocyklista, zatrzymał się. Ubrany był, w czarne, cętkowane metalem skóry. Na głowie miał
czarny kask. Wciągnął ją na siodło za sobą. Motor ruszył, podskakiwał na krawężnikach, zje-
chał gdzieś ze schodów.

Nie było ważne kto ją porwał i gdzie wiezie. Przychodząc na to miejsce liczyła, że zginie.

Nie zginęła... Więc zrobiła to, strzelała do tłumu. Dlaczego? Motocykl pędził, pochylał się na
zakrętach, znowu zjechał z jakichś schodów. Gdzieś dalej przerzucono ją do samochodu, któ-
ry zatrzymał się wreszcie.

W niewielkim pokoju zdjęto jej krepę z oczu. Wskazano łazienkę i łóżko. Wieczorem ja-

cyś ludzie poprosili ją na kolację. Nie mogła jeść. Młoda kobieta posłała jej łóżko. Nie mogła
spać. Senne koszmary zmieniały się. Robak ze szczypcami na odwłoku biegał między ciałami
kobiet  leżących  na  asfalcie,  zmasakrowana  twarz  Magnusa  patrzyła  pustym  oczodołem,  w
rękach jej szarpał się automatyczny pistolet... Rano przyszła do pokoju dziewczyna i przynio-
sła  nowe  ubranie.  zabierając  jej  wszystko,  co  miała  dotychczas.  Przyniosła  też  gazety.  Na
czołówkach były zdjęcia i relacje z masakry jakiej dokonała.

Nie miała już powrotu do dawnego życia. Wieczorem poproszono ją przed oblicze bossów.
...W fotelach siedziało dwóch mężczyzn i kobieta.
– Z kim działałaś? – pudło pierwsze pytanie.
– Sama – odpowiedziała zgodnie z prawdą.
– Jesteś Albakora?
– Tak.
– Skąd miałaś broń? Odpowiedziała skąd.
– Zgadza się powiedziała dziewczyna. – Ten pistolet zginął z walizki pospiesznie ukrytej

w krzakach.

– Dlaczego to zrobiłaś?
– Za gwałt...
– Tak... znamy twoją historię. My też szykowaliśmy zamach na te staruchy. Chodzi o ter-

ror... rozgłos... Będziesz nam potrzebna. Znamy twój list do tej z parlamentu. Jesteś zdetermi-
nowana, zdolna, ale głupia. Jaki miałaś plan odwrotu?

– Nie zamierzałam uciekać.
– Tu nie będziesz robić takich rzeczy. Inaczej powyrywamy ci palce z rąk. Pojedziesz na

kurs, zrozumiałaś?

– Zrozumiałam – usłyszała swój głos.

background image

15

Przez kilka dni leżała w pokoju, patrzyła w sufit. Bosowie znikneli, została tylko Valkiria,

dziewczyna  młodsza  od  niej,  ładna,  nic  nie  wskazywało,  że  jest  terrorystką.  Zapytała  tę
dziewczynę dlaczego? Valkiria wzruszyła ramionami.

– Tak się złożyło odpowiedziała. – Przedtem studiowałam muzykę w konserwatorium, Po-

czytaj prasę, często o mnie piszą.

Z  przyniesionych  gazet  dowiedziała  się,  że  poraniła  6  osób.  Nikt  nie  zmarł.  W  telewizji

ciągle  pokazywano  jej  fotografie...  Albakora...  –  Elwira  Tellier  –  terrorystka.  Terrorystka  z
Segers... Elwira Tellier... poszukiwana listem gończym.

Któregoś dnia przysłano jej charakteryzatorkę. Została mężczyzną w średnim wieku. Ele-

gantem  z  czarną  bródką  i  przystrzyżonymi  wąsami.  Dostała  dyplomatkę  z  dokumentami  i
„transakcjami w toku”. Miała godzinę na nauczenie się wszystkiego, nazywała się John Wa-
ren, była dealerem firmy produkującej lotnie.

Wyprowadzono ją z kwatery i szybko znalazła się na promie, potem u „rodziny” w Londy-

nie. Po dwóch dniach poleciała dalej. Czasami myślała, że to znowu koszmarny sen. Widziała
przed sobą skamieniałe  twarze  kobiet  i  czuła  szarpiący  się  w  dłoniach  przedmiot.  Widziała
krwawiące na asfalcie ciała... I to spojrzenie kobiety, która do końca patrzyła jej w oczy. Nie
chciała już zabijać... strzelać, detonować bomb. Jej rachunek został wyrównany. Nie chciała
niczyjej śmierci, ran, bólu... Przekorny los zrządził inaczej...

W pustynnym jarze, w cieniu kilku palm stały baraki. Dookoła były tory przeszkód, tarcze,

rusztowania. Od świtu pluły żelazem z jej rąk karabiny, pistolety, granatniki, automaty ukryte
w gitarze, kulach dla kaleki, lewarku do podnoszenia samochodu. Oko, luneta, muszka, cel...
Oko, luneta, muszka, cel... Zawsze sylwetka człowieka... Strzelanie, bieg przez przeszkody,
prowadzenie samochodu po wertepach, szaleńcza jazda motocyklem i znowu plujące ogniem
maszyny do uśmiercania. Znów była rozdarta, znów narastał w niej bunt. Po co jej taka szko-
ła. Ale tym ludziom nie mogła powiedzieć prawdy... Jeżeli będziesz nieposłuszna wyrwiemy
ci palce z rąk...Po miesiącu szkolenia obudzono ją w nocy. I przed żwirowy placyk zajechała
furgonetka. Wyprowadzono z niej dwóch mężczyzn i kobietę.

– To zdrajcy – powiedział Indianin, jeden z dowódców obozu.
– Sprzedali się władzy... –Rozebrano nieszczęsnych do naga, przywiązano do palm. India-

nin  położył  kańczug  na  piasku,  pleciony  rzemienny  bat  z  ołowianą  kulką  na  końcu.  Potem
ujął bykowiec i uderzył wszystkich troje po kolei pierwszy raz.

Na plecach mężczyzn i kobiety pojawiły się broczące krwią pręgi. Półmrok nocy w świetle

księżyca rozdarły krzyki, potem jęk. Każdy po kolei musiał ująć bicz i zrobić to samo. Ona
biła już w zwisające na więzach, krwawe korpusy, które nie krzyczały. Potem wykopali dół i
wrzucili weń żywych jeszcze ludzi. Po ofiarach zginął ślad na pustyni.

Na  rannym  apelu  Indianin  powiedział,  że  taki  los  spotka  każdego  za  najmniejszą  próbę

zdrady.  Od  tej  pory  chodzili  po  grobie,  który  chociaż  nie  zaznaczony,  krył  trupy  w  środku
żwirowego placu...

I znów strzelanie, bieg przez przeszkody, zawrotna jazda samochodem między rozstawio-

nymi beczkami, pot zalewający twarz, piasek w ustach, uszach, włosach... Potem – bieg przez
pustynię. Bieg do utraty tchu przytomności, rozumu. Gdy zdawało się, że nie zrobi już kroku,
podrywana serią kul tuż pod stopami biegła przez wydmy, wyrwy, padając dopiero na wyzna-
czonej mecie.

Znów podróż przez pustynię, lot samolotem, mistyfikacje z przebraniem i powrót do kra-

ju...  Nowa  postać,  oczekiwanie  na  pierwsze  zadania.  Zupełnie  nowi  –  wodzowie,  żadnych
kontaktów.

Wreszcie nadszedł następny dzień zero.
Eleonora Zadz prowadziła sklep z tytoniem.
Ostatnio występowała jako świadek oskarżenia w procesie przeciwko zgwałconej dziew

background image

16

czynie, ofiara gwałtu, za wyzwolenie się od jego skutków, została skazana.

Otrzymała  fotografię  karty  lekarskiej  Eleonory,  informację  o  jej  mężu,  dzieciach,  życiu

towarzyskim.

Ofiarę porwano, gdy wracała z mityngu. Przywieziono ją na peryferie do z góry przygoto-

wanej piwnicy. Była nieprzytomna z przerażenia. Uklękła i zaczęła się modlić. Przerwali jej
tę modlitwę kopniakiem. Upadła... Ona przygotowując ten spektakl chciała być bezwzględna
jak szakale. Pozostało w niej jednak coś z człowieka. Wiedziała, że wystarczy jeżeli wszystko
zorganizuje  według  wzoru  jaki  sama  przeżyła.  Makabryczny  szantaż  kretem  był  jednak  dla
niej  poza  wymiarem  ludzkiego  czynu.  Poprzestała  na  trzech  osiłkach  ucharakteryzowanych
na rzezimieszków, robactwie i stosie brudnych szmat w rogu piwnicy.

Eleonora rozpoznała ją – Albakora... – wyszeptała przerażona. Ona Stała nad ofiarą z ba-

tem w ręce.

Eleonora zasłaniała rozpaczliwie piersi.
– Nie! Nie!.., Błagam! – charczała.
– Nie chcesz stanu błogosławionego? – Albakora drwiła strzelając batem. Eleonora straciła

przytomność. Jeden z osiłków wylał na nią kubeł wody. Ocknęła się, znów próbowała uklęk-
nąć,  znów  została  zwalona  kopniakiem.  Zaczęła  się  orgia  uwłaczająca  godności  nie  tylko
ludzkiej.

Gdy  trzech  zbirów  zrobiło  swoje,  ona  wylała  na  półprzytomną  następny  kubeł  wody.

Tamta odzyskała przytomność.

– Słuchaj – warknęła Albakora to są psychopaci, półkretyni i mordercy. Będziesz miała ta-

kie dziecko...

Eleonora zerwała się ostatkiem sił jak kiedyś ona.
– Nie!... Nie! – bełkotała niczym nawiedzona.
Jeden z gwałcicieli podszedł do niej z obleśnym uśmiechem, jakby chciał ją pocałować.
– Musisz pokochać to dziecko – powiedziała nakazującym tonem Albakora. – Ono będzie

z woli Boga. Już je kochasz, prawda? Czujesz tę miłość? – dręczyła Eleonorę.

Tamta jakby ocknęła się z otępienia. Spojrzała na Marię Elwirę półprzytomnie.
Maria przypomniała sobie, że w czasie swej kaźni po wysiłku walki z oprawcami i godzi-

nach gwałtu, poza bólem fizycznym i rozpaczą, wielkim cierpieniem było pragnienie. Dusiła
się z tego pragnienia Eleonora miała suche krwawiące usta. Maria Elwira podeszła do koszy-
ka, wyjęła puszkę pepsi, zerwała kapselek i podała napój nieszczęsnej. Tamta chwyciła pusz-
kę piła łapczywie. Była całkiem obnażona i nie zasłaniała się. Wypiła płyn i dyszała jak zwie-
rzę.

– Chcesz jeszcze? – zapytała Albakora. Tamta skinęła głową. Wypiła drugą puszkę. Marii

Elwirze przyszło do głowy, że stwórca zrobił błąd. Nie powinno być możliwe takie upodlenie
człowieka przez innych ludzi.

W mrocznym pomieszczeniu zapanowała ponura cisza. Po piersiach Eleonory chodził du-

ży  czarny  robak,  inne  dwa  biegały  jej  po  udach.  –  Nieszczęsna  nie  reagowała.  Patrzyła  na
Marię Elwirę. Maria wytrzymała to spojrzenie. Eleonora odwróciła wzrok.

– Ciebie też tak zgwałcili? – zapytała niespodziewanie głosem niemal normalnym. Maria

wzdrygnęła się.

– Nie poznałaś prawdziwych szakali... ja byłam zmasakrowana...– odpowiedziała też jakoś

dziwnie.

– Mścisz się?
– Nie. Walczę. Nakaz rodzenia po gwałcie to zbrodnia. Uwierz doświadczonej, skazana je-

steś na koszmar, dziecko na pogardę. Czarny robak z szyi Eleonory wszedł, jej na twarz, ock-
nęła się, zrzuciła go. Przymknęła oczy, osunęła się na odrażające posłanie. Któryś z gwałci-
cieli chwycił kubeł wody. Maria Elwira powstrzymała go.

background image

17

Z pierwszej budki zadzwoniła na pogotowie i policję... Przestawiła się, zapowiedziała, że

to był gwałt pierwszy w zaplanowanej serii, podała adres piwnicy, gdzie pozostawili Eleono-
rę. Zadzwoniła do kilku redakcji, powiedziała to samo. Rzuciła słuchawkę, wróciła do lokalu
konspiracyjnego.

Następnego dnia zaczęła się wrzawa. Gazety krzyczały: Bestialskie gwałty nowym aktem

terroru!. Albakora wyszła z ukrycia! Ofiarą zbrodni znana działaczka katolicka...

Hieny dziennikarskie grzebały teraz w tragedii Eleonory. Za Albakorą znów rozesłano li-

sty gończe. Policjanci mieli jej fotografie w samochodach, pokazywano ją w dziennikach te-
lewizyjnych...  Krwawa  Albakora!...  Boss  terroru  –  Albakora!...  Albakora  gwałcicielka!...
Tymczasem było inaczej. Ona już nie chciała napadać, strzelać,  organizować przemocy. To
się w niej wypaliło. Zapragnęła: spokoju. Chciała w pierwszej akcji zginąć, myślała o truciź-
nie.  Coś  jednak  trzymało  ją  na  tym  świecie.  Nie  przypuszczała  wówczas,  ile  było  jeszcze
przed nią buntu, walki i cierpienia.

Zamieszkała  z  nią  Dalida,  dziewczyna,  z  którą  dzieliła  kwaterę  w  Libanie.  Było  to  ich

pierwsze spotkanie od tamtego czasu. Piły whisky, paliły marihuanę. Dalida zapytała, co stało
się z jej gwałcicielami. – Nie wiedziała.

Kiedyś,  gdy  oczekiwała  na  urodzenie  Magnusa,  budziła  się  w  nocy  i  wydłubywała  oczy

szakalom. Wówczas przynosiło jej to ulgę.  Wymyślała  tysiące  okrucieństw,  które  zadawała
gwałcicielom.

Od czasu jednak, gdy porzuciła dziecko, zgniotła w sobie takie uczucia. Jej Bóg wysłuchał

ją, stała się drzewem

– To nie byli bojownicy, to byli bandyci – powiedziała wtedy Dalida. – W organizacji za

taką  samowolę  czekałoby  ich  to,  co  tych  na  pustynnym  poligonie,  pamiętasz?...  Hyde  był
uciekinierem z sowieckiego statku. Dostał azyl we Francji, potem działał w brygadach Orga-
nisation  de  I  Arme  Secete.  Strzelał  do  chorych  w  szpitalach,  wysadzał  autokary  z  dziećmi.
OAS nie przebierała w środkach.

Hyde  początkowo  był  poszukiwany  pod  przezwiskiem  Czarny  Iwan.  Gdy  Francuzom

udało się rozpędzić OAS, przyjechał tu. Początkowo udawał bojownika walczącego po jednej
stronie. Wkrótce jednak zaczął wynajmować się także przeciwnikom... – Tyle dowiedziała się
o ojcu Magnusa od Dalidy.

... Czarno – biały film urwał się znowu. Rybacy byli głodni.
Graham Barents przyniósł kubeł świeżego dorsza. Pomyślała, że usmaży go w oleju i poda

z czipsami.

Ryba... Tu wszystkim była ryba. Jedynie ludzie spięci linami i zmierzający na szczyt za-

patrzeni są w swój cel tak, jak rybacy w rybę. Przerywający motor, przeciwny wiatr, porwana
sieć, nadchodzący sztorm, wszystko to nie godzi w ludzi, godzi w ilość złowionej ryby.

Przy krótkich posiłkach nie mówiono o szansach partii w wyborach, o kobietach, porwa-

nym dyplomacie, rozbitym odrzutowcu. Mówiono o tym, że śledź idzie mały i przypływ jest
zbyt wielki... A jeżeli mówiono o słońcu, powietrzu, też sensem tego była ryba. Graham Ba-
rents i pozostali mężczyźni nie tylko mówili o rybie, ale też wyłącznie o niej myśleli. Ryba,
zaciągi, beczki, tony złowionej ryby, to był jedyny świat.

I właśnie rybą zaczęła wypierać z myśli Marii – Elwiry wspomnienia zacierać piętno. Do-

piero ryba przytłoczyła dni, miesiące, lata spędzone w „Armii”. Tu zacierały się twarze Dali-
dy, Valkirii,  Terrego,  Presili,  zdarzenia  w  akcji  na  bank  i  w  porwanym  samolocie,  a  dni  w
„Armii”, na akcjach i w lokalu konspiracyjnym wydały się podobne, jak ziarnka pustynnego
piasku  w  Libanie.  Spędzała  tam  wówczas  samotne  godziny  przed  telewizorem,  przerzucała
stosy gazet lub patrzyła na płaską ścianę tuż przed sobą. Sięgała i po słomkę i stawało się jak-
by lepiej. Siadając daleko od okna patrzyła na ulicę. Tam był wrogi świat. Ona była w inku-
batorze, opuszczenie tej klatki groziło śmiercią. Do Albakory można było strzelać bez ostrze-
żenia. Świat za oknem był duży, inkubator mały... Dziwne, ale ciągle wracała do niej sprawa

background image

18

Eleonory.  Sprawa  ta  przerosła  strzały  w  Segers...  Było  dla  niej  niezwykle  ważne,  co  tamta
zrobi.  Urodzi  i  wychowa  dziecko,  czy  też  nie.  Pragnęła  zwycięstwa  Eleonory.  Żywiła  na-
dzieję,  że  wiara  tamtej  jest  słuszna,  a  ona  Maria  Elwira  znajdzie  jeszcze  siłę,  aby  trafić  na
Magnusa i też jakoś zwyciężyć.

Zbrodnia, którą kierowała, nie mogła  równać się z tą, którą przeżyła sama. Eleonora nie

była katowana, nie bezczeszczono jej wszelkimi innymi sposobami, zaniechano potworności
z kretem... Potem ona, Maria Elwira pragnęła, aby Eleonora okazała się istotnie matką hero-
iczną. Byłoby to zwycięstwem czegoś bardziej wielkiego niż tylko godność ludzka. Zaczęła
pisać  do  Eleonory  list.  Wyjawiła,  że  gwałciciele  nie  byli  zwyrodnialcami  ani  debilami,  bo
istotnie byli to młodzi, wykształceni ludzie, tylko tacy, których zawiłe ścieżki zaprowadziły
na  drogę  terroru.  Podarła  ten  list,  bo  wysłanie  go  byłoby  niesubordynacją,  za  którą  groziła
śmierć. Pragnęła; aby zwyciężyły racje wyższe, pragnęła, żeby te racje nie były pustymi ha-
słami. Nie wiedziała co zrobi tamta... Czekała.

... Hyde, gwałt, kret, ojciec w pierwszej ławce przed kościelnym ołtarze, Magnus... to był

pożółkły stary film. Nie była już przecież nawet drzewem. Była szakalem, cóż ją więc mogły
obchodzić losy wilkołaków?

Zatarł się, zmalał, oddalił obraz dni, miesięcy, lat spędzonych w „Armii”; tylko gwałt Ele-

onory i jeszcze kilka zaledwie epizodów pozostawały ciągle jak żywe. Presila, co się stało z
Presilą? Właśnie Presila pozostała dziwnie jej bliska...

...Różaniec Albakory... Twarz porwanego  dyplomaty,  gdy zakomunikowano  mu,  że  wła-

dze odmówiły okupu... I to spotkanie w porwanym samolocie... Monotonny, metaliczny brzęk
silników i cichy szum powietrza. Zastygłe w niemym oczekiwaniu twarze ludzi. Widok stra-
chu jakby zmaterializowanego w oczach i kącikach ust mężczyzn, kobiet, dzieci. I on, o któ-
rym często myślała. Spostrzegła  go,  gdy wodziła lufą pistoletu  po rzędach zamienionych w
woskowe figury pasażerów.

On teraz siedział z żoną i kilkuletnią córką. Byli bladzi podobnie jak inni. Patrzył w bok,

udawał, że jej nie poznaje. Pomyślała, że powinna uczynić podobnie. Instrukcja mówiła wy-
raźnie...  Wszyscy  pasażerowie  są  jednakowymi  zakładnikami.  A  jednak  coś  chwyciło  ją  za
gardło.  Zapragnęła,  aby on jak najszybciej opuścił ten samolot, aby mu  się  nie  przydarzyło
nic złego, aby rzeczywiście jej nie poznał. Jego żona, córka właściciela przystani w Beldown,
także ją poznała. Patrzyła w bok. Bała się rozpoznania przez krwawą Albakorę, podobnie jak
Wiktor.

Tymczasem  sprawy  komplikowały  się.  Teheran  nie  był  pewnym  portem.  Istniała  możli-

wość, że lotnisko nie przyjmie maszyny. Tak też się stało.

Boss dał jej znak, żeby przemówiła. Stała z granatem zaczepionym do ramienia i półki nad

fotelami, automatem w rękach, ładownicami za pasem. Taką widywano ją na okładkach pism
i ekranie telewizorów, w listach i audycjach gończych... Albakora...

– Walczymy o słuszną sprawę – powiedziała. Gotowi jesteśmy na śmierć. Krótko przed-

stawiła żądania.

W monotonnym brzęku silników i cichym szumie powietrza jej spokojne, jakby metalicz-

ne słowa zrobiły wrażenie. Coś nieuchwytnie zniewalającego było w akcjach Albakory. Bos-
sowie zauważyli to już, gdy stała z dymiącym automatem nad ofiarami masakry w Segers. W
samolocie nagle zapłakało dziecko i rozległ się histeryczny krzyk kobiety. Zaterkotał pistolet
maszynowy, zapadła cisza. Była pewna wówczas, że to koniec. Zamknęła na ułamek sekundy
oczy, gdy je otworzyła, woskowe figury w fotelach znów siedziały bez ruchu. Porządek akcji
został przywrócony.

–  Stewardesy  mogą  podawać  posiłek  –  powiedziała  do  mikrofonu,  zrównoważonym  to-

nem. Można korzystać z toalet. W razie zagrożenia szarpiemy łańcuszki – wskazała na granat
u ramienia – zginiemy ułamek sekundy przed wami.

background image

19

Na lotnisku w Casablance rozerwała opaskę banknotów, sięgnęła gdzieś do dna, wyjęła in-

ny  plik,  potem  jeszcze  inny.  Pieniądze  były  używane,  miały  różne  numery  z  różnych  serii.
Pobieżnie przeliczyła paczki. Zgadzało się wszystko. W tej chwili od maszyny odjechała cy-
sterna. Pokwitowała pieniądze na bankowym druku.

– Jest pan wolny – powiedziała do kasjera. – Kobiety i dzieci do wyjścia – zwróciła się do

pasażerów. Podniósł się krzyk, powstały zatory w rzędach, tumult.

– Stać! Na miejsca! – podniosła lufę. Trzasnął zamek. Zapanowała cisza. Kobiety i dzieci

usiadły. Skierowała lufę na żonę Wiktora Adamsa.

– Ta kobieta z dzieckiem do wyjścia,  ty  też  –  wskazała  Wiktora.  Tamci  poderwali  się  z

miejsc, nie patrzyli na nią. Gdy znikli w otwartym włazie ponownie zezwoliła na opuszczenie
maszyny kobietom i dzieciom. Jakaś dziewczyna nie chciała wyjść bez chłopca, ktoś z kimś
rozpaczliwie się żegnał...

Jako zakładników na dalszą drogę miała zostawić niewielką  grupę mężczyzn,  aż do mo-

mentu upewnienia się, że nie są ścigani po opuszczeniu samolotu.

Dziś  Maria  Elwira  wspomina  tę  akcję  z  gorzkim  uśmiechem.  Wówczas  wszystko  skoń-

czyło się nadzwyczaj dobrze. Karkołomne wprost, nierealne przedsięwzięcie powiodło się w
pełni, nie ponieśli najmniejszych strat... Nie wiedziała wówczas dlaczego...

...A Prosiła? Czy los Presili był podobny do jej losu? Gwałt tamtej polegał na oszustwie. Ją

Marię Elwirę zgwałcono brutalnie. Jedni i drudzy jej oprawcy nie usiłowali zachować jakich-
kolwiek pozorów.

– Ty się nie liczysz, liczy się jedynie nasza żądza i „przekonania”. – Powiedziano to jej in-

nymi słowami, ale przecież wprost.

Presilę potraktowano inaczej, jakby mimo wszystko z większą  godnością.  Zresztą Presili

nie  zgwałcono.  Ją  oszukano.  Dziewczyna  była  gadatliwa,  czytała  kiepskie  romanse,  potem
usiłowała je opowiadać, coś w nich zmieniać, przerabiać. Jej gadaniny pełno było w lokalu,
gdy były tam tylko kobiety. Mężczyzn unikała, nienawidziła ich bardziej niż ona – Maria El-
wira.  Historię  swoją  opowiadała  Marii  przed  ową  pamiętną  akcją  na  samolot.  Porwanie  to
było ryzykowne. Zdawały sobie sprawę, że idą raczej na śmierć niż po sukces. Presila była
dzieckiem gwałtu i kazirodztwa. Urodziła ją 14–letnia dziewczyna, zgwałcona przez bogate-
go, obleśnego brata ojca. Matka zgwałconej zabrała córce dziecko i stworzyła pozory, że ono
jest jej. Miała wówczas córkę. Potem urodził się jeszcze syn. Było ich razem troje chłopak i
dwie dziewczyny.

Inne życie było tych dwojga a inne Presili. Dziewczyna była służącą, popychadłem. Długo

nie wiedziała dlaczego, potem dobrzy ludzie powiedzieli jej wszystko. Widywała też Marge-
ritę... Autentyczną swoją matkę... Znała jej spojrzenie pełne strachu i niechęci. Unikała Mar-
gerity tak, jak Margerita unikała jej.

Piter i Abigaja, „brat” i „siostra” Presili kończyli college, chodzili na bale, mieli towarzy-

stwo. Presila była kopciuszkiem. „Matka” i „ojciec” przestali ukrywać, że traktują ją jak do-
pust Boży, bękarta i ofiarę zwyrodniałego poczęcia.

Nikt lepiej nie mógł zrozumieć Presili niż Maria Elwira. Sprawa tamtej wydawała się dra-

matem jej i Magnusa jednocześnie.

Nagle zmienił się los Presili. Zawieziono ją do kliniki, zrobiono szczegółowe badania. Do-

stała nowe sukienki, buciki... Miała wówczas 20 lat. Bardzo zależało jej na pięknych strojach,
bo Filip był z dobrego domu i bogaty. Jeździł na wielkim motocyklu, z wysuniętym daleko
przednim kołem, należał do klubu. Gdzie było jej popychadłu w domu Londyleyów, do Filipa
Thalbott. Ale Filip kłaniał się z daleka Presili i proponował randki. Presila pojechała z nim na
piknik, potem na dwudniowy weekend. Nie opierała się w ogóle. Pierwszy raz w życiu do-
znała szczęścia. Filip też był szczęśliwy. Wynajął pokój w starej willi na poddaszu i spotykali
się tam codziennie. Dziwili się „matce” i „ojcu”, którzy przymykali oko, gdy ona nie wracała
na noce.

background image

20

Tymczasem  Abigaja  ciężko  zachorowała.  Lekarze  nie  wiedzieli  co  było  powodem  zwy-

rodnienia  jej  obydwu  nerek.  Dziewczyna  marniała  w  oczach,  była  na  ścisłej  diecie,  potem
zaczęła jeździć do Beldown na dializy, groziła jej śmierć.

Tymczasem  Filip  zdecydował  się  na  małżeństwo  z  Presilą.  Początkowo  dziewczyna  nie

dowierzała szczęściu, ale Filip z całą powagą poprosił o jej rękę rodziców. Wyznaczono datę
ślubu. Filip stał się oficjalnym narzeczonym Presili. Wszystkie szczęścia tego świata spadły
na nią w jednej chwili. Filip był wspaniały, matka i ojciec też zgadywali myśli, nie lubianej
dotychczas córki. Tylko rodzice Filipa pozostali jacyś dalecy i niedostępni. A Abigaja? Pre-
sila nienawidziła Abigai. Nie była to wzajemna nienawiść nieuzasadniona. W domu wiadomo
było  przez  wiele  lat,  że  rację  zawsze  musi  mieć  Abigaja.  Ale  dziewczyny  bywały  przecież
także poza domem rzadko co prawda, ale zdarzało się, że też razem, Presilą chociaż nie tak
ładna  jak  Abigaja,  nie  była  wówczas  kopciuszkiem  i  sympatie  częściej  kierowały  się  w  jej
stronę, niż pewnej siebie i władczej wobec młodszej dziewczyny  Abi.  Najstarszy syn Cole-
sów Tom okazywał jej wyraźne względy, a jego rodzice częściej rozmawiali i żartowali z nią
niż wyniosłą i zarozumiałą, zawsze wystrojoną „siostrą”. Presila wówczas, dzięki Colesom,
jakby pozbyła się kompleksów... Było tak do czasu, gdy pani Isadorze Coles zginęła broszka
z  szafirami.  Zabawa  została  zepsuta.  Państwo  Coles  nie  zawiadomili  policji,  nie  zarządzili
przeszukiwania gości... Po prostu wszyscy rozeszli się do domów ze spuszczonymi głowami.
Kto pozbawił młodzież z okolicy wspanialej rodziny, która organizowała pikniki, weekendy,
zabawy, kto rozbił świetnie zapowiadające się towarzystwo? To pytanie niedługo pozostało
bez odpowiedzi. Po cichu, pocztą pantoflową, dziewczyna od dziewczyny, chłopak od chło-
paka dowiedzieli się, że broszka wróciła do właścicielki... Że  faktycznie miała miejsce kra-
dzież, że była złodziejka i była też uczciwa, szlachetna dziewczyna. Abi na drugi dzień od-
niosła klejnot pani Coles. Błagała o dyskrecję. Powiedziała, że precjozo znalazła w torebce
Prosili. Presila faktycznie przy wszystkich kiedyś zachwycała się tym klejnotem.

Pani Colea dotrzymała słowa, nikt nie usłyszał od niej imienia złodziejki... Ale od Presili

odsunęli się wszyscy... Zła opinia przebija podobno przysięgi o milczeniu, przebija mury ta-
jemnic, nie łamiąc ich i nie niszcząc. Presila dowiedziała się o swym czynie ostatnia. Poszła
do Toma, poszła do pani Isodory Coles, przysięgała, że to oszczerstwo. Wysłuchali ją oboje,
pokiwali głowami. Czy uwierzyli? Nie wiadomo. W otwartym dla młodzieży domu zabrakło
jednak już miejsca dla Presili. Potem przestała też tam bywać Abigaja. Rodzice postarali się
jednak szybko, by starsza dziewczyna znalazła nowe towarzystwo...

Gdy Abi dostała piękną suknię i wybierała się na bal. Presila wylała jej na głowę i tę suk-

nię zawartość nocnika. Nie powiedziała przy tym jednego słowa.  Potem, kiedy straszono ją
domem  poprawczym  zabrała  wszystkie  suknie  i  pantofle,  oprócz  tych,  w  których  sprzątała,
powiedziała, że Abi wie za co ją to spotkało.

Jeżeli  można  mówić  o  głębokiej  nienawiści  w  rodzinie,  to  właśnie  taką  nienawiścią  da-

rzyły się Presila i Abi... Nienawiść Abi poparta wpływem rodziców, objawiała się codziennie
w upokorzeniach jakich doznawała Presila. Nienawiść Presila była cicha i bezowocna. Jedy-
nie chyba coraz głębsza.

I oto kapryśny los odmienił wiele. Ukochana i hołubiona przez rodziców Abi wraz z utratą

zdrowia  straciła  wszystko.  Była  unieruchomiona,  cierpiała,  czekała  na  śmierć.  Odrzucona  i
poniewierana Presila tymczasem kwitła. Była zdrowa, kochała i była kochana, „rodzice” do-
strzegli w niej dobrą córkę i obsypywali ją i wszystkimi łaskami.

Filip był szlachetnym człowiekiem, bardzo przejął się losem Abi. Pod jego wpływem jej

nienawiść do przyrodniej siostry straciła ostrze. Podczas odwiedzin w szpitalu widziała z dnia
na  dzień  coraz  większe  cierpienia  tamtej  –  było  jej  wręcz  żal  do  niedawna  znienawidzonej
dziewczyny...  No  i  okazało  się,  że  doskonałym  dawcą  nerki  dla  Abi  może  być  Presila.  Jej
grupa krwi i wszystkie inne cechy były wyjątkowo korzystne dla przeszczepu. „Rodzice” nie
śmieli nawet prosić krzywdzoną do niedawna córkę – nie córkę o taki dar i poświęcenie. Filip

background image

21

kupił jej pierścionek z brylantem i okazał się człowiekiem wielkiego serca. Przysiągł, że po-
czeka  ze  ślubem,  że  będzie  kochał  ją  do  śmierci.  Uznał,  że  powinna  ratować  siostrę,  gdyż
życie tamtej los złożył w jej ręce. Nikt inny nigdy nie namówiłby Presili do takiego poświę-
cenia dla znienawidzonej Abi. Czegóż jednak nie dokona miłość. Tym bardziej, że Filip w tej
sprawie był nieustępliwy.

Dziwne, ale Presila jakby wyczuwając coś złego, długo pomijała początkowo dyskretne, a

potem coraz bardziej natarczywe  nagabywania  Filipa.  Po  jakimś  czasie  do  sprawy  włączyli
się „rodzice”, znajomi i ksiądz przyjaciel bardzo religijnego domu Colesów. Mówiono o po-
święceniu i miłosierdziu, potem zaczęto mówić o świętym obowiązku ochrony życia, nie tyl-
ko  poczętego,  ale  także  zagrożonego.  Wyprawiono  Presili  i  Filipowi  uroczyste  zaręczyny,
przedtem oboje młodzi udali się do spowiedzi świętej i przyjęli sakramenty. Presila promie-
niała szczęściem. Ksiądz zaprosił dziewczynę na długą rozmowę.  Mówił o  grzechu zbrodni
na życiu poczętym, potem przeszedł do sprawy ratowania życia bliźniego w ogóle... Później
Presilę zaprosił doktor, także dobry znajomy pani Coles. Zapewnił, że zabieg będzie wykona-
ny w znakomitym szpitalu, że faktycznie niesie on minimalne ryzyko i niebezpieczeństwo, że
żyć z jedną nerką można równie  dobrze  jak  z  dwoma...  Rozmowa  dotyczyła  jednak  przede
wszystkim wartości moralnych czynu do jakiego namawiano dziewczynę. Sprawa wywodziła
się od świętości życia poczętego, bo jaka jest różnica między zabiciem embrionu a pozwole-
niem na śmierć przez zaniechanie pomocy człowiekowi już żyjącemu? Czy płód w embrio-
nalnym stadium rozwoju bardziej czuje, bardziej ma świadomość zagrożenia i bardziej cierpi
od dorosłej dziewczyny? – stawiał zdezorientowanej Presili logiczne pytania doktor.

–  Nie  masz  chyba  wątpliwości,  że  zachowanie  życia  poczętego  jest  nakazem  świętym  –

pytał światły przyjaciel domu Colesów, wychowaną w tym przekonaniu Presilę, która istotnie
nie  miała  co  do  tego  wątpliwości.  Doktor  zniżył  glos.  Znasz  przecież  córko  historię  swego
poczęcia. Bóg zrządził, że możesz z własnej woli odpłacić dobrem za dobro... życiem za ży-
cie...

Presili nie w głowie była ta filozofia. Kochała Filipa, przestała już nienawidzieć Abigaję

myśląc o rychłym ślubie i szczęśliwym życiu z ukochanym. To pochłaniało ją całą.

Dziwiła się, więc swoim oporom, przed spełnieniem woli teraz już całego otoczenia. Była

osaczona,  a  jednak  ciągła  odkładała  wyrażenie  zgody  na  dokonanie  przeszczepu.  W  końcu
Filip postawił warunek. Albo ona odda nerkę Abigai, albo on z nią zrywa. Przeraziło to Pre-
silę, obudziło jej niepokój, ale wyboru nie miała. Operacja istotnie udała się. W szpitalu była
obsypywana  kwiatami  i  drogimi  prezentami.  Promienieli  radością  „matka”  i  „ojciec”,  pro-
mieniał Filip i pełne szczęście odzyskała Abigaja. Filip zaczął przyjeżdżać do szpitala pięk-
nym  sportowym  samochodem,  którego  pochodzenie  wydało  się  Presili  niejasne.  Szczęście
trwało  do  momentu,  gdy  dziewczyna  opuściła  szpital.  Życie  jej  zmieniło  się,  musiała  przy-
najmniej przez pewien czas uważać na zdrowie, przejść na dietę, zaniechać wielu przyjemno-
ści. Tymczasem  Filip rozkręcał jakiś interes. Wyjeżdżał z wyspy na cale dnie,  potem  tygo-
dnie. Zmienił się, przestał mówić o ślubie. „Rodzice” uśmiechali się do niej jakoś sztucznie...

Abigaja wyjechała na rekonwalescencję do Szwajcarii... Życie Presili straciło swój blask,

stawało się z dnia na dzień bardziej podobne do tamtego sprzed  roku, z tym,  że  bez  jednej
nerki. Mimo niepokoju, który narastał, grom uderzył z jasnego nieba. Filip postanowił wyja-
śnić sprawę bez wybiegów. Poradzono mu podobno, że inaczej nie odczepi się od Presili. Stał
się bezwzględny także dlatego, że Colesowie urwali mu pół „honorarium”. Powiedział więc
Presili  wprost,  że  niebawem  ożeni  się,  ale  z  inną  dziewczyną.  Jego  po  prostu  jej  „rodzice”
wynajęli, aby przekonał ją do tego, co i tak powinna zrobić. Ratowanie życia rozwiniętego nie
jest  mniejszym  obowiązkiem  chrześcijanki  jak  ochrona  życia  poczętego  –  pouczał  Presilę
Filip podobnie jak ksiądz i lekarz. Gdy tamta opowiadała to Marii Elwirze, Maria czuła jej
ból, bezsilność i bunt tak jak kiedyś swój.

background image

22

– Nic ci nie jestem winny i nie mam żadnych wyrzutów niemal krzyczał Filip do oniemia-

łej Presili... Obudziłem jedynie twoje sumienie. Najlepiej nie przyznawaj się do tego, że nerkę
oddałaś z wyrachowania, a nie miłosierdzia. Jak tylko dostaniesz od Colesów trochę szmalu,
uciekaj  stąd,  bo  oni  cię  nie  kochają,  to  ci  mówię  szczerze...  –  powiedział  Filip  i  wsiadł  do
sportowego samochodu, który dostał od Colesów w rozliczeniu za swoje pośrednictwo. Pozo-
stała w altanie sama. Ruszyła ścieżką, stanęła nad przepaścią. W dole huczało morze. Pomy-
ślała, że skoczy do tego morza i skończy się wszystko.

Presila przed akcją na samolot powiedziała Marii Elwirze, iż ona wtedy jednak skoczyła w

tę przepaść. Skoczyła, bo cierpliwy bękart przestał istnieć... Ale nastąpiła reinkarnacja, odro-
dziła się inna Presila. To wszystko stało się w jednej chwili nad urwiskiem, w głębi którego
huczało morze. Nowo narodzona nie kochała już Filipa, nie żywiła starej nienawiści do Abi-
gai, nie znajdywała żadnych uczuć dla Colesów. Umarła i urodziła się ponownie. Ze starego
życia zabrała jednak obraz społeczeństwa w jakim żyła. Społeczeństwem tym byli Colesowie,
ksiądz,  lekarz,  Filip...  Abigaja...  Poczuła  powołanie,  aby  zmienić  to  społeczeństwo,  aby  je
uczynić innym. Wróciła do domu, wyjęła z szafy dumę pani Coles, futro z norek kupione nie-
dawno za wielką sumę pieniędzy. Zapakowała je, wsiadła do pociągu, pojechała do miasta na
drugim krańcu wyspy. Rzuciła futro na ladę w lombardzie, wzięła bez targów śmiesznie niską
sumę jaką jej zaproponowano. Poszła w portowy zaułek, gdzie można było kupić wszystko,
wybrała rewolwer, dużego kalibru; jeszcze z wielkiej wojny, magazynek pełen naboi. Wróciła
do Elber, zadzwoniła do Filipa, powiedziała, że faktycznie wyjeżdża do Anglii już na zawsze.
Chciała  oddać  mu  jego  skórzaną  kurtkę  i  prosiła  o  zwrot  kilku  drobiazgów.  Przyjechał  do
altany swym czerwonym samochodem. Wszedł do środka, zaczął mówić, że od początku wie-
rzył w jej rozwagę i inteligencję. Zobaczył broń, i zamilkł. Ona też milczała. Trwało to długą
chwilę.

–  Co  się  wygłupiasz?  –  powiedział  wreszcie  zdławionym  głosem  –  odłóż  ten  pistolet,

odłóż proszę...

– Pokaż, gdzie masz nerkę, skurwysynu – powiedziała głucho. – Pokaż bo rozwalę ci łeb!
– Co ty Presila, co mówisz?
– Czy ksiądz i lekarz wiedzieli o tym oszustwie? – pytała głosem też już całkiem zmienio-

nym.

Filip jąkał się, zrobił krok do przodu, bełkotał coś bez związku. Patrzyła mu w oczy, wi-

działa jak drży i blednie. Był przerażony, cierpiał. Pociągnęła spust, błysnął ogień. Filip stał
przez chwilę w miejscu, chwycił się za brzuch i osunął na ławkę. Presila wyszła przed altanę,
otworzyła samochód, zwolniła go z hamulca i popchnęła w dół. Toczył się powoli, spadł jed-
nym kołem z traktu, potem drugim i ruszył już szybko przez łąkę ku przepaści. Na krawędzi
jakby zatrzymał się, ale znów ruszył i znikł za skalnym progiem. Nie było słychać łoskotu,
gdy się rozbijał o głazy ani plusku wody, gdy tonął.

Wróciła  do  altany.  Filip  patrzył  w  miejsce,  gdzie  znikł  jego  samochód,  tamował  dłońmi

krew  na  brzuchu.  Podeszła  do  ukochanego,  przyłożyła  mu  zimny  krążek  lufy  do  ust,  które
tyle razy całowała.

– Jeżeli przeżyjesz i będzie ci potrzebna do przeszczepu nerka lub wątroba, niech lekarz,

ksiądz i Colesowie złapią kogoś na ulicy i nakażą mu oddanie ciała, bo ratowanie życia jest
zawsze świętością, a ofiara taka prawem... – powiedziała pełna gorzkiego śmiechu. Odwróciła
się i wyszła z altany.

Tak zrodziła się terrorystka Presila Coles. I chociaż Presilę jedynie oszukano i zabrano jej

tylko nerkę, a ją Marię dwukrotnie ubezwłasnowolniono, zbeszczeszczono i obrabowano na
zawsze z doznań kobiety i uczuć macierzyńskich, zniszczono jej życie, do jakiego miała pra-
wo i pragnęła sobie stworzyć – nawet dzisiaj czuła, że zwyrodniałe – nieludzkimi nakazami
społeczeństwo, zarówno od Presili jak też jej, Marii Elwiry zasłużyło na rewolucję i terror.

background image

23

Po porwaniu samolotu i uwolnieniu członków „Armii” oraz zainkasowaniu znacznej sumy

pieniędzy, znalazły się z Presilą w nowej kwaterze. Albakora jeszcze raz znikła na dłużej w
ukryciu. Charakteryzatorzy mieli zrobić z niej zupełnie inną kobietę.

Misternie przygotowana akcja przy zaangażowaniu olbrzymich środków oraz ludzi w Eu-

ropie i Afryce, miała jakby dwa zakończenia. Była to najbardziej udana operacja w ostatnich
latach. Bosowie określili ją jako mistrzowską. A czy było tak naprawdę? Od tegoż czasu po-
sypały się na nich klęski jak z puszki Pandory. Terry rozpoznany na ulicy w Londynie zginął
podczas  strzelaniny,  Jess  został  osaczony  w  kwaterze,  bronił  się,  zmarł  w  szpitalu  od  ran.
Czterech z pięciorga bojowników uwolnionych z więzienia w  tej  akcji  wpadło  w  zasadzkę,
dwóch zginęło, dwoje wpadło w ręce policji. Zginął także strzelec Y, na wolności pozostała
tylko ona, Dalida, Presila i strzelec X.

Któregoś dnia zjawił się łącznik. Wywiózł je do niewielkiego klasztoru, dostały czarne ha-

bity, stały się zakonnicami. W klasztorze nikt nie wiedział, kim były naprawdę. Spędzała czas
na modlitwach wraz z siostrami i jeszcze raz robiła ponury bilans ostatnich lat życia. Chodziła
z Presilą na spacery, prowadziły długie  rozmowy... Dowiedziały  się, że  gdzieś niedaleko w
jarze koło osady Carin, nad suchym kanionem żyje pustelnik, duchowny, który porzucił pur-
purę i dostojeństwa, pozostawił kościelny przepych i kościelne bogactwa, wstąpił do zakonu
jako  mnich  chodzący  w  sandałach  na  bosych  stopach.  Wkrótce  porzucił  także  klasztor,  za-
mieszkał w szałasie nad brzegiem wody, tuż przy skale na zielonej łące. Pustelnik, jak mówili
ludzie, był prorokiem. Uprosiła u sióstr samochód i pojechała nad kanion. Pustelnik przyglą-
dał jej się chwilę.

– Jesteś w zakonnych szatach, ale w sercu masz bunt powiedział bez wyrzutu.
– Tak. To ja byłam Albakorą – odparła niepomna już na zasady konspiracji.
Opowiedziała jak została zgwałcona i myślała, że urodzi potwora. Jak osaczona w szpitalu

walczyła,  by  pozbyć  się  ludzkiego  czucia  i  urodzić  dziecko,  tak  jak  roślina  rodzi  odnogę.
Opowiedziała o tym, jak niby wilczyca skoczyła po szczenię w niedźwiedzie łapy i o tym jak
w szale okaleczyła dziecko, a potem podniosła broń i liczyła padające krzyże.

– Oczekuję od ciebie prawdy, proroku – mówiła żarliwie. – Nie chcę już uciekać. Pragnę

wiecznego  spokoju.  Czy  jest  Bóg?  Czy  ja  jestem  szatanem?  Pomóż,  bo  mi  ciężko.  Wokół
mnie ludzie, którzy ciągle strzelają.

W  szałasie  z  głazów  panowała  wielka  czystość.  Gliniane  naczynia,  kamienne  noże,

zgrzebne płótna. Brakowało tu jednej ściany, stanowiła ją przestrzeń łąki, brzeg skały i woda
jak kryształ. Mnich nosił zielony płaszcz spięty drewnianymi drzazgami.

– Mario Elwiro – zwrócił się do niej – nie pytaj innego człowieka co jest dobrem lub złem,

pytaj  siebie.  Głos,  który  ci  odpowie,  jest  Bogiem.  Pytasz,  czy  jest  Bóg  materialny  lub  Bóg
Duch. Jeżeli jest, jest on w tobie. Dowody są tylko na istnienie szatana. Spójrz na wiek, który
dobiega końca. Ogromu zła, jakie stało się w tym stuleciu nie mogła dokonać jedynie istota
ludzka... Świat stwórcy był zielony, człowiek na nim mógł zabić w jednej chwili tylko jedne-
go człowieka. Nie mógł zniszczyć ziemi, powietrza, wody i ognia. Długo więc planeta pozo-
stawała zielona, wody i powietrze czyste – mówił pustelnik. – Aż pojawił się tygiel z meta-
lem, z którego można było kuć w ogniu i nadawać kształt materialny wymysłom istot ludz-
kich. Pytasz, czy jest Bóg?... Patrz na różnorodność kwiatów na łące, ryb w oceanie, ptaków
na niebie. Mogło to bogactwo życia powstać jedynie z materii?... Siła, która stworzyła istotę
żywą jest Bogiem, siła ta czuwa, skoro życie trwa. Ale jeżeli jest wzgórze, musi być dolina.
Przyszedł wiek zły. Stal, dynamit, lotne aparaty i lotne trucizny, to już nie topór i naczynie z
brązu. Siła materialna choćby najpotężniejsza, nie mogła jednak,  zniszczyć  porządku,  który
był czymś więcej niż tylko materią... Wówczas, na fali wielkiego zgiełku, w wielkim kraju,
pojawiła się istota pozornie ludzka, siejąc jad, który rozprzestrzenił się w umysłach. Porażeni
nim  ludzie  ruszyli  na  dostatnie  domy,  przewracali  góry,  zatruwali  powietrze.  Wyciągali  z
domów tych, którzy mieli zagon ziemi, manufakturę lub zdobytą w szkołach wiedzę i pędzili

background image

24

do  kopania  bezsensownych  kanałów,  osuszania  życiodajnych  wód,  zawracania  nawadniają-
cych ziemię rzek... Łańcuchy... mogiły, mogiły... mogiły. Zło bez sensu, zbrodnia dla zbrodni.
Na  prochach  milionów  istnień  budowano  gmach,  którego  nie  było.  Zbrodnia  stała  się  oby-
czajem i prawem, a zniewoleni śpiewali pieśń dziękczynną swojemu katowi, Diabelski plan
był jednak prymitywny. Plujący śmiercią przedmiot nie mógł przysporzyć chleba. Głód, cho-
roby i brud wypełzły na dostatnią ziemię. Ubezwłasnowolnieni w łachmanach i głodni śpie-
wali pieśń o promiennych blaskach...

Drugie  wcielenie  szatana  zmaterializowało  się  w  innym  kraju.  Budowano  tam  piece  do

palenia  ludzi.  Wkrótce  ruszyły  na  siebie  dwie  zbrodnicze  bestie.  W  tej  pożodze  nieważne
były  terytoria,  chodziło  o  mord,  bo  czym  jest  wojna  dla  wodzów,  którzy  stworzyli  wielkie
idee?... – pustelnik umilkł, chwilę trwała cisza.

– Zło to wiara nie dopuszczająca innej wiary. Tylko taki szatan może zniszczyć planetę –

powiedział prorok. – W leżącym na tysiącu wysp kraju rozbłysły rzucone tam zwiastuny już
realnej apokalipsy. Zaklęta w materii energia sprawiła, że wyparowały miasta. Ta siła nisz-
czenia nie była dziełem samego człowieka. Stwórca nie dał nikomu możliwości zniszczenia
wody, ziemi, i ognia... Ludzkości nie była dana możliwość zniszczenia własnego gatunku jak
nie była dana wiedza, skąd pochodzi życie. To były tajemnice Stwórcy. Nie ma materialnych
dowodów, że  Bóg,  który  stworzył  ciebie  i  mnie,  pozostał  na  ziemi.  Ale  szatan  ciągle  prze-
grywa, istnieje zieleń i matki z własnej woli rodzą dzieci. To jest prawda, o którą pytasz. Bóg
jest w nas, a jego świątynią świat, w którym żyjemy.  Ołtarze  zbudowane  przez  kapłanów  i
idee stworzone przez wodzów, to narzędzia władania i źródła bogactwa – pustelnik przerwał,
słońce chyliło się ku zachodowi, jego blask pełzał po wodzie. – Nie pytaj starca o dziecko.
Pytaj  siebie,  matkę  pytaj,  bo  ją  powołał  Stwórca,  jej  dał  prawa  matczyne.  W  tym  kanionie
ludzie zbudowali tamę, by zatrzymać strumień. Spiętrzyli wodę. Tama była mocna. Woda nie
da się jednak okiełznać zaporą w poprzek biegu, przerwała więc kanion.

Ułomnością ludzi jest pycha. Może pochodzi ona od tego Boga na  wzór którego ukształ-

towany  jest  człowiek,  Boga,  który  nigdy  nie  ma  dość  pokłonów...  Ale  to  nieprawda,  Bóg
uczący  pokory  nie  może  pragnąć  takiej  modlitwy,  tworzą  więc  ją  ludzie  mieniący  się  jego
namiestnikami dla własnych celów doczesnych. Narodziny Istoty mającej ducha to tajemnica,
bo  czym  jest  poczęcie?  Chrystus  został  poczęty  z  woli,  bez  udziału  ciała.  Poczęcie  wbrew
woli nie jest poczęciem Stwórcy. Aby urodził się kłos pszenicy potrzeba nasienia, ziemi, wo-
dy i... słońca. Tak nakazał Stwórca. Do poczęcia istoty w pełni ludzkiej nie wystarczy nasie-
nie i łono, potrzebne jest słońce, wola i miłość. Przymus narodzin wbrew woli rodzicielki to
sprzeniewierzenie  się  Stwórcy,  bo  dlaczego  Bóg  stworzył  miłość?  Rozwijający  się  płód  na
przekór istocie dającej mu życie, wyzwala reakcję jak owa woda tutaj. Cóż zniszczyło w tobie
człowieczeństwo? Przez wieki istota ludzka tworzyła obyczaj. Obyczaj porozumiewania się,
poczęcia w rozkoszy i miłości, wychowania w rodzinie. Pycha starców układających modli-
twy i prawa – stawia tamy w wyborze symbolu Boga, rozwijania prawd, tłumaczeniu zjawisk
natury,  nakazuje  im  decydowanie  za  przyszłą  rodzicielkę.  Nie  mają  takiego  prawa.  Ciebie
zniewolono.  Twój

 

odruch  odrzucenia  płodu  napotkał  tamę  z  zewnątrz,  zerwały  się  więc  w

tobie wszystkie brzegi. – Słuchała, pustelnik mówił dalej. – Sarna i wilczyca  porzucają  lub
niszczą miot niezgodny z ich naturą, bo natura nie tylko rodzi, ale też nie rodzi. Kiedy krzyw-
dzi się lub zabija dziecko, najlepiej wie matka. Mylisz się nazywając mnie mędrcom, ja myślę
i czuję, ale jeszcze nie wiem – pustelnik umilkł.

– A czy jasno oświeceni lekarze i księża są świadomi tego, że także nie wiedzą? zapytała

jakby sama siebie.

– Wiedza nie ma tu znaczenia. Dogmat dla chrześcijan, to zasada wiary zdefiniowana na

soborze przez ludzi i podana do wierzenia jako nakaz boży – powiedział głucho pustelnik.

– A jeżeli nowe odkrycia przeczą dogmatowi?

background image

25

– To grzeszne są odkrycia. Dogmat z góry uznany jest za prawdę ostateczną bez możliwo-

ści konfrontacji z oczywistymi prawdami praktyki. Dogmat w świątyni to modlitwa, dogmat
w społeczności, to obłęd.

– Więc, czy sprawiedliwy jest Bóg, który kreuje takie prawo?
– Bóg stworzył ziemię, wodę, powietrze i ogień, zesłał pierwsze istoty żywe i tylko to co

stworzył,  chroni.  Resztę  kreują  obłudni  ludzie  i  gdyby  stwórca  przestał  czuwać  nad  swym
dziełem, ludzie zniszczyliby planetę. Nieprawda, za można u Boga Stwórcy wymodlić deszcz
na  jednym  poletku,  czy  cudowne  uzdrowienie  jednego  człowieka...  On  nie  pozwoli  unice-
stwić ludzkiego gatunku, zniszczyć ziemi, wody, w tym niezwykła jego wielkość.

I  niepotrzebne  mu  pełzanie  na  kolanach  pokornych,  niepokornych.  Dla  niego  bluźnier-

stwem jest, zmienianie w popiół miast polnych ludzi, niszczenie powietrza i wody, zasłania-
nie dymami słońca. Kończy się właśnie wiek bluźnierstw. Dlatego stwórca znów się objawi...
Ześle antyenergię lub antymaterię, uczyni na powrót planetę zieloną. Znów jeden człowiek w
jednej chwili będzie mógł zabić tylko jednego człowieka... – mówił dalej pustelnik.

– Bóg to tajemnica wszystkich tajemnic... Czy słyszałaś o odrodzeniu po śmierci?
– Tak, któżby nie słyszał, proroku.
– Chrześcijaństwo, buddyzm. Islam to zasady, w które trzeba wierzyć, nie pytając o szcze-

góły. Pominąwszy nie potwierdzone przez ziemskie nauki objawienia i cudy – to teorie bez
dowodu. Jest też coś, na co dowodów wiele... Zdarzają się ludzie, których narodziny są jedy-
nie powrotem tam, gdzie już byli... Odnajdują miejsca, które są im znane, mimo że przybyli
do nich po raz pierwszy... Opisy takich zdarzeń są powszechne. Schroniłem się tu, aby myśleć
w ciszy. Wiara w reinkarnację nie jest tylko wiarą, jest przede wszystkim uznaniem faktów.

– A gdzie Bóg wówczas? – zapytała proroka.
Twarz  pustelnika  rozjaśniła  się.  –  A  któż  kieruje  ciągłym  ruchem  istot  niematerialnych,

które opuszczają i oblekają się ponownie w ciała z popiołu i wosku? Kto ożywia ten popiół?

– Bóg?
– Tak, Bóg Stwórca, który wiecznie czuwa i nie może pozwolić na zniszczenie świata, bo

gdzie odradzałyby się duchy, które z materii czynią człowieka?

– Jaka w tym rola matki, proroku? – pytała jak w transie.
– Wielka. Matka jest miejscem, gdzie z woli Boga następuje połączenia istoty ziemskiej z

nieziemską. Matka jest więc świętością.

– Więc matka ma prawo decydowania o urodzeniu lub nie urodzeniu dziecka?
– Tylko ona, nikt więcej – odparł prorok i zapadła cisza. W górze szybował ptak. Na niebie

pokazało się kilka chmur, które jakby podkreślały przedziwny w tej chwili jego błękit.

Stary pustelnik patrzył na nią wyblakłymi, a jednak pełnymi głębokiego wyrazu oczami.
–  A  ty  Mario  Elwiro?..  Widzę  przed  tobą  długi  czas  pokuty  i  jeszcze  czyn...  straszny

zbrodnię, niezbrodnię. Twój powrót dopiero na początku drogi. Teraz odejdź i zabierz spokój,
woda niech ci będzie przejrzysta.

Odeszła. To prawda, że zerwały się w niej wszystkie brzegi, została jedynie tama. Ale nie

była już wilczycą i nie była także drzewem. Nie ona strzelała do kobiet w Segers, nie ona była
szakalicą Eleonory nie jej imię było Albakora... Tamto nie miało ludzkiego wymiaru. To była
spiętrzona  woda,  która  ruszyła  przez  wyrwę  zgodnie  z  prawem  gwałconej  natury.  Czyżby
pustelnik dokonał cudu? Ptak, który w bezruchu skrzydeł szybował nad skałami nie był me-
talowym latawcem, niebo straciło szary połysk i było błękitne, na zboczu góry skubała zielo-
ną trawę sama...

A to co? Jadący z przeciwka samochód stanął tarasując drogę. Spostrzegła lufy broni ma-

szynowej wystające, zza głazów. Gdzieś, jakby zza gór; usłyszała głos wzmocniony elektro-
niczną tubą. – Albakora! Jesteś otoczona!... Nie masz szans, poddaj się!... – A więc taki bę-
dzie koniec, tu przerwie się ten jej film, nie film, życie nie życie? W jednej sekundzie migały
przed nią obrazy... Zabawy w szczęśliwym dzieciństwie, dostojna twarz ojca. Chłopak, z któ-

background image

26

rym  kochała  się  po  raz  pierwszy...  Szakale,  szakale,  szakale...  Krety,  kobiety  na  asfalcie  w
Segers...Magnus. Pędzący pod samochody wózek.

...Przerażona  twarz  Eleonory...  Smutne,  a  jednak  pogodne  oblicze  jej  matki,  prawdziwej

ludzkiej matki... Koniec!

Chwyciła  z  koszyka  owoc  kiwi  i  pozorując  odbezpieczenie  granatu  wyskoczyła  z  samo-

chodu.

Zrobiło  się  jasno  i  zapadła  ciemność.  Słońce  wschodziło  powoli.  Była  w  wielkiej  prze-

strzeni...

Otworzyła oczy, zobaczyła okno wypełnione kratą. Sen to był? Czy naprawdę rozmawiała

z prorokiem? Czuła wielki spokój. Ktoś otworzył drzwi, zobaczyła przed nimi strażnika. Ru-
szył jednostajny ciąg dni, tygodni, miesięcy, Ciężkie rany zabliźniały się powoli. Szpital był
osobliwą, białą klatką ucieczki i spokoju. Przeliczyła się, pozorując atak granatem, nie zabili
jej policjanci seriami, na kamiennej drodze. Lekarze w więziennym szpitalu, siostry zakonne,
nawet salowe, wszyscy jakby solidarnie demonstrowali dystans do krwawej terrorystki. – To
manekiny – myślała – cóż oni wiedzą o rozterce matki nie matki. Teraz były dwie Marie El-
wiry, ta która leżała ranna i będzie sądzona i ta, która na to patrzyła z zielonej łąki. Ona była
tą drugą.

Opuściła szpital. W więzieniu traktowano ją jakby była uzbrojona i miała do pomocy od-

dział  zdeterminowanych  bojowników,  A  jej  ani  śniło  się  uciekać  lub  podejmować  walkę.
Drzemała,  na  zielonej  łące,  piła  wodę  z  przejrzystego  źródła  i  cieszyło  ją,  że  mija  życie.
Wreszcie  nadszedł  proces.  W  śledztwie  odpowiadała  na  wszelkie  pytania  twierdząco.  Po-
twierdziła zbrodnie, które dokonała i których nie dokonała. Mówiła tylko o sobie, wszystkie-
mu była winna ona – Albakora i tylko Albakora. Ona stworzyła oddział, ona nim kierowała,
ona była jego wodzem i wojskiem. Tylko ona jednak wiedziała, że naprawdę strzelała do lu-
dzi jeden raz... w Segers.

... Nie liczyła dni, tygodni, miesięcy. Przemijający czas stał się abstrakcją. Mijał jakby stał

w miejscu, jakby mijał. To nie był czas jej, to był czas jakiś inny.

Przez  salę  sądową  przewijały  się  widma.  Były  kobiety  z  manifestacji.  Był  adwokat  Ele-

onory Zadz. Rozpoznała ją kasjerka z banku. Byli piloci i ochroniarz z samolotu. Potwierdziła
wszystkie  zarzuty.  Prokurator  przedstawił  ją  jako  winną  zabójstw  i  okaleczeń,  tą  która  tar-
gnęła się na państwo i prawo.

...Wyrok brzmiał 25 lat wiezienia. Ale to nie były jej lata, to były lata jakieś inne.
Od czasu wizyty u pustelnika odczuwała dziwny dystans do świata zewnętrznego. Nie była

już drzewem ani wilczycą, ale nie była jeszcze pragnącym swojego szczęścia człowiekiem. W
więziennym  odosobnieniu  doznała  łaski  od  Boga  Stwórcy,  który  przecież  nie  mógł  pomóc
jednemu człowiekowi, bo jego dziełem był cały gatunek ludzki. A jednak w celi tkwiła jedy-
nie ciałem. Mijały dni, tygodnie, miesiące, lata... Od początku zgłaszała to ciało do wszelkich
więziennych  robót, zmusiła je, aby było posłuszne  i  pokorne.  Sama  żyła  zupełnie  gdzie  in-
dziej. Nawet ból zęba wydał jej się obcy i niedotkliwy. W ten sposób, powoli z oporami, ale
zyskiwała sobie sympatię strażniczek, lekarek, kuratorek, chyba wszystkich, z którymi miała
do czynienia. Szczególne miejsce zajęta wśród współtowarzyszek skazanych. Załamane dłu-
gorocznymi wyrokami kobiety znajdowały u niej, byłej krwawej Albakory, pomoc i pociechę.
Jakby pustelnik z Carin przekazał jej nieco swej mocy. Przez pierwsze lata więziennej pustki
nie opuszczały jej wizje rozbudzone przez niezwykłego proroka.  Do  czasu  spotkania  z  nim
budziła się w nocy zlana potem. W rękach jej pluł śmiercią stalowy przedmiot.

Strzelała do kobiet w Segers, do ruchomych celów na pustyni w Libanie. Teraz w wizjach,

broń,  zanim  zadała  śmierć,  rozpadła  się  w  pył...  Śniła  o  rozwiewanych  wiatrem  czołgach  i
działach, pękających lotniskowcach, rozpadających się fortecach... zielonych łąkach, bardziej
i  bardziej  czystej  wodzie.  Owa  kojąca  wizja  towarzyszyła  jej  zamiast  poprzednich  snów
upiornych. Znów uwierzyła w Boga, który naprawdę czuwa, a tylko jego obraz na swoje po-

background image

27

dobieństwo i na swój pożytek wykrzywili kapłani. Mijały dni, tygodnie, więzienne lata... Ze-
rwała mosty wiodące w przeszłość. Wydarta ze swoich instynktów, bo nie można powiedzieć
z serca, Magnusa, zapomniała o miłości i nienawiści do ojca, nie wspominała już matki. Na-
pisała oświadczenie, że w razie akcji terrorystycznej zmierzającej do uwolnienia jej w zamian
za zakładników, nie opuści więzienia i nie powróci do „Armii”. Przez całe lata jednak w wię-
zieniu była jedynie Albakorą.

Kiedyś w tamtym okresie zgłosiła się na apel rodziców dziecka rannego w zamachu terro-

rystycznym. Chodziło o krew rzadkiej grupy. Ona właśnie miała taką. Rodzicie dziecka od-
mówili.

Kilka lat później lekarz przypomniał jej zdarzenie z odrzuconą  krwią Albakory... Powie-

dział, że po katastrofie potrzebna jest krew jej właśnie grupy, dla małych bliźniaczek. Rodzice
dziewczynek nic nie mają przeciw temu, aby ratunek pochodził od niej, skoro ona chce ten
ratunek  przynieść.  Jakiś  bardziej  dociekliwy  dziennikarz  zaczął  ponownie  rozgrzebywać
sprawę Albakory. Jego artykuły rzuciły nieco inne światło na przebrzmiały już postrach lot-
nisk, banków i przechodniów z ulicy. Swego czasu prasa zachłystywała się sukcesem policji.

–  Albakora  osaczona!  Albakora  schwytana!  Największe  zwycięstwo  oddziałów  specjal-

nych! Ząb trzonowy terroru wyrwany!

Istotnie, po rozbiciu ich grupy ustały brawurowe akcje, ale gdzie i do kogo strzelała osobi-

ście  Albakorą?..  Na  łamy  prasy  powróciła  sprawa  jej  gwałtu,  uratowania  dziecka  na  ulicy,
listu  do  parlamentarzystki.  Czytając  o  tym  wszystkim  miała  wrażenie,  że  ktoś  inspiruje  te
artykuły, że ktoś odkrył prawdę i nie  chce zatrzymać jej wyłącznie  dla  siebie.  Kto  to  mógł
być?

Pewnego dnia zapytano ją, czy przyjmie gościa w celi. Jakaś starsza pani zgłosiła się na

wizytę.  Strażniczka  otworzyła  drzwi  i  wtoczyła  kobietę  na  wózku.  Poznała  przybyłą.  Prze-
szłość uparcie wracała.

Ona  nigdy  nie  chciała  już,  zobaczyć  tej  kobiety.  Starsza  pani  uśmiechnęła  się  na  swym

wózku inwalidzkim.

– Poznajesz mnie. Nazywam się Flora Tokarsky. Nie mam misji Armii Zbawienia ani chę-

ci nawracania cię z jakiejkolwiek drogi. Przychodzę jak ktoś, kto zrozumiał więcej niż swoje
nieszczęście.

– Pani tu? Pani do mnie ze słowami otuchy? Ten wózek... ten wózek, od tamtej pory?
– Tak, ale to nie ma znaczenia. Myślałam o tobie, musiałam przyjechać.
Ona pomyślała wtedy, że jest coś mocarnego  w człowieku. Czy bez ducha mogłaby być

tak wspaniała jedynie ożywiona materia? To była kobieta z krzyżykiem w ręce, na pochodzie
w Segere, do której ona strzelała. Cóż mogło ją tu sprowadzić?

W celi zapanowała cisza. Pani uśmiechnęła się znowu.
–  Nie  zrezygnowałam  z  walki  o  zahamowanie  zabójczych  zabiegów,  ale  przebywając  w

wózku ciągle rozmyślam. Dlaczego do mnie strzelałaś? Byłam w twoim domu, rozmawiałam
z twoim ojcem i matką. Zrozumiałam, że sprawa ma kilka wymiarów. Wstrząsnął mną gwałt
zorganizowany przez was na naszej działaczce, która potem też zwątpiła. Ludzkie macierzyń-
stwo po tym gwałcie przerosło jej siły. Czuła jedynie odrazę i rozpacz. Pojechała do Anglii,
przerwała ciążę. Nigdy już nie wróciła do równowagi – Flora umilkła.

–  Wybacz  mi  –  powiedziała  Maria  Elwira.  To  czego  doznała  Eleonora,  nie  równało  się

nawet  z  potwornościami,  które  ja  przeżyłam.  Potem  wszystko  co  miało  związek  z  płodem,
odczuwałam jako wdzieranie się we mnie kreta. Pozostawałam w szoku, z którego nikt mnie
nie  leczył.  Byłam  osaczona,  zmuszono  mnie  do  urodzenia  i  wychowania  Mangusa,  ale  to
działo się w strefie katastrofy, która później nastąpiła – powiedziała Maria Elwira i umilkła.

Starsza pani ujęła obydwiema rękami jej dłoń, uścisnęła ją.

background image

28

– Nazywam się Flora Tokarsky – powtórzyła. – Mów mi po prostu  Flora. Wiem o tobie

dużo – powiedziała z ciepłym uśmiechem. Maria milczała. To był powrót do innego, gorsze-
go niż więzienny świata, nie chciała tam wracać. Flora patrzyła jej w oczy.

– Nie wolno wydzierać siłą i zabijać istot, które zaczęły już żyć. Ale uproszczenia prawd

są gorsze od kłamstw. Kraj, z którego pochodzę przeżywa ciągle  najazdy  i  niewole.  Ojciec
mój  zginął  w  wojnie  obronnej  z  sąsiadami  z  Zachodu,  matkę  zamordowali  ci  ze  Wschodu.
Siostrę  uprowadzono  gdzież  w  lodowe  tajgi.  Zobaczyłyśmy  się  po  czterdziestu  latach,  po
moim wypadku, gdy przyjechała tutaj zaopiekować się mną. Opowiadała mi o niewoli... so-
wieckiej.  Prowadzili  kobiety  przez  zamarznięte  stepy  do  syberyjskiego  obozu.  Po  drodze
gwałcili je. Mieli szałasy, chleb, było u nich cieplej niż na mroźnym powietrzu. Wielka jest
wola ratowania życia. Młode więźniarki nie zawsze stawiały opór. Ale jedna nawet, za cenę
przetrwania, broniła się przed gwałtem. Była silna, pogodna, zdrowa miała szansę przeżycia
katorgi.  Wreszcie  dopadło  ją  kilku.  Na  drugi  dzień  droga  konwoju  wiodła  przez  jezioro.
Dziewczyna skoczyła do przerębla w lodowatą wodę...

W tej chwili coś zachrobotało na więziennym korytarzu. Do celi zajrzała strażniczka.
– Wszystko w porządku? – zapytała wdzierając się w tę rozmowę obcym, ciałem. – Pora

kończyć wizytę – dorzuciła i rygiel w drzwiach przesunął się znowu.

Flora po chwili podjęła przerwany wątek. – Rodziców straciłam w dzieciństwie, syn mój i

córka zginęli w katastrofie lotniczej, mąż zginał od bomby podłożonej na ulicy w Beldown...

– A ciebie okaleczyła nawiedzona terrorystka – powiedziała głucho Maria Elwira. Tamta

uśmiechnęła się w swój ciepły sposób.

– Przez wiele lat byłam pielęgniarką w prywatnej klinice – mówiła dalej Flora. – Asysto-

wałam  przy  przerywaniu  ciąży.  Było  to  w  kraju,  gdzie  mimo  wysokiej  cywilizacji  zabiegi
traktowane są jak higiena osobista. Codziennie widziałam różową krew.

Patrzyłam na to i narastał we mnie bunt. Widziałam te dzieci coraz większe, wpadłam w

obsesję, kompleks mój narastał. Czułam się katem. – W czym uczestniczysz? – pytałam sama
siebie. Zaczęły nawiedzać mnie koszmary... I przyszedł cios, moje dzieci zginęły w rozbitym
samolocie. Potraktowałam to jako karę bożą. Porzuciłam upiorną klinikę. Uciekłam do kraju,
w którym patrząc na lekarzy i szpital nie musiałam utożsamiać ich z zabójstwami, przy któ-
rych asystowałam. Osiedliłam się tu na stałe. Kupiłam dom.  Zaczęłam nowe życie. Ale ten
kraj ugościł mnie bombą na ulicy, zabierając mi męża... Wierzyłam w swoją misję, chciałam
odkupić grzeszne lata. Twoje strzały przerwały tę wiarę. Pojechałam do proroka z Carin...

Powiedział, że byłaś u niego, że nie jesteś i nigdy nie byłaś Albakorą o jakiej pisano w ga-

zetach.  To  przemieniona  w  przeciwną  energię,  zniewolona  natura  strzelała  w  Segers,  spię-
trzona woda, zrywająca brzegi... Więc gdzie jest racja?... Można pozwolić na wydzieranie z
łona matki żyjące już istoty ludzkie? Nie czujesz Mario Elwiro? Tu jest dramat!

– Ten dramat, to mój dramat – powiedziała Maria. – Poznałam go jak nic na świecie. Flo-

ro. Ludzie tworzący modlitwy i prawa w imieniu Boga są butni.

Zapomnieli, że są omylni. Sami ustanowili dogmaty, podpisali pod nim Boga. Skoro mieli

już prawdę boską, zostawili w spokoju szczegóły. W tym co zrobił Bóg nie ma takich pomy-
łek. Bóg nie nakazuje oceanom, by mieściły się w korytach strumieni, głazom, żeby rodziły
drzewa, człowieczej matce z sercem do miłowania dzieci, żeby rodziła potomstwo szakali...
Więc jeżeli Bóg wydaje się złoczyńcą, wiadomo, że kłamią kapłani.

Na lampie usiadła ćma. Była brunatno – aksamitna. Miała wielkie oczy.
– Masz towarzyszkę... – powiedziała Flora.
– Tak, to Liwia. Jest ze mną już kilka dni.
– Liwia?
– Liwia, Tak ją nazwałam. Godzinami patrzymy na siebie. Ona podobna jest do mnie. Była

gąsienicą,  potem  larwą,  rozerwała  kokon  i  wyrosły  jej  skrzydła  w  ostatnim  przeobrażeniu.

background image

29

Nie pobiera pokarmu. Żyje przeszłością. Flora podjechała bliżej na inwalidzkim wózku. Po-
całowała Marię Elwirę i uścisnęła jej rękę... A co powiedział pustelnik z Carin?

– Ołtarze to narzędzia władania. Bóg jeżeli jest, mieszka w człowieku, czuje się to wów-

czas sercem.

Strażniczka wytoczyła wózek za drzwi obite blachą. Flora odjechała. Prawdziwy Bóg po-

został. I patrzyła na nią wielkimi oczami Liwia, ćma, która była larwą i kokonem, a umrze
skrzydlata.

Morze tej jesieni było płaskie. O świcie mgła leżała przy burtach, nieraz unosiła się obło-

kiem, aż do horyzontu. Dzień przyniósł pracę. Rybacy twierdzą,  że im mniejszy statek tym
więcej na nim roboty. Prawda to szczera. Kuk na kutrze nie powinien mieć czasu na nic poza
garami i szczotką –  to  także  stara  rybacka  prawda.  Tak  było  też  z  Marią  Elwirą.  Gotowała
zupę ze świeżego dorsza, prażyła płatki ze śliwkami, myła gary, szorowała podłogę w kam-
buzie. Rozmyślała ta druga...

Tej nocy był u niej Magnus. Miał trzy lata. Kupiła mu latawiec  na bardzo długiej żyłce.

Unosił się wysoko nad drzewami w zielonym parku, do którego chodzili jak dobra matka z
miłym sercu dzieckiem. Biegała szybko po alejkach, żeby latawiec poszybował wraz z pta-
kami, które bały się go jak jastrzębia... Nic nie działo się złego tej nocy. Matka jaskółka nie
była  przebita  drzazgą,  a  jej  pisklęta  rozdeptane  w  krwawe  plamy  z  jasnożółtymi  dziobami,
Ale  dlaczego  oni  wszyscy,  po  owym  majstersztyku  operacyjnym,  jakim  było  porwanie  sa-
molotu  i  uwolnienie  więźniów,  zostali  wytropieni?  Dalidę  zatrzymano  w  klasztornej  celi,
Otrzymała wyrok wieloletni. Nie miała w tym więzieniu swojego Boga, Nie miała wizji roz-
padającego się świata przemocy ze stali. Nie umiała być drzewem. Targnęła się tym razem na
własne życie.

Presilę schwytano w parku, gdzie ukryła się podczas inwazji policji na klasztor. Też była

ranna. Otrzymała kilkanaście lat więzienia. Maria Elwira nie znała jej dalszego losu.

Sprawa ich klęski, po największym sukcesie została wyjaśniona  dopiero  po  kilku  latach.

Czytając w więzieniu gazety, prawdę i nieprawdę o akcjach, którymi „kierowała”, przeczytała
między wierszami także to, co nie było napisane... Bank dostarczył pieniądze jakich żądała.
Były to używane banknoty 20 – i 50 – dolarowe, ale ktoś z tamtej strony pomyślał o tych pie-
niądzach zanim stały się pilnie potrzebne. Spodziewając się kolejnej akcji z zakładnikami, w
zamian  za  wysoki  okup  przygotowano  pieniądze  napromieniowane.  Wystarczyło  później
poddać specjalnemu podświetleniu stosy banknotów z dziennych utargów, aby odnaleźć fos-
foryzujące papiery trefne, które w owym samolocie otrzymała.

Zainkasowała 2 mln dolarów, przeszło 2 tys. banknotów, przeszło 28 tys. nitek do kłębka

ich kryjówek.

Policja przy pomocy banku zaczęła szybko wyłapywać fosforyzujące 20 – i 50–dolarówki.

Najpierw  zlokalizowano  wydającego  je  Terry’ego,  potem  któregoś  ze  strzelców.  Pieniądze
pojawiły się też w malej osadzie u wzgórza, na którym mieścił się klasztor. Szybko ustalono,
że pochodzą one od sióstr w brązowych habitach... Skok na samolot okazał się majsterszty-
kiem szefa brygady antyterrorystycznej z Beldown, a nie Jassa i jej, Albakory... To były jed-
nak już wydarzenia obce, jakby nie z jej życiorysu.

Otworzyła oczy, nie było  gwiazd w skajlajcie, po metalowych prętach nad  grubymi szy-

bami  hulał  wiatr  i  przelewała  się  woda.  W  kubryku  coś  uparcie  przewalało  się  z  burty  na
burtę. Z pokładu dobiegały pokrzykiwania mężczyzn. Przypomniała sobie, że wieczorem ra-
dio nadawało komunikat o sztormie. Ubierała się powoli, czując w swojej klatce wzmagające
się szaleństwo morza. Maszyna chrapała, gdy kadłub ze sterczącą do góry rufą przepadał w
rozpadlinach fal. Ruszyła do kambuza. Garnki i talerze tkwiły w swoich przegrodach, grze-
chocząc i podzwaniając w miejscu. Coś urwało się z uwięzi i turlało po podłodze, szuflada
wypadła do połowy i tak sterczała. Maszyna znów zagdakała, jakby chciała przerwać, dziób

background image

30

poszybował do góry i stał chwilę w miejscu. Na górze ktoś otworzył właz. Ryk sztormu wdarł
się do kutra. Z góry chlusnęła woda. Graham zajrzał do kambuza.

– Sztorm tężeje, trzymaj wszystko w kupie, bo  się  rozpełznie  i  będzie  wojować  w  prze-

chyłach.

Graham poszedł do swojej roboty. Ona przysiadła na jakiejś krawędzi, bo podłoga ucieka-

ła, a potem uderzała całą mocą w stopy, gdy zaczynała szybować do góry. Za okrągłym bula-
jem świt wstał mroczny jak na podbiegunowym kręgu. Światło w żarówce też było ciemne i
mętne, chociaż maszyna wyła na wysokich obrotach.

Maria Elwira zapaliła gaz pod kuchenką. Kardan z czajnikiem na wahadłowym zawiesze-

niu latał niczem oszalały. Wiedziała, że ludzie muszą dostać gorącą kawę, herbatę, a później
gęstą owsiankę.

– Póki normalnie działa kuchnia, żegluga jest normalna – powiedział Graham, gdy ostatnio

powiało większym wiatrem.

Wzięła czajnik i pobielałe kubki. Graham stał w sterówce za kółkiem, ludzie przywiązani

linami do masztu i relingów walczyli ze skrzynkami na rybę. Trzeba było je powiązać, przy-
kryć plandeką i znowu powiązać. Zerwane ze sztapli pudła, wiatr porywał i unosił za burtę.
Głębokie przechyły rozwalały z trudem ustawione stosy. Podała kubek szyprowi. Na pokła-
dzie duża skrzynka wyrwała się z rąk rybaka. Poszybowała do góry i wyrżnęła w szybę ste-
rówki, która pękła gwiaździstymi rysami. Graham zaklnął. Dziób zapadł w rozpadlinę. Kawa
wylała się na sterowe koło. Teraz morze przed dziobem było płaskie, bo fala szła długa. Sta-
tek wspiął się na nią powoli w jednostajnym pomruku maszyny. Nagle urwała się woda przed
dziobem. Śruba wyszła z toni, zwolnione z oporu łopaty wirowały ze świstem. Coś złego było
w tym łoskocie.

Kuter zarył się, woda poszła wysoko po pokładzie, rozwalając pryzmę skrzyń, którą ludzie

kończyli już wiązać. Teraz ciężkie, drewniane pudła sztormowały bez przeszkód po deku.

– Skrzynki za burtę! – krzyczał Graham ze sterówki. Ktoś miał rozbitą twarz, krew ciekła

mu strugą na pomarańczowy kombinezon, inny utykał na nogę. Wyrzucali pudła do spienio-
nego morza. Nie dało się ich powiązać na takiej fali. Stanowiły groźną płaszczyznę, jak źle
ustawiony żagiel... Maszyna znowu krztusiła się i przerywała. Kuter zarył się, a polem wynu-
rzył  wysoko.  Sztormowy  taniec  trwał,  godziny  mijały,  zaczął  zacinać  deszcz  i  zrobiło  się
ciemno. Zapadła noc. Prognozy zapowiadały tężenie wichury i porwiste szkwały...

Maria walczyła z naczyniami, – ugotowała owsiankę, która wylewała się z kubków, gdy

sięgali po nią rybacy. Do wieczora nic się jednak nie stało statkowi i ludziom. Graham, wy-
znaczył  sztormowe  wachty.  Marii  kazał  iść  spać,  żeby  wypoczęła,  bo  nazajutrz  mogło  być
gorzej. Poszła do swojej dziury, gdzie oprócz koi i szafki były tylko stalowe szoty, wibrujące
teraz aż do bólu zębów, Trudno było spać w takim huku. Po skajlajcie coraz częściej przele-
wała się woda. Fala widocznie stale gościła na pokładzie. Maria Elwira zapadła w bezruch,
tkwiła półleżąc w wąskiej koi. Usnęła, ale nie był to sen... Mary, widziadła, powroty... Szczę-
śliwe dzieciństwo, dom nabożny, w którym nie można było śmiać się w piątki, krzyczeć i po
prostu jeść, tylko spożywać dary boże, był jednak najlepszym miejscem na świecie, Pewnie
był taki przez ciepły uśmiech matki i jej zawsze życzliwe milczenie. Młodość, szkoła, teatr
amatorski,  żaglówka  klubowa  w  przystani;  Edgar  i  pierwsza  miłość...  To  był  świat,  który
trwał krótki, ale był. Był kiedyś. I pojawili się szakale. Kret! Ból, niepojęty w swym rozmia-
rze  wstręt,  przerażenie,  rozpacz,  epileptyczne  zaćmienie  mózgu.  A  Magnus!  Magnus  zwy-
czajne dziecko. Tylko wargi... i oczy... Oczy takie same jak... jak... Przebudziła się ze snu nie
snu,  mary  nie  mary.  Kuter..  zlatywał..  ze  szczytów  w  przepaścike.  Maszyna  wyła,  to  znów
niemal milkła w zależności od ataku morza. Z pokładu dochodziły nawoływania ciągle wal-
czących z żywiołem mężczyzn, Nagły głębszy niż inne przechył omal nie wyrzucił jej z koi.
Leżała za wysoką deską, która nie pozwoliła na wypadnięcie. Ci  w sztormiarkach na  górze
nie  mieli  czasu  na  przeszłość,  walczyli  o  przetrwanie  teraz.  Do  niej  wracały  upiory...  Ma-

background image

31

gnus... czy musiało tak potoczyć się jego życie. Będąc w więzieniu czytała w gazetach o na-
jemnej bandzie, która stawała się coraz bardziej głośna. Przewodził jej młody człowiek, cią-
gle nie rozpoznany przez policję. Nie znane było nazwisko ni pochodzenie bandyty.

W Beldown uprowadzono dwoje dzieci, brata i siostrę. Rodzice zawiadomili policję. Dzie-

ci  znaleziono  rozerwane  granatem.  Podobny  przypadek  zdarzył  się  w  Danii.  Okoliczności
zabójstwa dwóch dziesięcioletnich bliźniaczek były takie same. Bandyci czekali na okup do-
kładnie tak długo jak zapowiedzieli przez telefon, potem w ziemiance, gdzie przetrzymywali
dziewczynki  zdetonowali  plastik.  W  Anglii,  w  podobny  sposób  zostało,  zamordowanych
dwóch chłopców, chociaż ich rodzice przygotowali okup. Następnie ucichły wieści o działal-
ności  strasznej  grupy,  ale  nie  dlatego,  że  zaprzestała  ona  swojego  procederu.  Po  prostu
wszystko odbywało się już bardzo po cichu. Przerażeni rodzice spełniali dyskretnie polecenia
porywaczy, które przeważnie przekraczały ich możliwości. Pod bandę poczęli podszywać się
inni  porywacze.  Rozpoczął  się  kidnapingowy  horror.  Potem  zaczęły  ginąć  młode  kobiety.
Kilka dni po ślubie lub urodzeniu dziecka... „Szczur” – szef grupy po każdej akcji zostawiał
trupy.  Zabijał  kasjerki  i  jubilerów,  polityków  i  przedsiębiorców.  Wiele  wskazywało,  że  w
morderstwach tych nie chodzi nawet o terror. „Szczur” prawdopodobnie był psychopatą, nie-
zwykłym  zboczeńcem,  mordercą.  Napady,  które  organizował,  były  jednak  przeprowadzane
bezbłędnie. Po jakimś czasie banda wymyśliła nową okropność. Porywano znane osoby. Do
czasu wykupienia ofiar, torturowano je, przesyłając taśmy magnetowidowe z nagraniami tych
zbrodni rodzinom, z żądaniami ciągle podwyższonego okupu. Chwilami myślała, że gdy wyj-
dzie z więzienia nawiąże kontakt z organizacją, aby rozszyfrować tę bandę i rozbić ją od we-
wnątrz. Wspomnienia jednak z okresu, gdy była Albakorą należały do tych, które starannie
odpędzała.

A Magnus? No właśnie. Wiadomość o jego śmierci przeżyta nadspodziewanie głęboko. Od

chwili gdy się o tej śmierci dowiedziała, z dnia na dzień, z roku na rok pomniejszały się złe
wspomnienia  związane  z  chłopcem.  Narastał  wyrzut,  że  była  złą  matką,  bolała  ją  świado-
mość, że już nie da się nic zrobić, że wszystko co związane było z dzieckiem, skończyło się
na zawsze. Okaleczyła Magnusa najpierw strasznymi myślami... Czy mogło prawidłowo roz-
wijać się dziecko, w którym ciągle widziała upiora? Okaleczyła  go później fizycznie, tracąc
panowanie nad sobą, gdy jej walka o normalne macierzyństwo została przegrana... Byt czas,
gdy przestały ją dręczyć wspomnienia szakali i gwałtu. Był taki czas... Śmierć Magnusa stała
się dla niej końcem przeszłości, ale przeszłość nie chciała umierać.

Los zakpił z niej jeszcze raz. Z więzienia powróciła do domu rodzinnego, który od śmierci

rodziców był nie zamieszkany.

...Wówczas w nocy zobaczyła Hydego, który – mimo iż dosięgła go ręka sprawiedliwości

stanął przed nią cały i zdrowy jak wilkołak, którego zabito, ale nie rozerwano mu serca, więc
zmartwychwstał.

Potwór śmiał się wąskimi jak dżdżownice wargami, i był olbrzymi jak wówczas... Za nim

przy drzwiach majaczył inny upiór. Nie była już Albakorą, nie rzuciła się na bandytów.

– Poznajesz mnie, mamuśka? – zaśmiał się Hyde, – Magnus jestem, twój syn. Myślałam,

że Albakora jest dzielna, a ty mdlejesz na widok dziecka, które wstało z grobu, żeby powitać
rodzicielkę?

– Magnus?!... Ty żyjesz? – usłyszała swój zdławiony głos. Nie wie jaki skurcz chwycił ją

wówczas. Radość to była?

– Witamy panią w domu –powiedział, ten przy drzwiach. – Droga do nas otwarta. On –

wskazał na Magnusa – udaje trupa, bo tak mu łatwiej żyć.

background image

32

– Poznajcie się, to Gass, żołnierz wolności, a ty – Magnus podszedł bliżej – podobno jesteś

już  zdarta,  ale  przyjmujemy  cię.  Mamy  tu  magazyn  z  zabawkami.  Piśniesz,  –  wiesz  co  cię
czeka.

Następnego dnia przyszedł do jej pokoju sam.
– Chcę, żebyś tu mieszkała. Będziesz kryć arsenał.

Robotę też jakąś dostaniesz, ale jak mi się coś nie spodoba, zginiesz w przeręblu, wściekła
suko...

Uniósł rękę, zacisnął pięść i zdzielił ją jak boksera w ringu. Upadła. Kopnął ją. Patrzyła do

góry. Coś musiało być w jej spojrzeniu, bo zatrzymał nogę w rozmachu do następnego ciosu.
Twarz miał wydłużoną jak hiena. To nie był Hyde, to był jej syn, pomiot szakali, Magnus.

Zerwała  się  susem  opanowanym  w  Libanie.  Chwyciła  oburącz  ciężkie  dębowe  krzesło.

Wywinęła nim nad głową szakala i zdzieliła go w nogi. Bandyta z rozmachem zwalił się na
ziemię. Oparła nogę krzesła o jego szyję. Nie spodziewał się takiego ataku. – Albakora?! No,
jeszcze  umiesz  się  ruszać  jak  trzeba.  Musisz  trenować.  Przyjmę  cię  na  próbę  –  bełkotał  z
podłogi. Odstawiła krzesło na bok.

Poszedł, utykając na nogę, w którą oberwał. Ale ona wiedziała,  że ma do wyboru walkę

lub katorgę. Jej niepokorna natura wybrała to pierwsze. Drugiego dnia rano zeszła do sutere-
ny i piwnicy. Na dole w starym mieszkaniu nocnego stróża były stalowe drzwi. Pamiętała, że
pod krokwią dachu dziadek, a później ojciec, trzymał pęk zapasowych  kluczy.  Minęły  lata,
pomarli ludzie, ale klucze tam zostały Otworzyła metalowe wrota. Był to arsenał i skład zra-
bowanych  kosztowności.  Wzięła  kilka  granatów  i  pistolet  maszynowy,  broń  z  którą  dobrze
zapoznała się w Libanie. Zatarła ślady pobytu. Przypomniało jej się, że dziadek marynarz w
kilku pomieszczeniach dla służby miał zainstalowane  tuby  głosowe,  jakie  były  powszechne
wówczas  na  statkach.  Jeden  z  przewodów  „telefonicznych”  biegł  właśnie  z  pomieszczenia
nocnego stróża do gabinetu dziadka, a później ojca. Znalazła za starą kanapą głosowe wejścia.
Przewody rurowe zatkane byty korkami oprawionymi w mosiężne uchwyty. Wyjęła je i za-
brała wraz z bronią. W pokoju skonstruowała urządzenie takie jak w porywanych samolotach
i czekała.

Prymitywny, ale doskonale działający przewód głosowy w apartamencie ojca przemówił.

Pobiegł nim do góry hałas układanych skrzyń, szczęk metalu i strzępy rozmowy.

– Jeżeli nie rozbijemy Sycylijczyka, przegramy.
– Trzeba najpierw załatwić tę sukę na górze, – To był głos Magnusa.
– Wybiła ci oko, chcesz zemsty? – pytał drugi bandyta.
– Tacy, załatwili ją raz. Gryzła i oberwała. Z tego ja się urodziłem. Dziadek i ksiądz kazali,

żeby mnie kochała, więc dostała pierdolca. Jeździła ze mną do parku, kupowała zabawki, ale
zawsze od niej wiało trupim jadem.

– Patrzcie, „Szczur” boi się mamy – zaśmiał się tamten.

Zdrętwiała.  Więc  nie  rozpoznanym  kidnaperem  i  mordercą  był  Magnus?!...  Doznała  za-

ćmienia jak wówczas, gdy zobaczyła na strychu rozdartą kotkę. W tubach chwilę panowała
cisza.

– A ty pamiętasz swoich? – zapytał Magnus.
– Ja? – roześmiał się Gass. – Mój stary jest inżynierem.
Budował mosty. Wie, że strzelam i podkładam plastik. Jak miał pięćdziesiąt lat, upatrzył

sobie dwudziestolenią kurwę w kabarecie. Ożenił się z nią. Ja urodziłem się i byłem dziec-

background image

33

kiem miłości. Tyle, że ta dziwka rypała się z iluzjonistą w cyrku. No i ja byłem, dzieckiem
miłości, ale tego cyrkowca i mamy tancerki. Ona spała też z innymi ale stary kiedy przyleciał
z Kalifornii złapał w kojce na łodzi maga. Masz trochę whisky? – przerwał opowieść Gass.

Po chwili rozmowa  potoczyła  się  dalej.  Wydało  się,  że  jestem  skurwysynkiem.  Przyszy-

wany tatuś przestał mnie kąpać w mleku. Z kurwą, dogadał się w łóżku. A cały jad przelał na
mnie. Słyszałem ich rozmowy o cyrkowym bękarcie. Zabrałem świecidła z sejfu, forsę i ru-
szyłem w mgłę. Nie szukali mnie, byli zadowoleni, że prysnąłem. Ja nie mam matki Albakory
i ojca sławnego strzelca najemnego.

– Wszystko gnój... – skomentował Magnus.
Chlupnęła whisky, któryś z bandytów się zakrztusił.
– Po co one nas rodziły... – powiedział Gass.
– Musiały. Zauważyłeś, jak te, których dopadniemy, boją się brzucha.
–  Najlepszy  bajer,  że  zrobimy  im  dzidziusia,  wtedy  dają  dobrze,  podziękować  Bogu  jak

zrobimy swoje, dalej ksiądz i policjant dopilnują, żeby urodziły. Ratunek widzą w nas, że jak
będą dobre, to im nie zrobimy terrorysty – śmiał się Magnus.

Przymknęła oczy, przygryzła usta, minęło ćwierć wieku, ale pamiętała ten ton jakby zda-

rzenia  w  piwnicy  rozwalonego  domu  działy  się  dzisiaj.  Głos  Magnusa,  bełkotliwy,  z  do-
mieszką cynicznej maniery, dudniący w przewodach akustycznych, był głosem Hydego.

– Mam pomysł – powiedział – pogawędzimy z Albakorą na górze.
Chwilę  trwała  cisza.  Tuby  starego  urządzenia  zamilkły.  W  ową  pustkę  wdarł  się  śmiech

Hydego – taki jak wówczas. Odgłosy dobiegające ze stróżówki wskazywały, że bandyci szy-
kują się do wyjścia. Odbezpieczyła granaty i powiesiła je na haczykach. Przebrała się w pan-
terkę.  Odbezpieczyła  pistolet,  stanęła  przy  ścianie.  Zgasiła  światło.  Do  mrocznego  pokoju
weszło dwóch ludzi.

– Zapal lampę – warknął Magnus.
– Ja widzę po ciemku – powiedziała spokojnie.
Któryś ze zbirów odnalazł i przycisnął włącznik. Jasny blask oślepił bandytów.
Zaraz jednak zauważyli wiszące na bloczkach granaty. Ten drugi wodził lufą pistoletu po

pokoju.

– Wejdźcie dalej chłopcy... – powiedziała niemal ciepło. Obaj jak na komendę zwrócili się

do niej. Natychmiast zrozumieli sens urządzenia połączonego z jej ramieniem. Stała na szero-
ko rozstawionych nogach. Trzymała broń skierowaną na szakali.

– Nie zgłosiłam w „Armii”, że tu jest Szczur, bo jutro zjadłyby was ryby. Ty gówniarzu,

odłóż pistolet, a ty bat, bo wam podziurawię kolana.

– Albakora...? – wyseplenił ten niższy.
Magnus zrobił krok w jej kierunku, był blisko. Rzuciła okiem na muszkę automatu, i bat w

jego ręku. Nacisnęła spust. Huk trzech wystrzałów wypełnił cichy dom. Gruby nahaj ułamał
się tuż przy dłoniach bandyty i zwisał na włóknach ku ziemi. Odłóż to – warknęła do drugie-
go szakala, kierując lufę na pistolet w jego ręce. Bandyta położył broń na stole.

–  Kompromitujecie  ideę  walki  terrorystycznej,  dlatego  zginiecie  pod  knutem.  I  jeszcze

jedno,  gdybym  o  zwykłej  godzinie  nie  zgłosiła  hasła,  mój  list  z  danymi,  kim  jest  Szczur  i
gdzie was szukać zostanie doręczony do bojówki. Lepiej więc, żebym żyła, prawda?

– Suka – warknął Magnus. – Z policją sobie poradzicie, z „Armią” na pewno nie – dodała

Albakora.

Jej aktorstwo znów odniosło sukces. Jadowity grymas wykrzywił twarz młodego Hyde’a,
– Wygrałaś – bandyta uniósł ręce do góry.
Drugi zbir uczynił ten sam gest.
– Gratuluję pani, Magnus powinien być dumny...
– Śmierdzi od was wódką – powiedziała z obrzydzeniem. Bandyci powoli ruszyli ku drzwiom.

background image

34

...Sen nie sen, mara nie mara, przeszłość zmieszała się w niej z kutrową ciszą i sztormem.

Tkwiła  w  ciemnościach  daleka  i  bliska  sprawom  sprzed  lat  i  ostatnim  wydarzeniom.  Była
daleko od korabia podrzucanego coraz wyżej i mocniej falami lecącymi z czarnej otchłani...
Magnus z latawcem na kolorowym sznureczku... Mamo, ja chce oranżady, chcę galaretkę z
pomarańczami...  Masz,  synku,  ta  jest  ananasowa,  jeszcze  lepsza...  Chodź  do  mnie,  mama
włoży ci płaszczyk, zrobiło się zimno... Dziecko jak dziecko, matka jak matka... Gdzie jest
więc ciemność,  gdzie jasność,  gdzie  Bóg w tym wszystkim?... Bóg jest dla całej ludzkości,
nie dla jednego Magnusa, czy jednej Marii Elwiry... A prawda o  gwałcie i macierzyństwie?
Może być większa zbrodnia i tortura, bardziej makabryczny horror niż nakaz trwania w ocze-
kiwaniu na narodziny bestii z własnego ciała?... Jeżeli Bóg wydaje się głupcem i złoczyńcą
wiadomo, że kłamią kapłani...

Ale co to? Stała się dziwna cisza. Ryk morza i huk fal zdawały się też być ciszą. Wyrwana

ze  świata  rzeczywistości,  dalekiej  od  morza  i  ziemi  zrozumiała,  że  na  miotanym  sztormem
statku zamilkła maszyna. Rybacy mówili, że gdy tak się stanie, łoskot sztormu pogłębia jedy-
nie ciszę, która niebawem przyjdzie. Teraz statek stawał dęba i walił się w rozpadliny morza
jakoś bardziej gwałtownie. To fale obróciły korab burtą i bijąc  w bok, robiły sobie z niego
igraszkę. Pokrzykiwania mężczyzn umilkły. Cisza była groźna. Coś zastukało na wąskim ko-
rytarzu. Ktoś otworzył drzwi. W świetle mdłej lampki stal Graham Barents, w ręku trzymał
pomarańczowy kombinezon, sam był w kufajce i filcowych butach.

– Ubieraj to Maria, łożysko poszło na wale. Robimy, ale sztorm wieje na rafy, może trzeba

będzie opuścić pudło.

– To jest twoje ubranie powiedziała usiłując stanąć na uciekającej w bok podłodze.
– Nie dyskutuj Maria!
– Ja mam kapok – nie ustępowała.
– Wkładaj kombinezon i wychodź do sterówki! – podniósł głos szyper, rzucił ubranie na

koję i wyszedł. Lampka elektryczna nie dawała światła, usiłowała zapalić nietoperza, udało
się  wreszcie.  Czerwonawe  refleksy  rozpełzły  się  po  ciemnych  kątach.  Zauważyła,  że  z  po-
otwieranych szafek rzeczy wypadły na podłogę i tańczyły, wraz z przechyłami kadłuba. Sie-
działa na koi zaparta nogami w podłogę. Powoli powracała do czasu teraźniejszego i kutrowej
rzeczywistości. Rybacy mieli ubrania specjalne, które w razie zmycia za burtę zabezpieczały
ich przed utonięciem. Szyper nie powinien zabrać jej w morze bez podobnego sprzętu. Awa-
ria maszyny w sztormie to złamane skrzydło ptaka w locie.

...Graham  Barents  oddał  jej  swój  kombinezon.  Miał  żonę  i  troje  dzieci...  Utrzymywał  tę

rodzinę. Ona była Liwią, ćmą w ostatnim przeobrażeniu, która żyła jedynie przeszłością.

Może  prawdziwy  Bóg  wysłuchał  modlitwy,  zesłał  ten  sztorm  i  zatrzymał  bieg  maszyny.

Ale Bóg pobudził też poczucie obowiązku Barentsa Grahama...

– Włóż kombinezon Mario – to polecenie szypra. Graham nie ustąpi. O ile trzeba będzie

opuścić kuter, Graham zamarznie w kufajce, jak dziesiątki innych rybaków w takiej sytuacji.
Ona spotka w porcie jego żonę, spojrzy w oczy jego dzieciom... Co w nich zobaczy?... Nie.
Tak się nie stanie! Myśl jej była chłodna. Włożyła ubranie, nie zapinając zamków. Wyszła do
sterówki.  Młody  Albert  Wadlelgh  stał  przy  sterze,  obracał  kółkiem  jak  dziecinną  zabawką.
Statek pozbawiony zdolności manewrowej nie reagował na sterowanie. Rybak był w szczel-
nie zapiętym kombinezonie.

– Zaciągnij zamki i przyklep rzepy – powiedział patrząc na nią. – Widzisz co się robi, w

każdej chwili może być wywrotka... Kuter sztormował burtą. Olbrzymie fala obracały go rufą
do swych taranów i wówczas tony wody zwalały się na pokład. Kadłub niemal wyginał się
pod ich ciężarem. Pawęż znikała pod kipielą, a dziób wędrował do góry, by potem runąć w
przepaść między nagle ustępującymi górami wodnymi.

– Czy szyper ma drugi kombinezon? – zapytała przekrzykując łoskot morza. Rybak za ste

background image

35

rem milczał. W słabym blasku lampki widziała jego twarz. Nie było odpowiedzi na je py-

tanie. Zrozumiała. Ruszyła w dół po metalowej drabince, gdzie trzej ludzie usiłowali urucho-
mić mechanizm.

W czeluści kutra widać było nieruchomy kadłub maszyny i przyssane do niego sylwetki.

Panowała cisza. Czasem brzęknął klucz lub padło słowo, też jakby z metalu. Stała, patrzyła.
Zdawało się, że ci ludzie nie czują, chwiejby, nie podlegają prawom grawitacji, bo wyzwolili
się z ludzkiego ciężaru.

Graham zauważył ją.
– Maria, przywołaj Irwina!
Ruszyła do góry. Oni robili tę maszynę, padali, wstawali i robili... Pomieszczenie było zbyt

małe  dla  czterech,  nie  mieściło  się  osiem  rąk  na  bloku.  Graham  kolejno  wysyłał  rybaków,
żeby pospali dwie godziny od razu... Drzwi do kubryka byty otwarte. Opierając się rękami o
szoty w korytarzu, dotarła do nich. Irwin Hudson klęczał. Oburącz obejmował pilers, aby nie
zjeżdżać w nurkujące kąty. Nie zauważył jej. Jego usta poruszały się, patrzył daleko, rozma-
wiał  z.  Bogiem.  Modlił  się  żarliwie.  Wierzył  w  tę  modlitwę,  była  jego  nadzieją.  Podeszła,
dotknęła ramienia rybaka. Spojrzał na nią. Na jego twarzy nie było przerażenia, była modli-
twa.

– Irwin, szyper woła.
– Yes, Maria. Módl się do Boga, w nim nadzieja.
Poszedł Irwin. Uklękła, objęła oburącz pilers, gdyż tylko tak można było utrzymać rów-

nowagę. Oparła głowę o mocne drzewce... Bóg jest stwórcą całej ludzkości, nie kilku ludzi na
okaleczonym  statku  w  sztormie...Ale,  oni  widzą  swojego  Pana,  gdy  pochyla  się  w  wielkiej
przestrzeni i trzyma zbawczą rękę nad oceanem. Bóg jest w tobie. W nich był Bóg, a więc był
w ogóle.

...Panie uratuj ten statek, uratuj ludzi, niech wrócą do domów nad laguną, zasiądą do wie-

czerzy z żonami i dziećmi... Spraw, aby znowu nie pojawiły się w osadzie kobiety ubrane na
czarno... Usta jej poruszały się, słowa były głośne. Umilkła nagle. Ocknęła się z modlitwy i
wiary. Wstała, ruszyła do sterówki, w której wiatr huczał i kłębiły się kropelki wody. Rybak
stał przy sterze, chociaż statek steru nie słuchał. Dniało, ciemność ustępowała jasności.

Świt wstawał mroczny, słońce zasłaniały fale, woda mieszała się z powietrzem. Rybak pa-

trzył przez lornetę na zachód, tam były skały. Stanęła znów na drabince. W metalowym łuku
wyścig,  trwał.  Kilkudziesięciokilogramowa  głowica  wahała  się  na  łańcuchach  nad  ludźmi.
Rozbebeszona maszyna, jak rozkrajany brzuch wieloryba, pokazywała wnętrzności. Rybacy z
kluczami w rękach tańczyli nad mechanicznym tworem, który należało wyrwać z martwoty...
Czy realne było naprawienie tego mechanizmu w takich warunkach. Może, ale najpierw po-
trzebna była wiara. Graham i jego ludzie mieli ją. Sztorm szalał, łożysko było już; zmienione,
należało teraz zmontować rozebraną maszynę, na wyścigi z wichurą i śmiercią. Gdy ukażą się
kamienne kły, w mechanizmie musi tętnić życie. Pierwsze uderzenie kutra o kamień przerwie
jego istnienie. Morze nie uznaje kompromisów, jego terminy są święte.

Graham wygrzebał się z czeluści, wtoczył  zmęczony  i  brudny  do  sterówki.  Popatrzył  na

niebo zasnute chmurami.

– W Bogu nadzieja, zdążymy, a jeżeli nie zapniesz kombinezonu i skoczysz do wody jak

wszyscy. Mamy ponton, poczekamy na ratunek.

Milczała. Graham popatrzył na nią uważnie.
– Ty coś kombinujesz, Maria.
–  Słuchaj,  Graham  –  powiedziała  żarliwie  –  masz  rodzinę,  ja  nie  mam  do  kogo  wracać.

Moje życie już dawno skończone. Nie skorzystam z twojego ubrania...

Szyper postąpił do przodu, krew nabiegła mu do twarzy.
– Zamilcz! – powiedział przez zęby. – Nie wiesz co mówisz, kobieto! Będę ratować się do

końca, ale w sposób godny. Gdybym przeżył utratę statku, a jeden człowiek zginąłby z braku

background image

36

ubrania,  byłbym  trupem  bardziej  niż  ten,  kto  utonął.  Ja  tego  ubrania  nie  dotknę,  chociażby
puste poszło ze statkiem na dno. Szyprowi nie wystarczy uratować życia, musi uratować jesz-
cze coś ważniejszego... Od tego nie ma ucieczki.

Spuściła głowę. Wiedziała, że od praw jakimi kierował się Graham nie było odwołania.
...A kim był Graham Barents, dla Marii Elwiry? Ojcem chrzestnym? Nie, właśnie ojcem

chrzestnym nie był.

Urodziła się w dniu, gdy Graham Barents kupił pierwszą łódź rybacką, wypłynął na morze

i przywiózł pełne lasty połowu. Przedtem był w ich domu i przyniósł kwiaty dla matki. Długo
patrzył  na  nowo  urodzoną,  dotknął  jej  czoła.  Coś  mruczał.  Potem  twierdził,  że,  ta  malutka
przyniosła  mu  szczęście...  Graham  był  dalekim  krewnym  matki.  Podobno  pomagał  jej,  gdy
się uczyła, dał jakieś pieniądze na szkolę. No i matka, chciała, żeby został chrzestnym Marii
Elwiry. Ojciec nie bardzo był z tego zadowolony. Rybak? Cóż to za splendor dla urzędnika
bankowego. Graham szczerze radował się z zaszczytu, ale chyba więcej z dziwnej miłości do
maleństwa. Nie miał wówczas jeszcze własnych dzieci. Uszył sobie garnitur, kupił prezent z
litego złota... Ale szef ojca w banku powiedział, że takie piękne dziecko trzymać do chrztu to
wielka przyjemność... Wbrew woli matki, ojciec przeprosił Grahama Barentsa. Coś wymyślił
śmiesznego. Nie musiało być mądre dla rybaka bez szkół prawie, takiego, który chodzi swo-
imi ścieżkami.

W dniu jej chrztu Graham Barents wypłynął na morze, chociaż dostąpił zaszczytu i był za-

proszony na uroczystość kościelną i przyjęcie w domu. Złoty łańcuszek przysłał przez brata i
długo nie pokazywał się u Tellierów. Potem kilka razy odwiedził matkę. Na weselu rybaka
też była tylko matka.

Gdy ją, Elwirę, spotkało  nieszczęście,  przyszedł  kilka  razy  do  szpitala.  Później  podobno

wyzwał  ojca  od  szubrawców  za  to,  że  godzi  się  na  przymus  rodzenia  przez  Marię  dziecka
wbrew jej woli. Następnie pojawił się u niej w więzieniu...

Teraz  poszła  do  kambuza,  usiłowała  ustawić  czajnik  na  rozbieganym  kardanie.  Trzeba

było podać coś ciepłego tym przy rozgrzebanej maszynie. Naczynia, zapałki, nóż, wszystko
uciekało jej z rąk.

W tym huku i ciszy rozległ się głos dzwonu, przenikliwy, nagły, chociaż spodziewany, to

jednak zaskakujący.

Ruszyła  do  sterówki.  Graham  patrzył  na  zachód,  spojrzała  tam  także.  Daleko  za  kipielą

szczerzyły się smocze zęby. Skaliste wybrzeże ni to rafy, ni wyspy, było o milę, może dwie,
prosto na kursie dryfu, niesionego sztormem statku.

Przedłużyć łańcuchy w obydwu kotwicach! krzyknął Graham do ludzi dokręcających śru-

by na głowicy silnika. Teraz liczyła się każda sekunda. Graham stanął przy niewładnym ste-
rze. Dwaj rybacy zostali w maszynowni, dwaj czołgali się do kotwicznego luku, zaraz potem
przywiązani do masztu i relingów, zataczając się i przewracając na chwiejbie ciągnęli ciężkie
łańcuchy.  Ktoś  przyniósł  potężne  szekle...  Każdy  dodatkowy  metr  uwięzi  zwiększał  szansę
statku i ludzi. Rozumieli to. Robota przy maszynie i kotwicy była czepianiem się pazurami
krawędzi, gdy nogi zgubiły oparcie.

Skały rosły, było widać ich stopnie. Woda biła o granitowe kły. Zderzenie wydawało się

nieuniknione.

– Obydwie kotwice przygotowane! – zameldował rybak z pokładu, łańcuch musiał przy-

gnieść mu rękę, krew kapała z niej obficie. Maria Elwira pociągnęła go do kubryka, obmyła
ranę, sięgnęła do apteczki, założyła opatrunek.

Skały zbliżyły się bardzo Kuter wzlatywał ponad ich taras i przepadał w toń, niżej niż le-

żały głazy.

– Prawa kotwica do morza! – krzyknął szyper. Przez łoskot wody na kamieniach i huk wi-

chury, przedarł się metaliczny zgrzyt i głośny grzechot łańcucha. Zdawało się, że nastała ci-
sza. Każdy, kto był niesiony niewładnym statkiem, widział jak marynarze rzucają w toń sta-

background image

37

lowe haki, doznał nadziei. Nadziei, niczego więcej. Bo czym jest nadzieja? Kotwica jak mo-
dlitwa... Czy będzie wysłuchana? Czy Bóg zechce wysłuchać żarliwych próśb jednego czło-
wieka, jednej załogi ginącego korabia, jednej matki o zdrowie dziecka? ...Czy łańcuchy się-
gną dna, czy może toń jest zbyt głęboka, czy haki znajdą opór o który będą mogły zaczepić
swe zęby, by przytrzymać  statek  przed  rozbiciem?  Czy  wreszcie  uwięź  wytrzyma  pierwsze
szarpnięcie?... Kotwica to tylko nadzieja.

Na kutrze miotanym sztormem, gdy tuż było do granitu, zostały rzucona kotwice, jak sło-

wa żarliwej modlitwy. Zdawało się, że nastała cisza, ludzie zamarli w oczekiwaniu. Nastąpi
szarpnięcie? Stalowy hak znajdzie szczelinę w kamiennym dnie, przytrzyma w bezpiecznym
miejscu zagrożonego śmiertelnie korabia, czy zawiedzie ta ostatnia... nadzieja?

–  Bóg  może  was  wysłuchać  tylko  wówczas,  gdy  wyczerpiecie  wszystkie  możliwości  ra-

tunku – powiedział Graham.

Oni walczyli nie czekając na cud boży. Wichura była szybsza. Sztorm przygnał bezwładny

statek do smoczych zębów z kamienia zanim tchnęli obroty w martwy mechanizm. Teraz rzu-
cili kotwicę. Żelazo, na którym nie mogli odpłynąć od niebezpieczeństwa. Mogli mieć tylko
nadzieję...

Była cisza. Statek wciąż dryfował na skały. Jeszcze kwadrans, jeszcze pięć minut... Szyper

nie dawał rozkazu opuszczenia kutra. Kotwice były na dnie.

Obezwładniony statek rzadko dryfuje dziobem. Gdy nie przypięty żaglem do powietrza lub

śrubą do oporu wody, jest igraszką wichury i fali. Kręci się, przechyla, płynie bokiem, obraca
rufą. Kiedy spadną z jego dziobu do wody ciężkie żelaza, jakby przystaje w chwili namysłu.
Długie i szerokie łańcuchy stawiają opór, dziób płynie wolniej niż rufa. Ale nic się jeszcze nie
dzieje ważnego, kadłub wykręca się powoli dziobem do fali, dryfuje nadal, niesiony ku zagła-
dzie... „Święta Kinga” obróciła się pawężą ku zębom rafy, wystawiając na starcie mechanizm
szczególny,  śrubę,  która  nadaje  ruch.  Wiedzieli  wszyscy,  że  teraz,  gdy  nastąpi  najmniejszy
nawet zgrzyt metalu o kamień, statek pozostanie tu na zawsze.

Oczekiwanie  trwało,  w  ciemnościach  ktoś  powtarzał...  I  odpuść  nam  nasze  –  winy,  jako

my  odpuszczamy  naszym  winowajcom.  Uratuj  nas,  Panie.  Uratuj  nas,  Panie!  –  powtórzyli
inni. Maria Elwira trwała w mroku, trzymając się masztu.

Teraz rufa „Świętej Kingi” zdawała się już ocierać o granitowy obelisk sterczący z wody

jak  palec  wskazujący  niebo  utrudzonym  wędrowcom.  Maria  przymknęła  oczy,  zdawało  się
jej,  że  już  słyszy  zgrzyt,  którego  jeszcze  nie  było...  Mimo  nieustającego  łoskotu  panowała
przeraźliwa cisza. Ale co to? Maszt w jej rękach zachwiał się nagle. Kuter poderwany z dzio-
bu siłą kilkuset ton swej masy drżał w przedziwnej febrze. Maria Elwira otworzyła oczy. Nie
było  już  przed  nią  skał  i  jak  palec  boży  obeliska.  Zwrócona  była  do  dziobu,  przed  którym
rozpościerało się wściekle jak rój szerszeni, zmieszane z powietrzem, ale pozbawione skalnej
palisady morze... A  więc łańcuchy sięgnęły dna i hak znalazł opór. Spojrzała do tyłu. Rufa
„Świętej Kingi” zdawała się tańczyć po skalnym tarasie. Statek  uniknął zagłady.  Zatrzymał
się o rzut kamieniem od śmierci. Czy tak wytrwa? Nadzieja była w kotwicy.

Graham ukląkł.  Za nim  uklękli  rybacy,  ona  też  uklękła.  Przeżegnali  się,  pokłonili  Bogu.

Ludzie wrócili do maszyny. Niewiele zostało tam roboty.

Graham potrząsnął jej ramieniem.
– Idź stąd, fala wysoka, zejdź pod dek.
Ruszyła do włazu, on do dziobu. Gdy wrócił, twarz miał szarą. Zajrzał do maszynowego

luku.

– Kończyć! – powiedział. – Trzyma tylko jedna kotwica.
Niezwykłe uczucie mają ludzie w czerepie bezwładnego statku, którym ciska fala tuż przy

skałach. Ratunek był blisko. Rybacy, mocowali przewody paliwowe i elektryczne. Do rozru-
chu pozostawały minuty... Ten i ów wziął głębszy oddech, zaciągnął się powietrzem. Było to
westchnienie serdecznej ulgi więc wysłuchał Bóg ich modlitwy?

background image

38

W tę ciszę na szalejącym morzu wdarł się krzyk Irwina.
– Kotwica puściła!
Statek przesuwał się wolno do tyłu. Stalowy łańcuch drżał w kluzie, aż wibracje biegły po

burtach. A na  dole zakręcili już pierwszy raz maszynę...  Zabrakło  kwadransa,  chyba  mniej,
aby można przeciwstawić mechanizm atakom morza. Czyżby zakpiła nadzieja? Ludzie mieli
zastygłe twarze. I nagle łańcuch uderzył w otwór kluzy, wyprężył się. Hak kotwiczny jeszcze
raz złapał kamień.  I  oto  statkiem  wstrząsnęły  inne  wibracje,  były  silne.  Dochodziły  z  dołu.
Przybywało ich. Narastały, łączyły się w jednolity pomruk...Owo drżenie było muzyką jedy-
ną. To martwy mechanizm ożył, zbierał siłę, aby stawić czoła żywiołowi. Jeszcze kilka mi-
nut... Kotwice muszą wytrzymać...

Graham przesunął manetkę, śruba poruszyła się w wodzie. Napięty łańcuch, przestał grać.

Dziób kutra powoli wjeżdżał na górę, którą nie. podrzucała już nim, jak bezwładnym czere-
pem. Palisada smoczych zębów ruszyła do tyłu, było jeszcze blisko, rufa niemal opierała się o
skały, ale szczeliny w kamieniach jak by zaczęły zachodzić mgłą. Graham uruchomił windy.
Kotwice  podniosły  się  z  dna.  Poszły  do  góry,  ciągle  jeszcze  niewidoczne  w  tom.  Wreszcie
pokazały się jedna potem druga, między falami wysokimi jak szczyty gór oszronione pianą na
krawędziach... Graham stał za sterem, powoli obracał kołem. Tarcza kompasu biegła w pra-
wo. Pod kreską obracały się trójkąty rumbów zgodnie zawoła człowieka. Szyper brał kurs na
każdej szerokości, jedyny...do życia.

.. Świt wstał pogodny. Wichura uciekła do przepastnych

bukłaków, które pan zawiązał na mocny supeł. Nastała cisza. Kutrem jeszcze rzucała martwi-
ca, tale  morze  od  wschodu  płaszczyło  się  i  fale  traciły  spienione  grzbiety.  W  południe  sło-
neczny blask objął widnokrąg. Ciemna woda pojaśniała. Nad masztem pojawiły się mewy...
Maria robiła porządki w kambuzie. Ludzie cieszyli się rychłym powrotem do domu... A ona?
Ona wiedziała, że spotkanie z szakalami jest nieuniknione. Tuż przed wyjazdem z domu usły-
szała rozmowę o gwałcie Remis.

– Jak lala zła, trzeba straszyć ją brzuchem... Jeżeli trafisz na właściwy dzień, zawsze do-

staniesz jak trzeba – śmiał się Gass.

– Heca? Czym byś straszył inaczej? Jak lejesz w mordę albo szczujesz kretom, drętwieje i

jest tak, jakbyś rypał kukiełkę. Kiedy postraszysz maluszkiem, powiesz, że zawiadomisz pa-
rafię i sędziego, od razu masz ze świętoszki kurwę... – Magnus chlupał whisky w butelce.

– Prawo z nami, Gass. Mam tu blisko upatrzoną taką. Zrobimy bal. Z facetem jest sprawa

do załatwienia. Zaciukamy go. Jej zrobimy poczęcie. Będzie musiała urodzić małego krecika
i dostanie kuku.

– Biskup pomoże, zrobi znak krzyża i mama pokocha synka śmiał się Gass.
– Moja chodziła ze mną na spacery do parku, kupowała mi cukierki, okrywała kołderką... –

I wybiła ci oko!? – parsknął Gass.

– Bo jej odbiło za porozrywane koty.
– Ty jesteś przedszkolak, Magnus. W Jugosławii, tam byli faceci... Kuku było elementem

spontagonicznym.  Palili,  strzelali,  gwałcili.  Był  rozkaz,  żeby  wykurzyć  osadników.  To  nasi
zgonili młode baby do szopy, rzucili na klepisko słomę. Ludzi posadzili dokoła, jak w cyrku.
Rypali te baby od przodu i tyłu. Która źle fikała, strzelali do jej bachora

– Nie skomlij, zrobimy ci drugiego – takie było hasło. Jednej mąż wyłazi z dziury, bo już

nie mógł wytrzymać. Startował na nas z drągiem. Przebiliśmy go widłami i wrzucili do gnoju.
Ona chciała wyrwać automat oficerowi, więc załatwiliśmy drugiego jej dzieciaka, a ją zrypali
na, tym klepisku wszyscy.

Zrobili jej brzuch. No i jak jeszcze tam byłem, czytam w gazecie, że przyjechał ksiądz bi-

skup i powołując, się na apel Świętego Ojca, nakazywał brzuchatym, aby rodziły nasze boba-
ski... Hii, hii, hii...– zaśmiał się szakal... No i ta nasza dostała pierdolca. Skoczyła do studni...

background image

39

–  Ma  fantazję  taki  biskup.  On  myśli,  że  dzieciak,  którego  zrobimy,  będzie  siedział  przy

stole z dzieckiem taty, którego zaciukaliśmy przy robieniu kuku mamusi. Myśli, że takie bra-
ciszki będą się kochać nawet jak już dorosną... – zaniósł się śmiechem Magnus.

– Daj whisky, bo sam wypijesz. A ta nad morzem była dobra. Chciała żyć suka. Ja bym

tam jeszcze pojechał.

– To nie pojedziesz, zabawimy się tutaj. Zapłacą oboje. On mnie chyba poznał.
...Ucichła  wichura.  Spłaszczyły  się  fale.  Unieśli  zagrożone  życie  rybacy  i  Maria  Elwira.

Graham kazał wydać sieci, wrócił na łowisko. Znowu ciągnął wór za kutrem. Stracił rybę w
sztormie.  Skrzynki,  sprzęt  zmyło  z  pokładu.  Jego  przekorna  natura  nie  przyjęła  przegranej.
Musiał wpłynąć zwycięski do portu.

Wróciły dni podobne jak krople wody niesione wiatrem po skajlajcie. Rano robiła śniada-

nie, było mycie  garów, później obiad i znowu mycie, kolacja, mycie podłogi, szafek, zaka-
marków...Żadnego światła, tylko  ciemność w  przyszłości.  Brakowało  jej  wiary.  Zazdrościła
zakonnicom, dewotkom, dziewczynkom idącym do pierwszej komunii.

Przez opory i ból, wśród wspomnień wracało to najbardziej smutne, gdy rozmyślała, czym

naprawdę jest los człowieczy...

Po dziesięciu latach przebywania w  celi,  gdy Flora zaczęta odgrzebywać jej sprawę  i  na

łamy gazet powróciła Albakora, odwiedził ją... ojciec.

Wszedł do celu zgarbiony starzec. Cóż jej mógł powiedzieć albo ona jemu? Stał przy obi-

tych blachą drzwiach.  Patrzył  na  matkę  swego  wymarzonego  księdza,  kratę  w  oknie,  twarz
córki bez wyrazu.

– Elwira...
– Tato... – powiedziała jak kiedyś przed laty.
Usiadł  na  więziennym  zydlu,  wykrzywił  twarz,  zdjął  okulary.  Wytarł  oczy,  w  których

błyszczały łzy, jakieś duże i szerokie rozmazane. Czy to był człowiek dumnie zasiadający w
pierwszej ławce tuż przed ołtarzem? Długo panowała cisza. – Córko... dlaczego?

Milczała, mogła powiedzieć, że Bóg tak chciał, nie powiedziała.
– Twoja matka przed śmiercią kazała mi prosić cię o wybaczenie.
– Wybaczenie dla matki? Za co?
– Wybaczenie dla mnie... – powiedział ze spuszczoną głową.
– Przecież ty spełniałeś wolę Boga.
– Wierzysz, że tak było?
Milczała. On rozglądał się po celu, jakby szukał czegoś zupełnie nieokreślonego.
– Dlaczego strzelałaś do ludzi? – zapytał  znienacka.  –  Bo  zabrakło  mi  siły  do  tłumienia

buntu. Bałam się. Wiedziałam, że nastąpi katastrofa... I jest Bóg, bo on mi to mówił.

– A ja wiedziałem, że nie można zabić życia.
–  Nie  zwątpiłeś?  Nigdy?  Nawet,  gdy  ci  mówili,  że  nie  dam  rady  nosić  tego  płodu  bez

obłędu?

– Wiara nie uznaje odstępstwa i dlatego nie wierzę w nic już chyba...
– Bluźnisz. Bóg był i będzie.
– Ty to mówisz córko?
– Ja, bo wierzyłam w Boga, który nie może dawać ludziom nieludzkich nakazów.
– Bóg to modlitwa!
– Bóg to myśl i uczynki. Szakale zgwałcili ci córkę, nie ratowałeś jej. Kupowałeś zbawie-

nie... Nie dbałeś o koszty, bo płaciła córka... To nie Bóg nazwał kobiety czarownicami, nie on
mordował je, paląc żywcem na stosach. Nie Bóg! – Maria mówiła spokojnie, ale  w jej sło-
wach była siła niezwykła. – Człowiek jest omylny, to wiadomo, ale kim jest ten, kto mówi, że
Bóg sądzi, a sam sądzi... Ty już nie wierzysz, bo dałeś się zwieść. On ciągle patrzył w wię-
zienną posadzkę.

background image

40

–  Wszystko  sczezło  –  powiedział.  –  Magnus  ogłuszył  furtiana,  okradł  klasztor,  uciekł,

matka umarła, ty jesteś tu...

Umilkł. Jego poorana zgryzotą twarz była ani z waty, ani z kamienia. O czym myślał? Ona

myślała o ćmie Liwii, którą pewnego ranka znalazła na stoliku obok lampki martwą, a jednak
zupełnie  jak  żywą,  mimo  że  w  bezruchu.  Liwia  miała  aksamitne  skrzydła  i  duże  oczy  jak
przedtem.  Nic  w  niej  nie  zniszczyły  zmiany  pośmiertne.  Widocznie  nieodgadniona  naturą,
może nadawać skrzydła także, kiedy zgon zabiera ulotne życie. Wyciągnęła rękę, położyła na
jego dłoniach, uścisnęła je.

–  Żyj  spokojnie,  tato,  mnie  tu  dobrze.  Często  „wracam”  do  domu,  do  mamy.  Pamiętam

osiołka i wózek, na którym jeździłam po trawie, kocura Bufallo, pikniki pod skałą, którą po-
tem przewróciły fale... Miałam dobre dzieciństwo, tato...

Ojciec uniósł głowę, usta drżały mu drobnymi skurczami, starcza maska wypłaszczyła się,

oczy nabrały wyrazu. Uniósł rękę, dotknął jej twarzy jak relikwi.

– Pozwól odejść w pokoju... Elwira...
Pocałowała go. Uniósł się chwycił, ją, wychudłymi piszczelami i znów opadł na więzienny

zydel.

– Kończył się rejs. Nadchodził czas powrotu. Morski wiatr rozwiał ciężar spoczywający na

dnie jej serca, rozpędził noc wewnątrzną. Fale rozmyty czerń, z którą tu przyszła. Co jednak
dalej?  –  pytała  sama  siebie.  Bała  się  ziemi  bardziej  niż  morza,  nawet  takiego  jak  wówczas
przy  skałach  i  kamiennym,  jak  palec  boży,  obelisku.  Tylko  właśnie  wtedy  postanowiła,  że
jeżeli statek uratuje się od zagłady ona podejmie walkę... Nieprawda, że wszystko stracone.
Przekreśli  przeszłość  Magnusa,  jak  przekreśliła  swoją.  Odwróci  bieg  wypadków,  zatrzyma
rzekę, woda odda jej co niesie... W szczeline chmur odnalazła gwiazdę prowadzącą do portu...
Dlaczego Magnus stał się potworem? – pytała sama siebie. – W nim też rozpadły się brzegi.
Ona jest także temu winna, należało okiełznać chęć zemsty i złe myśli, gdy nosiła dziecko.
Teraz uratuje Magnusa.

Kiedyś przed muzeum przyglądała się wartownikowi w średniowiecznym stroju z halabar-

dą. Później przyśnił jej się ten strażnik z takim właśnie toporem. W zamczysku, w lochach
była pieczara z płaskim piecem i uchwytami z żelaza. Przykuwano skazańca do łoża, pod któ-
rym palono ogień. Kamień rozgrzewał się, aż piekł żywcem. Dalej stała maszyna, tryby, kor-
by, łańcuchy... czarne haki. Przewodnik tłumaczył, w jaki sposób kaci kręcąc koła rozszarpy-
wali  centymetr  po  centymetrze  złoczyńców,  królobójców,  a  także  czarownice,  które  nie
chciały przyznać się do siły nieczystej.

Zapomniała później o tej maszynie. Wrócił do niej obraz pieczary w zamczysku po gwał-

cie. Zamykała oczy. Machina stawała przed nią. Był na niej Hyde i pozostałe bestie z piwnicy
w rozwalonym domu. Wbijała im halabardę w brzuchy. To nie była drzazga z rozbitej futry-
ny, to była halabarda...

Dziwne, ale maszyna, którą Magnus rozdzierał kotkę, przypominała tę, jaką ona widziała

w starym zamczysku. Ta myśl nie dawała jej spokoju. W miarę mijania czasu zmieniał się jej
pogląd na przyczyny instynktów chłopca. Kiedyś zauważyła, że Magnus miał zdolności pla-
styczne. Zwróciła uwagę, że malowane przez niego portrety mają maski. Maski te były coraz
bardziej czytelne i coraz bardziej przerażające. Gdy miał 9 lat, jego obrazki zachowywały już
właściwe proporcje, ale przede wszystkim miały swój określony wyraz kupowała mu farby,
mazaki,  kredki.  Pewnego  razu  uwagę  jej  zwrócił  obrazek  przedstawiający  postać  ludzką  z
twarzą upiora. Była to maska z wąskimi wargami, kłami wilkołaka, oczy były w niej rybie,
potwór zamiast włosów miał na głowie kosmate łapy tarantuli.

– Kto to jest? – zapytała przerażona.
– To mój tatuś... – powiedział Magnus i zaczął się śmiać w taki sposób, że cierpła. Przyj-

rzała się uważniej obrazkowi. Był to portret Hydego, jaki widywała nocami. Jeszcze w szpi-
talu,  po  rozmowie  z  księdzem  i  lekarzem,  zobaczyła  we  śnie  potwora  z  kosmatymi  łapami

background image

41

skorpiona  na  głowie.  Nigdy  nie  mówiła  o  tym  nikomu...  Dlaczego  Magnus  narysował  taki
portret ojca? Skąd znał tę maskę?

Odrzucała z pasją wszystkie broszury i książki o ciąży i wychowywaniu dziecka jakie jej

podsuwano.  Raz  jednak  przypadkowo  spojrzała  na  otwartą  stronę  i  przeczytała  kilka  zdań.
Autorka apelowała do przyszłych matek o ich spokój wewnętrzny. Pisała, że stresy kobiety w
ciąży  mogą  przenieść  się  na  dziecko.  Były  tam  przykłady  zapatrzenia  się  matki...  Dziecko
miało rysy aktorki, którą zafascynowana była matka. Później dziewczynka zdradzała talenty
tej aktorki... A czym zafascynowana była ona?

Przeczytała  kilka  zdań,  rzuciła  książkę.  To  nie  jej  dziecko,  to  dziecko  Hydego,  seniora

Telliera, księdza katechety i lekarzy w białych kitlach. Przeraziła się, czuła że komuś przeka-
zuje swoje obrazy i myśli. Cierpienie było mniejsze, ktoś przejmował z jej umęczonej świa-
domości  upiorne  wizje.  Całą  siłą  woli  odpędzała  omamy,  nie  chciała  porazić  dziecka.  Wy-
krzyczała to księdzu i lekarzom. Dali jej jakieś zastrzyki.

– Módl się, córko. Bóg cię wysłucha. Cierpisz, to prawda. Oddal nieczyste myśli. Dziecko

nie jest winne, ono musi się urodzić.

– A ja?! Czemu ja jestem winna?! – krzyczała w niej rozpacz ptaka zapładnianego jasz-

czurczym  nasieniem.  Krzyk  biegł  w  pustkę,  ksiądz  miał  natchnione  oblicze  i  czynił  znak
krzyża. Znak ten stal się dla niej znakiem gwałtu. Ale miała widocznie prawdziwego Boga w
sercu. Miała wiarę, której nie mogli zniszczyć nawet szakale zabraniający suce walki, przed
uczynieniem jej matką jaszczurczą.

Gdy po raz pierwszy odkryła, że jej upiory przeniknęły do jaźni dziecka, pojechała do An-

glii.  Szukała  prawdy.  Była  w  uniwersyteckich  katedrach  i  u  wiejskich  wróżbitów.  Nikt  nie
miał wątpliwości, że syn po rodzicu może odziedziczyć zdolności lub instynkty zbrodnicze. A
jak było z owym przekazaniem impulsów przez matkę rozwijającemu się płodowi? Specjali-
ści w tej sprawie byli powściągliwi. Zauważyła jednak, że opowiadając szczegóły o wizjach
w  czasie  ciąży  i  późniejszych  rysunkach  Magnusa,  wzbudzała  niezwykle  zainteresowanie
psychoanalityków. Specjaliści kopiowali rysunki chłopca i powiększali ich fragmenty. Zesta-
wiali je z relacjami o stanie matki po gwałcie.

Wyniki  badań  zdawały  się  potwierdzać  przypuszczenia.  Zaprzestała  konsultacji.  Nie

chciała  wysłuchiwać  domniemań  i  diagnoz.  Starała  się  wydrzeć  z  rzeczywistości  swojej  i
dziecka nieludzkie poczęcie. Nie udało się. Nie była jednak tylko drzewem.

Graham kazał wybierać sieci. Ludzie szorowali statek. Rejs kończył się nieubłaganie. Gdy

do portu było już niedaleko, szyper poprosił Marię Elwirę do kubryka. Na stole leżała zapisa-
na kartka, długopis i czek.

– Nieprawda, że kobieta musi przynieść nieszczęście na morzu. Kuter mamy pełen ryby.

Oparliśmy się sztormowi. Wracamy szczęśliwie. Pracowałaś dobrze. Obliczyłem twój part...
Co będziesz robić na lądzie? – zapytał.

Spojrzała staremu przyjacielowi w oczy. Mam jeszcze sprawy do załatwienia.  Graham –

Czy ja mogłam normalnie wychować to dziecko? Zapytała niespodziewanie. Graham skupił
się,  zmarszczył  brwi.  Zdawał  sobie  sprawę,  że  jest  dla  niej  zwyczajnym,  sprawiedliwym
człowiekiem i jego słowo będzie ważniejsze niż nauki całej wielkiej instytucji kościelnej.

Znam  podobny  przypadek.  Zgwałcona  i  przebita  nożem  kobieta,  przeżyła  i  wychowała

dwoje bliźniąt pochodzących z tego gwałtu. Dzieci są już dorosłe. Założyły rodziny. Wszyscy
są uczciwymi ludźmi... – Powiedział z rozwagą stary rybak.

– Słyszałam o tym. Jak to się stało, Graham?
– Jedź do tej kobiety, porozmawiaj. Znajdziesz ją w Elbertg. Ma księgarnię na rogu ulicy,

tuż przy radzie miejskiej. A w stare strony nie wracaj. Zostań tu. Co minęło, zostaw przeszło-
ści.

Nie usłuchała Grahama Barentsa. Nie wiedział on, że Magnus żyje, bo nikt oprócz niej te-

go  nie  wiedział.  Nikt  też  nie  wiedział  kim  jest Szczur,  poszukiwany  listami  gończymi.  Nie

background image

42

usłuchała  Grahama,  postanowiła  jeszcze  raz  wrócić  w  tamte  strony.  Los  szakalowej  matki
musiał wypełnić się do końca.

Maria  Elwira  znów  siedziała  za  kierownicą  swojego  pokracznego  samochodu.  Z  lewej

strony szumiało rozeźlone morze. Z prawej piętrzyły się wzgórza. Kamienna przestrzeń i hu-
cząca woda były jedynymi barwami krajobrazu w tej części wyspy. Gdzieś wyżej zieleniła się
uboga łąka z kilkoma owcami pasącymi się jakby w chmurach. Kuter został w porcie, na nim
Graham i wszyscy przyjaźni jej ludzie. Znów była sama. Jechała tą drogą kilka miesięcy te-
mu, gdy odrzuciła jej pomoc przerażona Remis. Morski wiatr zrobił swoje. Maria Elwira nie
była już rozbitkiem. Wróciła na ziemię, odnalazła przyjaciół, którzy radzili by zatrzymać ją
jeszcze. Kto był już zupełnie niepotrzebny, wie co znaczy taka zmiana losu... Ale ona zawsze
była komuś potrzebna. Miała dziecko,  które  wymagało  szczególnej  opieki...  Statek  nie  roz-
trzaskał się o rafy, ona wraca żywa do żywych. Musi, musi zawrócić rzekę, żeby oddała co
porwała i niesie.

Maria Elvira przystanęła  przy  małym  rynku.  Odnalazła  niewielką  księgarnię  na  rogu.  W

sklepie, przy kasie siedziała kobieta w wieku lat około pięćdziesięciu, a przy monitorze nie-
wielkiego komputera – człowiek może trzydziestoletni. Podeszła  do pani przy kasie, przed-
stawiła się. Przywykła do tego, że jej imię i nazwisko robiły wrażenie, gdy je wypowiadała.
Mimo, iż minęły lata, proces Albakory utkwił w pamięci tutejszych.

Dwie kobiety porozumiały się jednak szybko. Beryl Row, bo tak nazywała się właścicielka

księgarni, poprosiła Marię Elwirę do saloniku za sklepem.

– Nie sądziłam, że panią poznam – powiedziała szczerze.
Nie zdziwiło ją, że – mimo iż chodzi tylko o rozmowę – sprawa dla Elwiry jest niezwykle

ważna. Beryl zaprosiła Marię do altany na wysokiej skale, gdzie mogły być całkiem nieskrę-
powane.  Gospodyni  była  zadbaną,  dobrze  mającą  się  panią,  pogodną  i  wesołą.  Słuchała
uważnie Marii Elwiry.

– Kto by pomyślał, że kobieta o takiej sławie może mieć podobne problemy... Przecież to

wszystko  przeminęło  i  jesteśmy  już  zupełnie  inne...  Zwłaszcza  ty,  Mario  Elwiro,  przeżyłaś
tyle, odkupiłaś złe... – mówiła przyjaźnie Beryl. – A ty co czułaś, nie prześladowała cię myśl
o gwałcicielach? Nie miałaś wizji, upiornych snów... mar? – pytała tamtej.

–  Nie.  Moi  oprawcy,  gdy  ich  rozpoznałam,  chcieli  mnie  zabić.  Przeżyłam  okaleczenie.

Spotkałam  ich  w  sądzie...  Wyrok  zależał  w  dużym  stopniu  od  moich  zeznań.  Posypały  się
pieniądze, błagania rodziców tych gówniarzy. Sprawa była poważna. Chodziło o zamach na
życie, poderżnęli mi przecież gardło...

Maria Elwira wzdrygnęła się.
– Nie patrz tak. Dzisiaj już nic nie widać. To byli bardziej chuligani niż mordercy. Kilka

operacji zrobiło swoje – uśmiechnęła się Beryl.

– I naprawdę mogłaś pokochać ich dzieci?
– Nie tylko ich, ale także moje...
– Imponujesz mi – powiedziała ze smutkiem Maria Elwira.
– Myślisz? To byli synowie, jeździli na tych wielkich motocyklach. Ja do domu na moto-

rowerze. Zatrzymałam się na chwilę w krzakach. Oni tam byli, zobaczyli mnie. Wsiedli na te
straszne motory i jeździli wokół rycząc silnikami, aż ogłuchłam. Potem urządzili sobie rodeo.
Podjeżdżali i zrywali ze mnie wszystko. Potrącali mnie raz i drugi. Upadłam. Byli rozbawieni
i  rozjuszeni.  Dwaj  zawlekli  mnie  głębiej  w  krzaki.  Poderwałam  się,  próbowałam  uciekać.
Zdarli mi stanik.

–  Pobawimy  się  –  szydzili.  Prosiłam,  groziłam.  Szarpali  moje  figi,  porwali  je.  Któregoś

kopnęłam,  któregoś  ugryzłam.  Broniłam  się,  aż  opadłam  z  sił.  Rozciągnęli  mnie  na  jakiejś
szmacie, zaczęli gwałcić jeden po drugim... Widziałam koła na mocno rzeźbionych gumach,
buty  na  pedałach  i  tych  nad  sobą...  Straciłam  przytomność  z  przerażenia,  bólu,  rozpaczy...
Leżałam w trzcinach naga, oni stali dokoła, popijali whisky i piwo z butelek. Zapadł zmrok.

background image

43

Powoli odzyskiwałam świadomość. Wtedy rozpoznałam dwóch. Pływali na żaglówce, która
nazywała się „Toronto”, pamiętam, bo mi się podobała. Byli gdzieś ze wschodu wyspy. Któ-
ryś znowu do mnie podszedł. Chciałam tylko odwetu. Rozpoznałam ich. Poczułam się silna.

– No chodź, chodź! Sk... synu – krzyczałam.  Zgnijecie w więzieniu. Ci dwaj mają  jacht

„Toronto”. Nie uciekniecie od wyroku! – atakowałam.

Oni jakby zdrętwieli. Dotychczas byli w chuligańskim amoku. Teraz otrzeźwieli. Dwóch

podeszło  blisko.  Będziesz  milczeć,  albo  poderżniemy  ci  gardło  –  syczeli.  Byłam  żądna  ze-
msty za poniżenie. Chciałam zobaczyć jak żebrzą.

–  Zapamiętam  was  i  wasze  motory  bandyci!  Śmierdzące  świnie!  –  brałam  swój  odwet.

Zrobiło się cicho. Wstałam, zaczęłam szukać podartej sukienki.  Stali  przy  motorach  i  nara-
dzali się. Dwóch podeszło do mnie, wyciągnęli noże. Jeden zamierzył się.  Uderzył.  Odsko-
czyłam, zranił mnie w ramię. Zaczęłam uciekać. Złapali mnie.

– Zabij ją... To ty zabij – zaczęli się kłócić.
– Ty wylosowałeś, to zabij. Nagle przestałam się bać.
Była we mnie tylko wola odwetu.
–  No,  tchórze!  –  krzyczałam  –  który  chce  iść  na  dwadzieścia  lat...  Zabijcie,  daleko  nie

uciekniecie. Za duża banda. Za dużo śladów!

– Zabij ją, bo nas wsypie!
– To ty zabij! – warczał jeden na drugiego.
Wtedy dostałam w szyję. Straciłam przytomność. Ocknęłam się, gdy ryczały motory. Zo-

baczyłam nad sobą policjantów, usłyszałam strzały. Potem pamiętam sufit w sanitarce i leka-
rzy w operacyjnej sali... Drogą przejeżdżał patrol policyjny. Ci dranie zostali złapani na gorą-
cym uczynku. Nie wiedziałam, czy będę w ciąży, nie było takiej pewności. Rodzice zbirów na
wyścigi płacili rachunki, obiecywali odszkodowania, gwarantowali małżeństwo z wybranym.
Gdy dowiedzieli się, że będę miała dziecko, stałam się niemal królową na wyspie. Już miałam
brzuch, gdy zaczął się proces o zbiorowy gwałt. Trwałe okalecznie z zamiarem zabójstwa...
Chłopcom groziło po kilka i kilkanaście lat więzienia. Zaczęły się zabiegi, próby przekupienia
mnie lub zastraszenia. Gdybym chciała, mogła przerwać tę ciążę. Z opatrunkiem na szyi mo-
głam wyjechać do Anglii czy Francji. Chłopak, z którym chodziłam, zostawił mnie chociaż
był bardziej pobożny niż ja. Świadomie podjęłam decyzję, że urodzę to dziecko. Potem oka-
zało się, że były to bliźniaki... – Beryl przerwała opowiadanie. Postawiła koszyk na stole w
altanie.  Wyjęła  kolorową  serwetkę,  termos,  filiżanki.  –  Często  tu  przyjeżdżamy  na  kawę  –
powiedziała uśmiechając się ciepło. Maria Elwira patrzyła w przestrzeń na morze. – Czy ona
mogła zachować taką pogodę, po tym co ją spotkało w rozwalonej piwnicy?

– Pytasz, czy miałam widziadła, mary, czy ojciec dziecka jawił się jak bestia? Ojciec mo-

ich  dzieci  siedział  w  sądzie  na  ławie  oskarżonych  i  płakał,  skomlał  jak  szczenię,  gdy  mu
przywiązują kamień do szyi... To nie byli szakale, to byli gówniarze. Ten proces był pokazem
małości. Od przekupstwa do szantażu... I adwokaci... Specjalny gatunek ludzi. Dwóch najbo-
gatszych motocyklistów broniła mecenas, żarliwa katoliczka. Jej teza polegała na tym, że ja
ich świadomie sprowokowałam zatrzymując się w krzakach. Usiłowała to udowodnić. Zada-
wala mi podchwytliwe pytania. Czułam, że ona w to nie wierzy i  upadla mnie jeszcze bar-
dziej, za to swoje honorarium. Gwałt zszedł jakby na drugi plan rozprawy, chodziło o podcię-
cie gardła...

Baryl nalała kawy do filiżanek, Wyjęta ciastka z kartonika.
– A może trochę koniaku? – zapytała z przemiłym uśmiechem. Wyjęła elegancką piersió-

weczkę, postawiła obok filiżanek.

– Myślę, że inna była w tobie, inna we  mnie  siła  –  zwróciła  się  do  Marii  Elwiry.  –  Nie

każdy po doznanej krzywdzie chwyta za broń i bierze odwet... Ja wytłumaczyłam sobie, że
będzie lepiej, gdy urodzę. W mojej naturze też był bunt. Czegoś podstawowego nie rozumieją
prawodawcy,  pomijając  odczucia  kobiety  w  tej  sprawie...  Okropna  jest  ta  nieodpowiedzial-

background image

44

ność... Ale mój bunt złagodziły okoliczności. Miałam wspaniałego oskarżyciela posiłkowego.
Starszy pan rozumiał mnie, rozumiał wybryk młodych gwałcicieli, ich zrozpaczonych rodzi-
ców. Rozumiał, że dziecko, które przyjdzie na świat, może żyć z piętnem bękarta zgwałconej
lub  bez  tego  piętna.  Wiedział,  że  nakaz  urodzenia  nie  załatwi  niczego  więcej  ponad  to,  że
dziecko  się  urodzi.  On  twierdził,  że  obowiązek  ratowania  życia  jest  w  każdym  przypadku
ograniczony. Nakaz, by ktoś, kto widzi człowieka w ogniu, musiał za nim w ten ogień skakać,
byłby terrorem. Jeżeli poczęcie nastąpiło wbrew woli matki i noszenie takiego płodu naraża ją
na chorobę lub jakiekolwiek straty, gdy wywołuje jej sprzeciw, jest gwałtem. Tak uważał mój
mecenas, doradzając mi, abym jednak urodziła to dziecko – Beryl znowu przerwała i zajęła
się talerzykami. Nalała do kieliszków koniaku. Opowiadała ze swadą.

–  Mój  doświadczony  mecenas  zauważył,  że  moja  natura  świadomie  i  podświadomie  nie

odrzuciła tego płodu, bo go nie odrzuciła. I to jest tajemnica, o którą pytasz.

– Beryl zwróciła się do Marii Elwiry.
Maria zamyśliła się. Nie rozumiała czegoś aż do bólu. Co sprawiło, że Beryl nie zatruła

strasznymi myślami dzieci w łonie? Że zachowała spokój... Miłosierdzie to było? Poświęce-
nia? Ofiara?

– Myślisz, że byłam taka szlachetna – mówiła dalej niezwykła gospodyni. To nie zależało

od mojej woli. Nie poznałam szoku.

Bałam się, czułam wstręt i to wszystko. Potem nie myślałam o tych gówniarzach. Rozwa-

żałam  z  rodzicami  i  mecenasem  sytuację.  Niewątpliwie  olbrzymią  rolę  odegrało  to,  że  nie
czułam przymusu urodzenia tych dzieci. Rozumieliśmy wszyscy, że nikt nie może narzucić
drugiemu poświęcenia życia dla istoty innej,  zwłaszcza  mogącej  wzbudzić  najgorsze  skoja-
rzenia, wstręt i nienawiść. Ci gówniarze uczyli się w szkołach. Odbiło im w pierwszym dniu
wakacji. Potem chcieli posunąć się aż do zbrodni, później skomleli o łaskę. W sumie poszli-
śmy  na  daleko  idącą  ugodę.  Pieniądze  złożyłam  w  banku.  Dzieci  utrzymywałam  z  własnej
pracy, a potem – mojej i męża, który nie tylko rozumiał, ale i  czuł zwyczajnie po ludzku...
Nie dało się utrzymać w tajemnicy gwałtu przed dziećmi. Życzliwi donieśli. To była trudna
sprawa. Długo mogłabym opowiadać o ich dorastaniu, aluzjach W szkołach, wyzwiskach na
podwórku.  Bezinteresownej  podłości  ludzi  spłodzonych  w  bogobojnych  stadiach  małżeń-
skich... Dziś dzieci dorosły, założyły rodziny...

– Jesteś wspaniała Beryl! – Maria Elwira zazdrościła szczerze pogodnej kobiecie.
Beryl oddaliła się, jakby zapadła w krótką zadumę.
– Myślisz, że we mnie nie ma buntu? – zapytała nieco innym tonem.
– Myślę, że nie, ty przyjęłaś los z uśmiechem – odparła Maria Elwira.
Beryl spojrzała na nią uważnie, coś chłodnego pojawiło się w tym spojrzeniu.
–  Wiesz,  że  ja  czasem  czuję  do  siebie  wstręt,  czuję  obrzydzenie?...  Gwałt  zbiorowy  nie

znajduje podobnego upokorzenia. Jest aktem obezwładnienia i upodlenia... upodlenia fizycz-
nego,  moralnego,  duchowego,  odebrania  godności  i  wolności,  jest  dowodem,  że  kobieta  to
półczłowiek jedynie... Mężczyznę można zabić, kobietę także zgwałcić... Udowodnić jej, że
można  z  nią  zrobić  wszystko,  że  ona  jest  tylko  naczyniem,  czerepem...  biologicznym  wor-
kiem, jeżeli takie życzenie ma kilku zwyrodniałych mężczyzn. Gwałt dowodzi, że istota ludz-
ka nie musi być poczęta po ludzku, że to może odbyć się w sposób zwyrodniały, bestialski i
wszystko jest w porządku, wszystko pozostanie w porządku fizjologicznie i moralnie, moral-
nie! Bo rozwoju takiego płodu ze względów moralnych, negować nie można... Ja to wszystko
czułam  i  czuję  nadal.  Wydarzenia  sprzed  lat  tam,  w  krzakach  nad  jarem,  uczyniły  ze  mnie
istotę gorszą od innych, a moje dzieci – dziećmi ze skazą... To tkwi w mojej podświadomości
i  tkwić  będzie  zawsze...  Obrzydzenie  czuję  nie  dlatego,  że  zostałam  zgwałcona,  bo  to  była
przemoc, ale dlatego, że ten gwałt przyjęłam, pogodziłam się z  nim, że zostałam biologicz-
nym  worem...  To  tkwi  we  mnie  w  którejś  warstwie,  pod  miłością  do  tych  dzieci,  która  w
moim przypadku jednak przyszła, bo...

background image

45

– Jesteś matką heroiczną, matką wspaniałą – przerwała jej jeszcze raz Maria Elwira.
– Tak wiem. Jestem matką heroiczną, ale kobietą upodloną, której udowodniono, że jest

przede  wszystkim  tylko  reproduktorką  gatunku,  niezależnie  od  swojej  woli...  Podobno  Bóg
jest sprawiedliwy, a diabeł perfidny... I nasi prawnicy... Parlamentarny akt o ochronie życia
poczętego... A gdzie owo poczęte życie się znajduje? W państwowych gruntach, czy w wol-
nych istotach ludzkich, które mają prawo  przede  wszystkim  do  życia  własnego.  W  istotach
ludzkich  czy  w  mechanicznych  tyglach,  których  wnętrzami  mają  prawo  zarządzać  inni?!
Prawnicy nie krzyczą, że tu się dzieje także gwałt prawny... To jest ustawa o ubezwłasnowol-
nieniu matki w kwestiach macierzyństwa, i tylko tak powinna się nazywać! –Spokojna Beryl
wzburzyła się wyraźnie.

Prawda... – przyznała głucho Maria Elwira. – Ja nie czułam, że coś jest chronione. Czułam,

że  odbiera  mi  się  prawo  do  decydowania  względom  własnego  ciała,  gdy  chciałam  zetrzeć
piętno... – Chwilę panowała cisza. Beryl uśmiechnęła się wreszcie. – Nie zrozum mnie źle, ja
kocham  moje  dzieci,  ale  świadomość  naszego  upodlenia  przez  tych  na  ryczących  motocy-
klach i tych w parlamentach, sutannach i togach jest od tego niezależna...

Gdy obydwie schodziły ścieżką między skałami, Maria zatrzymała się nagle.
– Co byś zrobiła, gdybyś wiedziała, że bez obłędu nie urodzisz  dzieci, na których widok

powróci twoja epilepsja, i gdyby trzymano cię w szpitalu z nakazem ich urodzenia?

Beryl przystanęła zdziwiona spóźnionym wybuchem Marii Elwiry.
– Nie wiem, może podpaliłabym szpital, a może tylko cicho płakała. Ale widzę, że nie za-

dowoliła  cię  rozmowa  ze  mną.  Jeżeli  chcesz  dowiedzieć  się  więcej  o  dzieciach  takich  jak
moje, przypomniało mi się coś... W naszym domu już od dawna nie żyjemy tym problemem.
Zapomnieliśmy o wszystkim, jesteśmy normalną rodziną...

– Co sobie przypomniałaś, Beryl?!
– Gdy okazało się, że jestem w ciąży i rodzice moich gwałcicieli starali się o ugodę, po-

znałam niezwykłego człowieka, który opowiedział mi swoją historię. Ciebie nie uspokoi jego
opowieść, ale wysłuchaj jej jeżeli go odnajdziesz. Około stu kilometrów na południe w głąb
wyspy leży miasteczko New Borg i nad wielką skałą jest cygański obóz. Jedź tam, zapytaj o
starego Lucasa Luca. Weź butelkę whisky, przeżyjesz intelektualną przygodę.

Maria Elwira pojechała na południe. Odnalazła Cygana. Wskazała  go jej dziewczynka w

długiej aż do kostek spódnicy. To był rzeczywiście stary już człowiek, pamiętał jednak kim
była Albakora. W obozie mówili, że to Cygan samotnik. Obejrzał butelkę, przeczytał etykietę,
schował szkło.

– Pytasz co mogę powiedzieć o cygańskim, bękarcie?...
Dawno już mnie nikt nie pytał o to, czyim jestem potomkiem. Nazywam się Imre Kossuth.

Jestem synem zgwałconej baronowej Blanki. Dobra Kossuthów leżą w okolicach Calocsy nad
rzeką Dunaj, to daleko stąd... Ale ja byłem i nie byłem synem baronowej...

– Wiem, że twoje losy są ciekawe, Imre – zachęcała, by mówił.
–  Moje  losy  ciekawe?  –  roześmiał  się  Lucas.  –  Od  początku  byłem  nieporozumieniem.

Między baronami liczy się ojciec, a ja byłem z ojca Cygana... Dziewczyna jeszcze z ciebie, a
ja kończę czytać swoją księgę: Moje dramaty działy się na początku stulecia, które teraz do-
biega końca. Były to czasy nie takie jak dzisiaj, choć draństwo niezależne jest od stulecia.

– Więc ciebie nie bolszewicy wypędzili z majątku?
– Nie. Baronowie – bracia.
–A matka?
– Matka umarła i wtedy, skończyło się wszystko. W rodzinie był biskup katolicki, sprawa

porwania  i  gwałtu  matki  stała  się  głośna,  ona  nie  mogła  już  pozbyć  się  dziecka.  Polała  się
krew,  szlachcice  skrzyknęli  ludzi,  ruszyli  na  Cyganów,  ojca  zabili  z  armaty...  Palili  wozy,
niszczyli  namioty,  zabijali,  kaleczyli.  Biskup,  wuj  matki,  zadecydował,  żeby  cygańskiego
bękarta przyjąć do rodziny i zapomnieć o gwałcie. Różnie ludzie mówili o matce i ojcu... Po-

background image

46

dobno  ona  z  własnej  woli  uciekła  z  Cyganem,  który  lewe  kopyto  swojego  konia  podkuwał
złotem i miał perłę w chuście jaśniejszą niż w krawacie baron,  mąż matki... Zaczęły się po-
gromy. Krwawa  była  to  historia.  Ginęli  Cyganie,  ale  i  baron  zginął  od  noża.  Ja  dorastałem
wśród braci, szlachciców z ojca i matki. Czy możesz wyobrazić sobie taką młodość? Wszyscy
wiedzieli, że jestem cygańskim bękartem, ale na koszulach miałem herb Kossuthów i guwer-
nantkę jak prawdziwi baronowie...

Luca wziął się do parzenia herbaty w miedzianym tyglu nad ogniskiem, podał jej filiżankę

z miśnieńskiej porcelany.

– Wiesz, jak nie potrafi pływać ryba?... Tak jak pływa zupełnie inna ryba. Trudno mi było

zostać  baronem,  gdy  wytykali  mnie  palcami,  że  jestem  pomiotem  cygańskiego  gwałtu.  Za-
brali mi honor cygański, nie dali szlacheckiego mimo herbów na koszulach i chustkach. Do-
kąd żyli ksiądz biskup, świeć panie nad jego wielką duszą, i matka, która jeżeli nawet uciekła
z Cyganem, powinna teraz być w niebie, chodziłem na uniwersytety i bywałem w najprzed-
niejszych towarzystwach. Tam też byłem baronem, ale gdybym nie umiał posługiwać się pię-
ścią, chodziłbym opluty od głowy do stóp razem ze swoimi herbami na śnieżnobiałych koł-
nierzykach. Kobiety z szanujących się domów nie tańczyły ze mną na balach, młodzieńcy nie
podawali ręki, dopóki jednego nie ukłułem szpadą, a drugiemu nie odstrzeliłem ucha w poje-
dynku...  Gdy  odmawiali  mi  satysfakcji,  waliłem  w  mordę  i  pokazywałem  herby...  Zaczęły
więc sypiać ze mną największe damy. W końcu bardziej dzięki szabli i pistoletom niż uro-
dzeniu, zostałem powszechnie szanowanym baronem... Najpierw umarł ksiądz biskup, potem
matka.  Zaczął  się  proces  o  podział  majątku  z  braćmi.  Mieli  pieniądze,  byli  lepsi  w  sądach.
Udowodnili, że jestem podrzutkiem i oszustem, zabrali mi sygnet od matki i koszule z her-
bami... Znalazłem się z tobołkiem na ulicy. Nowy biskup powiedział, że kojot nie może zo-
stać  ogarem,  a  Cygan  węgierskim  baronem.  Zabrałem  swoje  uniwersytety  do  wózka,  na
dwóch kółkach z jedną szkapą u dyszla, bo na inny trudno było zarobić ostrzeniem noży na
podwórkach...

– No, jak ci się podoba moje ciekawe życie, młoda pani?
Staruszek, do którego przyjechała istotnie byt pełen uroku.
– Mojemu Magnusowi nikt nie wypominał kim był... – powiedziała głucho.
– Pewna jesteś? Złap wronę, pomaluj ją w paski i puść z powrotem do stada... Zadziobią,

gdy będzie inna. Jeszcze gorzej ludzie.. młodzieńcy i panienki w szkołach... jeżeli tylko wie-
dzieli, kim jest, jego droga była krzyżowa. To nie ten świat, gdzie można bezkarnie nie czynić
zła, niezależnie od wiary. Ale to nie koniec przygód cygańskiego bękarta. Wyjechałem daleko
z „ojczyzny”, w której miałem posiadłości. Kiedy na Węgry przyszli ze Wschodu bolszewicy
i,  zaczęli  niszczyć  majątki  wróciłem  nad  Dunaj  w  okolice  Calocsy.  Nowa  władza  szukała
ludzi na wysokie stanowiska. Byłem wykształcony, pochodzenie miałem cygańskie, skrzyw-
dzili  mnie  obszarnicy.  Zostałem  komisarzem,  przewodniczącym,  sekretarzem.  Byłem  towa-
rzyszem mas. Przepędzeni z majątku z tobołkami moi bracia Szukali dziury w ziemi, do któ-
rej mogli schować się przede mną. Odnalazłem ich... I co myślisz zrobiłem?

Imre zwrócił się do Marii Elwiry z uśmiechem takim, że można by przypuszczać, iż kazał

ich oskalpować i porozrywać w strzępy.

– Dopomogłeś im w potrzebie – powiedziała spokojnie Maria. – Dobrą musisz być kobietą

Albakora – uśmiechnął się Cygan. Taką pewnie byłaś terrorystką jak ja krwiopijcą w czerwo-
nym reżimie. Dałem im dach nad głową i piękną pracę w leśnictwie na byłych  włościach...
Przez pamięć dla matki i księdza biskupa, a może po prostu z cygańskiego serca.

Ale to nie koniec jeszcze. Komuna, która przyszła istotnie – zadbała o chleb dla najbied-

niejszych tyle, że rządzili nią nowi baronowie tacy bez szkół prawie. Byli od razu sędziami,
prawodawcami i kapłanami. Prawo i bezprawie też przyszło ze Wschodu od niezapomnianego
batiuszki  Stalina.  Zbrodnia  ścigała  się  ze  zbrodnią,  gwałt  poganiany  był  gwałtem.  Więc
zbuntował  się  naród  i  zaczął  strzelać  do  zaprzedanej  obcemu  cesarzowi  władzy.  Przyszedł

background image

47

krwawy,  w  mojej  starej  ojczyźnie  rok  1956.  We  mnie  znów  odezwała  się  krew  szlachecka
matki, poszedłem z nowym. przeciwko komunie. Ale przyjechali Sowieci na czołgach, przy-
wieźli karabiny maszynowe i armaty, utopili we krwi powstanie.

Zabrałem braciszków z leśniczówki i uciekliśmy z milionem innych Węgrów, Słowaków.

Cyganów na Zachód, do wolnego świata. Wyzbyłem się złudzeń; postanowiłem zostać Cyga-
nem na zawsze.

– Więc byłeś Cyganem bardziej niż baronem?
– Zapewne młoda pani. Bracia mieli rację. Byłem Cyganem, nie baronem ani towarzyszem

komisarzem.  Ciągnęło  mnie  do  wozów  i  lasu.  Wspaniała  baronowa  matka  i  autentycznie
wielebny ksiądz biskup nie zmieniliby mnie w innego, mimo ksiąg i uniwersytetów. Natura
moja była wędrowna. Maria Elwira spędziła tę noc przy ognisku starego Imre. Cygan okrył ją
futrem i poszedł spać do wozu, wcale już nie na dwóch kółkach z jedną szkapą u dyszla. Za-
praszał  do  oddzielnego  saloniku  w  tym  wozie,  ale  ona  wolała  zostać  przy  ognisku.  Natura
Imre  była  po  ojcu  cygańska,  a  Magnus?...  Czy  też  został  już  na  zawsze  zaprogramowany
przez geny ojca?...  I nic nie da się zrobić, żeby  go z tego wyzwolić? Nie!. Ona  nikogo  już
pytać  nie  będzie.  Dość  ma  zdań  mędrców,  dość  opowiadań  i  przykładów...  Magnus  mimo
wszystko jest jej dzieckiem. Nie tylko cechy odziedziczone po zwyrodnialcach, ale także jej
myśli, gdy była w ciąży, spadły na chłopca. Tamci nakazali rodzić i znikli. Pozostała ona...
Teraz  była  jeszcze  ciągle  pod  wpływem  Beryl.  Coś  mocarnie  zwierzęcego  jest  w  kobiecie,
która potrafi odrzucić ludzki wstrząs i zawsze rodzi dziecko... Beryl powiedziała, że nie my-
ślała już o „tych gówniarzach”... A Eleonora Zadz? A ona Maria Elwira?!...

Beryl być może nie dostrzegłaby robaka na masce Hydego. Ta pogodna kobieta nie wzięła

do rąk broni, wzięła pieniądze. A czy można porównać owe dwa gwałty? Można. Ją szanta-
żowali kretem. Beryl podcięli gardło...  Po  co  tu  jednak  porównania.  Wiara  i  prawo  nie  do-
puszczą w ogóle uwolnienia kobiety od płodu. W obozach, gdzie rasiści zapładniali więźniar-
ki przez gwałt skażonym nasieniem, nieszczęsne nie tylko z woli oprawców musiały rodzić
potworki, ale także z woli kapłanów...

W czasie powrotu Maria Elwira siedziała za kierownicą i była drzewem tyle, że reagowała

na  znaki  przy  drodze  i  płynnie  pokonywała,  zakręty.  Niedaleko  domu,  gdzie,  powracała  z
zamiarem zawrócenia rzeki i zatrzymania kamienia w locie, zaczęła modlić się o plon na jed-
nym poletku. Urodziła, ale dlaczego do końca nie została matką? Nie otrzymała odpowiedzi,
chyba jedynie tę, że Bóg to tajemnica i że Bogiem jest także Matka...

Teraz polna droga wiła się między wzgórzami, kilkakrotnie przecinając strumień, który też

kręcił się meandrami, tu i tam jakby uciekając od drogi. Pokraczny citroen 2CV Marii Elwiry
zjeżdżał w dół po piaszczystej ścieżce.  Dalej była góra i jar,  na zboczach którego pasły się
owce bez pasterza. W połowie owej góry Maria Elwira spotkała księdza mozolnie pchającego
skuter. Zatrzymała samochód.

– Niech będzie pochwalony, szczęść Boże – powiedziała wychodząc z blaszanki. Niemło-

dy już kapłan był zasapany, pot zalewał mu twarz pod czarnym kapeluszem.

– Niech będzie pochwalony – odpowiedział dysząc i przystając na chwilę.
– Cóż to, skuter jedzie na motocykliście? – uśmiechnęła się Maria.
– Nie zbadane są wyroki nieba – odparł ksiądz, w tej sytuacji bardzo pogodnie.
– A cóż stało się temu rumakowi – zainteresowała się Maria wskazują skuter.
– Zmęczył upał, zasapał się i stanął.
– Benzyny zapomniał ksiądz nalać do baku?
– Nie, paliwo jest i motor jest, tylko ducha nie ma w tym aparacie... Życie zamarło gdzieś

na zębatych kołach...

Marią Elwira wjechała swoim samochodem na spadzisty brzeg jaru.
– Niech ksiądz usiądzie w cieniu. – Maria włożyła skórzane rękawice, które zawsze woziła

w bagażniku. Wzięła skuter i usiłowała go uruchomić. Zagdakał raz i drugi, gasnąc po kilku-

background image

48

nastu obrotach. Maria wydobyła ze swojego samochodu woreczek z narzędziami. Wykręciła
świecie, sprawdziła iskrę, która była widoczna nawet w słońcu. Bak też do połowy wypełnio-
ny był paliwem. Maria obejrzała silnik, odnalazła filtr i pompę paliwa. Odkręciła odstojnik,
oczyściła miseczkę z piachu i owczej  sierści.  Odkręciła  kranik,  paliwo  polało  się  na  drogę.
Zakręciła odstojnik, przelała gaźnik, nacisnęła starter. Silnik zapalił, zakaszlał dwa razy i pra-
cował równo, jak na pokazie. Ksiądz cały czas przyglądał się Marii.

– Bóg ci wynagrodzi kobieto, zdjęłaś krzyż z ramion starego człowieka. Padłbym pod jego

ciężarem, do miasteczka trzy mile z hakiem... Zawsze – jeżdżę na rowerze, nie znam się na
tym benzynowym mechanizmie. Cóż było mojemu rumakowi?

– Zadławił się piachem. Trzeba częściej czyścić odstojniki i zmieniać filtr...
– Kobieta, a taki mechanik. Gdzie nauczyłaś się tej sztuki?
Maria przysiadła obok księdza na powalonym pniu drzewa. Owce były dookoła i cisza pa-

nowała w jarze.

– Pytasz gdzie? Odpowiem ci szczerze, ojcze duchowny, nauczyłam się tego –w piekle.
– Co mówisz, kobieto?
–  W  piekle,  proszę  księdza,  nauczyłam  się  mechaniki  jedynie  przy  okazji,  bo  naprawdę

uczyłam się tylko zabijać... – Maria Elwira poczuła dziwną siłę uzdrawiania duszy jaka ema-
nowała od tego zakurzonego wędrowca. Obudzili się w niej nieprzeparta  chęć zapytania  go
o...? Nie wiedziała jeszcze o co.

– Co mówisz? – ksiądz poruszył się na kamieniu Przyglądał jej się z uwagą. Czy to możli-

we? – zapytał zmarszczył brwi, myślał nad czymś intensywnie. Uniósł głowę. – Poznaję cię z
fotografii w gazetach – powiedział po chwili. – Jesteś Marią Elwirą Telier...

– Jestem – skinęła głową. – Bóg niech cię ma w opiece w dalszej drodze życia... – Nie boi

się ksiądz wściekłej terrorystki?

– Żartujesz Tereso, ja mogę bać się tylko własnych słabości. Jechałem z ostatnią posługą

do kobiety z wioski rybackiej na cyplu, ale biała pani miała lepszy pojazd. Przybyła przede
mną...  A  ty  zatrzymałaś  się,  aby  przynieść  pomoc  człowiekowi  w  potrzebie.  Innym  jesteś
chyba już człowiekiem.

– Nigdy nie byłam inna. – Nawet wówczas, gdy – strzelałaś do kobiet niosących krzyże, –

gdy organizowałaś gwałty? Nie byłaś inna? Nigdy.

– To nie ja strzelałam, gryzła wilczyca w obronie przed zapłodnieniem jej jaszczurczym

nasieniem, tak broniła się moja natura... Kościół dokonał na mnie zbrodni, więc

 strzelałam do

procesji. Ale to nie ja strzelałam... Ksiądz spuścił głowę, myślał w skupieniu, spojrzał Marii
w oczy.

Kościół,  powiadasz?  Kościół  dokonał  na  tobie  gwałtu.  Cóż  wiesz  o  kościele,  skoro  tak

mówisz? Kościół, jeżeli jest jeszcze opoką, to obecnie bardzo popękaną. Istnieją jakby dwa
kościoły... Kościół tak olbrzymiej w Bogu jak ubogiej na ziemi Matki Teresy z Kalkuty i ko-
ściół dostojnych docześnie. W jednym z tych kościołów kapłani służą Bogu, w drugim. Bóg
służy kapłanom. Prawdziwy kościół ugina się pod tym ciężarem. Księża, którzy służą Bogu;
obserwują zmniejszającą się; ilość wiernych, bo wierni widząc pysznych utożsamiają obydwa
te  kościoły  i  tracą  to  co  wspaniałego  mieli  ich  ojcowie  i  matki...  Boga  w  sercach

.  Ale  nie

można  oszukać  wschodu  słońca,  przypływu  morza,  ani  prawdziwego  Boga.  Pamięć  Matki
Teresy  z  Kalkuty  będzie  ogromniała  i  stanie  się  cząstką  świata,  imiona  zaś  przemożnych
szybko  zostaną  zapomniane.  Ludzie  zwyczajni  swoje  upodobania  próbują  narzucić  Bogu,
jakby Bóg nie był ponad zaszczyty i złoto... A przecież ani Bóg, ani Matka Teresa nie czują
blasku złota.

Maria Elwira uśmiechnęła się przyjaźnie.
– A więc kościół prawdziwy to Bóg w sercach wiernych i kapłan jeżdżący zakurzoną dro-

gą, na rowerze do potrzebujących posługi?

background image

49

– Święty Józef – jeździł na osiołku, nie w lektyce, Matka Boża powiła w żłobku, udziałem

prawdziwych chrześcijan było cierpienie i ubóstwo, pokora i modlitwa...Przepych i doczesna
władczość możnych to atak szatana na kośćiół. Ksiądz w zakurzonej sutannie przetartym ka-
peluszu mówił te słowa bez złości a z głębokiem żalem. Maria słuchała i jakby rozumiała, że
życie swoje złożyła na ołtarzu walki zła z dobrem i dobra ze złem, szatana z Bogiem i Boga z
szatanem...  Ksiądz  mówił  dalej.  Kapłani  Boga  to  ci,  którzy  służą  grzesznym,  dbając  o  ich
zbawienie, modlą się, aby sztorm nie zabrał rybakom sieci, nie  przewrócił łodzi, aby olej z
zatopionego okrętu nie zalał zatoki, aby mąż Olaf powrócił z połowu do małżonki Sandry...

– Słońce weszło wysoko na niebo, skarpa jaru rzucała cień na księdza w zakurzonej sutan-

nie,  Marię  Elwirę  i  dwa  stare,  pokraczne  pojazdy,  stojące  tuż  obok  siebie.  Owce  pasły  się
dookoła na wyschniętej niczym ściernisko trawie. Maria pomyślała, że tak powinien wyglą-
dać raj, gdzie mimo surowości krajobrazu panował wielki spokój i nikomu nie spieszyło się
nigdzie.

Ksiądz położył dłoń na jej ręce.
– Czujesz zbyt wiele i rozumiesz zbyt wiele bym cię pouczał. Niech twoim kapłanem. bę-

dzie sumienie, od czasu do czasu zajrzyj tylko do małego kościółka lub uklęknij przed krzy-
żem na rozstajnych drogach. Pomóż Bogu w walce z szatanem, bo walka dobrego i zła toczyć
się  będzie  wiecznie...  Dzięki  za  naprawienie  pojazdu,  niech  cię  Bóg  prowadzi  przez  resztę
życia. – Ksiądz powstał z kamienia.

Maria Elwira pochwyciła kapłana za rękę. Spojrzał na nią, była blada, z dziwnym gryma-

sem na twarzy.

– Co się stało, Mario?
– Spotkałam pasterza od tego Boga, w którego wierzę. Mam Straszną tajemnicę...
Ksiądz usiadł ponownie na kamieniu. Patrzył na  czubki  szarych  butów,  które  wystawały

spod sutanny.

– Nie wiem, czy twój ciężar nie będzie zbyt wielki dla mnie, czy poradzę tej spowiedzi.

Myślę, że chodzi o grzech ciężki...

– Nie, nie o grzech chodzi, a o dramat matki... – Mów, Mario Elwiro.
Słońce wyszło jeszcze wyżej, już nie było cienia w jarze. Spowiednik i grzeszna siedzieli

w gorącym blasku, przed którym nie było tu ucieczki. Owce odeszły dalej, tylko cisza pozo-
stała jak przedtem.

– Mój syn Magnus żyje... – powiedziała Maria Elwira gdzieś z głębi siebie.
– Pamiętam, że twój syn zszedł na złą drogę. Później utonął w zatoce. Pisano o tym wiele

w gazetach na wyspie.

– Mój syn  Magnus  żyje...  To  „Szczur”,  popełnia  ciągle  nowe  zbrodnie,  a  ja  milczę.  Nie

mogę oddać  go w  ręce sprawiedliwości, bo to zadanie mu śmierci. Postanowiłam  go urato-
wać, wywieźć z tego kraju, cofnąć czas zatrzymać rzekę...

– A on? – zapytał ksiądz głucho.
– On?! Podniósł na mnie broń. Nakazał mi, abym pomagała mu w zbrodni, ja jemu naka-

załam, aby zbrodnię porzucił, walka trwa.

– „Szczur”, powiadasz, to twój syn?! Straszne jest twoje brzemię.
– Czy to mój syn? – zapytała Maria.
– Ty to, czujesz, ja ciebie powinienem zapytać – odparł ksiądz. – Czy to mój syn? – po-

wtórzyła Maria Elwira.

Ksiądz patrzył w głąb jaru. Prawdy nie zawsze są proste. Poczęcie ludzkie to nie tylko akt

fizyczny. Ale sumienie i mądrość kościoła płynące z Rzymu mówią, że w żadnym przypadku
nie wolno przerywać nowego życia w łonie rodzicielki.

– A cóż owo sumienie i ta mądrość mówią o splugawieniu rodzicielki, spostrzegają rodzi-

cielkę w ogóle?

background image

50

Ksiądz milczał, może modlił się o jasność w tej ciemności.
– Bóg z tobą; Mario Elwiro – powiedział wreszcie bardzo po ludzku.
Patrzyła na pnący się pod wysoką; piaszczystą górę ułomny mechanizm wiozący człowie-

ka. Ksiądz znikł, smużka pyłu pozostała nad drogą.

...Dom był zamknięty. Jego pokoje nie były splądrowane, tylko kurz osiadł na meblach i

płótnach.

Wzięła klucze ze skrytki, zeszła w, dół, otworzyła metalowe drzwi. W konspiracyjnym lo-

kalu przybyło skrzynek. Telefon akustyczny nie został odkryty. Kanapa stała na miejscu. Tu-
by głosowe nie były zaślepione. Wyjęła broń ze skrytki w ogrodzie. Wróciła na górę, czekała.
Pragnęła pojednania. Zabierze Magnusa do Francji, może dalej, na wyspy... Karaiby, Seszele,
Bahama... Daleko od ludzi, przeszłości, poszukiwań, wyroków; On pewnie jest zmęczony, tak
jak  ona  była  kiedyś.  Niechby  Magnus  założył  przedsiębiorstwo,  może  antykwariat,  zawsze
interesowały go obrazy, sztuka – Niechby uszedł sprawiedliwości... Uszedł sprawiedliwości?
A cóż on jest winny? Czy tak obciążony jeszcze przed przyjściem na świat  człowiek  może
być normalny? Magnus nie jest winny, że zaistniał takim, jakim go stworzono.

Ona teraz zatrzyma kamień w locie, zawróci rzekę.
Mijał czas, oni nie zjawiali się w arsenale. Któregoś dnia przeczytała o akcji dobroczynnej

organizowanej przez spikerkę lokalnej telewizji i jej męża. Kilka dni po tym, przed jej domem
zatrzymał się samochód, z którego wysiadło właśnie tych dwoje. Otworzyła drzwi goście we-
szli do salonu. Ingrid podała jej skromny bukiecik Była to więc wizyta przyjazna.

– Od dawna chcieliśmy panią poznać, możliwe jednak, że nie życzy pani sobie wizyt ani

rozgłosu. Moim marzeniem jest wywiad z kimś tak niezwykłym – powiedziała Ingrid.

Maria Elwira istotnie nie życzyła sobie rozgłosu, odmówiła więc wywiadu, ale grzecznie,

bo Ingrid wydała się jej inną reporterka niż hieny, z którymi miała wielokroć do czynienia.
Miły  sposób  bycia  gości  sprawił,  że  rozmowa,  chociaż  nie  do  mikrofonu,  potoczyła  się  na
tematy, o których Maria mówić nie chciała.

– Pani wie, że jest osobą ciągle nie zapomnianą i nadal kontrowersyjną. Nie, jako publicy-

stów, ale zwyczajnych ludzi, interesuje nas pani bogate życie... – mówiła serdecznie Ingrid.

–  Bogate  życie?...  –  przerwała  jej  gorzko  Maria  Elwira.  –  Gwałt,  terror...  Więzienie...

Pustka... Bogate życie?!

– Tak, niezwykle bogate. Chciałabym mieć część przemyśleń jakie posiada pani.
– Ale nie chciałaby pani mieć moich przeżyć – Maria znów uśmiechnęła się gorzko.
Nie mów mi pani Mario, jestem Ingrid, a to mój mąż Edgar. Przysięgamy, że koniec z pro-

pozycjami wywiadu. Właściwie przyjechaliśmy zaprosić cię na weekend. Pożeglujemy? Co ty
na to? – mówiła serdecznie Ingrid.

Maria Elwira od dawna nie czuła tak szczerego uśmiechu na swojej twarzy.
Za kilka dni spotkali się nad morzem. W przystani stał duży słup, wysłużony, ale zadbany i

czysty, jak przyszło na jacht ludzi zakochanych w wietrze i wodzie. Północny podmuch wiał
rześka szóstką w kierunku wyspy. Pogodę można było uznać za sztormową. Tuż za główkami
przystani  wysokie  fale  przewalały  się  i  pieniły  na  grzbietach,  wichura  pohukiwała  w  sal-
mgach i wantach, uderzała falami w maszt, gwizdała w niskim osprzęcie.

Żeglarska pogoda – uśmiechnął się Edgar.
– Widzisz, on jest bezwzględny. Popłynąłby w sztorm, nie pytając o zdanie pań. Urządzi-

my bunt, ty pewnie cierpisz na morską chorobę. Zrobimy drinka, poczekamy do jutra, kapita-
na zapędzimy do kambuza, niech zademonstruje kucharskie talenty...

Maria Elwira miała jednak ochotę na żeglowanie właśnie w taką  pogodę:  Edgar  i  Ingrid

szybko sklarowali sprzęt. Pod pokładem zadudnił mały diesel. Wyjście na zatokę usiane było
sterczącymi z dna skałami. Jedne wystawały wysoko nad wodę, inne kryły się toż pod jej po-
wierzchnią, pokazując granitowe kły w przewalających się falach. Zaraz po wyjściu z przy-
stani, Edgar postawił żagle, jacht przechylił, się i ostrym bajdewindem począł piąć się w górę

background image

51

wichury. Maria Elwira siedząc w kokpicie obok Ingrid, która trzymała ster i szoty, wystawiła
twarz  do  szkwałów  i  biczów  wodnych,  którymi  wichura  smagała  od  nawietrznej.  Było  jej
dziwnie dobrze, tamto wszystko znowu zostało na brzegu.

Znów była w obliczu morza. Jacht, doskonały instrument na granicy wody i wiatru, wcze-

piony kilem i płetwą steru w toń, żaglem zaś w siłę wichru, zdawał się być ich owocem. Był
przedłużeniem natury, jej potomkiem w najprostszej linii. Każdy szczegół był tu stworzony w
odpowiedzi na zew wiatru i wody, odpowiadał im i sprawiał; że wola żeglarza była nakazem
dla  żywiołu...  Przechylony  maszt  muskał  żaglem  ruchome  morze.  Jacht  precyzyjnie  zbliżał
się do skalnych zębów i przechodził obok nich, niemal bez  dryfu,  zgodnie  z  wolą  sternika.
Silnik drzemał, kotwice tkwiły w kluzach. Radowało się coś w sercu Marii Elwiry, czuła, że
przyszedł czas ona właśnie odchodzi od starego. Jej pełna buntu natura jakby odnalazła coś
dla siebie. Kto doświadczył żeglugi między skałami, gdy na masztach mocne płótna i pewna
ręka na sterze wie, że jest to zawsze uczucie zwycięstwa.

Potem wichura straciła moc, szkwały były coraz słabsze, a fala mniejsza. W nocy Edgar i

Ingrid zmieniali się kilkakrotnie w kokpicie. Ruchome płaszczyzny morza usiane były gwiaz-
dami. Niebo pojaśniało, chmury zabrał wiatr, kryjąc się wraz z  nimi gdzieś za horyzontem.
Jacht leciał jak na skrzydłach. Daleko od lądu nie było skał, otwarta przestrzeń zapraszała w
głąb... Ale nic tu nie było nieziemskiego. Skąd więc takie jej  szczęście? Czasem trzeba nie-
wiele, by człowiek pozbył się udręki... Potrzebny promień słońca, który wpadnie w ciemną
czeluść i osuszy nawarstwioną tam stęchliznę.

Ingrid dotrzymała słowa Nie padło pytanie o jej lżycie, o gwałt, miłość lub nienawiść do

Magnusa, terroryzm... więzienie.

Ta kobieta w żeglarskiej kurtce była  uosobieniem  radości  i  optymizmu. Jej  towarzystwo

działało jak balsam na duszę Marii Elwiry... Maria zauważyła jednak, że w wesołości Ingrid
jest jakiś fałsz. Roześmiana kobieta często zapadała w zadumę, jakby znikając z jachtu, mo-
rza, ziemi... Bywało, że jej wesoły śmiech urywał się i oczy traciły blask. Patrzyła tępo nie
wiadomo gdzie. Były to ucieczki na bardzo krótko, być może nie każdy by je zauważył nawet
przy bliższym poznaniu Ingrid. Maria Elwira obserwowała ją podświadomie, nie chciała, te-
go, ale stała się jakby czujna na owe odpłynięcia gdzieś w przestrzeń przyjaciółki. Przyjaciół-
ki? Tak. Mimo krótkiej znajomości coś nieuchwytnego połączyło te kobiety. Jakby tajemnica,
jakby dramat Ingrid, były Marii bliskie, pragnęła aby tamta poradziła sobie, aby to co ją gnębi
przeminęło, znikło przepadło, okazało się niczym.

Któregoś wieczora Maria towarzyszyła żeglarce przy sterze. Edgar spał w kabinie po wie-

logodzinnej wachcie na sztormowej fali.

– Ja też mam swój dramat powiedziała Ingrid – łamiąc tabu, które panowało na łodzi już

niemal nieznośnie.

Silna, wspaniała, żeglarka nie mogła sięgnąć po chusteczkę, zakryć twarzy rękami, wyko-

nać  jakiegoś  kobiecego  gestu.  Trzymała  drzewce  steru.  Jacht  szedł  ostrym  półwiatrem,  siła
pędu wody działała na płetwę steru bardzo mocno. Ingrid trzymała mahoniowy pałąk oburącz.
Spuściła głowę, zamknęła powieki. Nie mogła poradzić sobie z płaczem i sterem jednocze-
śnie. Maria Elwira położyła ręce na rumplu, przesunęła drzewce lekko na nawietrzną, bo łódź
wyraźnie zaczęła odpadać. Ingrid otworzyła oczy.

Płacz i grymas bólu znikły z jej twarzy jakby zdmuchnął je szkwał, który uderzył w trój-

kątne płótna i zalopotał nimi przez kilka mgnień oka. Ingrid przejęła ster, wyluzowała szoty
odpadając bardziej od wiatru. Teraz łódź płynęła bardzo szybko, uderzając dziobem w sko-
śnie biegnące fale. Bryzgi wody, strzelały gejzerami po prawej i lewej burcie.

– Ja nie mogę mieć dzieci powiedziała już zupełnie inna Ingrid. Przesiedziałam rok w kli-

nikach, byłam, w Paryżu, Londynie, Amsterdamie... Nie mogę być matką, a oni profesorowie,
docenci, doktorzy... nic. Mówią, że nadzieja w Bogu...

A jest nadzieja? – odezwała się wreszcie Maria Elwira

background image

52

– W Bogu – powtórzyła Ingrid
– Ty wierzysz w Boga?
– Wierzę – kiwnęła głową Ingrid.
– Więc jest nadzieja...
– Podobno jest...
– U Boga nie można  wymodlić  deszczu  na  jednym  poletku.  –  Maria  Elwira  spojrzała  w

oczy przyjaciółce. – W jakiego Boga wierzysz Ingrid?

Ingrid milczała długą chwilę.
– Po prostu mam Boga, o którym nie można uczyć w szkołach, tak jak uczy się anatomii

ssaków, bo ten Bóg nigdy nie będzie zważony, zmierzony i opisany niczym odkrycie geogra-
ficzne... Czy mnie rozumiesz?

– Rozumiem, uważasz, że ludziom potrzebny jest teatr – tyś król wszelkiego świata, a jam

jest marny pył – korzą się w tym teatrze i wychodzą takimi draniami, jakimi przyszli...

– Zawziętość przez ciebie przemawia, Mario... Jesteś porażona jeszcze, prawda?
– Za gwałt.
Na jachcie znów zapanowało milczenie
– Nie wyobrażasz sobie co przeżywa kobieta oczekując potomstwa takich szakali – powie-

działa Maria.

– Wielkie idee zawsze były okrutne – przyznała Ingrid. Maria Elwira uniosła nagle głowę,

w jej oczach zapalił się dawno tam nie goszczący bunt.

– To spisek szatana! – powiedziała gniewnie... Kto pyta o zdanie zgwałconą... Idea to ręka

tysiącopalca... jednostka bzdurą! Kobieta bzdurą...

– Widzę, że znasz poezję sowieckiej rewolucji...
– Dwadzieścia lat miałam na książki... filozofię, historię, teologię, marksizm, opowieści o

męce Chrystusa i o męce Giordana Bruna, czytanie Biblii Świętej i dokumentów o tym jak z
tą Biblią ogniem i mieczem Francisco Pizarro wymordował naród Inków. Gigantyczni zbrod-
niarze  zawsze  walczyli  o  wielkie  idee,  zawsze  zdobywając  nowe  terytoria,  złoto  i  władzę.
Przymus  dojrzewania  w  ludzkiej  istocie  substancji  wytworzonej  w  probówkach  przez  rasi-
stów lub nasienia odczłowieczonych bestii to ostatnie osiągnięcia nawiedzonych wielką wiarą
szaleńców... jesteś publicystką Ingrid, powiedz, dlaczego ktoś nie nakręci filmu, nie napisze
książki ukazującej prawdę o losie gwałconych do rodzenia po gwałcie, o losach synów i córek
gwałtu?

– Ty o tym napisz Mario
– Nie Ingrid, musiałabym tam wrócić, nie dam rady...
– Szkoda, bo są prawdy, których świat nie lubi, po co one, skoro ich zaniechanie jest bar-

dziej święte.

Maria Elwira patrzyła na płaszczyzny wody, które wpełzały do góry, łamały się na krawę-

dziach i przepadały w dół, piętrząc się i znowu wędrując wyżej i wyżej... Maria Elwira poło-
żyła rękę na drzewcu, gdyż Ingrid mozolnie ostrzyła kurs do wiatru, pomogła jej w zmaganiu.

– Nie pozwoliłam ci pytać mnie o nic – powiedziała Maria,
– Czy pozwolisz, że ja zapytam o coś ciebie?
– Oczywiście Mario... – Ingrid zainteresowała się szczerze.
– Czego ty w życiu pragniesz najbardziej?
– Ja? Mówiłam ci, ja pragnę urodzić dziecko, chcę macierzyństwa!
–  A  gdyby  tobie  zdarzyło  się,  to  co  mnie,  wszystko  tak  samo  w  ten  sam  sposób...  Czy

chciałabyś dziecko zwyrodnialców.

Ingrid  jakby  przestała  sterować,  jakby  zamarła.  Jacht  tym  razem  zaczął  gwałtownie

ostrzyć, żagle wpadły w łopot, metalowy osprzęt dzwonił niepokojąco.

– Babskie sterowanie! – odezwał się z kabiny Edgar. Co wy wyprawiacie z jachtem?!

background image

53

– Yess, odpadamy i jedziemy dalej – odkrzyknęła Ingrid. Wiatr znów zdmuchnął z jej twa-

rzy wyraz zadumy i smutku.

– Czy chciałabyś takie dziecko? – powtórzyła Maria Elwira. Ingrid teraz skupiona była na

sterze. Kilkanaście stopni w lewo o milę przed dziobem jachtu woda pieniła się w skałach.
Sytuacja wymagała zdecydowanego manewru.

– Zwrot! – Powiedziała Ingrid energicznie wybierając szoty. Jacht przeszedł do przeciw-

nego halsu. Teraz przed dziobem leżała jedynie olbrzymia przestrzeń morza z pianą jak śnieg
na skośnie biegnących falach.

– Zadałaś mi okrutne pytanie... – wróciła do rozmowy Ingrid.
– Musisz na nie odę powiedzieć! Musisz! – Nie ustępowała Maria.
Nie myślałam nigdy o zwyrodniałym macierzyństwie...
– A wiesz co to jest macierzyństwo? Co to jest ludzkie macierzyństwo? Proces fizjologicz-

ny tylko, rozmnażanie się ssaków?

Czy coś znacznie więcej... Odpowiedz Ingrid, kochałabyś takie dziecko?
Ingrid przez długą chwilę zajmowała się wyłącznie sterem. Ostrzyła precyzyjnie kurs. Bie-

gnące z wielkiej przestrzeni fale rozbijały się o dziób z pasją, szkwały byty świeże i rześkie.
Ingrid uniosła twarz. Jakby z wyrzutem spojrzała na Marię Elwirę.

– Marzyłam o takiej rozmowie z tobą – powiedziała z błyskiem w oczach
–  A  teraz  nie  chcesz  takiej  rozmowy  –  przerwała  jej  Maria  Elwira.  –  Żadna  kobieta  nie

może pragnąć owocu bestialskiego gwałtu. Może zmusić się, wykarmić, wychować dziecko,
ale pozostanie w niej bunt albo pustka...

Tragiczne  są  pomyłki  „nieomylnych”  wiesz,  Hitler  zagłada  Żydów  w  imię  doskonałości

rasy, półbóg Stalin, zagłada opornych w imię „blasków promiennych” przyszłości... I wcze-
śniej Pizarro, zagłada cywilizacji Inków w imię chrześcijaństwa... Nieomylni są obrońcy em-
brionu, którzy już niemal ogłosili człowiekiem, a kobietę, matkę niczym... To groźny ekspe-
ryment dla poczynania i rozwoju ludzkiego życia.

Ingrid ujęła oburącz wolną dłoń Marii Elwiry – Bunt i rozpacz goreją jeszcze w tobie, je-

żeli chcesz być sprawiedliwa, musisz być wyrozumiała, Mario.

–  Bzdura,  biskupi  opornych  sobie  świeckich  parlamentarzystów  nazywają  publicznie

zbrodniarzami...

– Właśnie, dlatego pustoszeją kościoły. – Powiedziała Ingrid i znów pochyliła się nad ste-

rem.

Choć wiatr tężał, cisza zapanowała w kokpicie. Skały z lewej burty zostały daleko za rufą.

Tuż nad topem zawisła biała mewa. Zdawało się, że patrzy z góry bystrymi oczkami na ko-
biety przy sterze. Daleko przed dziobem rysowało się pasmo gór, rejs dobiegał końca.

Z kabiny wyszedł Edgar. Popatrzył przez lornetę tam, gdzie majaczył ląd, zwolnił panie,

usiadł przy rumplu.

– Jak ci się podobała wycieczka? – zagadnął Marię Elwirę.
Potem rozmowa potoczyła się o ostatnich wydarzeniach w Elberg. Maria wywnioskowała,

że Ingrid jest w niebezpieczeństwie. Nie uległa szantażowi terrorystów. Otrzymała ostrzeże-
nie, potem groźby. Maria przeczuwała coś złego, czuła też, że pragnie za wszelką cenę ochro-
nić tę wspaniałą kobietę, ale jak miała to uczynić? Jeszcze nie wiedziała.

Z rejsu wróciła innym człowiekiem. Niepokoiła ją jednak sytuacja Ingrid. Ona wiedziała,

co oznaczają takie groźby...

Pewnego wieczora Maria wracając z Beldown spostrzegła, że coś żywego porusza cię przy

drodze.  Przystanęła.  Był  to  sokół  ze  złamanym  skrzydłem.  Bronił  się  ostrym  dziobem,  gdy
chciała  obejrzeć  jego  ranę.  Zabrała  ptaka  do  domu.  Był  postrzelony  przez  człowieka.  Opa-
trzyła go i założyła mu bandaże. Potem stał na żerdzi i patrzył. Czasami spostrzegał w ogro-
dzie mysz lub żabę, machał wówczas zdrowym skrzydłem, jakby chciał wzbić się wysoko, by
spaść na zdobycz swoim sokolim skokiem. Maria zaprzyjaźniła się z okaleczonym ptakiem.

background image

54

Któregoś dnia przed jej domem zatrzymał się szary mikrobus, otworzyły się jego szerokie

drzwi  i  wyjechała  z  nich  staruszka  na  inwalidzkim  wózku.  Marię  znów  chwycił  za  gardło
skurcz. Poznała. To była Flora Tokarsky. Wybiegła z domu, otworzyła furtkę do ogrodu. Flo-
ra uśmiechała się z daleka. Maria ucałowała jej rękę... Sędziwa pani pozostała wierna swojej
sprawie. Okazały dom zamieniła na pensjonat dla samotnych matek.

– Ty odmieniłaś moje życie wewnętrzne – powiedziała później w rozmowie do Marii El-

wiry.

– Ja?! – zdziwiła sio gospodyni. – Ja cię okaleczyłam, ja zniszczyłam twoje życie, Floro.
– To pozory – uśmiechnęła się staruszka. – Tam w Segers był moment, którego nie zapo-

mnę, patrzyłyśmy sobie w oczy. Wiedziałam, że strzelisz, myślałam, że zginę, ale byłam za-
fascynowana. Nigdy w oczach człowieka nie widziałam podobnej rozpaczy. Nie było w nich
nienawiści, była udręka. Długo widziałam twoje oczy w szpitalu i później, gdy wracałam do
zdrowia... Były to oczy ciągle gwałconej... Czytając o tobie te straszne rzeczy, pragnęłam cię
spotkać i wyrwać z tego splotu, ty nie byłaś terrorystką... Wiele upokorzonych przez los na-
kłoniłam, żeby nie przerywały życia, któremu ze swojej istoty dały początek. Nigdy jednak
nie udało mi się przekonać takiej, która została zmuszona... Nakaz to często obezwładnienie
sumienia i sprowokowanie buntu... Ciebie można było przekonać dając ci wolną wolę – po-
wtórzyła Flora. – Ale kto tego miał dokonać, skoro sędziowie na ziemi i Bóg na niebiosach
posługiwali się jedynie policją... Myślę, że gdy wówczas odzyskałaś przytomność, najstrasz-
niejsze było dla ciebie to, że skutki czynu zwyrodnialców stały się prawem ludzkim, a ty –
jedynie przedmiotem. Potem przyszło ci do głowy, że to niemożliwe, bo jeżeli Bóg jest Bo-
giem, musi być sprawiedliwy.

– Dokładnie tak... – skinęła głową Maria.
– Myślałam o tym, aż ocknęłam się z fanatyzmu i stało się, jakbym wyszła z mroku. Pod-

jęłam rozmowy... – zostawmy ustawy władzom ziemskim, szukajmy miłości dla jeszcze nie
narodzonych w dobrej woli, starałam się przekonać możnych – ciągnęła spokojnie Flora.

Na żerdź tuż obok altany skoczył sokół, machnął zdrowym skrzydłem i spadł jak kamień

na ziemię. Maria wstała, uniosła ptaka i posadziła na tyczce. Twarz Flory wypogodziła się.

–  To  ty  Mario  powiedziałaś,  że  największym  darem  Boga  jest  miłość  matki.  Wielu  du-

chownych przyznaje temu rację. Ale kościół to urząd. Pół – Bóg, półczłowiek, który kieruje
obecnie tym urzędem ustanowił, że liczy się tylko ziarno i ziemia, jakby zapominając o słoń-
cu, którym jest miłość matki. Jeżeli świat zlekceważy światło tego jedynego słońca, miłujące
matki przestaną być potrzebne. Wystarczą wymyślne inkubatory i  policyjny nadzór nad po-
wielaniem takich istot ludzkich – nieludzkich. Namiestnicy niebios uwierzyli w policję i stra-
cili wiarę.

– Więc odeszłaś od kościoła, Floro? – zapytała Maria Elwira.
Flora przyglądała się uważnie sokołowi. Chwilę trwała cisza.
– Nie. Nie odeszłam od kościoła – powiedziała wreszcie Flora. – Kościół to nie tylko ka-

płani, kościół to wierni. Ja pozostałam wierna. Jeżeli intencją Boga jest, aby nie zabijać życia,
które już zaczęto tętnić, ja o to się staram w duszach, a nie w parlamencie i na policji... Przed
twoimi strzałami w Segers walczyłam o przymus. Niech matka nienawidzi, ale urodzić mu-
si!... To ja byłam terrorystką. Ludzka matka rodzi z miłości, więc w ciemności popełniałam
gwałt. Gdy to zrozumiałam, twoje strzały przyjęłam z pokorą...

–  Ty  jesteś  święta...  –  powiedziała  Maria  Elwira  patrząc  w  zachodzące  słońce,  którego

czerwona bryła rozrzucała tysiące refleksów po strzępach chmur za kamienną górą.

– Nie, Mario, nie ma pewności, że istnieją święci, jest pewność, że istnieją ofiarni bez pychy.
Maria wstała, poszła do salonu, przyniosła starą, mauretańską szkatułkę bogato inkrusto-

waną.

– To klejnoty trzech pokoleń mojej rodziny. Nie mają już godnego spadkobiercy. Ojciec

przechował je dla mnie w banku. Wzięłam, żeby przejrzeć precjoza i odnieść tam, gdzie zaw-

background image

55

sze  pozostaną  martwe.  Spraw,  żeby  ożyły,  Floro.  Niech  przyniosą  pomoc  matkom,  które
dzięki tobie nie będą jedynie ziemią i ziarnem, ale też słońcem dla swych dzieci...

Sokół ze złamanych skrzydłem znowu patrzył na Florę. Ona milczała jakby nie znajdując

już słów w tej rozmowie.

– Pamiętam ćmę w twojej celi – powiedziała po chwili. – Na imię miała Liwia...
– Tak, po śmierci wyglądała jak żywa.
– Teraz masz sokoła...
– Ze złamanych skrzydłem – uśmiechnęła się Maria. – Jak myślisz Floro, czy on jeszcze

wzbije się wysoko?

– Tak, ma tylko złamane skrzydło, ale widzi i czuje. – Flora spojrzała na szkatułkę. – A w

tobie  Mario  Elwiro  słońca  nie  zniszczył  szatan,  ani  błąd  nieomylnych...  –  powiedziała  lub
tylko pomyślała sędziwa pani.

Czerwona  kula  słońca  pochyliła  się  nisko.  Maria  patrzyła  jak  szary  wóz  pnie  się  w  nie-

zwykłym blasku ponad poziom, miała wrażenie, że Flora na swym inwalidzkim wózku ode-
rwała się od ziemi i wzlatuje, bo ma tylko złamane skrzydło...

Wreszcie tamci dwaj wrócili. Telefon akustyczny przemówił. Rozmowa znów toczyła się

na tematy zawodowe. Chodziło o zamach na przemysłowca w Portugalii. Zabójstwo zlecone
przez handlową konkurencję. W działaniu tej bandy nie było idei. „Szczur” przyjmował za-
mówienia z całej Europy. Teraz szajka znów szykowała się do wyjazdu.

Wieczorem  przypilnowała  ich  gdy  wychodzili.  Kazała  Magnusowi  przyjść  następnego

dnia rano. Przyjął wezwanie, był nawet zadowolony. Pogłębiło to jej nadzieje. Istotnie, rano
Magnus  przybył  do  willi  zgodnie  z  umową.  Usiadł  w  fotelu,  bawił  się  długim  nożem,  pod
bluzą miał pistolet.

– Granaty nie wiszą tu nigdzie na różańcu Albakory? – zapytał rozglądając się po pokoju.
– Ratuj się, jesteś osaczony – powiedziała wprost.
– A tobie co do tego, Albakora? Po starej znajomości mnie ostrzegasz?
–  Tak  jakoś  odpowiadam  za  twój  los.  Zabatożą  cię  posypując  solą,  taki  masz  wyrok  w

„Armii”. Uciekaj – blefowała.

– A tak naprawdę, czego chcesz? – patrzył na nią stalowymi oczami bez wyrazu. Nie był w

tej chwili idealnym odbiciem Hydego, wargi miał pełniejsze, nos bardziej wąski, po jego kar-
ku nie biegał robak ze szczypcami na odwłoku.

– Czego chcę? Przeklęłam cię, zanim ujrzałeś świat, to prawda, teraz daję ci szansę ratun-

ku. Czy rozumiesz, że to możliwe?

– Ty jesteś wariatka, więc wszystko możliwe. Po co wróciłaś do roboty, skoro ci miłosier-

dzie w głowie? Nie blefujesz aby?

– Odwołaj robotę w Lizbonie. To wygląda jak zasadzka...
Strzał był celny. Magnus przestał bawić się sprężynowcem, jego  dłoń zamarła na ostrzu.

Chwilę trwał w bezruchu.

– O jakiej Lizbonie... O jakiej robocie mówisz?
– O łapaniu motyli w siatkę, głupcze! Zanim zabijesz Portugalczyka zginiesz.
– Co ty o tym wiesz, Albakora? Też w tym jesteś? Ta robota jest spalona?
– Ta i inne, bo ty jesteś spalony, masz bojówkę na karku. Wycofaj się, to ostatnia chwila.
– Myślisz... Tacy jak my nie mają odwrotu, to niemożliwe.
– Możliwe jest jeszcze wszystko.
– Nawet, żebym miał matkę taką jak inni, a ty syna z żoneczką i bachorami, które prosiły-

by babcię na święta?... – zaśmiał się szczerze. Ten śmiech dochodził z oddali, dudnił jak w
murach rozwalonej piwnicy. To nie nóż był w rękach szakala a kret, który wypełzł z podgrza-
nego słoika i czepiał się palców Hydego ostrymi pazurkami. Pomyślała, że te dwa zwierzęta
są zrodzone z siebie. Opanowała się, przed nią siedział jej mimo wszystko syn Magnus, któ-
rego postanowiła ratować.

background image

56

– Wycofaj się albo zginiesz! – powiedziała stanowczo.
– To nakaz? Ultimatum?
– Nakaz! Powiedz, kiedy stałeś się szakalem? – jej władczy ton załamał się.
Chwilę trwała cisza. Obserwowała jego twarz. On nie szukał przyjaciela, nawet sojusznika.

On szukał tylko kogoś, kogo mógłby zabić.

– Nie musisz odpowiedzieć zaraz, poczekam – ustępowała bojąc się stracić szansę.  Jego

maska jakby wyłagodniała, pojawił się na niej zbliżony do ludzkiego wyraz. Czepiała się te-
go,  może  stanie  się  cud,  może  spadnie  wymodlony  deszcz  na  jego  poletko.  Bóg  wysłucha
błagań jednej matki o ratunek dla tylko jednego dziecka.

Skulił się jakoś, przyczaił. Spojrzał na nią. Nienawiść była w tym spojrzeniu.
– Ty mnie pytasz?! Nie wiesz kiedy?!
– Leczyłam cię...
– Bzdura, nie byłem chory. Nie miałem guza na mózgu. Twoja wina, że taki jestem.
To była prawda, ona wiedziała dlaczego jest taki... Teraz bawił się nożem, mówił powoli,

wydawało się, że z rozwagą.

– Ten gwałt i moje urodzenie zrobiły z ciebie poparzoną sukę. Jako dzieciak przypomina-

łem sobie rzeczy, których nigdy nie widziałem. Były to nieładne historyjki, nieładne zabawki.
Nie domyślasz się skąd je znałem?... Raz spotkałem panienkę, była inna niż te, którym robi-
my kuku, gdy mamy ochotę. Chciała ze mnie zrobić męża i żebym prowadził dom towarowy
na Kanarach. Jej ojciec był bogaty. Dałem się nabrać na pieszczoty. Też byłem u psychiatrów
i psychologów... I wiesz... ja powinienem uciekać z twojego brzucha zanim zawiązał mi się
mózg. Ale byłem za mały, nie uciekałem... Ty karmiłaś mnie takim jadem, że przechodził mi
aż w pięty. Było nie rodzić jak nie potrafiłaś.

– To było niezależne od mojej woli. Znienawidziłam oprawców, bo... bo... – miotała się,

czuła, że przegrywa.

– Złorzeczyłaś i co? Nie czytałaś książek? Nie mówili ci, jakie może być dziecko?
– Mówili, ale co miałam robić? – nadal broniła się po desperacku.
– Ale ja co miałem robić? – zaśmiał się Magnus.
– Byłam osaczona. To kraj dogmatów, klechów, terroru i zbrodni.
Przeklęty kraj!
– Jakie wnioski? – Magnus drwił, jego twarz ciągle wykrzywiona była uśmiechem Hyde-

go.

– Ty też odkryłaś co trzeba robić... Bum, bum, bum!... Strzelać trzeba, strzelać... Albakora

– Hyde roześmiał się gdzieś z głębi.

– Odziedziczyłeś zbrodnicze cechy po ojcu! – niemal krzyknęła.
– Źle zrobiłem? Miałem nie dziedziczyć?... – kpił „Szczur”. – Mądraś ty mamuśka?
– Nie nazywaj mnie mamuśka!
– Już się zniechęciłaś, nie chcesz ratować syna? Ta panienka była lepsza. Ale skoro roz-

mawiamy, to ci powiem. nie kaperuj mnie. Nie będzie ze mnie ksiądz ani mieszczanin. Zo-
staję kim jestem.

– Nie zostaniesz! Ja też myślałam, że...
Magnus parsknął śmiechem.
– Ty porównujesz siebie i mnie?! Durna! Ty byłaś aktorką, wasze akcje to był cyrk. Twoje

miejsce w teatrze – popatrzył na nią uważnie, poprawił się w fotelu, schował klingę do ręko-
jeści sprężynowca.

– Zróbmy umowę Albakora... Albo ty mnie, albo ja ciebie.. Póki żyjesz, czuję twoje prze-

kleństwo, ciąży mi ono. Póki ja żyję, nie odzyskasz spokoju po tym gwałcie. Albo ty, albo ja,
pamiętaj! – trzasnął sprężynowcem, ważył go chwilę w dłoni. Wstał i wyszedł.

To  co  usłyszała  i  co  wiedziała  przedtem  ułożyło  się  w  logiczny  ciąg.  –  Średniowieczny

zamek w Anglii zwiedzała mając 17 lat. W lochach widziała pieczarę i łoże z kołem do łama-

background image

57

nia kości. Po gwałcie, to zapomniane już urządzenie wróciło do niej, powiększone i bardziej
upiorne. Ciągle miała przed oczami haki, noże, tryby i porozrywane ciała swoich oprawców z
piwnicy  w  rozwalonym  domu.  Zabijała  ich  halabardą,  rozrywała  żywcem  w  tej  maszynie.
Magnus kształtował się wtedy. Chwilami czuła, że nie jest sama, że ktoś wraz z nią uczestni-
czy w tych snach i seansach. Znalazła wówczas tę książkę o wpływie doznań kobiety ciężar-
nej na kształtowanie się płodu i późniejsze cechy człowiecze dziecka. Przeraziła się, odrzuciła
książkę. Mimo nieprzepartej żądzy odwetu, nie chciała razić trądem. Nie chciała! Ale to było
silniejsze od jej woli.

Widziała, słyszała, czuła krzywdę, wstręt, przerażenie... Kret! Bóg ci dopomoże, córko...

Bóg nie dopomagał. Ich też torturował halabardą. Nie było pomocy, był bunt, chęć wyzwole-
nia, ucieczki, chęć czegokolwiek poza tkwieniem w tym, co uczyniły z nią bestie.

Zauważyła, że gdzieś spływa ten jad, kumuluje się, nie wiedziała w czym, ale przynosiło

to jej ulgę,. Gdy Magnus miał osiem lat, narysował człowieka rozrywanego halabardą, potem
maszynę jaką widziała w Castle Ostrich Feather nad Tamizą... Te same były tryby i dźwignie.
Torturowany miał kreci ryj...

Więc to ona przekazała w niewytłumaczony sposób dziecku udrękę. Ona?! Ona jest odpo-

wiedzialna za bunt swojej natury przeciwko temu, czego doznała? A gdzie ci z maskami mi-
mów, gdy krzyczała, że nie poradzi takiemu macierzyństwu... W obozach śmierci „ludzie” z
trupimi czaszkami na mundurach, zapładniali zniewolone kobiety  zwyrodniałym  nasieniem.
Cywilizowany świat postawił ich przed sądem i zapłacił szubienicą. A jej oprawcy?...

Następnego dnia znów spotkała się z O’Nell’ami. Proponowali jej pracę w jakiejś społecz-

nej  organizacji.  Wyjazdy,  dobroczynne  akcje.  Pierwszy  raz  od  lat  śmiała  się  szczerze,  słu-
chała dowcipów, piła szampana. Gościła w ich domu trzy dni. Spostrzegła, że oni postanowili
uratować w jakiś sposób resztę jej lat. Postanowili przerwać tę jej ciągle złą samotność, która
nie była spokojem. Uwierzyła, że ci ludzie, to właśnie jej światło w ciemności.

Pożegnali  ją  serdecznie.  Potem  wyjechali  do  Francji.  Ingrid  robiła  wszystko,  aby  zostać

matką. Po miesiącu Maria Elwira dostała depeszę. Ingrid telegrafowała, że wymodliła u swo-
jego Boga deszcz na jednym poletku, spodziewała się dziecka, była bardzo szczęśliwa.

Maria Elwira powoli wracała do normalnego życia. Opiekowała się trzema starszymi oso-

bami wskazanymi jej za pośrednictwem Ingrid przez organizację dobroczynną, brała udział w
zebraniach, czytała. O’Nilowie powrócili i Maria dzieliła z Ingrid jej szczęście oczekiwania
na dziecko.

Któregoś dnia w domu znowu zastała szakali. W tubach głosowych usłyszała śmiech Ma-

gnusa...

– ...Podaj się do dymisji, Gass. Jesteś gówniarz, a nie żołnierz wolności. Zaczynasz srać w

portki?

– Głupiś, szefie, rzecz w tym, żeby wycofać się w porę. Swąd jest blisko... Nie czujesz? –

drugi głos był płaski i uległy. Magnus mówił władczo.

– Czuję, dlatego jeszcze dzisiaj rozwalimy O’Nell’ów. Zbieraj się jest wyliczony...
Maria  Elwira  zdrętwiała.  Upiory  chwyciły  ją  za  gardło,  pot  zalał  jej  czoło.  Owa  niemoc

trwała może chwilę, może znacznie dłużej. Nagle poczuła przenikliwy  chłód. Zerwała się z
miejsca. Tamci mówili jeszcze o szczegółach zamachu. Potem rozległ się szczęk broni. Sza-
kale szykowali się do wyjścia. Przed Marią Elwirą przesuwały się obrazy jak na przyspieszo-
nym filmie, czarno  –  białe  klatki  zatrzymały  cię,  podskakiwały  w  miejscu,  nabierały  ostro-
ści...  Wykrzywiony  zwierzęcymi  doznaniami  pysk  Hydego...wąskie  wargi,  rozdęte  bydlęce
chrapy szerokiego nosa...Mamo kup mi ciężarówkę na cztery baterie... Mamo, chcę pić i po-
biegnę  na  boisko.  Mamo...  Mamo?!  –  Zacisnęła  powieki,  drgające  klatki  czarno  –  białego
filmu  zatrzepotały  jeszcze  bardziej  i  gdzieś  przepadły.  Zobaczyła  szczęśliwą  matkę,  Ingrid
pochyloną nad kołyską, staroświecką drewnianą kołyską. A to co? świętość, najwspanialsza
świętość w jej życiu... Zatroskana, pełna ciepła twarz kobiety młodej, w pełni dojrzalej i już

background image

58

starej w miarę mijania  czasu, Oblicze jej matki, która tak bardzo pragnęła,  ale nie potrafiła
uratować Marii z mocy szaleńców. Po śmierci pani Teresy Izabeli Telier, kiedy Maria prze-
bywała jeszcze ciągle za drzwiami obitymi blachą, ojciec wybudował na świeżej mogile po-
sąg matki z białego granitu. Matka była na nim piękna, ale już tylko z kamienia... A Ingrid?
Maria Elwira czuła, że coś rozrywa się w niej na strzępy. Czuła sercem całym i już rozerwa-
nym,  że  dzieje  się  rzecz  straszna.  Ingrid  była  świętością,  która  niesie  miłość  matczyną.  Jej
dziecko  nie  będzie  tworem  zatrutego  ziarna  i  splugawionej  ziemi.  Tętniące  w  Ingrid  nowe
życie jest darem głęboko pojętego nieba... spełnieniem pragnień kobiety – matki. Czy szakale
mogą zabić taką świętość? Bóg na to pozwoli? A gdzie jest Bóg w ogóle... Ale cóż to? Roz-
hukane morze i bezwładny na nim kształt korabia jak piórko. Dalej skały, smocze zęby czy-
hające na żer i ofiarę. Ludzie na klęczkach przywołują w pokorze Boga. Bóg pochyla się nad
nimi  w  wielkiej  przestrzeni...  Nadzieja  w  kotwicy  –  mówi  jego  duch  wszechmogący.  Więc
może Bóg to tylko nadzieja?

Twarz matki jak z kamienia, w kącikach granitowych ust przerażenie. I staje się cud, ka-

mień zamienia się w ciało, przerażenie  w uśmiech pełen nostalgii, jak przed laty na brzegu
morza pod skałą, którą potem przewróciły sztormy. – Bóg jest w tobie, Mario Elwiro, szepczą
usta w świecie jedyne. – Bóg jest we mnie, myśli Maria Elwira i pyta swojego Boga, czy po-
zwoli, aby jej syn Magnus zgasił słońce jednej miłości matczynej. Ale Bóg jest zbyt wielki,
żeby odpowiedzieć na takie małe pytanie.

– Co robić, mamo? – pyta Maria Elwira. Twarz matki nie jest już obliczem z kamienia. –

Jeżeli możesz, nie zaniechaj ratunku – odpowiada Bóg, który ciągle żyje w pani z kamienia i
serca.

– W tobie nadzieja, Mario – krzyczy głos gdzieś z bliska i daleka. – Kotwice sięgnęły dna,

wyprężyły się mocne łańcuchy. Korab powoli obraca się dziobem do fal, które niosły go burtą
ku zagładzie. Gdzieś  w  wielkiej  przestrzeni  –  zrodziła  się  nadzieja  ratunku,  dla  nie  spluga-
wionej matki i słońca jej matczynej miłości.

Maria Elwira poczuła myśl jasną jak błysk, przejrzysta jak źródlany potok i siłę nie skażo-

ną lękiem.  Wskazówki  na  zegarze  ruszyły  szybciej,  jak  kiedyś,  gdy  sekundy  decydowały  o
wszystkim.

Oni  odjechali,  dom  był  pusty.  Sięgnęła  po  klucze.  Zbiegła  po  schodach,  otworzyła  stró-

żówkę.

Na ścianie wisiało kilka pistoletów maszynowych, dalej były składane karabiny z celowni-

kami optycznymi. Tą bronią Magnus dokonywał zabójstw na zlecenia. Precyzyjność jej raże-
nia była niezwykła. Pod ścianą stały ręczne karabiny maszynowe. Sięgnęła po broń specjalną.
Zawahała się; W rogu wisiał włoski karabin carcano. Był seryjny, tani, ale wśród terrorystów
cieszył się powodzeniem. Z takiego karabinu Le Oswald strzelał w Dallas do prezydenta Sta-
nów  Zjednoczonych  Ameryki  Johna  Fitzgeralda  Kennedy’ego.  Karabin  wyposażony  był  w
celownik optyczny. Ostatecznie wzięła carcano. Sprawdziła amunicję. Magazynek był pełny.
Przełożyła  zamek.  Charakterystyczny  trzask  przypomniał  jej  kurs  w  Libanie.  Strzelała  tam
często, właśnie z tej broni. Pasował do jej ręki jak żaden inny. Strzelała z każdej pozycji, zer-
kając jedynie na muszkę i cel. Niepotrzebna była luneta.

Chwyciła karabin. Pobiegła schodami do góry. Zmieniła buty. Narzuciła płaszcz. Wyszła z

domu. Jej śmieszny citroen 2CV stał na trawniku. Wiatr huczał w drzewach. Było już ciemno.
Z ciężkich chmur spadło kilka kropli deszczu.

– Rzuciła karabin na siedzenie z tyłu. Usiadła za kierownicą, przekręciła kluczyk w stacyj-

ce. Chwilę rzęził rozrusznik aż odezwały się odgłosy nierównej, pełnej wibracji pracy silnika.
Spojrzała na karabin leżący z tyłu. ...Mamo,  daj  mi  soku  z  malin,  pomarańczowego  nie  lu-
bię... mamo, chcę latawiec – duży, taki, który ma ogon jak kometa. Mamo... mamo... Zdrę-
twiała. – Cóż chcesz zrobić, po co ci broń, nieszczęsna? – zapytała sama siebie. Nie było od-
powiedzi. Samochód ruszył sam, jakby bez jej woli. W szybę uderzyły duże krople deszczu.

background image

59

Wyjechała z ogrodzenia. Skręciła w kierunku morza. Jechała bulwarem, okrężną drogą do

starego cmentarza. Minęła karłowaty lasek na kamiennym wzgórzu. Zaparkowała samochód
za ocalałym murem. Wzięła broń, ruszyła przez cmentarz.

Wicher huczał w wysokich krzyżach i poprzewracanych mogiłach.
Tuż  przed  zakrętem  szosy  sterczały  ku  niebu  mury  kaplicy.  Maria  Elwira  przylgnęła  do

płyty  grobowca.  Obserwowała  okolicę.  Rzuciła  okiem  na  zegarek.  Sekundnik  pędził  wokół
tarczy pospiesznie.

Około  23.30  Edgar  i  Ingrid  powinni  pojawić  się  na  zakręcie.  Prom  przypływał  o  22.50.

Bandyci obliczyli,  że  na  opuszczenie  statku  i  dojazd  do  zakrętu  potrzebne  będzie  nieszczę-
snym około 40 minut... Zegarek w tej chwili pokazywał 22.55. Maria Elwira ruszyła w kie-
runku  cmentarnej  kaplicy.  Jeżeli  „Szczur”  był  już  na  stanowisku,  nie  musiał  jeszcze  obser-
wować  szosy.  Mógł  patrzeć  na  cmentarz.  Gdyby  ją  spostrzegł,  strzeliłby  niechybnie.  Nie
uratowałaby wówczas Ingrid i Edgara. Zginęliby jej przyjaciele. Nie! Tak stać się nie może.
Dokoło panowały nieprzeniknione ciemności. Na niebie wisiały ciężkie chmury, przez które
nie przebijał blask księżyca, ani też nie świeciła żadna gwiazda. Spostrzegła już w Libanie, że
w takim mroku widzi jakimś dodatkowym zmysłem. Właściwie nie widzi, czuje...

Podeszła dalej. Teraz mur kaplicy sterczał zaledwie kilka metrów przed nią. Odwróciła się

i nisko pochylona pobiegła w przeciwnym kierunku.

Pospiesznie wspięła się na niewielką górkę, gdzie głośno szumiały i chyliły się na wietrze

rozczapierzone  sylwetki  karłowatych  sosen.  Przywarła  do  jednej  z  nich.  Patrzyła  dokoła...
Tak, tam... W wyrwie muru coś wyczuła, wytężyła wzrok... Jest... Na asfalcie stal luksusowy
mercedes Magnusa.

...Więc „Szczur” był w  kaplicy.  Czekał  już  na  swoje  ofiary.  Znów  spojrzała  na  zegarek.

Duża  wskazówka  na  podświetlonej  tarczy  dochodziła  dwójki,  mała  minęła  jedenastkę...  A
więc odliczanie do minuty „zero” rozpoczęło się. Ingrid i Edgar opuścili prom. Minęli mia-
steczko Elberg i w tej chwili wjechali pewnie na drogę prowadzącą do Beldown.

Maria Elwira ruszyła w stronę kaplicy. Teraz „Szczur” już zapewne obserwował szosę. Z

góry padł nieuchwytny blask księżyca. Wydłużony cień drobnej postaci, przekreślony niczym
krzyż poprzecznym cieniem karabinu, przemknął przez zarośniętą drogę między cmentarzem
a ruinami z czerwonej cegły. Przykleił się do poszczerbionego muru. Maria Elwira zmrużyła
powieki,  patrzyła  z  góry  w  głąb  ruin.  Panowała  tam  cisza,  w  ciemnościach  nie  było  śladu
człowieka. Maria Elwira znów spojrzała na zegarek. Duża wskazówka dochodziła do cyferki
cztery... Samochód mógł pojawić się w każdej chwili.

Maria weszła do ruin. „Szczur” musiał zająć stanowisko z otwartym widokiem na zakręt.

Takie miejsce mogło być w sąsiednim pomieszczeniu z lewej albo  prawej strony... Tu albo
tam. Pomyłka byłaby końcem wszystkiego. Przyniosłaby śmierć Ingrid, Edgarowi i jej. Wy-
cofała się, ukryła znów za murem na zewnątrz. Podniosła kamień. Rzuciła go na środek ka-
plicy. Zadudnił w ciemnej ciszy. Przywarta do ściany. Słuchała. Patrzyła w czerń między ki-
kutami murów. Z lewej strony wyczuła ruch. Z niszy pomieszczenia sanitarnego starej kapli-
cy  wysunęło się coś bardziej ciemnego od mroku.  W  tej  chwili  z  gruzów  zerwał  się  nocny
ptak. Cień cofnął się, ale zaraz wrócił na miejsce. Postąpił do przodu. Nasłuchiwał chwilę i
znów cofnął się do ruin. Maria Elwira ruszyła za nim. Spojrzała przez wyrwę. „Szczur” stał z
karabinem w ręce i patrzył na zakręt. Przed nim leżała lorneta i pistolet. Maria Elwira miała
wrażenie, że zrobiło się jaśniej. Była od szakala nie dalej niż 10 metrów. Długotrwałe przy-
zwyczajenie  wzroku  do  ciemności  dało  efekt.  Zastanawiała  się,  czy  „Szczur”  widzi  w  tej
chwili tak dobrze jak ona. Trzymał składany karabinek w gotowości. Zapewne broń nałado-
wana była amunicją z rozpryskowymi pociskami. Bandyta położył karabinek na kamiennym
parapecie. Sięgnął do kieszeni po papierosy, śledząc ciągle szosę przed  zakrętem.  Postąpiła
krok jeden, drugi, trzeci. Stanęła w rozbitej futrynie. Była nie osłonięta. Trzymałaś carcano w
obydwu rękach nad biodrem.

background image

60

– Nie zabijesz Ingrid i Edgara – usłyszała swój metaliczny głos w mrocznej ciszy.
„Szczur” zapalił właśnie zapalniczkę. Czerwony płomień oświetlił jego twarz... To nie był

Magnus, to był Hyde... Hyde zapalający papierosa, gdy leżała na kamieniach w piwnicy za-
krwawiona i zbita, a on szykował się do jeszcze jednego gwałtu. Miał wargi wąskie i wydłu-
żone jak dżdżownice, tak samo spiętą w nieokiełznanym wyrazie twarz i rozdęte chrapy sze-
rokiego nosa.

Zapalił  papierosa.  Zgasił  zapalniczkę.  Zaciągnął  się  dymem.  Maria  Elwira  widziała,  że

skupił całą uwagę na pistolecie, który leżał obok lornety. Karabinek był dalej.

– Nie zabijesz Edgara i Ingrid – powtórzyła jak echo.
– Ty tutaj?
–Ja!
– Czego chcesz? Odejdź! Postąpiła jeszcze jeden krok do przodu.
– Nie chciałeś być człowiekiem...
– Suka – warknął. – Nie Strzelisz. Pamiętasz, co mówiłaś?
– Przygotuj się, to mój wyrok, matki, niematki.
– Skąd wiedziałaś, że tu jestem? Zdrada? „Armia” wyszperała?
– To mój wyrok, nie organizacji.
– Albakora?
– Nie, Maria Elwira, Teresa Tellier.
W tej chwili daleko na drodze ukazały się światła reflektorów, zmieniły kąt i zaczęły zbli-

żać się do zakrętu. Sekundy nabrały innego rytmu.

Nie przeszkadzaj Albakora, wykonamy robotę i odejdziemy... – Głos szakala zdradzał nie-

pokój.

W tej chwili na drodze zapaliły się inne światła, błysnęły trzykrotnie i zgasły. To Gass da-

wał umówiony znak. Zidentyfikował samochód jadący z promu. Do zakrętu zbliżały się wła-
ściwie  ofiary.  „Szczur”  miał  strzelać.  Był  jednak  osaczony,  czuła,  że  po  desperacku  szuka
fortelu...

– Jak chcesz Albakora, możemy zrezygnować z tej roboty. Przerywam akcję – powiedział i

uniósł ręce do góry. Odwrócił się tyłem do broni ułożonej na kamiennej płycie. – Poddaję się
dodał pokornie.

Albakora  uczyła  się  tej  sztuczki  w  Libanie.  Aż  do  bólu  ręki  ćwiczyła  ruchy  związane  z

trickiem,  przy  pomocy  którego  on  chciał  teraz  ratować  swoją  sytuację.  Widziała,  że  to  nie
była kapitulacja. Niesamowity pojedynek w ciemnościach dopiero się rozpoczął...

Maria Elwira wykonała gest, jakby uwierzyła. Natychmiast jednak lewa ręka bandyty opa-

dła, ruch ten był niemal niewidoczny w ciemnościach. Dokoła panowała cisza, pełno jej było
w mózgu, oczach, dzwoniła w uszach. Magnus podnosił wyciągnięty nagle zapasowy rewol-
wer.  Obracał  się  ku  niej,  unosił  broń  wyżej  i  wyżej...  Światła  samochodu  były  tuż.  Maria
spojrzała na muszkę carcano i cel. Nacisnęła  spust.  Huk  był  krótki,  nie  słyszała  go  prawie,
jedynie w błysku wystrzału zobaczyła wielką jak kiedyś sylwetkę Haydego, a ona trzymała w
ręce drzazgę z rozbitej futryny. Nie! Nie zabijesz Ingrid...

...Błysk zgasł, uzbrojone ramię opadło. „Szczur” trzymał jeszcze broń w zaciśniętych pal-

cach...  Maria  dostrzegła  ruch,  który  też  znała.  Szakal  usiłował  przerzucić  broń  z  lewej  do
prawej ręki. Nie poradził jednak, jego palce rozluźniły się, pistolet upadł z metalicznym trza-
skiem w ciemność. Cień przed nią zachwiał się, ale nie upadł. Wykonał nagły zwrot ku ka-
miennej płycie i pochwycił kocim ruchem karabin, w którym były rozpryskowe pociski. Sa-
mochód Ingrid był już zaledwie kilkanaście metrów od zakrętu. „Szczur” trzymał w ręce broń
specjalną,  skierował  ją  najpierw  na  Marię  Elwirę,  ale  ona  działała  jak  zaprogramowany  w
Libanie  automat...  Huk  wystrzału  niósł  się  długo  po  zdewastowanych  grobowcach,  ruinach
murów, połamanych krzyżach... Wielki cień wyprężył się i zwalił na gruz w starej kaplicy.

background image

61

Samochód  Edgara  zwolnił,  drugi  za  nim  zapalił  reflektory,  teraz  jak  tarcze  na  strzelnicy

widać  było  dwie  podświetlono  z  tyłu  ludzkie  sylwetki.  Spostrzegła,  że  Ingrid  poprawia  lu-
sterko, by blask nie oślepiał Edgara. Samochód wszedł w zakręt, obrócił się i począł oddalać.
Oślepiona, niczego znowu nie widziała. Nie czuła też zwykłej jasności umysłu... Hyde, kret...
piwnica, Magnus w pędzącym na jezdnię wózku... Nie wiedziała, kogo zabita. Chciała zoba-
czyć twarz dziecka albo maskę bestii... Ciemno było jednak. Cofnęła się za mur. Gass pewnie
dostrzegł, że robota nie została wykonana. Samochód Edgara nie wpadł do rowu, a odjechał.
Szakal  zatrzymał  wóz.  Pochylony  z  pistoletem  maszynowym  w  rękach  przeskoczył  skarpę.
Stanęła za węglem. Czekała. Jego cień ostrożnie wślizgnął się w głąb starych murów.

– Szczur?... Jesteś tam? –Dziwnie wyświstał złowieszcze przezwisko. Odpowiedziała mu

cisza.

–  Szczur...  Anioł...,  jesteś  tu?  –  powtórzył.  Nie  było  odpowiedzi.  Prześlizgnął  się  przy

ścianie, zajrzał do zdewastowanej pakamery, zobaczył broń na kamiennej  płycie.  Zamarł  w
bezruchu.

Maria  Elwira  patrzyła  przez  wyrwę.  Gass  zauważył  trupa.  Pochylił  się  nad  nim.  Odsko-

czył. Stał przy ścianie naprzeciw muszki jej carcano. Dyszał, wodził lufą automatu dokoła.

Maria Elwira stanęła w rozbitej futrynie jak przedtem.
– Rzuć broń, Gass! – powiedziała spokojnie.
– Albakora?!
– Nie, Maria Tellier. Rzuć broń!
Stała blisko, lufa jej carcano mierzyła w pierś bandyty, jego automat skierowany był kilka-

naście stopni w bok. Szakal wiedział, że jeżeli drgnie, zginie na miejscu. Rzucił automat.

–  Nie  strzelaj  Albakora,  to  był  ostatni  skok...  Nie  strzelaj!...  –  Bandyta  zrobił  krok  do

przodu. Czekała na trick, który nie udał się „Szczurowi”. Sekundy zatrzymały się w miejscu.
Szakal stal z podniesionymi rękami, nic się nie działo. Uniosła karabin.

– Za kobiety w Jugosławii... bestio! – Coś jej nie pozwalało przycisnąć spustu. Gass ukląkł

z podniesionymi rękami.

– Matko, panno, jeżeli jesteś wybacz. – Powiedział to jakby istotnie do Boga albo do sie-

bie, nie było w tym nic ze skomlenia o życie. Jego atak nie następował.

– Broń się! – warknęła.
– Z tobą nie mam szans, Albakora... Strzelaj, zabiłaś syna, zabij mnie. – Syna?!
– Tak, on był pewny, że go zabijesz. Nie bał się kul, nie bał się nikogo, mówił, że go za-

gryzie wilczyca, w której się ulągł. Tak mówił.

– Dlaczego?
– Bo go przeklęłaś i przekleństwo było silne...
– Oddaj zapasową broń.
– Po co mi ją zabierasz, kiedy mnie rozwalisz... Chcesz mnie sprowokować? To był mój

ostatni skok. Moja matka, przypomniała sobie, że ma syna... W kieszeni mam bilet do Colo-
rado. Rano odlot. Ja bytem taki jak ty. Mówią, że umiałaś straszyć i strzelać, ale nigdy nie
zabijałaś...

– Zabiłam Magnusa.
– On miał źle w głowie. Stale widział koszmary.
W  tej  chwili  dotarta  gdzieś  do  jej  głębi  ta  prawda.  Zerwała  kotwicę  i  skończyły  się  na-

dzieje... Podeszła do klęczącego, kopnęła pod ścianę broń zapasową, którą położył przed so-
bą.  Odstąpiła  na  bok,  przestała  mierzyć  w  pierś  bandyty.  Była  pewna,  że  Gass  ma  jeszcze
jeden  pistolet.  Odwróciła  się.  Jej  misja  była  skończona,  zabiła  kidnapra  zbrodniarza,  urato-
wała tamtych... Niech skończy się wszystko. Czekała, Szakal już dawno powinien strzelić.

– Nie wystawiaj się Albakora, ja nie chcę ciebie zabić – powiedział niemal spokojnie Gass.
– Dlaczego?

background image

62

– Bo nie... To był ostatni skok, strzelaj albo jadę do Colorado, nie wrócę tu. Mam bilet do

Stanów. – Sięgnął do kieszeni, wyjął błękitny kartonik. Coś dziwnego działo się w sercu Ma-
rii Elwiry. – ... Nie jej syn zginał przed chwilą od kuł matki nie matki. Ona zabiła tylko Sza-
kala. I można zawrócić kamień w locie, zatrzymać bieg rzeki, zabrać dziecko, które porwała
woda i niesie... A Magnus? – Mamo dlaczego króliki, tak dziwnie ruszają noskami, mamo, ja
chcę piłkę taką dużą, dużą, dużą. Mamo... Mamo?! To nie on leży w ciemnościach z przebi-
tym już na zawsze ramieniem i sercem. W człowieku na dnie jest odrobina miłości prawdzi-
wej. To Magnus klęczy, modli się do świętości wielkiego i małego świata... BOGA i MATKI.
Nawrócił się, rzuci straszne rzemiosło, wyjedzie, otworzy piękny sklep na Karaibach, Sesze-
lach, Bahama... Zaprosi ją do swojej żony i wnuka na święta... Matka nie może zabić syna...
Nie może! – Znów usłyszała swój głos, który jakby wyrwał się spod jej kontroli.

– Wstań, jedź do Colorado... – powiedziała jakby z daleka. Nie podejmowała decyzji, że

puści Szakala, to się stało gdzieś obok, a może wysoko. Chłopak powstał, trzymał ręce nad
głową. W mroku dojrzała jego oczy, nie były puste.

– Jeżeli jest świętość, jesteś święta Albakora – wyświstał jakoś przez zaciśnięte zęby be-

stii, a może zagubionej istoty ludzkiej jedynie.

Znów widziała w mroku. Przed nią majaczyła twarz bez kłów w paszczy i pajęczych łap na

skroniach. Obcy złoczyńca, albo Magnus, jej syn, nie syn wyszedł z ruin z rękami wzniesio-
nymi do czarnego, bez księżyca i gwiazd nieba. Po chwili na poboczu rozbłysły światła re-
flektorów.  Samochód  odjechał  w  kierunku  Beldown.  W  gruzach  znów  było  ciemno,  a  ona
była oślepiona światłem na drodze. Nie mogła zobaczyć trupa...  upiora ni dziecka... Mamo,
dlaczego nigdy nie opowiadasz mi o tatusiu?... Inne dzieci mają ojców, a ja mam tylko cie-
bie... mamo...

Nacisnęła  metalową  gałkę,  przesunęła,  zamek  karabinu  do  tyłu,  wyjęła  go  i  wrzuciła  do

torby. Karabin, powiesiła na haku wystającym z muru. Ruszyła przez cmentarz, ku zaparko-
wanemu samochodowi. Dokoła  była  pustka,  nie  było  gwiazd  ani  księżyca,  nie  było  światła
dnia i ciemności nocy. Nie było nic.

Wróciła do domu. Dom też był pusty, nie była w nim już nawet Szakali. Usiadła, patrzyła

w tę pustkę. Siedząc zasnęła. Zbudził ją sen. Na szarej ulicy spotkała Presilę.

– Uciekaj z tego kraju! – krzyczała do niej tamta. Miała skute ręce i była w złotej obroży z

serduszek i krzyżyków. Na czole miała znak czerwonej pieczęci.

– Co to za kraj?
– Kraj miłosierdzia i pokory... – odpowiedziała Presila.
– Jakiej pokory?
– Pokory przed życiem zagrożonym.
– Co tobie, co ty mówisz... Presila?
Tamta  zrobiła  gest  jakby  chciała  wyswobodzić  się  z  obroży,  ale  serduszka  zacisnęły  się

jeszcze mocniej na jej szyi.

–  Patrz  –  zniewolona  dziewczyna  wskazała  znak  pieczęci.  –  Muszę  oddać  serce  osobie,

która  jest  chora.  Wyrwą  mi  je  żywcem,  aby  było  świeże,  tak  jak  tobie  wyrwali  kiedyś.  Ty
żyjesz, ale serca nie masz, prawda?

– Dlaczego tu tak szaro, skąd ten dym?
– To biskupi palą na stosach czarownice, podobno nie ukorzą się za to nigdy.
Przed nią stał Magnus. Trzymał ją na muszce carkano. Wiedziała, że on nie może strzelić,

gdyż twarz i mózg, jak wtedy serce matki muszą jej wydrzeć żywcem, bo to był kraj takich
właśnie wartości.

Powstała z fotela, wiedziona jakby siłą z zewnątrz zeszła do arsenału. Unosił się tam jesz-

cze  duch  szakali.  Na  stole  stał  kryształowy  flakon  najdroższej  whisky  i  kilka  złoconych
szklanek. Broni na półkach było mniej niż poprzednio, widocznie wściekli zaczęli już prze-
prowadzkę... Gdzie Magnus mieszkał? Nigdy tego nie chciała wiedzieć. Być może miał luk-

background image

63

susową willę w skatach na brzegu, tak sądziła z urywków rozmowy, którą raz usłyszała przez
miedziany telefon akustyczny. Stała pośród nory morderczych kretów i patrzyła. Na starym
skórzanym fotelu spostrzegła płaską metalową walizeczkę z cyfrowymi zamkami. Wzięła ją
do rąk, pokrywa nie była zamknięta. Szakale czuli się  tu  bezpiecznie.  Podniosła  wieko.  Na
wierzchu leżał pistolet najnowszej konstrukcji i dwa magazynki amunicji. Pod bronią był luk-
susowy kalendarz w grubych okładkach wypełnionych elektroniką. Przerzuciła strony kredo-
wego  papieru.  Pod  datą  aktualnego  dnia,  widniał  zygzak  w  kształcie  błyskawicy  i  napis
Onillowie, obok rząd znaków i cyfr... Godzina przybycia promu, czas na dojazd do starej ka-
plicy, inne notatki. Kilka dni wcześniej taki sam znak i napis – Albakora... godz. 03. Napis i
godzina  były  przekreślone  na  krzyż  czarnym,  grubym  mazakiem.  Na  kartkach  kalendarza
znalazła jeszcze kilka podobnych znaków, ale żaden nie byt podobnie przekreślony. Pod datą
sprzed  miesiąca  widniał  także  znak  błyskawicy  i  nazwisko  powszechnie  znanego  księdza,
który w tym właśnie czasie zaginął w tajemniczych okolicznościach i do dziś brakowało ja-
kiegokolwiek po nim śladu. Maria Elwira wzdrygnęła się. Ksiądz Gustaw, skromny i zacny,
na każdym nabożeństwie przemawiał do sumień, tych, którzy strzelali do tłumu i detonowali
plastik.  Ludzie  słuchali  jego  kazań  w  skupieniu,  bo  trafiał  do  człowieczego  czucia.  Wielu
sprzyjających terrorowi odwróciło się od brygad zbrojnych. Słowa płynące do wiernych spod
sklepienia w małym kamiennym kościółku miały moc

 

ojca, który nie wzywa policji przeciw-

ko dzieciom, gdy zrobiły źle, lecz po prostu je wychowuje.

W rogu walizeczki leżał gruby plik pieniędzy spięty czerwoną apteczną gumką. Były też

jakieś pisma, papiery, drobne przedmioty. Uwagę Marii zwrócił czarny aksamitny woreczek
przytroczony do wnętrza neseseru plecionką z wężowej skóry. Otworzyła juczek i oniemiała.
Wewnątrz  była  klepsydra,  którą  przed  laty  Magnus  przyniósł  do  domu  nie  wiadomo  skąd.
Piasek przesypywał się w niej z miarki do miarki w czasie trzech minut i jednej sekundy...
Kiedyś – opowiedziała mu bajkę o złym człowieku, złym Bogu i czarnym słońcu... O świecie,
w którym nie było dnia, woda była ciemna i szary kolor miały łąki.  Ludzie nie mieli oczu,
tylko  macki,  przy  pomocy  których  poruszali  się  w  ciemnościach.  Opowiadała  Magnusowi
różne bajki, wszystkie były o dobrych ludziach, dobrym Bogu i pełnym blasków słońcu. Ale
on później zawsze prosił, aby opowiadała mu właśnie tę złą bajkę. Gdy zmieniała ją, przekrę-
cała i starała się uczynić bardziej jasną, bił pięściami w  stół  i  krzyczał,  że  chce  prawdziwą
czarną bajkę.

Bajka  była  o  czarowniku,  który  mógł  wszystko,  z  wyjątkiem  zatrzymania  czasu.  Mijały

lata i tamten świat był ciągle czarny. Starzy ludzie z zamkniętymi oczami wiedzieli jednak, że
pewnego czarnego dnia pojaśnieje woda i wynurzy się z niej słońce pełne blasku. Nocne po-
czwary zejdą wówczas do nor, zazielenią się łąki i ludzie otworzą oczy. Rządził owym krajem
zły człowiek, który modlił się do złego Boga, żeby nigdy nie było światła.

Wreszcie przyszedł czas i pojaśniały zorze na wschodzie. Był to znak, że zamiast czarne-

go, zaświeci jasne słońce. Czarownik, który wolał ciemność wiedział, że może swoja mocą
zagasić owo słońce, jeżeli dostanie się na jego brzeg w czasie, którego nie  można  przekro-
czyć. Wzleciał więc wysoko na skrzydłach nietoperza i  czekał na codziennej drodze słońca
czarnego, na słońce jasne. Światła jednak nie mógł wyczuć mackami i musiał otworzyć oczy.
Otworzył więc je i natychmiast zamknął, bo oślepił go blask... Ale czarownik mógł wszystko,
nakazał więc, aby nie oślepiało go światło słońca. I tak się stało. Zły Bóg był z nim. Czarow-
nik poszybował w kierunku złotej kuli już bez przeszkód... Lecz gdy przedtem otworzył oczy
i zobaczył blask słońca, oślepiony zasłonił oczy nietoperzym skrzydłem, zwolnił lot i stracił
jedną  sekundę.  Dogonił  słońce,  ale  do  jego  brzegu  pozostała  mu  jedna  miarka  odległości.
Spóźnił się o jedną sekundę. Nie mógł zatrzymać ani wrócić czasu, szybował więc za jasnym
słońcem aż spłonął i szczezł w jego cudownym świetle. W czarnym kraju zazieleniły się łąki i

background image

64

woda stała się przejrzysta... Magnus kazał jej opowiadać  tę  bajkę  inaczej.  Chciał  żeby  cza-
rownik zdążył zagasić słońce. Dlaczego? Miotała się wówczas z tą bajką i złymi refleksjami
matki nie – matki.

Inne dzieci cieszyły się, gdy w bajce zwyciężał szlachetny rycerz i dobra księżniczka, a on

na takie bajki się złościł. Cztero – i pięcioletni Magnus radował się  wtedy,  gdy  zwyciężała
przemoc i gdy działo się zło. Czarna bajka zapadła w jego pamięć jak żadna. Rozwinęło się
też w nim, jak na jego wiek wręcz niezwykle, pojęcie przemijającego czasu... jakby kompleks
owej jednej sekundy, której może zabraknąć. Gdy już chodził do szkoły przyniósł tę klepsy-
drę. Na pozłacanej plakietce antycznego przedmiotu wygrawerowane były słowa: „Manę the-
kęl faręs. Minuta, godzina, wiek i jedna sekunda, żeby nie było za późno”. Istotnie piasek W
klepsydrze przesypywał się z miarki do miarki w czasie trzech minut i jednej sekundy.

Przeraziła się wówczas, pytała, prosiła, groziła, żeby powiedział, gdzie kupił, skąd wziął

ten niezwykły przedmiot.

On milczał... Tylko raz z swoim zimnym jak lód uśmiechem powiedział, że klepsydrę ma

od... ojca.

Ona pamięta, że czarna bajka uparcie wracała do niej, gdy po gwałcie leżała w szpitalu bez

ruchu z połamanymi, żebrami i uszkodzonym kręgosłupem, w pierwszych miesiącach ciąży.

Maria Elwira stała pośrodku nory zbrodniczych kretów i trzymała w rękach niezwykłą zabaw-

kę.  Magnus  zabrał  ją  do  domu  do  klasztoru,  zabrał  ją  też  pewnie,  gdy  uciekł  od  misjonarzy  i
uczynił z niej relikwię zbrodni. Być może dlatego jego akcje były tak precyzyjne. Nie zabrakło
mu nigdy tej jednej sekundy. Zgubiły go archaiczne tuby głosowe w starym rodzinnym budynku,
jakby pierwszy senior Telier przewidział szatana w najprostrzej linii swojego rodu.

Włożyła  klepsydrę  do  skórzanego  juczka,  zamknęła  wieko  nesesera.  Usiadła  w  fotelu.

Film urwał się na jeszcze jednej ponurej retrospekcji. Czyżby z woli namiestników Boga dane
jej było urodzić i zabić szatana na słonecznej planecie? Dlaczego Bóg do tego dopuścił, dla-
czego nie przepędził swoich urzędników?... Zostaw Mario Elwiro, Bóg jest panem całej ludz-
kości nie jednej zgwałconej kobiety. Epizodem powinni zająć się kapłani, mniejsi niż Bóg są
od szczegółów... Ale jeżeli mali też chcą być Bogiem?... – Co robić mamo? – Szuka gdzieś
oparcia, zagubiona. – Zapytaj siebie córko – Niech twój Bóg odpowie ci z głębi sumienia.

Maria Elwira wstała z fotela, poszła powoli na górę, przebrała się, wyszła z domu. Wysoko

na niebie kołował sokół, który jeszcze niedawno miał złamane skrzydło Obniżył lot i usiadł
na gałęzi wysokiego drzewa. Powracający ptak to dobry znak z wyżyny jeżeli istniało jeszcze
coś dobrego na tym świecie.

Było jasno, dzień wstał słoneczny. Kościół na wzgórzu wydał się jej mały wobec tego, któ-

ry odwiedziła kiedyś, a przecież był to ten sam kościół. Stanęła na jego środku... Na chwilę
straciła orientację, czy działo się to teraz, czy przed dwudziestu siedmiu laty...

Wówczas ksiądz zobaczył ją i cofnął się jakby spostrzegł upiora...
– Ty tutaj? Czego chcesz Elwiro?
– Wyspowiadać się...
– Bóg ulitował się nad tobą? Wrócił ci wiarę? – zapytał z nutą niedowierzania.
– Zawsze wierzyłam w Boga.
– Naprawdę pragniesz spowiedzi? – Ksiądz ciągle nie dowierzał.
– Czuję potrzebę Boga...
– Chodź za mną – ksiądz uczynił znak krzyża i szeptał modlitwę. Wówczas ruszyła w kie-

runku konfesjonału. On usiadł, wyłożył stulę. Sakrament miał odbyć się z pełnym obrzędem.
Ucałowała złocony krzyż, wypowiedziała formułę.

– Wyspowiadaj się z grzechów ciężkich. Wiara twoja jest chwiejna, nie uznajesz łaski ma-

cierzyństwa, ukorz się – usiłował jej pomóc.

– Prawda, grzechy moje są ciężkie. Czuję bunt i brak pokory...  – Uklękła, ksiądz znowu

szeptał modlitwę.

background image

65

– Jeżeli zrozumiałaś grzech to znaczy, że szatan przegrywa w tobie. Módl się o dar łaski –

powtórzył po chwili.

– Nie zrozumiałam grzechu, ojcze.
– Co mówisz?
– Zwątpiłam w wartość najwyższą.
– W Boga?
– Nie. W miłość matki. Nie czuję tej miłości.
– Módl się, wiara czyni cuda, tylko modlitwa może cię zbawić.
– Mnie zbawić?
– Tak. Będziesz matką, żyjesz w grzechu, brak ci miłości do własnego dziecka.
– Własnego dziecka?... – Minęło 27 lat a ona pamięta, że pot wstąpił jej na czoło, chociaż

w kościele panował chłód. Jej rozpacz była też jakaś chłodna.

– Ojcze, do ciała ludzkiego można wbić żelazo, można wprowadzić zgorzel... Do ciała ko-

biety można gwałtem wprowadzić nasienie. Czy istnieje bardziej perfidna przemoc niż zmu-
szenie zniewolonej, aby urodziła wbrew swej woli? Ojcze duchowny,  czy chcesz zniszczyć
najwspanialszy dar Boga... miłość matki?!

–  Bluźnisz,  grzeszna.  Ufam,  że  dostąpisz  łaski.  –  Ksiądz  znów  uczynił  znak  i  krzyża,

szeptał swoje egzorcyzmy.

Jej  głęboka  rozpacz  przemieniła  się  w  lodowaty  spokój.  Wstała,  ruszyła  ku  otwartym

drzwiom do światła. Wówczas zrozumiała, że jeżeli chce rozmawiać z Bogiem, musi unikać
kapłanów...

Minęło ćwierć wieku. Przemogła się, była znowu w tym samym kościele. Panował tu po-

dobny chłód. Maria Elwira podeszła do konfesjonału, uklękła.

– Szukam pocieszenia – powiedziała w głąb drewnianej kraty.
– Bądź pocieszona – odpowiedział kapłan – niech ci Bóg na niebiosach dopomoże.
– Ja nie wierzę w Boga na niebiosach, ja wierzę w Boga w ludzkich czynach.
– Niech ci twój Bóg dopomoże.
– Czy mogę mieć swojego Boga?
– Możesz, ale ja w Imieniu twojego Boga nie mogę odpuszczać grzechów.
– Nazywam się Maria Elwira Teresa Tellier... Albakora – powiedziała jak echo.
Kapłan pochylił głowę, wziął ją w dłonie, oparł się i tak trwał. Spowiedź była przerwana.

Maria  czekała.  Po  chwili  starzec  wyszedł  z  konfesjonału,  zrobił  gest  jakby  chciał  unieść  z
klęczek Marię Elwirę.

– Porozmawiajmy tam – wskazał cmentarz przed kościołem. Prowadził ją w milczeniu, ku

kamiennej ławce pod wielkim dębem. Pożółkłe liście spadały na ziemię, mieniły się w słońcu,
pochylonym  już  głęboko  do  fiordu,  jego  blask  odbijał  się  czerwienią  jak  płomień.  Usiedli
obok siebie na głazie.

– Poznajesz mnie? – zapytała.
Ksiądz przyjrzał jej się uważnie, pochylił głowę.
– Teraz poznaję, chociaż przez lata miałem inny twój obraz pod powiekami. Twoja twarz

jest dojrzała, nie widzę w niej buntu...

– Bo nie chcę już zemsty.
– Dlaczego przyszłaś do mnie?
– Bo... mój Bóg nie ma kapłanów... a ja zabiłam to dziecko... – powiedziała Maria Elwira i

zapadła cisza. Stary kapłan patrzył w przestrzeń, jakby szukając pomocy u Boga Marii Elwi-
ry.

– Jakie dziecko?
– Zabiłam Magnusa Tellier...
– Magnus zginął, gdy byłaś w odosobnieniu.

background image

66

– Twój ojciec szukając pocieszenia, zawiózł mnie przed laty do klasztoru, gdzie umieścił

twojego syna. Rozmawiałem z nim...

Starzec w sutannie patrzył na fiord i słońce, którego tarcza dotknęła wielkiej wody. Pożół-

kły liść spadł na jego pomarszczone ręce. Ksiądz uniósł twarz, spojrzał na Marię Elwirę.

– Po tym, jak strzelałaś w Segers, przez 15 lat byłem misjonarzem, dotarłem do sowieckich

łagrów na Syberii, byłem w Kambodży, starałem się nieść pomoc ofiarom Polpota, byłem w
Jugosławii,  gdy  zaczęła  się  tam  okrutna  wojna...  Każdej  z  tych  zbrodni  towarzyszyło  znie-
wolenie i gwałty kobiet. Chyba zacząłem czuć jak one i gdyby był tam Bóg, nie ważyłby się
powiększać  ogromu  cierpień  nieszczęsnych...  Mówią,  że  najmniej  świętości  jest  w  świąty-
niach...

– Zabiłam to dziecko! – przerwała księdzu Maria Elwira.
– Pozostaw urojenia! – kapłan podniósł głos. – Rozmawiałem z nim. Zaskoczyła mnie jego

wiedza, o życiu, reinkarnacji, o problemach moralności, czytał, malował... Wszystko w nim
porażone było zbrodnią, ale żył.

– Zabiłam Magnusa! – powtórzyła raz jeszcze.
– Co ty mówisz?
– Prawdę mówię. Ksiądz przeżegnał się.
– Kiedy zabiłaś?
– Dzisiaj...
– Magnus zginął dawno...
– Dzisiaj zabiłam „Szczura”.
– Kidnapera sadystę „Szczura”, czy Magnusa?
– „Szczur” to Magnus, on nie zginął przed laty. – Ksiądz przeżegnał się. Maria Elwira pa-

trzyła na pożółkłe liście pod nogami.

– Dlaczego zmusiliście mnie, abym urodziła nie swoje dziecko.
Ksiądz zamyślił się, widać było, że usilnie szuka odpowiedzi, której nie znajdował.
– Nie rozdrapuj – powiedział wreszcie stary kapłan. – Teraz też jest na Piotrowej Stolicy

człowiek, który w imieniu Boga głosi, że każde życie poczęte to nienaruszalna świętość. Mo-
że to okrutne dla doświadczonych przez przemoc, ale Ojciec Święty ma swoje głębokie racje.
Nie  miłość,  a  seks  króluje  na  świecie,  zboczeńcy  legalizują  związki  małżeńskie,  w  których
pogłębia  się  zwyrodnienie.  Nawiedzeni  organizują  samobójcze  sekty...  Z  telewizorów  zieje
przemoc i pornografia... prawda więc, że ochrona życia wydaje się sprawą świętą.

– A co w sprawie zgwałconej kobiety czujesz sercem doświadczony ojcze?
– Czuję, że istota ludzka powinna rodzić się z woli matki, ojca i świętej miłości matczynej.

Jeżeli zginie ta wola – nastąpi koniec ludzkości – nic nie pomogą nakazy...

– Niespełna przed rokiem była u ciebie zgwałcona przez szakali Remis, dziewczyna z tego

miasteczka. Co jej powiedziałeś? Ksiądz milczał.

– Pytam, bo poznałam kobietę, zgwałconą, która urodziła i wychowała. Ja nie mogłam. –

Też urodziłaś...

– To nie było ludzkie macierzyństwo. Samicę zapłodniono przemocą zwyrodniałym nasie-

niem i zgwałcono do porodu. Próbowałam być matką... – Opowiedziała o spotkaniu z Magnu-
sem, o postanowieniu ratowania go, o zamachu na O’Neillów i niesamowitym pojedynku w
starej kaplicy. Misjonarz milczał, szukając pomocy u Boga, który czuje po ludzku. Jego twarz
poorana była bruzdami.

–  Straszne  to,  co  opowiadasz...  rzekł  wreszcie  nie  znajdując  słów  pocieszenia.  Przeżyłaś

piekło, Mario Elwiro... Tu osądzą cię jeszcze raz ludzie, Bóg osądzi cię później... Topór za-
kopany, kup suknię w kwiaty, uratuj resztę człowieczego życia. Ścisnął jej rękę, uśmiechnął
się smutno.

– To niemożliwe. Ale ty nawróciłeś się księże; wstąpił w ciebie Bóg z głębi ludzkich serc,

na którym nie mogą żerować kapłani.

background image

67

Ksiądz spojrzał w oczy matce – nie – matce. Ona też patrzyła na niego. Zmagali się tak chwilę.
– Dokonałeś gwałtu... dlaczego? – Nie ustępowała Maria.
Ksiądz uniósł twarz, patrzył gdzieś wyżej na ptaka szybującego w bezruchu.
– Dogmaty muszą pozostać. dogmatami – powiedział wreszcie.
– Więc dlaczego już myślisz czujesz?
– Bo tak trzeba, aby rozumieć dogmaty.
– Nie wszystko wolno ci rozumieć, duchowny ojcze...
– Chęć zrozumienia tego co ludzkie jest moim nawróceniem... – ksiądz odparł. – Żądasz

spowiedzi,  więc  wyspowiadam  się  przed  tobą,  Mario.  Nagła  przemiana  to  zdrada,  głęboka
przemiana dojrzewa długo. Prawdę ujrzałem na końcu – mojej drogi, chociaż często czułem,
że jest ona blisko... Ostatnio uczestniczyłem w misji na Bałkanach, Byłem w gorejącym do-
mu. Żywi stłoczyli się w betonowym korytarzu. Ratunkiem były stalowe drzwi zaryglowane
od zewnątrz. W ścianie był kanał wentylacyjny. Uzbrojony Serb wyciągnął z grupy cywilów
małą, chudą kobietę. – Ty się tam zmieścisz, przejdziesz, krzykniesz na ludzi, otworzą rygle!
– Przerażoną przywartą do muru.

–  Tam  jest  –  ogień!  –  Ale  ręce  zbrojnych  pochwyciły,  ofiarę,  uniosły,  postawiły  przed

otworem, w którym kłębił się dym. Osaczona pochwyciła moją sułtannę. Serb też podszedł do
mnie. – To katoliczka, przekonaj ją, że musi poświecić się dla życia innych.

– Człowiek nie ma obowiązku takiej ofiary – usiłowałem wstrzymać przemoc.
– Nie ma obowiązku?! Człowiek?! A zgwałcone, klecho? Pamiętasz, co mówiłeś w obo-

zie? Przekonaj ją, bo tu będzie zaraz przerwane nie jedno życie! – Olbrzym kopnął mnie w,
piszczel. Ból wibrował w mojej nodze. Spostrzegłem, że dogmaty, nie są doskonałe, więc nie
mogą  być  dziełem  Boga...  Kiedy  przyszła  do  konfesjonału  Remis,  poczułem  ludzki  ból  w
kopniętym piszczelu. Ona zapytała mnie, jak ty kiedyś, o miłość matki. Nie odpowiedziałem,
zostawiłem szatanowi pychę wszystkowiedzącego. Zapytałem tę, która czuła... Powiedziała,
że jest człowiekiem, a poczęcie było nieludzkie. Nie urodziła, wziąłem grzech na siebie.

– A co stało się z tą, która nie chciała poświęcić się tam, gdzie byłeś misjonarzem, ojcze?
Ksiądz znów spojrzał do góry.
– Prawdę powiedziałaś, Mario, że Bóg nie może nakazywać przemocy, to nie on palił ko-

biety żywcem na stosach, nie on ogniem i mieczem przysparzał sobie poddanych. Tam w go-
rejącym mieście silni wepchnęli słabą do płonącego otworu. Była to przemoc, czy nakaz bło-
gosławiony?

– Mnie pytasz, ojcze?
– Ciebie, bo każdego pytam, gdy szukam prawdy.
– Kościół nie wymaga prawdy, kościół żąda wiary – powiedziała Maria Elwira..
– A czym jest wiara, jeżeli nie prawdą? Tylko ci, którzy nie wierzą w prawdę wiary, two-

rzą jej nakazy, bo nie czują, że wiarę można zniszczyć tylko nakazem wiary...

– A rzecz najbardziej świętą... macierzyństwo?
–  Macierzyństwo  jest  częścią  Boga,  pozostanie  mimo  przeciwności.  Przeciw  macierzyń-

stwu  można  jedynie  bluźnić  przymusem  macierzyństwa,  tak  jak  przeciw  miłości  bluźnier-
stwem jest przymus miłości.

– To prawda, ojcze nawrócony... Aby bestialsko zgwałcona nie czuła jedynie odrazy, po-

trzebny jest cud przez wzór matki Teresy z Kalkuty. Krzyk butnych o pokorę budzi jedynie
bunt. Ojcze, ratuj Kościół, któremu można wierzyć! – Maria pochwyciła dłonie misjonarza i
uścisnęła je. Ksiądz uniósł głowę, ona zobaczyła oczy pełne prawdy. Kapłan skończył spo-
wiedź przed grzesznicą.

– Zostań ze swym Bogiem, Mario Elwiro, niech ci on błogosławi – powiedział starzec z

głęboką pokorą. Maria spostrzegła, że nad wysokim drzewem kołuje sokół, być może był to
ptak; któremu przywróciła życie.

background image

68

Maria Elwira schodziła z kościelnego wzgórza. Nisko na dole kręciły się rybackie kutry.

Zatoka szumiała w skalistym fiordzie, słońce utonęło w morzu, pozostał jego ślad na ciągle
gdzieś biegnących falach.

Ruszyła  na  przełaj.  Ścieżka  była  kręta.  Przed  nią  przesuwały  się  klatki  okrutnego  filmu.

Przemocą zabrano jej życie. Była dziewczyna jak inne... Marzenia, plany, zamiary... miłość.
Gwałt...  Upodlenie.  Szakale  i  kapłani...  Nieokiełznany  bunt.  Strzały,  zastygła  twarz  Flory,
splugawione ciało i dusza Eleonory. Ćma Liwia w więziennej celi,  już  na  zawsze,  tortura  i
udręka. Dlaczego?

Odnalazła za zieloną kępą swój pokraczny samochód, ruszyła dalej kamienistą drogą mię-

dzy urwiskiem i górą. Pojechała do miasta.

Zaparkowała wóz pod szarym gmachem. Weszła do środka, ominęła windę, szła szybko po

schodach...  Sekretarka  powiedziała  jej,  że  sędzia  otrzymał  wiadomość  i  czeka.  Weszła  do
gabinetu. Przyjął ją człowiek w wieku lat około pięćdziesięciu. Padły rutynowe pytania i Ma-
ria przystąpiła do rzeczy. Sędzia słuchał uważnie.

–  Mamy  inne  informacje  –  powiedział,  gdy  skończyła.  –  „Szczura”  zastrzelił  dzisiaj

wspólnik,  także  kidnaper  zabójca.  Magnus  Celestyn  Tellier  zginął  przed  8  laty,  tonąc  pod
lodem w Segers. Pozostawił w jarze samochód, dokumenty i broń, zidentyfikowaliśmy ślady
jego butów na załamanym lodzie. Maria Elwira otworzyła podróżną torbę.

– Oto taśma magnetofonowa z nagraniami, a to zamek z karabinu carcano, z którego za-

strzeliłam „Szczura”, Magnusa Celestyna Tellier. – Stuk maszyny był ciągły, sekretarka pro-
tokołowała pilnie. Maria spostrzegła też dwa mikrofony na biurku. Sędzia włożył  taśmę  do
wielofunkcyjnej wieży. Rozległy się trzaski, głos Ingrid z jakiegoś wywiadu, znów trzaski i
przytłumione słowa Gassa Wellmana.

– To się nie zabawisz z tą blond ślicznotką?
– Nie, mamy ich tylko rozwalić.
– Ty jej nienawidzisz? Dlaczego?
– Głupiś Gass, one wściekłe suki, nie pamiętasz, co twoja z tobą zrobiła?
– Pamiętam, ale odezwała się, zaprasza mnie do Colorado. Umarł jej mąż staruszek i ma-

ma w pokorę do syna.

– Pojedziesz, albo nie pojedziesz, zależy jak robota wyjdzie – to był znowu głos Magnusa.

–  Forsę  wziąłem.  Twoja  działka,  trzymaj.  –  Coś  zaszeleściło.  Po  chwili  znów  odezwał  się
Magnus.  –  Oni  przypłyną  promem.  Wszystko  jest  obliczone.  Na  drodze  do  zakrętu  przy
cmentarzu będą o 23.30. Poznać światłami, że to oni... Żebyśmy  nie rozwalili kogo innego.
Rozumiesz? Potem podświetlisz ich z tyłu, żebym miał dobry cel... Kapujesz?

W tej chwili zadzwonił na biurku telefon, sędzia podniósł słuchawkę. Jego twarz zmieniła

wyraz.  –  Tak...  popołudniowe  dzienniki?...  Zastrzeliła  syna  w  zasadzie  na  O’Neillów...  To
chyba prawda, Elwira Tellier jest u mnie, zgłosiła się... Dziękuję za wiadomość.

– Więc wystała pani listy do prasy?
– Wysłałam, chcę zapytać, dlaczego musiałam urodzić i zabić...  Wierzę w reinkarnację...

Chcę zapytać, dlaczego duch Magnusa nie mógł odrodzić się w matce, która tego pragnęła,
bez piętna gwałtu? Chcę zapytać, czy są dowody, że odrodzenie po śmierci jest mniej praw-
dopodobne niż dobry, wysoko na niebie Bóg i rogaty szatan w pełnym smoły piekle?

Sędzia poruszył się.
– Pani bluźni! – podniósł głos. Ona zachowała spokój.
– Nie, ja bronię swojej wiary – Maria wstała. – Możecie zniewolić kobietę, ale macierzyń-

stwo  to  miłość.  Potraficie  zniewolić  do  miłości?  Szaleńcy!  Maszynistka  przestała  pisać.  W
gabinecie zapanowała cisza.

Spadł śnieg. Morze w zatoce wzdymało się i pieniło. Elwira Tellier stała nad urwiskiem w

kamiennym fiordzie. Jej pradziadowie zawsze byli rybakami, tylko ojciec wyłamał się w po-
łudnie.

background image

69

Maria spojrzała na zegarek. Proces miał rozpocząć się w południe.
Przed budynkiem sądu zgromadził się tłum. Stare kobiety niosły transparenty i krzyczały:

„Dzieciobójczyni na szubienicę”, „Terrorystka za kraty”. „Piekło heretyczce!”...

Dziennikarze  byli  przed  parlamentem.  Tu  tłum  był  większy,  okrzyki  gromkie,  młode:

„Rozpędzić władzę!”, „Więcej światła!”... – Na obrzeżach przybywało  policjantów.  Dziew-
czyna w skórzanej kurtce krzyczała: Niech żyje Maria Tellier! – tłum narastał, falował. –El-
wira Tellier do parlamentu! – powtarzano z drugiej strony placu.

Tę właśnie młodą osobę, Maria spotkała niedawno na ogarniętej niepokojem ulicy. Dziew-

czyna podbiegła do niej z plakatem poznaczonym podpisami.

– Hej, Elwira! Jesteśmy z tobą! – Maria poznała ją.
– Remis?! Ty walczysz?
–  Tak.  Wtedy  dostałam  szoku.  Przepraszam,  ale  wychowałam  się,  gdy  matki  Albakorą

straszyły dzieci. Teraz jesteśmy razem!

Maria Elwira stała nad urwiskiem. Przed nią było morze, sól ziemi tej wyspy. Nie chciała

rozruchów, ale przecież rzuciła kamień, który był już w locie. Nie mogła zawrócić wzburzo-
nej rzeki.

Czasem przebudzenie bywa nagłe. Padały właśnie gabinety. W ostatnich wyborach wielu

posłów obiecywało postęp. Po otrzymaniu mandatów stchórzyli, ogarnęła ich inercja. Ludzie
czekali. Kraj ubożał. Miasta i miasteczka ogarnęło bezrobocie. Niedostatek gościł w domach
robotników, rolników, nauczycieli.  Coraz  liczniej  biedę  cierpiały  rodziny  wielodzietne,  wy-
buchały protesty. Tu i tam rosły jednak fortuny i powstawały latyfundia. Kościół wszczynał
wciąż nowe procesy o dobra doczesne, a jego pryncypatowie głosząc hasła pokory prześcigali
biznesmenów luksusem pałaców, domów, pojazdów...

Tłum falował. Maria nie brała udziału w manifestacji. Patrzyła na morze. Przymknęła po-

wieki, była zmęczona a jednak silna... Więc to jeszcze nie koniec jej zmagań... A gdzie jest
Stwórca?... Światły polski ksiądz powiedział, że Matka Teresa z Kalkuty zobaczyła Boga w
twarzach – ludzi potrzebujących pomocy... Maria Elwira wierzyła w tego Boga. Miała krew i
serce pradziadów, którzy sprzeciwili się zachłanności wielkiej wody.

A ona? – Pustelnik z Carin powiedział, że przed nią zakręty na urwiskach, i życie, już tyl-

ko dla innych.

... „Maria nie zdradzi!”... „Maria Elwira Tellier z nami!”...
– W Beldown i Segers, sprajem na murach znaczyły się takie napisy.
Czas było wracać, zbliżał się proces przeciwko zwyrodnieniu ludzkiego macierzyństwa...
Wicher  huczał,  morze  odpowiadało  łoskotem,  niepokój  panował  nad  fiordem.  Z  niskich

chmur zaczęty sypać płatki śniegu, jak ćmy, miały aksamitne skrzydła. Będą istnieć tylko do
wiosny. Wszystko przemija. A Bóg? – Bóg to tajemnica... Czy można wątpić w istnienie ta-
jemnicy?

Przez  szarość  przebił  się  promień  słońca,  zaigrał  w  zatoce,  oświetlił  skały,  przepadł  w

wielkiej przestrzeni.

KONIEC

background image

70

Dlaczego napisałem „Gwałt”

– mówi LESŁAW FURMAGA

Równa jak stół żuławska szosa przechodzi w polną drogę. Skręt w prawo, na jeszcze wyż-

szej drożynie koła samochodu do połowy osi pogrążają się w tłustym błocie. Po obu stronach
horyzontu  we  mgle  nikną  żółtobrązowe  wierzby.  Znad  pustych  tak,  krzycząc,  wzlatują  co
chwila ku niebu wielkie klucze kormoranów. Stareńkie podcieniowe domki. Ludzi prawie nie
widać. Krajobraz jak ze snu.

Zatrzymujemy się przed maleńkim drewnianym domkiem. Zima wilgoć przenika do szpi-

ku kości. Dopiero teraz dostrzegamy w tle maszt i zarys kadłuba niewielkiego jachtu.

Wieś Łaszka niedaleko Sztutowa. Od Zalewu Wiślanego dzieli nas zaledwie pół mili. Do

Gdańska jedzie się stąd samochodem 45 minut.

W drzwiach czeka gospodarz.
– Witam w Domu pod Starą Kotwicą – słyszymy. Wizyta ma szczególny cel. Oto spoty-

kamy się z pisarzem, który przez kitka tygodni publikował na łamach naszej gazety powieść
pt. „Gwałt”. Zaś Cari Yesler Desmontt to jego pseudonim,

– Doszedłem do wniosku – mówi, iż przyszedł moment, by ujawnić się. Chcę powiedzieć

czytelnikom, jak brzmi moje prawdziwe nazwisko.

My już wiemy. Oto spotykamy się w jego pisarskiej samotni z... Lesławem Furmagą. Au-

tor znany jest z wielu poczytnych książek, takich jak „Rzeka bez brzegu”. „Krab i Joanna”,
„Lot pingwina”, „Żagle w tarczy” czy „Kawał nieba”.

Wtapiamy się w tutejszy klimat. Słuchamy opowieści jak wygląda wschodzące słońce. Jak

głośno świergoczą ptaki. Juk w sierpniu całe noce rechoczą żaby. Na górze pokoik z maszyną
do  pisania.  To  tutaj  oraz  w  kabinie  żaglówki  powstawał  „Gwałt”.  Ale  wypytajmy  autora  o
wszystko od początku.

– Skąd wziął się pomysł napisania „Gwałtu”? Temat jest drastyczny. Czy nie lepiej

było dalej tkwić w tematyce morskiej?

– Uważam, iż wszystko ma swój czas. Powieści, które pisałem, czytane byty w latach 60.,

70., nawet 80. Przyszedł czas komercji. Polski rynek wydawniczy zaczęła zalewać popularna
literatura zachodnia. Ostatnio utrzymywałem się z pisania słowników dla dzieci i poradników.
Wciąż jednak szukałem tematu, który w obecnych trudnych czasach interesowałby ludzi, po-
ruszył, po prostu „chwycił”. Utwierdziłem się w przekonaniu, iż jeżeli dziś chce się być pisa-
rzem współczesnym, sama marynistyka nie wystarczy.

– Czy bohaterki „Gwałtu” mają swoje pierwowzory w rzeczywistości?
– Tak. Materiałów do tej książki szukałem pełne trzy lata. Teraz bez przesady mogę po-

wiedzieć, iż jestem niemili ekspertem w tej dziedzinie.

Najpierw przypadkowo dotarłem do dokumentów z procesów zbrodniarzy wojennych, któ-

rzy w obozach zapładniali kobiety skażonym nasieniem i przymuszali je do rodzenia po takim
gwałcie.  Cywilizowany  świat  prawomocnymi  wyrokami  międzynarodowych  trybunałów
uznał później zarówno tych, którzy przymuszali do rodzenia po gwałcie, za zbrodnarzy.

Co dzieje się dziś w Polsce? Powszechnie znane stały się zabiegi określonych autorytetów

moralnych  o  przymuszenie  ustawą  kobiet  do  rodzenia  także  po  gwałcie.  Rozgorzał  na  ten

background image

71

temat głęboki społeczny spór. Problem, jak dotąd, znajdował się poza zasięgiem zaintereso-
wań pisarzy. Postanowiłem zgłębić jego tajemnice i napisać powieść.

– Przypuszczam, że nie było panu łatwo dotrzeć do osób, które osobiście przeżyły togo

typu tragedie.

– I tak, i nie. Na przestrzeni lat ukazało się przeszło 600 tysięcy egzemplarzy moich ksią-

żek. Wciąż są one czytane. Na spotkaniach prywatnych i w bibliotekach wspominałem czy-
telnikom o moich planach pisarskich. Mówiłem, iż chcę rozmawiać z kobietami, które zostały
zgwałcone.  Ludzie  odnajdywali  mnie  sami.  Mówili:  jest  u  nas  taka  kobieta.  Przekazywali
adresy. Doszło do wielu spotkań. Ton temat zafascynował mnie jak drugie morze.

–  A  więc  kobiety  niegdyś  zgwałcone  otwierały  się  przed  panem  i  dzieliły  się  swoimi

myślami, przeżyciami, cierpieniami?

–  Nie  było  to  łatwe,  ale  uparta  praca  dała  efekty.  Początek  takich  rozmów  bywa  bardzo

trudny. Po przebiciu muru milczenia zaczyna wylewać się prawda.

Jest  takich  nieszczęsnych  więcej  niż  nam  się  wydaje.  Jedna  zgwałcona  została  w  czasie

ostatniej wojny na Ukrainie w okresie słynnych rzezi polskich rodzin osadniczych. Stało się
to  podczas  jej  wesela.  N

jej  oczach  męża,  rodziców  oraz  gości  zakatowano  na  śmierć.  Po

gwałcie pozostała w ciąży. Ponieważ tworzyłem postać fikcyjną, pomyślałem po rozmownie
z nią, iż rzeczywistość przekracza czasem wyobraźnię. Po licznych konsultacjach z osobami,
na których dokonano przemocy, wyrobiłem sobie pogląd na sprawę przymuszania kobiet do
rodzenia po gwałcie.

– A wiec bohaterki pana powieści nie są replikami kobiet, z którymi przeprowadził

pan rozmowy?

–  Dokonałem  literackich  syntez  autentycznych  postaci.  Uznałem,  iż  główna  bohaterka,

Elwira, nie może do końca zostać matką heroiczną. Ale  Beryl Roow urodziła i przykładnie
wychowała bliźnięta poczęte w gwałcie.

Autentyczna i serdeczna obrończyni życia nie narodzonego, Flora Tokarsky, chyba najbar-

dziej krystaliczna postać w powieści, znajduje okazje, by wykrzyczeć swoje uzasadnione ra-
cje.

–  Czego  dowiedział  się  pan  w  trakcie  rozmów  z  kobietami  zgwałconymi  o  tym,  co

działo się z nimi po takim zdarzeniu?

– Nie spotkałam ani jednej kobiety, która po brutalnym gwałcie  chciała urodzić dziecko.

Gwałt  był  dla  nich  zbezczeszczeniem  moralnym  i  fizycznym.  A  największą  torturą  psy-
chiczną. Jaką można sobie wyobrazić, było dla tych, co zdecydowały się z takich, czy innych
względów urodzić, czekanie. Dziewięć miesięcy upokorzeń i pytań, kto się urodzi? Jakie ce-
chy dziecko odziedziczy?

– Nie zajmuje pan w  powieści  jednoznacznego  stanowiska  na  temat,  czy  kobieta  po

gwałcie ma urodzić, czy nie?

– Na podstawie moich obserwacji stwierdzam, iż matka, stworzona do miłości, nie może

pragnąć takiego dziecka. Przecież kobieta stworzona jest, aby poczynać w rozkoszy, aby ko-
chać  dziecko.  Jeżeli  wszystko  to  jest  odwrócone,  zniweczone,  zbezczeszczone,  nie  można
kazać jej rodzić takiego dziecka. Może natomiast podjąć taką decyzję sama, ale w wolności,
nie pod przymusem. Osobiście odnoszę się z wielkim szacunkiem do kobiet, które urodziły
po gwałcie. Uważam je za matki heroiczne. Ale zdecydowanie pozostaję na stanowisku, iż w
społeczeństwie cywilizowanym bohaterstwa i niezwykłości nie można żądać ustawą i wymu-
szać więzieniem. Bo to przemoc i chociaż być może moralne w pojęciu jakiejś moralności, to
przecież niemoralne.

– Pana stanowisko jest głosem w dyskusji nad ustawą o przerywaniu ciąży.
– Pisząc książkę, staram się spełnić obowiązek wobec czasów, w których żyję. Nie mogę

zgodzić się, aby kobiety zostały ubezwłasnowolnione w kwestii macierzyństwa. Mój „Gwałt”
jest swojego rodzaju krzykiem o ratunek dla wiedzionych na stos „czarownic”. Po poznaniu

background image

72

krzywdy kobiet bestialsko zgwałconych jestem pewien, że cywilizowany świat przymuszenie
do  rodzenia  po  gwałcie  oceni  w  przyszłości  tak  jednoznacznie,  jak  ocenia  się  dziś  palenie
niegdyś na stosach „czarownic” i mędrców, których prawdy są dzisiaj oczywiste.

– Dlaczego nie wydał pan od razu swojej książki w którejś z oficyn?
–  Moje  pierwsze  próby  wydania  „Gwałtu”  nie  powiodły  się  z  przyczyn  pozaliterackich.

Nie ma obecnie cenzury i to czy książka ukaże się, czy nie, zależy od umowy między pisa-
rzem a wydawcą, jest  jednak  określona  presja.  Po  wydrukowaniu  kilkudziesięciu  odcinków
na łamach „Głosu Wybrzeża” zaczęły nadchodzić listy świadczące, iż temat jest „trafiony”.
Ludzie dzielą się swoimi przemyśleniami na temat tego ważnego problemu społecznego.

– Dlaczego posłużył się pan anielsko brzmiącym pseudonimem?
– Sprawa pseudonimu jest nieco groteskowa. Na początku lat 90. zorientowałem się, iż dla

naszych licznych nowych wydawców liczy się właśnie; angielskie brzmienie nazwiska. Mogę
przytoczyć przykład. Podczas wizyty w jednej z takich nowych oficyn zaoferowałem wzno-
wienie  „Lotu  Pingwina”.  Moje  nazwisko  jednak  nie  było  tam  znane.  Wymyśliłem  więc  na
poczekaniu nazwisko Carl Yesler Desmontt i ku mojemu zdumieniu wydało się ono wydawcy
znajome. Przy pierwszej okazji postanowiłem więc zmienić nazwisko Ale ostatnio dostąpiłem
satysfakcji, bo  zarówno  redakcia  „Głosu  Wybrzeża”,  jak  i  dwaj  polscy  edytorzy,  z  którymi
prowadzę  wstępne  rozmowy  na  temat  wydania  „Gwałtu”,  zażądali  jednoznacznie,  abym
książkę podpisał swoim nazwiskiem.

– Dziękuję panu za rozmowę.

Rozmawiała:

Katarzyna Korczak

Lesław Furmaga urodził się w 1933 r. Ukończył Wydział Rybactwa  Morskiego Wyższej

Szkoły Rolniczej w Szczecinie. Pracował na przemysłowych statkach rybackich, które poła-
wiały w rejonach Afryki i Antarktydy. Był także wykładowcę w Wyższej Szkole Morskiej w
Gdyni. Jest nadal czynnie związany z żeglarstwem, gospodarką morska i żegluga.

Debiutował jako prozaik w 1966 roku. Jest autorem powieści dla dorosłych i dzieci, scena-

riuszy filmowych i słuchowisk radiowych.

Wydał  między  innymi  „Rzeka  bez  brzegu”  (1974).  „Skarb  z  piaszczystego  półwyspu”

(1975), „Krab i Joanna” (1977), „Między strugami deszczu” (1980), trylogię „Lot pingwina”
– t. I. „Zaokrętowany”(1981), t. II: „Słońcem i lodem” (1983), t. III „Burza i powrót” (1986).
„Żagle  w  tarczy”  (1987).  Wydał  także:  „Między  Cape  Town  i  Casablanca”  (1989)  „Kawał
nieba” jako II tom „Żagli w tarczy”, wraz ze wznowieniem t. I (1991), „Mały słownik mor-
ski”  (1993),  „Mały  leksykon  krzyżówki”  (1993).  „Uniwersalny  leksykon  haseł...”  (1994),
„Kolorowa ortografia – słownik” (1995), „Kolorowa ortografia” (1996).

Jest laureatem Nagrody Literackiej im. Conrada Korzeniowskiego  (1974), nagrody i wy-

różnienia przewodniczącego Komitetu ds. Radia i Telewizji (1985), Nagrody Literackiej im.
Marcina  Borzymowskiego  (1986).  Nagrody  Literackiej  Wydawnictwa  Glob  –  Złoty  Delfin
(1986).

background image

73

Przedkładali uprzejmie Panu Redaktorowi do ewentualnej publikacji pierwszą cześć mate-

riału literackiego, który w latach 1981 – 1985 został usunięty przez cenzurę z drukowanej w
tym czasie mojej trylogii „Lot pingwina”

Będąc  swego  czasu  pracownikiem  Świnoujskiej  „Odry”  i  Szczecińskiego  „Transoceanu”

tomy „Lotu...” nawiązywały do ówczesnej sytuacji w tych przedsiębiorstwach. Rękopis „Lotu
pingwina” zakupiła Biblioteka Wojewódzka w Szczecinie, także znaczna część nakładu tego
tryptyku trafiła do bibliotek w Szczecinie i województwie, dokąd byłem proszony na liczne
spotkania autorskie.

W powieści poza wątkami osobistymi bohaterów dominował wątek polityczny, będący li-

teracką relacją z kraju i licznie rozsianych po świecie statków gdzie szereg zdarzeń zapowia-
dał rychły już upadek realnego socjalizmu.  Trzy  tomy  „Lotu...”  wydane  łącznie  w  przeszło
stu tysiącach egzemplarzy/rozeszły się natychmiast i szybko doczekały wielu recenzji i roz-
praw.  M.in  Przewodnik  po  współczesnej  polskiej  literaturze  marynistycznej,
„WYCHOWANIE” (praca zbiorowa) wyd. Glob Szczecin 1989 – pisał „Ma też książka Fur-
magi swój drugi wymiar – publiczny. W tym przypadku kształtowany jest on przez burzę lat
osiemdziesiątych. A zatem polityka wkracza na pokład.. Gdy na statek dociera wieść o Sierp-
niu w trybach maszynki zazgrzytało na nowo. Wychodzą na jaw nowe garby nowe pokrętno-
ści ludzkich losów...

albo:  PROZA  POLSKA  od  1996  –  Piotr  Kuncewicz:  „Mocne  miejsce  w  marynistyce

ostatnich lat zyskał sobie Lesław Furmaga... jak dotychczas główne jego dzieło „Lot pingwi-
na” to trylogia złożona z trzech części... Tytułowy Pingwin, poza sensem metaforycznym, to
przezwisko  Karola  Poręby  eks  –  dziennikarza,  który  uchodząc  nieprawidłowością  politycz-
nym i rozdźwiękom domowym... krzepnie wewnętrznie...”

Ale  niestety,  wrażenia  czytelników  i  recenzentów  w  odniesieniu  do  nurtu  politycznego

książki, mogą dotyczyć jedynie śladu tego, co autor napisał, bo jedynie ślad pozostał po tek-
ście autorskim w ocenzurowanej książce.

Ta powieść mimo, iż ma już swoją historię, mimo, że była przedmiotem wielu spotka au-

torskich,  że  pełny  jej  tekst  opublikował  jeden  z  bardzo  popularnych  dzienników,  mimo,  że
była  i  jest  tematem  bulwersujących  listów,  które  nadal  przychodzą  do  autora  jako  pozycja
książkowa wydana została przez przedsiębiorców gdańskich, z przesłaniem szczególnym.

Znany  nie  tylko  na  Wybrzeżu  pisarz,  którego  książki  wydano  łącznie  w  blisko  miliono-

wym nakładzie, tym razem wystąpił pod swoim zagranicznym pseudonimem. Nie trudno jed-
nak odgadnąć jego prawdziwe nazwisko z uwagi na jedyne i niepowtarzalne opisy związku
człowieka i morza oraz udzielone już wywiady. Książka wbrew pozorom nie została napisana
w kraju mogącym być  Irlandią Północną, a podobny  dramat  jest  możliwy  także  w  Polsce...
Rzecz dotyczy przecież bardziej kobiety niż morza, bardziej ludzkiej tragedii niż oeanicznego
huraganu,  bardziej  natury  człowieczej  niż  żywiołu  ziemi  i  morza...  Dziwne,  ale  dotychczas
nikt z twórców nawet wielkiej literatury światowej nie podlał tak drastycznego tematu moral-
nego jak „Cari Yesler Desmontt” w swoim „Gwałcie”.

Wydawcy,  znani  Gdańscy  Obywatele  zastrzegli  sobie,  że  przynajmniej  pierwsza  edycja

„Gwałtu” nie może trafić do sieci handlu książką. Jest to bowiem pozycja szczególna i otrzy-
mać ją można jedynie w upominku od znanych osób, które nabyły prawo do jej przekazania
Państwu. Autor oczekuje jednak na dalsze listy, które zamierzamy wydać w ślad za książką,
jako głosy w dyskusji na temat najbardziej bulwersującego obecnie problemu moralno – spo-
łecznego a być może także politycznego... Życzymy interesującej lektury.

background image

74

Banki, wielkie zakłady produkcyjne i usługowe, luksusowe restauracje, towarzystwa ubez-

pieczeniowe i inne instytucje, – między innymi materiałami reklamowymi wydają liczne fol-
dery. Foldery te mimo często znakomitej formy  graficznej nie mają innej wartości poza re-
klamową i nie są przechowywane przez klientów.

Sensacyjna powieść znanego autora, wylansowana już przez czasopismo a jeszcze nie wy-

dana  jako  pozycja  książkowa,  może  stać  się  znakomitym  nośnikiem  reklamy  na  wysokim
poziomie. Z uwagi na bulwersującą treść książki (liczne listy czytelników po publikacji pra-
sowej) i uznany już wysoki poziom literacki, w przypadku połączenia jej z folderem, pozyj a
taka pozostanie w bibliotece domowej i będzie wypożyczana osobom innym. Część nakładu
przekazana odpowiednim wypożyczalniom także będzie funkcjonować na rzecz reklamy.

Prawo do wydania książki w połączeniu ze swoim folderem winno być udostępnione zale-

dwie kilku lub kilkunastu przedsiębiorstwom. Powieść z ewentualną dedykacją imienną auto-
ra  wręczana  byłaby  przez  przedsiębiorców  na  bankietach,  promujących  zakład  spotkaniach
oraz  w  innych  okolicznościach  godnym  tego  klientom.  Stanowiłoby  to  nową  atrakcyjną  i
wspierającą  kulturę  form  popularyzowania  przedsiębiorstwa.  Należy  zaznaczyć,  że  koszty
wydania książki w taki sposób, nie byłyby wyższe od kosztów związanego z nią folderu.

background image

75

DO REDAKCJI GŁOSU WYBRZEŻA

I AUTORA POWIEŚCI „GWAŁT”

Nawiązując do prośby Redakcji o listy na temat przeżyć i postawy Marii Elwiry bohaterki

„Gwałtu” piszę chociaż nie znam jeszcze zakończenia książki.

Kilka lat temu moją siostrę w małym miasteczku na Śląsku zgwałcili skini czy inni zwy-

rodnialcy.  Dziewczyna  po  gwałcie  została  w  ciąży.  Nie  był  to  może  tak  straszny  gwałt  jak
Marii Elwiry ale skutki jego były podobne. Dziewczyna przez długi czas unikała chłopców i
w ogóle stała się jakaś dziwna. To już nie była dawna Bożenka. Ojciec i Matka w ogóle roz-
mawiali z nią o tym, że ona jest w ciąży, bo bali się, że dostanie obłędu. Bożenka domyślała
się tej okropności, ale rodzice i ja uspakajaliśmy ją, że wszystko będzie w porządku. Byłam u
niej wtedy. Wszyscy czuli i potwierdzali to lekarze, że aby powrócić ją do normalnego życia,
musi  o  tym  strasznym  wydarzeniu  zpomnieć.  Nawet  powinna  omijać  miejsce  gdzie  to  się
stało, chociaż był ono na drodze do z domu do pracy. Bożena chodzi do dziś drogą dalszą.
Minęły lata a Bożenka ciągle nie jest tą wesołą lubiącą zabawę dziewczyną. Mamy jedna na-
dzieję, że ona wyjdzie za mąż będzie miała dzieci i ułoży sobie normalne życie. Nie wyobra-
żam sobie jednak jej życia w tym miasteczku gdyby przymuszono ją do urodzenia tego dziec-
ka. Jako katoliczki pytałyśmy o to z mamą zaprzyjaźnionego księdza. Nieprawda, że księża są
bezmyślni.  On  powiedział,  że  o  ofiarę  poświęcenia  swojego  życia  dla  kogoś  innego  można
człowieka tylko prosić, ale nie można mu takiej ofiary nakazać. On powiedział, że dałby roz-
grzeszenie mojej siostrze za to, że nie urodziła, jeżeli czuła, że nie ma powołania do macie-
rzyństwa, dziecka po zwyrodnialcach.

„Gwałt” będę czytała do końca w gazecie, a gdy wyjdzie w wydaniu książkowym, kupię

ją,  ale  siostrze  swojej  jej  nigdy  nie  polecę,  bo  ona  za  wiele  przeżyła  sama.  Ze  wszystkich
stron słyszy się tylko o tym, że najważniejsze jest dziecko poczęte. Nikt nie mówi i nie pisze
o tym, że istnieje jeszcze dziewczyna – kobieta, tak jakby ta kobieta nie była  człowiekiem.
Tak nie jest. Są różne sytuacje. Nie każda ciąża jest z woli urodzenia jeszcze jednego dziecka.
Wasza powieść każe pomyśleć czy zmuszenie kobiety do urodzenia  dziecka jest sprawiedli-
we, czy często nie jest to, jak pisze autor, jeszcze jeden gwałt i wielka krzywda.

Piszę ten list bo byłam blisko podobnego nieszczęścia.
Pozdrawiam autora książki i Redaktorów „Głosu Wybrzeża”

Barbara Z. z Gdańska

background image

76

GŁOS CZYTELNIKÓW

„Gwałt” a polityka

Drukowany  na  Waszych  łamach  „Gwałt”  wzbudził  moje  duże  zainteresowanie.  Gdyby

druk tej książki rozpoczął się po wyborach parlamentarnych można by sądzić, że to Unia Pra-
cy, odrabia zaległości w ideologicznych staraniach o kształt naszego państwa.

Długo  byłem  sympatykiem  tego  ugrupowania.  W  poprzednich  wyborach  oddałem  głos

właśnie  na  tę  partię.  W  ostatnich  wyborach  głosowałem  jednak  na  inne  ugrupowanie.
Owszem,  nadal  jestem  za  państwem  świeckim  i  przeciw  jakimkolwiek  przymusom  wyzna-
niowym, także przymusowi rodzenia oraz wikłania się Polski w poddańcze układy z kimkol-
wiek...  Ale  potrzebny  jest  ruch  społeczny  przeciwstawiający  się  przenoszeniu  totalitarnego
ustroju  Kościoła,  do  ustroju  państwa.  Konieczne  staje  się  publiczne  demaskowanie  tego  co
zakłamane płynie z tysięcy ambon oraz rozgłośni i gazet polityczno – chrześcijańskich. Unia
Pracy całkowicie zawaliła szeroko pojętą pracę ideologiczną ze społeczeństwem, albo nawet
takiej pracy w ogóle nie podjęła. Zresztą inne partie pozaklerykalne podobnie.

Przegrana unii w ostatnich wyborach wydaje się logiczna. Gdyby to świeckie ugrupowanie

zgromadziło wokół siebie tylko część twórców o poglądach tożsamych z jej programem ide-
owym, gdyby inspirowało na szerszą skalę dyskusje światopoglądowe, gdyby wypromowało
kilka takich książek jak „Gwałt” i zdemaskowało obłudę, wypełniłaby się obecna próżnia w
popularyzowaniu ideologii pozaklerykalnej, a organizacja prowadząca taką działalność, lub ją
przynajmniej popierająca zdobyłaby popularność nie tylko za przemówienia w Sejmie.

Czy  jakaś  partia  niekościelna  lub  jej  kulturalne  agendy  ogłosiły  konkurs  np.  na  plakat

przeciwstawiający się zniewoleniu kobiet do rodzenia, konkurs literacki na powieść w rodzaju
„Gwałtu”,  scenariusz  filmowy  preferujący  ogólnoludzkie  wartości  moralne  ponad  zawężo-
nymi wartościami chrześcijańskimi? Owszem, organizacje te zadrukowały tony papieru, ale
jedynie hasłami wyborczymi, a przecież jeden spektakl telewizyjny kabaretu Olgi Lipińskiej
więcej czyni przeciw zakłamaniu, niż tysiące takich plakatów.

Należy  za  autorem  „Gwałtu”  demaskować  zakłamany  język  kleru  i  podporządkowanych

mu partii politycznych. Owo „zabijanie dzieci”, nazywanie posłów lewicy zbrodniarzami, a
równych praw z innymi wyznaniami – prześladowaniem.

Myślę,  że  po  przegranych  wyborach  lewica  powinna  w  swej  czteroletniej  kampanii  na

rzecz powrotu w państwie rządów świeckich i światłych zdemaskować, także środkami kultu-
ry i sztuki, zacofanie i promować demokrację oraz ogólnoludzkie wartości moralne. Jest w tej
chwili puste miejsce na głęboko umocowaną w społeczeństwie partię ludzi przeciwnych pa-
noszącemu się ogłupianiu społeczeństwa. Potrzeba jednak nowej literatury, filmu, sztuki,  w
których nie podporządkowani temu ogłupianiu znajdą swoje odbicia i wzorce.

Krzysztof Kilijanek Gdańsk

background image

77


Document Outline