background image

 
 
 

                                    

 

 
 
                      Książka zawiera sceny  mieszczące się  chronologicznie  między 
                                        „Magia Krwawi” i „Magia zabija”
 
 
 

                                                   

Autor: Gordon Andrews

 

                                                    

Tłumaczenie: SairaApril   

 

                                                  

Beta: Vampire-Princess

 

background image

 
 
 

 

                        „Magia krwawi” – sceny finałowe z punktu widzenia Currana
 
 
                                                 Część 1
 
 
          Przez całe wieki unosiłem się w morzu bólu. Czasami, jeśli wystarczająco się 
skoncentrowałem i zablokowałem ból, z ogromnej dali mogłem usłyszeć jej głos. 
Zogniskowałem wolę na tym dźwięku i ochoczo przesuwałem się w jego kierunku. 
W końcu, nie wiem jak długo to trwało, znalazłem się dość blisko i nawet mogłem 
usłyszeć odrobinę z tego, co mówiła
          -... wydaje się być przyzwoitym facetem. Teraz oni są zablokowani...
          On miał kogoś, ona miała kogoś, nikt nic nie mówi, a Kate nie wiedziała, co 
robić. Wyglądała na zmęczoną i zmaltretowaną. Jeszcze nigdy w swoim życiu nie 
widziałem kogoś piękniejszego. Bo też nigdy nie byłem tak blisko szczęścia. Z 
jakiegoś powodu odpowiedź na jej dylemat wydawała mi się daleko ważniejsza, niż 
wszystko inne, co naprawdę chciałem powiedzieć.
          - Czy wypróbowałaś Prawo Drugiej Szansy? – cicho zapytałem. Oczy miała 
zamknięte, może oboje śniliśmy. Wytłumaczyłem to najlepiej jak mogłem i 
przytuliłem ją tak mocno, jak tylko to było możliwe.
          W końcu spojrzała na mnie.
          - Zostałaś ze mną – szepnąłem cicho
          Odpowiedziała coś, czego nie uchwyciłem, ale jej pobyt tutaj, był sprawą 
daleko ważniejszą, niż to, co mówiła. Uśmiechnąłem się i zapadłem w sen. Tym 
razem w prawdziwy sen, nie w żadną czerwoną mgłę, tylko w ciemność. Wiedziałem, 
że ona będzie tutaj, kiedy powrócę do świata. Nieważne, co. 
          W końcu obudziłem się znowu, coś tkwiło w moim ręku i chciałem się tego 
pozbyć. Gdy lokalizowałem przyczynę swojej irytacji, Kate weszła do pokoju, niosąc 
coś, co pachniało jak zupa.
          - Co to za gówno? – zapytałem wyciągając igłę z ręki.
          - To utrzymywało cię przy życiu przez jedenaście dni – poinformowała mnie.
          Prawie dwa tygodnie! Leżałem tu przez blisko dwa cholerne tygodnie, a ona 

background image

pozostała ze mną. To nie kroplówka była tym, co utrzymywało mnie przy życiu. 
Prawda oszołomiła mnie.
          Podała mi zupę. Odstawiłem ją na bok i przyciągnąłem Kate do siebie. 
Tuliliśmy się do siebie przez pewien czas. Niebawem znajome kroki Dereka 
przerwały naszą zadumę i zbyt krótkie przeżywanie tego, że znów jesteśmy razem.
          - Kate? – spytał cicho, najwyraźniej prosząc o pozwolenie przekroczenia 
progu.
          Z autorytetem, jakiego nigdy wcześniej nie słyszałem, poleciła mu wejść.
          Młody człowiek, kiedyś tak przystojny, poinformował ją o jakimś innym wilku, 
który zażądał audiencji, powołując się na jakąś „ nagłą potrzebę”.
          -„... prawdopodobnie jeszcze jedno wyzwanie... „
          Wyzwanie? Dla mnie? Każdy mięsień w moim ciele naprężył się. Czy 
rzeczywiście oni byli takimi popieprzonymi pomyleńcami? Prawie umarłem, a oni 
stoją w kolejce, żeby dostać kawałki tego, co ze mnie zostało. Spojrzałem na Kate i 
jej twarz powiedziała mi wszystko. Miała wyraz zmęczonej rezygnacji i nagle 
kawałki układanki trafiły na swoje miejsce. Nie mnie. Oni wyzywali ją. Do diabła, to 
całe gówno, które się tu dzieje, trzeba zatrzymać w tej chwili. Raptownie, 
wyczuwając niebezpieczeństwo, Derek spojrzał na mnie i zamilkł. Zanim zdołał 
oprzytomnieć, rozkazałem mu przyprowadzić wyzywającego, ale nie informować go, 
że się ocknąłem. Zamknąwszy usta młody wilk odwrócił się i odszedł szybko, 
wypełnić moje polecenie. Zawsze był inteligentnym dzieciakiem.
          Kate pomogła mi wstać. Będę przeklęty, jeśli pozwolę im oglądać siebie 
leżącego w łóżku, jak jakiegoś cherlaka. Gdy popijałem zupę, która Kate wcześniej 
przyniosła, Jaime Alicia wkroczył do pokoju, jakby był jego właścicielem. Tak 
bardzo chętny skrzywdzić moją towarzyszkę i zabrać to, co moje. To jeden z 
najlepszych wojowników Klanu Wilka, w młodości bokser, wysoki i dobrze 
zbudowany. Widziałem go walczącego, wiedziałem, że był szybki i silny. Byłem też 
pewien, że Kate mogłaby go pociąć na kawałeczki, zanim by zupa ostygła. Nigdy 
tego nie przyznam, ale była cholernie dobra we władaniu tym swoim mieczem. Nie, 
żeby musiała to zrobić, on byłby martwy zanim by jej dotknął.
          Jaime spojrzał na mnie, szczęki mu opadły.
          Skończyłem zupę i powiedziałem.
          - Tak?
          Wilk padł na kolana i wpatrywał się w podłogę. Gdyby zawahał się, choć przez 
sekundę, wyszarpnąłbym mu płuca z piersi. Wbić pazur, dosięgnąć i szarpnąć. Ty 
byłoby łatwe i niezmiernie by mnie ucieszyło. Mogłem poczuć zapach jego strachu. 
Chciałem na niego ryknąć.
          - Czy masz coś do powiedzenia?

background image

 
          Zaprzeczył potrząśnięciem głowy, z wzrokiem nadal wbitym w podłogę. Teraz 
znowu wiemy, kto był kim i co było czym. Trzeba było przywrócić porządek i 
przypomnieć reszcie z nich, dlaczego byłem Władcą Bestii.
          - Rada ma trzy minuty, by się zebrać. Idź tam i powiedz im, żeby czekali na 
mnie, a może pozwolę ci zapomnieć, że kiedykolwiek byłeś tutaj.
          Miałem nadzieję, dla jego dobra, że nigdy nie zapomni, jak blisko był okrutnej 
i bolesnej śmierci, ponieważ drugiej szansy już mu nie dam.
          Po jego wyjściu straciłem równowagę i Kate próbowała mnie podtrzymać, ale 
ugięły się jej nogi i oboje upadliśmy na kanapę. Byliśmy dalecy od szczytowej formy, 
ale musieliśmy to zrobić. Wspólnie, nawet w naszym obecnym stanie, mogliśmy 
zapędzić w kozi róg wielu z moich poddanych. Cóż, dopóki o tym nie wiedzieli. 
          Zupełnie jakby wiedziała, o czym myślę, zapytała
          - Czy na pewno jesteś gotów do spotkania z Radą?
          Odwróciłem się do niej, siłą woli nakładając na twarz maskę kryjącą 
determinację.
          - Lepiej, żeby oni byli gotowi na mnie.
          Musieliśmy dać pokaz siły, nie mogliśmy być nadal postrzegani, jako coś 
niższego niż Władca Bestii i jego Towarzyszka, bezsprzeczni Władcy Gromady. Taka 
jest natura naszego gatunku, że przede wszystkim ceni siłę i gwałtowność, bezlitośnie 
wykorzystując wszelkie słabości. Władza musi być sprawowana przez cały czas, albo 
utracona. Oni nie muszą mnie kochać, ani nawet lubić, ale, na Boga, muszą być mi 
posłuszni. Jeśli zapomnieli, dlaczego budziłem strach, przypomnę im. Gdybym miał 
zabić kogoś dla przykładu, to tak będzie.
          Poszedłem do łazienki, potykając się, co najmniej raz, ale moja siła wracała i 
kilka minut później byłem gotów samodzielnie zejść na dół, do Sali Rady.
          Barabas, jeden z prawników Gromady i jeden z faworyzowanych intrygantów 
Ciotki B, pojawił się za nami i dotrzymywał nam kroku.
          Zatrzymałem się.
          - Barabas, czy przyszedłeś mnie także wyzwać?
          Mimo, iż tak powiedziałem, wiedziałem, że wyzwanie przez niego było mało 
prawdopodobne. Barabas był nieco szalony i być może krnąbrny, ale nie był głupi.
          Jego zwykły, rozbawiony wygląd zniknął, zastąpiony przez wyraz 
kompletnego szoku i niedowierzania.
          - Nie, mój Panie, jestem związany z Małżonką.
          Odwróciłem się do Kate i czekałem na jakieś wyjaśnienie.

background image

 
          Wzruszyła ramionami.
          - Mam umowę z Ciotką B, dała mi go, jako pewnego rodzaju doradcę. 
          Nie miałem pewności o co chodzi, ale chciałem wiedzieć; Ciotka B nigdy 
niczego nie robiła z czystego altruizmu. Chciała czegoś. Pamiętałem, jak przez mgłę, 
że Kate mówiła mi o tym, ale szczegóły umknęły mi. Czy ona pomaga w jakiś sposób 
Kate? Nagle uderzyła mnie pewna myśl.
          - Barabas, ilu członków Gromady wyzwało moją towarzyszkę, kiedy byłem 
nieprzytomny?
          Milczał, wyraźnie próbując sobie przypomnieć, w końcu zwrócił się do Kate i 
zapytał
          - Dwudziestu dwóch?
          Skinęła głową w milczeniu.
          - Ilu alfa?
          - Tylko Szakale, mój Panie. Inni dali pierwszeństwo znacznie młodszym rangą, 
nawet nie betom.
          Oczywiście, wystawić na początku alfy, to byłoby głupie. Po tym, jak zginęły 
Szakale, inni poprzestali na pozwoleniu swoim podwładnych ścierać się z nią. Mahon 
mógł to powstrzymać, ale nie zrobił tego. Nigdy nie robił tajemnicy ze swojej 
dezaprobaty w stosunku do Kate, ale pozwolić na krzywdzenie jej w czasie mojej 
nieobecności... On i ja omówimy to później. Być może nadszedł czas, by mój 
przybrany ojciec odszedł na emeryturę.
          Resztą Rady zajmę się w najbliższym czasie.
          Gdy zbliżyliśmy się do drzwi, usłyszałem w środku mamroczące i szepczące 
głosy. Byli znudzeni? Zirytowani? Mogę wszystko naprawić. Wziąłem głęboki 
oddech, otworzyłem drzwi i ryknąłem na swoich poddanych, jak gdybym miał zamiar 
pozbawić ich życia w ciągu najbliższych kilku sekund. Zapadła ogłuszająca cisza.
          Och, tak, Tatuś jest w domu i nie jest szczęśliwy.
          Skończył się czas gry.
 
 
 
 
 

background image

                                               Część 2
 
          Podczas, gdy moi alfowie siedzieli w pełnej szoku ciszy, przysunąłem krzesło 
swojej towarzyszce i zająłem miejsce u szczytu stołu. Nikt nic nie mówił. Spojrzałem 
wzdłuż stołu szukając wyzwania. Żaden z nich nie miał odwagi spotkać mojego 
wzroku, wszyscy wiedzieli, że mogłoby to być powodem walki i nikt nie chciał być 
pierwszy.
          Pochyliłem się do przodu i tak spokojnym tonem, na jaki tylko mogłem się 
zdobyć, powiedziałem
          - Wytłumaczcie się.
          Cisza.
          - Czekam, by ktoś z was powiedział mi, dlaczego stał z boku i nie reagował, 
kiedy moja towarzyszka była prawie codziennie atakowana.
          W końcu odezwał się Jim
          - Znałem ją i wiedziałem, że wszystko będzie w porządku. Curran, ona musiała 
dowieść, że jest odpowiednią osobą do zajęcia tego miejsca.
          - Tak – zahuczał Mahon. – Nikt nie spodziewał się, mój Lordzie, że można jej 
pozwolić usiąść u twego boku nie rozlewając krwi.
          Tak, do pewnego stopnia. Ostatnio kontrolowałem i zarządzałem wszystkim 
tutaj. Czas, by łagodnie przypomnieć im o tym.
          Pochyliłem się do przodu
          - Pozwolić?
          Wykonałem uderzenie w nich. Właśnie powiedzieli mi, co powinienem robić. 
Słyszałem, jak alfa Szakali złapał głęboki oddech i wstrzymał powietrze.
          Popatrzyłem na nich.
          - Powiem to tylko raz. Jestem jedynym, który może pozwalać. Decyduję o 
życiu wszystkich i o regułach rządzących klanami, tak jak uważam to za stosowne. 
Czy będę nadal to robił, czy też nie, zależy wyłącznie od tego, co powiecie i zrobicie 
w ciągu najbliższych kilku chwil. Należy być bardzo ostrożnym.
          Następna była Ciotka B, która powiedziała
          - Klan Bouda zapewnił Małżonce zarówno doradztwo, jak i ochronę przed 
niedozwolonym wyzwaniem. Nikt, kto odpowiada przede mną, nie skrzywdził jej.
          Popatrzyła na Daniela i jego towarzyszkę.
          - Jednak tego samego nie można powiedzieć o psach.

background image

 
          Oczywiście. Nie kiwnęłaby nawet palcem, by powstrzymać wilki od kopania 
własnego grobu. Nienawiść między wilkami a Boudami miała długą historię. Wilki 
były liczniejsze, ale boudy lepsze były w rozgrywkach.
          - Nie złamaliśmy prawa – zaprotestował Daniel. –Wszyscy wiedzą, że Alfa 
Klanu Bouda zawarła umowę z towarzyszką Władcy Bestii.
          Jennifer, jego towarzyszka skinęła potakująco głową.
          - Tak, ponieważ chciała specjalnego statusu dla swoich zwyrodnialców.
          Lekki uśmieszek pojawił się na ustach Ciotki B.
          - Wszyscy wiemy, jak bardzo Alfa Klanu Wilka kocha swoją towarzyszkę. Tak 
z ciekawości, jak wielu ze swoich wilków chętnie złożyłby w ofierze, by dogodzić jej 
zachciankom?
          - Człowiek musiał się wykazać, w taki sam sposób, jak my wszyscy – 
powiedział Daniel.- Takie jest prawo. To jest sprawiedliwe.
          - Sprawiedliwe, doprawdy? - zapytałem. – Kto spośród was stawiał czoło 
dwudziestu dwóm wyzwaniom w dwa tygodnie?
          Oczywiście, nikt. Nawet Mahon, nasz kat, tak szybko nie zabił tak wielu.
          Skoro mówimy o prawie. Zwróciłem się bezpośrednio do Jennifer.
          - Jeśli dobrze pamiętam, Daniel, mimo, że został wybrany w wyniku przejścia 
w stan spoczynku swojego poprzednika, musiał zmierzyć się z wieloma wyzwaniami, 
zanim wybrał ciebie na swoją towarzyszkę. Ty jednak nigdy nie zostałaś wyzwana. 
Czy wiesz, dlaczego tak się stało? Ponieważ, zgodnie z prawem, na które oboje się 
tak chętnie powołujecie, ten, kto wyzwałby ciebie, musiałby walczyć również z 
Danielem. Alfa walczą jak jedno. Jeśli jeden alfa jest ranny, zwyczajową 
uprzejmością jest czekać, aż stanie na nogach i oboje będą zdolni do walki, zanim się 
rzuci wyzwanie. Jest to sprawa honoru. Jeśli chcesz zająć czyjeś miejsce, to musisz 
walczyć uczciwe. Nie stać cię było na taką uprzejmość w stosunku do mojej 
towarzyszki.
          - Ona zabiła moją siostrę – krzyknęła Jennifer.
          Dobrze, pozwólmy wszystkiemu wyjść na wierzch. Załatwmy sprawę raz na 
zawsze.
          - Prawda, twoja siostra stała się loupem i zaatakowała ją. Kate tego nie 
spowodowała, a zabiła ją jednym ciosem. Twój gniew jest nie na miejscu. W 
rzeczywistości wyświadczyła ci przysługę. Jeśli masz być dobrym alfa, powinnaś 
wiedzieć, że załatwienie sprawy twojej siostry było twoim obowiązkiem. To było 
twoje brzemię. Jesteście najbliższą rodzoną.
 

background image

          Jennifer zacisnęła zęby. Dokładnie ważyłem każde słowo. Nie mogłem jej 
wyzwać, bo wyzwanie musi mieć podstawy. Ale jeśli powiem wystarczająco dużo, 
ona powinna wyzwać mnie.
          - Moja towarzyszka wzięła na siebie twoje brzemię, a zamiast wdzięczności, 
nienawidzisz ją za to. Ona stale pamiętała o twojej słabości. Chciałaś z nią walczyć, 
ale nie mogłaś. Zamiast tego, podjudzałaś innych do zrobienia tego, do czego sama 
nie mogłaś się zmusić. To jest twoja największa wada. Jednak, ponieważ jestem 
miłosierny i sprawiedliwy, oferuje ci szansę odkupienia winy.
          - Nie przeproszę jej, ani nie będę się jej kłaniać. Prędzej umrę – Jennifer 
kłapnęła zębami jak wściekły pies.
          Cóż, spójrzmy na to jeszcze raz.
          - Znowu nie zrozumiałaś. To, co zaproponowałem, to szansa na zemstę, której 
szukasz, ale tym razem we właściwym czasie. Wyzwanie nas. Para na parę, tak jak to 
powinno być.
          Pozostałym posłałem ostrzeżenie.
          - Nikt się nie będzie wtrącać. Tylko was dwoje na nas dwoje.
          Kate zesztywniała obok mnie. Ująłem pod stołem jej dłoń i delikatnie, 
uspokajająco ścisnąłem, na znak, że blefuję i wszystko będzie O.K. Cóż, 
niespecjalnie, ale byłem przekonany, że nawet w takim stanie, w jakim byliśmy, 
powinniśmy ich pokonać, a i całą resztę, jeśli będzie trzeba. Tak długo, jak oni będą 
wierzyć, ze możemy to zrobić, nie będzie takiej potrzeby.
          Gdy Jennifer zaczęła się podnosić – ona naprawdę była głupia lub szalona – 
Daniel chwycił ją za ramię, niemal zbyt szybko, by to zobaczyć i szarpnął ją w dół. 
Twardo wylądowała na krześle. Otworzyła usta. Posłał jej kategoryczne, surowe 
spojrzenie. Zamknęła usta i spuściła wzrok. Twarz jej poczerwieniała.
          Więc nie był skłonny pozwolić jej na poświęcenie życia, tak jej jak i swojego. 
           Daniel z lekkim ukłonem pochylił głowę.
          - Klan Wilka usilnie błaga Małżonkę o przebaczenie. Szczerze przepraszamy 
za przykrości, które mogliśmy spowodować. Pragniemy wyrazić naszą lojalność i 
posłuszeństwo wobec Władcy Bestii i jego Towarzyszki.
          Dobrze powiedziane, może była dla niego jeszcze jakaś nadzieja, mimo 
wszystko.
          - Co z resztą z was?
          Zatrzymałem na chwilę wzrok na alfach Klanu Szczurów.
          Thomas i Robert Lonesco jednocześnie potrząsnęli głowami. Thomas, starszy i 
poważniejszy z pary, powiedział.
 

background image

          - Nie mamy w tej walce psa. – Uśmiechnął się lekko, pokazując równe, białe 
zęby. – Nie głosowaliśmy na nią, ponieważ nie mamy wystarczającej wiedzy na jej 
temat.
          Kate pochyliła się do mnie i szepnęła.
          - Po tym, jak zabiłam Szakale, oni przysłali mi czekoladę.
          Dobrze, naprawdę lubiłem ich obu i nie muszę odczuwać przykrości, zabijając 
ich.
          Popatrzyłem na wyżej wymienione Szakale, następców zabitych.
          Przemówiła kobieta, Tracy.
          - Nie mamy problemu z Małżonką. Jesteśmy jej wdzięczni i jest to nasze 
powszechne stanowisko.
          Spodziewałem się więcej. Pozostał jeszcze Klan Zwinnych i ciężkich Mahona. 
Starym niedźwiedziem chcę się zająć prywatnie. Klan Zwinnych był czymś w 
rodzaju anomalii w społeczeństwie zmiennokształtnych. Ich alfami była starsza para 
Azjatów, rządząca nie dlatego, że byli najsilniejsi, ale dlatego, że z racji wieku i 
doświadczenia byli szanowani przez swoich poddanych. To nie przeszkadzało, 
oczywiście, ich wiernym betom, złośliwej parze, której obawiała się reszta klanu i 
wielu innych z Gromady. Chronili swoich starszych i było oczywiste, że zajmą ich 
miejsce, jako alfa, kiedy przyjdzie czas.
          Alfa Klanu Zwinnych wstał, wyprostował się na całą wysokość, a następnie 
skłonił głęboko, nie spuszczając ze mnie wzroku. Potem wyprostował się i bardzo 
formalnym tonem oświadczył
          - Klan Zwinnych pamięta zrozumienie, które Wasza Wysokość nam okazał i 
nigdy nie zhańbi się zapłaceniem za życzliwość zdradą lub oszustwem. Małżonka 
walczyła wspaniale i respektujemy jej miejsce u boku Waszej Lordowskiej Mości.
          W porządku, proste „popieramy” byłoby wystarczające, ale jeśli czuł się 
bardziej komfortowo z formalnościami, niech tak będzie.
          - Poważamy Klan Zwinnych i przyjmujemy jego przyjaźń z szacunkiem. 
          Achhh, dostałem go, prawie się uśmiechnął, ukłonił się jeszcze raz i usiadł.
          Prawie gotowe.
          - Tak, więc, wszystko zostało ustalone. Jeśli nie ma jeszcze czegoś, możecie 
odejść w pokoju. Mahon, ty zostań – rozkazałem.
          Zachowując pozory godności, pozostali wynieśli się tak szybko, jak tylko 
mogli.
          Kate odwróciła się do mnie. W oczach miała pytanie
          - Czy chcesz, żebym została?

background image

 
          Milcząc potrząsnąłem głową
 
          - Nie, nie powinnaś być obecna przy następnej części.
 
 
                                                 Część 3
 
 
          Patrzyłem, jak Rada Gromady ucieka z pokoju z podkulonymi pod siebie 
ogonami. Wychodzili w pośpiechu, jeden za drugim, uważając, żeby nie spojrzeć na 
mnie lub Niedźwiedzia. W końcu ostatni ze zmiennokształtnych zniknął za drzwiami. 
Pozostaliśmy tylko my dwaj.
          Popatrzyłem na niego w sposób, w jaki alfa patrzy na poddanego. Mahon 
skrzyżował masywne ramiona.
          - Przyszedł na to czas.
          Nie odpowiedziałem.
          - Już pora. Czekałem na to, chłopcze. Trzeba to ułożyć.
          Dobrze, rozumiemy się wzajemnie.
          - Czy chcesz załatwić sprawę tutaj, stary, czy masz na myśli jakieś inne 
miejsce?
          Mahon rozważał to przez chwilę.
          - Będziemy potrzebować przestrzeni. To miejsce jest zbyt małe.
          - W takim razie, na czwartym piętrze jest balkon.
          Balkon, płaska powierzchnia na szczycie jednej z mniejszych wież, to 
kamienny kwadrat o wymiarach dwadzieścia na pięćdziesiąt jardów. Wiosną i latem 
służył jako miejsce zgromadzeń i jadalnia na świeżym powietrzu, ale zimą był pusty. 
To powinno zapewnić nam mnóstwo miejsca i dać nam trochę prywatności.
          To nie miał być pokaz, to sprawa pomiędzy mną i Mahonem. Nie będzie to 
walka na śmierć i życie, ale mogłaby się nią stać, jeśli byliby jej świadkowie, 
Musiałbym zabić Mahona, a tego nie chciałem. Mahon nie był moim ojcem, ale ja 
byłem jego synem.
          To sprawa między nami dwoma i kiedy się rozstrzygnie, będziemy wiedzieć 
raz na zawsze, kto jest silniejszy.
 

background image

          Przeszedłem przez drzwi. Mahon szedł za mną. Na zewnątrz, przy ścianie, stał 
Derek i kiedy mnie zobaczył zrobił krok do przodu. Spojrzałem na niego mówiąc.
          - Chodź ze mną.
          Dzieciak szedł o krok za nami. Potrzebowaliśmy strażnika, by powstrzymać 
resztę Gromady od wścibiania nosa tam, gdzie nie należy i nie mógł to być Jim lub 
Kate. Jim był moim najlepszym przyjacielem. Mógłby się wtrącić. Kate... To było 
coś, co nie chcę, żeby widziała. Derek zrobi, co mu każę i utrzyma resztę z daleka.
          We trójkę udaliśmy się na czwarte piętro. Solidne, drewniane drzwi zagradzały 
drogę na balkon. Spojrzałem na Dereka.
          - Staniesz tutaj. Nikt nie może przejść na drugą stronę tych drzwi – 
przytrzymałem go wzrokiem przez dłuższą chwilę, by upewnić się, że słucha z 
uwagą. – Nikt.
          - Tak, mój Panie.
          Otworzyłem drzwi i razem z Mahonem wyszliśmy na zewnątrz. Wciągnąłem w 
płuca zimne powietrze. Drzwi zamknęły się za nami.
          Zapadła ciemność. Niebo było czarne i ogromne, małe światełka gwiazd lśniły 
zimnym blaskiem. Za nami szare wieże zasłaniały księżyc, a jego rozproszone 
światło rozjaśniało przyprószone śniegiem okolice Twierdzy. Dalej wznosiły się 
czarne bory. Pod balkonem rozciągał się biały, nietknięty śnieg. Zanim się to skończy, 
zabarwimy go czerwienią.
          - Jak masz ochotę to zrobić? – zapytał Mahon.
          - Chcę, żebyś walczył w swojej najlepszej postaci niedźwiedziej – 
powiedziałem. – Nie w obecnej, ani w tej odpychającej postaci pośredniej. To 
najlepiej potwierdzi wynik.
          - W takim przypadku, ty powinieneś wystąpić w swojej postaci wojownika. Da 
ci to większą szansę.
          - Nie ma potrzeby – odpowiedziałem.
          Położył mi rękę na ramieniu i powiedział cicho.
          - Synu, jeśli zawahasz się, lub zatrzymasz, zmiażdżę cię.
          Możesz spróbować.
          - Nie mów nic więcej.
          Zacząłem przemianę. Zalało mnie gorąco. Straszliwe gorąco. W istocie to było 
tak, jak rozciąganie na stelażu w chwili, gdy stoi on w ogniu. A potem rozciągnąłem 
wszystko: kości, ścięgna, mięśnie, ciasno zwiniętą skórę. Mglisty welon zasnuwający 
mój wzrok opadł bez ostrzeżenia i nagle świat stał się boleśnie wyraźny. Wszystko 
pachniało, wiatr z lodowatego nieba, cień dymu z kuchni Twierdzy, suche kamienie, 
czysty śnieg i sierść ogromnego niedźwiedzia, czekającego, by przetrącić mi grzbiet.

background image

 
          Niedźwiedź. Znajomy zapach. Bezpieczny. Ten sam zapach poczułem wiele lat 
temu, kiedy nie miałem gdzie pójść i Mahon powiedział, że mam dom. Był potężny, 
wielki i szorstki, wyższy ode mnie prawie stopę.
          - Możesz zostać tutaj, chłopcze. Nie musisz mówić do mnie, Tato. Wystarczy 
Mahon.
          Po drugiej stronie balkonu ogromny Kodiak potrząsał głową. Był ogromny, 
miał blisko dwanaście stóp wysokości i ważył prawie tonę.
          Siłowanie się i zapasy nie wchodziły w rachubę. Otrząsnąłem się, sprawdzając 
zmiany. Wszystko było na swoim miejscu. Nie miałem pełnej mocy, ale to dobrze. 
Byłem zbyt wkurzony, by utrzymywać kontrolę na przemianami w czasie tej walki.
          Kudłata, olbrzymia bestia, stanęła na tylnych nogach i ryknęła na mnie. Tak 
jest, pokaż mi swój miękki, wielki brzuch. Otworzyłem usta i również ryknąłem, 
zagłuszając go. Przełknij to, gruby chłopcze.
          Najlepszym założeniem byłoby upuścić mu trochę krwi. Skoczyć, ugryźć lub 
wbić pazur i odskoczyć ponownie, zanim te wielkie łapska zdążą się złączyć. Nie 
pozwolić się złapać lub trzymać. Jeśli będzie mógł, Mahon wciągnie mnie w uścisk i 
zmiażdży mi głowę między szczękami. A jeśli będę miał prawdziwe szczęście, to 
zbliży się do mnie tak, jak stoi teraz, na tylnich nogach, odsłaniając brzuch. 
          Przeryłem śnieg, badając grunt. Pod powłoką lodu wyczułem łapą kamienie. 
Gładkie.
          Chodź, Misiu. Chodź do mnie.
          Ruszył w moim kierunku na czterech łapach, z opuszczoną głową. Cholera.
          Jeśli mu pozwolę, może spróbować swoim ciężarem przewrócić mnie na 
ziemię. Kiedyś zabiłem niedźwiedzia i była to najtrudniejsza walka w moim życiu.
          Mahon poruszał się kiwając głową w górę i w dół i kołysząc się z boku na bok. 
Niedźwiedzie człapanie. Wyglądało to niezdarnie, ale pozwalało mu to wykorzystać 
grubą warstwę futra i tłuszczu jako tarczę, osłaniającą właściwe stanowisko bojowe. 
A ataki z flanki nie pozostają bezkarne. Człapiący, czy nie, był szybki.
          Nigdy nie walczyliśmy, nie tak, ale obserwowałem go, jak zabijał, przez 
ostatnie piętnaście lat i wiedziałem, że może uderzyć tą wielką głową, jak młotem. W 
istocie, dostanie głową niedźwiedzia, to jak kopnięcie konia. Powali mnie na ziemię i 
przyciśnie całym ciężarem ciała.
          Pora na taniec. Pozwoliłem mu podejść na odległość pięciu stóp ode mnie. 
Mahon zrobił wypad do przodu. Odskoczyłem na bok i wczepiłem pazury w jego 
głowę i kark. To, co tam było, to głównie futro i tłuszcz, ale go zraniłem. Wstrząsnął 
się, próbując mnie zrzucić. Uwiesiłem się na nim i ugryzłem go w ucho. Znajomy 
smak krwi zalał mi usta.

background image

 
          Mahon ryknął z bólu.
          Tak, pozostawię po sobie ślad.
          Poruszyliśmy się i raptownie moje łapy znalazły się na ziemi. Odrzucił mnie, 
jakbym tylko przejechał po nim paznokciem. Boże, on był cholernie silny.
          Nic nie mogę z tym zrobić, tylko puścić go. Zwolniłem uchwyt. Za późno,
          Plecami wpadłem z trzaskiem na ścianę, a całe cielsko Mahona uderzyło we 
mnie.
          - Au!
 
 
 
                                                             ***
 
          Ściany się trzęsły. Za nimi Curran mógł już leżeć, a on zostawił mnie na 
zewnątrz i postawił cudownego chłopca pod drzwiami, by upewnić się, że pozostaną 
zamknięte.
          Pokój był pełen zmiennokształtnych. Alfy, bety, jacyś rozpychający się 
łokciami, których rangi nie sposób było określić.
          Jim sterczał nad Derekiem. Cudowny chłopiec był już dorosły, ale Jim był 
jeszcze około trzech cali wyższy od niego i wyciskał z tego faktu wszystko, co tylko 
mógł.
          - Rusz się.
          Derek nie odpowiedział.
          - To jest rozkaz.
          Derek patrzył prosto przed siebie. Przesłanie było jasne. Jim będzie musiał go 
zabić, zanim otworzy drzwi.
          To było bezcelowe. Wyszłam na korytarz. Barabas wyszedł za mną. Powlokłam 
się korytarzem, byle dalej od tłumu. Noga paliła mnie, jak ogień. Po raz pierwszy 
zapragnęłam, by ktoś przyniósł mi tę głupią laskę, z nią mogłabym poruszać się 
szybciej. Skręciliśmy za róg.
          - Czy jest jakieś inne miejsce, z którego mogę dostać się na balkon? – 
szepnęłam.
          - Wejść nie, zobaczyć tak.
 

background image

          - Zaprowadź mnie tam.
          - Tam są schody – ostrzegł Barabas.
          - Zaprowadź mnie tam, albo wyrzucę cię przez okno.
          - Prosto, tą drogą, Alfa.
 
 
                                                        ***
 
 
          Kawałek grzbietu nosa Mahona. Witamy w lwich szczękach.
          Warknął z bólu i został z tyłu.
          Pobiegł przez śnieg, zwiększając dystans między nami. Żebra mnie bolały, 
ciepło popłynęło spajając połamane kości. Brak poważniejszych obrażeń, ale jakieś 
jeszcze jedno i byłbym załatwiony.
          Musiałem upuścić mu więcej krwi. Skok i odskok. Jeśli pokroję mu łeb w 
plasterki, wirus Lyc-V naprawi obrażenia, ale wcześniej Mahon będzie krwawić. 
Dostatecznie dużo krwi zalewającej mu oczy, a będę miał łatwiejsze zadanie.
          Po drugiej stronie niedźwiedź szurał łapami. Rzuciłem się w jego kierunku z 
pazurami w pogotowiu.
 
 
 
                                                    ***
 
 
          Pięćdziesiąt milionów cholernych schodów, z każdym krokiem przeszywający 
ból rozrywał mi biodro tak, że chciałam rozszarpać nogę do krwi, dlatego tylko, że 
była jego źródłem.
          Idź Kate. Naprzód. Naprzód.
          - Przepraszam za to – powiedział Barabas.
          - Przepraszam, za co?
          Podniósł mnie i ruszył biegiem po schodach. Dwie sekundy i wyważyliśmy 
małe, żelazne drzwi na malutki balkon. Byliśmy na jednej z bocznych wież, pod 
kątem dziewięćdziesięciu stopni do głównej twierdzy. Dwa piętra pod nami, ogromny 

background image

niedźwiedź i mój lew załatwiali sprawę na zakrwawionym śniegu. 
          Och, Curran. Ty głupi, głupi człowieku.
          Barabas postawił mnie na podłodze.
          Mahon oddychał ciężko. Kudłate boki parowały, unosząc się w górę i w dół. 
Jeszcze większą chmurę pary wypuszczał przez nos. Krew zalewała mu boki. Curran 
lekko kulał, szczególnie na lewą tylnią nogę.
          Curran rzucił się tak szybko, że wyglądał jak rozmazana plama. Wstrzymałam 
oddech. Tańczył blisko, przecinając pazurami twarz Mahona i wycofywał się, 
unikając walących z rozmachem, kolosalnych, owłosionych łap.
          Curran próbował upuścić krwi Mahonowi, ale Lyc-V uzdrawiał niedźwiedzia 
szybciej, niż lew mógł uczynić mu krzywdę. Prędzej, czy później, Mahon go złapie. 
A godzinę temu Curran leżał nieprzytomny w łóżku.
          Zacisnęłam zęby.
          - Opuść mnie na tamten balkon.
          - Nie mogę – powiedział Barabas. – Zbyt daleko.
          Nie dam rady przeskoczyć tej odległości, nie z moją nogą.
          - Rzuć mną.
          - Między nami, a nimi jest odległość pięćdziesięciu jardów, nie mówiąc już o 
trzydziestostopniowym spadku – powiedział Barabas. – Wylądowałabyś między 
rozwścieczonym niedźwiedziem, a oszalałym od krwi lwem. Moim obowiązkiem jest 
pomóc ci, w każdy możliwy sposób, ale samobójstwa nie ma w tym menu.
          Moje kolano poddało się. Zawisłam na balustradzie i obserwowałam walkę 
Currana. Tylko to mogłam zrobić.
 
 
                                                        ***
 
 
          Chciał mnie złapać. Boki bolały mnie jak diabli i widziałem nieostro. Mahon 
łapą uderzył mnie dwukrotnie w głowę. To było jak uderzenie przez samochód. Mogę 
więcej nie znieść mocnych uderzeń w głowę. Muszę zakończyć to i dać mu nauczkę.
          Mahon zamachnął się na mnie. Kłapnąłem zębami na niego i cofnąłem się. Aby 
go rozwścieczyć, muszę go przegonić. Jeśli stanie na tylnich nogach, mam szansę.
          Poczułem zapach Kate. Była tutaj. W jakiś sposób tu była. Jeśli spuszczę 
wzrok z Mahona, on może mnie złapać. Dlaczego ona nie może po prostu raz zrobić 

background image

tego, co powiedziałem, jeden cholerny raz, jeden jedyny cholerny raz?
          Mahon zaszarżował.
          Odskoczyłem w lewo, prosto pod mur. Myślał, że ma mnie, wielki, szybki, 
niepowstrzymany. Odbiłem się od ściany, przekoziołkowałem i wylądowałem na 
nim. Cześć, stary. Pazurami przebiłem skórę i wszystkimi czterema kończynami 
ciąłem przez futro, zdzierając skórę z głowy i wielkiego kudłatego tyłka.
          Mahon zaryczał z bólu.
          Przeskoczyłem swobodnie i ugryzłem go w nos. Niedźwiedzia łapa zahaczyła o 
mój bok – ból jak diabli – i uderzyłem w nos, kalecząc go. Raz, dwa, trzy. Jeszcze 
raz. I jeszcze. Odskok.
          Ponownie rzucił się na mnie ze opuszczoną głową. Obróciłem się w prawo i 
zamknąłem szczęki na jego zranionym uchu. Niedźwiedź ryknął z bólu i wściekłości. 
Wyplułem kawałek ucha i uderzyłem je łapą. Nie możesz tego wytrzymać. Nie w 
smak ci to.
          Masywny Kodiak ryczał jak syrena przeciwmgielna i wstał.
          Tak, zrobił to, był nieźle wkurzony.
          Z rykiem wstrząsającym ziemią, ciężko stąpając kierował się ku mnie, w 
całości niedźwiedź, bez śladu ludzkiej myśli czy strategii, napędzany czystą 
wściekłością i bólem.
 
 
                                                       ***

 
          Mahon stanął na tylnych nogach. Curran odsunął się, utykając. Jego bok 
krwawił – zły znak. Wirus Lyc-V nie nadążał z uzdrawianiem
          Mahon wciąż szedł. Curran cofał się do krawędzi balkonu. Nie ma miejsca, by 
iść dalej.
          Jeśli stracę go tutaj, w tej idiotycznej walce, po tym, jak walczyłam i strzegłam 
go przez dwa tygodnie, po tym, jak płakałam i myślałam, że umrze, znajdę go w 
zaświatach i zabiję jeszcze raz.
          Mahon obraca się, zbyt szeroko. Curran skandalicznie szybko zanurkował pod 
wielkie łapy, wbił pazury w lewą tylnią nogę niedźwiedzia i mocno ugryzł. 
          Wiedziałam, jak duży może być nacisk tych szczęk. Ugryzł przez futro i 
mięśnie, a później noga Mahona złamała się, jak wykałaczka, gdy ogromne kocie kły 
zgruchotały mu kości.

background image

 
          Curran zwinął się i kopnął tylnymi nogami, ktoś mógłby pomyśleć, że to nie 
lew się poruszał, ale człowiek kierowany mózgiem. Jego zmaltretowane ciało 
rozhuśtało się i plecami grzmotnęło Mahona, w nieuszkodzoną nogę. Przez pół 
sekundy niedźwiedź stał pionowo, po prostu siłą woli, a potem powoli runął tak, jak 
tytan z obciętymi nogami.
          Och, mój Boże.
          Curran przekoziołkował, aby ogromne cielsko nie mogło go zmiażdżyć. Kiedy 
niedźwiedź leżał na plecach, Curran łapami i całym swoim ciężarem przycisnął jego 
pierś. Opuścił w dół masywny lwi łeb i otworzył usta. Jego szczęki zamknęły się na 
gardle Mahona i trzymał go łagodnie, prawie delikatnie.
          Brązowe łapy podnosiły się i opadały.
          To był koniec. Curran wygrał.
 
 
                                                                   ***
 
 
          Leżałem wyczerpany na śniegu. Moje ciało zmieniło się w znaną ludzką 
postać. Wszystko mnie bolało. Ciało miałem tak gorące, jakbym palił się od środka.
          - Dobra walka, chłopcze – zagrzmiał Mahon z prawej strony. – Jestem z ciebie 
dumny.
          - Zamknij się.
          Śnieg topniał wokół mnie. Lodowata ciecz przyjemnie chłodziła mi skórę. 
Więcej, wręcz cudownie.
          - Nadal myślisz, że ona jest warta tego? – zapytał cicho Mahon.
          - Oczywiście. Ona jest moją towarzyszką.
          Mahon westchnął.
          - A więc tak postanowiłeś.
          - Czy myślisz, że przelewalibyśmy krew na śniegu, jeśli nie byłbym tego 
pewien?
          - Słuszna uwaga.
          Wziąłem garść śniegu i położyłem na twarzy. Mmmm... to miłe.
          - Mam nadzieję, ze ona będzie jedną z nas – powiedział Mahon.

background image

 
          - Nie zawsze możesz uzyskać to, na co masz nadzieję. Ja miałem nadzieję, że 
moi ludzie nie będą próbowali zabić mojej towarzyszki, gdy leżałem umierający.
          - Nigdy nie doszłoby do tego – powiedział Mahon. – Ona jest silniejsza, niż 
ktokolwiek z nas wiedział.
          - Ja wiedziałem
          - Rozumiem – Mahon znowu westchnął. – Ona nigdy nie zrozumie nas 
całkowicie.
          - Nie zawsze chodzi o was. Tym razem chodzi o mnie. Ona rozumie mnie i to 
wystarczy.
          Za drzwiami zaczęło się jakieś zamieszanie.
          - Nigdy nie zrobimy tego ponownie – powiedział Mahon.
          - To zależy od ciebie. Kiedykolwiek będziesz mnie potrzebował, aby sobie 
przypomnieć...
          Mahon zachichotał.
          - Wychowałem cię zbyt dobrze.
          Drzwi wyskoczyły z zawiasów i sunęły po śniegu. Na nich Derek. No cóż, nie 
można powiedzieć, że dzieciak nie próbował.
          Catherine wkroczyła na balkon.
          - Och-och – wymamrotał Mahon.
          Żona Mahona popatrzyła na nas. Oparła ręce na biodrach.
          - Który z was, idioci, chce mi wytłumaczyć, co się tu, do cholery, dzieje?
          Z wielkim wysiłkiem uniosłem ramię i wskazałem, mniej więcej, w kierunku 
Mahona
          - On.
          W drzwiach pojawiła się Kate.
          - Co zrobiłeś chłopakowi? – drążyła Catherine.
          - Co ja mu zrobiłem? Co on zrobił mnie! 
          Kate przyklęknęła przy mnie. Podniosłem rękę i dotknąłem jej policzka. 
          - Jesteście idiotami – powiedziała.
          - Wiem. Catherine już to dosadnie zauważyła.
          - Wszystko ustalone? – spytała Catherine.
          Pytanie nie wydawało mi się skierowane do mnie, więc nie odpowiedziałem.

background image

 
          - Tak – powiedział Mahon.
          - Dobrze. Wstawaj.
          Było trochę zamieszania, a potem oboje, odwróciwszy się plecami, poczłapali 
w stronę drzwi i jasnego wnętrza Twierdzy. Gdy nas mijali, Mahon pochylił głowę 
          - Mój Panie, Moja Pani.
          Potem wyszli. Derek, niosąc drzwi, poszedł za nimi.
          - Możesz chodzić? – spytała Kate.
          - Jeszcze nie.
          Usiadła na śniegu obok mnie. Objąłem ją ramieniem i przyciągnąłem bliżej, 
Derek z powrotem założył drzwi na miejsce. Zostaliśmy całkiem sami. Tylko my, 
śnieg i gwiazdy.
          - To był dobry ruch, z tym skokiem – powiedziała.
          - Widziałaś?
          - Widziałam.
          Uśmiechnąłem się.
          - Skopałem mu tyłek.
          - Tak, zrobiłeś to. Potrzebujesz pomocy, specjalisto od kopania tyłków?
          - To mój tekst.
          Zaśmiała się cicho.
          - Nie mogę cię zanieść, wiesz o tym.
          - Daj mi jeszcze pięć minut. Będę mógł chodzić.
          Siedzieliśmy na śniegu i patrzyliśmy w gwiazdy. Jutro znowu będę miał do 
czynienia z tym całym gównem.
          Ale ta noc była nasza. Zdobyliśmy ją.