background image

 

Jean Raspail 

 

Siedmiu jeźdźców opuściło 

Miasto o zmroku przez 

Bramę Zachodnią, której 

nikt już  

nie strzegł.. 

 

 

 

 

PrzekładBeata Biały 

Tytuł oryginału: Sept cavaliers ąuitterent la ville au crepuscule par la porte de I ‘Ouest  

background image

Siedmiu  jeźdźców opuściło Miasto o zmroku przez Bramę Zachodnią,  której nikt już 

nie  strzegł,  i  ruszyło  w  stronę  zachodzącego  słońca.  Jechali  z  podniesionymi  wysoko 

głowami, wcale się nie kryjąc (w przeciwieństwie do tych wszystkich, którzy wyjechali przed 

nimi),  bo  przecież  nie  uciekali  i  nie  popełniali  zdrady.  W  ich  sercach  nie  było  nadziei,  a 

wyobraźnię trzymali na wodzy. To była ich broń i tarcza, a ich spokojne dusze i serca skrzyły 

się zimno niczym kryształ i wyrywały do czekającej ich podróży. Wykonując rozkaz księcia, 

po  prostu  wyruszyli,  a  najmłodszy  z  nich,  który  nie  miał  jeszcze  szesnastu  lat,  nucił  pod 

nosem jakąś piosenkę... 

Ich  dowódca,  pułkownik  bez  wojska,  hrabia  Sylwiusz  von  Pikkendorff,  został  nocą 

wezwany  do  księcia.  Przemierzając  wiodące  do  zamku  puste  ulice  Miasta,  musiał  oświetlać 

sobie drogę pochodnią. Gazu nie było od miesięcy, klosze latarń dawno potłuczono. Hulający 

wiatr trzaskał drzwiami niezamieszkałych domostw, ale te oznaki porzucenia w opuszczonym 

mieście nikomu  już nie przeszkadzały.  Jeszcze tylko  kilka rodzin uparcie trwało w szczelnie 

zamkniętych  domach,  kryjąc  się  za  zaciągniętymi  zasłonami  i  zatrzaśniętymi  okiennicami. 

Jedyną  oznaką  życia  było  blade,  żółtawe  światło  lampy  naftowej,  wypełzające  przez  szparę 

między zasłonami, które jakaś ludzka postać natychmiast trwożliwie zaciągała. To byli ostatni 

wierni poddani księcia. Dopóki na zamku paliło się światło, choćby słabe i niepewne, oni nie 

zagaszą swojego. Był to już ostatni pewnik w ich życiu i jedyny sposób, by go wyrazić. 

Wspinając  się  stromą,  brukowaną  uliczką,  hrabia  Sylwiusz  usłyszał  płacz  dziecka. 

Uciszając stukot swoich butów, zatrzymał się i poszukał oczami okna, zza którego dochodził 

ten  jakże  cenny,  smutny  dźwięk,  to  młode  i  pulsujące  pośród  nocy  życie.  Z  gardłem 

ściśniętym  ze  wzruszenia  pił  dźwięki  owego  łkania  niczym  wędrowiec  na  pustyni,  który 

łapczywie spija zbawienne krople deszczu. Ile dzieci urodziło się w Mieście w ostatnim roku? 

Nietrudno  było  obliczyć,  ale  hrabia  szybko  i  ze  smutkiem  dał  sobie  spokój.  Jakaś  kobieta 

zaczęła śpiewać melancholijną kołysankę w starodawnym dialekcie z gór, a jej głos chwilami 

załamywał się  i przechodził w szloch.  Potem piosenka się urwała.  Dziecko musiało zasnąć  i 

Sylwiusz ruszył w dalszą drogę. 

Przeciął  dzielnicę  uciech,  leżącą  w  nieco  wyższej  części  miasta.  Dawniej 

rozbrzmiewała tu muzyka i krzyki, wszystkie okna jarzyły się światłem i wychylały się z nich 

piękne dziewczęta, wzywające mężczyzn gestem swych białych ramion; dziś to miejsce było 

ucieleśnieniem ciszy i ciemności. 

A  jednak  na  końcu  ciemnej  ulicy  paliło  się  samotne  światło,  niczym  dalekie 

wspomnienie.  Za  szybą  czekała  kobieta.  Kochał  ją  każdy,  kto  liczył  się  w  Mieście.  Z 

background image

rozpuszczonymi  włosami,  ubrana  w  wydekoltowany  biały  gorset  i  opadającą  do  stóp 

spódnicę,  wpółleżała  w  fotelu  przy  żarzącym  się  koI  minku  i  śniła  z  otwartymi  oczami. 

Sylwiusz pchnął drzwi i wszedł do środka. 

- Czemu nie wyjechałaś z innymi? - spytał. 

-  Z  tymi  psami?  No  nie!  Niech  się  migdalą  ze  swoimi  sukami,  ale  już  nigdy  nie 

tknąFedory! Sylwiuszu, daj mi trochę czułości. 

Wziął  ją  na  chwilę  w  ramiona,  przesunął  wargami  po  jej  twarzy,  szepcząc  proste 

słowa, że miłość jest warta tyle, ile jej sami ofiarujemy. 

-  Czeka  na  mnie  książę  -  powiedział  wreszcie,  rozplątując  nagie  ramiona  otaczające 

jego szyję. - Wstąpię, wracając z zamku. To może trochę potrwać. 

Fedora podłożyła do ognia bierwiono, które zaczęło trzaskać. 

-  Nie  zwlekaj  zbyt  długo  -  powiedziała.  -  Spójrz,  jak  mało  zostało  drewna.  Nie 

wystarczy do rana. Potem zrobi się zimno. 

Droga  wiodąca  do  zamku  przechodziła  obok  więziennego  muru  podziurawionego 

okratowanymi oknami. Brama była szeroko otwarta na opustoszały, więzienny dziedziniec. 

Budka strażnika była pusta, podobnie jak cztery narożne wieżyczki. Znikli więźniowie 

i strażnicyjedni warci drugich. W końcu się z sobą zbratali, korzystając z pobłażliwości 

księcia. Otwarto żelazne sztaby drzwi i wszyscy uciekli. 

Teraz  dziko  harcowali  po  wsiach.  Ostatnie  raporty,  jakie  kilka  tygodni  wcześniej 

nadeszły  od  większości  gubernatorów  prowincji,  donosiły  o  czynach  haniebnych.  Od  tamtej 

pory 

-  żadnych  wieści.  Nieco  dalej,  na  głównym  posterunku  policji,  też  panowała  głucha 

cisza, przerywana jedynie popiskiwaniem szczurów, które buszowały wśród policyjnych kar- 

 totek. Tu agonia trwała nieco dłużej, karmiąc się anarchią. 

Między  policjantami  dochodziło  do  porachunków.  Ich  szeregi  przerzedziła  śmierć, 

częściej spowodowana zabójstwem niźli epidemią szerzącą się w wśród najbardziej żywotnej 

części ludności Miasta. I w tym wypadku dało znać 

 sobie  prawo  silniejszego.  Panami  sytuacji  stali  się  najgorsi  dranie,  którzy  potem 

porzucili tę wyeksploatowaną żyłę złota, jaką stało się Miasto. Naczelnik policji, bogacz nad 

bogacze,  dał  za  te  rabunki  głowę.  Kiedy  uwikłany  w  zbrodnie  Sąd  Najwyższy,  podczas 

ostatniego  posiedzenia  przed  swym  rozwiązaniem,  postanowił  puścić  naczelnika  wolno, 

hrabia Sylwiusz, na rozkaz księcia, osobiście go zastrzelił. 

Jeszcze  tego  wieczora,  pospiesznie  krocząc  po  schodach  wiodących  na  dziedziniec 

katedry,  pułkownikmajor  wspominał  bez  najmniejszych  wyrzutów  sumienia  radość,  z  jaką 

background image

wypalił z pistoletu w łeb tego nędznika. 

Na  frontonie  katedry  św.  Ulika,  patrona  miasta  i  założyciela  dynastii,  połyskiwała 

słabo rozeta z witrażem Sądu 

Ostatecznego,  a  raczej  to,  co  z  niej  zostało. Archaniołowie  nie  mieli  już  twarzy,  a  z 

Boga Wszechmocnego zostałajedynie wzniesiona ręka, trzymająca się na kawałkach ołowiu. 

Choć  ci,  co  rozbili  rozetę,  odeszli  gdzie  indziej  zaspokajać  głód  niszczenia,  dzieła 

dokończy  pierwszy  lepszy  podmuch  wiatru.  Olbrzymia  nawa,  ziejąca  pustymi  oczodołami 

potłuczonych  witraży  i  przeszywana  mroźnym  przeciągiem,  zdawała  się  żyć  wyłącznie 

pohukiwaniem czarnych puszczyków 

 bezszelestnym  lotem  sówek  między  kolumnami.  Z  powodu  tej  pustki  sprawiała 

wrażenie  znacznie  szerszej  niż  była.  Ponieważ  pociągi  z  węglem  i  drewnem  na  opał  nie 

docierały już do Miasta, pobliski uniwersytet, policja, budynek Skarbu 

 i parę innych nadużywających władzy instytucji publicznych karmiło swoje grzejniki 

kościelnymi ławkami, stallami i misternie rzeźbionymi, renesansowymi konfesjonałami. 

To była ich zemsta na Kościele. Rozkrzyżowawszy ramiona przed głównym ołtarzem, 

kardynał zdołał jedynie uratować rzeźbione retabulum z X wieku, na którym św. Ulik podaje 

dłoń  Panu  Jezusowi  i  Dziewicy  Maryi.  Uparcie  nie  zgadzał  się,  by  do  jego  pieca  wrzucano 

meble rabowane z kościoła i wkrótce umarł z zimna i zgryzoty w swoim maleńkim pokoiku w 

Pałacu Biskupów, gdy stara gospodyni w kornecie 

Służebnic Maryi grzała sobie dłonie o miseczkę jego zupy. 

To  był  szlachetny,  święty  człowiek.  Nikt  tego  nie  dostrzegał,  poczynając  od  księcia, 

który  uważał  go  za  kościelną  marionetkę,  witającą  go  na  dziedzińcu  katedry  w  swojej  capa 

magna,  kapeluszu  z  frędzlami  i  czerwonych  trzewikach  i  wypowiadającą  konwencjonalne 

słowa,  które  kolejni  książęta  znali  na  pamięć.  Pochowany  został  w  obecności  resztki 

państwowych oficjeli pod płytami głównego ołtarza, obok swoich poprzedników, ale ucieczka 

kamieniarzy sprawiła,  że  nie zdążono już wygrawerować na płycie  nagrobnej  jego  imienia  i 

zasług. Miał odejść w zapomnienie. I tylko Bóg zachował go w pamięci. 

Wchodząc  do  katedry,  hrabia  Sylwiusz  dostrzegł  w  głębi  chóru  światło  -  to  samo, 

które odbijało się w resztkach rozety. Przed Najświętszym Sakramentem, skąpo oświetlonym 

pół  tuzinem  ogarków,  klęczał  i  modlił  się  jakiś  człowiek.  Słysząc  za  sobą  kroki,  wstał  i 

odwrócił  się,  szybko  wyciągając  zza  pasa  kawaleryjski  pistolet,  który  wycelował  w 

przybysza. 

- Ach, to ty, Sylwiuszu - powiedział. 

Po purpurze pasa i guzików sutanny i po wielkim krzyżu na piersi można było poznać 

background image

biskupa. Młodego biskupa. Jego 

Ekscelencja Osmond Van Beck, koadiutor miejscowego kardynała, nie miał więcej niż 

trzydzieści pięć lat. Tyle sattio, co hrabia Sylwiusz. 

- Przestraszyłem cię, Osmondzie? - spytał hrabia. 

Biskup uśmiechnął się. 

- Wiesz, że nie. Strzelam szybko i celnie. Na pewno bym nie spudłował. 

-  W  rzeczy  samej  -  odparł  Sylwiusz,  wskazując  na  leżące  w  cieniu  zwłoki,  z 

myśliwskim karabinem o gwintowanej lufie we wciąż zaciśniętej dłoni. - Kto to? 

- Funginista. Pałęta się ich jeszcze kilku po Mieście. 

Nie mają nic do stracenia, bo wiedzą, że są zgubieni. 

Fungus  toxicus,  grzyb  halucynogenny  wywołujący  napady  agresji  i  dający  złudzenie 

nieśmiertelności,  zebrawszy  śmiertelne  żniwo  wśród  młodych  ludów  Zachodu  i  Wschodu, 

pojawił się w Mieście i całym kraju kilka lat wcześniej. 

Książę,  który  nie  sięgnął  w  porę  po  radykalne  metody,  próbował  z  nim  walczyć  w 

typowy dla siebie łagodny sposób. 

Przy  milczącym  przyzwoleniu  policji,  fungus  toxicus  był  uprawiany  na  grządkach 

licznych stołecznych warzywników. 

Jego  miłośnicy  tworzyli  zorganizowaną,  a  zarazem  anarchistyczną  sektę,  której 

członków,  funginistów,  wciąż  przybywało,  choć  grzyb  zabijał  w  przeciągu  sześciudwunastu 

miesięcy każdego, kto go zaczął zażywać. Żadnego ratunku, żadnych wyjątków. Z wszystkich 

nieszczęść, jakie spadły na 

Miasto, to było jedno z najgorszych. 

- To jeszcze dzieciak - smutno zauważył hrabia Sylwiusz. 

- Dzikie zwierzę - odparł biskup. - Wybór był pro- 

 

ty:  albo  ja,  albo  on.  Mogłem  przywdziać  koronę  męczeństwa.  Wystarczyło,  bym  się 

zawahał. Tam, w górze, Pan przyjąłby mnie z radością, a tu życie nie jest wcale takie wesołe. 

Ale który z nas dwóch jest bardziej potrzebny Bogu tutaj, na ziemi? Ten nieszczęsny dzieciak 

czyja? 

- I Bóg udzielił ci odpowiedzi? 

- Nie było czasu. Odpowiedziałem za Niego. 

- Żałujesz? 

- Oczywiście, że nie! - odparł biskup Osmond z autentycznym zapałem. - Choć nawet 

nie mogę się wyspowiadać. Poza mną nie ma już w mieście ani jednego katolickiego księdza. 

background image

Ostatni  czmychnął  wczoraj.  Kapelan  ze  szpitala.  Przeleciał  galopem  przez  sale  szpitalne, 

udzielając  ogólnego  rozgrzeszenia,  potem  zrzucił  stułę,  ubrał  się  po  cywilnemu  i  uciekł. 

Byłem tam dziś rano. To straszne. Ci ludzie umierają. Co możemy na to poradzić? 

- Nic - odparł hrabia Sylwiusz. 

Z  biskupem  Van  Beckiem  znali  się  od  dawna.  W  szczęśliwych  czasach  obaj  unikali 

salonów  i  przyjęć,  galopując  konno  strzemię  w  strzemię  przez  usiane  bukami  i  brzozami 

piaszczyste równiny wokół Miasta, siedząc przy ognisku na pniu zwalonego drzewa i jedząc 

pieczonego na rożnie zająca. Dla nich słowa miały ten sam sens i obaj byli w nich oszczędni. 

- To pora nabożeństwa - rzekł biskup. - Świetnie, żeś przyszedł. Kościelny też uciekł. 

Zakrystian nie żyje. 

- Czeka na mnie książę - powiedział Sylwiusz. - Wokół niego także już pusto. 

- Tylko minutkę, proszę. Tylko zadzwoń na nabożeństwo. Mniejszy dzwon nie jest za 

ciężki dla jednego człowieka. To ten czerwony, pleciony sznur. 

 

- Sądzisz, że ktoś przyjdzie? ^, ^:;, = ^ 

- Wręcz przeciwnie, jestem pewny, że nie. 

- Więc po co? ¦;; ^* 

Biskup uniósł ramię ku niebu.,;¦; 

- Żeby obudzić tego, tam! Ostatnio rzadko się pokazuje...: 

- Gdzie będziesz tej nocy, Osmondzie? - spytał Sylwiusz. - Po wizycie u księcia będę 

miał z pewnością parę rzeczy do powiedzenia. 

- W zakrystii. Jest tam łóżko polowe, kominek i solidne drzwi zamykane na zasuwę, a 

ponieważ znalazłem kilka ławek, mam się czym grzać. 

Na dzwonnicy hrabia Sylwiusz odczepił z haka czerwony, pleciony sznur. Kiedy serce 

dzwonu  rozkołysało  się,  w  powietrze  wzleciała  chmara  sów.  Pomyślał,  że  nigdy  przedtem 

wszystkie dzwony katedry razem wzięte nie uczyniły takiego hałasu. Przyczyną była zapewne 

pustka panująca w Mieście. 

Dzwonił z taką energią, że w pewnej chwili sznur uniósł go nad podłogę zupełnie jak 

wtedy, gdy hrabia był uczniem pobliskiej Akademii Wojskowej i na niego przypadała kolej  i 

przywilej  dzwonienia.  Sznur  podrywał  z  ziemi  całe  grupki  zachwyconych  chłopców.  To 

wspomnienie  rozgrzało  mu  serce.  Spotkanie  z  Osmondem  także.  Biskup  należał  do  rasy 

silnych. Tego człowieka nic nie mogło pokonać. 

Wiadomo, że dzwon, który wydał z siebie dźwięk, żyje jeszcze przez jakiś czas. Jego 

serce  kołysze  się  samo  i  uderza  w  regularnych  odstępach. A  kiedy  wszyscy  sądzą,  że to  już 

background image

koniec,  ono  po  chwili  uderza  jeszcze  raz  czy  dwa.  Można  by  powiedzieć,  że  dzwon  kona. 

Dzwon katedralny długo umierał, towarzysząc swym coraz słabszym głosem z brązu kro- 

 kom  pułkownikamajora  rozbrzmiewającym  pośród  stromych,  pustych  ulic.  Stojąca 

przed  wysokim  ogrodzeniem  siedziby  dowództwa  wojsk  budka  wartownicza  była  pusta, 

podobnie  jak  ta  przed  sąsiednimi  koszarami  kawalerii,  piechoty  i  artylerii.  By  zapewnić 

księciu  ochronę,  hrabia  Sylwiusz  musiał  skierować  do  zamku  cały  stan  osobowy  jego 

oddziałów,  czyli  czterech  oficerów,  czterech  podoficerów  i  jedenastu  żołnierzy  z  trzech 

pułków, które stacjonowały w Mieście. Połowa z nich zamknęła się w cytadeli. Zmieniając się 

co jakiś czas na posterunku, tylko dwóch ludzi patrolowało opustoszałą, biegnącą na murach 

cytadeli drogę i sto czternaście armat, na których wygrawerowano herb księcia. Druga połowa 

broniła  zamku.  Zbliżywszy  się  do  posterunku,  Sylwiusz  zaanonsował  się,  krzycząc  w 

ciemność: 

- Pikkendorff! 

W okienku wizjera pojawił się jakiś cień. 

- Już otwieram, panie pułkowniku. 

Sylwiusz  pomyślał,  że  przez  cały  dzień  w  tym  niegdyś  wesołym  i  ludnym  mieście, 

promieniejącym ludzkim ciepłem, które zachwycało przybyszów, do tej chwili usłyszał tylko 

cztery głosy: matki i jej dziecka, Fedory i biskupa. Ten byl piąty. Należał do młodego oficera 

w czarnej tunice ze 

N/karłatnym  obszyciem,  będącej  uniformem  książęcej  kawalerii.  Z  wysiłkiem 

zamknąwszy ciężkie odrzwia (Sylwiusz musiał mu w tym pomóc), przedstawił się: 

-  Porucznik  Ryszard  Tancrede.  Jest  nas  tu  bardzo  niewielu.  Major  Wilbur,  pełniący 

obowiązki  gubernatora  zamku  od  czasu  śmierci  gubernatora  Moreno,  zakazał  oficerom 

pełnienia zwykłej służby. 

- Wiem. 

 

-  Nie  mogę  zatem  towarzyszyć  panu  na  górę.  Nie  wolno  mi  ruszyć  się  stąd  ani  na 

krok, a mój zmiennik przyjdzie dopiero za pięć godzin.”** 

- Nieważne. Znam drogę. 

Kiedyś, kiedyś... Kiedyś od posterunku do posterunku i aż na główny dziedziniec niósł 

się  głos trąbek,  anonsujący,  że  pułkownikmajor  przybywa  na  wezwanie  władcy...  Kiedyś  od 

bramy  eskortowałby  go  porucznik,  podoficer  kawalerii  i  trzech  kawalerzystów  z  szablą  w 

dłoni, a przy każdej z trójki mijanych drzwi witaliby go oficerowie w białych rękawiczkach... 

Kiedyś uzbrojony pluton w galowych mundurach oddałby mu honory na schodach perystylu, 

background image

gdzie  czekałby  na  niego  gubernator  we  własnej  osobie,  pierwszy  adiutant  księcia,  jego 

osobisty sekretarz, a także grupka odźwiernych z łańcuchami na piersi i ubranych z francuska 

lokajów... Kiedyś sztandar książęcy - czarnozłoty z trzema srebrnymi orlikami - powiewałby 

dumnie  na  długim  drzewcu,  zatkniętym  na  szczycie  wieży  zamku,  oświetlony  krzyżującymi 

się snopami światła z czterech reflektorów. 

Kiedy zabrakło gazu, zmarły gubernator Moreno kazał zapalać co noc dwa ogniska na 

wieży,  jak  za  czasów  wielkich  najazdów,  gdy  ludność  Miasta  czerpała  otuchę  i  nadzieję 

wyłącznie z obecności swego władcy, o której każdy mógł się przekonać, wznosząc oczy ku 

zamkowi i ukoronowanej płomieniami wieży, która mówiła: jeszcze nic nie jest stracone, nic 

nie jest stracone. Potem zabrakło i drewna. Sztandar nadal powiewał w ciemności, ale o jego 

obecności  mieszkańcom  zamku  przypominał  już  tylko  wiatr,  który  wprawiał  go  w  łopot. 

Zresztą dla większości, z wyjątkiem tych nielicznych, którzy pozostali wierni, utracił on rangę 

symbolu, 

 u  nawet  wzbudzał  nienawiść.  Nienawiść  głuchą,  niewyjaśnioną,  nie  mającą 

przyczyny i precedensu w historii Miasta. 

Jeszcze podczas ostatnich urodzin księcia część mieszkańców, zgodnie ze zwyczajem, 

wywiesiła flagi. Ale bardzo s/ybko, jeszcze tego samego ranka, rozhukane bandy funginistów 

- do których przyłączyły się jakieś niekontrolowane 

(a  może kontrolowane -  kto to  wie?)  szumowiny  spoza  miasta oraz paru dotkniętych 

zarazą,  którzy  zbiegli  ze  szpilala,  siejąc  panikę,  gdzie  tylko  się  pojawili  -  napadły  na 

domostwa  mające  czelność  ozdobić  swoje  balkony  barwami  władcy.  Jeden  z  napastników 

wspiął  się  nawet  na  dzwonnicę  katedry,  by  zerwać  stamtąd  sztandar  i  zrzucić  go  na  ziemię 

przy  wtórze  radosnych  wrzasków  tłuszczy.  Żandarmeria  książęca  wystrzeliła  parę  razy  w 

powietrze,  po czym szybko się rozpierzchła.  W  niecałą  godzinę później Miasto przywdziało 

żałobę  po  przeszłości  -  zatrzaśnięto  okiennice,  drzwi  zamknięto  na  siedem  spustów,  a  po 

ulicach szargano resztki zdartych z okien flag... 

Wspinając  się  wiodącym  od  bramy  podjazdem  i  dostrzegając  po  drodze  trzy  puste 

budki  strażnicze  przy  trzech  kolejnych  bramach  potrójnej  opaski  murów,  Sylwiusz  dotarł 

bukową  aleją  do  głównego  dziedzińca.  Szedł  po  grubym  dywanie  zgniłych  liści.  Pod 

nieobecność  ogrodników  park  był  kompletnie  zaniedbany.  Przecinając  pusty  dziedziniec, 

widząc w głębi wysoki perystyl, oświetlony jedną jedyną pochodnią, poczuł, jak ściska mu się 

serce. Kiedyś, w całej symfonii świateł, niepostrzeżenie odsunęłaby się biała zasłona jednego 

z  okien  na  pierwszym  piętrze,  gdzie  znajdowały  się  prywatne  apartamenty  księcia  i  jego 

oczom ukazałby się olśniewający uśmiech i oślepiające blond włosy 

background image

 

Miriam  -  jedynej  córki  księcia,  Miriam,  która  nim  zaciągnęła  zasłonę,  witała  go 

ukradkowym gestem dłoni, będącym radosnym odstępstwem od protokołu, Miriarft, która go 

kochała, Miriam, którą on kochał, Miriam, którą ojciec wysłał z Miasta, gdy tylko zaczęła się 

epidemia... 

U stóp schodów powitały go dwa cienie. Sylwiusz rozpoznał majora Wilbura, starego 

żołnierza, który wyzbył się wszystkiego, poza wiernością wobec władcy. Chwiał się lekko w 

swojej  srebrzystoszarej  tunice  książęcego  pułku  piechoty.  Drugi  był  niewiele  młodszy,  gdyż 

krążąca po Mieście śmierć najczęściej sięgała po ludzi młodych. Miał na sobie czarne ubranie 

i zawieszony na szyi łańcuch. Był to Biron, szef odźwiernych. 

- Jak się miewa Jego Wysokość? - spytał Sylwiusz 

Wilbura. 

-  Marznie,  bo  schudł  strasznie,  ale  wciąż  pozostaje  w  dobrym  zdrowiu.  Natomiast 

prawie przestał się odzywać i siedzi zamknięty w bibliotece. Czyta. Próbuje zrozumieć. 

Przegląda ogromne płachty map. Każę mu zanosić posiłki. 

Je  niewiele,  szybko,  jakby  bał  się,  że  zabraknie  mu  czasu,  a  przecież  właśnie  czas, 

panie  pułkowniku,  czas,  którego  już  wcale  nie  potrzebujemy,  trwa  i  trwa.  Od  dzisiejszego 

ranka książę chodził w tę i we w tę, aż w końcu kazał wezwać pana. 

Wygląda na to, że podjął jakąś decyzję. 

- Idę do niego - rzekł Sylwiusz, zdejmując płaszcz, jak nakazywał protokół. 

Biron powstrzymał go gestem. 

- Jego Wysokość prosi, by nie zdejmował pan okrycia. 

Korytarze  są  lodowate,  a  reszta  pomieszczeń  nie  lepsza.  Proszę  za  mną,  panie 

pułkowniku. 

 

Przeszli przez kolejne, ciemne i puste sale, gabinet odźwiernych, gabinet gubernatora 

zamku, salon Ambasadorów, salę Rady, gabinet Pieczęci, krocząc pośród martwych dekoracji 

oświetlonych  jedynie  lampą  naftową,  którą  Biron  niósł  w  uniesionej  dłoni.  Zdobiące  ściany 

portrety książąt wychylały się z cienia i natychmiast wracały na miejsce. Ulik II, który odparł 

najazd Hunów. UlikFryderyk I, który u boku 

Gotfryda de Bouillon najechał na Jerozolimę i zająwszy Bramę Syjonu, jako pierwszy 

wdarł  się  do  miasta,  ale  odrzucił  wszelkie  lenna  w  Ziemi  Świętej  i  powrócił  zrujnowany, 

wypuściwszy wszystkich jeńców i opatrzywszy rany więźniom. 

WelfFryderyk  IV,  który  zniósł  pańszczyznę  i  WelfFryderyk  IX,  który  pod  Lepanto 

background image

walczył na galerze zakonu Kawalerów Maltańskich, wyposażonej i uzbrojonej z jego kiesy. 

Welf  I,  zwany  Hojnym,  założyciel  szpitali  HótelDieu,  który  odbył  w  tym  celu  drugą 

podróż,  by  poprosić  o  radę  i  błogosławieństwo  św.  Wincentego  a  Paulo.  UlikFryderyk  V, 

zwycięzca  nad  Czeczenami  z  Gór...  Dynastia  odważna  i  współczująca,  umiarkowana  w 

ambicjach, ale niepodzielnie panująca nad swoim terytorium i skromnym ludem. 

Wielcy  tego  świata  chętnie  prosili  księcia  o  radę,  a  uciśnione  narody  zwracały  się  o 

moralne  wsparcie.  Salony  zamku  rzadko  pustoszały.  Dyplomacja  książęca  bez  wytchnienia 

pracowała dla wspólnego dobra. 

Ostatnim  pomieszczeniem  przed  schodami  wiodącymi  do  prywatnych  apartamentów 

księcia był salon adiutantów. 

Elegancja,  dobry  humor,  kurtuazja,  oddanie.  Kolejno  służyli  tu  młodzi  oficerowie  z 

garnizonu i nigdy nie było ich mniej niż sześciu. Przybywający do zamku goście lubili się tu 

zatrzymywać na pogawędkę i nawet najbardziej oschli mi- 

 nistrowie  wychodzili  stąd  uśmiechnięci.  Teraz  wetknięta  w  sześcioramienny 

kandelabr  pojedyncza świeca oświetlała samotnego młodzieńca na kanapie,  który coś czytał, 

ominięty  w  szamerowany  płaszcz.  Na  widok  pułkownikamajora  skoczył  na  równe  nogi  i 

przedstawił się. 

- Chorąży Maksymilian Bazin du Bourg. Pułk artylerii. 

- A cóż tam czytasz, młodzieńcze? - spytał Sylwiusz. 

- Kostrowickiego, panie pułkowniku. 

Wilhelm Kostrowicki - największy poeta, jakiego zna 

Miasto. 

Sylwiusz wyrecytował, zamknąwszy oczy: 

Zazimowałem w swej przeszłości 

O słońce wielkanocne grzej i 

Niech ciepło w sercu mym zagości... 

A chorąży Bazin dokończył: 

Pamięci o mój piękny statku 

Czy już nam nie dość podróżować 

Po fali wód o przykrym smaku...* 

- Ile ma pan lat? - spytał Sylwiusz. 

- Dwadzieścia, panie pułkowniku. 

Oto wiek podbojów, rozległych przestrzeni, podróży  bez troszczenia się o to,  czy się 

wróci. Sylwiusz westchnął. No 

background image

* Guillaume Apollinaire, Piosenka niekochanego” Alkohole”, tłum. 

Adam Ważyk. 

 i  była  jeszcze  wielkość  wynikająca  ze  służby  w  ariergardzie  świata,  który  się 

skończył. 

- Będzie pan tu jeszcze przez jakiś czas? 

- Przez całą noc, panie pułkowniku. Nie mam zmiennika. 

Stojący 

na  podeście  pierwszego 

piętra,  u 

wejścia  długiego 

korytarza, 

wartownikbrygadier  kiwał  się  w  półśnie.  Za  podporę  służyła  mu  strzelba  oparta  kolbą  o 

podłogę. 

- Idźcie wypocząć - rzekł do niego Sylwiusz, wskazując na stojącą w kącie kanapę. - 

Obudzę was, jak będę wychodził. 

Biron  zastukał  dwa  razy  w  jedne  ze  znajdujących  się  w  głębi  drzwi.  Czterdzieści  lat 

praktyki  i  miękkich  ruchów  nadgarstka  pozwoliło  wypracować  to  dyskretne  pukanie,  które 

informowało, nie irytując i uprzedzało, nie nalegając. 

Stary  odźwierny  był  z  niego  bardzo  dumny.  W  odpowiedzi  zadźwięczał  dzwonek. 

Biron otworzył drzwi, wszedł do pokoju nieco bokiem (w tym cała sztuka) i zaanonsował: 

- Jego Ekscelencja, pułkownikmajor Sylwiusz von 

Pikkendorff. 

Potem  wyszedł  tyłem,  z  miną  ponurą,  mrucząc  pod  nosem:  „Ten  ziąb  odbija  się  na 

moim zdrowiu. Tracę głos...”. 

- Niech pan podejdzie, Sylwiuszu, proszę bliżej. Niech się pan ogrzeje. Wilbur znalazł 

dla mnie trochę torfu. No, cóż, przyjąłem. Gdybym zamarzł, nie mógłbym już rządzić. 

Ten niewesoły dowcip został okraszony smutnym  uśmiechem.  Jego Wysokość książę 

Welf  III  zawsze  umiał  ocenić  fakty,  nie  usiłując  ich  przeinaczać,  by  naciągać  los  -  postawa 

nieco kunktatorska, wyjaśniająca, dlaczego tak długo się wahał przez cały ubiegły rok. A teraz 

dotarła do niego pełna szyderstwa prawda: poza murami zamku nie rządził już ni- 

 kim i niczym. Sylwiusz nic podjął tego wątku. Stojący na małym stoliku i oprawiony 

w srebrną ramkę dagerotyp ukazy wnl mu posiać Miriiim. Nie był to portret dworski!*Ubrana 

w  hiyc/csy  i  kurtkę  do  konnej  jazdy,  stojąc  obok  swego  koiiitt,  il/iowf/ynu  posyłała 

Sylwiuszowi podwójny uśmiech oc/.u i ust. Zdjęcie zostało zrobione w jego obecności, kialy 

wruculi ze wspólnej przejażdżki. To on podarował je 

I icciu. 

Czy Wasza Wysokość ma jakieś wieści od panienki? spytał. 

Tak oficjalnie nazywano księżniczkę. 

background image

-  Dajmy  spokój  protokołowi,  bardzo  proszę  -  rzekł  książę.  -  W  naszej  sytuacji 

zasłanianie  się  nim  byłoby  głupotą.  Ostatnie  wieści  od  Miriam  pochodzą  sprzed  ponad 

czterech  miesięcy.  Krótka wiadomość,  nie do końca rozszyfrowana,  tuż przed definitywnym 

zerwaniem  ostatniej  linii  telegrafii.  Miriam  była  wtedy  w  Sefarei  (ufortyfikowana  placówka 

daleko na północy) i szykowała się do przejścia przez 

Rzekę,  kiedy  międzynarodowy  most  został  zerwany,  nie  wiedzieć  jak  i  przez  kogo - 

telegram  milczał  na  ten  temat,  za  to  mówił  wyraźnie,  że  placówka  graniczna  naszych 

sąsiadów  z  Republiki  Dolin  wydawała  się  kompletnie  opuszczona.  Na  tym  telegram  się 

urywał. Natychmiast wysłałem patrol z końmi na zmianę i zapasami na dwadzieścia dni. 

Wrócił  jeden  jeździec.  I  nawet  nie  dotarł  do  Miasta.  Znaleziono  go  z  poderżniętym 

gardłem  o  trzy  mile  stąd,  całkiem  nagiego.  Więcej  nie  eksperymentowałem.  Proszę, 

Sylwiuszu, niech pan podejdzie. 

Książę  przestał  chodzić  po  pokoju,  zatrzymując  się  przed  długim  stołem,  na  którym 

leżała rozpostarta wielka mapa. 

 

Stolica znajdowała się na południu, o kilka mil od niej leżał 

Port połączony z nią drogą i koleją żelazną. Całą wschodnią c/ęść zajmowały Góry, tu 

ukazane  graficznie  jako  wypukłości  z  wykropkowanymi  głównymi  ścieżkami,  szczytami  i 

przełęczami.  W  centrum  znajdowała  się  rozległa  równina,  usiana  wsiami  i  osadami 

oznaczonymi symbolem dzwonnic. To było życiodajne serce kraju. A także jego pole chwały i 

sanktuarium  pamięci.  Większość  decydujących  bile  w,  które  książęta  musieli  stoczyć,  by 

ocalić  swe  Miasto,  wydanych  zostało  na  tej  właśnie  równinie.  Wreszcie  na  zachodzie  i 

północnym zachodzie znajdowała się Wielka 

Puszcza, a na północy Rzeka i fort Sefarea. Trzech kolejnych książąt pochylało się nad 

tą  liczącą  już  sto  lat  mapą,  na  którą  ostatnio  ręka  Welfa  III  naniosła  czerwone  i  niebieskie, 

gwiaździście  rozchodzące  się  od  stolicy  linie,  oznaczające  linie  kolejowe  i  telegraficzne. 

Teraz czarnym ołówkiem książę zaznaczał różne miejsca na mapie. Rysując, mówił: 

-  Linie  kolejowe?  Odcięte  na  północy,  na  południu,  na  zachodzie.  Od  pół  roku  nie 

odjechał i nie przybył żaden pociąg. Na dworcu nikt już nie konserwuje sprzętu. Zniszczono 

lokomotywy. Telegraf? Wszędzie odcięty. A nawet gdyby nie był, nic by to nie zmieniło. Nie 

ma już ani jednego telegrafisty - ani w centrali, ani na zamku. Port? Dokerzy, którzy przerwali 

pracę  i przejęli kontrolę  nad kapitanatem, znikali  po kolei,  a efekt jest ten sam:  pusta reda  i 

ani  jednego  statku  przy  nabrzeżu.  I  żadnych  wieści  od  naszych  zamorskich  garnizonów.  Z 

żadnej z naszych kolonii zresztą także. 

background image

Jeden  z  naszych  ostatnich  statków  rybackich,  który  szukał  schronienia  u  Syrtów, 

widział  na  ich  maszcie  flagę  kwarantanny,  gdy  ostrzelano  go  z  armaty.  Z  Równiny  też  nie 

mamy 

 żadnych  wieści  poza  tymi  przynoszonymi  przez  wiatr  północny  -  ten  sam,  który 

kiedyś przywiewał do nas dźwięk dzwonów naszych wsi. Dziś przynosi jedynie ciszę. Świat 

zewnętrzny zamilkł, jakby nagle opustoszał niczym sale tego zamku. Ambasadorowie uciekli, 

gdy dowiedzieli się 

 wyjeździe Miriam. Nie  mam  im tego za złe.  Pewnie sądzili,  że pojadę za nią.  Żaden 

nawet się nie pożegnał, z wyjątkiem mojego starego przyjaciela, ambasadora Republiki 

Dolin, który odjeżdżając, wypowiedział ciekawe zdanie: 

„To  koniec  wymarzonego  świata...”.  Chyba  chciał  przez  to  powiedzieć,  że  świat  już 

niczego od nas nie oczekuje, nawet marzeń. A zresztą, czy kiedykolwiek czegoś oczekiwał? 

 czy to my go sobie wymarzyliśmy? To się nazywa przeznaczenie narodów. Które żyją 

złudzeniami... 

Przez chwilę trwał w zamyśleniu, a potem, pochylając się nad mapą, narysował okrąg, 

w którym zamknął cytadelę i zamek Miasta. 

- Oto, do czego zostaliśmy sprowadzeni, Sylwiuszu. 

I  odwróciwszy  się  ku  wielkiej  witrynie  zajmującej  jedną  z  czterech  ścian  pokoju, 

dorzucił: 

- A oto nasi ostatni poddani. 

Ta  kolekcja  marionetek  była  słynna  na  cały  świat.  Raz  do  roku,  przez  cały  tydzień, 

wystawiano ją w miejskim muzeum. W latach pięćdziesiątych XVIII stulecia książę 

WelfFryderyk  XII  przywiózł  pierwsze  eksponaty  kolekcji  z  Wenecji,  gdzie  doża 

Francesco  Loredano,  który  był  mistrzem  iluzji,  otworzył  przed  nim  wrota  swego  teatrzyku, 

urządzonego  na  poddaszu  swego  książęcego  pałacu,  jak  zresztą  w  większości  ówczesnych 

pałaców Wenecji. Od tamtej podróży datowała się fascynacja książąt marionetka- 

 mi, które były czymś w rodzaju kontrapunktu dla władzy, 

/iidnego  ta  pasja  nie  ominęła.  Sami  projektowali  kostiumy,  dekoracje,  twarze  lalek. 

Książę Welf III z dużym talentem poprawiał dialogi nowych sztuk, które wystawiano podczas 

trwania ekspozycji. Sukces tych małych postaci i ich oryginalność polegały na tym, że bardzo 

pieczołowicie  nadano  im  rysy  niektórych  mieszkańców  Miasta,  wybranych  spośród 

wszystkich  warstw  ludności  -  od  kardynała  po  nosiwodę,  od  księcia  po  zwykłego  żołnierza, 

od wielkiej damy po prostytutkę. Zachwycony lud rozpoznawał się w nich wszystkich. Raz w 

roku, podczas Bożego Narodzenia, książę przyjmował w zamku prymusów miejskich szkół - 

background image

około  setkę  dzieci  od  siedmiu  do  trzynastu  lat,  dla  których  urządzano  spektakl  marionetek 

uwieńczony sutym podwieczorkiem. 

Właściwie wszystko zaczęło się w ostatnie Boże Narodzenie. 

Dzieci  usiadły  grzecznie,  a  książę,  zgodnie  ze  zwyczajem,  wygłosił  do  nich  krótkie 

przemówienie powitalne, które tym razem - nieoczekiwanie - otrzymało bardzo nikłe oklaski. 

Nadeszła chwila przedstawienia. Była to historia biednego, niezdarnego i pechowego barona, 

prześladowanego  przez  złych  ludzi,  bo  miał  czelność  zakochać  się  w  pięknej  i  szlachetnej 

pannie, której pożądał pewien możnowładca. 

W  drugim  akcie,  przemieniony  za  pomocą  czarodziejskiej  różdżki  dobrej  wróżki, 

baron  pokonywał  wszystkie  przeciwności,  wychodził  zwycięsko  z  wszystkich  pułapek, 

ośmieszał swoich wrogów, a książę oddawał mu za żonę ową piękność, która wpadała mu w 

ramiona z błogosławieństwem kardynała i przy wtórze wiwatów ludu. Kostiumy były za- 

 chwycające,  ruchy  postaci  perfekcyjne,  fabuła  budująca  i  dobrze  poprowadzona, 

wsparta  celnym,  zabawnym  i  uczuciowym  dialogiem.  A  jednak  coś  było  nie  tak.  Młodzi 

widzSwie  pozostali  niewzruszeni,  a  ci,  którzy  zdawali  się  czerpać  ze  sztuki  przyjemność, 

wkrótce  zaprzestali  ją  wyrażać,  zniechęceni  milczeniem  kolegów,  jakby  groziło  im  coś 

nieuchwytnego.  Gdy  opadła  kurtyna,  nastąpiła  eksplozja.  Najpierw  seria  gwizdów, 

pomieszanych  z  przekleństwami  i  wulgarnymi  okrzykami.  Depcząc  po  siedzeniach  krzeseł, 

dzieci wykrzykiwały trudne do wyobrażenia obrzydliwości. 

Teatrzyk został wzięty szturmem, stratowany i zniszczony tak, że zamienił się w kupę 

desek i szmat, które rozwścieczone dzieciaki łamały i darły na strzępy. Marionetki rozebrano, 

powyrywano  im  ręce  i  nogi,  miażdżąc  głowy  obcasami.  Kiedy  wszystko  zostało  już 

zniszczone, dzieci,  niczym huragan, przeniosły swoją wściekłość do sąsiedniej jadalni, gdzie 

ustawiono dla nich bufet. Lokaja wyrzucono przez okno. 

Inni  zdążyli  uciec.  Ze  szklanek  i  talerzy  pozostała  tylko  góra  potłuczonego  szkła. 

Tapicerka  ścienna  z  miejskiej  manufaktury,  przedstawiająca  chwalebne  bitwy  na  Równinie, 

znikła pod pociskami z kremu, ciastek  i syropów. W tym rozpasanym tłumie dzieci  nie było 

przywódcy, a jedynie jakieś potworne współzawodnictwo. Trzeba było wezwać straże. 

Dzieciaki  skakały  żołnierzom  na  plecy,  próbując  wyłupić  im  oczy  za  pomocą 

widelców  i  noży.  Gryzły  do  krwi  chwytające  je  ręce.  Wierzgały,  wydając  dzikie  wrzaski. 

Żołnierze,  w podartych  mundurach z poobrywanymi guzikami  i podszewkami,  wywlekali  je 

po  kolei  na  podwórze,  ciągnąc  za  nogi,  ręce  i  włosy  i  wyrzucali  na  bruk,  dzieciaki  zaś 

podrywały się z wściekłością, miotając przekleństwa. Po czym, 

 wciąż  wyjąc,  pędziły  pochyłymi  uliczkami  miasta,  siejąc  zdumienie  i  strach.  W 

background image

końcu, całkiem nagle, wrzawa ucichła i d/ieci rozeszły się do swoich domów, jak gdyby nigdy 

nic. 

<)jciec jednego z chłopców, widząc przebiegającą pod swymi oknami hordę, przywitał 

dziesięcioletniego  syna  potężnym  policzkiem.  Kiedy  szykował  się  do  powtórki,  napotkał 

spojrzenie  dziecka  i  to,  co  w  nim  wyczytał,  wprawiło  go  w  przerażenie.  Opuściwszy  rękę, 

wrócił do domu załamany. 

Nikomu  nie  udało  się  wyciągnąć  z  dzieci  przyczyn  tego  tumultu.  Żadne  nie 

powiedziało  ani  słowa.  Ukryły  się  za  murem  milczenia  z  tym  niesamowitym  uporem,  który 

cementuje  grupki  dziecięce  i  sprawia,  że  są  one  często  bardziej  obce  i  nieprzystępne  niż 

głuchoniemi  szaleńcy. Ale  może  i  one  same  nie  wiedziały,  dlaczego  tak  się  stało...  Jeden  z 

uczonych,  żydowskich  medyków  Miasta  mówił  o  „podświadomych  znaczeniach 

pozbawionych  logiki  zachowań  świadomych,  o  przeniesieniu  konfliktu  i  objawach 

neurotycznych  wywołanych  nadmierną  presją  wymogów  społecznych  i  moralnych”.  Wobec 

tak kategorycznego werdyktu wielkiego autorytetu,  książę  nie powiedział  już ani  słowa, tym 

bardziej,  że  milczał także  i  Kościół,  obawiając się,  że jakikolwiek komentarz mógłby zostać 

uznany za przejaw zacofania.  Nie wyciągnięto żadnych konsekwencji.  Gdy parę dni później 

dzieciaki  wróciły  do  szkoły,  kadra  nauczycielska  zgodnie  unikała  jakichkolwiek  aluzji, 

mogących  ponownie  rozniecić  ten  tajemniczy  płomień.  Pozornie  nic  się  nie  zmieniło,  ale 

nauczyciele,  którzy  nie  poddawali  się  złudzeniom,  wiedzieli,  że  odtąd  mają  przed  sobą  tylu 

samo wrogów co przyjaciół. To była tylko zapowiedź. Wkrótce nadeszły inne znaki... 

 

Książę otworzył witrynę i wyjął marionetkę przedstawiającą jego samego w mundurze 

pułkownika kawalerii. Przez chwilę poruszał jej sznurkami. * 

-  Są  chwilepowiedział  -  gdy  się  zastanawiam,  która  strona  mojego  życia  jest 

prawdziwa.  Ta,  w  tej  witrynie,  pośród  przywiązanego  do  mnie  ludu,  który  jest  do  mnie 

podobny i podziela moje marzenia? A może prawda pojawia się wtedy, gdy próbuję rządzić? 

Prawdziwy  Welf  III,  Sylwiuszu,  to  ten,  tutaj  (zręcznie  poruszona  marionetka  zasalutowała 

sprężyście). Wiem  to  już  od  jakiegoś  czasu.  Mam  nadzieję,  że  kiedy  pan  wróci,  znajdzie  go 

pan  -  jego  i  jego  wiernych  poddanych.  Ten  drugi  jest  już  tylko  cieniem.  To  tylko  kwestia 

czasu. 

- Kiedy wrócę? Dlaczego „kiedy wrócę”? - spytał Sylwiusz. 

- Bo zaraz pan wyruszy, drogi pułkownikumajorze. 

Opuści  pan  to  Miasto.  Życie  prawie  stąd  uciekło.  I  musiało  dokądś  pójść.  Ziemia 

przecież  nie  przestała  się  kręcić.  Słońce  nie  przestało  wschodzić.  Trzeba  udać  się  dalej,  niż 

background image

leży to, co znane i to, co nieznane. Najpierw w granicach naszego kraju, a potem poza nimi. 

Jak  wygląda  to,  co  nas  otacza?  Jakie  jest  tego  znaczenie?  To  Miasto  jest  zbyt  dumne,  by 

biernie czekać na rozwiązanie, nie szukając go samodzielnie. 

Wydaję panu rozkaz. 

- Ale co będzie z panem, Wasza Wysokość? 

- Ja nie mam na to ochoty. Wrócę do mojej witryny. Pan jest jeszcze w wieku, gdy ma 

się nadzieję, Sylwiuszu. Proszę wyruszyć jak najszybciej. Wyrwać się z tej beznadziei. 

- Czy mam jechać sam? 

- To nie ucieczka. To wyprawa. Jak w czasach wielkich 

 odkryć. Pan będzie dowodził. Proszę sobie wybrać sześciu 

Iowarzyszy. Z góry aprobuję pańską decyzję. 

- Dlaczego sześciu? 

- Bo w moich stajniach zostało już tylko siedem zdrowych, pełnych wigoru koni. Ani 

jednego  więcej.  Daję  je  panu.  Jedna  rada,  Sylwiuszu.  Niech  pan  zabierze  z  sobą  biskupa. 

Bardziej się przyda tam, na zewnątrz, niż tutaj. Jeśli mam umrzeć, sam się dogadam z Panem 

Bogiem.  Wszystkich  nas  to  czeka.  Niech  pan  także  weźmie  moich  dwóch  poruczników  - 

Ryszarda Tancrede’a  i  Maksymiliana  Bazin  du  Bourga.  Ich  oddanie  ściska  mi  serce.  Widzę, 

jak  ich  młodość  tu  usycha.  Poza  tym,  młodość  mnie  przeraża.  Jest  tajemnicą  i  skrytym 

wyrzutem.  Chcę,  by  wokół  mnie  pozostali  już  tylko  starcy. Wilbur  i  Biron  pasują  do  czasu, 

który  mi został do przeżycia.  Będziemy próbowali  istnieć  jeszcze trochę i potrwa to tyle,  ile 

potrwa.  Może  nasze  wygłupy  utrzymają  nas  przy  życiu  do  waszego  powrotu.  Wróćcie, 

Sylwiuszu, bardzo proszę. 

Sylwiusz  spojrzał  na  księcia  i  wiedział,  że  dzielił  ich  już  ocean  niepewności,  który 

powiększał się z każdą chwilą. 

Zaczął się żegnać. 

-  Ma  pan  tu  list  -  rzekł  książę,  podając  mu  zapieczętowaną  kopertę.  -  Odda  go  pan 

mojej  córce  Miriam.  Jeśli  jej  pan  nie  odnajdzie  do  czasu,  który  sam  pan  określi,  proszę 

otworzyć. W jakimś sensie jego treść dotyczy także pana. 

Niech mnie pan uściska, Sylwiuszu. 

Objęli się, ale powściągane emocje szybko kazały im się od siebie odsunąć. Zgodnie z 

obietnicą,  Sylwiusz  obudził  śpiącego  na  podeście  brygadiera.  Pięć  galonów  z  czerwonej 

wełny na jego rękawie oznaczało trzydzieści lat służby. Na 

 piersi błyszczało z pół tuzina odznaczeń. Syłwiusz rozpoznał wstążkę Krzyża Zasługi, 

medalu  Welfa  III,  Krzyż  Walecznych  oraz  spraną  czarnozłotą  wstążkę,  którą, 

background image

wysiliwszypamięć, zidentyfikował jako Medal Honorowy UlikaFryderyka XI, zmarłego przed 

dwudziestu  dziewięciu  laty  ojca  obecnie  panującego  księcia.  Wstążeczce  tej  towarzyszyła 

srebrna, pamiątkowa baretka, na której widniał jakiś napis. 

Syłwiusz  pochylił  się  i  przeczytał  na  wypiętej  piersi  brygadiera:  „Czeczeni”.  Obok 

widniała  data.  Choć  był  wówczas  jeszcze  dzieckiem,  mógł  już  co  nieco  pamiętać,  nie 

przypominał  sobie  jednak,  by  w  tak  nieodległych  czasach  prowadzono  jakąś  kampanię 

przeciwko temu starożytnemu plemieniu. Wojskowe annały nic o tym nie wspominały. 

Ostatnia  wzmianka  pochodziła  z  epoki  księcia  UlikaFryderyka  V,  który  całkowicie 

podporządkował  Miastu  ten  wojowniczy  naród  z  Gór,  a  stało  się  to  po  wielkiej  bitwie 

stoczonej  przed  blisko  dwustu  pięćdziesięciu  laty.  Czeczeni  już  się  nie  liczyli.  Niektórzy 

nawrócili  się  lub  przynajmniej  zasymilowali.  Inni,  z  ich  ostatnim  emirem  na  czele,  wynieśli 

się daleko poza Góry. Rozpłynęli się na pustyni. Ich język umarł. Ich obyczaje żyły już tylko 

na wydziale etnologii tutejszego uniwersytetu. Stąd zdziwienie Sylwiusza. 

- Proszę mi powiedzieć, brygadierze... Walczył pan z Czeczenami? 

-  Walczyłem  to  nie  jest  właściwe  słowo,  panie  pułkowniku.  Kilka  strzałów  o 

zmierzchu, z całkiem daleka, na ogół chybionych. 

- Ale widzieliście ich? 

-  Tylko  cienie,  panie  pułkowniku.  Sylwetki  na  koniach  na  tle  górskiego  szczytu, 

kawałek przed ostatnią przełęczą. 

 

- Ścigaliście ich? 

- Nie było rozkazu, panie pułkowniku. Było ich zresztą więcej niż nas. Około setki... 

- A was? 

- Tylko pluton, piętnastka chłopa. 

- I za to dostaliście odznaczenie? 

-  Fakt,  że się tego nie spodziewałem.  Sprawa nie zasługiwała na to z pewnością. Ale 

kapitan Kostrowicki zgłosił całą naszą piętnastkę. 

Sylwiusz aż podskoczył. 

- Kostrowicki! Kapitan Kostrowicki? Ten poeta? 

-  Ja tam  nie  wiem,  czy  on  był  poetą,  panie  pułkowniku,  ale  fakt,  że to  on  dowodził. 

Wyglądało  na  to,  że  zna  Czeczenów.  Opowiadał  nam  o  nich  wieczorem,  na  biwaku.  I  trza 

przyznać, że umiał mówić. Mogliśmy go słuchać godzinami. 

- Zmyślał. 

Brygadier spojrzał na niego, nie rozumiejąc. 

background image

- A  po  cóż  miałby  oszukiwać  biednych  żołnierzy?  I  po  co  miałby  tam  znowu  jechać 

sam,  kiedy wróciliśmy do Miasta? Poprosił pułkownika o zgodę z powodów osobistych, ale 

mnie powiedział: „Muszę tam wrócić”. I tam zginął. To równie pewne jak to, że ja wciąż żyję. 

Panie pułkowniku, nie umiera się za coś, co się wymyśliło. 

Tajemnica zniknięcia trzydzieści lat wcześniej Wilhelma 

Kostrowickiego  nigdy  nie  została  wyjaśniona  i  nikt  przy  tej  okazji  nie  wspominał  o 

Czeczenach. Nigdy też nie odnaleziono ciała. Bez wątpienia,  nie szukano zbyt dokładnie, co 

oszczędziło mu oficjalnego pogrzebu, fanfar i napuszonych przemówień. I tak zapewnię było 

lepiej. Nie należy wypłaszać poetów z drugiej strony lustra, dokąd wynieśli się po 

 angielsku.  W  ogrodzie  miejskim,  pośród  kępy  brzóz,  postawiono  kamień  z  jego 

podobizną.  Uczniowie szkół uczyli  się na pamięć czterech pierwszych wersów jego wiersza, 

kURre wyryto jako epitafium: 

Orzeł z niebios białości archanielskiej frunął 

Więc wy podajcie mi ramię 

Jak długo mają lampy kołysać się łuną? 

Módlcie się módlcie się za mnie... * 

- Jak się nazywacie, brygadierze? - spytał Sylwiusz. 

-  Wasyl,  panie  pułkowniku.  Brygadier  Wasyl  Clement,  ze  szwadronu  zwiadowców 

pułku kawalerii. 

- No cóż, Wasylu, macie rodzinę? 

- Miałem. Ale wolałbym o tym nie mówić. 

- W takim razie, zgłosilibyście się na ochotnika do patrolu? Długiego patrolu. Na dwa 

tygodnie. Może rok. Ja będę nim dowodził i moim obowiązkiem jest wam powiedzieć, że nie 

wiadomo, kiedy z niego wrócimy. 

- Może nigdy, panie pułkowniku. 

Brygadier  nie  wyglądał  na  kogoś,  na  kim  zrobiłoby  to  wrażenie.  Jego  zielone  oczy 

ukryte w gąszczu szarych, krzaczastych  brwi,  błyszczały radośnie.  Był pewnie  żołnierzem  z 

dziada pradziada. Krzepki, kanciasty, oddany. Samo jego imię - Wasyl - podobnie jak imiona 

Pikkendorffa czy 

Wilbura, pochodziło od ludów Północy przybyłych tu z Ulikiem II, by wykroić sobie 

lenna z tych ziem. 

Guillaume Apollinaire, Wieczór, „Alkohole”, tłum. Adam WażyL 

 

- Powiedziałem tylko, że nie wiem - sprostował Sylwiusz. 

background image

- Jak pan sobie życzy, pułkowniku. Tak czy owak, jestem z panem. 

- Dziękuję. Postaram się znaleźć wam zmiennika, byście się mogli zdrzemnąć. Sen się 

wam przyda. O świcie zameldujecie się u chorążego Bazin du Bourga. Ruszamy wieczorem. 

W pokoju adiutantów Bazin du Bourg wciąż czekał, czytając przy świecy. Tym razem 

Sylwiusz zadał pytanie nieco inaczej. 

-  Czy  gdybym  poprosił,  by  się  pan  zgłosił  na  ochotnika  i  ruszył  ze  mną  na  patrol 

daleko za Miasto, na czas nieokreślony, zostawiłby pan tu kogoś, kto by za panem tęsknił? 

- Tak, ale to nieważne. Powinienem raczej się zastanowić, czy nie zostawię tu kogoś, 

za kim j a bym tęsknił. 

- I jaka jest odpowiedź? 

Młody człowiek milczał przez chwilę. 

- To jest wyprawa na ochotnika... Odpowiedź brzmi: nie. 

Jeśli nawet się zawahał, była to tylko chwila, która skończyła się, gdy tylko pułkownik 

odkrył przed  nim cel operacji  i  jej sens.  Chorąży Bazin du Bourg słuchał w  napięciu. Nagle 

horyzont odsunął się daleko, daleko... 

- To się może nigdy nie skończyć - powiedział i myśl ta porwała jego duszę w krainę 

snu na jawie. 

- Zacznijmy raczej od początku - uciął Sylwiusz. - Proszę za mną. Nie się pan przyjrzy 

koniom i znajdzie dla nas ekwipunek na drogę w zamkowych magazynach. Powierzam panu 

zorganizowanie zapasów. Jeśli chodzi o niezbęd- 

 ne  rekwizycje,  ma  pan  glejt  książęcy.  W  każdym  razie,  zabierzemy  tylko  to,  co  się 

zmieści do juków, sakw i olstrów. 

Będziemy zdani na to, co uda się zdobyć w drodze.”¦* 

Ulokowane na parterze magazyny  nie były pilnowane,  a  ich ciężkie drzwi zamknięte 

były na zamki, do których major Wilbur miał klucze zawieszone na żelaznym kółku. 

Otworzył pierwsze z nich, które zaskrzypiały przeraźliwie. 

- Trzeba będzie naoliwić - powiedział. - Ale kto ma to zrobić? Po waszym wyjeździe 

zostanie nas tylko czternastu. 

Nie  był  to  wyrzut.  Stary  major  Wilbur  nie  skarżył  się.  Po  prostu  stwierdzał,  że  aby 

utrzymać resztki pozorów służby, trzeba będzie zrezygnować z niektórych  istotnych działań, 

takich  jak  pilnowanie  cytadeli  czy  straż  w  przedpokojach  księcia.  Jak  z  taką  garstką  ludzi 

utrzymać  aparat  władzy?  Pomyślał,  że  książę  jest  niczym  władca  na  wygnaniu,  otoczony 

najwierniejszymi  z  wiernych,  próbującymi  zachować  pozory  protokołu  i  pomóc  mu  w  ten 

sposób  zapomnieć,  że  jest tylko  zdetronizowanym  władcą.  Wilbur  nie  był  ponury.  Podobnie 

background image

jak generał Bertrand na Świętej Helenie, on też odnalazł swoją życiową rolę. 

Pierwszy z magazynów, który odwiedzili, był arsenałem. 

Zawieszona na ścianie tablica  informowała,  że karabiny z sekcji  F zostały przejrzane 

sześć  tygodni  wcześniej.  Na  tym  raport  się  urywał.  Niektóre  z  karabinów  były  nieco 

podrdzewiałe,  ale  spusty  i  zamki  działały  sprawnie.  Wybrali  siedem  najnowszych  modeli, 

którymi posługiwała się kawaleria książęca. Pod nieobecność podoficerarusznikarza, major 

Wilbur sam sporządził protokół wydania sprzętu i dał go do podpisania pułkownikowi. 

Nie miało to najmniejszego zna- 

 czenia w obliczu rozkładu państwa, ale Wilbur upierał się przy tej formalności, jakby 

umarłe  narody  mogły  trwać  przy  życiu  dzięki  przestrzeganiu  pośmiertnych  rytuałów. 

Sylwiusz podpisał i inne protokoły - w siodłami i w magazynie ubrań. 

By  jego  oddział  prezentował  się  jednolicie,  wybrał  dla  wszystkich  kawaleryjską 

czarną  tunikę  ze  szkarłatnym  obszyciem,  a  na  wierzch  czarny,  zimowy  płaszcz  podbity 

futrem, tak szeroki, że mógł chronić przed zimnem zarówno jeźdźca, jak i konia. Ten mundur 

był znany na najbardziej odległych kresach państwa. Jeszcze niedawno wszystkie ludy czuły 

przed nim respekt. Od wielu lat, nie tak znowu liczna książęca kawaleria uosabiała świeckie 

ramię jego władzy i ochronę, którą zapewniał poddanym. Być może niektórzy jeszcze o tym 

pamiętali  i  na  to  właśnie  liczył  Sylwiusz.  Jednak  mógł  to  być  równie  dobrze  miecz 

obosieczny,  który  obróciłby  się  przeciwko  nim.  Musiał  podjąć  to  ryzyko.  Siedem  lekkich 

siodeł  z  obłąkiem  i  tyleż  płacht  namiotowych  dopełniało  ekwipunku.  Wreszcie  sekcja 

intendentury  rozdzieliła  resztki  zapasów  po  połowie  między  patrol  i  garnizon,  dostarczając 

nieco  herbaty,  kawy,  czekolady,  wojskowych  sucharów,  tabaki,  suszonego  mięsa,  ryżu, 

tabletek do oczyszczania wody oraz kilka butelek jałowcówki, którą przelano do manierek. 

Pod nogami plątały im się szczury. 

-  Jeszcze  tydzień  temu  -  stwierdził  Wilbur  flegmatycznie  -  nie  odważyłyby  się  tu 

szwendać. Granice się przesuwają. Będę musiał przenieść to, co zostało, do zaniku. 

W  stajni  czekała  na  nich  miła  niespodzianka.  Powitało  ich  radosne  rżenie.  Siedem 

koni prezentowało się doskonale 

-  były  pełne  wigoru,  grzebały  niecierpliwie  kopytami,  ich  sierść  była  lśniąca  i 

wyczesana, grzywy splecione, podkowy 

 zupełnie nowe. W żłobach nie brakowało obroku, choć było widać, że to już resztki. 

Krępy,  skośnooki  człowieczek  o  lekko  śniadej  cerze,  ubrany  w  mundur  podoficera  straży 

stajennej, rozrzucał widłami ostatnie wiązki. 

- Znam ciępowiedział Sylwiusz. - Zwiesz się Abaj. 

background image

Skośnooki człowieczek skinął twierdząco głową. 

-  Ostatnio  widzieliśmy  się  w  ubiegłym  roku,  na  polowaniu.  Tropiłeś  zwierzynę. 

Upolowaliśmy dwa kozły. Od tamtej pory nie polowaliśmy. 

Abaj uśmiechnął się nieznacznie. Miał białe, ostre zęby i krótką, szarą bródkę. 

- Jesteś tu sam? 

Abaj skinął głową. 

- I zajmujesz się końmi? Opatrujesz je, leczysz, karmisz? Widzę, że doskonale sobie z 

nimi poczynasz. Te zwierzaki wyglądaj ą naprawdę świetnie.: 

Znowu uśmiech. 

- Wiesz, że je zabieramy? 

Uśmiech zniknął, a człowieczek rzekł: 

- Lepiej, że je zabieracie. Za dwa dni nie będą miały nic do jedzenia poza trawą, która 

rośnie między kamieniami dziedzińca. 

Wysławiał  się  poprawnie,  ale  z  gardłowym  akcentem  i  w  nosowy  sposób, 

charakterystyczny dla wielu plemion 

Azji. Jego plemię w przeszłości długo błąkało się na pograniczu różnych ras i religii, 

by  w  końcu,  w  liczbie  zaledwie  pół  tuzina  klanów,  schronić  się  w  Wielkiej  Puszczy,  jakieś 

pięćdziesiąt  lub  sto  lat  przed  założeniem  Miasta.  Abaj  pochodził  z  plemienia  Ołmiatów. 

Myśliwi, rybacy, drwale, jeźdźcy i niezmordowani piechurzy, równie dobrze radzący 

 sobie  na  ziemi,  jak  na  drzewach  -  byli  lojalnymi  poddanymi  księcia  o  tyle,  o  ile 

pozwalano  im  żyć,  jak  im  się  podoba,  a  ponieważ  byli  nieliczni,  a  kraina,  którą 

zamieszkiwali,  słabo  zaludniona,  wszystko  układało  się  dobrze.  Byli  dzicy,  ale  przyjaźni 

względem  tych,  którzy  ich  szanowali,  i  nie  uchylali  się  od  służby.  Podczas  dawnych  wojen 

ołmiaccy  łucznicy  zaciągali  się  pod  książęcy  sztandar.  Jako  żyjący  blisko  natury  zręczni 

tropiciele  i  naganiacze,  instynktownie  wyczuwali  wszelkie  przejawy  życia  zwierząt. 

Umiejętność  jasnego  odróżniania  dobra  od  zła  sprawiała,  że  byli  nieubłagani  dla 

nieprzyjaciół.  Dotrzymywali  słowa,  choć  sami  wypowiadali  ich  niewiele.  Byli 

uporządkowanym  żywiołem,  czymś  w  rodzaju  wyimaginowanego  świata,  który  spowija 

tajemnica.  Dawniej  dzieci  lubiły  bawić  się  w  Ołmiatów  w  miejskim  ogrodzie.  Ich  szaman 

miał swoją marionetkę w witrynie księcia. 

- Co będziesz teraz robił? - spytał Sylwiusz. 

Abaj nie owijał w bawełnę. 

- Zajmował się końmi. Będziecie mnie potrzebowali. 

Sylwiusz spojrzał pytająco na Wilbura. 

background image

- Abaj ma rację - powiedział stary major. - Zna różne drogi. Weźcie go z sobą... Proszę 

tu  podpisać,  panie  pułkowniku.  To  pokwitowanie  za  konie.  Teraz  zamkniemy  budynek. 

Administracyjnie rzecz biorąc, nie ma już książęcych stajni. 

Obrzucił  wzrokiem  ogromną  salę  i  dwa  rzędy  pięćdziesięciu  pustych  boksów, 

przystrojonych końskimi łbami z brązu, zdobyczną bronią, wydartymi wrogom sztandarami  i 

portretami wielkich stajennych, wśród których był jeden 

Pikkendorff w kolczudze i z hełmem pod pachą. Ich kroki 

 odbijały się echem po kamiennych płytach, niczym w opuszczonej katedrze. W głębi 

sali, na ziemi wokół silosu walało się kilka źdźbeł słomy i obroku. 

- Szczury nie będą tu miały za dużo do roboty - rzekł 

Wilbur.  -  Przypuszczam,  panie  pułkowniku,  że  zabiera  pan  także  porucznika 

Tancrede’a, który stoi na straży przy pierwszych drzwiach? 

- W rzeczy samej. 

-  To  wesoły  i  energiczny  młodzieniec  -  ciągnął  major.  -  Z  nim  trudno  czuć  się 

samotnym. Będzie go nam brakowało. Książę jest bardzo do niego przywiązany. Przypomina 

mu zmarłego syna. No i proszę. Postanowił się z nim rozstać... 

Tym  razem  w  jego  głosie  słychać  było  wzruszenie.  Fakt,  że  odtąd  będzie  samotnie 

przemierzał  ponure  korytarze  zamku  i  opustoszałą  drogę  na  murach  cytadeli,  bez  ciepłej  i 

kojącej  obecności  Tancrede’a,  spożywał  posiłki  w  mesie,  bez  jego  twarzy  naprzeciwko, 

obracał  swoje  wspomnienia  tylko  i  wyłącznie  w  zaciszu  własnej  pamięci,  słuchał  jedynie 

drżącego  głosu  starego  Birona,  zamiast  głosu  kogoś  młodego,  kto  wie,  że  życie  toczy  się 

dalej, i stale miał w pamięci, że tam, na górze, w swojej bibliotece, książę ginie pod ciężarem 

smutku  bez  zbawiennej  rozmowy  z  Tancredem  -  wszystko  to  ciążyło  mu  niepomiernie  i 

właśnie zdał sobie z tego sprawę. Wziął się jednak w garść i spytał: 

- Kiedy wyruszacie, panie pułkowniku? 

- Jutro przed zapadnięciem nocy. 

-  Wszystko  będzie  gotowe.  Przepatrzę  zapasy  w  mesie  i  przygotuję  wieczerzę.  Nikt 

nie będzie mógł powiedzieć, że zamek was godnie nie pożegnał. Zawsze tak się to odbywało. 

 

Powróciwszy  na  posterunek  przy  wejściu,  Sylwiusz  znalazł  młodego  Tancrede’a, 

który przytupywał na zimnie. 

Krótko wyjaśnił mu, co i jak i wyznaczył spotkanie. 

-  Rozkaz!  -  powiedział  tylko  młodzieniec  głośno,  stając  na  baczność  i  strzelając 

obcasami  w  taki  sposób,  że  dźwięk  ten  szczelnie  wypełnił  panującą  tam  ciszę,  a  Sylwiusz 

background image

pomyślał, że faktycznie - z Tancredem wszystko nabiera życia. 

- Ma pan jakieś wątpliwości? - spytał. 

- A powinienem mieć, panie pułkowniku? 

- Nie wydaje mi się. Książę sam pana wyznaczył. To dowód uznania i przywiązania. 

- Wolno mi odmówić? 

- Nie wolno. 

- W takim razie nie mam wątpliwości - zakończył 

Tancrede. 

I dorzucił: 

-  A  jednak...  Biedny  książę...  Coś  panu  powiem,  panie  pułkowniku.  Kiedy  Jego 

Wysokość  mnie  wzywał,  żebyśmy  pograli  w  szachy,  porozmawiali  lub  razem  zjedli  kolację, 

wchodząc do niego, zawsze miałem wrażenie, że ucieka stamtąd ktoś niewidzialny i tym kimś 

była śmierć. Śmierć mnie nie lubi, panie pułkowniku. 

- Książę to wie. Powiedział mi. Do jutra. 

Brama katedry św. Ulika nie była zamknięta na klucz. 

Forsowany wielokrotnie zamek był teraz całkiem wyrwany. 

Sylwiusz  pchnął  ciężkie  skrzydło  i  wszedł  do  kościoła,  budząc  kilka  sówek,  które 

latały teraz od jednej kolumny do drugiej. Przy ołtarzu głównym paliła się czerwona lampka. 

Sylwiusz przyklęknął i machinalnie się przeżegnał. Czując 

 absolutną  samotność  otaczającą  bóstwo,  powtórzył  swój  gest,  tym  razem  uważnie  i 

świadomie. Żadne z włókien jego serca nie zadrżało. Bóg najwyraźniej go nie potrzebował. 

W  kącie  spał  jakiś  chłopak,  zwinięty  w  kłębek  na  stosie  płacht.  Jego  twarz  nie  była 

Sylwiuszowi obca.  Musiał  mieć nie więcej niż czternaście lat, a w ramionach tulił strzelbę z 

gwintowaną lufą. Miejskie arsenały zostały ograbione. 

Dzieci stały się zagrożeniem, każdy był wrogiem każdego. 

Ten śpiący dzieciak miał na ustach anielski uśmiech, ale 

Sylwiusz  był  nieufny.  Podchodząc,  nie  spuszczał  chłopca  z  oczu,  trzymając  rękę  na 

kolbie pistoletu. Drzwi do zakrystii były zamknięte na głucho. Zapukał. Biskup Osmond Van 

Beck  otworzył.  W  kominku  palił  się  ogień.  Drewno  z  kościelnej  ławki  trzaskało  w 

fontannie iskier. Było gorąco. 

- Wyjeżdżamy, jak sądzę - rzekł biskup. 

- Jutro. Skąd wiedziałeś? 

-  To  jedyne  rozwiązanie.  Jak  widzisz,  mam  już  buty,  pistolety  i  jestem  spakowany. 

Bóg też już stąd odszedł... 

background image

Otwarłszy  tabernakulum  przy  głównym  ołtarzu,  wyjął  zeń  stalowe  cyborium,  w 

którym spoczywało kilka hostii. 

-  Wiesz,  że  dziś  niedziela?  Rano  odprawiłem  mszę  i  konsekrowałem  dwadzieścia 

hostii. A i to było za wiele, nikt nie przyszedł. Podzielimy się nimi. 

Tak  też  uczynili.  Potem  biskup  zdmuchnął  lampę  i  rzeczywistość  nieco  przygasła. 

Śpiący chłopak przekręcił się na drugi bok. Wyj ęczał przez sen: „Mój Boże... Mój Boże...”. 

- Skąd jutro ruszamy? - spytał biskup. 

- Z zaniku. O zmierzchu. 

- To dobra godzina. Dobry koń, łyk świeżego powietrza, wieczność... 

 

U  Fedory  wciąż  paliło  się  światło,  ale  zaciągnięte  zasłony,  zgodnie  ze  zwyczajem 

dzielnicy, wskazywały, że piękność ma gościa, co wywołało uśmiech zadowolenia na ustach 

Sylwiusza Pikkendorffa. A zatem w Mieście nie wszystko jeszcze umarło. Nie musiał 

nawet pukać. Fedora otworzyła natychmiast. 

- Jesteś nieostrożna - powiedział. - A gdyby to był ktoś inny? 

- Nie ma obawy. Inni się czają pod ścianami. Tylko ty masz odwagę stukać obcasami 

po bruku w środku nocy. Ty i jeszcze ten tu... 

- Długo już tu jest? 

-  Od  trzech  godzin  -  wesoło  odparła  Fedora,  a  w  jej  oczach  można  było  wyczytać 

zadowolenie. 

- Moje gratulacje, szanowny panie. Kim pan jest? 

Młody człowiek wstał szybko, czerwieniąc się jak sztubak, nieporadnie wiążąc krawat 

i wciągając na siebie bluzę munduru, na której kołnierzyku widniały insygnia miejskiej 

Akademii Wojskowej. 

- Kadet Stanisław Venier, panie pułkowniku. Właśnie jadę na urlop. 

Sylwiusz  znał  Venierów,  jedną  z  większych  rodzin  z  Północy,  wśród  których  było 

wielu gubernatorów. Venierowie rzadko bywali w stolicy, ale tu kształcili swoje dzieci. 

- Na urlop... - rzekł Sylwiusz. - A dokąd się pan wybierał? 

- Do domu! - padła odpowiedź. 

- Sam? 

Młody człowiek gwizdnął pogardliwie. 

- W Akademii jest już tylko dziesięciu kadetów. Próbo- 

 wałem któregoś namówić, ale wszyscy się chowają jak szczury. 

- W tym mundurze - zauważył Sylwiusz - nie ujedzie pan nawet pięciu mil za Miasto. 

background image

Zabiją pana. 

- Nie mam zamiaru go zdjąć. A poza wszystkim, panie pułkowniku, nie tak łatwo mnie 

zabić. Jestem w szkole najlepszym strzelcem, mistrzem szabli i miecza,  mam czwarty dan w 

japońskich  sztukach  walki,  złoty  krzyż  w  walce  wręcz  i  złoty  krzyż  w  walce  nocą.  No  i 

zdarzyło mi się już zabić! 

- A kiedyż to? - spytał Sylwiusz. 

- Przed chwilą, idąc tutaj. Napadło mnie trzech typów. 

Dwaj nie żyją, jeden uciekł. To mój chrzest bojowy. Wspaniały dzień! 

Mówiąc to, patrzył dumnie na Fedorę, jakby i ona była częścią tej opowieści, ona zaś 

patrzyła na młodzieńca zamyślona i z nieukrywanym podziwem. To z pewnością nie był jego 

jedyny chrzest tej nocy. Sylwiusz domyślił się, że kadet 

Stanisław Venier z hukiem i nieco przedwcześnie wszedł w dojrzałe życie. 

- Ile macie lat, kadecie? - spytał. 

- Piętnaście lat i jedenaście miesięcy, panie pułkowniku. 

Chłopak mierzył co najmniej sześć stóp, był szeroki w ramionach,  miał silne i długie 

nogi  kawalerzysty  i  burzę  jasnych  włosów.  Sylwiusz  patrzył  na  niego  z  aprobatą.  Miał  już 

sześciu jeźdźców. Ten będzie siódmy. Na chwilę zapadła cisza. 

- Czyta pan Kostrowickiego? - zapytał wreszcie Sylwiusz. 

Pytanie zaskoczyło młodzika. 

 

- No, jasne... Oczywiście... Trochę... 

Wyrecytował słynne epitafium wyryte na kamieniu w miejskim ogrodzie, poświęcone 

narodowemu poecie: 

Orzeł z niebios białości archanielskiej frunął 

Więc wy podajcie mi ramię 

Jak długo mają lampy kołysać się łuną? 

Módlcie się módlcie się za mnie...* 

Sylwiusz przerwał mu. 

- To zna każdy. Coś innego? 

Chłopak zawahał się. 

-  No?  -  Sylwiusz  nie  ustępował.  -  Pierwszy  lepszy  wers,  jaki  panu  przyjdzie  do 

głowy? 

Chłopak  wyrecytował  powoli,  jakby  każde  słowo  drogo  go  kosztowało:  „A  siódma 

background image

szpada jest bezsiłą...”, po czym przerwał zawstydzony. Dokończyła za niego Fedora: 

Kobietą różą śmierci własnej 

Westchnieniem gdy nowoprzybyły 

Za mną miłości drzwi zatrzaśnie 

Nic nas ze sobą nie łączyło... * * 

...To to, nieprawdaż? Dobrze wybrałeś. Sylwiuszu, zabierz go z sobą. Zasługuje na to. 

- Niech tak będzie... Kadecie Stanisławie Yenier, mam 

* Guillaume Apollinaire, Wieczór” Alkohole”, tłum. Adam Ważyk. 

** Guillaume Apollinaire, Piosenka niekochanego, z tomu „Alkohole”, przekład Artur 

Międzyrzecki. 

 dla pana inną propozycję niż kompletnie niegodna i bezużyteczna śmierć. 

W kilku zdaniach przedstawił mu fakty, po czym zakończał: 

- Proszę się zameldować w zamku, godzinę przed zapadnięciem nocy. 

Kiedy  następnego  dnia  spotkali  się  w  siedmiu,  major  Wilbur  dotrzymał  słowa.  W 

salonie  ambasadorów  ustawiono  bufet,  na  którym  zdawało  się  być  wszystko,  co  niegdyś 

reprezentowało  tradycyjną  gościnność  księcia.  Jałowcówka  w  kryształowych  karafkach, 

szampan,  syrtyjski kawior, kiełbasa  z renifera, suszona wołowina,  pstrąg  wędzony, pasztet z 

sarniny  i  zająca,  marynowana  cebula,  ciasto  orzechowe  lub  z  nasion  pinii,  konfitura  z 

górskich  borówek,  a także ów  ser tak twardy,  że trzeba  go  było  rąbać  siekierą,  oraz  cienkie 

kromki razowego chleba, czarne i mięsiste, smakujące lasem, które były już nie tyle chlebem i 

serem, ale narodowym symbolem, w którym przeglądali się zarówno bogaci, jak biedni. Białe 

obrusy  i  paradna  zastawa  z  książęcych  szaf,  hojnie  rozpalone  pochodnie,  wielkie  szczapy  w 

kominku  dające  cudowne  ciepło.  Na  rzęsiście  oświetlonym  dziedzińcu  czekało  siedem 

rumaków,  uwiązanych  do  metalowych  obręczy,  osiodłanych  i  objuczonych  podwójnymi 

sakwami  z  żywnością  i  amunicją.  Do  obłąków  siodeł  przywiązano  zwinięte  płachty 

namiotów, skóra i metal uprzęży błyszczały niczym na paradzie. Przed perystylem stał pluton 

honorowy  z  bronią  u  nogi.  By  go  stworzyć,  Wilbur  musiał  zdjąć  straże  z  murów,  bram  i 

cytadeli, a także ściągnąć z biur ostatnich sekretarzy, ale mały oddział prezentował się bardzo 

dumnie. Wszyscy w zamku udawali - i ci, co odjeż- 

 ilżali,  i  ci,  co  zostawali,  bo  nikt  nie  wierzył  w  przedstawienie,  które  dla  uczczenia 

wielkości  chwili  odgrywali  sami  przed  sobą.  Książęcy  czarnozłoty  sztandar  z  trzema 

srebrnymi orlikami łopotał na starej wieży oświetlonej dwoma ogniskami, których płomienie 

odbijały się w chmurach, trawiąc resztki zapasów drewna. Jutro już nikt w zamku nie będzie 

mógł się ogrzać, ale Wilbur obiecał, że garnizon godnie pożegna odjeżdżających. 

background image

Książę,  odziany  na  biało,  obwieszony  szarfami  i  orderami,  kazał  sobie  oficjalnie 

przedstawić  całą  siódemkę,  zgodnie  z  wymogami  protokołu  uroczystych  audiencji.  Cała 

drużyna  była  ubrana  w  czarne  i  obszyte  szkarłatem  tuniki  pułku  kawalerii,  z  narzuconym 

płaszczem,  spiętym  u  szyi  pozłacanym  łańcuchem.  Niegdyś  tutejsze  dziewczęta  mdlały  z 

zachwytu  na  widok  tego  munduru.  Stary  szef  odźwiernych,  Biron,  pełnił  służbę  z  powagą 

niemal  liturgiczną,  prowadząc  przed  oblicze  księcia,  w  porządku  wynikającym  z  hierarchii, 

każdego z siedmiu jeźdźców, których anonsował Wilbur. 

- Jego Ekscelencja pan hrabia Sylwiusz von Pikkendorff, pułkownikmajor, gubernator 

wojskowy Miasta. 

Trzask  obcasów.  Uścisk  dłoni.  Jego  Wysokość  Welf  III  nie  okazał  najmniejszego 

wzruszenia.  Zgodnie  z  obyczajem,  wypowiedział  jedynie  kilka  konwencjonalnych  słów, 

podkreślając  całkowite  zaufanie,  jakie  pokłada  w  osobie  pułkownikamajora,  jeśli  chodzi  o 

wykonanie trudnej misji, na co Sylwiusz odparł w tym samym tonie, jak wielkim to zaufanie 

jest  dla  niego  zaszczytem  i  jak  bardzo  pragnie  go  nie  zawieść.  Cóż,  zwykłe  słowa,  jakie  się 

wypowiada przy takich okazjach... 

 

- Jego Ekscelencja Osmond Van Beck, biskup koadiutor Miasta. 

Biskup  także  przywdział  mundur  kawalerzysty,  zachowując  jedynie  biskupi  krzyż  na 

piersi  oraz  pierścień  z  ametystem  na  palcu  serdecznym.  Ponownie  odprawiono 

konwencjonalny  baletksiążę  lekko  przyklęknął,  a  biskup  natychmiast  podniósł  go  na  równe 

nogi. Książę przybrał miły i lekki ton, jaki stosuje się wobec kogoś bliskiego, gdy się pragnie 

złagodzić protokół, jednak nie całkiem z niego rezygnując. 

- Ach! Wasza Ekscelencja dziś po wojskowemu! - powiedział. 

- Za pozwoleniem Waszej Wysokości. 

To wszystko. Nie było nic do dodania. 

- Chorąży Maksymilian Bazin du Bourg z pułku artylerii. 

-  Był  pan  doskonałym  adiutantem  -  powiedział  książę.  -  Będzie  mi  pana  brakowało, 

ale jeszcze się zobaczymy. Zabiera pan z sobą tę książkę, z którą się nigdy nie rozstaje? 

- Kostrowickiego? Wasza Wysokość, ja... 

Książę  nie  słuchał  już  odpowiedzi.  Pytanie  było  czysto  formalne  -  ot,  zwykły  wyraz 

zainteresowania władcy, który nie oczekuje komentarza. Na zewnątrz zaczął padać śnieg. 

Książę myślał ze ściśniętym sercem o swym opustoszałym mieście, o losie, który mu 

umyka, o tej młodości, która go opuszcza i z którą musi się rozstać, by ostatecznie pogrążyć 

w samotności, nie zatrzymywany już przez nikogo. Potrzebował całego hartu ducha, żeby nie 

background image

zdjąć oficjalnej maski. 

- Porucznik Ryszard Tancrede z pułku kawalerii. 

„Boże! Jaki on do niego podobny...” -  pomyślał książę,  wspominając zmarłego syna. 

Powstrzymał cisnące mu się na 

 usta słowa - czułe, pełne wspomnień rozmów i ciepłej poufałości, które otworzyłyby 

wrota niekontrolowanym emocjom. Powiedział po prostu: „Poruczniku Tancrede...” 

/ lekkim skinieniem głowy, na co porucznik odparł: „Wasza 

Wysokość...”. 

- Brygadier Wasyl Clement ze szwadronu zwiadowców pułku kawalerii. 

- Ach, to ty, Wasylu, stary druhu? - rzekł książę. - I ty też wyjeżdżasz? 

- A jakże, Wasza Wysokość. 

Zapał  starego żołnierza wywołał uśmiech,  podobnie  jak sposób, w jaki pochwycił on 

wyciągniętą rękę księcia i potrząsnął nią jak rączką od pompy. 

- Młodszy koniuszy, Abaj. 

-  Starszy  koniuszy  Abaj  -  poprawił  książę.  -  Proszę  to  przyjąć  jako  potwierdzenie 

pańskiego awansu. 

I  wręczył  mu  złotego  ulika.  Taki  był  zwyczaj.  Ołmiata  włożył  monetę  do  kieszeni, 

zastanawiając się, na diabła mu ona, skoro wraca do lasu. 

W końcu przyszła kolej na Stanisława. 

- Kadet Stanisław Venier z Akademii Wojskowej. 

Kadet  strzelił  obcasami,  prosty  jak  struna,  z  uniesionym  podbródkiem  -  doskonałe 

wcielenie sprężystej młodości. 

-  Skoro  pańska  misj  a  wiedzie  na  północ,  na  pewno  spotka  się  pan  z  ojcem  -  rzekł 

książę.  -  Proszę  mu przekazać  moje wyrazy szacunku.  Mam wielkie uznanie dla  jego osoby 

za nieocenione zasługi, jakie pańska rodzina zawsze oddawała Miastu. 

Na  pewno...  Na  pewno...  Na  pewno  nie  wierzył  ani  przez  chwilę  w  to,  co  mówi  o 

spotkaniu na północnych kresach, 

 o których nic nie było wiadomo. Stary Venier pewnie już nie żył, zamordowany przez 

jakąś  bandę  lub  pogrzebany  z  rodziną  i  służbą  pod  zgliszczami  swego  zamku.  A  Stanisfaw 

myślał podobnie. Przyjmował to nieszczęście z zimną krwią. 

- Nie omieszkam mu tego powtórzyć, Wasza Wysokość. 

I  już.  Koniec.  Każdy  odegrał  swoją  rolę.  Książę  zjadł  kilka  kromek  razowca, 

pochwalił jakość sera (to też należało do zwyczaju) i przepił do każdego, wypowiadając kilka 

banałów.  Po  czym  wycofał  się,  pozwalając  swoim  gościom  raźno  ruszyć  do  bufetu  i  to,  co 

background image

mogło  wyglądać  na  święto,  szybko  przerodziło  się  w  coś  innego. Wszyscy  zauważyli,  że  są 

głodni, a taka obfitość jedzenia nieprędko im się trafi, może nawet już nigdy. Jedli, pracowali 

szczękami,  przerywając  jedzenie  słowami  bez  znaczenia.  Nikt  nie  mówił  o  misji.  Ogień  w 

kominku przygasał. Kosz na drewno był pusty. 

Świece  gasły  jedna  po  drugiej.  Wcześniej  poprzecinano  je  na  cztery  części,  by 

starczyło na wszystkie świeczniki. Kiedy w ostatniej karafce pojawiło się dno i podzielono się 

ostatnimi  kawałkami  ciasta  orzechowego,  Sylwiusz  dał  znak  do  odjazdu.  Z  pełnym 

żołądkiem, duszą błądzącą gdzie indziej, nikt się nie ociągał. 

Na dziedzińcu głównym oddział żywych i oddział martwych pożegnały się, a padający 

śnieg zdawał się  już rozdzielać tych, co zostawali, i tych, co odjeżdżali.  Sylwetka księcia na 

chwilę  pojawiła  się  w oknie  pierwszego  piętra,  potem  zasłony  zostały  zaciągnięte,  tak  samo 

jak  od  tygodni  były  zaciągnięte  w  pustym  pokoju  Miriam.  Pułkownikmajor  Sylwiusz  von 

Pikkendorff uścisnął dłoń  majora  Wilbura, zauważając,  że  jest lodowato zimna.  „Na koń!”  - 

zakomenderował. Rozkaz dał początek całej serii znajomych dźwię- 

 ków - skrzypienia butów i stukotu kopyt o bruk, które ostatni raz ożywiły zamek, nim 

pogrążył się na niewiadomy czas w ciszy i samotności. 

Na  szczycie  starej  wieży  czerwieniły  się  jeszcze  płomienie,  oświetlając  książęcy 

sztandar. Nie czekali, aż zgasną. 

Siedmiu  jeźdźców opuściło  miasto o zmroku przez Bramę Zachodnią,  której nikt  już 

nie  strzegł,  i  ruszyło  w  stronę  zachodzącego  słońca.  Jechali  z  podniesionymi  wysoko 

głowami, wcale się nie kryjąc (w przeciwieństwie do tych wszystkich, którzy wyjechali przed 

nimi),  bo  przecież  nie  uciekali  i  nie  popełniali  zdrady.  W  ich  sercach  nie  było  nadziei,  a 

wyobraźnię trzymali na wodzy. To była ich broń i tarcza, a ich spokojne dusze i serca skrzyły 

się zimno niczym kryształ i wyrywały do czekającej ich podróży. Wykonując rozkaz księcia, 

po  prostu  wyruszyli,  a  najmłodszy  z  nich,  który  nie  miał  jeszcze  szesnastu  lat,  nucił  pod 

nosem jakąś piosenkę... 

Z  cienia  pod  sklepieniem  bramy,  pod  którą  końskie  kopyta  głucho  stukały  o  bruk, 

dobiegł głos: 

- Niech Bóg prowadzi... 

Był to głos mężczyzny. Brzmiało w nim już tylko zmęczenie. Nie ożywiała go żadna 

pewność. Nic, co w tym zawołaniu zdradzałoby najmniejsze choć zaufanie do Boga. 

Czyżby przez te wszystkie dekady wszystkie te stulecia i Bóg się zmęczył? Chyba, że 

to  ludzie  zmęczyli  się  Bogiem?  Kto  zaczął  -  stworzenie  czy  Stworzyciel?  Nikt  już  nie 

wiedział. I nikogo to nie obchodziło. Zostało przyzwyczajenie oraz pobrzmiewające w lekko 

background image

drżącym głosie mężczyzny wspomnienie dawno utraconego wzruszenia: 

 

- Niech Bóg prowadzi... 

Ten  mężczyzna,  zapewne  strażnik  książęcej  żandarmerii,  wysunął  się  na  krok  spod 

sklepienia, niemal dotykając piersi zwierząt i butów jeźdźców. Lśniąca sierść koni emanowała 

ciepłem. Mieszała się z nim silna, zdrowa, zwierzęca woń. 

Jeden z jeźdźców odetchnął głęboko z gwałtowną radością, która rozdarła serce tego, 

który  zostawał.  Mężczyzna,  który  patrzył,  jak  odjeżdżają,  przez  mgnienie  oka  pomyślał,  że 

wraz z nimi odchodzi życie. 

- Niech Bóg ma cię w opiece aż do naszego powrotu - odparł jeździec jadący na czele, 

pułkownik Sylwiusz von 

Pikkendorff. 

Ale  oni  nie  wrócą.  Nigdy  już  nie  wrócą.  Dobrze  to  wiedzieli.  Wiedział  to  każdy  z 

sześciu  pozostałych  jeźdźców,  aż  po  młodzieńca  o  długich,  jasnych  włosach,  który  nie  miał 

jeszcze  szesnastu  lat  i  wesoło  nucił  piosenkę,  łakomie  wdychając  nosem  mroźne  powietrze 

zapadającej  nocy.  Tak  to  jest  z  niewyjaśnionym  przeczuciem.  Ta  ich  pewność  była  tego 

samego  rodzaju  co  „niech  spoczywa  w  pokoju”,  którym  od  zarania  wszystkiego,  co  święte 

kołysze się do snu zmarłych, choć nigdy nie było wiadomo, co to tak naprawdę znaczy. 

Odpowiedział  tylko  j  eździec  j  adący  na  przedzie.Pozostali  milczeli,  wstrzymując 

niecierpliwe  konie.  Nie  mieli  nic  do  powiedzenia  tym,  których  opuszczali,  niczego  od  nich 

nie  chcieli  już  dostać,  niczego  usłyszeć,  niczego  o  nich  zgadywać.  Za  sobą  nie  zostawiali 

nikogo,  zaciągnąwszy  nad  przeszłością  i  przyszłością  grubą  zasłonę  pamięci.  Dlatego 

mężczyzna, do którego pierwszy jeździec rzucił kilka słów,  nic już dla nich nie znaczył. Nie 

zaszczycili go jednym spoj- 

 rżeniem.  Mężczyzna  zaś  miał  tylko  tyle  czasu,  by  zauważyć  bogactwo  uprzęży 

wierzchowców,  sprężystość  ich  kroku,  wspaniałość  ubrań  jeźdźców,  dumne  zachowanie, 

godną postawę, włócznie w rękach podobne tym, jakie niegdyś stanowiły uzbrojenie ułanów i 

dragonów,  strzelby  o  srebrnej  kolbie  w  skórzanych  pokrowcach,  długie,  czarne,  podbite 

futrem  płaszcze  ścielące  się  aż  po  koński  zad.  Mężczyzna  spojrzał  po  sobie  i  pomyślał,  że 

jego  własna  postać  jest  brudna,  mała  i  szpetna.  Na  dnie  serca  poszukał  dawnych  resztek 

nienawiści i odkrywszy ją całkiem wypaloną, ponownie zdał sobie sprawę, że wraz z tymi, co 

odjeżdżają, odchodzi też życie. 

Pułkownikmajor  Sylwiusz  von  Pikkendorff  puścił  konia  galopem  prostą  drogą 

wiodącą od miasta, a za nim to samo uczynili jego towarzysze. Tylko kadet Stanisław Venier 

background image

ociągał  się przez krótką chwilę,  potrzebną,  by  jego koń obrócił  się w  miejscu,  on zaś posłał 

gest pożegnania konturom milczącego miasta, w których obraz Fedory już się zacierał. 

Była to tylko uprzejmość wynikająca z wieku, nic więcej. 

Nawet  nie  żal.  Może  impertynencja.  Trzy  sekundy  później  już  o  tym  nie  myślał, 

dołączając  galopem  do  pozostałych  jeźdźców.  Jego  czarny  płaszcz  stopił  się  z  właśnie 

zapadającą  nocą.  Długie,  jasne  włosy  powiewały  na  wietrze  niczym  ogon  komety,  który 

wkrótce zniknął z oczu mężczyzny w bramie. 

Mężczyzna  kontemplował  przez  chwilę  noc,  ku  której  uciekło  życie.  Śnieg,  który 

pokrywał ziemię  i drogę,  wymazał z tego świata dźwięków galop koni; kiedy tylko siedmiu 

jeźdźców  przekroczyło  sklepienie  bramy,  w  której  kopyta  ich  wierzchowców  załomotały  o 

bruk, rozpłynęli się w ciemnościach i zapadła głucha cisza. Mężczyzna nasłuchiwał. 

 

Dalekie  i  sporadyczne  odgłosy  strzelaniny,  rozbrzmiewające  po  drugiej  stronie 

horyzontu, także już ucichły. Zbitki śmierci są także znakami życia - to ich główna funł^a. 

Od  strony  miasta  nie  dobiegał  żaden  dźwięk.  Płacz  dziecka,  śpiew  młodej  kobiety, 

bicie katedralnego dzwonu, sygnał garnizonowych trąbekmężczyzna nie słyszał już niczego. 

Była to godzina zmiany warty przy Bramie Zachodniej, której pilnowano już tylko dla 

pozoru. Mężczyzna czekał. 

Nikt się nie zjawił. Ostatni raz odwrócił się ku prostej  jak strzała drodze, wypatrując 

jasnego  ogona  komety  i  modląc  się,  by  mógł  dojrzeć  choć  jeden  punkt  poruszający  się  w 

nocy. 

Oddalająca się nadzieja sprawia, że jej ostatni akcent staje się nieskończenie drogi. W 

końcu  zniechęcony,  doświadczony  na  wieczność,  spuścił  wzrok  na  przysypaną  śniegiem 

ziemię.  Nie  było  już  na  niej  żadnego  śladu.  Najmniejszego  odcisku  kopyta.  Nawet  cienia 

dowodu, że po tym nieskalanym śniegu przejechało siedmiu jeźdźców. 

Rozpaczliwie samotny strażnik poszedł na cmentarz i położył się w swoim grobie. 

II 

Po  pierwszej  nocy  spędzonej  na  biwaku  w  jakimś  opuszczonym  majątku  rankiem 

znowu ruszyli w drogę. 

Droga wiodła wzdłuż torów kolejowych, magazynów, warsztatów, składów, sortowni, 

położonych  w  pewnym  oddaleniu  od  murów  Miasta,  podobnie  jak  dworzec  główny, 

barokowy  budynek  z  wieżyczkami  i  basztą  z  zegarem,  przypominającą  latarnię  morską 

wzniesioną  pośród ogromnej  równiny,  po  której  niczym  długa  grobla  aż  po  horyzont  biegła 

podwójna linia torów. Wszystko to zostało zbudowane trzydzieści lat wcześniej przez księcia 

background image

UlikaFryderyka  XI,  szwagra  króla  Bawarii.  Wielka  przeszklona  hala  słynna  była  na  cały 

świat,  podobnie  zresztą  jak  dworcowy  bufet  ozdobiony  monumentalnymi  freskami,  które 

wyszły spod pędzla najlepszych malarzy Miasta, a przedstawiały w przecudnych kolorach i w 

obramowaniu  ze  stiuków  różne  prowincje  kraju.  Jak  zauważył  książę,  zgodnie  z  tym,  co 

wiadomo, od  sześciu  miesięcy  nie  przyjechał  tu  ani  nie  odjechał  stąd  żaden  pociąg.  Ostatni 

raport  dyrekcji  Kolei  Żelaznych,  datujący  się  sprzed  trzech  miesięcy,  donosił  o  sabotażach, 

aktach  wandalizmu,  dezercji  personelu,  co  czyniło  niemożliwym  przywrócenie  ruchu  w 

bliższej lub dalszej przyszłości. Od tamtej pory - cisza. 

 

- Zajrzyjmy tam mimo wszystko - powiedział Sylwiusz. 

- Czego się spodziewasz? - spytał biskup Van BSCk. 

- Niczego, rzecz jasna. Ale lepiej się upewnić. Nie chciałbym myśleć, że zostawiliśmy 

za sobą jakąkolwiek nadzieję. Jej wspomnienie ciągnęłoby się za nami jak kula u nogi. 

Zsiedli  z  koni  na  placu  przed  dworcem.  Wzdłuż  chodnika,  dokładnie  naprzeciwko 

głównego  wejścia,  stało  około  dziesięciu  dorożek,  które  ich  niezbyt  zaskoczonym  oczom 

ukazywały różne stadia rozkładu. Z tych pierwszych nie zostało już nic poza zawieszonym na 

osiach  szkieletem  -  szyby  były  wybite,  drzwi  powyrywane,  budy  podarte.  Koła  i  hołobla 

znikły. Z pewnością użyto je na podpałkę, konie zaś zjedzono. 

Ostatnia  dorożka  była  niemal  nietknięta,  jakby  stanęła  w  kolejce  całkiem  niedawno; 

wrażenie  to  szybko  pierzchało  na  widok  zaprzęgniętego  do  wozu  konia,  a  raczej  jego 

szkieletu, wciąż stojącego na nogach niczym muzealny diplodok i prezentującego kompletny 

zestaw białych kości. Nie ostał się na nich ani kawałek skóry lub mięśni. Podwójny rząd żeber 

klatki  piersiowej  zwierzęcia,  w  której  nie  było  nawet  śladu  po  wnętrznościach,  przypominał 

kraty pustego więzienia. 

- Ktoś sobie tu nieźle poucztował - rzekł brygadier 

Wasyl wesoło. 

Faktycznie, wysoko na niebie krążyły nad placem bystrookie, czarne ptaszyska. 

-  Piękne  zwierzę  -  dodał  Wasyl,  klepiąc  ręką  w  rękawiczce  kręgosłup  konia,  który 

natychmiast  rozsypał  się  jak  domek  z  kart  z  cichym  klekotem  kości,  które  utworzyły  na 

śniegu bezładny stos, tuż pod stopami osłupiałego brygadiera. 

 

Siedmiu jeźdźców roześmiało się głośno i szczerze, jak nie śmiali się już od dawna, a 

pułkownikmajor Sylwiusz von Pikkendorff zastanowiwszy się na tym, stwierdził, że wszyscy 

bardzo się zmienili, jakby od opuszczenia Miasta upłynęło mnóstwo czasu. 

background image

-  W  tej  chwili  ten  koń  umarł  na  dobre  -  powiedział.  -  Czekał  na  nas,  żeby  się 

pożegnać... A teraz na dworzec. 

Mogą nas tam spotkać różne niespodzianki. Porucznik Tan - s crede i kadet Venier - ze 

mną. Chorąży Bazin du Bourg, Abaj i Wasyl zostaną przy koniach. Wasza Ekscelencjo? 

-  Idę  z  wami  -  powiedział  biskup.  -  Jestem  ciekaw,  co  zostało  z  książęcego 

wagonukaplicy. Sam go święciłem. 

To było prawdziwe cacko sztuki użytkowej. Z dzwonem  i krzyżem  na dachu.  Chłopi 

zdejmowali  czapki  i  żegnali  się  nabożnie,  kiedy  przejeżdżał  Równiną.  Po  takich  gestach 

oceniano wiarę ludu. Niewiele były warte... 

Drzwi dworca były otwarte na oścież. Futryny wyrwano, zapewne po to, by je spalić, 

podobnie  zresztą  jak  ławki  z  poczekalni  i  ladę  z  przechowalni  bagażu.  Na  kamiennych 

płytach zdewastowanego holu głównego widać było ślady ognia, kupki popiołu pomieszanego 

z  na  wpół  spopielałymi  kośćmi,  zapewne  dorożkarskich  koni.  Ocalała  jedynie  sama  góra 

witraża, oparta na metalowym rusztowaniu (jedno z pierwszych dzieł Eiffla), która uszła furii 

najwyraźniej obozujących tutaj dzikich hord. A hordy te, jak pomyślał Pikkendorff i podzielił 

się  tą  uwagą  z  biskupem,  to  nie  był  nikt  inny,  jak  uciekająca  ludność  Miasta  -  jednego  z 

najbardziej  cywilizowanych,  uczciwych  i  szanowanych  pośród  europejskich  stolic  tamtych 

czasów.  Co  stało  się  z  tymi  innymi?  Czy  także  uległy  tej  dziwnej  tendencji?  Podłoga  była 

zasłana 

 śmieciami  i  odpadkami,  pełno  tu  było  wybebeszonych  walizek,  pustych  i  rozbitych 

niemowlęcych butelek, brudnej bielizny, zaschniętego kału i wszelkich ludzkich nieczystości. 

Poza  lodowatym  przeciągiem,  nad  całym  tym  pobojowiskiem  snuła  się  trudna  do 

zdefiniowana woń zgnilizny, subtelna, ale wszechobecna, przypominająca odór pośmiertnego 

rozkładu.  Sylwiusz  zawiązał  sobie  chustkę  wokół  ust  i  nosa,  a  pozostali  poszli  za  jego 

przykładem.  Na  kolorowych,  wiszących  na  ścianie  afiszach  piękne  damy  w  ogromnych 

kapeluszach  z  woalką  i  z  parasolką  w  dłoni,  w  towarzystwie  panów  w  rękawiczkach, 

perłowoszarych  marynarkach  i  słomkowych  kapeluszach,  za  którymi  szli  bagażowi 

obładowani  zdumiewającym  bagażem,  pokrytym  prestiżowymi  etykietami,  wsiadały  do 

czarnozłotych  wagonów  Srebrnego  Orlika  -  flagowego  pociągu  książęcej  Kompanii  Kolei 

Żelaznych,  w  tle  zaś  widniały  pejzaże  Wenecji,  Stambułu,  Paryża.  Inne  afisze  sławiły 

romantyczne  uroki  Gór  lub  Wielkiej  Puszczy.  Bajkowy  Ołmiata  w  tradycyjnej  tunice, 

skórzanych  mokasynach  i  futrzanej  czapce  polował  z  łukiem  na  stadko  gazeli.  Na  ostatnim 

afiszu znajdował się międzynarodowy most kolejowy w Sefarei - wielki, wiszący most 

 jednym  łuku  przerzuconym  nad  Rzeką,  płynącą  w  głębi  skalistego  kanionu,  z 

background image

ufortyfikowanym posterunkiem granicznym na skale, wyglądającym jak starożytna osada, nad 

którym  sztandar  książęcy  powiewał  dumnie  w  zachodzącym  słońcu,  pośród  feerii 

najjaskrawszych  barw  godnych największego kiczu.  Biskup zmarszczył  nos.  Miał doskonały 

gust 

 swego czasu kolekcjonował dzieła sztuki. 

-  Tego  nie  znałem.  Kiedy  ostatnio  byłem  w  Rzymie,  jeszcze  go  nie  wywieszali. 

Proszę! Oto gdzie można spotkać 

 dekadencję! Często tam, gdzie się jej nie spodziewamy. 

Fakt,  że  wywieszano  na  widok  publiczny  ten  koszmar  i  nikt  nie  powiedział  słowa 

krytyki,  dobitnie  o  tym  świadczy.  Jeśli  o  mnie  chodzi,  lubię  Sefareę.  Za  młodu  byłem 

kapelanem tamtejszego garnizonu. To ponure miejsce. Pełne bezdennej rozpaczy i piękne jak 

krańce  ziemi.  Z  tym  żelaznym  mostem,  który  łączył  nas  z  resztą  świata  -  trzysta  metrów 

konstrukcji  zawieszonej  na szczycie skały. Przejeżdżały  nim dwa  międzynarodowe pociągi - 

jeden  rano,  drugi  wieczorem,  z  takim  potężnym  hukiem,  że  następująca  po  nim  cisza 

wydawała się jeszcze głębsza. Z jednej strony - życie, ruch, gwar. Pociąg - tylko kilka minut 

dziennie. Z drugiej - ten przygnębiający krajobraz, w którym byliśmy zanurzeni. 

W  końcu  zaczęliśmy  się  obawiać  tego  pociągu,  jakby  zakłócał  ustalony  porządek, 

jakby czynił zamach na wieczność. Jedyne, na co czekaliśmy, czego pragnęliśmy, to wiatr ze 

wschodu  i  noc,  która  zbierała  się  nad  Rzeką  w  burzowych  chmurach...  Sylwiuszu,  czy 

dowodziłeś kiedykolwiek w Sefarei? 

Pikkendorff zaprzeczył ruchem głowy. 

-  A  zatem  czegoś  ci  brakuje.  Tajemniczego  szczęścia,  pełni  i  wewnętrznej  radości 

Sefarei. Więc  sam  rozumiesz,  ten  plakat... Widziałeś,  co  na  nim  napisano?  Odczytał  głośno: 

„Sefarea. Wycieczki grupowe. Korzystne ceny. Zniżki dla firm i rodzin. Spotkanie z historią i 

legendą. Bufet gastronomiczny w pociągu. Odjazd w każdą sobotę o .”. 

Sylwiusz wzruszył ramionami. 

- Niepotrzebnie się oburzasz, Osmondzie. To było wczoraj. Wieki temu. Proszę raczej 

spojrzeć tu. 

Wskazał na tablicę informacyjną. W rubryce „Opóźnie- 

 nia pociągów” widniało kilka słów napisanych kredą: „Sefarea - Expres - Pociąg nr  - 

Odjazd: . - Spóźnienie:  godziny”. * 

Potem  ta  sama  ręka  skreśliła  „  godziny”,  by  w  to  miejsce  napisać  „  godzin”,  znów 

przekreślić i wstawić „ godzin”. 

Wreszcie: „Opóźnienie może ulec zmianie”, a w końcu: 

background image

„Pociąg odwołany”. 

- Przynajmniej jedna dobra wiadomość - powiedział wesoło biskup. 

Potem  zauważył,  że  skoro  ogłoszenie  nie  zostało  starte  ani  zastąpione  innym,  to 

znaczy,  że  pociąg  nr    był  ostatnią  próbą  dogorywającej  administracji  uzasadnienia  swego 

istnienia. 

- Ciekawe, czemu właśnie ten? - zastanawiał się. 

- To była sobota, a biurokracja właśnie tak działa - rzekł Sylwiusz. - W swojej małości 

miewa  przebłyski  wielkości.  W  normalnym  czasie  pociąg  ten  musiał  być  pierwszy  na  liście 

tego ranka, ale nic już nie funkcjonowało jak należy i to od dawna. Dworzec wydany był na 

pastwę  chaosu,  a  sprzęt  -  wandali.  Personel,  od  dyrektorów  poczynając,  uciekał,  może 

strajkował, grożono mu lub go napastowano, więc przerażony ukrywał się gdzieś po biurach. 

I,  jak  zwykle  w  takich  razach,  pojawia  się  jakiś  urzędniczyna,  nikomu  nieznany,  na  którego 

nikt nigdy nie zwracał uwagi. 

Wyobrażam sobie, jak pośród całego tego burdelu trafia go szlag, jak biega od jednego 

magazynu do drugiego,  próbuje zebrać do kupy ostatnich palaczy, ostatnich  mechaników  i - 

rzecz jasna - to mu się nie udaje. Musiał tak latać przez cały dzień - ot, pusty gest, sztuka dla 

sztuki, poczucie honoru, a może po prostu dlatego, że czepiał się pazurami jedy- 

 nego świata, jaki znał, jedynego, w którym miał swoje miejsce. Może nawet przestał 

wierzyć  w  ten  pociąg,  który  istniał  już  tylko  w  jego  wyobraźni,  był  jedynie  złudzeniem.  W 

końcu,  wieczorem,  kiedy  już  całkiem  opadł  z  sił,  rzeczywistość  uderzyła  go  obuchem  w 

głowę. Pojął, że nie jest już niczym i nie istnieje nic, czym był i czemu służył. Właśnie wtedy 

wziął do ręki kawałek kredy i napisał na tablicy: „Pociąg odwołany”. Potem zniknął. Oto, jak 

się rzeczy miały. Kto wie, co się z nim stało... 

- Ty mi tu opowiadasz o przeznaczeniu, drogi Sylwiuszu - rzekł biskup. 

Sylwiusz  nie  odpowiedział.  Podniósłszy  z  ziemi  fragment  mniej  więcej  czystej 

bielizny, starł dokładnie napis z tablicy. Potem zamyślił się głęboko. 

- Panienka jest w Sefarei, nieprawdaż? - spytał biskup. 

-  W  każdym  razie  była  tam  cztery  miesiące  temu.  Od  tamtej  pory  nie  było  żadnych 

wieści. 

Pikkendorff  opowiedział  mu  o  swojej  rozmowie  z  księciem,  ostatniej  telegraficznej 

wiadomości od Miriam, zerwanym moście, opuszczonym posterunku granicznym Republiki 

Dolin po drugiej stronie Rzeki... Opowiedział o zapieczętowanym liście księcia, który 

miał  oddać  Miriam  i  który  trzymał  na  piersi,  pod  tuniką,  zaszyty  w  woreczku  z 

nieprzemakalnej tkaniny... 

background image

Jego Ekscelencja Van Beck uśmiechnął się. 

-  Bardzo  się cieszę,  panie pułkowniku. Ta podróż zaczyna  mieć sens.  Pytanie,  czy to 

jest dobro? A może zło? 

- Co pan ma na myśli, Ekscelencjo? 

Biskup wyjął z kieszeni elegancki notes, oprawny w czarną skórę. 

 

- Zdarza mi się notować wrażenia, myśli, skojarzenia. 

Ot, taki głupiutki nawyk z młodości. Proszę posłuchać, co zanotowałem dziś rano. ¦« 

Przeczytał:  „Siedmiu  jeźdźców  opuściło  Miasto  o  zmroku  przez  Bramę  Zachodnią, 

której nikt już nie strzegł. Jechali z podniesionymi wysoko głowami, wcale się nie kryjąc, bo 

przecież nie uciekali i nie popełniali zdrady. 

W  ich  sercach  nie  było  nadziei,  a  wyobraźnię  trzymali  na  wodzy. To  była  ich  broń  i 

tarcza,  a  ich  spokojne  dusze  i  serca  skrzyły  się  zimno  niczym  kryształ  i  wyrywały  do 

czekającej ich podróży...”. 

- Tacy bez wątpienia jesteśmy - rzekł Sylwiusz. - Ale do czego zmierzasz? 

- Do tego, że jeśli się patrzy prawdzie w oczy, to nie chcąc się poddać zwątpieniu, nie 

wolno mieć nadziei. Wyobraźnia to dla nas zakazany owoc. Roztrzaskałaby się w zderzeniu z 

rzeczywistością, tak jak to się prawdopodobnie przydarzyło temu upartemu nieszczęśnikowi, 

o którym wspomniałeś. To dwa warunki naszego przetrwania, naszej równowagi. Ty jesteś tu 

wyjątkiem. 

- Dlaczego? Chodzi o Miriam? 

Biskup skinął głową. 

- Kocham ją - przyznał Sylwiusz po prostu. 

-  Wiem,  że  ją  kochasz.  Cierpiałeś,  gdy  opuściła  Miasto  i  będziesz  cierpiał  jeszcze 

bardziej, bo masz nadzieję ją odnaleźć. Niedawno mówiłeś o nadziei i o tym, że nie chciałbyś 

ciągnąć jej za sobą jak kuli u nogi. Jak zamierzasz tego dokonać? 

- Nic nie powiem naszym towarzyszom. Ot, co. Ten kamień jest mój. Nikt nie będzie 

ze mną dzielił tego brzemienia. 

 

- Przez to będzie ono jeszcze cięższe - powiedział biskup. 

- Trudno. Ty mi pomożesz, Ekscelencjo, jesteś silny... 

A ty sam, Osmondzie... Na nic nie masz nadziei? 

Biskup Van Beck zawahał się. 

- Boże, przeciwnie. I  może znajdziemy to coś u kresu naszej podróży. Ale nic więcej 

background image

nie powiem. Bo gdybyśmy się mieli zawieść... 

Uśmiechnął się z rozbawieniem i ciągnął: 

- Ja sobie jakoś poradzę. Duchowni wiedzą, czym jest zwątpienie. Wiedzą, że Bóg się 

ukrywa.  To  nieodłączne  od  ich  funkcji  i  pobudza  ich  wiarę.  Ale  inni?  Możesz  ich  sobie 

wyobrazić  wobec  wielkiej  pustki?  Pułkowniku,  dla  dobra  twojej  nieprzeliczonej  armii  i  jej 

morale, zostawmy nadzieję w spokoju... 

Ciszę  przerwała  seria  wystrzałów.  Zdawały  się  one  nadchodzić  od  strony  peronu,  na 

który  udali  się  porucznik Tancrede  i  kadet Venier,  by  przeszukać  stojący  tam,  porzucony  na 

torach  pociąg.  Sylwiusz  rozpoznał  suche  poszczekiwanie  karabinu  kawalerii  i 

charakterystyczny,  przypominający odgłos wielkiej petardy dźwięk  myśliwskiego karabinu z 

gwintowaną lufą. Naładował swój karabinek i mając tuż za sobą biskupa z pistoletem w dłoni, 

pobiegł w stronę ostatniego wagonu, za którym przykucnęli tamci dwaj.  Została z  niego  już 

tylko platforma i metalowy szkielet przedziału. 

Wszystkie  elementy  drewniane  zostały  spalone.  Podobnie  wyglądały  pozostałe 

wagony, które mijali biegiem, zgięci wpół, by chronić się przed kulami. 

-  Co  się  dzieje?  -  spytał  Sylwiusz  Tancrede’a,  który  obserwował  sytuację  poprzez 

dziury w kotle rozprutej lokomotywy. 

 

- Zaczęli do nas strzelać z tamtego magazynu. Jest ich pięciu lub sześciu, może nawet 

więcej. Dranie, chybili o włos. 

- Trzeba ich było zdjąć. Napatrzyliśmy się już na takiBti jak oni. Żywi czy martwi, już 

dla nas nie istnieją. Nie ma sensu nadstawiać głowy. Gdzie jest kadet Venier? 

-  Zajmuje  się  nimi.  Powiedział,  że  to  jego  sprawa.  Nie  zdążyłem  go  zatrzymać. 

Popędził prosto na nich, strzelając jak szalony. O, proszę! Słyszy pan? To on... 

Odezwało  się  kilka  wystrzałów  z  karabinu.  Leżąc  w  pozycji  strzeleckiej,  ukryty  za 

wałem  z  ziemi,  kilka  metrów od  magazynu,  kadet  Stanisław Venier  ładował  broń  z  wprawą 

mistrza. 

- Zajmuje się nimi? Jakimi nimi? - spytał Sylwiusz. 

Tancrede spuścił głowę zawstydzony. Odpowiedź z trudem przeszła mu przez gardło. 

-  Dwóch  już  zdjął.  Jeśli  pan  spojrzy  w  tę  stronę,  panie  pułkowniku,  tam,  pod  ścianą 

magazynu, zaraz na lewo od tego znaku, sam pan zobaczy... 

Pikkendorff zogniskował lornetkę. 

- Mój Boże! - powiedział. - To dzieci... 

Dwa  szczupłe,  smukłe  ciała...  Brudni,  obszarpani,  ze  skołtunionymi  włosami,  nadal 

background image

zachowali  wzruszającą  szlachetność  młodości,  a  Syłwiuszowi  zdawało  się,  że  rozpoznaje 

anielską  twarzyczkę  chłopca,  który  poprzedniej  nocy  spał  w  katedrze  z  karabinem  w  dłoni. 

Dzieciak i tym razem nie porzucił broni - trzymał ją przyciśniętą do serca. 

Sylwiusz przekazał lornetkę biskupowi. 

-  Tak,  to  on  -  powiedział  Van  Beck.  -  Wiesz,  kto  to  jest?  Wnuk  starego  Wilbura. 

Pałacowy  paź.  Skryty  i  gwałtowny  dzieciak.  Terroryzował  kolegów.  Nikt  nie  miał  nad  nim 

władzy. Nawet jego własny dziadek się go bał. Pewnego 

 dnia  przyłapano  go  na  rozdawaniu  innym  paziom  tego  halucynogennego  grzyba.  Ze 

względu  na  majora  Wilbura  skandal  zatuszowano,  a  chłopaka  wygnano  z  pałacu.  Wilbur 

opowiadał mi o tym. Odchodząc, dzieciak powiedział do dziadka; 

„Nienawidzę  cię.  Wszystkich  was  nienawidzę.  Waszych  staroświeckich  wnętrz, 

staroświeckich  manier,  staroświeckich  sentymentów. Wy  nie  żyjecie.  Udajecie  tylko  i  nawet 

nie zdajecie sobie z tego sprawy. Jesteście tylko marionetkami”. 

„Co,  z  wyjątkiem  nienawiści  -  pomyślał  Sylwiusz  -  nie  jest  wcale  takie  odległe  od 

tego, co o życiu mówił książę, kontemplując swoje lalki w witrynie...”. 

-  Czy  to  wystarczający  powód  -  spytał  -  by  prowadzić  wojnę  z  dziećmi?  Poruczniku 

Tancrede! Proszę odwołać kadeta Veniera! 

W  tym  momencie  na  pierwszym  piętrze  magazynu,  w  szerokich  otworach  ramp 

ładunkowych  pojawiły  się  inne  kudłate  sylwetki  z  bronią  w  ręku.  Rozległy  się  strzały. 

Tancrede uniósł rękę do czoła.  Na palcach  miał krew. Tylko  lekkie draśnięcie.  Kula  musiała 

ledwo musnąć skórę. 

- Sam pan widzi. Śmierć mnie nie lubi, panie pułkowniku. Tym razem przeszła o włos. 

Może to i dzieci, ale one wydają nam wojnę. I to dosyć śmiało, przyznaję. Kiedyś, gdyby im 

pozwolić, podbiłyby imperia... 

Jego  słowa  zagłuszyły  kolejnie  serie  wystrzałów.  Stojąc  wyprostowany,  jak  na 

ćwiczeniach, kadet Venier strzelał rozważnie i celnie. Jedno ciało się osunęło, potem drugie. 

Kadet  ładował  broń  i  strzelał,  idąc.  Gwizdał  przy  tym  jakąś  piosenkę.  W  magazynie 

zaległa  cisza.  Nie  dochodziły  już  stamtąd  żadne  oznaki  życia.  Wtedy  kadet  odwrócił  się  i 

zamachał rękami. Miał bardzo zadowoloną minę. 

 

-  Sześciu,  panie  pułkowniku  -  rzekł  do  Sylwiusza,  gdy  ten  do  niego  podszedł.  - 

Zdjąłem sześciu. Czterech na dole i dwóch na górze. ‘** 

-  Zabił  pan  sześciu  -  poprawił  sucho  Sylwiusz.  -  Sześciu  chłopców,  którzy  mogliby 

być pańskimi kolegami. 

background image

Jest pan z siebie zadowolony? 

Kadet spojrzał na niego ze zdziwieniem. 

-  Wilbur  faktycznie  był  moim  kolegą.  Co  mu  nie  przeszkodziło  do  mnie  strzelać. 

Właśnie dlatego, panie pułkowniku,  że byliśmy w tym samym  wieku, to  ja  musiałem z nimi 

walczyć.  Załatwiliśmy  to  między  sobą.  Oni  chcieli  mnie  załatwić,  ja  załatwiłem  ich.  Zero 

sentymentów. Pan miałby wyrzuty sumienia, uważając, że jak ktoś ma poniżej dwudziestu lat, 

to nie może za nic odpowiadać. W takich wypadkach sentymenty to główny grzech dorosłych. 

Z całym szacunkiem, panie pułkowniku, to właśnie dlatego pan i pańscy ludzie zostaliście w 

ostatnich miesiącach pokonani. Ja nie wahałem się ani sekundy. W moim wieku takie rzeczy 

się  po  prostu  wie.  Ma  się  niezawodny  instynkt.  Zawsze  rozpozna  się  wroga.  Wiem,  co  oni 

kombinowali i to mi się nie podobało. Oni wiedzieli, co ja kombinowałem i to też im się nie 

podobało.  Znaliśmy  się,  nienawidziliśmy  jedni  drugich  i  proszę  mi  wierzyć,  wiedzieliśmy, 

dlaczego!  Lepiej,  żeby  pan  się  tego  nigdy  nie.  dowiedział...  Jeśli  to,  co  zrobiłem,  nie 

spodobało się panu, panie pułkowniku, proszę przyjąć moje przeprosiny. 

I kadet Stanisław Venier wyprężył się w postawie na baczność, celowo przesadnie, na 

granicy drwiny, co mogło oznaczać: „Jestem, jaki jestem. Albo się mnie akceptuje, albo nie”. 

Pikkendorff nie powiedział ani słowa. Patrzył na 

 lego  wielkiego  dzieciaka,  wciśniętego  w  nowiutki  mundur  kawalerzysty,  pewnego 

siebie,  nie  okazującego  emocji  i  pomyślał,  że  tam,  dokąd  zmierzali,  by  stawić  czoło 

nadchodzącym czasom, kadet Venier podążał z pewnością lepiej uzbrojony niż pozostali. 

-  W  przyszłości  proszę  się  hamować  -  powiedział.  -  Nie  jesteśmy  maszynami  do 

zabijania. Proszę czekać na rozkazy i dopiero działać. A teraz chodźmy obejrzeć pańskie... 

-  Szukał  właściwego  słowa.  Ofiary?  Cele?  Nie  znalazłszy,  pominął  je  milczeniem.  - 

Może niektórzy są tylko ranni - dokończył. 

- Byłbym zdziwiony - spokojnie odparł kadet. - Nigdy nie chybiam. 

Zirytowany tą młodzieńczą pewnością siebie, biskup Van 

Beck  omal  nie  dorzucił,  że  być  może  Bóg  pewnego  dnia  nie  chybi  kadeta,  ale 

przypomniawszy sobie,  że sam też zabił,  i to  w katedrze, chłopca w tym  samym wieku,  i że 

nie  odczuł  przy  tym  najmniejszych  wyrzutów  sumienia  (nieważne,  czy  to  było  w  obronie 

własnej,  czy  nie),  w  końcu  nic  nie  powiedział.  „Miłosierdzie  -  pomyślał  -  będzie  teraz 

zdecydowanie trudnym wyzwaniem...”. 

Faktycznie, kadet nigdy nie chybiał. Wszyscy zginęli w ten sam sposób. Mała, czysta 

dziurka  na  wysokości  serca.  Biskup  zamknął  im  oczy  i  wyrecytował  De  Profundis.  Nie 

sposób  było  ich  pochować.  Nie  mieli  łopat  ani  oskardów,  a  ziemia  była  bardzo  twarda.  Nie 

background image

mówiąc  o  ryzyku  zarażenia  się.  Niektórzy  z  nieszczęsnych  chłopców  mieli  na  skórze 

podejrzane plamy - zapowiedź tajemniczej choroby, która podobnie jak fungus toxicus, bunt i 

anarchia, będące być może skutkiem jego działania, zdziesiątkowała ludność Miasta. 

 

Właśnie wtedy porucznik Tancrede zwrócił uwagę (przepraszając za to, co mówi), że 

niemożliwe,  by  te  świeże  trupy  wydzielały  taki  smród rozkładu.  Wszyscy  czterej  pociągnęli 

nosami,  ale  nic  nie  powiedzieli.  Czuli  silny,  odpychający  odór.  Wszedłszy  do  magazynu, 

zorientowali się, że dochodzi on z czarnozłotego pociągu stojącego na ślepym torze hangaru. 

Był  to  słynny  Srebrny  Orlik,  duma  książęcej  Kompanii  Kolei  Żelaznych,  ze  swymi 

salonkami,  wagonami  sypialnymi,  wagonempalarnią,  wagonem  restauracyjnym,  na  jego 

przedzie zaś stała, wciąż jeszcze błyszcząca, mimo zniszczeń, lokomotywa Mallet , potwór na 

szesnastu kołach,  wyposażona w pług śnieżny oraz komin wysoki  jak pałace Wenecji.  Drogi 

biskupowi  wagonkaplica,  ze  swym  miniaturowym  dzwonem  i  krzyżem,  znajdował  się 

pośrodku składu. Podeszli nieco bliżej, opanowując mdłości i po chwili pociąg, który z daleka 

wyglądał całkiem normalnie, ukazał im się tym, czym był w istocie: składem wraków. Szafy 

były  porąbane,  a  wiszące  na  wagonach  tablice  ze  stacjami  docelowymi  wściekle 

zagryzmolone. Wszędzie zwisały pozrywane drzwi do wagonów. Pobocze torów zasłane było 

potłuczonym  szkłem,  pobitą  zastawą,  pustymi  butelkami  -  po  szampanie,  koniaku, 

jałowcówce, francuskich winach, rosyjskiej wódce - pozostałością po wysączonej do ostatniej 

kropli  zawartości  baru  i  restauracji.  Chodzili  po  podartych  poduszkach,  brudnych 

prześcieradłach,  wybebeszonych  pudełkach  po  cygarach.  Wszystko to  się  lepiło,  przyklejało 

do butów, a wszędzie panował ten potworny zaduch, tworząc wokół wagonów coś na kształt 

ciężkiej chmury. Ponieważ nie było peronu, patrzyli na pociąg z dołu, nie mogąc zajrzeć doń 

przez okna i nie mogąc się zdecydować wejść do środka. 

 

W  końcu  to  biskup  Van  Beck  odważył  się  pierwszy.  Wspiąwszy  się  po  schodkach 

wagonukaplicy, zniknął im z oczu na kilka chwil, by niemal natychmiast pojawić się znowu, 

blady jak ściana. 

-  Odejdźcie  -  wykrztusił  głucho.  -  Idźcie  stąd  wszyscy  trzej.  Poczekajcie  na  mnie  na 

zewnątrz. Na placu. 

A  kiedy  Sylwiusz  upierał  się,  by  mu  towarzyszyć,  chociażby  ze  względu  na 

bezpieczeństwo, biskup dorzucił: 

- Nie, pułkowniku. Tym razem to tylko moja sprawa... 

Dołączył do nich dwadzieścia minut później, a gdy wychodził z dworca lunatycznym 

background image

krokiem, po ruchu warg poznali, że biskup się modli. Już siedząc na koniu, wciąż się modlił. 

Sylwiusz nie zadawał pytań. Jechali powoli, w milczeniu, oddalając się od tej części Miasta. 

W pewnej chwili biskup powiedział do Sylwiusza: 

-  Chciałeś  mieć pewność, że nie zostawiasz  za sobą żadnej  nadziei? No cóż, Bóg cię 

wysłuchał i to bardziej niż się mogłeś spodziewać. 

Aż  do  wieczora  nie  dodał  ani  słowa,  odmawiając  swoje  ciche  modlitwy  i  nie 

odzywając się do towarzyszy. 

Ponieważ  Pikkendorff  postanowił,  że  nim  udadzą  się  na  pomoc,  zrobią  krótki 

rekonesans  w  stronę  odległego  o  jakieś  dwadzieścia  mil  Portu,  ruszyli  więc  drogą  na 

południe; by się na nią dostać, musieli objechać mury Starego Miasta, trzymając się jednak od 

nich możliwie z daleka. W ten sposób na dobre opuścili Miasto. A ono już zacierało się w ich 

pamięci. Już nie pragnęli się do niego zbliżać, a jeszcze mniej do niego powracać. Wydawało 

im  się,  że  od  ich  wyjazdu  Miasto  oddaliło  się  niczym  nieruchomy  statek,  który  powoli 

spowija mgła. Cytadela, pałac, ufortyfikowane bra- 

 my,  podwójna  dzwonnica  katedry  -  ich  zarys  był  coraz  bardziej  niewyraźny.  A 

przecież  nie  było  mgły.  Śnieg  skrzył  się  w  słońcu.  Powietrze  miało  przejrzystość  wielkich 

mrozów. 

Woal opadający na Miasto był woalem zapomnienia i młody 

Stanisław  Venier,  wspominając  Fedorę,  stwierdził  ze  zdziwieniem,  ale  i  bez  żalu,  że 

nie może już sobie przypomnieć jej twarzy. 

Wtedy dobiegł ich stłumiony wystrzał działa z cytadeli. 

Jednego działa. Jeden wystrzał. Ponad minutę później odezwał się drugi. Potem trzeci, 

czwarty  i  kolejne,  ale  w  dużych  odstępach.  Sylwiusz  pojął,  skąd  to  wolne  tempo.  Była  to  z 

pewnością salwa armatnia,  ale wystrzeliwana przez  jednego artylerzystę,  ostatniego z pułku, 

który  samotnie  pełnił  służbę  za  czterech  żołnierzy.  Protokół  dyplomatyczny  przewidywał 

salwy  honorowe  wyłącznie  z  okazji  przybycia  obcego  władcy  (co  z  pewnością  nie  miało 

miejsca) oraz narodzin, wstąpienia na tron lub śmierci księcia. Sylwiusz skierował lornetkę na 

starą  wieżę  pałacu.  Niemal  przezroczysta,  ledwie  odcinająca  się  swymi  barwami  od  nieba, 

flaga książęca spuszczona była do połowy masztu. Sylwiuszowi zdawało się też, że dostrzega 

na  wieży  samotną  i  nieruchomą  sylwetkę.  O  czym  myślał  w  tej  chwili  stary  major  Wilbur, 

pełniący obowiązki gubernatora zamku - z pewnością ostatni na tym stanowisku? Że jest już 

niepotrzebny,  skoro  książę  pożegnał  się  z  życiem?  Że  czas,  który  uciekał  niczym  piasek  z 

rozbitej klepsydry, nie wróci mu wnuka żywego? 

Że będzie musiał znosić swoje istnienie do samego końca, licząc minuty, godziny, dni 

background image

-  nieskończone  i  puste?  Że  siedmiu  jeźdźców,  którzy  opuścili  Miasto,  pewnie  nigdy  nie 

powróci? A może nie myślał o niczym, tylko skrupulatnie li- 

 czył  salwy  armatnie,  by  dobić  do  przepisowych  stu  dwudziestu  -  dokładnej  liczby 

przewidzianej protokołem... 

- Co pan tam widzi, panie pułkowniku? - spytał porucznik Tancrede. 

Sylwiusz podał mu lornetkę. 

- Sądzi pan, że książę popełnił samobójstwo? - spytał porucznik, zwracając ją. 

- Na pewno nie. 

-  A  jednak,  panie  pułkowniku,  gdybym  przy  nim  został,  jak  nakazywał  obowiązek 

adiutanta,  rozmawiał  z  nim,  rozśmieszał  go  lub  przynajmniej  sprawiał,  by  się  czasem 

uśmiechnął, grał z nim w szachy, spacerował po parku, jadał kolację, kiedy mnie zapraszał... 

- Otóż to, poruczniku Tancrede, otóż to. To on pana wybrał i kazał ze mną jechać. 

Rozległa  się  następna  salwa  armatnia,  potem  kolejna,  wciąż  w  tym  samym  rytmie, 

otaczając chmurką dymu zwieńczenie wieży. Ile wystrzałów naliczył już stary Wilbur? 

Dziesięć czy dwanaście? Dojechanie do stu dwudziestu zajmie wieczność. 

- Wystarczy! - rzekł Pikkendorff. - W drogę! 

Poderwał  konia  do  galopu  i  pomknął  drogą  na  południe,  a  za  nim  podążyło  sześciu 

jeźdźców,  szczęśliwych,  że  mroźne  powietrze  smaga  im  twarze.  Abaj  śmiał  się,  szczerząc 

ostre  zęby.  Wasył  znowu  miał  dwadzieścia  lat,  jak  za  czasów  kapitana  Kostrowickiego, 

dwadzieścia lat, którymi cieszyli się Tancrede i Bazin du Bourg - porucznik i chorąży, pijani 

młodością, upojeni szczęściem bycia tu i teraz, szalonym galopem i tym, że nic i nikt na nich 

nie czeka. Biskup Van Beck zapomniał na chwilę o modlitwie, cały oddając się radości 

 galopowania  strzemię  w  strzemię  z  Pikkendorffem  i  kadetem  Venierem,  który 

poganiał  swego  rumaka,  krzycząc  ile  sił  w  płucach.  Ten  długi  galop,  antidotum  na  ponure 

pdlfegnanie  zamku,  połączył  ich,  związał,  zjednoczył  ich  serca  i  dusze.  Kiedy  na  znak 

Pikkendorffa zsiedli z koni, by dać im odpocząć, patrzyli na siebie całkiem innym, braterskim 

wzrokiem,  czując  nierozerwalną  więź,  nie  wiedząc,  co  było  wczoraj  i  co  będzie  jutro, 

szczęśliwi, że są razem. 

Sylwiusz  poszukał  przez  lornetkę  Miasta.  Tym  razem  zniknęło  już  całkiem,  z 

wyjątkiem okrągłego obłoku, pewnie dymu z działa, z którego jednak nie docierał już żaden 

dźwięk. 

Tego wieczora  biwakowali w opuszczonej owczarni, gdzie unoszący  się w powietrzu 

zapach  baraniego  potu  przypomniał  im  czasy  dostatku  i  wiejskich  fest~  aów.  Abaj  znalazł 

żywe,  zapomniane  jagnię.  Zwierzę  wkrótce  było  gotowe  do  upieczenia,  wbite  na  rożen  nad 

background image

ogniem, który różowił im twarze. Manierka z jałowcówką krążyła z rąk do rąk. 

Byli  spragnieni.  Byli  głodni.  Nie  byli  już  widmami  zbiegłymi  z  miastawidma,  ale 

ludźmi z ciała i apetytu. Siedząc nieco z boku, Pikkendorff i Van Beck w milczeniu grzali się 

w cieple ogniska. W końcu biskup zdecydował się przemówić. 

-  Powiem  ci,  co  widziałem  dziś  rano,  Sylwiuszu,  ale  tylko  tobie  jednemu  -  zaczął 

półgłosem.  -  Najstraszniejsza  nie  była  śmierć  tych  wszystkich  ludzi  i  zaczynający  się  już 

rozkład ciał, ale sposób, w jaki umarli. Można by rzec, że nim przeszli z życia do śmierci, z 

zawziętością  rzucili  się  w  otchłań  najbardziej  niewyobrażalnej  rozpusty,  łamiąc  wszystkie 

przykazania, jakby chcieli stanąć przed Bogiem 

 obciążeni  jak  największą  liczbą  grzechów.  Początkowo  sądziłem,  że  to  była  forma 

zanegowania Boga u progu śmierci. Potem zmieniłem zdanie. Przeciwnie, to było wyzwanie 

rzucone Bogu, domaganie się potępienia, przerażający akt wiary. Bez wątpienia, oni już czuli 

się  skazani,  rozpoznawalni  po  chudych  ciałach  i  sinej  skórze,  nawet  po  wyrazie  martwych 

oczu. Ale niektórzy musieli tam dotrzeć w niezłym zdrowiu lub raczej zostali tam zaciągnięci 

niczym  bydło  (proszę  mi  wybaczyć  to  porównanie),  które  najwyraźniej  nie  miało  siły  się 

opierać.  Młode  kobiety,  nastolatki,  dzieci,  dziewczynki  i  chłopcy.  Bez  względi  na  wiek  i 

płeć... 

Czy  mówiłem,  że  prawie  wszyscy  byli  nadzy?  Stan,  w  jakim  ich  ujrzałem,  te 

wszystkie obrzydliwości, jakimi zostali naznaczeni... Trudno mi o tym mówić. Nie gustuję w 

tego  rodzaju  opisach.  Musieli  się  też  bić  między  sobą,  a  nawet  zabijać.  Boże  drogi!  Kiedy 

pomyślę  o  tym  potwornym  widoku,  jaki  na  tamten  świat  zabrali  ci,  co  odeszli  ostatni... 

Myślisz, że tych sześciu chłopców, którzy nas zaatakowali dziś rano, właśnie tego próbowało 

bronić? Dali się zabić, broniąc dostępu do tej trupiarni? 

Sylwiusz zastanowił się przez chwilę. 

-  Oni  też  wiedzieli,  że  są  zgubieni.  To  była  jedyna  rzecz,  jaka  im  pozostała. 

Przynajmniej walczyli. Koniec końców, kadet Venier dobrze zrobił. Umarli godnie... 

Biskup pociągnął duży łyk jałowcówki. Nigdy więcej o tym nie rozmawiali. 

Mięso  jagnięcia  było  wystarczająco  miękkie.  Skórka  złocista  i  chrupiąca.  Jedli 

kawałki  podawane  im  przez  Abaja  na  czubku  noża.  Sylwiusz  przydzielił  warty,  po  czym 

rozłożyli na ziemi posłania i udali się na spoczynek, zawi- 

 nieci w długie płaszcze podbite futrem. W swoim notesie oprawionym w czarną skórę 

biskup zanotował po prostu: 

,J*ie Jesu Domine, dona eis requiem...”. Pięć minut później spał. 

Z  wyjątkiem  Przylądka  św.  Ulika  i  Przylądka  Południowego,  wysuwającego  się  na 

background image

ćwierć  mili  w  morze,  linia  brzegowa  była  prosta,  z  białymi  kredowymi  urwiskami, 

porośniętymi u szczytu sosnowym lasem i wrzosowiskiem. 

Morze rozbijało się u ich podnóża z regularnym łoskotem. 

W  pewnym  miejscu  urwisko  przechodziło  w  szeroką  i  łagodną  pochyłość,  która 

kończyła się piaszczystą plażą; na jej zachodnim krańcu znajdował się zbudowany pod osłoną 

przylądka Port. Gdy ktoś chciał objąć wzrokiem to wszystko 

-  morze,  plażę,  urwisko  i  Port,  powinien  się  udać  właśnie  na  przylądek,  omijając 

główną drogę, a wybierając piaszczystą ścieżkę, wiodącą do stacji telegrafu semaforowego z 

białoczerwonym  światłem  i  dwoma  ramionami,  znieruchomiałymi  na  kształt  surowego, 

pozbawionego  ozdób  krzyża.  W  połowie  drogi  minęli  mały  fort  z  dwiema  armatami,  które 

pochłonęły  zarośla,  i  piecem  do  wytopu  kul.  Maleńki  garnizon  z  czasów  pokoju, 

zredukowany  przez  epidemię,  został  stąd  wycofany  zaraz  na  początku  Zamieszek,  jako  że 

książę  nie  miał  serca  strzelać  z  dział  do  swego  własnego  Portu  okupowanego  przez 

buntowników. To by się zresztą na nic nie zdało. Ta garstka buntowników, która została przy 

życiu, nie mogła już nikomu zaszkodzić, a Port stał się pustą dekoracją. Zaraz potem łączność 

z Miastem została przerwana. 

Sylwiusz dobrze znał Przylądek Południowy. Już jako 

 dziecko  przychodził  tu  bawić  się  w  wojnę,  ustawiając  na  oczach  dobrodusznych 

wartowników fortu armię wystrojonych po wojskowemu strachów na wróble i krzycząc: „Do 

ataku! Naprzód!”. Często tu wracał. Znał wszystkie ścieżki aż do znajdującego się w połowie 

urwiska płaskowyżu, skąd roztaczał się widok na skały, na których w pewnych okresach roku 

wygrzewały  się  foki  i  lwy  morskie.  Po  kraju  krążyła  stara  legenda  o  lwach  morskich  z 

Patagonii, które przemierzały dwa oceany i trzy morza od przylądka Horn i mitycznego Chile, 

by po bajecznej podróży wyzionąć ducha właśnie tu, na Przylądku św. Ulika,  jakby przybyły 

przekazać  wiadomość,  której  sensu  nikt  nigdy  nie  pojął.  I  faktycznie,  raz  czy  dwa  razy  do 

roku  na  skałach  znajdowano  parę  martwych  zwierząt,  które,  sądząc  po  ich  rozmiarach  i 

grzywie,  należały  do  świata  dalekiego  południa.  Uczeni  badali  to  zjawisko,  ale  nie  znaleźli 

wytłumaczenia.  Potem  wmieszali  się  w  to  poeci,  w  tym  Kostrowicki,  który  być  może 

najbardziej zbliżył się do prawdy. 

Wypatrzywszy ścieżkę, Pikkendorff zeskoczył z konia. 

- Maksymilianie, pan pójdzie ze mnąpowiedział do chorążego Bazin du Bourga. - Jest 

pan odpowiednim człowiekiem. Ale uwaga, ścieżka jest śliska. 

Chwytając  się  rachitycznych  sosenek,  przygiętych  do  ziemi  przez  zachodni  wiatr, 

dotarli na płaskowyż nad bulgoczącym morzem i małym archipelagiem skał, gdzie leżały dwa 

background image

nieruchome  ciała  wielkich  fok.  Większa  z  nich  miała  lwią  grzywę  wokół  psiej  mordy. 

Mniejsza, jedynie z parą wąsów, wyglądała jak ogromna wydra. Samiec i samica. 

Leżały  obok  siebie,  łysa  głowa  samicy  była  zanurzona  w  szarej  grzywie  jej 

towarzysza. 

 

-  Te  dwie  też  są  stamtąd  -  powiedział  Sylwiusz.  -  Dwadzieścia  lat  temu  widziałem 

takie same. Od tamtego czasu nigdy już mi się nie udało ich spotkać. Proszę spojrź^fc przez 

lornetkę i powiedzieć, czy żyją. 

Chorąży zlustrował zwierzęta. Wydawały się chude, ich skóra była obwisła, a miękkie 

brzuchy  rozpłaszczone  na  skałach.  Płetwy  miały  pomarszczone,  niczym  rękawy  w  zbyt 

obszernej  sutannie.  Długa  podróż  pozbawiła  je  tkanki  tłuszczowej  i  energii.  Musiały  tu 

dotrzeć u kresu sił. 

- Nie widzę, żeby oddychały - rzekł Bazin du Bourg. 

- Chyba nie żyją. 

Mewy  wiedziały  to  na  pewno.  Krążyły  nad  skałami  i  krzyczały.  Poczekają  na 

właściwy moment, będą się zmieniały dzień po dniu, aż w końcu skóra pęknie, ukazując ich 

wygłodniałym oczom i dziobom rozłożone ciało. 

- A przecież morze jest pełne ryb - zauważył Sylwiusz. - Foki mają czym się pożywić. 

Dlatego przypuszcza  się,  że one celowo głodzą się na  śmierć.  Umierają z własnej woli, gdy 

dotrą do celu. Co się dzieje tam, skąd przybywają, że płyną tu, by nam powiedzieć coś, czego 

nie potrafimy zrozumieć, a potem nie chcą tam już wracać ani nawet żyć? 

Jednocześnie myślał: „My też ruszamy w długą podróż. 

Czy u jej kresu znajdziemy coś, co da nam wolę życia? Komu przekażemy wiadomość 

i czy ten ktoś ją zrozumie...?”. 

Chorąży  kartkował  wyjętą  z  kieszeni  książeczkę.  W  końcu  znalazł  stronę,  której 

szukał. 

- Kostrowicki - powiedział. - Tego pan ode mnie oczekiwał, panie pułkowniku? 

Sylwiusz przytaknął. 

 

-  Proszę  przeczytać.  Znam  ten  fragment.  Słowa  krążą  mi  po  głowie,  ale  nie  potrafię 

ich dokładnie odtworzyć. 

-  Morskie epitafium -  przeczytał  młody człowiek.  - Tu spoczywa admirał  wszystkich 

fok Południa, lew morski z Patagonii i księżniczka Lwica, jego małżonka. 

Bóg wiódł ich od Krzyża Południa ku Gwieździe Polarnej drogą na wspak. 

background image

Zrobili  wszystko  inaczej  i  zmarli  całkiem  odwrotnie,  jak  niegdyś  czynili  ludzie 

Pomocy, gdy płynęli, by umrzeć na Przylądku Horn. 

Nie mieli tu wiele do roboty, tak jak marynarze na Ziemi Ognistej. 

Tylko jedno: znaleźć sens życia. 

Bo nie trzeba być wcale człowiekiem,  by odkryć w końcu, w godzinie śmierci, gdzie 

leży Patagonia... 

Jakaś  mocniejsza  fala  uderzyła  w  skałę  i  na  moment  przykryła  martwe  foki 

katafalkiem piany. 

Wróciwszy  na  przylądek,  znaleźli  swych  towarzyszy  rozmawiających  z  jakimś 

przybyszem.  Mężczyzna  miał  granatowy  mundur  z  białym  obszyciem  książęcej  straży 

morskiej 

-  małego,  elitarnego  korpusu  chroniącego  wybrzeże,  obsługującego  latarnie  morskie, 

zapewniającego  łączność  z  kapitanatem  Portu  oraz  obsługę  dwóch  parowych  kanonierek, 

stanowiących  całą  flotę  wojenną  Miasta.  Trzy  złote  szewrony  na  rękawie  wskazywały  na 

pierwszego oficera. Nieskazitelne białe getry, biała ładownica wokół pasa, płaska 

 czapka  z  daszkiem,  karabin  na  ramieniu  -  wyglądał  jak  z  innego  świata,  z  dawno 

minionej epoki. Strzelił obcasami i przedstawił się:”m 

-  Gustavson.  Karl.  Pierwszy  oficer,  oddział  łączności,  dziesięć  lat  służby,  dowódca 

placówki  przy  telegrafie  semaforowym  na  przylądku.  Na  rozkaz  pana  pułkownika...  -  I 

dorzucił: - Nie traciłem nadziei. Czekałem. 

Potem zawahał się przez moment, by wreszcie zadać dręczące go pytanie: 

- Panie pułkowniku, czy pan pułkownik osobiście dowodzi awangardą? 

- To nie jest awangarda, Gustavson. Za nami nie ma już nikogo. Jest nas siedmiu. Ani 

jednego  więcej.  A  Jego  Ekscelencja  biskup  Van  Beck,  mimo  munduru  i  broni,  nie  jest 

żołnierzem. 

Biskup skinął nieznacznie głową. Uśmiechał się. Podobała im się ta scena. Odgrywali 

ją jak należy. Odpowiednie zachowanie to często kręgosłup duszy. 

- Ach, tak - rzekł Gustavson. - Więc tam jest tak samo, jak tu... 

Silne podmuchy zachodniego wiatru pchały ku przylądkowi czarne chmury. 

- Będzie padał grad - powiedział pierwszy oficer. - Lepiej porozmawiać pod dachem. 

Zapraszam do mnie. Żona zrobi panom kawę. I coś do zjedzenia, jeśli są panowie głodni... 

Kawa!  Żonka,  dobra  gospodyni,  poda  im  kawę!  To  w  tym  kraju  są  jeszcze  takie 

spokojne miejsca? A może i urocze brzdące, cała rodzinka, jak za dawnych, dobrych czasów... 

- Ma pan dzieci, Gustavson?  

background image

 

- Troje, panie pułkowniku. Chłopca i dwie dziewczynki. - Nikt nie prosił go o więcej 

informacji,  a  mimo  to  dorzucił:  -  Mam  trochę  problemów  z  chłopakiem  -  dając  do 

zrozumienia, że te problemy nigdy się już nie skończą. 

O  dwieście  metrów  od  stacji  telegrafu  w  drodze  ziała  spora  wyrwa.  Można  jąbyło 

obejść wąską ścieżką wiodącą między krzewami kolcolistu. 

-  Mina  -  wyjaśnił  oficer  straży  morskiej.  -  Mamy  tu  całą  linię  obrony,  którą 

zmontowano  dawno temu,  gdy  spodziewaliśmy  się  ataku  ze  strony  Syrtów.  Mam  jej  plan  w 

stacji  telegrafu.  Te  miny  to  stary  model,  ale  były  sprawdzane  co  roku.  Kiedy  tam,  na  dole, 

zaczął  się  bal,  natychmiast  powymieniałem  lonty  Bickforda.  I  kiedy  oni  się  tu  pokazali, 

wysadziłem  im  jedną  przed  samym  nosem.  Zwiali,  zabierając  rannych.  Moim  zdaniem,  nie 

wrócą. Bóg raczy wiedzieć, gdzie teraz są. A oto i Gerda. Moja żona, panie pułkowniku. 

Pani Gustavson szybko zdjęła fartuch, by się przywitać. 

Była to jasnowłosa, mniej więcej trzydziestoletnia kobieta o wyglądzie chłopki, trochę 

nienaturalna,  ale  o  pięknych  rumieńcach  i  zdrowej  cerze.  „Przywitajcie  się  z  panem 

pułkownikiem”  -  powiedziała  do  dwóch  dziewczynek  -  pięcio  -  i  siedmioletniej,  które 

grzecznie  wykonały  polecenie.  Chłopiec  stanowczo  odmówił,  uporczywie  gapiąc  się  w 

ziemię. Ojciec spytał gwałtownie: „A ty co? Zaniemówiłeś?”. Wtedy chłopak podniósł głowę 

i  wbił  nieruchome  spojrzenie  w  oczy  Pikkendorffa,  który  w  końcu  z  przykrością  odwrócił 

wzrok.  Chłopiec  nie  miał  więcej  niż  dziesięć  lat.  Sylwiusz  odnalazł  w  nim  tę  samą 

przerażającą zuchwałość i gwałtowność, której był świadkiem w Boże Narodzenie, patrząc na 

młodych gości księcia. 

 

-  Proszę  mu  wybaczyć,  panie  pułkowniku  -  rzekł  Gustavson.  -  Zapewniam  pana,  że 

mimo to ja i jego matka bardzo go kochamy.”* 

- Ale ja was nie kocham - rzucił chłopiec. 

Policzek spadł na niego bezgłośnie. Chłopak nawet się nie zachwiał. 

-  To  bardzo  niewdzięczny  wiek  -  rzekł  Sylwiusz,  nie  wierząc  w  to,  co  mówi,  by 

położyć kres tej scenie. - Chłopak po prostu się stawia. Z czasem mu przejdzie. Może zechce 

pan nas oprowadzić, Gustavson... 

Naprzeciwko  wejścia  do  stacji  telegrafu,  na  dokładnie  wygrabionej  ziemi,  stał 

niewielki  kamień,  otoczony  łańcuchem  kotwicznym,  pomalowanym  na  biało,  zgodnie  z 

marynarską  tradycją.  Był  to  rzymski  kamień  graniczny.  Po  obu  jego  stronach 

wygrawerowano: 

background image

BACT 

LEG 

XXXI 

HADRIA 

IMP 

Biskup, który go już widział, przetłumaczył:,Jiactriana 

Legio...  Trzydziesty  pierwszy.  Hadrianus  Imperator...  Trzydziesty  pierwszy  legion 

baktryjski  w  służbie  cesarza  Hadriana.  Pierwszy  i  najstarszy  znak  obecności  Zachodu  na 

przyszłym terytorium Miasta. I najdalej wysunięty na wschód ślad po armii cesarza Hadriana 

z  lat -  po Chrystusie,  z czasów nieudanej kampanii przeciwko Syrtom, którzy  natychmiast z 

powrotem wskoczyli do swoich łodzi z impre- 

 gnowanej smołą skóry. Cesarz nie dowodził osobiście. Jego legat, Kwintus Marcellus, 

z pochodzenia Dak, zatrzymał się na przylądku, czekając na posiłki, które nigdy nie nadeszły. 

W  końcu  musiał  się  wycofać  lądem.  Jego  Baktryjczycy  dali  drapaka.  I  kiedy  wracał 

przez  Równinę  z  zaledwie  setką  regularnych  rzymskich  legionistów,  z  Gór  spadli  na  nich 

Czeczeni  i wycięli  ich w pień. Musiało upłynąć pięć wieków, nim książę Ulik III, zadawszy 

pierwszą klęską Czeczenom, zatknął na tym przylądku swoją flagę. 

- Tak, tak,  mówię wam,  Czeczeni to twardziele! -  powiedział  brygadier  Wasyl,  który 

sprawę Czeczenów traktował bardzo osobiście. I kładąc jedną dłoń na sercu, a drugą unosząc 

ku niebu, zadeklamował z emfazą, niczym żywa alegoria: 

Rzekłem sobie: Wilhelmie, ruszać w drogę pora! 

A Czeczenów okrutnych zbliżała się sfora... * 

I dorzucił dumnym aleksandrynem: 

- Wilhelm Kostrowicki nazwisko autora! 

Na dodatek, to się rymowało! Wszyscy byli wstrząśnięci. 

W  wykonaniu  starego  brygadiera  Wasyla  Clementa,  żołnierza  po  trzydziestoletniej 

służbie,  zdecydowanie  bardziej  zaznajomionego  z  pokojami  podoficerów  i  zadymionymi 

knajpami  niż  literackimi  podwieczorkami  w  miejskim  Teatrze  Wielkim,  ledwie  umiejącego 

czytać  i pisać, taki występ był z pewnością czymś nieoczekiwanym.  Stał tak przez chwilę,  z 

ręką  w  powietrzu,  zawstydzony,  podobny  pomnikowi  ze  skweru,  nie  bardzo  wiedząc,  jak 

powrócić do swojej zwykłej postaci 

Guillaume Apollinaire, Orszak, „Alkohole”, tłum. Beata Biały. 

 brygadiera  pułku  kawalerii.  Biskup  litościwie  dał  sygnał  do  oklasków.  Sylwiusz 

przygryzał wargę, żeby się nie roześmiać.”* 

background image

- Skąd żeście to wytrzasnęli, brygadierze? - spytał. 

- Stąd! - Wasyl uderzył się w głowę pięścią. - Mam dobrą pamięć. 

Tym razem rozległy się śmiechy. 

- A co o tym myśli nasz specjalista od Kostrowickiego? 

- spytał Sylwiusz. 

Bazin du Bourg gorączkowo wertował swoją książeczkę. 

- Znam ją prawie na pamięć - powiedział - ale nie mogę tu znaleźć nic podobnego. A 

jednak, panie pułkowniku, to brzmi całkiem w jego stylu. 

-  W  jego  stylu!  I  to  jak!  -  wykrzyknął  brygadier  Wasyl.  -  Kapitan  Kostrowicki 

wyrecytował  nam  to  kiedyś  ot  tak,  pewnego  wieczora,  o  zachodzie  słońca,  kiedy  spory 

oddział Czeczenów galopował zboczem góry, a ich sztandary łopotały na wietrze... 

- Ale o ile pamiętam, brygadierze, mówiliście mi, żeście ich nie widzieli. Tylko cienie, 

niewyraźne postacie. 

Stary żołnierz zaczerwienił się jak panienka. 

- To znaczy... Tak nie do końca... Słuchaliśmy kapitana. 

„No  tak  -  pomyślał  Pikkendorff.  -  Teraz  jest  nas  trzech.  Trzech,  którzy  mają  na  coś 

nadzieję.  On  od trzydziestu  hoduje  w  tej  swojej  ciężkiej  głowie  tylko  jedną  myśl:  zobaczyć 

jeszcze kiedyś tych Czeczenów, którzy wychynęli z wyobraźni jego kapitana”. 

- To pański warzywnik? - spytał, by zmienić temat, pierwszego oficera Gustavsona. 

 

Znajdowali się na ogrodzonym terenie stacji telegrafu. 

Grządki  ziemniaków,  marchewek,  rzodkiewek  i  porów  osłonięte  były  przed  gradem 

daszkami  na  drewnianym  rusztowaniu.  Był  tu  też  kurnik,  chlewik  z  paroma  świniami  i 

spokojna krowa w obórce. 

- Oto królestwo mojej żony - dumnie oświadczył Gustavson. 

-  Moje  gratulacje,  szanowna  pani.  Mogłaby  tu  pani  wytrzymać  oblężenie.  Oblężenia 

bez wrogów bywają niekiedy najdłuższe. 

Gustavson  przytaknął,  choć  nie  zrozumiał,  o  czym  mówi  pułkownik.  Zaczął  padać 

grad. 

- Wejdźmy do środka, panie pułkowniku. Proszę za mną. 

Marynarka zawsze miała dobry gust i sporo wyczucia. 

Czy  to  na  okrętach,  czy  to  na  suchym  lądzie,  potrafiła  stworzyć  atmosferę 

odpowiadającą  stanowi  ducha  załogi.  Mieszkanie  rodziny  Gustavsonów  na  parterze  stacji 

telegrafu wyposażone było w meble z miedzianymi okuciami pochodzące ze statków, stojący 

background image

pośrodku długi stół, a na pobielonej wapnem ścianie na honorowym miejscu wisiał oficjalny 

portret księcia Welfa III. Sylwiusz rzucił mu krótkie spojrzenie i postanowił przemilczeć jego 

śmierć  -  niech  nadal  panuje,  choćby  tylko  w  tym  uporządkowanym  świecie  pierwszego 

oficera  Gustavsona.  Kaflowy  piec  rozsiewał  dobroczynne  ciepło.  Przez  okna  przystrojone 

czystymi  firankami  można  było  dostrzec  wyzierające  spoza  zasłony  gradu  skrawki  morza. 

Sypialnię urządzono na pierwszym piętrze. Na drugim znajdowało się pomieszczenie obsługi 

telegrafu, teraz zupełnie puste. Trzej pracownicy zniknęli stamtąd na samym 

 początku  Zamieszek.  Na  trzecim  było  biuro  telegrafu,  który  zamilkł,  gdy  odcięto 

linię.  Na  czwartym  i  ostatnim,  wysoko,  na  samym  szczycie  krętych  schodów,  znajdował  się 

mały,  ośmiokątny  i  przeszklony  pokoik,  skąd  widać  było  horyzont,  morze,  Port  i  skaliste 

urwiska.  Na  balkonie  stała  dziwaczna,  niezdarna  sylwetka  semafora,  z  dźwigniami, 

łańcuchami  i  zębatymi  kółkami  oraz  masztem  na  chorągiewki.  Tuż  nad  tym  wszystkim 

znajdowała się latarnia, zamknięta w wąską, okrągłą obudowę. Sylwiusz i biskup wspięli się 

tam w towarzystwie Gustavsona. Pozostali zaczekali na nich na dole. 

-  Zastanawiałem  się,  co  zrobić  z  latarniąpowiedział  pierwszy  oficer.  -  W  końcu 

postanowiłem ją wyłączyć, ale nie wiem, czy dobrze zrobiłem. 

Najwyraźniej ta sprawa nie dawała mu spokoju. Otworzył leżący na pulpicie rejestr. 

-  Regulamin  Latarni  Morskich  i Telegrafów Semaforowych -  mówił dalej -  wyraźnie 

stanowi, że w wypadku wojny należy je wyłączyć niezwłocznie i to nie czekając na rozkazy. 

Ja  nie  otrzymałem  żadnego  rozkazu.  Tylko,  proszę  mi  powiedzieć,  panie  pułkowniku: 

jesteśmy w stanie wojny czy w stanie pokoju? 

Na trójnożnym statywie stała  luneta.  Pikkendorff  przykleił do niej oko i skierował  ją 

najpierw  na  Port  i  jego  trzy  pomosty.  Pierwszy  należał  do  marynarki.  Ani  śladu  dwóch 

parowych  kanonierek.  Przy  nabrzeżu  stał  jedynie  jakiś  wrak,  którego  pokład  został 

doszczętnie spalony. Sylwiusz rozpoznał jacht księcia. 

- Co tam się stało? 

- Zajęli go na samym początku - wyjaśnił pierwszy oficer. - Te wszystkie szumowiny. 

Załoga nie stawiała 

 oporu.  Zabawa  trwała  kilka  dni.  Nawet  nocą  aż tu  było  słychać  wrzaski.  Budzili  mi 

dzieci. Syn  był  strasznie podekscytowany.  Musiałem go zamknąć w pokoju.  Kiedy wybuchł 

pożar, wielu spłonęło. Oszczędzę panu opowieści 

 smrodzie,  jaki  stamtąd  dobiegał,  panie  pułkowniku. To  musiało  wyglądać  strasznie. 

Niektórzy skakali do wody 

 utonęli. Nikt nie przeżył... 

background image

Nie  wydawał  się  tym  poruszony.  Jego  ton  był  spokojny  i  zrównoważony.  Sylwiusz 

wrócił do swoich obserwacji. 

Drugi  pomost,  na  którym  znajdował  się  dworzec  morski,  zwany  był  Pomostem 

Kolonii.  To  tu,  dwa  razy  na  miesiąc,  przybijały  książęce  frachtowce,  które  zapewniały 

łączność z leżącymi o tydzień drogi małymi enklawami, jakie Miasto od setek lat posiadało ze 

zmiennym  szczęściem  na  terytorium  Syrtów. To  dzięki  tym  dwóm  koloniom,  Miasto  łapało 

oddech szerokiego świata. Książę zsyłał do nich swych najbardziej niespokojnych poddanych 

-  żołnierzy,  misjonarzy,  kupców,  inżynierów,  lekarzy,  którzy  następnie  dokonywali  tam 

cudów.  Sam  Kostrowicki  przez  jakiś  czas  handlował  stamtąd  wytwarzaną  w  manufakturach 

Miasta bronią z całą północną częścią kontynentu. Burdele były pełne tamtejszych dziewcząt 

o brunatnej skórze i świergotliwym głosie, które zabierały do siódmego nieba jasnowłosych i 

dobrze  wychowanych  młodzieńców  z  Miasta.  Przybycie  „dyliżansu”  z  kolonii  (tak  tu 

nazywano te statki) wywoływało w Porcie dreszcz radosnego podniecenia. Otwarte ładownie 

wydzielały intensywną woń. To, co stamtąd wyciągano - kawa, cynamon, drzewo kamforowe, 

egzotyczne owoce - pachniało pięknie, a wysiadający ze statków pasażerowie, wciąż jeszcze 

ubrani w białe, kolonialne stroje, rozbiegali się po oko- 

 licznych  kafejkach  i  snuli  nocami  opowieści  o  swoich  przygodach.  Słuchając  tych 

zakrapianych alkoholem historii, można by sądzić, że każdy z nich zostawił za morzem cały 

harem  nieutulonych  w  żalu  ślicznotek.  Po  stołach  toczyły  się  złote  monety  z  wizerunkiem 

dalekich,  ubranych  w  turbany  władców.  Port  żył  rytmem  „dyliżansu”.  Jeden  odpływał, 

czekano  na  kolejny.  Aż  nagle,  całkiem  niedawno,  w  ostatnim  roku,  te,  które  przypływały, 

zaczęły się wydawać mniej radosne, mniej rozgadane, ich ładunki mniej wonne i różnorodne, 

jakby  bardziej  oszczędne.  Dziewczęta  w  burdelach  starzały  się  i  nie  zastępowano  ich 

młodszymi. Czar pryskał powoli, ale wciąż jeszcze pozostało po nim wspomnienie, aż do tego 

dnia przed Bożym Narodzeniem, kiedy „dyliżans” z kolonii po prostu nie przypłynął. Minęły 

dwa  tygodnie  -  i  nic.  Czekano  na  kolejny,  ale  na  horyzoncie  nie  pojawił  się  żaden  statek. 

Morze pozostało beznadziejnie puste. I właśnie wtedy w Porcie zaczęły się dziać te wszystkie 

rzeczy...  Sylwiusz  dojrzał  przez  lunetę  spalony  dworzec,  opustoszałe  i  zdewastowane 

nabrzeża. Na rybackim molo - też pustka. 

Obok stał  jakiś wpół zatopiony trawler,  a dalej drugi, z którego widać  już było tylko 

wystający z wody maszt. Ani śladu człowieka. 

- Ale proszę mi powiedzieć - spytał Sylwiusz - czy tam, w dole, pozostał jeszcze ktoś 

żywy? 

-  Nie  mam  pojęcia,  panie  pułkowniku  -  rzekł  Gustavson.  -  Nie  schodziłem,  by 

background image

sprawdzić.  Artykuł  pierwszy  Regulaminu  Latarni  Morskich  i  Telegrafów  Semaforowych 

stanowi,  że  niezależnie  od okoliczności  zewnętrznych,  priorytetem  jest  całodobowa obsługa 

telegrafu. A ja nie miałem zmiennika. Nie miałem więc wyjścia. Nie ruszałem się stąd. 

 

Inaczej  mógłbym  zostać  pociągnięty  do  odpowiedzialności  za  opuszczenie 

posterunku. 

Najwyraźniej taki stan rzeczy mu odpowiadał. Pierwszy oficer Gustavson, zamykając 

się w swych przekonaniach, odciął się od chaosu. 

-  Mogę tylko  powiedzieć  panu  pułkownikowi  -  dorzucił  -  że  od  dłuższego  czasu  nie 

docierają stamtąd żadne odgłosy. Teraz obserwujęjuż tylko morze. To moje zadanie. 

- Proszę mi pokazać „Wykaz rejsów statków”. 

Chodziło  o  dziennik  o  numerowanych  stronach,  stanowiący  regulaminowe 

wyposażenie stacji telegrafii Miasta. 

Pod datą... zapisano: „.. Odpłynięcie jednostki Wilhelm 

Kostrowicki z floty książęcych frachtowców; rejs do kolonii. 

Sygnał  bandery  przy  przekraczaniu  przylądka:  «Do  zobaczenia».  Odpowiedź 

semafora: «Szczęśliwej podróży»„. 

-  Ten  był  ostami  -  skomentował  pierwszy  oficer  -  ale  wtedy  jeszcze  tego  nie 

wiedzieliśmy. Zwykle kapitanowie „dyliżansów” sygnalizowali „Do zobaczenia wkrótce”. 

Taki  był  zwyczaj  i  tego  wymagała  grzeczność.  Tym  razem  tylko  suche  „Do 

zobaczenia”. Wówczas nie zwróciłem na to uwagi. Kostrowicki nigdy nie wrócił. Było trochę 

ludzi na pokładzie. Patrzyłem przez lunetę. Bogacze, to było widać. 

Ci  zwiali  w  samą  porę.  Jakiś  dzieciak  machał  chusteczką,  ale  tylko  on,  a  przecież 

zwykle robili to wszyscy... 

Pikkendorff czytał dalej: „Nic się nie dzieje”. Mijały dni. 

„Ruch  statków:  brak”.  Podpisano:  pierwszy  oficer  straży  morskiej  Gustavson. 

Wreszcie, pod datą...: „.. Przybycie parowego trawlera Fedora, powrót z połowu z okolic 

Przylądka  Syrtów.  Sygnalizuje,  że  strzelano  do  niego  po  wywieszeniu  flagi 

sygnalizującej: «Zakaz wpłynięcia do portu; 

 kwarantanna».  Odpowiedź  semafora:  «Przyjąłem.  Przeka?  żę»...”.  U  dołu  tej  samej 

strony  uwaga:  „..  Odpłynięcie  trawlera  Fedora.  Brak  sygnalizacji  co  do  celu  podróży.  SL 

mafor wielokrotnie powtarza pytanie - bez skutku...”. 

-  Faktycznie,  odpłynął  tego  samego  wieczoru  -  wyjaśnił  pierwszy  oficer.  - 

Prawdopodobnie  bez kapitana.  Ludzie  bili  się,  by wejść na pokład.  Byli zabici  i ranni.  Poza 

background image

dwoma zatopionymi trawlerami i dwiema kanonierkami przy molo marynarki, port opustoszał 

w ciągu jednej nocy. 

Zgasili  światła  pozycyjne,  ale  poznałem  ich  w  świetle  księżyca.  Był  tam  Athos, 

Battenberg, Święty Michał, Wiktoryn. 

Zapaliłem latarnię. Jedynym, który odpowiedział sygnalizacją świetlną, był Wiktoryn: 

„Dziękuję.  Żegnajcie”.  Kapitan  był  moim  kumplem.  Nie  wiem,  czy  znajdował  się  na 

pokładzie.  Żaden z nich  nie wrócił. Następnego ranka,  o świcie,  zaczął się ruch  na Świętym 

Uliku... 

Pikkendorff czytał dalej: „.. Port opuszcza kanonierka 

Święty  Ulik,  pod  dowództwem  komodora  Warsoffa,  dowódcy  floty  straży  morskiej. 

Na pokładzie uzbrojeni fizylierzy. 

Na mostku komodor w białych rękawiczkach”. 

- Dlaczego zanotował pan ten szczegół? 

- Nie wiem, panie pułkowniku. Pomyślałem: „Będzie gorąco!”. 

Sylwiusz  uśmiechnął  się.  Jeff.  Jeff  Warsoff,  towarzysz  z  dzieciństwa.  W  gimnazjum 

giermków  nie  puszczał  płazem  żadnej  zniewagi  -  ani  pod  adresem  księcia,  ani  swej  własnej 

osoby. Rozdzielał kuksańce w białych rękawiczkach. 

Wyjmował  je  z  kieszeni  i  długo  zakładał,  wbijając  wzrok  w  przeciwnika.  W  ten 

sposób  ogłaszał  wyrok.  Potem,  na  pokładzie  swego  statku,  komodor  Warsoff  dowodził 

zawsze 

 w  białych  rękawiczkach.  Znany  był  też  z  innych  dziwactw,  takich  jak  strzelanie  z 

armaty  podczas  podniesienia,  kiedy  jego  kapelan  odprawiał  mszę  na  pokładzie,  czy 

wydawanie  na  statku  balów,  na  które  zapraszał  na  swój  koszt  najpiękniejsze  dziewczęta  z 

portowych  burdeli,  pod  warunkiem,  że  wkładały  wieczorowe  suknie  i  umiały  wzbudzić 

szacunek marynarzy. Tańczono walce i bostony. Załoga go uwielbiała... 

Sylwiusz wrócił do przerwanej lektury: „.. Święty 

Ulik  sygnalizuje:  «Poważne  incydenty  na  pokładzie  FryderykaWelfa».  Zajmuje 

pozycję patrolową wschódzachód, trzy mile od wybrzeża. Prośba o powiadomienie władz... 

..  Kanonierka  FryderykWelf  opuszcza  port.  Brak  flagi  państwowej  na  rufie.  Brak 

oficerów  na  mostku.  Załoga  pomieszana  z  cywilami.  Kobiety  na  pokładzie.  Wygląda  to  na 

bunt.  Semafor  sygnalizuje:  «Podajcie  cel  podróży».  Brak  odpowiedzi...  ..  Kanonada  na 

pełnym morzu, jakieś trzy mile od brzegu, azymut °. Gęsty, czarny dym i wybuchy. 

.. Czerwona łuna, eksplozja. W polu widzenia, koło przylądka, pojawia się kanonierka 

Święty  Ulik,  która  sygnalizuje:  «Kanonierka  Fryderyk  -  W  elf  zatopiona  przeze  mnie  na  °’ 

background image

szerokości  północnej  i  °’  długości  wschodniej.  Nikt  nie  przeżył.  Wyruszam  na  daleką  misję. 

Prośba o powiadomienie władz». Podpisano: Komodor Warsoff’. 

-  W  rzeczy  samej  nie  mogłem  już  nikogo  powiadomić,  ani  admiralicji,  ani  pałacu  - 

zakończył pierwszy oficer Gustavson. - Tamtego ranka ostatecznie zerwano linię telegrafu. 

Daleka  misja?  Jaka  znowu  misja?  Zadając  sobie  to  pytanie,  Sylwiusz  znał  już 

odpowiedź. Podobnie jak on sam, Jeff 

Warsoff opuścił Miasto bez nadziei i bez pragnienia powro- 

 

!  litu...  Sylwiusz  przewracał  kartki.  „Ruch  statków:  brak.  Ruch  statków:  brak.  Brak. 

Brak”. W końcu zamknął rejestr. 

- Więc co mam zrobić z latarnią, panie pułkowniku? 

Zapalić? Zostawić zgaszoną? 

Ktoś  zapukał  do  drzwi.  Była  to  młodsza  z  córek  pierwszego  oficera,  zdyszana  po 

pokonaniu  tylu  schodów,  zaróżowiona  i  urocza,  z  satynową  kokardą  na  włosach  i  w 

niedzielnych  lakierkach.  Dygnąwszy  grzecznie,  wyrecytowała  z  poważną  minką:  „Mamusia 

prosi,  bym  powiedziała  panu  pułkownikowi,  że  kolacja  gotowa”. Sylwiusz  zachował  się  jak 

należy.  Poklepał  małą  po  gładkim  policzku,  pogratulował  ojcu  urody  i  doskonałych  manier 

małej  panny  Gustavson  i  odpowiedział  jej  w  tym  samym  tonie:  „Proszę  uprzejmie 

podziękować mamie i powiedzieć, że już schodzimy”. 

Ta  scena  przypomniała  mu  (z  zachowaniem  wszelkich  proporcji,  rzecz  jasna) 

ceremonię pożegnania w pałacu. Jutro, bez wątpienia, i to wspomnienie zblednie. 

- A co z latarnią, panie pułkowniku? 

Tym razem w głosie pierwszego oficera dało się wyczuć panikę. 

-  A,  tak.  Latarnia...  -  powiedział  Pikkendorff  z  roztargnieniem.  -  Regulamin... 

Jesteśmy w stanie wojny czy pokoju? Ujmując rzecz regulaminowo, bo o to panu chodzi, nie 

wiem. Wydaje mi się, że stoimy w obliczu czegoś, co nie zostało przewidziane w regulaminie. 

Jeśli jednak chce pan znać moje zdanie, to zapalałbym ją co noc, aż do wyczerpania zapasów 

nafty. 

- Dwa miesiące i trzy dni - sprecyzował Gustavson, zajrzawszy do innego zeszytu. 

Spoglądając przez lunetę, Sylwiusz po raz ostatni zlustro- 

 wał  horyzont.  Morze  nadal  było  puste,  a  Port,  tam,  w  dole,  cichy  i  opuszczony. 

Sylwiusz żegnał się z  morzem  i wszystkim, co znajdowało się za nim -  w pewnym  sensie,  z 

całym  światem. Stawiał  sobie  jeszcze tylko  jedno pytanie (które było zresztą niczym wyrzut 

background image

sumienia):  czy  godzi  się  jeść  kolację  przygotowaną  przez  panią  Gustavson  i  zostawić  jej 

gamoniowatego  małżonka  bez  jednego  słowa  pociechy  i  nadziei?  Postanowił  zdobyć  się  na 

ten wysiłek. 

-  Dwa  miesiące  i  trzy  dni?  No  cóż,  to  być  może  więcej,  niż  potrzebuje  komodor 

Warsoff na wykonanie swojej misji. 

Pańska latarnia ułatwi mu powrót. 

- Pan pułkownik naprawdę wierzy, że on wróci? 

Pierwszy  oficer  był  na  skraju  załamania.  Wiedząc,  że  jego  szacowni  goście  wkrótce 

odjadą, nagle odkrywał znaczenie samotności. 

Pikkendorff wzruszył ramionami. 

-  Oczywiście,  że  wróci  -  rzekł.  -  A  poza  wszystkim,  będzie  pan  miał  zajęcie, 

Gustavson. 

Tego przynajmniej był pewny. Ten poczciwina będzie zajmował się swoją latarnią, jej 

soczewką Fresnela i mechanizmem aż po ostatnią kroplę nafty... 

Nim  zasiedli  do  stołu,  pierwszy  oficer  uparł  się,  by  pokazać  pułkownikowi  swoją 

piwnicę. Miał tam resztki zapasów. 

Najwyraźniej był z niej bardzo dumny. Niczym sklepikarz prowadził dokładny rejestr 

zawartości.  Były  tu  szynki,  kiełbasy,  worki  z  mąką  i  soczewicą,  bańki  z  oliwą,  beczki  z 

piwem,  konserwy  mięsne,  słoje  z  zaprawami,  zapałki,  knoty  do  lamp,  suchary,  a  wszystko 

opisane, datowane, poukładane na półkach - równo co do milimetra. „I nie ma tu 

 nic poza tym, czego wymaga regulamin, panie pułkowniku 

-  wyjaśnił.  -  Co  w  przypadku  budynków  nadmorskich  oraz  stacji  telegrafu  oznacza 

dwa  miesiące  zapasów.  Fakt,  B*  mam  tu  też  moje  osobiste  zapasy,  ale  zapłaciłem  za  nie  z 

własnej  kieszeni.  Kiedy  tam,  na  dole,  zaczęło  się  źle  dziać,  po  raz  ostatni  zszedłem  do 

magazynów  marynarki.  Proszę sobie wyobrazić,  panie pułkowniku, że w ogólnym  bałaganie 

nikt nawet nie pokwitował wydania.  Dlatego, bardzo proszę,  nim wyruszycie,  weźcie,  czego 

wam trzeba”. 

- Dziękuję. Nie mamy zbyt dużo miejsca w jukach, ale przyślę tu naszego koniuszego 

Abaja. 

Jednocześnie  Pikkendorff  wyobrażał  sobie  z  pewnym  rozbawieniem,  jak  pierwszy 

oficer  Gustavson  dociera  wreszcie  do  kresu  swych  zapasów,  do  dna  worków  z  soczewicą, 

ostatniej,  rozbrzmiewającej  pustką  beczki  po  piwie,  staje  w  zadumie  przed  ogołoconymi 

półkami, potem siada przy biurku i uważnie, kolumna po kolumnie, liczy wszystko, co w dwa 

miesiące  zjadła  i  wypiła  jego  mała  rodzina,  podkreśla  cyfry  za  pomocą  linijki,  zapisuje 

background image

końcowy wynik i odkłada już niepotrzebne pióro, czując w żołądku i w duszy przyprawiającą 

 mdłości pustkę. Wtedy niebo zwali mu się na głowę. 

Oczywiście, pani Gustavson położyła na stół całą zastawę. 

 nakryła  go  swoim  najlepszym  obrusem.  Sadzając  gości,  mizdrzyła  się:  „Pan 

pułkownik na honorowym  miejscu...” (to  znaczy,  pod portretem księcia). „Jego Ekscelencja, 

biskup  po  mojej  prawej,  a  najmłodszy  z  panów  po  lewej”.  Chodziło  o  kadeta  Stanisława 

Veniera. Sylwiusz pospieszał. Pragnął, by jego mały oddział pożywił się, korzystając z okazji, 

ale  też  chciał  jak  najszybciej  skończyć  z  tym  iluzorycznym  odroczeniem  wyroku.  Po 

tradycyjnym benedicte, zaczęli się 

 bardziej opychać niż posilać,  pochłaniając ogromne  ilości  jedzenia.  Brygadier Wasyl 

popuścił pasa i poluzował kołnierzyk. Abaj beknął sobie od serca, jak to mają w zwyczaju 

Ołmiaci.  Cierpiała  na  tym  konwersacja.  Gustavson  polewał  jałowcówkę,  serwując 

sobie  hojne  porcje,  które  następnie  wychylał  jednym  haustem,  unosząc  w  górę  mały  palec, 

podczas  gdy  jego  małżonka,  bardziej  od  niego  trzeźwa,  uśmiechała  się  pozornie  bez 

przyczyny  z  błogą  miną  sympatycznej,  zadowolonej  krowy.  Wciśnięty  w  kąt  pokoju, 

Gustavson  junior,  nieruchomy  i  milczący,  patrzył  na  tę  scenę  z  wyraźną  odrazą.  Czemu  nie 

kazali mu iść się pobawić? - zastanawiał się Sylwiusz. Ale czy taki dzieciak w ogóle się bawi? 

Sądząc  po  jego  twardych  rysach  i  kamiennym  spojrzeniu,  można  było  wątpić.  Za 

każdym  razem,  gdy  Sylwiusz  unosił  głowę  znad  talerza,  napotykał  pełnie  nienawiści 

spojrzenie chłopca. Wreszcie nie wytrzymał. 

- Czy nie można by gdzieś wysłać tego dzieciaka? 

Przynajmniej, dopóki nie skończymy jeść? 

- Och, panie pułkowniku - odparła pani Gustavson - on naprawdę bywa miły. 

Chłopak ryknął śmiechem. 

- Ja? Miły? Nie jestem miły. Jestem zły. I dobrze widzę, co wy dwoje robicie tam, pod 

stołem. 

Pod  stołem  ręka  kadeta  Veniera  pospiesznie  zsunęła  się  z  uda  sąsiadki.  To  było  już 

tylko  pożegnanie.  Sprawy  zasadnicze  rozegrały  się  gdzie  indziej,  w  jednej  z  sypialni,  kiedy 

pierwszy oficer Gustavson zdawał pułkownikowi raport w izbie telegrafu. 

- Ależ kochanie - szepnęła pani Gustavson, by uspokoić potomka. 

 

Tym  razem  dzieciak  zakipiał  wściekłością  pomieszaną  z  satysfakcją.  Widok  był 

odpychający. 

- A wcześniej śledziłem was. I słyszałem... Ocfrf 

background image

Och!  Och! Tak! Tak...! Widziałem  twój  goły  tyłek.  I  jego  z tym  wielkim  siusiakiem, 

wielkim siusiakiem, wielkim siusiakiem... 

Przebierał nogami, dygocząc z przejęcia. Z ust ciekła mu ślina. 

- On kłamie! Kłamie! - krzyknęła matka. 

A ojciec dorzucił:; i 

- Milcz, mały świntuchu! < 

Ale  zostało  to  powiedziane  bez  przekonania.  Pierwszy  oficer  nalał  sobie  kieliszek, 

którego zawartość wielu zwaliłaby z nóg i jakby stracił zainteresowanie całą sprawą. 

Chłopak  nie  zamierzał  milczeć.  Jego  oczy  lśniły  okrucieństwem.  Takie  spojrzenie 

muszą mieć ci, co dobijają rannych. 

- A potem go ssałaś, ssałaś go i ssałaś... 

- Zamilcz wreszcie! Na litość boską! - wyskamlała pani Gustavson. 

Kadet Venier  wstał, prostując swoją wysoką,  atletyczną postać. Wydawał  się całkiem 

nieporuszony. Spokojny i opanowany. 

-  Niech  pan  zostanie  tam,  gdzie  jest,  Stanisławie  -  rozkazał  biskup Van  Beck.  - Tym 

razem to moja sprawa. 

Podszedł do chłopca z prawą ręką uniesioną jak do błogosławieństwa. Dzieciak uciekł 

z wyciem... 

Nieco  później,  kiedy  cała  siódemka  galopowała  nocą  po  piaszczystej  drodze,  pełną 

piersią wciągając świeże powietrze, Sylwiusz powiedział:! 

 

-  No  cóż,  koniec  końców,  zostawiamy  za  sobą  świat,  w  którym  niemal  panuje 

porządek. 

Z oddali odpowiedział mu stłumiony odgłos eksplozji. 

Chorąży Bazin du Bourg z pułku artylerii szybko go rozpoznał. 

- To ten mały świntuch bawi się minami swego tatusia. 

Skierowali  się  na  północnywschód,  ku  Górom,  pozostawiając  Miasto  daleko  na 

zachodzie... 

III 

Nadeszła  wiosna.  Górska  i  wilgotna.  Śnieg  topił  się  w  słońcu,  ale  w  cieniu  wciąż 

jeszcze leżały jego płachty. Tu i tam pojawiały się rozległe placki trawy - tej górskiej, krótkiej 

i  twardej,  intensywnie  zielonej,  którą  konie  chrupały  z  apetytem.  Z  lodowców  wypływały 

strumienie pełne zachwycająco przejrzystej wody. Było pięknie. Na błękitnym niebie kołował 

orzeł królewski. Wysokie szczyty były na wyciągnięcie ręki. Czarno na białym, skała i śnieg 

background image

rysowały  się  w  przezroczystym  powietrzu  nieprzerwanym  łańcuchem,  ciągnącym  się  ku 

pomocy. Odległa o dwadzieścia mil Równina była już tylko niewyraźną, wielką płaszczyzną. 

Długo  jechali  zboczem  góry,  trzymając  się  granic  ludzkiej  bytności,  które  tu  i  tam 

wyznaczały  stare  miedze  i  kilka  nielicznych,  podniszczonych,  wojskowych  tablic 

połączonych ledwie widoczną, drogą, która chwilami całkiem ginęła z oczu. Figurowała ona 

na  mapie  sztabowej  pułkownika  Pikkendorffa  jako  skromna,  kropkowana  linia,  opatrzona 

szumną  nazwą,  kompletnie  nie  przystającą  do  jej  obecnego  znaczenia  i  wijącą  się  literka  za 

literką  z  północy  na  południe:  „Droga  strategiczna  nr  ”.  Była  to  pamiątka  po  odległych 

czasach,  w  których  ten  przygraniczny  region,  zamieszkały  przez  tysiące  osiedlonych  tu  i 

zasymilowanych 

 potomków  czeczenskich  górali,  traktowany  był  jeszcze  jako  strefa  niebezpieczna, 

choć na tym terenie nie wystrzelono ani jednej kuli od ponad dwustu pięćdziesięciu lat, kiedy 

to książę UlikFryderyk V ostatecznie go spacyfikował. Pikkendorff i jego jeźdźcy napotkali tu 

jak  dotychczas  niewielu  ludzi,  zaledwie  kilku  barwnie  ubranych,  wąsatych  chłopów,  którzy 

paląc drugie  fajki,  pilnowali  stad udomowionych  jaków. Widząc  mały oddział,  grzecznie się 

witali, ale tylko z daleka, unosząc rękę w geście pokoju, pozornie obojętni na prestiż czarnego 

płaszcza podbitego futrem  i słynną czarną, obszytą szkarłatem tunikę książęcej kawalerii,  na 

co  tak  bardzo  liczył  Pikkendorff.  Żaden  z  nich  nie  ruszył  się  z  miejsca,  by  ich  zagadnąć. 

Wprawdzie  było  wiadomo,  że  górale  nie  są  towarzyscy,  ale  mimo  wszystko  Sylwiusz  był 

zaskoczony. 

Postanowił zatem zrobić pierwszy krok, kierując  konia ku  lepiance w kształcie  jurty, 

typowej  dla  tego  regionu.  Przystojny  starzec,  wysoki  i  kościsty,  z  wiszącym  na  pasku 

karabinem, poczęstował go zsiadłym mlekiem. Na pytania pułkownika- 

- majora odpowiadał, że owszem, on i jego rodzina muszą się mieć na baczności, że z 

Równiny przyszli tu włóczędzy i napadali na bydło i kobiety, a skoro nie było tu regularnego 

wojska,  to  miejscowi  uznali,  że  mogą  ich  sami  pozabijać.  Nie  pogrzebali  ich  ciał,  a  nawet 

powiesili je na drzewach jako ostrzeżenie. Od tego czasu nikt ich nie nachodził, ale woleli być 

czujni, a pan pułkownik niech zechce przyjąć wyrazy szacunku i zapewnienie o lojalności. „A 

stamtąd?” - spytał 

Pikkendorff,  wskazując  na  góry.  „Stamtąd?  Nie,  stamtąd  nikt  nie  przychodzi,  panie 

pułkowniku. Wszystkie drogi są od dawna odcięte, a przełęczami nie da się przejść. A zresztą, 

kto miałby przyjść?”. Dołączając do towarzyszy, Syl- 

 wiusz zastanawiał się jednak, skąd starzec wziął ten karabiny 

-  nowoczesny  i  wyprodukowany  za  granicą  model,  nieznai  ny  w  zbrojowniach 

background image

Miasta.” 

Ruszyli  w  dalszą  drogę,  rozmawiając  z  nielicznymi  napotkanymi  ludźmi,  kupując 

mleko i sery od pięknych dziewcząt o dzikich oczach, które kryły włosy pod jedwabną chustą, 

nie otrzymując w zamian  nic poza uprzejmą  i pełną rezerwy obojętnością,  okraszoną krótką 

wzmianką  o  włóczęgach,  których  zabito  „szybko  i  sprawnie”.  W  tym  miejscu  chłopi 

uśmiechali się bez cienia zażenowania, rzecz jasna 

„z  całym  szacunkiem  i  lojalnością  należną  panu  pułkownikowi...”.  Któregoś  dnia 

biskup uparł się, że to on z nimi porozmawia. Choć ubrany był w tunikę kawalerzysty, krzyż 

na  piersi  i  pierścień  z  ametystem  wyraźnie  wskazywały  na  stan  duchowny.  W  dodatku, 

zsiadając z konia, hojnie rozdawał błogosławieństwa. Przyjmowano go z szacunkiem, ale bez 

zapału. O ile starcy najczęściej przyklękali lekko na kolano, o tyle młodzi, a zwłaszcza dzieci, 

zdawali  się  ignorować  ten  obyczaj,  co  biskup  Van  Beck  przypisywał  rzadkim  odwiedzinom 

księży w tych stronach.  Czy te dzieci w ogóle były ochrzczone? Odpowiedziano mu, że nie, 

bo  kiedy  ksiądz  był  tu  ostatni  raz,  oni  akurat  byli  w  górach  na  redyku,  a  za  późno  ich 

uprzedzono o tej wizycie. „Ale przecież chodziło o chrzest! 

-  powiedział  biskup  z  wyrzutem.  -  Mogliście  się  trochę  postarać!”.  Refleksja  ta 

wywołała  jedynie  milczącą  serię  pełnych  fatalizmu  gestów.  Dwieście  pięćdziesiąt  lat 

chrześcijaństwa,  nawrócenie  raczej  siłą  -  trochę  za  mało  czasu,  by  wykorzenić  wiarę.  Ta 

górska  prowincja  zawsze  była  terenem  misyjnym.  Świadczyły  o  tym  rozrzucone  tu  i  tam 

wzdłuż ścieżki stacje drogi krzyżowej, przypominające nie- 

 mai  już całkiem zatartymi, przytwierdzonymi do ich cokołów tabliczkami  miesiące  i 

lata  odbywanych  tu  misji,  jak  również  imiona  świętych  patronów,  których  opiece  były  one 

powierzane - najczęściej św. Piotrowina, pustelnika i męczennika pogranicza z odległej epoki 

podbojów.  Niektóre  ze  stacji  były  mocno  zniszczone.  Czas,  marna  pogoda,  brak 

konserwacji...  Ale  jedna  nosiła  wyraźne  i  całkiem  świeże  ślady  dewastacji,  na  co  biskup 

zwrócił  uwagę,  nie  otrzymawszy  jednak  żadnych  wyjaśnień,  poza  wzruszeniem  ramion  i 

kilkoma  jękami  niemocy.  „A co z kościołem? -  spytał Van Beck.  -  Pamiętam,  że w katedrze 

zbierano datki na jego odnowienie i utrzymanie...”. Kościół? „Ależ naturalnie 

-  odparł  inny  starzec,  uzbrojony  w  taki  sam  karabin  na  pasku,  jak  ten  poprzedni  -  o 

pięć  dni  drogi  stąd,  w  bardziej  ludnej  okolicy,  jego  Ekscelencja  znajdzie  kościół  św. 

Piotrowina, zaraz przy drodze”. Sylwiusz sprawdził na mapie. 

Faktycznie, budynek był na niej zaznaczony małym kółkiem z krzyżykiem. 

Ruszyli w dalszą drogę. 

Następnego  dnia  postanowili  nieco  odsapnąć.  Zdrętwiałe  od  konnej  jazdy  nogi 

background image

domagały  się  rozprostowania,  a  konie  zasługiwały  na  odpoczynek.  Wydawszy  tyczki,  na 

których porozpinali płachty namiotów, rozłożyli się obozem nad brzegiem strumienia. Biskup 

siadł na słońcu, czytając brewiarz. Wszyscy umyli się w strumieniu, wszedłszy doń po kolana, 

potykając się na kamieniach i śmiejąc niczym sztubaki. Skorzystali z okazji, by uprać bieliznę 

i wysuszyć ją na zielonej trawie. Z nieba wciąż obserwował ich orzeł. Na pewno miał gniazdo 

we wnęce jednego z tych czarnych, ska- 

 listych szczytów, które wznosiły się na wschodzie na dwa- 

-  trzy  tysiące  stóp,  niczym  wieże  górujące  nad  murami  zamku.  Potem  nadszedł 

wieczór  -  łagodny  i  świetlisty.  Siedzą©  przy  ognisku  z  wonnych,  drewnianych  polan,  z 

apetytem  zjedli  parę  zajęcy,  które  Abaj  schwytał  w  sidła  gdzieś  niedaleko.  Oszczędzali 

amunicję. Zadawali sobie pytanie, jak dawno wyjechali z Miasta. Bazin du Bourg powiedział: 

„Jedenaście  dni  temu”.  Porucznik  Tancrede:  „Trzynaście”.  Kadet  Venier  skłaniał  się  ku 

dziewięciu.  Spytany  o  to  samo,  brygadier  Wasyl  wydawał  się  w  ogóle  nie  być  tym 

zainteresowany,  pochłonięty  zajadaniem  dobrze  przypieczonego  combra.  Nikt  nie  prowadził 

kalendarza,  więc  zwrócono  się  do  Jego Ekscelencji Van  Becka,  który  wyjął  z  kieszeni  swój 

notes. 

- Mogłem opuścić dzień lub dwa - przyznał - ale nie popełnię chyba większego błędu, 

mówiąc, że pożegnaliśmy się z nimi jakieś szesnaście dni temu. 

Abaj  nalał do kubków jałowcówki, a Sylwiusz puścił wkoło pudełko  małych cygar  z 

banderolką  marynarki,  pochodzących  z  „osobistych  zapasów”  pierwszego  oficera 

Gustavsona, o którym wszyscy już zresztą zapomnieli. 

- Szesnaście dni, Osmondzie? Tak sądzisz? - powiedział, zapalając cygaro od płonącej 

głowni. - Cóż, to zależy, jak liczyć. Ja skłaniałbym się raczej ku trzydziestu dwóm dniom. 

Biskup przewertował swój notes strona po stronie, licząc na palcach. 

-  Niemożliwe.  Nawet  przyjmując  margines  błędu,  na  pewno  nie  minęło  więcej  niż 

szesnaście dni. 

- Szesnaście dni dla ciebie, Osmondzie - przytaknął 

 

Sylwiusz - ale dla mnie co najmniej trzydzieści dwa. 

A może nawet czterdzieści osiem. Lub znacznie więcej, kto wie? Nieskończenie wiele 

dni... 

Wszyscy  patrzyli  na  niego  zaskoczeni,  oczekując  wyjaśnień.  Brygadier  Wasyl 

zapomniał  nawet  przeżuwać,  trzymając  w  dłoni  do  połowy  ogryzioną  kość.  To  do  niego  w 

końcu zwrócił się Pikkendorff. 

background image

-  Proszę  mnie  słuchać  uważnie,  Wasylu.  Wy  powinniście  mnie  zrozumieć.  Odkąd 

wyruszyliśmy,  jechaliśmy  od  świtu  do  nocy.  Zgodnie  z  obliczeniami  Jego  Ekscelencji, 

galopowaliśmy szesnaście dni  na północ i przez te szesnaście dni oddaliliśmy  się od Miasta. 

Prawda? 

Brygadier przytaknął ruchem brody. 

-  No  właśnie.  Ale  wszystko  jest  względne,  brygadierze.  Nie  ma  prawdy  absolutnej. 

Załóżmy,  że  mielibyśmy  wystarczająco  dużo  ludzi  i  koni  (a  nie  mamy)  i  chcielibyśmy,  na 

przykład dziś,  pchnąć do Miasta posłańca z ważną przesyłką adresowaną,  dajmy  na to,  do... 

majora Wilbura 

(o  ile  jeszcze  żyje),  tymczasowego  gubernatora  zamku.  Ile  czasu  potrzebowałby  ten 

jeździec, by dotrzeć do celu? 

- Jeśli by jechał takim samym tempem, jak my, czyli całkiem nieźle, to szesnaście dni, 

panie pułkowniku. 

-  Właśnie,  szesnaście  dni.  A  kiedy  posłaniec  przyjedzie  do  zamku,  oczywiście, 

zakładając, że w ogóle tam dotrze, zważywszy na to, co się dzieje w kraju, ile to będzie dni od 

czasu, gdy my opuściliśmy Miasto? 

Wasyl zmarszczył brwi z wysiłkiem. 

-  Wydaje  mi  się,  panie  pułkowniku...  Szesnaście  dla  nas,  szesnaście  dla  niego,  to  w 

sumie daje... trzydzieści dwa. 

Tak, trzydzieści dwa dni, panie pułkowniku! 

 

Był naprawdę pod wrażeniem. 

- Świetnie. Idźmy dalej - powiedział Sylwiusz. - Nasz posłaniec jest w zaniku, ale my 

nie mamy pojęcia, Cd tam się dzieje. Mamy do czynienia z dialogiem na jeden głos. To raczej 

monolog.  By  stał  się  dialogiem,  który  będzie  miał  swoje  miejsce  i  czas,  musimy  otrzymać 

odpowiedź od majora Wilbura. Zgadzacie się, Wasylu? 

- Hm... Tak, panie pułkowniku. 

-  Zatem  major  Wilbur  następnego  dnia  o  świcie  wysyła  do  nas  z  powrotem  naszego 

posłańca... 

-  Żal  mi  biedaka  -  ulitował  się  brygadier.  -  Trzydzieści  dwa  dni  obijania  sobie  tyłka 

plus  kolejne  szesnaście,  by  do  nas  wrócić...  Ależ  to  daje  czterdzieści  osiem!  Czterdzieści 

osiem dni, panie pułkowniku! 

Stwierdziwszy tę oczywistość, brygadier Wasyl poczuł się inteligentny. 

- Ale tak sobie myślę, panie pułkowniku... - dodał. 

background image

- Powiedzieliśmy czterdzieści osiem dni, ale gdybyśmy my sami w tym czasie ruszyli 

w dalszą drogą, to czy nie trzeba by doliczyć jeszcze trochę? 

Przerwał  gwałtownie,  próbował  coś  liczyć  w  pamięci,  zagubił  się  gdzieś  w  dalekich 

przestrzeniach, wreszcie dał spokój, czując kompletny mętlik w głowie. 

-  No właśnie -  rzekł Pikkendorff -  i tu się wszystko dopiero zaczyna.  Nasz posłaniec 

opuścił majora Wilbura o świcie, by przywieźć nam jego odpowiedź, tyle że my w tym czasie 

już  jechaliśmy  dalej,  bo  na  tym  polega  nasza  misja  i  ciągle  się  oddalaliśmy.  Posłaniec  ma 

więc  w  stosunku  do  nas  czterdzieści  osiem  dni  opóźnienia  i  trudno  mu  będzie  to  nadrobić, 

chyba że my się zatrzymamy. Można by 

 jednak  sobie  wyobrazić,  że  ów  jeździec  to  nadczłowiek,  ktoś  w  rodzaju 

niezmordowanego centaura, że nie potrzebuje snu i ma niewyczerpane zmiany świeżych koni, 

co w sumie razem jest wysoce nieprawdopodobne... Wówczas mógłby w końcu nas dogonić, 

zmniejszając dystans między nami 

 kilka dni, powiedzmy o dwa lub trzy, jeśli my jechalibyśmy dalej, dajmy na to przez 

dni dwadzieścia. Nadążacie? 

- Z ledwością, panie pułkowniku. 

- Ale to przecież jasne. Czterdzieści osiem dni, plus dwadzieścia, minus dwa lub trzy - 

te, które, jak mówiłem, pozwoliły posłańcowi nas dogonić, równa się: sześćdziesiąt pięć dni. 

Zatem odpowiedź majora Wilbura potrzebowała sześćdziesięciu pięciu dni, by do nas dotrzeć, 

choć  my  opuściliśmy  go  zaledwie  szesnaście  dni  temu... A  teraz,  brygadierze,  posuńmy  się 

jeszcze  dalej,  przemnóżmy  to  przez  dziesięć,  czyli  załóżmy,  że  opuściliśmy  majora  Wilbura 

sto sześćdziesiąt dni temu, co przecież na pewno kiedyś nastąpi. 

Wówczas, tak naprawdę, będziemy odlegli od niego, od 

Miasta i od naszych wspomnień o rok, dziewięć miesięcy 

 pięć dni... 

Może nie o tyle, ale nie sądził, by to było ważne. W zimnym i pustym Mieście Fedora 

czuła  w  swoim  zaokrąglonym  brzuchu  dziecko  kadeta  Veniera,  które  postanowiła  urodzić  i 

które już kopało, ale to inna historia... Zgromadzeni wokół ogniska jeźdźcy pogrążeni byli w 

rozmyślaniach.  Trzymając  się  rękami  za  głowę,  Wasyl  rzekł  tylko:  „No,  proszę”.  Potem, 

wysiliwszy mózg, spytał: 

- Ten posłaniec majora Wilbura, panie pułkowniku... 

Jeśli  by  nie  był  lepszym  jeźdźcem  od  nas,  jeśli  nie  miałby  koni  na  zmianę  i  musiał 

dawać odpocząć swemu koniowi, 

 jak my, to wtedy, to wtedy... Wtedy nigdy by nas nie dogot nił! A to by znaczyło, że ta 

background image

odległość to... > 

Słowo nie przeszło mu przez gardło. Wypowiedział je bf* skup. 

- Wieczność. Do tego zmierzasz, Sylwiuszu, prawda? 

Błyskotliwy wywód. Udało ci się nas nabrać, pułkowniku. 

Pikkendorff  pociągnął  łyk  jałowcówki,  ponownie  zapalił  cygaro,  które  tymczasem 

zgasło. Zadowolony z efektu, uśmiechnął się. 

- A jednak naprawdę jestem przekonany - powiedział 

- że od Miasta i tych, których tam zostawiliśmy, dzieli nas już wieczność i że tak było 

od pierwszej minuty, gdy zaczęliśmy się oddalać. Czyż nie taki jest zresztą porządek rzeczy? 

Czyż Bóg nie zszedł na ziemię właśnie po to, by zaludnić tę wieczność i zapowiedzieć nam, 

że odnajdziemy się w niej w dniu, który nam wyznaczy? 

- Między innymi po to - przyznał biskup. 

- A zatem, Osmondzie, co za różnica... 

Zachodzące słońce oświetlało góry, natomiast leżąca na wschodzie Równina była  już 

pogrążona w ciemnościach. 

Orzeł nad obozowiskiem szybował majestatycznie, prawie nie poruszając skrzydłami, 

i kreślił w różowym teraz powietrzu koncentryczne koła, to wzlatując w górę, to zniżając lot, 

jakby chciał im się lepiej przyjrzeć. 

- To o nas mu chodzi, panie pułkowniku - rzekł Abaj. 

- Te ptaszyska mają przenikliwy wzrok. Nic im nie umyka, nawet to, co się przed nimi 

ukrywa. U nas zabija sieje i zjada. 

Są twarde i łykowate, ale dobrze robią na oczy. Mam go zdjąć? 

Zaczął ładować karabinek. 

- Nie rób tego, idioto! On nam dotrzymuje towarzy- 

 stwa. Tam, gdzie jest, dokładnie ponad nami, żywy, przynajmniej należy do tej samej 

chwili, co my. 

- Wszystko jedno - burknął Ołmiata. - Mnie się to nie podoba. Zresztą zobaczcie, i tak 

odlatuje. 

Orzeł przestał krążyć i odleciał ku górom. Abaj patrzył za nim długo spod zmrużonych 

powiek swych skośnych oczu, które natężona uwaga czyniła jeszcze węższymi niż zwykle. 

Ptak  wzniósł  się  ku  niebu.  Najwyraźniej  nie  miał  gniazda  na  tym  zboczu,  bo 

zapikował prosto między dwa szczyty, przez rozcięcie w górze, pewnie przełęcz, i zniknął. 

- Ten ptak nic nie robi przypadkiem - zauważył Abaj. 

- Można by powiedzieć, że wykonuje czyjeś polecenia. 

background image

Dlatego powinniśmy go byli zabić, panie pułkowniku. 

Moim zdaniem, on wróci. 

Następnego  dnia  rano  znowu  ruszyli  na  północ.  Jego  Ekscelencja  Van  Beck  rwał  do 

przodu. Pięć dni drogi - powiedział stary góral. Piąty dzień wypadał w niedzielę i biskup wbił 

sobie do głowy,  że odprawi  mszę w kościele św. Piotrowina.  W pewnym  momencie dojrzeli 

ścieżkę pasterską biegnącą ku szczytom. Widniała zresztą na mapie i wiodła ku odległej o pół 

mili  przełęczy  (także  zaznaczonej),  za  którą  zniknął  orzeł.  W  rzeczywistości  prowadziła 

donikąd.  Nieprzejezdna  dla  koni,  po  dziesięciu  minutach  marszu  nikła  wśród  skał,  by  w 

końcu  całkiem  się  zgubić  w  wielkim  osuwisku.  Brygadier  Wasyl,  który  podekscytowany 

poszedł nią wraz z Abajem i kadetem Venierem, wrócił zawiedziony. 

-  Trzydzieści  lat  temu,  jak  byliśmy  tu  z  kapitanem  Kostrowickim  -  powiedział  -  nie 

szliśmy tą drogą, ale inną, bardziej na północ. To tylko kozia ścieżka. Omal nie skręciłem na 

niej karku. 

 

Abaj wydawał się nie do końca przekonany. 

-  To  prawda  -  przyznał.  -  Nie  widać  na  niej  żadnych  śladów,  nawet  dawnych. 

Szukałem, a umiem patrzeć. -» 

- Czemu więc masz taką minę? - spytał Sylwiusz. 

Abaj szarpał się za bródkę, co było oznaką namysłu. 

- Chodzi o to osuwisko, panie pułkowniku. Trudno dociec, czemu zwaliło się właśnie 

w tym  miejscu. Ani tu specjalnie wilgotno,  żadnych strumieni  czy potoków, które  by  mogły 

wezbrać  po  deszczach  i  pociągnąć  taką  masę  ziemi,  żadnego  podsiąkania.  Stok  jest  stromy, 

ale  wydaje  się  twardy.  Nie  rozumiem.  I  nie  podoba  mi  się  to. Ale  nie  znajduję  wyjaśnienia. 

Żeby ruszyć taką masę ziemi łopatami i taczkami, nie wystarczyłaby nawet setka ludzi, nawet 

gdyby  harowali  wiele  dni.  A  widział  pan  to  miejsce?  Mało  kto  tu  przychodzi,  po  drodze 

widzieliśmy  może  dwudziestu  wąsatych  drabów  z  jakami  i  baranami,  którzy  mogliby 

wykonać taką robotę. Więc może to faktycznie jest osuwisko, może jest... 

Wściekle szarpnął bródkę. 

- Może jestpowtórzył. - Ale to mi się nie podoba. 

Więcej o tym nie rozmawiali. 

Około południa chorąży Bazin du Bourg, trzymający przednią straż jakieś sto metrów 

przed nimi, nagle gwałtownie wstrzymał konia i zawrócił ku nim galopem. 

-  Tam  się  musiało  coś  stać,  panie  pułkowniku!  Dwa  spalone  domy  po  lewej  i  dwa 

nieco dalej. 

background image

Mały  oddział  chwycił  za  broń.  Karabinki  powędrowały  zza  pleców  do  rąk,  a  biskup 

flegmatycznie wyjął z pochwy pistolet. 

-  Naprzód,  kadecie!  -  rozkazał  Sylwiusz.  -  Ubezpieczamy  pana.  Proszę  się  temu 

przyjrzeć z bliska. 

 

Miejsce  wydawało  się  kompletnie  opuszczone.  Stojąc  w  strzemionach  i  wymachując 

rękami, młody Stanisław krzyknął: 

- Może pan przyjechać, pułkowniku! Tu się nawet muchy nie gonią... 

Było  jednak  kilka  świeżych  mogił,  starannie  przystrojonych  liśćmi,  stokrotkami  i 

bławatkami  -  pierwszymi  kwiatami  wiosny.  Na  grobach  widniały  wyryte  na  drewnianych 

tabliczkach  nazwiska  o  lokalnym  brzmieniu,  pochodzące  od  starych,  czeczeńskich 

przydomków. Zaskoczony biskup zauważył brak krzyży. Dachy domów zawaliły się, tworząc 

kupę  spopielałych  belek  i  dachówek.  Rozgrzane  płomieniami  gliniane  ściany  popękały. 

Wszystko  w  środku  spłonęło,  a  na  klepisku  były  widoczne  ślady  zaschniętej  krwi.  To,  co 

oglądali,  było  oczywistym  świadectwem  masakry.  Miejsce  dramatu  przesiąknięte  było 

zapachem śmierci i ostygłego dymu. Abaj pociągnął nosem, jakby tropił ślady. 

-  To  się  stało  całkiem  niedawno  -  powiedział.  -  Jakieś  dziesięć  dni  temu.  Potem 

odjechali. Tą samą drogą, którą przybyli. 

I wskazał łańcuch wzgórz schodzących ku Równinie. Potem przyjrzał się ziemi. 

- Odjechali bardzo szybko - ciągnął. - Uciekali. Inni gonili ich konno i było ich więcej 

niż tamtych. 

Sylwiusz tego wszystkiego nie widział,  ale ufał  wrodzonym  zdolnościom ołmiackich 

tropicieli. 

- W takim razie sami to sprawdźmy. Abaj! Jedziesz na przedzie. My za tobą. 

Po  kwadransie  jazdy  truchtem  stało  się  jasne,  że  Abaj  miał  rację.  Na  skraju  lasu 

odkryli pierwszego trupa, w po- 

 łowię  pożartego  przez  hieny,  potem  drugiego  i  jeszcze  jednego,  po  którym  znaleźli 

tuzin zwłok - to pewnie była ariergarda próbująca osłaniać ucieczkę. Bez powodzenia? 

Reszta oddziału leżała pokotem na środku polany, na której zostali otoczeni; pozostał 

odrażający stos ciał, po którym harcowały mniejsze i większe zwierzęta - pierzaste i futrzaste, 

kręgowce i bezkręgowce, zjednoczone w potwornym braterstwie ścierwojadów. Ilu ich było? 

Co  najmniej  setka.  Sądząc  po tym,  co  zostało  z  ubrań,  a także  po  karabinach  z  gwintowaną 

lufą  wystających  z  tej  ludzkiej  magmy,  których  zwycięzcy  (mściciele?)  nie  uznali  za 

konieczne zabrać - pochodzili z Miasta i Portu. Musiała to być jedna z tych niejednorodnych 

background image

band,  które  od  początku  Zamieszek  bezkarnie  topiły  kraj  w  ogniu  i  krwi,  a  teraz 

najwidoczniej  postanowiły  siać  spustoszenie  w  Górach,  gdzie  w  odosobnieniu  żyła  mało 

liczna i bezbronna ludność. A jednak nikt z nich nie przeżył. Ci, którzy zbiegli z pola walki - 

dziesiątka może - wisieli martwi na gałęziach brzozy i to w jakim stanie! Tym razem nie było 

to dzieło zwierząt, ale ludzi. 

Na nagich ciałach widoczne  były ślady tortur, które  pierwszy z napotkanych starców 

tak skromnie nazwał „odstraszającym ostrzeżeniem”, a mówiąc to, uśmiechał się pod wąsem i 

z satysfakcją potrząsał głową... 

Ponieważ trupy straszliwie  cuchnęły,  jeźdźcy  zawrócili  na drogę. Abaj został  jeszcze 

chwilę, lustrując ziemię w zaroślach. Dogoniwszy Pikkendorffa, oświadczył: 

- Tu była cała armia, panie pułkowniku. 

- Armia? Co przez to rozumiesz? 

- Co najmniej kilka szwadronów. Sześćset, może siedemset koni. 

 

- Pasterze j aków mieliby stworzyć armię? Niemożliwe. 

Na  mocy  zezwolenia  książęcego  od  czasu  pacyfikacji  mają  swoją  własną  milicję  - 

około  trzydziestu  ludzi,  by  zapewnić  porządek  na  tym  terenie,  pilnować  przełęczy  i 

patrolować górskie ścieżki, ale zrobić z tego siedmiuset jeźdźców 

- niemożliwe. Powtarzam: niemożliwe! Musiałeś się pomylić. 

- Abaj nigdy się nie myli, panie pułkowniku - odpalił 

Ołmiata.  -  Abaj  umie  patrzeć.  Abaj  mówi  tylko  to,  co  widzi.  Ale  skoro  tak  pan 

twierdzi... 

I zamknął się w pełnym urazy milczeniu. 

Wróciwszy  do  zrujnowanej  chaty,  ujrzeli  trzech  jeźdźców,  którzy  czekali  na  nich 

pośród  zgliszcz.  Dwaj  mieli  na  sobie  brązowe  bluzy  ściśnięte  w  talii  paskiem  i  czapki  ze 

skórzanym daszkiem lokalnej milicji. Mieli sterczące wąsy i kwadratowe głowy górali, siodła 

okryte baranią skórą, małe, kudłate i krępe koniki tutejszej rasy, na górskich ścieżkach równie 

sprawne  jak  muły.  Trzeci  z  jeźdźców  należał  do  całkiem  innej  kategorii.  Ubrany  był  w 

elegancki  strój  kawalerzysty  -  jedwabną,  zieloną  kurtkę  podbitą  karakułami,  nieskazitelnie 

białe  bryczesy  i  długą  różową  szarfę,  na  szyi  miał  złoty  łańcuszek  z  gwizdkiem  (także  ze 

złota), rysy  szlachetne,  cerę matową, nos orli,  a oczy  błękitne,  co sugerowało przynależność 

do starych rodzin szlacheckich z Gór, pochodzących jeszcze z dawnych czasów emirów. Mógł 

mieć około trzydziestu lat. 

background image

-  Siergiej  Alraman,  komendant  tutejszej  milicji  -  przedstawił  się.Z  wyrazami 

szacunku, panie pułkowniku. 

Potem zwrócił się do biskupa: 

- Wasza Ekscelencjo, jestem pańskim oddanym sługą. 

 

Po tych grzecznościach powiedział: 

- Widzę, panie pułkowniku, że byliście tam, na polanie. 

Widzieliście,  co  się  stało.  To  prawda,  nie  mieliśmy  dla  nich^i  litości.  Ci  nędznicy 

drogo  nam  zapłacili.  Mieszkały  tu  cztery  rodziny  (wskazał  na  maleńki  cmentarz).  Starcy, 

kobiety, dzieci... Nie oszczędzili nikogo. Zwłaszcza kobiet i dzieci. 

Te  bestie  rzuciły  się  na  nie.  Stan,  w  jakim  znaleźliśmy  ich  ciała,  nie  pozostawiały 

wątpliwości,  jakie potworności  musiały przejść.  Żyjemy w przeklętych czasach.  Moja dusza 

rozpacza,  panie  pułkowniku. Ale  dorzuciłbym  też  dwa  całkiem  nowe  uczucia.  Pierwsze,  to 

obrzydzenie. Drugie - ogromna nienawiść. 

Cóż można było powiedzieć, poza słowami współczucia? 

I Sylwiusz ich nie poskąpił. 

-  Zrobiłbym  to  samo  -  dorzucił  -  i  gratuluję  panu  wzorowej  operacji.  Dziwi  mnie 

jednak, biorąc pod uwagę rozproszenie oddziałów, piorunujący efekt pańskiego działania. 

-  To  nienawiść,  panie  pułkowniku.  Święta  nienawiść  pomnaża  siły.  Nadchodzą  takie 

czasy, że z całym szacunkiem doradzałbym i panu zgromadzić jej pokaźny zapas. 

Spojrzenia, które wymienili, świadczyły o tym, że doskonale się rozumieją. 

- Ilu ma pan ludzi, panie komendancie? - spytał Sylwiusz. 

-  Dwudziestu  w  stałym  oddziale  milicji,  plus  około  piętnastu  ochotników.  W  sumie: 

trzydziestu pięciu, ze mną 

- trzydziestu sześciu. 

- Trzydziestu sześciu? Żadnych posiłków? 

- A może mi pan pułkownik powiedzieć, skąd niby miałbym wziąć posiłki? Może mi 

pan wyśle pluton swojej 

 prześwietnej  kawalerii?  Jesteśmy  tu  odcięci  od  świata,  od  wszelkiej  władzy,  zdani 

wyłącznie na własne siły! 

-  Proszę  się  nie  gniewać,  komendancie  -  Sylwiusz  powiedział  uspokajająco.  -  I 

potraktować  moje  niedowierzanie  jako  wyraz  hołdu  dla  waszej  odwagi.  Możliwe,  że 

znaczenie miała także jakość waszego uzbrojenia. Wspaniała broń! 

Mówiąc to, wskazał na karabiny - takie same, jak te, które już widzieli, oraz na długą, 

background image

zakrzywioną, podobną bułatowi szablę. 

Alraman uśmiechnął się. 

-  Kontrabanda,  panie  pułkowniku.  Kiedy  tylko  zrozumieliśmy,  że  z  Miasta  nie 

nadejdzie  już  żadna  pomoc,  odświeżyliśmy  kontakty  z  karawanami  kupców,  które 

przemierzają  Pustynię  Wschodnią,  a  wiosną  przybywają  na  drugą  stronę  gór,  by  zaopatrzyć 

się w wodę. Tak naprawdę, nigdy nie zaprzestaliśmy z nimi handlu. Herbata, cukier, jedwab, 

bursztyn... Jego Wysokość przymykał na to oko. Panie świeć nad jego duszą... 

Sylwiusz rzucił mu zdziwione spojrzenie. 

- Skąd pan wie, komendancie, że Jego Wysokość nie żyje? 

- Po prostu, wiemy - odparł wymijająco Alraman. 

I wrócił do poprzedniego wątku. 

-  Przełęcz  Południowa  jest  zamknięta,  o  czym,  zresztą,  sami  się  zapewne 

przekonaliście,  panie  pułkowniku  (a  Sylwiusz  pomyślał,  że  komendant  jest  zdecydowanie 

dobrze  poinformowany),  czekaliśmy  więc,  aż  przełęcz  Północna  stanie  się  przejezdna.  Na 

szczęście, w tym roku odwilż przyszła szybciej. Nasze koniki potrafią w górach dokony- 

 wać cudów, a szczęście nam sprzyjało. Kupcy przybyli na spotkanie. 

Sylwiusz  miał  ochotę  go  spytać,  jak  się  na  to  spotkanie**  umówił  z  wędrownymi 

kupcami  z  drugiego  końca  pustyni,  ale  się  powstrzymał.  Przez  chwilę  rozmawiali  o  czymś 

innym.  Biskup  Van  Beck  wyraził  wolę  odprawienia  mszy  niedzielnej  w  kościele  św. 

Piotrowina. W oczach Alramana po - ¦ jawił się cień. 

-  Mszę,  Wasza  Ekscelencjo?  Obawiam  się,  że  nasz  mały  kościółek  będzie  całkiem 

pusty.  Pod  nieobecność  księdza  i  ze  względów  bezpieczeństwa,  które  z  pewnością  ksiądz 

biskup rozumie, nasz zakrystian ukrył wszystko, co miało charakter sakralny. Wydaje mi się, 

że zabrano stamtąd nawet dzwon z godłem księcia UlikaFryderyka V,  pochodzący z czasów 

budowy kościoła. Jednakże, jeśli ksiądz bardzo tego chce... 

-  Postarajcie  się  chociaż  powiesić  ten  dzwon  -  powiedział  biskup.  -  Resztę 

potrzebnych rzeczy mam w moich jukach. 

- Zrobię, co w mojej mocy, Wasza Ekscelencjo - zapewnił Alraman, ale najwyraźniej 

nie był tym zachwycony. 

Rozmowę przerwał Abaj, który uważnie obserwował niebo. 

- Wiedziałem, że wróci! Ten ptak! - obwieścił triumfalnie. - Jest dokładnie nad nami, 

panie pułkowniku! 

Orzeł  królewski  kreślił  na  niebie  kręgi,  coraz  mniejsze  w  miarę,  jak  zniżał  lot.  Nie 

poruszał  skrzydłami.  Spektakl  był  pełen  godności  i  majestatu.  Alraman  wyjął  zza  pasa 

background image

skórzaną  rękawicę  i  włożył  ją  na  lewą  rękę.  Potem,  uniósłszy  do  ust  wiszący  na  szyi  złoty 

gwizdek, wydobył z niego długi i ostry, nie- 

 mai  nieznośny  dla  uszu  dźwięk.  Ptak  opadł  jak  kamień  i  osiadł  na  ręku  Alramana, 

składając swe ogromne skrzydła i obrzucając otaczających go ludzi dzikim spojrzeniem. 

-  Moje  gratulacje,  komendancie  -  powiedział  Sylwiusz.  -  Jest  pan  właścicielem 

prawdziwego  cudu.  Wiedziałem,  że  nasi  górale  mają  talent  do  oswajania  zwierząt,  ale  nie 

miałem pojęcia, że można oswoić orła królewskiego. 

Naprawdę, szczerze gratuluję. 

Z rozmysłem tak dobrał słowa i Alraman nie omieszkał na nie zareagować. Jego złość 

była tak oczywista, że zrozumiał to nawet jego koń, który zaczął wściekle grzebać kopytem. 

-  Panie  pułkowniku  -  rzekł  komendant  głosem  smagającym  niczym  bicz  -  mimo 

szacunku, jaki jestem winien pańskiej osobie i funkcjom, nadanym panu, podobnie jak i mnie, 

przez zmarłego księcia, pozwolę sobie zauważyć, że w tym, co pan powiedział, do przyjęcia 

jest tylko jedno słowo. Tak, Draa jest cudem i dowodem na to, że istnieje 

Bóg  ceniący  wielkość,  szlachetność,  odwagę  i  piękno.  Co  do  reszty,  pułkowniku,  to 

przed podbojem moi przodkowie zażądaliby od pana satysfakcji z szablą w ręku. Po pierwsze, 

Draa  nie  jest  moją  własnością.  Draa  nie  należy  do  nikogo,  bo  dotąd  nie  spotkał  nikogo 

potężniejszego  od  siebie.  Draa  króluje  nad  własnym  królestwem  i  sieje  postrach  wśród 

nędznych  stworzeń.  Nie  udomawia  się  orła  królewskiego,  Bóg  nie  pozwoliłby  na  taką 

nikczemność. Nie oswaja się orła królewskiego, a na pewno nie można oswoić Draa, bo on by 

na to  nie pozwolił. Draa sam sobie wybiera przyjaciół  i wrogów. Bycie  jego przyjacielem to 

wielki  zaszczyt  i dumny  jestem, że  mnie to  spotkało.  Kiedy Draa przylatuje usiąść  na  moim 

ręku, czyni to jako równy mi stanem i jako sojusznik. 

 

I musi pan wiedzieć, pułkowniku, że to, co się tyczy Draa, tyczy się także ludzi z Gór. 

Powiedział  pan  wyniośle  „nasi  górale”.  Nie  wolno  już  panu  używać  tego  zaimka 

dzierżawczego. I mnie również nie wolno. To nie są moi górale. 

Pełne prawo tak mówić miałby jedynie... 

Przerwał gwałtownie, nie jak ktoś, kto zdał sobie sprawę, że przebrał miarę, ale jakby 

w  porę  się  pohamował,  by  nie  zdradzić  sekretu.  Przyjmując  spokojnie  tę  lekcję,  Sylwiusz 

skinął  mu  przyjaźnie.  Przez  cały  ten  czas  ptak  nie  spuszczał  z  niego  oczu. Alraman  skłonił 

sztywno głowę. 

- Żegnam, panie pułkowniku! 

background image

A zwracając się do biskupa, powiedział: 

- Będzie ksiądz biskup miał swoją mszę! 

Po  czym  spiął  konia  i  odjechał  galopem  na  północ,  za  nim  zaś  popędzili  jego  dwaj 

kawalerzyści, którzy nie wypowiedzieli ani słowa. 

- Do kroćset! Co za typ! - stwierdził Van Beck. - Ale trzeba przyznać, Sylwiuszu, żeś 

go sprowokował. Co cię ugryzło? 

-  To  prawda  -  przyznał  Pikkendorff  -  zrobiłem  to  specjalnie  i  nie  żałuję,  że  go 

wyprowadziłem z równowagi. 

Jego czeczeńska krew zrobiła resztę. Teraz wszystko widzę jaśniej i jedno jest pewne: 

ten Alraman nas nienawidzi. 

Święta  nienawiść,  o  której  wspomniał  w  kontekście  tej  bandy  zabójców,  odnosi  się 

także do mnie, do ciebie, Osmondzie, do nas wszystkich - całej naszej siódemki. 

- Przecież nie daliśmy mu żadnego powodu... 

- Ależ zastanów się, Osmondzie. Skąd pochodzimy? 

Skąd  przybyliśmy?  Stamtąd.  Z  Miasta.  Z  Miasta,  z  którego  przybyły  do  nich  te 

szakale w ludzkiej skórze, by zmasakro- 

 wać ich kobiety i dzieci. I być może jeszcze wrócą. Są tej samej rasy, co my. Możemy 

się spalić ze wstydu, ale to nasi krajanie. Alraman nie widzi między nami żadnej różnicy. 

A może raczej postanowił już jej nie dostrzegać. 

-  Faktycznie,  nie  przepełnia  go  chrześcijańskie  miłosierdzie.  Ten  widok,  tam,  na 

polanie...  Straszne.  Sposób,  w  jaki  on  i  jego  ludzie  dokonali  zemsty,  te  odrażające  tortury, 

chyba jeszcze gorsze od tych, którymi splamili się tamci nędznicy... 

Jak zawsze, gdy czuł, że jego dusza się gubi, uniósł do warg swój krzyż i ucałował go. 

Pikkendorff zwrócił uwagę na ten gest. 

- Co nie zmienia faktu, Wasza Ekscelencjo, że Alraman ma rację. Kto wie, może dziś, 

by przeżyć, trzeba odrzucić chrześcijańskie miłosierdzie? Ci, którzy będą przy nim obstawać, 

zginą. Alraman nie chce do nich należeć - ot, co... 

Zastanawiali się potem, czy zważywszy na zachowanie 

Alramana,  nie  powinni  przez  kilka  najbliższych  dni  zachować  szczególnej 

ostrożności:  rozstawić  nocne warty w obozowisku, rozciągnąć  nieco kolumnę,  by  nie wpaść 

wszyscy  naraz  w  ewentualną  zasadzkę,  a  może  -  przeciwnie  -  zbić  się  w  zwartą  grupę  i 

czuwać nieustannie z karabinem w garści. 

Tancrede,  Bazin  du  Bourg  i  kadet  Venier  byli  za.  Młodość  pchała  ich  do 

wojowniczych  czynów.  Abaj  i  Wasyl,  jako  starsi,  wykazywali  większy  sceptycyzm. 

background image

Zadecydował Pikkendorff, stawiając na lojalność Alramana, bo nic, przynajmniej na razie, nie 

pozwalało w nią wątpić. 

Gdy ponownie ruszali w drogę, Abaj przerwał milczenie. 

- Ten ptak, panie pułkowniku... 

 

- No, dobrze. Mów, co cię dręczy? 

- Abaj długo przyglądał się ptakowi. Abaj umie patrzeć. Abaj zauważył. Pod piórami, 

na  prawej  nodze,  mtfi  przytroczony  mieszek.  Ten  ptak  przenosi  wiadomości.  Po  drugiej 

stronie gór są jacyś ludzie. Tam wczoraj ptak poleciał i stamtąd dziś przyleciał. 

- Kupcy - stwierdził Bazin du Bourg. - Alraman mówił o kupcach. To pewnie jedna z 

karawan. Orzeł posłużył im za posłańca, kiedy umawiali się na spotkanie. 

Abaj tylko potrząsnął głową. Za to brygadier Wasyl wyrzucił z siebie potok słów. Jego 

oczy błyszczały z podniecenia, słowa potykały się o siebie wzajemnie. 

- Kupcy? Co też pan chorąży opowiada? Jacy kupcy? 

Czy  pan  chorąży  zapomniał,  że  trzydzieści  lat  temu  byłem  w  oddziale  kapitana 

Kostrowickiego podczas kampanii przeciwko Czeczenom? Czy to kupców widzieliśmy wtedy 

w szyku bojowym ze sztandarami na wietrze? Ach, nie macie pojęcia, jakim człowiekiem był 

kapitan!  Ja,  który  go  znałem,  dzieliłem  z  nim  mesę  i  słuchałem  jego  opowieści  na  biwaku, 

nawet przez chwilę nie mógłbym pomyśleć, że to dla jakichś kupców wrócił tu sam jeden, by 

dać się zabić! 

Dusił  się  z  oburzenia.  Nikt  już  zdawał  się  nie  pamiętać,  że  dzielny  brygadier  Wasyl 

prawdopodobnie  widział  tylko  dalekie  cienie,  niejasne  i  trudne  do  rozpoznania  sylwetki. 

Trzydzieści  lat  później  zmyślał  i  upiększał  wspomnienia.  Naiwny  kawalerzysta  z  oddziału 

Kostrowickiego dostał tam dobrą szkołę. Pozostali patrzyli na niego z sympatią. 

- Wiecie, Wasylu - powiedział poważnie Pikkendorff 

-  może  i  macie  rację?  Kostrowicki  gardził  kupcami.  Dla  nich  nie  zrobiłby  nawet 

kroku. 

 

Brygadier zaczerwienił się ze szczęścia. 

- Sam pan widzi, panie pułkowniku! Czeczeni! Postawiłbym na to mój żołd! 

- Nie ma już żołdu, Wasylu. Nasz generałkwestor 

Miasta nie pojechał z nami. 

Rozległy się spontaniczne śmiechy. Pieniądze już się nie liczyły. Niech żyje życie! 

- No cóż, w takim razie postawiłbym... no, nie wiem... o, mój tytoń i manierkę, że tam 

background image

są Czeczeni! 

-  Zatrzymajcie  swój  tytoń, Wasylu.  Po  dwóch  dniach  jazdy  od  Świętego  Piotrowina, 

czyli w przyszły wtorek, dotrzemy do Przełęczy Północnej - tej, o której mówił Alraman, i to 

wy,  brygadierze,  będziecie  na  czele  naszego  oddziału.  Wtedy  się  przekonamy.  Mimo 

wszystko jednak... 

I  Sylwiusz  przypomniał  im,  że  historycznie  rzecz  biorąc,  żadna  z  tych  hipotez  nie 

wytrzymywała  konfrontacji  z  rzeczywistością.  Podbijane  od  dawien  dawna  i  ze  zmiennym 

szczęściem  Góry,  ostatecznie  zostały  spacyfikowane  przed  dwustu  pięćdziesięciu  laty  przez 

księcia UlikaFryderyka V. 

Od  tego  czasu  Czeczeni  zasymilowali  się  z  ludnością  Miasta,  zachowując  jedynie 

pewien  rys  etniczny  i  swoistą  ostentację  w  ubiorze.  Ich  język  był  już  martwy.  Kiedy 

wybuchły 

Zamieszki,  studiowała  go  już  tylko  garstka  niegroźnych  marzycieli.  Ostatni  emir 

uciekł z setką swoich niereformowalnych zwolenników na drugą stronę Gór i pochłonęła ich 

pustynia. Nikt ich już więcej nie widział... 

Nieco później, jadąc strzemię w strzemię z biskupem, Sylwiusz zwierzył się mu: 

-  Mimo  wszystko,  mam  wątpliwości.  Wydaje  mi  się,  że  ostami  komendant  górskiej 

milicji, mianowany przez księcia 

 

Welfa,  nie  nazywał  się  Alraman.  Mam  wrażenie,  że  to  był  szanowany  starzec,  bez 

reszty oddany koronie, a nazywał się... Słamin... nie, chyba Słaminow... Tak czy owak, nie* 

Alraman. Zastanawiam się, kim jest Alraman? 

Na  pewno  kimś,  kto  umiał  się  zachować.  Nienawiść  nie  wykluczała  kurtuazji. 

Prawdziwy pan. Na godzinę przed zapadnięciem nocy spotkali na drodze konnego milicjanta, 

który czekał na nich, tak samo milczący jak jego towarzysze, i gestem dał im do zrozumienia, 

by  za  nim  jechali  aż  do  domu  z  wypalonej  gliny,  gdzie  wszystko  było  gotowe  na  ich 

przybycie. Ogień płonął w kominku, a obok leżał spory zapas drewna. Do niskich ścian były 

przytwierdzone służące za łóżka ławy, przykryte narzutami z wełny jaka. Poza nimi jedynym 

wyposażeniem  był  stół  z  nieheblowanych  desek,  na  których  leżał  świeżo  upieczony  chleb, 

połówka  jagnięcia,  kosz  leśnych  grzybów,  dzban  z  jogurtem,  słój  z  konfiturą  z  borówek, 

herbata,  masło  oraz  list  od  Alramana,  w  którym  przepraszał  za  skromne  przyjęcie  i  brak 

obsługi;  przypuszcza  jednak,  że  pan  pułkownik,  Jego  Ekscelencja  ksiądz  biskup  oraz  ich 

towarzysze  na  pewno  wolą  własne  towarzystwo  niż  gruboskórnych  i  mało  rozmownych 

górali,  którzy  tylko  by  im  mogli  zawadzać.  W  rzeczywistości  -  jak  zauważył  Sylwiusz  - 

background image

Alraman izolował ich. Dom nie miał żadnego sąsiedztwa. Milicjant pokazał im znajdującą się 

w  pewnym  oddaleniu  studnię  i  stajnię  dla  koni  z  dobrze  zaopatrzonym  żłobem,  po  czym 

odjechał galopem, zostawiając ich samych. 

Tak  było  przez  trzy  kolejne  dni.  Na  godzinę  przed  zmrokiem  nagle  pojawiał  się 

milicjant  w  brązowej  bluzie  i  czapce  ze  skórzanym  daszkiem  i  prowadził  ich  bez  słowa  do 

podob- 

 nej, wiejskiej siedziby, którą właściciele opuścili na noc, zostawiając pożywienie dla 

ludzi  i  koni.  We  dnie  spotykali  niewiele  osób,  które  zawsze  były  poza  zasięgiem  głosu. 

Potężni mężczyźni w grubych, kolorowych kurtkach pozdrawiali ich z daleka nieokreślonym, 

przyjaznym gestem, ale gdy Sylwiusz i jego towarzysze podjeżdżali bliżej,  by porozmawiać, 

tamci natychmiast się oddalali. Alraman musiał wydać stosowne rozkazy, tworząc wokół nich 

coś  w  rodzaju  kordonu  sanitarnego,  którego  autochtoni  najwyraźniej  nie  mogli  przekraczać. 

Sylwiusz i reszta szybko do tego przywykli. To jedynie umacniało ich dobrowolną samotność. 

Zastanawiali  się  tylko,  jaki  był  powód.  Czasem  jakieś  dziewczęta,  bardziej  ciekawskie  lub 

nieposłuszne  od  innych,  ociągały  się  i  odprowadzały  ich  wzrokiem,  szybko  jednak 

przywoływane  do  porządku  przez  ojca,  brata  lub  męża,  a  ich  długie,  różowe,  zielone  lub 

fiołkowe spódnice mieniły się tęczowo i furkotały w biegu. Oni patrzyli za nimi, podziwiając 

smukłe sylwetki. Ich oczy cieszyły też góry, czarne, skaliste zbocza ze złocistymi refleksami, 

na  których  wędrujące  słońce  wciąż  od  nowa  oświetlało  wspaniały  spektakl  wielobarwnych 

minerałów.  Droga  biegła  tuż  pod  lasem  między  trawiastymi  halami  i  wonnymi  krzewami  o 

ciemnozielonych  liściach  z  widocznymi  śladami  zębów  jaków.  Strumienie  spadały  ze 

szczytów  kaskadami,  tworzącymi  szmaragdowe  jeziorka,  które  wyrywały  z  ust  chorążego 

Bazin du Bourga okrzyki zachwytu, okraszone cytatem z Kostrowickiego: „Nic tak nie cieszy 

oczu  jak  widok  wesołej,  jasnej  koronki  na  smutnym  i  ciemnym  tle...”.  Czasem  droga  biegła 

wzdłuż  takiego  jeziorka  otoczonego  wierzbami  i  brzozami,  zamieszkanymi  przez 

najróżniejsze ptactwo. Wtedy zatrzymywali się na 

 chwilę. Słuchali ptaków, nie widząc ich. Widział je tylko 

Abaj,  wbijając  oczy  w  listowie  i  opisując  je  z  zachwytem.  Był  wśród  nich  pstry 

krętogłów o czarnosrebrzystych piórach,” stary jak ziemia, kogut szetlandzki, równie maleńki 

jak  szkarłatny,  tyran  północny  z  białymi  opaskami  na  ogonie  i  skrzydłach,  bąkojad 

czerwonodzioby, płochacz halny i inne, równie zadziwiające okazy, które Abaj rozpoznawał, 

podskakując  z  podniecenia.  Wytrzeszczając  na  darmo  łzawiące  z  wysiłku  oczy,  którym  te 

małe cudeńka uparcie umykały, Tancrede spytał w końcu Abaj a, czy naprawdę je widzi, czy 

też  może  są  one tylko  wytworem  jego  wyobraźni,  podobnie  jak  zbrojny  oddział  Czeczenów 

background image

był  owocem  imaginacji  dzielnego  Wasyla.  Wszyscy  roześmiali  się  bez  złośliwości,  widząc 

urażoną  minę  brygadiera.  Abaj  uśmiechał  się  tajemniczo.  I  tak  bytowali  w  innym  świecie, 

podczas gdy ziemia się kręciła, a czas płynął. 

Trzeci  wieczór  był  inny.  Milicjant  pojawił  się  jak  zwykle  i  zniknął  tak  samo 

punktualnie, wskazawszy im przeznaczony na nocleg dom. Tym razem wypowiedział jednak 

kilka słów z chropowatym akcentem ludzi z Gór i poradził, żeby byli ostrożni, nie precyzując 

jednak,  o  co  chodzi,  a  tylko  groźnie  wywracając  oczami.  Miejsce  wydawało  się  spokojne. 

Kiedy  weszli  do  środka,  znajdowała  się  tam  jeszcze  dziewczyna,  dorzucająca  drew  do 

kominka, w którym dopiero co rozpaliła ogień. Była wysoka i piękna i wszyscy zauważyli, że 

zdjęła z głowy zieloną chustę, pozwalając czarnym i lśniącym włosom swobodnie spływać na 

plecy.  Zajęta  przygotowaniem  domu,  na  pewno  trochę  zamarudziła  i  teraz  spieszyła  się,  by 

skończyć jak najszybciej i zostawić nieproszonych gości samych - tak jak jej kazano. Rzuciła 

okiem 

 dookoła,  by  się  upewnić,  że  niczego  nie  brakuje,  w  milczeniu  zerknęła  na  siedmiu 

przybyłych,  uśmiechając  się  lekko,  gdy  jej  spojrzenie  skrzyżowało  się  ze  spojrzeniem 

Tancrede’a,  i  bez  słowa  wymknęła  się  na  zewnątrz,  zamykając  za  sobą  drzwi.  Tancrede 

przylepił nos do wąskiego okienka, ale ona była już daleko. 

Z wielu drobnych szczegółów zorientowali się, że ten dom, a przynajmniej czekające 

ich  tam  przyjęcie,  różni  się  od  pozostałych.  Takie  same  ławy,  takie  same  okrycia  z  wełny 

jaków, może tylko w nieco lepszym gatunku. Stół był jednak nakryty białym obrusem i stał na 

nim  wazon  z  wiosennymi  kwiatami.  Był  też  dzban  z  jałowcówką  i  cynowe  kubki,  ładnie 

złożone serwetki,  a nawet paczka tytoniu.  Ułożone na tacy obok kominka apetyczne  baranie 

szaszłyki  tylko  czekały,  aż  zajmie  się  nimi  kucharz.  Abaj  wziął  się  za  nie  natychmiast  i 

wkrótce  izba  napełniła  się  przywracającym  siły  zapachem  grillowanego  mięsa.  Byli  głodni. 

Byli spragnieni. 

Czekając, aż Abaj poda do stołu (tym razem należało użyć takiego właśnie zwrotu, by 

oddać  sprawiedliwość  niespodziewanej  elegancji  posiłku),  poczęstowali  się  jałowcówką, 

która  okazała  się  doskonałej  jakości  i  nie  ustępowała  tej  ze  stołu  zmarłego  księcia.  Tytoń 

pachniał  miodem  i  pieprzem,  bardzo  podobnie  jak  ten,  którego  zwykle  używał  Pikkendorff. 

Nabijając  fajkę,  Sylwiusz  rzucił  mimochodem,  że  bardzo  by  się  zdziwił,  gdyby  to  miłe 

przyjęcie  zawdzięczali  sympatii  komendanta  Alramana  i  że  raczej  jest  ono  prywatną 

inicjatywą właścicieli tego domu. Tylko właściwie - dlaczego? 

-  Chyba  umiem  odpowiedzieć  na  to  pytanierzekł  biskup,  unosząc  w  górę  jeden  ze 

świeczników i oświetlając ścianę nad nimi. - Spójrzcie... 

background image

 

Na  ścianie  z  jasnej,  wypalonej  cegły,  okopconej  u  góry  dymem  z  kominka,  można 

było zauważyć znak, który nie pozostawiał wątpliwości. 

- Tu wisiał krzyż - ciągnął biskup - pewnie od wielu lat, może nawet od wybudowania 

tego domu. Został zdjęty całkiem niedawno. 

- Może był cenny? - powiedział Sylwiusz. - Zabrali go z sobą tam, gdzie spędzą noc. 

Jak wrócą, powieszą go na miejsce. 

- W takim wypadku zostawiliby gwoździki. Były ich trzy. Widać dziurki. Nie, oni nie 

powieszą już tego krzyża. 

Zabroniono  im  tego,  więc  wyjęli  też  gwoździe,  żeby  nie  rzucać  na  siebie  podejrzeń. 

Krzyż  schowali  albo  go  im  skonfiskowano.  Pamiętasz,  Sylwiuszu,  te  zdewastowane  stacje 

drogi krzyżowej? Ktoś w tym kraju wyraźnie poluje na krzyże. 

- Alraman? 

-  Prawdopodobnie Alraman. A  któż  by  inny?  Mieszkańcy  tego  domu,  a  zwłaszcza  ta 

dziewczyna, próbują nam dać do zrozumienia, że są po naszej stronie, ale nie mogą nam tego 

powiedzieć wprost. 

-  Więc  już  ich  nie  zobaczymy?  -  spytał  porucznik  Tancrede,  który  w  duchu 

kontemplował wspomnienie uśmiechu dziewczyny, niczym gwiazdę pośród ciemnej nocy. 

- Nie sądzę - potwierdził Van Beck. 

- Może nie powinniśmy kłaść się spać? - zaproponował Tancrede. 

- No cóż, jeśli pan chce, niech pan czuwa, poruczniku 

- odparł Sylwiusz, posyłając  mu przyjazne spojrzenie,  ale niech pan będzie ostrożny. 

Może to pułapka, zwykły pretekst...: 

 

- Będę ostrożny, panie pułkowniku. 

Przez  cały  posiłek  Tancrede  siedział  milczący,  choć  zajadał  z  apetytem.  Pozostali 

uszanowali  jego  odosobnienie.  Jagnięcina  rozpływała  się  w  ustach.  Mówili  niewiele,  zajęci 

delektowaniem się tą chwilą ciepłego braterstwa. Potem Sylwiusz dał sygnał do snu. Wszyscy 

wśliznęli się pod ciepłe okrycia z wełny jaka i zdmuchnęli świece. Tancrede wybrał ławę tuż 

przy  drzwiach  i  położył  się  w  ubraniu.  Jego  towarzysze  szybko  zasnęli.  Wasyl  chrapał. 

Minęło trochę czasu. 

W pewnej chwili biskup Van Beck jęknął przez sen. Wśród niezrozumiałych słów dało 

się  usłyszeć  coś  o  „zabitym  dzieciaku”...  Pikkendorff  kilkakrotnie  przewrócił  się  z  boku  na 

bok.  Otworzył  oczy  w  ciemności  i  mruknął:  „Po  co  obciążać  się  wspomnieniami, 

background image

poruczniku?”.  Po  czym ostatecznie zapadł w sen.  Polana żarzyły się  jeszcze w kominku. Na 

tej małej planecie z wypalonej cegły, której byli jedynymi mieszkańcami, zapanował spokój. 

Tancrede bezszelestnie otworzył drzwi  i  wyszedł, zamykając  je za sobą.  Spokój panował też 

w stajni. Nie było słychać nawet szurania końskich kopyt. Oparty o zewnętrzną ścianę domu, 

zawinięty  w  długi  płaszcz,  przygotował  się  na  czekanie  i  był  to  jeden  z  najpiękniejszych 

momentów  w  jego  życiu,  poryw  miłości  i  nadziei,  jakiego  nie  doznał  nigdy  wcześniej. 

Księżyc zabawiał  się z chmurami, które gromadziły  się coraz liczniej,  skracając coraz mniej 

liczne chwile bladej, nocnej poświaty. 

Potem  zasnuły  całe  niebo  aż  po  horyzont,  gasząc  wszelkie  światło.  Wtedy  pojął,  że 

jego oczekiwanie zaraz się skończy. 

Na  drodze  poruszył  się  kamyk  i  stoczył  ku  domowi.  Cicho  zaszeleściły  nadepnięte 

gałązki. To były jedyne odgłosy tej nocy. Ktoś szedł w ciemności, uważając, by nie zakłócić 

 ciszy.  Przypomniawszy  sobie,  że  pułkownik  zalecił  mu  ostrożność,  Tancrede 

pożałował, że wyszedł bez broni. Po chwili jednak wyrzucił sobie ten brak ufności. W końcu 

po-’ jawił się przed nim cień - dwie nagie stopy wyłaniające się z długiego, czarnego płaszcza 

i  bladość  twarzy  otoczona  kapturem.  Strach  okazał  się  niepotrzebny  -  Tancrede  rozpoznał 

dziewczynę,  ona  zaś  podeszła  jeszcze  kilka  kroków  i  rzuciła  mu  się  w  ramiona.  Poczuł  jej 

zapach natychmiast, gdy jązobaczył. Z całej jej postaci biła prosta woń lawendy. 

- Tak się bałam, że nie poczekasz - powiedziała zdyszana. - Musiałam nadłożyć drogi. 

Wszędzie są patrole. 

Nigdy nie wiadomo, kto się pęta po nocy. 

- Skąd jesteś? Kim jesteś? 

- Nie pytaj. Mogę ci tylko powiedzieć moje imię, ale nie wolno ci go nikomu zdradzić. 

Nazywam się Natalia. Ale nie stójmy tu. Chodź za mną. 

Wzięła  go  za  rękę  i  poprowadziła  za  dom,  do  małej  przybudówki  -  komórki  lub 

służbówki  przyklejonej  do  jego  ściany.  Weszli  przez  niskie  drzwi  do  maleńkiej  izby 

zastawionej narzędziami rolniczymi i wiązkami chrustu, które 

Natalia  przestawiła  w  inne  miejsce,  odsłaniając  drugie,  jeszcze  niższe  drzwi,  niemal 

dziurę w ścianie, przez którą przeciskali się na czworakach. Tancrede’a uderzyła pewna myśl. 

- Jeśli ktoś będzie cię szukał, to znajdzie - rzekł. - Te drzwi są teraz całkiem odkryte. 

- Boisz się? 

- Tak. O ciebie. 

- Więc się nie bój. Ktoś z powrotem ułoży te wiązki chrustu aż pod sufit. Zresztą, sam 

zobacz (uchyliła drzwi, które na nowo były zastawione), już to zrobiono. 

background image

 

- Kto? 

- O to też nie pytaj. Nie mogę ci powiedzieć. 

Izba była maleńka, belki sufitu znajdowały się na wysokości głowy. Było gorąco, gdyż 

ściana schowka przylegała do komina. Zaskakujący był jej wygląd - ściany okryte narzutami, 

a  podłoga  baranimi  skórami,  które  tworzyły  coś  na  kształt  szerokiego  łoża,  zajmującego 

niemal  całe  pomieszczenie.  Zawieszona  na  ścianie  mała  lampka  oliwna  roztaczała  łagodne 

światło. Był też krucyfiks, którego nie zdjęto 

-  zwykły,  skromny, odpustowy krzyżyk,  podobny tym, które  niegdyś  sprzedawano w 

przykatedralnych sklepikach. 

Tancrede obrzucił  izbę spojrzeniem.  Pomimo góralskiej prostoty wnętrza  i obecności 

krzyża,  te  rozłożone  futra,  których  przeznaczenie  było  aż  nazbyt  jasne,  sprawiały,  że 

kryjówka nie przypominała pokoiku dla służby, ale raczej rodzaj tajemnego miejsca schadzek. 

Natalia  już  się  rozbierała.  Powiedziała:  „Wiem,  co  myślisz,  ale  jesteś  w  błędzie. 

Przygotowałam  to  wszystko  dla  ciebie.  Jutro  nie  będzie  po tym  śladu.  Chodź,  muszę  odejść 

przed świtem...”. 

Kiedy oboje byli już nadzy, przez chwilę stali naprzeciw siebie, przyglądając się sobie 

wzajemnie,  jak mężczyzna i kobieta, którzy nigdy się nie widzieli, a morze wyrzuciło ich na 

brzeg  bezludnej wyspy,  by połączyli  się w  miłosnym  akcie,  będącym wyrazem rozpaczliwej 

nadziei. Tancrede zauważył, że po policzku Natalii spłynęła łza, którą otarła grzbietem dłoni i 

pokryła uśmiechem. Olśniewająca biel jej skóry oszołomiła go bez reszty - nosiła ją wyniośle, 

niczym  zwycięską  aureolę  -  i  kiedy  tak  ją  podziwiał,  ona  nie  spuszczała  z  niego  wzroku. 

Natalia miała oczy zielone i wykrojone w kształt migdałów, z lekką, azjatycką zmarszczką 

 na  powiekach,  która  pozbawia  spojrzenie  wszelkiego  wystudiowanego  wyrazu, 

pozostawiając w nim to, co istotne: ukrytą prawdę. Oczy te pochodziły w prostej linii od pra-* 

dawnych białych plemion Azji. Na jej szyi wisiał maleńki krzyżyk. 

- A teraz - powiedziała - połóż się, proszę. Teraz ja na ciebie popatrzę. Zamknij oczy i 

nie otwieraj. Obiecujesz? 

- Obiecuję. 

Po chwili milczenia spytał: 

- Gdzie jesteś? 

- Tuż obok ciebie. Nie ruszaj się. 

- Co robisz? 

-  Już  mówiłam.  Patrzę  na  ciebie.  Patrzę  na  to,  na  co  mam  ochotę.  Gdybyś  otworzył 

background image

oczy, nie miałabym odwagi. Nigdy nie patrzyłam tak na mężczyznę. Nie! Nie otwieraj oczu! 

Nie  będę  miała  odwagi  do  ciebie  mówić... To,  co  widzę,  co  jest  częścią  ciebie...  Bóg  dał  to 

każdemu mężczyźnie na ziemi. 

Bóg jest taki lekkomyślny... Nie! Proszę, nie otwieraj oczu... 

Jestem  piękna,  żywa,  młoda,  jestem  tu,  o  kilka  centymetrów  od  ciebie,  nie  mam  na 

sobie  żadnego  ubrania,  tylko  moje  własne  ciało,  i  mówię,  że  to,  na  co  patrzę,  podziwiam  z 

miłością, i że właśnie z miłości... 

Mówiła  cicho,  łagodnie.  Powtarzała:  „Z  miłości...  z  miłości...”,  niczym  litanię,  przy 

czym,  klęcząc  nad  nim,  delikatnie  i  lekko  prowadziła  jego  dłoń,  szepcząc:  „Z  miłości...  z 

miłości...” 

- W imię miłości otwórz oczy - powiedziała. 

Była jasnym słońcem i Tancrede zatonął w jej oślepiającym blasku. 

Później, w nocy, spytał: 

 

- Dlaczego przyszłaś? 

- Mówiłam ci. Z miłości - powiedziała. - Kocham cię. 

-  Przecież  mnie  nie  znasz.  Nigdy  mnie  nie  widziałaś  i  nie  znasz  mojego  imienia. 

Nawet o nie nie spytałaś. 

-  Nie  wyjawiaj  mi  go.  Gdyby  mnie  przesłuchiwano  w  sposób...  (zawahała  się)  w 

sposób trudny  do  wytrzymania...  Nie  znając  twego  imienia,  nie  będę  mogła  go  im  zdradzić. 

Nie będą wiedzieli, o którego z was chodziło, więc nic nie zrobią. W przeciwnym razie... 

Wzięła jego twarz w dłonie i spojrzała na niego czule. 

- Nie zadawaj mi więcej pytań. Potrzebuję ciebie. Twojej miłości. Bo cię kocham. 

On też powiedział, że ją kocha, że nigdy nie zapomni szczęścia, jakie mu dała, że była 

ciałem z jego ciała i że jej dusza zawładnęła jego własną, że nigdy już się nie rozstaną, a on 

poprosi księdza  biskupa,  by o świcie połączył  ich węzłem  małżeńskim,  apułkownikamajora, 

by to samo uczynił na sposób cywilny, zgodnie z prawem Miasta, że za zgodą pułkownika lub 

bez  niej  zostanie  tu,  by  ją  chronić,  żyć  z  nią,  mieć  z  nią  dzieci  i  kochać  ją,  kochać  nade 

wszystko, bo ona jest jedyną gwiazdą na jego niebie, bo Bóg stworzył ich oboje po to, by żyli 

w nadziei, a przede wszystkim dlatego, że ona jest tak piękna, pięknem niemal świętym, że on 

może tylko ją wielbić jako najcudowniejsze z Boskich stworzeń... 

Słuchała go ze łzami w oczach, po czym pokręciła głową przecząco. 

-  Nie  możesz  ze  mną  zostać.  I  nie  pytaj,  dlaczego.  Zbyt  wiele  rzeczy  się  zmienia  i 

jeszcze się zmieni. Nie możesz. 

background image

Nie chcę. 

 

-  Więc  zabiorę  cię  z  sobą.  Jutro  ruszysz  z  nami.  Znajdź  konia.  Jeśli  nie  znajdziesz, 

będę szedł pieszo i nigdy się nie rozstaniemy.”* 

Cały promieniał, jak rozmarzone dziecko. Uśmiechnęła się do niego. 

-  Rzeczywiście,  nie  byłabym  wam  ciężarem.  Jeżdżę  konno  jak  mężczyzna,  dobrze 

strzelam, rzucam  nożem  z dwudziestu kroków i  nie chybiam celu,  nie  boję się ani  nocy,  ani 

dnia,  znam  się  na  zielarstwie,  nie  potrzebuję  dużo  snu,  jestem  wierna,  wytrwała  i  nikt  nie 

tknął  nigdy  nawet  włosa  na  mojej  głowie,  jeśli  sama  mu  na  to  nie  pozwoliłam.  Umiem  też 

zachowywać  się  w  taki  sposób,  że  kocha  mnie  jeden  mężczyzna,  a  pozostali  nie  czują 

zazdrości. Nikt przeze mnie nie cierpi... 

Olśniona dusza Tancrede’a kipiała od szczęścia. 

- Widzisz, jakie to proste? - powiedział, biorąc ją w ramiona. 

Ona jednak odparła: 

- Nie możesz mnie z sobą zabrać. Nie pojadę. Później zrozumiesz, dlaczego. U kresu 

twej podróży pojmiesz i jeśli nadal będziesz tego pragnął, wrócisz. Będę na ciebie czekała. 

Wiedział, że jej nie przekona i jeszcze raz się z nią kochał. 

Potem 

nadeszła 

chwila 

rozstania. 

Gdzieś 

niedaleko 

zaśpiewał 

bąkojad 

czerwonodzioby,  budząc  swych  braci  i  kuzynów, którzy  przyłączyli  się  do  niego, ogłaszając 

nadejście świtu. Wtedy ona zadała to zaskakujące pytanie: 

- Masz pieniądze? 

Zbity z tropu, machinalnie przeszukał kieszenie tuniki, znajdując tam złotego ulika, co 

kiedyś było sporą sumą. 

 

Zakłopotany spojrzał na monetę, nie bardzo wiedząc, co z nią zrobić. ‘? 

- Daj mi ją - powiedziała. 

Zawstydzony, urażony, niemal ogłuszony, poczuł, że w głowie świta mu pytanie, które 

z trudem wypłynęło mu na usta. 

- Chcesz, żebym ci zapłacił? Mam ci zapłacić za to wszystko? 

- Tak, właśnie tego chcę. Jesteś mi to winien. I nie rób takiej miny. Posłuchaj. Byłam 

bardzo ostrożna, idąc tu, ale ktoś i tak może się dowiedzieć. Wtedy pokażę tę monetę tym, co 

mnie będą przesłuchiwali i powiem: „Ten, z którym spędziłam noc, zapłacił mi za nią. Drogo, 

tyle,  ile  jestem  warta.  Nie  kocham  go,  jest  dla  mnie  niczym,  nawet  go  nie  znam.  Przecież 

mnie znacie. Zapłacił mi”. 

background image

- Ależ to nikczemne! - wykrzyknął. - Nie mogę się na to zgodzić. Wszyscy będą tobą 

gardzili! 

- Tak, będą mną gardzili. W Górach gardzi się prostytutkami i poddaje się je chłoście, 

jeśli się zadają z cudzoziemcami, ale się ich nie zabija, bo są złem koniecznym dla tutejszych 

brutali,  natomiast karze się niewierne żony  i  nadejdzie dzień, gdy  sieje  będzie kamienowało 

bez litości. Ja ujdę z życiem. Dla ciebie. 

- Ale nikt ci nie uwierzy! Natalio, spójrz na siebie... 

Czy sądzisz, że przypominasz te kobiety, którym się płaci? 

Ależ nie! Nie! 

- Och, nie martw się, uwierzą mi... 

Widząc, że on niemal traci zmysły, niepewny i targany wątpliwościami, dodała: 

- Jestem doskonałą aktorką. 

 

-  Ale  jak  długo  będziesz  mogła  grać?  Przyjdzie  chwila,  że  zażądają  od  ciebie,  byś 

zagrała tę rolę naprawdę, żebyś poszła do łóżka z mężczyzną, może nawet tutaj, w tej izbie!”» 

A ten mężczyzna ci za to zapłaci. Co wtedy zrobisz? Powiedz! 

Uśmiechnęła się promiennie. 

-  Nie będzie go na mnie stać. Po prostu. Jeśli  masz  inne złote monety, daj  mi  je,  a ja 

im je pokażę, jaka jestem droga. 

Wycenie  się  tak  wysoko,  że  żaden  z  tych  wieprzy  nie  będzie  mnie  miał,  nawet  jeśli 

rzuci  mi  pod  stopy  wszystkie  swoje  bogactwa.  Będą  zdychali  z  pożądania,  ale  u  nas,  w 

Górach,  prawo  jest  prawem  -  to  prostytutki  wyznaczają  cenę.  To  zadośćuczynienie  za 

pogardę. 

Potem dodała łagodniejszym tonem: 

-  Mężczyzno,  którego  kocham.  Mężczyzno,  którego  kocham  tak  bardzo. Ty,  którego 

kocham ponad wszystko, i którego Bóg Ojciec podarował mi na całe życie, na wieczność, nie 

rozpaczaj, błagam. Zabierz mnie ze sobą, zabierz mnie w twoim sercu... 

Otworzywszy  niskie  drzwiczki,  bezszelestnie  wymknęła  się  na  zewnątrz.  Wiązki 

chrustu były już odsunięte. Na wciąż jeszcze ciepłych i przesiąkniętych jej zapachem pledach 

błyszczał mały, złoty krzyżyk, który miała na szyi. 

Wziął  go  do  ręki  i  wrócił  do  domu.  Wyciągnięty  w  ciemności  na  swojej  ławie,  gdy 

jego towarzysze spali jeszcze w najlepsze,  leżał z otwartymi oczami, trzymając w złożonych 

dłoniach krzyżyk. I tak zastał go świt. 

Zbliżali się do Świętego Piotrowina. Teraz nie widywali już nikogo - ani z bliska, ani z 

background image

daleka, choć przecież, zgodnie z tym, co im mówiono, kraina, którą przemierzali tego 

 niedzielnego poranka, miała być bardziej ludna. Widzieli skupiska domów, doskonale 

utrzymane pola pszenicy, dróżka stała się szersza i zamieniła się w bitą drogę, ale domy były 

opustoszałe, drzwi i okiennice zamknięte, z kominów nie unosił się dym, a na drodze nie było 

żywego ducha. 

-  Atmosfera  się  zagęszcza  -  stwierdził  Van  Beck.  -  Zaczynam  się  obawiać  o  moją 

mszę. 

-  Alraman  nam  ją  obiecał  -  powiedział  Sylwiusz.  -  Kręcił  nosem,  ale  obiecał.  I 

dotrzyma słowa. Myślę, że zaskoczy nas całkiem co innego. 

Mimo  wszystko,  podjął  pewne  środki  ostrożności  -  zwiększył  odległości  między 

jeźdźcami,  wszyscy  trzymali  w  ręku  broń  gotową  do  strzału,  Abaj  pojechał  przodem,  a 

porucznik  Tancrede  został  z  tyłu  jako  ariergarda,  o  co  zresztą  sam  poprosił.  Jechali  tak  bez 

żadnych  przeszkód  do  około  dziesiątej.  Pikkendorff,  zdziwiony  nieco  nonszalanckim 

zachowaniem Tancrede’a,  musiał  kilkakrotnie  wysyłać  do  niego  kadeta Veniera  z rozkazem, 

by  nie  zostawał  za  bardzo  w  tyle,  gdyż  porucznik  zdawał  się  ociągać,  często  odwracając, 

nasłuchując i obserwując okolicę. W końcu, spiąwszy konia do galopu, Pikkendorff pojechał 

do niego osobiście, by zażądać wyjaśnień. 

- No, co się z panem dzieje, poruczniku? 

- Ktoś może za nami jechać, panie pułkowniku. Moim zadaniem jest to sprawdzić. 

- Z jakim skutkiem? 

-  Nikogo  nie  ma,  panie  pułkowniku  -  odparł  młody  człowiek  z  miną  wielce 

nieszczęśliwą. 

Sylwiusz spojrzał na niego współczująco. 

- Widziałem, jak pan wychodził tej nocy, Ryszardzie. 

 

I widziałem, jak pan wrócił. Mam bardzo czujny sen. Gdzie pan był? Z kim? 

Tancrede milczał. ^ 

-  Powinien  pan  brać  przykład  z  naszego  najmłodszego  towarzysza.  Żadne 

wspomnienia nie turbują kadeta Veniera. 

Kobiety przychodzą, odchodzą,  a on szybko o nich zapomina.  Nie  ma sensu oglądać 

się za siebie. Wspomnienia pana nie dogonią. 

- Nie chodzi o wspomnienia, panie pułkowniku. 

- Więc o co? 

- O nadzieję. 

background image

Ach, tak! Sylwiusz zamyślił się przez chwilę. Nadzieja czepiała się ich kurczowo. Dla 

niego - Miriam, dla Osmonda Van Becka - Bóg, dla brygadiera Wąsy la - Czeczeni! 

A teraz przyszła kolej  na Ryszarda Tancrede’a.  Ponieważ podejrzewał,  że Abaj  myśli 

jedynie  o  tym,  by  odnaleźć  swój  las,  a  romantyczny  Bazin  du  Bourg  wita  każdy  ranek,  nie 

kryjąc szczęścia z nowo odkrytego wiersza Wilhelma Kostrowickiego, wieczorem zaś kładzie 

się  spać,  żyjąc  wyłącznie  nadzieją  na  dzień  następny,  wolny  od  takich  obciążających  uczuć 

pozostawał  już  tylko  kadet Venier,  silny  chłodną  determinacją  swoich  szesnastu  lat. Ale  kto 

wie, może i on miał w głowie jakąś ukrytą myśl? 

-  No  dobrze,  Ryszardzie,  proszę  za  mnąpowiedział,  klepiąc  go  po  przyjacielsku  w 

ramię. - Jesteśmy prawie na miejscu. 

Krzyknął  „naprzód”  i  obaj  pomknęli,  by  dołączyć  do  towarzyszy.  Oddział  był  już 

razem.  Na  drodze  czekali  na  nich  trzej  milicjanci  na  małych,  kudłatych  koniach.  Dwóch,  w 

tym jednego podoficera, nie znali, trzecim był ich wczo- 

 rajszy  przewodnik.  Podoficer  z  wrogą  miną  odezwał  się  chropowatym  głosem  w 

ledwo zrozumiałym języku. Jeśli i on pochodził z gór, to chyba z bardzo daleka. 

- Na rozkaz komendant milicji Alraman, ja kazać wam wczoraj powiedzieć, że macie 

uważać! 

Oburzony  arogancją  tonu,  Sylwiusz  nie  odpowiedział  osobiście  i  obarczył  tym 

brygadiera Wasyla,  który był temu gburowi równy  stopniem  i energicznie zaczął od tego, że 

panu  pułkownikowimajorowi  należy  się  regulaminowe  powitanie.  Tamten  zasalutował 

niedbale.  Naciskany przez Wasyla,  powtórzył powitanie kilkakrotnie,  aż zyskało prawidłową 

formę.  Podoficer  pienił  się  z  wściekłości.  Miał  twarz  puszczyka  i  małe,  złe  oczy.  W  końcu, 

nadal  za  pośrednictwem  Wasyla,  nawiązano  dialog.  Faktycznie,  ten  tu  obecny  milicjant 

nakazał im (ale właściwie, jakim prawem?) ostrożność, ale uczynił to tonem groźby, który nie 

spodobał  się  panu  pułkownikowi,  a  poza  tym,  nic  z  tego  nie  zrozumieli  i  nie  przejęli  się 

specjalnie, bo przecież byli gośćmi - jak co wieczór zresztą - komendanta Alramana, ponadto 

spali doskonale i nikt im nie przeszkadzał... Puszczyk żachnął się. 

- Wy nie rozumieć! Nie rozumieć! Być ostrożni, znaczy nie widzieć nikogo. 

Sylwiusz rzucił okiem na Tancrede’a, któremu krew odpłynęła z twarzy,  i postanowił 

wziąć sprawy w swoje ręce. 

Przede  wszystkim  rozkazał  trzem  milicjantom  zsiąść  z  koni  i  stanąć  przed  nim  w 

szeregu. To ich ostudziło. 

- A zatem? - spytał Puszczyka, podkreślając pytanie władczym ruchem brody. 

- Nie widzieć nikogo, znaczy nikogo. A ktoś przyjść. 

background image

Dziewczyna... 

 

Tym razem Sylwiusz unikał spojrzenia Tancrede’a. Parodiując podoficera, rzucił: 

- Dziewczyna? Nie widzieć żadnej dziewczyny. się pomylić. A może kłamać? 

Potem, zwracając się do swych towarzyszy, spytał: 

- Co to za typ? Czy on sądzi, że ma prawo zarzucać nam kłamstwo? 

Wszyscy zwarli szeregi, ostentacyjnie odbezpieczając zamki karabinów. 

Tamten zawahał się. 

- To wy kłamać.  Dziewczyna tam być.  Kurwa. My  ją poszukać  i znaleźć. Wtedy pan 

Alraman ją wy chłostać. Chłostać do krwi. 

Sylwiusz  zauważył  mimochodem,  że  zmieniło  się  stanowisko  Alramana.  Z 

komendanta  stał  się  „panem”,  którego to  tytułu  nie  używano  w  Mieście  i  na  podległych  mu 

terenach. 

- A właśnie - zapytał - gdzie jest teraz komendant 

Alraman? 

- Pojechać w góry. Kazać mi dowodzić milicja. A wy... 

- Dosyć! Brygadierze, niech pan powie temu podoficerowi, żeby mi zszedł z oczu. On 

i jego ludzie. Odjeżdżamy. 

Do wsi Święty Piotrowin wjechali pełnym galopem. 

Tamci  jechali  za  nimi  w  odpowiedniej  odległości,  z  bronią  na  ramieniu,  pozornie 

spokojni.  Na  posterunku  milicji  z  budki  strażniczej  wyszło  dwóch  wartowników  i  podnieśli 

przed  nimi  szlaban,  nie  salutując.  Wieś  ciągnęła  się  po  obu  stronach  jedynej  drogi,  wzdłuż 

której leżało z pięćdziesiąt domów, równie opustoszałych i zamkniętych jak te, które widzieli 

rano,  z  tym  że  ich  mieszkańcy  musieli  się  stąd  wynieść  całkiem  niedawno.  W  kurnikach 

gdakały kury, w zagrodach 

 baraszkowały  króliki,  zwierzęta  nie  wyglądały  na  głodne  czy  spragnione,  a  na 

pobliskich  pastwiskach  spokojnie  szczypało  trawę  kilka  sztuk  rogacizny.  Wszystko 

wskazywało na to, że ludzie musieli opuścić wieś tylko na ten jeden dzień. 

-  Wypędzili  ich  -  stwierdził  biskup  Van  Beck.  -  Ale  niektórzy  musieli  się  opierać. 

Spójrzcie. 

„Pan”  Arlaman  z  pewnością  się  nie  patyczkował.  Krnąbrnych  usunięto  siłą,  potem 

splądrowano  ich  domy.  Drzwi  i  okiennice  wyważono,  meble  połamano,  ograbiono  kurniki, 

potłuczono  szyby  i  statki,  a  nad  każdym  z  kominków,  na  okopconej  ścianie,  widoczny  był 

ślad po usuniętym krzyżu. 

background image

Ale to  była  mniejszość. Naliczyli  może z pół tuzina domów,  które  przedstawiały taki 

żałosny  widok.  Kiedy  przejeżdżali  przed  siedzibą  lokalnych  władz  -  ostatnim  budynkiem, 

który wyglądał na jeszcze zamieszkany, wypadł stamtąd milicjant i zerwał jakieś wywieszone 

na tablicy ogłoszenie, z pewnością po to, by ukryć je przed ich ciekawskimi oczami, po czym 

zniknął  w  środku,  zamykając  za  sobą  drzwi.  Na  balkonie  nie  wisiała  żadna  flaga,  ale  za 

żelaznymi kratami okien czuło się obecność innych milicjantów. 

- Urocze powitanie - zauważył Sylwiusz. 

Kościół był naprzeciwko. Jak im powiedział Alraman, 

„ze  względów  bezpieczeństwa”  pozbawiono  go  (ukrywając)  wszystkiego,  co  miało 

charakter  sakralny.  Zrobiono  nawet  więcej.  Krzesła,  klęczniki,  ławki,  stalle,  fotel  kapłana,  a 

nawet cokoły rzeźb - wszystko znikło. Co ciekawe, na kamiennych płytach podłogi rozłożono 

chodniki z  juty. Przenosiny ołtarza musiały zostać zakłócone  ich przybyciem,  nie  było za to 

tabernakulum, świeczników ani retabulum; po 

 tym ostatnim zostały tylko haki, z których zwisały jakieś drewniane drzazgi, dobitnie 

świadczące  o  tym,  jak  niechlujnie  i  arogancko  została  przeprowadzona  cała  operacja. 

Wśród** lodowatych ścian, z których uciekła wszelka łaska, biskup 

Van  Beck  zaczął  szykować  się  do  odprawienia  nabożeństwa,  kazawszy  przynieść  ze 

swych  podróżnych  sakw  to,  co  nazywał  „ołtarzem  polowym”,  z  rozłożonym  na  części 

krzyżem  biskupim  na  czele.  Z  małej,  znajdującej  się  w  głębi  chóru  dzwonnicy  zwisał 

pojedynczy  sznur.  Unosząc  głowę,  można  było  zobaczyć  dzwon  i  jego  drewnianą  ramę. 

Alraman  dotrzymał  słowa. Ani  śladu  zakrystiana.  Kadet  Venier  zaofiarował  się  go  zastąpić. 

Zrobił to z ochotą, radośnie napinając bicepsy. Zadzwonił. Dzwonił niezmordowanie. Biskup 

z mitrą na głowie i krzyżem w dłoni stanął w progu, otoczony eskortą w czarnych płaszczach 

i  białych  rękawiczkach  -  jak  przystało  na  księcia  Kościoła,  który  przybył  z  wizytacją  i 

zamierza  uroczyście  wejść  do  świątyni.  Oczywiście,  nie  oczekiwał  nikogo,  ale  i  tak,  wbrew 

sobie,  zwlekał.  Dźwięk  dzwonu  płynął  ulicą,  odbijał  się  od  dachów,  by  uderzyć  o  góry  i 

powrócić zwielokrotnionym  echem,  które  rozchodziło się po polach,  lasach,  aż po najdalsze 

osady, po kres tej ziemi, docierając może nawet do domów z palonej cegły, gdzie słyszały go 

ukryte  za  okiennicami,  przerażone  kobiety  i  potajemnie  kreśliły  znak  krzyża.  Kadet  Venier 

dzwonił. Sylwiusz przypomniał sobie dzwon katedralny, który on także rozkołysał na próżno, 

bo żaden z mieszkańców Miasta nie wylazł ze swojej nory w przededniu ich odjazdu, dawno, 

dawno temu... 

- Oto niespodzianka, którą nam przygotował Alraman - powiedział biskup Van Beck. - 

Wygrał. Nikt nie przyjdzie. 

background image

Ukryty bezpiecznie za oknem domu naprzeciwko mili- 

 cjant  uśmiechał  się  złośliwie.  Zdawało  się,  że  nawet  Bóg  stąd odszedł  i  biskup  Van 

Beck szukał go z trudem, mobilizując resztki swej wiary,  by w momencie konsekracji stanąć 

przed  Nim,  nie  popełniając  świętokradztwa.  Kiedy  wzniósł  hostię  w  górę,  Pikkendorff  dał 

rozkaz  „prezentuj  broń”.  Historia  zatoczyła  koło.  Wrócili  do  czasów  pierwszych  podbojów, 

gdy  msze  odprawiano  tylko  dla  walczących  pułków  księcia  UlikaFryderyka  V, 

przebywających  pośród  wrogich  tubylców,  których  nawrócenie  było  jeszcze  odległe,  z  tą 

tylko  różnicą,  że  dziś  to  zdobywcy  byli  w  odwrocie,  było  ich  tylko  siedmiu  i  po  dwustu 

pięćdziesięciu  latach  chrześcijaństwa  dobra  nowina  odchodziła  stąd  razem  z  nimi.  Winorośl 

się  nie  przyjęła.  Co  było  przyczyną?  Zapewne  miłosierdzie...  „Wszechmogący  Boże  - 

pomyślał biskup w chwili, gdy odchodził od ołtarza - czy taka była Twoja wola? 

A może w ogóle już nie masz żadnej woli?”. 

Po mszy nie zwlekali już ani chwili i odjechali na północ. 

W pewnej odległości od wioski, tuż obok samotnego domu, jadący na przedzie kadet 

Venier zawrócił nagle konia i podjechał do nich galopem. 

-  Trzy  kobiety,  panie  pułkowniku  -  oznajmił  flegmatycznie.  -  Trzy  kobiety 

przywiązane do drzew. W dosyć żałosnym stanie. 

- Żyją? 

- Tak sądzę. Słyszałem jęki. 

Tancrede już spinał konia. 

- Proszę zostać przy mnie, poruczniku - polecił Sylwiusz. 

Potem  wydał  rozkaz,  by  zanim  zbliżą  się  do  domu,  rozpoznać  teren  i  wykluczyć 

jakiekolwiek niespodzianki. Zbędny 

 trud.  Nie  było  nikogo  poza  tymi  trzema  nieszczęsnymi  kobietami,  nagimi  i 

przywiązanymi do trzech młodych brzóz 

- brzuchem do pnia - za nogi i związane nad głową ręce.* 

Ich  ramiona  i  plecy  nosiły  liczne  ślady  bicza  i  wciąż  jeszcze  krwawiły.  Ta 

nikczemność  dokonać  się  musiała  całkiem  niedawno.  Kaci  bili  mocno  i  wyglądało  na  to,  że 

szczególnie  chętnie  wyżywali  się  na  delikatnej  skórze  najmłodszej  z  kobiet,  której  czarne 

włosy unurzane były we krwi. Tancrede, ledwie żywy, z walącym sercem, pierwszy zeskoczył 

z konia. Opanował się jednak na tyle, by zrobić, co trzeba. Zaczerpnąwszy wiadrem wody ze 

strumienia  i  wyciągnąwszy  z  torby  kawałek  czystego  płótna,  zaczął  bardzo  delikatnie 

obmywać rany dziewczyny,  szepcząc przy tym uspokajające słowa.  Potem rozłożył  na ziemi 

swój czarny płaszcz, nożem przeciął więzy, wziął w ramiona białe ciało i niezwykle ostrożnie 

background image

złożył  na  futrzanym  podbiciu.  Zemdlona  do tej  pory  dziewczyna  otworzyła  oczy  i  spojrzała 

na niego. Po jej policzkach spływały łzy, ale nie była to Natalia. Kiedy tak leżała, wydawała 

się  zupełnie  nietknięta.  Ci,  którzy  tak  okrutnie  ją  biczowali,  postarali  się,  by  oszczędzić  jej 

gołębie  piersi,  delikatny  brzuch  i  ramiona  oraz  długie,  smukłe  nogi,  ale  z  pewnością  nie 

uczynili tego z litości, lecz raczej po to, by nie popsuć urody, z której niewątpliwie zamierzali 

jeszcze  skorzystać.  Dwie  pozostałe  kobiety  nie  były  aż  tak  ładne,  ciała  miały  nieco  bardziej 

ociężałe, urodę bardziej wulgarną, a więzy mniej staranne, ale ubiczowane zostały w ten sam 

sposób - tylko od tyłu. 

Ich domysły potwierdziły  się natychmiast, gdy Sylwiusz wysłał Wasyla do domu, by 

poszukał prześcieradeł lub ubrań, którymi mogliby okryć te trzy kobiety i zasłonić ich 

 i nagość,  która teraz, gdy  minęło napięcie związane z całą akcją,  stała się krępująca. 

W  chwilę  potem  brygadier  wyszedł  z  domu,  mówiąc,  że  nie  nazywa  się  Wasyl  Clement, 

wielki  znawca  tego  rodzaju  przybytków,  jeśli  to  miejsce  nie  jest  burdelem,  co  od  razu 

potwierdziła najstarsza z kobiet, która już odzyskała mowę i szybko dochodziła do siebie. 

Opowiedziała  im,  co  się  wydarzyło.  Mniej  więcej  godzinę  wcześniej  dom  zajęła 

milicja  pod  dowództwem  podoficera,  którym  sądząc  po  opisie,  musiał  być  Puszczyk. 

Krzyczeli,  że  na  rozkaz  pana Alramana,  szukają  dziwki  o  imieniu  Natalia,  by  ją  stosownie 

ukarać za noc spędzoną z cudzoziemcem. 

Ponieważ  nic  nie  wiedziała,  zemścili  się  na  niej  i  jej  dwóch  dziewczynkach  -  Ricie, 

która  ma  grubą  skórę,  ale  przede  wszystkim  na  delikatnej  i  cudownej  małej  Gonzalwinie, 

którą  rodzice  dopiero  co  sprzedali,  i  której  edukacji  poświęcała  całą  swoją  wiedzę,  mając 

pewność,  że  zrobi  z  niej  prawdziwe  cacuszko,  dzięki  wrodzonym  i  niespotykanym 

zdolnościom  tej  dzieweczki.  Uśmiechając  się  szpetnie,  dodała,  że  teraz,  gdy  te  świntuchy 

ubiczowały  tę  ślicznotkę  do  woli,  będą  się  nią  interesować  jeszcze  bardziej  i  drogo  za  nią 

zapłacą,  a  ona  podniesie  jeszcze  cenę.  Słowa  te  boleśnie  przypomniały  Tancrede’owi  to,  co 

mu na pożegnanie powiedziała Natalia... 

Uprzedzając  pytania Tancrede’a  o  Natalię,  Sylwiusz  dał  mu  znak,  by  milczał.  Potem 

spojrzał na burdelmamę (na imię jej było Stefa) z nieskrywaną pogardą. 

- Nie znamy tej Natalii - oświadczył. - Kim ona jest? 

- To najsłynniejsza dziwka w Górach. W tym kraju nie ma samca, który by o niej nie 

marzył. Z Alramanem włącz- 

 nie,  który  twierdzi,  że  ją  miał.  Przechwala  się.  Ona  nie  lubi  mężczyzn,  którzy 

przybywają  z  drugiej  strony  gór,  z  kieszeniami  pełnymi  złota  i  okrutnymi  ptakami  na  ręku. 

Czasem* oddaje się za nic, ale tylko tym, których uważa za podobnych sobie. Jest kapryśna i 

background image

nieprzewidywalna. 

- A ty? Znasz ją? 

Owinięta w narzutę, która ukrywała rany na jej plecach, Stefa udała, że zasłania jedną 

ze swych wielkich piersi, która wysuwała się spod niedokładnie zasuniętych fałd materii. 

Zrobiła zarozumiałą minę. 

- Jak miała trzynaście lat, jakieś pięć lat temu, spędziła tu kilka tygodni. Nauczyłam ją 

najważniejszych rzeczy. Potem wyfrunęła z gniazdka. 

Tym razem Tancrede uniósł dłoń, by jąspoliczkować, ale 

Sylwiusz chwycił go za ramię. 

-  Nigdy  jej  więcej  nie  widziałam  -  dorzuciła  Stefa  ostrożnie.  -  Nie  wiem,  gdzie  jest. 

Nikt nie wie. Ma w całym regionie przyjaciół, którzy by się dali dla niej zabić. Ale czasy się 

zmieniły. Kto wie, co się z nią stanie? 

Sylwiusz  pojął,  że  burdelmama  Stefa,  gdyby  tylko  miała  okazję,  zadenuncjowałaby 

Natalię bez wahania. Przyłapał się na myśli, że bat był dla niej jedynie pieszczotą, a on sam 

też by  j ą chętnie wybatożył. Kadet Venier  zdawał  się podzielać te uczucia,  przyglądając się 

łakomie  małej  Gonzalwince,  która  odzyskała  przytomność.  Co  do  Tancrede’a,  to  stał  z 

kamienną twarzą, pogrążony w myślach. 

-  Odjeżdżamy  -  zadecydował  Pikkendorff.  -  Nic  już  więcej  nie  możemy  zrobić  dla 

tych panienek. Do zobaczenia, ślicznotki. Prowadźcie się dobrze. 

Przez twarz Stefy przeleciał błysk przerażenia. 

 

- Przywiążcie nas z powrotem, panie pułkowniku. Przywiążcie nas tak, jak żeście nas 

znaleźli.  Jeśli  tamci  wrócą  i  zobaczą,  żeście  się  nami  zajęli,  żeście  nas  tknęli,  znowu  nas 

obiją. 

-  No  i  co  z  tego?  -  rzucił  porucznik  Tancrede,  z  ponurą  miną  wsuwając  stopę  w 

strzemię. - W ten sposób podwoicie swoją cenę! 

- Zostawiam wam kadeta Veniera - uciął Sylwiusz. 

- On się tym zajmie. 

I zwracając się do kadeta, dorzucił: 

-  Proszę je dobrze związać, ale  niech się pan pospieszy, Stanisławie.  Szkoda by pana 

było. 

- Rozkaz, panie pułkowniku! 

Promieniejąc  z  radości,  kadet  zabrał  swoje  stadko,  najpierw  oddzielając  od  reszty 

boską  Gonzalwinę,  którą  uhonorował  tak,  jak  na  to  zasługiwała.  Potem  dosyć 

background image

powierzchownie obszedł się z Ritą. Stefa doczekała się tylko zwykłego 

,,Żegnaj”.  Zostawił  ją  w  zdumieniu,  natomiast  wdzięczna  Gonzalwina,  ponownie 

przywiązana  do  drzewa,  nuciła  sobie  łagodnie  z  zamkniętymi  oczami,  a  jej  prawie 

pozbawione  owłosienia  łono  płonęło  ze  wzruszenia,  gdy  stukot  kopyt  rumaka  ostatniego  z 

siedmiu  jeźdźców  coraz  bardziej  cichł  na  drodze  wiodącej  ku  północy.  W  godzinę  później, 

pędząc  niczym  wiatr,  kadet  dołączył  do  swego  oddziału.  Nigdy  więcej  o  tym  nie  mówili. 

Tancrede cierpiał, całą duszą wyrywając się do Natalii, od której z każdą chwilę się oddalał. 

Uśmiechając się gorzko, mówił sobie, że ziemia jest okrągła, więc jadąc prosto przed siebie, 

w końcu się z nią połączy. 

Do tej  historii  nie  należy  już  opowieść  o tym,  że  Natalia  powiła  po  kryjomu  zdrowe 

dziecko, które było żywą kopią 

 

Tancrede’a,  a  które  Alraman  pragnął  zgładzić  i  na  próżno  kazał  szukać  swoim 

patrolom milicjantów i lansjerów, którzy przetrząsali cały region, nadziewając przy okazji na 

szable  pewną  liczbę  męskich  niewiniątek.  Dziecko  to  Natalia  po  kryjomu  ochrzciła,  a  gdy 

stało  się  mężczyzną,  własną  ręką  zabiło  starego  Ałramana,  oddając  w  ten  sposób  hołd 

wszystkim swoim krajanom. Ale to już całkiem inna historia... 

IV 

Kraina,  przez  którą  jechali,  z  każdym  dniem  stawała  się  dziksza.  Ścieżka,  figurująca 

na  mapie  pułkownika  Pikkendorffa  jako  „Droga  strategiczna  nr  ”,  wspięła  się  pod  górę, 

zostawiając  daleko  w  dole  ostatnie  zamieszkałe  osady,  stada  udomowionych  jaków,  a  nawet 

czarnorogie  barany,  których  pasterze  nie  zaganiali  aż  tak  wysoko.  To  było  królestwo 

muflonów, które z łatwością przeskakują potoki, i górskich łasic, które wyłażąc ze swych nor, 

zawsze  patrzą  niespokojnie  w  niebo,  gdzie  czyha  na  nie  wróg.  Skrzydlaty  lud  pojawiał  się 

rzadko,  a  zwłaszcza  ich  rozświergotani  przyjaciele,  którzy  kiedyś  witali  ich  o  poranku, 

śpiewem odpłacając za dziecięcy uśmiech. Nawet widniejący na sztandarach książęcych orlik 

nie  docierał  aż  tutaj.  Słychać  było  tylko  chrapliwe  pohukiwanie  pójdźki  i  puchacza,  które 

krzyczały  na zmianę z przerażenia,  gdy  na niebie pojawiał  się,  majestatycznie kołując,  orzeł 

królewski.  Bo  on  wrócił.  Draa,  orzełwładca,  szpieg  i  posłaniec  Alramana,  bardzo  rzadko 

opuszczał swój punkt obserwacyjny na niebie i Abaj orzekł z przejęciem, że wkrótce coś się 

wydarzy. Wokół panował dziwny spokój. 

Nawet milicja znikła im z oczu. 

Wreszcie  nadszedł  dzień  chwały  dla  brygadiera  Wasyla.  Zaczęło  się  nad  potokiem, 

gdzie rozejrzawszy się 

background image

 z uwagą, brygadier stwierdził uroczyście, że przechodził tędy trzydzieści lat temu ze 

słynnym plutonem kapitana 

Kostrowickiego i że nawet poili tu konie. Kiedy zwrócili* mu uwagę na fakt, że przez 

trzydzieści lat okolica mogła się zmienić i że tylko tego dnia mijali pięć czy sześć podobnych 

potoków,  obruszył  się  i  zamilkł.  W  godzinę  później  nie  wytrzymał  i  wrócił  do  tematu. Tym 

razem  chodziło  o  skałę  w  kształcie  klęczącej  kobiety,  którą  „tak  właśnie  określił  kapitan 

Kostrowicki...”.  Niestety,  mimo  rozpaczliwych  wysiłków  i  grzebania  w  pamięci,  brygadier 

nie  potrafił  sobie  dokładnie  przypomnieć  wiekopomnych  słów,  które  padły  wtedy  z  boskich 

ust  sławetnego  kapitana.  Bardzo  ich  to  rozbawiło.  To  samo  z  grotą,  do  której  wejście 

znajdowało się niedaleko i gdzie ponoć Wasyl kiedyś biwakował. 

- Wasylu - rzekł Sylwiusz - jak mamy ci uwierzyć? 

Powinieneś nam o niej powiedzieć wcześniej,  a nie wtedy, gdy  już na nią wleźliśmy. 

To zbyt łatwe. 

-  Zbyt  łatwe,  zbyt  łatwe...  -  burknął  brygadier.  -  A  gdybym  panu  powiedział, 

pułkowniku, że za mniej więcej dwie i pół godziny dotrzemy do skrzyżowania z drogą, która 

wiedzie do przełęczy? 

Pikkendorff wzruszył ramionami. 

- Wasylu! Przecież rano razem patrzyliśmy na mapę. 

Widziałeś równie dobrze jak ja to skrzyżowanie, Przełęcz 

Północną i drogę. 

-  Jasne,  panie  pułkowniku,  ale  czy  na  pańskiej  mapie  jest  także  zaznaczony 

drogowskaz? Drewniany drogowskaz, pomalowany  na zielono, z tablicą,  na której  napisano: 

„Przełęcz Północna % mili”? 

 

- Nie - przyznał Sylwiusz - ale to dosyć logiczne przypuszczenie. 

Brygadier  zrobił  triumfującą  minę  gracza,  który  właśnie  rzuca  na  stół  najmocniejszą 

kartę. 

- A co pan powie, panie pułkowniku, jeśli na tym drewnianym słupie, mniej więcej na 

wysokości  trzech  stóp,  ktoś  wyciął  nożem  stopień  i  inicjały  kapitana  oraz  numery  plutonu, 

szwadronu  i  pułku,  a  także  datę  naszego  przemarszu?  Zatrzymaliśmy  się  tam  przed 

wspinaczką na popas. Sam kapitan tak się zabawił nożem. Czy wtedy mi uwierzycie? 

Nagle  dzień,  który  dotąd  niczym  się  nie  wyróżniał  i  którego  nic  nie  zakłócało,  poza 

stale krążącym nad ich głowami orłem, nabrał sensu. Gdy tylko pozwoliła na to droga, puścili 

konie  galopem.  Potem,  gdy  trzeba  było  zwolnić,  Wasyl  niezmordowanie  komentował 

background image

wszystko, co widzieli - kolejny potok, osuwisko, mały zagajnik karłowatych modrzewi, mech 

na  skałach,  jakby  wyjmował  to  wszystko  ze  swej  pamięci,  powtarzając  bardzo  pewnym 

głosem: „Trzydzieści lat temu przechodziłem tędy, a kapitan mówił...”. 

I tak dotarli do skrzyżowania. Wyraźna droga faktycznie skręcała w prawo i wznosiła 

się  zakosami  ku  przełęczy,  której  kawałek  było  widać  pomiędzy  dwoma  ośnieżonymi 

szczytami. 

- Co mówił kapitan, brygadierze? - spytał Sylwiusz. 

Wasyl  milczał,  lustrując  miejsce  z  ponurą  miną.  Nie  było  żadnego  drogowskazu. 

Pokazując palcem, wybełkotał: 

- Tu stał, dokładnie tu, przysięgam, panie pułkowniku. 

Był tu, naprawdę nie rozumiem... 

 i 

Z pomocą pospieszył mu Abaj, dokładnie przyglądając się ziemi. 

-  Złamany  tuż  przy  podstawie  -  powiedział.  I  rzuciw^*  szy  okiem  dookoła, 

wykrzyknął: - A oto i on! 

Wskazał na znajdujący się poniżej rów. Tam właśnie wrzucono słup. Leżał w trawie, a 

świeży ślad po złamaniu świadczył o tym, że zwalono go celowo i całkiem niedawno. 

Był  porośnięty  mchem.  Sylwiusz  zdrapał  go  nożem,  odkrywając  napis,  który 

odczytywał w miarę, jak pod palcami pojawiały się kolejne litery: „W. K. kap. // kaw. /VI/... 

Wilhelm  Kostrowicki,  kapitan,  .  pluton  .  szwadronu  .  pułku  kawalerii,    czerwca... 

roku”. 

-  Gratulacje,  brygadierze  -  powiedział.  -  Jutro,  gdy  będziemy  pokonywali  przełęcz, 

pójdziesz na czele kolumny. 

Obiecałem. O, a to co? 

Coś  przyciągnęło  jego  uwagę.  Ponownie  zaczął  zeskrobywać  mech,  odsłaniając 

kolejny napis: „W. K. kap. /VII/... 

Żeg.”. Ten sam charakter pisma, no i nie ulegało wątpliwości, że nikt z mieszkających 

w  Górach  analfabetów  nie  mógł  znać  rzymskich  cyfr.  Musiał  to  napisać  Kostrowicki,  gdy 

przechodził tędy drugi raz, dorzucając ten skrót „Żeg.”, oznaczający zapewne „Żegnajcie”. 

-  Zdaje  się,  że  mówiłeś  Wasylu,  że  kapitan  Kostrowicki  wrócił  tu  zaraz  po  waszym 

przybyciu  do  Miasta?  Daty  się  zgadzają.  Był  tu  ponownie    lipca  tego  samego  roku.  Gdyby 

potem zszedł z gór, pewnie zapisałby to na słupie trzeci raz. 

Więc to tam musiał zniknąć... 

Cała siódemka pogrążyła się w zadumie. Kołując cicho w powietrzu, Draa zdawał się 

background image

zacieśniać kręgi dokładnie nad skrzyżowaniem dróg. 

 

- Poszperaj w pamięci, brygadierze - podjął Sylwiusz. - Trzydzieści lat temu,  czerwca. 

Czy nad waszymi głowami także krążył orzeł królewski? 

Wasyl nie zamierzał nikogo oszukiwać. 

- Nie - powiedział. - To niesamowite zwierzę! Na pewno bym pamiętał. 

- Cóż, może widział go twój kapitan,  lipca... 

Potem, zwracając się do chorążego Bazin du Bourga, rzekł: 

-  Wydaje  mi  się...  Przypomina  pan  sobie,  kiedy  powstały  te  cztery  wersy 

Kostrowickiego wygrawerowane na kamieniu w miejskim ogrodzie? Oczywiście, zna je pan: 

„Orzeł z niebios białości...”. 

To, co się stało po jego słowach, ukazuje wielkość chwili. 

Każdy z nich znał wiersz, którego uczyły się na pamięć dzieci we wszystkich szkołach 

Miasta. Razem wyrecytowali go półgłosem. Brzmiał niczym modlitwa i właściwie nią był. 

Poeci to posłańcy Boga. 

Orzeł z niebios białości archanielskiej frunął 

Wiąc wy podajcie mi ramię 

Jak długo mają lampy kołysać się łuną? 

Módlcie się módlcie się za mnie...* 

- To jeden z jego najstarszych wierszy - rzekł Bazin du Bourg. - Napisał go trzydzieści 

pięć lat temu. Dokładnie 

 lipca.  Czy  pan  wie,  że  Kostrowicki  urodził  się    lipca?  Dlatego  to  napisał.  To  była 

wizja jego śmierci... 

* Guillaume Apollinaire, Wieczór,.Alkohole”, tłum. Adam Ważyk. 

 

Orzeł wzleciał ku szczytom. Dzień się chylił ku zachodowi. Rozbili obóz. Potrawka z 

grzybów, cztery pieczone na ogniu króliki, herbata, jałowcówka - to była ich kolacja.” 

Pikkendorff  posadził  towarzyszy  zgodnie  z  protokołem  -  biskupa  po  prawej, 

porucznika po lewej, a kadeta Veniera na drugim końcu „stołu”, dokładnie tak, jakby siedzieli 

w  reprezentacyjnej  jadalni  gubernatora  wojskowego.  Rozmowa  zeszła  na  Kostrowickiego. 

Ten  człowiek,  który  postanowił  zniknąć  gdzieś  na  kresach  Gór,  niegdyś  przemierzył  cały 

świat wzdłuż i wszerz. „Wielkie statki przepływają bez końca / Raz jeszcze zanurzam ręce w 

Oceanie*”. Podczas pobytu w Konstantynopolu, na skutek przygody z pewną kobietą 

-  „Cyganka  dobrze  nas  odgadła/  Noc  nasze  wspólne  dni  przedziela...”**  -  sułtan 

background image

zamknął go w cuchnącym lochu. 

Gdy wyszedł na wolność, zemścił się, co Bazin du Bourg przypomniał, recytując: 

Rybo gnijąca spod Salonik... 

Sfajdanej bździny jesteś synem 

Z j ej rżnięcia w brzuchu narodzony...*** 

Wszyscy  bili  brawo.  Kolacja  dobiegała  końca.  Jak  kazał  protokół  kolacji  u 

wojskowego gubernatora, Sylwiusz wstał 

* Guillaume Apollinaire, Żar, „Alkohole”, tłum. Artur Miądzyrzecki. 

** Guillaume Apollinaire, Cyganka, „Alkohole”, tłum. Adam Ważyk. 

***  Guillaume  Apollinaire,  Odpowiedź  Kozaków  Zaporoskich  sułtanowi  w 

Konstantynopolu, tłum. Artur Międzyrzecki. 

 i  zaproponował  toast  za  zdrowie  władcy.  Zawahał  się  na  moment,  a  w  końcu 

wypowiedział imię księżniczki Miriam. 

Miasto  pogrążyło  się  w  nicości,  nikt  nie  wiedział,  gdzie  znajduje  się  jego  władczyni 

ani  nawet,  czy  w  ogóle  żyje,  pułki  znikły,  ale  cała  siódemka  strzeliła  obcasami  z  wojskową 

precyzją  oddającą  zjednoczenie  ich  dusz,  po  czym  każdy  jednym  haustem  wychylił  cały 

kubek jałowcówki. 

Leżąc pod namiotem, Wasyl obracał w ciężkiej głowie różne wizje.  Będąc tak blisko 

tego, na co czekał przez trzydzieści lat, nie mógł zasnąć. Dręczyła go niecierpliwość. 

Około trzeciej  nad  ranem,  nie  mogąc  dłużej  wytrzymać,  wstał  i  wyszedł,  nie  budząc 

nikogo. Pułkownik obiecał mu, że pójdzie na czele, więc pójdzie - tylko odrobinę wcześniej. 

Trzymając konia za uzdę, cicho się oddalił. 

Rankiem,  pierwszym,  co  ujrzeli,  wychodząc  z  namiotów,  był  Draa,  kołujący  wśród 

porannych mgieł, niczym zjawa. 

Kierując  ku  ptakowi  dłoń  z  wyciągniętymi  palcami  wskazującym  i  małym,  Abaj 

wymamrotał jakieś ołmiackie zaklęcie, a potem dorzucił z posępną miną: „Celny strzał lepiej 

by sprawę załatwił”. Potem stwierdzili nieobecność Wasyla. 

Na drodze wiodącej ku Przełęczy Północnej widoczne były świeże ślady. Abaj dotknął 

je  ręką,  roztarł  w  palcach  wilgotną  od  rosy  ziemię  i  oświadczył:  „Przed  godziną”.  Szybko 

wypili  kawę  i  ruszyli  drogą  ku  przełęczy. Abaj  szedł  na  czele,  a Tancrede  zamykał  pochód. 

Słońce, skryte jeszcze za szczytami, zapowiadało piękny dzień. 

Nie  można  było  zarzucić  tutejszej  milicji,  że  nie  dba  o  utrzymanie  dróg.  Ta, 

którąjechali, była odpowiednio oczyszczona, gdzieniegdzie opatrzona barierkami chroniącymi 

przed osu- 

background image

 wiskami.  Niektóre  z  drewnianych  mostków,  przerzuconych  nad  niemożliwymi  do 

przejścia w bród potokami, były specjalnie wzmocnione. Z wyjątkiem najwęższych przejść?* 

mogło się tu minąć dwóch konnych, tam zaś, gdzie droga biegła nad przepaścią, stały solidne 

balustrady na wypadek, gdyby koń się potknął. 

- To prawdziwa promenada - zauważył Sylwiusz. 

- Promenada. I to często używana, panie pułkowniku 

-  powiedział  Abaj,  który  jak  zwykle  z  wysokości  siodła  uważnie  badał  każdą  piędź 

ziemi. - Jedni wchodzą, inni schodzą, z objuczonymi mułami. Niektóre konie nie są podkute, 

a przecież te milicyjne są. 

Droga  chwilami  znikała  wśród  stert  czarnych  skał,  między  które  wciskała  się  i  wiła 

niczym w labiryncie, pod wymalowanymi zieloną farbą paskami. Zbyteczne oznakowanie. 

Między skałami snuła się nić Ariadny w postaci końskich odchodów i nie sposób ich 

było nie zauważyć. Ta końska mierzwa bardzo zainteresowała Abaj a. Rozłożył jej kawałki na 

dłoni i przyglądał się, potrząsając głową ze zrozumieniem. 

- Obce konie - powiedział. - Nie te paskudne, kudłate koniki... 

- A co z brygadierem? 

-  Przejeżdżał tędy. Jakąś godzinę temu.  Jeśli  nadal  jedzie tym tempem,  musi  być  już 

blisko przełęczy. 

- Więc się pospieszmy! - rzekł Pikkendorff, coraz bardziej niespokojny. 

Droga  wspinała  się  na  grzbiet  góry  zygzakami,  ale  jej  pochylenie  nie  przekraczało 

końskich  możliwości.  Tu  i  tam  pojawiały  się  łachy  śniegu.  Widać  już  było  tylko  szczyty, 

wychylające się spoza ostatnich barierek, oraz Draa, który 

 zdawał  się  wisieć  nieruchomo  na  niesamowicie  czystym  niebie.  Orzeł  krążył  nad 

przełęczą.  Nagle  rozległ  się  odgłos  wystrzału  -  pojedyncze,  suche  i  potężne  szczeknięcie,  z 

lekka tylko stłumione odległością,  które  nie było wystrzałem z karabinu.  Do głowy przyszły 

im milicyjne strzelby i z nadzieją czekali na ripostę, która jednak nie nadeszła. Tam, wysoko, 

karabin Wasyla milczał uparcie. 

Tym  razem  użyli  ostróg,  popędzając  konie  do  szybkiego  truchtu,  pokonując  ostatnie 

zakręty drogi. Kamienie uciekały spod kopyt i rumaki głośno parskały i chrapały. Minąwszy 

ostatai zakręt, znaleźli  się na płaskowyżu,  który  wznosił się  łagodnie ku szczytom, stojącym 

jeden  przy  drugim,  niczym  ubrani  na  biało  wartownicy.  Zachwycające  piękno  tego  miejsca 

nie zrobiło na Pikkendorffie żadnego wrażenia. 

Dla  niego  był  to  jedynie  rozległy  teren,  niepokojąco  wygodny  dla  ewentualnych 

działań kawalerii. Cały pułk mógłby tu swobodnie rozwinąć szyk i zmieść ich mały oddział z 

background image

powierzchni ziemi. Pułkownik uważnie zlustrował przez lornetkę okolice przełęczy, szacując 

odległość od niej na około pięć minut galopu. Na horyzoncie nie było żywego ducha. 

Niczego,  co  by  pozwalało  sądzić,  że  czeka  tam  na  nich  jakiś  większy  oddział.  Przy 

grupie  powyżej  dziesięciu  kawalerzystów,  taka  cisza  jest  po  prostu  niemożliwa.  Zawsze 

znajdzie  się  koń,  który  parsknie  lub  grzebnie  kopytem,  pochwa  szabli,  która  szczęknie  o 

strzemię, nie licząc odrażających okrzyków ptaszysk rzucających się na świeże końskie łajno. 

Jeźdźcy  na  próżno  nastawiali  ucha  -  w  doskonale  czyste  powietrze  nie  wdzierał  się  żaden 

dźwięk.  Sylwiusz  rozważał  wszystkie  za  i  przeciw.  Jeśli  naprzeciwko  nich  nie  ma  nikogo, 

oczywiście, nie ponoszą żadnego ryzyka. Jeśli jednak 

 wjadą  na  płaskowyż  i  zostaną  zaatakowani  przez  liczniejszy  oddział,  korzystający  z 

lekkiego  nachylenia  stoku  i  prędkości,  jakiej  nabiorą  niosące  go  rumaki,  szybko  zostaną 

otoczę^ ni i żaden z ich szóstki nie ujdzie stąd z życiem. 

Kiedy  nad tym rozmyślał,  nagle zza wzniesienia terenu znajdującego się nieco przed 

przełęczą wyłonił się koń pędzący prosto na nich. Odruchowo unieśli karabiny, ale opuścili je 

natychmiast.  Koń  był  bez  jeźdźca.  Spłoszony  obijającymi  się  pustymi  strzemionami, 

podskakiwał  gwałtownie  i  rzucał  się  we  wszystkie  strony.  Był  to  koń Wasyla. Abaj  wezwał 

zwierzę po imieniu i roztrzęsiony rumak uspokoił się. Pikkendorff już się nie wahał. 

-  Szarża  długim  frontem!  -  zakomenderował.  -  Odległość  między  końmi  pięćdziesiąt 

stóp. Karabin gotowy do strzału. Kierunek: tam, skąd przybiegł koń. Tam znajdziemy 

Wasyla. W razie kontrataku, niech Bóg ma nas w opiece. 

Jego Ekscelencja Van Beck udziela wam rozgrzeszenia. 

Nie wypuszczając pistoletu z prawej dłoni, biskup pobłogosławił nim towarzyszy. 

- Naprzód! - krzyknął Pikkendorff. 

To  był  wspaniały  galop.  Przygięci  do  końskich  szyi,  by  nie  wystawiać  się  na  ogień 

nieprzyjaciela,  jak  każe  abecadło  kawalerii,  lecieli  niczym  meteory,  kopyta  ich  rumaków 

odrywały kawały ziemi i uderzając o nią, wzbudzały tętent, jakby przez płaskowyż pędził cały 

szwadron.  Rozwijali  szyk  jak  na  ćwiczeniach,  tworząc  nieskazitelną  linię  ataku,  z  której 

żaden koń nie wysunął się nawet o pół pyska, co było tym łatwiejsze, że z naprzeciwka nikt 

nie  kontratakował.  Nieco  wyżej,  tuż  przed  przełęczą,  płaskowyż  zwężał  się.  Teraz 

wystarczyło już tylko pokonać to niewielkie wzniesienie, zza 

 którego wypadł koń Wasyla, nim do nich dołączył. I tam, jak przewidział Pikkendorff, 

znaleźli brygadiera, leżącego w kałuży krwi. Zabójca zostawił karabin, który leżał obok trupa. 

Słyszeli tylko jeden wystrzał i to właśnie on powalił Wasyla: dziura w brzuchu, nieco 

po  prawej  stronie,  tuż  nad  paskiem.  Ale  to  nie  on  go  zabił.  Zastosowano  inne  metody. 

background image

Rozcięte  od  ucha  do  ucha,  prawdopodobnie  za  pomocą  brzytwy  gardło,  rozwarte  było 

szeroko,  ukazując  chrząstki  krtani,  skąpane  w  różowych  bąblach  krwi.  Tak  zakończyło  się 

trzydzieści  lat pełnych nadziei  i oczekiwania.  Marzenie o nieznanym, które ten nieszczęśnik 

tyle  razy  sobie  wyobrażał  i  do  którego  wreszcie  się  zbliżył,  znalazło  finał  w  potwornym  i 

nikczemnym  morderstwie.  Czeczeni  nie  istnieli,  a  raczej,  jeśli  nawet  istnieli,  to  byli  jedynie 

karykaturą i krzywym odbiciem jego marzenia. Biskup Van Beck zamknął mu oczy. 

Brygadier  Wasyl  Clement  ze  szwadronu  zwiadowców  pułku  kawalerii  książęcej 

pochowany został tam, gdzie go znaleziono. Grób kopali wszyscy,  zmieniając się co chwila, 

ryjąc  twardą  ziemię  zwykłą  łopatą,  którą  Abaj  miał  w  jukach.  Sylwiusz  zdjął  mu  jedynie 

stalową  bransoletę  z  imieniem,  nazwiskiem  i  numerem  jednostki.  Do  tuniki  miał  przypięte 

trzy  zbroczone  krwią  odznaczenia,  w  tym  to,  z  którego  był  najbardziej  dumny  -  medal 

honorowy księcia Ulika- 

-  Fryderyka XI  ze srebrną  baretką,  na której  można  było przeczytać  „Czeczeni” oraz 

datę  pierwszej  kampanii.  Wkrótce  spoczął  w  ziemi,  okryty  czarnym  płaszczem,  z  dłońmi 

złożonymi na rękojeści szabli. Po absolucji, którą biskup skrócił jak tylko się dało (stojąca na 

baczność  szóstka  stanowiła  doskonały  cel),  Bazin  du  Bourg  wyrecytował  z  pamięci  dwa 

tajemnicze wersy, które kiedyś usłyszeli z ust brygadiera: 

 

Rzekłem sobie: Wilhelmie, ruszać w drogę pora! 

A Czeczenów okrutnych zbliżała się sfora... 

A jednak trudno o coś mniej poetycznego od wykrwawionego ciała, zaszlachtowanego 

jak  wieprzek  w  rzeźni.  Nim  biskup  zamknął  oczy  brygadiera,  każdy  z  jeźdźców  mógł 

zobaczyć, że maluje się w nich rozpacz kogoś, kto się pomylił. 

*  Bez  wątpienia  w  chwili,  gdy  do  jego  twarzy  zbliżała  się  klinga  mordercy  i  gdy 

przecinała  mu  gardło,  brygadier  zrozumiał,  że  wraz  z  jego  śmiercią  niosła  ona  śmierć  jego 

nadziei. 

Na progu wieczności można wreszcie poddać się rozpaczy. 

Czy  pomyślał  o  Kostrowickim?  Miał  czas  zadać  sobie  pytanie,  czyjego  uwielbiany, 

chodzący  z  głową  w  chmurach  kapitan  też  go oszukał?  Wybrańcy  bogów,  poeci,  kłamią,  co 

może  być  groźne,  ale  oni  okłamują  przede  wszystkim  siebie.  Być  może  podobnie  czynią 

księża i papież, i kardynałowie, i rabini, i pastorzy, i brodaci popi, i patriarchowie, i prorocy, i 

reformatorzy, którzy bez tego pewnie zanudziliby się na długiej drodze życia... 

Dopiero w tym momencie Sylwiusza uderzyło niesamowite dzikie i doskonałe piękno 

tego miejsca. Dwa bliźniacze szczyty obejmowały z dwóch stron Przełęcz Północną, niczym 

background image

dwie wieże przyodziane w białą śnieżnolodową zbroję,  wypolerowaną przez wiatry  i  lśniącą 

w słońcu jak lustro. 

Porośnięty  zielonym  mchem  płaskowyż  przypominał  ocean,  z  którego  wynurzały  się 

magiczne  wyspy  pojedynczych,  czarnych  skał.  Wszystko  to  lodowato  czyste,  jak  oziębła 

dziewica,  nieczuła  na  ciepło  życia.  Sylwiusz  przyłapał  się  na  myśli,  że  być  może  brygadier 

Wasyl, pochowany pośród tego mroźnego majestatu, nie zginął  na próżno. Czy Bóg istnieje, 

czy  nie,  dusza  zmarłego  chrześcijanina  promieniuje  ciepłem  i  właśnie  dlatego,  dzięki 

pochowanym od tylu wieków w ziemi miliardom ciał, kraje chrześcijańskie mają w sobie tyle 

łagodności, niezależnie od surowości przyrody. 

Wasyl  i  jego  kapitan  -  obaj  zginęli  na  Przełęczy  Północnej...  Dwie  dusze  wiosny  nie 

czynią,  ale  kiedy  o  tym  myślał,  pejzaż  stawał  sięjakby  mniej  przytłaczający.  Pułkownikowi 

przypomniał  się  wierszyk  Kostrowickiego,  który  młodzi,  romantyczni  i  podochoceni 

żołnierze recytowali niegdyś w mesie kawalerii: 

Anioły anioły w niebie 

Jeden z mundurze huzarskim 

Jeden w fartuchu kucharskim 

A inni śpiewają* 

Abąj podszedł do niego, pociągnął go dyskretnie za rękaw i szepnął do ucha: 

-  Niech  się  pan  nie  odwraca,  panie  pułkowniku.  Ktoś  nas  obserwuje  z  ukrycia.  Ale 

Abaj go zauważył. Abąj się tym zajmie. Proszę mi pozwolić. 

- Nikt się nie rusza z miejsca, poza Abajem - mruknął 

Sylwiusz półgębkiem. 

Wszyscy zastygli w postawie na baczność, stojąc równym szeregiem nad grobem, jak 

czyni  wojsko,  pragnąc  uczcić  kogoś  minutą  ciszy.  Abaj,  udając,  że  idzie  się  zająć  końmi, 

niespodziewanie wystrzelił, celując w prawie niewiI 

* Guillaume Apollinaire, Biały śnieg, „Alkohole”, tłum, Adam Ważyk. 

 doczną  zza  skały  głowę.  Dwie  postacie  rzuciły  się  w  stronę  przełęczy,  gdzie  znikły. 

Sylwiusz rozpoznał brązowy mundur milicji. * 

- Trafiony! - krzyknął Abaj. 

Pobiegłszy  do  skały,  obszedł  ją  i  w  chwilę  potem  pojawił  się,  ciągnąc  za  nogi 

świeżego trupa, niczym worek kartofli. 

Głowa  mężczyzny  obijała  się  o  nierówności  terenu.  Była  to  mała,  okrągła, 

pozbawiona  szyi  głowa,  z  dziurą  dokładnie  na  środku  czoła.  Puszczyk.  Sylwiusz  z 

obrzydzeniem odwrócił go kopniakiem na brzuch, by nie patrzeć na jego twarz. 

background image

- Biedny Wasyl - powiedział. - Kiedy pomyślę, że narzędziem jego przeznaczenia było 

to indywiduum, ten zły, nienawistny łajdak... Czeczen! Jednak nie taki, na jakiego zasługiwał. 

Ale został pomszczony. I jego kapitan także. 

Sądząc po siwych włosach twojej ofiary, Abaju, mógł on równie dobrze trzydzieści lat 

temu  zabić  Kostrowickiego. Ta  nienawiść  przybyła  do  nas  z  daleka.  I  będzie  istnieć  bardzo 

długo. Jest owocem stworzenia... O, macie go! Przyleciał po nowiny! 

Orzeł  szybował  pod  wiatr  na  niewielkiej  wysokości,  prawie  nieruchomy,  niczym 

symbol heraldyczny na niewidzialnym portalu. 

- Cóż, chodźmy zobaczyć, co jest na górze - powiedział Sylwiusz. 

Z  tą  samą  ostrożnością,  co  poprzednio,  trzymając  konie  za  uzdę,  przeszli  ostatnie 

tysiąc stóp dzielące ich od przełęczy. Siedząc w siodle, byliby zbyt widoczni. Droga wspinała 

się prosto, łagodnie, aż do linii podziału, gdzie rysowało się drugie zbocze, a potem zaczynała 

schodzić ku dolinie. 

Zgodnie z prawami optyki, im bardziej zbliżali się do prze- 

 łęczy,  tym  bardziej  byli  odsłonięci.  Sylwiusz  poszukał  oczami  dogodnego  i 

bezpiecznego punktu obserwacyjnego i znalazł go pod postacią małego, zrujnowanego fortu, 

Bóg  wie,  jak  starego,  skoro  nawet  nie  figurował  na  mapie.  Zostawiwszy  konie  pod  opieką 

Abaja na wypadek konieczności pospiesznego odwrotu, podeszli gęsiego do czegoś w rodzaju 

małej  reduty  w  kształcie  litery  V,  wzniesionej  na  występie  skalnym,  zawieszonym  ponad 

krainą  leżącą  po  drugiej  stronie  gór. Tu kiedyś  zatrzymali  się  najeźdźcy.  Dalej  rozciągał  się 

mało znany świat dalekich pustyń i oaz, lśniących jeziorek otoczonych palmami, dzikich rzek 

znikających  nagle  i  niespodziewanie  wśród  piasków,  bagien  pełnych  olbrzymich  zwierząt 

tarzających  się  całymi  stadami  w  błocie.  A  jeszcze  dalej,  pod  rozjarzonym  słońcem,  żyły 

miliony  nagich  ludzi,  poddanych  okrutnych  królów,  rządzących  nimi  wedle  własnego 

widzimisię... 

Ponieważ  balustrada reduty wykruszyła się  niemal do połowy wysokości,  wejście  na 

górę było istną wspinaczką. 

Od  równiny  nadciągał  odgłos  złożony  z  tysiąca  niewyraźnych  szmerów,  będących 

oznaką  życia,  wśród  których  można  było  niekiedy  rozróżnić  głosy  ludzkie,  rżenie  koni  czy 

stukot  kół  wozu.  W  końcu  pojawiła  sięjakaś  samotna  blanka  w  resztce  muru,  za  którą 

Sylwiusz mógł stanąć i swobodnie obserwować pejzaż - od podnóża gór aż po horyzont. 

Gwizdnął  ze  zdziwienia  i  przyłożył  do  oczu  lornetkę.  Pustynia  była  pokryta 

namiotami  -  niskimi  namiotami  koczowników,  stożkowatymi  wojowników,  brązowymi  i 

barwnymi,  ciągnącymi  się  w  nieskończoność.  Nad  niektórymi  łopotały  zielone  proporce, 

background image

wskazujące  obecność  wodza.  Między  namiotami  pędziły  chmury  piasku,  sygnalizujące,  że 

właśnie 

 przejechał tamtędy jakiś oddział. Całość tchnęła porządkiem. 

To  wielkie,  płócienne  miasto  zdawało  się  być  podzielone  na  dzielnice,  należące 

zapewne  do  poszczególnych  plemionf  klanów,  pułków  i  było  oczywiste,  że  obozuje  tu  nie 

tylko  wojsko,  ale  też  cały  lud,  z  kobietami  i  dziećmi  włącznie,  ubranymi  w  powłóczyste, 

kolorowe  suknie  i  wydającymi  ostre  okrzyki,  których  wysoki  ton  rozdzierał  powietrze, 

docierając  aż  do  fortu. W  pewnym  oddaleniu,  na obrzeżach  obozu,  w  żółtej  i  przerzedzonej 

trawie  pasły  się  setki  wierzchowców  pilnowane  przez  uzbrojonych  jeźdźców  -  konie,  muły, 

osły, dromadery, azjatyckie dwugarbne wielbłądy i woły pociągowe o zakręconych rogach, a 

także trzoda hodowlana: krowy, owce i kozy, pilnowane przez dziesięcioletnich pastuszków. 

Jeszcze dalej,  na tyłach obozu, stali  nadzy  mężczyźni o skórze czarnej  jak agat, dzierżący w 

rękach włócznie i skórzane tarcze. Ci biwakowali pod gołym niebem i Sylwiusz przypomniał 

sobie,  że  niegdyś,  w  szkole  giermków,  na  lekcjach  historii  starożytnej  uczył  się,  że 

wojownicze ludy z drugiej strony Gór prowadziły z sobą do boju afrykańskich pomocników, 

którym w udziale przypadały najgorsze zadania i których poświęcano bez cienia litości. 

Sylwiusz  dostrzegł  także  na  obu  skrzydłach  jakieś  pięćdziesiąt  dział  z  zaprzęgami  i 

skrzyniami na amunicję, które żywo go zainteresowały. Osłupiały ze zdumienia, rozpoznał w 

nich najnowszy model zagranicznych armat, a między nimi - cud nad cudy - nowiutki karabin 

maszynowy z korbą, który kosztował fortunę i którym poszczycić się mogło bardzo niewiele 

armii  na  całym  świecie.  W  końcu,  usunąwszy  z  lornetki  to  niesamowite  zbiorowisko  ludzi  i 

broni, skupił spojrzenie na pierwszej linii namiotów, wyraźnie bogatszych od 

 pozostałych,  z  łopocącymi  na  wietrze  proporcami.  Na  progu  największego  z  nich, 

okrytego mieniącymi się dywanami, obradowały postacie w jedwabnych turbanach, siedzące 

wokół  białobrodego  starca,  którego  szabla  leżała  przed  nim  na  aksamitnej  poduszce  i  który 

wyglądał na dowódcę tej armii. 

W siedzącym po jego prawicy  mężczyźnie Sylwiusz rozpoznał komendanta Siergieja 

Alramana.  Trzydziestka  jego  milicjantów  trzymała  wartę  honorową  wokół  namiotu. 

„Przynajmniej brakuje mu Puszczyka, zawsze to coś!”-pomyślał z gorzką satysfakcją. Potem 

podał lornetkę Tancrede’owi. 

- Boże wielki! - wykrzyknął porucznik. - Czeczeni! 

Ale ilu ich jest, panie pułkowniku? Skąd się tu wzięli? I co tu robią? 

- Tak, Czeczeni - przyznał Pikkendorff. - Sądziliśmy, żeśmy ich wymietli z historii, a 

oto historia zatacza koło. 

background image

Korzystając z tego, co się u nas dzieje, Alraman musiał się ogłosić emirem terenów po 

obu stronach Gór. Chyba, że jest nim ten stary brodacz z bułatem... Tak czy owak, nie są sami. 

Stanowią może jedną setną wszystkich, których tu widzimy. Pozostali zaś... 

Byli  tu  przybysze  z  głębi  dwóch  kontynentów:  Turkmeni,  Osetyńcy,  Wahalisi, 

Trypolitańczycy,  Azerowie,  Sandżakowie,  Wadimusaci,  Wahabici,  Haszemici,  Turkopole, 

Tademaici,  Nadżerowie,  Rifeńczycy,  Szambasi,  Dżazerianie,  Anabianie,  Kałmucy, 

Kazachowie, Tatarzy,  Jakuci, Karłanie,  Damasceńczycy,  Hedżazi,  Daglarowie,  Stambułowie, 

Hussejnici,  Palestyńczycy,  Abbasydzi,  Karmaci,  Sananie,  Paczanie,  Keofreni  oraz 

czarnoskóre  plemiona,  które  Czeczeni  sobie  podporządkowali:  Bambaraowie,  Niloci, 

Jurubasi, Uolofi, Suahili, Malenkesi, Etiopczycy, Issasi, Koptowie, Tubusi, 

 

Futasi, Goreańczycy i inne, u których sczezło wielu wysłanych przez biskupów Miasta 

misjonarzy;  żyli  tam  w  ubóstwie,  cierpieli  i  umierali,  niestrudzenie  głosząc  miłość*  i 

miłosierdzie... 

- Co o tym myślisz, Osmondzie? - spytał Sylwiusz. 

Biskup przyłożył do oczu lornetkę i spokojnie przyjrzał się tłumowi. 

- Myślę, że Boża wola zmieniła obóz - powiedział. - Rozgrywka staje się interesująca. 

A tak nawiasem mówiąc, tam, na dole, coś się zaczyna dziać. Zdaje się, pułkowniku, że pora 

się zbierać. I to szybko. 

Faktycznie,  wśród  milicjantów Alramana wszczął  się ruch. Z pewnością otrzymał on 

przywilej  maszerowania na przedzie wojska  mającego odbić Góry. Wpakowano brodacza na 

konia.  Potrząsnął  bułatem,  kręcąc  nad  turbanem  szalonego  młynka,  co  wzbudziło  długi, 

wojenny okrzyk,  który rozchodził się niczym  fala,  podejmowany przez kolejne plemiona,  aż 

po biwaki nagich mężczyzn, którzy natychmiast wprawili się w dziwaczny trans, podrygując 

konwulsyjnie.  W ciszy, która  nastąpiła zaraz potem,  rozbrzmiał  świdrująco ostry dźwięk,  od 

którego mogły popękać bębenki w uszach. Sylwiusz rozpoznał gwizdek Alramana. 

Orzeł, który ciągle nad nimi krążył, teraz przestał kołować i wzleciał ku niebu. 

- Niech ktoś zdejmie wreszcie to ptaszysko! Kadecie 

Venier, pora, żeby pan dowiódł, że jest pan strzelcem wyborowym! 

Ptak  dostał  dwie  kule.  Po  pierwszej  zatrzepotał  skrzydłami,  wydając  rozpaczliwe 

krzyki. Po drugiej, spadł jak kamień i grzmotnął o ziemię tuż przed Alramanem. Sylwiusz 

 wychylił się przez mur fortu i przyłożywszy zwinięte dłonie do ust, krzyknął na całe 

gardło: 

- To za kapitana Wilhelma Kostro wieki ego! Krew za krew! 

background image

Na  reakcję  nie  trzeba  było  długo  czekać.  Tym  razem  ich  dostrzeżono.  Na  dole 

zagrzmiała  armata,  potem  dołączyły  do  niej  pozostałe  działa.  Pierwsza  salwa  chybiła  o  sto 

stóp,  następna  jednak  trafiła  znacznie  bliżej.  Później  przyszła  kolej  na  karabin  maszynowy, 

klekoczący  jak  gigantyczna  grzechotka.  Sylwiusz  dał  hasło  do  odwrotu.  Wyobrażając  sobie 

wściekłość Alramana po stracie orła, zarządził w tył zwrot i wskoczył na konia, pogwizdując 

wesołą piosenkę kawalerii. 

Z  zapadnięciem  nocy  byli  już  daleko,  poza  dawnymi  granicami  terytorium  Miasta, 

znaczonymi różańcem wiszących na drzewach trupów. Kiedy nadeszła pora noclegu, biskup 

Van Beck został jeszcze chwilę przy ognisku i w czarnym notesie zapisał kilka słów: 

„Sześciu jeźdźców zjechało z Gór o zmierzchu. Bóg ulitował się nad siódmym, który 

już przez całą wieczność galopował będzie między chmurami, ścigając Czeczenów...”. 

Właśnie  tego  wieczoru,  zasypiając,  postanowił,  że  nie  pojedzie  z  Pikkendorffem  i 

resztą towarzyszy aż do samego końca. Kiedy ich opuści i gdzie? Los zdecyduje. Dlaczego? 

Teraz już wiedział. 

Rankiem  Sylwiusz  rozłożył  na  ziemi  mapę  i  wszyscy  zasiedli  dookoła  po  turecku  z 

kawą w dłoni. Nadeszła pora upałów i powietrze było cięższe niż to nad Górami. Brakowało 

w nim jednak znajomych zapachów lata - żniw, zżętego siana, pól słoneczników czy cierpkiej 

woni dymu parowych młocarek, jeżdżących niegdyś od jednej farmy do drugiej. 

Ponieważ  Góry  niczego  już  nie  mogły  im  powiedzieć,  postanowili  ruszyć  przez 

Równinę i Wielką Puszczę, by tą drogą dotrzeć do Sefarei, placówki granicznej nad Rzeką. 

Sylwiusz  oszacował  odległość  za  pomocą  kompasu.  Do  leżącej  na  północy  Sefarei  - 

pięćset mil, plus objazd przez 

Wielką Puszczę na północny zachód, skąd pojadą wzdłuż 

Rzeki,  docierając  w  ten  sposób  do  międzynarodowego  mostu  -  w  sumie  (bagatela!) 

jakieś  dwieście  mil.  Słysząc  to,  chorąży  Bazin  du  Bourg,  któremu  Sylwiusz  powierzył  po 

śmierci Wasyla obowiązki kwatermistrza, stwierdził, że będą przejeżdżali przez wrogie lub co 

najmniej pogrążone w chaosie regiony, gdzie ciężko będzie o zaopatrzenie,  że na równinach 

jest mało zwierzyny, więc gdyby nawet mocno zaciskali pasa i oszczędzali jedzenie i tak tyle 

nie zdzierżą. 

Wtedy Abaj zauważył, że gdy będą pokonywali Wielką 

Puszczę, gdzie mieszkają klany Ołmiatów, jego lud, który 

 zawsze  okazywał  książętom  lojalność,  z  pewnością  dostarczy  pożywienia,  o  ile 

zadowolą się wędzonym mięsem i zdrowymi, gotowanymi korzonkami. Jak wiadomo - rzucił 

background image

-  wśród  Ołmiatów  stuletni  starcy  nie  należą  do  rzadkości.  Wszyscy  gorąco  podziękowali 

Abajowi,  któremu  oczy  błyszczały  na  myśl,  że  znowu  spotka  swoich.  Nikt  już  nie  miał  nic 

przeciwko nadłożeniu drogi. 

Wyznaczyli trasę na najbliższe pięć czy sześć dni. Stało się to za sprawą biskupa Van 

Becka. Przyjrzał się on na mapie małym kółkom z krzyżykami, oznaczającymi miejsca kultu, 

po  czym  wybrał  jedno  z  nich,  znajdujące  się  mniej  więcej  na  trasie  marszruty  -  na  granicy 

dwóch prowincji. 

Było  to  czcigodne  opactwo  Najświętszej  Marii  Panny  Zurfenberskiej,  najstarsze  w 

kraju,  położone  na  szczycie  stromego,  skalistego  wzniesienia  ponad  równiną.  Sylwiusz 

spojrzał na biskupa pytająco. 

- Mnisi z Zurfenbergu to twardzi ludzie - wyjaśnił 

Van  Beck.  -  W  czasie  wielkich  najazdów  osmańskich,  kiedy Turcy  stali  pod  murami 

Wiednia, zniszczywszy najpierw tysiące mil chrześcijańskiej ziemi, a mamelucy z ariergardy 

zajęli  krainę  książąt,  masakrując  jej  ludność,  dzwon  opactwa  w  Zurfenbergu  nigdy  nie 

zamilkł ani na chwilę. Pamiętacie? 

Uczyliśmy się o tym jako dzieci. Mnisi ukryli się w labiryncie podziemnych korytarzy 

klasztoru,  wraz  ze  świętymi  księgami  i  pięćdziesięcioma  tysiącami  tomów  z  klasztornej 

biblioteki, w których mieściła się cała wiedza tamtej epoki. 

Nie byli uzbrojeni. Modlili  się.  Dzień  i noc nie ustawali w  modlitwie.  Jeśli  modlitwa 

ma jakiś sens, to tamta, w klasztorze w Zurfenbergu, na pewno go miała. O nic nie prosili 

Boga, nie czuli się opuszczeni, chwalili Go tylko tak, jak to 

 czynili przez wieki na szczycie owego wzniesienia przesiąkniętego modlitwą tysięcy 

mnichów,  którzy  żyli  tu  przed  nimi.  Skutekwszyscy  znamy.  Mamelucy  nie  odważyli  się 

wspiąć  na  stoki  Zurfenbergu,  choć  mogli  zdobyć  go  z  łatwością.  Ograniczyli  się  do 

bombardowania  klasztoru  we  dnie  i  w  nocy  z  wielkich  kolubryn.  Kiedy  wreszcie  wojska 

tureckie się wycofały, a mnisi wyszli z podziemi, cały kraj zwrócił się ku nim i tak wróciło tu 

życie. To nie był zresztą pierwszy raz. Historia świata zna inne takie przypadki. 

- Sądzisz, że i tym razem...? - zawiesił głos Sylwiusz. 

- Tego nie jestem pewny - odparł biskup w zamyśleniu. - I tego właśnie chciałbym się 

dowiedzieć. Chodzi o moją... 

Nie  dokończył  zdania.  Słowem,  którego  nie  wypowiedział  biskup  Van  Beck,  ksiądz 

katolicki, było słowo „wiara” i Sylwiusz natychmiast się tego domyślił. Czy Bóg istnieje, czy 

nie,  nie  wystawia  się  Go  na  próbę,  proponując  układ:  „Ukaż  się,  zejdź  z  obłoków,  chodzi  o 

moją wiarę!”. 

background image

Tak się nie robi. Po prostu nie wypada. Takie postępowanie  jest poniżające.  I jest też 

wyrazem  braku  miłości,  co  może  właśnie  uniemożliwia  takie  negocjacje,  ale  jak  z  tego 

wybrnąć?  W  każdym  razie,  byłoby  to  niehonorowe  -  myślał  biskup  Van  Beck.  Bo  honor 

człowieka to wiara w Boga, która niczego w zamian nie oczekuje. Tym bardziej, jeśli w głębi 

ducha  ten  człowiek  już  nie  wierzy.  Niewierzący,  który  się  modli,  w  rzeczywistości  jest 

człowiekiem  wielkiej  wiary.  Taki  właśnie  był  biskup  Van  Beck,  rozmyślający  o  świętym 

wzgórzu Zurfenberg, gdzie sam sobie wyznaczył spotkanie... 

 

Tego  wieczora  obozowali  na  nizinie,  między  ruinami  czegoś,  co  niegdyś  było  dużą 

osadą  lub  niewielkim  miasteczkiem.  Resztki  starannie  wytyczonych  ulic  ginęły  wśród 

krzaków  dzikich  jeżyn,  porastających  fragmenty  murów  do  wysokości  dorosłego  człowieka. 

Miasto  zostało  spalone,  o  czym  świadczyły  szczątki  zwęglonych  belek,  ale  musiało  się  to 

wydarzyć  dawno  temu.  W  powietrzu  nie  czuło  się  już  nawet  charakterystycznego  odoru 

pogorzeliska, który utrzymuje się całe tygodnie po tym, jak zgasną ostatnie płomienie. Stojące 

niegdyś  po  obu  stronach  głównego  placu  kościół  i  ratusz,  odróżniały  się  od  innych  domów 

jedynie rozmiarami ruin. Na Dworcu Północnym roślinność rozpanoszyła się po całych torach 

aż  po  jedyny  rozjazd,  za  którym  nasyp  kolejowy  zmierzał  ku  równinie,  cały  porośnięty 

zdziczałymi krzakami jeżyn. Kiedy przeskoczywszy niski murek, szli między ruinami, torując 

sobie drogę za pomocą szabli,  nagle zauważyli, że tratują coś,  co niegdyś  było cmentarzem. 

Między  trochę  niższymi  krzakami  można  było  jeszcze  dostrzec  zarysy  kilku  grobów,  co 

świadczyło 

 tym, że  niektórzy z tych, co przeżyli,  nieco dłużej  i wytrwałej dbali o groby  swoich 

bliskich. Tak to już jest w naszych krajach. Na końcu umierają cmentarze, bo ostatnim gestem 

oporu,  nim  się  całkowicie  poddamy,  jest  uporządkowanie  mogił  tych,  którzy  odeszli  przed 

nami. Potem chwasty i ciernie zdławią ostatnie posadzone ludzką ręką kwiaty 

 tak  skończy  się  pamięć  -  nikt  już  się  nigdy  nie  dowie,  dokąd  odeszło  stąd  życie... 

Biskup Van Beck pogłaskał delikatnie palcem  jedyną różę rosnącą w kępie zielska,  w której 

jej  siostryróże  dawno  już  zginęły,  pozbawione  powietrza  i  światła.  Ledwie  rozwinęła  się  z 

pąka i już więdła. Ten 

 wysiłek całkowicie ją wyczerpał. Był to wysiłek samotny. 

Ziemia nie dawała już soków. Żaden pąk już się nie pojawi. 

Ostatni z nich rozchylał swoje drobne płatki na końcu rachitycznej gałązki - wyschły, 

umarły tuż po narodzinach. 

Koniec. 

background image

- Kto mi powie - spytał w zamyśleniu biskup - ile czasu taki krzak róży, który wygląda 

jeszcze na żywy, może przetrwać w takich warunkach? O ile pamiętam, ma pan dobrą rękę do 

roślin, panie chorąży, a słynny ogród pańskiej matki to pańskie dzieło... Co pan o tym myśli? 

- Tak,  to  był  piękny  ogród  -  powiedział  chorąży  Bazin  du  Bourg  -  i  rosło tam  wiele 

różnych roślin, w tym ze dwadzieścia gatunków cudownych róż. Był tak piękny, że zabił moją 

matkę.  Zaraz  na  początku  Zamieszek,  w  przeciągu  jednej  nocy  został  spustoszony,  drzewa 

ścięte lub wyrwane, rabaty skąpane w nafcie. Kiedy matka rano to zobaczyła, wezwała mnie 

do siebie i rzekła: „Nie można żyć bez piękna. Nie cierpię brzydoty. Nie zniosę tych, którzy 

nadchodzą”.  Potem położyła się do łóżka  i umarła.  Nawet nie  musiałem  zamykać  jej oczu... 

Co się tyczy tego różanego krzaku, Wasza Ekscelencjo,  to jest to całkiem zwyczajny krzew, 

często  spotykana  odmiana,  dosyć  pospolita,  praktycznie  nie  do  zabicia,  taki  różany  chwast, 

coś, co piękne bywa jedynie przypadkowo, od czasu do czasu, ale co jest bardzo wytrzymałe i 

łatwo  się  rozplenia.  Różany  plebejusz,  księże  biskupie.  Jeśli  się  go  pozostawi  siłom  natury, 

może przetrwać całe lata. Nie mogę tego stwierdzić z całą pewnością, ale sądząc po wielkości 

tych krzewów, liczbie i wyglądzie gałęzi i odrostów, można oszacować czas agonii. 

Ten chyba już dwa lata nie był przez nikogo doglądany. 

 

- Co by znaczyło - rzekł biskup - że to miejsce zostało opuszczone dwa lata temu. 

Potem, zwracając się do Sylwiusza, powiedział: 

-  Nie  myliłeś  się  tak  całkiem  tamtego  wieczoru,  gdy  obliczałeś  w  swój  dziwaczny 

sposób dni, które minęły od naszego wyjazdu z Miasta. Ja (zajrzał do swego czarnego notesu) 

naliczyłem ich trzydzieści dwa. Ta róża mówi nam o dwóch latach. Przez dwa lata ten krzew 

walczył samotnie. 

My jesteśmy teraz równie samotni jak on... 

Cała  szóstka  głęboko  się  zamyśliła.  To  mogło  być  wyjaśnienie  ciszy  i  opuszczenia, 

pośród  których  jechali  od  samego  ranka.  Równina  była  kiedyś  spichlerzem  Miasta,  pełnym 

pól  uprawnych,  sadów,  pastwisk  i  warzywników.  Sieć  prostopadłych,  bitych  dróg  ułatwiała 

pracę,  rozbrzmiewając  odgłosem  wozów,  skrzypieniem  kół,  trzaskiem  batów  woźniców, 

radosnymi okrzykami chłopów wołających do siebie nawzajem ze swoich zaprzęgów i całym 

tym  dobrze  znanym  gwarem  pracującego  ludu  -  podzwanianiem  kowadeł,  pogwizdywaniem 

parowych  młocarek,  zgrzytaniem  ostrzonych  kos,  kwiczeniem  zarzynanych  na  podwórzu 

świń,  trąbieniem  trąbek  wędrownych  handlarzy...  Tymczasem  od  rana  nie  było  słychać 

niczego  i  nikogo.  Nie  czuć  też  było,  co  zauważyli  od  razu,  żadnych  zapachów.  Ziemia 

wyglądała  jak  zniwelowana.  Na  leżących  odłogiem  polach  trudno  już  było  dostrzec  ślady 

background image

pługa.  Na  tej  rozpaczliwie  płaskiej  równinie  widać  było  tylko  resztki  zrujnowanych 

spichlerzy  i  porzuconych  zabudowań  gospodarczych  o  ziejących  pustką  dachach.  W  oddali 

stało  jeszcze  kilka  ocalałych  dzwonnic,  ale  ich  uporczywe  milczenie  wskazywało  na  to,  że 

wieś została opuszczona. Jechali przez wiele podobnych - wszystkie były tak samo pu- 

 ste,  choć  w  różnym  stadium  upadku  -  nie  napotykając  najmniejszego  śladu  życia. 

Ajednak, w ostatniej z nich, wszedłszy do wnętrza jednego z domów, wyraźnie poczuli czyjąś 

nie-*  dawną  obecność.  Popiół  w  palenisku  był  jeszcze  ciepły.  Na  podłodze  pozbawionej 

mebli izby stał dzban z czystą wodą i resztki posiłku z ziemniaków i dzikiej morwy. Poczekali 

chwilę, nawoływali, posyłając na cztery strony świata słowa pokoju. 

Nikt  im  nie  odpowiedział  i  Abaj  stwierdził:  „Odeszli.  Trzy  lub  cztery  osoby.  Małe 

stopy. Kobiety albo dzieci”. Sylwiusz znalazł na mapie nazwę wsi: Święty Gali. Potem ruszyli 

w drogę i jechali aż do wieczora. Czy liczyli, że kogoś spotkają? 

Biskup Van Beck wyjął rozkładany  nóż,  obciął  nieszczęsną,  wpół  martwą różę,  nalał 

wody  do  manierki,  delikatnie  włożył  do  niej  kwiat,  jakby  oddawał  ostatnią  posługę 

umierającej,  a  następnie  postawił  naczynie  na  płaskim  kamieniu  przed  swoim  namiotem, 

obróciwszy różę do zachodzącego słońca, by mogła skorzystać z ostatnich promieni światła i 

ciepła.  „Oby  Pan  zechciał  ją  przywrócić  do  życia  -  pomyślał.  -  Jutro  mu  ją  ofiaruję...”. 

Wieczerza upłynęła w ciszy. 

Zaczęło  się  już  racjonowanie  zapasów.  Suchary,  trochę  szynki,  łyżeczka  konfitury, 

woda  i  naparstek  jałowcówki.  Bez  kawy.  Zostało  jej  tylko  na  jakieś  dwanaście  poranków. 

Jednakże to nie ta wymuszona prostota posiłku odbierała im zapał do rozmowy i przyjemność 

przebywania  razem.  Przeciwnie,  jeszcze  nigdy  od  początku  tej  podróży  nie  czuli  się  sobie 

tacy bliscy. Nie musieli o tym mówić. Każdy czuł to w głębi duszy. To milczenie nie miało też 

nic  wspólnego  z  cmentarną  atmosferą  wioski,  w  której  obozowali,  ani  z  ich  poległym 

towarzyszem  Wasylem,  o  którym  zdążyli  już  zapomnieć.  Nieobecność  była  ich  chlebem 

powszednim. Mie- 

 szkańcy tej wioski zniknęli; brygadier Wasyl zginął i został pochowany. Czy to miało 

jakiekolwiek znaczenie? To milczenie miało inną przyczynę. Ich myśli zajmowała przywiędła 

róża  w  manierce.  Jedli  powoli,  żeby  zachować  pozory,  ale  nie  spuszczali  z  niej  oczu  i 

wyczekiwali pierwszych oznak życia. 

- Zdaje się, że odzyskuje kolor - nie wytrzymał Tancrede. 

Naturalnie,  nie  była  to  prawda,  ale  nikt  nie  zaprzeczył,  z  wyjątkiem  kadeta  Veniera, 

którego natychmiast uciszyło pięć par  patrzących z wyrzutem oczu. Potem przyszła kolej  na 

chorążego Bazin du Bourga, znawcę roślin. Wszyscy zawiśli wzrokiem na jego wargach. 

background image

- Kolor może nie. Ale wydaje mi się, że trochę się jakby podniosła. 

Kadet  wzruszył  ramionami.  Kwiat  zwisał  smętnie  z  łodygi.  Rzuciwszy  wściekłe 

spojrzenie kadetowi, do gry przyłączył się pułkownikmajor. 

-  Mogłoby  być  lepiej,  aleja  się  kompletnie  nie  znam  na  kwiatach.  Za  to Abaj,  który 

słyszy mowę roślin, na pewno może nam powiedzieć coś więcej, prawda? 

Tropiciel zmrużył oczy, jak zwykle, gdy coś uważnie obserwował, pogładził bródkę i 

po  chwili  znaczącego  milczenia,  wymruczał  kilka  niezrozumiałych  słów  w  dialekcie,  z 

których wszyscy zrozumieli tyle, że jeśli słońce jeszcze trochę poświeci... Tym razem, nawet 

kadet siedział  cicho.  Nikt nie zaprzeczył, choć żaden z  nich  nie znał  języka Ołmiatów. Abaj 

nigdy  się  nie  mylił.  On  zaś  pokiwał  z  zadowoleniem  głową,  przekonawszy  sam  siebie,  że 

kwiat do niego przemówił. Co do biskupa,  to kilkakrotnie wstawał  i podchodził do róży, by 

przyjrzeć jej się z bliska. Założywszy okulary, przysuwał ją 

 sobie do twarzy, po czym wracał na miejsce z miną, jakby już wszystko rozumiał. W 

końcu oświadczył: 

- Nie ma wątpliwości. Płatki się wygładziły. Noc bę-* dzie ciepła. Róża przeżyje. 

Wymienili  uśmiechy,  skrywając  nadmierne  wzruszenie  i  sącząc  po  kropelce 

jałowcówkę  z  manierek.  Nieco  później,  gdy  już  się  położyli,  Sylwiusz,  zawinięty  w  swój 

czarny  płaszcz,  wrócił  myślami  do  tej  sceny.  Musiał  przyznać,  że  ta  nieszczęsna,  zwiędła 

istota,  jakby  na to nie patrzeć,  znajduje  się w agonii  i  nic  nie wskazuje,  by  miała wrócić do 

życia. 

Oni zaś, z wyjątkiem kadeta Veniera, najwyraźniej ulegli taniemu sentymentalizmowi, 

równie nieoczekiwanemu, co trudnemu do wyjaśnienia i zupełnie obcemu ich naturze. Biskup 

nie miał w sobie żadnej czułostkowości, co należało uznać za jedną z jego zalet, skąd zatem ta 

dziewczęca  egzaltacja?  A  Bazin  du  Bourg,  uroczy  ogrodnik  swojej  matki,  czyż  nie  widział 

wyraźnie, że cmentarna róża jest martwa? 

A Abaj, który wierzył wyłącznie w to, co widzi i mówił tylko to, w co wierzy, i który z 

pewnością przez całe swoje życie ani razu nie pochylił się z troską nad kwiatem? Co też jemu 

chodziło po głowie? A Tancrede? A on sam, pułkownikmajor Sylwiusz von Pikkendorff, czyż 

nie  zachowywał  się  śmiesznie,  siedząc  z  załzawionymi  oczami  nad  tymi  roślinnymi 

zwłokami,  podczas  gdy  nie  uronił  ani  jednej  łzy  nad  nieszczęściem  Miasta,  jego  śmiercią  i 

opuszczeniem? Co się stało? Odpowiedź nie kazała na siebie długo czekać. Sylwiusz odnalazł 

ją w sobie. Cóż takiego napisał biskup Osmond na pierwszej stronie swego czarnego notesu o 

siedmiu  jeźdźcach,  którzy  opuścili  miasto  o  zmroku  i  jechali  z  wysoko  podniesionymi 

głowami, wcale się nie kryjąc, bo przecież 

background image

 nie  uciekali  i  nie  popełniali  zdrady,  i  nie  mieli  już  na  nic  nadziei...?  O  to  właśnie 

chodziło!  O  nadzieję!  Sądzili,  że  zamordowali  nadzieję,  że  wyrzucili  ją  z  duszy,  tak  jak 

wydycha się zanieczyszczone powietrze, by wreszcie odetchnąć pełną piersią, bez przeszłości 

i  przyszłości,  bez  pamięci,  na  wzór  rycerza  Diirera,  wiecznego  i  niepokonanego.  A  oto 

nadzieja dopadła ich podstępnie, ukazawszy im się pod postacią tego nieszczęsnego kwiatka, 

który  na  ich  oczach  oddawał  ducha,  a  który  oni  czcili  niczym  symbol,  podobnie  jak 

spragniony na pustyni odkrywa źródło i dziękuje za nie 

Stwórcy... To właśnie im się przytrafiło. Czy nie wystarczyło im, że każdy z nich nosił 

w głębi serca ukrytą nadzieję? Po co im jeszcze było szukać tej innej, wspólnej, związanej z 

takim  drobiazgiem,  z  niczym  prawie,  a  więc  ze  wszystkim,  Nadziei  przez  wielkie  „N”, 

niezgłębionej cnoty nadziei, która towarzyszy człowiekowi od samych narodzin i okrywa jego 

ciało  niczym  iluzoryczna  zbroja?  Wzięła  ich  z  zaskoczenia.  I  być  może  już  nigdy  ich  nie 

opuści, chyba że zabierze ją noc, tak jak zabiera wiele innych rzeczy. Sylwiusz rozzłościł się 

na  siebie.  Dał  się złapać  jak zwykły żółtodziób...  Pomyślał o kadecie Venierze. Ten chłopak 

jest twardy  jak skała.  Ma zaledwie szesnaście  lat, a już  jest taki nieczuły. Cóż,  przynajmniej 

najmłodszy nie wpadł w pułapkę. To pomyślawszy, Pikkendorff zasnął. 

Kiedy  wstali  o  świcie,  z  róży  zostały  już  tylko  nędzne,  bezkształtne  resztki  na  dnie 

manierki. Zajął się tym kadet 

Venier.  Opróżnił  naczynie,  uderzając nim o obcas  buta,  by odkleić od dna zalegającą 

tam maź. Uczynił to beznamiętnym, automatycznym gestem. Potem wypłukał manierkę i bez 

słowa oddał biskupowi. W ten lekki i świeży poranek 

 nie  myślał  już  o  wczorajszych  złudzeniach.  To  nie  miało  dla  niego  najmniejszego 

znaczenia... 

Właśnie  kończyli  pić  kawę,  kiedy  Abaj  położył  palec  na  ustach,  dając  im  do 

zrozumienia, by się nie ruszali, chwycił karabin i zniknął w zaroślach. Pojawił się wkrótce z 

powrotem,  popychając  przed  sobą  dwunastoletniego  mniej  więcej  chłopca,  krzepkiego, 

krępego,  o  zwinnych  ruchach  i  pewnym  siebie  spojrzeniu,  który  sprawiał  wrażenie,  że 

kompletnie się nie przejmuje faktem, iż w plecy dźga go lufa karabinu. Sylwiusz zauważył, że 

chłopak  jest  czysty,  jego  ubranie  także.  Miał  na  sobie  połataną,  chłopską  bluzę  i  spodnie 

książęcej żandarmerii z amarantowym lampasem, niezgrabnie dopasowane do jego wzrostu i 

podtrzymywane paskiem z przytroczoną kolekcją prymitywnej broni, która mogłaby uchodzić 

za dziecięce zabawki, gdyby nie okrutna i pełna determinacji mina chłopca. 

- Pokaż, co potrafisz - powiedział kadet, podrzucając wysoko w górę metalowy talerz, 

który pofrunął wysoko, do słońca, niczym rzutka. 

background image

Sięgnięcie  ręką  do  zawieszonej  przy  pasku  siatki,  wyjęcie  stamtąd  okrągłego 

kamienia,  uzbrojenie  procy,  naciągnięcie  jej,  wycelowanie  -  wszystko  to  odbyło  się  w 

mgnieniu oka. 

W  ciszy  rozbrzmiał  trzask  metalu  i  talerz,  trafiony  z  całej  siły,  upadł  u  ich  stóp, 

ozdobiony wielkim garbem, jakby uderzony młotem. Żadnych oznak dumy u chłopca. Zdawał 

się przyjmować to jako rzecz zupełnie naturalną. Kadet obejrzał talerz i gwizdnął przez zęby. 

- Mógłbyś zabić z trzydziestu kroków - powiedział. 

- Z czterdziestu - poprawił chłopiec. - Ale trzeba mierzyć w skroń. 

 

- Już to robiłeś? 

Chłopiec, zamiast odpowiedzi, pokazał wykonane nożem nacięcia na rękojeści swojej 

procy. Było ich chyba ze dwadzieścia. 

- Pierwsze - wyjaśnił beznamiętnie - to zemsta za moją matkę. 

- Dawno temu? 

Chłopiec zrobił nieokreślony gest ręką. 

- A to? - spytał kadet, pokazując palcem na zawieszoną u paska cienką, zwiniętą linkę. 

Chłopiec  rozwinął  linkę  i  zaczął  nią  zataczać  nad  głową  kręgi.  Do  końca  linki  był 

przywiązany  okrągły  kamień  wielkości  pomarańczy.  Kamień  przeszył  powietrze  niczym 

pocisk,  pociągając  za  sobą  sznur,  który  owinął  się  kilkakrotnie  i  mocno  zacisnął  dookoła 

kostki  kadeta.  Drugi  koniec  sznura  chłopiec  pociągnął  mocno  do  siebie  i  kadet  Venier, 

straciwszy równowagę, runął na ziemię, wymachując rękami i nogami. 

-  Potem  się  skacze  na  gościa  i  wykańcza  go  nożem.  Tobie  nie  chciałem  zrobić 

krzywdy. Zwykle celuję w szyję. 

Sznurek się zaciska i - cyk - umierasz uduszony. 

- Wielu tak załatwiłeś? - spytał kadet, podnosząc się z ziemi. 

- Mniej więcej tylu, co procą, ale to raczej broń na noc 

- odpowiedział chłopiec tym samym tonem, bez najmniejszej emocji. - Pierwszy raz to 

była zemsta za ojca. 

Uśmiechnął  się  drapieżnie,  a  jego  młoda  twarz  przybrała  dziwny  wyraz,  jakby  na 

jedną maskę została nałożona kolejna. 

- A ten  -  powiedział,  wskazując  na Abajajuż  byłby  martwy,  gdybym  chciał.  Usłyszał 

mnie, ale nie widział. 

Byłem pięć kroków od niego. To najlepsza odległość dla 

 sznura.  Mogłem  też  uciec.  Jakbym  mu  to  wpakował  w  nogę,  w  życiu  by  mnie  nie 

background image

dogonił. 

Chodziło o pułapkę na wilki, jedną z tych najbardziej ‘ okrutnych - szczęki o ostrych, 

żelaznych,  rozdzierających  ciało  zębach.  Miał  takie  trzy  przy  pasku,  stanowiące  piękne 

dopełnienie jego kolekcji. Grymas Abaja nikogo nie rozśmieszył. Nie ulegało wątpliwości, że 

chłopak  się  nie  przechwala.  Kadet  zwrócił  pytające  spojrzenie  na  Pikkendorffa,  który 

milcząco nakazał mu kontynuować przepytywanie. 

Między  młodym  Venierem  a  chłopakiem  nawiązała  się  nić  sympatii.  Ci  dwaj 

rozpoznali w sobie nawzajem ten sam hart ducha i doskonale się rozumieli. Na razie nie było 

sensu się wtrącać do ich rozmowy. 

- Dlaczego więc go oszczędziłeś? - spytał kadet. 

- Bo jesteście przyjaciółmi. On, ty, wy wszyscy. 

- A skąd wiesz? Nie mamy tego napisanego na czole. 

-  Właśnie  że  tak  -  rzekł  chłopiec.  -  Tych,  co  zabijają,  co  biorą  siłą  dziewczyny,  co 

rabują i podpalają, to ja rozpoznaję na odległość. 

- W jaki sposób? 

- Nauczyłem się. Na początku popełniałem błędy. 

Przez to  straciło życie wielu  ludzi,  w tym  moja  matka.  Znaleziono ją z brzuchem we 

krwi  i  głową  roztrzaskaną  kamieniem.  Teraz  już  się  nie  mylę.  Dlatego  jeszcze  żyję.  No  i 

jestem nieufny. Was obserwuję od kilku dni... 

Przypomnieli sobie tamtą chatę, w której zdawało im się, że wyczuli czyjąś obecność, 

ten jeszcze ciepły popiół w palenisku, ten dzbanek z wodą na podłodzie. 

- I któregoś z tych dni - powiedział kadet Venier - jadłeś ziemniaki. 

 

Chłopak przytaknął ruchem głowy. 

-  Znaleźliśmy  całe  pole  ziemniaków  kompletnie  porośnięte  krzakami.  Wiele  już 

zgniło, ale trochę zostało. Są nasze. To moja wioska. 

Sposób,  w  jaki  podkreślał  zaimki  dzierżawcze  -  nasze  i  moja  -  nie  pozostawiały 

wątpliwości:  będzie  bronił  swego  terytorium  przed  każdym,  kto  zechce  je  zaatakować.  Ten 

chłopak przemawiał niczym król. Był u siebie. I chciał, żeby dla wszystkich to było jasne. 

- Jak się nazywasz? - spytał kadet. 

- Arno Valric. 

- Zatem, witam cię, Arno. A teraz powiedz, kim jesteś. 

- Kim jestem? 

Chłopiec  wyprostował  się  na  całą  wysokość,  nie  jak  śmieszny  kogucik,  który  się 

background image

puszy, ale jak byczek, który gotuje się do szarży. 

-  Jestem  Arno,  gubernator  cywilny  i  wojskowy  Świętego  Galia  i  wszystkich  wsi, 

lasów, wzgórz i rzek w okolicy. 

W  innej  sytuacji  podobne  oświadczenie  w  ustach  dwunasto  -  lub  trzynastoletniego 

dzieciaka  wywołałoby  śmiech.  Tu  jednak  nikt  się  nie  roześmiał,  a  Pikkendorff  pomyślał,  że 

gdyby ktoś to zrobił, bez wątpienia znalazłby się na ziemi, ze sznurkiem wokół łydki. 

- I dowodzisz? - ciągnął kadet. 

- Dowodzę. 

- I słuchają twoich rozkazów? 

- Słuchają - przytaknął chłopiec. 

Dla niego było to oczywiste. On dowodził. Inni słuchali jego rozkazów. Cóż bardziej 

naturalnego? 

- Kto cię mianował? - spytał kadet. 

 

Kiedyś  cywilnych  i  wojskowych  gubernatorów Miasta  mianował  książę  i  tylko  jemu 

podlegali. Mieli różną rangę, w zależności od wielkości terytorium, którym zarządzali. 

Wielu otrzymywało ten tytuł jako dziedziczny. 

- Sam siebie mianowałem - odparł Arno. 

- I nikt nie protestował? 

Chłopiec zmarszczył brwi, zdziwiony. 

- A niby dlaczego? Gubernator Świętego Galia zwiał. 

Nie miał zresztą szczęścia. Uciekając, nadział się na bandę, która ukradła mu złoto, a 

potem rozwaliła łeb. Ci, co zostali, byli zachwyceni, że mają mnie. 

- Spytałeś ich o zdanie? 

Odpowiedź padła niczym wystrzał. 

-  Skąd!  Oni  tylko  gadali,  umierali  ze  strachu  i  kryli  się  w  swoich  norach  niczym 

szczury. Powiedziałem: To ja! 

I wystarczyło. 

- A teraz? 

- Teraz dochodzą do siebie. Zaczynam mieć z nich pożytek. 

- Wielu ich jest? 

Arno policzył na palcach. 

- W Świętym Gallu jest Duszka, moja siostra, która ma piętnaście lat. Jest Turmesan i 

Waldomir,  kumple  ze  szkoły.  Ich  matka,  która  zwariowała.  Petrus,  który  był  stajennym 

background image

gubernatora. Syn piekarza, Gracjan. Eufemia, służąca księdza, która niedługo urodzi dziecko. 

O  nauczycielu  i  księdzu  słuch  zaginął.  Jest  jeszcze  zakrystian,  który  recytuje  niedzielne 

modlitwy.  Czyli,  że  w  Świętym  Gallu  jest  ich  dziewięcioro,  w  tym  czterech  chłopaków  i 

dwóch starców, co mają już ze trzydzieści lat. W Czarnym Targu 

 

-  siedmioro.  Dziewięcioro  w  Birkenhead.  Pięcioro  w  Glanorze,  ośmioro  w  Stoppel. 

Wszystkimi ja dowodzę. 

- Dowodzisz więc trzydziestoma ośmioma osobami - stwierdził kadet. 

Arno zastanowił się przez chwilę,  podejrzewając lekceważenie.  Nie doszukawszy  się 

go, odparł: 

- Tak, trzydziestoma ośmioma. A to dopiero początek! 

- A gdzie są ci z twojej wioski? 

- W bezpiecznym miejscu. 

- Nie ufasz mi? 

- Przyzwyczajenie. Wybacz. Nie są daleko. Jeśli chcesz, zaprowadzę cię do nich. 

-  No,  cóż  -  powiedział  kadet  Venier  -  ja  pewnie  nie  znalazłbym  aż  tylu  w  moich 

stronach.  Mój  ojciec  był  generałemgubernatorem  Venier.  Prawdopodobnie  teraz  ja  jestem 

gubernatorem Venier. Uściśnijmy sobie prawice. 

Co uczynili z powagą przynależną ich wiekowi. 

- Venier leży czterdzieści mil stąd - ciągnął kadet. - To piękna twierdza. Może jeszcze 

coś z niej zostało. Jeśli cię wezwę, przybędziesz? 

- Przybędę - obiecał chłopiec. 

Kadet rzucił okiem na pułkownikamajora i dodał: 

- Dostaniesz konia Wasyla, jego karabin i amunicję. 

-  Zgoda  -  rzekł  Pikkendorff.  -  Ale  pod  jednym  warunkiem.  Sam  siebie  mianowałeś 

cywilnym i wojskowym gubernatorem Świętego Galia. To jest w porządku, ale nie wystarczy. 

Potrzebujesz  potwierdzenia  swej  władzy  i  tylko  ja  mogę  ci  je  dać,  w  imieniu  księżniczki 

Miriam, dziedzicznej władczyni Miasta. Czyje przyjmujesz? 

Chłopiec nieznacznie wzruszył ramionami. 

 

-  A  po  co  mi  to?  Kim  jest  ta  księżniczka?  Gdzie  są  jej  żołnierze?  Jutro  was  tu  nie 

będzie. 

Sylwiusz westchnął. 

- Widzę, że musisz się jeszcze dużo nauczyć. Kadet 

background image

Venier  ci  w  tym  pomoże.  Nie  jest  wprawdzie  wzorem  pobożności,  wiary  czy 

miłosierdzia, ale rozumie rzeczy zasadnicze. 

- W takim razie w porządku - rzekł chłopiec. 

-  Przyklęknij  na  jedno  kolano,  Arno.  Panowie,  baczność!  W  imię  Boga,  który  dał 

władzę  nad  Miastem  Jej  Wysokości  księżniczce  Miriam,  Jej  Wysokość  powierza  ci  dziś 

moimi ustami obowiązki i władzę gubernatora cywilnego i wojskowego Świętego Galia... 

Chłopiec spojrzał w oczy pułkownikowi, dając mu do zrozumienia, że tytuł wydał mu 

się zbyt krótki i oczekiwał dalszego ciągu. 

-...Świętego Galia - dodał więc Pikkendorff - i wszystkich wsi, lasów, wzgórz i rzek w 

okolicy. 

Biskup Van Beck pobłogosławił chłopca, który spokojnie wstał z klęczek. Wszyscy po 

kolei uścisnęli mu dłoń. 

- Jedno pytanie, Arno - powiedział biskup. - Czy znasz opactwo Zurfenberg? 

Chłopiec skinął potakująco głową. 

- Czy gdyby odezwał się dzwon opactwa, to byłoby go słychać w Świętym Gallu? 

-  W  Świętym  Gallu  nie.  Za  daleko. Ale  z  Birkenhead,  które  leży  bardziej  na  północ, 

tak, jeśli wiatr wieje z tamtej strony. Kiedyś, jak dzwon bił, ludzie na polach się żegnali. 

Dziś już nie dzwoni. Ci z Birkenhead mi mówili. 

- Dziękuję - rzekł biskup w zamyśleniu. 

 

- A teraz opowiedz nam wszystko - powiedział Sylwiusz. 

- Panie pułkowniku - odparł chłopiec - najpierw jeść. Jestem trochę głodny. 

W  rzeczywistości  ledwo  trzymał  się  na  nogach.  Od  dwudziestu  czterech  godzin  nie 

miał  w  ustach  nic  poza  trzema  zimnymi  kartoflami.  Przyniesiono  mu  kawę,  kromkę  chleba 

odkrojoną z ich ostatniego bochenka, kilka porządnych plastrów z ostatniej szynki i cały słoik 

konfitur z borówek, który chorąży Bazin du Bourg, opiekujący się resztkami zapasów, znalazł 

jeszcze  w  swoich  jukach.  Arno  wyjął  z  kieszeni  nóż,  starannie  odkroił  kawałek  chleba, 

położył  nań  odrobinę  szynki  i  zaczął  powoli  i  starannie  przeżuwać.  Potem  upił  łyk  kawy, 

ponownie odkroił kawałek chleba, kolejny cienki plasterek szynki, powtórzył tę operację pięć 

razy,  na  koniec  zjadł  łyżeczkę  konfitur  i  podziękował  za  królewskie  śniadanie.  W 

rzeczywistości, zaledwie napoczął to, co dostał, a co w innych czasach stanowiłoby w miarę 

porządny  posiłek,  który  po  całym  dniu  postu  połknąłby  za  jednym  zamachem.  Pikkendorff 

obserwował go uważnie i doszedł do wniosku, że chłopiec jest prawdziwym dowódcą. 

- Czy mogę...? - zapytał Arno. 

background image

Bazin du Bourg uprzedził pytanie. 

- Możesz zabrać to dla swoich ludzi, wraz z pozdrowieniami od pana pułkownika. Jak 

dobrze poszukamy, to jeszcze coś tam dorzucimy. 

- Konia, karabin i amunicję też? 

Gubernator wojskowy nie tracił przytomności umysłu. 

- Przecież obiecałem - odparł Pikkendorff. 

 

Chłopiec złożył nóż, którego ostrze sucho zgrzytnęło, schował go do kieszeni i zaczął 

opowiadać. 

-  Miałem  wtedy  dziesięć  lat.  No,  może  jedenaście.  Nie  je««  stem  pewny. Ale  kiedy 

pierwsi  z  nich  przybyli  do  wioski,  zauważyliśmy,  że  niektórzy  z  mieszkańców  są  do  nich 

podobni... 

Była  to  opowieść  chaotyczna,  o  poplątanej  chronologii,  naszpikowana  mnóstwem 

szczegółów, których potworność lub dziwaczność odcisnęły piętno na pamięci dziecka i - co 

naturalne u chłopca w tym wieku -  pozbawiona oglądu całości.  Kiedy  został  sam z Duszka, 

Turmesanem, Waldomirem i jego wpół oszalałą matką, Petrusem, Gracjanem, zakrystianem  i 

ciężarną  służącą  księdza,  w  porzuconej,  splądrowanej  i  ograbionej  do  szczętu  wiosce,  przez 

wiele dni,  a raczej tygodni czekając  na odejście  hord, trzęsąc się z zimna w głębi  lodowatej 

pieczarkarni,  zrozumiał  wreszcie,  że  burza  minęła  i  nic  już  nie  zostało  z  jego 

dotychczasowego,  spokojnego  życia  i  dawnych  trosk.  Nic  nie  wiedział  o  samej  naturze 

nawałnicy,  jej  oszukańczych  chwilach  ciszy,  nagłych  i  dzikich  nawrotach,  chaosie  i 

niekontrolowanych  zrywach,  stwierdził  jednak,  ze  zdumiewającą  dla  swego  wieku  ostrością 

sądu,  że  podczas  tej  burzy  mało  kto  zachował  się  tak,  jak  można  było  oczekiwać.  Fakt,  że 

jeśli chodzi 

 wioskowych  łajdaków,  nicponiów,  złośliwców  i  zazdrośników,  większość  z  nich 

pozostała  sobą,  przyjmując  bandy  z  Miasta,  podpowiadając  im  cele  rabunku,  przyklaskując 

im 

 w zetknięciu z nimi odnajdując w sobie cudowne wręcz pokłady złości  i  nienawiści. 

Podobnie  wśród tych,  którzy  mieli  dusze  czyste  i  proste,  nielicznym  tylko  zabrakło odwagi, 

by  podtrzymać  swą  reputację.  Stawili  najeźdźcom  czoło,  ale  że  byli  od  nich  znacznie  mniej 

liczni, ponieśli klęskę już 

 w  pierwszych  dniach,  często  rozbrajani  przez  swoich  bliskich  i  przyjaciół  oraz 

wydawani  wrogom  pod  pretekstem,  że  wszelki  opór  jest  daremny  i  że  lepiej  paktować  ze 

złem, by ocalić to, co jeszcze było do ocalenia. Zginęli w strasznych okolicznościach i - rzecz 

background image

jasna  -  nie  ocalono  niczego.  Wśród  nich  był  ojciec  Arno  i  jeden  z  pięciu  żandarmów  z 

posterunku w Świętym Gallu. Między tymi dwiema skrajnościami znajdował się tłum. Mały, 

wiejski tłum, nie więcej niż czterystapięćset osób, na ogół poczciwych ludzi lub przynajmniej 

sprawiających takie wrażenie albo chcących za takich uchodzić, żyjących raczej uczciwie i w 

zgodzie  z  podstawowymi  zasadami  współżycia  społecznego.  Może  to  były  tylko  maski,  ale 

czyż noszenie ich nie jest właściwe całemu rodzajowi ludzkiemu? Przetaczająca się nawałnica 

poczyniła  w  nich  spustoszenie.  Kiedy  pojawili  się  pierwsi  wichrzyciele  (na  razie  tylko 

pojedyncze  przypadki),  to  zamiast  oddać  parę  celnych  strzałów  i  pozbyć  się  szumowin, 

zniechęcając  kolejnych,  ci  ludzie  uciekali,  zabrawszy  złoto  i  świąteczne  ubrania,  często 

porzucając dziadka czy babcię, zdecydowanych umrzeć w domu, w którym przyszli na świat. 

Arno  pamiętał  nawet  jednego  typa  w  sile  wieku,  bogatego  i  pyszniącego  się  swym 

bogactwem  kupca,  który  przyciśnięty  do  muru,  wysłał  swoją  młodziutką  żonę,  by 

negocjowała z napastnikami, a sam zwiewał z pieniędzmi aż się kurzyło. 

Los  mieszkańców  wioski  był  doprawdy  żałosny.  Tak,  sporo  negocjowano.  A 

przynajmniej  próbowano  to  robić.  Gubernator,  trzęsąc  się  ze  strachu,  wygłosił  do  hordy 

najeźdźców  przemówienie  powitalne  pełne  braterskiej  miłości,  a  wreszcie,  by  udowodnić 

dobrą  wolę,  kazał  otworzyć  na  głównym  placu  beczkę  najlepszego  wina  ze  swej  piwnicy. 

Łatwo prze- 

 widzieć,  co  się  z  nim  stało.  Więcej  szczęścia  miał  nauczyciel.  Sponiewierany  przez 

grupę  rozwydrzonych  dzieciaków,  w  tym  sporo  z  jego  własnej  szkoły,  on  także  zaufał”* 

słowom,  zapominając,  że  mają  one  walor  szczerości  jedynie  wtedy,  gdy  nie  przeczą 

wypowiedzianym wcześniej. Ponieważ odrzucono jego władzę, chętnie  ją oddał,  przyznając, 

że  popełnił  błąd  i  prosząc  o  wybaczenie,  wycofywał  się  chyłkiem,  co  sprawiło,  że  nawet 

córkajedynaczka,  zdegustowana  jego zachowaniem, przyłączyła się do  małych rebeliantów i 

wraz  z  nimi  ścigała  ojca.  Nauczycielowi  udało  się  uciec.  Zapłaciła  za  niego  córka,  bo  była 

młodziutka i ładna, niewinna i w dodatku głupia, co czyniło z niej łatwy łup niegodziwości... 

Kiedy  z  wioski  uciekli  tchórze,  maski  zrzuciły  wszystkie  męty  z  wioski,  których  nikt 

wcześniej  za  takich  nie  miał.  Bóg  wie,  od  jak  dawna  czekali  na  swoją  godzinę,  niektórzy 

może nawet od pięćdziesięciu lat - rozgoryczeni starcy, zazdrośni od dzieciństwa, pamiętający 

dokładnie, że ta czy inna dziewczyna odepchnęła ich rękę wsuwającą się jej pod spódnicę na 

kwietnym  wzgórzu,  że  takie  czy  inne  pastwisko  przeszło  im  koło  nosa  na  rzecz  jakiegoś 

protegowanego...  Zaczęły  się  bijatyki  między  starcami,  wyrównywanie  rachunków,  a  nawet 

gwałty, które można by zakwalifikować jako pośmiertne, bo dokonane na starych, zwiędłych 

kobietach,  ulegających  z  obrzydzeniem  lub  odmawiających  z  żalem,  który  wyrywał  im  z 

background image

gardeł okrzyki nienawiści. Wielu zmarło lub uciekło, oczyszczając wioskę z pokolenia, które 

właściwie  już  nie  żyło.  Metamorfoza  najmłodszych,  a  przynajmniej  tych,  którzy  jeszcze 

zostali, zarażonych wścieklizną w ostatniej godzinie, najgorszych z najgorszych, tych, którzy 

najdłużej ukrywali się pod maską 

 dobrego wychowania, przybrała formę szczególnie odrażającą. Na pięciu żandarmów 

posterunku w Świętym Gallu,  czterech paktowało z wichrzycielami pod pretekstem ochrony 

mieszkańców  wioski,  których  mieli  pod  opieką.  Zachowywali  się  jak  służący,  dostarczali, 

czego  od  nich  żądano  -  zwierząt  i  ludzi  -  i  zatrzymując  sobie  pieniądze  za  łóżko  i  żarcie 

dawnej  żandarmerii  książęcej,  za  dziewczęta,  kobiety,  flaszki,  świniaki,  kury.  Nawet 

przenicowany,  mundur  nadal  potrafi  zwieść  i  byli  tacy,  co  służyli  wielu  panom.  Oby 

księżniczka  Miriam,  jeśli  odzyska  władzę,  pamiętała  o  tej  niegodziwości...  Ale  tym,  co 

najbardziej zaskoczyło Arno, otworzyło mu oczy na niezgłębioną naturę ludzką i zraniło tak, 

że zabrakło mu łez, a jego serce zamieniło się w kamień, było nagłe pojawienie się, wkrótce 

po  śmierci  ojca,  pięciu  wiernych  przyjaciół  rodziny,  w  tym  brygadiera  żandarmerii,  którzy, 

demonstrując  wielką  przyjaźń,  z  minami  konspiratorów  oświadczyli,  że  chcą  uchronić  jego 

matkę  przed  szerzącą  się  przemocą  i  zaciągnęli  ją  gdzieś  w  ciemność,  skąd  do  jego  uszu 

dobiegły  już  tylko  jej  krzyki  i  wycie.  Tymczasem  horda  opuszczała  wioskę.  Po tej  przyszła 

kolej na następne... 

Tamtego dnia Arno postanowił się zemścić. I zemścił się. 

Chłopak spojrzał na słońce, które wędrowało nad równiną. 

- Już czas. Muszę dołączyć do moich ludzi. Będą niespokojni. 

- O ciebie? - spytał Stanisław Venier. 

Arno uśmiechnął się lekko. 

- Tylko moja siostra. Pozostali będą się niepokoić o siebie. 

- Kadet cię odprowadzi - rzekł Sylwiusz. - Czy to daleko? 

 

- Piechotą dwie godziny. Konno godzinę. 

-  Daję  mu trzy.  Zrozumiał pan,  Stanisławie? Godzina w  jedną,  godzina w drugą. Ma 

pan tu być za trzy godziny. ** 

- Zrozumiałem, panie pułkowniku - odparł kadet z nieprzeniknioną miną. 

Abaj  przyprowadził  konia  Wasyla,  którego  juki  zostały  wypchane  jedzeniem  i 

amunicją. Chłopak pogłaskał pysk zwierzęcia, które parsknęło i zarżało z rozkoszy. Tancrede 

pokazał  mu,  jak  posługiwać  się  karabinem,  co  Arno  opanował  w  dwie  minuty.  Celując  w 

siedzącą  o  sto  metrów  od  nich  wronę,  zabił  ją  jednym  strzałem,  wzbijając  przy  tym  w 

background image

powietrze wielką fontannę czarnych piór i mówiąc ze śmiechem: „No proszę!”. 

To  był  pierwszy  raz,  kiedy  się  roześmiał.  Potem  zręcznie  wskoczył  na  konia, 

podzwaniając zwisającym u paska arsenałem. 

- Jeszcze słowo - zatrzymał go biskup. - Ten twój zakrystian, to w jakim jest wieku? 

- Juliusz? Koło trzydziestki. 

- Co o nim myślisz? 

- Jest strachliwy, ale lubię go. Schował się, ale nie zdradził. Nie tak, jak ksiądz. 

- Jest żonaty? 

- Nie. 

Biskup Van Beck zawahał się. 

- Eufemia to może jego sprawka, co? Mówiłeś, że oczekuje dziecka... 

Chłopak skrzywił się z pogardą. 

-  To  ksiądz.  Wszyscy  wiedzieli.  I  nie  przeszkodziło  mu  to  zwiać.  Zresztą  w  dobrym 

towarzystwie. 

-  W  porządku.  Mówiłeś,  że  ten  twój  zakrystian  recytuje  w  niedzielę  modlitwy 

mszalne, tak? 

 

- W niedzielę rano, wieczorem i na Anioł Pański w południe. 

- Zna je na pamięć? 

- Nie wszystkie, ale ma książkę. Kiedy czegoś zapomni, szuka w niej i znajduje. 

- A wy się modlicie? 

- Inni tak. Ja udaję. Może kiedyś znów będę. Zresztą, poza mną, co innego im zostało? 

- Czy Juliusz jest pobożny? 

- A co to znaczy? Nie wiem. Proszę jego spytać. 

W głosie Arno brzmiało zuchwalstwo. 

- Jesteś lepszy niż twoja odpowiedź, mój chłopcze - cierpliwie odparł biskup. - A teraz 

powiedz: czy twój zakrystian jest pobożny? Takie rzeczy się widzi. 

Chłopak wzruszył ramionami. 

- Co za różnica, co się widzi, a czego się nie widzi? 

Potem, zastanowiwszy się chwilę, dodał: 

- Ale mogę powiedzieć, że często, gdy się modli, składa ręce i zamyka oczy. A wtedy, 

choć normalnie jest brzydki, staje się prawie piękny. 

Biskup Van Beck zwrócił się do kadeta Veniera. 

- Jak będziesz wracał, Stanisławie, przyprowadź mi tego zakrystiana. Za pozwoleniem 

background image

pana pułkownika. 

- I moim - dodał niewzruszenie Arno. 

Trzy  godziny  i  dwie  minuty  później  kadet  wrócił,  wioząc  zakrystiana,  siedzącego 

okrakiem na zadzie jego rumaka. 

Jeźdźcy zwinęli już obóz. Byli gotowi do odjazdu. 

- Pański raport, kadecie - rzekł Pikkendorff. 

- Mogą się utrzymać, panie pułkowniku. 

 

- Tylko tyle? 

Kadet wykonał gest wyrażający powątpiewanie. 

- Pięć wsi, trzydzieści dziewięć osób, kilku energicz-’ nych chłopaków, zdecydowany 

przywódca... Czyż to nie wystarczy na początek? - zdziwił się Sylwiusz. 

-  Tak,  pod  warunkiem,  że  się  na  tym  nie  poprzestanie,  panie  pułkowniku.  Trzeba 

sprawdzić,  co  się  dzieje  gdzie  indziej,  z  bronią  w  ręku  rozszerzać  swoje  wpływy, 

podporządkować sobie kolejne tereny, żelazną ręką, prawem podboju, bez litości dla wrogów, 

wypełniając  swój  obowiązek  wobec  swoich,  lojalnie,  z  wyboru,  z  obowiązku,  we  własnym 

interesie. To właśnie wytłumaczyłem chłopcu. 

Kadet nigdy jeszcze nie wypowiedział tylu słów na raz. 

Jego oczy, zwykle bez wyrazu, teraz błyszczały jak oczy kondotiera rozpamiętującego 

dawne zwycięstwa. 

- I chłopak to zrozumiał? - spytał Sylwiusz. 

- Zrozumiał. Jego siostra też. Chyba nawet lepiej od niego. 

- Duszka? - upewnił się Sylwiusz, zaskoczony. 

Kadet roześmiał się krótko. Jeszcze nie zdążył przywyknąć do myśli, że tak łagodnie 

imię  nadano  osobie  będącej  takim  wulkanem  energii.  Osobie  o  niezłomnej  woli  i  stalowym 

spojrzeniu,  taksującym  i  rozkazującym.  Kadet  powiedział  chłopcu:  „Daj  mija.  Będę  twoim 

bratem.  Wrócę  tu  później  do  was”.  Duszka  zażądała:  „Przysięgnij!”.  On  zaś  przysiągł, 

zdziwiony, że po godzinie igraszek, jeszcze nie zdołał o niej zapomnieć. Chyba faktycznie się 

starzał. 

- Tak, Duszka, panie pułkowniku - powiedział bez dalszych komentarzy. 

 

Pikkendorff nie naciskał. Bazin du Bourg, który słyszał ich rozmowę, skinął ironicznie 

głową kadetowi i wyrecytował: 

Nasze dzieci 

background image

Mówi panna młoda 

Będą piękniejsze piękniejsze wiele 

Niestety! pierścień był pęknięty 

Niż dzieci ze szczerego złota 

Srebra szmaragdu i diamentu 

Będą jaśniejsze jaśniejsze wiele 

Niż wszystkie gwiazdy firmamentu 

Promienie co jutrzenka ściele 

Niestety pierścień był pęknięty...* 

Kadet rzucił mu jadowite spojrzenie. 

- Do diabła z Kostrowickim! - krzyknął wściekły. - Ani słowa więcej o Kostrowickim! 

On nie żyje! Wasyl nie żyje! I ty też nie żyjesz, cholerny panie chorąży! I Tancrede nie żyje! 

Biskup nie żyje! Pan puł... 

- Wystarczy - uciął Pikkendorff. 

- Ale ja żyję! - dokończył kadet z uporem, oparłszy swoje kanciaste ręce na biodrach. 

Pierwszy raz pojawiło się między nimi pęknięcie. 

- Wystarczy - powtórzył Pikkendorff znużonym głosem. 

- A ty, tam - ciągnął kadet, zwracając się przez ramię do zakrystiana, wciąż siedzącego 

za nim na oklep - nie za- 

* Guillaume Apollinaire, Dom umarłych, „Alkohole”, tłum. Julian 

Rogoziński. 

 mierzasz tu chyba zapuścić korzeni, co? Precz! Zejdź mi z oczu! 

Zeskakując  z  konia,  biedny  Juliusz  potknął  się  z  przerażę-*  nia  i  rozpłaszczył  na 

ziemi. Upadek poczciwca wywołał wesołość, tym bardziej, że on sam, ze swoją pucołowatą, 

wykrzywioną  gębą,  nastroszonymi,  siwymi  włosami,  krępą  sylwetką,  zbyt  długimi  rękami  i 

oczywistą niezdarnością, prezentował się dość dziwacznie na tle dumnych jeźdźców. 

Biskup pochylił się  i podniósł go z ziemi, dając pozostałym do zrozumienia,  że mają 

siedzieć cicho i okazywać biedakowi choć minimum szacunku. 

- Witaj,  Juliuszu,  mój synu - rzekł.  - Łaska Pana jest z tobą. Chodź ze mną.  Muszę z 

tobą porozmawiać sam na sam. 

Zanim się oddalili, Sylwiusz szepnął biskupowi do ucha: 

-  Dobrze  się  zastanowiłeś,  Osmondzie?  Nie  boisz  się,  że  wpuszczasz  robaka  do 

owocu? 

- Bez wątpienia - odparł Van Beck. - Ale tu właśnie jest jego miejsce. 

background image

Wziąwszy  zakrystiana  pod  ramię,  zaprowadził  go  na  bok,  pod  kępę  czerwonych 

klonów, które już traciły pierwsze liście. Zapowiadała się wczesna jesień. Nieodległe już były 

górskie śniegi, pokrywające dawne wspomnienia, które nigdy więcej nie wrócą. 

- Juliuszu - zaczął biskup Van Beck - czy brakuje ci 

Boga? 

Człowieczek  był  niski,  biskup  zaś  wysoki. Asymetryczna  gęba  uniosła  się  ku twarzy 

biskupa  -  twarzy  szlachetnej,  bo  naznaczonej  rzymskim  seminarium,  ojcowską 

dobrodusznością papieża, szczególnymi względami księcia i karierą, 

 która zastąpiła męczeństwo... Teraz to wszystko nie miało już żadnego znaczenia, ale 

pozostały gesty, zachowanie typowe dla hierarchii, wszystko, co tworzyło siłę Kościoła. 

Dziś już nie istniejącą. 

- Nie brakuje mi go - odparł Juliusz. - Wierzę, że nigdy mnie nie opuścił. 

- A co ty możesz o tym wiedzieć? 

Mówił  przez  niego  ksiądz.  Instynktowna  i  straszliwa  nieufność  biskupów  względem 

wiary. Juliusz odparł: 

- Jak sobie ksiądz biskup życzy. Aleja wiem. 

„Mój Boże! Ależ on brzydki! - pomyślał Van Beck. - Tylko gdzie znajdę innego?”. 

- Wiesz? To dobrze - rzekł na głos. - A co z innymi? 

Tymi z twojej wioski? Oni też to wiedzą? 

-  Nie  mam  pojęcia,  proszę  księdza.  Może  tak. A  może  nie.  Nieważne.  Powiem  im  o 

tym, jak umiem. Cały czas im to mówię. 

- I słuchają cię? 

Przez wykrzywioną twarz przeleciał grymas prawdziwego bólu, potem coś w rodzaju 

rozbawienia  -  jakby  z  humorem  i  rezygnacją  mierzył  wzrokiem  fosę,  którą  ma  pokonać, 

wiedząc, że nie ma innej rady -  musi ją przeskoczyć. Biskup Van Beck stwierdził, że wbrew 

pozorom, Juliusz wcale nie jest głupcem. 

- Słuchająz grzeczności, bo chyba mnie lubią. A ja mówię. I modlę się. W końcu ich to 

nudzi. I zostaję sam. 

- Może ci czegoś brakuje? 

- A czego, proszę księdza? 

Sądząc  po  twarzy  zakrystiana,  wyrażającej  czystą  pokorę,  nie  było  to  pytanie 

retoryczne. Biskup spojrzał na pocz- 

 ciwca  z  wysokości  swojej  postawnej  sylwetki  i  poczuł,  jak  zalewa  go  fala 

miłosierdzia, niczym dawna miłość wypływająca na powierzchnię w chwili smutku. 

background image

- Nie, niczego ci nie brakuje, Juliuszu... To było pytanie związane z ceremonią. 

Zakrystian patrzył na niego, nie rozumiejąc. Jego brzydota stawała się wzniosła. 

-  Łaska  Pana  jest  z  tobą,  Juliuszu.  A  ceremonia  to  święcenia  kapłańskie.  Nie  mamy 

wiele czasu. Musimy ją skrócić. 

Proszę,  połóż  się  krzyżem,  twarzą  do  ziemi.  Zapomnij,  kim  jesteś.  Zapomnij  o 

świecie. Nic teraz nie widzisz. Ziemia cię oślepia. Ona jest cząstką Boga. 

Leżącym na ziemi ciałem Juliusza wstrząsnął dreszcz. 

Z gardła wydarł mu się żałosny jęk. 

- Wasza Ekscelencjo,  ja  nie chcę,  nie  mogę... Błagam,  niech Wasza Ekscelencja tego 

ode mnie nie wymaga... 

- Nie bój się - powiedział biskup i zaczął recytować: 

„Synu,  otrzymujesz  święcenia  do  stanu  kapłańskiego.  Przyjmij  je  godnie  i  wywiązuj 

się  z  nich  wiernie.  Zadaniem  księdza  jest  święcić,  błogosławić,  przewodniczyć 

nabożeństwom,  wygłaszać  kazania,  chrzcić...”.  A  teraz  powstań,  Juliuszu,  nałożę  na  ciebie 

ręce. 

I  uczynił  to,  dotykając  głowy  zakrystiana,  która  sięgała  mu  do  piersi,  a  którą  bojaźń 

Boża  wciskała  w  ramiona.  Biskup  sam  nie  wiedział,  czy  czuje  dla  nieszczęśnika  więcej 

miłości  czy  litości.  Głośno  wypowiedział  formułę  sakramentu  -  tę,  która  czyniła  go 

nieodwracalnym. Każde ze słów spadało na biednego Juliusza i godziło prosto w serce: 

„Ojcze wszechmogący, daj twemu słudze, Juliuszowi, godność kapłana, odnów w nim 

ducha świętości, by wypełniał 

 

I powierzoną mu funkcję i swoim przykładem zachęcał do poprawy obyczajów”. 

-  Dalej,  Juliuszuciągnął  biskup  -  opisuje  się  szczegółowo  powierzoną  ci  władzę.  Nie 

mam tu świętych olejów, musimy się bez nich obyć. Podaj mi, proszę, dłonie, a Pan poświęci 

je,  aby  wszystko,  co  pobłogosławią  i  wszystko,  co  poświęcą,  było  uświęcone  w  imię  Pana 

naszego, Jezusa 

Chrystusa... Powinieneś teraz odpowiedzieć „Amen”. 

- Amen - rzekł zakrystian. 

Jego głos brzmiał teraz silniej. Biskup Van Beck wyjął z kieszeni cienką, złotą stułę. 

-  Mam  takie  dwie.  Tę  daję  tobie.  Symbolizuje  ona  jarzmo  Chrystusa.  Mam  ją  od 

samego Ojca Świętego, który dał mi ją dziesięć lat temu, wypowiadając te same słowa, które 

ja  wypowiadam  teraz:  „Przyjmij,  Juliuszu,  moc  sprawowania  ofiary  i  odprawiania  mszy  dla 

żywych i zmarłych, w imię 

background image

Pana naszego...”. 

- Amen - odparł poczciwina. 

- I wreszcie - ciągnął Van Beck - weźmij Ducha 

Świętego. Komu odpuścisz grzechy, są mu odpuszczone, komu zatrzymasz... A teraz, 

drogi  ojcze  -  dorzucił  niemal  wesoło  -  będę  twoim  pierwszym  penitentem.  Ponieważ  zaraz 

nas opuścisz i taka okazja może się już nie powtórzyć, zechciej wysłuchać mojej spowiedzi. 

Juliusz podskoczył jak oparzony. 

- Spowiedzi księdza?! To niemożliwe. Zresztą, nie wiedziałbym, jak... 

Miłość czy litość? Biskup wciąż się wahał. A może jedna nie istnieje bez drugiej? 

- Zdarzyło ci się chodzić do spowiedzi, Juliuszu? 

 

- Tak, księże biskupie. 

- Pamiętasz formułki? 

- Mam dobrą pamięć. * 

- A zatem, nic łatwiejszego! Wystarczy odwrócić role. 

Tym razem, to ty masz władzę wybaczania... 

Pozostali  śledzili  tę  scenę  z  oddalenia,  z  ciekawością,  która  u  pułkownika 

Pikkendorffa była pomieszana z głuchą irytacją. Kiedy jednak zobaczyli dumnego biskupa, w 

kawaleryjskim  mundurze  i  butach,  z  krzyżem  biskupim  na  piersi  i  pistoletem  przy  pasie, 

klękającego bez wstydu na ziemi u stóp tego śmiesznego człowieczka, zdziwienie przerodziło 

się  w  zażenowanie.  Nie  słyszeli  ani  słowa  z  tego,  co  mówiono  pod  czerwonymi  klonami, 

podobnie jak nie byli w stanie dostrzec wyrazu twarzy, zwłaszcza zakrystiana, który był blady 

jak  ściana  i  którego  oczy  pod  nastroszoną  czupryną  wyrażały  zmieszanie  i  rozpaczliwe 

niedowierzanie. Skamieniały mruczał: „Ależ księże biskupie, ja nie rozumiem! 

Ksiądz  właśnie  mnie... A  teraz  ksiądz  mówi,  że...  Ksiądz  sobie  ze  mnie  zadrwił,  czy 

co?”. Jego dopiero co zbudowany świat, już się walił. Biskup odparł: „Nikt sobie z ciebie nie 

zadrwił,  ojcze.  Nie  chodzi  o  twoją  osobę  ani  o  twój  nowy  stan.  Chodzi  o  zbawienie  mojej 

duszy,  które  składam  w  twoje  ręce”.  Na  co  kompletnie  zdezorientowany  Juliusz 

odpowiedział:  „Ale  przecież  ksiądz  nie  wierzy!  Przed  chwilami  to  ksiądz  powiedział...”. 

Zdjęty  litością  dla  nieszczęśnika,  przed  którym  klęczał,  biskup  musiał  zacząć  wszystko  od 

początku:  „Właśnie dlatego się z tego spowiadam. Ty  musisz przyjąć,  że z  mojej  strony  jest 

wola,  a  ty  musisz  ją  wziąć  pod  uwagę,  by  udzielić  mi  rozgrzeszenia.  Istnieje  grzech 

przeciwko wierze; to może się zdawać nielogiczne, bo wiary 

 nie  można  sobie  zamówić.  Jest  on  częsty  u  ludzi  Kościoła  i  z  całej  duszy  księdzu 

background image

życzę,  by oszczędzona ci została ta męka.  Na szczęście,  taki przypadek został przewidziany. 

To grzech, który można wyznać i dostąpić miłosierdzia. 

Właśnie to robię. Wyznaję go. Chcę wierzyć, ale nie wierzę. 

Gdzieś w tym wszystkim tkwi prawda”. 

A ponieważ Juliusz milczał, biskup ciągnął z niecierpliwością w głosie. 

-  Wiem,  jak  ciężką  próbą  jest  dla  ciebie  fakt,  że  zaczynasz  właśnie  od  tego,  a  w 

dodatku  ze  mną,  który  dopiero  co  cię  wyświęciłem.  Ale  jak  się  tak  dobrze  zastanowić,  to 

dobry  początek.  Jesteś  oto  w  samym  środku  problemu.  Jeśli  do  tego  dorzucić  nadzieję  i 

miłość chrześcijańską, nie będziesz się nudził... A teraz, proszę, ojcze, bo czas nagli. Czekam 

na rozgrzeszenie. 

Ponieważ słowa absoho te jakoś nie padały, biskup Van 

Beck  pomyślał,  że  może  poczciwy  Juliusz  zamierza  odmówić  mu  rozgrzeszenia  i 

uśmiechnął  się  w  duchu.  Gdyby  tak  było,  nie  czułby  się  rozczarowany.  Unosząc  wzrok  ku 

zakrystianowi,  zobaczył,  że  ten  modli  się  i  tak,  jak  to  opisał Arno,  stał  się  przy  tym  niemal 

piękny. 

- Absoho  te  -  wyszeptał  w  końcu  Juliusz,  niezdarnie  unosząc  rękę,  by  uczynić  znak 

krzyża. 

Biskup przeżegnał się. 

- Zapomniałeś o pokucie, ojcze - powiedział. 

Zakrystian  przewrócił  oczami,  spoglądając  na  tego  potężnego  człowieka,  pokornie 

klęczącego przed nim. 

- Pokuta? Pokuta? 

-  Czy  mogę  ją  ojcu  zasugerować?  -  spytał  biskup.  -  Odmawianie  pięciu  różańców 

dziennie do chwili, gdy usły- 

 szę dzwon opactwa Zurfenberg. Proszę się nie obawiać, to lekka pokuta. Dni w siodle 

są bardzo długie. To mi skróci czekanie. 

Juliusz skinął głową bez słowa. 

- Wróćmy teraz do pozostałych - zakończył Van Beck. 

- Czas na ciebie, ojcze. Oni będą się chcieli z tobą pożegnać. 

Kontrast  między  nimi  był  uderzający.  Gdyby  nie  śmiertelnie  poważny  wyraz  twarzy 

zakrystiana, można by rzec, że biskup ciągnie z sobą błazna. 

-  Ojcze  opacie  -  powiedział  biskup  Van  Beck  -  proszę  pozwolić  przedstawić  sobie 

pana pułkownikamajora 

Sylwiusza von Pikkendorffa. Panie pułkowniku, pan pozwoli, że mu przedstawię ojca 

background image

opata  Juliusza,  proboszcza  Świętego  Galia,  Czarnego Targu,  Glanoor,  Birkenhead,  Stoppel  i 

innych miejscowości... 

Sylwiusza  zamurowało  ze  zdumienia.  Unosząc  brwi,  rzucił  biskupowi  spojrzenie  z 

ukosa,  podejrzewając  żart. Ale  nie.  Biskup  mówił  poważnie,  bez  najmniejszego  śladu  ironii 

czy tonu wyższości w głosie.  Przeciwnie,  zdawał się patrzeć na tego małego człowieczka ze 

wzruszeniem.  Trzeba  zaczekać,  później  dowiemy  się,  o  co  w tym  chodzi...  Sylwiusz  skłonił 

się i wyciągnął rękę, mamrocząc: „Ojcze opacie...”. 

Potem przyszła kolej na Tancrede’a i chorążego Bazin du 

Bourga,  którzy  strzelili  przepisowo  obcasami  -  pierwszy  z  obojętnością,  a  drugi  z 

dobrego  serca.  Abaj  zaś  bez  trudu  ukrył  za  swymi  pomarszczonymi  powiekami  całą  swoją 

nieufność  wobec  tego  źle  ubranego  i  pokracznego  szamana.  Co  do  kadeta,  to  nie  uległ 

konwenansom, uniósł niedbale w górę palec i powiedział tylko: „Cześć, opacie”. 

- Kadecie Yenier! - rzekł biskup. - Ta arogancja nie 

 

-*¦» ujdzie panu na sucho. Zechce pan przyklęknąć. I wy także. 

Odrobina pokory dobrze wam zrobi. Opat Juliusz udzieli wam błogosławieństwa. 

Sam  pierwszy  zgiął  kolano.  Pikkendorff  zawahał  się,  szepcząc  biskupowi  do  ucha: 

„Tym  razem,  Osmondzie,  posuwasz  się  naprawdę  za  daleko!”.  W  końcu  ustąpił.  Pozostali 

poszli  w  jego  ślady,  w  tym  także  kadet Venier,  którego  biskup  nie  spuszczał  z  oczu.  Juliusz 

zabrał  się  do  dzieła,  pomylił  się  dwukrotnie,  potykając  o  słowa.  Wreszcie  udało  mu  się 

dobrnąć do końca: Benedicat vos omnipotens Deus, Pater, et 

Filius, et Spiritus Sanctus... 

„Amen!”  -  rzekł  biskup  z  naciskiem,  najwyraźniej  uznając,  że  oto  stało  się  coś 

dobrego.  Na  jego  twarzy  malowało  się  zadowolenie,  za  to  Sylwiusz  ciskał  mu  wściekłe 

spojrzenia. 

Kiedy  poczciwiec  żegnał  się  z  nimi,  tak  samo  pokornie,  jak  wcześniej  się  witał, 

dotarło do nich, że już go więcej nie zobaczą i że czeka go długa droga powrotna na piechotę. 

Każdy  powiedział  coś  krzepiącego.  W  gruncie  rzeczy  był  do  nich  podobny.  Tak  jak  oni  nie 

wiedział,  co  będzie  jutro,  samotny  w  zdewastowanym  kraju.  Obdarowali  go  manierką 

jałowcówki,  kocem,  tytoniem  i  zapałkami.  Chorąży  Bazin  du  Bourg  przetrząsnął 

kwatermistrzowskie  juki,  by trochę dorzucić do jego sakwy. Biedak,  wyglądał tak słabo, tak 

bezbronnie... 

- Żegnaj, księże biskupie - rzekł Juliusz. 

- Żegnaj, Juliuszu - odparł biskup Van Beck. 

background image

Odprowadzili wzrokiem  jego utykającą  sylwetkę, po czym  sami ruszyli w przeciwną 

stronę,  jakiś  czas  jadąc  w  milczeniu.  Kadet  Venier  galopował  z  przodu,  by  rozładować 

rozsadzającą go energię. Pikkendorff przeżuwał myśli, jadąc strzemię w strzemię z biskupem, 

który zaczął 

 cicho  odmawiać  pierwszą  Zdrowaśkę  swojej  pokuty,  czekając  spokojnie,  aż  jego 

przyjaciel Sylwiusz zdecyduje się wyrzucić z siebie, co go gryzie. Nie musiał długo czekać. 

- Do licha, Osmondzie! Co cię napadło? To wyglądało jak przedstawienie, ale przecież 

nie było przedstawieniem, prawda? 

- Nie było, w rzeczy samej. 

-  Czy  naprawdę  musiałeś  zrobić  z  tego  żałosnego  człowieczka  księdza?  Czy  on 

przynajmniej w to wierzy? 

-  Mam  nadzieję -  odparł  biskup wesoło. - W każdym razie,  ja się do tego zmusiłem. 

Dziękuję, że mi pomogłeś. Jeden pułkownikmajor, jeden biskup, dwóch oficerów, jeden kadet 

i jeden poganin, wszyscy przed nim na klęczkach, przyjmujący od niego błogosławieństwo... 

Można się pozbyć wątpliwości, prawda? 

- Odnoszę wrażenie, że to cię bawi! 

- Przyznaję. A ty przyznaj, że nieźle to rozegrałem. 

- A ty, Osmondzie... Czy ty w to wierzysz? 

- Powtarzam: nie w tym rzecz. Zastanów się, pułkownikumajorze. 

Pikkendorff  zamyślił  się  na  chwilę.  Zmęczonym  gestem  odesłał  kadeta,  który 

galopując  niezmordowanie  w tę  i  z  powrotem,  podjechał  zameldować,  że  na  horyzoncie  ani 

żywego ducha i nic im nie zagraża. 

- Osmondzie, znam cię dobrze. Po co ten ksiądz? Co to za kaprys? 

-  Samotność,  Sylwiuszu,  samotność.  Dookoła  wrogowie.  Niewiadoma  przyszłość... 

Jak się z tym mierzyć samotnie? Niech przynajmniej wierzą, że Bóg im pomoże... 

Podjechał do nich Abaj, zatrzymując konia w pędzie 

 i  potrząsając  triumfalnie  dwoma  świeżo  zabitymi  zającami,  które  trzymał  za  uszy. 

„Kolacja, panie pułkowniku! Kolacja!”. Co nie było bez znaczenia, zważywszy na ich niemal 

puste juki. 

-  I  sądzisz  -  nie  poddawał  się  Sylwiusz  -  że  pomożesz  im,  wysyłając  do  nich  tego 

biednego Juliusza przeobrażonego w księdza? Powiem ci, co się stanie. On będzie się miał za 

apostoła  z  czasów  ewangelicznych  i  może  nawet,  faktycznie,  do  nich  wróciliśmy,  ale  tym 

razem przyparci do muru. Będzie im pakował do głowy całą masę wzniosłych uczuć, które się 

doskonale sprawdzały, gdy chrześcijaństwo przeżywało swój przypływ. Tylko że teraz mamy 

background image

odpływ. 

Chrześcijaństwo jest w odwrocie. Twój  biedny,  tandetny księżulek,  ze Świętą Księgą 

w  dłoni  wkrótce  przekona  tego  chłopaka,  Arno,  który  ma  wszystko,  by  przetrwać,  bo  jest 

okrutny,  przezorny,  pozbawiony skrupułów  i nie znający przebaczenia,  otóż on go przekona, 

żeby  na  ewangeliczną  modłę  nadstawiał  drugi  policzek,  kiedy  jego  ludziom  grozi  śmierć  i 

unicestwienie!  Miłosierdzie...!  Widziałeś,  jakie  dało  skutki  u Alramana,  w  tym  kraju,  który 

straciliśmy?  Odprawiłeś  tam  dosyć  prowokacyjną  mszę,  zgoda,  ale  to  była  msza  ariergardy, 

msza  pokonanych.  Wymietli  nas.  Wymietli  nas  stamtąd  doszczętnie.  Tylko  parę  dziewcząt 

może  po  nas  zapłacze.  Arno  i  jego  ludzie  znacząjeszcze  mniej.  I  to  będzie  wina  twojego 

księdza i wirusa miłosierdzia, który on im zaszczepi, i to dzięki tobie. Jest na to wystarczająco 

naiwny. 

Miłosierdzie... To cnota, która rozbraja. Kadet Venier doskonale to zrozumiał. 

- Ja też to zrozumiałem - rzekł spokojnie biskup Van 

Beck - ale nic nie poradzę na Boski porządek rzeczy. Zo- 

 stałem  powołany,  by  mu  służyć.  Niewykluczone,  że  przez  przypadek.  Ale  nic  nie 

może mnie z tej drogi zawrócić. 

Popatrzyli na siebie przez chwilę, świadomi, że zbliża się’ najważniejsze. 

-  Przeraża  mnie  to,  co  mówisz  -  rzekł  Sylwiusz.  -  To  znaczy,  że  Arno,  Juliusz, 

Turmesan, Waldomir, Gracjan, Petrus i kto tam jeszcze, że oni wszyscy są zgubieni? 

- Z pewnością. 

- Jesteś zbrodniarzem, Osmondzie. 

- Nie. To nie ja. 

Biskup  Van  Beck  uniósł  palec  ku  niebu,  gestem  bynajmniej  nie  oskarżyciełskim.  To 

było tylko stwierdzenie faktu. 

- To tam znajduje się niepojęte - powiedział. 

Sylwiusz  wzruszył  ramionami,  uspokojony.  Obaj  dobrze  się  zrozumieli.  Wiedzieli  to 

już, kiedy jako ośmiolatki grali razem w kulki w szkole giermków. 

- Może ruszymy galopem? - zaproponował biskup. 

- To nam dobrze zrobi... 

Tego  wieczora,  leżąc  szczelnie  owinięty  czarnym  płaszczem  pod  umocowaną  na 

dwóch  kołkach  płachtą  namiotu,  biskup  Van  Beck  śnił.  Obudził  go  dzwon  opactwa 

Zurfenberg. Odwrócił się na drugi bok i zasnął ponownie, wiedząc, że to tylko sen. 

Rankiem opuścił ich porucznik Tancrede. Ilu lat będzie potrzebował, by połączyć się z 

Natalią? 

background image

Woleli o tym nie myśleć. 

„Pięciu jeźdźców...” - napisał biskup Van Beck w notesie. 

 

VI 

W  następnych  dniach  spotkali  jednak  parę  osób.  Tu  i  tam,  jak  w  Świętym  Gallu, 

przetrwały niewielkie społeczności, w żaden sposób ze sobą nie związane, zajęte jedynie tym, 

by  jakoś  przeżyć,  nieufne  wobec  siebie  nawzajem,  trzymające  się  blisko  wsi  i  ocalałych 

domów,  mające  na  oku  swoje  mizerne  uprawy,  wydarte  siłą  rozległym  terenom  leżącej 

odłogiem ziemi, stanowiącej wrogi ocean, z którego wyłaniały się tylko pojedyncze i z rzadka 

zamieszkałe wysepki. Przyjaciele? 

Wrogowie?  Pikkendorffa  mało  to  obchodziło.  Doświadczenie  ze  Świętego  Galia 

wystarczyło  mu  za  wszystko  i  powtórzenie  go  uznałby  za  śmieszne,  gdyby  pojawili  się  tam 

jacyś  inni  Arnowie.  To  był  świat  u  schyłku  istnienia.  Gdyby  chodziło  tylko  o  niego, 

Pikkendorff jechałby przed siebie bez odpoczynku, nie próbując rozpoznać sobie podobnych, 

których obecność sygnalizował unoszący się z tego czy innego komina dym. 

Ponieważ  jednak  kadet Venier  nalegał,  Pikkendorff  pozwolił  mu  jechać,  jak  chciał.  I 

kiedy  tylko  na  horyzoncie  pojawiał  się  dym,  kadet  rzucał  się  w  tamtą  stronę,  zupełnie  nie 

zważając na niebezpieczeństwo, ciągnąc za sobą to Abaja, to chorążego 

Bazin du Bourga, którzy ubezpieczali go, gdy znajdował się, w zasięgu strzału, on sam 

zaś krzyczał  na całe gardło, spinając swego rumaka: „Wyłaźcie! Wyłaźcie szczury! Mówcie, 

kim 

 jesteście!”. Metoda okazywała się skuteczna. Czasem wokół nich zaczynały gwizdać 

kule  i Sylwiusz, siedzący  nieruchomo na koniu z milczącym  biskupem u boku, rozpoznawał 

su-”  chy  klekot  karabinów  z  gwintowaną  lufą,  używanych  przez  buntowników.  Kadet 

zachowywał  się  jak  natchniony.  Miotał  przekleństwa,  każąc  swemu  rumakowi  tańczyć  w 

miejscu,  podczas  gdy  jego  czarny,  kawaleryjski  płaszcz  wirował  niczym  ogon  komety,  a  on 

krzyczał na cztery strony świata: 

„Wyłaźcie, łajdaki! Pokażcie swoje obrzydliwe gęby!”. Kilka razy wywinął się cudem, 

jego płaszcz podziurawiony był jak sito, a końska sierść osmalona co celniejszymi seriami. 

W  takich  razach  mówił:  „No,  z  tymi  przynajmniej  wiadomo,  co  i  jak!  Poczekajcie! 

Jeszcze  tu  wrócę!”.  Kiedy  indziej  odbywało  się  to  inaczej.  Pojawiały  się  zgarbione  istoty  - 

kobiety,  starcy,  dzieci,  dorośli  przygięci  do  ziemi  i  zastraszeni,  a  od  czasu  do  czasu  ktoś  o 

nieco sztywniej szym kręgosłupie i zdecydowanym spojrzeniu, z myśliwską strzelbą w garści. 

Na  ich  widok  kadet  zeskakiwał  z  siodła,  chwytał  ich  za  ramiona  niczym  starych 

background image

druhów i oświadczał: „Jutro będziecie ze mną. Wrócę tu. Pamiętajcie!”. Notował ich imiona i 

nazwę  wioski,  którą  nanosił  na  mapę wraz z  informacjami dotyczącymi  ludności,  zapasów  i 

uzbrojenia,  po  czym  składał  raport  pułkownikowi  Pikkendorffowi,  który  pytał  zdziwiony: 

„Kadecie, a po co panu to wszystko?”, ten zaś odpowiadał: „Taki wiek, panie pułkowniku!”. 

Jednak  najczęściej  spotykali  się  z  obojętnością.  Kiedy  tak  jechali  drogą  -  pięciu 

jeźdźców  w  nienagannych  mundurach,  jakby  wyjętych  z  dawno  minionych  czasów  -  ludzie 

podnosili  ku  nim  wzrok  posępny  i  pozbawiony  wszelkiego  wyrazu.  Trzy  nędzne  grządki 

ziemniaków, osioł i koza 

 o chudych wymionach - to był ich świat, w którego trybach żyli, znajdując tylko tyle 

odwagi,  by  za  pomocą  strzelby  przeganiać  uboższych  od  nich  samych,  a  której  by  im  nie 

starczyło,  aby  stawić  czoło  zorganizowanej  bandzie  i  bronić  swoich  żon  i  córek.  Kadet 

widywał  niektóre  z  nich,  przyglądające  się  im  spoza  przymkniętych  okiennic  i  bojące  się 

pokazać. Mówił wtedy: „Dogadzają wam tchórze! Kiepsko dogadzają!”. Nasz kadet uczył się 

życia. Kiedy wracał ze swoich wypadów, Sylwiusz witał go wzruszony. 

- I co, kadecie? Jakie nowiny? 

Czy odnajdywał w nim siebie sprzed lat? To pytanie przestał już sobie zadawać. 

Parę  razy  wydawało  im  się,  że  słyszą  odgłosy  działa  -  regularne,  ale  dosyć  odległe, 

niby  echo  bitew.  Po  niebie  toczyły  się  dziwne  grzmoty,  a  nieznane,  błyszczące  komety 

przelatywały  z  oszałamiającą  prędkością  z  jednego  krańca  na  drugi.  Raz  zdawało  im  się,  że 

płonie jakaś wioska - daleko, z pewnością gdzieś po drugiej stronie granicy. Wyglądało to jak 

niewyraźna,  czerwonawa  łuna,  ledwo co wyłaniająca się spoza  horyzontu, ale trwała  bardzo 

długo. 

Wszystko to przerażało Abaja. Te znaki nie należały do jego języka. Nigdy wcześniej 

się z nimi  nie zetknął.  Nie rozumiał  ich.  Przyroda,  którą tak doskonale rozumiał  i objaśniał, 

nigdy  mu podobnych  nie dostarczyła.  Spieszył się więc coraz bardziej,  by odnaleźć  ludzi ze 

swego klanu i wraz z nimi zagubić się w ostępach Wielkiej Puszczy. 

Po  zapadnięciu  nocy,  na  biwaku,  zasiadali  całą  piątką  wokół  ognia  i  pryźli 

melancholijnie  suchary  moczone  w  cienkiej  zupce,  niewiele  rozmawiając  i  czekając,  aż 

ogarnie ich senność. Czasem Pikkendorff pytał: 

 

- A co ma dziś dla nas Kostrowicki? 

Pewnego  wieczora  chorąży  Bazin  du  Bourg,  odpowiedzialny  za  kwatermistrzostwo  i 

poezję,  rozlał  do  kubków”  ostatnie  krople  z  ostatnich  zapasów  jałowcówki  i  otworzywszy 

swoją książeczkę, wyrecytował: 

background image

Rzuciłem w szlachetny ogień 

Nieść go i wielbić gotowy 

Ręce i zgasłe już głownie 

Tę przyszłość te martwe głowy 

Idę za wami pochodnie 

Gwałtowne gwiazd poruszenie 

Przeznaczeń ich gałopada... * 

Siedząc z boku na zwalonym pniu, kadet patrzył ponuro w ogień i bił się z myślami. 

Rankiem, kiedy wsiadali na koń, a przejrzyste powietrze sprawiało, że najdalsze dale 

stawały się bliskie, Abaj przyłożył dłoń do czoła, chroniąc oczy przed słońcem i oznajmił: 

- Tam! Zurfenberg! 

Biskup Van Beck zmrużył oczy. Niczego nie dostrzegał. 

- Weź moją lornetkę - zaproponował Sylwiusz. 

Biskup z trudem odnalazł właściwe  miejsce. Nadzieja  sprawiała,  że ręce  mu drżały  i 

wcale się tego nie wstydził. 

Gdy  chodziło  o  niego  samego,  stawiał  diagnozę  bez  wahania,  jak  mądry  lekarz, 

patrzący w twarz zarazie, którą jest 

* Guillaume Apollinaire, Żar, z tomu „Alkohole”, przekład Artur 

Międzyrzecki. 

 dotknięty. W dali widać było niewyraźny zarys wzniesionej na skale dzwonnicy. 

- Widzę, ale nic nie słyszę - rzekł. - A jednak... 

Wyjął  z  kieszeni  zegarek.  Była  akurat  godzina  pierwszego  dzwonienia  na  Anioł 

Pański.  Sylwiusz przyglądał  mu się przyjaźnie,  z braterską czułością.  Dumny  biskup zdawał 

się dojść do kresu drogi i znaleźć tam koniec swego życia. Powtórzył: 

- Nic nie słyszę. 

- Za daleko, Osmondzie - rzekł Sylwiusz. 

Tym razem to biskup nadawał tempo, galopując na przedzie, cichy, z oczami wbitymi 

w  samotną  dzwonnicę,  która  powoli  nabierała  kształtów  -  potrójny  łuk  romański,  łupkowy, 

czterospadowy,  niemal  płaski  dach,  całość  zdumiewająco  prosta,  stapiająca  się  w  jedno  z 

niebem. Van Beck zatrzymał się ponownie i nasłuchiwał. 

- Nic nie słyszę - powtórzył. 

Było  około  dziesiątej,  pora  tercji,  porannego  nabożeństwa,  które  niegdyś,  we 

wszystkich klasztorach świata oznajmiało się dzwonem. 

- Musimy podjechać bliżej - stwierdził Sylwiusz. 

background image

Równina wokół Zurfenbergu, uprawiana za czasów, gdy mieszkali tu mnisi, teraz była 

tylko  dywanem  zarośli,  ponad  które  wystawało  kilka  wpół  martwych  drzewpozostałość  po 

dawnych  sadach,  z  których  owoców  powstawała  słynna  klasztorna  nalewka.  Bez  wątpienia 

rozegrały się tu bitwy. Wszędzie były widoczne ślady transzei,.a tu i ówdzie z ziemi sterczały 

do  połowy  zakopane  koła  jaszczów  i  wraki  furgonów,  których  drewno  było  zbutwiałe,  a 

żelazo  pokryte  rdzą.  Na  krótko  przed  południowym  Aniołem  Pańskim  wjechali  w  jedyną 

uliczkę, obrzeżoną niskimi domkami, tworzącymi rozłożoną u stóp 

 wzgórza  osadę  Zurfenberg,  w  której  niegdyś  panował  wielki  ruch.  W  większości  z 

tych  domków  mieściły  się  oberże,  odwiedzane  przez  tłumy  pielgrzymów  przybywających  z 

całej  Europy,  którzy  zatrzymywali  się  tu,  by  się  posilić  przed  wejściem  na  wąską  ścieżkę, 

prowadzącą zakosami aż do klasztoru. Sprzedawano tu produkowaną przez mnichów nalewkę 

i  całe  mnóstwo  nieszkodliwych  dewocjonaliów,  które  kiedyś  stanowiły  popularny  element 

wiary. Niektóre drzwi ozdobiono wygrawerowaną w kamieniu muszlą Jakuba z Composteli. 

- Znajdziemy kogoś, kto nam udzieli informacji - powiedział Sylwiusz, który wcale w 

to nie wierzył, ale bolała go rozpacz malująca się na twarzy Osmonda. 

Ani żywego ducha. Szukali na próżno. Odwiedzili wszystkie domy,  jeden po drugim, 

znajdując  w  nich  jedynie  puste  sale  z  podłogą  zasłaną  gruzem.  Zniknęły  meble  i  metalowe 

ruszty z kominków. Słoma,  zaściełająca pomieszczenia,  w których spali pielgrzymi,  obróciła 

się w pył. Niespodzianka czekała ich w ostatniej oberży, na samym końcu uliczki, tam, gdzie 

zaczynała się ścieżka prowadząca do klasztoru. 

Tu podłoga została wymieciona, może już dosyć dawno, ale brak gruzu wskazywał, że 

ktoś  go  stamtąd  zabrał.  Leżał  w  niewielkich,  porządnie  ułożonych  stertach  na  zewnątrz. 

Prosty,  zbudowany  z  grubych  desek  stół  dla  gości  stał  w  wielkiej  sali  na  swoim  miejscu, 

niedaleko kominka,  gdzie ten sam nieznany gość rozpalił ogień  między dwoma kamieniami, 

na  których  podgrzał  sobie  posiłek.  Oprócz  stołu  znajdowała  się  tam  jeszcze  tylko  ława. Ale 

tym,  co  przyciągnęło  ich  uwagę,  były  imiona  wycięte  nożem  w  drewnie  stołu.  Sylwiusz  i 

Osmond  usiedli  ramię  w  ranie,  by  je  odcyfrować.  Przez  wiele  lat  podpisywała  się  tu  cała 

Europa - tylko imiona, na- 

 zwy miast i daty. Gustav Kobenhavn... Kurt Heidelberg... 

Yves  SaintMalo...  Luigi  Firenze...  Patrick  Galway...  Były  tu  wpisy  sprzed  lat 

trzydziestu,  dwudziestu,  dziesięciu,  pięciu,  ale  bardzo  niewiele  późniejszych,  poza  kilkoma 

wulgarnymi, obraźliwymi i anonimowymi. 

-  Spójrz,  Sylwiuszu!  -  powiedział  nagle  biskup,  wskazując  palcem  na  imię,  które 

wśród innych wyróżniało się tym, że było bardziej czytelne. 

background image

Przyjrzawszy  się  dokładnie,  zrozumieli  dlaczego.  Kształt  liter  wskazywał  na  to,  że 

wycięto je niedawno, ślady w drewnie były świeże, bez nalotu kurzu i patyny, które określały 

wiek starszych podpisów. Nie było jednak ani daty, ani nazwy miasta. Tylko imię: Gerard. 

- A więc, ma na imię Gerard - mruknął biskup Van 

Beck. 

Pikkendorff  spojrzał  na  niego  zdziwiony.  Biskup  nie  użył  czasu  przeszłego,  ale 

teraźniejszego, jakby ów nieznany Gerard właśnie wkroczył w jego życie. 

- Ma na imię Gerard - powtórzył Van Beck. 

Potem rzucił okiem na zegarek. Godzina dzwonienia na 

Anioł  Pański  dawno  już  minęła,  a  nie  słychać  było  żadnego  dzwonu.  Biskup  nie 

wydawał się tym poruszony. Odłożył swój pistolet i ładownicę na stół. 

-  Weź  je  -  zwrócił  się  do  Sylwiusza.  -  Nie  będą  mi  już  potrzebne.  Zatrzymam  tylko 

konia. Pora się pożegnać. 

Czekają na mnie tam, na górze. 

- Ależ tam - na górze - nie ma nikogo! 

-  Daj  spokój  tym  gierkom  słownym,  Sylwiuszu.  Doskonale  wiesz,  co  chciałem 

powiedzieć. 

- A jak zamierzasz tam przetrwać? 

 

-  Mam  jeszcze  w  jukach  dwa  lub  trzy  opakowania  sucharów  -  odparł  biskup  niemal 

wesoło. -  Za twoim pozwoleniem, zabiorę  je z sobą.  Potem będę żył z tego, co znaj-”  dę na 

miejscu. 

- Ale będziesz tam całkiem sam! 

- A cóż ty możesz o tym wiedzieć? Na początku, na pewno. Zawsze tak jest, kiedy coś 

się zaczyna... 

Wstali od stołu. Ponieważ wszyscy, maskując wzruszenie, zastanawiali się, jak godnie 

i  stosownie  do  rangi  pożegnać  Jego  Ekscelencję  Osmonda  Van  Becka,  biskupa  koadiutora 

Miasta  i  kapelana  kawalerii  Jego  Wysokości,  on  uprzedził  ich,  obejmując  każdego 

najpiękniejszym i najbardziej doskonałym gestem chrześcijańskiego braterstwa. 

- Ach, byłbym zapomniał! - powiedział. 

Z kieszeni wyjął czarny notes. 

-  Na  co  miałby  mi  się  teraz  przydać?  Ty  musisz  go  kontynuować,  Sylwiuszu...  Jeśli 

chcesz. 

To powiedziawszy,  odwrócił się do nich plecami  i prowadząc konia za uzdę,  zniknął 

background image

na  ścieżce.  Przez  chwilę  słyszeli  jeszcze  coraz  słabszy  stukot  końskich  kopyt  i  hałas 

potrącanych kamyków. Tymczasem kadet już się niecierpliwił. 

- Noc zapada szybko, panie pułkowniku. Może nie powinniśmy się ociągać? 

„Na  niego  też  przyjdzie  kolej  -  pomyślał  Sylwiusz.  -  I  on  to  wie.  Sam  o  tym 

zdecydował”. 

- W drogę! - zakomenderował. 

Nieco później, gdy ujechali już spory kawałek, a skała 

Zurfenberg  znikała  w  zachodzącym  słońcu,  doszedł  ich  daleki  dźwięk  dzwonu  i 

towarzyszył im przez chwilę. 

 

-  Cóż  za  piękne  pożegnanie,  panie  pułkowniku  -  rzekł  chorąży  Bazin  du  Bourg,  jak 

zwykle sentymentalny. 

Pikkendorff  wzruszył  ramionami.  Jeśli  był  czegoś  pewien,  to  tego,  że  wezwanie 

dzwonu  nie  było  już  skierowane  do  nich.  Wieczorem,  na  biwaku,  otworzył  czarny  notes  i 

zapisał: „Czterech jeźdźców opuściło Zurfenberg o zmierzchu. 

Piąty już o nich nie pamiętał”. 

Dwa dni później kadet Stanisław Venier  pożegnał się z  nimi w  bardzo widowiskowy 

sposób. 

Wiedząc,  że  zbliżają  się  do  jego  włości,  wstał  o  świcie  i  wyczesał  konia  zgrzebłem, 

szorując  z  zapałem,  by  nadać  biednemu,  zmęczonemu  zwierzęciu  wygląd  majestatyczny  i 

godny  rumaka  przybywającego  na  ziemie  dziedzica  generalnego  gubernatora.  Wyczyścił 

tunikę,  polerując  śliną  srebrne  plecionki  naramienników  i  wygładził  dłonią  czarną  materię 

płaszcza, uczesawszy dokładnie jego futrzane podbicie, niczym kobiece włosy. On, który miał 

na  brodzie  zaledwie  parę  włosków, ogolił  się  starannie  za  pomocą  wielkiego,  wydobytego  z 

juków noża. W końcu, gdy dzień zaczął się na dobre, stojąc twarzą do ruin, niegdyś będących 

dumną  twierdzą  Venierów,  spiął  konia,  który  wściekle  wierzgnął  tylnymi  nogami,  kazał  mu 

zatańczyć  paradnym  krokiem,  sztywno  i  wyniośle,  potem  gwałtownie  osadził  w  miejscu, 

wzbijając  obłok  pyłu,  i  kiedy  rumak  toczył  z  nozdrzy  białą  pianę,  on  oznajmił  gromkim 

głosem na cztery strony świata, jakby cała ziemia czekała na to, co powie: 

- Jestem u siebie! To wszystko moje! 

To było pustkowie. 

Pustkowie tym bardziej rozpaczliwe, że widać na nim 

 było  jeszcze  resztki  dawnego  bogactwa,  na  wzór  dawnych  rzymskich  willi, 

rysujących  się  wciąż  w  piachu,  w  którym  setki  lat  wcześniej  rosły  zboża,  palmowe  gaje, 

background image

lucerna,”‘  słonecznik  i  wszystko,  co  duch  Zachodu  zdołał  tu  zaszczepić,  nim  nadeszli 

barbarzyńcy  i  koczownicy.  Kadet  nie  był  pozbawiony  wspomnień  z  dzieciństwa.  Tam  był 

kiedyś folwark. Tam - studnia, strumień, młyn. Tu - stajnie, tartak, szpital, potem farma, dalej 

jeszcze  jedna.  Wreszcie,  długa,  wysadzana  klonami  i  kasztanowcami,  wiodąca  do  zamku 

aleja, na której, między dwoma rzędami okaleczonych pni, kadet tańczył na swoim rumaku, a 

eskortujący go 

Pikkendorff, Bazin du Bourg i Abaj  szacowali z przykrością rozmiary zniszczeń. Ale 

on, kadet Venier, zatrzasnął swoje wspomnienia na samym dnie pamięci, ukręcając bezlitośnie 

łeb  każdemu,  które  próbowało  się  stamtąd  wydostać  i  nic  z  tego,  na  co  patrzył,  nie  było  w 

stanie go poruszyć lub zasmucić. Niczego więcej nie oczekiwał. Brał prawdę taką, jaka była, 

a  prawda  ta  mówiła  mu:  „Nic  tu  nie  ma,  ale  to  jest  twoje  i  ty  coś  z  tego  zrobisz!”. 

Przekroczywszy  zasypaną  fosę  i  zrujnowaną  kordegardę,  dotarli  do  centrum  obszernego 

placu,  który  niegdyś  musiał  być  głównym  dziedzińcem.  Kadet  obrzucił  spojrzeniem  ruiny. 

Dostrzegłszy  rumowisko  ociosanych  równo  kamieni,  które  wyraźnie  odcinało  się  od  reszty, 

podparł się pod boki i oświadczył: 

-  Tu  zbuduję  wieżę.  Będą  na  niej  powiewały  srebrne  orliki  księżniczki  i  proporzec 

Venierów! 

Chodziło  najwyraźniej  o  ruiny  starej  wieży,  której  kontury  można  było  jeszcze 

dostrzec.  Ale  kadet  powiedział:  „Zbuduję”,  a  nie  „Odbuduję”.  Sylwiusz  patrzył  na  niego  z 

uzna- 

 niem.  Przez  moment  miał  ochotę  zostać  tu  razem  z  nim,  odrzucić  dystynkcje  i 

zaciągnąć się pod komendę kadeta, oddać swoje doświadczenie do dyspozycji jego młodości, 

ale  ten  pomysł  uleciał  niemal  natychmiast,  zanim  zdążył  przerodzić  się  w  żal.  Czemu  niby 

miałoby  służyć  zaciągnięcie  się  pod  sztandar  kadeta  Stanisława Veniera? A  jeśli  kadet  mylił 

się  co  do  obranej  drogi?  Jeśli  dumna  młodość  wiodła  na  manowce?  Pikkendorff  pamiętał 

ostatnie słowa księcia, wypowiedziane w wieczór, gdy opuszczali Miasto: „Życie prawie stąd 

uciekło. I musiało dokądś pójść. Trzeba udać się dalej niż leży to, co znane i to, co nieznane. 

Najpierw w granicach naszego kraju, a potem poza nim. Jak wygląda to, co nas otacza? Jakie 

jest tego znaczenie?”. 

W  miarę  jak  zbliżał  się  do  kresu  podróży,  zaczął  powoli  dostrzegać  niejasne 

przebłyski prawdy,  która  nie  była prawdą kadeta Stanisława Veniera,  i w której  już  nie  było 

dla niego miejsca... 

Właśnie w tym momencie spoza załomu muru wyłonił się chłopiec tylko nieco starszy 

od  kadeta,  ubrany  z  chłopska,  ale  zachowujący  się  bardzo  swobodnie.  Pod  łokciem  trzymał 

background image

karabin z gwintowaną lufąjeden z tych, które zostały zrabowane z arsenałów Miasta. 

- Witaj, gubernatorze Venierrzekł nonszalancko. - Czekałem na ciebie. 

Kadet zmarszczył brwi. 

- Czekałem na p a n a - poprawił. 

- Nie. Ja czekałem na c i e b i e. 

Kadet zarepetował karabin, co tylko rozbawiło chłopca. 

- Ta strzelba coś ci przypomina? Nie podoba się? Nie, spokojnie, nie jestem jednym z 

nich. To zdobycz wojenna. 

 

- Kim jesteś? 

-  Widzę,  że  mnie  nie  poznajesz.  Fakt,  upłynęło  sporo  czasu.  Jestem  Sigurt.  Kiedyś 

polowaliśmy razem. Z łukiem.” 

Twój  ojciec  mawiał,  że  to  broń  królów.  Mój  ojciec  był  rządcą  twojego.  Kto  zabił 

mojego? Kto zabił twojego? Pozabijali się nawzajem. Mieli z sobą porachunki. Stało się. Nic 

tego nie zmieni. Po ich śmierci wszyscy uciekli. 

I pozbywając się bezczelnego uśmiechu, dodał: 

- Kto tu potem rządził? Wszystko stanęło na głowie... 

- Jesteś sam? - spytał kadet. 

- Byłem. Teraz jest nas dwóch. 

Gwizdnął na palcach. 

- A nawet więcej. 

Zza załomu muru wyszło może dziesięcioro obdartych dziewcząt i chłopców, wszyscy 

jednak wyglądali raczej zdrowo, mieli żywą cerę  i  śmiałe spojrzenie. Większość z nich  była 

uzbrojona w strzelby, noże, stalowe kosy. Sigurt zasalutował w nieco krotochwilny sposób. 

- Oto twoja armia, gubernatorze Venier. 

Wszyscy wybuchnęli śmiechem, a kadet, zeskoczywszy z konia, podbiegł do Sigurta i 

objął  go  po  bratersku,  poklepując  po  plecach,  jakby  cała  książęca  kawaleria  świętowała 

niespodziewane  zwycięstwo.  Sylwiusz  pomyślał,  że  przyjemnie  jest  na  nich  patrzeć. 

Jednocześnie, poczuł wielki ból. 

Niegdyś,  w  szkole  giermków,  uczono  go  o  tym,  jak  na  zachodzie  dalekiej  Francji 

ostatnie  bataliony  chłopskie  pod  wodzą  hrabiów,  markizów,  wielkich  łowczych  i 

kwatermistrzów zostały doszczętnie zmasakrowane, a wraz z nimi niezliczona liczba wiosek. 

Serce mu się ścisnęło. Te dzieci to Szuani. Jakże byli piękni - kadet Stanisław Yenier i Si- 

 gurt  -  jego  samozwańczy  porucznik,  który  wyrósł  z  najbardziej  autentycznych  i 

background image

tajemniczych  sił  ludu!  Ile  czasu  upłynie  -  zastanawiał  się  Sylwiusz  -  zanim  z  drugiej  strony 

międzynarodowego  mostu  Sefarei,  leżącego  na  granicy  dwóch  światów,  ten  drugi,  ledwie 

widoczny,  wypluje  z  siebie  nienawistne  potoki  swych  piekielnych  wojsk  -  nieubłagane 

przekleństwo tych, którzy od tej pory tworzyli oddział? 

Nic już nie mógł dla nich zrobić. 

Zawróciwszy konia (to samo zrobili Abaj i Bazin du 

Bourg), ruszył dalej na północ... 

Konie  były  ochwacone,  a  i  oni  nie  wyglądali  lepiej.  Słynna  czarna  tunika  o 

szkarłatnych  obszyciach  książęcej  kawalerii  zwisała  smętnie  z  ich  wychudzonych  ramion  - 

wytarta  i  usiana  dziurami,  a  srebrny  szamerunek  zblakł  niczym  gasnące  światło.  Zwierzyna 

uciekła. Mdleli z głodu, szczęśliwi, jeśli Abajowi po wielu godzinach polowania udawało się 

przynieść  parę  kruków,  których  mięso,  pieczone  na  ogniu,  wydzielało  lepki  tłuszcz  o 

odpychającym zapachu. 

Zmuszając się, mimo wszystko, do uśmiechu, Abaj mówił: 

„Wkrótce  będziemy  u  mnie.  Tam  się  najemy.  Już  nie  będziemy  głodni”.  Tak  zastała 

ich zima. Ziemia z wolna pokrywała się śniegiem. Nie czuwali już przy ognisku. Wyczerpani 

kładli  się  spać.  Sylwiusz  notował  w  czarnym  notesie  ponure  sprawozdanie  z  kolejnych  dni, 

upływających  na  tej  dziwnej  podróży  duchów.  Nawet  Abaj,  bardziej  wytrzymały  od 

pozostałych,  dawał  oznaki  załamania.  Wydawało  się,  że  stracił  swój  słynny  instynkt. 

Dwukrotnie  już  oznajmił:  „Panie  pułkowniku,  jutro  będziemy  w  Wielkiej  Puszczy”.  I 

dwukrotnie się pomylił. 

 

Szóstego  dnia  o  godzinie  piątej  w  końcu  na  horyzoncie  pojawiła  się  ciemna,  ciągła 

linia. 

- Tam są moi bracia - powiedział Abaj.” 

Kiedy znaleźli się wśród drzew, dał im znak,  by się zatrzymali i poczekali. Nad nimi 

pochylały  się  wielkie,  posępne  modrzewie,  zawrotnie  wysokie  sine  sosny  i  brzozy  o  białej 

korze,  które  łagodziły  nieco  ten  mroczny  pejzaż.  Abaj  odzyskał  swoją  zwykłą  żywotność. 

Obudził się w nim tropiciel. Najpierw długo nasłuchiwał, węsząc, nastawiając ucha, uważnie 

przepatrując  korony  drzew,  tworzące  nad  ich  głowami  nieprzeniknioną  plątaninę  gałęzi. 

Wiadomo,  że Ołmiaci z Wielkiej Puszczy często poruszali się po koronach drzew  i  mogli w 

ten  sposób  przebyć  wielkie  odległości,  nie  dotykając  stopą  ziemi.  W  ten  sposób,  nie 

zostawiali  śladów.  Kiedy  pojawiali  się  jacyś  obcy,  śledzili  ich  z  wysoka,  aż  do  chwili,  gdy 

mogli  stwierdzić:  wróg  lub  przyjaciel.  W  pierwszym  przypadku  z  nieba  spadał  na  intruzów 

background image

śmiercionośny deszcz strzał, bo Ołmiaci, władcy ciszy, nie używają broni palnej. Gdy jednak 

w  grę  wchodzili  przyjaciele,  po  pewnym  czasie,  który  był  wypadkową  doświadczenia  i 

ostrożności,  Ołmiaci  ujawniali  swoją  obecność,  na  znak  miłego  przyjęcia  kładąc  na  leśnej 

ścieżce kamyki,  trochę upolowanej zwierzyny  lub świeżo złowione pstrągi,  na drzewach zaś 

rysując proste znaki - najczęściej otwartą dłoń, która w ich języku oznacza: „Witajcie”. Potem 

pokazywali się, a raczej pozwalali się usłyszeć, w końcu zaś pojawiali się oni sami, ubrani w 

szpiczaste, futrzane czapki i skórzane, wysokie buty, obszyte srebrną nicią. 

Przestawszy  wpatrywać  się  w  korony  drzew,  Abaj  przeniósł  uwagę  na  ścieżkę  i  jej 

brzegi porośnięte mchem i krzaka- 

 mi. Przyłożył ucho do ziemi i słuchał. Trwało to dobrą chwilę. 

Potem  zbadał  podstawę  każdego  pnia  w  promieniu  trzydziestu  metrów,  zataczając 

powolne  kręgi,  macając  palcami  korę,  jako  że  dotyk  to  u  Ołmiatów  jakby  drugi  wzrok. 

Wreszcie  wrócił  do  towarzyszy.  Jego  twarz,  zwykle  nieprzenikniona,  nawet  w  rozpaczliwej 

sytuacji, teraz zdradzała wielkie zmieszanie zaprawione bezgranicznym niedowierzaniem. 

- Abaj nic nie słyszy - rzekł. - Abaj nic nie widzi. 

Abaj  nie  rozumie.  Może  gdzieś  dalej...  inne  znaki...  Poczekajcie  tu  na  mnie,  panie 

pułkowniku. Nie ruszajcie się stąd. 

Wrócę przed nocą. 

„Już go nie zobaczymy” -  pomyślał Sylwiusz.  Potem położył  się na ziemi,  a chorąży 

Bazin du Bourg obok niego. 

Obaj,  całkiem  wyczerpani,  zasnęli,  podłożywszy  pod  głowę  gałąź  zamiast  poduszki, 

podczas  gdy  jesienne  słońce  kończyło  swój  bieg  między  koronami  leśnych  drzew.  Obudziły 

ich  kroki  na  ścieżce.  To  był Abaj.  Tropiciel  dotrzymał  słowa.  Noc  jeszcze  nie  zapadła.  Bez 

słowa wyjaśnienia 

Abaj zaczął oprawiać małego, bardzo chudego dzika, którego przyniósł na ramionach. 

Potem  rozpalił  wielkie  ognisko,  krzątając  się  gorączkowo  -  on,  zawsze  taki  spokojny,  teraz 

szybko  pokroił  dzika  i  upiekł  go,  uważnie  doglądając  ognia  przez  zmrużone  oczy,  a  kiedy 

mięso  było  już  gotowe,  wybrał  najlepszy  kawałek,  nadział  na  czubek  noża  i  rozluźniwszy 

zaciśnięte szczęki, rzekł: 

- Prezent od moich braci, panie pułkowniku. 

I spuścił oczy. 

- Kłamiesz, Abaju - powiedział Pikkendorff. 

- Abaj nigdy nie kłamie, panie pułkowniku! - odparł 

Ołmiata, wciąż patrząc w ziemię. - Znalazłem tego dzika 

background image

 ćwierć mili stąd. Leżał na ścieżce. Były też inne znaki. Czekają na nas. 

- Kłamiesz, Abaju - powtórzył Sylwiusz. - Sam upo-* lowałeś to zwierzę. Mogę nawet 

powiedzieć, jak: oszczepem. 

A nie mógł ci ten dzik uciec, bo miał złamaną nogę. 

Ołmiata  w  końcu  podniósł  oczy  i  jego  wzrok  spotkał  się  ze  spojrzeniem  Sylwiusza. 

Można w nim było wyczytać niezgłębiony smutek. 

-  To  prawda,  panie  pułkowniku  -  wyznał.  -  Było  tak,  jak  pan  powiedział.  Nic  nie 

widziałem,  nic  nie  słyszałem.  Ani  ludzkich  kroków,  ani  ptaków,  ani  nawet  zwierzyny  na 

wrzosowisku. Ten dzik leżał na ziemi, wyczerpany. Dobiłem go. 

Ta część lasu jest pusta. Trzeba by iść dalej, znacznie dalej... 

Chyba, że moi bracia wolą pokazać nam się w nocy. 

Uczepił się tej myśli. Powtarzał: „Przybędą tej nocy, panie pułkowniku. Przybędą...”. 

- Przybędą, Abaju, jestem pewny. Ale na razie, jedzmy! - dorzucił Sylwiusz z werwą. - 

To królewska kolacja. 

Dziękuję ci. 

Mięso  dzika  okazało  się  łykowate,  o  kwaśnym  posmaku  zwierzyny,  która  długo 

konała z przerażenia. Ale i tak była to wspaniała kolacja i głód wreszcie rozluźnił szpony. Na 

niebo wzeszedł księżyc. Jedli długo, powoli, w milczeniu. 

W ich sercach zagościło nieco ciepła. 

- A co ma nam do powiedzenia Kostrowicki? - spytał 

Sylwiusz, ocierając usta wierzchem dłoni. 

Otwarłszy mały tomik, chorąży Bazin du Bourg przerzucił strony, czytając tytuły: 

- La foret fuit au loin... {Wieczorny wiatr). Pasuje, prawda? Ale mam coś lepszego. O, 

proszę posłuchać: A la 

 fin les mensonges ne me font plus peur... (Na koniec nie boję się już kłamstw). 

- I co dalej? - spytał Sylwiusz. 

Chorąży machnął ręką znużony. 

- Równie dobrze można się wymigać od pointy, panie pułkowniku - powiedział. 

Kiedy  się  obudzili  następnego  ranka,  było  ich  tylko  dwóch. Abaj  ich  opuścił.  Zanim 

odszedł,  starannie  zawinął  w  czysty  kawałek  płótna  to,  co  zostało  z  kolacji  i  położył  ten 

pakunek w widocznym miejscu. Sobie zostawił tylko maleńki kawałek. 

- Sądzi pan, że ich odnajdzie? - spytał chorąży, siodłając konia. 

Pytanie pozostało bez odpowiedzi. Pikkendorff oddalał się już od obozu. Opuściwszy 

Wielką Puszczę, dwaj jeźdźcy podążyli na północ. 

background image

VII 

Jechali  przez  wiele  dni.  Sylwiusz  przestał  je  liczyć.  Zapomniał  o  leżącym  na  dnie 

kieszeni  tuniki  czarnym  notesie,  w  którym  czas  biegł  w  niezrozumiały  sposób,  teraz  już  dla 

niego zupełnie niedostępny. Wieczorem,  na biwaku,  siedząc przy ogniu, który -  zupełnie  jak 

za czasów ludzi pierwotnych -  stał się dla  nich  jedynym znakiem życia,  patrzyli  na siebie w 

milczeniu,  a  ogień  migotliwie  oświetlał  ich  blade,  przezroczyste  i  coraz  bardziej  zarośnięte 

twarze. Jeśli zdarzało im się rozmawiać, to oszczędzali słowa, skrajnie zmęczeni i świadomi, 

że dawno już wszystko sobie powiedzieli. 

Nadal jednak używali podstawowych form grzecznościowych: „Panie pułkowniku...” - 

mówił chorąży Bazin du 

Bourg, na co Sylwiusz odpowiadał: „Panie chorąży... drogi 

Bazin du Bourg... drogi Maksymilianie... przyjacielu...”. 

Forma zależała od nastroju chwili i wspomnień Sylwiusza. 

To,  jak  wyglądali  -  ubrani  w  zniszczone  mundury  i  czarne  płaszcze,  które  kiedyś 

przyciągały  wzrok  wszystkich  ślicznotek  Miasta,  a  dziś  były  tylko  nędznym  łachem, 

pokrytym wilgotną pleśnią - dawno przestało ich dziwić. Ich oczy spotykały się i patrzyli na 

siebie  przyjaźnie,  podobni  do  siebie  nawzajem  -  dwaj  obdarci  oficerowie  umarłego  pułku 

książęcej kawalerii... Byli głodni. Ich wychudzone konie 

 potykały  się  ze  zmęczenia  i  rzucały  niespokojnie  łbami,  ciągnąc  za  wędzidło,  jakby 

chciały zmienić kierunek jazdy. 

Dojechali  do  Rzeki,  jak  sobie  niegdyś  postanowili.  Nieco  dalej,  tym  razem  na 

wschodzie,  o  jeden  lub  dwa  dni  marszu,  znajdowała  się  placówka  graniczna  i 

międzynarodowy most w Sefarei. Sylwiusz był tam już w młodości. Łowił pstrągi, ubrany w 

wysokie  gumowe  buty,  wciśnięty  między  skały  górujące  nad  dzikim  i  spienionym  nurtem 

Rzeki.  Na  powiązanej  sznurkami  tratwie  z  okrągłych  bali  pokonywał  jej  wartki  nurt  wraz  z 

towarzyszami  ze  szkoły  giermków,  znajdując  w  sefarejskiej  placówce  ciepłe,  braterskie 

przyjęcie dobrodusznych żołnierzy tamtejszego garnizonu. Pamiętał, jak po zapadnięciu nocy, 

wypatrując Rzeki z wysokości cytadeli, słyszał pomruk jej bystrych, rozpryskujących się fal. 

Jadąc  wzdłuż  brzegu,  z  chorążym  Bazin  du  Bourgiem  u  boku,  nic  już  nie  słyszał. 

Rzeka się ustatkowała, oswoiła i była głębsza niż kiedyś. Płynęła powolnym, stałym nurtem, 

jej wody  były gęste, nieprzezroczyste, o dziwnej,  trudnej do określenia barwie,  pozbawionej 

migotliwych  refleksów,  które  kiedyś  tak  zachwycały.  Niczym  lepki  syrop  prześlizgiwała  się 

między  dwoma  urwiskami,  dziś  niższymi  ze  względu  na  podwyższony  poziom  wody,  przez 

które kiedyś przedzierała się z wściekłością. Sylwiusz pomyślał, że jakaś część jego młodości 

background image

została właśnie tu, na dnie, dwadzieścia metrów w głąb, pośród wartkiego nurtu, zatopionych 

skał i barek przewoźników pochłoniętych przez tę ciemną, płynną masę. Co ciekawe, ta myśl 

przyniosła mu pewną ulgę 

- przynajmniej jako dziecko przeżył swoje... 

Teraz Rzeka cuchnęła. 

 

Sylwiuszowi  zdawało  się,  że  w  samym  środku  nurtu  dostrzega  ciężkie,  ciche  barki, 

które  mijały  się  tu  bezkolizyjnie,  a  w  jego  wspomnieniach  marynarze  zawsze  modlili  do 

Najświętszej Dziewicy, nim spuścili swoje galary na tę bulgoczącą toń. Wydało mu się też, że 

w  oddali,  gdzieś  na  drugim  brzegu,  rysuje  się  niewyraźnie  wysoki,  szary  mur,  którego 

wcześniej  nie  było,  z  gigantycznych  kamiennych  bloków,  nad  którymi  unosiła  się  jakaś 

brudnożółta  poświata.  Nigdy  przedtem  go  nie  widział.  Sąsiadujące  z  Miastem  państwo, 

spokojna  Republika  Dolin,  kraj  hodowców,  rolników,  leśników,  miał  na  południu  niewiele 

aglomeracji - ot, kilka miast, które ożywiały się jedynie w dni targowe. 

Ale pułkownik Pikkendorff był tak strasznie zmęczony...! 

Wszystkie te wrażenia -  nowe i stare - mieszały się w  jego głowie.  Jego koń potykał 

się co krok. Choć nieszczęsne zwierzaki były kompletnie wyczerpane, jeszcze tej samej nocy 

je  skradziono,  gdy  oni  spali  pod  płachtą  namiotu  przytuleni  do  siebie,  by  zapewnić  sobie 

odrobinę ciepła. 

Lało  jak  z  cebra.  Odkąd  ruszyli  w  drogę,  pierwszy  raz  nie  mogli  rozpalić  ognia  i 

zadowolili się rozmoczonymi sucharami. Przez cały dzień nie zamienili ani słowa. Nie mieli 

już  na  to  ani  siły,  ani  ochoty.  Zanim  zasnęli,  Sylwiusz  zdobył  się  jeszcze  na  coś  w  rodzaju 

ostatniego rytuału, który odprawia się, gdy wszystkie pozostałe, nie mają już sensu - coś jak 

prztyczek w nos przeznaczeniu. 

- A co na to Kostrowicki? - zapytał. 

- Nic, panie pułkowniku - odparł Bazin du Bourg głosem tak słabym i zmęczonym, że 

zdawał się przebyć setki kilometrów, zanim dotarł do uszu Pikkendorffa. 

 

Następnego dnia w  ich serca wstąpiła otucha. To był  już ostatni etap. Wraz z końmi, 

złodzieje zabrali juki, olstra, karabiny. Choć Pikkendroff i Bazin du Bourg byli bliscy śmierci, 

to  postawiło  ich  na  nogi.  Poczuli  niemal  ulgę,  bo  i  tak  nie  mieliby  siły  dźwigać  tego 

wszystkiego.  Jako  żołnierze  z  pewnością  nie  porzuciliby  broni  i  ekwipunku,  jak  oddział  w 

panicznej ucieczce. Oni nie uciekali. Po prostu, na rozkaz księcia, jechali... 

background image

Wkrótce  ich  oczom  ukazał  się  cypel,  na  którym  wznosił  się  posterunek  graniczny 

Sefarei. Dzieliły ich od niej jakieś dwietrzy godziny marszu. Mimo zmęczenia, przyspieszyli 

kroku.  W  miarę  jak  się  zbliżali,  forteca  wydawała  się  Sylwiuszowi  coraz  mniej  okazała, 

zdecydowanie  mniej  niż  ta,  którą  zapamiętał,  jak  to  bywa,  gdy  rzeczywistość  zderza  się  ze 

wspomnieniami z dzieciństwa. Ponieważ złodzieje pozbawili go także lornetki, musiał trochę 

poczekać, aż dane mu będzie ujrzeć prawdziwy obraz. W pierwszym rzędzie skromny bastion 

- zwykła, kwadratowa wieża wzniesiona nad Rzeką. 

Z  każdą  chwilą  stawało  się  oczywiste,  że  budowla  od  dawna  nie  była  użytkowana  i 

nikt o nią nie dbał. Kawałek muru się zawalił, odsłaniając wnętrze Dolnej Sali, którą Sylwiusz 

niejasno  pamiętał.  Między  kamieniami  rosła  trawa,  krzaki  wdzierały  się  aż  na  ścieżkę 

patrolową, biegnącą szczytem murów. 

Nie powiewała już flaga na maszcie. Zniknął nawet maszt, podobnie jak dawna rampa 

umożliwiająca dostęp do wieży. 

„Nie  ma  sensu  tam  wchodzić  -  pomyślał  Sylwiusz.  -  Na  górze  nie  ma  nikogo.  To 

miejsce  zostało  opuszczone”.  I tak  zresztą  nie  miał  już  sił. A  przecież  to  była  Sefarea,  skąd 

księżniczka  Miriam  wysłała  do  ojca  ostatnią  wiadomość,  zanim  linia  telegraficzna  została 

zerwana. Od tamtej pory - cisza. 

 

Sylwiusz  usiadł  na  kamieniu  przy  drodze,  podparł  głowę  rękami  i  próbował  zebrać 

myśli.  Przypomniał  mu  się  list,  który  książę  Welf  III  powierzył  mu  w  przeddzień  ich  wy^ 

jazdu,  list  przeznaczony  dla  jego  córki  Miriam,  który  miał  otworzyć  i  przeczytać,  jeśli  na 

końcu  drogi  jej  nie  odnajdzie.  Przeszukał  wewnętrzne  kieszenie  tuniki.  List  wciąż  tam  był, 

chroniony  kawałkiem  nieprzemakalnego  materiału,  który  teraz  odwinął,  odsłaniając  cienką, 

podłużną,  wymiętą  kopertę,  opieczętowaną  herbem  dynastii  -  trzy  srebrne  orliki  na 

czarnozłotym  tle.  Obracając  ją  w  palcach,  przyjrzał  jej  się  dokładnie.  Ważyła  niewiele,  w 

środku  mogła  być  jedna  lub  dwie  kartki,  a  nadawca  listu  opuścił  już  ten  świat.  Sylwiusz 

zawahał się. Czy nadeszła chwila, by złamać woskową pieczęć? Z głębi pamięci wyłoniły się 

inne  fragmenty telegramu:  kiedy  Miriam  miała przekroczyć Rzekę,  most został zniszczony - 

nie  wiadomo  jak  i  przez  kogo,  bo  telegram  o  tym  milczał  i  urywał  się  nagle,  w  połowie 

zdania...  Może  jednak  udało  się  jej  przejść  na  drugą  stronę?  Na  Rzece  byli  przecież 

przewoźnicy.  Na  pewno  jeden  z  nich  rozpoznał  ją  i  jako  wierny  poddany  zgodził  się 

przewieźć księżniczkę  na drugi  brzeg,  mając  nadzieję  na  lepsze czasy. A  jeśli tak, to co tam 

zastała? Jakie  jest jej obecne życie? Sylwiusz ponownie zawinął  list w tkaninę  i  schował do 

kieszeni. 

background image

Właśnie wtedy, unosząc wzrok ku Rzece, dostrzegł most. 

Podobnie  jak  barki,  które  poprzedniego  dnia  widział  w  nurcie  Rzeki,  oraz  tamte 

wielkie, kamienne bloki, emanujące żółtawą poświatą, kontury mostu były niewyraźne, jakby 

oddzielała  je  od  niego  zasłona  -  niczym  przezroczysty  ekran  ustawiany  w  teatrze  przed 

dekoracją, by sprawić wra- 

 żenię  dystansu.  Można  się  było  jedynie  domyślać,  że to  spora  konstrukcja,  znacznie 

szersza,  wyższa  i  masywniej  -  sza  od  dawnego  mostu  wiszącego.  Sylwiusz  obrócił  się  do 

towarzysza. 

- Teraz nasza kolej - powiedział. - Chodźmy. 

Nie uszli  nawet dziesięć kroków, kiedy  ich pamięć nagle pogrążyła  się w ciemności. 

Trwało  to  chwilę,  tyle,  ile  trzeba,  by  odsunąć  zasłonę  -  tak,  jak  się  mija  pasmo  mgły, 

przesłaniające  kształty  i  tłumiące  dźwięki.  Teraz  byli  jeszcze  bardziej  sami,  choć  zagubieni 

pośród  tłumu,  drepczącego  na  peronie,  z  oddali  zaś  nadciągało  całe  mnóstwo  nowych, 

chaotycznych  odgłosów.  Nadjechał  długi,  napchany  pociąg,  złożony  z  dwupiętrowych 

wagonów, w których tłoczyli się ludzie o ponurych twarzach. Metaliczny, płynący z góry głos 

wyczytał  litanię  nazw  stacji,  które  wydały  im  się  znajome.  Chorąży  Maksymilian  Bazin  du 

Bourg  machnął  ręką  na  pożegnanie  i  wsiadł  do  jednego  z  wagonów.  Wkrótce  rozdzielił  ich 

tłum. Zanim pułkownikmajor 

Sylwiusz  von  Pikkendorff  wsiadł  do  pociągu,  zauważył  ze  zdumieniem,  że  ogromna 

lokomotywa nie wypuszcza w powietrze dymu... 

Dwie  lub  trzy  stacje  dalej,  przypadkowy  ruch  podróżnych,  wchodzących  i 

wychodzących z wagonów sprawił, że spotkali się ponownie. Stali teraz ramię przy ramieniu, 

trzymając się tej samej poręczy, bardziej upapranej niż kontuar w kantynie. 

- My się znamy? 

- Z widzenia. 

- Jak ma pan na imię? Jestem Sylwiusz. 

- Maksymilian. 

- Tam, w środku, nic się nie poprawia. 

- Przeciwnie! Jest coraz gorzej.”* 

Wiele  siedzeń  było  rozprutych  i  podartych.  Podłoga  była  zasłana  odpadkami,  ściany 

pomazane  farbą.  Podróżni starali  się na to nie patrzeć.  Starali się także nie patrzeć na siebie 

nawzajem. Kobiety, które uważały się za ładne, były brzydkie, a te naprawdę piękne, brzydły 

w oczach.  Pełno  było  żebraków  -  u  jednych  na  twarzach  malowała  się  agresja,  inni  patrzyli 

błagalnie. Podróżni kładli nogi na siedzeniach, w które wbijali pożądliwy wzrok staruszkowie 

background image

o obolałych stawach. 

Maksymilian wyjął z kieszeni książeczkę w sfatygowanej okładce. 

- Może pan czytać w tych warunkach? 

- Owszem. Dzięki temu zapominam o tym wszystkim. 

O, proszę posłuchać tego: 

Wszedł z kapeluszem w ręku wprost do magazynu 

Gdzie dla króla i dworu ubrania się kroi...* 

-  To  takie  świeże,  prawda?  -  powiedział.  -  Słowa  zdają  się  fruwać.  Człowiek  leci  z 

nimi. Leci daleko. To Apollinaire, rzecz jasna... Tu wysiadam. A pan? 

- Trochę dalej. 

- Zobaczymy się jeszcze? 

- Jeżdżę tym pociągiem prawie codziennie, najchętniej 

* Guillaume Apollinaire, Emigrant z Landar Road,.Alkohole”, tłum. Adam Ważyk. 

 ostatnim wagonem. Jest mniej zatłoczony, a więc i czystszy, bo stąd dalej do wyjścia. 

- Ja też często nim jeżdżę. A czym się pan zajmuje? Jeśli to nie tajemnica... 

- Odszedłem z armii - odparł Maksymilian. - Straszny tam tłok, a poza tym, niczemu 

już nie służy. Robię to i owo. Sprzedaję polisy ubezpieczeniowe. Nuda. A pan? 

- Ja? Piszę. Próbuję pisać. W tej branży też tłok i też niczemu to nie służy... 

Spotykali się tak od czasu do czasu,  w ostatnim  wagonie  linii A,  z dłonią  na brudnej 

poręczy,  jakby  oddzieleni  powietrzną  bańką  od  reszty  tłumu.  Rozmawiali  o  różnych 

sprawach. 

Pewnego wieczora, zanim się pożegnali, nie wiedzieć czemu Maksymilian spytał: 

- A co z Miriam? Odnalazł ją pan? 

- Miriam... Miriam... - mruknął Sylwiusz. 

Niewyraźne wspomnienie. 

Wracając do siebie, wstąpił do papeterii na rogu ulicy i kupił czarny notes. Po co mu 

notes? Zwykle używał czystych kartek papieru maszynowego. Czemu akurat czarny? 

Nie  miał pojęcia. Wiszące w oświetlonej witrynie weneckie  marionetki obserwowały 

go uważnie. Zaopatrzony w karafkę jałowcówki i otoczony obłokiem dymu, zaczął pisać: 

„Siedmiu jeźdźców opuściło Miasto o zmroku przez Bramę Zachodnią, której nikt już 

nie  strzegł,  i  ruszyło  w  stronę  zachodzącego  słońca.  Jechali  z  podniesionymi  wysoko 

głowami, wcale się nie kryjąc (w przeciwieństwie do tych wszystkich, którzy wyjechali przed 

nimi), bo przecież nie uciekali 

i  nie  popełniali  zdrady.  W  ich  sercach  nie  było  nadziei,  a  wyobraźnię  trzymali  na 

background image

wodzy...”. 

P.S. 

Z  wyłączeniem  jednego  słowa  (s.  ,  gdzie  pozwoliłem  sobie  wstawić  „Czeczenów”), 

wszystkie  wiersze  cytowane  w  niniejszej  książce  zostały  zapożyczone  od  Guillaume  ‘a 

Apollinaire ‘a (Wilhelma Kostrowickiego, -). 

Wyjątek  stanowi  zamieszczone  na  stronie  ”  Morskie  epitafium”,  którego  jestem 

autorem,  a  które  -  na  potrzeby  tej  powieści  -  przypisałem  KostrowickiemuApollinaire’owi. 

Mam nadzieję, że on sam, patrząc na to z nieba, nie będzie miał mi tego za złe. 

J.R.