background image

W poszukiwaniu listka figowego 

 

Komentarz  ·  tygodnik „Nasza Polska”  ·  3 kwietnia 2007  |  www.michalkiewicz.pl 

 

 

 

Jak i pieniądze zarobić i wianuszka nie stracić, jak mieć ciastko i zjeść ciastko – oto 
popularne porzekadła, ilustrujące dzisiaj dylemat europejsów pobożnych, którym zostało już 
niewiele – bo zaledwie dwa lata na wymyślenie jakiegoś listka figowego, który mógłby, 
przynajmniej prowizorycznie, przykryć figę, jaką narodom Europy pokazują dzisiaj marksiści. 

 

Właśnie przedstawiciele biurokratycznej międzynarodówki przyjęli w Berlinie tekst deklaracji 
składającej się w 99 procentach z bełkotu, w którym miało zapewne zginąć najważniejsze, 
przedostatnie zdanie: „Dlatego dziś, w 50 lat po podpisaniu traktatów rzymskich, razem 
podejmujemy wyzwanie, aby do czasu wyborów do Parlamentu Europejskiego w roku 2009 
odnowić wspólny fundament Unii Europejskiej”. 

 

Zatem, jak pisał poeta w „Anonimowym mocarstwie” – W Londynie, w wielkiej loży, już 
postanowiono”. Ten „wspólny fundament”, co to ma być „odnowiony”, to konstytucja 
Eurosojuza, do której prą Niemcy, przez całe dziesięciolecia drenujący swoich podatników i 
finansujący zabawę w „europejską jedność”. 

 

Jeśli ktoś chce wierzyć, że to z sympatii do Greków, czy Portugalczyków, to oczywiście 
zabronić mu tego nie mogę, ale sam uważam, że Niemcy, jako państwo poważne, traktują 
Unię Europejską, jako swego rodzaju inwestycję. Każda inwestycja ma jednak to do siebie, 
że od pewnego momentu powinna zacząć przynosić zyski.  

 

Dobry inwestor stara się ten moment przyspieszyć tym bardziej, jeśli na przykład zaczyna mu 
już brakować pieniędzy. Tym właśnie tłumaczę sobie gorączkowy pośpiech, z jakim 
przedstawiciele Niemiec nalegają na przyjęcie traktatu konstytucyjnego. Co konkretnie, tzn. 
jakie korzyści sobie po tym obiecują – to osobny temat. 

 

Warto jednak przypomnieć, że inny wybitny przywódca socjalistyczny Adolf Hitler też marzył 
o europejskiej jedności z tą wszelako różnicą, iż pragnął urzeczywistnić tę ideę środkami 
militarnymi. W tym celu też inwestował m.in. w przemysł zbrojeniowy i armię swego 

background image

państwa, a wydatki na ten cel poniesione miał zrekompensować mu łup wojenny. Dlatego 
też w 1939 roku tak się denerwował, kiedy Benito Mussolini wystąpił z pomysłem mediacji. 
Te „mediacje” były Adolfowi Hitlerowi w tym momencie potrzebne jak psu piąta noga, bo 
każde odwleczenie wojny i związanych z nią łupów narażały Rzeszę na widmo bankructwa. 

 

Dlaczego zatem teraz „odnowić wspólny fundament” musimy koniecznie w roku 2009 i ani 
dnia później? Co takiego ważnego zawiera konstytucja Eurosojuza, że bez niej cała 
„integracja” może okazać się nie warta funta kłaków? 

 

Pan prezydent Kaczyński bardzo buńczucznie oświadczył w Berlinie, że „będzie walczył” o 
umieszczenie „w preambule” jakiejś wzmianki o „wartościach chrześcijańskich”, czy 
„judeochrześcijańskich” – bo różnie o tym mówią. Ależ naturalnie, jakże by inaczej! Niech 
„walczy” aż do upadłego. Czy jednak nie miał zamiaru „walczyć”, żeby zapis o tych, niech już 
będzie, że „judeochrześcijańskich” wartościach znalazł się już w Deklaracji Berlińskiej”? 

 

Jakże więc się stało, że się nie znalazł, a mimo to pan prezydent dokument podpisał? I co 
będzie, jeśli mimo „walki” wielka loża w Londynie, czy jakimś innym europejskim mieście 
zdecyduje, że „inaczej będzie”? Co wtedy zrobimy? Podpiszemy konstytucyjny cyrograf bez 
„preambuły”, czy odmówimy podpisu? A w razie podpisania – jakie usprawiedliwienie 
podamy do wierzenia całemu ludowi? 

 

Bo ta cała „preambuła”, to jest taki listek figowy, który ma zasłonić bezwstydną kapitulację 
przed marksistami, którzy za pośrednictwem biurokratycznego internacjonału narzucają 
dzisiaj narodom Europy kulturowy marksizm pod postacią politycznej poprawności. 

 

W odróżnieniu od „judeochrześcijan”, traktują swoje przekonania w sposób absolutnie 
fundamentalistyczny, to znaczy – nie uważają ich za rodzaj intelektualnej propozycji, tylko 
nadają im postać norm prawnych, za którymi stoi nasza stara, dobra znajoma przemoc 
socjalistycznego imperium. 

 

I wcale nie mają zamiaru pozwolić żadnym „judeochrześcijanom”, którym samo 
chrześcijaństwo już nie wystarcza i muszą się podpierać tym „judeo” niczym laską – na żadne 
„preambuły”. Nie po to odbyli z powodzeniem „długi marsz przez instytucje”, żeby teraz 
pozostawiać jakieś enklawy „kultury burżuazyjnej”, zwłaszcza takie, co mogą dawać 
przerzuty i udaremnić kolejną edycję socjalistycznej rewolucji. 

 

background image

Obawiam się tedy, że żadnego listka figowego nie uda się znaleźć, a jeśli nawet – to nie 
będzie on w stanie przesłonić wymowy postanowień konstytucji Eurosojuza, zapisanych np. 
w Części I Tytule I Artykule I – 1: „Zainspirowane wolą obywateli i państw Europy 
zbudowania wspólnej przyszłości, niniejsza Konstytucja ustanawia Unię Europejską, której 
Państwa Członkowskie przyznają kompetencje do osiągnięcia ich wspólnych celów”. 

 

Przyznają kompetencje – tzn. przekazują suwerenność państwową. Potwierdzają to kolejne 
artykuły: Art. I – 5 mówiący o stosunkach Unii z państwami członkowskimi – w którym nie 
ma ani słowa, że państwom przysługuje atrybut suwerenności, natomiast jest stwierdzenie, 
ze państwa członkowskie „powstrzymują się od podejmowania wszelkich środków, które 
mogłyby zagrażać urzeczywistnieniu celów Unii”. 

 

Zresztą – cóż tam mogą „przedsięwziąć” skoro według Art. I – 6 „Konstytucja i prawo 
przyjęte przez instytucje Unii (...) mają pierwszeństwo przed prawem Państw 
Członkowskich”? 

 

 

 Stanisław Michalkiewicz 

  

www.michalkiewicz.pl

  

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

background image

Odbija palma... męczeńska 

 

Komentarz  ·  tygodnik „Goniec” (Toronto)  ·  5 kwietnia 2007  |  www.michalkiewicz.pl 

 

 

 

W koszmarnych czasach pierwszej komuny, kiedy to w sławnym Sierpniu 1980 lud zaczął 
buntować się przeciwko partii-przewodniczce, Andrzej Rosiewicz śpiewał: „Legitymację 
partyjną oddał Wincenty Kalemba, a tam zachodnim bankierom włosy stają dęba”. 

 

Chodziło o kredyty udzielone przez zachodnich bankierów Edwardowi Gierkowi w ramach 
„odprężenia”, co stworzyło wrażenie „dynamicznego rozwoju”, do dzisiaj wspominanego z 
nostalgią przez prawie 60% mieszkańców Polski. Mimo 30-procentowej redukcji tego długu 
w początkach lat 90-tych, trzeba będzie spłacać raty jeszcze przez następnych 20 lat, ale – 
cośmy się wtedy nażyli, tośmy się nażyli. 

 

Wspominam tamte czasy, bo oto znowu legitymację partyjną oddał już nie jakiś tam 
„Wincenty Kalemba”, tylko sam Józef Oleksy. Najwyraźniej odwaga znowu staniała, bo, 
powiedzmy sobie szczerze, cóż właściwie Józef Oleksy ryzykuje, skoro włos mu z głosy spaść 
nie może? 

 

Ryzykuje, ma się rozumieć, niewiele, ale właśnie dlatego warto zwrócić uwagę na przyczyny, 
dla których ten znany z wyjątkowej dyskrecji polityk nagle rozgadał się niczym 
rozplotkowana baba, w prywatnej rozmowie z Aleksandrem Gudzowatym obsmarowując całe 
ścisłe kierownictwo SLD, z Aleksandrem Kwaśniewskim na czele. 

 

Wprawdzie Oleksy twierdzi, jakoby nie wiedział, że rozmowa jest nagrywana, ale jestem 
przekonany, że właśnie dlatego zdobył się na taką szczerość, iż o tym wiedział. Sądzę, że 
wiedział, a przynajmniej przeczuwał, iż do tego nagrania w stosownym momencie „dotrą” 
dziennikarze śledczy. 

 

Okazało się, że stosowny moment nastąpił akurat wtedy, gdy sondażownie ogłosiły iż gdyby 
Aleksander Kwaśniewski powrócił do polityki u boku Andrzeja Olechowskiego na czele „innej 
partii”, to partia ta odniosłaby wielki sukces już na samym początku. Ale chociaż dziennikarze 
śledczy ujawnili, iż według Oleksego Aleksander Kwaśniewski nie potrafiłby wyjaśnić 

background image

pochodzenia majątku, jaki uciułał sobie przez 10 lat prezydentury, sondażownie nie 
odnotowały spadku popularności byłego prezydenta. Nieomylny to znak, że do zrobienia w 
Polsce politycznej konkiety wystarczy mieć majątek, no i oczywiście żonę, która umie jeść 
bezy. 

 

Okoliczność, że te wszystkie perturbacje na lewicy wystąpiły w przeddzień uroczystego 
przyjęcia Deklaracji Berlińskiej, wydaje się nieprzypadkowa. Wspomniana Deklaracja zawiera 
bowiem rozkaz, że do roku 2009 wszystkie państwa członkowskie mają przyjąć konstytucję 
UE. Czasu zostało niewiele, a tymczasem premier Kaczyński wystąpił z pomysłem, żeby w 
przyszłej konstytucji obliczać głosy na podstawie pierwiastka kwadratowego od liczby 
ludności poszczególnych państw, bo w przeciwnym razie Polska traktat konstytucyjny gotowa 
zawetować. 

 

Czy dla Niemiec może to być wystarczający powód do przejścia na ręczne sterowanie polska 
sceną polityczną? Wykluczyć tego nie można patrząc na coraz bardziej zaawansowane 
przygotowania do wprowadzenia na polską polityczną scenę „innej partii”, która nie będzie 
nikomu zawracała głowy pierwiastkami, tylko przyjmie traktat konstytucyjny bez żadnych 
listków figowych. A czy na jej czele, u boku Andrzeja Olechowskiego do polityki powróci 
Aleksander Kwaśniewski, czy Józef Oleksy, to już strategiczni partnerzy miedzy sobą ustalą 
tak, żeby bankierzy też byli zadowoleni. 

 

Na tle tych przygotowań wypada odnotować proces budzenia się poczucia godności 
osobistej, może jeszcze nie w całym narodzie, tylko wśród kadry naukowej uniwersytetów. 
Senaty kolejnych uczelni podejmują uchwały o bojkocie ustawy lustracyjnej, uznając, iż 
obowiązek składania stosownych oświadczeń jest nie do pogodzenia z godnościom 
osobistom. 

 

Do tych głosów dołączył JE bp Tadeusz Pieronek, zwracając uwagę, iż ustawa narusza tez 
konkordat, bo nakłada ten uwłaczający osobistej godności obowiązek również na uczelnie 
katolickie, które w konkordacie mają zagwarantowaną autonomię. W takiej sytuacji tylko 
patrzeć, jak złożenie oświadczenia lustracyjnego zostanie uznane za nowy grzech, dzięki 
czemu Trybunał Konstytucyjny na pewno uzna tę ustawę za sprzeczną jeśli nie z konstytucją, 
to w każdym razie – z preambułą. 

 

Jak wiadomo, odwołuje się ona zarówno do „wierzących w Boga”, jak i „nie podzielających 
tej wiary”, a o obowiązku składania oświadczeń lustracyjnych nie mówi ani słowa. Ale jak to 
się mówiło – „trybunał z dekretem, a Radziwiłł z muszkietem”, więc luminares polskiej nauki 
przypominają starą świecką tradycję, że prawa przestrzega ten, kto chce. 

background image

 

Co prawda inni naukowcy wystąpili z oświadczeniami krytycznymi, wytykając nosicielom 
godności osobistej, że nie urażała im jej ani przynależność do PZPR, ani podpisywanie 
deklaracji lojalności w stanie wojennym, ani cenzurowanie naukowych dzieł i przypomnieli 
sobie o godności dopiero teraz, kiedy trzeba odpowiedzieć na pytanie, czy było się 
konfidentem SB, czy nie. 

 

Ale za odmowę podpisania lojalki w stanie wojennym można było stracić katedrę, a za 
odmowę złożenia oświadczenia lustracyjnego nie tylko nic nie grozi, a w dodatku JE bp 
Tadeusz Pieronek już czeka z palmą męczeńską. 

 

 

 Stanisław Michalkiewicz 

  

www.michalkiewicz.pl

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

background image

Agenci i kobiety czekają 

 

Komentarz  ·  „Dziennik Polski” (Kraków)  ·  5 kwietnia 2007  |  www.michalkiewicz.pl 

 

 

 

25 marca wszyscy uczestnicy gali zorganizowanej w Berlinie w 50 rocznicę podpisania 
traktatów rzymskich ustanawiających Europejską Wspólnotę Gospodarczą, przyjęli do 
aprobującej wiadomości Deklarację Berlińską, w której wśród podniosłego bełkotu ukryto 
najważniejsze zdanie – rozkaz przyjęcia konstytucji Unii Europejskiej do roku 2009. 

 

Ponieważ do roku 2009 zostało już niewiele czasu, zarówno Niemcy, jak i Rosja, jako 
„strategiczni partnerzy”, próbują uporządkować scenę polityczną w Polsce tak, by na 
pierwszym planie znalazły się siły polityczne które konstytucję UE przyjmą nie tylko bez 
najmniejszych wahań, ale – w podskokach. 

 

Przygotowując tubylczych Irokezów na tę nieubłaganą konieczność, sondażownie ogłaszają, 
że gdyby tak Kwaśniewski z Olechowskim założyli partię, to ta wygrałaby wybory w cuglach, 
a na drugim miejscu uplasowałaby się Partia Kobiet pani Manueli Gretkowskiej. 
 

 

Skoro tak, to nieomylny to znak, że Aleksander Kwaśniewski, któremu, jak się okazuje, nic a 
nic nie zaszkodziły rewelacje przedstawione przez Józefa Oleksego, stanie na czele „innej 
partii” najpóźniej na jesieni. Najwyraźniej wielu nie może się już doczekać, między innymi – 
dawni utytułowani konfidenci SB, gotowi nadal służyć w ramach Unii Europejskiej. Zatem – 
powodzenie u agentów i u kobiet – gwarantowane. 

 

 

 Stanisław Michalkiewicz 

  

www.michalkiewicz.pl

 

 

 

 

background image

Uroki i udręki podejmowania decyzji 

 

Komentarz  ·  tygodnik „Gazeta Polska”  ·  5 kwietnia 2007  |  www.michalkiewicz.pl 

 

 

 

W koszmarnych czasach komuny opowiadano sobie dowcip, jak to pewien wysoki urzędnik 
trafił do więzienia. Uprzejmy naczelnik, pragnąc zapewnić wyjątkowemu pensjonariuszowi 
wszelkie możliwe w tych warunkach wygody, zaproponował mu pracę w więziennej kuchni 
przy obieraniu kartofli. 

 

Więzień początkowo przyjął ofertę niemal ze łzami wdzięczności w oczach, ale już 
następnego dnia zameldował się u naczelnika z prośbą o zmianę przydziału. – Ależ panie 
ministrze – zdumiał się naczelnik. – Praca w kartoflarni uchodzi wśród więźniów za najlepszą 
pod każdym względem. Lepszej dla pana nie potrafię już znaleźć! 

 

– Tak się panu tylko wydaje – odparł na to więzień. – Czy pan wie, jakie zróżnicowane 
potrafią być kartofle? Jedne są zgniłe, inne – przeciwnie – całkiem zdrowe. Jedne są duże, 
inne małe. Czy zdaje pan sobie sprawę, ile to decyzji trzeba podjąć? 

 

W dążeniu do przychylenia nam nieba (bo przecież nie w żadnym innym celu!) socjaliści 
wpadli kiedyś na pomysł, żeby pod różnymi pretekstami np. spadku, zarobku, darowizny, 
kupienia czegoś albo sprzedania, poodbierać ludziom pieniądze, a potem, pod pretekstem, że 
nie stać ich na samodzielne zapłacenie np. za leczenie (co w tej fazie operacji było już 
prawdą) zaoferować im tzw. „bezpłatne” usługi, m.in. medyczne. 

 

Ta „bezpłatność” polega na tym, że pomiędzy wykonawcę usługi (np. lekarza czy 
pielęgniarkę), a nabywcę – w tym przypadku – pacjenta, wchodzi cały łańcuch pośredników 
ulokowanych w różnych urzędach, którzy za swoje narzucone pośrednictwo wypłacają sobie 
sute honoraria z pieniędzy odebranych uprzednio ludziom. 

 

W rezultacie, jeśli np. usługa medyczna kosztuje 100 zł, to pośrednicy zabierają z tego co 
najmniej połowę, a reszta przypada na sfinansowanie prawdziwych kosztów leczenia oraz 
wynagrodzeń lekarza i pielęgniarki. 

background image

 

Niezadowoleni są pacjenci, bo czują, że za swoje pieniądze powinni mieć usługę na wyższym 
poziomie. Niezadowoleni są lekarze i pielęgniarki, bo czują, że za swoją pracę powinni 
dostawać więcej. Zadowoleni są tylko przymusowi pośrednicy, bo oni przecież nikogo nie 
leczą, ani za nic nie odpowiadają, a nie tylko biorą pieniądze, ale jeszcze uzurpują sobie 
władzę nad wszystkimi pozostałymi. 

 

Gdyby tak zatem sprywatyzować sektor ochrony zdrowia, tzn. – usunąć przymusowych 
pośredników, to usługa medyczna kosztowałaby, dajmy na to, już nie 100, tylko 75 zł, więc 
pacjent zyskałby 25 zł, nieznacznie mógłby poprawić się standard usług, a i lekarze oraz 
pielęgniarki zarobiliby trochę więcej. Niestety, przymusowi pośrednicy, którzy straciliby wtedy 
swoje synekury, nigdy na to nie pozwolą, a ponieważ to właśnie oni mają władzę, to raz 
zdobytej nie oddadzą nigdy, tzn. – nie oddadzą dobrowolnie. 

 

Żebyśmy nie nabrali wątpliwości, czy nie jesteśmy aby przez nich ordynarnie rolowani, nasi 
okupanci wmawiają w nas, że bez ich pośrednictwa wszyscy byśmy poumierali jak muchy. 
„My tutaj rządzim i my dzielim, bez nas by wszystko diabli wzięli!”. A chociaż i tak przecież 
wszyscy w końcu umieramy, to na wielu ludziach te przestrogi robią wrażenie i całkiem 
szczerze uważają oni swoich ciemięzców za dobroczyńców. 

 

Bierze się to m.in. stąd, że ludzi ograbionych z pieniędzy poprzez rozmaite podatki, 
rzeczywiście na wiele rzeczy już nie stać i myśl, że musieliby w tych warunkach jeszcze płacić 
za leczenie, jest dla nich przerażająca. Nie przychodzi im już do głowy, że w takiej sytuacji i 
podatki musiałyby zostać odczuwalnie zmniejszone, a zresztą może, znając bezwzględność 
swoich ciemięzców, już nie wierzą w taką możliwość. 

 

W rezultacie, chociaż wszystko jest niby „bezpłatne”, to – z uwagi na podstawową w 
ekonomii kategorię rzadkości dóbr – do usług medycznych ustawia się kolejka. Tę kolejkę 
regulują dodatkowo nasi przymusowi pośrednicy i w efekcie jedni doczekują jakiegoś 
ratunku, a inni – już nie. 

 

Podobnie byłoby zapewne i przy sprywatyzowanej ochronie zdrowia, bo rzadkość 
występowałaby i wówczas, z tą jednak różnicą, że wtedy to pacjent by sam decydował, czy i 
za ile będzie się leczył, podczas gdy teraz o jego pieniądzach decyduje za niego urzędnik. 

 

Właśnie okazało się, że urzędnicy NFZ zdecydowali, że w przypadku hospicjów dla dzieci 
będą płacić tylko za dzieci które umierają na nowotwory. Nie bardzo było wiadomo dlaczego 

background image

akurat nowotwory znalazły w oczach urzędników taki fawor, dopóki nie wypowiedział się na 
ten temat pan minister Piecha. 

 

Okazało się, że w przypadku dzieci cierpiących na inne, nieuleczalne choroby, nie da się tak 
precyzyjnie określić prawdopodobnego terminu zgonu, jak w przypadku nowotworów. Krótko 
mówiąc, tamte dzieci zachowują się w sposób nieprzewidywalny, co delikatnie wytknął im 
pan minister, wyjaśniając zarazem przyczynę niechęci urzędników NFZ do płacenia za ich 
pobyt w hospicjach. 

 

Rzeczywiście – nietrudno sobie wyobrazić, jak taka dziecięca nieprzewidywalność komplikuje 
urzędnikom proces podejmowania decyzji. To może być nawet gorsze, niż praca w 
więziennej kartoflarni, gdzie wprawdzie też trzeba podejmować mnóstwo decyzji, ale nie 
rodzą one konsekwencji finansowych, podczas gdy tutaj te konsekwencje są oczywiste. Im 
więcej pieniędzy wyda się na dzieci, tym mniej pozostanie do podziału, to chyba jasne? 

 

 

 Stanisław Michalkiewicz 

  

www.michalkiewicz.pl

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

background image

Bezwarunkowe poparcie lekkomyślne 

 

Komentarz  ·  Radio Maryja  ·  5 kwietnia 2007  |  www.michalkiewicz.pl 

 

 

 

Szanowni Państwo! Na początku Wielkiego Tygodnia na Ukrainie wybuchł kryzys polityczny. 
Jak wiadomo, ostatnie wybory nie przyniosły zdecydowanego zwycięstwa nikomu: ani 
zwolennikom prezydenta Wiktora Juszczenki, ani partii Julii Tymoszenko, ani też Partii 
Regionów Wiktora Janukowycza. 

 

W rezultacie braku porozumienia między Julią Tymoszenko, a prezydentem Juszczenką, który 
obawiał się powierzyć jej funkcje premiera, szefem ukraińskiego rządu został Wiktor 
Janukowycz. 

 

Rząd jest dysponentem konfitur władzy, które stanowią wielką pokusę dla różnych 
ambicjonerów, zwłaszcza – dla ambicjonerów wyposzczonych. A ponieważ wśród 
bojowników „pomarańczowej rewolucji” takich filutów było całkiem sporo, premier 
Janukowycz zaczął ich konfiturami władzy kusić i przeciągać na swoją stronę. 

 

Przybrało to w końcu takie rozmiary, że przerażony prezydent Juszczenko stwierdził, iż jak 
tak dalej pójdzie, to premier Janukowycz będzie dysponował w parlamencie większością 
wystarczającą nie tylko do obalenia każdego weta prezydenta, ale nawet – do zmiany 
konstytucji i odebrania w ten sposób prezydentowi wszelkiej realnej władzy. 

 

Ta podatność na korupcję polityków tworzących zaplecze prezydenta Juszczenki skłoniła go 
do wydania dekretu o rozwiązaniu parlamentu. Pretekstem było „zagrożenie demokracji”, ale 
to oczywiście nieprawda, bo w demokracjach jest przyjęte, że politycy zmieniają 
przynależność partyjną. 

 

Dla przykładu, pan poseł Jan Rokita był najpierw w Unii Demokratycznej, potem – w 
Stronnictwie Konserwatywno-Ludowym i w tym charakterze brał udział w Akcji Wyborczej 
Solidarność, by obecnie wylądować w Platformie Obywatelskiej. Nikt jednak nie uważa, by 
pan poseł Rokita stanowił zagrożenie dla demokracji, bo nawet poseł Palikot wycofał swój 
wniosek o usunięcie posła Rokity z Platformy Obywatelskiej. 

background image

 

Wygląda zatem na to, że rozwiązując parlament, prezydent Wiktor Juszczenko próbuje nie 
tyle ratować demokrację, co własną skórę i ewentualnie – również skórę Julii Tymoszenko. 
Dekret prezydenta Juszczenki o rozwiązaniu parlamentu spotkał się z przychylna recenzją ze 
strony byłego ministra spraw zagranicznych w Polsce, pana Adama Daniela Rotfelda. 

 

Pan Rotfeld chwali prezydenta Juszczenkę za podjęcie „męskiej decyzji”, jakby zapominając, 
albo nie zauważając, że konieczność podjęcia tej decyzji wzięła się stąd, iż bardzo wielu 
bohaterów „pomarańczowej rewolucji” okazało się podatnymi na polityczną korupcję 
szubrawcami. Ale, jak wiadomo, miłość jest ślepa, toteż nic dziwnego, że pan Rotfeld nie 
dostrzega związków przyczynowych, które wydają się oczywiste. 

 

No dobrze, ale dlaczego właściwie były minister spraw zagranicznych w Polsce tak się 
zadurzył w prezydencie Juszczence? W odróżnieniu od Julii Tymoszenko, która uchodzi za 
krasawicę, prezydent specjalnie urodziwy nie jest, zatem musi mieć inne zalety. Podobno 
taką zaletą jest to, że prezydent Juszczenko jest „prozachodni”, to znaczy – chciałby związać 
Ukrainę z NATO i z Unią Europejską. 

 

Wszystko to oczywiście być może, ale czy aby na pewno? Czy prezydent Juszczenko nie jest 
aby podobny do cara Iwana Groźnego, który, kiedy tylko czuł się zagrożony ze strony Polski, 
wysyłał sygnały o gotowości nawrócenia się na katolicyzm, żeby tylko Polska przestała go 
oprymować. Ale kiedy tylko Polska łagodziła nacisk, Iwan natychmiast zapominał o ciągotach 
do wiary katolickiej i deklarował przywiązanie do prawosławia. 

 

Ale nawet gdyby ciągoty prezydenta Juszczenki do NATO i Unii Europejskiej były prawdziwe, 
to nie możemy zapominać, że popierając go, robimy to, że tak powiem, z całym 
dobrodziejstwem inwentarza. Problem polega na tym, że polityczne zaplecze prezydenta 
Juszczenki, podobnie zresztą, jak Julii Tymoszenko, stanowią nacjonaliści, otwarcie 
nawiązujący do tradycji banderowskiej, co znalazło wyraz choćby w uchwałach Światowego 
Kongresu Nacjonalistów w Kijowie. 

 

Przypomnijmy, że pojawiło się tam nie tylko żądanie potępienia operacji „Wisła”, skierowanej 
przeciwko Ukraińskiej Powstańczej Armii, ale również – żądanie odszkodowań od Polski dla 
Ukraińców zmuszonych w ten sposób do opuszczenia „ukraińskiego terytorium etnicznego” – 
jak rezolucja kijowskiego Kongresu określiła obszar województwa podkarpackiego. 

 

background image

W takiej sytuacji bezwarunkowe popieranie prezydenta Wiktora Juszczenki i Julii Tymoszenko 
przez polskich polityków byłoby trochę lekkomyślne, bo stanowiłoby nie tylko uznanie de 
facto nacjonalistów za jedynych reprezentantów narodu ukraińskiego, a co gorsza – 
legitymizowanie ich pretensji i uroszczeń wobec Polski na arenie międzynarodowej. 

 

Jest bardzo charakterystyczne i osobliwe, że „Gazeta Wyborcza” i związane z nią środowiska 
żydowskie, tak wyczulone na wszelkie przejawy nieżydowskiego nacjonalizmu, zupełnie nie 
zauważają słonia w menażerii w postaci nacjonalizmu ukraińskiego, który należy do 
najbardziej radykalnych, a w przeszłości zaznaczył się aktami ludobójstwa. 

 

Nie tylko nie zauważają, ale nie pozwalają powiedzieć słowa krytyki, a nawet – nazwać 
tamtych zbrodni po imieniu i upamiętnić ich ofiary. Owszem – wiemy, że Borys Abramowicz 
Bieriezowski, którego Putin przepędził z Rosji, bardzo sobie Ukrainę upodobał i chciałby sobie 
obetrzeć nią łzy żalu po utracie rosyjskich alimentów, ale od kiedy to ciemne interesy jakichś 
grandziarzy mają być ważniejsze od polskiego interesu państwowego i polskiego poczucia 
godności narodowej? 

 

Miejmy nadzieję, że polskie władze państwowe, a więc zarówno prezydent, jak i rząd, nie 
pozwolą w tej sprawie wodzić się za nos „Gazecie Wyborczej” i skupionej wokół niej grupie 
interesów. 

 

Bo wiele wskazuje na to, iż rozwój sytuacji na Ukrainie jest następstwem porządkowania 
Europy Środkowo-Wschodniej przez obydwu „strategicznych partnerów”. Jak bowiem 
wiadomo, fundamentem aktualnej polityki europejskiej jest strategiczne partnerstwo 
niemiecko-rosyjskie. 

 

Rozwój sytuacji na Ukrainie pokazuje, iż strategiczni partnerzy mogli postanowić o 
utrzymaniu w tym kraju chwiejnej równowagi – i dlatego dzisiaj z Europy płyną na Ukrainę 
tylko wezwania do powstrzymania się przed użyciem siły przez którąkolwiek ze stron. 
 

 

Co innego w Polsce. Zgodnie z Deklaracją Berlińską, również Polska ma do 2009 roku przyjąć 
bez gadania konstytucję Unii Europejskiej, to znaczy – formalnie zrezygnować z 
suwerenności państwowej na rzecz Unii Europejskiej – to znaczy – na rzecz tego, kto 
faktycznie będzie w Unii Europejskiej rządził. 

 

background image

W tym celu prowadzone są przygotowania do wprowadzenia na polska scenę polityczną 
nowej Partii Sprzedawców Ojczyzny, która bez wahania i w podskokach spełni wszystkie 
oczekiwania strategicznych partnerów. Do 2009 roku czasu pozostało niewiele, więc jeśli 
„nowa partia” ma wykonać postawione przed nią zadanie, to musi pojawić się na naszej 
scenie politycznej najpóźniej jesienią. 

 

Tymczasem jednak mamy wiosnę i zbliżają się Święta Wielkanocne, podczas których 
będziemy mogli sobie wszystkie te sprawy przemyśleć, żeby wyrobić sobie pogląd, w jaki 
sposób stawić czoła nadchodzącym wyzwaniom. 

 

Zatem – Wesołych Świąt! Mówił Stanisław Michalkiewicz. 

 

 

 Stanisław Michalkiewicz 

  

www.michalkiewicz.pl

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

background image

Wygrywamy z Sodomą i Gomorą 

 

Komentarz  ·  tygodnik „Najwyższy Czas!”  ·  6 kwietnia 2007  |  www.michalkiewicz.pl 

 

 

 

W normalnych państwach inauguracją kolejnej formy państwowości, np. II lub III Republiki, 
jest zmiana konstytucji. Na przykład, zmiana systemu parlamentarno-gabinetowego na 
prezydencki, albo odwrotnie. 

 

Polska jednak normalnym państwem nie jest i dlatego u nas inauguracją kolejnej formy 
państwowości, a właściwie nie tyle inauguracją, co jej domniemanym zwiastunem, jest 
pojawianie się nowych, świeckich tradycji. Nie są one, mówiąc nawiasem, tak całkiem nowe. 
Właściwie można powiedzieć, że przy inauguracji kolejnych form polskiej państwowości, jako 
nowe odgrzewano stare, a niekiedy nawet prastare tradycje. 

 

Na przykład przy, jak to określano, „umacnianiu władzy ludowej”, nawiązywano do Bolesława 
Chrobrego, który osobom lekceważącym post, zwłaszcza Wielki, kazał wybijać zęby. 
Oczywiście UB nie wybijał zębów, ani nie łamał kości, gwoli wdrożenia obywateli do 
przestrzegania postu. Przeciwnie – przychodząc w sukurs awangardzie postępowej nauki, 
starał się w ten sposób wpoić wszystkim przekonanie, że Boga nie ma, zaś bieżące 
wydarzenia są rezultatem działania nieubłaganych praw dziejowych, które wynalazł Marks, 
Engels, Lenin, Łomonosow i Pietia Goras. 

 

Ciekawe, że żaden z ówczesnych przedstawicieli postępowej nauki nie protestował przeciwko 
tym pomocom naukowym. Nie słychać też było, by senaty akademickie zwracały uwagę 
Bierutowi, że takie pomoce naukowe uwłaczają ludzkiej godności. 

 

Niewiarygodne, ale nie protestowała też „Gazeta Wyborcza”, która wtedy zresztą nazywała 
się „Trybuną Ludu”, a pisywali tam, albo byli wychwalani rodzice lub kuzyni redaktorów 
dzisiejszych. Ta okoliczność sprzyja utrzymaniu ciągłości światopoglądowej; Boga nadal nie 
ma, ale już nie dlatego, że tak kazał Stalin i Pietia Goras, tylko – że to jest „wartość 
europejska”, a wiadomo, że wszystkie europejsy jednym susem przeskoczyły teraz na 
nieubłagany grunt tych wartości, na czele których stoi „państwo neutralne 
światopoglądowo”. 

 

background image

Za Stalina bowiem nikt już dzisiaj „nie wybula”, a z „europejskich wartości” można żyć 
dostatnio aż do naturalnej śmierci, więc europejsy, mające, jak wiadomo, naturalny tropizm 
do pieniedzy, na tym etapie stręczą gojom (i oczywiście lesbijkom) owe „wartości”. 

 

Starzy ludzie powiadają, że gdy 18 kwietnia 1694 roku wileński biskup Konstanty Kazimierz 
Brzostowski wyklinał w katedrze hetmana Kazimierza Sapiehę za wojskowe kwaterunki w 
dobrach kościelnych i gdy po trzykroć zawołał: „anatema, anatema, anatema!” – wszyscy 
rzucili na posadzkę trzymane rękach płonące gromnice, poczem... poszli do tegoż Sapiehy na 
obiad. 

 

Ta scena pokazuje, że już wtedy podział na część oficjalną i część nieoficjalną uroczystości 
był wyraźnie zaznaczony i każdy wiedział, że jak wyklinać – to wyklinać, ale jak wypić i 
zakąsić – to wypić i zakąsić, niechby i u wyklętego. „Niech grzeszne ciało pęknie, byle się dar 
Boży nie zmarnował” – czyż to nie jest odpowiednie motto na nadchodzące święta? 

 

„Ukrajemy szyneczki i zmaczamy w chrzanie; jakżeś dobrze uczynił, żeś zmartwychwstał, 
Panie!”. W tej sytuacji nie dziwią nas kłopoty, jakie stały się udziałem ks. Tadeusza 
Isakowicza-Zaleskiego po ukazaniu się jego książki. Jużci, wiadomo, że „prawda wyzwala”, 
jak najbardziej, co do tego nikt nie ma wątpliwości, co to, to nie, ale przecież wiadomo, że 
nawet łykiem mleka można się udławić, a cóż dopiero prawdą wypowiedzianą nie w porę? 

 

Toteż JE bp Tadeusz Pieronek przyłącza swój głos do uchwał akademickich senatów, 
wskazując, że ustawa lustracyjna niezgodna jest z konkordatem. W takiej sytuacji tylko 
patrzeć, jak Trybunał Konstytucyjny rozniesie ją na strzępy, a Ludowy Front na rzecz 
Ludzkiej Godności im. Lesława Maleszki zostanie odznaczony orderami Orła Białego za 
obronę praworządności i demokracji. 

 

Oczywiście jeszcze nie teraz, tylko dopiero po zmianie rządu przez „inną partię”, na której 
czele, przy boku Andrzeja Olechowskiego, powróci na scenę jakiś polityk, którego strategiczni 
partnerzy wyznaczą do sprzedania im w roku 2009 naszej ojczyzny, zgodnie z rozkazem 
zamieszczonym w Deklaracji Berlińskiej. 

 

Chociaż – kto wie? – może i teraz, bo przedstawiciele antylustracyjnego Fołksfrontu odbyli 
już z prezydentem stosowną rozmowę. Najpierw ustawa, a potem – rozmowy, czy – i wobec 
kogo ją stosować. 

 

background image

To jest świecka tradycja jakby całkiem nowa, chociaż z drugiej strony pan strażnik koronny 
Samuel Łaszcz chodził ponoć z delią podbitą sądowymi wyrokami. Wskazuje to wszelako, że 
jakieś wyroki jednak były, podczas gdy teraz idzie raczej o to, by do nich nie dopuścić. Tak w 
każdym razie odczytuję desperacką obronę immunitetu pani posłanki Małgorzaty 
Ostrowskiej, podejrzewanej o wzięcie łapówki. 

 

Że bronili jej posłowie macierzystego SLD – to całkiem zrozumiałe; zwłaszcza po „taśmach 
Oleksego” muszą jeszcze głębiej odczuwać wspólnotę losów. Że „wstrzymali się” posłowie 
Samoobrony – no naturalnie, jakże by inaczej. Przecież jest to zgodne z ewangeliczną 
zasadą: „nie sądźcie, abyście nie byli sądzeni” oraz „kto jest bez grzechu, niech pierwszy 
rzuci kamieniem”. Ach, nie ma to jak Ewangelia – i pobożnie, i bezpiecznie... 

 

Ale Donald Tusk i posłowie Platformy, co to przed ostatnimi wyborami parlamentarnymi 
obiecywali likwidację immunitetu poselskiego? No tak, ale od kiedy to poważnie traktujemy 
obietnice wyborcze Platformy Obywatelskiej? 

 

Ponieważ na zasadniczą zmianę konstytucji się nie zanosi – co innego, gdyby trzeba było 
dostosować ją do „prawa europejskiego”, jak to się stało przy okazji tzw. europejskiego 
nakazu aresztowania, kiedy to konstytucje zmieniono bez dyskusji i w podskokach – to 
wszystko wskazuje na to, iż zwiastunami przepoczwarzania się III Rzeczyspospolitej w 
Rzeczpospolitą IV („bo to jest wielka prawda stara: z poczwarki, zamiast motyla, nędzna 
wykluje się poczwara”) są nowe, świeckie tradycje, a w szczególności jedna: 
charakterystyczną cechą IV RP może być to, że kto będzie chciał, to będzie przestrzegał 
prawa, a kto nie – to nie. 

 

Do tej pory też tak było, ale dotychczas państwo starało się tego nie zauważać, zaś sądząc 
po rozmowach pana prezydenta z przedstawicielami akademickich senatów – teraz będzie to 
honorowane. Takie powtórzenie eksperymentu pod tytułem „Polska nierządem stoi” może 
być nawet ciekawe tym bardziej, że nasza sytuacja jest mimo wszystko lepsza, niż w 
Sodomie i Gomorze; tam nie udało się znaleźć nawet 10 sprawiedliwych, podczas gdy w 
polskim środowisku akademickim zwolenników lustracji pojawiło się aż 40. Zatem – mimo 
wszystko – wesołych Świąt! 

 

 

 Stanisław Michalkiewicz 

  

www.michalkiewicz.pl

 

 

background image

Chociaż sól wietrzeje... 

 

Komentarz  ·  specjalnie dla www.michalkiewicz.pl  ·  7 kwietnia 2007  |  
www.michalkiewicz.pl 

 

 

 

Podczas liturgii Wielkiej Soboty święci się ogień i wodę. W starożytności Ogień, Woda 
Powietrze i Ziemia stanowiły cztery elementy materii. Poświęcenie Ognia i Wody w wigilię 
Zmartwychwstania Chrystusa oznacza, ze nie tylko On, ale i cała materia dostąpi odnowienia, 
kiedy powstanie nowa ziemia i nowe niebo, a „czasu już więcej nie będzie”. 

 

Cóż tu jednak mówić o odnowieniu Materii, kiedy można odnieść wrażenie zgoła przeciwne – 
że mianowicie nawet „sól wietrzeje”, co oznacza, że nie tylko nic się nie odnawia, ale 
odwrotnie – pod wpływem jakiegoś tajemniczego czynnika rozkładu – parcieje. Wrażenie 
takie powstaje po wysłuchaniu kazań J. Em. Stanisława kardynała Dziwisza – zarówno tego 
w Wielki Czwartek, jak i tego w Wielki Piątek w Kalwarii Zebrzydowskiej. 

 

Istotnym motywem obydwu kazań była lustracja. Eminencja zdecydowanie ja potępił, jako że 
„krzywdzi” ludzi i „dezintegruje społeczeństwo”. Z drugiej jednak strony przecież „prawda 
wyzwala”. No naturalnie, jakże by inaczej, wyzwala, ale rzecz właśnie w tym, ze lustracja to 
nie żadna prawda. 

 

To znaczy prawda, ale nie cała. A tylko cała prawda wyzwala. No dobrze, ale gdzie znaleźć 
całą prawdę, dajmy na to, o konfidentach? Tego Eminencja już nie powiedział, bo niby skąd 
miałby wiedzieć takie rzeczy? 

 

Takie deklaracje przywodzą na myśl niezapomniane strofy „Towarzysza Szmaciaka”: „czas 
zmienić politykę rolną lecz ludzi krzywdzić nam nie wolno!”. Chodziło o „ludzi”, którzy 
realizowali poprzednią „politykę rolną”. 

 

A jaka to była polityka? Ano, żyją jeszcze ludzie pamiętający, że była to polityka „jedności 
moralno-politycznej narodu” – wyznaczająca jedynie słuszna linię za Edwarda Gierka i 
później. To w tym właśnie celu SB werbowała konfidentów, bo niby w jakimże innym? 

background image

 

Próba dzisiejszego ich ujawnienia siłą rzeczy „dezintegruje społeczeństwo”, co nieubłaganym 
palcem wytknął nam Jego Eminencja. Wygląda na to, że jedność moralno-polityczna jest 
ważniejsza od prawdy i innych tego rodzaju głupstw. Zresztą – cóż to jest prawda? 

 

Zdaje się, że na duchowe zmartwychwstanie będziemy musieli jeszcze poczekać – Bóg jeden 
wie, jak długo, zwłaszcza, że nie tylko konfidenci i ich utytułowani protektorzy, ale i ich 
mocodawcy szykują się do triumfalnego powrotu. Z pozoru przypominać to może 
zmartwychwstanie, ale to tylko reaktywacja upiorów przeszłości. Zresztą nie tylko 
przeszłości. Mafia rządząca Eurosojuzem ze swego worka wyciąga rzeczy stare i nowe. 

 

Jak wiadomo, w dominującej w Eurosojuzie ideologii politycznej poprawności nie ma miejsca 
dla chrześcijaństwa, ponieważ pozostawienie tego elementu „kultury burżuazyjnej” 
spowodowałoby przerzuty i cała rewolucję socjalistyczną trzeba by zaczynać od początku. 

 

Dotychczas wydawało mi się, że przezorni władcy Eurosojuza wyznaczyli Kościołowi rolę 
pozarządowej organizacji socjalno-charytatywnej, bez jakichkolwiek pretensji do 
przywództwa duchowego. Wydaje się, że COMECE, będące rodzajem utworzonego kiedyś w 
Rosji przez Piotra Wielkiego Najświętszego Synodu pod kierownictwem Oberprokuratora, już 
pogodziło się z tym losem, o czym świadczy pominięcie milczeniem słów krytyki, jakie 
Benedykt XVI wypowiedział niedawno pod adresem Unii Europejskiej. Ta wypowiedź papieża 
została na stronach internetowych COMECE ocenzurowana. 

 

Okazało się jednak, że jest znacznie gorzej, co zrozumiałem dopiero na widok pana Niemca, 
jednego z przywódców polskich pederastów, w przebraniu księżowskim, tzn. w koloratce, w 
charakterze „diakona” jakiegoś Kościoła Czcicieli Phallusa Uskrzydlonego, czy jak tam się 
nazywa, bo nie zapamiętałem dokładnie. Na razie ów „kościół” liczy 50 wyznawców, co 
oznacza, że stosowne polecenia zmiany wyznania otrzymały dwa plutony konfidentów. 

 

Kiedy jednak do zmiany wyznania dojdzie w skali całej dywizji, wtedy do dyskusji z panem 
Niemcem przed telewizyjnymi kamerami nie będzie już zapraszany pan Terlikowski, tylko JE 
bp Pieronek lub JE abp Życiński, a program będzie prowadził przewielebny ksiądz Sowa z 
panem Hołownią – bo przecież chyba w tym celu razwiedka zafundowała im „katolicką” 
telewizję. 

 

background image

Niech no któryś z książąt Koscioła odmówi panu Niemcowi statystowania przy takim występie 
– to zaraz zostanie oskarżony o szerzenie „homofobii”, bo przecież te narzędzia terroru 
zostały już stworzone i właśnie są testowane. 

 

W opisie Męki Pańskiej czytamy, jak to żołnierze rzymscy na urągowisko nałożyli Panu 
Jezusowi szkarłatny płaszcz i cierniowa koronę. Teraz zaczynamy się obawiać, że niektórzy 
ksiażęta Kościoła, przekupieni dopłatami rolniczymi, sami pozakładają sobie błazeńskie czapki 
i przed telewizyjnymi kamerami będą prowadzili teologiczne palavery z panem Niemcem w 
imię „tolerancji”, będącej liturgią bóstwa, któremu na imię Święty Spokój. 

 

Zatem – wbrew kalendarzowi liturgicznemu nie jestem pewien, czy rzeczywiście „wesoły nam 
dziś dzień nastał”. Z drugiej jednak strony, sam Chrystus, chociaż przecież obawiał się, czy 
podczas powtórnego Swego przyjścia „zastanie jeszcze wiarę na Ziemi” – jednak zapewnił, że 
„bramy piekielne nie zwyciężą go”, tzn. Kościoła – nawet wbrew usiłowaniem różnych 
Eminencji. Więc jest nadzieja, a może nawet pewność, ale w takim razie my też musimy w 
tym kierunku działać. 

 

 

 Stanisław Michalkiewicz 

  

www.michalkiewicz.pl

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

background image

Kwaśniewski – reinkarnacja? 

 

Komentarz  ·  „Dziennik Polski” (Kraków)  ·  9 kwietnia 2007  |  www.michalkiewicz.pl 

 

 

 

Chrześcijanie, jak wiadomo, wierzą w Zmartwychwstanie, podczas gdy poganie – miedzy 
innymi w reinkarnację. Przy pewnych podobieństwach, między zmartwychwstaniem, a 
reinkarnacją zachodzi zasadnicza różnica. 

 

W przypadku zmartwychwstania, mamy do czynienia z tą samą osobą, podczas gdy w 
przypadku reinkarnacji – z duszą tej samej osoby, ale w innym ciele. Człowiek w innym 
wcieleniu może znajdować się w ciele, dajmy na to – szympansa. 

 

Na możliwość reinkarnacji wskazuje przypadek Aleksandra Kwaśniewskiego. W rozmowie – 
bo tym razem nie było to przesłuchanie, jak zazwyczaj – z red. Moniką Olejnik Aleksander 
Kwaśniewski powiedział, że rozdawał znajomym m.in. luksusowe zegarki, bo nie miał 
pojęcia, jaka jest ich wartość. 

 

Jak wspomina Swietłana Alilujewa, córka Józefa Stalina, która w 1967 roku uciekła na 
Zachód, jej brat Wasyl tak samo zupełnie nie znał wartości pieniędzy, bo wszystko czego 
chciał, zaraz dostarczali mu różni sponsorzy. Czyżby Wasyl Dżugaszwili przesiadł się w ciało 
Aleksandra Kwaśniewskiego? To by wyjaśniało przyczynę uwielbienia, jakie okazują mu 
dawni stalinowcy. 

 

 

 Stanisław Michalkiewicz 

  

www.michalkiewicz.pl

 

 

 

 

 

background image

Toujours perdrix! 

 

Komentarz  ·  „Nasz Dziennik”  ·  9 kwietnia 2007  |  www.michalkiewicz.pl 

 

 

 

Kiedy prezydentem Francji był Walery Giscard d`Estaign, wpadł pewnego razu na pomysł by 
wpraszać się do zwykłych obywateli na śniadania. Ale jakimże śniadaniem ma podejmować 
prezydenta zwykły obywatel? Jakie śniadania jada prezydent? 

 

Kiedyś, na pokładzie „Polonii”, pływającej z Konstancy do Hajfy, Hanka Ordonówna 
opowiadała anegdotki o rabinie i jego małym uczniu. – Rabbi – pytał uczeń – jaką herbatę 
pija król? – Bierze się głowę cukru – odpowiadał rabin – drąży się w niej dziurkę wielkości 
naparstka, wlewa się do tej dziurki herbatę i taką herbatę pije król. 

 

– Uj, rabbi – pyta zachwycony uczeń – a jakie kartofle jada król? – Buduje się ścianę z masła 
– opowiada rabin – z jednej strony sadza się króla, a z drugiej stawia się armatę. Tę armatę 
nabija się gorącym kartoflem, strzela się przez ścianę z masła i takie kartofle jada król. 

 

– Aj, rabbi, rabbi! A jak sypia król? – Buduje się wieżę. Ogromną. Potem do tej wieży 
wsypuje się puch. A kiedy wieża jest już pełna puchu, bierze się króla i kładzie się go na tym 
puchu. A wojsko z całego królestwa chodzi wokół wieży i powtarza: sza, sza! 

 

Jak widzimy, jeśli nawet z herbatą i kartoflami dla króla jest tyle korowodu, to cóż dopiero ze 
śniadaniem dla prezydenta? Dlatego też zwykli obywatele zachodzili w głowę („zachodzim w 
um z Podgornym Kolą”) jakby tu prezydentowi najlepiej z tym śniadaniem dogodzić. 
Przeważnie królowie i prezydenci lubią sobie zjeść wytwornie, ale bywa i tak, że od nadmiaru 
wytworności już ich mdli i wtedy mają apetyt na jakieś proste jedzenie – kawior, łososia itp. 

 

Przydarzyło się to francuskiemu królowi Henrykowi IV. Kiedy podano mu wytworne 
kuropatwy, krzyknął zrozpaczony; „toujours perdrix!” (zawsze kuropatwy!) – i odtąd ten 
okrzyk symbolizuje przesycenie wytwornością, którą Francuzi, mający na każdą okoliczność 
stosowny bon-mot, nazywają niekiedy l`embarras de richesse, czyli kłopotem z nadmiaru. 
Pewnie dlatego na dworskich obiadach u cesarza Franciszka Józefa zawsze między innymi 

background image

daniami podawano sztukę mięsa z ćwikłą, o czym pisze w swoich pamiętnikach Kazimierz 
Chłędowski. 

 

Biorąc tedy pod uwagę te rozterki obywateli, prezydent Giscard d`Estaign kazał rozpuścić 
wiadomość, że obywatele wcale nie muszą się specjalnie wysadzać na śniadania dla 
prezydenta, bo najbardziej lubi on jajecznicę. – No tak – skomentowała tę wiadomość jedna 
z gazet, mająca podtytuł „pismo głupie i złe” – ale on myśli, że jajecznicę to wszyscy robią z 
truflami! 

 

W Wielkim Tygodniu okazało się, że najtęższe mózgi Eurosojuza uzgodniły wreszcie definicję 
„budownictwa społecznego”. Jak wiadomo, najtęższe mózgi Eurosojuza skupione są w 
Parlamencie Europejskim. Jest tam i „drogi Bronisław”, jeden z dwóch naszych „skarbów 
narodowych”, strategos Janusz Onyszkiewicz, l`homme d`affaires Paweł Piskorski, nie 
mówiąc już o innych osobistościach. 

 

Tworzą one, jak twierdzi Włodzimierz Bukowski, rodzaj taboru cygańskiego, krążącego 
między Strasburgiem a Brukselą, w chwilach wolnych od reprezentacji zajmując się 
arcyważnymi sprawami w rodzaju ustalania procentu tłuszczu w jogurcie. „Budownictwo 
społeczne” jest dziwolągiem wyprodukowanym na użytek biurokratycznych perwersji, 
podobnie jak „sprawiedliwość społeczna” – na użytek perwersji moralnych. 

 

Chodzi o to, że w zależności od rodzaju kategorii budownictwa wymyślonych na użytek 
owych perwersji, biurokraci każą sobie wypłacać odmienne haracze, zwane podatkiem VAT. 
Kiedyś biurokracji jeszcze nie przychodziło do głowy wtrącanie się do różnych rzeczy, dzięki 
czemu taki Empire State Building w Nowym Jorku rósł w tempie 4 pięter tygodniowo, ale w 
ciągu ostatnich 100 lat biurokracja szalenie się rozmnożyła i oblazła całe narody, sprawiając 
im coraz bardziej nieznośną udrękę. 

 

Ponieważ pod osłoną retoryki narodowej nasza biurokracja coraz bardziej podporządkowuje 
nas biurokracji Eurokołchozu, okazuje się, że do tej definicji musimy się dostroić. Nie byłoby 
w tym może nic osobliwego, gdyby nie fakt, że eurokołchozowe biurokractwo nie słyszało o 
tzw. „budownictwie gospodarczym”. Tak w biurokrackim żargonie nazywa się sytuacja, gdy 
ktoś buduje sobie dom sam. 

 

Wiadomo, że biurokraci niczego sami nie robią, bo niczego nie umieją, a z powodu 
megalomanii nie mieści im się w głowie, że inni jednak mogą coś umieć, np. potrafią sami 
zbudować dom. Krótko mówiąc, podobnie jak prezydent Giscard d`Estaign uważają, że 
jajecznicę wszyscy nie tylko robią, ale muszą robić z truflami. Z tego powodu polskie 

background image

biurokractwo ma zagwozdkę – bo inwestorom samodzielnie budującym swoje domy nie może 
odliczyć VAT-u wliczonego w cenę materiałów budowlanych. 

 

Kombinuje tedy, czy by tych eurokołchozowych zakazów nie obejść przy pomocy jakichści 
„ulg” czy „zwolnień”, co oczywiście będzie wymagało zaangażowania dodatkowych sił 
biurokratycznych – z jednej strony do ewentualnego wyliczania tychże „ulg” lub „zwolnień”, a 
z drugiej strony – do kontrolowania wyliczających, czy aby nie kombinują z inwestorami na 
lewo. 

 

Ale od tego przecież jest Wielki Tydzień, żebyśmy byli karani rózgą surowości za 
lekkomyślność okazaną podczas referendum 8 czerwca 2003 roku, kiedy to większością 
głosów ludzi omamionych propagandą prezydenta Kwaśniewskiego i innych europejsów, 
poddaliśmy się jurysdykcji Eurosojuza. W rezultacie mamy to, przed czym przestrzegał Stefan 
Kisielewski – że socjalizm bohatersko walczy z problemami nie znanymi w żadnym innym 
ustroju. 

 

Miejmy jednak nadzieję, że z tej lekcji wyciągniemy wnioski. Jak zapisała w „Dzienniczku” 
święta siostra Faustyna, Pan Jezus uczy rozumu zatwardziałych grzeszników w ten sposób, 
że kiedy już nic nie pomaga, to spełnia wszystkie ich pragnienia. Zatem mimo wszystko – 
wesołych Świąt! 

 

 

 Stanisław Michalkiewicz 

  

www.michalkiewicz.pl

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

background image

W oparach obłudy 

 

Komentarz  ·  tygodnik „Goniec” (Toronto)  ·  9 kwietnia 2007  |  www.michalkiewicz.pl 

 

 

 

Przedziwnym, a właściwie kosmicznym zbiegiem okoliczności - bo przecież wiosenna pełnia 
Księżyca po której w pierwszą niedzielę przypada Wielkanoc, jest zjawiskiem kosmicznym – 
w tegoroczny Wielki Tydzień Polska została wprowadzona obchodami drugiej rocznicy śmierci 
Jana Pawła II. 

 

Zbiegły się one z zakończeniem diecezjalnego etapu procesu beatyfikacyjnego zmarłego 
Papieża, wskutek czego media nadały im charakter jakiegoś groteskowego wyścigu z 
czasem. 

 

Niemądre hasło „santo subito” rzucone przed dwoma laty przez jakichś zwolenników 
ochlokracji w Kościele Chrystusowym najwyraźniej musiało opętać nawet najwybitniejsze 
osobistości w państwie, bo nawet prezydent Kaczyński „wyraził przekonanie”, że kanonizacja 
Jana Pawła II może nastąpić „jeszcze za jego kadencji”. Trudno tę licytację zrozumieć, 
chyba, że przy kanonizacji zastosujemy kryteria sportowe, że np. im krótszy proces, tym 
większa świętość. 

 

Wszystko to odbywa się oczywiście w gęstych oparach obłudy, bo jeszcze tydzień temu te 
same media nie szczędziły słów krytyki i pogardy dla „fudamentalistów” i „fanatyków”, co to 
wbrew rozkazom Eurosojuza ośmielają się postulować zmianę konstytucji w celu 
zablokowania aborcji i eutanazji. 

 

Ale tydzień temu był inny „etap”, a teraz jest inny, a w socjalizmie, jak wiadomo, obowiązuje 
„mądrość etapu”. Przoduje oczywiście „Gazeta Wyborcza”, której rzymski korespondent, nie 
czekając na żadne papieskie decyzje utrzymuje, że „już można się modlić” do Jana Pawła II. 
Najwyraźniej Adam Michnik, Lesław Maleszka, Magadalena Środa, Kinga Dunin i Marek Beylin 
nie mają już do kogo się modlić i pewnie stąd to „santo subito”. 

 

Przypomina to sytuację, kiedy po śmierci Leona XIII konklawe przez kilka tygodni nie mogło 
wybrać nowego papieża, mecenas Leo Belmont, nie mogąc się już doczekać, zaczepiał na 

background image

ulicy znajomych pytając: „kiedy wreszcie będziemy mieli Ojca Świętego?” Nie od rzeczy 
będzie dodać, że mecenas Belmont z metryki był wyznania mojżeszowego, a z przekonań – 
ateistą. 

 

Opary obłudy unoszą się też nad większością uniwersytetów. Senaty Uniwersytetu 
Gdańskiego i Warszawskiego podjęły uchwały o bojkocie ustawy lustracyjnej, które w ich 
mniemaniu obrażają „godność osobistom” i podjęły próbę molestowania prezydenta, żeby na 
użytek osób z towarzystwa stosowanie ustawy zawiesił, aż Trybunał Konstytucyjny rozniesie 
ją na strzępy i znowu będzie bezpiecznie. Pod tymi uchwałami podpisało się około 3 tys. 
filutów. 

 

Na szczęście reputację środowisk naukowych uratowali inicjatorzy „listu 41”, wśród których z 
satysfakcją odnotowuję nazwiska profesorów Wojciecha Fałkowskiego i Andrzeja 
Chojnowskiego, z którymi byłem w konspiracji w latach 70-tych. Widać wyraźnie, że nie jest 
tak źle, a w każdym razie lepiej, niż w Sodomie i Gomorze, gdzie trudno było znaleźć nawet 
10 sprawiedliwych. 

 

Nie jest źle, bo – po pierwsze – do 41 sygnatariuszy listu wskazującego na konieczność 
lustracji środowiska naukowego dołączają kolejni sygnatariusze, a po drugie – że inicjator 
„obywatelskiego nieposłuszeństwa”, rektor UG prof. Ceynowa, został właśnie oskarżony jako 
wieloletni tajny współpracownik SB o pseudonimie „Lek”. 

 

W rezultacie przekłucia tego balonu, napompowanego „godnościom osobistom”, wokół 
senackich rezolucji zaczęła rozchodzić się niemiła woń i w ten sposób proklamowany przez 
„Gazetę Wyborczą” „bunt wykształciuchów” zamiera śmiercią, a właściwie śmierdzią 
naturalną. 

 

Próba wykreowania ruchu autorytetów moralnych spośród osób podejrzewanych o 
współpracę z bezpieką okazała się zadaniem ponad siły nawet dla redaktora Michnika, który 
apogeum swojej wszechmocy najwyraźniej ma już za sobą. 

 

Tymczasem na Ukrainie doszło do kryzysu politycznego, spowodowanego z jednej strony 
aktywnością premiera Janukowycza, a z drugiej – łajdactwem bohaterów „pomarańczowej 
rewolucji”, przynajmniej niektórych. 

 

background image

Rzecz w tym, że premier Janukowycz „czapka, papką i solą” zaczął przeciągać na swoją 
stronę deputowanych spośród politycznego zaplecza prezydenta Juszczenki, który z 
przerażeniem zauważył, że jeszcze trochę i Janukowycz zdobędzie taką większość, która 
będzie mogła wszystko – i zawetować każdą decyzję prezydenta, a nawet zmienić 
konstytucję. Wydał tedy dekret o rozwiązaniu parlamentu. 

 

Czy jednak łajdactwo bohaterów „pomarańczowej rewolucji” może być dostatecznym 
powodem takiej decyzji? Mówię o łajdactwie bohaterów „pomarańczowej rewolucji”, bo to 
ich właśnie przeciąga na swoją stronę premier Janukowycz, a nie odwrotnie. Owszem, 
Janukowycz dysponuje konfiturami władzy, ale jeśli bojownicy o demokrację tak łatwo dają 
się na nie zwabić, to niezbyt dobrze świadczy o ich moralnym kręgosłupie. 

 

A jeśli „pomarańczowa rewolucja” wysunęła na czoło właśnie takich szubrawców bez 
charakteru, to cóż w takim razie myśleć o niej samej? Wydaje się, że w tej sytuacji prezydent 
Juszczenko i Julia Tymoszenko mogą spierać się z premierem Janukowyczem już tylko o 
różnicę łajdactwa i pewnie dlatego ten polityczny kryzys nie wywołuje specjalnego 
spolecznego rezonansu. 

 

Pewną rolę może odgrywać i to, że tym razem „filantrop”, czyli Jerzy Soros, nie wyłożył 20 
milionów dolarów, jak poprzednio, ale bo też pewnie wie, bo przecież coś tam musi wiedzieć, 
że sytuacja na Ukrainie jest przedmiotem uzgodnień między strategicznymi partnerami, 
podobnie zresztą, jak sytuacja w Polsce. 

 

Dlatego też „Europa” zaapelowała tylko o powstrzymanie się przed rozwiązaniami siłowymi, 
co wskazywałoby na uzgodnienie między strategicznymi partnerami stanu chwiejnej 
równowagi na Ukrainie – bo w Polsce tylko patrzeć, jak powstanie „inna partia”, której 
zadaniem będzie w podskokach przyjąć i konstytucję UE i co tam tylko będzie trzeba. 

 

 

 Stanisław Michalkiewicz 

  

www.michalkiewicz.pl

 

 

 

 

 

background image

Pozór i blaga 

 

Komentarz  ·  tygodnik „Nasza Polska”  ·  10 kwietnia 2007  |  www.michalkiewicz.pl 

 

 

 

W Deklaracji Berlińskiej, którą 25 marca wszyscy przywódcy państw tworzących Wspólnoty 
Europejskie przyjęli do wiadomości, zawarty jest rozkaz, by konstytucja Unii Europejskiej 
została przyjęta najpóźniej w 2009 roku. 

 

Mamy już kwiecień roku 2007, więc do roku 2009 nie zostało już tak wiele czasu. Może nie 
miałoby to takiego znaczenia, gdyby taką, dajmy na to, Polska rządziła Platforma 
Obywatelska, która konstytucję Unii Europejskiej przyjęłaby w podskokach. Jednak Polską 
rządzi koalicja Prawa i Sprawiedliwości, licytującego się ze swoimi koalicjantami między 
innymi w retoryce eurosceptycznej. 

 

Mówię o retoryce, bo jak przychodzi co do czego, to również i koalicja zachowuje się w 
sposób poprawny i zdyscyplinowany, ale Niemcy, nauczone przykrą niespodzianą we Francji i 
Holandii, najwyraźniej denerwują się już nawet z powodu retoryki. 

 

Dlatego też najdalej jesienią na naszym politycznym firmamencie należy spodziewać się 
„innej partii”, poprzedzonej już „głuchą wieścią między ludem”, czyli komunikatami 
sondażowni i samospełniającymi się proroctwami Andrzeja Olechowskiego. 

 

Z jakiegoś powodu ten były agent „wywiadu gospodarczego” został ulubieńcem bogów 
stwarzających naszą polityczną scenę i nawet żaden triumfalny powrót może dokonać się 
inaczej, jak tylko u jego boku. Jaki jest ten powód – nawet nie śmiem się domyślać, 
poprzestając na spostrzeżeniu poczynionym w swoim czasie przez prezydenta Lecha Wałęsę, 
że dr Andrzej Olechowski skupia w sobie „zalety fizjologiczne i inne”. 

 

„Inna partia” zaś potrzebna jest naszym, tzn. pardon – oczywiście nie żadnym „naszym”, 
tylko po prostu – strategicznym partnerom, których partnerstwo wyznacza dzisiaj ramy 
europejskiej polityki, do eleganckiego sprzedania im naszej ukochanej ojczyzny – tym razem 
nie dla żadnego egoistycznego rozbioru, tylko gwoli pogłębienia europejskiej integracji i 
sławnej solidarności, która najwyraźniej staje się naszym przeznaczeniem. 

background image

 

W oczekiwaniu zatem na pojawienie się „innej partii” możemy spokojnie zastanowić się nad 
prawdziwością opinii o tworzeniu się nowego, europejskiego patriotyzmu, o którym coraz 
żarliwiej zapewniają nas europejsy w swoich prasowych i elektronicznych organach. Ta 
żarliwość wydaje się podejrzana nie tylko dlatego, że jeszcze 25 lat temu dzisiejsze europejsy 
stręczyły nam w charakterze naszego przeznaczenia Związek Socjalistycznych Republik 
Radzieckich. 

 

Naturalnie nie wszystkie, bo niektóre wtedy były jeszcze za młode do stręczycielskiego 
procederu, ale pod doświadczonym okiem starych praktyków w rodzaju pana Jerzego 
Szmajdzińskiego, szybko nabrały eksperiencji. Żarliwość ta wydaje się podejrzana przede 
wszystkim sama przez się, ponieważ pełni ona funkcję listka figowego, przykrywającego figę, 
zamiast europejskiego patrioryzmu. 

 

Jak rozpoznać, czy kierowana pod naszym adresem oferta jest rzeczywista, czy tylko 
pozorna, czy oferent sprzedaje nam prawdziwy towar, czy tylko jego kiepską imitację? Kiedyś 
Jan Paweł II zauważył, że za wolność trzeba niekiedy płacić wysoką cenę, ale gdyby było 
inaczej, to mogłoby znaczyć, że wolność jest nic nie warta. 

 

Wysoka cena, jaką ludzie gotowi są płacić i niekiedy płacą za wolność jest dowodem, że 
wolność jest wartością prawdziwą. Z doświadczenia wiemy, że w przeszłości częste były 
wypadki ofiarowania życia albo za wiarę, albo za ojczyznę. Dzisiaj prawdopodobnie byłyby 
rzadsze, ale trudno się temu dziwić w sytuacji forsowania poglądu, jakoby ludzkie życie było 
„wartością najwyższą”. 

 

Całe szczęście, że kiedyś uważano inaczej, bo w przeciwnym razie nie mielibyśmy tylu 
świętych męczenników. Dzisiaj, jak się wydaje, gotowość do męczeństwa znacznie się 
zmniejszyła, w związku z czym również definicja męczeństwa uległa ogromnemu 
rozszerzeniu, obejmując nawet zwyczajne informacje prasowe. 

 

Ale nawet i dzisiaj tu i ówdzie znajdują się ludzie gotowi oddać życie za wiarę lub ojczyznę. 
Czy jednak znalazłby się ktoś gotów oddać życie za Unię Europejską? Wprawdzie Unii 
Europejskiej jeszcze nie ma; powstanie dopiero po przyjęciu konstytucji UE, co ma nastąpić 
najpóźniej w 2009 roku, ale prawdziwych patriotów europejskich ta okoliczność nie powinna 
przecież powstrzymywać. 

 

background image

Na przykład, czy pani Róża Thun, która na czele szumańskiego komsomołu próbuje zapędzać 
nadwiślańskich Irokezów do Eurosojuza, niczym wieprzki do zagrody, gotowa byłaby – już 
nie tam oddać życie za Unię Europejską, bo wiadomo, że nie – ale przynajmniej stręczyć nam 
Eurosojuz za własne pieniądze, a nie za brukselski jurgielt? 

 

Mam co do tego poważne wątpliwości i to nawet nie ze względu na tropizm, jaki często 
wykazują do pieniędzy różne święte rodziny, ale dlatego, że – o ile mi wiadomo – nigdy nic 
podobnego się nie wydarzyło. Wygląda zatem na to, że żadnego patriotyzmu europejskiego 
tak dobrze jak nie ma, a to, o czym nam z taką żarliwością opowiadają rozmaite europejsy, 
to tylko blaga, krzewiąca się bujnie na podściółce jurgieltu. 

 

 

 Stanisław Michalkiewicz 

  

www.michalkiewicz.pl

  

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

background image

Cykl   Moje trzy grosze 

 

Zepsucie najlepszego 

 

Komentarz  ·  tygodnik „Gazeta Polska”  ·  12 kwietnia 2007  |  www.michalkiewicz.pl 

 

 

 

Jak Pan Bóg dopuści, to i z kija wypuści – powiada przysłowie. I słusznie, bo też – jest czas 
oczekiwania i czas spełnienia – dodaje Eklezjasta. W ten oto sposób również Donald Tusk 
wreszcie doczekał się sukcesu. 

 

Zaledwie dzień po uroczystych obchodach 2 rocznicy śmierci Jana Pawła II niezawisły sąd 
nakazał Jackowi Kurskiemu przeproszenie szefa Platformy Obywatelskiej za to, iż w jednym z 
telewizyjnych programów powiedział, jakoby kampanię wyborczą PO sfinansował Państwowy 
Zakład Ubezpieczeń przy pomocy transakcji bilboardowej. Okazało się, że nie potrafił 
udowodnić tego przed niezawisłym sądem. 

 

Jest zatem całkiem prawdopodobne, że kampania wyborcza Platformy Obywatelskiej została 
sfinansowana z całkiem innych środków i całkiem innych źródeł. Nie będziemy o nich mówili, 
bo dżentelmeni nie mówią o pieniądzach. Jednak, nie uchybiając standardom obowiązującym 
dzisiaj w środowisku dżentelmenów, możemy chyba zapytać, ile warta była nieustająca 
przychylność, a właściwie klaka, jaką na rzecz Platformy Obywatelskiej uprawiały przez cały 
okres kampanii wyborczej powiązane z razwiedką, a nawet powiem więcej – które 
podejrzewam, iż zostały utworzone z funduszy czarnej kasy razwiedki - telewizyjne stacje: 
TVN i Polsat? 

 

Wprawdzie w Platformie Obywatelskiej biedaków już nie ma, bo wiadomo, że na niczym nie 
można się tak dorobić, jak w służbie narodu i ludowej ojczyzny, mimo to jednak, nawet 
gdyby wszyscy kandydaci zrobili zrzutkę na miarę możliwości pana posła Palikota, to i tak by 
nie starczyło na tyle miesięcy klaki. Weźmy na przykład takiego pana redaktora Lisa; jego 
żarliwy obiektywizm z pewnością jest na wagę złota, a i pani red. Olejnik też nie przesłuchuje 
swoich ofiar za symboliczną złotówkę. 

 

background image

Tak nawiasem mówiąc, gdybym się nie bał niezawisłego sądu, to bym porównał panią red. 
Olejnik do Luny Brystygierowej. Wprawdzie Luna Brystygierowa nigdy mnie nie 
przesłuchiwała, ale wyobrażam sobie, że przy wszystkich różnicach, w obydwu przypadkach 
atmosfera jest porównywalna. Zresztą, gdyby nie porównywać, to skąd byśmy wiedzieli, że 
pani red. Olejnik jest jednak dla swoich ofiar względniejsza od Luny Brystygierowej, nie 
mówiąc już - że podobno ładniejsza? Ale jeśli nawet – to po co mi jakieś kłopoty z 
niezawisłym sądem, więc – milcz serce - i żadnych porównań nie będzie. 

 

Zatem – „choćby przyszło tysiąc atletów i każdy zjadłby tysiąc kotletów i każdy nie wiem jak 
się wytężał” – to Platformie Obywatelskiej nie starczyłoby pieniędzy na zapewnienie sobie 
takiej klaki z udziałem wszystkich gwiazd, jakie na firmamencie polskiego dziennikarstwa 
zapaliła w swoim czasie razwiedka. Ale skoro nie za gotówkę ta klaka, to może w zamian za 
inny towar? 

 

Inne towary tego rodzaju opisała ongiś Maria Kuncewiczowa w opowiadaniu o kupcu 
żelaznym Mistigu w „Dwóch księżycach”: on się nie da dotknąć, ani posmakować, ani 
zważyć, ani zmierzyć, ten towar, ale właśnie dlatego on jest najdroższy, droższy od 
pieniędzy. U Marii Kuncewiczowej on się nazywał: szczęście, ale w tym przypadku on by się 
nazywał: posłuszeństwo. 

 

Czy ślubowanie posłuszeństwa razwiedce przez partię która szykuje się do rządzenia i nawet 
ma szanse – jest warte klaki z udziałem wszystkich gwiazd? Ależ oczywiście – i czy aby nie 
dlatego właśnie wszystkie gwiazdy zostały zmobilizowane, a ich wybitnie zindywidualizowane 
osobowości - podporządkowane linii wypracowanej przez sztab oficerów prowadzących? 

 

Żadnego potwierdzenia tej okoliczności przed niezawisłym sadem pewnie nigdy byśmy nie 
uzyskali, bo wszystkich najwyraźniej obowiązuje instrukcja na wypadek dekonspiracji, ale tak 
zwane fakty konkludentne wyraźnie na taką możliwość wskazują. No dobrze, ale – czy to nie 
jest jeszcze gorsza korupcja od tej, którą niefortunnie przypisał Platformie Obywatelskiej 
Jacek Kurski? 

 

Oczywiście, że gorsza, a nawet – można powiedzieć – najgorsza. Święty Tomasz z Akwinu 
twierdził bowiem, że corruptio optimi pessima, co się wykłada, że zepsucie najlepszego jest 
najgorsze. Miał na myśli prawo, co w tym przypadku wydaje się oczywiste; wola, a nawet 
kaprys razwiedki byłyby przedstawiane jako prawo przez tak zwane konstytucyjne organy, 
zdominowane przez polityków podporządkowanej partii. 

 

background image

To oczywiście okropna sytuacja, pozbawiająca życie publiczne nawet krzty autentyzmu. No 
dobrze, ale jeśli tak nie jest, tzn. jeśli taki, dajmy na to, Sejm nie jest tylko grupą 
przekładającą na język ustaw wolę lub kaprysy razwiedki, to w takim razie – czym jest? Jakże 
potraktować obietnice różnych „darmowych” świadczeń w zamian za głosy wyborcze, jeśli nie 
jako korupcję, czyli zepsucie prawa? 

 

Obietnica zasiłków i innych darmoch nie jest niczym innym, jak zapowiedzią pozwolenia 
ludziom na rabunek bliźnich osłonięty pozorami legalności – w zamian za uczynienie 
obiecujących narzędziem tego rabunku. Wielu z nich tak bardzo chciało w tym rabunku 
uczestniczyć, że w tym zapamiętaniu sami dali się obrabować, wystawiając panu Andrzejowi 
weksle in blanco. 

 

Nie ma co ich żałować, ani – tym bardziej – uważać tych weksli za „złamanie konstytucji”. 
Jakie tam „złamanie konstytucji”, kiedy korupcja jest do niej wpisana w art.2 jako zasada 
ustrojowa? Art. 2 powiada, ze RP jest „demokratycznym państwem prawnym, 
urzeczywistniającym zasady sprawiedliwości społecznej”. 

 

Sęk w tym, że zasady „sprawiedliwości społecznej” pozostają w obiektywnej i nieusuwalnej 
sprzeczności z zasadami prawa, zwłaszcza prawa naturalnego. „Sprawiedliwość społeczna” 
oznacza bowiem nałożenie przez jedne osoby (posłów) na inne osoby (podatników) 
obowiązku utrzymywania osób trzecich (beneficjentów socjalu). 

 

Jest to inna nazwa niewolnictwa – od strony politycznej, rabunku - od strony prawnej i 
nacjonalizacji miłości bliźniego - od strony etycznej – a przecież to ona właśnie w demokracji 
stała się zasadą rządzenia. Dlatego zarówno CBA, podobnie jak i niezawisłe sądy, są wobec 
korupcji nie tylko całkowicie bezradne, ale nawet nie zdają sobie sprawy z własnej 
bezradności. 

 

 

 Stanisław Michalkiewicz 

  

www.michalkiewicz.pl

  

 

 

 

 

background image

Cykl   Myśląc Ojczyzna 

 

Platforma odrabia pańszczyznę 

 

Komentarz  ·  Radio Maryja  ·  12 kwietnia 2007  |  www.michalkiewicz.pl 

 

 

 

Szanowni Państwo! Miłośnicy „Przygód dobrego wojaka Szwejka” z pewnością pamiętają, jak 
to Szwejk ukradł psa dla nadporucznika Lukasza. Pies wkrótce przyzwyczaił się do nowej 
sytuacji i tak obłaskawił, że nadporucznik Lukasz zdecydował wybrać się z nim na spacer. 

 

Pech chciał, że kiedy tak spacerowali, na ulicy pojawił się dawny właściciel psa, na domiar 
złego – pułkownik. Na jego widok pies wyrwał się nadporucznikowi Lukaszowi, podbiegł do 
pułkownika i zaczął się łasić. 

 

Kto raz był królem, zawsze zachowa majestat – głosi francuskie przysłowie, które – podobnie 
jak opisaną u Szwejka historię z psem – warto przypomnieć z okazji opublikowania przez 
Platformę Obywatelską tak zwanego „antyraportu” – wypracowania krytykującego raport 
przygotowany przez Komisję Weryfikacyjną po formalnym rozwiązaniu Wojskowych Służb 
Informacyjnych. 

 

Warto przypomnieć, że w latach 80-tych, a zwłaszcza – w drugiej połowie tej dekady, 
wywiad wojskowy stał się absolutnym hegemonem polskiej sceny politycznej. Człowiekiem 
wywiadu wojskowego był generał Jaruzelski, podobnie jak generał Kiszczak, który w 
wywiadzie był chyba od urodzenia. 

 

Wywiad wojskowy zatem organizuje uwłaszczenie nomenklatury, polegające na rozkradaniu 
majątku państwowego, jako że innego wtedy nie było. W ten sposób przygotowuje się do 
zajęcia pozycji społecznej w nowych warunkach ustrojowych, jakie musiały się pojawić po 
wycofaniu imperium sowieckiego z Europy Środkowej. 

 

Wywiad wojskowy przeprowadza też transformację ustrojową, której fundamentem jest 
umowa okrągłego stołu. Oficjalnej umowie towarzyszyły nieoficjalne porozumienia między 

background image

wywiadem wojskowym, a tak zwaną lewicą laicką, to znaczy – dawnymi stalinowcami, 
tworzącymi jeden z nurtów opozycji demokratycznej w Polsce. 

 

Celem tych nieoficjalnych porozumień było nie tylko zagwarantowanie komunie zachowania 
pozycji społecznej i kradzionych właśnie „zdobyczy”, ale również – wspólna dbałość o to, by 
przy pozorach wolności, nadal utrzymywać Polaków w dyskretnej zależności zarówno od 
komuny, jak i lewicy laickiej. 

 

O istnieniu tego porozumienia mogliśmy przekonać się 4 czerwca 1992 roku, kiedy to za 
próbę ujawnienia komunistycznej agentury w strukturach państwa, rząd premiera 
Olszewskiego został obalony przez koalicję obydwu stron umowy okrągłego stołu. Później 
sejmowe komisje odsłoniły nieco mechanizmy III Rzeczypospolitej, ukryte za demokratyczną 
fasadą – no i teraz – Raport Komisji Weryfikacyjnej, który odsłonił nie tylko dalsze fragmenty 
tych mechanizmów, ale ujawnił też powiązania między Wojskowymi Służbami 
Informacyjnymi, a sowieckim, a następnie rosyjskim wywiadem wojskowym. 

 

Jak powiedział kiedyś były szef Sztabu Generalnego, gen. Tadeusz Wilecki, jedni wyszli z 
Polski, ale pozostawili ariergardy, a drudzy weszli awangardami. W jaki sposób to się 
dokonało? Kiedy byłem w Chicago, pokazano mi budynek, w którym siedzi pan Edward 
Mazur w oczekiwaniu na decyzję w sprawie ekstradycji do Polski. Był on funkcjonariuszem 
wywiadu wojskowego, ale w drugiej połowie lat 80-tych nawiązał kontakty z FBI. 

 

Sądzę, że to była sytuacja typowa. W obliczu perspektywy ewakuacji imperium sowieckiego 
ze Środkowej Europy, każdy z tych razwiedczyków musiał zadać sobie pytanie: no dobrze, 
Sowieci się ewakuują – a co ze mną? I tak, jedni przewerbowali się do niemieckiego BND, 
drudzy – do izraelskiego Mosadu, inni – do razwiedki amerykańskiej, a jeszcze inni – 
pozostali przy tradycyjnych związkach z sowieckim, a następnie rosyjskim GRU. 

 

W rezultacie razwiedka przez ostatnie 17 lat kręciła sobie lody, jako największa organizacja 
gospodarczego podziemia w Polsce, zaś Polska, wskutek tych przewerbowań, penetrowana 
była na wylot przez państwa ościenne. Dopiero na tym tle rozumiemy, dlaczego zarówno 
Rosja, jak i Niemcy tak niechętnie odniosły się do rządu, jaki zainstalował się w Polsce po 
wyborach 2005 roku. 

 

W tych wyborach razwiedka postawiła na Platformę Obywatelską, stawiając do jej dyspozycji 
zarówno kontrolowane przez siebie media, w rodzaju TVN i Polsatu, jak i całą, zmobilizowaną 
na tę okoliczność kompanię gwiazd polskiego dziennikarstwa, nie mówiąc już o 
sponsorowanym przez siebie Salonie otoczonym chórem pożytecznych idiotów. Ale teraz 

background image

Platforma musi tamte dobrodziejstwa odrobić i w ten oto sposób pojawiło się wypracowanie, 
zwane „antyraportem”. 

To jest przyczyna, że tak powiem, zasadnicza, ale nie brak w tej inicjatywie akcentów 
osobistych. Jak bowiem wiadomo, ministrami obrony narodowej bywali w przeszłości różni 
politycy; Jerzy Szmajdziński z Sojuszu Lewicy Demokratycznej, ale i Janusz Onyszkiewicz – 
obecny przywódca sfederowanej z SLD Partii Demokratycznej, a także – Bronisław 
Komorowski, wybitny działacz Platformy Obywatelskiej. 

Że związki Wojskowych Służb Informacyjnych z rosyjskim wywiadem wojskowym mógł 
tolerować, a nawet aprobować min. Jerzy Szmajdziński – to chyba nikogo by nie dziwiło. 
Dziwna byłaby raczej sytuacja odwrotna – gdyby min. Szmajdziński takie powiązania 
demaskował i zwalczał. Kto raz był królem, ten zawsze zachowa majestat, a w końcu panu 
Jerzemu Szmajdzińskiemu, podobnie jak i innym politykom SLD zwłaszcza starszego 
pokolenia – nogi wyrastają z sowieckiej ojczyzny. 

Ale Janusz Onyszkiewicz, czy Bronisław Komorowski, to zupełnie inna sprawa. Ministrowie 
obrony z opozycyjnym rodowodem, tolerujący, a może nawet aprobujący powiązania 
Wojskowych Służb Informacyjnych z rosyjskim wywiadem wojskowym? Trudno by to 
wytłumaczyć inaczej, niż na dwa sposoby: albo Janusz Onyszkiewicz i Bronisław Komorowski 
byli żałosnymi figurantami, którym razwiedka robiła koło pióra, co tylko chciała, albo – jeśli 
nie byli figurantami, a takie związki tolerowali – to znaleźli się na granicy zdrady. 

Ta druga ewentualność jest oczywiście znacznie gorsza niż pierwsza również ze względu na 
wiarygodność w NATO, ale ta pierwsza też nie przysparza obydwu politykom chwały. I tak 
źle i tak niedobrze, więc nic dziwnego, że Platforma Obywatelska uwija się jak w ukropie – 
po pierwsze – żeby zrewanżować się razwiedce za nadymanie w roku 2005 i później, a po 
drugie – żeby ratować reputację nie tylko własnych działaczy, ale i Janusza Onyszkiewicza, z 
którym pewnie Platforma Obywatelska będzie musiała wejść w konfidencję, podobnie jak z 
Sojuszem Lewicy Demokratycznej – kiedy trzeba będzie w imieniu Polski przyjąć konstytucję 
Unii Europejskiej. 

Kto raz zdradził, temu kolejna zdrada przychodzi łatwiej i dlatego również w interesie 
obydwu strategicznych partnerów, tzn. Rosji i Niemiec, jest utrzymanie w Polsce 
nieformalnych wpływów razwiedki tak samo, jak w XVIII wieku – utrzymanie w Polsce stanu 
anarchii. Trzeba to rozumieć i nie dać się nabrać. 

 

Szczęść Boże! Mówił Stanisław Michalkiewicz. 

 

 

 Stanisław Michalkiewicz 

  

www.michalkiewicz.pl

  

 

background image

Lambda donosi na Polskę 

 

Komentarz  ·  „Dziennik Polski” (Kraków)  ·  12 kwietnia 2007  |  www.michalkiewicz.pl 

 

 

 

Stowarzyszenie Lambda, skupiające homoseksualistów oraz „Kampania Przeciw Homofobii” 
opublikowały przed Wielkanocą raport opowiadający o strasznym losie homoseksualistów w 
Polsce. 

 

Może gdyby Polską rządziła Platforma Obywatelska, SLD, albo „inna partia”, której jeszcze 
nie ma, ale która na pewno powstanie – to raport nie byłby taki miażdżący. Teraz jednak na 
Polskę donosi, kto tylko może – a homoseksualiści mogą, bo nie tylko są oczkiem w głowie 
Unii Europejskiej, ale i papierkiem lakmusowym tak zwanej tolerancji. 

 

Tak zwanej – bo o ile kiedyś tolerancja oznaczała cierpliwe znoszenie czegoś, z czym się nie 
zgadzam i czym się np. brzydzę, to teraz tolerancja ma oznaczać akceptację. W tym celu 
narody europejskie są poddane tresurze, w której jednym z narzędzi terroru jest zwalczanie 
tzw. „homofobii”, tzn. wszelkiego sprzeciwu wobec inwazji homoseksualistów na teren 
publiczny. 

 

Ta tresura jest fragmentem pełzającej totalizacji Europy, ponieważ kolejne dziedziny 
uważane dotąd za sferę prywatną, a nawet ściśle prywatną – stają się kwestią polityczną i 
przedmiotem zainteresowania władzy publicznej. Jak tak dalej pójdzie, to doczekamy się 
ustaw o ochronie dobrego samopoczucia homoseksualistów, przewidujących surowe kary dla 
tych, którzy, dajmy na to, nie poddadzą się ich zalotom. 

 

 

 Stanisław Michalkiewicz 

  

www.michalkiewicz.pl

  

 

 

 

background image

Kabotyńskie przedsięwzięcie 

 

Komentarz  ·  „Dziennik Polski” (Kraków)  ·  13 kwietnia 2007  |  www.michalkiewicz.pl 

 

 

 

Jaka jest nazwa ruchu, na którego czele mam stanąć? – pyta bohater jednej ze sztuk. 
Właśnie „Dziennik” doniósł, że były prezydent Aleksander Kwaśniewski ma stanąć na czele 
Ruchu Obrony Praw Człowieka. Sam Aleksander Kwaśniewski zaprzecza, ale my wiemy, ze z 
nim jest taki problem, iż nigdy nie wiadomo, kiedy mówi serio, a kiedy nie. 

 

Za to nie tylko „drogi Bronisław”, ale nawet Tadeusz Mazowiecki, „nie wykluczają” 
przystąpienia do tego ruchu, nie mówiąc już o niezastąpionym w takich razach Andrzeju 
Olechowskim. Najwyraźniej razwiedka mobilizuje nie tylko agentów, ale nawet dalekie 
zaplecze. Hasłem ruchu będzie pewnie zawołanie: „faryzeusze wszystkich stanów – łączcie 
się”. 

 

Zaraz po wojnie komunistów nazywano „złodziejami szyldów”. Nie bez powodu. Oto i teraz 
ruch, na którego czele ma stanąć Aleksander Kwaśniewski kradnie nazwę Ruchu Obrony 
Praw Człowieka i Obywatela w Polsce, w którym miałem zaszczyt działać w latach 70-tych. 

 

Powstał on w roku 1977 – w tym samym roku, kiedy Aleksander Kwaśniewski wstąpił do 
PZPR. Próbowaliśmy wtedy bronić naszych praw ludzkich i obywatelskich przed 
komunistycznym uciskiem, w którym uczestniczyły i z którego żyły takie filuty, jak Aleksander 
Kwaśniewski. 

 

Historia powtarza się jako farsa. Czyżby razwiedka postanowiła obsadzić Kwaśniewskiego w 
roli głównej? 

 

 

 Stanisław Michalkiewicz 

  

www.michalkiewicz.pl

  

 

background image

Ćwiczenie krótkiej pamięci 

 

Komentarz  ·  Polskie Radio (Program I)  ·  13 kwietnia 2007  |  www.michalkiewicz.pl 

 

 

 

Jak wiadomo, ludzie mają dobrą pamięć, ale krótką. I całe szczęście, bo w przeciwnym razie 
życie stałoby się nie tylko nieznośne, ale wręcz niemożliwe. Na szczęście dzięki dobrej, ale 
krótkiej pamięci, życie nie tylko jest możliwe, ale nawet całkiem znośne. 

 

Na przykład, za komuny jednego dnia trzeba było jeszcze wielbić Józefa Stalina i 
wyśpiewywać: „Stalin wszystkich bojów naszą chwałą, Stalin to młodości naszej brat!” – a 
już następnego dnia – pryncypialnie potępiać „kult jednostki”. 

 

Gdyby, dajmy na to, jeden z dwóch naszych „skarbów narodowych”, czyli „drogi Bronisław”, 
miał długą pamięć, to może nie mógłby z takim przekonaniem grać roli autorytetu 
moralnego? Dzięki krótkiej pamięci – może jak najbardziej. 

 

Podobnie ci, którzy w 1968 roku wykrzykiwali na wiecach: „syjoniści do Syjamu!” i za te 
krzyki zostawali sekretarzami i ministrami, dzisiaj jednym susem wskoczyli do pierwszego 
szeregu bojowników z „ksenofobią”. No, ale dzisiaj jest inny etap i komu innemu się 
podlizujemy, toteż i pamięć trzeba sobie odpowiednio pod tym kątem wyćwiczyć. 

 

Ale cóż tu wspominać odległe czasy, kiedy pamięć ostatnio tak się ludziom skróciła, że nie 
pamiętają już, co mówili przed tygodniem, albo dwoma? Na przykład 2 kwietnia, w drugą 
rocznicę śmierci Jana Pawła II, wszystkie media, a zwłaszcza te założone przez razwiedkę, 
deklarowały przywiązanie do „nauczania” zmarłego Papieża, który w ogóle powinien być 
„santo subito!”. 

 

Ale kiedy rocznicowe obchody i Wielkanoc, podczas której medialne gwiazdy dzieliły się z 
publicznością przeżyciami aktów strzelistych – przeminęły z kalendarzem, a w Sejmie zbliża 
się głosowanie nad zmianą konstytucji – ton wypowiedzi zmienił się nie do poznania. 

 

background image

Nie ma już mowy o żadnym „nauczaniu”, ani „santo subito”, nikt też nie nawiązuje do aktów 
strzelistych, ani innych przepastnych wyżyn metafizyki. Przeciwnie – wszyscy jednym susem 
przeskoczyli na nieubłagany grunt pragmatyzmu, z pasją tępią „fundamentalizm” oraz 
„fanatyzm” i zachwalają pod niebiosa „kompromis”. 

 

Nie dlatego, żeby ktoś im kazał, co to, to nie, o tym nie ma mowy! Wszyscy przecież znani są 
z bezkompromisowej szczerości, zarówno wobec oficerów prowadzących, jak i publiczności, a 
także – z żarliwego obiektywizmu. Zarówno 2 kwietnia, jak i teraz są więc jak najbardziej 
szczerzy, a różnica w tonie i treści wypowiedzi bierze się stąd, że zmienił się etap, więc i 
pamięć do potrzeb nowego etapu trzeba odpowiednio dostroić.  

 

 

 Stanisław Michalkiewicz 

  

www.michalkiewicz.pl

  

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

background image

Cykl   Ścieżka obok drogi 

 

SLD pokochał „historię” 

 

Komentarz  ·  „Nasz Dziennik”  ·  14 kwietnia 2007  |  www.michalkiewicz.pl 

 

 

 

Podczas pierwszego zjazdu Solidarności we wrześniu 1981 roku uchwalono Posłanie do 
Narodów Europy Wschodniej – bodaj jedyną uchwałę, którą jeszcze i dzisiaj warto 
zapamiętać. Stwierdzała ona m.in., że „głęboko odczuwamy wspólnotę naszych losów”. 

 

Uchwała ta wywołała ogromny rezonans przede wszystkim ze strony ówczesnych władz, 
które uznały ja za sprzeczną z „sojuszami”. Młodsi Czytelnicy może tego już nie pamiętają, 
ale za czasów Edwarda Gierka przeprowadzona została nowelizacja konstytucji PRL, do której 
wpisano nie tylko „przewodnią rolę PZPR w budowie socjalizmu”, ale też „sojusz ze 
Związkiem Radzieckim”. 

 

Ówczesna opozycja uznała tę zmianę za rodzaj zdrady stanu, bo – zgodnie ze znanym 
powiedzeniem Boya-Żeleńskiego „w tym największy jest ambaras, żeby dwoje chciało na raz” 
– wpisanie do konstytucji normy, iż Polska ma być w sojuszu ze Związkiem Radzieckim 
oznaczało, że odtąd ZSRR ma formalną podstawę prawną do kierowania polityka państwa 
polskiego, bo to on określa warunki owego „sojuszu”. 

 

Warto przypomnieć tamte spory w sytuacji nasilającej się propagandy na rzecz przyjęcia 
konstytucji Eurosojuza. Jej przyjęcie jest równoznaczne z proklamowaniem nowego państwa, 
na rzecz którego państwa członkowskie przekazują swoja suwerenność. Tymczasem, zgodnie 
z art. 126 ust. 2 konstytucji, prezydent „stoi na straży suwerenności i bezpieczeństwa 
państwa”, co oznacza, że przekazanie suwerenności komuś innemu nie mieści się w jego 
konstytucyjnych kompetencjach. 

 

Podobnie nie mieści się ono w kompetencjach Sejmu, bo – zgodnie z art. 4 ust. 1 konstytucji 
– „władza zwierzchnia”, czyli inaczej mówiąc – suwerenność należy „do Narodu”, a nie do 
Sejmu. Ponieważ w myśl art. 7 konstytucji, organy władzy działają na podstawie i w 
granicach prawa, to znaczy, że nie mogą one przydawać sobie uprawnień, których prawo im 

background image

nie przyznaje. Zatem ewentualny Anschluss Polski do Unii Europejskiej mógłby legalnie 
dokonać się tylko w następstwie referendum. 

 

Rozpisałem się o tych sprawach, chociaż właściwie chciałem o czymś innym. Akurat w 
„Rzeczposplitej” Piotr Semka dziwi się polityce samorządowych władz Gdańska, że 
przechodzą do porządku nad faktem, iż honorowym obywatelem tego miasta pozostaje w 
dalszym ciągu Adolf Hitler. 

 

Wprawdzie prezydentem Gdańska jest polityk Platformy Obywatelskiej, zachowującej wobec 
Niemiec iście „sojusznicze” nadskakiwanie, ale – ciekawa rzecz – nieoczekiwany szacunek dla 
„historii” zaczęli okazywać również politycy Sojuszu Lewicy Demokratycznej. Jest to zjawisko 
stosunkowo nowe, bo jeszcze niedawno wyśpiewywali oni, jak to „przeszłości ślad dłoń nasza 
zmiata”. 

 

Dzisiaj jednak ich szacunek dla „historii” idzie tak daleko, że gotowi są pozostawić nawet 
honorowe obywatelstwa Hitlera w wielu miejscowościach na Ziemiach Zachodnich i 
Północnych. Nie dlatego, żeby nagle odkryli jakąś wspólnotę losów z tym wybitnym 
przywódcą socjalistycznym, co to, to nie, tylko przez szacunek dla „historii”. 

 

Skąd ten szacunek dla „historii” wśród klienteli SLD? Jedną z przyczyn można wydestylować z 
deklaracji gen. Jaruzelskiego. Pragnie on, żeby osądziła go „historia”, a nie, Boże broń, żaden 
sąd. 

 

Skoro sam generał uznał „historię” za swoją duszeńkę, to nic dziwnego, że w jego ślady 
poszli wszyscy pretorianie i w szeptanej propagandzie występują przeciwko zmianom nazw 
ulic, upamiętniających różnych Julianów Marchlewskich, Feliksów Dzierżyńskich, czy Karolów 
Świerczewskich. Chodzi o to, że starsi się „przyzwyczaili”, no a poza tym – jakież to „koszty”! 

 

Wydaje się jednak, że nie tylko o te „przyzwyczajenia”, czy „koszty” przede wszystkim idzie, 
tylko raczej – o wspomnianą „wspólnotę losów”, która jest znacznie ważniejszą przyczyną 
tego nieoczekiwanego umiłowania „historii”. Jeśli SLD pozwoli na odbieranie honorowego 
obywatelstwa Adolfowi Hitlerowi, to tylko patrzeć, jak przyjdzie kolej również na gierojów 
Sowietskogo Sojuza, czczonych nadal przez naszych „partyjniaków”. 

 

Wreszcie – zarówno Sojusz Lewicy Demokratycznej, jak i Platforma Obywatelska, stoją na 
nieubłaganym gruncie całkowitego przyłączenia Polski do Unii Europejskiej, co jak wiadomo, 

background image

wymaga przyjęcia Eurokonstytucji. Zostało to zresztą nakazane w Deklaracji Berlińskiej, która 
wyznacza nieprzekraczalny termin do roku 2009. Czy w tej sytuacji jest sens odbierania 
Adolfowi Hitlerowi honorowych obywatelstw w miastach i osiedlach, kiedy – kto wie? – może 
wkrótce trzeba będzie znowu je przywracać? 

 

W tej sytuacji przezorniej jest zachować na wszelki wypadek należny pietyzm dla „historii”, 
bo po pierwsze – strzeżonego Pan Bóg strzeże, a po drugie – pokorne cielę dwie matki ssie. 
Przykład Aleksandra Kwaśniewskiego pokazuje, że z takiego ssania można od urodzenia, aż 
do naturalnej śmierci żyć beztrosko, w dostatku i wygodach. „Historia” bowiem raczej dba o 
swoich wyznawców. 

 

 

 Stanisław Michalkiewicz 

  

www.michalkiewicz.pl

  

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

background image

Życie ułatwione mazgaja  

 

Komentarz  ·  miesięcznik „Opcja na prawo”  ·  15 kwietnia 2007  |  www.michalkiewicz.pl 

 

 

 

W koszmarnych czasach carskich, zanim rewolucja bolszewicka zlikwidowała te praktyki, 
prawosławni Rosjanie w dzień Wielkiej Nocy oznajmiali sobie radosną nowinę „Christos 
waskries!”. Na takie pozdrowienie-oznajmienie zagadnięty nie tylko powinien odpowiedzieć: 
Da, istinno waskries!”, ale również ucałować rozmówcę. 

 

Ten obyczaj próbowali wykorzystać różni filuci do – jak się to podówczas poczciwie nazywało 
– skradzenia całusa ładnym panienkom. Zdarzyło się tedy razu pewnego, że taki filut, widząc 
urodziwą panienkę oznajmił jej radośnie, że „Christos waskries” i już zabierał się do 
całowania, ale ta, zamiast rytualnie odpowiedzieć i pozwolić się wycałować, udając 
zdumienie i zaskoczenie zapytała: „kagda?”. Zaskoczony i nieco zmieszany frant wyjaśnił, że 
„siewodnia”, na co panienka uśmiechnęła się z udanym podziwem, zauważyła: „wot, 
maładiec!” (a to ci zuch!) i pospiesznie się oddaliła. 

 

Czasy się zmieniają i zmieniają się obyczaje. Terror politycznej poprawności pewnie już 
wkrótce doprowadzi do zakazu publicznego wspominania o Chrystusie, bo nietrudno się 
domyślić, jak alergicznie działają takie rzeczy na chronioną mniejszość szatańską, nie mówiąc 
już o przypominaniu o Zmartwychwstaniu, sprzecznym z dyrektywą propagandową 
Sanchedrynu, wspomniana w Ewangelii św. Mateusza. 

 

Chodzi oczywiście o to, że arcykapłani, kiedy usłyszeli od żołnierzy o Zmartwychwstaniu 
Chrystusa, po naradzie dali im „sporo pieniędzy” i nakazali rozgłaszać, że to uczniowie 
wykradli nocą zwłoki. Jak wspomina Ewangelista, a my potwierdzamy, ta wersja jest 
aktualna „aż do dnia dzisiejszego” i stąd między innymi wynika kierunek przemian 
obyczajowych. Ale natura nie znosi próżni i w miejsce obyczajów wykorzenianych, wciskają 
się następne. 

 

Niedawno na ulicach Warszawy pojawili się młodzi ludzie, którzy oferowali przechodniom 
możliwość poprzytulania się do nich. Wbrew pozorom nie byli to przedstawiciele „miłości 
głodnych płeciów”, jak powiedziałby warszawski bard Stanisław Grzesiuk („i dwie panny z 
towarzystwa, co wieczorem na Czerniakowskiej urządzały polowania na miłości głodnych 

background image

płeciów”), ani „kochający inaczej” czyli „goje”, mniej uprzejmie nazywani sodomitami, tylko 
młodzi ludzie („a młody? Głupie to, płoche... Tylko pobrudzi pończochę.”) przejęci 
propagowaniem nowej świeckiej tradycji. 

 

Ta tradycja przyszła do nas z Ameryki. Jakiś tamtejszy poczciwiec nie mógł podobno dać 
sobie ze sobą rady po śmierci matki, aż okazało się, że pomaga mu przytulanie. Jak tylko się 
do kogoś przytulił, to od razu cała żałość i łzawa tęsknica serca przechodziły mu, jakby ręką 
odjął. 

 

Ponieważ „nie jest światło, by pod korcem stało”, nasz poczciwiec natychmiast rozgłosił o 
swoim szczęściodajnym wynalazku, który natychmiast znalazł naśladowców, być może 
również wśród potomków owego filuta, co to kiedyś próbował skraść całusa rosyjskiej 
rezolutnej panieneczce. I tak narodził się wszechświatowy ruch, którego przedstawiciele 
dotarli również do „małego żydowskiego miasteczka na niemieckim pograniczu” – jak 
Stanisław Cat-Mackiewicz nazywał Warszawę. 

 

Aliści w takich małych miasteczkach nowe obyczaje przyjmują się, a jakże, ale z pewnymi 
oporami. Przechodnie, słysząc propozycje przytulenia się, składali rozmaite, często dość 
radykalne kontrpropozycje. Nie miejsce tutaj, żeby je relacjonować, dość, kiedy powiem, że 
nasi warszawscy rodacy najwyraźniej preferują inne sposoby osładzania sobie różnych 
żałości, czerpiąc wzorce z naszego narodowego poematu „Pan Tadeusz”. 

 

Jak wiadomo, Sak Dobrzyński kochał się był w Zosi, która ostatecznie została narzeczoną 
Tadeusza. I co wtedy zrobił Sak? Ano, poszedł do kompanii, „z wiarusami kielichem 
osładzając żałość. Taka była dla Zosi Dobrzyńskiego stałość” – wspomina ze zrozumieniem, a 
nawet nie bez podziwu Mickiewicz. A trzeba nam pamiętać, że Sak Dobrzyński wprawdzie 
mieszkał w zaścianku na Litwie, ale wywodził się, jak zresztą wszyscy Dobrzyńscy, ze 
szlachty mazowieckiej, więc nic dziwnego, że amerykański obyczaj uznawany jest w 
Warszawie za mazgajstwo jakichści maminsynków. 

 

Bo tak między nami – powiedzmy sobie szczerze – który mężczyzna nie wolałby osłodzić 
sobie żałości kielichem „Żubrówki” z trawką w środku, albo smakowitej „Dzięgielówki”, 
zamiast obściskiwać się w bramie z jakimiś obrzępałami? Zresztą, tylko patrzeć, jak nasi 
urkowie zastosują ten amerykański obyczaj w charakterze nowej techniki wyłuskiwania 
portfeli; niby to będą się przytulać, a tymczasem wprawne palce wyciągną delikwentowi 
fanty ze wszystkich kieszeni. 

 

background image

„Pawiem narodów byłaś i papugą, a teraz jesteś służebnicą cudzą” – karcił naszą ojczyznę 
poeta. I słusznie, bo widać gołym okiem, że przyjmujemy od innych narodów wszystko, co 
najgłupsze, ale efektowne, natomiast starannie unikamy naśladowania tego, co uczyniło z 
nich światowe potęgi. 

 

Weźmy choćby obyczaj amerykański; nadgorliwcy nasi forsują jakieś „halloween”, albo 
„walentynki”, że to niby tego dnia nawet impotenci musza się kochać, natomiast żadnemu 
cymbałowi nie przyjdzie do głowy zastosować się do rady, jakiej w 1990 roku udzielił był 
polskim parlamentarzystom zmarły niedawno Milton Friedman – że Polska nie powinna 
naśladować bogatych krajów zachodnich, bo nie jest bogatym krajem zachodnim. Że 
powinna naśladować rozwiązania prawne i instytucjonalne, które tamte kraje stosowały u 
siebie, gdy były takie biedne, jak Polska. 

 

Nawet i teraz można to zrobić, ale co z tego, kiedy prawie nikt tego nie chce. Inna sprawa, 
że to znacznie trudniejsze, niż obściskiwanie się po bramach z nieznajomymi i dlatego jeden 
obyczaj jest forsowany, a drugi – jakoś nie. 

 

 

 Stanisław Michalkiewicz 

  

www.michalkiewicz.pl

  

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

background image

„Człowieki” bronią III Rzeczypospolitej 

 

Komentarz  ·  „Nasz Dziennik”  ·  15 kwietnia 2007  |  www.michalkiewicz.pl 

 

 

 

Hasło budowy IV Rzeczypospolitej ponieważ III RP „wyczerpała swoje możliwości”, rzucone 
zostało przed kilkoma laty bodajże przez prof. Pawła Śpiewaka, obecnego posła Platformy 
Obywatelskiej. Jarosław Kaczyński przejął je, czyniąc motywem przewodnim kampanii 
parlamentarnej i prezydenckiej w roku 2005, a potem – motywem przewodnim programu 
rządu, który utworzył po wygranych przez PiS wyborach. 

 

W najogólniejszym skrócie, budowa IV Rzeczypospolitej oznacza demontaż nieformalnej 
struktury władzy, funkcjonującej poza konstytucyjnymi organami państwa, której 
najtwardszym jądrem są tajne służby, głównie wojskowe, ze swoją agenturalną otoczką. 

 

Ta nieformalna struktura władzy kontrolowała i nadal kontroluje jeśli nie wszystkie, to w 
każdym razie znaczną część dziedzin życia, przede wszystkim gospodarczego i politycznego, 
starannie skrywając swoją obecność za zasłoną stwarzaną przez powiązane z nią, a także – 
przez utworzone przez nią media. 

 

Ta zasłona budowana jest z demokratycznej retoryki, uprawianej przez oficerów frontu 
ideologicznego lansowanych na autorytety moralne oraz przez sieć agentury, której 
zadaniem jest torpedowanie w zarodku jakiejkolwiek próby zdemontowania tej struktury. 

 

Wprawdzie rządowi udało się doprowadzić do formalnego zlikwidowania Wojskowych Służb 
Informacyjnych, ale proces demontowania nieformalnej struktury władzy utworzonej wokół 
WSI dopiero się rozpoczyna i nie ma żadnych gwarancji, że zakończy się pomyślnie, to 
znaczy – że zakończy się przeniesieniem punktu ciężkości władzy do konstytucyjnych 
organów państwa. 

 

 

Narzędzia budowy IV RP 

 

background image

O ile istotą III Rzeczypospolitej była tajność rzeczywistej struktury władzy, to istotą IV RP 
powinno być jej przeciwieństwo – czyli jawność. Jednym z jej elementów jest dekonspiracja 
agentury we wszystkich środowiskach społecznych. 

 

Potrzeba tej dekonspiracji staje się tym bardziej nagląca, że w wielu przypadkach można 
odnieść wrażenie, iż wywodzące się z PRL agenturalne powiązania wcale nie ustały po tak 
zwanej transformacji ustrojowej. Przeciwnie – wydaje się, że z różnych powodów istnieją one 
nadal. 

 

Takie wrażenie można było odnieść nie tylko obserwując procesy lustracyjne i zachowanie 
oficerów prowadzących, najwyraźniej nakierowane na ochronę interesów konfidenta, ale 
również – na podstawie zachowania konfidentów zdekonspirowanych. Niemal wszyscy 
zachowują się w identyczny sposób, co skłania do podejrzeń, iż nie jest to przypadek, tylko 
realizowanie instrukcji na wypadek dekonspiracji. 

 

Gdyby okazało się, że konfidenci realizują dzisiaj tamtą instrukcję, to skąd mamy pewność, 
że nie realizują jakichś innych? Takiej pewności nie mamy, a w tej sytuacji nie ma mowy o 
jakiejkolwiek autentyczności życia publicznego. 

 

Lustracja jest więc ważnym narzędziem budowy IV RP. Niestety w momencie, gdy dotyka 
ona czyichś prywatnych lub grupowych interesów, poparcie dla przywrócenia autentyczności 
życia publicznego nagle zaczyna słabnąć. Obawiam się, że taka właśnie m.in. była przyczyna 
nowelizacji ustawy lustracyjnej dokonanej przez pana prezydenta. 

 

Stanowiła ona wyraźny sygnał dla zdeklarowanych przeciwników lustracji, że warto 
spróbować bojkotu ustawy, bo władze niekoniecznie będą wykazywały determinację w 
doprowadzeniu tej sprawy do końca. Z uwzględnieniem wszystkich proporcji, podobna 
sytuacja wystąpiła w 1992 roku. Ponieważ ówczesny prezydent był zainteresowany w 
zablokowaniu lustracji, jej przeciwnicy zyskali w ten sposób przynajmniej pozory legalności 
dla swoich działań. 

 

Mam tu na myśli zarówno ówczesne orzeczenie TK w sprawie niekonstytucyjności uchwały 
lustracyjnej Sejmu, jak i zamach stanu przeprowadzony przez prezydenta za aprobatą 
michnikowszczyzny. Ale mówi się – trudno, bo są rzeczy, których Ben Akiba nie przewidział, 
a które wpływają na politykę władz równie silnie, a może nawet jeszcze silniej, niż 
motywacje oficjalne. 

 

background image

Ale lustracja jest tylko wstępem do przywrócenia normalności w życiu publicznym. 
Nieformalna struktura władzy stworzyła dla swoich potrzeb system umożliwiający 
środowiskom uczestniczącym w tej konspiracji osiągnięcie uprzywilejowanej pozycji w 
gospodarce, za cenę wypchnięcia znacznej części, a może nawet większości społeczeństwa 
poza główny nurt życia gospodarczego. 

 

Zaczęło się to od przyjęcia przez Leszka Balcerowicza w roku 1990 drenażowego 
likwidowania tzw. „nawisu inflacyjnego”. Doprowadziło to do przetrącenia kręgosłupa 
zalążkowi polskiej klasy średniej w postaci bogatszych chłopów i drobnych (bo wielkich 
wtedy jeszcze nie było) przedsiębiorców – i wyssania z Polski kilkunastu miliardów dolarów 
przez zagranicznych finansistów. 

 

Potem kolejne ekipy, które, zrozumiawszy, kto tu naprawdę rządzi, przeszły na stronę 
razwiedki, dokonały stopniowego przywrócenia reglamentacji w gospodarce, 
podporządkowując ją w ten sposób interesom mafii kierującej zza kulis całym państwem. 
Przywrócenie normalności w tej dziedzinie wymagałoby od rządzącej koalicji motywowanego 
patriotycznie altruizmu, którego jednak nie widać. 

 

Może więc w tej sytuacji lepiej, że rząd specjalnie nie gmera przy gospodarce, która dzięki 
dobrej koniunkturze międzynarodowej funkcjonuje całkiem nieźle między innymi dlatego, że 
około 30% produktu krajowego brutto, a więc tego, co zostało w Polsce wyprodukowane i 
sprzedane, powstaje w tzw. „szarej strefie”, tzn. – w konspiracji przed władzami 
państwowymi. 

 

Na dłuższą metą byłoby lepiej, gdyby ludzie nie byli do takiej konspiracji zmuszani przez 
prawo stworzone dla wygody uczestników nieformalnej struktury stworzonej w ramach III 
Rzeczypospolitej, ale obserwując aktualnych budowniczych IV RP trudno odnieść wrażenie, 
by odczuwali potrzebę takiej zmiany prawa, a nawet – by ją w ogóle rozumieli. 

 

 

Zagrożone interesy 

 

Opis narzędzi niezbędnych do budowy IV Rzeczyposplitej pokazuje, że ich zastosowanie 
stwarza śmiertelne niebezpieczeństwo dla dotychczasowej „grupy trzymającej władzę”, bo 
oznacza cięcie zarówno „po kadrach”, jak i po „zdobyczach”. 

 

background image

Nic też dziwnego, że do tak rozumianego programu budowy IV Rzeczypospolitej środowiska 
beneficjentów III RP odniosły się zdecydowanie wrogo. Dotychczas wrogość ta 
manifestowała się przede wszystkim w postaci czarnej propagandy, uprawianej przez media 
stworzone przy użyciu czarnej kasy razwiedki i przy udziale zapalonych przez nią gwiazd i 
gwiazdeczek polskiego dziennikarstwa. 

 

Warto podkreślić, że program budowy IV Rzeczypospolitej stanowi też zagrożenie interesów 
niektórych państw ościennych, w szczególności – strategicznych partnerów, tzn. Niemiec i 
Rosji, które – podobnie jak w wieku XVIII – pragnęłyby utrzymać Polskę w stanie bezwładu. 
Dlatego też powstanie rządu wyłonionego w następstwie wyborów 2005 roku, a zwłaszcza 
podjęcie przezeń działań skierowanych na dekonspirację agentury, spotkało się ze zgodną 
krytyka mediów w obydwu krajach. Ostatni raz taka zgodność między prasą rosyjska i 
niemiecką wystąpiła 23 sierpnia 1939 roku. 

 

Naturalnie oficjalną przyczyną tej krytyki nie jest bynajmniej dążenie do zachowania 
agentury wpływu, rozbudowanej na przełomie lat 80-tych i 90-tych, tylko – jakże by inaczej 
– „obrona praw człowieka”, zagrożonych rzekomo przez działalność polskich władz. Ciekawe, 
że Niemcy, które z komunistyczną agenturą obeszły się u siebie bez żadnych ceregieli, nad 
taką samą agenturą w Polsce trzęsą się, jak nad jakimiś bezcennymi klejnotami. 

 

Być może są jacyś durnie, którzy wierzą, że to z przejęcia się „prawami człowieka”, ale nie 
warto się nimi przejmować, bo nic mądrego nam oni nie powiedzą, Nawiasem mówiąc pan 
prof. Bogusław Wolniewicz twierdzi, że coś takiego, jak „prawa człowieka” w ogóle nie 
istnieje i chyba ma rację. 

 

 

Cała nadzieja w Kwaśniewskim 

 

Na sytuację Polski trzeba spojrzeć przede wszystkim z punktu widzenia rozwoju sytuacji w 
Eurosojuzie. Dotychczas zabawa w integrację europejską była finansowana przez Niemcy, 
będące przez całe dziesięciolecia płatnikiem netto. Niemcy są państwem poważnym, toteż nie 
wierzę, by robiły to z sympatii dla Portugalczyków, Greków, czy Polaków. 

 

Traktują to raczej jako inwestycję, która w przyszłości ma państwu niemieckiemu przynieść 
korzyści. Osobiście widzę w tym swoista formę kontynuacji polityki ufundowanej na XIX-
wiecznej jeszcze koncepcji gospodarki wielkiego obszaru, w myśl której Niemcy, chcąc 
zapewnić swojej gospodarce, a zwłaszcza przemysłowi, odpowiednie warunki rozwoju, 

background image

powinny politycznie kontrolować obszar znacznie większy od niemieckiego terytorium 
państwowego. 

 

Koresponduje z nią koncepcja Mitteleuropy, która określała niemieckie cele wojenne podczas 
I wojny światowej. Chodziło o stworzenie na obszarze Europy Środkowej i Wschodniej 
państw-niemieckich protektoratów, o gospodarkach komplementarnych i peryferyjnych 
wobec gospodarki niemieckiej. Warto zwrócić uwagę, że cel ten został osiągnięty 1 maja 
2004 roku, kiedy to Polska i inne państwa Europy Środkowej, zostały przyłączone do Unii 
Europejskiej. Warto przypomnieć, że gorącym orędownikiem Anschlußu Polski do UE był 
ówczesny polski prezydent Aleksander Kwaśniewski. 

 

Aleksander Kwaśniewski miał różne plany co do posad, jakie obejmie po zakończeniu drugiej 
kadencji prezydenckiej w Polsce. Wydawało mu się, że będzie sekretarzem generalnym 
NATO, albo sekretarzem generalnym ONZ - i tym celom podporządkował politykę 
zagraniczną, zaniedbując, niekiedy nawet karygodnie, polskie interesy państwowe. 

 

Ale w Ameryce, podobnie zresztą jak w innych państwach, osobnika gotowego zdradzić 
własne państwo nikt nie traktuje na tyle poważnie, by dać mu jakąś posadę. Skończyło się 
zatem na wykładach, jakie Aleksander Kwasniewski wygłaszał do audytorium 4 lub nawet 5 
studentów, a kiedy i to dobiegło kresu, strategiczni partnerzy musieli upatrzyć go sobie na 
przywódcę, który bez najmniejszych wahań spełni polecenie zawarte w Deklaracji Berlińskiej 
– by najpóźniej w roku 2009 wszystkie państwa przyjęły konstytucję Unii Europejskiej, tzn. 
formalnie zrezygnowały z suwerenności państwowej. 

 

Najwidoczniej i Niemcom zaczyna już brakować pieniędzy na niekończące się inwestowanie w 
„integrację” , a pojawienie się w Deklaracji Berlińskiej konkretnej daty oznacza, że żarty się 
skończyły, przynajmniej w Europie Środkowej i że przechodzimy na ręczne sterowanie. 

 

Ponieważ Platforma Obywatelska okazała się niezdolna do powstrzymania Kaczyńskich przez 
rozpoczęciem demontowania „grupy trzymającej władzę” i wyrywania korzeni, sięgających 
czasów stalinowskich, to zarówno strategiczni partnerzy, jak i krajowi „ojcowie chrzestni”, 
postanowili utworzyć nowy ruch polityczny, który do roku 2009 będzie w stanie przejąć 
władzę i w podskokach, w imieniu Polski, przyjmie konstytucję Unii Europejskiej, zgodnie z 
niemieckimi oczekiwaniami. 

 

Jak ujawnił dziennik „Dziennik”, w odpowiedzi na przygotowany przez europejskie gestapo 
raport zawierający miażdżącą ocenę Polski jako kraju opanowanego przez „nacjonal-
katolickich bolszewików”, z sadystycznym zapamiętaniem gwałcących prawa człowieka, 

background image

zwłaszcza konfidentów i pederastów, Aleksander Kwaśniewski jednym susem stanie w 
pierwszym szeregu Ruchu Obrony Praw Człowieka. 

 

Według informacji gazety, akces do ruchu gotów jest zgłosić zarówno „drogi Bronisław”, czyli 
Bronisław Geremek, jak i Tadeusz Mazowiecki, który w niepojętym przypływie szczerości 
zdradził nawet, że nie tyle idzie o „prawa człowieków”, co o „obronę III Rzeczypospolitej”. 
„Tak wylazła z archanioła stara świnia reakcyjna” – przewidział poeta. 

 

W nowej organizacji Aleksandra Kwaśniewskiego będzie nadzorował z jednej strony dr 
Andrzej Olechowski, a z drugiej – „l`homme d`affaires” Paweł Piskorski. Zjazd założycielski 
Ruchu ma odbyć się już w maju, co wydaje się całkiem słuszne, bo jeśli wszystko ma być 
gotowe przed 2009 rokiem, to nowa partia musi podjąć próbę wysadzenia rządu w powietrze 
najpóźniej na jesieni. 

 

Ciekawe, w którym miejscu uderzy, gdzie wytypuje najsłabsze ogniwo – czy w panu 
Andrzeju, kolekcjonującym ruskie doktoraty, niczym Winnetou skalpy bladych twarzy, czy w 
jakimś innym miejscu. W każdym razie nie tylko wiosna, ale i lato zapowiada się gorące. 

 

 

 Stanisław Michalkiewicz 

  

www.michalkiewicz.pl

  

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

background image

Jak klown na arenie 

 

Komentarz  ·  tygodnik „Nasza Polska”  ·  17 kwietnia 2007  |  www.michalkiewicz.pl 

 

 

 

W koszmarnych czasach komuny, kiedy to jeszcze nikt nie podejrzewał, że Krzysztof Teodor 
Toeplitz mógł być tajnym współpracownikiem Służby Bezpieczeństwa, napisał on z 
przekąsem, że gdyby inteligencja robiła rewolucję, to zamiast np. hasła: „chcemy chleba!” 
pisałaby na transparentach „poproszę pieczywko!”. 

 

Najwyraźniej od czasów rewolucji październikowej poziom inteligencji znacznie się 
podwyższył, bo dzisiaj można odnieść wrażenie, że władza nie wyrasta „z lufy karabinu” – jak 
twierdził Mao Tse Tung, ani nawet z lufy „towarzysza mauzera” – jak pisał Włodzimierz 
Majakowski. Z czego zatem wyrasta? Wygląda na to, że z prawniczych krętactw. 

 

„Ci nigdy nie oszaleją” – pisał poeta o adwokatach. – „Świat się będzie już walił, wąż ognia 
równik oplecie i kontynenty zapali, a oni, ironiści, mędrkowie wykrętów chytrych, wyciągną z 
teczki paragraf i rozprostują na wytrych. I jak klown na arenie otworzą drzwi tekturowe, 
przejdą na drugą stronę i dumnie podniosą głowę. Voila!”. 

 

Ha! Być może w jakichś spokojnych czasach, ale czy dzisiaj czasy są spokojne? Oto na 
Ukrainie prezydent Juszczenko rozwiązał parlament, który jednak niezupełnie czuje się 
rozwiązany, w związku z czym premier Janukowycz składa skargę do Sądu Konstytucyjnego. 
Czy to aby nie za duży wiatr na wełnę sędziów konstytucyjnego sądu? 

 

Najwyraźniej obawia się on wejść między ostrza potężnych szermierzy, bo czuję przez skórę, 
że cokolwiek zrobi, to będzie źle. Stąd też odkłada podjęcie decyzji; kiedy piszę ten felieton 
właśnie odłożył do 17 kwietnia. Czyżby 17 miało się stać coś, co oddali od konstytucyjnego 
sądu ten kielich goryczy? A jeśli się nie stanie? Ach, to sąd pewnie znowu pod jakimś 
pretekstem odroczy w nadziei, że wypadki same rozstrzygną kto praw, a kto nie praw. 

 

„Kto winowat iz nich, kto praw – sudit` nie nam” – pisał Kryłow w sławnej bajce o 
szczupaku, raku i łabędziu. Czyż nie tak myślą sobie po cichu sędziowie? No tak, ale Unia 

background image

Europejska zakazała „stosowania siły”, a w tej sytuacji albo sąd, albo jakieś „mediacje”, z 
którymi podobno wybiera się na Ukrainę Aleksander Kwaśniewski. 

 

Kiedy tak na Ukrainie sąd konstytucyjny przeżywa istne katiusze, razwiedka uznała, że 
przyszedł czas rozliczenia. Bo – jak powiada Eklezjasta – jest czas siania i czas zbierania, a 
zatem – także czas inwestowania i czas rozliczania inwestycji. Razwiedka, zaniepokojona 
odkryciami sejmowych komisji śledczych postawiła na Platformę Obywatelską stawiając do 
jej dyspozycji i dyspozycyjne media z plejadą dziennikarskich gwiazd i Salon, z gromadą 
pożytecznych idiotów i pewnie inne sekretne aktywa, których możemy się tylko domyślać, w 
nadziei, ze rząd utworzony przez tę partię położy kres wszystkim bezeceństwom i znowu 
będzie bezpiecznie. 

 

Atoli wypadki potoczyły się inaczej i Wojskowe Służby Informacyjne nie dość, że zostały 
rozwiązane, ale wiele wskazuje na to, że zostały rozwiązane  n a p r a w d ę  – i teraz 
właśnie cały układ jest rozmontowywany. Tego, ma się rozumieć, nikt nie planował, bo 
wprawdzie po odkryciach sejmowych komisji trzeba było przeprowadzić likwidację WSI, ale 
przecież nie naprawdę, tylko na niby, tzn. metodą przepoczwarzenia: „bo to jest wielka 
prawda stara: z poczwarki, miast motyla, nędzna wykluje się poczwara”. 

 

Tymczasem Platforma, zamiast działać, zajmowała się albo mechaniczną negacją 
Kaczyńskich (jak oni białe, to Platforma – czarne; jak oni czarne, to Platforma – białe), albo 
jakimiś idiotycznymi przepychankami z Janem Rokitą o „program”. Jaki tam „program”, kiedy 
tu nienawistny Macierewicz łamie i wyskrobuje najtajniejsze pieczęcie, od czego coraz więcej 
ludzi zaczyna cierpieć na hercklekoty, budzi się po nocach w kałuży własnego potu i oczekuje 
najgorszego w postaci SMS-a „uciekaj, wszystko wykryte!”. 

 

Doszło ponoć już do tego, że sam Peter Vogel w Szwajcarii zaczął się zastanawiać nad 
współpracą, a może nawet już „współpracować” z prokuratorami, no i zaraz Aleksander 
Kwaśniewski zaczął słyszeć „głosy” i w ogóle. Krótko mówiąc – periculum in mora, zatem – 
nadszedł czas rozliczania. 

 

Toteż w łonie Platformy Obywatelskiej spłodzony został antyraport do raportu Komisji 
Weryfikacyjnej, którego centralnym punktem jest oskarżenie prezydenta Kaczyńskiego że 
„złamał prawo”. WSI ma się rozumieć, „trzeba było” rozwiązać, ale oczywiście „nie tak”, tylko 
„całkiem inaczej”. 

 

background image

To jasne, tośmy wiedzieli od samego początku. Ale to „złamane prawo”! Uuuu, to bardzo 
poważny zarzut; kto by pomyślał, że sam prezydent zrobi coś takiego, przecież nie ma nic 
gorszego niż „złamane prawo”. 

 

Nie ma rady, tylko trzeba będzie postawić go przed Trybunałem Stanu. Kiedy już prezydent 
stanie przez Trybunałem, to koalicja natychmiast się rozpadnie, no a wtedy razwiedka 
postawi swoje aktywa albo na „inną partię”, albo znowu na Platformę, tym razem nie mącąc 
obywatelom w głowach żadną koalicją z PiS-em, tylko od razu biorąc Platformę pod kuratelę 
towarzyszy z SLD. 

 

Tak sobie to musieli wykompinować i wszystko oczywiście trzyma się kupy, za wyjątkiem... 
Trybunału Stanu. Czy przeprowadzenie tego zamachu stanu, to aby nie za duży wiatr na jego 
wełnę? Wszystko mają załatwiać prawnicy? A kabewiaki co? – Już wszyscy na rencie? 

 

 

 Stanisław Michalkiewicz 

  

www.michalkiewicz.pl

  

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

background image

Odchodzimy od okrągłego stołu? 

 

Komentarz  ·  „Dziennik Polski” (Kraków)  ·  18 kwietnia 2007  |  www.michalkiewicz.pl 

 

 

 

17 kwietnia br. pion śledczy IPN w Katowicach skierował do sądu akt oskarżenia przeciwko 
generałom: Wojciechowi Jaruzelskiemu i Czesławowi Kiszczakowi oraz byłemu I sekretarzowi 
KC PZPR Stanisławowi Kani. 

 

Wraz z kilkoma innymi osobami oskarżeni zostali o kierowanie związkiem przestępczym o 
charakterze zbrojnym, tzn. Wojskową Radą Ocalenia Narodowego, która dopuszczała się 
różnych przestępstw, miedzy innymi – podżegania członków Rady Państwa do złamania 
konstytucji i stworzenia pozorów legalności dla różnych bezprawnych działań poprzez 
zatwierdzenie dekretu o wprowadzeniu stanu wojennego. 

 

Czyny te zostały uznane za zbrodnię komunistyczną. Zgodnie z ustawą o IPN, niektóre 
zbrodnie komunistyczne w ogóle nie ulegają przedawnieniu, karalność innych ustaje albo po 
40 (zabójstwa), albo po 30 latach. W tej sytuacji Sąd Rejonowy dla Warszawy Śródmieścia 
może zdąży z wyrokiem przed upływem przedawnienia – o ile oczywiście wcześniej sprawa 
nie zostanie umorzona z innych powodów. 

 

Wniesienie oskarżenia przeciwko generałom; Jaruzelskiemu i Kiszczakowi oznacza, że 
przestały obowiązywać gwarancje udzielone „w imieniu społeczeństwa” przy okrągłym stole 
„stronie rządowej” przez „lewicę laicką”. 

 

W tej sytuacji Aleksander Kwaśniewski będzie miał dodatkowy powód, by „powrócić do 
polityki” w charakterze przywódcy ruchu obrony praw człowieka z udziałem „drogiego 
Bronisława” i Tadeusza Mazowieckiego, którzy „w imieniu społeczeństwa” tamtych gwarancji 
udzielali, Andrzej Olechowski, b. agent „wywiadu gospodarczego” będzie miał dodatkowy 
powód pomstowania na „zbrodniczy reżim IV Rzeczypospolitej”, a postępowe europejsy – 
powód do oskarżania „narodowo-katolicko-bolszewicko-faszystowskiej” Polski o łamanie praw 
człowieków. 

 Stanisław Michalkiewicz 

  

www.michalkiewicz.pl

 

background image

Konfidenci przechodzą do gestapo? 

 

Komentarz  ·  tygodnik „Goniec” (Toronto)  ·  18 kwietnia 2007  |  www.michalkiewicz.pl 

 

 

 

Dla konfidentów nastał wyścig z czasem. Inspirowany „godnościom osobistom” protest 
przeciwko ustawie oraz zapowiedź jej bojkotu, wytraciły początkowy rozpęd, gdy okazało się, 
że obydwaj jego inicjatorzy z Uniwersytetu Gdańskiego mogą być podejrzewani o interes 
osobisty. 

 

Dziekan wydziału Filologiczno-Historycznego, prof. Józef Włodarski już się przyznał, że „w 
latach 70-tych” był „osobowym źródłem informacji” SB, chociaż, ma się rozumieć, „nikogo 
nie skrzywdził”, natomiast rektor, prof. Ceynowa, jeszcze znajduje się na etapie 
zaprzeczania. 

 

Na domiar złego, wniosek Sojuszu Lewicy Demokratycznej, by Trybunał Konstytucyjny 
„zawiesił” wykonywanie ustawy lustracyjnej do czasu rozpatrzenia jej zgodności z 
konstytucją, został przez Trybunał odrzucony. Przy okazji wyszło na jaw, że TK nawet 
jeszcze nie wyznaczył terminu posiedzenia w tej sprawie. 

 

Co tu dużo mówić – z punktu widzenia konfidentów dobrze to nie wygląda, zwłaszcza, że 
odmowa złożenia oświadczenia pociąga za sobą skutki w postaci utraty zajmowanej funkcji 
publicznej, na co nie wszyscy piastuni godności osobistej są psychicznie przygotowani. Stąd 
nerwy i donosy nie tylko do „międzynarodowej prasy”, że Polska dostała się w szpony 
„narodowych bolszewików”, ale i do Unii Europejskiej, która, jak się okazało, ma w Wiedniu 
swoje gestapo. 

 

Opierając się na donosach spanikowanych konfidentów, no i – jak przypuszczam – 
bezcennych wskazówkach „drogiego Bronisława”, w takich razach niezastąpionego, 
Eurosojuz przygotował podobnież „miażdżący” raport na temat przestrzegania praw 
człowieków w Polsce, szczególnie człowieków dwóch kategorii: konfidentów i pederastów. 
Ten raport stanie się punktem wyjścia do nowego otarcia politycznego, jakie projektują dla 
nadwiślańskich Irokezów obydwaj strategiczni partnerzy. 

 

background image

Dziennik „Dziennik” twierdzi, że Aleksander Kwaśniewski ma stanąć na czele Ruchu Obrony 
Praw Człowieka, w którym znajdzie się zarówno „drogi Bronisław”, jak i l`homme d`affaires 
Paweł Piskorski, nie mówiąc już o Andrzeju Olechowskim, bez którego żadne ruchy nie są do 
pomyślenia. Odcinek katolicki ma zabezpieczać Tadeusz Mazowiecki, w związku z czy 
nietrudno przewidzieć, że hasłem nowego Ruchu może być: „faryzeusze wszystkich stanów – 
łączcie się!”. 

 

Aleksander Kwaśniewski oczywiście zaprzecza, ale kto by tam jego opinie traktował 
poważnie, skoro jużeśmy się przyzwyczaili, ze nigdy nie wiadomo, kiedy mówi on serio, a 
kiedy nie? Znacznie ważniejsze są deklaracje „drogiego Bronisława”, który „nie wyklucza” 
akcesu do tego Ruchu, no a przede wszystkim – pokajanije, jakie w obecności oficerów 
frontu ideologicznego, Morozowskiego i Sekielskiego złożył na ręce Aleksandra 
Kwaśniewskiego Józef Oleksy. 

 

Najwyraźniej strategiczni partnerzy bardziej upodobali sobie w Kwaśniewskim, więc dla 
Oleksego nadszedł czas samokrytyki i obłapiania za nogi. „Ach, jest czas obłapiania – 
powiada Eklezjasta”. Tadeusz Mazowiecki utrzymuje, że Ruch nie tyle ma bronić „praw 
człowieków”, co „dorobku III Rzeczypospolitej”. To by tłumaczyło aktywne włączenie się 
Judejczyków do tworzenia wokół Polski atmosfery potępienia. 

 

Żydowska gazeta dla Amerykanów, czyli „Boston Globe” straszliwie Polskę strofuje, podczas 
gdy inna żydowska gazeta dla Amerykanów wychwala pod niebiosy Leszka Balcerowicza. 
Ano, kiedy przypomnimy, że żydowscy finansiści dzięki Leszkowi Balcerowiczowi tylko w roku 
1990 wyssali z Polski co najmniej 17 miliardów dolarów, to lepiej rozumiemy sformułowanie 
o obronie dorobku III Rzeczypospolitej. 

 

A akurat teraz jest to potrzebne, bo wznowić ma działalność sejmowa komisja śledcza, tzw. 
„bankowa” Leszek Balcerowicz poprzednio uchylił się od składania zeznań, zasłaniając się 
nietykalnością, przysługującą rzekomo prezesowi NBP, co usłużny Trybunał Konstytucyjny w 
podskokach mu potwierdził, no ale teraz prezesem NBP już nie jest i stąd ten klangor w 
„prasie międzynarodowej”. 

 

Niezależnie od tego Platforma Obywatelska zapowiedziała zaskarżenie uchwały powołującej 
tę komisję śledczą. Najwyraźniej i do Donalda Tuska dotarło, że jeśli Kwaśniewskiemu uda 
się stworzyć zapowiadany Ruch, to na Platformę Obywatelską przyjdzie kryska, a on sam 
będzie musiał rozejrzeć się za jakąś posadą, bynajmniej nie prezydenta. Toteż uwija się jak 
w ukropie; onegdaj PO opublikowała „antyraport” do raportu Komisji Weryfikacyjnej, która 
rozwiązywała WSI, że to wszystko „nieprawda” i w dodatku „szkodzi państwu”. 

background image

 

No naturalnie, jakże by inaczej; takie zarzuty słyszeliśmy również w czerwcu 1992 roku, 
kiedy to znienawidzony Macierewicz dostarczył do Sejmu listę konfidentów ulokowanych w 
najwyższych władzach państwa. Najwidoczniej to oni stanowią najcenniejszą wartość III 
Rzeczypospolitej, jeśli za miarę takiej wartości uznać ilość energii włożonej w ich ochronę. 

 

 

 Stanisław Michalkiewicz 

  

www.michalkiewicz.pl

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

background image

Cykl   Moje trzy grosze 

 

Między nami, bolszewikami 

 

Komentarz  ·  tygodnik „Gazeta Polska”  ·  19 kwietnia 2007  |  www.michalkiewicz.pl 

 

 

 

No i patrzcie Państwo, co to się narobilo! Jeszcze nie przyszliśmy do siebie po świątecznej 
nirwanie, a tu kolejna afera, tym razem nie w skali jednego szpitala, a nawet – „całej polskiej 
transplantologii”, tylko, jak to się mówi w żargonie prokuratorskim – „rozwojowa” z 
perspektywą na cały umęczony kraj. 

 

Okazało się mianowicie, że w Radomiu doktorzy weszli w porozumienie z firmami 
farmaceutycznymi; one fundowały im wakacje pod pretekstem szkoleń, a w zamian za to 
wdzięczni doktorzy zapisywali pacjentom leki produkowane przez te firmy. 

 

Starsi ludzie pamiętają, że podobne afery gospodarcze bywały i za komuny. Do historii 
przeszła taka dajmy na to, afera fryzjerska. Fryzjerzy mianowicie skupowali agrest, golili, a 
potem rzucali na rynek, jako winogrona. 

 

Wykrycie tej afery niewątpliwie wzbogaci medycynę, nie mówiąc już o jurysprudencji, która 
skorzysta zarówno pod kątem doktryny, jak i orzecznictwa. Wprawdzie pan minister Piecha, 
molestowany w TVN przez posłankę Platformy Obywatelskiej wyjaśniał, że jurysprudencja już 
zawczasu zadbała o formalne rozróżnienie między dozwolonymi szkoleniami dla doktorów i 
niedozwolonymi wakacjami sponsorowanymi, ale posłance ciągle było za mało, niczym 
sławnej pani Anecie od Ustalenia Ojcostwa. 

 

W takiej sytuacji tylko patrzeć, jak jurysprudencja opracuje ustawę jeszcze bardziej 
szczegółową, w której prawo określi, o jakich porach dnia i którędy doktorzy mają chadzać 
za potrzebą i jakie leki zapisywać swoim pacjentom. 

 

W ogóle najrozsądniej byłoby, gdyby leczeniem zajęli się prawnicy, którzy najwyraźniej 
wszystko wiedzą najlepiej, albo chociaż posłowie, którzy dla odmiany nic nie wiedzą, ale 

background image

właśnie dzięki temu najwyżej mogą się pomylić, ale nigdy – popełnić przestępstwo. Pacjenci 
od razu poczuliby się dopieszczeni i bezpieczni, a przecież o to właśnie chodzi. Gdybym to ja 
był Panem Bogiem, to tak właśnie bym to urządził, ale gdzie tam marzyć o tem – mawiał 
niezapomniany Ignacy Rzecki. 

 

W ogóle warto zwrócić uwagę, jak wielką rolę w naszym życiu odgrywa jurysprudencja. 
Wyznacza ona również standardy moralne. Weźmy dla przykładu koszmarne czasy Hilarego 
Minca, jednego z trójcy Żydów, którym Stalin powierzył zadanie przerobienia nas na ludzi 
sowieckich. 

 

Ta trójca dobrała sobie współpracowników zarówno spośród Żydów niżej usytuowanych w 
komunistycznej hierarchii, jak i tubylczych Towarzyszy Szmaciaków, o których Janusz 
Szpotański napisał, że „kiedy zwycięskie toczą boje ze straszną reakcyjną hydrą, to chcą mieć 
pewność, że na zawsze zdobędą to, co hydrze wydrą”. 

 

Zdaje się, że Szpotański był znacznie bliższy prawdy, niż kompradorscy profesorowie 
socjologii, którzy nawet jeszcze dzisiaj, po konfesatach Józefa Oleksego, przypisują 
Szmaciakom inspiracje ideowe. „Takiście panie ucony, jaze głupi” – powiedział raz baca 
pewnemu inteligentowi. Więc Hilary Minc słusznie zauważył, że nikogo nie da się wytresować 
na człowieka sowieckiego, jeśli będzie miał stały kontakt z jakimś elementem rzeczywistości 
burżuazyjnej. 

 

A co jest esencją rzeczywistości burżuazyjnej, jeśli nie burżuazyjne pieniądze? Toteż 
ówczesna jurysprudencja uchwaliła surowe prawa, według których posiadanie złota, albo 
obcych walut było straszliwą zbrodnią. Kiedy tylko UB dowiedział się, że ktoś takie rzeczy 
posiada, póty trzymało go w lochu, aż powiedział, gdzie schował. 

 

Potem albo go zabijano, bo po co pozostawiać pełnego goryczy świadka, albo dawano taki 
pater noster, że delikwent zadowolony był, że wyszedł z opresji żywy i niczego więcej już nie 
pragnął. „Wszystko mu także się odbierze, by mógł własnością gardzić szczerze” – 
zapowiadał Szpotański. 

 

Ciekawe, że taki np. prof. Jan Winiecki pisze na Polskę donosy do brytyjskiej prasy, że rządzą 
tu „narodowi bolszewicy”, angażując się w ten sposób w kampanię propagandową Platformy 
Obywatelskiej, której przedstawicielka pani Elżbieta Radziszewska, w sławnym „gabinecie 
cieni” uchodząca za specjalistkę ochrony zdrowia, jak przyszło co do czego, stanęła na 
nieubłaganym gruncie „bezpłatnej” i „państwowej służby zdrowia” – zupełnie tak samo, jak 
entuzjaści „społeczeństwa solidarnego”. Najwyraźniej bolszewizm Platformy Obywatelskiej 

background image

panu profesorowi nie przeszkadza, a w każdym razie przeszkadza mniej. Może nie o 
„bolszewizm” tu chodzi, tylko o lustrację? 

 

Zresztą mniejsza o to, bo znacznie ciekawsze jest, jak daleko w eurosojuzowym 
społeczeństwie może sięgnąć ingerencja przepisów prawnych i – co za tym idzie – 
jurysprudencji. Tylko patrzeć, np. jak prokuratura i sądy zaczną ścigać tzw. „homofobię”, a 
więc całkowicie zrozumiały odruch obrzydzenia na widok ostentacyjnej pederastii. 

 

Już teraz w niektórych krajach Eurokołchozu władze mają prawo dociekać, co też klient 
opieki społecznej jada na śniadanie – czy aby nie za drogo. Za Stalina tego nie było; może 
dlatego, że wiedział, iż nawet stachanowska pajka nikogo nie utuczy. No dobrze, ale w takim 
razie gdzie jest większy bolszewismus – w Rosji, czy Eurosojuzie? 

 

Że też pan prof. Winiecki z donosem na Polskę wybrał się akurat do prasy brytyjskiej! 
Przecież tam „służba zdrowia” jest też państwowa”, jak to u bolszewików – i tak samo, jak u 
nas „nie można tego zmienić”! 

 

 

 Stanisław Michalkiewicz 

  

www.michalkiewicz.pl

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

background image

Cykl   Myśląc Ojczyzna 

 

Intencje i skutki 

 

Komentarz  ·  Radio Maryja  ·  19 kwietnia 2007  |  www.michalkiewicz.pl 

 

 

 

Szanowni Państwo! Starożytni Rzymianie, którzy każdą myśl potrafili sformułować w postaci 
pełnej mądrości sentencji mawiali: „quidquid agis prudentem agas et respice finem” – co się 
wykłada, że cokolwiek czynisz, czyń rozsądnie i patrz końca. 

 

Łatwo powiedzieć: „czyń rozsądnie”. Rozsądnie – to znaczy konkretnie jak? Pewnej 
wskazówki dostarcza samo słowo: „rozsądnie”. Wynika z niego, że oznacza ono, a w każdym 
razie powinno oznaczać umiejętność rozsądzania, to znaczy – wyważania intencji, ale i 
skutków własnych działań. 

 

Między intencjami i skutkami muszą być zachowane właściwe proporcje. No dobrze, ale kiedy 
są właściwe? Tego z góry nigdy nie możemy wiedzieć, bo rzecz w tym, by skutki były albo 
identyczne z intencjami, albo przynajmniej – żeby zbytnio od nich nie odbiegały. W 
przeciwnym razie mamy do czynienia z katastrofą. 

 

Ileż to razy słyszeliśmy, że ktoś „dobrze chciał”, ale wyszło – jak zawsze? Nieomylny to znak, 
że w przypadku takich działań mieliśmy do czynienia z przesadnym zwracaniem uwagi na 
intencje, a mniejszym – na skutki. Przykładanie nadmiernej wagi do intencji bez zwracania 
uwagi na skutki dowodzi lekceważenia związku przyczynowego. 

 

Tymczasem Pan Bóg właśnie po to stworzył związek przyczynowy, żebyśmy mogli posługiwać 
się rozsądkiem, a nawet więcej – w ogóle rozumem. Wyobraźmy sobie, że nie byłoby 
związku przyczynowego. Życie w takich warunkach, o ile w ogóle byłoby możliwe, stałoby się 
koszmarem, a my nie moglibyśmy niczego wiedzieć o świecie poza tym, że jest 
nieprzewidywalny. 

 

background image

Dotyczy to zwłaszcza działań politycznych. W polityce – owszem – liczą się intencje, ale 
przede wszystkim liczy się skutek. Widać to choćby po większości naszych powstań. 
Wprawdzie za każdym razem towarzyszyły im szlachetne intencje, ale co z tego, kiedy za 
każdym razem ich klęska przynosiła ze sobą wszystkie skutki przegranej wojny, w postaci 
dziesiątkowania przywódczej warstwy narodu, osłabiania jego ekonomicznej siły poprzez 
rabunki i kontrybucje, no i pomniejszania jego znaczenia pośród innych narodów. Właśnie 
dlatego na polityku spoczywa znacznie większa odpowiedzialność za skutki, niż za intencje, 
bo te skutki obciążają miliony ludzi i określają sytuację narodu i państwa niekiedy na całe 
stulecia. 

 

Tak się składa, że akurat mamy okazję obserwowania takiego eksperymentu w czasie 
rzeczywistym. 13 kwietnia część posłów podjęła w Sejmie próbę zmiany konstytucji – a 
konkretnie art. 38 – poprzez dodanie doń słów: „od momentu poczęcia”. 

 

Gdyby ta poprawka została przyjęta, wówczas w konstytucji Polski, a więc jednego z państw 
wchodzących w skład Wspólnot Europejskich, znalazłaby się norma expressis verbis 
stwierdzająca, iż od momentu poczęcia mamy do czynienia z człowiekiem. Tymczasem cała 
ideologia politycznej poprawności, jaka obowiązuje dzisiaj w Europie, ufundowana jest na 
semantycznej sztuczce, ze przed urodzeniem mamy do czynienia z „płodem”, któremu nie 
przysługują prawa ludzkie. 

 

Próbie zmiany konstytucji towarzyszyły różnorakie intencje – i szlachetne i cyniczne, 
podobnie zresztą, jak próbie zablokowania tej zmiany, która w końcu się udała. W tej 
sytuacji Marszałek Sejmu Marek Jurek nie tylko złożył dymisję ze swego urzędu, ale również 
wystąpił z Prawa i Sprawiedliwości. 

 

I w tym momencie stało się coś nieoczekiwanego. Wszyscy ci, którzy jeszcze wczoraj 
utopiliby Marszałka Sejmu w łyżce wody, natychmiast zaczęli pod niebiosa wychwalać jego 
siłę charakteru i nieposzlakowana uczciwość. Ja też jestem przekonany i o jednym, i o 
drugim, niemniej jednak taka fala pochwał ze strony moich wrogów natychmiast by mnie 
zaniepokoiła. 

 

Bo kiedy wróg na mój widok pieni się w wściekłości, kiedy wyzywa mnie od najgorszych – 
wtedy jestem zadowolony, bo widzę, że wrogowi szkodzę, skoro mnie zwalcza. Kiedy zaś 
wróg zaczyna mnie chwalić, muszę się zastanowić, co złego robię, w jaki sposób mimowolnie 
działam na korzyść wroga. 

 

background image

W naszym przypadku nietrudno się domyślić, o co chodzi. Dymisja Marszałka Sejmu obudziła 
nadzieję, zarówno w konfidentach, drżących z obawy przed zdemaskowaniem, jak i w 
aferzystach, obawiających się wykrycia i rozliczenia ich złodziejstw, a także – w 
przeciwnikach politycznych, a właściwie – co tu ukrywać – nie tylko politycznych 
przeciwnikach, co wrogach naszego narodu, którzy pasożytowali na nim przez całe 
dziesięciolecia – że oto wkrótce przestaną się bać zdemaskowania, przestaną się bać 
rozliczenia i powrócą do pasożytowania na narodzie – jak za dawnych czasów dobrego fartu. 
Bo dymisja Marszałka Sejmu obudziła nadzieję na rozpad koalicji i nowe wybory, do których 
szykują się już „obrońcy dorobku III Rzeczypospolitej” – z Aleksandrem Kwaśniewskim, 
„drogim Bronisławem” i Tadeuszem Mazowieckim. 

 

Szczerze powiem, że wiele posunięć prezydenta Kaczyńskiego uważam za całkowicie 
chybione, a co gorsza – jego Kancelaria najwyraźniej nie dorasta do zadań, które chciałaby w 
polskiej polityce pełnić. Również dywersja z jego strony przy próbie nowelizacji konstytucji, 
która, nawiasem mówiąc, przesądziła o klęsce tej inicjatywy, była zarówno co do intencji, jak 
i skutków fatalna. Co do intencji również – bo odnoszę wrażenie, ze pan prezydent za 
wszelką cenę chciał uniknąć sytuacji utrudniającej mu przyjęcie „w imieniu Polski” konstytucji 
Unii Europejskiej. Pora zatem pożegnać się ze złudzeniami. 

 

Ale jaka jest alternatywa? Alternatywą jest powrót Aleksandra Kwaśniewskiego na czele 
swego dworu i armii konfidentów, agentów wpływu państwa obcych, wszelkiego rodzaju 
aferzystów, słowem – w orszaku wszelkich patologii, jakie dały nam się we znaki w III 
Rzeczypospolitej. Całe to towarzystwo będzie starało się nie tylko odegrać za przeżywane 
obecnie pięć minut strachu, ale też zabezpieczyć się przed podobnymi niespodziankami na 
przyszłość. A to oznacza dla nas wszystkich niewole i kajdany. 

 

Dlatego też, wzorując się na starożytnych Rzymianach, którzy każdą myśl potrafili wyrazić w 
postaci pełnej mądrości sentencji, powinniśmy dzisiaj przypominac właśnie tę: quidquid agis 
prudentem agas et respice finem – cokolwiek czynisz, czyń rozsądnie i patrz końca. I patrz 
końca. I patrz końca... 

Szczęść Boże! Mówił Stanisław Michalkiewicz. 

 Stanisław Michalkiewicz 

  

www.michalkiewicz.pl

 

Stały komentarz Stanisława Michalkiewicza z cyklu „Myśląc Ojczyzna” jest emitowany w 
Radiu Maryja w każdą środę o godz. 20.50 i powtarzany w czwartek. 

 

 

Tu znajdziesz komentarze w plikach mp3 – do wysłuchania lub ściągnięcia.

 

background image

 

Męczeństwo red. Kolendy-Zaleskiej 

 

Komentarz  ·  tygodnik „Najwyższy Czas!”  ·  20 kwietnia 2007  |  www.michalkiewicz.pl 

 

 

 

Bodajże Chesterton zauważył, że jeśli człowiek przestaje wierzyć w Boga, to zaczyna wierzyć 
we wszystko, zwłaszcza w zabobony. 

 

No ale jak tu nie wierzyć w zabobony, na przykład – że piątek 13-go przynosi pecha, kiedy 
widzieliśmy to na własne oczy? Zresztą co tam „my” – nadwiślańscy Irokezi, kiedy widział to 
również „cały świat cywilizowany”? Telewizje „całego świata cywilizowanego” pokazały, jak 
narodowo-katolicko-bolszewicko-faszystowski reżym Kaczyńskich tratuje panią red. Katarzynę 
Kolendę-Zaleską. 

 

Wprawdzie pani Kolenda-Zaleska nie jest czarnoskórą lesbijką chorą na AIDS, niemniej 
jednak jest kobietą i w jej osobie nienawistny reżym Kaczyńskich stratował kobiecość. Już 
tam Gestapo Unii Europejskiej z centralą w Wiedniu na pewno dołączy opis tego pożałowania 
godnego incydentu do miażdżącego raportu na temat przestrzegania praw człowieków w 
Polsce. 

 

Ma on być impulsem dla Ruchu Obrony Praw Człowieka, na którego czele miał stanąć 
Aleksander Kwaśniewski w towarzystwie „drogiego Bronisława”, Pawła Piskorskiego i 
Tadeusza Mazowieckiego. Oczywiście prawa człowieków, to tylko pozór, bo jak w niepojętym 
przypływie szczerości zdradził Tadeusz Mazowiecki, prawdziwym celem tego przedsięwzięcia 
ma być „obrona zdobyczy III Rzeczypospolitej”. 

 

Tego, ma się rozumieć, nie trzeba głośno mówić, natomiast głośno mówić trzeba o obronie 
praw człowieków, zwłaszcza, gdy przyciśnięty przez Szwajcarów finansista Peter Vogel vel 
Piotr Filipczyński, ułaskawiony przez prezydenta Kwaśniewskiego morderca starszej pani, 
zacznie wyskrobywać święte pieczęcie kasowych tajemnic byłej prezydenckiej pary i całego 
dworu. 

 

background image

Wtedy nie będzie innej drogi, jak ucieczka do przodu, objęcie przewodnictwa Ruchu Obrony 
Praw Człowieków, dzięki czemu każde oskarżenie można będzie zbagatelizować, jako 
„polityczne”. 

 

Wymaga to oczywiście pewnej odwagi, której Kwaśniewski nigdy za dużo nie miał, ale jak 
Putin z niemiecką kanclerzową wyślą mu depeszę, że właśnie jego upodobali sobie na 
polskiego króla, to nie będzie miał innego wyjścia, jak wrócić do polityki i „w imieniu Polski” 
zrzec się państwowej suwerenności na rzecz Unii Europejskiej – jak zapisano w Deklaracji 
Berlińskiej. 

 

Warto przypomnieć, że wszystko to jeszcze przed wojną przewidział Gałczyński pisząc 
ostrzegawczy wiersz, jak to „sanacja morduje papugi”. Tymczasem premier Kaczyński 
początkowo zupełnie to zlekceważył, zwracając red. Kolendzie-Zaleskiej uwagę, że „zgubiła 
pani but”, jakby but był ważniejszy od stratowanej kobiecości. 

 

Inna rzecz, że podobnie bywało i z Napoleonem: „przez całą noc pił wino; ach, nie dziś 
Józefino... Na ranem przeprosił i – jak fama głosi – bardzo z tego zasłynął”. Toteż i premier, 
kiedy zameldowano mu, co wyprawia „międzynarodowa prasa”, zaraz panią Kolendę-Zaleską 
przeprosił za męczeństwo, jakiego doznała ze strony straszliwego reżymu. 

 

Czasy niby mamy spokojne, ale to pewnie tylko pozór, bo męczenników przybywa w postępie 
niemal geometrycznym. Konflikt sumienia przeżywają nie tylko przedstawiciele 
duchowieństwa i gwiazdy dziennikarstwa, ale i luminarze nauki; przyznać się, czy iść w 
zaparte – zwłaszcza w sytuacji, gdy Trybunał Konstytucyjny nie przychylił się do wniosku 
SLD, by „zawiesić” ustawę lustracyjną, ale nawet nie wyznaczył jeszcze terminu rozprawy. 

 

Sytuację próbuje ratować JE bp Pieronek, by „uczelni katolickich” na mocy konkordatu 
„niezależnych”, obowiązek składania oświadczeń nie dotyczył. Oczywiście i on jest „za 
lustracją”, jakże by inaczej, tylko - żeby Kościół przeprowadził ją „we własnym zakresie”. 

 

J.Em. Stanisław kardynał Dziwisz w przewodnią niedzielę w Łagiewnikach wyjaśnił, że to ma 
być „w duchu miłosierdzia”, tzn. przebaczenia. Sęk w tym, że chyba niemożliwe, bo jakże tu 
„przebaczać”, skoro nie ma winnych? Co „przebaczać”, skoro nikt „nie szkodził”? Wreszcie – 
co mają robić uczelnie państwowe i gwiazdy dziennikarstwa? 

 

background image

Widać gołym okiem, że wytwarza się sytuacja rewolucyjna, w sam raz dla Ruchu Obrony 
Praw Człowieków, z „preziem” Kwaśniewskim na czele. Zatem – tylko patrzeć, jak 
Eurogestapo ogłosi raport – i już można zwoływać zjazd założycielski, żeby na jesieni 
przystąpić do obalania narodowo-katolicko-bolszewicko-faszystowskiego reżymu Kaczyńskich, 
co to tratuje i morduje papugi. 

 

Wskazują na to również znaki czasu. Oto Józef Oleksy nie tylko złożył samokrytykę, nie tylko 
„przeprosił” panią Jolantę Kwaśniewską za zniewagi i zelżywości, jakich doznała na skutek 
jego wypowiedzi, ale posunął się nawet do podważenia własnej poczytalności, sugerując, iż 
podstępny Gudzowaty zadał mu jakiegoś uroku, czy może dzięgielu, który wprawił go w stan 
pomroczności jasnej. 

 

W tym to stanie plótł niczym Piekarski ma mękach, co, nawiasem mówiąc, też czyni go 
męczennikiem, obok pani red. Kolendy-Zaleskiej, no i oczywiście – Michała Listkiewicza. 
Zresztą mniejsza już o to męczeństwo, bo nieomylny to znak, że gdzieś, jucha, wywąchał, iż 
strategiczni partnerzy za swoją duszeńkę uznali jednak Kwaśniewskiego, a w tej sytuacji 
lepiej nie wchodzić mu w drogę, tylko jakoś się „pojednać”. 

 

Podobnie z panem posłem Palikotem; na konferencji prasowej w Lublinie, ni stąd ni zowąd 
oświadczył, że Platforma Obywatelska powinna stanąć w obronie „Żydów, gejów i SLD”. 

 

Merytorycznie nie ma racji, bo oto w Krakowie ONR urządził demonstrację, którą rozbijało 
kilkanaście organizacji „antyfaszystowskich” pod dowództwem krakowskiego rabina. Wygląda 
zatem na to, że to raczej ONR był w mniejszości i to jego trzeba by bronić przed 
„atyfaszystami” i rabinem. 

 

Podobnie rzecz ma się z „gejami” – nawet jeśli są gojami. A z SLD to już wolne żarty! Weźmy 
takiego pana posła Kalisza – męczeństwo najwyraźniej mu służy; daj Boże tak każdemu! 

 

Wygląda na to, że przy pomocy tej dziwacznej deklaracji poseł Palikot chciał złożyć akces do 
ruchu, na którego czele stanie Aleksander Kwaśniewski, a przypuszczenie to wzmacnia 
pominięcie konfidentów, jako kategorii, której trzeba bronić. Oni będą najtwardszym jądrem 
przyszłego ruchu, ale o tym, ma się rozumieć, nie trzeba głośno mówić. Faryzeusze 
wszystkich stanów – łączcie się! 

 

background image

Z „gejami”, jak wiadomo, nie ma żartów; często działają przez zaskoczenie, toteż Platforma 
Obywatelska zwiera również szeregi. Na konferencji prasowej Donald Tusk wystąpił razem z 
Janem Rokitą, obok Andrzeja Olechowskiego. 

 

Najwyraźniej już zauważyli ognisty napis „mane-tekel-fares”, a poseł Palikot może być 
kamieniem poruszającym lawinę. Co wtedy zrobi pan senator Niesiołowski, wzięty do 
Platformy na chłopaka do pyskowania? Nawróci się z „liberalizmu” w drodze do Canosssy? 

 

 

 Stanisław Michalkiewicz 

  

www.michalkiewicz.pl

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

background image

Anatomia „zwycięstwa kompromisu”  

 

Komentarz  ·  tygodnik „Najwyższy Czas!”  ·  20 kwietnia 2007  |  www.michalkiewicz.pl 

 

 

 

Głosowanie nad zmianą konstytucji 13 kwietnia odbyło się zgodnie z planem, a nawet – 
zgodnie z kilkoma planami. 

 

Jak wiadomo, z inicjatywą takiej zmiany wyszła Liga Polskich Rodzin. Nie było to 
niespodzianką, ponieważ LPR jeszcze w kampanii wyborczej nie ukrywała takiego zamiaru; 
zresztą był to jeden z istotnych jej postulatów programowych. 

 

Dlatego też pełne zgorszenia zaskoczenie, z jakim we wrześniu 2006 roku spotkała się 
inicjatywa LPR, by dokonać zmiany art. 38 konstytucji poprzez dodanie do niego trzech słów: 
„od momentu poczęcia”, można tłumaczyć wyjątkową demoralizacją posłów 
przyzwyczajonych do realizowania podczas kadencji programu zupełnie innego od 
głoszonego podczas kampanii wyborczych, czy zapisanego w partyjnych broszurach. 

 

Nie tylko zresztą posłów. Zaskoczeni byli też liczni biskupi Kościoła katolickiego do tego 
stopnia, że w pierwszym odruchu inicjatywę tę skrytykowali, jako naruszającą „kompromis”. 
Okazuje się, że łatwiej jest „grzmieć jak piorun na ambonie” przeciwko „cywilizacji śmierci”, a 
co innego – przeciwstawiać się jej naprawdę. 

 

Dopiero po pewnym czasie część z nich, jak np. JE abp Józef Michalik, opamiętała się, że 
postępując w ten sposób nie tylko tracą wiarygodność, ale wystawiają na pośmiewisko cały 
Kościół i jego nauczanie – i pewnie nie bez skrytego zgrzytania zębami poparła inicjatywę 
LPR. 

 

Wspominam o tym ukrytym zgrzytaniu, bo nikt, a już zwłaszcza książęta Kościoła, nie lubi 
być stawiany pod ścianą, nawet w najsłuszniejszej sprawie, a cóż dopiero, kiedy nietrudno 
było dostrzec, że LPR w swoją inicjatywę wkalkulowała cel polityczny. Ale mówi się: trudno – 
ewangeliczna pryncypialność, to nie żarty. 

 

background image

 

Do wewnątrz i na zewnątrz 

 

Cel, a właściwie cele polityczne, jakie LPR wkalkulowała w inicjatywę zmiany konstytucji, były 
przynajmniej dwa: wewnętrzny i zewnętrzny. 

 

Na ten wewnętrzny składały się dla elementy: oddziaływanie na opinię publiczną i na partie 
konkurencyjne, a właściwie – na jedną partię konkurencyjną, tzn. PiS. Wystąpienie z 
jednoznaczną inicjatywą, prowadzącą do całkowitej delegalizacji aborcji i to na mocy normy 
konstytucyjnej, obliczone było na wywarcie wrażenia na tej części opinii katolickiej, która 
ewangeliczne nakazy i naukę Kościoła traktuje serio. 

 

Wiadomo bowiem, że inna część opinii, również uważająca się i uważana za katolicką, 
traktuje serio ewangeliczne nakazy i naukę Kościoła tylko wtedy, jeśli przypadkowo są one 
do pogodzenia z wymaganiami politycznej poprawności. Na tę jednak część LPR nie liczyła, 
tylko na tę pierwszą, która jest na tyle liczna, by ugrupowaniu obdarzonemu swoją sympatią 
utorować drogę do parlamentu. 

 

Drugim elementem kalkulacji skierowanej na cel wewnętrzny było osłabienie Prawa i 
Sprawiedliwości, poprzez wywołanie w tej partii rozdźwięku na tle moralnym. Wprawdzie 
politycy Prawa i Sprawiedliwości, podobnie zresztą jak wszystkich innych partii, specjalnie 
wrażliwych sumień nie mają, bo jak wiadomo, człowiek jest jednością duszy i ciała i kiedy, 
dajmy na to, politykuje, to jego sumienie politykuje także - dlatego też jakoś wytrwali w 
jedności moralno-politycznej w roku 2003, chociaż część z nich była zdecydowanie przeciwna 
akcesji do Unii Europejskiej, a część – ze ścisłym kierownictwem na czele – zdecydowanie za. 

 

Ta sprawa jednak nie stanowiła bezpośredniego ataku na sumienia, ponieważ nawet 
Episkopat nie potrafił w tej kwestii zająć stanowiska, a niektórzy biskupi, jak np. JE abp 
Życiński, czy JE bp Pieronek twierdzili, że Anschluß jest warunkiem sine qua non pomyślnej 
ewangelizacji zlaicyzowanej Europy. 

 

Teraz jednak Episkopat, szczerze, czy nieszczerze, stanął na nieubłaganym gruncie obrony 
życia, co zwłaszcza na byłych członkach ZCh-N, których większość trafiła do PiS, musiało 
zrobić wrażenie. Na to, jak sądzę, liczył Roman Giertych, przez ścisłe kierownictwo PiS 
przeznaczony do wchłonięcia, podobnie zresztą, jak cała LPR. 

 

background image

Natomiast celem zewnętrznym, który LPR próbowała osiągnąć przy pomocy zmiany art. 38 
konstytucji, było wytworzenie przeszkody utrudniającej, a może nawet blokującej przyjęcie 
przez Polskę konstytucji Unii Europejskiej. 

 

Jak wiadomo Eurosojuz traktuje legalność aborcji jako jeden z istotnych elementów ideowej 
wspólnoty, a kontrkulturowcy, czyli nowy gatunek marksistów, nadających dziś ton unijnemu 
ustawodawstwu i instytucjom, nigdy z tego nie zrezygnują. Można być tego pewnym nie 
tylko na podstawie bezkompromisowego odrzucenia nawet najbardziej niewinnych wzmianek 
o roli chrześcijaństwa w tworzeniu europejskiej tożsamości kulturowej w sławnej preambule 
do konstytucji Eurosojuza, ale również staranne pominięcie jakichkolwiek odniesień do 
chrześcijaństwa w Deklaracji Berlińskiej, co z goryczą wytknął Benedykt XVI. 

 

Ponieważ jednym z elementów programu LPR jest sprzeciw wobec tzw. pogłębiania 
integracji, a w szczególności – wobec przyjęcia przez Polskę konstytucji UE – utworzenie z 
normy konstytucyjnej przyczółka, z którego będzie można wyprowadzić atak podczas 
ewentualnego referendum, było niezwykle z tego punktu widzenia korzystne tym bardziej, że 
taka zmiana konstytucji z pewnością ściągnęłaby na Polskę falę gwałtownej krytyki ze strony 
europejskiego lewactwa, a może nawet jakieś sankcje. 

 

Jedno i drugie mogłoby wywołać reakcję opinii publicznej w postaci przebudzenia poczucia 
godności narodowej, wskutek czego stręczycielskie wysiłki europejsów mogłyby natrafić na 
mur obojętności, a nawet wrogości. 

 

 

Fundamentalny charakter zmiany 

 

Warto bowiem zwrócić uwagę na istotę zmiany, jaką zaproponowała LPR. Sprowadzała się 
ona do uzupełnienia art. 38 konstytucji słowami: „od poczęcia”. W rezultacie art. 38 
uzyskałby brzmienie, że „Rzeczpospolita Polska zapewnia każdemu człowiekowi prawną 
ochronę życia od poczęcia” – niechby i „do naturalnej śmierci”, co z tego punktu widzenia 
jest już mniej istotne. 

 

Rzecz w tym, że w ten oto sposób w konstytucji państwa uczestniczącego we Wspólnotach 
Europejskich pojawiłaby się norma określająca expressis verbis, że od momentu poczęcia 
mamy do czynienia z człowiekiem! Tymczasem cała polityczna poprawność, będąca obecnie 
obowiązującą w UE ideologią, ufundowana jest na semantycznej sztuczce, według której 
dziecko przed urodzeniem jest „płodem”, a więc nie „człowiekiem” – dzięki czemu można 

background image

stworzyć wrażenie braku sprzeczności między legalizowaniem aborcji z jednej strony, a 
podnoszeniem tzw. „praw człowieka” – a wśród nich – tzw. „prawa wyboru” do rangi 
fundamentu systemu prawnego. 

 

Jeśli konstytucyjna norma stwierdza, że nie mamy do czynienia z żadnym „płodem”, tylko 
zwyczajnie – z człowiekiem, to forsowanie „prawa wyboru” w dotychczasowym rozumieniu 
nie wytrzymuje krytyki. O ile bowiem „płodowi”, którego osobowy charakter jest celowo 
rozmydlony, można jeszcze „prawa wyboru” odmówić, a jeśli nawet nie - to przynajmniej 
przejść nad tym do porządku – to „człowiekowi”, niechby nawet bardzo małemu, żadnego z 
„praw człowieka”, a więc i „prawa wyboru”, odmówić już nie można. 

 

Dlatego znaczenie proponowanej zmiany wykraczało i to znacznie poza obawy posła 
Ryszarda Kalisza i posłanki Joanny Senyszyn, że po jej wprowadzeniu można będzie aborcję 
zdelegalizować. Po wprowadzeniu tej zmiany aborcję trzeba by zdelegalizować w następstwie 
zrewidowania dotychczasowego poglądu na jej istotę. Tą konstytucyjną normą związane 
byłyby bowiem nie tylko sądy, ale również – Trybunał Konstytucyjny. 

 

 

Dywersja prezydenta Kaczyńskiego 

 

Zgłoszenie przez LPR inicjatywy zmiany art. 38 konstytucji zostało przyjęte z wyraźną 
niechęcią przez prezydenta Lecha Kaczyńskiego. We wrześniu 2006 roku zdecydowanie 
wypowiedział się „za utrzymaniem status quo”, a więc stanu prawnego, w którym zarówno 
dziecko nie urodzone ma status prawny „płodu”, jak również – w którym aborcja jest legalna, 
w takim albo innym zakresie. 

 

Ponieważ stanowisko to pozostawało w niejakiej sprzeczności z deklaracjami PiS składanymi 
w okresie kampanii wyborczej, jak i deklaracjami samego Lecha Kaczyńskiego, składanymi 
na etapie ubiegania się o wybór, min. Przemysław Gosiewski próbował je łagodzić 
zapowiedzią przeniesienia do konstytucji zapisów obecnej ustawy tak, by w przyszłości 
trudniej było ja zmienić komuś, kto chciałby jej postanowienia złagodzić i zakres 
dopuszczalności aborcji rozszerzyć. 

 

Był to pomysł cokolwiek kuriozalny i nikt nie potraktował go serio tym bardziej, że 8 marca 
pani Maria Kaczyńska na spotkaniu zaaranżowanym przez urzędniczkę Kancelarii Prezydenta, 
panią Juńczyk-Ziomecką, prywatnie działaczkę Stowarzyszenia „Otwarta Rzeczpospolita”, ze 

background image

specjalnie dobranym gronem kobiet, podpisała się pod apelem do parlamentarzystów, by nie 
zmieniali konstytucji. 

 

Wywołało to falę krytyki przede wszystkim ze strony środowisk skupionych wokół Radia 
Maryja, które przez małżonkę pana prezydenta poczuły się oszukane, a nawet upokorzone. 
W tej sytuacji Kancelaria Prezydenta przygotowała własny projekt zmiany konstytucji, który 
pozornie wychodził naprzeciw oczekiwaniom zwolenników ochrony życia dzieci przed 
urodzeniem. 

 

Przewidywał on utrzymanie dotychczasowego brzmienia art. 38, który w nowej wersji byłby 
potraktowany jako ustęp 1, po którym następowałyby trzy kolejne: ust. 2 stanowiłby, że 
„życie” podlega ochronie „od chwili poczęcia”, ust.3 – że „umowy międzynarodowe” nie 
mogą ustanowić mniejszej ochrony, niż przewidziana w dniu wejścia w życie „niniejszej 
konstytucji” – i ust. 4 – że władze chronią życie poprzez pomoc kobiecie ciężarnej. 

 

W tych sformułowaniach widać wyraźnie intencję uniknięcia za wszelką cenę stwierdzenia, iż 
od momentu poczęcia mamy do czynienia z człowiekiem. Tę konstatację autor nowelizacji 
próbuje zastąpić eufemizmami o „życiu”, czy „kobiecie ciężarnej”, ale takie sformułowania nie 
stanowią polemiki z fundamentem ideologii politycznej poprawności w tej kwestii, którym jest 
uznanie dziecka przed urodzeniem za nieosobowy „płód”. 

 

Wprawdzie trudno odmówić „płodowi”, że żyje, ale przecież zwierzęta też żyją, co nie 
przeszkadza w ich legalnym zabijaniu. Zasadą jest bowiem zakaz legalnego zabijania ludzi, a 
nie istot, co do których prawo ma wątpliwości, czy należy zaliczać je do rodzaju ludzkiego. 

 

 

Point de reveries! 

 

Inicjatywa prezydenta skierowana była na zablokowania możliwości przeforsowania w Sejmie 
projektu nowelizacji zgłoszonego przez LPR. 

 

Ta intencja uczynienia dywersji stała się widoczna gołym okiem w dniu głosowania, kiedy to 
część posłów PiS zwróciła się z prośbą o wycofanie tych poprawek. Przybyły specjalnie do 
gmachu Sejmu premier Jarosław Kaczyński zdecydowanie żądanie to odrzucił, zaś 
krnąbrnych posłów postraszył możliwością wcześniejszych wyborów. 

background image

 

W rezultacie Sejm odrzucił wszystkie zgłoszone poprawki do konstytucji, co oznacza, że 
politycznie zwyciężyła linia sformułowana przez damy zaproszone 8 marca na spotkanie z 
panią prezydentową Marię Kaczyńską. 

 

W ten sposób prezydent, zachowując pozory wyjścia naprzeciw oczekiwaniom tej części 
opinii, której głosami został w 2005 roku wyniesiony na swój urząd, postawił na swoim, tzn. 
przeforsował stanowisko zajęte we wrześniu ub. roku. 

 

Sądzę, że uczynił tak z kilku powodów, które – podobnie jak cele LPR – mają charakter 
wewnętrzny i zewnętrzny. Po pierwsze, uznał, że nie może pozwolić, by LPR wodziła go za 
nos. Z punktu widzenia politycznego jest to zrozumiałe; albo starosta, albo kapucyn. 

 

Jednak prezydent mógł osiągnąć identyczny cel, gdyby, uprzedzając inicjatywę LPR, wniósł 
do Sejmu projekt nowelizacji konstytucji, stwierdzający expressis verbis, że dziecko przed 
urodzeniem jest człowiekiem, a nie „płodem”. Złożenie przezeń własnego projektu w marcu 
br. potwierdza, że mógł to zrobić wcześniej, gdyby tylko chciał. Najwidoczniej jednak nie 
chciał i musi być jakiś ważny powód tej zatwardziałości. 

 

Sądzę, że najważniejszym powodem jest dążenie do uniknięcia sytuacji blokującej możliwość 
przyjęcia przez Polskę konstytucji Unii Europejskiej. Wskazuje na to treść prezydenckiego 
projektu nowelizacji konstytucji, w którym widać intencję uniknięcia sprzeczności z 
obowiązującym w UE poglądem, iż dziecko przed urodzeniem jest „płodem”. Zaproponowane 
przez Kancelarię dodatkowe „ustępy” art. 38 są tylko rodzajem lasu, zasadzonego w celu 
ukrycia tego najważniejszego listka figowego. 

 

Skoro jednak tak, to nie ma co żywić specjalnych złudzeń, iż prezydent Lech Kaczyński żywi 
jakieś wątpliwości wobec unijnej konstytucji. Wprawdzie odgraża się, że będzie „walczył” i 
tak dalej, ale już choćby na przykładzie Deklaracji Berlińskiej można przypuszczać, że jakoś 
przełknie przegraną w tej „walce”, której w końcu nikt mu nie broni prowadzić. „Cóż stąd, że 
bije? Nikogo nie zabił!” – zauważa Poeta. 

 

Rozumieją to również Niemcy, które najwyraźniej nie chcą ryzykować i jeśli w Deklaracji 
Berlińskiej ustaliły, że konstytucja UE ma być przyjęta do 2009 roku – to tak ma być, 
przynajmniej na kontynencie, bo Wielka Brytania pewnie zrobi po swojemu. 

 

background image

Stąd też rozpoczęło się nadymanie Aleksandra Kwaśniewskiego, który na czele Ruchu Obrony 
Praw Człowieka”, z udziałem „drogiego Bronisława”, Tadeusza Mazowieckiego, Andrzeja 
Olechowskiego i Pawła Piskorskiego, też może „w imieniu Rzeczypospolitej” wyrzec się 
suwerenności państwowej, jak ktokolwiek inny, a może nawet jeszcze lepiej, bo w 
podskokach. 

 

Niby wszyscy uczyliśmy się, że w czasach saskich i stanisławowskich cudzoziemskie dwory 
ręcznie sterowały polską sceną polityczną, a teraz sprawiamy wrażenie, jakbyśmy wierzyli, że 
o żadnym ręcznym sterowaniu nie ma mowy, że to pełny spontan i odlot. 

 

Tymczasem strategiczni partnerzy biorą się za nas serio, o czym świadczy aktywizacja 
mediów i agentury wokół „innej partii” względnie „ruchu”. Ta sytuacja zmusza przywódców 
innych ugrupowań do mobilizacji, żeby nie zostać w tym wyścigu szczurów wyślizganym i 
stąd u wszystkich takie umiłowanie „kompromisu”. 

 

 

 Stanisław Michalkiewicz 

  

www.michalkiewicz.pl

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

background image

U progu rewolucji moralnej 

 

Komentarz  ·  Polskie Radio (Program I)  ·  20 kwietnia 2007  |  www.michalkiewicz.pl 

 

 

 

Co tu dużo gadać – teraz moraliści będą mieli twardy orzech do zgryzienia. Mówię oczywiście 
o decyzji przyznającej Polsce i Ukrainie przywilej organizowania mistrzostw Europy w piłce 
nożnej w 2012 roku. Mniejsza już o Ukrainę – to nie nasze zmartwienie, ale Polska! 

 

Właściwie nie tyle Polska, co Polski Związek Piłki Nożnej. Jeśli wierzyć panu 
Tomaszewskiemu, albo ministrowi Lipcowi, albo wreszcie – doniesieniom mediów, to polski 
futbol musiał być wyjątkowo skorumpowany. Według licznych opinii, skorumpowany był też 
Polski Związek Piłki Nożnej. Jak tam było naprawdę – tego oczywiście nie wiem, ale pod 
takim właśnie zarzutem minister Lipiec wprowadził tam zarząd komisaryczny. 

 

Okazało się jednak, że tubylczy minister sportu nie wytrzymuje konkurencji z potężnym 
koncernem przemysłu rozrywkowego, jakim jest Wszechświatowy Związek Piłki Nożnej i 
wkrótce wszystko wróciło do stanu poprzedniego. Co więcej – być może gwoli 
wynagrodzenia Polsce tych paroksyzmów, reprezentanci światowego futbolu obdarzyli nasz 
kraj przewilejem zorganizowania kolejnych igrzysk. 

 

Z tego właśnie powodu moraliści mogą mieć twardy orzech do zgryzienia. Nauczają bowiem 
dzieci, a nawet dorosłych, ze nagradzane są cnoty, podczas gdy występki są karane. 
Tymczasem okazuje się, że jest akurat odwrotnie, więc nie jest wykluczone, iż dzieci będą 
kwitować perory moralistów krótkim komentarzem: ty se mów, a ja zdrów. 

 

Ale ta kwestia pozostaje niejako na marginesie naszej radości, ponieważ radujemy się na 
myśl o stadionach, autostradach, szybkich kolejach i hotelach, jakie do roku 2012 mają 
zostać w Polsce wybudowane z związku z igrzyskami. Pani wicepremier Gilowska już 
zadeklarowała miliard złotych z wpływów, jakie rząd zamierza uzyskać z hazardu. 

 

No proszę! Więc nie tylko korupcja, ale i hazard jest dobry, jeśli ma dostarczyć pieniędzy na 
stadiony? Ano – cóż robić; pierwszy miliard trzeba uk...to jest – pardon – oczywiście wygrać. 

background image

Rozkradzione zostaną dopiero następne miliardy, ale to też dobrze, bo ukradzione pieniądze 
będą inwestowane już normalnie. 

 

Kto by pomyślał, że dzięki futbolowi czeka nas taka rewolucja moralna? Ale to tylko 
dodatkowy powód do radości. 

 

 

 Stanisław Michalkiewicz 

  

www.michalkiewicz.pl

 

 

Stały komentarz Stanisława Michalkiewicza jest emitowany w Programie I Polskiego Radia w 
każdy piątek o godzinie 8.49 i powtarzany o 16.50  

 

 Tu znajdziesz komentarze w plikach mp3 – do wysłuchania lub ściągnięcia.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

background image

Odzywają się nożyce 

 

Komentarz  ·  „Dziennik Polski” (Kraków)  ·  21 kwietnia 2007  |  www.michalkiewicz.pl 

 

 

 

Po skierowaniu do sądu aktu oskarżenia przeciwko generałowi Jaruzelskiemu i innym, 
odezwał się Lech Wałęsa z żądaniem „sprawiedliwego procesu” dla byłego przewodniczącego 
WRON. 

 

Wkrótce jednak głos zabrał były I sekretarz KC KPZR i ostatni prezydent Związku 
Sowieckiego Michał Gorbaczow. W liście skierowanym do polskiego Sejmu zaprotestował 
przeciwko postawieniu gen. Jaruzelskiego przed sądem, sugerując, iż taki krok podyktowany 
jest intencją eskalacji napięć w stosunkach z Rosją. Taki zarzut byłby uzasadniony, gdyby 
Wojciech Jaruzelski był rosyjskim generałem, albo przynajmniej – rosyjskim obywatelem, ale 
chyba tak nie jest? 

 

Ciekawe, że po opublikowaniu przez agencję Interfax listu Gorbaczowa do polskiego Sejmu, 
zmienił zdanie również Lech Wałęsa. W rozmowie z „Corriere della Sera” już się do 
Gorbaczowa dostroił. Sprzeciwił się sądzeniu gen. Jaruzelskiego „za wprowadzenie stanu 
wojennego”, bo „podziwia go 50% Polaków”. 

 

Wśród nich jest z pewnością również Lech Wałęsa, a jeśli zważył, że gen. Jaruzelskiego 
podziwia pewnie również 100% Rosjan, a już na pewno – 100% funkcjonariuszy KGB i GRU, 
to już wszystko jasne. 

 

 

 Stanisław Michalkiewicz 

  

www.michalkiewicz.pl

 

 

 

 

background image

Cykl   Ścieżka obok drogi 

 

Na równi pochyłej 

 

Komentarz  ·  „Nasz Dziennik”  ·  21 kwietnia 2007  |  www.michalkiewicz.pl 

 

 

 

Melchior Wańkowicz w której ze swoich książek wspomina, jak to po utworzeniu Rady 
Regencyjnej, zaczęły pod niemiecką okupacją funkcjonować polskie ministerstwa, między 
innymi Ministerstwo Spraw Wewnętrznych. 

 

Przebywało wtedy w Warszawie sporo ludzi, których front czasowo odciął od ich domów na 
Kresach Wschodnich. Kiedy zatem front przesunął się na wschód, zapragnęli tam powrócić, 
ale taki powrót wymagał uzyskania specjalnej przepustki. Taki właśnie interesant zgłosił się 
do Ministerstwa Spraw Wewnętrznych. 

 

Wszyscy urzędnicy chcieli się nim nacieszyć, toteż odbył całą drogę służbową („Od idioty do 
idioty idzie sobie, panie złoty, papier. Potem w męce, w wielkim pocie, zwróci idiota idiocie, 
papier” – tak drogę służbową opisywał K.I. Gałczyński) aż do samego ministra. Minister, po 
omówieniu wzajemnych koligacji, wezwał wiceministra i nakazał przygotowanie 
odpowiedniego papieru. 

 

Wiceminister zlecił to dyrektorowi departamentu, tamten – swemu podwładnemu, aż 
wreszcie referent przygotował projekt, który przedstawiono ministrowi. Od razu wyłoniła się 
kwestia, jakie akta przedstawiać ministrowi w brudnopisie, a jakie – już do podpisu. 
Rozstrzygnięto ja na poczekaniu, poczem, po uwzględnieniu poprawek, stosowny akty 
wreszcie wygotowano. 

 

Nastąpił historyczny moment; polski minister spraw wewnętrznych miał podpisać pierwszy 
urzędowy akt. Okazało się atoli, że w kałamarzu nie ma atramentu. Zaalarmowany woźny 
oświadczył, że jakże to, przecież kupił kilkanaście flaszek, są w łazience i już przynosi. 
Pobiegł, ale po chwili zakłopotany wrócił z informacją, że w łazience właśnie kąpie się panna 
Jadwiga. 

background image

 

Cóż było robić; podpisanie historycznego aktu nieco się odwlokło, ale wreszcie nastąpiło. 
Minister z uroczystą miną wręczył dokument interesantowi. – Pójdzie pan z tym do 
niemieckiej komendantury wojskowej, a tam albo dadzą panu przepustkę... – Albo, panie 
ministrze – zapytał zaniepokojony interesant. – Albo... nie dadzą – dokończył minister. 

 

18 kwietnia wszystkie media zachłysnęły się od sukcesu, że w 2012 roku Polska razem w 
Ukrainą będzie gospodarzem mistrzostw Europy w piłce nożnej. W atmosferze tej radości 
niezauważona przeszła informacja, że oto Europejski Trybunał Sprawiedliwości nakazał 
natychmiastowe wstrzymanie zalesiania 160 hektarów na terenie Puszczy Augustowskiej, bo 
może to zagrozić jakimś „ptakom”. 

 

Mniejsza już o to uzasadnienie, że drzewa zagrażają ptakom. Widać w Eurokołchozie możliwe 
są i takie rzeczy. Bóg z nimi. Istotne jest co innego: czy na skutek tej decyzji zalesianie 
owych 160 hektarów zostanie wstrzymane, czy nie. 

 

Sprawa ta trafiła do Trybunału na skutek skargi wniesionej przez „ekologów”, poruszonych 
alarmem wszczętym przez „Gazetę Wyborczą” w obronie Doliny Rospudy. Jestem 
przekonany, że ścisłe kierownictwo „GW” tubylcza Dolina Rospudy tak naprawdę nic nie 
obchodzi, chyba, że mają w tamtej okolicy jakieś nieruchomości, albo że, dajmy na to, 
„filantrop” upatrzył sobie tę dolinę na założenie jakiegoś falansteru na „warsztaty” dla „gejów 
i lesbijek”, żeby się rozmnażali w „społeczeństwo otwarte”. 

 

Jeśli nie – to uważam, że klangor wszczęty w „obronie doliny Rospudy” jest sygnałem 
przejścia na kolejny, wyższy etap tresury tubylczych Irokezów do uległości wobec rządzącego 
Eurokołchozem internacjonału. Może gdyby Polska rządziła w tej chwili Partia 
Demokratyczna, albo jakaś inna ekipa zatwierdzona przez razwiedkę i stojąca na 
nieubłaganym gruncie „obrony zdobyczy III Rzeczypospolitej” – to michnikowszyzna nie 
przejmowałaby się tak bardzo ani „ptakami”, ani nawet ropuchami. 

 

Ponieważ jednak rządzi nienawistny „narodowo-katolicko-bolszewicko-faszystowski” reżym 
Kaczyńskich, próbujący wprowadzić IV Rzeczpospolitą, która taką odrazą napełnia samego 
Andrzeja Olechowskiego, to trzeba i jemu i wszystkim tubylcom pokazać ruski, tzn. pardon – 
nie „ruski” – ruski to był na poprzednim, minionym „etapie”, a teraz – europejski miesiąc. Już 
tam „ekologowie” (czy i „drogi Bronisław” między ekologami?) jakoś przekonali niezawisły 
Trybunał, że periculum in mora. Jakże by inaczej; „ptaki” nie mogą się już doczekać. 

 

background image

Okazuje się, że Polska znalazła się w identycznej sytuacji, jak opisywane przez Wańkowicza 
Ministerstwo Spraw Wewnętrznych za Rady Regencyjnej. Owszem, produkuje różne „akty”, 
ale komendantura albo da przepustkę, albo... nie da. 

 

A przecież zaledwie cztery lata temu prezydent Aleksander Kwaśniewski porozsyłał wszystkim 
obywatelom broszurę, w której zapewniał, że Polska po Anschlußie do Unii nie utraci 
suwerenności. Jak zwykle nie mówił serio; co tu rozprawiać o suwerenności, skoro europejski 
Trybunał zabrania polskim władzom sadzić drzewa na polskim terytorium państwowym? 

 

Więc chociaż oczywiście cieszymy się z wybrania Polski i Ukrainy na miejsce piłkarskich 
rozgrywek i innych przedsięwzięć przemysłu rozrywkowego (cóż innego zresztą możemy w 
tej sytuacji robić?), to interesuje nas również, co w kwestii sadzenia lasu postanowi rząd i 
prezydent. Czy w takich sprawach Polska ma jeszcze coś do gadania, czy już tylko udajemy 
lwy? 

 

 

 Stanisław Michalkiewicz 

  

www.michalkiewicz.pl

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

background image

Przypływy i odpływy ideowości 

 

Komentarz  ·  tygodnik „Nasza Polska”  ·  24 kwietnia 2007  |  www.michalkiewicz.pl 

 

 

 

Ciekawe od czego właściwie zależą przypływy i odpływy ideowości? Popularne porzekadło 
powiada, że jak nie wiadomo o co chodzi, to chodzi o pieniądze. Czyżby również w kwestiach 
ideowych? Nieprawdopodobne, ale mówi się – trudno. Nawet najmniej prawdopodobne 
poszlaki trzeba sprawdzić. Taki los wypadł nam. 

 

Weźmy taką sytuację na Ukrainie. Jeszcze dwa i pół roku temu Ukraina przeżywała 
niebywały przypływ ideowości. Jak 21 listopada Majdan Niepodległości w Kijowie zaczął 
zapełniać się ideowcami, to był zapełniony nieprzerwanie aż do stycznia, kiedy to sławna 
„pomarańczowa rewolucja” zakończyła się przepędzeniem Wiktora Janukowycza przez 
Wiktora Juszczenkę i Julię Tymoszenko. Wśród tych ideowców byli także ideowcy 
zagraniczni, z Polski m.in. Aleksander Kwaśniewski. 

 

W rezultacie Tymoszenko wkrótce została premierem. Kiedy jednak, zgodnie z 
zapowiedziami, przystąpiła do rewidowania prywatyzacji, żeby Borys Abramowicz 
Bieriezowski miał czym obetrzeć sobie łzy po utracie rosyjskich alimentów i zaczęła od 
„Kriworożstali” najbogatszego na Ukrainie Rinata Achmetowa, przerażony prezydent 
Juszczenko natychmiast ją zdymisjonował, a po wyborach z dwojga złego wolał już 
Janukowycza na urzędzie premiera, niż eksperymenty Julii Tymoszenko. 

 

Ale nie ma róży bez kolców („nie ma róży bez kolców, nie ma kraju bez golców...”), więc zły 
Janukowycz zaczął prezydentowi Juszczence robić ten sam numer, jaki Juszczenko robił 
znienawidzonemu Kuczmie – „czapką, papka i solą” przeciągał na swoją stronę jego 
parlamentarzystów. Jeszcze trochę – i miałby taką większość, że mógłby nawet zmienić 
konstytucję i pozbawić Juszczenkę wszelkiej realnej władzy. 

 

Prezydent Juszczenko uznał to za naruszenie konstytucji i rozwiązał parlament. Na wieść o 
tym Majdan Niepodległości znowu zaczął zapełniać się ideowcami, tym razem – od Wiktora 
Janukowycza, chociaż nie zabrakło też ideowców „pomarańczowych”. Tym razem jednak 
ideowcy byli jacyś tacy niemrawi, a charakterystyczne było także to, że po południu ideowość 
gwałtownie ich opuszczała i rozchodzili się do domów. 

background image

 

Okazało się, że Janukowycz za ideowość płaci tylko do godziny 17:00, podczas gdy Soros w 
czasie pomarańczowej rewolucji płacił ideowcom za okrągłą dobę. Stąd dla żuka jest nauka, 
żeby na ideowości nie oszczędzać, zwłaszcza podczas rewolucji, a zresztą, powiedzmy sobie 
szczerze – w cóż inwestować w tych zepsutych i skorumpowanych czasach, jeśli nie w 
ideowość? 

 

No dobrze, ale dlaczego „filantrop” Soros tym razem też poskąpił grosza? Na pewno składa 
się na to szereg zagadkowych przyczyn. Być może przestał wierzyć w ideowość prezydenta 
Juszczenki, który nie pozwolił „pięknej Julii” oddać „zrewidowanych” prywatyzacji Borysowi 
Abramowiczowi? Wykluczyć tego nie można; zaufanie to w sferach kupieckich podstawowa 
rzecz, chociaż może też być i inna zagadkowa przyczyna. 

 

Oto powoli zbliżają się wybory prezydenckie w samej Rosji, w związku z czym Borys 
Abramowicz Bieriezowski tak się rozdokazywał, że zapowiedział obalenie Putina „siłą” i to w 
przeddzień demonstracji zorganizowanej przez „Inną Rosję” w Petersburgu i Moskwie. 
Zimnemu czekiście Putinowi tylko tego było trzeba i rozkazał dywizji im. Dzierżyńskiego 
rozpędzić demonstrantów pałami. 

 

Ciekawe, że tym razem brytyjskie władze nie zareagowały na pogróżki Borysa Abramowicza, 
chociaż poprzednio groziły mu wydaleniem, jak tylko odważył się przeciwko Putinowi jęknąć. 
Pewnej wskazówki dostarczyć może fakt, że przywódca partii „Jabłoko”, rosyjski polityk „z 
korzeniami”, pan Jawliński dystansuje się od „Innej Rosji”, bo są tam „nacjonalbolszewicy”. 
„Faszyzm nie przejdzie przez to łoże, ja się z faszyzmem nie położę” – mówiła Bonja u 
Szpotańskiego. 

 

Skoro tak, to dlaczego Borys Abramowicz nie ma dostarczyć Putinowi pretekstu do uznania 
Innej Rosji za jego własnych najemników? Być może i brytyjska razwiedka też wie, że te jego 
groźby są z Putinem uzgodnione i tym razem patrzy na nie przez palce. Ale jeśli Borys 
Abramowicz uzgadnia z Putinem groźby, to nie wierzę, żeby o takich rzeczach nie wiedział 
zawczasu sam „filantrop”, który tym razem pewnie i na Ukrainie obstawia na pewniaka. 

 

Widocznie też zrozumiał, że jeśli strategiczni partnerzy ustalili, jak ma być, to nie ma 
potrzeby wchodzić między ostrza takich szermierzy. Stąd dzisiaj na Ukrainie mamy wrażenie 
jakby odpływu ideowości. 

 

background image

Z kolei gwałtowny przypływ ideowości daje się zauważyć u pani Hilarii Clintonowej, która 
zamierza ubiegać się o urząd prezydenta USA z ramienia Partii Demokratycznej. Objawiło się 
to w postaci żądań pod adresem Polski, by „niezwłocznie” uregulowała wszystkie roszczenia 
żydowskie. 

 

Ciekawe, czy gdyby na ten przypływ ideowości pani Clintonowej przywódcy organizacji 
polonijnych w Ameryce zareagowali apelem o głosowanie na Republikanów, to ideowość by 
pani Clintonowej odpłynęła, czy nie? Już z samej ciekawości warto by zrobić taki 
eksperyment. 

 

 

 Stanisław Michalkiewicz 

  

www.michalkiewicz.pl

  

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

background image

Intryga, czy destrukcja? 

 

Komentarz  ·  tygodnik „Goniec” (Toronto)  ·  25 kwietnia 2007  |  www.michalkiewicz.pl 

 

 

 

Boy-Żeleński nie bez ironii pisał przed wojną, jak to pewna kobiecina przyszła do poradni 
świadomego macierzyństwa. Tam nie mogli się nadziwić, skąd dowiedziała się adresu i nie 
mogąc wytrzymać, wreszcie ją spytali. – Od księdza na Grzybowie – odpowiedziała. Okazało 
się, że ksiądz, pomstując na tę poradnię, za każdym razem podawał dokładny adres. 

 

13 kwietnia Sejm głosował nad propozycjami zmiany konstytucji, zgłoszonymi z jednej strony 
przez Ligę Polskich Rodzin, a z drugiej – przez prezydenta Kaczyńskiego. LPR chciała zmienić 
art. 38 poprzez dodanie słów: „od momentu poczęcia”, co w rezultacie dałoby sformułowanie 
normy, że RP zapewnia każdemu człowiekowi prawną ochronę życia od momentu poczęcia. 

 

Umieszczenie w konstytucji jednego z państw członkowskich UE normy expressis verbis 
stwierdzającej, że od momentu poczęcia mamy do czynienia z człowiekiem, a nie 
pozbawionym praw ludzkich „płodem” mogłoby utrudnić i to znacznie przyjęcie w przyszłości 
konstytucji UE, stojącej na nieubłaganym gruncie „prawa wyboru”, które wszelako nie 
przysługuje „płodom”, tylko ludziom już urodzonym. 

 

Z tego względu prezydent Kaczyński pod koniec marca przedstawił Sejmowi własną 
propozycję zmiany konstytucji, w której starannie unikał stwierdzeń, które by wprowadzały 
trudną do usunięcia sprzeczność z unijnymi standardami w tej dziedzinie. W rezultacie Sejm 
odrzucił wszystkie propozycje nowelizacji i konstytucja pozostała bez zmian. 

 

Zanim jednak to nastąpiło kilkudziesięciu posłów PiS z marszałkiem Jurkiem na czele, 
wystąpiło do prezydenta, żeby swoje dywersyjne poprawki wycofał. Przybyły do Sejmu 
premier Kaczyński zagroził im przyspieszonymi wyborami. Wskutek tego, już po przegranym 
głosowaniu, Marek Jurek ogłosił swoją dymisję z funkcji Marszałka Sejmu, a następnego dnia 
– również wystąpienie z Prawa i Sprawiedliwości. 

 

Obudziło to w opozycji nadzieję na rozpad koalicji i nowe wybory, toteż ze wszystkich stron 
zaczęły pod adresem marszałka Jurka płynąć komplementy za „siłę charakteru” i inne zalety. 

background image

Doszło nawet do tego, że sam Donald Tusk „nie wykluczył” możliwości „współpracy” z 
Markiem Jurkiem. Również i Jarosław Kaczyński próbował udobruchać zbuntowanego 
marszałka, jednak – bez rezultatu. 

 

W tej sytuacji Trybunał Konstytucyjny po naradzie ustalił, że zajmie się badaniem ustawy 
lustracyjnej pod kątem jej zgodności z konstytucją w dniach 9, 10 i 11 maja. Wygląda na to, 
że i wśród sędziów Trybunału są rozbieżności w ocenie, skoro wyznaczył on sobie aż 
trzydniowy tempus deliberandi. 

 

Tymczasem 19 kwietnia marszałek Jurek na specjalnie zwołanej konferencji prasowej ogłosił 
utworzenie nowej partii „chrześcijańsko-konserwatywnej”. Będzie ona wprawdzie „wspierała” 
działania koalicji rządowej, ale już na własna rękę, tzn. nie pod dyktando Jarosława 
Kaczyńskiego, który – jak się okazało - nie tylko namawiał marszałka Jurka do głosowania 
„wbrew sumieniu”, ale również – by kusił do tego samego innych posłów. Na konferencji tej 
przy marszałku stanęła czwórka posłów, którzy też wystąpili z PiS, ale prowadzone są 
„rozmowy” z innymi, a tych „innych” jest ponoć „około dwudziestu”. 

 

Nowa partia wprawdzie personalnie i prestiżowo osłabia PiS, ale na dłuższą metę 
konkurencję stwarza przede wszystkim dla Ligi Polskich Rodzin, ponieważ – jak oświadczył 
poseł Artur Zawisza – będzie „katolicka, konserwatywna, narodowa i wolnościowa”, a więc 
apelująca mniej więcej do tego samego, co i LPR elektoratu. A nie jest on aż tak duży, by 
pożywiły się z niego aż dwie partie próbujące na własną rękę dostać się do Sejmu. 

 

Dlatego też w pierwszej chwili pomyślałem sobie, czy nie jest to aby uzgodniona z 
premierem Kaczyńskim intryga, obliczona na całkowite usunięcie ziemi spod stóp Romanowi 
Giertychowi w zemście za próbę zrobienia dywersji w PiS przy pomocy, jak to mówią 
gitowcy, „poważnej zastawki” moralnej. Wykluczyć tego do końca nie można, ale wydaje się, 
że Markowi Jurkowi kuratela ze strony Jarosława Kaczyńskiego, który raczej jest 
pragmatykiem władzy, musiała ciążyć już wcześniej. W tej sytuacji przyszłość nowej formacji 
zależy w znacznym stopniu od tego, czy i jak silne poparcie uzyska ze strony biskupów oraz 
Radia Maryja. 

 

Istniejące ugrupowania parlamentarne korzystają bowiem z subwencji budżetowej, ale partia 
„chrześcijańsko-konserwatywna”, jako nowa na politycznej scenie, będzie tego wsparcia 
pozbawiona, a każdy, kto otarł się o politykę wie, ze partia, podobnie jak armia u 
Wellingtona – „maszeruje na brzuchu”. 

 

background image

A wsparcie i ze strony biskupów i ze strony Radia Maryja niekoniecznie musi nastąpić, 
zwłaszcza, gdyby okazało się, że powstanie nowej partii rzeczywiście prowadzi do destrukcji 
koalicji rządowej. Jaka ona jest – to jest, ale stanowi zaporę przed Platformą Obywatelską, 
która w tej chwili została zmuszona do dramatycznej walki o względy razwiedki, najwyraźniej 
zdecydowanej ratować się przy pomocy Aleksandra Kwaśniewskiego i jego „ruchu”, który, jak 
się wydaje – cieszy się sympatią jeśli nie obydwu, to z pewnością jednego „strategicznego 
partnera”. 

 

Wprawdzie Kwaśniewski, jeśli nikt mu się nie wtrącał do interesów, nigdy specjalnie 
Kościołowi nie szkodził, ale na jawne okazywanie sympatii wobec tej alternatywy biskupi z 
pewnością jeszcze nie mogą sobie pozwolić. Zatem – niezależnie od intencji aktorów tej 
sceny – sprawy mogą przybrać obrót zgoła nieoczekiwany, niczym w następstwie 
płomiennych kazań księdza z Grzybowa. 

 

 

 Stanisław Michalkiewicz 

  

www.michalkiewicz.pl

  

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

background image

Wokół reprezentacji Polonii 

 

Komentarz  ·  „Dziennik Polski” (Kraków)  ·  25 kwietnia 2007  |  www.michalkiewicz.pl 

 

 

 

Rząd proponuje, by Polacy zamieszkali poza granicami kraju mogli wybierać dwóch posłów i 
jednego senatora. Chodzi oczywiście o tych, którzy mają polskie obywatelstwo. 

 

Pomysł jest w zasadzie dobry, pod warunkiem, że – po pierwsze – Polacy zamieszkali poza 
granicami kraju wystawialiby własnych kandydatów, a po drugie – że posłów powinno być 
czterech, a nie dwóch i że polonijne okręgi wyborcze powinny być jednomandatowe. 
Okręgiem wyborczym powinien być bowiem kontynent. 

Jeden okręg – Australia. Drugi – Europa. Trzeci – Ameryka Południowa. Czwarty – Ameryka 
Północna. Taki system sprzyjałby politycznej konsolidacji Polonii na każdym z tych 
kontynentów, wymuszając minimum współdziałania, bo przecież posła trzeba by wybrać. Po 
drugie – jest nadzieja, że posłowie polonijni położyliby kres instrumentalnemu traktowaniu 
Polonii przez krajową – pożal się Boże – dyplomację. 

Będąc w Kanadzie i USA przekonałem się ze zdumieniem, że polskie placówki dyplomatyczne 
kontynuują wobec Polonii PRL-owską taktykę dezintegrowania politycznego środowisk 
polonijnych. Za komuny było to zrozumiałe; komuna traktowała antykomunistycznie 
nastawioną Polonię jako środowisko wrogie i przy pomocy agentury starała się je rozbijać, by 
nie dopuścić do jego politycznej konsolidacji. 

Dlaczego jednak ta sama taktyka stosowana jest w 18 roku transformacji ustrojowej – to 
można wyjaśnić tylko wpływami, jakie w polskim w MSZ zachował „drogi Bronisław” i 
środowisko związane z „Gazetą Wyborczą”. Z jego punktu widzenia jest oczywiście lepiej, 
kiedy, dajmy na to, w USA działa tylko lobby żydowskie, a nie polskie. 

Z punktu widzenia polskiego interesu państwowego wygląda to oczywiście całkiem inaczej. 
Mówiłem o tym podczas spotkania w siedzibie Kongresu Polonii Amerykańskiej w Chicago i 
odniosłem wrażenie, że moje słowa spotkały się z pełnym zrozumieniem. 

 

 

 Stanisław Michalkiewicz 

  

www.michalkiewicz.pl

  

background image

Cykl   Myśląc Ojczyzna 

 

Ruchy kadrowe i polityczne 

 

Komentarz  ·  Radio Maryja  ·  26 kwietnia 2007  |  www.michalkiewicz.pl 

 

 

 

Szanowni Państwo! Abdykacja Marszałka Sejmu Marka Jurka pociągnęła za sobą konieczność 
ponownego obsadzenia tej funkcji. Wprawia to w drżenie całą koalicję rządową, bo 
nominacja nowej osoby na takie stanowisko narusza chwiejną równowagę, powodując ruch 
kadrowy na całej przestrzeni – od samej góry do samego dołu. 

 

Jeśli nowym marszałkiem zostałby, dajmy na to, minister Wassermann, to od razu trzeba by 
kogoś powołać na stanowisko ministra-koordynatora służb specjalnych. Na takie stanowisko 
byle kogo mianować nie można, tylko osobę z doświadczeniem. Sęk w tym, że osoby z 
doświadczeniem już zajmują inne stanowiska. 

 

Powiem więcej – wiele stanowisk zajmują tez osoby bez jakiegokolwiek doświadczenia, co 
zresztą „widać, słychać i czuć”. Zatem trzeba by osobę z doświadczeniem odwołać z 
dotychczas zajmowanego stanowiska, no i powołać na nie kogoś innego, kto przecież już 
jakieś stanowisko piastuje – i tak dalej. 

 

A przecież ten ruch kadrowy nie dotyczy tylko samych zainteresowanych. Taki, dajmy na to, 
minister Wassermann, ma przecież swoich zaufanych współpracowników, których będzie 
chciał mieć przy sobie na stanowisku Marszałka Sejmu. Oznacza to, że współpracownicy 
marszałka Jurka będą musieli poszukać sobie nowych posad, a przecież nowy minister-
koordynator służb specjalnych też będzie chciał na nowym stanowisku mieć przy sobie 
dawnych, zaufanych współpracowników – i tak dalej. Widzimy więc, że ruch kadrowy 
zapoczątkowany abdykacją jednego tylko Marka Jurka zatacza coraz szersze kręgi, 
naruszając delikatną równowagę wewnątrz koalicji. 

 

A przecież na tym nie koniec, bo i w otoczeniu polityków też wystąpi potężny ruch kadrowy. 
Każdy z nich bowiem ma rodzinę, przyjaciół i przyjaciółki. Jedne rodziny będą szły w górę, o 
ich względy będą zabiegać różni znajomi, członkowie rodzin mogą dostać różne posady, albo 

background image

– jeśli już do niczego się nie nadają – to miejsca w radach nadzorczych spółek Skarbu 
Państwa. 

 

Inne rodziny w tym samym czasie będą pogrążać się w smutku i osamotnieniu; nikt nie 
będzie do nich dzwonił, zaczną pojawiać się monity o konieczności spłaty kredytu bankowego 
– i tak dalej. Jedni przyjaciele dostaną koncesje na hurtownie spirytusu, a inni je stracą, a 
kto wie – może nawet zapoznają się z prokuratorem? 

 

Jedne przyjaciółki zaprenumerują sobie „Twój Styl”, albo jakieś inne czasopismo dla 
snobujących się nuworyszów i zaczną bywać na imprezach z udziałem telewizyjnych gwiazd, 
gangsterów i luksusowych dam, podczas gdy inne zaczną się zastanawiać, gdzie by tu dobrze 
ulokować oszczędności zgromadzone w okresie dobrego fartu – no i szukać sobie nowych 
przyjaciół. 

 

Przypominam o tym wszystkim, bo wielu ludzi nie zdaje sobie sprawy ze skutków abdykacji 
nawet jednego wysokiego dygnitarza. Tymczasem są one porównywalne z tak zwanym 
efektem motyla; motyl, dajmy na to, w Chinach poruszy skrzydłami. Wywołany tym ruchem 
niewielki powiew, łańcuchem kolejnych następstw, nad Pacyfikiem przerodzi się w tajfun, 
pustoszący zachodnie wybrzeże Stanów Zjednoczonych. 

 

Czasami ruch kadrowy wywołany nieoczekiwaną abdykacją jednego wysokiego dygnitarza 
staje się trudny do opanowania i wtedy nie ma innego wyjścia, jak ucieczka do przodu w 
postaci nowych wyborów. 

 

Czasami wystarcza tylko sama groźba nowych wyborów, żeby towarzystwo się opamiętało, 
przypominając sobie przysłowie, ze lepszy wróbel w garści, niż gołąb na sęku, ale czasami 
namiętności osiągają taki poziom, że wybory trzeba robić naprawdę. 

 

Trudno powiedzieć, z jaka sytuacją mamy do czynienia obecnie. Osobiście najbardziej bym 
liczył na tych posłów, którzy pozaciągali kredyty. Świadomość konieczności ich spłacania przy 
ewentualnej utracie uposażenia poselskiego, znakomicie sprzyja gwałtownym przypływom 
poczucia odpowiedzialności za Polskę i w ogóle – postawie obywatelskiej. 

 

Okazuje się, że koalicja może przetrwać dzięki skłonności do zaciągania pożyczek. Może nie 
jest to powód specjalnie chwalebny, ale nie ma co grymasić; jak się nie ma, co się lubi, to się 
lubi, co się ma. Dobra psu i mucha. 

background image

 

Może się jednak okazać, że impulsy towarzyszące ruchom kadrowym okażą się silniejsze od 
obawy przed spłacaniem kredytów i wewnętrzne napięcia koalicję jednak rozsadzą. Takie 
obawy muszą dręczyć również pana premiera, skoro ktoś zaproponował podniesienie klauzuli 
zaporowej z 5 aż do 8 procent. Partie, które nie osiągnęłyby w najbliższych wyborach co 
najmniej 8 procent w skali kraju, nie dostałyby się do Sejmu. 

 

Biorąc pod uwagę aktualne sondaże, do Sejmu nie dostałoby się wtedy Polskie Stronnictwo 
Ludowe, Samoobrona i Liga Polskich Rodzin, a na granicy progu wyborczego znalazłby się 
Sojusz Lewicy Demokratycznej. Widać zatem gołym okiem, że tak oferta skierowana jest 
wyłącznie do Platformy Obywatelskiej, bo tylko ona – obok PiS – miałaby szansę znalezienia 
się w Sejmie przy takiej ordynacji. 

 

Wygląda na to, że premier Jarosław Kaczyński, stosując taktykę cięcia po skrzydłach, 
chciałby namówić Platformę Obywatelska z jednej strony do przeprowadzenia dekomunizacji 
bez uchwalania ustawy, nad którą nie tylko podniosłaby klangor tutejsza komuna i 
michnikowszczyzna, ale i lewicowe europejsy. 

 

Z drugiej strony chciałby namówić Platformę do dopomożenia mu w wypchnięciu na 
margines politycznej sceny PSL, LPR i Samoobrony. Platforma na razie przypomniała swój 
postulat jednomandatowych okręgów wyborczych, co może oznaczać dwie rzeczy – że albo 
myśli naprawdę o zmianie ordynacji na większościową, albo czeka, co zaproponuje jej 
Aleksander Kwaśniewski, kiedy już stanie na czele swojego Ruchu Obrony Zdobyczy III 
Rzeczypospolitej. 

 

Pierwszą ewentualność musimy z góry wykluczyć, bo wymagałaby ona zmiany konstytucji, 
na którą PiS nie wyrazi zgody. Pozostaje zatem ewentualność druga – że Platforma rozważa 
pójście do wyborów w porozumieniu z Aleksandrem Kwaśniewskim. Ciekawe tylko, kto teraz 
rzuciłby hasło: „wasz prezydent – nasz premier”, gdyby kandydatem na prezydenta został 
Donald Tusk, a na premiera – Aleksander Kwaśniewski. 

 

Być może red. Adam Michnik zrobiłby to jeszcze raz, bo on lubi historyczne momenty, a to 
byłby moment reaktywacji III Rzeczypospolitej, a może nawet Rzeczypospolitej Ludowej. 

 

Mówił Stanisław Michalkiewicz. 

 

background image

 

 Stanisław Michalkiewicz 

  

www.michalkiewicz.pl

  

 

Stały komentarz Stanisława Michalkiewicza z cyklu „Myśląc Ojczyzna” jest emitowany w 
Radiu Maryja w każdą środę o godz. 20.50 i powtarzany w czwartek. 

 

 Tu znajdziesz komentarze w plikach mp3 – do wysłuchania lub ściągnięcia.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

background image

„Morderstwo” na zlecenie? 

 

Komentarz  ·  tygodnik „Najwyższy Czas!”  ·  26 kwietnia 2007  |  www.michalkiewicz.pl 

 

 

 

Jak ktoś się w młodości nasłuchał opowieści o leninowskiej koncepcji „organizatorskiej 
funkcji prasy”, to nawet po transformacji ustrojowej mogły mu pozostać jakieś 
przyzwyczajenia, będące, jak wiadomo, drugą naturą. Tym właśnie tłumaczę sobie atak, jaki 
„Gazeta Wyborcza” w osobie pani Agnieszki Kublik przypuściła na Jerzego Targalskiego z 
Polskiego Radia. 

 

Opisała ze szczegółami, jaki to ci z niego cham i brutal, ale – jak zwykle w „Gazecie 
Wyborczej” – opis ten mijał się z prawdą. Tak wynika z dokumentów, jakie opublikował w 
Internecie Jerzy Targalski, zapowiadając wytoczenie „Gazecie Wyborczej” procesu. 

 

Wspominam o tym nie tylko dlatego, że przy pomocy podobnie spreparowanego kłamstwa ja 
również zostałem przez „Gazetę Wyborczą” zaatakowany i to nawet dwukrotnie. Nie chcąc 
pozywać dziennikarza, który najwyraźniej działał na zlecenie, próbowałem doprowadzić do 
ukarania ręki operującej mieczem, tzn. samego Adama Michnika. 

 

Było to jednak jeszcze przed aferą z Rywinem, kiedy Adam Michnik biegał in odore 
sanctitatis, więc niezawisły sąd oskarżenie odrzucił. Mam tedy nadzieję, że Jerzy Targalski 
będzie miał więcej szczęścia z niezawisłym sądem i że ani złoto „Agory”, ani względy rasowe 
nie powstrzymają ręki sprawiedliwości. 

 

Również względy rasowe, albowiem odnoszę wrażenie, że w tej sprawie mamy do czynienia 
również z tym aspektem. Chodzi o to, że kiedy zostałem zaproszony do wygłaszania w I 
programie Polskiego Radia 3-minutowego felietonu raz w tygodniu, dowiedziałem się 
wkrótce, że podczas pobytu prezydenta Kaczyńskiego w USA sam Abraham Foxman, 
przewodniczący żydowskiej Ligi Antydefamacyjnej, molestował go, żeby mnie z Polskiego 
Radia, jako „antysemitę” usunąć. 

 

background image

To molestowanie nie przyniosło żadnych rezultatów, m.in. dzięki postawie Krzysztofa 
Czabańskiego i Jerzego Targalskiego, który zna mnie jeszcze z konspiracji w latach 70-tych, 
gdy współpracowaliśmy w podziemnym wydawnictwie „Krąg”. 

 

Czy obecny atak „Gazety Wyborczej” na niego jest konsekwencją jego oporu wobec podjętej 
przez Abrahama Foxmana próby dokonania w Polskim Radio swego rodzaju „czystki 
etnicznej”? Wykluczyć tego nie można, jako że „Gazeta Wyborcza” przyjmuje różne 
obstalunki. 

 

 

 Stanisław Michalkiewicz 

  

www.michalkiewicz.pl

  

 

Więcej o sprawie p. Targalskiego (salon24.pl)

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

background image

Cykl   Moje trzy grosze 

 

Doraźnie i głębiej 

 

Komentarz  ·  tygodnik „Gazeta Polska”  ·  27 kwietnia 2007  |  www.michalkiewicz.pl 

 

 

 

Władysław Leopold Jaworski w swoim projekcie konstytucji zapisał m.in., że Prezydent 
Rzeczypospolitej wykonywa swą władzę na zasadach moralności Chrystusowej i w tym 
względzie żadną normą ograniczony być nie może. 

 

Warto dodać, że „normą” według prof. Jaworskiego było „zdanie wyrażające związanie 
dwóch sytuacji przymusowych”. Oznacza to, że w myśl konstytucyjnego projektu prof. 
Jaworskiego, nikt ani nic nie mogłoby zmusić Prezydenta Rzeczypospolitej od odejścia od 
zasad moralności Chrystusowej w zakresie sprawowanej przezeń władzy.  

 

13 kwietnia mieliśmy do czynienia z interesująca próbą zmuszenia prezydenta 
Rzeczypospolitej do wykonywania władzy zgodnie z zasadami moralności Chrystusowej. 
Próbą – dodajmy – nieudaną, nie tylko ze względu na opór ugrupowań parlamentarnych 
ostentacyjnie wrogich zasadom moralności Chrystusowej i zdecydowanie wrogą atmosferę 
wytworzona przez Salon, ale również – ze względu na niechęć samego Prezydenta do 
poddania się tym zasadom. 

 

Tę niechęć częściowo można zrozumieć okolicznością, że próba zmuszenia go do poddania 
się nakazom moralności Chrystusowej przybrała postać próby przejęcia politycznej 
inicjatywy, czego w polityce nikt nie lubi, a nawet nie toleruje. Wbrew bowiem bredzeniom 
wielu filozofów, a nawet „Filozofów”, jakoby suwerenność się „przeżyła”, widzimy gołym 
okiem, że żadna władza nie toleruje władzy równej sobie, co stanowi przecież istotę 
suwerenności. 

 

Ale, oprócz sprzeciwu motywowanego doraźnym egzekwowaniem politycznej suwerenności 
przez prezydenta Kaczyńskiego, można dopatrzyć się też motywów głębszych, natury, że tak 
powiem, fundamentalnej. 

background image

 

Wyobraźmy sobie, że wszyscy parlamentarzyści urodzili się w latach parzystych. 
Skonstatowawszy to, uchwalili ustawę, w myśl której majątek obywateli urodzonych w latach 
nieparzystych podlegałby konfiskacie i przekazaniu obywatelom urodzonym w latach 
parzystych. Ponieważ ustawa byłaby przyjęta jednogłośnie, a przyjęte przez nią kryteria 
istnieją obiektywnie i są łatwo sprawdzalne, z punktu widzenia zarówno demokracji 
politycznej, jak i techniki legislacyjnej, wszystko byłoby w porządku. 

 

Jak zatem można byłoby motywować ewentualny sprzeciw wobec takiej ustawy, albo np. 
wobec art. 14 konstytucji RSSR z 10 lipca 1918 roku, że „kierowana interesami klasy 
robotniczej (...) Rosyjska Sowiecka Republika Socjalistyczna pozbawia pewne jednostki i 
pewne grupy praw, których używają przeciwko interesom rewolucji socjalistycznej”? 

 

W przypadku, gdyby – jak w projekcie prof. Jaworskiego – fundamentem „władzy”, a więc i 
systemu prawnego, były „zasady moralności Chrystusowej” – rzecz byłaby oczywista: 
zarówno ustawa o majątku obywateli urodzonych w latach nieparzystych, jak i art. 14 
sowieckiej konstytucji, byłyby z tymi zasadami sprzeczne, a zatem – nie do przyjęcia. 

 

Ale przyjęcie zasad moralności Chrystusowej wymaga wiary w nieomylność Chrystusa, która 
dzisiaj jest spotykana znacznie rzadziej, niż kiedyś. Istnieje jednak metaporządek, który nie 
wymaga wiary, tylko spostrzegawczości: porządek praw naturalnych. 

 

Nie ma potrzeby w nie wierzyć, bo ich istnienie można stosunkowo łatwo stwierdzić, zaś 
zidentyfikowanie przyczyny, która je zrodziła nie jest dla władzy publicznej konieczne, by na 
fundamencie praw naturalnych oprzeć ustawodawstwo. Ustawa o majątku obywateli 
urodzonych w latach nieparzystych, podobnie jak art. 14 sowieckiej konstytucji również są 
ewidentnie sprzeczne z porządkiem praw naturalnych. 

 

Niestety niedouki w rodzaju Aleksandra Kwaśniewskiego wycisnęły swoje piętno na 
konstytucji z 1997 roku, co widać choćby na przykładzie art. 2, stwierdzającego, że Polska 
jest „demokratycznym państwem prawnym”, w dodatku urzeczywistniającym zasady 
„sprawiedliwości społecznej”. Otóż w tym jednym zdaniu zawarte są co najmniej dwie 
nieusuwalne sprzeczności pierwotne i obiektywne. 

 

Zasada demokratyczna przyznaje rację większości, głosząc nawet, że im większa Liczba, tym 
słuszniejsza Racja. Sprzyja to oczywiście oportunizmowi, ale jest nie do pogodzenia z 
prawem, jeśli oczywiście traktować je serio, a nie jako pozory legalności oparte na lotnym 

background image

piasku masowych i chwiejnych nastrojów. Krótko mówiąc, „demokratyczne państwo prawne”, 
to nonsens taki sam, jak, dajmy na to, „żonaty kawaler”. 

 

Jeszcze gorzej jest ze „sprawiedliwością społeczną”. Oznacza ona ni mniej, ni więcej, tylko 
prawo władzy publicznej do konfiskowania własności jednego obywatela, by część 
skonfiskowanego bogactwa wręczyć innemu obywatelowi. Innymi słowy – oznacza 
przyzwolenie na rabunek współobywateli, któremu pośrednictwo władzy publicznej przydaje 
pozorów legalności. 

 

Rabunek taki z żadnym „prawem” nie ma oczywiście nic wspólnego, więc zapisywanie do 
konstytucji takiego bełkotu można wytłumaczyć albo zakamieniałym nieuctwem, albo 
pomrocznością jasną. 

 

Złodzieje, konfidenci, rozmnożeni agenci wpływu obcych państw i przyklaskujące im bandy 
idiotów odmóżdżone przez michnikowszczyznę, zarzucają braciom Kaczyńskim narzucanie 
Polsce „narodowo-katolicko-bolszewicko-faszystowskiego reżimu”. 

 

Już sama mnogość tych przymiotników skłania do zachowania rezerwy wobec tych oskarżeń. 
Są one oczywiście nieprawdziwe, bo prezydent Lech Kaczyński nie jest żadnym autorytarystą 
lecz szczerym demokratą. I to właśnie jest problem. 

 

 

 Stanisław Michalkiewicz 

  

www.michalkiewicz.pl

  

 

 

 

 

 

 

 

 

background image

Zatwardziałość marionetkowego reżymu 

 

Komentarz  ·  Polskie Radio (Program I)  ·  27 kwietnia 2007  |  www.michalkiewicz.pl 

 

 

 

Marionetkowy, narodowo-katolicko-faszystowsko-bolszewicki reżym IV Rzeczypospolitej 
najwyraźniej dopełnił miary swoich zbrodni i nieprawości. Jakby mu jeszcze było za mało, że 
pozostawia za sobą rosnącą rzeszę męczenników, to w zuchwałości swojej podniósł 
zbrodniczą rękę na jeden z dwóch naszych „skarbów narodowych” – jak w przypływie 
macierzyńskiej czułości nazwała pani Magdalena Albright pana profesora Bronisława 
Geremka, nazywanego przez nią przy innych okazjach „drogim Bronisławem”. 

 

Normalny reżym, dajmy na to, reżym prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego, natychmiast 
by się zorientował, że w takiej sytuacji również i on powinien uznać „drogiego Bronisława” za 
swoją duszeńkę, paść na twarz przed jego dostojna brodą, a nawet ucałować ziemię, 
niekoniecznie kaliską. Ale cóż tu wymagać takich oznak czci od narodowo-katolicko-
faszystowsko-bolszewickiego reżymu, co to zupełnie zdaje się nie mieć względu na osoby? 

 

Normalny, europejski reżym, gdyby mu „drogi Bronisław” odmówił podpisania oświadczenia 
lustracyjnego, natychmiast by się zawstydził, natychmiast uchylił zbrodniczą ustawę i na 
kolanach starałby się udobruchać Jego Majestatyczność. 

 

Niestety – narodowo-katolicko-faszystowsko-bolszewicki reżym tak daleko posunął się w 
zatwardziałości, że nie tylko się nie ukorzył przed brodą profesora Geremka, ale jeszcze 
zagroził mu wygaśnięciem mandatu, a skoro mandatu – to pewnie i wstrzymaniem 
uposażenia poselskiego! 

 

W obliczu takiego wyrafinowanego męczeństwa, na widok profesora Geremka rozpiętego na 
pluszowym krzyżu, cała postępowa Europa zakrzyknęła ze zgrozy jednym głosem, zaś Daniel 
Cohn-Bendit nieubłaganym palcem potępił narodowo-katolicko-faszystowsko-bolszewicki 
reżym barbarzyńskiej Polski za stosowanie „metod stalinowskich”. 

 

Ale nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Swoim męczeństwem na pluszowym 
krzyżu profesor Geremek odpowiednio przygotował na odcinku międzynarodowym atmosferę 

background image

na triumfalny powrót na polityczną scenę Aleksandra Kwaśniewskiego na czele Ruchu Obrony 
Zdobyczy III Rzeczypospolitej, którego nie mogą się już doczekać konfidenci i aferzyści. 

 

 

 Stanisław Michalkiewicz 

  

www.michalkiewicz.pl

  

 

 

Tu znajdziesz komentarze w plikach mp3 – do wysłuchania lub ściągnięcia.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

background image

Konfitury z nieboszczyka 

 

Komentarz  ·  „Dziennik Polski” (Kraków)  ·  27 kwietnia 2007  |  www.michalkiewicz.pl 

 

 

 

Podczas uroczystego pogrzebu Stefana Żeromskiego jakaś kobiecina obserwująca z boku 
kondukt powiedziała: „biednego by tak nie chowali”. I rzeczywiście – mimo oficjalnej 
równości obywateli wobec prawa, Sejm nie urządza na ich cześć akademii, nawet jeśli 
przypadkiem popełnią samobójstwo. 

 

Z jednej strony to nawet ładne, bo w tej celebrze można dopatrzyć się śladów uczucia 
wdzięczności wobec Barbary Blidy ze strony polityków SLD. Strzelając do siebie upewniła ich, 
że przynajmniej z jej strony żadne niebezpieczeństwo im nie grozi. Z drugiej jednak strony 
gołym okiem widać, że politycy rzucili się na trupa Barbary Blidy, niczym sępy i każdy z nich 
próbował wyrwać jakiś kawałek dla siebie i swojej partii. 

 

Jak zauważył Kaden-Bandrowski, trup w polityce jest bezcenny. Nic już nie powie, więc 
można mu w usta włożyć wszystko, również płomienne oskarżenia pod adresem IV 
Rzeczypospolitej – że jej symbolem jest „kominiarka” – jak się wydaje Katarzynie Marii 
Piekarskiej z SLD (dawniej UW), albo, że „ma krew na rękach” – jak twierdził poseł Cezary 
Grabarczyk z Platformy Obywatelskiej. 

 

Nikt już nie pamiętał, że Barbara Blida była podejrzana o przestępstwa, więc tylko patrzeć, 
jak po triumfalnym powrocie Aleksandra Kwaśniewskiego na polityczną scenę na czele Ruchu 
Obrony Zdobyczy III Rzeczypospolitej, zostanie uznana za męczennicę, symbol walki o 
wolność demokrację i w ogóle – santa subito. 

 

 

 Stanisław Michalkiewicz 

  

www.michalkiewicz.pl

  

 

 

background image

Cykl   Ścieżka obok drogi 

 

Na pluszowym krzyżu 

 

Komentarz  ·  „Nasz Dziennik”  ·  28 kwietnia 2007  |  www.michalkiewicz.pl 

 

 

 

Czym skorupka za młodu nasiąknie, tym na starość trąci – powiada przysłowie, a wtóruje mu 
Tadeusz Boy-Żeleński dodając, że „gdy się człowiek robi starszy, wszystko w nim po trochu 
parszy”. Taka jest ogólna reguła, ale życie bywa bardziej skomplikowane, toteż niektórzy 
parszą się wcale nie „po trochu”, tylko od razu – na całego. 

 

Tak właśnie uczynił pan prof. Bronisław Geremek, przez panią Magdalenę Albright, jako 
„drogi Bronisław” awansowany do rangi jednego z dwóch polskich „skarbów narodowych”. 
Drugim ma być pan Władysław Bartoszewski. Dlaczego pani Albright tak nam poskąpiła 
skarbów narodowych, że zapomniała, iż dopiero tres collegium faciunt? 

 

Jakie przyczyny sprawiły, że do kategorii skarbów narodowych nie został zaliczony np. pan 
Tadeusz Mazowiecki? Być może pani Albright zwyczajnie o nim zapomniała, bo czasami 
przytrafiały się jej takie zaćmienia. Na przykład podczas wojny w Jugosławii, ni z tego ni z 
owego oświadczyła, że czuje się „bardziej Serbką”, chociaż jeszcze niedawno była 
najprawdziwszą „Czeszką”. 

 

Ale z Czechami, podobnie zresztą, jak ze Słowakami, też jest problem. Czech nazywa się, 
dajmy na to, Hrabal. Słowak nazywa się – powiedzmy Jablonsky. No a jak nazywa się 
Czechosłowak? Powiadają, że Cymerman, ale czy aby na pewno? 

 

„Gdybym był Gęgacz, Gęgacz, jak się patrzy, z małpią zręcznością wdrapałbym się na krzyż, 
ale pluszowy, bo to ważne przecie, wisieć na krzyżu, który cię nie gniecie. Z krzyża okrzyki 
rzucałbym rozpaczy, tak jak to bywa w zwyczaju Gęgaczy” – pisał we wstępie do „Gnomiady” 
Janusz Szpotański. 

 

background image

Najwyraźniej przewidział demonstrację prof. Bronisława Geremka w Parlamencie 
Europejskim. Kiedy okazało się, że bohatersko odmówił złożenia oświadczenia lustracyjnego, 
z wyrazami solidarności i poparcia ruszyła „cała Europa”. Jak to śpiewał Kazimierz 
Krukowski? „I pan Lindenfeld, i pan Findengeld, i pan Biberglanc, i pan Rosenkranz... ” – no i 
oczywiście sam najważniejszy Daniel Cohn-Bendit, z tych – jak to pisał Gałczyński – „starych, 
kochanych Konów”. 

 

Daniel Cohn-Bendit, który chyba też nie wie do końca, czy jest Czechem, czy Słowakiem, 
okres studencki spędził na kontestowaniu i penetracjach ciekawych życia panienek, toteż w 
swoim wystąpieniu był tak radykalny, że zarzucił polskiemu rządowi stosowanie „metod 
stalinowskich”. 

 

Ach, gdyby wiedział, jaką bolesną ranę otwiera we wspomnieniach, jak bardzo może 
zasmucić prof. Geremka! Wszak wstąpił był on do PZPR w roku 1950, kiedy to właśnie Józef 
Stalin był „wszystkich bojów naszą chwałą” – no i bojówek oczywiście też. Partia w ramach 
„stalinowskich metod” mordowała wtedy ludzi i łamała im kości, ale w niczym nie uchybiało 
to godności „drogiego Bronisława”. 

 

I słusznie, bo przecież – jak to na tamtym etapie pisał inny ówczesny „skarb narodowy” – 
„wszyscyśmy syny Stalina i Stalina córki”, no a poza tym proces przygotowania kolejnego 
„skarbu narodowego” musi potrwać, „nim się przedmiot świeży jak figa ucukruje, jak tytuń 
uleży” – poucza Poeta. 

 

Toteż przy takim dopalaczu „drogi Bronisław” jest pewien, że tubylczy polscy Irokezi nie 
odważą się, już nie mówię, że wierzgnąć, ale nawet jęknąć przeciwko Eurokołchozowi i nie 
tylko mandatu, ale nawet pensji eurodeputowanego nie odważą się mu odebrać. Zachęcony 
tym budującym przykładem męczeństwa na pluszowym krzyżu, również pan Tadeusz 
Mazowiecki ogłosił, że też nie złożył oświadczenia lustracyjnego. 

 

Tylko patrzeć, jak i on zostanie dokooptowany do naszych „skarbów narodowych”, zwłaszcza 
gdy „prasa międzynarodowa” zacznie rozsławiać jego bohaterską postawę wobec „narodowo-
katolicko-faszystowsko-bolszewickiego” rządu polskiego i w ten oto sposób niedopatrzenie 
pani Albright zostanie naprawione. 

 

Najwyraźniej przygotowania do triumfalnego powrotu na polityczną scenę Aleksandra 
Kwaśniewskiego na czele Ruchu Obrony Zdobyczy III Rzeczypospolitej nabierają 
przyspieszenia, skoro z jednej strony Trybunał Konstytucyjny już obmyśla uzasadnienie dla 

background image

wyroku uznającego ustawę lustracyjną za niezgodną z konstytucją, a z drugiej – mobilizacja 
objęła nie tylko „skarby narodowe”, ale cały Volkssturm. 

 

No, ale trudno się temu dziwić, skoro reżym ośmielił się podnieść rękę nie tylko na prostych 
konfidentów, ale nawet na samego generała Jaruzelskiego, którego „wszyscy Polacy” 
uważają za swoją duszeńkę? Najwyższy tedy czas pokazać mu ruski miesiąc, a zatem – 
wszystkie ręce na pokład! 

 

Najzabawniejsza w tym wszystkim jest okoliczność, że obowiązek składania oświadczeń 
lustracyjnych został przywrócony na skutek nowelizacji przeforsowanej przez prezydenta 
Kaczyńskiego. Wprowadzony został on po raz pierwszy przez ustawę z 11 kwietnia 1997 
roku, nad którą głosował również ówczesny klub parlamentarny Unii Wolności, której posłami 
byli m.in. obydwaj dzisiejsi kontestatorzy: Bronisław Geremek i Tadeusz Mazowiecki. 

 

Bóg jeden wie, co podkusiło prezydenta do tej nowelizacji, ale nie ma tego złego, co by na 
dobre nie wyszło, bo teraz może na własnej skórze przekonać się o trafności porzekadła: nie 
bądź słodki, bo cię zliżą. 

 

 

 Stanisław Michalkiewicz 

  

www.michalkiewicz.pl

  

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

background image

Czarny koniec pieriedyszki 

 

Komentarz  ·  tygodnik „Najwyższy Czas!”  ·  28 kwietnia 2007  |  www.michalkiewicz.pl 

 

 

 

A więc jednak marszałek Marek Jurek zdecydował się na utworzenie własnej partii. 
Wprawdzie – jak zauważył Jacek Kurski – na razie mieści się ona „w jednej windzie”, ale już 
starożytni Rzymianie zauważyli, że omnia principia parva sunt – co się wykłada, że wszystkie 
początki są skromne. 

 

Podobną myśl wyraził i Adam Mickiewicz, pisząc w „Dziadach”, że „te, co jutro rykną – czym 
są dzisiaj gromy? Iskrą tylko!”. Czy zatem iskiereczka mrugająca dzisiaj z popielnika 
marszałka Jurka ogarnie płomieniem całą Polskę, czy też zgaśnie, jak większość innych 
iskiereczek? 

 

System finansowania partii politycznych stworzony ustawą z 27 czerwca 1997 roku 
iskiereczkom raczej nie sprzyja, dlatego też od 10 lat obserwujemy rotację starych pieców, w 
których, jak się wydaje, cały czas pali ten sam diabeł. 

 

Tymczasem partia marszałka Jurka odwołuje się do wartości chrześcijańskich, których 
pryncypialność wszystkie diabły przyprawia o mdłości. Z drugiej jednak strony, jak 
przypomina tenże Mickiewicz w balladzie „Pani Twardowska”, jeśli diabłu bardzo zależy, to 
potrafi nawet wykąpać się w święconej wodzie. 

 

Jeśli zatem marszałkowi Jurkowi uda się znaleźć jakiegoś diabła wspierającego – to te 10% 
poparcia, którymi mamią go dzisiaj dla zachęty sondażownie, może zamienić się na głosy 
wyborcze. Jeśli nie – to nie. 

 

Jest to prawdopodobne tym bardziej, że nowa partia nie składa się z jakichś płomiennych 
charyzmatyków, samotnie przebijających się do władzy i rozgłosu, wbrew przeszkodom 
stawianym im przez możnych tego świata, tylko z działaczy zawdzięczających swoje 
wyniesienie przyłączaniu się w porę do dużej kupy. Czy bez kupy i pieniędzy będą w stanie 
cokolwiek uczynić? Vederemo. 

background image

 

Na wszelki jednak wypadek Roman Giertych, dla którego Ligi partia marszałka Jurka może w 
razie powodzenia stać się poważnym zagrożeniem, zapowiada wniosek o rozwiązanie Sejmu, 
gdyby rząd „utracił większość”. Trudno mu się dziwić – w takiej sytuacji im wybory 
wcześniej, zanim marszałek Jurek zorganizuje sobie partię – tym większa szansa uratowania 
stanu posiadania przez LPR. 

 

W takim jednak przypadku również i razwiedki starałyby się działać na pewniaka – więc już 
żadnych eksperymentów z Platformą, tylko „prezio” Kwaśniewski d`abord ze swoim 
orszakiem konfidentów i aferzystów, zaś Donald Tusk – w nagrodę za wierną służbę – 
ewentualnie na operetkowym stanowisku „prezia” przy „silnym premierze” Kwaśniewskim. 

 

A ten najwyraźniej zabiera się do dzieła systematycznie; właśnie rozmawiał z Kondolizą na 
temat tarczy antyrakietowej, przekonując ją, że najpierw trzeba to uzgodnić z Putinem i z 
NATO. Czyż to nie „wojska łączności” ze słynnego przemówienia Józefa Piłsudskiego? 
Każdemu się nadstawi, każdemu dogodzi. Jakże takiego nie podziwiać? Boy-Żeleński, jeszcze 
za czasów przybyszewszczyzny, pociągnąwszy razu pewnego tęgi łyk gorzały, stwierdził z 
zadowoleniem, że „ludzkie zwierzę” musi od czasu do czasu zrzucić z siebie „ciężar 
człowieczeństwa”. 

 

Toteż powrót Aleksandra Kwaśniewskiego zostanie powitany z ulgą nie tylko przez 
konfidentów, aferzystów i partyjniaków, ale również przez inne środowiska. Warto np. się 
zastanowić, co właściwie tak radykalnie zmieniło niechętny początkowo stosunek biskupów 
do Anschlußu Polski do Unii, gdzie przecież obowiązuje polityczna poprawność – czy 
przypadkiem jakiejś roli nie odegrała wizja złotego deszczu w postaci dopłat rolniczych? 

 

Bernard Shaw zauważył, że Kościół Anglikański jakoś zniesie krytykę dziewięciu dziesiątych 
swoich dogmatów, ale absolutnie nie zniesie utraty jednej dziesiątej swoich dochodów. Tak 
może było kiedyś, ale dzisiaj, w 40 lat po Soborze Watykańskim II, ekumenizm jest, że tak 
powiem, w pełnym natarciu, więc wszystkie kościoły coraz bardziej się do siebie 
upodabniają. 

 

Jeśli tedy ewangeliczna pryncypialność mogłaby wejść w kolizję z dochodami, to konieczność 
jakiegoś kompromisu wprost się narzuca. Zresztą – jakże inaczej, skoro sam Pan Jezus 
powiedział, że królestwo Jego „nie jest z tego świata”? Toteż Aleksander Kwaśniewski jako 
alternatywa, ma szanse znacznie większe od partii marszałka Jurka. Za to na tamtym świecie 
– aaa, to co innego! 

 

background image

Już kiedyś wspominałem, że pieriedyszki nie trwają długo. II Rzeczpospolita przeciągnęła się 
od listopada 1918 roku do września 1939. Kolejna pieriedyszka zaczęła się u nas w 1989 
roku, ale z Deklaracji Berlińskiej już wiadomo, że jest rozkaz, żeby w 2009 roku przyjąć 
konstytucję Eurosojuza. Może ekstrawaganccy Anglicy jej nie przyjmą, ale na kontynencie nie 
będzie żadnych żartów. 

 

Widać przecież gołym okiem, że w Polsce powoli przechodzimy na ręczne sterowanie, bo 
Niemcy, to nie gapowata prezydencja luksemburska, podczas której doszło do odrzucenia 
traktatu konstytucyjnego we Francji i Holandii. Opornych pozostało już niewielu, więc w razie 
czego tubylczym Irokezom zaaranżuje się takie rządy, jakie będzie trzeba – i po krzyku. Jak 
będzie u innych – niech oni się martwią, bo u nas – wiadomo: Aleksander Kwaśniewski z 
„drogim Bronisławem” mogą nam pieriedyszkę – również po 20 latach – zakończyć. 

 

Na razie zakończył się sławny „Marsz Żywych”. Wszyscyśmy, ma się rozumieć byli 
zachwyceni, jak się należało, zwłaszcza, że na ten czas Mosad przejął władzę nad 
Oświęcimiem niemal ostentacyjnie. A przecież podobne „marsze” można będzie w przyszłości 
organizować również we wszystkich innych miejscowościach w Polsce, naturalnie w asyście 
ochrony Mosadu, bo jakże by inaczej? 

 

W ten sposób zwolna przyzwyczaimy się do jego stałej i jawnej obecności i w końcu uznamy 
ją za stan naturalny. Triumfalnie zapowiada się budowę z udziałem funduszy publicznych 
Muzeum Historii Żydów Polskich, a w rocznicę powstania w getcie dawne jego granice 
zostają oznaczone linią płonących zniczy – ale kiedy grupa Polaków chce wznieść w 
Warszawie pomnik dla upamiętnienia ofiar ludobójstwa dokonanego przez OUN-UPA na 
Kresach Wschodnich – od razu podnoszą się protesty, i to z czyjej strony? 

 

A czyjejż by, jeśli nie Żydów z kręgu „Gazety Wyborczej”, z „drogim Bronisławem” na czele? 
Gdyby to nie było nietaktowne, to można by powiedzieć, że chyba trochę za bardzo się 
ożywili. Najwidoczniej jednak uważają, że już mogą dyktować tubylczym Irokezom, co wolno 
im we własnej (jeszcze) stolicy upamiętniać i w jaki sposób, a czego nie. A przecież to 
dopiero początek końca pieriedyszki! Potem będzie już tylko gorzej. 

 

 

 Stanisław Michalkiewicz 

  

www.michalkiewicz.pl

  

 

background image

Ręczne sterowanie 

 

Komentarz  ·  specjalnie dla www.michalkiewicz.pl  ·  30 kwietnia 2007  |  
www.michalkiewicz.pl 

 

 

 

Jeszcze w ubiegłym roku pisałem, że rzucenie hasła budowy IV Rzeczypospolitej, które 
oznacza próbę rozpędzenia grupy dotychczas trzymającej władzę i zajęcie jej miejsca, 
wywoła niesamowity wrzask. Jest to całkowicie naturalne, jako że korzenie tej grupy sięgają 
czasów stalinowskich i przerastają tkankę społeczną na podobieństwo raka. 

 

Na samą myśl o takiej operacji członków grupy przenikają dreszcze, a z ust wyrywa się 
okrzyk zgrozy. Wiedzą oni bowiem, że nie da się jej przeprowadzić z całkowitym 
znieczuleniem, więc ból będzie trudny do zniesienia. 

 

W przeczuciu tych paroksyzmów komuch podniósł wrzask zanim jeszcze ktokolwiek zdążył 
przyłożyć siekierę do pnia, a kiedy ostrze uderzyło po raz pierwszy, wrzaski i krzyki podniosły 
się aż ku niebiosom. 

 

Musiała nastąpić pełna mobilizacja, której przebieg można odtworzyć na podstawie sekwencji 
wydarzeń. „Najpierw jest tak: tworzą się grupki: tutaj tuwimy, tam kadłubki, tu nacje te – tu 
te” – twierdzi poeta. Wszystko to oczywiście jest możliwe, łącznie z „tuwimami” i 
„kadłubkami”, w tym jednakże przypadku wszystko wskazuje na to, iż na początku 
przeprowadzono mobilizację szeregowych konfidentów. 

 

Dwaj inicjatorzy „ruchu obywatelskiego nieposłuszeństwa” okazali się wprawdzie podejrzani o 
współpracę ze Służbą Bezpieczeństwa, ale nie tylko nie konfunduje to pozostałych 
sygnatariuszy uczelnianych protestów, a przeciwnie – skłania ich do przejścia na wyższy 
stopień zaangażowania. W obronie podejrzanych o agenturalną przeszłość produkują kolejne 
protesty, których niedościgłym wzorem pozostało zbiorowe wystąpienie Wydziału 
Humanistycznego Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego przeciwko mnie, gdy ujawniłem 
casus pascudeus, jaki przytrafił się panu prof. Jerzemu Kłoczowskiemu. 

 

background image

Wtedy musiał to być rodzaj rozpoznania walką, a zdobyte wówczas cenne doświadczenia 
najwyraźniej zostały powielone w charakterze regulaminów. Wygląda na to, że mimo upływu 
18 lat od sławnej transformacji ustrojowej, partia wewnętrzna nadal mocno trzyma 
konfidentów w garści, a i oni chodzą, jak w zegarku. 

 

Kiedy zatem Niemcy w Deklaracji Berlińskiej rzuciły rozkaz, że w 2009 roku „integracja 
europejska” na przejść na wyższy etap, gołym okiem dało się zauważyć przejście na ręczne 
sterowanie. 

 

Nie mówię nawet o takich drobiazgach, jak sondaże, z których wynika, że „86 procent 
Polaków” popiera Unię Europejską, bo to rutyna, ale o tworzeniu „rewolucyjnej sytuacji”, 
podobnej do tej, jaka zapanowała w Paryżu w roku 1919, kiedy to po przedstawieniu 
niemieckiemu rządowi traktatu wersalskiego, Niemcy zażądały dwóch dni do namysłu. 
Wybuchł wtedy w Paryżu strajk transportu miejskiego pod hasłem, by „nie doprowadzać 
Niemców do desperacji”. 

 

Skoro zatem Niemcy mogły w chwili klęski własnego kraju zorganizować polityczną 
demonstrację na swoją rzecz w stolicy państwa zwycięskiego, to nietrudno sobie wyobrazić, 
co mogą wykręcić dzisiaj w Polsce, spenetrowanej na wylot. Jednym z elementów budowania 
takiej „sytuacji” jest inscenizowanie coraz bardziej widowiskowych objawów społecznego 
niezadowolenia z rządu. 

 

Uczestniczą w tym oczywiście zaangażowane merdia wśród których na pierwszej linii staje 
niezawodna w realizowaniu leninowskiej wizji „organizatorskiej funkcji prasy” „Gazeta 
Wyborcza”. Być może z punktu widzenia niemieckiego byłoby obojętne która ekipa „w 
imieniu Polski” wyrzeknie się w 2009 roku suwerenności państwowej na rzecz „Unii 
Europejskiej”, na co jak się wydaje, liczy prezydent Kaczyński, ale z punktu widzenia grupy 
trzymającej władzę to wcale obojętne nie jest. „Nim słońce wzejdzie, rosa oczy wyje” – 
powiada przysłowie, więc cóż im po Anschlußie, kiedy może się zdarzyć, że przyjdzie im 
oglądać jego dobrodziejstwa przez kraty? 

 

Toteż po mobilizacji szeregowych konfidentów, dzięki której udało się zorganizować i 
podtrzymać „bunt wykształciuchów”, sięgnięto również do drugiej linii. „Dajcie mi punkt 
oparcia, a podniosę Ziemię” – podobno tak przechwalał się Archimedes. 

 

Kiedy więc okazało się że wprawdzie „wykształciuchy” się zmobilizowały, wprawdzie agentura 
nadaje ton, ale takie to jakieś niemrawe, wówczas cenne rezerwy zostały rzucone na odcinek 

background image

międzynarodowy. Profesor Geremek z małpią zręcznością wspiął się na pluszowy krzyż, żeby 
cała Europa mogła napawać się widokiem jego męczeństwa. 

 

Na rezonans nie trzeba było długo czekać; cała żydokomuna podniosła wrzask, że „faszyzm” 
i „stalinowskie metody”, a skoro tak, to już tylko krok od „żądania wyjaśnień”, czyli 
interwencji. W ten oto sposób ręczne sterowanie może ewoluować od form dyskretnych do 
ostentacyjnych. Na scenie krajowej profesora Geremka próbował naśladować Tadeusz 
Mazowiecki; nie wyszło tak widowiskowo, ale jak zwykle – zrobił co tam tylko mógł. 

 

W tej sytuacji brakowało już tylko jakiegoś nieboszczyka w charakterze ofiary reżymu. No i 
jest. W swoim domu zastrzeliła się Barbara Blida, kiedy ekipa ABW weszła do niej, żeby 
przeprowadzić rewizję i zatrzymać w związku z podejrzeniami o niebezpieczne związki z 
mafią węglową. 

 

Ogłupiały Sejm uczcił ją minutą ciszy, a potem, z inicjatywy SLD, przez cały dzień odprawiał 
coś w rodzaju akademii, której motywem przewodnim była teza, że samobójczyni padła 
ofiarą zbrodniczej polityki rządu. Tymczasem rząd, najwyraźniej przestraszony własnej 
odwagi, wysłał szefa ABW... na urlop. 

 

W tej sytuacji politycy SLD, którym samobójstwo Barbary Blidy sprawiło wyraźną ulgę, że 
przynajmniej ona już niczego nie powie, zapowiedzieli złożenie wniosku o powołanie komisji 
śledczej. Nietrudno się domyślić, że w ten sposób chcą się zorientować, co też na ich temat 
wiedzą tajniacy i prokuratura i dzięki tej wiedzy jakoś neutralizować uderzenia z tamtej 
strony – a poza tym wykorzystać tę dodatkową trybunę do miotania oskarżeń pod adresem 
rządu, że „morduje papugi”. 

 

Merdia poniosą falę tego świętego oburzenia coraz dalej i dalej i kto wie – może wytworzy 
się jakiś rodzaj kultu pani Blidy jako męczeńskiej ofiary zbrodniczego reżymu – w sam raz w 
momencie, gdy wszyscy poczuli się trochę zmęczeni wymaganiami chrześcijańskiej 
pryncypialności. Akurat razwiedkowy ITI kupił 49% udziałów w „Tygodniku Powszechnym”, 
więc wszystko jest na najlepszej drodze. 

Inna rzecz, że byłby w tym pewien sens, bo pani Blida zachowała się na poziomie. Co tu 
ukrywać; jakieś proroctwa musiały wspierać Danutę Rinn, kiedy przed laty retorycznie 
zapytywała – „gdzie ci mężczyźni?”. 

 Stanisław Michalkiewicz 

www.michalkiewicz.pl