background image

K

OMU WYJE PIES

 

T

OMASZ 

P

ACYŃSKI

 

background image

-I- 

Dziewka służebna siedziała pod ścianą. Dłoń zaciskała na drewnianej rękojeści 

kuchennego tasaka, lecz długie na pół łokcia, lśniące ostrze, do którego przywierały 

jeszcze włókna wieprzowego mięsa spoczywało nieruchomo na podołku. Spoglądała 

spokojnie szeroko otwartymi błękitnymi oczyma, w których zastygło bezbrzeżne 

zdumienie. 

Człowiek obok niej wyglądał na starego żołnierza. Też był uzbrojony, w krótki, 

jednosieczny kord, podniszczony solidnie, z klingą pocieniała od ostrzenia i 

wyślizganymi, prawie czarnymi okładzinami rękojeści, w które nieraz wsiąkały pot i 

krew. Ale trzymał swój oręż jak, nie przymierzając, chłop drzewce wideł do 

przerzucania gnoju, bez niedbałej nonszalancji starych wojaków. Zupełnie jakby 

ktoś włożył broń w martwą dłoń, zamknął przemocą palce. 

Blady, czarnowłosy mężczyzna podniósł się, popatrzył krytycznie na swe dzieło. 

Prawie dobrze, ocenił, tak powinno być. Siedzą i patrzą. I choć są już martwi, widzą 

wszystko. 

Pozostali dwoje też. Jeszcze dzieci, choć paniczowi wąs już się nieźle sypał. Oni 

nie mieli broni, zresztą po cóż broń niedorostkowi, a tym bardziej ośmioletniej dziew-

czynce. Zwłaszcza tutaj, w komnacie sypialnej nad wielką izbą stołpu, za murami 

zamku, którego wszak nikt przecież nie oblegał. 

Nie, jeszcze nie jest dobrze. Policzek czarnowłosego drgnął nerwowo, mężczyzna 

znów przykucnął. Tępo chrupnął wyłamywany palec. Teraz lepiej. Kord nie 

wypadnie z garści, zbrojny trzyma go jak należy. 

Na dźwięk  łamanej kości od szerokiego łoża dobiegło westchnienie. Tylko tyle, 

może zresztą to jedynie odgłos spazmatycznego oddechu. Twarz bladolicego 

ściągnęła się, wargi wykrzywił grymas, odsłaniając zęby. Dłoń sięgnęła do rękojeści 

sejmitara wystającej znad ramienia. 

background image

Mężczyzna odwrócił się powoli. Popatrzy na łoże, na nagą, rozkrzyżowaną kobietę, 

której zaciśnięte mocno rzemienie raniły boleśnie kostki i nadgarstki. Nie walczyła, 

nie krzyczała. Nawet nie błagała o litość. Oddychała tylko coraz szybciej i coraz 

głośniej, jakby zdawała sobie sprawę, że każdy oddech może być ostatnim. 

Nie broniła się też wcześniej, choć przecież mogła. Rysy zabójcy drgnęły nagle, 

zmiękły. Tak bywa często. Nie bronią się, choć mogą. Nie próbują. Tylko czekają, 

jakby w poddaniu się dostrzegali ostatnią, cienką nić nadziei. 

Zaciśnięte na rękojeści sejmitara palce pobielały. Klinga nawet nie zgrzytnęła, tak 

powolny był ruch. Nad pochwą pokazał się cal jasnej stali. 

Mężczyzna wpił wzrok w twarz leżącej. Tak znaną, tak bliską. Teraz martwą i 

nieruchomą jak maska, zastygłą w przeczuciu bliskiego końca. W wargi, spuchnięte i 

rozbite. 

Wydawało się, że jego ręka żyje własnym życiem, wbrew woli właściciela. Ostrze 

wyłoniło się na kolejny cal, potem następny. Zacisnął usta. Zdawało się,  że jego 

blada już twarz stała się zupełnie bezkrwista, niczym u marmurowej rzeźby. Na 

skroniach nabrzmiały niebieskawe żyły. Cicho zgrzytnęła klinga, wpychana 

przemocą z powrotem do pochwy. Oczy skrępowanej ofiary zaszkliły  łzy szalonej 

nadziei. Wstrzymała oddech, nie chwytała już konwulsyjnie powietrza. 

I wtedy przez oblicze zabójcy przebiegł nagły skurcz. Pod jego czaszką 

rozbrzmiało wycie bestii. Aż skulił się raptownie, i w tej samej chwili zasyczał 

dobywany sejmitar. Ręka nie dała się już powstrzymać. 

Zdawało mu się,  że widzi psa, jak wyje długo, wznosi ostry, wilczy pysk ku 

pochmurnemu niebu. Wychudzone boki, pokryte skołtunioną sierścią zapadają się, po 

czym stercząca klatka żeber znów się wznosi, a przejmujący odgłos milknie, by za 

chwilę ponownie rozbrzmieć pełną mocą. 

Nie widział już niczego poza swą wizją. Komnaty o bielonych ścianach, 

szerokiego loża, upiornej widowni pod ścianą. Tylko psa. Jego skowyt, natarczywy 

i przenikliwy wypełniał cały umysł. Przyzywał i nakazywał. 

background image

Wargi bladolicego ściągnęły się jeszcze bardziej, z gardła, do wtóru, dobył się 

głuchy charkot. Mężczyzna spieszył na wezwanie bestii. Stawał się nią. 

Szerokie, zadane na oślep cięcie trafiło bezbłędnie, samym piórem klingi. 

Wachlarzyk małych, karminowych kropel splamił odsunięte na boki zasłony, 

zwisające z baldachimu wielkiego łoża. Ciężkie, niegdyś jasne, błyszczące złotem 

haftów, teraz pociemniałe od dymu z wielkiego komina i kopcia woskowych świec. 

Pani nigdy nie pozwalała świecić w sypialnej łuczywem, właśnie ze względu na kotary. 

Kosztowały majątek, nikt inny nie miał takich, może sam król albo któryś z 

biskupów. Teraz troska i  ostrożność nie na wiele się zdały. 

Krew bryznęła na tkaninę, ożywiła wypełzłe hafty świeżą czerwienią. Rzemienie 

napięły się do granic możliwości, zdawało się, że popękają, zawibrowały jak napięte 

cięciwy. Ale wytrzymały, kiedy bose pięty bębniły chwilę w miękką skórę. Coraz 

słabiej, w miarę jak gasł upiorny skrzek, który miał być wołaniem o litość, i milkł 

poświst powietrza w przeciętej tchawicy. 

Wycie też zamarło, urwane na najwyższej nucie. Cisza uderzyła nagle, aż 

ogłuszająca. Dzwoniła w uszach, które zabójca przed chwilą jeszcze chciał zakryć 

dłońmi. Zdawała się spływać gęstą mgłą w głąb czaszki, tłumić miękko kołaczące się 

wspomnienie psiego zawodzenia. 

Cisza. Pies opuścił pysk ociekający śliną, zwisającą srebrnymi nitkami spomiędzy 

pożółkłych kłów. Dyszał ciężko, a jego czerwony język drgał w takt oddechu 

niczym skrawek mięsa. 

Mężczyzna przecierał ostrze krzywego sejmitara lnianą szmatką - krew nie 

powinna zasychać w pochwie, pokrywać rdzawymi wżerami wykutej w Damaszku 

klingi. Skupił się na tej czynności, odurzony jeszcze nagłym milczeniem, zdającym się 

napierać zewsząd. I zamarł nagle wpół ruchu, kiedy przez mgłę, w której błądziły 

myśli, przedarł się cichy skowyt. 

background image

W gardzieli bestii narastało bulgotliwe warczenie. Nie zaspokoiła jeszcze głodu. 

Damasceńskie ostrze spadło z brzękiem na kamienną posadzkę. Do zabójcy dotarło, 

że zabrakło perfekcji. 

Nie zauważył, kiedy czoło panicza skłoniło się ku piersi. Widać było tylko jasną, 

zlepioną krwią i mózgiem czuprynę. Dwoma krokami dopadł  ściany, chwycił ciało 

chłopaka za ramię. Potrząsnął, aż głowa zakołysała się bezwładnie. Teraz to na nic, 

refleksja przedarła się przez odrętwiały umysł, za późno. Zapiekły oczy, łzy wściekłoś-

ci spłynęły po policzkach, rozprysnęły się na kamieniach, znacząc je ciemnymi 

plamami. Wszystko na nic. 

Szarpnął za włosy, sztywne od krwi. Popatrzył w szeroko otwarte oczy. Nie 

wyrażały nic, ani strachu, ani zdziwienia. Były puste, jakby spoglądał w przygasły 

błękit wczesnojesiennego nieba. Szkliły się spokojem śmierci. 

Za późno, pojął zabójca. On już nie dostąpi oświecenia. A bestia nie odejdzie, 

nadal szarpana łaknieniem. Dostała zbyt mało, zaledwie marny ochłap, niczym dla 

kundla na gościńcu. Dla demona śmierć jest niczym. Wyznawcy wszystkim, nawet 

martwi. 

Zwłaszcza martwi, bo tylko tacy staną się chciwymi wyznawcami. Zaśmiał się 

zgrzytliwie. Też jestem trupem, przypomniał sobie. Umarłem już dawno, niewiele 

pozostało z tego, kim byłem kiedyś. Ale wciąż mogę zabijać. 

Poczuł szaloną chęć, by obudzić chłopaka, wyrwać ze snu śnionego z otwartymi 

oczyma. Spróbować jeszcze raz, choć jakaś racjonalna jeszcze część umysłu, resztki 

człowieczeństwa krzyczały głośno, że to niemożliwe. 

Bez trudu stłumił ten krzyk, zepchnął go na dno świadomości. Ale nie zrobił nic. 

Wpatrywał się tylko długą chwilę w twarz, na której śmierć położyła się cieniem i 

wyostrzyła rysy, dodając wieku i powagi. To nie było już oblicze niedorostka, straciło 

chłopięcą miękkość i niewinność. Należało do młodzieńca, który już nigdy nie stanie 

się mężczyzną. 

Ale było obce. Nie budziło wspomnień ani uczuć. Prócz złości. 

background image

Rozwarł palce wczepione we włosy i pchnął mocno, otwartą  dłonią, aż czaszka 

uderzyła z głuchym trzaskiem o ścianę. Wstał, słysząc w uszach narastający skowyt, 

coraz bardziej natarczywy. Bestia jęczała z żalu i niedosytu. Wzdrygnął się, kiedy w 

jej głosie doszukał się groźby. 

Z trudem powstrzymał odruch, by zatkać uszy. Zdawał sobie sprawę, że to nic nie 

pomoże. Jest tylko jeden sposób, by demon zamilkł. 

Dokądkolwiek by ruszył, bestia pobieży za nim. Będzie szła krok w krok, wciąż 

będzie czuł na plecach jej oddech, słyszał bolesny jęk, upiorne wezwanie. Nigdy nie 

zdoła jej nasycić, płonne są wszelkie nadzieje. Nie ma na świecie tyle cierpienia. Wciąż 

będzie głodna. I wkrótce skowyt znów zamieni się w wycie i nie ucichnie, dopóki bes-

tia nie dostanie znów jadła. Wtedy zamilknie. Na krótko. 

Podniósł sejmitar, machinalnie obejrzał ostrze, czy nie doznało szwanku od 

uderzenia o twardą posadzkę. Ostrożnie powiódł opuszką palca po lśniącej krawędzi i 

odetchnął z ulgą, gdy nie wyczuł żadnej, nawet maleńkiej szczerby. 

Teraz wyjdę, myślał mozolnie. Zejdę po drewnianych, wąskich schodach do 

słonecznej izby. Potem na podwórzec. Pewnie ktoś zastąpi mi drogę... 

Uśmiechnął się. Samym koniuszkiem języka przejechał powoli po górnej wardze. 

Niech tylko, kurwa, spróbuje... 

* * * 

Płomyki wystrzeliły wyżej, zatańczyły nad suchą gałązką. W jasny dzień pod 

warstwą szarego popiołu nie było widać żarzących się węgli. Ale od małego ogniska 

promieniował żar, a co ważniejsze, snuły się z niego smużki dymu. 

Nie pomagało to jednak za wiele. Claymore Ramirez zaklął, po czym klepnął się z 

rozmachem po karku. Jak zwykle za późno, skonstatował spojrzawszy z obrzydzeniem 

na umazane krwią wnętrze dłoni. 

background image

Wytarł  rękę o spodnie, powstrzymując się ze wszystkich sił od drapania pokłutej 

szyi. Mełł pod nosem przekleństwa na myśl o potencjalnym zleceniodawcy, który 

uparł się, by spotkać się  właśnie tutaj, z dala od miasta, na pieprzonej polance pod 

pieprzonym dębem, pełnej pieprzonych komarów. 

Dym zgęstniał, owionął skulonego przy ognisku Walijczyka. Brzęcząca chmura 

uniosła się wyżej, za to Claymore począł krztusić się i kasłać. Przetarł załzawione 

oczy, nieledwie współczuł owadom, które pobzykiwały wściekle w bezpiecznej 

odległości. 

Gałązka dopaliła się szybko, ale na szczęście w zasięgu ręki miał spory zapas. 

Ramirez miał nadzieję, że nie zbraknie ich do czasu, aż tajemniczy szlachcic wreszcie 

nadjedzie. Zapewne z całym pocztem, tacy nie zapuszczają się do lasu samopas czy 

nawet samo wtór, z wiernym giermkiem jeno. Wydął wargi z pogardliwą  złością. 

Dlaczego mamy spotykać się właśnie tutaj, pomyślał po raz któryś z rzędu, skoro i tak 

gówno z dyskrecji. Czeladź niechybnie rozgada. 

Nie znosił pańskich fanaberii. O wiele lepiej współpracowało się z kupcami, oni 

rozumieli wszystko. A nawet i obiadem potrafili podjąć, co było istotną rzeczą w 

ciężkich czasach. Choć mieli też wady, byli skąpi i liczyli się z każdym pensem. Tu 

szlachta rzeczywiście miała przewagę, zwłaszcza jeśli chodziło o tak dziwne i 

nieuchwytne sprawy jak honor. Claymore już dawno odkrył, jak wysoko to właśnie 

cenią dobrze urodzeni. I jakże łatwo zazwyczaj przeliczają na srebro. 

Płomyki tańczyły nad zwijającymi się w ogniu, czerniejącymi gałązkami, a 

Claymore kasłał i przecierał oczy. Komary mimo dymu próbowały kąsać, co więcej, 

nie były to bynajmniej próby bezskuteczne. 

Dorzucił następną gałązkę. Już nie klął nawet. Myślał tylko melancholijnie, że jeśli 

szlachcic się spóźni, zastanie tylko suchy, wysączony z krwi zewłok. I znów ludziska 

będą bajać o wampirach z puszczy Sherwood. 

* * * 

Niełatwo było zaskoczyć Ramireza. Ale szlachcicowi się udało. Przybył sam. 

background image

Claymore zdołał jakoś ukryć zdziwienie. Kiedy przybysz zeskoczył z konia 

najemnik wciąż grzebał patykiem w popiele, wzbijając rój iskierek, które wzlatywały 

w ciemniejące już niebo. Nie okazał też zniecierpliwienia, mimo iż musiał czekać 

całe popołudnie. 

Wierzchowiec odszedł spokojnie, kiedy tylko jeździec puścił wodze. Dobry, 

wyszkolony bojowy koń, zauważył mimochodem Walijczyk. Musiał kosztować majątek, 

co najmniej dobrą wieś. Potężne zwierzę nie płoszyło się na widok obcego, nie 

przeszkadzał mu dym z ogniska, który począł słać się nisko, nad samą polaną. Tylko 

gładka, kasztanowa skóra drgała lekko na zadzie, kiedy potężny ogier smagał się 

ogonem, odganiając natarczywe gzy i bąki. 

Szlachcic nie odzywał się, mierzył tylko Claymore'a badawczym spojrzeniem, 

skrzywiony lekko, jakby spodziewał się zastać kogoś innego. Ramirez bez trudu po-

wstrzymał kpiący uśmiech. Zawsze tak było. 

Potrzebowali jego usług. Często zdarzało się, że nawet o nie błagali. Nie od razu, 

naturalnie. Ale przychodziła taka chwila. Prędzej czy później. 

Najpierw była wyższość, zabarwiona odrobiną pogardy. Nawet kupcy nie potrafili 

się powstrzymać, by nie spoglądać z góry na kogoś, kto był przecież tylko na-

jemnikiem. A nawet gorzej, imał się spraw, których nie ruszyliby szanujący się 

cottereaux.  A cóż dopiero szlachta. Ci okazywali pogardę szybciej. Dawali do 

zrozumienia, że są nieskończenie lepsi, że nie ubrudzą sobie przecież rąk. 

Claymore wstał niespiesznie, by zajrzeć przybyłemu prosto w twarz, zimnym, 

wypraktykowanym przez lata 

spojrzeniem. Zazwyczaj skutkowało natychmiast. Ale nie tym razem. 

Szlachcic, posunięty już nieźle w latach, nie uciekł wzrokiem w bok, nie maskował 

zdenerwowania odruchowym zacieraniem rąk. Pokryta zmarszczkami jak suszone 

jabłko twarz pozostała niewzruszona. 

- Skończyłeś? 

background image

Ramirez drgnął, zaskoczony. Sądził, że to on pierwszy będzie musiał się odezwać. 

- Co niby skończyłem? - starał się nadać swemu pytaniu jak najbardziej obojętne 

brzmienie. Szlachcic przymrużył wyblakłe, błyszczące starczymi łzami oczy. Jak 

topniejące bryłki lodu, nasunęło się Walijczykowi natrętne skojarzenie. 

- Wiem, kim jesteś - odparł stary sucho. - Wiem, ile bierzesz, więc oszczędź sobie 

tych sztuczek, nie robią na mnie wrażenia. Do rzeczy, Ramirez. 

Claymore uznał,  że najlepszy będzie nieznaczny uśmiech. Niezbyt wyzywający, 

ot, życzliwe zainteresowanie, dowód sympatii, może współczucia z powodu kłopotów 

tego niemłodego już człeka. 

Choć niemłody, szlachcic trzymał się prosto, wysoki i chudy jak maszt, siwy jak 

popiół. Właśnie, jak popiół, pomyślał Claymore, krótko przycięte włosy rycerza nie 

miały odcienia mlecznej bieli czy połyskliwego srebra. Miały barwę zmatowiałej 

szarości. 

Nie ma przy sobie broni, spostrzegł Walijczyk. Zerknął nieznacznie na 

wierzchowca, który oddalał się powoli, poskubując trawę. Zauważył przytroczoną do 

siodła pochwę, sterczącą rękojeść półtoraręcznego miecza. Poczuł respekt dla starego. 

Człowiek, który wyrusza do puszczy samo-pas, z mieczem jeno, zasługuje na 

szacunek. Jest odważny, przemknęło mu przez myśl, albo głupi, co jakże często idzie 

ze sobą w parze. Ale raczej nie w tym wypadku. Idioci nie dożywają tak podeszłego 

wieku. 

Była jeszcze trzecia możliwość i pomyślawszy o niej, Claymore opuścił na 

moment powieki, by ukryć  błysk w oku. Szlachcic albo jest odważny, albo 

zdesperowany. 

Pozwolił sobie na jeszcze jedno taksujące spojrzenie. Nie chciał przeciągać struny, 

ale intrygował go ten człowiek. I niepokoił. 

Śmiech starego był zgrzytliwy i nieprzyjemny, rozbrzmiewały w nim świszczące 

tony, gdy rycerz zaczerpywał powietrza między kolejnymi paroksyzmami. Odrzucił 

background image

głowę i śmiał się na całe gardło, aż wreszcie zaniósł się suchym, rzężącym kaszlem. 

Niewzruszona dotąd twarz poczerwieniała, łzy pociekły po pobrużdżonych policzkach. 

Ramirez bezwiednie odetchnął z ulgą. Oto wreszcie pojawiła się pierwsza rysa. 

Pierwsza słabość, którą będzie  . można wykorzystać. I wykorzystał ją bezwzględnie. 

- Do rzeczy, panie - rzucił z burkliwą arogancją, zanim jeszcze stary przestał się 

dławić. - Nie będziemy tak stać po próżnicy. 

Kaszel przeszedł w rzężący chichot. Jest szalony, zrozumiał nagle Claymore, 

szalony jak marcowy zając. Nie boi się niczego i nikogo, nawet własnej, bliskiej 

śmierci, którą człek w jego latach winien już mieć na uwadze. Chłodny dreszcz 

przebiegł Walijczykowi po krzyżu, kiedy tak stał i słuchał, jak uspokaja się 

świszczący i płytki oddech. To nie jest zwykła sprawa, uświadomił sobie, ten 

człowiek nie chce pomsty na nieuczciwym dłużniku, nie chce się wyręczyć cudzymi 

rękoma,  żeby własnych nie zbrukać. To nawet nie rodowa wróżda czy zatarg z nie-

miłym sąsiadem, którego miejsce nie na kasztelu, ale w ziemi, na głębokość 

sztychu. 

To coś więcej, pomyślał, czując jak mrówki spacerują mu wzdłuż krzyża. Ale zaraz 

złe przeczucia odeszły, zastąpiła je ciekawość. Jak zwykle, kiedy Claymore stawał 

naprzeciw tajemnicy. 

Szlachcic charknął, splunął na mech gęstą flegmą. Roztarł ją butem. 

- Nie rozśmieszajcie mnie, panie Ramirez – mruknął  głosem wprawdzie jeszcze 

nieco chrypliwym, ale brzmiącym już prawie normalnie. - Bo jeszcze zajadów 

dostanę. A prędzej może się zdarzyć, po prawdzie, że zatchnę się przedwcześnie. 

Zmora na piersi legła i dusi... 

Splunął ponownie i jeszcze szybciej roztarł plwocinę. Ale nie dość szybko, by nie 

można było dostrzec w niej czarnych nitek zakrzepłej krwi. Zostało mu niewiele 

czasu, zrozumiał Walijczyk. 

Bardzo niewiele. 

background image

- Ano nie rozśmieszajcie - stary rzucił mu szybkie spojrzenie. - Bo wierzcie mi, 

panie Ramirez, nie opłaci wam się to. Moi spadkobiercy gówno wam zapłacą. Układ 

taki. 

Otarł ostatnią  łzę spływającą po policzku. Oddychał już normalnie, wyprostował 

się nawet. Znów górował nad Walijczykiem, znów roztaczał aurę pewności i siły. 

- Jedziemy - rzucił krótko, kiedy Claymore stał w milczeniu, pewien już,  że za 

chwilę dowie się, o co tak naprawdę chodzi. - Nie będziemy tak sterczeć na tej 

zasranej polance. 

Stulił usta jak do gwizdnięcia, ale spomiędzy cienkich, sinych warg wydobył się 

jedynie cichy syk. Wystarczyło, by skubiący trawę koń zastrzygł uszami i powoli 

ruszył do swego właściciela. 

- Nie będziemy sterczeć - mamrotał szlachcic pod nosem, poklepując szyję 

wierzchowca. - Bo cię komary zeżrą, panie Ramirez. Mnie, uważasz, nie ruszają... 

Claymore drapał się po swędzącym od ukąszeń karku, czuł pod palcami 

nabrzmiewające bąble. Nieważne dokąd pojedziemy, przemknęło mu przez głowę, 

wszędzie będzie lepiej niż tutaj. Cóż za pomysł, spotykać się w puszczy, zwłaszcza w 

deszczowe lato. 

No właśnie, nagle dotarło do niego z całą jasnością, cóż za pomysł. Przecież było 

tyle miejsc zapewniających dyskrecję, z dala od ciekawskich oczu. Mało to karczem 

przy traktach, mało wiosek, gdzie kmiecie choć piwskiem podejmą człowieka? A i nie 

chlapną nic, bo wiedzą, co ich za to może spotkać. Nic przyjemnego przecież, kiedy 

się płonąca strzecha za kołnierz sypie. 

Co więcej, jak uświadomił sobie właśnie Claymore, nie znał tego człowieka. Było 

to tym dziwniejsze, iż zdawał sobie sprawę, że to bez wątpienia ktoś znaczny. A jednak 

dotąd go nie spotkał, choć kręcił się już od dłuższego czasu w okolicy, wyjątkowo, jak 

się okazuje, sprzyjającej interesom. Zawsze tak jest w hrabstwach spustoszonych 

wojną, nawet niewielką i całkiem prywatną. 

background image

Nigdy nie zapominał twarzy. Ale mógł przysiąc,  że to wychudłe, pobrużdżone 

zmarszczkami oblicze z głęboko zapadniętymi, zimnymi oczyma widzi po raz 

pierwszy. Dziwne, skrzywił się nieznacznie. 

- I co tak frasujecie, panie Ramirez? - Stary szlachcic oderwał się na chwilę od 

dociągania popręgu. - Sprowadźcie swojego wierzchowca, macie chyba jakiegoś? 

Na piechotę tu nie przyleźliście przecież? 

Zaśmiał się, ale po chwili umilkł, kiedy chichot się niepokojąco załamał. Odkaszlnął 

i wrócił do sprawdzania uprzęży, powoli i systematycznie dociągając rzemienie. 

Claymore uśmiechnął się pod nosem. Te machinalne, rutynowe czynności wiele 

mówiły o starym. Nawet teraz, kiedy czeka ich tylko przejażdżka, sprawdza wszystko 

jak przed pojedynkiem. 

Ale uśmiech Walijczyka maskował też irytację. Dał sobie wytrącić z ręki inicjatywę 

i musiał ze złością przyznać, że szlachcic ma przewagę. Nie doczekał się skamlących 

próśb ani prób podbijania ceny. Nie usłyszał wyrzucanej z siebie w gorączkowym 

pośpiechu historii, z tych niezbyt prawdziwych, ale kryjących gdzieś sedno sprawy, 

którą miałby za zleceniodawcę załatwić. Zazwyczaj tak było, wystarczyło odrzucić 

ozdobniki, niepotrzebne i nieproszone usprawiedliwienia. Żaden z klientów nie zdawał 

sobie do końca sprawy, że nie mają one najmniejszego znaczenia. Ale wszyscy 

starali się przedstawić siebie w jak najlepszym świetle. 

Ten był inny. Claymore przyłapał się na myśli, że to właściwie stary szlachcic czyni 

mu zaszczyt, chcąc wtajemniczyć w swe sekrety. I aż zmełł pod nosem przekleństwo. 

Jak na razie wcale nie wtajemniczył. 

- Co tam mruczycie pod nosem, panie Ramirez? - burczał stary. Wszystko było w 

porządku, bo poklepywał już wierzchowca po lśniącej szyi. - Zbierajcie się, a nie 

zapomnijcie ogniska zasikać. 

Ramirez zacisnął bezwiednie pięści. Musiał przyznać,  że rycerz potrafi 

wyprowadzić go z równowagi. Odetchnął  głęboko. Bo też zdawał sobie sprawę,  że 

szlachcic czyni to celowo. 

background image

- Zaraz zasikamy - odparł powoli, starając się panować nad głosem. - A i po konia 

pójdziemy, istotnie, prawiście, panie. Nie przyleźliśmy tu na piechotę. 

Stary zaciął  wąskie wargi, dając tym Claymore'owi okazję do przelotnej 

satysfakcji. Jednak można cię trafić, staruchu, pomyślał Walijczyk. 

Kolejna myśl nie była już jednak tak optymistyczna. O ciekawości, która kiedyś 

może przywieść do zguby. 

* * * 

Odstawiony kubek uderzył o blat z nieheblowanych desek mocniej niż Claymore 

zamierzał. Resztki wina chlusnęły, wsiąkły w drewno. 

Walijczyk pokręcił głową. 

- Nic z tego - powiedział zdecydowanie. 

Zapadła cisza, słychać było tylko potrzaskiwanie polan na palenisku i niewyraźne 

przekleństwa, dochodzące zza ścian z grubych poczerniałych bali. 

Mieli dla siebie całą karczmę, a raczej podły, przydrożny zajazd. I tak nie było 

żadnych gości. Claymore zastanawiał się, z czego właściwie  żyje właściciel, mały, 

szczurowaty osobnik z wystającymi, śmiesznymi siekaczami. Zwłaszcza teraz, kiedy 

rozsądni ludzie nadal szerokim łukiem omijają puszczę, choć rebelia zakończyła się już 

całe lata temu. Ale wciąż nikt nie odbudował puszczańskich przysiółków, osadnicy nie 

kwapili się do karczowania poręb czy choćby do obsiania leżących odłogiem poletek 

nieopodal zrębów spalonych sadyb. 

Karczma, spora i przysadzista, kryta zapadniętym dachem z pozieleniałych od 

mchów gontów, stała pusta. Niedaleko wprawdzie od traktu, ale i gościniec porastał 

chwastami, pieniły się na nim już całkiem spore brzózki. Widać niewielu jeździło tędy, 

a i kolein właściwie nie było już widać, znaczy żaden wóz nie przebył tej drogi od 

niepamiętnych czasów. 

Kłótnia za ścianą dobiegała coraz głośniej. Nad basowe pohukiwanie karczmarza 

wybijał się wyraźniej kobiecy jazgot. 

background image

Szlachcic odchylił się na swym zydlu, przymknął oczy. Ale Claymore widział, że 

spod spuszczonych powiek śledzi go wciąż uważne spojrzenie. Stary nawet się nie 

skrzywił, usłyszawszy zdecydowaną odmowę. Jego twarz, martwa niczym maska 

wyrzeźbiona ze stoczonego przez czerwie drewna, nawet nie drgnęła. 

- Nic z tego - powtórzył Ramirez już ciszej. Milczenie się przedłużało i poczynał 

się niepokoić. 

Aby zająć czymś ręce, uniósł ponownie kubek do ust, pociągnął łyk z samego dna. 

Wino już wystygło, splunął po chwili czymś, co mogło być goździkiem albo 

rozmoczonym karaluchem. W każdym razie po smaku nie sposób było stwierdzić. 

Stary miał jednak wyjątkowy dar do wyprowadzania go z równowagi. 

Jazgot za ścianą osiągnął najwyższą nutę i urwał się nagle jak ucięty nożem, kiedy 

rozległo się donośne klaśnięcie. 

Po twarzy szlachcica przemknął cień uśmiechu. 

- Baba to jak przyłbica... - mruknął. 

Rozciągnął szerzej bezkrwiste wargi na widok zdziwienia towarzysza. W świetle 

paleniska błysnęły żółtawo zęby. 

- Jak nie trzasnąć, to się nie zamknie - wyjaśnił. Claymore parsknął resztką wina. 

- Nie zapnijcie się, panie Ramirez - tamten nie przepuścił okazji. 

Walijczyk był zdziwiony. Spodziewał się wszystkiego, tylko nie leniwej, przyjaznej 

pogawędki, wprawdzie przeplatanej złośliwościami. Jakby dwóch przyjaciół gwarzyło 

sobie przy kominie. A przecież  właśnie przed chwilą odmówił i oczekiwał, w 

najlepszym razie, wyniosłego i gniewnego spojrzenia, może nawet przekleństw i 

wyzwisk. Chyba jednak wyzwisk, bo stary zdążył już dać do zrozumienia jak wielka 

przepaść dzieli jego, szlachetnie urodzonego, leciwego rycerza od yeomana, który w 

dodatku zajmuje się podejrzanymi sprawkami. 

- Wybaczcie, panie... - zaczął wbrew sobie, przed chwilą jeszcze nie 

przypuszczał nawet, że posunie się do przeprosin. - Ale nie... 

background image

- Zamknij się, Claymore - przerwał mu bezceremonialnie szlachcic. - Twoje 

ekskuzy potrzebne mi są jak, nie przymierzając, druga dziura w dupie. 

Już nie mrużył oczu, utkwił w Walijczyku ciężkie spojrzenie. Coś było w tym 

wzroku takiego, że tamten zamilkł natychmiast. 

- Ale wyjaśnienia, i owszem. Jesteś mi to winien, Claymore. 

Już nie „panie Ramirez". Claymore bezwiednie pokręcił  głową. W głosie starego 

nie wyczuwał teraz kpiny. Tylko zniecierpliwienie. I .chyba starannie. maskowany 

zawód. 

Postukiwał palcami o brzeg glinianego kubka, zajrzał doń, jakby prócz 

rozmiękłych korzeni spodziewał się znaleźć w nim coś jeszcze. Nic nie było, 

podobnie jak w dzbanie. Z irytacją odstawił naczynie. 

- Wiecie, panie, nie obraźcie się - zaczął powoli, starannie dobierając słowa. Coś 

przestrzegało go przed robieniem sobie wroga ze starego człowieka, który choć stał 

nad grobem, potrafił budzić respekt. I szacunek. 

- Nie obraźcie się - powtórzył. - Znam sprawę. Zamilkł na chwilę. Nie wiedział, 

jak kontynuować, pozbierać rozbiegane myśli. I zastygł z otwartymi ustami, 

widząc, jak stary uśmiecha się, już nie wilczym wyszczerzeniem zębów, ale zupełnie 

normalnie. 

- Gówno wiesz, przyjacielu - zaskoczyło go. - Ale nie krępuj  się,  chętnie 

usłyszę twoją wersję.  A potem, owszem, twoje przeprosiny również. Kiedy już 

zrozumiesz, jakim jesteś głupcem. 

Claymore pokiwał głową. Już zaczynał co nieco rozumieć. 

*** 

- Nie, panie - powtórzył Walijczyk po raz któryś z rzędu, wciąż nie wywołując 

żadnej żywszej reakcji. -Nie do mnie z taką sprawą. 

background image

Zastanawiał się, ile z tego, co mówi, trafia do starego rycerza. Bo też nie dawał on 

po sobie nic poznać, znów przymknął oczy, jakby drzemał, już nawet spod opusz-

czonych powiek nie widać było błysku spojrzenia. Wielkie, kościste  łapska, 

poznaczone starczymi plamami spoczywały w bezruchu na rękojeści trzymanego 

między kolanami miecza. Ciekawe, jak szybko potrafiłby obnażyć ostrze, przemknęło 

Walijczykowi przez głowę. Przełknął ślinę. Doprawdy wolałby nie sprawdzać. 

- Nie do mnie - powtórzył już bardziej do siebie. - To, 

jakby wam to, panie, powiedzieć, rodzinna sprawa. Rodzinna zemsta. Nie mieszam 

się w takie rzeczy. 

- Kłamiesz - usłyszał cichy szept. Rycerz nawet nie uchylił powiek. 

Claymore parsknął  śmiechem, miał nadzieję,  że nie zabrzmiał on zbyt nerwowo. 

Dostrzegł, że kostki zaciśniętych na rękojeści dłoni lekko zbielały. 

- Nie kłamię - zapewnił solennie. Powstrzymał się od spojrzenia przez ramię, 

pamiętał,  że tam jest tylko ściana, z wielką stertą  śmierdzących, niegarbowanych 

jeszcze skór, co wyjaśniało poniekąd, z czego utrzymuje się karczmarz i jego 

rodzina na tym puszczańskim zadupiu. Zastanawiał się, czy w razie czego zdąży 

rzucić się na plecy, zanim ostrze rozrąbie stół, a przy okazji i jego samego. 

Miał wątpliwości. 

- Nie kłamię - powtórzył. Odetchnął  głęboko, starając się nie mówić coraz 

szybciej. - Owszem, mieszam się, przyznaję, ale nie w takie. 

- A co w tej jest niezwykłego? - szept zabrzmiał jak syk. 

Claymore przetarł oczy. Zaczynały mu łzawić, zupełnie jak staremu. Izba pełna 

była dymu, wtłaczanego przez dymniki porywami wiatru. 

- Proponowano mi już - powiedział ostro. Zaczynało go to wszystko denerwować. 

- Odmówiłem, bo nie mój interes, zapłaty niewart. Bo nigdy nie wiadomo... 

Pięść uderzyła o stół. Stary pochylił się, otworzył wreszcie oczy. 

background image

- Doszedłeś do sedna, przyjacielu - powiedział sucho. - I po co było tak kręcić? 

Pieprzyć o zasadach? Boisz się, i tyle. 

Burczał coś jeszcze pod nosem. Zaciskał i otwierał na przemian kościstą  dłoń. 

Claymore poczerwieniał. Bardziej ze złości na własną reakcję niż ze wstydu. 

- Owszem, boję się - uciął. - Z doświadczenia. Bo rodzinne waśnie mają to do 

siebie, że obracają się przeciw obcym. Albo też trwają w nieskończoność. I wierzcie 

mi, panie, nie opłaca się. Za marną zapłatę, bo ona zawsze 

okazuje się marna. 

Przeciągnął się, aż trzasnęło w stawach. Zydle były niewygodne. Dość tego, 

pomyślał, stary chyba się nie wścieknie. A i tak trzeba się jakoś wykręcić. Domyślał 

się kim jest siwy jak popiół szlachcic. Skoro słudzy nie dali rady, musiał się sam 

pofatygować. 

- Odmówiłem już raz - powiedział twardo, spoglądając wprost w załzawione oczy. 

- Nie podając przyczyn, bo przecież nie muszę, prawda? Ale skoro sam się trudziłeś, 

panie, to winienem ci wyjaśnienie. 

Rycerz prawie niedostrzegalnie kiwnął  głową. Oczy zabłysły mu w mroku i 

Claymore ze zdziwieniem stwierdził, że tli się w nich coś na kształt wesołości. 

- Śmiało - padło jedno krótkie słowo. Ni to zachęty, ni to przyzwolenia. - Nie, 

zaczekaj. 

Claymore zdążył tylko zaczerpnąć oddechu, szykując się do dłuższej przemowy. 

Nie dane mu było nawet zacząć. 

- Powiesz, coś sobie wykoncypował - zaśmiał się stary zgrzytliwie. Pochylił się 

nad stołem, chcąc zbliżyć się jak najbardziej do rozmówcy. 

- Powiesz wszystko. A potem... Lubisz ryzykować, Claymore? - spytał znienacka. 

Ramirez odsunął się nieznacznie. Owionął go oddech, nawet niespecjalnie 

smrodliwy. Ale mógł w nim wyczuć trawiącą rycerza gorączkę, niepochwytny zapach 

bliskiej śmierci. Wstrząsnął nim dreszcz. 

background image

- Nie lubię - odparł powoli i z namysłem. Znów był zaintrygowany. - Ale mogę. 

- Możesz, powiadasz? - błysk w bladych oczach znów skrył się szybko pod 

powiekami. - No to mam propozycję. Powiesz, co wiesz, a potem, jeśli się mylisz, to 

wysłuchasz mnie jeszcze raz. Uważnie. I przychylniej niż dotąd. 

- Tylko tyle? - roześmiał się Claymore. - Tylko takie warunki? 

- Tak - w głosie rycerza zabrzmiała powaga. – Tylko takie. Albo aż takie. A 

dlaczego, to się sam przekonasz. 

Walijczyk milczał chwilę, postukując pustym kubkiem w zalany winem, 

poplamiony starym tłuszczem blat. Spodziewał się czegoś innego. Zwykłej próby 

wytargowania -nie zgadniesz, mniejsza zapłata. Albo w ogóle bez zapłaty, tak też się 

zdarzało. Nigdy nie dawał się nabierać na takie układy. 

Ale tym razem postanowił zaryzykować. Usiadł wygodniej 

- W porządku - zaczął. - Pewien możny pan wrócił z Palestyny. Samowtór, z 

jednym zbrojnym jeno, tak przynajmniej powiadają. Bo do swego kasztelu dotarł już 

sam. 

Urwał, rzucił spojrzenie na starego szlachcica. Ten zdawał się drzemać. Tylko 

kościste palce drgały ledwie widocznie, wybijały rytm na pociemniałym drewnie stołu. 

- Dotarł więc i jako to bywa, nie mieszkając do małżonki swej się udał. Która, 

dziwnym trafem, na murach nie stała ukochanego męża wypatrywać, a w stołpie się 

zamknęła, w izbie sypialnej. Tedy nasz rycerz, widno stęskniony, z konia 

zeskoczył, wodze jeno służbie cisnął i do niej podążył. Po czym małżonce swej 

prawej, wytęsknionej  i  dziatkom małym  gardziołka poderżnął. 

Zdarza się. 

Claymore zawiesił głos. 

- Mów dalej - ponaglił stary beznamiętnie. Nawet nie uniósł powiek,  nie  zmienił  

się wyraz jego  twarzy. Oświetlona mdłym blaskiem paleniska wciąż wyglądała 

jak drewniana maska. 

background image

- Mów, to wszystko przecież wiem. 

No pewnie, że wiesz, pomyślał Claymore niechętnie. Właśnie zbliżał się do mniej 

bezpiecznych fragmentów swej opowieści. 

I zastanawiał się, jak rycerz, niewątpliwie  żywotnie zainteresowany, na nie 

zareaguje. 

- Bywa, jak wiecie - mruknął. - W Ziemi Świętej cni się, a i głupie myśli 

przychodzą człekowi do głowy. Złe języki plotą, zawistni sąsiedzi mącą. I człek, 

zamiast ucieszyć się,  że dajmy na to białogłowa potomka powiła, o czym 

posłańcy donoszą, wzrusza się wpierw, ale potem kombinować zaczyna, że to już 

trzy lata z okładem, jak zamek rodzinny opuścił. Zdarza się. 

Palce starego zamarły, dłoń znów zacisnęła się w pięść. 

- Do rzeczy, Ramirez! - syknął rycerz, wciąż nie otwierając oczu. - Nie pieprz i się 

nie rozpraszaj. Dobrze wiesz, że tym razem nie o to poszło. 

Walijczyk uśmiechnął się przepraszająco, choć pewnie rycerz i tak tego nie widział. 

- Owszem - podjął szybko. - Nic z tych rzeczy. Dzieci podrastały już, i ich ojcem 

niewątpliwie był nasz możny pan. A jeśli nie, to nikt mu rogów in absentio nie 

przyprawił, jeno, że tak się wyrażę, w przytomności. Dobrze, 

już kończę - uprzedził następny syczący szept. 

Sięgnął do kubka, jakby spodziewał się,  że cudownym zrządzeniem przybyło w 

nim wina. 

- Nieważne - parsknął. - W każdym razie, panie, ludziom odbija. I czasem własnej 

żonie i dziatkom żelazem po gardłach przejadą. Zdarza się. I krew o pomstę wołać 

zaczyna, jak to gadają panowie Godfrey i Eric. Ludzka to rzecz siostrę pomścić, 

siostrzeńca i siostrzenicę. A i przykład dać ludzka rzecz i chwalebna. Najlepiej nie 

osobiście, cudzymi rękoma. Bo i po co je sobie brudzić? 

Pytanie zawisło w powietrzu. Stary rycerz nie odpowiedział. Oddychał tylko 

głośniej i szybciej. Claymore zaczynał mieć dość. 

background image

- Spójrz na mnie, człowieku! - huknął wreszcie. Cała sytuacja zaczynała być 

nieznośna. 

Stary otworzył oczy, popatrzył przeciągle prosto w twarz Walijczykowi. Mętna, 

połyskująca w świetle węgli na palenisku łza wezbrała w kąciku oka. 

Milczał. 

- Powiem wam, panie de Lisle, to samo, co kazałem odpowiedzieć waszym 

synalkom. - Claymore zniżył  głos do szeptu. - Nie moja to sprawa, załatwiajcie to 

sami. Nic w tym wszystkim po mnie, to rodowa zemsta. Za krew 

waszej córki i wnucząt. Ale zróbcie to, kurwa, sami. 

Roześmiał się pogardliwie. 

- Nie, panie de Lisle. Nic z tych rzeczy, nie będę wam opowiadał dupereli o 

honorze. To wasza specjalność. Ale ja tu nie widzę interesu. Bo przecież chcecie go 

dostać,  żeby poczuł,  że umiera, prawda? Nie ustrzelić z kuszy, 

bezpiecznie.  Nie zacnych cottereawc  wynająć,  żeby go na trakcie usiekli. On musi 

wiedzieć, za co umiera. Chciałbyś zajrzeć mu w oczy, żeby zobaczyć strach i ból, 

chcesz,  żeby krzyczał, jak twoja córka. Żeby błagał o litość, jak błagała lady 

Olwyn. Nic z tego, mój dobry panie. To wasza specjalność. 

Łza spłynęła po pooranym zmarszczkami policzku starego, zabłysła jaśniej, kiedy w 

palenisku strzelił smolny sęk i drewno zajęło się żywszym płomieniem. 

- Nie widzę interesu - mówił już spokojniej Claymore. - A wręcz przeciwnie. 

Imaginuj sobie waszmość, że i pan William Hawes może mieć braci. Przyjaciół. I 

ta waśń ciągnąć się będzie przez lata. Nic tu po mnie, nie pcham paluchów między 

drzwi. Wyszczerzył się cynicznie. 

- Załatwiam drobne sprawy, panie de Lisle. Zgoda, trudne i paskudne, ale nie 

mieszam się do honoru i sprawiedliwości. 

Sięgnął po omacku, zgarnął swoją sakwę i pas z mieczem, który cisnął przedtem na 

skrzynię. 

background image

-  Siadaj - głos starego szlachcica zabrzmiał cicho, lecz z naciskiem. 

Claymore żachnął się, lecz posłusznie usiadł. 

- Przecież powiedziałem wam, panie, nic tu po mnie - mruknął po chwili. - Sam 

przyznasz, wszystko się zgadza, wiesz przecież. Twoim synom też odmówiłem. Nawet 

ich widzieć nie chciałem. - Stary rycerz zaśmiał się złośliwie. 

-  Istotnie, panie Ramirez. Opowiedziałeś wszystko dokładnie, nie pominąłeś 

niczego. I niczym mnie nie zaskoczyłeś. Za to ja cię zaskoczę. 

Zawiesił głos na chwilę. 

- Nie 

nazywam 

się de Lisle - dokończył wreszcie i znów rozkaszlał ze 

śmiechu na widok miny Walijczyka. 

* * * 

Szczuropodobny karczmarz zmaterializował się  błyskawicznie, Claymore nie 

musiał nawet zbytnio nadwerężać gardła. Widać łobuz podsłuchiwał. Wino pojawiło 

się równie szybko, nawet nie najgorsze, jak zauważył Ramirez, kiedy już skosztował. 

Nigdy by się nie spodziewał, że na takim zadupiu mają coś takiego. 

- Dowiedziałem się sporo o tobie, Ramirez. - Stary rycerz umoczył obwisłe wąsy 

w swoim kubku. - Jak możesz zgadnąć, równie wiele złego, co i dobrego. A to dobre, 

to też takie, khem, mocno kontrowersyjne. 

Przerwał, pociągnął łyk wina. Skrzywił się z obrzydzeniem. 

- Cienkie - prychnął. - Nie zwykłem pijać takiego świństwa, wierz mi. 

Claymore uwierzył. Wierzył we wszystko, odkąd usłyszał imię starego. Wciąż był 

jak ogłuszony, zupełnie nie spodziewał się takiego rozwoju sytuacji. Bardzo nie lubił 

się mylić. 

background image

- Rozmawiałem  ze  starym towarzyszem,  hrabią Gisbourne.  Sądzisz pewnie,  że 

niewiele powiedział? Mylisz się. Wystarczająco. Chociaż nie wchodził zbytnio 

w szczegóły. 

Wino jednak nie jest takie złe, pomyślał Walijczyk i wzruszył lekceważąco 

ramionami. Guy był dobrym klientem, zbyt wiele nie gadał. We własnym, dobrze poj-

mowanym interesie. 

- Nieważne zresztą - rycerz także niecierpliwym ruchem ręki okazał lekceważenie. 

- Masz rację, nie powiedział dużo. Powiedział coś ważnego, ale o tym później. 

Zastanawiasz się zapewne, skoro już wiesz, kim jestem, co teraz ci zaproponuję? 

Domyślasz się już i zastanawiasz, jak się wykręcić. 

To nie było pytanie, tylko stwierdzenie. Chwilę trwało milczenie. Ramirez siedział 

nieruchomo, wpatrywał się z zamyśleniem w powierzchnię trunku w swoim kubku. 

- Niepotrzebnie - skwitował sir Hawes cierpko. - Znów się mylisz. 

Claymore istotnie zastanawiał się usilnie, jak się z wykpić z całej sprawy. Nie 

bardzo wiedział jak, gdyż okazało się,  że polecił go nie byle kto, a sam hrabia, 

Walijczyk zmełł pod nosem kilka serdecznych życzeń pod adresem de Reno. Ale 

teraz, kiedy już wiedział, z kim miał wątpliwą przyjemność, sprawa wyglądała gorzej 

niż z początku. Znacznie gorzej. 

Nie chodziło o zemstę. Zapewne o coś wręcz przeciwnego. Wyglądało na to, że 

biedny William Hawes, od niedawna wdowiec, nie ma przyjaciół. Ma tylko 

bogatego i bezwzględnego ojca. A jedynym przyjacielem i ochroną ma stać się niejaki 

Claymore Ramirez, którego można wynająć do wszystkiego. Do obrony przed braćmi 

de Lisle na przykład, którzy dyszą żądzą pomsty za siostrę. 

- Nic z tego, panie - spróbował Ramirez jeszcze raz. - Nie będę... 

Wino chlusnęło na stół, kiedy gliniany kubek trząsł w pięści szlachcica. 

- Będziesz, Ramirez - syknął Hawes. - Będziesz... Zrobisz to, co ci każę, i za co 

zapłacę. A wiesz dlaczego? 

background image

Nie doczekał się odpowiedzi. 

- Bo jesteś ciekawy - podjął wreszcie ocierając mokre, zalane winem palce o swój 

kubrak, poznaczony rdzawymi odciskami od zbroi. - To mi właśnie powiedział de 

Reno: ty chcesz dojść prawdy. Dlatego jesteś tak skuteczny. Innych zalet, podobno, 

masz niewiele. 

Jego oczy zwęziły się złośliwie. 

- Tak, jesteś w sam raz sprawny i okrutny. Bezwzględny i wytrwały. Ale, przyznasz 

sam, takich jest na pęczki. Można ich zbierać na każdym gościńcu, a jak chcesz 

mieć pewność, to w każdym zasranym lochu. Ale ty masz coś 

więcej, człowieku... 

Rycerz nie potrafił zataić pogardy, która dźwięczała w jego głosie. Ale to akurat 

Ramirezowi zwisało. 

- Owszem, jesteś jednym z najlepszych. Dlatego kazałem cię odszukać. I dobrze 

zapłacę. 

Tym razem Claymore miał już rzeczywiście dość. 

- Wybacz, panie - powiedział twardo i skłonił się uprzejmie. - Ale na nic mi 

wasza zapłata, skoro pewnie nie dożyję dnia, kiedy mi ją wręczysz. Pan William 

jest sam i jeśli nie poprosi o azyl w jakimś klasztorku, nie pokaja się przed Bogiem, 

nie dożyje zimy. A ja razem z nim, jeśli stanę po jego stronie. Poszukajcie sobie innego 

idioty, sir Hawes. 

Oczekiwał wybuchu złości i był gotów stawić mu czoło. Zawiódł się po raz 

kolejny. 

- Nie muszę szukać, właśnie znalazłem odpowiedniego - stwierdził tylko szlachcic 

sucho. - Nadajesz się. A teraz słuchaj... 

Claymore postanowił jednak posłuchać. I rzeczywiście, musiał się zgodzić ze 

starym szlachcicem. 

background image

- Nie będziesz go chronił, wręcz przeciwnie. Odszukasz, co zapewne nie będzie 

łatwe. A potem... Potem zabijesz, szybko i sprawnie, co będzie jeszcze trudniejsze. 

Ogień zalśnił krwawym odbiciem w załzawionych oczach. 

- Przeklęty jest on i czyny jego. Ja, który go z lędźwi własnych na świat wydałem, 

przeklinam w imię wszystkiego co święte. Nie będzie przebaczenia. Ale... 

Głos starca załamał się, przez chwilę słychać było tylko ciężki, świszczący oddech. 

Nagle chuda dłoń poznaczona wątrobianymi plamami zacisnęła się mocno na 

nadgarstku Ramireza, niczym szpony drapieżnego ptaka. Walijczyk aż syknął z 

zaskoczenia i bólu, stary człowiek miał żelazny uścisk. 

- Ale chcę wiedzieć - już tylko szeptał, świszczący szept tchnął wprost w twarz 

Claymore'a. - Chcę wiedzieć, a tylko ty możesz dojść prawdy. Jaka by ona nie była. 

Nie zabijesz go od razu, musi powiedzieć. Muszą przemówić 

demony, które go uwięziły, bo to przecież nie mój syn, nie mój William... 

Gorąca łza kapnęła na nadgarstek Claymore'a. 

- Musisz  mi  pomóc.  Musisz go... uwolnić... Ramirez już wiedział,  że pomoże. 

Chociaż coś w głębi duszy ostrzegało go, że gorzko tego pożałuje. 

* * *

 

Stary rycerz odjechał, dawno ucichło już poparskiwanie wielkiego bojowego 

rumaka. Ogień na palenisku dopalił się już prawie, jaśniejące węgle powlekła warstwa 

popiołu. Wino smakowało niczym ocet. 

Claymore nie mógł się zebrać do drogi. Nie zamierzał nocować tu, w tej izbie, na 

brudnej i zmierzwionej słomie pod ścianami. Oczyma wyobraźni widział legiony ro-

bactwa, które ją niewątpliwie zamieszkiwały. A nie mógł & liczyć nawet na siano 

w stodółce, z braku stodółki. Zostały z niej tylko zwęglone zręby, ktoś widać 

nieostrożnie obchodził się z łuczywem. Nie robiło to wielkiej różnicy w karczmie 

background image

na uboczu, której jedynymi gośćmi byli zapewne kłusownicy, smolarze i zapijaczeni 

borowi. 

Czas nie naglił zbytnio. Ramirez nigdy nie zaczynał działać gorączkowo, zawsze 

starał się wszystko starannie przemyśleć. Przygotować się jak najlepiej, by pozbawić 

przeciwnika wszelkich szans. Ale teraz nawet nie zaczął snuć planów, nie zaczął 

analizować opowieści starego szlachcica, nieskładnej i przerywanej, wyrywanej zdanie 

po zdaniu, kiedy rycerz w końcu zaczął odpowiadać na pytania. 

Gdyby ktoś powiedział mu jeszcze dzisiejszego ranka, że podejmie się takiego 

zlecenia, Walijczyk popukałby się tylko w czoło. Gdyby ów ktoś obstawał przy 

swoim, spytałby tylko uprzejmie, z kim się na łeb zamienił. Nawet, jeśli pytającym 

byłby sam hrabia Gisbourne. 

Gisbourne. Na wspomnienie tego nazwiska Claymore zaklął głośno i plugawię. Jak 

spod ziemi pojawił się karczmarz. 

- Wołaliście mnie, panie? - zahuczał basem, który nijak nie pasował do mizernej  

postury.  Wyszczerzył wystające zębiska w nieszczerym uśmiechu. 

- Nie, nie wołałem cię, chyba że nazywasz się... Ech, nieważne - Ramirez 

roześmiał się mimo woli. 

Mały człowieczek zerkał rozbieganym wzrokiem. Najwyraźniej miał nadzieję na 

dodatkowy zarobek. 

- Eeeee... - zaczął. - Może coś przekąsicie? Polewki na przykład, znakomita jest. 

Bo, tego, w komorze pusto, jako to na przednówku. 

A od kiedy to u was, kłusowników, przednówek?, pomyślał Claymore. Sądząc po 

smrodzie tych skór, świeżych niewątpliwie, obżarliście się mięsa po dziurki w nosie, i 

to całkiem niedawno. A zresztą, machnął ręką, co mnie obchodzą królewskie jelenie, 

skoro i szeryf, i borowi mają to najwyraźniej głęboko w dupie. 

Zwrócił się wprost do karczmarza, który stał w wyczekującej, służalczej pozie. 

background image

- Spierdalaj, dobry człowieku - powiedział łagodnie. Dobry człowiek posłuchał od 

razu. Zanim drzwi się za nim domknęły, z podwórza, z letniej kuchni, doleciał za-

pach polewki. Ramirez aż się wzdrygnął. 

Dolał sobie wina, którym wzgardził sir Hawes. Znów powróciły niewesołe myśli. 

Zwłaszcza jedna, ta najgorsza. 

Wspomniał starego rycerza, który wyrzucił już z siebie nieskładną opowieść, cały 

ból i rozpacz. I jedno imię, na „ dźwięk którego aż cały zesztywniał. 

Przymknął oczy. Znów widział sir Hawesa, już nie żelaznego starca, trzymającego 

się prosto, z lodowatym spojrzeniem. Raczej złamanego, dobiegającego kresu 

swych dni człowieka, który stracił wszystko. Syna i wnuki. I teraz chce już tylko 

poznać prawdę, w nadziei, że ona go wyzwoli. Złudnej nadziei. 

- To nie Gisbourne mnie do ciebie przekonał, Ramirez. To Bertrand de Folville, 

stary rzeźnik. 

Rycerz mówił cicho, ramiona opadły mu bezradnie. Ale Claymore nie słuchał już 

uważnie, wystarczyło to imię, by wróciły wspomnienia, które starał się wyrzucić z 

pamięci. 

- Folville cię nienawidzi, Ramirez - słowa starca docierały jak przez grubą 

zasłonę. - Jeśli cię kiedyś dopadnie, pewnie zabije, znasz go, jest do tego zdolny. 

To na pewno, przebiegło przez głowę Walijczyka, Zwłaszcza teraz, kiedy jak 

ludzie mówią, sir Bertrand zaczął zwalczać zło w każdej postaci. W imię zasad. 

- Gardzi tobą - sir Hawes zdawał się znajdować w tym, co mówi, jakąś osobliwą 

przyjemność. - Powiada, że takich jak ty trzeba wyrywać jak chwasty, nie powinna 

ich święta ziemia nosić. Coś ty mu zrobił, człowieku? 

Claymore otrząsnął się. Odegnał wspomnienia, te dalsze i te bliskie. 

- Dobre pytanie - mruknął pod nosem. Nie odpowiedział na nie wtedy i nie 

zamierzał teraz. Nawet samemu sobie. 

background image

Ale gdzieś  głęboko, zepchnięte z trudem na dno świadomości tkwiły słowa, 

którymi Bertrand de Folville, prawy rycerz bez skazy zarekomendował jego usługi. 

Ramirez obracał je w głowie, aż w końcu musiał wypowiedzieć na głos. 

- Tylko  świr może złapać  świra - mruknął kwaśno. Obawiał się,  że to może być 

prawda. 

- I I -  

Brama była zamknięta. 

Claymore wiercił się w siodle, jego wierzchowiec tańczył w miejscu. Pod kopytami 

cmokało błoto, głębokie  ślady w gliniastej drodze wypełniała powoli brudna woda. 

Deszcz wciąż zacinał ostro niczym jesienna ulewa. 

Zimne krople siekły twarz, kiedy uniósł skraj przemoczonego, ociekającego 

kaptura, by przez gęste strugi zobaczyć cokolwiek. Przetarł oczy, przy tym ruchu 

poczuł ostry zapach nasiąkniętej skóry jeździeckiej rękawicy, zesztywniałej od 

wilgoci. Naturalnie znów niczego nie zobaczył. 

Niczego ani nikogo. 

Nienawidził takich sytuacji. Przestał już nawoływać, by nie zedrzeć sobie całkiem 

gardła, poza tym własny głos brzmiał w jego uszach jak niepoważne skrzeczenie, tłu-

mione przez głośny szum deszczu, chlupot kałuży pod kopytami niespokojnego 

wierzchowca i jęk wiatru w załomach murów. Na blankach i krenelażach nie dostrzegł 

nikogo,  żadnego zasmarkanego zbrojnego, który wypatrywałby nadjeżdżających. A 

przecież zamek wyglądał jak przygotowany do oblężenia, z zamkniętą bramą, podnie-

sionym na łańcuchach mostem nad fosą, w której siwa woda, smagana strugami 

ulewy i marszczona wichurą, zdawała się wrzeć.  

Zimne strumyki spłynęły po szyi, pod skórzany kaftan. Claymore wstrząsnął się, 

opuścił kaptur. Zaklął plugawię, przekleństwo też utonęło w szumie ulewy. 

background image

To nie była burza z piorunami, jakiej można było spodziewać się na początku lata. I 

nic nie zwiastowało deszczu ani huraganu, kiedy wyjeżdżał z Nottingham ani później, 

gdy podążał traktem wijącym się po obrzeżach puszczy, pośród pastwisk 

poprzekreślanych niskimi, zrujnowanymi kamiennymi murkami, które w większości 

pozarastały chwastami i wysoką, wybujałą trawą. 

Dopiero gdy dotarł do włości młodego pana Hawesa, poczęło ciemnieć. Jakby 

znikąd nadciągnęły chmury, niskie i ciężkie, brzemienne, o barwie ołowiu. Pierwsze 

podmuchy zaszumiały w gałęziach przydrożnych drzew, uniosły z traktu kłęby kurzu. 

Wiatr wzmagał się gwałtownie, cisnął raz i drugi w twarz drobnym piaskiem. W po-

wietrzu można było wyczuć zapach nadchodzącego deszczu, ciężką, chłodną wilgoć, 

która po ciepłym, niemal upalnym dniu przenikała do szpiku kości. Claymore przy-

spieszył wtedy, przynaglił niespokojnego konia do galopu. Chciał jak najszybciej 

stanąć pod zamkiem, którego sylwetka majaczyła już w oddali, słabo jeszcze 

widoczna, przesłonięta wirującym pyłem. 

Deszcz lunął niespodziewanie. Niepoprzedzony grzmotem ani nawet pomrukiem 

nadchodzącej burzy. I wciąż siekł z niepowstrzymaną siłą. Ciemne chmury kotłowały 

się nisko, sprawiały wrażenie, jakby ich najciemniejsze, najgęstsze centrum 

znajdowało się dokładnie nad wieżą, której sylwetka zakończona spiczastym dachem 

górowała nad zamkiem. Okazałym i bogatym, ale bez żywej duszy na murach i w 

czatowniach, z zamkniętą na głucho bramą. Nieliczne chaty na podgrodziu sprawiały 

wrażenie opustoszałych - żadnych szczekających psów, żadnych pałętających się 

pospołu z nierogacizną i równie umorusanych bachorów. 

Gdyby Ramirez był przesądny pomyślałby może,  że to znak. Ostrzeżenie. Ta 

ulewa, tak dziwna i niespotykana o tej porze roku, chmury ciemne i złowieszcze, 

które nijak nie chcą się rozwiać, utrzymywane tajemniczą siłą w jednym miejscu. I 

pustka. 

Warownia jak przygotowana do oblężenia, pomyślał Claymore, ocierając twarz i 

obwisłe, ociekające wąsy. Albo wymarła. 

background image

Tkwił tu już na tyle długo, by złość przeszła w rezygnację. Przemókł do cna. I nie 

widział  żadnego sposobu, jak zwrócić na siebie uwagę kogokolwiek, kto krył się za 

murami z wielkich, ciosanych wapiennych bloków. Po raz któryś z rzędu, odkąd 

zgodził się na tę robotę, klął cicho pod nosem. Klątwy padały zresztą wcale nie pod 

adresem sir Hawesa. Ramirez wciąż nie mógł się nadziwić,  że przyjął jednak to 

zlecenie. 

Coś nagle się zmieniło, Walijczyk w pierwszej chwili nie mógł się zorientować, co 

właściwie. Dopiero po dłuższej chwili dotarło do niego, że ulewa słabnie. Na kałużach 

i rozlewiskach, które utworzyły się na zrytym podkowami i kołami wozów trakcie, 

pryskały wesoło bąbelki. Krople siekły coraz rzadziej, coraz słabsze były podmuchy 

zimnego wiatru. Wartkie strumyki wypłukiwały żwir, spływały do fosy, marszczonej 

teraz drobną falką. 

Claymore pomyślał, że może teraz ktoś wreszcie pokaże się na blankach. Bo nadal 

nie widział sensu w nawoływaniu, skoro jak dotąd nikt nawet nie kwapił się spraw-

dzić, kto zacz jest ten, który przybył pod mury. 

Nie krzyknął więc, zajęty niewesołymi myślami, siedział zgarbiony w siodle, na 

wierzchowcu, który uspokoił się już, nie mieszał podkowami błota. Czekał i ocierał 

wilgoć z twarzy, teraz już raczej z przemoczonych włosów i kaptura niż rzedniejącego 

deszczu. I wciąż zastanawiał się, po co się w to wszystko wpakował. 

Nikt nie pojawił się na murach, nie wyjrzał zza blank ani z wąskich wykuszy. Nikt 

nie wezwał nieznajomego, przemoczonego do cna przybysza, by okrzyknął się wedle 

zwyczaju. Zahurkotał tylko kołowrót, pośród skrzypienia i pobrzękiwania 

łańcuchów pociemniałe bale mostu drgnęły i powoli zaczęły się opuszczać. 

Claymore odrzucił na plecy ciężki, nasiąknięty kaptur. Odlepił od czoła kosmyk 

włosów. Sprężył się cały, tknięty złymi przeczuciami. To wszystko było dziwne, choć 

mógł się domyślać przyczyn. Wiedział przecież dobrze, co się tu wydarzyło. 

background image

Świat znów pojaśniał, kontury zamku ostro rysowały się w przejrzystym, 

spłukanym deszczem powietrzu. Szare, gdzieniegdzie prawie białe, wapienne bloki 

lśniły ociekając wilgocią. Ciężki most z głuchym stęknięciem osiadł nad fosą. 

Wierzchowiec, przynaglony lekkim uciskiem kolan, ruszył powoli, pod kopytami 

znów chlupotało i cmokało błoto. Potem podkowy zadudniły głucho na moście. Clay-

more wpatrywał się w ciemną czeluść bramy, za którą rozciągał się równie mroczny 

dziedziniec. Nikt nie wyszedł mu na spotkanie. Nawet ludzie, którzy musieli przecież 

zmagać się z wielkim kołowrotem, gdzieś zniknęli. 

Walijczyk pochylił machinalnie głowę, gdy ogarnął go cień i podkowy zastukały po 

bruku. Domyślał się, jakiego może oczekiwać powitania już wcześniej, jeszcze kiedy 

nawoływał bez rezultatu w strugach deszczu, pod murami i zamkniętą bramą. Teraz 

podejrzenia przeradzały się w pewność i niepokój mocniej ścisnął mu żołądek. 

* * * 

Szli szybko, przodem zgarbiony pokurcz w zgrzebnej opończy. Był to chyba 

najbardziej pośledni sługa, jakiego dało się znaleźć na zamku. 

Idąc podrygiwał  śmiesznie, podrzucał jednym, uniesionym wyżej barkiem, 

powłóczył wyraźnie nogą. Co chwila oglądał się za siebie, wbijał w Claymore'a 

przynaglające i natarczywe spojrzenie, po czym, jakby wystraszony własną śmiałością 

i bezczelnością, potrząsał  głową, chował  ją  głębiej w ramiona i szparko ruszał 

naprzód. Walijczyk ledwie za nim nadążał, obdartus pomykał  żwawo niczym pająk, 

którego w rzeczy samej przywodził uporczywie na myśl. 

Krople z przemoczonego płaszcza padały na zakurzone, posypane starą, zdeptaną 

słomą kamienie posadzki. Rozpryskiwały się, zostawiały ciemne ślady, które w mi-

gotliwym, mdłym blasku niesionego przez pokurcza łuczywa były prawie czarne. Jak 

krew, nasunęło się Ramirezowi skojarzenie, wyjątkowo na miejscu, z czego 

natychmiast zdał sobie sprawę. 

Kąty wielkiej sali ginęły w mroku. Przez wąskie okna, osłonięte błonami 

rozpiętymi w drewnianych ramach, niczym w środku zimy, wpadało niewiele światła. 

background image

Pod  ścianami coś majaczyło, Claymore przyjrzał się bliżej. Czarne, nieregularne 

kształty, jaśniejące gdzieniegdzie bielą. Potrzaskane, zwalone na sterty ławy.  

Zatrzymał się. Nie zwracał uwagi na sługę, który też stanął i teraz kręcił się 

niecierpliwie. Światło zadrgało, łuczywo trzęsło się w niepewnym uchwycie, pokurcz 

wydawał niemiłe dźwięki, przypominające cmokanie lub posysanie zepsutego zęba. 

Na nic więcej się nie ośmielił. 

Ramirez rejestrował szczegóły. Wielki stół, przewrócony na bok, w blacie z 

grubych dębowych desek ziały szerokie szczerby. Ławy potrzaskane ciosami mieczy 

albo toporów. Ktoś bronił się za nimi, zwalił niczym barykadę. Chyba nie pomogło, 

ocenił Claymore beznamiętnie. 

Nie oglądając się za siebie, wyciągnął rękę w stronę garbusa. Odgłos ssania ucichł 

jak ucięty, ale niewydarzeniec zrozumiał od razu. Walijczyk poczuł, jak wciska mu w 

dłoń łuczywo. 

Krąg chwiejnego światła sięgnął dalej. I zadrżał jeszcze bardziej. Claymore nie 

mógł powstrzymać odruchu, choć przecież spodziewał się już, co zobaczy. Zanim 

jeszcze zobaczył, poczuł zapach, którego nie sposób pomylić z niczym innym. 

Ciężki, słodkawy zaduch zakrzepłej krwi. Intensywny i mdlący, choć w mrocznej sali 

było zimno, z wygasłego komina wiało przejmującym chłodem. 

Blask  łuczywa położył się na bielonej ścianie. Ramirez usłyszał sapnięcie, nie 

wiedział w pierwszej chwili, czy to on sam wciąga powietrze przez zęby, czy może 

stary sługa zaczął dyszeć, szybko, spazmatycznie i zgrzytliwie. 

Ciemne bryzgi plamiły wapno. Wachlarze drobnych kropelek wsiąkły w zaprawę, 

łączyły dziwacznym wzorem większe kleksy, rozlane jak inkaust na pergaminie. 

Dużo tego, pomyślał niejasno Claymore. Bardzo dużo. 

To jednak stary sapał. W świszczący odgłos wplótł się szept. Słowa wyrzucane 

rytmicznie i pospiesznie. Z początku Ramirez sądził, że to modlitwa, że garbaty sługa 

wzywa  świętych Pańskich dla dodania sobie odwagi albo błaga o spokój dla dusz 

background image

tych, których pomordowano w tej mrocznej sali. Ale kiedy wsłuchał się uważniej, 

pojął, że się myli. Nie rozróżniał słów, czasem tylko padało jakieś 

O  bardziej znajomym brzmieniu. To nie była modlitwa. Wręcz przeciwnie. 

Dreszcz przebiegł po okrytym przemoczonym odzieniem grzbiecie Walijczyka. 

Słyszał już kiedyś podobne wersy, zrodzone w mrocznych lasach, wśród omszałych 

głazów ułożonych w kręgi. Kim ty jesteś, garbusie, pomyślał Claymore, unosząc 

łuczywo, którego blask odbił się czerwienią w oczach sługi. Skąd znasz te słowa, kto 

dał ci siłę, byś przeklinał i rzucał urok? I kto dał ci prawo, byś przeklinał w imieniu 

tych, którzy... 

Szept umilkł, pokurcz osłonił dłonią porażone światłem oczy. Claymore odwrócił 

się powoli, słysząc pisk i skrobanie  drobnych  pazurków.  Opuścił niżej dymiącą 

i skwierczącą żywicą pochodnię. 

Tych, którzy tu zostali, dokończył myśl. Spłoszone szczury pryskały w ciasne kąty 

z kręgu światła, jeden tylko przypadł do posadzki, zbyt przerażony, by uciekać, a może 

przeciwnie, odważniejszy od innych albo zbyt zachłanny by pozostawić posiłek. 

Claymore nachylił się, czuł narastające mdłości. Dłoń wystająca spod stosu 

zwalonych, potrzaskanych ław zaciskała palce, pozbawione już ciała, tylko białawe 

ścięgna utrzymywały razem małe koraliki kosteczek. 

Wyprostował się gwałtownie, cofnął omal nie wpadając na garbusa. Zatrzymał się 

tak blisko, że poczuł odór niemytego ciała, smród nieświeżego oddechu, który za-

głuszył na chwilę wszechobecny zaduch skrzepłej krwi. 

Odetchnął  głęboko, starając się czynić to przez usta. Łomot serca uspokoił się 

powoli, mdłości ustępowały, ale nie ustępował ciężar zalegający w piersi. Lecz tym 

razem był to gniew. 

Claymore zrozumiał, że rycerz go okłamał. Potrząsnął głową. Nie okłamał, ale nie 

powiedział wszystkiego. Na jedno wychodzi. 

background image

Młody Hawes nie wyszedł ot tak, ze swego rodowego zamku. Wyrąbał sobie drogę, 

choć nikt nie ośmielił się go zatrzymywać. Bo jakże to tak, sprzeciwić się panu, 

choćby dokonał przed chwilą ohydnego i niezrozumiałego czynu? Zapewne stali i 

patrzyli ze zgrozą. Aż zaczął zabijać. Wtedy ci, którzy nie zdołali uciec, zaczęli się 

bronić. Ale też bezskutecznie. 

To dlatego nikt nie wyszedł na spotkanie, nawet nie pojawił się na murach. Być 

może w zamku został tylko ten staruch. Inni uciekli albo leżą tu, pod zwałami 

potrzaskanego drewna albo i gdzie indziej, w miejscach, w których dopadł ich gniew 

pana. 

- Tylko... - głos zawiódł Claymore'a, załamał się na chrapliwej nucie. 

Garbus pokiwał  głową, dość groteskowo, zważywszy,  że prawie nie miał szyi. 

Wyglądało, jakby rzadką siwą brodą zmiatał sobie okruchy z opończy. 

- Tylko ja zostałem - odparł cicho. Jego twarz wykrzywił mimowolny, nerwowy 

grymas. - Nie miałem jak ich pogrześć, jeno przywaliłem. Chłód tutaj, jeszcze nie 

cuchną. Ale poczną niebawem. 

Jeśli szczury cokolwiek zostawią, przemknęło Claymore'owi przez głowę i poczuł, 

jak znów żołądek podjeżdża mu do gardła. Opanował się z trudem. 

- Wiesz, jak to było? - odchrząknął. - Widziałeś? 

Stary sługa milczał przez chwilę. Zmrużył oczy, wykrzywił i tak zniekształconą 

twarz. Głowa zaczęła mu się trząść, świszczący oddech przyspieszył, aż przeszedł 

w chichot. 

- Gdybym widział... - sługa zakrztusił się, kaszlał przez chwilę. - Gdybym 

widział... 

Nie potrafił dokończyć. Po policzkach popłynęły łzy. 

Gdybyś widział, leżałbyś tu teraz, przywalony ławami, skorupami glinianych 

garncy, pomyślał Claymore. Ogryzałyby cię szczury. Nie, nie leżałbyś, nie miałby 

cię kto nimi przywalić, ale szczury i tak by się pożywiły. 

background image

Garbus uspokoił się wreszcie. Otarł łzy rękawem brudnej opończy. 

- Rozumiecie, panie? - spytał. Ramirez przytaknął. 

- Gówno rozumiecie - rozzłościł się niespodziewanie sługa. - Gówno wiecie. On 

mnie nie zabił, chociaż mógł. Kiedy już oni wszyscy... 

Urwał i trzęsącą się dłonią wskazywał gdzieś pod ścianę. 

- Jednak stanąłeś mu na drodze, pojął Claymore. Uważniej przyjrzał się staremu 

słudze. 

- Zrozumienie było jak błysk, jak wizja. Był w tej sali, rozświetlonej płonącymi 

na kominie polanami i łuczywami w żelaznych kunach. Tak jasnej, że mógł 

widzieć wszystko, z dziwacznej perspektywy, jakby stał się nagle bezcielesnym 

duchem, który unosił się, zawieszony gdzieś w połowie między posadzką a 

sklepieniem wspartym na wielkich, niedbale obrobionych belkach. 

Zatoczył się, prawie upadł. Poczuł nagłe ukłucie bólu pod czaszką. Pociemniało mu 

w oczach. 

Kiedy znów odzyskał wzrok, uświadomił sobie, że siedzi na zimnych kamieniach, 

posypanych zdeptaną  słomą. Ktoś pochylał się nad nim, potrząsał za ramię. Z 

wysiłkiem zogniskował spojrzenie, przez krótką chwilę miał zupełną pustkę w 

głowie. Powoli wracała świadomość, gdzie jest, po co tu przybył. I kim jest szpetny 

staruch, który się nad nim pochyla. 

Przyjął wyciągniętą  rękę, z jej pomocą  dźwignął się ciężko. Krew pulsowała w 

skroniach. Mimochodem zarejestrował, że garbus jest nadspodziewanie silny. Uścisk 

kościstej dłoni niemal zmiażdżył mu palce, a kaleka nawet się nie zachwiał. Tylko jego 

świszczący oddech stał się  głośniejszy, Claymore słyszał go wyraźnie poprzez 

łomotanie własnego tętna. 

- Co wam, panie? 

- Nic - Claymore potrząsnął głową. Czuł się już lepiej. - Naprawdę nic... 

background image

Dopiero teraz dotarło do niego, że nie wypuścił  łuczywa. Dopalało się już, miał 

szczęście, że nie poparzył się skapującymi wciąż kroplami płonącej żywicy. 

Stary kiwał głową z wyraźnym niedowierzaniem. 

- Co wam? - Wciąż mamrotał pod nosem, strzelając kosym spojrzeniem na boki. - 

Tak się na gębie zmieniliście. 

Ramirez z trudem powstrzymał się, by nie chwycić go za odzienie, nie potrząsnąć z 

całej siły. A może i zdzielić kułakiem prosto w pomarszczoną gębę. Czuł z rozpaczą, 

że właśnie coś mu umyka, coś nieuchwytnego i niezwykle istotnego, a ten swoim 

burczeniem nie pozwala się skupić, nie pozwala zebrać myśli, które uciekały na 

wszystkie strony niczym stado spłoszonych ptaków. Została pustka. 

- Panie... 

- Zamknij się! - wrzasnął Claymore, a jego krzyk przetoczył się z pogłosem 

przez salę i odbił echem od nagich, schlapanych zakrzepłą, czarną krwią  ścian. - 

Zamilknij wreszcie! 

Stary sługa urwał wpół  słowa. Ale rozpierzchłe wrażenia, niejasne obrazy nie 

chciały powrócić. 

Podmuch wiatru zajęczał w dawno wygasłym kominie. Ramirez ocknął się, 

powrócił do rzeczywistości. To bzdura, powiedział sobie, to tylko... No właśnie, co? 

Reakcja na to, co zobaczyłeś, podpowiedział rozsądek. Czego się nie spodziewałeś. 

Walijczyk się wstrząsnął. 

- To wszystko bzdura - mruknął pod nosem. - Wszystko. Garbus jeszcze bardziej 

wsunął głowę w ramiona, jak by na plecy spadł mu nagle wielki ciężar. Odwrócił się. 

- Czas na nas - powiedział oschle. - Pochodnia już się dopala. 

Ruszył nie odwracając się nawet. 

Claymore stał jeszcze przez chwilę na środku ciemnej sali. Z trudem 

powstrzymywał dreszcze, mokre ubranie przywarło do grzbietu, dopiero teraz czuł, jak 

background image

zmarzł przedtem, na deszczu, i teraz, otoczony murami, które zachowały w sobie 

jeszcze zimowy chłód. To dobrze, pomyślał, przecież oni tu leżą już dobrych parę dni. 

I będą leżeć, bo nie ma ich kto pogrzebać, poza szczurami. 

Łuczywo zamigotało, płomienie już przygasały. Claymore opanował nagłą chęć 

by cisnąć je na stertę połamanych ław i stołów, żeby zajęły się z trzaskiem, żeby ogień 

oczyścił to przeklęte, naznaczone śmiercią miejsce. Ale zamiast tego uniósł smolną 

szczapę wyżej i podążył za starym, garbatym sługą. 

* * * 

Małe, mętne szybki, osadzone w ołowiu podzwaniały cicho. Ramirez zdjął mokry 

płaszcz, cisnął go, zwinięty niedbale, na posadzkę. Miał nadzieję,  że kubrak choć 

trochę podeschnie, zanim trzeba będzie wracać. 

Wciąż wiało, choć już nie tak mocno, jak kilka pacierzy wcześniej, kiedy stał pod 

bramą. Wiatr jednak nie rozgonił do końca chmur wiszących nad zamkiem, światło 

wpadające przez okno było szare i rozproszone. 

Garbaty sługa zniknął. Nie odezwał się już ani słowem, sapał tylko i mamrotał 

niezrozumiale, kiedy Claymore próbował go zagadywać. Zupełnie jakby zapomniał 

języka w gębie. Na pożegnanie, kiedy już zaprowadził gościa do komnaty sypialnej, 

burknął coś głośniej. Kiedy nie usłyszał odpowiedzi ani nawet pytania, odwrócił się po 

prostu i odszedł. 

Claymore go nie zatrzymywał. Jeszcze wciąż nie doszedł do siebie. A teraz był po 

prostu zaskoczony. Uznał już,  że garbus jest jedyną  żywą istotą, która pozostała na 

zamku. Ludzką istotą, bo szczury nie zamierzały się nigdzie wynosić. Ale okazało się, 

że ktoś jednak go oczekiwał. Pod ścianą, na prostym zydlu, siedział mnich. 

Kolejna sprawa, o której sir Hawes nie raczył mnie uprzedzić, pomyślał Ramirez. 

Był coraz bardziej zły. 

Zakonnik nie dał po sobie poznać,  że choćby zauważył przybysza. Siedział 

nieporuszony, z pochyloną  głową. Pod nasuniętym nisko na twarz kapturem habitu 

background image

można było dostrzec tylko wąskie wargi, które poruszały się bezgłośnie. Palce 

spoczywającej na kolanach dłoni przesuwały paciorki różańca. 

Tu też było zimno. Obłoczek oddechu mnicha rozwiewał się w strudze światła 

wpadającego przez szybki. W końcu Claymore zdecydował się przemówić. Głośno 

pochwalił imię Pańskie. 

Żadnej reakcji. Braciszek wciąż szeptał coś, nie podniósł nawet głowy. Ramirez 

poczuł, jak zalewa go fala złości. Nie znosił takich sytuacji. Ale postarał się 

opanować. W końcu zakonnik robił swoje, modlił się zapewne o spokój dusz tych, 

którzy zginęli pomordowani w tej właśnie izbie. I czynił to rzetelnie i starannie, widać 

sir Hawes nie pożałował grosza. 

Nie zwracał już uwagi na zajętego modłami mnicha. Zaczął się rozglądać, w końcu 

po to tu przyszedł, choć z początku nie bardzo rozumiał potrzebę, wszystko przecież 

było jasne. Ale stary szlachcic nalegał. 

I słusznie nalegał, zreflektował się Ramirez. Nie powiedział przecież całej prawdy, 

sporo zataił. Można było się tylko domyślać dlaczego. Może chciał, by wynajęty 

przez niego człowiek sam zobaczył całą niecodzienność i potworność wypadków. 

Może chciał nim wstrząsnąć, by bardziej przyłożył się do swego zadania. A może był 

po prostu złośliwy. 

W tej izbie było przynajmniej jasno. Kiedy zewsząd nie napierały ciemności odór 

zakrzepłej posoki wydawał się znośniejszy, choć nie dało się przed nim uciec. Krwi 

było dużo, plamiła ściany i posadzkę, ale Claymore wiedział, czego się spodziewać. 

Szlachcic opowiedział dokładnie. Bardzo dokładnie, jak mógł teraz się przekonać. 

Skóry na szerokim łożu były skotłowane, miękka, dobrze wyprawiona wilcza sierść 

zastygła w czarnych strąkach. Niegdyś  złote, teraz wypełzłe i ściemniałe zasłony 

zwisały sztywne. Wszystko się zgadzało. Coś zalśniło na wezgłowiu, Ramirez 

podszedł bliżej. Pasmo jasnych loków, zlepione na końcu tak jak włos na skórach 

okrycia. Tak było, pomyślał Claymore. Lady Olwyn zginęła właśnie tutaj. I aż 

zatrzymał się tknięty nagłą myślą. Nie, nie zgadza się. 

background image

Odszedł parę kroków, popatrzył na łoże. Potem na ściany, na plamy krwi, która 

wsiąkła w zaprawę. Na posadzkę, poznaczoną ciemnymi smugami. 

Młody rycerz wrócił z Ziemi Świętej. I w jakimś niewytłumaczalnym szale 

pozabijał  sługi, własną małżonkę, na koniec własne dzieci. Tak miało to wyglądać. 

Cóż, zdarza się, jeśli pani na zamku pod nieobecność męża ślubów nie dochowuje. 

Ale tym razem coś tu bardzo nie pasowało. 

Claymore przetarł z namysłem twarz. Wciąż ciężko mu było się skupić, wciąż 

czuł  tępy ból pod sklepieniem czaszki. Mozolnie spróbował uporządkować myśli, 

nadać im jakiś logiczny bieg. 

Już wcześniej się nie zgadzało. Kimże był ów młody człowiek, skoro udało mu się 

pozabijać wszystkich? No, prawie wszystkich, jeśli wziąć pod uwagę starego garbusa. 

Ale to też było niewytłumaczalne. Owszem, mogli próbować go powstrzymać, nie 

bacząc na strach i wpojony posłuch. Ale kiedy zaczął zabijać i widać było, że w szale 

nie przestanie, musieli się bronić. Słudzy, a i na zamku była wszak załoga. A on w 

pojedynkę. 

Ramirez wymruczał przekleństwo, splunął na posadzkę. Zupełnie nie wiedział 

dlaczego, ale był pewien, że wszystkiego dokonał jeden człowiek. Zacisnął  dłoń na 

rękojeści korda, trochę, by dodać sobie otuchy, a może ukryć jej drżenie. Zastanawiał 

się ponuro, co będzie, kiedy spełni życzenie starego rycerza i stanie twarzą w twarz 

z jego synem. 

Kogo wtedy przed sobą ujrzy? 

Odepchnął te myśli, czując,  że jeszcze trochę, a wybiegnie z komnaty i ruszy 

przed siebie, nie oglądając się • nawet, by zatrzymać się dopiero w sąsiednim 

hrabstwie. A może nawet i w następnym, dla pewności. Odetchnął  głęboko, 

spróbował wziąć się w garść. 

Nie tylko jatka w wielkiej sali nie dawała mu spokoju. Te plamy krwi na ścianach, 

coś z nimi było nie tak. Zmusił się, by podejść bliżej, przyjrzeć dokładniej. Po chwili 

już wiedział, szybki rzut oka na łoże upewnił go do końca. 

background image

Z gardła wydobył mu się nerwowy śmiech. Zamaskował go zaraz pokasływaniem, 

rzucając ukradkowe spojrzenie na mnicha. Ten jednak siedział wciąż nieruchomo, nie 

zwracał na nic uwagi. 

Sir Hawes łgał jak pies, przemknęło Claymore'owi przez głowę. A raczej nie łgał, 

zreflektował się po chwili, tylko sam niewiele wiedział. Opowiadał wszystko jak 

najprościej, też podświadomie trzymał się wersji szału, gniewu zdradzonego męża, 

diabli zresztą wiedzą czego dokładnie. Ale nie był tutaj, nie widział zwłok. I nie został 

przy życiu nikt, kto mógłby opowiedzieć, co tak naprawdę się wydarzyło. 

Ramirez pożałował, że nie mógł przybyć wcześniej. Lady Olwyn i jej dzieciom nie 

był pisany los pozostałych, których pochlastane ścierwa dogryzają teraz szczury. Ktoś 

zatroszczył się o godny pochówek, ale też zabierając zwłoki utrudnił zadanie. Na 

szczęście nie uniemożliwił, zostały ślady. 

Smugi posoki ciągnęły się z korytarza. Szerokie, rozmazane, ale niezbyt obfite. 

Oni już nie żyli, zrozumiał Claymore. Ktoś ich tu wciągnął i usadził pod ścianą, o 

czym  świadczyły plamy wżarte w wapienną zaprawę. Któreś z ciał nie chciało się 

trzymać, osuwało się raz za razem, zanim znieruchomiało, być może oparte o 

martwego współtowarzysza. 

Rozejrzał się. Izba była za mała, by w niej walczyć, usiec czworo ludzi. Pięcioro w 

zasadzie, ale lady Olwyn można było nie liczyć, ona zginęła właśnie tutaj. Jej krew 

trysnęła wysoko, kiedy ostrze przejechało po szyi. Na baldachimie łoża pozostał 

makabryczny wzór. 

Teraz wszystko się zgadza, uznał Claymore. Tak musiało być, innego 

wytłumaczenia nie ma. Był pewien, że zginęła ostatnia, choć nie potrafił powiedzieć 

skąd ta pewność. Z wysiłkiem rozwarł palce zaciśnięte na rękojeści korda, czuł 

dreszcze, wmawiał sobie, że to skutek przemoczenia i wyziębienia. Ale nie miał 

złudzeń. Po prostu zaczynał się bać. 

I wciąż nie rozumiał. Spoglądał  tępo na splamioną zaciekami ścianę. Nie 

dostrzegał celu. 

background image

- To proste - dobiegł go głos. - On chciał, żeby patrzyli. 

Claymore wzdrygnął się, zaskoczony. Właśnie usłyszał odpowiedź na 

niewypowiedziane pytanie. Odwrócił się powoli. 

Zakonnik wciąż siedział na zydlu. Tylko spod nasuniętego kaptura błyskało uważne, 

zimne spojrzenie jasnoniebieskich oczu. 

- Chciał mieć  świadków - słowa padały wolno i dobitnie, jakby braciszek 

tłumaczył coś szczególnie niepojętne mu nowicjuszowi. - To był rytuał. Nie szał i 

nie wściekłość zdradzonego męża. Oni mieli patrzeć. 

- Przecież... - Głos zawiódł Ramireza. 

Zakonnik zaśmiał się bezdźwięcznie, samym skrzywieniem wąskich, bladych warg. 

- I co z tego, że nie żyli? - spytał chłodno. - Nie bądź idiotą, przecież to nie ma 

znaczenia. 

Wstał powoli. Był wysoki, prawie równy wzrostem z Walijczykiem. Ten ze 

zdziwieniem spostrzegł, że nieznajomy na biodrach zamiast zwykłego powrósła, jakie 

zwykli nosić zakonni bracia, ma solidny, skórzany pas. W dodatku obciążony 

krótkim kordem. Powiódł wzrokiem po całej postaci człowieka, który jeszcze przed 

chwilą sprawiał wrażenie pokornego braciszka, w kącie i w cichości klepiącego 

zamówione modlitwy za spokój duszy zmarłych. 

Mnich odrzucił kaptur na plecy. Włosy miał gęste, nie zajaśniała wygolona łysina. 

Claymore zmrużył oczy. 

Kord u pasa, zamiast sandałów jeździeckie buty. To świecki brat, zrozumiał. W 

dodatku niezły twardziel, ocenił spoglądając na chudą, ascetyczną twarz. 

- Bez znaczenia - powtórzył braciszek, który nie wątpliwie nie na modły tu 

przyjechał. - Sam już rozumiesz, Claymore. 

Ramirez odetchnął głęboko, by nie bluznąć zbyt nieprzystójnym słowem. 

background image

- A ciebie jak zowią, bracie? - spytał jadowicie. – Bo mnie to już chyba wszyscy, 

kurwa, znają. 

* * * 

Świecki brat nosił imię Lance. Przynajmniej tak kazał się nazywać. 

Stali na zamkowym dziedzińcu, pustym i przestronnym. Garbaty sługa zniknął 

nieodwołalnie, a przynajmniej nie pojawił się mimo nawoływań, a potem i 

wywrzaskiwanych przekleństw, jakich nie poskąpił Claymore. Walijczyk sam się sobie 

dziwił, ale kiedy tylko znów znalazł się na świeżym powietrzu, kiedy przestał mieć 

wrażenie,  że mury warowni, schlapane krwią przytłaczają go i chcą w końcu 

zgnieść - musiał odreagować. Gdzieś  głęboko w podświadomości czaił się strach, 

który należało odepchnąć daleko, choćby na chwilę. 

Lance obserwował go spod oka. Ramirez miał wrażenie,  że na wąskich wargach 

braciszka błąka się ironiczny uśmiech. Na razie się nim nie przejmował, rad, że już 

niedługo opuści przeklęty zamek, jak zaczął go w myślach nazywać. Był tylko jeden 

problem, zupełnie nie wiedział, co robić dalej. 

Ale zdawał sobie sprawą z jednego. Już nie odpuści. Poniesie każde ryzyko, żeby 

tylko odkryć prawdę. Aż zgrzytnął  zębami, kiedy sobie to uświadomił. Stary 

szlachcic, sir Hawes, miał dobre oko i dobre informacje. Wybrał właściwego durnia. 

- Lance, powiedz mi... - zaczął, zanim zdołał ugryźć się w język. - Wiem, dałem 

się wpuścić. Ale ty? Co w tym wszystkim robisz? 

Musiał poczekać chwilę na odpowiedź. Twarz Lance'a nie zmieniła wyrazu, jakby 

w ogóle nie usłyszał pytania. Spoglądał w przestrzeń, nieobecnym wzrokiem, nad 

ramieniem rozmówcy. Jakby liczył  właśnie wapienne bloki w jasnoszarej ścianie 

stołpu. 

- To samo, co i ty - odparł wreszcie cicho. - To przecież oczywiste, szukam 

prawdy. 

background image

Claymore zaklął tylko. Nigdy w ten sposób nie myślał o swych poczynaniach. 

Zawsze powtarzał, sobie i innym, że to tylko interesy, nic osobistego. Żadnych 

wzniosłych porywów. 

- Zaraz... - zaczął szybko i umilkł, powstrzymany stanowczym uniesieniem dłoni. 

- Nie teraz, Claymore - Lance potrząsnął głową. – Nie chcesz tu przecież dłużej 

zostawać? Nic tu po nas, jeśli jeszcze nie zauważyłeś. I mam wrażenie,  że 

niezbyt zdrowo będzie dalej zwlekać. 

W jego głosie zadrgały złowróżbne nutki. Z tym Ramirez akurat się zgadzał. Nie, 

żeby obawiał się jakiegoś konkretnego niebezpieczeństwa, ale czuł,  że nie chce 

spędzić ani chwili dłużej w wymarłym, opustoszałym zamku, w miejscu niepojętej 

tragedii, której przyczyny, i przebieg zamiast znajdować wyjaśnienie gmatwały się 

coraz bardziej, im więcej się dowiadywał. A wstręt brał go już na samą myśl,  że 

mógłby zostać tu po zmroku, w towarzystwie niepogrzebanych trupów i szalonego 

garbusa. Tak, szalonego, pomyślał zaskoczony, że od początku tego nie spostrzegł. 

- Dalejże - przynaglił go Lance widząc, iż najemnik wciąż nie rusza się z miejsca. 

- Daleka droga przed nami, a i porozmawiać musimy. Ale nie tutaj. 

Wskazał niecierpliwie na rozklekotany wóz, przechylony na bok, wskutek braku 

jednego koła. Wierzchowiec Ramireza przestępował w miejscu, podrzucał  łbem i 

parskał szarpiąc wodze przerzucone przez porozsychane deski. Może dochodził go 

zapach krwi, a może coś więcej. Najwyraźniej zwierzę czuło śmierć, która czaiła się w 

okolicy, nie odeszła widać, mimo że jatki się zakończyły. 

Claymore już chciał posłuchać, ale w ostatniej chwili zatrzymał się. Podszedł do 

świeckiego brata, stanął tuż przed nim. 

- Nie - rzucił twardo. - Najpierw odpowiesz mi na parę pytań. 

Wyraz twarzy Lance'a nie zmienił się nawet odrobinę. Może tylko zimne, błękitne 

oczy zwęziły się nieco. 

background image

- A dlaczego to miałbym ci odpowiadać? - spytał cicho. Ramirez wytrzymał jego 

spojrzenie. 

- A niby dlaczego miałbym ruszać z tobą dokądkolwiek? - odparował. - Kim ty 

jesteś, kto cię przysłał? Czy może wynajął? A przede wszystkim po co? 

Był przygotowany na wybuch gniewu, może na lekceważący gest. Ale nie na 

uśmiech. Lance wyglądał na szczerze rozbawionego. 

- Ech, pytania... - w głosie zadźwięczała wesołość. -Mnóstwo pytań, jak słyszę. 

Ale wiesz, nie zadajesz tych właściwych. Zastanawiałeś się dlaczego? 

Pytania istotnie kłębiły się pod czaszką Walijczyka. Te właściwe również. Zadał 

więc jedno z nich. 

- Mamy to zrobić razem? 

Sam nie wiedział, skąd mu to przyszło do głowy. Lance spoważniał momentalnie. 

Chwilę przyglądał się rozmówcy. 

- Bystry jesteś - mruknął wreszcie. - Stary drań się nie pomylił. 

Teraz Claymore roześmiał się głośno. 

- Ciekawe, jak na to wpadł? - spytał z ironią. - Zresztą, nieważne. Sam wiesz, 

rozpytał kogo trzeba i znalazł mnie. Dobrze rozpytywał, bo wiedział z góry, że mu 

nie odmówię. Nie, bracie, nic nie mów. 

Pokręcił głową, ale niepotrzebnie. Lance nie zamierzał mu przerywać. 

- Wiedział, stary drań,  na  co  mnie  wziąć - ciągnął Claymore, a w jego głosie 

pojawiła się nutka goryczy. - Nie na żadną pieprzoną prawdę. Tylko na zwykłą 

ciekawość. 

Ze złością uderzył dłonią po rękojeści korda. Koń, spłoszony tym nagłym gestem, 

zachrapał. Przechylony wóz zaskrzypiał, kiedy zwierzę szarpnęło się na uwięzi. 

Lance zachichotał cicho. 

background image

- Bystry jesteś, ale nie. za bardzo - wciąż chichotał, co sprawiało nieprzyjemne 

wrażenie, bo jego szczupła twarz wciąż była nieruchoma, tylko sieć zmarszczek w 

kącikach oczu stała się wyraźniejsza. - Bo nie tego starego drania miałem na myśli. 

Na ustach Walijczyka zamarło przekleństwo, które już miał cisnąć na sam dźwięk 

ironicznego chichotu świeckiego brata. Zamarł z półotwartymi ustami, zdając sobie 

sprawę, że dopiero teraz wygląda jak dureń. 

- Myślałem o Osbercie - skrzywił się Lance. - Biskupie Lincoln - dodał widząc w 

oczach Ramireza kompletną dezorientację. 

* * * 

- Zamierzasz iść piechotą? - Claymore niczemu już się nie dziwił, ale spytał dla 

pewności. - To pół dnia drogi. 

Świecki brat tylko skinął głową. 

- Ale wierzchem - dodał Ramirez złośliwie. Rozczarował się, bo reakcja była 

niezmiennie taka sama. A raczej jej brak. 

- Twoja sprawa - mruknął tylko. Mocował się ze sprzączką popręgu. - 

Domyślasz się już, dokąd zamierzam pójść. 

Lance znów potaknął. 

- Do Nottingham, naturalnie. 

- A ty pójdziesz ze mną, bo ktoś tam, aha, jego wielebność Osbert z Lincoln 

uznał, że najlepiej nam będzie razem - odparł Claymore z przekąsem. 

Dociągnął wreszcie oporny rzemień. Uprząż była mokra, wolał się upewnić,  że 

wierzchowiec nie nabawi się odparzeń. Nie miał ochoty wlec się, wzorem braciszka, 

na piechotę. 

background image

- Zaczynasz myśleć - skomentował sucho Lance. - Masz tam znajomych, 

popytasz się. Kogo trzeba, przekupisz. Stać cię, dostałeś  środki, którymi jak 

zgaduję, możesz dysponować wedle uznania i w granicach rozsądku. 

Ramirez nie odpowiedział. Zastanawiał się wciąż, jaki cel miał biskup w 

wysyłaniu kogoś takiego jak Lance. I jakim cudem zwrócił w ogóle uwagę na 

kogoś tego pokroju, co on sam. 

Poklepał wierzchowca po szyi. Zwierzę, czując obok swego pana, było już 

spokojniejsze. 

- Powiedz... - zaczął, ale wysłannik biskupa nie pozwolił mu dokończyć. 

- Zabierajmy się stąd wreszcie - po raz pierwszy podniósł  głos z irytacją. - 

Jeszcze będzie czas, jeszcze porozmawiamy. Więcej nawet i dłużej, niż ci się 

wydaje. 

W jego oczach zabłysła chłodna ironia. 

Claymore poczuł, że ma dość. Dość przeżyć jak na jeden dzień, dość koszmarnych 

widoków. Dość wszystkiego. Chwycił Lance'a za habit na piersi, przyciągnął do 

siebie. 

- Powiedz mi teraz - wysyczał mu prosto w twarz. - Powiedz, bo wiesz więcej ode 

mnie. Nie chcę być tylko jarmarczną laleczką, która tańczy, bo kuglarz trzyma za 

patyk, wetknięty w lalczyną dupę. Powiesz albo idź w swoją stronę. Bo tak, to 

nam razem nie po drodze... 

Parsknął gniewnie, aż drobne kropelki śliny padły na twarz świeckiego brata. 

Ten milczał chwilę. Nie opuścił wzroku, nie odepchnął Ramireza. Nawet nie otarł 

twarzy. 

- Laleczka, powiadasz - wycedził wreszcie. – Pacynka z patyczkiem w dupie. 

Niezłe. 

background image

Nagłym ruchem chwycił za nadgarstek ręki trzymającej fałdy materiału.  Ścisnął. 

Palce Claymore'a rozwarły się same. Dopiero teraz Lance go odepchnął. I uśmiechnął 

się tylko, tym razem szeroko i szczerze. 

- No dobrze - powiedział. - Powiem ci coś, a potem posadzisz swój zadek w 

siodle, bez ociągania. I ciesz się, że jeszcze nie masz w nim patyka. 

W palcach Claymore wciąż czuł mrowienie. Rozcierał nadgarstek. 

- Powiem ci, dlaczego ja tu jestem, pewnie cię to pocieszy - braciszek wykrzywił 

chudą twarz. – Dokładnie z takich samych powodów, jak i ty. Ciekawość kiedyś 

mnie zgubi. 

Ramirez poczuł, jak odchodzi go złość. Roześmiał się. 

- To powiedz jeszcze, jak jakiś biskup Wpadł na pomysł, żeby mnie w to wszystko 

mieszać. Skąd... 

- Proste, Claymore - Lance wpadł mu w słowo. - Macie wspólnych znajomych. 

Ktoś cię przecie zarekomendował. 

De Reno, pomyślał Claymore, a gdy tylko spojrzał w złośliwie zmrużone oczy 

zrozumiał, że nie trafił za pierwszym razem. Odwrócił się, nagle zmieszany, by zyskać 

na czasie, włożył nogę w strzemię, dźwignął się. 

Z wysokości kulbaki widział, jak braciszek z trudem hamuje wesołość. 

De Folville, pomyślał. 

- Stary, pierdolony rzeźnik. 

- Nie pytasz dlaczego? 

- Bo jestem wystarczająco porąbany do tej roboty? - spytał kwaśno Claymore. 

Wciąż spoglądał wprost przed siebie, w ciemny otwór bramy okraczonej 

bliźniaczymi wieżyczkami. 

background image

- Jak zgadłeś? - uśmiechnął się. obłudnie Lance. – Nie martw się, o mnie biskup 

mówi dokładnie to samo... 

Urwał. Jego dłoń opadła na rękojeść korda za pasem. 

- Ale o tobie, Claymore, nie wiedzieli chyba wszystkiego - syknął ze złością. - 

Przyciągasz kłopoty. 

Wtedy Ramirez też usłyszał. Bale mostu zadudniły, w tętent kopyt wmieszał się 

ochrypły okrzyk. 

- Mówiłem, żeby się stąd zabierać jak najszybciej - nie darował Lance. 

* * * 

Obaj jeźdźcy byli do siebie podobni. Tak bardzo, że Claymore ani przez chwilę nie 

musiał się zastanawiać, kto zacz. 

Bracia de Lisle. 

Niestety, nie miał też wątpliwości, jakie są ich zamiary. Mimo to postanowił udawać 

durnia. Choćby po to, by zyskać na czasie. Spostrzegł,  że Lance cofnął  dłoń z 

rękojeści, stanął nawet tak, by przybyli nie dostrzegli od razu, że jest uzbrojony. 

Pochylił  głowę, można by go wziąć za pokornego braciszka, który nie śmie nawet 

wzroku podnieść na jaśnie panów. 

Claymore poczuł nagły przypływ nadziei. Może jeszcze uda się wykpić, 

pomyślał, przecież, do wszystkich diabłów, nie mam na czole napisane kim jestem, i 

co tu robię. A nawet jakbym miał, to oni i tak nie potrafią czytać, błysnęła myśl w 

przypływie wisielczego humoru. 

Starał się trzymać ręce z dala od pasa, w taki sposób, by je było widać. Nie chciał 

prowokować, może wezmą go za miejscowego zbrojnego. I aż chciał się palnąć 

w czoło, kiedy dotarło do niego, jak jest głupi. Przecież to bracia lady Olwyn. Musieli 

tu bywać nie raz, znają sługi swej siostry. A raczej znali, przypomniał sobie wystającą 

spod sterty potrzaskanych ław ogryzioną do czysta dłoń. 

background image

Jeden za drugim odrzucał kolejne pomysły na wydobycie się z opałów możliwie 

najmniejszym kosztem. Wiem, błysnęła myśl, powiem, że jestem eskortą tego 

klechy, powinni... 

- Spierdalaj z siodła, Ramirez - ochrypły głos przerwał optymistyczne rozważania. 

- Na ziemię, gnoju! 

Bliższy z jeźdźców brutalnie szturchnął wierzchowca ostrogami. Zwierzę 

chrapnęło, naparło na konia Walijczyka, który podrzucił łbem i począł się cofać. 

- Spokojnie, Godfrey! - krzyknął drugi. Ten z kolei nie mógł zapanować nad 

swoim, tańczącym w miejscu, zwierzęciem. 

Starał się je uspokoić, ale teraz zwrócony był bokiem, co go wyraźnie 

denerwowało, obawiał się stracić ofiarę z oczu. Także Lance, na pierwszy rzut oka 

niegroźny, budził jego wyraźny niepokój. Claymore dostrzegł, jak jeździec zaciska 

wargi ze złością, jak po policzkach spływają mu strużki potu, żłobiąc w pokrytej 

kurzem twarzy brudne smugi. 

Przeniósł wzrok na tego bliższego, starszego, ale widać bardziej zapalczywego. 

Eric de Lisle, przemknęło mu przez głowę. Chyba jednak ten głupszy. Dobrze. 

Pozwolił, by wierzchowiec kroczył do tyłu, miał tylko nadzieję,  że zwierzę nie 

potknie się na wyboistym bruku podwórca. Dwóch to jeszcze nie jest tak źle, 

kalkulował, starając się jednocześnie sprawiać wrażenie przestraszonego i 

ogłupiałego. Podejrzewał,  że nieźle mu to wychodzi, naprawdę był zaskoczony i 

zdezorientowany. Kiedy mówił staremu Hawesowi o możliwości, iż bracia lady 

Olwyn opacznie ocenią jego intencje, nie brał tego poważnie, a raczej traktował jako 

argument w negocjacjach. Teraz ledwie się powstrzymał, by nie splunąć ze złością. 

Udało mu się wykrakać. 

Eric de Lisle sapał chrapliwie, głośniej chyba nawet od swojego wierzchowca, 

wciąż bezlitośnie kłutego ostrogami. Nie żałował ich też pewnie po drodze, 

jabłkowitą, spienioną sierść znaczyły ciemne smugi. Claymore poczuł przypływ 

background image

irracjonalnej złości, tym bardziej bezsensownej zważywszy na to, co zamierzał zrobić 

za chwilę. Dwóch to jeszcze nie jest tak źle, pomyślał raz jeszcze. 

Wciąż się cofał. Chciał rozdzielić przeciwników, dać sobie więcej czasu i swobody 

ruchu. Nie wiedział, czy może liczyć na Lance'a, choć braciszek kord nosił zapewne 

nie tylko po to, by mu pas obciągał. 

- Złaź, bo łeb rozwalę! - wysapał Eric. 

Jego twarz poczerwieniała, kosmyki tłustych jasnych włosów lepiły się do czoła. 

Był gruby i ciężki, co z satysfakcją zanotował Claymore. Pewnie jest nieruchawy, 

pomyślał z nadzieją. 

Godfrey niepokoił się coraz bardziej. Raz po raz rzucał wściekłe spojrzenia, to na 

Claymore'a, to na brata. Udało mu się uspokoić swojego konia, widać traktował go 

lepiej, zwierzę, choć pokryte pianą po wyczerpującym galopie, nie nosiło  śladów 

nadużywania ostróg. 

- Spokojnie - krzyknął znów młodszy de Lisle. - A ty, złaź! 

Jeszcze nie czas, żeby posłuchać, ocenił chłodno Claymore. Starszy brat był za 

blisko. Ale napór zelżał, nie było wątpliwości co do tego, który z nich naprawdę 

decyduje. 

- Złaź, gnoju - warknął Eric z wściekłością. Najwyraźniej nie w smak mu 

pokrzykiwanie brata. - Złaź i na kolana. 

Brutalnie zdarł wodze swego wierzchowca. Zwierzę wspięło się, chwilę zatańczyło 

na tylnych nogach. Eric chlasnął je otwartą dłonią między uszy. 

- Powiesz, kto cię tu przysłał - krzyknął. - I tak wiemy, więc nie skłamiesz. A 

potem cię obwiesimy. Złaź, bo zaraz w łeb zajadę! 

Claymore wzruszył ramionami, przerzucając nogę nad łękiem siodła. Nie zamierzał 

dyskutować, jeszcze nie teraz. Zanim dotknął stopami bruku, poczuł już w garści 

rękojeść noża. Chłodne ostrze przylgnęło do nadgarstka. 

background image

Młodszy de Lisle był bystry. Dostrzegł luźno zwisającą rękę, chwilę wpatrywał się 

w Claymore'a z niedowierzaniem. Przed momentem był jeszcze pewny siebie, 

przekonany, że ofiara im nie ucieknie. Że nikt nie poważy się powstrzymać rodowej 

zemsty. Żaden najmita za brudne pieniądze, które obiecał mu ojciec mordercy. Tym 

większe było zaskoczenie. 

Zareagował szybko. Jego dłoń wystrzeliła prosto do rękojeści przerzuconego przez 

plecy miecza. 

- Eric! -wrzasnął. 

Błąd, pomyślał Claymore rzucając się do przodu, Zdążył jeszcze zauważyć, jak 

oczy Erica robią się coraz większe, niemal wyłażą z orbit. I zaraz przestał je widzieć, 

kiedy zanurkował pod końskim brzuchem. Wierzchowiec wspiął się z donośnym 

chrapaniem, tuż obok głowy Ramireza błyszcząca podkowa przecięła powietrze. 

Chrapanie zamieniło się w bolesny kwik, kiedy ostrze noża wbiło się po rękojeść w 

bok zwierzęcia. 

Claymore nie próbował uskakiwać. Ciął, jak mógł najszerzej. Poczuł jak na dłoń 

chlusta mu ciepła, gęsta jucha. Zwinął się, przekoziołkował po bruku. Zapulsował 

bólem bark, kiedy wbiły się weń sterczące kamienie. Za sobą usłyszał  głuche 

uderzenie i jeszcze jeden paskudny dźwięk, niezbyt głośny, ale przejmujący. Jakby 

pod stopą  pękła nagle spróchniała gałąź. Starszy de Lisle nie zdążył wyjąć stóp ze 

strzemion, śmiertelnie zraniony rumak zwalił się wraz z nim. 

- Eriiiiiic! - we wrzasku młodszego de Lisle brzmiała wściekłość i rozpacz. 

Ramirez przetoczył się po bruku, chciał się poderwać, by stawić czoła 

przeciwnikowi, który jeszcze pozostał. Niepotrzebnie. 

Różaniec Lance'a świsnął tylko, ołowiane kulki nanizane na solidny rzemień z 

trzaskiem uderzyły w wyciągniętą rękę trzymającą miecz. Siła uderzenia owinęła je 

wokół nadgarstka, palce nieszczęsnego młodzieńca rozwarły się natychmiast i oręż 

poszybował wysoko. Zanim jeszcze spadł, braciszek szarpnął, wrzask Godfreya, gdy 

background image

spadał z kulbaki, rozbrzmiewał już tylko strachem. Trwał krótko, ucichł zakończony 

uderzeniem bezwładnego ciała o bruk. 

Wierzchowiec Erika wciąż kwiczał. Unosił głowę, wielkie, migdałowe oko zaszło 

mgłą bólu. Kopyta tylnych nóg, oplatanych wylewającymi się z rozchlastanego 

brzucha wnętrznościami podrygiwały w bezładnych drgawkach. 

Godfrey był przytomny. Nie mógł się jednak poruszyć. Lance klęczał nad nim, 

wbijał mu w plecy kolano, wykręcał rękę. Drugą dłonią trzymał za włosy, brutalnie 

zadzierając głowę w górę. De Lisle jęczał cicho. Z jęków można było wyłowić jedno 

słowo. 

- Eric... 

- Zobacz, co z nim - rzucił Lance. Jego twarz jak zwykle nie wyrażała wiele. 

Claymore podniósł się, postękując. Kulał lekko, prócz barku stłukł sobie kolano. 

I dałby wiele, żeby wreszcie ucichł szarpiący nerwy, bolesny koński kwik. 

Powlókł się powoli, obszedł nieszczęsnego wierzchowca, ostrożnie, by nie podejść 

pod młócące wciąż kopyta. Spoglądał chwilę. 

Kiedy odwrócił się, był blady. 

- Gotów - powiedział krótko. Lance skinął głową. 

- Żyje jeszcze - dodał niepotrzebnie Claymore. – Ale kość mu sterczy ze spodni 

jak... 

Splunął, powstrzymując się przed obscenicznym porównaniem. 

- Eric... - zajęczał Godfrey i z przekrwionych oczu pociekły mu łzy. 

Claymore poczuł, jak miękną mu kolana. Z całej siły powstrzymywał chęć, by 

usiąść na podwórcu. Nadeszła reakcja po walce, zaczynał się trząść. 

- Puść go, Lance - wymamrotał po chwili. 

background image

Niech to szlag, pomyślał. Nie dali szansy wyjaśnić. Przecież nie będę bronił 

mordercy, chociaż wynajął mnie jego ojciec. To wszystko było niepotrzebne. 

Lance znów kiwnął  głową z aprobatą. A potem puścił wykręconą  rękę chłopaka, 

pochylił się i objął jego szyję. 

Szarpnął. Chrupnęło i głowa Godfreya de Lisle opadła bezwładnie.  Świecki brat 

począł odplątywać różaniec zamotany wokół nadgarstka zakrwawionej ręki. 

Claymore przymknął oczy. Poczuł nagłą suchość w gardle. Właśnie dowiedział 

się czegoś nowego o swoim towarzyszu. Następna myśl była jeszcze gorsza. Przecież 

byli do siebie podobni. Nawet mówiono o nich to samo. 

- Posprzątaj po sobie - głos Lance'a dobiegł go jak przez grubą  ścianę mgły. - 

Dobij to cholerne zwierzę. 

- I I I -  

- Niech to szlag... 

W przekleństwie była tylko rezygnacja. Elsie przeszła już złość, bo i ile można się 

dławić bezsilnością? Trzeba minimalizować straty. 

Życie ją tego nauczyło. Raz jest się na wozie, raz pod wozem, normalna kolej 

rzeczy. Co prawda niepokoiło ją mocno, że ostatnio stale jest pod wozem. Tym razem 

nawet w sensie dosłownym. 

Miało to nawet swoje dobre strony. Grube deski osłaniały nieco przed 

zacinającym deszczem, zza litego, okutego rdzawą  żelazną taśmą koła można było 

wyglądać bezpiecznie na świat. Niestety, złe strony też były. 

Siedziała w podejrzanej kałuży i miała już coraz mniej wątpliwości, że barwę nadają 

wodzie głównie rozmoczone końskie pączki. Nasiąknięta wilgocią spódnica oklejała 

gołe  łydki, a z zadrapań spływały strumyczki krwi, blade i wodniste w kroplach 

deszczu. Co gorsza, Elsie czuła też ciepło na policzku, kiedy już ustało nieco 

bolesne pulsowanie. 

background image

Ostrożnie dotknęła twarzy i zaklęła znów, widząc na palcach lepką czerwień. 

Pomyślała przede wszystkim o barwiczce. Kosztowała  ładny grosz, a kupiec 

przysięgał,  że pochodzi prosto z zamorskich krajów. Zapewne w rzeczywistości 

składała się głównie ze startej cegły, ale też pachniała ładnie. I długo trzymała się na 

twarzy. Teraz się zmywa, pomyślała, a w mieszku zostało jej już niewiele. Elsie mogła 

sobie ostatecznie darować czernienie brwi węgielkiem . Ale nie była już taka młoda, 

by nie ukrywać zmarszczek. 

Już niedługo, a będę mogła pracować tylko nocą, przemknęło jej przez głowę i 

aż zgrzytnęła zębami. Zaczęła się gramolić spod wozu. Paznokcie zgrzytnęły na 

żelazie, kiedy chwyciła za koło. Zabolało. Ból spowodował, że wróciła wściekłość.  

- Oby ci jajca odpadły, sukinsynu - syknęła pod nosem, na wspomnienie tłustego 

karczmarza z obleśną gębą, który wyrzucił ją z izby, na deszcz. 

Dźwignęła się z trudem, otarła twarz. Splunęła, w plwocinie zabłysły 

czerwienią nitki krwi. 

Wciąż kręciło jej się w głowie. Rozejrzała się, jakby po raz pierwszy widziała 

błotnisty zaułek na tyłach karczmy, pociemniałe od wilgoci ściany szop. Niestety, nie 

był to bynajmniej pierwszy raz. 

Kiedyś było inaczej. Ale lata biegły nieubłaganie. Aż nawet pieprzony karczmarz 

zaczął się domagać zapłaty w brzęczącej monecie, nie w naturze. Skończyły się czasy, 

kiedy klientów przyjmowała w karczemnej alkowie. Coraz częściej pozostawały 

cuchnące zakamarki, a nawet wóz - czego jeszcze niedawno nikt by jej nie śmiał 

zaproponować. Ale wciąż miała niezłe powodzenie. 

Ale miała świadomość, że nie odłożyła wystarczająco, nawet nie na dostatnie życie, 

ale zwykłe, spokojne. A też szansę na to, że w ogóle jeszcze odłoży, malały i malały... 

Nieraz  żałowała,  że nie przystała do wesołego domku mateczki Annis. Zbytnia 

pewność siebie okazała się  błędem. Była najpiękniejszą dziewką, nie tylko na 

podgrodziu. Nawet sam szeryf docenił, raczył zerżnąć nie raz i nie dwa razy, a i 

pensów nie skąpił. Ale to było dawno. Tłumaczyła sobie, że dobry pan de Reno w 

background image

leciech się posunął i nijak mu za każdą dziewką ganiać, ale i zdawała sobie sprawę, 

że prawda leży pośrodku. W najlepszym razie. 

Mateczka Annis była wredną, mściwą jędzą. Teraz Elsie nie mogła już liczyć na 

to, że przyjmie ją pod swój dach, zapewni ochronę, ciepły kąt i jadło nawet wtedy, 

kiedy nikt nie skusi się na wdzięki. Nie po tym, kiedy raz odmówiła. Nawet więc nie 

próbowała, reputacja pamiętliwej mateczki była znana, a z drugiej strony było przecież 

tyle lepszych kandydatek. 

Lepszych, bo młodszych. Elsie splunęła tylko. Coraz lepiej zdawała sobie sprawę. 

Pocieszające było, iż w ślinie nie widać było już krwi. Kobieta, ostrożnie dotknęła 

językiem rozciętego od wewnętrznej  strony policzka. Na szczęście zęby się nie 

ruszały. 

Ruszyła powoli. Człapała ciężko, bez lekkości i gracji. Buciki z cienkiej, miękkiej 

skórki przemokły, pociemniały. Elsie machinalnie starała się omijać kałuże i błocko, 

unosiła rąbek uwalanej spódnicy, która lepiła się do ud i łydek. Klęła teraz cały 

czas, wymrukiwała klątwy pod nosem. Tak to się musiało skończyć, myślała ponuro. 

- Bodajby ci jajca odpadły - powtarzała co chwilę, jakby to właśnie karczmarz był 

bezpośrednim sprawcą jej nieszczęść. 

Była tylko zwykłą, starzejąca się dziwką. Nigdy by nie pomyślała, że jej życzenia 

mogą się wkrótce spełnić. Gdyby wiedziała, pewnie nie zawahałaby się wcale, tłusty 

sukinsyn zasłużył niewątpliwie na swój los. 

Popatrzyła z nienawiścią na ślepą, szczytową  ścianę karczmy, starej już i 

przechylonej pod ciężarem lat, wrośniętej w ziemię. Nie mogła przebić wzrokiem 

grubych, nadżartych przez próchno i czerwie belek, ale znakomicie wiedziała, co się 

za nimi kryje. Ciepłe, mroczne wnętrze, rozjaśniane żarem węgli na wielkim kominie, 

długie stoły i ławy. Nawet zaduch, który pamiętała tak dobrze, woń polewki i 

grzanego piwa zmieszana ze smrodem przemoczonych, parujących skór kojarzył się 

teraz tylko z przytulnością. 

background image

Wstrząsnęła się, jakby dopiero teraz zdjął  ją przejmujący chłód. Po udach i po 

grzbiecie ciekły strumyczki, wełna zdążyła przesiąknąć na wylot. 

Wcześniej była zbyt wściekła, nie czuła zacinającego deszczu, który wkrótce miał 

przeobrazić się w prawdziwą ulewę. Snuła się po pustych, wymarłych uliczkach. Nie 

śmiała zajrzeć do innych oberży, niepisane prawa zabraniały tego srodze, a za 

naruszenie ich dziwki bijały dotkliwie. Wróciła w końcu tam, skąd wyszła. Do zaułka 

na tyłach karczmy. To wciąż był jej teren. 

Gdy z wieży opactwa St. Mary's rozbrzmiały dzwony na nieszpory, była już 

zdesperowana. Tak bardzo, że opuściła ją zwykła ostrożność... 

- Hej, panienko! - Ochrypły okrzyk przywrócił  ją do rzeczywistości. W głosie 

było coś, co spowodowało,  że zadrżała. Nie czuła już cieknących po plecach 

zimnych strużek, to nagły chłód gdzieś głęboko w trzewiach sprawił, że skurczyła się 

jak uderzona. A jednocześnie pojawiła się nadzieja. Może ten paskudny, deszczowy 

dzień nie będzie do końca stracony. Odwróciła się powoli, przywołując na ściągniętą 

twarz profesjonalny uśmiech. Klęła w duchu ulewę i rozmazaną na policzkach 

barwiczkę. 

To szlachcic, pomyślała, zanim jeszcze przyjrzała się bliżej nieznajomemu. Nagle 

rozbudzona nadzieja podsuwała obrazy bogatego pana, który nie poskąpi pensów. 

Może nawet zabierze do karczmy, by swym chuciom folgować w sposób bardziej 

przystojny dla ludzi jego stanu. Nie na stojąco na deszczu, w plugawym zaułku 

cuchnącym końskim łajnem i zgniłymi resztkami kapusty. 

- Jak ci się wiedzie, panienko? - Głos zabrzmiał już ciszej, kiedy nieznajomy się 

zbliżył. Elsie wciąż nie widziała jego twarzy, rysy skrywał cień kaptura, nasuniętego 

nisko na czoło. W tym cieniu dostrzegła ulotny błysk i uśmiech zamarł jej na 

chwilę na twarzy. 

Zdawało jej się, że ukryte w mroku oczy błysnęły czerwienią. 

background image

A co mi tam, pomyślała, choć dreszcz przebiegł jej po mokrych plecach. Dałabym 

samemu diabłu byle tylko zapłacił. Byle coś zarobić, nie tylko po łbie. Wrócić do 

izdebki na stryszku, zakopać się w skórach. 

- Jak mi się wiedzie, panie? - spytała, znów uśmiechając się, w swym mniemaniu 

zalotnie. Zamrugała szybko, miała piękne, długie rzęsy. Wiedziała,  że chłopów to 

kręci, nawet jeśli ulewa zmyła już czernidło z węgla drzewnego. 

- Spytałem przecież. - Mężczyzna podszedł bliżej. Stanął przed nią, przez 

chwilę miała wrażenie,  że specjalnie tak, by nie mogła uciekać. Był rosły, nie 

widziała jego dłoni skrytych w fałdach opończy, ale była dziwnie 

pewna,  że już nie pozwoli jej odejść. Mogła tylko stać, opierać się o belki. 

Uświadomiła sobie, że słyszy jego oddech. Głośny i chrapliwy. Może taki napalony, 

pomyślała bez przekonania. 

- Mów, dziewko - w glosie nie było nacisku. Ale w tym spokojnym tonie 

wyczuła bardziej niż usłyszała twardą nutkę groźby. 

Jak mi się wiedzie?, pomyślała w budzącym się popłochu. Jak kurwie w deszcz... 

Omal nie powiedziała tego na głos, powstrzymała się w ostatniej chwili. Coś 

zmusiło ją, by powiedzieć prawdę. 

- Bywało lepiej, panie... 

Opuściła głowę, mokry warkocz zwisł ciężko. Nagle zorientowała się,  że płacze. 

Ciepłe łzy mieszały się z zimnym deszczem, spływały po policzkach. Ależ ja, kurwa, 

wyglądam, uświadomiła sobie z nagłym ukłuciem wstydu. Stara, mokra, w dodatku 

rozmazana. A ten to jakiś zboczeniec, że chce spojrzeć na takie pomiotło. Toż 

dziewek pełno, młodych, cycatych. Nie takich, którym klienci zamiast zapłacić dają 

po  łbie. Musi stary dziad albo szpetny jakiś, co uczciwej dziewce boi się  gęby 

paskudnej pokazać. 

Wyprostowała się. A co mi tam, pomyślała. Dam nawet samemu diabłu. Byle już 

więcej nie oglądać tego pierdolonego zaułka. 

background image

Nie bacząc na deszcz nieznajomy odrzucił kaptur w twarzy. Elsie aż syknęła, 

zaskoczona. 

Nie był wcale stary. Młody, przystojny, czarnowłosy. W twarzy o barwie 

kredowych klifów czarne oczy błyszczały jak w gorączce. 

Dziewka znów poczuła lodowaty chłód. Ale podświadomie rejestrowała szczegóły. 

Ciężki, złoty pierścień na palcu dłoni równie bladej jak twarz. Rękojeść o dziwnym 

kształcie wystająca znad ramienia. Nie znała się na broni, ale takiej jeszcze nie 

widziała. Drobne kropelki lśniące na czole. Nie wiedzieć skąd była pewna, że to nie 

deszcz, tylko pot. Nawet wąskie wargi były sine, prawie szarawe. 

- I będzie lepiej, dziecko - dziwny człek pozbawiony barw, cały w tonacjach bieli, 

szarości i czerni, za wyjątkiem  żółtego połysku pierścienia, uśmiechnął się 

niespodziewanie. - Będzie lepiej, obiecuję ci. 

- Dziękuję, panie - wyjąkała i skłoniła głowę. Będzie, powtarzała sobie w myśli jak 

litanię, czując  łomot tętna w skroniach. Będzie na pewno, ten panicz nie będzie 

chędożył od tyłu niczym to chamisko, cuchnące piwskiem i zepsutymi zębami. 

Chamisko, które śliniło się i sapało, szturchając ją nieporadnie, jakby całe życie nie 

trafiło mu się nic poza własnymi owieczkami. Elsie kręciła tyłkiem, pojękiwała, 

kiedy sapanie zaczęło przyspieszać, szykowała się już do głośniejszych okrzyków, 

klienci to lubili. Wreszcie cham zakwiczał jak dorzynana świnia, a dziewczyna 

poczuła, jak po udach pociekło jej ciepłe nasienie. I wtedy ten bydlak zamiast 

pogładzić brudnym łapskiem po policzku, wysupłać z sakiewki garść miedziaków 

po prostu plugawię zarechotał i walnął ją kułakiem w skroń. 

Kiedy sprzed oczu zniknęły czerwone i czarne plamy, kiedy ocucił  ją chłód, 

siedziała pod wozem. Głowa pulsowała, tępy ból promieniował od dołu krzyża. Widać 

cham i kopniaka nie pożałował. 

Elsie podrzuciła głowę, spojrzała prosto w czarne, pałające gorączką oczy. 

Uśmiechnęła się. 

background image

Teraz będzie inaczej. Była tego dziwnie pewna. Czarne źrenice nieznajomego 

panicza przyciągały ją, nie mogła już odwrócić wzroku. Będzie inaczej. 

Już nigdy nie zobaczę tego parszywego miejsca. Pójdę z nim, tak, na pewno z nim. 

Zabierze mnie stąd, przecież nie raz się zdarzało, że i królewicz zakochał się w dziwce. 

Nie tylko w bajkach. Dziś zdarzyło się mnie. 

Pasmo mokrych czarnych włosów przylgnęło do policzka. Drobne kropelki lśniły 

na nich srebrem niczym delikatna siwizna. Młodzieniec wyciągnął  rękę, dotknął 

policzka umazanego krwią zmieszaną z barwiczką. Pogładził delikatnie opuszkami i 

cofnął gwałtownie rękę. 

Przyglądał się przez chwilę, jak z palców spływają wraz z deszczem różowe 

kropelki. 

Zadrżał. Zadrżeli oboje. 

- Klęknij - powiedział ochryple. Począł niezdarnie rozsupływać pod szyją rzemień 

opończy. Spieszył się. 

Elsie posłuchała. 

* * * 

Wierzchowiec Godfreya był narowisty. Wielkie, bojowe bydlę, warte dobrą wieś, 

widać rodzinie de Lisle nieźle się powodziło. Wcale nie było znać po zwierzęciu, że 

poprzedni właściciel gnał do zamku na złamanie karku. Jakby miał się do czego 

spieszyć, pomyślał mętnie Claymore, po własną śmierć. 

Lance szybko poskromił rumaka, choć ten chrapał i wspinał się, kiedy świecki 

braciszek zbliżył się do niego po raz pierwszy. Wydawało się,  że jak każdy dobrze 

wyszkolony bojowy koń nie odejdzie od ciała swego pana, że rozniesie na wielkich 

kopytach każdego, kto ośmieli się zbliżyć. 

Ale Lance, choć szczupłej i mizernej postury poradził sobie szybko. Nie zwracał 

uwagi na przekrwione ślepia, na wyszczerzone żółte zębiska, które błyskały matowo, 

background image

kiedy zwierzą podrzucało  łeb. Poradził sobie po swojemu. Żadnego uspokajającego 

przemawiania,  żadnego poklepywania po szyi. Lance nie bacząc na ostrzegawczy 

okrzyk Claymore'a zręcznie uchylił się przed złośliwym ugryzieniem, aż końskie zęby 

szczęknęły tylko, zamiast zacisnąć się i zgruchotać mu ramię, po czym chwycił 

zwisające wodze, szarpnął brutalnie. I drugą  dłonią zwiniętą w kułak gruchnął 

rozszalałe zwierzę prosto w nozdrza. 

Ramirez tylko przymknął powieki, oczekując wściekłego kwiku i łomotu 

padającego na bruk ciała mnicha. Kiedy je otworzył, Lance siedział już w siodle. 

Rumak stał spokojnie, tylko jego oczy wciąż połyskiwały złością. 

Gnali teraz gościńcem, koń Claymore'a chrapał z wysiłku. Świecki brat pochylił się 

nad szyją zdobycznego wierzchowca, który biegł równym kłusem. Posłuszny pod 

swoim nowym panem. 

Odsądzili się daleko od zamku, który zniknął już dawno za zakrętami gościńca. 

Walijczyk nawet nie wiedział, ile ich minęli. Klął pod nosem, cicho i nieustannie, 

czasem głośniej, kiedy jego koń przesadzał wykroty i wymyte przez deszcz głębokie 

bruzdy w trakcie. Już pojmował, w co się wplątał, i zastanawiał ponuro, jak wybrnąć. 

Jak na razie nie miał pomysłu. 

Po bokach traktu kończyły się uprawne pola i pastwiska. Wjeżdżali pomiędzy 

ugory, od dawna nie tknięte lemieszem, zarośnięte chwastem i burzanem. Niektóre 

z nich porastały całkiem już spore brzózki-samosiejki, przysadziste krzaki tarniny i 

młode sosenki. Kamienne murki oddzielające pola były zrujnowane, pozostały po nich 

tylko kopczyki kamieni, porośnięte zielonym mchem. W mostkach nad strumykami 

pomiędzy omszałymi, popróchniałymi balami ziały szerokie szczerby. Tymczasem 

Lance, który wysforował się naprzód, nawet nie próbował powstrzymać konia, choć 

trochę zwolnić biegu. 

Claymore otrząsnął się już na tyle, że zaczął się niepokoić. A złość na niechcianego 

towarzysza poczęła ustępować miejsca złości na siebie samego. 

background image

To nie była droga do miasta. Lance prowadził w zupełnie innym kierunku, 

zapuszczali się  właśnie w dzikie, spustoszone wieloletnią rebelią obrzeża przeklętej 

puszczy Sherwood. Napotkają tu tylko zrujnowane wioski, wrośnięte w ziemię zręby 

spalonych chat i rozwalone cembrowiny studni. 

Wojna skończyła się przed laty. Krwawy Wieprz przystał do szeryfa, banici poszli w 

rozsypkę, zostali wybici lub sami powymierali, kiedy na darmo było szukać oparcia w 

spalonych do cna wioskach. Nikt jednak nie kwapił się do osiedlania na rubieżach 

przeklętego lasu. Rebelia dobiegła końca, klątwa pozostała. 

- Lance! - wrzasnął Claymore. 

Świecki brat nawet się nie obejrzał, zamiast tego stuknął zdobycznego rumaka 

piętami po bokach, przynaglając do szybszego kłusa. Claymore chciał głośno zakląć i 

tylko przygryzł sobie język, gdy jego koń przesadzał  właśnie spory krzak, który 

wyrósł na środku nieuczęszczanego od dawna gościńca. 

Poczekaj, skurwysynu, pomyślał bez nijakiego szacunku dla mnicha, nieważne, 

świeckiego brata, ale przecież w habicie. I splunął, celnie trafiając własnego 

wierzchowca między uszy. 

Będzie musiał zwolnić, myślał widząc coraz częściej zarośla wpełzające z poboczy 

na trakt, pieniące się pomiędzy wrośniętymi w ziemię kamieniami. Aż 

uśmiechnął się pod nosem. Poczekaj, powtórzył w myśli. Teraz ja cię zaskoczę. 

Nie musiał czekać długo. 

Gościniec omijał niewielki wzgórek i skręcał u jego podnóża. Kiedyś, gdy jeszcze 

turkotały tędy wozy wyładowane ziarnem i owczą strzyżą, ludzie troszczyli się o 

stan drogi, ale już od lat nikt tędy nie jeździł i teraz wiodła donikąd. I nikomu nie 

przeszkadzały spoczywające w poprzek olszyny, którym deszcze podmyły korzenie, a 

jesienne wiatry dokończyły dzieła, zwalając drzewa w splątany stos. Zbyt szeroki, 

by go przeskoczyć. 

background image

Ciężki bojowy koń zarżał. Lance brutalnie zdarł wodze, zorientował się,  że 

zwalisko można tylko objechać, 

I  to od strony koron. Zbocze, z którego zwaliły się drzewa, jaśniało piaskiem, 

było teraz bardziej urwiskiem niż  łagodnym wzgórkiem. Zaś  łąka po drugiej 

stronie, porośnięta turzycą i sitowiem, wyglądała na podmokłą. 

Claymore odetchnął  głęboko. Wiedział,  że złość jest złym doradcą. Trzeba 

załatwić sprawę spokojnie. 

Zajechał z tyłu, powoli. Świecki braciszek nawet nie odwrócił głowy, spoglądał na 

łąkę. Pewnie zastanawia się, czy konie nie zelgną w tej młace, pomyślał Claymore. 

Podjechał bliżej, wyciągnął rękę, by chwycić za uzdę konia, który jeszcze niedawno 

należał do nieszczęsnego Godfreya. Powstrzymał go cichy głos. 

- Nawet o tym nie myśl, Ramirez. 

Lance nawet nie odwrócił  głowy. W jego słowach nie było złośliwości, tylko 

znużenie. I coś na kształt politowania. 

Claymore sapnął, wciąż jeszcze nie zamierzał rezygnować. Ale zamarł, kiedy 

świecki brat uniósł wolną rękę, i pokazał szczupłą dłoń oplecioną paciorkami różańca. 

Wolny koniec, zakończony niewielkim krucyfiksem kołysał się, zataczając nieznaczne 

kręgi. 

Może Lance tylko się modlił, być może posądzenie, iż za chwilę ołowiane koraliki 

spadną Ramirezowi na nadgarstek, oplotą go druzgocząc kości było niesprawiedliwe. 

Jednak Claymore uznał, że lepiej będzie nie zakłócać bratu medytacji. 

Opuścił rękę, dla pewności odjechał nieco w bok. Jego koń chrapał ciężko, daleko 

było mu do wytrzymałości wielkiego bojowego bydlęcia. 

- Lance, kurwa mać - odezwał się w końcu Ramirez, już nie ze złością, a z 

rezygnacją. - Co ja ci takiego zrobiłem? 

Świecki brat odwrócił się wreszcie. Jego twarz była tylko plamą jaśniejącą w 

zapadającym wzroku. Milczał. 

background image

- Mam przesrane - ciągnął z desperacją Claymore. - Rodzina de Lisle to nie tylko 

tych dwóch nieszczęsnych idiotów. To ród wielki i skoligacony. Mogliśmy się z 

tego wyplątać. Oberwali od nas, przecież nie chwaliliby się,  że dostali łomot od 

mnicha i kogoś takiego jak ja, nawet nie szlachcica... - Urwał. Przetarł czoło nagle 

zroszone potem. 

- Co ja pierdolę... - mruknął. - I tak przesrane, Eric wykrwawił się jak zarzynany 

wieprz. Miał pecha, spaśny sukinsyn. Ale i tak, po co zabiłeś Godfreya? Musiałeś mu 

łeb ukręcić? I wiesz, mam paskudne podejrzenia. 

Podjechał do Lance'a i spojrzał mu prosto w bladoniebieskie oczy. 

- Spaliłeś mosty. Mam takie paskudne podejrzenie, mniszku. Zabiłeś go, żeby 

nie można było już nic odkręcić. Bo to i tak będzie na mnie, nikt nie uwierzy, że 

brat, nawet świecki, taka pokorna chudzina jak ty, mógł kogokolwiek zabić. O nie, to 

Claymore Ramirez, człowiek do wynajęcia, jest winien. I teraz, kurwa, będę miał 

szczęście, jak mnie tylko powieszą! 

Lance wciąż milczał. W końcu jego wąskie wargi wykrzywiły się w uśmiechu. 

- Słuszne - powiedział. 

Claymore'a zatkało. Nie załapał w pierwszej chwili. 

- Co: słuszne? - sapnął. 

Świecki brat pokiwał z politowaniem głową. 

- Podejrzenie. Słuszne albo też paskudne, jak raczyłeś zauważyć. 

Za późno było na przekleństwa. Zostałem wrobiony, zrozumiał Walijczyk. 

Wypuścił ze świstem powietrze. 

- Co ty nie powiesz? - spytał z przekąsem. - To może powiesz mi jeszcze 

dlaczego. 

W oczach mnicha błysnęło zniecierpliwienie. 

background image

- Przecież wiesz - rzucił sucho. - Mówiłem ci, durniu. Jesteś mi potrzebny. Masz 

coś, czego nie mam. 

Ciekawe co?, zastanowił się Ramirez niewesoło. Na pewno nie świra, obaj jesteśmy 

równo porąbani. A ty w dodatku jesteś wrednym, zdradliwym sukinsynem. Jestem ci 

potrzebny, powiadasz? Czyli tak naprawdę komu? 

- Nie zastanawiaj się za wiele - Lance, jakby słysząc jego myśli, przerwał je 

beznamiętnie. - Jedziemy dalej, już niedaleko. Aha, i słuchaj mnie, to może 

wyjdziesz z tego cało. 

Claymore przytaknął skinieniem głowy. Istotnie, sam nie miał  żadnych szans 

wyplątać się z tego bez szwanku, zdawał sobie sprawę. Ale też poprzysiągł sobie, 

dokładnie w tej chwili, że kiedyś przyjdzie taki czas, kiedy Lance akurat nie będzie 

się modlił. Kiedy będzie już po wszystkim. 

Jeśli kiedykolwiek będzie po wszystkim, napłynęła niewesoła myśl. I zaraz druga. 

O co w tym wszystkim, kurwa, chodzi? 

Kopyta bojowego konia grzęzły w miękkim błocie, kiedy Lance zjechał z traktu. 

Claymore chwilę stał, po czym stuknął konia piętami. Ruszył za mnichem. 

- Hej, Lance! - krzyknął jeszcze. - Dokąd właściwie jedziemy? Przecież tu nie ma 

nic. Tylko ugory i ruiny. 

Świecki brat nie odpowiedział. Nie odwrócił się nawet. 

* * * 

- Trzeba było powiedzieć,  że o to ci właśnie chodzi. Lance się nie odezwał. 

Rozdmuchiwał drobiny żaru tlącej się hubki. W słabym blasku było widać tylko  

wydęte cienkie wargi. 

- Ech, mogłem się spodziewać... - mruknął Claymore. 

- Jednak jesteś świrem - stwierdził. 

background image

Na tle nieco jaśniejszego nieba ciemniała zrujnowana więźba dachowa chałupy. 

Na wpół zwęglone krokwie i łaty wyglądały niczym żebra martwego smoka. Duża 

wioska, pomyślał Ramirez, kiedyś była duża. I ludna. Pozostały jeszcze rozwalające 

się  ściany z grubych bali, gdzieniegdzie niestrawione pożarem. Ale opłotki dawno 

zarosły, musieli przedzierać się przez krzaki ostrożnie, by nie trafić na tkwiące jeszcze 

w ziemi, spróchniałe kołki. Obórki i chlewiki, postawione z cienkich desek i żerdzi 

rozsypały się już dawno. 

- Na cholerę tu przyjechaliśmy? - ciskał się Walijczyk. 

- Jeśli już nie chciałeś do miasta, to mogliśmy się zatrzymać w byle wiosce. 

Zgrzytnął zębami. 

- Nie, nie w byle wiosce. To jest byle wioska. Jeśli nie zauważyłeś, to spalona 

przed laty. Nieważne, przez zbrojnych szeryfa, czy przez banitów Wieprza. 

Pieprzony wygwizdów, w którym po krzakach walają się pewnie kości. 

Lance przestał dmuchać. Ostrożnie podkładał cienkie strużyny na żarzącą się 

hubkę. Zamigotały pierwsze niepewne płomyczki. 

- Mogliśmy spać na stryszku w stajni, na sianie, a nie na tych pieprzonych 

kamieniach... 

Ramirez kopnął pierwszy z brzegu wapienny złom z rozsypującej się 

cembrowiny studni. Trafił, kamień wpadł w ciemną otchłań, ale nie usłyszeli plusku, 

tylko głuchy łomot. Studnia też dawno wyschła. 

- Napić się piwa. Nawet tych szczyn, które kmiecie warzą. Zjeść, kurwa, coś... 

W dłoniach Lance'a trzasnęła sucha gałązka, potem druga. Pełgające płomyczki 

przeżarły wysuszone drewno, wystrzeliły wyżej. Chwiejny krąg blasku poszerzył się, 

wydobył z mroku twarz mnicha. Uśmiechał się złośliwie. 

- I czego się cieszysz? - W głosie Claymore'a zabrzmiała gorycz i rezygnacja. 

Brakowało mu sił na porządną  złość. - Może raczysz mi powiedzieć, dlaczego 

przyjechaliśmy właśnie tutaj, do tej pieprzonej trupiarni? 

background image

Świecki brat powstał. Podrzucił ostatnią gałązkę do ognia, otarł dłonie o habit. 

- Bo to trupiarnia, Claymore - powiedział sucho, spoglądając Walijczykowi prosto 

w oczy. - Żywego ducha dokoła, za to martwych ile chcesz. 

Wskazał na coś na skraju świetlnego kręgu, co Ramirez w pierwszym momencie 

uznał za okrągły, omszały kamień. Dopiero po chwili dotarło do niego, że spogląda 

na ludzką czaszkę, wrośniętą do połowy w ziemię i mech. 

- To, co chcemy zrobić, Claymore, lepiej czynić z dala od ludzi. 

Coś było takiego w głosie mnicha, że Walijczyka przeszedł dreszcz, zanim sobie 

uświadomił, co w istocie usłyszał. W głosie Lance'a po raz pierwszy zadrgał lęk. 

- Idź, nazbieraj jeszcze drewna - dodał świecki brat. - To będzie długa noc. 

* * * 

Świt wstawał zimny, srebrny od rosy i mgieł. Wilgoć przyciemniła rozsypane, 

zmurszałe belki, lśniła na końskiej sierści. Drobne paciorki kropelek, nawleczone na 

nitki pajęczyn połyskiwały niczym klejnoty. Gdzieś niedaleko załopotały skrzydła, 

zaszumiały liście i gałęzie. Ochryple wrzasnął pierwszy, poranny ptak. 

Ramirez usiadł ciężko, oburącz  ścisnął skronie. Głowa ciążyła jak ołów, myśli z 

trudem przebijały się przez spowijającą umysł gęstą, lepką mgłę. W pierwszej chwili 

nie wiedział, gdzie jest, skąd się tu wziął. Słabe światło poranka raziło oczy, zanim się 

zdążył rozejrzeć musiał zacisnąć powieki. Świadomość wracała powoli. 

Stary szlachcic. Krew na pobielanych ścianach. Eric de Lisle wyje jak pies z 

przetrąconym krzyżem, biała, skrwawiona kość sterczy z rozdartych skórzanych 

spodni. Jasna krew tryska łukiem, rozlewa się na bruku, drobne kropelki rozpryskują 

się, łączą w strumyki. 

Rozszerzone rozpaczą oczy Godfreya. Źrenice uciekają do góry, tańczą, kiedy z 

głuchym chrupnięciem pękają kręgi. 

background image

Claymore zacisnął szczęki, aż naruszony w niedawnej bójce ząb zapulsował bólem. 

Ten ból otrzeźwił go nieco. Wciąż nie otwierał oczu, kiedy spróbował wstać. Udało się, 

zachwiał się, ale nie upadł. Nogi miał miękkie w kolanach. Powoli wracała pamięć. 

Najświeższe wspomnienia. Wtedy Claymore znów poczuł, że koniecznie musi usiąść, 

i zanim skończył tę myśl, już ciężko gruchnął tyłkiem o ziemię. Tym razem nawet 

nie poczuł bólu. 

Lance, pomyślał. Zmusił się do rozchylenia powiek, mimo iż  światło wbijało się 

pod czaszkę niczym ostrze sztyletu. 

Początkowo widział tylko rozmazane plamy. Po chwili z trudem zogniskował 

wzrok. Krąg wydeptanej trawy, popiół wygasłego ogniska. Derka, ciśnięta niedbale. I 

obok niej brunatna plama habitu. 

Claymore przyczołgał się do nieruchomej postaci. Widział już lepiej, świecki brat 

leżał na wznak, nieruchomo. Zwykłą u niego bladość twarzy podkreślały głębokie 

cienie pod oczyma, które, przymknięte, jakby zapadły się w głąb czaszki. Splecione na 

piersi dłonie zdawały się kruche jak u nieboszczyka w krypcie, białe i wręcz 

przejrzyste niczym żyłkowany sino marmur. 

Pamiętaj, jeśli ockniesz się pierwszy... w skołatanym umyśle Walijczyka wróciło 

echem wspomnienie słów. Jeśli ockniesz się pierwszy, nic nie rób, poczekaj. Nie 

dotykaj mnie nawet. 

Lance powtarzał to kilkakrotnie, z naciskiem, zanim... Nie chciał sobie 

przypominać, jeszcze nie teraz, jeszcze będzie czas. Odganiał natrętne strzępy 

obrazów, które układały się w to, co przeżył zaledwie wczoraj, tu, w ruinach 

spustoszonej przed laty wioski. W ruinach, które tchnęły chłodem  śmierci i 

zapomnienia. Jeszcze nie teraz. Jeszcze będzie czas. Wyciągnął rękę, chcąc dotknąć 

splecionych dłoni mnicha, przygotował się,  że poczuje zimno, a może nawet 

szczupłe palce z wyraźnie widocznymi stawami rozsypią się pod dotknięciem. W 

ostatniej chwili się powstrzymał. Nie •dotykaj! Mnich powtarzał to po wielokroć, 

chciał widać, by jego słowa zapadły Claymore'owi głęboko w pamięć. Z początku 

jakby mimochodem, jakby nie było to nic specjalnie ważnego, potem coraz bardziej 

background image

natarczywie, w miarę jak Ramirez, powodowany ciekawością, uśmiechał się tylko 

wymijająco. Tak, uświadomił sobie teraz Claymore, to była ciekawość, a poza tym 

złośliwość. Po raz pierwszy zauważył, że świeckiemu bratu na czymś zależy, że stara 

się skłonić do czegoś, czego nie może nakazać. 

Uśmiechnął się. I zaraz uśmiech spełzł z jego twarzy. Przypomniał sobie, co w 

końcu powiedział doprowadzony do ostateczności Lance. 

Uważaj. Bo nie wiadomo, kogo obudzisz. Albo co obudzisz. 

Claymore przełknął  głośno  ślinę. Jego wyciągnięta wciąż  dłoń drżała. A potem 

zamknął oczy i zacisnął palce na splecionych dłoniach mnicha. 

Przez nieskończenie długą chwilę nie czuł nic. Ani spodziewanego zimna, ani 

trupiej kruchości. 

- Wiedziałem, durniu, że nie wytrzymasz - usłyszał wreszcie, zanim nawet poczuł 

najlżejsze drgnienie. Skrzywił się tylko i spojrzał. 

Lance wpatrywał mu się w twarz szeroko otwartymi oczyma. Zapewne nie widział 

jeszcze wiele, jego wzrok wciąż był  mętny i przymglony, w kącikach pod 

powiekami wzbierały  łzy. Ale uśmiechał się, po raz pierwszy chyba szczerze, nie 

tylko ironicznym skrzywieniem bladych, bezkrwistych warg. 

Claymore odwzajemnił  uśmiech. A potem pociemniało mu w oczach i znów 

ciężko klapnął na tyłek. 

* * * 

Pod grubą warstwą popiołu tlił się jeszcze żar. Wystarczyło odgrzebać, dorzucić 

garść suchej trawy, kilka cienkich gałązek, by wśród niebieskawego dymu znów 

zatańczyły płomyki. Było już całkiem widno, poranek wstawał pochmurny, lecz jasny. 

Żaden z nich się nie odzywał. Widać obaj musieli się pozbierać, dojść do siebie po 

przeżyciach długiej nocy. 

background image

Przeżyciach? Claymore zacisnął zęby. Nie mógł doświadczyć tego wszystkiego, co 

zobaczył, co pojął, a czego strzępy kołatały się pod czaszką, napierały zewsząd, 

układały w ciągi obrazów i zdarzeń. To niemożliwe, pomyślał. Nie można tego 

przeżyć i pozostać sobą. 

Wyciągnął przed siebie dłoń, zacisnął ją w pięść, aż do bólu, kiedy paznokcie wpiły 

się w ciało. To wciąż ja, powtórzył z uporem. To były tylko majaki. Powtarzał to sobie 

cały czas, jak litanię, nawet wtedy, kiedy rozprostował  dłoń i w jej wnętrzu ujrzał 

głęboko odciśnięte ślady. Te świeże i te starsze. Wczoraj jeszcze ich nie było. Lance, 

zgarbiony w kucki jak chudy, nastroszony ptak, grzebał patykiem w ognisku. Jego 

rysy wyostrzyły się jeszcze bardziej, wyglądał na ozdrowieńca po długiej, ciężkiej 

chorobie. Poruszał wargami, jakby się modlił. Może istotnie się modli, pomyślał 

Claymore, kiedy dostrzegł, że świecki braciszek przesuwa w palcach paciorki swojego 

różańca. Może się modli, a może tylko zamyśla, komu tym różańcem przypieprzyć. 

Roześmiał się. Pochylone plecy mnicha drgnęły, ale Lance nie odwrócił głowy. 

Śmiech Claymore'a urwał się nagle. Walijczyk nie był jeszcze gotów, by wrócić do 

koszmarów, by przypomnieć je sobie dokładnie, zanalizować. Ale wiedział, że były 

ważne, i wiedział też, że przyniosły rozwiązanie. Przyniosły pewność. 

Popatrzył znów na zgarbionego, pogrążonego w rozmyślaniach mnicha. 

Uśmiechnął się, tym razem bezgłośnie. Mylisz się, Lance, myliłeś się od początku. Ale 

w jednym miałeś rację, jestem ci potrzebny. Bo tylko świr może złapać świra. 

Omal nie wypowiedział tych słów na głos. I aż się zdziwił, kiedy pojął, że straciły 

swój szyderczy wydźwięk. Wszyscy jesteśmy porąbani, pomyślał. Ty, Lance, też, i ja. 

I on. Jedyna różnica między nami jest taka, że umiemy zapanować nad swymi 

demonami. Nie odwrotnie. 

I uświadomił sobie jeszcze jedno, zerkając spod oka na zgarbioną, chudą postać, na 

ostry profil. Nie miał już żalu do Lance'a. Świecki brat nie był już kimś, kto wrobił 

najemnego zabójcę, wykorzystał jego naiwność i ciekawość, a może nawet chciwość 

dla własnych, niepojętych celów. Claymore zrozumiał, że są towarzyszami. 

background image

- W imię, kurwa, zasad... - mruknął. Sam nie wiedział, skąd przyszło mu to do 

głowy. 

Lance odwrócił się. Długo spoglądał ciężkim, nieruchomym wzrokiem. Wreszcie 

skinął głową. 

- Tak - odparł wreszcie. - I w imię litości. A także takiej bzdury, jaką jest 

pierdolona sprawiedliwość. 

Ramirez uśmiechnął się  złośliwie. Owszem, przyjacielu. Ale jeśli chodzi o sedno 

sprawy, to się srodze mylisz. 

* * * 

Lance może się i mylił. Ale Claymore musiał przyznać,  że bez niego nigdy by 

owego sedna nawet nie ujrzał. Nie sam i nie bez pomocy. 

- Nie ciskaj się tak, Ramirez, nic ci z tego nie przyjdzie, jak już zapewne zdążyłeś 

pojąć - głos nie był suchy i beznamiętny, wręcz ociekał ironią. - Wpadłeś po uszy, 

domyślasz się zapewne, w co. Siedzisz w dole kloacznym i tylko gęba jeszcze 

wystaje ponad gówno. Uważaj, wystarczy, że cię popchnę, i się zachłyśniesz. 

Claymore skrzywił się. W pierwszej chwili wydawało mu się,  że mnich powtarza 

znów to samo, co zdążył powiedzieć wczorajszej nocy. Ale nie. Lance odwrócił się, 

znów zgarbił nad ogniskiem, zgiął chude plecy i objął kolana rękoma. To tylko 

wyobraźnia płata figle, zrozumiał Walijczyk. To tylko wspomnienie, sugestywne jak 

rzeczywistość. Potrząsnął głową. Ciągle nie mógł się pozbyć szumu w uszach, myśli 

nadal płynęły ospale. 

Postanowił wziąć przykład z Lance'a. Podświadomie czuł, że nie siedzą bezczynnie 

bez powodu, choć wczoraj zaledwie wydawało się, że nie ma ni chwili do stracenia, a 

przynajmniej  świecki brat tak uważa.  Że należy gnać przed siebie, im szybciej tym 

lepiej, zanim stanie się... 

background image

Właśnie, pomyślał Ramirez. Stanie się. Wciąż miał wrażenie, że czas się kurczy, że 

zbliża się coś złego. Ktoś umrze. Może właśnie umiera. A może już umarł. 

Sam się dziwił. Widział niejedną śmierć, niejedną sam zadał. Umiał odbierać życie 

bez refleksji i bez złości. Taka praca, potrafił nawet powiedzieć. A teraz czuł, jak coś 

nadchodzi, świadomość, że jeśli niczego nie zrobi... 

- Wreszcie zrozumiałeś - odezwał się nagle Lance. Jakby śledził myśli 

Walijczyka, jakby znał te najtajniejsze. Ten uświadomił sobie, że może i zna. Kto 

wie, co jeszcze zdarzyło się tej dziwnej nocy. 

- Już wiesz, że możesz czemuś zapobiec. Wiedziałeś od dawna. 

Claymore skinął głową, choć mnich nie odwrócił się nawet. 

- Wiem - odparł po prostu. - A teraz z tym się pogodziłem. I zrobię, co 

powinienem zrobić, bo tylko ja mogę. 

Roześmiał się gorzko. 

- Tylko  świr może złapać  świra, co, Lance? O to chodzi. Tym razem to mnich 

potwierdził ruchem głowy. Nie dodał nic więcej, ale jego zgarbione plecy zadrgały 

od tłumionego chichotu. Ramirez miał tego dość. 

Wstał. Tym razem nie poczuł już  łupnięcia w skroniach, nie pociemniało mu w 

oczach. Może to złość spowodowała, iż nie zwracał uwagi, a może mijały skutki 

działania podejrzanych mikstur mnicha. 

Szarpnął Lance'a za ramię. Przygotował się na opór, na zaciśnięcie dłoni na 

nadgarstku, może na cios. Albo wręcz na uderzenie różańcem z ołowianych paciorków. 

Na wszystko był gotów, tylko nie na uśmiech, który zobaczył, kiedy Lance spokojnie 

odwrócił głowę i spojrzał mu w oczy. 

- Owszem, o to chodzi. Wiesz przecież,  że to prawda. Gniew Ramireza zgasł 

równie szybko, jak wybuchł. 

background image

Claymore puścił ramię obleczone w bury, zaplamiony i wytarty, jak spostrzegł 

teraz, habit. Zrozumiał, że i z tym się pogodził. Przynajmniej na razie. 

Usiadł obok świeckiego braciszka. Zapatrzył się w blade, nieśmiałe płomyczki, w 

smużkę sinego dymu, która wiła się wspinając w równie sine niebo. 

- I co, Lance? - spytał po chwili. - Kiedy przyjdzie kolej na mnie? Od razu, 

kiedy zrobią już swoje? Czy dopiero wtedy, kiedy bardziej mi odpierdoli? 

Mnich nie odpowiadał. Jakby chcąc zyskać na czasie rzucił na żarzące się  węgle 

cienką suchą gałązkę, spoglądał, jak zajmuje się ogniem, skręca i czernieje. Dopiero 

gdy zamieniła się w popiół, powiedział: 

- Być może nigdy, Ramirez. 

Popatrzył na swego młodszego towarzysza. 

- Zresztą... - podjął po krótkiej chwili. - Tylko ty znasz odpowiedź. Powinieneś 

znać, zobaczyć ją tej nocy. 

I zobaczyłem, przytaknął milcząco Claymore. Wiele zobaczyłem. Przyszedł czas, 

żeby to wszystko poukładać, choćby nie wiem jak było paskudne. 

Z wysiłkiem odepchnął dręczący niepokój. Nie potrafił go zbagatelizować, tkwił 

wciąż gdzieś głęboko, ciężki i lodowaty, niczym bryła zmarzniętego śniegu. Ale już 

nie przeszkadzał jasno myśleć. Wspominać i klecić strzępy obrazów, tych, które 

Claymore widział wczoraj, i tych, co do których był pewien, że realnie nigdy nie 

ujrzał. Nie wiedział, czy zdarzyły się kiedyś, czy może dopiero nadejdą. 

Wstrząsnął się. Wolałby,  żeby nie nadeszły. Kim ty naprawdę jesteś, Lance?, 

pomyślał po raz nie wiadomo który. Sługą Bożym? Zabójcą, takim jak ja i nie 

lepszym ode mnie? A może czarownikiem, druidem nie-ledwie? Cóż, to ostatnie było 

prawdopodobne. 

Popatrzył z ukosa na mnicha. Ten zdawał się drzemać. Oczy, ukryte pod powiekami 

zapadły się głęboko, światło poranka, który przechodził powoli w pochmurny, ponury 

background image

dzień, kładło głębokie cienie w oczodołach i pod kośćmi policzkowymi. Twarz 

Lance'a przywodziła na myśl czaszkę, obciągniętą wyschłą, pergaminową skóra. 

Claymore uświadomił sobie, że  świecki brat zawsze tak wyglądał. Zwłaszcza 

kiedy się zamyślił lub po prostu odgradzał od rozmówcy barierą milczenia. 

Tak też wyglądał wczorajszej nocy, kiedy ognisko rozgorzało już blaskiem, a 

Ramirez ciskał się, klął i prosił na przemian. Wydawało się, że zakonnik nie słyszy. 

Siedział nieruchomo, z przymkniętymi oczyma, a tańczące płomienie wydobywały z 

mroku jego twarz niczym trupią maskę. Tylko nieznaczny ruch palców, które 

przesuwały paciorki różańca, i bezgłośne poruszenia wąskich warg świadczyły, że w 

ogóle żyje. 

Walijczyk zachrypł w końcu. Jego przekleństwa, wyzwiska, groźby, a w końcu i 

błagania odbijały się nieszkodliwie od muru milczenia i obojętności, jakim Lance 

odgrodził się od doczesnego świata. Mnich poruszył się, dopiero gdy zapadła cisza. 

Wstał w milczeniu i ruszył do wierzchowców. 

Siedziałem wtedy jak głupi, wspomniał Ramirez. Ten głuchy pień nie poświęcił mi 

odrobiny uwagi, zdawał się nie słyszeć, co do niego mówiłem, w końcu 

wykrzykiwałem. I już wtedy... 

Uświadomił sobie, że już wtedy jego wściekłość począł przesłaniać lęk. Irracjonalny 

i nieokreślony, nie strach przed konsekwencjami masakry na zamkowym dziedzińcu, 

nie obawa przed zemstą licznej i skoligaconej familii de Lisle. Co gorsza, zasobnej. 

Walijczyk podejrzewał,  że bliżsi i dalsi pociotkowie Erica i Godfreya będą 

rozsądniejsi, a może po prostu bardziej leniwi. I niekoniecznie zginie od ciosu 

jaśniepańskiego miecza, prędzej ktoś, taki sam yeoman  jak on, wepchnie mu sztylet 

między żebra, kiedy będzie się najmniej tego spodziewał. 

To było realne zagrożenie, prawdziwy problem. Dał się wrobić jak dziecko, 

powtarzał to sobie kręcąc bezradnie głową. Ale nie tego się bał. 

Lance niedługo przebywał poza chwiejnym kręgiem  światła rzucanym przez 

ognisko. Claymore usłyszał poparskiwanie uwiązanych koni, które głucho tłukły 

background image

kopytami w ziemię, pomyślał wtedy, że może wielkie bojowe bydlę kopnie złośliwie 

nowego właściciela. Ale nic takiego nie nastąpiło, usłyszał  łagodny głos, nie 

rozróżniał wprawdzie słów, ale widać Lance zmienił postępowanie w stosunku do 

zwierzęcia, nie tłukł kułakiem, by okiełznać i zmusić do posłuszeństwa. Wszystko 

ucichło, i mnich po chwili wrócił. 

Bez słowa wyjaśnienia starannie rozesłał na ziemi derkę, złożył na niej podróżną, 

mocno podniszczoną sakwę. Wyślizgana przez lata używania, gładka skóra lśniła w 

blasku płomieni. Przypomina właściciela, błysnęło Claymore'owi niespodziewane 

skojarzenie. Równie zużyta, równie twarda jak stare rzemienie. Równie mocna. 

Pojawiła się też ciekawość, co kryje się pod zniszczoną skórą. Tak jak i pod 

kapturem burego habitu. 

Nic specjalnego na pierwszy rzut oka. Lance wyjmował małe woreczki, starannie 

zasupłane rzemykami. Niektóre podnosił do ucha, naciskał, jakby słuchał  dźwięku, 

jaki pod naciskiem wydaje zawartość. Niektóre wąchał, nawet nie rozwiązując, kiwał 

głową z aprobatą. 

Zioła, domyślił się wtedy Claymore i jego zaciekawienie wzrosło jeszcze bardziej. 

Kim ty jesteś? Przypomniał sobie teraz, że o mało nie powiedział tego na głos. 

Roześmiał się. Na głos też pytał. I też nie otrzymał odpowiedzi. 

Zioła i małe, misterne gliniane flakoniki, zatkane rdzeniem czarnego bzu, zalepione 

gipsem nie pasowały do mnicha, nawet świeckiego brata. Trąciły czarami i herezją, 

starym kultem, który kościół pragnął wytrzebić, by ślad nawet po nim nie został. 

Walijczykowi kojarzyły się z rodzinnymi lasami, gęstymi i mrocznymi, które jak 

sądził, dawno już przepadły w mrokach niepamięci, tak wiele wiosen upłynęło, odkąd 

je opuścił. 

Przestał się dziwić. Wszystko zaczynało się składać, nawet to miejsce, tchnące 

wonią  śmierci, martwa wioska, po której zostały zręby chat, popalone, spróchniałe 

belki i rozsypane kamienie. I kości zabitych, których nikt nie grzebał, pozostawione 

tak, by rozwłóczyły je lisy, objadło ptactwo, a z resztek ciała oczyściły pracowite 

owady. By szkielety z tkwiącymi między  żebrami ułomkami bełtów, roztrzaskane 

background image

ciosami czaszki mogły wrastać w ziemię, pokrywać się zielonym liszajem mchów i 

zapomnienia. By półkręgi szczęk mogły szczerzyć się szyderczo spośród chwastów i 

burzanów. 

Zaczynał rozumieć,  że tylko tutaj, gdzie wciąż krążyła  śmierć, której nikt z tego 

miejsca nie odpędził od lat, nie ułagodził pochówkiem ani ofiarą, mogą dokonać tego, 

co zamierzał Lance. 

Na derce pojawiły się miseczki, wyrzezane z drewna, pociemniałe od mikstur i 

płynów, które wsiąkały w nie przez lata. Dwa kubki, też drewniane, obciągnięte 

skórą. Lance, skupiony i uważny przetarł je czystą, lnianą szmatką, która nie wiedzieć 

skąd pojawiła się nagle w jego dłoni. 

Pierwsza garść ziół wpadła w ogień. Ognisko buchnęło płomieniem, złociste iskry, 

w które zamieniły się wysuszone, drobno cięte listki, uniosły się w niebo migotliwym 

kłębem. Wirowały niczym robaczki świętojańskie, gasły niesione wiatrem, spadały na 

trawę w lekkich, nieważkich płatkach popiołu. Dym stał się  słodki i gęsty. Wtedy 

Lance zaczął mówić. 

Claymore z początku myślał, że mnich mamrocze coś do siebie. Może przepowiada 

sobie tajemnicze formułki, może modli się tylko. Nawet nie zastanawiał się do kogo. 

Kogo może wzywać na pomoc ten okrutny, beznamiętny człowiek o błyszczących 

fanatyzmem bladych oczach. Kogo przyzywa, błaga, a może odpędza. 

Wstrząsnął się. Od słodkawego zapachu zaczynało mu się kręcić w głowie. Myśli 

poczynały się rwać. Zapłonęła następna garść wysuszonych listków i łodyżek, tuman 

unoszący się nad płonącymi  żagwiami zgęstniał, jego woń stała się ostra i dusząca. 

Dym począł  ścielić się nisko, ciężki i lepki, otulał siedzące postaci, wspinał się 

białymi, prawie dotykalnymi pasmami do ust i nozdrzy. Ramirez przez chwilę 

wstrzymywał oddech, oczy mu łzawiły, nie widział już prawie świeckiego brata, jego 

postać rozmywała się w opalizujących, prześwietlonych płomieniami kłębach, które 

zdawały się przybierać fantastyczne, niespotykane kształty, 

background image

Wreszcie odetchnął. Wciągnął opary głęboko do płuc. Glos Lance'a stał się 

wyraźniejszy, Claymore dokładnie rozróżniał już poszczególne słowa. 

- To nic osobistego, Claymore. Padło na ciebie, po prostu, bo się nadajesz. Jesteś 

bystry, chciwy, ciekawski. Odważny. I w sam raz pierdolnięty. 

Istotnie, pomyślał Walijczyk. Ale ta myśl nie niosła już ze sobą  złości, 

zaakceptował ją jak obiektywną prawdę, z którą trudno walczyć. I trudno się na nią 

obrażać. Czuł... Otępienie? Nie, to złe słowo. Tylko obojętność, jakby stał się samym 

umysłem, oderwanym od ciała. I być może nawet tak było, bo choć miał świadomość 

iż, to ciało posiada, to utracił nad nim władzę. Czuł ostre kamyki wpijające się w 

tyłek. Czuł ból mięśni, nadwerężonych w krótkim starciu z braćmi de Lisle. 

Mrowienie w nodze, która ścierpła od niewygodnej pozycji. Ale ciało było odległe, 

przesyłało sygnały tylko w jedną stronę. Nie słuchało. 

Czegoś ty dosypał do ognia, Lance?, błysnęła trzeźwiejsza myśl. I zaraz zgasła. 

Nieistotne. 

Wąskie wargi mnicha lśniły czarnym, oleistym połyskiem. Pusty flakonik upadł na 

derkę. Claymore patrzył zafascynowany, jak toczy się powoli, jakby czas rozciągał się 

do granic możliwości. Jak roni z szyjki pojedyncze, ciemne krople, które zamiast 

wsiąknąć w tkaninę, rozbiegają się na boki jak żywe. 

- Jesteś w sam raz, Claymore. Obserwowaliśmy cię od dawna, wiemy, co robiłeś i 

dlaczego... 

My, czyli kto? Walijczyk popatrzył w oczy Lance'a, które nie były już 

bladoniebieskie i spłowiałe, nie było w nich chłodu jesiennego nieba ani zimnego 

połysku stali. Źrenice rozszerzyły się, zniknęły całkiem tęczówki. Claymore miał 

wrażenie, że zagląda prosto w pustkę ciemnej, bezdennej studni. 

- My, panie Ramirez - świecki brat odpowiedział, acz wymijająco na niezadane na 

głos pytanie. - Szukamy takich jak ty, od wieków. Od zawsze, z naszego punktu 

widzenia, bo i ty, i ja, jesteśmy nieważni. Ważny jest cel, w który wierzę, któremu 

poświęciłem się bez reszty. Cel, w który i ty zaraz uwierzysz. 

background image

W głosie nie było szyderstwa, była pewność. 

Kłąb iskier strzelił w niebo. Claymore poczuł na wargach zimny dotyk naczynia, 

smak płynu, niespodziewana paląca gorycz ściągnęła mu twarz mimowolnym 

grymasem. Mikstura paliła w ustach, drapała w gardle, rozpływała się ciepłem 

promieniującym od trzewi. Wszystko dokoła poczęło się rozmywać, malało w 

oddaleniu. Pozostały tylko oczy Lance'a, czujne i uważne. 

- Jesteś gotów! - śmiech mnicha zazgrzytał niczym ostrze noża po szkle. 

Jestem, pomyślał Claymore. Jestem gotów słuchać. I może uwierzyć. 

Otrząsnął się na chwilę. Z szarego nieba zaczynał siąpić deszcz. Kropelki chłodziły 

rozpalone czoło. Przetarł je dłonią. Przez chwilę przypatrywał się, jak drżą mu palce. 

To dopiero początek, pomyślał. Później było gorzej. Znacznie gorzej. Kiedy już 

zaczął rozumieć, kim jest. A raczej kim może się stać. 

Jestem gotów, zdecydował wtedy, choć decyzję raczej podjęła ostatnia przytomna 

jeszcze część jego umysłu. Bo też wiedział, że nie ma innego wyjścia. 

- Jesteśmy tu od wieków - słowa Lance'a padały miarowo, beznamiętnie. - Od 

zarania. Bogowie przychodzą i przemijają. Królestwa padają w gruzy, na ich 

miejscu rodzą się nowe. A my trwamy. I będziemy trwać. 

Szczupła twarz mnicha perliła się kropelkami potu. Błyszczące strumyki spływały 

po czole i policzkach. 

- Niech cię nie zmyli ten habit. Po prostu jestem teraz po właściwej stronie. Tak 

wygodniej. Ale cel jest wciąż ten sam. Zawsze był i pozostanie. 

Lance wstał. 

- Równowaga, panie Ramirez. 

Równowaga. Claymore mozolnie obracał to słowo w umyśle. Coś mu się 

kołatało, coś niepochwytnego. Zło i dobro. 

background image

Nie, to nie może być takie proste. 

- Jesteście jak dzieci. Wy, prostacy i królewięta. Władcy i hołota. Wydaje wam się, 

że panujecie nad światem, czynicie go sobie poddanym... 

My?, zdziwienie przebiło się przez mgłę, która tłumiła myśli. A co ja, kurwa, mam 

do tego? Poza tym, że jestem świrem? 

- Owszem, ty jesteś inny. Widzisz więcej. I zobaczyłeś, właśnie dziś. 

Błysk i nagły ból. Czarne, zaschnięte sople spływające po bielonych ścianach. Świst 

powietrza w przeciętej tchawicy. Głęboki warkot głodnej bestii. 

Czarny pies unosi ostry pysk, z pożółkłych kłów spływa gęsta ślina. 

- Dalej, Claymore, jesteś już blisko... 

Czy to złudzenie, czy piekielny mnich śmieje się szyderczo. Znów zimny dotyk na 

wargach, znów do gardła spływa palący płyn. 

- Dalejże! 

Już tylko obrazy. Strzępki wspomnień. Tych, co się wydarzyły. Tych, co dopiero 

nadejdą. Gorąca krew spływa na dłonie, w szczelinach kamiennego muru zielenią 

się i szarzeją porosty. I nie ma prostej odpowiedzi na proste pytanie mordowanego na 

zimno człowieka. 

Dym gęstnieje, ciężki i duszący. Już nie ma nic poza nim. Poza opalizującą bielą i 

czarnymi, bezdennymi źrenicami. Dalej, Raimirez. Czyżby w głosie mnicha brzmiało 

zniecierpliwienie? Claymore nie jest pewien, czy rzeczywiście coś usłyszał, czy to 

może echo poprzednich słów tłucze się pod czaszką. 

Głęboki wykop, który bez wątpienia jest mogiłą. Ciało owinięte w całun. Miękkość 

i ciepło dziewczęcej dłoni. Słowa gdzieś, kiedyś zasłyszanej ballady. 

...Promise me, when you see a white rose you'll think ofme... 

background image

Nie zapomnę. I nagły skurcz serca. Nie zapomnę, nawet kiedy cię stracę. Claymore 

potrząsa głową, usilnie stara się zogniskować wzrok. Przecież nie straciłem. Nawet 

jeszcze nie poznałem. 

- Czarny pies. On jest ważny, Claymore! Czarny pies! Zmienia się perspektywa. 

Twarz Lance'a jaśnieje bladą plamą na tle nieba, rozgwieżdżonego tańczącymi 

iskrami. Ciała nie ma już wcale, rozpłynęło się w dymie, w duszących słodkich i 

palących oparach. Została świadomość i wizje. 

Wciąż nie takie. Trupią maskę mnicha ściąga gniew. Lance coś mówi, natarczywie i 

gniewnie, słowa rozpływają się, rozpadają na poszczególne dźwięki i echa. 

Kosmyk jasnych włosów, czerń brwi, dotyk gładkiej skóry. Smak miodu na 

wargach. 

...I will be your ghost of a rose... 

Policzek pali ogniem. Czy to już? Nie. Świadomość wraca na chwilę. To tylko ten 

skurwysyn dał mi w pysk, orientuje się Claymore. 

-  Skup się, durniu, nie ma czasu! Nie wytrzymasz już długo! 

Nie ma? 

Wewnętrzny chichot wstrząsa ciałem. Nie wiesz, Lance, jak wiele mogę 

wytrzymać. Sam się nie spodziewałem. 

Głowa pod uderzeniem przetacza się z boku na bok. 

Ech, poczekaj, jak tylko będę mógł wstać... 

Ciało wciąż nie słucha. Nie ma go, rozpłynęło się w rozkołysanej, skłębionej 

przestrzeni. 

- Czarny pies! 

Twarde palce chwytają podbródek, unieruchamiają głowę. Można już tylko patrzeć 

w szkliste, pozbawione tęczówek oczy. 

background image

- Równowaga, Ramirez. Już wiesz, co się dzieje. My wiemy od dawna. Panicz 

William nie jest pierwszy. 

Tak, nie jest. Claymore chce się uśmiechnąć, ale nie może, wargi ma zdrętwiałe i 

nieczułe. Nie on pierwszy wrócił z tej wojny, niepotrzebnej i krwawej. I nie jemu 

pierwszemu odbiło. 

- My widzimy dalej. To początek zaledwie. Obce demony, przepaść, której nikt 

nie zasypie. Tak będzie, a my musimy być gotowi. 

My, czyli kto? Wciąż wraca jedna, natrętna myśl. Kim ty jesteś, Lance, kim są ci, 

których obchodzi, co będzie za sto lat? Za kilkaset? 

W oczach mnicha, czarnych punktach w bladym owalu twarzy lśni złość. Dotyk 

palców na policzkach przeradza się w twardy uchwyt, kiedy mnich przemocą rozwiera 

mu zaciśnięte zęby. Claymore krztusi się, choć lepki płyn nie pali już tak bardzo. Mgła 

gęstnieje. 

- Mów, Ramirez! Już nie ma czasu. Mów, co widzisz! Co widzę? Nic, kurwa, nie 

widzę, chce powiedzieć 

Claymore. I niczego nie powiem, jak mi będziesz zatykał  gębę. Wręcz czuje 

chrzęst, kiedy dłoń Lance'a przesuwa się po pokrytym krótkim zarostem policzku i 

brodzie. Już może zaczerpnąć powietrza. 

Nic nie widzę. Tylko mgła, biały, opalizujący dym. I słońce. Skąd tu słońce? 

Skąd błękit nieba? Przecież jest noc. Głowa uwolniona z uchwytu przetacza się po 

derce. Z boku na bok. 

Błysk. Bliźniacze wieże lśnią bielą na tle błękitnego, jasnego nieba. Dym nie jest 

już biały, wznosi się skłębionymi kolumnami. 

Drugi błysk. I ciemność. 

* * * 

background image

Suchy patyk trzasnął nagle, ostry koniec wbił się w dłoń. Claymore syknął. 

Zlizał krew, która spłynęła na nadgarstek. 

Drzazgi weszły głęboko. Posykiwał jeszcze, kiedy klnąc pod nosem wyciągał 

cienkie, łamliwe drewniane włókienka. Lance, zgarbiony nad dogasającym ogniskiem, 

poruszył się i otrząsnął, zupełnie jak wielkie, chude ptaszysko. 

Padał drobny deszcz. 

Ramirez miał dość. Już wszystko zrozumiał. Nie chciał już przeżywać 

wszystkiego raz jeszcze. Właśnie przeżywać, bo choć zdawał sobie sprawę, iż to, 

co ujrzał to tylko wizje, pozostawały przeraźliwie realne, nawet jeśli pominąć ich 

treść. Wiedział, że nie wyzwoli się od ich już nigdy, że położą się cieniem na całe 

przyszłe życie. Nic już nie będzie takie jak przedtem. 

Cisnął ze złością  ułomki patyka. Wpadły w wygasły, okryty mazią z padających 

kropli popiół. 

Lance drgnął. 

- Wiem wszystko - uciął Claymore, zanim mnich zdołał się chociażby odwrócić. 

- Wszystko już rozumiem. ty... 

Urwał. 

Uświadomił sobie właśnie, że nie jest już pacynką na patyku, laleczką, która tańczy, 

jak chce ukryty za kurtyną kuglarz. Już nie Lance trzyma patyk, którego koniec jak 

dotąd tkwił w jego własnym tyłku. 

Uśmiechnął się  złośliwie, mimo bólu, który wciąż  łomotał w skroniach, mimo 

paskudnych obrazów, które chciałby wyrzucić z pamięci, choć wiedział, że wypaliły 

się w jego umyśle i pozostaną tam na zawsze. Ale coś się mieniło. 

Świecki brat odwrócił się powoli. Claymore widział jego twarz, wyczerpaną i 

postarzałą, zda się, przez tę jedną o co całe lata. Zapadnięte głęboko oczy łzawiły, 

źrenice wciąż były rozszerzone. Cokolwiek to było, cokolwiek zażyłeś, pomyślał 

Walijczyk, kosztowało cię wiele. Widocznie było warto. 

background image

Splunął. Sam mocno powątpiewał. Bo wiedział już, że Lance się myli. Że mylą się 

jego nieznani mocodawcy. 

Pokręcił  głową. Nie do końca. Bo przecież wiedział  iż,  że to co ujrzał, jest 

prawdą. Będzie prawdą. Ta świadomość spowodowała,  że znów poczuł w żołądku 

twardy, lodowaty ciężar. 

Zaklął bezradnie. Już nie czuł się oszukany i wplątany wbrew swej woli w 

wydarzenia, których nie rozumiał, miał przewagę nad mnichem, teraz to on sam 

będzie dyktował warunki. 

- Gadaj, byle szybko - Lance przemówił szorstko, znów z protekcjonalną 

wyższością w głosie. Nie wiedział mszczę, jak wiele się zmieniło. - Nie mamy czasu. 

Wstał. Zachwiał się lekko, jego twarz pobladła jeszcze bardziej. Ale zaraz wziął się 

w garść. 

- Wiem, co widziałeś - rzucił krótko. - A teraz, zanim ruszymy, powiesz 

dokładniej. Będę wiedział, co zrobić. 

Uśmiechnął się zimno. 

- I co ty masz zrobić. Pojąłeś już, jaki jesteś ważny, jak wiele możesz. I  

powinieneś być wdzięczny. Ty, prostak, najemny żołdak. 

Pochylił się, zaczął zwijać derkę. Pod podeszwą jego ciężkiego jeździeckiego buta 

coś trzasnęło. To pękł pusty, niepotrzebny już, gliniany flakonik. Lance odtrącił 

niecierpliwie skorupy. 

- Nawet nie żołdak, zwykły zbój - dogadywał dalej, nie patrząc na Claymore'a. 

Jego kościste palce dociągały żemyki sakwy. - Powiem ci coś, bo cię polubiłem. 

Podniósł głowę na chwilę, wykrzywił się szyderczo. 

- Może się przydasz. Nie będziesz już zwykłym zbójem, zmądrzejesz trochę. 

Może nawet będziesz jeszcze kiedyś nam potrzebny. Bo masz talent, już ci 

mówiłem. Marnujesz się tylko. 

background image

Jego glos stwardniał. 

- Ale dopiero wtedy, kiedy załatwimy tę sprawę. Kiedy demony wrócą tam, skąd 

przyszły. Kiedy zginie ich sługa. Bo jeśli nie, jeśli ich nie pokonamy, to przyjdzie ich 

więcej... 

Świecki brat cisnął sakwę. Claymore znów wyczuwał w jego głosie emocje. A 

nawet coś więcej. Wyczuwał nienawiść. 

Kościste dłonie mnicha zacisnęły się na jego ramionach. Spojrzenie oczu, które 

były znów wyblakłe i załzawione, ale pałały fanatycznym blaskiem, wpiło się w 

twarz Walijczyka. 

- Jest 

świat Dar al-Islam - Lance mówił teraz cicho, ale z pasją. Obce słowa 

wypluwał, jakby były przekleństwem. - I Dar al-Harb, świat, w którym żyją 

niewierni. 

Zaśmiał się. Krótki śmiech zabrzmiał niczym zgrzyt. 

- Czyli my. I nie przypadkiem znaczy to również „pole bitwy". Bitwy, która się 

dopiero rozpala, w której nienawiść przetrwa wieki. Która się nie skończy, dopóki 

nie zginiemy my albo oni. 

Ramirez poczuł, jak twarde palce mnicha wbijają mu się w ramiona. Miał już dość. 

I tak czuł się, jakby ktoś wrzucił go do worka, a potem młócił kijem. Zresztą, 

pomyślał, może to i prawda. Ten szalony sukinsyn byłby do tego zdolny, żeby tylko 

zatrzymać dżihad. 

I zaraz przyszła refleksja. Skąd ja, kurwa, znam takie słowa? 

- Nic nie znaczysz, Claymore. Jesteś potrzebny tylko po to, by wystąpić przeciw 

demonowi. By pokonać ciało, które posiadł, zmusić je do wyznań.  Żebyśmy 

wiedzieli, jak walczyć następnym razem. I jeszcze następnym. Ty 

jesteś nieważny. 

Kropelki  śliny spadły na twarz Ramireza. Umiesz zachęcić, doprawdy, pomyślał 

Walijczyk kpiąco. 

background image

Już chciał zacisnąć dłonie na nadgarstkach Lance'a, odepchnąć go, kiedy poczuł, że 

nacisk zelżał. Mnich sam wstał, odstąpił o krok. W jednej chwili zniknęła złość, 

zgasł fanatyzm w spojrzeniu. 

- Zbieraj się - rzucił szorstko. - Nie ma czasu, sam wiesz. Po drodze opowiesz 

wszystko, czego nie wybełkotałeś w wizjach. 

Claymore nawet nie drgnął. Rozcierał sobie ramiona. Przysięgał w myśli, że jeśli 

ten szalony mnich jeszcze raz go dotknie, to dostanie w pysk aż się nogami nakryje. 

Bez względu na konsekwencje. 

- Wstawaj! - syknął Lance. - Wstawaj, bo... 

- Bo co? - spytał uprzejmie Ramirez, po czym jednak wstał. 

Podszedł do świeckiego brata, stanął blisko. 

- Wiesz, Lance... - zaczął powoli. - Oszczędzę nam obu zbędnych rozmów. Pierdol 

się, jeśli ci reguła oczywiście pozwala. 

Musiał przyznać, że świecki brat umiał nad sobą panować. Tylko oczy rozszerzyły 

mu się nieco, nozdrza drgnęły. Zdążył nawet powstrzymać grymas, jego twarz 

pozostała dalej nieodgadnioną maską. 

- Jesteś pewien? - spytał tylko. 

Claymore od razu zrozumiał,  że nie chodzi tu o kwestię, czy reguła zakonu, do 

którego Lance przynależał, jest wystarczająco elastyczna, by mnich mógł spełnić 

propozycję. Pokiwał  głową z niechętnym uznaniem. Zakonnik umiał grać według 

zasad przeciwnika. Gdy tylko pojął,  że układ się zmienił, potrafił natychmiast się 

dostosować. 

- Jestem -  odparł  po  prostu  Walijczyk.  -  Sam mówiłeś, tylko świr może złapać 

świra. 

Skrzywił się, choć ta myśl nie złościła go już tak jak kiedyś. 

- I tylko świr może drugiego zrozumieć. Klepnął mnicha poufale w ramię. 

background image

- Dobrze o tym wiesz, prawda? Jesteś taki sam jak i ja. I jak on. 

Lance skinął tylko głową. 

* * * 

Jechali powoli, obok siebie. Nie musieli się spieszyć, już obaj byli o tym 

przekonani. Dziś i tak było za późno. 

Paskudna świadomość, myślał Claymore. Nic nie mogłem zrobić. Nie mogliśmy. 

- Jesteś pewien? - spytał po raz któryś Lance. Ramirez przytaknął. Nie złościło go 

już ponawiane po raz któryś pytanie. Wiedział,  że mnich nie podaje w 

wątpliwość jego wizji, jego osądu, że uznał ją za słuszną. I zadaje je tylko po to, by 

pomóc wydobyć z zakamarków podświadomości wszystko, co jest istotne. Wszystko, 

co może pomóc, a przed czym Claymore się wzdraga, bo ostatnią rzeczą, jakiej 

pragnie, jest przeżywanie tego ponownie. 

Konie szły wolno, stępa. Można było puścić wodze, nawet przymknąć oczy. By, 

mimo wszystko, przywołać wizje jeszcze raz. 

- Lance, jestem pewien - powiedział wolno Claymore. 

- To nie to, o czym myślisz, to nie święta wojna, która jak mówisz, rozgorzeje już 

wkrótce... 

Zaśmiał się, aż mnich spojrzał na niego uważnie. Pokręcił  głową, machnął 

lekceważąco ręką. 

- Nieważne, Lance. Zastanawiałem się, co dla ciebie... -  zawahał się chwilę. - Co 

dla was znaczy „wkrótce". Czy przypadkiem nie martwisz się o coś, co stanie się po 

twojej śmierci, po śmierci każdego z nas. Za dziesiątki, może setki lat. 

Popatrzył na towarzysza. Widział tylko profil, kaptur znów naciągnięty na czoło, 

chociaż deszcz już nie padał. Wąską kreskę zaciśniętych warg. 

- Nieważne - powtórzył. - Kimkolwiek byście nie byli, pewnie się doczekacie. 

background image

Milczeli obaj przez chwilę. Wjeżdżali już między uprawne pola, między pastwiska 

poprzekreślane murkami z jasnego kamienia, popstrzone białymi plamkami pasących 

się owiec. 

Daleko za nimi została wymarła, spalona przed laty wioska, przesiąknięta aurą 

śmierci i zgnilizny. 

Claymore wstrząsnął się w siodle, przez chwilę rozcierał ramiona w złudnej 

nadziei,  że to powstrzyma dreszcze. Po chwili zaczął jeszcze raz, analizując i ważąc 

każde słowo. 

- To jeszcze nie dżihad, nie najazd demonów - uśmiechnął się krzywo. - Nie tym 

razem, Lance, jeszcze nie tym. To tylko młody Hawes nie wytrzymał. Wrócił 

stamtąd, z tej wojny, która jak powiedziałeś, tlić się  będzie przez stulecia. Wrócił z 

krucjaty 

Znów mrówki przebiegły Ramirezowi wzdłuż krzyża. 

- Wrócił nie sam. Ale to, co w nim siedzi, to jego własny demon. Jego własne 

przekleństwo. Może jest obcy, może pojął go we władanie właśnie tam, w obcym 

kraju, pod obcym słońcem. Tam, gdzie młody William pojechał na 

krucjatę, w obronie prawdziwej wiary. I gdzie go nikt, kurwa, nie prosił. 

Wstrzymał konia, Lance uczynił to samo. Jechali powoli, zakonnik słuchał uważnie, 

by nie uronić ani słowa. Bo też za każdym razem Claymore dodawał nowe 

szczegóły. 

- To jego demon, mnichu. I owszem, znajdziemy go i wypędzimy. To proste, jak 

wiesz. Trzeba tylko iść śladem kolejnych trupów, bo przecież bestia się nie nasyci. 

Przeciwnie, będzie coraz bardziej złakniona, będzie żądać coraz więcej. I być może 

nad kolejnym ciałem dopadniemy ją wreszcie. Bo już nie będzie w stanie szybko 

odejść, skryć się, zanim uderzy następny raz. I wtedy dowiemy 

się, czy to istotnie demon, a może to tylko młody Hawes sam stał się potworem. 

background image

Smagnął konia między uszy. Mocno, ze złością, jaka w nim wciąż wzbierała. 

Zwierzak chrapnął tylko i znów ruszył stępa. 

Lance szybko zrównał się z Walijczykiem. 

- Jesteś pewien? - dopytywał się uporczywie. - Przecież widziałeś. 

Claymore brutalnie szarpnął wodze. Gwałtownie wstrzymany wierzchowiec 

wspiął się na chwilę, a gdy opadł znów na przednie kopyta, przez chwilę tańczył w 

miejscu na gościńcu. Walijczyk osadził go mocnym szarpnięciem. 

Miał dość. 

- Kurwa, jestem! - wrzasnął, aż koń podrzucił  łeb. - Jestem, i bardziej już nie 

mogę! 

Świecki brat walczył przez chwilę z bojowym rumakiem Godfreya. Trwało to 

dłużej, zwierzę było silne i nie ufało do końca nowemu jeźdźcowi. Kiedy Lance już 

nad nim zapanował, podjechał bliżej, chwycił wodze wierzchowca Walijczyka. 

- Przecież widziałeś? - spytał chłodno. Nie tylko to, o czym mówisz. 

- Och, widziałem - wybuchnął Claymore. - Widziałem aż nadto. 

Omal nie wykrzyknął na głos,  że gówno mnichowi do tego, co tak naprawdę 

zobaczył. I do tego, co dowiedział się o sobie samym. 

- Lance, widziałem - zaczął już spokojniej, kiedy odegnał sprzed oczu te gorsze 

obrazy. - Wiem, że nie ma latających smoków, które zmieniają się w kule ognia. Nie 

ma lśniących, białych wież sięgających nieba. Ale wiesz co? 

Spojrzał braciszkowi prosto w twarz. 

- Wiem, że tego nie ma, nie istnieje. Ale wierzę ci. Wierzę w to, co widziałem, to 

musi być prawda, to się kiedyś stanie... 

Głos mu zadrgał. 

background image

- Widziałem więcej. Nagie dzieci, umazane zaschniętą krwią i własnym gównem. 

Kobiety w czerni, które obracają się w płomienie. I wiem, że to wszystko jest 

pierdoloną prawdą! Nawet nie pytaj, skąd wiem! 

Lance spoglądał nieruchomym wzrokiem. 

- Pieprz się, Lance. - Ramirez mówił już ciszej, nawet nie patrzył na swego 

towarzysza. - Nie chciałem tego wszystkiego, nie chciałem wiedzieć. Sam się w to 

wpakowałem, to prawda. I trudno, sam się wypłaczę. Ale nigdy 

więcej, nigdy... 

Wyrwał wodze z ręki mnicha, smagnął nimi wierzchowca. Po chwili świecki brat 

ruszył za nim. 

- Skończymy to, Lance - nie odwracając się mówił Claymore, na tyle głośno, że 

mnich doskonale go słyszał. - Może uznasz, że to już nie twoja sprawa, może uznają 

to ci, którzy cię wysłali. Bo to nie święta wojna, ale zwykły świr, któremu do końca 

odbiło. Ale i tak nie zamierzam odpuścić i nawet dam sobie radę z całą pierdoloną 

rodziną de Lisle. I tak, jestem pewien. A wiesz dlaczego? Bo rozmawiałem z jego 

ojcem. I to on mi za niego zapłacił. 

Lance zrównał się z nim, przez chwilę jechali obok siebie. 

- Bo wiesz, mnichu, może jestem najemnym zbójem. Ale i tak skończę to, co 

zacząłem. Ze zwykłej, kurwa, ciekawości. 

Wargi mnicha wykrzywił uśmiech. 

- Jadę z tobą, Claymore - skwitował krótko. Ramirez spoglądał na niego przez 

chwilę, jakby widział go pierwszy raz. I roześmiał się głośno. 

- Dzięki, łaskawco - rzucił ironicznie, kiedy tylko przestał się śmiać. - Co ja bym 

bez ciebie zrobił. 

Obaj jednocześnie puścili wierzchowce w kłus. W oddali majaczyły już mury i 

wieże Nottingham. 

background image

- I V -  

- Przejście dla pana hrabiego! 

Ochrypły głos górował nad szemraniem tłumu. Ale same okrzyki nie wystarczały. 

Ludzie rozstępowali się niechętnie, zbrojni musieli rozpychać ciżbę, pomagać sobie 

ciosami łokciem, a czasem i styliskiem topora. 

- Przejście! Pan hrabia nadchodzi! 

Guy hrabia Gisbourne był zły. Co za brak szacunku, myślał ponuro, przedzierając 

się za rosłym żołnierzem przez podniecone, cuchnące piwskiem i przetrawioną cebulą 

zbiegowisko. Jakaś tłusta mieszczka boleśnie nastąpiła mu na nogę. 

- Przejście! Pan hrabia... 

- Pan hrabia widział przed sobą tylko szerokie plecy żołnierza. Potężne mięśnie 

napinały się pod suknem opinającym barki, kiedy strażnik wielkimi łapskami 

odgarniał mieszczan i kmiotków. Dwóch mniej postawnych zbrojnych szło po 

bokach, ci musieli korzystać z tarcz i stylisk. Gisbourne doszedł do wniosku, że 

znacznie lepiej sprawdziłyby się długie glewie, eskorta zebrała już swoje, ucho tego 

po prawej spuchło niczym kalafior, kiedy jakaś zajadła, spragniona sensacji 

mieszczka zdzieliła nieszczęsnego wojaka. Zapewne nie ręką. 

- Tak, glewie byłyby lepsze, myślał hrabia ze złością. Ale nie chodziło przecież o 

to, by tę hołotę od razu wymordować. 

- Przejście! 

Jak dotąd hrabia wyszedł w miarę cało, jeśli nie liczyć szwanku poniesionego na 

ambicji. Musi to być nie lada widok, uświadomił sobie, skoro hałastra nie chce się 

rozstąpić i udaje, że nie poznaje najznaczniejszej w hrabstwie osoby. 

Wojacy zaczęli się wreszcie niecierpliwić. Z tyłu, tam gdzie za idącymi ciżba 

zamykała się natychmiast, dobiegł bolesny okrzyk, z przodu zgrzytnęła obnażana 

background image

klinga. Ten najroślejszy, Wulf, jak przypomniał sobie Gisbourne, począł wreszcie 

płazować gawiedź, która teraz rozstępowała się szybciej. 

Wreszcie posuwali się do przodu. 

Tłum rzedniał, pierzchał przed ostrzem nieźle już zezłoszczonego żołnierza. Ludzie 

cofali się pod ściany zaułka, kobiety nie podsadzały już dzieci w górę, by te miały jak 

najlepszy widok. 

Jeszcze parę kroków. Jakiś ubogi, sądząc z odzienia, szlachciura zakwiczał cienko, 

kiedy klinga Wulfa z piaskiem spotkała się z chudą, acz szlachetnie urodzoną rzycią. 

Jakaś kobiecina, pchnięta brutalnie potoczyła się po bruku. 

- Przejście! Pan hrabia nadchodzi! - Wulf zachrypł już, lecz co chwila ponawiał 

swe wezwania. Wyglądało na to, że wreszcie skutkują. - Przejście... 

Głos załamał się nagle. Zbrojny stanął jak wryty. Już zobaczył. 

Gisbourne chciał go odsunąć. Równie dobrze mógłby próbować poruszyć skałę, 

Wulf był pleczysty i ciężki. Więc tylko wyjrzał ostrożnie zza jego pleców. 

Przez chwilę nie mógł pojąć, co widzi. Błotnisty zaułek, wyprzężone wozy. Stare, 

porozsychane beczki, które gubiły klepki i obręcze. Góra odpadków, zgniłej kapusty i 

czegoś jeszcze, po której harcowały tłuste szczury. 

Nie tylko po niej. Belki starej, wrośniętej w ziemię karczmy plamiły ciemne smugi. 

Coś zwisało z pociemniałej ściany 

Gisbourne spróbował przyjrzeć się bliżej. Istotnie, zdążył pomyśleć, nie ma się co 

dziwić tym tłumom, jest na co popatrzeć. Odwrócił się, zasłaniając usta dłonią. 

Bulgotliwy odgłos spowodował, że Wulf ocknął się szybko. 

- Przejście! - wrzasnął. - Pan hrabia będzie rzygał! 

* * * 

background image

Gisbourne doszedł już na tyle do siebie, że mógł trzeźwo myśleć. Wstydził się 

chwili słabości, pocieszała go tylko bladość na twarzy Wulfa, którego, nie bez racji, 

uważał za twardego człowieka. Zbrojny spluwał co chwila i mełł pod nosem 

przekleństwa. 

- Co to, kurwa, jest? - spytał hrabia. Głos miał wciąż zdławiony. 

Wulf wzruszył ramionami. Sam trzymał się lepiej. Ale choć był doświadczonym 

żołnierzem, nawykłym do okrucieństwa, nie widział jeszcze czegoś takiego. I nie 

chciał więcej zobaczyć. 

- Raczej kto to był, panie - jak zwykle w chwilach zdenerwowania obcy akcent 

w jego głosie zadźwięczał wyraźniej. 

- No to zobacz! - wrzasnął Gisbourne. 

Wciąż zbierało mu się na mdłości. Odszedł parę kroków, rozejrzał się. 

Gawiedź nie zbliżała się już, utrzymywana z dala przez rozstawionych 

strażników. Hrabia zorientował się, że Wulf wezwał posiłki. Nowi strażnicy mieli już 

glewie, stali szeregiem, nie dopuszczając tłumu bliżej. Nie wyglądali na specjalnie 

zmartwionych faktem, że stoją odwróceni i nic ciekawego nie widzą. 

- No, zobacz - polecił hrabia ponownie. 

Wulf wahał się chwilę, po czym zbliżył się do ciała, które zwisało przybite za 

nadgarstki do belek ściany starej, przysadzistej karczmy. Wysunął przed siebie ostrze, 

chciał jego sztychem unieść opuszczoną na piersi głowę. Klinga drżała, ostrze odbijało 

mętne światło pochmurnego dnia. 

- Dalej! - przynaglił hrabia, stojąc wciąż tyłem. Ciągle jeszcze przełykał  głośno 

ślinę, która miała smak żółci. 

Zbrojny zdecydował się wreszcie. Zgrzytnęła stal chowana do pochwy, Żołnierz 

powoli wyciągnął dłoń, wreszcie dotknął zimnego podbródka. Uniósł opuszczoną na 

piersi głowę. Za sobą usłyszał sapnięcie. 

background image

- Elsie... 

Wulf nie wytrzymał napięcia. Cofnął gwałtownie rękę, głowa opadła znów na pierś, 

całe ciało szarpnęło się, omal nie wyrywając wbitych w nadgarstki noży. Zbrojny 

dusił się ze śmiechu widząc, jak bladość na twarzy Gisbourne'a przechodzi 

gwałtownie w purpurę. 

- Wy też, panie hrabio? - wykrztusił wreszcie, wciąż wstrząsany paroksyzmami. - 

Ech, zawsze mówiłem, że to najlepsza ladacznica w całym mieście... 

- Zamknij się, człowieku - chciał krzyknąć hrabia, 

jednak wydobył z siebie tylko cichy szept. Ale Wulf dosłyszał i zamknął się istotnie. 

Okoliczności były nie do śmiechu. 

Gisbourne był zupełnie wytrącony z równowagi. Przeżegnał się nerwowym gestem. 

- Wulf, ją trzeba pochować, jak najszybciej - szeptał dalej gorączkowo. - I wezwać 

opata, niech to miejsce okadzi, egzorcyzmy odprawi, albo co... Bo to nie człek mógł 

coś takiego uczynić. 

Zbrojny skinął poważnie głową. Gisbourne, mimo iż zarozumiały chłystek, mówił 

nad podziw rozsądnie. I tym razem Wulf wyjątkowo się z nim zgadzał, choć ta 

świadomość powodowała,  że ciarki przebiegały mu wzdłuż krzyża. Tego nie mógł 

uczynić człowiek. 

Gdzieś za miejskim murem zawył pies. I wył długo i przeciągle. 

* * * 

W pierwszej chwili hrabia pomyślał,  że jego życzenia spełniają się w lot, kiedy 

tylko zostaną wypowiedziane. Ale coś się nie zgadzało. Człowiek, który przepchnął 

się przez ciżbę i odsunął niedbale skrzyżowane glewie zagradzające przejście, miał na 

sobie brudny, bury, połatany habit. Był szczupły i niepozorny, w niczym nie 

przypominał kleryków z opactwa St. Mary's, choć jak i oni miał na biodrach pas 

obciążony kordem. 

background image

Szedł  śmiało, nie obejrzał się nawet na skonsternowanych zbrojnych. Jego twarz, 

zastygła w maskę, nie zmieniła się, gdy stanął przed hrabią i popatrzył na ścianę 

karczmy, na ciało do niej przybite. Może tylko lekko zwęziły się oczy. 

Jak zauważył Gisbourne, blade i zimne. 

- Każcie rozpędzić gawiedź, panie. 

Głos przybysza był cichy, lecz stanowczy. Oczy hrabiego o mało nie wyszły z orbit, 

znów poczerwieniał. 

- Im szybciej, tym lepiej, panie - dodał mnich, zanim jeszcze tamten zdążył dobyć 

głosu. 

Ktoś jeszcze stanął przed hrabią. Trzymał się nieco z tyłu. Ramirez, poznał 

Gisbourne, zanim wściekłość całkiem zaćmiła mu wzrok. Też z kordem u boku. 

Hrabia odetchnął głęboko. 

- A kimże ty jesteś, braciszku? - spytał z podejrzaną słodyczą. - Kto cię tu, kurwa, 

prosił? 

Mnich uśmiechnął się samym skrzywieniem wąskich warg. 

- Nie musicie wiedzieć, panie - odparł cicho. - A teraz raczcie kazać zbrojnym, by 

rozpędzili gawiedź. 

Claymore zbliżył się, szarpnął zakonnika za rękaw habitu. Nachylił się i szepnął mu 

coś do ucha. Ten skinął głową. 

- Dobrze - powiedział. - Nie rozpędzajcie. Każcie jeno, żeby ich trzymać z daleka. 

Tego już było dla Gisbourne'a za wiele. Zniósł wiele, ale tak jawne lekceważenie 

jego osoby dopełniło miary. Za kogo, u diabła, uważa się tych dwóch, żeby wydawać 

rozkazy? Żeby się jeszcze przedtem naradzać? Znał Ramireza, korzystał nawet z jego 

usług. Mgliście przypominał sobie, ze nawet komuś ostatnio polecał, Walijczyk 

znakomicie wywiązywał się z ryzykownych zleceń. Ale tym razem przebrał miarę. 

background image

- Wulf! - wrzasnął hrabia. - Precz z nimi! 

Zbrojny niespiesznie popatrzył na Gisbourne'a, który wyglądał jakby za chwilę 

miała zalać go krew. Potem prosto w blade oczy mnicha. I bardzo nie spodobało mu 

się to, co tam zobaczył. 

- Nie ma potrzeby tak się  żołądkować, panie... - przybysz urwał znacząco. - 

Hrabio. - dodał po chwili z ironią. 

Gisbourne przez chwilę nie mógł wykrztusić słowa, porażony taką bezczelnością. 

Kiedy wreszcie wydobył głos, nie był już nawet w stanie krzyczeć. 

- Spadaj, klecho - syknął. - Wulf, do kurwy nędzy, weź i zrób coś! Do lochu z 

nimi. Albo zabij na miejscu, jak wolisz. 

Dowódca straży znów skrzyżował spojrzenie z mnichem. Potem popatrzył na 

Claymore'a, który uśmiechał się szeroko i bezczelnie. Wiedział doskonale, że zbrojni 

mają przewagę, nawet taka zbieranina, uzbrojona w glewie i topory da sobie radę z 

dwoma mężczyznami. Ale miał paskudne przekonanie, że będzie to trochę 

kosztowało. 

Przeniósł wzrok na hrabiego, który zaciskał pięści i mamrotał pod nosem 

plugawe wyzwiska. 

- Tak jest, panie hrabio! - szczeknął  służbiście. Po czym nie zrobił nic. Służył 

wystarczająco długo by wiedzieć, że nie można odmawiać wykonania rozkazu. Co 

innego się z wykonaniem spóźnić. Im dłużej, tym lepiej, może coś się wyjaśni. 

Istotnie, wyjaśniło się rychło. 

- Sam spadaj, Gisbourne - dobiegł gdzieś z boku spokojny glos, w którym 

brzmiało znużenie. 

Robert de Reno, szeryf Nottingham przepchnął się przez szemrzącą wciąż 

gawiedź. Podszedł bliżej, minął mnicha i Claymore'a, nie zaszczycił hrabiego nawet 

jednym spojrzeniem. Stanął pod ścianą z grubych belek, przyglądał się przez chwilę. 

Po czym skinął na Wulfa. 

background image

Ten znów uniósł  głowę martwej, przybitej do ściany, zamęczonej kobiety. 

Szeryf wpatrywał się chwilę w szkliste, otwarte oczy, które powlekła już 

mgiełka  śmierci, spoglądał na blade, bezkrwiste rysy. Po jego twarzy przebiegł 

ledwie widoczny skurcz. 

- Elsie - szepnął miękko. Odwrócił się. 

- Zdejmijcie ją. Obmyjcie ciało. I rozgońcie tych gapiów. A ty, Gisbourne, 

spieprzaj stąd, zanim znów się porzygasz. 

Hrabia chciał coś powiedzieć, ale widząc  ściągnięte rysy szeryfa rozsądnie 

zrezygnował. Wulf sięgnął do rękojeści wbitego w nadgarstek noża. 

- Stój! 

Lance miał  głos nawykły do komendy. Zbrojny znieruchomiał w jednej chwili. 

Mnich postąpił krok, skłonił głowę. 

- Panie... 

Szeryf milczał. Ale też skinął głową. Nie był zaskoczony. 

- Poczekajcie jeszcze - Lance mówił teraz z wyraźnym szacunkiem. - I raczcie 

wydać rozkaz, by gawiedź trzymać z dala. 

De Reno zwlekał z odpowiedzią. Przymknął na moment powieki, a pod nimi miał 

wciąż obraz twarzy, pięknej i pociągającej, pełnej życia. Nie takiej, jaką ujrzał przed 

chwilą. 

Kiedy spojrzał na mnicha, ten wyczytał w jego wzroku decyzję. 

- Dobrze. Tylko pospieszcie się. Nie róbcie z tego widowiska. 

* * * 

Karczmarz miał pecha. Nie dość,  że spełniło się jedno z ostatnich życzeń 

nieszczęsnej Elsie, to jeszcze długo nikt nie zwracał na niego uwagi. Co prawda i tak 

było mu już wszystko jedno. 

background image

Leżał na wznak tuż obok sterty cuchnących odpadków. Szczury zdążyły mu ogryźć 

palce, białe kości sterczały wśród różowych i woskowożółtych strzępów ciała. 

Dobrały się też do twarzy, mógł już tylko spoglądać w chmurne niebo czarnymi 

jamami oczodołów. 

Szczury niechętnie pierzchały z piskiem, kiedy podchodzili bliżej. Jeden, bardziej 

bezczelny, a może zbyt obżarty nie zdążył, celny kopniak Ramireza posłał go prosto 

na ścianę. Gryzoń uderzył w nią głucho i legł nieruchomo u podnóża budynku. Nie 

zdążył się ocknąć, kiedy but szeryfa z cichym chrupnięciem zmiażdżył mu czaszkę. 

- Nigdy paskudztwa nie znosiłem - mruknął de Reno, wycierając uwalaną posoką 

podeszwę o opończę karczmarza. 

- Ostrożnie, szeryfie - ostrzegł Lance. - Ślady. Szeryf wzruszył ramionami. 

- A co tu chcecie zobaczyć? - skrzywił się. - Ktoś go zaszlachtował jak wieprza, a 

potem uciął jaja. Co tu jeszcze oglądać? 

Lance zachichotał z aprobatą. Claymore aż drgnął, tak zaskoczył go ten dźwięk. 

- Słusznie prawicie, panie - śmiał się cicho mnich. - Najpierw zarżnął, potem 

uciął. 

Ramirez zrozumiał,  że i Lance jest na granicy wyczerpania nerwowego. Stąd ten 

chichot, to gadanie błahostek. Odsunął stanowczo świeckiego brata, sam przyklęknął 

nad zwłokami. 

Wpatrywał się chwilę w zalane krwią krocze. Wreszcie wstał. 

- Nie urżnął powoli, nie babrał się nożem. To jedno cięcie, pewne i precyzyjne. 

Biedakowi po prostu jaja odpadły i potoczyły się, każde w inną stronę. Tylko, kurwa, 

po co? 

Lance już się uspokoił. Uśmiechał się krzywo. 

- Myśl,  Claymore.  Przecież wiesz. Zostaw już to truchło. On jest nieważny. 

background image

Elsie wciąż wisiała przybita do ściany. Krew na udach zakrzepła w czarnych 

soplach, stężała kałuża pod stopami, bosymi i poobijanymi. Claymore poczuł, jak dłoń 

szeryfa zaciska mu się na ramieniu. 

- Ona żyła - chrapnął de Reno. - Żyła cały czas, dopiero kiedy się wykrwawiła... 

- Tak - odparł po prostu Ramirez. Przełknął  ślinę. Szeryf puścił jego ramię. 

Przetarł twarz, zgarbił się, jakby nagle przybyło mu lat. 

- Wiesz, kto to zrobił? - spytał cicho. I sam sobie zaraz odpowiedział. 

- Wiesz... Inaczej by was tutaj nie było. Lance ujął go pod ramię. 

- Panie... - zaczął z wahaniem. - Nie jesteście tu potrzebni, a my zaraz skończymy. 

De Reno odtrącił jego rękę. Przez chwilę wydawało się, że wybuchnie. Ale tylko 

pokręcił głową. 

- To ty jesteś Lance, bracie? - spytał. - Mój brat, opat, ostrzegał mnie przed tobą. 

Świecki brat skłonił się lekko. 

- Musisz być porządnym człowiekiem - skwitował sucho szeryf. - Skoro mój 

braciszek twierdzi inaczej... A on? 

Wskazał ruchem głowy na Claymore'a. 

- Claymore Ramirez. 

De Reno chwilę spoglądał na Walijczyka. 

- Zapamiętam - obiecał. - A teraz do rzeczy, bracie. I ty, panie. 

Ramirez przez chwilę nie wiedział, o kogo chodzi szeryfowi. W końcu zorientował 

się, że o niego. 

- Domyślam się, że kiedy już go odnajdziecie, to nie będziecie mogli oddać mnie? 

Lance nie odpowiadał. 

background image

- Tak myślałem. Nie, nie tłumacz - uciął szeryf. – Ale możecie obiecać... - 

Zawiesił znacząco głos. 

- Tak, panie - pospieszył z odpowiedzią Claymore. - Już mi za niego zapłacono. 

- Zapamiętam - powtórzył tylko szeryf. 

* * * 

- Patrzysz, Ramirez - w głosie Lance'a zadrżała nuta rozdrażnienia. - Patrzysz i nie 

widzisz. 

Claymore potrząsnął  głową z irytacją. Wiedział już wszystko, był pewien. Ale 

potrzebował dowodów, by przekonać samego siebie. 

- Nie widzę - przyznał w końcu. Mdliło go od słodkawego zaduchu zakrzepłej 

krwi. Co gorsza, miał znów zawroty głowy. Niewątpliwy skutek mikstur Lance'a. 

- Chciał, by patrzyła - powiedział bezradnie. – Jak przedtem. Chciał, by 

widziała, jak szlachtuje i sprawia tego człeka. I chciał być tym razem pewien, że 

będzie patrzyła, nie tak, jak w zamku. 

Tam ofiara, sam ostateczny akt odbijał się tylko w martwych oczach. Teraz 

Hawes chciał mieć pewność. Dlatego nie zabił Elsie od razu. Przybił do ściany, by 

wciąż przytomna była świadkiem, jak bestia się pożywia. 

Bo bestia nie pragnie tylko krwi. Pragnie przerażenia. Tylko to może ją nasycić. 

- Ale nie mógł jej przecież zmusić - mruknął. – Nie mógł sprawić, by nie wiła się 

z bólu... 

- Ech... - Lance podszedł do ściany, huknął w nią pięścią. Szarpnął Claymore'a 

za ramię, siłą przyciągnął do siebie. 

- Patrz, durniu. 

Ramirez spojrzał. Kiedy już wiedział, gdzie patrzeć, wreszcie zobaczył. Miał 

ostateczne potwierdzenie. 

background image

W ciemnej belce jaśniały drzazgi. Ktoś wbił ostrze tuż nad głową Elsie. 

- Warkocz - powiedział powoli Claymore. – Przybił jej warkocz. Nie mogła 

opuścić głowy. 

Odwrócił się od ściany, odszedł parę kroków. Lance i szeryf podążyli za nim. 

- Musiała patrzeć - podsumował Ramirez. - Po prostu musiała. 

Spojrzał na pobladłą twarz szeryfa. 

- To wszystko, panie. Już można dać jej spokój. Powiedziała nam wszystko, co 

mogła. 

Odszedł na bok. Przykucnął na bruku, kiedy poczuł nagłą miękkość kolan. 

- Każcie ją zdjąć - rzucił przez ramię. De Reno chwilę stał, niezdecydowany. 

- Zaraz - powiedział cicho. - Już wiemy jak. Ale, na litość wszelakich bogów, 

dlaczego? 

W śmiechu Ramireza zabrzmiała gorycz. 

- Bo była kobietą, panie. Tylko kobietą. 

* * * 

Wulf chciał wydać rozkazy. Skinął już  ręką na zbrojnych. Ale de Reno 

powstrzymał nadbiegających niecierpliwym gestem. 

- Pomóżcie mi, panie Ramirez. I wy, bracie. Claymore podniósł się powoli, 

podszedł do szeryfa, który podtrzymywał bezwładne, umazane skrzepłą krwią i 

błotem nagie ciało. Ujął  rękojeść wbitego w nadgarstek noża. Pociągnął. Nie od 

razu się udało, siłę Hawesa nie-• chybnie wspomagały demony. Klinga drugiego noża, 

którym zajął się Lance, pękła z głośnym trzaskiem. Ciało zawisło w ramionach 

szeryfa. 

De Reno złożył je ostrożnie na bruku. 

background image

- Przykryjcie ją czymś - powiedział cicho. 

Nie wiadomo skąd pojawił się nagle Gisbourne. Chyba znów rzygał, bo jego zwykła 

bladość miała osobliwie zielonkawy odcień. 

- Co wy, panie... - zadreptał w miejscu. - Zostawcie to ścierwo, uwalacie się. 

Szeryf spojrzał na niego, jakby ujrzał pierwszy raz w życiu. Wstał niespiesznie. 

Hrabia chciał coś jeszcze powiedzieć, ale głos uwiązł mu w gardle. Za chwilę zatoczył 

się, pchnięty otwartą dłonią w pierś. 

- Ejże,  Gisbourne - zgrzytnął  zębami  szeryf.  - Miarkujcie się. Bo baczcie, że to 

kobieta, którą... 

Jego twarz ściągnęła się nagle i opuścił wzniesioną do ciosu rękę. 

- Owszem, tylko za pieniądze, Gisbourne - dodał cicho, jakby do siebie. - Ale na 

twoim miejscu zamknąłbym ten plugawy pysk, zanim powiesz jeszcze coś głupiego. 

Znów przyklęknął przy zwłokach. Patrzył chwilę w zamglone oczy, w których 

zastygły przerażenie i ból. Nie mógł się zdobyć, by zamknąć martwe powieki. 

Hrabia stał nad nim. Z jego twarzy zniknęły złość i obrzydzenie. Rozejrzał się 

szybko, jakby ze wstydem, i też przyklęknął. 

Szeryf wreszcie wyciągnął  rękę. Nie zdążył, ubiegł go Gisbourne. Kiedy już 

zamknął powieki, pogładził zimny, umazany krwią i barwiczką policzek. 

Chwilę trwali nieruchomo, wstydząc się spojrzeć w twarz jeden drugiemu. 

Wreszcie ich spojrzenia się spotkały. 

- Dziękuję, Guy - powiedział szeryf po prostu. 

* * * 

Gapie nie rozchodzili się wciąż, choć już w zasadzie nie było na co patrzeć. Ale nie 

codziennie trafiają się takie jasełka. Pochlastana dziewka i oberżysta bez jajek. 

background image

Claymore wpatrywał się w gawiedź. Był dość daleko, zbrojni sprawiali się nieźle, 

trzymali pospólstwo z dala. Widział tylko sylwetki, bezimienny, pozbawiony twarzy 

tłum podnieconych sensacją, dyszących piwskiem i cebulą ludzi. 

Jesteś tam, Hawes?, zastanawiał się. Pewnie jesteś. Patrzysz na swoje dzieło. 

Sycisz głód bestii. 

Zapamiętaj mnie. Zapamiętaj dobrze. 

Ramirez podjął już decyzję. Była ryzykowna, ale nie chciał przeżywać 

wszystkiego kolejny raz. Spoglądać w następne martwe oczy. 

- Jesteś tam - mruknął pod nosem. Już był pewien. 

Lance i szeryf stali na uboczu. Rozmawiali cicho. Podszedł do nich hrabia. Wciąż 

był blady, ale stracił już interesujący, zielony odcień. 

Elsie leżała spokojna. Spod opończy, która ją przykrywała wystawały bose, 

poranione i poobijane stopy. Claymore poczuł, jak zimny, lodowaty ciężar w żołądku 

zamienia się w równie zimną, spokojną wściekłość. 

Przed oczyma stanęła mu ziemia pomiędzy brukowcami, splamiona zakrzepłą 

krwią, zryta i skopana. Elsie umierała długo. Nie mogła się szarpać, zaciskać dłoni, 

ostrza przecięły ścięgna. Nie mogła nawet tłuc głową o belki, w nadziei, że straci 

przytomność. 

Mogła tylko patrzeć i kopać twarde kamienie, śliskie od spływającej po udach 

krwi. 

- Hej, szeryfie - krzyknął Claymore. - Trza wam szukać takiego, co to do baby mu 

stawać nie chce! Jeno kozy chędoży albo i co gorszego, tfu! 

Tłum zaszemrał. Wreszcie coś się działo. 

Twarz Lance'a ściągnęła się gniewem. Co ty wyprawiasz, durniu?, chciał krzyknąć 

mnich. Szarpnął się, chciał ruszyć do Claymore'a, ale powstrzymał go twardy uchwyt 

szeryfa. De Reno spoglądał Claymore'owi prosto w oczy. 

background image

Walijczyk uśmiechnął się nieznacznie. 

- Ani chybi kozy! - powtórzył jeszcze głośniej. – Albo i chłopów, tylko ich musi 

pochlastać najpierw, jako tego nieszczęśnika! 

Wskazał na zwłoki oberżysty, których nikt nie pokwapił się nawet okryć. Zbrojni 

przewrócili go tylko na brzuch. Blade, tłuste pośladki sterczały w górę, budząc 

jednoznaczne skojarzenia. 

Lance już zrozumiał. Pokręcił głową z podziwem zmieszanym z dezaprobatą. 

- Macie rację, panie Ramirez! - de Reno bez mrugnięcia okiem podjął grę. - Nie 

chłop to jest, ale sodomita jebany!  Pręt rozpalony w rzyć takiemu wetknąć, żeby 

niecnych praktyk oduczyć!  Nierozpalonym końcem. Macie rację, panie Ramirez! 

- powtórzył dobitnie. 

Właśnie mnie wystawił, zorientował się Claymore. I o to przecież chodziło. 

Puścił nieznacznie oko do szeryfa. 

- Dlaczego nierozpalonym? - zaciekawił się głośno. 

- Żeby za ten rozżarzony nikt nie mógł złapać i wyjąć! - roześmiał się de Reno. 

Tłum zaszemrał z aprobatą, dały się słyszeć urągliwe okrzyki. Claymore spod oka 

powiódł wzrokiem po tłuszczy. Był pewien, że wśród tłumu stoi ktoś, komu nie jest 

do  śmiechu. Przepełnia go wściekłość,  że jego czyn i jego ofiara zostały zbrukane. 

Wyśmiane i upodlone. 

A czarna bestia wyje mu nad uchem, żądna następnej śmierci. 

Czas kończyć, zdecydował Ramirez. Nie zawiedź mnie, Williamie Hawes. 

Czekam na ciebie, wiesz, gdzie mnie znaleźć. Obiecuję, że uwolnię cię od demona. 

Albo stanę się jego strawą. Odegnał tę myśl. 

Gawiedź rozchodziła się z wolna. Tłum nie był już stłoczoną ciżbą, rozpadał się na 

grupki, na pojedynczych ludzi, którzy cichli, w miarę jak opadało podniecenie. 

Wymykali się z zaułka, wsiąkali w wąskie uliczki. 

background image

Szeryf podszedł do Claymore'a. 

- Ryzykujecie sporo, panie Ramirez - stwierdził sucho. Ten roześmiał się tylko. 

- Jest ryzyko, jest zabawa - odparował. Czuł, jak opada napięcie, wewnętrznie drżał 

cały. Miał nadzieję, że tego nie widać. 

De Reno pokiwał głową. 

- Niby macie rację - powiedział z namysłem. – Ale jeśli pójdzie źle, to wasze jaja 

potoczą się po bruku. 

Claymore miał nadzieję,  że  źle nie pójdzie. Do własnych jaj był osobliwie 

przywiązany. 

* * * 

Od ziemi ciągnęło chłodem. Nie pomogła derka, choć gruba i złożona wpół. Tyłek 

po prostu marzł, a Claymore nie zamierzał nic z tym zrobić. Absurdalnie pasowało mu 

to do nastroju. 

Spoglądał na polanę, tę samą, co przed kilkoma miesiącami. Trawy i sitowie 

poczynały już schnąć, szarzały i złociły się w promieniach nisko stojącego słońca. 

Wkrótce posrebrzy je szron, a potem ugną się pod śniegiem, który skryje je aż do 

wiosny. 

Długo to trwało, pomyślał, za długo. Jednak dziś się skończy definitywnie, co do 

tego miał pewność. Przeciągnął palcami po rękojeści miecza, który spoczywał w 

poprzek jego kolan. Poczuł szorstki dotyk jaszczura, chłód ciężkiej głowicy. Żelazo, 

ozdobione runicznym wzorem było zimne. Zimniejsze nawet, niż prześwietlony 

bladym słońcem jesienny dzień. 

Dziś się skończy. Wciąż jednak zadawał sobie pytanie, czy na pewno wszystko. Czy 

bestia, którą  ścigał, umilknie na pewno, kiedy już ten, kto przywołał  ją z niebytu 

zamknie na zawsze oczy. Czy może zamiast umilknąć pogna dalej w świat, wyjąc z 

bólu i głodu, dopóki nie znajdzie następnej ofiary. 

background image

Claymore westchnął. Uświadomił sobie, że równie dobrze on sam może zostać na 

polanie, już na zawsze. Było to wielce prawdopodobne. 

Szorstki dotyk rękojeści uspokajał. Ramirez zacisnął palce, pociągnął. Nad 

pochwą zalśnił może cal jasnej stali. To był dobry miecz. Podarunek od przyjaciela. 

Wargi Walijczyka wykrzywiły się w uśmiechu. Jeszcze niedawno nie potrafiłby sobie 

wyobrazić,  że nazwie Lancet, bezwzględnego i wyrachowanego świeckiego 

braciszka, swym przyjacielem. Nawet w myśli. 

Cóż, pomyślał, równie dobrze może to być prezent na ostatnią drogę.  Żebym nie 

odszedł do Walhalli z pustymi rękoma. Do Walhalli czy gdzie tam się idzie po śmierci. 

Tak naprawdę było mu wszystko jedno. 

Odpędził te myśli. Nie były zbyt bezpieczne, nie warto przed walką zbyt wiele się 

zastanawiać. I tak będzie trudna. 

Odruchowo poruszył  ręką. Zabolało. Już nie tak, jak przed kilkoma dniami, mógł 

teraz unieść lewe ramię wyżej, panował nad mięśniami i ścięgnami. Ale wiedział, że w 

walce będzie zdany tylko na jedną  rękę.  Żadnych sztuczek z płaszczem,  żadnego 

przerzucania do lewicy. Nie wróżyło to najlepiej, zważywszy na to, z kim miał się 

spotkać. 

Po raz pierwszy od lat myślał z wdzięcznością o starym draniu, panu de Folville. 

Ciekawe, przemknęła myśl, co powiedziałby rycerz, gdyby się dowiedział. Gdyby 

domyślał się,  że wszystko, czego kiedyś nauczył Claymore'a tym razem posłuży w 

dobrej sprawie. 

Walijczyk roześmiał się na głos. Folville pewnie tylko splunąłby i życzył 

wszystkiego najgorszego. Długiej i bolesnej śmierci, stary drań miał zasady. I nigdy 

nie wybaczał. 

Śmiech umilkł szybko. Bo też i specjalnie nie było się z czego śmiać. A i co do 

tego, czy sprawa jest dobra, można było mieć wątpliwości. 

background image

Za późno na sprawiedliwość. Można ją wymierzyć, ale i tak jest za późno. Dla 

wszystkich, którzy zginęli. Dla wszystkich, których zostali wykorzystani i oszukani. I 

tylko bestia winna wrócić tam, skąd przyszła, do mrocznych czeluści, które ją 

wypluły. Pytanie, czy zechce, wciąż nienasycona. 

Claymore mocniej zacisnął palce na rękojeści. Zauważył z niezadowoleniem i 

odrobiną lęku, że dłoń spotniała, a wilgoć wsiąka w przemyślnie wyprawioną skórę 

morskiego potwora. Nieważne, pomyślał, i tak się nie będzie ślizgać, to dobry, drogi 

miecz. Postarałeś się, Lance... 

Nie chciało mu się rozpalać ognia, choć chłód był coraz dotkliwszy. Nie chciało mu 

się nawet wstać, mimo iż wiedział,  że" to niezbyt rozsądne. Powinien rozruszać 

mięśnie. Nie miał złudzeń, wiedział, że choć na tej polanie spotka się dwóch ludzi, to 

odjedzie w najlepszym wypadku tylko jeden. 

Zacisnął zęby. Dwóch ludzi i bestia, skorygował w myśli. 

Czekał już długo. Dziś, na polanie, i w ogóle. Kiedy rzucał wyzwanie, kiedy drwił, 

by sprowokować bestię do ataku, by skierować jej nienawiść przeciwko sobie nie 

przypuszczał,  że potrwa to tyle czasu. Nie spodziewał się,  że demon będzie tak 

sprytny. 

Już dawno przestał myśleć o przeciwniku jako o człowieku. William Hawes był 

nieważny. Był tylko narzędziem, bezwolnym, choć sprawnym. 

Claymore znów roztarł lewe ramię. Zbyt sprawnym, pomyślał. Oby dziś było 

inaczej. 

Słońce, czerwone i chłodne znikało już za drzewami. Prześwietlone jego 

promieniami jesienne, złote i czerwone liście wydawały się prawie czarne. Długie 

cienie kładły się na polanie, kreśliły smugi na szarzejących sitowiu i trawach. 

Gdzieś w lesie wrzasnęła sójka. Raz i drugi. Ktoś wreszcie nadjeżdżał. 

Claymore dźwignął się ciężko ze złożonej derki. Stanął w rozkroku, z mieczem 

zarzuconym na ramię. Oddech skraplał się w zimnym, przejrzystym powietrzu. 

background image

Leśny ptak rozdarł się jeszcze raz, tym razem bliżej. Dukt był ciemny, nie sposób 

było jeszcze czegokolwiek zobaczyć, ale tętent był coraz głośniejszy. Ten, kto 

przybywał na spotkanie, spieszył się, jakby gnały go demony. Albo co najmniej jeden. 

Claymore mocniej ujął rękojeść. Był gotów. 

* * * 

We wzroku przybyłego widniała tylko pogarda. 

Sir Hawes stękając zeskoczył ze swego wielkiego, bojowego konia. Poklepał  

zwierzę po zadzie, nie zaszczyciwszy Claymore'a jak na razie następnym spojrzeniem. 

Grzebał w jukach, klnąc pod nosem i sapiąc, jak zwykle. 

Nie, nie jak zwykle, pomyślał Ramirez. Coraz bardziej. Niewiele ci życia zostało, 

Hawes. A i tak żyłeś za długo. 

Stary szlachcic wreszcie klepnął wierzchowca jeszcze raz i odwrócił się do 

Claymore'a. Zmierzył spojrzeniem owych załzawionych, starczych oczu. Jego wzrok 

zdawał się prześlizgiwać po postaci Walijczyka, przenikać na wskroś. Jakby stary 

spoglądał na przedmiot, niewart jego wagi. Albo wręcz na psie gówno, pomyślał 

Claymore, które paskudzi zamkowe posadzki. 

Sir Hawes sapnął głośniej. Po czym cisnął coś pod nogi Walijczyka. 

- Naści - w głosie zabrzmiała cała pogarda, jaką mógł siebie wykrzesać. - Oto 

zapłata. 

Ramirez nie przestawał się  uśmiechać, spoglądając prosto w oczy starego. Są 

martwe, zrozumiał nagle, mętne jak ślepia wyrzuconej na brzeg śniętej ryby. Nie 

ma w  nich już nic. On cały jest martwy, już dawno powinien nie żyć, stoczony od 

wewnątrz przez starość i chorobę. 

Wciąż z zastygłym uśmiechem, nie zdejmując miecza z ramienia, Claymore 

przytrzymał drugą  dłonią pochwę. Odezwał się znajomy ból, ale nie zwrócił nań 

uwagi, pociągnął  rękojeść. Stary drgnął, wciągnął ze świstem powietrze. Był zbyt 

background image

pewny siebie, jego wysłużony półtorak v wytartej pochwie pozostał przytroczony pod 

siodłem. 

- Nie obawiajcie się, panie - mruknął Walijczyk z całą złośliwością, na jaką mógł 

się zdobyć. Twarz Hawesa pociemniała nagle. 

Klinga błysnęła w ostatnich promieniach słońca, wyostrzony sztych przeciął bez 

trudu skórę pękatej sakiewki. Po zdeptanych turzycach i sitowiu potoczyły się srebrne 

krążki. 

Claymore gwizdnął tylko. Dużo tego, pomyślał. Mała fortuna, zważywszy nawet, 

że to zapłata za syna. Za jego życie. 

- Podnieś! - głos starego rycerza był zduszony, na wargach pękły bąbelki śliny. - 

Pozbieraj to! 

- A jeśli nie? - spytał cicho Ramirez. Trącił sztychem monetę, która odbiła krwawe 

światło zachodzącego słońca. 

- Podniesiesz. I podziękujesz - syknął stary. 

Nie miał broni, jego pasa nie obciążał nawet sztylet. Ale przez chwilę Claymore 

miał wrażenie, że rycerz rzuci się na niego, nie bacząc na nagie ostrze. Że zaciśnie 

kościste, poznaczone starczymi, wątrobianymi plamami dłonie na jego gardle, będzie 

smakował, jak pod palcami uchodzi życie. 

Poczuł dreszcz. To chodzący trup, zrozumiał. I walczyć przyjdzie nie z nim, a z 

bestią, która nim kieruje, która wlewa w stygnące już członki życie i wściekłość. 

Pora kończyć. Jeśli tylko dam radę, pomyślał. Odetchnął  głęboko i opuścił 

wzniesione ostrze. 

- Nie ciekawiście, panie? - spytał spokojnie. - Przecież chcieliście wiedzieć. 

Wskazał rozsypane srebro. 

- Za to mi zapłaciliście, nie pamiętacie? Stary rycerz splunął tylko pod nogi. 

background image

- Pozbieraj. Rzuć ten swój rożen - zaślinione wargi wykrzywiły się  złym 

grymasem. - Na kolana, najmito, i zbieraj! Zarobiłeś. 

Istotnie, zarobiłem co do pensa, pomyślał Ramirez. Miał już wszystkiego dość. 

- Pierdol się, dziadu - złożył uprzejmie kontrpropozycję. 

Rycerz charknął tylko, jakby się zachłysnął. I drgnął, chcąc rzucić się na Ramireza z 

gołymi rękoma. Powstrzymał go uniesiony sztych. 

Wyblakłe, załzawione oczy zezowały na ostrze, wielkie, kościste pięści zaciskały 

się, aż bielały kostki pod wątrobianymi plamami. Ale klinga nie drżała, a na wargach 

Ramireza, pod czujnie błyszczącym spojrzeniem, błąkał się drwiący uśmiech. 

- No, dalejże - szepnął Claymore. - Chcesz mi ułatwić? Czy wysłuchasz, co mam 

do powiedzenia? 

Chuda postać zamarła nagle. Rycerz opamiętał się w ostatniej chwili. I 

nieoczekiwanie poznaczona bruzdami twarz odprężyła się, już nie była  ściągnięta 

złym grymasem. Tylko wzrok pozostał czujny i zły. 

- Masz rację, Ramirez - rzucił sucho. - Zapłaciłem ci i powinieneś opowiedzieć. 

Claymore kiwnął  głową. Mimo to wciąż nie opuścił wzniesionego ostrza. Stary 

żachnął się ledwie dostrzegalnie. Sapał ciszej, już nie tak świszczące 

- I opowiem - odparł równie zimno Walijczyk. – Bo pamiętam, jak mnie o to 

błagałeś. Chciałeś wiedzieć. A ja ci wtedy uwierzyłem. 

Uwierzyłem w mętne, starcze łzy, pomyślał. Ale nie wiedziałem, nad czym je 

uroniłeś. Teraz już wiem. 

Tylko nad sobą. Nad niespełnionymi pragnieniami. Nad rozczarowaniem. 

Claymore wiedział, jak może zranić nieczułego starca, boleśnie i do głębi. Jak 

wytrącić go z wyniosłej obojętności. I jak zranić bestię, która zrodziła się w jego 

umyśle, powstała z chorobliwych ambicji. I zamiast owładnąć nimi, ruszyła w świat, 

głodna krwi i cierpienia. 

background image

Wystarczy powiedzieć prawdę. Tę, którą stojący już nad grobem szlachcic zna 

bardzo dobrze. Ale której nie chce usłyszeć, choć za to zapłacił. 

* * * 

- Długo to trwało, Williamie Hawes. Nie spieszyłeś się zanadto. 

Człowiek o długich czarnych włosach i bladej twarzy, w której gorączkowym 

blaskiem pałały oczy, roześmiał się drwiąco. 

- A ty wciąż się spóźniałeś, Ramirez. 

Claymore nawet się nie skrzywił. Hawes miał rację. 

- Zbyt długo - uśmiech znikł z bladych warg. - Musiałem cię sam znaleźć. Sam 

nigdy być mnie nie dopadł. 

To też była prawda. Wciąż szedł śladem, które znaczyły trupy. I wciąż przybywał 

za późno. 

- Dlaczego znalazłeś mnie tak późno? - spytał. - Wiedziałeś, gdzie mnie szukać. 

Śmiech zabrzmiał gorzko, 

- Nie jestem sobą, Ramirez, uwierz mi, nie zawsze taki tyłem. Ale też nie daje ci 

to podstaw do podejrzeń, że jestem idiotą. 

W ciemnych oczach, nieobecnych i rozgorączkowanych, teraz błysnął gniew. 

- Rzeczywiście myślałeś, że przejmę się tym, co wykrzykujesz? Co rozpowiadasz? 

Nie bądź głupi, teraz ty nie bądź. 

Dłoń Williama drgnęła, jakby chciał już chwycić rękojeść sejmitara sterczącą nad 

barkiem. Ale tylko drgnęła. 

- Idziesz za mną trop w trop, jak gończy pies. Albo jak wilk, wytrwały. Bo ta 

wytrwałość jest twoją siłą, innej nie masz. Nie rozumiesz i nie zrozumiesz nigdy. 

background image

Claymore widział, jak po twarzy Williama przebiega skurcz, jak wargi drżą, 

próbują się układać do wypowiadania zupełnie innych słów niż te, które słyszał. On 

nie jest sobą, zrozumiał. Zaczyna przez niego przemawiać bestia. 

Był gotów dobyć broni na pierwszy gwałtowniejszy ruch Williama. Byli sami, to 

się miało rozstrzygnąć między nimi dwoma. Ramirez już dawno przekonał się,  że 

William nie da się wciągnąć w zasadzkę. Choć szalony i opętany, był sprytny. I w 

końcu Walijczyk musiał się pogodzić,  że walka będzie uczciwa. On sam przeciwko 

Williamowi. 

I bestii, która nim zawładnęła. 

Twarz Williama wygładziła się nagle, mięśnie nie drgały już w nienaturalny, 

niekontrolowany sposób. Palce dłoni, gotowej chwycić rękojeść, wyprostowały się. 

Hawes popatrzył na własną  dłoń jak na coś obcego, jak na żywe, nie dające się 

kontrolować stworzenie. 

- Nie utrzymam jej dłużej, Ramirez – powiedział głucho. - Zrób to szybko. 

Claymore zrozumiał i nagle poczuł współczucie. Pozostało jeszcze tylko jedno 

pytanie, które trzeba było zadać. 

- Dlaczego, Williamie? 

Odpowiedź nie zdążyła paść. Dłoń  młodego Hawesa skoczyła do rękojeści, 

syknęła dobywana klinga. Choć Claymore był gotów, to ledwie odbił cięcie zadane od 

razu, bez przygotowań i ostrzeżenia. Było silne, aż rękojeść zadrgała w dłoni, i poczuł, 

jak drętwieje mu ramię. 

Całym wysiłkiem odepchnął Hawesa, który wywrzaskiwał mu prosto w twarz jakieś 

straszliwe klątwy, pryskał  śliną, a jego głos załamywał się w skowyt. Nie mógł 

szybko unieść broni, przed następnym cięciem spróbował się tylko uchylić, i wtedy 

poczuł piekący ból w ramieniu. Klinga sejmitara cofnęła się, ciągnąc za sobą warkocz 

lepkich, karminowych kropelek. Claymore mimo oszołomienia zyskał moment, żeby 

odskoczyć. 

background image

Przez chwilę stali nieruchomo, wodząc przed sobą  żądłami sztychów. Hawes 

wyglądał znów normalnie, blady, dyszący ciężko młodzieniec, któremu pasmo długich 

czarnych włosów przylepiło się do spotniałego policzka. 

W jego oczach Claymore dostrzegł odpowiedź na swoje pytanie. I przez moment 

jeszcze coś innego. Prośbę. 

* * * 

W oczach starego Hawesa nie było prośby. Tylko złość. 

- No dobrze, panie Ramirez - przerwał sucho. – Nie widzę powodu, by 

wysłuchiwać tych bzdur. 

Odwrócił się, nie bacząc, iż Claymore znów uniósł miecz, mierząc sztychem tym 

razem prosto w gardło. Był pewien, że nie pchnie z tyłu. To nie byłoby przecież 

rozwiązanie. 

Kościstymi paluchami o zgrubiałych stawach rozsupływał spokojnie rzemienie przy 

siodle. Gdy skończył, równie spokojnym, wyćwiczonym ruchem obnażył klingę. 

Niedbale odrzucona pochwa spadła na schnącą już jesienną trawę. 

Oddech starego już nie był starczy i świszczący. 

- No dobrze, śmieciu - mruknął szlachcic. – Nie chciałeś srebra, zakosztujesz stali. 

Mimo napięcia Claymore parsknął śmiechem. 

- Kto cię, dziadku, nauczył takich powiedzonek? Twarz Hawesa pociemniała. 

Załzawione oczy błysnęły nienawiścią. 

- Stawaj! 

Claymore nieznacznie opuścił ostrze. Odstąpił o krok. Rycerz zamarł, 

zdezorientowany. Spodziewał się czegoś innego. Może rozpaczliwego ataku, może 

wykrętów, a nawet błagania o litość. Był pewien swej przewagi. 

background image

- Najpierw posłuchasz, Hawes, czy tego chcesz, czy nie chcesz - w głosie 

Ramireza nie było już rozbawienia. - Zapłaciłeś mi za głowę syna, a ja się 

wywiązałem. Więc teraz ty jesteś coś winien. 

Pokręcił głową, nie spuszczając wzroku z przeciwnika. 

- Nie mnie. Jemu. 

W oczach starego zapalił się zły błysk, który zgasł jednak równie szybko, jak się 

pojawił. 

- To twój demon, Hawes - ciągnął Claymore. – Wiesz o tym od dawna. Ty 

zamieniłeś życie Williama w piekło. 

Roześmiał się. 

- A przecież chciałeś tak niewiele. Tylko tyle, by stał się taki jak ty. Zmarnowałeś 

go, Hawes. A potem kazałeś zabić. 

Ku jego zdziwieniu szlachcic tylko kiwnął głową. A potem ciął, wrednym cięciem, 

wyprowadzonym bez żadnego ostrzeżenia. 

Zadźwięczała stal. Ale klinga długiego, półtoraręcznego miecza ześlizgnęła się 

nieszkodliwie po ostrzu Claymore’a, zatrzymała na jelcu, aż  rękojeść zadrżała 

Walijczykowi w dłoni. Chwilę stali, spoglądając na siebie znad skrzyżowanych kling, 

ziejąc w twarze oddechem. Potem obaj, jak na komendę odepchnęli się nawzajem. 

Chwilę krążyli wokół siebie. Hawes poruszał się jak wielki kocur, nie pozostało nic 

ze starczego, podrygującego kroku, kanciastych ruchów. Wciąż badali się nawzajem. 

Krótkie ścięcie. Odskok. Wargi starego wykrzywiły się w złośliwym uśmiechu. 

- Folville jednak cię czegoś nauczył - to było proste stwierdzenie faktu, bez kpiny, 

bez podziwu. - Szkoda, że tak szybko od niego uciekłeś. Za bardzo... 

Cios padł w połowie zdania, szybki jak uderzenie żmii. Claymore ledwie zdążył go 

odbić. 

background image

- ...wyginasz nadgarstek - dokończył szlachcic, jakby nic się nie stało. 

Zamarkował wypad. Ramirez dał się nabrać, spróbował zastawy. Wtedy świat 

rozbłysnął nagle i zapadł się w ciemność. 

Zbierał się z trawy, potrząsał głową. Kiedy już zniknęły czerwone tańczące plamy, 

zobaczył starego, który opierał się na swoim długim mieczu. Dmuchał na kostki 

zaciśniętej pieści. 

Zdzielił mnie piąchą, zrozumiał Claymore w przypływie rozpaczy i rezygnacji. 

Obawy przerodziły się w pewność, nie strzyma temu niesamowitemu staruchowi. 

- Wstawaj! - krzyknął Hawes. - Wstawaj i walcz, bo zarżnę jak psa. Ech, nic nie 

jesteś wart, zupełnie jak William. 

Ramirez poczuł w dłoni rękojeść miecza. Poczuł, jak spływa na niego lodowata 

wściekłość. I spokój. 

Hawes już się nie uśmiechał. Też zauważył zmianę. 

- Nie był nic wart? - rzucił Claymore, zataczając sztychem kręgi. - To dlatego... 

Nie dokończył. Stary rycerz skoczył do przodu. Już się nie bawił, jego ciosy padały 

szybko, silne, trudne do zatrzymania. Claymore pojął,  że już nie będzie kpin, nie 

będzie rozmów. Tylko walka, aż do końca. 

Przez chwilę było nawet łatwiej, bo stary nie chciał już go upokorzyć, tylko zabić 

jak najszybciej. Nie próbował sztuczek. Ale i nie musiał. Jego ciosy były trudne do 

powstrzymania. W końcu któryś będzie skuteczny, przed którymś Claymore nie zdąży 

się osłonić drętwiejącą coraz bardziej ręką. 

Hawes był nadspodziewanie silny i sprawny. A przy tym nieskończenie bardziej 

doświadczony. 

Ostrza powtórnie zderzyły się z całą siłą, klingi zawibrowały od uderzenia. 

Lodowaty spokój Claymore'a poczynał się wyczerpywać. 

background image

Znów zwarli się na chwilę, znów dyszeli sobie prosto w twarze. Załzawione oczy 

Hawesa nie były już puste i bez wyrazu, pobłyskiwał w nich triumf. 

- Nie jesteś nic wart - charknął stary. - Jak i on. Zobacz! 

Odepchnął Ramireza pozornie bez wysiłku. Wzniósł miecz do szerokiego, 

sygnalizowanego cięcia, jakby spodziewał się,  że i tak Claymore nie zdoła się już 

zasłonić. Klinga błysnęła, chwytając ostatnie promienie słońca. 

Spadała już, kiedy nagle zmieniła kierunek. 

W nagłym przebłysku intuicji Ramirez skulił się, przetoczył po ziemi. Krwawa od 

słońca błyskawica ostrza minęła go ze świstem, wcięła się w ziemię. Claymore 

wyrzucił z wysiłkiem rękę do przodu. Pchnął mając nadzieję,  że trafi górujący nad 

nim chudy, czarny kształt. 

Trafił. Poczuł, jak sztych zgrzyta o żebra. 

Hawes stał jeszcze przez chwilę, nawet po tym, jak Walijczyk wyszarpnął ostrze, 

czerwone do połowy, dymiące w rześkim, jesiennym powietrzu. Wreszcie ugięły 

się pod nim kolana, upadł ciężko na twarz. 

Claymore wciąż na klęczkach przysunął się do starca. Nie wypuszczając miecza z 

dłoni przewrócił go na plecy. Aż stęknął przy tym, stary był ciężki. 

Na ustach Hawesa pękały krwawe bąble. Spoglądał w niebo załzawionymi, 

nieruchomymi oczyma. 

- Jednak czegoś nauczyłeś Williama - mruknął Claymore po chwili. - On też tak 

potrafił i tylko dlatego nie udało ci się mnie zaskoczyć. 

Wargi szlachcica drgnęły. Walijczyk z satysfakcją spostrzegł,  że rycerz wciąż go 

słyszy. 

- Powiem ci coś więcej, starcze. Nie zarobiłem na twoje srebro, nie zabiłem go. 

Rzucił się na własny miecz. Udało mu się, przez chwilę był sobą. I wiem, że chciał, 

żebym ci to opowiedział. 

background image

Większy, krwawy bąbel pękł na wargach. Hawes nie patrzył już w niebo, wpatrywał 

się natarczywie w twarz Claymore'a. 

- Chcesz coś powiedzieć? - spytał Walijczyk. Pochylił się nad umierającym. 

Kiedy się wyprostował i wstał, był bardzo blady. Odszedł parę kroków. Za sobą 

słyszał bulgotliwy poświst. To już nie był starczy oddech, sir Hawes topił się powoli 

we własnej krwi. 

Odgłosy były coraz cichsze. Wreszcie umilkły.        . 

- Nie, nie dobiję cię - mruknął Claymore poniewczasie. - Nie zasłużyłeś na to. Ani 

ty, ani twoja bestia. 

Odszedł chwiejnym krokiem. Pod nogami, w zdeptanej trawie coś zalśniło. Srebrna 

moneta. 

Ramirez opadł na kolana. Może i nie zarobił, nie zabił przecież Williama, nie 

wykonał zlecenia. Ale srebro nie powinno się zmarnować. 

W zapadających już ciemnościach przeczesywał suchą trawę palcami, wyławiał z 

niej zimne krążki monet. Starał się nie myśleć o niczym, a już najmniej o tym, co 

zrozumiał z rwącego się, świszczącego szeptu. 

Jesteś taki sam jak on, Ramirez. Nic z ciebie nie będzie. Ciekawe, kiedy zawyje 

twój pies. 


Document Outline