background image

ROBIN ELLIOTT

Gwiazdkowy prezent

(Brooke’s Chance)

background image

ROZDZIAŁ PIERWSZY

– Nie! Wykluczone! Nie zrobię tego! – Brooke Bradley była zdecydowana. 

– Dałaś słowo!

– Julie! Litości!

– O nie! Zakład był uczciwy. Twoi Kowboje przegrali jedną bramką, musisz płacić. 

– To  śmieszne – powiedziała  Brooke.  – Mam  dwadzieścia  trzy  lata  i  nie  mogę  ot  tak, 

siąść na kolanach Świętemu Mikołajowi. Popatrz, ilu maluchów stoi w kolejce. Julie, jestem 

twoją najlepszą przyjaciółką – nie rób mi tego. 

– Ruszaj!

Już  z  daleka  widać  było  Świętego  Mikołaja.  Siedział  na  tronie  i  przyjmował  dzieci. 

Pomagała  mu  dziewczyna  w  kusym  stroju  elfa.  Napis  głosił:  „Witamy  na  Biegunie 

Północnym”. Poprzez gwar dobiegały słowa kolędy. 

– Jesteś okropna – powiedziała Brooke. – Potrzymaj mi kurtkę. 

– Po co?

– Ważę ponad pięćdziesiąt kilo, mógłby się załamać pod moim ciężarem. 

– Wyjątkowy humanitaryzm – zachichotała Julie. 

– Daj te ciuchy. 

Brooke  owinęła  się  w  pasie  puszystym  czerwonym  swetrem.  Zamyślona,  skręcała 

palcami  krótkie,  ciemne  loczki  opadające  jej  na  policzki.  Niska  i  drobna  Brooke  wśród 

maluchów poczuła się jak olbrzymka. 

Jeszcze raz rzuciła wściekle spojrzenie w stronę Julie i stanęła na końcu kolejki. 

– Poproś o coś wspaniałego! – zawołała przyjaciółka. 

– Ja ci pokażę – jęknęła Brooke. 

– Hej – powiedziała do dziewczynki stojącej przed nią. – Gdyby ktoś zapytał, powiedz, że 

jestem twoją mamą. 

– Nie rozmawiam z obcymi. 

– Przepraszam. 

Brooke oglądała rozwieszone dekoracje, nuciła kolędy i całkiem ignorowała Julie Mason. 

– No, mała – zawołała Julie – teraz twoja kolej. Nie zapomnij o „proszę” i „dziękuję”. 

– Zatłukę ją – zamruczała Brooke. Dziewczyna w stroju elfa zapytała:

– A gdzie pani dziecko?

– Zostało w domu – ma odrę. Zastępuję je. 

– Tak sobie pomyślałam... nie szkodzi, tylko że... 

– Proszę się nie przejmować – powiedziała Brooke. Wbiegła na podium  i stanęła przed 

Mikołajem. 

– Ja... – zaczęła. 

– No,  no,  no – rozległ  się  donośny  głos  jakby  z  głębi  wielkiego  brzucha,  okrytego 

czerwonym płaszczem. 

background image

– Słuchaj, Mikołaju. Moja przyjaciółka Julie zawsze wrabia mnie w idiotyczne zakłady. 

Rozumiesz, Kowboje przepuścili bramkę i przegrali, dlatego musiałam tu przyjść. Im szybciej 

to załatwimy, tym lepiej. 

– Och! – zawołała, gdy nagle duże dłonie objęły ją w pasie i uniosły, a po chwili znalazła 

się na twardych kolanach Świętego. 

– No, no, no – zahuczał znowu Mikołaj. 

– Może już pójdę. Ja... 

Przerwała, bo uświadomiła  sobie, że  oto  patrzy w najbardziej błękitne oczy na świecie. 

Ocienione długimi, ciemnymi rzęsami sypały wesołe iskry. Ciężkie, białe brwi z waty łączyły 

się  nad  prostym,  opalonym  nosem.  Brąz  policzków  odcinał  się  od  bieli  sztucznej  brody. 

Obrzuciła  spojrzeniem  łagodny  zarys  ust  pod  obwisłymi  wąsami  i  znowu  zapatrzyła  się  w 

błękit jego oczu. Mikołaj mrugnął porozumiewawczo. 

– Ależ ty wcale nie jesteś stary – powiedziała Brooke. Nawet przez  gruby sweter czuła 

ciepło jego rąk. 

– No, no, no – powtórzył  Mikołaj  i  uśmiechnął się odsłaniając równe, białe zęby. – To 

może – usłyszała silny i głęboki głos – powiesz mi, czy byłaś grzeczna?

– Wyjątkowo. A teraz puść mnie. 

– Nie wiem jeszcze, jaki prezent chcesz dostać na gwiazdkę – powiedział, podczas gdy 

palcami błądził po jej plecach. 

– Przestań – szepnęła. 

– Co – Mikołaj zniżył głos – chciałabyś dostać ode mnie?

Brooke  z  trudem  łapała  powietrze,  serce  jej  biło  jak  oszalałe.  W  błękitnych  oczach 

Świętego nie widziała już rozbawienia. Czuła, że ją hipnotyzuje. Chyba ma biedak gorączkę, 

pomyślała. Żar jego dłoni przenikał przez jej ubranie, czuła dziwny dreszcz. 

– Hm... bernarda?

– Co?

– Psa. Psa świętego Bernarda. Naprawdę muszę iść. Do widzenia. 

– Nie wiem nawet, jak ci na imię. Jak mam doręczyć psa?

– Spytaj elfów!

– Przyjdę do ciebie we śnie. 

– Słucham?

– A więc – bądź grzeczna. I do zobaczenia. 

– Do  widzenia... Mikołaju – powiedziała  Brooke,  lecz  nie  mogła  się  poruszyć, 

zniewolona spojrzeniem tych błękitnych oczu. 

– Święty Mikołaju! – zawołał elf. – Dzieci się niecierpliwią. 

– Co ja robię? – Brooke zerwała się na równe nogi. – Cześć. 

– Wkrótce znów się zobaczymy. – Mrugnął do niej. 

– No, no, no! – zawołała Brooke, zbiegając po schodach. – Julie, chodźmy stąd szybko. 

– Zaraz, tylko wezmę resztę. 

– Jaką resztę?

background image

– Zamówiłam dla ciebie zdjęcie z Mikołajem. 

– O Boże, po co?

Brooke  odeszła  kilka  kroków.  Teraz  dopiero  mogła  odetchnąć.  Kiedy  była  mała,  nie 

spotykało się takich Mikołajów. Nigdy w życiu nie widziała równie wspaniałych błękitnych 

oczu.  Ciekawe,  jak  wygląda  bez  tej  okropnej  sztucznej  brody?  A  ta  opalenizna?  Pewnie 

jeździł na nartach. Ale co mnie to obchodzi?

– Załatwione. – Julie oddała Brooke kurtkę. 

– Muszę koniecznie zjeść lody. 

– Tak  się  zdenerwowałaś?  Na  kolanach  tego  staruszka  wyglądałaś  ślicznie.  O  co  go 

poprosiłaś?

– O bernarda. 

– Żartujesz – roześmiała się. 

– Julie! Mikołaj wcale nie był stary – Co? – Julie spojrzała na nią zaskoczona. 

– Nie, najpierw lody. – Brooke już wchodziła do cukierni. 

Kilku  mężczyzn  odwróciło  głowy,  kiedy  przechodziły  przez  salę.  Brooke,  drobna,  z 

dużymi ciemnymi oczami, miękkimi, kasztanowymi loczkami i uroczym uśmiechem zawsze 

przyciągała uwagę. 

Julie  Mason  była  wysoką,  smagłą  dziewczyną.  Fryzura  w  stylu  afro  uwydatniała  jej 

wystające kości policzkowe i czarne jak węgle oczy. 

Dziewczęta  były  serdecznymi  przyjaciółkami.  Od  trzech  lat  wynajmowały  wspólne 

mieszkanie. 

– Proszę o deser lodowy – powiedziała Brooke do kelnerki. 

– Dla mnie sorbet. Mówisz, że Mikołaj był młody?

– Wyglądał na trzydziestkę, ale pewności nie mam. 

– Przystojny?

– Skąd mam wiedzieć? Ale jakie miał oczy... Czysty szafir. 

– A ty go poprosiłaś o psa? Powinnaś poprosić, by sam się zapakował i dostarczył jako 

prezent. Wiesz, jak się nazywa?

– Święty Mikołaj!

– Brooke,  usiadłaś  na  kolanach  faceta  i  nawet  nie  wiesz,  jak  ma  na  imię?  Jesteś 

beznadziejna. Sama chociaż się przedstawiłaś?

– Gdzie tam. 

– I co z tobą zrobić?

– A  może  pod  sztuczną  brodą  krył  się  jakiś  prostak,  i  to  w  dodatku  tłusty?  Chociaż, 

wiesz? Miał takie... twarde uda. 

– Twarde... ?

– ... i gorące. Nie, muszę o tym zapomnieć. 

– Święty Mikołaj miał gorące i twarde uda – uśmiechając się znacząco powtórzyła Julie. 

– A jakie miał dłonie? Widziałam, jak cię przygarnął. 

– Duże, silne i bardzo ciepłe. 

background image

– I niebieskie oczy, tak?

– Och, aż trudno uwierzyć. 

– Założysz się, że to były kolorowe szkła kontaktowe?

– Nigdy się już z tobą nie założę, Julie. 

– Nie chciałabyś się dowiedzieć, jak się nazywa?

– Nie. O, już są lody. Nie przeszkadzaj, bo muszę ukoić zszarpane nerwy. 

Wieczór w Denver był pogodny i zimny. Śnieżne płatki wirowały w powietrzu. Bogactwo 

choinkowych ozdób, zabawnie udekorowane i oświetlone wystawy, wszystko to potęgowało 

przedświąteczne podniecenie. 

– Uwielbiam tę porę roku – powiedziała Julie. 

– Jesteś jak dziecko, jeszcze trzy tygodnie do Bożego Narodzenia – zaśmiała się Brooke. 

– Nie mogę się doczekać, kiedy opowiem Gran, jak wylądowałaś na kolanach Świętego 

Mikołaja. 

Na  to  wspomnienie  Brooke  się  rozmarzyła.  Ach,  jak jej  było  przyjemnie.  Ciekawe,  jak 

wyglądała  reszta  jego  opalonej  twarzy?  Kontaktowe  szkła?  Nie,  niemożliwe,  tak  bardzo 

chciała,  by  jego  oczy naprawdę  były  niebieskie.  Pod  ich  spojrzeniem  topniała  jak  wosk.  O 

czym ty myślisz, dziewczyno. To był zwykły człowiek w czerwonym przebraniu. 

Gdy dziewczęta wracały do domu, padał coraz gęściejszy śnieg. 

Ich mieszkanie składało się z dwóch sypialni, łazienki, saloniku i kuchenki. Brooke i Julie 

wstawiły tu tylko własne kwiaty, poduchy i regał, przepełniony czytadłami. 

– Telefon dzwoni – powiedziała Julie. – Odbierzesz?

– Tak. 

Brooke podniosła słuchawkę. 

– Pani Brooke Bradley?

– Słucham. 

– Dowiem się wreszcie, czy byłaś grzeczna?

– Święty Mikołaj? Brooke padła na kanapę. 

– Ten sam. Teraz odpowiedz: byłaś grzeczna czy nie?

– Skąd znasz mój telefon i nazwisko?

– To  proste.  Twoja  przyjaciółka  zostawiła  dane  fotografowi,  żebyś  mogła  otrzymać 

zdjęcie. 

– Jesteś bardzo pomysłowy. Skończyłeś już zabawę w Mikołaja?

– Nie, mam przerwę. Zaraz muszę  wracać. Założyłaś się, że  wygrają chłopcy z  Dallas? 

Nie wiem dlaczego, ale mnie to cieszy. Oho, idzie elf. Muszę kończyć. Zadzwonię jeszcze. 

– Ale... 

– Do zobaczenia. Aha, nazywam się Chance Tabor. Dobranoc, Brooke. 

– Dobranoc – powiedziała  do  przeciągłego  dźwięku  w  słuchawce.  – Wiec  ma  na  imię 

Chance, Chance Tabor, z takimi pięknymi, błękitnymi oczyma i z takim głosem. Zadał sobie 

tyle trudu, żeby zdobyć moje nazwisko... Uroiłaś sobie coś. Ale dlaczego drżysz?

background image

Kiedy  Julie  wyłoniła  się  z  sypialni,  ubrana  w  różowy  dres,  Brooke  ciągle  siedziała  na 

kanapie. 

– Zimno ci? – spytała Julie. 

– Słucham?

– Nie rozbierzesz się?

– Och! Zapomniałam. 

– Kto dzwonił?

– Dzwonił?

– Bita, co się z tobą dzieje? Z kim rozmawiałaś?

– Ze Świętym Mikołajem. 

– Naprawdę? Niebieskooki Mikołaj! Jak zdobył twój telefon?

– Spisał z karty fotografa. Nazywa się Chance Tabor. 

– Boże,  co  za  wspaniałe  imię.  Takie...  męskie.  Powinien  zająć  się  polityką.  Wyobraź

sobie kampanię wyborczą pod hasłem: „Chance to twoja szansa”. Niezłe? A co mówił?

– Niewiele. Pytał, czy byłam grzeczna. 

– Co?

– Mikołaje muszą pytać o takie rzeczy. – Brooke wybuchnęła śmiechem. – Zdajesz sobie 

sprawę, że człowiek dopiero co poznany ma mój adres i numer telefonu?

– Zaraz, zaraz. – Julie siadła na podłodze. – Przeanalizujmy to. Przecież nie każdy może 

występować w roli Mikołaja. Musi mieć referencje, być stałym mieszkańcem Denver. To nie 

wszystko.  Jest  inteligentny – popatrz,  z  jaką  łatwością  cię  odnalazł.  No  i  nie  jesteście  dla 

siebie obcy, przecież siedziałaś mu na kolanach. 

– I co z tego?

– Więc nie ma problemu. Chyba że... 

– Chyba że co?

– Cóż,  nie  wiesz,  jak  naprawdę  wygląda.  Może  jest  łysy?  Może  ma  sześcioro  dzieci 

albo... 

– Albo... jest żonaty?

– Czy wyglądał na żonatego?

– Julie, zadajesz głupie pytania. 

– Załóżmy,  że  jest  wolny.  Bez  grosza  przy  duszy,  ale  żyje  sam.  Mam  pomysł! 

Poszukajmy w książce telefonicznej!

– To nie ma sensu – skrzywiła się Brooke. 

– Wcale nie – zawołała Julie, wychodząc po książkę telefoniczną. 

– Do diabła, nie ma – stwierdziła po chwili. 

– Może nie stać go na telefon. Aha, mówiłam, że był opalony?

– Coraz więcej informacji. Może był na nartach w Aspen, a może uprawiał surfing? Jedno 

i drugie wymaga pieniędzy. Może dopiero się sprowadził? Pewnie przebiera się za Mikołaja, 

dopóki nie znajdzie stałej pracy. Zadzwonię do informacji. 

– Adresu ci nie dadzą. 

background image

– Nie zaszkodzi spytać. – Julie już podnosiła słuchawkę. 

Brooke nie zwracała uwagi na szczebiot Julie. Dlaczego zawsze muszę się jej poddawać? 

Wcale mnie nie interesuje jakiś tam Chance Tabor. No... może trochę... 

– Ciekawe – powiedziała Julie, odkładając słuchawkę. – Udało się tylko odszukać firmę: 

Tabor Computer Corporation. Sprawdźmy. Jest w części dotyczącej biznesu. Firma mieści się 

w gmachu Mereditha. Eleganckie miejsce!

– Nie  wiesz,  czy  to  on.  Dlaczego  właściciel  firmy  komputerowej  miałby  dorabiać  jako 

Święty Mikołaj?

– Mnie też to zastanawia. 

– Dość tego. Idę do wanny. 

– Ja  wskakuję  w  dżinsy  i  lecę  do  Gran – powiedziała  Julie.  – Nie  mogę  się  doczekać, 

kiedy opowiem jej o tobie i o Świętym Mikołaju. 

Gran  mieszkała  po  drugiej  stronie  korytarza.  Była  pulchną  panią  po  sześćdziesiątce, 

wdową,  nie  miała  dzieci  i  błogosławiła  dzień,  w  którym  Brooke  i  Julie  zamieszkały  w 

sąsiednim mieszkaniu. 

Brooke  miała  sześć  lat,  gdy  umarła  jej  matka.  Wychowywał  ją  ojciec,  ale  rzadko  go 

widywała, gdyż Mac Bradley odbywał nie kończące się podróże jako korespondent tutejszej 

gazety. 

Julie miała trzech braci. Mieszkali z rodzicami w Kalifornii. 

Przez całą noc padał śnieg i następnego dnia Denver wyglądało jak kraina z bajki. 

Brooke  i  Julie  rozstały  się  przed  domem.  Brooke  pracowała  w  śródmieściu  jako 

sekretarka w kancelarii adwokackiej. Julie – w firmie budowlanej jako księgowa. 

Biel śniegu i ożywczy chłód świeżego powietrza zwykle cieszyły Brooke, lecz nie dzisiaj. 

Była zmęczona. Spała bardzo źle, a przyczyną był Chance Tabor, bo przez całą noc zakradał 

się do jej snów. 

Dzień był spokojny. Szef zajęty w sądzie zajrzał tylko raz. Brooke uzupełniała kartotekę i 

odbierała telefony.  Była  w  rozterce.  Z  jednej  strony  pragnęła,  by  Chance  Tabor  zniknął  z 

powierzchni ziemi, ale z drugiej... Jak Chance wygląda naprawdę? Dlaczego starał się zdobyć 

jej adres? Czy... usłyszy jeszcze jego głos?

Pomyślała, że Julie na jej miejscu zadzwoniłaby do firmy Tabor Computer Corporation i 

dowiedziała  się,  czy  Chance  ma  z  nią  coś  wspólnego.  Chociaż  to  śmieszne,  żeby  spec  od 

komputerów dorabiał jako Święty Mikołaj. Podniosła słuchawkę i wykręciła numer. 

– Tabor Computer Corporation – usłyszała. 

– Halo! – Brooke była zaskoczona własną odwagą. Zrobiła to! Ależ tak, zrobiła!

– Tabor Com... 

– Tak! Ja, hm... piszę artykuł na temat różnych firm komputerowych w Denver. Chcę się 

upewnić, czy prawidłowo zapisałam nazwisko pana Tabora. 

– Te, a. 

– Nie, nie, dziękuję. Chodzi mi o imię. – Serce łomotało jej jak oszalałe. 

background image

– Chance. Chance Tabor. 

– Czy jest pani pewna? – szepnęła. – Ma około sześćdziesiątki, prawda?

– Pani  wybaczy,  ale  nie  zostałam  upoważniona  do  udzielania  odpowiedzi  na  takie 

pytania. Dwa  tygodnie temu  w tutejszej  gazecie  ukazał się wywiad z  panem  Taborem. Czy 

mogę jeszcze w czymś pomóc?

– Nie, dziękuję – powiedziała głośno. 

Jestem genialna, pomyślała zadowolona. Julie będzie ze mnie dumna. 

Gdy  Brooke  wyszła  z  biura,  wciąż  padał  gęsty  śnieg.  Przemarzła,  nim  dotarła  do 

biblioteki. Pod ścianą, na metalowych prętach, wisiały gazety. Wstrzymując oddech odnalazła 

tę, o którą jej chodziło, i stwierdziła – rozczarowana – że nie było w niej zdjęcia Chance’a. 

Przebiegła  wzrokiem  tekst.  Chance  Tabor  ma  trzydzieści  jeden  lat,  jest  kawalerem, 

znakomicie  zapowiadającą  się  indywidualnością  w  swojej  branży,  jednym  z  tych,  którzy 

przyczyniają się do rozwoju Denver. Jego firma wspina się na szczyty. Pomyślała, że to nic 

dziwnego, gdy na jej czele stoi Święty Mikołaj. 

Trzęsąc się z zimna dotarła do domu. Czekał ją cichy wieczór z książką. 

Brooke dobierała sobie towarzystwo bardzo starannie. Kiedyś oddała się  duszą i ciałem 

komuś, kto nie był tego wart, i od tej pory dmuchała na zimne. 

Nie dowierzała własnej intuicji, choć Julie, w długich tyradach, przekonywała Brooke, że 

to nie była jej wina. Ten oszust Chuck był w stanie sprzedać Arabom ich własną ropę, Brooke 

jednak wyrzucała sobie, że nie umiała dostrzec jego nieszczerości. Zbyt długo brała za dobrą 

monetę jego przyrzeczenia. W końcu przyłapała go w biurze na kanapie z sekretarką i uznała, 

że cały świat się zawalił. 

Julie troskliwie opiekowała się Brooke, gdy ta płakała i traciła głowę z rozpaczy. 

Była  taka  głupia,  taka  łatwowierna  i  naiwna.  To  nie  była  wina  Chucka.  To  ona  nie 

potrafiła  dostrzec  wcześniej  jego  łajdactw.  Przy  jej  szczęściu  nawet  nauczyciel  szkółki 

niedzielnej okazałby się płatnym mordercą na usługach mafii. Nie była zgorzkniała, była po 

prostu realistką. 

Zdrada  Chucka  kończyła  długą  listę  rozczarowań,  jakich  doznała.  Zaczęło  się  już  w 

szkole  średniej.  Uwielbiała  swojego  Jeffreya  tak  bardzo,  że  jego  imię  wypisała  na 

tenisówkach  niezmywalnym  tuszem.  Lecz  okazało  się,  że  traktował  ją  tylko  jako  osobę 

pomocną  w  jego  karierze.  Chciał  zostać  reporterem  i  zdobyć  stanowisko  w  gazecie, 

wykorzystując kontakty z Mac Bradleyem, jej ojcem. 

W szkole handlowej Brooke poznała Henry’ego. 

W czasie pierwszej randki zaprowadził ją do domu i przedstawił rodzicom. 

Wkrótce okazało się, że była dla niego tylko zasłoną dymną, by uśpić rosnące podejrzenia 

rodziców.  Pewnej  nocy  w  gwałtownym  potoku  słów  wyjawił,  że  jest  związany  głębokim 

uczuciem  z  artystą  o  imieniu  Richard.  Wyjeżdżam  z  Richardem,  oświadczył  i  wyszedł  w 

pośpiechu zostawiając osłupiałą Brooke. 

Ale Chuck Finley przebił wszystkich. Po nim Brooke Bradley już nikomu nie dowierzała. 

background image

Wyszła z windy i szybko szła korytarzem, szukając w torebce kluczy. W drzwiach zastała 

kartkę – przyniesiono  dla  niej  paczkę,  czeka  u  Gran.  Ciągle  drżąc  z  zimna,  zapukała  do 

sąsiednich drzwi. 

– Jak się masz, Bibi? Wyglądasz na zziębniętą. Wejdź. 

– Nie, dziękuję. Przyszłam tylko po paczkę. 

– Przesłano ją z Denver. Poczekaj, przyniosę. 

– To pewnie jakaś pomyłka. 

– Otwórz, głuptasku. 

Brooke rozerwała papier. W środku była książka: „Jak szkolić psy św. Bernarda”. 

– To od Świętego Mikołaja. To znaczy od Chance’a. Szalony. Nie ma żadnej kartki, ale 

jestem pewna, że to od niego. A nawet go nie znam. 

– Aha, niebieskooki Mikołaj. Julie naopowiadała mi o nim. Wygląda na to, że jest tobą 

zachwycony. Ma na imię Chance?

– Tak. Chance Tabor. 

– To brzmi uwodzicielsko. 

– To  jeszcze  nic.  Powinnaś  zobaczyć  jego  oczy,  usłyszeć  jego  głos.  Mówię  ci,  Gran, 

trudno mu się oprzeć. Zajrzę do ciebie później. 

Gdy Brooke otwierała drzwi, zadzwonił telefon. 

– Tak?

– No, no, no. 

– Chance?

– Tak. Dostałaś paczkę?

– Tak, dziękuję, ale właściwie – dlaczego?

– My, Święci Mikołaje, zawsze dotrzymujemy słowa. Nie mogę przecież oddać bernarda 

komuś, kto nie wie, jak się takim psem zajmować. 

– Ja tylko żartowałam. 

– Przestudiuj  uważnie  ten  podręcznik,  a  gdy  zdobędziesz  kwalifikacje,  zobaczymy... 

Czeka cię surowy egzamin. Czy jesteś już po obiedzie?

– Nie, właśnie weszłam do domu. 

– Znakomicie. No  to  za  godzinę  zabiorę  cię  i  zjemy  coś  razem.  Jest  cudowny

/

więczór. 

Denver wygląda jak z bajki. Zgoda?

– Chance, ale ja... ja cię właściwie nie znam. 

– Czy mam zabrać elfa jako przyzwoitkę?

– Nie, nie trzeba. – Uśmiechnęła się. 

– A więc za godzinę. 

– Dzisiaj nie musisz być Mikołajem?

– Nie.  Ubierz  się  ciepło,  bo  mróz.  Cześć,  Brooke.  Brooke  to  piękne  imię.  Pasuje  do 

ciebie. Do zobaczenia. 

Brooke  była  trochę  przerażona  tym,  co  zaszło.  Przecież  to  całkiem  obcy  człowiek, 

myślała. No, niezupełnie – uspokajała się. Wzięła gorący prysznic i umyła włosy. Starannie 

background image

ułożyła  miękkie  loki.  Włożyła  ciepły  sweter  i  ciemnoniebieskie  spodnie.  Wargi  pociągnęła 

cienką warstwą szminki. 

Uświadomiła sobie, że jest trochę zdenerwowana. To wszystko nie było w jej stylu. Ale 

pomyślała, że randka z Chance’em to dobry pomysł. 

Chance  był  punktualny.  Pukanie  do  drzwi  przestraszyło  ją.  Wzięła  głęboki  oddech  i 

poszła otworzyć. 

background image

ROZDZIAŁ DRUGI

Chance Tabor. 

Tak  przystojnego  mężczyzny  Brooke  jeszcze  nie  spotkała.  Jego  ciemne  włosy,  gęste  i 

falujące,  pokryte  były  płatkami  śniegu.  Okazało  się,  że  ma  czarne  brwi,  opalone  policzki  i 

kwadratową brodę z niewyraźnym dołeczkiem pośrodku. Był wysoki, miał szerokie ramiona. 

Przez chwilę stali bez słowa patrząc na siebie. 

– Witaj – powiedział w końcu Chance. 

– Proszę, wejdź. 

– Miłe mieszkanko. Myślę, że wystarczy dla bernarda. 

– Och, ja naprawdę nie marzę o psie. 

– Ktoś z tobą mieszka – stwierdził Chance, zatrzymując się przed półką z książkami. 

– Tak, moja przyjaciółka, Julie. 

– To ta atrakcyjna, ciemnoskóra dziewczyna, z którą cię widziałem? Ma figurę modelki. 

– Chciałaby nią zostać. Ale jak się domyśliłeś, że z kimś mieszkam?

– Książki. Niektóre mają zagięte strony, a inne nie. To znaczy, że czytają je dwie różne 

osoby. 

– Julie zagina kartki – powiedziała Brooke. Boże, pomyślała, powinien dorabiać jeszcze 

jako detektyw. 

– Gotowa do wyjścia?

Chance odwrócił się i uśmiechnął do niej. Uśmiechała się cała jego twarz, aż po wesołe 

oczy.  Ich  spojrzenie  powodowało  przyśpieszone  bicie  jej  serca i  sprawiło,  że  na  chwilę 

zapomniała, kim jest i gdzie się znajduje. Męska zmysłowość wprost emanowała z Chance’a 

Tabora. 

– Gotowa – odpowiedziała. 

– Lubisz włoską kuchnię?

– Pewnie. 

– Świetnie. Chodźmy. Czy to są twoje naturalne loki?

– Tak. Czemu pytasz?

– Lubię znać takie szczegóły. 

– Słusznie. Powiedz mi w takim razie, czy nosisz szkła kontaktowe?

– Żadnych szkieł kontaktowych, przysięgam. 

– Dotychczas nie udało mi się wygrać ani jednego zakładu z Julie. 

– Tak jak w przypadku Kowbojów z Dallas?

– Ach, ci dranie – uśmiechnęła się Brooke. – Łoili skórę wszystkim przez trzy tygodnie, 

dopóki się nie założyłam z Julie. Ech... 

– Napiszę  do  nich  list  dziękczynny.  Przez  nich  Brooke  Bradley  wylądowała  na  moich 

kolanach. 

W windzie Brooke poczuła zapach wody po goleniu i spodobała się jej świeża, leśna woń. 

background image

Przypomniała sobie, jak wtedy Julie opisała Chance’a. Popatrzyła teraz na niego – ciemne 

sztruksowe  spodnie  opinały  umięśnione  uda.  Poczuła,  jak  przeszedł  ją  dreszcz,  chrząknęła 

skrępowana i skupiła wzrok na mrugających światełkach windy. 

– Dlaczego dzisiaj nie jesteś Mikołajem?

– To był jednorazowy występ. 

Czyżby go wyrzucono, pomyślała Brooke. O Boże, co ona robi z tym człowiekiem?

Na  dworze  było  straszliwie  zimno.  Brooke  z  przyjemnością  wsiadła  do  nagrzanego 

samochodu. 

– Dziękuj  Bogu,  że  to  ja miałem  wczoraj  dyżur – powiedział  z  uroczym  uśmiechem.  –

Gdybyś znalazła się na kolanach mojego dziadka, nieprędko byś się od niego uwolniła. 

– Twojego dziadka?

– Tak, on od lat występuje jako Święty Mikołaj, ale był przeziębiony i nie chciał zarażać 

dzieci, więc ja spełniałem za niego ten zaszczytny obowiązek. Mój dziadek to bardzo dziarski 

staruszek. 

Do  diabła,  pomyślała  Brooke,  rzeczywiście  ma  dziadka?  Wszystko  to  brzmi  bardzo 

prawdopodobnie, ale... 

– A teraz – powiedział Chance – podsumujmy. 

– Słucham?

– Uzupełniam  zasób  informacji. Nazywasz  się  Brooke Bradley, masz  około  dwudziestu 

jeden... 

– Dwadzieścia trzy. 

– Zanotowane.  Jesteś  pechowcem,  ale  umiesz  przegrywać.  Dzielisz  mieszkanie  z 

wyjątkowo  atrakcyjną  dziewczyną  o  imieniu  Julie,  która  niszczy  książki,  i  lubisz  psy. 

Szczególnie psy świętego Bernarda. 

– Nigdy nie widziałam świętego Bernarda – zaśmiała się Brooke. 

– Śmiej  się,  śmiej.  Sądzę,  że  do  twoich  zawodowych  obowiązków  należy  pisanie  na

maszynie – masz krótko obcięte paznokcie. Masz zwyczaj bawić się loczkami, które opadają 

ci  na  prawy policzek.  Zostawiłaś  światło  wychodząc  z  domu, to  znaczy,  że  jesteś  ostrożna. 

Jesteś bardzo, bardzo piękna. 

Przemowa Chance’a zrobiła na niej wrażenie. 

– To zabrzmiało jak odczyt wydruku komputerowego. 

– Tak  jest.  – Uśmiechnął  się  do  niej,  gdy  czekali  na  czerwonym  świetle.  – Tabor 

Computer  Corporation – to  ja.  Kocham  te  małe  maszyny.  Mój  mózg  pracuje  w  ten  sam 

sposób. Bez przerwy zbieram dane, a potem je przetwarzam. 

– Nie czujesz się zmęczony, ciągle się koncentrując?

– Skądże.  Ale  z  zaskoczeniem  stwierdzam,  że niektórym  osobom  działa  to  na  nerwy. 

Jeżeli  cię  irytuję,  powiedz  mi  to  bez  skrępowania.  Mój  dziadek  bardzo  to  lubi,  ale  rodzice 

wytrzymują  w  moim  towarzystwie  najwyżej  pół  godziny.  Matka  jest  przekonana,  że  mogę 

czytać w myślach. 

– Rzeczywiście masz dziadka, który bywa Świętym Mikołajem?

background image

– Tak.  Nie  wierzysz  mi?  Rozumiem,  prawie  się  nie  znamy.  Przypuszczam,  że  zwykle 

spotykasz się tylko z chłopcami, których przedstawiają ci znajomi. 

– Skąd wiesz?

– Jesteś nad wyraz ostrożna. Może będzie ci łatwiej, jeżeli ci coś o sobie opowiem?

– Tak, sądzę, że tak. 

– Chance  Tabor,  od  miesiąca  lat  trzydzieści  jeden,  założyciel  Tabor  Computer 

Corporation.  Ponad  metr  osiemdziesiąt  wzrostu  i  chyba  około  osiemdziesięciu  kilogramów 

wagi. 

– Nawet nie wiesz, ile ważysz?

– Drobiazg,  moja  droga.  Pamiętam  tylko  to,  że  lubię  sport,  muzykę  country,  lody 

posypane wiórkami czekoladowymi i uwielbiam kochać się z pięknymi kobietami. 

– Boże drogi – westchnęła Brooke. 

– Pracuję ciężko, podoba mi się to, co robię, i sporo zarabiam. Całe życie poświęciłem, by 

znaleźć kobietę z dziewięcioma piegami na nosie. To ty. 

– Co?

– Jesteśmy  na  miejscu.  Och,  jaki  jestem  głodny.  Tak,  jeść,  pomyślała  Brooke.  Chance 

Tabor był męczący. Chyba nie zepsułam sobie fryzury? Naprawdę mam dziewięć piegów? O 

Boże!

Restauracyjka okazała się bardzo przytulna. Na kominku trzaskał ogień. Chance pomógł 

jej zdjąć kurtkę i sam zrobił to samo. 

Stał  przed  nią  w  całej  okazałości.  Miał  na  sobie czarny  sweter,  pod  nim  stalowoszarą 

koszulę rozpiętą pod szyją. Wyglądał dokładnie tak, jak sobie wyobrażała. Był piękny. 

Zamówili coś. Chance skrzyżował ręce na piersiach i wpatrywał się w Brooke. 

– Co się stało? – zapytała. 

– Nic. Jesteś naprawdę śliczna. W tym świetle twoje oczy są aksamitno-brązowe. Mam 

nadzieję, że nie zabrzmiało to banalnie. Jesteś niezwykle atrakcyjna. 

– To brzmi jak wyuczony tekst – powiedziała chłodno. – Zawsze skutkuje?

Chance pochylił się i nakrył dłonią jej dłoń. 

– Zupełnie  mi  nie  ufasz,  prawda?  Brooke,  ja  naprawdę  niczego  nie  gram.  W  pracy 

opieram się na faktach i przenoszę tę zasadę do prywatnego życia. Tak jak nie wprowadzam 

błędnych danych do moich komputerów, tak samo nie robię kobietom nieszczerych wyznań. 

Zrozum, Brooke, jeżeli mówię, że jesteś pociągająca i dobrze mi w twoim  towarzystwie, to 

właśnie to mam na myśli. Jestem tak uczciwy, jak tylko potrafię. 

„Uczciwy”. 

Słowo,  które  w  uszach  Brooke  brzmiało  jak  zgrzyt,  gdy  spoglądała  w  błękitne  oczy 

Chance’a.  „Prawda”?  W  ustach  mężczyzny  tak  czarującego,  i  przystojnego  jak  Chance 

Tabor? Był człowiekiem z innego świata. Chance miał prawo postępować tak, jak chciał, a do 

niej należało oddzielenie prawdy od pozorów. 

W świetle świec widziała łagodną twarz Chance’a, a w jego oczach wyraźne oczekiwanie. 

Chciał, by zaakceptowała go takim, jaki był. Ale nie potrafiła. Nie chciała słyszeć, że jest z 

background image

nią, bo jest miła i atrakcyjna. Potem powie, że nikogo przedtem tak nie pragnął i że bardzo, 

bardzo  chce  się  z  nią  kochać.  Nie!  Kiedyś  padła  ofiarą  takich  gorących  zapewnień  i 

postanowiła, że się to więcej nie powtórzy. 

– Brooke – powiedział cicho Chance. 

– Spaghetti – usłyszeli głos kelnerki. 

Brooke uwolniła dłoń z uścisku. Chance napełnił kieliszki winem i jedli w milczeniu. 

– Kto to był? – zapytał w końcu Chance. 

– O kim mówisz?

– O człowieku, który sprawił, że jesteś podejrzliwa i nieufna. Myślisz, że to w porządku, 

żeby potępiać wszystkich mężczyzn?

– Ależ to wcale nie tak. Nic nie rozumiesz, Chance. Nie jestem zgorzkniałą dziewczyną, 

uprzedzoną  do  mężczyzn.  Nie  ma  żadnych  uniwersalnych  zasad,  które  można  by  stosować 

wobec wszystkich. Każdy może być sobą i sam o sobie decydować. 

– Słucham, słucham. 

– Muszę  się  sama  troszczyć  o  siebie.  To  moja  sprawa,  żeby  dać  sobie  radę,  muszę 

wyłuskać prawdę z tego, co słyszę, ale... 

– Ale... ?

– Ale nie udaje mi się to. Wychodzę na przykład z przyjaciółmi. Rozmawiamy, śmiejemy 

się,  bawimy.  Gdy  jednak  pojawia  się  tylko  cień  podejrzenia,  że  zaraz  pojawią  się  jakieś 

obietnice  czy  głębsze  uczucia,  wycofuję  się.  Nie  przemawia  przeze  mnie  gorycz,  tylko 

doświadczenie. Jestem zbyt ufna, zbyt łatwowierna. Nie mogę popełnić kolejnej pomyłki. 

– Rozumiem,  ale  co  będzie,  gdy  staniesz  twarzą  w  twarz  z  prawdziwym  uczuciem  i 

pozwolisz, by wyślizgnęło ci się z rąk tylko dlatego, że nie dowierzałaś cudzym słowom?

– Na tym właśnie polega mój problem. 

– Nie, nieprawda – powiedział gwałtownie. – Przede wszystkim mój! Nie mam powodu 

cię oszukiwać, ale nie mogę mówić jak do ściany. 

– Ja... 

– Okay, okay. Winisz siebie za to, że nie masz szóstego zmysłu, by przewidzieć, czy cię 

ktoś nie oszuka. Wylewasz dziecko razem z kąpielą. Och, dziewczyno, wyboista droga przed 

nami. 

– Kogo masz na myśli?

– Nas. Ciebie i mnie. Powiedz mi, jak się nazywa ten facet, może poczuję się lepiej, jak 

mu  dam  po  gębie?  Przede  wszystkim  muszę  cię  przekonać,  żebyś  mi  zaufała.  Zaraz 

wprowadzimy dane do komputera i przeanalizujemy je. 

– Co ty pleciesz? – skrzywiła się Brooke. – W ogóle cię nie rozumiem. 

– Posłuchaj. Nie masz do mnie zaufania, ponieważ usłyszałaś, że jesteś wyjątkowo piękna 

i  że  dobrze  mi  z  tobą.  Nie  przerywaj.  Dopiero  się  poznaliśmy,  Brooke;  spróbuj  uwierzyć 

sobie, wtedy będziesz mogła uwierzyć i mnie. 

– Ja nie... 

background image

– Hej, nie denerwuj Świętego Mikołaja. – Uśmiechnął się. – Uważaj, bo sprawię, że pod 

poduszką znajdziesz rózgę zamiast wymarzonego  prezentu. Spaghetti już całkiem wystygło. 

Zjadaj szybko. 

Brooke zaczęła jeść. Jak się to wszystko stało? Nigdy dotąd nie rozmawiała z mężczyzną 

w  ten  sposób.  Jedynie  Julie  i  Gran  wiedziały,  co  się  dzieje  w  jej  sercu.  A  teraz  siedzi  i 

opowiada  o  najbardziej  intymnych  uczuciach  Chance’owi  Taborowi.  A  on  wprowadzi  do 

swoich komputerów te wszystkie informacje i otrzyma wydruk z instrukcją, jak zaprowadzić 

ją  do  łóżka.  Chyba  potraktował  ją  jak  trudne  wyzwanie,  z  którym  trzeba  się  zmierzyć  i 

wygrać. 

– Teraz jesteś wściekła, że odsłoniłaś przede mną swoje tajemnice – powiedział Chance. 

– Nie było to rozsądne z mojej strony. 

– Dlaczego? Boisz się, że będę chciał przełamać twoje opory ot tak, dla sportu?

– Nie ukrywam, że tak pomyślałam. 

– Brooke, powiedziałaś, że każdy ma prawo zachowywać się tak, jak uważa za słuszne. Ja 

też  tak  uważam.  Nigdy nie  okłamałem  żadnej  kobiety ani  nie  robiłem  obietnic,  których nie 

zamierzałem  spełnić.  Nigdy  nikogo  świadomie  nie  skrzywdziłem.  Spróbujmy  pomyśleć  o 

sobie bez lęku. 

– Dlaczego właśnie ja, Chance?

– Ponieważ – powiedział  z  uśmiechem – żadna  z  ziemskich  istot  nie  usiadłaby  na 

kolanach Świętego Mikołaja, dlatego że  Kowboje z  Dallas stracili gola. Jesteś... czarująca i 

autentyczna,  i  niewiarygodnie  uczciwa.  A  przede  wszystkim  masz  na  nosie  aż  dziewięć 

wzruszających piegów. 

– Jesteś niemożliwy – zaśmiała się Brooke. – Naprawdę widzisz ich dziewięć?

– Wyborne pytanie. Idź do lustra i policz. Będzie to punkt dla mnie na potwierdzenie, że 

zawsze mówię prawdę. No idź. 

– Jesteś nieznośny. 

Brooke pomaszerowała do toalety i wróciła po kilku minutach. 

– Dziewięć – powiedziała, opadając na fotel. 

– Widzisz? Prawda, sprawiedliwość i amerykański styl życia. 

Ich radosny śmiech  brzmiał  w powietrzu. Przekomarzali  się życzliwie na  różne tematy, 

nie  wyłączając  swych  piłkarskich  sympatii.  Chance  był  bezkompromisowym  fanem 

Packersów,  co  Brooke  skomentowała  jękiem  obrzydzenia.  Zrewanżował  się  stwierdzeniem, 

że  jej  Kowboje  nigdy  nie  dostaną  się  na  szczyt  ligowej  tabeli.  Było  tak  zabawnie.  Brooke 

zapomniała  o  wszystkim.  Cieszyła  się  jak  dziecko.  Chance  był  szarmancki,  dowcipny  i  na 

pewno najprzystojniejszy spośród mężczyzn na sali. 

– Skąd taka opalenizna w środku zimy? – zapytała przy kawie. – Byłeś na nartach?

– Tak. Pojechałem do Aspen, gdy spadł pierwszy śnieg. Było cudownie. Ty też jeździsz?

– Słabiutko, ale uwielbiam atmosferę schronisk i biały śnieg. Obserwuję narciarzy i udaję, 

że  właśnie  zjechałam  potwornie  stromym  stokiem.  Julie  natomiast  jest  znakomita.  Ma  tak 

długie nogi, że po prostu fruwa. Jestem jej wiernym kibicem. 

background image

– Jesteście sobie bardzo bliskie?

– Tak, mieszkamy razem od trzech lat. 

– Zazdroszczę  wam.  Tak  rzadko  spotyka  się  dobrych  przyjaciół.  Miałem  paru  kumpli, 

znaczyli dla mnie bardzo dużo. Teraz się pożenili, mają rodziny, więc nie widujemy się zbyt 

często. 

– Nie byłeś nigdy żonaty?

– Nie, ale mam taki zamiar. Chcę też zostać ojcem. Czy byłaś w Anglii?

– Nie, a dlaczego pytasz?

– Odkładasz widelec tak, jak to robią Brytyjczycy. 

– Jedna z pań, którą ojciec zatrudnił jako moją opiekunkę, była Angielką. Nic nie umknie 

twojej uwagi, prawda?

– Nie, jeżeli mi na tym zależy. – Uśmiechnął się. – A gdzie jest twój ojciec?

– W  tej  chwili  we  Francji.  Jest  korespondentem  prasowym.  Moja  matka  umarła,  gdy 

byłam jeszcze  dzieckiem. Miałam różne nianie,  wszystkie były cudowne i  uwielbiały mnie. 

Miałam miłe dzieciństwo. 

– Nie czujesz się oszukana, nie mając prawdziwej rodziny?

– Nie, a powinnam?

– Jesteś  prawdziwą  damą,  Brooke  Bradley – powiedział  Chance  i  ciszej  dodał: – Im 

dłużej słucham, tym bardziej kocham. Och, widzę, że cię zdenerwowałem. Znowu bawisz się 

loczkami. 

– Znowu! – Uśmiechnęła się, ale opuściła rękę. 

– Poznasz, czy jestem naprawdę wstrząśnięta po tym, jak rzucę się na lodowy deser. 

– Aha, informacja warta wprowadzenia do pamięci – powiedział pukając się w skroń. 

Uśmiechali  się  do  siebie,  wychodząc  w  mroźną  noc,  witani  przez  duże,  mokre  płatki 

śniegu. 

Chance  prowadził  ostrożnie  samochód  na  śliskich  ulicach,  ale  widać  było,  że  jest 

przyzwyczajony do jazdy w trudnych warunkach. Od wilgoci skręciły się mu włosy. Brooke 

śmiała się zachwycona. 

– Zdajesz sobie sprawę, jak takie loczki psują mój wygląd macho! To obrzydliwe. Męska 

Shirley  Tempie.  Powinienem  przenieść  się  do  Arizony,  tam  jest  gorąco  i  sucho.  Albo  do 

Teksasu. Ciekawe, jak wyglądałbym w kowbojskim stroju. 

Fantastycznie, Brooke była o tym przekonana. Chance wyglądałby znakomicie w każdym 

ubraniu,  a  nawet...  bez.  Wyobraziła  sobie  to  mocne,  proporcjonalnie  zbudowane  ciało 

błyszczące w świetle migotliwych płomieni kominka. 

Poczuła  nagłe  pożądanie.  Policzki  jej  płonęły.  Nie  była  sobą.  Przez  pierwszy  rok  po 

zdradzie Chucka izolowała się od świata, lecząc złamane serce i odbudowując szacunek dla 

samej siebie. W  końcu jednak wróciła do normalnego życia, ale przekonanie,  że  nie potrafi 

właściwie  ocenić  mężczyzn,  pozostało.  Zaczęła  znów  umawiać  się  z  chłopcami,  zawsze 

jednak  wybierała  takich,  którzy  nie  pragnęli  niczego  więcej  poza  beztroską  zabawą 

wieczorem  i  długim  pocałunkiem  na  dobranoc.  Z  tymi  natomiast,  którzy  przekraczali 

background image

niewidzialną linię, zrywała kontakty. 

Ale  Chance  był  inny.  Wprowadził  zamęt  w  jej  uporządkowane  życie.  Pod  wpływem 

uroku jego błękitnych oczu  opowiedziała mu  o  wszystkich swoich tajemnicach. A  teraz?  A 

teraz, jakby jeszcze tego było mało, wyobrażała go sobie nagiego. Musi się wziąć w garść. 

– Jadasz śniadania? – zapytał Chance. 

– Oczywiście. 

– Świetnie. Co byś powiedziała, gdybyśmy jutro zjedli śniadanie razem? Najwygodniej, 

byłoby, gdybym spędził z tobą noc, ale na razie nie zanosi się na to, więc wpadnę po ciebie o 

dziewiątej, dobrze?

– Dobrze, jesteśmy umówieni. 

W windzie Brooke nerwowo skręcała kosmyk włosów, niesfornie opadający na policzek, 

i  zabawnie  marszczyła  nos.  Czuła,  że  Chance  chce  ją  pocałować.  Drżała  pod  jego 

spojrzeniem,  nie  mogła  sobie  wyobrazić,  co  się  z  nią  stanie,  gdy  znajdzie  się  w  jego 

ramionach. 

– Nie ugryzę cię przecież – powiedział cicho. – Jesteś ze mną zupełnie bezpieczna. 

– Wiem – powiedziała może trochę zbyt szorstko. 

– Nie, wcale nie wiesz i to jest właśnie problem. Ale jesteśmy ludźmi kulturalnymi, więc 

o nic się nie martw. Masz klucze?

Chance  otworzył  drzwi  i  cofnął  się,  by  przepuścić  Brooke.  Uświadomiła  sobie, że  on 

ciągle stoi w otwartych drzwiach. 

– Nie wejdziesz?

– Nikt mnie nie zaprosił. 

– Bardzo proszę, panie Tabor – powiedziała z miłym uśmiechem. – Napijesz się kawy?

– Chętnie – odpowiedział. – Julie śpi? Może powinienem mówić szeptem?

– Nie, nie ma jej w domu. Joey zabrał ją na koncert. 

– Joey?

– Joey Rather. 

– Ten zawodowy koszykarz? Wycofał się z drużyny, prawda?

– Tak,  miał  kłopoty z  kolanem.  Ma  udziały w  tutejszej  stacji  radiowej.  Spotykają się  z 

Julie od pół roku. 

– Chętnie ich poznam. 

– Usiądź, za chwilę będzie kawa. 

Brooke krzątając się w kuchni wiedziała, że Chance stoi w drzwiach. Czuła na sobie jego 

wzrok. Drżącymi rękami ustawiała na tacy filiżanki. Chance powoli podszedł i stanął blisko 

niej, opierając się o kuchenny blat. 

– Brooke – usłyszała jego niski, jakby zachrypnięty szept. 

Nic  więcej  nie  powiedział,  tylko  jej  imię,  ale  dla  Brooke  było  to  niczym  muśnięcie 

miękkiego aksamitu. Czuła, że serce podeszło jej do gardła, gdy podniosła wzrok i spojrzała 

na Chance’a. 

background image

Wyprostował się powoli i ujął jej twarz swymi dłońmi. Najpierw poczuła na wargach jego 

ciepły  oddech,  a  później  usta.  Całował  ją  tak  czule,  tak  łagodnie,  że  nieoczekiwanie  łzy 

napłynęły jej pod powieki. Spojrzał w jej błyszczące oczy, a potem, jak gdyby była z kruchej 

porcelany, przytulił ją delikatnie i ponownie pocałował. Mocno przylgnęła do niego. 

Czułość  i  bliskość  Chance’a  Tabora  oszołomiły  ją  i  sprawiły,  że  przytuliła  się  jeszcze 

mocniej.  To  był  pocałunek,  jakiego  jeszcze  nigdy  nie  doznała.  Chciała,  by  nie  miał  końca. 

Sprawił, że odpływała gdzieś w nieznane i pragnęła tego bardzo. 

Silne ramiona, które ją obejmowały, były jak bezpieczna przystań, jak szczęśliwy powrót 

do  domu.  Brooke  czuła  rosnące  podniecenie  i  przyjmowała  je  jak  dawno  nie  widzianego 

przyjaciela, który wrócił po latach. 

– Widzisz? – powiedział  podnosząc  głowę.  – Nic  się  nie  stało.  Nic,  poza  tym,  że 

chciałbym cię całować jeszcze długo. Wiesz... ale napijmy się lepiej kawy. 

– Tak. – Brooke była pewna, że Chance słyszy szaleńczy łomot jej serca. – Musisz mnie 

jednak puścić. 

– Jeszcze cię trzymam? – Uśmiechnął się. – Rzeczywiście. Brooke Bradley, czuję się tak, 

jakbym obejmował anioła. 

– Chance, ja... 

– Kawa stygnie – powiedział, uwalniając ją wreszcie. 

– Czy w pojemniku z napisem „Mąka” znajdą się jakieś ciasteczka?

– Tak. Skąd wiesz?

– Wyjęłaś  kawę  z  puszki  po  cukrze,  więc  sama  nie  pieczesz,  to  znaczy,  że  słodycze 

trzymasz w puszce po mące. Zgadza się?

– Zgadza.  Chcesz  cukru  do  kawy?  Czy  myślałeś  kiedyś,  żeby  zostać  wywiadowcą  lub 

detektywem?

– Nie. Czasami do nich strzelają. Wolę swoje komputery. 

– A czym się właściwie  zajmujesz? – zapytała  Brooke, stwierdzając  z  ulgą, że  zaczyna 

już spokojniej oddychać. 

– Wygląda  to  mniej  więcej  tak:  zajmujemy  się  jakimś  przedsiębiorstwem,  analizujemy 

jego potrzeby i tworzymy program komputerowy, uwzględniając specyfikę danej firmy. 

– Mówisz „my”. Czy pracują dla ciebie jacyś ludzie?

– Tak, są jeszcze trzy osoby, dwóch mężczyzn i kobieta. I, oczywiście, sekretarka, która 

doprowadza nas do szału. 

– Tak,  to  rzeczywiście  jest  zajęcie  dla  kogoś  młodego – powiedziała  Brooke,  siadając 

obok niego na kanapie. 

– To ciężka praca, ale warta wysiłku. Właśnie próbuję rozszerzyć działalność. Jestem w 

trakcie omawiania zleceń z zagranicy. 

– Czy to oznacza częste wyjazdy? – zapytała, z niejasnym uczuciem rozczarowania. 

– Częściowo tak. Staram się tak dzielić pracę, żeby nikt nie był zbyt długo poza domem. 

Podstawowe  oprogramowanie  i  tak  robi  się  tutaj.  Wyjeżdżamy,  przeprowadzamy  analizę, 

uzgadniamy,  jaki  rodzaj  wyposażenia  jest  potrzebny,  to  znaczy,  jaka  ma  być  pojemność 

background image

komputera,  czy drukarka  ma  być  mozaikowa,  czy  z  głowicą  kulkową,  i  tak  dalej.  A  potem 

wracamy i piszemy program. 

– Drukarka mozaikowa?

– To  takie  urządzenie,  które  daje  znakomite  wydruki,  stosuje  się  ją  do  korespondencji. 

Wszystko zależy od tego, czym zajmuje się firma. Czy mówię zrozumiale?

– Jakbyś mówił w obcym języku – zaśmiała się Brooke. – Pracuję w biurze adwokackim i 

mam starą, elektryczną maszynę do pisania. To głupie urządzenie nawet nie potrafi mówić. 

– Sądzę, że się trochę zagalopowałem – stropił się Chance. – Zmieńmy temat. 

– Czy mówiąc o wielkości komputera masz na myśli, ile pokoi będzie zajmować?

Spojrzał na nią z wyraźnym niepokojem, który zmienił się w ciepły, tkliwy uśmiech. Nie 

mówił nic, po prostu patrzył na nią, tonął w jej brązowych oczach. 

– Głupie pytanie? – zapytała nieśmiało Brooke. 

– Nie,  cudowne – powiedział  cicho,  pochylając  się  ku  niej.  – Nie  chodzi  o  fizyczną 

wielkość, ale pojemność, o liczbę informacji, które komputer może wchłonąć, mierzy się ją w 

bajtach, kilobajtach i... 

Pocałunek był gwałtowny, namiętny. Brooke uniosła ramiona, by objąć Chance’a za szyję 

i zanurzyć dłonie w jego gęstych włosach. 

Podniósł  na  chwilę  głowę,  zaczerpnął  tchu  i  znowu  zaczął  ją  całować,  potem  ułożył 

delikatnie  na  rozrzuconych  poduszkach.  Dłońmi  ujął  jej  piersi.  Jego  palce  krążyły  wokół 

sutek, których rosnące napięcie czuł nawet przez gruby sweter. 

Brooke drżała z pożądania. Chance był tak blisko, tak cudownie pachniał, a ona czuła, że 

zapada się w różowe zapomnienie. Ale gdzieś z oddali coś przywoływało ją do rozsądku. 

– Chance – wykrztusiła. – Nie!

Uniósł  głowę i  spojrzał na nią. Jego niebieskie oczy, teraz prawie szare, pałały. Usiadł, 

oddychając  gwałtownie.  Potrząsał  lekko  głową,  jakby  wychodził  z  transu.  Oparł  łokcie  na 

kolanach i ukrył twarz w dłoniach. 

Brooke usiadła, poprawiła nerwowo włosy i zaniepokojona spojrzała na Chance’a. 

– Przepraszam – powiedziała łagodnie. 

– Do diabła, nie mów tak – krzyknął, aż podskoczyła. – Nie przepraszaj za coś, czego nie 

zrobiłaś. Rozumiesz?

– Dobrze, ale nie musisz być taki brutalny. 

– Och,  Brooke.  – Zapanował  nad  głosem.  Twarz  mu  łagodniała,  gdy  znowu  ją 

obejmował. – Jesteś okropna. Naprawdę. Idę do domu. Pamiętasz o jutrzejszym śniadaniu?

– Oczywiście. 

– Wieczór był cudowny. Dziękuję – powiedział całując ją w czoło. – Sam sobie otworzę. 

A ty kładź swoje dziewięć piegów do łóżka i śni| o mnie. 

– Dobrej  nocy,  Chance – powiedziała  łagodnie.  Po  jego  wyjściu  Brooke  usiadła  na 

kanapie i patrzyła przed siebie nie widzącym wzrokiem. Przywoływała w pamięci wydarzenia 

tego wieczoru. Dlaczego mówiła Chance’owi Taborowi  o swoich kłopotach? I dlaczego tak 

żywiołowo  odpowiadała  na  jego  pocałunki?  I  dlaczego  przestraszyła  się  myśli,  że  będzie 

background image

często wyjeżdżał z  Denver? I dlaczego, dlaczego,  dlaczego – tak wiele pytań  huczało jej w 

głowie, nie znajdowała na nie odpowiedzi. 

O jednym Brooke była przekonana na sto procent. 

Chance Tabor był niesamowity. 

Z  tą  myślą  Brooke  zapadła  w  niespokojny  sen.  Chance  pojawiał  się  we  śnie  raz  jako 

Święty  Mikołaj,  to  znów  był  kowbojem  dosiadającym  wielkiego  jak  koń  bernarda. 

Uśmiechając się tym swoim przemiłym uśmiechem otworzył drzwi gigantycznego komputera 

i zniknął w środku. 

Następnego  ranka  Brooke  wstała  z  bólem  głowy.  Zajrzała  do  pokoju  Julie  i  zobaczyła 

swoją  przyjaciółkę  głęboko  zakopaną  w  pościeli.  Cicho  zamknęła  drzwi,  nastawiła  kawę, 

wzięła  prysznic  i  ubrała  się  w  czerwone  wełniane  spodnie  i  biało-czerwony  sweter.  Robiła 

wszystko, żeby nie myśleć o zbliżającym się spotkaniu. Być może schowa się w jakimś kącie 

i nie otworzy mu drzwi. Dotrwała z trudem do dziewiątej, gdy usłyszała pukanie. Przywitała 

go miłym uśmiechem. 

– Cześć,  Brooke – powiedział  Chance  wchodząc  do  pokoju.  – Mam  mówić  szeptem? 

Julie jeszcze śpi?

– Śpi jak zabita, nie obudzimy jej. 

– Na co masz ochotę – naleśniki czy jajecznica? A może jedno i drugie?

– O nie, albo jedno, albo drugie. 

– Gotowa przyjąć pocałunek na dzień dobry? – spytał, biorąc ją w ramiona. 

Przywarł do jej warg. O tak, czekała na to. 

– Mmm – zamruczał, pozwalając, by złapała oddech. – Smakujesz lepiej niż miód. 

– Dziękuję  za  komplement – uśmiechnęła  się.  Ostre,  zimowe słońce gwałtownie topiło

śnieg, którego resztki jeszcze było widać w cieniu drzew i murów. Chance zawiózł Brooke do 

malowniczej restauracji, urządzonej jak alpejski szałas. 

– Musisz się najeść – powiedział, gdy przeglądali kartę. – Potrzebujemy sporo sił, żeby 

zrealizować mój plan. 

– Jaki plan?

– Ulepimy bałwana. 

– Naprawdę? Dlaczego? – zapytała Brooke. 

– Ponieważ niedaleko stąd jest park, który nie ma nawet swojego bałwana. Dlatego że to 

będzie  zabawne  i  również  dlatego,  że  nie  będę  musiał  odwozić  cię  do  domu  po  śniadaniu. 

Wystarczy?

– Wystarczy. 

Bałwan  był  dziełem  sztuki.  Wyższy  od  Brooke,  lekko  przekrzywiony,  zamiast  ramion 

miał  patyki  i  płaskie  kamyczki  w  miejsce  nosa  i  oczu.  Lepienie  wymagało  rzeczywiście 

niesłychanego wysiłku, ponieważ śniegu było coraz mniej, a sam bałwan też, niestety, topniał. 

– Naprawdę go stopisz?!! – Chance wściekał  się  na słońce. – Nie docenisz  prawdziwej 

sztuki?

– Brrr, jestem całkiem skostniała – jęczała Brooke. 

background image

– Nie czuję nóg, a nos chyba mi już odpadł. 

– Nie,  nie,  jeszcze  jest,  nawet  piegów  nie  zgubiłaś – zapewniał  Chance  całując  głośno 

przedmiot sporu. 

– Chodź ze mną, kochanie, ogrzeję cię. 

– Co?

– Grzane wino. Czy nie brzmi wspaniale?

– Rzeczywiście. 

– O rany! Bałwanowi odpadła głowa! Chodźmy stąd, nie mogę na to patrzeć. 

Uśmiechnięta Brooke pozwoliła się objąć i poprowadzić do samochodu. Ten zwariowany, 

beztroski i zabawny poranek sprawił, że poczuła się szczęśliwa. Nawet najbardziej koszmarne 

nocne zmory odeszły w zapomnienie, została tylko euforia. 

Chance  prowadził  pewnie  po  zatłoczonych  weekendowym  ruchem  ulicach  i  wreszcie 

wjechał do swojego podziemnego garażu. 

– Muszę  zabrać  cię  do  mojego  mieszkania,  bo  tam  właśnie  czeka  obiecane  wino.  –

Wyłączył silnik i przymilnie uśmiechnął się do Brooke. 

– W końcu grzane wino to bardziej oryginalny pomysł niż oglądanie kolekcji znaczków. 

– Chyba nie jesteś specjalnie zszokowana. Jeszcze nie zaczęłaś zwijać swoich loczków. 

– Tylko dlatego, że mam zmrożone palce. 

– Oto moja siedziba – powiedział Chance w chwilę później, gdy wjechali windą na górę. 

– Wchodź i ogrzej się. 

Duży  salon  utrzymany  był  w  bladych  szarościach  i  pastelowych błękitach. Brooke  szła 

przed siebie rozglądając się po rozległej przestrzeni. Wszystko było oczywiście w najlepszym 

gatunku i potwornie drogie, ale brakowało tu zwykłego, domowego ciepła. 

– Miło – powiedziała. 

– Nie,  wiem,  że  tak  nie  jest.  Wygląda  to  okropnie.  Dałem  wolną  rękę  dekoratorowi 

wnętrz i taki jest efekt. To się nazywa styl szpitalny. Chłód i sterylna czystość. 

– Myślę, że poprawienie tego stylu nie byłoby zbyt trudne. Trzeba wprowadzić tu trochę 

barw. 

– Chcesz to zrobić? Zatrudnię cię. 

– Nie. 

– Szkoda. Zdejmij kurtkę, ściągnij buty i skarpety, a ja zagrzeję wino. 

Brooke zwinęła się w rogu wygodnej, lecz nieciekawej kanapy. 

– Ach, tutaj jesteś – powiedział Chance, wręczając jej kubek. – Z laseczką cynamonu. A 

teraz zajmiemy się twymi stopkami. 

Zanim  Brooke  zdążyła  zaprotestować,  Chance  ujął  jej  nogi,  ułożył  na  swoich 

muskularnych  udach  i  rozpoczął  delikatny  masaż.  Miał  na  sobie  ciemnoniebieski  sweter  i 

obcisłe,  wypłowiałe  dżinsy.  Uroku  dodawały  mu  czarne  jak  heban,  gęste  włosy.  Brooke 

wstrzymała oddech, czując żar płynący z rąk Chance’a i ogarniający całe jej ciało. 

– Robi się cieplej? – zapytał. 

– Tak – powiedziała, błagając niebiosa, by głos jej nie zadrżał. 

background image

– Gdybyś  miała  bernarda,  to  on  rozgrzewałby  ci  stopy,  ale  myślę,  że  tak  jest  o  wiele 

przyjemniej.  Masz  bardzo  ładne  paznokcie,  ze  ślicznym  różowym  połyskiem.  Jesteś  taka 

kobieca,  Brooke.  Wszystko  w  tobie  jest  takie  delikatne,  milutkie.  Przy  tobie  mężczyzna 

uświadamia  sobie  swoją  siłę.  Och,  Brooke,  jestem  taki  szczęśliwy,  że  urodziłem  się 

mężczyzną, bo mogę mieć nadzieję, że ty staniesz się moją panią. Moją panią. W ten sposób 

chcę ci powiedzieć, że cię pragnę, że pragnę się z tobą kochać. 

– Chance!

– Czy stopkom jest już ciepło?

– Tak, świetnie, dziękuję – powiedziała, zdejmując nogi z jego kolan. 

– Umówiliśmy  się,  że  będziemy  uczciwi,  pamiętasz?  Ja  jestem  uczciwy.  Pragnę  cię, 

Brooke.  Nie  zamierzam  przyspieszać  spraw  ani  nie  zmienię  się,  jeśli  nie  zechcesz  pójść  ze 

mną do łóżka. Rozumiem, że na razie wcale mi  nie ufasz, i jakoś sobie z tym poradzę. Ale 

jestem przekonany, że to będzie niewiarygodnie cudowne, kiedy wreszcie oddasz mi siebie. 

– Naprawdę? – spytała Brooke resztką tchu. 

– Tak – potwierdził Chance. Wyjął szklankę z jej rąk i postawił na stoliku obok kanapy. 

Przysunął się bliżej. – Naprawdę. 

Całował  jej  policzki,  czoło,  każdą  powiekę  z  osobna,  zanim  poczuła  jego  wargi  na 

swoich. Jego pocałunki były tak delikatne jak muśnięcia skrzydeł motyla, a jednak wprawiły 

Brooke w drżenie. Kiedy wreszcie w gwałtownym uścisku wpił się w jej usta, pomyślała, że 

zacznie krzyczeć z radości. Gdy rozchyliła wargi, poczuła falę namiętności. 

Chance  wsunął  ręce  pod  sweter  Brooke  i  przesunął  po  gładkiej skórze  jej pleców. 

Oddychał ciężko, pocałunek stawał się coraz bardziej gorący, coraz bardziej głęboki. 

– Brooke – usłyszała czuły szept – pójdziesz ze mną do sypialni?

background image

ROZDZIAŁ TRZECI

– Nie! – krzyknęła Brooke i odepchnęła go tak mocno, że upadł na poduszki. 

Chance, z początku przestraszony, zaniósł się po chwili śmiechem. 

Brooke skoczyła na równe nogi i oparła ręce na biodrach. 

– Jesteś podły! – krzyczała. 

– Nie, nie, poczekaj! – powiedział Chance. 

– Wychodzę! – Sięgnęła po przemoczone skarpety. 

– Brooke, chciałem... – Chance podnosił się z trudem. – Poprosiłem, żebyś poszła ze mną 

do sypialni. 

– Słyszałam. Och, jakie zimne te skarpety. 

– Żeby porozmawiać, gdy będę się pakował! Muszę złapać samolot do San Diego. 

– Co? – powiedziała  Brooke  i  odwróciła  się,  by  spojrzeć  mu  w  twarz,  mokre  skarpety 

zwisały smętnie w jej ręku. 

– Dlatego właśnie chciałem się z tobą zobaczyć. Muszę wyjechać w interesach na kilka 

dni.  Wczorajszy  wieczór  był  dla  mnie  wspaniałym  przeżyciem.  Nie  chciałem  wyjeżdżać, 

dopóki się z tobą nie zobaczę. 

– Tak? – spytała łagodniej. 

– Okay? – Wyjął  jej  skarpety  z  rąk  i  rzucił  na  podłogę.  Zbliżył  się  do  niej  i  mocno 

pocałował. – Nie masz chyba nic przeciwko temu, że chcę być z tobą?

– Nie – wymamrotała. 

– Bardzo  się  cieszę,  że  jesteś  tutaj – mówił  obsypując  pocałunkami  jej  szyję.  – Wiec 

posiedź ze mną, gdy będę się pakował, a później odwiozę cię do domu. 

– To... brzmi bardzo obiecująco – odpowiedziała ze ściśniętym gardłem. 

– Wcale nie chcę wyjeżdżać. A może pójdziesz ze mną?

– Do San Diego?

– Nie, do sypialni – powiedział biorąc ją za rękę. Sypialnia była tak samo bezbarwna jak 

salon. 

Brooke  usiadła  w  bladoniebieskim  fotelu  i  obserwowała  Chance’a,  który  wyciągnął 

walizkę i rozłożył ją na łóżku. 

– Dlaczego wyjeżdżasz akurat teraz, w czasie weekendu? – zapytała. 

– Jutro  spotkam  się  z  właścicielem  przedsiębiorstwa  i  będę  mógł  spokojnie  przejrzeć 

kartoteki. Nie jest ci zimno w nogi? Możesz nałożyć moje skarpety. 

– Nie, dziękuję, nie trzeba. 

– Przywieźć ci jakiś prezent z Wybrzeża? Pomarańcze? Piasek? Muszelkę? Może pieska?

– Nie – uśmiechnęła się Brooke. – Nie chcę nic. 

– Więc przywiozę ci... siebie. Co ty na to? Niezadowolona? Marszczysz brwi. 

– Zmieniasz  tak  szybko  tematy,  że  trudno  za  tobą  nadążyć.  Chance,  przecież  my  się 

prawie nie znamy. 

background image

– Nieprawda – zaprzeczył, grzebiąc w komodzie. – Gdzie podziały się czyste chusteczki? 

Aha, zostawiłem w kuchni. 

– Dlaczego?

– Papierowe ręczniki są dla mojego nosa zbyt szorstkie. Nie sądzisz, że dowiedzieliśmy 

się o sobie mnóstwa rzeczy?

– Och,  Chance.  – Brooke  uśmiechnęła  się.  – Rozmowa  z  tobą  przypomina  rozmowę  z 

cyklonem. 

– Naprawdę?  Wiesz,  a  ja  rozumiem  się  znakomicie.  No,  jestem  spakowany.  Nie, 

zapomniałbym o przyborach do golenia. 

Brooke potrząsała z uśmiechem głową patrząc na niego. Był nieobliczalny. 

Po chwili Chance wrócił z łazienki i zamknął walizkę. 

– Gotowa?

Brooke podniosła się z kanapy. 

– Proszę, włóż te skarpetki. Przeziębisz się, jeżeli mnie nie posłuchasz. 

Wręczył jej parę białych, sportowych skarpet z czerwonym i niebieskim paskiem. Siadła 

na brzegu łóżka, by je wciągnąć na nogi. 

– Brooke Bradiey na moim łóżku! – wykrzyknął. 

– Całe życie o tym marzyłem. 

– Głuptas – odcięła się ze śmiechem. 

– Wyobraźmy sobie, że jesteś moim gwiazdkowym prezentem. Mam szczególne łaski u 

Świętego Mikołaja. 

– Siadł obok i otoczył ją ramieniem. 

– Tak, ale czy na nie zasłużyłeś?

– Pytanie źle postawione – odrzekł, pochylając się nad nią. – Spytaj, jakie mam zalety. 

Zamknął jej usta pocałunkiem i powoli ułożył ją na łóżku. Objął ją mocno i całował coraz 

namiętniej. 

Płomień  przebiegł  przez  ciało  Brooke.  Ręka  Chance’a  wsunęła  się  pod  jej  sweter  i 

rozpoczęła  z  wolna  wędrówkę  do  góry,  aż  dotarła  do  piersi  wypełniających  koronkowy 

materiał stanika. Różowe sutki napęczniały pod rytmicznymi dotknięciami palców. 

Brooke wygięła się lekko i objęła go mocno. Drżała w napięciu, gdy uniósł się nieco i gdy 

poczuła napierające na nią jego podniecenie. 

Wiedziała, że nie powinna tego robić, ale poddała się ogarniającej ją namiętności. Gdy on 

był  gwałtowny,  ona  okazywała  delikatność  i  to  było  zachwycające.  Jego  wargi,  jego  ręce 

służyły wspólnej rozkoszy. Ale musiała przerwać ten czar, zanim posuną się za daleko. 

– Chance, ja... 

– Już  dobrze – powiedział z  wysiłkiem.  – Chce  cię  tylko  całować,  dotykać.  Chciałbym 

zabrać miłe wspomnienia do Kalifornii. Tak cudownie cię czuję, Brooke, tak cudownie. 

Bardzo  powoli  wysuwał  dłonie  spod  jej  swetra,  jeszcze  raz  pocałował  ją  rozpalonymi 

wargami i usiadł na krawędzi łóżka. Odetchnął głęboko i z czułym uśmiechem przytulił ją do 

siebie. Siedzieli bez słowa i Brooke poczuła ogarniające ją uczucie dziwnej błogości. 

background image

Chance  nie  pytał  o  nic,  a  Brooke  czuła  ciepło,  kojący  spokój  i...  jeszcze  coś  zupełnie 

szczególnego. Pocałunki, pieszczoty, które miały mu zapaść w pamięć? Słowa miłości, które 

chciał utrwalić i wziąć ze sobą w podróż? Czyż to możliwe? Taki stuprocentowy mężczyzna 

chce  wspominać  jej  usta  i  delikatność  skóry,  i  nie  wścieka  się,  że  nie  zaspokoił  swego 

pożądania?  Chance  niewątpliwie  potrzebował  teraz  zimnego  prysznica,  a  jednak  uśmiechał 

się do niej z bezgraniczną łagodnością i zrozumieniem. 

– Dlaczego?

– Hm?

– Chance, skąd w tobie tyle cierpliwości?

– Bo  zasługujesz  na  to. Włóż  skarpety i  chodźmy.  Jakoś  udało  się  jej  wcisnąć  stopy  w 

przemoczone buty i już wkrótce siedzieli w samochodzie. 

– Cholera, robi się późno – powiedział Chance, zerkając na zegarek. 

– Wysadź mnie pod domem i nie zatrzymuj się, nie możesz spóźnić się na samolot. 

– Tak, tak. Masz rację. 

Przed domem Brooke Chance zatrzymał samochód na jezdni, objął ją i mocno pocałował. 

– Nie powinieneś tego robić. 

– Ależ uwielbiam cię całować. 

– Tamujemy ruch. 

– Przecież  to  okres  Bożego  Narodzenia.  Wszyscy  powinni  być  dla  siebie  mili  i 

wyrozumiali. Żegnaj, Brooke – powiedział, jeszcze raz ją całując. – Do zobaczenia. 

– Do  zobaczenia,  Chance.  Dzięki  za  przemiły  ranek.  Brooke  szybko  wysiadła  i 

pomachała mu ręką. 

Chance po chwili zniknął jej z oczu. Uświadomiła sobie niepokojące uczucie pustki, tak 

jakby słońce zaszło przed końcem dnia. 

Julie składała właśnie uprane rzeczy, gdy Brooke weszła do mieszkania. 

– Cześć, Bibi. Gdzie się podziewałaś?

– Byłam na Biegunie Północnym. 

– Ze Świętym Mikołajem?

– Tak. 

– Naprawdę? Coście robili?

– Wczoraj zjedliśmy późny obiad, a dzisiaj – śniadanie. 

– A co się wydarzyło między obiadem i śniadaniem?

– Byłam w łóżku. Tutaj. Sama. 

– Nie do wiary!

– Julie!

– Teraz poważnie, Bibi. Co to za człowiek ten Chance Tabor? Dobrze się z nim bawiłaś? 

No, a przede wszystkim, jak wygląda?

– Och,  on  jest...  piękny.  Ma  ciemne  włosy,  falujące  i  skręcone,  gdy  są  mokre.  Ma 

okropnie szerokie ramiona i jest przemiły. 

– Rumienisz się.

background image

– Nieprawda, wcale się nie rumienię. 

– Wyglądasz na rozpaloną. 

– Och,  przestań.  Spędziłam  trochę  czasu  w  towarzystwie  przystojnego  mężczyzny. 

Wielka rzecz. Muszę koniecznie zrzucić te przemoczone buty. 

– Wspaniale! – śmiała się Julie. – Czy Chance ma tę firmę komputerową?

– Tak, on sam myśli trochę jak komputer. Wszystko widzi i słyszy, i natychmiast wyciąga 

wnioski. 

– Supermózg, co?

– Dokładnie. Och, Julie. Wiesz, w tym jednym wspaniałym ciele mieści się tyle różnych 

osób.  Wiem,  że  nie  jestem  dla  niego  odpowiednia,  ale  on  przysięga,  że  uwielbia  moje 

towarzystwo i że znowu się ze mną spotka, mimo że... 

– Mimo że się z nim nie przespałaś?

– Właśnie. Powiedz mi, czy to wszystko ma sens?

– Znowu się nie doceniasz, Bibi. Masz mnóstwo do zaoferowania. 

– Pod warunkiem że to właśnie ON, a wiemy obie, jak ja to potrafię wyczuć... Gdybym 

była  mądra,  nie  zobaczyłabym  się  z  nim  więcej.  Ale  gdy  spojrzał  na  mnie  tymi 

nieprawdopodobnie niebieskimi oczami, coś się we mnie przełamało. Nawiasem mówiąc, to 

jest ich naturalny kolor. 

– Cieszę się, że nie założyłyśmy się o to. Wychodzisz z nim gdzieś wieczorem?

– Nie, przed chwilą popędził na lotnisko, żeby złapać samolot do San Diego. To służbowa 

podróż. Właśnie dlatego zjedliśmy razem śniadanie. 

– Ciekawe – powiedziała Julie. 

– Co  ty  sobie  wyobrażasz?  Dwa  spotkania  to  nie  jest  żadna  historia  miłosna.  Jak  się 

miewa Joey?

– Jak zwykle – odparła Julie. – Idziemy po gwiazdkowe prezenty. Pójdziesz z nami?

– Nie,  dziękuję.  Idźcie  we  dwoje  i  bawcie  się  dobrze.  Chance.  Miała ciągle w pamięci 

jego twarz,  a  w  uszach  brzmiał  jeszcze  jego  głęboki,  gardłowy  śmiech.  Wspomnienie  jego 

pieszczot  i  pocałunków, jego zapachu  podniecało  ją.  Pożądanie  wstrząsnęło  nią,  poddawała 

mu się, smakowała je. Przy Chansie czuła się odmieniona, nowa, jak gdyby stanęła na granicy 

nieznanych lądów. 

Czy ośmieli się podjąć ryzyko? Wziąć Chance’a za rękę i dać się poprowadzić tam, dokąd 

jeszcze  nigdy  nie  dotarła?  Nie,  nie  potrafiłaby,  nie  umiałaby  się  poddać  tej  wibrującej 

męskości  i  łagodnym  słowom.  Nie  była  przygotowana.  Musiałaby  mu  zaufać.  Uwierzyć  w 

Chance’a to uwierzyć w siebie, przecież właśnie to było dla niej najtrudniejsze. 

Mieszkanie wydało się jej nagle przerażająco puste, poczuła się okropnie samotna. 

Mijały  długie  godziny  i  Brooke  czuła  się  coraz  bardziej  przygnębiona.  W  końcu 

zapomniała o wszystkim  oglądając stary  film  w  telewizji. Gdy zadzwonił  telefon, obojętnie 

podniosła słuchawkę. 

– No, no, no – usłyszała głęboki głos. 

– Chance! – krzyknęła radośnie. 

background image

– Witaj,  Brooke.  Dobrze,  że  nie  ma  tu  ze  mną  naszego  bałwana.  Nie  przeżyłby  nawet 

pięciu  minut,  tak  tu  gorąco.  Dlaczego  jesteś  taka  zmarnowana?  Hej,  a  może  z  tęsknoty  za 

mną?  Świetnie,  ja  też  tęsknię.  Wskocz  do  samolotu  i  zjemy  razem  obiad.  Ale  poważnie, 

czemu jesteś taka ponura? Twoje „halo” nie było zbyt wesołe. 

– Nie, nic mi nie jest. Naprawdę. 

– A może się przeziębiłaś przez tę mokre nogi? Przyznaj się. 

– Nie, rozgrzały mnie twoje skarpetki. Mam je na sobie. 

– To  miło.  Sądzę,  że  to  głupio,  ale  jestem  naprawdę  sentymentalny.  Wiesz,  pokój  w 

hotelu, w którym mieszkam, wygląda lepiej niż moje własne mieszkanie. 

Gawędzili tak jeszcze chwilę. 

– Do zobaczenia wkrótce. Pomyśl o mnie. 

– Na pewno. Do widzenia, Chance. 

– Brooke?

– Tak?

– Uśmiechnij się, dobrze? To jest pora radości. 

– Uśmiecham się, Chance – powiedziała łagodnie. – Cześć. 

Powoli  odłożyła  słuchawkę.  Wcześniejsze  przygnębienie  zniknęło,  gdy  usłyszała  głos 

Chance’a.  Wszystko  w  niej  teraz  śpiewało  radosną  pieśń,  ponieważ  Chance  myślał  o  niej  i 

zadzwonił  z  dalekiego  San  Diego.  Ale  cichutki,  rzeczowy  głosik  wewnętrzny  mówił,  że 

zmiana jej nastroju była całkowicie uzależniona od Chance’a Tabora. 

– Tak nie można! – powiedziała głośno. – Prawie go nie znam. Nie może przecież mieć 

tak wielkiego wpływu na moje życie. 

– To ty, Bibi? – zawołała Julie. 

– Tak. 

– Cześć – powiedział Joey wchodząc. – Jak się mają sprawy z Mikołajem?

– Dziwnie. – Brooke przysiadła na kanapie. – To nietuzinkowy człowiek. 

– Działa w komputerach, tak?

– To prawda.  Prowadzi  przedsiębiorstwo i  jest naprawdę  świetny.  Nie spotkałam  nigdy 

nikogo takiego. 

– Czy to źle?

– Nie, ale on nie jest z mojej drużyny. Naprawdę, czuję to. 

– Przesadzasz – powiedziała Julie. – Jest przystojny, bogaty i męski. 

– Taak – zaśmiał się Joey. – Jestem dokładnie taki sam, a mimo to niekiedy twierdzą, że 

jestem okropny. 

– Ty potworze – powiedziała Julie. 

– Mówiąc poważnie, Bibi. Strasznie się przejmujesz tym chłopakiem. Jak on się nazywa?

– Chance Tabor. 

– Czemu się temu nie poddasz? Zobaczysz, co z tego wyniknie – zasugerował Joey. – Nie 

dowiesz się, dopóki nie... 

– Daj szansę Chance’owi! – zawołała Julie. 

background image

– Zastanowię się – powiedziała Brooke. – A teraz pomówmy o czymś innym. 

Cała  trójka  usiadła  przed  telewizorem.  Przez  jakiś  czas  oglądali  specjalny 

przedświąteczny program, a później Brooke, powiedziawszy dobranoc, poszła do łóżka. We 

śnie znowu prześladował ją Chance. Obudziła się przed świtem i leżała długo, wpatrując się 

w ciemność. 

Kiedy  rano  Brooke  weszła  do  kuchni  zrobić  sobie  kawy,  stanęła  w  progu  zaskoczona, 

widząc płaczącą Julie. 

– Julie, co się stało?

– Och, Bibi, wczoraj wieczorem, gdy poszłaś spać, Joey poprosił mnie o rękę. 

– Wspaniale!  Och,  Julie,  tak  się  cieszę.  Ale  już  przestań,  przyszła  panna  młoda  nie 

powinna płakać. 

– Kocham Joeya, naprawdę. Jest mężczyzną moich marzeń, ale... 

– Ale co? – zapytała łagodnie Brooke. 

– Bibi,  ja  zawsze  chciałam  być  modelką.  A  on  chce  kupić  dom  i  zaraz  rozpocząć 

prawdziwe rodzinne życie. Muszę dokonać wyboru. Nie mogę wyjść za mąż, zajść w ciążę, i 

tak dalej, a jednocześnie dbać o swoją karierę. 

– Powiedziałaś mu to wszystko?

– Tak, był strasznie dotknięty. Mówiłam, że potrzebuję trochę czasu, żeby to przemyśleć, 

ale on był zupełnie przybity. Chciał usłyszeć, że wyjdę za niego, że chcę mieć jak najszybciej 

dziecko, a ja nie mogłam mu powiedzieć – tak. Muszę wszystko dokładnie rozważyć. 

– Joey cię kocha. Myślę, że jak się uspokoi, będzie cierpliwie czekać. 

– Nie wiem... Och, co mam zrobić?

– Nie spiesz się. Masz podjąć decyzję na całe życie. Musisz być jej absolutnie pewna. 

– Kocham mojego Joeya – zawodziła Julie. – Do diabła!

– Dobrze powiedziane. Dzwoni telefon. Założę się, że to Joey. 

Jednak nie był to Joey Rather. To był Chance Tabor. 

– Obudziłem cię? – zapytał. 

– Nie, już wstałam. 

– Pomyślałem, że powiem ci dzień dobry, zanim pójdę zarabiać na kawałek chleba. 

– Słucham? Ach, tak. Życzę udanego dnia. 

– Wydaje mi się, że myślisz o czymś innym. 

– Przepraszam,  Chance.  Julie  jest  zupełnie  rozstrojona,  a  ja  nie  umiem  podnieść  jej  na 

duchu. 

– Ma  jakieś  kłopoty,  tak?  Założę  się  o  dziesięć  papierów,  że  ma  to  związek  z  Joeyem 

Ratherem. 

– Skąd wiesz?

– Prawdopodobnie  połowa  łez  wylanych  na  tym  padole  ma  związek  z  kłopotami 

sercowymi. Mam nadzieję, że uda im się poskładać to, co się rozsypało. 

– I ja mam taką nadzieję. Oni oboje są wyjątkowi. 

background image

– Ty  też,  Brooke  Bradley.  Muszę  wracać  do  swoich  zajęć,  ale  chcę  ci  coś  powiedzieć. 

Wydaje mi  się,  że  cudowna  sprawa  zaczyna  się  między  nami.  Wiem,  że  nie  masz  do  mnie 

zaufania, ale nie szkodzi. To się zmieni. 

– Chance, ja... 

– Muszę  biec.  Powiedz  Julie:  głowa  do  góry.  Wszystko  się  ułoży.  Więcej  uśmiechu, 

drogie panie. Takie jest polecenie Świętego Mikołaja. Zadzwonię jeszcze. 

– Do widzenia, Chance. 

– To był Chance? – spytała Julie, wchodząc do salonu. 

– Tak. 

– Niezwykle dobrze wychowany młody człowiek. 

Poszłabyś ze mną do klasztoru? Życie byłoby o wiele łatwiejsze. 

Brooke  przytuliła  Julie.  Zjadły  razem  śniadanie  i  wysprzątały  kuchnię.  Kilka  minut  po 

dziesiątej zjawił się nie zapowiedziany Joey. Wyszli ponurzy, jakby szli na pogrzeb. 

Miłość, stwierdziła Brooke, to zabójcza siła. 

Gdy  zadzwonił  telefon,  Brooke  nastroiła  się  serdecznie,  na  wypadek  gdyby  to  był 

Chance. 

– Bibi?

– Tatko?

– Cześć, milutka. 

– Ale niespodzianka. Skąd dzwonisz, tatku?

– Jestem w Londynie. Obawiam się, że nie zdążę na święta do domu, jak obiecywałem. 

Jadę stąd prosto do Irlandii. Naprawdę mi przykro, ale chyba rozumiesz?

– Oczywiście – powiedziała cicho Brooke. 

– Prezent  wyślę  pocztą,  dobrze?  Urządzimy  miły  obiad,  gdy  wrócę.  Nie  musimy 

obchodzić  Bożego  Narodzenia  akurat  teraz.  Poza  tym,  nie  wierzysz  chyba  w  Świętego 

Mikołaja. 

– Nie... oczywiście – powiedziała Brooke, ale natychmiast ujrzała obraz Chance’a – To 

znaczy, może na swój sposób... Nie, żartuję, naturalnie. 

– Co mówiłaś, kochanie?

– Nic, tato. Będę o tobie myślała. Udanych wakacji. 

– Kocham cię, tłuścioszku. 

No  i  masz,  pomyślała  Brooke  odkładając  słuchawkę.  Ależ  parszywy  dzień!  Nie  wolno 

wsypać  się  teraz  przed  Julie,  że  tatuś  Bradley  zmienił  plany.  Julie  zamierzała  pojechać  na 

święta  do  Kalifornii  i  miałaby  wyrzuty  sumienia  wiedząc,  że  Brooke  zostaje  sama.  Nawet 

Gran wyjeżdżała do Aspen, na specjalne wczasy dla zasłużonych obywateli Denver. 

Nie załamuj się, powiedziała sobie twardo Brooke. 

Nic się nie stało. Nie, nieprawda, wszystko jest okropne. 

Pod wpływem impulsu ubrała się błyskawicznie i wyszła z domu. Chciała spędzić resztę 

wieczoru włócząc się po sklepach. Przyszło jej na myśl, by wrócić do centrum handlowego, 

gdzie  spotkała  Chance’a.  Może  zobaczy  jego  sławnego  dziadka  w  roli  Świętego  Mikołaja? 

background image

Julie nie pojawiła się w domu, Chance nie zadzwonił i Brooke, wzdychając, poszła do łóżka. 

Najlepiej byłoby zasnąć i nie obudzić się przed Nowym Rokiem, pomyślała. 

Rano  znalazła  w  kuchni  kartkę  od  Julie.  Pisała,  że  jest  chora  i  nie  pójdzie  do  pracy. 

Brooke  zajrzała  do  pokoju  przyjaciółki  i  zobaczyła  ją  leżącą  w  poprzek  łóżka  w  ubraniu, 

pogrążoną w głębokim śnie. 

Adwokat, u którego Brooke pracowała, miał dorosłe dzieci i wnuki, o których bez końca 

opowiadał. Zajmował się prowadzeniem najróżniejszych spraw. Brooke bardzo interesowały 

zawiłości prawnicze. 

Szef  przyszedł  do  kancelarii  i  przywitał  Brooke  zwykłym  dzień  dobry.  Zaraz  potem 

oświadczył, że ma dla niej niespodziankę. 

– W Wigilię i dwa dni po Bożym Narodzeniu biuro będzie nieczynne, oczywiście zapłacę 

ci za ten okres. Masz okazję naprawdę nacieszyć się świętami. 

– Jest pan wspaniałomyślny – powiedziała Brooke, zmuszając się do uśmiechu. 

– Zasłużyłaś. Pracujesz bardzo solidnie. 

Jeszcze  tego  brakowało,  pomyślała  żałośnie.  Dla  niej  oznacza  to  dodatkowe  samotne 

godziny,  gdy inni  będą  spędzać  czas  ze  swoimi  bliskimi. Szef  podarował  jej  premię,  której 

zupełnie nie potrzebowała. Czy nie ma sprawiedliwości na tym świecie?

Brooke  wyszła  z  biura  ostatnia,  ponieważ  musiała przepisać  umowę  dla  spóźnionego 

klienta. Wlokła się do domu przebijając się przez tłum. 

Gdy weszła do saloniku, ujrzała Julie Mason w objęciach Chance’a Tabora. 

– Cześć,  Brooke – powiedział,  klepiąc  Julie  po  ramieniu.  – Wróciłem  do  domu  z 

Kalifornii. 

– Tak, widzę. – Broke mrugała oczyma z gorączkową nadzieją, że Julie rozpłynie się w 

powietrzu. 

– Przepraszam, Chance. – Julie chlipiąc wyzwoliła się z jego objęć. – Nie mam zamiaru 

się rozklejać. To był okropny dzień. Cześć, Bibi. 

– Kto? – spytał Chance. 

– To ja – odezwała się Brooke. – To się wzięło od inicjałów. Rozumiesz, Brooke Bradley, 

B.  B.  Później  mój  tatuś  zaczął  używać  tego  jako  imienia  i...  Poczekajcie!  Chciałabym 

wiedzieć,  dlaczego  moja  najlepsza  przyjaciółka  jest  w  objęciach  mojego...  mojego...  Nie 

zwracajcie na mnie uwagi. Mówię bez sensu. 

– O, szczęście ty moje! – Chance wzniósł  oczy  do góry. – Ona  jest zazdrosna.  To mój 

wspaniały dzień. 

– Nie jestem zazdrosna! – zaprzeczyła Brooke. 

– Mogę pocałować cię na dzień dobry? – Chance uśmiechnął się do niej serdecznie. 

– Nie!

– Bibi – odezwała się Julie. – Chance czekał na ciebie, a ty nie przychodziłaś. Cały dzień 

kręciłam  się  sama  po  pokoju  i  jak  wybawienie  przyjęłam  widok  ludzkiej  istoty.  Wylałam 

przed nim wszystkie swoje żale i wypłakałam mu się w rękaw. Chance był dla mnie bardzo 

miły. 

background image

– I – włączył się Chance – musimy znaleźć rozwiązanie. Kiedy dwoje ludzi się kocha, nic 

nie powinno stać im na drodze. Czy mam rację, Brooke?

– Myślę, że tak. 

– Teraz mogę cię pocałować?

– Nie!

– Dlaczego?

– Dlaczego  nie? – powiedziała  Julie – Chance  przyjechał  prosto  z  lotniska,  żeby  cię 

zobaczyć. 

– I – dodał – ciężko pracowałem, żeby skończyć jak najszybciej i móc wrócić do ciebie. 

– Chyba pójdę do kuchni – odezwała się trochę zbyt głośno Julie – i zaparzę kawę. 

Gdy Julie wyszła, Chance odchrząknął cicho i podszedł do Brooke. 

– Brooke – powiedział delikatnie. – Tak się cieszę, że cię widzę. 

– Witaj, Chance. – Na twarzy Brooke pojawił się uśmiech. 

– Teraz lepiej, znacznie lepiej. – Objął ją i mocno pocałował. 

Ujął  w  dłonie  jej  twarz.  Przesuwał  wzrokiem  po  miękkich  loczkach,  piegach  na  nosie, 

policzkach  i  podbródku,  jak  gdyby  próbował  wyryć  na  zawsze  jej  wizerunek  w  pamięci. 

Łagodność  i  ciepło  bijące  z  jego  szafirowych  oczu  wywoływały  przyspieszone  bicie  serca 

Brooke. Widziała go znowu i bardzo, bardzo się z tego cieszyła. 

– Bibi. Nie, będę cię nazywał Brooke. To imię pasuje do ciebie doskonale. 

– Cieszę się, że cię znowu widzę, Chance. 

– Ale oni, Julie i Joey, to problem. 

– Joey chce mieć tradycyjną rodzinę, a Julie zawsze marzyła o karierze modelki. 

– A czego ty pragniesz?

– Dla nich? Szczęścia. 

– Nie, chodzi mi o ciebie. Może masz jakieś marzenia?

– Nie – powiedziała cicho. 

– Wiesz, Brooke, nigdy nie jest się za dużym, by wierzyć w Świętego Mikołaja. 

Brooke  rzuciła  na  niego  szybkie  spojrzenie.  Rozumiała,  o  czym  mówił.  To  on  był 

Świętym Mikołajem i prosił ją, by mu zaufała, uwierzyła w niego. 

– Nie mów nic. – Pogłaskał ją’ delikatnie po policzku. – Zrobimy, jak zechcesz. 

– Czy ja już mogę wejść? – zawołała z kuchni Julie. 

– Oczywiście.  – Chance  śmiał  się  głośno.  – Brooke  omdlała  z  wrażenia  po  moim 

pocałunku. 

– Co ty pleciesz? – przerwała Brooke, trącając go w bok. 

Do pokoju weszła Julie, niosąc tacę z filiżankami. Ktoś zadzwonił do drzwi. Wszedł Joey 

Rather. Panowie wymienili uścisk dłoni. 

– Święty Mikołaj, jak sądzę? – zapytał Joey. 

– We własnej osobie – przytaknął Chance. 

– Słuchaj, Mikołaju – poprosił Joey – czy mógłbyś znaleźć piękną, wysoką dziewczynę, 

która zgodzi się wyjść za mnie i mieć dom pełen dzieci?

background image

– Przestań, Joey – cicho zaprotestowała Julie. 

– Trzeba grać do ostatniego gwizdka – powiedział Chance. 

– Trafna uwaga. Jak myślisz, Chance, zastosujemy „krycie strefą”?

– Nie.  Sytuacja  zdecydowanie  wymaga  przyjęcia  taktyki,  jeden  na  jednego”  i  nie 

„odpuszczać” ani na chwilę. 

– Co oni plotą? – mruknęła Brooke. 

– Rozumiem, że gramy razem – upewnił się Joey. 

– Jasne – przytaknął  skwapliwie  Chance.  – Trafiło  mnie  tak  szybko,  że  nawet  się  nie 

obejrzałem. 

– Co? – unisono zabrzmiały głosy Brooke i Julie. 

– Przeciwnicy są bardzo wymagający – powiedział Joey. 

– Masz rację, ale nie zamierzam się poddawać. 

– Świetnie. – Szczerze ucieszy się Joey. – Urządzimy im piekło. 

– Czy moglibyście mówić po ludzku? – zaprotestowała Brooke. 

– Oczywiście,  kochanie – powiedział  uprzejmie  Chance.  – Joey  i  ja  stwierdziliśmy,  że 

próbuje się zniszczyć całą naszą wytrwałość, inteligencję i cierpliwość, ale zwycięstwo będzie 

po naszej stronie. Czy to jest zrozumiałe?

– Nie. 

– Krótko mówiąc, Julie wyjdzie za mąż za Joeya, a pani, Brooke Bradley, poślubi mnie. 

background image

ROZDZIAŁ CZWARTY

– Że co? – Brooke zapytała prawie szeptem. 

– Uszom nie wierzę – jęknęła Julie, siadając w fotelu. 

– Umieram z głodu. Chodźmy coś zjeść – powiedział Chance. 

– Świetny pomysł – podchwycił Joey. – No, zbieramy się. 

– Niedoczekanie twoje! – wściekła się Julie. – Muszę się dowiedzieć, co się tutaj dzieje? 

Co ty i Chance kombinujecie?

– Uff – westchnął  Joey.  – Myślę,  Chance,  że  przełożymy  tę  podwójną  randkę  na  inny 

dzień. 

– Masz rację – gorliwie przytaknął Chance. – Trzymaj się, kolego. 

Kiedy  Joey  prawie  siłą  wyprowadził  Julie  z  mieszkania,  Chance  usiadł  przy  Brooke  i 

popatrzył na nią z najbardziej ujmującym uśmiechem, jaki potrafił wyczarować. 

– Jeszcze  przed  chwilą  rzeczywiście  chciałam  wyjść,  ale  teraz  wszystko  rozumiem –

powiedziała Brooke. 

– Co takiego?

– To  oczywiste.  Joey  był  naprawdę  załamany  i  chyba  gotów  poddać  się  Julie.  Wtedy 

porównałeś  całą  sytuację  do  zawodów  sportowych,  co  ma  dla  Joeya  duże  znaczenie. 

Potrafiłeś  zmobilizować  go i  raz  jeszcze  postanowił  zagrać  o  rękę Julie.  Zrobiłeś to  bardzo 

taktownie, Chance. 

– Dziękuję.  Ja  też  uważam,  że  mi  się  udało,  a  wymyśliłem  to  na  poczekaniu.  Ja...  –

Chance przerwał i zmarszczył czoło. – Chociaż... do diabła!

– Co się stało?

– Ach, cała moja rozmowa z Joeyem... Ja przecież niczego nie udawałem, teraz dopiero to 

sobie  uświadamiam.  W  moim  życiu  nic  nie  stało  się  tak  nagle.  To  wstrząs.  Powinienem 

wiedzieć już  w San Diego. Pracowałem  jak szalony, żeby wrócić do  ciebie  jak najszybciej. 

Nie rozumiesz? Jestem w tobie zakochany, Brooke Bradley. Kocham cię!

– Och nie, proszę, nie mów tego. – Brooke zakryła twarz rękami. 

– Nie  wpadaj  w  panikę.  Wiem,  że  przede  mną  jeszcze  długa  droga,  zanim  uwierzysz. 

Brooke,  pamiętasz,  mówiłem,  że  zawsze  będę  z  tobą  uczciwy,  więc  nie  mogłem  teraz  nie 

przyznać, że cię kocham. Nie będę ci się narzucał ani prosił o więcej, niż możesz mi dać. 

– Och, Chance, to wszystko jest szalone. 

– Nieprawda, to jest wspaniałe. Chyba lubię być zakochany. Nigdy mnie to nie spotkało i 

wydaje  mi  się,  że  to  cudowne  uczucie.  Nie  oszukiwałem  mówiąc,  że  chcę,  byś  za  mnie 

wyszła.  Ale  nie  mówmy  o  tym  na  razie.  Hej,  przestań  wreszcie  skręcać  loki,  bo  wyrwiesz 

sobie wszystkie włosy. Tak bardzo cię to poruszyło?

– Dziwisz się? Wiesz, zwykle nie podejmuje się decyzji o małżeństwie w czasie lepienia 

bałwana, prawda?

– Dlaczego nie? Wiem, że mnie jeszcze nie kochasz, więc będziemy robić wszystko tak, 

jakby  tej  decyzji  jeszcze  nie  było.  Rezultat  i  tak  jest  wiadomy,  a  ja  postaram  się,  żeby 

background image

wszystko poszło gładko. 

– Bardzo  dokładnie  przemyślane.  – Brooke  ściągnęła  brwi.  – Twój  komputer  pracuje 

również po godzinach. 

– Tak. Chodźmy coś zjeść, jestem okropnie głodny. 

– Chyba zjem wielką porcję lodów. 

– Biedna  Brooke – objął  ją  mocniej – denerwuję cię,  ale  nie  mam  złych  zamiarów –

powiedział i pochylił się do jej ust. 

Zapomnij  o  lodach,  rozmarzyła  się  Brooke.  W  zupełności  wystarczały  jej  pocałunki 

Chance’a.  Uścisk  mocnych  ramion  działał  kojąco  i...  Chance  ją  kochał.  Och,  Boże,  to 

niemożliwe. 

– Chance – powiedziała,  odpychając  go  lekko – pomyśl,  może  tylko  ci  się  wydaje,  że 

mnie  kochasz?  Powiedziałeś,  że  dla  ciebie  to  jest  zupełnie  nowe  doświadczenie.  Może  źle 

odczytujesz sygnały?

– Niemożliwe.  Kocham  cię.  Nie  wpadaj  w  panikę,  Brooke.  Pewnie  ci  się  wydaje,  że 

sytuacja  się  powtarza – najpierw  miłosne  wyznania,  a  potem  zdrada.  Kochanie,  zapewniam 

cię,  niczego  nie  udaję.  Wkrótce  to  zrozumiesz,  a  tymczasem  będę  wzorem  cnoty  i 

cierpliwości. Brooke, ja naprawdę zemdleję, jeżeli nie dostanę czegoś do jedzenia. 

– Zupełnie zapomniałam. 

Brooke nie zauważyła nawet, kiedy wyszła z domu i pojechała z Chance’em do pobliskiej 

restauracji. 

Oświadczył,  że  ją  kocha,  i  była  to  niewątpliwie  najgorsza  wiadomość  roku.  Naprawdę, 

całkiem  szczerze,  nie  chciała  tego  usłyszeć.  Teraz  będzie  zmuszona  poddać  wszystko 

osądowi, będzie musiała podjąć decyzję, wobec której była bezradna. Skąd ma wiedzieć, czy 

Chance mówi prawdę, czy jego deklaracje i miłe słowa są szczere? Jakże żałowała, że zburzył 

wszystko mówiąc o swojej miłości. Cholerni mężczyźni!

– Dobrze? – zapytał Chance. 

– Słucham?

– Widzę, że jesteś obecna tylko ciałem. Brooke, musisz się trochę odprężyć. Skończyłaś 

obiad, a założę się, że nie poczułaś smaku nawet jednego kęsa. Zamówiłem dla ciebie deser 

lodowy. Może to cię pocieszy?

– Dziękuję bardzo. 

Chance milczał, gdy Brooke pochłaniała deser i na koniec wylizała łyżeczkę. 

– Lepiej?

– Znacznie lepiej. 

– To dobrze, bo muszę cię o coś poprosić. 

– Proś. Jestem już całkowicie odprężona. Czy sądzisz, że lody mają jakiś wpływ na moją 

psychikę?

– Możliwe, najważniejsze, że ta metoda działa. 

– Więc jakie pytanie chcesz mi zadać?

– Czy wyjedziesz gdzieś ze mną w czasie weekendu?

background image

– O, Boże! – Brooke zasłoniła twarz. – Powiedz, że się przesłyszałam. 

– Hej, to jest ważne. – Chwycił ją za ręce. 

– Dla kogo ważne? Tylko dla twojego libido?

– Nie, uważam, że powinniśmy przebywać ze sobą jak najwięcej, w różnych miejscach i 

warunkach. Musisz nabrać pewności, że można mi zaufać. 

– Słowo harcerza?

– Nie posunąłbym się tak daleko. Powiedz, zgodzisz się?

– Muszę  się  zastanowić,  Chance.  Za  dużo  wrażeń  na  raz.  Nie  wiem,  jak  sobie  z  tym 

poradzę. 

– To prawda. Zostawmy decyzję do jutra. 

– Za wcześnie. 

– Myślałem o wyjeździe do Aspen. Muszę zarezerwować pokoje. Proszę, zwróć uwagę na 

liczbę mnogą. Pokoje, kochanie. Jeden dla ciebie, drugi dla mnie. 

– Co, ma się rozumieć, nie jest twoim zwykłym sposobem zakwaterowania w Aspen. 

– Moja  rozwiązłość  to  zapomniana  melodia – uśmiechnął  się  Chance.  – Spędzimy 

świetnie czas, zobaczysz. 

– Jeszcze nie wiem, Chance. 

– Najlepiej prześpij się z tym. Mnie też by się to przydało. Przez ostatnie dni działałem 

tylko dzięki kawie. Prawie oka nie zmrużyłem. Ale najchętniej nie rozstawałbym się z tobą. 

– Musisz wypocząć. 

– Wiem, ale boję się, że jak zostajesz sama, przychodzą  ci do głowy tysiące powodów, 

dla których nie możesz mi ufać. Czy możesz nie myśleć o niczym do jutra? Nie, widzę, że nie 

możesz mi tego przyrzec. Ale Brooke, błagam, nie przekreślaj wszystkiego. Spróbuj dać nam 

szansę. 

Brooke  spojrzała  w  błękitne  oczy  Chance’a  i  poczuła  znajome  bicie  serca  i  ciepłe, 

pulsujące  pragnienie.  Mogła  pozwolić  unieść  się  siłom  działającym  na  jej  zmysły.  Mogła 

stłumić  wewnętrzne  przestrogi,  sięgnąć  po  tego  mężczyznę,  który  budził  w  niej  tak 

gwałtowne emocje, ale nie potrafiła tego zrobić. Uświadomiła to sobie z żalem. 

– Widzę  w  twoich  oczach – powiedział  cicho  Chance – pomieszanie  lęku  i  smutku. 

Obiecuję,  że  zrobię  wszystko,  by  usunąć  to  raz  na  zawsze.  Znajdę  tam  tylko  szczęście  i 

pożądanie,  gdy  będę  cię  obejmował.  Kocham  cię,  Brooke,  i  wydaje  mi  się,  że  jesteś  coraz 

bliższa uwierzenia w to. 

– Chance, ja... 

– Odwiozę cię do domu – uśmiechnął się łagodnie. Już na miejscu Chance pocałował ją

mocno, przeczesał palcami miękkie loki i pozwolił im opaść na policzki. Przesunął dłonie w 

dół,  wzdłuż  jej  ramion  i  chwycił  mocno  dłonie,  podnosząc  każdą  z  osobna  do  swoich  ust. 

Niskim, cichym głosem powiedział: dobranoc i wyszedł, ostrożnie zamykając drzwi. 

Leżąc  w  łóżku  Brooke  wpatrywała  się  w  ciemność.  Spotkała  Chance’a  jako  Świętego 

Mikołaja,  pomyślała  nagle.  Był  wymarzonym  symbolem  świąt,  tworem  wyobraźni,  który 

rozpłynie  się  pewnie  w  nicości,  gdy  skończy  się  ten  niezwykły  okres.  Podarowano  jej 

background image

Chance’a  Tabora,  jej  Świętego  Mikołaja,  jak  gwiazdkowy  prezent.  Kochany,  serdeczny, 

wspaniały  dar,  ale  na  krótko.  Zamiast  samotnych,  ponurych  dni,  które  ją  czekały,  mogłaby 

przeżyć święta z Chance’em. 

A co potem? Potem wróci do smutnej rzeczywistości. 

Tak,  tak  właśnie  zrobi!  Będzie  razem  z  Chance’em  w  tym  bajecznym  nastroju  przez 

Święta Bożego Narodzenia, a kiedy święta się skończą, znowu stanie twarzą w twarz z twardą 

rzeczywistością. 

Brooke zawinęła się w kołdrę i odpłynęła gdzieś daleko uśmiechając się łagodnie. Spała. 

Nie  poruszyła  się,  dopóki  przenikliwy  dźwięk  budzika  nie  wyrwał  jej  z  głębokiego  snu 

pełnego marzeń. Julie była już w kuchni. Po chwili na stole stały dwa kubki parującej kawy. 

– Muszę ci powiedzieć, że twój Chance i mój Joey to piorunująca mieszanka. 

– Chance nie jest mój. 

– Ha! Spróbuj mu to powiedzieć. 

– Co się działo z tobą i Joeyem ostatniej nocy?

– Nic. Zachowywał się tak dziwacznie, że przestałam się do niego odzywać. Uśmiechał 

się ciągle i  wyglądał na  zadowolonego z siebie.  Myślałam, że oszaleję.  A ty? Spałaś, kiedy 

wróciłam do domu. 

– Chance był bardzo zmęczony po pobycie w Kalifornii, więc wróciłam dosyć wcześnie. 

Podjęłam pewne decyzje w związku z nim, ale nie wolno ci wypaplać ani słowa Joey owi. 

– Będę milczeć jak grób. Mów, o co chodzi?

– Podaruję  siebie  Chance’owi  jako  prezent  gwiazdkowy,  a  kiedy  święta  się  skończą, 

skończy się wszystko. 

– Boże, przez chwilę myślałam, że mówisz serio. 

– Bo tak jest. 

– Niemożliwe! Bibi, nigdy nie słyszałam czegoś równie zabawnego. Nie możesz przecież 

potraktować  Chance’a  tak,  jakby  to  był  sweter,  który  ci  się  znudził  i  trzeba  go  zmienić  na 

inny w dzień po świętach. 

– Julie, mam prawo robić to, na co mam ochotę. 

Wszyscy tak postępują, łącznie z tobą. Nie mam zamiaru okłamywać Chance’a i składać 

fałszywych obietnic. On, wie, do czego zmierza, i ja także. To prawda, że nasze plany nie są 

takie same, ale to nie moja wina. 

– Ale dlaczego nie możesz zostać z Chance’em?

– Julie,  ja  ciągle  jestem  tą  samą  Brooke  Bradley.  Naiwną  Brooke,  która  nie  odróżnia 

dobrych chłopców od złych. Postanowiłam poddać się Chance’owi nie pytając o motywy jego 

działania, nie przywiązując wagi do jego słów. Będę jak Kopciuszek – po Bożym Narodzeniu 

czar pryśnie. 

– Nie podoba mi się to, Bibi. Naprawdę. Lubię twojego Chance’a. Nie możesz się trochę 

otworzyć? Wydaje mi się, że jest z tobą całkowicie uczciwy. 

– Nie, nie mogę. Chance już teraz mówi takie rzeczy, że powinnam uciekać przed nim jak 

najdalej. 

background image

– Masz  na  myśli  pewnie  to  nagłe  oświadczenie,  że  cię  poślubi?  Mało  brakowało,  a 

padłabym zemdlona. 

– Zrozum,  Chance  działa  tak  szybko,  że  już  dawno  powinnam  się  wycofać,  żeby  nie 

stracić głowy. Więc ułożyłam sobie plan: Chance może robić, na co ma ochotę, ale tylko do 

świąt. Wiem, co będzie potem, bo to ja, Brooke Bradley, decyduję o sobie. 

– I  dwudziestego  szóstego  grudnia  znowu  zaczniesz  sprawdzać,  jakie  motywy  kierują 

Chance’em? – skrzywiła się z niesmakiem Julie. – Jesteś okropnie wyrachowana. 

– Jestem realistką. To, co wymyśliłam, nie jest ani nieuczciwe, ani nie wprowadza go w 

błąd. Po prostu działamy z Chance’em na różnych falach, to wszystko. Och, Julie, wszystko, 

czego pragnę, to parę tygodni z miłym chłopakiem. Czy jest w tym coś złego?

– Chyba nie, ale takie plany mogą łatwo się rozsypać. Spójrz, która godzina. Spóźnimy 

się do pracy. 

– Wspomniałam  ci,  że  wybieram  się  z  Chance’em  na  weekend  do  Aspen? – zapytała 

Brooke wstając od stołu. 

– Co tak patrzysz, Julie? Bierzemy oddzielne pokoje. 

– I Chance się na to zgodził?

– To był jego pomysł. 

– Dziwne. Bardzo dziwne. Lepiej miej się na baczności. 

– Nie ma obawy.  Dokładnie wiem, co robię – powiedziała  Brooke i  wyszła  z  pokoju  z 

dumnie podniesioną głową. 

– Wydaje  mi  się,  że  te  same  słowa  wypowiedziała  Maria  Antonina,  idąc  na  szafot –

rzuciła zgryźliwie Julie. 

To  jest  rozsądny  plan,  utwierdzała  się  Brooke.  Było  coś  podniecającego  w  takiej 

przelotnej miłostce. 

– Miłostka? – powiedziała głośno. – O nie, chwileczkę. 

Miłostka  to  całkiem  inna  gra.  To  było  udawanie  bez  granic.  W  rozkładzie  zajęć  na 

najbliższe kilka tygodni nie przewidywała miejsca na seks. Ale kiedy ktoś decyduje o sobie, 

może  robić  to,  na  co  ma  ochotę.  Na  przykład,  można  wziąć  pod  uwagę  noc  z  Chance’em 

Taborem. Poddać się jego męskiej sile połączonej z łagodnością. 

– Wielkie nieba – powiedziała, gdy poczuła lekki dreszcz pożądania. Nie. Chance był jej 

gwiazdkowym prezentem, ale pójście z nim do łóżka nie wchodziło w grę. 

To  prawda,  Chance  był  najprzystojniejszy  i  najbardziej  męski  wśród  tych  mężczyzn, 

których spotkała. Przy tym był ciepły, serdeczny i często się przy nim uśmiechała. Tęskniła za 

nim  okropnie.  Jego  oczy  nie  były  zwyczajne,  ich  szafir  miał  w  sobie  niezmierzoną  głębię, 

która przyprawiała ją o drżenie. Budził namiętność, jakiej jeszcze nie znała. Czuła, że jest w 

siódmym niebie,  kiedy  ją  całował,  obejmując  mocnymi  ramionami.  Ale,  na  miłość  boską, 

przecież go nie kocha. I dlatego łóżko nie mogło znaleźć się w jej planach. Wszystko jest w 

porządku,  stwierdziła.  Decydowanie  o  własnym  losie  to  poważna  sprawa.  Nie  była 

nieuczciwa wobec Chance’a, nie mówiąc mu o swoich planach. Poza tym, to on zdecydował 

background image

za nich oboje, że się pobiorą. Każde z nich robiło swoje, i tak było najrozsądniej. A po Bożym 

Narodzeniu,  gdy  nie  usłyszy  od  niej  żadnych  obietnic,  będzie  mógł  sobie  poszukać  innej 

przystani. Tymczasem Brooke miała przeżyć cudowne chwile nie zastanawiając się nad jego 

czynami i słowami; nie było to zresztą jej mocną stroną. Tak, wszystko było na dobrej drodze. 

– Jak się masz? – zanuciła radośnie Brooke, wchodząc do mieszkania. 

– Bibi! – krzyknęła Julie, wybiegając z sypialni. – Nie uwierzysz!

– Uspokój się. Co się stało?

– Nic!  Słuchaj,  Joey  ma  mnóstwo  kontaktów  z  czasów,  kiedy  grał  w  koszykówkę. 

Załatwił  mi  rozmowę  z  szefem  agencji  zajmującej  się  modelkami  w  Los  Angeles. 

Wyobrażasz to sobie? Wyjeżdżam dziś wieczorem. 

– Joey popiera twoje plany? To wszystko nie ma sensu. Błagam, powiedz mi, dlaczego to 

robi? Chciał przecież zupełnie czegoś innego. 

– Powiedział, że nie może mnie zmusić do małżeństwa ani do urodzenia dziecka. Chce, 

żebym spróbowała kariery modelki, zanim się ustatkuję. Czy to nie cudowne? Och, jak ja go 

kocham. Pomóż mi się spakować. Joey zabierze mnie na lotnisko. 

Gdy przyjechał Joey, Brooke popatrzyła na niego niespokojnie. 

– Jak żyjesz? – spytała, mrugając do niego. 

– Świetnie. Jak sprawy między tobą i Chance’em?

– Joey, Julie wyjeżdża do Los Angeles. 

– Wiem. Ja jej to załatwiłem. 

– Nie  gra pan  w  otwarte  karty, panie  Rather.  Ona  jest  teraz  pod  wrażeniem  tego,  co  ją 

czeka – blasku, świetnej zabawy, zwariowanych przyjęć. Oszaleliście oboje. 

– To się okaże. 

– Do  widzenia.  – Julie  wpadła  do  pokoju  i  mocno  przytuliła  Brooke.  – Kocham  cię. 

Wkrótce dam ci znać. Życz mi szczęścia. Cześć. 

– Cześć – odrzekła Brooke. 

Stała, jeszcze oszołomiona, gdy zadzwonił Chance. 

– Hej. 

– Chance, wiesz, jak idiotyczną rzecz zrobił Joey?

– Wiem. 

– Wiesz o tym?

– Tak. Joey to bardzo, bardzo mądry facet. 

– W takim razie obaj zwariowaliście. 

– Czas pokaże, kochanie. Ale czy myślałaś o wyjeździe do Aspen?

– Słucham? Och, oczywiście. Pojadę z przyjemnością. 

– Naprawdę? Mówisz to tak spokojnie?

– Ale pamiętaj, słaby ze mnie narciarz. 

– Naprawdę chcesz jechać?

– Chance, wolałbyś, żebym powiedziała nie? Zachowujesz się bardzo dziwnie. 

background image

– Jestem  zaszokowany.  To  fantastyczne.  Okay,  niech  pomyślę.  Muszę  załatwić 

rezerwację.  Chyba  zarwę  kilka  nocy,  żeby  przygotować  program  komputerowy  dla  tego 

towarzystwa  w  Kalifornii.  Zdaje  się,  że  nie  będę  mógł  się  z  tobą  widywać  zbyt  często  do 

końca tygodnia, ale naprawimy to w Aspen. Kocham cię, Brooke. 

– Dziękuję, ale... 

– Nie  musisz  odpowiadać.  Po  prostu  słuchaj,  co mówię,  powoli,  tak  jak  kropla,  która 

drąży  skałę,  przekonam  cię  o  swojej  miłości.  Uwierz – będę  cię  kochał  bez  względu  na 

okoliczności. Ale muszę wrócić do swoich dyskietek. 

– Do kogo?

– To jest coś, co wkłada  się do stacji dysków w  komputerze. Nieważne.  Zadzwonię do 

ciebie jutro. Pewnie, że chciałbym cię zobaczyć jeszcze dzisiaj, ale obowiązki wzywają. Myśl 

o mnie dobrze. Cześć. 

– Dobranoc – powiedziała odkładając słuchawkę. No cóż, stało się. Zgodziła się wyjechać 

z  mężczyzną na weekend. Nie, nie z  mężczyzną. Z Chance’em. Jaka  szkoda,  że  jest  dzisiaj 

zajęty.  Całe  mieszkanie  miała  dla  siebie,  przygotowałaby  znakomitą  kolację.  Gdzieś  w 

kredensie był schowany piękny świecznik i świece. Do tego cicha muzyka, wino i... Och, jak 

romantycznie. Pani Tabor? Boże, prawie dała się złapać. 

Dobre  sobie,  przecież  go  nie  kocham,  myślała  Brooke  idąc  do  kuchni,  ale  będzie  mi 

chyba źle bez niego. 

Brooke zjadła kolację, dokończyła adresowanie kartek świątecznych i zaprosiła Gran na 

wspólne  oglądanie  filmu  z  Clarkiem  Gable.  Mieszkanie  wydało się  jej  nagle  zbyt puste,  co 

Brooke  wiązała,  oczywiście,  z  niespodziewanym  wyjazdem  Julie.  Wtajemniczyła  Gran  w 

ryzykowne przedsięwzięcie koleżanki. Nieoczekiwanie starsza pani zareagowała z aprobatą. 

– Zawsze wiedziałam, że Joey ma głowę na karku – powiedziała. – Jest tak wysoki, że aż 

dziw  bierze,  że  nie  rozbija  sobie  ciągle  nosa.  Ale  trzeba  przyznać,  że  to  bardzo  elegancki 

mężczyzna, ten nasz Joey. 

– Gran, czy nikt tego nie rozumie? Przecież Joey oddał dziewczynę swego życia światu 

pozorów. Chance także uważa, że to bardzo mądre posunięcie. Co się z wami dzieje?

– A może zrobiłybyśmy jakiś mały zakład na ten temat? – Gran zachichotała. 

– Wykluczone.  Ostatnim  razem,  kiedy  się  założyłam,  wylądowałam  na  kolanach 

Świętego Mikołaja. 

– Ty masz szczęście. Jak się miewa Chance?

– Och,  znakomicie.  Jedziemy  na  weekend  do  Aspen.  Będziemy  w  osobnych  pokojach, 

oczywiście. 

– Ale nuda. 

– Gran, wstydź się!

– Jestem  stara,  ale  jeszcze  żyję.  Chance  jest  wyjątkowo  pociągającym  mężczyzną. 

Widziałam go w holu, muszę stwierdzić, że wie, jak nosić portki. 

– Gran!

background image

– Och,  cicho,  głuptasie.  Nie  bądź  taką  świętoszką.  Potrzebujesz  kogoś  takiego  jak 

Chance. Na pewno jest więcej wart niż pies świętego Bernarda. 

– Przecież powiedziałam ci, że wyjeżdżam z Chance’em na weekend. Myślę, że do świąt 

będzie nam cudownie. 

– A potem?

– Nie zamierzam wiązać z nim swoich planów na przyszłość. Po prostu nie mogę. 

– Kochanie, we wszystkich widzisz tego drania Chucka. Powinnaś cenić Chance’a za jego 

zalety. 

– O to właśnie chodzi. Zupełnie nie wiem, co o nim sądzić. Lepiej pooglądajmy telewizję. 

– Popełniasz  błąd  traktując  tak  tego  chłopaka.  Wyznaczanie  jakichkolwiek  terminów  w 

takich sprawach jest, według mnie, głupie. 

– Nie, Gran, tu chodzi o przeżycie. Muszę tak postępować. Naprawdę. 

Następny  dzień  w  biurze  był  cichy  i  spokojny.  Chance  zadzwonił  późnym  wieczorem, 

głos miał ogromnie zmęczony. 

– Przepracowujesz się – powiedziała Brooke. 

– Obowiązek zawsze na pierwszym miejscu. Tak bardzo cię pragnę i tęsknię za tobą. 

– Ja... też. Nie możesz się wyrwać nawet na chwilę?

– Nie, naprawdę mam mało czasu. . Słuchaj, lecimy w sobotę, o ósmej. 

– Lecimy?

– Oczywiście. Nie będę tracił czterech godzin na jazdę w każdą stronę. Muszę kończyć, 

ale zadzwonię jutro. Są jakieś wieści od Julie?

– Nie, nic. Przypuszczam, że jest bardzo zajęta. 

– Wyobrażam  sobie.  Na  razie.  Kocham  cię,  Brooke  Bradley.  Ja,  Chance  Tabor,  jestem 

dziko zakochany w tobie i twoich dziewięciu piegach. 

– Dobranoc, Chance – powiedziała śmiejąc się. Och, jaki on był kochany. Uwielbiała go 

wprost. Nie, to  nie było  wystarczająco dobre słowo. Była przywiązana?  Tak. Był jej drogi? 

Tak.  Zakochana?  O,  nie!  Ale  jakże  tęskniła  za  Chance’em  Taborem.  Wydawało  się  jej,  że 

wieczność upłynęła od tych chwil szczęścia, gdy całował ją i obejmował, gdy wdychała jego 

zapach,  świadoma  pożądania,  które  w  niej  rozbudzał.  Pragnęła,  by  pozostałe  dni  tygodnia 

przeleciały jak wiatr, żeby już zaraz rozpoczął się cudowny weekend z Chance’em. Bardzo, 

bardzo... tęskniła. 

Brooke spakowała walizkę już w piątek wieczorem i niecierpliwie oczekiwała na sobotni 

ranek, który miał jej przynieść Chance’a Tabora. 

Obudziła się bez budzika i pognała do łazienki, by wziąć prysznic i umyć włosy. Włożyła 

niebieskie  wełniane  spodnie  i  dopasowany  kolorem  sweter  z  wyhaftowanym  górskim 

krajobrazem. 

Z bijącym sercem, uśmiechnięta, otworzyła drzwi Chance’owi. Zanim zdała sobie sprawę 

z  tego,  co  robi,  rzuciła  się  w  jego  objęcia.  Poczuła  twardy  tors  i  napięte  mięśnie  ramion. 

Odpowiedziała gorączkowym, gwałtownym pocałunkiem, rozkoszując się każdym doznaniem 

przeszywającym jej ciało. Och, tak, stęskniła się. 

background image

– Hej, Brooke – powiedział Chance, opanowując nierówny oddech. 

– Och, Chance, chyba jesteś bardzo zmęczony. Może nie powinniśmy jechać? Należy ci 

się odpoczynek. 

– Później się wyśpię. Tak się cieszę, że cię znowu widzę – powiedział, całując ją tak, że 

ugięły jej się kolana. 

Chance  z  trudem  przełknął  ślinę.  Delikatnie  odsunął  Brooke.  Starał  się  zapanować  nad 

sobą.  Potem  spojrzał  na  nią  zamglonym  wzrokiem.  Stali  bez  słowa,  chłonęli  swój  widok, 

zapach, napawali się swoją  bliskością. Czuli  rosnące napięcie. Mijały sekundy, a oni  ciągle 

patrzyli na siebie. Brooke powoli podniosła dłoń i położyła delikatnie na policzku Chance’a. 

Jego twarz drgnęła nieco pod lekkim jej dotykiem. Wreszcie przyciągnął ją do siebie i zatopił 

twarz w jej włosach. 

– Brooke. – Chance wymówił jej imię prawie uroczyście. 

Brooke wydawało się, że powraca z dalekiej podróży. Płomień zaczął powoli przygasać. 

Stała  tak,  uśmiechając  się  łagodnie  i  czuła,  jak  słodkie  ciepło  ogarnia  ją  od  koniuszków 

palców po czubek głowy. 

– Lepiej będzie, jak pójdziemy, Brooke. Nie chcemy przecież przegapić naszego lotu. 

– Jestem gotowa. 

W  samolocie  Chance  zapadł  w  głęboki  sen.  Brooke  uśmiechnęła  się,  patrząc  na  jego 

szlachetny profil, i zajęła się przeglądaniem kolorowych pism. 

– O  rany! – Chance  obudził  się,  kiedy  głos  stewardesy  zapowiedział  lądowanie.  –

Przepraszam, nie chciałem zostawiać cię samej. 

– Cieszę się, że mogłeś na chwilę przysnąć. Odpocząłeś trochę?

– O, tak, chociaż jestem jeszcze ciągle nieprzytomny. Myślę, że górskie powietrze mnie 

otrzeźwi. 

W  Aspen  było  mnóstwo  ludzi  w  różnokolorowych  narciarskich  strojach  i  mnóstwo 

śniegu. W czystym, chłodnym powietrzu rozbrzmiewał śmiech. Brooke poczuła lekki dreszcz 

podniecenia, uśmiechnęła się do Chance’a, który również się uśmiechnął. 

Mieszkali  w  malowniczym  hoteliku,  z  dala  od  głównej  ulicy,  urządzonym  jak  alpejski 

szałas. Otrzymali oddzielne pokoje, połączone wewnętrznymi drzwiami. Szybko rozpakowali 

bagaże  i  wyszli,  żeby  powłóczyć  się  po  sklepach.  Brooke  nalegała,  żeby  Chance  poszedł 

pojeździć na nartach, ale on stanowczo odmówił, twierdząc, że narty poczekają, a ten dzień 

należy do nich. Brooke pomyślała, że to najmilsza rzecz, jaką mogła usłyszeć. Spędzili kilka 

godzin, chodząc od sklepu do sklepu, potem zasiedli  na tarasie hotelu i  sącząc grzane wino 

obserwowali powrót narciarzy z odległych stoków. 

– Cudowny dzień – powiedziała Brooke. 

– Tak – przytaknął Chance.  – Lubię tu  przyjeżdżać.  Wydaje mi  się,  że  jestem  na  innej 

planecie. Nigdzie tak nie wypoczywam. 

– Zbyt ciężko pracujesz, Chance. 

– Budowa  od  podstaw  własnej  firmy  nie  jest  łatwym  zadaniem,  ale  zdobyliśmy  już 

solidną  reputację,  bo  robimy  odpowiednie  programy.  Twój  nos  jest  różowy  z  zimna. 

background image

Wyjątkowo  ładnie  wyglądasz.  Czy  zawsze  byłaś  taka  kobieca?  Jak  wyglądałaś  w 

dzieciństwie? Jaki kolor lubisz najbardziej? Czy używasz ketchupu do zapiekanek, czy masz 

jakąś ulubioną gwiazdę filmową? Chcę wiedzieć o tobie wszystko, każdy szczegół, mały czy 

duży, Brooke, ponieważ wszystko jest częścią ciebie, a ja cię kocham. 

Chance zniżył głos, sięgnął po rękę Brooke i powoli rysował palcem kółka na jej dłoni. 

Błękit  jego  oczu  był  kryształowo  czysty.  Poczuła,  że  może  zajrzeć  w  każdy  zakątek  jego 

duszy i jakąś niewielką cząstką serca uwierzyła... w jego miłość. 

Ogarnęło  ją  śmiertelne  przerażenie.  Postanowiła  kiedyś,  że  nigdy  nie  zaufa  żadnemu 

mężczyźnie.  Chance  Tabor  sprawił,  że  jej  postanowienie  poczęło  się  kruszyć.  Jego  słowa  i 

spojrzenia miały potężną siłę. Mogło ją to zgubić. 

Nie  chciała  do  tego  dopuścić.  Te  nieliczne  przecież  dni  miała  spędzić  w  błogim 

zapomnieniu.  A  było  jeszcze  tyle  zagrożeń,  których  musiała  się  strzec.  Działy  się  z  nią 

cudowne  rzeczy,  kiedy  całował  ją,  obejmował  i  pieścił.  Chciało  jej  się  śpiewać  pełnym 

głosem, gdy słyszała jego śmiech. Syciła oczy widokiem jego pięknej twarzy. Pragnęła... Nie! 

Ani  jej  wewnętrznego  głosu,  ani  słów  wypowiadanych  przez  Chance’a  nie  wolno  jej 

lekceważyć. 

– Brooke? Znowu się ode mnie oddalasz – cicho powiedział Chance. 

– Tak? Och, przepraszam. 

– Myślę, że to świeże powietrze tak wpływa na ciebie. Czy chciałabyś odpocząć chwilę 

przed kolacją?

– Tak. Sądzę, że przyda mi się odrobina relaksu. Przytuleni weszli  do hoteliku. Brooke 

zauważyła spojrzenia  kobiet  rzucane  w  jego  stronę,  lecz  on  jakby  nie  widział  ich 

zainteresowania. Po prostu obejmował mocno Brooke, jakby ogłaszał, że należy do niej, a ona 

lekko drżała. Chance uchylił drzwi łączące ich pokoje. 

– Zdrzemnij się – powiedział. – Obudzę cię później. Jesteś taka milcząca... Czy stało się 

coś, czy tylko jesteś zmęczona?

– Chance,  wolałabym,  żebyś  mi  nie  mówił,  że  mnie  kochasz – powiedziała  Brooke, 

siadając na łóżku. 

– Dlaczego? Boisz się, że w to uwierzysz?

– Chance, przestań. 

– Do  diabła – powiedział,  siadając  przy  niej – spójrz  na  mnie.  Spójrz  mi  w  oczy, 

zobaczysz w  nich  prawdę.  Kocham  cię!  Kocham  cię  każdą  cząstką  mego  ciała.  Nie  bój  się 

mnie,  raczej  siebie  się  obawiaj.  Przeszłość  minęła,  poszła  w  zapomnienie.  A  przyszłość 

będzie  należała  do  nas,  jeżeli  tylko  pozwolisz.  Och,  kocham  cię  i  nie  przestanę  tego 

powtarzać. Kocham twoje loki i twoich dziewięć piegów. Kocham twój uśmiech i delikatny 

aksamit twych warg, i sposób, w jaki przytulasz się do mnie. Całą ciebie, od stóp do czubka 

głowy,  z  zewnątrz  i  w  środku,  łącznie  z  tą  zwariowaną  ilością  lodów,  które  pochłaniasz. 

Kocham cię. 

Chance  wstał  i  patrzył  na  nią  z  góry.  Brooke  uniosła  głowę,  by  spojrzeć  na  niego. 

Zacisnął zęby, gdy ujrzał łzy migocące w jej oczach. 

background image

– Ależ Brooke, nie płacz – powiedział szorstko. – Nie ma miejsca na łzy w świecie, który 

właśnie  tworzymy.  Hej,  jestem  Świętym  Mikołajem,  zapomniałaś  o  tym?  Znam  magiczne 

sztuki, mogę spełnić twoje najskrytsze marzenia. Tylko musisz wiedzieć, czego chcesz, boja 

przegapiłem kurs czytania z myśli. Mogę cię tylko błagać o to, żebyś wybrała mnie spośród 

wszystkich gwiazdkowych prezentów. Mnie, na całe życie, na wszystkie Boże Narodzenia. 

– Och, Chance. 

– Odpocznij. Przyjdę później – powiedział wychodząc do swojego pokoju. 

Brooke ledwo zdjęła kurtkę i ściągnęła buty. Łzy płynęły jej po policzkach. 

Zamknęła  oczy  i  zobaczyła  twarz  Chance’a.  Gdy  otworzyła  je  znowu,  jego  obraz  nie 

zniknął. Uśmiechając się do niej łagodnie, przywoływał ją do siebie szafirową głębią oczu. 

Była zakochana w Chansie Taborze. 

background image

ROZDZIAŁ PIĄTY

Odetchnęła głęboko i przycisnęła końcami palców pulsujące od bólu skronie. Co ma teraz 

zrobić?  Och,  na  miłość  boską,  co  ma  począć?  Zakochała  się  w  Chansie.  Nigdy  jeszcze  nie 

czuła  się  taka  nieszczęśliwa.  A  przecież  gdyby  spojrzeć  na  to  z  boku,  Chance  uosabiał 

wszystko, czego mogłaby oczekiwać od mężczyzny. Wszystko. 

Ach, gdyby umiała pozbyć  się wszelkich wątpliwości, wyznać mu swą  miłość i paść w 

jego objęcia. Ale nie umiała. Wiedziała o tym i ta gorzka świadomość wywołała kolejne łzy. 

Kochała  go,  czysto  i  niewinnie,  ale  co  dalej?  Mówił  takie  czułe  słówka,  uśmiechał  się  tak 

łagodnie, ale czy to była prawda? Skąd mogła wiedzieć?

Jej uczucia nie są wystarczająco głębokie, by mogła pójść z nim do łóżka. 

Ale  czy  nie  będzie  żałować,  że  nie  oddała  się  takiemu  wspaniałemu  mężczyźnie?  Nie 

wiedziała  jeszcze,  ale  czuła,  że  gdyby  nadszedł  odpowiedni  moment,  nie  umiałaby  mu 

odmówić. 

Brooke wreszcie zapadła w sen. 

– Hej, śpiąca królewno – usłyszała. – Może skusi cię myśl o kolacji?

– Słucham? – Brooke powoli otwierała oczy. – Och, ty już jesteś całkiem ubrany i gotowy 

do wyjścia!

– Nie ma pośpiechu. Wiesz, spotkamy się w holu, kiedy już będziesz gotowa. Jest tu miła 

restauracyjka. 

– Dobrze. 

– Śliczna jesteś, gdy śpisz. – Uśmiechnął się i pocałował ją w sam czubek nosa. – Będę 

czekał na dole. 

Chance  miał  na  sobie  czarne  spodnie  i  gruby,  szarobiały  golf,  który  podkreślał  jego 

barczyste  ramiona.  Oczyma  wyobraźni  Brooke  zobaczyła  szeregi  kobiet  garnących  się  do 

niego, więc powoli wstała z łóżka. 

Ale na razie, powiedziała do siebie z dumą, Chance należy do mnie. 

Ubrała się tym razem na zielono. Zadawała sobie pytanie, dlaczego jest w takim podłym 

nastroju,  przecież  życie  jej  tak  się  zmienia.  Może  dlatego,  że  stale  przebywała  w  świecie 

marzeń.  Ona,  Brooke  Bradley,  kochała  tylko  Świętego  Mikołaja.  Jakie  marzenia  mogły  się 

mierzyć  z  tą  prawdą?  Postanowiła  przecież  dobrze  się  bawić.  I  nie  pozwoli  Chance’owi 

powiedzieć nic, co mogłoby zachwiać jej pewność siebie. 

Gdy  zeszła  na  dół,  zobaczyła  Chance’a  pochłoniętego  rozmową  z  dwiema  bardzo 

atrakcyjnymi kobietami. Podeszła szybko do tej trójki i wsunęła rękę pod ramię Chance’a. 

– Hej – powiedziała słodziutko. 

– Nie martw się, kochanie – usłyszała. – On dał nam wyraźnie do zrozumienia, że czeka 

właśnie na ciebie. Niektórych zawsze szczęście się trzyma. Może zobaczymy się później. 

Chance mruknął, gdy Brooke pomachała im na pożegnanie. 

– Widzisz, jak je odstraszyłaś! – zażartował. 

– Ty draniu. Chodźmy coś zjeść. 

background image

Gawędzili  pogodnie  i  beztrosko  jedząc  frutti  di  marę.  Wymieniali  wspomnienia  z 

dzieciństwa i opowiadali sobie o bolesnych doświadczeniach okresu dojrzewania. 

Brooke  podniosła  wzrok  na  Chance’a.  Znowu  przeraziła  ją  świadomość  uczucia,  jakie 

żywi do niego. 

Czuła, że tworzy z nim nierozerwalną jedność. Nie chciała myśleć o przyszłości. 

– Chance – powiedziała  zamyślona,  przy  kawie – dlaczego  Joey  wysłał  Julie  do  Los 

Angeles? Wydaje mi się, że jestem jedyną osobą, która uważa, że to było głupie. Nawet Gran, 

nasza sąsiadka, jest tym zachwycona. 

– Julie marzyła o tym, by zostać modelką. Joey postanowił więc zaryzykować. Sądzi, że 

Julie wróci do niego, kiedy uświadomi sobie, że to nie jest życie, o jakim śniła. 

– To ryzyko, duże ryzyko. 

– Być może, ale czy nie sądzisz, że miłość warta jest takiego ryzyka? Walka, którą Joey 

toczy,  jest  walką  z  marzeniami  Julie.  A  moja  walka?  Ja  boksuję  się  z  cieniami,  duchami, 

tworami twojej wyobraźni. 

1 muszę  wygrać,  Brooke.  Kocham  cię  i  chcę  spędzić  z  tobą  całe  życie.  Gdybym  mógł 

wprowadzić te dane do komputera i otrzymać instrukcję, w jaki sposób mogę cię przekonać, 

byś mi zaufała. Chociaż myślę, że już zrobiliśmy parę kroków, ale czy na pewno? Brooke, co 

mam zrobić, żebyś mi uwierzyła?

Brooke zaczęła mówić szeptem:

– Myślę,  że  łatwiej  byłoby,  gdybyś  był  Pinokiem  i  przy  każdym  twoim  kłamstwie 

wydłużałby  ci  się  nos.  Albo  gdybyś  naprawdę  był  Świętym  Mikołajem,  ponieważ  Święty 

Mikołaj to przecież ktoś godny zaufania. Ale niestety, Chance, jesteś tylko mężczyzną, istotą 

ludzką. To nie twoja wina, tylko moja. To beznadziejne, naprawdę. Ani trochę nie wierzę, że 

mogłabym  dokonać  właściwego  wyboru.  Sądzę,  że  najlepiej  będzie,  jeżeli  zapomnisz,  iż 

kiedykolwiek się spotkaliśmy. 

– Nie mogę tego zrobić – powiedział  cicho. – Jesteś  przerażona jak mała dziewczynka. 

Czy ja jestem przyczyną lęku, który widzę w twoich oczach?

– Boję się sama siebie. To nie ma żadnego związku z tobą. 

– Nieprawda,  ma.  Nie  pozwalasz  mi  przecież,  żebym  się  zbliżył  do  ciebie.  Brooke, 

musisz mi choć trochę zaufać. To na początek, na dobry początek. Za każdym razem, gdy cię 

pocałuję,  oddasz  mi  odrobinę  siebie.  Wiesz,  dzisiaj  rano,  gdy  wszedłem  do  twojego  domu, 

wydawało mi się, że tęskniłaś za mną tak samo jak ja za tobą. Możesz temu zaprzeczyć?

– Nie, rzeczywiście tęskniłam. Och, Chance, kiedy odsuwam od siebie wątpliwości, jesteś 

dla  mnie  kimś  wyjątkowym,  jedynym,  czuję  się  przy  tobie  cudownie  radosna.  Gdy  mnie 

opuszczasz,  nie  mogę  się  doczekać,  kiedy  znowu  cię  zobaczę  i  kocham  cię  tak  bardzo.  O, 

Boże – szepnęła Brooke – co ja zrobiłam?

– Powiedziałaś,  że  mnie  kochasz.  – Uśmiech  rozjaśnił  twarz  Chance’a.  – Tak 

powiedziałaś. Kochasz mnie? Jesteś we mnie zakochana?

– Nie. Zresztą, to nie ma znaczenia, bo... 

background image

– Nie ma znaczenia? Brooke, to jest najszczęśliwszy dzień w moim życiu. Powiedz, jaki 

prezent chcesz. Twoja miłość jest najcudowniejszym darem. Nigdy takiego nie dostałem. 

– Chance, nie! To niczego nie zmienia. My nawet nie będziemy ze sobą po... 

– Nie będziemy ze sobą po czym?

– Po świętach, Chance. Nie chciałam, żeby ci było przykro, więc podarowałam ci siebie –

tak jak daje się prezenty na gwiazdkę. Postanowiłam, że spędzimy razem ten okres, a ja nie 

będę analizować twoich słów, czynów i motywów, którymi się kierujesz. Chciałam po prostu 

być z tobą. Zmarnowałam tę szansę, jak zwykle, i zakochałam się w tobie. 

– Więc któregoś pięknego dnia, zaraz po Bożym Narodzeniu, mam zwyczajnie zniknąć?

– Mniej więcej tak. To znaczy, nie mam wyboru. 

Jestem pewnie straszną egoistką, więc zrozumiem, jeśli zechcesz zakończyć wszystko już 

teraz. 

– Nigdy  nie  byłem  gwiazdkowym  prezentem – powiedział  z  uśmiechem.  – I  nie  mogę 

odejść  teraz,  gdy  ofiarowałaś  mi  siebie,  swoją  miłość.  Poza  tym  przecież  jestem  Świętym 

Mikołajem  i  muszę  tkwić  na  posterunku  aż  do  tego  wielkiego  dnia.  Rozumiem,  że  Boże 

Narodzenie spędzimy razem?

– Mówisz tak, mimo że wiesz, iż nie będzie dalszego ciągu?

– Ja  notuję  w  pamięci  wszystkie  informacje  o  pani,  panno  Bradley.  Rozumiem 

znakomicie. Och, kocham  cię, kocham  cię, kocham  cię. Chyba mogę to  powtarzać, ile razy 

zechcę,  prawda?  Wszystko  jest  przed  nami.  W  czasie  tych  dni,  które  mamy  przed  sobą, 

możemy  robić  to,  co  uważamy  za  słuszne.  Każde  z  nas  ma  swój  prezent  i  powinniśmy 

nacieszyć się nim w pełni. Zgadzasz się ze mną?

– Wiesz, wprawiasz mnie w zakłopotanie – zmarszczyła brwi Brooke. 

– Przecież to takie proste. Jeżeli dostałbym pod choinkę samochód strażacki, należałby do 

mnie i  robiłbym z  nim, co mi  się podoba. Mógłbym odkręcić  wszystkie  koła. Mógłbym  go 

myć  i  polerować,  robić  wszystko,  cokolwiek  bym  chciał.  Ty  i  twoja  miłość  są  moimi 

prezentami. Ja jestem twoim. Możesz mnie oddać tej blondynce w obcisłych spodniach albo 

zostawić  mnie  dla  siebie.  Jestem  w  twoich  rękach,  a  ty  w  moich  do  końca  Bożego 

Narodzenia. A więc – prezenty wręczone, wstążki przecięte. 

– Czuję się zakłopotana jeszcze bardziej. 

– Spróbujemy, jak to działa? Na przykład, mam ochotę zabrać swój prezent i potańczyć z 

nim trochę w blasku świec. Chyba to brzmi rozsądnie?

– Myślę, że tak. 

– Ty też możesz decydować, co chcesz ze mną zrobić. 

– No cóż, jedno jest pewne – nie oddam cię tej okropnej blondynie. 

– Pocieszyłaś mnie. Nie jest w moim typie. Natomiast tamta ruda jest niezła. 

– Zabraniam ci nawet o niej myśleć. 

– Dobrze – wzruszył ramionami. – Teraz wszystko zależy od ciebie. Czegokolwiek pani 

zażąda, madame, jestem cały do pani usług. Zamierzam traktować swoją rolę gwiazdkowego 

prezentu bardzo poważnie i możesz liczyć na moją lojalną współpracę. Idziemy tańczyć. 

background image

– Bardzo proszę. 

Brooke czekała, aż Chance zapłaci rachunek i pozwoliła się wyprowadzić z restauracji. 

Czy ta rozmowa miała jakikolwiek sens, myślała potrząsając leciutko głową. Jedno było 

pewne. Mogła stanąć w zawody o nagrodę Gaduły Roku. Siedziała tam, plotąc od rzeczy, i 

wygadała się przed Chance’em, że go kocha. I co on na to? Chyba był trochę zaskoczony, ale 

zdecydował, że wszystko jest na najlepszej drodze. Zaakceptował ją w roli prezentu. Nawet 

się  zgodził  na  rozstanie  po  dwudziestym  szóstym  grudnia.  Wydaje  się,  że  zrozumiał  i 

zaakceptował  jej  plan.  Ale  jakie  wobec  tego  zamiary  ma  Chance  Tabor  wobec  swojego 

prezentu?

Sala,  do  której  weszli,  była  duża  i  zatłoczona.  Ogień  płonął  na  kominku,  a  świece 

ustawione  na  małych  stolikach  stwarzały  atmosferę  intymności.  Poza  podium  do  tańca, 

podłoga  była  wyłożona  dywanami,  a  pod  ścianami  stały  miękko  wyściełane  kanapki  i 

głębokie fotele. Do tańca grał trzyosobowy zespół. 

Chance  mocniej  przygarnął  Brooke  i  poprowadził  pewnie  przez  salę.  Brooke 

zesztywniała, czując żar jego ciała. 

– Rozluźnij się, Brooke – powiedział cicho. – Rozluźnij się i baw dobrze. 

Och, do diabła, dlaczego nie? – pomyślała Brooke, wspierając się na nim mocniej. Była 

całkowicie  bezpieczna  w  tej  zatłoczonej  sali.  O  Boże,  Chance  był  taki  miły  i  pachniał  tak 

wspaniale,  a  ona  kochała  go  tak  bardzo.  Nigdy  jeszcze  nie  dostała  tak  cudownego 

gwiazdkowego prezentu. 

– Lubię, gdy przytulasz się do mnie – Chance mruczał jej do ucha. – Całe szczęście, że 

tutaj panuje półmrok. Brooke, działasz na mnie podniecająco. 

Brooke poczuła to jego podniecenie. Próbowała odsunąć się od niego, ale przyciągnął ją 

jeszcze mocniej, przyciskając do siebie jej piersi. Brooke spłonęła rumieńcem, gdy jej ukryta 

gdzieś  głęboko  namiętność  rozpalała  się  niepowstrzymanie.  Rozlewała  słodkie  jak  miód 

ciepło,  budziła  jej  kobiece  pożądanie  i  odsuwała  gdzieś  daleko  poczucie  rzeczywistości. 

Brooke  ulatywała  jak  na  zaczarowanym  dywanie,  bezpieczna,  w  objęciach  kochanego 

mężczyzny. 

Westchnęła  z  zadowolenia,  opierając  się  piersiami  o  Chance’a.  Słyszała  jego 

przyspieszony oddech i czuła jego męskość. 

– Umieram – zamruczał. 

– Więc nie ściskaj mnie tak mocno – szepnęła. 

– Pragnę  cię.  Jesteś  cudowna,  ale,  och,  ja  naprawdę  umrę.  Musi  przecież  być  jakieś 

prawo, które mnie obroni przed tobą. 

– Może wszystko wylęgło się w twojej głowie? – zaśmiała się cichutko Brooke. 

– To  nie  głowa...  Chyba czujesz?  Będę się  starał  myśleć o  czymś innym.  Na  przykład: 

jaki jest twój pogląd na stan naszej gospodarki?

– Wydaje mi się, że inflacja rośnie – stwierdziła poważnie Brooke i parsknęła śmiechem. 

– Twarde czasy nadchodzą. 

– Zabijasz mnie, moja panno – jęczał Chance, odsuwając ją od siebie. 

background image

– Wybacz, panie. Spróbuj powściągnąć zmysły. 

– Och, Brooke – uśmiechnął się i, pocałował ją w czoło – uwielbiam twój  śmiech. Jest 

taki  perlisty  jak  dźwięk  dzwoneczków  przy  sankach  Świętego  Mikołaja.  Czy  chciałabyś 

usiąść przy kominku i napić się czegoś?

– O tak, chętnie. 

– To dobrze. Nie przeżyłbym chyba następnego tańca z tobą. 

– Z powodu gór. 

– Potraktuję to jak komplement, moja droga. Masz w sobie bardzo potężną moc jak na tak 

maleńką osóbkę. Siądź na tamtej kanapie, a ja spróbuję utorować sobie drogę do baru. 

– Pamiętaj, Chance, ta ruda jest be – pogroziła mu palcem. 

– Odmeldowuję się. 

Brooke  usiadła  na  kanapie  tuż  przy  kominku.  Podziękowała  uśmiechem  parze,  która 

ustąpiła jej miejsca. Obserwowała ich, jak odchodzili, widziała pożądanie w ich spojrzeniach, 

porozumiewawczy uśmiech na ustach. Byli w sobie zakochani i zupełnie nie troszczyli się o 

to, co świat o nich pomyśli. Wierzyli, ufali sobie bez cienia wątpliwości, bez zbędnych pytań. 

Och, jakże słodko byłoby tak kochać Chance’a, pomyślała Brooke. 

Jakie  to  proste – poznać,  zrozumieć,  zaufać  i  uwierzyć  Chance’owi.  Słuchać  i  nie 

zastanawiać  się  nad  znaczeniem  wypowiadanych  przez  niego  tak  łagodnie  słów.  Patrzeć  w 

przejrzyste niebieskie  oczy pełne  ciepła  i  czułości, dla niej tylko  przeznaczonej.  Smakować 

jego  pocałunki  i  pieszczoty  i  marzyć  o  tych,  które  ją  jeszcze  czekają  w  czasie  wspólnej 

wieczności. 

Kochać go sercem, myślą, ciałem i duszą. Na zawsze. Jakże prosto to brzmiało, a przecież 

było zupełnie niemożliwe. Niestety, nie umiała zaufać swojej intuicji. 

– Już jestem – powiedział Chance siadając przy niej i podając jej drinka. 

– Myślałam już, że zginąłeś. 

– Po  pierwsze,  tam  jest  strasznie  ciasno,  a  po  drugie,  otrzymałem  właśnie  dwie  oferty 

jednocześnie... 

– Wiedziałam – krzyknęła Brooke i pociągnęła duży łyk ze szklanki, krztusząc się przy 

tym. 

– Żartowałem! Nie przejmuj się takimi bzdurami, ale naprawdę to były trzy oferty. 

– Panie Tabor, dla mnie pan nie istnieje. 

– O Boże – powiedział śmiejąc się – jesteś taka śliczna, kiedy okazujesz zazdrość. Bardzo 

mnie to podnosi na duchu. Nawet twoje dziewięć piegów pała wściekłością. 

– Jesteś szalony – uśmiechnęła się Brooke – a ja... Cóż... 

– Powiedz  to,  Brooke.  Powiedz,  że  mnie  kochasz – nalegał.  – Niech  to  usłyszę  raz 

jeszcze. Ty i twoje wyznanie, to moje gwiazdkowe prezenty, chyba nie zapomniałaś?

– Kocham cię, Chance – szepnęła. – Tak bardzo chciałabym być kimś innym niż jestem. 

Chciałabym... 

– Chance! – rozległ się jakiś głos. – Do diabła, chłopie, co u ciebie?

– Patrick! – Chance wstał i uścisnął dłoń przystojnemu blondynowi. – A gdzie Susie?

background image

– Właśnie  usiłuję  zatelefonować  do  domu,  żeby  sprowadzić  naszą  dziewczynę  do 

dziecka. 

– Patrick, poznaj Brooke. Brooke, ten facet jest jednym z najbystrzejszych informatyków 

w kraju. 

– Miło mi – uśmiechnęła się Brooke. 

– Cześć,  ślicznotko.  Hej,  Chance,  widziałem  w  ubiegłym  tygodniu,  na  zjeździe,  taki 

software,  że  nie uwierzysz.  Siadaj.  Muszę  ci  o  tym  opowiedzieć,  to  jest  zupełnie  obłędny 

program. Możesz stworzyć taki arkusz, który... 

Brooke przybrała przyjemny wyraz twarzy i wyłączyła się z rozmowy, która dla niej nie 

miała żadnego sensu. Ciepło bijące od kominka sprawiło, że poczuła pragnienie, wypiła więc 

swojego drinka w dwóch dużych haustach. Patrick gadał jednostajnie o RAM-ach i ROM-ach, 

a Chance wsłuchiwał się w każde jego słowo. 

Mężczyźni i ich zabawki, pomyślała sennie Brooke. O Boże, była śpiąca, a w uszach jej 

dziwnie szumiało. 

– Pomóc ci? – spytał Patrick. 

– Hej, śpiąca królewno – powiedział Chance, gdy jej głowa opadła mu na ramię. 

– Hm?

– Świeże powietrze, wódeczka i ciepło kominka – stwierdził Chance. – Trzeba się ruszyć, 

dziecko. Wstawaj. 

– Mmmm?

– Cześć, Patrick. – Chance chichotał, obejmując Brooke. – Pozdrów ode mnie Susie. 

Tłum  rozstępował  się  życzliwie,  gdy Chance  pokonywał salę  z  Brooke  wtuloną  w  jego 

ramiona. 

– Czy... pszczółki... mają czułki? – mamrotała. 

– Podejmę intensywne studia na ten temat, kochanie. 

– Głowa Brooke podskakiwała na jego piersi, gdy się śmiał. 

– Dziękuję ci, naprawdę to doceniam. 

– Moja Brooke jest zawiana – żartował, gdy wchodzili po schodach. 

Przed drzwiami Chance postawił Brooke na nogach obejmując ją jedną ręką, drugą szukał 

kluczy w jej torebce. Potem znowu uniosła się w górę, a w chwilę później została ułożona na 

łóżku. Podniosła się natychmiast, zamrugała powiekami i zapytała:

– Czy to już rano?

– Nie, zmorzyło cię przy kominku. Zdejmę ci buty. Jak się czujesz?

– Chyba dobrze. Było tak cieplutko i przysięgłabym, że śniłam o pszczołach. 

– Myślisz, że potrafisz się rozebrać?

– Po co? – Zerknęła na niego podejrzliwie. 

– Żeby się położyć. – Uśmiechnął się. – Nie zamierzam cię uwodzić. 

– Dam sobie radę. Czuję się całkiem dobrze. 

– Tak, rzeczywiście lepiej wyglądasz. To chyba połączenie ciepła kominka i alkoholu tak 

na ciebie podziałało. 

background image

– Przepraszam, że cię tak skompromitowałam przy Patricku. 

– Nic się nie stało. Patrick pewnie uważa mnie za szczęściarza. Rzeczywiście nim jestem. 

Czy  mógłbym  cię  teraz  pocałować,  Brooke?  Sądzę,  że  w  dobrym  tonie  jest  całowanie 

gwiazdkowego prezentu na dobranoc, prawda?

– Więc ja też powinnam cię pocałować, przecież ty też jesteś moim prezentem. 

– To brzmi obiecująco – powiedział, biorąc ją w ramiona. 

Pocałunek, zmysłowy i delikatny zarazem, smakował rumem i wzbudził jej zachwyt. Był 

pełen  pasji  i  namiętności,  i  Brooke  się  nie  broniła,  gdy  Chance  delikatnie  położył  ją  na 

poduszkach. 

Płynnym ruchem obrócił się i przytulił do niej, przyciskając jej nogi udem. Usta zbliżył 

do  jej  ust.  Ręka  Chance’a  wślizgnęła  się  pod  jej  sweter  i  ruszyła  w  kierunku  piersi,  chcąc 

pobudzić brodawkę lekkimi dotknięciami palców. 

Brooke powitała  z  radością  wrażenia,  które  nią  owładnęły,  gdy poczuła  na  sobie  ciężar 

jego  ciała.  Wyraźnie  podniecony,  napierał  na  nią,  ujawniając swoje  potrzeby  i  pragnienia. 

Zanurzyła  dłonie  w  jego  gęstych  włosach  i  przycisnęła  się  mocniej  do  jego  ust.  Oddech 

Chance’a stawał się coraz szybszy. 

– Brooke – powiedział, unosząc nieco głowę – chcę cię zobaczyć. Proszę, kochana, chcę 

patrzeć na ciebie, dotykać cię. 

Brooke, raczej gestem niż słowami, zgodziła się, uniosła ramiona, by mu pomóc zdjąć z 

niej sweter i maleńki staniczek. Słyszała, jak chrapliwie wciągał powietrze, gdy zobaczył jej 

nagość. Ręce drżały mu lekko, gdy delikatnie dotykał jej gładkich piersi. 

– Jesteś  śliczna – mówił  cicho.  – Doskonała.  Twoje  piersi  są  piękne  jak  kwiaty,  tak 

gładkie, tak sprężyste. Moja. Jesteś moja. 

Chance  pochylił  głowę,  by  wziąć  do  ust  jeden  z  owych  różowych  pąków  jej  piersi, 

palcami sięgając po drugi. Brooke z trudem chwytała powietrze, poddając się podniecającym 

pieszczotom. Czuła słodki ból w dole ciała, w sekretnych miejscach swej kobiecości. Gdzieś, 

bardzo głęboko, wybuchnął w niej płomień i rozpalił się w ogień namiętności, jakiej jeszcze 

nigdy nie zaznała. 

Chance pieścił ją, aż Brooke wyrwał się cichy jęk. Znowu gorączkowo całował jej usta, a 

jego męskość napierała coraz mocniej na nią, jakby składając obietnice tego, co ją czeka. 

– Brooke – powiedział zmysłowo – chcę poczuć twoje dłonie. Potrzebuję twego dotyku. 

– Tak – skwapliwie przytaknęła i straciła na chwilę kontakt z jego ciałem, gdy podniósł 

się, żeby ściągnąć sweter. 

– Och – jęknęła z podziwem i czułością, gdy błądziła oczyma po jego owłosionej piersi. 

Dotknęła ręką tej twardej, muskularnej piersi. Pod jej dotykiem, lżejszym niż muśnięcie 

ptasiego  pióra,  Chance  zadrżał,  a  gdy  dotarła  do  jego  twardych  brodawek,  usłyszała  cichy 

pomruk. 

– Jesteś delikatna jak anioł – powiedział, przywierając do niej jeszcze mocniej. Ich usta 

znowu zetknęły się w pocałunku. 

background image

Jej piersi ocierały się o jego szorstki tors. Brooke oplotła go rękami. Pod palcami czuła 

poruszające się  sploty mięśni. Był taki silny, taki  potężny, lecz  Brooke miała  niezachwianą 

pewność, że weźmie ją delikatnie. Nie będzie myślał tylko o swoich pragnieniach, ale także o 

niej. Dręczyło ją tyle wątpliwości, nie mogła więc zrozumieć, skąd bierze się jej wiedza, że 

ich związek będzie przykładem wzajemnego oddania. I będzie rozkoszą. 

Pragnęła  go,  och  tak,  pragnęła,  by  ją  wziął.  To  będzie  dalszy  ciąg  gwiazdkowego 

prezentu. Będzie należał do niej, w tej wielkiej intymności między kobietą i mężczyzną. Jej 

mężczyzna, jego kobieta, przedmiot nie kończących się pieszczot. 

– Brooke, och, moja Brooke. Tak bardzo cię pragnę. Tak bardzo... 

Brooke  spojrzała  w  jego  szafirowe  oczy,  teraz  prawie  szare  z  podniecenia.  Widziała 

napiętą twarz i czuła dreszcz przebiegający jego ciało. Starał się nie stracić kontroli nad sobą. 

Zanim  coś  zdążyła  powiedzieć,  odwrócił  się  i  usiadł  na  krawędzi  łóżka.  Oparł  łokcie  na 

kolanach, zwiesił głowę i oddychał nierówno. 

Brooke położyła mu rękę na plecach, lecz on gwałtownie się poderwał. Nie patrząc na nią 

podał jej sweter. 

– Okryj się – powiedział cicho. 

– Dlaczego, Chance?

– Już nie mogę dłużej. Potwornie cię pragnę i jeżeli dotkniesz mnie jeszcze raz, nic mnie 

nie powstrzyma. Powiedziałem, że cię nie uwiodę i nie zrobię tego, przysięgam. Lecz pragnę 

cię aż do bólu. Idę do mojego pokoju. Dobrze się czujesz?

– Nie. 

– Co  się  stało? – Mówiąc  to,  odwrócił  się,  by  na  nią  spojrzeć.  – Do  diabła,  jestem 

mężczyzną, nie świętym. 

– A ja jestem kobietą, a nie dzieckiem. 

– Co to znaczy?

– Ciągle  za  mnie  podejmujesz  decyzje.  Świetnie,  przecież  jestem  twoim  świątecznym 

prezentem. Ale do tej pory nie zrobiłam nic, poza tym, że powiedziałam, żebyś trzymał się z 

daleka od tej rudej. Chance, czy będziesz czuł się zniewolony, jeżeli powiem, że chcę, żebyś 

kochał  się  ze  mną?  Czy  za  dużo  pragnę?  Zrozumiem,  jeżeli  tak  uważasz.  Nie  zmieni  to 

naszych  stosunków,  ale  ja  naprawdę  pragnę  ciebie  i  nawet  nie  wiem,  czy  mogę.  Och, 

kochany, rozpłaczę się za chwilę, więc powiedz – nie, i odejdź. 

Brooke zwiniętym swetrem okryła piersi, zamknęła oczy i czekała ze ściśniętym gardłem. 

Chance długo się nie odzywał. Czuła, że jest coraz bardziej napięty. Chciała zerknąć na niego 

spod opuszczonych powiek, żeby zobaczyć jego twarz, sprawdzić, jakie wrażenie, zrobiły na 

nim jej słowa, ale nie miała odwagi. 

Nigdy  dotąd  nie  zrobiła  czegoś  równie  nieprzemyślanego.  Chciała  się  kochać  z 

Chance’em. Po prostu i zwyczajnie. Pragnęła go. I chyba umarłaby, gdyby ją odrzucił. 

– Czy zdajesz sobie sprawę z tego, co mówisz i robisz? – powiedział w końcu. 

– Tak – odparła, powoli otwierając oczy. – Ale jeżeli ty nie... 

background image

– Ja  cię  nie  chcę?  Wiesz,  że  to  nieprawda.  I  na  pewno  nie  będę  się  czuł  zniewolony. 

Wprost  przeciwnie,  to  zaszczyt  dla  mnie.  Ale  Brooke,  jedno  musisz  zrozumieć.  Możemy 

oboje zdecydować się na ten krok i dzielić razem piękne, wspaniałe doświadczenie. Jednakże 

nie możemy przewidzieć naszych reakcji, i każde z nas musi być odpowiedzialne za siebie. 

Zgadzasz się?

– Tak. 

– To  da  nam  prawo,  by  myśleć  o  wspólnej  przyszłości.  Dlaczego  mówię  to  wszystko? 

Ponieważ mam się kochać z kobietą, która jest i będzie moją jedyną miłością. Nigdy, nigdy, 

Brooke, nie zapomnę tej nocy. 

Łzy  napłynęły  jej  pod  powieki,  gdy  słuchała  łagodnych  słów  Chance’a.  Jej  serce 

przepełniała  miłość.  Nie  chciała  myśleć  o  niczym  poza  tą  chwilą,  nie  chciała  analizować  i 

podawać  w  wątpliwość  tego,  co  się  tutaj  działo.  Nie  było  nic  poza  tym  pokojem,  nie  było 

jutra, żadnych zmartwień, wątpliwości czy lęków. Był tylko Chance i była szansa na... miłość. 

Chance  podniósł  jej  dłoń,  ucałował  z  przejęciem  i  położył  na  sercu.  Mijały  długie 

sekundy, a oni patrzyli na siebie, zanim znowu położył się na łóżku. Przyjęła go w objęcia, 

odrzucając  okrycie,  by  nic  nie  rozdzielało  ich  rozpalonych  ciał.  Jej  piersi  stwardniały,  gdy 

otarły  się  o  szorstki  zarost  jego  piersi.  Wygięła  się,  by  pełniej  odczuwać  każdą  pieszczotę, 

którą ją obdarzał. 

Chance z niesamowitą, dręczącą powolnością całował ją i pieścił. Powoli, nie spiesząc się 

zsuwał z niej spodnie, potem majteczki. Całował aksamitną gładkość ciała, które odsłaniało 

się  przed  nim.  Była  coraz  bardziej  podniecona.  Poruszyła  się  pragnąc  jeszcze  większej 

podniety,  lecz  on  ciągle  zwlekał.  Ramiona  drżały  mu  z  wysiłku,  gdy  utrzymywał  nad  nią 

ciężar swego ciała. 

– Jesteś taka piękna – powiedział, a jego oczy błądziły po jej błyszczącej, nagiej skórze. 

– Chance, bardzo cię pragnę. 

Odsunął  się  na  chwilę,  by  pozbyć  się  resztek  ubrania.  W  świetle  lampy  ujrzała  jego 

doskonale proporcjonalne ciało. Jego mocna męskość była gotowa, by ją posiąść, wypełnić ją, 

a ona pragnęła spełnienia, które obiecywał. 

– Proszę – szepnęła. 

Pochylił się nad nią i złożył na jej ustach namiętny pocałunek. Rękami błądziła po jego 

barkach,  czując  siłę  i  sprężystość  jego  ciała.  Rozsunął  kolanem  jej  uda,  by  sięgnąć  ku  jej 

kobiecości, lecz się zawahał. 

– Brooke, powiedz to – poprosił zmysłowym głosem. – Powiedz, że mnie kochasz. 

– Kocham cię, Chance. Naprawdę, kocham. I wtedy wszedł w nią. 

Doznała tak cudownych wrażeń, o jakich nawet  nie śniła. Chance przysunął  się jeszcze 

bliżej i wypełnił ją sobą. Ich ciała poruszały się zgodnie, przypływały i odpływały, szybciej, 

mocniej, coraz zuchwałej, aż Brooke prawie utraciła świadomość i spazm rozkoszy przebiegał 

przez jej ciało jak błyskawica. 

– Chance – zawołała, ściskając jego ramiona. 

background image

– Tak,  Brooke,  tak – powiedział.  Przez  chwilę  pochylał  się  nad  nią,  a  potem  opadł  z 

jękiem obok. 

Po krótkiej chwili uniósł się znów i pocałował ją mocno, pytając:

– Nie sprawiłem ci bólu?

– Nie, nie, było cudownie. 

– Tak, to było cudowne, ty byłaś cudowna. Kocham cię. Proszę, Brooke, błagam, nie miej 

wyrzutów, że to się stało. Nie żałuj niczego. Niech to dla ciebie będzie czym chcesz, ale nie 

żałuj niczego. 

– Obiecuję. Nigdy nie będę żałować, Chance. Przygarnął ją do siebie i złożył delikatny 

pocałunek na jej czole. Wkrótce równy oddech powiedział Brooke, że Chance zasnął, a ona 

uśmiechała się w mroku do siebie. 

Ogarnął  ją  błogi  spokój,  jakiego  jeszcze  nie  zaznała.  Oddała  się  Chance’owi  ochoczo, 

całkowicie i radośnie. Ta decyzja miała jednak o wiele większe znaczenie niż myślała. Choć 

nie  zaplanowana,  ani  wykalkulowana,  miała  przynieść  Brooke  jeszcze  coś  więcej  niż  tylko 

cudowne  wspomnienie tej nocy.  Chance był  jej prezentem  gwiazdkowym,  ale  Brooke 

otrzymała jeszcze jakby przedłużenie tego daru. Coś, co będzie zawsze przez nią kochane. 

Z niebywałą intuicją, jaką miewają tylko kobiety, w nagłym olśnieniu poznała, że Chance 

zasiał w niej ziarno, z którego poczęło się jego dziecko. 

background image

ROZDZIAŁ SZÓSTY

Brooke zbudziła się wraz z pierwszymi promieniami zimowego słońca, rysującymi jasne 

smugi na podłodze. Odwróciła głowę, zobaczyła śpiącego obok niej Chance’a i uśmiechnęła 

się. W pierwszym odruchu osłoniła rękami swój obnażony brzuch. 

Nagle poczuła się starsza, jak gdyby przekroczyła niewidzialną linię i w końcu osiągnęła 

dojrzałość, której dotąd była pozbawiona. Była kobietą. Urodzi dziecko mężczyźnie śpiącemu 

obok niej. Nie, nie zaplanowała sobie, że  zdobędzie ten drogocenny skarb, zagnieżdżony w 

niej głęboko. Ale czuła, że to się dokonało. 

Przepełniała ją radość. 

Całą miłość i troskę, całe poświęcenie, którym otoczyłaby Chance’a, odda temu dziecku. 

Rozstanie  z  Chance’em  nie  będzie  całkowite,  bo  przecież  zostawi  jej  cząstkę  siebie,  którą 

teraz ona nosi w sobie. 

Brooke patrzyła na Chance’a, obserwowała równomierne wznoszenie się i opadanie jego 

piersi w czasie oddechu, ciemne rzęsy nad opalonymi policzkami i cień zarostu na podbródku. 

Kochała  go  całą  sobą.  Był  jej  mężczyzną,  jej  kochankiem,  jej  Świętym  Mikołajem,  jej 

prezentem  gwiazdkowym.  Gdyby  jeszcze  połączenie  ich  ciał  było  zjednoczeniem  dusz... 

Gdyby  tylko  mogła  mu  uwierzyć.  Ale  był  mężczyzną,  a  Brooke  nie  pojmowała  męskich 

zachowań. 

– Kocham cię, Chance – szepnęła. 

– Ja ciebie też – zamruczał. 

– Nie chciałam cię obudzić. 

Chance otworzył oczy i odwrócił głowę, by na nią spojrzeć. 

– Nie wyobrażam sobie milszego początku dnia – powiedział, dotykając dłonią jej piersi. 

– Dzień dobry, śliczna Brooke. 

– Dzień – och – zakrzyknęła, gdy posadził ją na sobie. 

– Mmmm, świetnie. Jesteś taka miękka i ciepła. Kocham cię – mówiąc to, przyciągnął ku 

sobie, żeby ją pocałować. 

Ich usta spotkały się, a dłonie Chance’a powędrowały wzdłuż pleców Brooke i spoczęły 

na  jej  szczupłych  pośladkach.  Czuła  pod  sobą  jego  podniecenie – gotowa,  pragnąca, 

rozpalona. Uniósł ją jak piórko i chwycił wargami różową brodawkę jej piersi. 

– Och, Chance. – Brooke z trudem łapała powietrze. 

– Pragnę cię, tak bardzo – powtarzał – tak bardzo. Dłonie Chance’a błądziły po jej ciele, 

podczas gdy ustami pieścił jej piersi. Ujął ją mocno, z nieskończoną delikatnością osadził na 

sobie  i  patrzył  na  jej  przymknięte  oczy.  Ogarniało  ją  pożądanie,  zaczęła  się  poruszać, 

wypełniona jego męskością, a on wychodził jej na spotkanie. 

– Och,  Brooke – powiedział – chodź  ze  mną,  teraz.  Była  blisko,  coraz  bliżej, 

przedzierając  się,  szukając skarbów,  które  umykały  i  nagle...  tam  dotarła.  Przypłynęły  fale 

rozkoszy i wstrząsnął nią przyjemny spazm. Pod sobą poczuła drżącego Chance’a. Pochylała 

się  coraz  niżej,  aż  oparła  się  na  jego  mocnej  piersi  i  bezpieczna,  w  jego  objęciach, 

background image

powracała... na ziemię. 

– Byłaś  niesamowita – powiedział,  kładąc  ją  obok  siebie  i  odsuwając  mokre  kosmyki 

włosów z czoła. 

– Nigdy nie czułam się tak wspaniale. To było piękne. 

– Pomyśl o tym, kochanie. Zaufałaś mi na tyle, że mogłem się do ciebie zbliżyć. Widzisz, 

że cię nie skrzywdziłem. Zaufanie powoli wchodzi do naszego życia. Jeżeli mogłaś oddać mi 

się  tak  jak  przed  chwilą,  wiec  mi  uwierzyłaś,  to  czemu  nie  zrobisz  następnego  kroku? 

Dlaczego nie uwierzysz, że cię kocham? Nie poślubisz mnie? Dlaczego nie zostaniesz ze mną 

na zawsze? Dlaczego, Brooke?

– Ja... 

– Nie, nie odpowiadaj. Pomyśl tylko o tym. 

– Dobrze. Och, taka jestem śpiąca. 

– Zostawię cię tutaj, śpiącą, a sam pójdę na narty. 

– Nie chce mi się ruszać. 

– Za kilka godzin będę z powrotem i wtedy zjemy obfite śniadanie. 

– Mmmm. 

Brooke zasnęła, nawet nie słysząc, jak wychodził. Kiedy się przebudziła, przeciągnęła się 

leniwie. Wspomnienie słów Chance’a zaczęło do niej docierać. 

Miał rację, myślała. Ufała mu podczas miłosnego aktu. Poszła za nim bez lęku i wahania, 

nie myślała o następstwach. Jego pytanie było uzasadnione. Dlaczego nie  mogła zaufać mu 

całkowicie?

– Ponieważ się boję, Chance – powiedziała. – Jestem śmiertelnie przerażona. Uwierzyć w 

ciebie,  to  uwierzyć  intuicji.  – Jakże  dziwne  było  to,  że  odnajdywała  w  sobie  zaufanie  do 

mężczyzny,  którego  kochała.  Jednocześnie  nie  miała  najmniejszej  wątpliwości,  że  nosi  w 

sobie jego dziecko. I to była prawda. W przyszłości będzie uwielbiała to swoje wspomnienie 

o Chansie. 

Ubrała się i zeszła do baru na kawę. Postanowiła poczekać, aż Chance wróci na śniadanie. 

Siadła przy oknie i obserwowała narciarzy na odległych stokach. 

Minęła  godzina,  gdy  Brooke  zauważyła  zbliżającego  się  Chance’a.  Ubrany  był  w 

ciemnoniebieski  kombinezon  narciarski,  policzki  miał  zaróżowione  od  zimna,  a  włosy 

wilgotne i skręcone. 

– Cześć – powiedział Chance, siadając naprzeciw niej. – Zrobiło się ciepło, o, już idzie 

śniadanko. 

Przez chwilę jedli w milczeniu. 

– Brooke – Chance  pierwszy  przerwał  ciszę – pojechałabyś  na  kulig,  zanim  stąd 

odlecimy?

– Och, tak, z przyjemnością. 

– Okay. Bardzo się cieszę, że przyjechałaś tutaj ze mną. Nie tylko dlatego, że kochaliśmy 

się...  Mam  nadzieję,  że  zdajesz  sobie  sprawę,  jak  duże  znaczenie  ma  to  dla  mnie,  jak  było 

cudownie. 

background image

– Czuję to samo. 

– Ale stało się coś więcej. Uwierzyłaś mi. Jak na początek, to zupełnie nieźle. Posłuchaj, 

czyż nie jest prawdą, że nie podawałaś w wątpliwość moich słów, kiedy powiedziałem ci, że 

pracowałem do późnej nocy, zanim tu przyjechaliśmy?

– Rzeczywiście, masz rację. 

– No widzisz? Jest więcej zaufania między nami niż przypuszczałaś. Brooke, kocham cię 

bardzo. Chcę, byś za mnie wyszła i żebyśmy obchodzili następne święta Bożego Narodzenia 

już w trójkę z naszym dzieckiem. 

– Dzieckiem?

– Tak,  Brooke.  Z  naszym  dzieckiem.  Oczywiście,  jeżeli  nie  chcesz  już  w  tej  chwili 

zakładać  rodziny,  poczekamy.  Przecież  dziecko  to  coś  tak  szczególnego,  wspaniałego,  że 

powinno  się  taką  decyzję  podejmować  wspólnie.  Takiej  sprawy  nie  powinno  się  zostawiać 

jednej osobie. 

– Co... ? – Brooke czuła, jakby w żołądku miała twardą kulę. 

– Nigdy.  Wyobrażam  to  sobie  tak:  siadam  z  moją  żoną,  rozmawiamy  o  tym,  a  potem 

kochamy  się  tak  wspaniale  jak  nigdy.  Chcę  wiedzieć,  kiedy  i  gdzie  zostanie  poczęte  moje 

dziecko,  żeby  być  częścią  jego  życia,  od samego  początku.  Ale  na  dzisiaj  dość poważnych 

rozmów. Chodźmy na sanki. Pójdę na górę po kurtki. 

– Dobrze – kiwnęła głową Brooke. O, Boże, co się stało? Wiedziała, wiedziała od samego 

początku, że nosi w sobie dziecko Chance’a, a on miałby powiedzieć – nie?! Ale to przecież 

niemożliwe, nie stworzyła sama tego dziecka. Ona i Chance wspólnie do tego dążyli – dając 

sobie  siebie  nawzajem,  biorąc  i  dzieląc  się  sobą.  Owoc  tego  zjednoczenia  był  ich  wspólny. 

Przecież nie tylko ona ponosi za to odpowiedzialność. 

Nie,  nie,  to  niezupełnie  tak,  to  wszystko  było  szalone.  Dziecko  było  jednak  tylko  jej, 

ponieważ po świętach nie będzie przecież więcej Chance’a. Na chwilę była pod jego urokiem, 

kiedy mówił o dziecku, które będą mieli, gdy już  zostaną małżeństwem. Jakie małżeństwo? 

Och tak, kochała go, chciała być jego żoną, spędzić z nim resztę życia. 

A  Chance?  Jakże  łagodnie  i  ciepło  patrzył  na  nią,  kiedy  opowiadał  o  ich  wspólnej 

przyszłości.  To  było  jak  hipnoza,  odbierało  możliwość  jasnego  myślenia.  Wydawał się  taki 

szczery,  taki  kochający.  Czy  rzeczywiście  chciał  tego  wszystkiego,  o  czym  mówił  z  takim 

przekonaniem? Chciał ją poślubić, porzucić wszystko, co było przed nią? Czyżby naprawdę 

był jej Mikołajem, jej gwiazdkowym prezentem, a nie kaprysem wyobraźni? Miała w głowie 

chaos. 

Kasztanowy  koń  dźwięcząc  dzwoneczkami  powiózł  ich  przez  śnieżne  przestrzenie. 

Woźnica  w  cylindrze,  siedzący  na  koźle,  powoził  sankami.  Brooke  i  Chance  rozsiedli  się 

wygodnie,  przykryci  grubym  pledem,  przytuleni  do  siebie,  z  policzkami  i  nosami 

zaróżowionymi z zimna, uśmiechnięci. Czuli się niewiarygodnie szczęśliwi. 

Wczesnym  popołudniem  zjedli  lekki  posiłek  i  wrócili,  aby  się  spakować.  Chance 

przyciągnął do siebie Brooke i pocałował tak namiętnie, że aż zadrżała. 

background image

– Nie  chcę  wyjeżdżać – powiedział  zbliżając  się  do  niej.  – To  był  wyjątkowo  udany 

pobyt. 

– Wiem. 

– Chcę się z tobą kochać. Teraz, natychmiast. Ciekawe, czy wstrzymają z tego powodu 

start samolotu. 

– Wątpię. 

– Och,  Brooke – przyciągnął  ją  jeszcze  mocniej  do  piersi – powiesz  to  jeszcze  raz? 

Powiesz, że mnie kochasz?

– Kocham cię, Chance – szepnęła. 

– I  ja  cię  kocham.  Jakoś  cię  o  tym  przekonam.  Jesteś  moim  całym  światem,  moim 

promieniem  słońca.  Gdybym  mógł,  poślubiłbym  cię  natychmiast.  I  już  najbliższe  Boże 

Narodzenie  obchodzilibyśmy  jak  mąż  i  żona.  I  wszystkie  święta,  które  nadejdą,  zawsze 

razem.  Proszę  cię – uwierz  mi,  zaufaj  i  wyjdź  za  mnie.  Kocham  cię – powiedział  głosem 

tłumionym z emocji. 

Brooke poczuła w sobie taki spokój jak nigdy dotąd. Powoli podniosła głowę – wiedziała, 

co  ujrzy.  W  szafirowych  oczach  Chance’a  zobaczyła  łzy.  Nie  starał  się  ich  ukryć.  Obnażał 

swoją duszę, odsłaniał się przed nią, zdał się na łaskę jej słów i czynów. 

Chance Tabor naprawdę ją kochał. 

– Och, Chance – powiedziała, czując suchość w gardle. 

– Nie, nie mów nic. Rozumiem, że jeszcze nie jesteś gotowa, ale musiałem ci powiedzieć, 

co noszę w sercu i duszy. Wiem, że nie wierzysz w moją miłość. 

Ona  jednak  już  uwierzyła.  Nie  miała  wątpliwości,  wreszcie  wewnętrznie  się  uspokoiła. 

Chance odniósł zwycięstwo. Kochał ją, ona kochała jego, to wszystko było prawdą. Ale... 

Oszukała  go,  chociaż  tego  nie  chciała.  Nie  kochała  się  z  nim  po  to,  żeby  począć  jego 

dziecko, ale to się stało. I co ma teraz zrobić?

– Chyba już pójdziemy? – cicho zapytał Chance. 

– Tak. 

– Hej, nie patrz tak smutno. Możemy tu jeszcze raz przyjechać, jeżeli zechcesz. 

– Byłoby... miło. 

– Dobrze sie czujesz?

– Tak, Chance, wszystko w porządku. Chcę, żebyś wiedział, że te spędzone razem chwile 

bardzo dużo dla mnie znaczą. Będę je czule wspominać. Ty i ta podróż to najmilsze prezenty 

w moim życiu. 

– Och, Brooke – powiedział, całując ją mocno. 

– Chance – uśmiechnęła  się  do  niego  łagodnie  i  ciepło,  a  on  przesunął  palcami  po 

kosmykach jej włosów, które opadły jej na policzek, po piegach na nosie. Brooke zmuszając 

się do uśmiechu wyszła za nim z pokoju. Czuła, że zaraz się rozpłacze. 

Zarówno  w  czasie  lotu,  jak  i  później,  już  w  Denver,  gdy  samochodem  zmierzali  do  jej 

domu, Brooke starała się prowadzić miłą rozmowę. 

– Oho, ktoś zostawił w drzwiach wiadomość. 

background image

– To jest kartka od Gran – stwierdziła Brooke. 

– Chce, żebyśmy zaszli do niej. 

– Dobrze. 

Zadzwonili do drzwi Gran. 

– Wchodźcie. Witaj, Chance. Czuję się, jakbym cię znała od dawna. 

– Czy coś się stało? – spytała Brooke. 

– Na moim łóżku leży kompletnie pijany Joey. 

– Joey pijany? – zdziwiła się Brooke. – Przecież on nie pije. Czy powiedział, co go tak 

gnębi?

– Niewiele z tego zrozumiałam – odparła Gran.

– Chodzi o Julie, Joey chciał porozmawiać ze swoim kolegą Chance’em na ten temat. 

– Pozwólcie,  że  sam  do  niego  pójdę – powiedział  Chance.  – Może  przydałaby  mu  się 

kawa?

– Zaraz zrobię – poderwała się Gran. 

Chance zniknął w sypialni, a Brooke poszła za Gran do kuchni. 

– A jak wam udał się wyjazd?

– Wspaniale, to był wyjątkowo udany pomysł. 

– Mówisz to z takim entuzjazmem, Brooke. Zakochałaś się. 

– Tak, Gran, kocham Chance’a – r powiedziała Brooke głośnym szeptem. 

– Mam nadzieję, że będziesz słuchać głosu serca, a nie głupich pomysłów, które lęgną się 

w twojej głowie. Oby udało ci się razem z panem Chance’em złapać w garść trochę szczęścia. 

– Nie będzie to łatwe, Gran. Ale nie mogę teraz o tym mówić, bo się rozpłaczę. 

– Och, kochanie, chciałabym... 

– No cóż – powiedział Chance, wchodząc do kuchni. 

– To ty miałaś rację, Brooke, a my wszyscy pletliśmy bzdury. Cały misterny plan wziął w 

łeb. 

– Co to znaczy? – spytała Brooke. 

– Chodzi  o  Julie.  Zadzwoniła  i  powiedziała,  że  jej  marzenia  się  spełniają.  Kocha 

wszystko, co jest związane z pracą modelki. I Joey został przesunięty na ławkę rezerwowych. 

– Och, nie – jęknęła Brooke. 

– To ci głupia dziewczyna – powiedziała Gran. 

– Przełożyłabym ją przez kolano. 

Pół godziny później Chance holował przez drzwi mamroczącego Joeya. 

Brooke rzuciła się na łóżko i zalała łzami. Płakała z żalu, że teraz nie miała już prawa do 

szczerej  miłości  Chance’a,  bo  dziecko,  które  poczęli,  nie  powstało  zgodnie  z  precyzyjnym 

planem obojga. 

Jak teraz Chance oceni jej postępowanie?

Czy nie będzie chciał przyjąć do wiadomości, że już został ojcem, czy całą winą obarczy 

Brooke?

background image

Posłuchała serca zamiast rozumu, poszła za Chance’em przepełniona ufnością i radością. 

Oboje przeżyli chwile rozkoszy, nie myśląc o konsekwencjach. 

Tak, tak, pragnęła tego  dziecka. Ach,  gdyby Chance tak  dokładnie nie  zaplanował jego 

poczęcia.  To  było  przerażające  i  deprymujące.  W  ciągu kilku  godzin  odmieniło  się  całe jej 

życie. 

– Och,  kochany – pociągnęła  nosem.  Co  teraz?  Chance  potrafi  być  uparty,  kiedy  coś 

postanowi.  Określił  bezwzględnie okoliczności, w  jakich  ma  przyjść na  świat  jego dziecko. 

Przemyślał  to,  zaprogramował  całą  swoją  przyszłość.  A  Brooke?  Brooke  poddała  się 

instynktowi i podszeptom serca, gdy nadszedł odpowiedni moment. 

Wszystko,  co  mogła  ofiarować  Chance’owi,  to  dotrzymanie  obietnicy,  że  będzie  jego 

świątecznym prezentem. Dla niego mogła sprawić, że nadchodzące dni będą niezwykłe, i, na 

ile to możliwe, cieszyć się jego radością. Być może niektóre wspomnienia pozostaną, kiedy 

dwudziestego  szóstego  grudnia  rozejdą  się  ich  drogi.  Nie  będzie  wtedy  już  Świętego 

Mikołaja, nie będzie więcej Chance’a. 

Zmęczona  przykrymi  myślami  Brooke  powoli  podeszła  do  telefonu,  który  właśnie  się 

rozdzwonił. 

– Bibi?

– Julie, jak się masz?

– Dobrze. Widziałaś Joeya?

– Tak, jest załamany. 

– To straszne. Och, Bibi, czuję się rozdarta. Kocham mojego Joeya, ale również bardzo 

chcę spróbować kariery modelki. 

– A jakie są twoje plany?

– Zadzwonię  jutro  do  pracy  i  zwolnię  się.  Mam  już  wyznaczonych  kilka  pokazów. 

Zostanę  tu  przez  święta.  Potem  wrócę  do  Denver,  żeby  zabrać  rzeczy.  Ciężko  mi  będzie 

rozstawać się z tobą. 

– Nie  przejmuj  się.  Wszystko  jest  w  porządku.  Julie,  czy  jesteś  pewna,  że  postępujesz 

słusznie?

– Tak, Bibi, zdecydowałam się. Nie chciałam zranić Joeya. Kocham go, ale on marzy o 

żonie, rodzinie, a ja nie jestem jeszcze gotowa. 

– Nie,  oczywiście,  że  nie.  Dziecko...  powinno  być  zaplanowane,  chciane  przez  oboje. 

Wiem, co mówię, naprawdę. 

– Dzięki ci, Bibi. Mam poczucie winy i brakuje mi i Joeya, i ciebie. A co z Chance’em?

– Dobrze. Świetnie. W Aspen było znakomicie. 

– Zatrzyma się dłużej niż inni Święci Mikołaje na tym ziemskim padole?

– Nie, Julie. Będziemy razem tylko do końca świąt. 

– Och, Bibi, nie mogłabyś mu zaufać?

– Nie o to chodzi. Wyjaśnię ci, kiedy przyjedziesz. Tymczasem bądź szczęśliwa. 

– Postaram się. Bądź miła dla Joeya. On potrzebuje przyjaciela. 

– Teraz jest z Chance’em. 

background image

– To dobrze. Kocham cię, mała. Pa, pa, na razie. 

– Cześć, Julie. 

Brooke odłożyła słuchawkę. Będzie jej bardzo brakować Julie. Były jak siostry, dzieliły 

się radościami i smutkami. Tak dużo, za dużo zmian. 

Brooke  rozpakowała  walizkę,  zjadła  obiad.  Kilka  razy  włączała  i  gasiła  telewizor. 

Książka, którą próbowała czytać, też jej nie zainteresowała. Nie mogła sobie miejsca znaleźć. 

Kiedy usłyszała pukanie, pobiegła otworzyć. 

– Chance!

– Cześć, maleńka. Pomyślałem, że zajrzę do ciebie. Dobrze zrobiłem?

– Bardziej  niż  dobrze. Rozbierz się. Chcesz  kawy? Kanapkę?  Może  zjesz  obiad?  Mogę 

przygotować... 

– Spokojnie, motorku – powiedział, biorąc ją w ramiona i – całując mocno. 

– Chyba trochę za dużo gadam – stwierdziła, z trudem łapiąc oddech. – Jak Joey?

– Trzeźwy, leczy kaca i  złamane serce. Chłopak marzył, pragnął mieć żonę, dziecko.  Z 

mojego punktu widzenia, to nie są żądania zbyt wygórowane. 

– Ja... Napijesz się kawy?

– Co? O tak, poproszę. 

– Zaraz wrócę. 

– Cudownie pachnie. Czy Julie dzwoniła?

– Tak, ale nie rozmawiajmy o tym. 

– No, dobrze. Zastanawiałem się, co zrobisz z tym mieszkaniem. 

– Czynsz jest zapłacony do końca miesiąca. Zadecyduję, kiedy Julie przyjedzie po swoje 

rzeczy. 

– Rozumiem. To byłaby dla mnie szansa, żeby ponowić propozycję, ale poczekam. Boję 

się, że jeżeli będę powtarzał to zbyt często, każesz mi się wypchać. 

– Pij swoją kawę – uśmiechnęła się Brooke. 

– Wiesz, Gran to bardzo miła dama. Byliby świetną parą z moim dziadkiem. 

– Chcesz bawić się w Amora?

– Ech, gdybym potrafił, to cały świat chodziłby zakochany. 

– Włączyć telewizor?

– Proszę. Co mamy do obejrzenia?

– Chance, czy spędzisz ze mną tę noc?

– Nie przesłyszałem się?

– Och, kochany, czy powiedziałam to zbyt bezpośrednio?

– Nie, skądże, ale nie mogę uwierzyć. Mówisz poważnie?

– Jak najbardziej. 

– Ale dlaczego?

– Ponieważ spędziliśmy cudowny weekend i myślę, że moglibyśmy go przedłużyć. 

– Kupuję pomysł. Zostaję. Ciągle mnie zaskakujesz, Brooke. 

– A nie spodziewałeś się tego? – spytała, wstrzymując oddech. 

background image

– Ciekawe,  co  mnie  jeszcze  spotka?  Wiesz,  zostawiłem  w  Aspen  przybory  do  golenia. 

Ale pech, prawda?

– Jesteś jednym z tych ciągle roztargnionych geniuszy – powiedziała śmiejąc się Brooke. 

– Czyżby?  Hej,  to  brzmi  dumnie.  Podoba  mi  się.  Wiesz,  możesz  wynająć  pokój  Julie 

świętemu Bernardowi. Tylko się upewnij, czy ma przyzwoitą, stałą pracę. 

Brooke  śmiała  się  i  mocniej  przytulała  do  Chance’a.  Zaczęli  śledzić  film  szpiegowski, 

który właśnie nadawała telewizja i ściszonymi głosami komentowali wydarzenia na ekranie. 

Brooke  sama  była  zdziwiona,  że  ośmieliła  się  poprosić  Chance’a,  by  u  niej  został.  Ale 

potrzebowała  jego  bliskości.  Ich  wspólne  godziny  były  już  policzone,  zegar  nieubłaganie 

odmierzał  czas.  Każda  chwila  powinna  być  wysmakowana.  Każda  była  częścią  jej 

gwiazdkowego prezentu. 

– Zaczął  prószyć  śnieg,  gdy  jechałem  tutaj.  Denver  znowu  przybiera  wygląd  miasta  z 

obrazka. Ależ piękna pora roku. 

– O, tak, bardzo. 

– Dużo się zmieniło, odkąd się poznaliśmy, prawda?

– Tak. 

– To dobrze, Brooke. Kocham cię tak bardzo. Muszę to powtarzać, bo inaczej rozpadnę 

się  na  kawałki.  Kocham cię.  Przestań  skręcać  loki.  Nie  ma  niczego  w  moim  uczuciu,  co 

mogłoby powodować takie wzburzenie. Myślę, że ten młody Włoch to kanciarz. 

– Co? O, nie, na pewno nie. Raczej ten dzielny Grek. 

– Zbyt oczywiste. 

– Założysz się?

– Sama  o  to  prosiłaś.  Dobrze,  Bradley.  Załóżmy  się,  kto  przegra,  ten  przygotuje 

śniadanie. 

– Załatwione, Tabor. 

– Moje menu poznasz później. 

– Szsz. Nie chcę niczego przegapić; wszystko wskazuje na to, że mam rację. 

– Mylisz się, to jest Włoch. 

– Szs-zsz!

Zbrodniarzem  okazała  się  miła  babunia  z  siwymi  włosami,  strzelająca  zatrutymi 

pociskami z laski, którą wspierała się przy chodzeniu. Chance wrzeszczał i bredził, pohukiwał 

groźnie i ironicznie syczał twierdząc, że ten film to kompletna bzdura. Brooke skręcała się ze 

śmiechu,  aż  wreszcie  Chance  uciszył  ją  długim  pocałunkiem.  Zawarli  porozumienie  i 

postanowili, że śniadanie przygotują razem. 

Później  znaleźli  się  w  łóżku.  Dotykali  się,  całowali  i  pieścili,  aż  ogień  ich  namiętności 

wystrzelił  gwałtownym  płomieniem – nie  mogli  się  już  dłużej  powstrzymać  i  w  idealnej 

harmonii przeżyli moment miłosnej ekstazy. 

Zasnęli  w  końcu  z  głowami  na  jednej  poduszce  i  splecionymi  rękami.  To  był  sen 

kochanków – nasyconych,  wyczerpanych,  zadowolonych.  Kiedy  zbudzili  się  wcześnie  o 

poranku,  znowu  przylgnęli  do  siebie  i  udali  się  w  podróż  do  sekretnych  miejsc,  pełnych 

background image

ukrytych skarbów. 

– Jeeeść! Umieram z głodu! – zawołał Chance. Wyślizgnął się z łóżka i wyjrzał za okno. 

– Rany boskie!

– Co się stało? – zapytała Brooke sennym głosem. 

– Włącz radio, kochanie. Zasypało nas. 

– Naprawdę? – Brooke zerwała się,  by to  zobaczyć.  – O,  Boże,  jest  wspaniale, a  śnieg 

dalej pada, tak że nawet drugiej strony ulicy nie widać. Brrr, zimno. Zabawne, ale wcale tego 

wcześniej nie czułam. 

– Wzmocnię ogrzewanie. Chociaż cieplutkie ciałko jest znacznie przyjemniejsze. 

– Sinieję z zimna – powiedziała Brooke i znowu wskoczyła do łóżka. 

Chance  wciągnął  dżinsy  i  wyszedł  do  saloniku.  Po  chwili  wrócił  i  podniósł  budzik  z 

nocnej szafki. 

– Nakręcony,  nic  dziwnego,  że  działa – powiedział.  Nie  ma  prądu  ani  ogrzewania, 

telefony też nie działają. 

– Jesteśmy jak osadnicy na Dzikim Zachodzie! – krzyknęła Brooke nakrywając się kołdrą 

po samą brodę. 

– Cholera – zaklął  Chance.  Siadł  na  krawędzi  łóżka  i  sięgnął  po  buty.  – Wyłączone 

ogrzewanie. Muszę gnać do biura. 

– Po co? Chance, nie możesz wyjść w takich warunkach. 

– Muszę. Mam bardzo delikatny sprzęt  komputerowy, wrażliwy na zimno  i  na wysokie 

temperatury. Jeden z pokoi jest wyposażony w grzejniki akumulatorowe. Muszę je koniecznie 

włączyć. 

– Jadę z tobą. 

– Nie. Jest paskudnie. Zostań. 

– Ale ja chcę pójść z tobą. 

– Powiedziałem,  nie, Brooke! – zwrócił  się  do niej szorstko. Chwycił koszulę  i  szybko 

wyszedł. 

background image

ROZDZIAŁ SIÓDMY

Za oknem  bezustannie  huczała  zamieć,  a  mieszkanie  było  zimne,  ciemne  i  opuszczone. 

Późnym  rankiem  zapukała  Gran  i  oświadczyła,  że  schodzi  na  pierwsze  piętro  pograć  z 

paniami z dołu w karty przy świecach. 

Denver było zasypane śniegiem. Bez radia i telewizji Brooke mogła się tylko domyślać, 

jak straszna była ta zamieć. 

A Chance? Jej Chance był gdzieś tam, w tym białym piekle. 

Brooke  zaczęła  spacerować  po  mieszkaniu,  próbując  gimnastyki  dla  rozgrzewki.  W 

południe  miotała  przekleństwa  z  wściekłości  na  Chance’a.  Jak  śmiał  odejść  do  swoich 

komputerów,  twardych  dysków  i  czegoś  tam  jeszcze,  i  zostawić  ją  samą?  Ale  zaraz  gniew 

ustępował  rozsądkowi  i  znowu  szalała  z  niepokoju.  Zjadła  pomarańczę,  garść  ciasteczek  i 

pomidora. Rozbolał ją brzuch i głowa. 

Mieszkanie było ciemną, ponurą i zimną jaskinią. 

Burza jeszcze się wzmogła. Chance’a ciągle nie było. 

Udusi go!

Nie, kiedy już wróci, pewnie padnie mu z ulgą w ramiona. 

O trzeciej Brooke zjadła marchewkę, wzięła aspirynę i siadła na kanapie. 

– Ach! – krzyknęła,  gdy  nagle  pokój  ożył  w  jasnym  świetle  lamp,  a  ekran  telewizora 

zamigotał. Rozległo się bulgotanie i z otworów grzejnika zaczęło płynąć ciepłe powietrze. 

– Dzięki  Bogu – westchnęła  i  podniosła  się,  żeby  wyregulować  telewizor  i  usłyszeć 

wreszcie ludzki głos. 

–  ...  najgorsza  pogoda  od  kilkudziesięciu  lat – mówił  spiker.  – Dzięki  wysiłkom  załóg 

pracujących  w  tych  niezwykle  trudnych  warunkach  stopniowo  przywracany  jest  dopływ 

elektryczności.  Prosimy  wszystkich,  by  pozostali  w  domach,  ponieważ  widoczność  jest 

bardzo zła, a jazda samochodem prawie niemożliwa. Nie ma oznak poprawy, a służby meteo 

zapowiadają  nadejście  kolejnego  frontu  burzowego.  Denver  znajduje  się  między  frontami. 

Powtarzam, pozostańcie w domach. 

– Słyszysz, Tabor? Powinieneś zostać – powiedziała do siebie Brooke i poszła do kuchni, 

żeby zrobić sobie kawy. 

Do czwartej zdążyła zrzucić z siebie dodatkowe swetry i została w dżinsach i koszulce. W 

mieszkaniu było ciepło i jasno, a z telewizora docierał monotonny głos spikera donoszący o 

śnieżnej burzy. Telefon ciągle nie działał, a Chance nie wracał. 

Słysząc pukanie Brooke zerwała się i pobiegła otworzyć. Ujrzała przed sobą trzęsące się 

stworzenie pokryte od stóp do głów śniegiem i soplami lodu. 

– Chance? – szepnęła. – Chance, to ty?

– Tak... to... ja. 

– Wchodź. 

– Och – jęczał. – Jestem zmarznięty na kość. 

background image

– Zdejmuj ubranie. Nie, zaczekaj, najpierw nastawię prysznic. Nie! Może powinnam dać 

ci kawy albo... Wiem! Brandy. Tak, oczywiście. Trochę mocnego al... 

– Brooke, umrę, zanim się na coś zdecydujesz. Przygotuj mi gorącą kąpiel, dobrze?

– Tak, już robię – zawołała i pobiegła do łazienki. Chance szedł za nią powoli, poruszając 

się sztywno jak nie naoliwiony robot. 

– Pomożesz  mi  się  rozebrać? – zapytał  w  łazience.  – Och,  nigdy  w  życiu  tak  nie 

zmarzłem. Nigdy!

Brooke  prychała  i  sapała,  a  nawet  kilka  razy  zaklęła,  zanim  udało  się  uwolnić  go  z 

przemoczonego, sztywnego pancerza. Chance wszedł ostrożnie do wanny, podciągnął kolana 

pod brodę i zanurzył się w ciepłej wodzie. Brooke klękła na podłodze. 

– Tak się o ciebie martwiłam. Co się stało?

– Do biura dotarłem bez problemów. Zabezpieczyłem sprzęt i wyszedłem. O, Boże, co za 

szaleństwo!  Nie  można  było  jechać,  żadnych  autobusów  ani  taksówek – niczego.  Brnąłem 

więc pieszo. 

– Wróciłeś pieszo? Och, Chance. 

– Nie  mogłem  zadzwonić,  żeby  ci  powiedzieć,  że  spróbuję  przeczekać  najgorsze,  a 

wyobraziłem sobie, jak bardzo będziesz się denerwować, więc brnąłem dalej. 

– To cudownie, że pomyślałeś o mnie i przyszedłeś. To było nierozsądne, ale... kochane i 

słodkie. Dziękuję ci. 

– Chcesz popływać ze mną w wannie? – uśmiechnął się szeroko. 

– Sam się ledwo mieścisz. Przygotuję szybko jakiś obiad. A ty, gdy się już rozgrzejesz, 

wskakuj  do  łóżka.  Chance,  mówię  poważnie – to,  co  zrobiłeś,  to  że  tutaj  przyszedłeś,  jest 

zupełnie niesamowite. 

– Kocham  cię,  Brooke.  Wiedziałem,  że  muszę  to  zrobić.  – Brooke  pochyliła  się  i 

pocałowała Chance’a. Jej  serce przepełniała miłość. Dla niego ta wyprawa przez śnieg była 

po prostu czymś, co powinien uczynić. Dla niej to było niezwykłe świadectwo jego troski o 

nią. 

Kochała  go  bardzo,  potrzebowała,  pragnęła  go  mieć  na  całe  życie.  Jego  uczucie  było 

najpiękniejszym darem i nie chciała go stracić. 

Może... nie jest w ciąży. Może... Ale nie, na pewno nosiła dziecko Chance’a. Wiedziała o 

tym. Po prostu... wiedziała. Czy on zrozumie, że naprawdę nie ukartowała tego wszystkiego? 

Przecież  on  był  częścią  tego,  co  się  wydarzyło.  Tak,  oczywiście!  Chance  zrozumie.  Nie! 

Chance  nie  zrozumie.  A  ona  oszukuje  się,  myśląc,  że  może  być  inaczej.  Miał  ustalone 

poglądy na temat poczęcia przyszłego dziecka, a  ona nie postąpiła według jego precyzyjnie 

opracowanego planu. 

Pragnęła dziecka Chance’a. Wprawdzie trochę się bała, nie żałowała jednak, że się w niej 

zagnieździło. Ale, o Boże, pragnęła mieć także jego ojca. 

– Weź się w garść, Brooke – powiedziała sobie twardo, stawiając talerze na tacy. 

Chance leżał na łóżku, przykryty kocami. 

– Wstawaj. Zupa podana. 

background image

– Zimno mi. 

– Nie mam niczego, co by się nadawało dla ciebie. Chociaż nie, poczekaj. W pokoju Julie 

jest chyba koszulka Joeya. Odwróć się i weź tacę. 

– Zimno mi. 

Koszulka Joeya była za duża, lecz Chance potulnie ją założył. 

– Góra już ogrzana – a co z resztą?

– Pomyślimy  o  tym  później.  A  teraz  jedzmy.  Siedli  opierając  się  o  poduszki  i  jedli  w 

milczeniu. 

W końcu Chance oświadczył, że prawdopodobnie nie umrze. 

– Nie potrafię dobrze torować drogi – powiedział kładąc tacę na podłodze. – Nie jestem 

wystarczająco  twardy.  Ciekawe,  czy  mój  samochód  odmarznie  kiedykolwiek.  Miałaś  chyba 

okropny dzień?

– Julie to spryciarz. Siedzi sobie w Kalifornii, gdzie jest ciepło i słonecznie... 

– Nie rozmawiajmy o  Julie,  Brooke. Wiem,  że  jesteście bardzo  sobie bliskie  i  nie chcę 

dyskutować o tym, co zrobiła Joeyowi. Nie wydaje mi się, by Julie naprawdę go kochała. Nie 

zraniłaby go w taki sposób. Istnieje coś takiego jak kompromis, prawda?

– Chance, Joey nie przedstawił żadnego kompromisowego rozwiązania. 

– Nie dano mu szansy. 

– Tak? Twierdzisz, że zgodziłby się’ ożenić z Julie, popierać jej karierę modelki i czekać 

z powiększeniem rodziny?

– No cóż. Rzeczywiście upierał się przy swoim. Ja jestem taki sam. Chcę poślubić Brooke 

Bradley,  wyjechać  na  wspaniały  miodowy miesiąc  i  spędzić  go  w  jakimś  ciepłym  miejscu. 

Zbudować dom, a potem zadecydować, kiedy ma się pojawić dziecko. 

– Rozumiem – powiedziała cicho Brooke. – Czy jest tu miejsce na kompromis?

– Ależ  tak.  Możemy  przedyskutować,  jaki  ma  być  ślub,  gdzie  chciałabyś  zamieszkać, 

kiedy zdecydujemy się powiększyć rodzinę – to są sprawy do negocjacji. 

– Ale porządku wydarzeń zmienić nie można?

– Jest  logiczny.  – Wzruszył  ramionami.  – Miodowy  miesiąc  jest  zawsze  poprzedzony 

ślubem, prawda?

– Część ludzi chce żyć tu i teraz. 

– To prawda, ale to nie dla mnie. Ja chcę mieć ślub. 

– I wiedzieć, kiedy twoje dziecko będzie poczęte?

– spytała szeptem. 

– O, tak! – Mówiąc to założył ręce pod głowę. 

– Jakiż  to  będzie cudowny moment  w moim  życiu. Pomyśl,  Brooke. Ty  i  ja – razem –

będziemy  sprawcami  cudu.  Teraz,  kiedy  się  kochamy,  to  jest  cudowne  przeżycie.  A  tej 

wyjątkowej  nocy  przyjdziemy  do  siebie  i  zacznie  się  w  tobie  nowe  życie,  dzięki  naszej 

wzajemnej miłości. Ta myśl zapiera mi dech. 

Brooke nie mogła mówić – łzy ścisnęły jej gardło. 

– Bardzo chcę, żebyś mnie poślubiła – Chance ściszył głos. – Naprawdę. 

background image

– Nie mogę. 

– Zobaczymy.  Joey  znalazł  się  na  ławce  rezerwowych,  ale  ja  jeszcze  nie  usłyszałem 

końcowego gwizdka.  Chodź  tu,  mój  świąteczny  prezencie.  Myślałem,  że  zamierzasz 

zaproponować sposób  na  ogrzanie tych partii  mojego ciała, które  nie są  osłonięte koszulką. 

Hej, co się stało? Wyglądasz, jakbyś zamierzała się rozpłakać. 

– Nie, nic mi nie jest. To był długi dzień i bardzo się o ciebie martwiłam. Chance, proszę, 

kochaj mnie. Teraz, natychmiast. 

– Z przyjemnością, Brooke. – Uśmiechnął się i przycisnął ją do siebie. – Ta noc należy do 

nas. 

Tak też się stało. 

Szalejąca  śnieżyca  i  długi,  męczący  dzień  odeszły  w  zapomnienie.  Była  tylko 

wspaniałość ich związku. Brooke zbudziła się w środku nocy, dotknęła Chance’a. Całowała i 

pieściła  go,  aż  natarł  na  nią  swą  twardą  męskością.  Poczuła  łzy  na  policzkach  i  przytuliła 

ukochanego  mocno  do  piersi,  jakby  chcąc  zatrzymać  na  zawsze.  Kiedy  spojrzał  na  nią 

pytająco, uśmiechnęła się, żeby go uspokoić. Wkrótce usnął, zostawiając Brooke wpatrzoną w 

ciemność. 

W nocy śnieg przestał padać i o świcie służby drogowe przystąpiły do oczyszczania ulic. 

Cudownie  przywrócony  do  życia  telefon  zadzwonił,  gdy  Brooke  wlokła  się  do  kuchni 

przygotować kawę. Szef serdecznie ją przywitał i zapowiedział wolny dzień. 

– Nie  mogę – powiedział  Chance,  kiedy  Brooke  zaproponowała,  żeby  poleniuchowali 

razem – moi  ludzie  na  pewno  przyjdą.  Prawdopodobnie  zostanę  dłużej  w  pracy.  Mam 

nadzieję, że autobusy kursują. 

– Nie zjesz śniadania?

– Nie mam już czasu. Obowiązek wzywa – powiedział i poszedł pod prysznic. 

Ubranie było suche, ale strasznie sztywne i Chance klął pod nosem wciągając je na siebie. 

– Hej, nie dasz mi całusa na do widzenia? – zawołała, gdy był przy drzwiach. 

Wrócił i cmoknął ją głośno. 

– Zadzwonię do ciebie. 

Brooke  zazwyczaj  spotykała  się  z  Gran  w  bożonarodzeniowy  ranek,  a  potem  spędzała 

cichy, spokojny dzień z ojcem. 

A w tym roku? – myślała. Bez Julie, bez ojca, bez Gran, i... bez Chance’a? Miał przecież 

matkę, ojca, dziadka i tylu krewnych. Spędzi, oczywiście, dzień z nimi, a ona nie ośmieli się 

zakłócić  spokoju  jego  rodzinie.  Będzie  sama.  No  cóż,  nic  na  to  nie  mogła  poradzić.  A  w 

przyszłym roku? Będzie siedziała pod choinką z dzieckiem Chance’a w ramionach, lecz nadal 

bez Chance’a. 

Zaledwie kilka dni minęło od chwili, kiedy stanęła w kolejce do Świętego Mikołaja, a tyle 

się zmieniło. Poczęło się w niej nowe życie, które będzie wzrastać, żywiąc się sokami z niej 

czerpanymi,  a  potem  urodzi  zdrowe  i  mocne.  Mimo  innych  wątpliwości,  które  jej  nie 

opuszczały, tego jednego była pewna. 

background image

Brooke pojechała do centrum handlowego, gdzie nie tak dawno poznała Chance’a. Zjadła 

obfity  obiad  w  przytulnej  restauracji.  Potem  ulegając  świątecznemu  nastrojowi  dotarła  na 

placyk, na którym występował Święty Mikołaj. Obserwowała człowieka w czerwonym stroju, 

jak podnosi się ze swego tronu i ustawia tablicę głoszącą: „Przerwa na karmienie reniferów”. 

Brooke  spojrzała  na  niego,  gdy  przechodził  obok  niej,  próbując  odgadnąć,  czy  jest  on 

dziadkiem Chance’a. 

– No, no, no – zagadnął wysoki mężczyzna i mrugnął do niej. 

– Pan Tabor? – zapytała niepewnie. 

– Kim jesteś, że chcesz to wiedzieć, kochanie?

– Jestem przyjaciółką Chance’a. 

– W  takim  razie  dobrze  dobierasz  sobie  znajomych,  bo  mój  wnuk  to  świetny  chłopak. 

Troszczy się o mnie. 

Jego rodzice to nadęte ważniaki. Ale, słuchaj, śliczne z ciebie maleństwo. Zaraz, zaraz –

powiedział pochylając się ku niej. – Nie ruszaj się. 

– Dlaczego? – spytała zaskoczona. 

– Dziewięć? Tak, dziewięć piegów na nosie. Ty jesteś Brooke. 

– O, Boże! – Brooke spłonęła rumieńcem. 

– Chodźmy, słodziutka, możesz popatrzeć, jak jem kanapkę z masłem orzechowym, no i 

porozmawiamy sobie o naszym bohaterze. 

Szybko  przeprowadził  Brooke  przez  tłum.  Ten  mężczyzna  jest  na  pewno  krewnym 

Chance’a, pomyślała. Robił wokół siebie dużo zamieszania i niczym się nie przejmował. 

– Siadaj.  – Pan  Tabor  wskazał  jej  krzesło  w  małej  garderobie.  – Gorąco  mi  z  tą 

charakteryzacją. 

Bez brody pan Tabor i Chance byli bardzo podobni do siebie. Obaj mieli takie same rysy i 

błyszczące, niebieskie oczy. 

– Jesteś rzeczywiście piękna – kręcił głową pan Tabor. – Chcesz pół kanapki?

– Nie, dziękuję, właśnie zjadłam obiad. 

– Więc – powiedział, odgryzając potężny kęs – co zamierzasz zrobić z moim wnukiem?

– Ja?

– A któż  by? Zamierzasz rozbić jego serce na milion  kawałków? A może wyjdziesz  za 

niego? Co?

– Panie Tabor, ja... 

– Mów  mi  Willie.  Uwielbiam  to  imię.  Mojego  syna  szlag  trafia,  bo  nie  chcę  być 

dystyngowanym Williamem. Jak ja mogłem spłodzić taką trąbę? Chyba nie dowiem się tego 

nigdy, ale Chance mi to rekompensuje. Kochasz mojego Chance’a?

– Tak, Willie, ale to nie jest takie proste. 

– Słodziutka, miłość jest zawsze skomplikowana, bo to mocne uczucie. Kiedy ożeniłem 

się z babką Chance’a – niech spoczywa w pokoju – byłem najszczęśliwszym człowiekiem na 

ziemi.  Kiedy  Chance  mówi  o  tobie – widzę  w  jego  oczach  to,  co  kiedyś  było  i  w  moich. 

Chance czekał na ciebie bardzo długo, Brooke. Nie skrzywdź go, kochana. Nie zrobisz tego, 

background image

prawda?

– Niestety – szepnęła z oczyma pełnymi łez. 

– Niestety, nie mam wyboru. Nie chciałam tego, ale to się stało. Jestem pewna, że Chance 

nie zrozumie. Same nieporozumienia. 

– Tak to wygląda – przytaknął Willie. 

– Ja go naprawdę kocham i nie chcę zranić. Będę z nim do Bożego Narodzenia, a potem 

koniec. 

– Masz – powiedział, podając jej chusteczkę. 

– Wydmuchaj nos. Nic z tego nie mogę zrozumieć. 

– Tak. Wiem. 

– Chance  nie  ma  pojęcia,  że  coś  zrobiłaś,  cokolwiek  by  to  było?  To  jest  najgłupsza 

rozmowa w moim życiu. 

– Nie, nic nie wie. 

– Więc mu powiedz. 

– Nie!

– Słodziutka, daj chłopcu szansę. 

– Powiedział mi, jak wyobraża sobie te sprawy. Och, to jest beznadziejne. Willie, błagam, 

nie mów nic Chance’owi. Pozwól nam spędzić święta razem, proszę. 

– Dobrze – westchnął. – A potem stanę ze śmietniczką i miotłą i pozmiatam kawałki serca 

Chance’a. 

– Dzięki – mruknęła Brooke. 

– Przykro mi. Widzę, że nie jest ci łatwo. Jesteś w rozterce. Musi być jakiś sposób, żeby 

uporządkować to, co cię tak dręczy. Nie może być aż tak źle. 

– Zapewniam cię, że jest. Niestety. 

– Och,  Brooke,  nie  odrzucaj  miłości  tak  łatwo.  Straciłem  kobietę,  którą  kochałem  do 

śmierci,  i  nigdy  już  drugiej  takiej  nie  spotkałem.  Tu  chodzi  o  waszą przyszłość.  Kochana, 

zaufaj miłości mojego chłopaka. Chance potrafi  przebaczyć. Musicie mieć na uwadze życie 

wasze i waszych dzieci. 

– Naszych... dzieci? – Brooke z trudem przełknęła ślinę. 

– Tak, dzieci. Chyba chcesz mieć dziecko Chance’a?

– Tak – powiedziała  łagodnie.  – Chcę  tego.  Willie  Tabor  wstał.  Przechadzał  się  przez 

kilka minut. 

– Jesteś w ciąży – powiedział  twardo. – Wszystko teraz rozumiem. Wszystko do siebie 

pasuje. 

– Nic nie powiedziałam.... 

– Tak,  powiedziałaś.  Bank  danych  działa – zażartował.  – To  coś,  co  się  wydarzyło,  to 

poczęcie dziecka, a ja wiem, co to dla niego znaczy – rozmawialiśmy o tym. To jest ten twój 

sekret.  Masz  pewność,  że  jesteś  w  ciąży?  Poznałaś  Chance’a  zaledwie...  Nieważne.  Moja 

żona też zawsze wiedziała. 

– Możesz mi wierzyć. 

background image

– Musisz  mu  to  powiedzieć.  Mężczyzna  ma  prawo  wiedzieć  o  tym,  że  będzie  miał 

dziecko. Ale, Brooke, Chance nie przyjmie tego spokojnie, sytuacja nie jest wesoła. 

Brooke  spojrzała  na  Willie  Tabora.  W  głębi  niebieskich  oczu  były  łagodność,  ciepło  i 

zrozumienie. Kiwnęła głową, przełknęła łzy i wstała. 

– Po  świętach – powiedziała  głośnym  szeptem – powiem  mu  o  wszystkim.  Błagam, 

zostaw nam nasze gwiazdkowe prezenty, Willie. 

– Oczywiście, kochanie. 

– Dziękuję za wszystko. Wiem już teraz, dlaczego Chance tak cię kocha. 

– A ja wiem, dlaczego kocha ciebie. Świetna z ciebie dziewczyna. 

– Do widzenia, Willie. 

Brooke  szła  przed  siebie,  nie  zdając  sobie  sprawy dokąd,  aż  wylądowała  w  maleńkiej 

cukierence. Nie chciała wracać do pustego mieszkania. 

W  głowie  miała  zamęt,  a  w  uszach – słowa  Willie’ego  Tabora.  Był  bystry  i  uważny –

dokładnie jak Chance. Złożył razem fragment bezładnych słów Brooke i  znalazł prawdziwą 

przyczynę jej niepokoju. Jeżeli  Willie potrafił, to tym bardziej  odgadnie to  Chance. Brooke 

powinna być bardzo ostrożna. Nic nie może popsuć im Bożego Narodzenia. 

Willie  był  mądry.  Wiedział,  jaką  wagę  przykładał  Chance  do  tych  najcenniejszych 

sekund,  kiedy  dwoje  łączy  się  w  jedno,  by  stworzyć  nowe  życie – to,  które  zaplanowali  i 

uformowali w akcie miłosnej ekstazy. 

Brooke  zatrzymała  się  przed  jedną  z  wystaw  i  wpatrzyła  w  rząd  delikatnych  chińskich 

figurek.  Drżącymi  palcami  umieściła  jedną  na  swej  dłoni.  Był  to  piętnastocentymetrowy 

Święty Mikołaj w czerwonych szatach. Uśmiechał się figlarnie, jakby chciał powiedzieć – no, 

no, no. 

To  będzie  doskonały  prezent  dla  Chance’a,  jej  Świętego  Mikołaja,  i  Brooke  wyszła  ze 

sklepu z małą paczuszką owiniętą złotym papierem. 

Po powrocie do domu usłyszała w holu znajomy głos. 

– Chance! – zawołała i zatrzymała się nagle. – Choinka?

– Otóż to – uśmiechnął się szeroko. – Czy nie jest śliczna? A jak bosko pachnie. 

– Myślałam, że będziesz pracował do późna. 

– Przekazałem  władzę  w  dobre  ręce.  To  przywilej  mojego  stanowiska.  Zresztą 

pracowałem, ile sił, żeby skończyć moją działkę. Chcesz postawić ją tutaj, czy wniesiemy do 

środka?

– Och, tak, oczywiście – usprawiedliwiała się, sięgając po klucze. – Masz rację, drzewko 

pachnie cudownie. 

Bawili  się  świetnie.  Słuchali  kolęd  przez  radio  i  przemieniali  drzewko  w  pełne 

mrugających  światełek  i  błyszczących  ozdób  cudo.  Posprzeczali  się  przy  tym,  czy  większe 

ozdoby powinny wisieć  niżej  czy wyżej, lecz  wkrótce się pogodzili  i  trzymając się za  ręce, 

umieścili aniołka na specjalnie przygotowanym miejscu. 

Potem,  w  świetle  choinkowych  lampek,  Chance  objął  ją  mocno  i  kochali  się  słodko  i 

namiętnie w tej bajecznej krainie, którą razem wyczarowali. 

background image

– Dzięki ci za choinkę – powiedziała Brooke. 

– Nasza  choinka,  pierwsza  z  miliona,  które  przyjdą.  Brooke,  musimy  porozmawiać  o 

Bożym Narodzeniu. Ty masz Gran i swojego ojca, a na mnie czekają rodzice. Bardzo jednak 

chciałbym ten dzień spędzić z tobą. 

– Gran wyjeżdża do Aspen na wczasy. 

– A twój ojciec?

– Nie przyjedzie do domu. Przyjął inne zaproszenie. 

– Miły facet – mruknął Chance. – I nie przejmuje się tym, że nie zobaczy cię w święta?

– Powiedział, że święta możemy uczcić później, że przecież nie wierzę już  w Świętego 

Mikołaja. 

– Ale uwierzyłaś znowu. Ja jestem twoim Mikołajem, prawda?

– Masz rację – uśmiechnęła się. 

– W takim razie problem jest rozwiązany. Pójdziesz ze mną. 

– Chance, nie. Nie mogę się wciskać na rodzinne przyjęcie. 

– Kocham cię, pamiętasz? Poza tym jesteś moim gwiazdkowym prezentem, więc chętnie 

cię zaprezentuję rodzicom. Nie zabawimy długo, zawsze ich denerwuję. 

– Czy dziadek także będzie?

– Tylko na obiedzie. Polubisz go, to świetny staruszek. 

– Ja... z pewnością. 

– Więc pojedziemy?

– Chcę być z tobą. 

– Świetnie. Bardzo romantycznie wszystko urządziliśmy, kochanie. Ależ jestem głodny–

Wracamy na ziemię – zaśmiała się Brooke, sięgając po ubranie. 

– Brooke?

– Tak?

– Kocham  cię,  maleńka.  Zawsze  będę  wspominał,  jak  ubieraliśmy  naszą  pierwszą 

choinkę. 

– Kocham cię także, Chance. To piękne drzewko. 

– Jesteśmy zgranym zespołem. 

– Przygotuję kolację. 

To  był  uroczy  wieczór.  Zjedli,  razem  posprzątali  kuchnię,  a  potem  oglądali  świąteczne 

wydanie programu telewizyjnego. Brooke jęknęła, gdy Chance upierał się, że będzie śpiewał 

wraz z telewizyjnym chórem. Potwornie fałszował. Stwierdziła, że powinien raczej zajmować 

się komputerami i nie próbować kariery estradowej. Kochali się znowu, a późną nocą Chance 

pocałował ją mocno, ubrał się i wyszedł, obiecując, że powróci następnego wieczoru. 

Czas szybko mijał. Brooke była bardzo zajęta, ponieważ szef chciał nadgonić zaległości 

przed  świętami.  Spieszyła  się  do  domu,  żeby  przygotować  obiad  dla  Chance’a,  mimo  że 

często zapraszał ją do restauracji. Byli razem na przedstawieniu „A Christmas Carol”, ulepili 

w parku następnego bałwana. 

background image

Nadeszło  zdjęcie,  na  którym  Brooke  siedziała  na  kolanach  Chance’a,  przebranego  za 

Mikołaja. Zaśmiewali się, patrząc na zakłopotany wyraz twarzy Brooke. Chance kupił ramkę i 

zdjęcie postawili na honorowym miejscu. 

To  był  okres  pełen  miłości  i  rozkochania.  Brooke  odsunęła  od  siebie  wszystkie 

przygnębiające myśli o przyszłości i kąpała się w słońcu miłości Chance’a. 

Żyła w nierealnym świecie, zdawała sobie z tego sprawę, ale nie przejmowała się. Te dni 

i noce należały do nich. Każdą chwilę chowała głęboko – jak najcenniejszy skarb – w sercu, 

myślach i duszy. 

Gran zaprosiła Brooke, Chance’a i Joeya na obiad. Pociągając nosem otwierała prezenty, 

które  otrzymała  od  tej  przybranej  rodziny.  Przytuliła  serdecznie  do  siebie  Chance’a,  który 

wręczył  jej  lawendowe  mydło.  Joey  był  załamany,  ale  czynił  wysiłki,  żeby  tego  nie 

okazywać. Nikt nie wspominał głośno o Julie. 

A zegar ciągle odmierzał czas. 

Zaraz po wigilijnej kolacji zadzwoniła Julie, z życzeniami szczęśliwych świąt dla Brooke 

i Chance’a. Szczebiotała o swojej ekscytującej karierze i zapowiedziała, że jeszcze zadzwoni. 

– Zapytała chociaż o Joeya? – zainteresował się Chance. 

– Nie. 

– Nieprawdopodobne – z niedowierzaniem pokręcił głową. – Kobieta bez serca. 

– Nie mówmy o tym. Proszę. 

– Masz rację. Usiądź przy mnie – popatrzymy sobie na choinkę. Pomyśl, tysiące dzieci –

jak kraj długi i szeroki – nie śpi tej nocy. Stary Święty wyruszył w drogę. 

– A ty, chłopczyku?

– Schowam się za kanapą, żeby go zobaczyć. Cieszę  się, że wszystko przygotowaliśmy 

tak, żebym mógł spędzić noc z tobą. Nawet przybory do golenia zabrałem z sobą. 

– Wcześniej też mogłeś je zostawić, Chance. 

– Nie,  Brooke.  Łatwo  wpadlibyśmy  w  przyzwyczajenie.  Coraz  więcej  moich  rzeczy 

pojawiałoby się tutaj i z lenistwa zaakceptowalibyśmy tę sytuację. A ja chcę cię poślubić i żyć 

pod jednym dachem jak mąż z żoną. 

– Nie  chcę  dzisiaj,  Chance,  żadnych  trudnych  rozmów,  dobrze?  Będziemy  nasłuchiwać 

czarodziejskich dzwoneczków sań. 

– Dobrze. Ty słuchaj, a ja spróbuję jeszcze cynamonowych ciasteczek Gran. 

– Powstrzymaj się, Tabor.  Nie potrzebujesz wypychać sobie brzucha, żeby występować 

jako Święty Mikołaj w przyszłym roku. 

Późną nocą Brooke otworzyła oczy. 

Była  północ.  Dokładnie  za  dwadzieścia  cztery  godziny  skończą  się  święta.  A  wraz  z 

końcem  tego  wyjątkowego  dnia  nadejdzie  chwila  prawdy.  Trzeba  będzie  powiedzieć 

Chance’owi, że nosi jego dziecko. Nie mogła z tym dłużej zwlekać. 

background image

ROZDZIAŁ ÓSMY

– Brooke, obudź się. Jest Boże Narodzenie. 

– Och, Chance – jęknęła, zerkając na zegarek – dopiero pół do siódmej. 

– Wstawaj.  Zaparzę  kawę  i  zapalę  lampki  na  choince.  Pośpiesz  się – mówił,  wciągając 

dżinsy i sweter. 

– Zachowujesz  się  jak niecierpliwy  czterolatek – powiedziała  Brooke,  sięgając  po 

szlafrok.  Spryskała  sobie  twarz  wodą  i  zupełnie  już  obudzona poszła  do  salonu.  Stanęła  w 

drzwiach  jak  wryta – to  był  największy  prezent,  jaki  kiedykolwiek  widziała.  „To”  było 

owinięte  niebieskim  papierem,  prawie  tak  wysokie  jak  ona  i  szersze  niż  jej  rozciągnięte 

ramiona. I miało bryłowaty, nieokreślony kształt. 

– Interesujące, prawda? – uśmiechnął się Chance, wchodząc do pokoju z dwoma kubkami 

kawy. 

– Co to jest?

– Prezent dla ciebie, ale nie otwieraj na razie. 

– Dlaczego?

– Wszystko po kolei. Chodź tu, siądziemy pod choinką. 

Kiedy usiedli na podłodze, Chance wręczył jej jeszcze jeden prezent. 

– Czekaj, jak ta potworna paka się tutaj znalazła?

– Święty Mikołaj. 

– Chance!

– Tak naprawdę to schowałem to u Gran. Wymknąłem się około piątej. Masz szczęście, 

że nie jestem włamywaczem. Nic nie słyszałaś. Najpierw rozpakuj to. 

– Rany boskie – roześmiała się Brooke po zdarciu papieru. – Dzban sosu czekoladowego 

w sam raz do lodów. 

– Do użycia w nagłej potrzebie. Będzie leczyć twoje stresy. 

– Zwariowałeś. 

– Pewnie. 

– Mam nadzieję, że będą dobre – powiedziała, wręczając mu płaskie pudełko. 

– W porządku – odparł, zaglądając do środka. – Śliczne skarpety. 

– Zamiast tych, które mi pożyczyłeś, kiedy przemoczyłam nogi, budując bałwana. Tamte 

zachowam. I to także dla ciebie – podała mu pudełko w złotej folii. 

Gdy  Chance  odsłonił  chińskiego  Mikołaja,  na  jego  twarzy  pojawił  się  tkliwy  uśmiech. 

Czule ucałował Brooke. 

– Doskonały – powiedział. – Zachowam go na zawsze. Dziękuję, Brooke. 

– Bardzo się cieszę, że  ci się podoba. Kiedy go zobaczyłam, wiedziałam, że  właśnie to 

chcę ci podarować. Czy mogę teraz rozpakować tę górę? Nie wytrzymam ani chwili dłużej. 

– Do dzieła, maleńka. 

To  był  pies  bernard.  Największa,  najzabawniejsza  wypchana  zabawka,  jaką  Brooke 

widziała.  Prawdziwy  bernard  z  beczułką  koniaku  pod  szyją,  dużymi  obwisłymi  uszami  i 

background image

sympatycznym uśmiechem. Brooke pisnęła zachwycona i zarzuciła Chance’owi ręce na szyję. 

– Jest prześliczny – mówiła, śmiejąc się. – Och, jesteś szalony i cudowny. 

– Mikołaj  zawsze  spełnia  obietnice.  – Chance  śmiał  się  wesoło.  – Prosiłaś  o  bernarda, 

więc go dostałaś. 

– Największego  na  świecie.  Gdzie  ja  go  będę  trzymać?  Och,  uwielbiam  go,  naprawdę. 

Dziękuję, Chance. No, i nie muszę go karmić. 

– Brooke, możesz tu siąść na chwilę?

– Pewnie – powiedziała, trochę strapiona jego poważnym tonem. 

Chance ujął mocno dłonie Brooke w swoich. Spojrzał jej prosto w oczy. 

– Brooke – powiedział ściszonym głosem. – Naprawdę podoba mi się i figurka Mikołaja, 

i  nowe  skarpety,  ale  największym  darem,  jaki  otrzymałem  na  Boże  Narodzenie,  jesteś  ty  i 

twoje uczucie. Wraz z upływem dni, a później i wspólnych nocy – czułem, jak wzrasta moja 

miłość do ciebie. Nie potrafię już opisać jej głębi. Jest w każdym razie wystarczająco głęboka, 

by przetrwać całe życie. Brooke, nie chcę oddawać mojego gwiazdkowego prezentu. Chcę cię 

na zawsze. 

– Chance, ja... 

– Zaczekaj – powiedział, wyjmując małe, niebieskie pudełko z kieszeni marynarki. 

– Nie, och, nie – szepnęła Brooke. 

– Proszę cię, byś została moją żoną, Brooke – powiedział Chance, otwierając pudełeczko 

i  wyjmując  pierścionek  z  diamentem  w  kształcie  serca.  – Bądź  moją  żoną,  moją  miłością, 

moim najlepszym przyjacielem. Czy wyjdziesz za mnie?

Tak!  Tak!  O,  Boże,  tak!  krzyczało  w  niej  wszystko,  a  łzy  niepostrzeżenie  płynęły  po 

policzkach. 

– Nie, ja... nie mogę – powiedziała, a drżący szloch wydarł się jej z gardła. 

– Brooke, powiedziałaś, że mnie kochasz. 

– Kocham, Chance! Kocham cię bardzo, ufam ci i wierzę w twoją miłość. Byłeś dla mnie 

taki cierpliwy, kiedy byłam pełna wątpliwości, i w końcu uwolniłam się od nich. Dzięki tobie. 

Ja też nie chcę oddawać mojego prezentu, ale nie mogę cię poślubić, Chance. 

– Dlaczego? – powiedział, lekko podnosząc głos. 

– Nie istnieją przecież żadne przeszkody. 

– Niestety, coś się wydarzyło. 

– O czym ty mówisz? – zapytał, ściskając jej ramiona. – Co się stało?

– To nie było umyślne – powiedziała drżącym głosem. – Przykro mi, Chance. 

– Nie rozumiem. 

– Jestem w ciąży, Chance. To się stało w Aspen. 

– Nosisz  moje  dziecko? – spytał,  podnosząc  się  z  kanapy.  – Skąd  możesz  mieć  tę 

pewność?

– Tak jest, wiem o tym. To prawda – wiem to na pewno. 

Brook  spojrzała  na  Chance’a  poprzez  łzy  i  zobaczyła,  jak  zmienia  mu  się  twarz,  gdy 

znaczenie  tych  słów  dotarło  do  jego  świadomości.  Krew  pulsowała  na  jego  szyi,  a  dłonie 

background image

drżały, gdy zaciskał je w pięści. 

– Do diabła! – krzyknął. – Kto dał ci do tego prawo? To jest nasze dziecko – nie tylko 

twoje. Ten moment był także mój. Dziwię się, że ośmieliłaś się powiedzieć mi o tym. 

– Nie zamierzałam! Nie chciałam mówić, ale twój dziadek mnie przekonał... 

– Mój dziadek wie o tym?

– Tak. Rozmawiałam z nim. Powiedział, że zasługujesz na to, by dowiedzieć się o swoim 

dziecku. 

– Moim?  Do  diabła,  ono  nie  jest – moje.  Tak,  złożyłem  to  ziarno  jak  jakiś  ogier.  Nie, 

Brooke! Moje dziecko będzie zaplanowane, a ja będę świadomy, kiedy się pocznie. Nie chcę 

dowiadywać się o tym poniewczasie. Szlag by to trafił! Nie mogę w to uwierzyć!

– Chance, błagam, spróbuj zrozumieć. Nie zaplanowałam tego. Byłeś tam. Wiesz, jak do 

tego doszło. Chance, kocham cię! Nie domyślałam się nawet, jak bardzo ten moment jest dla 

ciebie ważny, dopóki  nie było za  późno. Nie chciałam cię zranić. Chcę  tego dziecka i  chcę 

także zostać twoją żoną. 

– Jeszcze coś? – zapytał z goryczą. 

– Chance, proszę. 

– I ty miałaś początkowo problemy z zaufaniem mi? Nie do wiary. To ja nie powinienem 

ci  dowierzać.  Kim  ty  jesteś?  Jak  to  się  wszystko  stało?  Jesteś  mi  zupełnie  obca.  Gra 

skończona – sam odgwiżdżę koniec meczu. Skończyłem. Reszta należy do mojego adwokata. 

– Twojego adwokata? Po co?

– Pieniądze,  Brooke,  dla  naszego...  twojego  dziecka.  Zadbam,  żeby  ci  niczego  nie 

zabrakło. 

– Nie!  Do  diabła,  nie!  Nie  wezmę  od  ciebie  ani  centa.  Dziecko  jest  moje – sam  to 

powiedziałeś.  Nie  potrzebujemy  twoich  pieniędzy.  Mylił  się  twój  dziadek.  Nigdy  nie 

powinnam  była  ci  tego  mówić.  Odrzucasz  całe  życie  z  powodu  jednej  chwili,  jednej  małej 

chwili. 

– Aha, teraz to ja jestem ten zły? Nie, nie próbuj wzbudzić we mnie poczucia winy. Będę 

utrzymywał  dziecko,  ale  to  jest  jedyne  zobowiązanie,  które  podejmuję.  Cholera.  Mogliśmy 

mieć wszystko. Do diabła – powiedział chwytając kurtkę. 

– Dokąd idziesz?

– Jakie to ma znaczenie? Wszystko skończone! To jest nie do zniesienia. Nie mogę o tym 

myśleć,  nie  potrafię  zrozumieć – muszę  z  tym  żyć.  Przejęłaś  kontrolę  nad  czymś,  co  było 

częścią mnie. Dobrze, teraz to należy do ciebie. 

– Chance, poczekaj!

– Zegnaj, Brooke. Wesołych Świąt. 

– Chance! – krzyknęła Brooke. Ale jego już nie było. 

Brooke zakryła uszy nie chcąc słyszeć głośnego trzaśnięcia drzwiami. Gorące łzy płynęły 

jej  po  policzkach.  Płakała  aż  do  utraty  sił,  później  podniosła  się  i  przeszła  przez  pokój 

natykając się na gigantycznego bernarda. 

background image

– Cześć, piesku – zaszlochała i potarła jego błyszczący nos. – Jak się masz? Uśmiechaj 

się tak jak teraz – może to coś pomoże. Och, piesku. Chance sobie poszedł. Czy to naprawdę 

taki  zimny,  wyrachowany  geniusz  komputerowy?  Nie,  przecież  jest  taki  sentymentalny  i 

romantyczny, że  aż  czasami  śmieszny.  Kochany, ale śmieszny. Co  za  zwariowana sytuacja, 

ale kocham go tak bardzo. Chyba muszę zjeść lody. 

To  był  okropny  dzień – najgorszy  w  życiu  Brooke.  Sprzątnęła  opakowania  po 

świątecznych prezentach i umieściła ostrożnie figurkę Świętego Mikołaja na powrót w złotym 

pudełku  i  razem  z  parą  nowych  skarpet  włożyła  do  szuflady.  Kiedy  usiadła  na  kanapie, 

zauważyła porzucone niebieskie, aksamitne pudełko. Widok pierścionka wywołał kolejną falę

łez. I tak mijał dzień. Na zmianę płakała, przemawiała do bernarda, którego nazwała „Pies”, 

zjadła  kolejną  porcję  lodów  i...  znowu  wybuchła  płaczem.  W  końcu  rozbolał  ją  brzuch  z 

przejedzenia. Rzuciła się na łóżko i usnęła. 

Nazajutrz  odesłała  Chance’owi  pierścionek.  Kiedy  zadzwonił  telefon,  Brooke 

wymamrotała swoje „halo”. 

– Brooke?

– Chance?

– Tak. Ja się masz?

– Czym ci mogę służyć?

– Mam  kilka  spraw.  Zostawiłem  jakieś  ubrania  i  moje  przyrządy  do  golenia.  Czy 

mógłbym wpaść i zabrać je?

– Kiedy?

– Dzisiaj. Za pół godziny?

– Świetnie. Coś jeszcze?

– Ja, hm... rozmawiałem z adwokatem. Kiedy... ciąża będzie stwierdzona przez lekarza, 

będę potrzebował pisemnego zaświadczenia. 

– Wypchaj  się,  Tabor – powiedziała  i  trzasnęła  słuchawką.  W  chwilę  później  znowu 

zadzwonił telefon. 

– Co tym razem? – warknęła. 

– Cześć, słoneczko. Widzę, że jesteś w świetnym nastroju. Tu Willie Tabor. 

– Och, Willie. Przepraszam. Myślałam, że to znowu Chance ze swoimi zniewagami. 

– Ten  chłopak  czuje  się  bardzo  zraniony,  kochanie.  Bardziej,  niż  się  spodziewałem. 

Nawet nie mieliście swoich świąt, prawda?

– Niestety nie, Willie. Nie mogę mówić o tym nie płacząc. 

– Nic nie mów, kochanie. Chciałem tylko, żebyś wiedziała, że masz we mnie przyjaciela. 

– Dzięki, Willie. Dobranoc. 

W  chwilę  później  Chance  zapukał  cicho  do  drzwi.  Brooke  poczuła,  jak  oblewa  ją  fala 

gorąca,  przycisnęła  dłonie  do  policzków,  policzyła  powoli  do  dziesięciu  i  otworzyła 

zadzierając dumnie głowę. 

– Cześć, Brooke – powiedział cichym głosem. – Mogę wejść?

background image

– Tak – kiwnęła  głową.  Zwróciła  uwagę  na  zmęczenie  wypisane  na  jego  przystojnej 

twarzy. 

– Już mnie skreśliłaś – powiedział zamykając drzwi. 

– Sądzę,  że  tak.  Nie  mam  zamiaru  przyjąć  ani  centa  od  pana,  panie  Tabor.  I  sam 

przekonaj swego adwokata, że jestem w ciąży. 

– Jak zamierzasz utrzymywać nasze... twoje dziecko?

– Nie powinno cię to obchodzić. 

– Więc, do diabła, nie obchodzi mnie to. 

– Możesz  zabrać  swoje  rzeczy  i  iść  sobie.  Przy  okazji,  pierścionek  wysłałam  dzisiaj 

pocztą. 

– Jest twój. 

– Oddaj go jubilerowi.

– Pozbieram rzeczy. Czy mam zabrać także bernarda?

– Psa? Nie! Jest mój i uwielbiam go. 

– Nazwałaś go Pies? Dosyć głupio. 

– Nie pytam cię o zdanie. 

– Nie pytałaś mnie o zdanie w wielu sprawach – powiedział odwracając się ku niej. – Na 

przykład, czy chcę zostać ojcem? Myślisz, że to będzie dziewczynka?

– Cóż – powiedziała patrząc w sufit – to jest albo dziewczynka... albo chłopiec. 

– Ale  dowcipne – wymamrotał  znikając  w  sypialni.  Po  chwili  pojawił  się  z  niedbale 

zwiniętymi ubraniami. 

– Do  widzenia – powiedziała  wpatrując  się  w  plamę  na  ścianie.  – Pognieciesz  sobie 

rzeczy. 

– Nieważne, zajmij się sobą. 

– Dobrze. 

– Brooke, ja... Dobranoc. 

– Dobranoc – szepnęła, starając się nie rozpłakać, dopóki nie zamknie za nim drzwi. 

Następnego dnia Chance zadzwonił z samego rana. 

– Brooke?

– Słucham. 

– Zapomniałem zabrać moją maszynkę do golenia. Mogę po nią przyjść?

– Kiedy?

– Za dwadzieścia minut. 

– Możesz – westchnęła. 

Brooke pochłaniała właśnie kolejne lody, kiedy przyszedł Chance. 

– Cześć. Co to jest? Deser lodowy? Zbzikowałaś?

– Nie, jestem zdenerwowana. Wyprowadzasz mnie z równowagi. 

– Zdajesz  sobie  sprawę,  jakie  konserwanty  zawiera  w  sobie  ten  dzbanek?  Przeczytałaś 

nalepkę?

background image

– Nie przejmuj się tym. Nie zostałoby nic do jedzenia i picia, gdyby ludzie brali na serio 

te głupoty. 

– Głupoty?  Możesz  stać  tutaj  i  spokojnie  zatruwać  swój  organizm,  wiedząc,  że  nosisz 

moje... nasze... twoje dziecko? Wstydź się. 

– Przecież to ty mi podarowałeś ten sos. 

– Ale  to  było,  zanim  zaszłaś  w  ciążę.  To  znaczy,  zanim  dowiedziałem  się,  że  jesteś  w 

ciąży. Ani łyżki więcej. I żadnej kawy. Żadnej!

– Kto mi zabroni?! – wrzasnęła. 

– Ja! – walnął się w pierś Chance. 

– Trzydzieści  sekund.  Tyle  masz  czasu,  żeby  zabrać  swoją  maszynkę  do  golenia  i 

wynieść się z mojego domu. 

– Jeszcze  nie  raz  ci  zabronię – powiedział,  krocząc  dumnie.  – Cześć,  Psie,  masz 

wyjątkowo głupie imię. Dziecko prawdopodobnie nazwie Dzidziusiem. 

– Wynoś  się! – wrzasnęła  Brooke.  Zaniemówiła  z  wrażenia,  gdy  zobaczyła  Chance’a

wychodzącego  z  kuchni  z  deserem  lodowym  i  puszką  po  cukrze,  w  której  przechowywała 

kawę. 

– Co ty robisz? – zapytała. 

– Potrzebujesz opieki, droga pani. Te rzeczy są dla ciebie niedozwolone. Do widzenia. 

– To jest kradzież!

– Wezwij gliny! – poradził Chance i trzasnął drzwiami. 

– Ten człowiek jest obłąkany! To prawdziwy wariat!

Brooke  tak  się  ucieszyła  powrotem  do  pracy,  że  prawie  ucałowała  maszynistkę. 

Zapewniła  szefa,  że  miała  absolutnie  cudowne  święta  i  wzniosła  oczy  ku  niebu,  kiedy  szef 

wyszedł. Była bardzo zajęta, dzięki czemu nie myślała o Chansie Taborze. Co najwyżej raz na 

trzy sekundy. 

Telefon zadzwonił w momencie, kiedy Brooke wchodziła do mieszkania. 

– Brooke?

– Nie. 

– Zapomniałem o prezentach, o moim Mikołaju i skarpetkach. 

– Kiedy chcesz przyjść? – zapytała. 

– Za piętnaście minut. 

– Dobrze. 

Chance wyglądał znacznie lepiej – wyraźnie odespał się należycie. Serce załopotało jej w 

piersiach,  kiedy  poczuła  jego  zapach.  Zapatrzyła  się  na  jego  szerokie  ramiona  w  skórzanej 

kurtce. Był taki piękny i tak bardzo go kochała. 

– Co masz w torbie? – spytała, budząc się z półsnu. 

– Mleko, wiejski ser, świeże owoce – odpowiedział. 

– Po co?

background image

– Przeczytałem  w  książce,  że  to  najlepsze  pożywienie  dla  kobiet  w  ciąży.  Produkty 

mleczne i cytrusy są najbardziej zalecane. 

– No cóż, dziękuję panu, panie Spock. Chance, nie możesz przychodzić i mówić mi, jak 

powinnam się odżywiać. 

– Pewnie, że mogę. – Uśmiechnął się do niej szeroko, wyglądając zza drzwi lodówki. –

Właśnie to zrobiłem. Masz moje prezenty?

– Przyniosę je – powiedziała wychodząc. 

Kiedy Brooke weszła do saloniku, Chance trzymał ich zdjęcie. 

– Ależ to był dzień – powiedział cicho. 

– Wydaje się, że to było tak dawno. 

– Tak. Sporo się wydarzyło od tej pory. 

– Brooke – powiedział  odkładając  fotografię – jutro  wyjeżdżam.  Jeżeli  będziesz 

potrzebowała czegokolwiek, chcę, żebyś dzwoniła do mojego dziadka. 

– Nie. 

– Och, przestań. Będę miał wystarczająco dużo na głowie w Japonii... 

– Japonia. Dlaczego wyjeżdżasz do Japonii?

– Mają tam taki sprzęt, że aż ręce mnie świerzbią, żeby go wypróbować. Nagle okazało 

się, że mogę tam pojechać, więc jadę. Zadzwonisz do mojego dziadka, jeżeli... 

– Nie. 

– Skręcę ci kark. 

– Nie boję się pana, panie Tabor. 

– Oj, bałabyś się, gdybyś wiedziała, w jakim jestem nastroju. 

– Wielka rzecz – powiedziała podnosząc brodę. 

– Poszczuję cię Psem. 

– Och, świetnie – wybuchnął śmiechem Chance. 

– Będę spokojniejszy wiedząc, że jest tutaj, by cię strzec. 

Brooke  uśmiechnęła  się  i  spojrzała  na  Chance’a,  który  znowu  był  poważny.  Ich 

spojrzenia  się  spotkały.  Brooke  poczuła,  jak  ściska  ją  w  gardle.  Z  całej  siły  starała  się  stać 

spokojnie  i  nie  rzucić  w  ramiona  Chance’a,  nie  szeptać  pospiesznie  zapewnień  o  swojej 

miłości. Kochała go, ich dziecko i życie całej trójki, które mogli wspólnie przeżywać. 

Chance odchrząknął i wciągnął głęboko powietrze, zanim zdołał wydobyć z siebie głos. 

– Mogę wziąć moje prezenty? – zapytał. 

– Słucham? Ach, tak, oczywiście. 

– Zadzwonię  po  powrocie.  Proszę,  Brooke,  dzwoń  do  mojego  dziadka,  kiedy  tylko 

będziesz potrzebowała czegoś. 

– Dobrze. 

– Dziękuję. 

– Chance, dlaczego to robisz? Ukradłeś mój sos do lodów i przyniosłeś mi wiejski ser. 

– Nie wiem – powiedział, przeczesując palcami włosy. – Nie mogę myśleć całkiem jasno. 

Mam nadzieję, że dojdę do siebie, w Japonii. Chyba ostatnio bardzo ci dokuczałem?

background image

– Nieważne. Jak długo cię nie będzie?

– Około miesiąca. 

– Och – westchnęła Brooke, czując oblewający ją chłód. – Baw się dobrze. 

– Tak. Ja... do zobaczenia. 

– Tak. 

Jak  długo  stali  tak,  wpatrzeni  w  siebie,  Brooke  nie  potrafiłaby  określić.  Mogły  to  być 

sekundy albo minuty – nie wiedziała. Nagle Chance odwrócił się i wyszedł bez słowa. 

Następnego dnia w drzwiach pojawiła się Gran. 

– Witaj – powiedziała Brooke – wejdź. Nie wiedziałam, że już wróciłaś. Wesoło było?

– Tak sobie. Nie było w Aspen żadnych mężczyzn do wzięcia. 

– Gran, od kiedy zaczęłaś składać wizyty z kieliszkiem w ręku?

– Ach,  to?  To  dla  ciebie.  Domowy  ajerkoniak.  Pyszna  mieszanka  dla  kogoś  w  twoim 

stanie. 

– W jakim stanie? – spytała Brooke, siadając na kanapie. 

– Dziecko, głuptasie. 

– Co?

– Jestem tym bardzo podniecona. Trzymaj, wypij to!

– Skąd wiesz?

– Ach,  Chance  zadzwonił.  Powiedział,  że  wyjeżdża  do  Japonii  i  poprosił  mnie,  żeby 

miała na ciebie oko, ponieważ masz bardzo niewłaściwe podejście do kwestii odżywiania. ‘

– Powiedział ci o dziecku i miał czelność stwierdzić, że źle się odżywiam? Zabiję go!

– Dlaczego się nie pobierzecie?

– To  długa  i  ponura  historia.  Między  mną  i  Chance’em  wszystko  skończone,  kaput, 

rozumiesz?

– To dlaczego trzymam w ręku ten kieliszek?

– Chance zachowuje się bardzo dziwnie. 

– Wypij! Chance zachowywał się jak przyszły ojciec. Był pełen troski. 

– To moje dziecko, nie jego. 

– Czyżby? To już nie robi się dzieci tak jak dawniej?

– Gran,  proszę.  Jestem  zupełnie  rozbita.  Mam ochotę  na  lody,  a  Chance  zabrał  mi  je. 

Dziecko jest moje, postanowiłam sama je wychowywać. 

– No, zobaczymy. Ten potwór ma udawać bernarda?

– To  jest  Pies.  Dostałam  go  na  święta,  od  Chance’a.  Słodki,  co?  To  jest  to,  o  co  go 

prosiłam, gdy siadłam mu na kolanach. 

– Kochasz Chance’a?

– Do obłędu. 

– Wypij. 

Dokładnie o siódmej  następnego  wieczoru  w pokoju  Brooke zjawił  się Joey Rather – z 

kartonem soku pomarańczowego w jednej ręce i książką o „opiece prenatalnej” w drugiej. 

– Niemożliwe. – Brooke zasłoniła dłonią oczy. – Chance powiedział ci o sensacji roku?

background image

– Tak. To niesamowite, Bibi. Ależ ten psiak ma rozmiary!

– Czy pan Tabor wspominał, że nie widujemy się już?

– Nie. Powiedział, że jedzie do Japonii i chce, żebym cię przypilnował. Mam przeszukać 

mieszkanie i sprawdzić, czy nie trzymasz lodów i kawy. 

– On dla mnie nie istnieje. 

– Bibi, czy macie jakieś problemy?

– Joey, to już skończone. 

– Robił ze mnie głupka? – Joey uśmiechnął z niedowierzaniem. – Przez telefon sprawiał 

wrażenie wstrząśniętego faceta. Jak się czujemy w ciąży?

– My?

– Przecież będę wujkiem. Sok włożyć do lodówki?

– Ja to zrobię. Odbierz telefon, bo ja nie mam siły. 

– Rezydencja pani Bibi Bradley – powiedział Joey do słuchawki. – Julie? To ty?

Brooke odwróciła się i obserwowała, jak Joey opada na kanapę. 

– Julie? Kochanie. Dlaczego płaczesz? Mów coś. 

– Płacze? – szepnęła Brooke, ściskając mocno sok w rękach. – Co się stało, Joey?

– Tak, słyszę. Mów trochę wolniej. Co ty? Co?

– Co jest? – krzyknęła Brooke. 

– Szszsz,  jest  bardzo  rozbita.  Tak,  słucham,  kochanie.  Tak?  Jesteś  pewna?  Ależ  Julie, 

oczywiście.  Nie  ma  niczego  do  przebaczenia.  Bardzo  cię  kocham.  Słuchaj.  Nie  ruszaj  się 

stamtąd, nie myśl ani nie oddychaj. Jeszcze dzisiaj lecę do Los Angeles. A potem – prosto do 

Vegas,  żeby  wziąć  ślub.  Dobrze?  Kocham  cię.  Bibi  i  Chance  są  w  ciąży.  Trzymaj  się.  Do 

zobaczenia. 

– Bierzecie ślub? – spytała Brooke, tak mocno ściskając kartonowe pudło, że sok trysnął 

w górę mocząc ją całą. 

– Bibi – powiedział Joey, chwytając ją w ramiona. – Julie cierpi. Nienawidzi pozowania, 

tęskni za mną, więc pobierzemy się, jak tylko dotrzemy do Vegas. 

– Wspaniale, Joey. Jestem szczęśliwa za was oboje. Następne dni nie różniły się niczym 

od siebie. 

Brooke  była  bardzo  zajęta  pracą.  Wracała  do  domu  na  kieliszek  ajerkoniaku  u  Gran  i 

spędzała wieczory myśląc o Chansie. 

Kiedy  Julie  i  Joey  wrócili  do  Denver,  Brooke  wydała  uroczysty  obiad  na  ich  cześć  i 

zaprosiła  Gran  oraz  Willie’ego  Tabora.  Gran  flirtowała  z  nim  bezwstydnie  i  podbiła  go 

całkowicie. Wszyscy bawili się świetnie. Brooke myślała o Chansie. 

A Chance nie dawał znaku życia. 

Minęło ponad miesiąc od jego wyjazdu, gdy Brooke udała się do doktora. Wizytę miała 

wyznaczoną na popołudnie. 

– No,  cóż,  panno  Bradley – oznajmił  lekarz,  kiedy  usiedli  w  gabinecie  po  badaniu –

powiedziała mi pani, że jest w ciąży i rzeczywiście, ma pani rację. Określiłbym ją na sześć 

tygodni. 

background image

– Mogę podać panu dokładną datę, jeżeli jest to potrzebne do kartoteki. 

– Słyszała pani ten cichutki, wewnętrzny głosik, co? – Uśmiechnął się. – Wiele kobiet zna 

dokładnie chwilę, w której poczęło się dziecko. A co z jego ojcem? Wie już?

– Tak, ale... 

– Nie chce dziecka?

– Chce.  To  znaczy,  on  miał  wszystko  zaplanowane – ślub,  dom,  dzieci.  Kochał  mnie  i 

pragnął dzielić ze mną życie. Ale, widzi pan, doktorze, to wszystko dotyczyło także poczęcia 

dziecka. Teraz jest urażony, wściekły i... no cóż, dziecko jest moje. 

– Odrzucił wszystko z powodu... 

– Tego cennego momentu. Miał całe życie zaprogramowane, a tu coś takiego. – Brooke 

wstała z krzesła. 

– Dlaczego ja wcześniej o tym nie wiedziałam! Chance zgromadził dane, wprowadził je 

do  swego  genialnego  komputerowego  mózgu  i  otrzymał  psychologiczny  wydruk  ze  swoim 

zaprogramowanym  życiem.  Przywykł  do  tego,  że  wszystko  kontroluje.  Po  raz  pierwszy 

czegoś  nie  przewidział.  Mnie  i  mojej  miłości.  Było  wspaniale,  aż  nagle  zrobiłam  coś,  co 

zburzyło mu cały program. Nie wie, jak sobie z tym poradzić. 

– Myślę, że pogubił się w swojej bazie danych. 

– Dziękuję, doktorze. Ta rozmowa mi wiele wyjaśniła. Do zobaczenia za miesiąc. 

Brooke spieszyła się do domu. Męczyła ją gonitwa myśli. Wszystko stało się tak nagle. 

Późnym  wieczorem  zadzwoniła  do  Willie’ego  Tabora.  Tak,  potwierdził  Willie,  Chance 

zaplanował  swoją  życiową  karierę  mając  piętnaście  lat  i  jak  dotąd  wszystko  przebiegało 

dokładnie  według  tego  rozkładu.  Willie  wiedział,  że  Chance  w  kontaktach  z  kobietami 

postępował  zgodnie  ze  swoimi  zasadami  i  kończył  znajomości,  kiedy  on  się  na  to 

zdecydował. 

– Nie widzisz, Willie? – pytała Brooke. – Chance to chodzący komputer. Całe szczęście, 

że ma w sobie ciepło, serdeczność. Ale teraz stanął twarzą w twarz z uczuciem, którego nie 

mógł  zaprogramować.  Zaskoczyła  go  ta  miłość.  Tym  razem  nic  się  nie  zgadzało  z  jego 

kalkulacjami. 

– To, co mówisz, ma rzeczywiście sens – powiedział z namysłem Willie. – Część winy 

spada  na  mnie,  kochanie.  Zawsze  byłem  taki  dumny  z  Chance’a,  z  tego,  czego  dokonał. 

Powinienem  uświadomić  sobie,  że  zmierza  do  zguby,  która  nastąpi,  kiedy  się  zakocha. 

Niestety, dotknęło to również ciebie. 

– To  nie  jest  ani  twoja  wina,  ani  wina  Chance’a.  Ten  system  działał,  według  niego, 

znakomicie. Mógł przypuszczać, że tak będzie zawsze. 

– Ale co teraz?

– Teraz,  Willie?  Mam  zamiar  walczyć  o  mężczyznę,  którego  kocham,  ojca  mojego 

dziecka.  Chance  może  być  geniuszem,  ale  musi  się  jeszcze  kilku  rzeczy  nauczyć.  Obym 

wygrała. 

– Słodziutka, wykarczuję każdą piędź ziemi na twojej drodze. Ale uważaj – to jest bardzo 

uparty chłopak. 

background image

– Wiem. Wrócił z Japonii, a jeszcze się ze mną nie skontaktował. 

– Ależ  on  jeszcze  nie  wrócił.  Zatrzymano  go  dłużej,  niż  się  spodziewał.  Powinien  być 

jutro rano. 

– Naprawdę? No cóż, zobaczymy, co się wydarzy. Pamiętaj, Willie, ani pary z ust. 

– Usta milczą... 

– A jak sprawy między tobą i Gran?

– Wspaniale. Po prostu wspaniale. Virginia to cudowna dama, Broke. 

– To świetnie. Dziękuję, że chciałeś ze mną porozmawiać. Jesteś kochany. 

– No, no, no. Życzę szczęścia, mała. Zalej naszemu chłopcu sadła za skórę. 

Kiedy  następnego  dnia  Brooke  wróciła  z  biura,  zobaczyła  Chance’a  Tabora  opartego  o 

drzwi. Siłą woli powstrzymała się, by nie pobiec i nie rzucić mu się w ramiona. Szła powoli w 

jego stronę, uśmiechając się miło, aż stanęła przed nim. 

– Cześć, Chance – powiedziała, modląc sie w duchu, żeby jej głos nie zadrżał. – Jak było 

w Japonii?

– Orientalnie. Mogę wejść?

– Jeśli chcesz – odparła obojętnie, majstrując przy zamku. Och, jaki był piękny! Opalony, 

wysoki,  silny.  Włosy  kręciły  mu  się  nad  uszami  i  kołnierzykiem,  wyraźnie  potrzebowały 

fryzjera,  a  jego  oczy  były  niebieskie  jak  nigdy.  Kochała  go.  O  Boże,  jak  kochała  tego 

mężczyznę! – Rozbierz się i siadaj – poprosiła zamykając drzwi. – Słyszałeś dobre wieści o 

Julie i Joeyu?

– Tak.  Przysłali  mi  do  Japonii  telegram.  Jestem  naprawdę  szczęśliwy  z  ich  powodu –

powiedział siadając na kanapie. – Jak się czujesz, Brooke?

– Świetnie – odparła siadając naprzeciw niego. 

– Byłaś u lekarza?

– Tak, potwierdził ciążę. Nie wzięłam jednak zaświadczenia dla twojego adwokata. 

– Zapomnij o tym. Wiem, że jesteś w ciąży. Każę, żeby wypłacono ci odpowiednią sumę. 

– Nie,  Chance.  Nie  przyjmę  od  ciebie  pieniędzy.  Nie  zaplanowałeś  tego  dziecka,  nie 

chcesz go. To ja ponoszę pełną odpowiedzialność. 

– Psiakrew! – zaklął, przygładzając włosy. – Od mojego wyjazdu nie ustąpiłaś nawet na 

cal. 

– A ty?

– Myślałem  o  nas  bardzo  dużo  w  czasie  tych  kilku  tygodni,  Brooke.  Nie  mam 

najmniejszych  wątpliwości,  że  będziesz  dobrą  matką.  Martwię  się  okresem  ciąży.  Nie 

odżywiasz  się  jak  należy,  pracujesz  ciężko  przez  cały  dzień.  Potrzebujesz  opieki.  Co 

powiedziałabyś, gdybym wynajął jakąś kobietę, która przychodziłaby tutaj, gotowała i... 

– Nie! To wszystko byłoby za twoje pieniądze. 

– A masz lepszy pomysł?

– Czy dobrze zrozumiałam?  Uważasz, że  dam sobie radę, kiedy dziecko  się już urodzi, 

ale tymczasem potrzebuję pomocy, tak?

background image

– Nie całkiem, raczej.... 

– Przyjaciela?

– Tak, przyjaciela. Julie jest zajęta Joeyem, Gran myśli tylko o moim dziadku, zresztą z 

wzajemnością. I nikt nie ma czasu, żeby się zaopiekować tobą. 

– Tylko ty pozostajesz. 

– Co?

– Czy związałeś się już z inną?

– Oczywiście że nie!

– Więc, doskonale się składa, Chance, wynajmę ci pokój Julie. Pomoże mi to finansowo, 

bez poczucia, że korzystam z pomocy charytatywnej. Ty będziesz mógł obserwować, czy nie 

staczam się na dno. Dobry plan, co?

– Bylibyśmy współlokatorami?

– Tak. I przyjaciółmi. Wydaje się, że romantyczny okres mamy już za sobą. Dostatecznie 

cię  uraziłam  moim  niewybaczalnym  zajściem  w  ciążę.  Chance,  zrobię  to  dla  ciebie. 

Powinieneś się natychmiast wprowadzić. 

Chance kręcił z niedowierzaniem głową i patrzył na Brooke. 

– Poczekam – dodała  z  miłym  uśmiechem – aż  przetworzysz  nowe  dane  w  swojej 

pamięci. 

Chance poderwał się i zaczął przemierzać pokój długimi krokami. Brooke pilnie oglądała 

paznokcie,  zerkając  na  Chance’a  spod  opuszczonych  powiek  i  usiłując  powstrzymać  się  od 

skręcania loków. W końcu zatrzymał się i spojrzał na nią z góry. 

– Dobrze – powiedział – masz rację. Jutro się wprowadzam. 

background image

ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY

Wydawał się oszołomiony, kiedy wręczyła mu klucze i trajkotała o szafach i szufladach, 

które  może  zapełnić  swoimi  rzeczami.  Potem  poklepała  go  pieszczotliwie  po  policzku  i 

wypchnęła za drzwi. 

Nad ranem Brooke dostała mdłości. Potykając się, wróciła do łóżka i skuliła pod kołdrą. 

– Nic się nie stało, kochanie – mówiła, kładąc rękę na brzuchu. 

Gdy rano  jechała  samochodem  do  pracy,  była  blada,  ale  czuła  się  dobrze.  To  był długi 

dzień.  Prześladowała  ją  myśl,  że  Chance  zmieni  decyzję  i  nie  sprowadzi  się  do  niej. 

Zapomniała o obawach, gdy zobaczyła  go wyciągniętego na kanapie. Nos miał utkwiony w 

książce, a obok, na stoliku, leżało jeszcze kilka tomów. 

– Cześć – powiedziała. – Przyniosłeś wszystko?

– Tak. 

– Co robisz?

– Czytam. 

– Widzę. 

– Wszystko na temat ciąży. Diety, ćwiczenia, wykazy imion, wszystko. Czy czujesz, że 

masz bardziej wrażliwe piersi?

– Co?

– Zgodnie z tym, co tu piszą, twoje piersi powinny być bardziej wrażliwe. 

– No, tak, ale... 

– Wspaniale. Czy powiększył ci się obwód w pasie?

– Chance, na miłość boską!

– Nie chcesz wiedzieć, co się dzieje z twoim ciałem?

– Jestem  w  ciąży – to  wszystko.  Będę  czekać,  co  jeszcze  nastąpi,  i  dziwić  się 

wszystkiemu. 

– Bardzo  niedobrze.  Musimy  się  skrupulatnie  przygotować.  Przeczytam  to  wszystko  i 

zrobię wyciąg. 

– Chance, to jest dziecko, a nie program komputerowy!

– Tak? Najlepiej będzie, jeśli najpierw zaplanuję posiłki. Aha, Gran przyniosła dla ciebie 

ajerkoniak. Wiesz – powiedział, odwracając się i siadając – wyglądasz okropnie. 

– Dzięki. 

– Nie czujesz się najlepiej?

– Jestem po prostu zmęczona. 

– Połóż się, a ja przygotuję obiad. 

– Nie wygłupiaj się – odpocznę po jedzeniu. 

– Brooke, mówię ci, połóż się!

– Świetnie. Bardzo proszę. 

Brooke przebrała się, wślizgnęła pod kołdrę i poczuła nieprzepartą senność. 

– Brooke?

background image

– Hmmm?

– Śpisz już godzinę. Może wstaniesz i zjesz coś?

– Co? Och, oczywiście. Nie sądziłam, że jestem taka zmęczona. Zaraz przyjdę. 

Chance już zjadł, ale usiadł naprzeciw i obserwował ją– Zaraz oszaleję, Chance. – Brooke 

skrzywiła się. – O co ci chodzi?

– O  nic.  Upewniam  się,  czy  zjadasz  wszystko.  Chyba  opracuję  wykres  obrazujący,  jak 

przybierasz na wadze. 

– Nie zgadzam się!

– Dlaczego? To byłoby fascynujące. 

– Chance, jestem kobietą w ciąży, a nie dyskietką, która zawiera nie znane ci informacje. 

Nie masz żadnych ludzkich uczuć dla tego dziecka?

– Wszystko już sobie wyjaśniliśmy. Spodziewałem się, że będę świadomy chwili, kiedy 

to się wydarzy. Wszystko stało się jakby bez mojego udziału. 

– Miałeś biologię w szkole? Powinieneś wiedzieć, że jesteś ojcem. 

– Fizycznie  tak,  zgadzam  się,  ale  emocjonalnie?  Nie  czuję,  żeby  to  dziecko  było 

bezpośrednio  ze  mną  związane.  Przejąłem  się  tym,  co  się  z  tobą  stało,  Brooke,  dlatego  tu 

jestem. Zaopiekuję się tobą jak najtroskliwiej, ale nie spodziewaj się po mnie sentymentów. 

Brooke już otwierała usta, żeby zaprotestować, ale powstrzymała się. Z żalem pomyślała, 

że walka będzie twardsza niż się spodziewała. Chance zamknął się w swoim komputerze i nie 

chce  z  niego  wyjść.  Nie  zrezygnował  z  wcześniejszego  planu.  Nie  umie  pójść  na  małe 

ustępstwa, machnął ręką na wszystko, łącznie z nią i jej dzieckiem. 

Musi  go jakoś przekonać, że  jeszcze  nie wszystko stracone. To dopiero  początek. Musi 

pomyśleć o ich przyszłości  i  dziecku. Życie  nie  jest wydrukiem zimnej, nieczułej maszyny. 

Jej miłość była gorąca, szczera i wieczna. Chance powinien posłuchać swego serca bardziej 

niż głowy i wnieść trochę więcej ludzkich uczuć do swojego życia. 

Czy potrafi nauczyć Chance’a, jak witać z radością każdy dzień, zamiast planować życie 

w taki sposób, jak on to robi? Czy przekona go, by zaakceptował ją jako kobietę, która błądzi, 

to  prawda,  ale  nigdy  nie  zraniła  go  świadomie?  I  jeszcze  dziecko...  Czy  ciągle  będzie 

odmawiał przyjęcia go, tylko dlatego, że nie poczęło się zgodnie z jego precyzyjnym planem? 

Czy potrafi, czy zechce jeszcze raz ją pokochać?

– Nie wiem – westchnęła Brooke. – Po prostu nie wiem. 

– Kuchnia  już  czysta – oświadczył  Chance.  – Co lekarz  powiedział  na  temat  twojej 

kondycji fizycznej?

– W normie. 

– A co z dietą? Przepisał ci witaminy?

– Mam wszystko, czego mi potrzeba. 

– W tej książce piszą, że twoje hormony są, w pewnym sensie, nieobliczalne, więc jeżeli 

zbiera ci się na płacz, nie hamuj się... 

– Jakiś ty miły. 

background image

– Jeżeli masz wątpliwości – pytaj. Przeczytam wszystkie te książki i zapamiętam każdy 

szczegół. Szybko przez to przejdziemy. 

– Chyba pójdę do łóżka. 

– Przecież dopiero wstałaś. 

– Ale czuję się zmęczona. 

– Jak wolisz. Dobranoc. 

Dokładnie o drugiej nad ranem Brooke pobiegła do łazienki. Miała takie zawroty głowy, 

że usiadła na podłodze i oparła czoło o zimną krawędź wanny. 

– Brooke! – zawołał Chance pukając do drzwi łazienki. – Co się stało? Otwórz!

– Otwarte – odpowiedziała słabym głosem. 

– Mój Boże, Brooke – powiedział klękając przy niej – co się z tobą dzieje?

– To  nic.  Poranne  mdłości – odrzekła.  Spojrzała  na  jego  silną  nagą  pierś  porośniętą 

ciemnymi, skręconymi włosami. Wytarte dżinsy opinały jego szczupłe biodra. 

– Jest środek nocy. Nie możesz teraz być chora!

– Widocznie dziecko nie przeczytało odpowiedniego rozdziału! Och, umieram. 

Chance otoczył ją ramieniem i poprowadził do łóżka. 

– Jesteś taka blada – powiedział, biorąc jej dłonie w swoje. – Chyba wezwę lekarza. 

– Nie, Chance. Poranne mdłości to bardzo pospolita dolegliwość. 

– Jest środek nocy!

– Nie  wszystko  w  życiu  przebiega  zgodnie  z  harmonogramem.  Czasami  zdarzają  się 

odstępstwa. 

– Nie podoba mi się to. Wyglądasz naprawdę okropnie. Dlaczego tak cierpisz z powodu 

tych  mdłości?  Co  mam  zrobić,  żebyś  poczuła  się  lepiej?  Och,  kochanie,  ty  drżysz. 

Potrzebujesz ciepła. 

Zanim zdała sobie sprawę z jego zamiarów, Chance wślizgnął się pod kołdrę i przytulił 

Brooke do siebie. Oparła policzek na jego mocnej piersi, poczuła na skórze miękkie, skręcone 

włosy. Rozpoznała znajomy zapach. Miała przenikliwą świadomość ciepła promieniującego z 

jego  ciała.  Położyła  mu  rękę  na  piersi  i  poczuła  pod  dłonią  miarowe  bicie  serca.  Gdy

poruszyła palcami, natknęła się na męski sutek. Usłyszała gwałtowny wdech. 

– Czujesz się... lepiej? – zapytał zduszonym głosem. 

– Trochę. – Ogarniało ją niepohamowane pożądanie. – Chyba nie jest ci zbyt wygodnie w 

dżinsach?

– Nie szkodzi. Spróbuj zasnąć. 

Spróbuj,  pomyślała  Brooke.  Przecież  to  niemożliwe.  Aż  do  bólu  chciała,  by  ją  kochał. 

Czy już jej nie pragnie?

Brooke  wierciła  się,  nie  mogąc  zasnąć,  aż  uśmiech  pojawił  się  na  jej  ustach – poczuła 

przez materiał jego obcisłych dżinsów i swoją flanelową koszulkę jego rosnące podniecenie. 

O tak, Chance pragnął jej. 

– Przestań... się kręcić – powiedział. 

– Przepraszam. 

background image

– Od dawna miewasz takie stany?

– Dopiero drugą noc. 

– Trzeba z tym skończyć. 

– Kiedyś się skończy. 

– Mówię – teraz!  Nie  chcę,  żebyś  była  chora,  Brooke.  Dziecko  ma  być  szczególnym 

przeżyciem. 

Nie  powinnaś  lądować  na  podłodze  łazienki.  I  to  w  środku  nocy.  O  Boże,  co  ja  ci 

zrobiłem?

– Nic! Ja to zrobiłam, pamiętasz? To moje dziecko tak na mnie wpływa. Stajesz się zbyt 

wrażliwy. 

– Powinienem  był  wiedzieć,  że  nie  stosujesz  żadnej antykoncepcji.  Wiedziałem  o  tobie 

wystarczająco dużo, by mieć świadomość, że od czasu tego faceta, który tak namieszał ci w 

głowie,  nic  cię  z  nikim  nie  łączyło.  Gdzie  się  podziało  moje  poczucie  odpowiedzialności? 

Gdzie był mój rozum? Gdzie moje logiczne myślenie?

– Zapomniane w szponach namiętności! – powiedziała dramatycznym szeptem Brooke. 

– Szs-zsz, myślę. 

– A ja zasypiam. Dobranoc. 

– To  doprowadza  mnie  do  szału,  Brooke.  Musi  być  coś,  co  pomijam  w  swoich 

przemyśleniach. 

– Chance, błagam, śpijmy. Jestem bardzo zmęczona. 

– Co? Och, przepraszam, kochanie. Zamknij oczy, a ja cię ukołyszę do snu. 

– Dziękuję,  Chance – powiedziała,  przytulając  się  .  mocniej  i  przesuwając  dłoń  coraz 

niżej. 

– Przestań. 

– O, przepraszam. – Podniosła głowę, żeby spojrzeć na niego. 

– Do diabła – warknął i zakrył jej usta gwałtownym pocałunkiem. 

Hej, panie Tabor, myślała rozmarzona Brooke. Witaj. Witaj w domu. 

– Och, Brooke. Nie, nie mogę leżeć tu, w łóżku, z tobą. 

– Tęskniłam za tobą, Chance. Bardzo cię pragnę i kocham cię bardzo. 

– Nie, nie mogę. Po prostu nie mogę. Myślałem, że wszystko sobie ułożyłem, ale nagle 

okazuje się, że znowu się pomieszało. Nie byłoby uczciwie, gdybym się teraz z tobą kochał. 

Czuję się tak, jakbym miał w głowie papkę. Pracowałem nad sobą przez cały pobyt w Japonii, 

a tu okazuje się, że wróciłem do punktu wyjścia. 

– Dobrze, dobrze, Chance. Śpijmy teraz. Dobranoc. 

– Ach,  tak,  dobranoc – powiedział  i  zgasił  światło.  Brooke uśmiechnęła  się  i  zamknęła 

oczy. Chance czuł się zakłopotany i to było cudowne. Jeszcze tliła się nadzieja, że wyjdzie ze 

swojego pancerza i wyciągnie rękę do niej i ich dziecka. Chance poddawał badaniom swoje 

postępowanie i  wyraźnie  próbował nawiązać z  sobą samym kontakt.  I leżał  tutaj, przy niej, 

bliski i ciepły. 

Następnego ranka był w nie najlepszym nastroju. 

background image

– Nic z tego – huknął. – Nie możesz iść do pracy. Przez pół nocy chorowałaś. 

– Ależ czuję się już dobrze. I nie krzycz na mnie. 

– Brooke, chcę, żebyś się znalazła w łóżku. 

– Czy to propozycja? – zapytała z uśmiechem. 

– Oczywiście, że nie. Potrzebujesz odpoczynku. Zwolnij się. 

– Co? Nie bądź śmieszny. 

– Tak, właśnie tak. Zwolnij się z tej cholernej pracy. 

– Ta rozmowa nie ma sensu. Do zobaczenia wieczorem. 

– Brooke!

– Pa, pa – pożegnała się szybko i wyszła z domu. Przez dzień nic szczególnego się nie 

wydarzyło. 

Z niecierpliwością oczekiwała wieczornego spotkania. 

Wreszcie nadeszła piąta i Brooke ruszyła do domu. 

Chance wrócił późno i wyglądał na bardzo zmęczonego. 

– Kłopoty? – zatroszczyła się Brooke. 

– Siadł komputer i było krucho ze sprzętem. Musiałem poczekać na wolną maszynę. 

– Zostawiłam ci obiad. 

– Dziękuję. Nie jestem głodny. Brooke, jest coś, o czym musisz wiedzieć. 

– Tak?

– Kocham cię. 

– Naprawdę?

– Tak.  Nie  cierpiałem  cię  przez  jakiś  czas,  ale  nie  przestałem  cię  kochać.  Później 

myślałem, że już mi przeszło, ale uświadomiłem sobie, że moja miłość trwa. Ale to chyba nie 

ma znaczenia w tej sytuacji. 

– Ależ  ma,  Chance.  To  znaczy  dla  mnie  bardzo  dużo.  Kocham  cię  także,  ufam  ci. 

Straciłam  dużo  czasu,  zanim  uwierzyłam  w  twoje  uczucie,  zanim  uporałam  się  ze  swoimi 

kompleksami. 

– Brooke, ja... 

– Nie,  proszę,  wysłuchaj  mnie.  Dzięki  twojej  cierpliwości  i  zrozumieniu  zaufałam  ci, 

mogłam uwierzyć w siebie i w ciebie. I co mam teraz zrobić? Stać się znowu taka jak byłam? 

Poddać  się  i  pamiętać  o  tobie  jako  o  jeszcze  jednej  mojej  pomyłce?  Nie,  nie  zrobię  tego. 

Pokonałam  moją  słabość,  ale  jestem  człowiekiem.  Też  popełniam  błędy,  a  kiedy  to 

zrozumiem, mówię – przykro mi. Żałuję, że to dziecko poczęło się bez twojej wiedzy, żałuję, 

że tak bardzo cię zraniłam. Ale jeden fakt pozostaje – kocham cię i chcę przeżyć przy tobie 

całe życie. 

– Ciągle  mnie  nie  rozumiesz,  prawda? – powiedział.  – Nie  możesz  burzyć naturalnego 

porządku rzeczy i uważać, że nic się nie stało. To nie jest podejście realistyczne. 

– Naturalny porządek?  Porządek, który ty ustaliłeś, uważasz  za  naturalny?  Ty sam, bez 

porozumienia  ze  mną?  Niektórzy  powiedzieliby  o  nas,  że  jesteśmy  nieprzyzwoici  śpiąc  ze 

sobą bez ślubu. Ale dokonaliśmy takiego wyboru. 

background image

– Zgoda! I można się było spodziewać, że tak samo podejmiemy decyzję, kiedy będziemy 

chcieli mieć dziecko!

– Pan, panie Tabor, go nie ma. Ja już mam. Och, Chance, choć raz w życiu ustąp trochę. 

Odrzuć program, który masz w głowie i spójrz na rzeczy, jakimi są naprawdę. Czy wszystko 

jest takie odległe od tego, czego tak bezwarunkowo pragniesz?

– Spędziłem resztę nocy próbując wszystko ze sobą połączyć i nie udawało mi się. Wiesz 

dlaczego? Zgubiłem jakiś kawałek. W programie była luka i nie mogłem się domyślić, czego 

brakowało. 

– No  cóż,  nie  patrz  tak  na  mnie!  Ja  ci  niczego  nie  zabrałam.  Zmieniłam  tylko  jeden 

element  w  twoim  życiu  i  cała  konstrukcja  się  rozpadła.  Na  pewno  nie  zrobię  tego  samego 

błędu po raz drugi. 

– Ja... Brooke, możesz zostać tutaj sama?

– Oczywiście. Dlaczego pytasz?

– Muszę pobyć sam i uporządkować myśli. 

– Ale jeszcze nie jadłeś. 

– Może później. Do zobaczenia. 

Brooke  patrzyła,  jak  Chance  wychodzi  z  domu.  To,  co  ona  robiła  z  nim,  też  było  złe. 

Próbowała  go  zaprogramować  po  swojemu.  Przez  cale  życie  funkcjonował  w  pewien 

określony sposób,  a  ona  postanowiła  to  zmienić.  Chance  działał  w  świecie,  gdzie  wszystko 

było  zaplanowane  na  długo  naprzód  i  przebiegało  pod  ścisłą  kontrolą.  Wszystko  było 

zorganizowane, wolne od błędów. 

Zamęt,  którego  teraz  doświadczał,  ona  spowodowała.  Usiłowała  naciskać  jakieś  guziki, 

żeby skłonić go do zachowania się w sposób, który ona uważała za słuszny. Walczył ze sobą, 

był rozbity, nieszczęśliwy. Powinna pozwolić mu odejść, wrócić do świata, który rozumie. Do 

miejsca,  w  którym  nie  ma  nie  zaplanowanych  dzieci  i  porannych  nudności  w  środku nocy. 

Ani życia z kobietą, która nalega, by zmienił się w kogoś, kim być nie może. 

Kochała  go.  Kochała  Chance’a  całym  swoim  istnieniem,  ale  przynosiła  mu  tylko 

zgryzotę. 

Chance  wrócił  do  domu  chwilę  po  północy.  Skrzywił  się,  widząc  Brooke  siedzącą  na 

kanapie. 

– Potrzebujesz snu – powiedział. – Czemu jeszcze nie śpisz?

– Muszę z tobą porozmawiać. 

– Nie możesz poczekać?

– To bardzo ważne, Chance. 

– Dobrze, mów, ale szybko. 

– Popełniłam wobec ciebie okropną nieuczciwość. 

– Znowu?

– Tak – westchnęła – znowu. 

– Masz bliźnięta? – zapytał z uśmiechem. 

background image

– To nie jest śmieszne, Chance. Próbowałam zmienić cię w kogoś, kim nie możesz być. 

Chciałam,  żebyś  przyjął  program  inny  niż  ten,  który  napisałeś  i  twój  twardy  dysk  go  nie 

przyjął. 

– To zabrzmiało bardzo erotycznie. 

– Bądź  poważny!  Jesteś,  kim  jesteś,  a  więc  wszystko  powinno  przebiegać  tak,  jak 

zaplanowałeś. Widziałam, jak ta ciąża i wysiłki, które podejmowałam, żeby nakłonić cię do 

zaakceptowania  dziecka  i  mnie,  unieszczęśliwiły  cię.  Jest  mi  naprawdę  bardzo  przykro,  ze 

sprawiłam ci tyle bólu.

Chance spoglądał na nią z uprzejmym wyrazem twarzy. W pokoju zapadła cisza. 

– Już? – spytał w końcu. – Kazanie skończone?

– Nie słuchałeś?

– Ależ słuchałem. Nie przepuściłem ani słowa. Miło mi było pogawędzić z panią, ale już 

mam dosyć. 

– Zaczekaj! – krzyknęła Brooke, gdy Chance chciał wyjść z pokoju. 

– Pani dzwoniła?

– Słyszałeś, co powiedziałam, że ja i ty – razem – to katastrofa?

– Tak,  słyszałem.  Aha,  wiesz,  jaką  część  programu  ciągle  pomijałem  w  swoich 

rozważaniach?

– Nie. 

– Odkryłem to wreszcie – noc. 

– Co?  Chance...  – Do  diabła,  poszedł  do  łóżka!  Brooke pomrukiwała gniewnie ścieląc

posłanie i  z  ponurą  miną  wsunęła  się  pod  kołdrę.  Chance  całkowicie  zignorował  jej 

szlachetny  gest,  nie  przejął  się  tym,  że  obnażyła  przed  nim  swą  duszę.  Ależ  nerwy  ma  ten 

człowiek!  Odnalazł  pominiętą  część?  Też  mi  sensacja.  Co  to  jest,  na  miłość  boską? 

Przeanalizuje wszystko, co od niej usłyszał i pewnie się wyprowadzi. Och, była dzisiaj zbyt 

zmęczona,  żeby  o  tym  myśleć.  Kiedy  Brooke  wyskoczyła  z  łóżka  o  drugiej  nad  ranem, 

zderzyła się z Chance’em. 

– Z drogi! – wrzasnęła. 

– Dobry Boże – mruczał, depcząc jej po piętach. Kiedy Brooke doszła trochę do siebie, 

Chance obmył jej twarz, podał wodę do picia i odprowadził troskliwie do łóżka. 

– Podle się czuję – pociągała nosem. – Dzięki, że jesteś ze mną. Czemu nie śpisz?

– Była  druga,  więc  pomyślałem,  że  możesz  mnie  potrzebować – powiedział.  – Śpij, 

Brooke. Obejmę cię i zostanę z tobą. 

– Och, jak słodko – szepnęła i zapadła w sen. Następnego ranka Chance stał w drzwiach 

pokoju Brooke. Wyglądał groźnie. 

– Spróbuj ruszyć się z łóżka, a połamię ci nogi. 

– Nie zrobisz tego. 

– Spróbuj. 

– Ale mój szef... 

– Zadzwonię do niego. 

background image

– Wygrałeś – ustąpiła Brooke i zamknęła oczy. 

Obudziła się o dziesiątej i poszła szukać Chance’a, ale znalazła tylko kartę przyczepioną 

do nosa Psa. – „Jedz. Odpoczywaj. Kocham cię. C.”

Chance zadzwonił w południe. 

– Cześć – powiedział. – Jak się masz?

– Znakomicie. Naprawdę dobrze. 

– Wyjdziemy  wieczorem  coś zjeść?  Mam świadomość, że  o drugiej  nad  ranem  możesz 

żałować swojej decyzji, ale... Co o tym myślisz?

– Z wielką chęcią. 

– Wpadnę po ciebie o siódmej. 

– To śmieszne, przecież tu mieszkasz. 

– Nie, to prawdziwa randka. Pójdę do siebie, przebiorę się i oficjalnie zabiorę cię z domu. 

– Jak sobie życzysz. 

– Dobrze. Tymczasem. 

– Chance? – powiedziała  Brooke,  ale  odpowiedział  jej  głuchy  sygnał.  Wychodzi  na 

randkę. O Boże, ten człowiek zrobił krok w stronę przepaści. 

Brooke  starannie  wybierała  strój.  Zdecydowała  się  na  bladoniebieski  kostium. 

Perspektywa nadchodzącego wieczoru była podniecająca, więc postanowiła odsunąć od siebie 

wszelkie  przykre  myśli.  Będzie  w  towarzystwie  zabójczo  przystojnego  mężczyzny, 

dowcipnego, czarującego i uprzejmego, i powinna się z tego cieszyć. 

Chance  zapukał  dokładnie  o  siódmej.  Gdy  Brooke  otworzyła  drzwi,  aż  ją  zamurowało. 

Miał  na  sobie  znakomicie  skrojony  czarny  garnitur  i  krawat  dobrany  do  stalowoszarej, 

jedwabnej koszuli. 

– Jesteś absolutnie piękny – powiedziała cicho. 

– Ty  również.  – Objął  ją  i  mocno  pocałował.  Brooke zaskoczona odpowiedziała

żywiołowo. 

Chance znowu  przywarł do jej ust. Ich usta spotkały się i  oboje zaczęli płonąć, lecz on 

odsunął ją od siebie delikatnie. 

– Lepiej będzie, jak pójdziemy – powiedział. 

– Dobrze. Wezmę płaszcz. Zgubiłeś klucze?

– Nie, ale zapukałem, bo to przecież najprawdziwsza randka. 

Wieczór był pogodny i mroźny. 

– Chance, czy możesz mi powiedzieć, jaki to brakujący fragment programu znalazłeś?

– Tak. 

– Kiedy?

– Później. 

– Czy słuchałeś mnie, gdy mówiłam, że nasza sytuacja jest beznadziejna?

– Ty mówiłaś, ja słuchałem. 

– I?

– Nie masz racji. 

background image

– Och? Co, uważasz, że byliśmy w siódmym niebie?

– Nie, w Aspen. 

– Co to znaczy?

– Powiem ci później. 

Zmrużyła czujnie oczy, kiedy Julie i Joey pojawili się przed restauracją dokładnie wtedy, 

gdy Chance pomagał Brooke wysiąść z samochodu. Podczas posiłku wymienili przyjacielskie 

ploteczki  i  omawiali  różne  wydarzenia  towarzyskie,  a  Chance  posunął  się  tak  daleko,  że 

zamówił dla Brooke deser lodowy. 

– Ostatni na długo, więc ciesz się każdym kęsem. 

– Jesteś okropny. 

– Spójrz, która godzina – powiedziała nagle Julie. 

– Już strasznie późno, koniecznie muszę się położyć. Chodźmy, Joey. 

– Tak – przytaknął zgodnie Joey. – Miło nam było i... 

– Joey, pospiesz się! – ponagliła Julie. 

– Już idziemy – odparł Joey, biorąc ją pod rękę. 

– O co tu chodzi? – spytała zaskoczona Brooke. 

– Wiedziałeś, że będą tutaj?

– Tak, zaprosiłem  ich. Pomyślałem, że  zasłużyłaś na przyjemny obiad  z  ludźmi, którzy 

martwią się o ciebie. Zepsułem ci Boże Narodzenie, opuściłem na miesiąc. Chciałem, żebyś 

teraz miała chwilę wytchnienia. 

– Było cudownie. Dziękuję, Chance.

– Nie dziękuj przed drugą. Na pewno zjadłaś za dużo. 

– Byłam naprawdę głodna. 

– Musimy porozmawiać, Brooke. 

– Wiem. 

– To jeszcze jeden powód, dla którego jesteśmy na oficjalnej randce. Potem możesz mnie 

wypędzić z mieszkania. 

– Wracamy teraz do domu?

– Tak, wolałbym powiedzieć ci to, o czym myślę, u ciebie. 

– Czy będę znowu płakać, Chance? – szepnęła. 

– Chciałbym to wiedzieć. Chodźmy. 

Gdy wracali, Chance był coraz bardziej spięty. Brooke ogarnęło poczucie zagrożenia, w 

żołądku jakby miała kamień. Deser lodowy przypominał o sobie. 

W  domu  Chance  wziął  ją  za  rękę  i  posadził  delikatnie  na  kanapie.  Ściągnął  krawat, 

wcisnął go do kieszeni, zrzucił marynarkę. Otworzył  usta, chcąc coś powiedzieć, lecz zaraz 

zrezygnował i zaczął krążyć po pokoju. Czekała z mocno zaciśniętymi dłońmi. 

– Brooke – wykrztusił wreszcie. 

– Tak! – wzdrygnęła się. – Przestraszyłeś mnie. 

– Któż inny mógłby się odezwać? Pies?

– Przepraszam. Jestem zdenerwowana. 

background image

– Brooke, kocham cię. Kocham każdą cząstkę twego ciała. Wierzysz, że cię kocham?

– Tak, Chance, wierzę. 

– Dobrze. To pomaga. Jestem idiotą, Brooke, zwykłą szmatą. 

– Ty?

– Zanim cię spotkałem, miałem precyzyjny plan, jak ma wyglądać moje życie, kiedy się 

zakocham.  Opracowałem  w  myślach  każdy  szczegół  i  po  prostu  czekałem,  aż  odpowiednia 

kobieta  pojawi  się  na  scenie.  Wtedy  ty  siadłaś  mi  na  kolanach,  prosząc  mnie – a  raczej 

Świętego Mikołaja – o bernarda. Ty, twoich dziewięć piegów i mięciutkie loczki zwaliły mnie 

z  nóg.  Byłaś  tą,  o  której  marzyłem.  To,  że  początkowo  nie  ufałaś  mi,  nie  miało  większego 

znaczenia.  Postanowiłem  się  z  tobą  ożenić  i  po  prostu  zrealizować  program,  punkt  po 

punkcie. 

– A potem, Aspen – powiedziała łagodnie Brooke. 

– Tak,  Aspen.  Aspen  i  nasze  dziecko.  Dużo  czasu zajęło  mi  poszukiwanie brakującego 

ogniwa,  uświadomienie  sobie  tego,  co  zrobiłem.  Przysięgam,  Brooke,  wtedy  tego  nie 

wiedziałem. To było ukryte bardzo głęboko w mojej podświadomości i... 

– Nie rozumiem. 

– Brooke, byłem śmiertelnie  przerażony. Pragnąłem, musiałem być z  tobą na zawsze, a 

nie na krótko. Och, kochanie, ja ciągle nie mogę uwierzyć, że mogłem zrobić coś podobnego. 

Mój  program  się  zawalił,  traciłem  ciebie.  Nic  nie  szło  zgodnie  z  planem,  coś  ukrytego  we 

mnie wzięło górę nad rozsądkiem. 

– O czym ty mówisz?

– Coś we mnie pękło, Brooke. Moje całe życie było zaprogramowane, zapomniałem, albo 

raczej  nigdy  nie  wiedziałem,  jak  być  zwykłym  człowiekiem,  z  pragnieniami  i  słabościami. 

Nie  umiałem  dostrzec  i  zaakceptować  tych  uczuć  w  drugiej  osobie.  Nie  mogłem  sobie  dać 

rady, kiedy ty nie postępowałaś zgodnie z moim planem. Wydawało mi się, że znalazłem się 

w potrzasku i ogarnęło mnie potworne przerażenie. Zacząłem walczyć z faktami, z tobą. Tak 

bardzo cię zraniłem. 

– Ale... 

– Słuchaj, proszę. Czy zdajesz sobie sprawę, co znaczy dla takiego człowieka jak ja być 

całkiem zagubionym? Wtedy, w Aspen, kochałem się z tobą. Nigdy przedtem nie byłem tak 

nieodpowiedzialny.  Ja,  ten  wspaniały  Chance,  pod  wpływem  pożądania  straciłem  rozsądek. 

Ja! Wiesz, gdzie się znalazłem, Brooke? W jednym rzędzie z tymi głupkami, których kiedyś 

wybrałaś i którzy z ciebie zakpili. Ty nie zrezygnowałaś jednak ze mnie. 

– Nie. Nie zrezygnowałam. 

– To  wszystko  spadło  na  mnie  jak  grom.  Moje  rozumowanie  poniosło  klęskę.  Już  nie 

poznawałem siebie. Czy mnie teraz wyrzucisz?

– Nie teraz. Mów dalej. 

– Co mogę powiedzieć?  Znasz całą resztę. Zaszłaś w ciążę, a ja zupełnie zwariowałem. 

Zżerało mnie coś, czego nie rozumiałem, więc zrzuciłem wszystko na ciebie. Powróciłem do 

swojego  planu.  Pretensje  o  to,  że  zniszczyłaś  moje  marzenia  i  skradłaś  ten  niezwykły 

background image

moment, w którym poczęło się moje dziecko! Brooke, przecież to nie ty zrobiłaś. Przecież ja 

tam byłem i tak jak ty widziałem, co się może zdarzyć. 

– Och, Chance – powiedziała Brooke, ocierając łzy. 

– Nie mam słów, by wyrazić, jak mi przykro. Błagam cię o przebaczenie. Potraktowałem 

ciebie,  mój  prezent,  tak  okropnie.  Brooke,  kocham  cię  i  kocham  nasze  dziecko.  Pragnę  i 

potrzebuję was obojga. Ach, Brooke, proszę, nie zostawiaj mnie samego. Zostań moją żoną, 

błagam. 

Brooke prawie pofrunęła w ramiona Chance’a, a łzy płynęły jej po twarzy. 

– Och,  Chance,  wiedziałam  o  tym.  Wiedziałam,  że  byłeś  czymś  więcej  niż  zimną 

maszyną,  która  produkuje  recepty  na  życie  i  nie  popełnia  ludzkich  błędów.  Trzeba  było 

miłości, żebyś to zrozumiał, Chance. 

Miłość  nie  może  być  krzywą  na  wykresie,  musi  rozkwitać  jak  piękny  kwiat.  Każda  jej 

nowa postać jest cudowna i pełna niespodzianek. 

– Prawie  zniszczyłem  naszą  miłość,  Brooke.  Po  raz  pierwszy  w  życiu  przestałem  się 

kontrolować,  nie  mogłem  znaleźć  odpowiedniego  przycisku,  ustalić  planu.  Nie  mogłem 

sprawić, by wszystko szło  zgodnie z  moją wolą. Teraz dopiero to  zrozumiałem. Będę witał 

każdy dzień uśmiechem i czekał, co przyniesie. Każda chwila z tobą będzie darem. Brooke, 

czy wyjdziesz za mnie?

– Tak, och, tak, Chance. 

– Będziemy prawdziwą rodziną. Ty, ja i nasze dziecko. 

– I Pies. 

– A teraz mam coś dla ciebie. Ukradłem ci i chcę oddać. 

– Co takiego?

– Twoje Boże Narodzenie. Byłem okropny tego dnia. Założę się, że mnie wyrzucono ze 

stowarzyszenia Świętych Mikołajów. Nie ruszaj się, zaraz wracam. 

– Dokąd? – zawołała Brooke, gdy Chance wybiegł z mieszkania. – Całkiem zwariował, 

biedny chłopak, ale kocham go tak bardzo. 

– No, no, no! – usłyszała donośny głos. W drzwiach ukazał się... Święty Mikołaj!

– Willie?

– Wesołych Świąt!

Willie w czerwonym stroju Świętego Mikołaja wszedł do pokoju z wielkim workiem w 

ręku. Chance i uśmiechnięta Gran stali tuż za nim. 

– Wesołych. Świąt, Brooke – powiedział Chance. Podszedł do niej i wziął ją w ramiona. –

Teraz już przez całe życie będziemy mieć wspólne Boże Narodzenie. 

– No, no, uff – odezwał się Willie. – Prezent zaczyna się wiercić. 

Był  to  najmilszy,  najbardziej  kudłaty  szczeniak-bernard,  jakiego  Brooke  kiedykolwiek 

widziała.  Śmiała  się  zachwycona,  gdy  psiak  wiercił  się  i  machał  ogonem,  a  potem 

niespodziewanie polizał jej koniec nosa. 

– Cześć, piesku – uśmiechnęła się. – Nie można cię nie kochać. Och, Chance, jest śliczny. 

– Może powinniśmy zapewnić mu dom z ogrodem, po którym mógłby biegać?

background image

– Doskonale. 

– No,  no,  no,  czas  wracać  na  Biegun  Północny – zawołał  Willie.  – Wesołych  Świąt, 

dzieci. Bądźcie szczęśliwi. To wielki dzień w moim życiu. 

– W moim również – wzruszyła się Gran, obejmując Brooke i Chance’a. 

– Jesteście cudowni! – stwierdziła Brooke. – I ty także. Wesołych Świąt, Chance. 

Zakrył jej usta delikatnym, zmysłowym pocałunkiem, który rozbudził w niej pragnienie. 

Wziął  Brooke  na  ręce,  zaniósł  do  sypialni.  Sięgnął  po  kołdrę  i  cofnął  się  zaskoczony – na 

poduszce siedział szczeniak i machał ogonem. 

– Przykro mi, kolego – powiedział Chance. – Nie zostałeś zaproszony. Mam elegancką, 

starą koszulkę – możesz spać na niej w moim pokoju. 

Brooke  pośpiesznie  pozbyła  się  ubrania  i  padła  na  łóżko.  Odwróciła  się  twarzą  do 

Chance’a, kiedy ten wszedł do pokoju. Zatrzymał się i błądził oczyma po jej nagim ciele. 

– Jesteś taka piękna – powiedział, podchodząc wolno do niej. – Moja żona, matka mojego 

dziecka. Jesteś moja. 

– Na zawsze. – Wyciągnęła ręce, by wziąć go w objęcia. – Kocham cię, Chance. 

Całował  ją,  przesuwał  dłońmi  po  jej  miękkich  wypukłościach,  przytulał  coraz  mocniej, 

pozwalając odczuć rosnące pożądanie. Na jego twarzy pojawił się wyraz niemalże nabożnej 

czci, gdy położył rękę na brzuchu Brooke. 

– Nasze  dziecko – powiedział  cicho.  – Twoje  i  moje.  Ty,  twoja  miłość,  dziecko  to 

najpiękniejsze dary, jakie kiedykolwiek dostałem. 

– Wesołych Świąt, Chance – szepnęła. 

– I wielu, wielu następnych. 

Chance pochylił się nad nią, ich usta spotkały się. Dłonią gładził jej jędrną skórę. Śladem 

dłoni  podążały  usta,  znaczące  pocałunkiem  każdy  cal  jej  giętkiego  ciała.  Brooke  także 

wyruszyła w podróż po mocnym ciele Chance’a, pieszcząc i całując jego stalowe mięśnie. 

Całował  jej  piersi,  brał  do  ust  to  jedną,  to  drugą delikatnie,  świadomy ich  wrażliwości. 

Serca  ich  przyspieszały  swój  rytm  wraz  z  rosnącym  podnieceniem.  Przyspieszone  oddechy 

wypełniały  cichy  pokój.  Lecz  oni  ciągle  powstrzymywali  się,  przedłużali  wyczekiwanie 

oczekując na rozkosz, która nadchodziła powoli. 

Ich  usta  znowu  się  połączyły,  a  ręka  Chance’a  sięgnęła  ku  jej  rozpalonej  kobiecości. 

Brooke wygięła się, by być jeszcze bliżej niego, gdy nadejdzie spełnienie. 

– Chance! Proszę!

– Och, tak, moja Brooke. 

Wszedł w nią z mocą, która odebrała jej dech i  uniosła poza czas i przestrzeń. To było 

połączenie  niepodobne  do  żadnego  wcześniejszego – pełne  zrozumienia,  miłości,  na 

wieczność.  Osiągnęli  upragnione  szczęście  wzywając  się,  przytulając  się  do  siebie,  tracąc 

świadomość. Razem. 

Powoli  wracali  na  ziemię.  Chance  położył  się  obok  Brooke  i  przytulił  ją  do  siebie. 

Przylgnęła  do  niego,  rozkoszując  się  ciepłem  płynącym  z  jego  ciała,  chłonąc  jego  zapach. 

Była nasycona, uszczęśliwiona i przepełniona niezmierzoną radością. 

background image

– Śpij – powiedział Chance, całując jej czoło. 

– Tylko na chwilę. O drugiej mam randkę, niestety. 

– Popatrz, jak wszystko świetnie zorganizowało to nasze dziecko! Dokładnie o tej samej 

godzinie,  co  noc.  To  wspaniale,  prawda?  Ten  dzieciak  ma  wszystko  tak  dokładnie 

zaprogramowane, że... 

– Chance!

– Przepraszam.  Stare  nawyki  trudno  przełamać,  ale  dam  sobie  z  tym  radę,  Brooke. 

Kocham cię. 

– I ja cię kocham, mój Święty Mikołaju, i zawsze będę kochać. 

Kilka miesięcy później, dokładnie o drugiej nad ranem, przyszła na świat Julie Virginia 

Tabor. Miała ciemne, kręcone włoski i ogłosiła swoją obecność donośnym krzykiem. Brooke 

uśmiechnęła  się  przez  łzy,  gdy  położono  jej  dziecko  na  brzuchu.  A  Chance?  Niestety, 

przegapił ten wspaniały moment. Zemdlał na sali porodowej i został wyniesiony przez dwóch 

krzepkich sanitariuszy. 

Później, w szpitalnym pokoju, ucałował mocno Brooke. 

– Nasza  córeczka  jest  bardzo  wrażliwa – stwierdził.  – Jest  wspaniała  i  mądra.  Swoim 

wrzaskiem stawia na nogi wszystkie pielęgniarki. 

– Chance,  czy  czujesz...  Och,  nie  wiem...  żal?  Straciłeś  przecież  tę  niezwykłą  chwilę 

narodzin Julie Virginii. Czy to w porządku?

– Nie  mogę  uwierzyć,  że  tak  się  stało – powiedział  marszcząc  brwi.  – Po  trzech 

miesiącach  nauki  w  szkole  rodzenia – nagle,  bęc,  rozciągnąłem  się  jak  długi  na  podłodze. 

Kiedyś  czułbym  się  dotknięty,  że  coś  nie  układa  się  zgodnie  z  planem.  Ty  nauczyłaś  mnie 

miłości,  Brooke.  Pokazałaś  mi,  jak  żyć  i  kochać  każdego  dnia  na  nowo.  Przegapiłem 

narodziny Julie  Virginii, ale będę przy niej, gdy będzie rosła i  rozkwitała, szczęśliwa, mała 

dziewczynka. 

– Cieszę się. Obawiałam się, że będziesz rozczarowany. Trzeba to uczcić. Proszę o lody. 

– Masz to u mnie. Zamówię z tuzin. Ach, Brooke, kocham cię. 

– Kocham cię także, najdroższy. A kiedy będzie się rodzić drugie dziecko – czy znowu 

przyjdziesz do sali porodowej?

– Brooke? No, no, no!

Ich  śmiech  rozbrzmiewał  w  powietrzu.  Uśmiechając  się,  długo  patrzyli  sobie  w  oczy. 

Czas będzie mijał, pory roku przejdą jedna za drugą, ale dla Brooke i Chance’a każdy dzień 

będzie dniem Bożego Narodzenia.