background image

Dianne Drake 

 

Szpital w dżungli 

background image

ROZDZIAŁ PIERWSZY 

 

David Gentry uniósł się na łokciu i zabił komara, który bzyczał mu przy twarzy. Leżał w 

dżungli i spał, a raczej był nieprzytomny. Komary używały sobie na nim od wielu godzin, a 
może nawet dni, bo nie miał pojęcia, jak długo tak leżał. Zamierzył się na kolejnego żądnego 
krwi napastnika. Z pewnością te stworzenia zaraziły go już malarią. W tej chwili jednak był 
świadom jedynie tego, jak się nazywa, choć i za to nie dałby głowy.   

Spróbował usiąść, lecz tylko skrzywił się z bólu, po czym wrócił do poprzedniej pozycji. 

Powoli przypominał sobie, co się stało. Ktoś go kopnął, słyszał trzask kości... Z lewej strony 
miał  siniaka,  czuł  go,  chociaż  w  ciemnościach  nie  mógł  go  zobaczyć.  Obolałe  miejsce 
zaczynało się pod pachą i kończyło tuż nad talią. Pewnie ma złamane dwa albo trzy żebra.   

Potem  spróbował  wstać.  Łatwo  powiedzieć.  Bolało  go  także  ramię.  Gdyby  jednak  nie 

wstał, byłby skazany na to legowisko może już na zawsze. Ruszał się ostrożnie, ze strachu, by 
nie przebić płuca złamaną kością, bo to w tych warunkach może oznaczać śmierć.   

Nigdy nie zaznał  ani  nie wyobrażał  sobie takiego bólu,  jaki czuł  w tej chwili.  Z trudem 

uniósł rękę, by otrzeć twarz z potu. Cóż to jest kilka złamanych żeber i rana postrzałowa? 

Delikatnie  dotknął  ramienia,  by  upewnić  się,  że  rana  jest  prawdziwa.  To  dlatego  masz 

gorączkę, Davey, rzekł do siebie, wycierając znów czoło. Zainfekowana rana jest w tej chwili 
najgroźniejsza i jeśli szybko się nią nie zajmie... Chyba że jedno z żeber przebiło już płuca, 
wtedy tak czy owak umrze.   

Jeszcze  godzina,  Davey.  Jeszcze  godzina  i  poczujesz  się  na  tyle  dobrze,  żeby  wstać  i 

opuścić to miejsce. Jeszcze godzina snu. Tylko jedna...   

Powieki  zaczęły  mu  opadać,  ziewnął  głośno  i  przeciągle.  Może  faktycznie  się  położy. 

Ziemia nie jest taka twarda. Tylko godzinkę...   

Ale  najpierw  chciał  się  czegoś  napić.  Łyk  wody,  a  potem  spać!  Sięgnął  do  stolika  przy 

łóżku, by wziąć szklankę, ale jego ręka trafiła na stertę mokrych liści. Natychmiast podniósł 
powieki. Sen tym razem oznacza pewną śmierć. Jest zbyt słaby i odwodniony, by przetrwać 

noc.  Wiedziałby  o  tym  każdy  student  pierwszego  roku  medycyny,  a  on  rozpoczynał  studia 

medyczne  przed  szesnastu  laty...  Chyba  się  nie  mylił.  Usiłował  liczyć  w  pamięci,  ale  za 
bardzo kręciło mu się w głowie.   

Podniósł  wzrok  na  baldachim  z  liści  palmowych.  W  świetle  księżyca  widział  cienie 

drzew.  Wiecznie  zielone  lasy.  Tak,  teraz  sobie  przypominał.  W  Toronto  drzewa  przy  domu 
jego matki były liściaste. Że też pamięta się takie głupie rzeczy. Tylko człowiek w malignie 
może zajmować się w takiej sytuacji klasyfikacją drzew! Zaśmiał się głośno. A jeśli na tych 
drzewach  są  jakieś  węże,  to  bardzo  proszę,  niech  trzymają  się  ode  mnie  z  daleka,  dobrze? 
Wystarczą mu komary.   

Okej, Davey, jeśli chcesz się stąd wydostać, przestań gadać do węży. Ponownie spojrzał 

w górę, wyobrażając sobie błyszczące, wpatrzone w niego oczy gadów. Skup się, bo inaczej 
stąd  nie  wyjdziesz.  Ale  na  czym  ma  się  skupić?  Nie  jest  w  stanie  wykrzesać  z  siebie  ani 
odrobiny siły.   

background image

W  krzakach  obok  niego  coś  zaszeleściło.  Odwrócił  głowę,  by  sprawdzić,  co  to  było. 

Jakby  mógł  cokolwiek  w  tej  ciemności  dostrzec!  A  może  to  wąż?  Zadrżał  na  samą  myśl  o 
tym, a to spowodowało dodatkowy ból. Położył dłoń na żebrach, jakby chciał je osłonić.   

– Zbieraj się, Davey – powiedział do siebie, kiedy ból zelżał. Teraz albo nigdy. Rozejrzał 

się, spojrzał na krzaki. Może mógłby podciągnąć się na nogi...   

Mech,  orchidee,  paprocie  –  to  mu  nie  pomoże.  Co  prawda  nie  widział  dobrze  swojego 

bezpośredniego otoczenia, ale przypominał sobie, jak wyglądało, nim stracił przytomność. A 
nie chciał jeszcze umierać. Nie tu, nie w taki sposób. Pokonał w tym stanie tyle kilometrów, 
bo chciał żyć, i tę prostą prawdę doskonale pamiętał.   

– Niech to szlag! – mruknął, usiłując odsunąć od siebie obraz własnej śmierci.   
Musi  poszukać  rododendronu.  Dużego,  głęboko  zakorzenionego.  Gdyby  się  go  chwycił, 

mógłby  wstać.  Nie  brakuje  ich  tam,  rosną  pod  drzewami,  korzystając  z  ich  cienia.  Gdyby 
tylko starczyło mu sił, by się podciągnąć...   

Jeszcze raz spojrzał  w górę, by upewnić się,  że  nie zbliżają się do niego żadne pałające 

gniewem  oczy.  Nie  przejmował  się  stworzeniami,  które  mogły  go  zaatakować  z  ziemi.  Z 
małpami jakoś sobie poradzi. Ale wyobraźnia podsuwała mu inne obrazy: dzikie psy, tygrysy, 
nosorożce. I najgorsze ze wszystkiego nietoperze. Sam nie wiedział, czy wolałby spotkać na 
swej drodze tygrysa czy nietoperza. A nietoperze w Dharavaju są prawie wielkości tygrysów. 
A więc znalazł się z powrotem w Dharavaju. Już nie jest w Kambodży? 

Potrzebuje  wody.  Oblizał  popękane  wargi.  Potrzebuje  też  antybiotyków.  Jego  rozpalone 

czoło  mówiło  mu  to  aż  nazbyt  wyraźnie.  Nie  musiał  go  dotykać,  by  czuć  gorączkę.  Ale 
przede  wszystkim  musi  się  stąd  wydostać.  Jeśli  jakimś  cudem  zdoła  wrócić  do  małego 
szpitala na obrzeżach Kanthy, może wygra tę walkę o życie.   

Oczywiście  mógłby  się  położyć  i  czekać  do  świtu,  z  nadzieją,  że  się  obudzi.  Przespać 

resztę nocy i rankiem zacząć od nowa. Wtedy może i trafiłby do domu...   

Opadł na wilgotną ziemię, położył głowę na poduszce z mchu i zamknął oczy.   
– Do rana – mruknął zmęczony. – Tylko do rana. – Westchnął głęboko, zadowolony ze 

swej decyzji. – Rano... Rano zacznie... – Czy ma operację? Tak mu się zdawało, ale nie mógł 
znaleźć planu dyżurów. Kolejna amputacja. Kolejny pacjent na krawędzi śmierci.   

Nie mógł sobie przypomnieć nazwiska tego pacjenta, a wiedział, że nie zaśnie, dopóki go 

sobie  nie  przypomni.  Myśl,  Davey.  Już  widział  małą  salę  operacyjną.  Tak,  to  on  stoi  przy 

stole operacyjnym, ale kto na nim leży? 

Nie zaczynaj zabiegu, dopóki nie znasz danych pacjenta, ostrzegł sam siebie. A mimo to 

rozpoczął operację, ponieważ pacjent umierał. Musiał go ratować. Już trzymał skalpel w ręku, 
by zrobić pierwsze cięcie.   

Nagle zobaczył twarz pacjenta.   
– Nie! – krzyknął, widząc własną twarz. Szeroko otworzył  oczy i  z trudem  usiadł.  Bez 

tchu  wyciągnął  rękę,  szukając  jakiegoś  wsparcia.  Ledwie  kilkanaście  centymetrów  od  niego 
rósł krzew. Może to rododendron, może nie. Nie mógł tego powiedzieć na podstawie dotyku, 
nie  wiedział,  czy  ów  krzew  okaże  się  ratunkiem,  czy  może  ostatnią  nadzieją,  która  go 
zawiedzie. Przy pierwszej próbie podciągnął się ledwie kilka centymetrów z ziemi.   

background image

– Trzeba to zrobić inaczej – mruknął świadom, jak bardzo bolesna będzie druga próba.   
Aby  uklęknąć,  musi  oprzeć  się  na  ręce,  w  którą  trafiła  kula.  Jeśli  mu  się  nie  uda,  jeżeli 

upadnie na twarz,  ryzykuje,  że złamane żebro przebije płuco.  Przygotowując się do kolejnej 

próby, zacisnął zęby. Gdyby nie był tak bardzo odwodniony, pociłby się o wiele bardziej niż 

teraz. Po omacku szukał dużej gałęzi. Dotąd wszystkie wydawały mu się zbyt słabe, jak jego 
własne nogi.   

Wreszcie znalazł odpowiednią gałąź, grubą, mocną... która wyśliznęła mu się ze spoconej 

ręki.   

Był początek czerwca, szczyt upałów, i choć temperatura dochodziła do trzydziestu ośmiu 

stopni,  David  trząsł się na skutek gorączki  i  infekcji. A także zbyt  długiego przebywania na 
słońcu.  Jego  organizm  nie  potrafił  sobie  z  tym  poradzić.  Raz  było  mu  gorąco,  raz  zimno, 
majaczył, to znów odzyskiwał przytomność. Czuł się paskudnie.   

Chwycił  znów  gałąź,  zacisnął  mocno  powieki  i  skupił  się  na  swoim  zadaniu.  Potem 

nabrał głęboko powietrza i podciągnął się, wydychając całą rezerwę tlenu. Z wielkim bólem 
stanął wreszcie na nogi. Był zdumiony, że mu się udało, zwłaszcza że nogi miał jak z waty.   

–  Dobra  robota  –  wydyszał,  zastanawiając  się,  co  dalej.  Wstał...  i  co?  Nic  ponadto  nie 

zaplanował. Objął drzewo, jak nigdy niczego ani nikogo nie obejmował. Po prostu je uściskał, 
otoczył ramionami, jakby było najpiękniejszą kobietą, jaką spotkał w życiu...   

Już kiedyś ją widział. To nie są urojenia. Była olśniewająca, miała czarne włosy i ciemne 

oczy. Trzymał ją w uścisku, aż nogi przestały mu dygotać i mógł znowu normalnie oddychać. 
Brakowało jej tylko orchidei we włosach.   

– Dobra – rzekł do pnia drzewa. – A teraz zobaczmy, jak się stąd wydostać.   
Zrobił kilka kroków, potem kilka następnych, aż poczuł się pewniej. W ciemnościach, w 

obcym  terenie,  nie  miał  zielonego  pojęcia,  w  którą  stronę  ruszyć.  Ale  to  nieważne.  Tutaj 

umrze, więc każde inne miejsce jest lepsze.   

 

Solaina  nie  lubiła  tego  odcinka  drogi  po  zmroku.  Jeździła  tędy  w  każdy  weekend  ze 

swojego  mieszkania  w  Chandelli  do  małego  nadmorskiego  domku,  który  wynajmowała  w 
pobliżu parku narodowego. Biały piasek, błękitna woda – myślała o tym cały tydzień.   

Ale tego dnia spotkanie się przeciągnęło i jej wyjazd się opóźnił.   

Jadąc tą krętą drogą za  dnia, często  mijała wielobarwne parasolki plażowe. Należały do 

mieszkańców  Dharavaju,  którzy  jak  ona  uciekali  z  miasta  na  wybrzeże.  Ten  teren  wciąż 
czekał  na  odkrycie  przez  turystów.  Miasta  i  miasteczka  na  tym  sennym  pasie  ziemi  były 
rozrzucone  tak  daleko  od  siebie,  że  podróż  z  jednego  do  drugiego  była  kłopotliwa.  A 
ponieważ turyści pragnęli wygód, nie przyjeżdżali do Dharavaju. Solainę bardzo to cieszyło.   

Czasami, gdy jechała z Chandelli, a potem wjeżdżała na półwysep, gdzie na plaży stał jej 

mały domek, zatrzymywała się, by popatrzeć na głowy pływaków znikające pod falami albo 
na  ludzi,  którzy  urządzili  sobie  piknik,  ciesząc  się  bogactwem  miejscowych  owoców  i 
słodyczy.   

Ten  pas  wybrzeża  stanowił  także  ulubione  miejsce  pochówku  chińskich  mieszkańców 

Chandelli. Nie był to cmentarz w tradycyjnym rozumieniu tego słowa, ponieważ Dharavaj był 

background image

w większości buddyjski  i  nie było  tam  cmentarzy.  Ale wzdłuż drogi, w  pięknym  miejscu z 
widokiem  na  morze,  znajdowały  się  groby.  Czyż  można  lepiej  spędzić  wieczność,  myślała, 
niż patrząc na ten piękny widok? 

Tego  wieczoru  niczego  nie  wypatrywała.  Było  już  późno,  ona  była  zmęczona  i  marzyła 

tylko  o  łóżku.  Prawdę  mówiąc,  oczy  jej  się  zamykały  i  po  dwóch  godzinach  jazdy 
przegrywała walkę z sennością. Zastanawiała się, czy nie powinna się zatrzymać i zdrzemnąć, 
kiedy odtwarzacz CD nic nie pomógł. Symfonia „Fantastyczna” Berlioza powinna ją ożywić, 
ale tego wieczoru nawet największe wysiłki kompozytora nie skutkowały.   

Ma tylko dziesięć minut drogi do swojego domku.   
– Obudź się, Solaina. Na dworze jest za gorąco i za wilgotno.   
Nie była pewna, czy bez klimatyzacji przeżyłaby pięć minut w samochodzie, nie mówiąc 

o godzinnej drzemce.   

–  Obudź  się  i  skup.  –  Otworzyła  oczy  jeszcze  szerzej  i  poczuła  się  trochę  lepiej. 

Mówienie do siebie wyraźnie jej pomagało. Nie było nikogo, kto by uznał, że zwariowała. – 
No mów, powiedz mi o swoich nadziejach i marzeniach.   

Nadziejach i marzeniach? 
–  Chcę  dotrzeć  do  domku.  To  moja  nadzieja.  A  moje  marzenie  to  żeby  klimatyzacja 

działała.   

Wróciła myślami do wcześniejszej rozmowy z Solange, swoją siostrą bliźniaczką.   
–  Powiedz  mi,  czego  naprawdę  oczekujesz  od  mężczyzny?  –  zapytała  Solange  niczym 

wścibska telewizyjna reporterka.   

Trudne pytanie, ponieważ specjalnie się nad tym nie zastanawiała. Czasami umawiała się 

na randki, a potem odchodziła. Tak jest bezpieczniej. Nie chciała skończyć jak jej matka.   

–  No  cóż,  nie  byłoby  źle,  gdyby  był  przystojny.  Dobry  początek.  Podobali  jej  się 

Skandynawowie.   

– Niebieskie oczy. Zdecydowanie chłodne i niebieskie. I przeszywające. – Skinęła głową, 

zadowolona.  –  Więc  blondyn  z  niebieskimi  oczami.  No  i  żeby  był  dobrze  zbudowany. 
Wysoki mężczyzna, szeroka klatka...   

Kolejny  obraz,  który  przypadł  jej  do  gustu.  A  potem  nagle  ujrzała  jakiś  poruszający  się 

cień i zanim się zorientowała, usłyszała uderzenie w lewy zderzak. Natychmiast poczuła ucisk 
w  żołądku,  a  gdy  zatrzymała  auto,  zastanawiała  się,  czy  to  możliwe,  by  zderzyła  się  z 
jeleniem albo z dziką krową.   

Nie  wiedziała,  czy  ma  wysiąść  i  sprawdzić,  co  się  stało.  Nie,  to  zły  pomysł.  Jeśli  to 

zwierzę, nie ma potrzeby wysiadać. A jeśli nie zwierzę? Ale kto w pełni władz umysłowych 
łaziłby  tam  po  nocy!  Nikt.  Nie  ma  tu  wiosek,  a  ośrodki  wypoczynkowe  znajdują  się  dużo 
dalej. Więc to musi być zwierzę, prawda? Spojrzała we wsteczne lusterko, ale widziała tylko 

mrok.   

–  Zwierzę  –  powiedziała,  otwierając  okno.  –  Jest  tam  kto?  –  zawołała.  –  Czy  coś  się 

stało? 

Nasłuchiwała, ale nikt nie odpowiadał.   
– Jest tam kto? 

background image

I znowu żadnej odpowiedzi. Tak więc zamknęła okno i ruszyła, ale nie przejechała nawet 

paru metrów i znów stanęła. Tym razem otworzyła drzwi i wysiadła.   

– Okej, już idę, ale proszę niczego sobie nie wyobrażać, bo...   
Nie  wiedziała,  jak  zakończyć  swoje  ostrzeżenie,  więc  szła  dalej,  spodziewając  się,  źe 

znajdzie jakieś nieszczęsne stworzenie rozciągnięte na ziemi.   

–  Do  diabła,  mam  nadzieję,  że  nie  cierpi  –  powiedziała.  Kochała  zwierzęta,  kochała 

drzewa,  a  nawet  owady.  W  dzieciństwie  wybiegała  po  burzy  i  zbierała  wyłażące  z  ziemi 
dżdżownice, by nikt ich nie nadepnął. – Halo! – zawołała w noc. – Jest tam kto? 

Coś w pobliżu poruszyło się. Usłyszała jęk.   
– Halo – szepnęła, bo bała się odezwać głośno.   
– Halo...   
Solaina aż podskoczyła.   
– Jest pan ranny? – zapytała, zastanawiając się, czy mądrze postępuje. A może powinna 

jechać do domku i sprowadzić pomoc? Ale kogo? W Dharavaju nie zna nikogo poza swoimi 
współpracownikami.  Howard  i  Victoria?  Nie,  wyjechali  na  południe.  W  tej  okolicy  nie  ma 
pogotowia  ani  policji,  a  więc  nie  ma  do  kogo  zadzwonić.  A  zresztą  to  ona  potrąciła  tego 
mężczyznę, więc powinna się nim zająć.   

Wzięła głęboki oddech i ruszyła w stronę, z której dochodził słaby głos. Miała nadzieję, 

że  umysł  płata  jej  figle.  Obcy  głos  w  nocy  na  opustoszałej  drodze  to  typowa  scena  z 
filmowego horroru.   

– Jestem ranny – wybełkotał mężczyzna. – Myślę, że umieram.   
Sądząc z akcentu, musiał być Amerykaninem albo Kanadyjczykiem.   
– Gdzie pan jest? – Milczał. – Halo, może pan mówić? 
Znowu  nie  usłyszała  odpowiedzi,  więc  zaczęła  się  denerwować.  Albo  umarł,  albo  jest 

oszustem. Zawahała się.   

–  Muszę  usłyszeć  pański  głos,  żeby  pana  znaleźć.  –  Krążąc  w  kółko,  mogła  stać  obok 

niego i go nie zauważyć.   

– Czy tam, skąd pani pochodzi, macie drzewa liściaste? – spytał w końcu słabym głosem.   
– Co? – zapytała, zbliżając się do krzewów, skąd jej zdaniem dobiegał głos.   
– Macie tam drzewa liściaste? 
Nie,  jednak  dobrze  usłyszała.  Dziwne  pytanie,  ale  cenne,  ponieważ  doprowadziło  ją  do 

mężczyzny.   

– Mamy i liściaste, i iglaste – odrzekła, pochylając się nad nim. Nagle pożałowała, że jest 

taką kiepską pielęgniarką, ponieważ nawet w mroku widziała, że nieznajomy naprawdę jest w 
ciężkim stanie.   

background image

ROZDZIAŁ DRUGI 

 

– Ma pan dobry puls – oznajmiła, trzymając palce na jego tętnicy szyjnej. – Co znaczy, że 

musi pan być silny. – Silny i z silną wolą przeżycia, dzięki Bogu.   

Gdy  zabrała  palce  z  jego  szyi,  poczuła,  że  są  lepkie  i  instynktownie  uniosła  je  do  nosa. 

Znany miedziany zapach. Co prawda rzadko miała do czynienia z krwawiącymi pacjentami, 
ale ten zapach rozpoznawała.   

– Mam złamane żebra – wydyszał. – Z lewej strony. Czwarte i piąte, i chyba szóste. I być 

może zerwaną chrząstkę żebrową.   

Więc zna się na medycynie. Może jest lekarzem? 
– Wydaje mi się, że pan krwawi.   
– Moje ramię... – jęknął. Złamała mu żebra i ramię? 
–  Bardzo  mi  przykro  –  powiedziała,  odsuwając  połę  koszuli.  –  Nie  zauważyłam  pana, 

naprawdę.   

– Ale ja panią zauważyłem. – Zakasłał, po czym burknął coś pod nosem.   
– Niech pan nic nie mówi. Musi pan oszczędzać siły, żeby się stąd wydostać. Dlaczego 

nie wpadł pan pod samochód w centrum Chandelli, gdzie znalazłby pan pomoc? 

– Widziałem pani światła.   
No tak. Widział światła jej samochodu, które go oślepiły i nie zdążył uskoczyć, a ona była 

zbyt zmęczona, by go ominąć.   

–  Naprawdę  nie  powinien  się  pan  ruszać  przez  jakiś  czas,  dopóki  nie  znajdę  pomocy. 

Proszę spokojnie oddychać i nie zasypiać.   

Świetna  rada.  Pewnie  doznał  wstrząśnienia  mózgu.  To  częsty  skutek  uderzenia  przez 

samochód.   

– Pani mi pomoże – wymamrotał. Solaina zaśmiała się gorzko.   
– Gdyby pan wiedział, jak bardzo się pan myli.   
Mimo  że  od  tamtej  pory  upłynęło  dziesięć  lat,  nadal  widziała  twarz  Jocoba  Rennera, 

kiedy usiłowała zasnąć. On także miał nadzieję, że Solaina mu pomoże.   

– Chociaż faktycznie w tej chwili może pan liczyć tylko na mnie – dodała i poczuła się 

jeszcze gorzej.   

Nie  możecie  dopuścić,  by  pacjenci  słyszeli  wasze  wątpliwości,  powtarzała  swoim 

pielęgniarkom.   

–  A  więc  kiedy  upewnię  się,  że  może  pan  jechać  samochodem,  będziemy  musieli 

rozstrzygnąć, dokąd pojedziemy.   

On  oddycha,  jest  przytomny,  ale  krwawi.  Ma  złamane  żebra,  czyli  może  mieć  przebite 

płuco. Tak, znała teorię, ale jeśli chodzi o praktykę...   

– Okej, obejrzę pana, żeby wykluczyć inne obrażenia. Gdzie pana jeszcze boli? 
– W wielu miejscach – jęknął, kiedy dotknęła jego ramienia. – Czy duma się liczy? 
Roześmiała się mimo woli.   
– Tak, ale kiedy będzie pan wyleczony. A co poza tym? 

background image

– Najbardziej boli mnie duma.   
Ma poczucie humoru i jest uparty. Całkiem niezła kombinacja.   
– No cóż, nie mogę zbadać pańskiej dumy, więc obejrzę szyję i kark. Proszę nie ruszać 

głową.   

Wsunęła ostrożnie palce pod jego barki. Niczego nie wyczuła, żadnych otwartych ran ani 

zaschniętej krwi.   

– W porządku.   
– Och – jęknął. – Trochę niżej...   
– Boli? Może mi pan powiedzieć, gdzie dokładnie? 
– Masaż...   
Zabrała rękę z jego karku.   
– Żadnego masażu. – Była tak spięta, że masaż jej samej dobrze by zrobił.   
Podczas  dalszego  badania  stwierdziła,  że  wokół  rany  na  ramieniu  mężczyzny  jest 

zaschnięta krew.   

– Kiedy to się stało? – zapytała.   
– Nie wiem. Dwa dni, może trzy... – Urwał.   
– Niech pan nie żartuje – powiedziała, szukając śladów świeżej krwi. – Muszę wiedzieć, 

co to za rana. – Pod palcami czuła, że to rana postrzałowa. Wygląda na to, że zaczęła się goić, 
ale otaczająca ją tkanka była rozpalona, a to oznacza infekcję.   

– Proszę mnie zabrać do domu.   
No i znowu majaczy. Solaina położyła mu rękę na czole.   
–  Ma  pan  gorączkę  –  stwierdziła.  –  I  jest  pan  chyba  odwodniony.  –  Żeby  się  upewnić, 

pogłaskała jego policzek i dotknęła wysuszonych, spękanych warg.   

– Od początku wiedziałem, że to będzie przyjemne.   
–  To  nie  jest  randka.  –  Sprawdziła  znów  jego  puls  na  szyi.  Nadał  silny,  tylko  nieco 

przyspieszony.   

– Chciałem panią zaprosić na randkę.   
– Na pewno.   
– Ale pani mnie nie widziała.   
–  Przepraszam  –  szepnęła,  starając  się  zapomnieć  tamto  przerażające  uderzenie,  które 

wciąż wywoływało w niej mdłości. Nieznajomy najwyraźniej szedł drogą, już ranny, a ona go 
jeszcze potrąciła.   

– Rana postrzałowa – powiedział cicho.   
– Co? 
– Zostałem postrzelony.   
No  tak,  oczywiście.  Ale  nigdy  nie  miała  do  czynienia  z  taką  raną,  w  każdym  razie  od 

ukończenia  szkoły  pielęgniarskiej.  A  i  wtedy  głównie  obserwowała,  stojąc  za  grupką 
koleżanek.  Co  prawda  potem  to  ją  wybrano,  by  założyła  opatrunek.  Żałosny  opatrunek!  To 
była jej cała dotychczasowa praktyka w tej kwestii.   

–  Ma  pan  szczęście,  ponieważ  mam  dość  wyjątkowe  doświadczenie  w  leczeniu  ran 

postrzałowych – oznajmiła. Musi zrobić wszystko, by pacjent nie stracił do niej zaufania. To 

background image

kolejna zasada, którą wbijała do głowy pielęgniarkom.   

– No nie – szepnął.   
Jego głos był teraz słabszy.   
– Cii. – Wsunęła rękę pod ramiona mężczyzny.   
– Niech pan nic nie mówi, zajmę się panem. Wspominałam już, że jestem pielęgniarką? – 

W każdym razie teoretycznie, bo sama się za taką nie uważała.   

– A ja uwielbiam pielęgniarki.   
–  Dobra,  casanowo.  Muszę  obejrzeć  pana  ramię  z  tyłu.  –  Górna  część  pleców  była 

nienaruszona,  nie  widziała  żadnych  ran.  A  więc  kula  nie  wyszła  na  zewnątrz,  wciąż  tkwi  w 

ciele.  A  jeśli  leżał  na  brudnej  ziemi,  spocony...  To  cud,  że  w  ogóle  przeżył.  Mógł  złapać 
jeszcze gorszą infekcję albo zapalenie płuc...   

– Proszę nabrać powietrza – poprosiła, zastanawiając się, jak duże są uszkodzenia żeber.   
– To boli.   
– Na pewno, ale muszę posłuchać płuc. A mogę to zrobić tylko wtedy, kiedy nabierze pan 

powietrza.   

– Moje płuca są w porządku.   
– Sama to  ocenię. – Żałowała, że nie ma stetoskopu, ponieważ uchem  przytkniętym  do 

piersi  niewiele  usłyszy.  Rozpięła  mu  koszulę  i  pochyliła  się.  Jego  serce  biło  mocno  i 
rytmicznie. Tak rytmicznie, że było to niemal hipnotyczne.   

Wstrzymała  oddech  na  sekundę,  słuchając,  czy  nie  ma  płynu  w  płucach,  po  czym 

odetchnęła z ulgą.   

– Doskonale – powiedziała. – Nic nie słyszałam.   
– Może pani jeszcze posłucha. Ma pani takie miłe w dotyku włosy.   
Solaina  uniosła  rękę  i  poprawiła  rozpuszczone włosy.  Spinki,  którymi  je  spinała,  gdzieś 

wypadły.   

– Teraz rozepnę panu spodnie – oświadczyła. – Zbadam brzuch, zobaczymy, czy nie ma 

żadnych bolesnych miejsc... – Zresztą po co ona mu to mówi? Jeśli faktycznie jest lekarzem, 
wie,  że  będzie  szukała  oznak  wewnętrznego  krwawienia.  A  jeśli  nie  jest,  nie  powinna  go 
straszyć. Chociaż nie wydawał się wystraszony, ani trochę.   

– Nie lubię nietoperzy. Tygrysy mi nie przeszkadzają, ale nie znoszę nietoperzy.   
Nie  bał  się,  ale  znowu  wróciły  majaki.  Solaina  uśmiechnęła  się.  Człowiek  w  malignie 

wyjawia najskrytsze sekrety, zdradza ukryte cechy charakteru.   

– Mnie tam nietoperze specjalnie nie przeszkadzają. Nietoperze zjadają komary, które są 

o wiele gorsze. Więc myślę, że nietoperze są w porządku – oświadczyła, zsuwając mu dżinsy 
poniżej pasa.   

Mężczyzna  miał  płaski  brzuch.  I  dzięki  Bogu  miękki,  czyli  nie  doznał  żadnych 

wewnętrznych obrażeń.   

– Zaraz wrócę. Podjadę bliżej samochodem. Proszę nie wstawać – dodała, jakby mógł to 

zrobić.   

Niewiele ponad minutę później stała znowu nad nim.  Tym  razem  widziała go w świetle 

reflektorów.   

background image

– Jest pan przytomny? – Postanowiła właśnie, że zamiast podciągać mu spodnie, ściągnie 

je całkiem, by obejrzeć jego nogi i sprawdzić, czy nie ma tam urazów.   

– Zabierz ten skalpel – odezwał się. – Nie chcę go. Jeszcze nie teraz.   
– Proszę mi zaufać. Nikt o zdrowych zmysłach nie pozwoliłby mi zbliżyć się do skalpela. 

– Solaina ściągnęła buty i skarpetki, a potem zdjęła mu dżinsy i zaczęła oglądać jego nogi. 
Dojrzała na nich mnóstwo siniaków, ale nie stwierdziła złamań.   

Doszła  do  przekonania,  że  został  pobity.  O  ile  mogła  ocenić  w  tym  świetle,  siniaki 

przybrały  już  zielonkawożółty  odcień,  co  świadczyłoby,  że  liczą  sobie  parę  dni.  Nietrudno 
było je zauważyć, bo mężczyzna miał bardzo jasną karnację.   

Nagle  spojrzała  na  jego  włosy.  Były  tak  brudne,  że  mogła  jedynie  się  domyślać,  że  jest 

blondynem.   

– Nie tak wyobrażałam sobie spotkanie w moim jasnowłosym mężczyzną – powiedziała, 

unosząc jego nogę, by obejrzeć ją od spodu.   

– Mam piaskowe włosy.   
–  Więc  pan  mnie  słyszy?  –  Na  prawej  nodze  nie  widziała  nic  prócz  siniaków,  a  zatem 

wzięła się za lewą.   

– Przez chwilę, potem mogę znowu gdzieś odpłynąć.   
Ten  człowiek  jest  bystry  i  świadomy  swojego  stanu.  Wie,  z  czym  walczy.  To  dobrze, 

pomyślała, ponieważ do czasu gdy nie znajdzie dla niego pomocy, może polegać jedynie na 
jego silnej woli.   

– Dobra, więc póki jest pan przytomny, może mi pan powie, jak się pan nazywa? 
– David. David Gentry.   
Szeroko  otworzyła  usta.  Usłyszała  to  nazwisko  jakiś  rok  temu.  W  Kambodży,  gdzie 

wysłała kilka swoich pielęgniarek z IMO, czyli Międzynarodowej Pomocy Medycznej. David 
był  wówczas  głównym  lekarzem  IMO,  znakomitym  chirurgiem  ortopedą.  Ale  porzucił  tę 
pracę, podobno bez powodu. A w każdym razie nikt go nie znał.   

– Pan jest doktorem Davidem Gentry? 
– Kiedy jestem przytomny, tak.   
– Więc może mi pan powiedzieć, co się panu stało? Poza tym, że pana potrąciłam? 
– Pani mnie nie potrąciła. To ja wpadłem na samochód.   
– Co? 
–  Wpadłem  na  panią.  Zobaczyłem  światła  reflektorów.  Potrzebowałem  pomocy,  bo 

inaczej bym tam umarł. – Wciągnął z trudem powietrze. – Cieszę się, że to pani, bo zawsze 
uważałem, że jest pani najpiękniejszą kobietą, jaką widziałem.   

Miły komplement, chociaż wypowiedziany przez człowieka w stanie delirium.   
– Nie wiem, jak to zrobię, doktorze, ale muszę pana stąd wyciągnąć.   
–  Tak  będzie  dobrze  –  powiedziała,  gdy  nogawką  spodni  zabezpieczyła  mu  złamane 

żebra. Na razie to wystarczy. Nie ma przecież żadnego sprzętu w swojej podręcznej apteczce. 
Cieszyła się, że w ogóle wozi apteczkę w samochodzie, ponieważ przydał jej się plaster.   

Kołysząc się na obcasach, oceniała swoją pracę. Dżins to mocny materiał. Poddaje się, ale 

jest też sztywny. Tego właśnie potrzebuje David do czasu, aż ktoś zrobi mu prześwietlenie i 

background image

profesjonalny opatrunek.   

– Może pan oddychać? – zapytała.   
– Mogłem oddychać do chwili, kiedy panią zobaczyłem. Teraz chciałbym tylko znaleźć 

orchideę, żeby mogła ją pani wpiąć we włosy.   

Przykucnęła  obok  Davida,  by  spróbować  go  unieść.  Ciekawe,  czy  jest  z  natury 

romantykiem, kiedy jest przytomny? Niewykluczone, sądząc z rodzaju jego urojeń.   

– No, casanowo, bez względu na orchideę muszę wymyślić, jak pana podnieść.   
Zapowiadało się to na trudne zadanie, bo David  niewiele mógł jej pomóc. Zwłaszcza że 

wracało delirium.   

– Czy ma pani orchideę nad prawym czy nad lewym uchem? 
– To hawajski zwyczaj, doktorze. – Orchidea nad lewym uchem oznacza, że kobieta jest 

mężatką,  a  nad  prawym,  że  jest  panną.  Solaina  zaczesała  włosy  za  prawe  ucho,  a  David 
równocześnie dotknął jej lewego ucha.   

–  Dobrze  –  rzekł  i  opuścił  rękę.  –  Nie  ma  orchidei.  Nawet  w  stanie  delirium  był 

czarujący. Jaki jesteś, kiedy jesteś zdrowy i masz jasny umysł? 

– Innym razem porozmawiamy o orchideach, a teraz musimy się skupić na tym, żeby pan 

wsiadł do samochodu. – Jej bardzo małego samochodu, niestety.   

Azjatyckie  samochody  były  małe  i  ekonomiczne,  i  dlatego  jej  się  podobały.  Ale  teraz 

wolałaby mieć amerykańskiego kolosa, dużo metalu, dużo benzyny i dużo miejsca. Miejsce 
było teraz najważniejsze, ponieważ David Gentry był wysoki.   

– Dobra, spróbuję pana podnieść. Proszę mnie objąć mocno za szyję, a kiedy dam znak, 

proszę się podciągnąć.   

Chociaż bardzo się starał, ledwie uniósł się nad ziemię. Potem upadł z powrotem, ciągnąc 

za sobą Solainę. Gdy się z niego stoczyła, stęknął, łapiąc się za żebra.   

– Jest pani ciężka.   
Nigdy  dotąd  nikt  jej  o  to  nie  oskarżył.  Była  drobnej  budowy  i  choć  nie  należała  do 

chudzielców, nie była też gruba. Oczywiście, dla Davida liść, który spadłby na jego złamane 
żebra, byłby ciężki.   

– Nic panu nie zrobiłam? 
– Nie – odparł z trudem. – Ale przydałby się rododendron.   
Znowu  mówi  bez  sensu,  a  skoro  jego  delirium  wraca  coraz  częściej,  zaczęła  się 

zastanawiać, czy przypadkiem nie doznał  poważniejszego uszkodzenia głowy. Przerażało  ją 
każde  takie  uszkodzenie,  ponieważ  nie  miała  możliwości,  by  to  zdiagnozować,  nie  mówiąc 
już o udzieleniu pierwszej pomocy. Opatrunek z drugiej nogawki spodni nie pomógłby jego 
głowie. Nie miała ze sobą niczego, co mogłaby wykorzystać.   

– Przy moim domu rośnie ładny rododendron – powiedziała.   
To był jakiś krzew, może i rododendron. Nie wiedziała, i wcale jej to nie obchodziło. W 

tej  chwili  pragnęła  jedynie  wciągnąć  tego  człowieka  do  samochodu,  a  jeśli  pomoże  w  tym 
obietnica, że pokaże mu rododendron, niech i tak będzie.   

– Kiedy się pan znajdzie w samochodzie, zawiozę tam pana i zobaczy pan go.   
Jej  domek  jest  tylko  dziesięć  minut  drogi  od  tego  miejsca.  Jeśli  nie  będzie  w  stanie 

background image

krytycznym, tam najszybciej mogłaby go zawieźć. Potem umyje go i zadzwoni do Howarda 
Brumleya  zapytać  co  dalej.  Może  Howard  zna  jakiegoś  lekarza  w  okolicy?  Albo  może 
niedaleko znajduje się jakiś szpital, o którym ona nie wie.   

Nie chciała ściągać Howarda z wakacyjnej wyprawy tylko na konsultacje, i by udzielił jej 

moralnego wsparcia. Howard znalazłby jakieś rozwiązanie, była tego pewna.   

Melancholijny  ujjmiech  wypłynął  na  jej  usta.  Będzie  tęsknić  za  Howardem,  kiedy  na 

dobre  wyjedzie  z  Chandelli.  Prawdę  mówiąc,  już  za  nim  tęskni.  Howard  Brumley,  jej  drogi 
przyjaciel i absolutnie najlepszy lekarz pod słońcem. On z całą pewnością by jej pomógł.   

– Więc ma pan jakieś sugestie, jak przenieść pana do drzwi mojego samochodu? 
Samochód stał  niedaleko.  Solaina wyliczyła, że to  tylko  parę dużych kroków,  ale David 

niestety nie może chodzić.   

– Mogę się podczołgać – odparł. – To upokarzające, ale działa.   
– Czołgać się? A co z pana ręką? – Gdyby się czołgał, mogłaby się otworzyć rana, która i 

tak była groźna. Z zainfekowanej rany w takich warunkach może łatwo zrobić się gangrena.   

David  bez  słowa  obrócił  się  i  podczołgał  kawałek  do  samochodu.  Potem  padł  i  leżał 

płasko, patrząc w niebo.   

– Co dalej? – wydyszał.   
– Może pan wskoczyć do samochodu, a ja zawiozę pana do mojego letniego domku.   
Gdyby to tylko było takie proste.   
– A którą częścią ciała miałbym wskoczyć według pani? 
Ucieszyła  się,  że  odzyskał  przytomność.  Kiedy  mówił  z  sensem,  to  nawet  w  tych 

okolicznościach czuła się o wiele pewniej i wydawało jej się, że więcej może zdziałać.   

–  Myślę,  że  w  tej  chwili  byłabym  szczęśliwa,  widząc,  że  jakakolwiek  część  pana  ciała 

wskoczyła do samochodu.   

Przyklękła obok Davida.   
– A teraz proszę mnie objąć za szyję.   
– Nie próbowaliśmy już tego? Przypominam sobie, że leżała pani na mnie.   
Solaina zdusiła śmiech.   
– Nie poddaje się pan, casanowo.   
– Póki oddycham, jest nadzieja.   
– Więc proszę wziąć głęboki oddech i trzymać mnie mocno.   
Jakimś  cudem  wstała,  mimo  że  bezwładne  ciało  Davida  było  potwornie  ciężkie. 

Podniosła go na taką wysokość, że mógł paść na siedzenie jej miniaturowego auta. Oparł się 
bokiem o fotel, próbując złapać oddech.   

– Mam nadzieję, że nic panu nie zrobiłam? 
– Poza moją dumą...   
– Duma się nie liczy na poboczu drogi w środku nocy. Zwłaszcza że nie ma pan na sobie 

spodni. Więc teraz musimy wsadzić pańskie nogi do środka.   

– Najpierw się zdrzemnę – wymamrotał. – Potem może pani robić z moimi nogami, co się 

pani podoba. – David zamknął oczy, oparł brodę na piersi i natychmiast zasnął.   

–  Wiem,  że  jest  pan  wyczerpany,  casanowo  –  powiedziała  –  ale  nie  może  pan  spać, 

background image

dopóki  nie  dojedziemy  na  miejsce.  –  Potrząsnęła  nim  lekko.  –  David,  słyszy  mnie  pan? 
Potrzebuję  pomocy.  –  Jest  na  pewno  zmęczony,  ale  ona  ma  za  sobą  ciężki  dzień  i  marzyła 
tylko  o  tym,  by  zakończyć  go  przyjemną  lekturą  oraz  snem.  Nawet  przez  myśl  jej  nie 
przeszło, że spotkają coś takiego! 

Zaczerpnęła głęboko powietrza i wróciła do roboty.   
–  David,  niech  się  pan  obudzi.  Nie  zrobię  tego  sama.  –  Zmierzyła  mu  tętno.  Trochę 

przyspieszone, ale rytmiczne. – David – spróbowała znów, wciąż bez powodzenia.   

Wydawało się, że zapadł w mocną drzemkę.   
–  Pewnie  wyjdzie  mu  to  na  dobre  –  powiedziała  do  siebie,  zginając  jego  prawą  nogę  i 

wpychając  ją  do  samochodu.  Potem  to  samo  zrobiła  z  lewą  nogą.  Zanim  zamknęła  drzwi, 
zlustrowała tę parę nóg.  Całkiem  ładne, atletyczne. Zapewne David  uprawia jakiś sport. Na 
jednej nodze miał jednak tyle siniaków, że nasuwało się podejrzenie, że został skopany.   

– W jakie kłopoty się wpakowałeś, że ktoś tak cię potraktował? I zostawił, żebyś umarł 

samotnie...   

Próbował otworzyć oczy. Bardzo chciał rozejrzeć się i sprawdzić, czy to wszystko mu się 

śni, czy to jest rzeczywistość – czy ta kobieta jest prawdziwa. Pamiętał fragmenty wędrówki 
przez dżunglę, upadał i znowu wstawał. Szukał mocnej gałęzi, przy pomocy której mógłby się 
podciągnąć. Te obrazy tkwiły w nim głęboko, choć były niepełne. I nie układały się w spójny 
obraz. Jednego był pewien: że widział najpiękniejszą kobietę w swoim życiu.   

– Chciałbym, żebyś to była ty – mamrotał. – Żebyś przyszła po mnie.   
Teraz, w jego marzeniach, zabierała go właśnie do swojego domu. Pragnął otworzyć oczy 

i  przekonać  się,  czy  to  prawda,  ale  nie  był  w  stanie  podnieść  powiek.  Wszystko  go  bolało, 
umysł płatał mu figle, ponieważ nawet w stanie bliskim nieświadomości jej zapach wypełniał 
jego  nozdrza.  Przypomniał  sobie,  że  pachniała  kwiatami.  Nie  była  to  orchidea,  chociaż  on 
łączył ją z orchideą.   

Więc może jaśmin? Tak, jaśmin do niej pasuje.   
– Jaśmin – powiedział cicho.   
– Myślałam, że orchidea. Albo rododendron. Prawdziwy głos? Czy może głos z jego snu? 

Zmusił  się,  by  choć  odrobinę  podnieść  powieki,  ale  otaczała  go  mgła,  wszystko  było 

zamazane.  Czy  znajduje  się  w  samochodzie?  Z  kolanami  praktycznie  pod  brodą?  I  bez 

spodni? 

Nie, to niemożliwe. Nigdzie nie poszedłby bez spodni. Dotknął swoich nóg i poczuł, że są 

gołe.  Potem  pomacał  prowizoryczny  opatrunek  na  piersi.  Powoli  przypominał  sobie,  co  się 
stało.   

– Jak długo byłem nieprzytomny? 
– Tym  razem  kilka minut. W każdym  razie nie pomógł  mi pan wsadzić swoich nóg do 

samochodu, a to nie było łatwe. Ile ma pan wzrostu? 

– Metr osiemdziesiąt sześć – odparł, wiercąc się.   
– Na pana miejscu nie ruszałabym się – ostrzegła go. – Ma pan obwiązane żebra, a ramię 

przestało  krwawić,  więc  nie  chciałabym,  żeby  pan  sam  sobie  zaszkodził.  Za  pięć  minut 
będziemy w domu. Obiecuję, że zobaczy pan mój rododendron.   

background image

– Dlaczego miałbym oglądać rododendron? Solaina roześmiała się mimo woli.   
– Na przemian tracił pan i odzyskiwał przytomność, i niemal cały czas plótł pan coś na 

temat drzew.   

– I śniłem o pani.   
– W ciągu minionych piętnastu minut urywał się kontakt z panem co najmniej sześć razy. 

Umysł w zabawny sposób zniekształca świat, kiedy traci pełną świadomość. Widziałam ludzi, 
którzy  byli  nieprzytomni  przez  kilka  dni,  a  potem  budząc  się,  wierzyli,  że  minęła  tylko 

minuta. Nawet naukowcy nie potrafią wyjaśnić pańskich rododendronów, orchidei czy drzew.   

– Ma pani jaśminowe perfumy? – spytał.   
–  Nie,  ale  używam  jaśminowego  mydła.  Westchnął  i  zamknął  oczy.  Pora  wrócić  do 

świata  ze  snu.  Miał  tylko  nadzieję,  że  ona  będzie  z  nim,  kiedy  się  obudzi.  Teraz,  kiedy 
odnalazł cudowną Solainę, naprawdę chciał się znów obudzić. I to prędko.   

background image

ROZDZIAŁ TRZECI 

 

Wyłączyła  budzik  i  podniosła  się  z  białego  rattanowego  krzesła,  które  zwykle  stało  po 

drugiej stronie pokoju. Teraz znajdowało się obok jej łóżka, by mogła widzieć Davida. Przez 
ostatnie  osiem  godzin  patrzyła,  czy  oddycha.  Wiedziała  już,  kiedy  spodziewać  się  lekkiego 
chrapania, a kiedy cichego jęku. Wiedziała nawet, kiedy David wstrzyma oddech nieco dłużej 
niż powinien, choć te pierwsze kilka razy, gdy tak zrobił, zrywała się na równe nogi, sądząc, 
że będzie zmuszona go reanimować. A potem okazywało się, że to niekonieczne. Po prostu 
oddychał po swojemu.   

Zadzwoniła  do  Howarda  zaraz  po  wejściu  do  domu.  Tego  wieczoru  popijał  koktajle  w 

hotelowym  holu,  słuchał  kwartetu  jazzowego  i  palił  cygara.  A  teraz  ona  czekała,  ponieważ 

Howard  po  ciemku  nie  prowadził  samochodu.  Wydawało  jej  się,  że  czeka  już  kilka  dni, 
zamknięta w swoim małym domku, gdzie słyszy tylko oddech Davida i widzi jego unoszącą 
się i opadającą klatkę piersiową.   

Był  tam  jeden  pokój,  dostatecznie  duży  dla  jednej  osoby.  Solaina  niczego  więcej  nie 

potrzebowała,  ale  teraz,  kiedy  znaleźli  się  w  nim  we  dwoje,  zrobił  się  tłok,  dom  pękał  w 
szwach.  Nie  miała  tam  wielu  mebli,  ponieważ  to  jedyne  pomieszczenie  musiało  spełniać 
rozmaite  funkcje  i  służyć  jej  za  sypialnię,  salonik,  kuchnię  i  kącik  jadalny.  Ale  im  więcej 
myślała o Davidzie, tym dom wydawał się jej mniejszy i bardziej zagracony. A przecież nie 
cierpiała na klaustrofobię.   

Spojrzała na swoją lilipucią przestrzeń, by odwrócić uwagę od Davida. Prawdę mówiąc, 

było  tam  ładnie.  Bez  luksusów,  ale  dorastała  w  luksusach,  jakie  tylko  można  mieć  za 
pieniądze,  i  już  ich  nie  potrzebowała.  Od  lat  zarabiała  nieźle,  a  to  łącznie  ze  spadkiem  po 
matce, którego jeszcze nie naruszyła, pozwalałoby jej na zaspokajanie wszelkich kaprysów i 

fantazji. Tyle że nie miała na to ochoty.   

A ten mały, pozbawiony ekstrawagancji domek był wprost idealny, zwłaszcza że tylnymi 

drzwiami  wychodziło  się  «&  ścieżkę  prowadzącą  na  plażę.  Było  to  cudowne  miejsce,  bez 
sąsiadów, bez turystów. Większość wieczorów spędzała na tarasie. To był jej azyl.   

Wzięła  głęboki  oddech.  Tak,  to  jest  dla  niej  wymarzone  miejsce.  Dla  każdego,  kto 

chciałby  mieć  święty  spokój.  Ale  teraz  przejmowała  się  Davidem,  i  to  jej  przeszkadzało. 
Zwłaszcza że minęło już osiem godzin, odkąd go wciągnęła do środka, i co godzinę wstawała 
z krzesła, by go zbadać. Tak polecił jej Howard.   

Stan Davida nie uległ zmianie ani na lepsze, ani na gorsze. Czasami ruszał się i zadawał 

jej pytania.   

– Jaki mamy dzień, ślicznotko? Która godzina? Czy dzisiaj pada? 
To znów mamrotał o jakichś kwiatach, nietoperzach i innych bzdurach.   
– Potrzebny mi rododendron. Zabierzcie tego nietoperza. Przynieście mi orchideę.   
Dziękowała  swemu  uśmiechniętemu,  czerwonoustemu  Buddzie  za  Howarda.  Najpierw 

oznajmił  jej,  że  w  pobliżu  nie  ma  szpitala  ani  nawet  lekarza,  a  potem  poinstruował  ją,  jak 
opiekować się Davidem, po czym obiecał, że przyjedzie, jak tylko wstanie dzień. Zerkała na 

background image

swego małego Buddę, który wszędzie z nią podróżował. Był trochę dziwaczny, z jasną skórą i 
wydatnymi  czerwonymi  wargami.  Leżał  na  boku,  z  głową  wspartą  na  ręce,  i  uśmiechnięty 
patrzył w niebo. Może po prostu kontemplował. Tak właśnie Solaina pragnęła przeżyć swoje 
życie. W stanie nirwany.   

Od rozmowy z Howardem minęło już sporo czasu. Denerwowała się, była bliska tego, by 

wstać i zacząć krążyć po pokoju. Nawet uśmiechnięty Budda nie poprawił jej nastroju.   

– Dobra, ranę oczyściłam – powiedziała do siebie, po raz piąty przeglądając listę zaleceń 

podyktowaną przez Howarda. – Podałam mu płyny. – Mimo swego wykształcenia nie czuła 
się pielęgniarką, w związku z czym bez przerwy zadawała sobie pytanie: A jeśli zrobiłam coś 
nie tak? 

Solaina kierowała pielęgniarkami. Opracowywała plan ich dyżurów, budżet, akceptowała 

wydatki,  ale  nie  praktykowała.  Nigdy  nie  miała  bezpośredniego  kontaktu  z  pacjentami. 
Można powiedzieć, że nie miała do tego kwalifikacji, i znała swoje braki. Nie chciała brać na 
siebie ryzyka opieki nad pacjentem. Była świetna w tym, co robiła, i koszmarna w tym, czego 
nie robiła.   

Biedny  Jacob  Renner  jednak  tego  nie  wiedział.  Westchnęła  i  pełna  niepokoju  usiadła 

znów na krześle. Zastanawiała się, czy wyjść na taras i spędzić następną godzinę na świeżym 
powietrzu,  skoro  zbliża  się  świt,  a  ona  tak  bardzo  lubi  obserwować  wschód  słońca  nad 

oceanem,  czy  też  raczej  poczekać  przy  łóżku  do  chwili,  kiedy  David  znów  się  ocknie,  albo 
ona będzie musiała go obudzić.   

To była jej ulubiona pora dnia. Leżak, filiżanka herbaty, i cała wspaniałość poranka przed 

oczami.  Po  prostu  raj,  którego  będzie  jej  brakowało,  kiedy  stąd  wyjedzie.  Nie  wyobrażała 

sobie, że znajdzie coś, co dałoby się porównać z porankami z Dharavaju.   

W  zamyśleniu  podniosła  się  z  krzesła  i  poszła  do  spiżarni.  Nie  trzymała  zapasów 

żywności  w  domku,  ponieważ  nigdy  nie  przebywała  tam  długo,  ale  zawsze  miała  kilka 
rodzajów herbaty.   

– Milo cię widzieć, Earl – szepnęła do puszki z herbatą, wyjmując ją ze spiżarni.   
Nalewając wodę do czajnika i stawiając go na kuchence, patrzyła na Davida, który wiercił 

się na łóżku. Przyjemnie było na niego patrzeć.   

– Więc kawa czy herbata dla pana? – zapytała, pragnąc, by się obudził i normalnie z nią 

porozmawiał. – A może woda mineralna? 

Tylko gdyby obudził się w tym momencie, wyznając swoją niezmienną miłość do wody 

mineralnej o poranku, to co wtedy? Tak naprawdę nie sprawiał wielkiego kłopotu, poza tym, 
że zajął jej łóżko, a ona marzyła o tym, by mieć je tylko dla siebie.   

– Dlaczego nie wpadłeś na inny samochód? – mruknęła, zapalając gaz.   
Kiedy woda gotowała się na wolnym ogniu, Solaina podeszła do łóżka. David oddychał 

normalnie.   

– Lubi pan herbatę? – Szturchnęła go w ramię, by go obudzić, jak robiła co godzinę. – 

Może się pan napije? 

Nie  ma  kawy,  nie  ma  wody  mineralnej,  nie  ma  wyboru.  Nie  miała  nic  innego  do 

zaproponowania temu intruzowi.   

background image

– Jak się tu dostałem? – mruknął, otwierając oczy.   
–  Z  moją  pomocą.  –  Tak  mu  powiedziała  poprzednim  razem,  kiedy  go  zbudziła,  a  on 

zadał to samo pytanie.   

– Nie pamiętam. Nie pamiętam, cholera, nic.   
–  Bo  miał  pan  wstrząśnienie  mózgu.  –  To  także  już  mu  mówiła,  a  on  stwierdził,  że 

musiało  być łagodne. – To dlatego budzę pana co godzinę. Nie chcę, żeby pan odpłynął  za 
daleko. – Po mocnym uderzeniu w głowę pacjenta trzeba budzić co godzinę, by nie stracił na 
dobre przytomności albo nie zapadł w śpiączkę. Solaina czuła się lepiej, stosując się do tego 
zalecenia. Miała przynajmniej czym wypełnić czas, skoro nie mogła spać.   

Tej nocy jej bezsenność nie miała nic wspólnego ze wspomnieniami o Jacobie Rennerze, 

które  wciąż  ją  nawiedzały.  Była  wyłącznie  skutkiem  zupełnie  nowych  obrazów,  które 
zepchnęły na bok wszystko inne.   

– Zajmuję pani łóżko – wymamrotał David.   
– Ma pan świętą rację. Łóżko bardzo by mi się przydało, ale moja odpowiedź brzmi nie. 

Jest pan w zbyt kiepskim stanie na takie głupstwa, casanowo.   

Dotknęła jego czoła.  Dwie  godziny wcześniej dała mu  ibuprofen,  zgodnie z poleceniem 

Howarda, i gorączka trochę spadla. Ibuprofen, czyszczenie rany i płyny, i jego stan wyraźnie 
się  poprawił.  Może  nie  rewelacyjnie,  ale  wystarczająco,  by  była  zadowolona.  A  przede 
wszystkim przestała się bać, że David nie doczeka przyjazdu Howarda.   

– Będzie pani w moich snach, Solaino...   
– Skąd pan zna moje imię? – zapytała, naciągając mu koc na ramiona. Potem poprawiła 

mu poduszkę.   

– Znam je od zawsze. Piękna Solaina. Moja śliczna pani. Jakże mogłoby być inaczej? 
Biedny  człowiek,  znowu majaczy, pomyślała,  patrząc,  jak David  zapada w sen.  A może 

jednak podała mu swoje imię? Ze zmęczenia miała już taki zamęt w głowie jak jej gość.   

– Proszę wypić choć kilka łyków, a potem dam panu spokój. – Kilka łyków herbaty, kilka 

kęsów bułeczki, antybiotyk, a potem pozwoli mu dalej spać.   

W  ciągu  ostatniej  godziny  tak  bardzo  rzucał  się  na  łóżku,  a  podczas  krótkiej  chwili 

przytomności był taki zrzędliwy, że odchodziła już od zmysłów.   

– Jest pan przytomny, Davidzie? Rozumie pan, jak ważne jest, by wypił pan tę herbatę? A 

może wolałby pan wodę? 

– Nie lubię earl greya – burknął.   
– Czy przyszło panu może do głowy, żeby mi to powiedzieć, zamiast ze mną walczyć? 
– Najwyraźniej nie. – Próbował się uśmiechnąć, po czym zacisnął powieki. – Boli mnie 

głowa. Nie jestem w stanie myśleć.   

– Z powodu wstrząśnienia mózgu. Odwodnienia. Infekcji. Niech pan wybiera.   
– A ja przyprawiam panią o ból głowy, moja śliczna? 
Teraz był znowu łagodny i czarujący. Takim go lubiła.   
– I to jaki. Głowa boli mnie od kilku godzin.   
– Nie chciałem sprawiać kłopotu. Ale wie pani, co mówią o lekarzach...   
– Że są najsłodszymi, najbardziej chętnymi do współpracy pacjentami na świecie. Ze piją 

background image

i jedzą, i połykają tabletki bez słowa protestu. I nawet na ochotnika zmieniają sobie pościel, 
kiedy przychodzi pora. To właśnie chciał pan powiedzieć, prawda? 

David zaśmiał się cicho.   
– A ja myślałem, że to ja mam urojenia. Podeszła szybkim krokiem do kranu, by nalać 

szklankę wody, po czym wróciła do łóżka.   

– Więc skąd pani  jest, Solaino? – zapytał, wziąwszy szklankę do ręki.  – Słyszę  w pani 

głosie francuski akcent, ale pobrzmiewa też amerykański.   

–  Urodziłam  się  na  Haiti,  wychowywałam  w  Kije,  studiowałam  w  Stanach  i  tam 

pracowałam kilka pierwszych lat po dyplomie. Potem pojechałam na rok pracować w Paryżu i 
Szwajcarii,  a  jeszcze  później  dostałam  posadę  w  Tokio.  Teraz  jestem  w  Dharavaju.  W 

szpitalu  w Chandelli.  –  I wkrótce miała nadzieję  dodać do tej listy  kolejne miejsce, którego 
jeszcze nie znała. Oferty pracy napływały, ale dotąd nie zdecydowała, którą z nich wybierze. 
– A pan, Davidzie? Tam na drodze prosił mnie pan, żebym pana zawiozła do domu.   

– Urodziłem się, wychowałem i wykształciłem w Toronto, i kiedy przyjdzie pora, wrócę 

tam z radością. Nie kręciłem się po świecie tak jak pani. Byłem w Kambodży i... – Westchnął 
i spróbował podnieść szklankę do ust, aie jego ręka tak drżała, że trochę wody wylało się na 
pościel.  –  Czy  teraz  mam  pani  pokazać,  jakim  jestem  dobrym  pacjentem  i  zmienić  sobie 
pościel? 

– Teraz ma mi pan pokazać, że jest dobrym pacjentem i wypić wodę, a potem chociaż ze 

dwa razy ugryźć bułeczkę. Za to później na deser dostanie pan kolejną dawkę amoksycyliny. 
Nie  jest  pan  na  nią  uczulony?  W  przebłysku  świadomości  powiedział  mi  pan,  że  nie.  – 
Znalazła  lekarstwo  w  swojej  domowej  apteczce.  Howard  kazał  jej  natychmiast  podać  je 
Davidowi.   

– Nie jestem uczulony – odparł – a amoksycylina jest antybiotykiem o szerokim spektrum 

działania, więc powinna mi pomóc. Dobry wybór.   

–  Raczej  szczęśliwy  zbieg  okoliczności.  Kilka  kapsułek  zostało  mi  po  infekcji,  którą 

miałam w zeszłym roku.   

– Czy lekarz pani nie powiedział, że trzeba wziąć całe opakowanie? – spytał, oddając jej 

nietkniętą szklankę.   

–  Ma  pan  szczęście,  że  nie  zawsze  słucham  swojego  lekarza.  –  Odłamała  kawałek 

owsianej bułeczki i podała Davidowi, który zjadł go, po czym zamknął oczy.   

– Chyba bym się teraz przespał.   
–  A  ja  bym  wyszła,  poleżała  na  moim  skrawku  plaży,  ale  nie  mogę  tego  zrobić.  W 

każdym razie dopóki nie połknie pan pigułki. – Uśmiechnęła się do niego. Teraz, kiedy był 
czysty,  potrafiła  sobie  nawet  wyobrazić,  że  jest  zdrowy.  Była  ciekawa,  jak  utrzymuje  się  w 

takiej  dobrej  formie.  Jeździ  na  rowerze?  Biega?  Podejrzewała,  że  to  właśnie  dzięki  temu 
udało mu się przeżyć.   

– Może pozwoli mi pani przespać się z godzinkę, a potem zobaczę, co będę mógł dla pani 

zrobić?  –  David  nabrał  powietrza,  po  czym  wypuścił  je  powoli,  szykując  się  do  snu.  Ale 
jeszcze nie wziął antybiotyku i Solaina nie mogła mu na to pozwolić.   

–  Nie,  nie.  –  Potrząsnęła  go  za  ramię.  –  Może  pan  zasnąć,  ale  najpierw  łyk  wody,  kęs 

background image

bułeczki i tabletka. Bez dyskusji. – Już nie mówiła jak słodki anioł miłosierdzia, i była z tego 
zadowolona. Zwłaszcza że mina Davida sugerowała, że tym razem dopięła swego.   

– Dobra – burknął. – Co tylko pani zechce. Znów był zły. No i dobrze.   
– Chcę, żeby się pan napił wody.   
Nie  podała  mu  jednak  szklanki,  tylko  przystawiła  mu  ją  do  ust  i  trzymała  tak  długo,  aż 

wypił łyk. Dla niego był to spory wysiłek. Już po paru sekundach opuścił głowę na poduszkę i 
zamknął oczy.   

– Jestem bez formy – szepnął.   
– Myślę, że gdyby był pan bez formy, nie przeżyłby pan tak długo – odparła, odstawiając 

szklankę i sięgając po bułeczkę. – Gotowy na kęs albo dwa? 

– Nie odpuszcza pani facetowi, co? 
–  Kiedy  mężczyzna  śpi  w  moim  łóżku,  musi  robić,  co  mu  każę.  A  pan  przecież  śpi  w 

moim łóżku.   

– Pościel pachnie jaśminem. To zauważyłem.   
–  Dość  już  tych  botanicznych  dysertacji  –  powiedziała,  odłamując  kolejny  kawałek 

bułeczki. – Ma pan fiksację na punkcie flory. Wie pan o tym? 

– W tej chwili wiem niewiele ponad to, że piękna kobieta siedzi na brzegu łóżka i wpycha 

mi  bułkę  do  ust,  co  powinno  być  bardzo  erotycznym  doświadczeniem,  gdyby  nie  fakt,  że 
jestem  zbyt  zmęczony,  by  przeżuwać.  Proszę  mi  wierzyć,  w  moich  snach  robi  pani  coś 
zupełnie innego. I mnie stać na wiele więcej niż przełknięcie kęsa bułki.   

–  Dwóch  kęsów.  Postara  się  pan  i  przełknie  dwa  kęsy.  No,  czyż  nie  jest  pan 

lubieżnikiem? Nawet w tym stanie...   

– Musiałbym być martwy, żeby pani nie zauważyć.   
– Wyciągnął rękę po bułkę.   
–  Trzy  kęsy,  a  jeśli  będzie  pan  się  sprzeczał,  dojdziemy  do  czterech.  Ostatnim  razem, 

kiedy usiłowałam pana karmić, nazwał mnie pan chyba starą grubą krową.   

– A pani zamierza wykorzystać moje urojenia? 
– Trzy kęsy i bez urazy.   
–  Nigdy  nie  nazwałem  pani  krową,  prawda?  –  spytał,  zanim  zabrał  się  za  jedzenie.  – 

Nawet w delirium nie powiedziałbym o pani czegoś takiego.   

– Cztery kęsy.   
– Wygrała pani. – Udało mu się zjeść tylko dwa kawałki, zanim zmęczenie go pokonało. 

– Dziękuję – szepnął, biorąc od niej antybiotyk. – A jeśli jeszcze tego nie powiedziałem... bo 
naprawdę  nie  pamiętam  wszystkiego,  dziękuję,  że  zatrzymała  się  pani  tam  na  drodze. 
Wykazała  się  pani  odwagą.  –  Włożył  pigułkę  do  ust  i  popił  ją  kolejnym  łykiem  wody,  po 
czym opadł na poduszkę. – Teraz muszę spać i śnić o...   

Pochyliła się i dotknęła jego czoła. Nadal miał gorączkę, chociaż trochę mniejszą dzięki 

temu,  że  po  raz  drugi  oczyściła  mu  ranę  i  podała  płyny.  Wkrótce  powinien  zacząć  działać 

antybiotyk,  ale  Davidowi  długo  nie  wystarczy  ten  prowizoryczny  opatrunek,  który  mu 
zrobiła.  Chirurg  powinien  wyjąć  kulę.  Powinien  podać  mu  środki  przeciwbólowe,  zrobić 
prześwietlenie. A ona ma tylko wodę, bułkę i pigułkę. To za mało. Zaczęła się denerwować, 

background image

dlaczego Howard tak długo nie przyjeżdża.   

Było już widno, robiło się coraz cieplej. Wkrótce gorące wilgotne powietrze przypłynie i 

przegoni  wszystkich  poza  osiłkami  z  powrotem  pod  dach,  gdzie  usiądą  pod  swoimi 
wiatrakami albo klimatyzatorami.   

Lubiła  tę  porę  dnia.  Czekała  na  nią,  prawdę  mówiąc.  Jej  poranne  potrzeby  –  dzbanek 

herbaty, dobra słodka bułka, dobra książka. Zerknęła przez oszklone drzwi na książkę leżącą 
na  stoliku  obok  leżaka.  Kolejna  powieść  Marion  Lennoxmedycyna,  intryga  kryminalna, 
romans.  Stłumiła  śmiech.  To  prawie  jak  w  jej  własnym  życiu,  z  wyjątkiem  romansu.  Ten 
facet naprawdę nazwał ją starą grubą krową.   

Poza  tym  romanse  jej  nie  interesowały,  nie  angażowała  się  uczuciowo.  Zresztą  nigdzie 

nie zagrzewała długo miejsca. Dziś jest tu, jutro tam. Nie zawierała przyjaźni ani związków, 
które  trzeba  by  rozwiązywać.  Nie  było  to  jej  wymarzone  życie,  ale  takie  właśnie  życie 
wybrała, i całkiem nieźle jej się to sprawdzało. Może nie wspaniale, ale wystarczająco dobrze.   

Spojrzała znów na powieść i wiedziała, że gdzieś na tych stronach ktoś się z kimś zwiąże. 

Szczęśliwe zakończenie, szczęśliwe życie. Lepsze niż jej własne.   

– Później sobie poczytam – powiedziała cicho, wzdychając. Usiadła na leżaku, z herbatą i 

babeczką, i zapatrzyła się w piasek i fale.   

–  Co  zrobić  z  Davidem?  –  zapytała  siebie,  poprawiając  się  na  swoim  czerwono-żółtym 

leżaku.   

Zamiast  odpowiedzi,  zobaczyła  Davida  walczącego  o  życie  na  poboczu  ciemnej  pustej 

szosy. Gdyby znalazł  się tam o innej porze albo gdyby jej spotkanie w Chandelli  skończyło 
się  punktualnie,  albo  gdyby  wróciła  do  swojego  małego  mieszkanka,  zamiast  jechać  nad 
morze,  czego  o  mały  włos  nie  zrobiła...  Było  tyle  możliwości,  a  każda  z  nich  oznaczała,  że 
zamiast leżeć teraz w jej łóżku, sprawiając jej ogromny problem, David Gentry mógł...   

Nie, on już by nie żył.  Zmarłby w nocy z wyziębienia. Trudno było to sobie wyobrazić, 

biorąc pod uwagę jego energię następnego ranka. Mimo to Solaina zadrżała. Martwy David. 
Nie  chciała  widzieć  takiego  obrazu  obok  obrazu  Jacoba  Rennera.  Nie  chciała  widzieć  tego 
wszystkiego  w  snach,  więc  otworzyła  oczy  i  popatrzyła  na  rozciągającą  się  przed  nią  plażę. 
Stan Davida był stabilny. Z całą pewnością nie umrze. Nie wygląda nawet na to, żeby bardzo 
cierpiał.   

A wkrótce przyjedzie Howard. Musi tylko czekać, co było jednak o wiele trudniejsze niż 

te poranki w Boże Narodzenie, kiedy była dzieckiem, a rodzice nie pozwalali jej ani Solange 
otworzyć paczek przed śniadaniem. Nigdy nie myślała, że coś może trwać dłużej  niż tamto 
czekanie.   

Zniecierpliwiona sięgnęła po powieść Marion Lennox i otworzyła ją na pierwszej stronie. 

Naprawdę nienawidziła tych rodzinnych śniadań w Boże Narodzenie.   

background image

ROZDZIAŁ CZWARTY 

 

David  wiercił  się,  aż  w  końcu  znalazł  dość  wygodną  pozycję  –  położył  się  płasko  na 

plecach,  ze  wzrokiem  utkwionym  w  sufit.  Tym  razem,  gdy  się  obudził,  wiedział,  gdzie  się 
znajduje i skąd się tam wziął. Poprzednio razem zajęło mu to kilka minut, i gdzieś z daleka 
przypłynęło do niego wspomnienie nadąsanego chłopca w wieku szkolnym, który daje się we 
znaki swojej pielęgniarce.   

– To może być sen – wymamrotał. Zjedzona do połowy bułka i wypełniona do połowy 

szklanka z wodą na stoliku obok łóżka mówiły mu co innego.   

Chciał  ją  zawołać.  Solaina.  Piękne  imię.  Piękna  kobieta.  Pomyślał  tak  za  pierwszym 

razem, kiedy ją zobaczył. Kiedy to było? Czy było to w nocy na drodze, kiedy go uratowała? 
Czy może miesiąc temu w Chandelli? A może pół roku temu w Szwajcarii? Teraz wszystkie 
wspomnienia były zamazane, ale to się zmieni.   

Jego  wspomnienia  dotyczące  Kambodży  były  także  niewyraźne.  Pamiętał,  że  dostali 

wezwanie. To był rutynowy kurs karetki, jeśli można nazwać rutynowym wezwanie do ofiary 

miny. W małym szpitalu na obrzeżach Kanthy zdarzało im się bardzo często ratować kogoś, 
kto potknął się o minę leżącą w ziemi trzy dekady. Ale nie pamiętał szczegółów tej wyprawy, 
w  rezultacie  której  wylądował  w  łóżku  Solainy.  Musiało  się  stać  coś  naprawdę  złego.  To 

znaczy,  że  nadal  ma  kłopoty,  a  także  mimowolnie  może  wciągnąć  piękną  Solainę  w  swoje 

problemy.   

–  Więc  wynoś  się  stąd,  zanim  spadną  na  nią  konsekwencje  twojego  działania  – 

powiedział na głos.   

Nie zamierza umierać, jeszcze nie teraz, więc może powinien przenieść się gdzieś indziej, 

wylizać rany, poczekać,  aż odzyska formę i  będzie mógł  wrócić do Kanthy? Odsunął  koc i 
uniósł  się,  by  spojrzeć  na  swoje  ciało.  Przypomniał  sobie,  że  ma  złamane  żebra  na  skutek 
kopniaka  czarnym  butem  podbitym  metalem.  To  było  ostrzeżenie,  że  ma  się  wynosić  z 
Kambodży,  wynosić  z  Dharavaju.  Teraz  to  wszystko  pamiętał.  Pamiętał  mężczyznę,  który 
wyciągnął go z samochodu – z początku myślał, że to jakiś złodziej, ale tamten zwrócił się do 
niego: 

– Pan jest doktor Gentry? 
Trzymał go na muszce. To także pamiętał. Ale była to tak groteskowo mała broń, że nie 

spodziewał się, iż mężczyzna jej użyje. Mały rewolwer z perłową rączką, który mieścił się w 
dłoni. A może znowu miał majaki? Głowa bolała go jak diabli, ręce mu się trzęsły.   

Cóż,  jedno  jest  pewne:  ktoś  próbował  kopnąć  go  tak,  by  umarł.  Przynajmniej  taką 

postawiłby diagnozę, gdyby coś podobnego zdarzyło się jednemu z jego pacjentów.   

Dotknął żeber i wciągnął powietrze. Ból był ostry, głęboki, przeszywający. Cieszył się z 

każdego bólu, ponieważ to znaczyło, że żyje. No i ona znakomicie go opatrzyła. Jej dotyk był 
miły... Kochana Solaina. Pragnął pamiętać ten dotyk, gdy się obudzi. Niczego nie był pewien 
poza tym, że kogoś takiego jak Solaina... trzeba zapamiętać.   

Ostrożnie zgiął rękę, delikatnie dotykając bandażu. Wyjął już w swoim życiu dość kul, by 

background image

wiedzieć, że ta utkwiła płytko w mięśniach, choć do tego czasu infekcja sięgnęła w głąb ciała. 
Zabiłaby go zapewne, gdyby nie Solaina. Uniósł się jeszcze trochę i zobaczył ją w progu.   

– Wybiera się pan gdzieś? 
Słońce  padało  na  jej  plecy,  widział  zarys  jej  sylwetki,  który  pozostawiał  szczegóły  jego 

wyobraźni.   

– Czyja panią znam? Spotkaliśmy się już kiedyś? 
– To ma być podryw? Bo jeśli tak, to nie jest pan oryginalny.   
–  To  nie  jest  podryw.  Tak  mi  się  przynajmniej  wydaje.  –  Uśmiechnął  się  do  niej.  –  A 

gdyby był, czy osiągnąłbym sukces? 

– Byłam głupia, sądząc, że wszystko, co pan mówi, to delirium.   
– Poznała mnie pani w niekorzystnej sytuacji. Zresztą nie wszystko pamiętam. Czy pani i 

ja... Czy my...   

Potrząsnęła gwałtownie głową.   
– Szkoda – rzekł, kładąc się znowu na plecach. Był wciąż bardzo słaby, to dobry powód, 

by przespać się chwilkę, zanim zdecyduje się na jakiś drastyczny ruch, na przykład wyjście 
czy  wyczołganie  się  stąd.  –  Bo  ja  myślałem,  że  choć  jeden  raz  w  życiu  wykazałem  się 
wyjątkowo dobrym gustem.   

– Za te pochlebstwa czeka pana kolejny antybiotyk.   
– Podeszła do łóżka i położyła rękę na jego czole.   
– Myślę, że gorączka panu spada.   
– Nie ma to jak dobra opieka pielęgniarska.   
Solaina odwróciła się i poszła do części kuchennej.   
– Niech pan nie nazywa tego, co robię, dobrą opieką pielęgniarską. To błąd.   
– Ale jest pani pielęgniarką? Nie przyśniło mi się to? 
– Mam dyplom pielęgniarki.   
Jej  zachowanie  zmieniło  się  w  jednej  chwili.  Już  nie  była  miła,  lecz  lodowato  zimna. 

David zastanowił się, czy nie zapomniał o czymś ważnym, o czym mu wcześniej mówiła.   

–  Ale  dyplom  nie  czyni  ze  mnie  pielęgniarki,  przynajmniej  jeśli  chodzi  o  umiejętności 

praktyczne.  Kieruję  pielęgniarkami,  podejmuję  decyzje  administracyjne,  przygotowuję 
budżet, uczestniczę w spotkaniach zarządu. I nie zbliżam się do pacjentów.   

– Bandaże założyła pani dobrze – zauważył.   
– Każdy potrafi założyć opatrunek. – Nabrała głęboko powietrza, by się uspokoić. – Ma 

pan ochotę coś zjeść? Może sałatkę owocową? Albo ugotuję trochę ryżu.   

Pokręcił  głową.  Prawdę  mówiąc,  chciał  dowiedzieć  się  o  niej  więcej.  Dlaczego  tak  się 

denerwuje,  kiedy  mówi  o  pielęgniarstwie?  I  dlaczego  taka  wspaniała  kobieta  zamyka  się  w 
takiej dziurze? W jego głowie było pełno pytań, lecz jego organizm domagał się snu. Dwie 
minuty na jawie i już czuł, jak ciągnie go znowu w objęcia Morfeusza.   

– Czy mówiłem pani, że jestem chirurgiem? – zapytał bardziej po to, by nie zasnąć, niż 

by podtrzymać konwersację. Lubił rozmawiać z Solainą.   

– Powiedział mi pan, jak się pan nazywa. Wiedziałam, że jest pan chirurgiem. Słyszałam 

o panu.   

background image

Nie był pewien, jak daleko może się posunąć. Najlepiej by było, gdyby następnym razem, 

kiedy  się  obudzi,  wymyślił,  jak  się  stąd  wydostać.  Zniknąć  gdzieś  daleko,  żeby  była 
bezpieczna.   

– Co takiego pani słyszała? Mam w tej kwestii zaniki pamięci. Aha, i chętnie zjem kilka 

plasterków owoców. Zdaje się, że w brzuchu mi burczy.   

Solaina wyjęła karambolę z koszyka, który stał na blacie obok małego zlewu, i umyła ją 

pod bieżącą wodą. Potem wyjęła z szufladki nóż i zaczęła obierać owoc.   

–  Słyszałam,  że  jest  pan  bardzo  dobrym  chirurgiem.  Może  jednym  z  najlepszych  w 

okolicy.   

– I? 
Solaina  pokroiła  karambolę  w  plastry  i  włożyła  je  do  miski,  potem  wyjęła  biały 

papkowaty  mangostan  i  wrzuciła  jego  kawałki  do  tej  samej  miski.  Trzecim  owocem,  który 
wybrała, była japońska gruszka, która bardziej przypominała żółte jabłko.   

– To już wszystko. Poza jai ron. Wie pan co to znaczy? 
Gorące serce.   
– Myśli pani, że ja mam jai roni – zaśmiał się.   
– Nawet w majakach, casanowo.   
David  przyglądał  się,  jak  Solaina  wyjmuje  durian  z  koszyka  z  owocami,  a  potem  z 

powrotem go tam chowa.  Durian to  najdroższy z owoców Dharavaju,  i  zapewne najbardziej 

oryginalny,  a najlepiej  smakuje w połączeniu  z mleczkiem kokosowym  albo  ryżem.  Ale ma 
wyjątkowo odrażający zapach i David nigdy go nie polubił. Miejscowi za to go uwielbiali, ale 
dla farang  – czyli obcokrajowców  –  których odrzucała ta  woń,  zawsze były  lody z durianu, 

ciasto z durianu, a nawet guma do żucia. Jednak David nie odważył się spróbować durianu w 
żadnej formie.   

Zabawne,  że  to  wszystko  pamiętał.  Przypomniało  mu  się  też,  że  plótł  coś  o 

rododendronie.   

–  Nie  pomyślałbym,  że  jest  pani  miłośniczką  durianu.  Wygląda  mi  pani  raczej  na 

zwolenniczkę ananasów, kokosa czy truskawek.   

–  Nigdy  nie  wiadomo,  prawda?  –  zauważyła,  marszcząc  nos.  –  Choć  przyznaję,  że 

truskawki są smaczniejsze.   

Nagle  David  przyłapał  się  na  tym,  że  wyobraża  sobie  Solainę  jedzącą  truskawki,  jej 

zmysłowe wargi pochłaniające ten czerwony owoc...   

–  Jai  ron  –  mruknął.  Solaina  zawróciłaby  w  głowie  każdemu  mężczyźnie,  nawet 

osłabionemu tak jak on. – Przypuszczam, że jest panijai yen. – Zimne serce. Albo spokojne.   

Solaina uśmiechnęła się, niosąc mu owoce.   
– Nie jai yen, raczej krienjai. – Czyli ktoś, kto unika konfrontacji. – Przynajmniej tak było 

do wczorajszego wieczoru, kiedy pana spotkałam.   

– Za co bardzo przepraszam.   
–  Przyjmuję  przeprosiny.  –  Postawiła  miskę  na  stoliku  obok  łóżka.  –  A  więc  żeby 

utrzymać mój status krienjai, muszę wymyślić, co z panem począć. Ma pan jakieś sugestie? 
Może kiedy mój przyjaciel pana zbada, zawiozę pana do Chandelli. To długa podróż, ale tam 

background image

mieszkam.   

Chandella. On musi dostać się do Kanthy. Chciał zawiadomić ministra policji o ostatnim 

ataku,  a  potem  spróbować  wrócić  do  normalności,  z  nadzieją,  że  czymkolwiek  była  ta 

wendeta, to już koniec. I modlić się, by Solaina nie została w to przez niego zamieszana.   

– Jeszcze trochę odpocznę i będę w stanie wyjść stąd sam. – Nie był pewien, jak daleko 

by zaszedł, ale jeśli ktoś go ściga, ona będzie bezpieczniejsza bez niego.   

Solaina zaśmiała się krótko.   
–  Mieszkańcy  Dharavaju  są  co  prawda  dość  liberalni,  ale  nie  wyobrażam  sobie  pana 

wędrującego drogą bez spodni. Niech pan to sobie jeszcze raz dokładnie przemyśli.   

Jego spodnie. O tym nie pomyślał. Jeśli dobrze pamiętał, pocięła je i obwiązała jego żebra 

paskami  dżinsu.  A  zatem  to  chyba  koniec  jego  planu,  a  nie  miał  w  tej  chwili  dość  siły,  by 
wymyślić  coś  innego.  Zabrał  się  zatem  za  karambolę,  a  potem  ugryzł  japońską  gruszkę. 
Później położył się i zamknął oczy, oddając się losowi i swojej pięknej strażniczce.   

– Skoro nie mogę wyjść bez spodni, kiedy się obudzę, chyba będzie pani musiała zrobić 

mi mały zabieg – powiedział, po czym odpłynął w sen.   

– Mogę pokroić panu owoce, Davidzie, ale niczego więcej nie tknę nożem. Pamięta pan, 

że jestem krienjail. 

 

Usiadłszy  na  leżaku  z  naam  phon-la-mai  –  sokiem,  który  zrobiła  z  owoców  nie 

zjedzonych  przez  Davida  –  Solaina  wzięła  znów  powieść  Marion  Lennox  i  otworzyła  ją  na 

drugim  rozdziale.  Nawet  gdyby  nie  David,  tak  właśnie  spędzałaby  weekend.  Czytając, 
odpoczywając, drzemiąc...   

Westchnęła zadowolona. Już prawie skończyła pierwszy paragraf, kiedy uderzenie, które 

niemal  wstrząsnęło  ścianami  domku,  a  następnie  stek  przekleństw,  przedarły  się  przez 
zamknięte drzwi tarasu. Solaina upuściła książkę na bambusową podłogę i skoczyła na równe 
nogi, po czym wpadła do środka i znalazła Davida na podłodze obok przewróconego stolika. 
Jego ramię krwawiło. Siedział pośród kawałków rozbitej szklanki i jej małego Buddy, który 
również  się  potłukł.  Wyglądał  na  bardziej  złego  niż  rannego,  toteż  pomyślała,  że  lepiej  nie 
pytać go, co się stało. Zresztą odgadła, że to zapewne kolejny atak delirium. Próbował wstać – 
pewnie chciał wyjść.   

Wsuwając  stopy  w  huaraches  o  skórzanej  podeszwie,  podeszła  do  Davida,  który 

próbował się podnieść.   

–  Rana  się  otworzyła  –  powiedziała,  wyciągając  rękę.  Nie  widziała  żadnych  innych 

dodatkowych obrażeń. Poza jego dumą, oczywiście.   

– Trzeba wyjąć kulę – mruknął, podnosząc się, po czym opadł z powrotem na łóżko. – 

Ryzyko infekcji dla kości. Szedłem po panią.   

– To znaczy? – Miała przeczucie, że następne słowa, jakie wypowie David to: Może pani 

to zrobić.   

– To proste. Pani tnie, a ja wyciągam kulę. Pięć minut i po robocie.   
Zamrugał powiekami i zamknął oczy.   
– Nie mogę tego zrobić – oznajmiła.   

background image

Nie  miała  sprzętu  ani  wprawy.  Czuła  rosnącą  panikę,  natychmiast  pojawił  się  jej  przed 

oczami  obraz  Jacoba.  Potem  ręce  zaczęły  jej  dygotać.  Ale  zapanowała  nad  oddechem  i 
zwalczyła słabość, zanim ona ją pokonała. Oddychaj głęboko. Skup się, Solaino, skup.   

Jacob  Renner...  Tamten  wypadek  zawsze  do  niej  powracał,  ilekroć  pomyślała,  że  może 

jednak jej się uda. Kosztem życia biednego Jacoba nauczyła się jednej strasznej prawdy: że 
nie nadaje się na pielęgniarkę.   

–  Proszę  posłuchać  –  powiedziała,  walcząc  ze  sobą,  by  utrzymać  się  na  nogach.  – 

Największe  urojenie,  jakie  pan  miał  do  tej  pory,  to  przekonanie,  że  ja  mogę  to  dla  pana 
zrobić.  Nie  mogę.  Nie  potrafię.  Musi  pan  poczekać  na  mojego  przyjaciela.  –  Zerknęła  na 
ścienny zegar. Od chwili, gdy zadzwoniła do Howarda, minęło dwanaście godzin. Wiele dróg 
w Dharavaju było w kiepskim stanie, ale Howard powinien już tu być.   

– Okej, jeśli pani tego nie zrobi, ja sam to zrobię.   
– Pan? Pan nie ma majaków, pan jest szalony. – Zobaczyła, że David patrzy na kuchenkę. 

– Przepraszam, chyba muszę schować wszystkie noże. A jeśli pan nie pamięta, że mówiłam to 
już dziesiątki razy, powtarzam, że mój przyjaciel jest w drodze i zaraz się panem zajmie.   

Howard Brumley, Brytyjczyk i sąsiad Solainy w Chandelli, był znakomitym chirurgiem. 

Przeszedł na emeryturę, by podróżować po świecie ze swą żoną Victorią, ale dotarł tylko do 
Dharavaju, pierwszego i ostatniego przystanku w ich wyprawie dookoła świata. Teraz byli dla 

niej  jak  rodzina,  chociaż  nie  widywała  ich  zbyt  często.  Uważała,  że  Howard  i  Victoria  to 

prawdziwy dar niebios, i ufała im jak nikomu – poza swoją siostrą.   

– Nie będę czekał na pani przyjaciela – odparł David spokojnym głosem. Był przytomny i 

zdeterminowany. To niebezpieczne połączenie w jego stanie.   

Ten człowiek jest albo szalony, albo najdzielniejszy z ludzi, jakich znała.   
–  On  ma  skalpel.  Prawdziwy  skalpel,  a  nie  kuchenny  nóż.  Ma  środek  odkażający  i 

kleszcze. Jest chirurgiem i ma wszystko, co potrzeba, żeby wykonać ten zabieg prawidłowo. – 
Co  prawda  Howard  cierpiał  na  zaawansowany  artretyzm  w  rękach.  Martwiła  się  tym  od 
momentu,  gdy  przeszedł  na  emeryturę.  –  Jak  na  słabego  człowieka,  na  dodatek  bez  spodni, 

jest pan wyjątkowo apodyktyczny.   

– Nie apodyktyczny, tylko praktyczny.   
–  Słaby,  ale  uparty  i  nieznoszący  sprzeciwu.  Nie  ma  to  nic  wspólnego  z  byciem 

praktycznym.  –  Solaina  pomyślała,  że  David  jest  bardzo  silnym  człowiekiem,  także  jeśli 
chodzi o moralność i zasady. – I przywiezie panu spodnie – podjęła. – Co jest akurat bardzo 
praktyczne.  Więc  nie  ma  pan  wyjścia.  Zaczekamy.  Chyba  że  pan  sobie  wstanie  i  pójdzie, 

gdzie pan chce.   

– Przepraszam za kłopoty – powiedział David. – Za stłuczone szkło i pani lampę. I tego 

małego Buddę. Za to, że jestem starym zrzędą.   

Spojrzała na małą porcelanową lampkę nocną, która leżała teraz na dnie kosza na śmieci. 

I z żalem przeniosła wzrok na swojego Buddę. Wiedziała, że to tylko bibelot, ale i tak było jej 
smutno.  Zabawne,  teraz,  kiedy  straciła  swojego  Buddę,  przypominała  sobie,  jak  często 
przywoływał na jej twarz uśmiech.   

– To nie jest moja lampa, ja tylko  wynajmuję ten domek – oznajmiła. – Ale przyjmuję 

background image

przeprosiny za lampę i za zrzędzenie. Tyle pan przeszedł, że chyba ma pan prawo marudzić. 
Czy mogę zadać panu jedno pytanie? 

Oparł głowę na poduszce, koc przykrywał go do pasa. Uśmiechnął się do niej szeroko, ale 

Solaina widziała jakieś zmartwienie w jego oczach.   

– Narobiłem pani tyle kłopotu, że ma pani prawo pytać mnie o wszystko.   
– Czy to znaczy, że na każde pytanie mi pan odpowie? 
– Dla pani, moja śliczna, jestem gotów.   
– Nie wiem, czy wolno mi w to uwierzyć.   
– Robiłem w życiu wiele rzeczy, byłem w wielu miejscach, i różne rzeczy mówiłem. Ale 

jedno jest pewne. Nigdy pani nie okłamię. Może nie spodoba się pani prawda, jaką pani ode 
mnie usłyszy, ale to zawsze będzie prawda. – Poruszył się ostrożnie, zsuwając się nieco niżej. 
– Więc jak to jest, zawsze jest pani taka nieufna, czy tylko ja wzbudzam w pani nieufność? 

– Tylko pan – odparła, starając się, by zabrzmiało to obojętnie. Nawet nie zdawał sobie 

sprawy, jak bardzo miała się przed nim na baczności.   

– I to, moja śliczna, było kłamstwo. Nie potrafi pani kłamać, wie pani o tym. Te piękne 

oczy  mówią  mi  wszystko.  Chociaż  muszę  powiedzieć,  że  pani  ostrożność  jest  w  pełni 
usprawiedliwiona. Nie jest pani pierwszą osobą, która się mnie boi, i nie ostatnią.   

– A dlaczego ludzie się pana boją? 
– Czy to jest pytanie, które chciała mi pani zadać? Chciałbym wiedzieć, bo chyba znów 

zdrzemnę się na sekundę czy dwie.   

– Jedno z pytań – odparła, podchodząc do kącika kuchennego. Przyszła pora na kolejny 

antybiotyk, tyle że tym razem poda mu do popicia resztę swojego soku i sama będzie trzymać 
szklankę, ponieważ w domku zostały już tylko trzy szklanki. – Mam więcej pytań, ale to jest 
dobre na początek.   

– A ja myślałem, że zapyta mnie pani o mój stan cywilny.   
– Pytałabym,  gdyby  mnie to  obchodziło. – Wyjęła dzbanek z małej  lodówki. – Ale nie 

obchodzi, więc wracam do mojego pierwszego pytania. Dlaczego ludzie się pana boją? 

– Ja nie...   
Obejrzała się i zobaczyła, że ukrył uśmiech. Właściwie miło było mieć towarzystwo dla 

odmiany.  Kogoś,  kto  uśmiecha  się  do  niej  z  łóżka.  Ile  czasu  minęło,  odkąd  jest  sama,  i 
dlaczego tak się stało? 

– Co pan nie? – spytała.   
– Nie jestem żonaty, zaręczony ani z nikim związany.   
Sceptycznie pokręciła głową.   
–  To  się  nie  zgadza  z  pana  dokumentami  –  zażartowała.  –  Widziałam  zdjęcie  pańskiej 

żony i trójki dzieci. Bardzo miła rodzinka. I ma pan cocker-spaniela, ślicznego małego pieska. 
I śliczne dzieci. Jak się nazywają? Mówił pan w malignie, ale już zapomniałam.   

–  Nie  jestem  aż  tak  nieprzytomny  –  zaśmiał  się,  zerkając  na  palec,  na  którym  nosi  się 

obrączkę.   

– Ale zastanowił się pan przez moment, czy jest pan żonaty, prawda? – Miło było tak się 

z nim przekomarzać. Miło i jakoś tak naturalnie.   

background image

– Dobrze, odpowiem, zanim przekona mnie pani, że jestem  kompletnie obłąkany. Albo 

sam siebie o tym przekonam. – Zaśmiał się. – Ludzie boją się mnie, ponieważ jestem szczery 
i  zazwyczaj  trochę  zbyt  bezpośredni,  niżby  należało.  Poza  tym  jestem  uparty  i  nie  zawsze 
przestrzegam zasad...   

–  To  więcej,  niż  chciałam  wiedzieć  –  zauważyła,  podnosząc  rękę,  by  go  powstrzymać. 

Usiadła na skraju łóżka. – Więc może  weźmie pan tabletkę, a resztę już  sobie wyobrażę. – 
Howard polecił jej zwiększyć mu dawkę. Podwoić, a nawet potroić, jeśli to możliwe. Sądząc 
z zachowania Davida, lekarstwo działało.   

– Mówiłem pani, że nie kłamię.   
– Więc ile ma pan lat? Trzydzieści pięć? 
– Trzydzieści sześć.   
– Dobrze. Ma pan trzydzieści sześć lat, w pańskim portfelu nie ma zdjęć żony ani dzieci. 

Ani  cocker-spaniela.  Ale  według  IMO  jakiś  czas  temu  wrócił  pan  do  domu.  Dlaczego 
mówiliby coś takiego, skoro nie poleciał pan do Toronto? 

–  Ponieważ,  jak  sądzę,  nie  wiedzą  tego.  –  Wciągnął  powietrze.  –  Zmniejszali  swój 

oddział  w  Kambodży.  Chciałem  zostać,  a  oni  chcieli,  żebym  wyjechał.  Więc  wyjechałem, 
tylko nie z nimi, dlatego gdy zniknąłem, stracili orientację, co się ze mną dzieje.   

– Co pan takiego zrobił, że jest pan w takim stanie? 
– Znalazłem się w złym miejscu w niewłaściwym czasie.   
– To wszystko? Wzruszył ramionami.   
– Czasami ktoś kogoś napada.   
– I nie ma powodu do wszczynania alarmu. Czy to chce mi pan powiedzieć? – Podała mu 

drugi  łyk  soku  owocowego.  Odsunął  jej  rękę,  więc  sama  go  wypiła.  –  Jest  pan  mistrzem 
niedopowiedzeń. Albo uników. Sama nie wiem.   

– W tej chwili jestem wyłącznie mistrzem bólu żeber i ramienia. – Położył się i przykrył 

pod brodę. – Może zdrzemnę się, dopóki pani przyjaciel nie przyjedzie – powiedział i opuścił 
powieki.   

– I pan doktor zaśnie w ułamku sekundy – mruknęła, pochylając się nad nim tak nisko, że 

jego  wargi  musnęły  jej  ucho.  –  Bo  inaczej  będzie  mi  musiał  powiedzieć  całą  prawdę  o 
Davidzie Gentrym.   

Odwróciła się i poszła na werandę, by poczytać.   

 

Prawie  przez  godzinę  obserwował  ją,  jak  siedziała  z  książką.  Patrzył  jak 

zahipnotyzowany.  To  było  idealne  słowo  na  opisanie  jego  uczuć.  Każdy  jej  ruch  był  tak 
wyważony, a przy tym tak wdzięczny – sposób, w jaki odwracała stronę, podnosiła szklankę, 
poprawiała słomkowy kapelusz, by osłonić oczy przed słońcem. Było na co patrzeć, a on był 
więcej niż zadowolony, że nie zdrzemnął się znowu.   

Teraz,  kiedy  jego  umysł  pracował  już  lepiej,  przypomniał  sobie,  kiedy  po  raz  pierwszy 

zobaczył  Solainę.  To  było  jakiś  miesiąc  wcześniej,  w  szpitalu  w  Chandelli.  Tego  dnia 
wyglądał dość niechlujnie, wpadł prosto z dżungli, by zbadać pacjenta. Miał szerokie szorty 
khaki, tygodniowy zarost, T-shirt z podartymi rękawami, zmierzwione włosy, które jakiś czas 

background image

nie widziały grzebienia... Gdyby go wtedy spotkała, nawet by na niego nie spojrzała. Ale ona 
nie  miała  pojęcia  o  jego  wizycie.  Jego  przyjazdy  do  miasta  były  zawsze  dyskretne,  by  nie 
zwracać zbytnio uwagi.   

Oczywiście,  rząd  Dharavaju  wiedział  o  istnieniu  jego  małego  szpitala,  David  posiadał 

licencję.  Rząd  był  również  dość  szlachetny,  by  pomóc  zdobyć  wizę  tym,  którzy  nielegalnie 
przekraczali granicę, by się leczyć. Wystarczyło kilka dolarów i dwa dni, by załatwić papiery.   

Mimo wszystko sam charakter jego szpitala wzbudzał kontrowersje, ponieważ David nie 

prowadził  go  w  tradycyjny  sposób.  A  także  wbrew  naturze  IMO,  które  zawsze  działało  w 
granicach prawa. Na tym polegała istota jego problemu. Było tylu ludzi, którzy potrzebowali 

pomocy – ludzi bez dowodów tożsamości, bez domów, bez ojczyzny. IMO było łaskawe, ale 
wymagało od swoich pacjentów nazwisk, miejsca zamieszkania i narodowości.   

W Kambodży organizacja IMO opiekowała się ludźmi, którzy mogli podać te informacje. 

W  Dharavaju  David  pomagał  tym,  którzy  nie  byli  w  stanie  tego  zrobić.  Z  tego  powodu  w 
IMO  się  go  wyrzekli.  Jego  odejście  było  dla  nich  policzkiem.  A  fakt,  że  wkraczał  na  ich 
terytorium, by zabrać pacjenta do swego szpitala, uważali za obrazę.   

Od sześciu miesięcy na swoim, David był zadowolony z tego, co udało mu się zdziałać. 

Miał  już  oddział  chirurgiczny,  a  także  fizykoterapię.  Więc  nawet  jeśli  jego  szpital  nie  był 
legalny w pełnym znaczeniu tego słowa, był dobrym szpitalem, takim, którego David szukał 
od początku swojej kariery zawodowej. Zawsze pragnął tylko jednego – zajmować się tym, co 
naprawdę jest ludziom potrzebne. I teraz to właśnie robił.   

Zasypiając,  zamknął  oczy,  by  przywołać  ten  pierwszy  raz,  kiedy  ujrzał  Solainę.  Była 

wówczas  w  dwuczęściowym  kostiumie  w  kolorze  orchidei,  włosy  miała  spięte  na  czubku 
głowy  i  bardzo  delikatny  makijaż,  no  i  tamtego  dnia  także  pachniała  jaśminem.  Minęła  go 
szybkim  krokiem,  prowadząc  grupę  swoich  pielęgniarek,  a  on  zdążył  poczuć  woń  jaśminu i 
od tamtej pory miał bzika na tym punkcie.   

Kobiety  w  jego”  życiu  przychodziły  i  odchodziły.  Wystarczy  zapytać  jego  żonę. 

Wchodziły  jednymi  drzwiami  i  wychodziły  drugimi,  tak  że  nawet  nikt  nie  zauważył.  W 
stałych związkach się dusił. Za to wspomnienie Solainy nie opuszczało go. Była marzeniem, 
o  które  błagał  nocą.  Ale  żeby  spotkać  ją  w  taki  sposób,  w  jaki  ją  teraz  spotkał,  dosłownie 
wpaść na jej samochód...   

Powstrzymał uśmiech.   
– Tak miało być, Davey – mruknął. – To przeznaczenie.   
Chociaż  wypowiedział  te  słowa  na  głos,  nie  był  wcale  pewien,  czy  w  nie  wierzy.  Od 

wielu tygodni myślał o spotkaniu z Solainą. Wiedział, kim była, a także, gdzie ją znaleźć. I 
chociaż  dwukrotnie  wpadał  do  szpitala  w  Chandelli  po  tamtym  pierwszym  razie,  celowo 
trzymał się z dala od miejsc, gdzie mógłby natknąć się na nią. Dlaczego? 

– Bo jesteś tchórzem – wyjaśnił sam sobie, chociaż chodziło o coś więcej.   
Naprawdę  przerażało  go  to,  co  taka  kobieta  jak  Solaina  może  zrobić  z  mężczyzną.  Z 

drugiej  strony  był  też  ciekaw  i  chętnie  by  tego  doświadczył,  ale  ta  ciekawość  oznaczałaby 
katastrofę.  Jego  pierwsza  katastrofa  kosztowała  go  sześć  lat:  pięć  lat  małżeństwa  i  rok 
staczania się po  równi  pochyłej. Walki w sądzie, zdrady, a potem  jeszcze zawalona praca i 

background image

kobieta  za  kobietą.  Wyczołgał  się  z  tego  bagna  poraniony  i  kulejący,  aż  w  końcu  znalazł 
swoje miejsce. Dobry, życzliwy człowiek o znakomitych medycznych kwalifikacjach pomógł 
mu wyjść znów na prostą, a potem wsadził go do samolotu do Kambodży.   

Teraz był szczęśliwy, urządzony i nie miał najmniejszego zamiaru znowu ryzykować.   

Z  westchnieniem  lekko  pomasował  obolałe  żebra  i  patrzył,  jak  Solaina  zakłada  nogę  na 

nogę.  Ten  drobny  ruch  rozproszył  melancholię,  która  go  ogarniała.  Solaina  miała  na  sobie 
krótkie spodnie, a jej nogi... Idealne, szczupłe, opalone. Najpiękniejsze, jakie widział.   

– Solaina – szepnął. – Dlaczego ty? Dlaczego teraz? 

background image

ROZDZIAŁ PIĄTY 

 

– Kiedy przyjechałeś? 
Upuściła książkę na podłogę. Powieść podobała jej się, jak wszystkie powieści tej autorki, 

pod  koniec  nawet  się  wzruszyła.  Szczęśliwe  zakończenia  za  każdym  razem  ją  wzruszały,  a 
tego  dnia  przyszło  jej  to  wyjątkowo  łatwo.  Niewiele  brakowało,  by  wpadła  w  melancholię. 
Nie tyle z powodu książki, co dlatego, że w jej życiu nigdy nie zdarzały się takie historie jak 
te  w  powieściach.  Może  tkwiła  w  niej  nadal  mała  dziewczynka  z  dziecięcą  wiarą,  że  każdy 
zasługuje na szczęśliwe zakończenie? Ale jej życie było zadowalające, a zatem nie skarżyła 
się, nawet jeśli wciąż miała jakieś tęsknoty.   

– Nie słyszałam cię.   
Wstała  energicznie,  by  powitać  Howarda.  Był  potężnym  mężczyzną,  z  gęstą  siwą 

czupryną  i  podobną  brodą.  Nazywała  go  wesołym  świętym  Mikołajem  ze  względu  na  jego 
fizyczne atrybuty i dlatego, że był faktycznie wesoły, a jego śmiech zawsze ją rozweselał.   

– Victoria nie chciała wchodzić do środka. Powiedziała, że skoro to wizyta domowa, ona 

skorzysta  z  plaży  i  zostawi  wszystkie  medyczne  kłopoty  na  naszych  barkach.  Więc  zanim 
przejdziemy do szczegółów, przyszedłem wziąć dla niej trochę soku, byle nie z durianem.   

– Jasne – odrzekła Solaina, wpadając w objęcia Howarda. – Tak się cieszę, że jesteś.   
– Jak się masz, moja droga? Nie widywaliśmy cię ostatnio tak często, jak byśmy chcieli. I 

przepraszam,  że  tak  długo  tu  jechałem.  Kręta  droga  jest  przyjemna  dla  człowieka,  który  nie 
jeździ zbyt szybko, ale niestety, to potwornie powolny kurs.   

– Wybacz, że ściągnęłam was z wakacji, Howardzie. Nieważne, jak długo tutaj jechałeś, 

ważne, że jesteś.   

– Od czasu przejścia na emeryturę moje życie to nieustające wakacje, więc nie przejmuj 

się. Cieszę się, że mogę ci pomóc. A mówiąc między nami, nie sądzę, żeby mój tylek zniósł 
jeszcze jedną przejażdżkę na słoniu. Victorii bardzo podobały się nasze całodniowe wyprawy, 
ale powiedzmy sobie szczerze, że mnie trochę zmęczyło kołysanie się na grzbiecie słonia. – 
Zaśmiał się i pocałował Solainę po ojcowsku w czoło. – Więc gdzie się ukrywałaś, poza tym, 
że siedzisz w tej dziurze ze swoim pacjentem? – spytał cicho Howard.   

– Byłam zajęta w szpitalu, chciałam zakończyć wszystkie sprawy przed wyjazdem.   
– Więc myślisz o wyjeździe? Sądziłem, że już wybiłaś to sobie z głowy, choćby dlatego, 

że Victoria i ja nie poradzimy sobie bez ciebie.   

Solaina uśmiechnęła się.   
–  Zostanę  w  Dharavaju  jakiś  czas,  póki  nie  zdecyduję,  którą  pracę  przyjąć.  I  wiesz,  że 

przyjadę zobaczyć się z wami tak często, jak tylko będę mogła.   

–  Już  teraz  rzadko  cię  widujemy,  a  mieszkamy  obok,  więc  szybko  o  nas  zapomnisz. 

Wyślesz  nam  kartkę  na  Boże  Narodzenie,  a  potem  wykreślisz  nas  z  notesu.  –  Howard 
westchnął  z przesadą. –  Victoria bardzo się tym  martwi. Nie będzie zadowolona, kiedy nas 
opuścisz.   

Solaina podała mu szklankę soku i wypchnęła go przez drzwi.   

background image

–  Powiedz  Victorii,  żeby  się  dobrze  bawiła  na  plaży  i  że  jak  tylko  obejrzysz  pacjenta, 

oboje do niej dołączymy.   

–  Ty,  moja  droga,  razem  z  moją  kochaną  żoną  możecie  się  cieszyć  piaskiem  między 

palcami,  ale  ja  zostanę  na  werandzie  i  doleję  sobie  odrobinę  grogu  do  mojego  soku.  Może 
twój gość będzie już w dość dobrym stanie, żeby wypić ze mną łyka. To uśmierzyłoby te jego 
bóle.   

Solaina zerknęła na Davida. Śpi czy udaje? 
– Może mojego gościa już tutaj nie będzie, i sam wypijesz sobie cały sok z grogiem.   
Horward uniósł krzaczaste brwi i skrzywił się.   
– Moja droga, niektóre rzeczy smakują o wiele lepiej, jak sieje z kimś dzieli. Szkoda, że 

jeszcze tego nie doświadczyłaś, ale Victoria i ja wciąż nie tracimy nadziei. Jesteś niebrzydka, 
więc jakiś mężczyzna uzna w końcu, że się dla niego nadajesz. – Zerknął na Davida i uśmiech 
rozjaśnił mu twarz.   

– Chyba jest na odwrót, Howardzie. To ja muszę stwierdzić, że ktoś się dla mnie nadaje. – 

Solaina  spojrzała  kątem  oka  na  Davida  i  ujrzała  na  jego  twarzy  szeroki  uśmiech.  Zanim 
otworzyła  usta,  by  coś  powiedzieć,  Howard  poklepał  ją  po  policzku  i  potruchtał  do  swojej 
żony. – Więc przestań się tak uśmiechać – dodała, kiedy znalazł się poza zasięgiem jej głosu.   

– On ma rację. Jest pani niebrzydka – rzekł David.   
– To nie pańskie zmartwienie. – Odwróciła się, by pomachać do Victorii, która właśnie 

wbijała parasolkę w piasek.   

– Jest pani taka drażliwa? Czy może raczej niechętna? 
– Wie pan co? Chyba spróbuję wyjąć tę kulę z pańskiego ramienia własnymi paznokciami 

– warknęła, stojąc do niego tyłem. – Tylko najpierw je sobie naostrzę.   

– Proszę mi wierzyć, od kiedy panią spotkałem, marzyłem o tym. W moich marzeniach...   
Powoli odwróciła się do niego twarzą, ale David znów zamknął oczy. Westchnęła z ulgą. 

Czeka  na  nią  kilka  posad,  on  zaś  ma  wiele  różnych  rzeczy  do  zrobienia.  Ścieżki  ich  życia 
biegną osobno.   

Poczuła jakiś ciężar na sercu.   
– W moich marzeniach, Solaino – mamrotał David, odpływając w sen. – Zawsze w moich 

marzeniach...   

 
– To David Gentry? – Howard Brumley zaśmiał się i podrapał w brodę. – Cała ta sytuacja 

z nim i IMO to doprawdy śliska sprawa. Tak ich zostawił...   

–  Co  masz  na  myśli,  mówiąc,  że  ich  zostawił?  Wspomniał,  że  się  z  nimi  nie  zgadzał  i 

odszedł, ale nie odniosłam wrażenia, że spalił za sobą mosty. – Siedzieli na werandzie, drzwi 
były zamknięte, więc David nie mógł ich słyszeć. – Powiedz mi, co wiesz. A zwłaszcza czy 
twoim  zdaniem  ktoś  z  IMO  może  mu  mieć  tak  bardzo  za  złe,  żeby  dopuścić  się  czegoś 

takiego? 

–  Pozwól,  że  zacznę  od  końca.  David  cieszył  się  tam  ogólnym  szacunkiem,  więc  nie 

wyobrażam  sobie,  żeby  któremuś  z  nich  wpadł  do  głowy  ten  szalony  pomysł  z  pobiciem. 
Oczywiście,  tworząc  swój  szpital,  działał  na  nerwy  niejednemu  w  IMO.  Musieli  ponownie 

background image

ocenić swoją misję i zrobić u siebie porządki. Tak przynajmniej słyszałem. – Zaśmiał się. – 
Zabawne,  że  się  tu  znalazł,  co?  A  ty  właśnie  zaczynasz  program  szkoleń  dla  pielęgniarek, 
które mają pracować dla IMO.   

– Tylko dwa dni orientacji w regionie. Miejscowe choroby, owady, jadowite węże.   
Howard wciągnął powietrze, potem wypuścił je powoli.   
– Twój pacjent jest trochę podżegaczem. Kiedy opuścił IMO, stwierdził publicznie, że to 

zaogniony czyrak na czyimś tyłku. Nie podobało im się, kiedy dostało się to do prasy.   

– Ale nie mają mu za złe, że odszedł? 
– Moim zdaniem, mają. Ale nie sądzę, żeby go pobili.   
To  była  jedna  z  rzeczy,  które  tak  bardzo  lubiła  u  Howarda.  Zawsze  był  optymistą, 

troskliwym humanistą.   

– Cóż, ktoś z jakiegoś powodu urządził go butem i bronią, a potem on rzucił się na maskę 

mojego samochodu. Od tej pory ja się nim zajmuję. A wiesz, jak się z tym czuję.   

– Chyba wiem. Ty jesteś młodą damą, która się nie angażuje. Jak to szlachetnie z twojej 

strony, że oszczędziłaś jakiemuś potrzebującemu młodemu człowiekowi swoich wdzięków.   

–  Czy  masz  na  myśli  jakiegoś  potrzebującego  młodego  człowieka,  który  zgodzi  się 

zdezorganizować własne życie i pojechać za mną, gdziekolwiek zechcę się udać? 

–  Myślę,  że  kiedy  uzmysłowisz  sobie  swoje  dziwactwo,  będziesz  w  stanie  coś  z  nim 

zrobić.   

– Dziwactwo? Jedynym dziwactwem w moim życiu byłoby związanie się z mężczyzną, 

który uważa, że mój styl życia jest tylko dziwactwem, a nie świadomym wyborem.   

– Ale protestujesz tak gwałtownie, że zaczynam podejrzewać, że myślisz tak jak ja, choć 

się do tego nie przyznasz.   

–  Nie  wszyscy  mogą  być  tak  szczęśliwi  jak  ty,  Howardzie.  Ty  należysz  do  tych 

wybrańców losu, którzy mają wszystko.   

–  Więc  przyznajesz,  że  nie  jesteś  szczęśliwa?  Uwielbiała  go,  ale  tak  się  uparł,  by 

przekonać  ją  o  walorach  pozostawania  w  związku  z  jakimś  mężczyzną,  że  była  tym  już 
zmęczona.   

–  No  cóż,  ten  twój  David  to  znakomity  chirurg.  A  to,  co  robi  tam,  w  tym  nowym 

miejscu...   

– To znaczy gdzie? – przerwała mu.   
–  W  ładnym  miasteczku  o  nazwie,  Kantha.  Założył  tam  mały  szpital.  Opiekują  się 

głównie wieśniakami, ofiarami min. Rolnikami, zbieraczami ryżu, ludźmi, którzy wędrują z 
miejsca na miejsce w poszukiwaniu pracy. Ale ciebie to nie dotyczy, moja droga. Chociaż ty 
też wciąż się przemieszczasz, prawda? 

Wyraźnie nie zamierzał zakończyć tego tematu. Solaina postanowiła jednak nie grymasić.   
– Ale on słowem nie wspomniał o szpitalu.   
–  Bo  był  naprawdę  chory.  A  czy  nie  mówiłaś,  że  jego  ulubionym  tematem  jest  jakiś 

krzew? 

–  Kiedy  majaczy,  mówi  coś  o  jakimś  krzewie.  Ale  są  momenty,  kiedy  nie  opowiada 

głupot, a mimo to o szpitalu nie wspomniał. – Oczywiście to nie jej interes, czym zajmuje się 

background image

David.  Nie  wolno  jej  się  angażować,  musi  zachować  obojętność.  Tak  w  każdym  razie 
podpowiadał jej rozum. Ale jakaś jej część pragnęła dowiedzieć się o nim jak najwięcej. W 
końcu  nie  codziennie  przywozi  do  własnego  łóżka  obcego  człowieka,  choćby  po  to,  by  się 
nim zająć, zanim nadejdzie fachowa pomoc.   

– Cóż, to jednak nie jest całkowicie legalne.   
– A jednak ty wszystko wiesz.   
– Wiem mnóstwo rzeczy, moja droga.   
– Więc czy w twoim skarbcu wiedzy znajdują się jeszcze jakieś informacje na temat tego 

człowieka? 

– zapytała.   
–  Twój  przyjaciel,  odchodząc  z  IMO,  zabrał  za  sobą  dwóch  najlepszych  lekarzy.  – 

Howard położył palec na wargach, by wstrzymała się z kolejnym pytaniem, a potem podszedł 
do łóżka Davida. – Doktor Gentry, jak przypuszczam? 

– Tylko  jeśli przywiózł  pan kleszcze,  bo jestem  gotowy wyjąć sobie kulę z ramienia w 

jakikolwiek sposób.   

– Długie kleszcze, doktorze. I ładny, ostry skalpel, jeśli mam zrobić ładne cięcie.   
– Miło cię widzieć, Howardzie – powiedział David.   
– Wybacz, że nie uścisnę ci dłoni.   
– To wy się znacie? – wyrzuciła z siebie Solaina.   
– Dlaczego nic mi nie mówiłeś, Howard? 
– Mówiąc szczerze, nie wiedziałem, że to on. Nie nie miałem pojęcia, kogo tu masz, do 

chwili, kiedy nie przyszedłem po naam phonlamai dla Victorii. Muszę powiedzieć, że byłem 
trochę zaskoczony, ponieważ od pewnego czasu słuch po nim zaginął.   

– Ale nie powiedziałeś, że go znasz, kiedy podałam ci jego nazwisko.   
– A ty nie pytałaś, więc jesteśmy kwita. – Howard włożył gumowe rękawiczki i zaczął 

zdejmować  bandaż  z  ramienia  Davida.  –  Paskudna  mała  rana  –  mruknął.  –  No  i  wdała  się 
infekcja. Jeszcze nie gangrena.   

– Wspominałam ci, że miał gorączkę. I majaczył, rozmawiał z drzewami i krzewami.   
–  Tylko  mówiłem  o  drzewach  i  krzewach  –  poprawił  Solainę  David,  po  czym  zacisnął 

zęby, szykując się na atak bólu. Howard otwierał właśnie butelkę z alkoholem.   

–  Będzie  bolało  jak  diabli  –  oznajmił  Howard.  –  Ale  muszę  się  dostać  do  środka  i 

porządnie oczyścić ranę, zanim zrobię cokolwiek innego. A tak będzie najszybciej.   

Solaina odwróciła się. Nawet odrobina alkoholu na maleńkiej ranie wyciskała z jej oczu 

łzy, więc nie chciała patrzeć na tak bolesny zabieg.   

– Nie, kochanie. Nie zamykaj oczu – rzekł Howard. – Jesteś pielęgniarką, a ja potrzebuję 

pomocy.   

– Wiesz, jaka ze mnie pielęgniarka – zaprotestowała.   
– Jesteś bardzo dobra, nawet jeśli się z tym nie zgodzisz. Jak dotąd świetnie się spisałaś 

przy  Davidzie.  Kiedy  wczoraj  opisywałaś  mi  jego  stan,  spodziewałem  się  znaleźć  kogoś  o 
krok czy dwa od śmierci.   

Oczyściłaś  mu  ranę  i  infekcja  się  nie  rozwinęła,  myślę  też,  że  zadziałał  antybiotyk. 

background image

Nawodniłaś  go  całkiem  przyzwoicie  bez  pomocy  kroplówki  i  nawet  trochę  go  nakarmiłaś. 
Owinęłaś mu żebra, żeby nie przebiły płuc. Naprawdę dobra robota. Gdybyś kiedyś chciała 
wyjść  zza  biurka,  byłabyś  bardzo  dobrą  pielęgniarką.  Żeby  to  udowodnić,  będziesz  teraz 
moimi rękami. Ja będę go trzymał, żeby się nie ruszał, a ty wyciągniesz kulę. – Uśmiechnął 
się. – To prosty zabieg, potrzeba tylko dwóch rąk, których ja już nie mam.   

– Chcesz, żebym ja wyjęła kulę? – Przerażona pokręciła głową. – Nie. Mowy nie ma. Nie 

będę go operować.   

–  Więc  spodziewasz  się,  że  ja  to  zrobię?  –  Howard  uniósł  ręce.  Nawet  przez  gumowe 

rękawiczki  widać  było  spuchnięte  kłykcie.  –  Więc  jeśli  nie  oczekujesz,  że  David  zrobi  to 
sam... – Podał jej parę chirurgicznych rękawiczek, które natychmiast odrzuciła na bok. – To 

drobiazg,  moja  droga.  Zbadasz  ranę,  a  potem,  kiedy  znajdziesz  kulę,  chwycisz  ją  i 
wyciągniesz.   

– A jeśli jej nie znajdę? 
–  Spróbujesz  jeszcze  raz.  –  Spuścił  wzrok  na  Davida,  marszcząc  czoło.  –  Nie  mam 

żadnych leków, ale czy kropelka whisky przygotuje cię na ten zabieg? 

– Więcej niż kropelka – odparł David. – Może dwie albo trzy.   
– Dobry człowiek zna wartość dobrego trunku. Czysta? 
– Czysta. Nie ma sensu  udawać, że popijamy sobie towarzysko, skoro chcę tylko  zabić 

ból.   

– Howard – rzuciła Solaina. – Przez większą część nocy i dnia on był w delirium. A ty 

proponujesz mu...   

– Znieczulenie. Wyłącznie ze względów medycznych. – Zaśmiał się serdecznie. – Chyba 

że chcesz, żeby cierpiał.   

Westchnęła zirytowana. Nie tak planowała zakończenie tych kłopotów. To Howard miał 

wykonać  zabieg,  a  potem  David  miał  wyjechać.  A  tymczasem  teraz  ona  ma  przeprowadzić 
operację, a David ma wypić alkohol, który unieruchomi go do rana.   

– Nie mogę tego zrobić – zaprotestowała ponownie, czując, że jest na straconej pozycji.   
Howard  uparł  się  przy  swoim,  a  pomysł,  by  zawieźć  Davida  do  Chandelli  na 

prześwietlenie i zabieg, jest niewykonalny. David jeszcze jest za słaby.   

Wzdychając głęboko, podeszła do umywalki umyć ręce.   
–  Może  jeszcze  dasz  mu  cygaro  –  mruknęła  minutę  później,  kiedy  Howard  otworzył 

butelkę whisky, ona zaś zajęła się alkoholem do czyszczenia rany. Kiedy poprzednio czyściła 
ranę  Davida,  używała  nadtlenku  wodoru.  Alkohol  był  skuteczniejszy,  ale  też,  delikatnie 
mówiąc,  piekący.  Ręce  jej  się  trzęsły,  żołądek  podchodził  do  gardła.  Pewnie  w  następnej 
kolejności zrobi jej się słabo. Zawsze robiło jej się słabo w podobnej sytuacji – kiedy miała za 
zadanie coś więcej, niż założenie opatrunku.   

Ale Howard nie podoła temu wyzwaniu, trzeba o tym pamiętać. Jak będzie tak marudzić, 

przypomni mu tylko o tym, co stracił, sprawiając mu wielką przykrość. Victoria powiedziała 
jej  kiedyś,  jak  bardzo  przygnębia  go  choroba.  A  Solaina  za  nic  nie  chciała  przysparzać 
zmartwień Howardowi.   

– W ranie jest jeszcze ziemia i brud – zauważył Howard. – Pod kulą, dlatego musimy ją 

background image

usunąć. I nie wolno mu się potem ruszać z tego łóżka przez dwadzieścia cztery godziny. Jego 
stan  jest  stabilny,  co  nie  znaczy,  że  pora  wyrzucić  go  za  drzwi.  Potrzebuje  lepszych 

antybiotyków,  zanim  cokolwiek  z  nim  zrobimy,  więc  na  razie  najlepiej  dla  niego,  żeby  tu 
został i odpoczywał. – Podał Solainie kolejną parę rękawiczek. – Dziś jest wspaniały dzień na 
mały zabieg, nie sądzisz? 

Wciągnęła rękawiczki i spojrzała na ranę Davida. Rzeczywiście nie wyglądała gorzej niż 

wcześniej, a może nawet odrobinę lepiej, i nie była tak czerwona wokół brzegów. Zapewne 
nadtlenek wodoru i antybiotyk zadziałały. Howard ma jednak rację: kulę trzeba wyjąć.   

Nie,  nie  zemdleje,  nie  zrobi  nic  tak  głupiego.  Ale  kiedy  skończy  ten  zabieg, 

zdecydowanie się napije.   

– Co pan na to, Davidzie? – spytała, siadając na krześle obok łóżka, by znaleźć się na tym 

samym  poziomie  co  jej  pole  operacyjne.  –  Żebym  ja  to  zrobiła.  –  Nie  była  nawet  w  stanie 
wymówić słowa „operacja”.   

–  To  chyba  ja  powinienem  spytać,  co  pani  na  to?  –  odparł,  po  czym  wlał  do  gardła 

pierwszy kieliszek whisky. Potem wyciągnął do Howarda rękę z kieliszkiem po drugą porcję, 
która  zniknęła  niemal  tak  szybko  jak  pierwsza.  –  Już  dawno  nie  piłem  –  mruknął  dość 
bełkotliwym głosem.   

Solaina  obejrzała  się  na  Howarda  i  skinęła  głową.  Kiedy  David  wychylił  duszkiem 

ostatnią porcję środka znieczulającego, zauważyła, że powieki mu opadają.   

–  Teraz  albo  nigdy  –  szepnęła,  po  czym  pokazała  Howardowi,  by  przytrzymał  klatkę 

piersiową  Davida  poduszką.  –  Przepraszam,  Davidzie.  Żałuję,  że  nie  jest  pan  w  lepszych 
rękach.  –  Powiedziawszy  to,  nalała  alkohol  do  jego  otwartej  rany,  potem  nabrała  głęboko 
powietrza i wstrzymała oddech, spodziewając się jakiejś reakcji.   

Ciałem Davida lekko wstrząsnęło kilka razy, otworzył oczy i patrzył na nią około minuty, 

zapewne  do  momentu,  kiedy  minął  szok  spowodowany  alkoholem.  Ale  nie  krzyknął,  jak 
oczekiwała. To ją zdziwiło. Oczywiście jest bardzo silny, inaczej nie przeżyłby do tej pory.   

– Przepraszam – szepnęła. – Wolałabym nie musieć...   
– To teraz nieważne, co byś wolała – wtrącił Howard. – Ważna jest kula. Jeśli chodzi o 

ranę  postrzałową,  miał  trochę  szczęścia.  Tkanka  została  minimalnie  uszkodzona,  to  tylko 
powierzchowna rana. Normalnie nie doradzałbym takiego zabiegu, ale ponieważ on walczy z 
paskudną infekcją, musimy ją opanować. W tych okolicznościach najlepiej oczyścić ranę pod 
kulą, a więc pora ją wyjąć.   

– To wszystko? – spytała, szykując się do pracy. – Mam tylko wyjąć kulę? To całe moje 

zadanie? 

– Najpierw ją znajdź – wybełkotał David.   
–  No  właśnie  –  rzekł  Howard.  –  Prosta  operacja,  zajmie  najwyżej  minutę  albo  dwie.  – 

Zaśmiał się i uniósł whisky do ust. – Całe to gadanie trwa już dłużej.   

Solaina  przygryzła  wargę  i  pomyślała  życzenie,  kierując  je  do  swojego  małego 

czerwonoustego  Buddy,  po czym  zabrała się do  dzieła. Czy jej się to  podoba, czy nie,  musi 
być teraz pielęgniarką, a nie urzędniczką, która przesuwa papiery na biurku.   

– Od czego mam zacząć? – spytała.   

background image

–  Od  zbadania  tkanki  wokół  rany  –  odparł  David,  po  czym  uśmiechnął  się  głupawo.  – 

Zdaje się, że to nie ja jestem tutaj lekarzem.   

– Och, jest pan lekarzem – odparła, dotykając mięśnia wokół dziury, w której tkwiła kula. 

– Pijanym lekarzem.   

– Czy nie w tym celu piłem whisky? 
–  Nie  mogę  operować  gadającego  pacjenta  –  oznajmiła,  delikatnie  naciskając  mięsień 

palcami.   

– Masz dobre podejście do chorego. – David mówił już prawie całkiem niezrozumiale.   
Solaina podniosła wzrok na Howarda.   
– Co mam z nim zrobić? Nie chcę, żeby do mnie mówił i nie chcę, żeby na mnie patrzył.   
–  Połóż  mu  poduszkę  na  twarzy  –  odparł  Howard  z  uśmiechem.  –  To  rozwiąże  oba 

problemy.   

– A co mam zrobić z tobą? – burknęła.   
Rana była rzeczywiście nieduża, nie większa niż jej kciuk, o dość gładkich brzegach. Gdy 

kontynuowała badanie, trafiła na jakiś twardy przedmiot, nawet nie tak głęboko, by stwarzało 
to duży problem. Logika dyktowała jej następny krok. Ale kiedy wzięła do ręki pakunek ze 
sterylnymi  szczypcami,  spojrzała  na  Howarda,  szukając  u  niego  moralnego  wsparcia.  A  on 
tylko skinął głową. No cóż, jest zdana na własne siły. Wziąwszy głęboki oddech, rozerwała 
pakunek, włożyła czyste rękawiczki, wyjęła szczypce i zajęła się raną.   

Przy  pierwszej  próbie  David  lekko  zadrżał  i  mruknął  pod  nosem  coś,  czego  nie 

zrozumiała. Ale nie plótł już bzdur. Zastanawiała się, czy w alkoholowym otępieniu był nadal 
dość  przytomny,  by  z  nią  współpracować.  Wreszcie  chwyciła  kulę  szczypcami  i  ją  wyjęła. 
Zabrało to niecałą minutę – zapewne najdłuższą w jej życiu.   

– Gotowe – oznajmiła z dumą. – Jest taka mała – stwierdziła, przyglądając się kuli, kiedy 

rzuciła ją na ręcznik leżący na stoliku obok łóżka.   

–  Po  prostu  zabaweczka  –  powiedział  Howard.  –  Tutaj  używają  większych  kul  do 

zabijania komarów. Moim zdaniem to było ostrzeżenie, a nie próba zabójstwa.   

– Tyle że mało nie umarł, niezależnie od wielkości kuli – zauważyła Solaina, czyszcząc 

ranę gazą namoczoną w alkoholu. – Dobrze się pan czuje, Davidzie? 

– spytała, kiedy Howard badał mu puls na nadgarstku.   
–  On  jest  wspaniały  –  oznajmił  Howard.  –  Chyba  się  kompletnie  uchlał.  Ale  dobrze. 

Wyczyśćmy to i załóżmy mu opatrunek. Potem wypijemy trochę naam phonlamai z Victorią, 
a on niech sobie odeśpi popijawę. Moja biedna żona już za długo siedzi sama.   

– Howard wyjął z kieszeni butelkę z pigułkami i postawił ją na stoliku. – Wycyganiłem to 

po  drodze  w  Chandelli.  Są  silniejsze  niż  te,  które  mu  podałaś.  Powstrzymają  infekcję.  – 
Potem  przytrzymał  Davida,  kiedy  Solaina  wlała  kolejną  porcję  alkoholu  do  rany,  i  zaśmiał 
się, słysząc zamroczony jęk. – Twój przyjaciel chyba kiepsko toleruje whisky.   

–  Wziąwszy  wszystko  pod  uwagę,  myślę,  że  on  to  dobrze  znosi  –  odparła  z 

westchnieniem.   

O wiele lepiej niż ona, ponieważ gdy rana została opatrzona, a Howard poszedł na plażę 

do  żony,  Solaina  usiadła  na  łóżku,  by  zmierzyć  Davidowi  puls  i  upewnić  się,  że  rana  nie 

background image

krwawi.  Z  tego  momentu  zapamiętała  tylko  to,  że  pusta  poduszka  obok  niego  wyglądała 
bardzo zachęcająco.   

– Tylko na chwilkę – powiedziała, kładąc na niej głowę. – Na minutkę...   

background image

ROZDZIAŁ SZÓSTY 

 

Gdy  się  obudziła,  w  domku  panował  półmrok,  a  w  kąciku  kuchennym  paliło  się 

przyćmione światło. Z początku nie była pewna, gdzie się znajduje. Wiedziała tylko, że jest 
bezpieczna, że jest jej dobrze i wygodnie. Było to tak miłe uczucie, że chciała je zatrzymać. 
Jeszcze minutkę, obiecała sobie, wtulając się w poduszkę. Jeszcze tylko minutkę...   

Kiedy  wyciągnęła  rękę,  usłyszała  obok  siebie  ciche  stęknięcie.  Jej  ręka  wylądowała  na 

żebrach Davida! 

Natychmiast  się  odsunęła,  w  końcu  oprzytomniała  i  zdała  sobie  sprawę,  dlaczego  czuła 

się tak dobrze, wygodnie i bezpiecznie. Leżała w łóżku z Davidem, przytulona do niego. On 
obejmował ją, a ona jego, jakby spali tak całe życie. Jak kochankowie...   

W jednej chwili usiadła prosto, ale David chwycił ją za rękę.   
– Nie odchodź – mruknął.   
–  Na  pewno  mówisz  tak  wszystkim  dziewczynom,  „które  wyjmują  ci  kule  –  odparła, 

usiłując  uwolnić  się  z  jego  uścisku,  nie  sprawiając  mu  bólu.  Nie  było  to  łatwe,  ponieważ 
trzymał ją mocno.   

–  Tylko  dziewczynie  z  moich  snów.  Oczywiście  ona  nie  chce  mnie  zostawić,  więc  nie 

muszę o nic prosić.   

Gdy  wreszcie  zdołała  się  uwolnić,  przesunęła  się  na  skraj  łóżka,  po  czym  wstała  i 

rozejrzała się. Na dworze zapadła ciemność. Kiedy spojrzała na zegar, okazało się, że wstaje 
świt.   

– Howard i Victoria pojechali na noc do hotelu.   
– Jak długo spałam? – spytała zdenerwowana.   
– Cały wieczór i większą część nocy. Nie chciałem ci przeszkadzać, ale chyba nie mogę 

już dłużej czekać. Rozumiesz, zew natury. Konieczność odwiedzenia pewnego przybytku. – 
Usiadł z trudem i spuścił nogi z łóżka. – Co prawda jestem odwodniony, więc potrzeba nie 
była taka pilna, ale Howard kazał mi wypić przerażającą ilość tego waszego naam phonlamai, 
zanim stąd wyszedł, i teraz...   

– A mnie to wszystko nie obudziło? 
– Chrapałaś jak piła łańcuchowa.   
– Ja nie chrapię – burknęła Solaina, idąc po omacku przez pokój, by zapalić światło.   
–  Cóż,  ktoś,  z  kim  spałem  minionej  nocy,  chrapał,  a  Howard  i  Victoria  mogą  to 

potwierdzić.  –  Przesunął  się  na  brzeg  łóżka.  –  Przypuszczam,  że  nie  pomożesz  mi  wstać. 
Chyba  nadal  jestem  trochę  słaby,  niezależnie  od  tego  naam  phonlamai.  Och,  jeśli  byłem 
wczoraj wieczorem zbyt pijany, żeby to wyjąkać albo wybełkotać, dziękuję za to, co zrobiłaś. 
Howard  powiedział,  że  masz  awersję  do  takich  sytuacji  i  że  wyjęcie  tej  kuli  wymagało  od 
ciebie wielkiej odwagi. Tym bardziej jestem wdzięczny, Solaino.   

–  Wyglądasz  lepiej  –  powiedziała,  bo  nic  innego  nie  przyszło  jej  do  głowy.  Owszem, 

czuła  awersję,  i  wcale  nie  dlatego,  że  jest  zbyt  delikatna.  Ale  nie  ma  sensu  ciągnąć  tego 
tematu. Zresztą wołała, by sądził, że jest delikatna, a nie niekompetentna.   

background image

– I czuję się lepiej. Poczuję się jeszcze lepiej, jeśli pomożesz mi dojść do...   
Solaina podeszła do łóżka.   
– Proszę mnie objąć za szyję – powiedziała.   
– Już to robiłem – odparł. – Prawie całą noc cię obejmowałem. I bardzo mi się podobało.   
– Chcesz, żebym ci pomogła? 
– Zawsze jesteś taka zrzędliwa z samego rana? Wyobrażałem sobie o wiele milszy obraz. 

Nawet radosny.   

– A ty zawsze jesteś rano taki wesoły? – odparowała, szykując się, by pomóc mu wstać. 

Cieszyła się, że stan Davida tak się poprawił. To dobrze świadczyło o jego sile i determinacji. 
Oczywiście  po  tym,  co  Howard  jej  wyjawił,  nie  powinna  być  zaskoczona  jego  szybką 
rekonwalescencją.   

Problem  w  tym,  co  dalej?  Z  pewnością  nie  będzie  potrzebował  opieki  pielęgniarskiej,  o 

jakiej  wstępnie  myślała.  To  oznacza,  że  będzie  musiała  gdzieś  go  zawieźć  –  do  szpitala,  o 
którym  mówił  Howard,  do  przyjaciół...  Potem  powinna  wrócić  do  Chandelli,  do  swojego 
własnego życia, i zamknąć ten rozdział.   

Zabawne,  przed  spotkaniem  z  Davidem  żyła  sama  i  była  szczęśliwa.  A  teraz  niemal  z 

przerażeniem myślała o chwili, kiedy się rozstaną.   

– Jestem wesoły, kiedy budzę się obok niewiarygodnie pięknej kobiety. Och, i budzę się 

żywy.   

– Gdybym nie widziała, że jesteś chirurgiem, pomyślałabym, że jesteś komiwojażerem – 

mruknęła,  podciągając  go  na  nogi.  –  No  a  teraz  proszę  się  na  mnie  oprzeć,  casanowo,  a  ja 
pomogę ci przejść przez pokój.   

I znowu przekonała się, że David jest o wiele silniejszy, niż przypuszczała. To, co mogło 

być trudnym manewrem, okazało się dość prostym spacerem. Szli powoli, ale pewnie. David 
ostrożnie stawiał kroki na miękkim birmańskim dywanie.   

–  Nie  potrzebujesz  tam  pomocy,  prawda?  –  spytała,  kiedy  chwycił  się  framugi  drzwi  i 

samodzielnie zrobił kilka kroków do łazienki.   

– Zależy, jaką pomoc proponujesz. Popatrzyła na niego z łobuzerskim uśmiechem.   
– Nie taką, na jaką liczysz.   
Przez  moment  wyobraziła  sobie  Davida  zanurzonego  w  kąpieli  z  bąbelkami.  Ona, 

oczywiście, leży z nim w wannie, z gąbką w ręce, gotowa umyć mu plecy. Już niemal czuła 
zapach mydła jaśminowego. Zamrugała powiekami i odsunęła od siebie ten obraz.   

– Umówmy się, że zawołam, gdybym potrzebował pomocy – dodał David i sam zamknął 

drzwi.   

Solaina  wlepiła  w  nie  wzrok  i  stała  tak  kilka  sekund,  zanim  się  odwróciła  i  poszła  do 

kącika kuchennego zaparzyć herbatę i zastanowić się, co zrobi z Davidem. Albo bez niego.   

 

Oparł się o umywalkę, ledwo dysząc. Nie wyglądał na radosnego, kiedy spojrzał w lustro. 

Ale robił to dla Solainy. Gdy zniknie z jej życia, co nastąpi już wkrótce, nie chciałby, żeby go 
szukała. A jeśli będzie myślała, że on nadal jest w dość kiepskim stanie, na pewno tak zrobi. 
Więc musi ją przekonać, że jest silny i da sobie radę.   

background image

Uważał,  że  jest  niezłym  aktorem.  Rano  Solaina  już  tak  się  o  niego  nie  martwiła. 

Oczywiście gdyby zobaczyła, jak teraz dyszy i z jakim trudem oddycha, i jakim kosztem dla 
jego żeber się to odbywa – przywiązałaby go do łóżka. Była świetną pielęgniarką, choć sama 
by  tego  nie  przyznała.  Poza  tym  musi  mieć  na  względzie  jej  bezpieczeństwo.  Gdyby  z  nią 
pozostał, mogłaby stać się celem ataku, a tego nie chciał.   

Spojrzał znów w lustro i pokręcił głową.   
– Niechlujny mięczak – mruknął.   
O ile pamiętał, cztery dni krążył ranny po dżungli. W czwartek rano przebiegł granicę, jak 

setki razy wcześniej. To miał być krótki wypad po pacjenta na obrzeża Qailin. Ranny w nogę, 
jak mu powiedziano. Zapewne czekała go amputacja. Kolejny biedny rolnik, który wszedł na 
jeden ze starych zardzewiałych drucianych zasieków rozciągniętych nisko nad ziemią.   

Nie  pamiętał  wszystkich  szczegółów,  ale  też  nie  przypominał  sobie  nic  wyjątkowego. 

Poza tym, pomyślał, dotykając zabandażowanych żeber.   

Najpierw ktoś ukradł im samochód – ich karetkę, ich dobrego dżipa, potem obrabowano 

ich  schowek  z  zapasami  i  sprzętem  medycznym  i  rozbito  szybę  w  sali  operacyjnej.  To  nie 
były  bardzo  agresywne  działania,  raczej  ostrzeżenia,  które  najwyraźniej  eskalowały  aż  do 
napadu na niego samego. Do tej pory nikt nie został poszkodowany, a tym razem skopano go 
niemal śmiertelnie.   

Uniósł rękę, by rozmasować prawe ramię. Przypadek? Już tak nie myślał. A zatem musi 

opuścić Solainę, zanim jej się coś stanie. Zwłaszcza że prowadzi kurs dla pielęgniarek z IMO, 
a on nie był jeszcze gotowy uznać, że IMO jest wolne od podejrzeń. Nie był też gotów, by ich 
oskarżyć.  Pomyślał,  że  to  wszystko  nie  ma  sensu,  i  spryskał  twarz  wodą.  Dlaczego  tak  go 
urządzili? Oni czy kto inny? 

Mycie  i  doprowadzenie  się  do  porządku  zajęło  Davidowi  niemal  pół  godziny.  Kiedy  z 

uśmiechem wziął maszynkę do golenia Solainy, zdał sobie sprawę, że zależy mu na tym, by 
tego ranka dobrze wyglądać. Już dawno mu na tym nie zależało, gdyż poza pracą nic się dla 
niego  nie  liczyło  od  momentu,  gdy  dostał  drugą  szansę  od  Howarda.  I  absolutnie  nie  mógł 
tego popsuć.   

Pomyślał  o  Solainie,  przeciągając  maszynką  po  zaroście.  Westchnął  tęsknie.  Mogłoby 

być naprawdę miło.   

–  Gotujesz  coś?  –  spytał  chwilę  później,  kiedy  opadł  na  jedno  z  dwóch  krzeseł  przy 

stoliku wielkości szachownicy.   

–  Nawet  o  tym  nie  marz  –  odrzekła  ze  śmiechem.  –  Poza  tym  w  Dharavaju  jest  takie 

wspaniałe  jedzenie,  że  nigdy  nie  gotuję.  Ale  potrafię  parzyć  świetną  herbatę.  Co  ci  podać? 
Śmietankę, cukier, cytrynę? Howard zostawił też nieco swojego grogu.   

– Tylko nie grog. Trochę cukru, dużo cytryny i lód. Powiedzmy, że Howard jest o wiele 

lepszy ode mnie, jeśli chodzi o alkohole.   

– Nie chcesz gorącej herbaty? Uśmiechnął się znacząco i puścił do niej oko.   
– Lubię różne gorące rzeczy. Kobiety, salsę... Herbata akurat do nich nie należy.   
– A mnie się wydawało, że twoim ulubionym napojem jest woda sodowa – zażartowała. – 

Przyszło mi to do głowy, kiedy chrapałeś.   

background image

– Ja nie chrapię – wtrącił. – To musiał być jakiś inny rozbójnik, którego przytargałaś do 

domu w środku nocy.   

Solaina roześmiała się.   
– Jesteś moim pierwszym...   
– Te słowa pragnie usłyszeć każdy mężczyzna.   
– Ochłoń, casanowo, bo złamiesz sobie kolejne żebro.   
– Warto zaryzykować, jeśli ty mnie opatrzysz.   
– Zdumiewające, co może zdziałać kąpiel, prawda? – Wyjęła tacę z lodem z zamrażarki. 

–  Jesteś  chory,  słaby,  a  po  chwili...  –  Wzruszyła  ramionami.  –  Prawie  jak  każdy  facet,  z 
którym się umawiałam.   

– Przystojny? 
– Napalony, niezależnie od okoliczności. Usiadła naprzeciw niego i podała mu bananową 

babeczkę.   

–  Uprzedzając  twoje  pytanie,  nie,  nie  piekłam  ich  sama.  Kupiłam  je  w  Chandelli.  We 

francuskiej  piekarni  tuż  za  rogiem  ulicy,  na  której  mieszkam.  A  skoro  mowa  o  miejscu 
mojego zamieszkania, skąd znasz Howarda? 

– Może powinienem zadać ci to samo pytanie? 
– Jesteśmy sąsiadami.   
–  A  my  przyjaciółmi,  od  dziesięciu  lat.  To  on  mnie  ściągnął  do  tej  części  świata. 

Wykładał w Toronto, kiedy się spotkaliśmy. Potem coś mi nie wyszło – małżeństwo, praca – i 
Howard wyciągnął do mnie rękę, a potem wysłał mnie do Kambodży i IMO. To był jeden z 
tych ciemnych okresów  w życiu, których lepiej  często  nie wspominać. – Uśmiechnął się. – 
Ale  zawdzięczam  Howardowi  to,  kim  jestem  dzisiaj.  A  teraz  on  czasami  pracuje  jako 

ochotnik  w  moim  szpitalu.  Nie  operuje,  oczywiście,  ale  jest  świetnym  lekarzem,  i  zawsze 
cieszymy się, kiedy Victoria puści go na parę dni.   

– Historia mojej znajomości z Howardem nie jest tak dramatyczna. Byliśmy sąsiadami, a 

on poprosił mnie, żebym poprowadziła kursy dla pielęgniarek z IMO.   

– Czy próbował cię kiedykolwiek zwerbować do pracy? 
Solaina gwałtownie potrząsnęła głową.   
–  Zna  mnie.  Potrafię  zawiązać  bandaż,  ale  to  wszystko,  jeśli  chodzi  o  moje  praktyczne 

umiejętności. Dlatego uczę i administruję.   

– Czyżbym słyszał żal w twoim głosie? Że nie jesteś kliniczną pielęgniarką? 
– Nie. Przed laty dokonałam wyboru i dobrze mi z tym.   
– Ale wolałabyś robić co innego? 
– W tej chwili wolałabym leżeć na leżaku i czytać.   
– I mówisz, że to ja robię uniki. Jesteś dobrą pielęgniarką i wiesz o tym. Masz znakomity 

instynkt.   

– Proszę, nie ciągnijmy tego. – Solaina wypiła łyk herbaty. – Niedługo stąd wyjeżdżam, 

więc nie ma sensu mówić o moich instynktach i umiejętnościach.   

– Wyjeżdżasz? 
– Tak właśnie żyję, pracuję trochę w jakimś miejscu, a potem przenoszę się gdzie indziej. 

background image

Spędziłam tu dwa łata, to mój limit.   

– Niepokój tak cię goni? Dlatego wyjeżdżasz? Skinęła głową.   
– A ty? 
–  Ja  siedzę  w  jednym  miejscu.  Gdyby  Howard  nie  przekonał  mnie,  że  w  Kambodży 

znajdę  cel  życia,  siedziałbym  w  Toronto,  łażąc  po  ulicach  i  szukając  celu  albo  prowadząc 
praktykę rodzinną z moim tatą, dziadkiem i bratem. Jesteśmy jedną wielką szczęśliwą rodziną 
ortopedów.   

– Brzmi to sympatycznie.   
– W teorii.   
– Czyżbym słyszała jakiś żal w twoim głosie? 
– To nie żal. Raczej świadomość.   
– Tak, rodzinne sytuacje bywają trudne – skomentowała. – A twoje małżeństwo? 
– Ona mnie oszukiwała. Wychodząc za lekarza za mąż, myślała tylko o pieniądzach, ale 

nie  podobało  jej  się,  że  spędzam  tyle  godzin  poza  domem,  więc  znalazła  sobie  kogoś,  kto 
pracuje  krócej.  Oczywiście,  ja  niczego  nie  zauważyłem,  bo  nie  było  mnie  w  domu,  a  ona 
miała  romans  przez  trzy  z  pięciu  lat  naszego  małżeństwa,  zanim  ją  przyłapałem.  To  było 
piekło. Myślałem, że jesteśmy szczęśliwi, a byłem tak zajęty robotą, że nie zorientowałem się, 
że to tylko złudzenie.   

– Nadal ją kochasz? David potrząsnął głową.   
– Gdybym ją kochał, zauważyłbym coś wcześniej.   
–  Moi  rodzice  większość  czasu  spędzili  osobno,  ale  pozostali  sobie  wierni.  Mieliśmy 

mnóstwo problemów, ale zawsze mogliśmy liczyć na to, że rodzice są sobie oddani.   

– Nie tak łatwo być wiernym – rzucił oschle David.   
– Wystarczy kochać. To wszystko.   
– Jesteś optymistką.   
– Może.   
– Tyle że ta optymistka siedzi sama na pustkowiu.   
– Ponieważ dzięki temu jest szczęśliwa. – I smutna. – Żyję po swojemu, ale nie wciągam 

w  to  innych,  niczego  się  od  nich  nie  spodziewam,  nie  pozwalam,  żeby  mnie  rozczarowali. 
Zanim  przylepisz  mi  jakąś  etykietkę  albo  spróbujesz  zdiagnozować  moją  osobowość, 
odpowiem  na  twoje  niezadane  pytania.  Żyłam  sporo  czasu  zdominowana  przez  mężczyznę, 
który mówił mi, kim jestem, co powinnam robić, a czego nie. Teraz to się skończyło, a jeśli 
moje życie wydaje ci się dziwne, niech tak pozostanie. Ale już nikt nade mną nie stoi, nikt 
mnie  nie  ocenia.  Kiedy  dorastałam,  nie  marzyłam  o  tym,  żeby  zostać  baleriną,  pielęgniarką 
ani nauczycielką. Chciałam być sobą.   

Tyle  było  goryczy  w  jej  głosie,  że  David  z  trudem  się  powstrzymał,  by  nie  wstać  i  nie 

wziąć jej w ramiona. Potrzebowała tego, a on pragnął jej to dać. Ale w ten sposób nigdy jej 
nie opuści.   

– Jesteś dobrą pielęgniarką, Solaino. Nieważne, co o sobie myślisz. Spójrz tylko, co dla 

mnie zrobiłaś.   

–  Podstawowe  rzeczy.  Zrobiłby  to  każdy,  kto  przeczytałby  dobry  podręcznik  pierwszej 

background image

pomocy.   

– To twoje zdanie, ale ja uważam, że siebie nie doceniasz.   
– Znam swoje umiejętności. Jestem dobra w tym, co teraz robię. Mam wiedzę na temat 

pielęgniarstwa  i  zdolności  administracyjne,  ale  praktykę  zostawiam  innym.  Nie  masz  racji, 
twierdząc, że siebie nie doceniam. Jestem tylko realistką. – Westchnęła zirytowana. – Muszę 
się wykąpać. Siedź tutaj, zaczekaj, aż herbata ci wystygnie, zjedz jeszcze jedną babeczkę. Jak 
wrócę, pomyślimy, co dalej. Gdzie musisz jechać, dokąd mam cię zawieźć.   

Po tych słowach tak szybko zniknęła w łazience, że nie zdążył nic powiedzieć.   
–  Jesteś  dobra!  –  zawołał  mimo  wszystko.  Chętnie  zostałby  z  nią,  żeby  dodać  jej 

pewności siebie, ale nie mógł tego zrobić. – Przyjemnej kąpieli, Solaino.   

 
–  Fatalnie  wyglądasz,  mój  przyjacielu  –  rzekł  Matteo  Carlini,  pomagając  Davidowi” 

wsiąść do starego dżipa. To był jedyny środek transportu, jakim dysponowali teraz w szpitalu 
Vista.   

– W porównaniu z czym? – mruknął David, wyciągając się na siedzeniu.   
–  W  porównaniu  ze  zwłokami,  którym  robiłem  sekcję  na  studiach.  Facet  miał  więcej 

koloru niż ty, a nie żył.   

– I pewnie czuł się lepiej niż ja. – Rozbolała go głowa. W zasadzie bolało go całe ciało. 

Nawet serce trochę go bolało. Zostawił Solainę w niezbyt miły sposób, ale nie był w stanie 
wymyślić  nic  innego.  Ledwie  wyszedł  z  jej  domku,  a  już  tego  żałował.  Co  z  kolei 
uświadomiło  mu,  że  jednak  dobrze  zrobił.  Wszystko,  co  go  rozpraszało  i  odwracało  jego 
uwagę od pracy, okazywało się zwykle katastrofalne w skutkach. A Solaina odrywała go od 
pracy.   

– Więc jeśli jest tak piękna, jak mówisz, to dlaczego opuściłeś jej łóżko? Jeszcze jedna 

noc  i  kto  wie?  –  Doktor  Matteo  Carlini,  romantyczny  Włoch  i  chirurg,  zaczął  pracować  z 

Davidem siedem lat temu. Zaprzyjaźnili się jeszcze podczas studiów, i tak już zostało.   

– Gdybyś nie zauważył, zdradzę ci, że nie jestem w pełni sprawny. Kolejna noc nic by nie 

zmieniła.   

– Kolejna noc zawsze coś zmienia, Davey, więc powiedz mi, co się stało. Martwiliśmy 

się. Wysłaliśmy ludzi, zaangażowaliśmy miejscową policję...   

– Wydostaliście mojego pacjenta? Tego, po którego pojechałem? 
– Kiedy nie wróciłeś po dwunastu godzinach, posłaliśmy po niego. Jest już po operacji, 

może wracać do domu.   

– Martwiłem się o niego.   
– Jasne, ale wiesz, że możesz na mnie liczyć. Tak jak ja na ciebie. – Matteo uśmiechnął 

się. – Chociaż jesteś w tej chwili w dosyć kiepskim stanie, co? Mimo to ogromnie się cieszę, 
że cię widzę.   

– Nie byłem pewien, czy mnie w ogóle zobaczysz.   
–  Aż  zjawił  się  twój  anioł  miłosierdzia.  –  Matteo  pokręcił  głową.  –  Niektórzy  to  mają 

szczęście.   

– Dużo mi przyszło z tego miłosierdzia.   

background image

– Tak szybko cię odrzuciła? To chyba twój rekord, co? 
– 7 Żaden rekord, bo niczego nie próbowałem. Ona nie jest taka. – Pokręcił głową. – Nie 

dotarłem nawet  do punktu, w którym  mogłaby  mnie odrzucić. Na samym  początku  wysłała 
ostrzeżenie.   

– Zraniona dusza? 
– Czyż wszystkich nas to nie dotyczy? – odparł David. – Poza tym Solaina nie chce się 

wiązać.   

– To dla ciebie dobrze, bo nie wierzysz w małżeństwo.   
David zaśmiał się, a potem skrzywił.   
– To nie w małżeństwo nie wierzę. Raczej w ludzi.   
– Taa. Już to wszystko słyszałem. Jeżeli nie dostałeś jeszcze mocno po głowie, zaraz to 

nadrobię.   

Wiesz,  że  jestem  beznadziejnym  romantykiem.  Jeśli  tylko  wpadnę  na  odpowiednią 

dziewczynę, natychmiast się ożenię.   

– Na Solainę nie wpadniesz. Wyjeżdża z Dharavaju, więc nie ma co spekulować.   
– To ci odpowiada, co? Zakochujesz się, a ona wyjeżdża, więc nic cię to nie kosztuje.   
David zamknął oczy.   
– Dlaczego ja wciąż się z tobą przyjaźnię? Matteo roześmiał się.   
– Żebym ci wbił trochę rozumu do głowy. Żebym ci mówił, że to ta jedna jedyna, kiedy 

ty nie chcesz tego przyznać.   

To jest  ta jedna jedyna...  David  niemal  widział  Solainę leżącą w jaśminowej  kąpieli. Ta 

fantazja miała złagodzić jego ból.   

– Masz rację co do jednego – westchnął. – Gdybym wierzył w małżeństwo, wybrałbym 

właśnie ją. Ale nie wierzę, więc nie ma o czym mówić.   

–  Gadasz  jak  zakochany.  Znam  ten  ton.  Prawdę  mówiąc,  odkąd  ujrzał  Solainę  w 

Chandelli kilka tygodni wcześniej, nie myślał o niczym innym. A teraz, gdy ją poznał, nadal 
nie myślał o niczym innym...   

– A skąd wziął się tam Howard? Dzwonił do mnie wczoraj, żeby poinformować, że nic ci 

nie jest, i żebym dziś po ciebie pojechał. Ale jak tam trafił? 

– Są sąsiadami. Ma ojcowski stosunek do Solainy. Chyba zdziwił się, kiedy znalazł mnie 

w  jej  łóżku  nieprzytomnego.  Och,  będzie  w  Vista  w  przyszłym  tygodniu.  –  Pomimo 
emerytury  Howard  często  spędzał  u  nich  czas.  Nawet  ze  swoim  artretyzmem  był  darem 
niebios dla szpitala. – Myślę, że on chce nas wyswatać, Solainę i mnie.   

– Zawsze to robił, prawda? Bawił się w swatkę. Czy wie, że Solaina jest kobietą twoich 

marzeń? 

Dżip wpadł w dziurę. David z bólu złapał się za żebra.   
– Mógłbyś zwolnić, żebym nie złamał kolejnej kości? 
–  Ależ  jesteś  drażliwy.  Jako  twój  osobisty  lekarz  muszę  zapytać,  czy  jesteś  drażliwy 

dlatego,  że  źle  się  czuje  i  z,  czy  dlatego,  że...  Jak  to  powiedzieć  dyplomatycznie?  Że 
zakochałeś  się  w  pięknej  damie  i  jesteś  śmiertelnie  przerażony,  bo  uważasz,  że  nie  da  się 
połączyć kariery ze szczęśliwym związkiem? 

background image

– Idź do diabła. Matteo zaśmiał się.   
– Przypuszczam, że to odpowiedź na moje pytania, co? Więc kiedy poznam tę diablicę, 

która skradła ci serce? 

– Nigdy. Nie chcę, żeby miała do czynienia z naszym  szpitalem, a zresztą ona wkrótce 

wyjeżdża z Dharavaju...   

– I nawet nie pocałowałeś jej na pożegnanie? 
–  Nawet  nie  próbowałem.  –  Niestety.  David  westchnął  głęboko  i  zamknął  oczy,  z 

nadzieją, że będzie śnił o Solainie do końca podróży.   

Stała  na  tarasie  i  patrzyła  na  plażę.  Nie  zdziwiło  jej  zniknięcie  Davida.  Może  była 

rozczarowana i zaniepokojona sposobem, w jaki zniknął.   

–  On  nie  robi  niczego  głośno  –  skomentował  to  Howard.  Przyjechali  z  Victorią  rano, 

postanowiwszy,  że  zostaną  tam  jeszcze  jeden  dzień  przed  powrotem  do  Chandelli.  –  David 

jest tak skupiony na swojej pracy, że odrzuca wszystko inne. Zobaczyłem to, kiedy spotkałem 

go  w  Toronto.  Jest  oddany  i  pełen  poświęcenia.  Dobre  połączenie,  zwłaszcza  przy  takiej 

pracy, jaką wybrał. Ale niełatwy los.   

– Jest też przystojny – dodała Victoria rozmarzonym głosem. Leżała na leżaku w białym 

słomkowym  kapeluszu  z  szerokim  rondem,  ubrana  w  pomarańczowożółty  kwiecisty  kaftan. 
Była  piękną  kobietą  w  nieokreślonym  wieku,  o  porcelanowej  cerze.  Chociaż  Solaina 
wiedziała,  że  Victoria  zbliża  się  do  sześćdziesiątki,  oceniała  ją  po  wyglądzie  na  znacznie 
młodszą.  –  Pamiętam,  jak  zobaczyłam  go  po  raz  pierwszy,  przyszedł  do  naszego 
londyńskiego  mieszkania  na  kolację.  Howard  nie  zostawił  nas  samych  ani  na  chwilę.  – 
Śmiejąc się, wdzięcznie przesunęła kapelusz na tył głowy i posłała całusa mężowi.   

– Uroda nie rekompensuje złego zachowania – rzekła Solaina. – A znikając w ten sposób, 

zachował się nieuprzejmie.   

– On nie widzi nic poza pracą – bronił go Howard. – Czasami nie widzi nic poza tym, co 

chce widzieć. Dotyczy to również jego byłej żony.   

– Mówił mi o tym.   
– Myślę, że ją kochał, ale bardziej kochał medycynę, a ona znalazła sobie kogoś, dla kogo 

była najważniejsza. Potem się załamał, tak jak ja bym się załamał, gdybym odkrył, że moja 
kochana  Victoria  mnie  oszukała.  –  Posłał  żonie  całusa.  –  Ale  poza  tym  David  jest 
skoncentrowany  na  ratowaniu  świata.  To  naprawdę  bardzo  dobry  człowiek.  I  mężczyzna, 
który dostał nauczkę, jeśli cię to interesuje.   

Solaina zignorowała ostatnią uwagę. Howard zawsze chciał ją uszczęśliwić. Zazwyczaj w 

odpowiedzi uśmiechała się cierpliwie, gryząc się w język. . – Więc czemu zwerbowałeś go do 
IMO? 

– Nie zwerbowałem, tylko przekonałem. Uznałem, że się do tego nadaje i  ma talent  do 

ciężkiej pracy. Nie czuł się dobrze w przychodni rodzinnej, a przede wszystkim potrzebował 
odmiany akurat w momencie, kiedy ja organizowałem oddział IMO w Kambodży. A dalej to 
już wiesz. – Howard się zaśmiał. – Sposób, w jaki na ciebie patrzył, kiedy ty nie patrzyłaś, i 
sposób,  w jaki ty  reagujesz na tak zwyczajną rzecz jak jego wyjazd... to moja droga bardzo 
dobrze wróży.   

background image

–  Musisz  mi  wszystko  dokładnie  opowiedzieć  –  zawołała  Victoria.  –  Każdy  pikantny 

szczegół. – Odwróciła się do męża i przekrzywiła głowę, by wystawić twarz do słońca.   

Howard podszedł do niej, pochylił się i pocałował ją czule w policzek.   

 

Howard i Victoria mieli ze sobą kosz wypełniony wspaniałym jedzeniem – pieczywem i 

herbatnikami, owocami,  kawiorem,  ostrygami, serem,  a do tego dobrym  winem. Solaina nie 
piła  wina,  ponieważ  miała  wracać  samochodem  do  Chandelli.  Za  to  tak  się  najadła,  że  nie 
zmieściła już na deser czekoladowego trufla. Potem pożegnała parę przyjaciół, obiecując, że 
za kilka dni wpadnie do nich na kolację.   

Po  odjeździe  Howarda  i  Victorii  Solaina  pojechała  do  miejsca,  gdzie  znalazła  Davida. 

Zatrzymała  się  i  wysiadła,  po  czym  powoli  podeszła  do  krzaków,  obok  których  leżał, 
pochyliła się i dotknęła ziemi.   

– Co takiego w tobie jest, Davidzie, co tak pociąga Howarda, co tak pociąga Victorię, a 

zwłaszcza mnie? 

Tak, był przystojny, a jej podobali się przystojni mężczyźni. Nigdy jednak nie kierowała 

się  wyglądem.  Poza  tym  był  blondynem,  a  ona  lubiła  blondynów.  Ale  w  końcu  to  nie  jest 
ważne, skoro nie miała zamiaru się angażować.   

– Czy chodzi o twoją opinię, Davidzie? Fakt, że poświęciłeś życie ważnej sprawie? Czy 

że podniosłeś się i zacząłeś od nowa? 

Ona nie była w stanie tego zrobić po Jacobie.   
– To wszystko są doniosłe sprawy – dodała, prostując się i otrzepując ręce z ziemi. Ale 

kiedy myślała o Davidzie, myślała o... szczęściu.   

Tak,  szczęściu.  Niezależnie  od  tego,  przez  co  razem  przeszli,  lubiła  się nim  opiekować, 

lubiła na niego patrzeć, kiedy spał. Lubiła rozmawiać z nim, nawet gdy majaczył. Czuła się z 
nim szczęśliwa. A teraz za nim tęskniła.   

–  Dwa  dni,  a  ty...  Mało  go  nie  przejechałaś,  potem  wzięłaś  go  do  łóżka,  a  teraz 

zapominasz o swoich zasadach. O tym, że wybrałaś samotność.   

Wsiadła znów do samochodu, zawróciła i pojechała z powrotem. Tyle że minęła skręt do 

swojego  domku  i  jechała  na  południe  przez  kolejne  pół  godziny,  aż  dotarła  do  zjazdu  na 
drogę, która prowadziła do Kanthy.   

–  I  co zrobisz, jak już tam  dotrzesz? – spytała samą siebie. Bo już nie będzie odwrotu. 

Więc  albo  wróci  do  szpitala,  skończy  swoją  pracę  i  pojedzie  w  inne  nowe  miejsce.  Albo 
odszuka  Davida  i  zobaczy,  co  on  robi  w  tej  dżungli,  dlatego  że...  Cóż,  nie  była  pewna 

dlaczego.  I  może  to  był  powód,  by  za  nim  jechać:  żeby  dowiedzieć  się  dlaczego.  Wzięła 
głęboki oddech. Spojrzała przed siebie, potem obejrzała się, i wreszcie skręciła. Zapewne był 
to największy zakręt w jej życiu.   

background image

ROZDZIAŁ SIÓDMY 

 

Szpital  Vista  był  niedużym  budynkiem  mieszczącym  się  w  pewnej  odległości  od 

miasteczka  Kantha.  Przycupnął  na  niewysokim  wzgórzu,  z  którego  rozciągał  się  widok  na 
plantację kauczuku. Nie rzucał się specjalnie w oczy, ani nie ukrywał. Znakomicie wtopił się 
w  krajobraz  –  drewniany  budynek  żył  w  harmonii  z  naturą,  z  wielkimi  rododendronami  i 
prostymi jak strzała bambusami.   

 

W  Kancie  klimat  był  gorętszy  i  bardziej  wilgotny  niż  w  pozostałej  części  Dharavaju. 

David wolał chłodniejszy klimat Toronto, ale uwielbiał bogatą roślinność dżungli.   

Odpoczywając  na  frontowym  ganku  szpitala  z  nogami  opartymi  na  stole  i  pijąc  wodę 

sodową,  zaśmiał  się  na  myśl  o  swoim  głupim  gadaniu  o  drzewach  i  rododendronach.  Dla 
Solainy  to  nie  miało  sensu,  dla  niego  przeciwnie.  Jego  umysł,  walcząc  o  zachowanie 
przytomności,  skupiał  się  na  rzeczach,  które  David  znał  i  lubił.  Teraz,  patrząc  na  okolice 

Visty,  uświadomił  sobie,  jak  bardzo  kocha  to  miejsce.  Gdyby  ktoś  kazał  mu  spędzić  tutaj 
resztę życia, nie skarżyłby się. Może tylko trochę na ten upał...   

– Zapuściłeś tu korzenie, co? – powiedział Matteo, stając za jego plecami.   
– Nawet nie wiesz jak bardzo, dopóki nie pomyślisz, że możesz już tego nie zobaczyć.   
–  Śmiertelnie  mnie  przestraszyłeś,  Davey.  Po  dwóch  dniach  doszły  nas  pogłoski,  że 

zostałeś zabity.   

–  Gdyby  tak  się  stało,  byłbyś  świetnym  szefem  –  rzekł  Davidbez  emocji.  Jeszcze  nie 

wrócił myślami do pracy. Wspominał Solainę, nie był gotowy na powrót do realnego świata. 
Jeszcze minuta albo dwie, a potem o niej zapomni.   

– Nadal w melancholijnym nastroju? – spytał Matteo.   
David potrząsnął głową.   
– Jestem tylko zmęczony i obolały.   
– Świetnie sobie poradziła z twoją ręką, sam lepiej bym tego nie zrobił. Rana jest czysta. 

Masz dobre wyniki, białe ciałka w normie. Uratowała ci życie. Jesteś w znakomitej formie po 

takiej traumie.   

Matteo zmienił mu opatrunek i prześwietlił żebra. Poza tym, że nadał był obolały, radził 

sobie faktycznie nieźle.   

– Wierzysz w przeznaczenie? – spytał.   
– Źle z tobą, co? 
– Dużo gorzej, niżbym chciał. Ale przejdzie mi.   
– Albo nie.   
– Ona ucieka. Wbiła sobie do głowy, że nie jest dość dobra, a ja myślę, że ucieka. Ja już 

mam  to  za  sobą.  –  David  rozejrzał  się  i  złapał  przyjaciela  za  rękę.  –  Chyba  ciągle  jestem 
nieprzytomny, skoro rozmawiam z tobą o takich sprawach.   

– A ja jestem wciąż romantykiem. Moje związki nie są może trwałe, ale w tej chwili są 

bardzo namiętne.   

background image

–  Wierz  mi,  nam  było  do  tego  daleko.  –  Chociaż  kiedy  się  obudził  i  znalazł  ją  w 

ramionach,  poczuł  coś,  czego  nie  czuł  już  bardzo  dawno.  –  Zepsułem  jej  krótkie  wakacje, 
myślę, że od początku tego żałowała. Nie mam jej za złe. Siedziała sobie tam sama i czytała 
jakiś romans, a ja wtargnąłem w jej życie w mało romantyczny sposób.   

– Pytanie, czy ona chce romansu? 
– Ona chce ciszy i spokoju.   
–  Czy  wgniotłeś  jej  samochód,  kiedy  na  niego  wpadłeś?  –  spytał  Matteo.  –  Może 

powinieneś  tam  wrócić  i  zadośćuczynić,  jeśli  to  konieczne.  Nie  mówię  o  zadośćuczynieniu 
finansowym, raczej takim bardziej w stylu książki, którą czytała.   

–  Może  powinienem  zająć  się  robotą  papierkową,  podczas  gdy  ty  weźmiesz  się  do 

prawdziwej pracy.   

–  Och,  wraca  groźny  szef.  Co  mi  zrobisz?  Obniżysz  mi  pensję,  jak  jeszcze  chwilę  tu 

posiedzę? Powiedz mi, jak można odjąć coś z niczego? 

David roześmiał się. Matteo zawsze potrafił poprawić mu humor, kiedy tego potrzebował. 

Oczywiście  płacono  im  kiepsko.  Pieniądze,  jakimi  dysponował  szpital,  pochodziły  z 
charytatywnych  źródeł,  ale  najlepsze  były  stypendia.  To  nie  zapewniało  jednak  życia  na 
wysokim poziomie. Własny pokój, jedzenie i kieszonkowe – to było wszystko.   

Matteo  wiedział  o  tym,  przyjeżdżając  do  Kanthy.  Tak  samo  David.  I  żaden  z  nich  nie 

zamieniłby tej pracy na nic innego.   

– Przepraszam, że się o mnie martwiłeś – rzekł David. – Ja też się o siebie martwiłem. A 

teraz, kiedy nie mamy hummera, nie wiem, jak poradzimy sobie z transportem.   

–  Ktoś  chce  nas  stąd  wykurzyć.  Nie  wiem,  o  co  chodzi  –  stwierdził  Matteo  z  troską.  – 

Może to coś osobistego, choć nie sądzę, żebyśmy obrazili jakąś kobietę tak bardzo, żeby jej 
mąż się na nas mścił. Nie wydaje mi się też, żeby IMO było aż tak wrogo do nas nastawione. 
Jesteśmy  po  tej  samej  stronie.  Po  prostu  inaczej  pracujemy.  Może  są  źli,  że  nas  stracili.  – 
Pomyślał  przez  moment,  potem  pokręcił  głową.  –  Nie,  to  niemożliwe.  Chyba  że  chcą 
doprowadzić do zamknięcia naszego szpitala, żeby odzyskać całą naszą trójkę: ciebie, mnie i 
Howarda.   

– Gdyby chcieli, żebym wrócił, nie strzelaliby do mnie. Kto tam teraz rządzi? Nie jestem 

na bieżąco.   

– Wzięli jakiegoś geniusza od zarządzania, nazywa się Leandre. On jest odpowiedzialny 

za zmiany.   

Zmiany, które spowodowały, że David, Howard i Matteo odeszli. Które dotyczyły przede 

wszystkim wyników i wydatków. Może takie podejście było konieczne. IMO rozrastało się i 
odpowiedzialność finansowa rosła. Jako dyrektor małego szpitala wiedział o tym. Ale wyniki 
nigdy nie powinny być ważniejsze od pacjenta, a kiedy IMO ogłosiło, że ogranicza operację 
w  Kambodży  z  powodów  finansowych,  i  że  wkrótce  zacznie  oceniać  pacjentów  wedle 
potrzeb, wtedy zrozumiał, że czas odejść.   

Nie  winił  IMO  za  te  zmiany.  To  duża  międzynarodowa  organizacja,  a  rozszerzanie 

działalności w świecie zapewne wymaga zmian. Ale osobiście był im przeciwny. Oddział w 
Kambodży  potrzebował  doświadczonych  lekarzy,  a  plany  IMO  przewidywały  wysłanie  ich 

background image

gdzie indziej, jego na jakieś administracyjne stanowisko, Howarda na emeryturę, a Mattea nie 

wiadomo gdzie.   

Brzydko  potraktowali  ochotników,  którzy  tyle  dla  nich  zrobili,  więc  zachował  się  – 

patrząc z perspektywy czasu – może zbyt gwałtownie, po czym odszedł. Jednak nie wierzył, 
by ich nowy guru mścił się na nim.   

–  Nie  poznałem  go,  nigdy  o  nim  nie  słyszałem.  Jeśli  to  IMO  stoi  za  sabotażem,  mogą 

najwyżej udowodnić, że mają rację. A tu nie chodzi o czyjeś ego.   

– Jeśli nie IMO, to kto? 
David wzruszył jednym sprawnym ramieniem.   
– Przypadek, być może. Zbieg okoliczności.   
–  Ale  nie  uciekniesz,  co?  –  spytał  Matteo  i  nagle  spoważniał.  –  Teraz,  kiedy  cię 

zaatakowali? 

– Jestem jeszcze bardziej zdeterminowany, żeby zostać. Robimy dobrą robotę, nic mnie 

stąd nie ruszy.   

– Nawet piękna Solaina? David westchnął tęsknie.   
– Niestety, nawet ona, ale ona nie spróbuje.   
– Więc wracamy do tego, że się zadurzyłeś. – Matteo poklepał go po ramieniu. – Jesteś 

beznadziejny.   

– Cóż, choć raz się zgadzamy.   
– Więc co powiemy władzom o twojej ostatniej drobnej awanturze? 
–  To  samo  co  poprzednio.  Nie  wiemy  kto,  nie  wiemy  dlaczego.  A  kiedy  miejscowy 

minister napisze raport, wyśle go razem z innymi z wielkim znakiem zapytania.   

– Ten musi leżeć na samym wierzchu – powiedział Matteo. – Wandalizm to jedno, ale to, 

co ci zrobili. 

– Jestem zmęczony. To były ciężkie dni.   
– Jako lekarz zalecam ci odpoczynek w łóżku. Samotny.   
– Pomógłbym ci w robocie, ale masz rację.   
– Mam rację? 
– Tym razem tak – odparł David i powlókł się do swojego pokoiku.   
 
– Gdzie ja jestem? – mruknęła Solaina, zatrzymując samochód, by się rozejrzeć, chociaż i 

tak niewiele jej to dało. – Tu gdzieś musi być Kantha. – Podeszła do tyłu samochodu, jakby to 
robiło jakąś różnicę.   

A jeśli zobaczy stąd Kanthę albo szpital Davida, to co? Szczerze mówiąc, nie wiedziała.   
– Cześć, David, właśnie byłam niedaleko, więc postanowiłam wpaść. – Nie uwierzyłby, 

gdyby znów był w delirium. – Oto rachunek za wgniecenie, które zrobiłeś, kiedy uderzyłeś w 
mój samochód.   

Nie, to głupie. Nie była nawet pewna, dlaczego szuka Davida.   
–  Zdecyduj  się  –  mruknęła  znowu,  zastanawiając  się,  czy  gdyby  uderzyła  głową  w 

samochód, wbiłaby sobie do niej trochę rozumu.   

Stała  nad  brzegiem  rzeki  Kantha  i  patrzyła  na  kościół  Niepokalanego  Poczęcia,  okazały 

background image

budynek  z  pięknymi  architektonicznymi  detalami.  Jakąś  godzinę  wcześniej  miejscowy 
chłopak wskazał jej kierunek, mówiąc, że to najkrótsza droga do szpitala. Potem wyciągnął 
rękę, spodziewając się zapłaty. Solaina zapłaciła mu.   

Chłopak powiedział, że szpital jest na wzgórzu, że zobaczy go, gdy dostrzeże kościół. Ale 

tak  się  nie  stało,  oczywiście.  Podjechała  na  kolejne  wzniesienie,  i  jeszcze  następne.  Teraz, 
pięć wzniesień dalej, chciała już pogodzić się z myślą, że David Gentry to tylko wytwór jej 
zmęczonej wyobraźni, i że szpital o nazwie Vista w mieście Kantha w ogóle nie istnieje.   

– David, gdzie jesteś? 
Obróciła się powoli, przyglądając się okolicy. Jeśli nie znajdzie go tym razem, wróci do 

Chandelli i zapomni o minionym weekendzie. Co z oczu, to z serca.   

Rozejrzała  się,  ale  niczego  nie  dostrzegła,  a  zatem  wróciła  do  samochodu  i  już  miała 

wsiąść  i  przyznać,  że  zrobiła  błąd,  przyjeżdżając  tutaj,  kiedy  nagle  coś  wypatrzyła.  Szpital 
faktycznie stał na wzgórzu, jak powiedział chłopiec, a równocześnie był dobrze schowany.   

Pół  godziny  później,  pokonawszy  kolejną  wyboistą  drogę,  dotarła  na  miejsce.  Na 

drzwiach wisiała tablica z nazwą Vista. Widok był spektakularny.   

Wysiadłszy z samochodu, przystanęła na moment, by objąć wzrokiem cały teren. Potem 

ruszyła  do  głównych  drzwi,  niepewna,  co  za  nimi  znajdzie,  ani  czego  powinna  się 
spodziewać. Jak się okazało znalazła mały, ale całkiem nowoczesny szpital, wyglądający tak, 
jak  może  wyglądać  szpital  na  obrzeżach  Kanthy.  Czysty,  porządny,  w  stylu  lat 
pięćdziesiątych,  co  zrobiło  na  niej  wrażenie.  Oczekiwała  chyba  chaty  w  dżungli,  ze 
słomianym dachem i bez drzwi.   

– W czym mogę pomóc? – spytała kobieta o miłej twarzy.   
– Przyjechałam zobaczyć się z Davidem Gentrym.   
– Doktor Gentry odpoczywa. Czy może być doktor Carlini? 
Solaina nie wyobrażała sobie, że jest tu więcej lekarzy, myślała, że David haruje sam po 

dwadzieścia  cztery  godziny  na  dobę.  Ale  kiedy  zobaczyła  kolejne  dwie  osoby  w  zielonych 
chirurgicznych fartuchach, zdała sobie sprawę, że David jest tutaj tylko jednym z lekarzy.   

– Oczywiście, porozmawiam z doktorem Carlini – odparła.   
Przystojny Włoch pojawił się kilka minut później.   
– Matteo Carlini. – Uśmiechał się szeroko, serdecznie ściskając jej dłoń. – Co mogę dla 

pani zrobić? 

– Nazywam się Solaina...   
–  Ta  Solaina?  –  spytał,  patrząc  na  nią  z  aprobatą.  Skinęła  głową,  zerkając  z 

zażenowaniem na swoje krótkie spodnie, po czym podniosła wzrok z uśmiechem.   

– Tak, ta Solaina, jeśli ma pan na myśli Davida. Solaina Leandre.   
Matteo gwizdnął.   
– No, tego nie spodziewałem się usłyszeć.   
– Przepraszam? 
– Proszę mi wierzyć, nie ma pani za co przepraszać.   
– Potrząsnął głową. – Przyprowadzę Davida.   
– Jeśli śpi, nie chciałabym przeszkadzać...   

background image

– Niech się pani nie martwi, już się obudził.   
Matteo  ruszył  korytarzem,  zostawiając  Solainę  opartą  o  ścianę.  Nie  widziała  sal  dla 

pacjentów, ale potrafiła ocenić pracę personelu. Profesjonalnie wyglądali i profesjonalnie się 

zachowywali. Nie kręcili się, nie tracili czasu. David ma szczęście, że tu pracuje, pomyślała.   

– Co to znaczy, że ona tu jest? – wymamrotał David, nie otworzywszy jeszcze oczu.   
– Jest w poczekalni. Czeka! 
– Jest teraz w Chandelli.   
–  Długie  nogi,  o  których  nie  możesz  przestać  myśleć,  najpiękniejsze  włosy,  jakie 

widziałem. Czarne oczy. Akcent trochę francuski albo z Haiti. Sam nie wiem.   

– Jest tutaj? 
– Obudź się. Ona cię szuka, szczęściarzu.   
– Czy powiedziała, czego chce? 
– Nie, ale za to powiedziała coś cholernie interesującego.   
– Mianowicie? 
– Swoje nazwisko. David zmarszczył czoło.   
–  W  Chandelli  słyszałem  tylko  jej  imię,  a  kiedy  u  niej  byłem...  –  Zaczął  podnosić  się 

powoli, ale Matteo położył mu rękę na ramieniu.   

– Lepiej się nie ruszaj.   
– Co? 
– Powiem ci jej nazwisko. Powinieneś siedzieć.   
– No to mów.   
Matteo uśmiechnął się, po czym zrobił krok do tyłu.   
– Leandre. Nazywa się Solaina Leandre. David stęknął, schował twarz w dłoniach.   
– To przypadek, tak? 
– Jeśli będziesz to sobie powtarzał, może w to uwierzysz.   
– To przypadek – powtórzył David. Nagle wszystko mu się połączyło w jeden wyraźny 

obraz.   

–  Powiedziałbym,  że  zakochałeś  się  w...  Cóż,  ona  może  być  teraz  twoim  wrogiem, 

prawda? – zauważył Matteo.   

–  Pięć  minut.  Potrzebuję  pięciu  minut,  żeby  spryskać  twarz  wodą  i  włożyć  czystą 

koszulę...   

– Trzy minuty, potem ją tu przyprowadzę. Takiej kobiecie jak ona nie każe się czekać na 

korytarzu.   

Gdy  tylko  Matteo  zamknął  za  sobą  drzwi,  David  poczłapał  do  umywalki  i  spojrzał  w 

lustro.  Te  same  szramy  i  bruzdy,  to  samo  zmęczenie.  Teraz  doszedł  do  tego  niepokój  z 

powodu jej wizyty. Niepokój z powodu jej nazwiska. Ale przede wszystkim z powodu uczuć, 
jakie w nim obudziła. Byłoby o wiele łatwiej, gdyby wróciła do swojego świata, i zostawiła 
go w spokoju. A z drugiej strony był bardzo zadowolony, że tego nie zrobiła. Jeszcze jedno 

spotkanie  z  Solainą  jest  warte  wszystkiego.  Ruszył  do  drzwi,  zatrzymał  się  i  wziął  głęboki 

oddech.   

– Ona nie jest moim wrogiem – szepnął. Przynajmniej póki jej tego nie udowodni.   

background image

Nie jest wrogiem jego serca. I w tym tkwi kłopot.   

 
– Macie stąd piękny widok – powiedziała, patrząc na dolinę. Było już późno i delikatne 

róże  i  złocienie  zmierzchu  osiadały  nad  dżunglą.  –  Sympatyczne  miejsce  na  szpital.  – 
Odwróciła się do Davida, który wciąż stał w drzwiach. – Dlaczego tak zniknąłeś? 

– Musiałem tu wrócić.   
Patrząc na niego, pomyślała, że jest jakiś sztywny. Nie zdenerwowany, ale zdecydowanie 

zakłopotany. To nie był ten sam David, z którym spędziła dwa dni. W delirium był spokojny i 
czarujący. A teraz? Co się z nim stało? 

– To wszystko? Musiałeś wrócić? Myślę, że wypadało się pożegnać. Martwiłam się.   
– Brałaś kąpiel. Nie chciałem ci przeszkadzać.   
– Więc zadzwoniłeś po przyjaciela, żeby po ciebie przyjechał? 
– Howard zadzwonił, żeby powiadomić wszystkich, że jestem bezpieczny. To on poprosił 

Mattea, żeby po mnie przyjechał. A ja nie chciałem ci już zawadzać. Nie byłaś zachwycona 
moją obecnością, nie zaprzeczysz.   

– Nie byłam zachwycona, kiedy musiałam wyjąć ci kulę. A jeśli chodzi o mieszkanie u 

ranie,  to  z  początku  trochę  mi  to  przeszkadzało.  Ale  potem  mi  przeszło  i  cieszyłam  się,  że 

mam  towarzystwo.  Chyba  wypadało  się  pożegnać.  –  Znów  spojrzała  na  dolinę.  Popełniła 
głupstwo,  przyjeżdżając  tutaj.  Wiedziała  o  tym,  a  teraz  on  dał  jej  to  do  zrozumienia.  – 
Przepraszam, że zawracam ci głowę. – Schodząc z ganku, zastanawiała się, czy nie pobiec co 
sił do samochodu, by oszczędzić sobie dalszego poniżenia.   

Co sobie myślała, jadąc tutaj? Ceną za tę decyzję było potworne zażenowanie. Zasłużyła 

na to. Nie będą już przyjaciółmi z Davidem. Powinna była pozwolić mu odejść. Nie zdążyła 
zejść na dół, kiedy chwycił ją za rękę.   

– Nie spodziewałem się ciebie.   
– Pewnie nie, skoro nie podałeś mi adresu.   
– I tak mnie znalazłaś.   
– Tylko dlatego, że w gorączce mamrotałeś coś o Kancie. I Howard wspomniał o szpitalu. 

Niełatwo tu trafić. Pytałam ludzi w miasteczku, zabrało mi to parę godzin.   

– Mamy tutaj jeden cel...   
– Ofiary min.   
– To trochę delikatna sprawa, ponieważ przywozimy poszkodowanych zza granicy. Rząd 

Dharavaju  jest  nam  bardzo  wdzięczny,  ale  pozostaje  faktem,  że  niektórzy  z  tych  ludzi... 
większość  z  nich  nie  ma  wiz,  więc  w  zasadzie  ich  przemycamy  przez  granicę.  –  Zrobił 
przerwę, by wziąć oddech. – Muszę usiąść...   

Przytrzymując go, Solaina burknęła: 
– Powinieneś leżeć, obejmij mnie za szyję.   
Kiedy  wchodzili  z  powrotem  na  ganek,  miała  wrażenie,  że  dźwiga  potworny  ciężar. 

David ledwie poruszał nogami.   

– Usiądź na krześle, a ja pójdę po Mattea.   
– Nie potrzebuję go. – David opadł ostrożnie ma drewniane krzesło. – Nic mi nie jest.   

background image

– Jesteś uparty jak osioł – prychnęła.   
– A ty nie? 
–  Nie  powinnam  była  tu  przyjeżdżać  –  przyznała,  podnosząc  na  niego  wzrok.  –  Nigdy 

więcej nie powtórzę tego błędu. Ale jesteś mi winien wyjaśnienie.   

Byli tak blisko, ledwie kilka centymetrów od siebie, że czuła ciepło promieniujące z jego 

ciała. Cofnęła się.   

– Dlaczego mnie tak zostawiłeś? Żeby mnie zdenerwować? Chyba na to nie zasłużyłam.   
– Wyjeżdżasz z Dharavaju. Nie powinienem wplątywać cię w swoje kłopoty.   
– Kiepsko kłamiesz. – Widziała to w jego oczach, słyszała w jego głosie.   
– To jeden z powodów. Mówię szczerze.   
– A ten drugi powód? Prawdziwy? 
–  Czuję  coś  do  ciebie,  Solaino.  –  Wziął  głęboki  oddech,  po  czym  zmarszczył  czoło.  – 

Chciałaś  prawdy.  Wyobraziłem  sobie  ciebie  w  roli,  w  której  nie  powinienem  cię  stawiać,  i 
której byś sobie nie życzyła. Więc wyjechałem, póki jeszcze byłem w stanie się kontrolować.   

Okazał się bardziej szczery, niż oczekiwała.   
–  Przypuszczasz,  że  dopuściłabym  cię  tak  blisko?  –  Być  może.  Przerażająca  myśl,  ale 

przeczuwała to od pierwszej chwili, gdy zaczął bredzić o drzewach. Całe szczęście, że jemu 
starczyło czujności za nich dwoje. – Więc uratowałeś mnie przed sobą? 

– Tak to wygląda, co? – Zaśmiał się. – Ja nie potrafię żyć w związku, a ty go nie chcesz.   
– Zakładasz, że jakiś związek między nami istnieje.   
– Od pierwszej chwili, gdy otworzyłem oczy i zobaczyłem cię, myślałem tylko o tym. Po 

powrocie tutaj nadal myślę tylko o tym. Ale nie mogę cię w to wciągać, więc wyjechałem.   

–  I  to  wszystko?  –  Pokręciła  głową.  –  Naprawdę  nie  powinnam  była  się  tu  zjawiać  – 

mruknęła,  odsuwając  się  od  niego.  –  Więcej  tego  nie  zrobię.  –  Właśnie  odmówiono  jej 
czegoś,  przed  czym  broniła  się  z  całej  siły.  To  było  upokarzające,  czuła  się  zraniona  i 
potwornie  nieszczęśliwa,  mimo  że  David  miał  rację.  To  idiotyczne,  że  tak  się  czuje,  kiedy 
powinna mu dziękować. – Cieszę się, że masz się dobrze. – Wyciągnęła do niego rękę. – Nie 
sądzę, żebyśmy jeszcze się spotkali, więc żegnaj.   

Wziął jej rękę i przytrzymał.   
–  Cieszę  się, że  wpadłaś  –  szepnął.  –  Nawet  jeśli  mam  mieszane  uczucia,  chciałem  cię 

znowu  zobaczyć,  niemal  od  chwili,  kiedy  cię  opuściłem.  I  przepraszam,  że  tak  to  wyszło. 
Kiedy  mówię,  że  nie  mogę  się  z  tobą  związać,  to  prawda.  Ale  to  nie  znaczy,  że  bym  nie 
chciał. Ponieważ tego tylko pragnę. I dlatego właśnie nie mogę, jeśli to ma sens. – Pochylił 
się i pocałował jej dłoń. – Więc wybaczysz mi, że cię zraniłem? Bo wolałbym złamać sobie 
kolejne żebro, niż cię zranić.   

Solaina zaczerpnęła głęboko powietrza. Ona wyjeżdża, David zostaje. Nie ma tu mowy o 

żadnym przeznaczeniu.   

– David, to...   
Wstał i wziął ją w ramiona. Zamknięta w jego objęciach, nie wiedząc, czy się poddać, czy 

uciekać,  przeżyła  szok,  czując  jego  wargi.  Nie  dlatego,  że  pocałunek  ją  zaskoczył,  tylko 
ponieważ nie zdawała sobie sprawy, jak bardzo go pragnęła.   

background image

W  końcu  odsunęła  na  bok  wszelkie  obawy  i  uległa  magii  chwili.  Objęła  go  za  szyję  i 

pogłaskała  jasne,  sięgające  kołnierzyka  włosy.  A  kiedy  on  jej  dotykał,  przechodził  ją 
cudowny  dreszcz.  Po  chwili  David  odsunął  się  od  niej,  i  to  dość  gwałtownie.  O  wiele 

szybciej,  niżby  sobie  życzyła.  W  gasnącym  świetle  dnia  widziała,  że  żałował  tego,  co  się 
właśnie stało.   

– To się nie liczy – powiedziała, unosząc rękę do ust.   
– Liczy się bardziej, niż myślisz – odparł.   
– Nie zmienimy się. – Zeszła z ganku i odwróciła się do niego. – Cieszę się, że czujesz się 

lepiej.  I  życzę  ci  wszystkiego  dobrego.  –  Nie  tak  chciała  to  zakończyć,  ale  może  tak  jest 

lepiej. – Żegnaj, David. – Szybkim krokiem ruszyła do samochodu.   

Nie zamierzała wracać do swojego domku na plaży. Długa podróż do Chandelli pozwoli 

jej  pogodzić  się  z  tym,  co  się  wydarzyło.  Poza  tym  domek  na  plaży  przypominałby  jej  o 
Davidzie.   

–  Zaczekaj!  –  zawołał  David,  schodząc  z  ganku.  Obejrzała  się  i  w  pierwszej  chwili 

chciała mu pomóc, odprowadzić go do łóżka, gdzie powinien się znaleźć. Ale to jest szpital i 
nie  brakowało  tu  lepiej  wykwalifikowanych  i  zdecydowanie  mniej  zakłopotanych 
pomocników.  Szła  więc  dalej  do  samochodu,  a  kiedy  do  niego  dotarła,  odwróciła  głowę  i 
zobaczyła, że David klęczy.   

–  Cholera  –  mruknęła,  wracając  do  niego.  –  Dlaczego  wciąż  mi  to  robisz?  Pozwalasz 

trochę odejść, a potem każesz mi wrócić.   

– Ponieważ masz przedziwny zwyczaj znajdować się w niewłaściwym dla siebie miejscu 

we właściwym dla mnie czasie – odparł, kiedy pomagała mu wstać.   

– Albo dlatego, że ty masz osobliwy zwyczaj upadania w niewłaściwym dla mnie miejscu 

we właściwym dla siebie czasie.   

Oparł się na niej całym ciałem.   
– Nie krwawisz? – spytała. – Twoje ramię.   
– Nie sądzę.   
– A żebra? 
– W porządku.   
– Poczekaj tutaj, a ja zawołam kogoś do pomocy. Bo teraz nie pozwolę ci już iść.   
– Boisz się, że znów upadnę.   
– Więc oprzyj się na mnie. To tylko kilka kroków. Nie chciała znaleźć się znów tak blisko 

Davida,  ale  w  końcu  jest  nadal  jej  pacjentem.  Kiedy  doprowadzi  go  do  jego  przyjaciela 

Mattea, koniec z tym. Na dobre! 

background image

ROZDZIAŁ ÓSMY 

 

–  Więc  oznajmiłem  jej,  że  nie  mogę  się  angażować,  chociaż  chciałbym,  a  potem  ją 

pocałowałem.   

– Jestem zdziwiony, że ona dalej na ciebie czeka. Jest w poczekalni. Nie mogę ci obiecać, 

że długo zostanie po tej karuzeli emocjonalnej, jaką jej zafundowałeś. Myślę, że odjedzie, jak 
dowie  się,  że  nic  ci  nie  jest.  –  Matteo  spojrzał  na  Davida  leżącego  na  łóżku  i  potrząsnął 
sceptycznie głową. – To było najgorsze aktorstwo, jakie kiedykolwiek widziałem.   

– Co to ma znaczyć? 
– To znaczy, że specjalnie upadłeś na kolana. Wyglądałeś jak stulatek z podagrą.   
– Nie udawałem, czuję się jak stulatek z podagrą.   
– Ale pocałunek był w porządku. Chyba jej się podobało.   
– To ile dokładnie z tego widziałeś? Matteo zaśmiał się.   
– Zawsze uważałem, że to musi ci się przytrafić, ale nie masz w tym wiele wprawy, co? 

Założę się, że nie zapytałeś jej też o nazwisko.   

David usiadł, wstrzymując oddech z bólu.   
– I co z tego? 
– Jesteś żałosny. Jesteś tak szaleńczo zakochany w tej dziewczynie, że boisz się poznać 

prawdę o niej, boisz się z nią związać, boisz się pozwolić jej odejść...   

– Dobra, wystarczy.   
– Bardzo się cieszę, staruszku. Solaina nie jest kobietą, którą można ignorować. A jeśli 

zastanawiasz się, jak to wszystko ułożyć, sprawdź, czy ona jest związana z IMO. I co łączy ją 

z tym Leandre, który jest tam teraz szefem, jeśli to on stoi za aktami sabotażu.   

– No świetnie, mam powiedzieć: Kocham cię, ale nie mogę z tobą być, ponieważ jestem 

emocjonalnym  wrakiem po moich poprzednich związkach. A przy okazji, czy ktoś  z twojej 
rodziny nie próbuje mnie zabić? 

– Jeśli powiesz to w taki sposób, przegrasz.   
– Przyślij ją tutaj, dobrze? – warknął David. – I nie podglądaj nas tym razem! Pozwól, że 

będę się poniżał bez publiczności i późniejszych komentarzy.   

–  Celem  pocałunku,  Davey,  jest  zatrzymać  ją  tutaj.  Pamiętaj  o  tym.  –  Matteo  śmiał  się 

jeszcze za drzwiami, podczas gdy David bił się z myślami.   

Przecież  ten  pocałunek  to  przypadek,  a  sposób,  w  jaki  go.  zakończył,  był  może 

nieuprzejmy, ale najmądrzejszy, bo przede wszystkim w ogóle nie powinien był jej całować.   

– Głupiec ze mnie – mruknął.   
–  Matteo  mówi,  że  nic  ci  się  nie  stało.  –  Solaina  weszła  do  jego  pokoju  i  skrzyżowała 

ramiona na piersi. – Twierdzi, że to wyczerpanie, że twoje żebra są okej, a rana na ramieniu 
nie otworzyła się. Prosił, żebym została, dopóki nie zakończy badania. Podobno błagałeś go o 
to.   

David  powściągnął  uśmiech.  Dobry  stary  Matteo.  Niepoprawny  romantyk.  I  wytrawny 

kłamca.   

background image

– Chciałem cię tylko raz jeszcze przeprosić i podziękować ci za pomoc. Matteo ma rację. 

To  tylko  wyczerpanie.  –  To  nie  było  kłamstwo.  Był  zmęczony,  a  myśląc  o  tym,  marzył,  by 
znaleźć się w łóżku Solainy.   

– No to lecę. Muszę być rano w Chandelli. – Nadal stała w pobliżu drzwi. Nawet ich za 

sobą nie zamknęła.   

–  Solaino,  zostań  tutaj.  Na  jedną  noc.  Wiem,  że  moje  uczucia  budzą  w  tobie  obawy, 

mówiąc  szczerze  we  mnie  również.  Ale  proszę  cię  tylko  o  jedną  noc.  Poza  tym  jest  już  za 
późno, żebyś jechała tak daleko. Drogi nie są w nocy bezpieczne, zwłaszcza jeśli nie znasz 
okolicy.  –  Atmosfera  w  pokoju  była  tak  gęsta,  że  niemal  brakowało  tlenu.  –  Możesz 
przenocować w pokoju gościnnym.   

–  Nie  mogę.  Naprawdę  muszę  wracać.  Dziękuję  za zaproszenie,  ale  to  się  nie  uda.  Nie 

potrafię  tego  nazwać  i  nie  chcę  wiedzieć,  co  to  jest.  Ty  też  nie  chcesz,  dlatego  dziś  rano 
zniknąłeś z domku na plaży. – Wzruszyła ramionami. – Czasami lepiej jest uciec.   

–  Przerażasz  mnie  –  przyznał.  –  Kiedy  odzyskałem  przytomność  tam  na  drodze  i 

zobaczyłem  cię...  –  Pokręcił  głową.  –  Przerażasz  mnie,  ponieważ  chcę  wiedzieć  o  tobie 
wszystko. Kim jesteś, skąd pochodzisz, dlaczego jesteś taka, a nie inna.   

–  Dlaczego?  Po  co?  Opowiesz  mi  o  sobie,  ja  opowiem  ci  o  sobie,  i  dokąd  nas  to 

zaprowadzi?  To  nas  nie  zbliży  do  zrozumienia,  co  robimy.  Gdyby  chodziło  tylko  o  seks, 
poradziłabym sobie z tym. Ale my posunęliśmy się za daleko, i dlatego to jest tym bardziej 
kuszące. Nie rozumiem tej pokusy, ponieważ nigdy nic mnie nie kusiło, dopóki nie spotkałam 
ciebie.   

Zawahała się w korytarzu za drzwiami.   
–  Nie  chcę  tego  rozumieć,  ponieważ  to  pociąga  za  sobą  rozmaite  oczekiwania,  a 

oczekiwania pociągają za sobą rozczarowanie. Naprawdę nie  chcę  więcej  rozczarowań.  Nie 
chcę, żeby ktoś czegoś ode mnie oczekiwał.   

Jeszcze dwa kroki i zniknie mu z oczu. A potem z jego życia. A kiedy zniknie, nigdy już 

nie wróci.   

–  Ale  dlaczego  to  musi  prowadzić  do  rozczarowań?  Czy  tego  spodziewasz  się  od 

związku? 

Uśmiechnęła się smutno.   
– Masz ten sam problem, co? Chcesz związku, ale nie możesz się związać, bo myślisz, że 

jak raz się sparzyłeś, to zawsze tak będzie. Czy to już nie jest rozczarowanie? 

– Nawet nie wiesz jakie.   
– Jesteśmy sobie obcy, i niech tak pozostanie.   
– Ale czy chcesz, żeby tak było? – spytał nie wiedząc czemu, poza tym, że gdzieś w głębi 

nie chciał, by rozstawali się w ten sposób. Poza pożądaniem było coś jeszcze, co go do niej 
przyciągało. – Spotkaliśmy się jako dwoje obcych ludzi i mamy się tak rozstać? 

Solaina zaśmiała się.   
–  Wiesz,  że  na  chwilę  przed  tym,  zanim  wypadłeś  na  drogę,  wyobrażałem  sobie 

mężczyznę,  którego  chciałabym  spotkać.  Wierz  mi  albo  nie,  to  byłeś  dokładnie  ty. 
Przynajmniej jeśli chodzi o wygląd. Nie zastanawiałam się, jaki jeszcze powinien być, zresztą 

background image

nigdy właściwie dokładnie tego nie przemyślałam. Nie ma to sensu, ponieważ stale jestem w 
drodze. I teraz też ruszam w drogę.   

– Bo nie znalazłaś tego, czego szukałaś? 
– Bo nie szukałam. Powiedziałeś, że chcesz mnie poznać. Więc taka właśnie jestem. Oto 

ja, Solaina Leandre, zawsze w drodze do kolejnego celu.   

Po  raz  pierwszy  wypowiedziała  przy  nim  swoje  nazwisko.  Wstrzymał  oddech.  Ich 

związek oznaczałby same problemy, a tymczasem on praktycznie błagał ją, by została.   

– Jeden wieczór, Solaino, jeden wieczór, podczas którego ja nie będę pacjentem, a ty nie 

będziesz  pielęgniarką.  Możesz  zostać  z  tamtej  strony  pokoju,  blisko  drzwi,  żeby  uciec,  jak 
będziesz  musiała,  a  ja  zostanę  tutaj  z  nadzieją,  że  nie  uciekniesz.  I  będziemy  rozmawiać. 
Spróbujemy odgadnąć, co możemy z tym zrobić...   

– Dlaczego, David? 
– Dlatego, że ty też to czujesz. Myślę, że starczy ci uczciwości, żeby to przyznać.   
Solaina zrobiła dwa kroki w stronę drzwi, ale wciąż pozostawała na korytarzu.   
– Wtedy na drodze powiedziałeś, że cieszysz się, że to ja cię znalazłam, że śniło ci się, że 

po ciebie przyjadę. I powiedziałeś moje imię. I że pachnę jaśminem, tak jak poprzednio. – W 
końcu przekroczyła próg. – Nie zwracałam na to uwagi, bo majaczyłeś, ale teraz pora, żebyś i 
ty był ze mną szczery. Znałeś mnie, zanim się spotkaliśmy? 

– Tak, ale nie spotkaliśmy się wcześniej.   
– Więc jak? 
– Widziałem cię raz w szpitalu. Prowadziłaś grupę pielęgniarek. Zatrzymałem się, żeby 

na ciebie popatrzeć.   

–  I  rozpoznałeś  mnie  w  delirium?  Doznałeś  wstrząśnienia  mózgu,  byłeś  odwodniony, 

miałeś poważną infekcję. Jakim cudem mnie pamiętałeś? 

Ponieważ  serce  nie  zapomina.  Takie  proste  wyjaśnienie,  ale  ona  nie  chciałaby  go 

usłyszeć.   

– Przypuszczam, że mózg jest zdolny do różnych nieprawdopodobnych rzeczy.   
– Zapewne. Ale to taki dziwny zbieg okoliczności, prawda? 
Zbieg okoliczności – znowu to określenie...   
– Jesteś może krewną Bertranda Leandre? – spytał ni stąd, ni zowąd.   
– To mój ojciec. Czemu pytasz? – Zesztywniała.   
– Skoro jesteś w pewnym sensie związana z IMO, a on został szefem zarządu...   
– Co? – zdumiała się.   
Była naprawdę szczerze zaskoczona, nawet zszokowana. Czyżby tak dobrze udawała? 
– Twój ojciec został szefem IMO. Kilka tygodni temu...   
– Davey! – zawołał Matteo, wbiegając do pokoju.   
–  Wiozą  do  nas  sześciu  ludzi.  Wszyscy  w  kiepskim  stanie.  Przywożą  ich 

międzynarodowe siły ratownicze, będą tu za jakieś dziesięć minut.   

David spuścił nogi z łóżka i zaczął wstawać.   
– Mowy nie ma, żebyś się tym zajął – rzekł Matteo.   
– Ale miałem nadzieję, że może zrobisz selekcję rannych.   

background image

– Czuję się dobrze – burknął David, podnosząc się z trudem. Natychmiast zakręciło mu 

się w głowie i złapał się zagłówka. Zanim upadł na materac, Solaina znalazła się u jego boku i 
podtrzymała go.   

– Nie możesz tam iść! – krzyknęła.   
– Brakuje nam personelu. Ktoś musi...   
– Nie obchodzi mnie, kto to zrobi – zawołał Matteo z korytarza – byle ktoś zszedł na dół 

za dwie minuty.   

– Po to tu jesteśmy. – David skrzywił się z bólu przy kolejnej próbie podniesienia się. – 

Niezależnie od tego, w jakim sami jesteśmy stanie.   

– Nie masz na to siły i wiesz o tym. Matteo też.   
–  Dziękuję  ci  za  troskę  –  powiedział  cicho.  Wsunął  stopy  w  buty,  nie  wkładając 

skarpetek,  po  czym  wsparł  się  o  ścianę,  by  złapać  oddech.  Obejrzy  tylko  pacjentów, 

wyznaczy  zadania.  Może  to  robić,  siedząc  na  krześle.  –  Pamiętasz,  kiedy  wymieniłem  listę 

swoich  cech,  mówiłem,  że  jestem  uparty...  Nic  mi  nie  jest,  Solaino,  a  jak  mi  szczęście 

dopisze, za godzinę wrócę do łóżka.   

– Ciężko jest opiekować się pacjentem, który nie chce opieki. – Pocałowała go czule w 

policzek.   

–  I  niełatwo  być  pacjentem,  kiedy  pielęgniarka  jest  taka  atrakcyjna.  –  Pocałował  ją  w 

usta. – Wszystko jest w porządku.   

– Zależy od punktu widzenia.   
To prawda. Był potwornie obolały, zaostrzył się tępy ból głowy, który towarzyszył mu od 

ataku. Ale da sobie radę, musi.   

–  Po  drugiej  stronie  jest  pokój  gościnny.  Zaczekaj  tam,  a  ja  wpadnę  potem  do  ciebie  i 

dokończymy naszą rozmowę.   

– O moim ojcu i IMO.   
David skinął głową i odszedł, trzymając się ściany.   
–  O  tym  i  o  innych  sprawach.  –  Najchętniej  porozmawiałby  o  sprawach,  o  jakich 

rozmawiają  kochankowie.  Ale  oni  nie  są  kochankami.  Nie  był  nawet  pewien,  czy  są 
przyjaciółmi.   

Odprowadzała wzrokiem Davida, który kuśtykał przy ścianie do recepcji, a kiedy zniknął 

jej z oczu, podniosła słuchawkę telefonu, który stał przy jego łóżku, i zamówiła rozmowę na 

koszt rozmówcy. Od roku nie zamieniła słowa ze swoim ojcem.   

– Bonjour, papa – powiedziała słabym głosem.   
– Solaina, kochanie, co za niespodzianka! 
– A ja założyłabym się, że nie – odparła, czując sztywność w karku.   
Przez lata była posłuszną córką, podczas gdy jej siostra zawsze się buntowała. Uważała, 

że będąc posłuszną, zasłuży na miłość i szacunek. Bertranda Leandre’a nie obchodziła miłość 
ani troska, tylko ślepe posłuszeństwo. Ale to Solange miała rację.   

– Powiedz mi o IMO, tato.   
– Nie ma o czym mówić. Potrzebowali dobrego dyrektora administracyjnego, a ponieważ 

ty jesteś z nimi luźno związana, pomyślałem, że to szansa, żebyśmy popracowali razem. Ze to 

background image

nas do siebie zbliży. No i już zbliżyło.   

– I nic mi nie powiedziałeś? 
–  Wiedziałem,  że  dowiesz  się  we  właściwym  czasie.  Szukali  kogoś  ze  znanym 

nazwiskiem.   

Solaina  zamknęła  oczy.  Zawsze  jest  tak  samo.  Przez  całe  jej  życie,  niezależnie  od  tego, 

dokąd pojechała, ojciec zawsze narzucał się jej w ten czy inny sposób. Proponował pieniądze 
albo konsultacje... Po prostu stawał w drzwiach i przejmował kontrolę.   

– Dlaczego? – szepnęła.   
– Dla ciebie, kochanie. Jak zawsze. Wiedziałem, że kończysz pracę w szpitalu.   
Oczywiście, że wie, chociaż mu nie powiedziała.   
– I pomyślałem, że pozycja administratora w IMO może oznaczać dla ciebie kolejny krok 

w karierze  –  ciągnął. –  Da ci  międzynarodowy  prestiż.  Wprowadzi  cię w kręgi,  gdzie może 
znajdziesz  właściwego  mężczyznę,  ojca  dla  mojego  wnuka.  Pora  zatroszczyć  się  o 
dziedzictwo.   

–  Chodzi  o  twoje  dziedzictwo?  –  prychnęła.  –  Przejmujesz  organizację,  z  którą  jestem 

związana, ponieważ chcesz mieć wnuka? – Dobry Boże, ten człowiek nawet tysiące mil od 
niej chce ją kontrolować.   

–  Kochanie,  siedzisz  gdzieś  na  odludziu.  Próbuję  tylko  wyciągnąć  cię  do  ludzi,  dla 

twojego własnego dobra.   

Bertrand Leandre zaśmiał się. Solaina widziała go, jakby stał obok. Był w swoim domu w 

Miami, siedział za swoim wielkim dziewiętnastowiecznym biurkiem, palił kubańskie cygaro i 
dumał nad swoimi inwestycjami. W jednej ręce trzymał brandy i zerkał na zdjęcie jej matki, 
Gabrielli. Taki miał zwyczaj, a on nigdy nie zmieniał swoich zwyczajów.   

– Co wiesz o Davidzie Gentrym? – zapytała, starając się ukryć złość. Złością nigdy nic 

nie  zdołała  uzyskać,  a  skoro  David  uważa,  że  za  atakiem  na  niego  stoi  IMO,  to  mogłoby 
oznaczać, że jej ojciec jest za to odpowiedzialny.   

– Tylko tyle, że to głupiec. Dobry lekarz, ale potworny idealista. Opuścił IMO po zmianie 

ich polityki. Nie było mnie tu jeszcze, ale tak mi powiedziano. Czemu pytasz? 

–  Ponieważ  ktoś  go  atakuje.  Pobito  go  tak,  że  mało  nie  umarł.  A  ja  przypadkiem  go 

znalazłam  i  opiekowałam  się  nim.  –  Nie  zamierzała  wspominać  o  szpitalu  Davida.  Ojciec 
zapewne już o nim wie.   

– Ty się nim opiekowałaś? Myślałem, że po tym paskudnym wypadku z Jacobem rzuciłaś 

to na dobre.   

– W tym  paskudnym wypadku zginął  człowiek  – warknęła.  –  Zapomniałeś? Wniesiono 

przeciw mnie oskarżenie. Potem porzuciłam pielęgniarstwo, a naprawdę chciałam to robić.   

–  Ale  to  nie  oni  wygrali  sprawę,  a  ty  wyszłaś  na  tym  lepiej,  rzuciłaś  tę  głupią  pracę  i 

zajęłaś się czymś, co bardziej pasuje do twoich kwalifikacji.   

–  Pani  Renner  straciła  męża,  a  jej  syn  ojca.  –  Ponieważ  ona  nie  rozpoznała  prostych 

symptomów.  –  Więc  czy  to  ty  szkodzisz  Davidowi  Gentry’emu?  Czy  nasłałeś  kogoś  na 

niego? 

– Masz na myśli tego Gentry’ego i to, co nazywa szpitalem? 

background image

A zatem wie. Nie była zaskoczona. Nie zdziwił jej też strach, który poczuła.   
– Czy to ty jesteś odpowiedzialny za akty wandalizmu i próbę zamachu na jego życie? 
–  A  myślisz,  że  to  ja?  –  spytał  bardziej  rozbawiony,  niż  oburzony.  Znała  ten  ton  i 

nienawidziła go.   

– To możliwe, ale mam nadzieję, że to nieprawda.   
– Gentry nic mnie nie obchodzi. Publicznie źle wyrażał się o IMO, jego odejście zrodziło 

spekulacje  i  plotki,  z  powodu  których  kilku  naszych  sponsorów  poważnie  zastanawiało  się, 
czy dalej nas wspierać. Inni się wycofali, czekają, jak z tego wyjdziemy. Jesteśmy w trudnej 
sytuacji. I moje zadanie jest trudne. Ale czy to powód, żeby mu szkodzić? 

Solaina zacisnęła powieki i pokręciła głową. Ojciec nie zaprzeczył. Ale Bertrand Leandre 

nigdy nie przyznałby się do swoich występków.   

– Zostaw go w spokoju, tato. Jeśli to ty, zostaw go w spokoju.   
– Coś cię z nim wiąże? Chyba stać cię na kogoś lepszego.   
Ojciec  wybiera  jej  pracę  oraz  męża.  Teraz  przypomniała  sobie,  dlaczego  się  nie 

angażowała. Związek oznacza kontrolę, a ona miała dość kontroli.   

– Posłuchaj mnie, tato, ponieważ powiem to tylko raz. Nie chcę, nie, domagam się, żebyś 

przestał wtrącać się w sprawy Davida i jego szpitala. Zrozumiałeś mnie? 

– Ty się domagasz? Gdybyś była chłopcem, może byłbym z ciebie dumny.   
–  Wszystko,  co  było  dobre,  umarło  razem  z  mamą,  tamtego  dnia  straciłam  oboje 

rodziców.  Gdybym  była  twoim synem, opuściłabym ze wstydu  głowę.  Ale ponieważ jestem 
córką, nawet tego nie muszę robić.   

–  Tak  mi  dziękujesz  za  wszystko,  co  zrobiłem,  za  to,  że  załatwiłem  ci  kierownicze 

stanowisko w IMO? 

Solaina  zamknęła  oczy,  rozdarta  między  chęcią  trzaśnięcia  słuchawką  i  wyrwania 

telefonu ze ściany.   

– Nie chcę tego. I nie przyjmę tej posady.   
– Ostatnią pracę przyjęłaś.   
– Co? 
– Tę w Chandelli. Chyba nie sądzisz, że spadła ci z nieba.   
– Ty to zaaranżowałeś? 
– Wszystkie prace zawdzięczasz mnie. I każda posada, jakiej zapragniesz, będzie twoja. 

Tego chyba oczekuje się od ojca, prawda? Żeby wspierał swoje dziecko.   

– Jaka ja byłam głupia. Sądziłam, że zdobyłam te stanowiska dzięki własnym zasługom.   
–  Ale  kiedy  towarzyszy  im  nazwisko  Leandre,  prezentują  się  o  wiele  lepiej.  Jeśli  masz 

jakiś głupi pomysł, na przykład pozostanie w tym szpitalu w Kancie, sugeruję...   

– Tutaj potrzebują prawdziwych pielęgniarek. Nie takich jak ja. Nie musisz się martwić.   
– Ale jeśli twoje uczucia...   
– Nazywam się Leandre. Moje uczucia nigdy nie skłonią mnie do zejścia z obranej drogi.   
Odwiesiwszy  słuchawkę,  Solaina  patrzyła  przez  chwilę  na  telefon  ogłupiała,  a  potem 

przypomniała  sobie  o  Davidzie.  Czy  ojciec  usłyszał  w  jej  głosie,  że  się  zakochała?  Czy  to 
takie oczywiste, czy tylko zgadywał? 

background image

– Zgadywał – rzekła z nadzieją, ruszając do recepcji, by zobaczyć, jak radzi sobie David. 

Tak czy owak jest już za późno na jazdę do Chandelli, może więc przyda się do czegoś tutaj.   

background image

ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY 

 

–  Jak  często  się  to  zdarza?  –  spytała  młodego  mężczyznę,  który  trzymał  w  ramionach 

dziecko. Dziewczynka miała trzy, najwyżej cztery lata. Była zbyt przerażona, żeby płakać. – 

Tyle ofiar naraz. Jak często się to zdarza? 

–  Nie  tak  często  jak  dawniej.  Ale  podobne  wypadki,  kiedy  pięć  czy  sześć  osób  zostaje 

rannych, są dość częste. Jest pani lekarzem? – spytał.   

Potrząsnęła głową.   
– Tylko gościem.   
Widziała zadrapania i otarcia na ręce dziewczynki. Nie byłyby poważne u dorosłego, ale 

takie dziecko śmiertelnie przestraszyły.   

– Co jej się stało? 
– Uszkodzenie naczynia obocznego. Dostała w ręce i nogi. Nic takiego, ale mina miała ze 

dwadzieścia lat i  była zardzewiała. Trzeba ją obserwować. Może potrzebny będzie zastrzyk 
przeciwtężcowy.   

David  zajmował  się  pacjentem,  któremu  groziła  amputacja.  Ofiarą  miny  był  młody 

mężczyzna,  pewnie  nie  więcej  niż  dwudziestoletni.  Siedział  w  milczeniu,  z  rękami  na 
kolanach i spuszczonym wzrokiem, kiedy David oceniał jego stan.   

Solaina obserwowała Davida przy pracy. Był pełen współczucia. Widziała więcej bólu na 

jego  twarzy  niż  na  obliczu  młodego  człowieka.  Pracował  skutecznie  i  sprawnie,  zwłaszcza 
biorąc pod uwagę jego stan.   

Na kolejnym łóżku pielęgniarka podłączała starszego mężczyznę do kroplówki. Krzyczał 

i jęczał, kołysał się i ściskał owiniętą rękę. David kazał podać mu morfinę.   

– Możesz się zająć tą małą? – zapytał Solainę.   
– Nie! – krzyknęła w panice. – Ja nie...   
– Ależ tak. Potrafisz – odparł. – To proste. To tylko skaleczenie,  a w  razie czego ja tu 

jestem.   

– Ale David...   
David wrócił do swojego pacjenta, a mężczyzna podał dziewczynkę Solainie.   
– Na imię ma Pholla – ciągnął. – Jej ojciec jest w drodze, tylko przejdzie przez odprawę 

celną. – Szepnął coś do dziecka w ich języku. – Powiedziałem, żeby się nie bała, że się nią 
dobrze  zaopiekujesz.  –  Potem  odwrócił  się  i  wyszedł,  zostawiając  Solainę  z  rannym 

dzieckiem.   

– Dam sobie radę – rzekła do Pholli. – To tylko kilka zadrapań. – Chciała wierzyć w te 

słowa, ale ręce jej się trzęsły, ponieważ przed laty tak samo mówiła do Jacoba Rennera.   

Przypadek Jacoba był naprawdę prosty. Ból głowy. Nawet niedoświadczona pielęgniarka 

dałaby  sobie  z  tym  radę.  A  kiedy  zachorowała  pielęgniarka  z  nocnej  zmiany  z  oddziału 
ratunkowego,  Solaina  nie  miała  powodu  sądzić,  że  sobie  nie  poradzi.  Spojrzała  na 
dziewczynkę i wzdrygnęła się.   

– Za kilka minut będzie po wszystkim – powiedziała, sadzając małą na łóżku.   

background image

Tamtej  nocy  na  oddziale  ratunkowym,  kiedy  zgłosił  się  Jacob,  prosiła,  by  przysyłali  jej 

tylko  proste  przypadki.  Podczas  pierwszej  godziny  prawie  przekonała  samą  siebie,  że  czas 
spędzony  za  biurkiem  nie  wpłynął  na  jej  umiejętności  praktyczne.  Pacjenci  przychodzili, 
zajmowała się nimi i odsyłała ich do domu.   

Potem  pojawił  się  Jacob.  Był  miłym  mężczyzną,  który  skarżył  się  na  napięciowy  ból 

głowy.  Ból  dokuczał  mu  cały  dzień,  nic  się  nie  zmieniało.  Powiedział,  że  może  powinien 
zmienić okulary. A może zjadł za dużo cukru. Cukier powoduje migrenę, a jego żona właśnie 
upiekła  ciasteczka.  Kiedy  Solaina  mu  oznajmiła,  że  wszystko  będzie  dobrze,  uwierzył  jej. 
Uwierzyła także jego żona i dziesięcioletni syn.   

Zaufali komuś, kto dopiero skończył szkołę i pracował w administracji. I nie przyszło im 

do  głowy,  że  tej  nocy  wrócą  do  domu  bez Jacoba.  Podała  mu  tabletkę  ibuprofenu.  Lekarze 
stwierdzili później, że i tak nie dałoby się go uratować, że nawet operacja nic by nie pomogła.   

Solaina  poczuła  chłód  na  samą  myśl  o  tym.  Nieważne,  co  mówili  inni, by  ją  pocieszyć. 

Mężczyzna  zmarł,  ponieważ  brakowało  jej  doświadczenia  i  nie  rozpoznała  symptomów. 
Tamtej  nocy  po  raz  ostatni  miała  bezpośredni  kontakt  z  pacjentem.  Aż  do  spotkania  z 
Davidem, a teraz z Phollą.   

–  No  to  zobaczmy,  co  możemy  zrobić  –  powiedziała  do  dziewczynki,  wkładając 

rękawiczki.   

– Potrzebujesz pomocy? – spytał David. Zerknęła na niego i pokręciła głową, zaciskając 

zęby.   

– To ty wyglądasz na kogoś, kto potrzebuje pomocy – zauważyła. – Powinieneś leżeć.   
Odsunęła koc, w który owinięta była Pholla i zobaczyła coś, na co nie była przygotowana. 

Dziewczynka  wyglądała,  jakby  zaplątała  się  w  drut  kolczasty  i  próbowała  się  z  niego 
wyzwolić. Na jej nogach były dziesiątki ran, niektóre głębokie, inne mniej. Jedne wymagały 
szwów,  inne  tylko  porządnego  oczyszczenia,  a  jedna...  Solaina  przyjrzała  się  bacznie 
skaleczeniu pod kostką. Było nieduże i nie krwawiło mocno, lecz ulokowało się na ścięgnie. 
Zbadała  ranę  palcem,  wciągając  nerwowo  powietrze.  To  jest  pilne.  Dziecko  może  stracić 
stopę.   

–  Matteo!  –  zawołała,  chwytając  rolkę  bandażu  ze  stolika  obok  łóżka.  Natychmiast 

zaczęła opatrywać ranę, by dziewczynka nie ruszała stopą i nie spowodowała więcej szkód. 
Matteo przybiegł natychmiast. David też przykuśtykał, by rzucić okiem, co się dzieje. – Puls 
jest  tu  słaby,  stopa  zimna,  ale  można  ją  uratować.  Trzeba  ją  niezwłocznie  operować  – 
powiedziała.   

Potem  odwróciła  się  i  wybiegła,  walcząc  z  nudnościami.  Zatrzasnęła  za  sobą  drzwi 

pokoju  gościnnego  i  na  środku  padła  na  kolana,  a  potem  usiadła.  Nie  płakała,  nie  myślała. 
Siedziała jak otępiała. Jak długo? Dość długo, by wypadek z Jacobem przewinął się przed jej 
oczami dziesiątki razy, a każdy moment był tak żywy, jakby działo się to w tej chwili. Nie 
mogła  się  od  tego  wyzwolić.  Ale  też  nie  chciała  tego  robić.  Przypomnienie  tamtych  chwil 
było sprawiedliwą karą, która trzymała ją przez te wszystkie lata na właściwym miejscu. W 
momentach słabości, kiedy rozważała powrót do praktyki, owe wspomnienia nie pozwoliły jej 
karmić się złudzeniami.   

background image

– Wszyscy mamy za sobą przykre doświadczenia – rzekł David chwilę później, wchodząc 

do pokoju. Mówił tak łagodnie, że do bólu pragnęła, by nie przestawał. David jej ufa, a ona 
rozpaczliwie  pragnie  uwierzyć,  że  on  ma  rację.  A  jednak  się  mylił.  –  To  część  naszego 
zawodowego życia – ciągnął. – Doskonale zdiagnozowałaś tę małą, opatrzyłaś ją.   

Solaina milczała. Nie miała nic do powiedzenia, ponieważ kiedyś zabiła człowieka.   
– Chcesz o tym pogadać? – spytał, siadając obok niej.   
– Nie ma o czym. Nie jestem pielęgniarką. Nie powinieneś stawiać mnie w takiej sytuacji. 

Zajęłam się tobą, bo wtedy na drodze nie było nikogo innego. Ale tutaj są inni. Masz personel 
i nie powinieneś...   

– Atak paniki? – spytał, biorąc ją za rękę. Skinęła głową. David objął ją ramieniem.   
–  Kiedy  byłem  studentem,  przywieźli  dziewczynkę,  miała  pięć  albo  sześć  lat.  Pobita 

przez ojczyma. Skierowano ją do mnie, więc zrobiłem prześwietlenie i badania laboratoryjne. 
Nastawiłem  jej  złamaną  rękę,  zabandażowałem  i  przekazałem  ją  odpowiednim  władzom, 
które obiecały się nią zająć. Powiedzieli, że przeprowadzą śledztwo, a ja im uwierzyłem. W 
następnym  tygodniu  ta  sama  dziewczynka,  ten  sam  ojczym.  Nieodwracalne  uszkodzenie 
mózgu. Tamtego dnia rzuciłem medycynę.  Znalazłem sobie pracę w myjni samochodów, bo 
uznałem, że to dobre miejsce, żeby zastanowić się, co zrobić dalej z życiem.   

– Zaśmiał się. – Wytrzymałem tam pół dnia. Chcesz wiedzieć dlaczego? 
– Bo jesteś lekarzem – odparła sztywno Solaina.   
–  Bo  jestem  lekarzem.  Tak  jak  ty  jesteś  pielęgniarką.  Każdy  z  nas  przeżywa  coś,  co 

załamuje naszą wiarę w siebie. Nie wiem, co ci się przydarzyło, ale jesteś wciąż pielęgniarką.   

– Administratorką pielęgniarek.   
– Pielęgniarką. Inaczej w ogóle zmieniłabyś branżę.   
– Nie rozpoznałam symptomów tętniaka. Dałam choremu  ibuprofen i  powiedziałam, że 

lekarz za chwilę go zbada. Tętniak pękł, podczas gdy on czekał na lekarza. Zmarł, a ten durny 
ibuprofen mu  nie pomógł. Wciąż mam koszmary  i  ataki paniki.  Ręce mi  się trzęsą. Jest  mi 
niedobrze,  kręci  mi się w głowie.  Wciąż widzę jego twarz.  A teraz,  kiedy  przynieśli Phollę, 
też go zobaczyłam. Kiedy ciebie badałam, też go widziałam.   

– Ale nie poddajesz się, prawda? 
– Właściwie to nigdy nawet nie zaczęłam pracy jako pielęgniarka. Kiedy kończysz szkołę 

jako  magister  biznesu,  uzyskujesz  najwyższy  stopień  z  pielęgniarstwa,  nie  dają  ci  basenu. 
Sadzają cię za biurkiem.   

– A te wszystkie dyplomy? 
– Długo studiowałam, przez długi czas bałam się konfrontacji ze światem. W rezultacie 

zostałam, jak to ja mówię, wykształconym głupkiem. Kiedy w szkole pielęgniarskiej zdałam 
sobie  sprawę,  że  tego  właśnie  chciałam,  nie  miałam  już  szansy.  W  dniu,  kiedy  obroniłam 
doktorat, zostałam zasypana ofertami pracy. Poza praktyką studencką nie mam żadnej innej. 
Nie mam prawa zbliżać się do pacjenta. – Urwała i wzięła głęboki oddech, potem wypuściła 
powoli powietrze.   

– Przepraszam za tę scenę, ale nie powinno mnie tam być. Znam swoje możliwości.   
– I nie doceniasz się.   

background image

– Wszystkie dotychczasowe posady zawdzięczam ojcu, tak mi powiedział, kiedy do niego 

zadzwoniłam.  Może  ja  też  popracuję  trochę  w  myjni  samochodów,  zobaczę,  co  sama  dla 
siebie wymyślę, żeby nikt inny nie dokonywał za mnie wyboru. Och, mój ojciec powiedział 
też, że nie ma pojęcia o tym, co dzieje się w Viście.   

Przytuliła  się  do  niego  mocniej.  Tak  dobrze  czuła  się  w  jego  objęciach,  lepiej  niż 

powinna. Może o to właśnie chodzi, by mieć do kogo się przytulić w trudnych chwilach? Ale 
może Davidowi chodzi o co innego.   

– Chcesz tu pracować? Fatalne godziny, marna pensja. Szef jest podobno dosyć miły. – 

Ujął jej twarz w dłonie. – I gwarantuje ci dodatkowe świadczenia w wolnym czasie.   

Solaina  rozchyliła  wargi,  jakby  to  było  całkiem  naturalne.  Jakby  od  zawsze  byli 

kochankami, a ta chwila była podobna do wielu innych wspólnie spędzonych. Obiecała sobie, 
że to będzie tylko jeden krótki pocałunek, ale jeszcze nim David dotknął jej warg, tak bardzo 
go zapragnęła, że kompletnie straciła nad sobą kontrolę. Nie myślała, a nawet nie oddychała 
normalnie.  Pragnęła  kochać  się  z  nim  natychmiast,  w  tym  pokoju.  Nigdy  żaden  mężczyzna 
nie wzbudził w niej takiego pożądania.   

– Solaino – wyszeptał, wsuwając dłoń pod jej bluzkę.   
– Twoje ramię – szepnęła, pomagając mu. – Jesteś...   
–  Moje  ramię  jest  w  porządku  –  odparł,  rozpinając  jej  stanik.  Zanim  wzięła  następny 

oddech, jej bielizna poszybowała w powietrze, a potem wylądowała przy drzwiach.   

– Co z twoim pacjentem? – zapytała.   
– Jest operowany – odparł.   
– A Pholla? 
– Matteo się nią zajął. A ty jesteś prawdziwą pielęgniarką, w każdym sensie tego słowa. 

Nawet teraz, kiedy zaczyna się jedna z najlepszych nocy twojego życia, myślisz o pacjentach.   

–  Jedna  z  najlepszych  nocy  mojego  życia?  Wyznaczasz  sobie  wysokie  standardy  – 

zażartowała.   

David tymczasem mocował się ze swą koszulą.   
– Pozwolę ci to ocenić – rzekł, kiedy koszula wylądowała na jej biustonoszu.   
– A co z twoimi żebrami? 
– A co mi radzi moja pielęgniarka? 
Solaina pchnęła go lekko, po czym usiadła na nim, uważając, by nie dotykać jego klatki 

piersiowej. Potem spojrzała na niego z uśmiechem.   

– Czy pan doktor wyraża zgodę? 
–  Wyrażam  zgodę.  Nie  chcesz  zgasić  światła?  Widziała  go  już  nagiego,  kiedy  się  nim 

opiekowała.   

Ale teraz chciała go widzieć jako kochanka.   
–  Nie.  –  Przy  Davidzie  nabierała  pewności  siebie  i  nawet  jeśli  miało  to  trwać  krótko, 

pragnęła zapamiętać każdy szczegół – jego i najlepszej nocy swojego życia.   

– Na podłodze i przy świetle. Nie jesteś konwencjonalną kobietą, Solaino.   
– Nie muszę. – Odsunęła go, by zdjąć mu spodnie.   
– Już nie. – Potem przez chwilę patrzyła na niego z podziwem, a on na nią. – Nigdy dotąd 

background image

nie kochałam się z blondynem – oznajmiła nieco zawstydzona, kiedy wstała, by zdjąć swoje 
spodnie,  a  później  białe  bawełniane  majtki,  które  nosiła  do  pracy,  a  nie  jakieś  koronkowe 

cuda,  które  trzymała  na  dnie  szuflady.  Pocałowała  go  lekko  tuż  pod  zabandażowanymi 
żebrami. – Powiedz mi, czy blondyni mają jakieś specjalne potrzeby? 

–  Jedyną  specjalną  potrzebą  tego  blondyna  jesteś  ty.  Czy  mówiłem  ci  już,  że  jesteś 

najpiękniejszą kobietą, jaką znam? 

– Tak, w delirium.   
– Teraz nie jestem w delirium, a ty nadal jesteś najpiękniejsza. – Pogłaskał ją po policzku. 

– Nie mogłem cię” zapomnieć, nie znałem cię, ale myślałem tylko o tobie.   

– To mnie przeraża. Pociągasz mnie i myślę, że ty czujesz to samo.   
– Mam ci pokazać, jak bardzo? Ze złamanymi żebrami i dziurą w ramieniu to się nie uda. 

– Chwycił ją w pasie i przyciągnął do siebie. – Ale znam pewne sztuczki.   

Nie kłamał, jego palce potrafiły czynić cuda, ale w pewnej chwili szepnął: 
– Nie mam zabezpieczenia.   
– Ja też – odparła.   
– W kieszeni mojej koszuli.   
– Taki byłeś pewny? 
– Modliłem się o to.   
Poczuła przyjemny dreszcz. Jego dotyk, zapach, wszystko, co go dotyczyło, wywoływało 

w  niej  dreszcz  podniecenia.  Tak  bardzo  go  pragnęła,  że  była  gotowa  zapomnieć  o 

zabezpieczeniu.  Cieszyła  się  więc,  że  on  się  przygotował,  a  równocześnie  trochę  ją  to 
zasmuciło. Bo w ten sposób robi się z tego randka.   

–  Więc  powiedz  mi,  co  lubisz.  –  Położyła  mu  rękę  na  brzuchu.  Marzyła  o  tym  od 

pierwszej chwili, kiedy go ujrzała. Potem jej wargi powędrowały po jego nodze aż do palców 

stóp. – Twoje siniaki wyglądają lepiej...   

– Przestań oceniać szkody, ale nie przestawaj robić tego, co robisz.   
Roześmiała się.   
– Mówiłeś, zdaje się, że jestem pielęgniarką.   
– Zabijasz mnie.   
– Staram się, żeby to była twoja najlepsza noc. Najlepsza z najlepszych – dodała. Jeśli nie 

dla  niego,  to  dla  niej.  Ponieważ  to  nie  było  przypadkowe  spotkanie,  a  David  nie  był 

przypadkowym partnerem, z którym uprawia się seks na szpitalnej podłodze. Nie była gotowa 
przyznać, że to miłość, ale jeśli jej życie się odmieniło, ona też może się zmienić.   

– Jesteś gotowy? – zapytała.   
– Solaino! – Wiedziała, że to nie jęk bólu. Potem nie było już tak uroczo. Trudno zresztą 

o to na zimnej twardej podłodze w jasnym świetle lampy. Kiedy Solaina wstała, David znowu 
stęknął, lecz tym razem nie miało to nic wspólnego z rozkoszą.   

– Chyba zerwałem sobie chrząstkę żebrową – oznajmił, przewracając się na bok.   
Solaina westchnęła, zbierając swoje ubrania. Pod jednym względem oboje mieli rację – to 

była noc, której żadne z nich nie zapomni.   

–  Chyba  się  nie  mylisz  –  oświadczył  Matteo,  patrząc  na  zdjęcie  rentgenowskie.  – 

background image

Zerwana chrząstka żebrowa. – U człowieka chrząstka łączy żebra, a zerwanie jest bolesne. – 
Zalecam ci łóżko, ale chyba wiem, jak to się stało.   

–  Zamknij  się  –  warknął  David,  z  trudem  siadając  na  kozetce.  Nie  żałował  tego,  co 

przeżył z Solainą, ale był zły, że tak się to skończyło, bo chciał z nią porozmawiać, upewnić 
się,  że  ona  wreszcie  zacznie  w  siebie  wierzyć.  Pragnął  ją  zapewnić,  że  jest  świetną 
pielęgniarką, że widział ją przy pracy, i że spisała się znakomicie. A zatem zbyt surowo się 
ocenia. I może dałby jej do zrozumienia, że mu na niej zależy.   

– Jak ci poszło z Solainą? – spytał wprost Matteo.   
– Nie wiem – przyznał David. – To skomplikowane, ona ma swoje zdanie.   
– A ty nie? 
– Jak powiedziałem, to skomplikowane.   
– Dziwactwa młodości, Davey. Dotąd się bawiłeś, ale dorosłeś, teraz jesteś gotowy.   
–  Może.  Ale  ona  nie  chce  się  wiązać.  Powtarzała  mi  to  wiele  razy,  a  ja  wierzę,  że  ona 

wbrew swoim uczuciom odejdzie, i nie wiem, co z tym zrobić.   

–  A  zatem  to  jest  skomplikowane.  Ale  jakie  znaczenie  mają  drobne  komplikacje  w 

obliczu prawdziwej miłości? Tylko dodają jej smaku.   

Prawdziwa miłość? Tak, jeśli chodzi o niego. Co do Solainy nie był przekonany.   
– Aha, jeśli cię to interesuje, Solaina nie miała pojęcia, że jej ojciec jest związany z IMO.   
– Na pewno? 
David  przytaknął.  To  był  jedyny  ruch,  jaki  jego  obolałe  ciało  mogło  wykonać  bez 

problemu.   

– Dzwoniła do niego. Powiedział, że nic nie wie o atakach na nas – podjął, wstając. – Nie 

mam pewności, czy on mówi prawdę, ale ona tak.   

– Nie kłamałaby, żeby go chronić? 
–  To  najbardziej  uczciwa  osoba,  jaką  znam.  –  Zachwiał  się  i  przystanął.  –  Potrzebuję 

jakiegoś cudownego leku.   

–  Potrzebujesz  rydwanu.  –  Matteo  wskazał  na  staroświeckie  drewniane  krzesło  na 

kółkach. Wysokie oparcie, twarde siedzenie, mało wygodne dla pasażera.   

1 trzeba je pchać. Ale był to jedyny wózek inwalidzki w Viście.   
– Mogę iść sam – zaprotestował, kiedy Matteo próbował mu pomóc.   
–  Taa,  a  jeśli  wpadniesz  na  Solainę  po  drodze,  wytrzymasz  jeszcze  jedną  naderwaną 

chrząstkę albo coś gorszego? – Podjechał wózkiem do kozetki. – Dopóki nie wyzdrowiejesz, 
muszę  zaostrzyć  rygor.  Bardzo  bym  tego  nie  chciał,  ale  ty  powinieneś  wiedzieć,  do  czego 
prowadzą złamane żebra w połączeniu z piękną kobietą.   

– Tak, wiem – burknął David, siadając ostrożnie na wózku. Tym razem odniósł wrażenie, 

jakby  cala  armia  przemaszerowała  mu  po  klatce  piersiowej.  Poprzednim  razem,  kiedy  miał 
tylko złamane żebra, to było... pół armii. Więc Matteo nie musi go ostrzegać...   

Gdy  jednak  Matteo  wiózł  go  do  pokoju,  na  wargach  Davida  pojawił  się  lekki  uśmiech. 

Ból w końcu minie, a wspomnienia pozostaną.   

Solaina  stała  pod  prysznicem,  dopóki  ciepła  woda  nie  zaczęła  się  ochładzać,  a  potem 

wytarła się i włożyła czysty chirurgiczny fartuch. Patrząc na siebie, zastanawiała się, dlaczego 

background image

wciąż udaje. Jeszcze niedawno, stojąc obok Pholli, udowodniła, że nie jest pielęgniarką. Więc 
może  to  koniec  tego  okresu  w  jej  życiu?  Wkrótce  dobiegnie  końca  jej  praca  w  Chandelli. 
Może pora spojrzeć w oczy faktom i zacząć coś zupełnie nowego.   

– Na przykład co? – zapytała samą siebie. David prosił ją, by została w Viście, i chociaż 

ją  to  kusiło,  bała  się  komplikacji.  Praca  ma  silny  wpływ  na  życie  osobiste.  Znała  to  z 
rodzinnego domu. Jej matka była lekarką z zawodu i z powołania. To ukształtowało jej życie, 

jej opinie.   

Gdyby została, rozczarowałaby Davida swoimi zawodowymi umiejętnościami i w końcu 

odbiłoby się to na ich życiu osobistym. Nie zniosłaby tego, bez względu na to, co do niego 
czuła.  Tego  wieczoru,  zamiast  rozwiązać  problemy,  kochali  się.  A  co  się  stanie,  kiedy 
następnym razem David postawi ją w zawodowej sytuacji, w której nie chciałaby się znaleźć? 
Była pewna, że do tego dojdzie.   

Otuliła się kołdrą i patrzyła w sufit.   
– Nie wierzę, że to zrobiłaś – szepnęła do siebie, powstrzymując się, by nie dotknąć warg, 

ramion, piersi, wszystkich tych miejsc, których on dotykał. Kochała się z mężczyzną, którego 
znała ledwie parę dni. Ale ona się w nim zakochała, chociaż nie rozumiała dlaczego.   

Och,  mogłaby  zostać  w  Kancie,  ale  w  głębi  serca  czuła,  że  nic  by  z  tego  nie  wyszło. 

Zajęła się Phollą, ponieważ David na nią naciskał. On w nią wierzył, a ona go za to kochała. 
Ale ta wiara wynikała z miłości, a nie logiki.   

– A zatem wyjadę – szepnęła. Rano odejdzie, nie oglądając się za siebie. Bo gdyby się 

obejrzała i ujrzała choćby przebłysk tego, czego tak bardzo pragnęła, zaczęłaby żałować.   

Kiedy zapadała w sen, pod jej powiekami przepłynęła twarz Jacoba Rennera.   

background image

ROZDZIAŁ DZIESIĄTY 

 

– Solaina? – szepnął, siadając na skraju jej łóżka. Słyszała, jak wchodził, ale udawała, że 

śpi. Nie była w stanie spojrzeć mu w oczy. Znów by ją pocałował i prosił, by została, a jej 
postanowienie uleciałoby przez okno.   

–  Solaino  –  powtórzył,  tym  razem  kładąc  delikatnie  rękę  na  jej  ramieniu.  –  Musimy 

porozmawiać.   

Nie ma o czym. Nie może spełnić jego oczekiwań.   
–  Posłuchaj,  nie  będę  udawał,  że  rozumiem  twoje  stosunki  z  ojcem  ani  to,  przez  co 

przeszłaś z Jacobem.   

– Uważasz, że mój ojciec stoi za atakami na szpital? – spytała, leżąc twarzą do ściany.   
– Naprawdę nie wiem. WIMO byli niezadowoleni, kiedy odszedłem.   
Solaina odwróciła się na plecy.   
–  Ojciec  chce,  żebym  przyjęła  administracyjną  posadę  w  IMO.  Dlatego  zasiadł  w 

zarządzie.   

– Byłabyś na pewno bardzo dobra.   
–  Nie  o  to  chodzi.  To  nie  mój  wybór.  Opieka  nad  Phollą  też  nie  była  moim  wyborem. 

Całe życie inni podejmują za mnie decyzje, mówią mi, kim jestem i co mam robić. Nawet nie 
wiedziałam, że ojciec torował mi drogę. A ty jeszcze zmusiłeś mnie, żebym zaopiekowała się 
tą dziewczynką.   

–  Ponieważ  jesteś  dobrą  pielęgniarką.  Jeden  raz  zdarzyło  się  nieszczęście,  ale  to  nie 

powinno  wpływać  na  całą  twoją  karierę.  –  David  odsunął  kołdrę  i  uniósł  jej  fartuch. 
Pocałował ją w pępek, po czym złapał się za klatkę piersiową. – Matteo miał rację.   

– Kazał ci leżeć w łóżku, samemu.   
– Coś w tym rodzaju.   
– To ci dobrze zrobi – oznajmiła, wstając. David po prostu jej nie rozumiał. Widział to, co 

chciał widzieć. To jest chyba najsmutniejsze. Na domiar złego ona rozpaczliwie pragnęła być 
taka, jaką ją postrzegał. – Powinieneś słuchać lekarza – dodała.   

Kiedy postawiła gołą stopę na podłodze, David położył się na jej poduszce.   
– Co ty robisz? – spytała. Zamierzał tam zostać, a ona tego chciała. Jeszcze jedna noc... – 

Szykujesz się, żeby zerwać kolejną chrząstkę? 

– Przeszło mi to przez myśl. Ale teraz, obawiam się, jestem tylko w połowie mężczyzną, 

który leżał na podłodze, a ta połowa wczołgała się do twojego łóżka, żeby tutaj spać. Z tobą, 
mam nadzieję. Już raz to robiliśmy i było dosyć miło.   

– Ale ja podobno chrapię. – Tak trudno mu się oprzeć. Gdyby była mądra, jechałaby już 

do Chandelli. Gdyby miała choć trochę rozumu, znalazłaby sobie inny pokój i zamknęła się, 

na klucz. Gdyby miała silną wolę, nie zbliżałaby się do tego łóżka.   

– Chrapałaś, ale seksownie – dodał z uśmiechem.   
– Powiedziałeś, że jak piła łańcuchowa.   
–  Ale  bardzo  seksowna  piła  łańcuchowa.  –  Przesunął  się  do  ściany  i  poklepał  puste 

background image

miejsce obok siebie.   

–  Wiesz,  że  nie  powinniśmy  tego  robić.  –  Ale  te  oczy,  ten  diabelski  uśmiech...  No  i 

zaczęli jej się bardzo podobać blondyni... – To, co zrobiliśmy, to...   

–  Za  dużo  gadasz  –  wtrącił.  –  Chodź  tu  do  mnie.  –  Poklepał  znów  materac.  –  Powoli, 

wszystko po kolei.   

Weszła do łóżka i przytuliła się do niego, oczywiście ostrożnie. Nawet jej najlżejszy ruch 

powodował u niego grymas bólu.   

– Tylko pamiętaj, że nie chrapię i nie złamię ci kolejnego żebra.   
– To może mnie pocałujesz? 
– Gdzie? – spytała.   
– Tam, gdzie nie boli.   
Pokazał na swój lewy łokieć, potem na swoje lewe ramię, potem na szyję i brodę. Kiedy 

pocałowała koniuszek jego ucha, westchnął głęboko, a ona wiedziała, że zasnął. Uśmiechnęła 
się i zamknęła oczy. Powoli, wszystko po kolei. Może on ma rację...   

– Jeszcze jeden dzień – mruknęła, odpływając w sen.   
– Kocham cię, ślicznotko – szepnął David.   
Czy  naprawdę  to  powiedział,  czy  jej  się  zdawało?  Nie  była  pewna,  ale  może  tak  jest 

lepiej.   

 

Jeszcze jedna minuta, powtarzała sobie. Niczego więcej nie chce, jeszcze tylko minuta, a 

potem wyjedzie, zanim on się obudzi. Trudno było jej nawet myśleć o tym, że go zostawi. Po 
raz  nie  wiadomo  który  zacisnęła  powieki.  Jeszcze  tylko  godzina,  obiecała  sobie  stanowczo. 
Jeszcze godzina i wyruszy w długą drogę do Chandelli. Ale wtedy właśnie usłyszała ciężkie 
kroki w korytarzu i rozpaczliwy krzyk kogoś, kto walił w drzwi pokoju naprzeciwko.   

– Szpital się pali! – krzyczała kobieta. – Doktorze Gentry, szpital się pali! 
Dopiero po chwili te słowa dotarły do Solainy. Wyskoczyła z łóżka, David obudził się i 

próbował usiąść.   

– Pożar powiedziała. – Musimy się stad wydostać. David powoli przesuwał się na skraj 

łóżka, ale szło mu to tak niezdarnie, że musiała mu pomóc. Chwyciła go za rękę i pociągnęła, 
nie myśląc o jego ranach.   

– Włóż je. – Podała mu buty. – Wyjdźmy stąd. Natychmiast. Chodźmy na dwór, trzeba 

policzyć  ludzi  i  kazać  im  zostać  jak  najdalej  od  budynku.  Zapisać  nazwiska  –  ciągnęła, 
podając  mu  swoją  torbę.  –  Mam  tam  notes.  Zapisz  wszystkich  pacjentów,  którzy  wyjdą  na 
zewnątrz i niech sobie przyczepią karteczki z nazwiskiem do ubrania. Postaram się wydostać 
karty pacjentów, żebyś mógł je potem porównać i zobaczyć, czy nikogo nie brakuje.   

Pobiegła do drzwi, ale odwróciła się jeszcze, by upewnić się, że David idzie za nią.   
– Pomogę w ewakuacji pacjentów. Ty zajmij się sobą. Kocham cię, David. Chcę, żebyś to 

wiedział na wypadek...   

– Nie.   
– Tyle mogę zrobić, to potrafię. – Pogłaskała go po policzku, po czym zniknęła w tłumie 

na korytarzu, próbując przedostać się do wyjścia.   

background image

– Gdzie Davey? – krzyknął za nią Matteo.   
– Poszedł zająć się selekcją rannych. Ilu pacjentów musimy ewakuować? 
–  Dwudziestu  leżących,  dziesięciu,  którym  trzeba  pomóc  i  dwudziestu  pięciu,  którzy 

poradzą sobie sami.   

– Personel? 
–  Większość  mieszka  poza  głównym  budynkiem.  Ośmioro  tutaj,  zakładam,  że  oni 

pomagają, ale...   

– Zostań z leżącymi – przerwała mu Solaina. – A ja upewnię się, czy wyszła cała reszta.   
– Pali się w operacyjnej! – krzyknął jeszcze, spiesząc do drzwi. – Bądź ostrożna, Davey 

mnie zabije, jeśli jego ukochanej coś się stanie.   

Jego  ukochanej...  Powtarzała  te  słowa  w  myśli,  biegnąc  korytarzem  na  oddział  leczenia 

ambulatoryjnego,  mijając  po  drodze  kilku  pracowników  szpitala,  którzy  wyprowadzali 

pacjentów. Chwyciła za rękę młodą pielęgniarkę.   

– Weź wszystkie karty pacjentów, jakie ci się uda znaleźć! – zawołała. – Nie ryzykuj, ale 

staraj się wynieść jak najwięcej. I zanieś je doktorowi Gentry’emu.   

– Ale ja muszę...   
–  Musisz  wziąć  karty  –  powtórzyła  Solaina  –  zanim  ogień  się  rozprzestrzeni.  Znajdź 

kogoś  do  pomocy,  jeśli  to  konieczne.  –  Wypatrzyła  starszego  mężczyznę,  który  człapał 
korytarzem. – Mówi pan po angielsku? – zapytała go.   

– Tak – odparł, uśmiechając się z wahaniem. – Trochę.   
– Może pan nam pomóc? 
– Mogę pomóc.   
–  Zabierz  go  ze  sobą  –  powiedziała  Solaina  pielęgniarce.  –  Zbierz  karty  z  pierwszego 

oddziału na wózek i niech on je wywiezie z budynku. Rozumiesz? 

Pielęgniarka  i  mężczyzna  skinęli  głowami,  chociaż  Solaina  nie  była  przekonana,  czy 

mężczyzna  ją  zrozumiał,  po  czym  ruszyli  w  stronę  pokoju  pielęgniarek  obok  oddziału  dla 
pacjentów najbardziej zagrożonego ogniem.   

– A pan – Solaina krzyknęła do kolejnej osoby – pójdzie na oddział pierwszej pomocy i 

weźmie  tyle  zapasów,  ile  pan  da  radę:  tlen,  maski,  koce.  Niech  pan  poprosi  o  pomoc 
pacjentów ambulatoryjnych.   

Młody  mężczyzna  przytaknął  i  pobiegł.  Solaina  stała  przez  moment,  oceniając  sytuację. 

W ciągu kilku minut ogień może dostać się do jakichś materiałów łatwopalnych, na przykład 
gazów  medycznych.  Dzięki  Bogu  sała  operacyjna  jest  daleko  od  sal  pacjentów.  Zdążą  więc 

uciec,  a  większość  niezbędnego  sprzętu  zostanie  chyba  uratowana,  nim  ogień  zajmie  cały 

szpital.   

 

Kiedy  dotarła  na  oddział  ambulatoryjny,  prawie  nikogo  już  tam  nie  było.  Kilka  osób 

usiłowało pozbierać rozrzucone rzeczy osobiste, pewnie swoją jedyną własność.   

– Mówicie po angielsku? – spytała.   
– Ja tak – odparł jeden z mężczyzn.   
– Proszę im powiedzieć, że potrzebuję pomocy. Jeśli mogą chodzić, chcę, żeby pomogli 

background image

wydostać się z budynku tym, którzy nie chodzą.   

Pewna  stara  kobieta  walczyła  jak  szalona,  by  zebrać  swoje  rzeczy  w  prześcieradło. 

Solaina patrzyła na nią z bólem serca, bo musiała jej powiedzieć, i wszystkim tym ludziom, 
żeby uciekali i ratowali życie.   

– Potrzebujemy wszystkich, którzy mogą pomóc. A ci, którzy nie mogą, niech wyjdą na 

dwór. I to natychmiast.   

Zauważyła, że temperatura w budynku rośnie. Czuła pot, którym przesiąkło jej ubranie, i 

zapach dymu na skórze. Przypomniały jej się gazy medyczne w sali operacyjnej – czy zdąży 
zabezpieczyć szpital przed eksplozją? 

– Niech pan im powie, żeby się pospieszyli – poinstruowała mężczyznę, który tłumaczył 

jej słowa.   

Sześć osób rzuciło swoje rzeczy na podłogę i pospieszyło do drzwi. Nawet stara kobieta 

wyszła za Solainą na korytarz. Nie został już nikt. Dzielni ludzie, pomyślała Sołaina, którzy 
nie zasługują na los, jaki ich tu przywiódł. Nic dziwnego, że David kocha swoją pracę. Dla 
takich ludzi warto wszystko poświęcić.   

Dobry Boże, nagle zrozumiała, co musi zrobić, jeśli wyjdzie z tego cało. Nagle wszystko 

stało się jasne.   

W holu Solainę i jej grupę powitała mała armia ludzi o kulach, kilku nawet czołgało się 

do wyjścia. Oni dadzą sobie radę, pomyślała. Powoli wydostaną się na zewnątrz, więc razem 
ze  swoją  grupką  minęła  ich,  aż  dotarła  na  oddział,  gdzie  potrzeby  były  największe.  Leżało 
tam sześć osób, które trzeba uratować.   

Personel starał się jak mógł, wynosząc pacjentów albo wywożąc ich na łóżkach. Szło to 

wolno,  a  jednak,  kiedy  patrzyła  na  twarze  tych,  którzy  czekali  na  swą  kolej,  zauważyła  na 

nich  spokój.  Przyszło  jej  do  głowy,  że  jej  Budda  miał  w  sobie  ten  sam  spokój.  Ci  ludzie 

czekali na swoje przeznaczenie – ratunek albo śmierć.   

Było tam tyle dymu, że Solaina żałowała, że nie pomyślała o maskach. Ale czas uciekał.   

W ciągu kilku sekund jej pomocnicy przenieśli pozostałych leżących pacjentów na wózki 

albo nosze, i w końcu Solaina została sama. Za kilka minut ten oddział zniknie z powierzchni 

ziemi. Potem, za kolejnych kilka minut, zniknie cały szpital.   

–  Co  jeszcze,  Matteo?  –  zawołała,  kiedy  przebiegał  obok  niej,  popychając  wózek  z 

dwoma pacjentami. – Gdzie są jeszcze ludzie? 

– Oddziały są już puste – odkrzyknął: – Nie ma nikogo na chirurgii ani ratunkowym. Cały 

personel jest na dworze. Wychodź stąd, zrobiliśmy wszystko, co się dało.   

Nagłe niedaleko usłyszała pierwszy wybuch, tak silny, że rzuciło ją na ścianę.   
–  Dobry  Boże  –  szepnęła.  Ktoś  zrobił  to  Davidowi.  Ta  sama  osoba,  która  omal  go  nie 

zabiła. Jej ojciec? 

Chciała paść na kolana i zawołać Davida, ale druga eksplozja nastąpiła tuż po pierwszej. 

Solaina rozejrzała się po oddziale, by sprawdzić, czy na pewno nikt tu nie został. Strach przed 
ogniem rodzi różne dziwne reakcje. Ludzie chowają się pod kołdry, za zasłony i do szaf. Z 
ulgą stwierdziła, że w pokoju jest pusto.   

– Uciekaj! – krzyknął do niej ktoś z holu. – Ogień wyszedł z chirurgii.   

background image

Kiedy  to  usłyszała,  spojrzała  najpierw  na  sufit,  potem  na  ścianę.  Zostało  jeszcze  trochę 

czasu. Zdąży pobiec na drugi oddział.   

Wybiegając z pokoju, chwyciła ręcznik z jednego z łóżek, oblała go wodą i przyłożyła go 

do  ust  i  nosa.  Potem  pobiegła  najszybciej  jak  umiała  i  szybko  sprawdziła  następny  oddział. 

Pusty, dzięki Bogu.   

W  odległym  końcu  sali  dla  leżących  pacjentów,  z  której  wyszła  chwilę  wcześniej, 

dojrzała ogień, który ogarnął drewniane drzwi i przesuwał się dalej po’ drewnianej podłodze 
holu.  Znaczy  to,  że  ma  tylko  kilka  sekund,  by  się  wydostać.  Budynek  miał  drewnianą 
konstrukcję, zapewne z  bambusa. Ogień pochłonie wszystko  w ciągu kilku minut. Ale co z 
ostatnim oddziałem, ambulatoryjnym? Była tam, widziała, że wszyscy wyszli. Nie ma czasu 
tam wracać. Pora uciekać. W połowie drogi do drzwi usłyszała krzyk.   

– Davey mówi, że brakuje Pholli.   
Poznała  głos  Mattea,  choć  nie  widziała  go  w  gęstym  dymie.  Oddychanie  przez  mokry 

ręcznik stawało się coraz trudniejsze. A żar...   

– Solaina! – krzyczał. – Gdzie jesteś? 
–  Który  oddział?  –  zawołała,  modląc  się,  by  chodziło  o  ambulatoryjny,  bo  pozostałe 

oddziały zajął już ogień.   

 
– Tam, przenieście go tam! – wołał  David, przekrzykując jęki i  lamenty  pacjentów. –  I 

przykryjcie tych ludzi kocami. – Wskazał na trzy starsze kobiety leżące na ziemi. Były dwa 

dni po operacji, jedna po amputacji nogi, jedna z ciężkimi ranami od szrapnela w obu nogach, 
a trzecia straciła dwa palce. Jeśli nie znajdzie dla nich szybko jakiegoś lokum, mogą umrzeć z 
szoku  czy  innych  komplikacji.  –  Potem  zanieście  je  do  jednego  z  domów  personelu  i  niech 
ktoś z nimi zostanie.   

Ruszył  do  mężczyzny,  który  leżał  na  wózku.  Jedyne  światło  pochodziło  z  ognia,  ale 

David  nie  potrzebował  światła,  by  widzieć,  na  czym  polega  problem.  Mężczyzna  nie  mógł 
złapać  oddechu,  pewnie  z  paniki.  David  czułby  się  tak  samo,  gdyby  miał  na  to  czas. 
Powiedział  kilka  uspokajających  słów  po  angielsku,  potem  ujął  dłoń  mężczyzny  i  zmierzył 
mu puls.   

– Wszystko dobrze – oznajmił, chowając rękę mężczyzny pod koc. – Okej. – Pokazał mu 

uniesiony do góry kciuk, międzynarodowy znak, a pacjent odpowiedział mu tym samym.   

Potem wskazał na bandaże Davida, a ten dopiero teraz zauważył, że nie włożył koszuli.   
– Okej? – spytał mężczyzna, szczerze zatroskany.   
David skinął głową, chociaż nic nie było w porządku. Solaina została w budynku, a on nie 

mógł jej pomóc.   

Zerknął  na szpital  i zaczerpnął  nerwowo powietrza.  Solaina i dziecko.  Uda im się,  musi 

się udać.   

–  Okej  –  szepnął,  przechodząc  do  kolejnego  pacjenta,  młodej  kobiety,  którą  sam 

zoperował.  Gdy  pochylił  się,  by  ją  zbadać,  ból  w  piersiach  odebrał  mu  dech.  Po  kilku 
sekundach mógł wziąć kolejny oddech, ale nierówny. Właśnie zerwał sobie kolejną chrząstkę 
żebrową.   

background image

Przygryzając dolną wargę, przykucnął i odsunął koc, by obejrzeć nogę kobiety.   
– Jak pani się czuje? 
– Dobrze, doktorze – odparła płynną angielszczyzną. – Proszę się o mnie nie martwić.   
Zerknął znów na szpital.   
– Ktoś przeniesie panią za chwilę do innego budynku – rzekł. Ból rozdzierał mu piersi i 

serce. – Wychodź stamtąd, Solaina – modlił się na głos.   

– Powinna być w ambulatoryjnym! – krzyczał Matteo.   
– Jestem tu, wezmę ją, a ty uciekaj i pomóż Davidowi – odkrzyknęła Solaina, niepewna, 

czyjej  głos  jest  dość  silny,  bo  w  płucach  miała  już  pełno  dymu.  Trzydzieści  sekund, 
powiedziała sobie. Tylko tyle jej zostało. – Pholla! – zawołała, wpadając na oddział. – Gdzie 
jesteś? 

Było tam sporo dymu, ale nie tak dużo jak w holu.   
–  Pholla?  –  zawołała,  po  czym  zaczęła  kasłać.  Dwadzieścia  pięć  sekund,  dwadzieścia 

cztery...   

– Pholla, proszę, kochanie. – Dwadzieścia jeden, dwadzieścia... – Solaina zaglądała pod 

łóżka,  odsunęła  szafkę  z  lekami.  Ani  śladu  dziewczynki.  Dwanaście,  jedenaście...  Jej  płuca 
nie wytrzymywały. Czas uciekał, dla dziewczynki też. – Pholla! – krzyknęła, po czym zgięła 
się wpół z kaszlu. – Kochanie...   

Dym  tak  już  zgęstniał,  że  ledwie  widziała  własną  rękę.  Spojrzała  na  okno.  Ale  jeśli 

wybije szybę, przeciąg może wciągnąć ogień... Nie ma wyboru. Musi się stąd wydostać. Ale 
jeśli ona gdzieś jest... Trzy, dwie, jedna... Żeby przeżyć, musi ratować własne życie.   

– Solaina? 
Czy to David ją woła? 
– Pholla! – odezwała się po raz ostatni.   
Potworne uczucie, że porzuci dziecko, było trudniejsze do zniesienia niż żar, dym i brak 

tlenu.  Solaina  pobiegła  na  środek  pokoju,  zamknęła  oczy  i  wyobraziła  sobie,  co  widziała, 
kiedy weszła na oddział kilka minut wcześniej. Łóżka, szafka... To wszystko? Kosz na pościel 
do prania, w rogu na prawo od drzwi.   

Pobiegła tam natychmiast. Było za dużo dymu, by zaglądać do środka, więc włożyła ręce 

do kosza –  i  znalazła dziewczynkę między  brudnymi ręcznikami  i  pościelą. Tuliła do siebie 
szmacianą lalkę.   

Solaina wstrzymała oddech, mierząc puls dziecka.   
Żyje!  Wyciągnęła  ją  i  przytuliła,  po  czym  pognała  do  holu,  zatrzymując  się  na  ułamek 

sekundy, by zorientować się w sytuacji. Kiedy przypomniała sobie, gdzie są drzwi, pobiegła 

tam, po czym upadła na ziemię, kilka kroków dalej, wciąż z Phollą na rękach.   

Kiedy Matteo z kolegami odciągnęli je dalej, ogień szalał już w całym budynku.   
–  Solaino  –  powiedział  David,  trzymając  maskę  tlenową  przy  jej  twarzy.  Boże,  jak  on 

pragnął wziąć ją w ramiona. To on powinien być tam w środku i kierować ewakuacją.   

– Nic mi nie jest. – Odsunęła maskę. – Jak Pholla? 
–  Przeszła  dziś  piekło,  ale  jest  w  dobrej  formie.  Oddycha  samodzielnie.  Tylko  jest 

przerażona.   

background image

– Próbują jeszcze coś uratować? 
David przeniósł wzrok na budynek. Przyjechała straż pożarna z Kanthy, ale przywieźli ze 

sobą  wiadra,  a  nie  węże.  Biegali  tam  i  z  powrotem  między  szpitalem  i  pompą,  która 
znajdowała  się  na  dworze.  Był  to  daremny  trud.  Płomienie  lizały  drewniany  budynek  jak 
łakome dzieci lody.   

– Nie – odparł. – Nic.   
– Tak mi przykro.   
– Ale wszyscy przeżyli. – Wszystko, jego nadzieje, marzenia, zostało pochłonięte przez 

ogień, ale kiedy myślał o Solainie i Pholli, o tym, że mogły się stamtąd nie wydostać,  zdał 
sobie sprawę, jaką ważną częścią jego nadziei i marzeń stała się Solaina. Otarł łzy. – Tylko to 
się liczy.   

Przez  kilka  następnych  minut  żadne  z  nich  nie  powiedziało  słowa.  Patrzyli  tylko,  jak 

ochotnicy gaszą ogień. Kilku ludzi napełniało wiadra, inni nieśli je do mężczyzn, którzy teraz 
sięgnęli  po  szufle  i  rzucali  ziemię  na  to  inferno.  Jedynym  ich  celem  było  teraz 
niedopuszczenie  ognia  do  innych  budynków.  Szpital  był  już  stracony.  Wszyscy  to  widzieli. 
Ich przygnębienie było widoczne w przygarbionych plecach i smętnych minach.   

Tymczasem krzaki między szpitalem a pozostałymi budynkami także zajęły się ogniem.   
– Oni tego nie widzą – powiedziała Solaina, wskazując w tamtą stronę. – Co tam jest? 
– Magazyn, rzeczy potrzebne do rehabilitacji, z którymi wysyłamy pacjentów do domu, 

wózki i kule. Trzymamy tam też ich rzeczy osobiste.   

– Ja je uratuję.   
– Nie! – krzyknął i chwycił ją za rękę, ale się wyrwała. – Cholera – mruknął, idąc za nią. 

– Zostaw, to nieważne.   

Nie słuchała go.  Chwyciła szpadel  przyniesiony  przez jednego z ochotników z Kanthy i 

zaczęła  walić  nim  w  płomienie.  Widział  ją  z  daleka,  jak  nabiera  ziemię  i  zasypuje  nią 
płomienie. Kilku ochotników dołączyło do niej i ugasili ogień.   

David wziął ją za rękę i trzymał z całej siły ze strachu, że znów gdzieś pobiegnie toczyć 

kolejną bitwę.   

– Co ty sobie myślisz? 
– Myślałam o  rzeczach tych ludzi, o tym, jak wiele już stracili. Myślałam  o wózkach i 

kulach, i o tym, jak będzie wyglądało bez nich ich życie. – Po chwili dodała: – I myślałam, że 
nie pozwolę, żeby mój ojciec to zniszczył.   

– Twój ojciec? 
– On to zrobił. Tak uważasz, prawda? 
Nie wiedział, co odpowiedzieć. To mógł być wypadek. Albo dzieło Bertranda Leandre’a. 

Taka była hipoteza Mattea, ale David nie był przekonany.   

Zapewne  nie  dojdą  przyczyny  pożaru,  ponieważ  lokalne  służby  kryminalne  nie  są  zbyt 

wysokiej klasy. Jeśli nikt nie podłożył puszki z benzyną, uznają, że to był wypadek.   

– Nie wiem, Solaino. A nawet gdyby stał za tym twój ojciec, to nie twoja wina. Zresztą 

wszyscy są bezpieczni, a szpital możemy odbudować.   

– Tak mi przykro. – Zakasłała, a David ją przytulił.   

background image

–  Wiem,  ślicznotko.  Ale  nie  masz  z  tym  nic  wspólnego.  To  nie  twoja  wina.  –  Jeśli  to 

konieczne, będzie jej powtarzał te słowa do końca życia. Tej nocy, kiedy pomyślał, że może 
ją  stracić,  zdał  sobie  sprawę,  że  jeśli  Solaina  wyjdzie  z  płonącego  budynku,  on  jej  nie 
wypuści. Ale teraz nie pora na mówienie takich rzeczy. – Potrzebuję twojej pomocy – dodał. 
– Sam tego nie zrobię.   

 

Kilku  miejscowych  stawiło  się  w  szpitalu,  kiedy  ogień  został  już  ugaszony.  Kobiety  z 

dziećmi, starsi ludzie. Potem nie wiadomo skąd pojawiły się stoły z dzbankami wody i soków 
owocowych. Przed świtem, w zaszytym  w dżungli szpitalu,  wszyscy pracowali tak zgodnie, 
jakby często musieli razem gasić pożary. Nikt nie mówił tym ludziom, co mają robić. A oni 
pracowali chętnie, z własnej woli. Solaina ich podziwiała.   

Przyjęła  filiżankę  wody  od  starszej  kobiety,  potem  podała  ją  Davidowi.  Siedzieli 

przytuleni,  patrząc,  jak  budynek  szpitala  ostatecznie  pada.  Wyglądało  to  niemal 

surrealistycznie. Teraz przyszła pora, by Solaina zajęła się tym, co robiła najlepiej.   

–  Podzielę  pacjentów  zależnie  od  ich  potrzeb  –  oznajmiła.  –  Niektórym  trzeba  znaleźć 

jakieś schronienie. Musimy zorganizować przewóz do szpitala w Chandelli.   

A w międzyczasie poleci ochotnikom, by przygotowali kwatery personelu dla chorych.   
–  Zadzwonię  do  nich  i  zapytam,  czy  mogą  przysłać  transport.  Może  osoby,  które  nie 

wymagają  bezwzględnie  hospitalizacji,  znajdą  miejsce  w  domach  mieszkańców  Kanthy. 
Poproszę kogoś z twojego personelu, żeby popytał.   

– Jesteś dobrą pielęgniarką – powiedział David.   
– Dobrą administratorką.   
– To też. Ale również dobrą pielęgniarką.  Zanim  zaczniesz się kłócić, obejrzę chorych, 

póki mam jeszcze siły.   

– Powinieneś teraz odpocząć, niech Matteo się tym zajmie.   
– To zalecenia administratorki czy pielęgniarki? 
– Kobiety, której na tobie zależy.   
– Kobieta, której na mnie zależy, powinna widzieć, co należy do moich obowiązków.   
Skinęła  głową.  Ale  czy  mężczyzna,  któremu  na  niej  zależy,  rozumie,  co  ona  powinna 

robić? Musnęła jego wargi.   

– Uważaj na siebie.   

background image

ROZDZIAŁ JEDENASTY 

 

Victoria  Brumley  zawsze  ładnie  nakrywała  do  kolacji,  a  Solaina  znała  ten  jej  obyczaj. 

Tego jednak wieczoru Victoria przeszła samą siebie. Przygotowała dania kuchni francuskiej, 
zaczynając  od  soupe  de  piments  d’espelettes,  po  której  zaserwowała  crepes  aux  poires. 
Wszystko to podała na swej najlepszej porcelanie. Solaina jednak ledwie tknęła jedzenie. Od 
tygodni niewiele mogła przełknąć.   

– On zamierza odbudować szpital – powiedział Howard, nalewając sobie trzeci kieliszek 

wina. – Wiem, że chciałby, żebyś z nim pracowała. Nie zmienił zdania.   

–  Jestem  zadowolona  z  nowej  posady  –  odparła  Solaina.  Naprawdę  lubiła  swoją  nową 

pracę w małym szpitalu na przedmieściach Chandelli. Miała głównie do czynienia z dziećmi. 
Robiła  im  zastrzyki,  mierzyła  temperaturę,  rozdawała  lizaki.  No  i  baseny.  Było  to  dla  niej 
znakomite miejsce, gdzie mogła wylizać rany i czegoś się nauczyć. I odsunąć od siebie obraz 

Jacoba Rennera.   

–  Cóż,  moim  zdaniem  cała  ta  odbudowa  to  nonsens  –  stwierdziła  Victoria,  odsuwając 

butelkę  wina  od  Howarda.  –  To  zajmie  wiele  miesięcy.  David  zrobiłby  lepiej,  wracając  do 
Toronto.   

Solaina  zerknęła  na  nią  ze  zdumieniem.  Victoria  po  raz  pierwszy  wypowiedziała  się  na 

temat  związany  z  ich  pracą.  Zwykle  zostawiała  zagadnienia  medyczne  mężowi,  a  sama 
opowiadała o podróżach, kuchni i operze włoskiej.   

– David chce tu pracować – powiedziała Solaina.   
– To jego pasja.   
Pasja, którą zaczynała rozumieć.   
– Gdyby chodziło tylko o jego karierę – Victoria wstała od stołu po srebrny dzbanek do 

kawy – ale on wciąga w to innych. Spójrz na siebie. Minęły cztery miesiące, a ty wciąż przez 

niego cierpisz.   

– Ona jest w nim zakochana – stwierdził Howard.   
– Dlatego cierpi. Bo oskarża się o to nieszczęście.   
– Może to nieszczęście to na długą metę zbawienie. Solaina przenosiła wzrok z Howarda 

na  Victorię  i  z  powrotem.  Zastanawiała  się,  czy  nie  powinna  wyjść,  zanim  ich  sprzeczka 
zamieni się w prawdziwą kłótnię.   

– Co masz na myśli? – wybuchnął Howard.   
–  Dobrze  wiesz.  Przez  te  wszystkie  lata,  kiedy  ty  goniłeś  za  różnymi  sprawami,  ja 

siedziałam  sama.  Przez  jakiś  czas  mi  to  nie  przeszkadzało,  bo  podziwiałam  twoją  pracę. 
Byłam z . ciebie dumna. Ale potem lat mi przybywało, byłam coraz starsza i coraz bardziej 
samotna. Nigdy nie byłam w operze we Włoszech. Zawsze coś wypadało.   

Victoria postawiła serwis do kawy na stole i usiadła u szczytu stołu, naprzeciw swojego 

męża.  Kiedy  zdjęła  kapelusz  z  szerokim  rondem,  była  smutną,  samotną  starszą  kobietą.  I 
zgorzkniałą.   

– Zawsze myślałam, że na emeryturze będzie inaczej – podjęła Victoria. – Liczyłam na 

background image

to, że będziemy wreszcie mieli czas dla siebie. Ale myliłam się, oczywiście. Znalazłeś sobie 

IMO.  A  kiedy  ich  opuściłeś  i  już  myślałam,  że  przyszła  moja  kolej,  zacząłeś  pomagać 

Davidowi.  –  Spojrzała  na  Solainę,  jej  wzrok  złagodniał.  –  Widzisz,  tak  będzie  dla  ciebie 

lepiej. Nie będziesz musiała martwić się o męża, którego nigdy nie ma w domu. Zasługujesz 
na lepsze życie.   

– Lepsze życie! – krzyknął Howard.   
Solaina nigdy dotąd nie widziała, by stracił panowanie nad sobą. Poderwała się od stołu, 

gotową zostawić Brumleyów, żeby sami rozwiązali swoje problemy.   

–  Lepsze  życie!  –  odkrzyknęła  Victoria.  –  Dałeś  mi  mnóstwo  przedmiotów.  Popatrz.  – 

Wstała i rozłożyła ręce. – To są tylko przedmioty. Tyle od ciebie dostałam przez te wszystkie 
lata. Mimo to trwałam przy tobie, bo liczyłam, że w końcu będziemy mieć dla siebie czas, bo 

inaczej  nigdy  bym...  –  Urwała  i  usiadła.  –  Na  pewno  nie  chcesz  kawy  przed  wyjściem?  – 
spytała Solainę. – A może brandy? 

– Co byś nigdy? – spytał Howard spokojniej. Ręce mu się trzęsły, poczerwieniał.   
Victoria zerknęła na niego. Solaina widziała jej lodowate spojrzenie.   
– Nie próbowałabym cię powstrzymać.   
– Dobry Boże! – jęknęła Solaina. – To ty? Victoria skromnie skinęła głową.   
–  Nie  zamierzałam  nikogo  skrzywdzić.  Najpierw  to  miały  być  tylko  ostrzeżenia, 

myślałam, że po nich David skończy z tym głupim szpitalem. Ale nie zrobił tego. Nigdy nie 
chciałam,  żeby  został  pobity.  Człowiekowi,  którego  zatrudniłam,  spodobał  się  samochód 
Davida  i  postanowił  go  zdobyć.  Dodam,  że  potem  mu  nie  zapłaciłam.  Ale  zatrzymał  mój 
pistolet. Szkoda.   

Howard  podarował  mi  go,  żebym  broniła  się  przed  wężami.  Tak  bardzo  dbał  o  moje 

bezpieczeństwo, kiedy jego nie ma w domu. Howard sięgnął po kieliszek.   

– Bardzo tego wszystkiego żałuję – ciągnęła Victoria.   
Solaina zerknęła na Howarda, który siedział oniemiały.   
– A szpital? – spytała Solaina. – To też twoje dzieło? Spaliłaś szpital Davida? 
–  Niechcący.  Nieporozumienie  z  powodu  nieznajomości  języka.  Poinstruowałam  tego 

człowieka,  żeby  podpalił  magazyn  koło  szpitala.  Nigdy  bym...  –  Opuściła  głowę  i  zaczęła 
cicho  płakać.  –  Nigdy  bym  nikomu  nie  zrobiła  krzywdy.  Chciałam  tylko  odzyskać  męża. 
Przepraszam.   

–  Victoria!  –  Howard  otworzył  usta,  po  czym  upadł  na  podłogę.  Solaina  podbiegła  do 

niego i zbadała mu puls na tętnicy szyjnej. Howard nie oddychał.   

– Dzwoń po karetkę.   
Zaczęła  robić  Howardowi  sztuczne  oddychanie.  Bezskutecznie.  Nacisnęła  mu  lekko 

klatkę  piersiową,  ale  jego  serce  nie  biło.  Potem,  przez  dziesięć  kolejnych  minut  robiła  mu 
masaż  serca  na  zmianę  ze  sztucznym  oddychaniem,  dopóki  nie  przyjechała  pomoc  i  nie 
zabrali go do szpitala. Kiedy Solaina wychodziła za ratownikami, Victoria siedziała wciąż w 

jadalni, poprawiając serwetkę na kolanach i pijąc poobiednią kawę. Sama.   

–  Przeżyje  –  powiedział  David,  wychodząc  z  intensywnej  terapii.  –  Zaczyna  lepiej 

oddychać.  Chociaż  będzie  ciężko.  W  jego  wieku...  Będzie  musiał  przejść  rehabilitację 

background image

kardiologiczną. Myślę, że musi w tym celu wrócić do Londynu.   

Solaina  siedziała  przy  ścianie  od  dwunastu  godzin.  David  był  tam  od  sześciu  godzin, 

głównie przy łóżku Howarda.   

– A potem? – spytała. – Co zrobi potem? David zdjął fartuch i wrzucił go do kosza, po 

czym usiadł na ławce obok Solainy.   

–  Po  kolei.  Nie  zamierzam  wnosić  oskarżenia.  Wysłanie  Victorii  do  więzienia  niczemu 

nie służy. Tyle lat żyli razem, może uda im się coś zrobić, żeby spędzić wspólnie ten czas, 
który im został. – Urwał i uśmiechnął się smutno. – Mam taką nadzieję.   

– Cieszę się. – Solaina wsunęła rękę w jego dłoń.   
– Victoria jest teraz w swoim własnym świecie. Rozmawiałem przed chwilą z lekarzami, 

powiedzieli, że nie wróciła do przytomności, siedzi i patrzy.   

– Czeka na ukochanego. – Solaina położyła głowę na ramieniu Davida.   
Od chwili, gdy opuściła Vistę, często z nim rozmawiała. Gdy się żegnali, nie oponował, 

nie próbował jej przekonać, by została. Wyjaśniła, że musi złapać dystans i popracować sama, 
i prosiła, by za nią nie jechał. Trudno było jej odchodzić ze świadomością, jak bardzo jest mu 
potrzebna. Teraz widziała go po raz pierwszy od tamtej chwili.   

– Tęskniłam za tobą – szepnęła. – Bardzo.   
– Ja też. – Pocałował  ją w czubek głowy. –  I za zapachem  jaśminu. Zacząłem sypiać z 

kostką jaśminowego mydła pod poduszką.   

Solaina roześmiała się.   
– A ja zasadziłam rododendron pod moim oknem. – Urwała. – Dzwoniłam do ojca.   
– I? 
– I nic. Cieszył się, że już nie jest podejrzany. Nadal chce, żebym przyjęła tę posadę w 

IMO. Albo żebym została szefową pielęgniarek w szpitalu w Brazylii. Nic się nie zmienił.   

–  A  ja  tak  –  powiedział  David.  –  Chociaż  szpital  musiał  spłonąć,  żeby  do  tego  doszło. 

Przepraszam, że cię nie słuchałem, tylko upierałem się przy swoim. Powinienem cię słuchać i 
pomóc ci przełamać lęki. Przecież mówiłaś mi, że całe życie ktoś ci dyktował, co masz robić.   

– Ale ja na to pozwalałam. Znałam swoje słabe punkty i nie robiłam nic, żeby... naprawić 

swoje  życie.  Bo  tak  było  łatwiej.  Potem  zobaczyłam  tych  ludzi  w  Viście...  –  Potrząsnęła 
głową. – Zawsze oskarżałam się o śmierć Jacoba Rennera i zawsze tłumaczyłam tym swoją 
bierność. Ukrywałam się, robiąc nie to, co naprawdę chciałam, byle znowu nie narazić się na 
zranienie.   

– A ja cię nie słuchałem. Tkwiłem w swoim małym świecie. Masz rację. Czasami tak jest 

łatwiej.   

– Tamtej nocy, kiedy wybuchł pożar, byłam w swoim żywiole. Robiłam to, co potrafię. 

Ale  kiedy  powiedziałeś,  że  mnie  potrzebujesz,  przeraziłam  się,  choć  wiedziałam,  że  mnie 

kochasz  i  wszystko  mi  wybaczysz.  Nasze  życie  i  nasza  praca  są  nierozłączne.  Nie  byłam 

pewna, czy zdołam spełnić twoje oczekiwania. Musiałam odnaleźć siebie, zanim będę mogła 
żyć z tobą w każdym sensie tego słowa.   

– A ja uważałem, że jestem fatalnym partnerem i nie chciałem cię skrzywdzić, i tak się 

tego bałem, że cię skrzywdziłem. Sam tego nie rozumiem.   

background image

– Chodzi o to, żeby dobrze słuchać – powiedziała. – Słuchać sercem, a także uszami.   
– Nawet najdoskonalsze związki są trudne. Howard pewnie nigdy nie słuchał Victorii.   
– Wszyscy mamy swoje wady. Ale ja powoli staję się dobrą pielęgniarką. Przez lata tylko 

jęczałam, ale nic nie robiłam. Teraz nad tym pracuję.   

– Myślę, że Howard to sprawdzi, pytał o ciebie. Bez przerwy powtarza, że uratowałaś mu 

życie.   

– Czy wspomniał o Victorii? David pokręcił głową.   
– Chyba jest jeszcze w szoku. Może nie zdaje sobie sprawy, co zrobiła, a może zdaje, i 

nie ma nic do powiedzenia. Ale kocha ją i pomoże jej przez to przejść.   

– To takie smutne, kochać tak bardzo i czuć się tak samotnym. Żal mi jej. Chciała tylko 

zatrzymać przy sobie ukochanego mężczyznę.   

–  A  ty?  Co  zrobisz,  by  zatrzymać  przy  sobie  ukochanego?  –  Solaina  odsunęła  się  w 

milczeniu. – Jestem pełen podziwu dla twoich starań. Ale musisz wiedzieć, że bez ciebie mało 
nie oszalałem. Życie jest krótkie.   

– Wiem. Ale potrzebuję jeszcze trochę czasu, zanim wrócę do Visty w roli pielęgniarki.   
– Nie masz nic przeciw noszeniu basenu? 
– Uwielbiam nosić basen.   
– I zmieniać pościel? 
– W tym jestem bardzo dobra.   
– I nie masz nic przeciw poślubieniu dyrektora szpitala? 
– Jeśli dyrektorowi szpitala nie przeszkadza, że jego żona nosi basen i zmienia pościel...   
–  A  zatem,  dopóki  nie  wrócisz  do  domu,  czy  mogę  czasami  zakraść  się  do  kwater 

pielęgniarek w twoim szpitalu? 

– Liczę na to. Ktoś musi zmiąć pościel, żebym mogła ćwiczyć naciąganie prześcieradła. 

Kocham cię od pierwszej chwili, kiedy zapytałeś mnie o drzewa.   

– Ale dotąd nie wiem, czy wolisz liściaste czy iglaste? – rzekł ze śmiechem.   
–  Wolę  to,  pod  którym  będziemy  się  kochać.  –  Pocałowała  go  i  położyła  mu  głowę  na 

piersi. Koniec z ucieczkami. Po raz pierwszy w życiu ma wszystko, czego chce i potrzebuje.   

Na  stoliku  obok  łóżka  Howarda  postawiła  uśmiechniętego  Buddę,  którego  David 

posklejał. To on przyniósł jej szczęście. A teraz, razem z nią i Davidem, pomoże Howardowi.