background image

EMILIE RICHARDS

ROMANS Z NIEZNAJOMĄ

background image

PROLOG

Norbert Colter  nie zakochał  się w Paryżu.  Podczas  tygodniowego pobytu w Mieście 

Światła nocą spacerował po Polach Elizejskich, a w dzień patrzył na lśniącą w blasku słońca 
wstęgę Sekwany. Jadał coq au vin haricot de mouton w romantycznych kafejkach oraz sypiał 

w nieskazitelnej pościeli najlepszych paryskich hoteli. Ale nie poddał się magii Paryża.

Przyjechał tutaj w interesach i nie oczekiwał żadnych szczególnych wrażeń. Od dawna 

miał zwyczaj kolekcjonować miasta równie beznamiętnie, jak zbierał dzieła sztuki z okresu 
renesansu. Codziennie pozwalał sobie przez pewien czas obserwować świat, lecz podróże były 

tylko zajęciem akademickim, poniekąd ćwiczeniem intelektu.

Teraz   Norbert   od   godziny   siedział   na   ławce   w   Ogrodzie   Luksemburskim,   kończąc 

notatki. W otoczeniu równiutkich klombów, palm w wielkich donicach oraz spacerowiczów, 
niekiedy   podnosił   głowę,   aby   poobserwować   spektakl.   W   to   letnie   przedpołudnie   chyba 

większość paryżan znalazła  jakąś wymówkę, aby udać się do parku. W pewnej chwili  jego 
uwagę zwróciła młoda kobieta, której widok podziałał na niego zdumiewająco silnie.

Poruszała się z wdziękiem, mijając grupki wielbicieli słońca i dzieci szykujących się do 

puszczania   łódeczek   na   płytkim   stawie.   Miała   na   sobie   prostą,   czarną   sukienkę   opinającą 

biodra   i   piersi,   rozciętą   z   boku   na   tyle   wysoko,   że   odkrywała   smukłe,   kremowe   udo. 
Niezależnie od tego, skąd pochodziła ta kreacja - z butiku Chanel czy też z wyprzedaży w Bon 

Marche - wyglądała tak, jakby została stworzona z myślą o tej dziewczynie.

Norbert   zauważył   również   szczególny   sposób   chodzenia   nieznajomej.   Przy   każdym 

kroku lekko unosiła się na palcach, jakby chciała wznieść się aż do nieba, oraz łagodnie, lecz 
prowokująco kołysała biodrami. A ciało Norberta, od dawna pozbawione seksu, natychmiast 

zareagowało na taką podnietę.

Kobieta wyglądała jak galijska leśna nimfa - jej lśniące, kasztanowe włosy z rudawym 

odcieniem lekko falowały na ramionach, a nogi o długości równie imponującej, co wyobraźnia 
Francuzów, były bardzo zgrabne. Mimo to Norbert nie całkiem rozumiał, dlaczego nieznajoma 

tak szybko obudziła jego libido. Widywał w Paryżu piękniejsze dziewczyny. Należała do nich 
na przykład ta, z którą wczoraj jadł kolację. Spotkanie miało charakter służbowy, lecz bez 

trudu zakończyłby je bardziej intymnie, gdyby nie wyczuł pułapki w drapieżnym uśmiechu 
towarzyszki.

Natomiast   ta   leśna   nimfa   wcale   się   nie   uśmiechała.   Szła   dość   szybko,   obserwując 

mijanych   ludzi,   lecz   nie   patrzyła   im   w   oczy,   tylko   uważnie   omiatała   spojrzeniem   kolejne 

twarze, jakby je skanowała. Norbert był niemal pewien, że ona kogoś lub czegoś wypatruje.

background image

Normalnie już by się znudził obserwowaniem jednej osoby i znów zabrałby się do pracy. 

Ale   dzisiaj,   całkiem   bez   zastanowienia,   wepchnął   dokumenty   do   teczki   i   wstał.   Wyjeżdżał 

dopiero wieczorem,  miał  więc sporo wolnego czasu.  Zaliczył  już wszystkie  muzea i po raz 
pierwszy od kilku dni był zaintrygowany. Pójście śladem uroczej nieznajomej wydawało się 

wybaczalne w mieście słynącym z romantyzmu.

Po wyjściu z parku Norbert starał się nie zgubić jej z oczu, chociaż sam się sobie dziwił, 

że za nią idzie. Było to całkiem nie w jego stylu i już zaczynał czuć się głupio. Nie zmartwiłby 
się, gdyby dziewczyna znikła w tłumie, lecz ona skręciła w wąską uliczkę i weszła do jakiegoś 

lokalu.

Może właśnie spotkała się z kochankiem - jakimś młodym, ciemnookim Francuzem - 

lub   z  przyjaciółkami?  Norbert  nie  miał  pojęcia,   co  odkryje.  Nie  spodziewał  się  jednak,   że 
nieznajoma   stanie   za   ladą   drugorzędnej   kawiarenki   w   Dzielnicy   Łacińskiej,   weźmie   z   rąk 

nabzdyczonej   paniusi   biały   fartuszek   i   go   założy.   Z   tymi   wysoko   sklepionymi   kośćmi 
policzkowymi i dumną postawą wyglądała jak księżniczka. Idealnie pasowałaby do katedry na 

Sorbonie,  lecz  jako osoba  podająca  kawę  i maślane  bułeczki  wydawała  się dziwnie  nie na 
miejscu. Norbert uznał, że warto jeszcze trochę ją poobserwować.

W kiosku na rogu kupił dziennik „USA Today” i poszedł do kawiarni. Nimfa była sama.
-  Cafe   au   lait,   s'il   vous   plait  -   powiedział,   uśmiechem   przepraszając   za   swój 

beznadziejnie amerykański akcent.

Zauważył, że dziewczyna przez sekundę mu się przyglądała, zanim odwróciła się do 

ekspresu. Jej twarz była równie intrygująca, jak sposób chodzenia. Dość długi, wąski nos i 
przeciętne usta nie zwracały uwagi, w przeciwieństwie do szerokich, ciemniejszych niż włosy, 

brwi   i   zadziwiająco   turkusowych   oczu.   Te   oczy   na   moment   leciutko   pociemniały,   gdy 
nieznajoma stwierdziła, że klient patrzy na nią badawczo.

Podała mu filiżankę kawy z mleczną pianką, której odrobina spływała na spodek.
- Co poleciłaby pani do tego? - Norbert nadal mówił po francusku.

- Wszystko jest dobre - odpowiedziała w nienagannej, urokliwej francuszczyźnie. Głos 

zabrzmiał miękko i o ton niżej, niż się spodziewał.

- Więc poproszę croissanta.
Dziewczyna   podała   rogalik   bez   słowa   i   dopiero   po   chwili   powiedziała,   ile   franków 

wynosi należność.

W małej, niezbyt czystej kawiarence stały tylko cztery stoliki. Norbert usiadł w rogu, 

gdzie na blacie mógł rozłożyć gazetę i widzieć ladę. Niczego nie planował, chciał tylko miło 
spędzić nieco czasu. Z przyjemnością zabawił się w kotka i myszkę z atrakcyjną nieznajomą, 

background image

tropiąc ją ulicami Paryża, a teraz zamierzał poczytać.

Od   lat   pasjonował   się   psychologią   i   był   wielkim   znawcą   charakterów,   co   zawsze 

przydawało mu się w prowadzeniu firmy. Osobiście wybrał lub zatwierdził każdego pracow-
nika na szczeblu kierowniczym Tri - C International, wielkiej korporacji założonej prawie sto 

lat temu przez jego pradziadka. Norbert nigdy nie miał powodu żałować żadnej z tych decyzji. 
Lubił wyobrażać sobie życie innych ludzi, ich nadzieje i obawy, codzienny byt. A gdy już zebrał 

garść   spostrzeżeń,   szedł   dalej,   nie   oglądając   się   za   siebie.   Tak   było   najlepiej   -   żadnych 
komplikacji, zbędnych zobowiązań ani powodów do cierpienia.

Znalazł stronę ze sportem i sprawdził wyniki rozgrywek baseballowych. Raz zerknął na 

dziewczynę i zauważył - zanim pospiesznie spuściła oczy - że na niego patrzy.

Kilka   minut   później   dopił   zimną   kawę.   Musiał   jeszcze   jakoś   zagospodarować 

popołudnie i jechać na dworzec. Składając gazetę, poszukał spojrzeniem dziewczyny.

I stwierdził, że jest w kawiarni sam.
Po chwili do lokalu wszedł ciemnowłosy mężczyzna. Postał przy ladzie, po czym za nią 

zajrzał, jakby podejrzewając, że ktoś się tam chowa. Nikogo nie zobaczył, więc mamrocząc pod 
nosem, wyszedł na ulicę.

Po   kwadransie   wróciła   nabzdyczona   paniusia   i   na   widok   pustego   miejsca   za   ladą 

brzydko zaklęła. Następnie odsunęła ciemną zasłonkę i zajrzała na zaplecze. Norbert zobaczył, 

że w małym pomieszczeniu też nikogo nie ma, lecz tylne drzwi są otwarte, a na klamce wisi 
biały fartuszek.

Uśmiechnął się do siebie. Siedzenie leśnej nimfy okazało się bardziej interesujące, niż 

oczekiwał, gdy ujrzał ją dzisiaj po raz pierwszy w Ogrodzie Luksemburskim.

background image

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Celestine St.Gervais  uważnie przyjrzała  się swemu odbiciu w lustrze. Jej włosy były 

podzielone   na   równe   pasma   i   pospinane   grubymi   klipsami.   Dłonie   nadal   lekko   drżały   po 
ucieczce z kawiarni, lecz mimo to sięgnęła po nożyczki. Kolejno odpinała klipsy, przeczesywała 

pasma i znacznie je skracała. Na podłodze leżało coraz więcej włosów w odcieniu ciemnego 
cynamonu.

Po chwili Celestine oceniła rezultaty strzyżenia. Fryzura była krótsza, niż w założeniu, 

ponieważ należało wyrównać niektóre kosmyki z tyłu głowy. Teraz włosy sięgały do nasady 

kołnierzyka, a z tą puszystą grzywką były w bardzo angielskim stylu i nie wymagały żadnego 
układania ani zakręcania na wałki. A co najważniejsze - zmieniły jej wygląd. Lecz ta zmiana 

okazała się niewystarczająca.

Godzinę później Celestine była prawie nie do poznania. Po zmyciu koloryzującej pianki, 

którą nakładała na włosy podczas pobytu w Paryżu, teraz miały one barwę prawie naturalną, 
czyli ciemnopopielatą, zawsze szalenie łatwą do ufarbowania.

Twarz   także   wyglądała   na   tyle   neutralnie,   że   można   było   wiele   zdziałać.   Dawniej 

Celestine martwiła się brakiem wyrazistych rysów, lecz obecnie bardzo się z tego cieszyła. 

Starannie   wydepilowała   brwi,   nadając   im   kształt   cieniutkich   łuków,   usunęła   makijaż   i 
wymieniła  turkusowe soczewki  kontaktowe  na takie,  które nadawały  jej niebieskim oczom 

kolor ciemnoszary.

Teraz   Celestine   była   nie   do   poznania.   Patrząc   w   lustro,   przećwiczyła   nowy   sposób 

mówienia.

-   Tak,   dziękuję   -   powiedziała   po   angielsku   z   akcentem   wykształconej   Brytyjki.   - 

Chciałabym podjąć pracę, o której mowa w waszym ogłoszeniu, tym naklejonym na szybie. 
Jestem... Tina St. James.

Nie była pewna, czy chodzi właśnie o to nazwisko. Podeszła do łóżka, wsunęła dłoń pod 

materac i wyjęła plastikowy woreczek z dokumentami. Przejrzała kilka z wierzchu i znalazła to, 

czego szukała.

-   Tina   St.   James.  Amerykanka   -   przeczytała   półgłosem.   -   Wspaniale   -   mruknęła 

sarkastycznie.

Paszportowe   zdjęcie   przedstawiało   całkiem   inną   Celestine   -   brunetkę   z   długimi, 

kręconymi włosami. W tamtym wcieleniu miała oczy mocno podkreślone niebieskim cieniem 
do powiek i mówiła przez nos jak mieszkańcy Brooklynu.

Zajrzała do kilku innych paszportów i wybrała ten z fotografią, na której wyglądała 

background image

prawie   tak,   jak   teraz.   Był   to   paszport   brytyjski   wystawiony   na   nazwisko   Lesley   McBain. 
Urodzona w Stevenage, na północ od Londynu, wychowana przez starszą siostrę, która po 

śmierci ich rodziców często zmieniała miejsce zatrudnienia i zamieszkania. Lesley McBain - 
biedna, ale dumna dziewczyna, gotowa zarabiać w jakikolwiek sposób, byle uczciwie.

Tak, to odpowiednia historyjka. W Londynie na pewno uda się znaleźć jakąś pracę. 

Celestine wiedziała, że nie może tracić czasu, ponieważ zostało jej niewiele pieniędzy. Paryż 

okazał   się   nadzwyczaj   drogim   miastem,   ostatnie   zajęcie   było   słabo   płatne,   a   powrót   do 
kawiarni madame Duchampier po zaległe wynagrodzenie nie wchodził w grę.

Celestine usiadła na łóżku, przyciskając paszport do piersi. Może popełniała błąd? Boże 

drogi, czyżby już popadła w klasyczną paranoję, całkiem zwariowała? A jeśli ten mężczyzna w 

ciemnym garniturze rzeczywiście pojawił się w Paryżu, aby ją zabić? Był mniej więcej w wieku 
swoich poprzedników, niewątpliwie pochodził ze Stanów i śledził ją aż do kawiarni. Potem 

postał przed wejściem, wszedł do wnętrza i przyglądał się jej. Dyskretnie, lecz prawie bez-
ustannie.

Celestine zamknęła oczy. Wciąż widziała tego człowieka. Był uderzająco przystojnym 

szatynem   z   włosami   gładko   zaczesanymi   do   tyłu,   prostym   nosem,   kwadratową   szczęką   i 

bystrymi,   orzechowymi   oczami,   które   niczego   nie   zdradzały.   Garnitur   z   wełny   i   jedwabiu 
sprawiał wrażenie kosztownego, szytego na miarę w Anglii lub Hongkongu.

A ta twarz... było w niej coś bezwzględnego, natomiast sposób poruszania się mężczyzny 

sugerował agresywność, wyczuwalną nawet wówczas, gdy spokojnie popijał kawę i udawał, że 

czyta.

Celestine   westchnęła   ciężko.   Była   wykończona,   a  musiała   szybko   się  spakować,   aby 

zdążyć   na   dworzec   kolejowy   Gare   du   Nord.   Na   szczęście   nie   miała   zbyt   wiele   garderoby 
pasującej  do nowego wcielenia.  Mogła  zabrać  tylko  długą,  kwiecistą  spódnicę,  sweterek  w 

lawendowym kolorze, granatowy żakiet z tanimi, mosiężnymi guzikami oraz szare spodnie. 
Marie St. Germaine, ze swoimi cynamonowymi włosami i stylowo szczupłą sylwetką, prawie 

całkiem zniszczyła jedne porządne dżinsy, wąską spódniczkę z guzikami rozpiętymi do połowy 
uda i obcisły, żółty pulowerek, który prowokacyjnie opinał piersi. Obecna Lesley powinna wło-

żyć te rzeczy oraz czarną sukienkę do papierowej torby i zostawić, aby konsjerżka komuś je 
oddała lub wyrzuciła.

Celestine   palcami   przeczesała   włosy   i   przez   jedną   krótką   chwilę   żałowała   ściętych 

loków.   Już   dawno   przestała   być   próżna,   lubiła   jednak,   gdy   tak   przyjemnie   falowały   na 

ramionach. I cieszyły ją spojrzenia mężczyzn, którzy często patrzyli na nią z zainteresowaniem.

Wątpliwe, aby komuś spodobała się Lesley McBain, lecz im mniej będzie się rzucać w 

background image

oczy,  tym  lepiej.  Jeśli   jeszcze   trochę  się  zgarbi  w  tych  dużo  za   luźnych   ciuchach  i  będzie 
uśmiechać się nieśmiało, to chyba nikt jej nie rozpozna.

Poza   tym   często   powinna   zaciskać   usta   i   może   znów   nosić   okulary.   Te   w 

bladoniebieskich oprawkach, niemodnych od dobrych kilku lat.

Nie ma sensu roztkliwiać się nad fryzurami i odzieżą. Włosy odrastają, a odzież jest 

wszędzie dostępna. Ale jednego nadal nie umiała traktować z filozoficznym spokojem - tego 

bezustannego uciekania. W ciągu minionych czterech lat wcieliła się już w tyle postaci, że 
chwilami zatracała poczucie prawdziwej tożsamości.

Czasami zastanawiała się też, czy naprawdę musi wciąż uciekać.
Znów   pomyślała   o   mężczyźnie   w   ciemnym   ubraniu.   Czy   czekał   na   nią   gdzieś   za 

ścianami tego pokoiku na poddaszu? Czy znajdzie ją, zanim ona zdąży opuścić Paryż? A może 
ten człowiek o szerokich barach i z twarzą nie wyrażającą żadnych uczuć był tylko zwyczajnym 

turystą, który chciał posiedzieć w taniej, francuskiej kawiarence?

Nie wiedziała. Może nigdy tego się nie dowie. Ale jednego była pewna. Nadal żyła.

I zamierzała zachować to status quo.
- Norbert, odwiedzisz nas znów w Paryżu? - Jeanette Girbaud wręczyła mu teczkę z 

dodatkowymi danymi, co było wystarczającym pretekstem do przyjścia na stację.

-   W   razie   konieczności.   -   Norbert   uśmiechem   okrasił   swoją   odpowiedź.   W   ostrym 

świetle na peronie kolejowym Jeanette wyglądała tak samo atrakcyjnie, jak wczoraj w blasku 
świec. Była drobną, zgrabną brunetką o kilka lat starszą od swego trzydziestoletniego szefa i 

zajmowała dyrektorskie stanowisko w paryskiej filii Tri - C International.

- A dla przyjemności? Chyba zakochałeś się w moim pięknym mieście?

- Rzeczywiście jest powodem do dumy.
- Mogę więc oczekiwać twojego przyjazdu?

Przez chwilę miał ochotę zignorować podtekst pytania, ale uznał, że to bez sensu.
- Jeanette, nigdy nie romansuję z pracownikami Tri - C.

- Nie?
- Nie.

- A w ogóle... z kimś romansujesz, Norbercie? Bo wydajesz mi się taki... - Francuzka 

wzruszyła ramionami - samotny.

Zdumiała go jej otwartość, a jeszcze bardziej autentyczne zatroskanie pobrzmiewające 

w głosie Jeanette.

- Nie jestem nieszczęśliwy.
- Ale to nie oznacza, że jesteś szczęśliwy.

background image

- Moje życie mi odpowiada.
- Cóż, wolałabym,  żebyś lepiej się bawił, lecz... jak widać,  nie mam na to wielkiego 

wpływu. - Jeanette uśmiechnęła się serdecznie. - Udanej podróży do Londynu.

- Dzięki za pokazanie mi Paryża. - Uścisnął jej dłoń.

-   Dobrze,   że   mogłam   ci   pokazać   chociaż   tyle.   Odprowadził   ją   wzrokiem.   Uwielbiał 

przyglądać się idącym ludziom. Jeanette szła naprawdę ładnie - szybko, jak na taką niewysoką 

kobietę, lecz z imponującym wdziękiem.

Znów   pomyślał   o   nieznajomej   nimfie,   której   sposób   chodzenia   podziwiał   dziś   po 

południu.   Jej   zniknięcie   trochę   go   zaintrygowało,   toteż   nawet   się   zastanawiał   nad   jego 
przyczynami. Starsza Francuzka, prawdopodobnie właścicielka, była wściekła. Norbert wręcz 

zbaraniał,   słysząc   monolog   godny   pijanego   marynarza,   chociaż   nie   zrozumiał   wszystkich 
wyrafinowanych przekleństw. Nie ulegało wątpliwości, że smukła nieznajoma nie ma tam po 

co wracać.

Przeszedł przez kontrolę celną i wsiadł do pociągu. Wsadził torbę z ubraniami do szafki 

przy wejściu, po czym odnalazł swoje miejsce. Wykupił bilet także na sąsiednie, aby uniknąć 
konwersacji,   i   położył   na   fotelu   teczkę.   Wolał   podróż   Eurostarem   niż   promem   lub   lot 

samolotem, ponieważ od początku interesował się budową tunelu pod kanałem La Manche i 
chciał   sprawdzić,   jak   jedzie   się   szybkobieżnym   pociągiem.   Poza   tym   nie   spieszył   się   do 

Londynu. Był tam wielokrotnie i tym razem nie musiał załatwiać niczego szczególnego. Mógł 
więc stracić trochę czasu przed powrotem do Kolorado, gdzie mieściła się centrala Tri - C 

International.

Spokojna   kolorystyka   wnętrza  wagonu   działała  kojąco,   a   szaroniebieskie   fotele   były 

wygodne.   Pociąg   jechał   gładko   jak   po   stole,   więc   Norbert   postanowił   poczytać.   Właśnie 
otworzył książkę, gdy przechodząca obok młoda kobieta niechcący potrąciła go w ramię i po 

angielsku   mruknęła   „przepraszam”.   Norbert   zdążył   zauważyć,   że   jest   atrakcyjna,   choć 
wyglądała bardzo skromnie. Miała ciemnoszare oczy i twarz bez śladu makijażu, a na sobie 

zbyt luźną odzież.

Powrócił do swojej lektury - kryminału o łatwym do przewidzenia zakończeniu - lecz 

jakoś nie mógł się skupić. Jego myśli zaprzątała  dziewczyna,  którą  przed chwilą  zobaczył. 
Dziwne, ale przypominała mu nieznajomą z paryskiej kawiarenki. Ale dlaczego? Tamta była 

piękna i zmysłowa, z długimi, kasztanowymi lokami, nogami tancerki i wiotką talią. Natomiast 
ta miała krótką, praktyczną fryzurkę, hoże policzki dojarki i skromną minę kobietki, która 

zacisnęłaby powieki i myślała o pieczeniu chleba, gdyby mężczyzna spróbował się z nią kochać.

Z wyglądu były zupełnie inne... ale chodziły identycznie.

background image

Norbert zamknął książkę i usiłował przypomnieć sobie szczegóły. Tamta Francuzka szła 

z wdziękiem, przy każdym kroku lekko unosząc się na palcach i łagodnie kołysząc biodrami. Ta 

Angielka poruszała się dokładnie tak samo.

Zdumiewający zbieg okoliczności?

Norbert odłożył książkę na wolne miejsce i spojrzał w okno, lecz mijane z szybkością 

ponad dwustu pięćdziesięciu kilometrów na godzinę francuskie pejzaże zlewały się w jedną 

niewyraźną   plamę.   Zamknął   więc   oczy,   a   pod   powiekami   zaczęły   mu   się   przesuwać 
zapamiętane wizerunki dwóch różnych kobiet.

Niech   diabli   porwą   ślepy   los!   Jechała   superekspresem   pędzącym   jak   błyskawica   w 

stronę   tunelu   pod   kanałem   La   Manche,   a   w   tym   samym   pociągu   siedział   mężczyzna   z 

kawiarni!

Ten potencjalny morderca, któremu już raz się wymknęła!

Celestine padła na fotel i wlepiła wzrok w drzwi prowadzące do sąsiedniego wagonu. 

Przypadkiem szturchnęła w ramię tego człowieka. Gdyby nie to, może nie podniósłby wzroku i 

nie spojrzał jej w oczy. Może nie zorientował się, że to ona? Może jej nie rozpoznał?

Bała się nawet mrugać, zbyt przerażona, że on nagle tu wejdzie, wyciągnie pistolet i 

błyskawicznie zastrzeli Lesley McBain, czyli Marie St. Germaine, Elenę Kovacs, Tinę St. James 
i tak dalej.

Z jej ust wydobył się zduszony jęk, ale nikt na nią nie spojrzał. Była jedną z kilkuset 

osób jadących tym pociągiem, zwyczajną szarą  myszką. Nikt nie wiedział, że czyha  na nią 

zabójca. Nie pierwszy i zapewne nie ostatni, chyba że ten należycie wykona swoje zadanie.

Celestine spróbowała zebrać myśli. Z tego pociągu nie dało się wysiąść podczas jazdy, co 

miało swoje plusy i minusy. Morderca nie mógł zabić i uciec. Nie był Jessem Jamesem, który 
zatrzyma parowóz i wyskoczy na tory gdzieś na amerykańskim Dzikim Zachodzie. Tutaj nie 

dało się otworzyć doskonale  zabezpieczonych  drzwi ani wyprowadzić w pole pracowników 
ochrony, dysponujących wyrafinowanym sprzętem elektronicznym. Lecz ona też była na razie 

uziemiona. A do stacji Waterloo były tylko dwie godziny.

Jeśli   ten   zbir   nie   spróbuje   zlikwidować   jej   tutaj,   to   mogła   spotkać   swoje   własne 

Waterloo właśnie tam, między licznymi kioskami i agencjami wynajmu samochodów. Albo 
poza   terenem   dworca.   Co   prawda   była   mistrzynią   w   znikaniu,   lecz   ten   mężczyzna   to 

profesjonalista,   który   żyje   z   zabijania.   Jeśli   posiadał   wizytówki,   to   zapewne   z   napisem 
„Szukasz zamachowca? Już go znalazłeś”.

Celestine   poczuła   przypływ   gniewu,   który   zajął   miejsce   paraliżującego   strachu.   Nie 

mogła dopuścić, aby znów odezwały się obawy. Przetrwała tak długo dzięki swojej inteligencji i 

background image

pomysłowości oraz niezaprzeczalnej odwadze. Poradziła sobie w sytuacjach, w których tchórz 
skończyłby marnie. Była więc dzielna i bystra.

A może szalona?
Mimo przyjemnego chłodu, na jej czole pojawiły się kropelki potu. Spróbowała odegnać 

ostatnią   myśl,   lecz   była   ona   prawie   tak   samo   niepokojąca,   jak   obecność   w   pociągu   tego 
barczystego   szatyna.   Celestine   jęknęła   w   duchu.   Może   tylko   miała   przywidzenia?   Może 

naprawdę   była   niezrównoważona   psychicznie,   co   wmawiano   jej   przez   tyle   lat?   Może   ten 
mężczyzna wcale nie szukał Celestine St. Gervais? Może to nawet nie ten, który obserwował ją 

w kawiarni? A może żaden z nich nie istniał, zaś wszystkie wydarzenia minionych czterech lat 
to tylko urojenia?

Ale   musnęła   jego   ramię.   Już   w  Paryżu   zauważyła,   że   mężczyzna   ma   szerokie   bary. 

Takie, które wymagają szycia garnituru na miarę.

To ten sam człowiek, ona zaś nie powinna ani wpadać w panikę, ani tracić wiary w 

siebie. Może i była bliska obłędu, lecz nadal oddychała, wolała ten stan od utraty życia w pełni 

władz umysłowych.

Drzwi nagle rozsunęły się, a jej serce szaleńczo przyspieszyło tempo. Do wagonu wszedł 

mężczyzna w ciemnym garniturze.

Odwróciła się całym ciałem do okna, chociaż wiedziała, że to na nic się nie zda. Ten 

mężczyzna nie spacerował, aby rozprostować nogi. Nie szedł do bufetu, aby coś zjeść. Zjawił 
się z jej powodu.

- Pozwoli pani, że usiądę tu na chwilę? Poznałaby jego głos nawet w ciemnościach. 

Mówił po angielsku tak samo dźwięcznym barytonem, jak rano po francusku. Jakimś cudem 

zdołała podnieść wzrok i zmarszczyła brwi, jakby trochę się zirytowała. Dzięki temu zyskała na 
czasie i wydobyła głos z zaciśniętego gardła.

- Proszę wybaczyć, ale mój mąż zaraz wróci.
Szatyn tylko się uśmiechnął. Nie złowrogo, tylko jak ktoś przywykły do tego, że zawsze 

dostaje   wszystko,   na   czym   mu   zależy,   ale   lubi   drobne   trudności.   Celestine   zmartwiała,   w 
duchu   nakazując   sobie   spokój.   Wiedziała,   że   nie   wolno   jej   okazać   zdenerwowania   ani 

tchórzliwie wciskać się w fotel.

- Chyba już panią widziałem. Pani twarz... wydaje mi się znajoma.

- Obawiam się, że mnie pan z kimś pomylił.  Nigdy wcześniej pana nie widziałam - 

wycedziła   chłodnym   tonem   dobrze   wychowanej   angielskiej   damy.   Lód,   który   ją   dławił, 

doskonale zamroził  timbre  jej głosu. Ale nie zniechęcił mężczyzny, który siadł obok i lekko 
pochylił się w jej stronę.

background image

-   Nie   pamięta   mnie   pani   z   kawiarni?   Dziś   rano   zamówiłem   kawę   z   mlekiem   i 

croissanta. - Uważnie przyglądał się jej twarzy okiem bystrego detektywa.

- Zapewniam, że pana nie pamiętam - wyniośle odparła Celestine. - I nie chadzam po 

kawiarniach.

Mężczyzna najwyraźniej jej nie uwierzył, lecz wolno skinął głową.
- Paryż to wspaniałe miasto, prawda?

- Mój mąż też tak sądzi. - Zauważyła, że zerknął na jej dłoń, i zaklęła w duchu. Dlaczego 

nie włożyła obrączki? Przecież czasem ją nosiła. - Byliśmy tam z ramienia naszego kościoła - 

dodała, kłamiąc jak z nut. - Uważam, że Paryż jest przesiąknięty zepsuciem. Ludzie żyją tam 
tylko sprawami ciała, piją, tańczą, eksponują goliznę. - Zrobiła zgorszoną minę purytanki. - A 

ja jestem prostą, bogobojną kobietą - dokończyła i zacisnęła usta, ale jej rozmówca chyba nie 
przejął się tym kazaniem.

- Kobieta, którą... pani mi przypomina... nie oceniałaby tego tak surowo.
- Na świecie jest o wiele za mało kobiet wyznających wartości podobne do moich.

- Mimo to wydaje mi się... - Szatyn znów się uśmiechnął, jakby zamierzał zdradzić jej 

sekret. - Że pani i ona jesteście niezmiernie do siebie podobne.

- To z pewnością interesujące, ale naprawdę muszę pana prosić o odejście. Mojemu 

mężowi   nie   spodoba   się   fakt,   że   z   panem   gawędzę.   Nasze   małżeństwo   opiera   się   na 

staroświeckich zasadach.

- Gdyby pani na mnie nie wpadła... chyba nie skojarzyłbym pani z tamtą dziewczyną.

- Wpadłam na pana? - spytała z udawanym zdumieniem. - Och, jak mi przykro.
- Rzeczywiście świetna z pani aktorka - mruknął mężczyzna, przysuwając się do niej 

jeszcze bardziej. - Podziwiam ten talent, ale muszę panią ostrzec. Chodzi pani krokiem, który 
niesłychanie zwraca uwagę. Proszę o tym pamiętać następnym razem, gdy będzie pani udawać 

kogoś innego. Trzeba zmienić także ruchy ciała. A tak a propos zmian... wolałem tamte dłuższe 
włosy  i swobodniejsze  maniery. - Wstał,  dotknął  czoła,  żartobliwie  salutując,  i poszedł do 

swojego wagonu.

Przerażenie zaćmiło jej cały zdrowy rozsądek. Zmartwiała ze strachu Celestine przez 

chwilę miała ochotę wyskoczyć z pociągu, nie bacząc na konsekwencje.

Nie zdołała wyprowadzić w pole tego mężczyzny. Rozpoznał ją. I teraz perwersyjnie 

bawił się z nią w kotka i myszkę.

Ale   zawsze   jest   jakieś   wyjście.   Musiała   za   wszelką   cenę   opuścić   pociąg   i   zniknąć   z 

dworca,   zanim   morderca   podąży   jej   śladem.   Przychodziły   jej   do   głowy   kolejne   nierealne 
pomysły, gdy drzwi wagonu znów się rozsunęły.

background image

Dźwięk przypominający żałosne jęknięcie zamarł w gardle Celestine, gdy zobaczyła, kto 

wchodzi.  Mężczyzna  z wąsami inspektora  Clouseau i rumianymi policzkami,  w kolejowym 

mundurze konduktora. Podjęła decyzję, zanim jeszcze skierował się w jej stronę, i przywołała 
go ruchem dłoni.

Mężczyzna podszedł bliżej i przystanął z taką miną, jakby sugerował, że ma ważniejsze 

sprawy do załatwienia, niż rozmowa z pasażerką lub podawanie jej koca.

- Sir, muszę prosić pana o pomoc - powiedziała odpowiednio boleściwym tonem.
- W czym problem?

- Tym pociągiem jedzie pewien mężczyzna - szepnęła, rzucając spłoszone spojrzenie na 

drzwi, po czym na moment uniosła drżącą dłoń do ust. - Przed chwilą był tutaj. Och, tak 

bardzo się boję...

- Dlaczego, Mademoiselle?

- To długa historia. Ten człowiek... jest bardzo niebezpieczny. - Tu nie minęła się z 

prawdą. - Widzi pan, do niedawna byliśmy kochankami... - Jej głos stał się bardzo cichy i 

konduktor lekko się pochylił. - Rzuciłam go, a on grozi, że mnie zabije, jeśli kiedykolwiek... 
Siedzi mnie...

- Bardzo mi przykro, ale co to ma wspólnego z pani podróżą?
- Och, on jest potwornie zazdrosny! Może spróbować mnie zabić. To istny szaleniec.

- Sugeruje pani, że chciałby panią zabić tutaj? W szybkobieżnym pociągu? Musiałby nie 

mieć krzty rozumu, żeby porywać się na coś takiego.

- Jest wystarczająco zdesperowany - zapewniła, zdając sobie sprawę, że nie przekonała 

swojego   rozmówcy.   -   Ale   obawiam   się,   że   jest   jeszcze   coś.   Odeszłam   od   niego,   ponieważ 

podejrzewam,   że   szmugluje...   -   wzięła   głęboki   oddech   i   na   sekundę   odwróciła   wzrok   - 
...narkotyki.

- Może pani to udowodnić?
- Niby jak? Ale wiem, co mówię, bo z nim mieszkałam! Zorientowałam się, co robi, ale 

przecież nie mogłam wziąć kilku torebeczek z kokainą, aby pokazać je władzom.

- Czego oczekuje pani ode mnie?

- Proszę go zatrzymać.
- Nie mam takich uprawnień.

- Ale londyńscy celnicy mogliby go przeszukać i znaleźć przy nim lub w jego bagażu te 

narkotyki.

- Ma je przy sobie? Jest pani pewna?
-   Bóg   mi   świadkiem,   że   wolałabym,   aby   to   nie   było   prawdą.   Ale   on   należy   do 

background image

narkotykowego kartelu. Zawsze wozi ze sobą próbki oferowanego towaru.

- Złożyłaby pani stosowne oświadczenie?

- Ja?! - Celestine potrząsnęła głową i załamała ręce. - To wykluczone! Nie rozumie pan? 

Nawet jeśli on pójdzie do więzienia, to ktoś później mnie zlikwiduje. W razie przesłuchania 

wszystkiemu zaprzeczę. Można go jedynie zatrzymać w taki sposób, jakby chodziło o rutynową 
kontrolę, przeszukać go i jego rzeczy. Dokładnie, bo jest bardzo sprytny.

- A pani w tym czasie oczywiście zniknie?
-   Och,   tak.   Błagam   pana,   to   moja   jedyna   szansa...   Konduktor   przez   chwilę   się 

zastanawiał, ale nie było oczywiste, do jakiego wniosku doszedł.

- Gdzie siedzi ten mężczyzna?

Podała numer wagonu i przypuszczalny numer miejsca oraz starannie opisała wygląd i 

ubranie swojego prześladowcy.

- Jak się nazywa?
-   John   Albert   -   odparła   bez   wahania.   -   Ale   z   pewnością   nie   podróżuje   pod   tym 

nazwiskiem. Używa wielu różnych paszportów, może nawet udawać Amerykanina lub Kana-
dyjczyka.

- Rozumiem. Co zamierza pani robić, dopóki nie przyjedziemy do Londynu?
- Jest gdzieś w pociągu jakieś bezpieczne miejsce, gdzie on mnie nie znajdzie? Błagam, 

proszę mi pomóc. - Jej oczy wypełniły się łzami.

- Nie mogę sam podjąć decyzji, lecz może uda mi się zapewnić pani trochę spokoju. 

Proszę   wziąć   swoje   rzeczy   i   iść   ze   mną.   Jeśli   pani   sobie   życzy,   mogę   również   zlecić 
przeniesienie pani bagażu.

-   Och,   dziękuję.   -   Łzy   spłynęły   po   jej   policzkach,   w   przeciwieństwie   do   zmyślonej 

historii były całkiem prawdziwe.

Konduktor stuknął obcasami i sztywno skinął głową. Celestine powiedziała, gdzie jest 

jej jedyna walizka, zdjęła z półki torbę i poszła za nim, rzuciwszy szybkie spojrzenie przez 

ramię. Nikt jej nie obserwował, więc przyspieszyła kroku, z każdym kolejnym oddalając się od 
mężczyzny w ciemnym garniturze. I zwiększając swoje szanse na przeżycie.

Norbert   był   zmęczony.   Miał   się   zatrzymać   w   domu   niedaleko   Pałacu   Kensington   i 

marzył   tylko   o   gorącym   prysznicu   oraz   późnej   kolacji.   Podróż   pociągiem   okazała   się 

przyjemna, lecz niezbyt ciekawa. Nawet dwadzieścia minut w tunelu pod kanałem La Manche 
przypominało zwyczajną jazdę metrem.

Po   rozmowie   z   tajemniczą   nieznajomą   nie   wydarzyło   się   już   nic   interesującego,   co 

przerwałoby monotonię tej podróży. Po przekroczeniu granicy Anglii pociąg znacznie zwolnił i 

background image

jedyną  rozrywką  było  liczenie   mijanych   stacji  oraz  spekulacje   na  temat owej  nimfy,  która 
uciekła z Paryża, uprzednio zmieniwszy swój wygląd i pewnie całą tożsamość.

Norbert od dawna nie był aż tak zaintrygowany. Nie wątpił, że Angielka mówiąca z 

nieskazitelnie  brytyjskim akcentem  to ta sama kobieta,  na którą  zwrócił  uwagę  w Paryżu. 

Owszem, zmieniła swój wygląd, lecz jedwabista cera była identyczna, podobnie jak delikatny 
zarys twarzy i kształt oczu oraz wysoko sklepione kości policzkowe.

Co   skłoniło   piękną   nimfę   do   dokonania   drastycznych   zmian?   I   dlaczego   tak   się 

przestraszyła? Dał jej spokój tylko z powodu tego przerażenia, które dostrzegł w jej oczach. 

Mimo oczywistych talentów aktorskich nie zdołała ukryć, że się go boi. On zaś uznał, że nie ma 
prawa jej kosztem zaspokajać swojej ciekawości, choć nadal miał na to ochotę.

Po pewnym czasie postanowił trochę rozprostować nogi i jeszcze raz spojrzeć na tę 

dziewczynę. Nie zamierzał z nią rozmawiać, tylko sprawdzić, czy rzeczywiście towarzyszy jej 

mężczyzna. Przeszedł prawie przez cały pociąg, ale nigdzie jej nie zauważył.

A   teraz   czekał   w   kolejce   do   odprawy   celnej,   aby   otrzymać   pozwolenie   wejścia   na 

angielską ziemię. W dłoni trzymał paszport, a torbę z zapasowym garniturem przerzucił sobie 
przez ramię. Kolejka była długa i przesuwała się równie powoli, jak amerykański kierowca na 

brytyjskim rondzie.

-   W   życiu   nie   widziałem   czegoś   takiego   -   stwierdził   mężczyzna   stojący   tuż   przed 

Norbertem, obwieszony aparatami fotograficznymi i kilkoma torbami. Miał na sobie szorty i 
barwną,   hawajską   koszulę,   jakby   chciał   podkreślić,   że   nie   jest   Europejczykiem.   -   Chyba 

wszystkich biorą na spytki.

- Może mają na kogoś namiar.

- Pewnie tak. Oby znaleźli go jak najszybciej i dali nam święty spokój.
Norbert zabijał czas,  szukając wzrokiem tajemniczej nieznajomej, ale nigdzie jej nie 

dostrzegł. Najwyraźniej wywiodła go w pole. Albo stała w kolejce poruszającej się dużo szybciej 
i w tej chwili już jechała taksówką, zastanawiając się, gdzie zjeść kolację.

W końcu dotarł do urzędniczki i odprowadził spojrzeniem odchodzącego mężczyznę w 

koszuli w hawajskie wzorki. Następnie postawił torbę na podłodze i podał paszport. Kobieta 

przez chwilę patrzyła na niego w milczeniu. Właśnie zamierzał spytać, czy może iść, gdy obok 
niego wyrosło dwóch funkcjonariuszy.

- Jakiś problem? Moje dokumenty są w porządku - zapewnił. - Proszę sprawdzić.
- Musi pan iść z nami - oznajmił starszy mężczyzna.

- Dlaczego? Przecież mam dowód tożsamości.
-   Oczywiście,   sir,   ale   proszę   iść   z   nami.   -   Mężczyźni   przysunęli   się   bliżej, 

background image

niedwuznacznie dając do zrozumienia, że w razie oporu zastosują przymus fizyczny.

- Dobrze. - Schylił się po torbę, ale natychmiast został powstrzymany.

- Nie dotykać bagażu!
- Jest mój. - Norbert stopniowo tracił cierpliwość. - Sam mogę go nieść.

-   Powiedziałem   „nie   dotykać”.   -   Starszy   mężczyzna   ruchem   głowy   wskazał   torbę 

młodszemu, który natychmiast ją wziął.

- Żądam wyjaśnień - parsknął Norbert.
-   Proszę   iść   z   nami.   -   Starszy   funkcjonariusz   ostrzegawczo   położył   rękę   na   jego 

ramieniu.

Norbert omal się nie roześmiał.  Facet był  od niego z dziesięć centymetrów niższy i 

lżejszy o jakieś dwadzieścia kilogramów. Wystarczyłoby jedno szarpnięcie, aby go przewrócić. 
Norbert ledwie się powstrzymał, przywołując na pomoc zdrowy rozsądek.

- Chodźmy, chcę to załatwić jak najszybciej.
- Dobre podejście, sir.

- Mogę pana o coś prosić?
- Tak?

- Proszę nie mówić do mnie „sir”.
- Idziemy.

Norbert   zrobił,   co   mu   kazano,   a   z   jego   gardła   wydobył   się   dźwięk   przypominający 

warczenie.

background image

ROZDZIAŁ DRUGI

Celestine już przywykła do mieszkań na poddaszu. W ciągu tych kilku lat poza domem 

rzadko mogła sobie pozwolić na coś lepszego. Postanowiła więc, że kiedyś, gdy już nie będzie 
uciekać, napisze przewodnik zatytułowany „Facjatki Europy”. Znała ten temat jak nikt.

Londyńska   facjatka   nie   była   taka   zła.   Składała   się   z   dwóch   pokoików  na   czwartym 

piętrze,   z   toaletą   i   umywalką   w   pomieszczeniu,   które   dawniej   służyło   za   szafę,   oraz   z 

elektryczną płytką i elektrycznym czajnikiem w kącie saloniku. Do łazienki, z której korzystał 
również   drugi   lokator,   wchodziło   się   z   korytarza.   Sufit   w   mieszkanku   opadał   pod   ostrym 

kątem, lecz okna wychodziły na New Row, uroczy zaułek w pobliżu Covent Garden. Celestine 
miała szczęście, znajdując w tej drogiej dzielnicy Londynu takie malownicze i tanie lokum. 

Mieszkała tu już miesiąc i była bardzo zadowolona. Pragnęła tylko w spokoju doczekać dnia 
dwudziestych piątych urodzin. A wtedy może wreszcie będzie mogła wrócić do domu.

Prawie   zaraz   po   przyjeździe   z   Paryża   znalazła   pracę   w   punkcie   naprawczym.   Znów 

zmieniła   wcielenie,   rezygnując   z   zaniedbanej   Lesley   na   rzecz   Celie   Sherwood   -  zgrabnej   i 

bystrej osóbki. Celie miała modną, fachowo wycieniowaną fryzurę z jasnymi pasemkami i oczy 
w naturalnym niebieskim kolorze. Nosiła okulary w metalowych oprawkach, odzież w stylu 

klasycznym i prawie się nie malowała. Szukając zajęcia, odbyła trzy rozmowy kwalifikacyjne i 
nazajutrz otrzymała dwie propozycje zatrudnienia.

Teraz wybierała się do pracy, lecz przed wyjściem musiała do kogoś zadzwonić.
Telefon pochodził chyba z okresu międzywojennego, a obrotowa tarcza kręciła się tak 

ciężko,   że   po   wybraniu   kilkunastu   numerów   Celestine   rozbolał   palec.   Stukając   nim 
niecierpliwie o drewnianą skrzynkę służącą za stolik, modliła się w duchu, aby Allison zbudziła 

się i odebrała.

- Na litość boską, kto dzwoni o tej porze!

- Allie, to ja. - Celestine uśmiechnęła się, a po drugiej stronie przez moment panowało 

milczenie.

- Celestine?
- Wiem, która godzina, ale o normalnej porze nigdy nie mogę cię zastać. Bez przerwy 

balujesz.

- Nic ci nie jest?

- Nie. Mam pracę i mieszkanie. Ale nie tam, gdzie poprzednio.
- Gdzie się podziewasz, u licha?

- Lepiej, żebyś wiedziała jak najmniej. Nie chcę cię narażać. Musiałam tylko usłyszeć 

background image

twój głos.

- O trzeciej trzydzieści nad ranem nie brzmi najlepiej.

- Rozmawiałaś z Whitem?
- Ostatnio nie.

- Myślę o powrocie.
- Jezu, skarbeńku, to chyba nie najlepszy pomysł...

- Wiem, ale nadchodzi pora na debiut.
- Celie? - Na korytarzu rozległ się jakiś hałas i ktoś gwałtownie zastukał do drzwi. - 

Celie, jesteś już na nogach?

- Muszę lecieć, Allie. Zajrzyj do dziadka Suttera, proszę cię. Zdaniem Whita czuje się 

dobrze, ale wolę być pewna. Nie zdołałam dodzwonić się do niego.

- Sprawdzę, co u niego - obiecała Allison. - Błagam cię, uważaj na siebie.

- Będę. - Celestine odłożyła słuchawkę.
- Celie, wstałaś? - zawołał ktoś na korytarzu.

- Jasne, że tak. - W wiekowych drzwiach nie było wizjera, lecz Celestine otworzyła je, 

ponieważ wiedziała, że za nimi stoi Marshall Winston, jej współlokator na czwartym piętrze i 

od niedawna... także przyjaciel.

- O, rany - jęknął Marshall na widok jej kostiumu i zacisnął usta. - Ależ bym chciał 

odziać cię w coś czerwonego! Albo w ten koral, który lansujemy w tym roku.

- Chyba w następnym wcieleniu, Marsh. - Cofnęła się, zapraszając go do wnętrza.

- Mamy też na wystawie istne cudo z białego szyfonu. Stworzone dla ciebie.
- Na coś takiego pozwolę sobie dopiero za dwa wcielenia. Napijesz się herbaty?

- Chyba nie. - Marshall podszedł do okna i spojrzał na New Row. Po wąskiej uliczce 

snuła się mgła, chyba równie gęsta, jak na niskobudżetowych filmach o Sherlocku Holmesie. - 

Cóż za piękny dzień.

- Dlaczego nie jesteś w pracy?

-   Uznałem,   że   podrepczę   koło   południa.   -   Marshall   był   właścicielem   butiku   z 

ekskluzywną   odzieżą   damską.   Nie   miał   wielkiego   talentu   do   interesów,   lecz   zawsze   jakoś 

utrzymywał   się   na   powierzchni,   a   kobiety   go   uwielbiały   za   jego   poczucie   stylu.   Marshall 
rewanżował   się   wielką   sympatią,   choć   jego   serce   od   niedawna   należało   do   Bobby'ego   - 

przystojnego   atlety,   który   przed   wejściem   do   pobliskich   pawilonów   żonglował   kręglami   i 
połykał ogień.

- Ja muszę lecieć. Jestem pracującą dziewczyną.
- Celie, dlaczego nie poszukasz sobie czegoś lepszego? Czegoś na twoim poziomie? Masz 

background image

wykształcenie.

-   Niewystarczające.   I   żadnych   referencji.   Poza   tym   moja   praca   mi   odpowiada,   a   w 

zachwyt wprawia te dziesięć metrów, jakie mnie od niej dzieli.

Punkt rzeczywiście znajdował się naprzeciwko, a Harry - szef Celestine - dał jej namiar 

na tanie mieszkanko. Praca okazała się łatwa, a miejsce miało wielką zaletę.

Do punktu Harry'ego nigdy nie zaglądali amerykańscy turyści.

- Na pewno nie pozwolisz, żebym przerobił cię na kogoś innego, prawda? Już ja cię 

znam, Celie. - Marshall oskarżycielsko wycelował w nią palec. - W życiu nie ułożyłabyś inaczej 

nawet kosmyczka włosów ani na jotę nie zmieniłabyś podejścia do świata. Zejdziesz z niego 
dokładnie taka sama, jak się urodziłaś.

- Trafiłeś w sedno, Marsh - przyznała bez mrugnięcia okiem. - Celie Sherwood jest jaka 

jest. Konserwatywna do szpiku kości.

Na ulicy ktoś gwizdnął i Celestine pomachała potężnie zbudowanemu blondynowi w 

obcisłych spodniach z czarnej skóry, a on odpowiedział podobnym gestem.

- Bobby czeka - oznajmiła.
- Umówiłem się z nim na miłe śniadanko.

- No to leć, skarbie. - Celestine cmoknęła Marshalla w policzek. - Daj ode mnie buziaka 

Bobby'emu.

Po   wyjściu   przyjaciela   chwyciła   przeciwdeszczowy   płaszcz   i   zgodnie   ze   swoim 

zwyczajem  uważnie  rozejrzała  się  po  mieszkaniu.  Jego  zakamarki  ukrywały   różne  sekrety. 

Szczegółowe   przeszukanie   ujawniłoby   wszystkie,   ale   szybka   rewizja   nie   przyniosłaby 
pożądanych   rezultatów.   Zadowolona   z   tego,   że   pokój   wygląda,   jak   trzeba,   Celestine   także 

wyszła i starannie zamknęła za sobą drzwi na klucz.

Norbert w pierwszej chwili miał wątpliwości, czy wychodząca z wąskiego, piętrowego 

domu kobieta to Angielka z pociągu. Ale widział, jak zgasło światło na facjatce, a prywatny 
detektyw zapewnił, że mieszka tam niejaka Celie Sherwood alias Lesley McBain - osoba, która 

spowodowała zatrzymanie Norberta na dworcu Waterloo.

Nawet   teraz,   po   upływie   miesiąca,   Norbert   zatrząsł   się   z   gniewu   na   wspomnienie 

tamtego doświadczenia. Detektyw początkowo nie był w stanie wpaść na trop dziewczyny z 
ekspresu Paryż - Londyn. Chyba nigdy by jej nie odnalazł, gdyby nie przypadkowa uwaga 

jednego z celników,  która oświeciła Norberta co do przyczyn  jego upokarzającej przygody. 
Odnalezienie   Angielki   okazało   się   jednak   niełatwe,   lecz   Norbert   wynajął   odpowiedniego 

człowieka i dobrze mu zapłacił.

A poszukiwania doprowadziły go tutaj.

background image

Ze swojego miejsca widział wejście do małego warsztatu, a Celie Sherwood właśnie na 

moment przystanęła i wsunęła dłoń do torebki, jakby coś sprawdzała. Następnie zamknęła ją i 

ruszyła w stronę krawężnika. Z tej odległości wcale nie przypominała kobiety z pociągu, lecz 
gdy specyficznym krokiem przeszła przez jezdnię, Norbert już był pewien, że to ta sama osoba.

Zapłacił   Hindusce   w   niebieskim   sari   za   o   wiele   za   drogą   babeczkę,   którą   zjadł   w 

maleńkiej cukierni, postawił kołnierz prochowca i wyszedł na zewnątrz. Długo czekał na tę 

chwilę i zamierzał poczekać jeszcze trochę. Aż do południowej przerwy, aby rozmówić się z 
panną Sherwood w cztery oczy.

-   Harry,   jeśli   chcesz,   wyślę   te   faktury,   idąc   na   lunch   -   zaproponowała   Celestine.   - 

Szybciej dojdą.

Harry   chrząknął   i   z   parasolem   w  dłoni   wyłonił   się   z   zaplecza.   Był   siwym   starszym 

panem z młodymi, zręcznymi palcami, które umiały naprawić niemal wszystko.

- Ja to zrobię. Będę mijał pocztę.
- Na pewno?

W odpowiedzi Harry znów chrząknął i zgarnął z lady kilka kopert. Celestine polubiła 

swojego szefa, był dobrym człowiekiem i niewiele wymagał. Nie przepadał też za konwersacją.

- Zamknę przed wyjściem - obiecała Celestine.
Harry   wziął   kapelusz   z   wieszaka   przy   drzwiach   i   chrząknął   na   pożegnanie,   a   gdy 

zatrzaskiwał drzwi, wiszący nad nimi dzwonek melodyjnie zabrzęczał.

Celestine   uporządkowała   rzeczy   na   ladzie   i   zaniosła   na   roboczy   blat   Harry'ego 

przedwojenny opiekacz. Przylepiła do niego kartkę, na której napisała: „Właścicielka twierdzi, 
że poranna grzanka smakowała jak relikt z okresu wielkiego pożaru Londynu”.

Nadsłuchując   jednym   uchem,   czy   ktoś   nie   wchodzi,   starła   z   blatu   kurz   i   wyrzuciła 

resztki śniadania Harry'ego. Zadowolona z rezultatów sprzątania wróciła do kantorku.

I cofnęła się o krok na widok opartego o ladę mężczyzny z paryskiej kawiarni.
- Na pani miejscu nigdzie bym nie uciekał, Celie. Jeśli natychmiast pani nie złapię, co 

jest mało prawdopodobne, to i tak znów panią odnajdę, a wtedy naprawdę się wkurzę.

Nawet nie przełknęła śliny, tylko wysunęła brodę.

- Nie wiem, o co panu chodzi.
- Czyżby? - Mężczyzna uśmiechnął się, lecz jego twarz nadal wyglądała jak wykuta z 

kamienia.

Dzisiaj nie miał na sobie ciemnego garnituru. Pod brązowym trenczem Celie dostrzegła 

spłowiałe   dżinsy,   rozpiętą   pod   szyją   kremową   koszulę   i   sztruksową   marynarkę   w   kolorze 
myśliwskiej  zieleni.  Ale  nigdzie  nie  zauważyła  kabury  z  bronią,  więc  spojrzała  mężczyźnie 

background image

prosto w oczy.

- Nie mam pojęcia, w czym rzecz i w ogóle pana nie znam. Chyba pomylił mnie pan z 

kimś innym.

- Doprawdy?

- Proszę wybaczyć, ale właśnie wychodziłam. Może pan wrócić za godzinę?
- Żeby stwierdzić,  że pani znów znikła?  Nie  wątpię,  że opuści  pani pana Harry'ego 

Atkinsa dokładnie tak samo, jak panią Duchampier w Paryżu. Nie oglądając się za siebie.

- Naprawdę nie wiem, o czym pan mówi i nie będę tracić czasu na zgadywanie.

-   Odświeżę   pani   pamięć.   W   ubiegłym   miesiącu   pracowała   pani   na   lewym   brzegu 

Sekwany. Ta czuprynka była wtedy dużo dłuższa i w innym kolorze. Nie nosiła pani okularów i 

posługiwała  się francuskim równie imponująco, jak później angielskim.  Nazywała  się pani 
Marie St. Germaine. Dowiedziałem się tego bez trudu. Mój człowiek dał w łapę pani byłej 

pracodawczyni, która, nawiasem mówiąc, nie wyrażała się o pani w superlatywach.

-   Na   pewno   mnie   pan   z   kimś   pomylił.   Nazywam   się   Celie   Sherwood   i   nigdy   nie 

pracowałam w Paryżu.

- Była pani kiedyś rewidowana przez celników, Celie? A może Lesley?

Nie odpowiedziała. Nawet nie mrugnęła, a on lekko wzruszył ramionami.
-   Celnicy   potrafią   być   cholernie   dokładni.   I   wiedzą,   jak   człowieka   upokorzyć. 

Zdumiałaby   się   pani,   w   jakich   miejscach   handlarze   narkotyków   przemycają   towar.   Ale 
agentów nie sposób oszukać, zajrzą dosłownie wszędzie, w każdy zakamarek ciała, a potem 

jeszcze delikwenta prześwietlą...

- Zaraz wychodzę.

- Nie sądzę. - Mężczyzna obszedł ladę. Poruszał się lekko jak komandos. Gdyby miał 

pod stopami suche gałązki, żadna by nie trzasnęła.

- Będę krzyczeć.
- Tak? Po francusku czy po angielsku? Zna pani jeszcze inne języki?

- Jest pan niezrównoważony. Proszę natychmiast wyjść albo wezwę pomoc. - Wiedziała, 

że nie zdoła uciec przez tylne wyjście, bo on stał tuż przed nią. Mogła tylko liczyć na to, że ktoś 

wejdzie od frontu. Zerknęła na drzwi.

- Zamknąłem je na klucz. - Mężczyzna chyba czytał w jej myślach. - A teraz proszę 

wreszcie mi powiedzieć, kim pani jest i dlaczego mnie pani wrobiła?

- Nie mam zielonego pojęcia, o czym pan gada! I z jakiej racji mnie pan przepytuje! 

Jestem obywatelką brytyjską i stoimy na brytyjskiej ziemi.

-   Cóż,   zacznijmy   od   tego.   Niejaka   Celie   Sherwood   istotnie   urodziła   się   w   Wielkiej 

background image

Brytanii. A konkretnie... w Bourton - on - the - Water, jakieś dwadzieścia cztery lata temu. Ale 
prawdziwa Celie w wieku osiemnastu lat wstąpiła do klasztoru w Walii i od tego czasu nie 

potrzebuje dokumentów potwierdzających jej tożsamość. Może więc nawet nie miałaby nic 
przeciwko  temu, że ktoś przywłaszczył  sobie jej personalia?  Ale ja się na to nie zgadzam, 

jasne?

- W życiu nie słyszałam takich głupot. Jestem Celie Sherwood i rzeczywiście pochodzę z 

Bourton - on - the - Water, lecz reszta pańskiej historyjki to stek bzdur.

- Niby dlaczego miałbym coś zmyślać? Nie znamy się. Zauważyłem panią w Paryżu, ale 

nie jestem zboczeńcem. Nawet za bardzo się na panią nie gapiłem. Nie należę też do żadnej 
grupy przestępczej i nie chciałem pani porwać z zamiarem sprzedaży do jakiegoś haremu. 

Byłem tylko zwyczajnym biznesmenem, któremu zostało trochę czasu do zabicia. - Zauważył, 
że ostatnie słowa przyprawiły ją o prawie niedostrzegalny dreszcz, i trochę się zmitygował. - 

Nie stanowię dla pani żadnego zagrożenia. Nie wiem, za kogo mnie pani bierze ani kim pani 
jest, ale zapewniam, że nie przyszedłem pani skrzywdzić.

- Więc proszę mnie zostawić w spokoju! Zniknąć z tego miejsca i z mojego życia!
- Najpierw wyjaśnijmy, dlaczego musiałem przejść tę wstrętną kontrolę osobistą.

-   Skąd   mam   wiedzieć?   Nigdy   nie   pracowałam   w   Paryżu   ani   nawet   nie   jechałam 

Eurostarem! - palnęła jak idiotka.

Mężczyzna w milczeniu świdrował ją wzrokiem. Orzechowe oczy niczego nie zdradzały, 

lecz było oczywiste, o czym myśli.

- Czy wspomniałem o Eurostarze? - spytał w końcu.
- Skoro przyjechał pan z Paryża, to właśnie Eurostar kończy jazdę na Waterloo.

- Czy wspomniałem o Waterloo?
Wpadła w panikę i trzęsła się z przerażenia. Nieważne, co powiedział. Zaraz pewnie 

wyciągnie pistolet lub nóż i zabije jak zawodowiec, a Harry po powrocie znajdzie ją w kałuży 
krwi na posypanej trocinami podłodze. I strasznie się zirytuje, że musi odpowiadać na pytania 

policji.

-   Ja   tylko...   -   Urwała,   słysząc   szczęk   obracanego   w   zamku   klucza   i   wymamrotane 

przekleństwo. Zabrzęczał dzwonek i w drzwiach stanął Harry.

- Zapomniałem portfela...

Nie czekała na reakcję swego prześladowcy. Potrzebowała właśnie tej jednej sekundy, 

gdy   miał   rozproszoną   uwagę.   Błyskawicznie   się   odwróciła,   skoczyła   na   zaplecze,   zręcznie 

ominęła   roboczy   blat   Harry'ego,   biodrem   pchnęła   tylne   drzwi,   które   natychmiast   stanęły 
otworem i znalazła się w gęstej, londyńskiej mgle, uciekając przed śmiercią.

background image

Norbert   zawahał   się.   Może   nie   powinien   gonić   Celie   Sherwood,   czy   jak   tam   się 

nazywała. Niewątpliwie ją przestraszył. Była doskonałą aktorką, lecz w jej szafirowych oczach 

czaiło się przerażenie. Jeśli będzie ją ścigał, dziewczyna może zrobić coś, czego oboje pożałują. 
Chyba rzeczywiście lepiej ją zostawić i o wszystkim zapomnieć.

Mimo tego rozsądnego wniosku Norbert ruszył w pościg. Musiał wyświetlić tajemniczą 

sprawę.   Celie   niewątpliwie   sądziła,   że   on   chce   zrobić   jej   krzywdę,   a   nawet   zabić.   Może 

przypominał kogoś, kto naprawdę jej zagrażał. A może pasował do opisu, który jej przekazano. 
W ogóle ciekawe, dlaczego kobieta wyglądająca jak ucieleśnienie spokoju, tak strasznie boi się 

o swoje życie.

Pragnął   ją   zapewnić,   że   jego   nie   musi   się   obawiać.   Przejęty   jej   bezpieczeństwem 

zapomniał o swoim gniewie. Zaangażował się, chociaż dobrze wiedział, że to nie ma sensu. A 
teraz oboje mieli powody do frustracji.

Zaułek na tyłach warsztatu okazał się ślepy, więc Norbert pognał w prawo i wybiegając 

zza rogu, dostrzegł plecy Celie. Szkoda, że ma na sobie szary płaszcz, a nie coś czerwonego lub 

pomarańczowego, pomyślał, gdy wpadła do jakiegoś sklepiku. Dotarł do niego w kilkunastu 
susach i za moment stanął oko w oko z potężnie zbudowanym rzeźnikiem, który trzymał się 

pod boki i głośno klął.

Norbert   pędem   go   ominął,   przebiegł   między   dyndającymi   na   hakach   baranimi 

półtuszami i znalazł się na wąskiej uliczce. Usłyszał pisk hamulców, odwrócił się w prawo i 
spostrzegł umykającą Celie oraz wrzeszczącego na nią kierowcę.

Dziewczyna   spojrzała   przez   ramię   i   zaczęła   biec   jeszcze   szybciej.   Poruszała   się   z 

imponującą zręcznością, jakby uciekała nie pierwszy raz. Wkrótce oboje znaleźli się w pobliżu 

wielkiego, przeszklonego budynku targowiska. W tej handlowej dzielnicy było wiele sklepów i 
restauracji, toteż wszędzie panował tłok. Norbert nie wątpił, że on i Celie zwracają powszechną 

uwagę.  Zanim jednak  ktoś  ruszył ich  śladem, niebiosa nagle  się otworzyły  i lunął  rzęsisty 
deszcz. Spłoszeni przechodnie zaczęli pospiesznie chować się, gdzie się tylko dało.

Norbert osłonił dłonią oczy, wypatrując uciekinierki, lecz nie był pewien, czy biegnie w 

odpowiednim kierunku. W pewnej chwili odniósł wrażenie, że widzi Celie Sherwood pędzącą 

na ukos w stronę kościoła stojącego na brukowanym kostką placyku w pobliżu pawilonów 
handlowych. Lecz kiedy tam dotarł, dziewczyny już nie było.

Ruszył w przeciwnym kierunku, zajrzał też na zadaszony bazar - i nic. Celie Sherwood, 

która powinna spędzać dni na modlitwie w walijskim klasztorze, dosłownie rozpłynęła się we 

mgle.

-   Bobby!   O,   Jezu,   Bobby!   Musisz   mnie   ukryć!   Natychmiast!   -   Celestine   padła   na 

background image

muskularną pierś jasnowłosego atlety, który skradł serce Marshalla. Co za szczęście, że jeszcze 
tu był.

- Celie? - Bobbie zamknął ją w mocarnych ramionach. - Na litość boską, co się stało? Co 

tutaj robisz?

- Goni mnie jakiś szaleniec! Przyszedł do punktu i zaczął mi grozić, a potem chciał mnie 

złapać. Nie wiem, czy go zgubiłam!

Bobby odsunął ją na odległość ramienia. Miał zielone oczy i dość długie włosy, a na 

sobie obcisłe spodnie z czarnej skóry i kamizelkę w cętki leoparda. W ciągu kilku minionych 

tygodni,   gdy   pokazywał   swoje   sztuczki   w   okolicy   Covent   Garden,   stał   się   ulubieńcem 
zwiedzających. Zarabiał tyle, że nawet odpalał pewne sumki Marshallowi, co było najszybszą 

drogą do jego serca.

- Hej, już jesteś bezpieczna. - Bobby kojąco pomasował plecy Celie i patrzył na nią 

wyraźnie zatroskany. - Nie pozwolę nikomu cię skrzywdzić.

- Musisz mnie ukryć!

- Mieszkam daleko.
- Wiem. - Celestine spróbowała przebić wzrokiem ścianę deszczu. Stali pod daszkiem 

przy wejściu do sklepu z latawcami i modelami samolotów. Drzwi znajdowały się w głębi, toteż 
z daleka byli niewidoczni, lecz jeśli ten mężczyzna jakimś cudem tu trafi...

- Chodźmy do sklepu Marsha.  - Bobby włożył  czarną  skórzaną  kurtkę.  - Pójdziemy 

bocznymi zaułkami. To prawdziwy labirynt, ale już tamtędy chodziłem. Jeśli nawet ktoś cię 

śledzi, to zaraz się zgubi.

- A jeśli trafi do Marsha? Może mnie obserwował, więc zechce sprawdzić ten adres.

- Przecież obaj będziemy z tobą. Jeśli ten typ się zjawi, to już my go załatwimy.
- Dobrze. Ale pospieszmy się.

Bobby uspokajająco uścisnął jej dłonie, po czym się cofnął i popatrzył w obie strony.
- Nikogo nie widzę. Chodź. I trzymaj się blisko mnie.

Wrześniowy deszcz był chłodny, a Celestine już przemokła  do suchej nitki.  Drżąc z 

zimna   pomaszerowała   za   Bobbym   i   w   wąskich   zaułkach   prawie   natychmiast   straciła 

orientację, więc wlepiła wzrok w muskularną sylwetkę idącego przodem siłacza.

Ale   zdenerwowanie   zrobiło   swoje,   więc   po  kilku   minutach   poczuła   obezwładniające 

zmęczenie. Właśnie zamierzała poprosić Bobby'ego, aby chwilkę odpoczęli, gdy on przystanął i 
wskazał wiszący nad zaułkiem łącznik między dwoma budynkami.

Schroniła się w jego zaciszu i zdjęła pantofel, aby rozmasować stopę. Co za szczęście, że 

zawsze nosiła buty na płaskich obcasach. W szpilkach od razu byłaby na straconej pozycji.

background image

- Gdzie jesteśmy? - spytała.
- W pobliżu sklepu Marsha.

- Miałeś rację, że to istny labirynt. - Usiłowała powstrzymać się od łez, lecz zbierało się 

jej na płacz. - Już się zgubiłam.

- Biedactwo. Trzęsiesz się ze strachu.
- Jestem ci taka wdzięczna. - Uśmiechnęła się z wysiłkiem.

- Czego chciał tamten facet, Celie?
Żałowała, że nie może Bobby'emu powiedzieć całej prawdy.

- Właściwie nie wiem. Zachowywał się jak szaleniec. Jakby mu odbiło. Wziął mnie za 

kogoś innego i groził mi.

- Pomylił cię z kimś?
- Eee... chyba tak. Zresztą... nie mam pojęcia. Przeraził mnie, więc biegiem uciekłam.

- Jesteś w tym niezła.
- Dużo biegałam w szkole, więc zachowałam dobrą formę.

- Nie o to mi chodziło.
- Nie sądzisz, że lepiej już iść? - Rozejrzała się wokoło. Nigdzie nie było żywej duszy.

- Chyba mnie nie zrozumiałaś, malutka.
- Słucham? - Spojrzała na Bobby'ego zaskoczona dziwną nutą w jego głosie. I poczuła 

ukłucie   strachu.   W   tych   okolicznościach   uśmiech   Bobby'ego   wydawał   się   całkiem   nie   na 
miejscu.

-   Celie.   Ładne   imię,   chociaż   dość   niezwykłe,   prawda?   Zwraca   uwagę.   Nie 

podejrzewałbym, że je wybierzesz.

- Nie wiem, o czym mówisz.
- Och, wiesz.

Cofnęła się, ale za sobą miała ceglany mur.
- Stąd chyba już sama trafię do sklepu Marsha - oświadczyła z udawanym spokojem. - 

Dzięki,  że mnie podprowadziłeś  aż tutaj.  - Odwróciła  się, aby zwiać,  lecz palce  Bobby'ego 
zacisnęły się na jej przedramieniu.

- Nigdzie nie odejdziesz, Celestine.
Słowa Bobby'ego zagłuszył grzmot, lecz i tak je zrozumiała.

- Puść mnie! To boli!
- Przykro mi, bo zaraz zaboli jeszcze bardziej.

- Kim ty, u diabła, jesteś?
- Ucieleśnieniem twoich wszystkich koszmarów. Spróbowała się wyswobodzić. Bobby 

background image

trzymał ją lewą ręką, lecz był taki silny, jak demonstrował to swojej ulicznej publiczności. 
Celestine zaczęła się wyrywać, ale on coraz bardziej przyciągał ją do siebie, chociaż szarpała się 

i kopała. Zdwoiła wysiłki, a jej oczy rozszerzyły się z przerażenia, gdy prawą ręką sięgnął pod 
kurtkę. Wyjął nóż z osiemnastocentymetrowym ostrzem i efektownie poruszył bronią, jakby 

popisywał się przed zachwyconymi gapiami.

- Tak  między nami, droga Celie...  zdecydowanie  wolę kobiety  od mężczyzn,  chociaż 

biedaczek Marsh tego nie wie. Zamierzałem dopiero w przyszłym tygodniu trochę się z tobą 
zabawić, zanim cię unieszkodliwię. Ale dzisiaj tak bardzo ułatwiłaś mi wykonanie zadania, 

więc nie będę już zwlekał ani tym bardziej narzekał...

Wrzasnęła, co sił w płucach, gdy podniósł nóż, a Bobby uśmiechnął się, jakby znajdował 

przyjemność w tym, co zamierzał uczynić.

- Tutaj nikt cię nie usłyszy, skarbie - szepnął jej prosto do ucha. - Poddaj się, a pójdzie 

nam dużo łatwiej.

background image

ROZDZIAŁ TRZECI

Norbert usłyszał krzyk właśnie wtedy, gdy postanowił zrezygnować z dalszej pogoni. 

Mimo   przeciwdeszczowego   płaszcza   był   kompletnie   przemoczony,   a   zdrowy   rozsądek 
podpowiadał, że szukanie Celie jest bezcelowe. Pewnie już nigdy jej nie odnajdzie i nie dowie 

się, dlaczego w popłochu uciekła i dlaczego spowodowała zatrzymanie przez celników Bogu 
ducha winnego człowieka.

Norbert westchnął zrezygnowany, lecz słysząc wrzask kobiety, pobiegł w tamtą stronę. 

Lało   jak   z   cebra,   co   chwilę   ogłuszająco   grzmiało   i   normalni   ludzie   już   dawno   gdzieś   się 

pochowali. Miał więc dla siebie całe ulice i biegnąc, nie musiał nikogo potrącać.

Minął kilkanaście budynków i zaczął mieć wątpliwości, czy biegnie w dobrym kierunku. 

W   Londynie   wszystko   brzmiało   głośniej   niż   w   innych   miastach.   Domy   były   z   cegły   lub 
kamienia,   a   wysokie   mury   odbijały   każdy   dźwięk,   zwielokrotniając   jego   siłę.   Krzyk   mógł 

dochodzić z daleka i już się nie powtórzył.

Norbert   nieco   zwolnił,   usiłując   zebrać   myśli.   Zanim   jednak   zawrócił   w   przeciwną 

stronę, kobieta znów wrzasnęła. Tym razem znajdowała się dużo bliżej.

Wypadł zza rogu i spojrzał w głąb uliczki, która właściwie była wąskim zaułkiem między 

niezamieszkałymi   domami.   Przeprowadzano   tu   prace   renowacyjne,   o   czym   świadczyły 
schowane pod prowizorycznymi namiotami narzędzia i sprzęt budowlany. Ale w porze lunchu 

nie było na budowie robotników.

Domy stały w zabudowie szeregowej, zrośnięte bokami, a między dwoma znajdował się 

łącznik. W jego cieniu Norbert dostrzegł dwie postacie - atletę w ubraniu z czarnej skóry oraz 
Celie Sherwood.

Była śmiertelnie przerażona, lecz jak dzika lwica walczyła o życie. W tym miejscu, gdzie 

echo  niosło  się daleko,   jej przeraźliwy  krzyk   był  bronią  niemal  równie  skuteczną,  jak  nóż 

lśniący w dłoni zamachowca. Z tą różnicą, że zabić mógł tylko nóż.

-   Zostaw   ją!   -   Norbert   ruszył   w   stronę   wzniesionego   ramienia   zabójcy.   Celie   już 

krwawiła, jej okulary leżały roztrzaskane na bruku, a wielkolud znów szykował się do zadania 
ciosu. Dziewczyna bezskutecznie usiłowała uwolnić się z mocarnego chwytu.

- Szukasz kłopotów? - Blondyn spojrzał na nadbiegającego mężczyznę i uśmiechnął się 

kpiąco.

Norbert był dobrze zbudowany, co w przeszłości niejeden raz zniechęciło mniejszego 

napastnika do wszczęcia bójki. Ale ten osobnik wyglądał jak atleta i najwyraźniej ucieszył się z 

widoku jeszcze jednej potencjalnej ofiary. Norbert uniósł ręce w geście rezygnacji i zrobił krok 

background image

wstecz, a blondyn dwukrotnie przeciął nożem powietrze i roześmiał się. Lecz w chwili, gdy 
odwracał się do Celie, Norbert zaatakował.

Bezbłędnie oszacował odległość i wylądował dokładnie tam, gdzie zamierzał - na lewym 

barku   olbrzyma.   Jedną   ręką   chwycił   jego   nadgarstek,   a   drugą   błyskawicznie   zadał   cios   w 

przedramię. Blondyn zawył z bólu i puścił Celie, lecz nadal ściskał w dłoni nóż. Obrócił się 
raptownie, aby złapać Norberta, on jednak przewidział to posunięcie i już zdążył odskoczyć do 

tyłu.

Celie potykając się, dotarła do przeciwległej ściany, zgięta w pół, jakby nie mogła się 

wyprostować.  Norbert nie miał czasu  jej się przyjrzeć,  ponieważ  wielkolud  znów na niego 
skoczył,   lecz   nie   okazał   się   wystarczająco   szybki.   Te   wspaniałe   mięśnie,   które   przez   lata 

rozwijał z taką czułością, teraz stały się przeszkodą. Norbert kopnął go w udo i tył kolana, a 
gdy mężczyzna się pochylił, ciosem stopy w łokieć wytrącił mu nóż, który zręcznie chwycił.

- Już nie żyjesz - wychrypiał siłacz.
-   Tak   sądzisz?   -   Norbert   jak   doświadczony   ulicznik   przerzucił   nóż   z   ręki   do   ręki, 

następnie przeciął powietrze w taki sam sposób, jak przed chwilą zrobił to napastnik. - Jestem 
cholernie wkurzony. I nie lubię facetów, którzy krzywdzą kobiety.

Atleta ruszył do przodu z głową wciśniętą w ramiona jak atakujący baran. Tym razem 

Norbert nie miał miejsca, aby uskoczyć, mógł tylko mocno stać na rozstawionych nogach i w 

ostatnim momencie obrócić się bokiem, aby nie paść na ziemię. Gdyby został przygnieciony 
wielkim ciałem przeciwnika, nie wyszedłby żywy z tej walki. Było jasne, że ona rozstrzygnie się 

właśnie tutaj.

Przyjął barkiem potężne uderzenie i walnął głową o ścianę, a nogi pojechały mu do 

przodu, lecz nie wypuścił noża ani się nie przewrócił. Zdołał też złapać napastnika za długie 
włosy i szarpnąć jego głowę do tyłu, jednocześnie przykładając mu do gardła nagie ostrze.

- To jak będzie, Goliacie? - syknął rozjuszony. - Mam ci puścić krew, czy wolisz dać 

nogę, póki możesz?

- Dlaczego... mam wybierać?
Norbert   kątem   oka   zobaczył   Celie.   Podczas   starcia   całkiem   o   niej   zapomniał.   Nie 

zdziwiłby się, gdyby znów uciekła. Lecz ona stała teraz tuż obok, ściskając w dłoniach wielki 
kamień przypominający te, z których zbudowano okoliczne domy. Uniosła go i z całej siły 

zdzieliła nim atletę w tył czaszki, po czym padła zemdlona na jego bezwładne ciało.

Celestine nie wiedziała, gdzie się znajduje. Miała wrażenie, że jest lekka jak piórko i cała 

mokra. Rozpaczliwie pragnęła znów pogrążyć się w nieświadomości, lecz uniemożliwiała to 
spływająca po twarzy woda. A z gardła, zamiast słów, wydobył się tylko zduszony jęk.

background image

- Nie bój się, Celie. Zawiozę cię do szpitala.
- Nie... - Ktoś ją trzymał, a właściwie niósł, więc spróbowała się uwolnić. Otworzyła oczy 

i zaraz je zamknęła, bo padał deszcz. - Nie... zostaw mnie...

- Wykluczone.

- Oni mnie znajdą... zabiją... nie mogę... do szpitala... - Jej język był zdrętwiały, a umysł 

coraz bardziej zasnuwała mgła. Ale strach był silny jak zawsze.

- Jesteś ranna, a sam nie zatamuję krwotoku. Musisz iść do szpitala.
- Zabiją mnie... Czy ty... mnie zabijesz? - Może już próbował? Chociaż... chyba to nie on. 

Nie pamiętała, co dokładnie się wydarzyło ani dlaczego. Ale umierała z przerażenia. Chciała się 
wyswobodzić, lecz jej członki nie reagowały na rozkazy mózgu. A ciało nagle znalazło się w 

stanie nieważkości, zaczęło odpływać gdzieś w przestworza, coraz dalej i dalej od tego deszczu 
i niosącego ją mężczyzny.

Kiedy ponownie odzyskała przytomność, nadal znajdowała się w jego ramionach, lecz 

deszcz chyba ustał.

- Nie może pan jechać szybciej? - spytał trzymający ją człowiek.
- Przykro mi, chłopie, ale w tej ulewie prawie nic nie widać. Jak nasza pasażerka?

- Nic jej nie będzie.
- Na pewno nie trzeba zawieźć jej do szpitala?

- Nie, tylko zemdlała, bo nic dzisiaj nie jadła. Potrzebuje porządnej kolacji i trochę snu 

we własnym łóżku.

- Radzę podać rosołek i gorącą, słodką herbatkę z cytryną.
- Otóż to. - Mężczyzna chyba mówił przez zaciśnięte zęby.

- Jesteśmy prawie na miejscu.
- Świetnie.

- Pomóc panu ją wnieść?
- Nie, damy sobie radę.

Celestine chciałaby w to uwierzyć, ale wiedziała, że nie ma żadnych szans. Ona już nie 

da sobie rady. Nigdy nie będzie żyć jak normalna kobieta. Nigdy nie...

Spróbowała się odezwać, powiedzieć mężczyźnie, aby nie kłamał. Zdołała tylko jęknąć, 

ale to już było bez znaczenia, ponieważ znów wzlatywała gdzieś wysoko.

Tym razem Norbert był zadowolony z tego, że zatrzymał się w domu należącym do Tri - 

C   International,   przeznaczonym   dla   odwiedzających   Londyn   szefów   firmy.   Normalnie   nie 

przepadał za tą siedzibą w wiktoriańskim stylu, była zbyt staroświecka, jak na jego gust. Betty 
Prynne, gospodyni, uwielbiała ogrody, więc i tutaj posadziła na podwórzu mnóstwo kwiatów i 

background image

krzewów  efektownych   o  każdej  porze  roku.  A  wnętrze   domu,  z jego wysokimi  pokojami  i 
wyposażeniem z ciemnego, rzeźbionego drewna, nieco zmiękczyła uroczymi antykami oraz 

dodatkami w pastelowych barwach. Wszystko emanowało domowym ciepełkiem, co Norberta 
zazwyczaj   irytowało,   lecz   dzisiaj   poczucie   prywatności   i   domowe   wygody   stanowiły 

niezaprzeczalny plus.

Deszcz   nadal   padał,   gdy   taksówka   zatrzymała   się   przed   wejściem.   Zaciągnięte 

burzowymi chmurami niebo miało kolor ołowiu, a na dworze było ciemno, co Norberta także 
cieszyło.   W   takich   warunkach   sąsiedzi   nie   będą   w   stanie   zobaczyć,   że   nowy   mieszkaniec 

rezydencji w Kensington dźwiga kobietę owiniętą w swój brązowy płaszcz.

Norbert wiedział, dlaczego przywiózł Celie tutaj, ale nie był pewien, czy podjął właściwą 

decyzję. Zanim zemdlała po raz drugi, Celie przez chwilę patrzyła na niego, a malujące się w jej 
oczach   przerażenie   zmieniło   się   w   coś   bardziej   mrożącego   krew   w   żyłach.   Ta   dziewczyna 

myślała, że umiera, i już zaczęła godzić się z tym, co nieuniknione.

A on nagle doszedł do wniosku, że nie może jej zawieść. Nie miał pojęcia, co przeszła, 

lecz chyba została przez kogoś straszliwie skrzywdzona. Jeśli on, Norbert, także ją zawiedzie, 
to ona już nigdy się nie podźwignie.

Taksówkarz,   młody   człowiek   z   kozią   bródką,   osłonił   go   wielkim   parasolem   i   razem 

pobiegli do wejścia. Celie wydawała się strasznie lekka. Norbert dopiero teraz stwierdził, jaka 

jest szczuplutka.

Wręczył taksówkarzowi klucz i poczekał, aż chłopak otworzy drzwi, po czym wcisnął mu 

do ręki banknot.

- Jak się nazywasz, chłopcze?

- Nigel. Nigel Clark.
-  Posłuchaj,   Nigel.   Moja   żona   umarłaby   ze  wstydu,   gdyby  ktoś   się  dowiedział   o  jej 

omdleniu. Proszę cię więc, żebyś nikomu o tym nie mówił. Nawet gdyby cię o nią pytano.

- Niby kto miałby mnie pytać?

- Ona jest znaną osobistością w Ameryce. - Norbert powiedział to przyciszonym tonem. 

- Występuje w telewizji, w nowym programie, którego jeszcze nie nadają tutaj. Musi bardzo 

dbać o dyskrecję.

- Rozumiem. - Nigel spojrzał na pieniądze i jego oczy się rozszerzyły.

- Jeśli w ciągu kilku najbliższych tygodni nikt nie będzie zawracał jej głowy, to uznam, 

że zachowałeś nasz mały sekret tylko dla siebie. A wtedy dostaniesz kolejne sto funtów.

- Nikomu nie pisnę ani słowa.
- Doskonale. Dzięki za pomoc.

background image

Nigel skinął głową i pobiegł do samochodu, a Norbert wszedł do wnętrza.
- Betty? Jesteś w domu?

Ale nikt nie odpowiedział. Gospodyni prawdopodobnie poszła po zakupy. Rano Norbert 

uprzedził, że zje kolację tutaj, i teraz żałował tej decyzji. Betty znała się na wielu sprawach i 

była osobą ze wszech miar godną zaufania. Mogłaby doradzić, co począć z ranną kobietą.

Norbert prowizorycznie opatrzył ramię Celie za pomocą chusteczki do nosa i paska od 

płaszcza, nie obejrzał jednak zranionego miejsca, aby nie alarmować taksówkarza. I teraz nie 
miał pojęcia, czego się spodziewać.

Zaniósł   dziewczynę   do   sypialni   na   piętrze,   kolanem   otworzył   drzwi   i   dotarł   do 

mahoniowego łoża z koronkowym baldachimem. Jedną ręką odrzucił haftowaną kapę i położył 

Celie na białej pościeli.

Dziewczyna   miała   twarz   kredowobladą   i   nawet   się   nie   poruszyła,   gdy   odwinął   ją   z 

płaszcza. Granatowy żakiet był pocięty nożem i cały we krwi, lecz ukrywał to, co najgorsze. 
Norbert zdjął prymitywny opatrunek i wzrokiem poszukał czegoś do rozcięcia marynarki, aby 

łatwiej ją zdjąć. Nie chciał zostawiać rannej nawet na moment, lecz stwierdził, że musi iść po 
jakieś   nożyczki.   W   drzwiach   jeszcze   raz   się   upewnił,   że   Celie   nadal   jest   nieprzytomna,   i 

pomaszerował do swojego apartamentu, gdzie w łazience miał zestaw drobiazgów do szycia.

Gdy wrócił, Celie leżała całkiem nieruchomo dokładnie w tej samej pozycji, co przed 

chwilą, i chyba była jeszcze bledsza. Norbert ostrożnie usiadł obok niej i zaczął rozcinać żakiet, 
a następnie bluzkę.

Zadanie   okazało   się   piekielnie   trudne,   ponieważ   maleńkie   nożyczki   nadawały   się 

wyłącznie do odcinania nitek, a Norbert nie zaliczał się do osób cierpliwych. W końcu jakimś 

cudem odciął cały rękaw i zsunął go w dół, delikatnie ciągnąc za mankiet.

Rana   wyglądała   gorzej,   niż   się   spodziewał   -   była   zygzakowata   i   tak   głęboka,   jakby 

sięgała   prawie   do   kości.   Zdumiewające,   że   przy   tak   poważnym   obrażeniu   Celie   zdołała 
podnieść   wielki   kamień   i   zdzielić   nim   napastnika.   Ta   dziewczyna   stanowiła   jedną   wielką 

zagadkę, lecz jedno wydawało się oczywiste - była najdzielniejszą osobą, jaką Norbert znał.

Rana   krwawiła   i   niewątpliwie   należało   założyć   szwy.   Mimo   nadzwyczajnej   jakości 

przybornika do szycia, nie zawierał on niczego odpowiedniego do wykonania tego zabiegu. 
Niezbędna   była   pomoc   chirurga,   znieczulenie   i   antybiotyki.   Norbert   złożył   na   pół   dwie 

wyprasowane serwetki, które wziął z szafy w korytarzu, i przycisnął je do rany. Postanowił 
wezwać pogotowie i złożyć na policji zeznanie oraz poprosić o ochronę dla Celie Sherwood.

- Panie Colter?
Niemal podskoczył na dźwięk głosu Betty. Nawet nie słyszał, że wróciła.

background image

- Jestem tutaj - zawołał. - I potrzebuję pani pomocy.
- Przepraszam, że przeszkadzam, ale... - Kobieta weszła do sypialni i ze zdumieniem 

popatrzyła na Celie. - Boże drogi!

- Wszystko w porządku, Betty. - Trudno o coś dalszego od prawdy, pomyślał kpiąco. - 

Chociaż... niezupełnie. Jakiś mężczyzna usiłował ją zabić, ale błagała, żeby nie zawozić jej do 
szpitala. Chyba obawia się o swoje życie.

- Och, panie Colter...
- Myślę, że trzeba wezwać pogotowie.

-   Lecz   jeśli   ona   się   boi...   -   Betty   podeszła   bliżej.   Była   panią   zbliżającą   się   do 

sześćdziesiątki,   korpulentną   i   siwiejącą,   jak   kobieta,   która   nie   przejmuje   się   nadchodzącą 

starością. - Biedactwo. Jak to się stało?

-   Facet   zaatakował   ją   nożem.   -   Norbert   na   moment   podniósł   opatrunek,   a   Betty 

przymrużyła oczy i uważnie obejrzała ranę, która krwawiła trochę mniej.

- Widziałam lepsze i gorsze. Są inne zranienia?

- Widziała pani gorsze?
- Dawniej pracowałam w Glasgow jako pielęgniarka na chirurgii. Potem przeniosłam się 

do Londynu i podjęłam tę pracę. Mniej męczy nogi.

- Chyba nie ma więcej ran, ale nie jestem pewien.

- No to bierzmy się do roboty.
- Do roboty?

- Jasne. Pan szybko sprawdzi stan naszej pacjentki, a ja zadzwonię do przyjaciela. Tylko 

proszę nie marudzić, bo ta rana wymaga ucisku, zanim zostanie zeszyta. Chyba możemy wziąć 

to na siebie, jeśli pan chce.

Najchętniej   zacząłby   ten   dzień   od   nowa,   wykreślając   z   niego   konfrontację   z   Celie 

Sherwood. A jeszcze lepiej - cofnąłby się do tamtego przedpołudnia w Paryżu i poszedłby w 
przeciwną   stronę   niż   rudowłosa   nimfa.   Celie   Sherwood   była   mu   całkiem   obca.   Nie 

potrzebował tej komplikacji, nie miał ochoty brać na siebie tego ciężaru.

- Nie wiem, co robić. - Spojrzał na bledziutką twarz dziewczyny. - Nie jestem za nią 

odpowiedzialny.

- Oczywiście - z przyganą w głosie powiedziała Betty.

- Naprawdę nie jestem. A jeśli zajmiemy się nią tutaj, to automatycznie zaangażujemy 

się w jej sprawy. Nie rozumie pani?

- Och, rozumiem. Również i to, że pan nie lubi się angażować.
Podniósł głowę, a Betty z wyzywającą miną wytrzymała jego spojrzenie. Nie mógł mieć 

background image

jej za złe, że wali prawdę w oczy. Wszyscy pracownicy Tri - C mieli do tego prawo. Przejmując 
zarządzanie   firmą,   Norbert   uświadomił   im,   że   życzy   sobie   szczerości   w   kontaktach 

międzyludzkich.

- Odniosłem wrażenie, że to raczej ona unika zaangażowania.

- Więc co mam zrobić? Zadzwonić po pogotowie czy po kogoś, kto udzieli jej pomocy 

tutaj?

- Jak pani widzi to drugie?
- Mam dobrego znajomego, właściwie przyjaciela. Przez wiele lat był chirurgiem, ale 

zaczął zaglądać do butelki. - Betty wzruszyła ramionami. - Odebrano mu prawo wykonywania 
zawodu, ale później przestał pić i ręce mu nie drżą.

- Przyjechałby do nas?
- Na pewno. Mieszka niedaleko i uczyni wszystko, o co go poproszę.

- Więc proszę go wezwać.
- Dobrze. - Betty ruszyła do drzwi. - Jeśli znajdzie pan jeszcze inne rany, proszę mnie 

zawołać.

Norbert został sam z Celie, która nadal była nieprzytomna i leżała tak nieruchomo, 

jakby już umarła. A on... tylko jeden raz w życiu rozbierał kobietę w takim stanie.

Zacisnął   powieki   na   wspomnienie   tamtych   przeżyć.   Mimo   upływu   czasu   nadal   były 

bolesne. W pokoju panował chłód, lecz poczuł, że dłonie mu się pocą, i przez długą chwilę nie 
mógł złapać tchu. W końcu otworzył oczy i już nie miał wątpliwości, że musi pomóc Celie. 

Stracił   prawo   wyboru,   gdy   popatrzyła   na   niego,   najwyraźniej   przekonana   o  swojej   rychłej 
śmierci, i zaczęła się godzić z tym, co nieuniknione.

Teraz   nawet   gdyby   chciał,   już   nie   mógł   zostawić   na   pastwę   losu   tej   kobiety,   która 

pożyczyła sobie personalia Celie Sherwood.

Sięgnął do guzików bluzki. Rozpiął je bez trudu i rozchylił poły. Celie w ogóle nie była 

opalona, toteż cieniutkie,  niebieskie żyłki wyglądały  niemal jak skazy  na idealnie  gładkiej, 

kremowej skórze. Na ramieniu i klatce piersiowej znajdowało się trochę zaschniętej krwi, lecz 
Norbert nigdzie nie stwierdził śladów obrażeń. Cieniutki stanik okrywający drobne, jędrne 

piersi  był  nasiąknięty   krwią,  Norbert wsunął   więc dłoń  pod plecy  Celie  i  rozpiął   maleńką 
klamerkę. Aby zsunąć stanik, musiał najpierw zdjąć z Celie bluzkę, a do tego potrzebował 

pomocy Betty. Kontynuował więc badanie za pomocą dotyku, a nie wzroku.

Celie   miała   gładkie,   lecz   o   wiele   za   chłodne   ciało,   które   delikatnie   zareagowało   na 

muśnięcia rąk, a z ust dziewczyny wydobył się cichy jęk. Cóż za ironia, przemknęło Norbertowi 
przez głowę. Wtedy, w Paryżu, zwrócił uwagę na atrakcyjną nieznajomą i nawet fantazjował na 

background image

jej temat, wyobrażając sobie, że ją pieści, a ona rozkosznie pojękuje. Teraz jego życzenia się 
spełniły, lecz niezupełnie tak, jakby tego pragnął.

- Wyjdziesz z tego, Celie - zamruczał. - Zajmiemy się tobą.
Nie  wykrył  innych   obrażeń  powyżej  talii,  więc  rozpiął   suwak   spódnicy  i  ściągnął  ją 

poniżej   bioder.   Tutaj   też   nie   stwierdził   żadnych   ran.   Wielkolud   z   nożem   celował   wysoko. 
Norbert miał cichą nadzieję, że jedynym problemem jest rozcięte ramię. Położył na nim drugi 

opatrunek z serwetki i lekko go przycisnął, a Celie znów jęknęła i zatrzepotała powiekami. 
Spojrzała mu prosto w oczy, wątpił jednak, czy naprawdę go zobaczyła.

- Wyjdziesz z tego - powtórzył.
- Nie...

- Masz ranę na ramieniu. Usiłuję zatamować krwotok. Celie zaczęła rzucać się z boku na 

bok, więc mocno przytrzymał jej drugi bark.

- Spokojnie, Celie, bo krwawienie się zwiększy. Nikt cię nie skrzywdzi. Usiłujemy ci 

pomóc.

- Proszę... nie chcę... - Zamknęła oczy i bezwładnie opadła na prześcieradło.
- Jerry już jedzie. - Do pokoju weszła Betty. - Co z nią?

- Na chwilę odzyskała przytomność.
- Biedulka.

- Chyba nie ma innych obrażeń.
- Rozbierzmy ją.

- Co mam robić? - Nie był zachwycony czekającym go zadaniem. Już i tak zaangażował 

się bardziej, niż powinien, ale Betty nie dałaby sobie rady sama.

- Najpierw rozetnę trochę dalej ten żakiet. O, tak. Teraz proszę ją unieść. Ostrożnie. 

Zsunę go, a potem zdejmiemy bluzkę i bieliznę.

- Wspaniale - mruknął z przekąsem.
- Nigdy nie widział pan nagiej kobiety, panie Colter?

- Róbmy, co trzeba, dobrze?
- Cieszę się, że został pan bogaty nie jako lekarz.

- Co pani wyprawia?
- Rozcinam resztę jej ubrania. - Betty zręcznie zdjęła z Celie stanik. - Szczuplutka, ale 

kształtna, prawda?

Norbert zerknął na Celie i w duchu przyznał rację Betty.

- Co to jest? Pierwsza pomoc czy konkurs piękności?
- burknął, odwracając wzrok.

background image

-   Nawet   sama   mogłabym   założyć   szwy,   gdyby   nie   te   poszarpane   krawędzie   rany.   - 

Gospodyni pokręciła głową.

- Lepiej niech Jerry się tym zajmie. Taka z niej chudzina, więc trzeba się postarać, żeby 

nie została duża blizna.

- Długo potrwa rekonwalescencja?
- To zależy, czy ta biedulka nie zechce od razu zerwać się z łóżka. Jeśli trochę poleży, to 

za jakiś tydzień lub dwa stanie na nogi. - Betty wzruszyła ramionami. - Ale zawsze istnieje 
ryzyko infekcji.

- Tydzień lub dwa?
- Ma gdzie się zatrzymać? Jakieś bezpieczne miejsce?

- Już pani mówiłem, że jej nie znam.
- Zaraz przyniosę mydło i wodę, żeby dziewczynę trochę umyć, a pan niech przyciska 

ten opatrunek. Jerry zjawi się lada chwila.

Znów   został   sam   z   Celie.   Ciekawe,   co   by   powiedziała,   gdyby   teraz   odzyskała 

przytomność i zobaczyła, że on się na nią gapi. Było oczywiste, że się go bała. Co pomyślała, 
gdy zjawił się, nie wiadomo skąd, aby ją ratować? Uznała go za dobrego faceta czy też nadal 

uważała za jakiegoś groźnego wroga?

I kim był tamten atleta w czarnej skórze? Przypadkowym napastnikiem, który usiłował 

ją okraść lub zgwałcić? To wydawało się mało realne, ale też cała ta historia nie mieściła się w 
głowie, a jednak działa się naprawdę.

Wbrew własnej woli powędrował spojrzeniem do piersi Celie i przez chwilę wyobrażał 

sobie, jakby wyglądała w innych, korzystniejszych okolicznościach. Nie była ani ultraszczupła 

jak modelka, ani biuściasta jak dziewczyna z „Playboya”. Miała normalne, kobiece kształty, a 
teraz jej ciało pokrywały plamy zaschniętej krwi i świeże siniaki. Na ich widok Norbert poczuł 

przypływ takiej wściekłości, że zdumiała go siła tego uczucia. Jak można zrobić coś takiego 
bezbronnej  dziewczynie!   Słyszał,   jak  krzyczała,   lecz   chyba   nie   spodziewała   się,   że   ktoś   jej 

pomoże. Sądziła, że zaraz umrze.

Niechętnie przeniósł wzrok na twarz Celie i stwierdził, że ona go obserwuje.

- Dlaczego... tego nie dokończysz? - Jej głos zabrzmiał tak, jakby dochodził z daleka. 

Niebieskie oczy nie wyrażały żadnych emocji.

- Wkrótce przyjdzie lekarz i zeszyje ci ramię. Nie, nie ruszaj się! Krwotok się zmniejszył. 

- Przytrzymał ją, gdy spróbowała się podnieść. - Zamierzamy opatrzyć twoją ranę, a później 

sobie pośpisz. Jesteś bezpieczna. Nie mam pojęcia, co ci chodzi po głowie, ale tu nic ci nie 
grozi. Facet w czarnej skórze pewnie nadal leży tam, gdzie go zostawiliśmy, a ja nie zawiozłem 

background image

cię do szpitala, bo tego się bałaś.

- Puść mnie. - Znów zaczęła się wyrywać.

- Nie. A jeśli nie przestaniesz się szamotać, to wezwę pogotowie i pojedziesz na ostry 

dyżur. Rozumiesz? Nie chcę, żebyś wykrwawiła się na śmierć.

- Dlaczego nie?
Jej pytanie było tak dalece pozbawione cienia nadziei, że Norbert na moment oniemiał 

z wrażenia.

- Nie wiem, za kogo mnie bierzesz - odparł w końcu. - Ani czego się obawiasz. Ale 

właśnie chyba uratowałem ci życie. Coś ci świta w tej łepetynie?

- Czego... ode mnie oczekujesz?

- Najchętniej zobaczyłbym cię w pełni sił i powiedział „żegnaj”. Ale to niemożliwe, więc 

chwilowo zadowolę się twoim grzecznym zachowaniem, gdy lekarz będzie zakładał ci szwy. A 

potem zobaczymy.

Z korytarza dobiegły jakieś odgłosy i do sypialni weszła Betty.

- Jerry przyjechał.  Nasza pacjentka jest przytomna? Norbert skonstatował,  że wciąż 

przyciska półnagą Celie do łóżka. Nie chciał, aby inny mężczyzna popatrzył na nią tak, jak on 

przed chwilą. Wzrokiem, którego nie można oderwać.

Puścił ją i podciągnął haftowaną kapę, zasłaniając Celie aż po pachy, chociaż nie miało 

to żadnego sensu. Przecież Betty zamierzała ją umyć. Ale po prostu nie mógł jej zostawić, gdy 
leżała taka odkryta i bezbronna. Ona zaś nadal patrzyła na niego z obawą.

-   Mogę   wyjść   albo   zostać   -   oznajmił.   -   Gdy   lekarz   będzie   opatrywał   ci   ramię...   ty 

decyduj, czy mam zostać.

- Kim... jesteś?
Nie chciał jej powiedzieć całej prawdy. Był postacią dobrze znaną, a jego nazwisko wielu 

ludziom kojarzyło się z pewnymi wydarzeniami, o których wolał nie mówić. Miał święte prawo 
do zachowania resztek swojej prywatności.

- Nazywam się Norbert James. - Wstał i spojrzał na Betty. Chyba nie zdziwiła się, że 

skłamał. Przeciwnie, miała taką minę, jakby go rozumiała.

-   Niech   pan   stąd   idzie,   panie   James   -   poleciła   stanowczym   tonem.   -   My   się   nią 

zajmiemy. Zawołamy pana, gdy będzie po wszystkim.

Do pokoju wszedł łysiejący mężczyzna w wieku Betty i podobnej jak ona postury. W 

ręce trzymał staroświecką lekarską torbę i miał wręcz żałosną minę człowieka, który pragnie 

zabrać się do pracy, a widzi, że inni mu w tym przeszkadzają.

Norbert   skinął   głową   i   jeszcze   raz   spojrzał   na   leżącą   z   zamkniętymi   oczami   Celie. 

background image

Ciekawe, o czym myślała. Czy uwierzyła, że chcą jej pomóc? A może jej się zdawało, że nadal 
jest w śmiertelnym niebezpieczeństwie?

Od czego uciekała? I dlaczego?
Norbert rozumiał ludzi, którzy uciekają. I żałował, że człowiek nie jest w stanie ukrywać 

się w nieskończoność ani stać się kimś innym. Sam wiedział to z pierwszej ręki. Już dawno się 
przekonał, że niezależnie od tego, na jaki kraniec świata pojechał, patrząc w lustro, zawsze 

widział siebie - Norberta Jamesa Coltera. Szkoda, że nie mógł tego wyjaśnić Celie.

- Bądź dzielna - powiedział. - Zresztą... chyba już jesteś, prawda?

Nie odpowiedziała ani nie otworzyła oczu. Znów leżała bezwładnie jak szmaciana lalka, 

czekając na swój los.

background image

ROZDZIAŁ CZWARTY

- Dobrze zniosła zabieg. Teraz śpi. Jerry podał jej środek przeciwbólowy. Nie chciała 

połknąć   tabletki,   więc   musiałam   głaskać   ją   jak   słabego   szczeniaczka,   ale   w   końcu   wzięła 
lekarstwo i usnęła. - Betty włączyła elektryczny czajnik. Zastała Norberta w kuchni, gdy szukał 

czegoś do zjedzenia, i kazała mu usiąść przy stole. - Biedulka nawet nie jęczała, a musiało ją 
boleć.

- Ona nie z tych, co jęczą. To wiem na pewno.
- A ja wiem, że przedstawił się pan nieprawdziwym nazwiskiem.

Norbert przymknął powieki. Dopiero teraz zaczął sobie uświadamiać, że nie tylko Celie 

odniosła obrażenia w starciu z atletą.

- Wolałem nie ujawniać swojej tożsamości - mruknął znużony. - Nie mam pojęcia, na co 

stać tę dziewczynę. Wolałbym, żeby mi nie zaszkodziła.

- Chyba niełatwo być Norbertem Colterem.
Norbert przez moment żałował, że jako mały, przeraźliwie spragniony uczuć chłopiec 

nie   miał   przy   sobie   kogoś   równie   serdecznego   jak   Betty.   Wtedy   tak   bardzo   potrzebował 
czyjegoś zrozumienia i ciepła. Obecnie uważał to za zbędne.

- Przeciwnie - odparł lekkim tonem. - Moje życie to marzenie każdego nastolatka.
- Nastolatka? Oboje wiemy, którą częścią ciała rozumuje nastolatek...

- Nasza pacjentka długo będzie spała?
- Z godzinę. Przy odrobinie szczęścia może dwie.

- Zastanawiam się, kiedy zapukają do drzwi inspektorzy ze Scotland Yardu.
- Niby dlaczego mieliby tu przyjść? - Betty zastygła z ręką nad srebrną puszką z herbatą. 

- Chociaż... co ja mówię. Oni działają perfekcyjnie.

-  Dałem  taksówkarzowi   w łapę,   żeby  zachował  dyskrecję.   Lecz   jeśli   policja   znajdzie 

napastnika, który zranił Celie, to dokładnie go przesłucha. I po nitce do kłębka w końcu trafi 
tutaj.

- Może tak byłoby najlepiej? Sam pan powiedział, że tę dziewczynę trzeba chronić.
- Gdybym uważał, że ochroni ją policja, to od razu wezwałbym gliny.

- Cóż, akurat pan ma powody, aby nie wierzyć władzom. Zignorował te słowa. Betty 

usilnie starała się traktować go ciepło, a on równie zdecydowanie ignorował te próby.

- Może powinienem sam ją gdzieś zabrać?
- Ale dokąd? Do Ameryki? Przewiózłby pan kobietę przez zieloną granicę?

Ten pomysł był kuszący, ale nie z powodów, które Betty brała pod uwagę. Norbert miał 

background image

coraz   więcej   podstaw,   aby   sądzić,   że   pochodzenie   Celie   Sherwood   to   sprawa   nadzwyczaj 
tajemnicza. Na pewno nie była tą osobą, za którą się podawała. Miała imponujące talenty 

aktorskie oraz lingwistyczne. Mówiła znakomicie zarówno po francusku, jak i po angielsku. A 
jeśli nie była ani Francuzką, ani Angielką? Może obie te narodowości stanowiły tylko część jej 

maskującego repertuaru?

Gdy odzyskała przytomność, z pewnością nie była w stanie niczego udawać. Co prawda 

niewiele mówiła, lecz wyszeptane słowa miały rytm i miękkość typową dla ojczyzny Norberta, 
czyli Południa Stanów Zjednoczonych.

Kim, u licha, jest ta kobieta?
- Naprawdę chciałby pan porwać tę biedulkę?

- To nie powieść kryminalna,  Betty  - parsknął  zirytowany. - Usiłuję tylko  zapewnić 

dziewczynie bezpieczeństwo, dopóki nie dowiem się o niej czegoś więcej.

-   Znam   odpowiednie   miejsce.   -   Betty   wcale   nie   przejęła   się   opryskliwym   tonem 

Norberta. - Lecz jeśli nie potrzebuje pan mojej pomocy...

- Co to za miejsce?
- Moja siostra  Joan ma domek w hrabstwie Kent. Nic szczególnego, ale przyjemnie 

uciec tam z miasta, żeby złapać oddech. Wokoło nic, tylko same pola i farmy. Prawie nikt tam 
nie przyjeżdża. Kiedyś przez kilka tygodni nie widziałam w okolicy żywej duszy. Ale niedaleko 

jest wieś, ze sklepem i kościołem, więc można coś kupić i się pomodlić.

- Sądzi pani, że siostra pozwoli mi się tam zatrzymać?

-   Powiem   jej,   że   sama   chcę   trochę   odsapnąć.   Nie   będzie   mnie   indagować.   Zresztą 

wkrótce jedzie na urlop do Madrytu, a domek prawie zawsze stoi pusty.

- Mógłby się przydać.
- Chyba że znajdzie pan coś lepszego.

- To daleko stąd?
- Właśnie na tym polega urok tego miejsca, że jedzie się tam tylko godzinę lub nieco 

dłużej, wszystko zależy od tego, czy od razu zauważy pan tę chałupkę.

W pierwszej chwili Norbert pomyślał, że najwygodniej byłoby wysłać tam Celie wraz z 

Betty. Ale zaraz porzucił ten pomysł. Nie wiedział o Celie nic poza tym, że ktoś niewątpliwie 
nastaje   na   jej   życie.   Oddawanie   jej   pod   opiekę   Betty   mogłoby   narazić   gospodynię   na 

nieprzewidziane zagrożenia.

Bez   sensu   było   też   zabieranie   Betty,   gdyby   sam   pojechał   z   Celie   na   wieś.   Nie 

potrzebował   gospodyni,   a   Celie   chyba   obejdzie   się   bez   pielęgniarki.   Zresztą   Betty   zawsze 
mogła szybko się zjawić. Tylko w razie absolutnej konieczności, ponieważ nawet jego obecność 

background image

nikomu nie gwarantowała bezpieczeństwa.

Ostatnia kobieta, którą miał pod swoją opieką, nie przeżyła...

- Sąsiedzi się nie zdziwią, że ktoś zamieszkał w tym domku?
-   Zawiadomię   najbliżej   mieszkającą   rodzinę,   że   jesteście   młodym   małżeństwem   i 

marzycie o krótkim miodowym miesiącu tylko we dwoje.

Taka  historyjka,  chociaż  w założeniu  idiotyczna,  mogła  okazać  się przekonująca  dla 

tamtejszych mieszkańców. A gdyby prześladowcy i tak zdołali wyśledzić Celie, to trzeba będzie 
chronić się w inny sposób. Po krótkim namyśle Norbert podjął decyzję.

- Zgoda, Betty, zawiozę ją tam, jeśli zechce. Chyba że sama wpadnie na lepszy pomysł, w 

którym nie będzie miejsca dla mnie. Wolałbym taki wariant.

- Czyżby? Odniosłam wrażenie, że świetnie pan się bawi. - Uśmiech Betty był niemal 

równie szeroki jak jej biodra.

- Doceniam szczerość, ale nie lubię wtykania nosa w moje życie. - Norbert zmierzył 

gospodynię surowym spojrzeniem.

- Wielka szkoda. - Betty wzięła się pod boki. - Powinien pan wreszcie wyleźć z tej swojej 

skorupy. Zawsze panu wygarnę, co myślę, bo mogę robić, co mi się podoba.

- Może pani stracić tę robotę - burknął ostrzegawczo.
-   Proszę   spróbować   mnie   zwolnić.   Dzięki   moim   kruchym   ciasteczkom   mam   wśród 

szefów Tri - C więcej przyjaciół niż pan.

Usiłował się nie uśmiechnąć, ale w końcu nie wytrzymał i roześmiał się.

Norbert zdążył  zjeść porządny lunch,  wziąć  prysznic i się przebrać,  zanim Celie  się 

obudziła. Betty troskliwie doglądała jej przez całe popołudnie i przy pierwszych oznakach życia 

pacjentki natychmiast wezwała Norberta, który przeglądał w bibliotece dzisiejsze faksy.

Wchodząc do oświetlonego tylko nocną lampką pokoju, Norbert niemal się spodziewał, 

że nie zastanie w nim Celie. W końcu już zdążył się przekonać, że ta dziewczyna umie zniknąć 
w najdziwniejszy sposób. Lecz tym razem nadal tu była - z ręką na temblaku leżała oparta o 

dwie poduszki, blada jak szanujący się duch z jakiegoś angielskiego zamczyska.

- Jak się czujesz? - Norbert stanął w nogach łóżka i skrzyżował ramiona na piersi.

- Jak ktoś pocięty na kawałki.
Słowa   zabrzmiały   cicho   i   sennie,   lecz   Norbert   stwierdził,   że   Celie   znów   mówi   z 

brytyjskim akcentem.

- Jak widzisz bez okularów? Bo Goliat je rozdeptał.

- Widzę nieźle.
-   Więc   chyba   zauważyłaś,   że   oczekuję   paru   odpowiedzi.   Trochę   się   zgarbiła,   lecz 

background image

buntowniczo wysunęła brodę, jak ktoś mający poczucie klęski, lecz nadal odważny.

- Nie wiem, kim jesteś ani czego chcesz.

- Więc dlaczego uciekłaś dzisiaj z tego punktu napraw? Zacznijmy od tego miejsca i 

cofajmy się w czasie.

- Przestraszyłeś mnie. Myślałam, że chcesz mi zrobić coś złego.
- Daj spokój. - Norbert z politowaniem pokręcił głową. - Przecież wcale ci nie groziłem. 

Poprosiłem tylko o garść wyjaśnień.

- Nie mogłam ich udzielić. Nie miałam pojęcia, o co chodzi. Nadal tego nie wiem.

- Dzisiaj omal nie straciłaś życia. Zdajesz sobie z tego sprawę?
- Owszem. To było niezapomniane przeżycie.

- Zechcesz mi powiedzieć, dlaczego stało się twoim udziałem? Dlaczego ktoś próbował 

cię zabić? Może dla ciebie to pestka, ale ja inaczej traktuję taki zamach. Tamten facet usiłował 

zabić także i mnie.

- Nie wiem, dlaczego. Nawet nie jestem pewna, czy miał takie zamiary. Chyba... chyba 

planował coś innego, ale się broniłam, więc...

- Sama powiedziałaś, że chciał cię zabić.

- Ja? Ja tak powiedziałam?
- Ty. I błagałaś, żebym cię nie zawoził do szpitala, bo tam też ktoś może pozbawić cię 

życia.   O   kim   mówiłaś,   Celie?   I   co   tamten   wielkolud   ma   z   tym   wspólnego?   Musisz   mi   to 
wyjaśnić albo ci nie pomogę.

- Ty... miałbyś mi pomóc? - Tym razem jej zdumienie było autentyczne.
- Nie rozumiem, co cię tak dziwi. Przecież cię tu przyniosłem, prawda?

- Uciekałam z twojego powodu. Zacząłeś bredzić o jakichś pociągach i kawiarniach.
- Gdybym chciał twojej zguby, to zostawiłbym cię na pastwę tamtego Goliata z wielkim 

nożem.   -   Norbert   stwierdził,   że   logika   tego   rozumowania   nie   wywarła   na   Celie   żadnego 
wrażenia. - Nie sądzisz, że należą mi się jakieś wyjaśnienia?

- Dlaczego mnie tu przyniosłeś?
- Mój osąd jest najwyraźniej tak samo wadliwy, jak twoje nowe wcielenie.

- Czego ode mnie chcesz?
- Tylko prawdy.

- Nazywam się Celie Sherwood - powiedziała powoli jak do dziecka lub jakby jeszcze 

pozostawała  pod wpływem środków nasennych. - Urodziłam się w Bourton - on - the - - 

Water. Nie jestem zakonnicą ani od dziecka nie byłam w Paryżu. Przestraszyłeś mnie swoimi 
pytaniami, więc uciekłam. Nie wiem, kim był mężczyzna z nożem.

background image

- Świetnie. Zadzwonię więc na policję i zgłoszę ten napad. Zabiorą cię do szpitala, a ja 

zapomnę o całym incydencie.

Celie   opuściła   nogi   z   łóżka.   Miała   na   sobie   wielką,   kwiecistą   koszulę   nocną, 

prawdopodobnie Betty.

Norbert   błyskawicznie   dał   susa   i   zdążył   podtrzymać   dziewczynę,   gdy   wstała   i   się 

zachwiała. Zwiotczała w jego ramionach, a on mocno ją obejmował i przez moment chciał 

zatrzymać przy sobie.

- Celie, mogę ci pomóc... gdybyś tylko powiedziała mi, o co chodzi...

- Muszę... stąd iść.
- Jesteś za słaba, żeby sama gdzieś iść. - Norbert westchnął. - Słuchaj, nie zamierzam 

zatrzymywać cię tutaj wbrew twojej woli. Możesz odejść, jeśli chcesz. Ale powiedz, kogo mam 
zawiadomić,   żeby   po   ciebie   przyjechał.   Straciłaś   sporo   krwi,   a   twoje   ramię   musi   być 

unieruchomione,  dopóki  bark  się nie wygoi. Przez  tydzień  lub dwa  będziesz  potrzebowała 
pomocy.

Celie   milczała,   a   Norbert   poczuł   przypływ   frustracji.   Chciał   odepchnąć   tę 

niewdzięcznicę,   ale   całkiem   wbrew  sobie  jeszcze   mocniej  ją   przytulił.  A  ona   trzęsła  się  ze 

strachu, po czym nagle zaczęła szlochać.

- Celie... - Pogłaskał ją po włosach. - Do licha, Celie, kim jesteś i o co w tym wszystkim, 

u diabła, chodzi?

Nie odpowiedziała,  lecz  jej szlochanie  się wzmogło,  chociaż  najwyraźniej  starała  się 

uspokoić. W końcu zrezygnowała i płakała po cichutku, jakby już dawno temu nauczyła się 
wstydzić swoich łez. I właśnie to wzruszyło Norberta bardziej, niż by sobie życzył.

- Położę cię do łóżka. Odpoczniesz, a później porozmawiamy.
- Nie mam... kogo zawiadomić - szepnęła z rozpaczą w głosie.

- A twój szef?
- Nie! Nie mogę tam wrócić...

- Już dobrze, dobrze. Nie musisz. - Odsunął ją od siebie, trzymając obu rękami w talii. - 

Ale powiedz mi, co się dzieje? Powinienem wiedzieć, żeby ci pomóc.

- Boję się... - Jej wykrzywiona bólem twarz jeszcze zbladła.
- Dlaczego?

- Lepiej, żebyś nie wiedział. Nie chcę cię narażać na niebezpieczeństwo.
- Zaryzykuję.

- Proszę...
Uznał, że teraz nic więcej z niej nie wydobędzie. Celie była bliska zemdlenia, więc wziął 

background image

ją na ręce i ułożył na pościeli.

- Zbieraj siły, bo wkrótce cię stąd zabiorę.

- Gdzie? - Jej oczy lekko się rozszerzyły.
- Joan, siostra Betty, mojej gospodyni, ma domek w Kent. Możemy tam pojechać.

- Dlaczego?
- Przywiozłem cię tutaj taksówką. I obawiam się, że policja może trafić pod ten adres, 

jeśli znajdzie Goliata. Nadal oddychał, gdy go zostawiliśmy, ale nie był w dobrej formie. Nieźle 
mu przyłożyłaś. - Znów skrzyżował ramiona, żeby jej nie dotknąć. Potrzebowała ukojenia, on 

zaś nie był w stanie ofiarować go ani jej, ani żadnej innej kobiecie. - Gliniarze przeprowadzą 
śledztwo i wezmą cię w większe obroty niż ja. Chcesz odpowiedzieć na ich pytania czy wolisz 

gdzieś zniknąć?

- Powiedziałeś „możemy”. Ty też byś pojechał?

-   A   co?   Spodziewałaś   się,   że   po   prostu   wręczę   ci   kluczyki   do   domu   i   samochodu? 

Wybacz, ale nie mogę ufać ci bardziej niż ty mnie.

- Dlaczego miałbyś mi pomagać?
Domyślił się, o co jeszcze chciała spytać. „Masz w tym jakiś własny interes?” Sam też się 

nad tym zastanawiał. I nie był zadowolony z odpowiedzi, ale tylko takiej mógł udzielić.

-   Jestem   zaintrygowany   -   odparł   szczerze.   -   Tobą,   twoją   sytuacją.   A   mnie   trudno 

zaintrygować.

- I naraziłbyś się na niebezpieczeństwo... z powodu ciekawości?

Widział, że Celie drży. I doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że ona nie zdoła sama o 

siebie zadbać. Został wplątany w utkaną przez nią sieć.

- Nie mam nic do stracenia - mruknął, odwracając się do drzwi.
- Nie wierzę.

- Szkoda. Jeśli chcesz stąd odejść beze mnie, to wolna droga. Lecz jeśli za godzinę, gdy 

na dworze zapadnie zmrok, jeszcze tu będziesz, to razem pojedziemy do Kent.

Bark piekielnie bolał, a cały pokój wirował. Mężczyzna, który zakładał jej szwy, kazał 

połknąć jakieś tabletki, a ona była zbyt słaba, aby się przeciwstawić. I teraz nie mogła jasno 

myśleć. Czy to na skutek szoku? Lub z powodu dużego upływu krwi? A może podano jej jakiś 
narkotyk, żeby stała się bezwolnym narzędziem w czyichś rękach?

Ale co ktoś mógłby w ten sposób uzyskać? Chyba lepiej byłoby ją zabić?
Przygryzła wargi, żeby nie jęczeć. Jej umysł nadal funkcjonował w zwolnionym tempie, 

otumaniony pigułkami, ale bark palił żywym ogniem, a unieruchomione prawe ramię było 
bezużyteczne. Nawet gdyby zdjęła temblak, to prawdopodobnie zemdlałaby z bólu. Przecież 

background image

była praworęczna.

Oparła głowę na poduszce i spróbowała zebrać myśli. Jak nazywał się ten mężczyzna? 

Norbert? Norbert chciał, aby mu zaufała. Aby powiedziała mu prawdę. Ale Norbert śledził ją 
aż od Paryża. Trafił za nią do punktu napraw, a potem jakimś cudem znów ją odnalazł - w 

samą porę, aby powstrzymać Bobby'ego.

Ale to ona walnęła go w głowę... Norbert mu groził, ale był skłonny go puścić...

Tym razem z jej ust wydarł się jęk.
Drzwi sypialni otworzyły się i do pokoju weszła tęgawa kobieta z ciepłym spojrzeniem. 

Betty, jak nazywał ją Norbert. Jego gospodyni... tak przynajmniej o niej mówił.

- O, dziecinko, środki przeciwbólowe przestają działać, co? - Betty podeszła do łóżka. - 

Obawiam się, że będzie pani musiała trochę pocierpieć.

- Gdzie... moje ubranie?

- Niestety całe w strzępach. Ale wysłałam Jerry'ego po jakieś odpowiednie ciuszki.
- Muszę iść.

- Tak myślałam. Ale ten domek w Kent na pewno się pani spodoba. Jest z kamienia 

starego   jak   królestwo,   a   pod   dachem   chętnie   założyłyby   gniazdo   ptaszki,   gdyby   im   na   to 

pozwolić. Zaś na pięterku... zresztą sama pani wkrótce zobaczy.

- Nie jadę tam.

- Zna pani lepsze miejsce? - Betty wyraźnie się zafrasowała.
Celestine pomyślała, że każde miejsce będzie lepsze. Musiała natychmiast stąd odejść, 

znów zmienić tożsamość, zniknąć w innym kraju, zacząć żyć innym życiem.

Problem w tym, że nie miała pieniędzy. Ani grosza. A wszystkie dokumenty, paszporty i 

metryki,   które   zebrała   z   takim   trudem   i   za   które   zapłaciła   majątek,   znajdowały   się   w 
mieszkanku na New Row. Absolutnie nie mogła tam wrócić. Skoro Bobby ją namierzył, to kto 

jeszcze wiedział o tym adresie? Kto tylko czekał, aby znów ją zaatakować?

-   Panno   Sherwood?   -   Betty   przysiadła   na   brzegu   łóżka.   -   Ma   pani   jakieś   poważne 

kłopoty, prawda?

Celestine przez chwilę zastanawiała się, jakby to było zwierzyć się tej kobiecie. Już od 

kilku lat nie miała kogoś godnego zaufania, z kim mogłaby rozmawiać o ważnych sprawach. A 
kłamstwa z konieczności tak dalece weszły jej w krew, że teraz nawet nie była pewna, czy 

jeszcze umiałaby powiedzieć prawdę.

- Nie można dusić wszystkiego w sobie. - Betty z dezaprobatą pokręciła głową. - W 

końcu płaci się za to wysoką cenę. Rozumie mnie pani, prawda? A jeśli nie dowiemy się, w 
czym rzecz, to nie znajdziemy rozwiązania.

background image

- Nie ma rozwiązania.
- Tak pani sądzi? A może warto uczynić pierwszy krok?

I to szybko. Pan... James uważa, że policja zjawi się tutaj jeszcze przed północą. Nie 

zostało więc zbyt wiele czasu na rozmyślania. - Betty pochyliła się w jej stronę. - Może pani 

zaufać panu Jamesowi. Jeśli on obiecuje pomóc, to tak zrobi.

- Kim on jest?

-   Chyba   wolałby   sam   opowiedzieć   o   sobie.   -   Betty   uśmiechnęła   się   leciutko.   -   Ale 

zapewniam panią, że to dobry człowiek. A jeśli pani mu nie zdradzi, że to powiedziałam, to 

jeszcze coś dodam. Pan James wiele przeszedł i umie poznać, że ktoś cierpi.

Celestine doszła do wniosku, że już niczego więcej o Norbercie Jamesie nie wyciągnie z 

Betty.

- Jak tam jest... w tym Kent?

- To ładne miejsce i doskonale nadaje się na azyl, w którym odzyska pani siły. Tam 

można się ukrywać w nieskończoność.

Celestine   zrozumiała,   że   stoi   w   obliczu   trudnego   wyboru.   Musiała   albo   wrócić   do 

mieszkanka na poddaszu, zabrać dokumenty i trochę odłożonych pieniędzy, albo złożyć swój 

los w ręce Norberta Jamesa i Betty. Przynajmniej na pewien czas. Nie mogła przecież błąkać 
się bez grosza przy duszy, dopóki jakoś nie załatwi przekazania gotówki. Miała jedynie te dwie 

możliwości - jedna była niemal na pewno śmiertelnie niebezpieczna, a druga - może trochę 
bardziej bezpieczna.

- Pojadę do Kent.
- Doskonale. Spakuję pani rzeczy, gdy tylko Jerry je przywiezie. Chce pani łyknąć coś 

przeciwbólowego? - Betty wyjęła z kieszeni plastikowy słoiczek.

- Już nie będę brać tych tabletek.

- Dam je panu Jamesowi, na wszelki wypadek. Nie ma sensu się umartwiać. - Betty 

podeszła   do   drzwi   i   na   moment  przystanęła.   -  Podjęła   pani   właściwą   decyzję.   Pan   James 

dopilnuje,   aby   nie   spotkało   pani   nic   złego.   A   ja   mam   nadzieję,   że   pozwoli   mu   pani 
wyprostować swoje sprawy. To by wam obojgu wyszło na dobre.

background image

ROZDZIAŁ PIĄTY

Celie   drzemała   prawie   przez   całą   drogę   do   Kent.   Od   czasu   do   czasu   raptownie   się 

budziła i rozglądała spłoszona, jakby zaraz miała wyskoczyć z samochodu. Norbert wolałby, 
żeby się odprężyła i smacznie spała, ale czuł, że to niemożliwe. Ta dziewczyna zawsze miała się 

na baczności, nawet wtedy, gdy gryzła wargi z bólu.

Norbert nie był zachwycony jazdą. Musiał bardzo uważać,  prowadząc auto po lewej 

stronie jezdni, co okazało się trudniejsze, gdy zjechał z autostrady. Pejzaż prawdopodobnie był 
uroczy   za   dnia,  w  blasku   słońca,   natomiast  w nocy  ciemne  zarysy  wzgórz  wyglądały  dość 

ponuro. Norbert zapisał sobie wskazówki Betty, lecz i tak raz zgubił drogę i musiał zawrócić. 
Czytając „Proszę skręcić na szczycie drugiego wzgórza” nie przypuszczał, że chodzi o ledwie 

widoczny  podjazd  prowadzący  do owczarni  u stóp niewielkiego pagórka  obok lśniącego  w 
blasku księżyca stawu.

Kiedy wreszcie zajechał przed - jak miał nadzieję - właściwy domek, jednego był pewien. 

Betty   mówiła   szczerą   prawdę.   To   miejsce   idealnie   nadawało   się   na   kryjówkę.   Skoro   on   z 

trudem tu trafił, dysponując dokładnym opisem trasy i mapą, to prześladowcy Celie - jeśli w 
ogóle istnieli - będą tak długo krążyć po bezdrożach Kentu, że w końcu kompletnie stracą 

orientację i nigdy więcej nikt o nich nie usłyszy.

Celie   nie   zbudziła   się,   gdy   zgasił   silnik,   co   dobitnie   świadczyło   o   jej   wyczerpaniu. 

Norbert   oparł   ręce   na   kierownicy   i   patrząc   na   szarą   chałupkę,   zastanawiał   się,   w   co   się 
wpakował.

Domek zbudowany z kamienia, zwanego przez Betty łupkiem z Kentu, miał wielkość 

szopy  na  narzędzia   w posiadłości   Norberta   w Górach   Skalistych.  Stał   w pobliżu  wąskiego 

strumienia migoczącego w świetle księżyca jak srebrzysta wstążeczka. Stromy dach mocno 
wystawał poza obrzeże ścian, zaś podwórze było częściowo wysypane żwirem i właśnie tam 

Norbert zaparkował wypożyczony samochód. Z jednej strony rosły jakieś wysokie krzaki, a z 
drugiej,   bliżej   potoku   -   wspaniała,   rozłożysta   wierzba.   Całość   zapewne   była   malownicza   i 

odseparowana od reszty świata. Nie ulegało też wątpliwości, że na takiej małej przestrzeni 
mieszkalnej dwoje lokatorów niczego przed sobą nie ukryje.

- Dojechaliśmy?
Norbert nie zdziwił  się, że Celie wreszcie  otworzyła  oczy. Dziwne, że dopiero teraz, 

pomyślał z przekąsem.

- Chyba tak. Ale nabiorę pewności, gdy mój klucz otworzy te drzwi.

- Ten dom jest taki...

background image

-   Maciupeńki.   Tylko   to   słowo   przychodzi   mi   do   głowy.   -   Norbert   wyjął   kluczyk   ze 

stacyjki i dopiero wtedy wysiadł. Celie była chwilowo jednoręczna, lecz niebywale wytrwała. 

Pewnie mogłaby ukraść auto i odjechać prosto w ciemną noc. A zanim znalazłby w tej głuszy 
jakichś   sąsiadów   i   dowiedział   się,   gdzie   zgłosić   kradzież,   Celie   może   już   byłaby   fertyczną 

brunetką z loczkami, serwującą sznycle we Frankfurcie lub Wiedniu.

Ruszył w stronę wejścia i usłyszał trzaśniecie drzwiczek. Celie szła za nim, co uznał za 

bardzo w jej stylu.

Brukowana kamiennymi płytkami dróżka była po obu stronach wysadzana lawendą, 

która wyschła, eksponując szpiczaste, szare nasionka. Norbert zerwał kilka z nich, roztarł je w 
dłoni i powąchał... po czym nagle znalazł się o tysiące kilometrów stąd, w małym domku w 

Tarpon Springs na Florydzie.

I poczuł, że nogi wrosły mu w ziemię. Nie mógł zrobić kroku ani nawet oddychać. Znów 

była z nim Lynn - tak, jak dawniej, w latach ich małżeństwa. Lynn, która umarła, ponieważ nie 
umiał jej ochronić.

- Dlaczego przystanąłeś?
Usłyszał głos Celie jakby z oddali. W głowie mu szumiało i mimo wieczornego chłodu 

poczuł, że się poci. Nie był w stanie odpowiedzieć, wydobyć z zaciśniętego gardła ani słowa, ale 
jakimś   cudem   zmusił   się   do   zrobienia   kroku.   A   potem   kilku   następnych,   aż   dotarł   do 

szerokiego daszku nad drzwiami.

Zauważył tylko tyle, że daszek jest jaskrawoniebieski. Wsunął wilgotną od potu dłoń do 

kieszeni i wyjął duży staroświecki klucz, który dostał od Betty. Ręka mu drżała, lecz zdołał 
wsunąć go do zamka i przekręcić.

- Gdzieś tu musi być wyłącznik - powiedział, wchodząc do mrocznego wnętrza. Tylko on 

wiedział, z jakim trudem panuje nad własnym głosem. Po omacku odnalazł pstryczek i włączył 

światło. Zapaliła się duża lampa przy drzwiach oraz mniejsza, obok kamiennego kominka.

Pokoik wyglądał w miarę przyzwoicie. Ściany były chropawe, jakby otynkował je ktoś 

mający   słaby   wzrok   i   zrobił   to   w   okresie   średniowiecza.   Dach   podtrzymywały   grube, 
drewniane belki, z których zwisały pęki suszonych kwiatów i gałązek. W głębi znajdowała się 

maleńka   łazienka   wielkości   szafy   oraz   niewiele   większa   sypialnia.   Wąziutki   korytarzyk 
prowadził  do zaskakująco  obszernej kuchni, najwyraźniej  dobudowanej kilkaset lat po po-

stawieniu domu.

Celie nadal stała na zewnątrz, a raczej opierała się o framugę, jakby całkiem opadła z sił 

po przejściu paru metrów.

- Wejdź i usiądź - polecił Norbert. - Tam jest bujak.

background image

Ale   ona   nawet   nie   drgnęła.   Norbert   odwrócił   się   i   stwierdził,   że   dziewczyna   bada 

wnętrze takim przenikliwym wzrokiem, jakby jej życie zależało od dokładnego sprawdzenia 

każdego kąta i zakamarka.

-   Żadnych   duchów   ani   facetów   w   czarnej   skórze   -   zapewnił   Norbert.   -   Ale   nie 

zdziwiłbym się na widok myszy, chociaż pewnie umkną, sfrustrowane naszym towarzystwem.

Celie  nadal  się  nie poruszyła,  wpatrzona  w drewniane   schodki -  niewiele  lepsze  od 

drabiny - prowadzące na wąski stryszek z ukośnie ściętym sufitem. Wzdłuż krawędzi biegł 
niski murek, za którym rzeczywiście można by się ukryć.

- Zajrzę na górę - zaproponował Norbert, a Celie zrobiła taką minę, jakby nie uważała 

wyników   jego   inspekcji   za   wiarygodne.   -   Celie,   musisz   mi   zaufać,   jeśli   mamy   ze   sobą 

wytrzymać.

Popatrzyła na niego, a w przyćmionym świetle jej oczy były błękitne, jak u dziecka. 

Takie same, jak kiedyś oczy Josha, synka Norberta. Ale Josh nigdy nie spoglądał na nikogo tak 
podejrzliwie.

- Może czułbym się podobnie na twoim miejscu - ugodowym tonem przyznał Norbert. - 

Chociaż trudno powiedzieć, bo właściwie nie znam twojej sytuacji. Ale rzeczywiście niełatwo 

ufać komuś obcemu.

- Wcale ci nie ufam. Przyjechałam tutaj, ponieważ tylko to mogłam zrobić.

- Prawienie pochlebstw nie jest twoją najmocniejszą stroną, co? - Norbert uśmiechnął 

się, aby Celie wiedziała, że on do pewnego stopnia ją rozumie.

Chyba zaskoczył ją jego uśmiech. I nic dziwnego, bo rzadko gościł na twarzy Norberta, 

który już w dzieciństwie się przekonał, że uśmiech to wyłom w nawet najlepszej obronie.

- Sprawdzisz, co jest na górze?
- A nadal tu będziesz, gdy zejdę?

- Raczej nie nadaję się do włóczęgi po leśnej głuszy.
- Ładne określenie pustkowia.

- Tak nazywamy tę część hrabstwa Kent.
- Oczywiście nauczyłaś się tej terminologii w angielskich szkołach?

- Zajrzysz na górę? - przynagliła, ignorując jego ironię. Wdrapał się na stryszek i ujrzał 

tam kilka łóżek, jak w jakimś młodzieżowym schronisku.

-   Nikogo   tu   nie   ma   -   oznajmił,   schodząc   na   parter.   -   Rozejrzę   się   w   pozostałych 

pomieszczeniach.

Nie   sprawiły   żadnej   niespodzianki.   Kuchnia   rzeczywiście   była   duża,   przyzwoicie 

wyposażona, z kominkiem w jednym rogu i wielkim, sosnowym stołem na środku. Norbert 

background image

wyobraził sobie siedzące tutaj dzieciaki oraz kobietę mieszającą zupę w dużym garnku. Niemal 
usłyszał wesołe przekomarzania i śmiech ludzi, którzy się kochają. Lecz może nigdy nie było 

tutaj nikogo takiego.

-   Jesteśmy   sami   -   powiedział   do   Celie,   która   wciąż   stała   w   otwartych   drzwiach.   - 

Powinnaś się położyć. Wyglądasz tak, jakbyś miała zemdleć.

- Gdzie ty będziesz spać?

- Na górze też są łóżka, więc pozwolę ci wybrać. Gdzie poczujesz się najbezpieczniej?
- Gdzieś w Alpach. Z dzikim owczarkiem u boku.

- Nie podejrzewałem cię o poczucie humoru.
- Dzisiaj nie zdarzyło się nic zabawnego.

Celie budziła jego ciekawość, lecz w tej chwili ogarnęło go również współczucie dla tej 

tajemniczej dziewczyny, która okazała się taka zdeterminowana i dzielna. Kojarzyła mu się z 

pewną biegaczką startującą w olimpijskim maratonie. Tamta kobieta omal nie zemdlała tuż 
przed ukończeniem biegu. Chociaż jednak straciła wszelkie szanse na medal, dotarła do mety 

kulejąc i słaniając się na nogach, a tłum wiwatował na jej cześć.

Na cześć Celie nie wiwatował nikt. No, może z wyjątkiem Norberta Coltera.

- Nie wiem, czy to dobry pomysł, żebyś wdrapywała się po tych stopniach. Jesteś za 

słaba. Jeśli jednak ja zostanę na dole, to ewentualni napastnicy będą musieli najpierw załatwić 

mnie, zanim dotrą do ciebie. Więc wybieraj.

- Drzwi sypialni zamykają się na klucz? Norbert poszedł sprawdzić.

- Nie. Ale możesz zablokować klamkę krzesłem.
- Wolę spać na górze.

- Jak chcesz. Pomóc ci?
- Nie.

- Tak myślałem. Lepiej skorzystaj z łazienki, zanim pójdziesz na strych. Ja w tym czasie 

zaniosę tam twoje rzeczy.

Jerry kupił dla niej sweter i spódnicę, którą teraz miała na sobie, trochę bielizny, drugą 

zmianę odzieży i cienki prochowiec. Betty dodała trochę kosmetyków, lecz w porównaniu z 

milionami   innych   młodych   kobiet   Celie   Sherwood   nie   posiadała   prawie   nic.   Była   chyba 
najbiedniejszą dziewczyną, jaką Norbert kiedykolwiek znał.

Gdy poszła  się umyć,  przygotował  dla  niej wszystko  na górze.  Wyjął  z  szafy świeżą 

pościel i starannie posłał największe łóżko, następnie położył na nim wyjętą z plastikowego 

woreczka nocną koszulę i otworzył jedno z okien, aby wpuścić trochę świeżego powietrza. 
Rozejrzał się jeszcze wokoło, stwierdził, że nic więcej nie może zrobić, i zszedł na dół.

background image

-   Chyba   powinnaś   wziąć   coś   przeciwbólowego   -   zasugerował,   gdy   Celie   wyszła   z 

łazienki. - Bo inaczej czeka cię przykra noc.

- Dzięki, ale nie.
- Celie, naprawdę sądzisz, że w razie konieczności byś mnie pokonała? Gdybym chciał 

cię  skrzywdzić,  to  już dawno  byłabyś   martwa.  Więc idź  po  rozum do głowy  i  łyknij  jakąś 
tabletkę,   żeby   zasnąć.   Musisz   odzyskiwać   siły,   a   nie   tracić.   -   Wyjął   z   kieszeni   słoiczek   z 

pigułkami. - Możesz nawet mi nie mówić, co zdecydowałaś.

Popatrzyła na lekarstwo i z wahaniem je wzięła. Betty sugerowała, aby nie dawać Celie 

całego  zapasu, ale  Norbert wiedział,  że ktoś jej pokroju na pewno nie zechce  skończyć ze 
swoimi problemami, łykając garść proszków. Celie należała do tych, którzy się nie poddają.

- Aha, jeszcze jedno. - Norbert wyciągnął do niej dłoń, na której leżała złota obrączka. - 

To   pomysł   Betty.   Mamy   wyglądać   na   małżeństwo.   A   propos   obrączki...   jej   brak   na   palcu 

niejakiej Lesley McBain obudził moją czujność i upewnił mnie, że ona kłamie.

- Do kogo należy? - Celie zignorowała jego uwagę i ze zdegustowaną miną patrzyła na 

złote kółeczko. - Skąd Betty ją wzięła?

- Podobno należała  do kogoś z rodziny, ale  nie jest wartościowa.  Musisz ją włożyć. 

Żonaci mężczyźni często jej nie noszą i nikt się im nie dziwi.

Celie sięgnęła po obrączkę i wsunęła ją na palec.

- Pasuje?
- Ujdzie.

- To dobrze. - Norbert skinął głową. - Rano nadal tu będę. Wtedy porozmawiamy.
Celie odwróciła się i powoli zaczęła wchodzić po stromych schodkach. Raz lekko się 

zachwiała i Norbert już myślał, że trzeba będzie ją wnieść. Lecz odzyskała równowagę i weszła 
na górę samodzielnie.

On zaś zostawił otwarte drzwi do swojej sypialni. Na wszelki wypadek, żeby usłyszeć 

wołanie Celie, gdyby czegoś potrzebowała. Minęło dużo czasu, zanim wreszcie zdołał zasnąć.

Obudziło ją słońce, lecz najpierw uświadomiła sobie brak jakichkolwiek dźwięków. Od 

ucieczki z domu zawsze mieszkała w wielkich metropoliach, gdzie najłatwiej zniknąć w tłumie. 

Małe miejscowości nie wchodziły w grę, ponieważ tam ludzie uwielbiają plotki i każdy nowy 
przybysz budzi zainteresowanie. Dlatego od bardzo dawna nie słyszała takiej cudownej ciszy, 

zmąconej jedynie świergotaniem ptaków i szelestem liści.

Takiej, jak w rodzinnym domu. W Haven House.

Przez chwilę miała przemożne wrażenie, że znów jest w Północnej Karolinie, w pokoju, 

który należał do niej, gdy była dzieckiem. W sosnowym zagajniku śpiewały drozdy, powietrze 

background image

przesycał świeży zapach atlantyckiej bryzy. Właśnie z tym kojarzył się Celie Haven House. 
Tam czuła się bezpieczna i szczęśliwa, ale było to dawno temu.

A teraz znajdowała się daleko od Haven House. I od wielu lat nikt nie zadbał o jej 

bezpieczeństwo. Nikt, z wyjątkiem Stephena, który przypłacił to własnym życiem.

Usłyszała jakiś szmer, potem odgłos kroków i zaczęła nadsłuchiwać. Norbert James był 

obcym  człowiekiem,  który  podążał  za  nią  ulicami  Paryża,   następnie z  uporem jej  szukał  i 

wyśledził aż na New Row. Norbert rzucił się na Bobby'ego i uratował ją, lecz zrezygnował z 
zadania ostatecznego ciosu. To ona zdzieliła Bobby'ego kamieniem.

Norbert zamierzał puścić napastnika wolno.
Znów przypomniała sobie wszystkie szczegóły tamtego zdarzenia. Norberta na pewno 

coś łączyło zarówno z Bobbym, jak i z pozostałymi osobami, które pragnęły widzieć ją martwą. 
Przecież niemożliwe, żeby chciał połazić za nią w Paryżu tylko dla rozrywki. Ale co planował 

tutaj?

Mógł tylko nastawać na jej życie...

Kroki chyba się oddalały,  ona zaś spróbowała  sobie przypomnieć rozkład wnętrz.  Z 

saloniku prowadził na tyły domku wąski korytarzyk. Przypuszczalnie do kuchni. Może Norbert 

poszedł właśnie tam.

Powolutku podniosła się do pozycji siedzącej. Bark pulsował tak boleśnie, jakby nadal 

tkwiło w nim ostrze noża. Tej nocy spała bardzo niespokojnie i z przerwami, ponieważ nie 
zażyła ani jednej tabletki. Wzięła je od Norberta tylko dlatego, żeby ewentualnie nie dodał ich 

do jej jedzenia. Zdumiewające, jak nauczyła się rozumować w ciągu minionych czterech lat. 
Jeśli nawet jeszcze nie stała się paranoiczką, to mogłaby perfekcyjnie ją udawać.

Może w ogóle nikt nie usiłował jej zabić. Może Bobby był tylko groźnym maniakiem, 

współczesnym Kubą Rozpruwaczem, wybierającym swe ofiary na chybił trafił. Może wczoraj 

akurat szukał blondynki. Albo kobiety w szarym płaszczu.

Może   wszystkie   wydarzenia   z   tych   czterech   lat   to   tylko   przypadki   lub   wytwory   jej 

wybujałej, wręcz chorej wyobraźni.

Skądże!   Celie   zdecydowanie   odegnała   wątpliwości.   Zawsze   osaczały   ją   w   trudnych 

chwilach.  Po raz  pierwszy pojawiły  się dawno temu, już wtedy,  gdy Haven House stał się 
istnym polem bitwy. Wiedziała, że nie należało ich słuchać ani upadać na duchu.

Wstała i z trudem się ubrała w nowe, workowate ciuszki. Powoli wyjęła rękę z temblaka 

i wsunęła ją w rękaw swetra, który miała na sobie wczoraj. Prawie zemdlała z bólu - tak samo, 

jak wtedy, gdy się rozbierała przed pójściem do łóżka.

Zaczęło   jej   się   zbierać   na   płacz.   Czuła   się   taka   bezradna.   Co   zrobi,   jeśli   Norbert 

background image

przestanie bawić się w te swoje gierki i postanowi dzisiaj ją wykończyć? Ukryła w kieszeni 
maleńkie nożyczki z zestawu do szycia, które zabrała z nocnej szafki domu w Kensington, ale 

była   to  beznadziejna   broń.   W  starciu  z   mordercą   nie   nadawała   się  do  niczego.  A  na   tym 
odludziu Norbert bez problemu ukryje ciało swojej ofiary. Tak dobrze, że nikt nigdy jej nie 

znajdzie.

No tak,  ale co ktoś mógłby zyskać, gdyby nie odnaleziono i nie zidentyfikowano jej 

ciała?

Znów   usłyszała   odgłos   kroków   i   jakieś   skrzypnięcie.   Czyżby   Norbert   wchodził   po 

schodkach? Błyskawicznie sięgnęła po nożyczki, które wczoraj schowała pod poduszką. Ale 
skrzypienie nie ustawało, a Norbert się nie pokazywał. Jakoś zdołała włożyć rękę w temblak i 

ścisnęła w dłoni nożyczki. Następnie powoli, krok za krokiem, aby nie robić hałasu, podeszła 
do niskiego murku, przykucnęła i ostrożnie zza niego wyjrzała.

Norbert siedział w bujaku przy kominku i trzymał na kolanach wielkiego, zwiniętego w 

kłębek, czarnego kocura.

Celie na moment oniemiała ze zdumienia. Wyobrażała sobie skradającego się zabójcę, a 

ujrzała kogoś wyglądającego jak ucieleśnienie spokojnego domatora, który nie skrzywdziłby 

nawet muchy. Huśtał się powoli w przód i w tył, i patrzył na kota ze zdumieniem, ale chyba nie 
zamierzał zrzucić go na podłogę.

Miał na sobie dżinsy - raczej ekskluzywne, sądząc z ich kroju - i wpuszczoną w nie, 

rozpiętą   pod   szyją,   zieloną   koszulę.   Ciemne   włosy   były   zwichrzone,   a   stopy   bose.   Celie 

odniosła   wrażenie,  że  jest zaspany,   może  trochę  nie w sosie  i  - co  wydało  się jej  dziwne, 
zważywszy na jej obawy - bardzo atrakcyjny.

Od dawna nie widziała mężczyzny z samego rana. Już zapomniała, jak pociągający bywa 

jednodniowy   zarost,   jak   prowokuje   widok   kawałka   nagiego   torsu.   Miała   tylko   jednego 

kochanka,   a   później   usilnie   starała   się   go   nie   wspominać.   Dawno   temu   połączyło   ich 
młodzieńcze, namiętne uczucie, a obecnie on nie żył - z jej powodu.

Ale teraz, dyskretnie obserwując Norberta Jamesa, zastanawiała się, kim on jest. Tak 

naprawdę.

- Wiesz coś o tych stworzeniach? - spytał Norbert. Ciekawe, kiedy się zorientował, że na 

niego patrzę, pomyślała spłoszona i wyprostowała się, bo dalsze chowanie się za murkiem 

straciło sens.

- Czarne koty przynoszą pecha.

- Więc jakiś pewnie przebiegł mi drogę tamtego dnia, gdy ujrzałem cię w Paryżu.
- Nie byłam w Paryżu...

background image

-   Od   dzieciństwa.   I   nigdy   nie   jechałaś   Eurostarem   ani   nie   udawałaś   purytanki 

wracającej z krucjaty w stolicy moralnego zepsucia. Pamiętam.

- Chyba wręcz przeciwnie, skoro bezustannie próbujesz pociągnąć mnie za język.
- Wyjrzałem niedawno na podwórze... - Norbert puścił mimo uszu jej słowa - i ten 

kiciuś wmaszerował do środka. Ciekawe, czego chce.

- Złapać mysz?

- Nie, jest zbyt rozleniwiony jak na takiego, który ugania się za myszami. Tamte są 

smukłe i drapieżne, prawda? Zresztą... nie znam się na kotach.

- W dzieciństwie zawsze miałam koty - palnęła bez namysłu. Co prawda nie ujawniła tą 

informacją niczego ważnego na swój temat, ale powinna bardziej uważać.

- Ja nigdy nie miałem żadnego zwierzaka.
- Ten chyba przypadł ci do gustu.

- Jak spałaś?
- Dziękuję, całkiem dobrze.

- Ale z ciebie kłamczucha. Jedna z najlepszych, jakie kiedykolwiek spotkałem.
- Dlaczego sądzisz, że kłamię?

- Bo nad ranem, gdy w końcu zdołałem zmrużyć oko, zaczęłaś jęczeć. Cholernie cię 

bolało, ale prawdopodobnie nie wzięłaś ani jednej tabletki. - Norbert podniósł wzrok.

-   Schodzisz   na   dół?   -   Wypłoszył   kota   z   kolan   i   wstał,   gdy   ostrożniutko   zeszła   po 

drewnianych stopniach na parter.

- Zrobiłem kawę. Napijesz się?
- Chętnie. - Wstąpiła do łazienki, a po wyjściu na korytarz stwierdziła, że kot na nią 

czeka. Z podniesionym puszystym ogonem pomaszerował za nią do kuchni - zdumiewająco 
dużej i skąpanej w złocistym blasku słońca. Celestine usiadła przy stole w takim miejscu, aby 

dobrze widzieć Norberta, zaś kot wskoczył na krzesło w kącie i zwinął się w kłębek, żeby uciąć 
sobie drzemkę.

- W Stanach konsumujemy mnóstwo kawy - zagaił Norbert, nalewając pachnący płyn ze 

staroświeckiego zaparzacza. - W moich stronach, na Zachodzie, pijemy mocną i czarną. Chyba 

podobnie, jak Południowcy, prawda?

Celestine na moment straciła dech. Norbert najwyraźniej na coś czekał. Wiedział.

- Nie mam pojęcia - odparła, starannie modulując głos na angielską modłę. - Nigdy nie 

byłam w twoim kraju.

-   Serio?   Ani   w   Georgii,   ani   w   obu   Karolinach?   Więc   gdzie   wyssałaś   ten   akcent? 

Myślałem, że z mlekiem matki...

background image

- Nie wiem, o czym mówisz. - Sięgnęła po filiżankę, a Norbert usłużnie ją podał.
- Przysiągłbym, Celie, że będąc półprzytomna, gdy nie udawałaś Angielki, mówiłaś z 

amerykańskim akcentem, jak wszyscy Amerykanie z Południa.

- Masz wybujałą wyobraźnię.

- Tak sądzisz? Może więc wymyślę ciekawą historię.
-   Och,   nie   krępuj   się.   Na   pewno   będzie   fascynująca.   Oparł   się   o   blat   i   skrzyżował 

ramiona na piersi.

- Żyła sobie kiedyś pewna młoda kobieta, która wciąż uciekała. Nie wiem, przed czym, 

ale   robiła   to   bardzo   skutecznie.   Przejechała   na   drugą   stronę   oceanu,   aby   znaleźć   się   jak 
najdalej   od   zagrożenia,   często   zmieniała   tożsamość   i   narodowość.   Umiała   skutecznie   się 

maskować,   lecz   przeoczyła   coś   ważnego.   Nie   zdawała   sobie   sprawy,   że   chodzi   w   bardzo 
specyficzny sposób. Właśnie dlatego zauważył ją mężczyzna, który lubił obserwować ludzi. A 

później znów zwrócił  na nią uwagę,  gdy już udawała  kogoś innego. Poznał  ją tylko po jej 
chodzie.

Celie poruszyła filiżanką, wprawiając kawę w wirowy ruch, i w zamyśleniu popatrzyła 

na lśniącą w słońcu obrączkę. Norbert okazał się zadziwiająco przenikliwy i spostrzegawczy. 

Nie miało sensu wmawiać mu, że się myli. To tylko wzmogłoby jego ciekawość.

O ile on już nie znał całej prawdy.

- Dlaczego mi pomagasz?
- Niech mnie licho, jeśli wiem. - Otworzył szafkę i sięgnął po miseczki. - Zjesz płatki? 

Betty dała nam trochę zapasów. Na dzień lub dwa wystarczy, zanim znajdziemy w okolicy jakiś 
sklep.

- Zjem. Dzięki.
Norbert postawił na stole karton mleka, a Celestine niezręcznie sięgnęła po nie lewą 

ręką, co było przykrym doświadczeniem. Widocznie w niebiosach dano człowiekowi dwie ręce 
nie bez powodu.

- Jesteś praworęczna? - Norbert przysunął jej miseczkę z musli i nalał do niej trochę 

mleka.

- Tak. - Wiedziała, że nic nie zyska, kłamiąc, a odruchy i tak szybko by ją zdradziły.
- Powiedz, gdybyś potrzebowała pomocy.

Prędzej piekło zamarznie, niż cię poproszę, pomyślała. I przypuszczała, że on o tym wie. 

Wzięła łyżkę do lewej ręki i zaczęła uczyć się jeść tą ręką.

- To jak będzie? Wyznasz mi prawdę? - Norbert usiadł naprzeciwko. - Bo nie zamierzam 

dłużej ryzykować. Wszystko wskazuje na to, że pomagam i ukrywam przestępczynię.

background image

- Nie.
- Dlaczego miałbym ci uwierzyć?

Było to sensowne pytanie, jeśli Norbert rzeczywiście nie należał do jej prześladowców.
Zjadła połowę swoich płatków, zanim odpowiedziała. Żałowała, że on jej się przygląda, 

rozchlapała   bowiem   nieco   mleka,   bark   ją   bolał   i   czuła   się   zmęczona,   jak   nigdy   dotąd. 
Najchętniej położyłaby głowę na stole i zaczęła szlochać, ale na to nie mogła sobie pozwolić. 

Odłożyła  więc  łyżkę  i  spojrzała   na  Norberta.   Obserwował  ją  z  nieprzeniknionym  wyrazem 
twarzy i czekał na wyjaśnienia.

-   Najpierw   ty   -   oświadczyła.   -   Jak   mam   powierzyć   ci   swoje   tajemnice,   skoro   nie 

opowiedziałeś mi nic o sobie?

-   Grasz   na   zwłokę.   -   Norbert   rozsiadł   się   wygodniej,   jakby   zamierzał   w   tej   pozycji 

spędzić dużo czasu.

- Kim jesteś? Ujawnij coś więcej niż nazwisko.
-   Pracuję   jako   konsultant   dla   kilku   wielkich   korporacji.   Moja   specjalność   to 

zabezpieczenia dla różnych urządzeń technicznych produkcji tych firm. Wiele podróżuję w ce-
lach służbowych... także do Paryża, gdzie pierwszy raz cię ujrzałem.

- Jakie to korporacje?
-   Różne.   -   Norbert   wzruszył   ramionami.   -   Mam   własny   zespół   ekspertów,   którym 

kieruję.

Zdaniem   Celestine   to   wszystko   brzmiało   szalenie   ogólnikowo   i   wydawało   się 

niemożliwe do zweryfikowania.

- A ten dom, do którego mnie zabrałeś... jest twój?

- Nie. Należy do firmy, która korzysta z moich usług. Zatrzymują się tam pracownicy ze 

szczebla kierowniczego.

- Ta firma ma jakąś nazwę?
- Tri - C International. Nazwa nic jej nie mówiła.

-   Jak   na   kogoś,   kto   wpadł   tam   tylko   przelotnie,   byłeś   mocno   zaprzyjaźniony   z 

gospodynią.

- Już kiedyś pracowałem dla Tri - C. Betty i ja jesteśmy dobrymi przyjaciółmi.
- Dlaczego obserwujesz ludzi?

- Dawno temu stwierdziłem, że to lepsza metoda, niż bezpośrednie, bliskie kontakty. W 

mojej   pracy   muszę   rozumieć,   co   stymuluje   kogoś   do   działania.   Nie   wolno   mi   niczego 

przeoczyć. A osobiste zaangażowanie może utrudnić dokonanie właściwej oceny. Wolę się więc 
przyglądać z dystansu, aby zachować obiektywizm.

background image

- A na dodatek nikt cię nie zrani. Interesujące... - Celestine wypiła kilka łyków kawy. W 

duchu musiała przyznać, że słowa Norberta brzmiały przekonująco. Niewątpliwie dużo jeździł 

po świecie. Jeśli osiągnął sukces w sferze zawodowej, to było go stać na kosztowne garnitury i 
krawaty. I może faktycznie umiał zebrać mnóstwo cennych informacji, uważnie przyglądając 

się ludziom wokół siebie. Potrafił też zauważyć wszelkie odstępstwa od normy.

- Skończyłaś mnie maglować?

-   Jeszcze   nie.   Skoro   jesteś   konsultantem,   to   nie   powinieneś   czegoś   konsultować? 

Możesz sobie pozwolić na marnowanie czasu, niańcząc przypadkowo spotkaną osobę? Co z 

obowiązkami, terminami... i rodziną, która czeka na twój powrót?

- Nie mam rodziny. I mogę robić, co mi się podoba, jeśli będę wysyłał i odbierał faksy.

- Przebywamy na odludziu.
- Mam przenośny komputer, za  pomocą  którego można faksować,  a w sypialni  jest 

telefon.

Celestine ucieszyła się z tej wiadomości. I pożałowała, że wybrała stryszek.

- Teraz twoja kolej. - Norbert uniósł swoją filiżankę w żartobliwym toaście. - Za prawdę. 

Niech nic cię nie powstrzyma. Mogę słuchać przez cały dzień.

-   Właśnie   opisałeś   kogoś,   kto   jest   wolny,   jak   ptak.   Żadnej   rodziny,   praca   dająca 

niesamowitą swobodę działania, życie wiecznie w drodze. Równie dobrze mógłbyś mówić o 

zawodowym   zabójcy   mordującym   ludzi   na   zlecenie.   Oprócz   komputera   z   faksem 
potrzebowałbyś tylko pistoletu.

- Akurat skończyły mi się naboje.
- Czy w Tri - C ktoś potwierdziłby, że dla nich pracujesz?

- Z pewnością, jeśli trafisz na odpowiednie osoby. Ale nie jestem na liście ich stałego 

personelu.

- Idealne rozwiązanie.
- Dlaczego miałbym chcieć cię zabić, Celie?

Nie musiała odpowiadać, ponieważ ktoś nagle załomotał do kuchennych drzwi. Całkiem 

automatycznie dała susa pod stół, a Norbert skoczył do przodu, lecz nie zdążył zamknąć ich na 

klucz.

- Tu jesteś, ty moje utrapienie! - Do kuchni wkroczyła wysoka kobieta w brązowym 

stroju, pomaszerowała prosto do krzesła w kącie i zgarnęła z niego drzemiącego kota. - Nie 
lubimy siedzieć u siebie w domu, prawda, Śpiąca Królewno? Musicie wiedzieć, że ona nigdy 

nie akceptuje tego, co dla niej zaplanowałam. Cudownie, że ją zatrzymaliście, dopóki jej nie 
znajdę. - Kobieta uniosła kota wysoko nad głowę i lekko nim potrząsnęła, po czym przytuliła 

background image

go do obfitego biustu. - A teraz... witajcie. Kiedy się pobraliście, jeśli wolno spytać, i co mogę 
dla was uczynić podczas waszego pobytu w Trillingden?

background image

ROZDZIAŁ SZÓSTY

Potężnie   zbudowana,   grubokoścista   i   energiczna   kobieta   patrzyła   na   nich   tak 

serdecznie, że Norbert nie był w stanie wyrzucić jej za drzwi, choć w pierwszej chwili chciał to 
zrobić. Była nie tyle stara, co w wieku trudnym do określenia. Miała włosy w kolorze swetra i 

tweedowej  spódnicy,  lecz  mocno poprzetykane   siwizną,  oraz   czerstwą,  zaróżowioną  cerę   z 
mnóstwem   drobniutkich   zmarszczek.   Nie   ulegało   też   wątpliwości,   że   oczekuje 

natychmiastowych odpowiedzi na swoje pytania.

-   Jestem   Marian   Farnsworth   -   oznajmiła   takim   tonem,   jakby   cały   świat   znał   to 

nazwisko.

- Norbert James. - Norbert uścisnął podaną mu dłoń.

-   Znałam   Jamesów   z   okolicy   Charing.   Byli   dosyć   rachityczni.   To   chyba   nie   żadna 

rodzina? - Pani Farnsworth odwróciła się do Celie. - Bo jeśli tak, to lepiej się zastanowić, czy 

warto decydować się na dzieci, kochaniutka.

- Będę o tym pamiętać. - Celie miała taką minę, jakby tuż obok właśnie wybuchł granat.

Norbert położył dłoń na jej ramieniu tak czule, jakby uczynił to młody żonkoś.
- Nie martw się, kochanie, prawdopodobnie nie mam tam żadnych krewnych. A jeśli 

nawet, to są najwyżej dziesiątą wodą po kisielu.

- Ostrożności nigdy za wiele - stwierdziła Marian.

- Trzeba coś niecoś wiedzieć o genetyce. Znam się na rzeczy, bo hoduję owce. Na ich 

przykładzie można sporo się nauczyć.

- To moja... żona, Celie. - Norbert spojrzał na nią sugestywnie.
- Ach, nowożeńcy, prawda? Dziwne, że już wyskoczyliście z łóżka. - Marian wyciągnęła 

rękę do Celie, która już nie była tak przeraźliwie blada, jak przed chwilą. - Zadowolę się lewą, 
skoro prawa wisi na tym durnym temblaku.

Celie   podała   kobiecie   dłoń,   a   cofając   ją,   zerknęła   na   rękę   takim   wzrokiem,   jakby 

sprawdzała, czy nadal ma palce.

- Pobraliśmy się dwa tygodnie temu - powiedział Norbert, odpowiadając na wstępne 

pytanie. - Ale od ślubu prawie nie mieliśmy okazji do bycia tylko we dwoje.

- Och, nie będę wam przeszkadzać. Przynajmniej nie za często. Ale jutro po południu 

urządzamy  podwieczorek na waszą cześć. U mnie, czyli na najbliższej farmie od wschodu. 

Przyjdą wszyscy sąsiedzi, żeby na was zerknąć, więc pewnie się zjawicie. Bardzo lubimy Joan i 
Betty, i pragniemy włączyć was do swojego grona, skoro to one was przysłały.

- Nie sądzę, żebyśmy... - powiedziała Celie, lecz Marian nie pozwoliła jej dokończyć.

background image

- Tylko mi nie dziękujcie. Tworzymy tutaj małą, ale zgraną społeczność i nie tolerujemy 

między nami obcych. Zostaniecie więc naszymi przyjaciółmi. - Marian na sekundę przestała 

żywo gestykulować i zerknęła  na swój duży, męski zegarek. - Muszę lecieć.  Zatem jutro o 
trzeciej. I żadnego spóźniania. A gdyby Śpiąca Królewna znów wpadła was odwiedzić, to wcale 

się nie przejmujcie. Przyjdę i ją zabiorę. Strasznie niedobra kocina z tej Królewny.

Marian Farnsworth wyszła z takim samym impetem, jak weszła. Norbert odprowadził ją 

wzrokiem, gdy maszerowała dróżką, trzymając pod pachą niesfornego ulubieńca.

- Jezu, co to było? - jęknęła Celie.

- Produkt sielankowej prowincji hrabstwa Kent.
- Raczej Baba - Jaga z leśnych ostępów.

-   Mieszkając   tutaj,   człowiek   chyba   szybko   staje   się   bezpośredni.   Musi   wydobyć   z 

rozmówcy jak najwięcej, jeśli już dorwie kogoś nowego. - Norbert zacisnął dłoń na zdrowym 

barku Celie, zanim zdążyła się odwrócić. - Nigdzie nie zmykaj, Celie. Mimo tej niezwykłej 
dygresji pragnę kontynuować naszą rozmowę. Jeszcze jej nie skończyliśmy.

- Ja... tak. - Poruszyła się, zrzucając jego rękę. - Źle się czuję.
Norbert   umiał   rozpoznać   czyjś   unik,   miał   jednak   świadomość   tego,   że   Celie   mówi 

prawdę. Znów bardzo zbladła i ledwie trzymała się na nogach, chociaż nadal buntowniczo 
wysuwała brodę.

Powstrzymał   się więc  od  oferowania  pomocy.  Wczoraj   zdążył   poznać smukłość  talii 

Celie oraz kobiecą krągłość jej bioder i niepotrzebnie myślał później o tym, jak cudownie było 

ją dotykać, a wspomnienie tych chwil wciąż odzywało się w jego pamięci. Zapadając tej nocy w 
sen, znów przypomniał sobie kształty ciała Celie, przyjemność, jaką odczuwał, niosąc ją do 

sypialni, muśnięcia jedwabistych włosów na swojej ręce. Ta dziewczyna budziła jego pożąda-
nie nawet wówczas, gdy leżąc na stryszku, pojękiwała z bólu.

A   przecież   seksualne   zauroczenie   dodatkowo   skomplikowałoby   tę   i   tak   dziwaczną 

sytuację.

Utwierdził się w tym przekonaniu i zignorował fakt, że Celie ledwie stoi. Ale trzymał się 

blisko niej, na wypadek, gdyby jednak musiał jej pomóc.

-   Może   chociaż   weźmiesz   aspirynę?   -   zaproponował.   -   Nie   zaćmi   jasności   twojego 

umysłu, więc gdybym spróbował skręcić ci kark lub zastrzelić z nieistniejącego pistoletu, nadal 

będziesz w stanie dziabnąć mnie tymi śmiesznymi nożyczuszkami.

- Jakimi nożyczuszkami?

- Przecież  widzę,  co masz w kieszeni. To te same, którymi wczoraj  rozciąłem  twoją 

odzież?

background image

- Ty to zrobiłeś?
- Owszem i gdybym chciał cię zabić, to miałem wtedy nadzwyczajną okazję. Leżałaś na 

łóżku półnaga i nieprzytomna. Całkiem w mojej mocy.

Przez   chwilę   analizowała   jego   słowa,   nie   patrząc   mu   w   oczy,   jakby   była   trochę 

zażenowana wizją opisanej przez niego intymności.

- Zażyję aspirynę.

- Siadaj. - Norbert wskazał krzesło i odwrócił się do zlewozmywaka, aby nalać wody. - 

Proszę.   -   Postawił   przed   Celie   pełną   szklankę   i   położył   dwie   tabletki   z   zapasów   Betty.   - 

Powinienem był dać ci je wczoraj wieczorem, ale sądziłem, że zdrowy rozsądek skłoni cię do 
zażycia środka przeciwbólowego.

Połknęła pigułki tak ochoczo, jakby miała nadzieję, że zadziałają natychmiast.
- Wkrótce poczujesz się lepiej.

- Na pewno masz rację.
- A na razie odpowiesz mi na parę pytań.

- Naprawdę chciałabym odpocząć.
Rzeczywiście wyglądała tak, jakby nie nadawała się do przesłuchiwania. Norbert omal 

nie powiedział, że poczeka, ale w porę przypomniał sobie ocieniony koroną wierzby strumień.

- Nie ma problemu. Znam świetne miejsce.

- Wolę iść na górę. - Celie wyprostowała plecy, swoją postawą dając do zrozumienia, że 

nie zamierza się poddać.

- Mam lepszy pomysł. - Norbert podszedł do drzwi i wyjrzał na podwórze. - Trzeba 

uważać, żeby ten kotek znów tu nie wlazł, bo Marian wprowadzi się do naszej kuchni.

- Betty zapewniała, że to odludzie.
- Już ja z nią pogadam. - Norbert wyszedł na dwór i ruchem głowy wskazał pobliskie 

drzewa. - To dwa kroki stąd. Dasz radę?

- Tak.

Oniemiał ze zdziwienia. Oczekiwał protestów, lecz Celie widocznie uznała, że lepiej być 

z nim na zewnątrz, niż sam na sam w ciasnym domku.

Ranek był pogodny, a niebo intensywnie błękitne. Słońce świeciło jasno i powietrze już 

zdążyło się rozgrzać, obiecując jeden z tych pięknych dni późnego lata, gdy każdy angielski 

ogrodnik pragnie aż do wieczora pracować pośród swoich roślinek. Norbert poszedł wyłożoną 
kamieniami   ścieżką,   wzdłuż   której   rosły   krzaki   z   wdzięcznymi,   stożkowatymi   kwiatkami. 

Zerwała się z nich chmurka białych motyli, lecz nie odleciały daleko, jakby po jego odejściu 
zamierzały wrócić do źródła słodkiego nektaru.

background image

- Motylowe krzaczki - stwierdziła Celie, sięgając po fioletowy kwiat.
- Tak się nazywają?

- Fachowa nazwa to budleia. Ten rodzaj to prawdopodobnie „czarny rycerz”.
- A więc jesteś ogrodniczką?

- Niezupełnie. - Zawahała się i wzruszyła ramionami. - Przez pewien czas pracowałam w 

szklarniach.

- Jako Celie Sherwood czy Marie St. Germaine? - Norbert nie omieszkał wykorzystać tej 

okazji, lecz Celie zignorowała jego pytanie.

- Powąchaj. Mają subtelny, ale śliczny zapach. Norbert pomyślał o swojej wczorajszej 

reakcji na aromat lawendy i nie skorzystał z zachęty.

- Prawie jesteśmy na miejscu.
- Nie martw się o mnie.

Doskonała rada, pomyślał. Wcale nie chciał przejmować się niczyim losem. Od lat żył 

właśnie tak i nie zamierzał tego zmieniać. Lecz Celie już wtedy, gdy ujrzał ją po raz pierwszy, 

zawładnęła jego emocjami, a jedną z nich była troska. Podchodził z ostrożnym dystansem do 
osoby Celie Sherwood i nadal miał wątpliwości, czy chce zgłębić jej problemy, lecz mimo to 

pragnął ją chronić.

- Jak tu ładnie. - Celie przystanęła i z autentycznym zachwytem spojrzała na szemrzący 

strumień.   Na  obu  brzegach   leżały  różnej  wielkości  głazy,   niektóre  takie   duże   i  płaskie,   że 
można było się na nich położyć i opalać.

- Nawet ładniej, niż przypuszczałem. O, mamy miejsce do siedzenia. - Norbert wskazał 

dwa głazy tworzące jakby fotel z wysokim oparciem. - Zdołasz tam zejść?

- Tak.
Naprawdę nie chciał znów jej dotknąć, lecz wolałby też nie podnosić jej z tej kamienistej 

ścieżki. Nie była szczególnie stroma, lecz Celie przecież nie odzyskała jeszcze sił.

- Chodź. - Wyciągnął rękę. - Pomogę ci.

- Poradzę sobie.
- Wątpię. - Cofnął się o krok i ujął jej nadgarstek. Nie spróbowała wyswobodzić dłoni, 

ale też się nie poruszyła. - Słuchaj, ja też nie jestem zachwycony tym całym układem, ale nie 
chcę, żebyś się potknęła i coś sobie zrobiła. Teraz ci pomogę, lecz wystarczy, że poczujesz się 

lepiej, a dam ci święty spokój. Zgoda?

Nie   czekając   na   odpowiedź,   ruszył   w   dół,   a   Celie   z   westchnieniem   pozwoliła   się 

poprowadzić. Pomógł jej usadowić się na głazie, następnie usiadł dwa metry dalej, żeby nie 
czuła się zdominowana jego bliskością.

background image

Przez kilka minut ciszę przerywał jedynie świergot ptaków i szmer wody opływającej 

kamienie na dnie potoku. Norbert wystawił twarz do słońca i podwinął rękawy koszuli. Gdzieś 

w pobliżu domku przejechał samochód, a po chwili zaszczekał pies.

- Co chcesz wiedzieć? - spytała w końcu Celie.

- Zacznij od początku. I dotrzyj do końca.
- Nie myliłeś się. Rzeczywiście uciekam. Odwrócił się, aby widzieć jej twarz, lecz Celie 

nie patrzyła na niego. Miała taką minę, jakby analizowała swoją przeszłość, wybierając z niej te 
strzępki, którymi mogła się z nim podzielić. Niewiele, pomyślał, ale zawsze to jakiś postęp.

- Nie mogłabyś najpierw się przedstawić?
- Uważaj mnie za Celie Sherwood.

- Ale nią nie jesteś.
- Nie.

Ucieszył się z tego maleńkiego zwycięstwa.
- Nie masz ochoty usłyszeć swojego prawdziwego imienia i nazwiska?

- Gdy ostatnio je usłyszałam, facet usiłował mnie zabić.
- Bobby?

- Tak.
- Więc rzeczywiście nie uważasz go za przypadkowego napastnika. Sądzisz, że chodziło 

mu właśnie o ciebie?

- Prawie zawsze tak myślę.

- Prawie zawsze?
- Gdy uciekasz, trudno zachować obiektywizm. Wydawało mi się, że Bobby wymówił 

moje   imię,   ale   nie   jestem   pewna.   W   chwili   zagrożenia   percepcja   czasem   kuleje,   instynkt 
zawodzi.

- Twój zawiódł cię wtedy w Paryżu.
- Nie chcę rozmawiać o Paryżu.

- Czy w ten sposób przyznajesz, że byłaś Marie St. Germaine?
- Nie.

Norbert ledwie powstrzymał się od gniewnej odpowiedzi. Zanadto naciskał. Jeśli Celie 

miała powiedzieć mu coś o sobie, to niech zrobi to w dowolnym tempie i w taki sposób, jaki jej 

najbardziej odpowiada.

- Przepraszam. Mów to, co uznasz za stosowne. Uważnie popatrzyła mu prosto w oczy, 

on zaś bez trudu domyślił się jej wątpliwości. Zastanawiała się, ile może ujawnić. Jak dalece 
mu zaufać.

background image

- Widziałam, jak popełniono morderstwo - oznajmiła i czekała na jego reakcję, lecz on 

postarał się nawet nie mrugnąć okiem. - Zabity mężczyzna był... - wzięła głęboki oddech - 

moim kochankiem.

- Boisz się, że morderca chce zabić również ciebie?

- Na pewno usiłują to zrobić.
- Oni?

- To tylko takie sformułowanie.
- Czyli nie wiesz, kim jest zabójca?

- Nie.
- Rozumiem. - Nieprawda. Nic nie rozumiał. Ta historia niewątpliwie zawierała więcej 

niewiadomych, niż początkowo sądził.

- Ten ktoś myśli, że znam jego tożsamość i chce się mnie pozbyć.

Norbert   zauważył,   że   teraz   użyła   liczby   pojedynczej.   Czyżby   celowo   starała   się 

wprowadzić go w błąd?

- Nie lepiej zgłosić się na policję i zażądać ochrony?
- Naprawdę wierzysz, że policja jest w stanie ją zapewnić?

- Chyba nie.
- No właśnie. Dlatego uciekłam.

-   Skąd?   -   spytał,   a   ona   natychmiast   zacisnęła   usta.   -   Celie,   mam   powody,   aby 

podejrzewać, że jesteś Amerykanką. Nie możesz powiedzieć mi chociaż tyle? Stany to wielki 

kraj, zamieszkany przez ćwierć miliarda ludzi. Nie pytam cię o adres i numer ubezpieczenia.

- Dla dobra nas obojga powinieneś wiedzieć jak najmniej.

- Dlaczego? Ponieważ chcę cię chronić? Czy dlatego, że nadal mi nie ufasz?
- Nie ufam nikomu.

- A co planujesz? Do końca życia zmieniać tożsamość i przenosić się z kraju do kraju? 

Jak to organizujesz? Załatwiasz fałszywe paszporty i metryki osób zmarłych lub takich, którzy 

nie funkcjonują w normalnym społeczeństwie?

- Nic więcej ci nie powiem.

Zastanawiał się, czy to, co wyznała, jest prawdą. Jeśli tak, to musiała rozwiać jedną 

ważną wątpliwość.

- Jesteś współwinna tej zbrodni? Uciekasz przed wymiarem sprawiedliwości?
- Nie!

Odpowiedź padła tak szybko i zabrzmiała tak szczerze, że w nią uwierzył. Owszem, Celie 

Sherwood była wspaniałą aktorką i równie utalentowaną kłamczuchą, lecz tym razem chyba 

background image

mówiła szczerze.

- Dlaczego zamierzałeś puścić Bobby'ego?

- Jak to... puścić?
- Wtedy, gdy go pokonałeś. Chciałeś go puścić i to ja walnęłam go kamieniem.

- A co według ciebie miałem uczynić? Poderżnąć mu gardło? Oddać w ręce policji? Niby 

jak? Sam? Ty na pewno zaraz byś zwiała, więc mogłem albo go zabić, albo zostawić. Nie widzę 

się w roli mordercy ani kata wymierzającego sprawiedliwość.

- Może znałeś Bobby'ego.

-   Sugerujesz,   że   razem   dybaliśmy   na   twoje   życie?   Że   znałem   jego   plany   względem 

ciebie?

Celie wzruszyła ramionami.
-   Chyba   całkiem   ci   odbiło.   Niby   skąd   wiedziałbym,   że   z   tego   punktu   naprawczego 

pobiegniesz do tego atlety? Nawet gdybyśmy obaj byli w zmowie, to nie moglibyśmy zgadnąć, 
co zrobisz, prawda?

Nie odpowiedziała.
-   Twierdzisz,   że   ktoś   usiłuje   cię   zabić.   Ja   miałem   do   tego   wiele   okazji,   od   kiedy 

znalazłem cię w tamtym zaułku, ale nic ci nie zrobiłem. Przeciwnie, przywiozłem cię tutaj, żeby 
zapewnić ci bezpieczeństwo. Czy to nic dla ciebie nie znaczy?

- Już sama się w tym gubię - mruknęła. - Wystarczy, że komuś zaufam, że przestanę 

oglądać się za siebie i już...

- Bobby nie był pierwszym zamachowcem, który cię zaatakował, prawda?
- Nie.

- Ile razy cię to spotkało?
- Sporo.

Sposób, w jaki powiedziała to jedno krótkie słowo, mówił dużo więcej niż ono samo. 

Celie Sherwood chyba w każdej chwili spodziewała się śmierci. Była tak znużona długotrwałą 

ucieczką,   tak   bardzo   udręczona   wiszącym   nad   jej   głową   niebezpieczeństwem,   że   obecnie 
akceptowała swoją sytuację, chociaż nie zamierzała się poddać.

-  Celie.  -   Norbert  pokręcił   głową.   -  Nie   jestem  w  stanie   nawet   sobie  wyobrazić,   co 

przeżywasz.

- Traktuję to jak śmiertelną chorobę. Nie mam żadnych objawów, ale śmierć czeka na 

mnie za rogiem. Tyle tylko, że w moim przypadku kostucha rzuci się na mnie znienacka i 

nigdy się nie dowiem, kto mnie załatwił.

- Naprawdę tak sądzisz?

background image

- W zasadzie tak, chociaż... gdzieś w głębi duszy kołacze się odrobina nadziei, że zdołam 

wyjść   z   tego   cało.   Że   pokonam   przeciwnika   i   kiedyś,   w   przyszłości,   już   nie   będę   musiała 

uciekać.

- Jak możesz pokonać kogoś nieznanego?

- Po troszeczku. Tak, jak wymykając się z rąk Bobby'ego... Jak radząc sobie z tym... - 

Wskazała na zraniony bark.

- I znów zmieniając nazwisko, aby pojawić się na Fidżi lub na australijskiej prowincji?
- W Kangurowie, stary? Co mogłaby tam zdziałać taka dziewuszka, jak ja?

Norbert z podziwem słuchał, gdy gładko przeszła na australijski akcent i slang.
- Wygląda na to, że już tam byłaś.

- W dzieciństwie zawsze marzyłam o dalekich podróżach. Moje przyjaciółki pragnęły 

zostać tancerkami lub lekarkami, a ja chciałam wędrować po Antarktydzie i zdobywać Mont 

Everest. Niekoniecznie naraz - dokończyła z uśmiechem.

- Chyba zrealizowałaś część tych marzeń.

- Może.
- Ale nie tak, jak zamierzałaś. - Przysunął się bliżej, a na jej twarzy natychmiast pojawił 

się wyraz czujności. - Pozwól, że ci pomogę.

- Niby jak?

- Mam szerokie koneksje. Jestem w stanie zapewnić ci bezpieczeństwo. I ustalić, kto cię 

prześladuje.

- Podróżuję w pojedynkę.
- Gdybyś w tamtym zaułku podróżowała w pojedynkę, już leżałabyś dwa metry pod 

ziemią.

- A kto mi zaręczy, że wkrótce tam nie wyląduję?

- Nikt. Ale będziesz miała większe szanse przetrwać, jeśli ktoś cię wesprze. To twoje 

życie, Celie. A ja jestem kimś obcym. Nie winię cię za brak zaufania do mnie. Twoja sytuacja 

uczyniła z ciebie paranoiczkę...

-   Nie   jestem   paranoiczką!   Nie   wymyśliłam   tego   wszystkiego.   Żyję   w   bezustannym 

zagrożeniu i ono jest bardzo realne!

Patrzył   na   nią,   świadomy   tego,   że   wystarczyło   jedno   słowo,   aby   porzuciła 

dotychczasową rezerwę.

-   Zamierzałem   tylko   powiedzieć,   że   twoje   doświadczenia   uczyniły   z   ciebie   osobę 

niesamowicie ostrożną. Byłem z tobą w tamtym zaułku, pamiętasz? Wiem, że nie wymyśliłaś 
zagrożenia.

background image

- Chciałabym już wracać.
-   Dobrze.   -   Wstał   i   wyciągnął   do   niej   rękę.   -   Ale   przemyśl   moją   propozycję.   Mogę 

wydatnie ci pomóc. Chętnie to zrobię, jeśli dasz mi szansę. Ale najpierw powinienem poznać 
całą prawdę, co oznacza, że musiałabyś mi zaufać.

Nie odpowiedziała i nie chwyciła jego dłoni. Wdrapała się na górę samodzielnie i oboje 

w milczeniu poszli do domu.

Celestine koniecznie chciała skorzystać z telefonu i późnym popołudniem już nie mogła 

się doczekać, aż Norbert gdzieś wyjdzie. Po powrocie znad strumienia prawie nie rozmawiali. 

Ona trochę odpoczywała, potem zjadła przyniesiony na górę lunch i znów poleżała.

Właściwie   nie   znała   Norberta   Jamesa,   zdążyła   jednak   się   zorientować,   że   nie   jest 

człowiekiem,   który   lubi   przymusową   bezczynność.   Słyszała   cichy   szum   jego   przenośnego 
komputera i zastanawiała się, co Norbert robi. Załatwiał sprawy służbowe dla owego Tri - C 

International lub innych firm, w których rzekomo był konsultantem?

A może za pomocą komputera kontaktował się z Millie lub Rogerem? Informował ich, 

że ma ją w garści i już wkrótce problem Celestine St. Gervais przestanie istnieć?

Uważnie nadsłuchiwała, gdy chodził po pokoju. Wychodził ze swojego saloniku i szedł 

do kuchni,   potem wracał  do pokoju, ale   nawet nie  zbliżył   się do schodków.  Celestine  nie 
pozwoliła sobie na głęboki sen, którego rozpaczliwie potrzebowała, ale przymknęła powieki i 

trochę się zdrzemnęła. Gdy wreszcie usłyszała szczęknięcie zamykanych drzwi, wstała z łóżka i 
ostrożnie wyjrzała zza murka. Norbert podszedł do samochodu i wyjął coś ze skrytki - chyba 

przeciwsłoneczne okulary - a następnie pomaszerował w stronę drogi.

Celestine  nie  wiedziała,  dokąd  się  udał,  ale   teraz  mogła  zadzwonić.  Zeszła  na   dół  i 

zajrzała do jego sypialni. Z zadowoleniem stwierdziła, że już wyłączył komputer i wyjął jego 
kabel   z   gniazdka   telefonicznego.   Celestine   szybko   policzyła   w  myśli,   która   jest  godzina   w 

Północnej Karolinie,  i wystukała  numer. Ufała  tylko  trojgu ludziom i właśnie  oni powinni 
wiedzieć,   co   się   z   nią   dzieje.   Obawiała   się,   że   teraz   nie   zdąży   skontaktować   się   z   nimi 

wszystkimi,   postanowiła   więc   najpierw   porozmawiać   z   osobą   najważniejszą   dla  jej   dalszej 
egzystencji.

Podała sekretarce nazwisko, które dawno temu ustaliła z Whitem, i czekała.
Whit długo się nie zgłaszał, więc podeszła do drzwi, aby mieć na oku dróżkę. Na widok 

Norberta mogła natychmiast odłożyć słuchawkę i wrócić na górę, zanim on zdążyłby wejść do 
środka.

- Celestine!
- Och, Whit. - Na moment zamknęła oczy, dziękując Opatrzności za to, że go słyszy. - 

background image

Już się bałam, że cię nie złapię.

- Gdzie jesteś? Wszystko w porządku?

- Tak. I nie. - Jej zduszony śmiech zabrzmiał niemal jak szloch. - Zaatakowano mnie, ale 

żyję.

- Co się stało?
- Nie mogę teraz o tym mówić. Ale straciłam wszystkie swoje rzeczy, Whit. Nie mam 

złamanego grosza przy duszy. Możesz przekazać mi telegraficznie trochę pieniędzy na nowy 
początek?

- Jasne, że tak. Gdzie? Jak?
- Jeszcze nie wiem. Na razie zorganizuj jakąś kwotę. Później omówimy szczegóły.

- Jeśli mi podasz miejsce pobytu,  to sprawdzę,  gdzie znajduje  się najbliższy  bank i 

załatwię formalności.

Zawahała   się.   Znała   nazwę   wioski.   Trillingden.   Ale   udzielając   Whitowi   zbyt   wiele 

informacji, mogła niechcący narazić go na niebezpieczeństwo. Oczywiście ufała przyjacielowi 

bez zastrzeżeń, wolała jednak jak najwięcej danych zachować w tajemnicy.

- Chwilowo mieszkam na jakimś odludziu - odparła wymijająco, a Whit nie nalegał na 

konkretną odpowiedź.

- Masz jakiś dokument potwierdzający twoją tożsamość?

- Nic.
- To niedobrze, ale coś wymyślę.

- Dziękuję. Bardzo, bardzo.
- To przecież twoje pieniądze, Celestine, a ja tylko nimi zarządzam w twoim imieniu.

-   Nie   zdołam   zadzwonić   do   Allie   ani   dziadka   Suttera.   Pozdrowisz   ich   ode   mnie? 

Powiedz, że jestem cała i zdrowa.

- Załatwione. Coś jeszcze?
- Tak. Jestem teraz z mężczyzną, który nazywa się Norbert James. Twierdzi, że pracuje 

jako konsultant dla korporacji Tri - C International. Słyszałeś o niej?

- Oczywiście. To jedna z tych wielkich kolosów - konglomeratów, które mają związki z 

wieloma   działami   gospodarki,   z   produkcją   przemysłową,   wydobyciem   surowców, 
telekomunikacją...

- Możesz go sprawdzić?
- Powiedziałaś Norbert James?

- Tak.
- Jak go poznałaś?

background image

- Nie mam teraz czasu, żeby ci opowiadać. I nie mogę podać ci swojego numeru, bo nie 

widzę go na aparacie.

- Daj mi dzień lub dwa na przygotowania. Możesz poczekać aż tyle?
- Chyba tak.

- Kiedy wracasz do domu? Chyba już nadeszła pora na twój ruch. Ale musisz tu być, 

żeby go wykonać. Bez ciebie mam związane ręce.

-   Powinnam   kończyć   -   powiedziała   pospiesznie,   widząc   Norberta   skręcającego   na 

ścieżkę. - Zadzwonię jutro.

Odłożyła słuchawkę, zanim Whit zdążył odpowiedzieć. I spokojnie siedziała w bujaku 

obok kominka, gdy Norbert otworzył drzwi.

- Gdzie byłeś? - spytała, udając zaskoczenie.
- Na spacerze.

- Przyjemnym?
-   Owszem.   Wdrapałem   się   na   szczyt   tego   wzgórza.   Wczoraj   w   tych   egipskich 

ciemnościach nie było nic widać, więc postanowiłem sprawdzić, jak blisko mamy sąsiadów.

- I co?

- Po linii prostej nawet niedaleko. Niecały kilometr przez lasek i pola. To chyba dom 

Farnsworthów. A poza tym kompletne pustkowie.

Celestine znów ze zdumieniem stwierdziła, że Norbert James to przystojny mężczyzna, 

na   którego   aż   miło   popatrzeć.   Po   przechadzce   miał   zwichrzone   przez   wiatr   włosy   i 

zarumienione   policzki.   Stał   w   drzwiach,   trzymając   ręce   w   kieszeniach   dżinsów   i   uważnie 
przesuwał spojrzeniem po każdym zakątku wnętrza. Zdaniem Celestine zaliczał się chyba do 

tych ludzi, którzy przywykli do stawiania na swoim, zawsze nad wszystkim panują i nie lubią 
oddawać władzy. Celestine przypuszczała, że jest dla niego twardym orzechem do zgryzienia i 

trochę ją to cieszyło.

Ale nie byłaby zachwycona, gdyby ją zdradził.

- Jak się czujesz? - spytał, wchodząc do środka i zamykając za sobą drzwi.
- W zasadzie dobrze, chociaż wolałabym mieć sprawne obie ręce.

- Powinienem ci zmienić opatrunek. Teraz czy po obiedzie?
Chciała powiedzieć, że sama się tym zajmie, ale znała swoje obecne możliwości. Norbert 

mógł zrobić to lepiej, a im szybciej ramię się zgoi, tym szybciej ona będzie mogła przystąpić do 
kreowania swojej nowej tożsamości.

- Wolę to mieć z głowy - oświadczyła.
- Zostań tutaj, a ja przyniosę, co trzeba.

background image

Huśtając się na fotelu, zastanawiała się, czy Norbert zauważy, że jest coś nie tak w 

pobliżu telefonu. Starała się niczego nie przesunąć, ale czy jej się to udało?

Norbert   wrócił   z   apteczką,   którą   naprędce   skompletowała   Betty.   Przysunął   lampę   i 

skrzyżowawszy ramiona, popatrzył na Celie.

- Musisz zdjąć sweter. Mam ci pomóc?
Wciąż   usiłowała   sobie   przypomnieć,   czy   zostawiła   wszystko   w   pokoju   Norberta 

identycznie   jak   było,   więc   nawet   nie   pomyślała   o   konieczności   rozebrania   się.   Teraz 
odruchowo zacisnęła palce na górnym guziku pulowera.

- Poradzę sobie.
- Pozwól sobie pomóc. - Norbert kucnął przed nią. - Nie ma sensu, żebyś się męczyła. 

Przecież i tak zobaczę kawałek twojego ciała.

Zrozumiała, że byłoby głupotą protestować. Norbert rozpiął pasek temblaka, delikatnie 

go zsunął i odłożył na gzyms kominka. A Celestine zacisnęła palce na schowanych w kieszeni 
spódnicy nożyczkach, zaczęła je uważać za coś w rodzaju talizmanu przynoszącego szczęście.

- Pewnie trochę cię zabolało - współczującym tonem stwierdził Norbert.
- Nic mi nie jest.

- Powiesz to nawet na łożu śmierci.
- Oby jak najpóźniej.

Norbert   uśmiechnął   się,   a   Celestine   oniemiała   z   wrażenia,   ponieważ   dzięki   temu 

uśmiechowi Norbert zmienił się prawie nie do poznania. Nagle przestał być kimś, kogo należy 

się obawiać, a stał się po prostu uroczym mężczyzną. Nadzwyczaj atrakcyjnym mężczyzną, 
który właśnie miał ją rozebrać.

- Z rozpinaniem sama sobie poradzę. - Przesunęła przez dziurkę górny guzik.
- Chyba zdążę się zdrzemnąć. - Norbert przymknął powieki.

- Uznaj to za ćwiczenie, obowiązkowy element mojej fizykoterapii. Gdy skończę, będę w 

pełni oburęczna. - Rozpięła drugi guzik.

- Wcześniej pewnie umrę z głodu. - Norbert otworzył oczy.
- Betty dała nam kanapki, czy zamierzasz coś ugotować?

- To drugie.
- Dlaczego mi się zdaje, że nie masz o tym pojęcia? - Jakoś zdołała rozpiąć trzeci guzik.

- Bo zostawiłem w twojej kanapce plastikową osłonkę na plasterkach szynki?
- Więc w swojej chyba też zostawiłeś. - Pokonała czwarty guzik.

- Na ogół jadam w restauracjach.
- A gdy jesteś w domu? Podobno mieszkasz w zachodniej części Stanów. Czyli gdzie?

background image

- W promieniu jakichś czterech i pół tysiąca kilometrów od twojego domu, gdziekolwiek 

on jest.

- Jestem Amerykanką - powiedziała  po chwili milczenia, mając do rozpięcia jeszcze 

tylko jeden guzik.

- Dzięki za szczerość. - Spojrzenie Norberta wyraźnie się ociepliło.
- Teraz mogę już wrócić do swojego akcentu.

- Słyszę, że pochodzisz z Południa.
- A ty... skąd? - Pośrednio wyznała prawdę.

- Z Kolorado.
- Zawsze tam mieszkałeś?

- Nie. Dorastałem w Los Angeles.
- Pomożesz mi z tym rękawem?

-   Po   raz   pierwszy   poprosiłaś   mnie   o   pomoc.   Robisz   postępy.   -   Norbert   znów   się 

uśmiechnął, następnie uniósł jej rękę i zaczął powolutku ciągnąć mankiet.

Celestine zacisnęła zęby i zdołała nie wydać żadnego dźwięku. Norbert spojrzał na nią, a 

w jego oczach pojawił się wyraz zatroskania... lub jego przekonująca imitacja.

- Nie wolno nam dopuścić do infekcji, Celie. Wiem, że nie życzysz sobie dodatkowych 

problemów.

Jakie to dziwne, pomyślała. Mężczyzna, którego podejrzewała o to, że chce ją zabić, 

teraz starał się naprawić zło wyrządzone jej przez Bobby'ego - człowieka obdarzonego przez 

nią   zaufaniem,   oczywiście   do   pewnego   stopnia.   Co   prawda   nadal   nie   ufała   Norbertowi 
Jamesowi  i  nie wierzyła,  że  wkroczył   w  jej życie   przypadkiem,  lecz  w  tej  chwili   jakoś nie 

potrafiła wykrzesać z siebie wystarczającej podejrzliwości. Nie mogła też przypomnieć sobie 
nikogo, kto dotykał jej bardziej delikatnie i z większą troską. I po raz pierwszy od śmierci 

Stephena czuła się przy mężczyźnie taka bezbronna, jakby on był jej bliski.

- Dlaczego mi pomagasz? - spytała. - Tak naprawdę?

- Nie wiem. Chyba dlatego, że jesteś w potrzebie.
- Zawsze wspierasz potrzebujących?

- Rzadko wiem, czy komuś bym się przydał.
- Ponieważ nie zbliżasz się do ludzi na tyle, aby się o tym przekonać?

Wydał   dźwięk,  który  mógł  uchodzić  zarówno  za  „tak”,  jak   i  za  „nie”,  lecz  Celestine 

wolała wybrać to pierwsze.

- Na pewno nie zbliżyłbyś się do mnie, gdybym nie zakablowała cię władzom na dworcu 

Waterloo.

background image

- Uważaj, Celie. Właśnie przyznałaś się do wcielenia Lesley.
-  To była  jedna   z  moich   najmniej  udanych  ról.   Norbert skończył  zdejmować  z  niej 

sweter, a chłód powietrza sprawił, że Celestine poczuła się wyjątkowo obnażona. Miała na 
sobie stanik, lecz rano odpięła jedno ramiączko, aby nie ocierało się o bandaż. Teraz wiedziała, 

że miękka miseczka obsunęła się i tylko częściowo zasłania pierś. I niemal poczuła na niej 
wzrok Norberta. Nie wiedziała, co powiedzieć, ale nieoczekiwanie wyobraziła sobie dotyk jego 

palców nie tylko na swoim barku, nie tylko na opatrunku, lecz także niżej, na swoim nagim 
ciele... i ta myśl wcale nie wydawała się niemiła. Dłonie Norberta były ciepłe i delikatne... na 

pewno mogły sprawić przyjemność, dać ukojenie...

-   Nie   będzie   bolało.   -   Norbert   położył   palce   na   opatrunku,   lecz   wewnętrzna   strona 

nadgarstka lekko spoczywała na piersi Celestine. - Weź głęboki oddech.

Zamknęła oczy i zacisnęła wargi. Norbert szybko i sprawnie zdjął stary bandaż, lecz 

mimo to Celestine poczuła łzy pod powiekami.

- Przepraszam. - Głos Norberta zabrzmiał gardłowo.

- Nie ma za co.
- Dobrze się czujesz?

- Tak. Jak to wygląda?
- Nie gorzej niż wczoraj. To chyba dobra nowina.

- Chyba tak.
- Oczyszczę ranę i założę nowy opatrunek. Trzymasz się jakoś?

Skinęła głową, a gdy Norbert skończył, znów oddychała prawie normalnie.
- Pomogę ci włożyć ten rękaw. - Norbert sięgnął za jej plecy, szukając poły swetra, i 

znalazł się tak blisko Celestine, że torsem musnął jej piersi.

Ona   zaś   wbrew   własnej   woli   zobaczyła   w   Norbercie   seksownego   mężczyznę.   Nie 

tajemniczego nieznajomego. Nie wybawcę. Ale pociągającego mężczyznę, który znajdował się 
tak bliziutko, że mogłaby go pocałować. I nagle zapragnęła podnieść lewą rękę i wpleść palce 

we   włosy   Norberta.   Czuła   jego   ciepło,   chciała   jeszcze   poczuć   jego   siłę.   Spróbowała   sobie 
wmówić, że jest taka poruszona z powodu ulgi i wdzięczności, lecz chociaż była wspaniałą 

kłamczuchą, nigdy nie oszukiwała samej siebie. W tej chwili przepełniały ją zupełnie inne, bar-
dziej prymitywne emocje. Najbardziej zbliżone do pożądania.

- Wreszcie capnąłem ten sweter! - Norbert zaśmiał się krótko i przelotnie napotkał jej 

wzrok, jakby chciał sprawdzić, czy ją też ubawiła jego niezdatność. I zaraz spoważniał. Nie 

poruszył się, nie usiłował wsunąć ręki Celie w rękaw, tylko na nią patrzył z dziwnym żarem w 
oczach.

background image

- Teraz... moja kolej - powiedziała cicho, niemal szeptem.
- Na co?

Pytanie zawisło między nimi. Oboje wiedzieli, co sugerował. Ale żadne z nich nie chciało 

postawić kropki nad „i”.

-   Miałaś   rację,   mówiąc,   że   to   będzie   niebezpieczny   układ.   -   Norbert   przysiadł   na 

piętach, lecz nadal patrzył Celie prosto w oczy.

- Potrafię obronić się w każdej sytuacji.
- Czyżby?

Chyba trochę się rozgniewał, Celestine nie wiedziała jednak, na kogo.
- Nie traktuj moich słów jak wyzwania, Norbercie. Daj mi święty spokój, a zrewanżuję ci 

się tym samym.

- Chcesz, czy nie, ale tkwimy w tym razem. Przynajmniej na razie. - Norbert wstał z 

podłogi.   -   Ale   nie   obawiaj   się,   Celie.   Nie   zamierzam   do   niczego   cię   przymuszać.   Moja 
samokontrola cieszy się legendarną sławą.

background image

ROZDZIAŁ SIÓDMY

- Daleko stąd do Canterbury?

Norbert   podniósł   wzrok   znad   patelni,   na   której   smażył   drugą   porcję   kiełbasek. 

Niedawno w możliwie najgorszy sposób przekonał się, że angielskie kiełbaski są zupełnie inne 

niż amerykańskie. W domu czasem je smażył. Po prostu kładł na patelni i ze dwa razy obracał. 
Ale te angielskie - od ulubionego rzeźnika Betty - wymagały wcześniejszego ugotowania, o 

czym poinformowała go Celie, gdy kilka pierwszych z hukiem eksplodowało.

- Do Canterbury? Jakieś trzy kwadranse jazdy. A bo co? - Zmniejszył płomień gazu, tak 

na wszelki wypadek, gdyby gotowanie okazało się niewystarczającą obróbką cieplną.

- Usiłuję się połapać, gdzie jesteśmy.

- W samochodzie mam mapę.
- Chętnie na nią zerknę.

-   Dobrze   spałaś?   -   Norbert   oparł   się   o   kuchenkę   i   swoim   zwyczajem   skrzyżował 

ramiona.

Celie wyglądała dziś dużo lepiej i nie była taka blada, jak wczoraj. Miała na sobie drugi 

strój   kupiony   przez   Jerry'ego   -   skromną   białą   sukienkę   w   fiołki   i   różyczki.   Norbert 

przypomniał   sobie   obcisłą,   czarną   suknię   Marie   St.   Germaine   i   pożałował,   że   to   nie   on 
wybierał garderobę dla Celie.

- Nie najgorzej.
- Nie czekałaś przez calutką noc, aż wdrapię się na górę i cię wykończę?

- Masz dziwaczne poczucie humoru.
- Usiłuję tylko coś ci unaocznić.

- Ty niewątpliwie też spałeś, skoro nadal oddycham, a moje serce bije.
- Jesteś głodna?

- Zawsze jestem głodna.
Zdążył to zauważyć. Celie zjadała absolutnie wszystko, co dostała. Miała apetyt osoby, 

która   nie   wie,   kiedy   zdarzy   się   okazja   do   następnego   posiłku.   Wczoraj   Norbert   podał   na 
kolację  zanadto   przysmażone   kotlety  z   baraniny   i   zielony   groszek   rozgotowany   prawie   na 

papkę. Celie omal nie wylizała talerza.

- Jak radzisz sobie finansowo? Wiem, że pracujesz, gdy możesz, ale te zmiany miejsca 

zamieszkania i tożsamości... To musi sporo kosztować.

- Nie narzekam.

- Pewnie minimalizujesz wydatki. Nawet te na żywność.

background image

- Umiem przygotować ryż i fasolkę na tysiąc sposobów.
- Ktoś ci pomaga? Przysyła pieniądze?

- Dlaczego pytasz?
- Bo muszę wyciągać z ciebie twoją historię po jednej sylabie. - Przyglądał się dłoniom 

Celie,   gdy  w  milczeniu  obracała   kubek.   Miała   śliczne,   smukłe   ręce,  z   zadbanymi,   lecz   nie 
polakierowanymi paznokciami.

- Muszę dostać się do Canterbury. - Podniosła wzrok. - Zawieziesz mnie?
- Po co?

- To dla mnie ważne.
- Kiedy?

- Jeszcze nie wiem.
- A jeśli tam pojedziemy, znowu znikniesz? Lub może będę zmuszony walczyć z jakimś 

Bobbym?

- Nie zniknę.

- A co z Bobbym?
- Norbert, jestem ostatnią osobą, która coś o nim wie.

Podobało mu się, jak Celie wymawia jego imię. Z tą odrobiną śpiewności typowej dla 

południowców.   Był   też   zachwycony   grą   uczuć   na   twarzy   Celie.   Zazwyczaj   nie   ujawniała 

żadnych emocji, natomiast teraz patrzyła wręcz błagalnie. Potrzebowała go.

Wcale nie chciał, aby go potrzebowano.

- Zawiozę cię - mruknął, odwracając się do kuchenki. - Tylko powiedz, kiedy.
- Dziękuję.

Jej głos zabrzmiał  cicho,  a podziękowanie naprawdę  szczerze.  Nie ufała mu, ale po 

troszeczku topniała. Mijały kolejne godziny, a ona nadal była bezpieczna, więc jej zaufanie do 

niego   rosło.   Tylko   co   miał   począć   z   tym   zaufaniem?   Jak   mógłby   zapewnić   Celie 
bezpieczeństwo, skoro nie zdołał ochronić własnej żony i syna?

Zauważył, że stoi obok niego dopiero wtedy, gdy wyjęła mu z dłoni łopatkę.
- Rzeczywiście żałosny z ciebie kucharz, Norbercie Jamesie. Jesteś pewien, że gdzieś 

tam nie czeka na ciebie troskliwa żoneczka? Osoba, która parzy ci kawę, nabija fajkę i podaje 
gazetę? - Celie zręcznie przewróciła kiełbaski, chociaż zrobiła to lewą ręką.

- Wszystkie żony są takie?
- Mam nadzieję, że nie.

Nagle zapragnął powiedzieć jej o sobie coś ważnego.
- Kiedyś byłem żonaty.

background image

- Już nie jesteś?
- To się skończyło jakiś czas temu.

- Nie wyobrażam sobie ciebie w roli męża. Sprawiasz wrażenie samotnika.
- Takiego, jak ty?

- Nie wiem. Trudno powiedzieć, jaka byłabym, gdyby moje życie potoczyło się inaczej.
- Przecież kogoś miałaś. Tego kochanka, którego później zabito.

- Tak.
- Więc nie zawsze żyłaś sama.

- Był moim pierwszym i ostatnim mężczyzną.  - Jej twarz  znów stała się maską bez 

wyrazu. - Nasz romans trwał bardzo krótko. Ledwie się zaczął, a już było po wszystkim.

-   Zawsze   tak   nam   się   wydaje,   gdy   kogoś   tracimy.   -   Norbert   poczuł   przypływ 

współczucia.

- Też miałeś takie wrażenie po rozwodzie? Nie sprostował tej istotnej nieścisłości.
- To dość powszechne odczucie. Wiesz, dlaczego zabito twojego kochanka, Celie? Może 

znając powody, łatwiej odkryłabyś, kto cię prześladuje?

- I co mogłabym zrobić? Nie mam żadnych dowodów. Żadnej władzy. Ktokolwiek to 

jest, dysponuje środkami, o jakich ja nawet nie marzę. Podaj mi jego nazwisko, a i tak nie będę 
w stanie nic zdziałać.

- Ja mam stosowne środki.
- To nie jest twoja walka. A dla mnie najlepszym wyjściem jest ucieczka. Może kiedyś 

znajdę miejsce, które uznam za bezpieczny azyl. Gdzie nikt mnie nie wyśledzi.

- Niby gdzie? W niebie?

Celie najpierw zrobiła dziwną minę, po czym nagle zaczęła się śmiać. Norbert spojrzał 

na nią zaskoczony i całkiem wbrew sobie też się uśmiechnął.

-   Trafiłeś   w   dziesiątkę.   To   jedyne   schronienie,   gdzie   już   nic   człowiekowi   nie   grozi, 

prawda?

- Najpierw rozejrzyjmy się za mniej drastycznym rozwiązaniem.
Celie natychmiast spoważniała.

- Jeśli istotnie nie dybiesz na moje życie, to muszę przyznać, że naprawdę miły z ciebie 

facet.

- Chyba nie ma na tej planecie nawet trzech osób, które określiłyby mnie w ten sposób.
- Betty powiedziała, że jesteś dobrym człowiekiem. Kimś, kto sam wiele przeszedł.

- Już ja z nią pogadam.
- Co miała na myśli?

background image

- Nie wiem. Może usiłowała uatrakcyjnić mój wizerunek.
- Jakbyś nie był wystarczająco atrakcyjny... - palnęła i natychmiast tego pożałowała.

- A jestem?
-   Na   pewno   mnóstwo   kobiet   już   ci   to   mówiło.   -   Umknęła   spojrzeniem   w   bok   i 

przestawiła patelnię na palnik z tyłu. - To niewiarygodne - mruknęła. - Gawędzimy jak para 
przyjaciół. Jeszcze chwila i zaczniemy się sobie zwierzać. Ty mi wyjaśnisz, o co chodziło Betty, 

a ja opowiem ci tyle o sobie, że zapłacisz za to życiem. Musimy uważać na słowa, Norbercie. 
Nie paplać o wszystkim, bo wejdzie nam to w zwyczaj. I ściągnie na nas nieszczęście.

Odwrócił się i sięgnął po grzankę. Smarując ją masłem, słuchał znajomych odgłosów. 

Szczęknęła   odkładana   na   patelnię   metalowa   łopatka.   Nóż   przesuwał   się   po   chrupiącym 

chlebie. Na ścianie tykał zegar.

Gdy poprzednim razem Norbert pomagał kobiecie przygotowywać posiłek, krzątając się 

wraz z nią po kuchni, tą kobietą była jego żona. A dwanaście godzin później ona i jego syn już 
nie żyli.

-   Śmierć   może   człowieka   dosięgnąć   niezależnie   od   naszych   działań.   Kłamstwa   i 

oszustwa nie zagrodzą jej drogi. Nie lepiej zdobyć się na szczerość? Bez niej i tak jesteśmy 

poniekąd martwi, nie sądzisz?

- Łatwo ci mówić - prychnęła Celie. - To nie twoje życie jest w niebezpieczeństwie.

- Łatwo mi mówić, bo wiem, jak się żyje po utracie tego, co najdroższe. I nie życzę ci 

takiej   egzystencji.   -   Zauważył,   że   znieruchomiała   i   otworzyła   usta,   jakby   zamierzała   coś 

powiedzieć, ale się nie odezwała. - Nie mam pojęcia, jakim cudem stałem się częścią twojego 
życia, Celie. A jeszcze mniej rozumiem, dlaczego. Ale cieszę się, że do tego doszło. Tylko nie 

odcinaj się teraz ode mnie. Masz powody do strachu, lecz moja przyjaźń nie jest jednym z nich.

Celestine dyskretnie podziwiała Norberta podczas jazdy. Po raz pierwszy mieli wystąpić 

jako małżeństwo i Norbert przed wyjściem wziął prysznic oraz starannie się ogolił.

Jego woda kolońska miała przyjemny zapach, a krój granatowej marynarki podkreślał 

szerokość barów. Celie podobały się też dłonie, które trzymały kierownicę lekko, lecz pewnie. 
Ten mężczyzna był zrelaksowany, jednocześnie w pełni panował nad sytuacją.

Ciekawe, jak to jest niczego się nie obawiać, pomyślała Celestine. Od kilku lat właściwie 

nie sprawowała kontroli nad swoim życiem. Od tak dawna bezustannie uciekała, że chwilami 

miała wątpliwości, czy zdoła przestać, gdy znów będzie bezpieczna.

Jeśli w ogóle tego doczeka.

Przypomniała sobie dzisiejszą rozmowę z Whitem. Norbert zaraz po śniadaniu pojechał 

do miasteczka, więc natychmiast skorzystała z okazji i znów zadzwoniła do Whita - tym razem 

background image

do jego domu w Wilmington. Koniecznie musiała powiedzieć, że będzie mogła wybrać się do 
Canterbury i odebrać pieniądze, gdyby Whit - zgodnie z obietnicą - zdołał je jakoś przesłać.

Później rozmowa zeszła na tematy osobiste.
- Skontaktowałem się z Earlem Sutterem i z Allison - oznajmił Whit. - Już wiedzą, że 

jesteś cała i zdrowa.

Celestine   zamknęła   oczy,   a   pod   powiekami   natychmiast   pojawił   się   wizerunek   tych 

dwóch czy trzech osób, którym bezgranicznie ufała i na które zawsze mogła liczyć. Dziadek 
Sutter nie był jej prawdziwym krewnym, lecz najlepszym przyjacielem jej dziadka i za jego 

życia   zarządzał   wielką   posiadłością   Haven   House.   Obecnie   miał  siedemdziesiąt   sześć   lat   i 
nadal mieszkał na jej terenie, w małym ceglanym domku z długą werandą wychodzącą na pola, 

o które dawniej tak dbał. Ciotka i wuj Celestine nie chcieli, aby Earl Sutter pozostał w Haven 
House. Zawsze  mieli starszemu panu za złe, że tak  dobrze ją traktuje,  chwali  jej talenty i 

wspiera   pod   każdym   względem.   Zwłaszcza   wtedy,   gdy   oni   usilnie   starali   się   skrzywić   jej 
osobowość.   Nie   znosili   Earla,   ale   nie   byli   w   stanie   się   go   pozbyć.   W   swoim   testamencie 

Alexander St. Gervais zapisał przyjacielowi domek i sporą działkę, toteż Millie i Roger musieli 
się z tym pogodzić.

Celestine   całym   sercem   kochała   też   Allison   Freeman,   swoją   wspaniałą   przyjaciółkę, 

którą  poznała  jeszcze  w szkole.  Czarnowłosa  Allie  wzięła  zbuntowaną  Celestine  pod swoje 

skrzydełka i nauczyła ją trudnej sztuki przetrwania w internacie, gdzie panował iście wojskowy 
reżim, a jego celem było złamanie ducha pełnych temperamentu cór Południa.

Celestine nie widziała ani dziadka Suttera, ani Allie od długich czterech lat. Rzadko 

dzwoniła   do   swoich   bliskich,   ponieważ   nie   chciała   narażać   ich   na   niebezpieczeństwo. 

Wolałaby też nie wciągać w swoje sprawy Whita, ale niestety nie miała wyboru.

Zresztą po śmierci Stephena, swojego najlepszego przyjaciela, Whit sam zaproponował 

pomoc.

Norbert spod oka zerknął na Celie i stwierdził, że ona patrzy na niego lub raczej... przez 

niego.

- Musimy ustalić pewne fakty - powiedział. - Jeżeli inne panie są pokroju Marian, to 

zasypią nas pytaniami.

-   Na   jaki   temat?   -   Celestine   znów   powróciła   do   swojego   brytyjskiego   akcentu.   Nie 

chciała pomylić się podczas wizyty.

- Nasz. Kim jesteśmy. Gdzie mieszkamy. Gdzie się poznaliśmy. Może coś o naszym 

ślubie.

- Co proponujesz?

background image

- Cóż, mogę wspomnieć o moim zawodzie konsultanta.
-   Świetnie.   Może   powiem,   że   byłam   sekretarką,   ale   zrezygnowałam   z   pracy,   żeby 

towarzyszyć ci w podróżach?

- Gdzie do tej pory pracowałaś?

- Och, coś mi wpadnie do głowy. Nie masz pojęcia, jak dobrze umiem zmyślać.
- Mam - odparł, unosząc brew. - Podejrzewam, że połowa tego, co mówisz, jest wyssana 

z palca.

- Gdzie mieszkamy?

- W Kensington. Ale przeprowadzamy się do... do Nowego Jorku.
- Super. Zawsze chciałam zamieszkać w „Wielkim Jabłku”.

- Na Park Avenue?
- Na Central Park West, albo się nie zgadzam. Norbert się uśmiechnął. Ostatnio robił to 

coraz częściej i nawet nieźle mu szło. Stopniowo zaczynała się do tego przyzwyczajać.

- Co jeszcze?

- Poznałam cię na przyjęciu. Przez wspólnych przyjaciół. Zaproponowałam, że pokażę ci 

Londyn.

- Wzięliśmy ślub w małym wiejskim kościółku. W hrabstwie Yorkshire?
- Nie, lepiej w Stanach. Ktoś na tej herbatce może pochodzić z Yorkshire i spytać o 

jakichś znajomych z tamtych stron. Wyznam, że jestem sierotą i oboje pragnęliśmy się pobrać 
w katedrze, do której kiedyś chodziła twoja rodzina...

- W Filadelfii.
- Dobrze. Widzisz, jaka to radość od nowa wymyślać swoje życie?

- Już nigdy więcej nie powiem prawdy.
- Jeśli spytają cię o mnie, wyślij ich do źródła. Powiedz: „Celie pewnie wolałaby sama 

opowiedzieć wam tę historię”. Ja zrobię podobnie, gdyby ktoś wypytywał mnie o ciebie. I 
będziemy uważnie słuchać swoich wersji, żeby nie palnąć jakiegoś głupstwa.

- Nie ruszę się od twego boku.
- Nie żałujesz, że wtedy w Paryżu nie popatrzyłeś w drugą stronę, co, Norbercie?

Zauważyła w jego oczach ciepły błysk. Norbert niewątpliwie zrozumiał, że ona właśnie 

odkryła przed nim kolejny prawdziwy szczegół ze swojego życia.

- Czy ja wiem... Marie St. Germaine była warta zachodu.
- Ale nie Lesley?

-   Lesley   przydałaby   się   subskrypcja   na   rocznik   katalogu   z   seksowną   bielizną   firmy 

Victoria's Secret i kilka nasyconych erotyką romansów na nocnej szafce.

background image

- Ależ, sir, Lesley byłaby zaszokowana!
- Najbardziej lubię chyba Celie Sherwood.

-   Dlaczego?   -   Zbliżali   się   do   domu   Farnsworthów,   ale   Celestine   pragnęła   usłyszeć 

odpowiedź, zanim wejdą do środka.

Norbert zaparkował auto pod rozłożystym bukiem, gdzie już stało kilka samochodów, i 

zgasił silnik.

- Ponieważ od czasu do czasu Celie na moment przestaje grać swoją rolę i staje się sobą, 

a ja widzę, jaką kobietą jest naprawdę. Wtedy mi się podoba, chociaż nadal nie wiem o niej 

prawie nic.

-   Wiesz   tyle,   ile   trzeba.   -   Celestine   usiłowała   nie   poddać   się   magii   ciepła,   jakim 

emanowały słowa Norberta.

- Nie sądzę. - Dotknął jej policzka i tym nieoczekiwanym gestem zdumiał tak samo 

siebie, jak i ją. - Chciałbym poznać Celie Sherwood dużo lepiej.

- Powiedziałam ci wszystko, co mogłam.

- Zobaczymy. - Cofnął rękę i odwrócił się, aby otworzyć drzwiczki.
A   Celestine   miała   przemożną   ochotę   musnąć   palcami   miejsce,   gdzie   przed   chwilą 

spoczywała dłoń Norberta.

Dom Farnsworthów zbudowano chyba przed wiekami. Był częściowo drewniany, dość 

duży i stał z boku wąskiej, polnej drogi z iglastymi, wiecznie zielonymi krzaczkami po obu 
stronach. Poszli wybrukowanym cegłą podjazdem do głównego wejścia, gdzie na zadbanym 

klombie rosły piękne, białe chryzantemy.

Norbert uniósł metalową kołatkę w kształcie podkowy i stuknął nią o drzwi na tyle 

wąskie, aby stanowiły przeszkodę trudną do pokonania przez hordy dzikusów, którzy kiedyś 
najeżdżali tę część angielskiego wybrzeża.

- Jesteście punktualni. Cecha godna podziwu, zwłaszcza u Amerykanów, którzy prawie 

zawsze   się   spóźniają   -   powitała   ich   Marian.   Dzisiaj   miała   na   sobie   identyczny   sweter   i 

spódnicę,   co   wczoraj,   tylko   w   szarym   kolorze.   -   Ale   pan   może   się   zmienił   na   lepsze   pod 
wpływem żony - Angielki. Bo jest pani z Anglii, prawda? Jakoś nie zdołałam umiejscowić pani 

akcentu, choć zazwyczaj umiem na tej podstawie co do kilometra ustalić miejsce czyjegoś po-
chodzenia.

-   Och,   mój   akcent   rzeczywiście   może   być   nieco   mylący   -   przyznała   Celestine.   -   W 

dzieciństwie często zmieniałam miejsce zamieszkania. - Weszła za gospodynią do niewielkiego 

holu i poczuła za plecami obecność Norberta.

- Naprawdę? Gdzie pani mieszkała?

background image

- W Sussex i w Oxfordshire. A także w Kornwalii. Na krótko wyjechaliśmy również do 

Pakistanu i do Jukonu. Tego wymagała praca taty, więc życie nigdy nie było nudne.

- I chyba nie będzie u boku tego młodego człowieka. Amerykanie lubią urozmaicenie i 

nigdy nie przychodzą o czasie. Jedno ma chyba coś wspólnego z drugim. - Marian gestem 

zaprosiła ich do salonu. - Zaraz poznacie wszystkich. Bardzo się cieszymy, że zgodziliście się 
przyjść.

Marian poszła przodem, a Norbert przytrzymał Celie za łokieć.
- Jukon? - spytał przyciszonym tonem.

- Zawsze marzyłam o udziale w wyścigu psich zaprzęgów.
- Moja wyobraźnia to zero przy twojej.

Salon   okazał   się   obszernym,   widnym   pokojem   z   lśniącym,   sosnowym   parkietem   i 

dużymi oknami ze sfazowanych szybek w metalowych ramkach. Sufitowe belki były bardzo 

grube i ozdobione podobnymi pękami suszonych kwiatów, jakie wisiały w domku Betty. Na 
ogromnym   kominku   płonął   ogień,   a   na   dwupoziomowym   barku   stały   tace   z   kanapkami   i 

pokrojonym ciastem, natomiast na niskim stoliku pyszniła się śliczna, srebrna zastawa do 
herbaty oraz filiżanki z delikatnej porcelany.

Marian poprowadziła Norberta i Celie wokół pokoju, przedstawiając kilkunastu innym 

gościom,   którzy   gawędzili   w   kilkuosobowych   grupkach.   Kobiet   było   więcej   niż   mężczyzn. 

Marian   z   dumą   pochwaliła   się   dwoma   dziesięcioletnimi   wnuczkami   w   kwiecistych 
sukieneczkach   i   pogłaskała   Śpiącą   Królewnę   zwiniętą   na   kolanach   jednej   z   dziewczynek. 

Następnie podeszła do rysującego coś w kącie cztero - lub pięcioletniego chłopczyka.

- A to mój wnuczek Edward. Teddy, przywitaj się z państwem James.

Dziecko podniosło głowę znad rysunku i Celie natychmiast zorientowała się, że okrągła 

buzia i charakterystyczne rysy świadczą o zespole Downa. Chłopiec uśmiechnął się i pokazał 

Celie swój rysunek, a ona przykucnęła, aby go obejrzeć.

- O, wybrałeś śliczne kolory, Teddy - powiedziała.

- Niebieski to mój ulubiony.
- Fioletowy... - Dzieciak uśmiechnął się jeszcze radośniej.

- Tak, fioletowy też lubię. Spójrz... - Dotknęła palcem fiołka na swojej sukni. - Widzisz? 

Te kwiatuszki też są fioletowe.

- Cześć, Teddy. - Norbert kucnął obok nich.
- Cześć. - Teddy również i jego obdarzył serdecznym uśmiechem, a następnie rzucił się 

Norbertowi na szyję.

-   Hej,   chłopie.   Gdzie   się   wybierasz?   -   Norbert   chwycił   malca   w   ramiona   i   wstał, 

background image

trzymając go na rękach.

- Jego ojciec często wyjeżdża służbowo i Teddy ma trochę dosyć wielu kobiet wokół 

siebie - wyjaśniła Marian.

- Obawiam się, że bywa męczący, gdy ma okazję przebywać w towarzystwie mężczyzny.

Celie obserwowała reakcję Norberta. Najwyraźniej wcale nie miał chłopcu za złe jego 

zainteresowania swoją osobą. Przeciwnie, był chyba oczarowany Teddym. Nie zaprotestował 

nawet wówczas, gdy głaszczący go po twarzy maluch prawie wsadził mu palce do oka.

- Chyba lubi pan dzieci, panie James, prawda? - spytała Marian.

- Bardzo.
- To zawsze dobry znak - stwierdziła Marian, zwracając się do Celie. - Mężczyzna, który 

lubi dzieci, zanim urodzą mu się jego własne, będzie wspaniałym ojcem.

Celie zauważyła, że słowa Marian wywarły na Norbercie silne wrażenie.

- Nie wystarczy lubić dzieci, żeby być dobrym ojcem.
- Głos Norberta zabrzmiał dziwnie głucho.

- Oczywiście - zgodziła się gospodyni. - Ale to niezły początek. A pan ma zadatki na 

świetnego tatę. To oczywiste. - Marian wyciągnęła ręce do wnuczka. - Chodź, Teddy. Nie męcz 

pana Jamesa.

- Niech zostanie ze mną, jeśli chce. - Norbert nie wypuścił dziecka z objęć.

- Doskonale. Będzie pan więc musiał jedną ręką trzymać jego, a w drugiej filiżankę. 

Zgadza się, Teddy?

Celestine   była  zafascynowana   wyrazem   twarzy  Norberta.   Wielu   dorosłych   mężczyzn 

uznałoby dziecko z zespołem Downa za co najmniej degustujące. Lecz Norbert był zachwycony 

tym chłopczykiem.

Celestine zwróciła też uwagę na coś innego. Norbert z przyjemnością tulił malca do 

siebie, lecz jednocześnie chyba sprawiało mu to ból. Jakby obecność Teddy'ego obudziła jakieś 
przykre wspomnienia. Czyżby o innym dziecku?

- Dobrze sobie z nim radzisz - stwierdziła Celie, gdy Marian odeszła, aby rozpocząć 

rytuał nalewania herbaty. - Jakbyś miał praktykę.

- Zdarzyło mi się trzymać dzieci na rękach.
- Masz dzieci?

Teddy właśnie zajął się jego jedwabnym, niewątpliwie kosztownym krawatem. Zaczął 

miętosić go w rączce, lecz Norbert wcale się tym nie przejął.

- Nie.
- Cóż, Marian chyba miała rację. Nadajesz się na tatusia. Kilka pań podeszło do nich i 

background image

zaprosiło na poczęstunek.

Przez   następną   godzinę   ze   smakiem   pałaszowali   maleńkie   kanapeczki   z   ciemnego 

chleba wypieku Marian oraz aromatyczny keks, również domowej roboty.

Zgodnie z przewidywaniami Norberta posypały się pytania, lecz na ogół nie dotyczyły 

one spraw szczególnie osobistych.  Widocznie nie wszyscy mieszkańcy Trillingden  byli tacy 
bezpośredni jak Marian lub tacy pewni, że są uprawnieni do poznania każdego szczegółu z 

życia nowych sąsiadów. Tylko jeden z gości interesował się nimi z zastanawiającym uporem i 
skupił uwagę na Celie.

Mężczyzna, którego nazwiska nie zapamiętała, został jej przedstawiony przez Marian. 

Przyszedł   dosyć   późno   i   miał   niemiły   zwyczaj   stopniowego   przysuwania   się   do   swojego 

rozmówcy. A ponieważ towarzyszył Celie już od kilku minut, więc stał irytująco blisko. Poza 
tym mówił chrapliwym głosem i zdecydowanie za głośno.

- Powiedziała pani w Oxfordshire? A dokładnie gdzie? Mam tam rodzinę.
-   Och,   mieszkaliśmy   tam   strasznie   dawno   temu.   -   Celie   zaczęła   się   zastanawiać, 

dlaczego ten osobnik tak ją indaguje. - O ile pamiętam, w okolicy Woodstock. Ale nie jestem 
pewna, bo byłam wtedy małą dziewczynką.

-   Wspomniała   pani   jeszcze   o   Kornwalii,   nieprawdaż?   Celie   postanowiła   przejąć 

inicjatywę, coraz bardziej rozstrojona tymi pytaniami. Nie znała ani nazwiska mężczyzny, ani 

nie   wiedziała,   czym   on   się   zajmuje.   Na   pozór   wyglądał   niegroźnie   -   zbliżał   się   do 
pięćdziesiątki, był średniego wzrostu i przeciętnej wagi, miał kasztanowe włosy i piwne oczy. A 

także   silny   tik,   który   sprawiał   wrażenie   porozumiewawczego   mrugania   i   zmieniał   wyraz 
twarzy, co utrudniało interpretację tego wyrazu.

- Przepraszam, ale nie przypominam sobie pańskiego nazwiska - powiedziała Celie.
- Dougie. Dougie Ferguson.

- Ach tak, rzeczywiście. Mieszka pan na pobliskiej farmie?
- Och nie, droga pani. Ja też jestem tu nowy. Niedawno kupiłem miejscowy pub „Pod 

lwem i owieczką”. Może wpadną państwo na piwo?

- Z przyjemnością.

- A wracając  do  tematu...  - Pan  Ferguson nie  dawał  za  wygraną.   - W  której części 

Kornwalii pani rezydowała?

- Tam też ma pan rodzinę?
- Nie, ale znam tamte strony. Sporo kręciłem się po świecie.

- Zawsze prowadził pan pub, panie Ferguson?
-   Wystarczy   Dougie,   dobrze?   A   co   do   pytania...   nie,   pub   to   dla   mnie   coś   nowego. 

background image

Robiłem już różne rzeczy.

Mężczyzna znów mrugnął i tym razem Celie nie uznała tego za tik. Jej dłonie nagle stały 

się lodowate, a oddychanie przychodziło jej z trudem. Jakie rzeczy robił Dougie Ferguson? 
Dlaczego tak bardzo interesował się jej życiem? Może tylko prowadził uprzejmą pogawędkę? 

Celie wmawiała sobie, że nikt nie zdołałby tak szybko trafić na jej ślad ani wprosić się na 
herbatkę do szacownych mieszkańców Trillingden. Nie wydawało się też możliwe, aby ktoś 

stąd zgodził się dokonać zabójstwa na zlecenie.

Celie   bezwiednie   westchnęła.   Usilnie   pragnęła   wierzyć,   że   przesadza   ze   swoją 

podejrzliwością.

Ale   z   drugiej   strony...   przecież   nadal   żyła   tylko   dlatego,   że   nauczyła   się   nie   ufać 

pozorom.

- Wolno spytać, co takiego pan robił? - Była dumna z tonu swojego głosu. Zabrzmiał 

imponująco spokojnie i chłodno.

-   Och,   parę   rzeczy,   którymi   wolę   się   nie   chwalić,   i   parę   całkiem   przyzwoitych.   Ale 

prowadzenie pubu odpowiada mi najbardziej. Ludzie, którzy tam się przewijają, budzą moje 
zainteresowanie, jeśli pani się domyśla, o co mi chodzi.

Celie   obawiała   się,   że   doskonale   wie,   co   Dougie   chciał   wyrazić.   I   już   zaczęła   się 

zastanawiać, czy ktoś z gości pubu złożył jej właścicielowi propozycję nie do odrzucenia.

Nie, to czysty nonsens. Absolutnie niemożliwe.
Albo... kolejna pułapka z długiej serii zastawianych na Celestine St. Gervais.

- Życzę powodzenia. - Celie znów pogratulowała sobie w duchu opanowania. - Może 

znajdzie pan w Trillingden to, czego pan szukał, i już pan tutaj zostanie.

- O, z pewnością już znalazłem to coś.
Równie   dobrze   mógł   powiedzieć   „tego   kogoś”,   pomyślała   Celestine.   Nie   zdążyła 

zareagować, ponieważ podeszła do nich Jane, miła pani w średnim wieku. Była niska, miała 
nogi grube w kostkach i pantofle na płaskich obcasach.

- Mogę wziąć filiżankę, pani James?
- Proszę. - Celie wręczyła  jej filiżankę, mimo zdenerwowania  usiłując zdobyć się na 

sympatyczny uśmiech.

Dougie Ferguson wciąż świdrował ją wzrokiem. - Jane, chyba chciała mi pani pokazać 

ogród Marian, prawda?

- Bardzo chętnie. - Jane ucieszyła się, że Celie pamięta o jej wcześniejszej sugestii. - 

Idziemy?

- Zechce pan nam wybaczyć? - Celie spojrzała na Fergusona.

background image

- Oczywiście. Na pewno wkrótce znów się spotkamy.
Celie   podejrzewała,   że   jej   serce   łomocze   w   maksymalnym   tempie.   W   głębi   pokoju 

zobaczyła  Norberta  z Teddym, który radośnie obejmował go za nogi. Pragnęła  podbiec do 
Norberta, paść mu w ramiona i podzielić się z nim swoimi podejrzeniami. Ale jemu też nie 

mogła ufać.

Nie mogła ufać nikomu.

Poszła za Jane, nie zwracając uwagi na to, gdzie idą. Gdy wyszły na zewnątrz, poczuła 

na policzkach cudownie chłodne powietrze i z ulgą wzięła głęboki oddech, po czym dyskretnie 

zerknęła przez ramię. Fergusona nie było w zasięgu wzroku.

- Marian hoduje najpiękniejsze róże w Kent. - Jane poszła przodem krótką dróżką. - 

Niektóre  krzaki  są równie stare jak  dom. Poza  tym chętnie rozdaje zaszczepki,  lecz skoro 
przenosicie się do Ameryki, to raczej nie będziecie mogli ich tam wwieźć. O ile wiem, nie jest 

to dozwolone.

- Jane, zna pani dobrze Dougiego?

- Raczej nie.
- Wydaje się miły...

- Chyba tak, ale dziwak z niego, prawda? Tyle, że nieszkodliwy. I dobrze sobie radzi w 

tym pubie. Doprowadził go do porządku, zatrudnił kucharkę. Nawet zastanawialiśmy się, skąd 

ma fundusze na wprowadzanie tylu zmian, ale... to nie nasza sprawa. W sumie cieszymy się, że 
lokal prosperuje.

- Douggie powiedział mi coś... zastanawiającego... że robił rzeczy, którymi wolałby się 

nie chwalić...

- Cóż, pewnie każdy z nas ma coś takiego na sumieniu.
- Ale o tym nie mówimy, prawda?

- Doug chyba na ogół plecie bez zastanowienia. Ma troszkę nierówno pod sufitem, jeśli 

wie   pani,   o   co   mi   chodzi.   Podobno   kilka   lat   temu   został   ranny   podczas   jakiegoś   napadu 

rabunkowego.  Dostał  kulkę i niektóre skutki okazały  się nieodwracalne. Ale umie o siebie 
zadbać.

Celestine w milczeniu analizowała te słowa. Jak dalece Dougie umie troszczyć się o 

siebie?   Czy   chciałby   żyć   na   wyższej   stopie?   Czy   wydał   zbyt   dużo   na   odnawianie   pubu   i 

potrzebuje gotówki, więc ochoczo przyjął zlecenie dotyczące uciekającej Amerykanki? A jeśli 
zagalopowała się w swoich domysłach?

Jak wygląda prawda?
- Dobrze się pani czuje? - z troską w głosie spytała Jane.

background image

-   Ależ   tak,   dziękuję.   -   Celie   zdała   sobie   sprawę   z   tego,   że   niewidzącym   wzrokiem 

spogląda w przestrzeń. - Tylko troszkę kręci mi się w głowie.

- Może lepiej wróćmy do środka?
-   Nie.   -   Nie   nadawała   się   do   kolejnej   rundy   z   Dougiem   Fergusonem.   Postrzał? 

Rabunkowy napad? Jaką rolę odegrał w nim Dougie? Znów miała przemożną ochotę zaalar-
mować Norberta. I znów powtórzyła w myśli, że nie może mu ufać. Przecież śledził ją jeszcze w 

Paryżu.

Lecz czy człowiek, który tak czule trzyma w ramionach dziecko, mógł być mordercą? 

Lub jego wspólnikiem? W końcu uratował ją z rąk Bobby'ego, ukrył i wywiózł w bezpieczne 
miejsce. Ale... czy na pewno bezpieczne? Może tylko usiłował zyskać jej zaufanie? Z powodów, 

których na razie nie rozumiała. Czy zwróci się przeciwko niej, gdy uzna to za stosowne?

- Mam zawołać pani męża?

- Nie, nie chcę go niepokoić. Chyba tylko potrzebuję trochę świeżego powietrza. Sądzi 

pani, że Marian mi wybaczy, jeśli już pójdę do domu?

- Oczywiście, że tak. Zawiozę panią.
- Dziękuję, ale wolę się przejść. To mi dobrze zrobi.

- Na pewno, moja droga? Skoro kręci się pani w głowie...
-   Och,   już   mi   lepiej.   Przespaceruję   się   polami.   Ale   proszę   na   razie   nie   mówić 

Norbertowi, że poszłam. Po co ma się martwić.

- Dobrze - bez przekonania zgodziła się Jane i na moment położyła dłoń na ręce Celie. - 

Ale proszę po drodze odpoczywać. Nie ma sensu zemdleć pośród pszenicy.

- Obiecuję uważać. Zawsze jestem ostrożna.

background image

ROZDZIAŁ ÓSMY

W stronę domku Betty prowadziła ścieżka, pochodząca zapewne jeszcze z czasów, gdy 

wieśniacy wędrowali piechotą. Podobne dróżki krzyżowały się na całej angielskiej prowincji, a 
właściciele ziemscy utrzymywali je w dobrym stanie. Ta wiła się w kierunku zachodnim i idąc 

nią, należało przejść przez lasek.

Celestine  w  ciągu   kilku  minut  zostawiła  dom  Marian   za  sobą  i  weszła   między pola 

wysokiej pszenicy, idąc tak szybko, że jej serce biło w rytmie kroków.

Ale już wkrótce stwierdziła, że palnęła wielkie głupstwo. Jeszcze nie zdołała odzyskać 

sił. Okłamała Jane, mówiąc o zawrocie głowy, ale teraz rzeczywiście miała wrażenie, że świat 
zaczął   wokół   niej   wirować.   Zwolniła   więc,   uważnie   nadsłuchując,   ale   nikt   jej   nie   gonił. 

Jedynym dźwiękiem był tylko łagodny szum poruszanych wiatrem łanów zboża.

Celestine  znów  zaczęła  bić  się  z  myślami.  Czy   rzeczywiście   powinna  uciekać?  Może 

Dougie   Ferguson   to   tylko   zwyczajny   człowiek,   który   niezbyt   zręcznie   prowadził   zwyczajną 
rozmowę? Był trochę nachalny i ciekawski, a mając złe zamiary chyba nie zachowywałby się w 

ten sposób. Raczej starałby się wtopić w tło, aby nie zwracać uwagi swojej potencjalnej ofiary.

Może jednak chciał w ten sposób potwierdzić, że istotnie ma do czynienia z Celestine St. 

Gervais? Że znalazł właściwą osobę? Może prześladowcy dotarli za nią i Norbertem aż tutaj i 
już szykowali się do zadania ostatecznego ciosu?

Celie nie miała pojęcia, co robić i dokąd się udać. Norbert wkrótce zacznie jej szukać. 

Gdyby wróciła do domku, on zaraz by ją tam znalazł.

Boże,   właśnie   tego   chciała.   Najbardziej   pragnęła   pomocy   Norberta,   jego   kojącej 

obecności. Podejrzewała, że skrywa on jakieś tajemnice, lecz prawdopodobnie nie miały one 

żadnego związku z nią. Ale nie była tego pewna. Przecież ruszył jej śladem już w Paryżu. Dotarł 
aż do punktu naprawczego na New Row...

I zostawił Bobby'ego w spokoju...
Wzięła głęboki oddech, usiłując zapanować nad swoimi myślami. Owszem, całą duszą 

pragnęła zaufać Norbertowi, uwierzyć w jego logiczne wyjaśnienia, ale nie mogła sobie na to 
pozwolić. Musiała więc jakoś dotrzeć do Canterbury, zadzwonić do Whita i dowiedzieć się, jak 

przekaże jej pieniądze. Pod osłoną ciemności mogła też udać się do miejscowego proboszcza, 
powiedzieć   mu,   że   jej   życie   jest   w   niebezpieczeństwie,   podać   kilka   mało   istotnych,   lecz 

prawdziwych   informacji   i   błagać   o   pomoc.   A   znalazłszy   się   w   Canterbury,   zrealizowałaby 
przekaz  i  znów  by  znikła.  Mogła  liczyć   na  swoje  kontakty,   znała  ludzi,  którzy  trudnili  się 

podrabianiem dokumentów, więc już wkrótce zaczęłaby wszystko od nowa.

background image

Ale nie chciała tego.
Coś zbyt podobnego do łez zapiekło ją w oczy. Uciekała już tyle razy. Znała zagrożenia i 

obawy. Przywykła do nich. A samotność traktowała jak coś oczywistego. Lecz po raz pierwszy 
od lat miała dojmujące poczucie straty. Już zaczęła ufać Norbertowi. Zaczęła go lubić. A na 

dodatek   między   nią   a   Norbertem   pojawiły   się   jakieś   trudne   do   sprecyzowania,   lecz 
niebezpieczne emocje, które przypomniały jej, że jest kobietą.

Po prostu kobietą. Nie tylko kobietą, która bezustannie ucieka, aby zachować życie.
Usiłowała się zastanowić, gdzie mogłaby się ukryć, zanim będzie mogła bezpiecznie iść 

do Trillingden. Znała kierunek i wiedziała, że powinna unikać sąsiedztwa pubu „Pod lwem i 
owieczką”. Gdyby nie zastała pastora w domu, poszłaby dalej. W tych stronach nie brakowało 

kościołów. Na pewno w końcu ktoś by jej pomógł.

Oparła się o pień przydrożnego drzewa i przez chwilę odpoczywała. Uważnie wsłuchała 

się we wszelkie odgłosy i, uspokojona ciszą, zamknęła oczy. Znów pomyślała o Norbercie, o 
tym,   jak   delikatnie   zmienił   jej   opatrunek.   W   parę   minut   mogłaby   dotrzeć   do   domku   i 

powiedzieć Norbertowi o swoich podejrzeniach wobec Dougiego. A Norbert z pewnością coś 
by wymyślił.

Mogła   też   rozpłynąć   się   we   mgle   i   ukryć   się   w   jakiejś   mysiej   dziurze,   dopóki   nie 

nadejdzie   pora   powrotu   do   rezydencji   Haven   House,   aby   zgodnie   z   prawem   objąć   ją   w 

posiadanie.

Po krótkim namyśle ruszyła w stronę strumienia, zostawiając domek za sobą.

- Poszła do domu?! - Norbertowi nie udało się ukryć zdenerwowania, wiedział, że Jane 

wolałaby w tej chwili znajdować się z dala od niego.

- Tak. Nie czuła się najlepiej i chciała odetchnąć świeżym powietrzem. Prosiła, żebym 

od razu pana nie alarmowała. Przykro mi, ale musiałam z tym poczekać, skoro obiecałam, 

prawda?

Norbert tylko skinął głową, ponieważ był zbyt zdenerwowany, aby mówić. Celie znów 

odeszła. Nawet nie wziął tego pod uwagę. Co innego dziś rano, niemal się spodziewał, że po 
powrocie ze spaceru już jej nie zastanie.

I zdziwił się, bo nigdzie nie umknęła. To uśpiło jego czujność.
-   Może   powinien   pan   jej   poszukać?   -   zasugerowała   Jane.   -   Pani   James   była   taka 

bledziutka.

- Tak, zaraz pójdę. - Norbert poszukał wzrokiem gospodyni. Niektórzy goście już wyszli, 

a   kilka   osób   oglądało   albumy   z   rodzinnymi   fotografiami.   Królewna   Śnieżka   została 
zdetronizowana i teraz na kolanach jednej z dziewczynek smacznie spał Teddy.

background image

- Obawiam się, że Celie już wyszła - powiedział Norbert, odnalazłszy Marian w holu. - 

Przepraszam,  że bez pożegnania,  ale podobno nie czuła się dobrze i chciała  łyknąć trochę 

powietrza.

- Biedactwo. Oczywiście rozumiem. Zresztą zauważyłam, że rozmawiając z Dougiem 

była na buzi biała jak moje chryzantemy.

- Z Dougiem?

- To nowy właściciel miejscowego pubu.
- Jeszcze tu jest?

- Nie, wyszedł jako jeden z pierwszych.
- Mieszka tu od dawna?

-   Skądże.   W   tej   okolicy   „dawno”   oznacza   kilka   stuleci   wstecz.   Dougie   dopiero   co 

przyjechał z Londynu. Dziwny jegomość, lecz chyba poczciwina.

- Na pewno. - Norbert właśnie tego wcale nie był pewien. Czyżby Celie uciekła stąd z 

powodu owego Dougiego? Przestraszyła się go?

A może nadal bała się jego, Norberta?
Pospiesznie się pożegnał i wyszedł. Nie znalazł jej ani w samochodzie, ani w domu. 

Obszedł go dookoła, wołając Celie po imieniu i na moment wszedł do środka. Wziął jej płaszcz 
oraz latarkę, na wypadek, gdyby musiał kontynuować poszukiwania po zapadnięciu zmroku, 

zamknął za sobą drzwi na klucz i ruszył w kierunku domu Farnsworthów.

Dokąd udała się Celie? Norbert podejrzewał, że zawsze miała w zanadrzu jakiś plan 

ucieczki.   Jeśli   mówiąc   o  sobie,   powiedziała   choć  trochę   prawdy,   to   postrzegała  życie   jako 
wielkie  pole minowe. Musiała  bezustannie  być czujna,  ponieważ  każde  zaniedbanie  mogła 

przepłacić własnym życiem.

Takie podejście oznaczało, że czasem popełniała błędy. Brała Bogu ducha winnych ludzi 

za zabójców. Niewinne w treści pogawędki uważała za pełne ukrytych gróźb. Nie wiedziała, kto 
usiłuje ją zabić, więc sądziła, że potencjalnym mordercą może być każdy, kto się do niej zbliżył.

Norbert   usiłował   sobie   przypomnieć,   czy   zauważył   u   Marian   coś   szczególnego. 

Początkowo on i Celie trzymali się razem, lecz później, gdy już zaspokoili ciekawość gości na 

swój temat, zaczęli krążyć wśród nich oddzielnie. On na prośbę Marian porozmawiał z jakimś 
staruszkiem, Celie swobodnie gawędziła z jej wnuczkami. Uśmiechała się do nich i parę razy 

pogłaskała Śpiącą Królewnę.

Czy widział Celie w towarzystwie mężczyzny? Chyba nie. Dlaczego, u licha, bardziej na 

nią nie uważał?

Na dworze robiło się coraz chłodniej, więc przyspieszył kroku, lecz co chwilę przystawał, 

background image

aby  przesunąć  spojrzeniem po  okolicy,  wypatrując  jakiegoś  ruchu.  Jeśli  Celie  rzeczywiście 
uciekała, to na pewno nie zostanie długo na otwartej przestrzeni, tylko poszuka schronienia 

między drzewami. Ale w którą stronę się udała?

Pytała o Canterbury, więc może zmierza właśnie tam? Chociaż, znając Celie, równie 

dobrze mogła celowo wprowadzić go w błąd, aby potem udać się z powrotem do Londynu. 
Autostopem lub poprosiwszy o podwiezienie kogoś poznanego na herbatce u Marian.

- Niech cię diabli, Celie.
Norbert trochę zwolnił. Czy nie lepiej zrezygnować z szukania? Uczynił wszystko, co w 

jego mocy, aby zyskać zaufanie Celie, a mimo to ona przy pierwszej nadarzającej się okazji 
znów uciekła. Celie Sherwood - która wcale nią nie była - to przecież nie jego problem. Skoro 

zrezygnowała z jego pomocy, to niech teraz sama sobie radzi.

Omal   nie   odwrócił   się,   aby   wracać.   Ale   w   jego   uszach   wciąż   pobrzmiewały   słowa 

Marian. „Zauważyłam, że rozmawiając z Dougiem, była na buzi biała jak moje chryzantemy”.

Czy   Celie   znów   znalazła   się   w   niebezpieczeństwie?   Czy   potrzebowała   pomocy,   lecz 

obawiała się o nią poprosić?

Do licha, nie mógł zostawić jej na pastwę losu. Nie teraz.

Powziął decyzję i skierował się w stronę potoku. Na miejscu Celie szedłby wzdłuż niego, 

aby dotrzeć do wsi.

A   tam   zmyśliłby   jakąś   wzruszająca   historyjkę   i   opowiedział   ją   komuś   godnemu 

zaufania, człowiekowi szanowanemu, błagając go o podwiezienie do Canterbury.

Ciekawe, jak daleko zdołała się oddalić. Jeszcze nie odzyskała sił, a poza tym chyba 

wolałaby poczekać na zapadnięcie zmroku, aby trudniej ją było zauważyć. Może więc uda się ją 

dogonić.

Norbert   wmawiał   sobie,   że   uczyniłby   to   dla   każdego   człowieka   w   kłopotach.   Nie 

zostawiłby bez pomocy kogoś potrzebującego ratunku. A że pomagał akurat Celie? No cóż, tak 
się złożyło... Była dla niego tylko kobietą w niebezpieczeństwie. Nie budziła w nim żadnych 

szczególnych uczuć. Jasne, że nie.

Ale jakiś wewnętrzny  głos odpowiedział,  że Norbert Colter staje się równie dobrym 

kłamczuchem, jak kobieta, która nazywała siebie Celie Sherwood.

Celie nie wiedziała,  ile czasu minęło. Szła  teraz w cieniu, a słońce prawie znikło za 

horyzontem i zrobiło się jej zimno. Ale nie mogła nic na to poradzić. Jej płaszcz został w 
domku; ten płaszcz, kupiony przez Jerry'ego, który opatrzył ją tak troskliwie, chociaż była dla 

niego całkiem obca. A Betty ją nakarmiła i dbała o nią jak o własną córkę.

Zaś Norbert...

background image

Oparła się o drzewo, żałując, że ma na sobie biały strój. Ten kolor zanadto rzucał się w 

oczy. Ciekawe, czy Norbert będzie jej szukał. Może raczej spisze ją na straty, spakuje swoje 

rzeczy do małego auta i spokojnie wróci do wygodnych pieleszy domu w Kensington. Przecież 
nie miał wobec niej żadnych zobowiązań. Jeśli istotnie tylko przez przypadek wkroczył w jej 

życie, to pewnie ucieszy się z jej zniknięcia. Nie będzie dłużej musiał przejmować się sprawami 
jej bezpieczeństwa.  Zajmie się obowiązkami  zawodowymi i zapomni o kobiecie,  której tak 

delikatnie zmieniał opatrunek.

Spojrzała na płynący parę metrów niżej strumień. Wczoraj Norbert wbrew jej woli wziął 

ją za rękę i sprowadził na dół, gdzie poczęstowała go kolejnymi kłamstwami. Ale dzisiaj nikt jej 
nie pomoże. Wolałaby iść wzdłuż potoku, obawiała się jednak, że później może nie mieć siły 

wdrapać się z powrotem na górę. Musiała  więc podążać wierzchem skarpy i pocieszać się 
nadzieją, że nie zostanie zauważona.

Po   przejściu   dwustu   metrów   znów   przystanęła,   aby   odpocząć.   Las   był   tutaj   bardzo 

gęsty, a strumień prawie całkiem niknął za rozłożystymi dębami i bukami. Bezsilnie osunęła 

się na ziemię pod jednym z drzew i przymknęła powieki, słuchając świergotania ptaków. Tutaj 
śpiewały inaczej niż te z Południowej Karoliny. Tam każdego lata powietrze wypełniały słodkie 

trele   drozdów,   pomieszane   z   rechotem   żab,   a   na   granatowym,   wieczornym   niebie   lśniły 
niezliczone gwiazdy i maleńkie, tańczące świetliki.

Boże,   ależ   chciała   wrócić   do   domu!   Pragnęła   tego   tak   rozpaczliwie,   że   niemal   była 

skłonna zaryzykować. Już wkrótce miała skończyć dwadzieścia pięć lat, ale te ostatnie dni 

mogły   się   okazać   śmiertelnie   niebezpieczne,   dopóki   Whit   w   jakiś   magiczny   sposób   nie 
załatwiłby   formalności.   Mimo   to   prawie   się   poddała,   straszliwie   znużona   tym   kilkuletnim 

uciekaniem. Już nie ufała swojej intuicji. Zawierzyła Bobby'emu, a on usiłował ją zabić. Teraz 
zaś wymknęła się spod kurateli Norberta...

Przypomniała sobie, jak wczoraj wieczorem pomagał jej się ubrać. Poczuła wtedy coś 

bardzo zbliżonego do pożądania. A w nocy przyśniło się jej, że Norbert leży tuż obok, zaś ona 

już się nie boi. Przepełniało ją zupełnie inne uczucie...

Chyba zapadła w drzemkę, z której wyrwał ją głośny krzyk jakiegoś ptaka. Przez chwilę 

sądziła, że jest na terenie rodzinnej posiadłości. Jako mała dziewczynka często włóczyła się po 
lasach   wokół   Haven   House,   sypiała   w   gałęziach   drzew,   zbierała   jagody   i   orzechy.   Była 

dzieckiem nieustraszonym, z rumianymi policzkami i piegami na nosie, zawsze zadowolonym 
- zarówno na dworze, jak i w domu.

Przeciągnęła się leniwie, otworzyła oczy i ujrzała nad sobą... Dougiego Fergusona!
- Co pani tutaj porabia, pani James? Nikt pani nie powiedział, że w ciemnym lesie czyha 

background image

wiele niebezpieczeństw?

Po raz drugi w ciągu krótkiej znajomości z Celie Norbert zorientował się, gdzie ona jest, 

słysząc jej krzyk. Niestety dochodził z oddali, widocznie Celie pokonała większą odległość, niż 
przypuszczał.

Zawołał   ją   dwa   razy   po   imieniu,   aby   zasygnalizować,   że   nadchodzi   i   wpadł   między 

drzewa, pełen obaw o jej bezpieczeństwo. Ale znajdował się daleko od niej. Na dodatek nie 

mógł   biec   wystarczająco   szybko,   ponieważ   w   lesie   rosło   mnóstwo   gęstych   krzaków,   które 
musiał bezustannie odgarniać obu rękami.

- Celie! Gdzie jesteś? - huknął jeszcze raz.
- Tutaj! Chyba zemdlała!

Norbert odwrócił się, słysząc męski głos, i pognał w kierunku strumienia. Przedarł się 

przez   kolczaste   gałęzie   głogu   oraz   splątane   pnącza   i   ujrzał   klęczącego   na   ziemi   Dougiego 

Fergusona.

- Nie wiem, co jej się stało. Chyba spała, obudziła się, a potem wrzasnęła.

- Co jej pan zrobił?! - Norbert odepchnął mężczyznę i upewnił się, że Celie oddycha.
- Nic. Kompletnie nic! Zawsze łowię tutaj ryby. To moje ulubione miejsce. Zabrałem do 

Marian wędkę, a po podwieczorku przyszedłem spróbować szczęścia. Najpierw siedziałem tam 
- Dougie machnął ręką w prawo - ale nic nie złapałem, więc postanowiłem przenieść się trochę 

dalej. Może niechcący przestraszyłem pańską żonę, bo nagle wyłoniłem się zza drzew. Wiem, 
że moja twarz czasem budzi w kobietach zgrozę, ale nic nie mogę na to poradzić. Dziesięć lat 

temu postrzelono  mnie w policzek.  Pracowałem  wtedy  w sklepie i zranił  mnie rabuś,  gdy 
usiłowałem obronić przed nim kobietę. Dostałem od władz medal za odwagę, a ten cholerny 

tik to skutek porażenia nerwu.

- Gdzie pańska wędka? - Norbert chwycił mężczyznę za przód koszuli.

- Tam, oparta o pień. - Dougie wskazał kciukiem za siebie.
Norbert spojrzał w tamtą stronę i rzeczywiście zobaczył wędkę oraz stojące obok niej 

małe wiaderko.

- Naprawdę nie chciałem skrzywdzić pańskiej żony. Rozmawiałem z nią u Marian. Wie, 

kim jestem. Nie przypuszczałem, że tak zareaguje.

Norbert prawie był pewny, że Dougie mówi prawdę. Biedak wydawał się przerażony i 

zmartwiony stanem Celie.

- W porządku. - Norbert puścił koszulę Dougiego i pozwolił mu się cofnąć. Następnie 

ukląkł przy Celie i położył jej głowę na swoich kolanach. - Jak to było? Zwyczajnie zemdlała?

- Z krzykiem  poderwała  się z  ziemi, odwróciła  się,  jakby  zamierzała  uciec i wpadła 

background image

prosto na drzewo.

- Prawdopodobnie uraziła zraniony bark i straciła przytomność z bólu.

- Dlaczego włóczyła się sama po lesie? To niebezpieczne. Ten świat już nie jest taki 

dobry, jak dawniej. Ktoś powinien się nią opiekować. To chyba pana obowiązek, prawda?

-   Proszę   mi   wierzyć,   że   niełatwo   mieć   na   oku   taką   niezależną   osóbkę.   -   Norbert 

pogłaskał Celie po trochę brudnym policzku. Ona zaś wydała dźwięk przypominający ciche 

jęknięcie i otworzyła oczy.

- Celie, jesteś bezpieczna. Nie wrzeszcz, bo moje uszy chyba tego nie zniosą. - Pomógł 

jej   usiąść   i   przytulił,   zanim   zdążyła   się   odsunąć.   -   Dobrze   się   czujesz?   -   Zauważył,   że   z 
przestrachem spojrzała na Dougiego i dodał: - Pan Ferguson łowił ryby. Tam stoi jego wędka i 

wiaderko. Nie zamierzał cię zabić.

- Zabić?! - Dougie sapnął gniewnie. - Co też pan plecie? Niby dlaczego miałaby myśleć 

coś takiego? Przecież mnie zna. Wie, że prowadzę pub „Pod lwem i owieczką”.

- Jesteś bezpieczna. - Norbert odwrócił twarz Celie do siebie i mocniej ją objął, ona zaś 

zaczęła cichutko pochlipywać. - Dougie, mógłby pan zostawić nas samych?

- Jasne. Na dzisiaj chyba mam dosyć łowienia. I wpadnijcie kiedyś do mojego pubu na 

kolację. Ja stawiam. - Dougie ruszył po swoje rzeczy. - Ale żeby podejrzewać mnie o chęć 
zabicia... - Mężczyzna pokręcił głową. - Raz ryzykowałem życiem, ratując kobietę...

- Już dobrze, Celie? - Norbert zaczął łagodnie huśtać ją w ramionach. Przypuszczał, że 

wpadła w szok. Była silną kobietą, lecz zbyt długo żyła w strachu i dzisiaj coś w niej pękło. 

Znalazła się o krok od utraty zmysłów.

Norbert znał ten stan ducha. Po śmierci Lynn był w podobnym stanie - dotarł na sam 

skraj przepaści i wiedział, jaka jest głęboka.

Uspokajająco gładził Celie po włosach, mrucząc jakieś kojące słowa. Żadna kobieta nie 

jest pociągająca, gdy płacze, lecz Celie wyglądała słodko i bezbronnie, a jej pełne łez oczy były 
jeszcze bardziej niebieskie niż zwykle.

-   Uciekłaś   ode   mnie,   prawda?   -   Uniósł   jej   twarz.   -   Dougie   cię   przestraszył,   więc 

zostawiłaś także i mnie? Dlaczego? Nie udowodniłem ci, że chcę twojego dobra?

Z jej spojrzenia wyczytał odpowiedź. Celie Sherwood była sama na świecie, gdzie każdy 

może okazać się zdrajcą. Ale chciała zaufać Norbertowi Jamesowi. Tak bardzo...

A on jej pragnął.
Uświadomił to sobie niemal z bólem serca. Dawno temu poprzysiągł sobie, że już nigdy 

nie zwiąże się emocjonalnie z żadną kobietą. Wiedział, jak to jest stracić kogoś ukochanego. I 
wolał   więcej   nie   ryzykować.   Oczywiście   było   to   podejście   tchórza,   ale   Norbert   chyba   nie 

background image

przeżyłby takiego cierpienia, jakie już raz zesłał mu los. A Celie Sherwood była kobietą, którą 
na pewno łatwiej utracić, niż zatrzymać przy sobie.

Norbert zdawał sobie z tego sprawę, lecz już nie miał wyboru, ponieważ Celie Sherwood 

stała się dla niego kimś najważniejszym, chociaż nie miał pojęcia, kim ona jest, ani od czego 

ucieka.   Chociaż   go   okłamywała   i   niewątpliwie   zrobi   to   jeszcze   wielokrotnie.   Chociaż 
podejrzewał, że pewnie znów go opuści, nie bacząc na wszystko, co dla niej uczynił.

Byłaby dla niego równie cenna nawet wtedy, gdyby całkiem zwariowała.
- Pragnę cię, Celie. - Pocałował ją w czoło i przygarnął do siebie. - Pragnę cię i chcę ci 

pomagać.

- Nie mam nic, co mogłabym ci ofiarować.

- Pozwól, że ja to ocenię.
Jej wargi były miękkie i podatne, gdy ogarnął je ustami, dłoń spoczęła na jego szyi, 

jakby Celie zamierzała go objąć. Norbert był do głębi poruszony zarówno słodyczą tej bliskości, 
jak  i smutkiem. Obejmował  Celie - taką  żywą  i ciepłą - a może za  parę godzin ona znów 

zniknie.

Pogłębił pocałunek, jakby wbrew własnej woli o coś nim pytał. I odniósł wrażenie, że 

Celie   odpowiedziała   „tak”.   Wtedy   odezwały   się   pragnienia,   które   dusił   w   sobie   od   lat. 
Pragnienia fizycznej bliskości oraz tej emocjonalnej. Znów wydawało mu się, że ma szanse na 

całkiem nowe życie, na szczęście, które przed laty uznał za nierealne. Zamknął Celie w ciasnym 
uścisku i na moment zapomniał o całym świecie, z wyjątkiem trzymanej w ramionach kobiety.

Ona  pierwsza  się  odsunęła,   a  wtedy  ujął   jej  bledziutką   twarz  w  dłonie  i  wyczytał  z 

niebieskich oczu, że Celie jest tak samo zagubiona jak on.

- Zabiorę cię do domu, Celie. Musisz odzyskać siły przed kolejną ucieczką. Wiem, że 

znów uciekniesz. Nie zaprzeczaj. Pozwól mi jednak opiekować się tobą, dopóki nie będziesz na 

tyle zdrowa, aby jakoś dać sobie radę. Niedawno zemdlałaś. Czy to nic ci nie mówi?

- Co z Dougiem?

- Groził ci?
- Nie...

- Chyba jest nieszkodliwy. Może niewłaściwie zinterpretowałaś to, co mówił.
- Jane wspomniała, że został postrzelony podczas napadu...

- Wiem. Ale nie był napastnikiem, tylko chciał ratować jakąś kobietę. Sprawdzę to, jeśli 

chcesz. Ale moim zdaniem facet powiedział prawdę.

-   Myślałam,   że   oni   znów   mnie   znaleźli.   Że   mnie   śledzili   lub   namierzyli   po   mojej 

rozmowie telefonicznej...

background image

- Po rozmowie? Dzwoniłaś stąd do kogoś, Celie? Ktoś ci pomaga? - Widział, jak z jej 

twarzy znika wyraz bezradności, a pojawia się obojętna maska, będąca fasadą, za którą Celie 

zawsze się ukrywała. - Rozumiem. - Norbert ze smutkiem potrząsnął głową. - Nadal nie chcesz 
zdobyć   się   wobec   mnie   na   szczerość,   prawda?   Wiesz,   kto   ci   zagraża,   ale   nie   zamierzasz 

podzielić się ze mną tą informacją. I masz pomocnika, do którego telefonowałaś stąd.

- Nie mogę powiedzieć ci niczego więcej.

- I pewnie tego nie zrobisz. - Odsunął ją od siebie, wstał i otrzepał spodnie.
- Nie.

Pomógł jej się podnieść, usiłując wykrzesać z siebie choć trochę gniewu. Chciał być zły 

na Celie, lecz nic z tego nie wyszło. Rozumiał, że w jej świecie błędne decyzje mogły kosztować 

życie.

- Celie, jestem w stanie ci pomóc, chociaż pewnie w to nie wierzysz. Pozwól więc, że 

najpierw zabiorę cię do domku i trochę o ciebie zadbam. A później nie będę cię zatrzymywał, 
jeśli zechcesz uciec.

Zamknęła oczy, całkiem zrezygnowana. Norbert rozumiał, że ona boi się zostać. Ale 

jeszcze bardziej obawiała się odejść...

- Dziękuję - szepnęła.
Nie wiedział, co odpowiedzieć. Ani za co mu podziękowała. Za to, że jej szukał? Za 

propozycję pomocy? Lub za tę chwilę intymności? A może za coś tak podstawowego, jak fakt, 
że nie okazał się zdrajcą? Przynajmniej na razie.

- Niedaleko jest ścieżka. - Kiwnął głową w prawo.
- Podprowadzę cię do niej, chwilę tam zaczekasz, a ja skoczę po samochód. Zdołasz 

przejść ten kawałeczek?

- Miałam zamiar dotrzeć aż do Canterbury - odparła z bladym uśmiechem.

- Mogłaś umrzeć po drodze, Celie. - Objął ją w talii i razem ruszyli przez pole.

background image

ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY

Zaczęła   ćwiczyć   ramię,   podnosząc   prawą   ręką   rolkę   papierowego   ręcznika.   Bark 

piekielnie bolał, lecz Celestine nie zamierzała przestać. Położyła rolkę na kuchennym blacie, 
następnie znów ją uniosła, tym razem aż na wysokość ramienia i z ręką wyprostowaną  w 

łokciu.

- Jak idzie?

Odwróciła się do drzwi i z nieśmiałym uśmiechem spojrzała na Norberta. Nie słyszała, 

jak wchodził.

- Dobrze wreszcie nie nosić tego temblaka i robić coś sensownego.
- Betty mówiła, żebyś nie przesadzała z ruchami.

-   Wiem.   Wcale   nie   chcę   się   przetrenować.   Ale   musiałam   sprawdzić,   jak   dalece 

zaszkodził mi Bobby.

- Zdaniem Betty odzyskasz pełną sprawność, lecz powinnaś chodzić na fizykoterapię.
- To niemożliwe. Sama nad sobą popracuję.

- Cóż, w twojej sytuacji rzeczywiście nie sposób umawiać się na wizyty. Jesteś raz tu, raz 

tam, nie wiadomo, gdzie będziesz jutro. - Norbert wzruszył ramionami.

- Wcale nie lubię uciekać. - Oparta o blat patrzyła, jak Norbert sięga do lodówki po 

puszkę z napojem.

- Ale nie chcesz przyjąć mojej pomocy.
- Nie możesz mi pomóc.

Otworzył  colę  i wypił   dwa  łyki.  Po  raz  pierwszy  od dnia,  gdy  znalazł  Celie  w lesie, 

poruszył drażliwy temat. Aż do tej pory prawie ze sobą nie rozmawiali, spotykając się wyłącz-

nie podczas posiłków. Rzadko nawet przebywali w tym samym pomieszczeniu.

Celestine dużo odpoczywała i planowała swoje następne posunięcie. Whit obiecał, że 

pieniądze   będą   do   odebrania   dzisiaj.   Zdawała   sobie   sprawę   z   tego,   że   po   wejściu   w   ich 
posiadanie  musi  szybko  zadecydować,   co  dalej.   Inne  wieści  okazały  się  niepokojące.  Whit 

próbował znaleźć jakąkolwiek informację o Norbercie Jamesie, konsultancie firmy Tri - C, lecz 
nigdzie nie trafił na jego ślad. Miał nadal szukać, lecz sugerował zachowanie daleko idącej 

ostrożności.

Cóż,   Whit   oczywiście   mógł   nie   dokopać   się   do   źródła.   Korporacja   Tri   -   C   była 

ogromnym konglomeratem z filiami w różnych częściach świata, a Norbert sam powiedział, że 
nie znajduje się na regularnej liście płac. Ale wątpliwości nie zostały wyjaśnione, toteż Celie 

znów   czuła   się   bardzo   niepewnie.   Zwłaszcza   że   Norbert   całymi   godzinami   siedział   przy 

background image

komputerze oraz często rozmawiał przez telefon. Zastanawiała się, z kim - i jej obawy rosły.

Norbert   rzadko   wychodził   z   domu,   ale   wczoraj   rano   poszedł   odwiedzić   Teddy'ego. 

Celestine dowiedziała się o tym od Marian,  która po południu przyniosła wykonany przez 
chłopca rysunek - kilka czarnych i pomarańczowych smug, które tylko rodzic mógł uznać za 

ładne.   Norbert   przyczepił   malunek   do   ściany   swojej   sypialni,   a   Celestine   chciała   spytać, 
dlaczego to zrobił. Pragnęła zadać mu wiele różnych pytań, wolała jednak unikać okazji do 

ewentualnych wzruszeń. Wystarczy, że bez przerwy myślała o Norbercie, nawet jeśli nie byli 
razem. Przypominała sobie ich pocałunek, tę niespodziewaną pieszczotę wydartą z absurdu jej 

życia. I zastanawiała się, czy pozwolić sobie na więcej takich szaleństw.

Nagle skonstatowała, że gapi się na Norberta, i pospiesznie umknęła spojrzeniem w 

bok.

-   Nie   byłem   wobec   ciebie   całkiem   szczery,   Celie   -   powiedział   Norbert,   opróżniwszy 

przynajmniej   połowę   puszki.   -   Odniosłem   zawodowy   sukces   i   mam   więcej   pieniędzy,   niż 
pewnie zdołam wydać do końca życia. Znam też sporo wpływowych ludzi.

- Ja również. I właśnie oni usiłują mnie zabić.
- Kim są?

W odpowiedzi tylko pokręciła głową.
- Wciąż mi nie ufasz.

- Nie bierz  tego  do siebie.  - Spróbowała  złagodzić swoje słowa  uśmiechem, lecz  na 

Norbercie nie wywarło to żadnego wrażenia.

-   Skoro   nie   chcesz   żadnej   pomocy,   przyjmij   ode   mnie   chociaż   pieniądze.   Na   nowy 

początek.

- Nie mogłabym wziąć od ciebie pieniędzy.
- Stać mnie na to.

- Praca  konsultanta  jest aż tak  dobrze płatna?  Musisz być bardzo dobry w tym, co 

robisz.

- Jestem. Ale nie wszystko mi wychodzi. - Zgniótł puszkę w dłoni. - Jak sama widzisz, 

nie umiem wzbudzić zaufania.

-   Dzięki   za   propozycję,   ale   nie   przyjmę   żadnych   funduszy.   Nawet   gdybyś   był 

prawdziwym krezusem. Już i tak zabrałam ci mnóstwo czasu, wystawiłam na liczne próby 

twoją cierpliwość...

- To na pewno. Prawie mi się skończyła. - Zgrabnie wrzucił puszkę do kosza.

- Wyobrażam sobie. Nigdy się nie dowiesz, jak bardzo jestem ci wdzięczna za wszystko, 

co dla mnie uczyniłeś. Gdyby nie ty, już bym nie żyła.

background image

- Mimo to nadal ukrywasz przede mną swoją tożsamość. Pragnęła mu powiedzieć coś o 

sobie. Była mu to winna.

Chciała wyznać, że jest Celestine St. Gervais, dziewczyną z amerykańskiego Południa, a 

nie kimś posługującym się cudzymi personaliami.

- No dobrze - mruknęła, gdy Norbert odwrócił się, aby wyjść. - Moje prawdziwe imię to 

Celestine.

Norbert cofnął się i patrzył na nią wyczekująco.
- Dodam jeszcze coś. Dzisiaj po południu kończę dwadzieścia pięć lat.

- Masz dziś urodziny?
- Tak wynika z kalendarza.

- Wszystkiego najlepszego, Celestine.
- Mogłam... wybrać sobie jakieś inne dane. Jedną z możliwości była Celie Sherwood. 

Gdy byłam mała, mój ojciec czasem mówił do mnie „Celie”. Zdecydowałam się używać tego 
imienia, ponieważ działało na mnie kojąco. Prawdziwa Celie chyba nie miałaby nic przeciwko 

temu.

- Masz jakieś nazwisko?

- Tak.
- Pewnie go nie poznam.

- Proszę cię... niech to wystarczy.
- Jak będziemy świętować twoje urodziny?

- Wcale. Nie robiłam tego od... od bardzo dawna.
- Więc pora zmienić zwyczaj.

- Chciałabym pojechać do Canterbury.
- A wrócisz?

Powiedziała mu już tyle kłamstw. Nie zamierzała karmić go kolejnymi. Nie teraz.
- Znów muszę zniknąć. Mogłabym już dzisiaj.

- W swoje urodziny?
- To byłby kiepski prezent, prawda?

- Raczej tak.
- Ramię się goi, już nim poruszam  i nie potrzebuję  temblaka.  Powinnam iść swoją 

drogą. Ty też.

- Dlaczego? Już zacząłem się przyzwyczajać. Lubić to.

- Co?
-   Ciebie.   Siebie.   Nas   razem.   Obserwowanie,   jak   na   słońcu   twoje   policzki   znów 

background image

różowieją. Jak popijasz poranną kawę, jak w południe jesz zupę. Wsłuchiwanie się nocą w 
odgłosy, jakie wydajesz przez sen.

Poczuła, że się rumieni. Ciekawe, czy Norbert oczekiwał jakiejś reakcji.
- Nie ma sensu przyzwyczajać się do czegoś, co długo nie potrwa.

- Do ciebie należy decyzja, czy z Canterbury udasz się tam, gdzie uznasz za stosowne. 

Nie zamierzam zatrzymywać cię siłą, ale chociaż obiecaj, że nie wyjedziesz bez przygotowania. 

Jeśli potrzebujesz pieniędzy, powiedz tylko słowo. Możesz to uznać za pożyczkę, jeśli chcesz.

- Wolałabym wrócić z tobą do Londynu. Tam mogę wszystko załatwić.

- I znów zniknąć? Skinęła głową.
- Kiedy?

Wzięła głęboki oddech.
- Wkrótce.

- Więc dobrze. Ale najpierw musisz pojechać do Canterbury?
- Tak.

- Za pół godziny?
- Doskonale.

- Wieczorem uczcimy twoje urodziny.
- Niekoniecznie. Naprawdę nie musisz...

- Ale chcę. - Podszedł do niej i wsunął jej za ucho kosmyk włosów. - Tylko raz w życiu 

człowiek kończy dwadzieścia pięć lat.

- Fakt. Nawet nie byłam pewna, czy tego dożyję.
- Udało się. Stoję tuż obok ciebie, a ty nie sięgasz po nóż.

- Jest za daleko.
- Już nie podskakujesz, gdy wchodzę do pokoju.

- Co mam powiedzieć? Że zaczynam ci ufać?
- To zabrzmiałoby jak najsłodsza muzyka.

- Norbert... - Była pewna, że oboje patrzą na siebie ze smutkiem w oczach. - Nie ufam 

żadnemu z nas. Tak lepiej?

- Wiesz co? Najbardziej nie ufasz chyba sobie samej.
Norbert   nigdy   nie   był   w   Canterbury,   nigdy   nie   widział   przepięknej   katedry,   gdzie 

Thomas Beckett spotkał się ze swoim stwórcą, i do której dawniej pielgrzymowali ludzie z całej 
Anglii.   Po   drodze   Celie   powiedziała,   że   też   jedzie   tam   po   raz   pierwszy.   Ale   żadne   jej 

zapewnienie nie musiało być prawdą.

Norbert zostawił auto na płatnym parkingu, wrzucił do parkometru stosowną liczbę 

background image

monet,   po   czym   oboje   skręcili   w   lewo,   aby   dojść   do   centrum.   Współczesne   Canterbury 
odwiedzali pielgrzymi z całego świata, obwieszeni kamerami, aparatami fotograficznymi i z 

torbami pełnymi zakupów. Po wąskich uliczkach z czasów średniowiecza przelewały się tłumy 
hałaśliwych turystów.

- Masz ochotę obejrzeć katedrę, gdy załatwisz swoje sprawy?
- Bardzo chętnie. Zawsze chciałam ją zobaczyć.

- Ja też. - Przypuszczał, że tym razem Celie powiedziała prawdę.
Dwie przecznice dalej przystanęła przed wystawą sklepu z porcelaną, lecz chyba nawet 

jej nie zauważyła.

- Teraz cię zostawię - oznajmiła. - Muszę coś załatwić.

- Tak myślałem.
-   Możemy   spotkać   się   tutaj   o...   -   Podniosła   jego   rękę   i   spojrzała   na   zegarek.   -   O 

jedenastej?

- Zdążysz do tego czasu?

- Mam nadzieję.
- To do jedenastej. - Stwierdził, że Celie ma niepewną minę. - Nie zamierzam deptać ci 

po piętach. Idź.

- Dziękuję.

Dotrzymał obietnicy, wchodząc do pierwszego sklepu po przeciwnej stronie uliczki. I 

zaraz pożałował, że wcześniej nie spojrzał na szyld. Znalazł się bowiem w królestwie zabawek, 

a nie był w takim miejscu od śmierci Josha. Teraz nagle odżyły wspomnienia.

- Czym mogę służyć?

Bezradnie   pokręcił   głową,   zaskoczony   pytaniem   siwowłosej   ekspedientki,   która 

wyglądała raczej na babcię kupującą prezenty dla wnuków.

- Oszałamiający wybór, prawda? - dodała kobieta.
- Rzeczywiście.

- Szuka pan czegoś dla chłopca czy dziewczynki?
- Właściwie... niczego nie szukam.

- Och... rozumiem.
Niczego nie rozumiesz, pomyślał z goryczą, która nieoczekiwanie zalała go jak wielka 

fala.

- Miałem syna, ale on umarł. Od tego czasu nie byłem w sklepie z zabawkami - wypalił 

bez namysłu, czując nagłą potrzebę podzielenia się swoim bólem.

- Och, tak mi przykro. Przeżył pan prawdziwą tragedię.

background image

- On uwielbiał oglądać zabawki. Był...
- Tak? Jaki był?

Norbert  odwrócił   się,  aby   widzieć   twarz   kobiety.   Patrzyła   na   niego   z   autentycznym 

współczuciem   i  skrzyżowała   ręce,  jakby   zamierzała   cierpliwie   słuchać.   A  on,   nie   wiadomo 

dlaczego, postanowił się jej zwierzyć.

- Miał zespół Downa. Wie pani, co to takiego?

- O, tak.
- Był moim pasierbem i kiedy poznałem jego matkę, ona uważała, że jej synek wzbudzi 

moją niechęć. Ale ja natychmiast go pokochałem. On emanował słodyczą.

- Wiem, o czym pan mówi.

- Cieszyłem się nim tylko przez dwa lata.
- To był dobry okres w pańskim życiu?

- Wspaniały.
- Bardzo się cieszę.

- Parę dni temu spotkałem chłopca z zespołem Downa. - Norbert podszedł do półki, na 

której znajdowało się mnóstwo pluszowych misiów. Spojrzeniem wielkich, plastikowych oczu 

błagały o zabranie ich do domu. - Ten malec przypomniał mi o Joshu. Ma takie same jasne 
włosy, taki sam uśmiech. - Norbert sięgnął po zielono - fioletowego smoka, z rozanieloną miną 

szczerzącego wielkie zębiska. - Zauważyłem, że mały lubi fioletową barwę. Chyba spodobałby 
mu się ten smok. Josh byłby nim zachwycony.

- Więc powinien pan kupić mu tę zabawkę. Norbert trzymał smoka w obu rękach. Po 

śmierci Josha i Lynn stał się niemal odludkiem, głęboko pogrzebał swoją zdolność kochania. 

Dlaczego   więc   teraz   wydawało   mu   się,   że   ona   odżyła?   Jak   to   się   stało,   że   tak   czule   tulił 
Teddy'ego w ramionach? I że był w stanie opowiedzieć obcej osobie najsmutniejszą historię ze 

swego życia?

- Wezmę go. - Wepchnął smoka w dłonie serdecznie uśmiechniętej sprzedawczyni.

- Cieszę się.
Norbert też się ucieszył,  chociaż  wraz  ze zmartwychwstaniem dawno zapomnianych 

uczuć pojawił się także ból.

- To prawie jak prezent od pańskiego synka, prawda? - Kobieta włożyła zabawkę do 

kolorowej torby. - Bo gdyby tak bardzo pan go nie kochał, to nie kupowałby tego dla innego 
dziecka.

Celestine podeszła do stanowiska urzędnika bankowego, którego opisał jej Whit. Dwa 

razy zrezygnowała z załatwiania sprawy przez młodą kobietę, czekając, aż mężczyzna będzie 

background image

wolny. W końcu nadeszła jej kolej.

- Jestem Celestine St. Gervais - powiedziała, siadając na wskazanym jej krześle.

- Witam, panno St. Gervais. - Mężczyzna miał jakieś pięćdziesiąt kilka lat i bielutkie 

wąsy. Zdaniem Celie wyglądał jak dobroduszny Święty Mikołaj. A ona była tego roku bardzo 

grzeczna.

- Rozumiem, że pan Whit Sanderson z kancelarii prawniczej „Flinders, Billett & Crane”, 

z siedzibą w Wilmington, w stanie Północna Karolina, już się z panem skontaktował?

-   Oczywiście.   Przelaliśmy   pieniądze   na   pani   osobiste   konto.   Cała   suma   jest   do 

natychmiastowej dyspozycji.

- Dziękuję. - Celie z ulgą przymknęła powieki. - To wiele dla mnie znaczy. - Podpisała 

wymagane dokumenty i uścisnęła dłoń urzędnika.

- Proszę powiedzieć, ile pieniędzy życzy pani sobie dzisiaj pobrać, a ja zaraz załatwię 

polecenie wypłaty.

Trzymała w garści gotówkę, zanim się zorientowała, że z braku torebki musi wepchnąć 

banknoty do kieszeni. Ale teraz już mogła sobie kupić kilka rzeczy, choć nie powinna zanadto 
szastać pieniędzmi.

Wychodząc z banku, stwierdziła, że ma jeszcze pół godziny do spotkania z Norbertem, 

poszła więc po zakupy. Potrzebowała torebki, zegarka i pary wygodnych butów, ponieważ w 

tych,   w   których   szła   przez   las,   chwiał   się   obcas.   Z   kupowaniem   dodatkowej   garderoby   i 
bielizny   musiała   jeszcze   się   wstrzymać   -   zarówno   z   braku   czasu,   jak   i   konieczności 

podróżowania z niewielkim bagażem.

Znalazła sklep z galanterią i wybrała torebkę z imitacji skóry, wystarczającą dużą, aby 

służyła   za   niewielki   neseser.   Nabyła   też   tani,   okrągły   zegarek   z   metalową   bransoletką   i 
szmacianą  portmonetkę. Nigdzie nie trafiła  na porządne pantofle,  lecz zauważyła  warsztat 

szewca, który na poczekaniu umocnił obcas.

O jedenastej stwierdziła, że jest z siebie zadowolona.

Norbert już czekał w umówionym miejscu. Oparty o ścianę obserwował mijających go 

turystów z miną osobnika, który nie potrzebuje niczego ani nikogo.

Ale Celestine już wiedziała, że to nieprawdziwy wizerunek Norberta. W ciągu tych kilku 

dni   zdążyła   trochę   go   poznać,   chociaż   się   maskował.   Był   spokojnym,   ale   wrażliwym 

człowiekiem, nieskłonnym do wydawania pochopnych sądów. Cechowała go też siła i odwaga 
kogoś, kto umie wycisnąć, ile się da, nawet z niekorzystnej sytuacji. Działał konsekwentnie i 

skutecznie.

Celie bezwiednie westchnęła. Norbert pokonał Bobby'ego i pomógł jej w warunkach, 

background image

kiedy inni ludzie pewnie by ją zawiedli. Mimo ostrzeżeń Whita jakoś nie mogła uwierzyć, że 
Norbert tylko udaje, aby ją przechytrzyć. Ale z drugiej strony... już popełniła kilka poważnych 

błędów. Pomyliła się co do Bobby'ego i prawdopodobnie co do Dougiego Fergusona.

Ale   teraz,   patrząc   na   Norberta,   poczuła,   że   jej   serce   zabiło   szybciej.   Gdyby   znów 

zawiodła ją intuicja i Norbert okazałby się zdrajcą, to świat chyba już nigdy nie byłby taki sam, 
jak dotąd. Z całej duszy pragnęła, aby Norbert był dokładnie taki, za jakiego chciała go uważać. 

Dobry, serdeczny, godny zaufania.

Teraz wyprostował się, trochę obrócił, zauważył, że ona na niego patrzy i uśmiechnął 

się. Lubiła, gdy w jego oczach pojawiał się taki cudowny, ciepły blask. I przez chwilę miała 
ogromną, absurdalną ochotę paść w ramiona Norberta i pocałować go, na środku zabytkowej 

uliczki Canterbury.

- Załatwiłaś, co trzeba?

- Tak.
- To dobrze.

Nie spytał o nic więcej, ponieważ chyba już wiedział, że byłoby to stratą czasu, lecz 

Celestine   poczuła   niemal   rozczarowanie.   Chętnie   podzieliłaby   się   z   Norbertem   dobrymi 

wiadomościami. Tych złych mu nie szczędziła.

- Co robiłeś?

- Małe zakupy.
- Chyba maciupeńkie, bo nie masz żadnych pakunków.

- Zaniosłem je do samochodu.
-   Zwiedzimy   katedrę?   -   Celestine   cofnęła   się,   przepuszczając   grupę   rozkrzyczanych 

niemieckich turystów.

- Może najpierw wolisz iść na lunch?

- Nie, zjemy coś później.
Nie zaprotestowała,  gdy Norbert wziął  ją za rękę.  To wydawało się takie  oczywiste. 

Wolnym  krokiem   ruszyli   przed   siebie,   zatrzymując  się   czasami,   aby   obejrzeć  wystawy   lub 
spenetrować   malownicze   boczne   uliczki.   Celestine   usiłowała   sobie   przypomnieć,   kiedy 

ostatnio była na spacerze z mężczyzną. Ominęło ją tyle przyjemności, które jej rówieśniczki 
uważały  za  coś najnormalniejszego na świecie.  Myśląc o tym teraz,  doszła  do wniosku, że 

mimo   niebezpieczeństw   czyhających   na   nią   w   ciągu   kilku   ostatnich   lat,   mimo   strachu   i 
niepewności, w tym trudnym okresie swojego życia nauczyła się czegoś niezmiernie cennego. 

Poznała wartość każdej ulotnej chwili. I wiedziała, że nawet gdyby kiedyś mogła normalnie 
egzystować, to dostrzeże wokół siebie piękno we wszystkim. W każdym zachodzie słońca. W 

background image

każdym płatku róży i jej aromacie. W muśnięciu jedwabiu o nagą skórę.

Doceni bliskość takiego mężczyzny jak Norbert.

- Kupiłem prezent dla Teddy'ego.
- Naprawdę? Co?

- Smoka.
- Chyba nie prawdziwego? W takim miasteczku, jak Canterbury, żywe smoki pewnie są 

w cenie.

- Ten powinien przypaść małemu do gustu. Ponieważ to Norbert poruszył ten temat, 

więc uznała, że można go kontynuować.

-   Masz   wspaniałe   podejście   do   tego   chłopca.   Marian   mówiła,   że   będzie   chodził   do 

miejscowej   szkoły,   żeby   jak   najwięcej   przebywać   z   rodzicami.   To   doskonałe   rozwiązanie. 
Każde dziecko powinno czuć, że jest kochane. A takie, jak Teddy, musi być całkiem pewne ich 

miłości.

- Miałem kiedyś synka z zespołem Downa. Był moim pasierbem.

- Mówiłeś, że nie masz dzieci.
- On umarł.

Mocniej ścisnęła dłoń Norberta.
-   Już   zapomniałem   o   różnych   rzeczach   z   nim   związanych,   ale   Teddy   wszystko   mi 

przypomniał.   Josh   wszędzie   nosił   ze   sobą   swoją   ulubioną   zabawkę...   taką   małą   pluszową 
małpkę   imieniem   Dawg.   Zabierał   ją   nawet   do   wanny.   Znał   wszystkie   litery,   chociaż   miał 

niecałe   pięć   lat.   Moja   żona   pracowała   z   nim   codziennie   całymi   godzinami.   Czasem   po 
powrocie do domu zastawałem ich oboje niemal we łzach. Ale ona postanowiła nauczyć go 

czytać i pisać, znać się na godzinach... - Norbert umilkł na chwilę. - Na pewno wszystko by 
umiał.

- Co się stało?
- Wieczorem poszedł spać, a nazajutrz już się nie obudził.

- Tak mi przykro...
- Uhm. - Norbert westchnął. - Żałuję, że celowo tyle rzeczy o nim zapomniałem. Już nie 

pamiętam tytułu jego ulubionej bajki, koloru ścian w jego sypialni ani tego, co Josh chciał 
dostać na następne urodziny. Pewnie już nigdy sobie tego nie przypomnę.

- Nie zapomniałeś tego, co najważniejsze.
- Sam nie wiem...

- Moi rodzice zmarli, gdy byłam małą dziewczynką. Prawie ich nie pamiętam, ale nigdy 

nie   zapomnę   tego,   jak   bardzo   mnie   kochali.   Ta   świadomość   dodawała   mi   sił,   gdy 

background image

pokonywałam kolejne setki kilometrów.

- Najeździłaś się po świecie.

- Wiesz co? Cieszę się, że teraz nigdzie nie jadę.
- Spójrz tam. - Norbert ścisnął jej dłoń.

Celestine   podniosła   głowę   i   ujrzała   wspaniałą   bramę,   za   którą   było   widać   słynną 

katedrę.   Przez   długą   chwilę   oboje   milczeli,   podziwiając   niezwykłe   dzieło   średniowiecznej 

architektury.

- Patrząc na coś tak imponującego, łatwo uwierzyć, że człowiek może wszystko. Jeśli 

tylko bardzo tego pragnie - stwierdził Norbert. - Chyba musimy kupić bilety, żeby wejść do 
środka. Pójdę do...

Celestine nie zwróciła uwagi na to, że Norbert urwał w pół zdania.
- Tylko pomyśl o tych wielu wiekach historii - powiedziała, przepełniona podobnym 

podziwem, jaki zapewne czuli  dawni pielgrzymi. - Podobno część tych witraży jest równie 
stara, jak sama budowla...

Nagle Norbert mocno szarpnął ją za rękę.
- O co chodzi?

- Szybko! - Odwrócił się i pociągnął ją za sobą.
- Zaufaj mi!

Zaufała. Widocznie coś było nie tak i nie należało tracić ani chwili, więc posłusznie 

pomknęła   za   Norbertem.   On   zaś   bezceremonialnie   wepchnął   ją   do   najbliższego   sklepiku, 

zawadzając o regał z pamiątkami i niechcący szturchając dwie siwowłose matrony.

- Stańmy tam. - Ruchem głowy wskazał zasłonięty stojakami kąt pomieszczenia.

- Co się dzieje? - cicho spytała Celie, gdy znaleźli się za nimi. Norbert stał odwrócony 

plecami do drzwi, więc nie widziała ulicy.

- Co sądzisz o tym? - Norbert wziął do ręki komplet serwetek z wyhaftowanymi strofami 

wierszy Chaucera, poety z czternastego wieku. - Świetny prezent dla mojej matki, prawda?

- Masz matkę?
- Gdzieś mam.

Celie dopiero teraz się zorientowała, że on obserwuje drzwi sklepu, patrząc w lustro za 

jej plecami.

-   W   czym   problem?   -   spytała   przyciszonym   tonem,   a   Norbert   na   ułamek   sekundy 

odwrócił wzrok.

- Tam jest Bobby.
- O, Boże!

background image

- Co kupimy dla twojej rodziny? - spytał głośniej.
- Zabójcę.

Norbert znów szybko na nią zerknął, nie ulegało wątpliwości, że dobrze ją zrozumiał.
- Gdzie go widzisz? - szepnęła.

- Wraca z codziennej modlitwy w katedrze. Celestine przymknęła powieki. Chyba już 

nigdy nie będzie bezpieczna. Ani wolna. Nawet dom boży nie mógł dać schronienia przed tymi, 

którzy pragnęli jej śmierci.

- Jak za mną trafił?

- Opuść głowę, Celie. On właśnie mija sklep.
Stała   całkiem   bez   ruchu,   jak   zahipnotyzowana,   zaś   Norbert   znów   zaczął   paplać   o 

prezentach dla jej nieistniejącej rodziny. A gdy nagle przestał porównywać walory serwetek z 
zaletami porcelanowych Big Benów, domyśliła się, że bezpośrednie zagrożenie zniknęło.

- Musimy założyć, że Bobby jakoś nas namierzył i albo on, albo jakiś jego wspólnik ma 

teraz na oku parking - stwierdził Norbert. - Nie możemy sami iść po samochód. Ktoś musi to 

zrobić za nas.

- Ale kto?

- W pubie na pewno znajdzie się chętny, który za stosowną opłatą przyprowadzi nam 

auto   pod   wskazany   adres.   Tam,   gdzie   Bobby   pewnie   nie   będzie   nas   szukał.   Na   jakieś 

spokojnej,   willowej   uliczce.   Wskoczymy   do   samochodu   i   błyskawicznie   znikniemy   z 
Canterbury.

- Jakim cudem nas znalazł?
- Może ty mi wyjaśnisz, po co tu przyjechałaś, zanim sam się tego dowiem.

- Moje sprawy na pewno nie mogą mieć z tym nic wspólnego.
- Ale Bobby za tobą trafił do Canterbury. Zjawił się tu właśnie dziś. Pomyśl o tym, Celie.

- Nie. Wiem, że to nie może być to!
-   A   więc   Bobby   -  atleta   to   po   prostu   szalenie   religijny   osobnik,   który   przybył   tu   z 

pielgrzymką. Które wyjaśnienie uważasz za sensowniejsze?

background image

ROZDZIAŁ DZIESIĄTY

-   Obecnie   moje   życie   też   jest   w   niebezpieczeństwie,   więc   powinnaś   powiedzieć   mi 

wszystko. - Norbert spojrzał na Celie. Nadal myślał o niej właśnie tak, chociaż już znał jej 
prawdziwe imię. Siedziała skulona na przednim siedzeniu, włosy zasłaniały połowę jej twarzy, 

lecz on i tak wiedział, jakie uczucia się na niej malują. Celie była przerażona. Zdesperowana. 
Zraniona.

- Okazałeś mi dużo dobroci - powiedziała, nie patrząc na niego. - Ale nie mam wobec 

ciebie żadnych zobowiązań. Nie prosiłam cię o pomoc.

- Poniekąd tak. Prosiłaś, żebym nie zabierał cię do szpitala. Może powinienem był tam 

cię zawieźć i teraz nie miałbym na karku tych problemów - palnął bez namysłu i zaraz tego 

pożałował. Ale był zły, ponieważ Celie nadal nie chciała puścić pary z ust.

- Po powrocie do domku spakuję się i zaraz odejdę. Na pewno zdołam jakoś dotrzeć z 

Trillingden do Londynu.

-   Nie.   -   Jego   ciężkie   westchnienie   dobrze   wyrażało   głębię   dręczącej   go   frustracji.   - 

Przepraszam.

- Nie masz za co.

- Zazwyczaj nie bywam okrutny.
- Zazwyczaj nie uciekasz.

- Chciałbym wiedzieć, dlaczego teraz to robię. Musisz więc powiedzieć mi prawdę.
- Tak sądzisz? Niby dlaczego miałabym ci ufać? Tylko troje ludzi znało moje dzisiejsze 

plany. Jesteś jednym z tej trójki.

- To ja zauważyłem Bobby'ego. - Norbert zacisnął dłonie na kierownicy.

- Owszem i to właśnie ty mogłeś spotkać się z nim, gdy załatwiałam swoje sprawy. 

Mogłeś go na mnie napuścić. Albo zmyśliłeś, że on tam jest. Ja go nie widziałam!

- A więc dobrze. - Norbert ledwie zdołał to powiedzieć i zaraz zacisnął wargi, żeby nie 

palnąć głupstwa, które później by sobie wyrzucał.

Jechali w milczeniu aż do najbliższej wioski. Tam Norbert zignorował objazd, dojechał 

wąskimi uliczkami do centrum miejscowości i zatrzymał auto przed ceglanym budynkiem, w 

którym mieścił się sklep spożywczy i poczta.

- Jeszcze wcześnie. Na pewno złapiesz jakiś środek komunikacji. Zakładam, że zdobyłaś 

pieniądze, ponieważ masz nową torebkę. Sugeruję więc, żebyś postarała się znów zniknąć. 
Najlepiej zmień autobusy kilkakrotnie, abym nie wpadł na twój ślad, ponieważ oczywiście 

będę próbował cię tropić. Od dawna usiłuję cię zamordować, chociaż nic złego ci się nie stało, 

background image

od kiedy jesteś ze mną. - Skończył perorować i dopiero wtedy spojrzał na Celie. Bezgłośnie 
płakała.

Przymknął powieki i oparł głowę o fotel. Wnętrze samochodu cuchnęło tak, jak facet, 

który przyprowadził go z parkingu - papierosami, potem i zachłannością.

- Rozumiem, że nie wiesz, komu ufać,  ale już nie jestem w stanie znieść tej twojej 

permanentnej podejrzliwości, Celie. Albo mi zaufasz, albo się rozstaniemy.

Naprawdę   oczekiwał,   że   ona   wysiądzie.   Na   jej   miejscu   może   by   tak   uczynił.   Ale 

drzwiczki nie szczęknęły.

- Przepraszam. - Łzy zmiękczyły jej głos.
-   Nie   współpracuję   z   Bobbym.   Pierwszy   raz   w   życiu   zobaczyłem   go   w   tamtym 

londyńskim zaułku.

- Wierzę ci.

- A dzisiaj naprawdę był przed katedrą.
- Nie pojmuję, jak za mną trafił.

Norbert otworzył oczy i odwrócił się twarzą do Celie.
- Nie zdołam pomóc ci rozwikłać tej zagadki, jeśli mi nie powiesz, po co tu przyjechałaś. 

Wspomniałaś   o  trzech  osobach,  które  wiedziały   o  tym,  że będziesz  w Canterbury.  Kim  są 
pozostałe dwie?

- Muszę to przemyśleć.
- Żeby zdecydować, co mi powiesz?

-   Tak.   -   Wyjęła   z   kieszeni   chusteczkę   higieniczną.   -   Jeśli   tego   nie   akceptujesz,   to 

wysiądę.

Przez chwilę ważył w myśli te słowa. Tym razem Celie przynajmniej była szczera. Co za 

odmiana.

- Zgoda.
- Dziękuję.

- Wracajmy do domu.
- A jeśli on nas tam namierzył?

- Gdyby znał nasz adres, nie szukałby nas w Canterbury.
- Skoro trafił tam, to trafi i do domu.

Norbert   zapalił   silnik   i   włączył   się   do   ulicznego   ruchu.   Nie   mógł   w   żaden   sposób 

uspokoić Celie, ponieważ prawdopodobnie miała rację. I oboje o tym wiedzieli.

Celestine ostrożnie zeszła nad brzeg strumienia, pomagając sobie prawą ręką, chociaż 

bark nadal pobolewał. Minie sporo czasu, zanim ramię odzyska pełną sprawność.

background image

Norbert pracował w swoim pokoju, ale uprzedziła go, dokąd idzie, żeby się nie martwił. 

Czuła się tutaj tak samo bezpieczna, jak gdzie indziej. Nawet gdyby Bobby wytropił ich w 

Trillingden, to w tym miejscu szybko by jej nie znalazł.

Słońce   chyliło   się   ku  zachodowi   i  niebo   już  nabrało   koralowego   odcienia.   Celestine 

pomyślała o zachodach w posiadłości Haven House. Rodzice uczynili rytuał z ich oglądania i 
niezależnie od pogody lub innych zajęć codziennie przychodzili z drinkami na wielki taras, aby 

obserwować  niknący  za  horyzontem złocisty   krąg.   Ona  zaś  towarzyszyła   im, popijając  sok 
jabłkowy   doprawiony   wodą   sodową   i   ozdobiony   największą   wisienką,   jaką   tylko   zdołała 

znaleźć w słoiku. Ojciec często powtarzał, że Bóg był dla nich wyjątkowo łaskawy, powinni 
więc podziwiać wszystkie jego piękne dzieła.

Właśnie o tej porze dnia Celestine zawsze czuła się najbliżej ojca i matki. Gdziekolwiek 

przebywała, nadal starała się znaleźć takie miejsce, gdzie mogła być sama i wspominać.

Ostatnio rzadko miała po temu okazję, ponieważ wciąż się przeprowadzała, nikomu nie 

ufając. I gdzieś po drodze stała się kimś innym, osobą, której sama nie poznawała. Niewiele 

było   w  niej  tamtej   młodej   kobiety,   która   zakochała   się  w  Stephenie   Montgomerym,   która 
wierzyła   w   istnienie   miłości   na   tym   świecie,   chociaż   doświadczyła   na   nim   tyle   zła.   Która 

jeszcze wierzyła w przyszłość.

Cztery lata bezustannego uciekania zmieniło tamtą niewinną dziewczynę w kogoś, kto 

już nie umie zaufać mężczyźnie, który dwukrotnie stanął między nią a jej zabójcą.

Zresztą... może chodziło o coś zupełnie innego. Może obawiała się, że ten mężczyzna ze 

swoim cynicznym uśmieszkiem i uważnym, często smutnym spojrzeniem orzechowych oczu 
sprawi, że ona rozpaczliwie zapragnie tego wszystkiego, czego nie wolno jej mieć... i wtedy 

zapomni o konieczności uciekania. A za to oboje zapłaciliby wysoką cenę.

- Pięknie, prawda?

Błyskawicznie się odwróciła i ujrzała stojącego na skarpie Norberta. Nie słyszała jego 

kroków i gdyby to był Bobby, to pewnie już leżałaby martwa.

- Wybacz. Usiłowałem hałasować, ile wlezie.
- Zejdź tu i usiądź przy mnie - zaproponowała, podziwiając jego sylwetkę w dżinsach i 

wiśniowym   swetrze   oraz   wyraziste   rysy   twarzy   oświetlonej   padającymi   niemal   poziomo 
promieniami słońca.

- Mogę? Przed chwilą wyglądałaś tak spokojnie.
- Ty chyba nie zburzysz mojego spokoju?

- Tego nie wiem.
- Przekonajmy się.

background image

Zszedł na dół i zajął miejsce tuż obok, lecz nie na tyle blisko, aby jej dotykać. Celestine 

spodobał się zarys jego muskularnych ud, który dostrzegła, gdy Norbert wyprostował nogi, 

oraz   niecierpliwy   ruch,   jakim   podciągnął   rękawy.   Jego   przedramiona   pokrywało   ciemne, 
delikatne   owłosienie,   zaś   dłonie   były   duże   i   kształtne.   Widziała,   jak   tymi   rękami   chwytał 

Bobby'ego, jak walczył  z nim o jej życie, a jednak z uporem starała  się o tym zapomnieć. 
Dlaczego? Ponieważ się bała. Ponieważ zawsze musiała kierować się tylko strachem, niczym 

więcej.

- Obiad prawie gotowy - oznajmił Norbert.

- Może chwilę poczekać?
- Na pewno.

W jego głosie tym razem nie było ciepła. Znali się od niedawna, lecz Norbert ostatnio 

próbował trochę się do niej zbliżyć. Pomyślała o tym, co dziś powiedział jej o swoim synku, i 

zaczęło dławić ją w gardle. Norbert także wiele przeszedł. Przypuszczalnie dlatego traktował 
świat z dystansem, zadowalając się rolą obojętnego obserwatora, który stoi z boku i sam nie 

bierze udziału w tym, co widzi. Ale przypadkiem wkroczył w jej życie i wtedy bez wahania 
zadziałał odważnie, okazał jej przy tym wiele serca.

Celestine podjęła decyzję. Było to zdumiewająco łatwe. Norbert zasługiwał na to, aby 

poznać powody jej prześladowania. Musiała mu powiedzieć. Zaufać mu. Bo gdyby nie zaufała 

właśnie   temu   mężczyźnie,   to   nie   mogłaby   już   nigdy   zawierzyć   nikomu.   A   wówczas   życie 
straciłoby sens.

- Chciałeś wiedzieć o mnie trochę więcej - zagaiła.
- Pytałem, po co pojechałaś do Canterbury.

- Nie byłam z tobą całkiem szczera.
- Jesteś mistrzynią w używaniu niedomówień.

- Masz rację. W ogóle nie byłam z tobą szczera.
- To dla mnie żadna nowina.

- Znam osoby, które usiłują mnie zabić.
- Ale nie powiesz mi, kim są, żeby nie narazić mnie na niebezpieczeństwo.

- Mogę opowiedzieć ci pewną historię?
- Zamieniam się w słuch. I nigdzie się nie wybieram. Zrozumiała, co sugerował. Mogła 

zebrać myśli, mówić w dowolnym tempie, ponieważ on zamierzał cierpliwie słuchać. Tak, jak 
cierpliwie pomagał jej od samego początku. I pomimo jej zachowania wciąż pozostawał u jej 

boku.

- W dzieciństwie byłam bardzo mocno związana z moimi rodzicami - powiedziała, nadal 

background image

patrząc przed siebie i podziwiając zachód słońca. - Oni chyba mnie rozpieszczali, ponieważ 
moja mama nie mogła mieć więcej dzieci. Z wyglądu bardzo ją przypominam, ale poruszam się 

jak mój ojciec. Podobno mam identyczny chód, stawiam nogi jak ktoś pragnący szybko dotrzeć 
do celu. Może właśnie na to zwróciłeś uwagę, gdy mnie pierwszy raz zobaczyłeś.

- Podejrzewam, że w twoim wykonaniu ten chód ma więcej uroku.
- Straciłam ich oboje, mając prawie dziewięć lat.  Mieszkaliśmy nad wodą i oni byli 

doskonałymi żeglarzami. Lubili wyzwania, ale zawsze uważali, natomiast pływając po morzu, 
czasem trochę ryzykowali. Tamtego dnia, gdy zginęli, nagle rozszalała się burza, a oni podjęli o 

jedno ryzyko za dużo.

Norbert wziął  ją  za  rękę.  Tak  zwyczajnie,  od niechcenia.  Jak  dobry przyjaciel.  Lecz 

Celestine   zareagowała   na   to   inaczej,   niż   na   przyjacielski   dotyk.   I   nie   po   raz   pierwszy 
wyobraziła sobie dłonie Norberta na jej bardziej intymnych częściach ciała.

- Mów dalej.
Przez chwilę przesiewała w pamięci okruchy swojego życia.

-   Większość   sierot   zamieszkuje   u   najbliższych   krewnych.   Ale   moja   ciotka   i   wuj 

sprowadzili się do mnie. Moi rodzice byli bogaci. Ojciec dostał w spadku całą posiadłość po 

swoim ojcu, ponieważ dziadek przed śmiercią wydziedziczył moją ciotkę. Nie znosił jej męża, a 
ona wielokrotnie zniesławiła naszą rodzinę. Dlatego nic jej nie zapisał, tylko udzielił kilku rad.

- Które zapewne wzięła sobie do serca.
- Bynajmniej. Była rozjuszona brakiem spadku i żądała, aby mój ojciec podzielił się z 

nią   tym,  co  otrzymał.   On  zaś  chyba  doskonale  wiedział,  że   ona   i  tak   wszystko  roztrwoni. 
Obiecał więc zawsze o nią dbać, ale zachował kontrolę nad całym majątkiem.

- I właśnie ta ciotka wzięła cię pod opiekę?
- Cóż, była jedyną bliską krewną.  Zgodnie z testamentem mojego ojca ustanowiono 

fundusz   powierniczy,   z   którego   można   było   pobierać   tylko   kwoty   potrzebne   na   życie   i 
utrzymanie... - Urwała, nie chcąc ujawnić żadnych nazw. - Posiadłości - dokończyła. - Całością 

zarządzali   prawnicy,   którzy   mieli   podejmować   wszelkie   decyzje,   dopóki   nie   osiągnę 
określonego wieku.

- Twój ojciec postąpił bardzo rozsądnie.
- Owszem, w interesie naszej posiadłości. Ale nie moim. Gdy ciotka i wuj zamieszkali ze 

mną, moje życie zmieniło się w piekło.

Norbert współczująco ścisnął jej dłoń, a Celestine przez chwilę milczała.

- To właśnie oni... oboje chcą mojej śmierci - powiedziała w końcu, gdy już zdołała 

wydobyć głos. - Nie wiem, kiedy zrozumieli, że pozbywając się mnie, mogą wejść w posiadanie 

background image

całego majątku. Ojciec obawiał się, że gdyby coś mi się stało, zanim zacznę zarządzać naszymi 
dobrami, gros majątku zjedzą podatki oraz honoraria prawników. Dlatego rozporządził, że 

gdybym   zmarła   przed   ustanowionym   terminem,   fundusz   powierniczy   przechodzi   na   moją 
ciotkę. Tata nie przepadał za swoim szwagrem, lecz chyba w głębi duszy kochał siostrę. I nie 

chciał, żeby została bez niczego. Po pewnym czasie wuj i ciotka doszli do wniosku, że jestem 
dla nich przeszkodą, którą należy usunąć...

- Sądzisz, że to oni cię prześladują?
- Z całą pewnością stoją za każdym dotychczasowym zamachem na moje życie.

- Jakie masz dowody?
-   Oprócz   motywu?   Oprócz   tego,   że   przez   długie   lata   usiłowali   zniszczyć   mnie 

psychicznie? - Ostatnie słowa powiedziała podniesionym głosem i zacisnęła wargi.

- To przekonująca motywacja.

- To jedyna motywacja.
- Celie... - Norbert przysunął się i otoczył ją ramieniem, przytulając jej dłoń do swojej 

piersi. - A informacja o śmierci twojego kochanka... to było kłamstwo?

- Nie.

- Więc... co się wydarzyło?
Celestine   z   trudem   przełknęła   ślinę,   w   myślach   powracając   do   tamtych   bolesnych 

przeżyć. Znów odezwał się zadawniony ból. I gniew, który zżerał jej duszę od dnia pogrzebu 
rodziców.

- Pierwszy   raz  próbowano  mnie zabić,   gdy byłam  na  studiach.  Zdołałam   przekonać 

prawników zajmujących się moimi sprawami, że powinnam wyjechać z... Południa. Pragnęłam 

znaleźć  się  jak   najdalej   od  ciotki  i  wuja.   Do  college'u   w Nowej  Anglii  wybierała   się  moja 
najlepsza szkolna przyjaciółka, więc postanowiłam zamieszkać z nią w akademiku. Wujostwo 

oczywiście się sprzeciwili, lecz nie oni ponosili koszty, więc postawiłam na swoim. Wyjechałam 
i   po   raz   pierwszy   od   śmierci   rodziców   byłam   naprawdę   szczęśliwa.   Zdecydowałam   się 

studiować aktorstwo. To cię dziwi?

- Ani trochę.

- Uczyłam się też języków. Zawsze miałam do nich talent. Obecnie mówię biegle po 

francusku i niemiecku, a mój węgierski też jest całkiem niezły...

- Węgierski?
-   W   ciągu   minionych   czterech   lat   mieszkałam   również   w   Budapeszcie.   Jako   Elena 

Kovacs. W drugim pokoleniu Amerykanka, szukająca swoich korzeni.

Norbert odgarnął  z   jej czoła   kosmyk  włosów.  Zrobił   to  delikatnie,   ale  teraz   nic nie 

background image

mogło podziałać na nią kojąco. Chciała wreszcie wyrzucić z siebie wszystko, aby mieć to za 
sobą.

- Co stało się w college'u?
- Na ostatnim roku wracałam kiedyś z zajęć późno wieczorem. Było już ciemno, ale na 

terenie campusu wszyscy się znaliśmy, więc nawet nie myśleliśmy o jakichś zagrożeniach. 
Moja   przyjaciółka   czekała   na   mnie   w   pokoju,   bo   zamierzałyśmy   razem   skoczyć   na   pizzę. 

Spieszyłam się i pobiegłam na skróty między dwoma budynkami. W pewnej chwili usłyszałam 
za sobą odgłos kroków, ktoś chwycił mnie za kołnierz i przewrócił. Leżałam twarzą do dołu, 

więc nic nie widziałam.

-   Chcesz   o   tym   mówić?   -   Norbert   obrócił   jej   twarz   do   siebie   i   leciutko   pogłaskał 

jedwabisty policzek.

- Tak. - Skinęła głową. - Napastnik chwycił mnie za gardło i zaczął dusić. Nawet nie 

zdążyłam wrzasnąć.

- Ktoś musiał przyjść ci z pomocą?

- Profesor biologii zauważył nas przez okno. Najpierw uznał, że uprawiamy seks, ale 

potem  postanowił   sprawdzić,   czy  się   nie  pomylił.   Gdy  nadbiegł,   tamten   facet  uciekł.   A  ja 

zostałam ze spuchniętą tchawicą i siniakami na całej szyi.

- Dlaczego uznałaś, że nie chodziło o przypadkowy napad?

- Najpierw niczego nie podejrzewałam. Ale potem pojawiły się wątpliwości. Ten ktoś nie 

próbował mnie zgwałcić. Ani okraść.

- Może zabrakło mu czasu?
- Właśnie to stwierdziła policja. Ale jeden z funkcjonariuszy, starszy pan z wieloletnim 

doświadczeniem, wziął mnie na bok i spytał, czy ktoś mógłby zyskać na mojej śmierci. Aż do 
tej pory nawet nie przyszło mi do głowy, że wujostwo chcieliby się mnie pozbyć. Ale potem 

zaczęłam się nad tym zastanawiać. Nazajutrz zjawili się oboje, żeby zabrać mnie do domu. 
Zanim   zdążyłam   się   obejrzeć,   wypisali   mnie   ze   studiów.   Moja   przyjaciółka   usiłowała   ich 

powstrzymać. Znała ich jak zły szeląg i wiedziała, do czego są zdolni, ale nic nie wskórała. 
Ciotka i wuj stwierdzili, że potrzebuję pomocy, aby stanąć na nogi po urazie psychicznym. Że 

przyda mi się odpoczynek na łonie rodziny. - Celestine zaśmiała się z goryczą.

- Rozumiem, że raczej ci nie pomogli.

-   Byłam   młoda   i   przerażona,   a   oni   mi   wmawiali,   że   jestem   niezrównoważona 

emocjonalnie i brak mi rozsądku. Ich zdaniem okazałam się idiotką, idąc sama przez ciemny 

campus. Sugerowali nawet, że pewnie nikt mnie nie napadł, tylko kochałam się z gwałtownym 
chłopakiem...

background image

Zamknęła oczy i oparła głowę o bark Norberta. W ten sposób było łatwiej jeszcze raz 

przeżyć tamten koszmar.

- Nie pozwalali mi stanąć na nogi. Wysłali mnie do psychiatry, który uznał, że wykazuję 

skłonność   do   urojeń.   W   końcu   zaczęłam   się   bać,   że   to   prawda.   Że   rzeczywiście   jestem 

wariatką. Lecz nadszedł taki dzień, kiedy zaczęłam obawiać się ich, a nie siebie...

- Jak sobie poradziłaś?

- Postanowiłam zapoznać się ze szczegółami testamentu moich rodziców. Musiałam się 

przekonać,   czy   wuj   i   ciotka   mieliby   po   co   mnie   zabić.   Poszłam   więc   do   adwokatów 

prowadzących nasze sprawy. Tak się złożyło, że prawnik, z którym się umówiłam, niestety 
zachorował. Przyjął mnie jego młody asystent. Byłam taka roztrzęsiona, że nie wiadomo kiedy 

opowiedziałam   mu   całą   swoją   historię,   nie   ukrywając   podejrzeń   wobec   wujostwa. 
Powiedziałam też o obawach związanych z moim stanem psychicznym, o napadzie i sugestii 

tamtego  policjanta.   Gdy  skończyłam,   byłam   niemal   pewna,   że   adwokat   wezwie   facetów   w 
białych kitlach. Ale on wyjął z sejfu testament i dokładnie mi wyjaśnił, dlaczego jest możliwe, 

że wujostwo pragną mojej śmierci.

- Usiłował mi pomóc i... i po pewnym czasie... zakochaliśmy się w sobie. Okazało się, że 

wuj usiłował umieścić mnie w prywatnym zakładzie psychiatrycznym. Mój lekarz zamierzał 
poprzeć ten wniosek. Wtedy mój przyjaciel...

- Jakoś się nazywał?
- Stephen. Na razie tylko tyle, dobrze? - powiedziała po krótkim namyśle, a Norbert na 

moment zacisnął usta.

- I co dalej?

- Stepehen poruszył niebo i ziemię, żeby powstrzymać moją rodzinę. Starsi wspólnicy z 

jego kancelarii nie wierzyli w moją historię. Ciotka i wuj uchodzili za szanowanych obywateli i 

mieli po swojej stronie psychiatrę. Natomiast ja byłam młoda i prawie oszalała ze strachu, 
więc istotnie mogło się wydawać, że trzeba mnie leczyć.

Celestine umilkła. Nie zostało wiele do opowiadania, ale te wspomnienia były najgorsze. 

Wiedziała, że dziś znów - podobnie, jak wiele razy przedtem - przyśni się jej śmierć Stephena.

- Stepehen zginął tego dnia, gdy formalnie wystąpił o nakaz sądowy pozbawiający moją 

rodzinę prawa do zamknięcia mnie w zakładzie psychiatrycznym. W budynku, gdzie mieszkał, 

było sporo włamań. Łupem padały sprzęt audiowizualny, biżuteria... Policja stwierdziła, że 
Stepehen   prawdopodobnie   zaskoczył   włamywacza.   Ale   mnie   ta   wersja   nie   przekonała.   Z 

mieszkania Stephena niczego nie zabrano, nadal miał przy sobie zegarek i portfel. A zginął od 
jednej kuli.

background image

- Mówiłaś, że byłaś świadkiem morderstwa.
- Zmarł na moich rękach, ale zabójca zdążył uciec. Tego wieczoru umówiłam się ze 

Stepehenem,   ale   coś   mi   wypadło,   więc   zadzwoniłam   i   uprzedziłam,   że   się   spóźnię.   Gdy 
przyszłam, drzwi były otwarte na oścież, a w korytarzu zaczęli zbierać się ludzie. Weszłam i 

stwierdziłam,   że   Stephen   jeszcze   żyje.   Zobaczył   mnie   i   usiłował   coś   wyszeptać.   Uklękłam, 
położyłam jego głowę na kolanach i wtedy znów się odezwał. Po czym umarł.

- Co powiedział? - Norbert objął ją mocniej.
- Tylko jedno słowo: „Uciekaj”. Kazał mi uciekać. Na pewno to oni go zabili, moja ciotka 

i wuj. Oczywiście sami nie pociągnęli za spust, ale są za to odpowiedzialni.

- Ale dlaczego zabili jego? Dlaczego nie ciebie?

- Co do tego nie mam pewności. Może zamierzali mnie zgładzić, ale się nie zjawiłam, 

albo postanowili trochę poczekać, żeby moja śmierć nie wzbudziła podejrzeń. Nie wątpię, że 

gdyby zdołali umieścić mnie w zakładzie psychiatrycznym, to żywa nigdy bym go nie opuściła. 
Ale Stephen stanął im na drodze. Dopóki żył, nie zdołaliby nic mi zrobić. On jeden mi wierzył i 

postarałby się ujawnić ich machinacje.

- Kto obecnie ci pomaga?

- Stephen powiedział mi kiedyś, że gdyby coś mu się stało, to mam zwrócić się do jego 

najlepszego   przyjaciela,   również   zatrudnionego   w   tej   kancelarii.   To   właśnie   przyjaciel 

Stephena pomógł mi uciec i od tego czasu mnie wspiera. Ma dostęp do małej części mojego 
majątku,   ponieważ   zajmuje   się   niektórymi   inwestycjami.   Czasami   trochę   żongluje   tymi 

pieniędzmi, żeby dyskretnie przekazać mi drobne sumy. Byłby zawodowo skończony, gdyby 
ktoś to odkrył.

- On przysłał ci pieniądze?
- Tak.

- Więc orientuje się, gdzie przebywasz?
- To nie on, Norbert. Na pewno nie.

- Kto jeszcze wiedział, że będziesz w Canterbury?
- Urzędnik bankowy. Całkiem mi obcy.

- Rozumiem. - Norbert wyraźnie się zasępił.
-   Podejrzewasz   niewłaściwego   człowieka.   -   Celestine   bez   trudu   domyśliła   się,   co 

Norbertowi chodzi po głowie. - Przyjaciel Stephena nigdy by mnie nie zdradził.

- Nawet najlepszy przyjaciel może okazać się przekupny.

- On od dawna usiłuje zapewnić mi bezpieczeństwo. Robi wszystko, co w jego mocy.
- Czyli zna trasy twoich podróży?

background image

- Nie, ale w razie konieczności dzwonię do niego. Czasem na moją prośbę przekazuje 

paru osobom wiadomość, że jestem cała i zdrowa. Gdyby nie on, nie miałabym nikogo...

- Celie, tylko pomyśl. Dzwonisz do niego. On może cię namierzyć.
- Nigdy nie rozmawiam z nim na tyle długo.

- Więc jednak nie ufasz mu w stu procentach?
- Przeżyłam jeszcze kilka innych zamachów na moje życie. Jakiś rok temu zauważyłam, 

że śledzi mnie mężczyzna. Lub tak mi się zdawało. Usiłowałam nie panikować, wmawiałam 
sobie,   że   nikt   nie   mógł   mnie   znaleźć.   Ale   tamtego   wieczora   omal   nie   przejechał   mnie 

samochód. Były też inne incydenty. Może przypadkowe, ale kto wie...

- Celie...

-   Nie   widzisz,   jak   wygląda   moje   życie?   -   Nie   zamierzała   się   rozpłakać.   Norbert 

wystarczająco napatrzył się na jej łzy. Nikt nie widział jej szlochającej tyle razy, co on. Ale w jej 

głosie zabrzmiała rozpacz człowieka, który pragnie, aby go zrozumiano.

- To istny koszmar. Nie mam pojęcia, jak przetrwałaś do tej pory.

Jego orzechowe oczy w blasku słonecznej poświaty stały się niemal złociste, a Celestine 

wyczytała z nich, że Norbert jej wierzy. Słuchał jej, lecz nie osądzał. I był zły, że los zgotował jej 

życie uciekinierki.

Odczuła taką przemożną ulgę, że przez chwilę nie była w stanie mówić. Dopiero w tej 

chwili   pojęła,   co   w   dużym   stopniu   powstrzymywało   ją   od   opowiedzenia   Norbertowi 
wszystkiego.   Obawiała   się,   że   on   nie   da   wiary   tej   opowieści.   Rzeczywiście   brzmiała   ona 

miejscami nieprawdopodobnie. I niełatwo było się nią podzielić.

- Jakoś dałam sobie radę. - Niewiele myśląc, wsunęła palce w jego włosy. - I zamierzam 

nadal się trzymać. A także znaleźć sposób, żeby kiedyś znów normalnie żyć... tak naprawdę 
żyć.

Norbert  przygarnął   ją  do  siebie.  Widziała  w jego spojrzeniu  te  same wątpliwości,  z 

którymi ona też się zmagała. Patrzyli na siebie w milczeniu i każde z nich obawiało się uczynić 

pierwszy krok.

-   A  gdyby   mi   się   nie   udało...   gdybym   nie   przeżyła   najbliższych   dni   czy   tygodni,   to 

chciałabym mieć świadomość, że przed śmiercią bez reszty zaufałam chociaż jednej osobie.

- Nie musisz mówić nic więcej. Nie jesteś mi nic winna, Celie.

-   Jestem   to   winna   sobie.   -   Lubiła   cyniczne   wygięcie   jego   ust,   lecz   jeszcze   bardziej 

spodobało się jej to, jak zmiękły, dotknięte jej wargami.

Pocałunek   podziałał   na   niego   jak   płomień   zapałki   na   las   w   okresie   suszy.   Norbert 

chwycił Celie w talii, jakby chciał ją odsunąć, ale tego nie zrobił. Nie mógł zrobić, ponieważ 

background image

nagle ogarnęło go pragnienie, które wzięło nad nim górę. Przytulił Celie do siebie, aż poczuł na 
torsie miękki ucisk jej piersi.

Celestine od tak dawna tłumiła wszelkie emocje, że nieoczekiwany przypływ ciepła i 

nadziei   podziałał   na   nią   oszałamiająco.   Od   śmierci   Stephena   aż   do   tej   chwili   nigdy   nie 

pozwoliła sobie na przeżywanie takiej rozkoszy, ani na moment nie zapomniała o niezbędnej 
ostrożności. Ale teraz znalazła się we władaniu zmysłów. Poczuła muśnięcia języka Norberta i 

marzyła tylko o tym, aby mu się oddać, aby te godziny, które jeszcze im pozostały, okazały się 
cudowną magią.

- Celie... - Norbert trochę się odsunął, lecz jego dłonie nadal niespokojnie błądziły po jej 

biodrach. - To nie najlepszy pomysł. Jesteś rozstrojona - argumentował, lecz mimo to ogarnął 

jej usta swoimi, ona zaś jęknęła, gdy znów podniósł głowę.

- Nie chcę myśleć, Norbercie. Nieważne, jaki to pomysł... dobry czy zły...

- Ja oceniam to inaczej.
- Przecież o nic cię nie proszę. Już nic więcej nie możesz dla mnie uczynić.

Tym razem Norbert jednak opuścił ręce, gwałtownie wstał i cofnął się o krok.
-   Mógłbym   pomóc   ci   jeszcze   bardziej...   gdybyś   tylko   podała   mi   swoje   prawdziwe 

nazwisko i miejsce opisanych wydarzeń.

- Nie. Już jeden mężczyzna zginął tylko dlatego, że mi pomagał. Nie narażę cię na takie 

niebezpieczeństwo.

- Czy to oznacza, że zamierzasz znów odejść? Nie odpowiedziała.

-   Więc   czego   ode   mnie   oczekujesz?   Przygody   na   jedną   noc?   Miłej   przerwy   w   tym 

nieustającym horrorze, jakim stało się twoje życie?

- Czego oczekuję? Wspomnienia. Jednego dobrego wspomnienia...
Potrząsnął głową, jakby dostał w twarz. Następnie bez jednego słowa pognał w kierunku 

domu.

- Norbert! - Ruszyła za nim, ale nie zdołała go dogonić. Gdy wbiegła do domu, Norberta 

tam nie było. Zajrzała do kuchni i oniemiała z wrażenia. Na stole leżały dwa nakrycia, stały 
jeszcze nie zapalone świece, a obok nich - urodzinowy tort. Zaś po tej stronie, gdzie zazwyczaj 

siedziała ona, leżał stos pięknie opakowanych prezentów.

- Norbert! - Celestine zauważyła, że frontowe drzwi są lekko uchylone. Otworzyła je 

szerzej i wyjrzała na zewnątrz, gdzie powoli zapadał zmrok. - Norbert! - zawołała ponownie i 
nagle usłyszała trzaśniecie drzwiczek auta. Stał obok samochodu.

- Umiesz prowadzić? - Norbert odwrócił się twarzą do niej.
- Co?

background image

- Pytam, czy umiesz jeździć samochodem?
- Oczywiście, ale...

- A twój bark? Poradzisz sobie z trzymaniem kierownicy na krótkim dystansie?
- Chyba tak, ale...

- To dobrze. Proszę. - Podszedł do niej i włożył jej w dłoń kluczyki. - Weź ten samochód 

i jedź, dokąd ci pasuje. Chcę tylko, żebyś po dotarciu do celu zawiadomiła wypożyczalnię, gdzie 

zostawiasz pojazd. Ktoś go stamtąd zabierze, a ja ureguluję opłaty. Dowód rejestracyjny jest w 
skrytce.

- Dlaczego to robisz?
- A co mam zrobić? Ty pragniesz seksu na jedną noc, a potem zamierzasz stąd zniknąć. 

Opowiadasz wstrząsającą historię swojego życia, ale nie pozwalasz mi sobie pomóc. Przyjmij 
do wiadomości, że nie bawię się w taką grę. Albo jestem z tobą, albo się rozstajemy, Celestine.

- Ty nic nie rozumiesz! Nie możesz mi pomóc!
- Tak sądzisz? Więc teraz ja coś ci opowiem.

Stał tuż przed nią i w łagodnym świetle padającym przez otwarte drzwi dobrze widziała 

posępną minę Norberta i jego ponure spojrzenie.

- Kilka lat temu byłem człowiekiem żonatym. Miałem synka i żonę, którą uwielbiałem. 

Ale nie dbałem o nich w należyty sposób i pewnego dnia oboje odeszli. O, tak. - Norbert 

pstryknął palcami. - Może nie rozumiem, przez co przechodzisz, ale jedno wiem na pewno. 
Nigdy   nie   będę   stał   z   boku   i   patrzył,   jak   kobieta,   na   której   mi   zależy,   ponosi   przykre 

konsekwencje mojego braku zaangażowania. Wolałbym umrzeć, niż jeszcze raz popełnić ten 
błąd. - Norbert przysunął się jeszcze bliżej. - Decyzja należy do ciebie, Celestine. Uciekasz albo 

zostajesz. Lecz jeśli zostaniesz, to zmierzymy się ze wszystkim we dwoje. Więc wybieraj.

background image

ROZDZIAŁ JEDENASTY

Było oczywiste, że Celie jest wykończona zarówno pod względem psychicznym, jak i 

fizycznym.   Norbert   widział   malujące   się   na   jej   twarzy   znużenie   i   targały   nim   sprzeczne 
uczucia.   Chciał   zażądać,   aby   Celie   dokonała   wyboru.   Ale   inna   strona   jego   osobowości,   ta 

słabsza, pragnęła czegoś zupełnie innego - scałować z ust Celie jej kłamstwa i błagać, żeby 
zgodziła się z nim zostać chociaż na tę jedną jedyną noc.

Celie  wyciągnęła   do  niego  ręce,  a  on  zrozumiał,  że  mogła  zdobyć  się  tylko   na  tyle. 

Natychmiast chwycił ją w ramiona i przycisnął usta do jej warg.

Drżała. Jedną ręką objęła go za szyję i rozchyliła usta. Norbert nigdy nie smakował 

czegoś równie słodkiego i kuszącego.  Z całego  serca chciał  wierzyć,  że oboje rozpoczynają 

nowy etap w ich życiu. Przedstawił  swoje stanowisko i głęboko wierzył  w każde  słowo tej 
szlachetnej   perory...   ale   miał   świadomość,   że   ten   pocałunek   równie   dobrze   może   być 

pożegnaniem.

Z Celie w ramionach wszedł do domu i kopnięciem zamknął za sobą drzwi.

- Co ja mam z tobą zrobić? - spytał bezradnie i znów ją pocałował, tym razem bardziej 

namiętnie, uważając jednak, aby nie urazić jej w bark.

-   Nic   nie   rób.   Niech   wszystko   po   prostu   się   toczy.   Wiedział,   że   właśnie   na   to   nie 

powinien się zgodzić, ale teraz już nie był w stanie podejmować decyzji. Znajdował się pod 

urokiem Celie, która zaczarowała go, zanim się zorientował, że jest kobietą nadzwyczajną...

Kobietą bez nazwiska. Tajemniczą nieznajomą.

Gdy się odsunęła, pomyślał, że zmieniła zamiar. Lecz ona ruszyła w stronę sypialni, a w 

drzwiach przystanęła, odwróciła się i powoli rozpięła górny guzik sweterka.

- Niech się to stanie, Norbercie.
Podszedł   do   niej,   zafascynowany   widokiem   rozbierającej   się   kobiety.   Smukła   dłoń 

poruszała   się   z   gracją   Marie   St.   Germaine.   W   błękitnych   oczach   malowała   się   śmiałość   i 
zdecydowanie Celie Sherwood. Ale przecież ta kobieta miała na imię Celestine! On zaś dopiero 

tego wieczoru zrozumiał, jak bardzo jest niezwykła.

-   Przydałoby   mi   się   trochę   pomocy.   -   Jej   głos   miał   niskie,   wibrujące   brzmienie. 

Celestine   była   teraz   uwodzicielką,   zdecydowaną   dopiąć   swego.   Jej   palce   leciutko   drżały, 
niepewnie uśmiechnięte usta również, co świadczyło o wzbierającej namiętności. A zmysłowe 

wygięcie ciała kusiło, przyzywało...

- Dobrze sobie radzisz - stwierdził Norbert, zdumiony również swoim głosem, który 

teraz wcale nie należał do Norberta Coltera, zawsze idealnie panującego nad każdą sytuacją. 

background image

Zwykle   ograniczającego   się   do   obserwowania   świata   z   dużego   dystansu.   Natomiast   teraz, 
patrząc na Celestine, Norbert pragnął znaleźć się tak blisko niej, jak tylko mężczyzna może być 

blisko z kobietą.

Celie rozpięła drugi i trzeci guzik, następnie czwarty i nagle znieruchomiała z dłonią na 

biuście.

- Chyba już nie radzę sobie tak dobrze jak przed chwilą. Może jednak pomógłbyś mi? - 

spytała niemal szeptem, opuszczając ręce wzdłuż ciała.

Podszedł do niej i rozpiął piąty guzik. Spod rozchylonego swetra było widać skromny, 

bawełniany stanik, kupiony przez Jerry'ego w tanim sklepie. Zdaniem Norberta Celie zasługi-
wała   na   jedwabie   i   koronki,   które   wyglądałyby   cudownie   na   tych   kształtnych   piersiach   i 

łagodnie zaokrąglonych biodrach.

Celie położyła dłonie na jego ramionach, on zaś poczuł ciepło jej palców przez sweter i 

na moment wstrzymał oddech.

- Nie chciałbym sprawić ci bólu. Jeszcze nie wyzdrowiałaś.

- Nie pozwolę, żebyś sprawił mi ból.
Wiedział,   że   miała   na   myśli   nie   tylko   swój   zraniony   bark.   Bez   wahania   rozpiął   jej 

sweterek do samego dołu i wreszcie dotknął nagiej skóry. Celie zamknęła oczy, mocniej zacis-
kając palce na jego ramionach.

- Tylko udajesz twardą. - Pocałował jej powieki i czoło, ale nie usta. - Jesteś cała jak nie 

zabliźniona rana, Celestine. Twoje życie to seria zamachów...

- Więc ulecz mnie chociaż na tę jedną noc. Nie na zawsze. Tego nie zdołałbyś dokonać. 

Ale tylko na dziś...

Odchyliła głowę i podała mu usta, które natychmiast ogarnął wargami. Teraz już nie 

mógł się zatrzymać. Pozwalająca na odwrót chwila niepewności dawno minęła. Z niejakim 

zdumieniem stwierdził, że nie jest takim mężczyzną, za którego się uważał.

Celie wyślizgnęła się ze sweterka, który upadł na podłogę u ich stóp. Norbert odnalazł 

klamerkę   staniczka,   a   Celie   pozwoliła   zsunąć   go   z   siebie,   więc   zaraz   też   wylądował   na 
dywaniku.

Od pierwszej chwili, gdy ujrzał tę kobietę, Norbert pragnął pogłaskać jej atłasową skórę. 

Piersi Celie były małe, krągłe, idealne pod każdym względem. Przez tych kilka minionych dni 

starał   się   stłumić   przemożną   chęć   dotykania   jej,   zaniepokojony   tym,   że   jego   mroczne 
pragnienia odzywają się z taką siłą. A teraz wreszcie mógł je zaspokoić. Z zachwytem pieścił 

więc ciało Celie, które było właśnie takie, jakiego się spodziewał - delikatne, lecz silne, gładkie 
jak marmur, lecz emanujące cudownym ciepłem.

background image

Ona   zaś   objęła   go   w   pasie   i   trochę   nieśmiało   wsunęła   dłonie   pod   gruby   sweter. 

Muśnięcie jej palców na nagiej skórze podziałało na Norberta niezwykle podniecająco. Był 

doświadczonym kochankiem, umiał sprawić kobiecie rozkosz i sam ją przeżyć, nie dając z 
siebie zbyt wiele. Ale przy Celestine stracił wszelkie hamulce. Chciał chwycić ją na ręce, paść z 

nią na łóżko i szaleńczo kochać się z nią aż do utraty tchu, zrzuciwszy z siebie i z niej tylko 
najbardziej przeszkadzające części garderoby. Chciał zatonąć w tej kobiecie jak najgłębiej i 

uczynić   z   niej   swoją   jedyną,   upragnioną   partnerkę.   Pożądał   jej   tak   dziko,   że   prawie   nie 
rozpoznawał tego uczucia. Nigdy by nie przypuszczał, że go na nie stać.

Ale ono naprawdę nim targało.
Jednym gwałtownym ruchem ściągnął sweter przez głowę i cisnął na podłogę, a oczy 

Celestine rozbłysły. Powędrowała dłońmi po jego nagiej piersi, następnie zarzuciła mu ręce na 
szyję i przylgnęła  do niego, on zaś mocno ją przytulił.  Była niewiarygodnie  miękka i taka 

delikatna, jak płatek egzotycznego kwiatu. Norbert odnalazł suwak spódnicy, która za moment 
znalazła się u stóp Celestine.

- Będziemy kochać się tutaj? - Głos Celie także był miękki i równie zmysłowy jak gorące 

noce pod niebem Georgii, równie słodki jak poranek w Karolinie.

A Norbert wiedział, że tym razem trzyma w ramionach prawdziwą Celestine. Wziął ją 

na ręce i znów się zdumiał, jaka jest drobna. W zasadzie powinna zginąć od jednego ciosu 

Bobby'ego - atlety. Ale ona oprócz szczupłego ciała miała jeszcze kolosalną wolę przetrwania, 
dużo silniejszą niż zaciekłość wszystkich zamachowców, którzy próbowali pozbawić życia tę 

niezwykłą kobietę.

Norbert   położył   ją   na   kwiecistej   kołdrze   i   pospiesznie   się   rozebrał,   a   wtedy   Celie 

wyciągnęła do niego ręce. Leżąc obok niej wplótł palce w jej jedwabiste włosy, powędrował 
wargami po jej twarzy, ucząc się konturów na pamięć.

- Będę ostrożny - obiecał. - Ale musisz mi pomóc...
- Norbert, ja... nie stosuję żadnych środków zapobiegawczych. I nie mogę ryzykować...

Uciszył ją pocałunkiem.
- Biorę to na siebie. Nie dopuszczę, żebyś miała jakiekolwiek problemy.

- Wiem - odparła z westchnieniem. - Już to wiem. Jej ufność podziałała na niego jak 

ciepły promień słońca.

- Zadbam o to, żebyś była bezpieczna. Pod każdym względem.
- Wiem, że chcesz. Wierzę ci...

Obrysował czubkami palców jedną pierś, a słowa Celestine przeszły w cichutkie, słodkie 

jęknięcie.

background image

- Twoje nerwy nie są nawet tuż pod skórą, tylko na samym wierzchu - szepnął. - Chyba 

dzięki tej wrażliwości udawało ci się przeżyć. A teraz wykorzystamy ją w innym celu... - Zaczął 

delikatnie   gładzić   pierś,   która   pod   wpływem   tej   pieszczoty   nabrzmiała   i   stała   się   jeszcze 
cieplejsza. Po chwili położył dłoń na brzuchu Celestine i przesunął rękę niżej tak powoli, że 

sam był zdumiony swoim opanowaniem.

Czuł na swojej skórze dłonie Celestine; błądziły po jego ciele z cudowną delikatnością, 

lecz budziły doznania, jakich Norbert nigdy przedtem nie doświadczył. Sprawiały, że chciał być 
dotykany wszędzie i sam też pragnął dotykać z taką samą czułością. Chwilami nie potrafił 

rozróżnić   swojej   rozkoszy   od   tej,   którą   dawał   Celestine.   Gdy   poruszyła   biodrami   i   głośno 
wciągnęła powietrze, wydał pomruk zachwytu i poczuł drobną, ciepłą dłoń, która umiejętnie 

zintensyfikowała jego zmysłowe doznania.

Pocałunek,   którym   obdarzył   Celestine,   zdawał   się   nie   mieć   końca.   Ta   kobieta   była 

równie słodka, jak zapach rozgrzanych słońcem róż. I miała ciało, które poznawał z radością, 
wędrując   dłońmi   po   jego   wklęsłościach   i   wypukłościach,   po   jedwabistych,   długich   udach, 

kształtnych pośladkach i cudownie jędrnych piersiach.

Serce waliło mu jak oszalałe, a mięśnie boleśnie się kurczyły, gdy usiłował powstrzymać 

się od tego, czego pragnął najbardziej. Ale wyczuwał, że Celestine nie robiła tego często. Z 
przejawami   jej   namiętności   splatało   się   bowiem   wahanie   kobiety   niedoświadczonej 

seksualnie. Wspomniała o jednym kochanku. Norbert wątpił, czy miała drugiego. Uciekała od 
tak dawna, w takim strachu, że w jej życiu chyba nie było miejsca na mężczyznę.

Również dlatego, że w jej życiu nie było miejsca na zaufanie.
Przewrócił się na wznak i sięgnął do szuflady nocnej szafki po zabezpieczenie.

- Celestine... - Położył ją na sobie i zamknął oczy, a ona znów go pocałowała. Czuł na 

ciele jej powabne miękkości i niczego innego bardziej nie pragnął, jak odwrócić ją na plecy i w 

niej zatonąć, biorąc w posiadanie ją całą. Chciał zawładnąć nie tylko jej ciałem, lecz także 
sercem   i   duszą,   zapanować   nad   jej   życiem.   Było   to   odwiecznym   dążeniem   wszystkich 

prawdziwych mężczyzn i on pod tym względem wcale się od nich nie różnił. Ale miał sporo 
rozsądku   i   zanadto   zależało   mu   na   Celestine,   aby   kierować   się   wyłącznie   pierwotnymi 

żądzami. Obawiał się ją przestraszyć lub uczynić jej coś złego. Musiał więc dostosować się do 
niej.

- Co mogę zrobić, żeby dać ci rozkosz? - szepnęła, patrząc mu w oczy.
Gdyby nie wzruszenie i podniecenie, chyba parsknąłby śmiechem. Ale dostrzegł w jej 

spojrzeniu autentyczny niepokój, wiedział więc, że ona mówi serio.

- Cokolwiek. Na co masz ochotę.

background image

- Chcę się z tobą kochać...
- To dobrze. - Ledwie zdołał wydusić z siebie te słowa.

- Tak... całkowicie. Powoli.
Położył dłonie na jej biodrach, a ona przyjęła go w sobie właśnie tak, jak powiedziała - 

całkowicie i powoli. Norbert na moment wstrzymał oddech i gardłowo jęknął, gdy płynnie 
zakołysała   ciałem.   Już   zapomniał,   że   mężczyzna   i   kobieta   mogą   tak   wspaniale   do   siebie 

pasować. I że seks może być czymś więcej, niż tylko sposobem pozwalającym zapomnieć o 
duchowej pustce.

Każdy ruch Celestine cudownie przypominał o tym, że ta intymność oferuje również 

nieskończenie wiele czułości i ekstazę oraz poczucie jedności, którego nie sposób porównać z 

żadną   inną   emocją.   Norbert   już   kiedyś   jej   doświadczył,   lecz   teraz   nie   czuł   się   winny, 
przeżywając   to   wszystko   po   raz   drugi.   Lynn   na   pewno   by   zrozumiała.   Chciałaby,   żeby 

naprawdę żył... A przecież on od tak dawna tylko wegetował.

- Norbert... - szepnęła Celestine.  Miała zamknięte oczy, a na jej twarzy malowało się 

napięcie.

Znów spróbowała się poruszyć, a on dopiero teraz zauważył, że Celie może opierać się 

tylko na jednej ręce.

- Zaczekaj. - Obrócił się wraz z Celie i delikatnie położył ją na wznak. - Dobrze się 

czujesz?

- Nawet nie pamiętałam, że boli mnie bark. - Otworzyła oczy, a Norbert ujrzał w nich 

łzy. - Zawsze myślałam, że... że to tylko seks.

Oczywiście, że między nimi chodziło o coś więcej, ale Norbert jeszcze nie chciał tego 

nazwać. Nadal za wiele stało między nim a Celestine.

Teraz on zaczął się poruszać, a ona nie przymknęła powiek i nie uciekła spojrzeniem w 

bok. Norbert mógł więc zobaczyć w jej oczach całą gamę cudownych doznań i wiedział, że 
Celestine to samo widzi na jego twarzy.

Nigdy przedtem nie przeżyła  takiej ekstazy, nie czuła  takiego słodkiego pulsowania. 

Teraz leżała obok Norberta, słuchając jego coraz spokojniejszego oddechu. Ale była pewna, że 

Norbert nie śpi, chociaż oboje milczeli.

Celestine miała w głowie zbyt wielki zamęt, aby trafnie nazwać to, co właśnie stało się 

ich   udziałem.   Gdyby   koniecznie   musiała   powiedzieć,   co   czuła,   zanim   zaczęli   się   kochać, 
użyłaby   słowa   „pożądanie”.   Pragnęła   zneutralizować   napięcie.   Pragnęła   być   dotykana.   I 

kusząca. Tylko tyle, bo do miłości chyba nie była zdolna. Nie mogła nawet pozwolić sobie na 
marzenia, skoro żyła w ciągłym zagrożeniu.

background image

Może więc czuła jedynie wdzięczność? W ramionach Norberta doświadczyła czegoś, co 

do tej pory uważała za nierealne. Całkowicie zaufała temu mężczyźnie. Pozwoliła wziąć górę 

swoim wszystkim sekretnym pragnieniom, a Norbert je spełnił. Dlatego słowo „wdzięczność” 
wydawało się zbyt ubogim określeniem tych cudownie wstrząsających doznań. I tych emocji, 

które nadal w niej buzowały.

- Spisz?

- A powinnam? - Otworzyła oczy i ujrzała twarz Norberta tuż nad swoją.
- To podobno tak działa.

- Ale ty nie jesteś senny. - Spróbowała wyczytać coś z jego spojrzenia, lecz Norbert 

chyba znów zamknął się w sobie.

- Nie chcę stracić ani sekundy z tych chwil, które spędzamy razem.
- Cieszę się - odparła z uśmiechem i odniosła wrażenie, że ten uśmiech został wywołany 

przez coś, co stało się dla niej dostępne dopiero teraz. Ale nie wiedziała jeszcze, co to jest.

- Zostań tutaj.

- Dlaczego? Dokąd idziesz?
- Zaraz wrócę.

W pokoju było już prawie ciemno, lecz Celestine odprowadziła zachwyconym wzrokiem 

muskularną sylwetkę wychodzącego z sypialni mężczyzny. Dopiero gdy znikł, przypomniała 

sobie o prezentach. I o torcie.

Z trudem powstrzymała cisnące się do oczu łzy. Już nie pamiętała, kiedy jej urodziny 

były czymś więcej, niż tylko okazją do stwierdzenia, że przeżyła kolejny rok. A Norbert nawet 
nie podejrzewał, jakie ważne są te dwudzieste piąte urodziny.

Zgodnie   z   jej   przewidywaniem   wrócił   do   sypialni   z   naręczem   podarunków.   Zapalił 

nocną lampkę i rozsiadł się po turecku na łóżku.

- Tylko nie śpiewaj - jęknęła. - Bo się rozpłaczę ze wzruszenia.
- Nigdy nie śpiewam. Doprowadziłbym do płaczu każdego.

Celestine także usiadła. Nigdy dotąd nie była całkiem naga w obecności mężczyzny. Ale 

przy Norbercie nie czuła zawstydzenia. Poza tym on przecież znał każdy zakamarek jej ciała.

- Nie musiałeś tego robić. Niepotrzebnie powiedziałam ci o tych urodzinach.
- A ja jeszcze ci nie powiedziałem, jaka jesteś piękna.

- Komplementy są zbędne. - Spojrzała na niego i poczuła, że się rumieni. - Wiem, że 

mam przeciętną urodę, ale ta przeciętność działała zawsze na moją korzyść, gdy musiałam 

zmieniać swój wygląd, więc nie narzekam. Mam rysy, które nikomu nie pozostają w pamięci.

- Nonsens. Ja natychmiast zapamiętałem twoją twarz.

background image

- Podobno zwróciłeś uwagę na mój chód.
-   Wszystko   w   tobie   jest   nadzwyczajne.   Zwłaszcza   teraz.   Sięgnęła   po   jego   dłoń,   nie 

wiedząc, co jeszcze mogłaby zrobić.

- Nie otworzysz prezentów, trzymając mnie za rękę.

- Więc pewnie mi pomożesz?
- Nie. Wolę patrzeć, jak sama je wyjmujesz.

-   Zrobiłeś   zakupy   w   Canterbury?   -   spytała   z   uśmiechem,   rozwiązując   pierwszą 

kokardkę.

- Tak.
Celestine zdjęła lśniący papier i podniosła wieczko białego pudełka.

- Och! Norbert, jakie...
- Wyjmij i zobacz.

Już wiedziała, co to. Trzymała w dłoniach nocną koszulkę ze szmaragdowego jedwabiu, 

na cieniutkich ramiączkach i z dekoltem chyba do pępka.

- Przypuszczałeś, że...?
- Nie. Ale podczas długich, bezsennych nocy wciąż sobie wyobrażałem, jak wyglądasz, 

leżąc   tam   na   górze   w   łóżku.   I   nie   byłem   w   stanie   nawet   w   myślach   rozebrać   cię   z   tego 
flanelowego namiotu, który dała ci Betty.

Celestine pochyliła się i cmoknęła Norberta w usta, po czym z zachwytem przyłożyła 

koszulkę do piersi.

- Zaraz ją włożę.
- Ani się waż. - Norbert wyjął jej koszulę z rąk, a Celestine wesoło się roześmiała.

- Dziękuję.
- Otwórz to.

- Przesadziłeś z tą ilością.
- Już zapomniałem, jaką radość sprawia kupowanie prezentów kobiecie.

- Naprawdę? - spytała, poważniejąc.
- Tak.

Wiedziała,   że   powiedział   prawdę.   Na   pewno   od   czasu   swojego   rozwodu   nie   miał 

wystarczająco bliskiej kobiety, której chciałby zrobić prezent.

- Cieszę się, że miałeś frajdę.
- Teraz zajrzyj tutaj.

Sięgnęła   po   kolejny   prezent   i   wlepiła   oszołomione   spojrzenie   w   czarną   suknię   - 

niewątpliwie  kaszmirową,  piękniejszą  niż wszystko,  co miała  w ciągu  minionych  kilku  lat, 

background image

zaprojektowaną tak, aby budziła grzeszne myśli.

- Znalazłeś coś takiego w Canterbury?

- Wydała mi się trochę podobna do tej, którą nosiłaś, gdy pierwszy raz cię ujrzałem.
- Och, ta jest o wiele piękniejsza. - Celestine lekko strzepnęła sukienkę i przyłożyła ją do 

siebie. - Jest cudowna. Dziękuję.

- Pogratuluję sobie, jeśli będzie leżała, jak tamta.

- Wiele zawdzięczam owej sukience, prawda? Gdybyś wtedy za mną nie poszedł, teraz 

nie bylibyśmy razem.

-   Jest   jeszcze   jedna   rzecz.   -   Wręczył   jej   prezent   w   czerwono   -   złotym   pudełku, 

przewiązanym białą wstążeczką.

Wyjęła z niego kawałek jasnego drewna i zaraz stwierdziła, że jest to swoista układanka 

w formie kostki, składającej się z wielu elementów.

- Och, to przecież arka Noego! - Celestine musnęła palcami drewniany statek i małe 

figurki zwierząt. - Jakie śliczne! Nie masz pojęcia, jak mi się to podoba.

- Znalazłem tę kostkę w sklepie, gdzie kupiłem smoka dla Teddy'ego.
- Zachowam ją na zawsze.

- Chciałem, żebyś miała coś przypominającego o mnie.
Nie odpowiedziała, ponieważ nie wiedziała, co powiedzieć. I dławiło ją w gardle.

- Żeby zostało ci nie tylko wspomnienie tej nocy - dodał Norbert, bez cienia uśmiechu 

na twarzy.

Celestine   starannie   powkładała   wszystkie   prezenty   do   pudełek   i   postawiła   je   na 

podłodze.

- Arka jest prześliczna - powiedziała. - I będzie dla mnie jak skarb. Ale nie potrzebuję 

zabawki, aby pamiętać o tobie, Norbercie.

- Nie zgodzisz się na moją pomoc?
-   Nie   rozmawiajmy   o   tym.   Nie   teraz,   dobrze?   -   Wstała   i   położyła   dłonie   na   jego 

ramionach. - W ogóle niczego nie mówmy.

Przez   chwilę   miał   ochotę   się   sprzeciwić.   Celestine   uklękła   przed   nim,   błagając   go 

samym spojrzeniem. Nie zniosłaby kolejnej sprzeczki z Norbertem.

- Niektórzy ludzie uważają mnie za najbardziej nieugiętego człowieka świata - mruknął. 

- Ale nie znają ciebie.

- To moje najpiękniejsze urodziny, Norbercie. Mogę ci przyzwoicie podziękować?

- Wolałbym nieprzyzwoicie.
- Norbercie... - Musnęła kącik jego ust czubkiem palca. - Chciałbyś, żebym włożyła tę 

background image

czarną suknię... i nic pod spód?

- Bardzo. - Błysk w oczach Norberta zmienił się w płomień.

- Przykro mi, że ścięłam włosy. Ale mógłbyś udawać...
- Nie muszę udawać, że biorę cię za kogoś innego. I nie chcę, żebyś ty udawała inną 

kobietę.

- Nie inną. Marie St. Germaine była częścią mnie. Lubiłam ją.

Wzięła   sukienkę   i   powoli   ją   uniosła,   prowokacyjnie   kołysząc   biodrami.   Następnie 

wsunęła ją przez głowę i powolutku ściągnęła w dół, stopniowo zasłaniając piersi i biodra. 

Sukienka sięgała przed kolana i okazała się bardziej obcisła, niż tamta poprzednia.

Celestine zburzyła włosy i stanęła w pozie modelki, wysuwając do przodu jedną nogę.

- I jak? Podoba ci się?
Norbert zerwał się z łóżka i podszedł do Celestine. Bez uśmiechu i bez jednego słowa 

położył dłonie na piersiach Celie, a ona gwałtownie wciągnęła powietrze. Wtedy przesunął 
rękami  wzdłuż  jej ciała,  wygładzając dżersej, zatrzymał  je na biodrach i kucnął  przed nią, 

następnie powędrował dłońmi po udach i sięgnął pod sukienkę.

- Tylko jedno spodobałoby mi się bardziej od wkładania tego ciuszka.

- Co takiego? - Głos Celestine zabrzmiał zmysłowo.
- Zdejmowanie.

Gdy Celestine zbudziła się o świcie, Norbert jeszcze smacznie spał. We śnie wyglądał 

mniej surowo, jak człowiek, który uznał świat za bezpieczne miejsce, gdzie można usnąć z 

kobietą w ramionach.

Lecz świat wcale taki nie był. I może Norbert jednak to wiedział. Może domyślił się, że 

śpiąc z nim tej nocy, popełniła najgorsze z oszustw. Nie obiecała, że z nim zostanie, że zgodzi 
się,   aby   pomógł   jej   zmierzyć   się   z   jej   demonami.   Kochając   się   z   nim,   właściwie   z   góry 

wiedziała, że go zostawi... Było to więc jak zdrada... ponieważ teraz musiała znów uciec.

Powolutku usiadła, a Norbert nawet się nie poruszył. W pokoju panował chłód, lecz 

dzięki temu szybciej oprzytomniała. Wstała i szybko zebrała z podłogi swoje prezenty. Jak 
zwykle powinna ruszyć w drogę, mając przy sobie niewielki bagaż, ale nie mogła zmusić się do 

pozostawienia   tego,   co   dał   jej   Norbert.   W   ciągu   ostatnich   kilku   lat   nauczyła   się   nie 
przywiązywać do przedmiotów, ale te rzeczy już stały się bliskie jej sercu.

Wzięła  jeszcze  odzież  leżącą  przy drzwiach  i ubrała  się w kuchni. Niebo za oknami 

dopiero   zaczynało   szarzeć.   Na   stole   walały   się   resztki   ich   kolacji,   którą   zjedli   o   północy, 

wszędzie   leżały   okruchy   urodzinowego   tortu.   Zaledwie   parę   godzin   temu   oboje   śmiali   się 
dosłownie z niczego, łapczywie zjedli pieczonego kurczaka, a później karmili się nawzajem 

background image

tortem jak para nowożeńców na ślubnym przyjęciu.

Ciekawe, czy Norbert już wtedy zdawał sobie sprawę z tego, że wkrótce się rozstaną. 

Siadając do stołu, Celestine wiedziała, co powinna zrobić. A zanim zaczęli kochać się po raz 
ostatni, wiedziała także, jak ma zrealizować swoje plany.

Jeszcze   raz   rozejrzała   się   po   kuchni.   Wszystko   nagle   zaczęło   się   wydawać   takie 

nadzwyczajne, pełne wspomnień. Wiedziona impulsem, urwała jeden suchy kwiatek z gałązki 

oplatającej sufitową belkę. Norbert dowiedział się od Marian, że są to pędy chmielu, które w 
hrabstwie Kent często służą do ozdabiania wnętrz pubów i domów mieszkalnych. Chmiel był 

tu kiedyś głównym źródłem dochodu i okoliczni mieszkańcy nadal wierzyli, że przejście pod 
wiązką chmielu zapewni człowiekowi powodzenie w interesach i szczęście osobiste.

W kilka minut spakowała  do nowej torby wszystkie swoje rzeczy.  Zabierała  ze sobą 

niewiele,   lecz   i   tak   więcej,   niż   kiedykolwiek   miała.   A   najcenniejsze   były   wspomnienia   tej 

ostatniej nocy.

Napisała liścik, w którym poprosiła Norberta, aby się na nią nie gniewał. Zostawiła 

kartkę na stoliku i przycisnęła ją zdjętą z palca ślubną obrączką.

background image

ROZDZIAŁ DWUNASTY

Telewizor odbierał tylko program jednej stacji, chyba że ktoś chciał za opłatą obejrzeć 

emitowane filmy pornograficzne. Celestine nie była spragniona takich rozrywek. Miała ich aż 
nadto, z konieczności słuchając odgłosów dobiegających z sąsiedniego pokoju. Wynajmowano 

go na godziny i kolejne pary robiły z łóżka imponujący użytek.

Celestine nie spodziewała się tutaj żadnych luksusów. Wystarczy, że po ścianach nie 

łaziły karaluchy, pościel była czysta, choć pożółkła ze starości, a w drzwiach znajdował się 
wizjer.   Zaś   decydującym   czynnikiem   okazała   się   solidna   zasuwka.   Teraz,   gdy   ktoś   głośno 

zapukał, Celestine na palcach podeszła do drzwi, aby sprawdzić, kto ją niepokoi.

Natychmiast otworzyła i znalazła się w objęciach gościa.

- Allie... - Wciągnęła swoją najlepszą przyjaciółkę do pokoju i zamknęła drzwi. - Och, 

Allie... - Celestine rozpłakała się ze wzruszenia. - Myślałam, że już nigdy cię nie zobaczę.

- Jezu, Celestine, chyba już nie mogłaś znaleźć gorszej nory?
- Obrażasz moją skromną siedzibę. - Celestine otarła oczy i niechętnie wysunęła się z 

objęć Allie.

- Skromna to mało powiedziane! Chryste, z lewej strony lombard, z prawej... też. Jeśli 

zapragniesz kupić spluwę to trafiłaś, gdzie trzeba.

- Spluwa może by mi się przydała - mruknęła Celestine, zasuwając łańcuch.

- Skarbeńku, nawet nie mów takich rzeczy! Nikt nie wie, że tu jesteś. Wszystko będzie 

dobrze. Już wkrótce.

Celestine nie mogła oderwać wzroku od twarzy  Allie. Jej długie do ramion, ciemne 

włosy lśniły, a spojrzenie piwnych oczu wędrowało po sylwetce przyjaciółki, oceniając zmiany, 

jakie w niej zaszły w ciągu minionych kilku lat.

Allie miała mały, zadarty nosek, pełne, zmysłowo wykrojone usta oraz wspaniałą figurę 

z talią osy. Zawsze uchodziła za największą buntowniczkę ze wszystkich uczennic w ich liceum, 
a także w internacie, gdzie obie mieszkały. W tym czasie, gdy Celestine przebywała za granicą, 

Allie   skończyła   studia   i   zaczęła   pracować   jako   przedstawicielka   handlowa   dużej   firmy 
farmaceutycznej z Północnej Karoliny. Celestine była pewna, że wielu lekarzy ze wschodniej 

części stanu niecierpliwie wyczekuje służbowych wizyt pięknej Allison.

- I jak? - spytała Allie.

- Wyglądasz bosko! Mowę mi odjęło.
- Nie żartuj! - Allie uśmiechnęła się, a na jej policzkach pojawiły się śliczne dołeczki. - 

Ty też nieźle się prezentujesz. Może to skakanie po świecie dobrze ci robi?

background image

Celestine   odruchowo   przeczesała   palcami   krótkie,   rozjaśnione   na   blond   włosy. 

Doskonale pasowały do sportowej odzieży w kalifornijskim stylu i złocistej opalenizny, będącej 

rezultatem wylegiwania się na opalającym łóżku u kosmetyczki w Edynburgu, gdy Celestine 
czekała   na   zrobienie   nowych   dokumentów.   Nikt,   kto   znał   Celie   Sherwood,   teraz   nie 

rozpoznałby jej na pierwszy rzut oka. Czasem zastanawiała się, co na jej widok powiedziałby 
Norbert... Wciąż pojawiał się w jej snach, choć od ucieczki z Trilling - den minął miesiąc.

- Nienawidzę tych podróży - mruknęła, opuszczając rękę. - Zamierzam z nimi skończyć.
- Cieszę się, że wróciłaś. O nic się nie martw.

-   Usiądź.   -   Celestine   wskazała   krzesło   z   podniszczonym   siedzeniem   z   plastikowej 

plecionki. - Mam dla nas colę.

- Otworzyła puszkę i podała ją Allie. - Szkoda, że nie mogę zatrzymać się u ciebie. Z 

radością zobaczyłabym twój apartament.

-   Pamiętasz,   jak   dawniej   gadałyśmy   po   nocach   o   tym,   co   zrobimy,   gdy   wreszcie 

będziemy wolne? Dokąd pojedziemy? Co sobie kupimy? - Allie uniosła puszkę. - Wypijmy za 

spełnione   marzenia.   Ty   pewnie   byłaś   we   wszystkich   miejscach,   które   wymieniłyśmy.   A   ja 
znajdywałam jednego dobrego chłopaka po drugim, żeby kupował mi śliczne rzeczy...

- Jednego po drugim? - Celestine otworzyła drugą puszkę.
- Ty miałaś klasę i dobry gust. Ja nie. - Allie wzruszyła ramionami.

- Nie spotkałaś nikogo nadzwyczajnego?
- W przeciwieństwie do ciebie nie wierzę w bajki.

- Allie uśmiechem złagodziła swój cierpki ton. - To ty czekałaś na rycerza w lśniącej 

zbroi, który zabierze cię na białym koniu do krainy baśni. Ja zawsze zadowalałam się jakimś 

szarakiem, dopóki się nie zmył.

Celestine uśmiechnęła się, lecz była pewna, że Allie mówi szczerze. Jako jedyne dziecko 

samotnej   matki,   Allie   w   porównaniu   z   pozostałymi   dziewczętami   z   liceum   była   ubogim 
Kopciuszkiem. A po śmierci jej matki jacyś krewni zaczęli opłacać dość wysokie czesne, żeby 

tylko  nie  mieć z  Allie   do  czynienia,   lecz   nie  dawali   jej  kieszonkowego.  Dawno   temu  Allie 
poprzysięgła sobie - jak Scarlett O'Hara - że zrobi wszystko, aby tylko nigdy więcej nie cierpieć 

głodu.

-   A   ty?   -   Allie   oparła   bose   stopy   o   łóżko   i   poruszyła   palcami   z   polakierowanymi 

paznokciami.  -  Wiem,  że  uważałaś  Stephena  za  swojego rycerzyka.  Nie  spotkałaś  jakiegoś 
innego rycerza Okrągłego Stołu?

-   Był   pewien   mężczyzna   w   Anglii...   -   Celestine   zaczęła   skubać   wypłowiałą   kapę.   - 

Amerykanin.

background image

- Jakoś go tu nie widzę...
- Zostawiłam go. Nie chciałam bardziej go angażować.

- Bardziej?
- Uratował mnie. Był kolejny zamach na moje życie.

- O, Boże. - Allie wyprostowała się i spoważniała.
- Dlaczego nic nie powiedziałaś?

- Po co? Żeby cię zmartwić?
- Niech szlag trafi tych drani! - Allie walnęła pięścią w poduszkę.

- Pokonam ich. Dlatego wróciłam. Nie zamierzam więcej uciekać. Dowiedziałam się, że 

wkrótce odbędzie się wstępna rozprawa rozpoczynająca proces formalnego uznania mnie za 

zmarłą. Millie i Roger uczynią absolutnie wszystko, żebym nie weszła w posiadanie tego, co mi 
się należy. Ale już skończyłam dwadzieścia pięć lat. Cała posiadłość jest moja, a raczej będzie, 

gdy w piątek wejdę do sali sądowej i powiem sędziemu, jak się nazywam.

- Taki masz plan? Sądzisz, że możesz zaryzykować?

- Allie znów wzięła puszkę.
- Muszę. Chcę wreszcie zacząć normalnie żyć. Te minione lata były jednym wielkim 

koszmarem.

- Whit wie?

- Nie.
- Jakim cudem?

- Nie ufam mu.
- Skarbeńku... - Allie z niedowierzaniem pokręciła głową. - Skoro nie ufasz poczciwemu, 

staremu Whitowi, to komu uwierzysz?

Doskonałe pytanie, pomyślała Celestine. Sama wciąż je sobie zadawała. Ale po długich 

rozważaniach   nie   mogła   zlekceważyć   ostrzeżeń   Norberta.   Whit   był   jednym   z   trojga   ludzi, 
którzy wiedzieli, kiedy ona będzie w Canterbury. Oczywiście nie musiał okazać się zdrajcą. 

Może   Bobby   trafił   na   jej   ślad   samodzielnie,   popytał   taksówkarzy,   pracowników   w 
wypożyczalniach aut... Ale wątpliwości pozostały, toteż wolała nie ryzykować.

-   Chyba   nikt   nie   oczekuje,   że   przyjdę   na   tę   rozprawę.   Wszyscy   zainteresowani 

prawdopodobnie przypuszczali, że jeśli się zjawię, to dokładnie w swoje urodziny. Wtedy nie 

wróciłam, więc wujostwo złożyli wniosek o uznanie mnie za zmarłą. Zazwyczaj musi minąć 
siedem   lat,   lecz   oni   twierdzą,   że   pewnie   popełniłam   samobójstwo,   ponieważ   mój   stan 

psychiczny bardzo się pogorszył po śmierci Stephena.

- Przecież oni wiedzą, że żyjesz. Usiłowali cię zabić.

background image

- Ale sędzia nie ma o tym pojęcia. A Roger i Millie nie spodziewają się mnie zobaczyć. 

Mają   nadzieję,  że   zdążą   załatwić   niezbędne  formalności,  zanim   przyjadę.   Jeśli  w  ogóle   to 

nastąpi.

- Skąd wiesz, jak rozumują?

- Zgaduję.
- Chwileczkę. - Allie usiadła po turecku. - Co będzie, jeśli postanowią cię zabić, gdy się 

pojawisz? Och, nie w sali sądowej, oczywiście, ale trochę później, zanim formalnie staniesz się 
właścicielką   posiadłości?   Bo   jestem   pewna,   że   spróbują   odroczyć   decyzję   sędziego.   Użyją 

argumentu,   że   jesteś   niepoczytalna   i   miną   całe   tygodnie,   nim   położysz   łapkę   na   swoich 
dobrach.

-   Zamierzam   zlecić   Whitowi   sporządzenie   mojego   testamentu.   Zapiszę   dosłownie 

wszystko największej organizacji dobroczynnej, jaką zdołam znaleźć. Takiej, która zatrudnia 

najbardziej   bezwzględnych   prawników.   Dwie   minuty   po   udowodnieniu   sędziemu,   że   żyję, 
posiadłość stanie się moją własnością, chociaż sprawy papierkowe jeszcze nie będą załatwione. 

Załóżmy,   że   w   międzyczasie   umrę.   Wówczas   mój   testament   natychmiast   nabierze   mocy 
urzędowej, a jeśli ktoś go zakwestionuje, to rozpęta się sądowe piekło. Kiedy opadnie kurz, 

Millie   i   Roger   zostaną   z   niczym.   A   poza   tym   mam   zamiar   dokładnie   wyjaśnić   sędziemu, 
dlaczego przez te lata się ukrywałam i czego się obawiam. Nawet jeśli uzna mnie za wariatkę, a 

ja umrę, zanim wszystkie papierki zostaną skompletowane, to on z pewnością każe wszcząć 
dochodzenie.

- Fiuuu... - Allie gwizdnęła z podziwu. - To niezłe zagranie.
- Jest pewien haczyk.

- Jak zawsze.
- Whit musi przygotować niezbędne dokumenty. - Celestine dokładnie to przemyślała. 

Jej życie zależało od tego, jak rozegra tę partię. Od wyjazdu z Kentu nie przespała porządnie 
ani jednej nocy.

- Dlaczego on?
- Ponieważ dysponuje wszystkimi danymi na temat posiadłości i majątku po moich 

rodzicach, a ja nie mogę sobie pozwolić na jakikolwiek błąd w dokumentach. Mój testament 
musi być nie do obalenia... lub jestem martwa. Jeśli zwrócę się do jakiegoś adwokata z ulicy, to 

on i tak będzie musiał iść do kancelarii „Flinders, Billett & Crane”, aby otrzymać niezbędne 
informacje. To nie tylko przedłuży sprawę, ale i zasygnalizuje Whitowi, że jestem tutaj. Lepiej 

więc   zwrócić   się   od   razu   do   niego.   A   później   najwyżej   poproszę   eksperta   o   sprawdzenie 
dokumentu.

background image

- Jak zlecisz Whitowi napisanie testamentu?
- Pomożesz mi, Allie?

- Wiesz, że tak. Dla ciebie przeszłabym po rozżarzonych węglach.
-   Pójdziesz   do   Whita   i   powiesz   mu,   że   potrzebuję   testamentu.   Nie   mów,   gdzie 

przebywam,   ani   po   co   mi   ten   papierek.   Niech   go   sporządzi   dokładnie   tak,   jak   to   kiedyś 
ustaliliśmy. Potem weź kopię, którą zaniosę do sądu.

- Tylko tyle? - Allie była wyraźnie rozczarowana. - Liczyłam na coś w stylu Maty Hari. 

Miałam nadzieję, że przynajmniej będę musiała sprzedać moje ciało.

- Zwrócisz się do Whita?
- Jasne, że tak.

- Dziękuję.
- Zaraz powinnam zmykać. Chyba nikt mnie nie śledził, bo uważałam, żeby jakiś szpieg 

Millie i Rogera nie siedział mi na ogonie, ale lepiej nie ryzykować.

- Ten motel to nie miejsce w twoim stylu.

-   Przeciwnie!   Twoja   rodzinka   uważa,   że   właśnie   w   takie   miejsca   jeżdżę,   żeby   się 

zabawić. Zawsze uważali mnie za ladaco.

- Nie warto nawet o nich mówić.
-   Powinnaś   o   czymś   wiedzieć.   -   Allison   spoważniała.   -   Dziadek   Sutter   chorował. 

Widziałam się z nim parę dni temu. Czasem do niego wpadam, z uwagi na ciebie.

- Naprawdę? - Celestine poczuła, że jej oczy wilgotnieją. - Odwiedzasz go ze względu na 

mnie?

-   Gdy   moja   firma   przeniosła   mnie   do   Wilmington,   pomyślałam,   że   mogę   się   jakoś 

przydać... chociaż w ten sposób. Więc odwiedzam dziadka Suttera, słucham jego historyjek, 
wypijamy razem parę piw...

- Nie powinien pić.
- Jemu to powiedz, nie mnie. Straszny z niego uparciuch.

- Wiem. Szkoda, że nie mogę się z nim zobaczyć.
- Możesz.

- Jak? Na razie muszę trzymać się jak najdalej od Haven House.
- Starszy pan w ubiegłym tygodniu przeniósł się do córki. Tylko na pewien czas, dopóki 

nie wydobrzeje. Zadzwonił do mnie, żebym wiedziała, gdzie jest. Nikomu nawet nie przyjdzie 
do głowy, że znasz tę informację, więc twoi wujostwo nie każą obstawić domu. Córka i zięć 

dziadka pracują na nocną zmianę. Ucieszy się, jeśli do niego zajrzysz. A później rozpłyniesz się 
w mroku.

background image

- Pomyślę o tym. Podaj mi adres.
Allison pogrzebała w torebce i wyjęła z niej karteczkę.

- Dziadkowi też nie powiedziałam, że wróciłaś, ani nawet, że się nad tym zastanawiasz.
- Ufam mu tak, jak tobie.

- Mogę tu dzwonić do ciebie? - Allison wstała.
- Lepiej nie. Skontaktuję się z tobą, korzystając z automatów.

- Twoje życie to kryminał klasy B.
-   Ale   jakoś   to   przetrwam.   -   Celestine   odprowadziła   przyjaciółkę   do   drzwi.   -   A   już 

wkrótce będziesz do mnie dzwonić, ile razy zechcesz. Pokażesz mi swój apartament...

- Poderwiemy jakichś facetów.

Wargi   Celestine   leciutko   zadrżały.   Perspektywa   podrywania   mężczyzn   wcale   nie 

wydawała się kusząca. Celestine myślała wyłącznie o Norbercie, lecz nawet gdyby zdołała go 

odnaleźć, to on zapewne nie chciałby jej widzieć po tym, co zrobiła.

- Dobrze zamknij za mną drzwi. Ten motel to okropna nora. Nie wiadomo, kto może się 

czaić za rogiem... Nigdy nie było wiadomo, prawda? - Allie uśmiechnęła się współczująco i 
musnęła wierzchem dłoni policzek Celestine. - Trzymaj się, skarbeńku. I odezwij się czasami. 

Twój wielki dzień się zbliża.

Po   wyjściu   przyjaciółki   Celestine   zaryglowała   drzwi   i   oparła   się   o   nie   plecami.   Już 

wkrótce to wszystko się skończy. Ale na razie była zmęczona i samotna.

Ciekawe,   gdzie   teraz   jest  Norbert.   Czy   myślał   o  niej  od  tamtego  świtu,   kiedy   znów 

uciekła? A może poprzysiągł sobie zapomnieć o niej na zawsze? Lecz gdziekolwiek przebywał, 
ona pragnęła być właśnie tam.

Rhonda, córka dziadka Suttera, mieszkała w Morehead City, w drewnianym domku, 

który wyglądał jak barak z bazy marynarki. Stał w rzędzie jemu podobnych, ukrytych pod 

koronami starych, rozłożystych drzew, które w upalny dzień dawały niemal tyle chłodu, co 
klimatyzacja. Na małym podjeździe ani pod daszkiem nie było samochodu, ale w saloniku 

paliło się światło, widoczne przez szparę między zasłonami. Celestine dwa razy przejechała 
obok domu, aby zorientować się, z której strony najlepiej do niego podejść. Wynajęła auto z 

przyciemnionymi szybami, lecz mimo to miała wrażenie, że wszyscy na nią patrzą.

W   końcu   zostawiła   pojazd   trzy   przecznice   dalej,   ponieważ   w   tej   okolicy   ktoś   idący 

piechotą nie wzbudzał  zdziwienia. Na trawnikach bawiły  się dzieci,  poszczekiwały  psy, a z 
okien   dochodziły   dźwięki   z   włączonych   telewizorów.   Na   wszelki   wypadek   poszła   jednak 

okrężną trasą, zmieniając kierunek i trzymając się największego cienia.

Znając   dziadka   Suttera,   wiedziała,   że   zastanie   otwarte   drzwi.   I   nie   pomyliła   się. 

background image

Wślizgnęła się do wnętrza, minęła skromniutko wyposażoną kuchnię z wiszącymi na ścianach 
tanimi obrazkami i weszła do pokoju. W bujaku, obok stojącej lampy, drzemał mężczyzna. Był 

niewątpliwie starszy o cztery lata, ale jak zawsze drogi sercu Celestine.

- Dziadku? - Nie chciała go przestraszyć, od razu podchodząc bliżej. - Dziadku?

Otworzył oczy i spojrzał w jej stronę.
- Kto to?

- To ja, Celestine. - Zbliżyła się i uklękła obok fotela.
-   Celestine?   -   Przez   chwilę   mogło   się   wydawać,   że   to   imię   nic   mu   nie   mówi.   Ale 

staruszek zaraz oprzytomniał i uważniej spojrzał na twarz gościa. - Laleczko, to naprawdę ty? - 
Dotknął jej włosów i zmarszczył brwi.

- Ja, dziadku, ale rozjaśniłam czuprynę, żeby trochę zmienić wygląd.
- Ciemne włosy też są ładne. Bóg ci je dał.

- Jak się czujesz, dziadku? - Wzięła go za rękę i po raz pierwszy od czasu gdy się poznali, 

zauważyła, że naprawdę jest stary. Mocno przerzedzone włosy były całkiem siwe, a postać 

wydawała się skurczona i krucha. - Wiem od Allie o twojej chorobie.

Starszy pan pochylił się i serdecznie ją objął.

- Dobra dziewczyna z tej Allie. Wiedziałem, że jeśli wrócisz do domu, to ona powie ci, 

gdzie jestem.

- Co ci dolegało?
- Głupstwo. Zwyczajne zapalenie płuc. Musiałem rzucić palenie. Pożałowałem, że żyję.

Celestine roześmiała się i cmoknęła go w policzek.
- Dochodzisz do siebie?

-   Wolniej,   niż   bym   chciał.   Wkrótce   pojadę   na   swoje   śmieci,   chociaż   Rhonda   staje 

okoniem. Ale co ona tam wie.

- Rhonda cię uwielbia. Musisz o siebie dbać.
- Rhonda martwi się o ciebie.

- Bardzo chciałabym się z nią spotkać, ale to zbyt ryzykowne, na razie tylko ty i Allie 

możecie wiedzieć o moim powrocie.

- Nie miałem pojęcia, że przyjedziesz. Może źle zrobiłaś? Ten Roger już liczy forsę, którą 

zgarnie, gdy sąd uzna cię za zmarłą. Jest zdolny do wszystkiego.

- Znam go jak zły szeląg.
- Naprawdę jesteś cała i zdrowa, dziecinko?

- Tak. Trochę przerażona, ale też pełna nadziei.
- Co zamierzasz?

background image

Przedstawiła mu swój plan, a staruszek słuchał, kręcąc głową i zadając pytania.
- Niewiarygodne, że do tego doszło - stwierdził w końcu. - Twój dziadek obdarłby Millie 

żywcem ze skóry, gdyby przypuszczał, co ta baba zacznie knuć. Zawsze uchodziła za czarną 
owcę. Nigdy nie było drugiej takiej w całej rodzinie St. Gervais.

- Ale to ja będę śmiać się ostatnia.
- Jak ci pomóc?

- Życz mi szczęścia. Tylko tyle. - Celestine cmoknęła dłoń staruszka. - Muszę już lecieć. 

Chyba nie zobaczymy się przed rozprawą.

- Może nie powinnaś była tu przychodzić? Wiem, że te dranie bezustannie mają mnie na 

oku, gdy jestem u siebie. Nawet i tutaj mogą mnie obserwować.

- Warto było zaryzykować.
-   Nie   mów   mi,   gdzie   mieszkasz.   Nie   jestem   pewien,   czy   wytrzymałbym   tortury.   Co 

zrobię, jeśli dadzą mi papierosa za wydanie ciebie?

Celestine parsknęła śmiechem, a dziadek Sutter patrzył na nią z czułością.

- Będziesz na siebie uważać, laleczko? Tak porządnie? Bo tych dwoje nie żartuje.
- Już się o tym przekonałam.  - Podniosła się z klęczek. - Zadzwonię do ciebie, gdy 

wszystko się wyjaśni. Wtedy skoczymy na krewetki. Coś mi się zdaje, że trzeba cię podtuczyć.

- Nawet nie mając zębów, zjem więcej niż ty.

- Zobaczymy. - Od drzwi przesłała mu buziaka i wyszła. Uliczka była słabo oświetlona, 

co Celestine uznała teraz za plus. W cieniu wielkiego dębu poczekała, aż sąsiad, który wyrzucał 

śmieci,  spłucze  wyłożone  kamiennymi płytami  patio, ustawi  ogrodowe meble i wejdzie  do 
domu.   Wtedy   przeszła   przez   płot   i   przemknęła   wzdłuż   rzędu   wysokich   cyprysów.   Później 

wróciła do samochodu inną trasą, niż przyszła - wąską alejką prowadzącą do małego kościoła. 
Tam przystanęła, uważnie odprowadzając wzrokiem przejeżdżające auta, i pobiegła na ukos 

przez parking do następnej przecznicy.

Rozglądając   się   wokoło,   doszła   do   wniosku,   że   nikt   jej   nie   śledzi.   W   oddali,   pod 

rozłożystym platanem, widziała swój samochód. W pobliżu stał jeszcze tylko jeden pojazd - 
ciemny sedan zaparkowany przed domem z remontowanym podjazdem.

Wrześniowa   noc  była   przyjemnie   ciepła,   a  na   granatowym  niebie   mrugały   gwiazdy. 

Celestine   z   zachwytem   oddychała   aromatycznym   powietrzem,   przesyconym   słonawym 

zapachem oceanicznej bryzy. Gdzieś w pobliżu zaśpiewał drozd, a od strony wybrzeża doleciał 
krzyk   mew.   Westchnęła,   rozkoszując   się   tym   wszystkim.   Znajdowała   się   zaledwie   parę 

kilometrów od Haven House. Prawie zwyciężyła. Była prawie bezpieczna.

Jeszcze   raz   omiotła   wzrokiem   najbliższą   okolicę   i   wsiadła   do   auta,   natychmiast 

background image

zatrzaskując drzwiczki. Zanim jednak odwróciła się, aby sięgnąć po pasy, ktoś chwycił ją za 
ramię. Nie zdążyła wrzasnąć, ponieważ zasłonięto jej usta.

- Skoro ja zdołałem odnaleźć cię tak łatwo, to co z tymi, którzy pragną twojej śmierci, 

Celestine?

background image

ROZDZIAŁ TRZYNASTY

- Norbert! - zawołała zdławionym głosem i oderwała od ust jego rękę.

- Nie sprawdzasz auta, zanim do niego wsiądziesz? Nie odpowiedziała, oddychając tak 

głęboko, jakby chciała zmagazynować w organizmie zapas tlenu na cały rok.

-   Nawet   nie   zauważyłaś,   że   nie   zapaliło   się   światło,   gdy   otworzyłaś   drzwiczki. 

Wykręciłem żarówkę. W tej chwili już mogłabyś być martwa. - Norbertem targały sprzeczne 

uczucia. Pragnął uspokoić Celestine, którą niewątpliwie bardzo przeraził, ale od miesiąca był 
na nią wściekły i chętnie wyładowałby teraz skumulowany gniew.

- Jak mnie znalazłeś? - spytała, ciężko dysząc.
- Zostawiłaś za sobą ślad wystarczająco długi i szeroki.

- Nigdy nie podałam ci swojego prawdziwego nazwiska!
- Jesteś  Celestine  Marie  St.   Gervais.  Córka  Melanie  i  Simona  St.   Gervais,   który  po 

śmierci twojego dziadka odziedziczył wielki kawał wybrzeża nad zatoką oraz pakiety akcji firm 
przewozowych, zakładów przemysłu tytoniowego i tartaków. Siedzibą rodu jest Haven House, 

wspaniała   posiadłość   niedaleko   Beaufort   w   Północnej   Karolinie.   Spałaś   w   tym   pokoju 
nawiedzanym przez ducha żołnierza Unii, czy w tym z damą w błękicie, która stoi w oknie, 

wypatrując zaginionego na morzu kochanka?

- Moje gratulacje. Nie muszę już niczego dodawać.

- I tak byś tego nie zrobiła. - Chciał,  aby na niego spojrzała, lecz ona niewidzącym 

wzrokiem wpatrywała się w przednią szybę. - Co stało się z twoimi włosami?

- To chyba oczywiste?
- Podobają mi się. Wyglądasz jak licealistka...

- Marzenie każdej dorosłej kobiety.
-   A   marzeniem   każdego   mężczyzny   jest   ratowanie   kobiety   w   tarapatach.   Zwłaszcza 

takiej, do której się przywiązał.

- Nie mogłam wciągać cię w swoje sprawy! - Wreszcie się odwróciła.

- Już dawno mnie wciągnęłaś. I to jak! A teraz zaangażowałem się jeszcze bardziej. 

Dlatego zadam ci pytanie. Naprawdę chcesz, żebym zostawił cię w spokoju? Jeśli tak, to zgoda. 

Nigdy   więcej   mnie   nie   zobaczysz.   A   może   wolisz,   żebym   został   i   ci   pomógł?   Mam   swoje 
możliwości. Nawet zdobyłem potrzebną ci informację.

- Jaką?
- Najpierw odpowiedz. Potem i tak ją usłyszysz.

Jej oczy podejrzanie zalśniły, lecz jej nie dotknął ani się nie uśmiechnął.

background image

- Nadeszła godzina zero, Celestine. Żadnych gierek. Żadnych kłamstw.
- Nie przeżyłabym, gdyby coś ci się stało - szepnęła, gdy już sądził, że mu nie odpowie.

Jego gniew natychmiast wyparował. Norbert już zdążył dowiedzieć się nieco więcej o 

Stephenie Montgomerym. Celestine nie kłamała na temat jego śmierci, tylko powstrzymała się 

od   mówienia   o   szoku,   jakiego   doświadczyła,   znajdując   swojego   kochanka   całego   we   krwi. 
Bezskutecznie   usiłowała   go   ratować,   stosując   sztuczne   oddychanie,   i   sanitariusze   ledwie 

zdołali ją odciągnąć od martwego mężczyzny.

- Celie... - Przygarnął ją do siebie. - Zrozum... ja też nie mogę pozwolić,  aby ciebie 

spotkało coś złego. Oboje czujemy dokładnie to samo. Przyjmij moją pomoc. Razem zdołamy 
pokonać twoich wrogów.

Zaczęła pochlipywać. Trzymał ją w ramionach, zastanawiając się, jak wiele łez musiała 

powstrzymywać przez te kilka minionych, iście piekielnych lat. Zbyt długo żyła w strachu, że 

każda kolejna godzina może się okazać ostatnią.

- Nie jestem Stephenem Montgomerym - powiedział,  gdy już się wypłakała.  - I nie 

będziemy walczyć sami. Nawet w tej chwili dwóch moich ludzi ma na oku to auto.

-   Co?   -   Poderwała   głowę   i   spojrzała   na   niego.   Wiedział,   że   nie   powinien   teraz   jej 

całować. Była zbyt wstrząśnięta, zbyt bezradna. Ale jej wargi znajdowały się tak blisko, że 
uniemożliwiało mu to racjonalne myślenie. Okazały się takie słodkie, jak pamiętał, i chyba 

jeszcze bardziej miękkie. Zamknął Celie w ciaśniejszym uścisku i natychmiast ogarnęło go 
pożądanie.

- Nie możemy tego robić. - Raptownie odsunęła się od niego.
- Już tego próbowaliśmy.

- Kto nas obserwuje? Jacy ludzie?
Wiedział,   że   jeszcze   nie   czas   wyznać   jej   prawdę   o   sobie.   Zresztą   jego   prawdziwe 

nazwisko i pozycja w tych okolicznościach mogły jedynie pogorszyć sytuację. Musiałby wy-
jaśnić Celie, dlaczego od początku nie był wobec niej szczery i zapewne opowiedzieć jej więcej 

o sobie. Nie sądził jednak, że już teraz powinna poznać historię jego życia. Dlatego zdecydował 
się podać tylko skrawek prawdy.

- To wykwalifikowani ochroniarze. Jedni z najlepszych na świecie. Tri - C pozwoliła mi 

skorzystać z ich usług.

- Dlaczego?
- Firma miała wobec mnie dług wdzięczności. Ci dwaj dopilnują, żeby nawet włos ci z 

głowy nie spadł do chwili, gdy wkroczysz do sądu.

- Skąd pomysł, że się tam wybieram?

background image

- Ty jesteś tutaj, a za dwa dni jest termin rozprawy, więc dodałem dwa do dwóch. Znasz 

inne wyjaśnienie?

- Wiesz wszystko, co?
- Oprócz twojej odpowiedzi. Zgodzisz się, żebym cię wspierał? - Obserwował grę uczuć 

na   jej   twarzy,   odzwierciedlających   walkę   toczoną   w   myślach   i   postanowił   rzucić   na   stół 
ostatniego asa. - Skoro ja cię znalazłem, Celie, to kto jeszcze zdoła? Kto cię namierzy?

Najwyraźniej   przestała   zmagać   się   sama   ze   sobą,   odchyliła   głowę   na   oparcie   i 

przymknęła powieki.

- Jeśli zginiesz przeze mnie...
-   Nie   zamierzam.   Będę  u   twego   boku,   gdy   przejmiesz   Haven   House   i   wszystko,   co 

prawnie ci się należy.

- Jak mnie odnalazłeś?

-   Z   domku   Betty   dzwoniłaś   do   Whita.   Nawet   dziecko   sprawdziłoby   numery   na 

rachunku. Trafiłem do Wilmington, przez cały dzień wertowałem w bibliotece stare gazety, 

popytałem ludzi. Poszło jak z płatka. Najgorsze było to, że nie miałem pojęcia, co planujesz - 
zostać i iść do sądu, czy znów nawiać. Przez tydzień obserwowaliśmy dom starszego pana, 

śledziliśmy   twojego   prawnika   i   niejaką   Allison   oraz   parę   innych   osób.   Allison   dzisiaj 
zgubiliśmy, bo chyba starała się wywieść w pole ewentualny „ogon”. Widziała się z tobą?

- Allie do tego nie mieszaj. Ani dziadka Suttera.
- A Sandersona?

- Co do niego... nie mam pewności.
- Pomyślałaś o mnie po ucieczce z Anglii?

- Tak - szepnęła, odwracając głowę.
-   Wynająłem   dom   w   Atlantic   Beach.   Chciałbym,   żebyś   ze   mną   wróciła.   Gdzie   się 

zatrzymałaś?

- Nie uwierzyłbyś.

- W jakimś luksusowym miejscu?
-   W   takim,   że   nawet   nie   muszę   jechać   po   swoje   rzeczy,   bo   byłoby   niebezpiecznie 

zostawić je tam chociaż na chwilę. Wszystkie wożę w bagażniku.

- Pewnie nie masz takiej zielonej nocnej koszuli, której nigdy na tobie nie widziałem? - 

spytał lekkim tonem, lecz zdumiało go to, że niecierpliwie czeka na odpowiedź.

- A jakże, mam ją. I czarną sukienkę, którą włożyłam tylko na minutę. Oraz... - Głos 

Celestine lekko się załamał. - Arkę Noego - dokończyła cicho.

Położył dłoń na jej policzku, wsunął palce we włosy - jasne, krótsze niż przedtem i 

background image

niewiarygodnie seksowne.

-   Pojedziemy   moim   samochodem,   a   jeden   z   ochroniarzy   sprowadzi   twój,   gdy   się 

upewni,   że   nikt   go   nie   śledzi.   Poczekaj   chwilę.   Zaparkuję   tuż   obok   i   wtedy   szybko   się 
przesiądziesz, dobrze?

- Tak.
Pocałował ją i pospiesznie wysiadł z auta.

Gdyby  Norbert   nie  powiedział   jej  o  ochroniarzach,  nie   domyśliłaby   się,   że   ktoś  ich 

obserwuje. Widocznie jej instynkt nie był aż tak wyostrzony, jak sądziła. A ci dwaj z pewnością 

należeli do najlepszych w swoim fachu i umieli perfekcyjnie wtopić się w otoczenie.

Przestała   więc   ich   wypatrywać   i   wygodniej   usadowiła   się   na   siedzeniu.   Samochód 

Norberta   był   szczytem   luksusu   -   miał   tapicerkę   z   mięciusieńkiej   skóry   i   system   stereo 
zapewniający jakość dźwięku zbliżoną do tego, jaki oferują najlepsze miejsca w londyńskiej 

filharmonii.

Usiłowała podczas jazdy nie wpatrywać się w Norberta. Nie zapomniała jego twarzy ani 

żadnego szczegółu z jego wyglądu, lecz człowiek z krwi i kości znacznie przewyższał wszystko, 
co zachowała we wspomnieniach. Dzisiaj miał na sobie jasną, płócienną marynarkę i popielate 

spodnie. Raz się uśmiechnął, ale teraz znów miał poważną minę.

- Pierwszy raz jestem w tej części Północnej Karoliny.

- Szybko się urbanizuje. Buduje się tu zbyt wiele małych pól golfowych i budynków 

mieszkalnych.

- Niektóre powstały na twoich terenach.
On rzeczywiście wie wszystko, pomyślała. Może nawet to, kiedy zaczęła ząbkować.

-   Nigdy   nie   pozwolono   mi   decydować   o   planach   zagospodarowania   tej   ziemi.   A 

ustanowieni   przez   mojego   ojca   pełnomocnicy   poczytywali   sobie   za   swój   obowiązek   tylko 

pomnażanie   dochodów   z   naszej   posiadłości.   Mają   procentowy   udział   w   zyskach,   więc 
sprzedają działki, jeśli to się opłaci. Niejeden raz płakałam z powodu decyzji prawników.

- Już nie będziesz płakała.
-   Norbert,   nie   musiałeś   tu   za   mną   przyjeżdżać.   Dlaczego   to   zrobiłeś?   -   spytała, 

zmieniając temat.

- Powiedziałaś mi wystarczająco dużo, abym łatwo cię zidentyfikował - odparł po chwili 

zastanowienia. - Zostawiłaś namiary telefoniczne. Podałaś parę imion. Chciałaś, żebym cię 
odnalazł.

- Wcale nie!
- Tak.

background image

Odwróciła twarz do okna. Akurat przejeżdżali przez most prowadzący do Atlantic Beach 

i w świetle księżyca lśniła pod nimi woda cieśniny.

- Pragnęłam cię chronić.
-   Rozegrałaś   to   tak,   żebym   mógł   wybrać...   albo   cię   zlokalizować,   albo   mieć   parę 

powodów zniechęcających do szukania.

- Więc czułeś się zobowiązany?

-   O   mało   nie   zwariowałem   z   niepokoju  o   ciebie,   kobieto   !   -   Norbert  walnął   dłonią 

kierownicę. - A chwilami byłem taki wściekły, że prawie sobie odpuściłem.

- Dlaczego więc tego nie zrobiłeś?
- Ponieważ mnie potrzebowałaś.

Rozczarowały ją te słowa. Miała nadzieję usłyszeć coś innego, coś bardziej od serca. A 

działaniem Norberta kierowało chyba tylko poczucie winy.

Tamtej nocy, gdy się kochali, wspomniał o swoich najbliższych. Podobno o nich nie 

zadbał i dlatego ich utracił. Mówił o sobie niewiele, a ona prawie o nic nie pytała, ponieważ nie 

mogłaby się zrewanżować informacjami o sobie. Lecz teraz Norbert wiedział o niej wszystko, 
natomiast ona o nim nadal bardzo mało. Uznała, że pora to zmienić.

- Opowiedz mi o swojej żonie i synku.
- Dlaczego?

- Bo cokolwiek się stało, wywarło na ciebie ogromny wpływ.
- Oboje nie żyją.

- Myślałam, że...
- Że jestem rozwiedziony, tak? Nigdy tego nie powiedziałem.

- Ale pozwoliłeś mi tak sądzić.
- Nie było powodu, żeby wyjaśniać tę sprawę. To nie miało żadnego znaczenia.

- Może to ja byłam dla ciebie bez znaczenia? Uznałeś, że nie zasługuję na poznanie 

prawdy?

- Najwidoczniej  uznałem wtedy,  że prawda  jest dla mnie równie nieistotna,  jak dla 

ciebie. - Zjechał z mostu i skręcił na szosę prowadzącą wokół wyspy. - Można by mówić dużo 

albo wcale, lecz teraz lepiej to sobie darować. Skupmy uwagę na tobie... żebyś wyszła żywa z 
tego... A później spokojnie wyjaśnimy inne wątpliwości.

- Czyli dokładnie jakie?
- Te, które do tej pory nie zostały wyjaśnione. Celestine ani myślała się tym zadowolić. 

Jej frustracja sięgnęła zenitu.

- Chcę teraz wiedzieć, czy jestem dla ciebie kimś więcej, niż tylko osobą potrzebującą 

background image

ratunku. Zjawiłeś się jedynie po to, żeby tym razem kogoś nie zawieść? Powiedz mi chociaż 
tyle, do cholery!

- Żadne wydarzenia nie sprawią, że Lynn zmartwychwstanie. Nie mogę przywrócić jej 

życia za pomocą swoich dobrych uczynków. Nie jesteś dla mnie żadnym substytutem. O to 

pytałaś?

- Prze... praszam - mruknęła zaszokowana. - Naprawdę nie...

- Chcesz wiedzieć, czy coś dla mnie znaczysz? Odpowiedź brzmi: tak. Ale nie będziemy 

teraz o tym mówić. Twoja przyszłość to na razie jedna wielka niewiadoma. Nie zamierzam 

ciągnąć cię ani popychać w żadną stronę. Pragnę tylko utrzymać cię przy życiu.

- Rozumiem.

- Wątpię.
Poddała  się.  Odchyliła  głowę  na  miękki  podgłówek   i zamknęła  oczy.  Od  tak  dawna 

musiała być czujna, lecz teraz Norbert na pewien czas przejmie kontrolę, więc...

Bezwiednie   westchnęła.   Nie   miała   pojęcia,   co   Norbert   naprawdę   czuje.   Za   mało   go 

znała, aby ocenić jego stan ducha i podejście do wielu spraw. Ale jedno wiedziała na pewno - 
był człowiekiem godnym zaufania. Mogła bez obaw powierzyć mu swoje życie, a może nawet 

swoje serce...

Chyba   się   zdrzemnęła,   a   gdy   otworzyła   oczy,   samochód   stał   w   ciemnym   garażu. 

Trzasnęły drzwiczki, zabrzmiał odgłos szybkich kroków i Norbert zastukał w szybę.

- Gdzie jesteśmy? - Celestine odblokowała zamek po swojej stronie i powoli postawiła 

nogi na ziemi.

- W bezpiecznym miejscu. Sami.

Wysiadła z auta, a Norbert wziął ją w ramiona, ponieważ chwiała się na nogach.
- Tamtego ranka w Trillingden... Nie chciałam od ciebie odejść - szepnęła, patrząc mu w 

oczy.

- Jak twój bark?

- Prawie się zgoił. Czasami pobolewa, ale poza tym w porządku. Byłam u lekarza, a on 

stwierdził, że ten, kto mnie zszywał, ma talent chirurga plastycznego. Zostanie tylko maleńka 

blizna.

Odgarnął   włosy   z   jej   twarzy,   po   czym   znów   je   zwichrzył.   Czekała,   aż   ją   pocałuje. 

Rozpaczliwie tego pragnęła.

- Niczego od ciebie nie oczekuję, Celestine. Żadnego rewanżu.

- A gdybym chciała się zrewanżować? Powiedzmy, że całkiem nieoczekiwanie, nagle 

uznam cię za atrakcyjnego mężczyznę...

background image

- Wtedy musisz mnie o tym uprzedzić. Na wypadek, gdybym ja uznał cię za atrakcyjną 

kobietę.

- Jest szansa, że pomyślisz tak w tej chwili? - Zamierzała powiedzieć to żartobliwym 

tonem,   ale   usłyszała   w  swoim  głosie   żałośnie   błagalne   nuty   i  wiedziała,   że  Norbert  też   je 

rozpoznał.

- Nieduża - zamruczał, przyciskając ją do siebie, aby wyczuła oczywisty dowód jego 

pożądania.

- Moja nocna koszula nadal jest w samochodzie.

- Więc musimy poczekać. Chyba że... moglibyśmy kochać się bez niej.
- Raz nam się udało.

- Nie tylko raz.
- Norbert, tęskniłam za tobą.

- Więc jednak wynikło z tego wszystkiego coś dobrego?
-   Musnął   wargami   jej   usta.   Dwukrotnie.   -   Ale   z   faktu,   że   jesteśmy   razem,   może 

wyniknąć jeszcze coś lepszego.

- Odsunął się i wziął ją za rękę. - Chodź.

Otworzył drzwi i wprowadził Celestine do środka. Już na pierwszy rzut oka było widać, 

że   dom   jest   ogromny.   Tak   dalece   różnił   się   od   chatki   w   hrabstwie   Kent,   jak   Anglia   od 

Północnej Karoliny. Ta położona tuż przy plaży rezydencja rozprzestrzeniała się we wszystkich 
kierunkach   -   za   każdymi   drzwiami   znajdował   się   taras,   a   okna   były   po   prostu   wielkimi, 

szklanymi taflami. Boazeria nadal pachniała cedrowym drewnem, z którego ją wykonano, a 
projektanta tych wnętrz niewątpliwie zainspirował widok tutejszych wydm i oceanu.

- Ten dom tylko z pozoru jest taki wyeksponowany. W pobliżu nie ma innych siedzib, a 

od tyłu widok zasłaniają drzewa.

Celestine podeszła do dużych, balkonowych drzwi prowadzących na taras od strony 

plaży. Zza wysokich, białych diun dochodził łagodny szum fal, a w ciągu dnia pewnie było 

gdzieniegdzie widać połyskującą taflę morza.

- Jesteś prawie w domu, Celie. - Norbert delikatnie ją objął, a ona oparła się o niego i 

poczuła na włosach jego usta.

- Nic lepszego nie mogłem znaleźć.

- To jak przebudzenie ze złego snu. - Odwróciła się i ujęła w dłonie twarz Norberta.
- Pomogę ci się zbudzić. - Znów ją pocałował, tym razem nadzwyczaj sugestywnie.

Odsunęli się tylko na parę chwil, aby zrzucić ubrania, następnie znów padli sobie w 

ramiona. Sypialnie znajdowały się zbyt daleko, a puszysty dywan, na którym stali, okazał się 

background image

wystarczająco miękki.

Celestine była prawie w domu, lecz w objęciach Norberta ten dom nagle stał się czymś 

więcej niż tylko swojską oceaniczną bryzą i niewidzianą od pięciu długich lat rezydencją Haven 
House. Gdy zaczęli się kochać, Celestine myślała tylko o tym, z czego niemal zrezygnowała.

Celestine była opalona równo na całym ciele. Norbert poczuł ukłucie zazdrości, zanim 

skonstatował,   że   opalenizna   pewnie   jest   skutkiem   działania   lamp.   Skóra   Celestine   miała 

odcień złocistego miodu, a jasne włosy lśniły jak promienie porannego słońca. Norbert znów 
zaczął   się   zastanawiać,   gdzie   znikła   ta   dziewczyna,   gdy   porzuciła   jego   auto   na   rynku   w 

Trillingden. Nikt jej tam nie zauważył, a poszukiwania w sąsiednich miejscowościach także nie 
przyniosły pożądanego rezultatu.  Na szczęście  pozostawiła  wystarczająco dużo śladów, aby 

mógł ją odnaleźć. I teraz znów byli razem.

Celestine poruszyła się, unosząc ramię. Łatwo się z nią spało. Nie wierciła się i miała 

lekki  sen. Prawdopodobnie nauczyła  się budzić z byle powodu. Ale w tej chwili  sprawiała 
wrażenie zrelaksowanej, jakby śniła o czymś przyjemnym.

Wtedy, w Trillingden, Norbert przypuszczał, że nazajutrz już jej nie będzie i wcale się 

nie zdziwił jej nieobecnością. Nie podejrzewał jednak, że ogarnie go takie dojmujące poczucie 

straty. Wiedział, że w końcu znajdzie Celestine, lecz przez następny miesiąc, dopóki jej nie 
zlokalizował, nie był w stanie myśleć o niczym innym.

- Nie zdołałam cię zmęczyć? - zamruczała, otwierając oczy, i dotknęła jego policzka.
- Ani trochę.

- Śniło mi się, że jestem w domu, a ty leżysz przy mnie w łóżku.
- Od dawna nie byłaś u siebie?

- Od wieków.
- Chciałabyś tam pojechać?

- Jak to?
- Twoi wujostwo są nieobecni.

- Skąd wiesz?
- Znam każdy ich ruch.

- Gdzie są?
- Twoja ciotka  to snobka.  Uwielbia obracać się w kręgach bogaczy. W ten weekend 

baluje   z   mężem   na   wielkim   przyjęciu   w   Waszyngtonie.   Wracają   jutro   po   południu.   W 
dwadzieścia   minut   możemy   być   w   okolicy   twojej   rezydencji,   żebyś   nasyciła   nią   wzrok. 

Oczywiście nie wysiadając z samochodu. O tej porze nocy to bezpieczna wyprawa.

- Myślisz, że... że oni coś tam pozmieniali?

background image

- Nie sądzę. Twój ojciec w testamencie nie zezwolił na żadne przebudowy.
- Możemy pojechać? Zrobiłbyś to dla mnie?

Uczyniłby   dla   niej   o   wiele   więcej.   Zaczynał   podejrzewać,   że   chyba   wszystko. 

Odpowiedział jej długim, czułym pocałunkiem.

- A chcesz?
- Och, bardzo!

- To się ubierz.
- Będziemy bezpieczni, bo jest tak późno? - spytała, obejmując go za szyję.

- Chyba tak - odparł, opierając się na łokciu.
- A nie byłoby bezpieczniej, gdybyśmy poczekali jeszcze troszkę?

- Masz ochotę pospać?
- Nie. - Posłała mu zmysłowy uśmiech Marie St. Germaine. - Mam ochotę na ciebie, 

Norbercie.

background image

ROZDZIAŁ CZTERNASTY

Celestine już drugi raz w ciągu dziesięciu minut pomieszała kawę, która chyba zdążyła 

wystygnąć.

- Potrzebujesz więcej snu. - Norbert uniósł twarz Celestine i spojrzał jej w oczy. - Jesteś 

wykończona.

- Zasnę na tydzień, gdy będzie po wszystkim.

- Nie bawi mnie ta perspektywa.
- Czasem będę się budzić. - Celestine uśmiechnęła się figlarnie.

- To dobrze. - Zauważył, że spoważniała i najwyraźniej się zamyśliła.
Może nie należało zabierać jej do Haven House? Pojechali tam nad ranem i Celestine 

długo   wpatrywała   się   w   wielką   rezydencję   takim   wzrokiem,   jakby   patrzyła   na   siedlisko 
duchów.   Dom   sprawiał   imponujące   wrażenie   -   był   wielki,   chyba   co   najmniej 

dwudziestopokojowy, z licznymi balkonami i gankami. Norbert naliczył sześć kominów i cztery 
przyczółki   oraz   tyle   okien,   że   służba   musiałaby   je   myć   chyba   przez   cały   tydzień.   Aleja 

wysadzana   rozłożystymi   dębami   prowadziła   do   frontowej   werandy   wspartej   na   grubych 
kolumnach.

- Nie wiem, czy będę mogła znów tu zamieszkać - powiedziała Celestine, gdy odjeżdżali.
- Dlaczego?

- Oni zajmowali ten dom tak długo, że chyba bezustannie myślałabym o nich w każdym 

pomieszczeniu.

- Wezwiemy egzorcystę. Wyrzucimy wszystko, co budziłoby przykre wspomnienia.
- Może lepiej spalić Haven House?

Wrócili do willi nad plażą i długo tulił Celestine w ramionach, aby przestała zadręczać 

się   myślami   o   przeszłości.   Lecz   teraz   chyba   znów   przypomniała   sobie   o   wujostwie.   Wziął 

filiżankę z zimną kawą, wylał ją, nalał z dzbanka gorącej i podał ją Celestine.

-   Nie   ma   sensu   teraz   się   tym   martwić,   Celie.   Podejmiesz   decyzję,   gdy   sytuacja   się 

wyjaśni. Pij gorącą kawę.

-   Gdy   tylko   Millie   i   Roger   wprowadzili   się   do   mnie,   natychmiast   kazali   spakować 

wszystko, co należało do moich rodziców, a nie miało szczególnej wartości, i oddali te rzeczy. 
Błagałam   Millie,   żeby   pozwoliła   mi   zachować   sztuczną   biżuterię   mojej   mamy,   ale   się   nie 

zgodziła.

Norbert nie zaliczał się do ludzi agresywnych i nie lubił przemocy fizycznej, ale w tej 

chwili wyobrażał sobie, z jaką rozkoszą zacisnąłby dłonie na szyi owej Millie.

background image

- Tak mi przykro.
- Niepotrzebnie. - Celestine znów pomieszała kawę. - Znalazłam te błyskotki, zanim 

zostały zabrane, i schowałam na strychu. A do pudeł włożyłam parę garści ozdób należących 
do Millie. Aż do dziś pewnie nie ma pojęcia, gdzie podziały się jej ukochane perły. Byłam 

naprawdę okropnym bachorem.

Norbert zawył z uciechy.

- Od początku mówiłam do niej po imieniu, a ona tego nie znosiła. Rogera nigdy nie 

nazywałam wujkiem. Odnosiłam małe zwycięstwa, ale i to sprawiało mi satysfakcję.

- Wspomniałem ci, że zebrałem trochę informacji. Chcesz je poznać?
- Wiesz, że tak.

- Na początek: Millie i Roger. Zdołali odłożyć na czarną godzinę niezły mająteczek, co 

sugeruje, że nie są całkiem pewni swojego zwycięstwa w tej grze. Jeśli poniosą klęskę, to będą 

mieli z czego żyć.

- Z jakich źródeł pochodzi owo zabezpieczenie?

- To ci się nie spodoba.
- Żadna niespodzianka.

- Sprzedali niektóre antyki i dzieła sztuki, które prawnie należą do ciebie. A Roger nie 

jest głupi. Żongluje funduszami, do których ma dostęp, sporządza fałszywe raporty, przenosi 

pieniądze z konta na konto. Ma więcej sprytu niż pełnomocnicy wyznaczeni do zarządzania 
twoimi sprawami.

- Ile skumulował?
- W porównaniu do całości twojego majątku? Niewielki odsetek.

- Ile?
- Około pół miliona.

- Jak to odkryłeś?
- Mam pewne koneksje.

- Jakie?
- Takie, dzięki którym obecnie wiadomo, co wpływa na konto i wypływa z konta Rogera 

w waszyngtońskim banku. Bo tam ukrywa swoje pieniążki.

- Cóż za ulga wiedzieć, że moi kochani krewni nie będą nędzarzami, gdy dobiorę się im 

do skóry. - Jad w głosie Celestine niemal zatruł powietrze.

- Prawdopodobnie uda się dowieść przepływu każdego centa, więc dostaniesz wszystko 

z powrotem. A urząd skarbowy z zachwytem przyjrzy się machinacjom Rogera.

- Zajmę się tym później - powiedziała z zasępioną miną. - Co jeszcze?

background image

Ta część informacji była łatwa do przekazania. Norbert przez chwilę zastanawiał się, jak 

powiedzieć Celestine resztę. Odchylił się wraz z krzesłem do tyłu i skrzyżował ramiona.

- Kolejne złe wieści?
-   Szybko   stwierdziłem,   kim   naprawdę   jesteś.   Zostało   mi   sporo   czasu,   więc 

prześwietliłem wszystkie osoby z twojego najbliższego otoczenia.

- Widzę, że moje życie to otwarta księga.

- Ciesz się, że nadal jest otwarta.
Celestine lekko się wzdrygnęła.

- Komu naprawdę ufasz, Celie?
Rozpromieniła się. Zawsze się uśmiechała, gdy zwracał się do niej w ten sposób. Celie.

- Ufam tobie.
- Komu jeszcze?

- Allison i dziadkowi Sutterowi. Są oboje na pierwszym miejscu.
- To wszystko?

- Ufam też córce dziadka, Rhondzie. Jest wspaniała. Po śmierci moich rodziców starała 

się zastąpić mi matkę, oczywiście za plecami Millie, bo ta wiedźma jasno dała do zrozumienia, 

że Rhonda nie jest wystarczająco dobra, aby spoufalać się z rodziną St. Gervais.

- A co z Whitem Sandersonem? Wczoraj stwierdziłaś, że nie jesteś go pewna...

- Cóż, zasiałeś ziarno wątpliwości. Wykiełkowało.
- To dobrze.

- Dlaczego?
- Twój przyjaciel Sanderson jest hazardzistą, regularnym bywalcem kasyn w Atlantic 

City, a raz na miesiąc lata do Las Vegas. Nawet niezły z niego gracz, trzeba przyznać. - Norbert 
wzruszył ramionami. - Nie zrobił majątku, ale też nie przegrał ostatniej koszuli. Stoi nieźle 

finansowo, lecz nie wiem, dlaczego. Albo radzi sobie lepiej, niż sądzą moje źródła z Vegas, albo 
ma jakieś inne dochody, których nie ujawnia w zeznaniu podatkowym.

- Na przykład dochody czerpane z kont Millie i Rogera?
- Możliwe.

- Stephen uważał Whita za człowieka o nieposzlakowanej uczciwości!
- Tonący brzytwy się chwyta. A Sanderson może obecnie bardzo potrzebować pieniędzy. 

-   Norbert   stwierdził,   że   Celestine   nie   wyklucza   takiej   ewentualności,   choć   nie   chce   w   nią 
uwierzyć.

- Norbert, masz kontakty dosłownie wszędzie? Jak zdobywasz takie informacje?
Znów pożałował, że od początku nie był z nią całkiem szczery.

background image

- Wiem, jak skłonić ludzi do ujawnienia tego i owego. To ważne w mojej pracy.
- Są jeszcze jakieś złe wiadomości?

- Najgorszą zachowałem na koniec - odparł z wahaniem.
- Strzelaj. Na razie idzie ci nieźle.

- Zastanawiałaś się kiedyś, jakim cudem Earl Sutter wkradł się w łaski twojego dziadka, 

który później zapisał mu w testamencie dom, niezłą działkę i dożywotnią rentę?

- Nie było powodów, żeby się nad tym głowić. Dziadek Sutter to wspaniały człowiek. 

Najlepszy   na   świecie.   Zawsze   był   stuprocentowo   lojalny   wobec   mojego   dziadka,   który 

postanowił mu się odwdzięczyć.

Celestine najwyraźniej zirytowała się zawoalowaną sugestią, że dziadek Sutter mógłby 

być kimś mniej godnym zaufania, niż sądziła. Norbert spodziewał się takiej reakcji, ale to 
niczego nie ułatwiało.

- Nie zabijaj posłańca, Celie.
- Lepiej nie mów nic złego o dziadku Sutterze. - Celestine ciskała wzrokiem błyskawice, 

a rzucona na stół łyżeczka kilkakrotnie podskoczyła i zatrzymała się w połowie blatu. - No 
dobrze, do cholery. O co chodzi?

- Znasz historię Haven Haouse?
- Mniej więcej. Pamiętam to, co opowiadał mi ojciec.

- Powiedział ci kiedyś, jak Sutterowie trafili do was?
- Chyba nie.

- W okresie wielkiego kryzysu twoja rodzina omal nie straciła wszystkiego w rezultacie 

złego zarządzania oraz ogólnej recesji gospodarczej. Twój pradziadek Raoul był marzycielem, 

nie biznesmenem. Ojciec Earla Suttera, Ike, zjawił się pewnego dnia u waszych drzwi, szukając 
pracy. Towarzyszyła mu żona i mały Earl. Ike uważnie rozejrzał się wokoło i zauważył, co 

natychmiast można by zrobić. Zaproponował twojemu pradziadkowi, że poprowadzi plantację 
w zamian za dach nad głową i utrzymanie. Natomiast jeśli postawi ją na nogi, to otrzyma nie 

wynagrodzenie, lecz sporą część posiadłości. Raoul był w tak rozpaczliwej sytuacji, że przystał 
na postawione warunki.

- Nigdy o tym nie słyszałam.
- Po śmierci Raoula okazało się, że w swoim testamencie niczego Sutterom nie zapisał. 

Zawarta z Ikem umowa miała charakter werbalny i przypieczętowano ją tylko uściskiem ręki. 
Twój dziadek Alexander oraz Earl dorastali razem, i Alexander obiecał mu, że Earl zawsze 

będzie miał w Haven House swój dom. Ale nigdy nie zrealizował obietnicy danej ojcu Earla 
przez twojego pradziadka. Zapisał Earlowi tylko domek, działkę i rentę.

background image

-   A   jednak   Earl   został   w   Haven   House.   Widocznie   nie   uważał   się   za   oszukanego. 

Prawdopodobnie otrzymał zadowalającą rekompensatę.

- A jeśli mniejszą, niż się spodziewał?
- Jaki to mogłoby mieć związek ze mną?

- Jeśli Earl Sutter  przez te wszystkie lata skrywał  urazę do twojej rodziny, to może 

chętnie dostarczał informacje o tobie twojej ciotce i wujowi. A nawet z uciechą obserwował, 

jak ostatni członkowie rodu St. Gervais wydrapują sobie nawzajem oczy.

- Nie! - Celestine trzepnęła dłonią o stół. - To wykluczone! Dziadek Sutter mnie kocha. I 

zapominasz o tym, że mój dziadek zostawił dziadkowi Sutterowi naprawdę sporo.

- Zachłanność nie wzmaga naszego obiektywizmu, Celie. Ona go wykrzywia.

- Zapomniałam jeszcze o czymś - odparła po długiej chwili milczenia. - Dziadek Sutter 

nie wiedział o mojej planowanej bytności w Canterbury tamtego dnia. Powiedziałam o tym 

tylko Whitowi.

-   Ale   on   często   kontaktował   się   z   Allison   i   Earlem   Sutterem.   Mógł   się   wygadać, 

zwłaszcza jeśli ktoś umiejętnie pociągnął go za język.

- Nie wierzę w to.

- Nie musisz. Ale weź to pod uwagę.
- Pewnie odkryłeś też sporo brudów w życiu Allie. Jej nie zależy na opinii innych, ale 

jest moją najlepszą przyjaciółką od dnia, w którym się poznałyśmy. Została nią w okresie, 
kiedy byłam w największym dołku i od tego czasu nieprzerwanie stoi u mego boku.

-   Dla   pieniędzy   twoja   Allison   uczyniłaby   niemal   wszystko   -   oględnie   zasugerował 

Norbert.

- Ale nigdy by mnie nie skrzywdziła. Nienawidzi Millie i Rogera prawie tak samo, jak ja. 

Oni   zawsze   traktowali   ją   okropnie.   Gdy   otrzymałyśmy   świadectwa   maturalne,   Millie 

oświadczyła Allie prosto w twarz, że wywiera na mnie zły wpływ i należy nas rozdzielić. Allie za 
żadne pieniądze nie skumałaby się z moją ciotką i wujem.

- Cóż, spróbuj to przemyśleć.
- Wykluczone.

- Obyś się nie myliła. Wolałbym, żeby moje podejrzenia okazały się bezpodstawne.
- Wiem, że mam rację. Ani dziadek Sutter, ani Allie nie działaliby na moją szkodę. Za 

nic w świecie.

- Ja też, Celie. - Wyciągnął do niej ręce. - Pragnę tylko zapewnić ci bezpieczeństwo.

- Wiem - odparła i podała mu swoje dłonie.
- Opowiedz, co zamierzasz.

background image

Słuchał, gdy przedstawiała mu swoje plany, które najwyraźniej długo opracowywała.
- Wczoraj widziałam się z Allie - oznajmiła w końcu. - Pewnie wtedy ją zgubiliście. 

Przyjechała do mnie do motelu. Powiedziałam jej to, co teraz tobie, i poprosiłam, żeby w moim 
imieniu zleciła Whitowi spisanie ostatecznej wersji mojego testamentu.

- Chyba powinienem osobiście przypomnieć mu o twojej prośbie.
- Po co? Allie pewnie już u niego była.

- Chcę spotkać się z Whitem Sandersonem. Dzisiaj. Niech wie, że go obserwuję.
- Przypuszczalnie chciałbyś również poznać Allie i dziadka?

- Nie zawadzi. Może zaprosisz Allie na lunch? Zaproponuj jakieś niepozorne miejsce, a 

ja zapewnię ci ochronę.

- Jednego z twoich niewidocznych ludzi?
-   Tym   razem   będzie   tuż   obok,   przy   sąsiednim   stoliku.   Przyjadę   po   ciebie,   a   ty 

przedstawisz mnie Allie.

- Zadzwonię do niej.

- Nie stąd. Zadzwoń z mojej komórki.
- Dlaczego?

- Ponieważ numer może doprowadzić do adresu, a ten dom musi pozostać bezpieczny.
- Przewidujący z ciebie człowiek, co? Ale nie marnuj czasu na działania bez sensu. To 

Millie   i   Roger   pragną   mojej   śmierci.   Nie   musisz   chronić   mnie   przed   tymi,   którzy   mnie 
kochają.

- Nie przed wszystkimi. - Zauważył, że pytająco uniosła brwi, ale nie rozwinął tematu. 

Niedawno powiedział jej, że później wyjaśnią wszelkie wątpliwości. I oby tak się stało.

Biuro Whita Sandersona miało przyjemny wystrój z widoczkami oceanu na ścianach, a 

w recepcji urzędowała tylko jedna sekretarka. Norbert doszedł do wniosku, że w kancelarii są 

też   większe   gabinety,   a   pan   Sanderson   zapewne   stara   się   zasłużyć   na   jeden   z   nich.   Ale 
kontynuacja   hazardu   mogła   to   uniemożliwić.   Właściciele   takiej   firmy   prawniczej,   jak 

„Flinders, Billett & Crane” chyba nie tolerowaliby nawet cienia skandalu.

Zaledwie   po   paru   minutach   oczekiwania   Norbert   został   wprowadzony   do   gabinetu 

Whita.  Zapisał się na wizytę jako Norbert James i był pewien, że Sanderson kojarzy go z 
osobnikiem, o którego jakiś czas temu pytała Celestine. Młody adwokat wstał na powitanie. 

Był niski, łysiejący i z nieco wystającym brzuszkiem, który mógł stanowić rezultat zbyt wielu 
nocy spędzonych w kasynach Vegas.

Obaj panowie otaksowali się spojrzeniami i Whit wskazał gościowi krzesło naprzeciw 

swego biurka,  chyba równie starego i solidnego, jak reputacja  firmy. Wszędzie widać było 

background image

wysokie pod sufit regały zastawione książkami.

- Wiem, kim pan jest - oświadczył Whit.

- Doprawdy?
- Chodzi o Celestine?

- Wyłącznie.
- Jest cała i zdrowa? - Whit pochylił się do przodu i lekko przymrużył oczy. - Bo jeśli nie, 

to...

-   To   co?   Utopi   pan   smutki   w   paru   butelkach   szampana   i   paru   rundach   gry   w 

dwadzieścia jeden? Dokąd tym razem pan skoczy? Do Las Vegas czy Atlanic City? Trudno za 
panem nadążyć, panie Sanderson.

Whit na ułamek sekundy znieruchomiał, po czym tak błyskawicznie zerwał się z miejsca 

i wyskoczył zza biurka, że Norbert nie zdążył się połapać, co adwokat zamierza. On zaś chwycił 

go za klapy akurat wtedy, gdy Norbert wstał.

- Co jej zrobiłeś?!

- Z Celestine wszystko w porządku. - Norbert z łatwością strząsnął z siebie ręce Whita i 

złapał go za ramiona. - Pogadajmy o panu.

- Gwoli ścisłości, nie bawię się w dwadzieścia jeden. - Whit gładko się wyswobodził, ale 

się nie odsunął. - A pan najwyraźniej bawi się w szantaż.

- Bynajmniej. Chronię Celestine. Osiłek, który próbował zabić ją w Londynie, później 

czekał na nią w Canterbury tamtego dnia, gdy pojechała po pieniądze. Oprócz urzędnika w 

banku tylko pan wiedział, że ona tam będzie.

- Więc pańskim zdaniem usiłuję ją zabić?!

- Przyszło mi to do głowy.
- Kim pan jest, u diabła? Bo nikt z Tri - C International, z kim rozmawiałem, w życiu o 

panu nie słyszał!

-   Za   to   w   Vegas   i   Atlantic   City   wszyscy,   z   kim   ja   rozmawiałem,   słyszeli   o   panu, 

Sanderson.   Ma   pan   wszelkie   powody,   aby   potrzebować   pieniędzy.   Wiadomo,   że   nałogowi 
hazardziści   rozstają   się   z   moralnością   równie   łatwo,   jak   ptaki   z   piórkami   w   okresie   ich 

wymiany.

- Jak się pan nazywa?

- Norbert James. I nie pozwolę, aby kiedykolwiek coś złego spotkało Celestine.
- Nigdy bym jej nie skrzywdził. - Whit przeczesał palcami mocno przerzedzone włosy. - 

Wiem, że mam problem. Naprawdę. Ale samowolnie nie tknąłem ani centa z jej pieniędzy. 
Pobierałem je tylko wówczas, gdy prosiła mnie o przekaz. Nigdy nie wziąłem cudzego grosza 

background image

dla siebie.

- Więc czyją gotówkę pan przegrywa?

- Swoją. Majątek po rodzinie.
Albo   Sanderson   dobrze   udawał,   albo   mówił   prawdę.   Norbert   nie   zamierzał   jednak 

wierzyć mu na słowo, skoro stawką było życie Celestine.

- Proszę posłuchać mnie uważnie, Sanderson. Celestine chce, żeby sporządził pan jej 

testament. Tak, jak to kiedyś ustaliliście.

- Allison Freeman już mnie zawiadomiła. Gdzie jest Celestine?

- Sądzi pan, że powiem?
- Więc skąd mam wiedzieć, że to jej pomysł?

-   Ma   pan   przygotować   ten   testament.   Jeszcze   dzisiaj.   Guzik   mnie   obchodzi,   jakie 

obowiązki musi pan skreślić, żeby to zrobić. Wieczorem przyślę kogoś po kopię. Później moi 

prawnicy   dokładnie   przeanalizują   każdy   akapit.   Jeśli   wszystko   będzie   w   porządku,   jutro 
wieczorem spotka się pan z Celestine i popatrzy, jak ona składa podpis.

- I co dalej?
- Radzę złożyć dłonie i się modlić,  aby  okazał  się pan taki  uczciwy  i lojalny  wobec 

Celestine, jak pan twierdzi. Bo jeśli odkryję, że kiedykolwiek działał pan na jej szkodę, to 
podczas następnej wizyty w Vegas będzie pan szukał posady pucybuta.

Wybrana   przez   Allison   restauracja   znajdowała   się   na   peryferiach   Wilmington,   była 

udekorowana  rybackimi sieciami i nie podawano  w niej niczego gotowanego na parze ani 

pieczonego   bez   tłuszczu.   Poza   tym   miała   jeszcze   jedną   niezaprzeczalną   zaletę   -   świeciła 
pustkami. Celestine zamówiła ostrygi i zaczęła od przystawek w postaci smażonych kulek z 

kukurydzianego ciasta. Allison jeszcze niczego nie wybrała.

- Zawsze tak jesz? - spytała. - Jakbyś umierała z głodu?

- Gdy nie wiesz, kiedy trafi ci się następny posiłek, jedzenie staje się czymś niezmiernie 

cennym.

- Biedactwo. Wiele przeszłaś.
- Może ten koszmar wkrótce się skończy.

- Wczoraj wieczorem złapałam Whita. Zasypał mnie pytaniami.
- Chyba nie udzieliłaś mu zbyt wielu odpowiedzi?

- Żadnych, których nie powinnam. - Allison wzięła od kelnerki oszroniony kufel piwa i 

wzniosła toast. - Za ciebie, za mnie i tamtego faceta, który siedzi przy stoliku w rogu i nie 

spuszcza nas z oka.

Celestine   doskonale   wiedziała,   o   kogo   chodzi.   Mężczyzna   miał   na   imię   Hank,   był 

background image

emerytowanym agentem FBI i przywiózł ją tutaj.

- Nie marnowałabym na niego czasu.

- Dlaczego?
- Jest ze mną.

- Więc dlaczego nie przyjdzie... - Oczy Allison rozbłysły. - On cię chroni?
- Jasne. Każdemu podejrzanemu chluśnie sałatką w oczy i dołoży w łeb frytkami prosto 

z wrzącego oleju.

- Skąd w takim krótkim czasie wytrzasnęłaś takiego atletę?

- Nie ja. Norbert go wynajął.
- Norbert?

- Pamiętasz, jak wspomniałam ci o pewnym mężczyźnie? Tym, którego poznałam w 

Anglii? No więc... on mnie odnalazł. I mi pomaga.

- Szczęściara z ciebie. - Allison gwizdnięciem wyraziła podziw.
- Nie powiedziałabym, żeby te cztery lata były szczęśliwe.

- Oczywiście, że nie. Ale tylko pomyśl, jak będzie, gdy załatwisz swoje sprawy. Jesteś w 

czepku   urodzona.   Może   trochę   przyżółkł,   ale   szybciutko   go   wybielisz   i   zaczniesz   żyć   jak 

księżniczka.

-   Zabawne,   ale   nigdy   nie   podniecała   mnie   perspektywa   posiadania   tego   majątku. 

Owszem, Haven House coś dla mnie znaczy, lecz głównie dlatego, że ta posiadłość należała do 
moich rodziców. Natomiast pieniędzmi chętnie podzieliłabym się z Millie i Rogerem, gdyby 

tylko traktowali mnie jak człowieka. Nie jak bratanicę. Po prostu jak ludzką istotę.

- Szlachetne sentymenty.

- Daj spokój, Allie. - Celestine dotknęła dłoni przyjaciółki. - Nie wmawiaj mi, że mając 

do wyboru miłość i forsę, w dzieciństwie wybrałabyś szmal.

- Jasne, że tak, głuptasku.
- Serio?

-   Skarbie,   przez   tych   parę   latek   tułałaś   się   bez   pieniędzy.   Naprawdę   możesz   mi 

powiedzieć, że kasa nie jest ważna? Ja dawno temu odpuściłam sobie miłość, ale pieniążki to 

co innego.

-   Wcale   nie   zrezygnowałaś   z   miłości.   Nadal   mnie   kochasz.   I   jesteś   uczuciowym 

stworzonkiem, które odwiedza dziadka Suttera.

-   Ty   jedna   na   całym   świecie   postrzegasz   mnie   w   ten   sposób.   -   Allison   umknęła 

spojrzeniem w bok.

Kelnerka przyniosła talerze z lunchem, więc obie zabrały się do jedzenia. Wkrótce znów 

background image

wesoło paplały i chichotały, lecz Celestine myślała o tym, co zostało powiedziane. Po czterech 
latach piekła teraz wiedziała, co w życiu naprawdę się liczy. Nie kolosalny spadek, lecz coś, 

czego brak odczuwała tak boleśnie po śmierci rodziców. I co od niedawna zaczęła odnajdywać 
wraz z Norbertem... Miłość.

- Masz taką rozmarzoną minę - zauważyła Allie. Celestine odsunęła swój talerz. Zostało 

na nim trochę sałatki i frytek, ale już nie była w stanie tego zjeść.

- Norbert zaraz tu przyjdzie. Opowiedziałam mu wszystko o tobie.
- Wspaniale. Norbert... tajemniczy nieznajomy. Pewnie na dodatek bogaty, co?

- Chyba w miarę zamożny, ale nie obchodzi mnie jego stan posiadania.
- W razie czego ty będziesz mieć tyle forsy, że wystarczy dla was obojga. Tylko sprawdź, 

że to nie jakiś łowca posagów.

- Tego mogę być pewna. Gdy pierwszy raz mnie ujrzał, serwowałam kawę w paryskiej 

kawiarence. - Podniosła wzrok i zobaczyła wchodzącego do restauracji Norberta. Wymienił 
spojrzenia z Hankiem i skierował się do ich stolika.

Uśmiechnął się najpierw samymi oczami, a dopiero potem wygięły się jego wargi. Miał 

poluzowany krawat, a biała koszula była rozpięta pod szyją. Poruszał się jak właściciel ziemi, 

po której stąpał. Celestine kolejny raz zdumiała się tym, jak wiele ten mężczyzna  dla niej 
znaczy... oraz jak szybko jej uczucie do niego pobudzało te części ciała, które znajdują się dość 

daleko od serca.

- Celestine... - Norbert powitał ją skinieniem głowy i spojrzał na Allison.

- Norbert, to moja najlepsza przyjaciółka, Allison Freeman. Allison, poznaj Norberta 

Jamesa.

Allison przez chwilę gapiła się na niego, nie podając mu ręki. Następnie popatrzyła na 

Celestine.

- Robisz mnie w konia, skarbeńku? - spytała w końcu. Celestine nie miała pojęcia, o co 

chodzi. Zerknęła na Norberta, a on jakby się skurczył i zrobił dziwną minę.

- Norbert James? - Tym razem Allison posłała mu uroczy uśmiech, a na jej policzkach 

pojawiły się słodkie dołeczki. - Człowieku, masz przed sobą wierną czytelniczkę czasopisma 

„People”.   Kurczę,   czytuję   wszystkie   plotkarskie   gazety   tak   zawzięcie,   jak   niektórzy   Biblię. 
Norbert James. Dobre sobie! Jesteś Norbert Colter, właściciel korporacji Tri - C International, 

prawda? - Allison popatrzyła na Celestine i pokręciła głową. - Jezu, Celestine, tylko ty mogłaś 
zakochać się w jednym z najbogatszych facetów Ameryki. Twój fart jest bezgraniczny.

background image

ROZDZIAŁ PIĘTNASTY

Norbert uważnie obserwował twarz Celestine. Natychmiast sięgnęła po swoje talenty 

aktorskie, zdążył jednak dostrzec wyraz zdumienia i cień zawodu, jakby poczuła się zdradzona.

-   Lepiej   wyznaj   Allison   prawdę   -   powiedziała,   unikając   jego   spojrzenia.   -   Jej   nie 

oszukasz.

- Nie wiedziałem, że moja twarz jest tak dobrze znana.

- Może nie wszystkim  szarym obywatelom. - Allie chyba  świetnie bawiła  się swoim 

odkryciem. - Ale ja mam obsesję na punkcie znakomitości.

- Żadna ze mnie znakomitość. Jestem tylko biznesmenem.
- Którego przeszłość mogłaby posłużyć za kanwę bestsellera. Media przez pewien czas 

pana uwielbiały, ja też. Ilu mężczyzn najpierw rzuca na kolana swoich ojców - miliarderów, a 
później wszystko po nich dziedziczy?

- Nie był to szczególnie udany okres w moim życiu i nie lubię o tym rozmawiać.
- Święta racja - cierpkim tonem wtrąciła Celestine. - Norbert nigdy o tym nie mówi. 

Nikomu.

- Kochamy swoją prywatność, co? - Allie skrzywiła się pociesznie. - Przepraszam, że 

pana rozpoznałam, ale Celestine i tak by mi powiedziała. Jesteśmy jak siostry.

- Celie, chyba powinniśmy wracać. Idzie burza i jazda będzie trudna. - Norbert położył 

rękę na dłoni Celestine, lecz ona ją cofnęła.

- Ja też muszę już lecieć. - Allison chwyciła ze stołu rachunek  i wstała. - Kiedy się 

zobaczymy, Celestine? Mam iść z tobą do sądu?

- Zadzwonię do ciebie.

- Chcę tam być, gdy dostaniesz wszystko, co ci się należy.
-   Dobrze.   -   Celestine   ścisnęła   dłoń   przyjaciółki.   Norbert   odprowadził   uważnym 

spojrzeniem odchodzącą w stronę kasy Allison i dopiero po jej wyjściu z restauracji odwrócił 
się do Celestine.

- Kiedy zamierzałeś mi powiedzieć?
- Gdy będziesz bezpieczna. Gdy odzyskasz swoje życie.

- Zaufałam ci. - Celestine wstała z krzesła. - I chyba popełniłam błąd.
- Jestem Norbert Colter. - Przytrzymał ją za ramię, aby nie odeszła. - I pracowałem jako 

konsultant,   zanim   przejąłem   Tri   -   C   International.   Ani   razu   cię   nie   okłamałem,   jedynie 
podałem trochę fragmentarycznych informacji.

- Tylko tyle byłam dla ciebie warta? Garść byle czego?

background image

- Wolałem od razu nie mówić ci wszystkiego. Gdy ludzie dowiadują się, kim jestem...
- Co wtedy? Padają przed tobą plackiem i modlą się u twoich stóp?

- Prasa brukowa bez przerwy rozpisuje się na mój temat, więc nie chciałem powtarzać ci 

tego,  co  wie  o mnie cały  świat.  Poza  tym  twoje  życie  było  w  niebezpieczeństwie,  a  ja  nie 

wiedziałem, dlaczego. W tych okolicznościach moja osoba zeszła na dalszy plan.

- Wyznać ci coś zabawnego?

- Marzę o takiej odmianie.
- Ja nie wiem o tobie absolutnie nic. O Tri - C International pierwszy raz usłyszałam od 

ciebie,   a   nazwisko  Norbert   Colter   nic  mi   nie  mówi.   Przez   ostatnie   cztery   lata   wiele   mnie 
ominęło.   Na   ogół   nie   stać   mnie   było   nawet   na   gazety,   więc   nie   rozczytywałam   się   w 

opowieściach o takich magnatach jak ty. - Strząsnęła jego dłoń z ramienia i ruszyła do drzwi.

-   Celestine...   -   Znów   chwycił   ją   za   ramię.   -   Wysłuchasz   mnie   teraz?   Pozwolisz   mi 

wszystko opowiedzieć? Zrobiłbym to w odpowiednim czasie. Wiem, że czujesz się oszukana...

- Doprawdy? - Znów strząsnęła jego rękę. - Nie masz pojęcia, co czuję! Wszyscy, których 

kocham, są kłamczuchami. Dziś rano zasugerowałeś, żebym nie ufała żadnej z osób, które 
pomagały mi przetrwać. A po południu dowiaduję się, że nie jesteś tym, za kogo się podawałeś. 

- Poszła do wyjścia.

- Dokąd idziesz?

- Chyba bez przeszkód mogę paradować ulicami  w biały dzień, skoro ludzie, którzy 

mnie wspierali, prawdopodobnie są moimi prześladowcami.

- Zaczekaj, wysłuchaj mnie. A później odejdź, jeśli będziesz tego chciała, ale w jakieś 

bezpieczne miejsce. Proszę - dokończył niemal błagalnym tonem.

Nie   zgodziła   się,   ale   też   nie   odeszła,   więc   gestem   nakazał   Hankowi   przyprowadzić 

samochód i po chwili jechał z Celestine w stronę Atlantic Beach.

Burza   szybko   się   zbliżała.   Nad   horyzontem   raz   po   raz   rozbłyskiwały   gigantyczne 

błyskawice,   a   o   przednią   szybę   już   bębniły   krople   deszczu.   Norbert   zerknął   we   wsteczne 

lusterko i stwierdził, że Hank jedzie z tyłu, za kilkoma pojazdami. John, drugi ochroniarz z Tri 
- C, pilnował domu.

- Po pierwsze, pozwól mi coś wyjaśnić. Ukrywałem przed tobą prawdę nie dlatego, że 

podejrzewałem cię o polowanie na mój majątek.

-   Bardzo   śmieszne.   Allie   niedawno   ostrzegała   mnie   przed   łowcami   posagów. 

Oczywiście, zanim cię rozpoznała. Ale mój spadek to pewnie kropla w morzu tego, co należy do 

ciebie.

Norbert był zadowolony z konieczności patrzenia na mokrą szosę. Chwilowo nie miał 

background image

ochoty widzieć miny Celestine.

-   Spróbuj   mnie   uważnie   posłuchać,   dobrze?   Ty   serwowałaś   mi   jedno   kłamstwo   po 

drugim, a jednak nadal tu jestem. Teraz twoja kolej obdarzyć mnie zaufaniem na kredyt, Celie.

- Mów, bo chcę to mieć za sobą.

- Moim ojcem był James Colter. Jego dziadek stworzył Tri - C International, choć wtedy 

firma nosiła inną nazwę. Trzy litery C oznaczały trzy pokolenia Colterów, którzy przekształcili 

ją w obecnego giganta. Gdy dorastałem, mój ojciec jasno dał mi do zrozumienia, że nigdy nie 
będzie   czwartego   C.   Był   surowym,   wymagającym   człowiekiem   i   nie   miałem   szans,   aby 

kiedykolwiek spełnić jego oczekiwania. Moi rodzice rozwiedli się kilka lat po moim przyjściu 
na świat i niezmiernie rzadko widywałem ojca. Odpłacałem mu nieskrywaną niechęcią za jego 

brak zainteresowania, a więc ojciec spotykał się ze mną coraz rzadziej i też okazywał mi swoją 
niechęć. To było błędne koło. W zasadzie mieszkałem z matką, lecz ona wolała spędzać czas na 

żeglowaniu jachtem i bywaniu w narciarskich kurortach. Nigdy nie pragnęła dziecka i urodziła 
mnie tylko dlatego, że ojciec zażądał dziedzica. Wychowywała mnie służba, która często się 

zmieniała, ponieważ nawet najwyższa pensja nie rekompensowała konieczności zajmowania 
się takim złośliwym szczeniakiem jak ja.

Norbert umilkł, oczekując jakichś pytań, lecz Celestine milczała.
-   Gdy   kończyłem   college,   nie   utrzymywałem   już   żadnych   kontaktów   z   ojcem,   który 

wcześniej oświadczył, że nigdy więcej nie chce mnie widzieć. Co niewiele zmieniało, toteż nie 
było   czego   żałować.   Babcia   ze   strony   matki   zapisała   mi   mały   spadek,   uznałem   więc,   że 

wystarczy, aby stanąć na własnych nogach. Na miejsce zamieszkania wybrałem południową 
Florydę.

Norbert powoli przejechał po zatłoczonym samochodami moście i odezwał się dopiero 

po wjeździe na ląd.

- Nie wiem, kim bym się stał, gdyby nie Lynn. Była ode mnie starsza o dwa lata i miała 

synka, Josha. Mówiłem ci o nim.

- Tak.
Uznał, że ta odpowiedź Celestine, choć krótka, to dobry znak.

- Początkowo nie widziałem siebie w roli człowieka żonatego. Nie miałem o sobie zbyt 

wysokiego  mniemania,   ale   Lynn   przekonała   mnie,   że  jestem   coś   wart.   Po   pewnym  czasie 

skonstatowałem,  że ona i Josh są tym, czego  zawsze  brakowało  w moim życiu.  Bardzo  ją 
kochałem. Po raz pierwszy byłem naprawdę szczęśliwy.

Zmieniając   pas   ruchu,   zastanawiał   się,   jak   opowiedzieć   resztę,   którą   dawno   temu 

zepchnął na peryferie swojej pamięci.

background image

- Założyłem firmę świadczącą usługi konsultacyjne. Lynn prowadziła biuro, a ja zająłem 

się   sprawami   merytorycznymi.   Zrobiłem   dyplom   z   inżynierii   i   chociaż   byłem   przeciętnym 

studentem, to sporo się nauczyłem. Postanowiłem skupić się na technikach bezpieczeństwa. W 
tamtym okresie odbyło się kilka głośnych procesów, w których skarżono wielkie korporacje. 

Zarzucano im, że produkowane przez nie wyroby nie posiadają niezbędnych elementów lub 
urządzeń zabezpieczających. W mojej firmie przeprowadzano niezależne badania i ekspertyzy. 

Wybór dziedziny okazał się strzałem w dziesiątkę, więc odniosłem sukces.

Norbert   zerknął   na   Celestine.   Wyglądała   przez   okno,   lecz   niewątpliwie   słuchała. 

Siedziała sztywno i chyba była spięta, jakby na coś czekała.

- Obecnie zdaję sobie sprawę ze swojej ówczesnej motywacji. Pragnąłem udowodnić 

ojcu swoją samodzielność, pokazać, że dam sobie radę bez niego. Postarałem się, aby wiedział, 
co robię, lecz on mnie ignorował. Po pewnym czasie przestało mnie to obchodzić. Miałem 

Lynn i Josha. Nie byliśmy bogaci, ale żyliśmy dosyć wygodnie, moja firma stawała się coraz 
bardziej znana i klientów przybywało.

- Dlaczego ukryłeś to przede mną?
- Lynn i ja byliśmy małżeństwem od dwóch lat. Przed ślubem powiedziała mi, że nie 

chce więcej dzieci. Uwielbiała Josha, lecz wolała nie ryzykować urodzenia kolejnego dziecka z 
zespołem Downa. Uszanowałem to, lecz poprosiłem, aby na razie nie decydowała się na nic 

ostatecznego, bo może kiedyś zmienić zdanie. Brała więc tabletki antykoncepcyjne i mimo to 
zaszła   w   ciążę.   Źle   ją   znosiła.   Josh   zawsze   wymagał   dużo   uwagi,   a   Lynn   żyła   w   ciągłym 

napięciu. Nie chciała zrobić specjalistycznych badań, ponieważ niezależnie od rezultatu i tak 
nie   zdecydowałaby   się   na   aborcję,   ale   stałe   obawy   były   stresujące.   Po   kilku   miesiącach 

przestała  pracować i zajmowała  się tylko Joshem oraz  domem. Starałem  się ją wspierać i 
byłem pewien, że sobie poradzimy. Pewnego dnia pojechałem do pracy bardzo wcześnie, gdy 

Josh i Lynn jeszcze spali. Nie chciałem ich budzić, więc tylko ją pocałowałem, poprawiłem 
Joshowi kołdrę i wyszedłem. Sądziłem, że później Lynn do mnie zadzwoni. Nie odezwała się, 

więc sam zadzwoniłem, ale nikt nie odpowiadał. Uznałem, że poszła po zakupy. Jeszcze kilka 
razy   bezskutecznie   próbowałem   się   połączyć,   ale   o   czwartej   zacząłem   się   martwić,   więc 

wyszedłem wcześniej z biura, żeby sprawdzić, co się dzieje.

- Norbert... nie musisz... opowiadać tego...

- Wjeżdżając na podjazd, odniosłem wrażenie, że dom jest jakby opustoszały. Z powodu 

zimna   okna   były   pozamykane,   a   wewnątrz   nigdzie   nie   paliło   się   światło,   chociaż   zapadał 

zmrok. Samochód Lynn stał pod daszkiem. Zaparkowałem obok, wszedłem do kuchni i na-
tychmiast zacząłem kasłać, bo wewnątrz brakowało powietrza.

background image

Norbert mocniej zacisnął dłonie na kierownicy. Tyle razy wracał we wspomnieniach do 

tamtych przeżyć i zawsze były równie bolesne jak w dniu tragedii.

- Cały dom był pełen tlenku węgla. Wypadłem na zewnątrz i zawołałem sąsiada. Zaraz 

przybiegł, odetchnął tym czadem i chciał mnie zatrzymać, ale zasłoniłem usta i wbiegłem do 

środka. W naszej sypialni otworzyłem okna i stwierdziłem, że Lynn leży w łóżku tak, jak ją zo-
stawiłem. Zacząłem jej robić sztuczne oddychanie, słyszałem, że sąsiad wybija kolejne szyby, i 

zemdlałem. Ktoś wezwał policję i pogotowie. Wyniesiono nas na zewnątrz, ale Lynn i Josh już 
dawno nie żyli. We śnie zatruli się czadem.

- Norbert...
-   Później   okazało   się,   że   piec   miał   wadliwe   zawory.   -   Norbert   walnął   dłonią   w 

kierownicę. - A teraz się dowiesz, co uczyniło ze mnie tego człowieka, jakim jestem obecnie. - 
Wiedział,  że  mówi  z  goryczą  w  głosie.  To  już  nigdy  miało  się  nie  zmienić.  -  Zawory  były 

produkcji Tri - C International. Szefowie firmy zdawali sobie sprawę z tego, że wypuścili na 
rynek   partię   wybrakowanego   towaru.   Początkowo   nawet   chcieli   poinformować   o   tym 

nabywców, ale księgowi podliczyli koszty wymian, ewentualnych odszkodowań i uznali, że 
lepiej niczego nie ujawniać. Wtedy już byłem w stanie odkryć prawdę. Pochowałem żonę i 

syna, po czym zabrałem się za zbieranie informacji kompromitujących naganne działania Tri - 
C.   Przez   rok   harowałem   tylko   w   tym   celu,   jak   opętany,   i   w   końcu   dysponowałem 

wystarczającymi   dowodami,   aby   podać   korporację   ojca   do   sądu.   Ich   prawnicy   usiłowali 
argumentować,   że   pragnę   tylko   zarobić   na   osobistym   nieszczęściu   i   rozzłościć   ojca,   ale 

wygrałem proces. Tri - C wypłaciła mi ogromną kwotę tytułem zadośćuczynienia.

- Norbert... nie wiem, co powiedzieć.

-   Jeszcze   się   wstrzymaj   z   mówieniem.   Nie   usłyszałaś   wszystkiego.   Podczas   całego 

procesu ojciec i ja ze sobą nie rozmawialiśmy. Nigdy nie powiedział, że mu przykro z powodu 

śmierci moich najbliższych, w tym jego nie narodzonego wnuka. Nie zadzwonił, aby wyrazić 
żal, ponieważ to jego firma pośrednio pozbawiła ich życia. Przeciwnie, zrobił wszystko, aby 

ukryć swoją winę. Ale w testamencie uczynił mnie jedynym spadkobiercą. Gdy zmarł, z dnia 
na dzień zostałem największym udziałowcem korporacji, którą usiłowałem rzucić na kolana.

- Chciał w ten sposób powiedzieć „przepraszam”?
-   Bynajmniej.   Do   testamentu   był   dołączony   list.   Zdaniem   ojca   ponad   wszelką 

wątpliwość   udowodniłem,   że   jestem   wystarczająco   mściwy   i   bezwzględny,   aby   zająć   jego 
miejsce. Wyraził też nadzieję, że będę miał frajdę, naprawiając to, co tak usilnie starałem się 

zepsuć.

- Źle cię ocenił. Wcale się nie mściłeś. Postępowałeś słusznie.

background image

- Owszem, ale pragnąłem też go ukarać. Sam nie wiem, co bardziej popychało mnie do 

działania.

Chciał,  aby Celestine wreszcie zaczęła coś mówić. Jakoś skomentowała  historię jego 

życia, zdobyła się na więcej niż kilka słów. Spojrzał na nią i stwierdził, że jej policzki są mokre 

od łez. Nadal jednak patrzyła na wycieraczki, zamiast na niego, więc sam też utkwił w nich 
wzrok.

- Gazety rozpisywały się na mój temat. Człowiek traci rodzinę z winy korporacji. Podaje 

ją   do   sądu.   Wygrywa   z   nią,   a   później   ją   dziedziczy.   Nie   wiadomo   kiedy,   z   żywej   istoty 

zmieniłem   się   w   symbol.   Utraciłem   wszystko,   co   się   dla   mnie   liczyło,   a   świat   uznał,   że 
triumfuję. Byłem jednym z najbogatszych ludzi Ameryki i prawie nikogo nie obchodziło, że w 

głębi duszy stopniowo umieram.

- I nie chciałeś, żebym ja też postrzegała cię w ten sposób.

- Nie. Pragnąłem znów być zwyczajnym mężczyzną uwikłanym w coś zdumiewającego. 

Nie zamierzałem obciążać cię całą prawdą o sobie i kolejach mojego losu.

- Ale prosiłeś, żebym ci zaufała. Zapewniałeś, że mogę zdać się na ciebie. A przez cały 

ten czas kłamałeś na swój temat. Nie sądziłeś, że byłabym w stanie zrozumieć, jaki jesteś 

naprawdę i co przeszedłeś? Że nie sugerowałabym się tą całą otoczką?

- Jak mogłem wszystko ci wyznać? Sama nawet nie podałaś mi swojego prawdziwego 

nazwiska!

- Mam taki straszny zamęt w głowie. Moje życie to jedno wielkie kłamstwo. - Teraz w 

głosie Celestine wyraźnie dało się słyszeć łzy. - W ciągu minionych czterech lat wcieliłam się w 
tyle   postaci,   że   już   nie   wiem,   kim   jestem,   ani   komu   mogę   wierzyć.   Ktoś   mi   bliski 

prawdopodobnie knuje coś przeciwko mnie. A mężczyzna, w którym się zakochuję, okazuje się 
kimś innym, niż sądziłam! - dokończyła histerycznie podniesionym tonem.

- Jestem dokładnie tym mężczyzną, za którego mnie uważałaś. Fakt, nie powiedziałem 

ci wszystkiego. Powinienem był. Już dawno zdałem sobie z tego sprawę. Ale nie kłamałem, 

wyrażając   chęć   udzielenia   ci   pomocy   i   zapewniając   cię   o   tym,   że   pragnę   twojego   dobra. 
Stawałem na głowie, aby zapewnić ci bezpieczeństwo, ponieważ też zaczynałem cię kochać. To 

szczera prawda.

Usłyszał   szloch   Celestine,   ale   nie   mógł   się   nią   zająć,   ponieważ   właśnie   wjechali   w 

największą   nawałnicę   i   musiał   skupić   uwagę   na   prowadzeniu   samochodu   szarpanego 
wściekłymi podmuchami wichury. Od paru minut nie widział we wstecznym lusterku auta 

Hanka, sądził jednak, że ochroniarz nadal jest w pobliżu i skutecznie walczy z atakami burzy.

Po   wjeździe   do   garażu   Norbert   odetchnął   z   ulgą.   Nie   miał   pojęcia,   jak   zareaguje 

background image

Celestine, lecz wolał jej gniew od milczenia i od zmagań z żywiołem. Zgasił więc silnik, spojrzał 
na nią i stwierdził, że ona go obserwuje.

- Kocham cię. - Pochylił się nad nią, a ona się nie odsunęła. - Sam nie wiem, od kiedy. 

Może   nawet   od   chwili,   w   której   pierwszy   raz   cię   ujrzałem.   A   później,   gdy   na   dodatek 

przekonałem się, jaka jesteś odważna, pomysłowa... - Dotknął jej policzka. - Tylko to było dla 
mnie ważne. Nie twoje nazwisko.

- Norbert, ja...
Nie usłyszał jej odpowiedzi. Tuż za nim coś trzasnęło. Nie zdążył się odwrócić, ponieważ 

czyjaś ręka chwyciła go za szyję i z całej siły uderzyła jego głową o kierownicę. W ułamku 
sekundy pochłonęła go czerń.

background image

ROZDZIAŁ SZESNASTY

Celestine   ocknęła   się   w   całkowitych   ciemnościach   i   dopiero   po   długiej   chwili 

przypomniała sobie, co zaszło. Teraz nie wiedziała, gdzie jest, nie mogła też mówić, a jej ręce 
były   związane.   Zdążyła   tylko   zobaczyć,   jak   ktoś   uderza   głową   Norberta   o   kierownicę   i 

natychmiast   poczuła   koszmarny   ból   w   tyle   czaszki,   wywołany   silnym   ciosem.   Nikogo   nie 
widziała, ponieważ zemdlała. A teraz pewnie ktoś ją zabije.

Przez moment to spostrzeżenie było tylko kolejnym elementem układanki tworzącej jej 

życie. Zaraz jednak pojawił się paniczny strach. Tym razem naprawdę miała umrzeć. Nikt nie 

przybędzie   na   ratunek.   Nikt  zapewne   nie  wie,   gdzie  ona   jest.   Sama   tego   nie  wiedziała.  A 
Norbert...

Była   na   niego   taka   rozgniewana.   Wyznał,   że   ją   kocha,   a   ona   nie   zdążyła   mu 

odpowiedzieć. Wysłuchała opowieści o tragedii, którą przeżył, i nawet nie zapewniła, że go 

rozumie i że mu wybacza zatajenie prawdy.

Przypuszczała, że zaraz umrze, a on nigdy się nie dowie o jej uczuciach... lub może 

Norbert już nie żyje.

Przygryzła wargi, aby nie jęknąć, i zmusiła się do bezruchu. Na razie najlepiej udawać 

nieprzytomną. Powinna oszczędzać siły, aby podjąć walkę. Nawet jeśli szanse jej wygrania tym 
razem były bliskie zeru. Ale chciała przynajmniej spróbować, aby się dowiedzieć, że Norbert 

żyje. Dzięki temu łatwiej pogodziłaby się z własną śmiercią.

Norbert gniewnie strzepnął ze swojego czoła rękę Johna. Ten były agent FBI, który miał 

pilnować domu, gęsto się tłumaczył, lecz Norberta nie przekonywały żadne wyjaśnienia.

- Nie wiem, kto tu wszedł i w jaki sposób tego dokonał! Sprawdziłem cały dom, każde 

cholerne pomieszczenie! Nikogo nie było. I nagle, gdy zajrzałem do kuchni...

- Dostałeś w łeb - dokończył Norbert. - Wiem, psiakrew. Już mi to mówiłeś. - Norbert 

ścisnął skronie obu rękami. Nadal miał zamglony wzrok, a w głowie huczało.

- Musi pan jechać do szpitala - stwierdził John. - Nieźle pan oberwał.

- Dokąd mogli ją zabrać?  - Norbert zignorował  sugestię ochroniarza.  - Dlaczego po 

prostu nie zabili jej tutaj? Pozorując napad rabunkowy.

- Może nie pojechali daleko.
- Dlaczego?

- Jeśli chodzi o zabójstwo na zlecenie, to walną ją raz i gdzieś w odosobnionym miejscu 

wyrzucą ciało.

- Nie owijasz w bawełnę.

background image

- Nie płaci mi pan za ładne słówka.
- Wezwałeś gliny?

- Tak. A pan, panie Colter, powinien trafić na ostry dyżur. Nie podoba mi się pana 

głowa.

Norbert marzył tylko o tym, aby mu się w niej rozjaśniło. Jeśli Celestine jeszcze żyła, to 

nie pożyje długo. Wszystkie poszlaki prowadziły do jej ciotki i wuja, lecz oni jeszcze nie wrócili 

do domu, gdyż wyjechali z Waszyngtonu dziś w południe. Norbert o tym wiedział, ponieważ 
miesiąc temu kazał bezustannie ich śledzić.

- Sami jej nie zabiją - mruknął.
- Co? - John kucnął obok niego.

- Powiedziałem, że jej ciotka i wuj sami tego nie zrobią. Pewnie wynajęli zawodowca, 

który upozoruje wypadek.

- Wykluczone - zaprotestował John. - Przecież pan złoży zeznanie. Nikt nie kupi wersji 

wypadku.

Norbert usiłował zebrać myśli. Pod czaszką nadal mu szumiało, lecz nie tak bardzo, jak 

przed chwilą.

- Ale ciotka i wuj będą głównymi podejrzanymi. To nie trzyma się kupy.
- Więc może to nie oni?

- Celestine była pewna, że dybią na jej życie.
- Może ktoś chciał, aby tak sądziła.

-   Może   ktoś   chciał   ich   wrobić...   -   Norbert   sam   był   zaskoczony   swoim   pomysłem. 

Przecież tylko Millie odziedziczyłaby majątek po śmierci bratanicy. - Jak by to zrealizował?

- Podrzuciłby jakieś dowody rzeczowe na miejscu zbrodni.
Norbert miał przemożne wrażenie, że powinien sobie coś przypomnieć. Jakiś szczegół, 

który uleciał mu z pamięci.

- A ten adwokat? - spytał John.

- Mało prawdopodobne.
Whit osobiście nic nie zyskałby na zabiciu Celestine. Gdyby zaś współdziałał z Millie i 

Rogerem,   to   nie   próbowałby   kierować   podejrzenia   na   nich.   Albo...   Nie,   to   odpada. 
Wykluczone,   aby   ów   dziadek   Sutter   chciał   się   zemścić   na   rodzinie   St.   Gervais.   Staruszek 

niedawno wyszedł ze szpitala, sam ledwie żył po ciężkiej chorobie i chyba nie byłby w stanie 
intrygować oraz najmować płatnego zabójcy. Norbert potrząsnął głową i zobaczył wszystkie 

gwiazdy.

- A ta przyjaciółeczka, z którą panna Celestine jadła dzisiaj lunch?

background image

-   Allison?   Nie,   podobnie   jak   Whit,   nie   ma   motywu.   Dziewczyna   wydawała   się 

najzupełniej   lojalna   wobec   Celestine.   Norbert   przypomniał   sobie   urodziwą   brunetkę, 

odchodzącą od restauracyjnego stolika. Szła z wdziękiem, zupełnie jak...

Do licha! Norbert zerwał się na równe nogi, a pokój zawirował. Jej chód!

- Panie Colter, trzeba pana zawieźć do szpitala...
- Nic mi nie jest. - Norbert słyszał syrenę nadjeżdżającego radiowozu. - To Allison! 

Chodzi identycznie jak Celestine. One muszą być spokrewnione. Nie mam pojęcia, dlaczego 
Celestine tego nie wie, lecz jeśli tak jest, to Allison może chcieć jej śmierci!

Celestine   już   była   pewna,   że   znajduje   się   w   bagażniku   auta   -   skrępowana   i 

zakneblowana. Wieziono ją na miejsce zbrodni.

Spróbowała rozluźnić więzy, lecz okazało się to niewykonalne. Jej prześladowca znał się 

na swojej robocie. Po jakichś dziesięciu minutach jazdy auto się zatrzymało, trzasnęły jedne 

drzwiczki,   zaraz   potem   drugie.   A   więc   morderców   było   przynajmniej   dwóch.   To   znacznie 
zmniejszało szanse przeżycia.

Zgrzytnął obracany w zamku kluczyk i Celestine poczuła na policzku powiew wilgotnego 

powietrza. Nadal padał deszcz, lecz burza już się oddalała.

- Wyjmij ją.
Celestine nie znała tego męskiego głosu. Leżała całkiem nieruchomo, dopóki ktoś nie 

wsunął pod nią rąk. Wtedy z całej siły kopnęła, trafiając stopą w coś miękkiego. Mężczyzna 
zaklął i trzepnął ją w twarz. Mimo bólu Celestine poczuła przypływ triumfu.

- Pomóż mi - burknął facet i wraz z kimś innym wywlókł ją z bagażnika. - Gdzie ją 

położyć?

- Tam.
Tym razem odezwała się kobieta. Mimo dzwonienia w uszach Celestine była pewna, że 

już słyszała ten głos. Nie należał do Millie. Brzmiał... o wiele młodziej... I nagle go rozpoznała.

Zaczęła się szamotać. Nie mogła uwierzyć, że to prawda.

- Co z tobą, Celestine? Nie stawiałaś się na swoje randki ze śmiercią. Jesteś ciekawa, 

jaka będzie ta ostatnia?

Celestine usiłowała odpowiedzieć, ale knebel jej to uniemożliwił.
- Rozwiąż tę chustkę - poleciła Allison. - Chcę usłyszeć jej pożegnalne słowa.

- Lepiej nie - zaprotestował mężczyzna. - Zacznie wrzeszczeć.
- Wrzaśnij, skarbeńku,  a natychmiast cię załatwię.  Wystarczy  jeden strzał.  - Allison 

odpowiednio cmoknęła językiem. - Rozumiesz?

Celestine skinęła głową.

background image

- Równie dobrze można też odsłonić jej oczy - uznała Allison.
Celestine gwałtownie wciągnęła powietrze. Jeden mężczyzna stał za nią, trzymając jej 

nadgarstki, a drugi - z bronią w ręku - znajdował się kilka metrów dalej.

- Pewnie się zastanawiasz, po co zorganizowałam to spotkanie - słodziutko powiedziała 

Allison.

Celestine nie miała co do tego żadnych wątpliwości. Wiedziała też, gdzie przyjechali - na 

bagna w okolicy Haven House. W dzieciństwie lubiła się tu bawić, ku zgrozie matki i uciesze 
ojca.

- Sprzedałaś mnie. - Celestine z uwagą wpatrywała się w twarz kobiety, którą uważała za 

najbliższą osobę na świecie.

- Bynajmniej.
- Ile płacą ci za to Millie i Roger?

-   Oni?   Ani   grosza.   W   ogóle   nie   biorą   w  tym   udziału.   To   ja   zawsze   usiłowałam   cię 

usunąć. Nawet planowałam z chłopcami porwanie sprzed domu dziadka Suttera, ale niestety 

miałaś towarzystwo.

- Więc Millie i Roger...

- Roger byłby w stanie popełnić morderstwo, ale jest za głupi, żeby znaleźć się poza 

wszelkimi podejrzeniami. Poza tym to tchórz, ten nasz Roger. W więzieniu sobie nie poradzi.

- Zamierzasz go wrobić?
- Piątka z plusem, Celestine. Co zresztą mnie nie dziwi. W rodzinie St.  Gervais nie 

brakowało geniuszy. Ty. Tatuś. Ja.

- Co ty pleciesz?

- Do tej pory się nie połapałaś, prawda? Może nie jesteś aż taka genialna. Przez tyle lat 

miałaś to tuż przed nosem i nigdy nie zaczęłaś główkować.

- Co miałam przed nosem?
- Jezu, muszę ci wszystko przeliterować? To wydaje ci się takie niewiarygodne, że nawet 

nie bierzesz tego pod uwagę. Jesteś moją siostrą. Tylko przyrodnią, ale zawsze.

- Nie jesteśmy siostrami.

- Nigdzie nie odchodź, skarbeńku, a wyjaśnię ci, w czym rzecz. Cóż, nasz tatko za młodu 

lubił się zabawić. Moja mama wpadła mu w oko i tuż przed ślubem z twoją zalał się w pestkę i 

spędził noc z moją. Och, nazajutrz cholernie tego żałował, ale ziarno zostało posiane. Moja 
mama zorientowała się, że jest w ciąży, gdy nasz staruszek już się ożenił. Powiedziała mu o 

mnie, a jego żona już nosiła w brzuszku ciebie. Ale numer, co? Taki porządny gość, jak nasz 
tatuś, znalazł się w paskudnej sytuacji.

background image

- Nie wierzę w to.
- Niby dlaczegoś? - Allison gniewnie przymrużyła piękne oczy. - Twoim zdaniem nie 

nadaję   się   na   jedną   z   rodu   St.   Gervais?   Przez   te   wszystkie   lata,   gdy   robiłaś   mi   malutkie 
prezenciki i dawałaś pieniądze ze swojego kieszonkowego, uważałaś się za lepszą ode mnie, 

prawda?

Celestine wiedziała, że byłoby błędem odpowiedzieć na to pytanie. Chciała zachować 

życie, a rozgniewana Allison mogła je zakończyć szybciej niż planowała.

- Opowiedz mi całą resztę.

- Proszę. Wymów to magiczne słówko. Gdzie twoje maniery?
- Proszę, Allie.

- Tatuś dał mamie trochę gotówki. - Allie znów zaczęła mówić gawędziarskim tonem. - 

Nie tyle, ile powinien, to pewne. A moja mama obiecała, że nie będzie go o nic więcej prosić i 

nikomu nie piśnie, kto jest ojcem jej dziecka. Dotrzymała słowa. I pewnego pięknego dnia 
zmarła. Tak po prostu. Nie wiem, co tatko chciał począć z takim fantem jak ja. Podejrzewam, 

że nieźle się gryzł tym problemem. Ale zmarł, zanim cokolwiek wykoncypował. Moja mama 
kiepsko inwestowała, więc po jej śmierci zostało niewiele forsy. Rodzina opłaciła z nich moją 

szkołę i wysłała do internatu, żeby mieć mnie z głowy. I nikt nawet się nie domyślał, kto jest 
moim tatą.

- Więc jak się dowiedziałaś?
- Tatuś nie był aż taki mądry, za jakiego się uważał. Po moim przyjściu na świat napisał 

do  mojej  mamy  list.   Tylko  jeden.  Prosił,  aby   mu  wybaczyła.  Oczywiście   zrobiła   to.  Dobre 
serduszko miała  ta moja mamusia. Kiedyś powiedziała mi, że mój tata to dobry człowiek. 

Trzeba przyznać, że była z niej lojalna kobitka, choć nieszczególnie bystra.

Celestine z przerażeniem  zauważyła,  że Allie przeniosła  wzrok na mężczyznę  z tyłu, 

jakby dawała do zrozumienia, co powinien uczynić.

- Co zyskasz na mojej śmierci, Allie? - spytała, rozpaczliwie usiłując grać na zwłokę. 

Zauważyła, że Allie na szczęście chyba pragnęła powiedzieć jej wszystko.

- Jeszcze nie kapujesz, skarbeńku?

- Nie - skłamała Celestine, chociaż doskonale wiedziała, co usłyszy.
- Rany, zaczynam martwić się o ciebie. Uważałam cię za mądrzejszą.

- Może w pozycji związanego indyka człowiek szybciej traci szare komórki.
- Zawsze miałaś poczucie humoru, Celestine.

- Co ci przyjdzie z zabicia mnie?
-   Co?   Wszystko!   Twoi   wujostwo   wylądują   w   więzieniu.   On   za   morderstwo,   ona   za 

background image

współudział. Cieszę się, że wcześniej cię nie załatwiłam, bo tym razem nie będzie absolutnie 
żadnych wątpliwości co do osoby sprawcy. Mam pistolet Rogera, zarejestrowany na niego, z 

jego odciskami. Tak się składa, że twój wujaszek lubi po pijanemu strzelać z balkonów Haven 
House do ptaków. Zdobycie tej broni poszło jak z płatka.

Allison uśmiechnęła się jeszcze radośniej.
- Roger wkrótce wróci. Podrzucę też tutaj jego myśliwski kapelusik. Co jeszcze? - Allie 

udała, że się zastanawia.

- Aha, list twojej ciotki do kogoś, kto za opłatą miał cię szukać. Roger i Millie naprawdę 

liczyli na to, że nie żyjesz. Chcieli dysponować dowodem, ale w tym liście nic nie jest jasno 
sformułowane.  Wynika  z niego tylko,  że pragną  cię  znaleźć.  Chyba  zawieszę  go na tamtej 

gałązce. - Allie wskazała powyginaną kłodę wystającą z grzęzawiska. - Obciążymy twoje ciało i 
wrzucimy do wody, a później poczekamy na powrót cioci i wujka. Wtedy jeden z chłopców 

anonimowo zadzwoni do szeryfa.

- Więc Roger  i Millie  pójdą  za  kratki.   A  jak  ty  udowodnisz,  że  jesteś z  rodziny  St. 

Gervais?

- Zapomniałaś o liście do mojej mamy? Zrobi się też badania DNA. To wygrywająca 

kombinacja. Ależ tak, proszę państwa, stoi przed wami zwyciężczyni. A poważnie... zaczekam 
kilka miesięcy, następnie oświadczę, że znalazłam list w starych dokumentach mojej mamy. 

Dobrze   się   składa,   ponieważ   jedna   z   moich   ciotek   niedawno   dała   mi   jakieś   rodzinne 
papierzyska.

- DNA?
- Przykro mi to mówić, Celestine,  ale w razie  potrzeby wykopiemy naszego tatusia. 

Skoro udało się zidentyfikować Jesse Jamesa na podstawie badania jego potomków, to mój 
przypadek będzie łatwizną. A wtedy wszystko przejdzie w moje ręce. - Allison znów spojrzała 

na mężczyznę za plecami Celestine, a ją przeszedł dreszcz.

- Jeszcze jedno pytanie. - Celestine spróbowała zrobić krok do przodu, lecz mężczyzna 

wykręcił jej ręce.

- Twój czas dobiega końca, skarbeńku.

- Dlaczego to zrobiłaś? Gdybyś przyszła do mnie, opowiedziała mi tę historię, pokazała 

list, podzieliłabym się z tobą całym majątkiem. Wiesz, że tak. Kochałam cię, a tobie słusznie 

należałaby się połowa. Więc... dlaczego?

- Ciekawe, czy wymyślisz dobrą odpowiedź.

- Bo mnie nienawidzisz? Bo byłam ślubnym dzieckiem, a ty nie?
- To także, ale zapominasz o jednym drobiażdżku. Celestine milczała.

background image

- Ja nie lubię się dzielić - dodała Allison. - Chcę dostać wszystko.
Mężczyzna stojący za Celestine poruszył się. Wiedziała, co zaraz nastąpi. Przypuszczała 

też, że nie chcąc zatrzeć odcisków na pistolecie Rogera, będzie musiał na moment ją puścić. 
Skoncentrowała się więc, ignorując panikę.

- Zegnaj, Celestine - powiedziała Allison.
Celestine błyskawicznie się odwróciła i kopnęła mężczyznę kolanem w krocze. A gdy 

zawył   z   bólu   i   niechcący   strzelił   w   powietrze,   zygzakiem   podbiegła   do   swojej   niedawnej 
przyjaciółki.

-   Nie   strzelaj!   -   wrzasnęła   Allison.   Chciała   złapać   Celestine,   lecz   ona   uderzyła   ją 

barkiem, przewracając na ziemię, i pognała w stronę mokradła.

Oby ktoś usłyszał strzały. Rogera i Millie nie było w domu, lecz mieszkała tam również 

służba - pokojówki, ogrodnicy. Prawdopodobnie uznają, że ktoś kłusuje, i wezwą szeryfa.

Celestine dobrze znała ten teren. Przez chwilę mogła się skryć w wysokich trawach, lecz 

Allison i jej ludzie na pewno ruszą w pościg. Mieli zbyt wiele do stracenia, aby teraz pozwolić 

jej ujść z życiem.

Zanurkowała  w  trawę,  słysząc   świst kolejnego  pocisku.  Dopiero  wtedy,   gdy  poczuła 

pieczenie   w   boku,   zrozumiała,   że   została   trafiona.   Mimo   to   zaczęła   czołgać   się   przez 
grzęzawisko,   aby   pozostać   w   ukryciu.   Jednak   zdradzał   ją   ruch   traw,   musiała   więc   jak 

najszybciej dotrzeć do wody, ponieważ ciągle była zbyt łatwym celem.

Następna kula przeleciała jej nad głową, rzadkie błoto kląskało pod stopami. Celestine 

miała jeszcze do pokonania ze czterdzieści metrów, nie była jednak pewna, czy zdoła płynąć ze 
związanymi rękami.

Zastanawiała się, czy Norbert żyje i czy będzie obwiniał się za jej śmierć tak samo, jak za 

śmierć żony. Poczuła muśnięcie kuli na ramieniu, ale się nie zatrzymała, tylko dzielnie brnęła 

w stronę zbawczej wody.

I właśnie wtedy usłyszała wycie syren.

Norbert obiegł Haven House, wołając Celestine po imieniu. John i Hank biegli przy 

nim, a szeryf wraz z dwoma zastępcami gnał ich śladem. Jeśli Allison chciała zwalić winę za 

zabicie Celestine na Millie i Rogera, to najprawdopodobniej wybrała tę okolicę na miejsce 
zbrodni.

-  Przyjechaliście   z   powodu  strzałów?   -  spytała   starsza   kobieta  w  szarym   uniformie, 

wychodząc na ganek.

- Jakich strzałów? Gdzie? - Norbert poczuł, że serce ma w gardle.
- W rejonie grzęzawiska. - Kobieta wskazała kierunek.

background image

- Prowadzi tam jakaś droga?
- Taka wąska.

Norbert pognał w tamtą stronę. Towarzyszyli mu obaj ochroniarze, natomiast policjanci 

wrócili po swoje samochody.

- My to sprawdzimy! - krzyknął John. - Niech pan tu zostanie.
Norbert zignorował jego słowa, podobnie, jak wściekłe łomotanie w skroniach. Biegnąc, 

słyszał syreny radiowozów, aż w końcu dotarł do małej kępy drzew, za którymi ujrzał bagna. 
Trochę dalej dwóch mężczyzn pędziło do starego auta. Gdy się zbliżył, jeden z nich wycelował 

do niego z pistoletu.

-   Zjeżdżaj!   -   zawołał   i   ostrzegawczo   strzelił   w   ziemię   u   stóp   Norberta.   Następnie 

wskoczył do samochodu i zapalił silnik. Drugi zdołał otworzyć drzwiczki i dał susa do wnętrza, 
gdy pojazd już ruszył.

Norbert usłyszał huk strzału i zobaczył, że John celuje w opony. Jedna pękła i autem 

ostro zarzuciło, po czym uciekinierom drogę zajechał radiowóz szeryfa.

- Celestine! - Norbert oraz obaj ochroniarze skierowali się prosto na bagna. Żaden z 

nich   nie   zauważył   Allison,   dopóki   nie   wynurzyła   się   spomiędzy   wysokich   traw   tuż   przed 

Norbertem, celując gdzieś w wodę.

- Witam, panie Colter. Zjawił się pan, aby popatrzeć, jak ją zabijam? - wycedziła. - Jeśli 

już tego nie zrobiłam.

- Odłóż broń, Allison. - Norbert powoli przysunął się bliżej.

- Wykluczone. - Wycelowała prosto w niego, więc przystanął.
- Dostaniesz dożywocie. Albo nawet karę śmierci.

- Bardzo możliwe. - Znów machnęła pistoletem. - Ale wiesz co? Skoro nie mogę mieć 

całego szmalu naszego tatusia, to zaraz wywabię stamtąd jego ukochaną, małą księżniczkę, aby 

ona też nie położyła łapki na tej forsie. Ani na twojej, Colter.

- Jest ze mną dwóch ludzi, którzy mają cię na muszce, Allie. Poddaj się.

-   Coś   ty...   Chyba   wolę   kogoś   zabić.   Ciebie?   Ją?   -   Allison   potrząsnęła   głową   i 

uśmiechnęła się uroczo. - Jak ja nie cierpię podejmowania decyzji.

- Pomożemy ci. Potrzebujesz pomocy specjalistów. Ale rzuć broń.
- Skarbie,  mnie nikt nie pomoże.  Już mam na sumieniu śmierć jednego człowieka. 

Zastrzeliłam   Stephena   Montgomery'ego.   To   ci   dopiero   był   bystrzak.   Zaczął   zadawać 
niewygodne pytania. Jeszcze się nie połapał, że jestem starszą siostrą Celestine, ale pewnie by 

do tego doszedł.

- Jeśli naciśniesz spust, jeden z tych mężczyzn do ciebie strzeli. Tego chcesz?

background image

- Ce - le - stine! - zawołała Allison. - Już nie żyjesz? Bo jeśli tak, to zaraz zastrzelę 

Norberta!

Norbert natychmiast się zorientował, do czego Allison zmierza, i że jej się to udało. 

Spomiędzy wysokiej trawy chwiejnie wyłoniła się Celestine. Oddawała za niego swoje życie.

Nie   stracił   ani   ułamka   sekundy   na   myślenie,   tylko   błyskawicznie   rzucił   się   między 

Celestine a Allison. Wtedy Allison strzeliła do niego.

Usłyszał jeszcze dwa strzały, lecz ból poczuł tylko po tym pierwszym.

background image

ROZDZIAŁ SIEDEMNASTY

Z   Whitem   po   jednej   stronie   oraz   z   Franklinem   Billettem   z   kancelarii   adwokackiej 

„Flinders,   Billett   &   Crane”   po   drugiej,   Celestine   wkroczyła   do   gabinetu   sędziego.   Sędzią 
okazała   się   starsza,   siwowłosa   kobieta,   której   rozpięta,   czarna   toga   ujawniała   klasyczny 

granatowy kostium. Whit przedstawił swoją klientkę, a sędzia uścisnęła jej dłoń i poprosiła o 
zajęcie miejsca po przeciwnej stronie biurka.

Whit   ujął   Celestine   pod   ramię,   aby   jej   pomóc,   lecz   ona   tylko   pokręciła   głową.   Już 

odzyskała formę po niedawnych dwóch postrzałach i mimo nowych blizn nie potrzebowała 

asysty.

-   Myślałam,   że   Millie   i   Roger   już   tu   są   -  szepnęła   do   Whita.  Nie   była   zachwycona 

perspektywą spotkania z wujostwem. Co prawda wiedziała, że nie oni stali za zamachami na 
jej życie, lecz wspomnienia o ciotce i wuju i tak były przykre.

- Pewnie uznali, że nie ma sensu przychodzić. Ta rozprawa to czysta formalność.
Za ich plecami rozległ się jakiś szmer. Celestine odwróciła  się i po raz pierwszy od 

dawna spojrzała na dwie osoby, którym przed laty powierzono opiekę nad nią.

Millie Debham, drobna brunetka, zaczynała wyglądać na swoje lata, lecz niewątpliwie 

starała   się   ukryć   wiek.   Miała   świeżo   ufarbowane,   starannie   ułożone   włosy   i   nieskazitelny 
makijaż. Natomiast Roger był o wiele za tęgi i prawie łysy.

Ich adwokat przedstawił oboje sędzi, która potraktowała ich równie formalnym, jak 

przed chwilą, uściskiem dłoni, i wskazała krzesła. Następnie ułożyła leżące na stole dokumenty 

w równiutki stosik.

- Dokładnie zapoznałam się ze sprawą - oświadczyła.

- Panna St. Gervais żyje i nie widzę żadnych podstaw do uznania jej za osobę niezdolną 

do czynności prawnych. Zaś niedawne wydarzenia ponad wszelką wątpliwość udowodniły, że 

miała   przekonujące   powody,   aby   obawiać   się   o   swoje   życie.   Wykazała   się   też   wielkim 
rozsądkiem,   ukrywając   się   aż   do   ukończenia   dwudziestu   pięciu   lat.   Osiągnęła   ten   wiek   i 

absolutnie nic nie stoi na przeszkodzie, aby formalnie stała się właścicielką zapisanych jej 
dóbr. Pozostaje tylko sprawa funduszy, o które został uszczuplony jej majątek. - Znad wąskich 

okularów w metalowej oprawce sędzia spojrzała na Millie i Rogera. - Dysponuję szczegółową 
listą  wszystkiego,   czego  brakuje  oraz  opisem  metod,  jakimi  dokonano kradzieży.  Adwokat 

państwa posiada kopię tego dokumentu. Oczywiście mogą państwo skierować pozew do sądu, 
broniąc owego stanu posiadania, lecz ostrzegam, że nie ma szans na wygraną. Przeciwnie, 

można   nawet  spodziewać   się   wyroku   skazującego   państwa  na   karę   pozbawienia   wolności. 

background image

Alternatywą jest zwrot zagarniętego mienia i zwrócenie się z prośbą do panny St. Gervais o 
zgodę na takie rozwiązanie.

Roger i Millie przez chwilę konferowali szeptem ze swoim prawnikiem.
- Zaakceptuje pani ten wariant? - spytał adwokat. - Czy też i tak oskarży pani moich 

klientów?

- Zgadzam się, aby zatrzymali pieniądze - oświadczyła Celestine, ignorując Whita, który 

usiłował ją powstrzymać.

- Mój dziadek nie miał moralnego prawa wydziedziczyć mojej ciotki, zaś mój ojciec 

pragnął  zapewnić   jej  byt.  To  jasno  wynika  z   jego  testamentu.   Jeżeli  państwo   Debham  na 
piśmie przysięgną, że ich noga nigdy więcej nie postanie w Północnej Karolinie, pozwolę, aby 

zachowali to, co mi ukradli. Muszą jednak opuścić Haven House do jutrzejszego południa, 
zabierając   ze   sobą   tylko   rzeczy   osobistego   użytku,   co   zostanie   sprawdzone   przez   moich 

pełnomocników.  Pragnę jednak  nadmienić,  że gdyby kiedykolwiek  złamali  dane  słowo  lub 
spróbowali w jakikolwiek sposób skontaktować się ze mną, to zażądam zwrotu wszystkiego i 

formalnie oskarżę ich o kradzież.

- To mi się podoba. - Frank Billett zachichotał. - Zasługujesz na nazwisko St. Gervais, 

Celestine. Twój ojciec też wiedział, jak osiągnąć swój cel.

Celestine zastanawiała się, czy rzeczywiście dostanie to, czego najbardziej pragnie. Lecz 

na razie nie sposób było przewidzieć dalszego rozwoju sytuacji.

- Moi klienci akceptują ofertę panny St. Gervais - oznajmił adwokat Rogera i Millie.

Oboje wstali i - ku zdumieniu Celestine - ciotka podeszła do niej. Celestine dopiero 

teraz zauważyła, że Allison była podobna do Millie. Miała jej oczy i zadarty nosek. Szkoda, że 

wcześniej tego nie spostrzegłam, pomyślała Celestine. Może Allison nadal by żyła, a Norbert 
nie zostałby postrzelony.

-   Nigdy   nie   czułam   do   ciebie   nienawiści,   Celestine   -   powiedziała   Millie.   -   Ani   nie 

chciałam twojej śmierci. Po prostu nie wiedziałam, jak sobie z tobą poradzić. Nie lubię dzieci.

- Okazywałaś to od samego początku.
- I szczerze mówiąc... naprawdę sądziłam, że tracisz zdrowe zmysły.

- Szczerze mówiąc, bywały takie chwile, gdy już ze mną zamieszkaliście, że sama też tak 

myślałam.

- Przykro mi. - Millie potrząsnęła głową.
- Doceniam twoje słowa, Millie, lecz niestety to niczego nie zmieni.

Millie  odwróciła  się i wraz  z mężem oraz  adwokatem  ruszyła  do drzwi,  a Celestine 

odprowadziła całą trójkę wzrokiem. Nareszcie uwolniła się od ciotki i wuja. Podpisała swój 

background image

testament. Już nikt nie miał powodów, aby chcieć ją zabić.

Pytanie tylko, czy komuś zależało na tym, aby żyła.

- Żałuję, że ten sąd nie był w stanie oszczędzić pani kilku lat piekła, panno St. Gervais. - 

Sędzia uścisnęła jej rękę.

- To jest nas dwie - z uśmiechem przyznała Celestine. - Ale już po wszystkim. Co za ulga.
- Planuje pani jakąś uroczystość?

- Tak. - Pomyślała o dziadku Sutterze czekającym na nią w domu córki. Whit też obiecał 

wpaść   na   kieliszek   szampana   i   kawałek   wspaniałego   tortu   Rhondy.   Miało   brakować   tylko 

jednej ważnej osoby...

- To dobrze. Życzę pani wszystkiego najlepszego. Celestine wyszła na zewnątrz. Było 

piękne,   jesienne   popołudnie,   świeciło   złociste   słońce,   a   powietrze   dopiero   leciutko   się 
ochładzało. Obecnie już mogła spokojnie stać w biały dzień, niczego się nie obawiając. Na razie 

wydawało się jej to dziwne.

Pożegnała obu swoich prawników i popatrzyła za nimi, gdy odchodzili. W ubiegłym 

tygodniu Whit powiedział jej, że przestał odwiedzać kasyna i chodzi na zajęcia terapeutyczne, 
gdzie uczą, jak walczyć z uzależnieniem. Wierzyła, że uda mu się zerwać z nałogiem hazardu.

Jej auto stało zaparkowane w pobliżu, wolała jednak się przejść. W takiej mieścinie jak 

Beaufort   wszędzie   można   było   dojść   na   piechotę.   Poza   tym   tyle   się   tu   zmieniło   w   ciągu 

minionych lat, więc miała ochotę się porozglądać.

Szła wolno po ocienionych drzewami ulicach, z przyjemnością patrząc na zabytkowe 

białe domy osadników z Wysp Bahama i z Indii Zachodnich. Czasem spoglądała na sklepowe 
wystawy, lecz jej myśli krążyły gdzie indziej...

W końcu dotarła na przykościelny cmentarz, miejsce pochówku Allison. Ani Hank, ani 

John nie strzelali z zamiarem zabicia, lecz celując do Norberta, Allison zrobiła jeden fatalny w 

skutkach krok - i zginęła na miejscu.

Celestine   poruszyła   piaszczystą   ziemię   czubkiem   szarego   pantofla,   usiłując 

przypomnieć   sobie   coś   naprawdę   dobrego   na   temat   Allison.   Chociaż   jedno   jedyne   wspo-
mnienie o niej, które mogłaby zachować.

- Nie jestem pewien, czy miała wpływ na to, kim się stała - usłyszała głos za plecami. - 

Gdzieś po drodze ktoś musi nas kochać, bo inaczej w głębi duszy usychamy.

Celestine odwróciła się i przy cmentarnej bramie ujrzała Norberta. Opierał się na lasce, 

lecz miał ładne rumieńce. Nie wyglądał na człowieka, który niedawno omal nie umarł.

- Co tutaj robisz? - Celestine nie ruszyła się z miejsca.
- Obserwuję cię. Polubiłem to, gdy przez krótki czas byliśmy razem.

background image

- Powinieneś być w domu i dochodzić do zdrowia.
- Kolorado jest za daleko.

Zacisnęła   powieki   i  znów ujrzała   Norberta  padającego  na  ziemię,  powiększającą  się 

plamę krwi wokół niego...

- Celie, to nie była twoja wina.
- Omal cię nie zabito. Więc kto zawinił?

- Zrobiłaś wszystko, co mogłaś, żeby Allison strzeliła do ciebie, a nie do mnie.
Celestine widziała Norberta tylko raz, zanim z miejscowego szpitala przewieziono go 

helikopterem   do   najlepszego   centrum   medycznego.   Norbert   otworzył   oczy,   ale   jej   nie 
rozpoznał, ponieważ nadal był nieprzytomny.

- Gdy wypisano mnie ze szpitala, pragnęłam się z tobą zobaczyć, lecz ludzie z Tri - C 

utrzymywali miejsce twojego pobytu w tajemnicy... - Ruszyła w jego stronę. - Przekazali ci 

wiadomości ode mnie?

- Tak.

- Dlaczego więc...?
- Kula Allison utkwiła blisko kręgosłupa. Lekarze długo nie mieli pewności, czy jeszcze 

kiedykolwiek będę chodzić.

- I wolałeś mnie nie widzieć?

- Uznałem, że muszę stać na własnych nogach podczas naszego pierwszego spotkania 

i... pojednania.

Pragnęła być na niego wściekła. Chciała go zbesztać. Ale on był dumnym mężczyzną, 

który własnym ciałem zasłonił ją przed kulą. Jak mogła mieć mu cokolwiek za złe?

- Nie znałeś mnie na tyle, aby wiedzieć, że to, czy chodzisz, czy nie, nigdy nie zmieni 

moich uczuć?

- Nie chciałem, żebyś wróciła do mnie powodowana poczuciem winy. I bałem się, że w 

takim przypadku nie umiałbym powiedzieć „nie”.

- Wróciłabym do ciebie zawsze i wszędzie. - Stała już prawie przy nim. Wystarczyło 

otworzyć metalową bramę, aby znaleźć się w jego ramionach. - Oddałabym za ciebie swoje 

życie.

- Prawie to zrobiłaś.

- A ty byłeś gotów poświęcić swoje, aby mnie uratować.
- Zawsze do usług, Celie.

- Kocham cię, Norbercie.
Po jego twarzy przemknął wyraz ulgi, a Celestine zrozumiała, że Norbert nie był pewien 

background image

jej uczuć. Szarpnęła więc bramę, podbiegła do niego i objęła go.

- Kocham cię - powtórzyła. - I nie ma to nic wspólnego z żadnym poczuciem winy, 

wdzięcznością   czy   nawet   stuprocentowym   zaufaniem.   Po   prostu   cię   kocham.   Nadal   z 
wzajemnością?

Odpowiedział   namiętnym   pocałunkiem.   Gdzieś   w   pobliżu   rozkrzyczały   się   mewy, 

szybując w przesyconym solą, nadmorskim powietrzu.

A   Celestine   nareszcie   była   w   domu.   Tym   prawdziwym,   wymarzonym.   W   Północnej 

Karolinie i w ramionach Norberta.

background image

EPILOG

Dziadek Sutter obserwował słońce, które powoli chowało się za ośnieżonymi szczytami 

gór,   wznoszącymi   się   niedaleko   drewnianej   willi,   w   której   mieszkali   Celestine   i   Norbert 
podczas   pobytów   w   Kolorado.   Haven   House   był   pełen   antyków   kolekcjonowanych   przez 

kolejne pokolenia rodziny St. Gervais oraz dzieł sztuki zbieranych przez Norberta. Natomiast 
dom   tutaj   był   piękny   wyłącznie   dzięki   wspaniałemu   sąsiedztwu   majestatycznych   Gór 

Skalistych.

- Jednak wolę ocean. Nie ma jak jego fale.

- Możemy cieszyć się i jednym, i drugim - z uśmiechem stwierdziła Celestine. - Haven 

House jesienią i wiosną. A góry w upalne lato i najzimniejszą zimę...

- Nie lubię, jak zjeżdżasz z tych stromych zboczy, laleczko.
-   Dzięki   temu   jestem   w   formie   i   zachowuję   figurę.   Lub   raczej   zachowywałam,   gdy 

jeszcze ją miałam.

- Twoja figura jest idealna, Celie. - Norbert podszedł do niej od tyłu i objął ją w talii. - 

Zwłaszcza po tym, jak zrzuciłaś ten nadmiar wagi.

Ten „nadmiar wagi” właśnie rozpłakał się trzy pokoje dalej. Oboje nawet nie chcieli 

myśleć o zatrudnieniu niani do opieki nad pyzatym chłopczykiem, który już od minuty głośno 
wyrażał swoje zachcianki. Woleli zajmować się nim razem.

- Twoja kolej, tatusiu.
- Woła mamusię. Jest głodny.

- Skąd wiesz?
- Rozumiem, co go kusi.

- Przynieś go, dobrze? - Celestine cmoknęła męża w czubek nosa i usiadła w bujaku.
Po   chwili   Norbert   wrócił   z   Christopherem.   Dwumiesięczne   niemowlę   miało   oczy 

swojego taty. Podnosząc bluzkę, Celestine czule gruchała do dziecka, a ono po chwili radośnie 
przyssało się do jej piersi.

- Wielkie chłopaczysko - stwierdził dziadek Sutter i znów odwrócił się do okna, jakby 

liczył na to, że wpatrując się w góry wystarczająco długo, zdoła się do nich przyzwyczaić.

- Będzie taki duży, jak jego tatuś. - Celestine poklepała Christophera po pupie. Oboje z 

Norbertem postanowili, że nie poprzestaną na jednym dziecku. Sami nie mieli rodzeństwa, 

zamierzali więc stworzyć liczną, kochającą się rodzinę. Oraz cieszyć się każdą sekundą owego 
tworzenia.

-   Nie   brak   ci   podróżowania,   Celestine?   -   spytał   dziadek   Sutter.   -   Zawsze   chciałaś 

background image

zobaczyć cały świat, lecz teraz będzie trochę trudniej, prawda?

Norbert uśmiechnął się samymi oczami, a Celestine odpowiedziała mężowi w taki sam 

sposób. W ciągu roku, jaki minął od ich ślubu, napisała listy do wielu osób poznanych podczas 
jej długiej tułaczki. Odezwała się między innymi do Betty i Marian oraz do Marshalla, który 

obiecał   wkrótce   przyjechać   z   wizytą.   Nadmienił   też,   że   Bobby   popełnił   jakieś   poważne 
przestępstwo i zaczyna odsiadywać długi wyrok.

Życie w ciągłym strachu już Celestine nie groziło i obecnie mogła być losowi wdzięczna 

za tych ludzi, którzy okazali się jej przyjaciółmi.

- Chcę jeździć tylko tam, gdzie mogłabym zabrać ze sobą Christophera. Ale na razie nie 

zamierzam nigdzie się ruszać. Tutaj mam wszystko, czego potrzebuję.

- Rozumiem cię, dziecinko. - Radosny uśmiech sprawił, że na starej, zniszczonej twarzy 

dziadka Suttera pojawiło się tysiąc zmarszczek.

Norbert kucnął obok Celestine i odgarnął z jej czoła kasztanowe włosy - teraz już prawie 

takie długie, jak u Marie St. Germaine.

- Celie chciała powiedzieć, że ma mnie, ciebie i tego maluszka. Czegóż więcej trzeba jej 

do szczęścia?

- Musiałaś pokonać cały ocean, aby to odnaleźć, prawda, laleczko? Ale przyznam, że 

nieźle sobie poradziłaś.

Celestine też tak sądziła. Obecnie nazywała się Celestine St. Gervais Colter. Objechała 

pół świata, aby z dumą móc nosić te dwa nazwiska.