background image

DIANA PALMER 

ZBUNTOWANA KOCHANKA 

background image

ROZDZIAŁ PIERWSZY 

Gabby  martwiła  się  o  J.D.,  choć  w  gruncie  rzeczy  nie  potrafiłaby  powiedzieć 

dlaczego. W dalszym ciągu szalał po biurze i ciskał czym popadło o blat biurka, jeśli nie mógł 

znaleźć  potrzebnych  dokumentów  albo  nagryzmolonych  na  kopertach  czy  starych 

wizytówkach  odręcznych  notatek,  które  miały  mu  o  czymś  przypominać.  Nadal  spopielał 

Gabby  wzrokiem,  jeżeli  nie  przyniosła  mu  porannej  kawy  punkt  dziewiąta.  Sytuacji  nie 

poprawiało  notoryczne  znikanie  plików  zapisanych  w  komputerze,  za  co,  rzecz  jasna, 

pretensje  miał  wyłącznie  do  niej,  jak  gdyby  to  była  jej  wina,  oraz  wiecznie  urywające  się 

telefony,  przez  które  nie  mógł  zebrać  myśli.  Na  jego  szerokiej  twarzy  wciąż  gościł  groźny 

grymas, brązowe oczy nadal miotały gniewne błyski, jednak tego ranka, krążąc nerwowo po 

gabinecie, J.D. odpalał papierosa od papierosa - i to właśnie było niezwykłe, ponieważ rzucił 

palenie na długo przed tym, zanim Gabby podjęła pracę w kancelarii adwokackiej  Brettman 

and Dice. 

Nie była w stanie rozszyfrować, co go tak wzburzyło, lecz podejrzewała, iż ma to coś 

wspólnego  z  rozmową,  którą  niewiele  wcześniej  przełączyła  na  jego  biurko.  Dzwonił 

mężczyzna o głosie bardzo podobnym do głosu Roberta, szwagra J.D., mieszkającego z jego 

siostrą  Martina  na  Sycylii  -  Gabby  odniosła  wrażenie,  że  telefon  był  z  zagranicy.  Następnie 

J.D.  wykonał  kilka  bardzo  krótkich  rozmów  miejscowych,  po  czym  w  kancelarii  zapadła 

cisza, przerywana jedynie cichym stukiem klawiszy, gdy Gabby kończyła przepisywać ostatni 

z podyktowanych przez J.D. listów. 

Podparła  twarz  dłońmi  i  z  ciekawością  wpatrzyła  się  w  drzwi  jego  gabinetu.  Z 

wysokiego koka, w jaki zwykła upinać swoje długie ciemne włosy, aby nie przeszkadzały jej 

w pracy, wymknęły się pojedyncze pasemka, które miękko okalały jej twarz, jeszcze bardziej 

niż  zazwyczaj  upodobniając  ją  do  rusałki.  Zielone  oczy  lśniły,  szmaragdowa  sukienka 

podkreślała  kobiecą  figurę.  Szkoda  tylko,  że  J.D.  nie  zwróciłby  na  nią  uwagi,  nawet  gdyby 

przedefilowała mu przed nosem jak ją Pan Bóg stworzył. 

Przyjmując ją do pracy, oznajmił, ze czuje się jak w przedszkolu - i wcale się przy tym 

nie uśmiechał. 

Mimo że Gabby skończyła już dwadzieścia trzy łata, w dalszym ciągu pozwalał sobie 

na  przygnębiające  uwagi  co  do  jej  niestosownie  młodzieńczego  wieku.  Gabby  wyobrażała 

sobie  z  przewrotną  satysfakcją,  jak  zareagowałby,  gdyby  wystąpiła  w  jego  imieniu  o 

dodatkowe  ubezpieczenie  zdrowotne  dla  seniorów.  Nikt  nie  znał  wieku  J.D.,  lecz  gdyby 

background image

Gabby miała zgadywać, powiedziałaby, że ma on około czterdziestu lat - w końcu zmarszczki 

nie biorą się znikąd. 

Stał  się  jednym  z  najsławniejszych  prawników  od  spraw  kryminalnych  w  całym 

Chicago.  I  jednym  z  bardziej  kontrowersyjnych.  Przesłuchiwani  przez  niego  świadkowie 

oskarżenia  mawiali,  że  wychodząc  z  sali  sądowej,  czuli  się  jak  przepuszczeni  przez 

maszynkę. 

Tak wyglądało ostatnich pięć lat, natomiast jego życie sprzed czasów, gdy wstąpił do 

adwokatury,  owiane  było  tajemnicą.  Podobno  parał  się  jakąś  ciężką  fizyczną  pracą,  aby 

zarobić na studia wieczorowe. Błyskotliwą karierę zawdzięczał wręcz porażającej inteligencji, 

która szła w parze z wielką odpornością na stres. 

Oprócz  zamężnej  siostry,  która  mieszkała  w  Palermo,  nie  miał  ani  rodziny,  ani 

przyjaciół.  Nikomu  nie  pozwolił  poznać  się  lepiej,  nawet  swojego  wspólnika,  Richarda 

Dice'a,  oraz  Gabby  wolał  trzymać  na  dystans.  Mieszkał  sam  i  najchętniej  pracował  w 

pojedynkę, czyniąc od tej zasady nieliczne wyjątki, gdy miał podstawy uważać, że potrzebne 

mu  informacje  może  zdobyć  jedynie  kobieta,  albo  też  gdy  potrzebował  przykrywki  -  wtedy, 

chcąc  nie  chcąc,  zabierał  ze  sobą  Gabby.  Towarzyszyła  mu,  gdy  o  północy  czekał  w 

opuszczonych  magazynach  na  ludzi  podejrzanych  o  morderstwa,  i  o  świcie,  gdy  w 

opustoszałym  porcie  wypatrywał  statku  mogącego  przewozić  potencjalnego  świadka  na 

pokładzie. 

Było to ekscytujące życie, niemniej Gabby dziękowała Bogu, iż jej matka, która nadal 

mieszka w małym, sennym miasteczku  Lytle w  Teksasie, nie domyśla się nawet, jak bardzo 

było  ono  ekscytujące.  Gabby  miała  dwadzieścia  lat,  gdy  przyjechała  do  Chicago,  mimo  to 

matka początkowo nie chciała o niczym słyszeć i minęło wiele dni, nim przystała na szalony 

pomysł córki, która chciała podjąć pracę u dalekiego kuzyna. 

Niewiele  później  kuzyn  zmarł  nagle,  a  traf  chciał,  że  J.D.  akurat  szukał  asystentki. 

Gabby  odpowiedziała  na  jego  ogłoszenie  i  została  przyjęta  do  pracy  po  trwającej  zaledwie 

pięć  minut  rozmowie.  Od  tamtego  dnia  minęły  dwa  lata,  lecz  ani  przez  chwilę  Gabby  nie 

ż

ałowała swojej decyzji. 

Była  dumna  jak  paw,  że  może  pracować  z  takim  człowiekiem.  Zaprzyjaźnione 

sekretarki  z  firm  mających  siedzibę  w  tym  samym  biurowcu  nieustannie  podpytywały  ją  o 

przystojnego  i  sławnego  szefa,  jednak  Gabby  była  równie  skryta  jak  jej  chlebodawca  i 

zapewne  właśnie  dlatego  dotąd  zachowała  posadę:  z  czasem  zdobyła  jego  zaufanie,  a  ufał 

naprawdę mało komu. 

background image

Obecnie  zajmowała  stanowisko  asystentki  prawnej  -  ukończyła  stosowne  kursy  na 

miejscowym  college'u,  aby  zasłużyć  na  ten  tytuł.  Jej  obowiązki  już  dawno  przestały 

ograniczać  się  do  przepisywania  listów  na  maszynie  i  kserowania  dokumentów.  Ostatnio 

kancelaria  została  skomputeryzowana  i  J.D.  właśnie  Gabby  powierzył  obsługę  całego 

systemu,  poza  tym  załatwiała  dla  szefów  najróżniejsze  sprawy  w  mieście,  a  gdy  zachodziła 

taka konieczność, towarzyszyła mu podczas wyjazdów służbowych. 

Gdy tak dumała, drzwi otworzyły się nagle, ukazując J.D., który pomknął przed siebie 

niczym rozpędzona lokomotywa. Jest niesamowicie męski, wprost tryska energią, pomyślała. 

Szczerze wątpiła, aby znalazł się śmiałek, który w tej chwili instynktownie nie zszedłby mu z 

drogi. Tuż za nim dreptał jego młodszy wspólnik, Richard Dice. 

-  Bądź  rozsądny,  J.D.!  -  denerwował  się  Richard,  gestykulując  szczupłymi  rękami. 

Jego pociągła twarz wydłużyła się jeszcze bardziej, rude włosy sterczały na wszystkie strony, 

jak  gdyby  dosłownie  zjeżyły  się  ze  zgrozy.  -  To  sprawa  dla  policji!  Co  ty  możesz  na  to 

poradzić? 

J.D. nawet nie zaszczycił go spojrzeniem. 

Gdy  podszedł  do  biurka  Gabby,  pomyślała,  że  nigdy  dotąd  nie  widziała  go  w  takim 

stanie. Na próżno usiłowała rozszyfrować wyraz, który gościł na jego surowej, śniadej twarzy 

o  szeroko  osadzonych  oczach,  okolonych  gęstymi,  czarnymi  rzęsami.  Nie  znała  nikogo,  kto 

miałby takie piękne rzęsy. Włosy, naturalnie układające się w fale, były równie gęste, byłyby 

też  równie  ciemne,  gdyby  nie  srebrne  nitki  na  skroniach,  jednak  to  nie  one,  lecz  jaśniejsze 

kreski  blizn,  które  znaczyły  jego  twarz,  nadawały  mu  dojrzały  wygląd.  Gabby  nigdy  nie 

zdobyła  się  na  odwagę,  aby  zapytać,  skąd  się  wzięły,  niemniej  ten,  który  je  tam  pozostawił, 

musiał być nielichym przeciwnikiem, albowiem posturą J.D. przypominał czołg. 

- Pakuj się - polecił jej tonem, który skutecznie zniechęcał do zadawania pytań. - Bądź 

tu za godzinę. Masz ważny paszport? 

Zamrugała powiekami. J.D. lubił ją zaskakiwać, ale to już gruba przesada. 

- Aa... Tak. 

-  Weź  lekkie  rzeczy,  bo  jedziemy  w  tropiki.  Głównie  dżinsy  i  luźne  koszule,  może 

jeden  sweter,  wysokie  buty  i  dużo  skarpet  -  wymienił  jednym  tchem.  -  Twoja  licencja 

radiooperatora  trzeciej  klasy  też  się  przyda.  Nie  jesteś  aby  spokrewniona  z  kimś  z 

Departamentu Stanu? Takie znajomości mogłyby się okazać bardzo pomocne. 

- J.D., co się...? - zaczęła, gubiąc się w domysłach. 

- Tak nie można - wpadł jej w słowo Dick, lecz i ten protest J.D. puścił mimo uszu. 

background image

-  Dick,  przejmiesz  moje  sprawy  i  poprowadzisz  je  do  mojego  powrotu.  -  Jego  głos 

przywodził  na  myśl  daleki  pomruk  burzy.  -  Nie  przewiduję  problemów,  ale  w  razie  czego 

ś

ciągnij sobie do pomocy Charliego Bassa. Nie jestem w stanie powiedzieć, kiedy dokładnie 

wrócimy. 

- J.D., czy ty mnie w ogóle słuchasz? 

- Muszę spakować trochę rzeczy - stwierdził J.D. zwięźle. - Zadzwoń do pośrednika, 

Gabby, niech przyślą kogoś na zastępstwo. Dick musi mieć sekretarkę. Za godzinę masz być z 

powrotem w biurze. 

Trzasnęły drzwi. Dick zaklął siarczyście i wepchnął ręce do kieszeni. 

- O co tu właściwie chodzi? Czy ktoś zechce mi łaskawie wyjaśnić, po co mi paszport? 

Mam jakiś wybór? - spytała Gabby. 

- Powoli, nie wszystko naraz. Już ci mówię, co sam wiem, ale uprzedzam, że nie jest 

tego zbyt wiele. - Dick usiadł na blacie biurka. - Wiesz, że siostra J.D. wyszła za włoskiego 

biznesmena, który zbił majątek na spedycji? Mieszkają w Palermo. 

Gabby pokiwała głową. 

- Zapewne wiesz także, że wiele ugrupowań terrorystycznych upatruje w porwaniach 

sposobu na szybkie zgromadzenie funduszy? 

- Jego szwagier został uprowadzony?! - wykrzyknęła, blednąc. 

- Nie on. Jego siostra. Porwali ją, kiedy pojechała do Rzymu na zakupy. 

-  Martinę?  -  upewniła  się,  gdy  odzyskała  głos.  -  Jedyną  bliską  mu  osobę  na  tym 

ś

wiecie?! 

- Wiem o tym, to straszne. Ci dranie żądają pięciu milionów dolarów, Roberto w życiu 

nie  zgromadzi  takiej  sumy.  Odchodzi  od  zmysłów.  Zagrozili,  że  ją  zabiją,  jeśli  powiadomi 

władze. 

- Więc J.D. leci do Włoch, żeby ją ratować? 

-  Jakim  cudem  się  tego  domyśliłaś?  -  spytał  Dick  z  przekąsem.  -  Owszem,  na  swój 

zwykły wyważony i pełen rozwagi sposób, czyli na łeb, na szyję. 

- Do Włoch? Ze mną? - Wpatrzyła się w niego. 

- A po co mu ja we Włoszech? 

- Jego spytaj. Ja tu tylko pracuję. Westchnęła rozdrażniona i powoli podniosła się zza 

biurka. 

- Zobaczysz, jeszcze kiedyś znajdę normalną posadę, możesz mnie trzymać za słowo - 

oznajmiła z roziskrzonym wzrokiem. - Zamierzałam wstąpić do McDonalda na lunch i trochę 

wcześniej wyjść z biura, żeby zobaczyć ten nowy film science fiction w Grandzie. Ale nic z 

background image

tego,  dowiaduję  się,  że  muszę  na  gwałt  jechać  do  Włoch.  W  jakim  celu,  pytam?  -  Umilkła, 

ś

ciągnąwszy  brwi,  po  czym  spojrzała  na  Dicka  ze  zgrozą.  -  Na  miły  Bóg,  chyba  J.D.  nie 

zamierza wchodzić w paradę włoskiej policji? 

- Martina to jego siostra - przypomniał Dick. 

- Wprawdzie J.D. bardzo niechętnie cokolwiek o sobie mówi, ale z tego, co udało mi 

się  wywnioskować,  nie  mieli  łatwego  dzieciństwa,  może  właśnie  dlatego  są  ze  sobą 

wyjątkowo  zżyci.  J.D.  ruszyłby  w  pojedynkę  przeciwko  całej  armii,  gdyby  Martina  znalazła 

się w niebezpieczeństwie. 

- J.D. jest prawnikiem - powiedziała z naciskiem Gabby. - Jak jej zamierza pomóc? 

- Pojęcia nie mam, kotku - odparł Dick i westchnął ciężko. 

-  Znowu  się  zaczyna  -  narzekała  pod  nosem,  robiąc  porządek  na  biurku,  po  czym 

wysunęła  szufladę  biurka  i  szybko  wyjęła  z  niej  torebkę.  -  Ostatnim  razem,  kiedy  się  tak 

zachowywał,  polecieliśmy  do  Miami  na  spotkanie  z  mafijnym  informatorem  w  porzuconym 

magazynie  o  drugiej  w  nocy.  -  Wzdrygnęła  się  na  to  wspomnienie.  -  Nie  śmiałam  o  tym 

wspomnieć mamie. Skoro o niej mowa, to co ja mam jej teraz powiedzieć? 

-  Powiedz,  że  szef  zabiera  cię  na  urlop.  -  Dick  uśmiechnął  się  szeroko.  -  Będzie  w 

siódmym niebie. 

Gabby spiorunowała go wzrokiem. 

- Mojego szefa nie bawią urlopy, tylko ryzyko. 

- Zawsze możesz złożyć wymówienie - zauważył niewinnym tonem. 

-  Wymówienie!  -  wykrzyknęła.  -  A  kto  tu  mówi  o  składaniu  wymówienia? 

Wyobrażasz mnie sobie w normalnej kancelarii? Miałabym całymi dniami przepisywać nudne 

protokoły, segregować akta i układać w kostkę pozwy rozwodowe? Lepiej już nic nie mów! 

- W takim razie pozostaje ci tylko zadzwonić do Jamesa Bonda - podsunął usłużnie - i 

spytać, czy nie ma na zbyciu pudełka wybuchających zapałek albo wykałaczek z  głowicami 

jądrowymi. 

Gabby posłała mu niezbyt życzliwe spojrzenie. 

- Znasz hiszpański? 

- Nie, czemu pytasz? - spytał zaskoczony. 

Poczęstowała  go  kilkoma  niecenzuralnymi  wyrażeniami  w  śpiewnym  języku,  w 

którym w czasach jej dzieciństwa na farmie ojca zwracał się do parobków zarządca, po czym 

pokłoniła się pięknie i wyszła. 

background image

ROZDZIAŁ DRUGI 

Gabby  widywała  J.D.  w  różnych  nastrojach,  w  tych  lepszych  i  w  tych  gorszych, 

jednak  nawet  najgorszy  z  nich  był  niczym  wobec  tego,  w  który  popadł,  zaledwie  weszli  na 

pokład  odrzutowca.  Od  startu  siedział  w  fotelu  sztywny  jak  manekin,  kurczowo  ściskając 

kubek z kawą w wielkiej pięści. 

Na  domiar  złego  nie  miała  pojęcia,  co  powiedzieć.  J.D.  nie  należał  do  osób,  które 

czekają  na  słowa  współczucia,  jednak  trudno  jej  było  patrzeć,  jak  siedzi  pogrążony  w 

czarnych  myślach,  i  nie  odezwać  się  słowem.  O  siostrze  wspominał  rzadko,  przynajmniej 

przy Gabby, jednak  gdy  już o niej opowiadał, czułość w jego  głosie mówiła sama za siebie. 

Jeśli kogokolwiek kochał na tym świecie, to właśnie Martinę. 

- Szefie... - zaczęła niepewnie. Zamrugał i zerknął na nią. 

- Tak? 

Wolała nie odwzajemniać tego uważnego spojrzenia. 

-  Chciałam  tylko  powiedzieć,  że  jest  mi  przykro.  -  Skubała  skraj  spódnicy  białej 

płóciennej  garsonki.  -  Wiem,  jak  ci  teraz  ciężko.  Po  prostu  w  niektórych  sytuacjach  nie  ma 

wiele do zrobienia. 

Dziwny uśmiech błąkał się przez chwilę na jego ustach, potem J.D. upił łyk kawy. 

- Tak sądzisz? - zapytał sucho. 

-  Chyba  nie  mówiłeś  poważnie,  że  nie  zamierzasz  kontaktować  się  z  władzami?  - 

drążyła  temat.  -  Bądź  co  bądź  od  czego  są  jednostki  specjalne?  Odbili  tamtego  dyplo...  - 

Urwała w pół słowa, widząc jego minę. 

- To była sprawa o tle politycznym, tym razem jest zupełnie inaczej. A co do twoich 

jednostek  specjalnych,  Darwin,  to  bynajmniej  nie  są  niezawodne.  Nie  mogę  narażać  życia 

Martiny. 

- Nie możesz - przyznała, wpatrzona w jego ręce. 

Ma takie ładne dłonie, pomyślała, duże, a zarazem delikatne, śniade jak jego twarz, o 

długich palcach i płaskich paznokciach. Silne dłonie. 

- Chyba się nie boisz? - spytał. 

-  Cóż,  może  trochę  -  przyznała  uczciwie,  podnosząc  wzrok.  -  W  końcu  nie  wiem 

nawet, dokąd się wybieramy. 

- Sądziłem, że już się do tego przyzwyczaiłaś - zauważył sucho. 

- Chyba powinnam - przyznała ze śmiechem. 

background image

-  Przez  te  dwa  lata  przeżyliśmy  niemało  przygód.  Wyciągnął  cygaretkę  i  zapalił  ją, 

przyglądając się Gabby zza wąskiego płomienia. 

- Czemu jeszcze nie jesteś mężatką? - spytał ni stąd, ni zowąd. 

- Trudno powiedzieć - odparła zaskoczona, po czym przez chwilę szukała właściwych 

słów. 

-  Chyba  najzwyczajniej  nie  miałam  do  tego  głowy.  Jeszcze  cztery  lata  temu 

mieszkałam  w  małym  miasteczku  w  Teksasie.  Potem  przeprowadziłam  się  do  Chicago  i 

zaczęłam  pracować  u  kuzyna,  ale  zmarł,  a  ty  szukałeś  sekretarki...  -  Zaśmiała  się  cicho.  -  Z 

całym  szacunkiem,  panie  Brettman,  ale  z  panem  mam  tyle  pracy,  że  nie  widać  końca,  jeśli 

mnie pan rozumie. To nie to co w innych kancelariach, od dziewiątej do piątej. 

- Na co nigdy wcześniej na narzekałaś - zauważył. 

- A kto by narzekał? Zjeździłam kraj wzdłuż i wszerz, zwiedziłam pół świata, miałam 

okazję spotkać się z prawdziwymi gangsterami, a nawet strzelano do mnie! 

Parsknął śmiechem. 

- Ciekawy zakres obowiązków. 

-  Inne  sekretarki  dosłownie  zielenieją  z  zazdrości,  kiedy  im  opowiadam  -  odparła 

zadowolona. 

-  Nie  jesteś  sekretarką,  tylko  asystentką  prawną.  Co  więcej  -  dodał,  w  zamyśleniu 

zaciągając  się  dymem  -  noszę  się  z  zamiarem  wysłania  cię  na  studia  prawnicze.  Stać  cię  na 

więcej. 

-  To  nie  dla  mnie  -  zapewniła.  -  Nie  umiałabym  stanąć  na  środku  sali  pełnej  ludzi  i 

ś

cierać  świadków  w  proch,  w  czym  ty  się  specjalizujesz.  Podobnie  jak  nie  wymyśliłabym 

takiej pięknej mowy końcowej. 

-  Co  nie  znaczy,  że  nie  możesz  zająć  się  prawem  -  zauważył  spokojnie.  -  Możesz. 

Korporacyjnym,  jeśli  wolisz.  Albo  handlem  nieruchomościami  i  spółkami.  Rozwodami. 

Transferem własności. Jest wiele dziedzin prawa, które nie wymagają talentów oratorskich. 

- Nie jestem pewna, czy to coś, czym chciałabym się zajmować do końca moich dni. 

- Ile masz lat? - spytał nagle, delikatnie unosząc twarz Gabby i zaglądając jej w oczy. 

- Dwadzieścia trzy. 

Pokręcił  głową,  zerkając  na  ciasno  upięty,  wysoki  kok,  w  jaki  zawsze  czesała  się  do 

pracy,  okulary,  których  używała  tylko  do  czytania,  zsunięte  teraz  niemal  na  czubek  głowy, 

potem  stylową  białą  płócienną  garsonkę  oraz  wyzierające  spod  płóciennej  spódnicy  długie, 

szczupłe nogi. 

- Nie wyglądasz na tyle - stwierdził. 

background image

-  Zechcesz  powtórzyć  te  słowa  za  dwadzieścia  lat?  -  poprosiła,  uśmiechając  się 

krzywo. - Wtedy zapewne odbiorę je jako komplement. 

- Kim chciałabyś zostać? - spytał niezrażony. 

Jedwabny  szary  garnitur  podkreślał  jego  atletyczną  budowę.  Siedzieli  tak  blisko,  że 

Gabby czuła ciepło jego ciała. Wrażenie to było dziwnie niepokojące. 

- Och, czy ja wiem - odparła niewyraźnym tonem, wyjrzała przez okno i przez chwilę 

podziwiała  widoczne  za  nim  chmury.  -  Może  tajną  agentką.  Nieustraszonym  szpiegiem 

przemysłowym. Kaskaderem. - Zerknęła na niego ukradkiem. - Oczywiście po pracy u ciebie, 

szefie,  każda  posada  wydawałaby  się  śmiertelnie  nudna.  Ale  nie  zmieniajmy  tematu:  czy 

kiedykolwiek się dowiem, dokąd właściwie się wybieramy? 

- Do Włoch, rzecz jasna - odparł spokojnie. 

- Tak, panie Brettman. Tyle to już wiem. Dokąd we Włoszech? 

-  Aleś  ty  ciekawska  -  mruknął  zamyślony,  unosząc  brwi.  -  Do  Rzymu.  Na  ratunek 

mojej siostrze. 

-  Ależ  tak,  panie  Brettman,  oczywiście  -  przytaknęła  z  zapałem  w  myśl  zasady,  że  z 

szaleńcami lepiej się nie spierać. 

Stało  się,  pomyślała,  J.D.  w  końcu  zwariował,  co  zresztą  było  do  przewidzenia.  Nie 

powinien był się tak zapracowywać. 

- Nie chce mnie pani denerwować, panno Darwin? - spytał domyślnie. 

Pochylił  się  nad  nią,  aby  zgasić  cygaretkę  w  popielniczce  po  jej  stronie.  Jego  twarz 

znalazła się niepokojąco blisko jej własnej, owiał ją korzenny zapach jego wody  kolońskiej, 

ciepły  oddech  pachniał  dymem.  Wyrzucił  niedopałek  i  wyprostował  się,  na  sekundę 

zwracając twarz w jej stronę. 

Złowiła jego spojrzenie i przeżyła największy szok w całym swoim dotychczasowym 

ż

yciu.  Jej  ciało  obiegło  dziwne  drżenie  od  czubka  głowy  po  koniuszki  palców  u  stóp  i 

pomyślała, że to zupełnie jak trzęsienie ziemi. Nie podejrzewała nawet, że J.D. może na niej 

zrobić  takie  wrażenie,  dopóki  serce  nie  zaczęło  jej  bić  jak  szalone,  a  w  piersi  nie  zabrakło 

tchu. 

- Wahałem się, czy w ogóle cię zabrać - powiedział cicho. - Wolałbym, żebyś została 

w kancelarii. Ale tobie jednej ufam, a sytuacja jest delikatna. 

Usiłowała zachowywać się naturalnie. 

- Oczywiście zdajesz sobie sprawę, że twój szalony plan może cię kosztować życie? - 

spytała z wymuszonym spokojem. 

background image

-  Tak  -  przyznał  otwarcie  -  ale  za  moją  bezczynność  życiem  mogłaby  zapłacić 

Martina. Przecież wiesz, jak się z reguły kończą takie sytuacje. 

-  Owszem,  wiem  -  odparła  z  westchnieniem.  Błądząc  wzrokiem  po  jego  twarzy, 

bezwiednie  zatrzymała  go  na  jego  ustach,  tak  kształtnych,  jak  gdyby  wyszły  spod  dłuta 

rzeźbiarza, po czym odwzajemniła spojrzenie przenikliwych ciemnych oczu. 

-  Robię  to,  co  uważam  za  najlepsze  dla  mojej  siostry  -  stwierdził,  machinalnym 

gestem  odgarniając  kosmyk,  który  zachodził  jej  na  szyję,  nieświadomy,  że  to  lekkie 

dotknięcie przyprawia ją o szybsze bicie serca. - Nie ma gwarancji, że Martina nadal jest we 

Włoszech. Roberto podejrzewa, że może znać jednego z porywaczy. To syn znajomego, który 

ma  sporą  połać  ziemi  w  Ameryce  Środkowej.  Chyba  nie  muszę  mówić,  że  wszystko 

piekielnie by się skomplikowało, gdyby przewieźli tam Marinę? 

Na samą myśl zrobiło się jej słabo. 

- Jak się kontaktują z Robertem? 

-  Któryś  z  nich,  mówię  „któryś”,  bo  działają  w  grupie,  został  we  Włoszech,  żeby 

odebrać okup - wyjaśnił, przyglądając się jej w roztargnieniu, po czym zatrzymał wzrok na jej 

ż

akiecie. - Może się okazać, że czeka nas niejedna podróż, zanim ta afera się skończy. 

- Ale najpierw lecimy do Włoch - powtórzyła zmieszana. 

- Tak. I spotkamy się z moimi starymi znajomymi - dodał, a na jego wargach pojawił 

się nikły uśmiech. - Mają wobec mnie dług wdzięczności. Pora go spłacić. 

-  Zwołamy  większy  zespół?  - spytała  z  ożywieniem,  myśląc,  że  ta  wyprawa  staje  się 

coraz bardziej emocjonująca. 

-  Oj,  ależ  pani  oczy  zabłysły,  kiedy  wspomniała  pani  o  zwołaniu  zespołu,  panno 

Darwin - zauważył. 

- To takie podniecające - odparła nieśmiało. 

- Zupełnie jak w tym serialu w telewizji, garstka żołnierzy tuła się po świecie i walczy 

ze złem, wiesz który to? 

- „Najemnicy” - podpowiedział. 

- Otóż to. - Uśmiechnęła się szeroko. - Nie przegapiłam ani jednego odcinka. 

-  W  prawdziwym  życiu,  panno  Darwin,  to  brutalna  i  niebezpieczna  profesja. 

Większość najemników nie dożywa sędziwego wieku. Albo giną, albo kończą w więzieniach 

w najdalszych zakątkach globu. W ich życiu nie ma nic romantycznego. 

Spojrzała na niego z oburzeniem. 

- A co pan może o tym wiedzieć, panie mecenasie? - odparła zaczepnym tonem. 

background image

- Och, mam znajomego, który sprzedawał swoje usługi za granicą - mruknął, opierając 

się wygodniej. - Opowiedziałby ci kilka historii, od których włosy zjeżyłyby ci się na głowie. 

-  Znasz  byłego  najemnika?  Poważnie?  -  spytała  z  roziskrzonym  wzrokiem,  prostując 

się w fotelu. 

- Zgodziłby się ze mną porozmawiać? J.D. tylko potrząsnął głową. 

- Oj, Darwin. I co ja mam z tobą zrobić? 

-  Pretensje  możesz  mieć  wyłącznie  do  siebie.  Zdemoralizowałeś  mnie.  Kiedyś  moje 

ż

ycie  było  nudne,  ale  dopóki  nie  poznałam  ciebie,  nie  zdawałam  sobie  z  tego  sprawy. 

Zgodziłby się? 

- Przypuszczam, że tak. - Ciemne oczy patrzyły na nią badawczo. - Ale mogłoby ci się 

nie spodobać to, czego byś się dowiedziała. 

-  Wielkie  dzięki  za  troskę,  ale  jednak  zaryzykuję.  Czy  to  nie  jest  przypadkiem,  hm, 

jeden z twoich starych znajomych, z którymi jesteśmy umówieni w Rzymie? - sondowała. 

-  Co  to  by  była  za  tajemnica,  gdybym  odpowiedział  na  to  pytanie.  Zapnij  pasy, 

Darwin, zbliżamy się do lotniska. 

Zastosowała  się  do  polecenia,  ukradkiem  przyglądając  się  jego  nieprzeniknionej 

twarzy. 

- Panie Brettman, czemu właściwie mnie pan zabrał? - spytała łagodnie. 

- Potrzebowałem przykrywki, skarbie - odparł i uśmiechnął się ironicznie. - Jesteśmy 

kochankami na wakacjach. 

- A ja się ubrałam jak do biura! - fuknęła. Wyjął jej spinki z włosów, tak aby miękko 

opadły na ramiona, następnie zdjął jej z głowy okulary, złożył je i schował do kieszeni swojej 

koszuli,  po  czym  zajął  się  guziczkami  u  jej  bluzki.  Nie  protestowała,  dopóki  nie  spróbował 

odsłonić rowka między jej piersiami. 

- Panie Brettman! - wykrzyknęła, odpychając jego ręce. 

-  Przestań  się  czerwienić,  mów  mi  Jacob  i  nie  awanturuj  się  ze  mną  publicznie  - 

pouczył ją szorstko. - Jeżeli jesteś w stanie to spamiętać, wszystko pójdzie jak z płatka. 

-  Jacob?  -  powtórzyła,  rezygnując  z  nerwowych  wysiłków,  aby  ponownie  zapiąć 

bluzkę. 

-  Jacob.  Albo  Dane,  tak  mam  na  drugie.  Jak  wolisz,  Gabby  -  dodał  znacznie 

łagodniejszym tonem. 

Oczarował  ją  sposób,  w  jaki  wypowiedział  jej  imię,  miękko,  niemal  pieszczotliwie. 

Nie wiedzieć czemu pomyślała o wiosennym deszczu zraszającym trawę. 

- Zatem Jacob - odparła cicho, spoglądając na niego z uwagą. 

background image

Skinął głową, wpatrując się w jej oczy. 

- Będziesz pod moją opieką, Gabby. Nie pozwolę, żeby włos spadł ci z głowy. 

- Mówiłeś śmiertelnie serio, prawda? Chcesz odbić Martinę. 

- Owszem - odparł. - Dostaliśmy niezłą szkołę jako dzieci. Ojciec utopił się w wannie, 

kiedy  byliśmy  bardzo  mali.  Był  pijany  jak  bela.  Matka  szorowała  podłogi  u  obcych  ludzi, 

ż

ebyśmy mogli chodzić do szkoły. Kiedy tylko trochę podrośliśmy, poszliśmy do pracy, żeby 

jej  pomóc.  Miałem  tylko  piętnaście  lat,  kiedy  zmarła  na  zawał.  Od  tamtej  pory  opiekuję  się 

Martina,  tak  jak  jej  kiedyś  obiecałem.  Nie  pozwolę,  żeby  musiała  Uczyć  na  nieznajomych. 

Muszę jej pomóc sam. 

- Wybacz, ale jesteś adwokatem, a nie policjantem - tłumaczyła łagodnie. - Co możesz 

zrobić? 

- Pożyjemy, zobaczymy - odparł, taksując ją wzrokiem, pełny uznania dla jej urody. - 

Jeszcze nie jestem zgrzybiałym starcem. 

- Zdaję sobie z tego sprawę, panie Brettman - przyznała cicho. 

- Jacob - przypomniał. 

- Jacob - powtórzyła z westchnieniem, zapatrzona w jego ciemne oczy. 

Wydawał się w pełni usatysfakcjonowany. Gdy samolot zaczął schodzić do lądowania, 

zerknął w stronę okna i oznajmił cicho: 

-  Wieczne  Miasto,  Gabby.  Rzym.  Podążyła  za  jego  spojrzeniem  i  humor  jej  się 

poprawił,  zaledwie  ujrzała  w  dole  zarys  starożytnego  miasta.  Myślami  wybiegła  ku  chwili, 

gdy  będą  zwiedzać  Koloseum,  Forum  Romanum  i  Panteon,  szybko  jednak  przypomniała 

sobie, co sprowadza ich do Rzymu, i jej entuzjazm przygasł nieco. Oczywiście na zwiedzanie 

nie starczy czasu, skoro J.D. zamierza nieustannie szukać okazji, aby dać się zabić. 

Już sam przejazd taksówką przez Rzym okazał się fascynujący. Najpierw jechali Viale 

Travestere wiodącą przez starą część miasta, następnie pokonali zabytkowy most i znaleźli się 

na  drugim  brzegu  Tybru.  Ukrytych  w  natłoku  nowszych  budowli  i  nadwątlonych  wskutek 

stuleci  erozji  siedmiu  wzgórz  Rzymu  niemal  nie  było  widać,  lecz  Gabby  była  zbyt 

pochłonięta oglądaniem antycznych ruin, które mijali po drodze, aby ten fakt zauważyć, a co 

dopiero aby nad nim ubolewać. 

Następnie  minęli  Koloseum.  Gabby  jeszcze  długo  nie  mogła  oderwać  od  niego 

wzroku. 

- Znajdziemy trochę czasu, żeby je zwiedzić - obiecał J.D., jak gdyby wiedział, ile to 

dla niej znaczy. 

Omiotła spojrzeniem jego zasępioną twarz i impulsywnie dotknęła jego dłoni. 

background image

- Nie jesteśmy tu na wczasach - przypomniała miękko. 

J.D. spojrzał w jej zatroskane oczy, a potem jego duża, stwardniała dłoń odnalazła jej 

palce i zamknęła je w ciepłym uścisku. 

- Będziemy musieli udawać, że jesteśmy, przynajmniej przez dzień czy dwa. 

- Co będziemy robić? - spytała nagle zdenerwowana. 

Odetchnął  i  rozparł  się  na  siedzeniu.  J.D.  zawsze  podobał  jej  się  jako  mężczyzna. 

Uwielbiała na niego patrzeć. 

- Opracowuję plan działania. Ale jedno jest pewne - rzekł powoli. - Będziemy dzielić 

hotelowy apartament. Czy ta myśl cię przeraża? 

Pokręciła głową. 

- Niczego się nie boję, dopóki ty jesteś przy  mnie, Jacob - odparła zdziwiona, że tak 

łatwo przychodzą jej do głowy takie słowa. 

Przez chwilę przyglądał się jej spod uniesionych brwi. 

- Prawdę powiedziawszy, nie to miałem na myśli - odparł aksamitnym tonem. - Mnie 

nie będziesz się bała? 

- Dlaczego miałabym się bać? - spytała z zaskoczoną miną. 

Parsknął gniewnie i zapatrzył się w okno. 

-  Żaden  cholerny  powód  nie  przychodzi  mi  do  głowy  -  burknął.  -  Mam  nadzieję,  że 

Duńczyk dostał moją wiadomość. Ma do mnie później zadzwonić do hotelu. 

- Duńczyk? - zapytała ściszonym głosem. 

- Znajomy. Przekazuje informacje między mną a Robertem - wyjaśnił. 

- Przecież Roberto i Martina nie mieszkają w Rzymie, prawda? - upewniła się. 

Przytaknął. 

-  W  Palermo.  Nawet  gdyby  ktoś  się  nami  interesował,  będziemy  parą  turystów.  Nic 

nie łączy nas z tym porwaniem. 

- Ten twój znajomy, Duńczyk, wie, czy Martina jest jeszcze w kraju? 

- Jeśli nie, to się dowie - odparł z przekonaniem. 

Wydawał  się  urażony,  toteż  uznała,  że  bezpieczniej  będzie  dać  sobie  spokój  z 

dalszymi  pytaniami.  Zadowolona  z  siebie,  zamiast  drążyć  temat,  ograniczyła  się  do 

podziwiania okolicy. 

Ku  jej  rozczarowaniu  hotel  okazał  się  nowoczesnym  budynkiem,  jednak  wszystko 

wynagrodziła jej staroświecka uprzejmość recepcjonisty. Gabby od razu zapałała sympatią do 

uroczego  wylewnego  Włocha,  J.D.  natomiast  miał  do  niego  jakieś  zastrzeżenia.  Wprawdzie 

background image

nie  podzielił  się  nimi  z  Gabby,  lecz  spoglądał  na  nieszczęsnego  niewysokiego  człowieczka 

wilkiem. 

J.D. uprzednio zarezerwował dla siebie i dla Gabby apartament z dwiema sypialniami. 

Gabby  nie  spodziewała  się  żadnych  luksusów,  ale  zachowanie  J.D.,  kiedy  już  zamknęli  za 

sobą  drzwi,  wydawało  się  jej  po  prostu  niepojęte.  Ze  złością  rozejrzał  się  po  eleganckim 

salonie, rzucił Gabby gniewne spojrzenie, po czym z jeszcze większą złością wpatrzył się w 

telefon. 

Krążył  nerwowo  po  pokoju,  paląc  papierosa.  Jego  niepokój  natychmiast  udzielił  się 

Gabby.  Pomyślała  roztrzęsiona,  że  musi  jak  najszybciej  znaleźć  sobie  jakieś  zajęcie.  Poszła 

do  sypialni  i  zaczęła  rozpakowywać  walizkę.  Przestraszyła  się,  gdy  ciszę  przerwał  dzwonek 

telefonu, lecz nie wróciła do salonu. Czekała, aż J.D. ją zawoła. Przebrała się w dżinsy oraz 

jedwabną  zieloną  bluzkę,  włosy  zostawiła  rozpuszczone,  po  czym  schowała  okulary  do 

torebki.  Pomyślała,  że  teraz  wygląda  jak  prawdziwa  turystka.  To  powinno  poprawić  J.D. 

humor. 

Wezwał ją po jakichś pięciu minutach. Zastała go siedzącego nieruchomo przy oknie, 

wpatrzonego w nie niewidzącym wzrokiem. Zdążył zdjąć marynarkę oraz kamizelkę, koszulę 

zaś rozpiął pod szyją. Jedną ręką przeczesywał potargane włosy, w drugiej, opartej o parapet 

okienny, dzierżył dopalającego się papierosa. 

- Jacob? - szepnęła. 

Obejrzał się w jej stronę. Przez chwilę z uwagą podziwiał jej smukłą sylwetkę, tak że 

nie zauważył nawet, iż Gabby skorzystała z okazji, by przyjrzeć się jego ciału. Spod koszuli 

wyzierała  śniada  skóra,  którą  porastały  ciemne  włosy,  oraz  wyraźnie  zarysowane  mięśnie, 

które aż prosiły, by ich dotknąć. Gabby chłonęła ten zmysłowy widok, czując, jak wzbiera w 

niej podniecenie. 

- Duńczyk - wyjaśnił zwięźle, wskazując telefon. — Wywieźli Martinę z kraju. 

Na chwilę wstrzymała oddech. 

- Dokąd? - spytała wreszcie. 

- Do Gwatemali. Na farmę opanowaną przez rewolucjonistów. 

Wpatrzyła się w jego zmartwiałą twarz. 

- Dlaczego mieliby ją przewozić do Gwatemali? 

- Terroryzm nie zna granic, nie wiedziałaś o tym? Ich sieć obejmuje praktycznie cały 

glob, ale w Gwatemali panują rozruchy, więc to świetne miejsce, aby ukryć ofiarę porwania. - 

Zaśmiał  się  gorzko,  po  czym  wycedził  przez  zaciśnięte  zęby:  -  Zabijają,  jeśli  nie  dostaną 

okupu. A może nawet i mimo to. 

background image

- Co zamierzasz zrobić? 

- Nic nie zamierzam. Już zacząłem działać - odparł. - Przekazałem Duńczykowi trochę 

pieniędzy,  kupi  wszystko,  co  będzie  mi  potrzebne.  Poprosiłem  też,  aby  skontaktował  się  z 

moimi starymi druhami. 

Spotkamy się z nimi w Gwatemali u znajomego, o którym już ci mówiłem. 

- Kiedy wyruszamy? 

- Jutro. Najchętniej od razu pojechałbym na lotnisko i wsiadł do pierwszego samolotu, 

ale  to  nie  metoda.  Potrzebuję  czasu,  żeby  wszystko  zaplanować,  a  nie  stać  nas  na  to,  aby  z 

wyprzedzeniem  sygnalizować  każde  nasze  posunięcie.  Poza  tym  wieczorem  Duńczyk  ma 

rozmawiać  z  Robertem,  a  chcę  jeszcze  przed  naszym  wyjazdem  dowiedzieć  się,  jaką  kwotę 

udało mu się zgromadzić. 

- . Polecimy do Gwatemali? - spytała, nie dowierzając własnemu szczęściu. 

-  Do  Meksyku  -  poprawił  i  uśmiechnął  się  przeciągle.  -  W  ramach  wakacji,  rzecz 

jasna. Przynajmniej taka informacja dotrze do właściwych uszu. 

- A co z dzisiejszym dniem? Co mam robić? 

- Pozwiedzamy trochę, jeśli chcesz - zaproponował. - Dzięki temu czas szybciej nam 

zleci. 

- Wiem, że się martwisz, J.D. - powiedziała, patrząc mu w oczy. - Jeśli wolisz zostać 

w hotelu... 

Nagle znalazł się tuż przy niej. Bliskość jego atletycznego ciała sprawiła, że ugięły się 

pod nią nogi. Gdy odważyła się podnieść wzrok, stwierdziła, iż ciemne oczy wpatrują się w 

nią bez zmrużenia powiek. 

- Nie sądzę, żeby to był dobry pomysł - powiedział cicho. 

Delikatnie dotknął jej policzka, po czym opuszkami palców nakreślił linię na jej szyi. 

Gabby pomyślała, że musi wyczuwać pod palcami jej gorączkowy puls. 

- Od czego chcesz zacząć? - zmienił temat. 

- Może od Forum? - odparła i przeraziła się, słysząc, jak bardzo głos jej zadrżał. 

Przez dłuższą chwilę badawczo wpatrywał się w jej oczy. Potem lekko dotknął jej ust i 

potrząsnął  głową,  jak  gdyby  nie  mógł  się  nadziwić  ich  miękkości.  Powoli,  zmysłowo 

przeciągnął  po  nich  palcem,  rozmazując  jej  szminkę.  Podniecona  wstrzymała  oddech  i 

bezradnie rozchyliła wargi. 

- Forum? - mruknął. 

background image

Słyszała  go  jak  przez  mgłę.  Nie  była  w  stanie  oderwać  od  niego  wzroku.  Wiedziała 

tylko, że jej ciało reaguje na tego mężczyznę w nowy i przerażający sposób. Ciężki, piżmowy 

zapach jego wody kolońskiej sprawiał, że kręciło jej się w głowie. 

Bezwiednym  gestem  uniosła  dłonie  i  oparła  je  o  jego  pierś.  Chciała  się  odepchnąć, 

lecz zaledwie poczuła pod palcami ciepłe ciało, zabrała je jak oparzona. 

- To tylko skóra - powiedział cicho. - Boisz się mnie dotknąć? 

- Nigdy nikogo nie dotykałam w ten sposób - odparła jednym tchem. 

-  Nie?  Dlaczego?  -  spytał  z  dziwnym  uśmiechem,  wpatrzony  w  jej  twarz,  lecz  nie 

doczekał się odpowiedzi. - Nie mów, że nie miałaś okazji, Gabby. Nigdy w to nie uwierzę. 

Dobre pytanie, pomyślała. Szkoda tylko, że sama nie zna na nie odpowiedzi. 

-  Mama  mówiła,  że  niemądrze  jest  robić  takie  rzeczy  z  mężczyznami  -  oznajmiła 

twardo, wojowniczo wysuwając podbródek. - Że wam niewiele trzeba, żebyście byli gotowi, 

nawet jeśli człowiek poprzestanie na samym całowaniu. 

-  Ach,  to  w  tym  rzecz  -  podchwycił  J.D.  z  lekkim  uśmiechem.  -  Miała  świętą  rację. 

Mężczyźni łatwo się podniecają, kiedy są z kobietą, której pragną. 

Twarz  ją  zapiekła  ze  wstydu.  Zaczerwieniła  się  po  same  uszy,  a  on  się  śmieje  w 

najlepsze! Potwór! Wyrwała mu się i spiorunowała go wzrokiem. 

- To było grubiańskie! 

-  A  ty  jesteś  rozkosznie  nieuświadomiona  -  stwierdził  z  rozbawieniem,  lecz  w  jego 

spojrzeniu  malowała  się  czułość.  -  Sama  z  ciebie  słodycz,  Gabby.  Piekielnie  przyjemnie 

byłoby wprowadzić cię w te sprawy. 

-  Nie  chcę,  żeby  mnie  ktokolwiek  wprowadzał  w  te  sprawy  -  odparła  pruderyjnym 

tonem. - Chcę zobaczyć Forum. 

- No dobrze, ty mały tchórzu, dalej chowaj głowę w piasek - zadrwił, otwierając drzwi 

i czekając, aż Gabby przez nie przejdzie. 

- Nie wiem, czy to przy tobie bezpieczne - mruknęła lekko obrażona. 

Chciała przemknąć się obok niego,  ale zdążył  chwycić ją za ramię. Ciepło jego  ciała 

działało na nią jak narkotyk. 

- Nigdy cię nie skrzywdzę - oznajmił, kompletnie ją zaskakując. Popatrzyła na niego i 

stwierdziła, że twarz miał poważną, uroczystą, niemalże posępną. - Ufasz mi przecież. Zaufaj 

i mojemu ciału. 

- Po co? - spytała. 

background image

-  Jeśli  polecisz  ze  mną  do  Ameryki  Środkowej,  będę  chciał,  żebyś  była  przy  mnie 

dwadzieścia cztery godziny na dobę. Szczególnie w nocy - dodał. - Ludzie, których poznasz, 

nie są zbyt subtelni. Oficjalnie będziesz moją własnością. 

- Dla mojego bezpieczeństwa? - domyśliła się. Przytaknął skinieniem głowy. 

-  Jeśli  sarna  tego  jeszcze  nie  wydedukowałaś,  oznacza  to,  że  będziesz  spała  w  moim 

łóżku. 

Na samą myśl o nocy w łóżku J.D. jej ciało przebiegło dziwne mrowienie. Od dawna 

zastanawiała się, jak by to było, teraz zaś poczuła, że zaczyna brakować jej tchu. Nie musiała 

nic mówić, wystarczyło, że spojrzał na jej twarz. 

- W moim łóżku - powtórzył, spoglądając jej w oczy. - W moich ramionach. Ale nie 

bój się, nie pozwolę sobie na nic niestosownego. Po powrocie do domu, kiedy Martina będzie 

bezpieczna, a ty znowu zasiądziesz przed komputerem, będziesz mogła śmiało opowiedzieć o 

wszystkim mamie. Rozumiemy się? 

Nie  znajdowała  słów,  by  wyrazić  swoje  odczucia.  J.D.  chce  ją  chronić.  Nigdy  by  się 

tego  po  nim  nie  spodziewała.  Z  drugiej  strony  czuła  się  jak  gdyby  rozczarowana.  Czy  to 

znaczy, że on jej nie pragnie? 

- Tak, Jacob - wyszeptała miękko. Przygryzł usta i posłał jej gniewne spojrzenie. 

Ś

cisnął jej ramię tak mocno, że aż skrzywiła się z bólu. 

-  Lepiej  już  chodźmy  -  dodał  zdławionym  głosem,  puszczając  jej  rękę,  po  czym 

odwrócił się z wyraźnym ociąganiem, jak gdyby nie przyszło mu to łatwo. 

Gabby nigdy dotąd nie była w takim cudownym mieście jak Rzym. Całe wydawało się 

przesycone  historią,  pełne  kruszejących  ruin  i  niezwykle  romantyczne.  J.D.  wyjaśnił,  że 

Koloseum, Forum Romanum, Ninfeo di Nerone - nymphaeum wzniesione na rozkaz Nerona - 

oraz  ruiny  dawnej  rezydencji  cesarza,  Złotego  Domu,  wszystkie  mieszczą  się  w  pobliżu 

wzgórz  Celius,  Kapitolu  oraz  Palatynu,  i  ustalili,  że  ograniczą  się  do  zwiedzenia  tej  części 

miasta. 

Było tyle do zobaczenia, iż po pewnym czasie Gabby miała wrażenie, że umysł jej się 

przegrzewa.  Zaczęli  od  Forum  Romanum.  Leniwie  przechadzali  się  wśród  ruin,  Gabby  zaś 

rozglądała się na wszystkie strony, nie mogąc się napatrzeć na te wszystkie wspaniałości. 

-  Pomyśl  tylko  -  szepnęła,  jak  gdyby  obawiała  się,  że  hałas  obudzi  duchy  -  przed 

tyloma  wiekami  spacerowali  tędy  Rzymianie  zupełnie  jak  my  dzisiaj,  mieli  marzenia, 

nadzieje i obawy, tak samo jak my. Ciekawe, czy zastanawiali się, jak w przyszłości zmieni 

się świat? 

- Na pewno. 

background image

J.D. schował ręce do kieszeni. Gdy tak stał zwrócony do niej profilem, a wiatr zdawał 

się bawić się jego błyszczącymi, ciemnymi włosami, Gabby pomyślała, że sam przypomina w 

tej chwili starożytnego Rzymianina. 

- Czytałeś „Roczniki” Tacyta? - spytała. Obejrzał się na nią, zaskoczony. 

- Tak. A ty? 

Uśmiechnęła się od ucha do ucha. 

- Zawsze miałam bzika na punkcie historii starożytnego Rzymu. I Grecji. Uwielbiałam 

Herodota, chociaż wiele osób go krytykowało. 

- Powtarzał tylko, co sam zasłyszał albo co mu opowiedziano, co nie zmienia faktu, że 

lektura  jest  fascynująca  -  odparł  J.D.  i  uśmiechnął  się  rozbawiony.  -  No,  no,  miłośniczka 

historii,  nigdy  bym  się  nie  spodziewał.  Sądziłem,  że  o  innych  krajach  wiesz  tylko  tyle,  ile 

wyczytasz w tych swoich słodkich romansidłach. 

Spojrzała na niego ze złością. 

-  Można  się  z  nich  wiele  nauczyć.  I  nie  tylko  o  historii  -  oznajmiła,  próbując  się 

bronić. 

- A o czym jeszcze? - spytał, unosząc brwi. Uciekła spojrzeniem w bok. 

- Nieważne. 

- Możemy później zwiedzić katakumby, jeśli chcesz. To na południe stąd. 

-  Miejsce  pochówku  wczesnych  chrześcijan?  -  Wzdrygnęła  się.  -  O  nie,  nie  sądzę, 

ż

eby to był dobry pomysł. Miałabym wrażenie, że zakłócamy komuś spokój. Ja z pewnością 

bym nie chciała, żeby ktoś spacerował po moim grobowcu. 

- Przypuszczam, że to zależy od punktu widzenia - przyznał. - W takim razie możemy 

podjechać do Koloseum. 

- A to drugie, o czym mówiłeś... Ninfeo di Nerone? 

- Sanktuarium nimf. - Posłał jej przeciągłe, pobłażliwe spojrzenie. - Pasowałabyś tam 

jak ulał z tymi długimi, ciemnymi włosami i tajemniczymi oczami. 

-  Nie,  bo  nie  lubię  rozpasania  -  odparła  i  oczy  jej  zabłysły.  -  W  Rzymie  za  czasów 

Nerona  panował  upadek  obyczajów.  Nie  pamiętam,  gdzie  to  czytałam,  ale  podobno  za 

namową kochanki Neron kazał w ohydny sposób zamordować swoją żonę Oktawie. 

- U Tacyta - przypomniał. - To miasto pamięta wiele strasznych zbrodni, ale jeśli się 

dobrze nad tym zastanowić, skarbie, to straszne rzeczy dzieją się po dziś dzień. Na przykład 

to, co spotkało Martinę. 

- A jednak świat zbytnio się nie zmienił, prawda? - odparła ze smutkiem. 

background image

Patrzyła,  jak  rysy  mu  tężeją,  zaledwie  pomyślał  o  nieszczęściu  siostry.  Delikatnie 

dotknęła jego ramienia i powiedziała cicho: 

-  Nie  zrobią  jej  krzywdy,  Jacob.  Przynajmniej  dopóty,  dopóki  nie  dostaną  okupu. 

Prawda? 

- Nie wiem. - Chwycił ją za ramiona, przyciągnął do siebie i patrząc jej prosto w oczy, 

zapytał cicho: - Boisz się mnie? 

- Nie - skłamała. 

-  Mamy  odgrywać  kochanków  -  przypomniał.  -  Na  wypadek,  gdyby  ktoś  nas  teraz 

obserwował... 

Gdy zaczął się nad nią pochylać, Gabby wstrzymała oddech i zawisła spojrzeniem na 

jego ustach. 

- Nigdy o tym nie myślałaś? - spytał z napięciem, widząc jej przerażoną minę. 

Zamrugała powiekami, spojrzała na niego niepewnie i natychmiast ponownie opuściła 

wzrok. 

- O tym, żeby cię pocałować? - odparła szeptem. 

- Tak. 

Bezwiednie rozchyliła usta i westchnęła. Przez materiał czuła ciepło jego ciała, zarys 

jego twardych mięśni i z wrażenia zrobiło jej się gorąco. 

Dłonie  J.D.  przesunęły  się  ku  jej  ramionom,  w  końcu  ujęły  jej  twarz  i  uniosły  ją 

delikatnie. 

-  Tak  z  ciekawości  -  spytał  ledwie  słyszalnie,  wpatrując  się  jej  w  oczy  -  czy  ta  myśl 

budzi w tobie niesmak? 

Otworzyła  szeroko  oczy,  wstrząśnięta  tym  pytaniem.  Nie  wierzyła,  by  jakakolwiek 

kobieta mogła czuć niesmak na myśl o pocałowaniu go. 

-  Chodzi  o  coś  zupełnie  innego  -  odparła  szczerze,  opierając  dłonie  na  jego  piersi.  - 

Boję się, że będziesz rozczarowany. 

Uniósł brwi na znak zdumienia. 

- Czemu? 

Niepewnie przestąpiła z nogi na nogę. 

-  Nie  mam  w  całowaniu  się  zbyt  dużej  wprawy  -  wyznała,  widząc  zaś,  że  oczy  mu 

zabłysły, dodała obronnym tonem: - Sam rozumiesz, jestem taka zapracowana. 

-  Więc  zaniedbałaś  erotyczną  edukację?  -  Zaśmiał  się  łagodnie.  -  Nauczę  cię 

całowania,  Gabby.  To  wcale  nie  jest  takie  trudne.  Zamknij  oczy  i  pozwól  mi  zająć  się  całą 

resztą. 

background image

Posłusznie  zamknęła  oczy,  jednak  zaledwie  musnął  jej  usta,  jęknęła  cicho  i 

wstrzymała oddech. 

- Co tak wzdychasz? - spytał łagodnym tonem. 

- Jesteś moim szefem... - odpowiedziała, podnosząc na niego rozszerzone oczy. 

-  Dzisiaj  jestem  twoim  mężczyzną  -  oznajmił  takim  tonem,  jak  gdyby  czymś  go 

rozgniewała. 

Zmusił ją do uniesienia twarzy i zbliżył usta do jej ust, mrucząc cicho: 

- Zrelaksuj się, dobrze? Jesteś strasznie spięta. 

-  Staram  się  -  zaśmiała  się  nerwowo  -  ale  przy  tobie  cała...  sztywnieję.  Przepraszam, 

ale to wszystko jest dla mnie zupełnie nowe. 

- Sztywniejesz? - upewnił się, z uwagą przyglądając się jej spod zmrużonych powiek. 

Znowu bezwiednie rozchyliła usta i zacisnęła dłonie. Nagle i on znieruchomiał. 

- Widzisz? Z tobą dzieje się to samo. 

Wyraz  napięcia  zniknął  z  jego  oczu,  teraz  malowała  się  w  nich  ulga.  Zaczął 

obsypywać jej twarz delikatnymi pocałunkami, najpierw czoło, potem obie powieki. Wsunął 

rękę w jej włosy i podtrzymał głowę. 

- Gabby - szeptał, całując ją po policzkach i znowu po czole - czy kiedyś czułaś się tak 

jak teraz? Przy kimś innym? 

Pytanie brzmiało tak, jak gdyby zadał je od niechcenia, toteż nie widziała powodu, by 

nie udzielić na nie odpowiedzi. 

- Nie - odparła szczerze. 

Niespieszne,  pełne  czułości  pocałunki  sprawiały  jej  autentyczną  przyjemność,  czuła 

się jak kochane dziecko. 

- Masz ochotę na coś więcej? 

Sennie  podniosła  powieki,  nie  wiedząc,  co  miał  na  myśli,  lecz  nie  zdążyła  o  nic 

zapytać, bowiem w tej samej chwili pocałował ją mocno i gorąco. Jęknęła i znowu zamknęła 

oczy. Pomyślała, że to dziwne uczucie. Jego usta były ciepłe, smakowały dymem i całowały z 

wielką wprawą. Dłońmi wczepiła się w jego koszulę i stała nieruchomo, czując, jak budzi się 

w niej dziwny niedosyt, pozwalając, by pocałunek stawał się coraz gwałtowniejszy. 

Nieoczekiwanie  J.D.  odsunął  się  nieznacznie,  lecz  jego  twarz  w  dalszym  ciągu 

znajdowała się tak blisko, że Gabby widziała tylko jego usta. 

- Kto ci wmówił, że nie wypada się całować z otwartymi ustami? - spytał ciepło. 

Spojrzała na niego półprzytomnie. 

- A nie wypada? - spytała głosem, który nawet jej samej wydał się piskliwy i drżący. 

background image

-  Wypada  -  zapewnił  z  przekonaniem.  -  Chcę  poczuć  twój  smak,  Gabby.  Chcę  cię 

dotknąć... tam w środku. 

Posłuchała go oszołomiona. Rozchyliła usta i pozwoliła się pocałować. 

- Nie bój się - szepnął z napięciem w głosie, gdy jęknęła cicho. - Nie będzie bolało. 

Upajała  się  uczuciem,  że  w  pełni  do  niego  należy,  smakiem  jego  ust.  Wtuliła  się  w 

jego silne ciało i usłyszała, jak tym razem z jego ust wyrywa się jęk przyjemności. 

- Nie - odezwał się nagle, odpychając ją od siebie. 

Przycisnęła  do  piersi  torebkę  i  trzęsąc  się  jak  z zimna,  bezradnie  przyglądała  się,  jak 

J.D.  odchodzi  i  nerwowo  szuka  po  kieszeniach  papierosa.  Nigdy  nie  przypuszczała,  że 

pocałunek może być taki cudowny! 

Grupa turystów wchodziła właśnie na Forum, które przez chwilę mieli tylko dla siebie. 

Gabby mignęły przed oczami ich pstrokate stroje, słyszała szmer głosów, lecz cała jej uwaga 

skupiona była na J.D., który palił papierosa. Gdy go zgasił, wrócił do niej. 

- Nie powinienem był tego robić - powiedział cicho. - Przepraszam. 

Pozorny spokój okupiła wysiłkiem woli. 

- Nie ma za co - zapewniła. - Wiem, jak bardzo martwisz się o Martinę. 

- Sądzisz, że szukałem pociechy, Gabby? Roześmiał się, ale w jego śmiechu nie było 

radości. Omiótł spojrzeniem jej zgrabną figurę. 

-  Lepsze  to  niż  myśleć,  że  potrzebujesz  kobiety,  a  ja  akurat  się  nawinęłam  -  odparła 

ledwie słyszalnie. 

- Obawiam się, że to nie takie bezosobowe - wyznał, idąc obok niej z posępną miną. - 

Gabby, coś ci powiem. Robiłem to na każdy możliwy z sposób z mnóstwem kobiet, ale nigdy 

dotąd nie pragnąłem dziewicy. 

Zatrzymała się i podniosła na niego zdziwione oczy. 

- Zgadza się - przytaknął, odwzajemniając jej spojrzenie. - Pragnę cię, Gabby. 

Zaczerwieniła się. 

- Musisz mi co pewien przypominać, że jesteś dziewicą - dodał z bladym uśmiechem. 

- Ponieważ przyzwyczaiłem się brać, czego chcę, i o nic nie pytać. 

Jest  zły,  sfrustrowany,  zapewne  też  próbuje  mnie  przed  sobą  ostrzec,  pomyślała. 

Mimo to wcale się go nie bala. 

- Jeśli mnie uwiedziesz, to zajdę w ciążę i będę cię prześladować - oznajmiła. 

Spojrzał na nią tak, jak gdyby nie wierzył własnym uszom, a potem odchylił głowę i 

roześmiał się jak mały chłopiec. 

background image

-  W  takim  razie  muszę  się  mieć  na  baczności,  prawda?  -  podchwycił  przekornym 

tonem, błyskając w uśmiechu mocnymi, białymi zębami. 

Uśmiechnęła się do niego, czując się dziwnie bezpieczna. 

-  Będę  ci  za  to  bardzo  wdzięczna  -  odparła.  Zrobił  głęboki  wdech  i  powoli  ruszyli 

przed siebie. Po chwili westchnął i zaciągnął się papierosem. 

- A miało być przyjemnie - oznajmił cicho. - Może mimo wszystko będzie lepiej, jeśli 

wsadzę cię w pierwszy samolot do Chicago, mała. 

- Boisz się? - spytała ściszonym głosem. 

-  Ja  nie,  moja  panno,  ale  ty  pewnie  żałujesz,  że  nie  zostałaś  w  domu.  Nie  wiem,  co 

mnie podkusiło, żeby cię ze sobą zabrać. 

- Powiedziałeś, że mi ufasz. 

-  Bo  ufam.  Bez  zastrzeżeń.  Dlatego  tu  jesteś.  A  po  tym,  co  się  stało,  potrzebuję  cię 

bardziej niż kiedykolwiek. Chcę, żebyś została na farmie i wzięła na siebie obsługę radia. W 

czasie  akcji  musimy  być  w  ciągłym  kontakcie.  Mamy  mocne  krótkofalówki,  a  finca,  farma, 

mieści się zaledwie kilka kilometrów od miejsca, gdzie rewolucjoniści przetrzymują Martinę. 

Wyraz jego twarzy sprawił, że tknęło ją koszmarne podejrzenie. 

- Chyba nie chcesz próbować w pojedynkę odbić Martiny? - spytała ze zgrozą. 

- Nie sam. Z przyjaciółmi, o których ci mówiłem. 

- A nie mógłbyś zostać ze mną na farmie? 

- Martwisz się o mnie? - Zaśmiał się cicho. 

-  Gabby,  nieraz  musiałem  uchylać  się  przed  kulą.  Służyłem  w  jednostkach 

specjalnych. 

- Wiem, mówiłeś - przyznała przygnębionym tonem. - Ale to było dawno temu. Teraz 

stale przesiadujesz za biurkiem. 

- Nie stale, tylko czasami - poprawił ją spokojnie. - Jest wiele rzeczy, których o mnie 

nie wiesz, o moim prywatnym życiu. 

- Koniecznie chcesz dać się zabić? 

- A możesz mi zagwarantować, że jutro nie wpadnę pod samochód? - spytał spokojnie. 

Popatrzyła na niego ze złością. 

-  Straciłabym  pracę  -  odparła  zrzędliwym  tonem.  -  Zasiliłabym  rzesze  bezrobotnych. 

Do końca moich dni przewracałabym papiery na biurku i umierała z nudów. 

- Mnie też by ciebie brakowało. Chyba - odparł ze śmiechem. - Nie martw się o mnie, 

Gabby. Co ma być, to będzie, nie boję się. 

- Czy chociaż poznam tego twojego Duńczyka? Pokręcił głową. 

background image

-  Wystarczy,  że  w  Ameryce  Środkowej  poznasz  kilka  barwnych  postaci.  Zresztą 

Duńczyk nienawidzi kobiet. 

- Z ciebie też playboy że pożal się Boże - mruknęła pod nosem. 

- To źle? - spytał, zerkając na nią ukradkiem. 

- Wolałabyś, żebym co noc sypiał z inną? 

Zbulwersowana,  przez  chwilę  gorączkowo  szukała  odpowiedzi.  Na  szczęście  J.D. 

właśnie  otworzył  drzwi  wypożyczonego  samochodu  i  czekał,  aby  pomóc  jej  wsiąść,  dzięki 

czemu mogła zachować dyplomatyczne milczenie. 

Reszta  dnia  minęła  jej  w  dziwnym  oszołomieniu.  Gdy  wracali  do  hotelu,  mieniło  jej 

się  przed  oczami  od  malowniczych  ruin,  natłoku  ludzi  i  potwornych  korków  w  mieście.  W 

dłoni ściskała bukiecik, który J.D. kupił jej przy fontannie di Trevi u starej kwiaciarki. 

Nie mogła się doczekać, kiedy będzie mogła wstawić kwiatki do wody. Jeden chciała 

zasuszyć i zachować na pamiątkę. Powąchała je z lubością. 

Zaledwie znaleźli się w hotelowym pokoju, J.D. do kogoś zadzwonił. Okazało się, że 

płynnie mówi po włosku. 

-  Muszę  na  chwilę  wyjść  -  oznajmił,  spoglądając  na  Gabby  posępnie,  gdy  tylko 

odłożył słuchawkę. - Zamknij drzwi i nie wpuszczaj nikogo, nawet obsługi hotelowej, dopóki 

nie wrócę. Dobrze? 

- Tylko nie wpakuj się w żadne tarapaty, bo kto cię uratuje, kiedy mnie przy tobie nie 

będzie? - odparła sztucznie wesołym tonem. 

Potrząsnął głową. 

- Nie ma mowy. Uważaj na siebie. 

- Ty na siebie też. Och... Jacob? 

Był już przy drzwiach, ale odwrócił się i spytał: 

- Tak? 

- Dziękuję za bukiecik. 

-  Pasuje  do  ciebie.  -  Przyglądał  się  jej  przez  chwilę,  po  czym  dodał  z  uśmiechem:  - 

Sama jesteś jak kwiat. Ciao, Gabby. 

I już go nie było. Gabby przez dłuższy czas wpatrywała się w drzwi, które się za nim 

zamknęły, po czym poszła wstawić bukiecik do wody. 

background image

ROZDZIAŁ TRZECI 

J.D.  wrócił  do  hotelu  dopiero  późnym  popołudniem.  Był  dziwnie  małomówny.  W 

zupełnym milczeniu zjedli z Gabby wczesną kolację, potem znowu wyszedł, poradziwszy jej, 

aby spróbowała się trochę przespać. 

Domyślała się, że dowiedział się czegoś, co go zmartwiło, jednak cokolwiek to było, 

nie zamierzał się dzielić swoimi odkryciami z Gabby. Najwyraźniej mimo wszystko nie ufał 

jej bezgranicznie i właśnie z tą myślą najtrudniej było jej się pogodzić. Położyła się do łóżka i 

usnęła jak dziecko.  Zanim zmorzył ją sen, marzyła o jakimś kataklizmie, o trzęsieniu ziemi, 

które  kazałoby  mu  biegiem  do  niej  wrócić.  Wszystkie  te  szaleńcze  fantazje  kończyły  się 

sceną,  gdy  J.D.  wpada  do  pokoju  i  porywa  ją  w  ramiona.  Westchnęła.  Nie  tak  to  sobie 

wyobrażała. 

Nigdy  by  nie  pomyślała,  że  służbowy  wyjazd  okaże  się  źródłem  zupełnie  nowych  i 

jakże  silnych  emocji.  Jeszcze  przed  tygodniem  nie  uwierzyłaby,  że  przystojny  szef  może  jej 

pragnąć, a co dopiero, że usłyszy to zapewnienie z jego ust. 

Rano wsiedli w samolot do Meksyku. Po kilku godzinach Gabby zaczęła się poważnie 

niepokoić o J.D., w końcu nie wytrzymała i przyjrzała mu się ukradkiem. Odkąd znaleźli się 

w  powietrzu,  trwał  w  niezmienionej  pozie,  podczas  gdy  ona  przyglądała  się  obłokom, 

studiowała  instrukcje  bezpieczeństwa  i,  skrajnie  już  zdesperowana,  dokładnie  przeczytała 

napis na etykietce przyklejonej do kamizelki ratunkowej. 

J.D., jak gdyby poczuł jej badawcze spojrzenie, zwrócił ku niej twarz. 

- Co się stało? - spytał półgłosem. 

- Czyja wiem... - odparła, popierając te słowa bliżej niesprecyzowanym gestem. 

- Jesteś pod moją opieką - przypomniał, znacząco unosząc brwi. 

- Przecież wiem. - Wlepiła wzrok w jego gołębią kamizelkę. - Zostaniemy w Mexico 

City? 

-  Chyba  nie.  Mamy  się  z  nim  spotkać  na  lotnisku.  Nieoczekiwanie  wziął  ją  za  rękę. 

Dotyk  jego  dużej,  ciepłej  dłoni  sprawił,  że  poczuła  się  przedziwnie,  szczególnie  gdy  zaczął 

powoli gładzić palcem jej nadgarstek. Wnętrze jej dłoni natychmiast zwilgotniało. 

- Zdenerwowana? 

-  Ależ  skąd.  Kto  by  się  bał,  jadąc  w  ciemno  na  drugi  koniec  świata?  -  odparła  z 

cierpkim  uśmiechem,  po  czym  zerknęła  na  niego  spod  oka.  -  W  mojej  rodzinie  głupota  jest 

dziedziczna. 

background image

Gdy  znowu  się  uśmiechnął,  uświadomiła  sobie  z  dziwną  satysfakcją,  że  w  ciągu 

ostatnich dwóch dni uśmiech znacznie częściej gościł na jego twarzy niż przez dwa miesiące 

w  pracy.  Zapatrzyła  się  w  jego  ciemnobrązowe  oczy  i  zapomniała  o  samolocie,  o  innych 

pasażerach. 

J.D. odwzajemnił jej spojrzenie i natychmiast spoważniał. Przygryzł usta, kładąc dłoń 

na  jej  ręce,  i  powoli  splótł  palce  z  jej  palcami.  Pieszczota  była  niewinna,  lecz  zarazem 

niezwykle zmysłowa. Serce Gabby biło coraz szybciej, a gdy przycisnął  jej dłoń do poręczy 

fotela, bezwiednie wstrzymała oddech. 

J.D. przyglądał się jej spod przymrużonych powiek. 

- To samo potrafią dwa ciała - odezwał się półgłosem, bacznie obserwując jej reakcję. 

- Bez pośpiechu, z taką samą łatwością. 

- Przestań - poprosiła łamiącym się głosem i odwróciła twarz. 

- Gabby, nie zachowuj się jak dziecko - skarcił ją łagodnie. 

Policzyła do dziesięciu, aby się uspokoić, ale na niewiele to się zdało, bowiem ciężka, 

ciepła dłoń nadal spoczywała na jej ręce. 

-  Pan  nie  gra  w  mojej  lidze,  panie  Brettman  -  zdołała  w  końcu  powiedzieć  -  o  czym 

zapewne doskonale pan wie. Proszę... niech się pan mną nie bawi. 

- Nigdy bym nie śmiał. 

Westchnął i obrócił się przodem do Gabby, po czym oparł skroń o wezgłowie fotela i 

delikatnie przyciągnął jej twarz, tak aby znalazła się tuż przy jego twarzy. 

- Wkrótce poznasz ludzi, z jakimi nigdy nie miałaś do czynienia - podjął i uśmiechnął 

się  na  widok  jej  zdziwionej  miny.  —  Pomyślałem,  że  będzie  ci  łatwiej,  jeśli  trochę 

poćwiczymy. 

- Nie rozumiem? Co będziemy musieli poćwi...? - zapytała zaniepokojona. 

- Chodzi mi o to, o czym już rozmawialiśmy w Rzymie. Przez większość czasu mamy 

być nierozłączni i zachowywać się tak, jak gdyby trudno nam było utrzymać ręce przy sobie. 

Gabby na chwilę przestała oddychać. W milczeniu błądziła wzrokiem po jego twarzy. 

- Czy tylko dlatego wtedy, na Forum, ty...? Wahał się zaledwie przez sekundę. 

- Tak - odparł z pełnym rozmysłem. - Byłaś przy mnie strasznie nerwowa, nikt by nie 

uwierzył,  że  jesteś  moją  kochanką.  Musimy  być  przekonujący,  inaczej  cały  plan  spali  na 

panewce. 

- Rozumiem - powiedziała, usiłując ukryć rozgoryczenie. 

J.D. popatrzył na jej błyszczące oczy, potem na policzki, w końcu zatrzymał wzrok na 

jej ustach. 

background image

- Masz takie miękkie usta, Gabby. Pełne, takie kuszące. Aż za bardzo lubię je całować 

- powiedział zamyślonym tonem, po czym z wysiłkiem oderwał od nich  wzrok. - Miałaś mi 

przypominać, że jesteś dla mnie nie do zdobycia. 

Odczuwała przyjemność, gdy przyglądał się jej w taki sposób. Na samą myśl o tym, że 

jeszcze chwila i byłby ją pocałował, zrobiło się jej gorąco. Uśmiechnęła się dziwnie i uciekła 

spojrzeniem w bok. 

- Czemu zawdzięczam ten cień uśmiechu? - spytał zaciekawiony. 

-  Po  prostu  nigdy  nie  myślałam  o  tobie  w  tych  kategoriach  -  wyznała  bez 

zastanowienia. 

- Jak o kochanku? 

- Tak - przyznała nieśmiało, wlepiwszy wzrok w ziemię. 

Pogłaskał ją po policzku, potem po szyi. 

-  Może  się  zdziwisz,  ale  mnie  rzadko  zdarzało  się  myśleć  o  tobie  inaczej  niż  jako  o 

potencjalnej kochance - szepnął szorstko. 

Popatrzyła na niego ze zdumieniem. 

- J.D... - zaczęła niepewnie. 

Powiódł kciukiem po jej ustach. To lekkie dotknięcie, zaledwie zapowiedź pieszczoty, 

sprawiło, że całe jej ciało znowu ogarnęła fala gorąca. J.D. 

oddychał  głośno  i  nagłe  ściągnął  brwi,  jak  gdyby  działo  się  coś,  czego  się  nie 

spodziewał. Spojrzał na jej rozchylone wargi i aż wstrzymał oddech. 

Gabby  ze  zdenerwowania  zaschło  w  ustach.  Bezwiednie  zwilżyła  je  koniuszkiem 

języka. 

-  Nie  rób  tak,  Gabby  -  szepnął,  mocniej  przyciskając  palec  do  jej  warg.  -  Pozwól, 

ż

ebym... 

Pochylił się i złożył na jej ustach lekki pocałunek, który skończył się równie nagle, jak 

się rozpoczął. Z głośników napłynęła prośba o zapięcie pasów i magia chwili prysła. Gdy J.D. 

znowu na nią spojrzał, był blady, źrenice miał rozszerzone. 

-  Następnym  razem  -  szepnął  -  wycałuję  cię  do  utraty  tchu,  tak  jak  tego  chciałem, 

kiedy byliśmy na Forum. 

Nie  odpowiedziała,  po  prostu  nie  była  w  stanie  wykrztusić  z  siebie  słowa. 

Rozpaczliwie  go  pragnęła  i  czuła  się  jak  słaby  pływak,  który  niebacznie  zapuścił  się  na 

głębokie wody. Dłonie drżały jej tak bardzo, że miała trudności z zapięciem pasów. Co się z 

nimi  dzieje?  Jeszcze  wczoraj  rano  byli  tylko  pracodawcą  i  pracownicą,  lecz  wystarczył 

ułamek sekundy, by wszystko się zmieniło, stało się nowe i przerażające. 

background image

- Proszę, nie bój się mnie - odezwał się półgłosem, biorąc ją za rękę. - Nie skrzywdzę 

cię. Nigdy, za żadne skarby świata. 

Zerknęła na niego nieśmiało. 

- Nic mi nie jest, po prostu mam... 

- Zamęt w głowie? - dokończył cierpko. - Nie ty jedna. Dla mnie to też był szok. 

-  Sądziłam,  że  pocałowałeś  mnie  tylko  dlatego,  żebyśmy  byli  bardziej  przekonujący. 

Chyba tak to ująłeś? - odparła, patrząc na ich splecione palce. 

- Owszem. I dlatego, że byłem ciekawy, jak będzie. Ty chyba też. - Uniósł jej twarz. - 

Teraz już wiemy, prawda? 

-  Chyba  lepiej  by  się  stało,  gdybym  się  tego  nie  dowiedziała  -  odparła  ledwie 

słyszalnie. 

- Mówisz serio? Cóż, przynajmniej nauczyłaś się całować. 

- Aleś ty subtelny! Nie przymierzając, jak czołg! Uśmiechnął się od ucha do ucha. 

- Nie brakuje ci tupetu, Gabby. To dobrze. Tam, dokąd lecimy, bardzo ci się przyda. 

Ta uwaga przypomniała jej o celu podróży, i Gabby natychmiast straciła humor. Gdy 

samolot zaczął schodzić do lądowania, trzymała J.D. mocno za rękę i zastanawiała się, czy za 

kilka  tygodni  pozostaną  jej  tylko  wspomnienia.  Mówił  wcześniej,  że  muszą  wyglądać  na 

kochanków.  Czy  ten  pocałunek  to  dla  niego  jedynie  coś  w  rodzaju  próby  generalnej? 

Zmarszczyła  czoło.  Nagle  uświadomiła  sobie,  że  wolałaby,  aby  znaczył  dla  niego  znacznie 

więcej. Zapowiedział, że wycałuje ją do utraty tchu, i szczerze chciała, by dotrzymał słowa. 

Wylądowali  w  Mexico  City.  Gdy  wchodzili  do  terminalu,  Gabby  uśmiechała  się  na 

myśl o zabytkach azteckiej cywilizacji, w wyobraźni już podziwiała malownicze ruiny, zaraz 

jednak  przypomniała  sobie  o  nieszczęsnej  Martinie.  Nie  przybyli  do  Meksyku  dla  atrakcji 

turystycznych. 

Spojrzała  na  J.D.  Stał  przy  niej,  wysoki  i  milczący,  paląc  papierosa.  Spokojnie 

rozglądał  się  po  terminalu,  podczas  gdy  ona  kręciła  się  przy  nim  niecierpliwie,  pilnując 

bagażu:  dwóch  toreb  podróżnych,  na  tyle  małych,  iż  mogli  je  przewieźć  na  pokładzie 

samolotu. 

Czekali  dość  długo,  w  końcu  jednak  J.D.  uśmiechnął  się  na  widok  wysokiego 

mężczyzny  w  piaskowym  mundurze  i  skórzanych  wojskowych  butach,  który  szedł  w  ich 

stronę. Był zabójczo przystojny i wyglądał - podobnie jak J.D. - na człowieka światowego i 

trochę niebezpiecznego. 

- Laremos. 

J.D. podał mu rękę, błyskając zębami w szerokim uśmiechu. 

background image

- Myślałeś, że o tobie zapomniałem? - odezwał się mężczyzna w mundurze; mówił po 

angielsku ze śpiewnym akcentem. - Dobrze wyglądasz, Łucznik. 

Gabby pytająco uniosła brwi. 

- Łucznik - wyjaśnił mężczyzna - to jego ksywka z czasów naszej... znajomości, wiele 

lat temu. Gabby Darwin, tak? 

- Tak. - Kiwnęła głową. - A pan to señor Laremos? 

-  Diego  Laremos,  a  sus  ordenes  -  przedstawił  się  dwornie,  po  czym  posłał  J.D. 

porozumiewawczy uśmiech. - Apetyczny kąsek, Łucznik. 

- O tak, w pełni się z tobą zgadzam - odparł J. D. 

swobodnym  tonem  i  uśmiechając  się  do  Gabby,  mocno  objął  ją  ramieniem,  przed 

czym zresztą wcale się nie wzbraniała. - Duńczyk do ciebie dzwonił? 

Laremos przestał się uśmiechać i nagle wydał się Gabby zupełnie innym człowiekiem 

niż jeszcze przed chwilą, znacznie bardziej niebezpiecznym. 

- Si - przytaknął. - Drago, Semson i Apollo już są na miejscu. 

- Super. Co z moim sprzętem? 

- Apollo odebrał go od Duńczyka - odparł Laremos przyciszonym głosem. - Uzi i AK 

- 47, nówka. 

J.D. wydawał się zadowolony z tej odpowiedzi, Gabby natomiast czuła się trochę jak 

na tureckim kazaniu. 

- Przydałoby się kilka RPG - dodał po namyśle. 

-  Dwa  już  mamy  -  oznajmił  Laremos.  -  Plus  osiem  bryłek  C  -  4,  naboje  do  RPG, 

potrzebny osprzęt, ekwipunek dżunglowy i od groma amunicji. Ostatnimi czasy przy granicy 

aż roi się od rebeliantów, więc wszystko można kupić, o ile ma się forsę i kontakty. 

J.D. uśmiechnął się nieznacznie. 

-  Duńczyk  twierdzi,  że  Sierżant  ma  i  jedno,  i  drugie.  To  było  mądre  posunięcie  z 

twojej strony, powierzyć mu ochronę twojej posiadłości. 

Si - przyznał Laremos. - Dlatego wciąż żyję, podczas gdy wielu moich sąsiadów od 

dawna  wącha  kwiatki  od  spodu.  Nie  dalej  jak  w  zeszłym  miesiącu  poszła  z  dymem  finca, 

która graniczy z moją, a jej właściciel... - Zerknął na Gabby. - Proszę o wybaczenie, señorita. 

To nie jest rozmowa dla kobiecych uszu. 

-  I  tak  rozumiem  piąte  przez  dziesiąte  -  odparła,  uważnie  przyglądając  się  obu 

mężczyznom. - Co to jest RP coś tam? I jakie znowu naboje? 

-  Później  wszystko  ci  wyjaśnię  -  obiecał  J.D.,  po  czym  ponownie  zwrócił  się  do 

Laremosa: - Załatwiłeś samolot? 

background image

- Musicie tylko pomyślnie przejść odprawę celną - odparł  Laremos, kiwając głową.  - 

Zakładam, że nie przewozicie niczego, co mogłoby nam przysporzyć kłopotów po lądowaniu. 

W przeciwnym razie meksykańscy celnicy nie wypuściliby was z rąk. 

J.D. parsknął śmiechem. 

-  Nie  sądzę,  żeby  przymknęli  oko,  gdybym  wparował  na  pokład  samolotu  z  uzi  na 

szyi, obwieszony pasami z amunicją. Nawet gdybyś ty był z nami. 

Laremos głośno mu zawtórował. 

- Z pewnością nie. Chodźmy. Mamy pełny zbiornik paliwa, możemy startować. 

- Uzi? - odezwała się Gabby, gdy podążali za Laremosem. 

J.D. objął ją przelotnie, nie zatrzymując się nawet. 

- Izraelski pistolet maszynowy. Klasyfikowany jako broń półautomatyczna - wyjaśnił. 

- Używałeś takiego, będąc w jednostkach specjalnych? 

Zaśmiał się cicho. 

- Nie. 

-  No  to  skąd...  Po  co  ci  w  ogóle  broń?  Zamknął  jej  usta  mocnym,  krótkim 

pocałunkiem. 

- Cicho bądź, Gabby, zanim napytasz nam biedy. 

Zbędna  prośba,  zważywszy  że  pocałunek  zrobił  na  niej  takie  wrażenie,  że  i  tak  nie 

zdołałaby wydobyć głosu. Usta jej płonęły. Gdyby tylko byli sami, a pocałunek trwał dłużej... 

Pilot  czekał  na  nich  w  dwusilnikowym  samolocie.  Laremos  rozsiadł  się  w  jednym  z 

wygodnych  foteli  z  przodu.  Gdy  Gabby  i  J.D.  także  zajęli  miejsca,  niski,  młody  mężczyzna 

przyniósł im kawę i po chwili lecieli już w kierunku stolicy Gwatemali. 

- Komu trzeba powiedziałem, że przyjeżdżasz do mnie w odwiedzimy z przyjaciółką - 

odezwał się nagle Laremos, patrząc na J.D., po czym cicho się zaśmiał. - Obawiam się, że to 

automatycznie  czyni  cię  kimś  podejrzanym,  ponieważ  moja  przeszłość  nie  jest  dla  nikogo 

tajemnicą.  Za  to  oszczędzę  wam  fatygi  nielegalnego  przekraczania  granicy.  Mam  wysoko 

postawionych  znajomych,  pomogą  nam.  A  wiesz,  że  ci  sami  terroryści,  którzy  przetrzymują 

twoją  siostrę,  próbowali  mnie  uprowadzić  parę  tygodni  temu?  Na  szczęście  Sierżant  był  w 

pobliżu. Uzbrojony. 

- A on nie chybia - stwierdził J.D. 

-  Swego  czasu  to  samo  można  było  powiedzieć  o  tobie,  przyjacielu  -  przypomniał 

Laremos, przyglądając się dawnemu przyjacielowi bez uśmiechu. 

-  Ilu  jest  terrorystów?  - spytał  J.D.  -  Starych  wyjadaczy,  Laremos,  nie  żółtodziobów, 

którzy wezmą nogi za pas przy pierwszej wymianie ognia. 

background image

-  Może  dwunastu  -  odparł  Laremos.  -  I  z  dwudziestu  takich,  którzy,  jak  mówisz,  od 

razu  dadzą  dyla.  Za  to  ta  dwunastka  to  weterani.  Twardzi  jak  diabli,  z  politycznymi 

koneksjami.  Należą  do  międzynarodowej  sieci  z  odłamem  we  Włoszech.  Podejrzewam,  że 

skusiła  ich  wizja  szybkiego  zarobku.  Twój  szwagier  jest  ważnym  człowiekiem,  no  i  ma-

jętnym. Daję głowę, że właśnie ktoś z tej dwunastki wpadł na pomysł przewiezienia Martiny 

do Gwatemali. Obóz założyli zaledwie przed miesiącem i nie mam większych wątpliwości co 

do  tego,  że  porwanie  było  starannie  zaplanowane.  -  Wzruszył  ramionami.  -  Ostatnimi  czasy 

dużo  się  mówiło  o  sukcesach  włoskiej  policji  w  walce  z  porywaczami.  Tutaj  jest  mniejsze 

ryzyko wpadki, więc woleli wywieźć ją z Włoch. 

- Roberto próbuje pożyczyć kwotę, która pozwoli mu na negocjacje - zauważył J.D. - 

Ani mu się śni informować władze. 

- Rozumiem, że nie zna twojej przeszłości? - Laremos znowu ściszył głos. 

J.D. pokręcił głową. 

- Starannie pozacierałem za sobą ślady. 

- Nie brakuje ci tego? Dawnego życia? J.D. westchnął. 

-  Czasami.  Ale  coraz  rzadziej.  Teraz  mam  inne  zainteresowania  -  odparł,  rzucając 

Gabby roztargnione spojrzenie. - Robię się za stary na wojaczkę. Za bardzo zmęczony. 

- Z tych samych powodów postanowiłem zostać uczciwym człowiekiem - zaśmiał się 

Laremos,  przeciągając  się  leniwie.  -  I  nie  żałuję,  tak  jest  o  niebo  lepiej.  Ale  czasem 

wspominam  stare  dzieje  i  zastanawiam  się,  jak  potoczyłoby  się  moje  życie,  gdybym  się  nie 

wycofał. Byliśmy prawdziwymi amigos, Łucznik. 

- Tworzyliśmy zgrany zespół - przyznał J.D. 

- Liczę na to, że nie inaczej będzie i tym razem. 

- Nie bój się, amigo. To jak z pływaniem, tego się nie zapomina. Dbasz o kondycję? 

-  Weszło  mi  to  w  krew,  jakoś  nie  mogłem  się  odzwyczaić  -  odparł  J.D.  -  I  całe 

szczęście,  bo  przedzieranie  się  przez  dżunglę  to  nie  spacerek.  Poza  tym  starałem  się  być  na 

bieżąco, interesowałem się tym, co się tutaj dzieje, sprawami wojskowymi, polityką. 

- A co tu robi ta ślicznotka? - Laremos ściągnął brwi i przyjrzał się Gabby z uwagą. - 

Lekarka? 

- Będzie obsługiwała radio - odparł cicho J.D. 

- Zostanie z tobą na ranczu. Nie dopuszczę do tego, żeby cokolwiek jej się stało. 

-  Rozumiem.  -  Laremos  zmrużył  oczy  i  zaniósł  się  śmiechem.  -  Nieufny  jak  zawsze, 

hę? Nigdy mi nie zapomnisz, że jeden jedyny raz straciłem czujność i... 

- Bez urazy - przerwał mu J.D. - ale zdam się na Gabby. 

background image

- Rozumiem. - Laremos pokiwał głową. - I nie czuję się obrażony. Sumienie wciąż nie 

daje mi spokoju. 

-  Czy  ktoś  zechciałby  mi  łaskawie  wytłumaczyć,  o  co  w  tym  wszystkim  właściwie 

chodzi? 

- wtrąciła Gabby, gdy już nie była w stanie dłużej panować nad ciekawością. 

-  Skrzyknąłem  parę  osób,  żeby  odbić  Martinę  -  odparł  J.D.  cierpliwym  tonem.  - 

Więcej nie musisz wiedzieć. 

- Najemnicy! Już są w Gwatemali? 

- Owszem - potwierdził półgłosem, przyglądając jej się z bladym uśmiechem. 

-  Ach!  Widzę,  że  profesja  naszych  amigos  wyraźnie  fascynuje  twoją  piękną 

towarzyszkę - zauważył Laremos z czarującym uśmiechem. 

- Będę mogła z nimi porozmawiać? - nalegała Gabby. Oczy miała rozmarzone. - Och, 

J.D.,  wyobrażasz  to  sobie?  Jesteś  najemnikiem,  podróżujesz  po  całym  świecie  i  walczysz  o 

czyjąś wolność. 

J.D. spojrzał na nią dziwnie. 

- Większość najemników kieruje się znacznie mniej szlachetnymi pobudkami, Gabby. 

Jeśli się spodziewasz kogoś w guście hollywoodzkich aktorów, to spotka cię gorzki zawód. W 

zabijaniu ludzi nie ma nic wzniosłego. 

- W... zabijaniu? 

-  A  coś  ty  na  Boga  myślała?  Że  uderzają  na  wroga  z  armatkami  wodnymi?  -  spytał 

J.D.  z  niedowierzaniem.  -  Gabby,  na  wojnie  ludzie  mordują  się  nawzajem.  Na  sposoby,  o 

których wolałabyś nie wiedzieć. 

-  No  owszem,  zdaję  sobie  z  tego  sprawę.  -  Zmarszczyła  czoło.  -  Ale  życie  z 

niebezpieczeństwem za pan brat jest takie... - Urwała, szukając odpowiedniego słowa, jednak 

ostatecznie  spróbowała  wytłumaczyć  to  inaczej:  -  Zanim  cię  poznałam,  J.D.,  prowadziłam 

spokojne,  nudne  życie.  Powoli  zaczynałam  wierzyć,  że  nie  spotka  mnie  nic  bardziej 

emocjonującego  od  wyprawy  do  pralni  chemicznej.  Ci  ludzie...  zaglądali  śmierci  w  oczy. 

Poznali  granice  swojej  odwagi,  prawdę  o  sobie  samych.  -  Spojrzała  na  niego  niepewnie.  - 

Może  to  zabrzmi  bezsensownie,  ale  chyba  trochę  im  zazdroszczę.  Zdarli  z  siebie  blichtr 

cywilizacji i zostało tylko nagie człowieczeństwo. Choć to musi być straszne, zobaczyli życie 

takim, jakie naprawdę jest. Ja nigdy czegoś takiego nie doświadczę. W gruncie rzeczy nawet 

bym nie chciała, ale jestem ciekawa, jacy są ci, którzy mieli taką szansę. 

Łagodnym gestem odgarnął jej włosy z czoła. 

background image

-  Poczekaj,  aż  zobaczysz  Sierżanta.  Nie  będziesz  musiała  o  nic  pytać.  Wszystko 

wyczytasz z jego twarzy. Prawda, Laremos? 

- Święta prawda - przytaknął Laremos i zachichotał. 

- To twój przyjaciel? - zapytała. J.D. kiwnął głową. 

- Najlepszy, jakiego miałem. 

- Z czasów, kiedy byłeś w jednostkach specjalnych? - podchwyciła. 

-  Oczywiście  -  mruknął,  wymieniając  przeciągłe  spojrzenie  z  Laremosem,  który 

odezwał się nagle: 

- Miny też chciałeś? 

-  Nie.  Mieliśmy  pod  ręką  kilka  claymore'ów,  ale  są  za  ciężkie.  Wystarczą  te  RPG, 

zresztą od czego mamy Draca, skleci prowizoryczną minę, gdyby zaszła taka potrzeba. Zależy 

mi na błyskawicznym wypadzie. 

-  Dobre  jest  to,  że  pora  deszczowa  jeszcze  się  nie  zaczęła  -  zauważył  Laremos.  - 

Zawsze to jakieś ułatwienie. 

- Racja. Masz moją kuszę? 

-  Wisi  nad  kominkiem  w  moim  gabinecie.  -  Laremos  uśmiechnął  się.  -  Pytają  o  nią 

wszyscy moi goście. 

- Pal licho gości, sprawna chociaż? 

- Jasne. 

- Kusza? - Gabby parsknęła śmiechem. - Pewnie antyk? 

- Niezupełnie - odparł uprzejmie J.D., kręcąc głową. 

- Łatwiej się z niej strzela niż z łuku? - drążyła temat. 

- To tylko taka pamiątka - mruknął J.D., ale minę miał niewyraźną. - Gabby, wzięłaś 

dżinsy i wygodne buty? 

-  Owszem,  miałeś  okazję  je  oglądać,  kiedy  byliśmy  we  Włoszech.  -  Westchnęła; 

sytuacja zaczynała ją powoli denerwować. - Jak długo zostaniemy w Gwatemali? 

- Przypuszczam, że nie więcej niż trzy dni, o ile wszystko dobrze pójdzie - wyjaśnił. - 

Potrzebujemy trochę czasu na przeprowadzenie zwiadu i zaplanowanie akcji. 

- Mój dom jest do waszej dyspozycji - zapewnił natychmiast Laremos. - Może nawet 

udałoby się nam znaleźć wolną chwilę i pokazać Gabby ruiny miasta Majów. 

- Naprawdę? - Oczy jej zabłysły. 

- Nie wspominaj przy niej o wykopaliskach, proszę cię - mruknął J.D. - Kiedyś przez 

nią zwariuję. 

- Cóżlubię różne starocie - odparła wesoło. - Jak sądzisz, czemu u ciebie pracuję? 

background image

- Ja jestem stary? - spytał ze zgrozą. Przyjrzała się jego twarzy, w skupieniu ściągając 

brwi. Co prawda nie doliczyła się zbyt wielu zmarszczek, ale włosy na skroniach miał raczej 

szpakowate niż czarne. Jeszcze niedawno bez wahania oceniłaby go na jakieś czterdzieści lat, 

teraz jednak zaczynała mieć wątpliwości. 

- Ile ty właściwie masz lat, J.D.? - spytała prosto z mostu. 

- Trzydzieści sześć. Zrobiła wielkie oczy. 

- Zaskoczona? - spytał pogodnie. 

- Wyglądasz... na więcej. 

- Wyobrażam sobie. - Pokiwał głową. - Jestem od ciebie starszy o trzynaście lat. 

- Nie miej takiej zadowolonej miny - oznajmiła. 

- Kiedy będę po pięćdziesiątce, różnica wieku zacznie ci porządnie przeszkadzać. 

- Tak sądzisz? - spytał z lubieżnym uśmiechem. Natychmiast odwróciła od niego oczy. 

Señor Laremos, proszę mi opowiedzieć o Gwatemali - poprosiła. 

- Proszę, mów mi Diego. Co cię interesuje? 

- Wszystko. Wzruszył ramionami. 

-  Mamy  nowego  przywódcę  i  nadzieje  na  lepszą  przyszłość,  señorita.  Mimo  to 

rebelianci  nadal  walczą  przeciwko  reżimowi,  a  nieszczęśni  cywile  jak  zwykle  tkwią  między 

młotem a kowadłem. 

Dochodzi  do  wyjątkowo  brutalnych  starć  -  wyznał  ze  smutkiem,  po  czym  zmienił 

temat. 

-  Gwatemala  jest  przede  wszystkim  krajem  rolniczym,  gospodarka  opiera  się  na 

eksporcie 

bananów 

kawy. 

Panuje 

powszechny 

niedostatek. 

Brakuje 

nawet 

najpotrzebniejszych rzeczy. Bieżąca woda, środki komunikacji miejskiej, podstawowa opieka 

medyczna, wszystko to mają do dyspozycji twoi rodacy, i nawet w  głowach im nie postanie 

myśl,  że  mogłoby  być  inaczej,  ale  tutaj...  Wiedziałaś,  señorita,  że  w  mojej  ojczyźnie  spo-

dziewana długość życia wynosi zaledwie pięćdziesiąt lat? 

Gabby wpatrzyła się w niego, wstrząśnięta. 

-  Ale  z  czasem  sytuacja  się  poprawi?  -  spytała.  -  Przecież  wojna  musi  się  kiedyś 

skończyć. 

- Wszyscy mamy taką nadzieję - odparł Laremos. - Ale dopóki to nie nastąpi, każdy, 

kto  ma  ziemię  i  nie  chce  jej  stracić,  musi  zatrudniać  ochronę.  Moja  jest  znakomita,  niestety 

mało kogo stać na taki luksus. Mam sąsiada, który dzień w dzień czeka na rządową obstawę, 

która eskortuje go podczas obchodu gospodarstwa. Boi się iść sam. 

background image

- Nigdy więcej nie będę się skarżyć, że podatki są zbyt wysokie - oznajmiła Gabby z 

westchnieniem.  -  Może  faktycznie  uważamy  za  coś  oczywistego  fakt,  że  nie  musimy  sięgać 

po broń, aby ochronić swoje mienie. 

- Obym mógł kiedyś to samo powiedzieć o Gwatemali. 

Przez  resztę  drogi  już  się  nie  odzywała.  J.D.  i  Laremos  dyskutowali  o  sprawach,  o 

których nie miała pojęcia. Padały wojskowe terminy. Logistyczne. Gabby zaczęła patrzeć na 

swojego skrytego chlebodawcę w zupełnie innym świetle. Była przekonana, że nie powiedział 

jej wszystkiego. 

Ukrywa przed nią coś, co ma związek z jego przeszłością, i najwyraźniej nie zamierza 

zdradzać jej swoich tajemnic. Znowu kwestia zaufania. Gabby pocieszała się myślą, iż ufa jej 

na  tyle,  aby  powierzyć  jej  łączność  radiową  podczas  tej  wariackiej  próby  odbicia  Martiny  z 

rąk terrorystów. Gdyby tylko zamiast iść do dżungli, został z nią na farmie. 

Może  jeszcze  zdąży  mu  wytłumaczyć,  że  to  misja  dla  żołnierza  zawodowego,  a  nie 

prawnika. 

Przymknęła  oczy  i  zaczęła  się  zastanawiać,  co  mu  powie,  mimo  iż  w  głębi  serca 

przeczuwała, że nie ma słów zdolnych sprawić, by J.D. zmienił zdanie. 

background image

ROZDZIAŁ CZWARTY 

Wbrew  sekretnym  obawom  Gabby,  odprawę  celną  przeszli  bez  problemów.  Kilka 

minut później spotkali się z kolejnym znajomym J.D. 

Był  to  niski  mężczyzna  o  włosach  w  odcieniu  piasku,  dość  drobny,  z  twarzą  pokrytą 

szramami. Wyglądał na znacznie starszego od J.D. i Laremosa, był może pod pięćdziesiątkę. 

Miał  na  sobie  mundur  maskujący  i  sznurowane  buty  z  cholewami,  do  pasa  przytroczoną 

kaburę z pistoletem, na ramieniu kołysał mu się nieprzyjemnie wyglądający karabin. 

- Łucznik! - Zarechotał rubasznie i krótko uściskał J.D. - Cholera, ależ dobrze znowu 

cię  zobaczyć,  nawet  w  takich  okolicznościach.  Nie  pękaj,  amigo,  wyciągniemy  Martinę. 

Apollo leciał tu jak na skrzydłach, kiedy mu opowiedziałem, że szykuje się akcja. 

- Jak żyjesz, Sierżant? Widzę, że straciłeś parę kilo - odparł J.D. 

-  To  nie  jest  fach,  w  którym  można  się  rozleniwić.  Co  nie,  szefie?  -  zwrócił  się  do 

Laremosa, który przytaknął energicznie. 

- Laremos mówił, że Apollo i Drago już są na miejscu. A co z Chenem? - wtrącił J.D. 

Sierżant westchnął. 

- Oberwał kulkę w Libanie, amigo. - Wzruszył ramionami, ale posmutniał, a jego oczy 

nabrały nieobecnego wyrazu. - Tak to już bywa. Ale przynajmniej odszedł tak, jak chciał. 

-  Przykra  sprawa  -  przyznał  J.D.  i  szybko  zmienił  temat:  -  Mapy  i  krótkofalówki, 

Sierżant, oto czego nam trzeba. 

-  Dawno  załatwione.  Plus  wsparcie  dwudziestu  yaqueros.  Ludzie  szefa,  osobiście 

przeze mnie przeszkoleni - dodał z cichą dumą. - Prawdziwi kowboje. 

- Lepszej rekomendacji mi nie potrzeba. 

- No to w drogę? - ponaglił  Laremos, pomagając Gabby wsiąść do wielkiego kombi, 

puścił J.D. przodem, po czym usiadł obok niego  na tylnej kanapie. Sierżant zajął miejsce za 

kierownicą, przy nim zaś usadowił się milczący Latynos ze strzelbą. 

Gabby zainteresowała się krajobrazem. Początkowo przypominał jej wyspy Karaibów, 

które znała ze zdjęć - zwarta masa zieleni, którą  gdzieniegdzie przebijały  pióropusze palm  - 

wkrótce  jednak  nabrał  zdecydowanie  górzystego  charakteru.  Nagle  ze  zgrozą  wypatrzyła  za 

oknem niemal doszczętnie spalony budynek. 

-  Diego?  -  odezwała  się  cicho,  gestem  wskazując  zgliszcza.  -  Właściciele...  zdołali 

uciec? 

- Nie, señorita - odpowiedział. 

background image

Gabby  zadrżała  i  objęła  się  ramionami,  jak  gdyby  nagle  zrobiło  się  jej  zimno.  Nie 

uszło to uwagi J.D., który bez słowa przygarnął ją do siebie. Oparła mu głowę na ramieniu i 

zamknęła oczy, jednym uchem przysłuchując się rozmowie. 

Finca  położona  była  w  dolinie.  Jej  centrum  zajmował  piętrowy  dom,  który  wyglądał 

na gliniany albo w całości pokryty przypominającym glinę tynkiem. Był pełen łagodnych linii 

i  łuków  i  zdawał  się  wtapiać  w  ogród  pełen  tropikalnych  kwiatów.  Gabby  pomyślała,  że  w 

ż

yciu nie widziała bardziej zachwycającego miejsca. 

-  Podoba  ci  się?  -  spytał  z  uśmiechem  Laremos,  nie  spuszczając  z  niej  oczu.  -  Mój 

ojciec zbudował go przed wielu laty. Moi służący to dzieci i wnuki tych, których przyjechali 

tutaj  wraz  z  nim.  Zresztą  to  samo  dotyczy  większości  moich  pracowników.  Wielcy 

posiadacze  ziemscy,  właściciele  fincas,  zatrudniają  całe  rzesze  ludzi  i  nie  mam  tu  na  myśli 

prac sezonowych, jak to wygląda w twoim kraju. U nas dla jednej rodziny pracują kolejne po-

kolenia. 

Przypomniała  sobie  małą  wioskę,  przez  którą  niedawno  przejeżdżali.  Nadal 

prześladował  ją  obraz  ciemnookich,  ciemnoskórych,  bosych  dzieci  zgromadzonych  przy 

fontannie,  z  której  kobiety  czerpały  dzbanami  wodę.  Dopiero  teraz  zrozumiała,  jak 

komfortowe jest jej życie w Chicago. 

Przez  resztę  podróży  nie  zauważyła  niczego  niepokojącego,  aczkolwiek  fakt,  iż 

Latynos  siedzący  obok  Sierżanta  trzymał  na  kolanach  karabin  i  nieustannie  wypatrywał 

czegoś  w  dżungli,  stanowczo  dawał  do  myślenia.  Teraz  ten  sam  Latynos  stał  przy 

samochodzie  z  karabinem  w  pogotowiu,  najwyraźniej  czekając,  aż  bezpiecznie  wejdą  do 

ś

rodka. 

Musiała  poczekać  chwilę,  aż  oczy  przyzwyczają  się  jej  do  półmroku,  po  czym 

rozejrzała  się  zaciekawiona.  W  wielkim  salonie  obwieszonym  indiańskimi  kocami 

konkurowały  o  miejsce  maluteńkie  statuetki  wyglądające  na  dzieła  Majów,  kaktusy  w 

wielkich glinianych misach oraz ciężkie drewniane meble. 

- Kawy? - spytał Laremos. 

Klasnął  w  dłonie.  Chwilę  później  do  salonu  wbiegła  niska  Latynoska,  może 

pięćdziesięcioletnia, i z uśmiechem czekała na polecenie. 

Cafe, porfavor, Carisa. 

Służąca skinęła głową i zniknęła w korytarzu. 

- Łucznik, kapkę brandy? - zagadnął Laremos. 

-  Ostatnio  nie  piję  -  odparł  J.D.,  sadowiąc  się  obok  Gabby  na  wygodnej  sofie.  - 

Sierżant, jak się udał zwiad? Co się dzieje w obozie terrorystów? 

background image

- Co nieco wiemy - odparł niski mężczyzna, spojrzał na Laremosa i pokręcił głową na 

znak, że on także nie ma ochoty na brandy. - Nie traktują jej najgorzej, przynajmniej na razie 

- oznajmił, patrząc, jak na twarzy J.D. pojawia się wyraz ulgi. 

-  Jest  zamknięta  w  dawnym  bunkrze  na  flnca  jakieś  sześć  kilosów  stąd.  Nie  są 

szczególnie  dobrze  uzbrojeni,  mają  wprawdzie  kilka  kałachów  i  granaty,  ale  żadnej  broni 

ciężkiej. Ani jednego RPG. 

- Kilosów? I co to jest RPG? - nie wytrzymała Gabby. 

- Kilometrów. A RPG to granatnik radzieckiego wynalazku - wyjaśnił J.D. cierpliwie. 

- Do robienia dużych dziur. 

-  Na  przykład  w  czołgach,  samolotach  i  budynkach  -  uzupełnił  Sierżant.  -  Ty  jesteś 

Gabby, tak? Dużo o tobie słyszałem. 

Nie  spodziewała  się  tego.  Wszyscy  zachowywali  się,  jak  gdyby  dobrze  ją  znali, 

podczas gdy ona wcześniej nawet o nich nie słyszała. Spojrzała na J.D. z wyrzutem. 

- Może rzeczywiście trochę się tobą chwalę - oznajmił defensywnym tonem. 

-  Mną  tak,  ale  mnie  nigdy  -  odcięła  się.  -  Nie  pogłaszczesz  mnie  po  głowie,  nie 

powiesz, jaka jestem dzielna. 

-  Przypomnij  mi,  żebyśmy  wrócili  do  tego  głaskania  -  poprosił,  uśmiechając  się 

drapieżnie. 

-  Gdzie  mogłabym  się  odświeżyć?  -  Gabby  uznała,  że  bezpieczniej  będzie  zmienić 

temat. 

- Oczywiście. Carisa! -  zawołał  Laremos.  Gdy  Latynoska przyniosła kawę, wydał jej 

jakieś polecenie po hiszpańsku, po czym zwrócił się do Gabby: 

- Carisa zaprowadzi cię do waszego pokoju. Łucznik, może wziąłbyś bagaże i poszedł 

z paniami? Pogadamy, jak wrócisz. 

- Czemu nie. 

Pierwszą  rzeczą,  jaką  Gabby  zauważyła  po  wejściu  do  pokoju,  było  olbrzymie 

dwuosobowe  łóżko.  Zrobiło  się  jej  podejrzanie  ciepło  -  i  wręcz  gorąco,  gdy  Carisa  wyszła, 

zostawiając  ich  samych.  J.D.  starannie  zamknął  za  nią  drzwi  i  patrzył,  jak  Gabby  bawi  się 

kosmetyczką, po czym zaczyna ustawiać jej zawartość na toaletce. 

- Gabby? 

Postawiła  buteleczkę  z  podkładem  i  obróciła  się  w  jego  stronę.  Podszedł  do  niej, 

delikatnie uniósł jej twarz i z napięciem spojrzał jej w oczy. 

- Nie zamierzam spuszczać cię z oczu na dłużej niż to absolutnie konieczne. Laremos 

potrafi być czarujący, ale wielu rzeczy o nim nie wiesz. To samo dotyczy pozostałych. 

background image

- Pana także, panie Brettman? - spytała miękko. - A może zwłaszcza pana? 

Zrobił głęboki wdech. 

- Co chciałabyś wiedzieć? 

-  Byłeś  jednym  z  nich,  prawda,  J.D.?  To  nie  tylko  twoi  starzy  przyjaciele.  To  twoi 

dawni towarzysze broni. 

-  Zaczynałem  wątpić,  czy  kiedykolwiek  się  tego  domyślisz  -  mruknął.  Oczy  mu 

pociemniały. - Czy to cokolwiek zmienia? 

-  Nie  rozumiem.  Zmarszczyła  brwi.  -  Dlaczego  fakt,  że  służyliście  razem  w 

jednostkach specjalnych, miałby cokolwiek zmieniać? 

Zawahał  się,  jak  gdyby  sam  nie  wiedział,  co  zrobić,  powiedzieć  prawdę  czy  ją 

przemilczeć. W końcu odetchnął głęboko i ze złością wepchnął ręce do kieszeni. 

- Nie wiesz, jak żyłem, zanim się poznaliśmy, Gabby. 

- Nikt tego nie wie. Bo nikomu nie ufasz, zgadza się? 

Spojrzał na nią twardo. 

- Zgadza. Przynajmniej z grubsza. Przez długi czas żyłem w świecie żelaznych reguł. 

Nie ufałem nikomu, bo wiedziałem, że pomyłka kosztowałaby mnie życie. Sierżant, Laremos 

i pozostali z czasem zapracowali sobie na moje zaufanie, nigdy mnie nie zawiedli, nawet pod 

ostrzałem.  No,  może  oprócz  Laremosa.  On  raz  mnie  zawiódł  i  tylko  dlatego  tu  jesteś.  Choć 

rozsądek  mówił  mi,  że  to  zły  pomysł  -  dodał  cierpko.  -  Bo  nie  wiem,  czy  potrafiłbym  dalej 

ż

yć, gdyby coś ci się stało. 

- To dlatego chciałeś, żebyśmy spali w jednym pokoju? - dociekała ostrożnie. 

- Niezupełnie - uściślił, nie odrywając od niej wzroku. - Chcę przez całą noc trzymać 

cię  w  ramionach.  Nie  zamierzam  próbować  cię  uwieść,  Gabby.  Wystarczy,  że  przy  mnie 

będziesz. Noc przestanie mi się wydawać taka ciemna. 

Serce  omal  nie  wyskoczyło  jej  z  piersi.  W  jego  ustach  zabrzmiało  to  niesamowicie 

zmysłowo.  Miałaby  przez  całą  noc  tulić  się  do  tego  mocnego  ciała,  zasnąć  w  tych  silnych 

ramionach?  Oddech  uwiązł  jej  w  krtani,  krew  zaczęła  szybciej  krążyć  w  żyłach.  W  końcu 

zdobyła się na to, by odwzajemnić jego spojrzenie. 

Uniósł rękę i zaczął niespiesznie głaskać ją po szyi. 

-  Czy  i  w  tobie  burzy  się  teraz  krew?  Czy  twoje  ciało  tęskni  za  moim?  -  spytał 

półgłosem. 

Pochylił się i oburącz delikatnie uniósł jej podbródek; chciał widzieć jej twarz. 

-  Nie  ruszaj  się  -  wyszeptał,  zaczynając  ją  całować.  -  Stój  nieruchomo,  zupełnie 

nieruchomo... 

background image

Jęknęła, gdy gorące, wilgotne wargi przywarły do jej ust, i pomyślała, że dopiero teraz 

w  pełni  czuje  ich  smak.  Pocałunek  stawał  się  coraz  bardziej  namiętny.  J.D.  głaskał  ją  po 

plecach  i  sama  nie  wiedziała,  jak  to  się  stało,  iż  nagle  znalazła  się  w  jego  ramionach  i 

przytuliła do jego muskularnego torsu. J.D. jakby wbrew sobie przerwał pocałunek, delikatnie 

przygryzając jej usta, i odsunął się nieznacznie. Oczy mu płonęły. 

- Lubię porządne pocałunki - - rzekł półgłosem. 

- Nie będziesz się bała? 

Zdążyła  tylko  pokręcić  głową.  Jeśli  poprzedni  pocałunek  porównać  do  lekkiego 

wietrzyku, to ten przypominał prawdziwą burzę. J.D. porwał ją z ziemi i znowu poczuła jego 

rozpalone usta, język, który zdawał się parzyć. Było jej gorąco i dziwnie słabo. 

Chciała tylko znaleźć się jak najbliżej niego. Zanim zrozumiała, co się dzieje, stała już 

na ziemi. 

- Dość! - mruknął, kiedy się odsunął. Dopiero teraz uzmysłowiła sobie, że zdążyły jej 

zdrętwieć przedramiona, i zrozumiała, jak mocno musiał ją obejmować. 

- Mój Boże, ty cała drżysz. 

Czuła się naga pod jego roziskrzonym spojrzeniem. 

- Jakoś dziwnie się czuję - wyszeptała. 

-  Dziwnie?  -  Odetchnął  głęboko  i  pochylił  jej  głowę  tak,  aby  wsparła  ją  na  jego 

ramieniu. - Przepraszam cię. Przepraszam, Gabby. Nie jestem przyzwyczajony do obcowania 

z dziewicami. 

- To mi się nigdy wcześniej nie przydarzyło. 

- Nie chciała tego powiedzieć, słowa te wypłynęły z niej niemalże wbrew jej woli. 

- Tak, zorientowałem się - odparł cicho. Wsunął rękę w jej włosy i przyciągnął nieco 

jej głowę, tak aby policzkiem przytuliła się do jego piersi. 

-  Gabby,  wiesz,  na  co  miałbym  teraz  wielką  ochotę?  Chciałbym  zdjąć  koszulę  i 

poczuć dotyk twojej skóry, te wspaniałe usta na moim ciele... 

Nagle jęknął głucho i odskoczył od niej, po czym odwrócony plecami zaczął nerwowo 

szukać  po  kieszeniach  papierosów.  Gabby  przyglądała  mu  się  w  milczeniu,  rozmyślając  o 

tym, że on nawet nie ma pojęcia, jak chętnie spełniłaby tę zachciankę. 

- Jak długo  razem pracujemy? Dwa lata? - spytał zmienionym  głosem. -  Kochanków 

udajemy raptem od dwóch dni i popatrz tylko, co wyprawiam. Może mimo wszystko źle się 

stało, że zabrałem cię ze sobą. 

- Mówiłeś, że jestem ci potrzebna - przypomniała mu. 

Wyjął drugiego papierosa, zapalił go i podał Gabby z przepraszającym uśmiechem. 

background image

- Pomoże ci się uspokoić - powiedział miękko. - Gabby, nie kuś mnie więcej, dobrze? 

- Słucham? - spytała, podnosząc na niego zdziwione oczy. 

-  Psiakrew!  -  warknął,  ale  szybko  się  opanował,  westchnął  i  powiedział  znacznie 

spokojniej:  -  Próbuję  tylko  powiedzieć,  że  niedobrze  by  się  stało,  gdybyśmy  pozwolili 

ponieść się emocjom. 

-  To  ty  przeklinasz,  mecenasie,  a  nie  ja  -  oznajmiła  zimno.  -  I  nie  ja  ciebie 

pocałowałam, ale ty mnie! 

- Specjalnie się nie opierałaś. Wręcz współpracowałaś - zauważył, mrużąc oczy. - Ależ 

przyjemnie byłoby pozbawić cię wianka. 

- Nie zamierzam pozwolić, żebyś zaciągnął mnie do łóżka! 

Uciszył ją, opierając dłoń na jej ustach. 

-  Spokojnie,  tylko  się  z  tobą  droczę.  Nie  zrobię  nic,  czego  byś  później  żałowała, 

Gabby. Masz moje słowo. Nie będę próbował cię uwieść. 

Przełknęła ślinę. 

- Zaczynam się ciebie bać. 

- Dlaczego? 

-  Bo  przy  tobie  dzieją  się  ze  mną  przedziwne  rzeczy  -  wyznała  szczerze.  -  Niczego 

podobnego się nie spodziewałam. 

-  Sam  też  jestem  zaskoczony.  Jesteś  jak  mocne  wino,  skarbie,  lepiej  nie  pić  go  zbyt 

wiele, bo uderza do głowy. - Pogłaskał ją po policzku. - Taki facet jak ja mógłby się od ciebie 

uzależnić. Za długo byłem sam. 

- Może będzie najlepiej, jeśli po powrocie złożę wymówienie... - zaczęła. 

Nie  wiedziała,  co  wstrząsnęło  nią  bardziej,  jego  wyznanie  czy  to,  co  zaczynała  do 

niego czuć. 

- Nie! - odparł, obejmując palcami jej szyję. 

- Nie. Nie ma takiej potrzeby. To tylko chwilowy kaprys, Gabby. Nie ma powodu do 

paniki.  Poza  tym  -  dodał,  posępniejąc  -  muszę  myśleć  o  Martinie.  Bóg  jeden  wie,  jak  to 

wszystko się skończy. 

Zmroziły ją te słowa. 

- Jacob, proszę cię, nie idź z nimi. 

- Muszę - powiedział z mocą. 

- Możesz zginąć - przekonywała rozpaczliwie. 

Skinął głową. 

background image

-  Mogę.  Ale  Martina  jest  całym  moim  światem,  jedyną  osobą,  jaką  kiedykolwiek 

kochałem.  Nie  mogę  się  od  niej  odwrócić,  nie  teraz.  Nie  mógłbym  się  potem  nazwać 

mężczyzną. 

Co mogła na to odpowiedzieć? J.D. dotknął jej policzka i wyszedł z pokoju. Patrzyła, 

jak drzwi zamykają się za nim, pełna złych przeczuć. I wcale nie zrobiło jej się lżej na duchu, 

choć zaczynała rozumieć, dlaczego jedno jego dotknięcie przyprawia ją o szybsze bicie serca. 

J.D.  zawsze  na  nią  tak  działał,  od  samego  początku,  ale  tłumaczyła  sobie,  że  robi  na 

niej wrażenie jako człowiek, a nie jako mężczyzna. Teraz nie była już tego taka pewna. Kiedy 

go widziała, ręce same jej się do niego wyciągały, no a po tym pocałunku... Całował po prostu 

wspaniale! Jak gdyby tylko o niej marzył i tylko jej pragnął. 

Potrząsnęła głową. Nie, on zapewne potrzebuje kobiety, a ona akurat znalazła się pod 

ręką.  Uprzedzał,  żeby  zbytnio  się  nie  angażowała,  a  ona  zamierzała  wziąć  sobie  tę  radę  do 

serca.  Owszem,  jest  przejęta  udziałem  w  tajnej  operacji,  to  jednak  nie  oznacza,  iż  od  razu 

musi się w nim zakochać po same uszy. 

Zastanawiała  się  też,  dlaczego  tak  dziwnie  zareagował,  kiedy  wspomniała  o  jego 

służbie w siłach specjalnych. Zapomniał, że wiedziała o tym od niego? 

Kwadrans później dołączyła do towarzystwa, ubrana w dżinsy, luźną bluzę wkładaną 

przez głowę i wysokie buty. J.D. otaksował ją wzrokiem, po czym skinieniem głowy wyraził 

aprobatę dla jej stroju. 

Odpowiedziała mu tym samym. Przebrany w mundur maskujący i uzbrojony wydał się 

jej odmieniony, obcy. Zawiesiła spojrzenie na broni, którą bawił się w roztargnieniu. 

-  To  uzi  -  powiedział  tonem  wyjaśnienia,  widząc  jej  minę.  -  Magazynek  mieści 

trzydzieści nabojów. 

-  A  to?  -  spytała,  wskazując  inną  broń,  znacznie  większą  i  nieco  przypominającą 

strzelbę, obok której leżał nabój podobny do miniaturowej torpedy na patyku. 

- Granatnik RPG - 7. 

- To jest Gabby? - odezwał się nagle Murzyn, którego Gabby dotąd nie  zauważyła, i 

wyszczerzył zęby w uśmiechu. 

-  Tak,  to  jest  Gabby.  -  J.D.  parsknął  śmiechem.  -  Kotku,  poznaj  Dragona,  jednego  z 

najlepszych  speców  od  materiałów  wybuchowych,  jacy  kiedykolwiek  chodzili  po  tej  ziemi. 

Więcej  zniszczeń  potrafi  spowodować  tylko  bomba  atomowa.  A  ten  nietowarzyski  typek  w 

kącie to Apollo. Nasza złota rączka i genialny zaopatrzeniowiec. Dla niego nie ma rzeczy nie 

do zdobycia. 

background image

Gabby  kiwnęła  głową  w  kierunku  przeciwległego  rogu  salonu,  gdzie  siedział  drugi 

Murzyn, w przeciwieństwie do Dragona szczupły i wysoki. 

- Cześć, Gabby - mruknął, nie zaszczycając jej spojrzeniem. 

- Czy wszyscy wiedzą, jak mam na imię? - spytała zirytowana. 

- Obawiam się, że tak - odparł usłużnie Sierżant i ryknął śmiechem. - Nie wiedziałaś, 

ż

e Łucznikowi gęba się nie zamyka? 

Spojrzała na J.D. 

- Cóż, teraz już wiem - oznajmiła z mocą. 

-  Pozwól  ze  mną,  Gabby.  Pokażę  ci,  jak  obsługiwać  radio  -  odezwał  się  Laremos, 

podnosząc się z fotela. 

-  To  akurat  moje  zadanie  —  odezwał  się  J.D.  takim  tonem,  że  Laremos  natychmiast 

usiadł. 

- Ależ oczywiście - powiedział pośpiesznie i zachichotał, bynajmniej nie urażony. 

Gabby podążyła za J.D. do pomieszczenia, w którym Laremos urządził prowizoryczną 

salę łączności, wyposażoną w kilka radiostacji oraz komputer. 

- J.D... - zaczęła. 

Starannie zamknął drzwi i spiorunował Gabby wzrokiem. 

- Raz już skrzywdził kobietę. Bardzo dotkliwie. Umiesz czytać między wierszami, czy 

jesteś aż taka naiwna, że muszę użyć pewnego pięcioliterowego słowa? 

- Przepraszam, J.D. - powiedziała cicho, kiedy nieco ochłonęła. - Weź poprawkę na to, 

ż

e  rozmawiasz  z  głupią  dziewczyną  z  małej  mieściny  w  Teksasie.  W  moich  stronach 

mężczyźni są zupełnie inni. 

-  Owszem,  doskonale  zdaję  sobie  z  tego  sprawę.  Nigdy  nie  miałaś  do  czynienia  z 

ludźmi tego pokroju, z jakimi przyszło ci teraz przebywać. 

Spojrzała na niego nieśmiało. 

-  To  prawda,  ale  wydają  się  całkiem  mili.  Dopiero  teraz  zrozumiałam,  jak  bardzo 

musisz mi ufać, skoro mnie tu przywiozłeś. 

-  Nie  ma  nikogo,  komu  ufałbym  bardziej  niż  tobie,  nie  wiedziałaś  o  tym?  -  odparł 

szorstko. 

Spojrzał na nią dziwnie. Oczy mu pociemniały, a ona pomyślała, że dostrzega w nich 

coś dzikiego, niemal szalonego, lecz trwało to zaledwie chwilę. 

- Chodź, pokażę ci, co z tym radiem - powiedział znacznie spokojniej, jednak nadal w 

jego  głosie  pobrzmiewało  napięcie.  Nagle  wybuchnął:  -  Tylko  pamiętaj,  na  litość  boską,  że 

background image

kiedy  będę  w  dżungli,  nie  wolno  ci  mówić  ani  robić  niczego,  co  Laremos  mógłby  odebrać 

jako zachętę, rozumiesz? To mój przyjaciel, ale zabiłbym go bez wahania, gdyby cię tknął. 

Oczy  jej  się  rozszerzyły,  gdy  usłyszała  tę  groźbę.  Patrzyła  na  zaciętą  twarz  J.D.  i 

pomyślała, że po raz pierwszy widzi jego prawdziwą naturę. Wydaje się równie bezlitosny jak 

jego kamraci, a może po prostu jest taki od urodzenia. 

- Mam silne poczucie własności - wyjaśnił szorstko. - Co moje, to moje, i do naszego 

powrotu do Chicago oficjalnie należysz do mnie. Czy wyrażam się dostatecznie jasno? 

- Tak, Jacob - odparła zadziwiająco łagodnym tonem. 

Wyraz jego twarzy zmienił się w ułamku sekundy. 

-  Chciałbym  słuchać,  jak  wypowiadasz  moje  imię,  ale  w  łóżku,  Gabby  -  powiedział 

cicho, zbliżając się do niej. - Chciałbym, żebyś je wykrzyczała. 

- Jacob! - wykrzyknęła cicho, czekając na nieuchronny pocałunek. 

Ulegle  wpadła  mu  w  ramiona,  a  kiedy  przytulił  ją  do  siebie,  po  raz  pierwszy 

przekonała się o tym, co dzieje się z ciałem mężczyzny, gdy pragnie kobiety. 

Odsunął się na chwilę, spojrzał w jej rozszerzone źrenice i skinął głową. 

-  Tak,  reaguję  jak  każdy  normalny  mężczyzna  -  oznajmił  szorstko.  -  Wstrząśnięta? 

Nigdy nie byłaś tak blisko kogoś, kto najchętniej zdarłby z ciebie ubranie? 

- Nie, Jacob. Nigdy - odparła, choć mówienie przychodziło jej z trudem. 

Wydawało  się,  że  ta  odpowiedź  nieco  go  uspokoiła,  lecz  jego  oczy  w  dalszym  ciągu 

przypominały niebo tuż przed burzą. Pozwolił, by odsunęła się na bezpieczną odległość. 

- Przerażona? - spytał. 

-  Jesteś  bardzo  silny  -  powiedziała,  patrząc  mu  w  oczy.  -  Wiem,  że  nie  próbowałbyś 

mnie do niczego zmusić, ale... 

- Mam niemałą wprawę w poskramianiu swoich zapędów, Gabby - odparł półgłosem, 

odgarniając włosy z jej twarzy. - Nie stracę głowy nawet przy tobie. Sama się przekonasz. 

Szepcząc,  zbliżył  usta  do  jej  ust,  lecz  nawet  ich  nie  dotknął.  Muskał  wargami  jej 

policzek i czekał, dopóki nieznacznie nie odwróciła głowy: chciała, żeby pocałował ją w usta. 

Pocałunek  był  cudowny,  tak  niespieszny  i  pełen  namiętności,  że  wprost  zapierał  dech  w 

piersi.  Potem  poczuła  na  sobie  jego  ramiona  i  znalazła  się  w  siódmym  niebie.  Kiedy 

szczęknęły drzwi i usłyszeli głos Laremosa, omal nie jęknęła z rozczarowania. 

- Przepraszam - powiedział wesoło - ale zniknęliście na tak długo, że pomyślałem, że 

macie jakiś problem. 

-  Ja  owszem,  choć  nie  tego  rodzaju,  o  jakim  zapewne  myślałeś  -  odparł  J.D. 

podejrzanie zmienionym głosem. 

background image

- Sam widzę. Może mimo wszystko pozwolisz, żebym krok po kroku omówił z Gabby 

procedurę  i  podał  jej  częstotliwości.  Z  pewnością  różnią  się  od  tych,  do  których  jest 

przyzwyczajona - stwierdził, zasiadając przy sprzęcie. 

Gabby  przygładziła  włosy  i  usiłowała  nie  zerkać  co  chwilę  na  J.D.,  nie  rozmyślać  o 

najbliższej  nocy,  którą  ma  spędzić  w  jego  ramionach  i  znaleźć  w  sobie  dość  siły,  by  nie 

zacząć błagać o to, czego on pragnął równie gorąco. 

Obsługa radia okazała się niezbyt skomplikowana, i Gabby opanowała ją w zaledwie 

kilka  minut.  Większą  trudność  sprawiło  jej  nauczenie  się  podanych  przez  Laremosa  kodów 

wywoławczych.  Spisała  je  na  kartce  i  kiedy  mężczyźni  rozmawiali  w  przestronnym  salonie, 

chodziła z nią po całym domu, próbując je zapamiętać. Nadal recytowała je w myślach, gdy 

we  troje  z  Laremosem  zasiedli  do  kolacji.  Reszta  najemników  nałożyła  sobie  po  porcji  i 

zniknęła w głębi domu. 

-  W  dalszym  ciągu  nie  są  szczególnie  towarzyscy  -  mruknął  J.D.,  podnosząc  wzrok 

znad talerza. 

-  Czym  skorupka  za  młodu  nasiąknie,  tym  na  starość  trąci  -  zażartował  Laremos  i 

zerknął na Gabby. - Podejrzewam także, że nie  chcieliby  rozwiewać złudzeń pewnej młodej 

damy, która wodzi za nimi takim rozmarzonym wzrokiem. 

- Mam nadzieję, że nie czują się skrępowani moją obecnością - powiedziała Gabby ze 

skruszoną miną. 

-  Nie,  nie  -  uspokoił  ją  J.D.  -  Jeśli  już,  to  powiedziałbym  raczej,  że  twój  podziw  im 

schlebia i nie chcą go stracić. Nie są przyzwyczajeni do tego, że ktoś okazuje im tyle uwagi. 

- Jak doszło do tego, że zostali najemnikami? - spytała cicho. - Oczywiście, jeśli to nie 

tajemnica. Nie chcę być wścibska. 

-  Cóż,  Sierżant  był  w  jednostkach  specjalnych,  podobnie  jak  ja  -  zaczął  J.D.  powoli, 

potem  milczał  chwilę,  jak  gdyby  szukał  właściwych  słów.  -  Kiedy  odszedł  ze  służby,  nie 

mógł  znaleźć  pracy,  która  przypadłaby  mu  do  gustu.  Na  pewien  czas  zaczepił  się  w  policji, 

ale  zarobki  były  na  tyle  marne,  że  nie  starczały  na  zapłacenie  rachunków.  Znał  jednego 

werbownika,  zaczął  się  dopytywać.  Znał  się  na  typowych  rodzajach  broni  z  przemytu,  w 

dziedzinie broni ręcznej okazał się wręcz ekspertem. No i praca się znalazła. 

- A Apollo? 

-  Apollo  służył  w  żandarmerii  wojskowej.  Oskarżono  go  o  przestępstwo, którego  nie 

popełnił. Sprawa miała zdecydowanie rasistowski podtekst. 

-  J.D.  wzruszył  ramionami.  -  Nie  miał  co  marzyć  o  sprawiedliwości,  więc  uciekł  za 

granicę. Zwerbowali go w Ameryce Środkowej i od tej pory działa w tych stronach. 

background image

- Nie może oczyścić się z zarzutów? - zapytała. 

-  Podejrzewam,  że  jeszcze  przyjdzie  taki  dzień,  kiedy  będę  go  reprezentował  w 

amerykańskim sądzie - odparł z lekkim uśmiechem. - Właściwie to jestem tego pewny. I tego, 

ż

e wygram, rzecz jasna. 

- Nie mam co do tego cienia wątpliwości - zapewniła z figlarną miną. 

Señorita Gabby? - odezwał się Laremos. - Długo pracujesz z tym narwańcem? 

- Ponad dwa lata - wyjaśniła, zerkając na J.D. 

-  Dużo  się  od  niego  nauczyłam.  Na  przykład  tego,  że  kiedy  krzyczy  się  dostatecznie 

głośno, można uzyskać niemal wszystko, czego się chce. 

- Krzyczy na ciebie? 

-  Gdzieżbym  śmiał  -  obruszył  się  J.D.,  ale  uśmiechał  się  pod  nosem.  -  Raz 

próbowałem  podnieść  na  nią  glos.  Skończyło  się  tak,  że  rzuciła  we  mnie  przyciskiem  do 

papieru. Celowała w głowę. 

- Ależ skąd! - zaprotestowała. - Mierzyłam w drzwi! 

-  Które  pechowo  otworzyłem  w  najgorszym  możliwym  momencie.  Dzięki  Bogu,  że 

refleks mam nie najgorszy. 

-  Obawiam  się,  że  jutro  też  może  ci  się  przydać  -  powiedział  Laremos  z 

westchnieniem. - Terroryści nie poddadzą się potulnie jak baranki. 

- To prawda - przyznał J.D., dopijając kawę. 

- Ale my mamy tę przewagę, że działamy z zaskoczenia. 

- Też prawda. 

-  A  teraz  na  wszelki  wypadek  jeszcze  raz  przejrzymy  mapy.  Chcę  znać  teren  jak 

własną kieszeń, zanim rano wyruszymy. 

Gabby nie chciała im przeszkadzać. Wróciła do swojego pokoju, wykąpała się szybko 

i  ubrana  w  długą,  skromną  nocną  koszulę  wyciągnęła  się  na  brzeżku  wielkiego  łóżka. 

Wprawdzie  koszula  była  uszyta  z  cieniutkiego  materiału,  lecz  Gabby  podejrzewała,  że  J.D. 

będzie  zbytnio  zaabsorbowany  czekającą  go  jutro  akcją,  aby  zwracać  uwagę  na  takie 

błahostki. 

Wcześniej  zabrała  z  salonu  gwatemalską  gazetę  i  pomyślała,  że  spróbuje  trochę 

poczytać,  ale  nie  mogła  się  skoncentrować  na  hiszpańskim  tekście.  Nie  mogła  doczekać  się 

chwili, kiedy J.D. przyjdzie i położy się obok niej. Na samą myśl o tym czuła na całym ciele 

przyjemne  mrowienie.  Mówił  z  serca?  Czy  tylko  chciał  sobie  pożartować?  A  jeśli 

rzeczywiście  nie  wypuści  jej  z  objęć  do  samego  rana,  to  czy  ona  zdoła  zachowywać  się  na 

tyle powściągliwie, by nie pomyślał, że świadomie go kusi? 

background image

Rzuciła  gazetę  w  kąt  pokoju,  usiadła  na  łóżku  i  objęła  ramionami  kolana,  z 

niepokojem  wpatrując  się  w  drzwi.  Rozpuszczone  włosy  miękko  opadały  jej  na  ramiona,  ze 

zniecierpliwieniem odgarnęła z twarzy niesforne kosmyki. Bez sensu byłoby się zarzekać, że 

go nie pragnie. Jednak jeśli się złamie, jeśli sama go skusi, co jej pozostanie? Wspomnienie 

jednej upojnej nocy, po której będzie zmuszona szukać nowej posady. 

J.D. nie chce stałego związku, więc ona nie może stracić dla niego głowy. Martwi się 

o  siostrę,  z  pewnością  denerwuje  się  przed  jutrzejszą  wyprawą  do  dżungli  i  lepiej  go  nie 

prowokować, bo gotów zrobić coś szalonego. 

Mimo  to  przez  chwilę  wyobrażała  sobie,  jak  podniecająco  byłoby  tulić  się  do  jego 

gorącego  ciała,  czuć  dotyk  jego  owłosionej  piersi  i  pozwolić,  by  jej  dotykał,  tak  jak  z 

pewnością  dotykał  rozlicznych  kobiet  przed  nią.  Westchnęła  cichutko.  Na  pewno  byłby 

bardzo delikatny i cierpliwy. Ten pierwszy raz mógłby się okazać wspanialszy niż wszystko, 

co dotąd sobie wyobrażała, lecz w pewnym sensie zbrukałby to, co zaczynała czuć do swego 

szefa.  Obawiała  się  również,  że  po  wszystkim  J.D.  zmieniłby  o  niej  zdanie.  Pociąga  go,  bo 

jest  dziewicą,  tak  więc  oddając  mu  się,  straciłaby  swój  największy,  jeśli  nie  jedyny  atut. 

Przestałby ją szanować, o ile wręcz nie zacząłby nią gardzić z chwilą, w której dołączyłaby do 

galerii jego kochanek. 

Westchnęła ciężko, wyłączyła nocną lampkę i wsunęła się pod nakrycie. Przynajmniej 

w marzeniach było pięknie, pomyślała, zamykając oczy. 

Nie spodziewała się, że zdoła szybko zasnąć, jednak kiedy znowu otworzyła oczy, za 

oknem wstawał świt, a sypialnia tonęła w brzasku. 

Przeciągnęła  się  sennie.  Chwilę  trwało,  zanim  przypomniała  sobie,  gdzie  właściwie 

jest.  Nagle  oprzytomniała,  gwałtownie  usiadła  na  łóżku  i  powiodła  dookoła  rozszerzonymi 

oczami, szukając spojrzeniem J.D. Nie musiała długo się rozglądać: stał przy oknie, zwrócony 

do niej profilem, i wpatrywał się w dżunglę - nagi jak w dniu, w którym przyszedł na świat. 

Nie  była  w  stanie  oderwać  od  niego  wzroku.  Nie  był  pierwszym  mężczyzną,  jakiego 

widziała bez ubrania. W czasach, gdy filmy coraz śmielej odsłaniają ludzkie ciało, nie sposób 

uniknąć  widoku  nagości,  jednak  pierwszy  raz  miała  okazję  obejrzeć  nagiego  mężczyznę  na 

ż

ywo,  z  bliska.  Pomyślała,  że  chyba  każda,  nawet  bardziej  od  niej  doświadczona  kobieta 

uznałaby ten widok za przyjemny. 

Był  świetnie  umięśniony,  miał  muskularne  nogi,  wąskie  biodra  i  płaski  brzuch. 

Szeroka klatka piersiowa była opalona, porośnięta gęstymi włosami. Gabby wpatrywała się w 

niego bezwstydnie, dopóki nie podniosła wzroku i nie stwierdziła, że on także ją obserwuje. 

Chciała się jakoś wytłumaczyć, lecz usta jej drżały i nie zdołała wykrztusić ani słowa. 

background image

- Śmiało - powiedział cicho. - Na twoim miejscu z pewnością bym się nie krępował, 

napatrzyłbym się do syta. Nie ma się czego wstydzić. 

Widząc jej minę, dodał z rozbawieniem: 

- Nigdy nie śpię w piżamie. Nie przypuszczałem, że się obudzisz. Było mi gorąco, noc 

jest taka upalna. 

- T - tak - wyjąkała. 

Patrzyła, jak J.D. podchodzi do łóżka, ale nie była w stanie się poruszyć. Czuła się jak 

sparaliżowana, nie zdołała nawet udać, że mu się nie przygląda, choć najwyraźniej wcale go 

to nie krępowało. Chwycił ją za ramiona i wyciągnął z łóżka. 

- Dotknij mnie - powiedział tonem wyzwania, tuląc ją do siebie. 

Złapał  ją  za  ręce  i  prowadził  je  po  swoich  biodrach  ku  plecom,  potem  po  rozpalonej 

piersi ku miejscu na wysokości serca, gdzie rosły ciemne włosy. 

Gabby machinalnym gestem zatopiła w nich palce, czując, że nie może złapać tchu. 

-  O  tak,  prawda,  jakie  to  przyjemne?  -  spytał  aksamitnym  głosem,  nie  odrywając 

płonących oczu od jej twarzy. - Choć nawet w połowie nie tak przyjemne jak dla mnie. Tak 

długo  o  tym  marzyłem,  przez  tyle  niekończących  się  nocy,  o  tym,  aby  poczuć,  jak  mnie 

dotykasz.  Jaki  jestem  w  twoich  oczach,  moja  niewinna  Gabby?  Przerażam  cię...  czy 

pociągam? Mów. 

Czuła  się  odurzona  bliskością  jego  ciała,  jego  zapachem.  Głaskała  jego  tors, 

obwodziła palcami kontury żeber. Potem westchnęła i oparła mu głowę na ramieniu. 

-  Pociągasz  mnie  -  wyszeptała.  -  Czy  naprawdę  musiałeś  o  to  pytać?  Och,  Jacob!  - 

Dotknęła  go  mocniej,  bardziej  ponaglająco.  -  Jacob,  chciałabym  robić  takie  bezwstydne 

rzeczy. 

- Jakie? - spytał jeszcze ciszej. - Powiedz mi, Gabby. 

Nakrył rękami jej drobne dłonie. 

- Nie skrzywdzę cię. Rób, na co masz ochotę. To niesprawiedliwe, żeby miał nad nią 

taką  władzę,  pomyślała,  lecz  była  zbyt  podniecona,  aby  słuchać  podszeptów  rozsądku. 

Głaskała, go po piersi i po plecach, po czym, kierując się instynktem, którego istnienia dotąd 

nawet nie przeczuwała, pochyliła się, rozchyliła usta i przycisnęła je do jego ciepłej skóry. 

Drgnęła, słysząc jego zdławiony jęk. 

- Jakie to przyjemne - powiedział ochryple. 

- Zrób to jeszcze raz. 

Przysunęła się  bliżej i pozwoliła, aby delikatnie  przytrzymał jej  głowę i  prowadził ją 

wszędzie  tam,  gdzie  chciał  być  całowany.  Uczyła  się  jego  ciała  w  ciszy,  którą  przerywał 

background image

jedynie  jego  przyspieszony  oddech.  Nauczyła  się  niemało:  że  uwielbia,  gdy  ona  ociera  się 

policzkiem  o  jego  sutki,  lubi,  gdy  drażni  je  koniuszkiem  języka,  i  pręży  się  jak  struna,  gdy 

lekko przygryzała jego słoną od potu skórę. 

- To nie fair, Jacob - wyszeptała drżącym głosem. - Nie mogę ci tego robić, widzę, co 

się z tobą dzieje. 

Uciszył ją, dotykając dłonią jej ust. 

- Ale ja tego chcę - zapewnił ją ochrypłym szeptem. 

- Ale wyglądasz, jakbym sprawiała ci ból... 

- powiedziała z żalem. 

- Niech boli - szeptał, pochylając się nad nią. 

- To są cudowne męczarnie. Chciałbym, żebyś ty też je poznała. Pozwól mi, żebym ci 

pokazał, jak to jest, Gabby. Nie uwiodę cię, obiecuję, tylko pozwól mi się dotknąć. 

Przez  cienki  materiał  koszuli  poczuła  ciepło  jego  palców.  Wrażenie  to  było 

wstrząsające  i  zarazem  bardzo  przyjemne.  Ze  zdławionym  okrzykiem  chwyciła  go  za  rękę, 

próbując ją od siebie odsunąć. 

- Siła przyzwyczajenia? - spytał z uśmiechem. Zacisnęła palce na jego nadgarstku. 

- Ja... Ja nigdy nie pozwoliłam, żeby ktoś... - zaczęła, ale wpadł jej w słowo. 

- Mnie pozwolisz. 

Delikatnie  otarł  się  policzkiem  o  jej  policzek  i  zastygł  z  ustami  tuż  przy  jej  ustach, 

owiewając ją ciepłym oddechem. Potem złożył na nich lekki, pełen czułości pocałunek. 

Przez  cały  ten  czas  ciepłe  palce  nieprzerwanie  dotykały  jej  piersi,  aż  sutki  jej 

stwardniały.  Nie  uszło  to  uwadze  J.D.,  któremu  aż  zabłysły  oczy.  Naciągnął  na  jej  plecach 

materiał nocnej koszuli w taki sposób, aby opięła się na piersiach. 

-  Zobacz  -  powiedział,  wskazując  je  nieznacznym  ruchem  głowy.  -  Wiesz,  co  to 

znaczy? Co mówi twoje ciało? 

Gabby z trudem łapała oddech. 

- To znaczy... że cię pragnę - szepnęła. 

- Tak. 

Rozchylił  wargi  i  koniuszkiem  języka  obrysował  kontur  jej  ust.  Delikatnie  przygryzł 

jej wargę i uśmiechnął się, gdy obdarzyła go identyczną pieszczotą. 

- Jacob - szeptała, nieśmiało obejmując go za szyję. - Jacob... 

Mocniej przycisnęła się do niego biodrami i nagle znieruchomiała. 

-  Język  ciała  -  powiedział,  ponownie  zmuszając  ją  do  rozchylenia  ust.  -  A  teraz 

słuchaj:  zdejmę  z  ciebie  tę  koszulę  i  na  chwilę  cię  obejmę,  a  potem  uciekam  stąd  czym 

background image

prędzej,  zanim  przez  ciebie  zwariuję.  Nie  wiem,  co  mnie  czeka  jutro  w  dżungli,  więc 

chciałbym ze sobą zabrać choć jedno piękne wspomnienie. Rozumiesz mnie? 

Rozumiała. Równie dobrze jak to, że jest w nim zakochana. Inaczej nigdy by mu na to 

nie pozwoliła. 

Czuła,  jak  J.D.  rozpina  jej  koszulę,  ale  nie  opuściła  wzroku.  Chciała  widzieć  jego 

twarz,  na  zawsze  zapamiętać  wyraz,  który  malował  się  na  niej  w  tej  chwili.  Na  wypadek, 

gdyby cokolwiek miało mu się stać. 

Zsunął  jej  koszulę  z  ramion.  Gdy  materiał  miękko  sfrunął  na  podłogę,  poczuła,  na 

nagiej  skórze  chłodny  powiew.  J.D.  przez  moment  wpatrywał  się  w  nią  roziskrzonym 

wzrokiem, a potem przyciągnął ją do siebie. Jej ciało zareagowało natychmiast. 

-  Do  końca  moich  dni  nie  zapomnę,  jakie  to  uczucie  trzymać  cię  w  ramionach  - 

powiedział cicho. - A teraz pocałuj mnie ostatni raz. 

Niczego nie pragnęła bardziej, toteż nie zawahała się ani chwili. Namiętnie, bez cienia 

wstydu pocałowała go w usta, a potem objęła go najmocniej, jak tylko umiała. Przez dłuższą 

chwilę stali przytuleni. Nagle J.D. rozdzierająco westchnął, jak gdyby miało mu zaraz pęknąć 

serce.  Tulił  ją  coraz  mocniej,  całował  coraz  brutalniej,  coraz  śmielej  wnikał  językiem  w  jej 

ciepłe  usta,  nie  zdając  sobie  sprawy,  że  zaczyna  sprawiać  jej  ból.  Gdy  w  końcu  puścił  ją  i 

odsunął na odległość ręki, była odurzona, obolała i zachwycona. 

Schylił  się  po  leżącą  na  podłodze  nocną  koszulę,  po  czym  bez  słowa  włożył  ją  na 

Gabby. 

-  Warto  za  to  umrzeć  -  szepnął,  patrząc  na  jej  błyszczące  oczy,  opuchnięte  usta  i 

wypieki na policzkach. - Boże, jakaś ty słodka. 

- Jacob, nie idź do tej dżungli - poprosiła. 

- Muszę. 

Zgarnął swoje ubranie z krzesła przy łóżku, gdzie rzucił je niedbale, gdy wczoraj kładł 

się spać. 

-  Jesteś  prawnikiem  -  powiedziała,  ocierając  łzy,  i  zrezygnowana  usiadła  na  skraju 

łóżka. Potem znowu podniosła na niego przerażone oczy. - Nie żołnierzem. 

- Ale nim byłem, skarbie - odparł, wciągając spodnie. 

Włożył  koszulę  od  munduru,  a  potem,  zapinając  guziki,  posłał  Gabby  mroczne, 

zagadkowe spojrzenie. 

- Jeszcze się nie domyśliłaś? 

- A czego się miałam domyślić? Wepchnął koszulę w spodnie. 

background image

-  W  jednostkach  specjalnych  przesłużyłem  tylko  trzy  lata.  Zaciągnąłem  się,  mając 

osiemnaście lat. 

Policzyła szybko. 

- Czyli wystąpiłeś, kiedy miałeś dwadzieścia jeden. 

- Owszem. Ale na studnia poszedłem dopiero jako dwudziestopięciolatek. 

Wpatrzyła się w niego, nic z tego nie rozumiejąc. 

- Chcesz powiedzieć, że przez te cztery lata zajmowałeś się czymś innym? 

- Tak. - Spokojnie odwzajemnił jej spojrzenie. - Byłem najemnikiem. Przez większość 

tego  czasu  dowodziłem  oddziałem,  do  którego  należał  Sierżant  i  cala  reszta,  podczas 

najbardziej bezwzględnych małych rewolt, jakie oglądał cywilizowany świat. 

background image

ROZDZIAŁ PIĄTY 

Wpatrywała się w niego, jak gdyby zobaczyła go po raz pierwszy. J.D. najemnikiem? 

Walczył na wojnie, każdego dnia narażał życie? 

- Zszokowałem cię, skarbie? - spytał, mierząc ją uważnym spojrzeniem, i wyprostował 

się dumnie. 

Gabby zrobiła wielkie oczy. 

-  Nie  miałam  pojęcia.  Mówiłeś,  że  służyliście  razem,  ale  byłam  święcie  przekonana, 

ż

e chodziło o jednostki specjalne. 

- I nie zamierzałem cię wyprowadzać z błędu, ale może to i dobrze, że już wiesz. 

Przyglądała  się  mu,  szukając  blizn,  czegoś,  co  świadczyłoby  o  jego  przeszłości. 

Wprawdzie już wcześniej zwróciła uwagę na blade kreski na jego piersi i brzuchu, częściowo 

zasłonięte włosami, lecz dopiero teraz dotarło do niej, czym w istocie były. 

- Masz blizny - zaczęła z wahaniem. 

- Mam piekielnie dużo blizn - odparł. - Jesteś ciekawa, skąd się wzięły, Gabby? 

- Bardzo. 

Schował  ręce  do  kieszeni  i  podszedł  do  okna,  jak  gdyby  wyznania  przychodziły  mu 

łatwiej, gdy nie widział jej twarzy. 

-  Zaciągnąłem  się  do  jednostek  specjalnych,  bo  dzięki  żołdowi  byłem  w  stanie 

zapłacić za szkołę z pensjonatem dla Martiny. Widzisz, po śmierci mamy zostaliśmy całkiem 

sami.  -  Wzruszył  ramionami.  -  Po  przejściu  do  cywila  szukałem  pracy,  która  byłaby  na  tyle 

dobrze  płatna,  żeby  Martina  mogła  skończyć  szkołę,  ale  niczego  nie  znalazłem.  Znałem  się 

właściwie tylko na wojaczce. 

Wyjął z kieszeni papierosa i zapalił go. 

- A już się cieszyłem, że raz na zawsze rzuciłem palenie - powiedział roztargnionym 

tonem,  zaciągając  się,  a  potem  odprowadził  spojrzeniem  smugę  dymu.  -  Tak  czy  inaczej, 

Sierżant  akurat  werbował  ludzi,  a  wiedział,  że  mam  kłopoty.  Zaproponował  mi  pracę. 

Przyjąłem  ją  i  przez  następne  cztery  lata  tułałem  się  po  świecie  z  kuszą  i  uzi.  Wszystkie 

zarobione pieniądze umieszczałem na kontach za granicą. Ale zrobiłem się zbyt pewny siebie, 

zbyt beztroski, i pewnego pięknego dnia dałem się podziurawić jak sito. 

Czekała na dalszy ciąg, wstrzymując oddech. 

- Przeleżałem w szpitalu wiele tygodni. Miałem zapadnięte płuco i lekarze nie sądzili, 

ż

e przeżyję,  ale ja przeżyłem.  I zrozumiałem, że to jest jak  równia pochyła: może być tylko 

background image

gorzej.  Więc  powiedziałem  Sierżantowi,  że  odchodzę.  -  Roześmiał  się  posępnie.  -  Ale 

najpierw pojechałem na jeszcze jedną, ostatnią misję, żeby udowodnić samemu sobie, że nie 

jestem tchórzem. Wróciłem nawet nie draśnięty.  Potem poleciałem do Stanów. Pomyślałem, 

ż

e chłopaki mogą kiedyś potrzebować prawnika, a ja potrzebowałem zawodu, więc złapałem 

pierwszą lepszą robotę, żeby opłacić studia wieczorowe. 

- Ale ciebie chyba nie poszukuje policja? - spytała. 

-  Nie.  Może  w  jednym  czy  dwóch  państewkach,  o  ile  ktoś  by  mnie  rozpoznał.  Jeśli 

pytasz o Stany, to nie. - Przyglądał się jej spod przymrużonych powiek. - Dlatego tak pilnie 

strzegę swojej przeszłości, Gabby. Z tego samego powodu nie przepadam za dziennikarzami. 

Nie  wstydzę  się  swojego  dawnego  życia,  ale  nie  lubię,  żeby  za  często  mi  o  nim 

przypominano. 

- Brakuje ci go? Westchnął. 

-  Tak.  Jakaś  cząstka  mnie  wciąż  za  nim  tęskni.  Życie  staje  się  bezcenne,  kiedy 

człowiek  raz  otrze  się  o  śmierć,  Gabby.  Zaczynasz  czuć,  że  żyjesz,  nie  umiem  tego  lepiej 

wytłumaczyć. Wszystko inne wydaje się po czymś takim cholernie nudne. 

- Czy właśnie dlatego postanowiłeś pojechać za Martina? - Gabby usiłowała złożyć w 

całość  poszczególne  fragmenty  tej  układanki.  -  Ponieważ  wiedziałeś,  że  tobie  i  twoim 

ludziom może udać się coś, co nigdy nie powiodłoby się większej grupie? 

-  Jesteśmy  jej  jedyną  szansą,  skarbie  -  odrzekł  cicho.  -  We  Włoszech  może  nie 

mieszałbym  się  do  tego,  ale  tutaj?  Rząd  ma  pełne  ręce  roboty,  gospodarka  się  wali,  różne 

frakcje  walczą  o  władzę.  Poza  tym,  do  diabła,  Martina  jest  moją  siostrą!  Wszystkim,  co 

zostało mi na tym świecie. 

Nawet  sobie  nie  wyobrażał,  jak  bardzo  zraniły  ją  te  słowa.  Może  jej  pragnie,  ale  nic 

więcej, ona wcale się dla niego nie liczy. Dał jej to aż nazbyt jasno do zrozumienia. Wlepiła 

wzrok w rąbek swojej nocnej koszuli. 

- O tak, rozumiem cię doskonale - odparła zdławionym głosem. 

- Wczoraj wieczorem pogawędziłem sobie z Laremosem tak od serca. Uprzedziłem, że 

go zabiję, jeśli cię tknie. Będziesz tu bezpieczna. 

Spojrzała na niego z wyrzutem. 

- Nie boję się o siebie, tylko o ciebie i twoich ludzi. 

-  Tworzymy  zgrany  zespół  -  stwierdził  spokojnie.  -  Nam  też  nie  najgorzej  się  razem 

pracowało  przez  te  dwa  lata.  Mam  zacząć  szukać  kogoś  na  twoje  miejsce,  Gabby?  Straciłaś 

resztkę złudzeń? 

background image

Przerażona  jego  zimnym,  sarkastycznym  tonem  patrzyła,  jak  powoli  unosi  do  ust 

papierosa i zaciąga się dymem. Potem zaśmiał się cierpko. 

- Zwalniasz mnie? - spytała gniewnie. 

Nie pojmowała, czym sobie zasłużyła na ten nieoczekiwany atak z jego strony, i była 

na niego wściekła. 

- Nie. Jeśli odejdziesz, to tylko z własnej woli. 

- Zastanowię się nad tym - zapewniła. 

-  Lepiej  się  ubierz  -  mruknął,  rozgniatając  niedopałek  o  dno  popielniczki.  -  Chcę  cię 

jeszcze raz odpytać, zanim ruszymy. 

- Ależ oczywiście - odparła oficjalnym tonem. 

Wstała i rozejrzała się, poszukując swoich rzeczy. Zanim zdążyła ponownie odwrócić 

się w jego stronę, szczęknęły drzwi i zrozumiała, że jest w pokoju sama. Ubrała się, usiadła 

na  łóżku  i  wybuchnęła  płaczem.  Nie  rozumiała,  dlaczego  coś,  co  przypominało  piękny  sen, 

mogło w tak krótkim czasie zmienić się w koszmar, i to bez żadnego powodu. 

Przecież to nie ma najmniejszego znaczenia, że kiedyś był najemnikiem, pomyślała z 

rozpaczą. Przecież ona kocha go bez względu na wszystko. 

Kocha  go,  pomyślała,  i  natychmiast  stanął  jej  przed  oczami,  taki  poważny  i  silny. 

Skoczyłaby za nim w ogień, na kolanach przeszłaby przez dżunglę i cieszyłaby się, że może 

być przy nim. Nie usłyszałby słowa skargi. 

Nie miała wątpliwości co do tego, że on także jej pragnie, ale mimo to nie chce, aby 

połączyło ich coś poważniejszego. Nie pozostawił jej w związku z tym żadnych złudzeń. Nie 

kocha  i  nigdy  nie  pokocha  nikogo  oprócz  Martiny,  otwarcie  się  do  tego  przyznał.  Gabby 

budzi w nim wyłącznie fizyczną fascynację, coś, nad czym nie panuje. A pragnie jej, bo jest 

nietknięta, dziewicza. I dzisiaj rano, gdyby tego chciał, oddałaby mu się bez namysłu, zresztą 

on  zapewne  doskonale  o  tym  wiedział.  Nie  skorzystał  z  okazji,  nie  chcąc,  by  się  w  nim 

zadurzyła, i tylko dlatego opowiedział jej o swojej przeszłości. 

I  to  była  kropka  nad  i  -  myśl,  że  otworzył  się  przed  nią,  aby  świadomie  zrazić  ją  do 

siebie.  Gabby  ukryła  twarz  w  dłoniach,  usiłując  powstrzymać  łzy.  Jak  ma  dalej  u  niego 

pracować, codziennie widywać go w biurze, skoro on z pewnością domyśla się już, co ona do 

niego czuje? 

Jednak  nie  to  było  najgorsze.  Jutro  J.D.  wyruszy  w  dżunglę,  odbić  siostrę  z  rąk 

porywaczy, i może już nigdy nie wróci. Na samą myśl o tym zamierało w niej serce. Nie jest 

w stanie go zatrzymać, może jedynie czekać i modlić się za niego. 

background image

Ż

aden  płacz  ani  żadne  błagania  nie  odwiodą  go  od  tego  pomysłu,  dopóki  życie 

Martiny  wisi  na  włosku.  Nie  zrezygnuje,  dopóki  będzie  istniał  bodaj  cień  szansy.  A  jeśli 

zginie... Boże, jeśli on zginie, w jej życiu nie pozostanie nic, co miałoby jakąkolwiek wartość. 

Próbowała  wyobrazić  sobie,  jak  jej  świat  wyglądałby  bez  niego,  i  w  jej  udręczonych 

zielonych oczach znowu zakręciły się łzy. Chciała z nim iść, ryzykować życie u jego boku i, 

jeśli  tak  zechce  los,  razem  z  nim  zginąć.  Jednak  myślała  o  tym  bez  większej  nadziei, 

doskonale rozumiejąc, że J.D. przenigdy nie zgodzi się na to, by mu towarzyszyła. Może jej 

nie  kocha,  lecz  zachowuje  się  wobec  niej  niezwykle  opiekuńczo.  Nie  pozwoli,  aby  się 

narażała, a ona nie miała siły się z nim kłócić. 

Westchnęła z rezygnacją, wstała, uczesała się i zeszła do salonu, w którym zebrali się 

najemnicy.  Wielkim  wysiłkiem  woli  zdobyła  się  na  powitalny  uśmiech.  Na  J.D.  nawet  nie 

spojrzała, po prostu zabrakło jej odwagi. Serce by  jej chyba pękło,  gdyby dostrzegła w jego 

oczach wyraz obojętności. 

Pośród znajomych twarzy zauważyła jedną, której nie rozpoznawała. Należała ona do 

ciemnowłosego, drobnego mężczyzny o bladoniebieskich oczach. 

-  To  Semson  -  odezwał  się  J.D.,  wskazując  nowo  przybyłego.  -  Wrócił  ze  zwiadu 

trwającego dzień z okładem. 

-  Gabby?  -  Na  jej  widok  niebieskooki  brunet  uśmiechnął  się  szeroko.  -  Jak  ty 

wytrzymujesz z tym potworem? 

- Och, zdarzają się i miłe chwile - odrzekła z bladym uśmiechem, ale mówiąc to, nadał 

unikała wzroku J.D. 

Tymczasem  on  sięgnął  po  broń  automatyczną,  przypominającą  nieco  pistolet 

maszynowy, i przewiesił ją sobie przez ramię, ale w rękach trzymał kuszę. Gabby zachodziła 

w głowę, po co może mu być potrzebna. Nagle z porażającą jasnością dotarła do niej prawda. 

Spojrzała na swego szefa. 

-  Strażnicy  -  wyjaśnił,  jak  gdyby  czytał  w  jej  myślach,  potwierdzając  jej 

przypuszczenia. - O ile takowych mają. 

Momentalnie  zaschło  jej  w  ustach.  Pierwszy  raz  znalazła  się  w  takiej  sytuacji  i  nie 

mogła sobie darować, że dała się w to wciągnąć. Oglądanie podobnej operacji w telewizji, ze 

ś

wiadomością, że to wszystko fikcja, to jedna sprawa. Ale przyglądać się przygotowaniom do 

takiej akcji, wiedząc, że każdy z tych ludzi, a zwłaszcza J.D., może już nigdy nie wrócić z tej 

wyprawy, to zupełnie co innego. 

-  Ej,  Gabby,  nie  rób  takiej  smutnej  miny  -  odezwał  się  Apollo.  -  Nie  pozwolę,  żeby 

temu wielkiemu niezgrabiaszowi coś się stało. 

background image

Zaśmiała się, choć w gruncie rzeczy wcale nie było jej do śmiechu. 

- Dzięki, Apollo - powiedziała. - Chyba trochę się do niego przyzwyczaiłam. 

- I nawzajem. Laremos, opiekuj się nią - usłyszała głos J.D. 

Laremos skinął głową. 

- Zaopiekuję się tą młodą damą, możesz być spokojny - zapewnił. - To co, jeszcze raz 

powtórzymy z nią współrzędne oraz kody? 

Tak też zrobili. Ze zdenerwowania od razu spociły jej się dłonie, lecz wszystkie kody 

wywoławcze wyrecytowała płynnie. Wiedziała, jak ważne jest to, aby niczego nie przekręcić, 

i wcale nie było jej z tego powodu lżej na sercu. 

- Spokojnie - powiedział cicho J.D. - Świetnie dasz sobie radę. 

Tym razem zasłużył sobie na uśmiech. 

-  Oczywiście  -  odparła  szybko,  choć  wcale  nie  była  o  tym  przekonana.  -  No  cóż, 

panowie, uważajcie tam na siebie, dobrze? 

-  To  dla  nas  nie  pierwszyzna  -  oznajmił  Sierżant  i  puścił  do  Gabby  oko.  -  Dobra, 

panowie, z życiem. 

Nim  minęła  chwila,  opuścili  pokój.  Gabby  stała  w  progu,  bez  zmrużenia  powiek 

wpatrując się w szerokie plecy J.D., dopóki nie zniknął jej z oczu. Nawet się nie obejrzał, nie 

zawołał do niej. Serce jej pękało. 

-  Ile  czasu  potrzebują,  żeby  dotrzeć  na  miejsce,  Diego?  -  spytała  stojącego  obok 

Laremosa. 

-  Co  najmniej  godzinę,  może  dwie  -  wyjaśnił.  -  Teren  jest  trudny,  a  muszą  podkraść 

się niepostrzeżenie. 

Spojrzała na niego i zauważyła, że oczy ma niespokojne. 

- Martwisz się? - spytała. 

-  Skądże  -  zaprotestował,  lecz  było  to  kłamstwo  i  Gabby  doskonale  zdawała  sobie  z 

tego sprawę. 

- Pójdę po filiżankę kawy, jeśli pozwolisz, i usiądę przy odbiorniku. 

Laremos zmierzył ją uważnym spojrzeniem. 

- Łucznik. Bardzo ci na nim zależy. 

- Tak - odrzekła. 

- Nie wiem,  czy to  cię pocieszy, ale mogę szczerze powiedzieć, że nie znam nikogo, 

kto  lepiej  niż  on  radziłby  sobie  pod  ostrzałem  -  przemówił  łagodnym  tonem.  -  Nie  z  takich 

misji  wracał  cały,  choć  wszyscy  postawili  już  na  nim  krzyżyk.  A  terroryści  mają  za  sobą 

background image

długą drogę, señorita, i są zdziesiątkowani. Na dodatek nie spodziewają się ataku. Zmyliliśmy 

ich zwiadowców. 

- A jeśli coś pójdzie nie tak? - spytała zdławionym głosem. 

- Wtedy to już wszystko w rękach Boga, prawda? - odparł i westchnął ciężko. 

Roztrząsała te słowa przez następne trzy godziny, krążąc w tę i z powrotem po pokoju, 

odchodząc od zmysłów ze zmartwienia. Było jej potwornie gorąco. 

- Nie powinniśmy już czegoś słyszeć? - spytała w końcu, czując, jak w jej sercu rośnie 

strach. 

Laremos spojrzał na nią spod ściągniętych brwi. 

- Mówiłem ci, to trudny teren. 

- No tak, ale... Słyszysz?! 

Radiostacja  nagle  ożyła.  Gabby  doskoczyła  do  odbiornika,  chwyciła  mikrofon, 

pośpiesznie wyrecytowała hasło i czekała. 

- Pantera do Czerwonego Korsarza - mówił szybko J.D. Głos miał dziwnie zdławiony. 

- Bravo. Tango minus dziesięć. Odbiór. 

Gabby przytrzymała przycisk nadawania przy mikrofonie i powiedziała wyraźnie: 

-  Tu  Czerwony  Korsarz.  Alfa.  Omega.  Odbiór.  Zaszyfrowana  wiadomość  od  J.D. 

oznaczała, że grupa najemników dotarła na miejsce przez nikogo niezauważona i za dziesięć 

minut przystąpi do ataku. Gabby nadała szyfrem odpowiedź: wiadomość została odebrana, na 

razie nie ma nowych informacji. 

Kiedy  skończyła,  podniosła  wzrok  na  Laremosa.  Zrozumiała,  jak  bliskie  stało  się 

niebezpieczeństwo, i miała wrażenie, że serce zaraz wyskoczy jej z piersi. 

- Dziesięć minut - oznajmiła grobowym tonem. 

- Najgorsze jest to oczekiwanie, nie uważasz? 

-  przytaknął  cicho.  -  Poproszę  Carisę,  żeby  zaparzyła  nam  świeżej  kawy,  najlepiej 

niech od razu przyniesie cały dzbanek. 

Kiedy  wyszedł,  Gabby  modliła  się,  obgryzała  paznokcie  i  wpatrywała  się  w 

radiostację, jak gdyby siłą woli mogła sprawić, że J.D. znowu się odezwie. 

Kolejne minuty upływały w ślimaczym tempie, ale radiostacja nadal uparcie milczała. 

Gdy Gabby pomyślała, że zaraz chyba zwariuje, ciszę przerwały trzaski. Nareszcie! 

-  Pantera  do  Czerwonego  Korsarza.  -  Głos  J.D.  wydał  się  jej  przytłumiony,  słyszała 

odgłosy strzelaniny, nagle rozległ się potworny huk eksplozji. 

- Charlie Tango! Zrobiło się gorąco! Odbiór! 

Drżącymi palcami przytrzymała przycisk nadawania i wyrecytowała odpowiedź: 

background image

- Czerwony Korsarz do Pantery. Bravo, omega. Odbiór! 

Gdy  J.D.  zasygnalizował  koniec  odbioru,  zwolniła  przycisk  nadajnika.  W  tej  samej 

chwili do pokoju wpadł Laremos. Oczy mu błyszczały. 

- Niech się natychmiast przeniosą na inną pozycję! Jeden z moich ludzi przybiegł do 

mnie z informacją, że prosto na pozycję Łucznika wali duży oddział rebeliantów! 

Gabby znowu chwyciła nadajnik. 

- Czerwony Korsarz do Pantery. Czerwony Korsarz do Pantery. Zgłoś się, Pantera! 

Nie  doczekała  się  odzewu.  Roztrzęsiona  spróbowała  jeszcze  dwa  razy,  ale  nie  było 

odpowiedzi. Wlepiła w Laremosa przerażone oczy. 

-  Muszą  być  pod  ostrzałem  -  odparł  głucho  -  inaczej  na  pewno  odpowiedzieliby  na 

wezwanie.  Możemy  się  tylko  modlić,  żeby  w  porę  wypatrzyli  rebeliantów  i  nie  dali  się 

zaskoczyć. 

Popatrzyła  na  mikrofon  z  taką  nienawiścią,  jak  gdyby  on  był  wszystkiemu  winny, 

włączyła  go  zimnymi  palcami  i  powtórzyła  wiadomość.  I  znowu  odpowiedziała  jej  tylko 

cisza. 

Pomyślała, że zaraz oszaleje. J.D., odpowiedz, błagała bezgłośnie. Nie mogę cię teraz 

stracić, nie mogę! 

Zupełnie jak gdyby ją usłyszał, z radia napłynął gorączkowy głos J.D.: 

- Pantera do Czerwonego Korsarza! - mówił szybko. - Natknęliśmy się na rebeliantów, 

liczny  oddział,  odcięli  nam  drogę.  Przemieszczamy  się  dżunglą  dwa  kilometry  od  pozycji 

Delta. Gabby, uciekajcie stamtąd jak najszybciej, kierują się w waszą stronę! 

Zapadła  martwa  cisza:  transmisja  została  przerwana.  Gabby  przez  chwilę  patrzyła  na 

radiostację, czując się bezradna, po czym zawiesiła wzrok na twarzy Laremosa. 

Madre de Dios! - jęknął. - Jak mogłem o tym nie po... Carisa! 

Latynoska pojawiła się niemal natychmiast. Larem os wyrzucił z siebie potok słów po 

hiszpańsku,  potem  nie  wiadomo  skąd  wytrzasnął  karabin  AK  -  47  i  wepchnął  w  odrętwiałe 

ręce Gabby. Uśmiechnęła się blado, myśląc o tym, że dzięki J.D. wie przynajmniej, jak się ta 

broń nazywa. 

-  Trzymaj,  będziesz  go  niosła.  Później  ci  pokażę,  jak  go  obsługiwać,  jeśli  nie  będzie 

innego  wyjścia  -  powiedział  pośpiesznie.  -  Chodź,  nie  mamy  chwili  do  stracenia.  Aquilas!  - 

krzyknął znowu. 

Do salonu wbiegł niski  Latynos - ten sam, który eskortował ich  w drodze z lotniska. 

Larem  os  szybko  wydał  mu  jakieś  polecenie  -  kolejny  potok  słów  wypowiedzianych  tak 

szybko, iż zdawały się zlewać w jedno - potem podniósł na Gabby poważne spojrzenie. 

background image

-  Moi  ludzie  będą  nas  osłaniać  -  oznajmił  zwięźle.  -  Musimy  się  pośpieszyć. 

Rebelianci nie będą pytać, kto jest terrorystą, a kto porządnym człowiekiem, wystrzelają nas 

wszystkich jak kaczki. Aquilas mówi, że rządowe oddziały są już niedaleko, ale nie możemy 

ich w to wciągać. - Zawiesił glos, szukając jej spojrzenia. Oczy miał czujne. - Rozumiesz? 

- Żeby nie dowiedzieli się o naszej małej wyprawie ratunkowej - powiedziała Gabby z 

nikłym uśmiechem. - To nic. Proszę mnie tylko zaprowadzić do J.D. 

Przez chwilę przyglądał się jej badawczo. 

- Rozumiem. Mogę ci tylko powiedzieć, że chyba nas nie doceniasz. W swoim czasie 

tworzyliśmy ekipę... nie z tej ziemi. 

Wyprowadził ją z domu, a po chwili wokół nich zamknęła się dżungla. Gabby niosła 

karabin, który wcale jej nie ciążył. Miała wrażenie, że waży tyle co piórko. Bardziej ciążyła 

jej  świadomość,  że  nie  ma  zielonego  pojęcia,  jak  się  z  niego  strzela.  W  szaleńczym  pędzie 

przedzierała  się  przez  gęste  zarośla,  starając  się  nie  zostawać  w  tyle  za  Laremosem.  Nie 

mogła przestać rozmyślać o tym, co powiedziałaby jej matka, dla której nawet Chicago było 

za  daleko  od  Lytle  w  Teksasie,  gdyby  dowiedziała  się,  gdzie  w  tej  chwili  jest  jej  ukochana 

jedynaczka. 

- Szybko, padnij! - syknął Laremos, popychając ją pod osłonę liści, gestem nakazując 

ciszę. 

Całym ciałem przywarła do ziemi i zastygła. Serce tłukło się jej jak oszalałe, zrobiło 

jej się słabo i pomyślała, że za moment zemdleje. A jeśli ktoś ich zauważył? Co z tego, że ma 

karabin,  skoro  nie  potrafi  go  użyć?  Miała  wrażenie,  że  oczy  zaraz  wyskoczą  jej  z  orbit. 

Laremos z pewnością zrobi, co w jego mocy, aby ją chronić, ale  Laremos to Laremos, a nie 

J.D. Jeśli przyjdzie jej umrzeć w tej dżungli, to chciała, aby przy niej był, trzymał ją za rękę. 

Kurczowo zacisnęła powieki, czując, jak pot zalewa jej twarz, i zaczęła się bezgłośnie modlić. 

Pobliskie  zarośla  zatrzęsły  się  gwałtownie,  dały  się  słyszeć  jakieś  szelesty,  trzask 

łamanych gałęzi. Gabby szeroko otworzyła oczy i usiłowała wypatrzyć coś w morzu zieleni. 

Przez prześwit między liśćmi zobaczyła sznur groźnie wyglądających postaci. Nie musiała o 

nic pytać Laremosa, by mieć pewność, że to rebelianci: zarośnięci, ubrani po wojskowemu i 

uzbrojeni  po  zęby.  Nie  wyglądało  jednak  na  to,  by  kogoś  szukali.  Idąc,  opowiadali  sobie 

kawały i kwitowali je rechotem. Żaden nie trzymał broni w ręce - karabiny nieśli na plecach. 

Gabby ze zgrozą patrzyła na ten arsenał, przygryzając usta do krwi. Strach chwycił ją 

za  gardło  i  pomyślała,  że  jeszcze  chwila,  a  najzwyczajniej  się  udusi.  Co  by  się  stało,  gdyby 

zauważyli  ją  i  Laremosa?  Istnieją  rzeczy  gorsze  niż  śmierć,  zwłaszcza  dla  kobiety.  Gabby 

dość się naczytała o okropnościach, jakie po dziś dzień zdarzają się w tej części świata, toteż 

background image

wyobraźnia  usłużnie  podsunęła  jej  makabryczne  obrazy.  Oczy  same  jej  się  zamknęły. 

Rozpaczliwie szukała w sobie resztek odwagi, lecz na próżno: został tylko obezwładniający, 

paniczny strach. 

Zdawało jej się, że minęła cała wieczność, zanim rebelianci zniknęli im z oczu. Potem 

kolejne, dłużące się w nieskończoność oczekiwanie, zanim przestało ich być słychać. 

- Odwagi - szepnął Laremos. - Odczekamy minutę i idziemy dalej. 

- Nie moglibyśmy po prostu wrócić na farmę? 

- odszepnęła, gardząc własnym tchórzostwem i nienawidząc się za to pytanie. 

Pokręcił głową. 

-  To  tylko  mały  oddział.  Obym  się  mylił,  ale  sądzę,  że  główne  siły  obozują  w  tej 

chwili  na  mojej  farmie.  -  Wzruszył  ramionami.  -  Wojsko  ich  stamtąd  wykurzy,  ale  do  tego 

czasu  wybór  mamy  niewielki:  albo  spróbujemy  przedrzeć  się  do  naszych,  albo  narazimy  się 

na śmierć. 

-  Jestem  za  młoda,  żeby  umrzeć  -  odparła  ze  spokojnym  uśmiechem,  po  czym 

wskazała karabin. 

- Jak się z tego strzela, na wypadek, gdybym nie miała wyjścia? 

Pokazał  jej,  co  i  jak  należy  zrobić.  Po  tej  pośpiesznej,  acz  przejrzystej  demonstracji 

poczuła  się  nieco  pewniej,  idąc  za  Laremosem.  Nadal  jednak  nieustannie  rozglądała  się  na 

boki,  czując  w  ustach  gorzki  smak  strachu,  przekonana,  że  śmierć  czai  się  za  każdym 

drzewem. 

Przy okazji zrozumiała pewną prawdę na temat odwagi: nie chodzi o to, aby nie czuć 

strachu. Raczej aby czując strach, nauczyć się go przemóc. 

Mozolnie parli przed siebie. Laremos miał przy sobie krokomierz, kompas oraz mapę i 

używał  ich  wszystkich  naraz.  Przez  ponad  godzinę  nic  się  nie  działo,  raptem  wokół  nich 

gruchnęły strzały. 

-  O  mój  Boże!  -  krzyknęła  Gabby  przenikliwie.  Rzuciła  karabin,  padła  na  ziemię  jak 

długa i nakryła głowę rękami. 

- Nie panikuj - szepnął Laremos z napięciem w głosie, lądując tuż przy niej. - Słuchaj. 

Kule świszczą im koło uszu, a Laremos radośnie szczerzy zęby! 

-  Co...?  -  Nie  była  w  stanie  wykrztusić  kolejnego  słowa,  ale  i  tak  odniosła  niemały 

sukces: ledwie żywa ze strachu sięgnęła po kałasznikowa i zacisnęła na nim zmartwiałe palce. 

- Uzi. Wierz mi, señorita, mało kto zna ten dźwięk lepiej ode mnie. 

Laremos  uśmiechnął  się  szeroko,  podczołgał  do  najbliższego  drzewa  i  spojrzał  na 

dżunglę. Chwilę później zerwał się na równe nogi, wołając: 

background image

- Łucznik! Tutaj! 

Znowu  rozpętało  się  piekło:  trzaski,  strzały,  odgłosy  eksplozji,  aż  wreszcie  ze  ściany 

zieleni  wyłonił  się  J.D.  Jedną  ręką  podtrzymywał  niską  ciemnowłosą  kobietę,  w  drugiej 

dzierżył  uzi.  Wokół  niego  Sierżant,  Apollo,  Semson  i  Dragon  osłaniali  się  nawzajem, 

strzelając w biegu, dopóki nie znaleźli się w pobliżu Laremosa i Gabby. 

- To Martina, a to Gabby - przedstawił je J.D., puszczając siostrę, po czym zerknął na 

Gabby. - Wszystko w porządku, skarbie? 

-  Tak.  Teraz  już  tak  -  odparła  drżącym  głosem.  Nadal  kurczowo  ściskała  w  dłoniach 

karabin. 

- Depczą nam po piętach! - krzyknął do kolegów J.D. - Apollo, zostało ci trochę C - 4? 

- Już się robi, wielkoludzie. Będzie duże bum! Ale musimy ich wciągnąć w zasadzkę. 

- Na twój znak - odkrzyknął J.D. 

- Rebelianci opanowali moją farmę - tłumaczył się przed nim Laremos. - Uciekliśmy 

w ostatniej chwili. 

- Przykro mi, że cię to spotkało - odparł J.D., przeładowując pistolet automatyczny. 

- Jesteście oboje cali? - spytała Gabby, próbując się uspokoić. 

Ostrożnie podczołgała się do Martiny i wzięła przerażoną kobietę za rękę. 

-  Parę  zadrapań.  Do  wesela  się  zagoi  -  odrzekł  J.D.  spokojnie,  zwracając  na  Gabby 

czujne, udręczone oczy. - A ty? 

- Szkolę się na snajpera - oznajmiła, śmiejąc się nerwowo, i potrząsnęła karabinem. - 

Wyobraź sobie, że już wiem, jak toto odbezpieczyć. Laremos mi pokazał. 

-  Gdybyś  już  musiała  strzelać  -  oznajmił  J.D.  z  naciskiem  -  pamiętaj,  żeby  mocno 

przytrzymać karabin ramieniem, bo siła odrzutu może ci pogruchotać kości. Najpierw głęboki 

wdech, w połowie wydechu naciskasz spust. Naciskasz, nie szarpiesz. 

- Mam wrodzony talent - oznajmiła buńczucznie, ale głos nadal jej drżał. 

- Chciałabym wam jakoś pomóc - wyszeptała Martina - ale jestem taka zmęczona! 

- Bóg świadkiem, że masz ku temu wszelkie powody. - J.D. czułym gestem zmierzwił 

jej włosy. 

- Dzielna z ciebie dziewczyna, siostrzyczko. 

- Wdałam się w starszego brata. - Martina uśmiechnęła się blado. - Wiedziałam, że po 

mnie przyjedziesz, po prostu byłam tego pewna.  Chwała  Bogu, że przeszedłeś szkolenie dla 

członków jednostek specjalnych - dodała ze śmiechem. - Ale skąd wziąłeś tych ludzi? 

J.D. i Gabby spojrzeli na siebie; zrozumieli się bez słowa. 

background image

-  Wynająłem  ich  -  odparł  J.D.  wypranym  z  emocji  tonem.  -  Po  powrocie  wystawię 

Robertowi rachunek. 

- Mój biedny mężulek - westchnęła Martina. 

- Na pewno odchodzi już od zmysłów ze zmartwienia. 

-  Jak  się  stąd  wydostaniemy?  -  odezwała  się  Gabby,  która  dotąd  w  milczeniu 

przysłuchiwała się ich rozmowie. 

- Zaraz sama się przekonasz. - J.D. spojrzał na Apolla i zawołał: - Gotowe? 

- Gotowe! - odkrzyknął Apollo. 

- Wciągnę ich w zasadzkę. Tylko mnie nie zawiedź! 

- J.D.! Nie! - krzyknęła z przerażeniem Gabby, ale było już za późno. 

J.D. wyskoczył z zarośli, odsłaniając się, i zaczął ostrzeliwać niewidocznego wroga. 

A potem najzwyczajniej oszalała. Tylko tak potrafiła wytłumaczyć swoją reakcję, gdy 

już było po wszystkim. Rebelianci ruszyli do ataku, Gabby zerwała się z ziemi, zobaczyła, że 

snajper mierzy do J.D., i bez namysłu uniosła ciężki karabin. 

Wycelowała na oko i nacisnęła spust. 

Rebeliant  dostał  w  ramię  -  prawdziwy  cud,  zważywszy,  że  strzelała  właściwie  na 

chybił  trafił.  Chwilę  później  znieruchomiała  z  przerażenia,  widząc,  że  ranny  mężczyzna 

obraca się w jej stronę i szykuje do oddania strzału. 

- Gabby! - krzyknął nieprzytomnie J.D. 

W chwili, gdy usłyszała jego głos, ponownie wymierzyła w snajpera i nacisnęła spust, 

ze  strachu  zapominając  o  przyciśnięciu  kolby  ramieniem.  Gruchnął  strzał  i  potworna  siła 

dosłownie  zwaliła  ją  z  nóg.  Rozpętała  się  strzelanina,  potem  rozległ  się  ogłuszający  huk  i 

Gabby poczuła, że ziemia się pod nią trzęsie. 

- Wiejemy! - ryknął Sierżant. 

J.D.  brutalnie  poderwał  ją  do  pionu.  Z  twarzą  wykrzywioną  wściekłością,  nie 

odzywając  się,  gwałtownie  wyrwał  jej  z  rąk  karabin  i  popchnął  ją  do  przodu,  po  czym 

pochylił się nad Martina. 

-  Wszystko  w  porządku,  señorita?  -  spytał  łagodnie  Laremos,  zrównując  się  z 

przygnębioną Gabby. 

- Trochę mnie boli bark, ale poza tym... Poza tym czuję się dobrze - wyszeptała. 

Chciała się obejrzeć i sprawdzić, czy idzie za nimi J.D., kiedy nagle usłyszała tuż za 

plecami jego głos: 

- Nie rozglądaj się, tylko idź. 

background image

Znała  ten  ton,  i  za  żadne  skarby  świata  nie  odważyłaby  się  z  nim  w  tej  chwili 

dyskutować.  Zachowywał  się  jak  ktoś,  kogo  kompletnie  nie  znała.  Twarz  miał  kamienną,  w 

jego  oczach  i  postawie  pojawiło  się  coś  groźnego.  Nie  śmiała  się  odezwać.  Przez  całą 

wieczność w milczeniu przedzierali się przez bezkresną dżunglę. 

- Dokąd my właściwie idziemy? - odważyła się w końcu zagadnąć Laremosa. 

- Krążymy wokół mojej farmy. Jest szansa, że wojsko zdążyło rozgromić rebeliantów. 

Apollo poszedł na przeszpiegi. 

-  Tak  szybko?  -  zdziwiła  się,  odgarniając  kosmyk  włosów,  który  przylepił  się  do  jej 

spoconej twarzy. 

- Tak szybko - potwierdził. - Co z twoim barkiem, lepiej? 

- Nabiłam sobie sińca, drobiazg - zapewniła cicho, ale mijała się z prawdą. 

Było jej niedobrze i marzyła tylko o tym, by jak najszybciej położyć się do łóżka i raz 

na zawsze wymazać ostatnie dwa dni z pamięci. 

- Jestem taka zmęczona - wymamrotała Martina. - Nie moglibyśmy chwilę odpocząć? 

- Niedługo odpoczniemy - odparł J.D. łagodnie. - Wytrzymaj jeszcze trochę, kochanie. 

- Dobrze, mój ty bohaterski starszy bracie. Jeszcze chwilę za wami podrepczę. Gabby, 

trzymasz się jakoś? 

- Tak, dzięki, Martina. 

Raptem  w  krzakach  coś  zatrzeszczało.  J.D.  i  pozostali  błyskawicznie  zwrócili  się  w 

kierunku, z którego dobiegał hałas, i czekali z bronią gotową do strzału, lecz po chwili zarośla 

rozstąpiły się i oczom wszystkich ukazał się rozpromieniony Apollo. 

-  Droga  wolna!  -  krzyknął,  doskakując  do  przyjaciół.  -  Wojsko  wykurzyło 

rebeliantów! 

- A co z terrorystami? - spytała Gabby. 

-  Rozproszyli  się  -  wyjaśnił  Sierżant.  -  Rebelianci  powystrzelaliby  ich  z  rozkoszą, 

gdyby  tylko  zdążyli  ich  dopaść  przed  pojawieniem  się  rządowych  oddziałów.  W  Gwatemali 

nikt nie sympatyzuje z terrorystami. 

- Wielka szkoda - wtrąciła Martina. W jej oczach zabłysł gniew. - Kto jak kto, ale ja z 

pewnością nie zamierzam płakać nad ich losem, nie po tym koszmarze, jaki mi zafundowali. 

Och, chcę do mojego Roberta! 

-  Poślemy  po  niego,  jak  tylko  dotrzemy  na  farmę  -  obiecał  Laremos.  -  Bez  chwili 

zwłoki. 

Gabby  zwolniła  kroku,  aby  zrównać  się  z  drobniejszą  i  starszą  od  siebie  siostrą  J.D., 

objęła ją ramieniem i uśmiechnęła się pokrzepiająco. 

background image

- To już naprawdę niedaleko - powiedziała serdecznym tonem. 

- Święta racja - przytaknął Laremos. - O, proszę! Jesteśmy w domu. 

Gabby  tak  bardzo  się  ucieszyła  na  widok  przytulnego  budynku,  iż  miała  ochotę 

podbiec  do  niego  i  ucałować  gościnne  mury.  Z  zewnątrz  dom  Laremosa  nie  nosił  śladów 

dewastacji,  dopiero  gdy  weszli  do  środka,  czekała  ich  przykra  niespodzianka:  meble  były 

połamane,  na  pięknych  drewnianych  posadzkach  pojawiły  się  głębokie  rysy.  Laremos  w 

milczeniu  przyglądał  się  spustoszeniom,  jakie  rebelianci  zdążyli  poczynić  podczas  krótkiej 

bytności pod jego dachem, i w jego ciemnych oczach pojawił się gniew. 

-  Przykro  mi  z  powodu  tego,  co  stało  się  z  pańskim  domem,  señor  -  rzekła  z  żalem 

Martina. 

-  Seńora,  przede  wszystkim  liczy  się  pani  bezpieczeństwo  -  odparł  Laremos  dumnie, 

dziękując  jej  za  te  słowa  pełnym  kurtuazji  ukłonem.  -  Mój  nieszczęsny  dom  zawsze  można 

wyremontować, lecz gdyby pani straciła życie, nic już nie mogłoby go pani przywrócić. 

- Mam wobec pana ogromny dług - oznajmiła Martina. 

Mimo  że  miała  na  sobie  brudne  i  podarte  ubranie,  a  włosy  pozlepiane  w  strąki,  była 

pełna godności. Wspięła się na palce i pocałowała Laremosa w policzek. 

Muchas gracias. 

Laremos wydawał się nieco zakłopotany. 

-  Cała  przyjemność  po  mojej  stronie,  señora.  Żałuję  tylko  tego,  że  mogłem  dla  pani 

uczynić tak niewiele. 

-  Wszyscy  cali  i  zdrowi?  Nikt  nie  ucierpiał?  -  spytała  Gabby,  wodząc  zatroskanym 

wzrokiem po twarzach zmęczonych, poznaczonych bliznami żołnierzy. 

-  Gabby,  przestań  się  o  nas  tak  zamartwiać,  bo  nas  rozpieścisz  -  obwieścił  głośno 

Apollo, zanosząc się śmiechem. 

-  Mów  za  siebie  -  warknął  Sierżant,  łypiąc  na  niego  gniewnie.  -  O  mnie  możesz  się 

martwić,  ile  tylko  zechcesz,  Gabby.  Będę  tu  sobie  siedział  i  napawał  się  świadomością,  że 

wreszcie ktoś się o mnie troszczy. 

Pozostali najemnicy kolejno włączali się do rozmowy, jedynie J.D. pozostał milczący i 

rozdrażniony.  Zachowywał się nieprzystępnie, dopóki Martina i Gabby nie wyszły z salonu. 

Gabby zaprowadziła ją do pokoju, który jeszcze wczoraj dzieliła z J.D. 

- Kąpiel - westchnęła Martina z rozmarzeniem w głosie, wpadając do łazienki. - Czuję 

się zbrukana. 

- To musiało być straszne przeżycie - powiedziała Gabby cicho, wyjmując z szuflady 

czyste ubrania. 

background image

- Nie aż takie straszne, jak mogło być. Nie zgwałcili mnie, chociaż spodziewałam się i 

tego. Miła niespodzianka. 

Szybko  wzięła  prysznic  i  niewiele  później  dołączyła  do  Gabby,  przebrana  w  świeże, 

pachnące rzeczy, wycierając ręcznikiem długie, ciemne włosy. 

- Teraz twoja kolej. Podejrzewam, że się cała lepisz, tak jak ja przed chwilą. 

- Oj, bardzo - zaśmiała się Gabby. - Bark mnie boli i nie mogę przestać się trząść. 

- Ocaliłaś mojemu bratu życie - rzekła cicho Martina, nagle poważniejąc. - Nie wiem, 

jak  ci  dziękować.  Aczkolwiek  po  nim  zbytniej  wdzięczności  się  nie  spodziewaj  -  dodała 

kwaśno. - Mam wrażenie, że jego duma doznała poważnego uszczerbku. Zrobił się strasznie 

cichutki. 

-  Wiele  dzisiaj  przeszedł.  Właściwie  wszyscy  oni  przeszli  aż  za  dużo.  To  wspaniali 

ludzie - oznajmiła Gabby gorąco. 

-  Mnie  to  mówisz?  -  Martina  wybuchnęła  śmiechem  i  przy  całym  jej  zmęczeniu, 

przeżytym stresie, był to najprawdziwszy radosny  śmiech. - Najchętniej wszystkich po kolei 

wycałowałabym  w  oba  policzki.  Nie  jestem  w  stanie  opisać  tego,  co  poczułam,  słysząc,  że 

ktoś  wyważa  drzwi,  i  nagle  zobaczyłam  J.D.!  Czy  to  nie  szczęście,  że  kiedyś  służył  w 

wojsku? 

-  Święta  racja  -  przytaknęła  gorliwie  Gabby  i  zniknęła  w  łazience,  zanim  Martina 

zaczęła drążyć temat. 

Najwyraźniej  Martina  nie  wiedziała  wszystkiego  o  przeszłości  swojego  brata,  jednak 

Gabby nie zamierzała zdradzać jego tajemnic nawet jego siostrze. 

Jej  ramię  powoli  nabierało  fioletowego  odcienia,  ale  wcale  się  tym  nie  przejmowała. 

Dziękowała  Bogu,  że  wciąż  żyje.  W  dalszym  ciągu  nie  mogła  uwierzyć  w  swój  ostatni 

wyczyn. Wiedziała tylko, że zareagowała instynktownie: zobaczyła broń skierowaną w J.D. i 

po  prostu  musiała  coś  zrobić.  Niech  się  na  nią  złości,  ile  chce,  byle  tylko  żył,  niczego  nie 

ż

ałowała.  Nawet  gdyby  ten  snajper  ją  postrzelił,  i  tak  byłoby  warto:  J.D.  zyskałby  trochę 

czasu.  Gdyby  bowiem  coś  mu  się  stało,  chyba  umarłaby  z  rozpaczy.  Kochała  go,  i  to  tak 

bardzo, że na razie nie była w stanie tego wyrazić! 

Następnego dnia do  Gwatemali przyleciał Roberto. Przyjechał prosto z lotniska. Gdy 

wysiadł z samochodu, nastąpiła niezwykle wzruszająca scena powitania między małżonkami. 

Gabby  przyglądała  się  tej  scenie,  nie  mogąc  opanować  cichego  ukłucia  zazdrości.  Ale  jak 

miała nie zazdrościć, patrząc, jak Roberto porywa ukochaną żonę w ramiona i płacze niczym 

małe dziecko, na dodatek wcale nie wstydząc się łez. 

background image

Gabby zerknęła ukradkiem na J.D., który od powrotu z dżungli nie raczył odezwać się 

do  niej  słowem.  Całe  towarzystwo  porządnie  się  wczoraj  wyspało  -  Gabby  i  Martina  na 

wielkim podwójnym łóżku - ale rankiem J.D. wcale nie obudził się w lepszym nastroju. 

Na  Gabby  nawet  nie  spojrzał,  i  to  chyba  odczuła  najboleśniej.  Ona  myślała  tylko  o 

tym,  że  musi  uratować  mu  życie,  a  on  zachowywał  się  tak,  jak  gdyby  popełniła 

niewybaczalny grzech. 

background image

ROZDZIAŁ SZÓSTY 

Roberto  jest  stuprocentowym  Włochem,  jeśli  w  ogóle  można  użyć  tego  słowa  w 

odniesieniu do Sycylijczyka, uznała Gabby, przyglądając mu się z ciekawością. Był średniego 

wzrostu,  szczupły  i  obdarzony  niezwykłym  urokiem  osobistym.  Gabby  zauważyła  to  już  w 

chwili,  kiedy  się  witali.  Roberto  pochylił  się,  aby  ucałować  jej  dłoń,  i  uśmiechnął  się 

promiennie. 

-  Bardzo  mi  miło  panią  poznać  -  zapewnił,  po  czym  zerknął  w  stronę  szwagra 

pogrążonego w cichej rozmowie z Appollem. - Brat Martiny bardzo często o pani mówi. 

- Doprawdy? - odparła Gabby zdawkowym tonem, zastanawiając się w duchu, czy po 

powrocie  do  Chicago  nadal  będzie  na  nią  czekała  jej  dotychczasowa  posada.  Od  czasu 

powrotu do domu J.D. nieustannie jej unikał. 

- To było okropne, Gabby - odezwała się cicho Martina, która od przyjazdu męża nie 

odstępowała go na krok. Jej serdeczne, ciemne oczy odwzajemniły spojrzenie zielonych oczu 

Gabby. - Jacob i ci jego koledzy... Cóż, to prawdziwy cud, że nikomu nic się nie stało. A on 

pozłości  się,  ale  w  końcu  mu  przejdzie.  Minęło  wiele  czasu,  odkąd  miał  styczność  z 

wojskiem, przecież wiesz. Nic dziwnego, że tak to przeżywa. 

-  Naturalnie  -  przytaknęła  jej  Gabby,  uśmiechając  się  blado.  Nie  mogła  zdradzić 

Martinie  całej  prawdy.  -  Ty  za  to  wyglądasz  wprost  kwitnąco  jak  na  osobę  po  takich 

przejściach. 

Martina mocniej uścisnęła ramię męża i spojrzała na nią z uśmiechem. 

- On jest całym moim światem. Czuję się dobrze. No, może jestem trochę roztrzęsiona 

i okropnie tęsknię za domem. - Spojrzała na męża. - Możemy wracać do domu? 

Skinął głową. 

-  Jak  tylko  nasz  przewodnik  skończy  posiłek,  którym  był  łaskaw  poczęstować  go 

Laremos. 

-  Nie  mogę  się  doczekać,  kiedy  znowu  znajdę  się  na  moich  starych  śmieciach  - 

westchnęła Martina i wzdrygnęła się. - Ale jedno jest pewne: nigdy więcej nie wypuszczę się 

sama na zakupy. Odtąd, mój mężu, będę cię we wszystkim słuchać. 

-  Obawiałem  się,  że  coś  takiego  może  się  zdarzyć  -  przyznał  otwarcie  Roberto  i 

ukradkiem zerknął w stronę mężczyzn zgromadzonych w salonie. 

-  Chwała  Bogu,  że  twój  brat  i  jego  przyjaciele  doskonale  wiedzieli,  co  zrobić  w  tej 

sytuacji. Jestem przekonany, że porywacze nie wypuściliby cię żywej. 

background image

Objął żonę z całych sil, zamknął oczy, jego twarz wykrzywił grymas cierpienia. 

Dio, nie potrafiłbym bez ciebie żyć! - wyszeptał. 

- Ciii, ciii... - mówiła Martina czule, uśmiechając się przez łzy, i wtuliła się w niego. 

Gabby  mogła  jedynie  spróbować  sobie  wyobrazić,  jak  czuje  się  ktoś,  kto  jest  czyimś 

całym  światem.  I  znowu  poczuła  ukłucie  zazdrości  w  sercu,  ponieważ  żaden  mężczyzna  nie 

darzył jej taką wielką miłością, a już na pewno nie J.D. 

Przeciwnie, zachowywał się, jak gdyby miał serdecznie dość wszystkiego i wszystkich 

- z Gabby na czele. 

-  Niedługo  będziemy  ruszać,  może  chciałabyś  resztę  czasu  spędzić  z  Jacobem?  - 

zasugerował  Roberto,  wypuszczając  żonę  z  ramion.  -  Może  będziesz  musiała  poczekać  cały 

rok, zanim znowu go zobaczysz. Mam tylko nadzieję, że już w innych okolicznościach. 

-  O  tak!  -  zgodziła  się  z  nim  Martina.  -  Gabby,  musicie  koniecznie  przylecieć  do 

Palermo i nas odwiedzić. Mamy willę nad morzem, można tam wspaniale odpocząć. 

- Na pewno byłoby bardzo miło - odrzekła Gabby niezobowiązująco. 

Nie  sądziła,  aby  J.D.  zgodził  się  pójść  z  nią  do  pobliskiego  sklepu,  gdyby  go  o  to 

poprosiła,  nie  wspominając  nawet  o  tym,  aby  zamierzał  zabrać  ją  do  ukochanej  siostry  do 

Włoch, ale zachowała te niewesołe refleksje dla siebie. 

Kiedy  zobaczył,  że  Martina  idzie  w  jego  stronę,  wstał,  dzięki  czemu  Gabby  miała 

okazję zobaczyć, jak na widok siostry zmienia się wyraz jego twarzy - rysy wygładziły mu się 

jak za sprawą czarów. Uśmiechnął się i było zupełnie tak, jak gdyby zza chmur nagle wyszło 

słońce.  Przypomniała  sobie  jego  minę,  gdy  patrzył  na  nią  wtedy  w  dżungli,  i  tę,  która 

zagościła na jego twarzy, zaledwie spojrzał na siostrę - kontrast był olbrzymi. 

Gabby poczuła, że dłużej tego nie zniesie. Okręciła się na pięcie i wróciła do sypialni 

spakować resztę rzeczy. Składała właśnie nocną koszulę, gdy rozległo się pukanie do drzwi i 

do sypialni cicho weszła Martina. 

-  Czuję  się  trochę  niezręcznie,  zawracając  ci  głowę  takim  głupstwem,  ale  czy  nie 

mogłabyś  mi  pożyczyć  jakichś  kosmetyków?  Wyglądam  jak  czarownica  -  powiedziała, 

uśmiechając się nieśmiało. 

- Nie żartuj, oczywiście, że mogę - odrzekła szybko Gabby. 

Sięgnęła  po  stojącą  na  toaletce  kosmetyczkę,  po  czym  podała  ją  Martinie  razem  z 

pędzelkiem do nakładania sypkiego pudru, i dodała z przepraszającym uśmiechem: 

-  Uprzedzam,  że  nie  ma  zbyt  dużego  wyboru.  Wiedziałam,  że  nie  będę  miała  zbyt 

wielu okazji do nakładania makijażu. 

background image

- Dziękuję - rzekła Martina, siadając przed lustrem. - Gotowe! - westchnęła po chwili, 

ze  smutnym  uśmiechem  studiując  swoje  odbicie.  -  Taka  przyziemna  rzecz,  a  daje  tyle 

przyjemności. Wiesz, Gabby, czasami zaczynałam wątpić, czy dożyję dnia, kiedy znowu będę 

się mogła umalować. 

-  To  musiało  być  straszne  -  odparła  Gabby,  ze  współczuciem  spoglądając  na  swą 

towarzyszkę. - Tak mi przykro, Martino. 

- A wszystko przez moją własną głupotę - wyznała siostra J.D. ze skruchą. - Roberto 

mnie ostrzegał, ale charakter mam podobny do Jacoba, niestety. Jestem uparta jak osioł i lubię 

stawiać na swoim. 

Usiadła na łóżku i przez dłuższą chwilę przyglądała się Gabby w milczeniu. 

- Przykro ci, że on się do ciebie nie odzywa, prawda? To cię boli? 

Gabby  wzruszyła  ramionami,  wyjątkowo  długo  i  starannie  składając  bawełnianą 

podkoszulkę z krótkimi rękawkami. 

- Może troszeczkę - przyznała. 

- Gdybyś tylko mogła zobaczyć wyraz jego twarzy na sekundę przed tym, jak uderzyła 

cię kolba karabinu i upadłaś - oznajmiła Martina z powagą. 

- Przeżyłabyś prawdziwe objawienie. Dwa razy w życiu widziałam u niego taką minę. 

Raz - dodała ciszej - tuż po śmierci naszej matki. 

Gabby  niewidzącym  wzrokiem  wpatrzyła  się  w  jasną  koszulkę,  którą  przed  chwilą 

złożyła w kostkę. 

-  Umierałam  ze  strachu,  że  coś  mu  się  stanie  -  wyznała.  -  Widziałam,  jak  tamten 

człowiek mierzy do niego z karabinu i... - Otrząsnęła się. - Wszystko stało się tak szybko. 

-  Wiem.  -  Martina  podniosła  się  powoli.  -  Gabby,  ja  wiem,  że  on  nie  ma  łatwego 

charakteru. Przez długi czas nie potrafił sobie znaleźć miejsca, ale kto wie? Może dzięki tobie 

odnajdzie  przyszłość.  Czy  wiesz  -  dodała  z  przebiegłym  uśmiechem  -  że  ostatnio  ciągle  do 

mnie wydzwaniał i bez końca opowiadał o tobie? 

Gabby  zaśmiała  się  nerwowo.  Chłonęła  słowa  Martiny  niczym  gąbka,  potrzebowała 

czegokolwiek, co dodałoby jej otuchy. Jej zielone oczy rozbłysły i z nadzieją zwróciły się ku 

Martinie. 

- Oddałabym wszystko, byle uwierzyć, że J.D. widzi dla mnie miejsce w swoim życiu, 

ale jasno dał mi do zrozumienia, że nie chce się z nikim wiązać. On nie chce stabilizacji, a ja 

jestem  straszliwie  staroświecka.  Wszyscy  dookoła  sypiają  z  kim  popadnie  i  nie  robią  z  tego 

wielkiej  sprawy,  ale  ja  tak  po  prostu  nie  potrafię.  Nie  jestem  stworzona  do  przelotnych 

romansów. 

background image

Martina milczała przez chwilę, potem uśmiechnęła się pod nosem. 

- No, no. Biedny Jacob. 

- A zresztą - dodała Gabby z westchnieniem - podejrzewam, że z jego strony to tylko 

chwilowe zainteresowanie. Pracuję u niego od ponad dwóch lat i przez ten czas zachowywał 

się tak, jak gdyby w ogóle mnie nie dostrzegał. 

Spojrzała na Martinę i dodała nieco weselszym tonem: 

-  Tak  się  cieszę,  że  wyszłaś  z  tego  bez  szwanku.  Wiesz,  wszyscy  martwiliśmy  się  o 

ciebie, nie tylko twój brat. 

-  Musimy  z  Robertem  wracać  do  domu  -  powiedziała  Martina  -  ale  możesz  mnie 

trzymać  za  słowo:  któregoś  dnia  przyjedziecie  do  mnie  z  J.D.  Wierzę  w  to  z  całego  serca, 

nawet jeśli ty w to wątpisz. 

-  Uściskała  Gabby  impulsywnie.  -  Opiekuj  się  moim  bratem,  a  że  we  własnym 

mniemaniu  J.D.  nie  potrzebuje  opieki,  musimy  być  bardzo  dyskretne.  Ale  wiem,  że  jest 

strasznie samotny. 

Gabby poczuła, że ściska ją w gardle ze wzruszenia. 

- Tak - szepnęła. - Wiem o tym. 

Serce jej krwawiło, gdy  o tym myślała.  Żałowała tylko, że przez swój upór nie tylko 

siebie skazuje na samotność. 

Po  wyjeździe  Martiny  długo  snuła  się  po  domu  Laremosa,  nie  mogąc  znaleźć  sobie 

miejsca.  W  holu  natknęła  się  na  Sierżanta,  a  gdy  ten  ją  zagadnął,  zatrzymała  się,  aby  z  nim 

chwilę porozmawiać. 

- Coś ty taka smutna, dziewczyno? - spytał z ciepłym uśmiechem. 

-  Jak  sobie  przypomnę,  że  muszę  wracać  do  biura,  to  chce  mi  się  płakać  -  skłamała, 

uśmiechając się blado. 

Sierżant uśmiał się serdecznie. 

- Teraz już rozumiesz, dlaczego tacy jak my nie przechodzą na emeryturę. Niech mnie 

licho, wolę zginąć stojąc, niż żyć, gnuśniejąc za biurkiem. - Wzruszył ramionami. - Chociaż 

Łucznikowi najwyraźniej to odpowiada. 

- Być może - odparła bez przekonania, unikając jego spojrzenia. 

- Hej! 

Podniosła wzrok i zatrzymała go na życzliwej twarzy Sierżanta. 

-  Znam  go  jak  mało  kto.  Nie  lubi,  kiedy  ktoś  próbuje  mu  pomagać.  Wiem,  o  czym 

mówię, bo przekonałem się na własnej skórze. Któregoś razu rwał się do mnie z pięściami, bo 

szybciej wypatrzyłem gościa z granatem i zdjąłem go, zanim J.D. miał okazję to zrobić. Nie 

background image

lubi popełniać błędów, a jeszcze bardziej do nich się przyznawać. Ale stało się i będzie musiał 

to przeboleć. 

-  Czy  aby  na  pewno?  —  W  jej  szeroko  otwartych  oczach  malował  się  smutek.  - 

Traktuje mnie jak powietrze. Nawet się do mnie nie odzywa. 

-  To  normalne.  Musisz  pamiętać,  Gabby,  że  długo  nie  uczestniczył  w  podobnych 

operacjach.  Takich  rzeczy  -  machnął  ręką  -  nigdy  się  nie  zapomina,  ale  bywa,  że  po  akcji 

wracają złe wspomnienia. Raz porządnie oberwał. Myślałem, że się z tego nie wyliże. 

- Wiem, opowiadał mi - odparła z roztargnieniem. 

Sierżant zmrużył oczy. 

- Tak? A to ciekawe - mruknął zafrapowany. 

- Tak. Spytałam go, a on po prostu odpowiedział - dodała. 

-  Zastanawiałem  się,  czy  kiedykolwiek  przyjdzie  taki  moment,  kiedy  J.D.  postanowi 

się  ustatkować  -  odezwał  się  Sierżant  enigmatycznie.  -  Ale  jakoś  nigdy  nie  trafiła  się  mu 

odpowiednia kobieta. 

- Powiedziałabym raczej, że nie chciał palić za sobą mostów - stwierdziła cicho. - Nie 

daj Boże znudzi mu się praca za biurkiem i co wtedy? 

-  Tak,  jak  też  tak  kiedyś  myślałem  -  przyznał  Sierżant.  -  Tacy  jak  my  unikają 

zobowiązań jak ognia. W naszym fachu to luksus, na który stać niewielu. - Z uwagą spojrzał 

jej  w  oczy.  -  Cieszę  się, że  cię  poznałem.  Opiekuj  się  Łucznikiem.  Za  bardzo  oddalił  się  od 

naszego  życia,  żeby  do  niego  wrócić.  Może  po  prostu  potrzebuje  czasu,  żeby  się  z  tą  myślą 

pogodzić. 

- Obyś miał rację, Sierżancie - powiedziała z nikłym uśmiechem na ustach. 

- Mam na imię... Mam na imię Matthew. 

- Matthew - powtórzyła i uśmiechnęła się serdecznie. 

-  Nie  napisałabyś  do  mnie  czasem?  -  spytał  na  odchodnym.  -  Bo  Łucznik  rzadko 

odpowiada na moje listy, a sam to już w ogóle nie napisze. 

- Obiecuję. 

Pochlebiła  jej  ta  prośba.  Odprowadziła  Sierżanta  spojrzeniem,  zastanawiając  się,  jaki 

prezent wyśle mu na Boże Narodzenie. Skarpety. Mnóstwo skarpet i rękawiczek. Ruszyła w 

stronę swojej sypialni. 

Odkąd  Martina  i  Roberto  wyjechali,  w  domu  zapanowała  martwa  cisza.  Przyjaciele 

J.D.  znikli  nie  wiadomo  kiedy.  Później  Gabby  dowiedziała  się  od  Laremosa,  iż  wszyscy 

oprócz Sierżanta opuścili Gwatemalę równie niepostrzeżenie, jak do niej przybyli. Bardzo ich 

polubiła, mimo że znali się dość krótko, ale też i okoliczności były co najmniej niecodzienne. 

background image

Przy  kolacji  Laremos  jak  zwykle  zachowywał  się  czarująco,  J.D.  natomiast  był 

zamyślony i nie zaszczycał Gabby swą uwagą. 

- Kiedy wracamy? - zagadnęła go w końcu, zdesperowana. 

- Wieczorem - mruknął i znowu zamilkł. 

-  Na  wszelki  wypadek  sprawdzę  jeszcze  raz,  czy  wszystko  spakowałam.  -  Wstała  od 

stołu. - Señor Laremos, dziękuję za gościnność. W innych okolicznościach byłoby cudownie. 

Ż

ałuję, że nie zdążyliśmy zwiedzić ruin miasta Majów. 

-  Ja  także  tego  żałuję  -  odparł  szczerze.  -  Ale  może  jeszcze  kiedyś  zawitasz  w  te 

strony, wtedy chętnie cię po nich oprowadzę - dodał z dwornym ukłonem. 

Podziękowała mu uśmiechem i poszła na górę. Kilka minut później do sypialni zajrzał 

J.D., jak przypuszczała po to, aby spakować swoje rzeczy przed wyjazdem; wprawdzie spał w 

salonie  na  dole,  tam  gdzie  reszta  mężczyzn,  ale  jego  torba  podróżna  została  w  pokoju.  Był 

nawet taki moment, gdy Gabby zastanawiała się, czy go nie wyręczyć w pakowaniu, ale bała 

się, że tym pomysłem jeszcze bardziej go rozwścieczy. 

Zerknęła na niego niepewnie. Jego twarz nadal przypominała maskę, oczy miał zimne 

i starannie unikał jej spojrzenia. Bez słowa postawił torbę na krześle i zaczął się pakować. 

- Wszystko w porządku? - spytała, gdy cisza stała się nie do zniesienia. 

- Owszem - odburknął. - A u ciebie? Wzruszyła ramionami i uśmiechnęła się blado. 

- To było mocne przeżycie. 

- Prawda? - wycedził. 

Podniósł na nią pałający wzrok i z dziwną satysfakcją przyglądał się wypiekom na jej 

policzkach. 

- Czemu jesteś na mnie zły? - spytała cicho. Patrzył na torbę, upychając w niej spodnie 

od munduru. 

- A kto mówi, że jestem zły? 

- Od powrotu z dżungli praktycznie przestałeś się do mnie odzywać. 

Obeszła łóżko i stanęła przy J.D. z nieszczęśliwą miną. Patrzyła na niego w milczeniu, 

rozpamiętując, jak pięknie wygląda jego nagie ciało, jak cudownie się czuła, gdy  wziął ją w 

ramiona i całował. Ostrożnym gestem dotknęła jego ramienia. 

- Jacob, co ja ci takiego zrobiłam? - zapytała. Spojrzał na jej rękę takim wzrokiem, że 

Gabby omal jej nie cofnęła. 

-  Coś  ty  sobie  wyobrażała,  do  ciężkiej  cholery?  Że  to  zabawa?  -  spytał  lodowato.  - 

Myślałaś,  że  to  nie  ostra  amunicja,  tylko  ślepaki?  Że  wszyscy  gramy  w  jakiejś  cholernej 

background image

telenoweli?  Jesteś  nudną  sekretareczką,  a  nie  zawodowym  żołnierzem.  Gdybyś  się  nie 

przewróciła, już byś nie żyła, ty głupi dzieciaku! 

A więc o to mu chodzi. Sierżant miał rację: duma J.D. została wystawiona na szwank, 

ponieważ Gabby szybciej od niego dostrzegła zagrożenie. 

-  J.D.,  gdybym  nie  strzeliła  do  tego  człowieka,  zabiłby  cię  -  tłumaczyła  spokojnie, 

apelując do jego rozsądku. 

Ze złością szarpnął suwak torby. 

- Może jeszcze czekasz na wyrazy wdzięczności? 

Pomyślała, że zaraz poniosą ją nerwy, ale cudem się opanowała. 

-  Nie  wysilaj  się  -  odparła  lodowatym  tonem.  -  I  nie  jestem  nudną  sekretareczką, 

przestań mnie tak nazywać! 

-  Nie  oszukuj  się  -  powiedział,  wpatrując  się  w  nią  z  irytacją.  -  Żadna  z  ciebie 

Calamity  Jane.  Nie  jesteś  kowbojem  w  spódnicy  i  najpewniej  nigdy  nim  nie  zostaniesz. 

Wyjdziesz za mąż za jakieś gryzipiórka i urodzisz mu tuzin dzieciaków. 

Gabby zbladła. J.D. spojrzał nią spod półprzymkniętych powiek. 

- Co się stało, skarbie? - zadrwił. - Spodziewałaś się, że ci się oświadczę? 

Odwróciła się do niego plecami. 

- Niczego od ciebie nie oczekuję. 

- Kłamiesz. 

Brutalnie  szarpnął  ją  za  rękę,  aż  się  odwróciła,  i  popchnął  ją  na  łóżko.  Sekundę 

później  wylądowała  na  plecach  na  miękkim  materacu.  J.D.  pochylał  się  nad  nią  groźnie, 

przytrzymując ją tak mocno, jak gdyby rozmyślnie chciał sprawić jej ból. 

- Jacob, narobisz mi siniaków! - krzyknęła, usiłując się wyrwać. 

Przełożył  nogę  przez  jej  uda  i  zmusił  ją  do  uniesienia  rąk  nad  głowę,  dociskając  jej 

nadgarstki do materaca. 

- Chciałaś walczyć, to walcz - powiedział zimno. - Pokaż, na co się stać. 

Przestała  się  szamotać  i  leżała  nieruchomo,  oddychając  ciężko  i  piorunując  go 

wzrokiem. 

- Co próbujesz udowodnić? Że jesteś ode mnie silniejszy? Okej, nie zaprotestuję. 

Przez chwilę błądził bezczelnym spojrzeniem po jej ciele, zatrzymując je na biodrach, 

których  krągłość  podkreślały  obcisłe  dżinsy,  potem  na  skrawku  odsłoniętej  skóry  na  jej 

brzuchu.  Przypomniała  sobie  ze  zgrozą,  że  nie  ma  na  sobie  stanika,  świadoma,  że  kiedy  się 

szamotali, bluzka podniosła się jej niemalże na wysokość piersi. 

background image

- Wczoraj miałem na ciebie ochotę - oświadczył z brutalną szczerością. - I gdybyś nie 

była  dziewicą,  wziąłbym  cię  bez  wahania.  Ale  nie  pochlebiaj  sobie,  wziąłbym  pierwszą 

lepszą. Jesteś dla mnie tylko ciałem, więc jeśli wyobrażałaś sobie, jak ramię w ramię stajemy 

na ślubnym kobiercu, to lepiej wybij to sobie z głowy. 

Poczuła  w  sercu  dojmujący  ból.  On  ma  rację:  wyobrażała  sobie  ich  ślub,  i  to  nieraz, 

ale  nie  zamierzała  pozwolić,  by  zorientował  się,  że  to,  co  do  niego  czuje,  nie  jest  byle 

zauroczeniem. Nie powinna się była tak angażować, nie miała też najmniejszych wątpliwości 

co  do  tego,  że  prawda  bynajmniej  by  go  nie  ucieszyła.  Ewidentnie  chciał  od  niej  czegoś 

zupełnie innego. 

- Nie prosiłam cię o żadne deklaracje, prawda? 

-  przypomniała  cicho,  patrząc  prosto  w  jego  ciemne  oczy.  -  Nic  ci  nie  grozi,  Jacob. 

Nie próbuję cię uwiązać. 

Ś

cisnął mocniej jej ramiona. 

-  Lepiej,  żebyśmy  mieli  w  tym  względzie  absolutną  jasność,  nie  sądzisz?  -  spytał 

tonem groźby. 

- Miejmy pewność, że sama przestaniesz tego chcieć, do diabła! 

Otworzyła usta, by o coś spytać, lecz nie zdążyła. W tej samej sekundzie J.D. palcami 

jednej ręki przytrzymał jej nadgarstki, drugą brutalnie zadarł jej bluzkę. 

-  A  teraz,  Gabby,  będziesz  miała  okazję  się  przekonać,  jak  prawdziwy  najemnik 

traktuje kobiety. 

Nawet nie próbowała się opierać, wiedząc, że to bezcelowe: fizycznie był od niej bez 

porównania silniejszy.  Zaczynała się go bać.  Leżała bez ruchu i pozwalała traktować się jak 

szmacianą  lalkę.  Robił  z  nią,  co  chciał.  Położył  się  na  niej  całym  ciężarem,  kołysząc  się 

sugestywnie, dotykał ją i pieścił dopóty, dopóki to, co mogło być aktem miłości, nie zmieniło 

się w ponurą groteskę. 

- Podoba ci się? - zamruczał, odrywając usta od jej posiniaczonych warg. 

Powiódł  dłońmi  ku  jej  biodrom,  wsunął  je  pod  pośladki  i  przyciągnął  ją  do  siebie,  a 

potem zaczął się o nią ocierać, ściskając ją coraz mocniej. 

-  Bo  właśnie  tak  wyglądałby  twój  pierwszy  raz,  gdybym  postanowił  cię  wziąć. 

Szybko,  bez  ceregieli  i  wyłącznie  dla  mojej  własnej  przyjemności.  Jeśli  się  spodziewałaś 

powtórki z wczorajszego ranka, to zrobiłaś błąd - dodał. - Wtedy taki akurat miałem kaprys. 

Rzeczywistość wygląda inaczej... Tak! I tak! 

background image

Całował  ją  brutalnie,  przygniatał  swoim  ciężarem,  zupełnie  jak  gdyby  chciał  sprawić 

jej ból. I tak było. Gabby zaczęła się szamotać, lecz tylko pogorszyła sytuację. Rozkrzyżował 

ją na łóżku i opadł na nią, aż jęknęła. J.D. roześmiał się zimno. 

- Wstrząśnięta? Wczoraj tego chciałaś. No chodź, kotku. Nie zrobię ci dziecka. To co 

z nami będzie? 

Zachowywał  się  z  rozmyślnym  okrucieństwem,  nie  zważając  na  łzy  upokorzenia  i 

wstydu,  które  płynęły  po  jej  policzkach,  wulgarnie  i  obrazowo  mówiąc,  co  z  nią  za  chwilę 

zrobi,  zanim  znowu  brutalnie  wsunął  język  do  jej  ust.  W  końcu  ta  zabawa  mu  się  znudziła. 

Kiedy zsunął się z niej i przetoczył na plecy, Gabby leżała posiniaczona i blada, a jej ciałem 

wstrząsał bezgłośny szloch. 

- Niech cię diabli, J.D. - zapłakała, czując, jak wzbiera w niej bezsilna złość. - Niech 

cię diabli! 

-  Teraz  już  wiesz,  jak  obchodzę  się  z  kobietami  -  oznajmił  zimno,  niewzruszony  jej 

rozpaczą, obojętnie patrząc na jej wykrzywioną płaczem twarz. 

-  Tak  samo  potraktowałbym  cię,  gdybym  wczoraj  miał  więcej  czasu,  a  możesz  mi 

wierzyć,  zdołałbym  cię  namówić  na  seks.  Twoje  ciało  mnie  podnieca  i  go  pragnę.  Ale  nie 

jestem  wybredny,  żadną  bym  nie  wzgardził.  Po  prostu  chciałem  przestać  myśleć  o  tym,  co 

mnie  czeka.  Pozwoliłabyś  mi  zapomnieć,  przerabiałem  to  setki  razy  z  setką  innych  kobiet 

przed  tobą.  -  Mówił  to  wszystko  z  goryczą,  odwrócony  do  niej  plecami.  -  Więc  zacznij 

wzdychać  do  kogoś  innego  i  przestań  snuć  romantyczne  rojenia  na  mój  temat.  Chciałaś 

poznać prawdę o życiu, więc ci ją pokazałem. Dobrze ją sobie zapamiętaj. 

Nie  poruszyła  się.  Po  prostu  nie  była  w  stanie.  Wstrząsały  nią  niepohamowane 

dreszcze  i  zbierało  jej  się  na  mdłości,  w  głowie  miała  pustkę.  Spojrzała  na  J.D.,  bo  chciała, 

ż

eby wyczytał w jej oczach nienawiść, lecz najwidoczniej dopatrzył się w nich czegoś innego, 

może  bólu  i  upokorzenia,  w  każdym  razie  odwrócił  się  nagle,  chwycił  swoją  torbę  i  szybko 

podszedł do drzwi. 

- Bierz swoje manatki i jedziemy - rzucił, nie oglądając się w jej stronę. 

Dopiero  kiedy  się  za  nim  zamknęły  drzwi,  Gabby  odważyła  się  wstać.  Wiedziała, że 

jego  szydercze  słowa  nie  przestaną  jej  prześladować  do  końca  życia.  Złoży  wymówienie,  to 

jasne  jak  słońce,  lecz  nie  wyobrażała  sobie,  jak  zdoła  spojrzeć  mu  w  twarz,  gdyby  nalegał, 

aby odpracowała w kancelarii dwutygodniowy okres wypowiedzenia. Może J.D. zwolni ją w 

trybie  natychmiastowym?  Cały  problem  w  tym,  że  znalezienie  nowej  posady  z  pewnością 

zajmie  jej  trochę  czasu,  a  czynsz  i  raty  za  samochód  nie  zechcą  łaskawie  poczekać,  aż  ich 

płatnik zostanie skreślony z listy bezrobotnych. 

background image

Wzięła  się  w  garść.  Włożyła  czystą  zieloną  bluzkę  i  sweter  pasujący  do  niej 

odcieniem,  dżinsów  nie  zmieniła,  bo  wciąż  wyglądały  całkiem  nieźle.  Następnie  starannie 

upięła włosy w kok, wzięła torbę i wyszła z sypialni. Wszystko to trwało zaledwie parę minut. 

W  dalszym  ciągu  była  blada,  ale  odrobina  makijażu  sprawiła,  że  przestała 

przypominać ofiarę napadu. 

Weszła do salonu. J.D. zachowywał się tak, jak gdyby dla niego nie istniała, nawet nie 

zaszczycił  jej  spojrzeniem.  Gabby  żałowała  tylko,  że  nie  jest  w  stanie  odwzajemnić  się  tym 

samym.  Wiedziała,  że  szybko  nie  zapomni  o  jego  brutalnym  zachowaniu  i  wiele  czasu 

upłynie, zanim jej złamane serce się zagoi i znowu będzie taka jak przedtem. Kocha go. Jak 

mógł wyrządzić jej taką krzywdę? I dlaczego tak postąpił? 

Mogła jedynie skrywać swój ból za uśmiechem i modlić się, by nikt się nie domyślił, 

ż

e jest zrozpaczona. Pożegnała się z Laremosem i wsiadła do jego kombi wraz z Sierżantem, 

starając się nie patrzeć w kierunku J.D., który żegnał się z gospodarzem. 

Sierżant krótko, acz uważnie przyjrzał się twarzy Gabby, po czym oparł na kierownicy 

chudą, żylastą dłoń. 

- Co on ci najlepszego zrobił? - zapytał cicho. Podniosła na niego przerażone oczy. 

- N - nic mi nie zrobił... - wyjąkała. 

- Nie kłam - skarcił ją łagodnie. - Znam go od bardzo dawna. Nic ci nie jest? 

-  Nie  -  odrzekła,  wiercąc  się  niespokojnie.  -  Aczkolwiek  poczuję  się  znacznie  lepiej, 

kiedy raz na zawsze zniknie z mojego życia. 

- Fiu, fiu! Aż tak źle? - spytał ze smutkiem w głosie. 

- Aż tak źle. 

Kurczowo trzymała torebkę, przyciskając ją do piersi obronnym gestem. 

-  Gabby  -  powiedział  Sierżant  miękko,  a  na  jego  ustach  pojawił  się  cień  uśmiechu.  - 

Co to za ryba, która nawet nie próbuje urwać się z haczyka? Powalczże o niego trochę. Nic, 

co wartościowe, nie przychodzi bez wysiłku. 

Spojrzała na niego ze złością. 

- Już ja bym mu dała haka! Aż mnie świerzbią ręce. Może czegoś by się nauczył. 

- Daj mu trochę czasu - zasugerował Sierżant. - Zawsze był sam. To dla niego nowe, 

myśl, że może kogoś potrzebować. 

- Mnie nie potrzebuje - odparła sucho. 

- Nie byłbym tego taki pewny - oznajmił, przyglądając się Gabby z sympatią. - Myślę, 

ż

e dobraliście się w korcu maku. Cholernie dobrze strzelasz jak na kobietę, która pierwszy raz 

w życiu trzymała pistolet automatyczny w ręce. Laremos mówił, że szybko się uczysz. 

background image

Przez chwilę milczała, ze wzrokiem wbitym w torebkę, po czym wyznała szczerze: 

-  To  nie  było  specjalnie  trudne.  Raptem  trzy  pozycje  przełącznika  ognia  do 

zapamiętania:  górna  zabezpieczony,  środkowa  serie,  dolna  pojedyncze  strzały.  No  i  prawdę 

mówiąc,  to  już  kiedyś  strzelałam,  ale  z  kalibru  22.  Polowałyśmy  z  mamą  na  zające.  Ale 

dwudziestkadwójka nie ma takiego odrzutu jak AK - 47. 

Uśmiechnął się, patrząc, jak Gabby rozmasowuje obolały bark. 

- Raczej nie. Mama żyje? 

Gabby także się uśmiechnęła i skinęła głową. 

- Mieszka w Lytle w Teksasie. Ma małe ranczo i stadko bydła. Znacznie mniejsze od 

tego,  które  kiedyś  miał  ojciec,  ale  po  jego  śmierci  mama  uznała,  że  musi  się  oszczędzać.  I 

powiedzmy, że się stara. 

- Naprawdę poluje na zające? - spytał Sierżant i oczy mu zabłysły. 

- Poluje, jeździ konno i klnie tak, że najstarszym kowbojom więdną uszy - pochwaliła 

się znacznie weselszym tonem. - Moja matka to kobieta z charakterem. 

-  W  takim  razie  już  wiem,  w  kogo  się  wdałaś  -  odparł  serdecznie,  potem  nagle 

spoważniał.  -  Kiedy  J.D.  mi  powiedział,  że  zabiera  cię  na  te  swoje  tajemnicze  służbowe 

eskapady,  zrozumiałem,  że  zaczyna  się  między  wami  coś  zupełnie  wyjątkowego.  Zanim  cię 

poznał, ufał tylko swojej siostrze i mnie. 

Nie chwali się, uświadomiła sobie Gabby, po prostu stwierdza oczywisty fakt. 

- Do Laremosa nie ma zbytniego zaufania - zauważyła, ściszając głos. 

- Nie on jeden - odparł Sierżant konspiracyjnym tonem i puścił do niej oko. 

Autentycznie ją tym rozbawił, lecz przestało jej być do śmiechu, zaledwie zobaczyła, 

ż

e  J.D.  podchodzi  do  samochodu.  Pomyślała,  że  zaraz  zemdleje,  ale  on  znowu  zachowywał 

się,  jakby  jej  nie  dostrzegał.  Bez  słowa  wdrapał  się  na  tylne  siedzenie,  zatrzasnął  drzwi  i 

pomachał Laremosowi na pożegnanie. 

Sierżant wychylił głowę przez okno i zawołał: 

- Wrócę za kilka godzin, szefie! 

Laremos  uśmiechnął  się  szeroko,  też  im  pomachał,  i  po  chwili  jechali  już  w  stronę 

lotniska. 

Podróż dłużyła się Gabby niemiłosiernie, aczkolwiek wcale nie dlatego, by droga była 

szczególnie  długa.  Nie  mogła  znieść  napięcia,  które  panowało  między  nią  a  J.D.  Poczciwy 

Sierżant dwoił się i troił, próbując rozładować nerwową atmosferę, lecz nic to nie dało. J.D. 

odpowiadał  monosylabami,  Gabby  zamknęła  się  w  sobie  i  przez  całą  drogę  milczała  jak 

zaklęta. 

background image

Podobnie  było  w  samolocie.  Gabby  szczerze  się  ucieszyła,  gdy  okazało  się,  że  nie 

dostali  miejsc  obok  siebie.  Ona  zajęła  miejsce  między  eleganckim  biznesmenem  a  młodą 

dziewczyną, zaś od J.D. dzieliło ją kilka rzędów. Nie zamienili między sobą ani słowa, gdy o 

ś

wicie samolot wylądował na lotnisku O'Hare. 

Minęło  parę  minut,  zanim  strumień  pasażerów  śpieszących  do  wyjścia  rozrzedził  się 

na  tyle,  by  Gabby  zdołała  się  do  niego  włączyć.  J.D.  został  gdzieś  z  tyłu,  ale  nawet  go  nie 

szukała. Marzyła tylko o tym, aby jak najszybciej znaleźć się w swoim mieszkaniu. 

Potem  będzie  miała  aż  nadto  czasu  na  pogodzenie  się  z  myślą,  że  musi  rozstać  się  z 

J.D. na zawsze, znaleźć nową pracę i żyć, jak gdyby nic się nie stało. 

Energicznym  krokiem  przemierzyła  cały  terminal,  wreszcie  wyszła  na  dwór  i 

odetchnęła głęboko rześkim, nocnym powietrzem. Wiał lekki wiatr, z oddali napływały ciche 

dźwięki klaksonów i swojskie zapachy miasta. 

Gabby  rozejrzała  się  w  poszukiwaniu  taksówki. Co  prawda  akurat  żadnej  nie  było  w 

zasięgu  wzroku,  lecz  zbytnio  się  tym  nie  przejęła.  Najwyżej  wróci  na  lotnisko  i  zamówi 

taksówkę przez telefon. 

- Chodź - mruknął J.D., podchodząc do niej bezszelestnie. - Podwiozę cię. 

Spojrzała na niego wzrokiem bazyliszka. 

- Wolę dać się obrabować - oznajmiła chłodno. 

-  Nie  zdziwiłbym  się:  kobieta,  sama  o  tej  porze  -  odparł  rzeczowo.  -  W  czym  rzecz, 

boisz się mnie? 

- zadrwił. 

Trafił w dziesiątkę, niemniej duma nie pozwalała jej dawać mu satysfakcji. Chcąc nie 

chcąc,  poszła  za  nim  na  parking,  na  którym  przed  wyjazdem  zostawił  samochód.  Niewiele 

później jechali już krętą drogą prowadzącą do Chicago. 

- Podjęłaś ostateczną decyzję? - spytał. Intuicyjnie odgadła, co miał na myśli. 

- Owszem. Poszukam pracy w branży komputerowej. Lubię pracować na komputerze. 

Zerknął na Gabby i ponownie wlepił wzrok w drogę. 

- Sądziłem, że lubisz prawo. Zrobiłaś kursy, szkoda, żeby tyle pracy poszło na marne. 

- Zdążyło mi się znudzić - odparła lekkim tonem. 

Co ma mu powiedzieć? Że nie tyle nie chce pracować w jego kancelarii, ale w ogóle 

mieć  styczności  z  prawem,  by  nie  ryzykować,  iż  któregoś  dnia  przypadkiem  wpadną  na 

siebie, a wtedy serce chyba by jej pękło? 

Wzruszył ramionami i spokojnie zapalił papierosa. 

background image

- To twoje życie. Tylko nie zapomnij w poniedziałek rano zadzwonić do agencji, niech 

przyślą  kilku  chętnych  na  twoje  miejsce.  Tym  razem  poproszę  Dicka,  żeby  przeprowadził 

rozmowę kwalifikacyjną - dodał z chłodnym uśmiechem. 

Gabby wpatrzyła się w widoczną za oknem rzekę. 

- Nie masz mi nic do powiedzenia? - odezwał się po chwili. 

- Na jaki temat? - spytała obojętnie. 

Westchnął  ciężko  i  znowu  zaciągnął  się  papierosem.  Samochód  płynnie  pokonał 

ostatni zakręt i zatrzymał się na parkingu przed apartamentowcem. 

Gabby wysiadła i czekała, aż J.D. wyjmie z bagażnika jej torbę. 

- Nie odprowadzaj mnie - powiedziała, gdy zatrzasnął klapę. - Szkoda fatygi. 

Spojrzał na nią ze złością. 

- Czyja proponowałem, że cię odprowadzę? Miarka się przebrała. 

- Nienawidzę cię - wyszeptała jadowicie. 

- Owszem, zdaję sobie z tego sprawę - odparł, uśmiechając się zimno. 

Chwyciła torbę, obróciła się na pięcie i pomaszerowała w stronę klatki schodowej. 

- Gabby! - zawołał za nią. 

Była już przy drzwiach. Zatrzymała się, ale nie obejrzała się w jego stronę. 

- Czego jeszcze chcesz? 

-  Przypominam  ci  o  dwutygodniowym  okresie  wypowiedzenia.  Odpracujesz  co  do 

dnia, albo dopilnuję, żebyś do końca twoich dni nigdzie nie zagrzała miejsca. Jasne? 

Prawdę  powiedziawszy,  nie  zamierzała  pojawiać  się  w  jego  kancelarii  ani  w 

poniedziałek,  ani  żadnego  innego  dnia.  Jednak  kiedy  odwróciła  się  i  zobaczyła  wyraz  jego 

twarzy,  uświadomiła  sobie,  jak  niebezpieczny  trafił  się  jej  przeciwnik. Skapitulowała,  bo  po 

prostu nie miała wyjścia. Pocieszyła się myślą, iż przynajmniej zyska czas na rozejrzenie się 

za inną pracą, dzięki temu zdołała się zachować z klasą. 

-  Ależ  panie  Brettman,  żal  by  mi  było  każdej  minuty  -  odparła  z  podszytą 

szyderstwem słodyczą. - Do zobaczenia w poniedziałek. 

background image

ROZDZIAŁ SIÓDMY 

Kiedy  nastał  poniedziałkowy  ranek,  zupełnie  nie  miała  ochoty  iść  do  pracy.  Nie 

chciała widzieć J.D. na oczy, bark bolał ją jak diabli, ale wzięła się w garść. 

Wyjęła  z  szafy  beżową  garsonkę  i  dobrała  do  niej  wściekłe  kolorową  bluzkę.  Ubrała 

się  szybko,  upięła  włosy  w  kok  i  wyszła  z  domu.  Byle  już  mieć  to  z  głowy,  pomyślała. 

Przemęczy się jakoś przez te dwa tygodnie, odpracuje je co do godziny, może nawet do tego 

czasu znajdzie nową posadę. Na pewno znajdzie. To proste. 

W  każdym  razie  znacznie  prostsze  od  próby  wyjaśnienia  wszystkiego  matce, 

westchnęła w duchu, wspominając wczorajszą rozmowę telefoniczną z Lytle. 

- Przecież mówiłaś, że uwielbiasz tę pracę! 

- wykrzyknęła pani Darwin, gdy już odzyskała głos. 

- Czemu złożyłaś wymówienie? Słucham, Gabby, co się stało? 

-  Nic,  mamo  -  odparła  pośpiesznie.  -  Po  prostu  tak  się  złożyło,  że  pan  Brettman 

najprawdopodobniej niedługo przeprowadzi się z Chicago - skłamała, chcąc oszczędzić matce 

zdenerwowania. - Widzisz, ma widoki na fantastyczną posadę w innym stanie, a ja naprawdę 

wolałabym tu zostać. 

- W innym stanie? A konkretniej? 

- Oj, mamuś - jęknęła Gabby. - Przecież wiesz, że nie lubię być wścibska. To sprawa 

pana Brettmana. 

- A ten jego wspólnik? Pan Dice? Nie możesz dalej pracować u niego? - W głosie pani 

Darwin  brzmiała  dezaprobata.  -  Albo  nie,  mam  lepszy  pomysł.  Może  wracaj  do  domu, 

poszukamy dla ciebie męża? 

Gabby przygryzła wargi, by nie powiedzieć o słowo za dużo. Oczami duszy widziała 

już  następującą  scenę:  rozpromieniona  matka  przedstawia  jej  przyszłego  pana  młodego, 

którego  sama  dla  niej  wybrała,  pastora  oraz  nabitą  strzelbę,  która  ma  zachęcić  córkę  do 

zamążpójścia. Chciało jej się śmiać, a wiedziała, że matka nigdy by jej tego nie darowała. 

-  Gabby,  czy  ty  aby  nie  wpadłaś  w  jakieś  kłopoty?  -  zapytała  pani  Darwin  dziwnym 

tonem. 

- Nie, mamo, nic podobnego. Tylko się nie denerwuj. Może jeszcze wszystko samo się 

ułoży. 

-  Podoba  mi  się  ten  twój  cały  Brettman  -  oznajmiła  pani  Darwin  po  chwili.  - 

Wprawdzie widziałam go tylko raz, pamiętasz, kiedy przyjechałam cię odwiedzić, ale zrobił 

background image

na mnie wrażenie miłego człowieka. Nie wiem, skąd mu się wziął ten niedorzeczny pomysł z 

przeprowadzką. Chyba się nie żeni? 

-  J.D.  i  ślub?  A  to  dobre!  -  Gabby  zaśmiała  się  ze  smutkiem.  -  To  dopiero  byłaby 

sensacja. Kobieta, która zaciągnie go do ołtarza, trafi do „Księgi rekordów Guinnessa”. 

- Prędzej czy później się ożeni - odparła pani Darwin krótko. 

-  Myślisz?  -  mruknęła  Gabby  bez  przekonania.  Zamiast  przed  ołtarzem  widziała  go 

raczej w mundurze, ramię w ramię z Sierżantem i Apollem, jak szturmuje kwaterę wroga, lecz 

przecież nie może o tym powiedzieć matce! 

-  Oczywiście.  Jak  każdy  mężczyzna.  Samotność  zacznie  mu  doskwierać,  tak  jak 

kiedyś twojemu ojcu. Wtedy go capnęłam. 

Gabby widziała niemalże, jak matka się uśmiecha. 

- A tobie samotność się nie sprzykrzyła? - spytała nieśmiało Gabby. 

Od śmierci ojca upłynęło już dziesięć lat, lecz matka nie chciała słuchać Gabby, gdy ta 

ostrożnie sugerowała, że może warto by się z kimś umówić. 

- Ja nie jestem samotna, córeczko. Ktoś, kto ma tyle pięknych wspomnień, nigdy nie 

jest sam. Przez lata byłam żoną najlepszego człowieka pod słońcem i nie zwiążę się z nikim 

innym, wiedząc, że nikt nigdy mu nie dorówna. 

- Ależ masz wymagania! - zauważyła Gabby oskarżycielskim tonem. 

-  Owszem.  Gdybyś  przeżyła  to,  co  ja,  też  byś  je  miała.  Kochanie,  obiecaj  mi,  że 

jeszcze się zastanowisz nad powrotem do domu. Chicago to takie wielkie miasto! Kiedy pan 

Brettman wyjedzie, zostaniesz sama, bez jednej życzliwej duszy w pobliżu. Martwiłabym się 

o ciebie. 

- Zastanowię się - obiecała, choć wcale nie chciała o tym myśleć, bowiem zmuszało ją 

to do stawienia czoła bolesnej prawdzie, że więcej J.D. nie zobaczy. 

Bez względu na to, czy Gabby wróci do Teksasu, czy też nie, czy on postanowi wrócić 

do dawnego życia, czy też zostanie w Chicago, dołożył wszelkich starań, by nie mogła dłużej 

u  niego  pracować,  praktycznie  wymógł  na  niej  złożenie  wymówienia,  choć  nie  umiała 

powiedzieć, czy zrobił to z rozmysłem. 

Za  jednym  zamachem  straciła  dobrego  szefa,  pracę  oraz  serce  i  po  prostu  nie  mogła 

uwierzyć,  że  całe  jej  życie  wywróciło  się  do  góry  nogami  zaledwie  trzy  dni  temu.  Może 

byłoby najlepiej, gdyby nigdzie nie ruszała się z Chicago i nie poznała prawdy o przeszłości 

J.D. 

background image

Kiedy  przyszła  do  biura,  okazało  się,  że  J.D.  jeszcze  nie  ma.  Za  to  Richard  Dice 

ewidentnie  już  na  nią  czekał:  siedział  na  jej  biurku  z  rękami  skrzyżowanymi  na  piersi,  miał 

zniecierpliwioną minę i patrzył na nią tak, jak gdyby chciał ją zamordować wzrokiem. 

- Dzień dobry, Dick - odezwała się z wymuszonym uśmiechem. 

-  Chwała  Bogu,  że  nareszcie  wróciłaś!  -  oznajmił  Richard  i  westchnął  teatralnie.  - 

Dziewczyna, którą przysłali na zastępstwo, była kompletnie do niczego. Odesłałem ją precz, 

ale ci z agencji nie raczyli nawet oddzwonić. Gdzie J.D.? 

- A skąd mam wiedzieć? - odparła spokojnie. Zdjęła żakiet i starannie powiesiła go na 

krześle, po czym schowała do szuflady biurka torebkę. Założyła okulary i zaczęła przeglądać 

kalendarz,  w  którym  zapisywała  wszystkie  spotkania.  Szybko  przebiegła  wzrokiem  te,  które 

dopisała jej zastępczyni. 

- Nie rozumiem. To on jeszcze nie wrócił? 

- drążył Dick. 

- Wrócił. - Popatrzyła na niego ze zdziwieniem. 

- Chcesz mi powiedzieć, że nawet nie raczył się z tobą skontaktować? Nie zadzwonił? 

-  Na  razie  nie.  No,  opowiadaj!  -  zniecierpliwił  się  w  końcu.  -  Jak  poszło?  Co  z 

Martina? Zapłacili okup? 

- Zaczynam się czuć jak na przesłuchaniu. 

-  Tym  razem  to  ona  westchnęła.  -  Tak,  Martina  jest  bezpieczna.  Nie,  nikt  nie  musiał 

płacić  okupu.  Jeśli  jeszcze  masz  jakieś  pytania,  najlepiej  poczekaj  na  J.D.,  bo  ja  wolałabym 

nie wracać do tej sprawy. 

Dick  wzniósł  oczy  ku  sufitowi,  jak  gdyby  jego  cierpliwość  została  poddana  ciężkiej 

próbie. 

- Nie było cię tak długo i tylko tyle masz mi do opowiedzenia? 

- Trzeba było z nami jechać - odparła pogodnie. 

- Nie musiałbyś wypytywać o szczegóły, a ja mogłabym spokojnie wziąć się do pracy. 

Czy zająłeś się sprawą rozwodową pani Turnbull? 

- A i owszem - mruknął z roztargnieniem. 

-  Dzwonił  sędzia  Amherst.  Chce  przedyskutować  z  J.D.  sprawy  państwa  Landersow, 

zanim wyznaczy datę wstępnej rozprawy. 

Gabby sporządziła w kalendarzu krótką notatkę. Dick przyglądał jej się z uwagą. 

- Źle wyglądasz. 

- Dziękuję. - Uśmiechnęła się promiennie. - Każda dziewczyna marzy, aby usłyszeć te 

słowa. 

background image

Zaczerwienił się. 

- Nie miałem na myśli nic złego. Po prostu wyglądasz na bardzo zmęczoną. 

- Ciekawe, jak ty byś wyglądał, gdyby przyszło ci czołgać się na brzuchu, wlokąc za 

sobą AK - 47 - odparła bez zastanowienia. 

- Czołgać się? Przez dżunglę? Na brzuchu? I co to jest „AK - 47”? 

Wstała zza biurka i zaczęła segregować dokumenty, które Dick położył  wcześniej na 

blacie. 

- Spytaj swojego wspólnika. Jestem przekonana, że chętnie ci to wytłumaczy. 

- Żebym mógł go spytać, musi tu najpierw przyjść! 

Oderwała  wzrok  od  poukładanych  dokumentów  i  posłała  Dickowi  osobliwe 

spojrzenie. 

- Nie wiem, może pojechał po nową kuszę - oznajmiła z irytacją. 

- Po co...? 

Nie odpowiedziała, bowiem najzwyczajniej przestała go słuchać. Dick czekał jeszcze 

chwilę, potem pomaszerował do swojego gabinetu i głośno zatrzasnął drzwi. 

Gabby obejrzała się przez ramię. 

-  Oho,  ktoś  jest  dzisiaj  nie  w  humorze  -  mruknęła  półgłosem  i  ponownie  zajęła  się 

porządkowaniem dokumentów. 

J.D. pojawił się dopiero dwie godziny później, jak zwykle nieskazitelnie elegancki w 

swoim gołębim garniturze. 

- Jest jakaś poczta dla mnie? - zwrócił się do Gabby, jak zawsze po przyjściu do pracy. 

- Nie, panie Brettman - odparła jak tylekroć wcześniej, tym samym co zawsze tonem. 

Nowością był jedynie fakt, że nie patrzyła mu w oczy. - Dick zajął się sprawą pani Turnbull, 

zgodnie z pańskim życzeniem. Sędzia Amherst prosi o kontakt. 

J.D. skinął głową. 

-  Jak  wygląda  moje  dzisiejsze  popołudnie,  mam  jakieś  spotkania?  Zajrzałabyś  do 

kalendarza? 

- Pan Parker  wybiera się tu na pierwszą, chce, żeby pan sporządził akt założycielski. 

Później ma pan jeszcze trzy inne spotkania. 

J.D.  odwrócił  się  na  pięcie  i  pomaszerował  w  stronę  swojego  gabinetu,  rzucając  na 

odchodnym: 

-  Weź  notatnik  i  coś  do  pisania  i  pozwól  ze  mną.  Najpierw  musimy  uporać  się  z 

korespondencją. 

- Tak, proszę pana. 

background image

-  Och,  jesteś  wreszcie,  J.D.  -  ucieszył  się  Richard,  który  wychynął  właśnie  z 

sąsiedniego  gabinetu.  -  Witaj,  wędrowcze.  Może  ty  mi  opowiesz,  co  się  tam  właściwie 

wydarzyło? Gabby nie chce puścić pary z ust. 

-  Po  mnie  też  nie  spodziewaj  się  sensacji.  Wszystko  skończyło  się  dobrze.  Martina  i 

Roberto  wrócili  do  Palermo,  sprawa  porywaczy  jest  załatwiona.  Co  powiesz  na  wspólny 

lunch? 

-  Żałuję,  ale  mam  się  spotkać  z  klientem.  -  Richard  uśmiechnął  się  przepraszająco.  - 

Może kiedy indziej? 

- Jasne, nie ma sprawy. 

Gabby  podążyła  za  J.D.  do  jego  gabinetu.  Wchodząc,  przezornie  zostawiła  drzwi 

otwarte.  Nie  wiedziała,  czy  to  zauważył,  a  jeśli  nawet  tak,  to  nie  dał  tego  po  sobie  poznać. 

Rozsiadł  się  w  wygodnym  fotelu  na  kółkach,  przysunął  się  do  biurka  i  zaczął  przeglądać 

stertę listów. 

Zaczął  dyktować  pierwszą  odpowiedź.  Gabby  -  notowała  szybko,  nie  odrywając 

wzroku  od  kartki,  dopóki  nie  skończyli,  lecz  mimo  to  przez  cały  czas  miała  w  oczach  jego 

sylwetkę,  która  zdawała  się  wypełniać  cały  fotel.  Kiedy  J.D.  zamilkł,  od  pisania  bolały  ją 

palce, a plecy miała zdrętwiałe od długotrwałego siedzenia. Mimo to nie drgnęła, dopóki nie 

powiedział, że to już wszystko. Wtedy wstała i ruszyła ku drzwiom. 

- Gabby? - zawołał za nią. 

- Tak, panie Brettman? 

Przez chwilę milczał, bawiąc się długopisem, który przed chwilą położył na biurku, i 

nie odrywając od niego wzroku. 

- Jak twój bark? - spytał. Wzruszyła ramionami. 

-  W  dalszym  ciągu  trochę  boli,  ale  nie  narzekam.  Kurczowo  przyciskając  do  piersi 

notatki, spoglądała na jego obojętną, pozbawioną wyrazu twarz. 

-  Byłabym  zapomniała.  Woli  pan,  żebym  złożyła  wypowiedzenie  na  piśmie,  czy 

wystarczy ustna deklaracja? 

W  okamgnieniu  stracił  zainteresowanie  długopisem.  Spojrzał  na  Gabby  i  poprosił 

cicho: 

- Poczekaj. 

- Muszę poszukać nowej posady, ale nie będę miała kiedy, jeśli będzie pan próbował 

na  mnie  wymóc,  żebym  przepracowała  tu  więcej  niż  ustawowe  dwa  tygodnie  -  dodała  z 

podziwu godnym spokojem. 

Zacisnął zęby. 

background image

- Nie musisz składać wymówienia - odezwał się po chwili. 

- Właśnie że muszę, do cholery! - odrzekła podniesionym głosem. 

-  Nic  by  się  nie  zmieniło!  -  ryknął.  -  Nie  możesz  jeszcze  się  nad  tym  zastanowić? 

Chyba nie proszę o zbyt wiele? Przecież tak dobrze się rozumieliśmy! 

-  Owszem,  ale  to  było  kiedyś,  zanim  potraktowałeś  mnie  jak  jakąś  ulicznicę!  - 

wykrzyczała. 

W  jej  oczach,  w  jej  wyniosłej  sylwetce  widział  tylko  nienawiść.  Znowu  przeniósł 

wzrok na długopis. 

- Niełatwo będzie cię zastąpić - zauważył dziwnym tonem. 

- Cholernie łatwo - odparła jadowicie. - Wystarczy zadzwonić do agenta i poprosić o 

kogoś głupiego i naiwnego, kto nie będzie próbował się do ciebie zbliżyć, ale chętnie wystąpi 

w roli tarczy strzelniczej! 

Twarz mu zbladła. 

- Gabby... 

- Co się tutaj dzieje? - usłyszeli nagle głos Richarda. 

Stał w drzwiach z przerażoną miną i spoglądał to na niego, to na nią. Nie pamiętał, by 

w  jego  obecności  Gabby  kiedykolwiek  podniosła  na  kogoś  głos,  a  teraz  stała  i  nie  tyle 

krzyczała, co wręcz darła się na J.D. ile sił w płucach. 

- Nie twoja sprawa - odparli zgodnie, patrząc na niego z rozdrażnieniem. 

Richard aż skulił drobne ramiona i uśmiechnął się nerwowo. 

- Wybaczcie, to ja już sobie pójdę. Nagle okropnie zgłodniałem. Cześć! 

Nawet  nie  zauważyli,  kiedy  zniknął.  J.D.  piorunował  Gabby  wzrokiem,  a  ona  nie 

pozostawała mu dłużna. 

- Jestem zbyt leniwy, żeby szkolić nowego pracownika - oświadczył w końcu. - Ty już 

znasz moje zwyczaje, poza tym w każdej innej pracy zanudziłabyś się chyba na śmierć. 

- A to już moje życie i moja decyzja - przypomniała mu spokojnie. 

Zaczął  podnosić  się  zza  biurka.  Widząc  to,  Gabby  zaczęła  się  cofać,  oczy  jej  się 

rozszerzyły. Wściekłość i strach mieszały się na jej twarzy, lecz to właśnie strach sprawił, że 

J.D. zatrzymał się jak wmurowany. 

- Nie zamierzałem się na panią rzucić, panno Darwin. 

- Mam teraz paść na kolana i pokornie ci za to podziękować? - spytała, spopielając go 

spojrzeniem. - Jedno jest pewne: na liście dziesięciu najwspanialszych kochanków świata na 

pewno się nie znajdziesz. 

background image

-  Nie.  Zresztą  nigdy  tak  bardzo  sobie  nie  schlebiałem  -  powiedział  cicho.  -  Ale  i  nie 

zdawałem  sobie  sprawy,  że  tak  bardzo  to  przeżyjesz.  Nie  chciałem,  żebyś  się  mnie  bała.  - 

Spojrzał jej prosto w oczy. - Uwierz mi, Gabby, nigdy nie chciałem posunąć się aż tak daleko. 

- Nie zamierzałam łapać cię za kołnierz i siłą ciągnąć przed ołtarz - odparła, ale nieco 

ś

ciszyła głos. - Podobałeś mi się, byłam ciekawa, wiem, że ty też. Ale było, minęło. Teraz nie 

ty jeden nie chcesz się z nikim wiązać. 

- Nie odchodź - poprosił miękko. - Więcej cię nie dotknę. 

-  Nie  o  to  chodzi  -  odrzekła,  niespokojnie  przestępując  z  nogi  na  nogę.  -  Ja...  ja  nie 

chcę dłużej u ciebie pracować. 

- Dlaczego? - spytał, patrząc na nią poważnie. Pomyślała, że to brzmi jak kiepski żart. 

Ma  mu  teraz  wyznać,  że  serce  pękłoby  jej  na  sto  maleńkich  kawałków,  gdyby  musiała 

codziennie widywać go w pracy, beznadziejnie w nim zakochana, bez szansy na wzajemność? 

Bo  właśnie  tak  by  było.  W  dalszym  ciągu  wzdychałaby  do  niego  skrycie,  zamiast  umawiać 

się  na  randki  jak  każda  normalna  dziewczyna.  Mało  tego,  każdego  dnia  umierałaby  ze 

strachu, myśląc o tym, że jej ukochany może w każdej chwili zatęsknić za dawnym życiem i 

rzucić wszystko w diabły, by dołączyć do Sierżanta i Apolla. 

Co  gorsza,  miał  okazję  na  nowo  rozsmakować  się  w  walce  i  sprawa  wydawała  się 

przesądzona. Gabby  była pewna, że J.D. wróci  do dawnych towarzyszy  broni, nie wiedziała 

tylko, kiedy to nastąpi. 

- Ta posada przestała być perspektywiczna - odrzekła dyplomatycznie, w tym krótkim 

prozaicznym stwierdzeniu zawierając wszystkie swoje obawy. 

Co innego mogłaby powiedzieć? Przecież prawda go nie interesuje. 

- Zastanawiasz się, czy wrócę do starego życia? 

- spytał chłodno, jak gdyby czytał w jej myślach, i zaciągnął się papierosem. 

- Niezupełnie, J.D. Nie tyle „czy”, ile raczej „kiedy”. Sierżant twierdzi, że wojaczka za 

bardzo ci się podoba, żebyś kiedykolwiek chciał ją rzucić - dodała konfidencjonalnym tonem, 

choć w uszach wciąż brzmiały jej całkiem inne słowa. - Niestety, mnie marzy się nudny szef 

rutyniarz,  ktoś,  kto  ni  stąd,  ni  zowąd  nie  dojdzie  do  wniosku,  że  na  jego  ramionach  ciąży 

obowiązek ratowania świata od zagłady. 

- To moje życie. I moja sprawa, jak nim kieruję - wycedził przez zęby. 

-  Ależ  oczywiście  -  przytaknęła  z  pełnym  słodyczy  uśmiechem,  choć  aż  się  w  niej 

gotowało. 

- Podpisuję się pod tym obiema rękami. Najlepiej wyjechać, zapomnieć. Co z oczu, to 

i z serca. 

background image

Dopiero  teraz  dopiekła  mu  do  żywego.  Oczy  mu  się  zwęziły,  twarz  wykrzywił 

gniewny grymas. 

-  Mimo  tego,  co  się  wydarzyło,  kiedy  byliśmy  u  Laremosa?  -  spytał  zdławionym 

głosem. 

Zmrużyła oczy i spojrzała na niego z udawanym zdziwieniem. 

- Być może myślimy o dwóch różnych sytuacjach. Bo ja pamiętam tylko, że zostałam 

potraktowana jak najgorszego sortu panienka na jedną noc! 

Nie odpowiedział od razu. Podszedł do okna, sztywno wyprostowany. 

- Miałem swoje powody. 

-  Jasne,  że  miałeś!  -  zadrwiła.  -  Nie  chciałeś,  żebym  wyobrażała  sobie  Bóg  wie  co 

tylko dlatego, że próbowałeś się do mnie przystawiać! Okej! Zrozumiałam aluzję i zniknę ci z 

oczu najszybciej jak się da! - Ściszyła głos. - Co ty sobie wyobrażałeś? Że zapomnę o tym, co 

się stało w Gwatemali, i będę dalej u ciebie pracować, jak gdyby nigdy nic? 

Uniósł rękę, w której trzymał papierosa, i przyjrzał mu się z zainteresowaniem. 

- Może będę chciał założyć rodzinę - powiedział po paru chwilach. 

- Może, tylko co mi do tego? - spytała. - Jesteś moim szefem, nie kochankiem. 

J.D. obrócił się w jej stronę dokładnie w tym samym momencie, w którym zadzwonił 

telefon na jej biurku. Gabby pobiegła go odebrać, szczęśliwa, że nadarza się szansa ucieczki. 

Ucieszyła  się  jeszcze  bardziej,  gdy  okazało  się,  że  dzwoni  wyjątkowo  gadatliwa  klientka 

ś

wieżo  po  rozwodzie,  najwyraźniej  niezadowolona  z  wyniku  rozprawy.  Uśmiechnęła  się  z 

mściwą satysfakcją i przełączyła rozmowę na biurko J.D. 

Gdy odebrał, wymknęła się z kancelarii, pieszcząc w sercu wspomnienie miny, z jaką 

wysłuchiwał niekończących się żalów i pretensji. 

Chichotała pod nosem, idąc do najbliższej knajpki i zamawiając hamburgera. Usiadła 

przy stoliku i ugryzła pierwszy kęs, ale nagle straciła apetyt. Uśmiech spełzł jej z ust, poczuła 

się przygnębiona. Czytała kiedyś artykuł o mężczyznach, którzy nigdy się nie żenią, bardziej 

cenią  sobie  wolność,  lecz  zanim  nie  poznała  J.D.,  nie  przypuszczała,  jaką  udręką  jest 

zakochać się w jednym z nich. Cóż, teraz już wie. 

Przez  resztę  życia  będzie  śnić  koszmary,  w  których  J.D.  ginie  w  walce  albo  -  i  to 

chyba  było  jeszcze  gorsze  -  trafia  do  obskurnego  więzienia  gdzieś  na  krańcu  świata  i 

odsiaduje dożywocie za wtrącanie się w sprawy wewnętrzne państewka, o którym prawie nikt 

nie słyszał. 

background image

Może gdyby Martina o wszystkim wiedziała, we dwie zdołałyby jakoś przemówić mu 

do rozsądku, jednak kiedy miała okazję, Gabby nie śmiała powiedzieć jej prawdy. Wiedziała, 

ż

e J.D. nigdy by jej tego nie wybaczył. 

Godzinę później zmusiła się, by wrócić do biura, lecz na szczęście J.D. zdążył gdzieś 

wyjść. Na jej biurku leżała kartka z odręczną notatką, w której informował zwięźle, że jedzie 

na spotkanie z klientem, w związku z czym prosi o odwołanie reszty spotkań przewidzianych 

na dzisiejszy dzień, bo on w kancelarii pojawi się dopiero jutro. 

Rozłożyła  kalendarz,  sięgnęła  po  słuchawkę  i  wybrała  numer  pierwszego  z  trojga 

klientów umówionych na popołudnie. Naprawdę pojechał na spotkanie? Wcale nie była tego 

taka  pewna.  Nadal  zadręczała  się  tą  myślą,  gdy  wychodziła  z  kancelarii  i  wracała  do  domu. 

Może  już  dawno  spakował  manatki  i  jest  teraz  gdzieś,  gdzie  przez  cały  rok  przygrzewa 

słońce? 

Położyła  się  do  łóżka  i  rozpłakała  z  bezsilności,  nienawidząc  siebie  za  to,  że  nie 

potrafi  o  nim  zapomnieć.  Zanim  zasnęła,  pomyślała  jeszcze,  że  jeśli  intuicja  jej  nie  myli, 

powinna się pośpieszyć z szukaniem nowej posady. 

Następnego dnia punktualnie stawiła się w pracy. Niczym automat odbierała telefony, 

kserowała  dokumenty  i  pisała  na  komputerze,  każdą  wolną  chwilę  wykorzystując  na 

przeglądanie ogłoszeń o pracę, choć zupełnie nie miała do tego serca. J.D. nie było i nie było, 

i  Gabby  autentycznie  się  ucieszyła,  gdy  Dick  oznajmił,  że  chce  jej  podyktować  korespon-

dencję. Miała nadzieję, że nawał pracy pomoże jej przestać myśleć o tym, gdzie się podziewa 

i co w tej chwili robi jej szef. 

Zbliżała  się  pora  lunchu,  kiedy  w  końcu  się  pojawił.  Gabby  najchętniej  podbiegłaby 

do  niego  i  rzuciła  się  mu  na  szyję.  Oczywiście  zwalczyła  ten  odruch,  lecz  wiele  ją  to 

kosztowało.  Powtórzyła  sobie  w  duchu,  że  J.D.  nie  interesują  poważne  związki,  odetchnęła 

głęboko i przywitała się z nim uściskiem dłoni, po czym podała mu plik korespondencji. 

-  Martwiłaś  się  o  mnie?  -  spytał  pozornie  beztroskim  tonem,  ale  przyglądał  jej  się 

bacznie. 

Spojrzała  na  niego  ze  spokojem,  który  nie  przyszedł  jej  łatwo,  i  uniosła  brwi  tak 

wysoko, iż wysunęły się ponad oprawki okularów. 

- Ja? Czemu miałabym się martwić? - spytała. 

Wziął  głęboki  wdech,  obrócił  się  na  pięcie  i  poszedł  prosto  do  swojego  gabinetu,  po 

czym zamknął się w nim, trzaskając drzwiami. 

Gabby  spojrzała  w  ich  kierunku  i  pokazała  język.  Wyjąwszy  z  szuflady  torebkę, 

podniosła się zza biurka i rzuciła do interkomu: 

background image

- Wychodzę na lunch. 

- Gabby? 

Już przy drzwiach odwróciła się i spojrzała na niego. Stał przed wejściem do gabinetu 

i wyglądał jak ktoś bardzo samotny i pełen wahania. 

- Zjedz ze mną lunch - odezwał się cicho. 

-  Przykro  mi.  Jestem  umówiona  na  rozmowę  w  sprawie  pracy  -  odparła  i  pomachała 

zwiniętą w rulon gazetą. 

Sposępniał i zmrużył oczy. 

- Nie idź - powiedział, lecz w jego głosie nie było złości, raczej smutek. 

Gabby miała miękkie serce i trudno jej było nie  skapitulować,  gdy  patrzył na nią tak 

przejmująco,  nieomal  prosząco.  Jednak  wiedziała,  że  nie  może  sobie  na  to  pozwolić.  Na 

dłuższą  metę  rzucenie  tej  posady  to  najlepsze  rozwiązanie,  przynajmniej  będzie  mogła  się 

gdzieś  ukryć  ze  swoim  złamanym  sercem.  Umarłaby  chyba,  gdyby  musiała  dalej  z  nim 

pracować,  wiedząc,  że  wszystko,  co  J.D.  ma  do  zaoferowania,  to  zwierzęca  żądza  albo 

zdawkowa uprzejmość zwierzchnika wobec podwładnej. 

- Muszę - odrzekła cicho. - Tak będzie najlepiej. 

- Dla kogo? - spytał gniewnie. 

- Dla nas obojga! - wybuchnęła. - Nie mogę przebywać z tobą w tym samym budynku! 

Dłużej tego po prostu nie zniosę! 

Krew  odpłynęła  mu  z  twarzy.  Patrzenie  na  to,  co  się  z  nim  dzieje,  sprawiało  jej  taki 

ból, że pomyślała, że dłużej tego nie wytrzyma. Odwróciła się i wybiegła z kancelarii ile sił w 

nogach.  Znacznie  później  przyszło  jej  do  głowy,  że  mógł  źle  zrozumieć  jej  słowa.  Miała  na 

myśli  to,  że  nie  chce  być  blisko  niego,  kochając  go  i  wiedząc,  że  on  jej  uczuć  nigdy  nie 

odwzajemni, podczas gdy on najwyraźniej odebrał je jako aluzję do tego, co wydarzyło się na 

farmie Laremosa. 

Nie da się ukryć, że zachował się wyjątkowo brutalnie. Ale przeprosił, ponadto Gabby 

zaczynała  rozumieć  pobudki,  którymi  się  kierował.  Chciał  jej  uświadomić,  dlaczego  nie 

powinna  się  w  nim  zakochiwać.  Próbował  ją  uchronić  przed  większym  cierpieniem.  Zresztą 

jej słowa i tak nie spędzą mu snu z powiek, powiedziała sobie w duchu. Ona jest mu obojętna, 

więc jakim cudem mogłaby go zranić? 

Odpowiedziała  na  ogłoszenia  dwóch  firm  mieszczących  się  w  odległości  kilku 

przecznic od kancelarii. Jedna poszukiwała kogoś do obsługi komputera; Gabby miała w tym 

wprawę,  więc  praca  nie  sprawiałaby  jej  trudności.  W  drugiej  -  dużym  międzynarodowym 

przedsiębiorstwie - zwolnił się etat sekretarki. 

background image

Zanim  wróciła  do  kancelarii,  J.D.  znowu  wyszedł  do  miasta.  Może  to  i  lepiej, 

pomyślała.  Musi  zacząć  przyzwyczajać  się  do  myśli,  że  go  przy  niej  nie  ma.  Na  razie 

zaledwie o tym pomyślała, pękało jej serce, jednak była realistką i zdawała sobie sprawę, że 

ból kiedyś minie. Nie ma co liczyć na cud, skoro J.D. powiedział bez ogródek, że nie widzi 

dla niej miejsca w swojej przyszłości. Nie cofnął się nawet przed przemocą, by dobitnie jej to 

uzmysłowić. 

Miała ochotę płakać, ale przecież była w pracy. Zacisnęła zęby i zmusiła się do tego, 

aby skoncentrować się wyłącznie na obowiązkach. 

background image

ROZDZIAŁ ÓSMY 

Od tamtej przykrej rozmowy J.D. zaczął zachowywać wobec Gabby z jeszcze większą 

rezerwą. Odzywał się do niej wyłącznie w sprawach służbowych i tylko wtedy, gdy nie zdołał 

znaleźć  jakiegoś  pośrednika,  który  przekazałby  jej  słowa.  Chodził  po  kancelarii  z  wiecznie 

skrzywioną miną i na wszystkich warczał. 

- Już coś wiadomo na temat twojej nowej posady? - spytał zdawkowo w piątek rano, 

gdy skończył jej dyktować sążnistą odpowiedź na urzędowe pismo. - Odezwał się ktoś? 

-  W  poniedziałek  powinni  się  odezwać  ci  od  komputera  -  odparła  cicho.  -  Ta  druga 

sprawa niestety nie wypaliła. 

Milczał chwilę, przyglądając się jej zamyślonym wzrokiem. 

- Czyli mimo wszystko wcale nie tak łatwo znaleźć coś ciekawego - zauważył. 

Gabby ze spokojem odwzajemniła jego spojrzenie. 

-  Jeśli  nie  znajdę  nic  w  Chicago,  po  prostu  wrócę  do  domu  -  wyjaśniła  i  wzruszyła 

ramionami. 

Siedział nieruchomo jak posąg i wpatrywał się w nią z napięciem. 

- Do Teksasu - mruknął. Wbiła wzrok w swoje notatki. 

- Zgadza się. 

- Co miałabyś robić w Teksasie? 

- Pomagałabym mamie. Odłożył pismo na blat biurka. 

-  Pomagałabyś  mamie  -  powtórzył  drwiąco  i  gniewnie  zmrużył  oczy.  -  Nie  minąłby 

tydzień,  zanim  zaczęłabyś  zaglądać  do  kieliszka,  zresztą  doskonale  zdajesz  sobie  z  tego 

sprawę. 

- Jak śmiesz...! - zaczęła głosem zdławionym z oburzenia, lecz J.D. przerwał jej w pól 

zdania. 

- Gabby, twoja mama to przeurocza kobieta - powiedział - ale różnicie się tak bardzo, 

jak  gdybyście  pochodziły  z  dwóch  odległych  światów.  Wiecznie  byś  się  z  nią  kłóciła  albo 

nagle przyłapywała na myśli, że pozwalasz się jej wodzić za nos. 

Milczała wzburzona, lecz nie pozwoliła, by uraza odebrała jej zdrowy rozsądek. 

- Wiem - przyznała po dłuższej chwili - ale to chyba lepsze od przejścia na garnuszek 

państwa, prawda? 

background image

-  Zostań  u  mnie  -  namawiał.  -  Jestem  przekonany,  że  z  czasem  wszystko  się  między 

nami  ułoży,  proszę  tylko,  żebyś  dała  mi  trochę  czasu.  Nie  możesz  zapomnieć  o  tym,  co  się 

stało? Jeden jedyny raz tak podle się zachowałem. 

- Nie utrudniaj mi tego, i tak jest mi ciężko - odpowiedziała cicho. 

- Czy chociaż byłoby ci trudno zamknąć za sobą te drzwi, wiedząc, że rozstajemy się 

na zawsze? 

— spytał prosto z mostu. 

Usta jej zadrżały. 

-  Nie  masz  mi  nic  do  zaoferowania,  jasno  to  powiedziałeś.  Nie  pozostawiłeś  mi 

wyboru, muszę odejść. 

- Owszem, powiedziałem - przyznał zadziwiająco zgodnie. - Tamtego dnia mówiłem i 

robiłem  znacznie  gorsze  rzeczy,  żeby  ci  udowodnić,  że  nic  do  ciebie  nie  czuję,  aby  mieć 

pewność, że nie spróbujesz się do mnie zbliżyć. - Westchnął ciężko, jego dłonie poruszały się 

nieustannie, a to przesuwały coś na biurku, a to wygładzały stertę dokumentów. - A teraz nie 

mogę  spokojnie  spojrzeć  w  lustro,  bo  robi  mi  się  niedobrze  na  swój  widok,  ciągle  sobie 

przypominam, jak się kulisz, ilekroć próbuję do ciebie podejść. 

Wstał  zza  biurka  i  zapatrzył  się  w  okno,  a  potem  przeciągnął  się,  jak  gdyby  mięśnie 

pleców mu zesztywniały. 

-  Nigdy  nikogo  nie  potrzebowałem  -  odezwał  się  po  paru  chwilach,  lecz  w  dalszym 

ciągu stał zwrócony od niej plecami. - Nawet jako dzieciak. Zawsze opiekowałem się Martina 

i mamą.  I tylko dla nich dwóch cokolwiek znaczyłem, dla wszystkich innych równie dobrze 

mogłem nie istnieć. Odkąd sięgam pamięcią, zawsze byłem sam i to mi odpowiadało. 

- Ile razy mam ci to powtarzać: nie próbuję na ciebie zastawić żadnej pułapki! 

Odwrócił się i spojrzał jej prosto w oczy. 

- Tak, teraz już to rozumiem - przyznał. 

- I chcę, żebyś i ty spróbowała coś zrozumieć. Milczał chwilę, po czym powiedział: 

-  Przez  wiele  lat  byłem  w  wojsku.  Zdążyłem  się  przyzwyczaić  do  pewnego  sposobu 

działania,  do  określonego  stylu  życia.  Sądziłem,  że  to  już  przeszłość,  że  tamte  sprawy 

przestały  mieć  dla  mnie  jakiekolwiek  znaczenie.  Ale  kiedy  Martina  została  porwana, 

wszystko się zmieniło. 

- Znowu poczułeś adrenalinę i przypomniałeś sobie, dlaczego kiedyś tak bardzo ci się 

to podobało - powiedziała cicho, spoglądając na niego pytająco. 

- I już nie jesteś pewny, czy chcesz do końca życia pracować w kancelarii. 

- Czytasz w moich myślach. 

background image

- Długo pracowaliśmy razem - odparła cicho, opuściła wzrok i wpatrzyła się w notes, 

który  kurczowo  ściskała.  Pękało  jej  serce,  ale  cieszyła  się,  że  J.D.  tego  nie  zauważa.  -  Od 

czasu do czasu pewnie za tobą zatęsknię, J.D. Mogę wiele powiedzieć o tym, jak mi u ciebie 

było, ale na pewno nie to, że było nudno. 

- Jeśli zostaniesz - powiedział ledwie słyszalnie - może i ja zdołam zostać. 

- A co ja mam z tym wspólnego? - spytała, śmiejąc się nerwowo. - Na miły Bóg, świat 

jest  pełen  kompetentnych  asystentek,  będziesz  mógł  przebierać.  Może  następna  bardziej 

przypadnie ci do gustu. Ja mam paskudny charakterek i jestem pyskata, pamiętasz? 

-  Pamiętam  tyle  rzeczy  związanych  z  tobą  -  odparł,  kompletnie  ją  zaskakując.  - 

Dopiero kiedy spróbowałem wykreślić cię ze swojego życia, zrozumiałem, jak głęboko w nie 

wrosłaś.  Stałaś  się  dla  mnie  nałogiem,  Gabby,  jak  filiżanka  kawy  i  poranna  gazeta.  Rano 

jedyne, co każe mi wstać z łóżka, to myśl, że zastanę tu ciebie. 

-  Znajdziesz  sobie  nowe  nałogi  -  odparła,  dotknięta  tym  określeniem.  Tylko  tyle  dla 

niego znaczy? 

-  Przecież  właśnie  próbuję  ci  wytłumaczyć,  że  wcale  nie  chcę  nowego  nałogu  - 

mruknął gniewnie. 

- Chcę, żeby wszystko zostało po staremu. Podoba mi się tak, jak jest. 

- Akurat! - oznajmiła, piorunując go wzrokiem. 

- Sam sobie zaprzeczasz. Przed chwilą mówiłeś, że chcesz znowu zostać najemnikiem, 

brakuje  ci  dreszczyku  emocji,  świadomości,  że  każdego  dnia  narażasz  życie.  Zatęskniłeś  za 

przygodą. 

- Kiedy się ciebie słucha, można by pomyśleć, że to jakaś choroba - stwierdził sucho. 

~ A tak nie jest? Boisz się, że zaczniesz coś czuć. Sierżant, Apollo, Semson, wszyscy 

oni  utracili  coś,  bez  czego  nie  sposób  żyć:  zdolność  odczuwania.  Nie  myślą  o  przyszłości, 

tylko  czekają  na  koniec.  Nie  mają  nic  do  stracenia,  nie  mają  dokąd  wrócić.  Tak,  wiele  się 

nauczyłam  przez  tych  kilka  dni,  J.D.  Przede  wszystkim  zrozumiałam,  że  w  przeciwieństwie 

do was mam po co żyć. Nie chcę takiej wolności. 

- Nigdy jej nie zakosztowałaś - przypomniał jej spokojnie. 

- To prawda - przyznała. - Ale przez pięć lat harowałeś jak wół, żeby mieć szansę na 

nowe życie, odniosłeś gigantyczny sukces. Tyle  osób zawdzięcza ci życie i wolność. Czy ty 

zwariowałeś, żeby to wszystko przekreślać dla jakiejś mrzonki? 

- O wolność nie zawsze walczy się w sądzie - wycedził. 

- A gdzie? Na końcu świata, uzi i plastikiem? 

- odcięła się. - Myślisz, że tylko kule i bomby mogą coś zmienić? To nie metoda! 

background image

Parsknął gniewnie i odparł: 

- Nic nie rozumiesz. 

-  Racja,  nie  rozumiem.  I  dla  twojej  wiedzy:  rzeczywiście  straciłam  wszystkie 

złudzenia. Życie najemnika wcale nie jest romantyczne i wspaniałe. 

-  Podniosła  się  z  krzesła  i  spojrzała  na  brulion,  w  którym  notowała  jego 

korespondencję. - Lepiej pójdę to przepisać. 

Odprowadził ją spojrzeniem. Gdy była przy drzwiach, odezwał się cicho: 

- Poczekaj chwilę. 

Zatrzymała się z dłonią opartą na klamce, gotowa w każdej chwili nacisnąć ją i wyjść. 

Patrzyła, jak J.D. wstaje, wychodzi zza biurka i powoli zmierza w jej stronę. Gdy zbliżył się, 

nie  zdołała  zapanować  nad  strachem;  górował  nad  nią  wzrostem,  popielaty  prążkowany 

garnitur podkreślał muskulaturę, której siłę Gabby pamiętała aż zbyt dobrze. 

Otworzyła drzwi i wyszła szybko, starając się nie okazać lęku, jednak J.D. nie dał się 

zwieść: przejrzał ją na wylot. 

-  Proszę  -  rzekł  zdławionym  głosem  i  potrząsnął  głową.  -  Nie  uciekaj.  Nie  zrobię  ci 

krzywdy. 

- Ciągle to powtarzałeś, a ja uwierzyłam ci o jeden raz za dużo - odparła, zanosząc się 

nerwowym śmiechem. 

Cofała  się,  nie  spuszczając  go  z  oczu,  dopóki  nie  znalazła  się  przy  swoim  biurku. 

Schroniła  się  za  nim  szybko,  tak  by  od  J.D.  oddzielała  ją  szerokość  blatu.  Dopiero  wtedy 

poczuła się nieco pewniej. 

- Miałam je przepisać - przypomniała rzeczowo, unosząc rękę z brulionem. 

Ciemne oczy J.D. nabrały dziwnie posępnego wyrazu. 

- Ty nie udajesz. Naprawdę się mnie boisz? - spytał. 

Usiadła przy biurku, unikając jego spojrzenia. 

- Muszę wziąć się do pracy - odparła. 

Niespiesznym, płynnym ruchem oparł się o blat biurka i pochylił się w stronę Gabby. 

- Nie wpadaj w panikę - powiedział półgłosem. - Nie zbliżę się do ciebie bardziej niż 

w tej chwili. 

Zastygła  w  fotelu  nieruchomo  niczym  posąg;  chciała  zapanować  nad  tą  odruchową 

reakcją, lecz po prostu nie była w stanie. 

-  Nie  powinienem  był  krzywdzić  cię  tak,  jak  cię  wtedy  skrzywdziłem  -  odezwał  się, 

wpatrzony w swoje dłonie. - Przesadziłem. Kiedyś spróbuję ci to wytłumaczyć. 

background image

- Nie będzie żadnego „kiedyś” - przypomniała mu cierpko. - Ty będziesz włóczył się 

po świecie i wysadzał różne rzeczy w powietrze, a ja będę siedziała w biurze i pracowała na 

komputerze. 

- Przestaniesz wreszcie? - warknął, szukając po kieszeniach papierosa. 

-  Byłbyś  łaskaw  zaczekać,  aż  zabezpieczę  dyskietki?  -  spytała  lodowatym  tonem,  po 

czym nachyliła się nad komputerem, otworzyła obie stacje dysków i wyjęła dyskietki. - Dym i 

popiół mogą je uszkodzić. 

Przyglądał  się  niecierpliwie,  jak  Gabby  wkłada  dyskietki  do  specjalnych  koszulek,  a 

następnie zamyka w plastikowym pojemniku, po czym szybko zapalił papierosa. 

Gabby świdrowała go gniewnym spojrzeniem. 

-  Nie  przepiszę  twoich  listów,  jeśli  nie  będę  mogła  spokojnie  usiąść  przed 

komputerem - oznajmiła rzeczowo. 

-  Listy  mogą  poczekać  -  odparł.  -  Gabby,  przysięgam  na  wszystkie  świętości,  że  nie 

chciałem cię tak przerazić. To, co wydarzyło się między nami, wstrząsnęło mną i byłem jakby 

na wpół obłąkany... 

- Machinalnym gestem przeganiał włosy palcami. 

- Na domiar złego zapomniałem, jaka jesteś niewinna. Chcę tylko, żebyś wiedziała, że 

w  normalnych  okolicznościach  żaden  mężczyzna  nie  potraktowałby  cię  tak,  jak  ja  to 

zrobiłem. 

- Żaden inny mężczyzna? Być może. W to jestem skłonna uwierzyć - odparła chłodno, 

cedząc słowo po słowie. 

- Gabby, przypomnij sobie, jak było rano przed misją. Wtedy się nie bałaś. 

Wypowiadając te słowa, przywołał lawinę wspomnień. Gabby poczuła, że robi jej się 

gorąco. Dobrze pamiętała smak jego ust, błogość, jaka ją ogarnęła, gdy przytuliła się do jego 

silnego ciała, i pożądanie, jakie w niej budziły jego delikatne pieszczoty. 

-  Wtedy  byłeś  innym  człowiekiem  -  odparowała.  -  Odkąd  wróciliśmy  na  farmę, 

praktycznie  przestałeś  się  do  mnie  odzywać,  nawet  nie  chciałeś  na  mnie  spojrzeć. 

Zachowywałeś się, jak gdybyśmy byli sobie zupełnie obcy, a na koniec najzwyczajniej mnie 

zaatakowałeś! 

J.D.  opuścił  wzrok  i  zaczął  z  uwagą  przyglądać  się  papierosowi,  z  którego  snuła  się 

smużka dymu. 

-  Wiem.  I  ta  myśl  nie  daje  mi  spać  po  nocach.  Pochylił  się  nad  nieskazitelnie  czystą 

popielniczką, która stała na biurku Gabby, i zgniótł niedopałek. Dopiero teraz, gdy znalazł się 

tak blisko niej, zauważyła, jakie ma podkrążone oczy. 

background image

- Czy pozwoliłabyś, żebym zaprosił cię na kolację? - spytał cicho. 

Serce  zaczęło  jej  szybciej  bić,  lecz  na  wszelki  wypadek  wolała  nie  wnikać,  czy  to  z 

radości, czy też ze strachu. 

- Nie - odparła stanowczo, zanim zdążyłaby zmienić zdanie. 

J.D. westchnął ciężko. 

-  Nie  -  powtórzył.  Jego  usta  ułożyły  się  w  smutny  uśmiech,  wzrokiem  błądził  po  jej 

twarzy.  -  Nie  wiem  czemu,  ale  wzięcie  szturmem  obozu  terrorystów  zaczyna  się  wydawać 

dziecinnie proste w porównaniu z próbą rozbrojenia ciebie, Gabby. 

- Po co w ogóle próbować? Nie szkoda fatygi? - spytała cicho. - Przecież za tydzień i 

tak stąd odchodzę. 

Ostatnia  iskra  nadziei  zgasła,  i  w  jego  oczach  pozostał  jedynie  wyraz  smutku. 

Odwrócił się i powoli ruszył w kierunku swojego gabinetu, lecz zanim wszedł do środka, na 

sekundę  zatrzymał  się  w  progu  i  uniósł  głowę,  jak  gdyby  zamierzał  się  odwrócić  i  coś 

powiedzieć  -  przynajmniej  takie  wrażenie  odniosła  Gabby,  wpatrzona  w  jego  plecy. 

Najwyraźniej  jednak  się  pomyliła,  bo  chwilę  później  drzwi  cicho  się  zamknęły.  Gabby 

zawahała  się,  czy  nie  pobiec  za  J.D.,  lecz  trwało  to  zaledwie  moment.  Potem  włączyła 

komputer, otworzyła brulion na pierwszej zapisanej stronie i wzięła się do pracy. 

W sobotę od rana świeciło słońce, zapowiadał się wyjątkowo piękny dzień. Aż grzech 

w taki wiosenny dzień siedzieć w czterech ścianach. Gabby nastawiła pranie i kręciła się po 

domu, rozmyślając o tym, jak trudno jest w taką pogodę lubić miasto. 

Nagle usłyszała pukanie do drzwi. 

Nie  miała  zielonego  pojęcia,  kto  to  może  być.  Nie  spodziewała  się  nikogo,  lecz 

wiedziała, że matka się o nią niepokoi, i przyszło jej do głowy, że może to ona przyjechała z 

dalekiego Lytle, by się z nią zobaczyć. Czym prędzej pobiegła otworzyć. 

Przed drzwiami stał J.D. 

- Spodziewałaś się mnie? - spytał wesołym, tonem, ale uśmiechał się niewyraźnie. 

Gabby na chwilę oniemiała. Gorączkowo zastanawiała się, jak w możliwie elegancki 

sposób  poprosić  go,  by  sobie  poszedł,  jednak  zanim  skończyła  bić  się  z  myślami,  J.D. 

najspokojniej w świecie wszedł do jej mieszkania i rozsiadł się na kanapie. 

-  Pomyślałem,  że  może  dasz  się  zaprosić  na  lunch  -  powiedział  ni  z  gruszki,  ni  z 

pietruszki,  zajęty  podziwianiem  jej  figury,  którą  podkreślały  dopasowane  spłowiałe  dżinsy  i 

obcisła bluzeczka z dzianiny. 

Gabby nagle zdała sobie sprawę z tego, iż J.D. wygląda jakoś inaczej, i dopiero wtedy 

zwróciła  uwagę  na  jego  strój.  Dotąd  widywała  go  albo  w  eleganckich  garniturach,  albo  w 

background image

mundurze, teraz zaś miał na sobie dżinsy równie znoszone i spłowiałe jak jej własne, do tego 

niebieską  bawełnianą  koszulę,  stylizowaną  na  kowbojską,  oraz  długie  buty.  Stała  i 

wpatrywała  się  w  niego,  po  prostu  nie  była  w  stanie  się  powstrzymać.  Jest  zabójczo  przy-

stojny i niesamowicie męski, pomyślała. Na sam jego widok zmiękły jej kolana, aczkolwiek 

wolała podziwiać go na odległość. W dalszym ciągu czuła się nieco niepewnie, przebywając z 

nim sam na sam. 

- Nie rzucę się na ciebie - powiedział, jak gdyby czytał w jej myślach - nie zrobię nic, 

czego  nie  będziesz  chciała.  Nawet  cię  nie  dotknę,  jeśli  sobie  tego  nie  życzysz.  Ale  proszę, 

spędź ten dzień ze mną, Gabby. 

- Czemu miałabym się zgodzić? - spytała cierpko. 

Uśmiechnął się ze smutkiem. 

- Ponieważ czuję się strasznie samotny. 

Serce  stopniało  jej  jak  wosk.  Albo  też  najzwyczajniej  brakuje  mi  piątej  klepki, 

pomyślała,  w  pełni  zdając  sobie  sprawę,  że  spełnienie  jego  prośby  byłoby  wbrew  logice. 

Osiągnęłaby  tylko  tyle,  że  jeszcze  trudniej  byłoby  jej  odejść,  a  odejść  przecież  musi.  Nie 

umiałaby  dalej  z  nim  pracować,  kochając  go  i  dźwigając  bagaż  tego,  co  wydarzyło  się  w 

Gwatemali. 

- Masz przyjaciół - odparła wykrętnie. 

-  Jasne  -  odparł,  wstając  i  chowając  ręce  do  kieszeni,  dzięki  czemu  dżinsy  mocniej 

opięły się na jego płaskim brzuchu i umięśnionych udach. - Jasne, mam przyjaciół. Sierżanta, 

Apolla... 

- Myślałam o kimś... stąd - odparła z wahaniem. Milczał chwilę. 

- Mam ciebie. Nikogo innego. 

Choć jeszcze się nie odezwała, już się zgodziła. Jak postąpić inaczej, kiedy słyszy się 

takie wyznanie i wie doskonale, że jest ono szczere? J.D. nie raz i nie dwa powtarzał, że tylko 

jej jednej ufa. W końcu zaufanie jest nieodłączną częścią przyjaźni. 

- Dobrze - powiedziała w końcu. - Ale tylko lunch. 

- Tylko lunch - przytaknął. 

Nie zbliżył się do niej, nie ponaglał jej, nie zrobił niczego, czym mógłby ją do siebie 

zrazić. Cierpliwie czekał, gdy zamyka mieszkanie na klucz, po czym szedł przy niej niczym 

jakiś łagodny olbrzym z bajek, dopóki nie dotarli na parking i nie wsiedli do samochodu. 

background image

ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY 

Gabby pomyślała, że to dziwny dzień. Była przekonana, że zdążyła poznać wszystkie 

nastroje J.D., dzisiaj jednak zupełnie był do siebie niepodobny. Zmienił się, choć nie potrafiła 

określić, na czym właściwie polega owa zmiana. 

Zawiózł ją do pobliskiego parku. Najpierw długo spacerowali pośród drzew, kierując 

się  w  stronę  jeziora.  Dalej  poszli  plażą,  patrząc,  jak  spłoszone  ptaki  zrywają  się  do  lotu,  i 

przyglądając  się  leniwie  przepływającym  żaglówkom.  Wiatr  rozwiewał  ciemne  włosy  J.D., 

słońce  krzesało  na  nich  niebieskawe  błyski.  Zaskoczona  Gabby  pomyślała  nagle,  że  nigdy 

dotąd  nie  czuła  się  tak  jak  w  tej  chwili:  wolna,  lecz  mimo  to  bezpieczna,  i  zarazem 

podniecona. Trudno jednak było nie pamiętać, że to nie początek, ale już koniec znajomości. 

J.D. ma wyrzuty sumienia po tym, jak się zachował w Gwatemali, i chce się z nią pogodzić 

przed  jej  odejściem  z  pracy.  Nie  powinna  dopatrywać  się  w  jego  zachowaniu  drugiego  dna, 

bowiem najzwyczajniej go nie ma. 

W pewnym momencie niby przypadkiem dotknął jej dłoni i spojrzał na nią pytająco. 

- Potknąłeś się? - zażartowała, starając się rozładować napiętą atmosferę. 

- Niezupełnie - odparł cicho. - Prawdę powiedziawszy, chciałem sprawdzić, jakbyś się 

zachowała, gdybym spróbował wziąć cię za rękę. 

Znowu ta rozbrajająca szczerość, pomyślała Gabby. Uśmiechnęła się do niego i podała 

mu rękę. Poczuła, jak jego ciepłe palce powoli splatają się z jej palcami, i przypomniała sobie, 

jak J.D. pieścił jej dłoń, gdy lecieli do Meksyku, co wtedy mówił, i zrobiło jej się gorąco. 

J.D. spojrzał na jej zaczerwienione policzki i zaśmiał się cicho. 

- Nie wiem, czy to możliwe, ale mam wrażenie, że myślimy dokładnie o tym samym. 

- Lepiej pilnuj swojego nosa - oznajmiła. 

-  Staram  się,  ale  masz  to  wypisane  na  twarzy,  skarbie.  Zdradziły  cię  te  piękne 

rumieńce. 

Gwałtownie zabrała rękę, lecz ku jej rozczarowaniu, nie sięgnął po nią ponownie. 

- Nie chcę wywierać na tobie presji - wyjaśnił, widząc jej zdziwioną minę. - Zadowolę 

się tym, co będziesz skłonna ofiarować mi sama z siebie. 

Zatrzymała  się  i  zwróciła  twarzą  w  jego  stronę.  Słyszała,  jak  fale  cicho  chlupoczą  o 

brzeg, od strony plaży niosły się śmiechy i radosne piski; kilkoro dzieci na wyścigi biegło do 

wody. Nie patrząc na niego, powiedziała: 

- Co właściwie próbujesz osiągnąć? Westchnął. 

background image

- Chcę ci udowodnić, że nie jestem potworem - odparł w końcu. 

- Nigdy nie uważałam cię za potwora. 

-  To  dlaczego  za  każdym  razem,  kiedy  próbuję  się  do  ciebie  zbliżyć,  dzieje  się  to 

samo? - spytał, po czym znienacka chwycił ją oburącz w talii i mocno przyciągnął do siebie. 

Gabby  wpadła  w  panikę.  Wiła  się  jak  piskorz,  odpychała  go  z  całych  sił.  Trwało  to 

zaledwie kilka sekund: puścił ją zaraz, lecz kiedy podniósł twarz, był blady jak płótno. Gabby 

trzęsła  się  z  wysiłku  i  ze  zdenerwowania,  na  twarzy  miała  wypieki  i  nerwowo  przygryzała 

usta. 

Pomyślała, że kompletnie go nie rozumie. 

J.D.  roześmiał  się  gorzko  i  odwrócił  do  niej  plecami.  Drżącymi  palcami  zapalił 

papierosa, osłaniając go przed lekkim wiatrem od jeziora, i zaciągnął się głęboko. 

-  O  Boże  -  odezwał  się  głuchym  tonem,  po  czym  znowu  zaniósł  się  śmiechem.  - 

Odwaliłem kawał dobrej roboty w tej Gwatemali, nie sądzisz? 

Nogi  wciąż  się  pod  nią  uginały  i  nie  była  pewna,  czy  zdoła  zapanować  nad  głosem. 

Odczekała chwilę i powiedziała w miarę spokojnie: 

- Żaden mężczyzna nie potraktował mnie tak podle jak ty, J. D. - oświadczyła. - Nikt 

nie mówił do mnie takich rzeczy. 

Stanął przodem do niej i zmrużył oczy. 

- Takich sprośnych rzeczy? - Błądził wzrokiem po jej ciele, z lubością zatrzymując go 

na  jej  biodrach  i  piersiach,  po  czym  znowu  uniósł  do  ust  papierosa.  -  Zanim  zacząłem  się 

zachowywać jak ostatni drań, zdążyłem zapomnieć, jaki miałem być zimny i wyrachowany. 

Zamrugała powiekami. 

- Nie rozumiem. 

Zwrócił się twarzą w stronę jeziora i zapatrzony w horyzont, dopalił papierosa. 

- Nieważne - mruknął, rzucając niedopałek na ziemię i przygniatając go butem. 

- Strasznie dużo palisz - zauważyła. J.D. wzruszył ramionami. 

- Teraz już nie mam powodów, żeby rzucić to świństwo. 

Przez  chwilę  stała  z  rękami  założonymi  na  piersi  i  patrzyła,  jak  J.D.  idzie  wzdłuż 

plaży. Potem ruszyła za nim. 

-  Nie  broniłabym  się,  gdybyś  mnie  tak  nie  zaskoczył  -  oznajmiła  sucho,  kiedy  go 

dogoniła. 

Była  to  prawda,  niemniej  Gabby  wcale  nie  zamierzała  mu  tego  mówić,  ale  miał  taką 

nieszczęśliwą minę, że zrobiło jej się go żal. To moje miękkie serce pewnego pięknego dnia 

wpakuje mnie w kłopoty, pomyślała. 

background image

Zatrzymał się jak wryty i spojrzał na nią ze zdumieniem. 

- Słucham? 

Odwróciła się, pozwalając, by wiatr rozwiewał jej włosy. Nie była w stanie wydobyć 

głosu. 

Podszedł do niej, tym razem bardzo powoli, i ostrożnie ujął jej twarz w dłonie. Serce 

znowu zaczęło jej bić jak oszalałe, ale nie próbowała się wyrywać. Stała spokojnie, gdy J.D. 

pochylił się nad nią i spojrzał jej prosto w oczy. Na jego twarzy malowało się napięcie. Stał 

tak blisko, że czuła ciepło bijące od jego ciała i lekko piżmowy zapach wody kolońskiej. 

- Połowa tego, co ci powiedziałem w tamtym pokoju, jest prawdą - wyszeptał głosem 

ochrypłym  z  emocji.  -  Kiedy  byłem  młody,  sypiałem,  z  kim  popadnie.  Ale  to  było  kiedyś. 

Teraz  nie  jest  mi  wszystko  jedno.  Stale  myślę  o  tym,  jak  cię  skrzywdziłem,  co  wtedy 

mówiłem... i nie mogę spać po nocach, nie mogę jeść. Nie przestaje mnie to dręczyć. 

- Dlaczego? - spytała ledwie słyszalnie. Musnął palcem jej usta. 

- Bo nie byłaś mi obojętna. 

Ź

renice rozszerzyły jej się tak bardzo, że jej zielone oczy wydawały się w owej chwili 

niemal czarne. 

- Nie byłam? - powtórzyła zdławionym  głosem.  Pochylił się nad nią i znowu ujął jej 

twarz w dłonie. Czuła, jak drżą. 

-  Nie  mogłem  przestać  rozmyślać  o  tym,  jak  mało  brakowało,  żebyś  zginęła  w  tej 

dżungli - szeptał z ustami tuż przy jej ustach. - Chciałem wymazać to wspomnienie z pamięci 

i  zapomnieć,  co  wtedy  czułem.  Więc  z  rozmysłem  cię  skrzywdziłem.  -  Ściągnął  brwi  i 

wpatrywał  się  w  Gabby  z  bezbrzeżnym  smutkiem.  -  Sprawiłem  ci  ból,  ale  sam  cierpiałem 

jeszcze  bardziej.  -  Nieskończenie  delikatnie  pocałował  ją  w  usta.  -  Poznałaś  mnie  z  mojej 

najgorszej  strony.  Okaż  mi  trochę  zaufania,  Gabby.  Pozwól,  żebym  ci  pokazał,  jaki  potrafię 

być czuły. 

Niczego nie pragnęła bardziej. Chciała zachować chociaż jedno piękne wspomnienie, 

które osłodzi jej gorycz długich, samotnych lat. Zbliżyła twarz do jego twarzy i czekała. 

Pocałował  ją  tak,  jak  jeszcze  nigdy,  bez  gorączkowego  pośpiechu,  z  czułością,  która 

zapierała  jej  dech  w  piersi,  choć  zarazem  nieskończenie  zmysłowo.  Słyszała  jego  ciężki, 

urywany  oddech,  czuła,  jak  bezwiednie  zaciska  pięści  i  nieruchomieje,  lecz  zapanował  nad 

sobą i pocałunek nie stracił nic ze swojej delikatności. 

Spojrzała  na  niego  spod  przymrużonych  powiek  i  napotkała  jego  wzrok.  Oczy  mu 

płonęły.  Przysunął  się  bliżej,  poczuła,  jak  ciepły  oddech  owiewa  jej  wilgotne,  rozchylone 

usta, i usłyszała jego cichy głos: 

background image

- Nie bój się mnie - wyszeptał. - Proszę. 

Z trudem przełknęła ślinę, oddychała jak po wielkim wysiłku. 

-  Jacob...  -  powiedziała  drżącym  głosem.  Kurczowo  zacisnął  powieki,  jak  gdyby 

sprawiła mu ból. 

- Nie sądziłem, że jeszcze usłyszę, jak wypowiadasz moje imię - wyznał zdławionym 

głosem. 

Nie zamierzała go dotykać; nie umiała powiedzieć, jak to się stało, że jej dłonie nagle 

oparły  się  o  jego  tors.  Czuła  pod  palcami  szorstki  materiał  koszuli,  aż  nazbyt  żywo 

pamiętając,  co  się  pod  nim  kryje,  jak  przyjemnie  jest  zatopić  palce  w  gęstwinie  czarnych 

włosków na jego piersi. 

-  Nie  utrudniaj  mi  tego  -  wyszeptała  bezradnie.  Ujął  oburącz  jej  głowę  i  odchylił  ją 

delikatnie, tak aby musiała spojrzeć mu w oczy. 

- Myślisz, że mnie jest łatwiej? Mam pozwolić ci odejść? 

- Tak - odparła, uśmiechając się, choć usta jej drżały. - Przecież sam mówiłeś, że nie 

chcesz się z nikim wiązać. 

- Na Boga, to dlaczego za każdym razem, kiedy patrzę, jak odchodzisz, coś we mnie 

umiera? - spytał. - Dlaczego budzę się i zasypiam z twoim imieniem na ustach? 

- Nie mogę zostać twoją kochanką! - jęknęła. - Po prostu nie mogę! 

Znowu zbliżył usta do jej ust, owiał ją gorącym oddechem. 

-  Byłoby  łatwo  sprawić,  żebyś  nią  została  -  odparł  aksamitnym  głosem.  -  Bardzo 

łatwo.  Wystarczyłoby  mi  dziesięć  minut  z  tobą  sam  na  sam,  z  ustami  na  twoich  ustach,  z 

rękami  pod  twoją  bluzką,  i  szybko  zapomniałabyś  o  bożym  świecie.  Pamiętasz  tamtą  noc 

przed  akcją?  Pamiętasz,  Gabby?  -  szeptał  namiętnie.  -  Trzymałem  cię  w  ramionach, 

dotykałem cię... 

- Jacob. - Wtuliła rozpaloną twarz w jego koszulę. - Jacob, przestań, proszę! 

Duże  ciepłe  dłonie  przestały  błądzić  po  jej  plecach  i  przeniosły  się  na  biodra.  Potem 

J.D. przyciągnął ją do siebie i poczuła, jak bardzo jej pragnie. 

- Jesteśmy w parku, to miejsce publiczne - zaprotestowała słabo, ale się nie odsunęła. 

-  Tutaj  jesteś  bezpieczna  -  odparł.  -  Gdybyśmy  byli  gdziekolwiek  indziej,  nie 

ręczyłbym za siebie. Tak bardzo cię pragnę, Gabby... 

- Dlaczego mi to robisz? I tak jest mi trudno - oznajmiła, opierając rozpalone czoło na 

jego ramieniu. 

background image

Jego  koszula  pachniała  świeżością.  Gabby  pogładziła  ją  bezwiednie,  czując  pod 

palcami,  jak  mu  grają  mięśnie.  Natychmiast  zareagował  na  ten  lekki  dotyk,  zaczął  szybciej 

oddychać, oczy mu rozbłysły. 

- Rozepnij ją. Dotknij mnie - poprosił zdławionym głosem. 

- Przecież tu są ludzie! 

- Są. - Całował jej zamknięte powieki, czoło, włosy. - Dotknij mnie. 

Gabby  nie  mogła  złapać  tchu.  Poddawała  się  tym  delikatnym  pieszczotom, 

oszołomiona  i  rozpalona.  Pomyślała,  że  kochać  kogoś  tak  bardzo  to  prawdziwa  udręka.  Tak 

trudno będzie od niego odejść, wiedząc, jaki J.D. potrafi być czuły. Co jednak może zrobić? 

-  Już  nigdy  cię  nie  skrzywdzę  -  wyszeptał,  prowadząc  jej  dłoń  ku  guzikom  swojej 

koszuli. 

- Nigdy. Nie będę próbował cię do niczego zmusić, nie będę brutalny. Udowodnię ci, 

ż

e możesz mi ufać, choćby mi to miało zająć całe życie, Gabby. 

Zamknęła oczy i drżącymi palcami rozpięła pierwszy guzik, potem drugi. Poczuła, jak 

mięśnie mu się napinają, gdy odpinała trzeci, potem przytuliła się do niego, wsunęła dłoń pod 

koszulę i pogładziła jego muskularny tors. J.D. wstrzymał oddech i przesunął się nieznacznie, 

by mogła głębiej wsunąć rękę. 

- Kiedyś zrobiłaś to samo co ja przed chwilą - przypomniał jej zmysłowym szeptem. - 

Kiedy  włożyłem  ci  rękę  pod  koszulę,  na  farmie,  pamiętasz?  Obróciłaś  się  tak,  żeby  było  mi 

wygodniej cię dotykać. 

Pamiętała raczej, co się wtedy z nią działo. Sennie podniosła powieki i zwróciła twarz 

w jego stronę, tak aby mógł spojrzeć jej w oczy. 

Wpatrywał się w nią roziskrzonym wzrokiem. 

- O tak. Lubię, jak to robisz - szepnął, kiedy delikatnie powiodła paznokciami po jego 

skórze. Nie odrywał od niej płonącego spojrzenia. - Gdybyśmy się kochali, mogłabyś drapać 

mnie po całym ciele, a ja mógłbym cię całą wycałować. 

Zadrżała. Widząc to, wziął ją w ramiona i tulił tak, jak się tuli dziecko, dopóki się nie 

uspokoiła. 

-  Słowa  mają  wielką  moc  -  odezwał  się  cicho  ponad  jej  głową,  spokojnie  i  niemal 

uroczyście. 

- Dzięki tobie to zrozumiałem. Dopóki się nie poznaliśmy, nie wiedziałem, że można 

kochać się z kobietą, tylko do niej mówiąc. 

Gabby w milczeniu spoglądała na jezioro, odprowadzając spojrzeniem majestatyczne 

ż

aglówki. 

background image

- Znaleźliśmy się w impasie - oznajmiła z westchnieniem. 

Wtulił twarz w jej włosy. 

- Dlaczego tak mówisz? 

- J.D., w piątek odchodzę - oznajmiła, śmiejąc się gorzko. 

- Może - mruknął i objął ją mocniej. 

-  To  nieodwołalna  decyzja.  -  Szarpnęła  się,  a  on  puścił  ją  natychmiast.  -  Nic  się  nie 

zmieniło. 

- Przynajmniej przestałaś się kulić na mój widok - odparł, lustrując ją spojrzeniem. 

-  Bardzo  ci  dziękuję  -  odparła.  -  Za  zaleczenie  moich  ran.  Teraz  jestem  gotowa  do 

poważnego związku. 

- Może związałabyś się ze mną? - spytał. - Jestem zamożny, seksowny... 

- I nieodpowiedzialny - wpadła mu w słowo. 

- Chcę mężczyzny, któremu karabin kojarzy się z filmem sensacyjnym! 

Westchnął i podniósł na nią zamyślone oczy. 

- Daj mi trochę czasu. 

- Czas niczego tu nie zmieni - oznajmiła. - Nie potrafisz z tym zerwać. To zupełnie jak 

z  paleniem,  tyle  że  wojna  to  znacznie  niebezpieczniejszy  nałóg.  Nie  mogłabym  wiecznie 

wyglądać przez okno i czekać, aż zadzwoni telefon. 

- I tak będziesz czekała. 

Okręciła się na pięcie i spiorunowała go wzrokiem. 

- Słucham? 

- I tak będziesz czekała - powtórzył spokojnie, nie odrywając od niej spojrzenia. 

Wyciągnął  kolejnego  papierosa  i  zapalił  go  z  miną,  która  zdawała  się  mówić:  „A  co 

mi tam!”. 

-  Będziesz  za  mną  tęskniła.  Będziesz  mnie  pragnęła.  Możesz  odejść  z  kancelarii,  ale 

wspomnień  nie  zdołasz  zniszczyć.  Nie  zapomnisz  o  mnie,  tak  ja  nie  zapomnę  o  tobie.  Już 

zawsze  będziemy  mieć  poczucie,  że  ledwie  coś  się  zaczęło,  już  się  skończyło,  że  coś  nas 

ominęło. 

- Seks to tylko seks! - wykrzyczała z pasją. 

Nagle  spostrzegła,  że  nie  są  sami.  Obok  przechodziło  dwóch  młodych  chłopaków, 

którzy  uśmiechnęli  się  jak  na  komendę  i  mrugnęli  porozumiewawczo.  Gabby  najchętniej 

zapadłaby się pod ziemię. 

background image

Zaczerwieniła się po same uszy i pobiegła plażą w stronę parkingu. J.D. dogonił ją, a 

potem biegł przy niej, spokojnie dopalając papierosa. Kiedy znaleźli przy samochodzie, rzucił 

niedopałek i przydeptał go butem, po czym wsiedli do samochodu. 

- Nie powiedziałbym, że to tylko seks - odezwał się, zwrócony twarzą w jej stronę, i 

oparł rękę na oparciu jej fotela, uśmiechając się tajemniczo. - Aczkolwiek nie ukrywam, że w 

niezbyt odległej przyszłości seks będzie nam zajmował mnóstwo czasu. 

- Marzyciel! 

-  Raczej  to  ty  będziesz  rozmarzona  -  odparł,  szelmowsko  unosząc  brwi.  -  Kiedy  nie 

zapominam o dobrych manierach, potrafię zrobić wrażenie na kobiecie. Wtedy w Gwatemali 

byłem  wściekły,  rozdrażniony.  Ale  dzień  wcześniej  miałaś  przedsmak  tego,  jaki  naprawdę 

jestem. 

Wspomnienie  tamtej  chwili  sprawiło,  że  oblała  ją  fala  gorąca.  J.D.  powoli  opuścił 

wzrok  na  wysokość  jej  biustu  i  uśmiechnął  się  zmysłowo.  Podążyła  za  jego  spojrzeniem, 

zrozumiała, co wywołało ten uśmiech, i pośpiesznie skrzyżowała ręce na piersi. 

- Za późno — rzekł półgłosem. - Ciało zawsze cię zdradzi. Nie zapomniałaś... 

- Nie jesteś jedynym mężczyzną na świecie! 

- Naturalnie - przytaknął zgodnie. - Ale ty nie chcesz nikogo innego. Chcesz mnie. 

- Bezczelny zarozumialec! - oświadczyła. Leciutko dotknął jej ust. 

- Byłaś gotowa za mnie zginąć - powiedział zamyślony. - Dlaczego? 

Roześmiała się niepewnie. 

- A może po prostu chciałam trochę sobie postrzelać? - odparła, ale usta jej drżały. 

J.D. pocałował ją czule. 

- A może miałaś inne powody, o których nie chcesz mówić - stwierdził łagodnie, po 

czym dodał: - Jesteś głodna? 

Gabby  była  zdezorientowana  tą  nagłą  zmianą  tematu,  lecz  zdobyła  się  na  blady 

uśmiech. 

- Jestem. Co miałeś na myśli? 

- Cheeseburgery, rzecz jasna. - Zaśmiał się i uruchomił silnik. 

- Lubię cheeseburgery. 

-  Porozmawiajmy.  -  Znowu  ją  zaskoczył.  -  Ale  tak  szczerze.  Chcę  wiedzieć  o  tobie 

wszystko.  Jakie  książki  czytasz,  jak  wyglądało  twoje  dzieciństwo  w  Teksasie,  dlaczego  z 

nikim się nie związałaś. Wszystko. 

background image

Dopiero  wtedy  uświadomiła  sobie,  że  ona  także  niewiele  o  nim  wie.  Nie  zna  jego 

upodobań,  poglądów,  nie  wie,  co  dzieje  się  w  jego  sercu.  Usiłowała  coś  wyczytać  z  jego 

twarzy. 

- Chciałabyś więcej o mnie wiedzieć? - spytał, jak gdyby czytał w jej myślach. Rzucił 

jej ukradkowe spojrzenie. - Powiem ci absolutnie wszystko. 

Zaśmiała się bez przekonania. 

- „Wszystko” to dość szerokie pojęcie. 

-  I  wymaga  piekielnie  dużego  zaufania  z  mojej  strony  -  przyznał  z  uśmiechem.  -  Co 

tylko będziesz chciała wiedzieć, Gabby. 

Milczała, wstrząśnięta jego szczerością. Wpatrywała się w swoje dłonie i zastanawiała 

się,  czemu  drżą.  Nie  pojmowała,  co  J.D.  próbuje  osiągnąć,  do  czego  to  wszystko  zmierza. 

Kiedy podniosła wzrok, jej twarz wyrażała niepewność. 

Przyciągnął jej dłoń do swojego uda. 

- Spraw, żebym został - rzekł niespodziewanie. 

- Słucham? - zapytała. 

- Spraw, żebym został - powtórzył, przez ułamek sekundy patrząc jej prosto w oczy. - 

Możesz mi dać więcej niż wszystkie przeklęte wojny tego świata. Jeśli mnie pragniesz, okaż 

mi to. Daj mi powód, ćwierć powodu do tego, żebym się ustatkował. Kto wie, może sprawię 

ci niespodziankę? 

Wpatrywała  się  w  okno  z  poczuciem,  że ziemia usuwa  jej  się  spod  nóg.  A  jednak  to 

nie koniec - coś się dopiero zaczyna, choć nie do końca to, o czym marzyła. Może przez jakiś 

czas zdoła utrzymać go przy sobie, dopóki nie znudzi mu się jej ciało, ale co potem? 

On  myśli  o  przelotnym  romansie,  a  nie  o  domu  pełnym  dzieci.  Nie  szuka  stałego 

związku. Może mimo wszystko źle się stało, że przestała się go bać. 

Zatrzymała  smutne  spojrzenie  na  jego  twarzy.  Jak  zawsze  miał  nieodgadniona  minę, 

lecz pożądanie, które dostrzegała w jego oczach, dodało jej nadziei. Pragnął jej tak bardzo, że 

zaczynała  się  zastanawiać,  czy  nie  kryje  się  za  tym  coś  więcej,  czy  i  on  czegoś  do  niej  nie 

czuje.  Niemniej  takie  sprawy  wymagają  czasu,  a  Gabby  nie  zamierzała  wycofywać  się  z 

decyzji o zmianie pracy: odejdzie, choć jej serce pęka. 

Na  dłuższą  metę  tak  będzie  lepiej,  niż  próbować  za  wszelką  cenę  zatrzymać  go  przy 

sobie. Ona nie nadaje się na kochankę i nie pozwoli, by J.D. uwikłał ją  w przelotny  romans 

tylko  po  to,  aby  znaleźć  sobie  rozrywkę,  zanim  zdecyduje,  czy  bardziej  widzi  się  w  roli 

adwokata, czy żołnierza. 

background image

ROZDZIAŁ DZIESIĄTY 

Poszli do najbliższego baru szybkiej obsługi i usiedli przy stoliku w przytulnym kącie 

sali. Gabby patrzyła zafascynowana, jak J.D. w  mgnieniu oka pochłania  trzy cheeseburgery, 

dużą porcję frytek oraz dwa kubki kawy. 

-  Jestem  dużym  chłopcem  -  mruknął  przepraszająco,  gdy  kończył  trzeciego 

cheeseburgera. 

- To fakt - przyznała z uśmiechem, przyglądając się opiętej na jego mięśniach koszuli. 

Zmrużył oczy i spojrzał na nią z rozbawieniem. 

- Wspominasz, co się kryje pod spodem? - spytał półgłosem. 

Zaczerwieniła się i sięgnęła po kubek z kawą. 

- Sądziłam, że ogłosiliśmy zawieszenie broni - oznajmiła z wyrzutem. 

- I słusznie. Ale ja nigdy nie gram czysto, zapomniałaś? 

Popatrzyła na niego z uwagą, a potem zapytała: 

- Jak wyglądały te cztery lata, kiedy byłeś najemnikiem? Jak to jest? 

Przełknął  ostatni  kęs  cheeseburgera,  popił  kawą  i  z  westchnieniem  odsunął  się  od 

stolika. 

-  Ciężko.  Podniecająco.  Daje  olbrzymią  satysfakcję,  nie  tylko  finansową.  -  Wzruszył 

ramionami. 

- Czy ja wiem? Na początku wszystko wydawało mi się bardzo romantyczne, dopiero 

później dotarło do mnie, w co się wpakowałem. Chłopak z tego samego werbunku co ja został 

aresztowany i wtrącony do więzienia, zaledwie wysiedliśmy z samolotu w jednym z małych 

afrykańskich  państewek.  Nie  zdążył  oddać  jednego  strzału,  lecz  mimo  to  został  stracony  z 

wieloma innymi, którzy mieli niejedno życie na sumieniu. 

Gabby oczy się rozszerzyły. 

- Jakim prawem? - oburzyła się. - Przecież on... 

-  Nasz  przyjazd  był  nie  na  rękę  miejscowym  władzom.  Przy  całych  naszych 

ś

wietlanych  intencjach,  łamaliśmy  wszystkie  możliwe  prawa.  Sierżantowi  i  mnie  cudem 

udało się uciec. Tylko dzięki jego refleksowi żyję. Byłem wtedy kompletnym żółtodziobem. 

Ale z czasem się zahartowałem w boju. 

- Powiedział mi, że ma na imię Matthew - oznajmiła z uśmiechem. 

J.D. uniósł brwi. 

- Potraktuj to jako wielki komplement. Mnie dowiedzenie się tego zabrało trzy lata. 

background image

-  Polubiłam  go  -  odparła  Gabby,  bawiąc  się  papierową  serwetką.  -  W  gruncie  rzeczy 

polubiłam ich wszystkich. 

-  Sierżant  to  niesamowity  gość.  To  on  mnie  namówił,  żebym  zajął  się  prawem  - 

oznajmił J.D. i parsknął śmiechem. - Doszedł do wniosku, że biegając z karabinem, zmarnuję 

sobie życie. 

- Bardzo Uczysz się z jego zdaniem - zauważyła. 

Znowu wzruszył ramionami. 

- Ojca właściwie nie znałem - odparł w końcu. 

- Sierżant opiekował się mną, kiedy trafiliśmy do Wietnamu. Nie wiem, może on też 

kogoś  potrzebował.  Jego  żona  zmarła  na  raka,  z  całej  rodziny  został  mu  tylko  brat  w 

Milwaukee,  z  którym  do  tej  pory  nie  utrzymuje  kontaktu.  Ja  miałem  Martinę.  W  pewnym 

sensie Sierżant zastąpił mi ojca. 

Ś

ciskała  w  dłoniach  kubek  i  zastanawiała  się,  jak  by  zareagował,  gdyby  powtórzyła 

mu  słowa  Sierżanta,  że  drzwi  do  przeszłości  już  się  dla  niego  zamknęły.  Prawdopodobnie 

wyśmiałby ją tylko, ale wolała nie ryzykować. 

- A twoja rodzina? - Spojrzał na nią pytająco. 

- Masz rodzeństwo? Zaśmiała się cicho. 

-  Nie.  Jestem  jedynaczką.  Mój  ojciec  miał  małe  ranczo.  Któregoś  razu  dziadkowie 

zabrali mamę na wakacje do San Antonio i tam moi rodzice się poznali. Uciekli, a kilka dni 

później wzięli ślub. 

- Uśmiechnęła się szeroko. - Dziadkowie rwali włosy z głowy. 

-  Wyobrażam  sobie.  -  Przyjrzał  się  jej  i  stwierdził  z  uśmiechem:  -  Jesteś  do  niej 

podobna. A on? Chłop jak niedźwiedź? 

Pokręciła głową. 

-  Niski,  żylasty  i  twardy  jak  skała.  Musiał  taki  być,  inaczej  by  z  nią  nie  wytrzymał. 

Każdego innego wykończyłaby chyba nerwowo, ale tata nie dawał się rozstawiać po kątach. 

Pamiętam, że jak byłam mała, kłócili się tak głośno, że dom trząsł się w posadach. 

- A potem się godzili? - spytał, znacząco unosząc brwi. 

Gabby westchnęła do swoich wspomnień. 

- Tata przysyłał mamie róże albo przywoził jej coś ładnego z najbliższego miasteczka. 

Mama całowała go, a potem znikali gdzieś tylko we dwoje, a ja szłam do panny Patty, która 

mieszkała w małym drewnianym domku na drugim końcu rancza. 

- Uśmiechnęła się filuternie. - Często u niej przesiadywałam. 

J.D. zachichotał. 

background image

- Podobno takie godzenie się po kłótni bywa całkiem przyjemne. 

- Tak. Też tak słyszałam - odparła. 

- My mamy za sobą iście królewską awanturę - stwierdził, patrząc jej w oczy. - Chcesz 

się pogodzić? 

Zawahała  się,  a  J.D.,  widząc  to,  umilkł.  Spokojnie  dopił  kawę,  po  czym  sięgnął  po 

papierosa. 

- Przepraszam - powiedział cicho. - Zawsze byłem w gorącej wodzie kąpany. 

Z wahaniem sięgnęła ponad blatem stołu i delikatnie dotknęła jego palców. Drgnął, a 

potem szybko wziął ją za rękę. 

- J.D., czego ty właściwie ode mnie oczekujesz? - zapytała. 

- Naprawdę tego nie wiesz, Gabby? 

-  Myślę,  że  próbujesz  się  ze  mną  pogodzić  po  tym,  co  się  stało  w  Gwatemali,  zanim 

polecisz  na  kraj  świata  szukać  słońca  -  odparła,  zdobywszy  się  na  odwagę,  by  nazwać  po 

imieniu swoje największe obawy. - Myślę, że chcesz, żebym została twoją kochanką. 

- Cóż, to chyba uczciwe postawienie sprawy - odparł, delikatnie głaszcząc skórę na jej 

nadgarstku. - Ty wolałabyś jakiś trwalszy układ, jak rozumiem. 

-  Ależ  się  zrobiło  poważnie,  nie  sądzisz?  -  Zaśmiała  się  i  zabrała  rękę;  gdyby 

odpowiedziała  na  to  pytanie,  J.D.  zrozumiałby  wszystko.  -  Muszę  wracać  do  domu.  Pranie 

leży w pralce, mieszkanie niesprzątane od tygodnia... 

Spochmurniał. 

- Nie możesz tego odłożyć do jutra? 

- Jutro jest niedziela. 

- Co z tego? 

- Idę do kościoła. 

Przez chwilę przyglądał jej się spod ściągniętych brwi. 

- Ostatni raz byłem w kościele jako mały chłopak - powiedział, patrząc na żarzącego 

się papierosa. - Sam nie wiem, w co właściwie wierzę. 

Te  słowa  przypomniały  Gabby,  jak  wiele  ich  od  siebie  dzieli.  Posmutniała  i  powoli 

podniosła się z krzesła. 

- To nie dawałoby ci spokoju, prawda? - mruknął, obserwując ją bacznie. - Tak, nawet 

na pewno. 

- Co nie dawałoby mi spokoju? - podchwyciła, odwracając się w jego stronę. 

background image

-  Nieważne.  -  Z  westchnieniem  zgarnął  do  kosza  na  śmieci  wszystko,  co  leżało  na 

tacy, po czym umieścił ją na specjalnym stojaku przy drzwiach. - Wniesie się parę drobnych 

poprawek i będzie znakomicie. 

Gabby  nie  miała  pojęcia,  o  co  mu  chodzi,  ale  nie  chciała  naciskać.  On  także  nie 

wywierał  na  niej  żadnej  presji:  odprowadził  ją  pod  dom  i  pożegnał  się,  uśmiechając  się 

niewesoło. 

- Pierwszy raz mi się zdarza, żeby kobieta zostawiła mnie z powodu przeklętej pralki - 

oznajmił burkliwym tonem i schował ręce do kieszeni. 

-  Pozostaje  wyciągnąć  z  tego  wnioski  -  odparła,  uśmiechając  się  pod  nosem.  -  W 

każdym razie nie mogę do końca tygodnia przychodzić do pracy w tych samych ubraniach. 

Nastrój  zmienił  się  diametralnie.  Uśmiech  Gabby  zbladł,  zaledwie  przypomniała 

sobie,  jak  niewiele  czasu  pozostało  do  chwili  rozstania,  twarz  J.D.  znowu  zaczęła 

przypominać maskę. 

- Cóż, dziękuję za lunch - rzekła nieporadnie. 

- Jutro też moglibyśmy się spotkać - dodał pośpiesznie, zanim weszła do środka. 

Obejrzała się. Niczego nie pragnęła bardziej i choć próbowała sobie wytłumaczyć, że 

to byłby wielki błąd, na samą myśl o następnym spotkaniu rozśpiewało się w niej serce. 

- Dobrze - odparła ledwie słyszalnie. 

J.D. odetchnął, jak gdyby kamień spadł mu z serca. 

- W takim razie przyjadę po ciebie około wpół do jedenastej, okej? 

Zawahała się. 

- O jedenastej chcę być w kościele - przypomniała. 

- Tak podejrzewałem. - Uśmiechnął się niewyraźnie. - Mam nadzieję, że aniołowie nie 

pomdleją, widząc, jak wkraczam do tego świętego przybytku. 

Gabby  zbladła.  Nie  byłaby  w  stanie  się  odezwać,  nawet  gdyby  od  tego  zależało  jej 

ż

ycie. 

-  Nie  martw  się,  nie  przyniosę  ci  wstydu  -  dodał  szorstko.  -  Wiem,  że  nie  wolno  co 

pięć minut zrywać się z ławki z okrzykiem „Alleluja!” albo usiąść z przodu i zacząć  głośno 

chrapać. 

- Przecież nic nie mówię. 

- Wciąż mam duszę, nawet jeśli parę razy poddawałem ją ciężkiej próbie. - Wzruszył 

ramionami. 

- Chcę... wrócić do normalnego życia, a to dobry początek. 

- Jestem metodystką - powiedziała. Uśmiechnął się. 

background image

- Ja należałem do Kościoła Episkopalnego, ale to chyba nie ma większego znaczenia, 

prawda? 

Przytaknęła gorliwie i dodała: 

- Moglibyśmy pójść na spacer. 

- Do jutra. 

Odwrócił się i chciał wsiąść do samochodu, lecz Gabby delikatnie oparła mu dłoń na 

ramieniu. 

- Mógłbyś... schylić się na sekundkę? - szepnęła. 

Niczym  lunatyk  powoli  spełnił  jej  prośbę,  a  ona  wspięła  się  na  palce  i  namiętnie 

pocałowała go w usta. Gdy próbował ją objąć, odsunęła się, spoglądając na niego z filuternym 

uśmiechem. 

- Gdzieś, gdzie będziemy sami, też będziesz taka odważna? - spytał tonem wyzwania. 

- Marzyciel z ciebie. 

-  Święta  prawda.  Od  tygodnia  żyję  głównie  marzeniami  -  przyznał,  błądząc 

spojrzeniem po jej szczupłym ciele. - Gabby, czy ty chciałabyś mieć dzieci? 

Uśmiechnęła się, nie dowierzając własnym uszom. 

- Bardzo - odparła szeptem. 

-  To  tak  jak  ja.  -  Urwał  nagle,  po  czym  dodał  z  niepewnym  uśmiechem:  -  Do 

zobaczenia jutro rano. 

- Pa! 

Patrzyła,  jak  J.D.  wsiada  do  samochodu  i  odjeżdża.  Najpewniej  to  tylko  wyjątkowo 

realistyczny  sen  na  jawie,  z  którego  obudzi  się  przy  swoim  biurku  w  kancelarii  przed  stertą 

listów do przepisania, jednak kiedy się uszczypnęła, zabolało. Po powrocie do domu zaczęła 

przekładać  mokre  ubrania  do  suszarki,  powtarzając  sobie  w  myślach,  że  J.D.  naprawdę 

zamierza jutro pójść do kościoła. 

W  niedzielę  rano  była  przekonana,  że  źle  go  zrozumiała.  Włożyła  twarzowe  białe 

wdzianko  w  stylu  retro,  w  którym  przypominała  piękne  damy  z  ilustracji  Charlesa  Gibsona, 

dobrała odpowiednie dodatki i równo o dziesiątej trzydzieści podeszła do drzwi. Oczywiście, 

ż

e J.D. nie wybiera się do kościoła, powiedziała sobie z mocą. Co za niedorzeczne przypusz... 

W  chwili  gdy  nacisnęła  klamkę,  zadzwonił  dzwonek  u  drzwi.  Popchnęła  je  i  ujrzała 

przed  sobą  J.D.  ubranego  w  garnitur,  w  którym  tak  często  widywała  go  w  pracy.  Garnitur 

wprawdzie  ten  sam,  lecz  J.D.  wydawał  się  odmieniony,  pogodniejszy  i  znacznie  mniej 

oficjalny. 

background image

-  Przeżyłaś  szok?  -  zapytał.  -  Byłaś  pewna,  że  w  ostatniej  chwili  zmienię  zdanie  i 

wybiorę się na ryby? 

Roześmiała  się,  w  jej  zielonych  oczach  zamigotały  iskierki.  Z  długimi  włosami 

upiętymi w staroświecką fryzurę wyglądała niczym istota przeniesiona z minionej epoki. 

-  Istna  młoda  wiktoriańska  dama.  Wyglądasz  bardzo  ponętnie.  Taka  skromna  i 

cnotliwa. 

Patrzył na nią takim wzrokiem, jak gdyby marzył o tym, by raz na zawsze rozprawić 

się  z  tym  niewinnym  wizerunkiem.  Gabby  opuściła  wzrok,  by  nie  wyczytał  w  nim  niemej 

zgody. 

- Lepiej już ruszajmy - odparła, przechodząc obok niego. 

Kilka minut później wchodzili do kościoła zbudowanego z szarych polnych kamieni. 

-  Ładna  rzecz,  taka  zwiewna  -  odezwał  się  J.D.,  zerkając  na  jej  strój,  gdy  byli  na 

schodach. 

- Mogę ci ją czasem pożyczać, jeśli chcesz - powiedziała wesoło. 

Jego  oczy  zapowiadały  srogą  zemstę,  jednak  zaledwie  Gabby  wzięła  go  za  rękę, 

uśmiechnął się, wpatrzony w nią jak w obrazek. 

Z  uwagą  wysłuchał  kazania,  śpiewał  hymny  ciepłym  barytonem,  potem  zaś,  gdy 

pastor udzielał wiernym błogosławieństwa, popadł w zadumę. 

-  Mogłabyś  chwilę  na  mnie  zaczekać?  -  spytał,  kiedy  ludzie  zaczęli  wychodzić  z 

kościoła. 

- Oczywiście - odparła, spoglądając na niego ze zdziwieniem. 

Podszedł  do  pastora  i  długo  o  czymś  szeptali,  przybierając  niezmiernie  uroczyste 

miny, w końcu pożegnali się uściskiem dłoni. J.D. wrócił do Gabby i wziął ją za rękę. 

Przez chwilę patrzył na nią. 

-  Zamiast  ciebie  zabieram  na  lunch  twojego  pastora  -  oznajmił  z  przebiegłym 

uśmiechem. - Przebierz się w coś swobodniejszego, a ja podjadę po ciebie za dwie godziny, 

dobrze? Gabby natychmiast spoważniała. 

- Wszystko w porządku? - spytała, próbując sięgnąć wzrokiem poza ten uśmiech, tam, 

skąd wyzierały ból i niepewność. 

J.D. odetchnął głęboko, buńczuczny uśmiech zgasł. 

- Czasami mnie przerażasz, Gabby - powiedział cicho. - Nic się przed tobą nie ukryje. 

Nie miała pojęcia, jak odpowiedzieć na takie wyznanie. Delikatnie dotknęła jego dłoni 

i patrzyła, jak odchodzi. Coś wisiało w powietrzu, zapowiedź zmian. 

background image

Gabby zmarszczyła czoło i zawróciła w stronę swojego mieszkania. Szła przed siebie 

spokojnym, miarowym krokiem i zastanawiała się, dlaczego J.D. chce pomówić z pastorem, 

zupełnie jak gdyby miał coś na sumieniu. 

Błyskawicznie  przebrała  się  w  dżinsy  oraz  niebieską  bawełnianą  bluzkę  zapinaną  na 

guziczki.  Przez  kolejne  dwie  godziny  chodziła  po  całym  mieszkaniu,  obmyślając 

najróżniejsze  scenariusze,  z  których  najczarniejszy  był  taki,  iż  J.D.  postanowił  rzucić 

adwokaturę w diabły i już jedzie na spotkanie z Sierżantem i Apollem. 

Pojawił  się  dopiero  po  trzech  godzinach.  Gabby  zdążyła  w  tym  czasie  wypić  pół 

dzbanka kawy i obgryźć dwa paznokcie niemal do żywego ciała. 

Była taka roztrzęsiona, że kiedy nareszcie zapukał do drzwi, dosłownie podskoczyła. 

Wpuściła go, wystraszona i niepewna. 

-  Zaczynałam  myśleć,  że  wystawiłeś  mnie  do  wiatru.  -  Zaśmiała  się  nerwowo.  - 

Właśnie chciałam dać sobie spokój z czekaniem i obejrzeć coś w telewizji. Co ci dać, może 

kawy, ciasta...? 

Przerwał ten potok słów, delikatnie dotykając jej ust. 

- Musimy się nauczyć bardziej sobie ufać - powiedział łagodnie, patrząc jej prosto w 

oczy.  -  Przede  wszystkim  powinnaś  się  o  mnie  dowiedzieć  tego,  że  jeśli  dam  komuś  słowo, 

nigdy go nie cofam. Nie wrócę do Sierżanta i pozostałych, Gabby. Masz na to moje słowo. 

Łzy  polały  się  z  jej  oczu  jak  krople  deszczu  z  burzowej  chmury.  Zasłoniła  twarz 

rękami i zaczęła iść przed siebie, byle ukryć się przed jego wzrokiem. 

- Przepraszam - powiedziała zdławionym głosem, nienawidząc się za swoją słabość. 

J.D.  nie  odezwał  się  słowem.  Pobiegł  za  nią,  wziął  ją  na  ręce  i  spokojnie  ruszył  w 

stronę sypialni. 

Zauważyła to i chciała zaprotestować, półprzytomna ze zdenerwowania, ale uciszył ją 

czułym pocałunkiem. 

- Jacob... - wyszeptała z ustami tuż przy jego ustach. 

Poczuła, że się uśmiechnął. 

- Tak? 

Palcami ścisnęła jego ramiona, gdy kładł ją na białej, zrobionej szydełkiem narzucie. 

- Ja nie mogę... - szepnęła jeszcze ciszej. 

- Czego nie możesz? 

Usiadł  przy  niej  i  spokojnie  zdjął  marynarkę,  kamizelkę  i  krawat.  Gabby  patrzyła 

urzeczona,  jak  rozpina  koszulę,  nie  mogąc  oderwać  oczu  od  jego  pięknie  wyrzeźbionych 

mięśni, ciemnych włosów porastających jego pierś. 

background image

- Nie mogę mieć z tobą romansu - powiedziała w końcu. 

J.D. zajął się guzikami u jej bluzki. 

- To miło. 

- Jacob, słyszałeś, co powiedziałam? Przestań! Puścił jej protesty mimo uszu i rozpiął 

kolejny guzik, choć gorączkowo odpychała od siebie jego ręce. 

- Co mam przestać? 

- Rozbierać mnie! - Wybuchnęła histerycznym śmiechem. - Jacob, ja nic nie mam pod 

spodem, na litość boską! 

- Widzę - odparł z szelmowskim uśmiechem, rozchylając poły jej bluzki. 

- Możesz mnie posłuchać...? - zaczęła bez tchu. 

- Cicho, kochanie. 

Pochylił  się  i  zaczął  całować  jej  pierś.  Gabby  jęknęła,  odchylając  się  do  tyłu,  potem 

wydała dziwny, przenikliwy dźwięk, który sprawił, że J.D. podniósł głowę. 

- Zabolało cię? - spytał niewinnym tonem. - Przepraszam, starałem się być delikatny. 

Leżała  z  rękami  wyciągniętymi  nad  głową,  nieświadomie  zaciskając  pięści,  w  jej 

szeroko otwartych oczach malowały się strach i pożądanie. 

- Jakbyś nie wiedział, że nie - wyszeptała. Wpatrywał się w jej nagie ciało, patrząc z 

zachwytem, jak jej piersi unoszą się i opadają. 

- Jakaś ty piękna - rzekł półgłosem. 

Powiódł  opuszkami  palców  po  jej  gładkiej  skórze,  nie  odrywając  spojrzenia  od  jej 

oczu. Chciał widzieć, jak budzi się w niej pożądanie. 

Gabby  oddychała  coraz  szybciej.  Dotyk  jego  dłoni  doprowadzał  ją  do  szaleństwa. 

Przesunęła się i wygięła plecy, tak aby jej piersi znalazły się bliżej jego ust. 

- Mam ją pocałować? - spytał, muskając jej brodawkę. 

- Tak - wyszeptała. - Proszę... 

Poczuła  na  skórze  jego  gorący  oddech,  chwilę  później  mocne,  szorstkie  dłonie 

wsunęły się pod jej plecy. Uniósł ją i zaczął całować jej piersi, wtulać w nie twarz... 

- Jacob... - westchnęła błogo, wsuwając palce w jego włosy. - Jacob, chcę, żeby tobie 

też było tak cudownie. Powiedz mi, co mam robić... 

-  Mnie  już  jest  cudownie  -  szepnął  jej  do  ucha.  -  Mogę  cię  całować,  dotykać,  to  mi 

wystarczy. 

- Naprawdę? 

- Naprawdę - wyszeptał, patrząc jej prosto w oczy. 

Przewrócił się na plecy i wciągnął ją na siebie. 

background image

Uśmiechnął się drapieżnie, widząc jej minę, po czym rozpuścił jej włosy  i patrzył na 

nią  spod  półprzymkniętych  powiek.  Gabby  poruszyła  się  lekko,  nie  odrywając  od  niego 

wzroku. 

- To zaproszenie? - spytał cicho. 

Głos  uwiązł  jej  w  krtani.  Z  lękiem  i  z  miłością  wpatrywała  się  w  jego  twarz,  czując 

pod palcami bicie jego serca, a potem wstrzymała oddech i oparła czoło na jego ramieniu. 

Przez cały czas delikatnie głaskał ją po plecach. Tym razem to on się poruszył, tak aby 

mocniej się do niego przytuliła. 

- Pragnę cię tak, że to aż boli - powiedział cicho, muskając palcami jej sutki. - Pokazać 

ci, jak bardzo? 

-  Sam  zacząłeś  -  przypomniała  mu,  dotykając  czołem  do  jego  czoła.  A  potem 

poruszyła się na nim gwałtownie i przylgnęła do niego całym ciałem, wiedząc, że tym razem 

nie będzie się opierać. 

- Obejmij mnie - wyszeptała, zbliżając wargi do jego ust. - Mocno. 

Chwycił ją za biodra. 

-  Tym  razem  nie  będę  chciała,  żebyś  przestał  -  szeptała  z  przejęciem.  -  Nie  będę  cię 

powstrzymywać, Jacob... 

- Powiedz mi... dlaczego... - jęknął. 

- Przecież wiesz - odparła ledwie słyszalnie i gorąco pocałowała go w usta. Przetoczył 

się  na  nią,  przytłoczył  swym  ciężarem.  Przyciągając  ją  do  siebie,  odwzajemnił  pocałunek. 

Poczuła, jak językiem niecierpliwie wnika w jej gorące usta, i nie pozostała mu dłużna. 

-  Powiedz  to  -  nalegał,  patrząc  na  nią  roziskrzonym  wzrokiem,  i  mocniej  przycisnął 

biodra do jej bioder. - Chcę to usłyszeć, Gabby! 

-  Kocham  cię!  -  zawołała.  Głos  jej  drżał,  ale  już  się  niczego  nie  bała.  -  Kocham  cię, 

kocham! 

Wstrzymał  oddech  i  przez  chwilę  wpatrywał  się  w  nią  płonącymi,  szczęśliwymi 

oczami, potem dotknął jej twarzy. Cały drżał, ale zdobył się na blady uśmiech. 

- Wykończysz mnie - jęknął, zsuwając się z niej i kładąc się na brzuchu. 

Leżał nieruchomo, ściskając poduszkę tak mocno, że palce mu zbielały. 

- Jacob? - szepnęła wystraszona i usiadła. 

- Nie dotykaj mnie, kochanie - poprosił udręczonym tonem. 

Wpatrywała  się  w  niego,  zdenerwowana  i  niepewna.  Rozpalił  ją  do  czerwoności,  a 

teraz jej nie chce? Dlaczego? Po co to wszystko? 

Uspokajał się powoli, w końcu westchnął. 

background image

- O Boże, to cud, że udało mi się nad sobą zapanować - mruknął. - Mało brakowało. 

Mniej brakowało tylko wtedy w Gwatemali. 

Oczy jej się rozszerzyły. 

- Tamtego ranka? - spytała ledwie słyszalnie. 

- Tamtej nocy. - Zaśmiał się sucho. - Gabby, ja nie próbowałem cię ukarać. Po prostu 

straciłem nad sobą kontrolę. Jeszcze moment, a wziąłbym cię siłą. 

Uniosła brwi. 

- A mnie wmawiałeś, że...! 

- Musiałem coś powiedzieć - odparł. - Nie wiedziałem, jak z tego wybrnąć, myślałem, 

ż

e zwariuję. Na początku chciałem zaciągnąć cię do łóżka, ale nawet mnie nie zauważałaś, nie 

widziałaś  we  mnie  mężczyzny.  W  Rzymie  próbowałem  sprawić,  żebyś  mnie  dostrzegła  - 

przyznał się ze śmiechem. - Mój Boże, już byłem pewny swego, a tu raptem słyszę, że jesteś 

dziewicą, i wszystkie moje plany wzięły w łeb. Postanowiłem cię zwolnić, ale potem byliśmy 

w dżungli i umierałem sto razy, patrząc, jak tamto bydlę bierze cię na muszkę. 

Przewrócił się na plecy, przyciągnął jej dłoń do ust i pocałował ją. 

- Dopiero wtedy zrozumiałem, co się ze mną dzieje. Czułem się jak smarkacz, pełny 

żą

dzy,  sfrustrowany  i  przerażony.  Wolałem,  żebyś  mnie  znienawidziła,  niż  dać  się  usidlić. 

Plan był genialny, ale nie wypalił. Chciałem cię skrzywdzić, nie przewidziałem tylko jednego: 

ż

e  będę  cię  pragnął  tak,  że  zapomnę  o  bożym  świecie.  Byle  do  soboty  -  dodał  z 

przepraszającym uśmiechem. - Tyle jakoś wytrzymam. 

- Do soboty? - powtórzyła. 

-  Pastora  Boone'a  zaprosiłem  na  lunch  z  dwóch  powodów  -  oznajmił.  -  Po  pierwsze, 

ż

eby  pomówić  o  sprawach,  które  ciążą  mi  na  sumieniu.  Po  drugie,  spytać,  czy  udzieli  nam 

ś

lubu. 

Gabby  znieruchomiała.  Wpatrywała  się  w  niego  z  wypiekami  na  twarzy  i  z 

niedowierzaniem w oczach. To brzmiało jak spełnienie jej najgorętszych marzeń. 

Usiadł na łóżku i wziął ją za ręce. 

- Gabby, jedno mogę ci powiedzieć. Nie wyobrażam sobie życia bez ciebie. 

- Ale... ale sam mówiłeś, że nie wiesz, czy będziesz chciał mieć rodzinę. 

Milczał chwilę, głaszcząc jej dłonie, potem westchnął. 

-  Owszem,  mówiłem  wiele  różnych  rzeczy.  A  myślałem  tylko  o  tym,  że  chyba  nie 

przeżyję, jeśli mnie odtrącisz. Musiałem jakoś sprawdzić, czy po tym wszystkim jeszcze ci na 

mnie  zależy.  -  Wpatrzył  się  w  jej  smukłe  palce.  -  Kiedyś  nic  mnie  nie  obchodziło,  bylebym 

background image

dostał, czego chciałem, ale to się zmieniło, odkąd poznałem ciebie. Musiałem mieć pewność, 

ż

e i ty mnie pragniesz. 

- Pragnęłam cię - odparła ledwie słyszalnie. - I wciąż cię pragnę. Kocham cię. 

Uśmiechnął się i spojrzał na nią płonącym wzrokiem. 

- Czy ty chociaż zdajesz sobie sprawę, co ja do ciebie czuję? 

Wzruszyła ramionami. 

- Pożądasz mnie - odparła z drżącym uśmiechem. - Może nawet trochę mnie lubisz. 

Oddychał ciężko. 

-  Pewnie  parę  razy  to  mówiłem,  ale  nigdy  szczerze.  Nie  sądziłem,  że  to  aż  takie 

trudne. 

Przysunęła  się  do  niego,  objęła  go  i  przytuliła  policzek  do  jego  szerokiej  piersi. 

Zawahał  się,  a  potem  przygarnął  ją  mocno,  z  całych  sił.  Westchnął  i  powiedział  drżącym 

głosem: 

- Ja... 

Zabrakło mu odwagi. Zaczął ją całować po szyi, potem delikatnie położył ją na łóżku. 

Pieścił ją i całował dopóty, dopóki nie zarzuciła mu rąk na szyję, pojękując cicho. 

-  Kocham  cię  -  powiedział  w  końcu  z  pasją,  która  przeraziłaby  Gabby,  gdyby  tak 

dobrze  go  nie  znała.  -  Ubóstwiam  cię.  Uwielbiam.  Umrę  z  twoim  imieniem  na  wargach, 

tęskniąc za twoimi ustami, za twoim głosem. Czy to ci wystarczy? 

-  O  tak  -  wyszeptała.  -  Nie  mogłabym  chcieć  niczego  więcej.  -  Łzy  wezbrały  jej  w 

oczach. - Mnie to wystarczy, ale czy wystarczy tobie? 

- Tak - powtórzył. - Ty i dzieci. - Znowu zbliżył usta do jej ust. - Pastor Boone mówił, 

ż

e  oficjalnie  nie  należysz  do  kościoła.  Pomyślałem,  że  może  wstąpimy  do  niego  razem. 

Dzieci powinny w coś wierzyć. 

Przytuliła twarz do jego szyi. 

- Chciałabym mieć z tobą dzieci. 

- Mów mi takie rzeczy, to do ślubu pójdziesz w szkarłatnej sukience. Cicho! 

Uśmiechnęła się przez łzy. 

- Nauczyłam się tego od ciebie. 

- Nauczę cię znacznie więcej, ale nie teraz - odparł, uwalniając się z jej objęć. 

Z  ociąganiem  wstał  z  łóżka  i  przeciągnął  się,  nie  odrywając  od  niej  wzroku.  Gabby 

podparła głowę na łokciu i uśmiechnęła się do niego. 

- Jesteś najbardziej seksownym mężczyzną na świecie - oznajmiła z westchnieniem. - 

W pracy ciągle gapiłam się na ciebie i wyobrażałam sobie, jak wyglądasz bez koszuli. 

background image

-  Gabby!  -  ostrzegł  pół  żartem,  pół  serio.  Przeciągnęła  się  jak  kotka,  podniecona, 

zakochana i zachwycona jego pożądliwym spojrzeniem. 

-  Jacob  -  wyszeptała,  kładąc  się  na  plecach  i  wiedząc  doskonale,  że  poły  jej  bluzki 

znów się rozsunęły. 

Dopiero  teraz  uświadomiła  sobie,  jaką  ma  nad  nim  władzę,  i  poczucie  triumfu 

uderzyło jej do głowy. Z przewrotnym uśmiechem wyciągnęła do niego ramiona. 

- Nie mogę, kochanie - jęknął. - Jeśli do ciebie podejdę, nieprędko wyjdziemy z łóżka. 

Zobaczyła,  że  J.D.  pochyla  się  nad  nią.  Oczami  wyobraźni  widziała  już,  jak  jego 

muskularne, śniade ciało przyciskają do materaca, niemal słyszała jego zmysłowy szept... 

Zanim zorientowała się, co się dzieje, stała już przed łóżkiem. 

-  Żeby  mi  to  było  ostatni  raz!  -  powiedział,  patrząc  na  nią  z  błyskiem  w  oczach.  - 

Bezwstydnica! 

- Ale... 

- Po ślubie - oznajmił stanowczo i cmoknął ją w policzek. - Teraz jedziemy obejrzeć 

domy. Dwa wyglądają obiecująco. Chciałabyś mieszkać nad jeziorem? 

Wstali i przeszli do korytarza, trzymając się za ręce. 

- Wszystko jedno gdzie, byle z tobą. Roześmiał się, oczy mu zabłysły. Otworzył drzwi 

i puścił Gabby przodem. 

- A swoją drogą, to co zrobiłeś ze swoją kuszą? - spytała, przekręcając klucz w zamku. 

- Z jaką kuszą? 

Uśmiechnął się szeroko. Gabby westchnęła i oparła mu głowę na ramieniu. 

- Myślisz, że Sierżant zgodziłby się poprowadzić mnie do ołtarza? 

- Byłby z tego dumny - zapewnił J.D. - Resztę chłopaków też chcesz zaprosić? 

- A miałbyś coś przeciwko temu? 

-  Jasne,  że  nie  -  odparł  ucieszony,  kiedy  wsiadali  do  windy.  -  Nie  bądź  taka  smutna. 

Nie wymknę się z nimi, masz na to moje słowo. 

- Nie będziesz niczego żałował? - spytała cicho. Westchnął i objął ją czule. 

-  Tylko  tego  -  wyszeptał  -  że tak  długo  czekałem,  zanim  odważyłem  się  powiedzieć, 

ż

e cię kocham. 

- Tak długo? - powtórzyła zdziwiona. 

- Gabby, kocham cię od dawna. 

Chciała coś powiedzieć, ale nie zdążyła, bowiem zamknął jej usta pocałunkiem. 

- Czemu nic o tym nie wiedziałam? - zapytała po chwili. 

background image

- Byłaś taka młoda - odparł szczerze. - Miałem poczucie, że nie powinienem widzieć 

w  tobie  kobiety.  Ale  chodziłaś  na  randki  i  czasami  wydawałaś  się  nad  wiek  dojrzała.  - 

Pogłaskał  ją  po  głowie.  -  Jeszcze  nie  wiedziałem,  jak  pokieruję  swoim  życiem,  więc 

trzymałem się na dystans. Bałem się, że złożysz  wymówienie. - Wzruszył ramionami. - Do-

piero  w  dżungli  uświadomiłem  sobie,  jak  bardzo  mi  na  tobie  zależy.  Przez  cały  weekend 

usiłowałem sobie wmówić, że mogę wrócić do dawnego życia i za tobą nie tęsknić. Nie udało 

mi  się  to  i  odtąd  próbowałem  ci  udowodnić,  że  nie  zawsze  jestem  takim  brutalem.  Nawet 

sobie nie wyobrażasz, co czułem, widząc, jak kulisz się na mój widok. 

Wyobrażała  to  sobie  doskonale,  wystarczyło  spojrzeć  na  jego  udręczoną  twarz. 

Wspięła się na palce i ucałowała jego zamknięte powieki. 

-  Bałam  się.  Nie  tego,  że  zrobisz  mi  krzywdę,  ale  że  mnie  uwiedziesz,  a  potem 

znikniesz. - Zaśmiała się gorzko. - Chyba umarłabym z rozpaczy. Już wtedy cię kochałam. 

-  Odtąd  już  nic  nas  nie  rozdzieli  -  powiedział  cicho.  -  Urodzisz  mi  dzieci  i  zawsze 

będziemy razem. 

Oczy zaszkliły jej się od łez. 

- Bardzo bym tego chciała. 

Sześć dni później w kościele metodystów odbył się cichy ślub. Gabby, w sięgającej do 

ziemi białej, jedwabnej sukni, poprowadził do ołtarza niski, żylasty mężczyzna w nowiutkim 

szarym  garniturze,  wyróżniający  się  spośród  gości.  Uwagę  zwracał  także  drużba  pana 

młodego,  wysoki,  czarnoskóry  mężczyzna,  który  nieustannie  gmerał  przy  wykrochmalonym 

kołnierzyku  koszuli  albo  nerwowo  poprawiał  krawat,  oraz  kilku  innych  gości  siedzących  w 

pierwszej ławce przed ołtarzem. 

Gabby  zauważyła,  że  Richard  Dice  oraz  dwie  sekretarki,  które  pracowały  w  tym 

samym budynku, zerkali na nich ciekawie. Jej matka także wydawała się zdziwiona. 

Gabby uśmiechnęła się tylko, idąc w stronę ołtarza, zapatrzona w J.D., który wydawał 

się równie jak ona dumny i szczęśliwy. 

Po  krótkiej,  acz  wzniosłej  ceremonii  Gabby  pocałowała  świeżo  upieczonego  męża  i 

podbiegła do Matthew, aby uściskać go serdecznie. 

- Dziękuję ci - powiedziała z promiennym uśmiechem. 

Sierżant wydawał się nieco zakłopotany. 

- Było fajnie. Ehm, Gabby, twoja mama krzywo na nas patrzy. 

-  Moja  matka  zawsze  była  dziwna,  Matthew  -  odparła  Gabby  ze  śmiechem.  -  Zaraz 

zobaczysz. Mamo, chodź, przedstawię ci Matthew! 

background image

-  Moje  gratulacje,  Gabby  i  J.D.  -  rzekł  uradowany  Richard  Dice,  pochylając  się,  aby 

ucałować  ją  w  policzek.  -  Przeżyłem  prawdziwy  szok,  kiedy  dostałem  zaproszenie  na  wasz 

ś

lub. Zwłaszcza po wydarzeniach ostatniego tygodnia. 

- Wyboista jest droga miłości. - Gabby uśmiechnęła się radośnie. - Zresztą przekonasz 

się na własnej skórze. 

- Nigdy - oznajmił Richard z mocą. - Za dobrze biegam! 

- Ja też tak kiedyś myślałem - wtrącił J.D., z uśmiechem spoglądając na Gabby, która 

pokazała  mu  język  i  podeszła  do  matki.  Przeprosiła  sekretarki,  które  ją  zagadywały,  i 

odciągnęła ją na bok. 

Pani Darwin, wystrojona w białą płócienną garsonkę oraz kapelusz co najmniej o trzy 

rozmiary za duży, z wahaniem podążyła za córką. W tym kościele wydawała się  równie nie 

na miejscu jak Mattew, Apollo i cala reszta. 

-  Nie  cierpię  się  tak  stroić  -  oznajmiła,  zerkając  na  Matthew  z  zaciekawieniem.  -  Z 

rozkoszą wskoczyłabym w moje ukochane dżinsy. 

- Słyszałem, że pani strzela, przeklina i jeździ konno - odezwał się Matthew i znowu 

nabrał wody w usta. 

Pani Darwin pokraśniała z dumy, po czym opuściła wzrok i uśmiechnęła się skromnie: 

- Cóż, może jest w tym trochę prawdy, panie...? 

-  Matthew  Carver  -  odparł  Sierżant.  -  Łucznik...  to  jest  J.D.,  jest  dla  mnie  jak  syn.  - 

Uścisnął jej dłoń i uniósł ją do ust. - Mogę mu tylko pozazdrościć takiej pięknej teściowej. 

Gabby  zostawiła  ich  samych  i  poszła  się  przywitać  z  Apollem,  Semsonem, 

Laremosem oraz Dragonem. 

- Cześć, chłopaki! - Uśmiechnęła się szeroko. 

- Cześć, Gabby - odparł Apollo. - Dobrze, że już przeszłaś chrzest bojowy, bo inaczej 

musielibyśmy ci zrobić jakieś przeszkolenie. 

-  Co  to,  to  nie  -  oznajmiła.  -  Wyjeżdżamy  z  J.D.  w  podróż  poślubną.  Skończyłam  z 

przygodami.  Wyobrażasz  sobie,  jak  czołgam  się  przez  dżunglę  z  czterdziestką  siódemką  i 

wielkim brzuchem? 

-  Och,  ależ  karabin  chętnie  byśmy  za  ciebie  ponieśli,  Gabby  -  odparł  poważnym 

tonem. 

- Ale z ciebie dżentelmen! - zaśmiała się. 

- Chyba skończony grubianin - wtrącił z udawanym oburzeniem Laremos, podchodząc 

i całując Gabby w rękę. - Moje gratulacje. Oczywiście nie ma mowy o żadnym czołganiu się 

przez dżunglę. - Błysnął w uśmiechu wszystkimi zębami. - Będziemy cię nieść. 

background image

Semson i Drago wtrącili swoje trzy grosze, a Gabby musiała się wesprzeć na ramieniu 

męża, by nie przewrócić się ze śmiechu. 

Podchodzili  kolejni  goście,  aby  złożyć  gratulacje  młodej  parze,  i  kościół  stopniowo 

pustoszał. Na samym końcu zbliżył się do nich mężczyzna, którego Gabby nie znała, wysoki 

blondyn  o  surowych  rysach  i  twarzy  równie  śniadej  jak  twarz  J.D.  Jego  mocną  opaleniznę 

podkreślały spłowiałe od słońca włosy. 

Zwrócił na Gabby brązowe oczy i przez chwilę przyglądał się jej z ciekawością. Miał 

na sobie jasnopopielaty garnitur, który wyglądał na równie nowy jak te, w których wystąpili 

goście J.D. W sposobie, w jaki uścisnęli sobie dłonie, było coś, co kazało Gabby pomyśleć, że 

znają się bardzo dobrze. 

- Myślałem, że nienawidzisz ślubów - zauważył J.D. z chłodnym uśmiechem. 

-  I  miałeś  rację.  Po  prostu  byłem  ciekaw,  komu  dałeś  się  zaciągnąć  do  ołtarza.  - 

Zacisnął  usta,  zmrużył  jedno  oko  i  przyglądał  się  Gabby  z  taką  uwagą,  że  poczuła  się 

nieswojo.  Kącik  ust  zadrgał  mu  nieznacznie,  po  czym  mężczyzna  zaniósł  się  ochrypłym 

ś

miechem. - No cóż, jeśli radzi sobie z bronią i przy pierwszym strzale nie narobi krzyku, to 

chyba ujdzie w tłoku. 

-  Ujdzie  w  tłoku?  -  powtórzyła  Gabby,  wlepiając  w  niego  lodowate  spojrzenie.  - 

Wyprowadzę pana z błędu: jestem rewelacyjna. Nie dość, że strzelam, to jeszcze trafiam. 

Roześmiał się, tym razem łagodniej. W jego oczach pojawiły się iskierki rozbawienia. 

- Czyżby? - spytał, podając jej rękę. - Jestem Duńczyk. 

Oczy jej się rozszerzyły, zaledwie przypomniała sobie, co o nim opowiadał J.D., gdy 

byli w Rzymie. 

- Fiu, fiu! Widać cuda nigdy się nie kończą - mruknęła. - Wyobrażałam sobie, że masz 

drewnianą nogę i nieustannie żujesz tytoń. 

Duńczyk  wybuchnął  śmiechem.  Kiedy  się  uspokoił,  impulsywnie  objął  Gabby  i 

mocno ją uściskał. 

- Ech, J.D., ty fartowny skurczy... 

- Duńczyk! - ucieszył się Sierżant. - Skądeś ty się tutaj wziął? 

- Z Libanu - padła spokojna odpowiedź. - Przydałoby mi się kilku dobrych piechurów. 

Zainteresowany? 

- Być może - odparł Matthew ostrożnie, zerkając na pozostałych. - Chodźmy pogadać. 

J.D., dbaj o nią. I o siebie. - Pożegnali się uściskiem dłoni. - Będziemy w kontakcie. 

Gabby objęła go serdecznie. 

background image

-  Dziękuję,  że  poprowadziłeś  mnie  do  ołtarza.  Daj  znać,  gdzie  spędzasz  święta. 

Przyślę ci pudło ciepłych skarpet. 

Matthew ucałował ją w czoło. 

- Tak zrobię - odparł, po czym szepnął jej do ucha: - Przy okazji podaj mi adres swojej 

mamy. To jest kobieta! Przeklina, strzela... Marzenie! 

- Podam, podam - obiecała roześmiana. Reszta towarzystwa pożegnała się i wyszła. Po 

wszystkim odwieźli matkę Gabby na lotnisko. 

- Tylko zadzwoń do mnie czasem, dziecko - poprosiła, kiedy zostały same. 

- Oczywiście. - Gabby objęła ją mocno. - Wpadłaś Matthew w oko. 

- On też jest niczego sobie - odparła pani Darwin z figlarnym uśmiechem. 

-  Tylko  jest  jeden  malusieńki  szkopuł...  - zaczęła  Gabby,  zastanawiając  się,  ile  może 

matce powiedzieć. 

-  Ustatkuje  się,  kiedy  przyjdzie  na  niego  pora,  zupełnie  jak  twój  J.D.  -  Matka 

uśmiechnęła  się  wyrozumiale.  -  Po  prostu  niektórzy  mężczyźni  potrzebują  więcej  czasu  niż 

inni. Tymczasem napiszę do niego słodki liścik. - Mrugnęła do Gabby. 

- Koniecznie mnie odwiedźcie. 

- Odwiedzimy - obiecał J.D., uściskał teściową i patrzył, jak odchodzi. 

Gabby wzięła go pod rękę i wrócili na parking. 

-  Zrobiłaś  się  strasznie  cicha,  odkąd  wyszliśmy  z  kościoła  -  powiedział  miękko.  - 

Bałaś się, że będę chciał z nimi wyjechać? 

- Chyba tak. Troszeczkę. 

Zatrzymał się przy samochodzie i spojrzał na jej zmartwioną twarz. 

-  Będę  z  tobą  zupełnie  szczery.  Kiedy  wychodzili  beze  mnie,  czułem  się  tak,  jak 

gdybym  coś  tracił.  W  Gwatemali  przypomniałem  sobie  smak  dawnego,  szalonego  życia, 

kiedy  miałem  więcej  wolności  niż  mam  teraz.  Ale  jestem  realistą,  Gabby.  Matthew 

wspominał,  że  przed  naszym  wyjazdem  z  Gwatemali  mówił  ci,  że  zaszedłem  zbyt  daleko, 

ż

eby do nich wrócić, żeby znowu żyć jak kiedyś. 

Gabby kiwnęła głową, ale dalej milczała. 

- Miał rację - podjął J.D. - Marzyłem o lepszej przyszłości, dla siebie, dla nas obojga. 

Za dużo w nią zainwestowałem, żeby wszystko  przekreślić dla dreszczyku emocji.  Zresztą - 

dodał dwuznacznym tonem, przyciągając jej dłoń do swojej piersi - znam ciekawsze podniety. 

Patrzył na nią takim wzrokiem, że nogi się pod nią ugięły. 

background image

-  Odkąd  mam  ciebie,  nie  muszę  zaglądać  śmierci  w  oczy,  aby  poczuć,  że  żyję  - 

szepnął,  wsuwając  jej  drobne  palce  pod  swoją  koszulę,  by  poczuła  bicie  jego  serca.  -  Jesteś 

równie podniecająca jak wojna, i może tylko odrobinę mniej niebezpieczna. 

- Tylko odrobinę? - odszepnęła, obejmując go za szyję. 

Znieruchomiał i z ustami tuż przy jej ustach szepnął: 

- Seks dalej tak bardzo cię przeraża? Zaczerwieniła się, ale nie opuściła wzroku. 

- Nie. Kocham cię, więc to nie będzie seks, tylko... miłość. 

Zmysłowo rozchylił usta. 

- Jest biały dzień, Gabby - mruknął. 

-  Wiem  -  odparła,  pośpiesznie  całując  go  w  usta.  —  Będziemy  mogli  się  na  siebie 

napatrzeć. 

Spojrzał jej w oczy i odnalazł w nich najmroczniejszą dżunglę. Przygarnął ją do siebie 

i pocałował zaborczo. Gdy odsunął twarz, z trudem łapał oddech. 

- Już nie muszę szukać przygód - powiedział. 

- Ty jesteś największą przygodą. 

- Zabierz mnie do domu, Jacob - wyszeptała. 

- Ucz mnie. 

- Cóż za rozkoszna myśl - zaśmiał się radośnie, puszczając ją z ociąganiem, wpatrzony 

w jej błyszczące oczy. 

Patrzyła  na  niego  i  wiedziała,  że  będzie  pięknie,  gdy  będą  leżeć  obok  siebie  w 

chłodnej pościeli, i pozna rozkosz, jakiej nigdy dotąd nie poznała. 

- Nie mogę się doczekać - szepnęła drżącym głosem. 

Gdy wsiadła do samochodu, J.D. spojrzał w niebo i odprowadził tęsknym spojrzeniem 

niewielki wojskowy samolot. A potem spojrzał na Gabby, promienną, szczęśliwą i zakochaną. 

Twarz  mu  złagodniała,  w  oczach  pojawiły  się  całkiem  inne  błyski  i  uśmiechnął  się  jak 

człowiek, który jest szczęśliwy.