background image

Bułhakow Michał

Psie serce

Zakład Nagrań i Wydawnictw

Związku Niewidomych

Warszawa 1996

1

background image

Tłoczono pismem punktowym 
dla niewidomych w Drukarni 
Zakładu Nagrań i Wydawnictw 
Związku Niewidomych, 

Warszawa, ul. Konwiktorska 9

Przedruk z Wydawnictwa „Atext”,

Gdańsk, 1991 

Pisała J. Andrzejewska
Korekty dokonały
I. Stankiewicz
i E. Chmielewska

 

2

background image

I

Auuuu.   Spójrzcie   na   mnie,   przecież   umieram.   Zamieć   wyje   mi   w   bramie   modlitwę   za 
konających, a ja wyję razem z nią. 
Przepadłem, przepadłem. Łajdak w brudnej białej czapie - kucharz ze stołówki racjonalnego 
żywienia pracowników Centralnej Rady Gospodarki Narodowej - chlusnął wrzątkiem i oparzył 
mi lewy bok. Co za kanalia, a podobno proletariusz. O Boże mój, jak boli! Przeżarło wrzątkiem 
do kości. Wyję teraz i wyję, ale czy to wycie coś pomoże?
No i co ja mu takiego zrobiłem? Czy Rada Gospodarki Narodowej zbiednieje, jeżeli pogrzebię 
w jej śmietniku?  Zachłanne bydlę! Proszę kiedyś spojrzeć na jego pysk - szerszy niż dłuższy. 
Złodziej z mordą jak patelnia. Och, ludzie, ludzie. W południe ugościł mnie wrzątkiem, a teraz 
już się zmierzcha, będzie pewnie około czwartej, sądząc po zapachu cebuli z komendy straży 
ogniowej na Preczystience. Strażacy, jak powszechnie wiadomo, na kolację jadają kaszę. To 
wyjątkowe świństwo - w rodzaju grzybów.  Nawiasem mówiąc, znajome psy z Preczystienki 
opowiadały, jakoby na Nieglinnym w restauracji „Bar” jada się dyżurne żarcie - grzyby plus sos 
pikantny   za   trzy   ruble   siedemdziesiąt  pięć  kopiejek   porcja.  Potrawa   dla   amatora,   równie 
dobrze można lizać kalosze... Uuuu...
Bok   piecze   nie   do   wytrzymania,   dalszy   ciąg   mojej   kariery   życiowej   widzę   najzupełniej 
wyraźnie: jutro pojawią się rany i pytanie, czym je będę leczyć?   Latem poleciałbym na 
Sokolniki,   rośnie   tam   także   specjalne   bardzo   dobre   ziele,   w   dodatku   można   się   nażreć 
bezpłatnie piętek od kiełbasy, wylizać zatłuszczone papiery, które wyrzucają tam obywatele. I 
gdyby nie jakaś wydra, która na łące pod księżycem śpiewa „Boska Aido” tak, że aż serce 
zamiera, byłoby naprawdę wspaniale. Ale zimą dokąd mam iść? Dostawałeś kopniaki w tyłek? 
Dostawałeś. A cegłą po żebrach? A jakże.  Dostałem już za swoje. 
Wszystkiego doświadczyłem, pogodziłem się z losem i jeśli teraz rozpaczam, to wyłącznie za 
przyczyną fizycznego bólu i zimna, ponieważ duch mój nie osłabł jeszcze do końca...  Żywotny 
jest duch sobaczy.
Ale za to ciało moje udręczone, poranione, pastwili się nad nim ludzie zupełnie wystarczająco. 
A najgorsze, że kiedy chlusnął na mnie, wrzątek dostał się pod sierść, a to znaczy, że nic już 
nie chroni lewego boku. Z łatwością mogę  się nabawić, powiedzmy, zapalenia płuc, a z 
zapaleniem płuc, to proszę obywateli, po prostu zdechnę z głodu. Z zapaleniem płuc należy 
leżeć na frontowej klatce pod schodami, a kto wtedy zamiast mnie, samotnego, obłożnie 

3

background image

chorego psa, będzie biegać po śmietnikach w poszukiwaniu jedzenia? Choroba zaatakuje 
płuco, zacznę pełzać na brzuchu, osłabnę, a wtedy byle hycel zatłucze mnie kijem na śmierć. 
A dozorcy z blachami na piersiach złapią moje zwłoki za nogi i rzucą na furmankę...
Ze wszystkich proletariuszy dozorcy są najpaskudniejsi.  Wyrzutki społeczeństwa, najniższa 
kategoria ludzkości. Kucharze jeszcze zdarzają się rozmaici. Na przykład nieboszczyk Włas z 
Preczystienki. Niezliczonym uratował życie. Ponieważ w czasie choroby najważniejsze, żeby 
dorwać coś do żarcia. No więc, zdarzało się, jak opowiadają stare psy, rzuci czasem Włas 
kość, a na kości jeszcze i pół ćwiartki mięsa.  Niechaj mu ziemia lekką będzie za to, że to był 
naprawdę   nie   byle   kto,   nadworny   kucharz   hrabiów   Tołstojów,   a   nie   Rady   Racjonalnego 
Żywienia. Co oni wyprawiają w tym Racjonalnym Żywieniu, to się po prostu w psiej głowie nie 
mieści.   Przecież ci dranie na cuchnącym solonym mięsie gotują kapuśniak, a stołownicy, 
biedactwa, o niczym nie mają pojęcia.  Przybiegają, jedzą, chłepcą.
Niektóre maszynistki otrzymują według IX grupy cztery i pół czerwońca, no, co prawda jeszcze 
kochanek podaruje czasem pończochy z fil de Perse. Ale jakie poniżenie musi wycierpieć za 
te fildepersy. Przecież nie żeby tak normalnym sposobem, tylko przymusza do francuskiej 
miłości.   S...   syny   ci   Francuzi,   mówiąc   między   nami.   Chociaż   jadają   bogato   i   zawsze   z 
czerwonym winem. Tak...  Przybiegnie taka maszynistka do stołówki, przecież za cztery i pół 
czerwońca do „Baru” nie pójdzie. Jej nawet na kinematograf nie wystarcza, a kinematograf to 
dla kobiety jedyna pociecha w życiu. Drży, krzywi się, ale zjada...   Pomyśleć tylko, płaci 
czterdzieści kopiejek za obiad z dwóch dań, a te obydwa dania nawet i piętnastu niewarte, bo 
pozostałe dwadzieścia pięć ukradł kierownik. A czy w ogóle powinna się tak odżywiać? Ma 
zajęty wierzchołek prawego płuca i kobiecą chorobę na francuskim tle, w pracy potrącili z 
pensji, w stołówce nakarmili cuchnącym mięsem, o, to właśnie ona biegnie, to ona... Wbiega 
do bramy w pończochach od kochanka.  Nogi marzną, brzuch podwiewa, dlatego że sierść ma 
na   sobie   mniej   więcej   taką   jak   moja   i   majtki   nosi   leciutkie,  koronkowe,   aby   nic. To   dla 
kochanka:   niechby   spróbowała   włożyć   flanelowe,   zaraz   zacznie   wrzeszczeć:   jakaś   ty 
nieelegancka! Obrzydła mi moja Matriona, namordowałem się z flanelowymi majtkami, aż 
doczekałem   się,   nadeszły   moje   czasy.   Jestem   przewodniczącym   i   ile   bym   nie   nakradł, 
wszystko   wydam   na   kobiece   ciało,   na   szyjki   rakowe,   na   Abrau   Durco.     Dosyć   się 
nagłodowałem w młodości, w zupełności mi wystarczy, a życie pozagrobowe nie istnieje.
Żal mi jej, żal serdecznie.   Ale siebie samego żal mi jeszcze bardziej. Mówię tak nie przez 
egoizm, a tylko dlatego, że naprawdę nie mamy jednakowych warunków. Jej przynajmniej w 
domu będzie ciepło, a mnie...  Dokąd mam iść? Uuuuu!...
- Chodź tu, piesku, chodź! 
Szarik, Szarik... Dlaczego skomlisz, biedaku? Kto cię skrzywdził? Och...
Zamieć sucha wiedźma zatrzasnęła bramę i walnęła miotłą dziewczynę po uszach.  Zadarła 
do kolan spódniczkę, obnażyła kremowe pończochy i wąski rąbek nie dopranej koronkowej 
bielizny, zdusiła słowa, obsypała psa śniegiem.
Boże mój, co za pogoda...  Och... A jeszcze do tego boli brzuch. Pewnie przez tamto mięso! 
Kiedy się to wreszcie skończy?
Pochylając głowę dziewczyna rzuciła się do ataku, sforsowała bramę, na ulicy zaczęło nią 

4

background image

kręcić,   kręcić,   ciskać   we   wszystkie   strony,   wreszcie   zawirowała   w   śnieżnym   wichrze   i 
przepadła z oczu.
A  pies   został   w   bramie,   dokuczał   mu   poraniony   bok,   więc   przywarł   do   zimnej   ściany, 
wstrzymał oddech i kategorycznie postanowił, że nigdzie się stąd nie ruszy i że w tej bramie 
zdechnie. Rozpacz pognębiła go dostatecznie. Tak boleśnie i gorzko mu było na duszy, tak 
samotnie i strasznie, że z oczu popłynęły malutkie psie łezki, spadały kropelkami i natychmiast 
wysychały. Z uszkodzonego boku sterczały zamarznięte kłaki skołtunionej sierści, a pomiędzy 
nimi przezierały złowieszcze czerwone placki oparzeń. Ach, jacy bezmyślni, głupi i okrutni 
bywają kucharze. Zawołała: 
„Szarik”... Jaki on tam, u diabła, Szarik. Szarik to znaczy okrągły, dobrze odżywiony, głupi, żre 
owsiankę,   syn   świetnych   rodziców,   a   on   jest   kosmaty,   kościsty,   obszarpany,   włóczęga   z 
zapadniętym brzuchem, bezdomny kundel. Zresztą dzięki i za dobre słowo.
Trzasnęły drzwi na przeciwległej stronie ulicy w jasno oświetlonym sklepie i z tych drzwi 
wyszedł obywatel.   Właśnie obywatel, a nie towarzysz, a nawet, mówiąc ściśle, wielmożny 
pan. Bliżej - jaśniej - wielmożny pan.   Myślicie, że twierdzę tak ze względu na jego palto? 
Nonsens.  Bardzo wielu proletariuszy nosi teraz palta. Co prawda kołnierze mają inne, nawet 
nie ma porównania, ale mimo wszystko z daleka można się pomylić. Za to jeśli chodzi o oczy, 
to już nie ma mowy o pomyłce ani z bliska, ani z daleka. O, oczy to coś niezwykłego, niczym 
barometr.  Widać wszystko, kto ma wielką pustynię zamiast duszy, kto ni z tego, ni z owego 
może kopnąć czubkiem buta między żebra, a kto się boi. Takiego właśnie lękliwego gnojka 
miło   jest  ugryźć  w   łydkę.  Boisz   się,  to   masz  za  swoje.   Jeśli  się  boisz,   widocznie   masz 
powody... wrrr...  hau_hau...
Wielmożny pan pewnym krokiem przeszedł jezdnię w śnieżnym słupie zamieci i ruszył do 
bramy. Tak, tak, w tym wypadku wszystko widać gołym okiem. Ten nie będzie jadł cuchnącego 
mięsa, a jeśli mu gdziekolwiek takie zaserwują, zrobi potworny skandal, napisze do gazet... 
mnie, Filipa Filipowicza, chciano otruć.
Jest coraz bliżej i bliżej.  Widać, że zwykł jadać obficie i że nie kradnie, taki psa nie kopnie, ale 
sam też nikogo się nie boi, a nie boi się dlatego, że stale jest najedzony. Zajmuje się pracą 
umysłową, ma ostrą bródkę w stylu francuskim, a także wąsy siwe, puszyste i zawadiackie 
niczym francuscy rycerze, ale śnieżna kurzawa niesie od niego zapach paskudny, szpitalny. 
Oraz woń cygara.
Po kiego czorta, ciekawe, zaniosło go do spółdzielni Centrochozu? Przystanął niedaleko... Na 
co on czeka?  Uuuu... Co też mógł kupić w takim nędznym sklepiku, czy już mu nie wystarcza 
Ochotnyj Riad?   Co to jest? Kiełbasa. Drogi panie, gdybyś zobaczył, z czego oni robią tę 
kiełbasę, omijałbyś ten sklep z daleka. Lepiej niech pan ją odda mnie.
Pies zebrał resztkę sił i w przypływie desperacji wyczołgał się z bramy na chodnik. Zadymka 
wystrzeliła nad głową z karabinu, załopotała ogromnymi literami płóciennego plakatu „Czy 
odmładzanie jest możliwe?”
Oczywiście,   że   możliwe.   Zapach   kiełbasy   odmłodził   mnie,   podniósł   z   brzucha   na   nogi, 
płomiennymi falami zmarszczył mój pusty od dwóch dni żołądek, pogromca szpitala, rajski 

5

background image

zapach mielonej kobyły z czosnkiem i pieprzem. Czuję i wiem, w prawej kieszeni futra ma 
kiełbasę. Już jest nade mną. O władco mój!  Spójrz na mnie. Ja umieram.  Sprzedajna jest 
moja dusza i dola paskudna.
Pies pełznął na brzuchu jak żmija, zalewając się łzami.   Proszę zwrócić uwagę na dzieło 
kucharza. Ale nie, pan przecież za żadne skarby nie da mi tej kiełbasy. Och, bardzo dobrze 
znam bogatych ludzi! A tak naprawdę do czego ona panu potrzebna? Na co panu cuchnący 
koń? Takie trujące konie sprzedają tylko w Mosselpromie.  A pan luminarz światowej sławy jadł 
dzisiaj śniadanie dzięki męskim gruczołom płciowym.  Uuu... Co to się dzieje na tym świecie? 
Widać jeszcze za wcześnie na umieranie, a rozpacz zaprawdę jest grzechem. Nie zostaje nic 
innego, jak tylko lizać mu ręce.
Zagadkowy i wielmożny pan pochylił się nad psem, błysnął złotym obramowaniem oczu i wyjął 
z prawej  kieszeni  białą,  podłużną  paczkę. Nie  zdejmując  brązowych rękawiczek rozwinął 
papier, który niezwłocznie zagarnęła zamieć, oderwał kawałek kiełbasy zwanej „specjalną 
krakowską”. Rzucił psu... O szlachetna osobo! Uuu!
- Fit_fit - zagwizdał pan i dodał surowym głosem. - Na!  Szarik, Szarik!

Znowu Szarik. Ochrzcili. A niech pan nazywa mnie, jak chce, zgadzam się na wszystko. Za 
pański nadzwyczajny uczynek.
Pies błyskawicznie zdarł flak, ze szlochem wgryzł się w krakowską i pożarł ją w okamgnieniu. 
A przy tym prawie się udławił kiełbasą i śniegiem, aż łzy popłynęły mu z oczu, ponieważ z 
zachłanności omal nie pożarł sznurka. Jeszcze, jeszcze, liżę pańską rękę.   Spodnie całuję, 
dobroczyńco mój!
- Na razie wystarczy... - Pan mówił urywanymi zdaniami, jakby wydawał komendy. Pochylił się 
nad Szarikiem, badawczo popatrzył mu w oczy i nieoczekiwanie, z intymną serdecznością 
dłonią w rękawiczce przejechał po psim brzuchu.
- Aha - powiedział znacząco - obroży nie masz, no i bardzo dobrze, właśnie ty jesteś mi 
potrzebny. Maszeruj za mną - pstryknął palcami. - Fit_fit!

Mam iść za panem? A choćby i na koniec świata. Może mnie pan kopać swoimi butami z filcu, 
a ja słowa nie powiem.
Na całej Preczystience świeciły latarnie. Bok bolał nie do wytrzymania, ale Szarik chwilami 
zapominał o bólu pochłonięty jedną jedyną myślą, żeby tylko w ciżbie nie stracić z oczu 
cudownej zjawy w futrze, żeby jakimkolwiek sposobem wyrazić jej miłość i oddanie. I ze 
siedem razy od Preczystienki do Zaułka Obuchowa wyraził.   Ucałował w śniegowiec przy 
uliczce Martwej, torując drogę straszliwym wyciem tak wystraszył jakąś paniusię, że aż usiadła 
na słupie, ze dwa razy zaskowyczał, żeby podtrzymać litość dla siebie.
Jakiś łajdacki, robiony pod syberyjskiego, kot włóczęga wyskoczył zza rynny i pomimo zamieci 
wywęszył   krakowską.     Szarik   zapomniał   o   bożym   świecie   na   myśl,   że   bogaty   dziwak, 
zbierający po bramach poranione psy, również i tego złodzieja zabierze ze sobą, a wtedy 

6

background image

przyjdzie dzielić się produktem Mosselpromu. Dlatego tak wyszczerzył zęby na kota, że ten z 
sykiem podobnym do syczenia dziurawego szlauchu wdrapał się po rynnie na pierwsze piętro. 
Rrr... hau... u! Won! Nie wystarczy Mosselpromu dla wszystkich łachmytów, co się włóczą po 
Preczystience.
Pan ocenił oddanie i pod samą strażą ogniową, pod oknem, z którego dobiegał przyjemny 
pomruk waltorni, nagrodził psa drugim, trochę mniejszym kawałkiem, tak z pięć łutów.
Ech, co za dziwak. Chce mnie zwabić. Może się pan nie obawiać. Sam nie mam zamiaru 
uciekać. Pójdę wszędzie, gdzie pan rozkaże.
- Fit fit fit! Tędy!

Na Obuchowa? Jak pan sobie życzy. Znamy tę ulicę całkiem nieźle.
Fit fit! Tutaj? Z przyjem... 
E,  nie,   bardzo   mi   przykro. Nie.    Tu   jest  szwajcar.  Nie   ma   nic  gorszego   na   świecie.  Po 
wielekroć niebezpieczniejszy od dozorcy. Absolutnie znienawidzony gatunek. 
Paskudniejszy od kotów. Hycel w liberii z lampasami.
- No, nie bój się, chodź.
- Kłaniam się nisko, Filipie Filipowiczu.
- Dzień dobry, Fiodorze.

To jest ktoś. Boże mój, komuś ty mnie podrzuciła, dolo moja pieska! Cóż to za osobistość, 
która   może   uliczne   psy   wprowadzać   do   domu   spółdzielni   mieszkaniowej   w   obecności 
szwajcara? A ten drań - proszę tylko popatrzeć - stoi bez ruchu i bez słowa! Co prawda oczy 
ma   chmurne,   ale   ogólnie   rzecz   biorąc   patrzy   obojętnie   spod   swojej   czapki   ze   złotym 
szamerunkiem. Jakby wszystko było w porządku. To się nazywa poszanowanie i to jakie, 
panowie! No, a ja z nim i za nim. I co? Możesz mnie pocałować. Żeby tak capnąć za tę 
proletariacką, spracowaną nogę.   Za wszystkie świństwa twoich kolegów po fachu. Ile razy 
tłukłeś mnie szczotką po mordzie, co?
- No chodź, chodź.

Rozumiem, rozumiem, pan będzie łaskaw się nie niepokoić. Gdzie pan, tam i ja. Proszę mi 
tylko pokazywać drogę, a na pewno nie zostanę w tyle, nie bacząc na mój przerażający bok.
Ze schodów na dół.
- Nie było do mnie listów, Fiodor?

Z dołu na schody, z 
szacunkiem.

- Nie było, Filipie 
Filipowiczu   (intymnie,   półgłosem   do   góry),   a   do   mieszkania   pod   trzecim   towarzyszy 

7

background image

dokwaterowali.
Dostojny dobroczyńca psów odwrócił się gwałtownie na stopniu i przechylony przez poręcz 
zapytał ze zgrozą:
- No i co?

Jego oczy stały się okrągłe, a wąsy stanęły dęba.
Szwajcar na dole zadarł głowę, przyłożył dłoń do warg i potwierdził.
- Tak jest, całe cztery sztuki.
-   O  mój  Boże!  Wyobrażam  sobie,  co teraz   się  będzie  działo  w   mieszkaniu. A  co  na  to 
lokatorzy?
- A nic.
- A Fiodor Pawłowicz?
- Pojechał po cegły i parawan. 
Będą stawiać ścianki działowe.
- Diabli wiedzą, co tu się dzieje!
- Do wszystkich, oprócz pańskiego, mieszkań, Filipie 
Filipowiczu, będą dokwaterowywać. Właśnie było zebranie, wybrali nowy zarząd, a poprzedni 
pogonili.
- Co to się wyrabia. Ajaj, ajaj... Fit fit.

Idę, idę, nie zostaję. Bok, proszę łaskawie zauważyć, daje znać o sobie. Pan pozwoli polizać 
buciczek.
Zniknął   na   dole   lampas   szwajcara.   Na   marmurowym   podeście   powiało   ciepłem   od 
kaloryferów, raz jeszcze skręcili - i oto półpiętro.

II

Nie ma żadnego powodu uczyć się czytać, jeśli mięso i tak pachnie na wiorstę. Mimo to (jeśli 
państwo mieszkacie w Moskwie i macie chociaż odrobinę oleju w głowie) chcąc nie chcąc 
musicie   się   nauczyć   i   do   tego   bez   żadnych   tam   kursów.   Spośród   czterdziestu   tysięcy 
moskiewskich psów chyba tylko jakiś kompletnie skretyniały idiota nie potrafi ułożyć z liter 
słowa „kiełbasa”.

8

background image

Szarik zaczął uczyć się według kolorów. Jak tylko ukończył cztery miesiące, w całej Moskwie 
rozwieszono błękitnozielone szyldy z napisem Mspo - handel mięsem. Powtarzamy, że nie ma 
to   najmniejszego   sensu,   ponieważ   mięso   i   tak   można   wywąchać.   A   raz   zaszło 
nieporozumienie: kierując się na jadowicie zielony kolor, Szarik, któremu zmylił powonienie 
benzynowy dym silnika, zamiast do jatki wlazł do sklepu z towarami elektrotechnicznymi braci 
Gołubizner na ulicy Miasnickiej. I tam, u braci, pies zapoznał się z kablem izolacyjnym, który 
przewyższa nawet bat dorożkarski. Tę niezwykłą, niezapomnianą chwilę należy uważać za 
początek szkoły. Od razu na trotuarze do Szarika dotarło, że „błękitny” nie zawsze oznacza 
„mięsny”, i wtulając ogon między tylne łapy oraz wyjąc z powodu okropnego bólu, przypomniał 
sobie, że na wszystkich jatkach pierwsza od lewej jest taka złota albo ruda pokraka podobna 
do sanek.
Dalej poszło jeszcze sprawniej. „A” opanował na „Centralrybie” na rogu Mochowej, a potem 
także „B”. Łatwiej mu było podbiegać od ogona słowa „ryba”, dlatego że na początku słowa 
stał milicjant.
Kwadratowe kafelki na narożnikach moskiewskich domów zawsze i nieuchronnie znaczyły 
„Ser”. Czarny kranik samowara oznaczał byłego właściciela „Czyczkina”, kule czerwonego 
holenderskiego   -   bestialskich   subiektów,   którzy   nienawidzili   psów,   trociny   na   podłodze   i 
obrzydliwy, wstrętnie śmierdzący bachstein.
Jeśli gdzieś grał akordeon, co było niewiele lepsze od „Boskiej Aidy” - i pachniały parówki, 
pierwsze litery na białych plakatach nadzwyczaj wygodnie składały się na słowo „nieprzyzwo... 
„,   co  oznaczało  „nieprzyzwoitymi  wyrazami  się  nie   wyrażać,  napiwków  nie   dawać”.  Tutaj 
czasami jak wiry na rzece skłębiały się bójki, ludzi bito pięściami po mordach, czasami, 
niezmiernie rzadko, serwetkami albo butami.
Jeśli w oknach wisiały nieświeże szynki i leżały mandarynki... hau_hau... de...  delikatesy. Jeśli 
ciemne butelki z paskudną cieczą... Wi... wi...  wino... Bracia Jelisiejew niegdysiejsi.
Nieznajomy   pan,   który   przywlókł   psa   pod   drzwi   swojego   wspaniałego   mieszkania   na 
półpiętrze,  zadzwonił,  a pies niezwłocznie  podniósł oczy na  wielką, czarną  ze złoconymi 
literami wizytówkę, która wisiała na boku szerokich, przeszklonych różową, laną szybą drzwi. 
Trzy pierwsze litery złożył od razu: Pe_er_o, Pro.   Ale dalej było zębate, wysokie draństwo 
niewiadomego znaczenia.  Czyżby proletariusz - pomyślał Szarik ze zdziwieniem... To być nie 
może. Uniósł do góry nos, raz jeszcze obwąchał futro i absolutnie pewny swego pomyślał. 
- Nie, proletariuszem tu nie pachnie. Słowo uczone i Bóg raczy wiedzieć, co ono znaczy.

Za różową szybą zapłonęło niespodziewane i wesołe światło, jeszcze bardziej uwydatniając 
czarną wizytówkę. Drzwi otworzyły się absolutnie bezszelestnie i śliczna młoda kobieta w 
białym fartuszku i koronkowym czepeczku pojawiła się przed psem i jego panem.   Tego 
pierwszego owiało boskie ciepło, a spódniczka kobiety zapachniała konwaliami.
To rozumiem, to mi się podoba 
- pomyślał pies.
- Niech pan będzie łaskaw, Szarik - powiedział ironicznie pan i Szarik, machając ogonem, 

9

background image

wszedł z nabożnym zachwytem.

Nieprzebrana mnogość przedmiotów zagracała bogaty przedpokój. Natychmiast zapadało w 
pamięć lustro do samej podłogi, które niezwłocznie odzwierciedliło drugiego złachmanionego i 
obszarpanego Szarika, straszne rogi jelenie na wysokościach, nieprzeliczone futra i kalosze 
oraz opalizujący tulipan ze światłem elektrycznym pod sufitem.
- Gdzie pan takiego znalazł, Filipie Filipowiczu? - z uśmiechem pytała kobieta i pomagała 
zdjąć ciężkie, podbite srebrnym lisem futro. - O Boże!  Ale sparszywiały!
- Głupstwa gadasz. Gdzie sparszywiały? - surowo i urywanie wypytywał pan.

Po zdjęciu futra okazało się, że jest w czarnym garniturze z angielskiego sukna, na brzuchu 
zaś radośnie i matowo połyskuje mu złoty łańcuszek.
- Czekaj no, nie kręć się, głuptasie. Hm. To nie parchy...  no stójże, u diabła... Hm. Aha.  To 
oparzenie. Co za drań cię tak urządził? Co? Stój ty spokojnie!

Kucharz, katorżnik kucharz! - żałosnymi ślepiami mówił pies z lekka skowycząc.
- Zina - wydał komendę pan - jego natychmiast do laboratorium, a mnie fartuch.

Kobieta gwizdnęła, pstryknęła parę razy palcami i pies po chwili wahania ruszył za nią. We 
dwoje   trafili   do   wąskiego,   słabo   oświetlonego   korytarza,   minęli   jedne   lakierowane   drzwi, 
przeszli do końca, następnie w lewo i znaleźli się w ciemnej komórce, która od razu nie 
spodobała się psu z powodu złowieszczego zapachu. Ciemność pstryknęła i błyskawicznie 
przemieniła się w oślepiający dzień, a do tego ze wszystkich stron zalśniło, zaiskrzyło się, 
zabielało.
E, nie - zawył w myśli pies - przykro mi, ale się nie dam!  Teraz rozumiem, niech ich diabli 
wezmą razem z kiełbasą. Okazuje się, że zwabili mnie do psiej lecznicy. Zaraz zmuszą do 
picia rycyny, bok pokroją nożem, kiedy i tak boli, że dotknąć nie sposób.
- Ej, ty dokąd? - krzyknęła ta, którą nazwano Ziną.

Pies wyrwał się, zakręcił i nagle uderzył o drzwi zdrowym bokiem, aż trzasnęło w całym 
mieszkaniu. Potem odleciał z powrotem, zawirował jak fryga pod batem, przewracając przy 
tym na podłogę białe wiadro, z którego poleciały strzępy waty.   Kiedy tak kołował, wokół 
przelatywały ściany obstawione szafami z błyszczącymi instrumentami w środku, migał biały 
fartuszek i wykrzywiona kobieca twarz.
- Co ty wyprawiasz, czorcie kudłaty? - rozpaczliwie krzyczała Zina. - Oszalał!

Gdzie tu mogą być kuchenne schody? - zastanawiał się pies.   Rozpędził się i jak pocisk 
uderzył na chybił trafił w szybę w nadziei, że są za nią drugie drzwi. Chmura odłamków 

10

background image

wyleciała   z   hukiem   i   brzękiem,   wyskoczył   pękaty   słój   z   rudym   paskudztwem,   które 
błyskawicznie zalało całą podłogę i buchnęło smrodem.  Rozwarły się prawdziwe drzwi.
- Stój, b_bydlaku! - krzyczał pan, skacząc w fartuchu włożonym na jedną rękę i łapiąc psa za 
nogi. - Zina, łap go za kołnierz, łobuza.
- Bo... Boże, to ci pies!

Drzwi   otworzyły   się   szerzej   i   wbiegł   jeszcze   jeden   osobnik   płci   męskiej   w   fartuchu. 
Rozdeptując potłuczone szkło rzucił się nie do psa, tylko do szafy, otworzył ją i cały pokój 
wypełnił słodkawy, mdlący zapach. Następnie osobnik własnym brzuchem przydusił psa do 
podłogi, przy czym pies capnął go z satysfakcją powyżej sznurowadeł. Osobnik jęknął, ale nie 
stracił orientacji. Mdlący płyn zaparł psu dech, potem nogi mu odpadły i pojechał gdzieś w bok 
po krzywiźnie. Dziękuję, wszystko skończone - pomyślał w rozmarzeniu, padając wprost na 
ostre  szkło. - Żegnaj, Moskwo!   Nie zobaczę już więcej Czyczkina ani proletariuszy, ani 
krakowskiej kiełbasy. Idę do psiego nieba za wszystko, co wycierpiałem. Bracia oprawcy, za 
co mnie tak?
I wtedy ostatecznie upadł na bok i zdechł.

Kiedy zmartwychwstał, troszeczkę kręciło mu się w głowie, odrobinę mdliło w brzuchu, ale 
boku jakby nie było, bok rozkosznie milczał.  Pies otworzył prawe melancholijne oko i kątem 
tego oka zobaczył, że jest ciasno zabandażowany w poprzek boków i brzucha. Jednak mnie 
załatwili, sukinsyny - pomyślał niejasno. - Ale trzeba im oddać sprawiedliwość - sprytnie.
- „Od Sewilli do Grenady... w ciepłym zmroku cichych nocy” - zanucił nad nim roztargniony i 
fałszywy głos.

Pies zdziwił się, otworzył do reszty oboje oczu i o dwa kroki od siebie zobaczył męską nogę na 
białym   taborecie.   Nogawka   i   kalesony   na   tej   nodze   były   podwinięte,   a   goły,   żółty   goleń 
wysmarowany zaschniętą krwią i jodyną.
Święci pańscy! - pomyślał pies 
- okazuje się, że to ja go ugryzłem. Moja robota. No, dostanę lanie!
- „Rozbrzmiewają serenady, zewsząd słychać mieczy brzęk. A dlaczego ugryzłeś doktora, 
włóczykiju? Co? Dlaczego rozbiłeś szybę? Co?
- Uuu - żałośnie zaskowyczał pies.
- Już dobrze, obudziłeś się, to teraz leż, bałwanie.
-   Jak   się   panu   udało,   Filipie   Filipowiczu,   zwabić   takiego   nerwowego   psa?   -   zapytał 
sympatyczny męski głos i trykotowa nogawka kalesonów opadła w dół. Zapachniało tytoniem i 
w szafie zadźwięczało szkło.
- Serdecznością. Jedynym sposobem możliwym w obcowaniu z żywą istotą. Terrorem nie 

11

background image

można  zrobić ze zwierzęciem  niczego, niezależnie od  szczebla rozwoju,  na  jakim się  to 
zwierzę znajduje. Zawsze tak twierdziłem, twierdzę i będę twierdzić. Oni całkowicie błędnie 
rozumują, sądząc, że terror im pomoże. Nie, nie pomoże, jakikolwiek by był, biały, czerwony 
czy nawet brunatny! Terror doszczętnie paraliżuje system nerwowy. Zina!   Kupiłem temu 
łajdakowi kiełbasę krakowską za rubla i czterdzieści kopiejek. Bądź tak dobra i nakarm go, 
kiedy mu przejdą mdłości.

Zachrzęściło wymiatane szkło i kobiecy głos kokieteryjnie zauważył:
- Krakowskiej! Boże, trzeba mu było kupić okrawków za dwudziestkę w jatce. A krakowską 
kiełbasę to lepiej sama zjem.
- Tylko spróbuj! Ja ci zjem! 
To trucizna dla ludzkiego żołądka. Dorosła dziewczyna, a jak dziecko pakuje do ust każde 
świństwo. Ani mi się waż!  Uprzedzam, nie licz ani na mnie, ani na doktora Bormentala, kiedy 
rozboli cię brzuch... „Jeśli powie ktoś, że inna równie piękna jest jak ty...”
Łagodne, perliste dzwoneczki sypały się po całym mieszkaniu, a w oddali z przedpokoju co 
chwila dochodziły głosy. Dzwonił telefon. Zina znikła.
Filip Filipowicz rzucił do wiadra niedopałek papierosa, zapiął fartuch, przed lustrem na ścianie 
wygładził puszyste wąsy i zawołał psa.
- Fit_fit. No nic, nic się nie stało. Idziemy przyjmować pacjentów.

Pies wstał na niepewne łapy, zachwiał się, chwilę dygotał, ale szybko wrócił do równowagi i 
ruszył   w   ślad   za   powiewającymi   połami   Filipa   Filipowicza.     Ponownie   szedł   wąskim 
korytarzem,   ale   teraz   zobaczył,   że   jest   jasno   oświetlony   rozetą   pod   sufitem.   Kiedy   zaś 
otworzyły się lakierowane drzwi i pies wszedł z Filipem Filipowiczem do gabinetu, oślepił go 
blask.  Przede wszystkim wszędzie płonęły światła: płonęły pod stiukami na suficie, płonęły na 
biurku, płonęły na ścianie, w szybach oszklonych szaf. Światło zalewało bezmiar przedmiotów, 
z których najbardziej interesująca okazała się ogromna sowa siedząca na ścianie na konarze.
- Leżeć - rozkazał Filip Filipowicz.

Rzeźbione drzwi po przeciwnej stronie otworzyły się i wszedł tamten, nadgryziony, który teraz 
w jaskrawym świetle okazał się bardzo przystojny, młody ze spiczastą bródką, podał kartkę 
papieru i powiedział:
- Dawny...

Natychmiast   bezszelestnie   zniknął,   a   Filip   Filipowicz   poprawił   poły   fartucha,   usiadł   za 
olbrzymim biurkiem i od razu stał się niezwykle dostojny i imponujący.
Nie, to nie lecznica, trafiłem w jakieś zupełnie inne miejsce - w popłochu pomyślał pies i opadł 
na wzorzystość dywanu obok ciężkiej skórzanej kanapy. - A tę sowę to jeszcze wyjaśnimy...
Drzwi otworzyły się miękko i wszedł ktoś, kto do tego stopnia wstrząsnął psem, że ten aż 

12

background image

szczeknął, ale bardzo nieśmiało...
- Milczeć! Ba, zmienił się pan nie do poznania, drogi panie.

Przybyły nieśmiało i z nadzwyczajnym szacunkiem ukłonił się Filipowi Filipowiczowi.
- Chi_chi! Pan jest magiem i czarodziejem, profesorze - powiedział skonfundowany.
- Niech pan zdejmie spodnie, kochaneczku - rozkazał Filip Filipowicz i wstał.

Chryste Panie - pomyślał pies 
- to ci ananas!

Na głowie ananasa rosły absolutnie zielone włosy, które na karku przechodziły w rdzawy kolor 
tytoniu; twarz ananasa pokrywały zmarszczki, ale cerę miał różową jak noworodek. Lewa 
noga nie zginała się, musiał ciągnąć ją po dywanie, za to prawa podrygiwała jak nakręcana 
zabawka. W klapie wspaniałej marynarki niczym oko tkwił drogocenny klejnot.
Psa nawet mdlić przestało z ciekawości.
- Hau_hau - zaszczekał 
cichutko.
- Milczeć! Jak tam sen, drogi panie?
- He_he. Czy jesteśmy sami, profesorze? To coś nieopisanego 
- wstydliwie zaczął przybyły. - Parole d’honneur, od dwudziestu pięciu lat nie pamiętam czegoś 
podobnego. - Indywiduum ujęło guzik od spodni. - Czy pan uwierzy, profesorze, co noc śnią mi 
się nagie dziewczyny i to całymi stadami. Doprawdy jestem oczarowany. Jest pan cudotwórcą.
- Hm - mruknął z troską Filipowicz, wpatrując się w źrenice gościa.

Ten wygrał wreszcie walkę z guzikami i zdjął pasiaste spodnie. Pod spodniami ukazały się 
niesłychane wręcz kalesony.  Były kremowego koloru w haftowane jedwabiem czarne koty i 
pachniały perfumami.
Pies jedwabnych kotów nie zdzierżył i szczeknął tak, że indywiduum aż podskoczyło.
- Oj!
- Dostaniesz lanie! Niech pan się nie boi, on nie gryzie.

Ja nie gryzę? - zdumiał się pies.
Przybyłemu z kieszeni spodni wypadła na dywan mała koperta, na której widniała dziewczyna 
z   rozpuszczonymi   włosami.     Indywiduum   podskoczyło,   pochyliło   się,   podniosło   zgubę   i 
strasznie poczerwieniało.
- Proszę jednak uważać - ostrzegawczo i posępnie powiedział Filip Filipowicz grożąc palcem. - 

13

background image

Pomimo wszystko niech pan uważa i nie nadużywa!
-   Ja   nie   nadu...   -   wymamrotało   stropione   indywiduum   rozbierając   się.   -   Ja   tylko,   drogi 
profesorze, przeprowadzałem doświadczenie.
- No i co? Jakie były wyniki? 
- spytał surowo Filip 
Filipowicz.
Indywiduum ekstatycznie machnęło ręką.
- Od dwudziestu pięciu lat, przysięgam na Boga, nie zdarzyło mi się nic podobnego. Ostatni 
raz w 1899 roku w Paryżu na rue de la Paix.
- A dlaczego pan pozieleniał?

Twarz przybysza zachmurzyła się.
- Przeklęty „Kościotłuszcz”! 
Nie może pan sobie wyobrazić, profesorze, co te obiboki podsunęły mi zamiast farby.  Proszę 
tylko popatrzeć - mamrotał szukając oczami lustra. 
- Za takie rzeczy należy bić po mordzie! - dodał wpadając w furię. - I co mam teraz począć, 
profesorze? - zapytał rozpaczliwie.
- Hm, niech pan ogoli głowę.
- Profesorze - żałośnie wykrzyknął gość - przecież znowu odrosną mi siwe! A oprócz tego nie 
będę się mógł pokazać w biurze. I tak już trzeci dzień nie jeżdżę do pracy. Ech, profesorze, 
gdyby pan odkrył sposób na odmładzanie włosów.
- Nie wszystko naraz, mój drogi - mruczał Filip Filipowicz.

Pochylił się i błyszczącymi oczami obejrzał goły brzuch pacjenta.
- No cóż, wyśmienicie, 
wszystko w zupełnym porządku.  Prawdę mówiąc, nawet nie oczekiwałem takiego rezultatu. 
„Wiele krwi i wiele pieśni.” Może się pan ubierać, drogi panie!
- „Mam dla tej, co 

najpiękniejsza!” - brzękliwym 
niczym patelnia głosem 
podchwycił pacjent i 

promieniejąc zaczął się ubierać.  Kiedy już się oporządził, podskakując i woniejąc perfumami, 
odliczył Filipowi Filipowiczowi paczkę białych banknotów i zaczął czule ściskać mu obie dłonie.
- Dwa tygodnie może mi się pan nie pokazywać - powiedział Filip Filipowicz - ale jednak 
bardzo proszę, niech pan będzie ostrożny.
-   Profesorze!   -   krzyknął  już  za  drzwiami  głos  pełen   ekstazy  -   może   pan   być  absolutnie 
spokojny - po czym chutliwie zachichotał i przepadł.

14

background image

Sypki   dzwonek   przeleciał   przez   mieszkanie,   otworzyły   się   lakierowane   drzwi.   Wszedł 
ugryziony, wręczył kartkę Filipowi Filipowiczowi i oznajmił:
- Wiek podała nieprawdziwy. Ma jakieś pięćdziesiąt cztery, pięćdziesiąt pięć lat. Tony serca 
przytłumione.

Znikł, a zamiast niego pojawiła się szeleszcząca dama  w zawadiacko zsuniętym na bok 
kapeluszu i w iskrzącej się kolii na wiotkiej, pomiętej szyi. Pod jej oczami wisiały dziwaczne 
czarne worki, a policzki miała różowe jak lalka. 
Dama była strasznie 
zdenerwowana.

- Szanowna pani! Ile ma pani lat? - bardzo surowo zapytał Filip Filipowicz.

Dama przeraziła się i nawet pobladła pod skorupą różu.
- Przysięgam, profesorze, gdyby pan wiedział, jaki dramat przeżywam!
- Ile ma pani lat, szanowna pani? - jeszcze surowiej powtórzył Filip Filipowicz.
- Słowo honoru!... No, 
czterdzieści pięć.
- Szanowna pani - zaapelował Filip Filipowicz - pacjenci czekają. Proszę nie zabierać mi 
czasu. Nie jest pani jedyna!

Pierś damy burzliwie falowała.
- Tylko panu, jako luminarzowi nauki. Ale przysięgam, to coś tak okropnego...
- Ile ma pani lat? - wściekle i piskliwie zapytał Filip Filipowicz, a jego okulary zabłysły.
- Pięćdziesiąt jeden! - skręcając się ze strachu odparła dama.
- Proszę zdjąć majtki, łaskawa pani - z ulgą powiedział Filip Filipowicz i wskazał na wysoki, 
biały szafot w kącie.
- Profesorze, przysięgam - wymamrotała dama, drżącymi palcami rozpinając jakieś zatrzaski 
na pasie. - Ten Moryc... Przysięgam jak na spowiedzi...
- „Od Sewilli do Grenady...” - z roztargnieniem zanucił Filip Filipowicz i nacisnął pedał przy 
marmurowej umywalce. Zaszumiała woda.
- Przysięgam na Boga! - mówiła dama i żywe plamy przedzierały się przez sztuczne na jej 
policzkach. - Ja wiem, to moja ostatnia namiętność. Przecież to taki łajdak! Profesorze! To 
karciany szuler, o tym wie cała Moskwa. Nie potrafi przepuścić najostatniejszej modystce! Jest 
taki diabelnie młody - mamrotała dama i wyrzucała spod szeleszczących spódnic zmięty 
koronkowy kłąb.

15

background image

Psu ostatecznie zamąciło się w głowie i przewróciło do góry nogami.
A idźcież wy do diabła - pomyślał mętnie i położył głowę na łapy, zapadając w drzemkę ze 
wstydu. - Nawet nie będę się starał pojąć, o co tu chodzi, i tak nie zrozumiem.
Ze snu wyrwał go brzęk i wtedy zobaczył, że Filip Filipowicz rzucił do miski jakieś połyskujące 
rurki.
Plamista dama przyciskając ręce do piersi z nadzieją patrzyła na Filipa Filipowicza.  Ten zaś 
godnie nachmurzony usiadł za biurkiem i coś zapisał.
- Ja pani przeszczepię jajniki małpy - oznajmił i popatrzył surowo.
- Ach, profesorze, czy 
naprawdę małpy?
- Tak - bezapelacyjnie 
odpowiedział Filip Filipowicz.
- A kiedy operacja? - blednąc pytała dama słabym głosem.
- „Od Sewilli do Grenady...” 
Uhm... w poniedziałek. Rano położy się pani do kliniki. Mój asystent przygotuje panią.
- Ach, kiedy ja nie chcę do kliniki. Czy nie można tu, u pana, profesorze?
- Widzi pani, operuję u siebie tylko w wyjątkowych przypadkach.  To będzie kosztowało bardzo 
drogo, pięćdziesiąt czerwońców.
- Zgadzam się, profesorze!

Znowu poleciała woda, zakołysał kapelusz z piórami, potem pojawiła się łysa jak talerz głowa i 
jej właściciel uścisnął Filipa Filipowicza.  Pies drzemał, mdłości minęły, więc rozkoszował się 
uspokojonym bokiem i ciepłem, nawet chrapnął sobie i zdążył zobaczyć kawałeczek uroczego 
snu - wyrywał sowie cały pęk piór z ogona... a potem zdenerwowany głos kłapnął nad głową.
- Jestem zbyt znany w Moskwie, profesorze. Co mam zrobić?
- Panowie - z oburzeniem krzyczał Filip Filipowicz - przecież tak nie można. Trzeba się 
hamować. Ile ona ma lat?
- Czternaście, profesorze... 
Pan   rozumie,   rozgłos   mnie   zgubi.     W   najbliższych   dniach   mam   jechać   na   zagraniczną 
delegację.
- Ale przecież ja nie jestem prawnikiem, łaskawco... Niech pan poczeka jakie dwa lata i ożeni 
się z nią.
- Jestem żonaty, profesorze.
- Ach, panowie, panowie!

Drzwi otwierały się, zmieniały twarze, brzęczały instrumenty i Filip Filipowicz pracował bez 
chwili wytchnienia.

16

background image

Obleśne   mieszkanie   -   myślał   pies   -   ale   jak   mi   tu   dobrze!   Po   kiego   diabła   jestem   mu 
potrzebny? A może chce mnie zatrzymać? Dziwak! Przecież wystarczy mu okiem mrugnąć, a 
będzie miał takiego psa, że tylko zwariować! A może ja jestem ładny? Widać mam szczęście! 
A ta sowa to paskudztwo... Bezczelna.
Ostatecznie pies obudził się późnym wieczorem, kiedy dzwonki umilkły, dokładnie w chwili, w 
której drzwi wpuściły szczególnych gości. Było ich od razu czworo. Wszyscy młodzi i ubrani 
bardzo skromnie.
A ci czego tu szukają? - ze zdziwieniem pomyślał pies.   Znacznie bardziej nieprzyjaźnie 
powitał przybyłych Filip Filipowicz. Stał przy biurku i patrzył na przybyłych jak dowódca na 
nieprzyjaciół.  Nozdrza jego jastrzębiego nosa rozdymały się. Goście dreptali w miejscu stojąc 
na dywanie.
- Przyszliśmy do pana, 
profesorze - zaczął ten, który miał na głowie wysoką na ćwierć arszyna szopę wyjątkowo 
gęstych, kędzierzawych włosów - w następującej sprawie...
- Chyba niesłusznie panowie w taką pogodę chodzicie bez kaloszy - przerwał mu mentorskim 
tonem Filip Filipowicz. - Po pierwsze, możecie się przeziębić, a po drugie, zabłociliście mi 
dywan, a ja mam wyłącznie perskie dywany.

Ten z szopą umilkł i cała czwórka ze zdumieniem zagapiła się na Filipa Filipowicza.  Milczenie 
trwało   kilka   sekund   i   przerywał   je   tylko   stuk   palców   Filipa   Filipowicza   po   malowanym 
drewnianym talerzu na biurku.
-   Po   pierwsze,   nie   jesteśmy   panami   -   powiedział   wreszcie   najmłodszy   z   całej   czwórki, 
podobny do brzoskwini.
- Po pierwsze - przerwał mu Filip Filipowicz - jest pan kobietą czy mężczyzną?

Czterej znowu umilkli i otworzyli usta. Tym razem pierwszy opamiętał się ten z szopą.
- Co za różnica, towarzyszu? - zapytał dumnie.
-   Jestem   kobietą   -   przyznał   się   brzoskwiniowy   młodzieniec   w   skórzanej   kurtce   i   mocno 
poczerwieniał.

W ślad za nim nie wiadomo dlaczego poczerwieniał jeden z przybyłych, blondyn w papasze.
- Wobec tego może pani zostać w czapce, a pana, szanowny panie, poproszę o zdjęcie 
nakrycia głowy - mentorskim tonem powiedział Filip Filipowicz.
- Nie jestem dla pana 
szanownym panem - ostro odparował blondyn zdejmując papachę.
- My przyszliśmy do was - znowu zaczął czarny z szopą.
- Przede wszystkim, jacy my?
- My, nowy zarząd naszego domu 

17

background image

- z powstrzymywaną furią przemówił czarny. - Ja jestem Szwonder, ona Wiaziemska, on, 
towarzysz Piestruchin i Szarowkin. I my...
- Czy to was dokwaterowali do mieszkania Fiodora Pawłowicza Sablina?
- Nas - odpowiedział Szwonder.
- Boże, przepadł Kałabuchowski dom! - z rozpaczą zawołał Filip Filipowicz i załamał ręce.
- Czy to ma być żart, 
profesorze?
- Jaki tam żart?! Jestem w zupełnej rozpaczy! - krzyknął Filip Filipowicz. - Co teraz będzie z 
centralnym ogrzewaniem?
- Pan kpi czy o drogę pyta, profesorze Preobrażeński?
- W jakiej sprawie 
przyszliście, państwo, do mnie?  Proszę o pośpiech, mój obiad czeka.
- My, komitet domowy - z nienawiścią zaczął Szwonder - przyszliśmy do pana po zebraniu, w 
którym   uczestniczyli   wszyscy   mieszkańcy   naszego   domu,   na   którym   stał   problem 
zagęszczenia mieszkań w tym domu...
- Kto stał na kim?! - krzyknął Filip Filipowicz. - Będzie pan łaskaw formułować swoje myśli 
trochę jaśniej.
- Stał problem zagęszczenia.
- Starczy! Zrozumiałem! 
Wiadomo panu, że decyzją z dwunastego sierpnia tego roku moje mieszkanie zwolnione jest 
od wszelkich zagęszczeń i dokwaterowań?
- Wiadomo - odpowiedział Szwonder - ale walne zebranie po rozpatrzeniu pańskiej sprawy 
doszło   do   wniosku,   że   globalnie   i   w   szczególności   zajmuje   pan   zbyt   duży   metraż. 
Zdecydowanie zbyt duży. Sam jeden mieszka pan w siedmiu pokojach.
- Sam jeden mieszkam i pracuję w siedmiu pokojach - odpowiedział Filip Filipowicz. - I bardzo 
przydałby mi się ósmy.  Jest mi niezbędny na bibliotekę.

Wszyscy czworo oniemieli.
- Ósmy! E_he_he - powiedział blondyn pozbawiony nakrycia głowy. - Całkiem nieźle.
- To nie do opisania! - zawołał młodzieniec, który okazał się kobietą.
- Mam poczekalnię i zwracam uwagę, że mieści się tam również biblioteka; jadalnia, mój 
gabinet, to razem trzy.  Laboratorium - cztery. 
Operacyjny - pięć. Moja sypialnia - sześć i pokój dla służby - siedem. Więc za mało...  Zresztą, 
to nieważne. Moje mieszkanie jest zwolnione, nie mamy o czym mówić. Czy mogę wreszcie 
zjeść obiad?
- Pan daruje - powiedział czwarty, podobny do krępego żuka.

18

background image

- Pan daruje - przerwał mu Szwonder - myśmy przyszli porozmawiać w sprawie jadalni i 
laboratorium.   Walne   zebranie   prosi,   aby   pan   dobrowolnie,   w   trybie   dyscypliny   pracy, 
zrezygnował z jadalni. Nikt w Moskwie nie ma jadalni.
- Nawet Isadora Duncan - dźwięcznie zawołała kobieta.

Coś się działo z Filipem 
Filipowiczem,   coś,   wskutek   czego   twarz   delikatnie   spurpurowiała,   ale   nie   wydał   z   siebie 
żadnego dźwięku, czekając na dalszy ciąg.
- I z laboratorium również - kontynuował Szwonder. - Laboratorium spokojnie można połączyć 
z gabinetem.
- Uhm - powiedział Filip Filipowicz trochę dziwnym głosem. - A gdzie ja będę jadał?
- W sypialni - chórem 
odpowiedzieli wszyscy czworo.
Purpura na Filipie Filipowiczu przybrała nieco szarawy odcień.
- Jadać w sypialni - 
powiedział z lekka zduszonym głosem - w laboratorium czytać, ubierać się w poczekalni, 
operować   w   pokoju   dla   służby,   w   jadalni   badać   pacjentów.   Bardzo   możliwe,   że   Isadora 
Duncan tak właśnie postępuje. Być może jada w gabinecie, a w łazience kroi króliki. Być 
może. Ale ja nie jestem Isadorą Duncan! - zaryczał nagle, a purpura jego pożółkła. - Ja będę 
jadał w jadalni, a operował w operacyjnym. Możecie to przekazać walnemu zebraniu i proszę 
uprzejmie zająć się własnymi sprawami, mnie zaś umożliwić jedzenie obiadu tam, gdzie jadają 
wszyscy normalni ludzie, to znaczy w jadalni, a nie w poczekalni i nie w pokoju dziecinnym.
-   Wobec   tego,   profesorze,   z   powodu   pana   uporczywych   przeciwdiziałań   -   powiedział 
wzburzony Szwonder - złożymy na pana skargę do wyższych instancji.
- Aha - powiedział Filip Filipowicz - więc to tak? - i głos jego przybrał podejrzanie uprzejmy 
odcień. - Poproszę, żebyście państwo chwileczkę zaczekali.

To ci facet - z zachwytem pomyślał pies - no, po prostu podobny do mnie jak kropla do kropli. 
Och, capnie ich zaraz, och, capnie. Jeszcze nie wiem, jakim sposobem, ale tak capnie... Bierz 
ich! Złapać by tego długonogiego nad cholewą za ścięgno podkolanowe... wrrr...
- Proszę... tak... dziękuję. 
Poproszę   Piotra  Aleksandrowicza.     mówi   profesor   Preobrażeński.    Piotr  Aleksandrowicz? 
Cieszę się, że pana zastałem. Dziękuję, z moim zdrowiem wszystko w porządku. Piotrze 
Aleksandrowiczu, muszę  odwołać  pańską operację. Co? W ogóle odwołać. Podobnie jak 
wszystkie pozostałe operacje. A oto dlaczego przerywam swoją pracę w Moskwie i w ogóle w 
Rosji...     Przed   chwilą   pojawiło   się   u   mnie   czworo,   w   tym   jedna   kobieta   przebrana   za 
mężczyznę, dwaj uzbrojeni w rewolwery, i sterroryzowali mnie w moim mieszkaniu w celu 
odebrania jego części.

19

background image

- Pan pozwoli, profesorze - zaczął Szwonder zmieniając się na twarzy.
-   Pan   daruje...   nie   widzę   możliwości,   żeby   powtórzyć   wszystko,   co   oni   tu   wygadywali. 
Nonsensy to nie moja specjalność. Wystarczy, jeśli powiem, że zaproponowali mi, żebym 
zrezygnował z mojego laboratorium. Innymi słowy zmuszają mnie, abym operował tam, gdzie 
do tej pory kroiłem króliki. W takich warunkach ja nie tylko nie mogę, ale nie mam prawa 
pracować. Dlatego zaprzestaję praktyki, zamykam mieszkanie i wyjeżdżam do Soczi. 
Klucze mogę zostawić 
Szwonderowi. Niech on operuje.
Wszyscy czworo zastygli. Śnieg topniał na ich butach.
- Co robić... Mnie samemu jest bardzo przykro... Jak? O nie, Piotrze Aleksandrowiczu! O nie. 
Więcej się na to nie zgodzę. 
Moja cierpliwość się wyczerpała.  To już drugi taki przypadek od sierpnia. Jak? Hm... Jak pan 
uważa. Chociażby tak. Ale jeden warunek: obojętne kto, obojętne kiedy, obojętne co, ale żeby 
to był taki papier, na podstawie którego ani Szwonder, ani ktokolwiek inny nie będzie mógł 
nawet zbliżyć się do drzwi mojego mieszkania. Dokument ostateczny. Faktyczny. 
Najprawdziwszy! Żelazny. Żeby zapomniano o moim nazwisku.   Skończone. Umarłem dla 
nich. 
Tak, tak. Bardzo proszę. Kto? 
Aha... To co innego. Aha...   Dobrze. Oddaję słuchawkę. Pan będzie łaskaw - głosem żmii 
zwrócił się Filip Filipowicz do Szwondera - ktoś chce z panem porozmawiać.
- Pan pozwoli, profesorze - powiedział Szwonder to rozpłomieniając się, to gasnąc - pan 
wypaczył nasze słowa.
- Poprosiłbym o nieużywanie tego rodzaju określeń.

Szwonder wziął słuchawkę i niepewnie powiedział:
- Tak, słucham. Tak... 
Przewodniczący   komitetu   domowego...   My   postępowaliśmy   zgodnie   z   przepisami...   Ale 
profesor i tak jest w zupełnie wyjątkowej sytuacji... 
Słyszeliśmy o jego pracach...  Chcieliśmy mu zostawić całych pięć pokoi... No dobrze... jeśli 
tak to wygląda... Dobrze...
Potwornie czerwony odwiesił słuchawkę i odwrócił się.
Jakby wylał na nich spluwaczkę! Niezły numer! - z zachwytem pomyślał pies. - Czy on zna 
czarodziejskie zaklęcie, czy jak? No, teraz możecie nawet mnie bić, jak tam sobie chcecie, ale 
ja się stąd nie ruszę.
Pozostała trójka z otwartymi ustami patrzyła na oplutego Szwondera.
- To po prostu haniebne! - nieśmiało wykrztusił opluty.

20

background image

-   Gdyby   teraz   była   dyskusja   -   zaczęła   kobieta   płonąc   rumieńcem   wzburzenia   -   ja   bym 
udowodniła Piotrowi Aleksandrowiczowi...
- Przepraszam, czy pani właśnie w tej chwili zamierza rozpocząć tę dyskusję? - grzecznie 
zapytał Filip Filipowicz.

Oczy kobiety rozgorzały.
-   Rozumiem   pańską   ironię,   profesorze,   zaraz   sobie   pójdziemy...   Ja   tylko   jako   kierownik 
sektora kulturalnego domu...
- Kie_row_nicz_ka - poprawił Filip Filipowicz.
- Chcę panu zaproponować - i kobieta wyciągnęła zza pazuchy kilka jaskrawych i mokrych od 
śniegu czasopism - kilka czasopism na rzecz niemieckich dzieci. Po pół rubla.
- Nie, nie wezmę - krótko odparł Filip Filipowicz spojrzawszy na czasopisma.

Niesłychane zdumienie odbiło się na twarzach, a kobieta pokryła się żurawinowym nalotem.
- Dlaczego?
- Nie chcę.
- Nie współczuje pan 
niemieckim dzieciom?
- Współczuję.
- Żałuje pan pół rubla?
- Nie.
- Więc dlaczego?
- Nie chcę.

Przez chwilę wszyscy milczeli.
- Wie pan co, profesorze - powiedziała dziewczyna z ciężkim westchnieniem - gdyby nie był 
pan europejskim luminarzem i gdyby nie ujęły się za panem w wyjątkowo oburzający sposób 
(blondyn pociągnął ją za brzeg kurtki, machnęła na niego ręką) osoby, które, jestem pewna, 
jeszcze wyjaśnimy, należałoby pana aresztować.
- A za co? - z ciekawością zapytał Filip Filipowicz.
- Bo pan nienawidzi proletariatu - dumnie odpowiedziała kobieta.
- Owszem, nie lubię 
proletariatu - ze smutkiem zgodził się Filip Filipowicz i nacisnął guziczek.
Gdzieś w głębi zadzwoniło. 
Otwarły się drzwi do korytarza.
- Zina - zawołał Filip 
Filipowicz - podawaj obiad. 

21

background image

Państwo pozwolą?
Wszyscy czworo w milczeniu wyszli z gabinetu, w milczeniu minęli poczekalnię i było słychać, 
jak ciężko i głośno zatrzasnęły się za nimi frontowe drzwi.
Pies   stanął   na   tylnych   łapach   i   wykonał   przed   Filipem   Filipowiczem   coś   w   rodzaju 
muzułmańskiej modlitwy.

III

Na malowanych w rajskie kwiaty talerzach z szeroką obwódką leżały cieniutko pokrojone 
plasterki siomgi, marynowany węgorz. Na ciężkiej desce kawałek sera z łezką, w srebrnym 
wiaderku obłożonym śniegiem - kawior. Między talerzami kilka cieniutkich kieliszków i trzy 
kryształowe  karafki  z  różnego  koloru  wódką.  Wszystkie  te  przedmioty  znajdowały  się  na 
maleńkim marmurowym stoliku przytulonym do ogromnego kredensu z rzeźbionej dębiny. 
Kredens tryskał strumieniami przeszklonego srebrzystego światła. Na środku pokoju - stół 
ciężki jak katafalk, zasłany białym obrusem, a na nim dwa nakrycia, serwetki zwinięte na 
kształt papieskiej tiary i trzy ciemne butelki.
Zina wniosła srebrny półmisek z pokrywą. W środku coś powarkiwało. Zapach od półmiska 
szedł taki, że pysk psa natychmiast wypełniła rzadka ślina. Ogrody Semiramidy - pomyślał i 
niczym pałką zastukał ogonem w podłogę.
- Dawać je tutaj - zachłannie polecił Filip Filipowicz. - Doktorze Bormental, błagam pana, niech 
pan zostawi kawior w spokoju. I jeśli chce pan usłuchać dobrej rady, to proszę sobie nalać nie 
angielskiej, tylko zwyczajnej rosyjskiej wódki.

Przystojny ugryziony - był już bez fartucha, w przyzwoitym czarnym garniturze - wzruszył 
szerokimi ramionami, uśmiechnął się uprzejmie i nalał sobie przezroczystej.
- Ostatnia nowinka? - zapytał.
- A niech Bóg broni! - 
odżegnał się gospodarz. - To spirytus. Daria Pietrowna sama świetnie robi wódkę.
- Nie powiedziałbym, Filipie Filipowiczu, wszyscy twierdzą, że trzydzieści stopni to całkiem 
przyzwoicie.
- A wódka powinna mieć 
czterdzieści stopni, nie trzydzieści, to po pierwsze - pouczająco przerwał Filip Filipowicz - a po 
drugie, jeden Bóg wie, czego oni tam dolewają.  Czy potrafi pan zgadnąć, co im przyjdzie do 

22

background image

głowy?
- Dosłownie wszystko - z przekonaniem powiedział ugryziony.
- Jestem tego samego zdania - dodał Filip Filipowicz i jednym chluśnięciem wlał do gardła 
zawartość kieliszka. - Mm...  doktorze Bormental, błagam pana, niech pan natychmiast... i jeśli 
pan powie, że to... będę pańskim nieprzejednanym wrogiem do końca życia. „Od Sewilli do 
Grenady.”

Mówiąc te słowa schwycił łapiastym srebrnym widelcem coś, co przypominało malutki, ciemny 
chlebek. Ukąszony poszedł za jego przykładem. Oczy Filipowicza zabłysły.
- Niedobre? - żując wypytywał Filip Filipowicz. - Niedobre?  Proszę odpowiedzieć, szanowny 
panie doktorze.
- Wyśmienite - szczerze odpowiedział ugryziony.
- Ja myślę... Niech pan zauważy, Iwanie Arnoldowiczu, piją wódkę pod zupę i zimne zakąski 
wyłącznie nie dorżnięci przez bolszewików obszarnicy.  Każdy chociażby trochę szanujący się 
człowiek stosuje zakąski gorące. A w Moskwie najpierwsza z gorących zakąsek to właśnie to. 
Kiedyś znakomicie przyrządzano je w „Słowiańskim Bazarze”. No.
- Karmi pan psa w jadalni - rozległ się kobiecy głos - a później wołami się go stąd nie 
wyciągnie.
- Nie szkodzi. Biedak się nagłodował. - Filip Filipowicz na końcu widelca podał psu zakąskę, 
przyjętą z magiczną zręcznością, widelec zaś z brzękiem wrzucił do miseczki z wodą.

Po chwili z talerzy buchnęła pachnąca rakami para. Pies siedział w cieniu obrusa z miną 
wartownika przy składzie prochu.   A Filip Filipowicz zatknął koniec serwetki za kołnierzyk i 
wygłaszał filipikę:
- Jedzenie, Iwanie 
Arnoldowiczu,   to   sztuka   nieprosta.   Jeść   trzeba   umieć,   a   niech   pan   sobie   wyobrazi,   że 
większość ludzi w ogóle nie umie jeść. Należy nie tylko wiedzieć, co zjeść, ale kiedy i jak (Filip 
Filipowicz znacząco potrząsnął łyżką). I o czym przy tym rozmawiać. Taaak. Jeżeli pan dba o 
swój system trawienny, to moja rada: nie mówić przy obiedzie o bolszewikach i medycynie. I 
niech Pan Bóg broni czytać przed obiadem radzieckie gazety.
- Hm... Ale przecież innych nie ma.
- No więc niech pan żadnych nie czyta. Wie pan, przeprowadziłem trzydzieści obserwacji u 
siebie w klinice. I co pan myśli? Pacjenci, którzy nie czytają gazet, czują się wspaniale. Za to 
ci, których umyślnie zmusiłem do czytania „Prawdy”, tracili na wadze.
- Hm... - z zaciekawieniem mruknął nadgryziony, różowiejąc od zupy i alkoholu.
- Mało tego. Osłabiony odruch kolanowy, marny apetyt, upadek ducha.
- Do diabła...
- Tak. A zresztą, co też ja? 

23

background image

Sam zacząłem mówić o medycynie.
Filip Filipowicz usiadł wygodniej, zadzwonił i w wiśniowej portierze pojawiła się Zina. Pies 
dostał gruby i blady plaster jesiotra, który mu nie smakował, i zaraz potem kawał krwistego 
rostbefu. Kiedy to pożarł, nagle poczuł, że jest śpiący i już więcej nie może patrzeć na żadne 
jedzenie.  Dziwne uczucie - myślał zamykając ciężkie powieki - nie chcę patrzeć na nic, co 
można zjeść. A palenie po obiedzie to głupota.
Jadalnię zapełnił nieprzyjemny sinawy dym. Pies drzemał, położywszy głowę na przednich 
łapach.
- Saint Julien to przyzwoite wino - usłyszał przez sen - tyle tylko, że go teraz nigdzie nie ma.

Głuchy, przytłumiony sufitami i dywanami chorał doleciał skądś z góry i z boku.
Filip Filipowicz zadzwonił i weszła Zina.
- Zina, co to wszystko znaczy?
- Znowu walne zebranie 
zrobili, Filipie Filipowiczu - odparła Zina.
-   Znowu   -   zawołał   z   goryczą   Filip   Filipowicz.   -   No,   teraz   się   zacznie,   przepadł   dom 
Kałabuchowa. Trzeba będzie się wyprowadzić. Tylko pytanie, dokąd. Pójdzie jak po maśle. 
Najpierw śpiewy każdego wieczora, następnie w ubikacjach zamarzną rury, potem pęknie 
kocioł centralnego ogrzewania i tak dalej. Koniec z Kałabuchowem.
- Filip Filipowicz się 
zamartwia - zauważyła z uśmiechem Zina i wyniosła stos talerzy.
- Jak tu się nie zamartwiać?! 
- zakrzyknął Filip Filipowicz. - Trzeba zrozumieć, co to był za dom!
- Pan zbyt ponuro patrzy na rzeczywistość - zaoponował przystojny i ugryziony. - Oni się teraz 
bardzo zmienili.
- Chyba pan mnie zna, prawda, mój drogi? Jestem człowiekiem faktu, człowiekiem obserwacji. 
I wrogiem nie potwierdzonych hipotez. Wiadomo o tym bardzo dobrze nie tylko w Rosji, ale i w 
Europie. Jeżeli coś mówię, to znaczy, że mówię na podstawie konkretnego faktu z którego 
wyciągam wnioski. Proszę, oto fakt: wieszak i stojak na kalosze w naszym domu.
- Ciekawe...

Kalosze, głupstwo. Nie w kaloszach szczęście - pomyślał pies. - Ale to osobistość wybitna.
- Weźmy stojak na kalosze. Od 1903 roku mieszkam w tym domu. I oto przez cały ten czas do 
marca 1917 roku nie było ani jednego wypadku - podkreślam czerwonym ołówkiem - ani 
jednego, żeby z klatki schodowej od frontu zginęła choć jedna para kaloszy.  Proszę pamiętać, 
dwanaście mieszkań, a ja przyjmuję pacjentów. W marcu, siedemnastego, pewnego pięknego 
dnia zginęły wszystkie kalosze, w tym dwie pary moich, trzy laski, palto i samowar szwajcara. 
Od tej chwili stojak na kalosze przestał istnieć. Mój drogi! Nie wspominam już o centralnym 

24

background image

ogrzewaniu.   Nie   wspominam.   Niechaj   będzie,   ponieważ   mamy   rewolucję   społeczną,   nie 
trzeba palić pod kotłem. Pytam tylko, dlaczego, kiedy zaczęła się ta cała historia, wszyscy 
zaczęli chodzić w brudnych koszulach i walonkach po marmurowych schodach? Dlaczego 
jeszcze do tej pory trzeba zamykać kalosze na klucz? I do tego stawiać przy nich na warcie 
żołnierza, bo inaczej ktoś je ukradnie?   Dlaczego zabrano chodnik z frontowych schodów? 
Czy   Karol   Marks   zabrania   trzymania   chodników   na   schodach?   Czy   Karol   Marks   napisał 
gdzieś, że wejście do drugiej oficyny Kałabuchowskiego domu należy zabić deskami i chodzić 
dookoła   od   tyłu   przez   podwórze?   Komu   to   potrzebne?   Dlaczego   proletariusz   nie   może 
zostawić swoich kaloszy na dole, tylko musi brudzić marmur?
- Przecież proletariusz, Filipie Filipowiczu, w ogóle nie ma kaloszy - zająknął się ugryziony.
- Nic podobnego! - głosem gromu odpowiedział Filip Filipowicz i nalał sobie szklankę wina. - 
Hm... nie uznaję likierów po obiedzie, powodują ociężałość i paskudnie wpływają na wątrobę... 
Nic podobnego! Proletariusz chodzi teraz w kaloszach... w moich kaloszach! To są te same 
kalosze, które znikły wiosną 1917 roku. Powstaje pytanie: kto je gwizdnął? Ja? Być to nie 
może. Burżuj Sablin? (Filip Filipowicz dziabnął palcem w sufit). Śmieszne przypuszczenie. 
Właściciel cukrowni Połczow?  (Filip Filipowicz pokazał w bok). W żadnym wypadku! Taaak! 
Ale żeby je chociaż zdejmowali na schodach (Filip Filipowicz zaczął purpurowieć). Po jakiego 
diabła   zabrano   kwiaty   z   podestów?   Dlaczego   elektryczność,   która   gasła,   o   ile   dobrze 
pamiętam,   dwa   razy   w   ciągu   dwudziestu   lat,   teraz   gaśnie   dokładnie   raz   na   miesiąc? 
Statystyka, doktorze Bormental, to straszna rzecz. Pan, który zna moją ostatnią pracę, wie o 
tym lepiej niż ktokolwiek inny.
- Chaos, Filipie Filipowiczu.
- Nie - z absolutnym 
przekonaniem zaprzeczył Filip Filipowicz - Nie. Pan pierwszy, drogi Iwanie Arnoldowiczu, 
powinien się powstrzymać od używania tego słowa. To złudzenie, dym, fikcja. - Filip Filipowicz 
szeroko rozczapierzył krótkie palce i dwa cienie podobne do żółwi poruszyły się na obrusie. - 
Co to takiego ten wasz chaos, stara baba z kosturem? Wiedźma, która wytłukła wszystkie 
szyby i zgasiła wszystkie latarnie?  Przecież ona w ogóle nie istnieje. Jaki sens pan wkłada w 
to słowo? - zapytał z furią Filip Filipowicz nieszczęsną kaczkę z kartonu, wiszącą do góry 
nogami   obok   kredensu   i   sam,   zamiast   niej,  odpowiedział.   -   Wyjaśniam:   jeśli   zamiast  co 
wieczór operować, zacznę w swoim mieszkaniu śpiewać chórem, nastanie u mnie chaos. 
Jeżeli wchodząc do ubikacji zacznę, przepraszam za wyrażenie, odlewać się obok muszli i to 
samo będą robić Zina i Daria Pietrowna, to w ubikacji zacznie się chaos. Jak z tego wynika, 
chaos istnieje nie w klozetach, tylko w głowach. A więc kiedy te barytony ryczą: „Precz z 
chaosem”, zbiera mi się na śmiech (twarz Filipa Filipowicza wykrzywiła się tak, że nadgryziony 
otworzył usta). Mnie to śmieszy, przysięgam panu. To znaczy, że każdy z nich powinien dostać 
w ucho od samego siebie!  I kiedy wreszcie wybije z siebie wszelkie halucynacje i zajmie się 
tym, co do niego należy, sprzątaniem piwnic na przykład, chaos zniknie sam z siebie. Nie 
można służyć  dwóm bogom  naraz!     Nie można jednocześnie,  powiedzmy,  zajmować się 
podmiataniem tramwajowych szyn i losem hiszpańskich oberwańców!  To się jeszcze nikomu 
nie  udało,  doktorze,  a  tym  bardziej  ludziom, którzy w  ogóle  są zapóźnieni  w  rozwoju w 
porównaniu z Europą o jakieś dwieście lat i do tej pory jeszcze niezbyt sprawnie potrafią 

25

background image

zapinać własne spodnie!
Uniósł się Filip Filipowicz.  Jego jastrzębie nozdrza były rozdęte. Nabrał sił po sytym obiedzie, 
grzmiał niczym pradawny prorok, a głowa jego pobłyskiwała jak srebro.
Słowa padały na drzemiącego psa niczym głuchy podziemny łoskot. To sowa o głupich żółtych 
ślepiach wyskakiwała w sennych widziadłach, to odrażająca morda kucharza w brudnej białej 
czapce, to zawadiacki wąs Filipa Filipowicza oświetlony ostrą elektrycznością pod abażurem, 
to opasłe sanie skrzypiały i przepadały, a w psim żołądku rozpadał się pływając w sokach 
poszarpany kawał rostbefu.
Mógłby spokojnie zarabiać forsę na wiecach - mętnie marzył pies. - Kombinator pierwszej 
klasy. Zresztą pewnie i tak śpi na pieniądzach.
- Posterunkowy! - krzyczał 
Filip Filipowicz. - 
Posterunkowy! Uhu_hu_hu! - jakieś bąble pękały w psim mózgu... - Posterunkowy! To i tylko 
to! I absolutnie nieważne, czy będzie z blachą, czy też w czerwonym kepi. Postawić policjanta 
obok każdego człowieka i zmusić tego policjanta, aby hamował wokalne zapędy naszych 
obywateli. Chaos, pan powiada. A ja panu powiem, doktorze, że nic nie zmieni się na lepsze w 
naszym domu, ani w jakimkolwiek innym domu, dopóki nie uspokoi się tych śpiewaków!  Jak 
tylko zaprzestaną swoich koncertów, sytuacja sama z siebie zmieni się na lepsze.
- Kontrrewolucyjne rzeczy pan mówi, Filipie Filipowiczu - żartobliwie zauważył nadgryziony. - 
Nie daj Boże, jeszcze ktoś usłyszy.
-  To   całkiem   bezpieczne  -   żarliwie  zaprzeczył  Filip  Filipowicz.  -   Nie   ma   mowy  o   żadnej 
kontrrewolucji. Nawiasem mówiąc, to jeszcze jedno słowo, którego wyjątkowo nie cierpię. 
Absolutnie nie wiadomo, co się pod nim kryje. Diabli wiedzą! A więc nadal twierdzę, że w 
moich słowach nie ma żadnej kontrrewolucji. Jest w nich zdrowy rozsądek i doświadczenie.

Filip Filipowicz wyciągnął zza kołnierzyka ogon lśniącej, pozałamywanej serwetki, zmiął ją i 
położył obok szklanki z nie dopitym winem. Ukąszony natychmiast wstał i podziękował: 
Merci.
- Chwileczkę, doktorze - zatrzymał go Filip Filipowicz wyjmując portfel z kieszeni spodni. 
Zmrużył oczy, odliczył białe papierki i wręczył je ugryzionemu ze słowami: - Dzisiaj należy się 
panu, Iwanie Arnoldowiczu, czterdzieści rubli. Proszę.

Pokaleczony przez psa grzecznie podziękował i czerwieniejąc wsunął pieniądze do kieszeni 
marynarki.
- Czy dzisiaj wieczorem jestem panu potrzebny, Filipie Filipowiczu? - zapytał.
- Nie, dziękuję panu, mój drogi. Nic dzisiaj robić nie będziemy. Po pierwsze, królik zdechł, a po 
drugie, dzisiaj w Teatrze Wielkim „Aida”. A ja jej dawno nie słyszałem. Lubię...  Pamięta pan? 
Duet... 

26

background image

Tari_ra_rim...
- Jak się panu udaje wszędzie zdążyć, Filipie Filipowiczu? - z podziwem zapytał lekarz.
- Zdążyć wszędzie może ten, kto nigdzie się nie spieszy - pouczająco wyjaśnił gospodarz. - 
Oczywiście, gdybym zaczął biegać po zebraniach i śpiewać całymi dniami jak słowik, zamiast 
wykonywać   moje   bezpośrednie   obowiązki,   nigdzie   bym   nie   zdążył.   -   Pod   palcami   Filipa 
Filipowicza w kieszeni niebiesko zagrała pozytywka. - Ósma minęła... Pojadę na drugi akt... 
Jestem   zwolennikiem   podziału   pracy.   W   Teatrze   Wielkim   niechaj   śpiewają,   a   ja   będę 
operować. I bardzo dobrze. Żadnego chaosu.  Jeszcze jedno, Iwanie Arnoldowiczu, niech pan 
koniecznie dopilnuje, jak tylko trafi się odpowiedni zgon, natychmiast wprost ze stołu w płyn 
odżywczy, i do mnie!
- Może pan być spokojny, Filipie Filipowiczu, patolodzy już mi obiecali.
-   Świetnie,   a   my   na   razie   poobserwujemy   tego   ulicznego   neurastenika.   Niech   mu   się 
tymczasem bok zagoi.

Troszczy   się   o   mnie   -   pomyślał   pies.   -   To   bardzo   dobry   człowiek.   Wiem,   kto   to   jest. 
Czarodziej, mag, cudotwórca z bajki dla psów... Bo chyba niemożliwe, żebym to wszystko 
widział we śnie. A jeśli to sen? 
- Pies we śnie zadygotał. - A kiedy się obudzę... wszystko zniknie. I lampy w jedwabiu, i ciepło, 
i sytość. Znowu zaczną się bramy, obłąkańcze zimno, oblodzony asfalt, głód, źli ludzie... 
Śnieg, stołówka...  Boże, jak mi będzie ciężko!

Ale nic podobnego się nie stało. Właśnie brama rozwiała się jak ohydny koszmar i już więcej 
nie powróciła.
Widocznie nie taki groźny jest chaos. Nie bacząc na nic dwa razy dziennie szare harmonijki 
pod parapetami rozgrzewały się i ciepło falami płynęło po całym mieszkaniu.
Jasne i oczywiste - pies wyciągnął najwspanialszy pieski los. W jego oczach nie mniej niż dwa 
razy dziennie wzbierały łzy wdzięczności pod adresem mędrca z Preczystienki. Poza tym 
wszystkie   lustra   w   salonie   i   w   poczekalni   między   szafami   odbijały   pięknego   psa   - 
szczęściarza.
Jestem piękny. A być może jestem nieznanym księciem incognito - rozmyślał pies patrząc na 
kosmatego psa koloru kawy, który z zadowoloną mordą spacerował w lustrzanych dalach. 
Bardzo możliwe, że moja babka zgrzeszyła z wodołazem. Stąd zapewne na moim pysku ta 
biała łata. Bo niby skąd jeszcze?  Filip Filipowicz jest człowiekiem o wyjątkowym guście i na 
pewno nie przygarnie pierwszego lepszego skundlonego psa.
W ciągu tygodnia pies zeżarł tyle, ile w ciągu sześciu poprzednich głodowych tygodni na ulicy. 
Oczywiście, jeżeli liczyć na kilogramy. No, a już o jakości jedzenia u Filipa Filipowicza nawet 
nie ma co mówić. Jeśli nawet nie brać pod uwagę tego, że Daria Pietrowna codziennie 
kupowała   za   osiemnaście   kopiejek   górę   okrawków   na   rynku   Smoleńskim,   wystarczy 
wspomnieć   obiady   o   siódmej   wieczorem   w   jadalni,   przy   których   pies   asystował   pomimo 

27

background image

protestów wytwornej Ziny.  W czasie tych obiadów Filip Filipowicz ostatecznie uzyskał rangę 
bóstwa.   Pies   stawał   na   tylnych   łapach   i   żuł   marynarkę,   pies   poznawał   dzwonek   Filipa 
Filipowicza - dwa pełnodźwięczne krótkie naciśnięcia pana domu - i ze szczekaniem wybiegał 
go witać do przedpokoju. Pan wchodził w srebrzystej lisiurze, rozjarzony milionem śnieżnych 
gwiazdek,   pachnący   mandarynkami,   cygarami,   perfumami,   cytrynami,   benzyną,   wodą 
kolońską, i jego głos jak trąba bojowa huczał w całym mieszkaniu.
- Ty świnio, dlaczego 
rozszarpałeś   sowę?   Przeszkadzała   ci?   Przeszkadzała,   pytam?  A  profesora   Miecznikowa 
dlaczego rozbiłeś?
- Temu psu, Filipie 
Filipowiczu, trzeba choćby raz przyłożyć pejczem - z oburzeniem mówiła Zina - bo inaczej 
rozpuści się jak dziadowski bicz. Proszę zobaczyć, co zrobił z pana kaloszami.
- Nikogo nie wolno bić - denerwował się Filip Filipowicz 
- zapamiętaj to sobie raz na zawsze. Na człowieka i na zwierzę należy wpływać wyłącznie siłą 
przekonywania. Czy dostał już dzisiaj mięso?
- O Boże, przecież obżarł nas wszystkich. Jak pan nawet może pytać, Filipie Filipowiczu. 
Dziwne, że się jeszcze nie rozpękł.
- No i niech je na zdrowie... 
Co ci zrobiła sowa, bandyto?
- Uuu! - skowyczał pies lizus i pełzał na brzuchu wykręcając łapy.

Następnie wleczono go za kołnierz przez poczekalnię do gabinetu. Pies wył, odgryzał się, 
wczepiał  w dywan, jechał  na  zadzie  jak w cyrku. Pośrodku gabinetu, na dywanie  leżała 
szklistooka   sowa   z   rozprutym   brzuchem,   z   którego   sterczały   jakieś   czerwone   szmaty 
śmierdzące naftaliną. Na biurku spoczywał doszczętnie roztrzaskany portret.
- Naumyślnie nie posprzątałam, żeby pan mógł sam zobaczyć - meldowała zmartwiona Zina - 
przecież ten drań wskoczył na biurko i cap ją za ogon! Zanim się połapałam, już było po niej. 
Niech pan mu wsadzi sowę w mordę, Filipie Filipowiczu, żeby popamiętał, co to znaczy 
niszczyć rzeczy.

I zaczynało się wycie. Psa wczepionego w dywan ciągnięto do sowy, a pies szlochał przy tym 
gorzkimi łzami i myślał: Bijcie, tylko nie wyrzucajcie z mieszkania.
- Sowę odesłać do wypchania jeszcze dzisiaj. Oprócz tego masz tu osiem rubli i oddzielnie 
osiemnaście kopiejek na tramwaj, pojedź do Miura i kup mu przyzwoitą obrożę z łańcuchem.

Następnego   dnia   psu   założyli   szeroką,   błyszczącą   obrożę.     Kiedy   spojrzał   w   lustro,   w 
pierwszej chwili bardzo się zmartwił, podwinął ogon i poszedł do łazienki rozważając, jak się 
jej pozbyć, zaczepić o kufer czy lepiej o skrzynię. Ale bardzo prędko zrozumiał, że jest po 
prostu głupi. Zina wyprowadziła go na spacer po Zaułku Obuchowa. Szedł jak aresztant, mało 

28

background image

nie spalił się ze wstydu, ale kiedy już doszli Preczystienką do cerkwi Zbawiciela, zdążył już 
świetnie zrozumieć, czym jest w życiu obroża. Wściekła zawiść gorzała w ślepiach wszystkich 
napotkanych   psów,   a   przy   uliczce   Martwej   jakiś   długonogi   kundel   z   obciętym   ogonem 
obszczekał   go   nazywając   „obszarniczym   ścierwem”   i   „cwelem”.   Kiedy   przechodzili   przez 
szyny tramwajowe, milicjant popatrzył na obrożę z szacunkiem i satysfakcją, a kiedy wrócili, 
stała się rzecz nieprawdopodobna - szwajcar Fiodor własnoręcznie otworzył frontowe drzwi i 
wpuścił Szarika, a do Ziny powiedział: „Uch, ty, ale kudłacza sprawił sobie Filip Filipowicz. A 
jaki nadzwyczajnie tłusty!”
- Ja myślę - wyjaśniła śliczna i rumiana od mrozu Zina - żre za sześciu.

Obroża   znaczy  dokładnie  to   samo   co  teczka   -   zażartował  w   myśli  pies  i  kręcąc  zadem 
pomaszerował na półpiętro jak panisko.
Doceniwszy   obrożę   zgodnie   z   jej   wartością   pies   udał   się   z   pierwszą   wizytą   do 
najważniejszego sektora raju, tam gdzie do tej pory wstęp był mu najsurowiej zakazany, a 
mianowicie do królestwa kucharki Darii Pietrowny. Całe mieszkanie nie było warte nawet 
dwóch piędzi jej królestwa. Dzień w dzień, w czarnej, wyłożonej od góry białymi kaflami kuchni 
huczał i buzował płomień.  Potrzaskiwało w palenisku pod płytą. W purpurowych odblaskach 
gorzała odwieczną płomienną udręką i nieukojoną namiętnością twarz Darii Pietrowny. Twarz 
jej lśniła tłusto, połyskiwała w modnej fryzurze na uszy, z koszyczkiem jasnych włosów na 
karku, jarzyły się dwadzieścia dwa fałszywe brylanty. Na hakach wbitych w ściany wisiały złote 
rondle, w całej kuchni kipiało zapachami, bulgotało i syczało w zakrytych naczyniach...
- Won! - wrzasnęła Daria Pietrowna. - Won, przybłędo, doliniarzu. Ciebie tu tylko brakowało! 
Jak wezmę pogrzebacz!...

No, o co ci chodzi? No, czego krzyczysz? - pies przymilnie mrużył ślepia. - Jaki tam ze mnie 
doliniarz? Czy nie zauważyła pani obroży? - I właził bokiem w drzwi wsuwając do środka 
mordę.
Pies Szarik posiadał tajemnicę zjednywania ludzkich serc. Już po dwóch dniach leżał w kącie 
obok   kosza   z   węglem   i   patrzył,   jak   pracuje   Daria   Pietrowna.     Ostrym,   wąskim   nożem 
odrąbywała głowy i łapki bezradnym jarząbkom, następnie niczym rozwścieczony oprawca 
zdzierała z kości mięso, kurom wyrywała wnętrzności, coś tam przekręcała przez maszynkę 
do mięsa, a tymczasem Szarik znęcał się nad ptasią głową. Z miski mleka Daria Pietrowna 
wyciągała kawałki rozmoczonej bułki, ugniatała je na desce z mięsną miazgą, zalewała to 
wszystko śmietanką, posypywała solą i formowała na deseczce kotlety.   Pod płytą huczało 
niczym   przy   pożarze,   a   na   patelni   skwierczało,   pieniło   się   i   podskakiwało.   Z   łoskotem 
odskakiwały fajerki, obnażając straszliwe czeluści, w których klekotał i buzował płomień.
Wieczorem gasła kamienna paszcza, w oknie kuchni nad białą zazdrostką trwała dostojna i 
zawiesista   noc   z   Preczystienki,   odznaczona   samotną   gwiazdą.   Kuchenna   podłoga   była 
wilgotna,   tajemniczo   i   mgliście   błyskały   rondle,   na   stole   leżała  strażacka   czapka.   Szarik 
spoczywał na ciepłej płycie niczym lew w bramie i z ciekawości stawiając na sztorc jedno ucho 
patrzył, jak nadzwyczaj wzburzony czarnowąsy człowiek z szerokim skórzanym pasem, za 

29

background image

przymkniętymi drzwiami pokoju Ziny i Darii Pietrowny obejmuje Darię Pietrownę. Cała jej 
twarz, z wyjątkiem martwo upudrowanego nosa, płonęła namiętnością i udręką. 
Świetlista   szczelina   leżała   na   portrecie   czarnowąsego   i   zwisał   z   niego   rozan   -   ręcznik 
wielkanocny.
- Przyczepił się dosłownie jak demon - mruczała w półmroku Daria Pietrowna. - Odczep się! 
Zina zaraz przyjdzie. Ty co, całkiem, jakby cię odmłodzili?
- Nam to niepotrzebne - kiepsko panując nad sobą, ochryple mówił czarnowąsy. - Jakżeś ty 
płomienna!

Wieczorami gwiazda 
Preczystienki znikała za ciężkimi portierami i jeżeli w Teatrze Wielkim nie szła akurat „Aida” i 
nie było posiedzenia Wszechrosyjskiego Towarzystwa Chirurgicznego, bóstwo znajdowało się 
w gabinecie w głębokim fotelu. Nie płonęły ognie pod sufitem. Paliła się tylko jedna zielona 
lampa   na   biurku.   Szarik   leżał   na   dywanie   w   cieniu   i   oglądał   rzeczy   przerażające.   W 
obrzydliwej, mętnej i gryzącej cieczy leżały ludzkie mózgi. Ręce bóstwa obnażone po łokcie, w 
rudych gumowych rękawiczkach, śliskie, obłe palce, grzebały, gmerały w zwojach. Od czasu 
do   czasu  bóstwo   uzbrajało   się   w   malutki,  błyszczący   nożyk   i   ostrożnie  przecinało   żółte, 
sprężyste mózgi. „Aż do najświętszych brzegów Nilu” - cichutko nuciło bóstwo, przygryzając 
wargi i wspominając złociste wnętrze Teatru Wielkiego.
O tej godzinie kaloryfery nagrzewały się do ostatecznych granic. Ciepło od nich płynęło pod 
sufit, stamtąd rozchodziło się po całym pokoju, a w psich kudłach ożywała ostatnia, jeszcze 
nie wyczesana osobiście przez Filipa Filipowicza, ale już skazana na zagładę pchła.  Dywany 
tłumiły dźwięki w mieszkaniu. A później gdzieś daleko zadźwięczały drzwi wejściowe.
Zinka poszła do kinematografu 
-   myślał   pies   -   a   to   znaczy,   że   kiedy   wróci,   będziemy   jeść   kolację.   Dzisiaj,   jak   należy 
przypuszczać, będą sznycle cielęce!

   *         *        *

W ten straszny dzień jeszcze rano Szarika ukłuło coś w rodzaju przeczucia. Wskutek czego 
nagle zaskomlał i pierwsze śniadanie - pół miski owsianki i wczorajszą baranią kość - zjadł w 
ogóle   bez   apetytu.   Smętnie   przespacerował   się   do   poczekalni   i   tam   cichutko   powył   do 
swojego odbicia. Ale w ciągu dnia, już potem, kiedy Zina wyprowadziła go na spacer na 
bulwary, dzień mijał jak zwykle. Pacjentów dzisiaj nie było, ponieważ, jak wiadomo, we wtorki 
przyjęć nie ma, i bóstwo siedziało w gabinecie, rozłożywszy na biurku jakieś ciężkie księgi z 
barwnymi obrazkami. Czekano na obiad.  Pies nieco się ożywił, kiedy sobie przypomniał, że 

30

background image

jak dokładnie dowiedział się w kuchni, na drugie danie będzie indyczka. Idąc korytarzem 
usłyszał, jak w gabinecie Filipa Filipowicza nieoczekiwanie i nieprzyjemnie zadzwonił telefon. 
Filip Filipowicz wziął słuchawkę, posłuchał i nagle bardzo się zdenerwował.
- Wyśmienicie - powiedział - niech pan natychmiast przywiezie, natychmiast!

Śpiesznie zadzwonił, a kiedy weszła Zina, polecił niezwłocznie podawać obiad.
- Obiad! Obiad! Obiad!

W jadalni od razu zadźwięczały talerze, Zina zakrzątnęła się, z kuchni doleciało zrzędzenie 
Darii Pietrowny, że indyczka jeszcze niegotowa. Pies znowu poczuł niepokój.
Nie   lubię  zamieszania  w   domu   -   pomyślał...   I   jak   tylko   pomyślał,   zamieszanie  przybrało 
jeszcze bardziej nieprzyjemny charakter. Przede wszystkim dzięki pojawieniu się ugryzionego 
niegdyś   doktora   Bormentala,   który   przywiózł   ze   sobą   brzydko   pachnącą   walizkę   i   nie 
rozbierając   się   nawet   poszedł   z   nią   korytarzem   wprost   do   laboratorium.   Filip   Filipowicz 
porzucił filiżankę z nie dopitą kawą, co mu się nigdy nie zdarzało, i wyszedł na spotkanie 
Bormentala, co również się nie zdarzało.
- Kiedy umarł? - zawołał.
- Trzy godziny temu - 
odpowiedział Bormental, nie zdejmując zaśnieżonej czapki i otwierając walizeczkę.
Kto znowu umarł? - ponuro i niechętnie pomyślał pies i wlazł pod nogi. - Nie znoszę, kiedy tak 
latają.
- Nie plącz się pod nogami! 
Prędzej, prędzej, prędzej! - krzyknął Filip Filipowicz na wszystkie strony i jak się wydało psu, 
zaczął naciskać wszystkie dzwonki. Przybiegła Zina. - Zina! Do telefonu Darię Pietrownę, 
niech zapisuje, nikogo nie przyjmę! Ty będziesz potrzebna. Doktorze Bormental, błagam pana, 
prędzej, prędzej, prędzej!
Nie podoba mi się, nie podoba 
-   pies   zasępił   się   urażony   i   zaczął   łazić   po   mieszkaniu,   a   tymczasem   krzątanina 
skoncentrowała się w 
laboratorium. Zina nagle ukazała się w fartuchu podobnym do całunu i biegała teraz z kuchni 
do laboratorium i z powrotem.
Pójść może coś zjeść czy co?  Pies z nimi - pomyślał pies i tu go spotkała niespodzianka.
- Szarikowi nic nie dawać - zagrzmiała komenda z laboratorium.
- A kto go tam upilnuje!
- Zamknąć!

I Szarika podstępem zamknięto w łazience.
Chamstwo - pomyślał Szarik siedząc w mrocznej łazience - i zwyczajna głupota...

31

background image

Przesiedział w łazience około kwadransa w dziwnym stanie ducha - ni to w furii, ni to w 
ciężkiej depresji. Wszystko było smętne, niejasne...
Dobra, zobaczy pan jutro swoje kalosze, wielce szanowny Filipie Filipowiczu - myślał pies. - 
Już dwie pary musiał pan kupić, kupi pan jeszcze jedną. Żeby pan psów nie zamykał.
Ale nagle coś przerwało jego gniewne myśli. Znienacka, nie wiadomo dlaczego, przypomniał 
sobie   kawałek   swojej   najwcześniejszej   młodości   -   słoneczne,   ogromne   podwórze   przy 
Rogatce Preobrażeńskiej, odłamki słońca w potłuczonych butelkach, rozbite cegły, wolne psy 
włóczęgi.
Nie, gdzie tam, na żadną wolność stąd nie wyjdę, nie ma co się okłamywać - smucił się pies 
pociągając nosem. -  Jestem psem mojego pana, kulturalnym stworzeniem, zaznałem już 
lepszego   życia.   Zresztą   czym   jest   wolność?   Dymem,   fikcją,   ułudą...   Majakami   tych 
nieszczęsnych demokratów...
Potem półmrok w łazience stał się przerażający, pies zawył, rzucił się na drzwi i zaczął je 
drapać.
Uuu! - jak w beczkę poleciało przez mieszkanie.
A sowę znowu rozszarpię - wściekle, lecz bezsilnie pomyślał pies. Następnie osłabł, chwilę 
poleżał,   a   kiedy   wstał,   sierść   mu   się   nagle   zjeżyła   i   nie   wiadomo   dlaczego   w   wannie 
przywidziały się odrażające wilcze ślepia.
W apogeum jego udręki drzwi się otworzyły. Pies wyszedł, otrząsnął się i ponuro ruszył do 
kuchni, ale Zina za obrożę powlokła go do laboratorium.  Chłód ścisnął mu serce.
Po co tam jestem potrzebny? - pomyślał podejrzliwie. - Bok już się zagoił, nic nie rozumiem.
I   pojechał   na   łapach   po   śliskim   parkiecie   i   tym   sposobem   został   doprowadzony   do 
laboratorium. A tam od razu wstrząsnęła nim niesłychana jasność. Biała kula pod sufitem lśniła 
tak, że aż biło po oczach. W białym blasku stał kapłan i przez zęby nucił o świętych brzegach 
Nilu.   Tylko   po   niewyraźnym   zapachu   można   było   poznać   Filipa   Filipowicza.   Jego 
podstrzyżoną siwiznę ukrywała biała czapka, przypominająca kłabuk patriarchy. Bóstwo było 
całe w bieli, a na tę biel niczym epitrachelion nałożony był wąski, gumowy fartuch. 
Dłonie - w czarnych 
rękawiczkach.

Również   i   nadgryziony   był   w   kłabuku.   Długi   stół   był   rozstawiony,   a   do   niego   z   boku 
przysunięto maleńki, czworokątny na lśniącej nodze.
Teraz pies najbardziej znienawidził ugryzionego i najbardziej za jego dzisiejsze oczy. Zwykle 
odważne i prostoduszne, teraz uciekały we wszystkie strony przed ślepiami psa. Były czujne, 
fałszywe, a w ich głębi przyczaiło się coś niedobrego, jakieś obrzydlistwo, jeśli nie zbrodnia. 
Pies spojrzał na niego ciężko, ponuro i odszedł w kąt.
- Zina, obroża - niegłośno powiedział Filip Filipowicz - tylko go nie zdenerwuj.

32

background image

Oczy Ziny błyskawicznie stały się równie paskudne jak nadgryzionego. Podeszła do psa i 
pogłaskała go jawnie fałszywie.  Pies spojrzał na nią ze smutkiem i pogardą.
No cóż... jest was troje... 
Jeśli zechcecie, to weźmiecie.  Tylko że powinno być wam wstyd... Żebym chociaż wiedział, 
co ze mną zrobicie...
Zina zdjęła obrożę, pies potrząsnął łbem i parsknął.  Przed nim wyrósł nadgryziony i mdlący, 
wstrętny zapach rozprzestrzeniał się wokół niego.
Tfu, paskudztwo... Dlaczego tak mnie mdli i dlaczego mi tak straszno... - pomyślał pies i cofnął 
się przed ugryzionym.
- Prędzej, doktorze - 
niecierpliwie powiedział Filip Filipowicz.
Mocno i słodko zapachniało powietrze. Ugryziony nie spuszczając z psa łajdackich czujnych 
oczu, wyciągnął zza pleców prawą rękę i szybko podsunął psu pod nos kawał wilgotnej waty. 
Szarik osłupiał, leciutko zakręciło mu się w głowie, ale jeszcze zdołał odskoczyć. Ugryziony 
skoczył za nim i nagle zalepił mu watą całą mordę. Psu z miejsca zaparło oddech, ale jeszcze 
raz zdołał się wyrwać. Złoczyńca... - przeleciało przez głowę. - Za co? - Jeszcze raz oblepiono 
watą i wtedy znienacka w środku laboratorium ukazało się jezioro, a na nim w łódkach bardzo 
wesołe, pozagrobowe, niebywale różowe psy. Pozbawione kości nogi ugięły się.
- Na stół! - wesoło runęły gdzieś słowa Filipa Filipowicza i rozpłynęły się w pomarańczowych 
strugach.   Przerażenie zniknęło, nastało wesele. Przez jakieś dwie sekundy gasnący pies 
kochał ugryzionego. Następnie cały świat przewrócił się do góry  nogami. Zdążył jeszcze 
poczuć pod brzuchem chłodną, ale przyjemną dłoń. Potem - już nic.

IV

Na wąskim stole operacyjnym leżał na plecach pies Szarik, a jego głowa bezradnie uderzała o 
białą   ceratową   poduszkę.   Brzuch  miał  już  wygolony,   a   teraz   doktor   Bormental,   sapiąc   z 
pośpiechu, wgryzał się maszynką w sierść na łbie Szarika. Filip Filipowicz, wsparty dłońmi o 
krawędź   stołu,   oczami   lśniącymi   niczym   złota   oprawka   jego   okularów   obserwował   tę 
procedurę i mówił wzburzony:
- Najważniejszy moment, Iwanie Arnoldowiczu, będzie wtedy, kiedy dostanę się do siodełka 
tureckiego. Błagam pana, niech pan mi wtedy błyskawicznie poda infundibulum i natychmiast 

33

background image

szyjemy. Jeżeli mi się tam zacznie krwawienie, stracimy czas i psa też stracimy. Zresztą on i 
tak nie ma najmniejszych szans. - Zamilkł, zmrużył oko, zajrzał w jakby ironicznie na wpół 
przymknięte oko psa i dodał: - A wie pan, żal mi go.  Proszę sobie wyobrazić, że zdążyłem się 
do niego przyzwyczaić.

I jednocześnie wznosił ręce, jakby błogosławił na trudną drogę nieszczęsnego psa Szarika. 
Starał się, żeby nawet pyłek nie spadł na czarną gumę.
Spod wystrzyżonej sierści zabłysła biaława skóra psa.  Bormental odrzucił maszynkę i uzbroił 
się   w   brzytwę.   Namydlił   bezsilny   łebek   i   zaczął   golić.     Pod   ostrzem   głośno   chrzęściło, 
gdzieniegdzie wystąpiła krew.  Ogoliwszy głowę ugryziony przetarł ją tamponem zmoczonym 
w benzynie, następnie rozciągnął goły brzuch psa i powiedział odsapując: „Gotowe”.
Zina   odkręciła   kran   nad   umywalką   i   Bormental   rzucił   się   do   mycia   rąk.   Zina   polała   je 
spirytusem z butelki.
- Czy mogę już iść, Filipie Filipowiczu? - zapytała, bojaźliwie zezując na ogolony psi łeb.
- Możesz.

Zina przepadła. Bormental krzątał się nadal. Lekkimi serwetkami z gazy obłożył łeb Szarika i 
wtedy na poduszce ukazała się nigdy dotąd nie widziana łysa psia czaszka i dziwaczna 
brodata morda.
Wtedy poruszył się kapłan.  Wyprostował się, spojrzał na psi łeb i powiedział:
- No to pobłogosław nas, Panie Boże. Skalpel.

Bormental   z   błyszczącego   stosu   na   stoliku   wyjął   maleńki,   brzuchaty   nożyk   i   podał   go 
kapłanowi. Następnie przyoblekł się w takie same czarne rękawiczki jak i kapłan.
- Śpi? - zapytał Filip 
Filipowicz.
- Śpi.

Zacisnęły   się   zęby   Filipa   Filipowicza,   oczka   nabrały   ostrego,   kłującego   blasku,   a   kiedy 
machnął nożykiem, wyrysował na brzuchu Szarika precyzyjną i długą ranę. Skóra rozstąpiła 
się, we wszystkie strony trysnęła krew. Bormental rzucił się jak drapieżnik i zaczął kawałami 
gazy uciskać ranę Szarika, a następnie maleńkimi szczypczykami przypominającymi szczypce 
do cukru zacisnął brzegi i rana wyschła. Na czole Bormentala wystąpiły pęcherzyki potu. Filip 
Filipowicz  ciął  ponownie   i  obaj   zaczęli  rozrywać  ciało Szarika  hakami,   nożycami,  jakimiś 
klamrami. Wyskoczyły różowe i żółte tkanki, płaczące krwawą rosą. Filip Filipowicz wiercił i 
ciął skalpelem, a potem krzyknął: „Nożyczki!”.
Instrument mignął w rękach ugryzionego jak w rękach magika.   Filip Filipowicz sięgnął do 
środka i po kilku obrotach wyrwał z ciała Szarika jego jądra z jakimiś strzępkami.  Bormental 
zupełnie mokry z zapału i wzburzenia podbiegł do szklanego naczynia i wyjął z niego inne 

34

background image

mokre  i  obwisłe  gruczoły  płciowe.  W  dłoniach  profesora  i  asystenta  skręciły  się skacząc 
krótkie wilgotne struny. Zamigotały półokrągłe igły w klemach i jądra zostały wszyte zamiast 
poprzednich psich. Kapłan odsunął się od rany, dotknął jej kawałkiem gazy i wydał komendę:
- Niech pan, doktorze, 
błyskawicznie szyje skórę. - A potem spojrzał na okrągły zegar ścienny.
-   Zrobiliśmy   w   czternaście   minut   -   przez   zaciśnięte   zęby   wycedził   Bormental   i   wbił 
zakrzywioną igłę w zwiotczałą skórę.

Następnie obaj zaniepokoili się jak mordercy, którym spieszno.
- Skalpel - krzyknął Filip Filipowicz.

Skalpel wskoczył mu do ręki jakby sam z siebie i wtedy twarz Filipa Filipowicza stała się 
straszna. Wyszczerzył porcelanowe i złote koronki i jednym ruchem nałożył na łeb Szarika 
czerwony wianek. Skórę ogoloną z włosów odrzucono jak skalp. Obnażono kości czaszki. 
Filip Filipowicz krzyknął:
- Trepan!

Bormental podał mu błyszczącą korbkę. Gryząc wargi Filip Filipowicz wetknął wiertło i zaczął 
borować   w   czaszce   Szarika   maleńkie   dziurki   w   odległości   centymetra   jedna   od   drugiej 
dookoła całej czaszki. Na każdą dziurkę tracił nie więcej niż pięć sekund. Potem zaczął 
piłować piłą o niesłychanym kształcie, wsuwając jej pysk w pierwszą dziurkę - tak piłuje się 
drzewo na pudełeczko do robót ręcznych. Czaszka cichutko popiskiwała i trzęsła się. Po 
trzech minutach pokrywa czaszki Szarika została zdjęta.
I wtedy obnażyła się kopuła mózgu - szara w niebieskawych żyłkach i czerwonych plamach. 
Filip Filipowicz wgryzł się nożyczkami w opony i otworzył je. Raz trysnęła cienka fontanna krwi 
i omal nie trafiła profesora w oko, skropiła biały kaptur. Bormental ze skręconą pincetą rzucił 
się jak tygrys, żeby zacisnąć, i zacisnął. Z Bormentala spełzał strumieniami pot, a jego twarz 
stała się mięsista i wielobarwna. Jego oczy latały od dłoni profesora do tacy z narzędziami, 
stojącej na stoliku instrumentacyjnym.  Filip Filipowicz zaś stał się doprawdy przerażający. Z 
jego nosa wylatywało syczenie, zęby obnażyły się do samych dziąseł.  Zdarł opony z mózgu, 
wdarł się gdzieś bardzo głęboko, wydobywając z otwartej jamy półkule mózgu. W tejże chwili 
Bormental zaczął blednąć. Objął jedną ręką pierś Szarika i ochryple powiedział:
- Tętno gwałtownie spada...

Filip Filipowicz spojrzał na niego jak dzikie zwierzę, coś wymamrotał i wdarł się jeszcze 
głębiej. Bormental z chrzęstem ułamał koniec szklanej ampułki, wyciągnął z niej wszystko do 
strzykawki i podstępnie ukłuł Szarika w okolice serca.
-   Wchodzę,   idę   do   tureckiego   siodła   -   zaryczał   Filip   Filipowicz   i   zakrwawionymi   śliskimi 
rękawiczkami wyjął z czaszki szarożółty mózg Szarika.  Na sekundę zwrócił oczy na mordę 

35

background image

Szarika   i   Bormental   natychmiast   ułamał   koniec   drugiej   ampułki   z   żółtym   płynem,   który 
wciągnął do długiej strzykawki.
- W serce? - zapytał 
nieśmiało.
- Pan się jeszcze pyta? - wściekle zaryczał profesor. - Wszystko jedno, on już i tak zdechł 
panu co najmniej pięć razy. Niech pan kłuje! Czy to do pomyślenia? - Jego twarz wyglądała 
jak twarz natchnionego rozbójnika.

Doktor z rozmachu łatwo wbił igłę w serce psa.
- Żyje, ale ledwie ledwie - wyszeptał nieśmiało.
- Nie ma czasu na dyskusje, żyje czy nie żyje - wychrypiał straszny Filip Filipowicz. - Jestem w 
siodle. Zdechnie tak czy inaczej... ach, ty... „Aż do najświętszych brzegów Nilu...” Niech pan 
mi poda przysadkę.

Bormental podał mu szklane naczynie, w którym pływała na nitce biała grudka. Jedną ręką 
(Nie   ma   sobie   równych   w   Europie...   jak   Boga   kocham!   -   niejasno   pomyślał   Bormental) 
profesor wyciągnął rozhuśtaną grudkę, a drugą nożyczkami wystrzygł identyczną gdzieś tam 
w głębi między rozwartymi półkulami. Tę Szarika rzucił na talerz, a nową wsunął do mózgu 
razem z nitką i swoimi krótkimi palcami, które cudownym sposobem stały się nagle cienkie i 
wrażliwe, zamotał ją tam bursztynową nitką. Następnie wyrzucił z mózgu jakieś rozpórki, 
pincetę, schował mózg z powrotem w kościaną czaszkę, odsunął się i już spokojniej zapytał:
- Oczywiście zdechł?
- Tętno nitkowate - 
odpowiedział Bormental.
- Powtórzyć adrenalinę.

Profesor zasłonił mózg oponami, odpiłowaną pokrywę przyłożył na swoje miejsce, naciągnął 
skalp i zaryczał:
- Niech pan szyje!

Bormental zaszył głowę w ciągu pięciu minut, łamiąc przy tym trzy igły.
I oto na poduszce pojawiła się na krwawym tle zmartwiała, zagasła morda Szarika z okrężną 
raną na głowie. Wtedy też Filip Filipowicz odpadł ostatecznie niczym syty wampir, zerwał 
jedną   rękawiczkę,   wyrzucając   z   niej   obłok   przepoconego   talku,   drugą   rozdarł,   rzucił   na 
podłogę i zadzwonił naciskając guzik w ścianie. W progu pojawiła się Zina, odwrócona, żeby 
nie   patrzeć   na   Szarika   we   krwi.     Kapłan   zdjął   kredowymi   dłońmi   zakrwawiony   kłabuk   i 
krzyknął:
- Zina, natychmiast podaj mi papierosa. Potem wanna i czysta bielizna.

36

background image

Oparł   podbródek   o   krawędź   stołu,  dwoma   palcami   uniósł   prawą   powiekę   psa,   zajrzał   w 
niewątpliwie umierające oko i powiedział:
- No tak, u diabła. Nie zdechł. Ale zdechnie tak czy inaczej. Ech, doktorze Bormental, żal mi 
psa, był taki serdeczny, chociaż straszny chytrus.

V
Z pamiętnika 
doktora Bormentala

Cienki   zeszyt   formatu   papieru   listowego.   Zapisany   pismem   doktora   Bormentala.   Na 
pierwszych   dwóch   stronach   jest   ono   bardzo   staranne,   wyraźne,   zwarte,   a   na   dalszych 
zamaszyste, niespokojne, z mnóstwem kleksów.

22 grudnia 1924. Poniedziałek.

Historia choroby

Pies laboratoryjny mniej więcej dwuletni. Samiec.  Rasa_kundel. Imię - Szarik.  Sierść rzadka, 
w   kępkach,   maść   -   bura   podpalana.   Na   prawym   boku   blizny   po   całkowicie   zagojonym 
oparzeniu.   Odżywianie   przed   przybyciem   do   profesora   -   złe;   po   tygodniowym   pobycie   - 
wyjątkowo utuczony. Waga - 87kg (wykrzyknik). Serce, żołądek, płuca, temperatura...
23 grudnia. O godz. #/8#30 wieczorem przeprowadzona została pierwsza w Europie operacja 
według metodyki prof. 
Preobrażeńskiego:   pod   narkozą   (chloroform)   usunięto   Szarikowi   jądra,   a   na   ich   miejsce 
zostały   przeszczepione   jądra   wraz   z   nasieniowodami   i   przydatkami   pobrane   od 
dwudziestoośmioletniego   mężczyzny,   który   zmarł   4   godziny   i   4   minuty   przed   operacją, 
przechowane w sterylnym płynie fizjologicznym według metodyki prof. Preobrażeńskiego.
Bezpośrednio po tym została usunięta przysadka (po trepanacji czaszki) i zastąpiona ludzką, 
pobraną od wyż. wym.  mężczyzny.

37

background image

Zastosowano 87cm chloroformu, 1 iniekcję kamfory, dwie iniekcje adrenaliny dosercowo.
Cel   operacji:   eksperyment   prof.   Preobrażeńskiego   polegający   na   jednoczesnym 
przeszczepieniu przysadki i jąder w celu wyjaśnienia problemu przyrastania przysadki oraz jej 
wpływu na odmładzanie ludzkiego organizmu.
Operował prof. Filip Filipowicz Preobrażeński.
Asystował dr Iwan Arnoldowicz Bormental.
Noc po operacji: powtarzające się niebezpieczne zanikanie tętna. Oczekiwanie za zejście. 
Olbrzymie dawki kamfory wg metodyki Preobrażeńskiego.
24 grudnia, rano. Poprawa. 
Oddech   dwukrotnie   przyspieszony.     Tętno   ledwie   wyczuwalne,   temperatura   42   stopnie. 
Kamfora, kofeina podskórnie.
25 grudnia. Ponownie pogorszenie. Tętno ledwie wyczuwalne, kończyny zimne, źrenice nie 
reagują. Adrenalina dosercowo, kamfora wg Preobrażeńskiego, dożylnie płyn fizjologiczny.
26 grudnia. Nieznaczna poprawa. Tętno 180, oddech 92, temperatura 41. Kamfora, odżywcze 
lewatywy.
27 grudnia. Puls 152, oddech 50, temperatura 39,8, źrenice reagują, kamfora podskórnie.
28 grudnia. Znaczna poprawa. W południe znienacka zlewne poty, temperatura 37. Rany 
pooperacyjne bez zmian.  Opatrunek. Pojawia się apetyt. 
Odżywianie płynne.
29 grudnia. Stwierdzone nagłe wypadanie sierści na czole i bokach tułowia. Wezwani na 
konsylium   -   profesor   katedry   chorób   skórnych   Wasilij   Wasilewicz   Bundariow   i   dyrektor 
moskiewskiego wzorcowego instytutu weterynaryjnego.  Uznali, że przypadek nie jest opisany 
w literaturze. Diagnoza pozostała nie ustalona.  Temperatura normalna.

Notatka ołówkiem:
Wieczorem pojawiło się pierwsze szczeknięcie (godz.   #/8#15). Zwraca uwagę gwałtowna 
zmiana tembru i obniżenie tonacji. Szczekanie zamiast wyrazów „hau_hau” brzmi „a_o”, swoją 
barwą bardzo niewyraźnie przypomina jęk.
30   grudnia.   Wypadanie   sierści   przybrało   charakter   ogólnego   wyłysienia.   Ważenie   dało 
nieoczekiwany rezultat: waga 307kg na skutek wzrostu (wydłużenia) kości. Pies nadal leży.
31 grudnia. Apetyt kolosalny.

Kleks. Za kleksem pospiesznie zanotowano:
O godz. 12 min. 12 po południu pies wyraźnie wyszczekał A_B_yr.

38

background image

Przerwa w notatkach, dalej zaś najwidoczniej przez pomyłkę w pośpiechu napisano:
1   grudnia   (przekreślone,   poprawione)   1   stycznia   1925.     Rano   sfotografowaliśmy   go.   Ze 
szczęścia szczeka „Abyr”, powtarzając to słowo głośno i jakby radośnie. O #/3#00 po południu 
(dużymi literami) roześmiał się, wywołując omdlenie pokojówki Ziny.   Wieczorem powtórzył 
osiem razy z rzędu: „Abyrtnec”.
Ukośnymi   literami   ołówkiem   -   profesor   rozszyfrował   słowo   „Abyrtnec”,   znaczy   ono 
„Centryba”... Coś potwor...

Do zeszytu włożono kartkę.
Nauka rosyjska omal nie poniosła ciężkiej straty.
Historia choroby profesora Filipa Preobrażeńskiego.
O godz. #/1#13 - głębokie omdlenie. Prof. Preobrażeński padając uderzył głową o poprzeczkę 
krzesła. Tinctura Valeriana.
W obecności mojej i Ziny pies (o ile oczywiście można go nazwać psem) zwymyślał profesora 
Preobrażeńskiego najgorszymi słowami.
Przerwa w notatkach.
     

6 stycznia (Na zmianę ołówkiem i fioletowym atramentem).
Dzisiaj, po  tym,  kiedy odpadł  mu ogon,  powiedział najzupełniej  wyraźnie słowo  „knajpa”. 
Pracuje fonograf. Diabli wiedzą, co to takiego.

Nie wiem, co o tym myśleć.
            

Profesor   przestał   przyjmować   pacjentów.   Od   godziny   #/5#00   z   laboratorium,   w   którym 
spaceruje   to   stworzenie,   wyraźnie   słychać   wulgarne   przekleństwa   i   słowa   „jeszcze   raz 
podwójne”.
7   stycznia.   Wymawia   bardzo   wiele   słów:   „drynda”,   „miejsc   brak”,   „gazeta   wieczorna”, 
„najlepszy prezent dla dziecka” i wszystkie przekleństwa, jakie w ogóle istnieją w rosyjskim 
leksykonie.
Wygląda dziwnie. Sierść została mu tylko na głowie, podbródku i piersiach. W pozostałych 

39

background image

miejscach jest łysy i obciągnięty zwiotczałą skórą.  Organy płciowe stają się męskie. 
Głowa znacznie powiększona.  Czoło niskie, ustawione pod kątem.

Jak Boga kocham, chyba 
zwariuję.

Filip Filipowicz ciągle jeszcze czuje się nie najlepiej.   Obserwację prowadzę przeważnie ja 
(fonograf, fotografie).

Po mieście rozpełzły się plotki.

Skutki nieobliczalne. Dzisiaj w dzień cała ulica była zatłoczona jakimiś nierobami i staruchami. 
Gapie   jeszcze   do   tej   pory   stoją   pod   oknami.   W   porannych   gazetach   pojawiła   się 
zdumiewająca   informacja:   „Plotki   o   Marsjaninie   w   Zaułku   Obuchowa   są   niczym   nie 
uzasadnione.   Roznoszą je przekupnie z Sucharowki i będą surowo karani”. Jaki, u diabła, 
Marsjanin? Przecież to koszmar.

Jeszcze lepiej  napisali  w  „Wieczornej”,  że  mianowicie  urodziło  się  dziecko,  które   gra  na 
skrzypcach. Obok rysunek: skrzypce i moja fotografia z podpisem: „Prof. Preobrażeński, który 
zrobił   matce   cesarskie   cięcie”.   To   coś   niewyobrażalnego...   On   wymawia   nowe   słowo: 
„milicjant”.
          

Okazuje się, że Daria 
Pietrowna była we mnie zakochana i gwizdnęła zdjęcie z albumu Filipa Filipowicza. Kiedy 
przepędziłem reporterów, jeden z nich jednak wkręcił się do kuchni itd.

Co   się   dzieje   w   godzinach   przyjęć!   Dzisiaj   były   82   dzwonki.   Telefon   jest   wyłączony. 
Bezdzietne kobiety zwariowały i pchają się...

Komitet domowy w pełnym składzie ze Szwonderem na czele.  Po co - sami nie wiedzą.

40

background image

      

8   stycznia.   Późnym   wieczorem   postawiliśmy   diagnozę.   Filip   Filipowicz,   jako   prawdziwy 
uczony, przyznał się do omyłki - zmiana przysadki powoduje nie odmłodzenie, a całkowite 
uczłowieczenie organizmu (podkreślone trzy razy). Ale nie pomniejsza to jednak znaczenia 
jego niebywałego, wstrząsającego odkrycia.
Tamten dzisiaj po raz pierwszy przespacerował się po mieszkaniu. W korytarzu pękał ze 
śmiechu patrząc na żarówkę.  Następnie w towarzystwie Filipa Filipowicza i moim udał się do 
gabinetu. Dobrze się trzyma na tylnych łapach (przekreślone)...  na nogach i sprawia wrażenie 
małego i kiepsko zbudowanego mężczyzny.
Śmiał   się   również   w   gabinecie.     Uśmiech   ma   nieprzyjemny   i   jakby   sztuczny.   Następnie 
podrapał się w kark, rozejrzał i zapisałem nowe wyraźnie wypowiedziane słowo, „Burżuje”. 
Klął. Klnie metodycznie, bez najmniejszej przerwy i niewątpliwie absolutnie bezmyślnie. 
Przekleństwa mają trochę fonograficzny charakter - jakby to stworzenie słyszało gdzieś dawno 
temu   nieprzyzwoite   słowa,   które   podświadomie   automatycznie   zarejestrowało   w   swoim 
mózgu,   a  teraz   wypluwa   je  na  pęczki.     Niech  mnie   diabli   wezmą,   a   zresztą   nie   jestem 
psychiatrą.
Na   Filipie   Filipowiczu   te   przekleństwa   wywierają   zdumiewająco   przygnębiające   wrażenie. 
Bywają chwile, kiedy przestaje być opanowanym, chłodnym obserwatorem nowych zjawisk i 
jakby traci cierpliwość. I na przykład w czasie tego pomstowania nagle wykrzyknął nerwowo: 
„Przestań!”
Efekt był równy zeru.
Po przechadzce do gabinetu wspólnym wysiłkiem umieściliśmy Szarika w laboratorium.
A następnie odbyliśmy z Filipem Filipowiczem naradę.  Muszę przyznać, że po raz pierwszy 
widziałem, jak ten pewny siebie i zdumiewająco mądry człowiek nie wiedział, co począć. 
Swoim zwyczajem nucąc zapytał: „No i co my teraz zrobimy?” I sam sobie odpowiedział, 
dosłownie tak: 
„Moskonfekcja,   tak...   od   Sewilli   do   Grenady.   Moskonfekcja,   drogi   doktorze...   „   Nic   nie 
zrozumiałem. Profesor wyjaśnił: 
„Bardzo pana proszę, Iwanie Arnoldowiczu, aby pan kupił psu bieliznę, spodnie i marynarkę”.
9 stycznia. Leksykon wzbogaca się co pięć minut (przeciętnie) o nowe słowo; od dzisiejszego 
rana mówi też zdaniami. Wygląda na to, że zamrożone w świadomości odmarzają i wychodzą. 
Od wczorajszego wieczora fonograf nagrał: „nie pchać się”, „drań”, „nie czepiać się tramwaju”, 
„ja ci pokażę”, „uznanie Ameryki”, „prymus”.
10 stycznia. Odbyło się ubieranie. Podkoszulek pozwolił sobie włożyć bardzo chętnie, nawet 
wesoło chichotał. Na kalesony nie zgodził się, wyrażając protest ochrypłymi wrzaskami: „Do 
kolejki, sucze dzieci, do kolejki!” Został ubrany. Skarpetki są za duże.

41

background image

W zeszycie jakieś schematyczne rysunki według wszelkich oznak ukazujące przekształcanie 
się psiej nogi w ludzką.
Wydłuża się tylna część szkieletu stopy (planta).  Wydłużają się palce. Pazury.
Powtórna systematyczna nauka używania toalety. Służba straszliwie przygnębiona.
Ale należy podkreślić, że stworzenie jest pojętne. Robi znaczne postępy.
11 stycznia. Już całkowicie pogodził się ze spodniami.  Wypowiedział długie, wesołe zdanie: 
„Daj papierosa ze swej łaski, bo masz dziś spodnie w szerokie paski”.
Sierść na głowie - słaba, jedwabista. Łatwo pomylić z włosami. Ale na ciemieniu nadal jakby 
podpalany. Dzisiaj wylazła resztka puchu z ucha. Apetyt kolosalny. Pasjami żre śledzie.
O   godzinie   piątej  po   południu   wydarzenie  -   po   raz   pierwszy   słowa,  które   wypowiedziało 
stworzenie,  nie   były  oderwane   od   otaczających  zjawisk,  lecz  stały  się   reakcją   na   nie.  A 
mianowicie - kiedy profesor rozkazał mu: 
„Nie rzucaj resztek na podłogę”, niespodziewanie odpowiedziało: 
„Odwal się, gnido”.
Filip Filipowicz był wstrząśnięty, potem opanował się i powiedział: „Jeśli jeszcze raz pozwolisz 
sobie nawymyślać mnie albo doktorowi, to oberwiesz”.
W tym momencie fotografowałem Szarika. Ręczę, że zrozumiał słowa profesora. Ponury cień 
legł na jego twarz. Popatrzył spode łba, dosyć niechętnie, ale ucichł.
Hurra, rozumie!
12   lutego.   Wkłada   ręce   do   kieszeni   spodni.   Oduczamy   od   przeklinania.   Gwizdał:   „Ech, 
jabłoczko”. Podtrzymuje rozmowę.
Nie mogę się powstrzymać od 
paru hipotez, niech chwilowo 
diabli wezmą odmładzanie. Co 
innego jest nieporównywalnie 
ważniejsze - niebywały 
eksperyment profesora 
Preobrażeńskiego odsłonił jedną z tajemnic ludzkiego mózgu. Od tej chwili zagadkowa funkcja 
przysadki - gruczołu dokrewnego umieszczonego w mózgu - została wyjaśniona. Przysadka 
określa ludzką osobowość. Jej hormony można uznać za najważniejsze w organizmie - to 
hormony osobowości. Nowa dziedzina nauki - bez retorty Fausta stworzono homunkulusa. 
Skalpel   chirurga   powołał   do   życia   nową   jednostkę   ludzką.   Profesor   Preobrażeński   jest 
kreatorem. Kleks.
Zresztą,   zboczyłem   z   tematu...     A   więc   Szarik   podtrzymuje   rozmowę.   Według   moich 
przypuszczeń sprawa wygląda następująco: wszczepiona przysadka zaktywizowała ośrodek 
mowy w psim mózgu i popłynął potok słów. Moim zdaniem mamy do czynienia z rozwijającym 
się   ożywionym   mózgiem,   a   nie   z   mózgiem   stworzonym   od   nowa.   Cóż   za   cudowne 
potwierdzenie   teorii   ewolucji!   O   wy,   wspaniałe   szczeble   ewolucji,   od   psa   do   chemika 

42

background image

Mendelejewa! Jeszcze jedna moja  hipoteza  - mózg Szarika w okresie jego psiego życia 
zgromadził nieprzebrane mnóstwo pojęć. Wszystkie słowa, których zaczął używać w pierwszej 
kolejności - słowa ulicy - słyszał je i zachował w swoim mózgu. Teraz, idąc ulicą, z ukrytym 
przerażeniem patrzę na napotkane psy. Jeden Bóg wie, co kryje się w ich mózgach.
           

Szarik czyta. Czytał (trzy wykrzykniki). To ja się tego domyśliłem. Po „Centrorybie”. Że czytał 
od końca. I nawet znam rozwiązanie tej zagadki - tkwi ono w specyfice nerwów wzrokowych 
psa.

            

Co się w Moskwie wyrabia, tego ludzki rozum nie ogarnie.  Siedmiu handlarzy z Sucharowki 
już siedzi za rozpowszechnianie plotek o końcu świata spowodowanym przez bolszewików. 
Opowiadała o tym Daria Pietrowna 
i nawet wymieniła dokładną datę 
- 28 listopada 1925 roku, w dzień świętego Stefana Męczennika ziemia zderzy się z osią 
niebios... Jacyś szarlatani wygłaszają już odczyty. Takie pandemonium wynikło z tej przysadki, 
że choć zwiewaj, gdzie pieprz rośnie. Przeniosłem się do Preobrażeńskiego na jego prośbę i 
sypiam w poczekalni razem z Szarikiem. Rolę poczekalni pełni teraz laboratorium. Szwonder 
miał jednak rację. Komitet domowy triumfuje. W szafach nie ma ani jednej szyby, ponieważ 
skakał. Z trudem oduczyliśmy.

            

Z Filipem dzieje się coś dziwnego. Kiedy mu opowiedziałem o swoich hipotezach - mam 
nadzieję, że rozwój psychiczny Szarika osiągnie bardzo wysoki poziom - chrząknął i zapytał: 
„Tak pan myśli?” Ton był złowieszczy. Czyżbym się mylił?  Stary coś wymyślił... W czasie kiedy 
prowadzę historię choroby, Filip Filipowicz siedzi nad historią człowieka, od którego wzięliśmy 
przysadkę.
            

Kartka włożona do zeszytu.

43

background image

Klim Grigoriewicz Czugunkin, lat 25, kawaler. Bezpartyjny, sympatyk. Trzykrotnie sądzony i 
uniewinniony. Pierwszy raz z powodu braku dostatecznych dowodów, drugi raz uratowało go 
pochodzenie społeczne, trzeci raz wyrok 15 lat katorgi z zawieszeniem. Kradzieże. Zawód - 
gra po knajpach na bałałajce.
Wyjątkowo   niskiego   wzrostu,   źle   zbudowany.   Wątroba   powiększona   (alkohol).   Przyczyna 
śmierci - cios nożem w serce w knajpie („Sygnał Stop”) na Rogatce Preobrażeńskiej.
            

Stary bez chwili przerwy siedzi nad historią choroby Klima. O co chodzi - nie rozumiem. Coś 
mruczał,  że  trzeba   było  dokładnie  obejrzeć  w   prosektorium   całe   zwłoki   Czugunkina.   Nie 
rozumiem, o co chodzi. A bo to nie wszystko jedno, czyja przysadka?
17 stycznia. Kilka dni nie notowałem - chorowałem na influenzę. W tym czasie ostatecznie 
ukształtował się wygląd zewnętrzny:
a)

budowa ciała dokładnie jak u człowieka,

b)

waga około trzech pudów,

c)

maleńkiego wzrostu,

d)

głowa malutka,

e)

zaczął palić,

f)

je ludzkie jedzenie,

g)

sam się ubiera,

h)

rozmawia bez żadnych trudności.

A to ci przysadka (kleks).
Nna tym kończę historię choroby. Przed nami nowy organizm - obserwację musimy prowadzić 
od początku.
Załączniki: stenogramy rozmów, nagrania na płytach, otografie.
Podpis: asystent profesora 
Filipa Filipowicza 
Preobrażeńskiego

doktor Borental

44

background image

VI

Był zimowy wieczór. Koniec stycznia. Pora przedobiednia, przed przyjmowaniem pacjentów. 
Na framudze drzwi do poczekalni wisiała biała kartka papieru, na której ręką Filipa Filipowicza 
było napisane:
Zabraniam jedzenia pestek słonecznikowych w mieszkaniu.
F. Preobrażeński
i niebieskim ołówkiem, wielkimi jak ciastka literami, ręką Bormentala:
Gra na instrumentach muzycznych od #/5#00 po południu do #/7#00 rano jest zabroniona.
Następnie ręką Ziny:
Kiedy pan wróci, proszę powiedzieć Filipowi Filipowiczowi: Ja nie wiem, dokąd on poszedł. 
Fiodor mówił, że ze Szwonderem.
Ręką Preobrażeńskiego:
Mam sto lat czekać na 
szklarza?

Ręką Darii Pietrowny 
(drukowanymi literami):

Zina poszła do sklepu, powiedziała, że przyprowadzi.
W jadalni było już zupełnie wieczornie, dzięki lampie pod jedwabnym abażurem. Światło z 
kredensu było przepołowione, lustrzane szybki zaklejone ukośnie na krzyż od jednej fasetki do 
drugiej. Pochylony nad stołem Filip Filipowicz zagłębił się w rozłożonych ogromnych płachtach 
gazety.   Błyskawice bruździły jego twarz, a przez zęby wyskakiwały urywane, gruchające 
krótkie słowa. Filip Filipowicz czytał notatkę.
„Nie   ma   żadnych   wątpliwości,   że   jest   to   z   nieprawego   łoża   (jak   mawiano   w   zgniłym 
burżuazyjnym społeczeństwie) zrodzony jego syn. Oto jak zabawia się nasza pseudonaukowa 
burżuazja.   Siedem   pokoi   każdy   potrafi   zajmować   do   czasu,   kiedy   lśniący   miecz 
praworządności nie błysnął nad nim czerwonym płomieniem.
Szw...r”
Bardzo uporczywie, wprawnie, zawadiacko ktoś grał na bałałajce za dwoma ścianami i dźwięki 

45

background image

zręcznej wariacji na temat „Świeci miesiąc” zbełtały się w głowie Filipa Filipowicza ze słowami 
notatki w nienawistną kaszę. Kiedy doczytał, splunął sucho przez lewe ramię i machinalnie 
zanucił przez zęby:
-„   Świeeci   miesiąc...   świeeci   miesiąc...   świeeci   miesiąc...”   Tfu,   przyczepiła   się   przeklęta 
melodia!

Zadzwonił. Twarz Ziny wysunęła się spomiędzy fałd portiery.
- Powiedz mu, że jest już piąta godzina, niech przestanie, i proszę, zawołaj go tutaj.

Filip Filipowicz siedział w fotelu za biurkiem. Między palcami lewej dłoni sterczał brązowy 
niedopałek   cygara.   Pod   portierami,   oparty   o   framugę   stał   założywszy   nogę   na   nogę 
mężczyzna maleńkiego wzrostu o nieprzyjemnej aparycji. Twarde włosy na jego głowie rosły 
kępkami jak krzaki na wykarczowanym polu, a twarz pokrywał nie zgolony puszek.  Czoło było 
zdumiewająco wąskie.   Nieomal bezpośrednio nad szeroko rozrzuconymi pędzelkami brwi 
zaczynała się gęsta szczotka uwłosienia.
Marynarka   rozerwana  pod  lewą  pachą  była  cała w  słomie,  pasiaste spodnie  na  prawym 
kolanie podarte, a na lewym upaćkane liliową farbą. Na szyi mężczyzny wisiał jadowicie 
niebieski   krawat   ze   szpilką   z   fałszywym   rubinem.   Kolor   krawata   był   tak   agresywny,   że 
chwilami, zamykając umęczone oczy, Filip Filipowicz w całkowitej ciemności to na suficie, to 
na ścianie widział płonącą pochodnię w błękitnej koronie. A kiedy podnosił powieki, ślepł 
ponownie,   ponieważ   z   podłogi   rozbryzgując   półkręgi   światła   atakowały   oczy   lakierowane 
sztyblety i białe getry.
Jak w kaloszach - z nieprzyjemnym uczuciem pomyślał Filip Filipowicz, westchnął, zasapał się 
i   zajął   się   zgasłym   cygarem.   Człowiek   pod   drzwiami   mętnawymi   oczami   spoglądał   na 
profesora i palił papierosa brudząc gors popiołem.
Zegar na ścianie obok drewnianego jarząbka wydzwonił pięć razy. Jeszcze coś pojękiwało w 
środku, kiedy Filip Filipowicz przystąpił do rozmowy.
- Zdaje się, że już dwukrotnie prosiłem, żeby nie spać na piecu, tym bardziej w ciągu dnia?

Człowiek zakaszlał ochryple, jakby się udławił kością, i odpowiedział:
- W kuchni jest lepsze 
powietrze.
Głos miał niezwykły, stłumiony, a zarazem rozgłośny niczym z beczułki.
Filip Filipowicz pokręcił głową i zapytał:
- Skąd się wzięło to 
paskudztwo? Mówię o krawacie.
Człowieczek śledząc wzrokiem palec spojrzał bokiem poprzez odstającą wargę i miłośnie 
popatrzył na krawat.

46

background image

- Dlaczego paskudztwo? - zapytał. - Elegancki krawat.  Daria Pietrowna podarowała.
- Daria Pietrowna podarowała ci obrzydliwość w rodzaju tych butów. Co to za błyszczący 
idiotyzm? Skąd? O co prosiłem?   Żeby kupić przy_zwo_i_te trzewiki, a co to jest? Czyżby 
doktor Bormental wybrał właśnie takie?
- A to ja mu kazałem, żeby były lakierki. Co to, ja jestem gorszy od innych? Niech pan pójdzie 
na Kuźniecki, wszyscy w lakierkach.

Filip Filipowicz pokręcił głową i powiedział z naciskiem:
- Koniec ze spaniem na piecu. 
Jasne? Co za bezczelność! 
Przecież przeszkadzasz tam. 
Kobietom.
Twarz mężczyzny pociemniała, wargi odęły się.
- E tam, kobiety. Nie wiesz czasem, wielmożne panie.  Zwyczajne garkotłuki, a robią z siebie 
bógwico. A wszystko ta Zinka, skarżypyta.
- Żebyś nie śmiał na Zinę mówić Zinka! Jasne?

Milczenie.
- Pytam, czy to jasne?
- Jasne.
- Zdjąć z szyi to 
obrzydlistwo.   Niech   pan...   ty   popatrz   na   siebie   w   lustrze   i   przyjrzyj   się,   jak   wyglądasz. 
Podwórkowy komediant. Nie rzucać na podłogę niedopałków, setki razy prosiłem. I żebym 
więcej nie słyszał w mieszkaniu ani jednego nieprzyzwoitego słowa!   Nie pluć! Tam stoi 
spluwaczka. W pisuarze zachowywać się odpowiednio. Zaprzestać wszelkich rozmów z Ziną. 
Skarżyła się, że czatujesz na nią po ciemku. Zapamiętaj to sobie! Kto odpowiedział pacjentowi 
„cholera go wie”? Nie jesteś w szynku, zrozumiano?
- Chyba tata za bardzo mnie sztorcuje - nagle płaczliwie powiedział mężczyzna.

Filip Filipowicz poczerwieniał, okulary błysnęły.
- Kto tu jest twoim tatą? Co to za poufałość? Żebym więcej tego słowa nie słyszał! Zwracać się 
jak należy: Filipie Filipowiczu!

Na twarzy mężczyzny rozgorzała zuchwałość.
- Co pan tak ciągle... To nie pluć. To nie palić. Tam nie chodzić... Co to ma być? Całkiem jak w 
tramwaju. Czego pan mi żyć nie daje?! A jak o „tatę” chodzi, nie ma się co obrażać.  Czy ja 
prosiłem, żeby mnie operować? - Mężczyzna zaszczekał z oburzeniem. - Ładna historia! 
Złapał stworzenie boskie, pokroił nożem głowę, a teraz się mnie wypiera. A ja może w ogóle 

47

background image

nie dawałem zgody na żadną operację. Także samo (mężczyzna wzniósł oczy do sufitu, jakby 
przypominając sobie sformułowanie), także samo jak moi krewniacy. Ja, może nawet mam 
prawo zaskarżyć do sądu.

Oczy Filipa Filipowicza zrobiły się kompletnie okrągłe, cygaro wypadło z ręki. Ale typek - 
przeleciało mu przez głowę.
- Raczysz być niezadowolony, że zostałeś przeistoczony w człowieka? - zapytał mrużąc oczy. 
- Być może wolisz znowu biegać po śmietnikach? Zamarzać w bramach? No cóż, gdybym 
tylko wiedział...
- A co mi pan tak bez przerwy wypomina? Śmietniki i śmietniki.  Miałem swój kawałek chleba? 
Miałem. A gdybym tak umarł pod nożem? Co na to powiecie, towarzyszu?
- Filipie Filipowiczu! - z irytacją krzyknął Filip Filipowicz. - Nie jestem dla ciebie żadnym 
towarzyszem! To przerażające!

Koszmarny koszmar - pomyślał.
- No chyba, a jak inaczej... - ironicznie powiedział człowiek i zwycięsko wystawił nogę do 
przodu. - To się rozumie. Jacy my tam dla pana towarzysze!  Gdzie tam nam. Nie uczyliśmy 
się na uniwersytetach, w mieszkaniach po piętnaście pokoi z łazienką też nie mieszkaliśmy. 
Tylko że teraz pora by z tym skończyć. W teraźniejszym czasie każdy ma swoje prawo...

Filip Filipowicz blednąc słuchał dywagacji mężczyzny. Ten przerwał mowę i demonstracyjnie 
ruszył do popielniczki ze zżutym papierosem w ręku. Poruszał się trochę jak kaczka. Długo 
rozgniatał   niedopałek   w   popielniczce   muszli   z   miną   jasno   wyrażającą:   „Masz!   Masz!” 
Zgasiwszy papierosa, nagle kłapnął zębami i wsadził nos pod pachę.
- Palcami łapać pchły! 
Palcami! - krzyknął z furią Filip Filipowicz. - Nie rozumiem, skąd ty je bierzesz?
- Znów się coś nie podoba, hoduję je czy co? - obraził się mężczyzna. - Widocznie pchły mnie 
lubią. - Pogrzebał palcami pod podkładką rękawa i puścił w powietrze kłak lekkiej, rudej waty.

Filip Filipowicz wzniósł wzrok ku girlandom na suficie i zabębnił palcami po stole.  Mężczyzna 
po   zamordowaniu   pchły   odszedł   i   siadł   na   krześle,  ręce   przy   tym   rozwiesił   wzdłuż   klap 
marynarki, a dłonie opuścił.  Jego oczy zezowały na klepki parkietu. Filip Filipowicz spojrzał 
tam, gdzie kładł się ostry odblask na tępych noskach lakierków, zmrużył oczy i zapytał:
- O jakiej sprawie chciałeś mnie zawiadomić?
- Jaka tam sprawa! Bardzo prosta sprawa. Potrzebny mi jest, Filipie Filipowiczu, dokument.

Filipa Filipowicza jakby trochę skręciło.
- Hm... Do diabła! Dokument! 

48

background image

Rzeczywiście... Hm... a być może jakoś można... - Jego głos brzmiał niepewnie i smętnie.
-   Za   pozwoleniem   -   z   pewnością   siebie   odpowiedział   mężczyzna   -   jakże   to   tak,   bez 
dokumentu?  Bez  tego  ani  rusz, bardzo  przepraszam.  Sam  pan  wie,  że  człowiekowi  bez 
dokumentów jest surowo zabronione w ogóle istnieć. Po pierwsze, komitet domowy...
- Co ma do tego komitet domowy?
- Jak to, co ma? Spotykam ich, ciągle pytają, a kiedy ty, wielce szanowny obywatelu, wreszcie 
się zameldujesz?
- O mój ty Boże - z rozpaczą zawołał Filip Filipowicz. - Spotykają, pytają się...  Wyobrażam 
sobie, co im opowiadasz. Przecież zabroniłem ci łazić po schodach.
- A bo to ja jestem katorżnik, czy co? - zdziwił się człowiek i przekonanie o własnej słuszności 
rozgorzało nawet w jego rubinie. 
- Co to znaczy „łazić”? Dosyć przykre są pańskie słowa. Chodzę jak wszyscy ludzie.

I przy tym zastukał lakierowanymi butami po parkiecie.
Filip   Filipowicz   zamilkł,   spojrzenie   jego   uciekło   w   bok.     Jednak   muszę   się   hamować   - 
pomyślał. Podszedł do kredensu i duszkiem wypił szklankę wody.
- Wyśmienicie - powiedział trochę spokojniej. - Nie chodzi o słowa. A więc, co mówi twój 
przeuroczy komitet?
- A co ma mówić... I w ogóle bez racji wymyśla mu pan od przeuroczych. Komitet broni 
interesów.
- Poinformuj mnie łaskawie, czyich interesów?
- Wiadomo czyich, pracującego elementu.

Filip Filipowicz wybałuszył oczy.
- Ty jesteś pracujący? 
Dlaczego?
- Bo nie jestem nepman. Chyba jasne.
- No dobrze. Więc czego chce komitet w twoim rewolucyjnym interesie?
- Wiadomo czego, chce mnie zameldować. Mówią, kto to widział, żeby człowiek mieszkał w 
Moskwie nie zameldowany. To raz. Ale najważniejsze, to książeczka wojskowa. Nie życzę 
sobie być dezerterem. No i jeszcze tego... związek zawodowy, giełda pracy...
- Chciałbym wiedzieć, na podstawie czego mam cię zameldować? Tego obrusa czy mojego 
dowodu osobistego?  Przecież trzeba chociaż trochę liczyć się z sytuacją. Nie zapominaj, że 
jesteś... E...  hm... że tak powiem, istotą niespodziewanie stworzoną w laboratorium - mówił z 
coraz mniejszym przekonaniem Filip Filipowicz.

49

background image

Mężczyzna milczał zwycięsko.
- Wyśmienicie. Co koniec końców jest potrzebne, żeby cię zameldować i w ogóle zrobić 
wszystko  zgodnie   z  planami   tego   twojego   komitetu   domowego?     Przecież   nie   masz  ani 
imienia, ani nazwiska.
- Tu jest pan niesprawiedliwy. 
Imię mogę sobie zupełnie spokojnie wybrać. Wydrukuję w gazecie i spokój.
- Więc jak się chcesz nazywać?

Mężczyzna poprawił krawat i odpowiedział:
- Poligraf Poligrafowicz.
- Nie udawaj głupiego - ponuro powiedział Filip Filipowicz - to poważna rozmowa.

Jadowity uśmieszek wykrzywił wąsiki mężczyzny.
- Ja tu czegoś nie rozumiem - powiedział wesoło i sensownie.
- Mnie kląć nie wolno. Pluć nie wolno. A od pana słyszę bez przerwy „głupi” albo „dureń”. 
Widać tylko profesorom wolno przeklinać w Eresefeser.

Filipowi Filipowiczowi krew uderzyła do głowy i kiedy napełniał szklankę, rozbił ją.  Napił się z 
następnej i pomyślał: Jeszcze chwila, a on zacznie mnie pouczać i będzie miał absolutną 
rację. Nie potrafię trzymać się w garści.
- Prze_epraszam. Mam 
rozstrojone nerwy. To imię wydało mi się dziwne. Chciałbym wiedzieć, gdzieś ty je wygrzebał?
- Komitet domowy poradził. 
Szukaliśmy w kalendarzu. Które ci się podobają, pytają? No to wybrałem.
- W żadnym kalendarzu czegoś takiego być nie może.
- Dosyć dziwne - uśmiechnął się mężczyzna - kiedy on wisi w pańskim laboratorium.

Nie wstając Filip Filipowicz przygniótł guziczek w tapecie i na dzwonek pojawiła się Zina.
- Kalendarz z laboratorium.

Chwilę trwała cisza. Kiedy Zina wróciła z kalendarzem, Filip Filipowicz zapytał:
- Gdzie?
- Imieniny czwartego marca.
- Pokaż... Hm... Do diabła... 
Wrzuć to do pieca, Zina, natychmiast.
Zina z przerażeniem wytrzeszczając oczy odeszła z kalendarzem, a mężczyzna z wyrzutem 
pokręcił głową.

50

background image

- Bądź łaskaw podać nazwisko.
- Zgadzam się na rodowe nazwisko.
- Co? Rodowe? A konkretnie?
- Szarikow.

   *        *        *        

W gabinecie przed biurkiem stał przewodniczący komitetu Szwonder w skórzanej kurtce. 
Doktor   Bormental   siedział   w   fotelu.   I   na   zaczerwienionych   od   mrozu   policzkach   doktora 
(właśnie przed chwilą wrócił) malowało się identyczne zakłopotanie jak i na twarzy siedzącego 
obok Filipa Filipowicza.
- Więc jak mam pisać? - zapytał niecierpliwie.
- No cóż - powiedział Szwonder 
- sprawa nie jest skomplikowana. 
Niech pan napisze zaświadczenie, obywatelu profesorze. Że tak i tak, okaziciel niniejszego to 
jest rzeczywiście Szarikow Poligraf Poligrafowicz, zaistniały w pańskim mieszkaniu.
Oszołomiony Bormental poruszył się w fotelu. Filipowi Filipowiczowi podskoczył wąs.
- Hm... u diabła! Nic 
głupszego nie można sobie wyobrazić. Wcale nie zaistniał, a po prostu... jednym słowem...
- To już pańska sprawa - spokojnie i ze złośliwą satysfakcją powiedział Szwonder. 
- Zaistniał czy też nie... 
Globalnie   i   w   szczególności,   to   przecież   właśnie   pan   przeprowadzał   doświadczenie, 
profesorze! No i stworzył pan obywatela Szarikowa.
-   Bardzo   proste   -   zaszczekał   Szarikow   od   szafy   bibliotecznej.     Wpatrywał   się   w   krawat 
odzwierciedlony w lustrzanej otchłani.
-   Bardzo   bym   prosił   -   odgryzł   się   Filip   Filipowicz   -   o   nie   wtrącanie   się   do   rozmowy.   I 
niesłusznie mówisz, że to proste. To nawet bardzo nieproste.
- Jak to, mam się nie wtrącać 
- zaburczał obrażony Szarikow.

Szwonder niezwłocznie go poparł.

- Przepraszam, profesorze, 

obywatel Szarikow ma najzupełniejszą rację. To jego prawo uczestniczyć w dyskusji o jego 
własnym losie, w szczególności wtedy, kiedy sprawa dotyczy dokumentów.   Dokumenty to 
najważniejsza rzecz na świecie.

51

background image

W  tym momencie ogłuszające dzwonienie  za uchem  przerwało  rozmowę.  Filip Filipowicz 
powiedział do słuchawki „Tak”...  poczerwieniał i wrzasnął:
- Proszę nie zawracać mi głowy głupstwami. A co to pana obchodzi? - Z całej mocy rzucił 
słuchawkę na widełki.

Niebiańska radość spłynęła na oblicze Szwondera.
Filip Filipowicz purpurowiejąc krzyknął:
- Jednym słowem kończmy to wszystko.

Wyrwał kartkę z notesu, wypisał kilka słów, a następnie z irytacją przeczytał na głos:
- „Niniejszym stwierdzam...” 
Diabli wiedzą, co to takiego...   Hm... „Okaziciel poniższego jest człowiekiem otrzymanym 
metodą laboratoryjnego doświadczenia w rezultacie operacji przeprowadzonej na mózgu i 
wymaga dokumentów.” Do diabła!  Ja w ogóle jestem przeciwny, żeby otrzymał te idiotyczne 
dokumenty. „Podpis: profesor Preobrażeński.”
- To dosyć dziwne, profesorze 
- obraził się Szwonder. - Jak to, mówi pan o dokumentach „idiotyczne”? Ja nie mogę dopuścić, 
żeby w domu przebywał nie udokumentowany lokator, i do tego nie wciągnięty do wojskowej 
ewidencji przez milicję. A jeśli nagle wybuchnie wojna z imperialistycznym drapieżcą?
- Ja tam nigdzie wojować nie pójdę! - nagle ponuro szczeknął Szarikow od szafy.

Szwonder osłupiał, ale szybko oprzytomniał i grzecznie przywołał Szarikowa do porządku.

- Wy, obywatelu Szarikow, 

wypowiadacie się w sposób wyjątkowo nie uświadomiony.  Bezwarunkowo musicie wciągnąć 
się do wojskowej ewidencji.
- Do ewidencji się wciągnę, ale żeby walczyć, figa z makiem 
- nieprzyjaźnie odpowiedział Szarikow poprawiając krawat.

Teraz z kolei zmieszał się Szwonder. Preobrażeński wymienił złośliwe i smętne spojrzenie z 
Bormentalem: „No, proszę - oto jego moralność”. Bormental znacząco pokiwał głową.
- Jestem ciężko ranny po operacji - posępnie zawył Szarikow. - Widzisz, jak mnie urządzili. - 
Pokazał na głowę.  Wzdłuż czoła ciągnęła się świeża blizna pooperacyjna.
- Jesteście indywidualistą anarchistą? - zapytał Szwonder wysoko unosząc brwi.
- Mnie się należy biały bilet 
- odparł na to Szarikow.
- No dobrze, to na razie nieważne - odpowiedział zdumiony Szwonder - teraz chodzi o to, że 
zaświadczenie profesora wyślemy na milicję i wtedy wydadzą nam dokument.

52

background image

- Ale, ale, e... - znienacka przerwał mu Filip Filipowicz, najwidoczniej dręczony jakąś myślą - 
czy nie macie w waszym domu wolnego pokoju? Jestem skłonny go kupić.

Żółte iskry pojawiły się w piwnych oczach Szwondera.
- Nie, profesorze, ku mojemu ogromnemu żalowi nie mamy. I nie przewidujemy, żebyśmy 
mieli.

Filip Filipowicz zacisnął wargi i nic nie powiedział.  Znowu jak szalony zagrzmiał telefon. Filip 
Filipowicz nie pytając o nic w milczeniu zrzucił słuchawkę z widełek tak, że najpierw przez 
chwilę   się   kręciła,   a   potem   zawisła   na   niebieskim   sznurze.   Wszyscy   wzdrygnęli   się 
jednocześnie.  Nadenerwował się stary - pomyślał Bormental, a Szwonder błyskając oczami 
skłonił się i wyszedł.
Szarikow poskrzypując stebnówką sztybletów ruszył w ślad za nim.
Profesor został sam z 
Bormentalem. Po chwili milczenia Filip Filipowicz szybko pokiwał głową i powiedział:
- To jakiś koszmar, słowo honoru. Czy pan widzi? 
Przysięgam, drogi doktorze, że zmordowałem się przez te dwa tygodnie bardziej niż przez 
ostatnie czternaście lat! Powiem panu, że to jest niezły typek...
W oddali głucho trzasnęło szkło, wzleciał przygłuszony pisk kobiecy i natychmiast ucichł. 
Nieczysta siła przemknęła po tapetach w korytarzu, wpadła do laboratorium, tam coś łupnęło i 
błyskawicznie poleciało z powrotem. Trzasnęły drzwi, w kuchni rozległ się niski krzyk Darii 
Pietrowny. Potem zawył Szarikow.
- Boże mój, jeszcze coś nowego! - krzyknął Filip Filipowicz rzucając się do drzwi.
- Kot! - domyślił się 
Bormental   i  wybiegł  za  profesorem.   Popędzili  korytarzem  do  przedpokoju,   z  przedpokoju 
skręcili w korytarz do ubikacji i łazienki. Z kuchni wyskoczyła Zina i wpadła prosto na Filipa 
Filipowicza.
- Ile razy mówiłem, żeby tu nie było kotów! - z wściekłością krzyczał Filip Filipowicz. - 
Gdzie on jest?! Iwanie 
Arnoldowiczu, niech pan, na miłość boską, uspokoi pacjentów w poczekalni.
- W łazience, w łazience siedzi, czort przeklęty - łapiąc powietrze krzyczała Zina.

Filip Filipowicz naparł na drzwi łazienki, ale drzwi się nie poddawały.
- Natychmiast otwierać!

W  odpowiedzi  w łazience  coś zaczęło skakać  po  ścianach,  spadły  miednice i  dziki głos 
Szarikowa zaryczał za drzwiami:

53

background image

- Zabiję na miejscu...

Woda zaszumiała w rurach, a potem chlusnęła. Filip Filipowicz naparł na drzwi i zaczął je 
szarpać. Zgrzana Daria Pietrowna z okropnym grymasem na twarzy zjawiła się na progu 
kuchni. Następnie wysoka szyba, oddzielająca pod sufitem kuchnię od łazienki, rozpękła się 
krętym pęknięciem, z góry wyprysnęły dwa odłamki szkła, a za nimi ogromnych rozmiarów, 
tygrysio pręgowany kot z błękitną kokardą na szyi, podobny do policjanta.  Spadł prosto do 
stojącego   na   dole   długiego   półmiska,   roztrzaskując   go   wzdłuż,  z   półmiska   zeskoczył   na 
podłogę,   zakręcił  na   trzech  łapach,   prawą   machnął   jak   gdyby  w   tańcu   i   w   okamgnieniu 
czmychnął przez wąską szparę na kuchenne schody.  Szpara rozszerzyła się i kota zastąpiła 
fizjonomia staruszki w chusteczce. Spódnica starej, usiana białym groszkiem, znalazła się w 
kuchni. Starucha kciukiem i wskazującym palcem otarła zapadłe usta, jej kłujące, opuchnięte 
oczy omiotły kuchnię, po czym oświadczyła z ciekawością:
- O Panie Jezu!

Pobladły Filip Filipowicz ruszył przez kuchnię i groźnie zapytał staruchę:
- Czego pani tu chce?
- Ciekawość byłaby gadającego pieska zobaczyć - odparła przymilnie starucha i przeżegnała 
się.

Filip Filipowicz pobladł jeszcze bardziej, podszedł bardzo blisko do staruchy i wyszeptał bez 
tchu:
- W tej chwili won z kuchni!

Starucha cofnęła się do drzwi i powiedziała urażona:
- Cosik jakby pan za ostry, profesorze.
- Won, powiedziałem! - 
powtórzył Filip Filipowicz i jego oczy stały się okrągłe jak u sowy. Własnoręcznie trzasnął 
kuchennymi drzwiami za staruchą.
- Dario Pietrowno, przecież prosiłem.
- Filipie Filipowiczu - z rozpaczą odpowiedziała Daria Pietrowna, zaciskając w pięści obnażone 
ręce - co ja mam zrobić? Ludziska pchają się od rana do nocy, tylko się powiesić.

Woda w łazience huczała groźnie i głucho, ale głosu już nie było słychać. Wszedł doktor 
Bormental.
- Iwanie Arnoldowiczu, bardzo pana proszę... hm... ilu pacjentów czeka?
- Jedenastu - odpowiedział Bormental.
- Niech pan wszystkich odwoła, nie będę dziś przyjmować.

54

background image

Filip Filipowicz zapukał w drzwi i krzyknął:
- Proszę natychmiast wyjść! 
Dlaczego drzwi są zamknięte?
- Gu_gu! - żałośnie i 
bezbarwnie odpowiedział głos Szarikowa.
- Do diabła! Nie słyszę, zakręć wodę.
- Hau! Hau!
- Zakręć wreszcie wodę! Nie rozumiem, co on tam nabroił... - wpadając w furię zawołał Filip 
Filipowicz.

Zina i Daria Pietrowna wyglądały z kuchni otworzywszy drzwi. Filip Filipowicz jeszcze raz 
załomotał pięścią w drzwi.
- O, tu jest! - zawołała z kuchni Daria Pietrowna.

Filip Filipowicz popędził tam.  W rozbitym oknie pod sufitem ukazała się i wyjrzała na kuchnię 
twarz Poligrafa Poligrafowicza. Malowało się na niej przerażenie, oczy spoglądały płaczliwie, a 
wzdłuż nosa ciągnęło się płomieniejące świeżą krwią zadrapanie.
- Czyś ty oszalał? - zapytał Filip Filipowicz. - Dlaczego nie wychodzisz?

Szarikow smutny i przestraszony zerknął za siebie i odparł:
- Zatrzasnąłem się.
- Otwórz zamek. Czy ty nigdy zamka nie widziałeś?
- Kiedy się nie otwiera, przeklęty - strachliwie odparł Szarikow.
- O Boże! Na pewno spuścił bezpiecznik! - krzyknęła Zina i plasnęła w dłonie.
- Tam jest taki guziczek! - wołał Filip Filipowicz, starając się przekrzyczeć wodę - trzeba go 
nacisnąć w dół. W dół, mówię.

Szarikow przepadł i po chwili pojawił się znowu.
- Ni psa nie widać - 
wyszczekał ze zgrozą przez okno.
- To zapal lampę. On się chyba wściekł!
- Kot przeklęty lampę rozwalił 
- odpowiedział Szarikow - a ja go chciałem, drania, złapać za nogi, przekręciłem kran, a teraz 
nie mogę znaleźć.

55

background image

Wszyscy troje załamali ręce i w takiej pozycji zamarli.
Gdzieś po pięciu minutach Bormental, Zina i Daria Pietrowna siedzieli rzędem na mokrym 
dywanie zwiniętym w rulon u podnóża drzwi, a szwajcar Fiodor z zapaloną ślubną świecą Darii 
Pietrowny przełaził po drewnianej drabinie przez dymnik. Jego zad w wielką szarą kratkę 
mignął w powietrzu i znikł w otworze.
- Du... u_u! - wykrzykiwał coś Szarikow poprzez ryk wody.

Rozległ się głos Fiodora.
- Filipie Filipowiczu, tak czy inaczej otworzyć trzeba, niech się rozpłynie, wygarniemy z kuchni.
- Otwierać! - gniewnie 
krzyknął Filip Filipowicz.
Wszyscy troje wstali z dywanu, drzwi łazienki popchnięto od środka i woda natychmiast runęła 
do korytarza. I popłynęła trzema strumieniami: prosto - do ubikacji naprzeciwko, w prawo - do 
kuchni i w lewo - do przedpokoju. Brodząc i podskakując Zina zatrzasnęła drzwi do niego. Po 
kostki w wodzie wyczłapał Fiodor, uśmiechając się nie wiedzieć czemu. Wyglądał, jakby był w 
ceracie - cały mokry.
- Ledwie zatkałem, okropne ciśnienie.
- Gdzie jest... ten? - zapytał 
Filip Filipowicz i z przekleństwem podniósł jedną nogę.
- Boi się wyjść - z głupawym uśmiechem wyjaśnił Fiodor.
- Tata będzie bić? - doleciał z łazienki płaczliwy głos Szarikowa.
- Bałwan! - krótko 
odpowiedział Filip Filipowicz.
Zina i Daria Pietrowna w zakasanych do kolan spódnicach, z gołymi nogami, oraz Szarikow ze 
szwajcarem na bosaka, w podwiniętych spodniach, plaskali mokrymi szmatami po podłodze 
kuchni i wyżymali je nad brudnymi wiadrami i do muszli klozetowej. Huczał osamotniony piec 
kuchenny. Woda wypływała przez drzwi na schody i z podestu spadała prosto do piwnicy.
Bormental,   wspinając  się na   palce  i  stojąc  w  głębokiej  kałuży  na  parkiecie  przedpokoju, 
prowadził rokowania przez ledwie uchylone drzwi.
- Dzisiaj nie ma przyjęć, profesor źle się czuje. Pękła u nas rura, niech pan będzie łaskaw 
odsunąć się od drzwi.
- A kiedy profesor przyjmie? - domagał się głos za drzwiami. - Ja tylko na chwileczkę.
- Nie mogę - Bormental zamiast na obcasach stanął na palcach.
- Profesor leży i pękła rura. 
Zaprasza na jutro. Zina! Moja droga! Wycieraj tutaj, bo się wyleje na frontowe schody.
- Szmatami nie daje rady...

56

background image

- Zaraz wybierzemy kubkami - odezwał się Fiodor - zaraz.

Dzwonki następowały jeden po drugim i Bormental już całą podeszwą stał w wodzie.
- Więc kiedy będzie operacja? 
- nie dawał za wygraną głos i ktoś próbował wcisnąć się w szparę.
- Pękła rura...
- Ja mogę przejść w 
kaloszach...
Za drzwiami pojawiły się niebieskawe sylwetki.
- Proszę jutro, dzisiaj nie można.
- Jestem zapisany.
- Jutro. Katastrofa z 
wodociągiem.
U nóg doktora Fiodor taplał się w jeziorze, czerpał kubkiem, a podrapany Szarikow wymyślił 
nowy sposób. Ogromną szmatę zwinął w rulon, położył się na brzuchu i popędził wodę z 
przedpokoju z powrotem do ubikacji.
-  Czego ty, czorcie, ganiasz ją po całym  mieszkaniu? -  gniewała  się Daria  Pietrowna.  - 
Wylewaj do sedesu.
- Co tam do sedesu - łowiąc rękami mętną wodę odpowiadał Szarikow. - Przecież wylezie od 
frontu.

Z korytarza ze zgrzytem wyjechała ławeczka, a na niej wyprostowany, łapiąc równowagę, Filip 
Filipowicz w pasiastych granatowych skarpetkach.
- Iwanie Arnoldowiczu, niech pan przestanie im odpowiadać.  Proszę do sypialni, dam panu 
pantofle.
- To drobiazg, Filipie 
Filipowiczu, naprawdę nic nie szkodzi.
- Niech pan wskoczy w kalosze.
- Drobnostka. Nogi i tak już mam mokre.
- O mój Boże! - zamartwiał się Filip Filipowicz.
- Co za wredne zwierzę! - odezwał się nagle Szarikow i wyjechał przykucnięty z wazą na zupę 
w ręku.

Bormental zatrzasnął drzwi, 

nie wytrzymał i wybuchnął śmiechem. Nozdrza Filipa Filipowicza rozdęły się, błysnęły okulary.
- Bądź łaskaw wyjaśnić - zapytał Szarikowa z wysokości - o kim mówisz?

57

background image

- O kocie mówię. Co za ścierwo 
- odpowiedział Szarikow, a oczka mu biegały.
-  Wiesz,  Szarikow -   powiedział Filip  Filipowicz nabierając  powietrza w  płuca -  doprawdy 
jeszcze nie widziałem kogoś równie bezczelnego.

Bormental zachichotał.
- Jesteś po prostu bezwstydny 
- kontynuował Filip Filipowicz. 
- Jak śmiesz mówić coś takiego? 
To wszystko przez ciebie i jeszcze pozwalasz sobie... No nie! Diabli wiedzą, co to takiego!
- Powiedz mi, proszę, Szarikow 
- zaczął Bormental - jak długo jeszcze będziesz latał za kotami? Wstyd! Przecież to po prostu 
skandal! Dzikus!
- Jaki ja tam dzikus? - ponuro zapytał Szarikow. - Wcale nie jestem dzikus. Nie sposób 
wytrzymać z nim w mieszkaniu.  Tylko szuka, co by ukraść. Darii zeżarł farsz. Chciałem mu 
dać nauczkę.
- Tobie samemu warto dać nauczkę! - odparł Filip Filipowicz. - Lepiej obejrzyj w lustrze swoją 
fizys.
- Mało oka nie straciłem - mrocznie powiedział Szarikow, macając oko mokrą, brudną ręką.

Kiedy czarny od wody parkiet nieco podsechł, wszystkie lustra pokrył łaziebny nalot i dzwonki 
umilkły. Filip Filipowicz stał w przedpokoju w czerwonych safianowych pantoflach.
- To dla ciebie, Fiodor.
- Najpokorniej dziękuję.
- Przebierz się natychmiast. I jeszcze jedno, napij się wódki u Darii Pietrowny.
- Dziękuję najpokorniej - Fiodor zawahał się przez chwilę, potem powiedział: - Tu jeszcze, 
Filipie Filipowiczu... 
Przepraszam, wstyd powiedzieć, ale jeszcze za szybę spod siódemki... Obywatel Szarikow 
rzucał kamieniami...
- W kota? - zapytał Filip Filipowicz, chmurząc się jak obłok.
- O to właśnie chodzi, że w lokatora. On już nawet grozi, że poda do sądu.
- Do diabła!
- Szarikow objął tamtejszą kucharkę, a tamten go pogonił.  No, posprzeczali się.
- Na miłość boską, proszę mnie natychmiast zawiadamiać o takich rzeczach! Ile?
- Półtora.

Filip Filipowicz wydobył trzy błyszczące półrublówki i wręczył je Fiodorowi.

58

background image

- Za takiego drania jeszcze półtora rubla płacić - doleciał głuchy głos od drzwi - a on sam...

Filip Filipowicz odwrócił się, przygryzł wargę, w milczeniu naparł na Szarikowa, wypchnął go 
do poczekalni i zamknął na klucz. Szarikow od środka od razu załomotał pięściami w drzwi.
- Ani się waż! - niewątpliwie chorym głosem krzyknął Filip Filipowicz.
-   No,   to   już   faktycznie   -   znacząco   zauważył   Fiodor   -   takiego   bezczelnego   w   życiu   nie 
widziałem.

Jak spod ziemi wyrósł 
Bormental.

- Filipie Filipowiczu, proszę, 

niech się pan nie denerwuje.
Energiczny eskulap otworzył drzwi i z poczekalni dobiegł jego głos.
- Co to ma być? Jesteś w knajpie czy gdzie?
- Właśnie tak z nim trzeba... 
- dodał stanowczo Fiodor - dokładnie tak... I jeszcze w ucho go...
- Ależ, co ty mówisz, Fiodor - smutnie burknął Filip Filipowicz.
- Najmocniej przepraszam, pana mi szkoda, Filipie Filipowiczu.

VII

- Nie, nie i nie! - uparcie powtarzał Bormental. - Bądź łaskaw założyć.
- A co tam, jak Boga... - zaburczał niezadowolony Szarikow.
- Dziękuję, doktorze - 
serdecznie powiedział Filip Filipowicz - bo mnie już obrzydło zwracanie mu uwagi.
- Tak czy inaczej nie pozwolę jeść, aż nie założysz. Zina, zabierz Szarikowowi majonez.
- Jak to zabierz? - 
zdenerwował się Szarikow. - Zaraz założę.
Lewą ręką zasłonił półmisek przed Ziną, a prawą wepchnął serwetkę za kołnierz i zrobił się 
podobny do klienta razury.

59

background image

- I widelcem, proszę - dodał Bormental.

Szarikow westchnął przeciągle i zaczął łowić kawałki jesiotra w gęstym sosie.
- Jeszcze wódeczki bym wypił - oznajmił pytająco.
- A może już wystarczy? - zainteresował się Bormental. - Jakoś ostatnio za bardzo cię ciągnie 
do wódki.
- Żałuje mi pan? - zapytał Szarikow i popatrzył spode łba.
- Głupstwa gadasz... - wtrącił się surowo Filip Filipowicz, ale Bormental przerwał mu.
- Proszę się nie kłopotać, Filipie Filipowiczu, ja sam. Ty, Szarikow, gadasz bzdury, ale co 
najbardziej oburzające, wypowiadasz je bezapelacyjnie i z głębokim przekonaniem. Wódki mi 
oczywiście nie szkoda, tym bardziej że nie jest moja, tylko Filipa Filipowicza. Po prostu wódka 
szkodzi. To po pierwsze, a po drugie, i bez wódki zachowujesz się nieprzyzwoicie.

Bormental pokazał na zaklejony kredens.
- Zina, podaj mi, proszę, jeszcze rybę - powiedział profesor.

Tymczasem Szarikow sięgnął po karafkę, zerknął na Bormentala i nalał sobie kieliszek.
- Innym też wypada 
zaproponować   -   powiedział   Bormental   -   i   to   w   następujący   sposób:   najpierw   Filipowi 
Filipowiczowi, później mnie, a na samym końcu sobie.
Wargi Szarikowa wykrzywił ledwie dostrzegalny satyryczny uśmieszek, po czym rozlał wódkę 
do kieliszków.
-   Zawsze  tu   wszystko   jak   na   paradzie   -   powiedział.   -   Serwetkę   tu,   krawat   tam,   i  wciąż 
przepraszam i proszę, merci, ale żeby coś tak naprawdę, bez lipy, co to, to nie. Sami siebie 
męczycie jak przy carskim reżimie.
- Naprawdę, to znaczy jak? 
Bądź łaskaw mi wytłumaczyć.
Szarikow nic na to nie 
odpowiedział Filipowi 
Filipowiczowi, tylko uniósł kieliszek i zaproponował:
- No, życzę wszystkim...
- Tobie również - z niejaką ironią odezwał się Bormental.

Szarikow wlał sobie w gardło zawartość kieliszka, skrzywił się, przyłożył do nosa kawałek 
chleba, powąchał, a następnie połknął, przy czym łzy napłynęły mu do oczu.
- Staż - nagle jakby 
nieobecnym głosem powiedział Filip Filipowicz.

60

background image

Bormental spojrzał ze 
zdziwieniem

- Staż! - powtórzył Filip Filipowicz i gorzko pokiwał głową. - Nic się już nie da zrobić. Klim.

Bormental z nadzwyczajnym zainteresowaniem ostro wpatrzył się w oczy Filipa Filipowicza.
- Tak pan przypuszcza, Filipie Filipowiczu?
- Nie ma co przypuszczać, jestem pewien.
- Czyżby... - zaczął Bormental i przerwał spojrzawszy na Szarikowa.

Szarikow zasępił się 
podejrzliwie.

- Sp~ater (niem. później) - niegłośno powiedział Filip Filipowicz.
- Gut - przytaknął asystent.

Zina wniosła indyczkę. 
Bormental nalał Filipowi Filipowiczowi czerwonego wina i zaproponował Szarikowowi.
- Nie chcę. Ja lepiej się wódeczki napiję. - Oczka miał już maślane, na czole wystąpił pot, 
poweselał. Również Filip Filipowicz stał się nieco życzliwszy po alkoholu. Oczy mu się ożywiły, 
przychylniej spoglądał na Szarikowa, którego czarna głowa tkwiła w serwetce jak mucha w 
śmietanie.

Bormental zaś, kiedy się pokrzepił, ujawnił skłonność do działania.
- No więc, co będziemy robić dzisiejszego wieczoru? - zapytał Szarikowa.

Ten zamrugał oczami i 
odpowiedział:

- Najlepiej chodźmy do cyrku.
- Tak codziennie do cyrku - dobrodusznie zauważył Filip Filipowicz. - To dosyć nudne. Ja bym 
na twoim miejscu chociaż raz poszedł na przykład do teatru.
- Do teatru nie pójdę - nieprzyjaźnie powiedział Szarikow i przeżegnał usta.
- Czkanie przy stole odbiera innym apetyt - automatycznie oznajmił Bormental. - Proszę 
wybaczyć... Ale właściwie dlaczego nie podoba ci się teatr?

Szarikow spojrzał przez pusty kieliszek jak przez lornetkę, pomyślał i odął wargi.
- Bo tam udają głupich... 

61

background image

Rozmawiają i rozmawiają... 
Czysta kontrrewolucja.
Filip Filipowicz opadł na gotyckie oparcie fotela i zaśmiał się tak, że w jego ustach zaiskrzył 
złoty częstokół. Bormental tylko pokręcił głową.
- Poczytałbyś cokolwiek - zaproponował - no, bo wiesz...
- Ja już i tak czytam i czytam... - odpowiedział Szarikow i znienacka szybko i pożądliwie nalał 
sobie pół szklanki wódki.
- Zina - trwożnie zawołał Filip Filipowicz - zabierz, dziecko, wódkę. Nie będzie już więcej 
potrzebna. A więc, co ty czytasz?

Przez głowę przeleciał mu obraz - bezludna wyspa, palma, człowiek w zwierzęcej skórze i 
szlafmycy. „Trzeba będzie dać Robinsona”.
- Tę... jak jej tam... 
korespondencję Engelsa z tym...  no, jak mu tam czortowi... z Kautskym.
Widelec Bormentala z kawałkiem białego mięsa zatrzymał się w pół drogi, a Filip Filipowicz 
rozlał wino na obrus. Szarikow w tym czasie chytrze przełknął wódkę.
Filip Filipowicz oparł łokcie na stole, wpatrzył się w Szarikowa i zapytał:
- Chciałbym wiedzieć, jeśli wolno, co masz do powiedzenia na temat tej lektury?

Szarikow wzruszył ramionami.
- No, że się nie zgadzam.
- Z kim? Z Engelsem czy z Kautskym?
- A z obydwoma.
-   To   nadzwyczajne,   przysięgam   na   Boga.   „Jeśli   powie   ktoś,   że   inna.”   A   co   mógłbyś 
zaproponować ze swojej strony?
- A co tu proponować? Tylko piszą i piszą... kongres, jacyś tam Niemcy... Głowa puchnie. 
Wszystko wziąć i podzielić...
-   Tak   też   myślałem   -   zawołał   Filip   Filipowicz   i   uderzył   dłonią   w   obrus.   -   Właśnie   tak 
przypuszczałem.
- A może nawet znasz sposób? - zapytał z ciekawością Bormental.
- Jaki tam sposób - objaśnił bardzo rozmowny po wódce Szarikow. - Sprawa jest prosta.  Bo 
jak to jest: jeden rozsiadł się w siedmiu pokojach, ma ze czterdzieści par spodni, a kto inny 
włóczy się, szuka czegoś do jedzenia po śmietnikach.
- Tych siedem pokoi to do mnie aluzja, naturalnie? - mrużąc wyniośle oczy zapytał Filip 
Filipowicz.

62

background image

Szarikow nastroszył się i umilkł.
-   No   cóż,   bardzo   dobrze;   nie   jestem   przeciwny   podziałowi.     Doktorze,   ilu   pacjentów 
odesłaliśmy wczoraj?
- Trzydziestu dziewięciu - niezwłocznie odpowiedział Bormental.
- Hm... trzysta 
dziewięćdziesiąt   rubli.   No,   podzielmy   grzech   na   trzech   mężczyzn.   Kobiet   -   Ziny   i   Darii 
Pietrowny - nie będziemy liczyć.  Od ciebie, Szarikow, należy się sto trzydzieści rubli. Bądź 
łaskaw wypłacić.
- Ładna historia - odparł Szarikow przestraszywszy się. - A to znowu za co?
- Za kran i za kota - 
zagrzmiał nagle Filip Filipowicz wychodząc ze stanu ironicznego spokoju.
- Filipie Filipowiczu - z trwogą zawołał Bormental.
- Chwileczkę. Za ten skandal, coś go wywołał, aż musiałem odwołać pacjentów. To przecież 
nie do zniesienia. Człowiek jak jaskiniowiec skacze po całym mieszkaniu, wyrywa krany. A kto 
zabił kotkę madame Połasucher?  Kto...
- Ty, Szarikow, trzy dni temu ugryzłeś kobietę na schodach - dołożył Bormental.
- Kosztujesz mnie... - ryczał Filip Filipowicz.
- Bo ona mnie w mordę 
trzasnęła - zaskowyczał Szarikow - a to moja morda, nie państwowa!
- Dlatego że ją uszczypnąłeś w pierś - krzyknął Bormental i przewrócił kieliszek z winem. - Ty 
stoisz...
- Stoisz na najniższym 
szczeblu rozwoju - przekrzykiwał doktora Filip Filipowicz. - Jesteś zaledwie formującym się 
stworzeniem o zaczątkach rozumu.  Wszystkie twoje zachowania są czysto zwierzęcej natury, 
a pozwalasz sobie w obecności dwóch ludzi z uniwersyteckim wykształceniem z absolutnie 
niewyobrażalną   nonszalancją   wysuwać   jakieś   projekty   na   miarę   kosmiczną,   komicznie 
idiotycznie,   o   tym,   jak   wszystko   należy   podzielić...   a   jednocześnie   zeżarłeś   proszek   do 
zębów...
- Trzy dni temu - potwierdził Bormental.
- No właśnie - grzmiał Filip Filipowicz - zakarbuj to sobie na nosie...~ a propos, dlaczego 
starłeś z nosa maść cynkową?...   że masz milczeć i słuchać, co się do ciebie mówi. Masz 
uczyć   się   i   starać   zostać   choćby   elementarnie   znośnym   członkiem   socjalistycznego 
społeczeństwa.  I jeszcze jedno: co za łajdak podsunął ci tę książkę?
- Dla pana każdy jest 
łajdakiem - z przestrachem odpowiedział Szarikow, oszołomiony napaścią z dwóch stron.
- Domyślam się - czerwieniejąc ze złości zawołał Filip Filipowicz.
- No, co takiego. No, Szwonder mi dał. On nie jest łajdakiem...  Po to, żebym się rozwijał...

63

background image

-   Widzę,   jak   się   rozwijasz   po   Kautskym   -   żółknąc   krzyknął   piskliwie   Filip   Filipowicz   i 
gwałtownie nacisnął guziczek w ścianie. - Dzisiejsza historia pokazała to, że lepiej już nie 
można. Zina!
- Zina! - krzyczał Bormental.
- Zina! - wydzierał się przerażony Szarikow.

Zina przybiegła pobladła.
- Zina, tam w poczekalni... 
Ona jest w poczekalni?
- W poczekalni - pokornie odpowiedział Szarikow, zieleniejąc jak murawa.
- Zielona książka...
- No, zaraz palić - 
rozpaczliwie zawołał Szarikow. - Ona jest państwowa, z biblioteki!

- Korespondencja, nazywa się, 

tego, jak mu tam, Engelsa z tym czortem... Do pieca!
Zina uleciała.
- Ja bym tego Szwondera powiesił, słowo honoru, na pierwszej suchej gałęzi! - zawołał Filip 
Filipowicz, nienawistnie wbijając zęby w skrzydło indyczki. - Ta zdumiewająca kanalia siedzi w 
domu jak wrzód. Mało tego, że wypisuje w gazetach bezmyślne paszkwile...

Szarikow   złośliwie   i   ironicznie   zaczął   zezować   na   profesora.   Filip   Filipowicz   zaś   z   kolei 
spojrzał na niego z ukosa i umilkł.
Och, chyba nic dobrego z tego w naszym mieszkaniu nie wyniknie - nagle proroczo pomyślał 
Bormental.
Zina   wniosła   na   okrągłym   półmisku   rudą   z   prawego,   a   rumianą   z   lewego   boku   babę   i 
maszynkę do kawy.
- Ja nie będę tego jadł - groźnie i nieprzyjaźnie oznajmił z miejsca Szarikow.
- Nikt ci nie proponuje. 
Zachowuj się przyzwoicie. 
Doktorze, pan będzie łaskaw.
Obiad zakończył się w 
milczeniu.

Szarikow wyciągnął z kieszeni zmiętego papierosa i zadymił. Po wypiciu kawy Filip Filipowicz 
spojrzał   na   zegarek,   nacisnął   pozytywkę   i   delikatnie   zagrało   kwadrans   po   ósmej.   Filip 
Filipowicz swoim zwyczajem opadł na gotyckie oparcie i sięgnął po gazetę ze stołu.
- Doktorze, bardzo pana proszę, niech pan z nim pojedzie do cyrku. Tylko, na miłość boską, 
trzeba sprawdzić w programie, czy nie ma tam kotów?

64

background image

- I jak takie draństwo 
wpuszczają do cyrku - posępnie zauważył Szarikow kręcąc głową.
- No, mało to kogo wpuszczają do cyrku - dwuznacznie powiedział Filip Filipowicz. - Co tam 
dają?
- U Salomońskiego - zaczął czytać Bormental - jakieś cztery... Jussems i człowiek martwego 
punktu.
- Co to za Jussems? - 
podejrzliwie zainteresował się Filip Filipowicz.
- Bóg raczy wiedzieć. Pierwszy raz widzę takie słowo.
- No, a w takim razie niech pan lepiej zobaczy u Nikitinów.  Koniecznie wszystko musi być 
jasne.
- U Nikitinów... U 
Nikitinów... hm... słonie i granice ludzkiej zręczności.
-  Taaak.   Co   powiesz   na   temat   słoni,   drogi   Szarikow?   -   nieufnie   zapytał   Szarikowa   Filip 
Filipowicz.

Ten się obraził.
- Co to, ja nie rozumiem czy co? Kot - inna rzecz. Słonie to zwierzęta pożyteczne - odparł 
Szarikow.
- No to wyśmienicie. Jeśli są takie pożyteczne, to jedź i obejrzyj je sobie. Masz się słuchać 
Iwana Arnoldowicza. I żadnych rozmów w bufecie! Iwanie Arnoldowiczu, najpokorniej proszę 
nie częstować Szarikowa piwem.

Po dziesięciu minutach Iwan Arnoldowicz i Szarikow w kaczonosej cyklistówce i w palcie z 
flauszu, z podniesionym kołnierzem pojechali do cyrku. W mieszkaniu ucichło. Filip Filipowicz 
znalazł się w swoim gabinecie. Zapalił lampę pod ciężkim zielonym kołpakiem. W ogromnym 
gabinecie zrobiło się bardzo spokojnie i Filip Filipowicz zaczął przemierzać pokój. Długo i 
płomiennie świecił bladym, zielonkawym ognikiem koniuszek cygara. Ręce profesor wsadził 
do kieszeni spodni i posępna zaduma dręczyła jego uczone, łysiejące czoło.  Cmokał, nucił 
przez zęby: „Aż do najświętszych brzegów Nilu...” i coś mamrotał. Wreszcie odłożył cygaro do 
popielniczki, podszedł do szafy składającej się wyłącznie ze szkła i cały gabinet oświetlił 
trzema najmocniejszymi światłami pod sufitem. Z szafy, z trzeciej szklanej półki Filip Filipowicz 
zdjął wąski słoik i nachmurzony zaczął oglądać go pod światło. W przejrzystej, gęstej cieczy 
pływała   nie   opadając   na   dno   maleńka   biała   grudka,   wydobyta   z   głębi   mózgu   Szarika. 
Wzruszając ramionami, krzywiąc wargi i pochrząkując, Filip Filipowicz pożerał ją wzrokiem, 
jakby w białej niezatapialnej grudce chciał wykryć przyczynę zdumiewających wydarzeń, które 
wywróciły do góry nogami życie w mieszkaniu na Preczystience.
Niewykluczone, że niezmiernie uczony człowiek wykrył tę przyczynę. W każdym razie, kiedy 
już do woli napatrzył się na przysadkę, schował słoik do szafy, zamknął ją na klucz, klucz 

65

background image

schował do kieszonki kamizelki, a sam, z rękami głęboko w kieszeniach, z głową wciśniętą w 
ramiona, opadł na skórę kanapy. Długo palił następne cygaro, doszczętnie rozgryzając jego 
koniec,   wreszcie   w   zupełnej   samotności,   ubarwiony   na   zielono   niczym   posiwiały   Faust, 
zawołał:
- Jak Boga kocham, chyba się zdecyduję.

Nikt mu na to nie odpowiedział. W mieszkaniu ucichły wszelkie dźwięki. W Zaułku Obuchowa, 
jak wiadomo, o godzinie jedenastej wieczorem ruch zamiera. Z rzadka rozbrzmiewały odległe 
kroki zapóźnionego przechodnia, stukały gdzieś za storami i cichły. W gabinecie delikatnie 
dzwoniła pozytywka w kieszeni Filipa Filipowicza... Profesor niecierpliwie oczekiwał na powrót 
z cyrku doktora Bormentala i Szarikowa.

VIII

Nie   wiadomo,   na   co   zdecydował   się   Filip   Filipowicz.   Niczego   szczególnego   w   ciągu 
następnego tygodnia nie przedsięwziął i, być może, za przyczyną jego bezczynności życie w 
mieszkaniu wypełniły najrozmaitsze wydarzenia.
Mniej więcej w sześć dni po historii z wodą i kotem do Szarikowa przyszedł z komitetu 
domowego młody człowiek, który okazał się kobietą, i wręczył dokumenty, które Szarikow 
niezwłocznie schował do kieszeni i równie niezwłocznie zawołał doktora Bormentala.
- Bormental!
- Proszę zwracać się do mnie 
Iwanie Arnoldowiczu! - powiedział Bormental, zmieniając się na twarzy.
Należy tu dodać, że przez tych sześć dni chirurgowi udało się osiem razy pokłócić ze swoim 
wychowankiem, więc atmosfera na pokojach w Kałabuchowskim była duszna.
- No to do mnie proszę mówić tak samo! - najzupełniej absolutnie logicznie odparł Szarikow.
- Nie! - zagrzmiał w drzwiach Filip Filipowicz - takiego imienia w moim mieszkaniu nikomu nie 
pozwolę wymówić. Jeśli życzysz sobie, aby przestano nazywać cię poufale Szarikowem, i ja, i 
doktor Bormental będziemy się do ciebie zwracać per „panie Szarikow”.
- Nie jestem żadnym panem, wszyscy panowie są w Paryżu! - odszczeknął Szarikow.
- To robota Szwondera! - krzyczał Filip Filipowicz. - Dobra, ale poczekajcie, już ja się policzę z 
tym łajdakiem. Nie będzie nikogo oprócz pań i panów w moim mieszkaniu, dopóki ja się w nim 
znajduję! W przeciwnym wypadku jeden z nas, ja albo ty, będzie musiał się wynieść, i to 

66

background image

najprawdopodobniej ty. Jeszcze dzisiaj dam ogłoszenie do gazety i możesz mi wierzyć, że 
znajdę dla ciebie pokój.
-   Jeszcze   czego,   co   ja   głupi,   żeby   się   stąd   wyprowadzać   -   bardzo   jasno   odpowiedział 
Szarikow.
- Jak? - zapytał Filip 
Filipowicz i zmienił się na twarzy do takiego stopnia, że Bormental podbiegł do niego i z 
trwogą, delikatnie ujął go za rękaw.
- Radzę, nie bądź zbyt 
bezczelny, monsieur Szarikow! - Bormental bardzo podniósł głos.
Szarikow cofnął się, wyciągnął z kieszeni trzy papierki - zielony, żółty, biały - i stukając w nie 
palcami powiedział:
- Macie. Członek 
stowarzyszenia mieszkaniowego i 
należy mi się powierzchnia 
mieszkaniowa konkretnie w 
mieszkaniu pod numerem 5 u 
głównego lokatora 
Preobrażeńskiego w rozmiarze 16 
arszynów kwadratowych, jeśli pan 
- Szarikow pomyślał i dodał 
słowo, które Bormental odnotował 
automatycznie w mózgu jako nowe 
- łaskaw.

Filip Filipowicz przygryzł wargę i nieostrożnie powiedział:
- Przysięgam, że ja tego Szwondera w końcu zastrzelę.

Szarikow w najwyższym stopniu uważnie i ostro przyjął te słowa, co widać było po jego 
oczach.

- Filipie Filipowiczu, 

vorsichtig (niem. ostrożnie) - ostrzegawczo zaczął Bormental.
- No, to już wie pan... Jeśli taką podłość! - zawołał po rosyjsku Filip Filipowicz. - Zapamiętaj 
sobie, Szarikow...  panie, że ja, jeśli pozwolisz sobie na jeszcze jeden bezczelny wyskok, to 
pozbawię cię obiadu i w ogóle wiktu w moim domu.   Szesnaście arszynów to doprawdy 
uroczo, ale przecież nie mam obowiązku cię karmić na podstawie tego żabiego dokumentu!

Tu Szarikow przestraszył się i otworzył usta.
- Nie mogę zostać bez jedzenia 
- wymamrotał. - Gdzie się będę odżywiał?

67

background image

- W takim razie zachowuj się przyzwoicie! - zgodnym chórem oświadczyli obaj eskulapi.

Szarikow znacznie przycichł i tego dnia nikomu nie zrobił nic złego, z wyjątkiem siebie - 
wykorzystując krótką nieobecność Bormentala, przywłaszczył jego brzytwę i rozpruł sobie 
policzek tak, że Filip Filipowicz i doktor Bormental nałożyli mu na ranę szwy, na skutek czego 
Szarikow długo wył zalewając się łzami.
Następnej nocy w gabinecie profesora siedzieli we dwóch - sam Filip Filipowicz i wierny, 
przywiązany do niego doktor Bormental. W domu już spali.   Filip Filipowicz był w swoim 
lazurowym szlafroku i czerwonych pantoflach, a Bormental w koszuli i granatowych szelkach. 
Między lekarzami na okrągłym stole, obok opasłego albumu stała butelka koniaku, talerzyk z 
plasterkami cytryny i pudełko cygar. Uczeni, zapełniwszy cały pokój dymem cygar, z zapałem 
omawiali   ostatnie   wydarzenie.    Tego   wieczora   Szarikow   przyswoił   sobie   dwa   czerwońce 
leżące pod suszką w gabinecie Filipa Filipowicza, przepadł  z mieszkania, wrócił późno i 
kompletnie pijany. Mało tego.  Razem z nim zjawiło się dwóch nieznanych osobników, którzy 
najpierw hałasowali na frontowej klatce, a następnie wyrazili życzenie spędzenia nocy w 
gościnie u Szarikowa. Wymienieni osobnicy oddalili się dopiero wtedy, kiedy Fiodor, obecny 
przy   tej   scenie   w   jesionce   narzuconej   na   bieliznę,   zatelefonował   na   czterdziesty   piąty 
komisariat   milicji.   Osobnicy   błyskawicznie   znikli,   jak   tylko   Fiodor   odwiesił   słuchawkę.   Po 
odejściu osobników nie wiadomo gdzie zniknęła popielniczka z malachitu, stojąca pod lustrem 
w przedpokoju, bobrowa czapka Filipa Filipowicza, a także jego laska, na której złotymi, 
przeplecionymi   literami   było   napisane:   „Drogiemu   i   szanownemu   Fiiipowi   Filipowiczowi 
wdzięczni ordynatorzy w dniu...” i dalej widniała rzymska liczba XXV.
- Co to za jedni? - zaciskając pięści nacierał na Szarikowa Filip Filipowicz.

Ten zaś, chwiejąc się i przypadając do futer, mamrotał coś w tym sensie, że osobnicy są mu 
nie znani, ale są w porządku, to nie jakieś tam sukinsyny.
- Najbardziej zdumiewające, że przecież obaj byli pijani. Jak im się udało? - dziwił się Filip 
Filipowicz, patrząc na to miejsce w stojaku, gdzie niegdyś tkwiła jubileuszowa pamiątka.
- Fachowcy - wyjaśnił Fiodor oddalając się spać, z rublem w kieszeni.

Dwóch czerwońców Szarikow wyparł się kategorycznie i przy tym wypowiedział się niejasno, 
że niby nie on jeden jest w mieszkaniu.
- Aha, być może doktor 
Bormental gwizdnął czerwońce? - zainteresował się Filip Filipowicz cichym, ale strasznym 
głosem.

Szarikow zachwiał się, 

otworzył absolutnie nieprzytomne oczy i wypowiedział przypuszczenie:
- A być może Zinka wzięła...
- Co takiego?! - krzyknęła Zina, która właśnie pojawiła się w drzwiach niczym widziadło, 

68

background image

przykrywając ręką rozpiętą na piersi bluzkę. - Jak ten...

Szyja Filipa Filipowicza zabarwiła się na czerwono.
- Spokojnie, Zina, moja droga 
- powiedział wyciągając do niej rękę - nie denerwuj się, my tu wszystko załatwimy.

Zina niezwłocznie rozszlochała się wykrzywiając wargi i dłoń Filipa Filipowicza zadygotała na 
jej obojczyku.
- Zina, jak ci nie wstyd? Kto by mógł pomyśleć coś takiego?   Tfu, co za hańba! - mówił 
speszony Bormental.
- Zina, głupia jesteś, jak Boga kocham - zaczął Filip Filipowicz.

Ale w tym momencie Zina przestała płakać sama z siebie i wszyscy umilkli. Szarikowowi 
zrobiło się niedobrze. 
Uderzywszy głową w ścianę wydał dźwięk: ni to „i”, ni to „je” - coś w rodzaju „eee”. Jego twarz 
zbladła, a szczęka poruszyła się spazmatycznie.
- Dać mu, łajdakowi, wiadro z laboratorium!

I wszyscy zakrzątnęli się przy pielęgnowaniu chorego Szarikowa.  Kiedy prowadzono go do 
łóżka,   zataczał   się   w   rękach   Bormentala   oraz   niezmiernie   tkliwie   i   melodyjnie   przeklinał 
najgorszymi wyrazami, wymawiając je z ogromnym trudem.
Cała ta historia wydarzyła się około pierwszej, a teraz była trzecia nad ranem, lecz ci dwaj w 
gabinecie nie spali, podekscytowani koniakiem z cytryną. Nadymili tak, że dym przesuwał się 
w powolnych, gęstych warstwach i nawet nie falował.
Doktor Bormental blady, z nadzwyczaj zdecydowanym wyrazem oczu, uniósł kieliszek o talii 
osy.
- Filipie Filipowiczu - zawołał z uczuciem - nigdy nie zapomnę, jak przyszedłem do pana, kiedy 
byłem głodującym studentem, a pan wziął mnie do siebie na katedrę. Proszę mi wierzyć, 
Filipie Filipowiczu, jest pan dla mnie czymś znacznie więcej niż profesorem i nauczycielem... 
Mój   bezgraniczny  szacunek   dla   pana...   Proszę   mi   pozwolić   ucałować  pana,   drogi   Filipie 
Filipowiczu.
- Tak, mój kochaneczku - wybełkotał speszony Filip Filipowicz i wstał. Bormental objął go i 
pocałował w puszyste, mocno przesiąknięte nikotyną wąsy.
- Jak Boga kocham, Filipie Filipowiczu...
- Tak mnie pan wzruszył, tak wzruszył... Dziękuję... - mówił Filip Filipowicz. - Kochaneczku, 
czasami krzyczę na pana w czasie operacji. Niechże mi pan wybaczy starczą impulsywność. 
W gruncie rzeczy jestem taki samotny...  „Od Sewilli do Grenady...”

69

background image

- Filipie Filipowiczu, czy nie wstyd panu?... - wykrzyknął szczerze płomienny Bormental. - 
Jeżeli nie chce pan mnie urazić, proszę nigdy więcej nie mówić w ten sposób...
- Dziękuję panu, dziękuję... 
„Aż do najświętszych brzegów Nilu...” Dziękuję... I ja polubiłem pana jako utalentowanego 
lekarza.
- Powiadam panu, Filipie Filipowiczu! - zawołał z pasją 
Bormental, zerwał się, dokładniej zamknął drzwi do korytarza, a kiedy wrócił na miejsce, mówił 
już dalej szeptem. - Przecież to jest jedyne wyjście. Nie śmiem panu oczywiście udzielać rad, 
ale, Filipie Filipowiczu, niech pan popatrzy na siebie, jest pan kompletnie wyczerpany, tak 
przecież nie sposób dalej pracować!
- Absolutnie nie sposób - westchnąwszy potwierdził Filip Filipowicz.
- No właśnie, to nie do pomyślenia - szeptał Bormental. 
- Zeszłym razem mówił pan, że to z obawy o mnie, i gdyby pan wiedział, drogi profesorze, jak 
mnie to poruszyło. Nie jestem przecież dzieckiem i świetnie rozumiem, jaka z tego może 
wyniknąć   okropna   historia.  Ale   według   mojego   najgłębszego   przekonania   nie   ma   innego 
wyjścia.

Filip Filipowicz wstał, 

zamachał na niego rękami i zawołał:
- Niech mnie pan nie kusi i w ogóle o tym nie wspomina. - Profesor zaczął spacerować po 
pokoju w rozkołysanych falach dymu. - Nie chcę tego nawet słuchać. Proszę pomyśleć, co 
będzie, jeśli nas nakryją? Ani panu, ani mnie nie pomoże „biorąc pod uwagę pochodzenie”, 
chociaż pierwszy raz w życiu staniemy przed sądem. Nie ma pan przecież odpowiedniego 
pochodzenia, mój drogi?
- A skądże znowu, u diabła. 
Mój ojciec był sędzią śledczym w Wilnie - z goryczą odparł Bormental dopijając koniak.
- No właśnie, proszę bardzo. 
To przecież jak choroba dziedziczna. Trudno wyobrazić sobie coś paskudniejszego.  Zresztą, 
przepraszam, ze mną jest jeszcze gorzej. Ojciec: protojeriej przy katedrze.  Merci. „Od Sewilli 
do Grenady...  W cichym zmroku ciemnych nocy...” niech to diabli wezmą.
- Filipie Filipowiczu, jest pan światowej sławy uczonym i przez jakiegoś, przepraszam za 
wyrażenie, sukinsyna... Proszę mi wybaczyć, ale oni nie poważą się pana ruszyć!
- Tym bardziej ja na to nie pójdę - powiedział zadumany Filip Filipowicz, przystając i wpatrując 
się w oszkloną szafę.
- Ależ dlaczego?
- Dlatego, że pan przecież nie jest światową sławą.
- Gdzie mi tam...
- Otóż to. A zostawić kolegę w czasie katastrofy i samemu wykręcić się światową sławą, pan 

70

background image

daruje... Jestem moskiewskim studentem, a nie Szarikowem.

Filip Filipowicz dumnie uniósł ramiona i zrobił się podobny do pradawnego króla Francji.
- Ech, Filipie Filipowiczu... 
- zawołał z goryczą Bormental - to znaczy że co? Teraz będzie pan czekał, aż uda się z tego 
chuligana zrobić człowieka?

Filip Filipowicz powstrzymał go gestem ręki, nalał sobie koniaku, possał cytrynę i powiedział:
- Iwanie Arnoldowiczu, czy ja według pana znam się na anatomii i fizjologii, powiedzmy, 
ludzkiego mózgu? Co pan sądzi na ten temat?
- Filipie Filipowiczu, pan jeszcze pyta! - z ogromnym uczuciem odpowiedział Bormental i 
rozłożył ręce.
- No dobrze. Bez fałszywej skromności. Ja też uważam, że w tej dziedzinie nie należę do 
ostatnich w Moskwie.
- A ja uważam, że pan jest pierwszy nie tylko w Moskwie, ale i w Londynie, i w Oxfordzie! 
- gniewnie przerwał Bormental.
- No dobrze, niech tak będzie. 
No więc, przyszły profesorze Bormental, to się nikomu nie uda. Koniec. Nawet nie ma nad 
czym się zastanawiać. Proszę się powołać na mnie, powiedzieć, że tak mówi Preobrażeński. 
Finita!  Klim! - nagle triumfująco zawołał Filip Filipowicz i szafa odpowiedziała mu dźwięcznym 
brzęczeniem. - Klim - powtórzył. 
- A więc tak, doktorze 
Bormental, jest pan pierwszym uczniem mojej szkoły, a także, jak się dzisiaj przekonałem, 
moim przyjacielem. Tak więc panu jako przyjacielowi zdradzę w tajemnicy - rzecz jasna wiem, 
że nie wyda mnie pan na pośmiewisko - że stary osioł Preobrażeński naciął się na tej operacji 
jak student trzeciego roku. Co prawda dokonałem odkrycia, i sam pan wie jakiego - w tym 
miejscu Filip Filipowicz gorzko wskazał oburącz na zasłonięte okna, najwidoczniej mając na 
myśli   Moskwę   -   ale   jednak   proszę,   Iwanie  Arnoldowiczu   wziąć   pod   uwagę,   że   jedynym 
rezultatem tego odkrycia będzie to, że teraz wszyscy będziemy mieć tego Szarikowa, o, tutaj. 
- Preobrażeński poklepał się po stromym i skłonnym do apopleksji karku. - O to może być pan 
spokojny! Jeśliby ktokolwiek - kontynuował z masochistyczną przyjemnością Filip Filipowicz - 
położył mnie tu i wychłostał, przysięgam, zapłaciłbym mu z pięć czerwońców! „Od Sewilli do 
Grenady...” Niech mnie diabli wezmą... Przez pięć lat siedziałem, wydłubywałem przysadki z 
mózgów... Pan wie, jaką robotę odwaliłem: w głowie się nie mieści. A teraz oto powstaje 
pytanie: po co? Żeby pewnego pięknego dnia sympatyczne zwierzę przemienić w takiego 
łotra, że włos się jeży?
- Rzeczywiście, w 
niesłychanego.
- W pełni się z panem zgadzam. 

71

background image

Oto, doktorze, co się dzieje, kiedy eksperyment zamiast iść ostrożnie i równolegle z naturą, 
forsuje problem i zrywa  zasłony.   No i mamy  teraz  Szarikowa  z  całym  dobrodziejstwem 
inwentarza.
- Filipie Filipowiczu, a gdyby mózg Spinozy?
- Tak! - zaryczał Filip Filipowicz. - Tak! Jeśli tylko nieszczęsny pies nie zdechnie mi pod 
nożem, a widział pan, jaka to operacja. Krótko mówiąc, ja, Filip Preobrażeński, w życiu nie 
robiłem trudniejszej. Można wszczepić przysadkę Spinozy albo jakiegokolwiek innego czorta i 
przerobić psa na coś niebywałego. Pytanie tylko, po jakiego diabła? Niech mi pan wytłumaczy, 
proszę, po co sztucznie fabrykować Spinozę, kiedy zwykła baba może go urodzić w każdej 
chwili.  Przecież madame Łomonosowa urodziła w Chołmogorach tego swojego wspaniałego. 
Ludzkość, doktorze, sama zatroszczy się o to w trybie ewolucji, uporczywie wyodrębniając z 
nikczemnej   masy   przeciętności   dziesiątki   niezwykłych   geniuszy,   którzy   są   chlubą   naszej 
planety. Teraz pan rozumie, doktorze, czemu uznałem za nieprzydatne pańskie wnioski z 
historii choroby Szarika. Moje odkrycie, niech się nim diabli udławią, i nad którym się tak pan 
trzęsie, ma wartość dokładnie jednego złamanego szeląga. Tak, niech się pan ze mną nie 
spiera, Iwanie Arnoldowiczu, ja już to zrozumiałem. I nigdy nie rzucam słów na wiatr, świetnie 
pan  o tym  wie.  Teoretycznie  to bardzo  ciekawe.  No dobra!  Fizjolodzy będą zachwyceni. 
Moskwa oszalała... No, a w praktyce?  Kogo ma pan przed sobą? - Preobrażeński pokazał 
palcem na drzwi laboratorium, za którymi spoczywał Szarikow.
- Niespotykany łobuz.
- Ale kto to taki? Klim, Klim 
- zawołał profesor - Klim Czugunkin (Bormental otworzył usta), a więc, dwukrotnie karany, 
alkoholizm,   „wszystko   rozdzielić”,   czapka   i   dwa   czerwońce   przepadły   (tu   Filip   Filipowicz 
przypomniał sobie jubileuszową laskę i spurpurowiał), cham i świnia...  No, tę laskę odzyskam. 
Słowem, przysadka to zamknięta komora określająca osobowość konkretnego człowieka. 
Konkretnego!   „Od   Sewilli   do   Grenady...”   -   okrutnie   przewracając   oczami   krzyczał   Filip 
Filipowicz - a nie ogólnoludzką. Przysadka to cały mózg w miniaturze, który mnie w ogóle nie 
interesuje i w ogóle pies z nim tańcował. Myślałem o czymś zupełnie innym, o eugenice, o 
poprawieniu ludzkiego gatunku. I właśnie na odmładzaniu się naciąłem. Czy pan naprawdę 
myśli, że ja to robię dla pieniędzy? Pomimo wszystko jestem przecież uczonym.
- Jest pan wielkim uczonym, ot co! - oznajmił Bormental łykając koniak. Oczy nabiegły mu 
krwią.
- Chciałem tylko przeprowadzić małe doświadczenie po tym, jak dwa lata temu otrzymałem z 
przysadki   wyciąg   hormonów   płciowych.  A  co   wyszło   zamiast   tego?   O   mój   Boże!  A  tych 
hormonów   w   przysadce,   o   Chryste...   Doktorze,   przede   mną   kompletna   beznadziejność, 
przysięgam, zagubiłem się.

Bormental zakasał nagle rękawy, oczy zbiegły mu się u nasady nosa i powiedział:
- W takim razie, drogi 
nauczycielu, jeśli pan nie chce, ja sam na własne ryzyko nakarmię go arszenikiem. Do diabła 

72

background image

z   ojcem,   byłym   sędzią   śledczym.     Przecież   koniec   końców,   to   jest   pana   własne 
eksperymentalne stworzenie.

Filip Filipowicz przygasł, 

zwiotczał, opadł w fotel i powiedział:
- Nie, ja na to nie pozwolę, mój drogi chłopcze. Mam sześćdziesiąt lat i mogę udzielić panu 
rady. Niech pan nigdy nie popełnia przestępstwa, niezależnie od tego, przeciwko komu byłoby 
ono skierowane.  Dożyje pan starości, mając czyste ręce.
- Na litość, Filipie 
Filipowiczu, jeśli nad nim jeszcze trochę popracuje ten Szwonder, to co z niego wyrośnie? Mój 
Boże, teraz dopiero zaczynam rozumieć, co może wyniknąć z tego Szarikowa!
- Aha! Teraz pan zrozumiał? A ja zrozumiałem dziesięć dni po operacji. No więc Szwonder jest 
największym durniem ze wszystkich. Nie pojmuje, że 
Szarikow jest znacznie niebezpieczniejszy dla niego niż dla mnie. Teraz wszelkimi sposobami 
stara się poszczuć go na mnie, nie rozumiejąc, że jeżeli ktoś z kolei poszczuje Szarikowa na 
niego, ze Szwondera zostanie mokra plama.
- Ja myślę! Same koty ile są warte! Człowiek z psim sercem.
- O nie, nie - przeciągle odpowiedział Filip Filipowicz - popełnia pan, doktorze, ogromny błąd, 
niech pan, na Boga, nie obraża psa. Koty to tylko chwilowe... To sprawa karności i dwóch, 
trzech tygodni. Zapewniam pana. Jeszcze jakiś miesiąc i przestanie się na nie rzucać.
- A dlaczego nie teraz?
- Iwanie Arnoldowiczu, to przecież elementarne...   Doprawdy, po co pan pyta?   Przecież 
przysadka nie zawisła w powietrzu. Przecież została wszczepiona właśnie w psi mózg, trzeba 
czasu, żeby się przyjęła.   Teraz Szarikow zachowuje tylko resztki tego, co psie, i proszę 
zrozumieć,   że   koty   to   jeszcze   najmniej   straszne   z   tego,   co   on   robi.   Niech   pan   sobie 
uświadomi,   najstraszniejsze,   że   Szarikow   ma   już   nie   psie,   a   właśnie   ludzkie   serce.   I   to 
najparszywsze ze wszystkich, jakie stworzyła natura!

Podekscytowany do najwyższego stopnia Bormental zacisnął w pięści silne, chude dłonie, 
poruszył ramionami i twardo przemówił:
- Skończone. Ja go zabiję.
- Zabraniam! - kategorycznie odpowiedział Filip Filipowicz.
- Na litość...

Filip Filipowicz podniósł nagle palec i zaczął nadsłuchiwać.
- Niech pan poczeka... Chyba słyszałem kroki.

Obaj nadsłuchiwali, ale w korytarzu było cicho.
- Zdawało mi się - powiedział Filip Filipowicz i z zapałem zaczął mówić po niemiecku. W 

73

background image

potoku zagranicznych słów kilkakrotnie zabrzmiało po rosyjsku słowo „kryminał”.
- Chwileczkę - nagle czujnie odezwał się Bormental i ruszył do drzwi.

Wyraźnie było słychać kroki zbliżające się do gabinetu. I jeszcze buczenie jakiegoś głosu. 
Bormental   otworzył   drzwi   i   odskoczył   zdumiony.   Doszczętnie   zaskoczony   Filip   Filipowicz 
zastygł w fotelu.
W   oświetlonym   czworokącie   korytarza   pojawiła   się   w   samej   tylko   nocnej   koszuli   Daria 
Pietrowna z płonącym bojowo obliczem. Zarówno lekarza, jak i profesora oślepiła obfitość 
ogromnego i, jak im się ze strachu wydało, zupełnie gołego ciała. W potężnych rękach Daria 
Pietrowna wlokła coś i to coś zapierało się, siadało na zadzie, a jego pokryte czarnym puchem 
niewielkie   nóżki   plątały   się   na   parkiecie.   „Coś”,   rzecz   jasna,   okazało   się   Szarikowem, 
kompletnie zdezorientowanym, jeszcze pijanym, rozkudłanym i w samej tylko koszuli.
Daria   Pietrowna,   goła   i   imponująca,   potrząsnęła   Szarikowem   jak   workiem   kartofli   i 
powiedziała, co następuje:
- Jak się panu podoba, panie profesorze, nasz gość Telegraf Telegrafowicz? Ja już byłam 
zamężna, ale Zina to niewinna dziewczyna. Szczęście, że się obudziłam.

Zakończywszy   przemówienie   Daria   Pietrowna   zawstydziła   się,   krzyknęła,   zasłoniła   pierś 
dłońmi i uleciała.
- Dario Pietrowna, na miłość boską, przepraszam - krzyknął w ślad za nią czerwony Filip 
Filipowicz, kiedy się opamiętał.

Bormental zakasał wyżej rękawy koszuli i ruszył na Szarikowa.  Filip Filipowicz zajrzał mu w 
oczy i przeraził się.
- Panie doktorze! Zakazuję panu...

Bormental prawą ręką ujął Szarikowa za kołnierz i potrząsnął tak, że płótno koszuli z przodu 
trzasnęło.
Filip Filipowicz rzucił się na ratunek i zaczął wydzierać szczupłego Szarikowa z wprawnych 
chirurgicznych rąk.
-   Bić   nie   ma   pan   prawa   -   krzyczał   na   wpół   zaduszony   Szarikow,   siadając   na   ziemi   i 
trzeźwiejąc.
- Doktorze! - krzyczał Filip Filipowicz.

Bormental trochę się opamiętał i wypuścił Szarikowa, który natychmiast zaskowyczał.
- W porządku - wysyczał Bormental - poczekamy do rana.   Urządzę mu benefis, jak tylko 
wytrzeźwieje.

74

background image

I chwyciwszy Szarikowa pod pachy powlókł go do laboratorium spać. Szarikow próbował 
wierzgać, ale nogi nie chciały go słuchać.
Filip Filipowicz rozstawił nogi, na skutek czego lazurowe poły szlafroka rozsunęły się, wzniósł 
oczy i ręce do lampy pod sufitem korytarza i powiedział:
- No, no...

IX

Benefis Szarikowa, który obiecał mu doktor Bormental, nie odbył się jednakże następnego 
ranka, z tej mianowicie przyczyny, że Poligraf Poligrafowicz przepadł z domu.   Bormental 
wpadł we wściekłą furię, nazwał sam siebie osłem za to, że nie schował klucza od drzwi 
frontowych, krzyczał, że nigdy sobie tego nie daruje i zakończył życzeniem, żeby Szarikow 
trafił pod autobus.  Filip Filipowicz siedział w gabinecie i zanurzając palce w czuprynie mówił:
-   Wyobrażam   sobie,   co   się   będzie   działo   na   ulicy...     Wyobrażam   sobie.   „Od   Sewilli   do 
Grenady...” mój Boże.
- Może jest w komitecie domowym - szalał Bormental i gdzieś biegał.

W komitecie domowym pokłócił się z przewodniczącym Szwonderem do tego stopnia, że 
przewodniczący   Szwonder   zasiadł   do   pisania   skargi   do   sądu   ludowego   rejonu 
chamowniczeskiego,   krzycząc   przy   tym,   że   nie   jest   stróżem   wychowanka   profesora 
Preobrażeńskiego, tym bardziej że ów wychowanek, Poligraf, nie dalej jak wczoraj okazał się 
oszustem, biorąc z komitetu domowego siedem rubli, rzekomo na zakup podręczników w 
spółdzielni.
Fiodor, który z tej okazji zarobił trzy ruble, przeszukał dom od góry do dołu. Nigdzie nie było 
nawet śladu Szarikowa.
Tylko jedno stało się jasne - Poligraf opuścił mieszkanie o świcie w cyklistówce, palcie i 
szaliku, zabierając ze sobą z kredensu butelkę jarzębiaku, rękawiczki doktora Bormentala i 
wszystkie   swoje   dokumenty.   Daria   Pietrowna   i   Zina   nie   ukrywały   burzliwej   radości   oraz 
nadziei, że Szarikow nigdy już nie wróci.  Od Darii Pietrowny Szarikow pożyczył poprzedniego 
dnia trzy ruble i pięćdziesiąt kopiejek.
- Dobrze wam tak! - ryczał Filip Filipowicz potrząsając pięściami. Przez cały dzień dzwonił 
telefon, dzwonił również dnia następnego. Lekarze przyjmowali niezwykle wielu pacjentów, a 

75

background image

na trzeci dzień w gabinecie jasno i wyraźnie stanął problem zawiadomienia milicji, która to 
milicja powinna odnaleźć Szarikowa w moskiewskich odmętach.

Jak   tylko   zostało   wypowiedziane   słowo   „milicja”,   nabożną   ciszę   uliczki   Obuchowskiej 
rozszarpał chrzęst ciężarówki i zadrżały okna w całym domu. Następnie zabrzmiał pewny 
siebie   dzwonek   i   z   niezwykłą   godnością   wkroczył   Poligraf   Poligrafowicz,   w   całkowitym 
milczeniu zdjął cyklistówkę, powiesił palto na jelenich rogach i objawił się w zupełnie nowym 
kształcie.   Miał   na   sobie   skórzaną   kurtkę,   wyraźnie   kupioną   na   kogoś   innego,   również 
skórzane wytarte spodnie i wysokie angielskie buty, sznurowane pod kolana.  Niewyobrażalny 
koci zapach natychmiast rozprzestrzenił się w całym przedpokoju. 
Preobrażeński i Bormental jak na komendę skrzyżowali ręce na piersiach, stanęli we framudze 
drzwi,   oczekując   pierwszych   informacji   od   Poligrafa   Poligrafowicza.   Ten   zaś   przygładził 
szczeciniaste   włosy,   odkaszlnął   i   rozejrzał   się   w   taki   sposób,   że   było   jasne   -   swoje 
zakłopotanie Poligraf stara się zamaskować nonszalancją.
- Ja, Filipie Filipowiczu - zaczął wreszcie mówić - dostałem posadę.

Obaj lekarze wydali z siebie suche, nieokreślone chrząknięcie i poruszyli się. Preobrażeński 
oprzytomniał pierwszy, wyciągnął przed siebie rękę i wyrzekł:
- Papiery.

Było napisane na maszynie: 
„Okaziciel   niniejszego,   Poligraf   Poligrafowicz   Szarikow,   jest   kierownikiem   pododdziału 
oczyszczania miasta z bezdomnych zwierząt (kotów itp.) w wydziale Moskiewskiej Gospodarki 
komunalnej.”
-  Tak   -   ciężko   powiedział   Filip   Filipowicz   -   a   któż   to   ci   załatwił?  Ach,   zresztą   sam   się 
domyślam.
- No tak, Szwonder - 
odpowiedział Szarikow.
- Pozwól, że zapytam: dlaczego tak ohydnie śmierdzisz?

Szarikow z zatroskaniem powąchał kurtkę.
- No to co, że śmierdzi...  wiadomo, jak od specjalisty.  Wczoraj dusiliśmy te koty, dusiliśmy...

Filip Filipowicz wzdrygnął się i spojrzał na Bormentala. Oczy Bormentala przypominały dwie 
czarne lufy skierowane wprost na Szarikowa. Bez zbędnych słów ruszył na Szarikowa i z 
łatwością złapał go za gardło.
- Ratunku! - zapiszczał Szarikow blednąc.
- Doktorze!

76

background image

- Nie pozwolę sobie na nic złego, Filipie Filipowiczu, proszę się nie niepokoić - żelaznym 
głosem powiedział Bormental i wrzasnął: - Daria Pietrowna, Zina!

Obie pojawiły się w 
przedpokoju.

- No, powtarzaj - powiedział Bormental i odrobinę przycisnął gardło Szarikowa do wiszącego 
na wieszaku futra - proszę mi wybaczyć...
- No dobrze, powiem - odparł zachrypłym głosem absolutnie wstrząśnięty Szarikow, ale nagle 
nabrał powietrza, szarpnął się i spróbował krzyknąć ratunku, krzyk się jednak nie udał i głowa 
Poligrafa całkowicie utonęła w futrze.
- Doktorze, błagam pana.

Szarikow pokiwał głową, dając do zrozumienia, że poddaje się i będzie powtarzać.

- ... Proszę mi wybaczyć, 

szanowna Dario Pietrowna i Zinaido?
- Prokofiewna - wyszeptała z przestrachem Zina.
- Uf, Prokofiewna... - mówił łapiąc powietrze zachrypły Szarikow -... że pozwoliłem sobie...
- Sobie na paskudne zachowanie w nocy w stanie pijackiego zamroczenia.
- Pijackiego zamroczenia...
- Nigdy więcej nie będę...
- Nie bę...
- Niech pan go puści, Iwanie Arnoldowiczu - chórem poprosiły obie kobiety - przecież pan go 
zadusi.

Bormental puścił Szarikowa i powiedział:
- Ta ciężarówka czeka na ciebie?
- Nie - z szacunkiem 
powiedział Poligraf - tylko mnie przywiozła.
- Zina, proszę odesłać 
samochód.  A  teraz   weź   pod   uwagę,   co   następuje:   znowu   wróciłeś   do   mieszkania   Filipa 
Filipowicza.
- A dokąd mam jeszcze iść? - nieśmiało zapytał Szarikow, błądząc wokół wzrokiem.
- Znakomicie. Masz siedzieć jak mysz pod miotłą. W przeciwnym razie za każde wykonane 
świństwo będziesz miał ze mną do czynienia. Jasne?
- Jasne - odparł Szarikow.

Filip Filipowicz przez cały czas rozprawy z Szarikowem zachowywał milczenie. Jakoś żałośnie 

77

background image

przytulony do futryny obgryzał paznokieć patrząc w parkiet. Potem nagle podniósł wzrok na 
Szarikowa i zapytał mechanicznie, głuchym głosem:
- A co potem się dzieje z tymi... zabitymi kotami?
- Idą na paltoty - odparł Szarikow. - Zrobią z nich wiewiórki na kredyt dla robotników.

Następnie   w   mieszkaniu   zapadła   cisza   i   trwała   dwie   doby.     Poligraf   Poligrafowicz   rano 
odjeżdżał   ciężarówką,   pojawiał   się   wieczorem,   cicho   zjadał   obiad   w   towarzystwie   Filipa 
Filipowicza i Bormentala.
Chociaż Bormental i Szarikow spali w jednym pokoju - w poczekalni dla pacjentów - nie 
rozmawiali ze sobą i Bormental pierwszy się znudził.
Chyba po jakichś dwóch dniach 
w mieszkaniu pojawiła się 
chudziutka panienka z 
podmalowanymi oczami, w 
kremowych pończochach, 
niezmiernie zmieszana 
wspaniałością mieszkania. Szła w wytartym paletku w ślad za Szarikowem i w przedpokoju 
wpadła na profesora.
Profesora zamurowało, zmrużył oczy i zapytał:
- Przepraszam, a to kto?
-   Żenię   się   z   nią,   to   nasza   maszynistka,   będzie   ze   mną   mieszkać.   Trzeba   Bormentala 
wykwaterować   z   poczekalni.   Ma   własne   mieszkanie   -   wyjątkowo   nieprzyjaźnie   i   ponuro 
wyjaśnił Szarikow.

Filip Filipowicz zamrugał oczami, zamyślił się patrząc na poczerwieniałą panienkę, po czym 
poprosił ją nader uprzejmie:
- Pozwoli pani na chwileczkę do mojego gabinetu.
- Ja z nią pójdę - szybko i podejrzliwie oświadczył Szarikow.

Wtedy momentalnie wynurzył się spod ziemi Bormental.
- Przykro mi - powiedział - profesor porozmawia z panią, a my obaj zostaniemy tutaj.
- A ja nie chcę - złym głosem powiedział Szarikow, próbując udać się w ślad za płomieniejącą 
ze wstydu panienką i Filipem Filipowiczem.
- Raczej nie - Bormental ujął Szarikowa za rękę i zaprowadził do laboratorium.

Przez jakieś pięć minut z gabinetu nic nie było słychać, a potem rozległ się głuchy szloch 
panienki.

78

background image

Filip Filipowicz stał przy biurku, a panienka łkała w brudną koronkową chusteczkę.
- Powiedział, łajdak, że był ranny na polu walki - zaszlochała panienka.
- Kłamie - nieustępliwie odpowiadał Filip Filipowicz.  Pokręcił głową i powiedział: - Szczerze mi 
pani żal, ale przecież nie można tak z pierwszym lepszym tylko z powodu jego służbowego 
stanowiska...   Dziecko, zapewniam panią, że to okropne. A więc tak... - otworzył szufladę 
biurka i wyjął trzy banknoty po trzydzieści rubli.
- Otruję się - płakała 
panienka - w stołówce codziennie solone mięso... a on grozi...   mówi, że jest czerwonym 
dowódcą...   Ze   mną,   mówi,   będziesz   mieszkać   w   luksusach...     psychikę,   mówi,   mam 
szlachetną, tylko kotów nienawidzę...  Pierścionek mi zabrał na pamiątkę...
- No, no, szlachetna 
psychika...  „Od  Sewilli do  Grenady...”   -  mamrotał  Filip  Filipowicz -  trzeba  jakoś przez  to 
przejść... Pani jest taka młoda...
- Czyżby w tej właśnie bramie?
- Niech pani bierze pieniądze, kiedy pożyczają - zaryczał Filip Filipowicz.

Następnie   uroczyście   otwarły   się   drzwi   i   Bormental   na   zaproszenie   Filipa   Filipowicza 
wprowadził Szarikowa. Szarikow miał rozbiegane oczy i sierść na jego głowie sterczała jak 
szczotka.
- Łajdak - powiedziała 
panienka, błyskając rozmazanym i zapłakanym okiem i pasiastym upudrowanym nosem.
- Skąd masz bliznę na czole? 
Bądź łaskaw wyjaśnić tej pani - serdecznie zaproponował Filip Filipowicz.
Szarikow zagrał va banque.
- Byłem ranny na froncie kołczakowskim - wyszczekał.

Panienka wstała i wyszła z głośnym płaczem.
-   Niech   pani   przestanie!   -   krzyknął   za   nią   Filip   Filipowicz.   -   Chwileczkę,   proszę   oddać 
pierścionek - zwrócił się do Szarikowa.

Ten zaś pokornie zdjął z palca tombakowy pierścionek ze szmaragdowym oczkiem.
- Dobra - powiedział raptem z wściekłością - ty mnie jeszcze popamiętasz. Urządzę ci jutro 
kompresję etatów.
- Niech się pani go nie boi - krzyknął do panienki Bormental. 
- Nie pozwolę mu nic pani zrobić! - odwrócił się i tak popatrzył, że Szarikow cofnął się i uderzył 
głową o szafę.
- Jej nazwisko? - zapytał Bormental. - Nazwisko! - zaryczał i nagle stał się dziki i przerażający.

79

background image

- Wasniecowa - odpowiedział Szarikow, szukając wzrokiem, gdzie by tu zwiać.
- Codziennie - ujmując go za klapy kurtki powiedział Bormental - sam osobiście będę 

sprawdzał w zakładzie 
oczyszczania, czy nie 
zredukowano obywatelki 

Wasniecowej. I jeżeli ty...   jeśli się dowiem, że jest zredukowana, to... własnoręcznie cię 
zastrzelę. Strzeż się, Szarikow, do ciebie mówię!
Szarikow nie mógł oderwać oczu od nosa Bormentala.
- Sami też umiemy strzelać z rewolweru... - wymamrotał Poligraf, ale jakoś słabo i nagle 
wykorzystał moment, by prysnąć w drzwi.
- Strzeż się! - biegł za nim krzyk Bormentala.

Przez całą noc i połowę następnego dnia wisiała cisza jak burzowa chmura. Wszyscy milczeli. 
Ale następnego dnia, kiedy Poligraf Poligrafowicz, którego tknęło ponure przeczucie, odjechał 
ciężarówką do pracy, profesor Preobrażeński poza zwykłymi godzinami przyjął jednego ze 
swoich byłych pacjentów, tęgiego, wysokiego mężczyznę w wojskowym mundurze.  Człowiek 
ten   uporczywie   domagał   się   spotkania   i   w   końcu   dopiął   swego.   Wchodząc   do   gabinetu 
uprzejmie stuknął obcasami.
- Czyżby bóle powróciły, drogi panie? - zapytał mizerny Filip Filipowicz. - Proszę, niech pan 
siada.
- Merci. Nie, profesorze - odpowiedział gość stawiając szłyk na rogu biurka. - Jestem panu 
niezmiernie zobowiązany...  Hm... Przyjechałem w zupełnie innej sprawie, Filipie Filipowiczu... 
żywiąc wielki szacunek... hm... ostrzec.  Oczywiste głupstwo. To zwyczajny łajdak... - Pacjent 
sięgnął do teczki i wyjął papier. - Dobrze, że trafiło bezpośrednio do mnie...

Filip Filipowicz wsadził dodatkowo binokle na okulary i zaczął czytać. Długo mamrotał do 
siebie zmieniając się na twarzy.
„... a także grożąc, że zabije przewodniczącego komitetu domowego, towarzysza Szwondera, 
z czego jawnie wynika, że przechowuje broń palną. Wygłasza kontrrewolucyjne przemówienia, 
a nawet Engelsa kazał swojej socjalsłużącej Zinaidzie Prokofiewnie Buninej spalić w piecu, 
jako wyraźny mienszewik ze swoim asystentem Bormentalem Iwanem Arnoldowiczem, który 
potajemnie, nie zameldowany, przebywa w jego mieszkaniu.  Podpis kierownika pododdziału 
oczyszczania P. P. Szarikowa potwierdzam. Przewodniczący komitetu domowego Szwonder, 
sekretarz Piestruchin.”
- Pan pozwoli mi zatrzymać u siebie? - zapytał Filip Filipowicz pokrywając się plamami. - Czy 
to, być może, jest panu potrzebne dla nadania sprawie urzędowego biegu?
-   Pan   daruje,   profesorze  -   nadzwyczaj   obraził   się   pacjent   rozdymając   nozdrza.   -   Chyba 
naprawdę przesadnie pan nami gardzi. Ja... - i zaczął nadymać się jak indyk.

80

background image

- Przepraszam, przepraszam, 

mój drogi! - wymamrotał Filip Filipowicz. - Jeszcze raz przepraszam, naprawdę nie chciałem 
pana urazić. Niech pan się nie gniewa, mój drogi, on mnie tak udręczył...
- Myślę - powiedział zupełnie uspokojony pacjent. - Ale co za łajdak! Swoją drogą chciałbym 
go zobaczyć. W Moskwie opowiadają o panu legendy, profesorze...

Filip Filipowicz z rozpaczą machnął tylko ręką. I wtedy pacjent zobaczył, że profesor zgarbił 
się i nawet jakby posiwiał w ostatnim okresie.

   *        *        *          

Przestępstwo dojrzało i spadło jak kamień, jak zresztą przeważnie bywa. Z sercem ściśniętym 
złym przeczuciem wrócił ciężarówką Poligraf Poligrafowicz. Głos Filipa Filipowicza poprosił go 
do laboratorium. Zdumiony Szarikow przyszedł i z niejasnym strachem spojrzał w lufy na 
twarzy Bormentala, a następnie na Filipa Filipowicza. Chmura krążyła wokół asystenta, a jego 
lewa ręka z papierosem lekko drżała na niklowanym pręcie krzesła ginekologicznego.
Filip Filipowicz z bardzo złowieszczym spokojem powiedział:

- Natychmiast zabieraj rzeczy, 

spodnie, palto, wszystko, co ci jest potrzebne, i won z mieszkania.
- Jakże to tak? - szczerze zdumiał się Szarikow.
- Won z mieszkania i to dziś - monotonnie powtórzył Filip Filipowicz, patrząc spod zmrużonych 
powiek na swoje paznokcie.

Jakaś nieczysta siła opanowała chyba Poligrafa Poligrafowicza, zagłada już czatowała na 
niego i nieubłagany wyrok został wydany.  Sam Poligraf rzucił się w objęcia nieuniknionego, 
bo szczeknął wściekle i ostro:
- Znowu zaczynacie? Co to ja mocnych na was nie znajdę? Jak tu siedzę na szesnastu 
arszynach, tak będę siedział.
- Wynoś się z mieszkania - serdecznie szepnął Filip Filipowicz.

Szarikow sam  zaprosił  swoją  śmierć. Podniósł  lewą rękę  i  pokazał  Filipowi Filipowiczowi 
obgryzioną nie do zniesienia, cuchnącą kotami figę. A następnie prawą ręką wyciągnął z 
kieszeni rewolwer i skierował go w stronę Bormentala. Papieros Bormentala zatoczył łuk 
niczym   spadająca   gwiazda,   a   po   kilku   sekundach   Filip   Filipowicz   biegając   po   rozbitych 
szklanych   szybach   w   przerażeniu  miotał   się   od   szafki   do   kozetki.   Na   kozetce   zaś   leżał 

81

background image

chrypiąc rozkrzyżowany kierownik pododdziału oczyszczania, a ulokowany na jego piersiach 
chirurg Bormental dusił go malutkim białym jaśkiem.
Po kilku minutach doktor 
Bormental   z  twarzą  zmienioną  nie   do   poznania   otworzył  drzwi  frontowe  i  obok   guziczka 
dzwonka nakleił karteczkę:
„Z powodu choroby profesora przyjęć dzisiaj nie będzie. 
Prosimy nie niepokoić 
dzwonkiem.”

Lśniącym scyzorykiem doktor przeciął kabel dzwonka, obejrzał w lustrze swoją podrapaną do 
krwi twarz i pokaleczone, drżące dłonie. Następnie pojawił się w drzwiach kuchni i powiedział 
wystraszonej Zinie i Darii Pietrownie:
- Profesor prosi, żebyście nie wychodziły z mieszkania.
- Dobrze - nieśmiało 
odpowiedziały Zina i Daria Pietrowna.
- Pozwólcie, że zamknę drzwi kuchenne na klucz - powiedział Bormental, chowając się za 
drzwi w ścianie i zasłaniając twarz dłonią. - To tylko na krótko i nie z powodu braku zaufania 
do was. Ale ktoś może przyjść, nie wytrzymacie, otworzycie, a nam nie wolno przeszkadzać. 
Jesteśmy zajęci.
- Dobrze - odpowiedziały kobiety i niezwłocznie pobladły.

Bormental   zamknął   drzwi   kuchenne,   zamknął   także   frontowe   oraz   drzwi   z   korytarza   do 
przedpokoju. Potem kroki jego zamarły w laboratorium.
Cisza spłynęła na mieszkanie i wpełzła we wszystkie kąty.  Nadciągnął zmierzch, wstrętny i 
czujny, słowem mrok. Co prawda później, kiedy już było po wszystkim, sąsiedzi z domu 
naprzeciwko   mówili,   że   w   oknach   od   podwórza   u   Preobrażeńskiego   paliły   się   wszystkie 
światła, i nawet podobno można było zobaczyć biały kłobuk samego profesora... Trudno to 
sprawdzić.   Co   prawda   również   i   Zina,   kiedy   wszystko   się   skończyło,   plotkowała,   że   w 
gabinecie przed kominkiem, już potem, kiedy profesor i Bormental wyszli z laboratorium, 
przeraził   ją   śmiertelnie   Iwan  Arnoldowicz.   Podobno   siedział   w   kucki   przed   kominkiem   w 
gabinecie   i   własnoręcznie   palił   zeszyt,   w   którym   zapisywał   historie   chorób   pacjentów 
profesora! Podobno twarz doktora była zupełnie zielona i cała, caluteńka okropnie podrapana. 
A Filip Filipowicz też tego wieczora był niepodobny do siebie. I jeszcze jakoby...  zresztą być 
może niewinna panienka z mieszkania na Preczystience zwyczajnie kłamie...
Za jedno można zaręczyć - w mieszkaniu tego wieczoru panowała absolutna i przerażająca 
cisza.

82

background image

Epilog

Dokładnie  w  tę   właśnie  noc,   która   nastąpiła  w  dziesięć  dni   po   bitwie  w  laboratorium,  w 
mieszkaniu profesora Preobrażeńskiego, tym w Zaułku Obuchowa, ostro zadzwonił dzwonek:
- Milicja kryminalna i 
śledczy. Proszę otworzyć.
Kroki biegnących ludzi, potem stukot i do roziskrzonego lampami laboratorium ze świeżo 
oszklonymi szafkami weszło mnóstwo ludzi. Dwaj byli w milicyjnych mundurach, jeden w 
czarnym   palcie,   z   teczką,   przepełniony   złośliwą   satysfakcją   przewodniczący   Szwonder, 
młodzieniec_kobieta, dozorca Fiodor, Zina, Daria Pietrowna, niekompletnie ubrany Bormental, 
wstydliwie zasłaniający szyję bez krawata.
Drzwi gabinetu przepuściły Filipa Filipowicza. Wyszedł w swym znanym wszystkim lazurowym 
szlafroku i wszyscy mogli się od razu przekonać, że Filip Filipowicz bardzo się poprawił przez 
ostatni tydzień. Dawny władczy i energiczny Filip Filipowicz, pełen godności, stanął przed 
nocnymi gośćmi i przeprosił za swój szlafrok.
- Proszę się nie krępować, profesorze - powiedział nadzwyczaj zmieszany mężczyzna w 
cywilu, ociągał się jeszcze przez chwilę i wreszcie przemówił: - Bardzo mi przykro.   Mamy 
nakaz rewizji w pańskim mieszkaniu, a także - mężczyzna spojrzał z ukosa na wąsy Filipa 
Filipowicza i zakończył: - aresztowania w zależności od rezultatu.

Filip Filipowicz zmrużył oczy i zapytał:
- A o co jestem oskarżony, jeśli mogę zapytać, i przez kogo?

Mężczyzna podrapał się w policzek i wyczytał z kartki wyciągniętej z teczki.
- Oskarża się 
Preobrażeńskiego,   Bormentala,   Zinaidę   Buniną   i   Darię   Iwanową   o   zabójstwo   kierownika 
pododdziału   oczyszczania   Moskiewskiej   Gospodarki   Komunalnej,   Poligrafa   Poligrafowicza 
Szarikowa.
Szloch Ziny zagłuszył jego ostatnie słowa.
- Nic nie rozumiem - 
powiedział Filip Filipowicz, po królewsku wzruszając ramionami - jakiego znowu Szarikowa? 
Ach, przepraszam, chodzi o tego psa... którego operowałem?
- Pan daruje, profesorze, nie psa, tylko kiedy był już człowiekiem. O to właśnie chodzi.
-   Dlatego,   że   mówił?   -   zapytał   Filip   Filipowicz.   -  Ale   to   jeszcze   nie   znaczy,   że   się   jest 

83

background image

człowiekiem. Zresztą to nieistotne. Szarik istnieje nadal i nikt go nie miał zamiaru zabijać.
- Profesorze - z ogromnym zdumieniem powiedział czarny człowiek i uniósł brwi - w takim 
razie będzie go pan musiał okazać. Przepadł już dziesięć dni temu i pan daruje, ale wygląda 
to bardzo nieładnie.
-  Doktorze  Bormental, pan będzie łaskaw okazać Szarika panu śledczemu -  polecił Filip 
Filipowicz, zabierając nakaz rewizji.

Doktor Bormental uśmiechnął się krzywo i wyszedł.
Kiedy wrócił i zagwizdał, za nim z gabinetu wyszedł pies dziwacznej postury. Miejscami łysy, 
miejscami zarastający sierścią. Wyszedł jak w cyrku, na tylnych łapach, potem stanął na 
wszystkich czterech i rozejrzał się. Grobowe milczenie jak galareta zastygło w laboratorium. 
Koszmarny pies z purpurową blizną na czole ponownie stanął na tylnych łapach, uśmiechnął 
się i usiadł w fotelu.
Drugi milicjant nagle przeżegnał się, zamaszyście zrobił krok w tył i nadepnął Zinie na obie 
nogi jednocześnie.
Człowiek w czarnym nie zamykając ust powiedział słowa następujące:
- Jakże to tak, na litość? 
Przecież on pracował w zakładzie oczyszczania?
- Ja go tam nie posyłałem - odparł Filip Filipowicz. - Rekomendował go pan Szwonder, o ile się 
nie mylę.
- Nic nie rozumiem - niepewnie powiedział czarny i zwrócił się do pierwszego milicjanta: - To 
ten?
- Ten - bezdźwięcznie 
odpowiedział milicjant. - Formalnie ten.
- Ten sam - rozległ się głos Fiodora - tylko, że drań znowu zarasta.
- Przecież mówił...
- On i teraz jeszcze mówi, tyle tylko, że coraz mniej i rzadziej, tak że korzystajcie z okazji, bo 
niedługo w ogóle umilknie.
- Ale dlaczego? - cicho zapytał czarny człowiek.

Filip Filipowicz wzruszył ramionami.
- Nauka jeszcze nie zna sposobu na przekształcenie zwierzęcia w człowieka.  Spróbowałem, 
ale   nie   udało   mi   się,   jak   widzicie.   Porozmawiał   i   teraz   powraca   do   stanu   pierwotnego. 
Atawizm.
- Nieprzyzwoitymi słowami nie wyrażać się - nagle wrzasnął pies z fotela i wstał.

Czarny człowiek raptem pobladł, wypuścił teczkę i zaczął padać bokiem na podłogę, milicjant 

84

background image

podtrzymał   go   z   boku,   a   Fiodor   od   tyłu.   Powstało   zamieszanie   i   w   tym   zamieszaniu 
najwyraźniej można było usłyszeć trzy zdania.
Filipa Filipowicza: - Krople walerianowe. To omdlenie.
Doktora Bormentala: - 
Własnoręcznie zrzucę Szwondera ze schodów, jeśli raz jeszcze pojawi się w mieszkaniu 
profesora Preobrażeńskiego.
Szwondera: - Proszę wnieść te słowa do protokółu.
Szara harmonijka kaloryfera dyszała ciepłem. Story skryły zawiesistą noc Preczystienki i jej 
samotną gwiazdę. Najwyższa istota, dostojny dobroczyńca psa, siedział w fotelu, a pies Szarik 
leżał na dywanie, przytulony do skórzanej kanapy.  Marcowa mgła przyprawiała go o poranne 
bóle głowy, wędrujące wzdłuż świeżej blizny. Ale wieczorem, w cieple, ból przechodził. I teraz 
było coraz lepiej i lepiej, a myśli w psiej głowie płynęły ciepłe i składne.
Tak mi się powiodło, tak powiodło - myślał wpadając w drzemkę - wprost nieopisanie powiodło. 
Utrwaliłem się w tym mieszkaniu. Nie ma wątpliwości, że z moim pochodzeniem jest sprawa 
nieczysta. Tu nie obeszło się bez wodołaza. Puszczalska była moja babunia, niech jej ziemia 
lekką będzie, staruszce.   Wprawdzie całą głowę mi schlastali nie wiadomo po co, ale do 
wesela się zagoi. Nie będziemy się tym przejmować.

             

W oddali głucho zadźwięczało szkło. Ugryziony sprzątał w laboratoryjnych szafach.
Siwy czarodziej siedział zaś i nucił:
- „Aż do najświętszych brzegów Nilu...”

Pies oglądał rzeczy straszne.  Poważny człowiek dłonie w śliskich gumowych rękawiczkach 
zanurzał w naczyniu, wyjmował mózg - uparcie, niestrudzenie, wciąż czegoś szukał, coś kroił, 
wypatrywał, mrużył oczy i nucił:
- „Aż do najświętszych 
brzegów Nilu...”

11)
21)
31)
41.
l1.1.1.1.1.1
rI.A.1.a
 

85


Document Outline