background image

Michał Bułhakow

Fatalne jaja

I inne opowiadania

 

 

Przełożyli:

Andrzej Drawicz,

Irena Lewandowska

Witold Dąbrowski,

Ałła Sarachanowa

background image

 Wstęp 

 Michał Bułhakow (1891-1940), radziecki prozaik i dramaturg, z zawodu lekarz, debiutował 

w   1919   roku.   Wcześnie   ujawnił   się   jako   wnikliwy   obserwator   otaczającej   rzeczywistości   w 

licznych felietonach i opowiadaniach satyrycznych nierzadko zabarwionych fantastyką. Niektóre 

ukazały   się   w   zbiorze   “D'javoljada”   (1925;   tytułowa   “Diaboliada”   była   tłumaczona   na   polski 

dwukrotnie, po wojnie weszła w skład zbioru “Notatki na mankietach”). Rozgłos przyniosły mu 

powieści: “Biała gwardia” (1925) i wydane pośmiertnie “Powieść teatralna” (1965), “Psie serce” 

(paryż   1969)   oraz   arcydzieło   “mistrz   i   Małgorzata”   (pierwodruk   1966-1967).   Za   życia   ostro 

krytykowany - w latach trzydziestych pisał przeważnie do szuflady - szersze uznanie we własnej 

ojczyźnie zyskuje mozolnie Bułhakow dopiero w ostatnich latach. 

 Niniejszy zbiór zawiera trzy utwory Bułhakowa. “Fatalne jaja” to zjadliwa satyra S$f na 

radziecką biurokrację w trzecim z kolei tłumaczeniu (poprzednie pióra Alicji Sternowej i Edmunda 

Jezierskiego, ukazały się w 1928 roku). Opowiadanie parodystyczne “Szkarłatna Wyspa” przerobił 

autor na sztukę w 1928 roku (wyd.  polskie 1981). Trzeci utwór, “Przygody Cziczikowa”,  jest 

groteską w konwencji snu. 

 

background image

Fatalne jaja 

 (1925) 

 

background image

Rozdział I - Profesor Persikow 

  Dnia   szesnastego   kwietnia   roku   tysiąc   dziewięćset   dwudziestego   ósmego   wieczorem 

profesor   zoologii   Czwartego   Uniwersytetu   Państwowego   i   dyrektor   Moskiewskiego   Instytutu 

Zoologii Persikow wszedł do swego gabinetu, który mieścił się w rzeczonym Instytucie, na ulicy 

Hercena. Profesor zapalił matową amplę pod sufitem i rozejrzał się. 

  Za   początek   tej   upiornej   katastrofy   uznać   wypada   ów   właśnie   złowieszczy   wieczór, 

podobnie jak za głównego tej katastrofy sprawcę należy uważać właśnie profesora Włodzimierza 

Hippatiewicza Persikowa. 

 Miał on dokładnie pięćdziesiąt osiem lat, wspaniałą, łysą jak tłuczek głowę ze sterczącymi 

po bokach kępkami żółtawych włosów i gładko wygoloną twarz o dolnej wardze wysuniętej ku 

przodowi. Powyższe cechy sprawiały, że twarz profesora miała w sobie coś cokolwiek kapryśnego. 

Na   czerwonym   nosie   staroświeckie   malutkie   binokle   w   srebrnej   oprawie,   oczka   błyszczące, 

nieduże,   wysoka   przygarbiona   sylwetka.   Mówił   głosem   skrzypliwym,   cienkim,   kwaczącym,   a 

wśród innych osobliwości odznaczał się i taką oto: kiedy mówił coś dobitnie i z pewnością siebie, 

haczykowato zaginał wskazujący palec prawej ręki i mrużył oczy. A że z pewnością siebie mówił 

zawsze, był bowiem zaiste fenomenalnym erudytą w swojej dziedzinie, haczyk ów nader często 

zjawiał się przed oczyma rozmówców profesora Persikowa. Na tematy zaś spoza swojej dziedziny, 

to jest spoza zoologii, embriologii,  botaniki, anatomii  i geografii, profesor Persikow prawie w 

ogóle się nie wypowiadał. 

 Gazet profesor Persikow nie czytywał, do teatru nie chadzał, a żona profesora uciekła od 

niego w roku dziewięćset trzynastym z tenorem opery Zimina zostawiając małżonkowi list takiej 

treści: 

  “Twoje żaby przyprawiają mnie o nieznośny dreszcz obrzydzenia. Będę przez nie całe 

życie nieszczęśliwa”. 

  Profesor nie ożenił się więcej, dzieci nie miał. Był  bardzo zapalczywy,  ale szybko się 

uspokajał, lubił herbatę z jeżynami, mieszkał na Preczystience, w pięciopokojowym mieszkaniu, w 

którym jeden pokój zajmowała zasuszona staruszka, gosposia, Maria Stiepanowna, opiekująca się 

profesorem jak niańka. 

  W   dziewięćset   dziewiętnastym   odebrano   profesorowi   trzy   z   jego   pięciu   pokojów. 

Oświadczył wówczas Marii Stiepanownej: 

 - Jeżeli oni się nie uspokoją, Mario Stiepanowna, to ja wyjeżdżam z kraju. 

  Niewątpliwie,   gdyby   profesor   zrealizował   ten   plan,   mógłby   bez   najmniejszego   trudu 

otrzymać katedrę zoologii na dowolnym uniwersytecie świata, był to bowiem doprawdy wybitny 

background image

uczony,   a   we   wszystkich   dziedzinach,   które   pozostają   w   takim   bądź   innym   związku   z 

ziemnowodnymi   czy   też   płazami,   w   ogóle   nikt   się   z   nim   nie   mógł   równać   oprócz   profesora 

Williama Weckely z Cambridge i profesora Giacomo Beccariego z Rzymu. Czytał  profesor w 

czterech językach nie licząc ojczystego, po francusku zaś i po niemiecku mówił równie dobrze jak 

po rosyjsku. Zamiarów swoich odnośnie zagranicy Persikow nie zrealizował, zaś rok dwudziesty 

okazał   się   jeszcze   gorszy  niż   dziewiętnasty.   Zaszły  ważne   wydarzenia   i   to  w   znacznej   ilości. 

Wielka Nikitska została przemianowana na ulicę Hercena. Następnie zegar wprawiony w ścianę 

domu na rogu Hercena i Mochowej zatrzymał wskazówki na piętnaście po jedenastej i wreszcie w 

terrariach Instytutu Zoologii nie wytrzymując wszystkich perturbacji owego niezapomnianego roku 

zdechło najpierw osiem wspaniałych egzemplarzy rzekotek, potem piętnaście zwykłych ropuch, a 

wreszcie unikalny egzemplarz ropuchy z Surinamu. 

 Niebawem w ślad za ropuchami, z których śmiercią odszedł w niebyt pierwszy rząd płazów 

jak   najsłuszniej   nazwanych   bezogonowymi,   przeniósł   się   do   wieczności   niestrudzony   stróż 

Instytutu, staruszek Włas, do płazów bynajmniej się nie zaliczający. Przyczyna jego śmierci była 

zresztą identyczna, co w wypadku biednych rzekotek, toteż Persikow określił ją natychmiast: 

 - Brak karmy. 

 Uczony miał najzupełniejszą rację: Własa należało odżywiać mąką, żaby zaś żyjącymi w 

mące robakami,  ale ponieważ zniknęła  ta pierwsza, nie było również tych  ostatnich.  Persikow 

usiłował   przestawić   pozostałe   dwadzieścia   egzemplarzy   rzekotek   na   karaluchową   dietę,   ale   i 

karaluchy   gdzieś   przepadły,   manifestując   w   ten   sposób   swój   wrogi   stosunek   do   komunizmu 

wojennego. Nie było rady, ostatnie egzemplarze również trzeba było wyrzucić do śmietnika na 

podwórzu Instytutu. 

 Nie sposób opisywać wrażenia, jakie wywarły na Persikowie te zgony, a zwłaszcza śmierć 

ropuchy z Surinamu. Całkowitą odpowiedzialnością za te zejścia śmiertelne Persikow obarczył 

ówczesnego Ludowego Komisarza Oświaty. 

 Stojąc w czapce, i w kaloszach na korytarzu zamarzającego Instytutu Persikow mówił do 

swego asystenta Iwanowa, nobliwego dżentelmena z płową szpiczastą bródką: 

 - Toż za to, Piotrze Stepanowiczu, zabić go mało! Co oni wyprawiają? Przecież zrujnują 

Instytut!   Co?   Taki   wspaniały   samiec,   unikalny   egzemplarz   Pipa   Americana,   trzynaście 

centymetrów długości... 

 Dalej było jeszcze gorzej. Po śmierci Własa, okna w Instytucie przemarzły na wylot, tak że 

kwiecisty zamróz osiadł na wewnętrznych powierzchniach szyb. Wyzdychały króliki, lisy, wilki, 

ryby i wszystkie węże, co do jednego. Persikow całymi dniami do nikogo się nie odzywał, wreszcie 

zachorował na zapalenie płuc, ale nie umarł. Kiedy wydobrzał, przychodził dwa razy w tygodniu 

background image

do Instytutu i w okrągłej sali, w której nie wiadomo dlaczego zawsze nieodmiennie było pięć stopni 

mrozu niezależnie od temperatury na dworze, w kaloszach, w czapce z nausznikami i w szaliku 

wydychając kłęby białej pary wygłaszał wobec ośmiu słuchaczy kolejny wykład z cyklu “Płazy 

tropików”.   Przez   resztę   czasu   Persikow   leżał   u   siebie   na   Preczystience   na   kanapie   w   pokoju 

wypełnionym pod sufit książkami, pod pledem, kaszlał i wpatrywał się w ognistą paszczę piecyka, 

w którym paliła złoconymi krzesłami Maria Stiepanowna, i wspominał ropuchę z Surinamu. 

 Ale wszystko na tym świecie ma swój kres. Skończył się rok dwudziesty, dobiegł końca 

dwudziesty pierwszy, a w dwudziestym drugim coś jakby ruszyło w przeciwną stronę. Po pierwsze 

na  miejscu   świętej  pamięci  Własa   pojawił  się  Pankrat,  młody  jeszcze,   ale  rokujący wspaniałe 

nadzieje  stróż  zoologiczny,  a  w  Instytucie   powolutku   zaczęto   palić.  Latem  zaś   Persikow  przy 

pomocy   Pankrata   złapał  nad  Klaźmą  czternaście  banalnych  żab.   W  terrarium   znowu  zawrzało 

życie... W roku dwudziestym trzecim Persikow miał już osiem wykładów tygodniowo - trzy w 

Instytucie i pięć na Uniwersytecie, w dwudziestym czwartym miał ich tygodniowo trzynaście nie 

licząc kursów przygotowawczych, zaś wiosną dwudziestego piątego wsławił się tym, że ściął na 

egzaminie siedemdziesięciu sześciu studentów, a wszystkich na płazach. 

 - Jak to, nie wie pan, czym różnią się płazy od gadów? - pytał Persikow. - To doprawdy 

śmieszne, młody człowieku. Płazy nie mają miedniczek nerkowych. Ani śladu. Ta-a-ak. Wstyd. 

Jest pan zapewne marksistą? 

 - Jestem marksistą - więdnąc odpowiadał ścięty. 

 - Proszę zatem zgłosić się na jesieni - mówił uprzejmie Persikow i raźno wołał do Pankrata: 

- Dawać następnego! 

  Tak   jak  amfibie   ożywają   po   długotrwałej   suszy,   skoro   tylko   spadnie   pierwszy   obfity 

deszcz, ożył profesor Persikow w roku tysiąc dziewięćset dwudziestym szóstym, gdy Zjednoczone 

Towarzystwo   Amerykańsko-Rosyjskie   rozpoczynając   od   rogu   zaułku   Gazetnego   i   Twerskiej 

wzniosło w śródmieściu Moskwy piętnaście piętnastopiętrowych wieżowców, na przedmieściach 

zaś trzysta robotniczych domków ośmiorodzinnych i w ten sposób raz na zawsze uporało się z 

owym strasznym i śmiesznym zarazem kryzysem mieszkaniowym, który tak dawał się we znaki 

mieszkańcom Moskwy w latach 1919-1925. 

 To było w ogóle piękne lato w życiu Persikowa i profesor czasami zacierał ręce z cichym a 

zadowolonym chichotem, kiedy przypominał sobie, jak to się gnieździł z Marią Stiepanowną w 

dwu pokojach. Profesor odzyskał obecnie wszystkie pięć pokojów, roztasował się, rozmieścił pół 

tysiąca książek, wypchane gady, wykresy, preparaty, na biurku w gabinecie zapalił zieloną lampę. 

 Instytut również trudno było poznać: przemalowano go na kremowo, do pokojów gadów 

doprowadzono specjalne wodociągi, wszystkie szyby zastąpiono szkłem lustrzanym, przysłano pięć 

background image

nowych   mikroskopów,   szklane   stoły   preparacyjne,   bezcieniowe   lampy   po   dwa   tysiące   świec, 

reflektory, gabloty ekspozycyjne. 

  Persikow ożył i niespodziewanie dowiedział się o tym cały świat, gdy w grudniu roku 

dwudziestego   szóstego   ukazała   się   broszura:   “Jeszcze   o   zagadnieniu   rozmnażania   się 

blaszkoskrzydłych vel chitonów”, 126 stron, “Biuletyn Czwartego Uniwersytetu”, a na jesieni roku 

tysiąc dziewięćset dwudziestego siódmego - fundamentalne trzystupięćdziesięciostronicowe dzieło 

przełożone następnie na sześć języków, w tym na japoński: “Embriologia pip, czosnkówek i żab”, 

cena 3 rub., Gosizdat. 

  Zaś latem tysiąc dziewięćset dwudziestego ósmego zdarzyło się coś niewiarygodnego i 

koszmarnego... 

background image

 Rozdział II - Kolorowy zakrętas 

 Tak więc profesor zapalił amplę i rozejrzał się po pokoju. Zapalił reflektor na długim stole 

laboratoryjnym, włożył biały fartuch, zadzwonił jakimiś instrumentami na stole... 

  Spora część trzystu tysięcy pojazdów mechanicznych,  które w roku tysiąc dziewięćset 

dwudziestym ósmym poruszały się po Moskwie, pędziła ulicą Hercena dudniąc po gładkiej kostce i 

co minutę ze zgrzytem i z wyciem z Hercena w Mochową wytaczał się tramwaj linii “16”, “22”, 

“48” albo “53”. Rzucał na lustrzane szyby gabinetu odblask różnobarwnych ogni i daleko, wysoko 

widniał obok ciemnej przysadzistej kopuły cerkwi Zbawiciela mglisty i blady sierp miesiąca. 

  Ale ani on, ani rozgwar wiosennej Moskwy  w najmniejszym  stopniu nie interesowały 

profesora Persikowa. Profesor siedział na obrotowym trójnożnym taborecie i brunatnymi od tytoniu 

palcami obracał pokrętła doskonałego zeissowskiego mikroskopu, pod którego okularem umieścił 

zwykły niezabarwiony preparat świeżych ameb. W chwili gdy Persikow zmieniał powiększenie z 

pięciu na dziesięć tysięcy razy, uchyliły się drzwi, ukazała się w nich szpiczasta bródka i skórzany 

fartuch, i asystent zapytał: 

 - Panie profesorze, uchwyciłem krezkę, czy nie chciałby pan rzucić okiem? 

  Persikow   żwawo   zsunął   się   z   taboretu   zostawiając   kremalierę   w   pół   obrotu   i   powoli 

obracając w palcach papierosa przeszedł do gabinetu asystenta. Tam, na szklanym stole, na wpół 

uduszona   i   otępiała   z   bólu   i   strachu   leżała   żaba   ukrzyżowana   na   korkowym   statywie,   a   jej 

przezroczyste   galaretowate   wnętrzności   wyciągnięte   były   z   zakrwawionego   brzucha   pod 

mikroskop. 

 - Bardzo ładna - powiedział Persikow i przyłożył oko do okularu mikroskopu. 

 Zapewne coś nader interesującego można było zobaczyć w krezce żaby, gdzie strumykami 

naczyń krwionośnych, widoczne jak na dłoni, dziarsko pomykały żywiutkie erytrocyty, Persikow 

bowiem zapomniał o swoich amebach i przez półtorej godziny na przemian to on, to Iwanow 

przypadali   do   szkła   mikroskopu.   Obaj   uczeni   przerzucali   się   przy   tym   podnieconymi,   ale 

niezrozumiałymi dla zwykłych śmiertelników słowami. 

 Wreszcie Persikow oderwał się od mikroskopu, oświadczył: 

 - Cóż robić, krzepnie. 

  Żaba ciężko poruszyła łbem, a w jej gasnących oczach bez trudu można było wyczytać: 

“dranie jesteście i tyle... “ 

 Persikow wstał, rozprostował zdrętwiałe nogi, wrócił do swojego gabinetu, ziewnął, potarł 

palcami wiecznie zaczerwienione powieki, przysiadł na taborecie, zerknął w mikroskop, palcami 

ujął już kremalierę i zamierzał przekręcić zębatkę, ale jej nie przekręcił. Prawe oko Persikowa 

background image

widziało mętnawe białe koło, a w nim blade nieostre ameby, pośrodku koła tkwił zaś kolorowy 

zakrętas,   bardzo   przypominający   damski   loczek.   Persikow   podobnie   jak   setki   jego   uczniów 

widywał ten zakrętas wiele razy, ale nikt się nim nie interesował, bo i po co? Kolorowa smużka 

światła przeszkadzała tylko obserwować i wskazywała, że ostrość jest źle ustawiona. Ścierano ją 

więc bezlitośnie jednym obrotem pokrętła, pole rozświetlało się równomiernym białym światłem. 

Smukłe palce zoologa już na dobre spoczęły na karbowaniach pokrętła, kiedy raptem drgnęły i 

odskoczyły. Winne temu było prawe oko Persikowa, które nagle stało się czujne, zdumiało się, a 

nawet zatrwożyło. To nie jakieś tuzinkowe beztalencie siedziało przy mikroskopie, o nie! Siedział 

przy nim profesor Persikow! Całe jego życie, wszystkie jego myśli skoncentrowały się w prawym 

oku. Przez pięć minut w kamiennej ciszy wyższa istota obserwowała niższą męcząc i wytężając 

oko nad znajdującym się poza ogniskową preparatem. Wszystko wokół milczało. Pankrat zasnął 

już w swoim pokoiku w westybulu i raz tylko gdzieś daleko melodyjnie i delikatnie zadzwoniły 

szyby   szaf   -   to   Iwanow   wychodząc   zamykał   swój   gabinet.   Jęknęły   za   nim   drzwi   wejściowe. 

Dopiero potem dał się słyszeć głos profesora. Do kogo profesor się zwracał, nie wiadomo. 

 - Co takiego? Nic nie rozumiem... 

  Zapóźniona   ciężarówka   przejechała   ulicą   Hercena,   zadrżały   stare   mury   Instytutu. 

Zadzwonił   na   stole   płaski   szklany   talerzyk   z   lancetami.   Profesor   pobladł   i   osłonił   mikroskop 

ramionami - tak matka osłania dzieciątko, któremu zagraża niebezpieczeństwo. Teraz w ogóle nie 

mogło być mowy o tym, by Persikow poruszył pokrętłem, o, nie, profesor bał się obecnie, że jakaś 

postronna siła może usunąć z pola widzenia to, co zobaczył. 

 Biały ranek był w całej krasie i złota smuga przecinała kremowy fronton Instytutu, kiedy 

profesor   podszedł   do   okna.   Drżącymi   palcami   nacisnął   guzik   i   nieprzenikliwe   czarne   zasłony 

skryły   poranek,   a   w   gabinecie   ożyła   przemądra   uczona   noc.   Pożółkły   i   natchniony   Persikow 

rozkraczył nogi i wpatrując się załzawionymi oczyma w posadzkę przemówił: 

 - Ale jakże to tak? Przecież to potworne?... To potworne, panowie! - powtórzył zwracając 

się do ropuch w terrarium, ropuchy wszelako spały i nie udzieliły mu żadnej odpowiedzi. 

  Milczał przez chwilę, potem podszedł do wyłącznika, podniósł zasłonę, zgasił wszystkie 

światła i spojrzał w okular mikroskopu. Twarz jego wyrażała napięcie, zasępił krzaczaste żółte 

brwi. 

 - Uhu, uhu - burknął - zniknął. Rozumiem. Ro-o-zumiem - przeciągnął, patrząc obłąkańczo 

i w natchnieniu na zgaszoną amplę nad głową - to proste. 

  Ponownie   opuścił   szeleszczące   zasłony,   ponownie   zapalił   amplę.   Zajrzał   do   ampli, 

wyszczerzył radośnie zęby i jakby drapieżnie. 

 - Złapię go - powiedział uroczyście i dobitnie, wznosząc do góry palec - złapię. Może i od 

background image

słońca. 

 Zasłony znów się zrolowały. Słońce wyjrzało już na dobre. Zalało oto mury Instytutu, legło 

ławicą na brukowanej jezdni Hercena. Profesor patrzył w okno, medytował, gdzie też będzie słońce 

w dzień. To odchodził od okna, to się doń zbliżał, podtańcowując nieco, wreszcie legł brzuchem na 

parapecie. 

  Zabrał  się  do  pracy  ważnej   a  zagadkowej. Przykrył  mikroskop   szklanym  kloszem.   W 

błękitnawym płomieniu palnika bunsenowskiego nadtopił lak i przypieczętował krawędź klosza do 

stołu, na miękkim laku odcisnął własny kciuk. Zgasił gaz, wyszedł i zamknął drzwi gabinetu na 

zatrzask. 

  Na korytarzu Instytutu panował półmrok. Profesor dotarł do pokoiku Pankrata i długo, 

bezskutecznie   dobijał   się   do   niego.   Wreszcie   dobiegło   zza   drzwi   coś   jakby   warczenie   psa 

łańcuchowego,   kaszel   i   beczenie,   i   stanął   w   plamie   światła   Pankrat   w   pasiastych   gatkach   z 

troczkami zawiązanymi u kostek. Jego ogłupiałe oczy patrzyły na uczonego, ziewał przeraźliwie na 

poły tylko rozbudzony. 

 - Pankrat - powiedział profesor patrząc nań sponad okularów - wybacz, że cię obudziłem. 

Chodzi o to, przyjacielu, żebyś  rano nie wchodził do mojego gabinetu. Zostawiłem tam pracę, 

której nie wolno poruszyć. Jasne? 

 - U-u-u, ja-ja-jasne - odparł Pankrat, choć nic dla niego nie było jasne. Chwiał się i głośno 

ziewał. 

  O,   nie,   słuchaj,   obudź   się,   Pankrat   -   mówił   zoolog   i   dał   Pankratowi   w   żebra   parę 

delikatnych   kuksańców,   które   sprawiły,   że   w   oczach   stróża   pojawił   się   cień   zrozumienia.   - 

Zamknąłem   gabinet   -   ciągnął   Persikow   -   i   nie   trzeba   w   nim   pod   moją   nieobecność   sprzątać. 

Zrozumiałeś? 

 - Tak jest - wychrypiał Pankrat. 

 - To pięknie, kładź się spać. 

 Pankrat odwrócił się, zniknął w drzwiach i natychmiast zwalił się na posłanie, profesor zaś 

zaczął   się   ubierać   w   westybulu.   Włożył   szare   letnie   palto   i   miękki   kapelusz,   potem, 

przypomniawszy sobie to, co widział pod mikroskopem, wpatrzył się we własne kalosze i przez 

kilka chwil przyglądał się im po raz pierwszy w życiu. Następnie włożył lewy kalosz i usiłował nań 

wcisnąć prawy, ale to mu się nie udało. 

 - Cóż to za potworny przypadek, że on mnie odwołał - powiedział uczony. - Gdyby nie to, 

nic bym nie zauważył! Ale co z tego wyniknie?... Przecież z tego wyniknie diabli wiedzą co?... 

 Profesor uśmiechnął się, przyjrzał kaloszom i zdjął lewy, włożył za to prawy. - Mój Boże! 

Przecież   nie   można   sobie   nawet   wyobrazić   wszystkich   konsekwencji...   -   Profesor   pogardliwie 

background image

odtrącił lewy kalosz, który denerwował go, ponieważ ani rusz nie chciał wejść na prawy, i ruszył 

do wyjścia w jednym. Tam zgubił chusteczkę do nosa i wyszedł trzasnąwszy ciężkimi drzwiami. 

Na dworze, klepiąc się po bokach, długo szukał po kieszeniach zapałek, wreszcie znalazł je i ruszył 

ulicą z nie zapalonym papierosem w ustach. 

  Aż do samej cerkwi profesor nie spotkał żywego ducha. Przed świątynią uczony zadarł 

głowę i długo nie mógł oderwać wzroku od złotego hełmu. Słońce z rozkoszą lizało go z jednego 

boku. 

  - Dlaczego nie widziałem go nigdy przedtem, co za zbieg okoliczności?... Tfu, idiota. - 

Profesor pochylił się i zamyślił, patrząc na swe nogi, z których tylko jedna mogła się szczycić 

posiadaniem kalosza. - Hm... co robić. Wrócić do Pankrata? Nie, nie dobudzę się go. Wyrzucić to 

świństwo szkoda. Nie ma rady, trzeba nieść w ręku. - Zdjął kalosz i podniósł go z obrzydzeniem. 

 Z Preczystienki zdezelowanym automobilem wyjechała trójka, dwóch pijaniuteńkich, a na 

ich   kolanach   jaskrawo   umalowana   kobieta   w   jedwabnych   szarawarach,   według   mody   z 

dwudziestego ósmego. 

 - Ech, ojczulku! - zawołała niskim, ochrypłym głosem. - Gdzieżeś przepił drugi kalosz? 

  - W “Alcazarze” widocznie stary się zaprawił - zawył lewy pijak, prawy wychylił się z 

automobilu i krzyknął: 

 - Dziadku, otwarta nocna na Wołchonce? My tam jedziemy! 

 Profesor surowo spojrzał na nich sponad okularów, wypuścił papierosa z ust i natychmiast 

zapomniał o ich istnieniu. Na Bulwarze Preczystienskim rozwarła się słoneczna szczelina, zapłonął 

hełm Zbawiciela. Wyjrzało słońce. 

 

background image

Rozdział III - Persikow schwytał 

 Oto na czym polegał problem. Kiedy profesor przybliżył swe genialne oko do okularu, po 

raz pierwszy w życiu uderzyło go to, że w różnobarwnym zawijasie szczególnie wyrazisty i gruby 

jest jeden promień. Promień ten był jaskrawoczerwony i wysuwał się spośród innych jak maleńkie 

ostrze, no, powiedzmy, wielkości igły. 

 Trzebaż było nieszczęścia, żeby właśnie ten promień przykuł na parę sekund wprawne oko 

wirtuoza. 

  W   nim,   to   jest   w   promieniu,   profesor   dostrzegł   coś,   co   było   tysiąckroć   ważniejsze   i 

donioślejsze   niż   promień,   owo   nietrwałe   dziecię,   zrodzone   przypadkiem   z   ruchu   lusterka   i 

obiektywu  mikroskopu.  Dzięki  temu,  że asystent  odwołał profesora, ameby przeleżały półtorej 

godziny w zasięgu oddziaływania promienia i oto, co się stało: podczas gdy w całym polu widzenia 

ziarniste   ameby   spoczywały   ospale   i   nieruchawo,   w   miejscu,   przez   które   przechodził   ostry 

czerwony miecz,  działy się  rzeczy dziwne. W czerwonym  pasemku  wrzało  życie.  Niepokaźne 

ameby wyciągając nibynóżki podążały co sił do czerwonego pasma, a w nim (jakby za dotknięciem 

czarodziejskiej różdżki) bardzo się ożywiały. Jakaś siła tchnęła w nie życie. Pełzły ławą i walczyły 

ze  sobą  o miejsce  w  promieniu.  A  w  promieniu  trwało  wściekłe,  bo  trudno  tu  o inne  słowo, 

rozmnażanie się. Przekraczając i obalając wszystkie prawa, które Persikow znał jak własne pięć 

palców, ameby dzieliły się na jego oczach w błyskawicznym tempie. Rozpadały się w promieniu na 

dwie części, a każda w przeciągu dwu sekund stawała się nowym rześkim osobnikiem. Osobniki te 

w   ciągu   paru   chwil   osiągały   wielkość   i   dojrzałość   dorosłej   ameby,   po   to   jedynie,   by  z   kolei 

natychmiast  wydać na świat nowe pokolenie. W czerwonym  paśmie,  a potem i w całym  polu 

widzenia   zrobiło   się   ciasno,   zaczęła   się   nieunikniona   walka.   Nowo   narodzone   egzemplarze 

wściekle napadały na siebie, rozdzierały się na strzępy i pożerały. Pomiędzy noworodkami leżały 

trupy poległych w walce o byt. Zwyciężały osobniki lepsze i silniejsze. I prawdę mówiąc te lepsze 

były przerażające. Po pierwsze rozmiarami mniej więcej dwukrotnie przewyższały zwykłą amebę, 

a   po   drugie   odznaczały   się   jakąś   szczególną   agresywnością   i   żwawością.   Ich   ruchy   były 

błyskawiczne,   nibynóżki   znacznie   dłuższe   niż   normalne,   a   pracowały   tymi   nibynóżkami,   bez 

żadnej przesady, niczym ośmiornice swymi mackami. 

 Następnego wieczora profesor, wymizerowany i pobladły, głodny, podtrzymując siły tylko 

grubymi skrętami, obserwował nowe pokolenie ameb, zaś na trzeci dzień zajął się samym źródłem 

fenomenu, to znaczy czerwonym promieniem. 

  Gaz syczał cichutko w palniku, za oknem znowu szumiał ruch uliczny i zatruty setnym 

papierosem profesor z na wpół zamkniętymi oczyma odchylił się na oparcie obrotowego fotela. 

background image

  - Tak - teraz wszystko jest jasne. Ożywił  je promień. Jest to nowy,  przez nikogo nie 

badany, przez nikogo jeszcze nie odkryty rodzaj promieni. Należy przede wszystkim wyjaśnić, czy 

można go otrzymać tylko ze światła elektrycznego, czy także i słonecznego - mamrotał do samego 

siebie Persikow. 

  Rzecz   wyjaśniła   się   następnej   nocy.   Persikow   złapał   w   trzech   mikroskopach   trzy 

promienie, przy świetle słonecznym nic nie złapał i wyraził się tak: 

 - Należy uznać, że w widmie słonecznym go nie ma... hm... no, słowem, należy przyjąć, że 

można go wydobyć tylko ze światła elektrycznego. 

 Spojrzał z zainteresowaniem na matową amplę pod sufitem, zapadł w natchnioną zadumę, 

po czym poprosił do swego gabinetu Iwanowa. Opowiedział mu o wszystkim i pokazał ameby. 

  Privat-docent Iwanow był wstrząśnięty, był absolutnie załamany: jakim cudem rzecz tak 

prosta jak ten wąziutki promień nie została, u diabła, zauważona nigdy dotąd! Przez kogokolwiek, 

choćby przez niego, Iwanowa, a to przecież doprawdy potworne! Proszę tylko popatrzeć!... 

 Niech pan popatrzy, profesorze! - mówił Iwanow, z przerażeniem przywierając okiem do 

okularu. - Co tu się dzieje?! One rosną na moich oczach... Niech pan spojrzy, niech pan spojrzy... 

 - Obserwuję je już trzeci dzień - odparł natchniony Persikow. 

 Z kolei obaj uczeni przeprowadzili rozmowę, której sens da się streścić następująco: privat-

docent Iwanow zabierze się do skonstruowania urządzenia z zastosowaniem soczewek i luster, 

które pozwoli na powiększenie owego promienia i wyprowadzenia go poza mikroskop. Iwanow ma 

nadzieję, a nawet jest pewien, że to dziecinnie proste zadanie. Wyprowadzi promień, profesor może 

być o to spokojny. Tu wyniknął pewien szkopuł. 

 - Ja, szanowny kolego, publikując wyniki napiszę, że komory skonstruowane zostały przez 

pana - wtrącił Persikow czując, że tu nie można sobie pozwolić na niedomówienia. 

 - O, to nieistotne... Zresztą, oczywiście... 

  I   tak   to   szkopuł   został   usunięty.   Od   tej   chwili   promień   pochłonął   również   Iwanowa. 

Podczas gdy Persikow chudnąc i mizerniejąc przesiadywał całymi dniami i przez połowę nocy przy 

mikroskopie, Iwanow krzątał się po rzęsiście oświetlonym gabinecie fizycznym, ustawiał soczewki 

i lustra. Pomagał mu mechanik. 

 Na wystosowane przez Komisariat Oświaty zamówienie nadeszły z Niemiec dla Persikowa 

trzy paki pełne luster dwuwypukłych, dwuwklęsłych i jeszcze jakichś wklęsłowypukłych szkieł 

szlifowanych.   Skończyło   się   to   wszystko   tym,   że   Iwanow   zbudował   komorę   i   rzeczywiście 

wyprowadził do niej czerwony promień. I, trzeba przyznać, udało mu się to zrobić po mistrzowsku: 

otrzymał promień gruby, ze cztery centymetry średnicy, ostry i silny. 

  Pierwszego   czerwca   zainstalowano   komorę   w   gabinecie   Persikowa   i   profesor   chciwie 

background image

zabrał się do doświadczeń z naświetlanym skrzekiem żabim. Doświadczenia te dały wstrząsające 

wyniki. Po dwóch dobach wylęgły się ze skrzeku tysiące kijanek. Ale nie dość na tym:  przed 

upływem następnej doby z kijanek wykształciły się dorosłe żaby, tak w dodatku złe i żarłoczne, że 

jedna połowa została natychmiast pożarta przez drugą połowę. Te zaś, które pozostały przy życiu, 

nie przestrzegając przepisanych terminów, niezwłocznie zaczęły składać ikrę i po dwóch dniach już 

bez   żadnego   promienia   dochowały   się   potomstwa,   w   dodatku   niewiarygodnie   licznego.   W 

gabinecie uczonego dziać się zaczęło diabli wiedzą co: żaby rozpełzły się z gabinetu po całym 

Instytucie, w terrariach, zwyczajnie na podłodze i w ogóle we wszystkich zakamarkach kumkały 

niczym   zgrane   na   bagnach   chóry.   Pankrat,   który   i   tak   bał   się   Persikowa   jak   ognia,   teraz 

doświadczał wobec niego jednego tylko uczucia: śmiertelnego przerażenia. Po tygodniu również 

sam uczony poczuł, że jest bliski utraty zmysłów. Instytut wypełniała woń eteru i cyjanku potasu, 

którym o mało co nie otruł się Pankrat, kiedy w nieodpowiedniej  chwili zdjął maskę gazową. 

Rozmnożone generacje bagienne udało się w końcu wytępić truciznami, gabinety wywietrzono. 

 Do Iwanowa Persikow powiedział tak: 

 - Wie pan, kolego, wpływ promieniowania na deuteroplazmę i w ogóle na komórki jajowe 

jest zdumiewający. 

 Iwanow, dżentelmen oschły i powściągliwy, przerwał profesorowi niebywałym tonem: 

  -   Panie   profesorze,   co   tu   rozprawiać   o   nieistotnych   szczegółach,   o   deuteroplazmie? 

Powiedzmy   sobie   wprost:   pan   odkrył   coś   niesłychanego.   -   Iwanow,   najwyraźniej   z   wielkimi 

oporami, wydusił z siebie: - Profesorze Persikow, odkrył pan promienie życia! 

 Wątły rumieniec ukazał się na bladych, nie ogolonych policzkach Persikowa. 

 - No-no-no - wymamrotał. 

 - Pańskie nazwisko - ciągnął Iwanow - pańskie nazwisko stanie się tak sławne... Kręci mi 

się w głowie. Czy zdaje pan sobie z tego sprawę - ciągnął z emfazą - że bohaterowie Wellsa w 

porównaniu z panem to po prostu dzieci... A ja myślałem, że to bajki... Pamięta pan jego “ucztę 

Bogów”? 

 - A, to powieść - odparł Persikow. 

 - O, tak, bardzo znana, na Boga! 

  -   Wyleciała   mi   z   pamięci   -   odparł   Persikow.   -   Pamiętam,   że   czytałem,   ale   już 

zapomniałem. 

 - Jak to - nie pamięta pan? Proszę tylko spojrzeć. - Iwanow podniósł za łapę ze szklanego 

stołu niewiarygodnych  rozmiarów  martwe  żabsko o wzdętym  brzuchu. - Nawet po śmierci  jej 

morda zachowała wyraz furii - to przecież potworne! 

 

background image

Rozdział IV - Popadia Drozdowa 

  Bóg raczy wiedzieć dlaczego,  czy to z winy Iwanowa, czy też dlatego, że sensacyjne 

wiadomości rozprzestrzeniają się same, jak morowe powietrze, dość, że w kipiącej gigantycznej 

Moskwie zaczęto nagle mówić o promieniu i profesorze Persikowie. Co prawda jakby aluzyjnie i 

nader   mgliście.   Wieść   o   cudotwórczym   odkryciu   skakała   po   rozjarzonej   stolicy   niczym 

niedostrzelony ptak, to znikając, to znów wzbijając się w górę aż do połowy lipca, kiedy na stronie 

dwudziestej   dziennika   “Izwiestia”   w   rubryce   “Nowości   nauki   i   techniki”   ukazała   się   krótka 

notatka, w której była mowa o promieniu. W notatce powiedziano ogólnikowo, że znany uczony z 

Czwartego   Uniwersytetu   wynalazł   promień,   który   niebywale   zwiększa   aktywność   życiową 

niższych organizmów i że promień ten wymaga jeszcze weryfikacji. Nazwisko, rzecz jasna, było 

przekręcone, wydrukowano: “Pepsikow”. 

 Iwanow przyniósł gazetę i pokazał Persikowowi wzmiankę. 

 - “Pepsikow” - krzątając się w gabinecie wokół komory wymamrotał Persikow - skąd te 

świszczypały o wszystkim wiedzą? 

  Niestety, przekręcone nazwisko nie uchroniło profesora przed dalszymi wydarzeniami i 

wydarzenia te zaczęły się zaraz następnego dnia, z miejsca przewracając do góry nogami całe życie 

Persikowa. 

  Zapukawszy   uprzednio,   wkroczył   do   gabinetu   Pankrat   i   wręczył   Persikowowi 

arcywytworną atłasową wizytówkę. 

 - Czeka tamój - dodał Pankrat nieśmiało. 

 Na wizytówce wydrukowano wykwintnymi literami: 

  Alfred Arkadiewicz Bronski Współpracownik moskiewskich miesięczników “Czerwony 

Płomień”,   “Czerwona   Papryka”,   “Czerwony   Przegląd”,   “Czerwony   Reflektor”   oraz   dziennika 

“Czerwona Wieczorna Moskwa” 

 - Przepędź go do stu diabłów - monotonnie powiedział Persikow i strącił wizytówkę pod 

stół. 

 Pankrat odwrócił się, wyszedł, a po pięciu minutach powrócił z cierpieniem na obliczu i z 

duplikatem tejże wizytówki. 

 - Cóż to, żarty sobie ze mnie stroisz? - wyskrzypiał Persikow i zrobił się straszny. 

 - On mówi, że z giepełu... - blednąc odpowiedział Pankrat. 

 Persikow jedną ręką złapał się za wizytówkę, tak, że o mało jej nie rozerwał, drugą cisnął 

pincetę na stół. Na wizytówce był dopisek kędzierzawym charakterem pisma: “Bardzo proszę, i 

przepraszam, o udzielenie mi trzech minut, szanowny profesorze, w doniosłej sprawie prasy” oraz 

background image

“współpracownik pisma satyrycznego “Czerwona Suka”, wydawnictwa GPU”. 

 - Zawołaj no go tu - powiedział Persikow i dostał zadyszki. 

 Zza pleców Pankrata natychmiast wychynął młody człowiek o gładko wygolonej, oleisto 

błyszczącej twarzy. Zdumiewały brwi wiecznie uniesione jak u Chińczyka i agatowe oczka pod 

nimi, ani przez sekundę nie patrzące rozmówcy w oczy. Młody człowiek ubrany był nad wyraz 

nienagannie  i modnie.  Miał  na sobie obcisłą,  długą  do kolan marynarkę,  niezmiernie  szerokie 

rozkloszowane spodnie, a na nogach niesamowite pod względem szerokości lakierowane półbuty o 

noskach przypominających kopyta. W dłoniach dzierżył laseczkę, kapelusz i notatnik. 

  - Czego  pan  sobie  życzy?  -  zapytał   Persikow   takim   tonem,  że  Pankrat  błyskawicznie 

zniknął za drzwiami. - Powiedziano panu przecież, że jestem zajęty? 

 Młody człowiek zamiast odpowiedzi skłonił się profesorowi dwakroć, na lewo i na prawo, 

potem jego oczka  obiegły gabinet  dokoła i  młody człowiek  natychmiast  postawił  w notatniku 

znaczek. 

  - Jestem zajęty - powiedział profesor patrząc ze wstrętem w oczka gościa, nie osiągnął 

jednak żadnego efektu, oczka te były bowiem nieuchwytne. 

  - Po  tysiąckroć,  wielce   szanowny panie  profesorze,  proszę  o wybaczenie  -  jął  mówić 

wytwornym głosem gość - tego, że wdzieram się do pana i zajmuję jego drogocenny czas, ale wieść 

o pańskim wszechświatowym odkryciu, która obiegła cały świat, każe naszej redakcji prosić pana o 

bliższe wyjaśnienia. 

 - Co znowu za bliższe wyjaśnienia na cały świat? - piskliwie jęknął Persikow i zżółkł. - Nie 

mam obowiązku udzielania panu wyjaśnień ani niczego takiego... Jestem zajęty... strasznie zajęty. 

 - A nad czym pan pracuje? - przymilnie zapytał młody człowiek i zrobił w notesie drugi 

znaczek. 

 - Ależ ja... co też pan? Chce pan to drukować? 

 - Tak - odparł młody człowiek i nagle zaczął coś pospiesznie zapisywać w notatniku. 

 - Po pierwsze nie mam zamiaru niczego publikować, dopóki nie skończę pracy... zwłaszcza 

w tych pańskich gazetach. Po drugie - skąd pan to wszystko wie?... - I Persikow poczuł nagle, że 

traci kontenans. 

 - Czy prawdziwa jest wiadomość, że wynalazł pan promień nowego życia? 

  - Jakiego znowu nowego życia? - wściekł się profesor. - Co za bzdury pan wygaduje! 

Promień, nad którym pracuję bynajmniej nie został jeszcze zbadany i w ogóle nic jeszcze nie 

wiadomo! Możliwe, że zwiększa aktywność życiową protoplazmy... 

 - Ile razy? - pospiesznie zapytał młody człowiek. 

 Persikow stropił się ostatecznie... Co za typek! Tylko diabli wiedzą co to takiego? 

background image

 - Co to za filisterskie pytania?... Powiedzmy, dajmy na to, no, tysiąc razy!... 

 W oczach młodego człowieka błysnęła drapieżna radość. 

 - Powstają gigantyczne organizmy? 

  -   Ależ   nic   podobnego!   No,   co   prawda   organizmy,   które   otrzymałem,   są   większe   od 

normalnych... No, mają pewne nowe cechy... Ale przecież najważniejsza tu jest nie wielkość, tylko 

niewiarygodne tempo rozrodu - powiedział na swoje nieszczęście Persikow i natychmiast wpadł w 

popłoch. Młody człowiek zapisał całą stroniczkę, odwrócił ją i szybciutko notował dalej. 

 - Niechże pan nie zapisuje! - kapitulując już i czując, że jest w rękach młodego człowieka, 

wychrypiał Persikow w rozpaczy. - Co pan tam pisze? 

 - Czy to prawda, że w ciągu dwóch dób można otrzymać ze skrzeku dwa miliony kijanek? 

 - Z jakiej ilości skrzeku? - wrzasnął Persikow znowu wpadając w furię. - Czy widział pan 

kiedykolwiek ziarno ikry... no, powiedzmy - rzekotki? 

 - Z pół funta? - zapytał nie zmieszany młody człowiek. 

 Persikow spurpurowiał. 

 - Któż tak mierzy? Tfu! Co pan wygaduje? No, pewnie, gdyby wziąć pół funta żabiej ikry... 

wtedy zapewne... do diabła, no, coś koło tego, a może nawet znacznie więcej! 

 W oczach młodego człowieka zapłonęły brylanty i za jednym zamachem wypełnił kolejną 

stronicę. 

 - Czy jest prawdą, że stoimy w obliczu ogólnoświatowego przewrotu w hodowli? 

 - Cóż to za gazeciarskie pytanie! - obruszył się Persikow. - A w ogóle nie udzielam panu 

zezwolenia na pisanie bzdur. Widzę po pańskiej twarzy, że wypisuje pan jakieś paskudztwa! 

  -   Pańską   fotografię,   profesorze,   błagam   najpokorniej   -   powiedział   młody   człowiek   i 

zatrzasnął notatnik. 

  - Co? Moją fotografię? Do pańskich piśmideł? Razem z tymi  bzdurami, które pan tak 

nawypisywał? Nie, nie, nie... Zresztą jestem zajęty... Pan wybaczy!... 

 - Choćby starą! Zwrócimy ją panu momentalnie. 

 - Pankrat! - wrzasnął rozwścieczony profesor. 

 - Mam zaszczyt pożegnać - powiedział młody człowiek i zniknął. 

  Zza   drzwi   dało   się   słyszeć   zamiast   Pankrata   dziwne   miarowe   skrzypienie   maszynerii, 

postukiwanie o podłogę i w gabinecie zjawił się mężczyzna niezwykłej tuszy w bluzie i spodniach 

uszytych z sukna na koce. Jego lewa, mechaniczna noga szczękała i pozgrzytywała, w dłoniach 

trzymał   teczkę.   Na   jego   wygolonej,   krągłej   twarzy   o   konsystencji   żółtawej   galarety   rozlał   się 

życzliwy uśmiech. Złożył profesorowi wojskowy ukłon, po czym wyprostował się, a wtedy noga 

szczęknęła sprężyście. Persikow oniemiał. 

background image

  - Panie profesorze - miłym, schrypniętym głosem zaczął nieznajomy - proszę wybaczyć 

zwykłemu śmiertelnikowi, że zakłóca pańską samotność. 

 - Pan jest reporterem? - zapytał Persikow. - Pankrat!!! 

 - W żadnym razie, panie profesorze - odparł grubas. - Pozwoli pan, że się przedstawię - 

kapitan żeglugi wielkiej i współpracownik gazety “Goniec Przemysłu” przy Radzie Komisarzy 

Ludowych. 

  - Pankrat!!! - histerycznie ryknął Persikow i w tejże chwili zabłysło w kącie czerwone 

światełko, łagodnie zadzwonił telefon. - Pankrat! - powtórzył profesor - słucham. 

 - “Verzeihen Sie, bitte, Herr Professor - zachrypiał telefon po niemiecku - dass ich store. 

Ich bin Mitarbeiter des “Berliner Tageblatts””... 

 - Pankrat! - wrzasnął w słuchawkę profesor - “bin momentan sehr beschaftigt und kann Sie 

deshalb jetzt nicht empfangen!... Pankrat!!! 

 A tymczasem przy głównym wejściu do Instytutu zaczął się urywać dzwonek. 

  - Koszmarne morderstwo na ulicy Bronnej!!! - zawodziły niesamowite chrapliwe głosy 

skacząc   w   gęstwie   świateł   wśród   kół   i   rozbłysków   latarń   na   rozgrzanej   czerwcowej   jezdni.   - 

Koszmarna epidemia dziesiątkuje kury wdowy Popadii Drozdowej z jej podobizną!... Koszmarne 

odkrycie promienia życia profesora Persikowa!!! 

 Persikowem tak zatrzęsło, że o mało co nie wpadł pod samochód na Mochowej i zaciekle 

porwał gazetę. 

  - Trzy kopiejki, obywatelu! - wrzasnął chłopaczek i wciskając się w tłum na trotuarze 

znowu zawył:- “Czerwona Gazeta Wieczorna”, odkrycie promieni iks!!! 

  Oszołomiony Persikow rozłożył gazetę i przytulił się do latarni. Z lewego rogu drugiej 

kolumny  spojrzał  na niego  z zamazanej  ramki  łysy  mężczyzna  o ślepych  oczach  szaleńca  i z 

obwisłą dolną szczęką, płód malarskiej wyobraźni Alfreda Bronskiego: “W. Persikow, odkrywca 

tajemniczego czerwonego promienia” - głosił podpis pod rysunkiem. 

 Niżej, pod nagłówkiem “Wszechświatowa zagadka”, artykuł zaczynał się od słów: 

 “Niech pan spocznie”, uprzejmie powiedział do mnie wybitny uczony Persikow... 

 Pod artykułem widniał podpis “Alfred Bromski (Alonso)”. 

  Nad dachem uniwersytetu wzbiło się zielonkawe światło, ukazały się na niebie ogniste 

słowa “mówiona gazeta” i tłum natychmiast napłynął w Mochową. 

 “Niech pan spocznie!!!” - zawył nagle w głośniku na dachu arcyniemiły cienki głos, bardzo 

podobny do powiększonego tysiąckrotnie głosu Alfreda Bronskiego - “uprzejmie powiedział do 

mnie   wybitny   uczony   Persikow!   Od   dawna   pragnąłem   zapoznać   moskiewski   proletariat   z 

wynikami mego odkrycia... “ 

background image

  Za   plecami   Persikowa   rozległo   się   ciche   mechaniczne   skrzypienie,   ktoś   pociągnął 

profesora   za   rękaw.   Odwróciwszy   się   profesor   zobaczył   krągłe   żółte   oblicze   właściciela 

mechanicznej nogi. Oczy miał wilgotne od łez, wargi mu drżały. 

 - Mnie, panie profesorze, nie chciał pan zapoznać z wynikami pańskiego zdumiewającego 

odkrycia - powiedział ze smutkiem i westchnął głęboko. - Przepadło moje półtorej dychy. 

 Patrzył żałośnie na dach uniwersytetu, gdzie szalał w czarnej czeluści niewidzialny Alfred. 

Nie wiedzieć czemu Persikowowi żal się zrobiło grubasa. 

 - Ja - wymamrotał, z nienawiścią słuchając słów z nieba - żadnego “Niech pan spocznie” 

mu nie mówiłem! To po prostu łobuz niebywałych rozmiarów! Pan wybaczy, ale doprawdy kiedy 

człowiek pracuje, a tu ktoś włazi raptem... Nie mam, oczywiście, pana na myśli... 

 - Może mi pan, profesorze, da choć opis pańskiej komory? - uniżenie i boleściwie mówił 

mechaniczny człowiek - przecież teraz jest już panu wszystko jedno... 

 - Z pół funta skrzeku w ciągu trzech dni wykluwa się takie mnóstwo kijanek, że absolutnie 

nie sposób ich policzyć - grzmiał w głośniku niewidzialny. 

 - Tu-tu - głucho krzyczały automobile na Mochowej. 

 - Ho-ho-ho... Patrzcie no, ho-ho-ho - zadzierając głowy szumiał tłum. 

 - Co za łajdak! Co? - dygocąc z oburzenia kipiał Persikow do mechanicznego człowieka. - 

Jak się panu to podoba? Ja złożę na niego skargę! 

 - To oburzające! - przytaknął tłuścioch. 

 Oślepiający fioletowy promień ciął profesora po oczach i wszystko dokoła zapłonęło - słup 

latarni, fragment brukowanej kostką jezdni, żółty mur, zaciekawione twarze. 

 - To pana, panie profesorze - szepnął z zachwytem tłuścioch i zawisł u rękawa profesora 

niczym kloc. W powietrzu coś zaterkotało. 

  - A niech ich wszyscy diabli! - żałośnie wrzasnął Persikow, wyrywając się z klocem z 

tłumu. - Ej, taksometr. Na Preczystienkę. 

 Odrapany stareńki samochód, model 1924, zaklekotał przy chodniku i profesor wsiadł do 

kabiny usiłując się odczepić od grubasa. 

 - Przeszkadza mi pan - syczał i osłaniał się pięściami przed fioletowym światłem. 

  - Czytał   pan?!  Czemu  oni  się  tak  wydzierają?...  Na Małej   Bronnej   zarżnęli  profesora 

Persikowa z dziećmi!... - wołano w tłumie. 

  - Nie mam żadnych dzieci, sukinsyny! - rozdarł się Persikow i nagle trafił w obiektyw 

czarnego aparatu, który uwiecznił go z profilu z szeroko otwartymi ustami i furią w oczach. 

 - Krch... tu... krch... ru - wrzasnął taksometr i wbił się w gęstwę. 

 Grubas siedział już w kabinie i grzał profesorowi bok. 

background image

 

background image

Rozdział V - Kurza historia 

 W zabitym deskami powiatowym miasteczku, byłym Troicku, obecnie zaś Stiekłowsku, w 

guberni  kostromskiej,  powiat  stiekłowski,  na ganek  domku  przy byłej  Soborowej, obecnie  zaś 

Personalnej, wyszła przewiązana chustką kobiecina w szarej sukni z perkalowymi bukiecikami, 

wyszła i rozszlochała się. Kobieta ta, wdowa po Drozdowie, byłym soborowym protojereju byłego 

soboru szlochała tak głośno, że niebawem w domku po przeciwnej stronie ulicy ukazała się w 

okienku babska głowa w puchatej chustce i zawołała: 

 - Co ty, Stiepanowna, znowu? 

 - Siedemnasta! - zanosząc się płaczem odpowiedziała eks-Drozdowa. 

 - Ach-żeż-ż-eż - zaskomliła kiwając głową baba w chustce - widziane to rzeczy? Pogniewał 

się pan Bóg, nie inaczej? Zdechła? Nie może być! 

 - No, patrz, sama popatrz, Matriona - mamrotała popadia sapiąc ciężko i głośno - popatrz 

tylko, co się z nią dzieje! 

 Stuknęła szara przekrzywiona furtka, bose babskie nogi zaczłapały po garbach pełnej kurzu 

ulicy i mokra od łez popadia poprowadziła Matrionę pod kurnik. 

 Trzeba tu powiedzieć, że wdowa po ojcu protojereju Sabatiuszu Drozdowie, który zmarł w 

dwudziestym szóstym roku z powodu antyreligijnych zmartwień, zamiast pogrążyć się w rozpaczy 

założyła   imponującą   hodowlę   kur.   Skoro   tylko   wdowi   interes   zaczął   rozkwitać,   wymierzono 

popadii taki podatek, że hodowla niewątpliwie wzięłaby w łeb, gdyby nie dobrzy ludzie. Dobrzy 

ludzie pouczyli wdowę, że winna złożyć lokalnym władzom oświadczenie, iż zakłada ona, wdowa, 

spółdzielnię   hodowlaną.   Członkami   spółdzielni   zostały   sama   Drozdowa,   jej   wierna   służąca 

Matrioszka i głucha siostrzenica protojerejowej. Podatek cofnięto i hodowla kur rozwinęła się do 

tego stopnia, że w roku dwudziestym ósmym chodziło po obstawionym kurnikami piaszczystym 

wdowim podwóreczku do dwustu pięćdziesięciu kur, wśród których trafiały się nawet leghorny. 

Wdowie jajka pojawiały się co niedziela na stiekłowskim bazarze, handlowano wdowimi jajkami w 

Tambowie, a bywało, że można je było zobaczyć nawet na lustrzanych wystawach byłego sklepu 

“Ser i masło Cziczkina” w Moskwie. 

  I   oto   siedemnasta   od   rana   bramaputra,   ukochana   czubatka,   chodziła   po   podwórku   i 

wymiotowała.   “Er... rr...  urł... ho-ho-ho”,  wydobywała   z  siebie  czubatka   i  wznosiła   ku słońcu 

smutne  oczy,  jakby spoglądała  na nie po raz ostatni.  Przed nosem kury tańczył  w prysiudach 

członek spółdzielni pracy Matrioszka z filiżanką wody. 

 - Złocista moja... cip-cip-cip... napij się wody - błagała Matrioszka i ścigała filiżanką dziób 

czubatki, ale czubatka pić nie chciała. Szeroko otwierała dziób, zadzierała do góry głowę. Potem 

background image

zaczęła wymiotować krwią. 

  - Jezu przenajświętszy! - wrzasnęła zaproszona plasnąwszy się po biodrach. - Co to się 

wyrabia! Sama najczystsza krew. Jeszczem nigdy nie widziała Bóg mi świadkiem, żeby kura tak 

cierpiała na żołądek jak człowiek. 

 I to były ostatnie słowa towarzyszące biednej czubatce na tamten świat. Fajtnęła nagle na 

bok, bezradnie stuknęła kilkakrotnie dziobem w piasek, zamknęła oczy. Potem przewróciła się na 

grzbiet, zadarła do góry obie łapy i znieruchomiała. “Wylała wodę z filiżanki”, zapłakała basem 

Matrioszka, zapłakała i sama popadia - przewodniczący spółdzielni, sąsiadka zaś pochyliła się do 

jej ucha i zaszeptała: 

 - Stiepanowna, niech ja trupem padnę, jeśli na twoje kury nie rzucili uroku! Kto to widział! 

Toć takich kurzych chorób w ogóle nie ma! Ktoś czary rzucił na twoje kury! 

  -   Wrogowie!   Do   grobu   mnie   wpędzą!   -   zawołała   w   niebiosa   popadia.   -   Co   ja   im 

zawiniłam? 

  Słowom jej odpowiedział gromki koguci krzyk,  po czym  z kurnika jakoś tak bokiem, 

niczym niespokojny pijak z knajpy, wypadł podskubany chudy kogut. Wściekle wytrzeszczył oko 

na   kobiety,   zadreptał   w   miejscu,   skrzydła   rozpostarł   jak   orzeł,   ale   nigdzie   nie   poleciał,   tylko 

pogalopował   wokół   podwórka   jak   przepędzany   na   lonży   koń.   W   połowie   trzeciego   okrążenia 

zatrzymał się, zwymiotował, potem zaczął charczeć i chrypieć, ziemię dokoła siebie opluł krwią, 

upadł,   łapy   wyprężył   do   słońca   jak   maszty.   Babie   wycie   zalało   podwórze,   a   z   kurników 

odpowiedziały niespokojne pogdakiwania, trzepoty, zamęt. 

  - No, nie urok? - triumfalnie zapytała sąsiadka. - Wołaj ojca Sergiusza, niech odprawi 

modły. 

 O szóstej po południu, kiedy ognisty pysk słońca usadowił się nisko, pomiędzy pyskami 

młodych   słoneczników,   na   wybiegu   dla   kur   ojciec   Sergiusz,   duszpasterz   z   soborowej   parafii, 

odprawiwszy   egzorcyzmy   wyłaził   z   epitrachelionu.   Zaciekawione   głowy   ludzi   sterczały   nad 

sędziwym parkanem i między deskami. Boleściwa popadia ucałowała krzyż, szczodrze zmoczyła 

łzami   wystrzępioną   kanarkową   rublówkę   i   wręczyła   ojcu   Sergiuszowi,   na   co   ten   wzdychając 

zauważył coś w stylu: “Oto Stwórca zagniewał się na nas”. 

  Następnie tłum z ulicy się rozszedł, a ponieważ kury wcześnie chodzą spać, więc nikt 

nawet nie wiedział, że w kurniku sąsiada popadii Drozdowej zdechły trzy na raz kury, a także 

kogut. Wymiotowały tak samo jak kury drozdowskie, ale zgony nastąpiły w zamkniętym kurniku i 

po cichu. Kogut zwalił się z grzędy łbem na dół i w takiej pozycji skonał. Co zaś do kur wdowy, to 

przed nocą w kurnikach martwo było i cicho, zesztywniałe ptactwo leżało stertami. 

 Rankiem miasto wstało jak gromem rażone, historia bowiem przybrała rozmiary dziwne i 

background image

potworne. Na ulicy Personalnej, w ostatnim domku, w którym wynajmował mieszkanie powiatowy 

inspektor   podatkowy,  w   południe   zostały  przy  życiu   tylko  trzy  kury,   ale   i  one  zdechły  przed 

pierwszą. A pod wieczór miasteczko Stiekłowsk huczało i wrzało niczym ul i przelatywało po nim 

groźne   słowo   “mór”.   Nazwisko   Drozdowej   trafiło   na   łamy   miejscowej   gazety   “Czerwony 

Bojownik”,   znalazło   się   w   artykule   zatytułowanym   “Czyżby   kurza   dżuma?”,   a   stamtąd 

zawędrowało do Moskwy. 

  Żywot profesora Persikowa nabrał barw dziwacznych, niespokojnych a podniecających. 

Krótko  mówiąc  -  praca  w  tych  warunkach  była  po  prostu  niemożliwa.  Nazajutrz  po  tym,   jak 

profesor   rozstał   się   z   Alfredem   Bronskim,   zmuszony   został   do   wyłączenia   telefonu   w   swoim 

gabinecie za pomocą zdjęcia słuchawki, wieczorem zaś, przejeżdżając tramwajem przez Ochotnyj 

Riad   zobaczył   samego   siebie   na   dachu   ogromnej   kamienicy   z   czarnym   napisem   “Gazeta 

Robotnicza”. On, profesor, zieleniejąc, migocąc i dygocąc wsiadł do taksówki, a za nim, uczepiona 

jego rękawa, pchała się mechaniczna kula w kocu. Profesor na dachu, na białym ekranie, osłaniał 

się pięściami przed snopem fioletowego światła. Następnie wyskoczył  ognisty napis: “Profesor 

Persikow   jadąc   autem   udziela   wyjaśnień   naszemu   znakomitemu   reporterowi,   kapitanowi 

Stiepanowowi”.   I   rzeczywiście:   Wołchonką   obok   cerkwi   Chrystusa   Zbawiciela   przemknął 

rozdygotany automobil, wewnątrz szamotał się profesor. Miał twarz zaszczutego wilka. 

 - Diabły nie ludzie - wymamrotał przez zęby zoolog i pojechał dalej. 

 Tegoż dnia wieczorem wróciwszy do siebie na Preczystienkę zoolog otrzymał od gosposi, 

Marii Stiepanowny, siedemnaście karteczek z numerami telefonów ludzi, którzy dzwonili doń pod 

jego nieobecność i wysłuchał słownego oświadczenia Marii Stiepanowny,  że ona ma już dość. 

Profesor   chciał   podrzeć   karteczki,   pohamował   się   jednak,   przy   jednym   z   numerów   zobaczył 

bowiem dopisek: “ludowy Komisarz Zdrowia”. 

 - Co takiego? - szczerze zdumiał się uczony dziwak. - Co im się stało? 

 Kwadrans po dziesiątej tego wieczora rozległ się dzwonek i profesor zmuszony został do 

odbycia rozmowy z pewnym olśniewająco wyposażonym obywatelem. Przyjął go profesor dzięki 

wizytówce, na której wydrukowane było (bez imienia i nazwiska): “Pełnomocny Szef Wydziału 

Handlu Przedstawicielstw Zagranicznych Republiki RAD”. 

  -   Niech   go   diabli   wezmą!   -   warknął   Persikow,   cisnął   na   zielone   sukno   lupę   i   jakieś 

wykresy, i powiedział do Marii Stiepanowny: 

 - Proszę poprosić tutaj do gabinetu, tego całego pełnomocnika. 

 - Czym mogę służyć? - zapytał Persikow takim tonem, że szefa nieco skręciło. Persikow 

przeniósł okulary z nosa na czoło, potem z powrotem i obejrzał sobie gościa. Ten zaś cały lśnił od 

lakieru  i  drogich kamieni,  zaś  w  prawym  jego oku tkwił monokl.  Co za wstrętna  morda!  nie 

background image

wiadomo dlaczego pomyślał Persikow. 

 Przybysz zaczął okrężnie, poprosił mianowicie o pozwolenie zapalenia cygara, w związku 

z   czym   Persikow   nader   niechętnie   poprosił   go,   żeby   usiadł.   Dalej   gość   wygłosił   obszerne 

przeprosiny z powodu wizyty  o tak spóźnionej porze: “ale... pana profesora w dzień w żaden 

sposób nie można złap... hi-hi... pardon... zastać” (gość, kiedy się śmiał, pochlipywał jak hiena). 

 - Owszem, jestem zajęty! - powiedział Persikow tak ostro, że gościa skręciło po raz drugi. 

 - Tym niemniej pozwoliłem sobie niepokoić znakomitego uczonego: czas to pieniądz, jak 

mówią... czy cygaro nie przeszkadza profesorowi? 

 - Mur-mur-mur - odparł Persikow. Przyzwolił... 

 - Profesor wszakże odkrył promień życia? 

 - Litości, jakiego znowu życia?! To wymysły pismaków! - ożywił się Persikow. 

  - Ach, nie, hi-hi-che... on doskonale rozumie tę skromność, która stanowi najpiękniejszą 

ozdobę każdego prawdziwego uczonego... o czym tu mówić... Dziś nadeszły depesze... W stolicach 

świata,   jak   to   w   Warszawie   i   Rydze,   już   wiedzą   wszystko   o   promieniu.   Nazwisko   profesora 

Persikowa powtarza cały świat. Cały świat śledzi prace profesora Persikowa z zapartym tchem... 

Ale wszyscy doskonale wiedzą o tym, jak ciężki jest los uczonego w sowieckiej Rosji. Entre nous 

soit dit (fr. - między nami mówiąc.)... Czy na pewno rozmawiamy w cztery oczy?... Niestety, nie 

umieją   tutaj   docenić   pracy   uczonego,   on   zatem   pragnąłby   omówić   z   profesorem...   Pewne 

zagraniczne mocarstwo proponuje profesorowi Persikowowi absolutnie bezinteresowną pomoc w 

jego  badaniach   laboratoryjnych.   Po   cóż   rzucać   perły  przed   wieprze,   jak   mówi   Pismo   Święte? 

Mocarstwo owo wie, jak ciężko było profesorowi w roku dziewiętnastym i dwudziestym, podczas 

tej   hi-hi...   rewolucji.   No,   oczywiście,   absolutna   dyskrecja...   profesor   zapozna   mocarstwo   z 

wynikami badań, mocarstwo zaś w zamian za to sfinansuje profesora. Profesor zbudował wszak 

komorę, otóż interesujące byłoby zapoznać się z planami tej komory... 

 Tu gość wydobył z wewnętrznej kieszeni marynarki paczkę śnieżnobiałych banknotów... 

 - Zupełny drobiazg, pięć tysięcy rubli, powiedzmy, zadatku, profesor może je otrzymać w 

każdej   chwili...   pokwitowanie   nie   jest   potrzebne...   profesor   nawet   obraziłby   pełnomocnego 

handlowego szefa, gdyby wspomniał o pokwitowaniu... 

 - Won!!! - ryknął nagle Persikow tak straszliwie, że w salonowym pianinie odezwały się 

najwyższe struny. 

 Gość zniknął tak doszczętnie, że drżący z wściekłości Persikow w minutę później sam już 

powątpiewał, czy gość był tu w ogóle, czy też tylko on miał halucynacje. 

 - To jego kalosze?! - wył po chwili Persikow w przedpokoju. 

 - Ten pan zapomniał - odpowiedziała dygocąc Maria Stiepanowna. 

background image

 - Wyrzuć je! 

 - Gdzież ja je wyrzucę! Wróci po nie. 

 - Oddać je do komitetu domowego. Za pokwitowaniem. Żeby mi tu śladu po nich nie było! 

Do komitetu! Niech zabierają szpiegowskie kalosze!... 

  Maria Stiepanowna żegnając się znakiem  krzyża  zabrała  wspaniałe  skórzane kalosze i 

wyniosła je na kuchenne schody. Tam chwilę postała za drzwiami, po czym schowała kalosze w 

komórce. 

 - Oddałaś? - szalał Persikow. 

 - Oddałam. 

 - Pokwitowanie! 

 - Tak jest, panie profesorze. Tylko że przewodniczący niepiśmienny!... 

  -   W   tej.   Chwili.   Ma.   Mi.   Tu.   Być.   Pokwitowanie.   Niech   za   niego   podpisze   któryś 

piśmienny sukinsyn! 

 Maria Stiepanowna tylko pokręciła głową, wyszła i po kwadransie wróciła z karteczką: 

 “Przyjęto na składowanie od prof. Persikowa 1 (słownie jedna) pakalo, Kolesow”. 

 - A to co takiego? 

 - Żeton. 

 Żeton Persikow brutalnie podeptał, pokwitowanie zaś schował pod suszkę. Następnie myśl 

jakowaś omroczyła strome czoło. Dopadł telefonu, połączył się z Pankratem w Instytucie i zapytał 

go:   “Czy   wszystko   aby   w   porządku?”   Pankrat   ryczał   w   słuchawkę   coś,   z   czego   można   było 

wywnioskować, że jego zdaniem wszystko w porządku. Ale Persikow tylko na chwilę się uspokoił. 

Mroczniejąc złapał za telefon i nagadał do słuchawki coś takiego: 

  -   Dajcie   mi   tę,   jakże   jej   tam,   Łubiankę.   Merci...   Kogo   tam   od   was   powinienem 

zawiadomić...   Przyłażą   tu   do   mnie   jakieś   podejrzane   indywidua   w   kaloszach,   tak...   Profesor 

Czwartego Uniwersytetu Persikow... 

 Słuchawka nagle gwałtownie przerwała rozmowę. Persikow ochłonął mrucząc przez zęby 

jakieś rynsztokowe wyrazy. 

 - Będzie pan pił herbatę? - zaglądając do gabinetu nieśmiało zasięgnęła informacji Maria 

Stiepanowna. 

  - Nie  będę pił  żadnej  herbaty...  mur-mur-mur  i niech  ich diabli  porwą...  Wściekli  się 

wszyscy czy co? 

  Dokładnie   w   dziesięć   minut   później   profesor   podejmował   w   gabinecie   nowych   gości. 

Jeden z nich, sympatyczny, krąglutki i niezmiernie ugrzeczniony, był w skromnym wojskowym 

trenczu i w bryczesach. Na nosie niczym kryształowy motyl siedziały mu binokle. W ogóle robił 

background image

wrażenie anioła w lakierowanych  butach z cholewami.  Drugi, niski, strasznie ponury - był  po 

cywilnemu, ale garnitur najwyraźniej go krępował. Trzeci gość zachował się dość szczególnie, nie 

wszedł   bowiem   do   gabinetu   profesora,   tylko   został   w   ciemnym   przedpokoju.   Jednocześnie 

oświetlony i przeszyty smugami tytoniowego dymu gabinet był dlań doskonale widoczny. Na nosie 

tego trzeciego, który również był w cywilu, tkwiły przydymione binokle. 

  Dwaj   w   gabinecie   doszczętnie   zamęczyli   Persikowa   oglądaniem   wizytówki, 

wypytywaniem o pięć tysięcy i zmuszaniem go do opisywania powierzchowności gościa. 

 - A diabli go wiedzą - dudnił Persikow - no, ohydna fizjognomia. Degenerat. 

 - Nie miał aby szklanego oka? - ochryple zapytał malutki. 

 - A diabli go wiedzą. Zresztą nie, szklanego nie miał, biegały mu oczy. 

  - Rubinsztajn?  - pytająco  i cicho  zwrócił  się anioł  do malutkiego  cywila.  Ten  jednak 

ponuro, przecząco pokręcił głową. 

  - Rubinsztajn nie da bez pokwitowania, mowy nie ma - burknął - to nie Rubinsztajna 

robota. To jakaś grubsza ryba. 

  Historia   z   kaloszami   spowodowała   wybuch   najwyższego   zainteresowania   przybyłych. 

Anioł   połączywszy  się   z  administracją  domu  uronił  do  słuchawki   zaledwie   kilka   słów:  “GPU 

wzywa niezwłocznie sekretarza komitetu domowego Kolesowa do mieszkania profesora Persikowa 

z kaloszami” i pobladły Kolesow natychmiast zjawił się w gabinecie z kaloszami w dłoni. 

  - Wasieńka! - cichutko zawołał anioł tego, który siedział w przedpokoju. Tamten wstał 

ospale i powlókł się do gabinetu niczym rozkręcony mechanizm. Przydymione szkła całkowicie 

pochłonęły mu oczy. 

 - No? - zapytał lakonicznie i sennie. 

 - Kalosze. 

  Dymne  oczy prześlizgnęły się po kaloszach i Persikowowi wydało się, że bokiem zza 

szkieł błysnęły przez sekundę nie senne bynajmniej, ale przeciwnie, zdumiewająco przenikliwe 

źrenice. Momentalnie jednak zgasły. 

 - No, Wasieńka? 

 Ten, którego nazwano Wasieńką, odparł przywiędłym głosem. 

 - No, po co te no? Kalosze Pelenżkowskiego. 

  Komitet   z   miejsca   został   pozbawiony   daru   profesora   Persikowa.   Kalosze   zniknęły   w 

papierze gazetowym. Niezmiernie uradowany anioł w trenczu wstał i jął ściskać profesorowi dłoń, 

wygłosił   nawet   niewielkie   przemówienie,   które   dałoby   się   streścić   następująco:   przynosi   to 

profesorowi zaszczyt... Profesor może być spokojny... Nikt go już więcej nie będzie niepokoił, ani 

w   Instytucie,   ani   w   domu...   zostaną   przedsięwzięte   stosowne   środki,   komorom   profesora   nic 

background image

absolutnie nie zagraża... 

  -   A   nie   moglibyście   tak   rozstrzelać   reporterów?   -   patrząc   sponad   okularów   zapytał 

Persikow. 

  To   pytanie   niebywale   rozweseliło   gości.   Nie   tylko   posępny   malutki,   ale   nawet 

przydymiony w przedpokoju się uśmiechnął. Anioł iskrząc się i promieniejąc wyjaśnił, że to się nie 

da zrobić. 

 - A co to za kanalia była u mnie? 

 Tu wszyscy przestali się uśmiechać i anioł odpowiedział wymijająco, że taki sobie drobny 

aferzysta, nie warto się nim przejmować... niemniej on jak najbardziej stanowczo prosi obywatela 

profesora o zachowanie wydarzeń dzisiejszego wieczora w absolutnej tajemnicy, po czym goście 

wyszli. 

 Persikow wrócił do gabinetu, do swych wykresów, ale i tak nie udało mu się popracować. 

Telefon   wyrzucił   z   siebie   płomienisty   krążek   i   kobiecy   głos   zaproponował   profesorowi 

siedmiopokojowe mieszkanie, w razie gdyby chciał się ożenić z pociągającą i namiętną wdową. 

Persikow zawył w słuchawkę: 

 - Radziłbym pani leczyć się u profesora Rossolimo... 

 I rozległ się następny dzwonek. 

  Teraz   Persikow   oklapł   nieco,   ponieważ   dzwoniła   z   Kremla   dość   znana   osobistość; 

osobistość   wypytywała   Persikowa   o   jego   pracę   i   wyraziła   chęć   odwiedzenia   laboratorium. 

Skończywszy rozmowę Persikow otarł czoło i zdjął słuchawkę z widełek. Wówczas piętro wyżej 

zagrzmiały przeraźliwe trąby i rozległy się szlochy walkirii, radioodbiornik dyrektora Zjednoczenia 

Sukiennictwa odbierał koncert wagnerowski z Teatru Wielkiego. Persikow przy akompaniamencie 

spadającego  z  sufitu   wycia   i łoskotu  oświadczył   Marii   Stiepanownej, że  wytoczy  dyrektorowi 

proces, że rozwali mu radio, że wyjedzie z Moskwy do wszystkich diabłów, skoro najoczywiściej 

postanowiono się go stąd pozbyć. Stłukł lupę i położył się w gabinecie na kozetce, gdzie też zasnął 

przy nadlatujących z Teatru Wielkiego tkliwych pasażach znakomitego pianisty. 

  Niespodzianki trwały także nazajutrz. Przyjechawszy tramwajem do Instytutu Persikow 

zastał przed wejściem nie znanego sobie obywatela w modnym zielonym meloniku. Obywatel ów 

bacznie  przyjrzał  się Persikowowi, ale nie zadawał  mu  żadnych  pytań,  więc profesor jakoś to 

zniósł. Aliści w hallu Instytutu oprócz zdetonowanego Pankrata podniósł się na widok Persikowa 

następny melonik, który pozdrowił go uprzejmie. 

 - Dzień dobry, obywatelu profesorze. 

  - O  co  chodzi?   - straszliwym   głosem  zapytał   Persikow   zdzierając  z  siebie   palto  przy 

pomocy Pankrata. Ale melonik szybko Persikowa udobruchał, niezmiernie czule naszeptawszy, iż 

background image

profesor doprawdy niepotrzebnie się denerwuje. On, melonik, po to tu jest, żeby uchronić profesora 

od wszelkich bezceremonialnych wizyt... Profesor może być spokojny nie tylko o drzwi gabinetu, 

ale   nawet   i   o   okna.   Po   czym   nieznajomy   odchylił   na   moment   klapę   marynarki   i   pokazał 

profesorowi jakiś znaczek. 

 - Hm... widzę, że nie jecie chleba za darmo - wymruczał Persikow i dodał naiwnie: - A co 

pan będzie tu jadł? 

 Melonik uśmiechnął się w odpowiedzi i wyjaśnił, że będzie zmieniany. 

 Następne trzy dni przeszły wspaniale. Dwukrotnie składano profesorowi wizyty z Kremla, 

raz przyszli studenci, którzy zdawali u Persikowa egzamin. Oblali zresztą wszyscy i widać było po 

ich twarzach, że teraz już Persikow budzi w nich lęk doprawdy zabobonny. 

  - Niech pan zostanie konduktorem! Pan się nie może zajmować zoologią - grzmiało z 

gabinetu. 

 - Srogi? - pytał Pankrata melonik. 

 - U, nie daj Boże! - odpowiedział Pankrat. - Jak nawet który zda, to wychodzi z gabinetu 

biedaczyna, na miękkich nogach. Siódme poty na niego biją. I z miejsca - do knajpy. 

  Wśród tych wszystkich zajęć profesor nie zauważył,  jak minęły trzy doby, na czwarty 

dzień jednak sprowadzono go na ziemię, a sprawił to cienki, piskliwy głos z ulicy. 

 - Panie profesorze! - zawołał ów głos zza otwartego okna gabinetu od ulicy Hercena. Głos 

miał szczęście - Persikowa ostatnie dni bardzo zmęczyły. W owej chwili odpoczywał akurat w 

fotelu i patrzył ospale w przestrzeń zaczerwienionymi oczyma. Już nie mógł dłużej. Przeto nawet z 

niejakim zaciekawieniem wyjrzał przez okno i na trotuarze zobaczył Alfreda Bronskiego. Profesor 

od   razu   poznał   utytułowanego   posiadacza   wizytówki   po   dziwacznym   kapeluszu   i   po   notesie. 

Bronski ukłonił mu się czule i z uszanowaniem. 

  - Ach, to pan? - zapytał profesor. Nie miał dość sił na to, by się rozgniewać, a nawet 

zaciekawiło   go,   co   będzie   dalej.   Za   osłoną   okna   czuł   się   zabezpieczony   przed   Alfredem. 

Niestrudzony   melonik   na   ulicy   niezwłocznie   zwrócił   ucho   ku   Bronskiemu.   Na   twarzy   tego 

ostatniego wykwitł rozczulający uśmiech. 

 - Dwie minutki, drogi profesorze - wytężając z chodnika głos przemówił Bronski. - Tylko 

jedno pytanko i to ściśle zoologiczne. Czy wolno mi je zadać? 

  - Niech pan zadaje - lakonicznie i ironicznie odparł Persikow i pomyślał: A jednak ten 

szubrawiec ma w sobie coś amerykańskiego. 

  - Co pan powie a propos kur, drogi profesorze? - zwinąwszy dłonie w trąbkę krzyknął 

Bronski. 

  Persikow   zdumiał   się.   Przysiadł   na   parapecie,   potem   wstał,   nacisnął   guzik   i   zawołał 

background image

wskazując palcem okno: 

 - Pankrat, wpuść tego z trotuaru. 

  Kiedy Bronski pojawił się w gabinecie, Persikow posunął się w swojej uprzejmości tak 

daleko, że szczeknął: 

 - Niech pan siada! 

 I Bronski z zachwyconym uśmiechem usiadł na obrotowym taborecie. 

 - Jeśli wolno wiedzieć - odezwał się Persikow - pan pisze tam, w tych pańskich gazetach? 

 - Tak jest - z uszanowaniem odpowiedział Alfred. 

 - Nie rozumiem zatem, jak pan może pisać, skoro pan nawet mówić po rosyjsku nie umie. 

Co to za “dwie minutki” i co to za “a propos kur”? Pan z pewnością chciał powiedzieć “Na temat 

kur”? 

 Bronski roześmiał się wodniście i z uszanowaniem: 

 - Walenty Pietrowicz poprawia. 

 - Któż to taki, ten Walenty Pietrowicz? 

 - Redaktor stylistyczny. 

 - No, dobrze. Zresztą nie jestem filologiem. Zostawmy w spokoju pańskiego Pietrowicza. 

Czego mianowicie chciałby się pan dowiedzieć na temat kur? 

 - W ogóle, wszystkiego, co pan wie, profesorze. 

 Tu Bronski uzbroił się w ołówek. Iskry triumfu błysnęły w oczach Persikowa. 

 - Niepotrzebnie się pan do mnie fatygował, nie jestem ornitologiem. Najsłuszniej by pan 

postąpił zwracając się do Jemieliana Iwanowicza Portugałowa z Pierwszego Uniwersytetu. Moja 

wiedza jest bardzo ograniczona... 

  Bronski uśmiechając się z zachwytem  dawał do zrozumienia, że docenił żart drogiego 

profesora... “żart - ograniczona!” - skrobnął w notatniku. 

 - Zresztą, skoro to pana interesuje, proszę bardzo. Kury albo grzebieniaste... ptaki z rzędu 

kuraków, czyli grzebiących. Należą do kurowatych, rodzina bażantów... - głośno zaczął mówić 

Persikow patrząc  nie na Bronskiego już, ale gdzieś  w przestrzeń, gdzie domyślać  się należało 

tysiąca   słuchaczy...  -  Galliformes...   Phasianidae.  Są  to ptaki   odznaczające   się mięsno-skórnym 

grzebieniem i dwiema łopatkowymi naroślami pod dolną szczęką... hm... chociaż zresztą może być 

i jedna na środku podbródka... No, cóż by tu jeszcze. Skrzydła krótkie i wyokrąglone... Ogon 

średniej   długości,   cokolwiek   schodkowaty,   a   nawet,   rzekłbym,   daszkowaty,   środkowe   pióra 

wygięte sierpowato... Pankrat!... Przynieś z gabinetu modeli model numer siedemset pięć, przekrój 

poprzeczny   koguta...   to   zresztą   pana   nie   zainteresuje...   Pankrat,   nie   przynoś   tego   modelu... 

Powtarzam, nie jestem specjalistą, proszę się zwrócić do Portugałowa. No, cóż, osobiście znam 

background image

sześć gatunków kur żyjących w stanie dzikim... hm... Portugałow zna więcej... w Indiach i na 

archipelagu malajskim. Na przykład kur bankiwa, inaczej kazintu, Gallus gallus, żyje u podnóża 

Himalajów, w całych Indiach, w Assamie, Birmie... Kogut widłoogoniasty, czyli Gallus varius - na 

Lombok, na Sumbawie i na wyspie Flores. Na Jawie natomiast trafia się cudowny kur Gallus 

Eneus,   w   Indiach   południowo-wschodnich   polecam   panu   z   czystym   sumieniem   niezmiernie 

pięknego   kura   Sonneratha...   Pokażę   go   panu   potem   na   rysunku.   Jeżeli   chodzi   o   Cejlon,   to 

spotykamy tam kura Stanleya, który nie zachował się nigdzie indziej. 

 Bronski siedział z wytrzeszczonymi oczyma i notował. 

 - Czego jeszcze chciałby się pan dowiedzieć? 

 - Chciałbym się dowiedzieć czegoś o chorobach kur - cichuteńko szepnął Alfred. 

  - Hm, nie moja to specjalność... proszę zapytać  Portugałowa... No, płazińce, przywry, 

świeżbowiec,   ptaszyniec   kurzy,   pchły,   wesz   kurza,   czyli   pierzojad,   tasiemiec,   kurza   cholera, 

błonnicze zapalenie śluzówki... pneumonomikoza, gruźlica, strupień, czyli parchy... mało to jest 

chorób?...  -  iskry  tańczyły  w   źrenicach  Persikowa  -  blekotem,   nowotwory,   angielska   choroba, 

żółtaczka,   reumatyzm,   grzybek   Achorion   Schonleini...   bardzo   interesująca   choroba.   Na 

grzebieniach osobników, które na nią zapadły, występują malutkie plamki podobne do pleśni... 

 Bronski otarł pot z czoła kolorową chustką do nosa. 

 - A jaka jest zdaniem pana profesora, przyczyna obecnej katastrofy? 

 - Jakiej katastrofy? 

 - Jak to, czyżby pan nie czytał, profesorze? - zdumiał się Bronski i wyjął z teczki wymięty 

dziennik “Izwiestia”. 

 - Nie czytuję gazet - odparł Persikow i naburmuszył się. 

 - Ale dlaczego, profesorze? - serdecznie zapytał Alfred. 

 - A dlatego, że gazety piszą jakieś bzdury - wypalił bez zastanowienia Persikow. 

 - Ależ profesorze... - łagodnie wyszeptał Bronski i rozprostował dziennik. 

 - Co takiego? - zapytał Persikow i nawet wstał. Teraz iskry zaczęły tańczyć w źrenicach 

Bronskiego. Ostrym, wylakierowanym paznokciem podkreślił niewiarygodnie wielki tytuł przez 

wszystkie szpalty gazety: “Pomór kur w Republice”. 

 - Co? - przesuwając na czoło okulary zapytał Persikow... 

Rozdział VI - Moskwa w czerwcu roku 1928 

 Jarzyła się, światła tańczyły, gasły, by zapłonąć na nowo. Na Placu Teatralnym wirowały 

białe   latarnie   autobusów   i  zielone   światła   tramwajów;   nad   byłym   sklepem   z  konfekcją   Mur  i 

Marylis,   nad   dziewiątym,   nadbudowanym   piętrem   podskakiwała   różnokolorowa   elektryczna 

background image

kobieta   litera   po   literze   wyrzucając   różnokolorowe   słowa:   Kredyt   Robotniczy.   Na   skwerze 

naprzeciwko   Teatru   Wielkiego,   gdzie   po   zmierzchu   strzela   w   niebo   różnokolorowa   fontanna, 

tłoczyła się i huczała ciżba. Znad Teatru Wielkiego zaś dudnił gigantofon: 

 - Antykurze szczepienia w Instytucie Weterynarii w Lefortowie dały doskonałe rezultaty. 

Ilość kurzych zejść śmiertelnych w dniu dzisiejszym zmniejszyła się dwukrotnie... 

  Następnie gigantofon zmienił tembr, coś w nim ryczało, wybuchało i gasła nad teatrem 

zielona łuna, a gigantofon skarżył się basem: 

 - Powołana została nadzwyczajna komisja do walki z kurzą zarazą, w której skład weszli 

Ludowy   Komisarz   Zdrowia,   Ludowy   Komisarz   Rolnictwa,   kierownik   Wydziału   Hodowli 

towarzysz   Ptacha-porosiuk,   profesorzy   Persikow   i   Portugałow...   oraz   towarzysz   Rabinowicz!... 

Nowe próby interwencji... - chichotał i łkał niczym szakal gigantofon, - w związku z kurzą zarazą! 

  Teatralny   Przejazd,   Nieglinnyj   i   Łubianka   jaśniały   białymi   i   fioletowymi   pasmami, 

rozbryzgiwały promienie, wyły klaksonami, dusiły gęstym kurzem. Ciżba tłoczyła się pod murami, 

przed wielkimi płachtami obwieszczeń oświetlonych jaskrawoczerwonymi reflektorami: 

  “Pod   najsurowszą   odpowiedzialnością   karną   zabrania   się   ludności   spożywania   mięsa 

kurzego oraz jaj. Sprzedawcom prywatnym za próbę handlu wyż. wym. na bazarach grozi sąd oraz 

konfiskata   całego   mienia.   Wszyscy   obywatele   będący   w   posiadaniu   jaj   winni   niezwłocznie 

przekazać je dzielnicowym komendom milicji”. 

  Na dachu Gazety Robotniczej na ekranie widniała niebotyczna sterta kur, a zielonkawi 

migoczący strażacy pospiesznie polewali je naftą z węży strażackich. Potem przebiegały po ekranie 

czerwone fale, puchł i strzępił się martwy dym, pełzł jak lawina, wyskakiwały ogniste wyrazy: 

“Palenie kurzych zwłok na Chodynce”. 

  Wśród wściekle gorejących witryn sklepów otwartych do trzeciej nad ranem z dwiema 

przerwami, obiadową i kolacyjną, ziały ślepymi oczodołami zamknięte na głucho wystawy pod 

szyldami:   “Handel   jajami”.   “Gwarantowana   jakość”.   Niezmiernie   często,   wyprzedzając   z 

trwożnym   wyciem   ociężałe   autobusy,   przemykały   obok   milicjantów   syczące   samochody   z 

napisem: “moskiewski Wydział Zdrowia”. “Pogotowie Ratunkowe”. 

 - Znowu się ktoś nażarł śmierdzących jaj - szeptano w tłumie. 

  Na Pietrowskich Liniach jaśniała zielonymi i pomarańczowymi lampami słynna na cały 

świat restauracja “Empire”, a w niej, na stolikach, obok przenośnych telefonów, leżały zaplamione 

likierami kartoniki: “Zgodnie ze specjalnym zarządzeniem omletów nie podajemy. Otrzymaliśmy 

świeży transport ostryg”. 

  W “Ermitage'u”,  gdzie  smętnie  jaśniały paciorki chińskich lampionów  wśród martwej, 

zduszonej   zieleni,   na   oślepiająco   rozjarzonej   estradzie   kupleciści   Szrams   i   Karamanczikow 

background image

śpiewali kuplety, twór spółki poetyckiej Ardot i Argujew. 

 “Ach, mamo, cóż ja pocznę 

 bez jaj, bez jaj, bez jaj? 

 “ - i stepowali ogłuszająco. 

  Teatr   imienia   nieodżałowanej   pamięci   Wsiewołoda   Meyerholda,   który,   jak   wiadomo, 

zginął podczas prób nowej inscenizacji Puszkinowskiego “Borysa Godunowa”, kiedy to urwały się 

trapezy z gołymi bojarami, wyrzucił w ciemność kolorowy obrotowy szyld zapowiadający sztukę 

pisarza Erendorga “Kur mór” w inscenizacji i reżyserii ucznia Meyerholda, zasłużonego reżysera 

Republiki   Kuchtermana.   Obok,   w   “Akwarium”,   tęczując   światłami   reklam   i   łyskając   damską 

półgolizną, w zieleni estrady, wśród burzliwych barw szedł faktomontaż pisarza Leniwiewa “Kurza 

twarz”. Twerską zaś ulicą, z latarenkami po obu stronach pysków szły szeregiem cyrkowe osiołki, 

dźwigając na plecach olśniewające plakaty: “W teatrze Korsz wraca na afisz “Kogut” Rostanda”. 

 Małoletni gazeciarze darli się i wyli wśród zgiełku kół i silników: 

  -  Koszmarne   odkrycie   w   podziemiu!   Polska   przygotowuje   się  do   koszmarnej   wojny!! 

Koszmarne doświadczenia profesora Persikowa!!! 

 W cyrku byłego Nikitina na mile pachnącej nawozem tłustej brunatnej arenie trupioblady 

klown Bom mówił do wydętego kraciastą puchliną Bima! 

 - Ja wiem, dlaczego ty jesteś taki smutny! 

 - Dlaczego? - piskliwie zapytywał Bim. 

 - Zakopałeś jaja w ziemi, a milicjanci z piętnastki je znaleźli! 

 - Ha-ha-ha-ha - śmiał się cyrk tak, że aż w żyłach radośnie i tęsknie zastygała krew, a pod 

leciwą kopułą kołysały się trapezy i pajęczyny. 

  - Hop! - przeraźliwie krzyczeli klowni i wbiegał spasiony biały koń niosąc na grzbiecie 

kobietę cudnej urody, długonogą, w malinowym trykocie. 

 Nie patrząc na nikogo i nikogo nie widząc, nie zważając na poszturchiwania i ciche a czułe 

propozycje prostytutek, kroczył przez Moskwę natchniony i samotny, uwieńczony nieoczekiwaną 

sławą Persikow; kroczył  ku świetlistemu  zegarowi  koło maneżu.  Tu, nie  patrząc  przed  siebie, 

pogrążony   w   myślach   zderzył   się   z   dziwacznym,   staroświeckim   jegomościem,   arcyboleśnie 

uderzywszy przy tym palcami o drewnianą kaburę pistoletu, który zwisał tamtemu u pasa. 

 - Ach, do diabła! - pisnął Persikow - przepraszam. 

 - To ja przepraszam - nieprzyjemnym głosem odpowiedział mężczyzna i jakoś się wreszcie 

rozczepili w ludzkiej kaszy. Profesor kierując się w stronę Preczystienki natychmiast o zdarzeniu 

zapomniał. 

 

background image

Rozdział VII - Rokk

 Nie wiadomo, czy rzeczywiście tak dobre były szczepionki z Lefortowa, tak niezawodne 

samarskie   oddziały   ochrony,   tak   skuteczne   drakońskie   środki,   które   zastosowano   wobec 

dostawców jaj w Kałudze i w Woroneżu, czy też tak efektywnie pracowała Moskiewska Komisja 

Nadzwyczajna - dość, że doskonale wiadomo, iż w dwa tygodnie po ostatnim spotkaniu Persikowa 

z Alfredem kurza sytuacja w Związku Republik została opanowana. Tu i ówdzie na podwórkach 

powiatowych   mieścin   poniewierało   się   osierocone   kurze   pierze   powodując   łzawienie,   a   w 

szpitalach   ostatni   spośród   żarłoków   powracali   do   zdrowia   po   krwawej   biegunce   połączonej   z 

wymiotami.   Na   szczęście   w   całej   republice   zmarło   nie   więcej   niż   tysiąc   osób.  Do   większych 

niepokojów również nie doszło. Objawił się co prawda w Wołokołamsku prorok, który wieścił, że 

sprawcą kurzej zarazy jest nie kto inny tylko komisarze, ale nie odniósł szczególniejszego sukcesu. 

Na   wołokołamskim   bazarze   pobito   paru   milicjantów   konfiskujących   kury   babom,   a   także 

wytłuczono   szyby   w   lokalnym   urzędzie   poczt   i   telegrafu.   Na   szczęście   roztropne   władze 

wołokołamskie zastosowały odpowiednie środki, skutkiem których, po pierwsze, ustała działalność 

proroka, a po drugie, oszklono okna na poczcie. 

 Mór dotarł na północy do Archangielska i do Stiumkinowego Przysiółka, a tam zatrzymał 

się sam z siebie z tej prostej przyczyny, że dalej posuwać się już nie mógł - po Morzu Białym kury, 

jak wiadomo, nie pływają. Zatrzymał się również i we Władywostoku, dalej bowiem był ocean. Na 

dalekim   południu   zaginął   i   wygasł   gdzieś   w   wypalonych   pustkowiach   Ordubadu,   Dżulfy   i 

Karabułaku, na Zachodzie zaś w zdumiewający sposób zatrzymał się akurat na granicy polskiej i 

rumuńskiej. Klimat był tam inny czy co, a może zrobił swoje kordon sanitarny ustawiony przez 

sąsiedzkie rządy, tak czy owak jest faktem, że zaraza dalej się nie posunęła. Prasa zagraniczna 

chciwie   i   hałaśliwie   omawiała   niebywały   w   historii   pomór,   a   rząd   republik   radzieckich   bez 

zbytecznego szumu pracował bez najmniejszej przerwy. Nadzwyczajna Komisja do Walki z Kurzą 

Zarazą   przemianowana   została   na   Nadzwyczajną   Komisję   do   Spraw   Renesansu   i   Dalszego 

Rozwoju Hodowli Kur w Republice i uzupełniono ją o jeszcze jedną trójkę specjalną w składzie 

szesnastu   towarzyszy.   Powołano   do   życia   “Dobrokur”,   którego   honorowymi 

wiceprzewodniczącymi zostali Persikow i Portugałow. W dziennikach pod ich zdjęciami ukazały 

się tytuły: “masowe zakupy jaj za granicą” i “Pan Hughes usiłuje sabotować kampanię jajeczną”. 

Cała   Moskwa   zaczytywała   się   zjadliwym   felietonem   redaktora   Koleczkina,   kończącym   się 

słowami: “Niech pan, panie Hughes, nie sięga po nasze jaja - ma pan własne!” 

  Profesor Persikow w ciągu ostatnich trzech tygodni zaharował się całkiem i opadł z sił. 

Kurze wydarzenia wytrąciły go z normalnego trybu pracy i obarczyły podwójnie. Całe popołudnia i 

background image

wieczory spędzał teraz na posiedzeniach kurzych komisji, a od czasu do czasu musiał też znosić 

długotrwałe  rozmowy to z Alfredem Bronskim,  to  z mechanicznym  grubasem.  Musiał  wraz z 

profesorem   Portugałowem,   privat-docentem   Iwanowem,   oraz   Bornhardtem   robić   sekcje   i 

preparować wycinki poszukując śmiercionośnych  bakterii, a nawet w trzy wieczory napisać na 

chybcika broszurę: “O zmianach w wątrobie dotkniętych zarazą kur”. Prace w kurzej dziedzinie 

Persikow prowadził bez szczególnego zapału, co zresztą nietrudno zrozumieć - myślał o czymś 

zupełnie   innym,   ważnym   i   fundamentalnym,   o   tym   mianowicie,   od   czego   oderwała   go   kurza 

katastrofa, to znaczy o czerwonych promieniach. Rujnując swe i tak już nadwątlone zdrowie nie 

sypiał, nie dojadał, byle nie stracić czasu, niekiedy w ogóle nie wracał na Preczystienkę tylko 

przesypiał się na ceratowej kanapce w kącie gabinetu w Instytucie i noc w noc do białego rana 

krzątał się wokół komory i mikroskopu. 

 Pod koniec lipca trochę zelżało. Zajęcia przemianowanej komisji potoczyły się normalną 

koleją   i   Persikow   wrócił   do   zaniedbywanej   pracy.   Mikroskopy   zostały   załadowane   nowymi 

preparatami, w komorze w bajecznym tempie dojrzewała naświetlana ikra rybia i żabi skrzek. Z 

Królewca   przywieziono   aeroplanem   specjalnie   zamówione   szkła   i   w   ostatnich   dniach   lipca 

doglądani przez Iwanowa mechanicy zbudowali dwie duże komory, w których promień osiągał u 

wylotu szerokość pudełka papierosów, a na przeciwległej ściance - aż metra. Persikow wesoło 

zatarł   ręce   i   zaczął   przygotowania   do   jakichś   tajemniczych   a   zawiłych   doświadczeń.   Przede 

wszystkim połączył się z Ludowym Komisarzem Oświaty i słuchawka wykwakała mu mnóstwo 

uprzejmości   oraz   wszechstronną   pomoc,   a   następnie   Persikow   również   telefonicznie   zażądał 

towarzysza   Ptachy-porosiuka,   kierownika   Wydziału   Hodowli   z   Najwyższej   Komisji.   Ptacha 

odniósł się do Persikowa z jak najżyczliwszą uwagą. Szło o zrealizowanie za granicą wielkiego 

zamówienia dla profesora Persikowa. Ptacha powiedział do słuchawki, że natychmiast depeszuje 

do Berlina i do Nowego Jorku. Po tej rozmowie Kreml zainteresował się, jak profesorowi idzie 

praca i dostojny, łaskawy głos zapytał, czy Persikowowi nie jest potrzebny automobil. 

 - Nie, dziękuję. Wolę jeździć tramwajem - odpowiedział Persikow. 

 - Ależ dlaczego? - zapytał tajemniczy głos i uśmiechnął się pobłażliwie. 

 W ogóle wszyscy rozmawiali z Persikowem bądź pełni uszanowania i zalęknienia, bądź z 

życzliwym uśmiechem, jaki się ma dla małego, cóż, że wyrośniętego dziecka. 

  -   Tramwaj   jest   szybszy   -   odpowiedział   Persikow,   na   co   dźwięczny   bas   w   słuchawce 

odpowiedział: 

 - No, jak sobie chcecie. 

 Minął jeszcze tydzień, Persikow, coraz dalszy myślami od schodzącej na drugi plan kurzej 

problematyki całkowicie pogrążył się w studiach nad promieniami. Pod wpływem nie przespanych 

background image

nocy i przemęczenia głowa profesora stała się jasna, jak gdyby przezroczysta i lekka. Czerwone 

kręgi nie znikały mu teraz z powiek i niemal wszystkie noce Persikow spędzał w Instytucie. Raz 

tylko opuścił zoologiczne sanktuarium, by w ogromnej sali Centralnej Komisji do Spraw Poprawy 

Bytu Uczonych na Preczystience wygłosić odczyt o swoim promieniu i o jego oddziaływaniu na 

komórki jajowe. Był to gigantyczny triumf zoologa-dziwaka. Od oklasków w sali kolumnowej coś 

się osypywało, spadało z sufitu, a brzęczące lampy łukowe zalewały światłem czarne smokingi 

“Cekapebeuistów” i białe suknie dam. Na estradzie obok mówcy siedziało szarzejąc na półmisku 

na   szklanym   stole   wilgotne   żabsko   wielkości   kocura   i   ciężko   dyszało.   Na   estradę   rzucono 

karteczki. Siedem z nich były to liściki miłosne, te Persikow podarł. Przewodniczący C$k$p$b$u 

siłą wyciągnął go na estradę. Persikow kłaniał się poirytowany,  dłonie miał wilgotne od potu, 

czarny krawat, siedział mu nie pod brodą, ale za lewym uchem. W mgiełce przed nim pływały setki 

żółtych twarzy i białych gorsów, i nagle mignęła i znikła za którąś białą kolumną żółta kabura 

pistoletu. Persikow zauważył ją kątem oka i zaraz o niej zapomniał. Ale kiedy schodził po odczycie 

do wyjścia po malinowym chodniku zaściełającym schody, nagle zasłabł. Coś czarnego przesłoniło 

na moment rozjażony żyrandol w hallu i Persikowowi zrobiło się niedobrze, zemdliło go... 

  Wydało mu się, że czuje swąd, że ścieka mu po szyi lepka i gorąca krew... I profesor 

drżącą ręką uchwycił się poręczy. 

 - Źle się pan czuje, profesorze? - zaatakowały go zewsząd zaniepokojone głosy. 

  - Nie, nie - wracając do siebie odparł Persikow - jestem po prostu przemęczony... tak... 

Poproszę o szklankę wody. 

  Był   bardzo   słoneczny   dzień   sierpniowy.   Przeszkadzał   profesorowi,   więc   zasłony   były 

opuszczone.   Tylko   jeden   reflektor   na   przegubowym   ramieniu   rzucał   snop   ostrego   światła   na 

zawalony instrumentami i szklanymi naczyniami szklany stół. Odchyliwszy oparcie obrotowego 

fotela znużony Persikow palił papierosa i poprzez obłok dymu patrzył martwym ze zmęczenia, ale 

przecież   rozradowanym   wzrokiem   w   uchylone   drzwiczki   komory,   gdzie   nieruchomy   snop 

czerwonych promieni podgrzewał nieco i tak już duszne i nieświeże powietrze w gabinecie. 

 Ktoś zapukał do drzwi. 

 - Tak - powiedział Persikow. Drzwi skrzypnęły łagodnie, wszedł Pankrat. Wyprężył się jak 

struna i blednąc ze strachu w obliczu bóstwa powiedział co następuje: 

 - Rokk, panie profesorze, do pana przyszedł. 

 Coś w rodzaju uśmiechu zjawiło się na policzkach uczonego. Zmrużył oczy i rzekł: 

 - To ciekawe. Ale jestem zajęty. 

 - Mówi, że ma rządowy papier z Kremla. 

 - Rok (los, fatum ) z papierem? Rzadkie połączenie - wyrzekł Persikow i dodał: - Ano, daj 

background image

no go tutaj!  

 - Wedle rozkazu - odpowiedział Pankrat i jakby go zdmuchnęło. 

 Po chwili drzwi skrzypnęły znowu i ktoś stanął w progu. Persikow zgrzytnął śrubą i sponad 

okularów spojrzał przez ramię na przybyłego. Persikow daleki był od realnej rzeczywistości, świat 

go nie interesował, ale w tym wypadku nawet jemu rzuciła się w oczy główna i zasadnicza cecha 

przybysza.   Przybysz   był   dziwacznie   staromodny.   W   tysiąc   dziewięćset   dziewiętnastym   ten 

człowiek   byłby   jak   najbardziej   na   miejscu   na   stołecznych   ulicach,   byłby   do   zniesienia   i   w 

dwudziestym czwartym, a ściślej w jego początkach, ale w dwudziestym ósmym sprawiał wrażenie 

niezwykłe. Podczas gdy nawet najbardziej zacofany oddział proletariatu - piekarze - chodził w 

marynarkach, podczas gdy w Moskwie do rzadkości należał trencz, staromodny ubiór zarzucony 

ostatecznie pod koniec roku tysiąc dziewięćset dwudziestego czwartego, przybyły miał na sobie 

skórzaną kurtkę z wyłogami, zielone spodnie, na nogach owijacze i sztylpy,  na biodrze zaś, w 

obłupanej żółtej kaburze olbrzymi  pistolet mauzer starego typu. Twarz przybyłego wywarła na 

Persikowie   takie   samo   wrażenie,   jakie   wywierała   na   wszystkich   -   wyjątkowo   niesympatyczne 

wrażenie. Malutkie oczka spoglądały na świat ze zdumieniem, ale i z góry, a w krótkich nogach i 

platfusowych   stopach   było   coś   bezceremonialnego.   Twarz   wygolona   do   siności.   Persikow   z 

miejsca się nachmurzył. Nieubłaganie zgrzytnął śrubą i patrząc na przybysza już nie sponad szkieł, 

ale przez szkła, powiedział: 

 - Przyniósł pan papier? Gdzież on jest? 

  Gość najwyraźniej był oszołomiony tym, co zobaczył. W zasadzie nie zwykł się peszyć, 

teraz jednakże był stropiony. Sądząc po wyrazie oczu gościa, wstrząsnęła nim przede wszystkim 

sięgająca sufitu dwunastopółkowa szafa pełna książek. Następnie, oczywiście, komory, w których 

niczym w piekle płonął malinowy, spęczniały w szkłach promień. Sam Persikow w półmroku obok 

ostrej igły promienia wypadającego z reflektora był wystarczająco niesamowity i majestatyczny w 

swoim obrotowym fotelu. Przybysz zapatrzył się nań, w jego oczach najwyraźniej tańczyły iskierki 

zmieszanego z pewnością siebie uszanowania, papieru żadnego nie podał, powiedział natomiast: 

 - Jestem Aleksander Siemionowicz Rokk! 

 - Tak? Więc co z tego? 

  - Otrzymałem nominację na kierownika wzorcowego sowchozu “Czerwony Promień” - 

wyjaśnił przybyły. 

 - No i co? 

 - No i mam do was, towarzyszu, pewną poufną sprawę. 

 - Ciekawe. Proszę się streszczać, w miarę możliwości. 

  Przybysz  rozpiął kurtkę i wyjął z zanadrza wystukaną  na wybornym  grubym  papierze 

background image

nominację.  Podał ją Persikowowi.  Po czym  nie  czekając  na zaproszenie  usiadł  na obrotowym 

taborecie. 

 - Niech pan nie potrąci stołu - powiedział z nienawiścią Persikow. 

  Przybysz   lękliwie   obejrzał   się   na   stół.   Na   jego   przeciwległym   końcu   w   wilgotnym 

ciemnym otworze czyjeś oczy lśniły martwo jak dwa szmaragdy. Wiało od nich mrozem. 

 Przeczytawszy dokument Persikow zerwał się z taboretu i dopadł telefonu. W kilka sekund 

później mówił już spiesznie i z najwyższym zdenerwowaniem: 

 - Wybaczcie... Nie mogę zrozumieć... Jakże to tak? Ja... Bez mojej zgody, bez pytania... 

Przecież diabli wiedzą, co on narozrabia! 

 W tym momencie dotknięty do żywego nieznajomy odwrócił się na taborecie. 

 - Bardzo przepraszam - zaczął - jestem kierow... 

 Ale Persikow machnął na niego haczykiem i kontynuował: 

 - Wybaczcie, nie mogę zrozumieć... Ja, wreszcie, kategorycznie protestuję. Nie daję mojej 

sankcji na doświadczenia z jajkami... Przynajmniej do czasu, dopóki sam nie spróbuję... 

  W słuchawce coś kwakało i postukiwało i nawet z pewnej odległości można się było 

zorientować, że pobłażliwy głos w słuchawce rozmawia z małym dzieckiem. Skończyło się na tym, 

że pąsowy Persikow z trzaskiem odłożył słuchawkę i powiedział obok niej, do ściany: 

 - Ja umywam ręce. 

 Wrócił do stołu, sięgnął po papier, przeczytał go raz z góry na dół ponad okularami, potem 

jeszcze raz z dołu do góry przez okulary i nagle zawył: 

 - Pankrat! 

  Pankrat stanął w drzwiach, jakby wyskoczył z zapadni w operze. Persikow spojrzał na 

niego i szczeknął: 

 - Wynoś się, Pankrat! 

 I Pankrat, którego twarz nie zdradziła nawet odrobiny zdziwienia, zniknął. 

 Następnie Persikow zwrócił się do przybyłego i zaczął mówić: 

 - Najmocniej przepraszam... Róbcie sobie, co chcecie. To nie moja rzecz. Mnie to zresztą 

nie interesuje... 

 Przybysza profesor nie tyle uraził, ile zdumiał. 

 - Przepraszam - zaczął przybyły - jesteście wszak towarzyszem?... 

 - Co pan ciągle “towarzyszu” i “towarzyszu”... - posępnie oddudnił Persikow i zamilkł. 

 - Ładne rzeczy! - odmalowało się na twarzy Rokka. 

 - Przep... 

 - A więc proszę, przerwał mu Persikow. - Oto lampa łukowa. Z niej, przesuwając okular, 

background image

otrzyma  pan - Persikow szczęknął pokrywą komory,  która przypominała aparat fotograficzny - 

wiązkę, którą następnie może pan regulować przesuwając obiektyw, oto numer jeden... a tu lustro 

numer dwa - Persikow zgasił płomień i znów rzucił go na azbestową podłogę komory - na podłodze 

zaś,   w   polu   padania   promienia,   może   pan   sobie   rozłożyć   co   się   panu   żywnie   podoba   i   robić 

doświadczenia. Niezmiernie proste, prawda? 

  Persikow  chciał   wyrazić   ironię   i   pogardę,   ale   przybysz   tego   nie   zauważył,   uważnie 

wpatrywał się błyszczącymi oczkami w komorę. 

 - Uprzedzam tylko - ciągnął Persikow - że nie należy wsuwać rąk w promień, ponieważ, 

jak   zauważyłem,   powoduje   on   hipertrofię   naskórka...   a   czy   to   zmiany   złośliwe,   czy   nie,   tego 

jeszcze, niestety nie zdążyłem ustalić. 

  Tu gość zwinnie ukrył dłonie za plecami upuściwszy przy tym skórzaną cyklistówkę i 

spojrzał na ręce profesora. Przepalone były jodyną, a prawa zabandażowana w nadgarstku. 

 - A wy, profesorze? 

 - U Szwabego na Kuznieckim Moście może pan sobie kupić gumowe rękawiczki - odparł z 

irytacją profesor. - Ja nie mam obowiązku o to się troszczyć. 

 Tu Persikow spojrzał na swego gościa niczym przez lupę: 

 - Skąd się pan wziął? W ogóle... dlaczego pan?... 

 Rokk w końcu strasznie się obraził. 

 - Bardzo przepra... 

  - Przecież trzeba przynajmniej wiedzieć, o co chodzi!... Dlaczego pan się uczepił tego 

promienia?... 

 - Dlatego, że to sprawa największej, ogromnej wagi... 

 - Aha. Największej? W takim razie... Pankrat! 

 A kiedy Pankrat się zjawił: 

 - Poczekaj, zastanowię się. 

 I Pankrat pokornie czekał. 

 - Nie mogę - mówił Persikow - zrozumieć jednej rzeczy: po co ten pośpiech, ta tajemnica? 

 - Jużeście mnie, profesorze, zbili z pantałyku - odpowiedział Rokk. - Wiecie przecież, że 

nam kury wyzdychały co do nogi. 

 - Więc co z tego? - wrzasnął Persikow. - Chce je pan momentalnie wskrzesić, czy jak? I 

dlaczego akurat za pomocą nie zbadanego jeszcze promienia? 

  -   Towarzyszu   profesorze  -   oświadczył   Rokk   -   słowo   daję,   że   nie   wiem,   co   mam 

odpowiedzieć. Mówię wam przecież, że musimy odbudować w kraju hodowlę kur, bo za granicą 

wypisują o nas okropne rzeczy. Tak. 

background image

 - A niech sobie wypisują... 

 - No, wiecie... - zagadkowo powiedział Rokk i pokręcił głową. 

 - Któż to, ciekaw bym wiedzieć, wpadł na pomysł hodowania kur z jajek... 

 - Ja - odparł Rokk. 

  - Aha... Ta-ak... A czemuż to, jeśli wolno? Skąd się pan dowiedział o właściwościach 

promienia? 

 - Byłem, profesorze, na waszym odczycie. 

 - Niczego jeszcze z jajkami nie robiłem... Mam dopiero zamiar! 

  - Jak Boga kocham, uda się! - z nagłym przekonaniem, żarliwie zapewnił Rokk. - Wasz 

promień jest tak znakomity, że można by hodować nawet słonie, nie tylko kurczęta. 

 - Wie pan co - powiedział Persikow - pan nie jest zoologiem? Nie? Szkoda... Byłby z pana 

nader odważny eksperymentator... Tak... ale ryzykuje pan - niepowodzenie... I tylko zabiera pan 

mój czas... 

 - Zwrócimy wam komory. Co znaczy... 

 - Kiedy? 

 - No, jak tylko wyhoduję pierwszą partię. 

 - Z jakim przekonaniem pan to mówi! Dobrze. Pankrat! 

 - Mam ze sobą ludzi - powiedział Rokk - i konwojentów... 

 Przed wieczorem gabinet Persikowa osierociał... Opustoszały stoły. Ludzie Rokka zabrali 

wszystkie trzy wielkie komory,  pozostawiając profesorowi tylko  jego pierwszą, malutką, tę, w 

której rozpoczynał doświadczenia. 

  Zapadł lipcowy zmierzch, szarość ogarnęła Instytut, popłynęła korytarzami. Z gabinetu 

słychać było monotonne kroki - to Persikow nie zapalając światła przemierzał olbrzymi pokój od 

okna do drzwi... Dziwna rzecz: jakiś niewytłumaczalnie smutny nastrój owładnął tego wieczora 

wszystkimi, którzy znajdowali się w Instytucie, także zwierzętami. Żaby nie wiadomo dlaczego 

rozpoczęły wyjątkowo smętny koncert, rechotały złowieszczo, ostrzegawczo. Pankrat zmuszony 

był polować po korytarzach na węża, który uciekł ze swojej skrzynki, a kiedy go wreszcie zdybał, 

wąż miał minę, jakby gotów był uciekać gdzie oczy poniosą, byle tylko zwiać z tego miejsca. 

 O głębokim zmierzchu rozległ się dzwonek z gabinetu Persikowa. Pankrat stanął w progu. I 

ujrzał   obraz   straszliwy.   Uczony   stał   samotnie   na   środku   gabinetu   i   patrzył   na   stoły.   Pankrat 

odkaszlnął i zamarł. 

 - Tak, Pankrat - powiedział Persikow i wskazał opustoszały stół. 

  Pankrat przeraził się. Wydało mu się po ciemku, że profesor ma oczy zapuchnięte od 

płaczu. To było tak niesłychane, tak straszne... 

background image

 - Tak jest - płaczliwie odpowiedział Pankrat i pomyślał: Lepiej byś już na mnie nakrzyczał! 

  - Tak - powtórzył Persikow i wargi mu drgnęły dokładnie tak samo, jak drgają dziecku, 

któremu ni stąd ni zowąd odebrano ukochaną zabawkę. 

 - Wiesz, Pankrat, mój drogi - odwracając się do okna ciągnął Persikow - moja żona, która 

wyprowadziła   się przed  piętnastoma   laty  i  występowała   potem  w  operetce,  teraz,   okazuje się, 

umarła... Taka to historia, kochany... Otrzymałem list... 

 - Żaby darły się żałośnie i mrok pochłaniał profesora, oto ona... noc... Moskwa... zapalały 

się gdzieś tam jakieś białe lampy za szybami... Stropiony Pankrat cierpiał, ze strachu prężąc się jak 

struna... 

 - Idź już, Pankrat - z trudem wyrzekł profesor i machnął ręką. - Kładź się spać, mój drogi, 

kładź się, gołąbeczku. 

  I zapadła noc. Pankrat z gabinetu wybiegł nie wiedzieć czemu na palcach, przybiegł do 

swojej   izdebki,   rozgrzebał   szmaty   w   kącie,   wydobył   spod   nich   napoczętą   flaszkę   rosyjskiej 

gorzałki i jednym haustem łyknął około szklanki. Zagryzł chlebem z solą i oczy mu cokolwiek 

poweselały. 

  Późnym   wieczorem,   już   blisko   północy,   bosy   Pankrat   siedział   na   ławce   w   wątle 

oświetlonym hallu i mówił do nieodmiennie czuwającego dyżurnego melonika drapiąc się przy tym 

w pierś pod perkalową koszulą: 

 - Lepiej by już zabili, jak Bo... 

 - Naprawdę płakał? - z zainteresowaniem pytał melonik? 

 - Jak... Bo - zapewniał Pankrat... 

 - Wielki uczony - przytaknął melonik. - Wiadoma rzecz, żaba żony nie zastąpi. 

 - Skąd - przytaknął Pankrat. 

 Potem pomyślał i dodał: 

  - Myślę ściągnąć tu moją babę... Bo i co ma sama siedzieć we wsi? Tylko że ona tych 

wszystkich gadów nie znosi... 

 - Okropne obrzydlistwo, co tu gadać - przytaknął melonik. 

 Z gabinetu uczonego nie dobiegał żaden dźwięk. Zresztą światło też się tam nie paliło. Nie 

było jasnej szpary pod drzwiami. 

 

background image

Rozdział VIII -  Wydarzenia w sowchozie 

  Z   całą   pewnością   nie   ma   piękniejszej   pory   roku   aniżeli   dojrzały   sierpień   w   guberni, 

powiedzmy smoleńskiej. Lato roku tysiąc dziewięćset dwudziestego ósmego było, jak wiadomo, 

wyjątkowo piękne, na wiosnę deszcze spadły w samą porę, słońce grzało jak należy, urodzaj był 

znakomity...   Jabłka   w   byłym   majątku   Szeremietiewów   dojrzewały...   Zieleniły   się   lasy,   żółkły 

kwadraty pól... Na łonie przyrody nawet człowiek staje się lepszy. Tu Aleksander Siemionowicz 

nie   zrobiłby   tak   nieprzyjemnego   wrażenia   jak   w   mieście.   Zresztą   nie   chodził   teraz   w   swoim 

okropnym trenczu. Twarz miał opaloną na miedź, rozpięta perkalowa koszula ukazywała pierś 

porośniętą gęstym czarnym włosem, spodnie miał Aleksander Siemionowicz z żaglowego płótna. 

Jego oczy stały się spokojniejsze, więcej w nich było dobroci. 

 Aleksander Siemionowicz zbiegł żywo z tarasu pod kolumnami, do jednej z nich przybity 

był szyld z gwiazdą: 

  Sowhoz “Czerwony Promień” i pobiegł prosto do półciężarówki, która przywiozła pod 

konwojem trzy czarne komory. 

  Przez   cały   dzień   Aleksander   Siemionowicz   krzątał   się   wraz   ze   swymi   pomocnikami, 

ustawiał komory w byłym  ogrodzie zimowym, w oranżerii Szeremietiewów... Przed wieczorem 

wszystko było gotowe. Pod szklanym dachem zapłonęła biała matowa kula, ustawiono na cegłach 

komory, a mechanik, który przyjechał wraz z nimi, pokręciwszy lśniące śruby i poszczękawszy 

narzędziami, zapalił na azbestowych dnach czarnych skrzyń tajemniczy czerwony promień. 

  Aleksander Siemionowicz doglądał wszystkiego, sam właził na drabinę, żeby sprawdzić 

przewody. 

  Nazajutrz  ta   sama   ciężarówka   wróciła   ze   stacji   kolejowej   i   wypluła   trzy   skrzynki   ze 

wspaniałej gładkiej dykty oklejone ze wszystkich boków nalepkami frachtu i - białymi na czarnym 

tle napisami: 

 Vorsicht: Eier! 

 Ostrożnie: Jajka! 

 - Co tak mało przysłali? - zdziwił się Aleksander Siemionowicz, ale natychmiast zajął się 

przesyłką, zaczął wypakowywać jajka. 

  Rozpakowywano   skrzynki   w   tejże   oranżerii,   a   brali   w   tym   udział   sam   Aleksander 

Siemionowicz, jego niebywałej tuszy żona Mania, jednooki były ogrodnik byłych Szeremietiewów 

zajmujący   obecnie   w   sowchozie   uniwersalne   stanowisko   stróża,   skazany   na   zamieszkanie   w 

sowchozie funkcjonariusz bezpieczeństwa i sprzątaczka Dunia. To nie Moskwa i wszystko tutaj 

odbywało   się   bardziej   po   prostu,   bardziej   rodzinnie,   bardziej   po   przyjacielsku.   Aleksander 

background image

Siemionowicz   komenderował   i   miłośnie   spoglądał   na   skrzynki,   które   w   delikatnym 

przedwieczornym  świetle  sączącym  się przez  szklany dach  oranżerii  wyglądały jak wytwornie 

zapakowane   upominki.   Karabin   konwojenta   błogo  drzemał   przy  drzwiach,   on   sam   zaś   zrywał 

obcęgami metalowe klamry i taśmy ze skrzyń. Dykta trzeszczała... Wzbijał się kurz. Aleksander 

Siemionowicz człapiąc sandałami krzątał się wokół skrzynek. 

 - Ostrożnie, błagam - mówił do funkcjonariusza. - Delikatniej. Nie wiecie, że to jajka? 

 - To nic - chrypiał gminny bojownik wyważając wieko. - Zaraz... 

  Tr-r-r i wzbijał się kurz. Jaja były zapakowane komfortowo: pod drewnianym wiekiem 

znajdowała się warstwa pergaminu, pod nią karton, potem następowała gruba warstwa wiórów, 

potem trociny i w tych trocinach widać było białe łebki jajek. 

 - Zagraniczne opakowanie - grzebiąc w trocinach mówił czule Aleksander Siemionowicz. - 

Nie to co u nas. Mańka, ostrożniej, bo stłuczesz. 

 - Całkiem żeś ty zgłupiał, Aleksander - odpowiadała żona. - Wielkie mi rzeczy, myślałby 

kto. Co to ja nigdy jajek nie widziałam? Och!... Jakie duże! 

 - Zagranica - mówił Aleksander Siemionowicz wykładając jaja na drewniany stół - to nie to 

co nasze chłopskie jaja... Wszystkie na pewno, psia ich mać, niemieckie bramaputry... 

 - Pewnie - potakiwał konwojent podziwiając jaja. 

  -   Nie   rozumiem   tylko,   dlaczego   są   takie   brudne   -   mówił   z   zadumą   Aleksander 

Siemionowicz... - Mania, doglądaj. Niech rozładowują dalej, a ja idę do telefonu. 

 I wyruszył do telefonu w biurze sowchozu po drugiej stronie podwórza. 

  Wieczorem   w   gabinecie   w   Instytucie   Zoologii   zaterkotał   telefon.   Profesor   Persikow 

zwichrzył czuprynę i podszedł do aparatu. 

 - No? - zapytał. 

 - Będzie z wami rozmawiała prowincja - cicho, chrapliwie odezwała się kobiecym głosem 

słuchawka. 

 - No, słucham - z obrzydzeniem rzucił Persikow w czarną paszczę słuchawki... Coś w niej 

szczęknęło, potem oddalony męski głos z niepokojem powiedział w samo ucho: 

 - Czy myć jajka, profesorze? 

 - Co takiego? Co! O co pan pyta? - zirytował się Persikow. - Skąd pan mówi? 

 - Z Nikolskiego, gubernia smoleńska - odpowiedziała słuchawka. 

 - Nic nie rozumiem. Nie znam żadnego Nikolskiego. Kto mówi? 

 - Rokk - surowo powiedziała słuchawka. 

 - Co za Rokk? Ach, rozumiem... to pan... więc o co pan pyta? 

 - Czy je myć? Przysłali mi z zagranicy transport kurzych jaj... 

background image

 - No i? 

 - ... a one takie jakieś uświnione... 

  - To chyba jakaś pomyłka... Jakże one mogą być “uświnione”, jak pan się wyraził. No, 

oczywiście, może trochę... no, pomiot przysechł... albo coś jeszcze... 

 - To nie myć? 

 - Oczywiście, że nie trzeba... A co, chce pan już ładować jaja do komór? 

 - Już ładuję. Tak - odpowiedziała słuchawka. 

 -Hm - chrząknął Persikow. 

 - To na razie - cmoknęła słuchawka i umilkła. 

  - “Na razie” - z nienawiścią powtórzył Persikow privat-docentowi Iwanowowi - jak się 

panu podoba ten typek? 

 Iwanow się roześmiał. 

 - To był on? Wyobrażam sobie, co on tam wypiecze z tych jaj. 

 - T... t... t... - gniewnie zaczął mówić Persikow - wyobraża pan sobie... no, pięknie... bardzo 

możliwe, że na deuteroplazmę jaja kurzego promień będzie oddziaływał w taki sam sposób jak na 

plazmę płazów. Bardzo możliwe, że kury mu się wyklują. Ale przecież ani pan, ani ja nie możemy 

przewidzieć, jakie te kury będą... Może diabła warte. Może będą niejadalne. Czy na przykład mogę 

zaręczyć, że potrafią ustać na własnych nogach? Może będą miały zbyt łamliwe kości? - Persikow 

wpadł w zapał, wymachiwał ręką, zaginał palce. 

 - Święta prawda - zgodził się z nim Iwanow. 

  - A czy pan może zaręczyć, że te kury będą się rozmnażać? Może ten typek wyhoduje 

bezpłodne kury? Co z tego, że będą wielkości psa, jeśli na kurczaki trzeba będzie czekać do końca 

świata? 

 - Trudno powiedzieć - zgodził się z nim Iwanow. 

  -   Co   za   nonszalancja!   -   denerwował   się   Persikow.   -   Jaka   bezceremonialność!   Proszę 

zwrócić uwagę, że polecono mi instruować tego drania! - Persikow wskazał przyniesiony przez 

Rokka   papier,   który   jeszcze   poniewierał   się   na   stole   laboratoryjnym.   -   A   jakże   ja   mogę   go 

instruować, tego ćwierćinteligenta, skoro sam nie mam w tej sprawie nic do powiedzenia! 

 - Czy nie mógł pan odmówić? - zapytał Iwanow. 

  Persikow   spurpurowiał,   wziął   papier   i   pokazał   go   Iwanowowi.   Iwanow   przeczytał   i 

uśmiechnął się ironicznie. 

 - Ta-ak... - powiedział znacząco. 

 - Proszę zwrócić uwagę, że od dwóch miesięcy czekam na realizację mojego zamówienia i 

ani widu, ani słychu. A jemu momentalnie przysłali jaja i w ogóle otrzymał  wszelką możliwą 

background image

pomoc. 

 - Nic mu z tego nie wyjdzie, panie profesorze. Skończy się na tym, że po prostu oddadzą 

nam komory. 

 - Byle jak najszybciej, przecież oni w ten sposób opóźniają moje eksperymenty. 

 - To właśnie jest najsmutniejsze. Ja mam wszystko gotowe. 

 - Dostał pan skafandry? 

 - Tak, dzisiaj. 

 Persikow nieco się uspokoił i ożywił. 

 - Uhu... myślę, że zrobimy tak. Drzwi sali można będzie zamknąć na stałe, otworzymy za 

to okno... 

 - Oczywiście - przytaknął Iwanow. 

 - Trzy hełmy? 

 - Tak. Trzy. 

 - Więc tak... Zatem pan, ja i jeszcze któryś ze studentów. Damy mu trzeci hełm. 

 - Może Grynmut. 

 - To ten, który teraz zajmuje się u pana salamandrami?... Hm... niczego sobie... chociaż, 

przepraszam,   na   wiosnę   nie   potrafił   mi   powiedzieć,   jak   jest   zbudowany   pęcherz   pławny   u 

nagozębych - pamiętliwie dorzucił Persikow. 

 - Nie, on się nada... To dobry student. - Iwanow wziął w obronę Grynmuta. 

 - Trudno, czeka nas nie przespana noc - ciągnął Persikow. - Tylko, wie pan, kolego, proszę 

jeszcze sprawdzić gaz, bo wie pan, po nich wszystkiego można się spodziewać. Przyślą jakieś 

świństwo... 

  -   Nie,   nie   -   zamachał   rękami   Iwanow   -   wczoraj   sprawdzałem.   Trzeba   im   oddać 

sprawiedliwość, panie profesorze, to doskonały gaz. 

 - Na czym pan go wypróbowywał? 

 - Na zwyczajnych żabach. Wystarczy puścić go trochę, a zdychają natychmiast. Ach, jest 

jeszcze jedna sprawa... Proszę napisać pisemko do GPU, żeby nam przysłali elektryczny rewolwer. 

 - Ależ ja się nie potrafię z nim obchodzić... 

  -   Biorę   to   na   siebie   -   odpowiedział   Iwanow.   -   Strzelaliśmy   z   tego   nad   Klaźmą,   dla 

zabawy... mieszkał tam obok mnie jeden gepista... To wspaniała broń. Nadzwyczajna... Strzela 

bezgłośnie, kładzie trupem na sto kroków. Strzelaliśmy do wron... Moim zdaniem moglibyśmy się 

obejść nawet bez gazu. 

  -   Hm...   -   to   interesujący   pomysł...   Bardzo   interesujący.   -   Persikow   poszedł   do   kąta, 

podniósł słuchawkę i kwaknął... 

background image

 - Proszę mi dać tę, no, jak jej tam... Łubiankę... 

 Panowały upały nie do wytrzymania. Wyraźnie widać było, jak przelewa się nad polami 

tłusty,  przezroczysty skwar. Noce nastały cudowne, zwodnicze, zielone. Świecił księżyc  i byłą 

posiadłość Szeremietiewów czynił tak piękną, że trudno to opisać. Pałac-sowchoz świecił się, jakby 

był z cukru, w parku drżały cienie, stawy zaś stały się dwubarwne, ławica księżycowej poświaty, a 

na  połowie  mrok   bez  dna.  W księżycowym   świetle  można  było  bez  trudu  czytać   “Izwiestia”, 

wyjąwszy dział szachowy, składany drobniutkim nonparelem. Ale w takie noce nikt “Izwiestii”, 

rzecz jasna nie czytał... Sprzątaczka Dunia znalazła się jakimś trafem w zaroślach za sowchozem i 

tamże,   dziwnym   zbiegiem   okoliczności,   znalazł   się   rudowąsy   kierowca   rozklekotanej 

półciężarówki. Co tam robili - nie wiadomo. Skryli się w niepewnym cieniu wiązu, wprost na 

rozścielonym skórzanym płaszczu szofera. W kuchni paliła się żarówka, jedli tam kolację dwaj 

ogrodnicy, a madame Rokk w białej kapocie siedziała pod kolumnami tarasu i marzyła, wpatrzona 

w rzadkiej urody księżyc. 

  O   dziesiątej   wieczorem,   kiedy   ucichły   ostatnie   głosy,   w   leżącej   za   sowchozem   wsi 

Koncowka rozbrzmiały w idyllicznym pejzażu cudnie tkliwe dźwięki fletu. Pióro tego nie opisze, 

jak bardzo pasowały, tu nad tymi zagajami i byłymi kolumnami pałacu Szeremietiewów. Pastelowa 

Liza z “Damy Pikowej” zmieszała swój sopran w duecie z namiętnym altem Pauliny i wzniosła się 

na księżycowe wyżyny niczym widmo starego, a przecież tak bezbrzeżnie miłego, rozczulającego 

do łez reżimu. 

 Już wieczór zapadł... Już wieczór zapadł... - grał wśród westchnień i fiorytur flet. 

 Zarośla zamarły, a zwodnicza jak leśna rusałka Dunia słuchała tego duetu tuląc policzek do 

chropawego, rudego i mężnego policzka kierowcy. 

 - Fajnie podgrywa, sukinsyn - powiedział szofer obejmując mężnym ramieniem talię Duni. 

  Na   flecie   grał   osobiście   kierownik   sowchozu   Aleksander   Siemionowicz   Rokk,   a   grał, 

należy mu  przyznać,  doskonale.  Rzecz  w tym,  że flet to była  niegdyś  specjalność Aleksandra 

Siemionowicza.   Aż   do   roku   tysiąc   dziewięćset   siedemnastego   grał   w   znanym   zespole 

instrumentalnym   maestro   Pietuchowa,   który   co   wieczór   wypełniał   harmonią   dźwięków   foyer 

przytulnego   kinoteatru   “Czarowny   Fantom”   w   mieście   Jekaterynosław.   Ale   wielki   rok   tysiąc 

dziewięćset siedemnasty, który odmienił losy tak wielu ludzi, także i Aleksandra Siemionowicza 

skierował na nową drogę. Aleksander Siemionowicz opuścił “Czarowny Fantom” oraz zakurzoną 

gwiaździstą satynę w foyer i puścił się na szerokie wody wojny i rewolucji, zamieniając flet na 

morderczy mauzer. Fale miotały nim długo, wyrzucając go to na Krymie, to w Moskwie, to w 

Turkiestanie, a nawet we Władywostoku. Trzeba było właśnie rewolucji, by w całej krasie objawić 

światu Aleksandra Siemionowicza. Okazało się, że to człowiek niewątpliwie wielkiego kalibru, i że 

background image

nie dla niego foyer “Czarownego Fantomu”. Nie wdając się w nużące szczegóły powiedzmy, że rok 

miniony, tysiąc dziewięćset dwudziesty siódmy, oraz początek roku dwudziestego ósmego zastały 

Aleksandra Siemionowicza w Turkiestanie, gdzie, po pierwsze, redagował wielki dziennik, a po 

drugie,   jako   lokalny   członek   najwyższej   komisji   gospodarczej,   wsławił   się   zdumiewającymi 

wynikami   w   dziedzinie   nawodnienia   Turkiestanu.   W   dwudziestym   ósmym   Rokk   przybył   do 

Moskwy i znalazł  tu całkowicie  zasłużony odpoczynek.  Najwyższa  komisja  organizacji, której 

legitymację   chlubnie   nosił   w   kieszeni   ów   staroświecki   prowincjusz,   oceniła   go   właściwie   i 

powierzyła mu stanowisko spokojne a zaszczytne. Niestety! Niestety! Na nieszczęście Republiki 

ruchliwy umysł Aleksandra Siemionowicza bynajmniej nie przygasł, w Moskwie Rokk usłyszał o 

wynalazku Persikowa i w pokojach umeblowanych “Czerwony Paryż” na ulicy Twerskiej zrodziła 

się   w   jego   mózgu   idea   zrekonstruowania   w   ciągu   miesiąca   za   pomocą   promienia   Persikowa 

pogłowia kur w Republice. W Komisji Hodowli Zwierzęcej wysłuchano Rokka uważnie, udzielono 

mu poparcia i tak to Rokk z grubym papierem zjawił się u dziwaka-zoologa. 

 Koncert nad szklanymi wodami, zaroślami i parkiem miał się już ku końcowi, kiedy nagle 

stało się coś, co przerwało go przedwcześnie. A mianowicie psy w Koncowce, które ze względu na 

spóźnioną   porę   dawno   już   powinny   były   udać   się   na   spoczynek,   podniosły   znienacka 

niewiarygodny wprost jazgot, który stopniowo przeszedł w zbiorowe nieznośne wycie. Wycie to 

narastało, podniosło się nad polami i nagle zawtórował mu milionogłosy skrzekliwy koncert żab 

rechocących na stawach. Wszystko to było tak okropne, że przez chwilę wydało się nawet, iż prysł 

tajemny czar niezrównanej nocy. 

 Aleksander Siemionowicz odłożył flet i wyszedł na werandę. 

 - Mańka. Słyszysz? Przeklęte kundle... Jak myślisz, dlaczego się tak wściekły? 

 - Skąd mam wiedzieć? - patrząc na księżyc odpowiedziała Mania. 

  -   Wiesz   co,   Mańka,   chodź,   popatrzymy   na   jajeczka   -   zaproponował   Aleksander 

Siemionowicz. 

  - Jak Boga kocham, tyś już całkiem zwariował z tymi twoimi jajkami i kurami. Lepiej 

trochę byś odpoczął. 

 - Nie, Mańka, chodźmy. 

  W   oranżerii   paliła   się   jasna   lampa.   Nadeszła   i   Dunia   z   pałającymi   policzkami   i 

błyszczącymi  oczyma. Aleksander Siemionowicz ostrożnie odsunął szybę i wszyscy zajrzeli do 

komory.   Na   białej   azbestowej   podłodze   leżały   w   równiutkich   rządkach   cętkowane 

jaskrawoczerwone jajka, w komorach było cicho... a lampa na górze - piętnaście tysięcy świec - 

syczała cicho... 

  - Uch, co ja za kurczęta wyhoduję! - mówił z entuzjazmem Aleksander Siemionowicz 

background image

zaglądając do komur to z boku, przez szczeliny kontrolne, to z góry przez otwory wentylacyjne. - 

Zobaczycie... Co? Może nie wyhoduję? 

  - A wiecie  - uśmiechając się powiedziała  Dunia - w Koncowce chłopi mówią,  żeście 

Antychryst. Powiadają, że te jaja to diabelskie. Grzech w maszynie wysiadywać. Chcieli was zabić. 

 Aleksander Siemionowicz drgnął i odwrócił się do żony. Twarz mu pożółkła. 

 - No, co wy na to? Co za ludzie! Co z takimi można zrobić? Co? Mańka, trzeba im będzie 

zorganizować   zebranie...   Jutro   wydzwonię   pracowników   z   powiatu.   Sam   do   nich   przemówię. 

Trzeba tu będzie w ogóle trochę popracować... Co za diabelska dziura... 

  - Ciemnota - mówił funkcjonariusz bezpieczeństwa, który ulokował się na szynelu przy 

drzwiach oranżerii. 

 Dzień następny upamiętnił się wydarzeniami koszmarnymi a niewytłumaczalnymi. Rano o 

świcie w zaroślach, które zazwyczaj witały wschód słońca niemilknącym potężnym świergotem 

ptaków, panowała głucha cisza. Zwrócili na to uwagę dosłownie wszyscy. Jak przed burzą. Ale o 

żadnej burzy nie mogło nawet być mowy. Rozmowy w sowchozie przybrały charakter dziwny i dla 

Aleksandra   Siemionowicza   dwuznaczny,   zwłaszcza   dlatego,   że   od   dziadka   zwanego   Kozim 

Wolem, znanego w Koncowce wichrzyciela i mędrka, dowiedziano się, iż jakoby wszystkie ptaki 

zgromadziły się w stada i o świcie odleciały z Szeremietiewa gdzieś na północ, co było po prostu 

głupie.   Aleksander   Siemionowicz   bardzo   się   tym   zdenerwował   i   zmarnował   cały   dzień   na 

uzyskanie   połączenia   z   miastem   Graczowka.   Obiecano   tam   Aleksandrowi   Siemionowiczowi 

przysłać   za   dwa   dni   prelegentów   z   dwoma   tematami   -   sytuacja   międzynarodowa   i   problem 

“Dobrokuru”. 

 Wieczorem także nie obyło się bez niespodzianek. Jeśli rano zamilkły zagajniki, wykazując 

naocznie jak podejrzana i niemiła jest taka cisza wśród drzew, jeśli w południe wyniosły się dokądś 

wróble   z   sowchozowego   podwórza,   pod   wieczór   zamilkły   stawy   w   Szeremietiewie.   Było   to 

doprawdy zdumiewające, bowiem wszyscy w promieniu czterdziestu wiorst [1,067 km. ] doskonale 

znali  słynny rechot  szeremietiewowskich żab. Teraz  zaś żaby jakby wymarły.  Znad stawu nie 

dobiegało   ani   kumknięcie,   łopiany   trwały   w   milczeniu.   Trzeba   przyznać,   że   Aleksander 

Siemionowicz do reszty stracił kontenans. O wydarzeniach tych zaczęto mówić, a mówiono o nich 

w sposób jak najbardziej nieprzyjemny, to znaczy za plecami Aleksandra Siemionowicza. 

  - To rzeczywiście bardzo dziwne - powiedział ten ostatni przy obiedzie do żony. - Nie 

mogę zrozumieć, dlaczego te ptaki nagle odleciały. 

 - Skąd mam wiedzieć? - odpowiedziała Mania. - Może uciekły od tego twojego promienia? 

 - Jesteś, Mańka, najzwyklejsza idiotka - rzucając łyżkę odparł Aleksander Siemionowicz. - 

Całkiem jak ci chłopi. Co tu ma do rzeczy promień? 

background image

 - A tego to ja już nie wiem. Daj mi święty spokój. 

 Wieczorem czekała wszystkich trzecia niespodzianka - znowu zawyły psy w Koncowce, i 

to jak! Nad wysrebrzonymi przez księżyc polami trwał nieustanny skowyt, wściekłe rozpaczliwe 

ujadanie. 

  Tę   przykrość   osłodziła   po   trosze   Aleksandrowi   Siemionowiczowi   następna,   miła   tym 

razem, niespodzianka w oranżerii. Z komór dobiegał nieustanny stuk w czerwonych jajach. Puk... 

puk... puk... puk... stukało to w jednym, to w drugim, to w trzecim jajku. 

  Stukot w jajkach był  dla Aleksandra Siemionowicza stukotem triumfalnym.  Z miejsca 

poszły w niepamięć dziwne wydarzenia w zagajniku i na stawach. W oranżerii zgromadzili się 

wszyscy: Mania i Dunia, i stróż, i funkcjonariusz, który pozostawił swój karabin przy drzwiach. 

 - No i co? Co wy na to? - triumfalnie pytał Aleksander Siemionowicz. Wszyscy ciekawie 

nadstawiali uszu pod drzwiczkami pierwszej komory. - To kurczaczki tak stukają, dziobkami - 

ciągnął   promieniejący   Aleksander   Siemionowicz.   -   No   i   co,   nie   dochowam   się   kurcząt?   Nie, 

kochani. - I w nadmiarze uczuć poklepał po ramieniu funkcjonariusza bezpieczeństwa. - Wylęgną 

się takie, że oko wam zbieleje! Teraz nie spuszczać mi z nich oka - dodał surowo. - Jak tylko 

zaczną się wykluwać, wołać mnie zaraz. 

 - Dobrze - odpowiedzieli chórem stróż, Dunia i funkcjonariusz. 

 Stuku... puku... stuku... puku... wrzało to w jednym, to w drugim jajku z pierwszej komory. 

Rzeczywiście,   obraz   budzącego   się   w   cienkiej,   prześwitującej   skorupce   nowego   życia   był   tak 

interesujący, że całe towarzystwo długo jeszcze siedziało na przewróconych pustych skrzynkach 

patrząc, jak w tajemniczym migotliwym świetle dojrzewają malinowe jajka. Rozeszli się do łóżek 

dość późno, kiedy nad sowchozem i nad okolicznymi polami rozlała się już zielonkawa noc. Była 

to noc tajemnicza, a nawet rzec by można, straszna, zapewne dlatego, że absolutną ciszę zakłócało 

wybuchające co chwilę bez powodu arcysmutne a dręczące wycie psów w Koncowce. Dlaczego tak 

szalały te przeklęte kundle - nie wiadomo. 

  Rano Aleksandra Siemionowicza spotkała nieprzyjemność. Funkcjonariusz był zupełnie 

załamany, przykładał dłonie do serca, przysięgał na wszystkie świętości, że ani na moment nie 

zmrużył oka, ale niczego nie zauważył. 

 - Niepojęta historia - zapewniał. - To nie moja wina, towarzyszu Rokk. 

 - Dziękuję wam z duszy serca - sztorcował go Aleksander Siemionowicz. - Co wy sobie 

myślicie, towarzyszu? Po co was przysłali? Pilnować. Więc mi powiedzcie, gdzie one są? Wykluły 

się, tak czy nie? A więc uciekły. To znaczy, żeście sobie gdzieś poszli, a drzwi pozostały otwarte. 

Żeby mi się te kurczęta znalazły! 

 - Nie mam co ich szukać. Co, to ja nie znam swojej roboty? - obraził się wreszcie zbrojny 

background image

dozór. - Czego się mnie niepotrzebnie czepiacie, towarzyszu Rokk? 

 - Więc gdzie się podziały? 

 - Skąd mam wiedzieć? - wściekł się wreszcie funkcjonariusz. - Albo to mogę je upilnować? 

Po co mnie tu przysłali? Komór pilnować, żeby ich nikt nie gwizdnął, no to pilnuję. Stoją wasze 

komory, jak stały. A łapać wszystkich kurcząt nie mam obowiązku. Kto może wiedzieć, jakie się 

wam kurczęta wykluły, może i na rowerze ich nie dogoni? 

  Aleksander  Siemionowicz trochę się stropił, coś tam jeszcze poburczał i pogrążył się w 

zdumieniu. To była rzeczywiście bardzo dziwna historia. W pierwszej komorze, którą załadowano 

najwcześniej, dwa jajka znajdujące się tuż przy podstawie promienia były stłuczone. Jedno z nich 

nawet odtoczyło się na bok. Skorupka leżała na azbestowej podłodze w zasięgu promienia. 

  - Diabli wiedzą - mruczał Aleksander Siemionowicz. - Okna pozamykane,  przez dach 

przecież nie wyleciały? 

 Zadarł głowę i popatrzył w górę, tam, gdzie w szklanym dachu ziało kilka sporych dziur. 

  - Co też wy, Aleksandrze Siemionowiczu - niezmiernie zdumiała się Dunia. - Gdzieżby 

tam kurczęta latały! Są tu gdzieś... cip... cip... cip... - zawołała i zaczęła zaglądać w różne kąty 

oranżerii, gdzie stały zakurzone donice, jakieś deski i rupiecie. Ale żadne kurczaki znikąd się nie 

odzywały. 

 Przez dwie godziny wszyscy pracownicy w komplecie biegali po sowchozowym podwórzu 

szukając sprytnych kurcząt, ale nigdzie żadnego nie znaleźli. Dzień upływał niezmiernie nerwowo. 

Ochrona komór została dodatkowo wzmocniona przez stróża, któremu przykazano jak najsurowiej, 

by co piętnaście minut zaglądał do komór przez okienka i w razie czego - od razu wołał Aleksandra 

Siemionowicza.  Naburmuszony  funkcjonariusz  siedział   przy  drzwiach,   karabin   trzymał  między 

kolanami. Aleksander Siemionowicz był tak zaaferowany, że obiad zjadł dopiero o drugiej. Po 

obiedzie przespał się godzinkę w cienistym chłodku na byłej otomanie Szeremietiewa, napił się 

sowchozowego kwasu chlebowego, poszedł do oranżerii i upewnił się, że teraz wszystko jest tam w 

najzupełniejszym porządku. Staruszek stróż leżał na brzuchu na rogoży i mrugając spoglądał w 

kontrolne okienko komory numer 1. Funkcjonariusz czuwał, nie odstępował drzwi ani na krok. 

  Ale   były   również   i   nowiny:   jajka   w   najpóźniej   załadowanej   trzeciej   komorze   zaczęły 

pomlaskiwać i cmokać, jakby tam, w środku, ktoś pochlipywał. 

  - Uch, dochodzą, powiedział Aleksander Siemionowicz. - Ani słowa, dochodzą, teraz to 

widzę. Widziałeś? - zwrócił się do stróża. 

 - Pewnie, każdy by zobaczył - odparł ten kręcąc głową, tonem wyjątkowo dwuznacznym. 

 Aleksander Siemionowicz chwilkę posiedział przy komorach, ale nic się w jego obecności 

nie wykluło, wstał więc, przeciągnął się i oświadczył, że nigdzie z majątku nie będzie się ruszać, 

background image

pójdzie tylko wykąpać się w stawie, więc żeby go w razie czego natychmiast zawołali. Wstąpił do 

pałacu,   do   sypialni,   gdzie   stały   dwa   wąskie   łóżka   sprężynowe   ze   zmiętoszoną   pościelą,   a   na 

podłodze leżała sterta zielonych jabłek i kopczyk prosa przygotowanego dla przyszłych kurczątek, 

zabrał   włochaty  ręcznik,   a   po  namyśle   i   flet   -  żeby  sobie   w   wolnej   chwili   pograć   nieco   nad 

zwierciadlaną tonią. Dziarsko wybiegł z pałacu, przeciął sowchozowe podwórze i wierzbową aleją 

podążył nad staw. Szedł Rokk szparko, wymachiwał ręcznikiem, flet trzymał pod pachą. Niebo 

sączyło skwar poprzez gałęzie wierzb i umęczone ciało marzyło o wodzie. Po prawej stronie Rokka 

zaczęły się kępy łopianów, splunął w nie, kiedy przechodził. I oto z głębi szerokolistnej gęstwiny 

dobiegł szelest, jakby ktoś wlókł belkę. Aleksander Siemionowicz poczuł w sercu przez moment 

nieprzyjemne kłucie, odwrócił głowę w kierunku łopuchów i popatrzył zdziwiony. Już od dwóch 

dni staw milczał jak wymarły. Szelest ucichł, nad łopianami widać było taflę wody i szary dach 

pawilonu kąpielowego. Wystrzeliło przed Aleksandrem Siemionowiczem parę koników polnych. 

Chciał już skręcić na drewniany pomost, kiedy nagle powtórzył się szelest w głębi zieleni, a do 

tego szelestu dołączył się krótki syk, jakby parowóz wypuścił jednocześnie smar i parę. Aleksander 

Siemionowicz czujnie wpatrzył się w zwartą ścianę chwastów. 

  - Aleksander - rozległ się w tym momencie głos żony Rokka i jej biała bluzka mignęła-

zniknęła - znów mignęła w maliniaku. - Poczekaj, ja też idę się kąpać. 

  Żona spieszyła nad staw, ale wpatrzony w łopuchy Alksander Siemionowicz nic jej nie 

odpowiedział. Szarawa i oliwkowa belka zaczęła się unosić z gęstwiny do góry, rosła w oczach. 

Upstrzona była - tak się przynajmniej wydało Aleksandrowi Siemionowiczowi - jakimiś mokrymi, 

żółtawymi plamami. Wyciągała się, zwijała i rozwijała, aż wyciągnęła się tak wysoko, że przerosła 

niską   rosochatą   wierzbę...   Potem   wierzchołek   belki   nadłamał   się,   nieco   nachylił,   i   nad 

Aleksandrem Siemionowiczem  znalazło  się coś, co przypominało  rozmiarami  moskiewski  słup 

telegraficzny.   Ale   to   coś   było   trzykrotnie   grubsze   i   znacznie   ładniejsze   od   słupa,   bo   pokryte 

tatuażem łuski. Nic jeszcze nie pojmując, ale już martwiejąc, Aleksander Siemionowicz spojrzał na 

czubek przerażającego słupa i jego serce na parę sekund przestało bić. Wydało mu się, że nagle w 

środku sierpniowego dnia chwycił mróz, przed oczyma zaś zrobiło mu się tak mrocznie, jakby 

patrzył na słońce przez płócienne spodnie. 

 Na górnym końcu belki znajdowała się głowa. Była płaska, zaostrzona i ozdobiona okrągłą 

żółtą plamą na oliwkowym  tle. Pozbawione powiek, otwarte, lodowate wąskie oczy tkwiły na 

wierzchu tego łba, a w oczach tych migotała zgoła niespotykana wściekłość. Łeb zamachnął się, 

jakby chciał dziobnąć powietrze, cały słup zaś cofnął się w łopiany, pozostały tylko ślepia i ślepia 

te bez mrugnięcia wpatrywały się w Aleksandra Siemionowicza. Ten zaś, pokryty lepkim potem, 

wyrzekł   cztery   słowa,   zupełnie   niewiarygodne,   a   wywołane   obłędnym   przerażeniem.   Tak 

background image

nadzwyczajne były te oczy między liśćmi. 

 - Co za głupie dowcipy... 

  Potem   przypomnieli   mu   się   fakirzy...   tak...   tak...   Indie...   pleciony   koszyk...   obrazek... 

Zaklinacze. 

  Łeb   znów   się   uniósł,   zaczął   się   wyłaniać   z   łopianów   również   tułów.   Aleksander 

Siemionowicz podniósł flet do ust, pisnął ochryple i co sekundę tracąc oddech zagrał walca z 

“Eugeniusza Oniegina”. Oczy w zieleni natychmiast zapłonęły nienawiścią do tej opery. 

  -   Zwariowałeś,   że   grasz   w   taki   upał?   -   dobiegł   wesoły   głos   Mani   i   Aleksander 

Siemionowicz kątem oka dostrzegł białą plamę. 

  Po czym przeraźliwy pisk przeszył cały sowchoz, rozrósł się i uleciał, walc zaś zaczął 

podskakiwać jak przetrącony. Głowa w zieleni wystrzeliła do przodu, oczy opuściły Aleksandra 

Siemionowicza  zostawiając jego duszy czas  na pokutę. Wąż  mniej  więcej  piętnastoarszynowy, 

[arszyn=71 cm] grubości człowieka, wyskoczył z łopianów jak sprężyna. Trysnęła z alei smuga 

kurzu, urwał się walc. Wąż strzelił obok kierownika sowchozu prościutko tam, gdzie na drodze 

widniała biała bluzeczka. Rokk widział to dokładnie. Mania zrobiła się żółtobiała, a jej długie 

włosy uniosły się na pół arszyna nad głowę, jakby były z drutu. Wąż w oczach Rokka na moment 

otworzył  paszczę, z której wystrzeliło coś, co przypominało widelec, chwycił zębami za ramię 

osiadającą w kurzu Manię i uniósł ją na dobry arszyn nad ziemię. Mania powtórzyła wówczas swój 

przejmujący przedśmiertny wrzask. Wąż zwinął się w pięciosążniową [sążeń=3 arszyny]  śrubę, 

jego   ogon   wzbił   słup   kurzu,   wąż   zaczął   Manię   dusić.   Ta   więcej   nie   wydała   już   z   siebie   ani 

dźwięku, Rokk słyszał jedynie trzask pękających kości. Wysoko nad ziemią mignęła głowa Mani, 

czule  przytulona  do policzka węża. Z ust Mani chlusnęła  krew, machnęła  złamana  ręka, spod 

paznokci   trysnęły   małe   krwawe   fontanny.   Wąż   nieprawdopodobnie   rozwarł   paszczę,   jednym 

ruchem nasunął łeb na głowę Mani i zaczął naciągać się na nią jak rękawiczka na palec. Wąż ział 

we wszystkie strony tak gorącym oddechem, że Rokk aż poczuł na twarzy żar, a ogon węża o mało 

co nie zmiótł go z drogi w tumanie gryzącego kurzu. To właśnie wtedy Rokk osiwiał. Najpierw 

lewa, a potem prawa połowa jego czarnej jak but głowy pokryła się srebrem. Wśród śmiertelnych 

mdłości oderwał się wreszcie od alei i nie widząc nic ani nikogo rzucił się do ucieczki ogłuszając 

dzikim rykiem okolice... 

 

 

background image

Rozdział IX - Żywa kasza 

 

Agent GPU na stacji Dugino, Szczukin, był człowiekiem niezmiernie odważnym. Z zadumą 

powiedział do swego towarzysza, rudego Połajtisa: 

  - No cóż, pojedziemy.  Co? Dawaj motocykl.  - Potem milczał  przez chwilę, aż dodał, 

zwracając się do siedzącego na ławce mężczyzny: - A flet odłóżcie. 

  Ale trzęsący się na ławce w lokalu duginskiego GPU siwy mężczyzna nie odłożył fletu, 

tylko zapłakał, zaskomlał. Szczukin i Połajtis zrozumieli wtedy, że flet trzeba mu wyjąć z rąk. 

Palce kurczowo trzymały instrument. Szczukin, który odznaczał się ogromną, niemal cyrkową siłą, 

zaczął odginać palec po palcu, póki nie odgiął tak wszystkich. Wtedy wreszcie odłożyli flet na stół. 

 Działo się to wczesnym słonecznym rankiem następnego dnia po śmierci Mani. 

 - Pojedziecie z nami - powiedział Szczukin, zwracając się do Aleksandra Siemionowicza. - 

Pokażecie nam, gdzie i co. - Ale Rokk odsunął się od niego z przerażeniem i zasłonił twarz rękami, 

jakby zobaczył upiora. 

 - Trzeba pokazać - surowo dorzucił Połajtis. 

 - Nie, daj mu spokój. Widzisz przecież, że jest nieprzytomny. 

 - Wyślijcie mnie do Moskwy - poprosił płacząc Aleksander Siemionowicz. 

 - To w ogóle nie chcecie wrócić do sowchozu? 

 Ale Rokk zamiast odpowiedzi zasłonił się rękami i z jego oczu popłynęło przerażenie. 

  - No, dobra - zdecydował Szczukin. - Rzeczywiście nie dalibyście rady... Widzę. Zaraz 

będzie ekspres, możecie nim jechać. 

 Następnie, gdy stacyjny stróż poił Aleksandra Siemionowicza wodą, a ten dzwonił zębami 

o wyszczerbioną niebieską filiżankę, Szczukin odbył z Połajtisem naradę. Połajtis był zdania, że nic 

takiego w ogóle się nie zdarzyło, a Rokk po prostu jest chory psychicznie i miał takie przerażające 

halucynacje. Szczukin natomiast skłaniał się ku poglądowi, że z Graczowki, w której występował 

właśnie cyrk, mógł uciec boa dusiciel. Rokk słysząc ich powątpiewające szepty wstał. Trochę już 

przyszedł do siebie i wyciągając ramiona niczym biblijny prorok powiedział: 

 - Słuchajcie! Słuchajcie! Dlaczego mi nie wierzycie? Tak było. Gdzie moja biedna żona? 

 Szczukin zrobił się poważny i milczący, i niezwłocznie nadał do Graczowki jakąś depeszę. 

Trzeci agent na polecenie Szczukina miał od tej chwili nie odstępować Aleksandra Siemionowicza 

i   towarzyszyć   mu   do   Moskwy.   Natomiast   Szczukin   i   Połajtis   rozpoczęli   przygotowania   do 

wyprawy.   Mieli   tylko   jeden   elektryczny   rewolwer,   ale   i   to   już   było   całkiem   nieźle. 

Pięćdziesięciostrzałowy, typ 1927, duma francuskiej techniki na usługach walki na bliski dystans, 

bił zaledwie na sto kroków, ale za to wytwarzał pole o średnicy dwóch metrów i w tym polu zabijał 

background image

wszystko,   co   żywe.   Bardzo   trudno   było   z   niego   chybić.   Szczukin   wziął   lśniącą   elektryczną 

zabawkę,   Połajtis   zwyczajny   zaś,   dwudziestopięciostrzałowy   automat,   zabrał   magazynki   i   w 

chłodzie, po porannej rosie, pomknęli na motocyklu do sowchozu. Dwadzieścia dzielących stację 

od sowchozu wiorst motocykl przeterkotał w kwadrans (Rokk szedł przez całą noc, co chwilę w 

atakach śmiertelnego przerażenia kryjąc się w przydrożnej trawie), a kiedy słońce zaczęło silniej 

przygrzewać,   zobaczyli   na   pagórku,   pod   którym   wiła   się   rzeczka   Topiel,   cukrowy   pałac   z 

kolumnadą wśród zieleni. Dokoła panowała głucha cisza. Tuż przed wjazdem do sowchozu agenci 

wyprzedzili   jadącego   furmanką   wieśniaka.   Wlókł   się   powoli,   wóz   miał   wyładowany   jakimiś 

workami i niebawem został daleko w tyle. Motocykl przejechał przez most i Połajtis zatrąbił... żeby 

przywołać kogokolwiek. Ale nikt się nigdzie nie odezwał, jeżeli nie liczyć  dalekich oszalałych 

kundli w Koncowce. Motocykl zwalniając zajechał przed bramę z pozieleniałymi lwami. Pokryci 

kurzem agenci w żółtych getrach zeskoczyli z siodełek, zamykanym na kłódkę łańcuchem przypięli 

wehikuł do kraty w bramie i weszli na podwórze. Cisza panowała zdumiewająca. 

 - Hej, jest tu kto? - głośno zawołał Szczukin. 

 Ale nikt nie odpowiedział na jego bas. Agenci obeszli podwórze dookoła, dziwiąc się coraz 

bardziej. Połajtis spochmurniał. Szczukin spoważniał i coraz bardziej nasępiał jasne brwi. Zajrzeli 

przez zamknięte okno do kuchni i zobaczyli, że nikogo tam nie ma, za to cała podłoga usłana jest 

białymi skorupami naczyń. 

  - Wiesz, że coś się tu u nich rzeczywiście  musiało stać. Teraz to widzę. Katastrofa - 

powiedział Połajtis. 

 - Hej, jest tam kto? Hej! - krzyczał Szczukin, ale odpowiadało mu tylko echo spod sufitu 

kuchni. 

 - Diabli ich wiedzą! - burczał Połajtis. - Przecież nie mógł ich wszystkich pożreć na raz. 

Chyba że pouciekali. Chodźmy do środka. 

 Drzwi pałacu z kolumnadą stały otwarte na oścież, w środku nie było żywej duszy. Agenci 

nawet poszli na poddasze, pukali do wszystkich drzwi i otwierali je, ale dosłownie nic im to nie 

dało i przez pusty taras znowu wyszli na podwórze. 

  - Obejdźmy dookoła. Do oranżerii - polecił Szczukin. - Przeszukamy wszystko, a potem 

można będzie przedzwonić. 

  Ceglaną   alejką,   omijając   klomby,   agenci   przeszli   na   tylne   podwórze,   przecięli   je   i 

zobaczyli pobłyskujące szkła oranżerii. 

 - Poczekaj no - szeptem powiedział Szczukin i odpiął od pasa rewolwer. 

  Połajtis   zesztywniał   i   zdjął   automat.   Z   oranżerii,   a   także   skądś   spoza   niej   dobiegał 

dziwaczny, bardzo donośny dźwięk. Brzmiało to tak, jakby gdzieś niedaleko sapał parowóz. Zau-

background image

zau... s-s-s-s-s... - syczała oranżeria... 

 - Tylko ostrożnie - szepnął Szczukin i starając się nie stukać obcasami agenci przesunęli się 

do szklanej ściany i zajrzeli do środka. 

  Połajtis natychmiast  odskoczył,  twarz mu pobladła.  Szczukin otworzył  usta i zamarł  z 

rewolwerem w dłoni. 

 Cała oranżeria ruszała się jak robaczywa kasza. Zwijając się w kłębki, rozwijając, sycząc i 

rozprostowując,   kręcąc   i   chwiejąc   głowami   pełzały   po   podłodze   oranżerii   ogromne   węże. 

Potłuczone skorupy jaj poniewierały się na ziemi, chrzęściły pod cielskami. W górze blado płonęła 

lampa   elektryczna   ogromnej   mocy,   oświetlała   całe   wnętrze   oranżerii   upiornym   filmowym 

światłem.   Na   podłodze   stały   trzy   ciemne   skrzynie   podobne   do   ogromnych   aparatów 

fotograficznych,   dwie   z   nich   przesunięte   i   przechylone,   zgasły,   w   trzeciej   płonęła   niewielka 

ciemnomalinowa plama. Węże najrozmaitszych rozmiarów pełzały po przewodach, wspinały się po 

ramach okiennych,  wyłaziły przez dziury w dachu. Nawet na lampie wisiała absolutnie czarna 

plamista kilkuarszynowa żmija i łeb jej chwiał się pod lampą niczym wahadło. Brzęczały w tym 

syku  jakieś   grzechotki,   ciągnęło   z oranżerii  dziwną  zgnilizną,   jak  od stojącego  stawu. Agenci 

zdążyli jeszcze zauważyć stosy białych jajek w zakurzonych kątach i dziwacznego gigantycznego 

ptaka leżącego nieruchomo przy komorach, a przy drzwiach, obok karabinu, trupa szaro ubranego 

mężczyzny. 

  - Wracamy!  - krzyknął  Szczukin  i zaczął  się cofać,  lewą ręką odsuwając Połajtisa, w 

prawej   zaś   podnosząc   rewolwer.   Zdążył   wystrzelić   dziewięć   razy,   dziewięć   razy   z   sykiem 

wzlatywała przed oranżerią zielonkawa błyskawica. Syk wzmógł się przerażająco i w odpowiedzi 

na strzelaninę Szczukina w całej oranżerii zaczął się wściekły ruch, spłaszczone łby ukazały się we 

wszystkich   otworach.   Błyskawica   natychmiast   zaczęła   skakać   po   całym   sowchozie,   odbłyski 

biegały po ścianach. Czach-czach-czach-tach - strzelał wycofując się tyłem Połajtis. Ale za plecami 

dał się słyszeć dziwny czworonogi szelest i Połajtis nagle okropnie krzyknął i upadł na plecy. 

Zielonobrunatny   stwór   na   wykręconych   do   przodu   łapach,   z   wielkim   szpiczastym   pyskiem,   z 

grzebieniastym ogonem, stwór podobny do gigantycznej jaszczurki wytoczył się zza węgła szopy, z 

furią wgryzł się w nogę Połajtisa i obalił go na ziemię. 

  - Pomóż mi - krzyknął Połajtis i w tejże chwili jego lewa ręka znalazła się w paszczy 

potwora,   chrupnęło.   Daremnie   usiłując   podnieść   prawą   rękę,   agent   wlókł   automat   po   ziemi. 

Szczukin odwrócił się nieprzytomnie. Zdążył raz wystrzelić, ale mierzył zanadto w bok, bał się, że 

zabije   kolegę.   Drugi   raz   wystrzelił   w   stronę   oranżerii,   bo   stamtąd,   spomiędzy   niewielkich 

zielonych łbów wysunął się nagle łeb ogromny, oliwkowy, i gad wyprysnął wprost na Szczukina. 

Zabił   olbrzymiego   węża   tym   wystrzałem   i   znów,   skacząc   bezradnie   dokoła   Połajtisa,   już 

background image

półżywego w paszczy krokodyla, usiłował wypatrzyć miejsce, w które mógłby strzelić tak, by zabić 

straszliwego  gada nie rażąc  przy tym  agenta.  Wreszcie  mu  się to udało. Z lufy elektrycznego 

rewolweru   po   dwakroć   buchnął   błysk,   rozświetlił   wszystko   wokół   zielonkawym   blaskiem, 

krokodyl   podskoczył,   wyprężył   się   i   wypuściwszy   Połajtisa   znieruchomiał.   Połajtisowi   krew 

chlustała z rękawa, buchała z ust, agent podpierając się zdrowym prawym ramieniem wlókł za sobą 

zmiażdżoną nogę. Oczy mu gasły. 

 - Szczukin... uciekaj - jęknął zachłystując się. 

 Szczukin parokrotnie wystrzelił w kierunku oranżerii, poleciało parę szyb. Ale olbrzymia 

sprężyna, oliwkowa, zwinna, wyprysnęła z tyłu, z pienicznego okienka, pięciosążniowe cielsko 

przesmyknęło przez podwórze i w okamgnieniu okręciło się wokół nóg Szczukina. Agent upadł, 

lśniący rewolwer odskoczył w bok. Szczukin krzyknął potężnie, potem zabrakło mu tchu, potem 

sploty skryły go całego oprócz głowy. Jeden pierścień przejechał po głowie i zdarł z niej skalp, coś 

trzasnęło.   Od   tej   chwili   nie   zagrzmiał   w   sowchozie   ani   jeden   wystrzał.   Wszystko   zagłuszył 

jadowity metaliczny syk. I wtórując temu syczeniu wiatr przyniósł z bardzo daleka, z Koncowki, 

wycie. Tylko że teraz już nie można było się połapać, kto wyje - psy czy ludzie. 

 

background image

Rozdział X - Katastrofa 

 W nocnej redakcji dziennika “Izwiestia” gorzały lampy i gruby redaktor dyżurny łamał na 

ołowianym stole drugą kolumnę z depeszami “Z życia republik”. Wpadła mu w oko jedna szpalta, 

wpatrzył   się   w   nią   przez   binokle,   zachichotał,   zwołał   korektorów,   metrampaża,   pokazał   ją 

wszystkim. Na wąskim pasku tandetnego papieru wydrukowane było co następuje: 

  “Graczowka, gubernia smoleńska. W powiecie pojawiła się kura wielkości kobyły, która 

wierzga jak koń. Zamiast ogona ma burżuazyjne damskie pióra”. 

 Zecerzy zaśmiewali się do rozpuku. 

 - Za moich czasów - obleśnie chichocząc mówił redaktor dyżurny - kiedy pracowałem u 

Wani Sytina w “Ruskim Słowie”, pili tak, że widywali słonie. To w porządku. Ale teraz widocznie 

w modę wchodzą strusie. 

 Zecerzy śmiali się. 

 - Rzeczywiście struś - odezwał się metrampaż. - Gdzie to wstawimy, panie redaktorze? 

 - Coś ty z byka spadł? - odparł redaktor dyżurny. - Dziwię się, że sekretarz to przepuścił. 

Ktoś się zdrowo spił. 

 - Świętowali, to jasne - przytaknęli składacze i metrampaż zabrał ze stołu notatkę o strusiu. 

  Dlatego   też   “Izwiestia”   przyniosły   nazajutrz,   jak   zazwyczaj,   masę   pasjonujących 

informacji, ale bez najmniejszej nawet aluzji do strusia z Graczowki. Privat-docent Iwanow, który 

regularnie czytywał “Izwiestia”, w swoim gabinecie złożył numer, ziewnął, powiedział: “Nudy na 

pudy” i włożył biały fartuch. Niebawem zapłonęły w jego gabinecie palniki, rozkumkały się żaby. 

Natomiast w gabinecie profesora Persikowa panowało zamieszanie. Wystraszony Pankrat stał na 

baczność. 

 - Tak jest... Wedle rozkazu - mówił. 

 Persikow wręczył mu zapieczętowany lakiem pakiet i powiedział: 

 - Pojedziesz prosto do Wydziału Handlu do tego całego kierownika Ptachy i powiesz mu 

wprost, że jest świnia. Powiedz, że ja, profesor Persikow, tak właśnie powiedziałem. I oddasz mu tę 

kopertę. 

 Ładna historia... pomyślał pobladły Pankrat i zniknął wraz z pakietem. 

 Persikow szalał. 

  -   Diabli   wiedzą,   co   się   dzieje   -   jęczał   spacerując   po   gabinecie   i   zacierając   dłonie   w 

rękawiczkach. - Oni kpią sobie ze mnie i z zoologii. Wiozą całe wagony tych przeklętych kurzych 

jaj, a ja od dwóch miesięcy nie mogę się doprosić o najniezbędniejsze rzeczy. Jakby do Ameryki 

było daleko! Wieczny rozgardiasz, wieczny bałagan - zaczął wyliczać na palcach: połów... no, 

background image

dziesięć dni najwyżej, no dobrze, piętnaście. no dobrze, dwadzieścia plus przelot - dwa dni, z 

Londynu do Berlina dzień... Z Berlina do nas sześć godzin... Nieopisany skandal... 

 Z furią rzucił się na telefon, zadzwonił dokądś. 

  Wszystko  w   jego  gabinecie   było   przygotowane   do jakichś   tajemniczych   i  niezmiernie 

niebezpiecznych doświadczeń, leżały nacięte pasy papieru do zaklejenia drzwi, leżały hełmy do 

nurkowania   z   gumowymi   wężami   i   parę   lśniących   jak   rtęć   metalowych   butli   z   etykietką 

“Dobrochim. Nie dotykać” i z trupią czaszką ze skrzyżowanymi piszczelami. 

  Trzeba było co najmniej trzech godzin, by profesor się uspokoił i przystąpił do mniej 

ważnych   zajęć.   Tak   też   uczynił.   Pracował   w   Instytucie   do   jedenastej   wieczór,   nie   miał   więc 

pojęcia, co się dzieje za kremowymi  murami.  Nie dotarła doń ani idiotyczna  plotka o jakichś 

wężach, która rozeszła się po całej Moskwie, ani dziwna depesza z dziennika popołudniowego. 

Docent Iwanow poszedł do Teatru Artystycznego na “Fiodora Iwanowicza” i profesorowi nie miał 

kto zakomunikować nowiny. 

  Persikow około północy przyjechał  na Preczystienkę  i położył  się spać przeczytawszy 

jeszcze   do   poduszki   jakiś   angielski   artykuł   w   otrzymanym   właśnie   z   Londynu   miesięczniku 

“Nowiny Zoologii”. Profesor spał i spała cała kotłująca się do późnej nocy Moskwa, nie spał tylko 

wielki   szary   gmach   w   podwórzu   na   Twerskiej,   rozdygotany   od   straszliwego   huku   maszyn 

rotacyjnych “Izwiestii”. W gabinecie redaktora dyżurnego panował niewiarygodny rozgardiasz i 

bałagan. Zupełnie oszalały redaktor miał czerwone oczy, miotał się nie wiedząc co robić i posyłał 

wszystkich do diabła. Metrampaż chodził za nim krok w krok i mówił zionąc alkoholem: 

  - Wielkie rzeczy, Iwanie Bonifatiewiczu, nie ma nieszczęścia, niech jutro rano wydadzą 

dodatek nadzwyczajny. Przecież nie będziemy zatrzymywać maszyn. 

  Zecerzy   nie   poszli   do   domów,   tylko   snuli   się   stadami,   zbijali   w   gromadki,   czytali 

nadchodzące   teraz   regularnie   co   kwadrans   depesze.   Były   one   coraz   to   dziwniejsze,   coraz 

potworniejsze. Kapelusz Alfreda Bronskiego przemykał się w oślepiającym różowym świetle, które 

zalewało drukarnię, to tu, to tam ukazywał się skrzypiąc i kulejąc mechaniczny grubas. Trzaskały 

drzwi od strony bramy,  przez całą noc schodzili się reporterzy. Nieustannie rozmawiano przez 

wszystkich dwanaście telefonów drukarni, lokalna centralka niemal automatycznie odpowiadała na 

wszystkie brzęczyki “zajęte”, “zajęte”, a w centrali przed niestrudzonymi telefonistkami śpiewały 

sygnałówki... Zecerzy obstąpili mechanicznego grubasa, a kapitan żeglugi wielkiej mówił: 

 - Trzeba będzie wysłać aeroplany z gazem. 

 - Bez tego ani rusz - odpowiadali linotypiści - do czego to podobne! - Potem przelatywały 

w powietrzu straszliwe rynsztokowe wyzwiska i czyjś piskliwy głos krzyczał: 

 - Tego Persikowa trzeba by rozstrzelać. 

background image

 - Co chcesz od Persikowa? - odpowiadano z tłumu. - Rozstrzelać trzeba przede wszystkim 

tego sukinsyna z sowchozu. 

 - Trzeba było postawić wartowników - wykrzykiwał ktoś. 

 - A może to w ogóle nie jajka. 

  Cały   dom   huczał   i   dygotał   wstrząsany   walcami   maszyn   rotacyjnych   i   odnosiło   się 

wrażenie, że niepokaźny szary budynek ogarnął elektryczny pożar. 

  Wstający   dzień   nie   ugasił   tego   pożaru.   Przeciwnie,   wzmógł   go   tylko,   choć   światła 

elektryczne już zgasły. Motocykl za motocyklem wjeżdżał na asfaltowane podwórze, automobil za 

automobilem. Cała Moskwa już wstała i białe płachty gazet obsiadły ją jak ptaki. Zadrukowane 

arkusze szeleściły we wszystkich dłoniach i już przed jedenastą rano gazeciarzom zabrakło towaru, 

choć “Izwiestia” miały w tym miesiącu półtoramilionowy nakład. Profesor Persikow wyjechał z 

Preczystienki autobusem i przybył do Instytutu. Tam czekała na niego niespodzianka. W hallu stały 

precyzyjnie   opięte   taśmą   metalową   drewniane   skrzynki   w   liczbie   trzech,   oklejone   były 

zagranicznymi   nalepkami   w   języku   niemieckim,   nad   którymi   królował   rosyjski   napis   kredą: 

“Ostrożnie - jaja”. 

 Profesora ogarnęła burzliwa radość. 

 - Nareszcie! - zawołał. - Pankrat, otwieraj natychmiast te skrzynki, tylko ostrożnie, żeby 

nic nie potłuc. Do mnie do gabinetu. 

 Pankrat niezwłocznie wykonał polecenie i w kwadrans później w zaścielonym trocinami i 

strzępami papieru gabinecie profesora rozszalał się profesorski głos. 

 - Co to ma być, kpią sobie ze mnie, czy co? - wył profesor potrząsając pięścią i obracając 

jajko w dłoni. - To jakieś bydlę, ten Ptacha. Nie pozwolę robić z siebie pośmiewiska? Co to jest, 

Pankrat? 

 - Jajka - odpowiedział Pankrat boleściwie. 

 - Kurze, rozumiesz, kurze, niech ich diabli! Po jakiego diabła mi kurze jaja? Niech je poślą 

temu draniowi do jego sowchozu. 

 Persikow rzucił się do telefonu, ale zadzwonić nie zdążył. 

 - Panie profesorze! Panie profesorze! - zagrzmiał na korytarzu Instytutu głos Iwanowa. 

 Persikow oderwał się od telefonu, a Pankrat śmignął w bok, żeby zrobić privat-docentowi 

przejście. Iwanow wbiegł do gabinetu nie zdejmując wbrew swym dżentelmeńskim obyczajom 

szarego kapelusza, który zsunął mu się na tył głowy. W ręku trzymał gazetę. 

  - Wie pan, profesorze, co się stało? - wykrzykiwał i przed nosem Persikowa machnął 

arkuszem   z   napisem   “Dodatek   nadzwyczajny”.   Pośrodku   arkusza   widniał   wyrazisty   kolorowy 

obrazek. 

background image

  - Niech pan lepiej posłucha, co oni wyrabiają - nie słuchając go zawołał ze swej strony 

Persikow. - Postanowili mnie zaskoczyć kurzymi jajami! Ten Ptacha to kompletny idiota, niech pan 

popatrzy! 

  Iwanow całkiem oszalał. Z przerażeniem spojrzał na otwarte skrzynki, potem na gazetę, 

potem jego oczy nieomal wyskoczyły z orbit. 

 - Więc to tak - mamrotał tracąc oddech - teraz rozumiem. Nie, panie profesorze, niech pan 

tylko spojrzy... - Błyskawicznie rozłożył gazetę i drżącym palcem wskazał Persikowowi kolorowy 

obrazek. Na obrazku niczym straszliwy szlauch strażacki wił się wśród dziwacznej rozmazanej 

zieleni  oliwkowy wąż w żółte  plamy.  Sfotografowano go z góry,  z awionetki, która ostrożnie 

prześlizgnęła się nad nim. - Co to jest pańskim zdaniem? 

 Persikow przesunął okulary na czoło, potem znów zsunął je na oczy, przyjrzał się ilustracji 

i powiedział niezmiernie zdumiony: 

 - Co u licha: To... to przecież anakonda, dusiciel wodny... 

  Iwanow   zdjął   kapelusz,   opadł   na   krzesło   i   wybijając   pięścią   po   stole   każde   słowo, 

powiedział: 

 - Panie profesorze, to jest anakonda z guberni smoleńskiej. Coś potwornego. Rozumie pan, 

ten drań zamiast kur wyhodował węże i niech pan sobie wyobrazi, że one rozmnożyły się równie 

fenomenalnie jak żaby! 

 - Co takiego? - powiedział Persikow i jego twarz zrobiła się bura... - Pan żartuje... Jakim 

cudem? Skąd? 

  Iwanow   na   moment   oniemiał,   potem   odzyskał   dar   mowy,   wskazał   palcem   otwartą 

skrzynkę, w której wśród żółtych trocin jaśniały białe skorupki, i powiedział: 

 - A stąd. 

 - Co-ooo?! - zawył Persikow. Zaczynał kojarzyć. 

 Iwanow z absolutnym przekonaniem machnął zaciśniętymi pięściami i wrzasnął: 

 - Może pan być pewny. Zamówione przez pana jaja węży i strusiów przesłali do sowchozu, 

a kurze, pomyłkowo, panu. 

 - Boże wielki... Boże wielki... - powtórzył Persikow i zieleniejąc na twarzy, powoli siadał 

na obrotowym taborecie. 

  Pankrat całkiem zgłupiał przy drzwiach, pobladł i oniemiał. Iwanow zerwał się, złapał 

gazetę i ostrym paznokciem podkreśliwszy stosowne miejsce, wrzasnął profesorowi w ucho: 

 - No, teraz będą mieli wesołą zabawę!... Doprawdy nie wyobrażam sobie, co teraz będzie. 

Proszę tylko spojrzeć - i wykrzyczał pierwszy z brzegu akapit ze zmiętoszonej płachty... - Węże 

wędrują   gromadnie   w   kierunku   Możajska...   składając   po   drodze   niewiarygodne   ilości   jaj. 

background image

Zauważono jaja w powiecie duchowskim... Pojawiły się krokodyle i strusie. Jednostki do zadań 

specjalnych i oddziały GPU położyły kres panice, która wybuchła w Wiaźmie po podpaleniu lasów 

podmiejskich. Pożar powstrzymał pochód gadów... 

 Persikow różnokolorowy, a teraz zsiniały do śmiertelnej bladości, o oczach szaleńca wstał 

z taboretu i zaczął krzyczeć poprzez zadyszkę: 

 - Anakonda... anakonda... dusiciel wodny! Boże wielki! 

 Ani Iwanow, ani Pankrat nigdy jeszcze nie widzieli profesora w takim stanie. 

  Profesor   jednym   ruchem   zdarł   z   siebie   krawat,   oberwał   guziki   koszuli,   spurpurowiał 

straszliwie i apoplektycznie, a następnie chwiejnym krokiem wybiegł z pokoju, oczy miał tępe, 

szkliste. Pod kamienne sklepienia Instytutu wzleciał krzyk. 

 - Anakonda... anakonda... - zagrzmiało echo. 

  -   Łap   profesora!   -   wrzasnął   Iwanow   do   Pankrata,   który   z   przerażeniem   zatańczył   w 

miejscu. - Wody... to udar. 

 

background image

Rozdział XI - Bój i śmierć 

  Płonęła w Moskwie oszalała elektryczna noc. Paliły się wszystkie światła i w żadnym 

mieszkaniu nie było takiego miejsca, w którym  nie jaśniałaby lampa ze zdjętym abażurem. W 

żadnym mieszkaniu czteromilionowej Moskwy nie spał nikt prócz nierozumnych dzieci. Ludzie w 

mieszkaniach pili i jedli byle co i byle jak, wykrzykiwali coś i co chwilę wykrzywione twarze 

wyglądały z okien wszystkich pięter, kierując spojrzenia w poprzecinane reflektorami niebo. Na 

niebie bez przerwy błyskały białe ognie, blade stożki topniejącego światła opadały na Moskwę, 

niknęły, gasły. Trwał w niebie nieustanny basowy huk aeroplanów. Szczególnie strasznie było na 

Twerskiej-Jamskiej.   Na   Dworzec   Aleksandrowski   co   dziesięć   minut   przyjeżdżały   pociągi 

zestawione   jak   popadło   z   wagonów   towarowych,   osobowych,   salonek,   a   nawet   z   cystern 

oblepionych oszalałymi ludźmi, Twerską-Jamską pędziła gęsta ludzka kasza, ludzie tłoczyli się w 

autobusach,  na dachach  tramwajów, tratowali  się nawzajem,  wpadali  pod koła. Na dworcu co 

chwila   wybuchała   terkotliwa   trwożna   strzelanina   nad   głowami   tłumu   -  to   jednostki   wojskowe 

próbowały opanować panikę szaleńców, którzy biegli nasypami kolejowymi z guberni smoleńskiej 

w stronę Moskwy. Na dworcu jedna po drugiej z cichym wściekłym jękiem sypały się szyby i wyły 

wszystkie lokomotywy. Wszystkie ulice zasłane były porzuconymi, zdeptanymi afiszami, te same 

afisze patrzyły z murów w palącym malinowym świetle reflektorów. Nikt ich nie czytał, wszyscy 

znali je już na pamięć. Afisze ogłaszały w Moskwie stan wyjątkowy. Zawierały też ostrzeżenia 

przed paniką i komunikat, że do guberni smoleńskiej jadą transport za transportem uzbrojone w 

gazy jednostki Armii Czerwonej. Obwieszczenia te nie mogły jednak uspokoić wyjącej nocy. W 

mieszkaniach   leciały   z   rąk   i   tłukły   się   talerze   i   wazony,   ludzie   biegali   potrącając   meble, 

rozpakowywali i pakowali jakieś tobołki i walizy w daremnej nadziei, że uda się im przedrzeć na 

Plac   Kałanczewski,   na   Jarosławski   lub   Nikołajewski   Dworzec.   Niestety,   wszystkie   dworce,   z 

których   można   było   odjechać   na   północ   lub   na   wschód,   otoczone   były   zwartymi   kordonami 

piechoty - kołysząc i brzęcząc zaczepami ogromne ciężarówki wyładowane skrzyniami, na których 

siedzieli   czerwonoarmiści   w   szpiczastych   budionnówkach,   najeżone   ze   wszystkich   stron 

bagnetami, wywoziły zapasy złotych monet z podziemia Ludowego Komisariatu Finansów oraz 

olbrzymie skrzynie z napisami: “Ostrożnie. Galeria Tretiakowska”. Ciężarówki warczały i pędziły 

po całej Moskwie. 

  Bardzo   daleko   drżała   na   niebie   łuna   pożaru   i   słychać   było   rozkołysujące   gęstą   czerń 

sierpnia niemilknące armaty. 

  Nad   ranem   ulicami   bezsennej   Moskwy,   która   przez   całą   noc   nie   zgasiła   ani   jednego 

światła, w górę ulicy Twerskiej przeszedł wielotysięczny, łomocący kopytami po bruku wąż Armii 

background image

Konnej, zamiatał wszystko, co mu stanęło na drodze, co wciskało się do bram i wygniatając szyby 

tuliło  do wystaw  sklepowych.  Na szarych  plecach  podrygiwały końce malinowych  baszłyków, 

[kaptur z filcu lub grubej tkaniny] ostrza pik dźgały niebo. Szeregi parły naprzód, wrzynały się w 

rozchlustaną kipiel szaleństwa, i na ich widok miotający się wyjący tłum jakby ożył. Tłumy na 

chodnikach zawyły powitalnie, z nadzieją. 

 - Niech żyje Armia Konna! - krzyczały zapamiętałe głosy kobiece. 

 - Niech żyje! - odpowiadały męskie. 

 - Zatratują!... tratują... - wyli gdzieś. 

 - Ratunku! - krzyczano z trotuaru. 

 Poleciały z trotuarów między szeregi pudełka papierosów, srebrne monety, zegarki, jakieś 

kobiety wybiegały na jezdnię i ryzykując połamanie kości biegły po bokach szyku czepiając się 

strzemion i całując je. Poprzez nieustanny tupot kopyt dobiegały z rzadka komendy plutonowych: 

 - Skrócić wodze! 

  Gdzieś   śpiewano   wesoło,   rubasznie,   w   migotliwym   świetle   reklam   spoglądały   z   koni 

twarze w załamanych na ucho malinowych czapkach. Co chwila przerywając szeregi jezdnych o 

nie osłoniętych twarzach jechały - również konno - dziwne postacie w dziwnych czarczafach, z 

których  wybiegały  gumowe  rury;  postacie   te  miały  na plecach  przytroczone  pasami  metalowe 

butle. Za nimi sunęły olbrzymie samochody-cysterny wyposażone jak wozy strażackie w długie 

węże i ciężkie, miażdżące bruk tanki na gąsienicach, szczelnie opancerzone, o świecących wąskich 

otworach strzelniczych. Urywały się szeregi jezdnych i jechały chronione szarymi pancerzami auta 

ze   sterczącymi   szarymi   rurami,   z   białymi   trupimi   główkami   wymalowanymi   po   bokach   i   z 

napisami “Gaz”, “Dobrochim”. 

 - Obrońcie, bracia! - wył tłum z chodników. - Bijcie gada! Ratujcie Moskwę! 

  -   Mać...   mać...   biegło   po   szeregach.   Całe   paczki   papierosów   fruwały   w   oświetlonym 

nocnym powietrzu i z końskich grzbietów szczerzyły się na oszalałych ludzi białe zęby. Rozlewał 

się po szeregach głuchy, a chwytający za serce śpiew: 

 “Ni król, ni klecha, pan ni kat. 

 Od gadów się wyzwolim sami...” 

 Gromkie huczące “hurra” wybuchały nad całą tą kaszą, rozeszła się bowiem pogłoska, że 

na czele owych szeregów jedzie w takim samym malinowym baszłyku, jakie mają wszyscy inni 

jeźdźcy, postarzały i posiwiały dowódca tego konnego giganta, który przed dziesięcioma laty stał 

się   postacią   legendarną.   Tłum   wył,   wzlatywał   w   niebiosa   grzmot:   “Hurra...   Hurra”   i  to   nieco 

background image

uspokajało skołatane serca... 

  Instytut był skąpo oświetlony. Docierały tu tylko poszczególne, niejasne i przygłuszone 

odgłosy wydarzeń. Raz buchnęła wachlarzykiem salwa pod świetlistym zegarem koło maneży: to 

rozstrzelano na miejscu maruderów, którzy usiłowali obrabować mieszkanie na Wołchonce. Ruch 

samochodowy na tej ulicy był niewielki, wszystko bowiem koncentrowało się wokół dworców. W 

gabinecie profesora paliła się tylko jedna przyciemniona lampa, krąg jej światła padał na stół, 

Persikow siedział w milczeniu z głową wspartą na rękach. Kołysał się wokół niego słoisty dym. 

Zgasł promień w skrzynce. Żaby w terrariach milczały, spały już. Profesor nie pracował ani nie 

czytał. Z boku, pod lewym łokciem Persikowa, leżała gazeta popołudniowa z depeszami, które 

donosiły, że cały Smoleńsk się pali, a artyleria kwadrat po kwadracie ostrzeliwuje lasy możajskie, 

niszcząc złoża jaj krokodylich zalegające we wszystkich podmokłych parowach. Donoszono, że 

eskadra aeroplanów nad Wiaźmą działała z dużym powodzeniem i zagazowała niemal cały powiat, 

ale ofiary w ludziach są tam niezliczone, ponieważ mieszkańcy, zamiast opuszczać kolejno powiaty 

w   ramach   planowej   ewakuacji,   miotają   się   z   powodu   paniki   na   oślep,   nie   zorganizowanymi 

gromadami, uciekają na własne ryzyko gdzie oczy poniosą. Donoszono, że Samodzielna Kaukaska 

Dywizja Kawalerii na kierunku możajskim odniosła imponujące zwycięstwo w starciu ze stadami 

strusi, wybiła je wszystkie i zniszczyła ogromne ilości strusich jaj. Dywizja miała przy tym bardzo 

nieznaczne straty własne. Opublikowano oświadczenie rządu, zapowiadające całkowitą ewakuację 

stolicy w razie, gdyby nie udało się powstrzymać gadów w odległości dwustu wiorst od miasta. 

Urzędnicy   i   robotnicy   powinni   zachować   całkowity   spokój.   Rząd   podejmie   najdrastyczniejsze 

kroki,   by   nie   dopuścić   do   powtórzenia   się   tragedii   smoleńskiej,   gdzie   w   rezultacie   paniki 

wywołanej nieoczekiwanym atakiem kilku tysięcy grzechotników miasto zaczęło się palić w tych 

wszystkich punktach, w których pozostawili ogień pod kuchnią bezładnie uciekający mieszkańcy. 

Donoszono, że Moskwa dysponuje zapasami żywności co najmniej na pół roku oraz że powołana 

przy   głównodowodzącym   rada   podejmuje   energiczne   kroki   celem   opancerzenia   mieszkań,   co 

pozwoli prowadzić walkę z gadami na ulicach stolicy, gdyby Armia Czerwona, aeroplany i eskadry 

nie zdołały powstrzymać inwazji gadów. 

 Profesor nie czytał tego wszystkiego, szklistymi oczyma patrzył przed siebie, palił. Prócz 

niego były w Instytucie tylko dwie osoby - Pankrat i zalewająca się co chwilę łzami gosposia Maria 

Stiepanowna. Maria Stiepanowna nie spała już trzecią noc z rzędu, spędzała te noce w gabinecie 

profesora, który za nic nie chciał się rozstać z wygasłą, ale jedyną, jaka mu została, skrzynką. 

Maria Stiepanowna ułożyła się teraz na ceratowej kanapce w ciemnym kącie i milczała, pogrążona 

w   bolesnych   rozmyślaniach:   patrzyła,   jak   w   trójnogu  nad   palnikiem   bunsenowskim   gotuje   się 

czajnik na herbatę dla profesora. Instytut trwał w milczeniu i wszystko stało się bardzo nagle. 

background image

  Z   ulicy   dały   się   słyszeć   raptem   przenikliwe   krzyki,   tak   pełne   nienawiści,   że   Maria 

Stiepanowna poderwała się i także krzyknęła. Na ulicy zamigotały latarnie, dobiegł z hallu głos 

Pankrata. Profesor źle znosił te hałasy. Na chwilę uniósł głowę, wymamrotał: “Patrzcie no, jak się 

wściekają... cóż ja teraz mogę zrobić” i znowu popadł w odrętwienie. Nie dano mu jednak trwać w 

nim   długo.   Straszliwie   zagrzmiały   dwuskrzydłowe   kute   drzwi   Instytutu   prowadzące   na   ulicę 

Hercena,   zatrzęsły   się   mury   gmachu...   Potem   pękła   gruba   zwierciadlana   szyba   w   sąsiednim 

gabinecie. Zadzwoniło, posypało się szkło w gabinecie profesora, szary brukowiec wskoczył przez 

okno,   rozbił   szklany   stół.   Podskoczyły   żaby   w   terrariach,   podniosły   wrzask.   Poderwała   się   i 

zapiszczała Maria Stiepanowna. Dopadła profesora, chwyciła go za ręce i zawołała: 

  - Niech  pan ucieka,  panie  profesorze, niech  pan ucieka!  Profesor wstał z  obrotowego 

krzesła, wyprostował się, haczykowato zagiął palec, jego oczy na moment odzyskały dawny żywy 

blask, przypominał teraz dawnego natchnionego Persikowa. 

 - Nigdzie się stąd nie ruszę - powiedział. - To po prostu głupie. Latają jak szaleni... A jeżeli 

cała   Moskwa   straciła   rozum,   to   dokąd   mam   uciekać?   I,   bardzo   proszę,   niech   pani   przestanie 

krzyczeć. Co ja mam z tym wspólnego? Pankrat! - zawołał i nacisnął guzik. 

  Chciał zapewne, żeby Pankrat położył  kres całemu temu harmidrowi, którego profesor 

zawsze tak nie znosił. Ale Pankrat nic tu już nie mógł pomóc. Skończyło się na tym, że puściły 

drzwi Instytutu i z daleka dobiegły klaśnięcia wystrzałów, a potem cały masywny gmach wypełnił 

się  bieganiną,  krzykami,  brzękiem  tłuczonych  szyb.  Maria Stiepanowna  wczepiła  się w rękaw 

profesora, gdzieś ciągnęła Persikowa, ten wyrwał się jednak, wyprostował i w całej okazałości, w 

białym fartuchu, tak jak stał wyszedł na korytarz. 

 - No? - zapytał? Drzwi otworzyły się na oścież i pierwszą rzeczą, jaka się w nich ukazała, 

były plecy wojskowego z malinowym szewronem i z gwiazdą na lewym rękawie. Odsuwał się 

tyłem od drzwi, na które napierał rozwścieczony tłum, strzelał z rewolweru. Potem rzucił się do 

ucieczki, a mijając Persikowa krzyknął do niego: 

 - Profesorze, niech pan ucieka, ja już nic nie mogę zrobić. 

 Odpowiedział jego słowom pisk Marii Stiepanowny. Wojskowy przemknął obok stojącego 

niczym biały posąg Persikowa i zniknął w mroku pokrętnych korytarzy z drugiej strony. Ludzie 

wypadali z drzwi, wyli: 

 - Bij go! Zabij... 

 - Zbrodniarz... 

 - To ty wypuściłeś gady! 

  Wykrzywione twarze, porozdzierane suknie podrygiwały na korytarzach, ktoś wystrzelił. 

Zamigotały kije i laski. Persikow cofnął się nieco, zagrodził sobą drzwi do gabinetu, w którym 

background image

klęczała   na   podłodze   śmiertelnie   przerażona   Maria   Stiepanowna,   rozpostarłszy   ramiona   jak 

ukrzyżowana... nie chciał wpuścić tłumu i krzyczał z rozdrażnieniem: 

 - To czyste szaleństwo... Jak dzikie zwierzęta. Czego tu chcecie? - Zawył: - Won stąd! - i 

zakończył frazę ostrym i wszystkim tak dobrze znanym okrzykiem: - Pankrat, wyrzuć ich za drzwi! 

 Ale Pankrat nikogo już za drzwi wyrzucić nie mógł. Z rozbitą głową, zdeptany i rozdarty 

na strzępy leżał Pankrat nieruchomo w hallu i coraz to nowe tłumy przebiegały obok niego nie 

zwracając uwagi na strzelaninę milicji z ulicy. 

  Niski mężczyzna  na krzywych  małpich nogach, w rozdartej marynarce, w rozdartym  i 

przekrzywionym   półkoszulku,   wyprzedził   innych,   dopadł   do   Persikowa   i   rozciął   mu   głowę 

straszliwym ciosem laski. Persikow zatoczył się, zaczął się chylić na bok, jego ostatnim słowem 

było: 

 - Pankrat... Pankrat... 

 Bogu ducha winną Marię Stiepanowną zabito i rozszarpano w gabinecie, komorę, w której 

zgasł już promień, rozniesiono na strzępy, rozniesiono na strzępy terraria, wytłuczono i zdeptano 

ogłupiałe żaby, rozbito reflektory i w godzinę później Instytut płonął, wokół poniewierały się trupy, 

opodal   trwał   kordon   ludzi   uzbrojonych   w   elektryczne   rewolwery,   stały   samochody   strażackie, 

czerpały wodę z hydrantów i wlewały ją we wszystkie okna Instytutu, z których strzelały huczące 

języki ognia. 

 

background image

Rozdział XII - Mroźny deus ex machina 

  W nocy z dziewiętnastego na dwudziesty sierpnia roku tysiąc dziewięćset dwudziestego 

ósmego chwycił nagle mróz, mróz niesłychany, jakiego najstarsi ludzie nie pamiętali. Chwycił i 

trzymał dwa dni osiągając minus osiemnaście. Rozjuszona Moskwa szczelnie pozamykała drzwi i 

okna. I dopiero pod koniec trzeciej doby zrozumiała ludność stolicy, że mróz ocalił i ją, i owe 

nieogarnione   przestrzenie,   którymi   Moskwa   władała,   i   na   które   spadła   straszliwa   klęska 

dwudziestego ósmego roku. Pod Możajskiem Armia Konna, której straty sięgały trzech czwartych 

stanu, traciła już impet, a eskadry gazowe nie zdołały powstrzymać marszu ohydnych gadów, które 

półkolem parły na Moskwę z trzech kierunków, od zachodu, południowego zachodu i południa. 

 Pokonał je mróz; obrzydliwe zgraje nie przetrzymały dwóch dób osiemnastostopniowego 

mrozu i w trzeciej dekadzie sierpnia, kiedy się ociepliło i po chłodach pozostała tylko wilgoć, 

plucha, mokra mgła i zwarzone liście na drzewach, nie było już z kim walczyć. Klęska minęła. 

Lasy, pola, bezkresne trzęsawiska usłane były jeszcze różnobarwnymi jajami, pokrytymi niekiedy 

dziwacznym, nietutejszym, niespotykanym ornamentem, który zaginiony bez wieści Rokk uznał za 

brud, ale jajka te były już absolutnie niegroźne. Jaja umarły, zarodki w nich były martwe. 

  Bezkresne przestrzenie  ziemi  długo jeszcze  pokrywały nieprzeliczone  i gnijące zwłoki 

krokodyli i węży powołanych do życia przez zagadkowy promień zrodzony w genialnych oczach 

na ulicy Hercena. Nietrwałe płody gorących, tropikalnych moczarów zginęły w ciągu dwóch dni 

pozostawiając po sobie na terenie trzech guberni straszliwy smród, rozkład i trupie jady. 

 Długo jeszcze trwały epidemie spowodowane rozkładem ludzkich trupów i gadziej padliny, 

długo   jeszcze   krążyło   wojsko,   ale   nie   było   już   wyposażone   w   gazy,   tylko   w   sprzęt   saperski, 

cysterny z naftą i strażackie węże; oczyszczało ziemię. Oczyściło ją wreszcie i na wiosnę roku 

tysiąc dziewięćset dwudziestego dziewiątego wszystko się skończyło. 

  I   na   wiosnę   roku   tysiąc   dziewięćset   dwudziestego   dziewiątego   znów   zatańczyła, 

rozgorzała,   zawirowała   światłami   Moskwa,   znów   po   staremu   szumiały   potoki   pojazdów 

mechanicznych i nad czapą świątyni Zbawiciela wisiał jak na nitce sierp księżyca, zaś na miejscu 

jednopiętrowego budynku Instytutu, spalonego w sierpniu dwudziestego ósmego roku, wzniesiono 

nowy pałac zoologiczny, królował w tym pałacu privat-docent Iwanow, ale nie było już Persikowa. 

Nikt już nie mógł zobaczyć jego haczykowato a przekonująco zagiętego palca, nikt już nie usłyszał 

więcej skrzypliwego kwaczącego głosu. O promieniu i o katastrofie z dwudziestego ósmego roku 

długo   jeszcze   mówił   i   pisał   cały   świat,   z   czasem   jednak   imię   profesora   Włodzimierza 

Hippatiewicza   Persikowa   osnuło   się   mgłą   i   zgasło,   podobnie   jak   zgasł   i   sam   odkryty   przez 

profesora pewnej kwietniowej nocy czerwony promień. Nigdy już potem nie udało się otrzymać 

background image

owego promienia,  choć wytworny dżentelmen,  obecnie  profesor zwyczajny Piotr Stiepanowicz 

Iwanow, od czasu do czasu ponawiał próby. Pierwszą komorę zniszczył  rozjuszony tłum owej 

nocy, kiedy zginął Persikow. Trzy pozostałe spłonęły w nikolskim sowchozie “Czerwony Promień” 

podczas pierwszego starcia eskadry z gadami, a próby rekonstrukcji komór nie powiodły się. Mimo 

usilnych starań Iwanowa nie udało się odtworzyć tak niby prostej kombinacji soczewek i luster. 

Widocznie oprócz wiedzy było do tego potrzebne coś szczególnego, coś, czym na całym świecie 

obdarzony był tylko jeden jedyny człowiek - nieżyjący już profesor Włodzimierz Hippatiewicz 

Persikow. 

 Przełożyli Irena Lewandowska 

 i Witodl Dąbrowski 

 

background image

Szkarłatna wyspa 

 Powieść tow. Juliusza Verne'a 

 

 z francuskiego na ezopowy 

 

 przełożył Michał A. Bułhakow (1924) 

 

background image

Część I - Wybuch wulkanu 

 

background image

Rozdział 1 -  Historia z geografią 

  Wśród fal oceanu,  który jeszcze za niepamiętnych  czasów, z uwagi na częste burze i 

sztormy, nazwano Spokojnym, leżała na szerokości geograficznej 45, olbrzymia bezludna wyspa, 

zamieszkana przez sławne, spokrewnione ze sobą plemiona: dzikusów czerwonych, czarnuchów 

białych   oraz   czarnuchów   o   bliżej   nie   określonym   kolorze   skóry.   Tym   ostatnim   żeglarze,   nie 

wiedzieć czemu, nadali miano zażartych. 

 Gdy lord Glenarvan na pokładzie słynnego statku “Nadzieja” zbliżył się po raz pierwszy do 

tej wyspy, stwierdził, iż panują tu stosunki dość oryginalne: mimo że dzikusów czerwonych było 

dziesięciokrotnie więcej niż wszystkich czarnuchów - tych białych i tych zażartych razem wziętych 

-  rządziły   wyspą  wyłącznie   pozostające  w   mniejszości  czarnuchy.  Na  tronie,  w   cieniu   palmy, 

zasiadał   pan   i   władca   wyspy,   król   Sizi-Buzi   w   kosztownej   tiarze   z   rybich   ości   i   puszek   po 

sardynkach.   Obok  władcy  siedział  arcykapłan   wraz   z  dowódcą  wojska,  nieustraszonym  Rikki-

Tikki-Tawi. 

 Dzikusy były w tym czasie zajęte uprawą pól, rybołówstwem i zbieraniem żółwich jaj. 

 Lord Glenarvan zaczął od tego, od czego zwykł zaczynać wszędzie, gdziekolwiek stanęła 

jego noga, a mianowicie zatknął na szczycie góry sztandar i oznajmił: “Ten wyspa... być teraz 

mój”. 

 Wynikło małe qui pro quo. Dzikusy nie obeznane z żadnym językiem oprócz rodzimego, 

zrobiły   ze   sztandaru   portki.   Wówczas   lord   zabrał   się   do   wymierzania   im   kar   cielesnych   pod 

palmami, a gdy wychłostał już wszystkich, rozpoczął pertraktacje z wodzem Sizi-Buzi, po których 

zrozumiał, że wyspa należy do wodza i że “flaga niepotrzebny”. 

 Jak się okazało, wyspa została odkryta już dwukrotnie. Pierwsi było Niemcy, po nich jacyś 

inni, co to jedli żaby.  Dla udokumentowania swych  słów Sizi-Buzi zademonstrował puszki po 

sardynkach, po czym napomknął słodkim głosem, że “woda ognista bardzo smaczny być, o tak!” 

 - Wywąchali, sukinsyny! - burknął lord po angielsku i poklepawszy Sizi-Buzi po ramieniu, 

pozwolił mu łaskawie uważać się nadal za władcę wyspy. 

  Następnie  odbyła  się wymiana  towarowa. Marynarze  wyładowali  z  pokładu “Nadziei” 

szklane paciorki, zepsute sardynki, sacharynę oraz wodę ognistą. Dzikusy zaś, ogarnięte burzliwym 

entuzjazmem, zgromadziły na brzegu bobrowe skóry, kość słoniową, ryby, żółwie jaja i perły. 

  Sizi-Buzi wodę ognistą zatrzymał dla siebie, sardynki też, paciorki też i tylko sacharynę 

oddał dzikusom. 

 Ustalono poprawne stosunki między obu stronami. Statki wchodziły do zatoki, zrzucały na 

brzeg angielskie skarby i zabierały tubylczy szmelc. Na wyspie zadomowił się korespondent gazety 

background image

“New York Times” w białych spodniach i z fajką. Korespondent natychmiast złapał tropikalną 

rzeżączkę. 

 W podręcznikach geografii nowo odkryta wyspa zaczęła figurować jako L'ile des Sauvages 

(Wyspa Dzikich). 

 

background image

Rozdział 2 -  Sizi-Buzi pije wodę ognistą 

  Tak   więc   życie   na   wyspie   weszło   w   fazę   niesłychanego   rozkwitu.   Arcykapłan, 

głównodowodzący oraz sam Sizi-Buzi dosłownie kąpali się w wodzie ognistej. Z twarzy Sizi-Buzi 

zniknęły   zmarszczki   -   zaokrągliła   się   wyraźnie   i   błyszczała   jak   lakierowana.   Oddział   białych 

czarnuchów, przyozdobiony w korale, tkwił przed namiotem wodza połyskując lasem dzid. 

 Załogi mijających wyspę statków często słyszały dobiegające z brzegu okrzyki: 

 - Niech żyje wielki Sizi-Buzi, nasz władca! Niech żyje arcykapłan! Hurra! 

 To krzyczały czarnuchy, a te zażarte najgłośniej. 

  Gromada   dzikusów   odpowiadała   wymownym   milczeniem.   Nie   otrzymując   ognistych 

przydziałów  i pracując do upadłego, wspomniane  dzikusy przebywały w  stanie swoistej  apatii 

graniczącej z tłumioną niechęcią. A że wśród dzikusów, podobnie jak wśród wszystkich innych 

ludzi, zdarzają się podżegacze, bywało też tak, iż zaczynały ich nurtować buntownicze myśli: 

  -  Jakżeż   to   tak,   ludzie   dobrzy?   Przecie   to  nie   po  bożemu!   Woda   ognista   -   im   (czyli 

czarnuchom), korale - im, a nam co, figę z sacharyną? A jak pracować - to my?! 

 Wskutek takich nastrojów czerwone dzikusy naraziły się na grube nieprzyjemności. Sizi-

Buzi, słysząc o zamętach, wysłał do plebejuszowskich wigwamów oddział karny, który w jednej 

chwili uśmierzył bunt. 

 Wychłostane dzikusy kłaniały się w pas i zapewniały: 

 - Sami więcej nie będziemy i dzieciom zabronimy! 

 W ten to sposób znowu nastały promienne czasy. 

 

background image

Rozdział 3 -  Katastrofa 

  Wigwamy Sizi-Buzi i arcykapłana  mieściły się w najlepszej  części wyspy,  u podnóża 

wygasłego trzysta lat temu wulkanu. 

  Pewnej nocy wulkan zbudził się całkiem nieoczekiwanie i sejsmografy w Pułkowie oraz 

Greenwich odnotowały jakieś złowrogie idiotyzmy. 

 Z wulkanu wydobył się dym, za nim płomień, potem posypały się kamienie i na końcu, jak 

wrzątek z samowaru, popłynęła rozżarzona lawa. 

  Nad   ranem,   w   miejscu   gdzie   stały   królewskie   wigwamy,   było   czyściuteńko.   Dzikusy 

stwierdziły, że zostały bez wodza i bez arcykapłana, z samym tylko głównodowodzącym wojska. 

 

background image

Rozdział 4 - Genialny Kiri-kuki. 

 W pierwszej chwili dzikusy stanęły niczym ogłuszone gromem, w tłumie nawet przelały 

się łzy, ale już w następnej chwili w głowach zarówno dzikusów, jak i ocalałych czarnuchów z 

głównodowodzącym na czele zrodziła się myśl: “Co z nami będzie dalej?” 

 Myśl owa pociągnęła za sobą szemrania - najpierw niewyraźne, potem coraz głośniejsze - i 

nie wiadomo, co mogłoby z tego wyniknąć, gdyby nie całkiem zdumiewające zjawisko. 

  Otóż   nad   tłumem,   przypominającym   pole   maków   urozmaicone   nielicznymi   białymi 

plamami,   wyrosła   nagle   pijacka   gęba   o   latających   oczkach.   Stanąwszy   na  beczce,   objawił   się 

ludowi w całej swej okazałości znany na całej wyspie pijaczyna i nierób, osławiony Kiri-kuki. 

 Dzikusy po raz drugi zamarły niczym porażone gromem, a przyczyną takiego stanu rzeczy 

był   zdumiewający   wygląd   Kiri-kuki.  Wszyscy   -  od  dzieci   do  starców  -  zwykli   widywać   tego 

osobnika   obijającego   się   albo   nad   zatoką,   gdzie   wyładowywano   ogniste   wspaniałości,   albo   w 

pobliżu wigwamu wodza, i wszyscy doskonale wiedzieli, że Kiri-kuki to najprawdziwszy okaz 

czarnucha   zażartego.   A   teraz   ten   sam   Kiri   ukazał   się   oczom   oszołomionych   wyspiarzy 

pomalowany   od   stóp   do   głów   w   barwy   wojenne   plebejuszowskiej   czerwieni.   Najbardziej 

doświadczone oko nie byłoby w stanie odróżnić tego spryciarza i oszusta od zwykłego dzikusa! 

  Kiri-kuki stojąc  na beczce  zatoczył  się raz  i drugi, po czym  otworzył  szeroką gębę  i 

wrzasnął na całe gardło, a jego epokową mowę natychmiast utrwalił w swym notesie reporterskim 

natchniony korespondent gazety “New York Times”. 

 - Ogłaszam, że wolna z nas wiara! Wam wszystkim składam dzięki! 

  Żaden,   ale   to   żaden   z   tłumnie   zebranych   dzikusów   nie   zrozumiał,   dlaczego   Kiri-kuki 

składa im dzięki i za co. Zatem cała gromada odpowiedziała mu zdumionym wrzaskiem: 

 - Hurra!!! 

  Przez kilka minut buszowało nad wyspą to donośne “hurra”, po czym przerwał je nowy 

okrzyk Kiri-kuki: 

 - A tera, chłopy, przysięgać! 

 Zachwycone dzikusy zawyły: 

 - Komu-u-u? 

 Na to Kiri-kuki odpowiedział piskliwie: 

 - Mnie-e! 

  Tym   razem   dzikusów   zatkało.   Ale   paraliż   nie   trwał   długo.   Głównodowodzący   wydał 

głośny okrzyk: “Ach, kanalia, trafił w dziesiątkę!” - i pierwszy zgłosił akces do podrzucania Kiri-

kuki w górę. 

background image

 Przez całą noc na wyspie, grając odblaskami w niebie, płonęły wesołe ogniska i wokół nich 

tańczyły dzikusy, pijane z nadmiaru szczęścia i wody ognistej, której butelki otwierał dla nich 

własnoręcznie łebski Kiri-kuki. 

 Przepływające w pobliżu statki wysyłały w eter błyskawiczne radiogramy i zamierzały dla 

porządku ostrzelać wyspę, ale już wkrótce cały cywilizowany świat został uspokojony depeszą 

korespondenta z “Timesa”: 

 “tutejsze matoły obchodzą święto ludowe zwane bajram kropka ten oszust jest genialny”. 

 

background image

Rozdział 5 - Rebellion 

 Następnie wydarzenia potoczyły się z szybkością zaiste nadprzyrodzoną. Chcąc dogodzić 

dzikusom, Kiri już pierwszego dnia ogłosił, że wyspa przybiera miano Szkarłatnej dla uczczenia 

ich barw plemiennych. Niestety, obojętnych na sławę dzikusów to wcale nie ucieszyło, czarnuchów 

zaś   zdenerwowało.   Następnego   dnia,   chcąc   dogodzić   czarnuchom,   Kiri   mianował   Rikki-Tikki 

głównodowodzącym. Niestety, czarnuchom nie dogodził, ponieważ głównodowodzącym pragnął 

zostać każdy z nich, dzikusów natomiast rozzłościł. Po czym, by dogodzić tym razem samemu 

sobie, Kiri-kuki zaopatrzył się we wspaniałe nakrycie głowy ze strzępiastej puszki po szprotach, 

przypominające do złudzenia koronę nieboszczyka Sizi-Buzi. W ten sposób nie dogodził nikomu i 

rozzłościł wszystkich, ponieważ czarnuchy sądziły, że każdy z nich jest godzien takiej korony, 

dzikusy zaś, zdemoralizowane  nadużywaniem wody ognistej, były w ogóle przeciwne koronie, 

która zbyt dotkliwie przypominała im, że stosunkowo niedawno zostały przez władcę wychłostane. 

 Ostatnie przedsięwzięcie Kiri-kuki dotyczyło wody ognistej - i wówczas przegrał na całej 

linii. Ogłosił bowiem, że wodę ognistą będzie dzielił równo między wszystkich, i przyrzeczenia nie 

dotrzymał.  Sprawa była  bardzo prosta.  Chcąc rozdawać wszystkim,  trzeba mieć  dużo. A skąd 

wziąć dużo? W zamian za wodę ognistą Kiri upłynnił cały zbiór kukurydzy, ale wody ognistej nie 

zdobył tyle, ile trzeba, tymczasem zarówno czarnuchom, jak i dzikusom tak burczało w brzuchach 

z głodu, że zaczęli dawać wyraz oburzeniu. 

 Pewnego pięknego dnia, w porze upału, gdy Kiri swym zwyczajem wylegiwał się w swym 

wigwamie, do naczelnika Rikki-Tikki przyszedł jakiś dzikus, którego fizys świadczyła wyraźnie o 

wichrzycielskich   skłonnościach.   W   momencie   jego   ukazania   się,   Rikki   popijał   właśnie   wodę 

ognistą pochrupując w przerwach między łykami dobrze przyrumienionym kawałkiem prosięcia. 

 - Czego chcesz, czerwona gębo? - zapytał oschle ponury dowódca. 

 Dzikus puścił komplement mimo uszu i przeszedł od razu do meritum sprawy. 

 - Jakżeż to, cóż to się dzieje? - zrzędził. - Wódka wasza, prosiaki wasze... A my? Znowu 

dawne porządki czy co? 

 - Ach, tak, prosiaka ci się zachciewa! - powstrzymując złość powiedział dowódca. 

  -   A   jak?   Co   to,   dzikus   nie   człowiek?   -   odparł   zuchwale   gość   przybierając   bezczelną 

postawę. 

 Rikki wziął prosiaka za chrupiącą nóżkę, zamachnął się i wyrżnął dzikusa w zęby z taką 

siłą, że z prosiaka trysnął tłuszcz, a z warg dzikusa - krew. W oczach przybysza zakręciły się łzy 

przemieszane z gradem zielonych iskier. 

 - Wynocha!!! - zamknął dyskusję dowódca. 

background image

  Nikt  nie wie, co  takiego  uczynił  ów  dzikus, powróciwszy do domu,  dobrze  wiadomo 

natomiast,   że   już   pod   koniec   dnia   na   wyspie   huczało   jak   w   ulu.   Tejże   nocy   załoga   fregaty 

“Chancellor”,   przepływającej   w   pobliżu   wyspy,   widziała   dwie   łuny   w   południowej   Zatoce 

Błękitnego Spokoju. W świat poleciała niepokojąca wiadomość: 

 “Na wyspie ognie matoły znowu świętują kropka Hatteras”. 

 Szanowny kapitan Hatteras dopuścił się błędu: rzeczywiście na wyspie płonęły ognie, ale 

nie świadczyło to bynajmniej o świętowaniu. Po prostu płonęły wigwamy dzikusów podpalone 

przez oddział karny z rozkazu dowódcy - Rikki-Tikki. 

 Nad ranem słupy płomieni zamieniły się w słupy dymu, przy czym było ich już nie dwa, 

lecz   dziewięć.   Przed   nadejściem   nocy   dym   zamienił   się   znowu   w   rosochate   łapy   płomieni 

(szesnaście sztuk). 

 Świat był poważnie zaniepokojony; gazety w Paryżu, Londynie, Rzymie, Nowym Jorku, 

Berlinie i innych miastach wybiły nagłówek: “Co się stało na wyspie?” 

  Wreszcie nadeszła depesza od korespondenta “New York Timesa”. Jej treść okazała się 

zdumiewająca. 

  “Od pięciu dni płoną wigwamy czarnuchów kropka tłumy dzikusów (dalej nieczytelne) 

oszust Kiri ucie (nieczytelne)”. 

  A nazajutrz oszołomiła świat następna depesza nadana już nie z wyspy, lecz z pewnego 

portu w Europie: 

 “dickus utshinil colosalni rebellion kropka vispa plonie vibuhla jouma same trupi kropka 

proshe zolitchke pieńset kropka korespondent”. 

background image

 Część II -  Wyspa w płomieniach 

 

background image

Rozdział 1 -  Tajemnicze pirogi 

 O świcie patrol na europejskim brzegu zaalarmował: 

 - Na horyzoncie okręty! 

 Lord Glenarvan wyszedł z lunetą i długo obserwował czarne punkty. 

 - Nie rozumiem - powiedział ów dżentelmen - czarnuchy w pirogach? 

  -   Do   stu   tysięcy   piorunów!   -   zawołał   Michał   Ardan   ciskając   zeissowską   lornetkę.   - 

Stawiam waszyngtońskiego  dolara przeciwko dziurawemu  banknotowi z 1923 roku o wartości 

jednego miliona, że to czarnuchy! 

 - Całkiem możliwe - potwierdził Paganel. 

 - Co to ma znaczyć? - zapytał lord, zdziwiony po raz pierwszy w życiu. 

 Zamiast odpowiedzi czarnuchy po zejściu na ląd tylko jęczały. Ich wygląd śmiało można 

było określić jako przerażający. A kiedy przybysze trochę odsapnęli, wyjaśniło się co następuje. 

Otóż  dzikusów  są krocie.  Cholerni  podżegacze  zamącili  tym  kretynom  w głowach.  Wysuwają 

żądanie: wytępić wszystkich czarnuchów. Rikki wysłał oddział karny, ale dzikusy wybiły oddział 

w pień. Ten łajdak Kiri-kuki pierwszy zwiał pirogą. Tutaj są resztki oddziału karnego z Rikki-Tikki 

na czele. Uciekać maleńko do lorda, rozumieć? 

 - Do stu tysięcy diabłów! - zagrzmiał Ardan. - Te dzikusy zamierzają zostać w Europie! 

Comprenez-vous? 

 - Ale kto wam dawać jeść? - przeraził się Glenarvan. - Nie, wy jechać na powrót... 

  - Ależ, wasze jaśniepaństwo, nie możemy tam wrócić - płakały czarnuchy. - Te dzikusy 

pozabijają nas bez pardonu. A po drugie, wigwamy nasze popalili już do reszty. Gdyby tak dla 

przykładu wojsko jakie wysłać, może by się dało uspokoić tych sukinsynów... 

  - Thank you  - odparł z ironią lord wskazując depeszę korespondenta. - Wy tam mieć 

dżuma. I am jeszcze nie wariat. Jedna mój marynarz droższa być niż cały wasz parszywy wyspa. 

Yes. 

 - Tak jest, wasza wielebność - zgodziły się czarnuchy - wiadomo, żeśmy nic niewarci. A i z 

dżumą to prawda, pan z gazety dobrze napisał. Kosi ta zaraza i kosi. I znowuż głód... 

  -   Ta-ak   -   powiedział   w   zadumie   lord.   -   Okay.   Ja   pomyśleć.   -   A   potem   rozkazał:   - 

Kwarantanna! 

 

background image

Rozdział 2 -  Czarna rozpacz. 

 Słów brak, żeby opisać, co przeszły czarnuchy w gościnie u lorda. Zaczęło się od tego, że 

wykąpano ich w lizolu, po czym trzymano za ogrodzeniem, jak osły. Karmiono oszczędnie, w sam 

raz tak, żeby z głodu nie pomarli. A ponieważ przy takiej metodzie odżywiania trudno ustalić ścisłą 

normę, to jedna czwarta czarnuchów mimo wszystko oddała Bogu ducha. 

 Wreszcie, po przetrzymaniu swych gości w kwarantannie, lord wyprawił ich do pracy w 

kamieniołomach. Tam zapewniono im nadzór, a nadzorcy mieli harapy uwite z byczych żył... 

 

background image

Rozdział 3 - Martwa wyspa 

 Wszystkie statki otrzymały rozkaz: omijać wyspę w promieniu strzału armatniego. Tak też 

czyniono. Nocami widać było słabą, dogorywającą łunę, w dzień wyspa tliła się czarnym dymem. 

Nad błękitem fal płynął smród rozkładających się trupów. 

 - Już po wyspie - mówili marynarze patrząc przez lornetki na zdradliwą zieleń lądu. 

  Czarnuchy,  które na lordowym  wikcie wyglądały niczym  blade cienie,  obijając się po 

kamieniołomach powtarzały ze złośliwą satysfakcją: 

  - Dobrze im tak, szubrawcom. Niech pozdychają, pies im mordę lizał. A jak wszyscy 

zdechną, wrócimy tam cichcem i wyspa będzie nasza. I niech tylko trafi nam w ręce ten łajdak 

Kiri-kuki - rozprujemy mu własnoręcznie brzuch. 

 Lord zachowywał niewzruszone milczenie. 

 

background image

Rozdział 4 - Zalakowana butelka. 

  Wyrzuciła   ją   fala   na   brzeg   europejski.   Butelkę   otworzono   w   obecności   lorda,   z 

zachowaniem   wszelkich   lizolowych   ostrożności.   W   środku   był   świstek   papieru   zabazgrany 

niewątpliwie ręką jakiegoś dzikusa. Tłumacz odczytał te kulfony i przedłożył lordowi dokument 

następującej treści: 

  “Przymieramy   głodem.   Dzieci   małe   zdychają   (napisane   było:   zdechajom).   Znowuż   ta 

dżuma. Ludzie my czy nie ludzie? Chlebka nam przyślijcie. Kochające dzikusy”. 

 Rikki-Tikki zzieleniał. 

  -   Wasza   lordowska   łaskawość!   Za   nic   w   świecie!   Niech   pozdychają!   Buntów   im   się 

zachciewa, a potem ktoś ma ich żywić?!... 

  - Nie mam taki zamiar - odparł lord lodowatym tonem i zdzielił Rikki-Tikki pejczem w 

ucho, żeby nie pchał się z doradzaniem. 

  - W gruncie rzeczy to świństwo - wycedził przez zęby Michał Ardan. - Można by im 

wysłać przynajmniej trochę kukurydzy. 

  -   Dziękuję   za   radę,   monsieur   -   skwitował   go   oschle   Glenarvan.   -   Chciałbym   tylko 

wiedzieć, kto będzie płacił za kukurydzę. I bez tego ta banda czarnuchów zżarła diabli wiedzą ile. 

Głupich rad nie potrzebuję. 

 - Ach, tak! - rzekł Ardan mrużąc oczy. - W takim razie, sir proszę wyznaczyć godzinę i 

miejsce   pojedynku.   I   daję   słowo   honoru,   że   z   odległości   dwudziestu   metrów   trafię   w   waszą 

lordowską mość równie dobrze jak w katedrę Notre Dame. 

  -   Nie   zazdroszczę   szanownemu   panu,   jeśli   znajdzie   się   pan   w   odległości   dwudziestu 

metrów ode mnie - odparł lord. - Nie zazdroszczę, ponieważ pańska waga zwiększy się o wagę 

kuli, którą wpakuję łaskawcy, wedle jego wyboru, w prawe albo lewe oko. 

 - Phileas Fogg był sekundantem lorda, Paganel - Ardana. Zarówno Ardan jak i lord wyszli 

z pojedynku cało i zdrowo. Lord w Ardana nie trafił, trafił natomiast w jednego z czarnuchów 

przyczajonych z ciekawości pod krzakiem. Kula weszła czarnuchowi w nasadę nosa i wyszła przez 

kark. Zgon nastąpił w momencie, gdy kula znalazła się w połowie drogi, czyli w samym środku 

mózgu. Ardan i Glenarvan, uścisnąwszy sobie dłonie, rozeszli się każdy w swoją stronę. 

 Ale na tym nie koniec przygody z butelką. Tejże nocy pięćdziesięciu czarnuchów uciekło 

w pirogach z europejskiego lądu zostawiając lordowi bezczelną wiadomość: 

 “Dziękujemy za lizol i za bycze żyły. Mamy nadzieję, że kiedyś powyrywamy nadzorcom 

nogi. Wracamy na naszą wyspę. Z dzikusami jakoś dojdziemy do ładu. Lepiej zdechnąć w domu od 

zarazy niż tutaj od waszego śmierdzącego mięsa. Uszanowanie”. 

background image

  Uciekinierzy   porwali   ze   sobą   lunetę,   zdezelowany   karabin   maszynowy,   sto   puszek 

skondensowanego mleka, sześć błyszczących klamek od drzwi, dziesięć rewolwerów i dwie białe 

kobiety. 

  Lord wychłostał wszystkich pozostałych czarnuchów i obliczył w swym notesie wartość 

skradzionych przedmiotów. 

background image

 Część III -  Szkarłatna Wyspa 

 

background image

Rozdział I - Zaskakująca depesza 

  Minęło sześć lat. Odcięta od świata martwa  wyspa  została zapomniana.  Marynarze  ze 

statków   podziwiali   niekiedy   przez   lunety   obfitą   zieleń   jej   brzegów,   skały,   i   pieniące   się   fale 

przypływu. Nic poza tym. 

  Zakładano,   że   powinno   upłynąć   siedem   lat,   by   znikły   pozostałości   epidemii   i   wyspa 

przestała być niebezpieczna. Z końcem siódmego roku planowano wyprawę w celu powtórnego 

zaludnienia wyspy przez goszczących u lorda czarnuchów. Na razie czarnuchy, chude jak szkielety, 

słaniały się po kamieniołomach. 

  I oto z początkiem siódmego roku cały cywilizowany świat został wstrząśnięty.  Stacje 

radiowe w Ameryce, Anglii i Francji odebrały zaskakującą depeszę: 

  “   skończyła  się   zaraza   kropka  jesteśmy   żywi  i  zdrowi   czego  i   wam  życzymy  kropka 

uszanowanie”. 

 Rano prasa całego świata zaprezentowała czytelnikom olbrzymie tytuły: 

 “Wyspa przemówiła!!!” “Zagadkowy komunikat!!!” “Czarnuchy żyją!!!” 

  -   Na   barchanowe   pantalony   mojej   babci!   -   ryknął   Michał   Ardan.   -   Nadzwyczajne! 

Najbardziej zdumiewające jest nie to, że przeżyli, ale to, że nadsyłają depesze! Skąd wytrzasnęli 

radio - chyba sam diabeł sprawił im stację nadawczą?! 

  Lord Glenarvan przyjął nowinę z zadumą, natomiast czarnuchy z kamieniołomów były 

kompletnie załamane. Rikki-Tikki jęcząc błagał lorda: 

  -   Wystrzelać   ich   teraz,   wasza   przewielebność,   nic   tylko   wysłać   wojsko   i   wystrzelać! 

Przecież cóż to się dzieje? Wyspa jest nasza, do nas należy! Ileż my tu mamy sterczeć? 

 - Będę zobaczyć - odpowiedział lord. 

 

background image

Rozdział 2 - Kapitan Hatteras  i zagadkowa barka 

  Pewnego pięknego majowego dnia nad morzem stanął spiralą dym i wkrótce okręt pod 

dowództwem   kapitana   Hatterasa,   wysłany   przez   lorda   Glenarvana,   przycumował   do   brzegu. 

Marynarze, stłoszeni wokół burt okrętu, patrzyli z zaciekawieniem na wyspę. Oczom ich ukazał się 

następujący widok: w zatoce spokojnie drzemała woda, a tuż przy brzegu, otoczona gromadką 

nowych dopiero co skleconych łodzi tubylczych stała jakaś nieznana barka. Tajemnica depeszy 

radiowej wyjaśniła się natychmiast - w oddali, nad szmaragdowym lasem tropikalnym, wznosił się 

maszt nadzwyczaj pokracznej stacji nadawczej. 

 - Do stu tysięcy piorunów! - wrzasnął kapitan. - Nie inaczej, jak tutejsze półgłówki same 

zmontowały to szkaradzieństwo! 

 Marynarze, patrząc na pokraczny owoc tubylczej twórczości, wesoło rechotali. 

 Z okrętu spuszczono na wodę szalupę i kapitan w towarzystwie kilku marynarzy wysiadł 

na brzeg. 

  Pierwszą   rzeczą,   jaka   zaskoczyła   odważnych   przybyszów,   było   niebywałe   mnóstwo 

dzikusów.   Hatterasa   obstąpili   nie   tylko   dorośli,   ale   także   cały   tłum   młodzieży.   Skraj   brzegu 

obsiadła girlanda tłuściutkich dzieciaków, które łowiły ryby, zwiesiwszy nogi w błękitną wodę. 

 - Niech mnie diabli porwą, jeśli ta dżuma nie wyszła im na zdrowie! - zawołał Hatteras. - 

Mają   takie   gęby,   jakby   odżywiano   ich   wyłącznie   papką   z   płatków   owsianych   w   najlepszym 

gatunku! Ciekawe... Zobaczymy dalej... 

  Dalej zdumiała go właśnie owa stara barka przyczajona w zatoce. Wystarczył jeden rzut 

doświadczonego oka, by przekonać się, że barka pochodzi z europejskiej stoczni. 

 - Coś mi się to nie podoba - wycedził Hatteras przez zęby. - Jeśli tylko nie skradli sami 

tego trupa, to chciałbym wiedzieć, co za kanalia grasowała tu w czasie kwarantanny? TA barka 

wygląda mi na niemiecką... 

 Zapytał więc zwracając się do dzikusów: 

 - Hej, wy, czerwone pyski! Skąd gwizdnęliście barkę? 

 Dzikusy odpowiedziały filuternym uśmiechem, pokazując zęby jak perły. 

 - Nie raczycie odpowiadać? Dobrze, zaraz pomogę wam przemówić - powiedział kapitan 

chmurząc czoło. 

  Z   tymi   słowy   ruszył   w   stronę   barki,   ale   dzikusy   zagrodziły   drogę   kapitanowi   i   jego 

marynarzom. 

 - Precz! - wrzasnął Hatteras i wprawnym ruchem sięgnął do tylnej kieszeni. 

 Ale nikt z dzikusów cofać się nie zamierzał. Hatteras wraz ze swymi marynarzami znalazł 

background image

się w zwartym pierścieniu tubylców. Kapitanowi spąsowiała szyja. Dostrzegł w tłumie jednego z 

białych czarnuchów, którzy uciekli swego czasu z kamieniołomów. 

 - Kogo widzę! Stary znajomy! - zawołał Hatteras. - Teraz rozumiem, skąd te bunty! Ano 

zbliż się tu, łajdaku! 

 Ale łajdakowi ani się śniło; tak też oznajmił: 

 - Nie pójdę! 

 Kapitan rozejrzał się z wściekłością; teraz jego szyja przybrała kolor fioletowy, stanowiąc 

wspaniały kontrast z białym otokiem hełmu tropikalnego. Rzecz w tym, że zauważył w rękach 

wielu   dzikusów   karabiny,   zanadto   przypominające   broń   niemiecką,   w   dłoni   zaś   bezczelnego 

czarnucha - skradzione lordowi parabellum. Twarze majtków, zazwyczaj dziarskie, nabrały powagi 

i zszarzały. Kapitan spojrzał w piekący błękit nieba, potem w stronę redy, gdzie kołysał się na 

falach jego okręt. Pozostający na pokładzie marynarze - białe plamki na masztach - spokojnie 

obserwowali   brzeg.   Kapitan   Hatteras   umiał   wziąć   się   w   garść.   Jego   kark   przybrał   stopniowo 

normalny odcień, co świadczyło, że tym razem udar kapitanowi nie grozi. 

 - Proszę mnie przepuścić, wracam na pokład - powiedział uprzejmie ochrypłym głosem. 

  Dzikusy zrobiły mu miejsce i kapitan eskortowany przez swych marynarzy odpłynął od 

brzegu. W godzinę później zgrzytnęły łańcuchy kotwic i nim zdążyła upłynąć następna godzina, po 

okręcie pozostał tylko malutki dymek na lśniącym błękicie horyzontu. 

 

background image

Rozdział 3 - Niezwyciężona armada 

  W   barakach,   gdzie   mieszkały   czarnuchy,   działy   się   niestworzone   rzeczy.   Czarnuchy, 

wydając z siebie okrzyki bojowe, zdawało się, że postradały zmysły. Tego dnia zaserwowano im 

pełne   wiadra   tłustego,   złocistego   rosołu.   Zamiast   łachmanów   czarnuchom   wydano   wspaniałe 

perkalowe portki i dowolne ilości farby do bojowego tatuażu. Przy barakach widniały ustawione w 

kozły nowiuteńkie karabiny, obok karabinów - kulomioty i inna broń szybkostrzelna. 

 Rikki-Tikki-Tawi wyglądał najbardziej imponująco. Lśniły pierścienie w jego nozdrzach, 

mieniły   się   barwami   powiewające   nad   głową   pióra.   Gęba   świeciła   mu   się   jak   popowi   przed 

Wielkanocą. Powtarzał w kółko jak obłąkany: 

 - Dobra wasza, dobra wasza. Tera zaśpiewacie, gołąbeczki. Niech tylko dopłyniemy, już ja 

wam pokażę... 

 Robił przy tym taki gest, jak gdyby zamierzał wydrapać komuś oczy. 

  -   Równaj   szeregi!   Baczność!   Hurra!   -   darł   się   goniąc   wzdłuż   szeregu   ociężałych   po 

wielkim żarciu czarnuchów. 

  Trzy  pancerniki   w   porcie   zaczęły   przyjmować   na   pokłady   bataliony   czarnuchów.   I 

wówczas miało miejsce nieoczekiwane zdarzenie. Przed szeregiem czarnuchów ukazał się jakiś 

obszarpany, wynędzniały osobnik ostrzyżony na jeża. Oszołomione czarnuchy rozpoznały w tej 

nędznej kreaturze oszusta Kiri-kuki, błąkającego się dotąd nie wiadomo gdzie. 

 Miał czelność wystąpić naprzód i z przymilnym uśmieszkiem zwrócić się do dowódcy: 

 - Cóż to, bracie, zapomniałeś o mnie? Przecież też jestem wasz. Też czarny. Weźcie mnie 

ze sobą na wyspę. Może przydam się na coś... 

  Nie zdążył dokończyć: dowódca zzieleniał na twarzy i wyciągnął zza pasa szeroki ostry 

nóż. 

 - Wasza łaskawość - powiedział do lorda, z trudem poruszając trzęsącymi się wargami - ten 

tutaj... no, ten... to akurat Kiri-kuki, przez niego cały ten bałagan... Wasza miłość pozwoli, że 

własnymi rękami poderżnę mu gardziołko? 

 - O yes, z mili chęci - odpowiedział dobrodusznie lord. - Ale już, statek czekać. 

 Kiri-kuki zdążył tylko raz pisnąć, gdy Rikki po mistrzowsku przeciął mu gardło od ucha do 

ucha. 

  Następnie wyszli naprzód lord Glenarvan z Michałem Ardanem i lord wygłosił mowę 

pożegnalną: 

 - Jechać, dzikus walczyć. I am pomagać, ze statek strzelać. You potem płacić. 

 

background image

Rozdział 4 - Nieoczekiwany finał 

 Niczym perła lśniła wyspa w oślepiających promieniach dnia. Statki zbliżyły się do brzegu 

i uzbrojone wojsko czarnuchów zeszło na ląd. Rikki, płonąc niecierpliwością w przeczuciu walki, 

wyskoczył pierwszy i potrząsając szablą rozkazał: 

 - Za mną, zuchy! 

 I zuchy podążyły za nim. 

 Przebieg wypadków był następujący: na żyznych polach wyspy przywitała nieproszonych 

gości   olbrzymia   armia   dzikusów.   Były   ich   takie   krocie,   że   zielona   wyspa   w   mgnieniu   oka 

zabarwiła się na czerwono. Parły jak chmara ze wszystkich stron i nad czerwonym oceanem głów, 

niczym   włosie   na   szczotce   do   zębów,   jeżyła   się   szczecina   bagnetów   i   kopii.   Gdzieniegdzie, 

wtrącone w czerwony tłum, pędziły w charakterze dowódców oddziałów te same czarnuchy, co 

swojego   czasu   zwiały   z   kamieniołomów.   Wspomniane   czarnuchy   nosiły   teraz   barwy   wojenne 

dzikusów; potrząsały rewolwerami i wyraz ich twarzy mówił, że nie mają nic do stracenia. Z gardła 

wyrywały się bojowe rozkazy: 

 - Bagnety na broń! 

 Dzikusy wtórowały takim wrzaskiem, że stygła w żyłach krew: 

 - Bij sukinsynów!! 

 Gdy zderzyły się szeregi walczących, nie było najmniejszych wątpliwości, że armia Rikki-

Tikki   jest   zaledwie   białą   plamą,   wyspą   w   falującym   czerwonym   oceanie.   Plama   rozlała   się   i 

otoczyła dzikusów od flank. 

 - Na rogi szatana! - zawołał z pokładu okrętu flagowego Michał Ardan. - Nigdy w życiu 

nie widziałem czegoś podobnego! 

 - Wspomóc ich ogniem! - rozkazał lord Glenarvan odrywając od oczu lunetę. 

 Kapitan Hatteras wspomógł. Buchnęła czternastocalówka i pocisk, nie osiągnąwszy celu, 

wybuchł   akurat   na   styku   między   dzikusami   i   czarnuchami.   Dwudziestu   pięciu   czarnuchów   i 

czterdziestu   dzikusów   rozniosło   w   strzępy.   Drugi   pocisk   zebrał   plon   jeszcze   większy: 

pięćdziesięciu czarnuchów i stu trzydziestu dzikusów. Trzeciego pocisku nie wysłano, albowiem 

lord Glenarvan, obserwujący atak artyleryjski przez lunetę, schwycił kapitana Hatterasa za gardło i 

odciągnął od armaty wołając: 

 - Niech pana szlag trafi, przerwać to natychmiast! Walicie przecież prosto w czarnuchów! 

  W  szeregach   czarnuchów,  po dwóch  strzałach   Hatterasa,  wybuchła  nieprawdopodobna 

panika. Armia zawyła i drgnęła. 

  Wył nawet Rikki-Tikki, wokół którego wytworzył się szalony wir. Z wiru wyłoniła się 

background image

nagle   wykrzywiona   gęba   jednego   z   szeregowych   czarnuchów.   Czarnuch   z   pianą   na   ustach 

podskoczył do osłupiałego dowódcy i wychrypiał: 

 - Co-o?! Mało ci, żeś nas zataszczył w kamieniołomy i gnębił tam przez siedem lat!! Teraz 

znowu zaczynasz?  Wciągasz w pułapkę? Żebyśmy z przodu oberwali od dzikusów, a z tyłu  - 

pociskiem w kark? A-a-!!! 

 Błyskawicznie wyszarpnął nóż i pełnym natchnienia ruchem wbił go w pierś Rikki-Tikki, 

mierząc z nadzwyczajną dokładnością między piąte a szóste żebro po lewej stronie. 

  - Ratun... - jęknął dowódca... -... ku... - dokończył już na tamtym świecie, przed tronem 

Wszechmogącego. 

 - Hurra-a! - wrzasnęły dzikusy. 

  - Składajmy broń! Hura! Pojednajmy się, bracia! - wyły ogłupiałe czarnuchy, porwane 

buszującym potokiem niezliczonej dzikusowej braci. 

 - Hurra-ra!! - odpowiedziały dzikusy. 

 I wszystko zmieszało się na wyspie w jednym niewiarygodnym galimatiasie. 

 - Do siedmiuset wrzodów i ciężkiej febry! - zawołał Michał Ardan przywierając oczami do 

zeissowskich szkieł lornetki. - Niech zawisnę na stryczku, jeśli ci wariaci nie zawarli przymierza! 

Proszę spojrzeć sir! Padają sobie w objęcia! 

  - Widzę - odrzekł lord grobowym głosem. - Ciekaw jestem, kto nam teraz wynagrodzi 

wszystkie wydatki związane z żywieniem tej hołoty w kamieniołomach? 

 - Ach, niechże pan da spokój, sir - powiedział serdecznie Ardan - możemy nie spodziewać 

się żadnej nagrody poza febrą tropikalną. Jednym słowem, radzę panu, żebyśmy czym  prędzej 

podnieśli kotwice. Uwaga!! - krzyknął nagle i przykucnął, a lord kucnął machinalnie obok niego. 

Zdążyli w porę: nad ich głowami, niczym szalony podmuch wiatru, przemknęła błyszcząca chmura 

strzał i kul wysłanych przez czarnuchów. 

 - Wlepić im! - wrzasnął lord do kapitana. 

 Kapitan wlepił - ale nieudolnie. 

  Pocisk   wybuchł   wysoko   w   powietrzu.   Zjednoczona   armia   dzikusów   i   czarnuchów 

odpowiedziała na to następną chmurą strzał, która przemknęła tym razem niżej, i lord ujrzał na 

własne oczy, jak siedmiu zbroczonych krwią marynarzy padło w przedśmiertnych konwulsjach. 

 - Do diabła z całą tą wyprawą! - krzyknął przewidujący Ardan. - Gazu, sir! Strzały mają 

zatrute! Gazu, jeśli nie chce pan przywieźć dżumy do Europy! 

 - Przyłożyć im na pożegnanie! - wychrypiał lord. 

  Znany   partacz   -   kapitan   Hatteras   -   wysłał   na   pożegnanie   jeszcze   jeden   pocisk,   który 

poleciał w ogóle nie wiadomo gdzie, po czym okręty podniosły kotwice. Trzecia chmura strzał, już 

background image

niegroźna, osiadła na morskich falach. 

 W pół godziny później pancerne olbrzymy oddaliły się prując oceaniczne fale i zasnuwając 

dymem horyzont. W spienionym wirze za rufą przewracały się wyrzucone za burtę trupy siedmiu 

zabitych marynarzy. 

  Wyspę powlekała mgiełka, w której tonął powoli szmaragdowy, opromieniony słońcem 

brzeg. 

 

background image

Rozdział 5 - Końcowy sygnał 

 W nocy tropikalne niebo nad Szkarłatną Wyspą rozjarzyła płomienna łuna i okręty nadały 

piorunującą wiadomość, którą odebrały wszystkie stacje: 

 “wyspa świętuje bajram na niesłychaną skalę kropka te diabły chleją wódkę kokosową”. 

 Następnie wieża Eiffla rozbłysła snopem zielonych błyskawic, które przyniosły meldunek 

aż nazbyt bezczelny: 

 “lord glenarvan michał ardan 

  obchodząc nasze wspólne święto mamy zaszczyt oznajmić iż panowie mogą nas pocało 

(nieczytelne) w (nieczytelne) kropka”. 

 z poważaniem 

 czarnuchy i dzikusy kropka 

 - Przerwać odbiór! - ryknął Ardan. 

 Wieża umilkła. Zgasły zielone błyskawice. Co było dalej - nikt nie wie. 

 

Przełożyła Ałła Sarachanowa 

background image

 Przygody Cziczikowa

poemat w dwóch częściach 

z prologiem i epilogiem (1922) 

 - “Uważaj, uważaj, durniu! - wołał Cziczikow do Selifana. 

  - Jak cię zdzielę pałaszem, to zobaczysz! - wołał pędzący naprzeciw feldjeger z wąsami 

długimi na arszyn. - Nie widzisz państwowego pojazdu, do wszystkich diabłów?!” 

 (Gogol) 

background image

 Prolog 

 ... Jakiś dziwaczny sen. Śni mi się, że diabeł żartowniś otworzył drzwi do państwa cieni. A 

nad drzwiami migoce wieczna lampka z napisem: “martwe dusze”. I zaczął się ruch w krainie 

zmarłych, i popełzły zeń cienie jeden za drugim, bez końca. 

  Maniłow   w   niedźwiedzim   futrze,   Nozdriow   w   cudzym   zaprzęgu,   Dzerżymorda   na 

strażackiej pompie, Selifan, Pietruszka, Fietinja... 

 A na ostatku ruszył on sam, Paweł Ianowicz Cziczikow. W swej słynnej bryczce. 

  I pociągnęła cała ta hałastra na Radziecką Ruś. I zdarzyły się na Rusi owej przedziwne 

zdarzenia. A jakie - zostanie wymienione szczegółowo poniżej... 

background image

 I 

 Przesiadłszy się w Moskwie z bryczki do samochodu, Cziczikow pędził po moskiewskich 

wertepach. Pędził i przeklinał Gogola na czym świat stoi: 

  - Żeby mu, diablemu synowi, powyskakiwały pod oczami pęcherze! I to takie jak kopy 

siana! Splamił, zaszargał mi reputację, tak że nosa wysunąć nie można. Przecież jeśli się dowiedzą, 

żem Cziczikow, to wyrzucą mnie w diabły! I dobrze, jak tylko wyrzucą, bo mogę, nie daj Boże, i 

na  Łubiance  posiedzieć.  A  wszystko  przez tego  Gogola, żeby mu  tak,  draniowi, z mamusią  i 

tatusiem... 

 I snując takie oto refleksje wjechał w bramę tego samego hotelu, z którego wyjechał przed 

stu laty. 

 Wszystko tu było jak dawniej. Ze szpar wyzierały karaluchy i nawet bodaj ich przybyło. 

Ale  były  też  zmiany.  Na przykład  zamiast  szyldu  z  napisem “hotel”  wisiał  plakat  z napisem: 

“Państwowy Dom Noclegowy nr... “ A już brud i smród był taki, że sam Gogol by osłupiał. 

 - Pokój proszę! 

 - Skierowanie proszę! 

 Ale genialny Paweł Iwanowicz nie zmieszał się ani na chwilę. 

 - Kierownika! 

 R-raz! - i już jest kierownik. A to stary znajomy. Nijaki Łysy Pimien, ten sam, który kiedyś 

władał “Akulinką”, a teraz otworzył na Twerskiej rosyjską kawiarnię z niemieckimi atrakcjami, 

balsamami  i, oczywiście,  prostytutkami.  Gość i kierownik uściskali się, cmoknęli,  poszeptali  i 

wszystko zostało załatwione w mig, bez żadnego skierowania. Przegryzł więc Paweł Iwanowicz co 

nieco i popędził załatwiać sobie pracę. 

 

background image

II 

  Był  wszędzie - i wszędzie gdzie był, oczarował wszystkich składaniem pełnych  gracji 

ukłonów i cechującą go zawsze niesłychaną erudycją. 

 - Proszę wypełnić ankietę. 

  Dali mu płachtę długości arszyna, w niej sto najbardziej podchwytliwych  pytań: skąd, 

gdzie i po co?... 

 Nie minęło pięć minut, a już Paweł Iwanowicz wypełnił ankietę, jak długa i szeroka. Tylko 

kiedy ją podawał, zadrżała mu ręka. 

 Ta-ak, pomyślał, teraz przeczytają, jaki to ze mnie brylant, i... 

 I nie stało się absolutnie nic. 

 Po pierwsze, ankiety nikt nie przeczytał, a po drugie - trafiła do panienki rejestratorki, która 

zrobiła z nią to co zwykle: zamiast do pism przychodzących, wpisała do wychodzących, a potem 

gdzieś wsadziła, tak że ankieta przepadła jak kamień w wodzie. 

 Cziczikow uśmiechnął się pod wąsem i zaczął pracować. 

 

background image

III 

  A   potem   wszystko  szło,   im  dalej,   tym  lepiej.   Cziczikow   rozejrzał  się   i  stwierdził,  że 

wszędzie siedzą sami znajomi. Pobiegł do urzędu, w którym wydawano przydziały, i usłyszał: 

 - Znam was, skąpiradła jedne! Weźmiecie kota, obedrzecie ze skóry i dacie na przydział! A 

ja chcę, żebyście mi dali baraniny z kaszą. A tych waszych przydziałowych żab i zgniłych śledzi do 

ust nie wezmę, choćbyście je cukrem posypali! 

 Patrzy - a to Sobakiewicz. 

 Ten, jak tylko przyjechał, natychmiast zażądał deputatu. I dostał, jeszcze jak! Wtedy siadł, 

zjadł i poprosił o dokładkę. Dołożyli. Mało! Wtedy dali mu jeszcze jeden deputat, miał zwyczajny, 

dostał specjalny. Mało! Dali zastrzeżony. Zeżarł i zażądał jeszcze. I awanturę zrobił! Nawymyślał 

wszystkim od faryzeuszy, nakrzyczał, że oszust siedzi na oszuście i oszustem pogania i że jest 

tylko jeden porządny człowiek - referent, a i ten, prawdę mówiąc, świnia! 

 Dostał akademicki. 

 Cziczikow zobaczył, jak Sobakiewicz żongluje deputatami, i momentalnie zaczął działać. 

Zapędził Sobakiewicza w kozi róg. Dostał deputat dla siebie, dla nie istniejącej żony z dzieckiem, 

dla Selifana i Pietruszki, dla faceta, o którym opowiadał Betriszczewowi, i dla matki staruszki, 

której dawno nie było na świecie. I wszystkie - akademickie. Tak że musiano mu wozić jedzenie 

ciężarówką. 

 Uporawszy się w ten sposób z problemem zaopatrzenia, ruszył do innych urzędów. 

  Pędząc kiedyś samochodem przez Kuźniecki Most, spotkał Nozdriowa. Ten oznajmił z 

miejsca, że sprzedał już i dewizkę i zegarek. Rzeczywiście - nie miał na sobie ani jednego, ani 

drugiego. Ale nie dawał za wygraną. Opowiedział, że poszczęściło mu się na loterii: wygrał pół 

funta oleju, szkło do lampy naftowej i zelówki do dziecinnych bucików, ale zaraz potem mu się nie 

poszczęściło   i   musiał,   cholera,   dołożyć   jeszcze   własne   sześćset   milionów.   Opowiedział,   jak 

zaproponował   Wniesztorgowi,   że   dostarczy   dla   zagranicy   partię   prawdziwych   kaukaskich 

kindżałów. I dostarczył.  I zarobiłby na tym  masę pieniędzy,  gdyby nie świnie Anglicy,  którzy 

zauważyli   na   kindżałach   napis:   “mistrz   Sawielij   Sybiriakow”,   i   wszystko   odrzucili.   Zaciągnął 

Cziczikowa do swojego pokoju i napoił wspaniałym koniakiem, ponoć prosto z Francji, w którym 

jednak czuło się samogon w całej jego okazałości. Ostatecznie dołgał się aż do zapewnień, że dano 

mu   w   przydziale   osiemset   arszynów   materiału,   błękitne   auto   ze   złotą   tapicerką   i   nakaz   na 

mieszkanie w pałacyku z kolumnami. 

  Kiedy   zaś   jego  zięć,   Miżujew,   wyraził   wątpliwość,   Nozdriow   nawymyślał   mu   nie   od 

Sofronów, lecz zgoła od parszywców. 

background image

 Jednym słowem, znudził się Cziczikowowi tak, że ten nie wiedział, jak od niego uciec. 

  Ale Nozdriowowskie opowieści nasunęły mu myśl, że i sam mógłby się zająć handlem 

zagranicznym. 

 

background image

IV 

 Tak też zrobił. Znowu wypełnił ankietę, zaczął działać i zademonstrował całą skalę swoich 

możliwości. Przepędzał przez granicę stada baranów w podwójnych futrach, między którymi utykał 

brabanckie koronki, a brylanty przewoził w kołach, dyszlach, uszach i diabli wiedzą jakich jeszcze 

miejscach. 

 I w krótkim czasie zgromadził prawie pięćset miliardów. 

  Nie dał jednak za wygraną. Wystosował do kogo należy podanie o wydzierżawienie mu 

pewnej firmy i nie szczędząc tęczowych barw przedstawił wielkie korzyści, jakie to przyniesie 

państwu. 

  W   urzędzie   rozdziawiono   usta   od   ucha   do   ucha   -   istotnie,   korzyści   zapowiadały   się 

fantastyczne. Poprosili o wskazanie przedsiębiorstwa. Ależ oczywiście! Mieściło się na Twerskim 

bulwarze, akurat naprzeciw klasztoru Męki Pańskiej, i nosiło nazwę: “Pampusz na Twerbulu”. 

[pomnik Puszkina] Zwrócono się gdzie należy z zapytaniem, czy coś takiego rzeczywiście istnieje. 

Odpowiedź brzmiała: owszem, cała Moskwa o tym wie. Znakomicie. 

 - Proszę sporządzić kosztorys. 

 Cziczikow miał już kosztorys za pazuchą. 

 Wydzierżawiono. 

 Cziczikow nie tracąc czasu popędził gdzie trzeba. 

 - Proszę o zaliczkę. 

  -   Proszę   sporządzić   wykaz.   W   trzech   egzemplarzach   z   odpowiednimi   podpisami   i 

pieczątkami. 

  Nie minęły dwie  godziny,  jak wykaz  już był.  Według  wszelkich reguł. Pieczęci  - jak 

gwiazd na niebie. I podpisy jak się patrzy. 

  -   Za   dyrektora   -   Nieuważaj-koryto,   za   sekretarza   -   Kuwszynnoje   Ryło,   za 

przewodniczącego komisji cen i opłat - Jelizawieta Worobiej. 

 - Zgadza się. Oto zlecenie wypłaty. 

 Kasjer ujrzawszy sumę, aż jęknął. 

 Cziczikow złożył podpis i wywiózł pieniądze trzema dorożkami. 

 A potem pomknął do następnego urzędu. 

 - Proszę o pożyczkę. 

 - Proszę pokazać towary. 

 - Bądźcie uprzejmi wysłać przedstawiciela. 

 - Dawać przedstawiciela! 

background image

 Zgiń, przepadnij, znowu znajomy: Jemielian Rotoziej. 

  Cziczikow   zabrał   go  ze   sobą.   Zawiózł  do  pierwszego   lepszego   magazynu   i   pokazuje. 

Patrzy Jemielian i widzi: towarów bez liku. 

 - Ta-ak... I to wszystko pana? 

 - Wszystko. 

  - Jeśli tak - powiada Jemielian - to proszę przyjąć moje gratulacje. Z pana to już nie 

milioner, tylko trylioner. 

 A Nozdriow, który też się do nich przyczepił, zaczął dolewać oliwy do ognia: 

 - Widzisz tę ciężarówkę z butami? Tę, co wjeżdża do bramy? To jego buty. 

 Potem, ogarnięty zapałem, wyciągnął Jemieliana na ulicę i zaczął pokazywać: 

 - Widzisz te sklepy? Wszystko jego. CAła tamta strona ulicy. TA też. Widzisz tramwaj? 

Jego. A latarnie? Też jego. Widzisz? Widzisz? 

 I kręci nim we wszystkie strony, aż Jemielian zaczął błagać: 

 - Wierzę! Widzę!... Tylko mnie już puść. 

 Wtedy wrócili do urzędu. 

 Tam pytają Jemieliana: 

 - No i co? 

 Ten tylko ręką machnął. 

 - Nie da się tego opisać! 

 - No, skoro się nie da, to wydać mu n +1 miliardów. 

 

background image

 Dalsza kariera Cziczikowa przebiegała w zawrotnym tempie. W głowie się nie mieści, co 

wyrabiał. Stworzył Zjednoczenie do Wyrobu Żelaza z Drewnianych Wiórów i, oczywiście, dostał 

natychmiast pożyczkę. Został udziałowcem ogromnej spółdzielni i nakarmił całą Moskwę kiełbasą 

z padliny. Kiedy dziedziczka Koroboczka, usłyszawszy, że w Moswie “wszystko da się załatwić”, 

przyjechała nabyć  nieruchomość, Cziczikow skumał się z Zamuchryszkinem i Utieszytielnym  i 

sprzedał jej Maneż, naprzeciw Uniwersytetu. Zawarł umowę na elektryfikację miasta położonego 

tam, gdzie diabeł mówi dobranoc, po czym wszedłszy w kontakt z byłym horodniczym, postawił 

płot   i   powbijał   tyczki,   żeby   to   pachniało   jakimś   planem,   a   potem   oświadczył,   że   pieniądze 

zrabowały mu bandy kapitana Kopiejkina. Jednym słowem, wyprawiał istne cuda. 

 I po Moskwie poszły słuchy, że Cziczikow jest trylionerem. Różne instytucje zaczęły go 

sobie wyrywać jako eksperta. Już wynajął za pięć miliardów pięciopokojowe mieszkanie, już jadał 

obiady i kolacje w “Empire”... 

 

background image

VI 

 Aż nastąpił krach. 

  Wszystko   było   jak   w   Gogolowskiej   przepowiedni:   zgubił   Cziczikowa   Nozdriow,   a 

wykończyła Koroboczka. Bez złych zamiarów, po prostu po pijanemu, Nozdriow wygadał się na 

wyścigach   i   o   drewnianych   wiórach   i   o   wydzierżawieniu   nie   istniejącego   przedsiębiorstwa,   a 

podsumował   to   wszystko   stwierdzeniem,   że   Cziczikow   jest   kanciarzem   i   że   należałoby   go 

rozstrzelać. 

 Słuchacze się przejęli i wiadomość pobiegła jak iskra. 

  W dodatku głupia Koroboczka przyszła do urzędu z zapytaniem, kiedy wolno jej będzie 

otworzyć w Maneżu piekarnię. Daremnie przekonywano ją, że to budynek państwowy i że nie 

można ani go kupić, ani niczego w nim otwierać. Babina nie rozumiała. 

 Tymczasem mówiono o Cziczikowie coraz gorzej. Zaczęto zachodzić w głowę, co to za typ 

i skąd się wziął. Rozeszły się plotki, jedna gorsza i dziwniejsza od drugiej. Do serc wkradł się 

niepokój. Rozdzwoniły się telefony, zaczęły narady... Komisja budowlana naradzała się z komisją 

kontrolną,   komisja   kontrolna   z   Żyłotdiełem,   Żyłotdieł   z   Narkomzdrawem,   Narkomzdraw   z 

Gławkustpromem, Gławkustprom z Narkomprosem, Narkomprost z Proletkultem - itd., itd., itp. 

 Zabrano się za Nozdriowa. Oczywiście był to błąd. Wszyscy wiedzieli, że to łgarz i że nie 

można wierzyć żadnemu jego słowu. A jednak go wezwano. I odpowiedział na wszystkie pytania. 

 Stwierdził, że Cziczikow rzeczywiście wziął w dzierżawę nie istniejące przedsiębiorstwo i 

że   on,   Nozdriow,   nie   widzi   powodu,   dla   którego   miałby   nie   wziąć,   skoro   biorą   wszyscy.   Na 

pytanie, czy ów Cziczikow nie jest przypadkiem białogwardyjskim szpiegiem, odpowiedział, że 

jest i że niedawno chciano go nawet rozstrzelać, ale z jakichś tam powodów nie rozstrzelano. Na 

pytanie, czy tenże Cziczikow  nie fałszuje przypadkiem pieniędzy,  odpowiedział, że owszem,  i 

opowiedział nawet o jego niezwykłej przebiegłości. Otóż dowiedziawszy się, że rząd ma zamiar 

puścić w obieg nowe banknoty, Cziczikow wynajął pod Moskwą mieszkanie i wydrukował tam 

fałszywe banknoty na sumę 18 miliardów rubli, w dodatku na dwa dni przed emisją prawdziwych. 

A kiedy milicja wpadła i opieczętowała mieszkanie - w ciągu jednej nocy pomieszał fałszywe 

banknoty z prawdziwymi,  tak że potem sam diabeł  nie mógłby rozpoznać, które są które. Na 

pytanie, czy to prawda, że Cziczikow wymienił swoje miliardy na brylanty, żeby uciec z nimi za 

granicę odpowiedział, że tak i że on sam zgodził się pomagać i uczestniczyć w tej sprawie, bo bez 

niego nic by nie wyszło. 

  Po   wysłuchaniu   Nozdriowa   wszyscy   zmarkotnieli.   Najwyraźniej   nie   można   było 

stwierdzić,  kim  jest   Cziczikow.   I  nie  wiadomo,   czym   by  się  to  skończyło,   gdyby   nie  pewien 

background image

człowiek, który wprawdzie - jak i inni - nigdy nie miał w ręku Gogola, miał natomiast szczyptę 

zdrowego rozsądku. 

 I w pewnym momencie zawołał: 

 - A wiecie, kim jest ten Cziczikow? 

 A kiedy wszyscy chórem krzyknęli: “No?”, rzekł grobowym głosem: 

 - Kanciarzem. 

background image

 VII 

  Dopiero   wtedy   wszystkich   olśniło.   Zaczęli   szukać   ankiety.   Nie   ma.   W   rejestrze   pism 

przychodzących. Nie ma. W szafie. Nie ma. Pytają rejestratorki. “A ja skąd mam wiedzieć? U 

Iwana Grigorycza!” 

 Pobiegli do Iwana Grigorycza: 

 - Gdzie jest? 

 - Nie moja rzecz. Spytajcie sekretarza - itd., itp. 

 Aż tu raptem w koszu z niepotrzebnymi papierami - jest! 

 Zaczęli czytać i osłupieli. 

 Imię? Paweł. Imię ojca? Iwan. Nazwisko? Cziczikow. Zawód? Postać z Gogola. Co robił 

przed rewolucją? Skupował martwe dusze. Stosunek do służby wojskowej? Ni to, ni owo, diabli 

wiedzą co. Przynależność partyjna. Sympatyk (a czyj - nie wiadomo). Czy był sądzony? Dziarski 

zygzak.   Adres?   Z   bramy   w   podwórko,   drugie   piętro,   na   prawo;   spytać   w   biurze   adresowym 

sztabsoficerową Podtoczynę - już ona będzie wiedziała. 

 Własnoręczny podpis? Umoczyć pióro. 

 Przeczytali i skamienieli. 

 Wezwali instruktora Bobczyńskiego. 

 - Wal na Twerski, do tej wydzierżawionej firmy. I zajrzyj na to podwórko, gdzie są jego 

towary. Może coś się wyjaśni. 

 Bobczyński wraca. Oczy ma okrągłe jak spodki. 

 - Niesłychana historia! 

 - No?! 

 - Ani śladu firmy. Dał adres pomnika Puszkina, a towary nie są jego, tylko “Ary”. 

 Tu wszyscy zawrzeszczeli wniebogłosy: 

  - Matko przenajświętsza! A to ci dopiero! A my mu daliśmy miliardy! Trzeba go łapać 

póki czas! 

 I zaczęli łapać. 

background image

 VIII 

 Palec na guzik: 

 - Wezwać gońca! 

 Drzwi się otwarły i stanął w nich Pietruszka. Dawno już odszedł od Cziczikowa i pracował 

w urzędzie jako goniec. 

 - Proszę wziąć tę kopertę i natychmiast ruszać. 

 - TA jest - powiedział Pietruszka. Natychmiast wziął, natychmiast wyruszył i natychmiast 

wszystko zgubił. 

 Dzwonek - do garażu, do Selifana! 

 - Natychmiast auto. 

 - Sie robi. 

  Selifan drgnął, okrył motor ciepłymi  spodniami, włożył kurtkę, wskoczył na siedzenie, 

gwizdnął, zatrąbił i pomknął. 

 Któryż Rosjanin nie lubi szybkiej jazdy? 

 Selifan też ją lubił, toteż przy wjeździe w Łubiankę musiał wybierać między tramwajem a 

oszkloną sklepową witryną. W ciągu ułamka sekundy Selifan wybrał to drugie, ominął tramwaj i z 

okrzykiem: “Ratunku!” wleciał jak wicher przez wystawę do sklepu. 

  Wtedy nawet Tientietnikow, zarządzający wszystkimi Selifanami i Pietruszkami, stracił 

cierpliwość: 

 - Wyrzucić obu na zbity pysk! 

  Wyrzucili.   Skierowali   na   giełdę   pracy.   Stamtąd   na   miejsce   Pietruszki,   skierowano 

Pluszkinowskiego   Proszkę,   a   na   miejsce   Selifana   -   Grigorija   Dojeżdżaj-nie-Dojedziesz.   A 

tymczasem sprawa nabierała rozmachu. 

 - Gdzie podanie o zaliczkę? 

 - Oto ono. 

 - Wezwać tu Nieuważaja-koryto. 

 Okazało się, że wezwać nie sposób. Przed dwoma miesiącami Nieuważaja usunięto z partii. 

A z Moskwy usunął się sam, bo nie miał w niej absolutnie nic do roboty. 

 - A Kuwszynnoje Ryło? 

 Wyjechał w siną dal instruować instancje gubernialne. 

 Wtedy wzięto się za Jelizawietę Worobiej. BA, kiedy takiej osoby nie ma! Jest wprawdzie 

maszynistka   Jelizawieta,   ale   nie   Worobiej.   Jest   asystent   zastępcy   młodszego   referenta, 

zamzawpodotdieł Worobiej, ale nie Jelizawieta. 

background image

 Uczepiono się maszynistki. 

 - Więc to pani? 

 - Nic podobnego! Dlaczego właśnie ja? Tam jest Jelizawieta, a ja jestem Elżbieta. Zupełnie 

inaczej... 

 I buch w płacz. Zostawiono ją w spokoju. 

  A   tymczasem,   póki   zajmowano   się   Jelizawietą   Worobiej,   prawnik   Samoswistow 

powiadomił cichaczem Cziczikowa, że jego sprawy śmierdzą, i Cziczikow, rzecz jasna, przepadł 

bez śladu. 

  Próżno posyłano auto pod podany adres; na drugim piętrze z prawej nie było żadnego 

biura, tylko  zaniedbana i zrujnowana stołówka. Do przyjezdnych  wyszła  sprzątaczka Fietinja i 

powiedziała: 

 - Nima nikogo. 

  Co prawda obok tyle że nie z prawej, lecz z lewej strony, było biuro adresowe, ale nie 

siedziała w nim żadna sztabsoficerowa, tylko jakaś Podstioga Sidorowna. I nie znała nie tylko 

adresu Cziczikowa, ale nawet własnego. 

background image

 IX 

 Wtedy wszyscy popadli w rozpacz. Sprawa tak się zagmatwała, że sam diabeł by się w niej 

nie   rozeznał.  Wióry  pomieszały  się  z   pseudodzierżawą,   brabanckie  koronki   z  elektryfikacją,  a 

transakcja   Koroboczki   -   z   brylantami.   Nozdriow   okazał   się   wspólnikiem;   zamieszany   był   też 

sympatyk Jemielian Rotoziej i bezpartyjny złodziej Antoszka, a poza tym wybuchł nagle skandal 

wokół deputatów Sobakiewicza. I sypnęło się ze wszystkich stron! 

 Samoswistow urabiał sobie ręce po łokcie; doczepił jeszcze do tej sprawy jakieś grzebanie 

po  kufrach  i  jakieś   podrobione  delegacje  służbowe  (tylko  w  to  jedno wmieszanych   było   koło 

pięćdziesięciu  tysięcy osób) - i tak dalej, i temu  podobne. Jednym  słowem,  zaczęło  się diabli 

wiedzą co. Ci, którym miliardy sprzątnięto sprzed nosa, i ci, którzy mieli je znaleźć, miotali się w 

panice zdając sobie sprawę z jednego tylko, bezspornego faktu: 

 - Miliardy były i miliardów nie ma. 

 Wreszcie wstał jakiś chłopek-roztropek i powiedział: 

 - Przyjdzie nam widać powołać komisję śledczą. Inaczej nie da rady. 

background image

 X 

 I w tym momencie (we śnie wszystko się zdarza), niby deus ex machina, zjawiłem się ja i 

powiedziałem: 

 - Zlećcie tę sprawę mnie. 

 Zdumienie. 

 - A pan... ee... da radę? 

 A ja na to: 

 - Bądźcie spokojni. 

 Wahanie. Potem - postanowienie. Czerwonym atramentem: 

 - Zlecić. 

 Wtedy zacząłem działać (w życiu nie miałem przyjemniejszego snu!). 

 Ze wszystkich stron zjechało się do mnie trzydzieści pięć tysięcy motocyklistów: 

 - Może czegoś potrzeba? 

 A ja im na to: 

 - Nie potrzeba niczego. Zajmujcie się swoimi sprawami. Poradzę sobie sam. Sam jeden. 

 Nabrałem powietrza w płuca i ryknąłem, aż szyby zabrzęczały: 

 - Dawać mi tu Liapkina-Tiapkina! Natychmiast. Telefonicznie. 

 - Telefonicznie nie da rady... Telefon zepsuty. 

 - Ach, tak? Zepsuty? Kabel się urwał, co? W takim razie, żeby nie dyndał bez potrzeby - 

powiesić na nim tego, kto to powiedział!!! 

 Rany boskie, co się wtedy zaczęło! 

 - Ależ towarzyszu! Litości... Co też wy... Już, już! Jedną chwileczkę! Hej, tam, dawać tu 

monterów! I przewód!! Zaraz będzie zrobione... 

 Raz, dwa - naprawili i połączyli. 

 A ja nabrałem rozpędu: 

 - Tiapkin? Ty łajdaku! Liapkin? Brać tego drania! Dawać mi listę! Że co? Nie gotowa? Ma 

być gotowa za pięć minut, bo inaczej wy będziecie na liście zmarłych! A to kto? Rejestratorka? 

Żona Maniłowa? Na zbity pysk! Maszynistka Ulinka Betriszczewa? Na zbity pysk! Sobakiewicz? 

Brać go! Ten łajdak Murofiejkin pracuje u was? A szuler Utieszytielny? Brać go! I tego, co go 

przyjął! Łapać! I tego też! I tamtego! I owego! Fietinję - precz! Poetę Triapiczkina, Selifana i 

Pietruszkę - do rejestracji! Nozdriowa do lochu... W tej chwili! W tej sekundzie! Kto podpisał 

wykaz? Dawać tu tę kanalię! Wyciągnąć z morskiego dna! 

 Strach padł na całe piekło... 

background image

 - Ależ to diabeł! Skąd takiego wzięli? 

 A ja na to: 

 - Cziczikowa do mnie! 

 - Nnn... nie można znaleźć. U... ukrywa się... 

 - Ach, tak? Ukrywa się? Świetnie! Pójdziecie siedzieć zamiast niego! 

 - Lito... 

 - Milczeć! 

 - Chwileczkę! Sekundkę! Już, już! Proszę zaczekać, szukają... 

 I po krótkiej chwili - znaleźli! 

 Daremnie Cziczikow padał mi do nóg, daremnie rwał na sobie marynarkę i wyrywał włosy; 

daremnie zaklinał się, że ma matkę inwalidkę. 

  -   Matkę?!   -   ryczałem.   -   Matkę?...   A   gdzie   miliardy?   Gdzie   społeczne   pieniądze?   Ty 

złodzieju! Rozciąć temu łajdakowi brzuch! W brzuchu ma brylanty! 

 Rozcięli. Rzeczywiście - są. 

 - To wszystko? 

 - Wszystko. 

 - Kamień na szyję - i do przerębli! 

 Zrobiło się spokojnie i przyzwoicie. 

 Mówię przez telefon: 

 - W porządku. 

 Słyszę w odpowiedzi: 

 - Dzięki. Każda pańska prośba będzie spełniona. 

 Aż podskoczyłem przy telefonie. I o mało nie wyrzuciłem z siebie wszystkiego, co mnie 

już od dawna gnębiło: 

 “Spodnie... Funt cukru... Żarówka dwadzieścia pięć wat... “ 

  Ale   wtedy   przypomniałem   sobie,   że   porządny   pisarz   winien   być   bezinteresowny. 

Ochłonąłem i wymamrotałem w słuchawkę: 

 - Tylko dzieła Gogola w twardej oprawie. Bo właśnie te dzieła sprzedałem niedawno na 

tandecie... 

 I... ryms! I już leży na moim stole lśniący pozłotką Gogol. 

 Strasznie się ucieszyłem na widok Mikołaja Wasiliewicza, który nieraz dodawał mi otuchy 

w ponure, bezsenne noce. 

 Tak bardzo, że aż wrzasnąłem: 

 - Hurra!!! 

background image

Epilog 

  ...   oczywiście,   obudziłem   się.   A   tu   pustka:   ani   Cziczikowa,   ani   Nozdriowa,   ani,   co 

najważniejsze, Gogola... 

 He, he, he, pomyślałem sobie i zacząłem się ubierać, i znowu życie roztoczyło przede mną 

swe powszednie wdzięki. 

 

Przełożył  Andrzej Drawicz